background image
background image

 
 

Carrie Vaughn

 
 

WAKACYJNE NOCE KITTY

 
 
 

Kitty Norville

3

 

 

background image

Rozdział 1

 

Biegnie  dla  radości  biegania,  bo  może  biec;  jej  kroki  się  wydłużają,  każdy  sus  to

pokonane kolejne cztery metry. Pysk ma otwarty, by smakować ostre mroźne powietrze.
Jest  przełom  miesiąca,  rosnący  księżyc  maluje  nocne  niebo  srebrem,  rozświetla  plamy
śniegu rozrzucone po lesie. To jeszcze nie całkiem pełnia - rzadka chwila, kiedy może być
wolna przed czasem - jej zwierzęca natura nie ma powodu trzymać jej w zamknięciu. Jest
sama, ale jest wolna, więc biegnie.

Zwietrzywszy  trop,  gwałtownie  skręca  ze  ścieżki  i  truchta  z  nosem  przy  ziemi.  Świeży

ślad zwierzyny.

Mnóstwo  jej  tutaj,  w  dziczy.  Zapach  płonie  w  zimowym  powietrzu.  Zaczyna  tropić,

chwytając  oddech  rozdętymi  nozdrzami,  szukając  spojrzeniem  najdrobniejszego  ruchu.
Głód ściska jej żołądek, gna ją dalej.

Od zapachu ślina napływa jej do pyska.
Przyzwyczaiła  się  do  samotnych  polowań.  Musi  uważać,  nie  wolno  jej  ryzykować.

Ledwie dotyka ziemi, gotowa skoczyć naprzód, gotowa pognać w jedną czy drugą stronę,
poruszając  się  bezszelestnie  po  leśnym  poszyciu.  Zapach  -  piżmo,  sierść  i  ekskrementy  -
jest coraz intensywniejszy, przeszywa mózg.

Wszystkie jej zmysły krzyczą. Już blisko, bliżej, podkrada się jak myśliwy...
Królik wyskakuje ze spróchniałego pnia porośniętego krzakami. A ona jest gotowa - nie

widząc go i nie słysząc, wie, że on tam jest, jego obecność wypełnia umysł łowcy W chwili
kiedy królik rzuca się do ucieczki, ona skacze, przygważdża go do ziemi i zatapia kły w jego
karku,  zaciskając  szczęki,  rozrywa  go.  Królik  nie  zdążył  pisnąć.  Ona  pije  krew  płynącą  z
rozszarpanej  szyi,  pożera  mięso,  zanim  krew  ostygnie.  Jego  ciepło  i  życie  wypełniają  jej
brzuch, rozświetlają duszę, więc przerywa jatkę, by zawyć z radości zwycięstwa...

Drgnęłam,  jakbym  śniła  o  spadaniu,  i  nagle  się  zbudziłam.  Gwałtownie  odetchnęłam  -

jeszcze  się  nie  rozbudziłam,  wciąż  spadałam  we  śnie,  i  musiałam  sobie  powiedzieć,  że
jestem  bezpieczna,  że  nie  uderzę  za  chwilę  o  ziemię.  Zacisnęłam  odruchowo  dłonie,  ale
nie chwyciłam prześcieradła ani poduszki.

Rozkruszyłam palcami garść zeszłorocznych suchych liści.
Usiadłam  powoli,  podrapałam  się  po  głowie  i  przygładziłam  splątane  jasne  włosy.

Czułam  pod  sobą  twardą  ziemię.  Nie  byłam  w  łóżku,  nie  byłam  w  domu,  w  którym
mieszkałam od dwóch miesięcy.

Leżałam  w  jamie  wygrzebanej  w  ziemi,  wyścielonej  liśćmi  i  mchem,  osłoniętej

zwisającymi gałęziami sosen. W lesie, w ocienionych miejscach, bielił się zmrożony śnieg.
Powietrze było zimne, ostre. Mój oddech zmieniał się w parę.

Byłam naga, w ustach czułam smak krwi.
Do diabła. Znów to zrobiłam.
Mnóstwo  ludzi  marzy  o  tym,  by  ich  zdjęcie  pojawiło  się  na  okładkach  czasopism.  To

jeden  z  wyznaczników  sławy,  bogactwa  albo  przynajmniej  pięciu  minut  chwały.  I  wielu
ludzi  rzeczywiście  znajduje  swoje  zdjęcie  na  okładkach  czasopism.  Pytanie  tylko:  Czy
jesteś  na  okładce  magazynu  mody,  masz  na  sobie  ciuch  od  najlepszego  projektanta  i

background image

wyglądasz  bajecznie?  Czy  jesteś  na  okładce  „Time'a",  rozczochrana  i  osłupiała,  z
podpisem: „Czy to jest twarz potwora?" i „Czy ty jesteś w niebezpieczeństwie?"

Zgadnijcie, co mnie się trafiło.
Dom,  który  wynajmowałam  -  a  właściwie  chata,  dwu-pokojowy  domek  letniskowy,

który  łączyła  ze  światem  gruntowa  droga  i  telewizja  satelitarna  -  był  na  tyle  daleko  od
miasta  i  głównej  szosy,  że  nawet  nie  zawracałam  sobie  głowy  ubieraniem  się  na  drogę
powrotną. Zresztą i tak bym nie mogła: zapomniałam przygotować sobie ubranie. Bo i po
co  miałabym  to  robić,  skoro  nie  planowałam,  że  się  przemienię  i  pójdę  biegać?  Nie
miałam wyjścia, musiałam wracać na golasa.

Czułam się lepiej, kiedy tak szłam naga; w mroźnym powietrzu dostałam gęsiej skórki.

Czułam  się  jakby  czystsza.  Bardziej  wolna.  Nie  przejmowałam  się  -  nie  szłam  ścieżką,  a
tego lasu nie przecinały żadne szlaki turystyczne. Byłam pewna, że nikt mnie nie zobaczy
w  tej  oddalonej  od  cywilizacji  i  ukrytej  w  górach  części  Lasu  Państwowego  San  Isabel  w
południowym Kolorado.

Właśnie tego chciałam.
Chciałam  oderwać  się  od  wszystkiego.  Minus  był  taki,  że  kiedy  się  oderwałam,  coraz

mniej łączyło mnie ze światem ludzi. Nie miałam zbyt wielu powodów, żeby pozostawać
w  ludzkim  ciele.  Gdybym  się  martwiła,  że  ktoś  zobaczy  mnie  nago,  pewnie  w  ogóle  bym
się nie przemieniła. Pełnia księżyca nie jest jedyną porą, kiedy likantropy mogą zmieniać
postać; możemy się przemieniać, kiedy nam się podoba.

Słyszałam o wilkołakach, które zmieniały się w wilki, pędziły do lasu i nigdy nie wracały.

Nie chciałam, żeby mnie się coś takiego przydarzyło.

Ale  to  się  stawało  przerażająco  łatwe:  zmienić  się  w  wilka  i  popędzić  do  lasu,

niezależnie od fazy księżyca.

Miałam pisać książkę. Po tym wszystkim, co się wydarzyło w moim życiu przez ostatnie

dwa  lata  –  zaczęłam  prowadzić  własny  program  radiowy,  przyznałam  się  na  antenie  do
wilkołactwa i przekonałam ludzi, żeby mi uwierzyli, zeznawałam przed komisją senacką i
wzbudziłam  o  wiele  większe  zainteresowanie  mediów,  niżbym  chciała,  choć  przecież
powinnam  była  się  tego  spodziewać  -  miałam  dość  materiału  na  książkę,  a  przynajmniej
tak  mi  się  wydawało.  Wspomnienia  czy  coś  w  tym  rodzaju.  W  każdym  razie  duże
wydawnictwo uznało, że mam dość materiału, i zaproponowało mi dość pieniędzy, żebym
mogła sobie zrobić wolne w radiu i poświęcić się pisaniu. Byłam celebrytką dnia i wszyscy
chcieliśmy spieniężyć moją sławę, dopóki trwała. Sprzedanie się brzmiało tak kusząco.

Skompilowałam  ze  dwanaście  odcinków  audycji  Nocna  Godzina  -  Największe  Hity.

Można  je  było  wyemitować  beze  mnie,  żeby  program  nie  schodził  z  anteny  nawet  pod
moją nieobecność. Miał utrzymać zainteresowanie słuchaczy, utrzymać moje nazwisko na
fali, a może nawet przyciągnąć nowych fanów.

Planowałam  zrobić  coś  takiego  jak  ten  gość  z  książki  Walden

1

  -  odciąć  się  od

społeczeństwa,  żeby  móc  skuteczniej  myśleć.  Uciec  od  napięć  życia,  uwolnić  się  i
spokojnie  zastanawiać  się  nad  głębokimi  filozoficznymi  kwestiami,  które  bez  wątpienia
zajmą mi umysł, kiedy zacznę pisać swoje arcydzieło.

Problem  w  tym,  że  można  uciec  od  społeczeństwa  i  nauczyć  się  być

samowystarczalnym,  jak  zalecał  Thoreau.  Wypiąć  się  na  wyścig  szczurów.  Ale  nie  można

background image

uciec od siebie, własnych wątpliwości czy własnego sumienia.

Nie  wiedziałam  nawet,  jak  zacząć  tę  książkę.  Miałam  całe  sterty  nabazgrolonych

notatek  i  ani  jednej  dokończonej  strony.  Na  papierze  wszystko  brzmiało  tak
niewiarygodnie. Ale serio, od czego miałam zacząć? Od „urodziłam się..." i szczegółowego
opisu  dwudziestu  lut  absolutnie  nieciekawego  życia?  Czy  zacząć  od  ataku,  który  uczynił
mnie  wilkołakiem?  Tamta  noc  była  strasznie  skomplikowana  i  wydawała  się  bardzo
drastycznym  początkiem  czegoś,  co  ostatecznie  miało  być  optymistyczną  opowieścią.
Mam  zacząć  od  przesłuchań  w  senacie?  Ale  w  takim  razie  jak  wyjaśnię  cały  ten  pasztet,
przez który się tam znalazłam?

Rozbierałam  się  więc  do  naga,  zmieniałam  w  wilka  i  ganiałam  po  lesie,  żeby  uniknąć

tego pytania. I choć z całych sił próbowałam się trzymać swojej ludzkiej natury, tak było
łatwiej.

Najbliższym  skupiskiem  ludzkim,  które  można  by  uznać  za  miasto,  był  Walsenburg

oddalony  od  mojej  chaty  o  jakieś  pięćdziesiąt  kilometrów,  i  w  zasadzie  trudno  byłoby  o
nim  dużo  więcej  powiedzieć.  Miejsce  praktycznie  przestało  się  rozwijać  już  w  latach
sześćdziesiątych.  Główną  ulicą  była  stanowa  szosa  biegnąca  na  przestrzał  i  tuż  za
miastem  łącząca  się  z  międzystanówką.  Wzdłuż  niej  stały  staromodne  ceglane  budynki.
Wiele  z  nich  miało  jeszcze  pierwotne  szyldy  rodzinnych  przedsiębiorstw,  sklepów
żelaznych,  barów  i  tym  podobnych  przybytków.  Niektóre  okna  i  drzwi  zabito  deskami.
Pomnik  stojący  naprzeciwko  budynku  sądu  okręgowego  składał  hołd  górnikom,  którzy
zasiedlili  ten  region.  Od  południowego  zachodu  widać  było  Spanish  Peaks  -  bliźniacze
szczyty wznoszące się jakieś dwa tysiące metrów nad równiną. Wokół nich rozciągały się
ogromne połacie dzikiego, odludnego lasu.

Następnego  popołudnia  pojechałam  do  miasta,  żeby  spotkać  się  z  moim  prawnikiem,

Benem O'Farrellem, w barze przy autostradzie. Nie chciał się zapuszczać w dzicz Kolorado
dalej niż do Walsenburga.

Zauważyłam  jego  samochód  zaparkowany  przy  drodze  i  stanęłam  za  nim.  Ben  zajął

boks  niedaleko  drzwi.  Jadł  już  hamburgera  i  frytki.  Ten  facet  nigdy  się  nie  bawił  w
ceremonie.

- Cześć. - Zajęłam miejsce naprzeciw.
Sięgnął po coś, co leżało na siedzeniu obok niego, i rzucił to na laminowany blat przed

moim nosem: stosik poczty adresowanej do mnie, przekazanej na jego ręce. Starałam się
przepuszczać  przez  niego  tyle  kontaktów,  ile  się  dało.  Podobało  mi  się,  że  służy  mi  jako
filtr.  To  była  część  planu  „Walden".  Było  tam  kilka  czasopism,  trochę  nieokreślonych
kopert, wnioski o karty kredytowe. Zaczęłam je przeglądać.

- U mnie wszystko dobrze, dzięki. A co u ciebie? -rzuciłam cierpko.
Ben  był  po  trzydziestce  i  nie  przywiązywał  wielkiej  wagi  do  wyglądu.  Zawsze  sprawiał

wrażenie,  jakby  się  golił  poprzedniego  dnia,  a  kasztanowate  włosy  miał  wiecznie
rozczochrane.  Nosił  szarą  marynarkę  od  garnituru,  ale  kołnierzyk  koszuli  miał  rozpięty  i
nigdzie nie było widać śladu krawata.

Widziałam, że zaciska zęby, choć udawał, że się uśmiecha.
- Owszem, jechałem do ciebie taki kawał, ale nie spodziewaj się, że będę miły.
- Nawet nie śmiałam o tym marzyć.

background image

Zamówiłam  u  kelnerki  napój  gazowany  i  hamburgera,  a  tymczasem  Ben  położył  na

stole  aktówkę  i  wyciągnął  z  niej  pliki  dokumentów.  Potrzebował  mojego  podpisu  w
milionie różnych miejsc. Ale to miało swoje dobre strony: te wszystkie papiery oznaczały,
że  jestem  beneficjentką  kilku  hojnych,  pozasądowych  ugód,  wiążących  się  z  fiaskiem,
jakim  okazała  się  moja  wycieczka  do  Waszyngtonu  zeszłej  jesieni.  Kto  by  pomyślał,  że
bycie porwaną i wystawioną na pośmiewisko w telewizji może się okazać tak lukratywne?

Musiałam też podpisać zeznania w dwóch sprawach kryminalnych. Przyznaję, że to było

przyjemne.

- Dostajesz dwadzieścia procent - powiedziałam. -Powinieneś skakać z radości.
- Jeszcze ciągle nie zdecydowałem, czy reprezentowanie pierwszej na świecie celebrytki

wilkołaka jest tego warte. Dostajesz bardzo dziwne telefony, wiesz o tym?

- A jak myślisz, dlaczego podaję ludziom twój numer, a nie mój?
Odebrał  ode  mnie  dokumenty,  sprawdził  je  jeszcze  raz,  złożył  razem  i  schował  do

aktówki.

- Masz szczęście, że jestem takim miłym facetem.
-  Mój  bohater.  -  Oparłam  podbródek  na  dłoniach  i  zatrzepotałam  rzęsami.  Jego

parsknięcie powiedziało mi, jak poważnie mnie traktuje. Uśmiechnęłam się szerzej.

- Jeszcze jedno - odezwał się, wciąż przekładając papiery w teczce i unikając patrzenia

na mnie. - Dzwonił twój wydawca. Chce wiedzieć, jak ci idzie z książką.

Formalnie miałam podpisaną umowę. Formalnie miałam termin. Nie powinnam musieć

się  martwić  o  takie  rzeczy,  kiedy  próbowałam  udowodnić  samej  sobie,  że  jestem
samowystarczalna, żyjąc prostym życiem na łonie natury.

- Idzie, idzie, poszła - mruknęłam. Złożył dłonie na blacie.
- Jest chociaż połowa? Jedna czwarta?
Wbiłam wzrok w punkt na najdalszej ścianie i zacisnęłam usta.
- Powiedz mi, że chociaż zaczęłaś. Westchnęłam.
- Myślę o tym, naprawdę.
- Wiesz, że w twojej sytuacji rozsądnie byłoby wynająć ghostwritera. Albo przynajmniej

znaleźć współautora. Ludzie robią to bez przerwy.

- Nie. Robiłam specjalizację z angielskiego. Powinnam być w stanie sklecić kilka zdań.
- Kitty...
Zamknęłam  oczy  i  uciszyłam  go  niecierpliwym  gestem.  Nie  mówił  mi  niczego,  czego

sama bym nie wiedziała.

- Popracuję nad nią. Chcę nad nią pracować. Sklecę coś, co będziesz mógł im pokazać,

żeby byli zadowoleni.

Wyraz jego twarzy nie do końca można było nazwać uśmiechem.
- Okej.
Wyprostowałam  się  i  zaczęłam  udawać,  że  nie  rozmawialiśmy  o  książce,  której  nie

pisałam.

- Zrobiłeś coś z tą pindą?
Oderwał oczy od jedzenia i posłał mi wściekłe spojrzenie.
-  Nie  ma  podstaw,  żeby  ją  pozwać.  Żadnego  naruszenia  praw  autorskich,  znaku

firmowego, nic.

background image

- Przecież ona ukradła mi program!
Pinda.  Nazywała  siebie  Ariel,  Kapłanka  Nocy,  i  jakieś  trzy  miesiące  temu  zaczęła

prowadzić radiową audycję o nadnaturalnych sprawach. Zupełnie jak ja. Kiedyś.

-  Ukradła  pomysł  -  powiedział  spokojnie  Ben.  -  I  nic  poza  tym.  To  się  zdarza  bez

przerwy.  Dobrze  wiesz,  że  jeśli  jakaś  sieć  puszcza  serial  medyczny,  który  jest  hitem,  w
następnym  sezonie  wszystkie  sieci  puszczają  seriale  medyczne,  bo  uważają,  że  widzowie
tego chcą. Nie da się pozwać za coś takiego. To musiało się stać wcześniej czy później.

- Ale ona jest okropna. Jej program to stek sensacyjnych bzdur!
- Więc rób to lepiej - odparł. - Wróć na antenę. Pobij ją w notowaniach. To jedyne, co

możesz zrobić.

- Nie mogę. Potrzebuję trochę wolnego. – Oklapłam i oparłam się o ściankę boksu.
Przez chwilę bełtał frytką keczup na talerzu.
- Z punktu widzenia słuchacza to wygląda jak rezygnacja.
Odwróciłam oczy. Porównywałam się do Thoreau, bo w jego wydaniu ucieczka do lasu

wydawała się taka szlachetna. Mimo wszystko była to ucieczka.

Ben mówił dalej.
- Im dłużej cię nie ma, tym bardziej wygląda na to, że ludzie z Waszyngtonu, chcący cię

udupić, wygrali.

- Masz rację - odparłam cicho. - Wiem, że masz rację. Ale po prostu nie przychodzi mi

do głowy nic, o czym mogłabym mówić.

- Więc na jakiej podstawie sądzisz, że zdołasz napisać książkę?
Ben  stanowczo  miał  za  dużo  racji  jak  na  jeden  dzień.  Nie  odpowiedziałam,  a  on  nie

naciskał.

Pozwolił mi zapłacić rachunek. Wyszliśmy na ulicę.
- Jedziesz prosto do Denver? - spytałam.
-  Nie.  Jadę  do  Farmington  spotkać  się  z  Cormakiem.  Chce,  żebym  mu  pomógł  przy

robocie.

Robota.  W  przypadku  Cormaca  oznaczało  to  coś  paskudnego.  Polował  na  wilkołaki  -

tylko te, które sprawiały kłopoty, jak mnie zapewniał - i od czasu do czasu trafił na boku
jakiegoś wampira. Tylko dlatego, że mógł.

Farmington  w  Nowym  Meksyku  leżało  kolejne  trzysta  kilometrów  na  południowy

zachód stąd.

-  Dla  mnie  przyjechałeś  tylko  do  Walsenburga,  ale  dla  Cormaca  pojedziesz  do

Farmington?

- Cormac to rodzina - odparł.
Wciąż  nie  miałam  wszystkich  danych  na  ten  temat  i  często  zadawałam  sobie  pytanie,

jak  to  się  stało,  że  wplątałam  się  w  znajomość  z  tymi  dwoma.  Poznałam  Bena,  kiedy
Cormac  go  do  mnie  skierował.  I  co  mi  odbiło,  żeby  przyjmować  porady  na  temat
prawników  od  łowcy  wilkołaków?  Nie  mogłam  narzekać:  obydwaj  wyciągali  mnie  z
kłopotów  przy  niejednej  okazji.  Ben  chyba  nie  miał  żadnego  moralnego  dylematu  w
związku  z  tym,  że  jego  klientami  są  jednocześnie  wilkołak  i  łowca.  Ale  czy  prawnicy  w
ogóle byli zdolni do moralnych dylematów?

- Uważaj na siebie - powiedziałam.

background image

-  Spokojnie  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Ja  tylko  prowadzę  samochód  i  wyciągam  go  z

aresztu za kaucją. To on lubi żyć niebezpiecznie.

Otworzył  drzwiczki  granatowego  sedana,  rzucił  aktówkę  na  przedni  fotel  pasażera  i

usiadł za kierownicą. Machając do mnie, odbił od krawężnika i wyjechał na szosę.

Wracając  do  chaty,  zatrzymałam  się  w  jeszcze  mniejszym  miasteczku  o  nazwie  Clay,

populacji  –  trzysta  dwadzieścia,  wysokości  -  dwa  tysiące  dwieście  pięćdziesiąt  pięć
metrów  nad  poziomem  morza.  Pyszniło  się  stacją  benzynową  ze  sklepem
wielobranżowym  na  doczepkę,  pensjonatem  typu  bed  and  breakfast,  podrzędnym
sklepem ze sprzętem turystycznym, stuletnim kamiennym kościołem - i niczym więcej. W
wielobranżowym Clay Country Storę sprzedawali najlepsze domowe ciastka czekoladowe
po tej stronie Wielkiego Działu Wodnego. Nie mogłam się oprzeć pokusie.

Sznurek  dzwonków  wiszących  na  klamce  zabrzęczał,  kiedy  weszłam.  Facet  za  kasą

spojrzał na mnie, zmarszczył brwi i sięgnął pod ladę. Wyciągnął strzelbę. Nie mówiąc ani
słowa, wycelował we mnie.

Tak,  miejscowi  mnie  znali.  Dzięki  Internetowi  i  całodobowym  stacjom  informacyjnym

nie mogłam być anonimowa nawet na takim zadupiu.

Uniosłam ręce i szłam dalej.
- Cześć, Joe. Chcę tylko mleko i ciastka i już mnie nie ma.
-  Kitty?  To  ty?  -  Głowa  kobiety  wychynęła  zza  rzędu  półek  pełnych  butelek  oleju

samochodowego  i  skrobaczek  do  szyb.  Była  mniej  więcej  w  wieku  Joego,  czyli  po
pięćdziesiątce. Siwiejące włosy ściągnęła w kucyk, który wiecznie podskakiwał. I gdzie Joe
krzywo patrzył, tam jej oczy się rozjaśniały.

- Cześć, Alice - odparłam z uśmiechem.
- Joe, odłóż to, ile razy mam ci mówić?
-  Nie  mogę  ryzykować  -  powiedział.  Zignorowałam  go.  Niektórych  bitew  nie  da  się

wygrać.  Za  pierwszym  razem,  kiedy  to  zrobił  -  gdy  weszłam  do  sklepu  i  rozpoznał  mnie
jako wilkołaka z telewizji - byłam strasznie dumna, że nie spanikowałam. Stanęłam tylko z
podniesionymi  rękami  i  spytałam:  „Masz  w  tym  srebrne  kule?"  Spojrzał  na  mnie,  potem
na  strzelbę  i  zmarszczył  ze  złością  brwi.  Kiedy  przyszłam  następnym  razem,  oświadczył:
„Dzisiaj mam srebrne".

Obeszłam półki do miejsca, gdzie była Alice i gdzie Joe i jego strzelba nie mogliby mnie

tak łatwo namierzyć.

- Przepraszam - powiedziała Alice. Ustawiała na półce puszki zupy. - Któregoś dnia mu

to schowam.

Gdybyś  się  zapowiedziała  telefonicznie,  wymyśliłabym  mu  coś  do  roboty,  żeby  się  go

stąd pozbyć.

- Nie przejmuj się. Dopóki nie zrobię czegoś groźnego, nic mi nie będzie, prawda? - Nie

żebym  była  przyzwyczajona  do  tego,  że  ludzie  patrzą  na  mnie,  wesołą  blondynkę  przed
trzydziestką, i myślą: krwiożerczy wilkołak.

Przewróciła oczami.
-  A  co  ty  byś  mogła  zrobić  groźnego?  Przysięgam,  ten  facet  żyje  we  własnym  małym

świecie.

Tak,  w  świecie,  w  którym  właściciele  sklepów  trzymają  giwery  pod  ladą,  a  ich  żony

background image

ustawiają  na  kasie  rządek  uzdrawiających  kryształów.  Miała  też  krzyżyk  przybity  nad
drzwiami  wejściowymi  i  więcej  kryształów  zawieszonych  w  oknach.  Każde  z  nich  miało
własne środki ochrony.

Nie  odkryłam  jeszcze,  czy  moje  wilkołactwo  naprawdę  nie  przeszkadza  niektórym

ludziom, czy po prostu w to nie wierzą. Podejrzewałam, że tak właśnie jest z Alice. Tak jak
moja  mama,  traktowała  to  trochę  jak  dziwaczny  klub,  do  którego  wstąpiłam.  Po  pełni
księżyca zadawała mi pytania w rodzaju:

„Dobrze się bawiłaś, kochanie?"
Kiedy przez całe życie się w coś nie wierzy, trudno to potem przeskoczyć.
-  Jakim  cudem  ciągle  jesteście  małżeństwem?  Spojrzała  na  mnie  z  ukosa,  uśmiechnęła

się  cierpko  i  nie  odpowiedziała.  Ale  oczy  jej  błyszczały.  No  dobra,  nie  miałam  zamiaru
ciągnąć tematu.

Alice nabiła na kasę moje zakupy, a Joe dalej się gapił znad swojej strzelby. Musiałam

myśleć  o  sobie  jako  o  ambasadorze  dobrej  woli  -  nie  wykonywać  żadnych  gwałtownych
ruchów,  nie  rzucać  drwiących  uwag.  Próbowałam  mu  pokazać,  że  chociaż  jestem
potworem, to nie jestem... cóż, potworem.

Zapłaciłam i Alice podała mi brązową papierową torbę.
- Dzięki - powiedziałam.
- Nie ma za co. I dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
Moja  nonszalancja  miała  swoje  granice.  Nie  byłam  w  stanie  odwrócić  się  plecami  do

Joego  i  jego  strzelby,  więc  podeszłam  tyłem  do  drzwi,  sięgnęłam  za  siebie,  żeby  je
otworzyć, i wymknęłam się na dwór przy akompaniamencie dzwonków.

Drzwi zamykały się za mną, kiedy usłyszałam głos Alice:
- Joe, na miłość boską, odłóż to wreszcie!
O tak, życie w małej górskiej społeczności. Nie ma nic piękniejszego.
 

background image

Rozdział 2

 

Frontowa  połowa  mojej  chaty  mieściła  salon  i  kuchnię,  a  sypialnia  i  łazienka

znajdowały się z tyłu. Obie części oddzielała tylko półścianka, dzięki czemu cały dom miał
dostęp  do  jedynego  źródła  ciepła:  opalanego  drewnem  piecyka  w  salonie.  Podgrzewacz
do wody działał na propan, wszystko inne było zasilane elektrycznością. Podtrzymywałam
ogień w piecyku, żeby zima nie weszła mi do domu. Na tej wysokości nie było zbyt dużo
śniegu, ale i tak było cholernie zimno, szczególnie w nocy.

W  salonie  znajdowało  się  także  moje  biurko,  czy  raczej  niewielki  stół,  na  którym  leżał

laptop  i  kilka  książek:  słownik,  zmiętolony  egzemplarz  dzieła  Thoreau.  Pod  stolikiem
upchnęłam  dwa  pudła  z  kolejną  porcją  książek  i  zestawem  płyt  CD.  Całe  swoje  dorosłe
życie  pracowałam  w  radiu  -musiałam  mieć  coś  do  psucia  ciszy.  Biurko  stało  pod  dużym
oknem wychodzącym na werandę i polanę, na której stawiałam samochód. Dalej już tylko
las i brązowa ziemia wspinały się w górę po zboczu, ku błękitnemu niebu.

Spędziłam  wiele  godzin,  siedząc  przy  biurku  i  gapiąc  się  za  okno  na  ten  widok.

Powinnam  się  przynajmniej  wysilić  i  znaleźć  jakieś  miejsce  z  piękną  górską  panoramą,
która zajmowałaby mnie podczas długich okresów bezczynności.

Kiedy  zapadł  zmrok,  pogłębiając  kolor  nieba  do  nasyconego  odcienia  granatu,

stopniowo przechodzącego w ciemność, wiedziałam, że zmarnowałam kolejny dzień i nie
napisałam ani jednego sensownego słowa.

Ale była sobota i miałam inne rozrywki. Bardzo późno, blisko północy, włączyłam radio.

Pora na Ariel, Kapłankę Nocy. Skuliłam się na kanapie z puchatą poduszką i piwem.

Strona  główna  internetowej  witryny  Ariel,  Kapłanki  Nocy  była  czarna,  z  malinowymi

literami i wielkim zdjęciem autorki. Ariel wydawała się dość młoda, może w moim wieku,
czyli około dwudziestu pięciu lat.

Miała  bladą  skórę,  cerę  gładką  jak  porcelanowa  lalka,  ufarbowane  na  czarno  włosy

spływające bujnymi lokami na ramiona i plecy i obwiedzione czarną kredką błękitne oczy.
Tak błękitne, że to musiały być soczewki. Wyglądała, jakby siedziała w studiu radiowym,
ale  z  jakiegoś  powodu  stół  przed  nią  był  nakryty  czerwonym  aksamitem.  Sugestywnie
udrapowana  na  tymże  aksamicie,  w  czarnej,  satynowej  sukni  odsłaniającej  spory  kawał
dekoltu,  przechylała  się  do  mikrofonu,  jakby  zamierzała  go  wylizać.  Na  szyi  miała
pentagram  na  łańcuszku,  srebrne  anchy  w  uszach  i  kryształowy  kolczyk  w  nosie.  W
czterech rogach ekranu łopotały skrzydłami animowane nietoperze.

A gdyby tego jeszcze było mało, żeby doprowadzić mnie do szału, piosenką przewodnią

jej programu było Bela Lugosi's Dead zespołu Bauhaus.

Po  kilku  taktach  na  antenie  pojawiała  się  gospodyni  we  własnej  osobie.  Jej  głos  był

niski i seksowny, każda femme fatale z filmu noir mogłaby jej pozazdrościć.

-  Pozdrawiam  was,  moi  towarzysze  podróży  po  mroku.  Pora  odsunąć  zasłonę  między

światami.

Pozwólcie, żebym ja, Ariel, Kapłanka Nocy, była waszą przewodniczką, kiedy będziemy

badać sekrety, tajemnice i ciemne zakamarki tego, co nieznane.

Och, dajcież spokój.

background image

- Wampiry - mówiła dalej, przeciągając słowo i wypowiadając je z udawanym brytyjskim

akcentem.  -  Czy  są  ofiarami  choroby,  jak  chcieliby  nas  przekonać  niektórzy  tak  zwani
eksperci? Czy może zostali wybrani, by służyć jako nieśmiertelni ambasadorzy przeszłości?
Czy ich nieśmiertelność jest tylko anomalią biologiczną, czy też mistycznym powołaniem?
Jest ze mną w studiu bardzo wyjątkowy gość.

Zgodził  się  opuścić  swój  azyl,  by  z  nami  dziś  porozmawiać.  Gustaf  jest  wampirycznym

mistrzem  jednego  z  dużych  amerykańskich  miast.  Prosiłby  nie  mówić  którego,  gdyż  nie
chce się narażać na niebezpieczeństwo.

Przecież to oczywiste, że nie powie, które to miasto.
Wydęłam lekko wargi. Ja nigdy nie miałam w swoim programie wampirycznego mistrza.

Jeśli ten Gustaf rzeczywiście był mistrzem. I wampirem.

- Gustafie, dziękuję, że jesteś tu dziś z nami.
-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  -  Gustaf  miał  niski,  melodyjny  głos.  Sprawiał

wrażenie,  jakby  lada  chwila  miał  wybuchnąć  śmiechem  z  jakiegoś  żartu,  którym  się  nie
podzieli. Brzmiał bardzo tajemniczo.

- Hm, no jasne - zamruczała Ariel. - Powiedz, Gustafie, kiedy zostałeś wampirem?
-  W  roku  1438.  To  stało  się  w  tej  części  Europy,  którą  dziś  ludzie  nazywają  Holandią.

Bardzo dobry czas i doskonałe miejsce do życia. Handel, sztuka, muzyka... tyle się działo.
Byłem  młodym  człowiekiem,  pełnym  pomysłów  na  przyszłość,  pełnym  radości.  Aż
spotkałem... ją.

Ach,  ona.  Standardowa  mroczna  dama,  nieodzowna  do  nocnych  sprawek.  Była

cudowna,  bardziej  inteligentna  i  światowa  niż  jakakolwiek  inna  znana  mu  kobieta.
Bardziej genialna, bardziej atrakcyjna, bardziej wszystko. Zwaliła go z nóg, bla, bla, bla, i
oto  on,  sześćset  lat  później,  a  przez  cały  ten  czas  prowadzili  ze  sobą  grę  miłości  i
nienawiści, żywcem zaczerpniętą z taniego romansidła.

Była to całkiem niezła opowieść, pełna grozy i suspensu. Siedząc sama w leśnej chacie,

przy piecyku na drewno, z wiatrem szumiącym między sosnami za oknem, powinnam się
trząść jak osika.

Chętnie nastraszyłabym Ariel na serio.
To podsunęło mi pomysł. Naprawdę fatalny pomysł.
Wzięłam komórkę ze stolika. Wybrałam numer, który denerwujący głos Ariel wyrył mi w

pamięci.

-  Studio  programu  Ariel,  Kapłanki  Nocy  -  powiedział  jakiś  mężczyzna.  Zwyczajny,

zupełnie nietajemniczy.

-  Dobry  wieczór  -  odparłam.  Boże,  to  nie  był  sygnał  zajętej  linii.  Rozmawiałam  z  kimś.

Czyżbym naprawdę miała trafić na antenę?

- Możesz mi powiedzieć, jak masz na imię i skąd dzwonisz?
Cholera, nie przemyślałam tego.
- Eee, tak, jestem... Sue. I dzwonię z... Albuquerque.
- I o czym chcesz mówić?
O  czym  to  ja  chciałam  mówić?  Miałam  pustkę  w  mózgu.  Czy  to  samo  się  działo,  kiedy

ludzie dzwonili do mojego programu? Moja niewyparzona gęba przejęła inicjatywę.

- Chciałabym porozmawiać z Ariel o strachu - powiedziałam.

background image

- Boisz się wampirów? - spytał mężczyzna.
- Pewnie.
- W porządku, w takim razie wyłącz radio, bardzo proszę, i poczekaj chwilę.
Dupa. Dwie dupy. Wyłączyłam radio.
Zamiast  muzyczki  puścili  mi  w  słuchawce  program  Ariel,  żebym  niczego  nie  straciła.

Gustaf mówił o tym, jak to wampiryzm siłą rzeczy nobilituje dotkniętych nim ludzi.

-  Wampir  zaczyna  się  czuć  pewnego  rodzaju  opiekunem  ludzkości.  Oczywiście  my,

wampiry,  jesteśmy  potężniejszymi  istotami.  Ale  od  was,  ludzi,  zależy  nasze  przetrwanie.
Tak  jak  człowiek  nauczył  się,  że  nie  może  bez  konsekwencji  wycinać  lasów  deszczowych
czy  niszczyć  oceanów,  tak  też  my  nie  możemy  bezkarnie  zdominować  ludzi.  Co  z
pewnością bylibyśmy w stanie zrobić, gdybyśmy nie byli tak świadomi.

Więc  ludzie  byli  tylko  stadem  zagrożonych  małp?  Czy  Ink?  Nie,  wampiry  nigdy  nie

byłyby  w  stanie  przejąć  rządów  nad  światem,  bo  przy  takim  ego  były  stanowczo  zbyt
zajęte własnymi tyłkami.

Wreszcie Ariel wygłosiła zdanie, na które czekałam:
-  No  dobrze,  drodzy  słuchacze,  otwieram  linię  telefoniczną.  Macie  jakieś  pytanie  do

Gustafa, a może chcecie skomentować jego słowa? Oto wasza szansa.

Strasznie  chciałam,  żeby  Ariel  wpuściła  mnie  na  antenę,  ponieważ  mogłabym  wtedy

wyśmiać bzdury, które opowiadał ten facet. Ale przyjęła inną rozmowę. Przemówiła jakaś
rozpaczliwie pozbawiona godności kobieta.

- Och, Ariel, dziękuję ci, i bardzo dziękuję Gustafowi, że z nami porozmawiał. Nie masz

pojęcia, ile to dla mnie znaczy, słyszeć tak starą i mądrą istotę.

- No już, już, moja droga, cała przyjemność po mojej stronie - odparł łaskawie Gustaf.
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  wy,  wampiry,  nie  udzielacie  się  bardziej.  Tyle  widzieliście,

macie takie doświadczenie. Wiele moglibyśmy się od was nauczyć. I myślę, że świat byłby
lepszym miejscem, gdyby wampiry mogły nam przewodzić...

Ariel weszła jej w słowo.
- Więc mówisz, że twoim zdaniem wampiry byłyby dobrymi przywódcami świata?
-  Oczywiście!  Widziały,  jak  rodzą  się  i  upadają  narody.  Lepiej  niż  ktokolwiek  inny

wiedzą, co się sprawdza, a co nie. Byłyby najlepszymi monarchami.

Cudownie. Cholerna rojalistka. Och, ale bym nagadała tej kobiecie, gdyby to była moja

audycja... Ariel była irytująco dyplomatyczna.

- Słyszę, że wyznajesz tradycyjne wartości. I chyba rozumiem, dlaczego podobają ci się

wiecznie młode wampiry.

- Skoro świat byłby lepszy, gdyby one rządziły, to dlaczego tego nie robią? Dlaczego nie

przejmą władzy?

Gustaf roześmiał się, wyraźnie ubawiony w ten swój chłodny, protekcjonalny sposób.
- Och, oczywiście moglibyśmy, gdybyśmy chcieli. Ale chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak

nieśmiała jest większość z nas. Nie lubimy jaskrawych świateł jupiterów.

Byłabym się nabrała.
- Chciałabym przejść do następnej rozmowy. Cześć, Sue, jesteś na antenie - powiedziała

Ariel.

Sue... to ja. Rany, udało się. Znów byłam na antenie... w pewnym sensie. Ha. No więc...

background image

-  Cześć,  Ariel.  Wielkie  dzięki,  że  przyjęłaś  mój  telefon.  -  Znałam  tę  gadkę.  Wiedziałam,

co  mówić,  żeby  wyjść  na  fankę.  Słyszałam  to  setki  razy  z  drugiej  strony.  -Gustafie,  nie
wydaje mi się, żeby wszystkie wampiry były tak wrażliwe i miłosierne, jak sugerujesz. Czy
są  przewodnikami  chroniącymi  lasy  deszczowe,  czy  raczej  pasterzami  tuczącymi  owce  na
rzeź?

Gustaf sapał przez chwilę.
-  Każdy  wampir  był  kiedyś  istotą  ludzką.  Najlepsi  z  nas  nigdy  nie  zapomnieli  o  swoich

korzeniach.

Nawet jeśli musieli wysysać te korzenie do sucha...
- Ale gdyby najgorszym istotom ludzkim dać moc i nieśmiertelność wampira, co byśmy

mieli?  Trzecią  Rzeszę  na  wieki.  Wiesz,  dlaczego  moim  zdaniem  wampiry  nie  przejęły
władzy nad światem?

Boże,  ależ  zadzierałam  nosa.  Nie  cierpiałam,  kiedy  tacy  ludzie  dzwonili  do  mojego

programu. Cholerne alfy i omegi.

- Dlaczego? - spytała Ariel.
- Żeby nie psuć sobie image'u.
- Image'u? - powtórzyła Ariel. Była ubawiona, co mnie zdenerwowało.
- Właśnie tak. Ta poza, to muskanie piórek, te rozwlekłe historie o miłości i uwodzeniu,

kiedy prawda jest taka, że nasz Gustaf pewnie jest tylko jakimś zadurzonym dzieciakiem,
który  został  zrobiony  w  bambuko.  Jeśli  te  wszystkie  żałosne,  podstępne  gierki  o
dominację, które mają miejsce w dowolnej grupie, trwają i narastają przez kilka wieków,
powstaje  banda  ludzi  tak  zajętych  głaskaniem  własnego  ego  i  polerowaniem  swojej
reputacji, że nigdy nie znajdą w sobie dość motywacji do przejęcia rządów nad światem.

Gustaf przemówi! wyniośle:
- Spotkałaś kiedyś wampira?
- Znam kilku - odparłam. - I są indywidualnościami, tak jak wszyscy inni. I pewnie to jest

prawdziwy powód, dla którego nie przejęli władzy nad światem. Nie mogą się dogadać w
żadnej sprawie. Czyż nie mam racji, Gustafie?

Wtrąciła się Ariel:
- Sue, mam wrażenie, że to wszystko trochę cię złości. Dlaczego?
Nie  spodziewałam  się  tego  pytania.  Szczerze  mówiąc,  myślałam  raczej,  że  teraz

przejdzie już do następnego rozmówcy. Ale nie, ona mnie sondowała, co zmuszało mnie
do  decyzji:  odpowiedzieć  na  jej  pytanie  czy  je  olać?  Jak  zrobić  z  niej  idiotkę,  żeby  samej
na nią nie wyjść?

Nagle  do  mnie  dotarło:  nie  cierpiałam  być  po  tej  stronie  radia.  Ale  teraz  już  nie

mogłam się zatrzymać.

- Złości? Nie jestem zła. To nie jest złość, tylko sarkazm.
-  Pytam  serio  -  powiedziała  Ariel,  nie  odpuszczając.  -Nasza  ostatnia  rozmówczyni

praktycznie wielbi wampiry. Dlaczego ty jesteś na nie taka wściekła?

Bo siedzę w lesie i to jest wyłącznie moja wina. Bo gdzieś po drodze straciłam kontrolę

nad swoim życiem. Mam dość stereotypów - powiedziałam. - Nie podoba mi się, że tylu
ludzi się nimi kieruje.

- Ale nie boisz się wampirów. Twój gniew nie wynika ze strachu.

background image

-  Nie,  nie  wynika  ze  strachu  -  odparłam,  zła  na  siebie  za  niepewność  w  głosie.

Doskonale  wiedziałam,  jak  niebezpieczne  potrafią  być  wampiry,  szczególnie  kiedy
natkniesz się na któregoś z nich sam na sam w ciemnym pokoju. Widziałam to na własne
oczy.  Wręcz  cuchnęły  niebezpieczeństwem.  A  ona  tu  promowała  jednego  z  nich  jak
jakiegoś cholernego filantropa.

- Czego więc się boisz?
Przegranej. Bałam się przegranej. Ona miała program, a ja nie. Powinnam jej zadawać

trudne pytania.

Zamiast tego powiedziałam tylko:
- Niczego się nie boję. I rozłączyłam się.
Radio  było  wyłączone,  więc  w  chacie  zapanowała  cisza.  Kusiło  mnie,  żeby  włączyć

odbiornik  z  powrotem  i  posłuchać,  co  Ariel  powie  o  mojej  nagłej  rejteradzie,  a  także  co
Gustaf  ma  jeszcze  do  powiedzenia  na  temat  wrodzonej  szlachetności  wampirów.  Rzadki
przypływ mądrości nie pozwolił mi tego zrobić. Ariel i Gustaf mogli się nawzajem zagadać
na śmierć.

Zamachnęłam się, żeby cisnąć telefonem, ale, o dziwo, powstrzymałam się. Byłam zbyt

zmęczona, żeby nim rzucać.

Ha. Kim ona była, żeby oskarżać mnie o to, że się boję? Była babką, która ma program

w  radiu,  ot  co.  Nie  mogłam  spać.  Pławiłam  się  w  samozadowoleniu  z  potężnego  ciosu,
który zadałam konkurencji.

Hm, z potężnego ciosu czy zwykłego głupiego dowcipu? Byłam jak dzieciak, który rzuca

kamieniami w nawiedzony dom.

Ariel nawet się przeze mnie nie zająknęła. Następnym razem pójdzie mi lepiej.
Prawda  była  taka,  że  upadłam  naprawdę  nisko:  anonimowe  telefony,  po  których

przychodziły ataki bezsenności.

Biegać. Pozwól mi pobiegać.
Niepokój  przerodził  się  w  potrzebę.  Wilczyca  nie  spała  i  nie  chciała  się  uciszyć.

Chodźmy, chodźmy... Nie.

Ostatnim  razem  też  tak  było:  nie  mogłam  spać,  a  nocny  las  wzywał.  Wiedziałam,  że

bieganie na czterech łapach przez parę godzin wykończy mnie do tego stopnia, że zasnę
jak kamień. No i obudziłam się goła w lesie, wściekła na siebie, że do tego dopuściłam. To
ja tu rządziłam, do cholery, a nie druga strona mojej natury.

Położyłam  się  w  spodniach  od  dresu  i  koszulce  na  ramiączkach.  Powietrze  było  suche

od żaru i przesiąknięte zapachem popiołu z piecyka. Nie było mi zimno, ale opatuliłam się
w  koce,  owijając  się  w  nie  po  samą  szyję.  Naciągnęłam  poduszkę  na  głowę.  Musiałam
zasnąć.  I  może  nawet  udało  mi  się  na  minutę  czy  dwie.  Może  nawet  śniłam,  ale  nie
pamiętałam o czym.

Pamiętałam  tylko,  że  szamotałam  się  w  wacie,  usiłowałam  wydrapać  sobie  drogę

spośród  gąszczu  włókien,  bo  coś  było  nie  tak,  jakiś  zapach  w  powietrzu,  nieokreślony
dźwięk, który nie miał racji bytu.

Powinnam  słyszeć  tylko  wiatr  w  koronach  drzew,  od  czasu  do  czasu  trzask  suchego

drewna  w  piecyku,  ale  do  moich  uszu  dobiegło  coś  innego...  szeleszczące  liście,  kroki.
Śniłam  o  skokach  wilczycy,  biegnącej  po  suchych  liściach  w  lesie.  Poluje  i  jest  w  tym

background image

bardzo dobra.

Prawie  włazi  na  królika,  zanim  ten  rzuca  się  do  ucieczki.  Ma  czas  przebiec  tylko  krok,

zanim  ona  dopada  go,  gryzie,  a  królik  wydaje  śmiertelny  krzyk...  Krzyk  królika  był
strasznym,  piskliwym,  wykręcającym  wnętrzności,  przypominającym  gwizd  czajnika
skrzeczeniem;  ten  dźwięk  nie  miał  prawa  się  wydobyć  z  tak  uroczego,  puchatego
stworzonka.

Poderwałam się z łomoczącym sercem, cała w nerwach.
Hałas  trwał  ledwie  sekundę,  potem  zapanowała  cisza.  Dobiegł  tuż  spod  moich  drzwi.

Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam: wiatr wśród drzew, syk głowni w piecyku.

Odrzuciłam koce i wstałam z łóżka.
Stąpając  boso,  cicho  po  drewnianej  podłodze,  przeszłam  do  pokoju  od  frontu.  Moje

serce  nie  chciało  zwolnić.  Może  będziemy  musiały  uciekać,  może  będziemy  musiały
walczyć.  Zwinęłam  palce,  czując  zaczątki  pazurów.  Gdybym  musiała,  mogłam  się
przemienić w wilczycę. Mogłam walczyć.

Przez  chwilę  patrzyłam  w  okno,  czekając  na  jakieś  poruszenie,  cień.  Widziałam  tylko

drzewa po drugiej stronie polany, ciemne kształty obrzeżone srebrnym światłem księżyca.
Zrobiłam  powolny  wdech,  mając  nadzieję,  że  wywącham  niebezpieczeństwo,  ale  zapach
piecyka zdominował powietrze w pomieszczeniu.

Dotknęłam klamki u drzwi. Powinnam odwlec to do rana. Należało poczekać na światło

słońca, na bezpieczeństwo. Ale coś krzyknęło na mojej werandzie. Może mi się przyśniło.

Otworzyłam drzwi.
No i był tam, rozciągnięty przede mną. Uderzył mnie odór krwi i żółci. Śmierdział, jakby

został wypatroszony. Królik leżał jak długi, z głową odgiętą do tyłu, z futerkiem na gardle i
brzuchu  -  ciemnym,  posklejanym  i  porwanym.  Ale  sądząc  po  zapachu,  powinien  leżeć  w
kałuży krwi. W ogóle nie pachniał jak królik - czułam tylko flaki i śmierć.

Nos  mnie  swędział,  nozdrza  drżały.  Ja  -  wilczyca  -czułam  krew,  tę  gęstą,  z  samego

wnętrza zwierzęcia, które umarło od głębokich ran. Wiedziałam, jaki to zapach, bo sama
zadawałam królikom takie rany.

Krew była tutaj, tyle że nie przy króliku.
Otworzyłam drzwi odrobinę szerzej i spojrzałam na nie.
Ktoś krwią namalował na nich krzyż.

 

background image

Rozdział 3

 

Nie wróciłam do łóżka. Zamiast tego dorzuciłam kilka polan do piecyka, pogrzebałam w

ogniu,  aż  buchnęło  gorącem,  opatuliłam  się  kocem  i  zwinęłam  w  kłębek  na  kanapie.  Nie
wiedziałam, co martwiło mnie bardziej: to, że ktoś wymalował mi krwią krzyż na drzwiach,
czy to, że nie miałam pojęcia, kto to zrobił. Po przedśmiertnym krzyku królika niczego nie
widziałam ani nie słyszałam. Nie poczułam nawet śladu zapachu miętówki. Co więcej, nie
pamiętałam,  czy  krzyk  królika  tylko  mi  się  przyśnił,  czy  słyszałam  go  naprawdę.  Czy  był
rzeczywisty i przedarł się do mojego snu, czy wymyśliła go moja podświadomość.

Tak  czy  inaczej,  wyglądało  na  to,  że  ktoś  zabił  królika,  wysmarował  krwią  drzwi,  a

potem zniknął. Gdy tylko zrobiło się jasno, zadzwoniłam na policję.

Dwie godziny później siedziałam po turecku na werandzie - na samym końcu, aby być

jak najdalej od truchła - i obserwowałam szeryfa okręgowego i jednego z jego zastępców,
którzy  dokonywali  oględzin  drzwi,  werandy,  martwego  królika  i  podjazdu.  Szeryf  Avery
Marks  był  mężczyzną  w  średnim  wieku  i  wyglądał  na  zmęczonego.  Miał  przerzedzone
brązowe  włosy,  świeży  mundur,  a  na  nim  wielką  kurtkę  z  futrzanym  kapturem.  Jego
czynności  polegały  na  staniu  na  werandzie  i  przyglądaniu  się  przez  pięć  minut  drzwiom,
następnie  na  przykucnięciu  przy  króliku  i  wpatrywaniu  się  w  niego  przez  kolejne  pięć
minut, w końcu na staniu na ziemi z rękami na biodrach i patrzeniu na całokształt przez
około dziesięciu minut.

Jego  zastępca,  brodaty  facet  po  trzydziestce,  chodził  wokół  chaty  i  po  polanie  przed

nią, gapił się na ziemię, robił zdjęcia i pisał coś w notesie.

- Niczego pani nie słyszała? - spytał Marks po raz trzeci.
-  Wydawało  mi  się,  że  usłyszałam  pisk  królika  -  odparłam.  -  Ale  jeszcze  spałam.  Albo

byłam w półśnie. Dokładnie nie pamiętam.

-  Mówi  pani,  że  nie  pamięta,  czy  coś  słyszała?  -  Wydawał  się  sfrustrowany  moimi

odpowiedziami i nie dziwiłam mu się.

- Wydawało mi się, że coś słyszałam.
- Która to była godzina, mniej więcej?
- Nie wiem. Nie patrzyłam na zegarek.
Pokiwał  mądrze  głową.  Nie  mam  pojęcia,  jaką  informację  mogła  mu  dać  moja

odpowiedź.

- Na moje oko wygląda to na jakiś głupi kawał -stwierdził.
Kawał? Nie był śmieszny. Ani trochę.
- Czy ktoś stąd mógłby uznać coś takiego za śmieszne?
- Pani Norville, przykro mi o tym mówić, ale jest pani na tyle znana, że może pani być

obiektem tego rodzaju wybryków.

Doprawdy?
- W takim razie co ma pan zamiar z tym zrobić?
- Proszę mieć otwarte oczy. Jeśli zobaczy pani coś podejrzanego, kogoś, kto się tu kręci,

proszę dać mi znać.

- Ma pan zamiar zrobić cokolwiek?

background image

Zmarszczył brwi i zmierzył mnie protekcjonalnym spojrzeniem, jakie eksperci rezerwują

dla nieoświeconych.

- Popytam w okolicy, posprawdzam parę rzeczy. To jest mała społeczność. Coś w końcu

wyjdzie na jaw. - Odwrócił się w stronę swojego sumiennego zastępcy. - Hej, Ted, tylko na
pewno  zrób  zdjęcia  tych  śladów  opon.  -  Wskazywał  na  odciski  wychodzące  spod  kół
mojego samochodu.

Facet nie napawał mnie nadzieją.
- Jak... jak mam to posprzątać? - spytałam. Chwała Bogu, że była zima. Smród nie stał

się jeszcze nieznośny i nie było much.

Wzruszył ramionami.
- Zmyć wężem? Pochować królika? Czułam się, jakbym gadała ze ścianą.
W domu zadzwoniła komórka; słyszałam ją z werandy.
- Przepraszam, powinnam odebrać.
- Proszę to zrobić. Dam pani znać, jak się czegoś dowiem.
Marks  i  jego  zastępca  ruszyli  do  samochodu,  zostawiając  mnie  samą  z  tą  jatką.  Kiedy

zniknęli, poczułam dziwną ulgę.

Ominęłam  królika,  przeszłam  przez  drzwi,  nie  dotykając  krwi,  i  wzięłam  telefon.

Identyfikacja  numeru  wskazywała,  że  to  mama.  Jej  cotygodniowy  telefon.  Mogła  wybrać
bardziej odpowiedni moment. Ale, o dziwo, zdałam sobie nagle sprawę, że bardzo chcę ją
usłyszeć.

-  Cześć  -  powiedziałam.  Mój  głos  brzmiał  płaczliwie.  Mama  pewnie  pozna,  że  coś  jest

nie tak.

- Cześć Kitty. Tu mama. Jak się masz?
Gdybym  jej  powiedziała,  co  się  wydarzyło,  byłaby  przerażona.  Potem  upierałaby  się,

żebym  przyjechała  pomieszkać  z  nią  i  tatą,  gdzie  byłabym  bezpieczna.  A  przecież  nie
mogłam  tego  zrobić.  Miesiąc  temu  musiałam  się  tłumaczyć  milion  razy,  dlaczego  nie
przyjadę  na  Boże  Narodzenie.  Nie  miałam  wyboru:  wataha  z  Denver  mnie  wygnała.
Gdybym  wróciła,  a  oni  by  się  o  tym  dowiedzieli,  mogłabym  mieć  problem  z  ponownym
wyjazdem. Nie bez kłótni. Wielkiej walki. A mama ciągle mi truła.

- Mieszkamy w Aurorze - powiedziała. - Aurora to nie Denver, na pewno by zrozumieli.
Właściwie  miała  rację,  Aurora  to  przedmieścia,  ale  w  pojęciu  watahy  wszystko  w

promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów liczyło się jako Denver.

Muszę się postarać, żeby rozmowa była krótka. Bez wielu kłamstw. Cholera.
- Bywało lepiej.
- Co się dzieje?
-  Książka  nie  idzie  mi  tak  dobrze,  jak  bym  chciała.  Zaczynam  myśleć,  że  ten  przyjazd

tutaj, ta ucieczka od wszystkiego, mogły być błędem.

- Jeśli potrzebujesz dachu nad głową, zawsze możesz zostać u nas, jak długo zechcesz.
Znowu się zaczyna.
- Nie, nie trzeba. Może po prostu mam zły dzień. Zły tydzień? Miesiąc?
- A jak tam inne sprawy? Jeździłaś na nartach?
Nie  miałam  absolutnie  nic  do  powiedzenia.  A  przynajmniej  nic,  o  czym  mogłabym

rozmawiać, nie wpadając w histerię.

background image

- Nie, właściwie nawet nie myślałam o nartach. Wszystko jest w porządku, naprawdę. A

co słychać u ciebie? Jak tam wszyscy?

Mama  zaczęła  powtarzać  plotki.  O  wszystkich,  włączając  w  to  ją,  tatę,  moją  starszą

siostrę  Cheryl,  jej  męża  i  dwójkę  ich  dzieci,  modelową  rodzinę  z  przedmieścia.  Tematy
dotyczyły polityki biurowej, osiągnięć w tenisie, pierwszych kroków, pierwszych słów, kto
gdzie  poszedł  na  kolację,  którzy  z  kuzynostwa  wpakowali  się  w  jakie  kłopoty  i  kto  z
ciotecznych  babć  i  stryjecznych  dziadków  trafił  do  szpitala.  Nigdy  nie  mogłam  dojść  do
końca,  kto  jest  kim.  Ale  brzmiało  to  zwyczajnie,  a  mama  wydawała  się  szczęśliwa,  więc
mój strach trochę zbladł. Dzięki niej nie traciłam kontaktu z rzeczywistością, stąpałam po
ziemi. Może i wyemigrowałam do lasu, ale ciągle miałam rodzinę, a mama dzwoniła jak w
zegarku, co niedzielę.

Skończyła  rozmowę,  wymuszając  na  mnie  obietnicę,  że  będę  na  siebie  uważać  i

zadzwonię,  gdybym  czegokolwiek  potrzebowała.  Obiecałam,  jak  co  tydzień.  Nieważne,  w
jakich byłam tarapatach i co zostało wybebeszone na mojej werandzie - wszystko było jak
zwykle.

Po tej rozmowie poczułam się trochę bardziej na siłach, żeby poradzić sobie z sytuacją.

Zmyć, powiedział szeryf Marks. Poszłam po wiadro wody i szczotkę. I worek na śmieci.

Przez  kilka  następnych  nocy  w  ogóle  nie  spałam.  Nasłuchiwałam  kroków,  odgłosów

kolejnego zwierzęcia zarzynanego pod frontowymi drzwiami. Niepokój mnie dobijał.

Ludzka cywilizacja z dnia na dzień stawała się coraz mniej atrakcyjna. W ciągu dnia już

nawet  nie  próbowałam  wypocić  choćby  kilku  stron  wspomnień.  Nawet  nie  włączałam
komputera. Siedziałam na kanapie i gapiłam się przez okno na las. Mogłabym tam pójść i
już nigdy nie wrócić. To byłoby takie łatwe.

W  środku  kolejnej  bezsennej  nocy  coś  usłyszałam.  Usiadłam  z  łomoczącym  sercem,

zastanawiając się, co się dzieje i jak mam zareagować. Ale to nie były kroki na werandzie.
Nic  nie  krzyczało.  Usłyszałam  chrzęst  żwiru,  dźwięk  pojazdu  toczącego  się  po  drodze
prowadzącej  do  chaty.  Poczułam  ucisk  w  gardle,  miałam  ochotę  warknąć.  Ktoś  naruszał
moje terytorium.

Wstałam i wyjrzałam przez okno.
Na polanę wpadł jeep, o wiele za szybko; gdy hamował, lekko go zarzuciło.
Moje  ramiona  spięły  się,  palce  podwinęły,  chcąc  się  zmienić  w  pazury.  Podeszłam  do

drzwi,  otworzyłam  je  na  tyle  szeroko,  żeby  móc  stanąć  w  progu,  i  spojrzałam  gniewnie.
Gdyby intruz rzucił mi wyzwanie, mogłam się z nim zmierzyć.

Ale  znałam  tego  jeepa  i  mężczyznę  wysiadającego  z  niego  po  stronie  kierowcy.  Był  po

trzydziestce, z kasztanowatymi włosami i wąsem; miał na sobie skórzaną kurtkę, czarny T-
shirt  i  dżinsy,  i  rewolwer  w  kaburze  przy  pasku.  Cormac,  łowca  wilkołaków.  Nigdy  nie
widziałam  go  tak  spanikowanego.  Nawet  stąd  mogłam  dostrzec,  że  za  szybko  oddycha,  i
czułam, że jest spocony jak mysz.

Opierając się o maskę, obszedł jeepa od przodu i krzyknął:
-  Norville!  -  Odszedł  kilka  kroków  od  samochodu,  gapiąc  się  na  mnie  wściekłym

wzrokiem...  rzucając  mi  wyzwanie;  wilczyca  we  mnie  nie  mogła  tego  spojrzenia  odczytać
inaczej.  Głos  miał  zachrypnięty.  -  Norville,  chodź  tutaj.  Potrzebuję  twojej  pomocy.  -
Wskazał jeepa, jakby to miało wszystko wyjaśnić.

background image

Nie  odezwałam  się.  Byłam  zbyt  osłupiała.  I  bardzo  nieufna.  Wyglądał,  jakby  chciał  się

na  mnie  rzucić,  zaatakować  z  dzikim  wrzaskiem.  Wiedziałam,  że  gdyby  chciał,  mógłby
mnie zabić. Nie ruszyłam się.

- Norville... Kitty, Jezu, co z tobą?
Pokręciłam  głową.  Trwałam  w  jakimś  wilczym  transie.  To  było  tak  dziwaczne,  że  nie

mogłam dojść do siebie. Spytałam podejrzliwie:

- Co ci się stało?
Cierpienie wykrzywiło jego twarz.
- Chodzi o Bena. Został pogryziony.
- Pogryziony? - Wiadomość walnęła mnie w brzuch i posłała dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
- Wilkołak - powiedział, wypluwając z siebie to słowo. - Został zarażony.
 

background image

Rozdział 4

 

Podbiegłam do jeepa. Cormac poprowadził mnie do drzwiczek pasażera i otworzył je.
Ben  siedział  na  fotelu,  rozluźniony,  z  głową  opadającą  na  bok...  nieprzytomny.  Jego

koszula  po  prawej  stronie  była  zalana  krwią.  Materiał  został  rozdarty  na  ramieniu,  a
skóra pod nim była poszarpana. Ślady zębów wskazywały, w którym miejscu wilk zacisnął
szczęki  na  jego  barku.  Obok  widniała  druga  rana  -  jeszcze  bardziej  poszarpany  kawał
mięsa  wyrwany  koło  bicepsa  -  miejsce,  w  którym  bestia  zatopiła  zęby  i  szarpnęła.  Ślady
ugryzień  były  też  widoczne  na  przedramieniu.  Musiał  osłaniać  się  ręką.  Wszystkie  rany
przestały krwawić, były zalepione zaschniętą krwią i zaczynały się tworzyć na nich grube,
czarne strupy.

Cormac ich nie opatrzył, a mimo to zaczynały się już goić.
Nie  byłoby  tak,  gdyby  ran  nie  zadał  wilkołak.  Gdyby  Ben  nie  został  zarażony

likantropią.

Zakryłam dłonią usta i po prostu się gapiłam, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.
- Nie wiedziałem, co robić - powiedział Cormac. - Musisz mu pomóc.
Surrealistyczne mrowienie, wrzenie krwi w żyłach zaczęło zastępować odrętwienie.
- Zanieśmy go do domu.
Dotknęłam jego szyi - puls mu wariował, jakby biegł, a nie siedział bezwładnie na fotelu

przez  pięć  godzin  jazdy.  Musnęłam  jego  policzek.  Skóra  Bena  płonęła  od  gorączki.
Spodziewałam  się  tego,  bo  sama  przez  to  przeszłam.  Śmierdział  intensywnie,  słono,  jak
choroba i strach.

Poruszył  głową,  zacisnął  powieki.  Wydał  z  siebie  dźwięk,  półprzytomne  stęknięcie,

odwrócił  głowę  w  stronę  mojej  dłoni  i  głęboko  odetchnął.  Jego  ciało  zesztywniało,  nagle
się prostując; przycisnął głowę do zagłówka i otworzył oczy.

-  Nie.  -  Gwałtownie  chwycił  powietrze  i  zaczął  walczyć,  odpychając  mnie  od  siebie,

rzucając  się  w  panice.  Zaczynał  mieć  wyostrzony  węch.  Pachniałam  inaczej  i  jego  zmysły
mówiły mu o niebezpieczeństwie.

Złapałam  Bena  za  jedno  ramię,  Cormac  za  drugie,  i  wyciągnęliśmy  go  z  jeepa.

Chwyciłam go pod pachę i próbowałam podeprzeć, ale on przeniósł ciężar ciała i szarpnął
się do tyłu, próbując uciec. Zaparłam się, podtrzymując go w pionie; jakimś cudem udało
mi się go nie puścić. Cormac trzymał go mocno i z zaciętą miną wlókł przyjaciela w stronę
chaty.

Ben  miał  otwarte  oczy;  z  przerażeniem  gapił  się  na  cienie,  wspomnienia  wciąż  targały

jego nerwy.

Wreszcie spojrzał prosto na Cormaca.
- Zabij mnie - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Powinieneś mnie zabić.
Cormac, podtrzymując Bena pod ramię, niemal dźwignął go z ziemi, kiedy wchodziliśmy

po schodkach na werandę.

- Cormac! - fuknął Ben twardym głosem, przypominającym warknięcie. - Zabij mnie.
W kółko to powtarzał.
Pchnęłam ramieniem uchylone drzwi.

background image

- Do sypialni, tam, z tyłu.
Ben szamotał się słabiej; albo się zmęczył, albo znowu stracił przytomność. Weszliśmy

do sypialni i wciągnęliśmy go na łóżko.

Zaczął  się  wić  i  szlochać.  Szloch  przeszedł  w  krzyk,  u  potem  urósł  do  regularnego

wrzasku. Jego ciało wyginało się w łuk i dygotało, dręczone atakiem. Przytrzymywałam go
za ramiona, leżąc na nim całym ciężarem ciała, a Cormac przygniatał jego nogi.

Przesunęłam dłonie, żeby przytrzymać go za głowę i sprawić, by na mnie spojrzał. Jego

twarz płonęła, była mokra od potu.

-  Ben!  Ćśś,  spokojnie,  spokojnie  -  mruczałam,  próbując  zachować  zimną  krew,  mówić

kojącym tonem, ale sama miałam serce w gardle.

W  końcu  uchwyciłam  jego  spojrzenie.  Otworzył  szerzej  oczy  i  spojrzał  na  mnie;  nie

odwrócił wzroku. Wyciszył się.

- Ben, nic ci nie będzie. Wszystko w porządku. Uspokój się.
Powtarzałam te słowa automatycznie, bez wiary; nie wiem, dlaczego się spodziewałam,

że mu pomogą.

- Kitty. - Skrzywił się, wzdrygnął; wyglądał, jakby znów miał zacząć krzyczeć.
- Proszę cię, Ben, proszę, uspokój się.
Zamknął  oczy,  odwrócił  głowę...  i  wreszcie  się  rozluźnił,  jakby  zalała  go  fala  ukojenia.

Przestał się szamotać.

- Co się stało? - spytał Cormac.
Oddech Bena był płytki i szybki, a serce wciąż gnało jak szalone. Odgarnęłam mu z czoła

mokre,  zlepione  włosy  i  odwróciłam  jego  głowę  z  powrotem  twarzą  do  mnie.  Nie
zareagował na mój dotyk.

- Stracił przytomność - odparłam z westchnieniem. Cormac powoli rozluźnił uchwyt na

nogach  Bena  i  usiadł  na  brzegu  łóżka.  Ben  się  nie  ruszył,  nawet  nie  drgnął.  Wyglądał  na
chorego, wypompowanego, był zbyt blady na tle szarej kołdry, włosy miał mokre, koszulę
zakrwawioną.  Przywykłam  widzieć  go  w  roli  skupionego,  zdeterminowanego,
opanowanego  prawnika.  Kogoś  zupełnie  innego  niż  teraz.  To  ja  zawsze  wzywałam  go  na
pomoc.

Jak do tego doszło, do diabła?
Nie  spytałam  o  to  Cormaca,  jeszcze  nie.  Łowca  wilkołaków  wyglądał  na  ogłuszonego,

kiedy  gapił  się  na  wyciągnięte  ciało  Bena.  Przyciskał  płasko  dłonie  do  swoich  ud.  Mój
Boże, czy one się trzęsły?

Rozpięłam  koszulę  Bena  i  zdjęłam  ją  z  niego,  delikatnie  odrywając  materiał  w

miejscach, gdzie zaschnięta krew przylepiła ją do skóry. Poziom adrenaliny spadał, a moje
członki stawały się wiotkie jak papierowe chusteczki. Łamiącym się głosem spytałam:

- O czym on mówił? Dlaczego chciał, żebyś go zabił? Cormac?
Mężczyzna przemówił cicho, dziwnym, monotonnym głosem wypranym z emocji.
-  Umówiliśmy  się.  Kiedy  byliśmy  dzieciakami.  To  było  głupie;  zrobiliśmy  tak  tylko

dlatego, że coś takiego nie mogło się nigdy zdarzyć. Gdyby któryś z nas został ugryziony,
drugi miał go zabić. Rzecz w tym, że... - Cormac zaśmiał się gorzko. - Wiedziałem, że gdyby
to  mnie  się  przytrafiło,  Ben  nie  umiałby  dotrzymać  obietnicy.  Nie  martwiłem  się,  bo
wiedziałem, że sam mógłbym się bez problemu zastrzelić. Ale Ben... to było dla niego. Bo

background image

on nie miałby dość ikry, żeby się samemu zabić. Gdyby to przydarzyło się jemu, ja miałem
się tym zająć. To ja jestem tym twardym. Jestem strzelcem. Ale nie mogłem tego zrobić.

Przyłożyłem mu strzelbę do głowy i nie mogłem. Zaczął wrzeszczeć na całe gardło, a ja

musiałem go ogłuszyć, żeby zmusić go do zostania w jeepie.

Widziałam  tę  scenę  w  wyobraźni:  Cormac  trzyma  palec  na  spuście,  napina  go  coraz

mocniej i mocniej, i w końcu odwraca się z grymasem na twarzy. Teraz też się krzywił.

Głos mi drżał, nawet kiedy szeptałam.
- Cieszę się, że go nie zastrzeliłeś.
- On nie.
- Ale będzie.
- Przywiozłem go do ciebie, bo pomyślałem, że jesteś wilkołakiem i dajesz sobie nieźle

radę. Gdyby on mógł być luki jak ty, to byłoby w porządku. Może z nim też będzie okej.

- Będzie okej, Cormac.
Ben bez koszuli wydawał się jeszcze bledszy, bardziej bezbronny. Połowa jego ramienia

była pogryziona, pokryła strupami. Jego klatka piersiowa poruszała się zbyt szybko, łapał
płytkie, gwałtowne wdechy.

- Powinniśmy to oczyścić - powiedziałam. - Będzie nieprzytomny jeszcze przez jakiś czas.

Może nawet parę dni.

- Skąd wiesz? - spytał Cormac.
-  Tak  było  ze  mną.  Byłam  chora  przez  wiele  dni.  Cormac...  -  Wstałam  i  podeszłam  do

niego, wyciągając niepewnie ręce, bo wyglądał, jakby za chwilę miał pęknąć, eksplodować
albo roznieść pokój na strzępy.

Był  sprężony  jak  kot,  który  szykuje  się  do  skoku  na  mysz.  W  kaburze  na  pasku  ciągle

miał  rewolwer.  Musiałam  coś  zrobić,  żeby  przestał  patrzeć  na  Bena.  Dotknęłam  jego
ramienia. Gdy nie podskoczył, nie wzdrygnął się ani mnie nie uderzył, położyłam mu rękę
na ramieniu i ścisnęłam.

Nakrył moją dłoń swoją i też ją uścisnął, a potem wstał i wyszedł z pokoju, znikając we

frontowej części domu. Nie słyszałam otwierania drzwi wejściowych, więc nie wyszedł. Nie
miałam teraz czasu się o niego martwić.

Uzbrojona  w  namoczoną  myjkę  i  suchy  ręcznik,  zmyłam  krew.  Wszystkie  rany,  ślady

zębów  i  rozdarcia  skóry,  zamknęły  się.  Wyglądały  jak  tygodniowe  strupy,  wysuszone,  z
różowymi  obwódkami.  Jego  skóra  była  śliska  od  potu;  wytarłam  go  tak  dobrze,  jak  się
dało. Po półgodzinie oddech Bena zwolnił i wydawało się, że zapadł w normalny sen. Szok
powoli  ustępował.  Wyglądało  na  to,  że  żadna  rana  nie  jest  zakażona.  Likantropia  nie
pozwalała mu chorować. Nie mógł umrzeć, a przynajmniej nie od kilku ugryzień.

Zdjęłam  mu  buty  i  przykryłam  go  zapasowym  kocem.  Jeszcze  raz  odgarnęłam  włosy  z

jego twarzy. Na razie nie mogłam zrobić nic więcej.

Znalazłam Cormaca w kuchni. Stał oparty o blat i gapił się za okno nad zlewem. Słońce

już wstało.

Linia  drzew  wyraźnie  odcinała  się  od  bladego  nieba.  Ale  Cormac  raczej  nie  podziwiał

widoków.

Zajęłam się ekspresem do kawy, hałasując bardziej niż potrzeba.
Tego  wszystkiego  było  dla  mnie  za  wiele.  Cormac  ukazał  mi  obraz  siebie  i  Bena  w

background image

dzieciństwie,  prowadzących  rozmowy  o  wilkołakach,  a  dzieci  nie  zajmowały  się  takimi
sprawami.  A  przynajmniej  nie  na  serio.  Nie  na  poważnie.  Zawsze  podejrzewałam,  że
Cormac  balansuje  na  granicy  choroby  psychicznej,  ale  Ben  myślał  trzeźwo,  był
prawnikiem. Zawsze mnie dziwiło, że przyjmuje mój świat - wilkołaki, wampiry, życie jak w
horrorze  klasy  B  -  tak  z  marszu,  bez  mrugnięcia  okiem.  Byłam  mu  za  to  wdzięczna,  ale
jego reakcja mnie zastanawiała. Jak długo on żył w takim świecie? On i Cormac?

Cholera, nic nie wiedziałam o tych facetach.
Wcisnęłam  guzik,  zapaliła  się  lampka  i  ekspres  zaczął  wesoło  bulgotać.  Oparłam  się

biodrem  o  szafki  kuchenne  i  przyglądałam  się  Cormacowi,  który  wciąż  się  nie  poruszył.
Minutę później zapach świeżej kawy uderzył mnie w nos.

- Jesteś głodny? - spytałam w końcu. - Mam trochę płatków, chyba. Kilka jajek, bekon.
- Nie.
- Spałeś w ogóle? Pokręcił głową.
- Nie sądzisz, że powinieneś?
Znowu  pokręcił  głową.  Szkoda.  Mój  dzień  byłby  o  wiele  łatwiejszy,  gdyby  po  prostu

padł na kanapie i spał przez najbliższych dwanaście godzin.

Kawa  się  zaparzyła.  Nalałam  do  dwóch  kubków  i  postawiłam  jeden  z  nich  na  blacie

obok  niego.  Swój  trzymałam  w  obu  dłoniach,  czując  jego  ciepło,  ale  nie  pijąc.  Za  bardzo
bolał mnie żołądek, żebym mogła cokolwiek wypić.

Musiałam coś powiedzieć.
- Jak to się stało? Jak mogłeś pozwolić na... Jak to możliwe, że został pogryziony przez

wilkołaka?

Cormac  odwrócił  się  od  okna,  założył  ręce  na  piersi  i  zagapił  się  w  przeciwną  ścianę.

Dopiero  teraz  miałam  okazję  dobrze  mu  się  przyjrzeć.  Zmizerniał,  był  załamany  i
wykończony; miał cienie pod oczami.

Nie  golił  się  od  wielu  dni  i  miał  już  zaczątki  brody  do  kompletu  z  wąsami.  Zaschnięta

krew łuszczyła mu się na dłoniach, poplamiła koszulę. Śmierdział brudem, potem i krwią.
Potrzebował prysznica, ale wątpiłam, czy zdołam go na to namówić.

-  Było  ich  dwóch  -  zaczął.  -  Wiedziałem,  że  było  ich  dwóch.  Dlatego  wezwałem  Bena,

żeby mnie osłaniał. Ale to wszystko było popieprzone od samego początku. Zabijali stada
owiec, jednak nikt nigdy nie słyszał żadnego hałasu. Widziałem całe pole usłane zabitymi
owcami, wszystkie rozszarpano na kawałki, a pasterze siedzący w przyczepie kempingowej
trzydzieści metrów dalej niczego nie słyszeli.

Nawet ich psy niczego nie słyszały.
- Skąd wiesz, że to zrobiły wilkołaki?
- Bo do zabicia tego pierwszego wynajęła mnie rodzina. Oni mi powiedzieli.
Pokręciłam głową.
- Jak to?
- Rodzice, rodzice tego dzieciaka.
- Wilk był dzieckiem?
- Nie, miał dwadzieścia lat! To wszystko brzmi nie tak, jak powinno.
-  Więc  się  uspokój.  Zacznij  od  początku.  -  Przysunęłam  kubek  z  kawą  do  twarzy  i

zaczęłam  wdychać  aromatyczną  parę.  Również  musiałam  się  uspokoić,  jeśli  oczekiwałam

background image

tego od Cormaca. Był na skraju wybuchu.

- Wiedzieli, że zamienił się w wilka i zabija owce. Bali się, że zabierze się do łudzi. Nie

potrafili go opanować, więc wezwali mnie.

- Po prostu położyli na nim krzyk? To był ich syn, a oni chcieli jego śmierci?
-  Tam  jest  inny  świat.  Pustynia,  obrzeża  ziemi  Nawahów  Kiedy  zdarza  się  coś  takiego,

oni  widzą  w  tym  zło.  Czyste  zło.  Jedyne,  co  można  zrobić,  to  je  zabić.  Widziałaś  takie
rzeczy, wiesz, że mają rację.

Widziałam i wiedziałam. Tylko nie chciałam tego przyznać.
- I co się stało?
-  Znałem  jego  terytorium,  wiedziałem,  jak  go  znaleźć,  bo  polował  na  żywy  inwentarz.

Ale  dotarłem  tam  i  odkryłem,  że  są  dwa  tropy.  Wilkołaki  są  bardzo  silne,  ale  jeden  nie
mógł wyrządzić aż tylu szkód.

Jego rodzina nie wiedziała, że jest ich dwóch.
- On i wilk, który go przemienił?
- Może. Nie wiem. Nie mieli pojęcia, kim jest ten drugi. Albo nie chcieli mi powiedzieć.

Wtedy  wezwałem  Bena.  Ta  robota  była  mocno  podejrzana,  powinienem  był  po  prostu
stamtąd  odejść.  Zbyt  wiele  rzeczy  nie  pasowało,  choćby  z  tym  hałasem.  Zanim  dotarłem
na  miejsce,  ta  dwójka  zdążyła  dokonać  rzezi  na  trzech  stadach.  Ktoś  powinien  był
cokolwiek usłyszeć.

- Jak ich znalazłeś?
-  Zostawiłem  Bena  przy  jeepie,  z  bronią.  Siedział  na  masce  i  pilnował,  a  ja  poszedłem

podłożyć przynętę.

Niemal  znów  mu  przerwałam.  Przynętę?  To  tak  polował  na  wilkołaki?  Z  przynętą?  Ale

nie chciałam mu przeszkadzać, bo mógłby przerwać opowieść.

- Znalazłem ich od razu. A właściwie jednego. Nie powinno tak być, to okazało się zbyt

łatwe.  I  znów  coś  było  nie  tak,  ponieważ  wilk  miał  czerwone  oczy.  Widziałem  mnóstwo
wilków, i dzikich, i likantropów, ale żaden nie miał czerwonych oczu. Jednak to coś... Jeśli
to  nie  był  wilkołak,  nie  wiem,  czym  mógł  być.  Na  pewno  nie  wyglądał  na  wilkołaka.
Wycelowałem do niego ze strzelby i nagle poczułem, że nie mogę się ruszyć. Nie mogłem
nawet  oddychać.  Już  nieraz  patrzyłem  w  oczy  wilkołakom.  Nigdy  mnie  tak  nie
sparaliżowało. I zginąłbym, to coś na pewno rozerwałoby mi gardło, gdyby Ben właśnie w
tej chwili nie strzelił. Zupełnie jakby ktoś przekręcił wyłącznik, i nagle mogłem się ruszać. I
zobaczyłem Bena leżącego na masce jeepa, a na nim wilka. Nie wiem, czy strzelił i chybił,
czy ten drań po prostu był dla niego za szybki. Ale go dopadł. Ben nawet nie krzyknął.

Słońce zalało polanę przed domem, ale Cormac, odwrócony tyłem do okna, wciąż stał

w cieniu.

- I co zrobiłeś? - szepnęłam. Niemal nie śmiałam oddychać.
-  Zastrzeliłem  wilka.  Miałem  fart,  taki  strzał  zdarza  się  raz  na  milion.  Równie  dobrze

mogłem trafić Bena.

- I co potem?
- Drugi wilk, ten przede mną, krzyknął. Nie zawył, nie zaszczekał. Wrzasnął jak człowiek.

Jak kobieta.

Odwróciłem się, żeby go zabić, ale on już pędził. Strzeliłem do niego, ale uciekł.

background image

- A ten trafiony?
-  To  był  chłopak,  którego  miałem  załatwić.  Strzał  strącił  go  z  jeepa.  Kiedy  do  niego

podbiegłem,  umierał.  Wpakowałem  mu  kulkę  w  głowę.  Przemienił  się  z  powrotem  w
człowieka. Tak jak powinien.

Cormac  postąpił  słusznie.  Chłodna,  racjonalna  część  mojego  umysłu  wiedziała,  że

wilkołak,  który  nad  sobą  nie  panuje  i  zabija  co  popadnie,  jest  zbyt  niebezpieczny,  a
wymiar  sprawiedliwości  nie  ma  nad  nim  żadnej  kontroli.  No  bo  co  można  zrobić,
zadzwonić  na  policję  i  wsadzić  go  do  więzienia?  Co  dziwne,  ta  racjonalna  część  mnie
miała  w  sobie  trochę  wilka,  który  doskonale  wiedział,  co  robić,  gdy  ktoś  z  naszych  za
bardzo  narozrabiał.  To  było  jedyne  wyjście.  Ale  dla  mojej  ludzkiej  natury,  na
emocjonalnym poziomie, wciąż to było morderstwo. I nie potrafiłam pogodzić tych dwóch
punktów widzenia.

- A Ben?
- Przywiozłem go tutaj. Oto cała historia. - Powoli wciągnął powietrze i westchnął. - On

się do tego nie nadaje. Nigdy się nie nadawał.

- Więc dlaczego go w to wciągnąłeś? - Mój głos był zduszony od gniewu.
Cormac wreszcie na mnie spojrzał.
- Bo jest jedynym człowiekiem, któremu ufam. - Podszedł do drzwi sypialni, oparł się o

futrynę i zatopił nieobecne spojrzenie we wnętrzu pomieszczenia.

To nie była prawda, że ufał tylko Benowi. Gdyby tak było, nie przywiózłby go tutaj. Ale

nie powiedziałam tego.

Cormac wyprostował się i odwrócił w drzwiach.
- Mogę się przespać na kanapie?
- Proszę bardzo - odparłam, próbując się uśmiechnąć jak uprzejma gospodyni.
- Przyniosę sobie śpiwór z jeepa. - Podszedł do drzwi i otworzył je.
I zatrzymał się. Patrzył długo, trzymając klamkę i nie wykonując żadnego ruchu.
Na  werandzie  leżał  kolejny  martwy  królik,  wypatroszony  jak  ten  pierwszy.  Nie  byłam

zaskoczona, kiedy spojrzałam na zewnętrzną stronę drzwi i znalazłam krzyż nasmarowany
krwią; świeża czerwień pokrywała zbrązowiałe kontury poprzedniego krzyża. Nie było go,
kiedy Cormac przyjechał tu z Benem.

Przyjechali niezbyt dawno, może godzinę temu. A zatem to się stało w ciągu ostatniej

godziny. Tym razem również niczego nie słyszałam. Oczywiście byłam trochę zajęta.

Jęknęłam.
- No nie, znowu. Cormac spojrzał na mnie.
- Znowu? Od kiedy na twojej werandzie składa się w ofierze zwierzęta?
Wyszłam  na  dwór,  wąchając  powietrze,  patrząc  na  ziemię  i  szukając  śladów  stóp,

czegokolwiek,  co  wskazywałoby,  że  ktoś  tu  był,  i  pomogło  wyjaśnić,  jak  to  się  stało.  Ale
gdyby  sądzić  po  dowodach,  krew  i  flaki  pojawiły  się  znikąd.  Stanęłam  na  werandzie  i
przyjrzałam  się  polanie,  domowi,  całemu  otoczeniu,  które  nawet  w  porannym  świetle
zaczęło się wydawać dziwnie złowrogie. Moja chata nie była już przytulna.

- Chciałam przeżyć Walden, a dostałam Martwe zło

2

 - burknęłam. Stanęłam przodem do

Cormaca. – To drugi. Nie wiesz przypadkiem, co może znaczyć?

Ta scenka pozwoliła mu się w pewien sposób otrząsnąć z niedawnej traumy. Kiedy się

background image

odezwał, w jego głosie brzmiała szczera fascynacja.

- Nie wiem. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że ktoś cię przeklął.
Tak, nawet nie chciało mi się liczyć, na ile sposobów Wróciłam do środka.
- Zadzwonię do szeryfa.
Wyszedł na werandę, ostrożnie obchodząc truchło królika, i powiedział:
- Poczekaj, aż schowam gdzieś broń.
Przeklęta. W tej chwili to słowo było za słabe, żeby opisać moje życie.
Musiałam wyjaśnić szeryfowi Marksowi obecność Cormaca.
-  To  przyjaciel.  Przyjechał  z  wizytą  -  powiedziałam.  Marks  posłał  mi  domyślne

spojrzenie  w  stylu  „nie  obchodzi  mnie,  co  ludzie  robią  w  zaciszu  swoich  domów".  Nie
pozostawiało  wątpliwości,  co  według  niego  dzieje  się  w  zaciszu  mojego  domu.  Cormac
stał na werandzie, oparty o ścianę, i z dystansem obserwował działania policji. Ukrył swój
arsenał - trzy strzelby, cztery sztuki krótkiej broni różnych rozmiarów i kształtów, a także
zamykane na klucz pudło wielkości walizki, w którym było Bóg wie co - pod łóżkiem.

Moim łóżkiem.
Marks i zastępca Ted powtórzyli oględziny i znaleźli równie niewiele wskazówek, jak za

pierwszym razem.

-  No  więc,  zrobię  tak.  Postawię  tu  zastępcę  na  obserwacji  na  dwie  noce  -  powiedział

Marks, kiedy już skończył. -Zadzwonię też do znajomego z policji w Kolorado Springs. To
specjalista  od  satanizmu  i  sekciarskich  obrzędów.  Może  będzie  wiedział  o  jakiejś  grupie,
która działa w okolicy.

- Gdyby to byli sataniści, to czy krzyż nie byłby do góry nogami albo coś w tym stylu?
Jego zniesmaczona mina stała się jeszcze bardziej zniesmaczona.
-  Szeryfie,  nie  sądzi  pan,  że  jestem  celem  przez  to,  kim  jestem?  -  Powinnam  raczej

powiedzieć „czym jestem".

- To możliwe. Będziemy musieli wziąć pod uwagę wszystkie fakty.
Nagle  poczułam  się  jak  czarny  charakter.  To  był  ten  aspekt  bycia  ofiarą,  który  kazał

zadawać sobie pytanie, czym sobie na to zasłużyłam.

-  Zaczniemy  obserwację  już  dzisiaj  w  nocy.  Życzę  pani  lepszego  ranka.  -  Marks  i  Ted

podeszli do samochodu i odjechali, znów zostawiając mnie z jatką na werandzie.

Cormac kiwnął głową, wskazując odjeżdżający radiowóz.
- Małomiasteczkowy glina nie ma pojęcia o takich rzeczach.
- A ty masz?
- To magia krwi.
- No tak. Ale jakiego rodzaju? Kto to robi?
- A kogo ostatnio wkurzyłaś? - Miał tupet, żeby się do mnie uśmiechnąć.
Oparłam się o balustradę i westchnęłam.
- Nie mam pojęcia.
- Dojdziemy do tego. Masz łopatę i wąż ogrodowy? Zajmę się tym.
To już było coś.
- Dzięki.
Kiedy znów zajrzałam do Bena, zobaczyłam, że przekręcił się na bok i zwinął w kłębek,

szczelnie  otulając  kocem.  Jego  skóra  nabierała  koloru,  a  rany  goiły  się  pod  strupami.

background image

Dotknęłam jego czoła: ciągle miał gorączkę. I nadal się trząsł.

W  pokoju  czuć  było  dziwny  odór  potu  i  choroby  i  własny  zapach  Bena,  w  którym

rozróżniałam woń jego ciuchów, wody po goleniu i pasty do zębów. I czegoś jeszcze. Jego
zapach  się  zmieniał,  coś  dzikiego  i  piżmowego  zakradało  się  między  zwykłe  wonie
cywilizacji.  Zawsze  wyobrażałam  sobie  to  jako  sierść  pod  skórą  -  byt  to  zapach  innego
likantropa, który był tutaj, w pokoju, wraz ze mną. Moje likantropiczne ja, moja wilczyca
ożywiła  się,  poruszyła  pod  moimi  zmysłami,  zaciekawiona.  Chciała  go  ocenić:  przyjaciel,
rywal, wróg, alfa, własne stado, cudze stado, kto?

Przyjaciel. Miałam nadzieję, że wciąż będzie przyjacielem, kiedy się obudzi.
Zmusiłam  go,  żeby  napił  się  wody.  Z  pomocą  Cormaca  uniosłam  jego  barki,

podtrzymałam głowę i przystawiłam mu szklankę do ust. Wylało się tyle samo, ile wpadło
do  środka,  ale  jego  gardło  się  poruszyło  -  wypił  trochę.  Nie  obudził  się,  ale  zaczął  się
wiercić, zaciskając powieki i jęcząc cicho.

Szeptałam kojąco, mając nadzieję, że nie wybije się ze snu. Musiał odpoczywać, dopóki

jego  ciało  nie  wydobrzeje.  Potem  zmusiłam  Cormaca,  żeby  coś  zjadł.  Nie  chciał  mi
powiedzieć, kiedy jadł ostatnio ani kiedy spał.

Być może parę dni temu. Usmażyłam jajka i bekon. Jeszcze nie spotkałam mięsożercy,

który mógłby się oprzeć jajkom i bekonowi. A Cormac z całą pewnością był mięsożercą.

Po śniadaniu rozwinął śpiwór na kanapie i położył się. Był jasny dzień, ale on ułożył się

na  boku  i  zasnął  natychmiast,  oddychając  głęboko  i  miarowo.  Zazdrościłam  mu  tej
zdolności zasypiania gdziekolwiek i kiedykolwiek.

Usiadłam  przy  biurku,  bo  nie  miałam  innego  miejsca  do  siedzenia,  ale  nie  włączałam

komputera.

Zwiesiłam głowę i położyłam się na stole.
Pomyślałam, że więcej nie zniosę. Dotarłam do granicy. Jeśli kiedykolwiek przemiana w

wilka wydawała mi się dobrym pomysłem, to właśnie w tej chwili.

- Norville?
Zaskoczona, wyprostowałam się. Cormac jednak nie spał. Podparł się na łokciu.
- Dziękuję - powiedział.
Popatrzyłam  mu  w  oczy.  Zobaczyłam  w  nich  potworne  zmęczenie.  Brak  nadziei.

Powiedziałam  mu  wcześniej,  że  z  Benem  będzie  okej,  ale  nie  wiedziałam,  czy  w  to
uwierzył.

- Nie ma sprawy. - Cóż innego mogłam powiedzieć?
Odwrócił się tyłem do mnie i zasnął.
 

background image

Rozdział 5

 

Włączyłam komputer i zaczęłam pisać. Wszystko, co mi przyszło do głowy: o niemiłych

niespodziankach fundowanych znienacka przez życie, o wydarzeniach, które sprawiają, że
przyjaciele  zjawiają  się  na  twoim  progu,  błagając  o  pomoc,  nawet  kiedy  czujesz,  że  życie
nieodwołalnie  wyrwało  się  spod  kontroli.  Człowiek  jakimś  cudem  robi,  co  musi.  Pędzi
przed  siebie  i  ma  nadzieję,  że  będzie  dobrze.  Pisałam  o  tym,  jak  to  jest  znaleźć  się  pod
ścianą, i zrobiłam listę powodów, dla których musiałam pozostać człowiekiem. Czekolada,
jak  zawsze,  była  na  jednym  z  pierwszych  miejsc.  Siedziałam  w  kuchni  i  jadłam
czekoladowe ciastka, kiedy Cormac się obudził. Było już po zmroku.

Patrzyłam przez okno tam, gdzie nieopodal wylotu drogi stał samochód zastępcy Teda,

ukryty  między  drzewami.  Zauważyłam  go,  kiedy  włączył  światło  w  szoferce,  żeby  zjeść
kanapkę.

Cormac usiadł, przetarł twarz i przeciągnął się, wyginając plecy do tyłu i unosząc ręce.

Coś chrupnęło.

- Na co patrzysz?
-  Zobacz  -  powiedziałam.  -  To  ci  się  spodoba.  Przyszedł  do  kuchennej  części,  a  ja

odsunęłam się na bok i zrobiłam mu miejsce, żeby mógł wyjrzeć przez okno.

Zastępca  szeryfa  wciąż  miał  zapalone  światło,  przez  co  jego  samochód  jarzył  się  jak

latarnia morska wśród drzew. Cormac prychnął drwiąco.

- Nikogo nie złapią, jeśli tak wygląda obserwacja w ich wydaniu.
Dopóki  ten  gliniarz  tam  siedzi,  nikt  nie  zbliży  się  na  odległość  kilometra  do  mojego

domu, żeby rzucać jakąkolwiek klątwę. A w każdym razie nikt inteligentny.

- Przynajmniej rano nie będę miała króliczych flaków na całej werandzie.
-  Jesteś  wilkołakiem,  myślałem,  że  lubisz  takie  rzeczy.  Świeże  mięso  z  dostawą  prosto

pod drzwi. Może to tajemniczy wielbiciel.

- Dziękuję bardzo, ale wolę sama sobie wybierać padlinę.
- Będę pamiętał.
Założył  ręce,  oparł  się  o  szafki  i  spojrzał  na  mnie.  Zamrugałam,  usiłując  wymyślić

dowcipną odpowiedź. W końcu podsunęłam mu torbę, którą trzymałam w ręce.

- Ciasteczko? Pokręcił głową.
- Jak tam Ben?
- Śpi. A jak tam ty?
- Czuję się jak głupek. Ciągle myślę, co mogłem zrobić inaczej.
-  To  niepodobne  do  ciebie.  Ty  jesteś  raczej  typem  faceta,  który  wali  przed  siebie  z

opuszczoną  głową,  strzelając  ze  wszystkich  luf.  Rozpamiętywanie  przeszłości  nie  jest  w
twoim stylu.

- Nic o mnie nie wiesz.
Wzruszyłam ramionami, przyznając mu rację.
-  Więc  jak  to  z  tobą  jest?  Ty  wiesz  wszystko  o  mojej  mrocznej  przeszłości.  Ja  nic  nie

wiem o twojej.

- Próbujesz mnie podpuścić - powiedział i uśmiechnął się drwiąco.

background image

- Nie możesz mieć mi za złe, że próbuję.
- Baw się w to w swojej audycji.
Auć.  Gdybym  tylko  prowadziła  jakąś  audycję.  Przyłapałam  się  na  myśli,  jak  wielką

przysługę  musiałabym  wyświadczyć  Cormacowi,  żeby  zgodził  się  udzielić  mi  wywiadu  na
antenie, jeśli nie wystarczyło przyjęcie jego i Bena pod swój dach w czarnej godzinie.

Cormac odepchnął się od szafek.
- Masz tu łazienkę?
- Koło sypialni.
Odszedł,  żeby  jej  poszukać.  Minutę  później  usłyszałam  szum  prysznica.  Przynajmniej

będzie  czysty.  Odszukałam  swoją  komórkę,  wybrałam  numer  i  wyszłam  na  dwór.
Powietrze  było  zimne  i  rześkie.  W  domu  zrobiło  się  duszno.  Usiadłam  na  werandzie  i
oparłam się plecami o ścianę.

W słuchawce odezwał się kobiecy głos.
- Halo?
- Cześć, mamo.
- Kitty! Jaka miła niespodzianka. Wszystko w porządku?
- A dlaczego miałoby nie być?
- Bo nigdy nie dzwonisz, chyba że coś się stało. Westchnęłam. Miała rację.
- Ostatnie dwa dni były dość ciężkie.
- Och, przykro mi. Co się dzieje?
Mając  na  tapecie  nadprogramowe  przeobrażenie,  zwierzęce  ofiary  na  werandzie,

prawnika pogryzionego przez wilkołaka i łowcę koczującego w salonie, nie wiedziałam, od
czego zacząć. I czy w ogóle powinnam zaczynać.

- Mnóstwo rzeczy. To skomplikowane.
-  Martwię  się,  że  siedzisz  tam  całkiem  sama.  Jesteś  pewna,  że  nie  chcesz  na  trochę

przyjechać do domu? Miałaś taki zwariowany rok, że może dobrze by było, gdybyś przez
jakiś czas nie musiała się martwić o takie sprawy jak czynsz.

O  dziwo,  czynsz  był  akurat  jedną  z  niewielu  spraw,  o  które  się  nie  martwiłam.  I  choć

powrót  do  rodziców,  żeby  mama  mogła  mnie  trochę  poniańczyć,  wydawał  się  dobrym
pomysłem, nie wchodził w grę. Ale mama tego nie rozumiała.

-  W  tej  chwili  właściwie  nie  jestem  sama  -  powiedziałam,  starając  się  tchnąć  w  głos

trochę optymizmu. - Wpadło do mnie dwóch przyjaciół.

- O, to będzie ci weselej.
Gdybym  się  po  prostu  załamała  i  powiedziała  mamie  szczerą  prawdę,  nasze  rozmowy

byłyby mniej surrealistyczne. Zadzwoniłam do niej, bo potrzebowałam usłyszeć przyjazny
głos; nie chciałam jej wtajemniczać w krwawe szczegóły.

- Tak, jasne. A co u ciebie? Jak tata i Cheryl?
Zrelacjonowała  mi  rodzinne  sprawy  od  ostatniej  rozmowy  -  w  kółko  to  samo,  ale

przynajmniej czyjeś życie było normalne - i skończyła, odbijając piłeczkę do mnie.

- Jak ci idzie pisanie?
-  W  porządku  -  odparłam  wesoło.  Jeśli  będę  udawać,  że  wszystko  jest  w  porządku,  to

może w końcu będzie. -Chyba przeszła mi blokada twórcza.

- Wrócisz niedługo do swojego programu? Ludzie ciągle mnie o to pytają.

background image

Skrzywiłam się.
- Może. Właściwie o tym nie myślałam.
- Jesteśmy z ciebie tacy dumni, Kitty. Wielu ludzi jedynie marzy o tym, co ty osiągnęłaś.

Tak bardzo się cieszyliśmy, patrząc, jak odnosisz sukces.

Nie mogła rozdrapać moich ran skuteczniej, nawet gdyby się postarała. Odniosłam taki

sukces  i  właśnie  spuszczałam  go  do  kibla.  Ale  ona  naprawdę  była  dumna  i  szczęśliwa.  A
kiedyś się bałam, że będzie zszokowana tym, co robię.

Wzięłam  głęboki  wdech,  żeby  opanować  głos.  Załamanie  w  tej  chwili  nie  przyniosłoby

nic dobrego.

- Dzięki, mamo. To wiele dla mnie znaczy.
- Kiedy wreszcie przyjedziesz nas odwiedzić?
- Nie wiem... Mamo, cudownie było z tobą pogadać, ule muszę już kończyć.
- Och, ale dopiero co zadzwoniłaś...
- Wiem, przepraszam. Ale mówiłam ci, że mam gości, prawda?
- Więc lepiej do nich wracaj. Miło było cię usłyszeć.
- Pozdrów ode mnie tatę.
- Pozdrowię. Kochamy cię.
- Ja was też.
Długo  siedziałam  na  werandzie  z  telefonem  na  kolanach.  Szukałam  kogoś,  na  kim

mogłabym  się  oprzeć.  Cormac  i  Ben  zjawili  się  ze  swoimi  kłopotami  i  nie  byłam  pewna,
czy  sobie  z  tym  wszystkim  poradzę.  Wilki  powinny  trzymać  się  w  watahach.  Powinnam
mieć pomoc w takich chwilach. Ale nie miałam nikogo. Wróciłam do środka, do swojego
mleka i ciastek.

Prysznic  w  sypialni  ucichł.  Jakieś  dziesięć  minut  później  Cormac  przyszedł  do  salonu  z

mokrymi  włosami  zaczesanymi  do  tyłu.  Ogolił  się,  zostawiając  tylko  wąsy,  swój  znak
firmowy. Zapinał pas z kaburą.

-  Pójdę  pomóc  naszemu  szeryfowi  Rosco  w  obserwacji.  Sam  trochę  zapoluję.  -  W  jego

głosie  było  słychać  pogardę.  Nosiło  go,  ale  też  nie  spodziewałam  się,  że  spędzi  w  łóżku
kolejne dwanaście godzin.

- Uważaj na siebie.
Spojrzał na mnie, zabawnie unosząc brwi.
- Naprawdę? Westchnęłam bezsilnie.
- Nie chciałabym, żeby cię zastrzelił, jeśli cię weźmie za przestępcę.
- A kto mówi, że nim nie jestem? Skrzywiłam się i potarłam czoło.
- Jestem zbyt zmęczona, żeby się z tobą o to kłócić.
- Prześpij się - powiedział. - Zajmij kanapę.
- A gdzie ty będziesz spał?
- Na podłodze, jeśli uznam, że potrzebuję snu. Opiekowałaś się Benem przez cały dzień,

w nocy ja będę miał na niego oko. Zajmij kanapę.

Chata nie była zaprojektowana dla trzech osób, które ze sobą nie sypiały.
- Dobra. - Nie dosypiałam od paru dni i byłam zmęczona. Zanim podeszłam do kanapy,

odwróciłam się jeszcze do Cormaca.

-  Jeśli  Ben  się  obudzi,  to  mi  powiedz,  okej?  Będzie  skołowany,  muszę  z  nim

background image

porozmawiać.

- Obudzę cię. Nie martw się.
- Nie mogę przestać się martwić. Przykro mi.
-  Idź  spać,  Norville.  -  Uniósł  rękę,  jakby  chciał  ją  wyciągnąć  w  moją  stronę;  przez

moment  sądziłam,  że  mnie  dotknie.  Przygotowałam  się  na  to,  moje  serce  przyspieszyło.
Co on wyprawiał? Ale odwrócił się i wyszedł z chaty, zanim cokolwiek się stało.

Usiadłam  powoli  na  kanapie  i  otuliłam  się  kocem.  Poduchy  były  wiekowe,  o  wiele  za

bardzo  wygniecione,  żeby  było  na  nich  wygodnie.  Ale  to  nie  była  podłoga,  więc  się
położyłam.

To  był  błąd,  pomyślałam,  zasypiając.  Cormac  i  ja  w  tym  samym  domu  -  fatalny  błąd.

Obudziłam  się,  kiedy  łowca  wkładał  polano  do  piecyka.  Nie  czułam  zimna.  Sama  pewnie
pozwoliłabym, żeby ogień wygasł. Niebo za oknem było jasne. Znów nastał ranek. Cormac
zaniknął  drzwiczki  pieca,  usiadł  na  dywaniku  i  zapatrzył  się  na  płomienie  przez  małą
kratkę z przodu.

Nie  ruszył  się  i  nie  zauważył,  że  nie  śpię  i  mu  się  przyglądam.  Wciąż  miał  cienie  pod

oczami,  włosy  wyschły  mu  w  nieładzie.  Zdjął  kurtkę  i  buty,  i  pas  z  kaburą.  Miał  na  sobie
czarny T-shirt i dżinsy. Jego ręce były blade, muskularne.

Nagle spojrzał na mnie i przyłapał mnie na tym, że się na niego gapię.
Opanowałam łaskotanie w żołądku i starałam się nie zareagować, zachować spokój.
- Rosco jeszcze tam jest? - spytałam.
- Tak. Zasnął koło drugiej nad ranem. Pewnie niedługo się obudzi i stąd wyniesie.
- A na werandzie nie ma martwych zwierząt?
- Nie.
Wtuliłam twarz w poduszkę i zachichotałam.
- Gdyby to nie dotyczyło mnie, byłoby cholernie zabawne.
- Coś znalazłem. - Wyciągnął rękę.
Najpierw na to spojrzałam, po czym ostrożnie otworzyłam dłoń, żeby wziąć przedmiot.

Był to krzyżyk z drutu kolczastego, pojedynczy drut zapętlony w odpowiedni kształt, mniej
więcej długości mojego palca. Stal była gładka, drut ostry. Nie stępiały czy zardzewiały, co
oznaczało, że nie leżał na dworze zbyt długo.

- Myślisz, że to od mojego ofiarnego fanklubu?
-  Być  może.  Jeśli  tak,  pytanie  brzmi,  czy  zostawili  to  celowo,  czy  tylko  zgubili?  Jeśli

celowo, to on coś znaczy. Powinien coś znaczyć.

- Co?
- Nie wiem.
Niemal  czułam  złą  wolę,  sączącą  się  z  tego  przedmiotu.  A  może  po  prostu  kolce

wyglądały złowrogo.

- I co ja mam z tym zrobić?
-  Doradzałbym  znalezienie  kogoś,  kto  ma  kuźnię,  by  to  stopił  na  żużel.  Na  wszelki

wypadek.

Uważał,  że  ta  rzecz  jest  przeklęta,  i  przyniósł  ją  do  mojego  domu?  Jęknęłam

sfrustrowana. Chciałam wyrzucić krzyżyk, ale zamiast tego położyłam go na podłodze.

- Dlaczego krzyż?

background image

-  Cała  masa  systemów  magicznych  zapożycza  symbole  z  chrześcijaństwa.  W  tej  części

kraju to może być sekta ewangelicka albo jakiś curandero.

- Curandero. Meksykański znachor, tak?
- Oni robią przeróżne rzeczy. Czasami przechodzą na stronę zła.
- Sporo wiesz o tych sprawach.
- Muszę wiedzieć jak najwięcej, to mi pomaga w pracy. Ludzie, którzy mnie zatrudniają,

są przekonani o istnieniu takich rzeczy. Muszą wierzyć w wilkołaki i czary, skoro w ogóle
mnie wzywają. Symbole mogą się różnić, rytuały bywają inne, ale oni wszyscy mają jedną
wspólną cechę: wierzą w to, co niewiarygodne.

Wiesz, o czym mówię. Jesteś jedną z nich. Należysz do wierzących.
- Ja wierzę tylko w to, czym sama jestem. Nic nie wiem o takich sprawach.
-  Do  diabła,  ja  też  nic  nie  wiem.  Ledwie  liznąłem  temat.  Na  świecie  jest  mnóstwo

dziwnego gówna.

Był wyjątkowo rozmowny. Nie wiedziałam, czy to przez stres, czy niewyspanie. A może

siedzenie  w  maleńkiej  chacie  przy  piecu  w  zimny  poranek  sprawiało,  że  ludzie  robili  się
milsi.

-  A  jak  się  dowiedziałeś  o  tym  dziwnym  gównie?  Bo  ja  pewnego  ranka,  zaraz  po  tym,

kiedy  zostałam  zaatakowana.  Stała  nade  mną  cała  wataha  i  mówiła:  „Witaj  w  rodzinie  i
baw się dobrze". Ale kto powiedział tobie?

Uśmiechnął się, jednak ten uśmiech był blady i zimny
-  Nie  pamiętam,  żeby  ktokolwiek  mi  mówił,  że  wilkołaki  istnieją  naprawdę.  Zawsze  to

wiedziałem.  Moja  rodzina...  Polujemy  na  likantropy  od  ponad  stu  lat.  Ojciec  mnie  tego
nauczył.

- Ile miałeś lat, kiedy umarł? Spojrzał na mnie ostro.
- Kto ci powiedział, że nie żyje?
- Ben.
- Drań - mruknął Cormac.
-  Nic  więcej  nie  powiedział  -  rzuciłam  pospiesznie.  -Spytałam,  jak  się  poznaliście  i  czy

zawsze  miałeś  takie  marne  poczucie  humoru,  a  on  powiedział,  że  masz  prawo  nie  mieć
poczucia humoru. Spytałam o powód, więc mi go wyjaśnił.

Wpatrywał się we mnie i to mi się nie podobało. Wśród wilków spojrzenie w oczy było

wyzwaniem.  Na  myśl  o  wyzwaniu  rzuconym  przez  Cormaca  wilczyca  we  mnie  zaczęła  się
kulić  ze  strachu.  Nie  mogłam  z  nim  walczyć.  Odwróciłam  oczy,  szczelnie  otulając  się
kocem.

- Ciągle za dużo gadasz, wiesz? - powiedział.
- Wiem.
- Miałem szesnaście lat - zaczął w końcu. - Po śmierci taty wprowadziłem się do Bena i

jego rodziców. Jego mama była siostrą mojego ojca.

- Zatem Ben też wiedział. Znał historię rodziny.
- Trudno powiedzieć. Myślę, że ciocia Ellen najchętniej by o tym wszystkim zapomniała.

Jezu, co ja jej powiem?

- Nic - odparłam sucho. - Przynajmniej do chwili, kiedy pełnia księżyca wypadnie w Boże

Narodzenie  i  Ben  będzie  musiał  się  wytłumaczyć,  dlaczego  nie  przyjeżdża  do  domu  na

background image

święta.

- Mówisz z doświadczenia.
- Tak. Skoro Ben nie wiedział od samego początku o polowaniach na wilkołaki, jak go w

to wciągnąłeś?

- Nie wciągnąłem go...
- Okej, więc jak go wprowadziłeś w temat?
Dlaczego  chcesz  wszystko  o  mnie  wiedzieć?  Jesteś  interesujący.  Cormac  nic  nie

odpowiedział, tylko znów zaczął się na mnie gapić trochę zbyt intensywnie.

- Możesz tak na mnie nie patrzeć? - powiedziałam. -To mnie denerwuje.
- Ale jesteś interesująca.
O rany. To ściskanie w żołądku nie oznaczało strachu. Nie tym razem.
Kiedyś  pocałowałam  Cormaca.  To  była  podobna  sytuacja.  Siedzieliśmy  i  gadaliśmy,  i

pozwoliłam,  żeby  chwilowy  impuls  przesłonił  rozsądek.  A  on  odwzajemnił  pocałunek;
trwało to około sekundy. Potem wyszedł z pokoju, nazywając mnie potworem.

Zbyt wiele podobnych incydentów mogło wpędzić dziewczynę w kompleksy.
Tym razem nie uciekał.
Spuściłam  nogi  z  kanapy  i  zsunęłam  się  na  podłogę.  Wylądowałam  przed  nim  na

klęczkach tak blisko, że mogłam go złapać. A on wciąż nie uciekał. Szczerze mówiąc, nawet
nie  drgnął,  jakby  czekał,  aż  do  niego  przyjdę.  Jak  to  robiły  wilki?  Czy  to  nie  chłopcy
powinni ganiać za dziewczynami? Ale on nie był wilkiem.

Nie zrozumiałby sygnałów.
Wilczyca  przestawała  się  kulić,  przezwyciężała  niepokój.  O  tak,  był  straszny.  O  tak,  był

twardy. To oznaczało, że mógł nas bronić. To jej wystarczało. To i fakt, że pachniał, jakby
mnie  pragnął.  Biły  od  niego  ciepło  i  zapach  potu,  którego  nawet  nie  było  widać.  Był
spięty,  nieruchomy  jak  głaz.  Wystarczyłby  jeden  mój  dotyk,  bym  wyrwała  go  z  tego
odrętwienia. Uniosłam rękę.

- Cz... czuję wasz zapach. - Głos był cichy i boleśnie zachrypnięty.
Podskoczyłam chyba na metr. Moje serce waliło jak młot pneumatyczny i byłam gotowa

do  ucieczki.  W  drzwiach  sypialni  stał  Ben,  opierając  się  o  ścianę.  Wciąż  był  bez  koszuli.
Miał  bladą,  mokrą  od  potu  skórę  i  rozczochrane  włosy.  Patrzył  spod  półprzymkniętych
powiek i krzywił się zdezorientowany, jakby nie wiedział, gdzie jest.

-  Wszystko  czuję  -  powiedział,  chrypiąc,  jakby  miał  zapalenie  oskrzeli.  Dotknął  czoła;

jego ręka drżała.

-  Ben.  -  Podbiegłam  do  niego,  chcąc  wziąć  go  za  ramię  i  zaprowadzić  z  powrotem  do

łóżka. Nie był jeszcze zdrowy, nie powinien wstawać.

Ale ledwie go dotknęłam, szarpnął się do tyłu. Walnął o ścianę, twarz zesztywniała mu

z przerażenia.

-  Nie,  twój  zapach...  twój  zapach  jest  zły...  Instynktownie  rozpoznał  we  mnie  drugiego

wilkołaka, potencjalne zagrożenie.

Odwróciłam  się,  żeby  zawołać  Cormaca,  ale  on  był  już  przy  Benie  i  trzymał  jego  rękę,

próbując go unieruchomić.

- Nie, Ben. Jestem niegroźna. Wszystko w porządku. Weź głęboki oddech. Wszystko jest

okej. - Próbowałam przytrzymać jego twarz, zmusić, żeby mnie powąchał i rozpoznał mój

background image

zapach  jako  przyjazny,  ale  odskoczył  do  tyłu.  Przewróciłby  się,  gdyby  Cormac  go  nie
podtrzymywał.

Znów stanęłam obok niego, chcąc pomóc zaciągnąć go do łóżka. Tym razem przechylił

głowę  w  moją  stronę,  mrużąc  oczy,  jakby  próbował  złapać  ostrość.  Jego  wzrok  też  się
zmieniał.

- Kitty?
- Tak, to ja - powiedziałam z ulgą. Rozpoznał mnie. Zawisł na mnie, opierając głowę na

moim ramieniu, jakby chciał mnie objąć. Odnalazł moją dłoń i uścisnął ją mocno.

- Nie pamiętam, co się stało. Nic nie pamiętam - wymamrotał w moją koszulkę.
Ale  pamiętał,  że  stało  się  coś,  o  czym  powinien  pamiętać.  Jego  wzburzenie  w  dużej

mierze wynikało pewnie ze stresu - z niepokoju, który brał się z wypierania traumy.

Trzymałam go przez chwilę, szepcząc nonsensowne, kojące słowa, aż przestał się trząść.

Cormac, sztywny i zażenowany, wciąż go podpierał, by utrzymał się w pionie.

- Chodź, Ben. Wracamy do łóżka.
Ben  skinął  głową,  więc  przełożyłam  sobie  jego  rękę  przez  ramię.  We  dwoje

odprowadziliśmy  go  do  łóżka.  Padł  na  posłanie  i  zasnął  niemal  natychmiast.  Wciąż
trzymał  mnie  za  rękę.  Poczekałam,  aż  miałam  pewność,  że  zasnął.  Gdy  jego  oddech  stał
się głęboki i miarowy, delikatnie rozwarłam jego palce i wysunęłam dłoń.

Cormac, który stał w nogach łóżka, przeczesał włosy palcami i ciężko westchnął.
- To normalne?
Odsunęłam wilgotne strąki z twarzy Bena.
-  Nie  mam  pojęcia,  znam  tylko  to,  przez  co  sama  przechodziłam.  Przespałam  cały

proces. A przynajmniej nic więcej nie pamiętam. Ale ja byłam ranna o wiele poważniej niż
on.  -  Miałam  poszarpane  biodro  i  pół  nogi  obdarte  ze  skóry.  Oczywiście  nie  miałam  na
dowód żadnych blizn.

- Nie okłamuj mnie. Będzie z nim dobrze? W kółko mnie o to pytał.
- A czy ja wyglądam na wróżkę? Nie wiem.
- Jak to, nie wiesz?
Posłałam mu wściekłe spojrzenie, z moich oczu wyjrzała wilczyca. Rzuciłam wyzwanie i

nie obchodziło mnie, czy potrafił je odczytać.

- Z jego ciałem będzie w porządku. Fizycznie dochodzi do siebie. A psychicznie... to już

zależy od niego. Dopóki nie oprzytomnieje, dopóty nie dowiemy się, czy od tego zwariuje,
czy nie.

Cormac  przetarł  dłonią  twarz  i  zaczął  chodzić  po  pokoju.  Cały  drżał  z  napięcia;

wyłącznie siłą woli powstrzymywał się, żeby czegoś nie rozwalić.

-  Ben  jest  twardy  -  powiedział  w  końcu.  -  Nie  zwariuje  od  tego.  Nic  mu  nie  będzie.  -

Wypowiedział  te  słowa  jak  jakąś  mantrę.  Jakby  wierzył,  że  powtarzane  wystarczająco
często muszą okazać się prawdą.

Wściekłość w moich oczach zmieniła się w litość. Szkoda, że nie potrafiłam go uspokoić.

Przekonać,  że  zrobił  wszystko,  co  w  jego  mocy.  Cormac  nigdy  nie  był  słaby.  Założyłabym
się, że nigdy nie czuł się tak bezradny jak teraz. Może powinnam się martwić, czy i on nie
zwariuje.

Jeszcze bardziej.

background image

Cormac  wyszedł  z  pokoju  i  po  chwili  usłyszałam  odgłos  otwieranych  i  zamykanych

drzwi.  Nie  pobiegłam  za  nim  -  bałam  się  zostawiać  Bena  samego.  Nasłuchiwałam,  czy
uruchomi jeepa, ale nie zrobił tego. Cormac nie porzucał mnie z tym wszystkim. Może po
prostu musiał się przejść.

Przyniosłam  laptop  do  sypialni  i  przyciągnęłam  krzesło  do  łóżka.  Pisałam,  pilnując

Bena.  Nikomu  nie  życzyłabym  likantropii,  a  już  na  pewno  nie  przyjacielowi.  Życie  było
wystarczająco  ciężkie  bez  konieczności  radzenia  sobie  z  czymś  takim.  A  ludzie
zachowywali  się  w  tej  sytuacji  w  przeróżny  sposób.  Niektórym  uderzały  do  głowy  siła  i
niemal  całkowita  niewrażliwość  na  obrażenia.  Stawali  się  brutalami  i  rozkoszowali  się
przemocą, do której byli zdolni. Osoby, które z natury były na granicy psychozy, popadały
w obłęd. Jeszcze jedno psychiczne obciążenie przepełniało miarę ich wytrzymałości.

Niektórzy  stawali  się  pasywni,  pozwalali,  żeby  nowa  natura  ich  połknęła.  A  niektórzy

się adaptowali. Wprowadzali zmiany w swoim życiu i pozostawali sobą.

Żałowałam, że nie wiem o Benie dość, by zgadnąć, którą drogą pójdzie.
Zadzwoniła moja komórka i odebrałam telefon od szeryfa Marksa.
- Zastępca, którego wysłałem na patrol przy pani domu, nie widział ani śladu sprawcy –

poinformował mnie.

- A wie pan, że przez połowę nocy miał zapalone światło w kabinie? - odparłam.
Marks milczał długą chwilę. Uśmiechnęłam się szeroko, wyobrażając sobie jego minę.
-  Porozmawiam  z  nim  -  powiedział  w  końcu.  -  Dzisiaj  też  spróbuję  kogoś  tam  posłać.

Proszę dać znać, gdyby pani coś zauważyła.

- Oczywiście, szeryfie - przytaknęłam.
Mijały  godziny,  zapadł  zmrok,  a  Cormac  ciągle  nie  wracał.  Postanowiłam,  że  nie  będę

się  martwić.  Był  dużym  chłopcem,  potrafił  się  o  siebie  zatroszczyć.  A  ja  z  pewnością  nie
dałabym rady niańczyć i jego, i Bena.

Ben nie obudził się od tamtej chwili, kiedy padł na łóżko. Nie miałam pojęcia, jak długo

musiałby  być  w  takim  stanie,  żebym  miała  powody  do  niepokoju.  A  kiedy  już  zacznę  się
martwić,  do  kogo  powinnam  zadzwonić  po  pomoc?  Do  watahy  wilkołaków,  która
wykopała  mnie  z  Denver?  Do  Centrum  Biologii  Paranaturalnej,  rządowej  jednostki
badawczej,  która  przechodziła  reorganizację  po  zniknięciu  poprzedniego  dyrektora,  o
czym, naturalnie, nic nie wiedziałam?

Tak długo gapiłam się w ekran laptopa, że zaczęłam przysypiać. Słowa zamazywały się i

choć  twarde,  kuchenne  krzesło,  na  którym  siedziałam,  nie  było  szczególnie  wygodne,
zdołałam się skulić i zwiesiłam głowę.

Wtedy odezwał się Ben.
- Cześć.
Nie  wydawał  się  ani  półprzytomny,  ani  spanikowany.  Wciąż  miał  trochę  szorstki  głos,

ale  była  to  chrypka  kogoś,  kto  już  wychodzi  z  przeziębienia.  Leżał  na  łóżku  i  patrzył  na
mnie.  Jedną  rękę  trzymał  na  kocu,  którym  był  przykryły,  a  palce  ściskały  jego  brzeg.
Wstałam z krzesła, odstawiłam laptop i podeszłam do łóżka.

- Cześć - powiedziałam. - Jak się czujesz?
- Gównianie. Uśmiechnęłam się słabo.
- I słusznie. Miałeś gówniany tydzień.

background image

Roześmiał  się,  potem  zakaszlał.  Omal  nie  zaczęłam  podskakiwać  i  tańczyć.  To  był  Ben.

Wrócił, nie oszalał.

- Jakoś dziwnie cię cieszy ten mój gówniany tydzień.
- Cieszę się, że się obudziłeś. Spałeś jak kłoda.
-  Tak.  -  Oderwał  ode  mnie  wzrok  i  zaczął  oglądać  ściany,  sufit,  przykrywający  go  koc.

Patrzył wszędzie tylko nie na mnie.

- Co pamiętasz? - spytałam.
Pokręcił  głową,  co  mogło  znaczyć,  że  albo  nic  nie  pamiętał,  albo  nie  zamierzał  mi

powiedzieć.  Obserwowałam  go,  pełna  niepokoju  i  matczynych  uczuć;  miałam  ochotę
jednocześnie  otulić  go  kocem,  pogłaskać  po  głowie,  nakarmić  i  przynieść  mu  szklankę
wody.  Chciałam,  żeby  się  rozluźnił.  Chciałam,  żeby  poczuł  się  lepiej,  a  nie  miałam
najbledszego  pojęcia,  jak  to  osiągnąć.  Więc  tylko  sterczałam  nad  nim,  a  w  końcu
przysiadłam na łóżku. Niewiele brakowało, żebym zaczęła załamywać ręce.

Spytał głosem bez wyrazu:
- Dlaczego Cormac mnie tu przywiózł?
- Pomyślał, że będę mogła pomóc.
- Dlaczego mnie po prostu nie zastrzelił?
O ile wiedziałam, broń Cormaca wciąż była pod łóżkiem. Tym łóżkiem. Lepiej, żeby Ben

o  tym  nie  wiedział.  Ho  jeśli  Cormac  się  mylił  i  Ben  jednak  miałby  dość  odwagi,  żeby  się
zabić?  Co  musiałabym  zrobić,  żeby  go  powstrzymać?  Nie  mogłam  pozwolić  Benowi
umrzeć. Nie chciałam, żeby się poddał ani on, ani Cormac.

Przemówiłam cicho, sztywna ze zdenerwowania:
- Będziesz musiał jego zapytać.
- Gdzie on jest?
- Nie wiem. Wyszedł.
Jego  spojrzenie  znów  skupiło  się  na  mnie,  nareszcie.  Dostrzegłam  w  nim  przebłysk

dawnego Bena.

- Jak długo byłem nieprzytomny?
- Dwa dni.
-  I  wy  dwoje  tkwiliście  tu  razem  przez  cały  ten  czas?  -Zmarszczył  czoło  z  namysłem.  -  I

jak się to sprawdza?

- Jeszcze mnie nie zabił.
- On cię nie zabije, Kitty. Wręcz przeciwnie, myślę, że raczej...
Wstałam gwałtownie.
- Jesteś głodny? Oczywiście że jesteś głodny, nie jadłeś od dwóch dni.
Na  werandzie  zadudniły  kroki.  Ben  spojrzał  w  stronę  frontowego  pokoju  w  tej  samej

chwili co ja, a jego dłoń zacisnęła się na kocu. Powoli przeszłam do salonu.

Drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Cormac. W rękach trzymał strzelbę.
- Masz zamrażarkę, nie? - powiedział.
-  Hę?  -  Zamrugałam,  starając  się  umieścić  jego  pytanie  w  jakimś  kontekście.  Nie  udało

mi się. - Tak. A co?

Wskazał  kciukiem  za  siebie,  na  dwór.  Podeszłam  do  drzwi  i  wyjrzałam.  Na  środku

polany, przed chatą, był martwy jeleń. Po prostu leżał bezwładnie, ze sztywnymi nogami i

background image

wyprężonymi  plecami.  Nie  miał  rogów.  Nie  widziałam  krwi,  ale  ją  czułam.  Jeszcze  stygła.
Został zabity przed chwilą. Zaburczało mi w brzuchu, ale zignorowałam to siłą woli.

- To jest jeleń - powiedziałam głupio.
- Muszę go jeszcze oporządzić i podzielić mięso. Jest miejsce w zamrażarce?
- Ty go zabiłeś?
Spojrzał na mnie ze złością.
- Tak.
- Czy jest chociaż sezon łowiecki?
- A myślisz, że mnie to obchodzi?
- Zastrzeliłeś jelenia i... przywlokłeś go tutaj? Przyniosłeś? Dlaczego?
- Musiałem coś zastrzelić.
Zagapiłam  się  na  niego.  Ja  też  tak  czasem  miałam.  Miałam  tak  raz  w  miesiącu,  w  noc

pełni księżyca.

- Musiałeś coś zastrzelić.
- Tak. - Wypowiedział to słowo jak wyzwanie.
I które z nas było potworem? Ja przynajmniej miałam wymówkę dla swojej żądzy krwi.
- Ben się obudził - powiedziałam. - I jest przytomny. Ben stał w drzwiach, przytrzymując

koc,  którym  okrył  ramiona.  Włosy  miał  rozczochrane,  jego  szczękę  pokrywał  zarost  i
wyglądał na wykończonego, ale nie sprawiał wrażenia, jakby miał się zaraz przewrócić. On
i  Cormac  patrzyli  przez  chwilę  na  siebie,  atmosfera  w  pokoju  stała  się  gęsta.  Nie
potrafiłam odczytać, co się między nimi dzieje. Poczułam nagłą chęć wyniesienia się stąd.
Wyobraziłam  sobie,  że  dzwonię  do  własnej  audycji:  „Tak,  cześć,  jestem  wilkołakiem  i
utknęłam w leśnej chacie z drugim wilkołakiem i łowcą..."

- Hej - powiedział w końcu Cormac. - Jak się czujesz?
- Nie wiem - odparł Ben. - Po co ci ta strzelba?
- Byłem na polowaniu.
- I upolowałeś coś?
- Tak.
Mój głos był piskliwy od fałszywej wesołości.
- To może wyciąłbyś nam od razu kilka steków i zjedlibyśmy kolację.
- Taki miałem plan. Jeśli możesz zniżyć się do jedzenia mięsa, które wybrał ktoś inny -

dodał. - Ach, i znalazłem jeszcze jeden taki gadżet. - Rzucił coś w moją stronę.

Zaskoczona, wyciągnęłam rękę... ale rozmyśliłam się i zrobiłam krok w tył. I dobrze, bo

na  podłodze  zaklekotał  kawałek  kolczastego  drutu.  Był  wygięty  w  kształt  krzyża  jak
poprzedni, który wciąż leżał koło piecyka. Kopnęłam ten nowy w kierunku pierwszego.

Ben  ruszył  w  stronę  drzwi  wejściowych,  stąpając  powoli,  jakby  na  nowo  uczył  się

chodzić. Cormac mógłby zmienić zdanie, pomyślałam z roztargnieniem. Trzymał strzelbę,
miał  okazję  zabić  Bena.  Wystarczyłoby,  żeby  ją  uniósł  i  wypalił.  Ben  chyba  tego  nie
zauważał albo nie sądził, żeby coś mu groziło. Albo po prostu miał to w nosie. Cała jego
uwaga była skupiona na drzwiach i na tym, co znajdowało się za nimi. Cormac przepuścił
go i Ben wyszedł na werandę.

Poszłam za nim.
Zapatrzył  się  na  jelenia.  Po  prostu  wpatrywał  się  w  niego,  ściskając  koc  wokół  siebie  i

background image

trzęsąc się, jakby mu było zimno, chociaż moim zdaniem mróz nie był aż tak ostry.

-  Czuję  go  -  powiedział.  -  Czułem  aż  z  sypialni.  I  ładnie  pachnie.  Nie  powinien,  ale

pachnie.

Świeża  krew  rozlana  na  ziemi,  gorąca  i  gęsta,  sącząca  się  ze  stygnącego  mięsa  i

chrupiących,  pełnych  szpiku  kości  -  doskonale  wiedziałam,  o  czym  mówi.  Ślinka  by  mi
ciekła, gdybym nie była taka zdenerwowana.

- To dlatego, że jesteś głodny - wyjaśniłam łagodnie.
- Mógłbym go zjeść od razu, prawda? Gdybym chciał, mógłbym go zjeść na surowo, ze

skórą i wszystkim...

- Wejdź do środka, Ben. Proszę cię. Cormac się tym zajmie.
Ben stał tak sprężony, tak sztywny, że bałam się go dotknąć, żeby nie pękł - dosłownie i

w przenośni. Mógłby się na mnie rzucić. Budziło się w nim coś zwierzęcego, czaiło się tuż
pod skórą.

Bardzo delikatnie dotknęłam jego ramienia.
- Chodź.
Wreszcie oderwał wzrok od jelenia. Odwrócił się i pozwolił zaprowadzić do środka.
Kilka godzin później Cormac układał kawałki zapakowanej dziczyzny w zamrażarce, a ja

zdejmowałam steki z grilla. Okazało się, że wszyscy obecni lubią krwiste. Kto by pomyślał.

Cormac  skończył  sprzątanie  na  zewnątrz  i  podszedł  do  kuchennego  zlewu,  żeby  umyć

ręce.

- Jutro znajdę kogoś, kto się zajmie skórą. Resztę zakopałem...
- Nie chcę wiedzieć, co zrobiłeś z resztą - powiedziałam, unosząc rękę, żeby go uciszyć.

Wyjęłam talerze z szafki.

- No przestań, przecież widywałaś już takie rzeczy. Szczerze mówiąc, mogłaś mi pomóc.
-  Tak  naprawdę  nie  mam  pojęcia  o  oporządzaniu  jelenia.  Zazwyczaj  po  prostu

rozrywam mięso zębami.

Ben siedział przy stole, gapiąc się tępo w blat. Cormac dał mu ciuchy na zmianę, ale on

wciąż  owijał  się  w  ten  koc.  Starałam  się  nie  przejmować.  Potrzebował  czasu,  żeby
przywyknąć, i tyle. Ale to, że nie brał udziału w naszych przekomarzaniach, było dziwne.

Stół  -  antyk  z  lakierowanego  drewna,  z  dwoma  prostymi  krzesłami  do  kompletu  -  był

mały  i  ledwie  wystarczał  dla  dwóch  osób,  a  absolutnie  nie  pomieściłby  trzech.  Kiedy  już
ułożyłam steki na talerzach, Cormac, nie ruszając się ze swojego miejsca przy szafce, wziął
swój  i  zaczął  jeść  na  stojąco.  Pozostałe  dwa  talerze  zaniosłam  na  stół.  Jeden,  razem  z
kompletem  sztućców,  podsunęłam  Benowi.  Wyrwany  z  zamyślenia,  przeniósł  wzrok  na
jedzenie.

Żeby  nad  nim  nie  sterczeć,  usiadłam  przy  swoim  nakryciu.  Ale  nie  mogłam  się

powstrzymać i przyglądałam mu się uważnie.

Mięso wygląda inaczej, kiedy jest się wilkołakiem. Ja sama kiedyś nie byłam szczególnie

zapalonym  mięsożercą.  Należałam  raczej  do  osób,  które  idą  do  restauracji  ze  stekami  i
zamawiają  sałatkę.  Ale  kiedy  obudziłam  się  po  ataku  i  spojrzałam  na  pierwszy  stek,  tak
krwisty,  że  różowy  sok  sączył  się  z  całej  powierzchni,  chciałam  go  połknąć  w  całości.
Miałam ochotę to zrobić i zemdliło mnie na tę myśl. To było przedziwne, że jednocześnie
czułam  głód  i  mdłości.  O  mało  nie  wybuchłam  wtedy  płaczem,  bo  dotarło  do  mnie,  że

background image

jestem inna aż do szpiku kości, a moje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Co zrobi Ben?
Po  chwili  wziął  nóż  i  widelec  i  spokojnie  zaczął  kroić  mięso,  spokojnie  włożył  kawałek

do ust, spokojnie przeżuł i przełknął. Jakby wszystko było w największym porządku.

Równie  dobrze  mogliśmy  jeść  zwykły  posiłek.  Troje  normalnych  ludzi  jedzących

normalną  kolację  -  gdyby  nie  wyprężające  kręgosłup  napięcie,  które  sprawiało,  że  cisza
była wręcz bolesna. Zgrzytanie noży o talerze działało mi na nerwy.

Ben zjadł pół steku i przerwał, opierając nóż i widelec o brzeg talerza. Wciąż patrząc w

dół, spytał:

- Ile mam czasu?
- Ile masz czasu na co? - spytałam, z premedytacją udając głupią.
Odpowiedział niemal szeptem:
- Ile zostało do pełni?
- Cztery dni - odparłam tak samo cicho.
- Niewiele.
- Nie.
- Nie dam rady - powiedział bez żadnych emocji. Po prostu stwierdził fakt.
Utrudniał  całą  sprawę.  Nie  wiem,  czego  innego  się  spodziewałam.  Zaraził  się

nieuleczalną  chorobą,  a  nie  wygrał  los  na  loterii.  Nadnaturalny  świat  nie  był  mu  obcy.
Wchodził weń z całą świadomością.

Widział  przemianę  w  wilkołaka  -  przynajmniej  na  filmie.  Doskonale  wiedział,  co  się  z

nim stanie, kiedy wzejdzie księżyc w pełni.

-  Wszyscy  tak  mówią.  -  Z  mojego  głosu  przebijała  frustracja.  -  Ale  dasz  radę.  Jeśli  ja

daję, to i ty dasz.

- Cormac? - Ben spojrzał na kuzyna.
- Nie - odparł łowca. - Nie zrobiłem tego wtedy i nie zrobię teraz. Norville ma rację, to

nie jest dobre rozwiązanie.

Ben patrzył na niego przez chwilę, aż w końcu powiedział:
-  Przysięgam  na  Boga,  że  nigdy  nie  pomyślałem,  że  usłyszę  coś  takiego  z  twoich  ust.  -

Cormac odwrócił oczy, ale Ben mówił dalej: - Twój ojciec zrobiłby to bez zmrużenia oka.
Do diabła, a gdyby przeżył? Wiesz, że by się zastrzelił.

Mój  mózg  potknął  się  o  tę  rewelację  i  wyciągnął  jak  długi.  Moje  usta,  jak  zwykle,

wkroczyły tam, gdzie zawiodła inteligencja.

-  Prr,  zaraz.  Cormac,  twój  ojciec.  Twój  ojciec  został  zabity  przez  wilkołaka?  O  to  mu

chodzi?

Zaczęła  się  trzyosobowa  bitwa  na  spojrzenia:  Cormac  patrzył  ze  złością  na  Bena,  Ben

patrzył ze złością na Cormaca, a ja patrzyłam ze złością na jednego i drugiego. Nikt nic nie
mówił, dopóki nie odezwał się Cormac, głosem zimnym jak granit:

- Wiesz, gdzie są moje strzelby. Chcesz się zabić, załatw to sam.
Wyszedł z kuchni, a potem z chaty, w ciemność, trzaskając za sobą drzwiami. Ben gapił

się za nim. Miałam ochotę wrzeszczeć, bo ciągle nic nie mówił.

- Ben?
Znów zaczął jeść, metodycznie krojąc, żując, łykając i przez cały czas patrząc w talerz. Ja

background image

z  kolei  straciłam  apetyt.  Odsunęłam  talerz  i  pocieszyłam  się  myślą,  że  skoro  Ben  je,  to
raczej się nie zabije. A przynajmniej jeszcze nie w tej chwili.

Po kolacji Ben wrócił do łóżka i znów zasnął. Nadal był chory i potrzebował czasu, żeby

wydobrzeć.  A  może  po  prostu  unikał  sytuacji.  Nie  zagłębiałam  się  w  temat.  Jako  że
Cormaca  wciąż  nie  było,  położyłam  się  na  kanapie.  Zajmowanie  się  Benem  mnie
wykończyło. Musiałam się przespać. A może po prostu unikałam sytuacji.

Miałam  szczerą  nadzieję,  że  Cormac  nie  poszedł  zastrzelić  kolejnego  jelenia.  Moja

zamrażarka by tego nie zniosła.

Śniła mi się krew.
Stałam  na  polanie,  na  skalistym  wzgórzu  wśród  lasu.  Poznałam  to  miejsce,  było

niedaleko  chaty.  Kiedy  spojrzałam  w  górę,  z  nieba  padał  deszcz  krwi.  Lała  się  na  moją
twarz,  spływała  po  policzkach,  po  szyi,  sklejała  mi  sierść.  Byłam  pokryta  sierścią,  ale  nie
potrafiłam  stwierdzić,  czy  jestem  wilkiem,  czy  człowiekiem.  Jednym  i  drugim,  i  żadnym  z
nich.  Las  śmierdział  jak  rzeźnia.  Czerwone  krzyże  znaczyły  pnie  najbliższych  drzew
Wymalowane krwią. Potem zaczął się wrzask, jakby darły się na mnie same drzewa: won,
won,  won.  Wynoś  się.  Uciekaj.  Ale  drzewa  więziły  mnie,  poruszały  się,  żeby  mnie
zatrzymać, okrążały, zamykały drogę. Też próbowałam na nie krzyczeć, ale głos zamarł mi
w gardle, a z nieba wciąż padała krew i moje serce tłukło się jak szalone.

Trwało  to  tylko  sekundę,  przynajmniej  takie  miałam  wrażenie.  Wydawało  mi  się,  że

ledwie  zamknęłam  oczy,  a  już  je  otworzyłam.  Ale  pokój  wypełniało  wczesne  słońce.  Był
ranek, a przy kanapie klęczał Cormac.

- Norville?
Usiadłam  szybko.  Rozejrzałam  się,  szukając  niebezpieczeństwa  -  krwi  sączącej  się  ze

ścian.

Spodziewałam się usłyszeć wrzask. Moje serce biło za szybko. Cormac jednak wydawał

się spokojny. Nie zobaczyłam niczego niezwykłego.

- Jak długo tu jesteś? - spytałam trochę zdyszana.
- Właśnie wszedłem. Znalazłem coś, chyba powinnaś na to spojrzeć.
Skinęłam głową, odrzuciłam koce, włożyłam buty i kurtkę. Poszłam za nim.
Powietrze  na  zewnątrz  było  lodowate.  Nie  byłam  pewna,  czy  to  tylko  kwestia

temperatury.  Po  swoim  śnie  spodziewałam  się  zobaczyć  na  werandzie  kolejnego
wypatroszonego  królika.  Przewidywałam,  że  zobaczę  krzyże  na  wszystkich  drzewach.
Objęłam się ramionami i wlokłam się za Cormakiem po leśnym poszyciu.

Łowca  zatrzymał  się  jakieś  pięćdziesiąt  kroków  od  chaty.  Wskazał  ziemię,  ale  dopiero

po  chwili  zauważyłam  to,  co  chciał  mi  pokazać:  kolejny  krzyż  z  drutu  kolczastego,
zagłębiony w ziemię, jakby ktoś go tu upuścił.

- I tu. - Cormac poprowadził mnie kolejne dziesięć kroków ścieżką równoległą do chaty.
Na  ziemi  leżał  drugi  krzyż.  Nie  czekając  na  dalsze  wskazówki,  szłam  dalej  i  po  chwili

szukania sama znalazłam następny.

Obejrzałam się na Cormaca, lekko spanikowana.
- Tworzą krąg wokół domu - wyjaśnił.
Kolczasty  drut  stał  się  czymś  więcej  niż  symbolem.  Talizmany  dosłownie  odgradzały

mnie od świata.

background image

Tworzyły barierę strachu.
- Kto mógł to zrobić? - powiedziałam. - Dlaczego... dlaczego ktoś to robi?
-  Nie  wiem.  Czujesz  jakiś  zapach?  -  spytał.  Pokręciłam  głową.  Nie  czułam  niczego

niezwykłego, chociaż tyle.

- To dziwne, bo powinnam wyczuć trop tego, kto je zostawił. Ale to wygląda tak, jakby

krzyże po prostu pojawiły się tu znikąd. Czy to możliwe?

- Jeśli te talizmany są czymś więcej niż tylko straszakiem, to wszystko jest możliwe. Całą

noc pełniłem straż. Powinienem był coś zauważyć.

- Były tu wczoraj?
- Nie widziałem żadnego.
Kopnęłam ziemię i stłukłam sobie palec. Warknęłam z bólu.
- To mnie doprowadza do obłędu - mruknęłam.
- I pewnie o to chodzi - odparł Cormac.
- Ha. Jakbym sama nie potrafiła doprowadzić się do obłędu.
- Właśnie to robiłaś, zagrzebując się w tych lasach? Doprowadzałaś się do obłędu?
Trochę  na  to  wyglądało.  Ale  nie  musiałam  się  do  tego  przyznawać.  Zaczęłam  zbierać

krzyżyki, szukając kolejnych po okręgu. Chciałam znaleźć wszystkie, co do jednego.

- Kitty... - Jego głos brzmiał karcąco, jakby zamierzał mnie uraczyć jakąś perłą mądrości.

Oboje  wiedzieliśmy,  że  zbieranie  krzyży  nic  nie  da.  Dopóki  się  nie  dowiemy,  kto  je
zostawia, będą się pojawiać następne.

-  Trzeba  zajrzeć  do  Bena  -  powiedziałam.  -  Po  tym,  co  mówił  wczoraj  wieczorem,  nie

powinien być sam. Albo możesz się przespać. Albo coś.

Zrozumiał  aluzję.  Po  chwili  wahania  poszedł  do  chaty.  Kiedy  skończyłam,  miałam

szesnaście  krzyży  z  drutu  kolczastego  zawiniętych  w  skraj  kurtki.  Osiemnaście,  kiedy
dodałam  te  dwa,  które  Cormac  przyniósł  do  chaty.  Znalazłam  plastikową  siatkę  na
zakupy,  wrzuciłam  je  wszystkie,  zawiązałam  torbę  i  zostawiłam  na  werandzie.  Nie
chciałam ich mieć w domu.

Pomysł Cormaca, żeby je stopić, wydawał się rozsądny.
Kiedy  wróciłam  do  środka,  Cormac  i  Ben  siedzieli  naprzeciw  siebie  przy  kuchennym

stole,  milcząc  jak  dwa  głazy.  Cormac  patrzył  na  Bena,  a  Ben  nie  patrzył  na  nic
konkretnego.  Zaczęłam  przygotowywać  śniadanie,  udając,  że  nic  się  nie  dzieje,  i  starając
się nie zerkać przez ramię. Miałam wrażenie, że przerwałam kłótnię.

-  Ktoś  chce  jajka?  Płatki?  Chyba  mam  trochę  kiełbasy,  która  nie  jest  jeszcze  zbyt

przeterminowana.  Mrożonej  dziczyzny?  -  Cisza.  Mój  apetyt  nie  był  tak  zdrowy,  jak
powinien  być.  Zdecydowałam  się  na  szklankę  soku  pomarańczowego.  Wreszcie  oparłam
się o szafkę i spytałam:

- Kto umarł?
I natychmiast tego pożałowałam. Ben spojrzał na mnie ostro, a Cormac skrzyżował ręce

na  piersiach,  wzdychając  z  niezadowoleniem.  Nie  potrafiłam  nic  wyczytać  z  tej  mowy
ciała.  Może  gdybym  zmusiła  ich  do  mówienia,  a  potem  zamknęła  oczy  i  udała,  że
prowadzę program, zdołałabym dojść, co jest nie tak.

- Pytam serio - powiedziałam głosem bez wyrazu. - Kto umarł?
Ben wstał.

background image

-  Idę  wziąć  prysznic.  -  Poszedł  do  sypialni.  Został  Cormac,  który  nie  chciał  na  mnie

spojrzeć.

-  Powiesz  mi,  co  przegapiłam,  czy  wszyscy  będziemy  się  omijać,  nie  gadając  ze  sobą

przez cały dzień?

- Kusi mnie, żeby powiedzieć, że to nie twoja sprawa.
-  Jasne,  właśnie  dlatego  przywiozłeś  tu  Bena.  Bo  to  nie  moja  sprawa.  Urocze.  Co  się

dzieje?

- Ben i ja wreszcie do czegoś doszliśmy.
- Do czego?
- Do kompromisu. Miałam ochotę warczeć.
- Powiesz mi wreszcie, dlaczego on ze mną nie gada, a ty na mnie nie patrzysz?
Uznał  to  za  wyzwanie  i  spojrzał  mi  prosto  w  oczy.  Gdybym  nie  opierała  się  o  szafkę,

cofnęłabym się o krok, tyle gniewu i frustracji buchało z jego wzroku.

- Po pełni księżyca, jeśli ciągle będzie chciał, żebym to zrobił, zgodzę się - powiedział.
Potrzebowałam chwili, żeby to rozebrać i zrozumieć, o co chodzi. I dotarło do mnie. Ale

i tak musiałam wyartykułować to jasno i wyraźnie.

- Zastrzelisz go. Tak po prostu. To jedyny człowiek na świecie, któremu ufasz, i zabijesz

go.

- Jeśli będzie tego chciał.
-  To  nie  fair.  To  za  mało  czasu,  żeby  się  przystosował  do  tego,  co  się  z  nim  stało.  Po

pełni księżyca nie będzie szczęśliwszy niż teraz.

-  A  jak  dużo  czasu  ty  potrzebowałaś,  żeby  stać  się  zrównoważonym,  zintegrowanym

wilkołakiem, jakim jesteś dzisiaj? - Jego słowa ociekały sarkazmem.

Założyłam ręce na piersi i wydęłam usta.
- Bardzo zabawne.
- Tak postanowiliśmy.
- Cóż, jesteście parą kretynów z kompleksem macho! Wstał.
- Czy nadal nie masz nic przeciwko temu, żebym się przespał na kanapie?
-  Powinnam  ci  kazać  spać  na  werandzie!  Zignorował  mnie,  tak  jak  się  spodziewałam.

Podszedł do kanapy, zdjął buty, położył się i naciągnął koc na głowę.

I to by było na tyle.
Poszłam do biurka i odpaliłam laptop. Otworzyłam nową stronę i napisałam: „Dziesięć

sposobów na pokonanie kretynizmu z kompleksem macho". Potem uświadomiłam sobie,
że  większość  problemów  tego  świata  bierze  się  z  kretynizmu  z  kompleksem  macho  i
gdybym  umiała  pokonać  to  zjawisko,  zbawiłabym  świat.  Temat  pomógł  mi  się  całkiem
skutecznie  wyładować,  jako  że  Cormac  i  Ben  nie  pozwolili,  abym  nakrzyczała  na  nich
osobiście.

Ben wyszedł z łazienki godzinę później, lekko wilgotny, ubrany w dżinsy i szary T-shirt,

które musiał pożyczyć od Cormaca. Wyglądał w tych ciuchach jak James Dean. Może przez
grymas  ledwie  tłumionej  furii,  który  miał  na  twarzy.  Spodziewałam  się  komentarza  na
temat tego, że siedzę przy biurku i pracuję.

Dawny Ben powiedziałby coś złośliwego, a jednocześnie dodającego otuchy.
Ten nowy tylko na mnie spojrzał, a potem ciężko opadł na kuchenne krzesło.

background image

Obserwowałam go.
-  Zjadłeś  śniadanie,  kiedy  planowałeś  z  Cormakiem  samobójstwo,  czy  mam  ci  coś

przygotować?

Jego głos był cichy.
- Spodziewałem się, że akurat ty wykażesz odrobinę współczucia.
-  Niemożliwe.  Jestem  sentymentalna,  pamiętasz?  To  ty  jesteś  zgorzkniałym  cynikiem.

Tylko nie mogę uwierzyć, że poddajesz się bez walki.

- Ja już przegrałem.
Przeszłam do kuchni i usiadłam przy stole naprzeciw niego, na miejscu, gdzie przedtem

siedział  Cormac.  Zdominowałam  go  spojrzeniem.  Zaczął  się  nerwowo  wiercić  i  odwrócił
wzrok.  Aha,  wilcze  instynkty  zaczynały  działać.  Nie  próbował  odpowiedzieć  wyzwaniem.
Bardzo dobrze.

- Z mojej strony wygląda to tak: mam trzy dni i noc pełni księżyca na przekonanie cię,

że życie wilkołaka jest lepsze niż brak życia.

- Kitty, tu nie chodzi o ciebie. To nie jest twoja sprawa.
- Powiedz to Cormacowi. To on mi cię podrzucił.
- Już go za to opieprzyłem.
- Naprawdę uważasz, że popełnił błąd, przywożąc cię tutaj?
Zacisnął usta.
- Tak sądzę. Powinien był załatwić sprawę w Shiprock. Ben zawsze stał przy mnie. Teraz,

kiedy przyszedł moment, żeby to on przyjął pomoc, rzucał mi ją w twarz. A tam, mam to
gdzieś.

-  Wiesz  co,  Ben?  Mylisz  się.  To  jest  moja  sprawa.  A  wiesz  dlaczego?  -  Spojrzał  w  sufit

cierpiętniczym  wzrokiem.  Nie  szkodzi,  pytanie  i  tak  było  wyłącznie  retoryczne.  -  Bo  cię
adoptuję. Należysz teraz do mojej watahy. To oznacza, że jesteś pod moją ochroną, a ja
nie zamierzam dopuścić, żebyś się zabił.

Zamrugał.
- O czym ty mówisz?
- Wilki żyją w watahach. Ty jesteś w mojej watasze. A ja jestem samicą alfa. To znaczy,

że musisz mnie słuchać.

- Albo co?
- Albo... albo bardzo się na ciebie wkurzę.
Myślał  nad  tym  przez  chwilę.  A  ja,  spanikowana,  zastanawiałam  się,  czy  dam  radę  go

pokonać w walce, jeśli będę musiała poprzeć czynem swoją brawurę. On nie przyzwyczaił
się jeszcze do siły, którą zyskał jako wilkołak. Ciągle był chory, nadal dochodził do siebie.
A  ja  miałam  doświadczenie  w  takich  rzeczach.  Problem  w  tym,  że  nie  chciałam  ustalać
swojej pozycji, walcząc z nim. Wolałam, żebyśmy mogli to załatwić słowami.

W końcu spytał:
- Dlaczego coś mi każe traktować cię poważnie?
- Bo wilk wewnątrz ciebie wie, co jest najlepsze. Zaufaj mi, Ben. Proszę.
- Myślałem, że nie masz watahy. Uśmiechnęłam się.
- Teraz już mam.

background image

Rozdział 6

 

Chodź, ubierz się - powiedziałam, biorąc swoją kurtkę i torebkę.
- Dlaczego?
-  Wychodzimy.  Tylko  cicho,  nie  obudź  Cormaca.  Poszedł  do  sypialni  i  wrócił  z  kurtką.

Miał  ponurą  minę,  ale  się  nie  sprzeciwiał.  To  mnie  trochę  przerażało.  Czyżby  naprawdę
kupił tę historyjkę z samicą alfa? Mnie się zdawało, że blefowałam.

- Dokąd jedziemy? - spytał wreszcie, kiedy byliśmy już w drodze.
- Do miasta, kupić coś do jedzenia. Zjadacie mi całe żarcie. - To nie był jedyny powód;

schowałam do samochodu siatkę z drucianymi krzyżami. Zamierzałam się ich pozbyć.

- Dlaczego muszę jechać z tobą?
- Bo wilkołak musi się nauczyć, jak funkcjonować w prawdziwym świecie. Z początku to

trochę przerażające. McDonald już nigdy nie będzie pachniał tak samo.

Zmarszczył nos i burknął z niesmakiem.
- A poza tym nie zamierzam zostawić cię samego, bo mógłbyś się zabić tylko po to, żeby

zrobić mi na złość.

- Zawarłem umowę z Cormakiem. Wytrzymam, aż będzie po pełni księżyca. Nie złamię

słowa.

Westchnęłam.
-  I  znowu  to  robisz.  Wytrzymasz  dla  Cormaca,  ale  nie  dla  mnie.  Myślę,  że  po  prostu

mnie nie lubisz.

Milczał chwilę, zastanawiając się nad tym.
- Wiesz, że jesteś wariatką?
- To nie ja chcę, żeby mój najlepszy przyjaciel odstrzelił mi łeb!
Odwrócił się i zapatrzył za okno.
Przechodziłam  przez  to,  przez  co  on  przechodził  teraz.  Po  ataku  wilkołaka  obudziłam

się w świecie, który wywrócił się do góry nogami, ale nie chciałam umrzeć. Nawet o tym
nie  myślałam,  nie  licząc  przelotnych,  niepoważnych  myśli,  które  przynosiła  depresja.
Miałam  życie  i  chciałam  je  zatrzymać,  czy  byłam  wilkołakiem,  czy  nie.  Co  było  nie  tak  z
Benem?

Wszystko było z nim w porządku. Miał prawo się bać, miał prawo chcieć tego uniknąć.

Tu chodziło o mnie. Ja byłam problemem. Ben wiedział, co go czeka, bo widział, co się ze
mną działo. Nie mogłam mieć mu tego za złe.

- Jestem wilkołakiem - powiedziałam. - Czy jestem taka straszna, że wolisz się zabić niż

być taki jak ja?

-  Nie.  -  Spojrzał  na  mnie  i  w  jego  oczach  zobaczyłam  smutek.  -  Wcale  nie  jesteś

straszna. Jesteś... - Odwrócił się z powrotem do okna, nie kończąc zdania.

Jaka  jestem?  Niemal  krzyknęłam  na  niego,  żeby  dokończył.  Ale  co  by  mi  to  dało?

Odpowiedź,  której  być  może  wcale  nie  chciałam  usłyszeć.  Nie  jesteś  straszna,  jesteś...
skołowana.

Zaparkowałam  na  podjeździe  sklepu  Joego  i  Alice.  Był  środek  dnia,  ale  byliśmy

jedynymi klientami. Drobne błogosławieństwa. Zdążyłam już wysiąść z samochodu, kiedy

background image

Ben powiedział:

- Ja tu zaczekam. Położyłam dłonie na biodrach.
-  To  niweczy  cały  sens  twojej  wycieczki  do  miasta.  Poza  tym  potrzebuję  cię  do

dźwigania zakupów.

Wysiadł  z  samochodu,  garbiąc  się  w  kurtce  jak  nadąsany  nastolatek,  z  rękami  w

kieszeniach.  Ruszyłam  przez  nieutwardzony  parking;  Ben  zrównał  ze  mną  krok.  Ale  w
połowie  drogi  do  drzwi  zatrzymał  się  i  spojrzał  w  górę,  wystawiając  nos  na  słaby  wiatr.
Zmarszczył brwi, nieco zaniepokojony, trochę zaciekawiony.

Ja też czułam to wszystko i potrafiłam przefiltrować setki zapachów, które napotykałam

codziennie:  rozlany  olej,  benzyna,  asfalt,  śmietnik,  farba  schnąca  na  szopie  za  rogiem,
czyjś  pies  spuszczony  ze  smyczy,  zdziczały  kot,  ziemia  i  drzewa  na  skraju  lasu.  Zwykły
człowiek nie potrafiłby rozróżnić poszczególnych woni. Ben czuł to po raz pierwszy.

- Wszystko w porządku? - spytałam. Po chwili skinął głową. I nagle spytał:
- A czym ja ci pachnę?
Wzruszyłam ramionami. Nigdy wcześniej nie próbowałam tego opisać.
- Teraz? Pachniesz jak wilkołak. Jak człowiek z odrobiną zapachu sierści i dziczy.
Skinął głową, jakby brzmiało mu to znajomo - przecież on też czuł teraz mój zapach.
- A przedtem?
- Zawsze pachniałeś swoim trenczem. Wydał dźwięk, który był niemal śmiechem.
- A czym ja pachnę tobie? - spytałam. Przekrzywił głowę, sondując powietrze, smakując

je.

Wydawał się zdezorientowany, jakby nadal próbował określić własne odczucie.
- Bezpieczeństwem. Pachniesz bezpieczeństwem. Weszliśmy do środka.
Ben  zawahał  się  w  drzwiach,  znów  rozejrzał  się  dookoła,  rozdymając  nozdrza;  na  jego

twarzy  malowała  się  niepewność,  ale  i  ciekawość.  Spojrzałam  w  głąb  sklepu,  mając
nadzieję zobaczyć Alice, ale też przygotowana na Joego i jego strzelbę.

Siedząca za ladą kobieta uniosła wzrok znad czasopisma. Uśmiechnęła się.
- Cześć, Kitty, co u ciebie?
- O, wszystko dobrze. Odwiedzili mnie przyjaciele. Alice, to jest Ben. Ben, Alice.
Alice  uśmiechnęła  się  ciepło  i  wyciągnęła  rękę  na  powitanie.  Na  krótką  chwilę  Benem

owładnął  strach  -  dla  wilka  nie  był  to  nieszkodliwy  gest.  Szczerze  mówiąc,  nieco
przypominał  atak.  Czekałam,  jak  zareaguje,  i  odetchnęłam  z  ulgą,  kiedy  się  opanował  i
uścisnął jej dłoń.

- Miło cię poznać - mruknął. Nie uśmiechał się, ale zachowywał się w miarę normalnie.
- Dajcie znać, gdybyście nie mogli czegoś znaleźć -powiedziała.
- Właściwie chciałam cię o coś zapytać. Znasz w okolicy jakiegoś kowala? Kogoś, kto ma

kuźnię i mógłby mi przetopić trochę metalu?

- Jasne. Jake Torres jest miejscowym kowalem, ma palenisko. A o jaki metal chodzi?
Trudno mi to było wyjaśnić tak, żeby samej nie wyjść przy tym na wariatkę. Ale przecież

byłam szurnięta, przynajmniej według Bena. Może powinnam się z tym pogodzić.

-  Mam  parę  kawałków  kolczastego  drutu,  które  najchętniej  całkowicie  bym  zniszczyła.

Myślisz, że mógłby to dla mnie zrobić?

Zmarszczyła czoło.

background image

- Oj, pewnie tak. Jakie kawałki?
-  Mam  je  w  samochodzie.  Pójdę  po  nie.  Ben...  -Wzięłam  plastikowy  koszyk  ze  stosiku

przy drzwiach. -

-Trzymaj. Znajdź jakieś jedzenie. Co ci tam wpadnie w oko.
Wziął koszyk, spojrzał na mnie ze zdziwieniem i ruszył między półki.
Z  poczuciem,  że  wreszcie  coś  osiągam,  pobiegłam  do  samochodu,  wzięłam  torbę  z

krzyżami,  wróciłam  do  sklepu  i  upuściłam  ją  na  ladę  przed  Alice.  Wylądowała  z  ciężkim,
metalicznym  łupnięciem.  Alice  wyjęła  jeden  z  krzyżyków  i  przyglądała  mu  się  z  mocno
zaniepokojoną miną. To z kolei wywołało niepokój we mnie.

-  Coś  jest  nie  tak  -  powiedziałam.  -  O  co  chodzi?  Wyglądasz,  jakbyś  już  to  kiedyś

widziała.

Kręcąc głową, wrzuciła krzyż z powrotem do torby i szybko ją zawiązała.
- Och, no wiesz. Folklor, miejscowe przesądy. Krzyże mają służyć do ochrony.
- No cóż, ktoś rozrzuca je wokół mojej chaty i jakoś nie czuję się szczególnie chroniona.

Mój  przyjaciel  uważa,  że  to  element  klątwy.  Jakby  ktoś  nie  był  zadowolony  z  mojej
obecności w okolicy.

Przestraszona Alice szeroko otworzyła oczy.
- Dziwna sprawa.
-  Po  prostu  chcę  się  ich  pozbyć.  Przetopienie  ich  wydaje  się  najlepszym  sposobem.

Myślisz, że wasz kowal się tego podejmie?

- Jake wpada tu raz w tygodniu. Ma być za dwa dni. Sama go zapytam - powiedziała z

niepewnym uśmiechem. Schowała torbę pod ladę. Teraz to już nie była moja sprawa.

Łatwo poszło. Kamień spadł mi z serca.
- Dzięki, Alice. Byłoby świetnie.
Poszłam  sprawdzić,  jak  radzi  sobie  Ben.  Stał  z  wciąż  pustym  koszykiem  przed  regałem

zapełnionym puszkami zupy, chili i sosów do makaronu.

-  Na  nic  nie  mam  ochoty  -  powiedział.  -  Myślę  tylko  o  tej  dziczyźnie  w  twojej

zamrażarce. To normalne?

Poklepałam go po ramieniu.
- Wiem, co masz na myśli.
Zaopatrzyliśmy się w podstawowe produkty - bekon, jajka, chleb i mleko. Ben dzielnie

nosił  za  mną  koszyk,  a  Alice  podsumowała  zakupy  i  wyglądała  radośniej  niż  zwykle.
Wróciliśmy do samochodu bez incydentu.

- No widzisz - zagaiłam, wyjeżdżając z powrotem na drogę. - To nie było takie trudne.
- Słyszałem bicie jej serca - odezwał się po kilku długich minutach jazdy Ben. - Czułem

jej krew. To dziwne.

Zwilżyłam  wargi,  bo  zaschło  mi  w  ustach.  Wdychałam  jego  zapach,  czułam  przemianę

Bena w coś nie całkiem ludzkiego. Choć widziałam ślady pogryzień i rozumiałam, co się z
nim  dzieje,  tak  naprawdę  dopiero  teraz  to  do  mnie  dotarło.  BN  był  wilkołakiem.  Co
prawda nie przeobrażał się jeszcze, był zakażony krócej niż tydzień. Ale był wilkołakiem.

-  Przez  to  wyglądają  jak  zwierzyna  -  powiedziałam,  zdając  sobie  sprawę,  że  mówię  o

ludziach, zwykłych ludziach, takich jak Alice, w trzeciej osobie. Jakby byli czymś innym niż
BN i ja. - Jakby można było na nich polować. - Jakby można było posmakować ich krwi.

background image

- Czy tak jest za każdym razem, kiedy kogoś spotykasz? - spytał.
- Przeważnie tak - odparłam cicho.
Nie odezwał się przez resztę drogi do domu.
Kiedy weszliśmy do chaty, Cormac już nie spał. Siedział przy stole i czyścił swój arsenał.

Gdy  tylko  drzwi  się  otworzyły,  wstał  i  odwrócił  się  do  nas.  Gdybym  go  nie  znała,
pomyślałabym, że jest spanikowany.

- Gdzie byliście? - spytał.
-  Na  zakupach?  -  rzuciłam  niepewnie.  Oboje  z  Benem  dźwigaliśmy  plastikowe  siatki

pełne produktów spożywczych. - Pomożesz nam rozpakować?

Nie ruszył się.
- Nie mogliście zostawić kartki?
- Nie sądziłam, że się obudzisz przed naszym powrotem.
- Nie martw się - powiedział BN. - Opiekowała się mną.
-  Czy  ty  w  ogóle  powinieneś  wychodzić?  -  rzucił  Cormac  oskarżycielskim,  niemal

matczynym tonem.

O mało nie naskoczyłam na niego i nie wypaliłam czegoś szczeniackiego w rodzaju „co

cię  ugryzło?"  Ale  nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  nigdy  nie  widziałam,  żeby  Cormac  się  o
kogoś  martwił.  Czy  raczej  martwił  i  to  okazywał.  Był  potwornie  zestresowany.  To  było
dość przerażające.

BN opadł na drugie krzesło przy kuchennym stole.
- Przeżyłem, nie?
Cormac spochmurniał i odwrócił wzrok, więc BN dodał:
- Nic mi nie jest, Cormac.
-  Przynajmniej  przez  najbliższe  trzy  dni  -  mruknęłam,  upychając  jedzenie  do  lodówki.

Chowałam  rzeczy  z  hałasem,  demonstrując  złość,  jakby  mogło  mi  to  poprawić
samopoczucie. Tamci dwaj mnie ignorowali.

-  Pomóc  ci  z  tym?  -  BN  wskazał  olej  i  części  broni  porozkładane  na  stole.  Cormac

przykrył blat papierowymi ręcznikami, więc nie mogłam się wściekać nawet o to, że mi go
zapaprał.

- Już skończyłem. - Zaczął zbierać bałagan, pakując wszystko do metalowej skrzyni.
BN przyglądał się temu przez chwilę i w końcu powiedział:
- Gdybyś mnie po prostu zastrzelił, nie musiałbyś się teraz tak męczyć.
- Nie dasz mi o tym zapomnieć, co?
- Mieliśmy umowę...
Cormac trzasnął pudłem o stół z takim hukiem, że zadzwoniło mi w uszach.
- Mieliśmy szesnaście lat, kiedy zawieraliśmy ten układ! Byliśmy dziećmi! Nie mieliśmy

o niczym pojęcia!

BN spuścił wzrok. Wyszłam z kuchni.
Oczywiście nie mogłam daleko zajść. Całe półtora metra do tak zwanego salonu. Ale ta

odległość  pomogła  mi  nieznacznie  ich  ignorować.  W  chacie  zapadła  kompletna,
przytłaczająca cisza. Po chwili Cormac wyszedł na dwór, niosąc w rękach pudło i strzelby.
Usłyszałam, że pakuje wszystko do jeepa.

Niemal  spodziewałam  się  usłyszeć,  jak  zapala  silnik  i  odjeżdża  na  zawsze,  zostawiając

background image

mi Bena na głowie.

Ale  nie  zrobił  tego.  Może  zamierzał  tam  spać,  żeby  uniknąć  kolejnych  kłótni,  ale  nie

odjechał. BN poszedł do sypialni. Usiadłam za biurkiem, przy komputerze. Udawałam, że
piszę, ale miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy.

Cały  rok  spędziłam  w  radiowym  studiu,  mówiąc  słuchaczom,  jak  uporać  się  ze

sprawami dotyczącymi ich nadnaturalnie skomplikowanych relacji z ludźmi. A teraz sama
nie mogłam sobie poradzić z problemem, który przede mną stanął.

BN wyszedł z sypialni dopiero na kolację. Znów steki z dziczyzny. Po posiłku przeciągnął

sobie  krzesło  do  salonu,  usiadł  przy  piecyku  i  patrzył  przez  kratkę  na  płonące  głownie,
pogrążony w dziwnym odrętwieniu. Nie mogłam mu tego zabronić. Zachowywałam się tak
samo, kiedy mi się to przydarzyło.

Kiedy  ciało  się  zmieniało,  zmieniało  się  postrzeganie  otoczenia,  a  świat  zdawał  się

zwalniać  biegu.  To  poczucie  oderwania  trwało  tygodniami.  O  mało  nie  zawaliłam
semestru. Gdyby nie fakt, że do końca studiów. Został mi tylko rok, może i poddałabym
się pokusie, żeby rzucić uczelnię i po prostu odejść.

Wejść w las i nigdy nie wrócić.
Cormac siedział w kuchni. Ciągle ze sobą nie rozmawiali.
Później,  o  odpowiedniej  godzinie,  włączyłam  radio,  lak,  to  znowu  był  ten  dzień

tygodnia. Zwinęłam się na kanapie z komórką w dłoni.

BN  spojrzał  na  radio  i  zmarszczył  czoło.  Nagle  zmrużył  oczy,  kiedy  zaczęła  do  niego

docierać prawda.

- Jaki dzisiaj dzień?
- Sobota - odparłam.
Wstał natychmiast, kręcąc głową.
-  Nie,  nie  ma  mowy,  żebym  tego  słuchał.  Nie  będę  patrzył,  jak  ty  tego  słuchasz.  Idę

stąd. Dobranoc. -

Poszedł do sypialni i walnął się na łóżko.
Cormac przyszedł z kuchni, zerknął do sypialni i usiadł na drugim końcu kanapy.
- Co to będzie?
- Konkurencja - powiedziałam. Seksowny głos się przedstawił.
-  Dobry  wieczór,  mówi  do  was  Ariel,  Kapłanka  Nocy.  Zapraszam  na  mój  program.  -  I

znowu zabrzmiała Bela Lugosi's Dead. Co za pretensjonalna...

Mruknęłam pod adresem radia z maniacką drwiną w głosie:
- Powiedz nam, Ariel, o czym będziemy rozmawiać w tym tygodniu?
Ariel, via radio, odpowiedziała mi.
-  Wszyscy  słyszeliśmy  o  wilkołakach  -  zaczęła  melodyjnie.  -  Widzieliśmy  niezliczone

filmy.  Mój  brat  jednego  roku  przebrał  się  na  Halloween  za  Wolf  Mana.  Medialna  uwaga
nie  zostawiła  wiele  miejsca  innym  gatunkom.  Lwom,  tygrysom  i  niedźwiedziom.  I  wielu
innym  odmianom  zmiennokształtnych,  których  istnienie  zostało  udokumentowane.  Kto
by pomyślał.

Cormac założył ręce na piersi i rozsiadł się wygodniej.
- Człowiek się zastanawia, czy ona ma ciało pasujące do tego głosu.
Nie miałam najmniejszego zamiaru mówić mu o stronie internetowej. Tylko spojrzałam

background image

na  niego  ze  złością.  W  następnej  chwili  natrętny  głosik  zaczął  brzęczeć  mi  w  jakimś
zakamarku mózgu. Brzęczeć, dręczyć, irytować, aż musiałam zapytać:

-  A  mój  program?  No  wiesz,  zanim  zobaczyłeś  mnie  na  własne  oczy...  Czy  mój  głos

kiedykolwiek... no wiesz, kazał ci się zastanawiać, czy mam pasujące do niego ciało?

Spojrzał na mnie lekko spłoszony.
- Ty jesteś trochę inna - powiedział w końcu.
O Boże, jestem maszkarą. Paskudną, produkującą szmirę maszkarą, i nikomu się nigdy

nie  podobałam,  ani  razu  w  życiu.  Objęłam  poduszkę  leżącą  na  kanapie  i  zaczęłam  się
zamartwiać. Cormac przewrócił oczami.

Ariel wciąż mówiła.
-  Jesteś  likantropem,  który  przybiera  inną  postać  niż  powszechnie  występujący  wilk?

Zadzwoń do mnie, porozmawiamy.

Numer  miałam  już  wprowadzony  w  opcję  szybkiego  wybierania.  Wcisnęłam  guzik  i

czekałam. Cormac przyglądał mi się zdziwiony.

- Co ty wyprawiasz?
Zignorowałam go. Za pierwszym razem było zajęte, więc spróbowałam znowu. I znowu,

aż wreszcie:

- Halo, tu studio programu Ariel, Kapłanki Nocy. Jak ci na imię i skąd dzwonisz?
Tym razem wszystko miałam zaplanowane.
- Jestem Irenę z Tulsy - powiedziałam wesoło.
- I o czym chcesz mówić?
-  Jestem  jaguarołakiem.  To  bardzo  rzadkie  -  odparłam.  -  Tak  się  cieszę,  że  Ariel  o  tym

mówi. Czuję się taka samotna. Bardzo chętnie bym o tym porozmawiała.

- W porządku, Irenę. Wyłącz radio i poczekaj, proszę. Wyłączyłam radio i przycisnęłam

telefon do ucha, radośnie stukając stopą o podłogę.

Cormac gapił się na mnie.
- To naprawdę żałosne.
- Zamknij się.
Drań  miał  czelność  zabrać  radio  do  sąsiedniego  pomieszczenia.  Postawił  je  na

kuchennym  stole.  Pochylił  się  i  nasłuchiwał  dobiegających  z  niego  przyciszonych
dźwięków. Nie mógł mi dać spokoju?

Wysłuchałam  trójki  rozmówców:  dzwoniący  twierdzili,  że  są  kolejno  panterołakiem,

lisołakiem  i  wilkołakiem,  który  nie  wierzył  w  istnienie  innych  likantropów  niż  wilki,  bo
osobiście  nigdy  nikogo  takiego  nie  spotkał.  Gdyby  zadzwonił  do  mojej  audycji,
palnęłabym mu taką mówkę, że by go zatkało. Coś w rodzaju: „Okej, palancie, nauczymy
się kilku nowych słów. Powtarzaj za mną: narcystyczny..."

Ariel, w przeciwieństwie do mnie, była skandalicznie grzeczna.
- Marty, czy uważasz się za osobę o otwartym umyśle?
- No tak, chyba tak - odparł Marty.
-  Dobrze,  to  świetnie  -  zamruczała.  -  Po  wilkołaku  należałoby  się  tego  spodziewać.

Przecież jesteś tak głęboko związany z nadnaturalnym światem. Jestem pewna, że istnieje
wiele osób, których nie miałeś okazji spotkać osobiście. Na przykład papieża czy królową
brytyjską.  Dlaczego  więc  nie  potrafisz  zaakceptować  istnienia  innego  gatunku

background image

zmiennokształtnych tylko dlatego, że nigdy żadnego nie spotkałeś?

Marty  nie  przemyślał  sprawy.  Zawsze  można  wyłapać  ludzi,  którzy  wygłaszają  opinie

niepoparte przemyśleniami.

- No wiesz wszystkie historie o wilkołakach. I filmy opowiadające tylko o nich. Jest Wplf

Man, a nie Pantera Man.

- A ludzie koty?
Hej, powiedziałbym to samo.
- To co innego – rzucił z rozdrażnieniem Marty – To było no wiesz zmyślone.
-  Opowieści  o  zmiennokształtnych  są  popularne  na  całym  świecie  i  mówią  o

najróżniejszych  rodzajach  zwierząt.  Zależnie  od  tego,  jakie  występują  lokalnie.  Chyba
musisz uznać, że w tych historiach może być ziarno prawdy.

- Ja nigdy nie słyszałem takich historii.
Rany, uwielbiałam, jak niektórzy potrafili sami pod sobą kopać dołki.
- Twoja kultura nie jest jedyna na świecie, Marty. Przechodzimy do następnej rozmowy

i witamy Irenę z Tulsy. Halo?

Moja kolej? Ja? Byłam na to gotowa. Spróbowałam mówić weselszym i wyższym głosem

niż ostatnio, bardziej jak słodka idiotka.

- Cześć, Ariel!
- Więc jesteś jaguarołakiem. Możesz mi powiedzieć, jak do tego doszło? Jaguary raczej

nie występują w Tulsie.

- Kiedy byłam na studiach, podczas wakacji pracowałam jako wolontariuszka w grupie

ekologów w brazylijskiej dżungli. Któregoś dnia wracałam do obozu trochę spóźniona, no
i... - Westchnęłam znacząco. - Zostałam zaatakowana.

Jak  można  nie  współczuć  komuś  takiemu?  O  tak,  nominujcie  mnie  do  Oscara.  Byłam

ciekawa, ile czasu zajmie Ariel wyłapanie oszustki.

-  To  niezwykła  historia  -  powiedziała  Ariel,  wyraźnie  pod  wrażeniem.  -  I  jak  sobie

radzisz od tamtej pory?

- Mam lepsze i gorsze dni. Naprawdę mi ciężko, że nie mam z kim o tym porozmawiać.

O ile wiem, wszystkie inne jaguarołaki są w Brazylii.

- Nigdy nie myślałaś, żeby tam wrócić i poszukać kogoś, kto mógłby ci pomóc?
- Nigdy mi się to nie udało. - Jestem taka smutna, żałujcie mnie...
- Ależ, Irenę, jeśli się czegoś chce, zawsze znajdzie się sposób.
Może  dlatego  Ariel  tak  mnie  denerwowała  -  przez  to  słoneczne  podejście  do  życia  w

stylu Polyanny.

Czasami coś się po prostu nie udawało.
- Chciałabym wziąć ślub przy pełni księżyca. Czy na to też znajdzie się sposób?
- Niekiedy trzeba trochę skorygować swoje marzenia, żeby były bardziej realistyczne.
- Łatwo ci mówić.
Uniknęła konfrontacji, na nowo przejmując kontrolę nad rozmową.
- Powiedz mi, dlaczego tak naprawdę nie wróciłaś do Brazylii.
-  No  wiesz  -  rzuciłam  wesoło.  -  Musiałam  wrócić  do  domu,  skończyć  szkołę,  a  potem

poznałam  jednego  gościa,  rozumiesz,  a  potem  z  nim  zerwałam,  no  i  wiesz,  jak  to  jest,
ciągle wyskakuje coś nowego i jakoś tak mi zeszło.

background image

Ariel tego nie kupiła.
- Irenę, czy ty mnie wkręcasz?
Do licha, miała mnie. Ale to nie oznaczało, że musiałam się do tego przyznawać.
- Och, Ariel, dlaczego miałabym robić coś takiego?
- Ty mi powiedz.
-  Dzwonienie  do  ciebie  ze  zmyśloną  historyjką  o  jaguarołaku  byłoby  pewnie...  no  nie

wiem... przejawem urojeń wynikających z jakiejś choroby psychicznej? Rozpaczliwą próbą
zwrócenia na siebie uwagi?

- Też tak myślę - odparta Ariel. - Przechodzimy do następnego rozmówcy, Geralda...
Rozłączyłam się, zniesmaczona. Ciągle nie sprowokowałam jej do powiedzenia niczego

głupiego. To ja czułam się głupio, ale nieważne. Moja wewnętrzna dwulatka świetnie się
bawiła.

Cormac  przyglądał  mi  się  z  kuchni,  co  tylko  potęgowało  moje  niezadowolenie.  Nie

potrzebowałam publiczności. A przynajmniej nie takiej, która siedzi tuż obok i wlepia we
mnie gały.

-  Przyszło  ci  do  głowy  -  zasugerował  -  że  może  ona  tak  naprawdę  jest  wampirem  albo

czarownicą, tak jak ty jesteś wilkołakiem? I tylko się z tym nie ujawnia, tak jak ty kiedyś?

-  To  znaczy  do  chwili,  kiedy  ty  mnie  ujawniłeś?  Wzruszył  ramionami,  jakby  chciał

powiedzieć: „Kto, ja?"

- To zwykła kolekcjonerka tanich sensacji - wymamrotałam.
- Więc kim ty jesteś, do cholery?
- Przeszłością, najwyraźniej. - Odgarnęłam włosy do tyłu i westchnęłam.
Wstał, biorąc z blatu szafki kurtkę i strzelbę.
- Chcesz się nad sobą użalać, rób to sama.
- Ja nie... to nie jest... nie chcę, żebyś się nade mną użalał.
- No i dobrze. Bo nie mam zamiaru. Jeśli jesteś przeszłością, to wyłącznie twoja wina.
- Dokąd idziesz?
- Pełnić straż. Dam ci znać, gdy zobaczę jakieś wypatroszone króliki.
Łup, zatrzasnął za sobą drzwi, i tyle go widziałam.
Warknęłam sfrustrowana, złapałam koc i zawinęłam Kię w kokon na kanapie.
Nie byłam przeszłością. Naprawdę nie byłam. Jeszcze.
 

background image

Rozdział 7

 

Obudziłam się przestraszona i usiadłam na kanapie. Niczego nie słyszałam, nie wyrwało

mnie ze snu nic konkretnego, ale czułam się tak, jakby ktoś trzasnął drzwiami albo strzelił
z broni palnej. Cormac.

Spał na krześle, które przyciągnął sobie do okna salonu. Pełnił straż, tak jak obiecał. Ale

nigdy bym się nie spodziewała, że w tym czasie zaśnie. To po prostu nie było w jego stylu.

Cokolwiek  wyrwało  mnie  ze  snu,  jego  nie  ruszyło.  Nawet  chrapał  lekko,  siedząc  z

pochyloną głową, tak że jego podbródek niemal dotykał piersi.

Niebo było szare. Dość jasne, więc słońce już wzeszło, ale zasnute chmurami, jakby miał

padać śnieg.

Czułam się trochę słaba i przymulona, co dowodziło, że się nie wyspałam.
- Cormac? - powiedziałam.
Wyprostował  się  natychmiast  i  położył  dłoń  na  rewolwerze,  który  zostawił  na  moim

biurku.  Dopiero  kiedy  się  rozejrzał  z  napięciem,  siedząc  na  samym  brzegu  krzesła,  jakby
czekał na atak, odezwał się:

- Co się stało? - Nie patrzył na mnie; jego uwaga była skupiona na oknie i drzwiach.
- Coś mnie obudziło - wyjaśniłam.
- Nie chciałem zasnąć - powiedział. - Nie powinienem był zasypiać. - Trzymał rewolwer

jak dziecko ściska przytulankę. Nie podniósł go, ale nie wątpiłam, że mógłby wycelować i
strzelić  w  ułamku  sekundy.  Jego  serce  biło  za  szybko.  Słyszałam  je  i  wyczuwałam  jego
niepokój. Spanie podczas warty nie było u niego czymś naturalnym. Jego strach podsycał
mój.

- Tam coś jest - szepnęłam.
- Słyszysz coś?
- Nie wiem. - Skupiłam się, próbując jeszcze raz przypomnieć sobie, co powiedziały mi

zmysły, co właściwie wyrwało mnie ze snu.

Czułam krew. To nie była nowa, świeża krew, tylko stara, zgniła, śmierdząca. I nie było

jej  odrobinę  -  przypominało  to  rzeźnię.  Mnóstwo  krwi,  która  była  wszędzie,  jakby  ktoś
wymalował nią ściany. Nie... nie...

Weź się w garść. Nie trać głowy.
- Czujesz coś? - spytałam łamiącym się głosem. Oczywiście że nie czuł. Nie tak jak ja. Jak

mógłby?

- Zakładam, że masz na myśli coś niezwykłego.
- Krew.
- Dobrze się czujesz? Podeszłam do drzwi. Wynoś się.
Przystanęłam z dłonią na klamce i zacisnęłam powieki. Nie było żadnego głosu. Niczego

nie słyszałam. Uchyliłam drzwi.

Zapach uderzył mnie jak fala. Nigdy nie czułam niczego takiego. Smród był obrzydliwy,

przytłaczający, jakby mnie atakował. Czy tak mogło cuchnąć zło?

- Tam coś jest - powiedziałam. I to coś mnie nienawidziło. Zostawiło te wszystkie znaki,

by mi pokazać, że mnie nienawidzi.

background image

- Odsuń się. - Cormac z uniesionym pistoletem odsunął mnie od drzwi. - Zostań tu.
Posłuchałam  go,  trzymając  zaciśnięte  dłonie  przy  piersi.  Otworzył  drzwi  odrobinę

szerzej.  Ręka  z  pistoletem  wychyliła  się  pierwsza,  kiedy  wyszedł  na  dwór,  gotów  strzelać
do czającego się niebezpieczeństwa.

Schowana  za  drzwiami  obserwowałam  go.  Miał  zawsze  ten  sam  wyraz  twarzy.  Był

zimny, niewzruszony -taką maskę nosił w pracy. Nagle zamarł.

- Jezu Chryste - powiedział głosem, w którym pobrzmiewał niemal nabożny podziw. Nie

opuścił pistoletu.

Wyśliznęłam się za drzwi, stanęłam obok niego na werandzie i spojrzałam.
Wszędzie wokół polany przed domem na niskich gałęziach wisiały truchła. Oskórowane

- różowe i krwawe, połyskujące mięśniami i tłuszczem - martwe zwierzęta powieszone za
tylne  nogi,  tak  że  przednie  łapy  i  głowy  dyndały  w  powietrzu.  Ich  zęby  -  ostre  zęby
mięsożerców  -były  obnażone,  oczy  bez  powiek  gapiły  się  w  przestrzeń.  Musiało  ich  być
chyba z tuzin. Bujały się lekko na linach jak duchy w świetle świtu.

Podeszłam  do  przodu,  jakby  miało  mi  to  pomóc  lepiej  zobaczyć  -  jakbym  w  ogóle

chciała się im dokładnie przyjrzeć - i oparłam się o barierkę werandy. Zwierzęta wyglądały
obco  i  strasznie,  więc  w  pierwszej  chwili  nie  mogłam  ich  zidentyfikować.  Cztery  łapy,
proste  i  nagie  ogony,  smukłe  ciała  z  okrągłymi  klatkami  piersiowymi  i  szczupłymi
biodrami. Głowy o wąskich pyskach i trójkątnych uszach.

To były psy. Jakieś psy. Psowate. Jak wilki.
Wydałam dźwięk przypominający szloch.
Musiałam się stąd wynieść, ale nie mogłam, jeszcze nie teraz. Należało pomóc Benowi

przetrwać pełnię.

Ściany  zamykały  się  wokół  mnie.  A  przecież  nawet  nie  było  tu  ścian.  Martwe  oczy

wpatrywały się we mnie. Wynoś się.

- Kitty?
- Kto mnie aż tak nienawidzi? - Zaczęłam płakać. Napięcie, zmęczenie, niepewność - na

przestrzeni  kilku  dni  całe  moje  życie  się  rozpadło,  a  ja  nie  wiedziałam,  co  z  tym  zrobić.
Tego wszystkiego po prostu było za wiele.

Zatoczyłam się do tyłu, byle dalej od tej jatki, i wpadłam na Cormaca. A potem oparłam

się o niego. Był blisko, a ja potrzebowałam ramienia, na którym mogłabym się wypłakać,
więc  skorzystałam  z  jego.  Płacząc  i  wycierając  nos  w  jego  koszulkę,  pofolgowałam  sobie,
czując potworne zażenowanie. Ale miałam to gdzieś.

Objął  mnie.  Trzymał  mnie  mocno,  nie  ściskając,  jedną  ręką  głaszcząc  moje  włosy.  Z

jakiegoś powodu to sprawiło, że zaczęłam płakać jeszcze mocniej.

Nie podobało mi się bycie alfą. Przez ostatnie dwa dni zgrywałam się na alfę. Ale teraz

Cormac  chciał  się  mną  opiekować,  przynajmniej  przez  chwilę.  Byłam  mu  za  to  bardzo
wdzięczna.

- Rozpracujemy to - powiedział cicho. - Pojutrze zabierzemy się do tej sprawy.
Pojutrze. Po pełni księżyca. Kiedy już dojdziemy do ładu z Benem. Trzymałam się go w

dalszym  ciągu.  Obejmując  moje  ramiona,  poprowadził  mnie  do  środka,  zamknął  drzwi  i
położył pistolet na biurku. Nie odstępowałam od niego. Nie chciałam, żeby mnie puszczał,
a  on  domyślił  się,  o  co  mi  chodzi.  Staliśmy  tak  długo;  ja  lgnęłam  do  niego,  on  mnie

background image

obejmował.  Czułam  się  bezpiecznie,  wierzyłam,  że  potrafi  mnie  obronić  przed  tym
koszmarem na dworze.

- Masz do mnie wielką cierpliwość - mruknęłam w jego T-shirt.
-  Hm.  Nie  co  dzień  kobieta  rzuca  mi  się  w  ramiona.  Muszę  to  wykorzystać,  dopóki

mogę.

- Wcale nie rzuciłam ci się w ramiona - odparłam płaczliwym tonem.
- Skoro tak mówisz.
Roześmiałam  się  wbrew  sobie.  Kiedy  uniosłam  głowę,  zobaczyłam,  że  Cormac  się

uśmiecha.

- Lepiej uważaj - powiedziałam. - Zaczynasz się robić miły. Jeszcze cię polubię.
Mogłabym go pocałować. Jeszcze kilka centymetrów bliżej - gdybym stanęła na palcach

- i mogłabym to zrobić, jego dłoń przesunęła się po moich plecach, rozpostarła się, jakby
był  gotów  mnie  przytrzymać,  jakby  też  chciał  mnie  pocałować.  Ale  nagle  zabrał  rękę.
Dotknął mojego policzka, otarł łzy. Wycofał się.

- Zaparzę kawy - powiedział i przeszliśmy do kuchni.
Poniekąd  poczułam  ulgę.  Ale  też  byłam  skołowana.  Zamaskowałam  to  swoją  zwykłą,

żałosną brawurą.

-  No  proszę,  i  znowu  to  robisz.  Jesteś  miły.  Zignorował  mnie.  Cormac  znów  był  sobą.

Omówiliśmy sytuację przy kuchennym stole, nad kubkami świeżej kawy.

- Ktokolwiek to robi, nie chce mnie zabić - powiedziałam.
- Ale to, co robi, jest nieźle pokręcone. I jest wymierzone w ciebie, i eskaluje.
- Co będzie dalej, jeśli tego nie posłucham?
- Nie posłuchasz? A co to mówi?
- Won. Wynoś się stąd. Ktoś nie chce, żebym tu była. Mogliby po prostu napisać liścik.
- Jeszcze nie próbowali cię zabić, ale to nie znaczy, że nie spróbują. Jeśli nie wyjedziesz i

będą wystarczająco zdesperowani.

- Czy to może być takie proste? Zwyczajnie chcą, żebym opuściła miasto?
- To prawdopodobnie oznacza, że to ktoś stąd - powiedział. - Nie powinno być trudno

namierzyć  miejscowego,  który  uprawia  tego  rodzaju  czary.  Ach,  urok  małych  miasteczek.
Wszyscy  znają  wszystkich.  Musieliśmy  się  tylko  dowiedzieć,  którzy  z  nich  byli  szurnięci.
Oprócz, no wiecie, wszystkich.

Uśmiechnęłam się ponuro.
- Chyba zadzwonię do szeryfa. Niech on posprząta ten bałagan.
Szeryf  Marks  nie  był  uszczęśliwiony.  Powiedziałabym  nawet,  że  był  bardzo

nieszczęśliwy. Obejrzał pobieżnie wiszące truchła, przybierając kamienną minę twardziela,
żeby udowodnić, że go to nie brzydzi ani specjalnie nie wzrusza.

Siedziałam na stopniach werandy i patrzyłam, jak bada polanę. Oględziny polegały na

staniu na niej, obracaniu się w kółko i mądrym kiwaniu głową. Tym razem nie przywiózł
nawet ze sobą zastępcy Rosco - znaczy Teda - żeby zrobił zdjęcia mojego samochodu.

Cormac stał nieopodal, opierając się o barierkę. Czając się.
Odważyłam się odezwać.
- Uważamy, że to może być ktoś z miejscowych, kto próbuje mnie stąd wypłoszyć.
Marks odwrócił się do mnie, marszcząc czoło.

background image

- A skąd mogę wiedzieć, że to nie pani? Że nie robi mi pani jakiegoś głupiego dowcipu?
Spojrzałam na niego ze złością i oburzeniem.
- Stąd, że ja nie byłabym w stanie zrobić czegoś takiego.
- A on? - Wskazał głową Cormaca. - Mówił pan, że jak się pan nazywa?
-  Nie  mówiłem  -  odparł  Cormac  i  nie  przedstawił  się.  Marks  podszedł  do  niego,

trzymając się pod boki.

- Mogę zobaczyć pański dokument tożsamości?
- Nie - powiedział Cormac. Jęknęłam pod nosem.
Ach tak? - Marks już całkowicie olał jatkę wokół nas.
-  Jeśli  pan  nie  planuje  wypisać  mi  mandatu  albo  za  coś  mnie  aresztować,  nie  muszę

panu niczego pokazywać - odparł Cormac.

Marks zaczynał się robić czerwony. Nie miałam wątpliwości, że zdoła coś wymyślić - na

przykład napaść na funkcjonariusza policji, utrudnianie śledztwa z zamiarem znieważenia
- żeby dorwać Cormaca tak po prostu, na złość.

Stanęłam między nimi, odwracając ich uwagę.
- Ehm, czy moglibyśmy wrócić do tych martwych zwierząt?
Marks powiedział:
- Jeśli mam rację, mogę was oskarżyć o wielokrotne znęcanie się nad zwierzętami.
- Mam zadzwonić do mojego prawnika? - Tego, który spał w chacie i wracał do zdrowia

po  pogryzieniu  przez  wilkołaka.  Przy  czym  stwierdzenie  „wracał  do  zdrowia"  było  chyba
przesadnie optymistyczne.

- Ja tylko pokazuję pani drogę wyjścia, pani Norville. Daję szansę, żeby się przyznać.
- Nie zrobiłam tego.
- Ciągle szukam ukrytych kamer - powiedział, rozglądając się po drzewach.
- Och, niechże pan da spokój! Wycelował we mnie palec.
- Jeśli pani sądzi, że sława zapewnia pani bezkarność i pozwala robić, co pani chce, to

się pani myli.

Owszem, myliłam się, sądząc, że sytuacja nie może się już pogorszyć.
-  Szeryfie,  jestem  nękana  i  jeśli  pan  nie  zamierza  mi  pomóc,  proszę  mi  to  po  prostu

powiedzieć, a znajdę kogoś, kto się tego podejmie.

- Życzę powodzenia. - Ruszył do samochodu.
-  Do  diabła,  sam  bym  sobie  lepiej  poradził  niż  ten  pajac  -  powiedział  Cormac.  -  Ja

przynajmniej potrafię się przyznać, kiedy coś mnie przerasta.

Nawet nie próbował mówić cicho, żeby Marks go nie usłyszał. Nie, wręcz podniósł głos,

żeby do szeryfa na pewno dotarły jego słowa.

Marks odwrócił się ze wściekłym spojrzeniem.
- Coś ty powiedział?
Cormac szurał butem po werandzie, udając, że nie słyszy.
-  Lepiej  się  pilnuj  -  ostrzegł  Marks,  wskazując  go  palcem.  -  Jeśli  choćby  bekniesz,

dopadnę cię.

Łowca wciąż stał leniwie oparty o barierkę, niewzruszony jak zwykle. Nie miał zamiaru

dać się sprowokować, ale nie byłam pewna, czy Marks o tym wiedział. Policjant ruszył w
stronę wozu.

background image

-  Szeryfie,  a  co  ja  mam  z  nimi  zrobić?  -  Wskazałam  psy.  Niektóre  z  nich  bujały  się

łagodnie, gdy drzewa, do których były przywiązane, kiwały się na słabym wietrze. Worek
na śmieci czy pospiesznie wykopany dół nie wystarczyłyby, żeby to posprzątać.

- Niech pani zadzwoni do inspektora ochrony zwierząt - powiedział. Trzask zamykanych

drzwiczek samochodu rozległ się echem.

Gotowałam  się  ze  złości,  nie  będąc  w  stanie  wymyślić  dość  dobitnego  słowa,  którym

chciałam cisnąć w jego kierunku.

Usłyszałam  odgłos  kroków  w  domu  i  odwróciłam  się.  W  drzwiach  pojawił  się  Ben;

stanął tuż za progiem i wybałuszył oczy.

- Jasna dupa, co to jest?
- Klątwa - odparłam.
- No, chyba tak.
- Pewnie nikt nie pisze się na śniadanie - powiedział Cormac.
- Żartujesz? - rzuciłam. Uśmiechnął się. Boże, on naprawdę żartował.
- Idźcie do środka. Ja się tym zajmę.
- Jesteś pewien, że nie potrzebujesz pomocy? - spytał Hen.
- Jestem pewien.
Ben  zawahał  się,  jakby  nie  był  do  końca  przekonany.  Pociągnęłam  go  za  łokieć  i

wprowadziłam do domu.

- Często ci się zdarzają takie rzeczy? - spytał. Zaczynało na to wyglądać.
- Nie wiem.
- To dlatego, że jesteś wilkołakiem, czy dlatego, że jesteś sobą?
To było doskonałe pytanie. I nie bardzo chciałam poznać odpowiedzi.
Kiedy  później  tego  dnia  zadzwonił  mój  telefon,  o  mało  nie  wrzasnęłam,  bo  hałas

przypominał drapanie paznokciami po tablicy. Mama.

Cormac jeszcze nie skończył swojego obrzydliwego zadania. Ben poszedł do łóżka. Nie

wiedziałam, czy śpi.

Skuliłam się na kanapie.
- Cześć, mamo.
- Cześć, Kitty. Dobrze się czujesz? Wydajesz się trochę przygnębiona.
Trochę przygnębiona. Ha.
-  Czuję  się  mniej  więcej  tak  samo  jak  ostatnim  razem,  kiedy  rozmawiałyśmy.  Mogłoby

być  lepiej,  ale  się  trzymam.  Taki  dziwny  stan  zawieszenia.  -  Zawieszenia.  Nie  powinnam
była tego mówić. Nie chciałam słyszeć o niczym, co miało związek z wiszeniem.

- Co się stało? Chciałabym ci jakoś pomóc. Powiedz, jeśli mogę coś zrobić...
- Dzięki, mamo. Właściwie nic mi nie przychodzi do głowy. Chyba że wiesz coś na temat

magii krwi.

Zastanawiała się przez dwie sekundy i nie potrafiłam zgadnąć, jaką ma minę.
- Nie, naprawdę nie wiem.
- Nie szkodzi.
-  Kitty,  powiedz  mi  prawdę.  Wszystko  dobrze?  Oczy  zaszły  mi  łzami.  Nie  rozkleję  się

przy mamie.

Gdybym  zaczęła  płakać,  nie  mogłabym  przestać,  a  wtedy  naprawdę  zaczęłaby  się

background image

martwić. I pewnie słusznie. Wzięłam głęboki oddech i nie pękłam.

- Będzie dobrze. - Jakoś... - Sprawy się tu trochę po-komplikowały, ale pracuję nad tym.
- Jesteś pewna, że nie mogę nic zrobić?
- Jestem pewna.
- Twoi przyjaciele są jeszcze z tobą? Pomagają ci?
-  Tak,  pomagają.  -  Prawdę  mówiąc,  gdyby  Cormac  nie  był  ze  mną  i  nie  zajął  się  psią

masakrą, pewnie uciekłabym z krzykiem i więcej nie wróciła.

- Dobrze. Cieszę się. Wiesz, że się o ciebie martwię.
-  Wiem,  mamo.  I  bardzo  to  doceniam.  -  I  doceniałam.  Dobrze  mieć  kogoś,  kto  się  o

ciebie troszczy.

- No dobrze... ale proszę, zadzwoń, gdybyś czegokolwiek potrzebowała, a ja mogłabym

pomóc. I nie bój się wrócić do domu, jeśli będziesz musiała. To żaden wstyd.

- Dzięki, mamo. - Nie potrafiłam wymyślić nic innego do powiedzenia. Tylko... dzięki.
 

background image

Rozdział 8

 

W końcu nadszedł ten dzień.
Według Almanachu rolniczego pełnia w styczniu była nazywana Wilczym Księżycem. To

była  ta  pora  roku  -  najgłębsza  zima  -  kiedy  ludzie  gromadzili  się  w  domach,  palili  ogień,
aby się ogrzać, słuchali wycia głodnych wilków za oknami i modlili się o bezpieczeństwo.
Zimno  wsączało  się  w  ludzkie  dusze  i  ciała,  lęki  się  potęgowały.  Lato  i  bezpieczne  dni
wydawały się bardzo odległe.

Może bycie przeklętym to tylko stan umysłu.
Postanowiłam, że nie pozwolę Benowi umrzeć. Jeśli będę musiała związać go srebrnym

sznurem, żeby nie zrobił sobie krzywdy, zrobię to. Jeśli nadejdzie jutro i on wciąż będzie
chciał, żeby Cormac go zabił, to go powstrzymam. Jakimś cudem powstrzymam Cormaca.
Schowam mu broń, będę z nim walczyć – coś wymyślę.

Może  zdołałabym  powalić  Cormaca  w  walce  wręcz  -byłam  silniejsza,  niż  wyglądałam,  i

może  by  o  tym  zapomniał.  Ale  gdyby  Cormac  miał  broń,  pewnie  bym  zginęła.  Wtedy  by
się przynajmniej przekonali, jak bardzo jestem przejęta tą sprawą.

Ale  wybiegałam  za  daleko  w  przyszłość.  Musiałam  przebrnąć  przez  dziś,  żeby  móc  się

martwić  o  jutro.  Obudziłam  się  o  świcie  -  wciąż  na  kanapie  -  ale  długo  leżałam  skulona,
pragnąc,  żeby  już  było  po  wszystkim.  Wilczyca  wiedziała,  co  to  za  dzień;  czułam  w
trzewiach, jak się wije, wierci, i wiedziałam, że to uczucie będzie narastać aż do wieczora,
kiedy  zmieni  się  w  kły  i  pazury,  w  stworzenie,  które  usiłuje  wyrwać  się  z  marnej  ludzkiej
skorupy,  aż  nareszcie  wybuchnie  i  wymusi  przemianę.  Ben  w  sypialni  czuł  to  po  raz
pierwszy.  Nie  będzie  wiedział,  co  z  tym  zrobić.  Będzie  potrzebował  pomocy,  żeby  sobie
poradzić.

Chciałam do niego zajrzeć, ale pokazał się pierwszy i poszedł do kuchni, gdzie siedział

już  Cormac.  Nie  wiedziałam,  czy  łowca  w  ogóle  się  kładł.  Leżałam  nieruchomo,  próbując
usłyszeć, co mówią, ale w chacie było cicho.

Wreszcie  usiadłam  i  spojrzałam  w  stronę  kuchni.  Ben  siedział  na  jednym  krześle,

pochylony  do  przodu,  z  łokciami  na  kolanach,  a  Cormac  zajmował  drugie,  patrząc  na
kuzyna  ponad  stołem,  z  założonymi  rękami.  Mogli  tak  siedzieć  godzinami,  gapiąc  się  na
siebie.

Od  dziecka  byli  najlepszymi  przyjaciółmi,  a  teraz  zastanawiali  się,  czy  to  ich  ostatni

wspólny dzień. Czy Ben powiedział Cormacowi o potworze, który się w nim budził?

Musiałam  to  przerwać.  Weszłam  do  kuchni  i  zaczęłam  hałasować,  wyciągając  garnki  i

trzaskając drzwiczkami szafek.

- Kto chce jajka? - Zmusiłam się do uśmiechu, ale w moim tonie było więcej napięcia niż

radości.

Nawet  się  nie  odwrócili,  nawet  nie  mrugnęli.  Po  dzisiejszej  nocy  przynajmniej  to  się

skończy. W taki czy inny sposób.

Usmażyłam bekon i jajka, o wiele więcej, niż potrzebowałam, ale w ten sposób miałam

czym zająć swoje myśli. Zapowiadał się długi, długi dzień.

Nie  zauważyłam,  kiedy  ponura  scenka  rodzajowa  przy  stole  wreszcie  się  ożywiła.

background image

Usłyszałam jakiś dźwięk i odwróciwszy się, zobaczyłam, że Cormac wstał i poszedł dołożyć
polano do piecyka. Ben schylił głowę i gapił się w podłogę.

- Jedzenie gotowe.
Cormac  wrócił  do  stołu  i  przyjął  talerz.  Jajka  bardziej  przypominały  jajecznicę  niż

sadzone. Miałam to gdzieś. Chciałam, żeby któryś wreszcie coś powiedział.

Cormac posłał mi blady, wymuszony uśmiech na podziękowanie. I tyle.
- Ben? - ponagliłam go ostrożnie. Pokręcił głową.
- Nie mogę jeść. Wczoraj mało co zjadłem, a ciągle mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję.
- Tak. Zwykle tak jest. Przywykniesz.
Spojrzał na mnie ze złością, niemal podwijając wargi, jakby chciał warczeć.
- Jak? Jak można do tego przywyknąć?
- Po prostu - odparłam równie ostro.
Zaczął wystukiwać nogą szybki, nerwowy rytm. Tak wyglądało śniadanie.
Nie  wiem,  jak  mi  się  to  udało,  ale  tego  dnia  poczyniłam  przygotowania.  Wzięłam

ubrania na zmianę.

Chciałam urządzić legowisko na noc, miejsce, w którym obudzimy się rano.
Zatrzymałam  się  obok  Bena,  wciąż  rozłożonego  na  kuchennym  krześle,  napiętego  jak

struna i marszczącego czoło.

- Idę na spacer. Chcesz iść ze mną? - spytałam łagodnie.
- To rozkaz? - Wypluł te słowa. Już teraz go bolało. Już teraz musiał to powstrzymywać.

Zapomniałam,  jakie  to  uczucie,  kiedy  wszystko  jest  nowe;  miałam  cztery  lata  praktyki  w
powstrzymywaniu tego, ignorowaniu. Zdążyłam w tym czasie przywyknąć.

Miałam  ochotę  złapać  go  za  kołnierz  i  potrząsnąć  nim...  warknąć  na  niego.  Zagryzłam

zęby i z trudem się opanowałam.

-  Nie.  Po  prostu  pomyślałam,  że  możesz  mieć  ochotę  na  spacer.  Masz  na  zmianę

ubrania, które mogę zabrać? Jakiś dres, koszulkę, coś w tym stylu.

Spojrzał  na  mnie,  mrużąc  oczy,  zastanawiając  się  nad  moimi  słowami,  i  nagle  dotarło

do  niego,  co  właściwie  zamierzam  robić  na  spacerze.  Wykrzywił  twarz,  jakby
powstrzymywał  krzyk  albo  szloch.  Poczułam  nagłe  pragnienie,  żeby  go  przytulić,  ale  nie
zrobiłam tego. Był tak spięty, że gdybym go dotknęła, mógłby wystrzelić pod sufit. Ja bym
wystrzeliła.

Wreszcie, nie mówiąc słowa, wziął torbę podróżną leżącą koło kanapy, pogrzebał w niej

chwilę i dał mi rzeczy. Byłam przy drzwiach, kiedy odezwał się Cormac.

- Jeśli potrzebujesz towarzystwa...
-  Szczerze  mówiąc,  nie  obraź  się,  ale  nie  chcę,  żebyś  wiedział,  dokąd  idę.  Nie  chcę  się

jutro obudzić, patrząc w wylot twojej lufy.

-  Myślisz,  że  zastrzeliłbym  cię  we  śnie?  Którekolwiek  z  was?  -  spytał  ze  złością.

Najwyraźniej go obraziłam.

Chciało mi się krzyczeć. Odwróciłam oczy.
- Nie wiem. Po prostu nie wiem.
- Gdybym naprawdę chciał to zrobić, wytropiłbym was. Wiesz, że potrafię.
Wyszłam. Byłam rozdarta, chcąc z jednej strony szybko wrócić, żeby Ben nie zrobił pod

moją  nieobecność  czegoś  pochopnego,  a  z  drugiej  strony  czując  pragnienie  odwlekania

background image

powrotu z powodu sytuacji w domu.

Znalazłam  swoje  zwykłe  legowisko  i  schowałam  w  nim  rzeczy.  A  potem  siedziałam  w

nim  długo,  ukryta  w  jamie,  rozkoszując  się  zapachem  spokoju,  jaki  w  niej  panował.
Pachniała mną, futrem i ciepłem, i czułam się w niej bezpiecznie. Zastanawiałam się, jaka
będzie, kiedy ją zajmą dwie osoby.

Nagle  zawstydziłam  się,  gdy  dotarło  do  mnie,  że  bardzo  chcę  się  o  tym  przekonać.

Cieszyłam się na to, że podczas dzisiejszej wędrówki będę miała przy sobie przyjaciela.

Boże,  będę  miała  szczęście,  jeśli  po  tej  nocy  Ben  i  Cormac  będą  jeszcze  moimi

przyjaciółmi.  Wczepiłam  palce  we  włosy  i  zacisnęłam  dłonie  w  pięści,  jakbym  chciała
wyrwać z głowy ten obłęd. Ben przechodził piekło; nie mogłam się z tego cieszyć i widzieć
w tym coś pozytywnego.

Spędziłam tam chyba godzinę, zanim zdecydowałam się wrócić do domu. Bałam się, co

zastanę po powrocie. Jak mi Bóg miły, jeśli Cormac czyści swoje giwery...

Nie czyścił. Siedział w kuchni, czytając mój egzemplarz dzieła Thoreau.
Musiał poczuć, że stoję i patrzę na niego, bo uniósł wzrok i spytał:
- Na co się tak gapisz? Wzruszyłam ramionami.
- Zaczynałam cię już podejrzewać, że nie umiesz czytać.
Ben, który leżał wyciągnięty na kanapie i udawał, że śpi, parsknął śmiechem.
Ach, nasz chłopak zachował poczucie humoru. Może była dla niego nadzieja.
- Jak się czujesz? - spytałam go łagodnie.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie.
-  Ja  nie...  -  Ale  moje  intencje  i  jego  interpretacja  to  mogły  być  dwie  zupełnie  różne

rzeczy. Miałam ochotę kopnąć kanapę i go z niej zrzucić.

- Sprawiasz, że to jest o wiele trudniejsze, niż mogłoby być.
Usiadł gwałtownie. Myślałam, że się na mnie rzuci. Nawet cofnęłam się o krok. Prawie

na mnie krzyknął.

-  A  wiesz,  jak  mi  to  ułatwić?  Chcesz  mi  powiedzieć,  jak  zrobić,  żeby  było  łatwiej?  Bo

bardzo  chciałbym  o  tym  posłuchać.  Ciągle  mówisz  o  przywykaniu,  więc  jeśli  znasz  jakieś
sztuczki, to jest bardzo odpowiedni moment, żeby się nimi podzielić!

Mocowaliśmy się spojrzeniami, oko w oko. Moja wilczyca myślała, że on zacznie bójkę

tu  i  teraz  i  chciała  warczeć.  Zamknęłam  oczy  i  głęboko  odetchnęłam,  żeby  ją  poskromić.
Niech  ludzka  strona  to  załatwi.  Po  prostu  musiałam  mu  powiedzieć,  żeby  się  uspokoił.
Znów musiałam go potraktować protekcjonalnie.

Przerwał nam Cormac.
- Może powinienem zastrzelić was oboje i skrócić wam cierpienia.
Dlaczego zachciało mi się śmiać? Histerycznie, po wariacku, owszem. Ale jednak. Gdyby

ta sytuacja nie była taka poważna, można by ją uznać za komiczną.

- A kto mówi, że cierpimy? - spytałam, patrząc na Bena.
Coś zaiskrzyło. On też uznał to za zabawne. A przynajmniej tak uważała ludzka strona

jego  natury.  Odwrócił  oczy,  ale  zanim  to  zrobił,  zauważyłam  cień  uśmiechu  na  jego
wargach.

Wyciągnęłam sobie krzesło spod biurka i usiadłam. Przodem do laptopa, nie do Bena.

Zamierzałam poudawać, że pracuję.

background image

-  Brokuły  -  powiedziałam  po  chwili.  Spojrzał  na  mnie.  -  Myślę  o  brokułach.  I  Bachu.

Skupiam się na rzeczach, które są tak dalekie od wilka, jak się da. Na wszystkim, co czyni
mnie człowiekiem i każe wilczycy odejść.

- I to działa?
- Zwykle. Czasami. Powinieneś zabrać Cormacowi książkę. Żeby zająć myśli.
- Nie mów mi, że to jedyna książka, jaką masz w domu. Obruszyłam się.
- Mówiłam ci, że robiłam specjalizację z angielskiego. Za kogo ty mnie masz?
Pogrzebałam  w  swoim  pudle  z  książkami  i  kompaktami  i  dałam  mu  egzemplarz  Jacka

Londona.  Co  prawdopodobnie  nie  było  najlepszym  wyborem,  ale  mówi  się  trudno.  Ten
ignorant wyśmiał Virginię Woolf. Może myślał, że próbuję być zabawna.

Tego  popołudnia  udało  mi  się  coś  napisać.  Nie  byłam  pewna,  czy  to  nie  bełkot.  Nie

miałam cierpliwości, żeby przeczytać tekst od nowa. Jutro będzie więcej czasu.

Pisałam tak długo, że nie zauważyłam, kiedy na dworze zapadł zmrok.
- Kitty. - Słowo było ostre, pełne bólu.
Ben ściskał podłokietnik kanapy; materiał zaczął pękać pod jego dłonią. Z jego palców

wyrastały pazury. Gapił się na swoje dłonie, jakby były obce.

Podbiegłam  i  uklękłam  przy  nim.  Położyłam  dłonie  na  jego  policzkach  i  odwróciłam

twarz,  zmuszając  go,  żeby  oderwał  wzrok  od  tego  strasznego  widoku  i  spojrzał  na  mnie.
Szok i przerażenie rozszerzyły mu źrenice.

- To naprawdę boli - powiedział z szorstkim śmiechem.
-  Wiem,  wiem.  -  Uspokajałam  go,  odgarniałam  mu  włosy  z  twarzy,  która  zaczynała  już

ociekać potem. - Ben, ufasz mi? Proszę, powiedz, że tak.

Skinął głową. Zacisnął powieki i skinął głową.
- Ufam ci.
- Zaopiekuję się tobą - zapewniłam. - Nie zostawię cię. Okej? Wszystko będzie dobrze.

Po prostu przetrwaj to, i wszystko będzie dobrze. Teraz wyjdziemy na dwór, okej?

Zsunął  się  z  kanapy  i  padł  w  moje  ramiona.  Przycisnął  twarz  do  mojego  ramienia  i

jęknął.  Przez  chwilę  bałam  się,  że  będzie  mnie  chciał  objąć  tymi  rękami,  z  których
wyrastały pazury, ale nie - przyciągnął je do siebie i przybrał niemal pozycję płodową. Łzy
pociekły mi z oczu, szczypiąc w policzki. To było okropne.

Nie chciałam widzieć go w takim stanie.
-  Co  mogę  zrobić?  -  Cormac  stał  nieopodal,  zaciskając  dłonie,  i  obserwował  nas  z

wyrazem twarzy, jakiego nigdy u niego nie widziałam. Bezradności?

- Nie wchodź nam w drogę - odparłam. - Zostań w domu i zamknij się na klucz.
- Cormac... - Głos Bena nie był już jego głosem. Szczęki miał zaciśnięte, sapał z wysiłku,

jego słowa były zduszone. - Patrz. Chcę, żebyś to widział. Kitty, on musi patrzeć.

Pomogłam mu wstać, obejmując go przez plecy i ciągnąc do góry.
- Ben, musisz wyjść ze mną na dwór. Wstań.
Jakimś cudem zwlókł się na nogi, mocno się na mnie wspierając.
Cormac ruszył w naszą stronę.
- Pozwól mi pomóc...
-  Nie!  -  rzuciłam  szorstko.  Wręcz  warknęłam.  -  Ma  pazury,  może  cię  pokaleczyć.  Po

prostu zejdź nam z drogi.

background image

Cormac odsunął się na bok i otworzył nam drzwi.
Las  był  srebrny  i  pełen  czystych,  głębokich  cieni.  Noc  pełni  księżyca,  jasna  i  kusząca.

Zimne powietrze zelektryzowało mnie.

Czułam, jak ciało Bena faluje pod moją ręką, jakby jakieś oślizłe stworzenia przesuwały

się pod skórą.

Poczułabym mdłości, gdyby tak samo nie działo się z moim ciałem. Był sparaliżowany z

bólu;  praktycznie  zwlokłam  go  z  werandy  na  polanę  przed  chatą.  Nie  wybieraliśmy  się
nigdzie  dalej.  Pozwoliłam  mu  paść  na  ziemię,  gdzie  zwinął  się  na  boku.  Jego  ręce
pokrywała gęsta szczecina.

Skorzystałam z chwili, kiedy się nie ruszał, żeby rozpiąć mu guzik i suwak spodni. Zajęło

mi  to  dużo  czasu,  moje  ręce  dygotały.  Ale  musiałam  zdjąć  mu  ubranie,  zanim  się  w  nie
zapłacze. To by tylko spotęgowało jego ból i dezorientację.

Chwyciwszy jednocześnie dżinsy i majtki, pociągnęłam je w dół jak daleko się dało, po

czym złapałam brzeg koszulki i szarpnęłam do góry, siłą ściągając mu ją przez głowę.

- No już, Ben, pomóż mi trochę - wymamrotałam. Moja wilczyca szamotała się we mnie

–  Już  czas,  już  czas!  -  miała  teraz  watahę  i  wszyscy  mieliśmy  się  przemienić  razem,  by
ruszyć  na  wędrówkę.  Zamknęłam  ją  w  sobie,  opanowując  wijącą  się  we  mnie  bestię.
Musiałam  przeprowadzić  przez  to  Bena.  Jego  całe  ciało  było  pokryte  futerkiem  -  niemal
widziałam, jak rośnie mu sierść.

Znów jęknął przez zaciśnięte zęby. Robił, co w jego mocy, żeby nie krzyczeć. Pomogłam

mu wyprostować ręce, żeby mógł zdjąć koszulkę.

Znów chwyciłam jego twarz. Kości rozciągały się pod moimi dłońmi.
-  Ben,  nie  walcz  z  tym.  Wiem,  że  chcesz,  ale  nie  możesz  tego  powstrzymać,  a  im

bardziej  się  opierasz,  tym  jest  gorzej.  Popatrz  na  mnie!  -  Zacisnął  powieki,  ale  otworzyły
się znów i utkwił we mnie spojrzenie. Jego oczy były bursztynowe. - Zostaw to. Musisz to
zostawić.

„To"  oznaczało  człowieczeństwo.  Musiał  zostawić  ciało,  które  miał  przez  całe  życie.  To

nie  było  łatwe.  Miał  je  od  urodzenia.  Ale  znikało  równie  nieubłaganie,  jak  niebo
nieubłaganie czerniało nad nami i wschodził księżyc w pełni.

Wreszcie  krzyk,  który  w  nim  narastał,  się  uwolnił.  Wyrwany  z  głębi  płuc  wrzask

cierpienia rozległ się echem wokół nas, poszybował w niebo. Kiedy brakło mu tchu, wydał
z  siebie  skomlenie  –  wilcze  skomlenie.  Wyrwał  mi  się  i  padł  naprzód,  ściskając  się  za
brzuch, z piersią ciężko falującą przy każdym wdechu.

Zostałam przy nim. Usiadłam obok i objęłam go od tyłu, przyciskając twarz do pleców

pokrytych futrem. Trzymałam go najmocniej jak mogłam, żeby czuł moją obecność. Musiał
wiedzieć, że nie jest sam.

Mój  przyjaciel  T.J.  trzymał  mnie  tak,  kiedy  miałam  swój  pierwszy  raz.  Inaczej  pewnie

zwariowałabym ze strachu.

Przemienił się.
Jego  plecy  wygiął  potężny  skurcz,  ale  ja  nie  puszczałam.  Potem  jego  kości  przesunęły

się,  rozciągnęły,  stopniały  i  uformowały  na  nowo.  Długo  to  trwało.  Może  za  pierwszym
razem  zawsze  tak  było.  Ja  sama  nie  pamiętałam.  Miałam  w  pamięci  tylko  ogólną
panoramę wydarzeń i uczuć, kiedy to działo się ze mną, ale nie takie szczegóły. Wydawało

background image

mi się, że ta chwila trwa wiecznie, i byłam tak wystraszona, że nawet nie mogłam płakać.
Bo co by było, gdyby się nie przemienił z powrotem?

W  końcu  ruch  ustał,  jęk  ucichł.  Leżałam,  obejmując  dużego,  smukłego  wilka,  który

rozciągał się na ziemi, z trudem chwytając oddech i skomląc z każdym poruszeniem klatki
piersiowej, jakby był w agonii.

Ale  nie  umierał;  był  po  prostu  wykończony.  Przeciągnęłam  palcami  po  jego  gęstym,

cudownym futrze. Było ciemnoszare, przyprószone rdzawym kolorem, który przechodził w
kremowy  na  nosie  i  brzuchu.  Duże  uszy  leżały  płasko  na  jego  głowie,  pysk  miał  długi  i
gruby. Był wilgotny od potu - ludzkiego potu, który wsiąkł w wilczą sierść.

Musnęłam twarzą jego kark i szepnęłam z ustami przy jego uchu:
- Już jest dobrze, nic ci nie będzie. Teraz tylko odpoczywaj. Po prostu odpoczywaj. - Nic

nieznaczące słowa pociechy, wypowiadane przez łzy. Poruszył uszami, słysząc je, odwrócił
głowę i spojrzał na mnie.

Przysięgam,  że  zobaczyłam  w  tych  oczach  Bena.  Patrzył  na  mnie,  jakby  chciał

powiedzieć: „Mówisz serio? To ma być dobrze?"

O  mało  się  nie  roześmiałam,  ale  śmiech  ugrzązł  mi  w  gardle  i  wyszedł  ze  mnie  jako

szloch.  Ben  polizał  mnie  w  podbródek;  ten  wilczy  gest  mówił:  „Nie  będę  sprawiał
kłopotów, ufam ci, jestem w twoich rękach".

Teraz wreszcie przyszedł czas, żebym do niego dołączyła. Czułam, jak wilczyca przepala

mi każdy nerw. Zdjęłam koszulkę.

- Kitty.
Przestraszona  obejrzałam  się  za  siebie.  Cormac  stał  oparty  o  balustradę  werandy,

czarna  sylwetka  na  tle  światła  z  otwartych  drzwi.  Patrzył  na  to  wszystko.  Widział,  czym
jest teraz Ben.

Nie widziałam go dość dobrze, żeby odczytać wyraz jego twarzy i odgadnąć, co myśli. I

nie wiem, czy chciałam.

-  Opiekuj  się  nim  -  powiedział.  Odpowiedziałam  mu  ochrypłym,  zduszonym  od  łez,

łamiącym się głosem.

- Zaopiekuję się. Przyrzekam. A teraz idź do środka i zamknij się na klucz.
Poszedł.  Zamknął  drzwi.  Wilk  Bena  i  ja  zostaliśmy  w  świetle  księżyca.  Pospiesznie

zdjęłam  spodnie  dresowe.  Pozwoliłam,  żeby  to  się  stało  szybko,  żeby  przypłynęło  jak
woda  -  prześliznęłam  się  z  jednej  postaci  w  drugą.  Obserwowałam  Bena  -  uniósł  swoją
wilczą głowę i patrzył na mnie - aż wzrok mi się zamazał i musiałam zamknąć oczy...

Otwiera oczy w świecie księżycowego światła.
Zapach drugiego wypełnia jej pierwszy oddech. Rozpoznaje go, zna go - został przyjęty

do watahy, co czyni ich rodziną, i będą biec razem, wolni tej nocy.

On  leży  wyciągnięty,  nie  porusza  się,  skomli  cicho.  Jest  słaby,  przestraszony.  Ona

wygina  się,  przeciąga,  skowyczy  na  niego  -  musi  mu  pokazać,  że  jest  wolny,  że  to  jest
dobre.  On  ciągle  się  nie  porusza,  więc  podskubuje  go,  kłapiąc  przy  jego  tylnych  łapach  i
biodrach - mówi mu, że ma wstawać, że musi to zrobić.

On wzdryga  się,  aż  w  końcu  zrywa  się  na nogi,  żeby  uciec  od  jej  zębów.  Ogląda  się  na

nią z położonymi uszami i ogonem między nogami.

On jest tylko szczeniakiem, nowym, i ona będzie musiała nauczyć go wszystkiego.

background image

Uderzając barkiem w jego bok, pogania go naprzód, zmusza do marszu. Kroki nowego

są  niepewne  -  nigdy  wcześniej  nie  chodził  na  czterech  łapach,  więc  zaczyna  powoli.  Ona
biegnie  naprzód,  zawraca,  znów  go  potrąca.  Kiedy  wchodzą  w  las,  w  jej  terytorium,  jego
kroki stają się pewniejsze. Zaczyna truchtać, z pochyloną głową, ze spuszczonym ogonem.
Ona cieszy się - mogłaby całą noc biegać wokół niego. Próbuje go zachęcić, żeby ją ścigał.
Próbuje  sama  gonić  jego,  ale  on  tylko  patrzy  na  nią  zdezorientowany.  Musi  go  nauczyć,
jak  się  bawić,  przypada  do  ziemi  i  skowyczy  -  w  życiu  nie  chodzi  tylko  o  pożywienie  i
terytorium.

Pokazuje  mu,  jak  się  biega.  I  jak  się  poluje.  Zabija  królika  i  dzieli  się  z  nim,  uczy  go

smaku  krwi.  Jedzenie  jest  naturalną  czynnością.  Nie  musi  mu  pokazywać,  jak  pożerać
mięso i łamać kości w szczękach.

Młody robi to z zapałem, a potem zlizuje krew rozmazaną na jej pysku.
On zabije następnego, kolejnej nocy.
Biegną, a ona pokazuje mu ich terytorium. Ale on szybko się męczy - to jego pierwsza

noc  na  czterech  łapach,  ona  to  rozumie.  Prowadzi  go  do  domu,  do  miejsca,  gdzie  mogą
się  ułożyć,  skulić  razem  z  podwiniętymi  ogonami  i  schować  nawzajem  nosy  w  swoim
futrze, żeby zasnąć z zapachem stada i poczuciem bezpieczeństwa.

Od  bardzo,  bardzo  dawna  nie  czuła  się  tak  bezpieczna.  Będzie  trzymać  swojego

towarzysza przy sobie, żeby zachować to poczucie. On należy do niej, a ona będzie się już
zawsze nim opiekować.

 

background image

Rozdział 9

 

Rzecz w tym, że Ben był członkiem mojej watahy, jeszcze zanim to go spotkało.
Może  i  byłam  sama,  pędząc  żywot  samotnego  wilka,  ale  miałam  ludzi,  do  których

mogłam zadzwonić.

Ludzi, którzy pomogliby mi, gdybym pojawiła się na ich progu w środku nocy. Ben był w

czołówce  tej  listy.  Owszem,  był  moim  prawnikiem  i  w  zasadzie  płaciłam  mu  za  to,  żeby
stał przy mnie murem. Ale radził sobie z nadnaturalnym szaleństwem w moim życiu bez
zmrużenia  oka  i  w  moim  pojęciu  to  wykraczało  poza  zawodowe  obowiązki.  Mógł  się  na
mnie  wypiąć  jako  na  klientkę  w  dowolnym  momencie,  ale  tego  nie  zrobił.  Mogłam  na
niego liczyć i to czyniło go członkiem watahy.

Nie  spałam  dobrze  i  obudziłam  się  przed  świtem.  Byłam  zdenerwowana  -  chciałam

mieć pewność, że obudzę się przed Benem. Musiałam się nim zaopiekować.

Kiedy wzeszło słońce, czuwałam nad nim. Zwinięta na boku, z głową opartą na zgiętej

ręce,  leżałam  tak  blisko  niego,  że  mogłam  go  dotknąć.  Nawet  we  śnie  jego  czoło  było
poznaczone  bruzdami,  spięte  z  niepokoju.  Miał  męczącą  noc  i  dowody  były  wyryte  na
jego  twarzy.  Z  powrotem  w  ludzkiej  postaci,  leżał  na  plecach,  z  jedną  ręką  na  brzuchu,
drugą zgiętą ku górze, z palcami zwiniętymi tuż przy barku. Założył stopę jednej nogi pod
kolanem drugiej.

Był przeciętnej budowy. Nie był pakerem, ale też nie był miękki; wyglądało to tak, jakby

w dzieciństwie był chudy jak szczapa i dopiero teraz zaczął nabierać ciała. Na mostku miał
ścieżkę  włosów.  Czupryna  na  jego  głowie,  wciąż  wilgotna  od  potu,  sterczała  dziko
rozczochrana.  Powstrzymałam  chęć,  żeby  przeczesać  ją  palcami,  przygładzić  do  tyłu.  Nie
chciałam go wystraszyć.

Rany po ugryzieniach na jego ręce i barku wygoiły się już bez śladu, jakby nigdy ich nie

było.

Czekając,  aż  się  obudzi,  o  mało  sama  się  nie  zdrzemnęłam.  W  końcu  jego  powolny,

spokojny  oddech  się  zmienił.  Jego  płuca  wypełniły  się  głęboko  jak  miechy.  Oczy  Bena
otworzyły się i całe ciało drgnęło, jakby wszystkie mięśnie spięły się jednocześnie.

Zachłysnął się powietrzem - urwany dźwięk przerażenia - i spróbował wstać, odczołgać

się, jakby mógł uciec od tego, co go wystraszyło. Kończyny nie uniosły go i nie ruszył się z
miejsca.

Rzuciłam  się  na  niego  i  chwyciłam  go  za  ramiona,  przyciskając  do  ziemi.  Musiałam

przygnieść go całym swoim ciężarem - to jego przeciętne ciało było silne.

- Ben! Uspokój się, wszystko w porządku, wszystko dobrze. Ben. Proszę cię, uspokój się.
Znieruchomiał  dość  szybko,  ale  nie  przestawałam  go  uciszać,  aż  znów  legł  płasko  na

plecach,  z  zamkniętymi  oczami,  sapiąc  ciężko.  Uklękłam  przy  nim,  trzymając  dłonie  na
jego piersi i obserwując jego twarz, by widzieć jego reakcję.

Po chwili jego oddech zwolnił. Podniósł rękę do twarzy, zakrył oczy, przeciągnął dłonią

po czole.

-  Pamiętam  -  powiedział  zmęczonym,  zduszonym  głosem.  -  Pamiętam  zapachy.  Bieg.

Krew... - Głos mu się załamał.

background image

- Ćśś. - Położyłam się obok niego, żeby móc przysunąć twarz do jego głowy, głaskać go

po  włosach,  wdychać  jego  zapach,  pozwalać,  by  on  poczuł  mój  i  wiedział,  że  oznacza  on
bezpieczeństwo. – Jesteśmy bezpieczni, Ben. Wszystko dobrze.

- Kitty... - Wypowiedział moje imię z desperacją, a potem przylgnął do mnie, kurczowo

ściskając moje przedramię i bark, boleśnie miętoląc skórę i mięśnie. Zniosłam to, tuląc go
do  siebie  jak  najmocniej.  Był  taki  ciepły  w  lodowatym,  zimowym  powietrzu;  trzymanie
siebie nawzajem nas rozgrzewało.

Pocałowałam go na linii włosów, tuż przy uchu, i powiedziałam:
- Wróciłeś. Dwie ręce, dwie nogi, ludzka skóra. Czujesz to?
Skinął głową, co dało mi nadzieję, bo to oznaczało, że słuchał.
-  Wilk  odszedł  i  nie  wróci  przez  miesiąc.  Do  tej  chwili  będziesz  sobą.  Już  dobrze,  już

dobrze - powtarzałam w kółko.

Rozluźnił  się.  Czułam,  jak  napięcie  opuszcza  go  pod  moim  dotykiem.  Ułożył  się

wygodniej  na  ziemi,  zamiast  wyprężać  się  sztywno.  Jego  kurczowy  uścisk  na  moim
ramieniu  stopniowo  słabł,  aż  zmienił  się  w  zwykłe  trzymanie,  i  nie  przeszkadzało  mi,  że
nie  puszcza.  Nie  chciałam,  żeby  to  zrobił.  Nie  chciałam,  żeby  się  wycofał  i  zamknął  w
sobie, bo wtedy nie mogłabym z nim rozmawiać.

- Dwie ręce, dwie nogi - powiedział w końcu znużonym głosem. Potem odgarnął do tyłu

moje  przepocone,  splątane  włosy,  głaszcząc  mnie  po  głowie,  jak  ja  głaskałam  jego.  -
Przeciwstawne kciuki.

Zachichotałam, pochylając twarz do jego barku. Wrócił.
-  Jak  się  czujesz?  -  spytałam.  Ciągle  mnie  obejmował,  jakby  wciąż  lgnął  do  mnie  dla

poczucia  bezpieczeństwa,  a  ja  wtuliłam  się  w  jego  ramiona.  Wilki  dotykały  się  dla
wzajemnej pociechy. Oboje tego potrzebowaliśmy.

- Dziwnie. Połamany - odpowiedział po długiej chwili. - Ale zbieram się w sobie. Czuję,

jak  kawałki  się  zrastają.  -  Przechyliłam  głowę,  próbując  na  niego  spojrzeć.  Zobaczyłam
żuchwę,  krzywiznę  policzka,  pół  oka.  -  Ale  pamiętam...  że  było  przyjemnie.  To  była
wolność, prawda? -Jego twarz skrzywił grymas. – Tego się nie spodziewałem.

- Tak - odparłam i pocałowałam najbliższą część jego ciała, czyli bark. Podparłam się na

łokciu,  dotknęłam  jego  twarzy  i  obróciłam  ją  do  siebie,  zmuszając  go,  żeby  na  mnie
spojrzał. Przytrzymałam jego spojrzenie.

- Doskonale sobie radzisz, Ben. Wierzysz mi? - Będziesz żył. Nie zmusisz Cormaca, żeby

cię zastrzelił.

Skinął  głową,  a  ja  pocałowałam  go  w  czoło.  Chciałam,  żeby  czuł  się  bezpiecznie,  żeby

czuł się chciany, żeby nie odszedł.

- Doskonale sobie radzisz - powtórzyłam cicho.
-  To  dlatego,  że  mam  zdeterminowaną  nauczycielkę  -powiedział,  uśmiechając  się  do

mnie blado.

Pocałowałam  go  w  usta.  Były  tuż  przede  mną.  To  wydawało  się  takie  naturalne.

Przestał  się  uśmiechać...  i  nagle  mnie  pocałował.  I  znowu,  tym  razem  tak  długo,  że
zabrakło mi tchu. Potem oboje zamarliśmy na sekundę.

Moja  skóra  się  zaróżowiła,  całe  ciało  się  rozgrzało  -  ono  na  pewno  wiedziało,  czego

chce. Zerknęłam w dół brzucha Bena... jego ciało też bez wątpienia wiedziało. Piwne oczy

background image

Bena  -  zieleń,  błoto,  złoto,  wszystko  wymieszane  razem  -  błysnęły,  próbując  utrzymać
moje spojrzenie. Odwróciłam wzrok, na tyle ludzka, żeby poczuć gorycz.

- Powinnam była wspomnieć, że likantropia robi z libido to samo, co dolanie benzyny

do ognia. No wiesz. Buch, ogień, zero kontroli.

Wciąż na mnie patrzył, nie mogłam już dłużej odwracać wzroku.
-  Jestem  pewien  -  powiedział  z  nieodgadnionym  wyrazem  twarzy  -  że  nie  ma  to  nic

wspólnego z faktem, że leżę tutaj nago z piękną kobietą, która też jest naga.

Mrugnęłam. I jeszcze raz. Być może nawet serce stanęło mi na moment.
- Czy ty mnie właśnie nazwałeś piękną?
Dotknął  mojego  policzka,  potem  szyi,  posyłając  elektryczne  iskry  po  mojej  skórze.  W

końcu wsunął palce w moje włosy.

- Tak.
I koniec. Byłam ugotowana.
Przesunęłam się, przekładając jedną nogę przez jego brzuch i wślizgując się na niego, aż

go  dosiadłam.  Ale  trzymałam  się  blisko,  moje  piersi  na  jego  torsie,  mój  oddech  na  jego
policzku. Ramiona Bena obejmowały mnie mocno, ściskały, aż pocałowaliśmy się głęboko,
smakując  się  nawzajem,  dzieląc  się  ciepłem.  Dotykaliśmy  się,  ocieraliśmy  twarzami.
Przesunęłam wargi wzdłuż jego żuchwy aż do ucha.

Oczy miałam zamknięte, mózg przestał działać. Prawie.
- Nie planowałam tego, naprawdę - mruknęłam. Odpowiedział mi głosem ociekającym

ironią:

- Rany, dzięki.
-  Nie  o  to  mi  chodziło  -  powiedziałam  z  uśmiechem.  -  Czuję  się,  jakbym  cię

wykorzystywała.

Wydał z siebie pomruk zadowolenia.
- Po prostu chcesz, żeby mi się spodobało bycie wilkołakiem. O to ci chodzi.
Odsunęłam się na chwilę.
-  Nie  musisz  tego  lubić.  Wystarczy,  żebyś  to  przetrwał.  Jego  spojrzenie  skupiło  się  na

moich oczach.

- Dobrze.
Pocałowałam  go  i  nie  mogłam  przestać,  i  aż  drżałam  z  chęci  przylgnięcia  do  niego

jeszcze  mocniej;  już  i  tak  byliśmy  do  siebie  przylepieni  na  całej  długości  ciał.  Jedna  jego
dłoń  obejmowała  moją  szyję,  druga  znalazła  drogę  do  pośladków  i  przytrzymała  mnie
jeszcze mocniej. Jego dotyk palił w zimowym powietrzu.

Zdobył się na jeszcze jeden komentarz, wypowiedziany niskim, ochrypłym głosem:
- Kitty, tak dla informacji, możesz mnie wykorzystywać, kiedy tylko zechcesz.
Więc to zrobiłam.
Leżał skulony w moich ramionach, a ja rozkoszowałam się jego zapachem - potu, ciepła,

piżma.  We  wszystkie  moje  samotne  poranki  budziłam  się  niespokojna  i  niezadowolona.
Teraz, będąc z nim, znów miałam stado i czułam się pogodzona ze światem. To wszystko
przez  likantropię,  powiedziałam  sobie.  Nigdy  nie  przespałabym  się  z  Benem,  gdyby  nie
likantropia. Nie żebym żałowała.

Ale fakt był faktem.

background image

Słońce było już niemal nad drzewami. Choć miałam dziką ochotę zostać tu cały dzień,

musieliśmy wracać do świata.

-  Chyba  powinniśmy  wrócić  -  powiedział  w  końcu  Ben  -  zanim  Cormac  przyjdzie  nas

szukać.

I wiedziałam, że łowca by to zrobił. Wytropiłby nas. Nie byłam całkiem pewna, co by się

stało,  gdyby  nas  znalazł.  Wykopałam  rzeczy,  które  przygotowałam  wczoraj,  i  podzieliłam
je między nas. Ubraliśmy się, nawzajem pomogliśmy sobie wstać i wyruszyliśmy do chaty.

W mojej watasze w Denver samiec alfa, Carl, miał zwyczaj sypiać z kim popadnie. Jeśli

likantropa  robiła  z  libido  to  samo,  co  benzyna  z  ogniem,  on  to  w  pełni  wykorzystywał.
Zmiana  postaci  była  dla  niego  grą  wstępną,  a  będąc  przywódcą  watahy,  miał  własny
harem. Na jego zawołanie każda z nas przewracała się na plecy i pokazywała mu brzuch
jak  grzeczny,  uległy  wilk.  Moja  wilczyca  to  uwielbiała:  atencję,  czułość,  seks.  Przemoc  -
werbalna, a czasem i nie tylko -którą obdzielał nas razem z czułością, nie miała znaczenia.
Przynajmniej do chwili, kiedy nie mogłam tego dłużej znieść. Carl wciąż był w Denver. To
dlatego nie mogłam wrócić.

Nie  chciałam  być  do  niego  podobna.  Jeśli  już  miałam  przewodzić  w  naszej

dwuosobowej  watasze,  to  nie  chciałam  być  taką  alfą.  Nie  chciałam  bzykać  się  z  Benem
tylko dlatego, że mogłam.

A  może  to  się  stało  dlatego,  bo  on  mi  się  podobał?  Naprawdę  go  lubiłam.  Ale  czy

przespałabym się z nim, gdybyśmy nie leżeli nadzy w lesie i nie pachnieli jak wilki? Czy to
kiedykolwiek wchodziłoby w grę?

Czy to Ben obejmował mnie mocno i całował z pasją, czy jego wilk?
I czy to w ogóle miało znaczenie?
Te  sprawy  były  o  wiele  prostsze  dla  wilczej  strony  mojej  natury:  Podoba  ci  się?  Jest

goły? Jest chętny? To do dzieła! Tylko człowiek martwił się o ludzkie uczucia, które mogły
zostać zranione.

Szedł kilka kroków za mną - znów zachowanie uległego wilka. Zwiesił głowę i wyglądał

na zmęczonego, miał cienie pod oczami. Ale nie wydawał się wściekły, przestraszony czy
spięty  –  nie  widziałam  w  nim  żadnego  z  uczuć,  których  spodziewałabym  się  u  świeżo
upieczonego wilkołaka. Przyłapał mnie na obserwowaniu go, więc się uśmiechnęłam, żeby
dodać mu otuchy. Odpowiedział uśmiechem.

- Co powiesz Cormacowi? - spytałam.
- Nie strzelaj? - Skrzywił się i pokręcił głową. - Ty miałeś rację, ja się myliłem? Nie wiem.

Jestem skołowany. Nie chcę umierać. Nigdy nie chciałem. Wiesz to, prawda?

Zwolniłam  kroku,  aż  zrównaliśmy  się  ze  sobą.  Ot,  dwójka  bosych,  zwariowanych

miłośników  natury  na  porannym  spacerze  w  środku  zimy.  Nie  było  mi  zimno;  ciągle
czułam na skórze jego dotyk.

- Przez chwilę byłeś dosyć zdeterminowany.
-  Byłem  wystraszony  -  powiedział.  Po  chwili  dodał:  -To  się  robi  łatwiejsze?  Mniej

zagmatwane?

Rzadziej się słyszy ten drugi głos w głowie, który mówi ci, co masz robić?
Musiałam pokręcić głową.
- Nie. Po prostu robi się zagmatwane w inny sposób.

background image

I nagle, niemal niespodziewanie, drzewa przerzedziły się i polana z chatą otworzyła się

przed nami.

Słońce  oświetlało  werandę.  Stał  na  niej  Cormac,  oparty  o  barierkę.  Strzelba  leżała

oparta obok niego. Gotowa i wyczekująca.

Zatrzymałam się, a Ben stanął obok mnie. Instynkt kazał mi uciekać, ale Cormac już nas

zobaczył. Nie ruszył się, tylko patrzył na nas, czekając, co zrobimy.

Cormac miał mnóstwo okazji, żeby mnie zastrzelić, i nie zrobił tego jak do tej pory. Nie

sądziłam,  żeby  miał  to  zrobić  teraz.  Miałam  taką  nadzieję.  Ruszyłam  do  chaty  jak  gdyby
nigdy  nic.  Ben  poszedł  za  mną,  powoli,  zostając  w  tyle.  Cormac  obserwował  jego,  nie
mnie.

- Dzień dobry - powiedziałam, machając niepewnie, kiedy znalazłam się na tyle blisko,

że  mógł  mnie  usłyszeć.  Starałam  się  mówić  wesołym  tonem,  ale  w  moim  głosie
pobrzmiewała nieufność.

- No i?
Wchodząc  po  schodkach,  założyłam  ręce  na  piersi  i  w  dalszym  ciągu  prowadziłam

kampanię wymuszonej wesołości.

- Hm, mamy ładny dzień, świeci słoneczko i wszystko jest w porządku.
Ben  dotarł  już  do  schodków.  Spojrzenie  Cormaca  było  wyzywające,  ale  przecież  nie

zdawał sobie z tego sprawy. Ben zawahał się - niemal widziałam, jak zaczyna się kurczyć,
przybierając bardziej defensywną postawę.

-  Ben?  -  powiedziałam.  Przeniósł  spojrzenie  na  mnie;  udało  mi  się  przerwać

konfrontację.

- Wszystko dobrze? - spytał go Cormac. Po chwili Ben odparł:
- Tak. Doskonale. - Wydawał się raczej zrezygnowany niż przekonany.
- Zatem koniec gadania o tym, żeby cię zastrzelić.
- Tak.
Nie wiedziałam, czego oczekiwał Cormac. Może przez całą noc nakręcał się, żeby zabić

własnego  kuzyna  z  zimną  krwią,  i  teraz  nie  do  końca  wierzył,  że  Ben  się  wycofał.  Wyraz
jego twarzy był neutralny i jak zwykle nieodgadniony.

- Jak było? - spytał.
Ben schylił głowę, żeby ukryć uśmiech.
- Trudno to wyjaśnić.
- Wyglądasz, jakbyś się całkiem dobrze bawił - ciągnął Cormac.
-  Może  się  i  bawiłem.  -  Ben  spojrzał  na  łowcę.  Rzeczywiście  wyglądał  całkiem  nieźle,

zważywszy  na  okoliczności.  Był  zmęczony,  ale  spokojny.  Nie  świrował,  jak  mógł  się
spodziewać  Cormac.  Wyglądał  lepiej  niż  kiedykolwiek  od  dnia,  kiedy  został  tu
przywieziony.

Ja  z  kolei  czułam,  że  jestem  czerwona  jak  wóz  strażacki.  Tak,  Kitty  człowiek  wróciła.

Wilczyca nigdy się nie rumieniła.

Cormac  gapił  się,  jakby  chciał  przejrzeć  Bena  na  wylot,  prześwietlić  go  rentgenowskim

wzrokiem. Należał do ludzi, którzy nie cierpieli tracić kontroli i nie wiedzieć wszystkiego.
Ben odbył podróż do miejsca, w które Cormac nie mógł pójść. Chciał wiedzieć, co działo
się  z  jego  kuzynem  przez  ostatnich  dwanaście  godzin,  i  tyle.  Ale  Ben  nie  mógł  mu

background image

powiedzieć. Nie potrafiłby tego wytłumaczyć, nawet ja bym nie potrafiła. Ta rzeczywistość
należała do wilczycy, była nieludzka, niemożliwa do ujęcia w słowa.

Ben przygarbił się pod naciskiem tego spojrzenia. Ze zwieszonymi ramionami wszedł do

chaty i zatrzasnął drzwi, zostawiając Cormaca i mnie na werandzie.

Chciałam  powiedzieć  łowcy,  żeby  dał  Benowi  spokój.  Nie  mógłby  tego  zrozumieć,

choćby  gapił  się  na  kuzyna  w  nieskończoność.  Zanim  zdążyłam  wymyślić,  w  jaki  sposób
mu to oznajmić, żeby się na mnie nie wściekał, odezwał się pierwszy.

-  Miałaś  rację,  że  zmieni  zdanie.  Naprawdę  nie  byłem  pewien,  czy  to  nastąpi.  Ale  ty

wiedziałaś.

Tak naprawdę tylko miałam nadzieję. Ale nie wyprowadzałam Cormaca z błędu.
- Sama przez to przechodziłam. Byłam pewna, że poczuje się inaczej.
- Wiedziałaś, że spodoba mu się bycie wilkiem.
- To nie jest trafne określenie.
- Co tam zaszło?
Musiał  się  domyślić.  Jeśli  nie  on,  to  jego  wyobraźnia.  Nie  wiedziałam,  dlaczego  chciał,

żebym mu to powiedziała prosto w twarz.

- Nie twoja sprawa.
Odwróciłam się, żeby wejść do środka.
- Kitty... - Chwycił mnie za nadgarstek.
Zamachnęłam się na niego, ale znieruchomiałam, zanim uderzyłam. To był odruch - ta

ręka odwiedziona do tyłu, z palcami zgiętymi jak pazury. Zauważył mój gest; staliśmy tak
przez  sekundę  jak  na  stop-klatce.  W  jego  spojrzeniu  było  mnóstwo  niewypowiedzianych
pytań.

Przywiózł tutaj Bena, żebym mogła mu pomóc i utrzymała go przy życiu. Nie żebym się

z  nim  spiknęła.  Żadne  z  nas  się  tego  nie  spodziewało.  A  teraz  Cormac  wyglądał  na
zranionego, w jego rysach widziałam cierpienie. Ale jeśli chciał, żeby sprawy między nami
potoczyły  się  inaczej,  to  dlaczego  po  prostu  tego  nie  okazał  i  nic  nie  powiedział?  Miał
swoją szansę. Dałam mu mnóstwo szans. Nie mogłam się teraz cofnąć.

- Cormac, przepraszam. - Uwolniłam się z jego uścisku i weszłam do domu.
Mój  zwykły  rytuał  po  pełni  księżyca:  wracałam  do  domu,  brałam  prysznic  i

wczołgiwałam  się  do  łóżka,  żeby  przespać  jeszcze  dwie  godzinki  w  trochę  bardziej
komfortowych warunkach. Potem wstawałam i piłam kawę. Nie jadłam śniadania, bo nie
byłam głodna. Wilczyca zwykle najadała się w nocy do syta.

Ben zdążył już włączyć ekspres. Zapach kawy wypełniał dom i musiałam przyznać, że był

cudowny. Kojący, jakbym mogła zwinąć się w kłębek na kanapie i zapomnieć o facetach w
moim  domu.  Nie  chciałam  zostawiać  ich  nawet  na  chwilę,  żeby  wziąć  prysznic.  Jakbym
ciągle się bała, że Cormac może jeszcze wziąć Bena na muszkę. Łatwo było zapomnieć, że
łowca przywiózł tu kuzyna właśnie dlatego, że nie chciał go zastrzelić.

Byłam  zbyt  nakręcona,  żeby  spać.  Już  i  tak  pozwoliłam  sobie  na  dłuższą  drzemkę  z

Benem  w  lesie.  Ten  facet  wywrócił  mi  do  góry  nogami  cały  rozkład  dnia.  Chociaż  jak  się
tak nad tym zastanowić, właściwie miałam ochotę położyć się do łóżka... z nim.

Poszłam  do  kuchni  i  napełniłam  kubek  kawą.  Ben,  siedzący  przy  stole  z  własnym

kubkiem, nie odezwał się słowem. Ale cokolwiek by powiedział, na pewno bym na niego

background image

naskoczyła.  Nie  chciałam  tego  robić.  Posłałam  mu  uśmiech,  który,  miałam  nadzieję,
wyglądał uspokajająco.

Cormac  dołączył  do  nas  po  minucie;  najpierw  usłyszałam  odgłos  otwieranych  i

zamykanych  drzwiczek  jeepa.  Nie  miał  ze  sobą  strzelby,  więc  domyśliłam  się,  że  schował
ją do samochodu. I dobrze. Usiadł naprzeciw Bena. Ja oparłam się o szafkę.

I znów sterczeliśmy w kuchni, wbijając złe spojrzenia w blaty i nic nie mówiąc.
Nie znosiłam przeciągającej się ciszy. Pewnie wzięło mi się to z pracy w radiu.
- No dobra, dzieciaki. Jakieś pytania? Już po problemie?
-  Nie  wiem,  czy  posunąłbym  się  aż  tak  daleko.  -  Ben  zaśmiał  się  cicho.  Rozłożył  ręce

bezradnym gestem. - Co mam teraz robić? Jeśli naprawdę mam z tym żyć, co mam robić?

- Jesteś prawnikiem - odparłam. - Wracaj i... prawni-kuj. Co byś robił, gdyby to się nie

stało?

- To nie jest takie proste - stwierdził. - To nie może być takie proste.
Oczywiście miał rację.
-  Przeżywaj  jeden  dzień  naraz,  Ben.  Niektóre  dni  są  łatwiejsze  niż  inne.  Ale  po  prostu

musisz sam z tym dojść do ładu.

Nachmurzył się.
- Nie traktuj mnie, jakbym był jakąś ofermą z twojej audycji.
To  zabolało  jak  kopniak  w  brzuch.  Ludzie  dzwoniący  do  mojej  audycji  nie  byli

ofermami,  tylko  słuchaczami.  Moimi  fanami.  Chciałam  ich  bronić.  Ale  owszem,  miewali
problemy. A gość taki jak Ben? On nie miewał problemów. On był twardzielem.

- Więc przestań się zachowywać jak oferma - powiedziałam.
- Niezły tekst z ust kogoś, kto uciekł do lasu z podwiniętym ogonem...
Zrobiłam  krok  w  jego  stronę,  z  zębami  wyszczerzonymi  w  milczącym  warknięciu  i

zaciśniętymi  pięściami.  Szarpnął  się  do  tyłu  w  panice,  aż  podskoczyły  przednie  nogi  jego
krzesła.  Przez  chwilę  patrzyliśmy  na  siebie  -  wyzywałam  go,  żeby  stawił  mi  czoło.
Wyzywałam go, żeby powiedział, co myśli.

Spuścił wzrok. Po chwili wczepił dłonie we włosy i oparł łokcie na stole.
- Co się ze mną dzieje, do diabła? - mruknął. Odwróciłam się. Wiedziałam, co się z nim

dzieje, ale jak miałam mu to wszystko wyjaśnić? Całkiem nowy zestaw mowy ciała i emocji
- ja żyłam z tym już od lat. Dla mnie to było oczywiste.

- No dobra, oboje mnie lekko przerażacie - powiedział Cormac, unosząc ręce, jakby się

poddawał. Wstał. -Idę się przejść.

-  Cormac.  -  Ben  sięgnął  przez  stół,  zatrzymując  go  na  chwilę.  Scena  znów

znieruchomiała,  aż  Ben  zaczerpnął  powietrza  i  wykrztusił:  -  Przepraszam.  Wybacz,  że  cię
tym obarczyłem.

Łowca  odwrócił  wzrok,  jego  twarz  zesztywniała  i  ściągnęła  się  w  maskę,  której  nie

umiałam odczytać.

Pod tą fasadą było uczucie, a on rozpaczliwie starał się je ukryć.
- Nie - powiedział. - Ja cię w to wpakowałem. To ja przepraszam.
I  tak  jak  wiele  razy  w  ciągu  ostatnich  dni,  wyszedł.  Poszedł  się  przejść.  W  taki  sposób

radził sobie z przeciągającym się, niezręcznym milczeniem.

Ręka Bena wciąż leżała na stole. Westchnął, niemal opierając czoło o blat.

background image

- Wiedziałem, że to zrobi. Widziałem, że będzie się obwiniał.
Podeszłam do niego, tym razem powoli, spokojnie. Spojrzał na mnie z ukosa, nieufnie,

ale nie drgnął.

Dotknęłam  jego  ramienia,  położyłam  na  nim  dłoń.  Choć  raz  nic  nie  powiedziałam,  ale

uśmiechnęłam się, kiedy wtulił się w mój dotyk.

O cudzie, Ben mnie posłuchał. Zabrał się do pracy. Pożyczył mój telefon, żeby odsłuchać

pocztę głosową, skorzystał z mojego komputera i łącza internetowego, żeby sprawdzić e-
maile,  odpowiedział  na  kilka  wiadomości  od  spanikowanych  klientów.  Prowadził  własną
praktykę,  na  tyle  małą,  żeby  radzić  sobie  z  nią  w  pojedynkę,  ale  na  tyle  prężną,  żeby
zarabiać na życie w zgodzie ze swoją niezależną naturą.

Najwidoczniej uznał, że skoro ma żyć, powinien wrócić do pracy. Wilkołaki też musiały

płacić czynsz. A przynajmniej ich ludzka połowa.

Na  kolację  znów  jedliśmy  dziczyznę.  Takie  żarcie  nigdy  się  nie  nudziło,  chociaż

zaczynałam  już  myśleć,  że  powinnam  zainwestować  w  grilla,  żeby  nie  musieć  upychać
steków  na  ruszt  w  piecu.  Cormac  jadł  oparty  o  szafki.  Ben  i  ja  siedzieliśmy  przy  stole.
Posiłek wydawał się niemal normalny. Nikt się na nikogo nie gapił, nikt nie prosił, żeby go
zastrzelić,  a  Cormac  schował  broń.  Rozmawialiśmy  o  moim  prześladowcy  -  Jak  długo  to
trwa? - spytał Ben.

-  Jakieś  dziesięć  dni.  Pierwszy  incydent  wydarzył  się  tuż  przed  waszym  przyjazdem  -

odparłam. - Okej, więc ktokolwiek się na mnie uwziął, wie, czym jestem. Dlaczego nic się
nie wydarzyło wczoraj w nocy? Dlaczego nie zrobili nic mojej wilczej połowie?

- Bo się boją - stwierdził Ben. - Podczas pełni jesteś najsilniejsza. Nie będą chcieli stawić

ci czoła w takiej chwili.

- On ma rację - powiedział Cormac. - Pełnia to najgorsza noc na polowanie na wilkołaki.

Lepiej poczekać do następnego ranka i dopaść je, kiedy odsypiają. - Uśmiechnął się.

Nawet Ben pokręcił głową na te słowa.
- Właśnie stałeś się o niebo bardziej odrażający.
- Ja? Ja się nie zmieniłem ani odrobinę. - Cormac posłał Benowi twarde spojrzenie.
Nie zamierzałam pozwolić, żeby rozwijali ten temat.
- Nie zasadzili się na mnie dziś rano. Bali się na tyle, że w nocy siedzieli w domach, ale

nie wiedzieli, że mogą po mnie przyjść, kiedy nastanie dzień.

- Nie wiedzą, co robią. - Ben spojrzał na Cormaca, szukając potwierdzenia.
Łowca w zamyśleniu zaczął klepać płazem noża do steków w dłoń.
- Gdyby chcieli cię zabić, wystarczyłby snajper przy drodze. Nawet zastępca Rosco dałby

radę to zrobić. Oni chcą cię tylko stąd wykurzyć.

- Ale kim są ci „oni"? Czy on, czy ona, czy ono? -spytałam.
Ben dalej bawił się w burzę mózgów.
- Ktoś, kto nie chce cię zabić i nie wie, co robi.
-  Amatorzy  -  dodał  Cormac.  -  Amatorzy  praktykujący  popieprzoną  magię  krwi.  To  się

jeszcze odwróci i ugryzie kogoś w dupę.

- Helou? - Podniosłam rękę. - Jak na razie to gryzie w dupę mnie.
- Ale ciągle tu jesteś. Zaklęcie, które usiłuje rzucić na ciebie twój fanklub, najwyraźniej

nie  działa.  Nie  da  się  praktykować  takiej  magii,  która  wymaga  oskórowanych  psów  na

background image

drzewach, nie płacąc za to jakiejś ceny. Niedługo będą musieli się poddać albo przejść do
czegoś gorszego. Wolałbym nie widzieć, jak daleko to może zajść.

- Masz jakichś informatorów, którzy mogą coś o tym wiedzieć? - spytał Ben.
-  Być  może.  Zadzwonię  w  jedno  miejsce.  -  Wyciągnął  komórkę  z  torby  podróżnej  i

wyszedł na dwór.

A  ja  chciałam  tylko,  żeby  skończyło  się  torturowanie  małych  zwierząt  przed  moim

domem, pragnęłam dokończyć książkę i żeby z Benem było wszystko w porządku.

Mogłam być na bieżąco przynajmniej z jednym z tych punktów.
- Jak się czujesz?
Zastanowił się chwilę i wzruszył ramionami.
- Chyba dobrze. W ogóle niewiele czuję. Ale to jest o wiele lepsze niż wczoraj.
- To świetnie - powiedziałam niezmiernie zadowolona.
Ben i ja myliśmy naczynia, kiedy wrócił Cormac. Nie podzielił się z nami tym, jak poszła

rozmowa,  a  my  nie  pytaliśmy.  Skoro  sam  nie  mówił,  pytanie  nie  mogło  go  skłonić  do
mówienia.

Było  dziwne,  jak  bardzo  się  przyzwyczajałam,  że  mam  go  pod  ręką.  Może  nasza  trójka

miała  jeszcze  szansę  osiągnąć  stan  równowagi.  Układu,  w  którym  Ben  nie  straciłby
najlepszego  przyjaciela,  ja  nie  zostałabym  pozbawiona  swojej  nowej  watahy,  a  Cormac
nadal  miałby  ludzi,  dzięki  którym  czułby  się  potrzebny  na  świecie.  A  może  to  były  tylko
marzenia ściętej głowy.

Później  zastałam  Bena  przy  zmienianiu  pościeli  na  łóżku.  Znalazł  czysty  komplet  w

szafie i zdejmował ten, w którym pocił się, rzucał i kotłował przez ostatni tydzień.

- Pomyślałem, że ci je przygotuję - wyjaśnił, kiedy oparłam się o futrynę w drzwiach. –

Już wystarczająco długo zajmowałem łóżko.

Sytuacja zapowiadała się bardziej niezręcznie, niż się spodziewałam. Tego wieczoru nie

byliśmy  już  wilkami,  a  likantropia  nie  podsycała  żadnych  ogni.  A  przynajmniej  żadnych,
do których się przyznawaliśmy.

- A gdzie ty będziesz spał? - spytałam. Odpowiedział Cormac.
- Na kanapie. Ja się kimnę na podłodze.
- Ja mogę spać na podłodze - powiedział Ben. Cormac wyciągał już śpiwór i rozkładał go

przy biurku. - Możemy ciągnąć słomki.

- Ja też będę ciągnąć słomki?
- Nie - odparli chórem.
Rany,  co  za  dżentelmeni.  Uśmiechnęłam  się  drwiąco.  Na  kanapie  wylądował  Ben.  Z

Cormakiem trudno było się kłócić.

W końcu zgasły światła i w domu zrobiło się cicho.
Poprzedniej  nocy  nie  spałam  ani  chwili.  Leżąc  z  powrotem  we  własnym  łóżku,

powinnam  zasnąć  jak  kłoda.  Ale  gapiłam  się  tylko  w  ciemny  sufit  i  zastanawiałam,
dlaczego nie mogę spać. Uznałam, że mam za dużo problemów na głowie.

Nagle  deski  podłogi  na  progu  sypialni  cicho  zaskrzypiały.  Podparłam  się  na  łokciu.

Postać  wchodząca  powoli  do  pokoju  była  w  cieniu,  widziałam  zaledwie  sylwetkę.
Wciągnęłam powietrze przez nos i poczułam... To był Ben.

-  Nie  mogę  spać  -  szepnął.  Podszedł  do  łóżka,  garbiąc  się  lekko;  gdybym  go  nie  znała,

background image

pomyślałabym, że jest zażenowany. - Ciągle jestem niespokojny. To... dziwne uczucie. Być
samemu.  I  zastanawiałem  się,  czy  nie  mógłbym...  wiesz  z  tobą...  -  Wskazał  łóżko,  cały
spięty, i odwrócił wzrok.

Był nowym wilkiem. Szczeniakiem. Dzieciakiem, który ma koszmary. Ja przeżywałam to

samo.

Odwinęłam koce i przesunęłam się na brzeg łóżka.
Z  westchnieniem  położył  się  obok  mnie  i  zwinął  na  boku,  a  ja  przykryłam  nas  oboje.

Objęłam go, on przytulił się do mnie, i to było wszystko. Zasnął w kilka minut, jego pierś
zaczęła  wznosić  się  i  opadać  miarowo.  Był  wykończony,  ale  potrzebował  poczuć  się
bezpiecznie, żeby móc zasnąć.

Boże  dopomóż  temu,  kto  czuł  się  bezpiecznie,  gdy  ja  się  nim  opiekowałam.  Ledwie

potrafiłam  zadbać  o  siebie.  Ale  co  innego  mogłam  zrobić?  Trzymając  go  w  objęciach,
ułożyłam się do snu. Starałam się nie martwić.

Kiedy już odpływałam w półsen, dostrzegłam kolejny cień w drzwiach. Zajrzał na chwilę

i  odszedł.  W  następnej  chwili  usłyszałam  otwieranie  i  zamykanie  drzwi  wejściowych,  i
słabo, jak brzęczenie muchy w umykającym śnie, warkot zapalanego silnika jeepa i chrzęst
opon na żwirowym podjeździe.

Odjechał, pomyślało moje „ja" we śnie. I nic nie mogłam na to poradzić.
 

background image

Rozdział 10

 

-  Nie  ma  go  -  powiedział  Ben,  przechylając  się  nad  kuchennym  zlewem  i  wyglądając

przez okno na polanę, gdzie nie było już jeepa Cormaca.

Łowca zabrał swój śpiwór, torbę i strzelby. Po tygodniu dzielenia z nim przestrzeni dom

wydawał  się  pusty  bez  jego  osoby  i  jego  rzeczy.  Spakował  wszystko  i  odjechał  w  środku
nocy. Często znikał właśnie w taki sposób.

Ale  tym  razem  ten  drań  zostawił  mnie  z  tą  całą  klątwą.  Musiałam  sama  rozwiązać  tę

sprawę. Liczyłam na jego pomoc.

- Dlaczego? - spytał Ben.
- Ty go znasz lepiej niż ja. Wiesz, jaki jest. - Usiadłam przy stole ze stopami na krześle,

obejmując  kolana.  -  Miał  gdzieś  być?  Może  pojechał  spotkać  się  z  tym  informatorem  w
sprawie magii krwi.

Ben pokręcił głową.
- Troje to tłok. Zawsze tak myślał. I dlatego wyjechał.
-  Ale...  -  I  nie  potrafiłam  wymyślić  ciągu  dalszego  zdania.  Jeśli  Cormac  czuł  się  piątym

kołem u wozu, powinien był coś wspomnieć. Powinien był ze mną porozmawiać. Dlaczego
nigdy nie mógł powiedzieć niczego wprost? - Powinniśmy za nim pojechać? Zadzwonić? -
Miałam jego numer w komórce.

Wprowadziłam  go  od  razu,  kiedy  go  dostałam,  krótko  po  tym,  jak  się  poznaliśmy.  Był

jedną z tych osób, do których dzwoni się w sytuacji awaryjnej.

Ben znów pokręcił głową.
- Gdyby chciał, żebyśmy się z nim skontaktowali, zostawiłby liścik.
- To nie jest kwestia tego, czego on chce, tylko tego co jest dla niego dobre. Nie zrobi

chyba czegoś szalonego, nie będzie próbował zrobić sobie krzywdy, co?

Ben uniósł brew, przybierając ironiczny wyraz twarzy.
- Bardziej niż zwykle? Miał rację.
-  Więc  jaki  mamy  plan?  -  spytałam.  -  Cormac  zostawił  nas  z  tą  klątwą.  Najchętniej

pozwoliłabym klątwie wygrać i wyniosła się stąd.

Ben wciąż patrzył w las. Wydawał się spokojny, chociaż trochę smutny.
- Tylko jeden dzień. Daj mi jeszcze dzień, żebym się pozbierał. Nie wydaje mi się, żebym

był już gotów stawić czoło cywilizacji.

Nie mogłam się z tym nie zgodzić. Chciałam mu dać tyle czasu, ile tylko bym mogła.
- Nie ma sprawy.
Tak zaczął się nasz pierwszy dzień bez Cormaca.
Pracowałam  przy  komputerze.  Próbowałam  wypocić  współczesny  Walden,  ale  nie

dorastałam  do  ideałów  Thoreau.  Tak  naprawdę  problem  polegał  na  tym,  że  nie  miałam
akwenu. Przecież to był staw Walden. Do skutecznej kontemplacji potrzebowałam dużego
zbiornika wodnego.

Ale ciekawe, co by zrobił Thoreau, gdyby zjawił się u niego przyjaciel pogryziony przez

wilkołaka  i  błagał  go  o  pomoc?  To  kazało  mi  się  zastanowić,  czy  Thoreau  nie  miał
przypadkiem  jakiegoś  bardziej  tajemniczego  powodu,  żeby  zdecydować  się  na  samotne

background image

życie  w  lesie,  i  tylko  ubrał  to  wszystko  w  całą  tę  retorykę  o  prostym  życiu  wyłącznie  dla
przykrywki.  Wilkołaki  nie  należały  raczej  do  ogólnie  akceptowanego  kanonu
amerykańskiej literatury. A zatem co by zrobił Thoreau?

Nalepka  na  zderzaku  CBZT  wymagałaby  zbyt  wielu  wyjaśnień.  A  poza  tym  Thoreau

pewnie  palnąłby  biedakowi  wykład,  jak  to  jego  rozpustny  styl  życia  doprowadził  go  do
takiej sytuacji.

Nie byłam Thoreau. Nigdy nie zamierzałam nim zostać. Olać to. Napisałam wiele stron

o  rozkoszach  masowej  konsumpcji  oferowanej  przez  współczesną  cywilizację.  O
wszystkich  powodach,  żeby  właśnie  nie  uciekać  do  lasu  i  nie  pozbawiać  się  paru
podstawowych życiowych przyjemności.

Tego wieczoru, nie mówiąc na ten temat ani słowa, Ben i ja razem położyliśmy się do

łóżka i przytuliliśmy pod kocami dla ciepła. Żadnego całowania się, żadnego seksu, nawet
marnego całusa – tak było dobrze. Byliśmy watahą i potrzebowaliśmy być razem.

Powinniśmy byli wyjechać tego dnia.
Coś  się  stało  i  mnie  obudziło.  Ledwie  to  poczułam,  gdy  przecinało  powietrze,

przebiegając obok chaty, tworząc własny, słaby wiatr. Drapieżnik, który mnie tropił.

Nie.  To  było  moje  miejsce.  Moje  terytorium.  Nie  musiałam  się  na  to  godzić.  Nie

zamierzałam uciec i pozwolić mu wygrać. Po prostu nie.

Wymknęłam  się  z  łóżka  i  ruszyłam,  tupiąc,  na  werandę,  w  ciemność  bez  księżyca,

gwiazd, niczego.

- Kitty? - odezwał się Ben z sypialni.
Oparłam się o barierkę i powąchałam powietrze. Drzewa, wzgórza i coś. Coś złego. Nie

widziałam niczego w lesie, ale to było tam. Cokolwiek mnie nienawidziło, znajdowało się
w pobliżu.

-  Wyłaź!  -  wrzasnęłam.  Wybiegłam  na  polanę,  obracając  się,  szukając,  i  wciąż  niczego

nie widziałam. - Chcę cię zobaczyć! Pokaż się, tchórzu!

To  było  głupie.  Ten,  kto  rzucił  klątwę  na  to  miejsce,  na  pewno  się  nie  ujawni.  Gdyby

chciał stanąć ze mną twarzą w twarz, nie zakradałby się na moją werandę, żeby patroszyć
króliki. Krzykiem i miotaniem się mogłam go tylko spłoszyć.

Ale  uczucie  nie  mijało.  Ten  ciężar  i  wrażenie,  że  to  coś  nie  tylko  mnie  obserwuje.  To

mnie  schwytało  w  pułapkę.  Oznaczyło  moje  terytorium  jako  własne  i  teraz  chciało  mnie
zadusić, zamiast pozwolić mi uciec.

Może to nie była klątwa. Może chodziło o coś innego. Cormac powiedział, że to może

eskalować, zmienić w coś gorszego, ale w co?

Coś błysnęło - jakby oczy, określając kształt w ciemności.
Przywidzenie.  Tak  naprawdę  niczego  tam  nie  było.  Ale  weszłam  między  drzewa,

stąpając  lekko.  Myślałam  o  wilczych  łapach,  o  poduszkach  stóp  ledwie  dotykających
ziemi,  poruszających  się  płynnie  jak  powietrze.  Mój  krok  się  wydłużył.  Mogłam  biec
godzinami, nie tracąc tchu.

- Kitty! - Ben zbiegł, hałasując, po schodkach werandy, ale się nie odwróciłam. Jeśli coś

tam było i polowało na mnie, zamierzałam to znaleźć.

Tam, ruch. Ten sam cień, duży, ale nisko przy ziemi. Przyczajony. Mój puls przyspieszył,

rozgrzał  ciało.  Właśnie  to  powinnam  była  robić  przez  cały  czas:  odwracać  sytuację,

background image

polować  na  myśliwego.  Wbrew  intuicji  zwolniłam,  czekając,  co  to  zrobi;  dawałam  mu
szansę skoczyć w jedną lub drugą stronę. Gdyby się ruszyło, wystarczyło tylko rzucić się na
to i przygwoździć łapami.

Dwoje czerwonych oczu, płonących wściekłością, chwyciło mnie. Ich spojrzenie utkwiło

we mnie i poczułam, że nie mogę się ruszyć.

Miałam  dobry  wzrok  -  wilcze  oczy.  Ale  nie  potrafiłam  określić  postaci,  do  której

należały  ślepia.  Nawet  kiedy  się  zbliżyła,  widziałam  tylko  cień.  Usłyszałam  cichy  dźwięk,
jakby warkot, tak niski, że ziemia pode mną zawibrowała.

Wszystkie  instynkty  wrzeszczały,  żeby  biec.  Uciekać.  To  nie  było  w  porządku,  nie  było

rzeczywiste.  Ale  nie  mogłam  się  ruszyć.  Coś  chwyciło  mnie  za  rękę  i  szarpnęło  od  tyłu.
Utrzymałam  się  na  nogach,  ale  świat  tak  pływał  mi  przed  oczami,  że  równie  dobrze
mogłabym wywijać kozła w powietrzu.

- Kitty!
Moje zmysły znów zaczęły działać i poczułam zapach przyjaciela. Watahy. Bena.
-  Widziałeś  to?  -  spytałam,  z  trudem  chwytając  powietrze  w  płuca  i  czepiając  się  jego

ręki.

- Nie, nic. Wybiegłaś z domu jak w jakimś transie.
A  on  pobiegł  za  mną,  gnany  zaufaniem  i  lojalnością.  Przylgnęłam  do  niego.  Wciąż

rozglądałam się dookoła, przypatrując się drzewom, przestrzeniom między nimi, szukając
czerwonych  oczu  i  cienia.  Widziałam  szkielety  gałęzi,  nieostre  na  tle  zachmurzonego
nieba, ziemię wznoszącą się wraz ze zboczem wzgórza, placki śniegu.

Nasze  oddechy  kondensowały  się  na  mrozie,  który  zmieniał  je  w  szybko  niknące

chmurki. Nic innego się nie poruszało. Mogliśmy być jedynymi żywymi istotami w okolicy.
Zadrżałam. Kiedy przestałam biec, zimno uderzyło mnie jak ściana, zmrażając mi skórę od
palców stóp po czubek głowy. Miałam na sobie tylko dres i T-shirt, wyszłam boso.

Ben  buchał  ciepłem;  opatuliłam  się  w  niego.  Był  cwany  -  wziął  kurtkę.  Staliśmy  tak,

trzymając się w objęciach.

- O co chodzi? - spytał. - Co widziałaś?
- Oczy - odparłam drżącym głosem. - Widziałam oczy.
- Coś tu jest? Co?
- Nie wiem - jęknęłam płaczliwie. Co gorsza, nie wiedziałam, co by się stało, gdyby Ben

po  mnie  nie  przyszedł.  Gdyby  nie  wyrwał  mnie  spod  władzy  spojrzenia  tej  istoty.
Zmieniłam to w proste stwierdzenie faktu. - Przyszedłeś za mną.

- Nie chciałem być sam.
Uściskałam  go  mocno,  wciąż  roztrzęsiona,  nie  mogąc  wydobyć  słowa.  Otoczywszy  go

ramieniem, pchnęłam Bena naprzód i ruszyłam w stronę chaty.

- Chodźmy.
Przebiegłam  o  wiele  większą  odległość,  niż  sądziłam.  Śledziłam  ten  cień  najwyżej  parę

minut.  Ale  do  chaty  były  prawie  dwa  kilometry.  Nie  zauważyłam  upływu  czasu.  Teraz
kierowaliśmy się zapachem dymu z pieca.

- To miało czerwone oczy - powiedziałam, ale dopiero kiedy widziałam światło z okien.
- Jak to coś, co widział Cormac - zauważył Ben. Tak. Dokładnie tak.
Miarka  się  przebrała.  To  była  wojna.  Nie  potrzebowałam  pomocy  Cormaca,  żeby  ją

background image

wygrać. Byłam mądrą dziewczynką. Na pewno to rozpracuję.

Tego dnia zapolowałam na to. Szukałam tropów, zapachu. Poszłam własnymi śladami,

ścieżką, którą wydeptałam wczoraj w lesie. Zapuszczałam się na prawo i lewo od niej. To
musiało gdzieś być, musiało zostawić jakiś znak.

Żaden z moich wrogów nigdy tutaj nie zostawił tropu. Dlaczego teraz miałby zacząć?
Szłam  wiele  kilometrów,  straciłam  poczucie  czasu.  I  znów  Ben  przyszedł  do  mnie,

wołając  moje  imię  i  prawdopodobnie  idąc  za  moim  zapachem,  nawet  jeśli  nie  zdawał
sobie sprawy, że to robi. Kiedy wreszcie mnie dogonił, spytał:

- No i co?
Musiałam powiedzieć, że nic, i to nie miało żadnego sensu. Powinnam była coś znaleźć.
- Domyślam się, że nie wyjeżdżamy jutro - zagaił.
-  Nie,  muszę  dojść,  o  co  w  tym  chodzi.  I  dojdę.  To  mnie  nie  pokona.  -  Wciąż

przepatrywałam  las;  wzrok  mi  się  zamazywał,  tak  intensywnie  gapiłam  się  na  drzewa.
Każde z nich mogło coś ukrywać.

-  Jest  już  po  dwunastej  -  powiedział  Ben.  -  Wróć  i  przynajmniej  coś  zjedz.

Przygotowałem lunch.

- Niech zgadnę, dziczyzna.
Uśmiechnął  się  po  staremu,  nieco  ironicznie.  Ile  czasu  upłynęło,  odkąd  ostatni  raz

widziałam ten uśmiech?

- Nie. Kanapki. Uwierzyłabyś, że Cormac zabrał większość mięsa ze sobą?
Tak. Tak, uwierzyłabym.
- Używa go jako przynęty, prawda?
- Naprawdę chcesz znać odpowiedź?
- Nie, nie chcę.
Podczas lunchu pracowałam. Zalogowałam się do Internetu i szukałam wszystkiego, co

przychodziło  mi  na  myśl  w  związku  ze  sprawą:  krzyży  z  drutu  kolczastego,  krwawych
klątw, ofiar ze zwierząt.

Czerwonych  oczu.  Czerwonookich  potworów  -  bo  przy  czerwonych  oczach  wyskoczyła

mi  cała  masa  stron  medycznych  i  porad  dotyczących  fotografii.  Znalazłam  wiele  portali,
które zahaczały o te tematy.

Wiele  osób  wytwarzało  biżuterię,  która  miała  wyglądać  jak  drut  kolczasty,  ale  daleko

jej  było  do  złowrogiego  wyglądu  oryginału.  Wiele  stron  przechwalało  się  wiedzą,  ale
niewiele można było uznać za choć trochę wiarygodne.

Jak zwykle ludzie, którzy naprawdę znali się na takich sprawach, nie gadali o tym, a już

na  pewno  nie  prowadzili  na  ten  temat  błoga.  Ale  znalazłam  jedną  rzecz.  Było  mało
prawdopodobne,  że  naprawdę  na  coś  trafiłam,  ale  rzecz  była  warta  uwagi.  W  sieci
dostępny był katalog elektronicznych kart Biblioteki Publicznej z Walsenburga.

Jedyne trzy tytuły na temat okultyzmu były wypożyczone.
Zadzwoniłam do biblioteki. Odebrała jakaś kobieta.
- Dzień dobry - powiedziałam wesoło. - Interesuje mnie kilka książek, które macie, ale z

katalogu wynika, że są wypożyczone.

- Jeśli ktoś je wypożyczył ponad dwa tygodnie temu, mogę zażądać zwrotu...
-  Nie,  nie  trzeba.  Tak  naprawdę  to  zastanawiałam  się,  czy  nie  mogłaby  mi  pani

background image

powiedzieć, kto je wypożyczył.

Z jej głosu natychmiast powiało chłodem.
- Przykro mi, ale nie mogę pani udzielić takiej informacji.
Nie powinnam była o to pytać. W zasadzie jej odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Mimo to

spróbowałam ponownie.

- Nawet drobnej wskazówki?
- Niestety. Mam poprosić o ich zwrot?
-  Nie,  dziękuję.  Nie  trzeba.  -  Rozłączyłam  się.  Nie  obchodziły  mnie  książki.  Chciałam

wiedzieć, kto w okolicy czyta o okultyzmie. Jaki amator mógł się stać odrobinę za dobry w
te klocki.

Znów  spaliśmy  przytuleni  do  siebie,  poszukując  w  swoich  ramionach  najprostszej

pociechy. Czy raczej Ben spał, a ja próbowałam, spędzając więcej czasu na gapieniu się w
sufit  i  czekaniu  na  chwilę  napięcia,  strachu  i  na  pewność,  że  coś  nieznanego  i
przerażającego jest na dworze i mnie prześladuje. To uczucie zmieniło się od czasu, kiedy
wszystko  polegało  tylko  na  martwych  królikach  na  werandzie.  Nowa  siła  nie  chciała
jedynie mojego odejścia... chciała mojej śmierci. Kazała mi myśleć, że nie mogę zrobić nic,
tylko znieruchomieć i czekać, aż uderzy.

Od  wielu  dni  niczego  nie  zarżnięto  na  mojej  werandzie.  Krzyże  z  drutu  kolczastego

zniknęły.  Czy  to  oznaczało,  że  klątwy  już  nie  ma,  czy  może  przeobraziła  się  ona  w  coś
innego?

Czekałam, ale nic nie wydarzyło się tej nocy. Wśród zimowych sosen szeptał wiatr, i to

wszystko.

Miałam wrażenie, że nie wytrzymam tego nasłuchiwania i czekania.
Następnego ranka Ben rąbał drewno do piecyka. Odzyskiwał siły, szukał sobie zajęć. Był

coraz  bliżej  normalności.  Patrzyłam  na  niego  przez  okno,  siedząc  za  biurkiem.  Umiał
używać  siekiery,  machał  nią  gładko  i  bez  wysiłku,  szybko  łupiąc  polana  i  układając  stos
obok  werandy.  Z  jakiegoś  powodu  mnie  to  zaskoczyło,  jakbym  zakładała,  że  prawnik  nie
może  znać  się  na  fizycznej  robocie.  Uświadomiłam  sobie,  że  wiem  o  jego  przeszłości
równie mało, co o przeszłości Cormaca. Ben z całą pewnością swego czasu nałupał sporo
polan.

Przerywał  często,  żeby  się  rozejrzeć,  odwrócić  nos  na  wiatr;  pewnie  czuł  całą  gamę

zapachów, o których wcześniej nie miał pojęcia. Potrzebował czasu, żeby dojść z nimi do
ładu.

W  pewnej  chwili  zatrzymał  się  i  zesztywniał.  Dosłownie  widziałam,  jak  spinają  mu  się

ramiona. Spojrzał w stronę drogi. Odłożył siekierę przy stercie drewna i zaczął się cofać do
drzwi.

Wyszłam  mu  na  spotkanie;  moje  nerwy  były  rozedrgane  jak  struny.  To  coś,  co  na  nas

polowało...

-  Ktoś  jedzie  -  powiedział  i  w  tej  samej  chwili  samochód  szeryfa  wyjechał  z  drogi  na

polanę. Stojąc ramię przy ramieniu, patrzyliśmy, jak auto się powoli zatrzymuje.

Ciało  Bena  zdawało  się  dygotać  z  niepokoju.  Gapił  się  na  Marksa,  wysiadającego  z

samochodu. Dotknęłam jego ramienia.

- Uspokój się.

background image

Ben skrzywił się i przechylił głowę ze skołowaną miną.
-  Dlaczego  mam  ochotę  na  niego  warczeć?  Uśmiechnęłam  się  i  poklepałam  go  po

ramieniu.

-  Bo  narusza  nasze  terytorium  i  nie  pachnie  jak  miły  człowiek.  Po  prostu  staraj  się

zachowywać normalnie.

Pokręcił głową.
- To jakiś obłęd.
- Co u pana, szeryfie? - zawołałam przyjaźnie.
-  Nic  dobrego,  pani  Norville.  Mam  problem.  Ścisnęło  mnie  w  żołądku.  Dlaczego

pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, brzmiała: „Co zrobił Cormac?"

- Przykro mi to słyszeć. Mogę w czymś pomóc?
- Mam nadzieję. - Zatrzymał się u stóp werandy i porządnie, nie spiesząc się, przyjrzał

się Benowi.

Niemal widziałam, jak jego mały móżdżek odfajkowuje pozycje oficjalnego policyjnego

rysopisu:  włosy,  wzrost,  budowa,  rasa  i  pozycja  na  skali  nieszkodliwy/podejrzany.  Ben
założył ręce na piersi i wytrzymywał jego spojrzenie.

- A to kto? - spytał wreszcie Marks.
- Ben. Przyjaciel.
Marks uśmiechnął się złośliwie.
-  Kolejny?  Z  iloma  przyjaciółmi  pani  tu  mieszka?  W  tej  chwili  to  ja  miałam  ochotę  na

niego warczeć.

-  Powiedział  pan,  że  mogę  w  czymś  pomóc?  Szeryf  wskazał  kciukiem  przez  ramię  na

swój samochód.

- Miałaby pani coś przeciwko małej przejażdżce ze mną?
Miałam coś przeciwko. Miałam bardzo wiele przeciwko.
- A po co? Chyba mnie pan nie aresztuje...
- Och, nie - odparł Marks. - Jeszcze nie.
-  To  może  pojadę  za  panem  swoim  samochodem?  -zasugerowałam,  podziwiając

opanowanie we własnym głosie. Coś było bardzo nie w porządku. Chodziło o Cormaca. To
musiało jego dotyczyć. Ale nie zamierzałam wymieniać imienia łowcy, dopóki Marks tego
nie zrobi.

Ale  szeryf  patrzył  na  mnie  twardo.  Jakby  to  mnie  chciał  dopaść.  Nie  miał  pojęcia,  co

jego spojrzenie robi z wilczycą. Musiałam odwrócić wzrok. Impuls „walcz lub uciekaj" był
bardzo silny.

- No nie wiem. Nie chciałbym, żeby pani uciekła -wahał się Marks.
Na Boga, co się mogło stać?
- Nie ucieknę. Tu są wszystkie moje rzeczy. I dlaczego pan się martwi, że ucieknę?
- Zobaczy pani. Ruszajmy. Proszę wziąć swój samochód, ale będę miał na panią oko.
- Oczywiście. - Poszłam po kluczyki i plecak.
-  Mogę  jechać  z  tobą?  -  spytał  Ben.  Rozluźniłam  się  trochę.  Dobrze  by  było  mieć

przyjaciela u boku.

- Jasne. Jesteś moim prawnikiem. A mam obrzydliwe przeczucie, że mogę potrzebować

prawnika.

background image

Jechałam  za  Marksem,  żeby  nie  pomyślał  sobie  przypadkiem,  że  uciekam.  Trzymałam

się tak blisko jak się dało bez wjechania mu w tyłek. Widziałam przez jego tylną szybę, jak
co pięć sekund zerka w lusterko.

Ben zmarszczył brwi.
- Chodzi o wilkołaka. Coś się stało i on uważa, że to sprawka wilkołaka.
-  Tak.  Może  po  prostu  próbuje  się  odegrać  za  te  wszystkie  sytuacje,  kiedy  dzwoniłam

do niego w sprawie martwych królików. Może to jakiś kawał. Trafię do pierwszego reality
show z wilkołakami. To by dopiero była kupa śmiechu, co? - mruknęłam.

Po  kilku  kilometrach  skręciliśmy  z  szosy  na  szeroką  gruntową  drogę,  a  potem

wjechaliśmy  na  podjazd.  Rzeźbiony  drewniany  znak,  umieszczony  na  słupku  przed
ogrodzeniem  z  kolczastego  drutu,  informował,  że  to  Ranczo  Bakera.  Około  czterystu
metrów dalej Marks stanął na poboczu za jakimś pick-upem, a ja zatrzymałam się za nim.
Sucha, pożółkła trawa zachrzęściła pod oponami.

O  zniszczony  przez  żywioły  słupek  ogrodzenia  opierał  się  starszy  mężczyzna  ubrany  w

dżinsową  kurtkę  i  spodnie;  na  nogach  miał  kowbojskie  buty.  Marks  podszedł  do  niego  i
ucisnęli sobie ręce.

Mężczyzna  spojrzał  na  nas,  wciąż  siedzących  w  samochodzie.  Spodziewałam  się

zobaczyć  zaciętą  podejrzliwość,  jaką  widziałam  na  twarzy  szeryfa.  On  jednak  patrzył  na
nas z ciekawością.

Wysiadłam z samochodu i podeszłam do nich. Ben szedł za mną.
Marks dokonał prezentacji.
- Pani Norville, to jest Chad Baker. Chad, Kitty Norville.
- Miło panią poznać, pani Norville. - Baker wyciągnął rękę i uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Proszę mi mówić Kitty. To jest Ben O’Farrell. - Kolejne uściski. Wreszcie spojrzałam na

szeryfa, czekając, żeby mi powiedział, dlaczego tu jesteśmy.

-  Może  pójdziemy  wszyscy  zerknąć,  w  czym  problem,  dobrze?  -  spytał  z  uśmiechem  i

spojrzał na pole po drugiej stronie ogrodzenia.

Baker  zsunął  drucianą  pętlę  ze  szczytu  najbliższego  słupka,  odczepiając  górną  część

ogrodzenia. Naprężony i giętki pręt sam się zwinął, dzięki czemu mogliśmy bez większego
wysiłku przejść nad niżej zawieszonym drutem.

Poszliśmy przez pole, a następnie wspięliśmy się na szczyt wzniesienia górującego nad

dolinką,  której  nie  było  widać  z  drogi.  Marks  i  Baker  stanęli  z  boku,  pozwalając  nam
patrzeć.

Przede  mną  leżało  sześć  martwych  krów.  I  żeby  tylko  martwych.  Były  wypatroszone,

porwane na strzępy, miały wydarte gardła, z ich brzuchów wywalały się flaki, języki wisiały
z  pysków.  Trawa  i  ziemia  wokół  nich  zmieniły  się  w  lepkie  błoto,  tyle  krwi  wylało  się  ze
zwierząt.  Wyglądało  na  to,  że  nie  miały  czasu  uciekać.  Wszystkie  padły  tam,  gdzie  stały.
Powietrze cuchnęło gnijącym mięsem, krwią i odchodami.

Jeden wilkołak nie mógłby tego zrobić. Potrzeba by było całej watahy.
Albo czegoś czającego się w ciemności, patrzącego czerwonymi oczami.
Zechce mi pani powiedzieć, co tu się stało? - powiedział Marks tonem, który sugerował,

że on wie już dokładnie, co się stało.

Przełknęłam ślinę. Cóż ja mogłam powiedzieć? Co chciał ode mnie usłyszeć?

background image

- Hm... wygląda na to, że zabito kilka krów.
- Chyba raczej zmasakrowano - poprawił mnie Marks.
Wyraz  twarzy  Chada  Bakera  się  nie  zmienił.  Zakładałam,  że  krowy  należały  do  niego.

Przyjmował to bardzo spokojnie.

-  Co  ja  mam  panu  powiedzieć,  szeryfie?  Co  ja  niby  wiem  według  pana?  -  Mówiłam

spokojnie, nie mogąc się zdobyć na słuszny sarkazm. Myślę, że pani wie dokładnie, co ja
myślę.

- Pana zdaniem potrafię czytać w myślach? – Tylko udawałam głupią, z ostrożności. Bo

miał  rację,  wiedziałam,  co  myśli:  byłam  Kitty,  słynnym  wilkołakiem,  który  wprowadził  się
na jego teren, i oto, co się stało. Powiedziałam mu. - Pan uważa, że ja to zrobiłam.

- No więc? - spytał.
-  Zapewniam  pana,  że  żadnym  sposobem,  w  żadnej  postaci  czy  formie  nie  jestem

zdolna do czegoś takiego.

Żaden pojedynczy wilk, likantropiczny czy też jakiś inny, nie jest do tego zdolny.
-  To  samo  mu  powiedziałem  -  wtrącił  Baker,  błyskając  uśmiechem.  Natychmiast  go

pokochałam.

- Dziękuję - odparłam. - Nie wydaje mi się, żebym sama potrafiła powalić choćby jedną

krowę, a co dopiero całe stado.

- Ale coś to zrobiło - oświecił nas Marks.
-  Nie  znaleźliśmy  żadnych  śladów  -  wyjaśnił  Baker.  -Moje  psy  niczego  nie  słyszały,  a

podnoszą jazgot na najmniejszy hałas. Zupełnie jakby ktoś rzucił się na te krowy z nieba.

-  Wilkołak  to  nie  jest  normalny  wilk  -  upierał  się  Marks,  nie  chcąc  mi  odpuścić.  -  Bóg

jeden wie, do czego jesteście zdolni.

Wzięłam głęboki oddech, tłumiąc mdłości wywołane smrodem śmierci - nawet wilczyca

nie  mogła  znieść  tej  rzezi.  Przefiltrowałam  znajome  zapachy,  szukając  tego  jednego,
którego bałam się znaleźć: piżmowej wilczo-ludzkiej mieszanki, która oznaczałaby, że były
tu wilkołaki.

Nie wyczułam go.
- To nie były wilkołaki - mruknęłam. Najdziwniejsze jednak, że nie czułam niczego poza

tym,  czego  się  spodziewałam.  Żadnego  drapieżnika,  żadnego  intruza.  Niczego,  co  nie
byłoby  tu  przedtem.  Ani  śladu  tego,  co  odwiedziło  to  miejsce.  Zupełnie  jak  wokół  mojej
chaty, kiedy goniłam za intruzem. Jak powiedział Baker, wyglądało to tak, jakby na krowy
coś spadło z nieba.

- Kitty. - Niski i pełen napięcia głos Bena drapał jak papier ścierny.
Gapił  się  na  scenę  przed  nami  z  ewidentnym  głodem.  I  obrzydzeniem,  bo  jego  dwie

strony,  wilk  i  człowiek,  przepychały  się,  czyje  emocje  powinien  czuć.  Niewykluczone,  że
jego  wilk  patrzył  na  to  jak  na  ucztę  i  usiłował  wyjść  na  powierzchnię.  Zapach  krwi  -  tak
zawiesisty  w  powietrzu  -  był  jak  zaproszenie,  a  Ben  nie  był  przyzwyczajony  do  radzenia
sobie z czymś takim. Zacisnął pięści. Pot perlił się na linii jego włosów. Przegrywał walkę.

Chwyciłam go za ramię i odwróciłam.
Zaciskał powieki, oddychał szybko.
- Nie wymiękaj, okej? - szepnęłam. - Nie myśl o krwi, skup się na czymś innym. Trzymaj

wilka zamkniętego w sobie, niech leży skulony i nieszkodliwy.

background image

Zaczął  się  odwracać,  chciał  się  obejrzeć  przez  ramię  na  jatkę.  Położyłam  mu  dłoń  na

policzku  i  zmusiłam,  żeby  znów  spojrzał  na  mnie.  Przytrzymałam  twarz  Bena  i
przyciągnęłam  jego  głowę  bliżej  swojej.  Dotknęliśmy  się  czołami  i  mówiłam  do  niego,  aż
poczułam, że kiwa głową, i miałam pewność, że mnie usłyszał.

Jego oddech zwolnił, napięcie częściowo zelżało. Dopiero wtedy go puściłam.
-  Przejdź  się,  jeśli  musisz  -  zaproponowałam.  -  Wróć  do  samochodu  i  nie  myśl  o  tym,

okej?

-  Okej  -  odparł.  Nie  podnosząc  głowy,  ruszył  w  stronę  samochodu,  przygarbiony  i

nieszczęśliwy.

- Słaby żołądek? - spytał Baker.
-  Coś  w  tym  rodzaju.  Powinnam  jeszcze  coś  zobaczyć?  Czy  możemy  wracać  do

samochodów?

Przeleźliśmy  z  powrotem  przez  ogrodzenie  i  Baker  umieścił  na  miejscu  pętlę  z  drutu.

Ben  stał  oparty  o  maskę  mojego  auta,  z  założonymi  rękami  i  pochyloną  głową.
Żałowałam,  że  Marks  mnie  nie  ostrzegł,  bo  ja  mogłabym  wtedy  ustrzec  przed  tym  Bena.
Nie był gotów, żeby stawiać czoło takim sytuacjom.

- Mamy spory problem z wyjaśnieniem, co się tu stało, pani Norville. Wilkołaki jednak

to bardzo interesująca hipoteza - powiedział Marks.

-  Tak,  ale  błędna  -  odparłam.  -  Ja  tego  nie  zrobiłam.  I  nie  wiem,  co  to  zrobiło.  -  Nie

powiedziałam  mu  o  tym  czymś,  co  widziałam  przed  chatą.  Co  wydawało  mi  się,  że
widziałam. Jaki byłby sens, skoro nie potrafiłam tego opisać?

Marks  najwyraźniej  mi  nie  wierzył.  Równie  dobrze  mógł  trzymać  w  garści  kajdanki.

Wyraz twarzy Bakera był irytująco neutralny. Jakby facet najchętniej zostawił to w rękach
szeryfa i wrócił na swoje ranczo. Zachodnia rezerwa posunięta do maksimum.

- Niech pan posłucha - zaczęłam, coraz bardziej zdenerwowana. - Łatwo udowodnić, że

to nie ja. Niech pan tu ściągnie kogoś, kto pobierze próbki, znajdzie ślady zębów i trochę
śliny, przeprowadzi testy. Dam wam próbkę do porównania...

- Nie musisz tego robić - powiedział Ben, unosząc głowę. - Najpierw niech się postara o

nakaz.

Marks spojrzał na niego.
- Mówił pan, że kim pan jest?
- Benjamin O'Farrell. Adwokat.
Szeryfowi nie spodobała się ta odpowiedź. Zmarszczył brwi.
- No proszę.
Interwencja  Bena  uspokoiła  mnie.  Miał  rację:  nie  musiałam  się  bronić.  Nie  mieli

żadnych dowodów.

-  Nie  myślał  pan,  żeby  przepytać  zielone  ludziki?  Słyszałam,  że  UFO  ma  już  na  koncie

takie sprawki. - Te krowy mogło zabić cokolwiek.

-  To  nie  jest  żart.  Chodzi  o  źródło  utrzymania  tego  człowieka.  -  Marks  skinął  głową  w

stronę Bakera.

- Nie żartuję. Możemy już jechać?
Z ponurą miną podszedł do swojego auta.
-  Nawet  nie  myślcie  o  wyjeździe  z  miasta.  Żadne  z  was.  Niech  ci  będzie.  Otworzyłam

background image

drzwiczki samochodu i zaczęłam wsiadać.

-  Jeśli  pani  znajdzie  wyjaśnienie,  co  tu  się  stało,  da  mi  pani  znać?  -  zawołał  za  mną

Baker.

Skinęłam  głową.  W  tej  chwili  mój  jedyny  pomysł  był  taki,  że  całe  to  miasteczko  jest

przeklęte.

Kiedy tylko wyjechałam z podjazdu prowadzącego na ranczo Bakera, Ben spytał:
- Masz telefon?
- Jest w plecaku. - Wskazałam podłogę przed tylnym siedzeniem.
Ben odnalazł telefon i wybrał numer. Musiał się dodzwonić na pocztę głosową.
- Cormac, to ja. Zabito tu trochę bydła. Pasuje do sposobu działania zabójcy tych stad

w Shiprock. Twój samotny wilk mógł się jakimś cudem dostać w te strony. Nie wiem, gdzie
cię wcięło, ale może lepiej by było, gdybyś wrócił.

Opuścił komórkę i wyłączył ją. Tylko na niego zerknęłam, chociaż miałam ochotę gapić

się dłużej.

Musiałam jednak prowadzić.
-  Samotny  wilk  -  powiedziałam.  -  Ten,  którego  nie  zdołał  zabić  w  Nowym  Meksyku?  –

Przypomniałam  sobie,  co  mówił  o  zagryzionych  owcach.  I  że  były  dwa  wilkołaki,  ale  on
zastrzelił tylko jednego. – Dlaczego nie powiedziałeś niczego przy tamtych?

- Bo nie mogłem. - Jego głos był zduszony, niemal wściekły. - Ten zapach mnie uderzył

i...  i  już  nie  ja  byłem  w  swojej  głowie.  Było  coś  innego.  Nie  mogłem  mówić,  nie  mogłem
nawet myśleć.

Odpłynął ze mnie cały gniew.
-  To  wilk.  Niektóre  zapachy,  czasem  smaki  albo  strach,  albo  złość,  to  wszystko  go

wzmacnia.

Wywołuje.  Wtedy  trzeba  się  bardziej  wysilać,  żeby  utrzymać  go  w  ryzach.  Gdybym

wiedziała, co zobaczymy, ostrzegłabym cię. Albo nie wzięła ze sobą.

-  Nienawidzę  tego  -  rzucił,  patrząc  ze  złością  za  boczne  okno.  -  Nienawidzę  tracić

kontroli w taki sposób.

To  był  Ben,  który  stawał  na  salach  sądowych  i  beształ  sędziów,  gromił  wzrokiem

policjantów, nie bał się konfrontacji. Pewnie nie mógł znieść myśli, że teraz rządzi coś, co
w  nim  mieszka.  Wyciągnęłam  rękę,  odnalazłam  jego  dłoń  i  uścisnęłam  ją.  Spodziewałam
się, że ją zabierze, ale nie zrobił tego. Odwzajemnił mój uścisk i dalej gapił się za okno.

Wróciliśmy  do  chaty,  ale  nie  weszłam  do  środka.  Poszłam  w  las,  między  drzewa,  w

kierunku, w którym biegłam poprzedniej nocy, goniąc to coś. Ten koszmar. Gdybym przed
chwilą  nie  widziała  wymordowanego  stada,  może  zdołałabym  sobie  nawet  wmówić,  że
ten cień był wytworem mojej wyobraźni.

Ben niechętnie poszedł za mną.
- Dokąd idziesz?
- Muszę się dowiedzieć, co zabiło te krowy.
- Oczyścić swoje imię?
Nie  chodziło  o  to.  Marks  nie  mógł  udowodnić,  że  to  ja  zrobiłam,  choć  bardzo  tego

chciał.  Miałam  jednak  przeczucie,  że  sprawy  tylko  się  pogorszą,  jeśli  się  nie  postawię  i
czegoś  nie  zrobię.  Byłam  zmęczona  czekaniem,  martwieniem  się  i  dygotaniem  w

background image

ciemności. To mogło wystarczyć samotnej wilczycy, ale teraz musiałam chronić watahę.

Ucieczka nie wchodziła w grę, bo co by było, gdyby to coś poszło za mną?
- Myślisz, że to ta istota, którą widziałaś przedwczoraj w nocy? - spytał Ben.
- Ciągle nie jestem pewna, czy cokolwiek widziałam.
- I myślisz, że na to samo polował Cormac.
-  A  jeśli  to  przyszło  tu  za  nim?  -  Cokolwiek  tu  było,  tropy  miały  dwa  dni.  Były

trudniejsze  do  znalezienia,  a  poza  tym  już  wtedy  nic  nie  znalazłam.  Ale  jeśli  to  była  ta
sama istota, miałam już drugi punkt kontaktu. Ruszyłam na przełaj, jak leciałby ptak albo
biegł  wilk,  w  kierunku  rancza  Bakera.  -  Rozejrzę  się.  Zbadam  teren  między  chatą  a
ranczem. Ty powinieneś zostać tutaj.

- Nie. Nie wyłączysz mnie z tego. Pójdę z tobą. Pomogę.
- Ben...
- Nie chcę więcej słyszeć żadnych bzdur o alfie. Po prostu pozwól mi pomóc, proszę.
Mogłam  się  rozgniewać  i  obstawać  przy  swoim  dla  zasady.  Tak  zrobiłaby  alfa.  Alfy  nie

pozwalały  nowym  wilkom  kłócić  się  ze  sobą.  Ale  byliśmy  tylko  we  dwoje.  Nie  musiałam
niczego udowadniać. Może faktycznie lepiej było zostać razem.

- Szukaj wszystkiego, co wyda ci się dziwne. Wszelkich znaków, wszelkich wrażeń.
- Wszystkiego, co pachnie jak to bydło - powiedział cicho.
- Tak.
Zaczęliśmy oboje tropić. Pozwoliłam, żeby zmysły wilczycy częściowo przesączyły się do

mojego  ludzkiego  „ja".  Zapach,  dźwięk,  wrażenia  -  najdrobniejszy  ruch  wiewiórki  nabrał
głębokiego znaczenia, przyglądałam się bystro każdej szeleszczącej gałązce. Dzień nie był
dobrą porą na takie zajęcie. Zbyt wiele rzeczy mnie rozpraszało. To, co dokonało tej rzezi,
dokonało jej w nocy. To był nocny rodzaj zła.

Obserwowałam Bena, obawiając się, że może wypuścić zbyt dużo wilka, stracić kontrolę

i  przeobrazić  się.  Przez  większość  czasu  był  zamyślony,  rozglądał  się,  jakby  świat  był  dla
niego  nowy  albo  jakby  budził  się  ze  snu.  Miał  rację,  że  chciał  iść  ze  mną.  Bycie  tutaj,
uczenie się patrzenia na nowo na świat było dla niego lepsze niż sterczenie w domu.

Okrążyliśmy  wzgórze  na  skraju  rancza  Bakera,  z  którego  widać  było  jego  ziemię.

Koparka opuszczała ostatnie krowie truchło na ciężarówkę, która miała je wywieźć.

Nie znaleźliśmy ani śladu tego stworzenia i jakoś mnie to nie zaskoczyło. Zawróciliśmy i

poszliśmy do domu.

Tego popołudnia znów weszłam do Internetu, żeby szukać niezwykłych portali i forów,

na których mogły być jakiekolwiek interesujące mnie dane - albo, w najgorszym wypadku,
plotki i anegdoty.

Szukałam  informacji  o  okaleczeniach  bydła,  szczególnie  w  południowo-zachodnich

stanach.  Oczywiście  trafiłam  na  mnóstwo  stron  ufologicznych.  Było  to  dość  wkurzające.
Starałam  się  tłumić  w  sobie  odruchowy  sceptycyzm,  jako  że  ostatnio  musiałam  zmienić
wiele  własnych  przekonań.  Na  przykład  na  temat  istnienia  wilkołaków.  Ale  jakoś  nie
chciało  mi  się  wierzyć,  że  przerastająca  nas  o  głowę  pozaziemska  inteligencja  miałaby
przylecieć na Ziemię, żeby wybebeszyć parę krów.

Coś jednak znalazłam. Nie byli to kosmici ani wilkołaki. Na kilku stronach ludzie mówili

o  swego  rodzaju  nawiedzeniach.  Nie  przez  zmarłych,  ale  przez  zło,  które  zostawiało  za

background image

sobą śmierć i zniszczenie.

Opowieści  pochodziły  od  plemion  rdzennych  Amerykanów  południowego  zachodu,  w

szczególności Nawahów i Zuni. Mówiły o czarownikach rzucających klątwy, które zabijały
całe  rodziny,  niszczyły  środki  utrzymania,  prześladowały  społeczności.  I  o  zwierzołakach:
czarownikach, którzy mieli moc przemieniania się w zwierzęta. Jak likantropy. Zwierzołaki
miały czerwone oczy.

Nikt nie chciał mówić o nich zbyt szczegółowo. Wiedząc za dużo, można było ściągnąć

na  siebie  podejrzenie.  W  niektórych  rejonach  ludziom  wybaczano  zabicie  kogoś,  kto  był
podejrzewany o zwierzołactwo. I znów podobnie było z likantropami.

Musiałam  bronić  się  przed  sceptycyzmem.  Wiedziałam  z  doświadczenia,  że  oskarżenia

o  bycie  złem  wcielonym  wynikały  raczej  z  lęków  oskarżyciela  niż  z  rzeczywistej  natury
oskarżonego.

To, co zaatakowało Bena w Nowym Meksyku, było wilkołakiem, po prostu. Sam Ben był

tego dowodem. Ale było ich dwóch.

Zaczęłam wyciągać od Bena wszystko, co wie.
- Niewiele - stwierdził. - Cormac przyjął zlecenie na wilkołaka, ale pojechał tam i znalazł

ślady  dwóch.  Zadzwonił  więc  po  mnie.  Widziałem  niektóre  zabite  przez  nie  owce.  Były
rozprute  na  całej  długości,  jak  te  krowy  dzisiaj.  -  Umilkł,  zamknął  oczy  i  wziął  głęboki
wdech. Wspomnienie wywołało reakcję, sprowokowało wilka do nadstawienia uszu. Ben
wziął  się  w  garść  i  mówił  dalej.  -  Widziałem  to  tylko  przez  moment,  tuż  zanim  zostałem
zaatakowany.  To  był  wilk,  tak  wyglądał.  Coś  było  nie  tak,  bo  Cormac  pozwalał,  żeby  to
szło prosto na niego. Mógł oddać strzał z dziesięciu kroków. Zacząłem krzyczeć, a potem...
– Pokręcił głową. Potem został zaatakowany i było po wszystkim. Patrzył na łowcę, a sam
się nie pilnował.

- Cormac powiedział, że go uratowałeś. Wystrzeliłeś i to wyrwało go z odrętwienia.
-  Nie  wiem.  Nie  pamiętam  tego  zbyt  wyraźnie.  Wszystko  jest  możliwe.  Wiem  tylko,  że

tam zaszło coś dziwnego.

- A teraz to przeniosło się tutaj. W tej chwili naprawdę nienawidzę swojego życia.
- Witaj w klubie - powiedział i po chwili zamyślenia dodał: - Wychowałem się na ranczu,

gdzie  hodowano  bydło.  Martwe  zwierzęta  to  poważna  sprawa.  Każda  krowa  jest  częścią
dochodu ranczera. To nie byle co. Marks będzie polował na tę istotę, aż wyjaśni sprawę.

- No cóż, dopóki poluje na mnie, do niczego nie dojdzie. - Marks nie wiedział o Benie i

wolałam, żeby tak zostało. Nikt nie musiał o nim wiedzieć.

-  Podejrzewasz,  że  to  ma  jakiś  związek  z  tym,  co  działo  się  tutaj?  Z  tymi  zabitymi

królikami i psami?

Pokręciłam głową.
-  Tamto  było  zorganizowaną  akcją.  Mordem  rytualnym.  A  dzisiaj  widzieliśmy  zwykłą

rzeź. – Jakbyśmy tu potrzebowali kolejnej klątwy.

Niemal chciałam, żeby te sprawy były powiązane, bo wtedy mielibyśmy do rozwiązania

tylko jeden problem.

Tej nocy leżeliśmy rozciągnięci na łóżku jak dwa psy przed kominkiem. Ben ułożył głowę

na  moim  brzuchu,  wtulając  ją  w  zagłębienie  utworzone  przez  moje  zgięte  nogi.
Trzymałam  go  za  jedną  rękę,  a  drugą  dłoń  położyłam  na  jego  coraz  bardziej  kudłatej

background image

głowie. Nie patrzyliśmy na siebie, gapiliśmy się tylko w przestrzeń, niegotowi, by zasnąć.

Wciąż  był  wstrząśnięty  dzisiejszą  przygodą.  Nie  czuł  się  całkiem  wygodnie  we  własnej

skórze. Znałam to uczucie. Pozwoliłam mu mówić, ile chciał.

-  To  jest  jak  pasożyt  -  próbował  wyjaśnić.  -  Jakby  coś  było  we  mnie  i  chciało  tylko

wyssać ze mnie życie i wyleźć z mojej pustej skóry.

Doprawdy, uroczy obrazek.
-  Ja  nigdy  nie  widziałam  tego  w  ten  sposób.  Dla  mnie  to  zawsze  było  jak  drugi  głos

kogoś,  kto  patrzy  na  wszystko  przez  moje  ramię  i  zawsze  ma  własne  zdanie.  Jak  zły
świerszczyk z Pinokia.

Roześmiał się.
- Świerszczyk z pazurami. Podoba mi się.
- Wbija się w twoją skórę jak kociak tymi swoimi igłowatymi ząbkami. - Zachichotałam.

Głupie obrazki były lepsze niż przerażające.

Ben się skrzywił.
-  Uch,  kociaki  to  naprawdę  wcielone  zło.  Zawsze  chcesz  zobaczyć  coś  zabawnego,

wrzucić takiego malca komuś za koszulę i patrzeć, jak ten ktoś się wije, próbując uniknąć
podrapania, a jednocześnie nie skrzywdzić kotka.

Teraz ja się skrzywiłam. Niemal czułam małe pazurki drapiące mnie po brzuchu.
- Mówisz, jakbyś to kiedyś zrobił.
- Albo ktoś zrobił to mnie.
Nie  mogłam  się  powstrzymać.  Znów  zachichotałam,  bo  wyobraziłam  to  sobie:  on  i

Cormac  jako  dzieci,  dwaj  kuzyni  wygłupiający  się  na  rodzinnym  zjeździe,  i  doskonale
wiedziałam, kto wrzuciłby komu kociaka za koszulę. Ech, ludzie.

Ben spojrzał na mnie z kwaśnym uśmiechem. W jego głosie słychać było zamyślenie.
-  Chyba  nie  dotrwałbym  do  dzisiaj  bez  ciebie.  Cormac  dobrze  zrobił,  przywożąc  mnie

tutaj.

- Miło z twojej strony, że wreszcie to przyznajesz.
- Kiedy to zdarzyło się tobie, przechodziłaś przez wszystko sama czy ktoś ci pomagał?
-  Hm,  miałam  całą  watahę.  Z  tuzin  innych  wilkołaków.  Połowa  chciała  pomóc,  połowa

bała  się,  że  stanę  się  konkurencją.  Ale  wśród  nich  był  ktoś  szczególny.  T.J.  się  mną
opiekował.  Kiedy  przeobrażałam  się  po  raz  pierwszy,  to  on  mnie  trzymał.  Starałam  się
zrobić to samo dla ciebie. Ale T.J... on był wyjątkowy.

Jego  podejście  przeważnie  było  bardzo  w  stylu  zen.  Mówił  mi,  żebym  nie  postrzegała

wilczycy  jako  wroga,  ale  nauczyła  się  wykorzystywać  jej  siłę.  Bierzesz  wszystkie  mocne
strony w siebie i stajesz się czymś więcej niż tylko sumą części składowych. - Jak zawsze,
łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić. Ale wciąż słyszałam głos T.J.-a, mówiący mi o tym.
Przypominający mi.

- Gdzie on teraz jest?
Właśnie  miałam  sobie  pogratulować,  że  mówiłam  o  T.J.-u  przez  całą  minutę  i  się  nie

rozpłakałam. Zaczęłam niemal szeptać, żeby głos mi się nie łamał, bo to ja miałam być tą
silną.

-  Nie  żyje.  Wyzwałam  samca  alfa  naszej  watahy  i  T.J.  rzucił  się,  żeby  mnie  wesprzeć.

Przegraliśmy. Zginął, broniąc mnie. Dlatego musiałam opuścić Denver.

background image

- Słyszałem, że to się często zdarza w watahach wilkołaków.
- Może. Nie wiem. Na świecie jest wiele różnych watah.
- Ja najchętniej ograniczyłbym naszą do dwóch osób. Ciebie i mnie.
- Boisz się odrobiny zdrowej konkurencji? - rzuciłam cierpko.
- Oczywiście. Bardzo bym nie chciał z kimś się tobą dzielić.
- A może bardzo byś nie chciał musieć walczyć, żeby mieć mnie dla siebie?
Przekręcił się na bok i spojrzał na mnie. Również popatrzyłam na niego.
- Wiesz co, chyba bym to zrobił. Gdybym musiał. -Żartobliwa nuta zniknęła z jego głosu.
Moje  ciało  zalał  żar.  Nagle  nie  byliśmy  już  dwojgiem  przyjaciół,  tulących  się  do  siebie

dla  poczucia  bezpieczeństwa.  On  był  samcem,  ja  samicą  i  iskrzyło  między  nami.  Ciężar
jego głowy leżącej na mnie wywoływał fale ciepła, przenikające mnie do głębi.

- To mówisz ty... to znaczy, ty człowiek? Czy wilk? -spytałam.
Po chwili wahania odparł:
- To jedno i to samo. Prawda? Bezradnie skinęłam głową.
Znów  się  poruszył  -  podparł  na  łokciu  i  zawisł  nade  mną.  Niepewnie  dotknął  gumki

moich  spodni  dresowych.  Nic  nie  powiedziałam.  Wręcz  przeciwnie,  założyłam  ręce  pod
głowę, żeby mnie nie kusiło, by go powstrzymać.

Podciągnął  mi  koszulkę  do  góry  i  zsunął  spodnie,  odsłaniając  nagą  skórę  brzucha.

Zaczął ją całować, przesuwając usta od jednego boku do drugiego, delikatnie i starannie,
jakby  chciał  mieć  pewność,  że  dotknął  każdego  miejsca.  Ciepło  zalewało  moją  skórę  w
każdym punkcie, który całował. Zsunął spodnie jeszcze niżej, by móc całować łuk biodra;
używał  języka,  smakował  mnie.  Moje  serce  biło  mocno,  oddech  stał  się  głęboki.
Zamknęłam oczy i zaczęłam się wiercić z rozkoszy.

Ledwie  mogłam  się  opanować,  żeby  nie  złapać  go,  nie  zedrzeć  z  niego  ciuchów  i  nie

przyciągnąć  go  do  siebie.  To  on  zaczął,  więc  pozwoliłam  mu  działać,  rozkoszując  się
skoncentrowaną intensywnością jego pieszczot.

Nie  przestawał,  aż  zachłysnęłam  się  powietrzem,  gdy  przeszył  mnie  nagły,  zmysłowy

prąd, który wystraszył nawet mnie samą.

Dopiero wtedy złapałam go i zdarłam z niego ciuchy.
Po  tej  nocy  zachowywaliśmy  się,  jakbyśmy  przeżywali  miesiąc  miodowy.  Zaczynaliśmy

od  mycia  garów,  a  kończyliśmy,  całując  się  nad  zlewem,  obściskując  się  rękami  mokrymi
od  mydlin.  Łóżko  dostało  w  kość.  Kanapa  dostała  w  kość.  Podłoga  dostała  w  kość.
Kuchenny stół – po jednej próbie uznaliśmy, że nie jest dość stabilny, żeby dawać mu w
kość.

Ja dostałam w kość. Byłam wręcz obolała.
To odwracało naszą uwagę od problemów, od klątwy, od rzezi, od gróźb, które na stałe

zagościły w moich snach.

Ben dawał mi znacznie lepsze powody do bezsenności niż czekanie, aż spadnie na nas

nieszczęście.

Potem zaczął się odzywać ten dręczący głosik w moim mózgu, który wciąż mi powtarzał,

że  to  nie  Ben,  lecz  wilk  w  nim  jest  inspiratorem  heroicznej  namiętności.  Ben  nie  byłby
tutaj, gdyby nie był wilkołakiem.

Okoliczności  skojarzyły  nas  ze  sobą,  ale  ja  byłam  romantyczką  i  chciałam  być

background image

zakochana.

Żadne z nas nie poruszyło tego tematu.
W  ciągu  następnych  kilku  dni  zaatakowano  j  eszcze  dwa  stada  bydła.  W  sumie

dwanaście  krów  zostało  zaszlachtowanych  i  rozerwanych  na  kawałki.  Za  każdym  razem
Marks dzwonił do mnie i wypytywał, gdzie byłam poprzedniej nocy, co robiłam i czy mam
świadków,  którzy  mogą  to  potwierdzić.  Właściwie  nie  miałam,  jako  że  Ben  i  ja
stanowiliśmy  nawzajem  swoje  jedyne  alibi.  Za  każdym  razem  szliśmy  we  dwoje  zbadać
teren,  szukając  czegoś  niezwykłego  i  nienaturalnego.  Czegoś,  co  zmieniało  świat  w
mroczne miejsce i patrzyło czerwonymi oczami. Nas jednak unikało.

Próbowałam  dodzwonić  się  do  Cormaca,  i  to  nieraz.  Za  każdym  razem  od  razu

odzywała się poczta głosowa, więc albo był poza zasięgiem, albo miał wyłączony telefon.
Nie  miał  nawet  nagranej  wiadomości,  gadał  tylko  automatyczny  głos.  Starałam  się  nie
martwić. Cormacowi nic nie było, potrafił się o siebie zatroszczyć.

Kiedy  Marks  zadzwonił  po  raz  drugi,  oskarżyłam  go  o  uprzedzenia  rasowe  -  bo  jedyną

podstawą  jego  podejrzeń  był  fakt,  że  byłam  jedynym  znanym  mu  likantropem  w  tym
regionie. Odpowiedział mi, że wystąpił o nakaz pobrania próbki mojego DNA.

Kiedy  skończyłam  rozmowę,  zobaczyłam  Bena  siedzącego  na  kanapie,  dotykającego

czoła, jakby go bolało, i powoli kręcącego głową.

Ben i ja siedzieliśmy na kanapie, rozebrani, przytuleni pod kocem, pławiąc się w cieple

piecyka  i  pijąc  poranną  kawę.  Nie  rozmawialiśmy  wiele,  zadowalając  się  prostymi
zwierzęcymi przyjemnościami.

Łaskotanie gdzieś w głębi mózgu zakłóciło tę sielankę. Uniosłam głowę, poczułam, że ją

przekrzywiam jak pies nadstawiający uszu. I - tak - usłyszałam coś bardzo cichego. Szelest
liści. Kroki.

Ben zesztywniał obok mnie.
- Co się dzieje?
- Ktoś jest na dworze. Zaczekaj tu. Ześliznęłam się z kanapy i przemknęłam do sypialni,

żeby narzucić na siebie dżinsy i sweter.

To  nie  mógł  być  mój  szalony,  patroszący  psy  mistrz  klątw  ani  to  czerwonookie  coś.

Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  ktokolwiek  chodził  w  taki  sposób  wokół  chaty.  Może  to  był
zagubiony turysta. Mogłabym go skierować z powrotem na drogę i byłoby po sprawie.

Niestety, moje życie nigdy nie było takie proste i przerażenie gniotło mi pierś.
Żałowałam, że nie ma tu Cormaca z jego strzelbami.
Zeszłam  po  schodkach  werandy  i  rozejrzałam  się.  Uniosłam  podbródek  i  odetchnęłam

głęboko.  Nie  poczułam  niczego  niezwykłego,  ale  to  nic  nie  znaczyło.  Ktokolwiek  to  był,
mógł po prostu się znaleźć w niewłaściwym miejscu.

Coś  odezwało  się  wśród  drzew:  niskie,  odbijające  się  echem  pohukiwanie.  Sowa

absolutnie  nie  pasowała  do  światła  poranka.  Nie  widziałam  jej,  ale  ogarnęło  mnie
wrażenie, że coś mnie obserwuje.

Intensywnie  nasłuchując,  wpatrując  się  w  drzewa,  zaczęłam  obchodzić  dom.  Nagle

usłyszałam chrzęst suchych liści. Dobiegł ze zbocza wzgórza od strony drogi.

Teraz, kiedy wiedziałam, gdzie patrzeć, zobaczyłam go. Niskiego mężczyznę, na oko koło

czterdziestki,  prawdopodobnie  Latynosa,  z  okrągłą  twarzą  opaloną  na  rdzawy  kolor  i

background image

kurzymi łapkami w kącikach oczu. Długie czarne włosy związał w koński ogon. Był ubrany
w  grubą,  płócienną  kurtkę  w  wojskowym  stylu,  dżinsy  i  kowbojki.  Chodził  między
drzewami z rękami na biodrach, jakby przemierzał posiadłość, którą zamierzał kupić.

To  było  moje  terytorium.  Podeszłam  do  niego,  specjalnie  hałasując,  aż  na  mnie

spojrzał. Nie wydawał się zaskoczony moją obecnością.

Patrzyłam na niego gniewnie.
- Mogę panu w czymś pomóc?
Zerknął na mnie bez śladu zaskoczenia czy niepokoju.
-  Tu  coś  było...  -  Wskazał  na  ziemię,  kreśląc  ręką  półkole  wokół  siebie.  -  Wszędzie

dookoła  domu.  Teraz  jest  już  trochę  niewyraźne.  Ale  zupełnie  jakby  ktoś  próbował
zbudować ogrodzenie czy coś podobnego.

Wskazał na prawo, tam, gdzie na ziemi parę dni temu leżał krąg z drucianych krzyży.
-  I  przelano  tu  dużo  krwi.  Przeróżnej.  To  miejsce  jest  dość  paskudne  z  duchowego

punktu widzenia.

Wytrzeszczyłam oczy. Może nawet opadła mi szczęka.
- Kim pan jest? - udało mi się spytać, nie piszcząc ze strachu.
- Przepraszam. Jestem Tony. Tony Rivera. Cormac poprosił mnie, żebym tu przyjechał i

się rozejrzał.

Dopiero teraz znalazłem czas.
Sytuacja  stała  się  jednocześnie  bardziej  jasna  i  bardziej  zagmatwana.  Skąd  ten  gość

znał Cormaca?

- Mówił, że do kogoś dzwonił, ale nie wspomniał o tobie ani słowem.
- To cię dziwi? On tu jest?
- Nie. - Chociaż zapewne kiedy dzwonił, spodziewał się, że jeszcze będzie.
- Ty pewnie jesteś Kitty. - Podszedł do mnie powoli, ale nie bezpośrednio, jakby trochę

z ukosa, zbaczając odrobinę w bok i rozglądając się dookoła, po ziemi i drzewach. Patrzył
wszędzie, tylko nie prosto w moje oczy.

Mówił po wilczemu. A przynajmniej używał wilczej mowy ciała. Zostawiał mi przestrzeń

i pozwalał dobrze się sobie przyjrzeć. To zachowanie zaskoczyło mnie; natychmiast zrobił
na mnie dobre wrażenie.

Uniosłam podbródek, odetchnęłam głęboko - nie był likantropem. Pachniał absolutnie

po ludzku, zwyczajnie i trochę ziemiście, jakby spędzał dużo czasu na dworze.

-  Cześć  -  przywitałam  się.  Kiedy  wreszcie  stanął  przede  mną,  mogłam  się  przyjaźnie

uśmiechnąć.

Zanim zorientowałam się, że w ogóle mówię, zapytałam: - Jak się tego nauczyłeś?
- Jestem uważny. Jaki więc macie tutaj problem?
- Jesteś szamanem?
- Coś w tym rodzaju. Wskazałam przez ramię.
- Chcesz wejść? Napijemy się kawy i pogadamy.
- Jasne, dzięki.
Ben,  bystry  chłopak,  był  już  ubrany  i  czekał  w  drzwiach,  kiedy  Tony  i  ja  dotarliśmy  do

chaty. Tony zobaczył go i pomachał.

- Cześć, Ben. Cormac mówił, że tu jesteś. Ben otworzył szeroko oczy.

background image

-  Tony?  -  Latynos  tylko  się  uśmiechnął,  a  Ben  pokręcił  głową.  -  Powinienem  był  się

domyślić.

- Ach, więc wygląda na to, że się znacie - powiedziałam.
- Jest moim prawnikiem - odparł Tony.
Świat jest mały i tak dalej. Spojrzałam na Bena. Wzruszył ramionami.
- Cóż, chyba jestem prawnikiem każdego. Cormac nie mówił, że to do ciebie zadzwonił.
Tony zerknął na mnie z wesołymi iskrami w oczach.
- Cormac lubi tajemnice, nie?
- Idę zaparzyć kawy. - Weszłam do domu.
Kiedy wróciłam z kubkiem dla Tony'ego, zobaczyłam, że on i Ben przyglądają się sobie.

Ben  kulił  się  pod  uważnym  spojrzeniem  gościa,  pochylał  głowę  i  garbił  się,  aż  musiałam
stłumić chęć skoczenia między tych dwóch, żeby go bronić.

- Kiedy to się stało? - spytał Tony.
To. Likantropia. Tony potrafił ją rozpoznać, wyłącznie patrząc.
- Jakieś dwa tygodnie temu. Byłem na robocie z Cor-makiem.
-  Przykro  mi.  Kiepska  sprawa.  -  Wskazał  mnie  palcem.  -  Więc  ty  nie...  to  nie  ty  go

zaraziłaś?

- Myślisz, że Cormac puściłby mnie żywą, gdybym to zrobiła?
Zapadło niezręczne milczenie. Tony wziął kubek, który mu podałam, ale nie pił.
Nie  przyjechał  w  sprawie  wilkołaków  ani  w  sprawie  Bena.  Łowca  wezwał  go  tu  w

związku z klątwą.

- Cormac pomyślał, że może będziesz wiedział, co się tutaj dzieje. On sam uważał, że to

jakiś rodzaj klątwy.

- Tak, opowiedział mi trochę. Masz jeszcze coś z tych rzeczy? Krzyże albo zwierzęta?
Pokręciłam głową, starając się nie mieć wyrzutów, że pozbyłam się torby z krzyżami.
- Wielka szkoda - odparł. - Być może mógłbym was doprowadzić prosto do osoby, która

to robi.

- No cóż, spróbuj żyć z tuzinem oskórowanych psów wiszących przed domem.
- Też racja. Macie jakieś podejrzenia co do sprawcy?
-  Uznaliśmy,  że  to  musi  być  ktoś  miejscowy,  kto  chce,  żebym  się  wyniosła.  Cormac

uważa,  że  ten  ktoś  nie  wie,  co  robi.  Urządził  tu  niezłą  jatkę,  ale  to  nie  zadziałało.  W
każdym razie nie za bardzo – burknęłam cicho.

- Naprawdę potrafisz powiedzieć, kto jest odpowiedzialny, patrząc tylko na jego dzieło?

- spytał Ben.

Tony wzruszył ramionami.
-  Nieraz.  Czasami  zostają  duchowe  odciski  palców.  Nawet  jeśli  dwie  osoby  rzucają  to

samo zaklęcie, każda z nich zostawia na nim własny ślad. Własną osobowość. Jeśli to ktoś
miejscowy,  może  wystarczyć  zwykła  przejażdżka  po  okolicy  i  poszukanie  tego  samego
znaku.  Jeśli  ktoś  próbuje  rzucić  na  ciebie  klątwę,  to  można  przypuszczać,  że  na  własny
dom rzucił zaklęcie ochronne.

- Zaklęcie, powiadasz - mruknęłam. Nie mogłam się powstrzymać. - Hm.
- Nie wierzysz? - spytał Tony.
-  Popatrz  na  mnie,  przecież  widzisz,  czym  jestem.  Ostatnio  muszę  wierzyć  praktycznie

background image

we wszystko. Co nie znaczy, że przychodzi mi to łatwo. Magia wydaje się niezłą zabawą,
kiedy  jest  się  dzieckiem,  dopóki  człowiek  nie  zda  sobie  sprawy,  jak  bardzo  wszystko
komplikuje. Bo wiesz co? Magia jest bez sensu.

Rzucanie  wokół  mojego  domu  garści  krzyżyków  z  drutu  kolczastego,  mających  mnie

wystraszyć  na  śmierć,  jest  pozbawione  logiki.  -  Coraz  bardziej  podnosiłam  głos.  Sytuacja
sprawiała, że byłam nieprawdopodobnie drażliwa.

- Jednak ma sens, bo znalezienie wokół domu garści plastikowych Myszek Miki pewnie

nie  wystraszyłoby  cię  aż  tak  bardzo,  prawda?  -  powiedział  Tony,  uśmiechając  się
półgębkiem, aż pomarszczyła mu się brązowa twarz.

Odpowiedziałam uśmiechem.
-  No  nie  wiem.  To  by  dopiero  było  pokręcone.  Zawsze  uważałam,  że  Myszka  Miki  jest

dość koszmarna.

- Tony. - Ben pochylił się do przodu na kuchennym krześle i oparł łokcie o kolana. Nagle

przyszedł mu do głowy pewien pomysł. - Potrafisz rozpoznać typ magii, patrząc na to czy
też  wyczuwając.  Nie  wiem,  nieważne.  Tu  się  dzieje  jeszcze  coś  innego.  Prawdopodobnie
niezwiązanego z tym, co się dzieje wokół domu, ale kto wie. Mógłbyś na to zerknąć, skoro
już tu jesteś?

- A co to jest? - spytał Tony.
- Paskudna sprawa.
Próbowałam  uchwycić  spojrzenie  Bena,  spytać  go  milcząco,  co  on  wyprawia.  Mówił  o

okaleczeniach  bydła,  o  drugim  wilkołaku,  którego  on  i  Cormac  wytropili  w  Nowym
Meksyku. Czy naprawdę sądził, że Tony będzie umiał coś o nim powiedzieć?

Tony zmarszczył brwi z namysłem.
- A twoim zdaniem co to jest?
- Wolałbym nie mówić. Lepiej, żebyś się nie sugerował moimi pomysłami.
- Jasne. Chętnie.
Ben popatrzył na mnie.
- Co ty na to? Gdzie był ten ostatni raz? Gdzieś przy drodze okręgowej?
Marks właściwie mi tego nie powiedział. Zachowywał się tak, jakby zakładał, że i tak o

wszystkim wiem. Ale z grubsza określił kierunek.

- A co on tam znajdzie według ciebie?
-  Po  prostu  jestem  ciekaw  -  odparł  Ben.  -  Ciągle  powtarzasz,  że  to  nie  jest  wilkołak.

Chciałbym usłyszeć, co Tony ma do powiedzenia na ten temat.

Westchnęłam marudnie i poszłam po kluczyki do samochodu.
- Ben, będziesz musiał się nauczyć ufać swojemu nosowi. - Spojrzałam na Tony'ego. - To

nie jest wilkołak.

- Teraz jestem zaciekawiony - powiedział.
- Cokolwiek to jest, chcę wiedzieć, żeby nie podeszło nas znienacka jak ostatnim razem

- wyjaśnił Ben.

Te  słowa  brzmiały  tak,  jakby  spodziewał  się  następnego  razu.  Dlaczego  mnie  to  nie

zdziwiło?

 

background image

Rozdział 11

 

Droga okręgowa odchodziła od stanowej szosy kilka kilometrów za miastem. Miała dwa

wąskie, asfaltowe pasy, praktycznie bez pobocza. Po obu stronach rozciągały się pożółkłe
pastwiska ogrodzone drutem kolczastym. Rozglądaliśmy się uważnie, szukając przez okna
samochodu  oznak  czegoś  niezwykłego,  jakiegokolwiek  śladu  zakłócenia  ciągłości
wiejskiego krajobrazu.

Tony dostrzegł to pierwszy i wskazał palcem.
- Tam.
Zwolniłam  i  wjechałam  na  trawę  obok  drogi.  Po  lewej,  na  szczycie  trawiastego  stoku,

ktoś  zaparkował  koparkę.  Zwyczajna  maszyna  wydawała  się  dziwnie  złowroga,  czając  się
tu samotnie. Operatora nigdzie nie było widać. Może poszedł na lunch.

We  troje  przecięliśmy  drogę  i  ostrożnie  przeszliśmy  przez  ogrodzenie  z  drutu

kolczastego. Idąc w stronę koparki - i tego, do czego ją tu ściągnięto - czułam się tak jak
ostatnim razem, kiedy Marks przyprowadził nas, żebyśmy obejrzeli wymordowane stado.
Nieubłagany  marsz  w  stronę  nienazwanego  koszmaru.  Nie  chciałam  zobaczyć,  co  jest  za
stokiem. A jednak szłam dalej.

Wreszcie dotarliśmy na szczyt i spojrzeliśmy na to, co leżało w dole.
Koparka skończyła już robotę. Kupa świeżo poruszonej ziemi przykrywała zasypany dół

wielkości  mniej  więcej  sześć  na  sześć  metrów.  Dowody  zostały  pochowane  i  usunięte  z
widoku.

Ale widziałam, gdzie leżało martwe bydło: place zgniecionej trawy, ciemne plamy krwi

na ziemi.

Każdy by się zorientował, że coś się tu stało.
Tony stał z założonymi rękami, przyglądając się scenie ze zmarszczonym czołem.
- Tego nie zrobiły wilkołaki.
- Skąd w ogóle wiesz, co się stało? - spytał Ben.
- Coś tu umarło - stwierdził rzeczowo Ben. - Paskudna sprawa, jak powiedziałeś. Ale jest

jeszcze coś. Zło. Nie czujesz go?

- Nie wiem. A co powinienem czuć? Wiedziałam, o czym mówi Tony. Wilkołaki nie były

złe z natury. Bywały przeróżne. Były indywidualnościami, wykazującymi różne zachowania
i intencje.

Ale to - jakiś wyziew unosił się z samej ziemi, wsączał pod moją skórę, jeżył włoski na

rękach. Miałam poczucie, jakby coś obserwowało mnie spomiędzy drzew, ale rozglądałam
się i wąchałam powietrze, i niczego nie czułam.

- Zło - powtórzyłam jak echo. - Powinieneś czuć zło. Coś, co chce tylko niszczyć.
Ben odpowiedział przez zaciśnięte zęby:
-  Czuję  pełzanie  pod  skórą  od  dnia,  kiedy  ten  sukinsyn  mnie  ugryzł.  Jak  mam  to

rozróżnić, do cholery?

Czuł krew, a to pobudziło jego wilka, jakby ktoś dźgnął kijem gniazdo szerszeni. Ale on

tego  nie  rozpoznawał.  Nie  potrafił  oddzielić  własnego  głodu  od  zła,  które  przesycało
ziemię w tym miejscu. Barki i ręce miał spięte, jakby przygotowywał się do walki. Na jego

background image

twarzy  malowało  się  przerażenie,  ale  nie  potrafiłam  stwierdzić,  czy  grozą  napawała  go
scena przed nami, czy to, co było w jego wnętrzu.

Podeszłam  do  niego.  Nie  patrzyłam  mu  w  oczy,  ale  chwyciłam  go  za  rękę  i  oparłam

twarz na jego ramieniu.

- Cierpliwości, Ben. Cierpliwości.
Obrócił się lekko, potarł policzkiem czubek mojej głowy i myślałam, że może coś powie.

Sądziłam,  że  będzie  to  ze  mną  omawiał,  aż  wreszcie  coś  z  tego  zrozumie.  Ale  on  tylko
oderwał się ode mnie gwałtownie i ruszył z powrotem w stronę drogi.

Tony popatrzył za nim.
- Jak on tak naprawdę to znosi?
- Och, doskonale - odparłam lekkim tonem. - I to jest najbardziej przerażające.
Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jaki byłby Ben, gdyby znosił to źle.
Ręka  w  rękę  ruszyliśmy  za  Benem.  Próbowałam  jakoś  zaszufladkować  Tony'ego,

obserwowałam go kątem oka. Mimo niesamowitej atmosfery panującej w okolicy, mimo
że  spędził  przedpołudnie  z  parą  wilkołaków,  w  ogóle  nie  wyglądał  na  spiętego.  Głowę
trzymał  wysoko,  rozglądał  się  po  drzewach,  szczytach  wzgórz,  po  niebie,  obserwując
wszystko,  na  wypadek  gdyby  trafiło  się  coś  interesującego.  Nie  denerwowałam  go  i  to
było pocieszające.

- Czy Ben powiedział ci, gdzie widział to wcześniej? -spytał Tony.
-  Kiedy  wykonywał  zlecenie  w  Nowym  Meksyku  -odparłam.  -  Wtedy  to  coś  zaskoczyło

jego i Cormaca.

Byli przekonani, że chodzi o dwa wilkołaki, ale dowody się nie zgadzały.
- Zatem jeden wilkołak i jedno dziwne coś? To zawęża możliwości.
Nie mogłam się powstrzymać i roześmiałam się. Tony odpowiedział uśmiechem.
- Jeszcze jedno pytanie. Cormac powiedział, że się tu ze mną spotka. Co się stało?
Na  to  już  było  trochę  trudniej  odpowiedzieć,  bo  sama  nie  byłam  pewna.  Atmosfera

zgęstniała.  Potem  wszystko  się  pokręciło,  zrobiło  się  jakoś  dziwnie.  Kiedy  już  tylko
gapiliśmy  się  na  siebie  z  wściekłością  albo,  dla  odmiany,  nie  mogliśmy  sobie  spojrzeć  w
oczy, coś musiało pęknąć.

Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  moje  wahanie  przeciągnęło  się  w  długą  chwilę  ciszy,

dopóki Tony nie odpowiedział za mnie:

- Ach... ty i Cormac, a potem ty i Ben...
- Nigdy nie było mnie i Cormaca - wyjaśniłam.
- Ach. Okej.
Nie wydawał się przekonany, a ja nie miałam zamiaru na ten temat dyskutować. Dama

ta zbyt wiele przyrzeka

3

, itepe.

Na  poboczu,  tuż  za  moim  wozem,  zaparkował  drugi  samochód.  Rozpoznałam  go:

widywałam  go  przez  ostatni  tydzień  trochę  za  często.  Radiowóz  szeryfa.  Marks,  z
założonymi rękami, stał oparty o maskę swojego auta i piorunował wzorkiem Bena, który
opierał się o bagażnik mojego auta i odwzajemniał spojrzenie.

- Kto to jest? - spytał Tony, kiedy zbliżaliśmy się już do ogrodzenia z drutu kolczastego.

Marks odwrócił głowę, żeby móc nas obserwować. Wyraz jego twarzy był jeszcze bardziej
ponury i podejrzliwy niż zwykle.

background image

-  Szeryf  Avery  Marks.  Tutejszy  niezłomny  obrońca  prawdy,  sprawiedliwości  i

amerykańskich wartości.

- Hm, jeden z tych.
-  Norville  -  zawołał  Marks.  Odpuścił  sobie  „pani".  Wiedziałam,  że  teraz  już  naprawdę

mam  kłopoty.  -  Mogę  spytać,  dlaczego  łazisz  bezprawnie  po  ziemi  Lena  Forda?  Przyszłaś
posprzątać bałagan?

Nie  potrafiłam  wymyślić  odpowiedzi,  która  z  miejsca  nie  zaprowadziłaby  mnie  do

aresztu. Gdyby zjawił się tu pięć minut później, nie zobaczyłby nas i nie byłoby żadnego
problemu. Miał doskonałe wyczucie czasu.

Trochę zbyt doskonałe.
-  Śledził  mnie  pan?  -  spytałam.  Zmarszczka  na  jego  czole  pogłębiła  się,  choć  wcześniej

nie wydawało mi się to możliwe.

- Mam prawo prowadzić obserwację podejrzanej. Ben wyprostował się, odpychając się

od samochodu.

- Pańska obserwacja za bardzo przypomina nękanie, szeryfie.
- Pozwiesz mnie?
Ben tylko uniósł brew. Marks nie rozpoznał miny pod tytułem „możemy się przekonać",

ale ja odczytałam ją bezbłędnie. Och, zaraz zrobi się paskudnie.

W tym momencie wtrącił się Tony; przepchnął się przede mnie i stanął przed szeryfem,

jakby przerywał bójkę.

-  Dzień  dobry.  Szeryf  Marks?  Jestem  Tony  Rivera.  Obawiam  się,  że  to  moja  wina.

Poprosiłem  Kitty,  żeby  mnie  oprowadziła.  Powiedziała,  że  dzieją  się  tu  dziwne  rzeczy  i
chciałem to sprawdzić.

Wyciągnął rękę w ewidentnym geście pokoju, ale Marks nie spieszył się, żeby ją przyjąć.

W  końcu  jednak  uścisnęli  sobie  dłonie.  Trzymali  je  przez  długą  chwilę,  czekając,  który
skrzywi się pierwszy – taki mały mecz w stylu macho. Wreszcie puścili. Tony zrobił dziwną
minę i potrzebowałam długiej chwili, żeby ją rozpoznać.

Marszczył brwi. Przez cały ranek nie zmarszczył ich ani razu.
Spojrzał na mnie.
- To on. A w każdym razie jeden z nich.
-  Jeden  z  nich?  -  spytałam  zdezorientowana  i  niemal  w  tym  samym  momencie  Marks

spytał:

- Jeden z których?
Nagle  otworzyłam  szeroko  oczy,  bo  zrozumiałam,  o  czym  mówi  Tony:  o  tym,  czego

przyjechał tu szukać. Klątwy w moim domu. To była sprawka Marksa.

-  Pan?  -  Przeciągnęłam  to  słowo  oskarżycielsko  i  spojrzałam  na  szeryfa  z  oburzeniem.

Nie  wyglądał  na  gościa,  który  wieszałby  na  drzewach  oskórowane  psy.  Spodziewałabym
się  raczej,  że  po  prostu  mnie  zastrzeli.  Nigdy  by  mi  nie  przyszło  do  głowy,  że  mógłby
cokolwiek  wiedzieć  o  magii,  nawet  jeśli  jego  wiedza  zmierzałaby  w  niewłaściwym
kierunku. Był taki... tępy.

- Ludzie, o czym wy mówicie, do cholery?
-  Nikt  panu  nie  powiedział,  że  jeśli  rzuca  się  klątwę,  lepiej  zrobić  to  jak  należy,  bo

inaczej wróci i da panu po łapach? - spytał Tony.

background image

Gdyby  Rivera  się  mylił  i  Marks  nie  miałby  z  tym  nic  wspólnego,  spodziewałabym  się

zaprzeczeń. A także tych jego nadętych póz, w których był taki dobry, może nawet gróźb.
Ale furia mężczyzny na chwilę zelżała, pozostawiając po sobie zwiotczałą, osłupiałą twarz.

Zaprzeczenie przyszło za późno i było zbyt mizerne.
-  Nie  wiem,  o  czym  pan  mówi  -  zaprzeczył  cicho.  Tony  zignorował  go;  spoglądał  to  na

mnie, to na Bena.

-  Pamiętacie,  jak  wam  mówiłem  o  duchowych  odciskach  palców?  Dusza  każdego

człowieka ma własny posmak, który ciągnie się za nią, przesyca wszystko, czego dotknęła.
Ślady tego gościa są wszędzie wokół waszego domu.

-  Wezwałam  go  kilka  razy,  żeby  przeprowadził  śledztwo.  Może  to  dlatego  -

zastanawiałam się.

- Nie. Ślad jest zbyt silny - odparł Tony. - Czuć w nim złą wolę.
Marks  jakby  obudził  się  z  odrętwienia.  Znów  się  najeżył,  a  jego  twarz  pomarszczyła

wściekłość.

-  Oskarża  mnie  pan,  że  podrzuciłem  króliki  na  jej  werandę,  i  o  całą  resztę  tego

tałatajstwa? Co za bzdura. Nie wierzę w te wszystkie czary-mary.

-  Ale  uznaje  pan  fakt,  że  jestem  wilkołakiem  -  powiedziałam.  -  Potworem,  który  jest

zdolny do czegoś takiego jak rzeź stada bydła. Albo w prawo, albo w lewo, szeryfie. Nie może
pan wierzyć w jedno, a nie wierzyć w drugie. -Sama nauczyłam się tego dość szybko.

-  Okej,  nie  będę  mówił,  że  w  to  nie  wierzę.  Ktoś  zrobił  coś  koło  twojego  domu,  nie

mogę zaprzeczyć. Ale nie mam pojęcia o żadnym rzucaniu klątw!

- Może tylko wypełniał pan wskazówki - zasugerował Tony.
I znów ta tępa mina, kiedy wymyślał linię obrony.
- To się wszystko kupy nie trzyma.
- Szeryfie, nie lubi mnie pan. Nie krył pan tego. Nie podoba się panu, czym jestem, nie

uśmiecha  się  panu,  że  jestem  w  pańskim  mieście.  Może  nie  tylko  panu.  I  może  pan  nie
jest za to odpowiedzialny, ale założę się, że popiera pan sprawcę.

Cała  nasza  trójka  -  Tony,  Ben  i  ja  -  otoczyła  go,  niemal  przyparła  do  samochodu.  Nie

zdziwiłabym  się,  gdyby  Marks  sięgnął  po  broń.  Muszę  mu  oddać  sprawiedliwość  -  nie
zrobił tego. Ale wyglądał na przerażonego. Niemal sparaliżowanego, jakby spodziewał się,
że się na niego rzucimy.

- Nie zrobiłam nikomu krzywdy - powiedziałam. -Nie zabiłam tego bydła. Nie zasługuję

na rzeczy, które mnie spotkały, i po prostu chcę, żeby to się skończyło. Nic więcej.

Zacisnął  wargi,  jego  twarz  stwardniała.  Widziałam,  że  nic  z  niego  nie  wyciągniemy.  W

swoim  tępym  umyśle  nakreślił  jakąś  nieprzekraczalną  linię.  Ja  stałam  po  jednej  stronie,
on po drugiej, i z tego powodu nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia. Najprościej by
było, gdybym się spakowała i wyjechała.

Tony wyciągnął rękę. Ruszał się błyskawicznie. Marks i ja tak twardo patrzyliśmy sobie

w  oczy,  że  nawet  nie  zauważyłam  tego  ruchu,  dopóki  Latynos  nie  chwycił  szeryfa  za
kołnierz.  Marks  ledwie  zdążył  drgnąć,  kiedy  Tony  wyciągnął  coś  zawieszonego  na
konopnym sznurku na jego szyi, co mężczyzna chował pod koszulą.

Tony położył wisiorek płasko na dłoni, żebyśmy mogli zobaczyć: krzemienny grot strzały

przywiązany do sznurka.

background image

-  Talizman  Zuni  -  wyjaśnił  Rivera.  -  Ochrona  przed  wilkołakami.  On  wie  wszystko  o  tej

magii.  Czy  to  dlatego  miałam  ochotę  warczeć  na  Marksa  za  każdym  razem,  kiedy  go
widziałam?

Szeryf wyrwał grot Tony'emu i zamknął go w dłoni. Zrobił krok w tył, aż wpadł na maskę

swojego auta. Jego zbroja opadła; teraz był już tylko niepewny.

-  To  nie  był  mój  pomysł  -  odezwał  się  w  końcu.  Powietrze  wokół  nas  stało  się  jakby

lżejsze. Wreszcie powiedział coś, co brzmiało jak prawda.

- A czyj? Nie szukam zemsty, Marks. Chcę tylko wiedzieć dlaczego.
- Chcieliśmy, żebyś wyjechała. Jesteśmy spokojną społecznością. Nie chcieliśmy żadnych

kłopotów.

- Nie zamierzałam ich sprawiać! Chciałam tylko mieć święty spokój.
- Ale narobiłaś kłopotów. To są kłopoty. - Wskazał koparkę na drugim końcu pastwiska.
Zaczęłam krzyczeć. Nie chciałam. Samo tak wyszło.
-  Patroszyłeś  mi  króliki  na  ganku,  zanim  zginęły  te  krowy!  Założyłeś,  że  coś  zrobię,

zanim  cokolwiek  się  stało!  Słyszałeś,  co  on  powiedział  o  klątwie,  że  wróci  i  da  ci  po
łapach.  Sam  to  na  siebie  ściągnąłeś!  A  potem  miałeś  tupet  udawać,  że  prowadzisz
śledztwo, od początku wiedząc, kto to zrobił...

-  Kitty,  może  trochę  spokojniej  -  powiedział  miękko  Ben.  Musiałam  być  nieźle

rozwścieczona, skoro musiał mnie uspokajać. Plecy i ramiona miałam napięte jak struny.

Kiedy Marks znów się odezwał, jego głos był już inny, zmęczony i pokonany.
- My... my wiedzieliśmy, że to nie działa, jak trzeba. Powinnaś była po prostu wyjechać,

po cichu, bez słowa. Chcieliśmy, żeby to się odbyło spokojnie.

- Ale zawaliliście na całej linii, co? - rzuciłam.
- A możesz mieć nam za złe, że próbowaliśmy? - spytał szorstko.
- O tak. Helou, oczywiście że mam wam to za złe.
-  Wszyscy  wiedzieliśmy,  czym  jesteś!  Jakimś...  jakimś  potworem!  Nie  chcemy  tego  w

naszym mieście! Nikt by nie chciał!

- Wiesz co, to chyba nie ja tu jestem potworem. Na szczęście wtrącił się Tony.
-  Szeryfie,  chyba  będę  umiał  pomóc  posprzątać  ten  bałagan.  Możemy  zdjąć  klątwę  i

usunąć  jej  konsekwencje.  -  Wskazał  kciukiem  za  siebie,  w  stronę  miejsca  rzezi.  -  Ale
osoba, która to zaplanowała, która rzuciła zaklęcie, musi wyrazić zgodę.

Skinął głową.
- Dobrze. Okej. To Alice. Ona wszystko zaplanowała.
-  Alice?  -  Szczęka  mi  opadła  z  osłupienia.  -  Ale  ona  zawsze  była  dla  mnie  taka  miła.

Dlaczego...

- Bo jest miła dla każdego, przynajmniej w osobistych kontaktach - odparł Marks. - Nie

potrafiłaby być wredna prosto w twarz, choćbyś przystawiła jej lufę do głowy.

Tony spojrzał na mnie.
- Powinniśmy więc porozmawiać z Alice?
Ciągle  nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Słodka,  przyjazna  kobiecina.  Alice,  która  trzymała

uzdrawiające kryształy na kasie i wieszała talizmany przynoszące szczęście na drzwiach.

Ale z drugiej strony, może faktycznie znała się na rzucaniu klątw.
- No dobrze. Jedziemy. - Zwróciłam się do Marksa. -Chcesz jechać z nami? Poprzeć nas?

background image

-  Wszyscy  zaangażowani  powinni  być  obecni,  żeby  skutecznie  przełamać  czar  -

powiedział  Tony.  We  wszystkim,  co  robił,  czuło  się  autorytet,  który  umocnił  łagodnym
głosem  i  błyskawiczną  akcją  zdemaskowania  amuletu  Marksa.  Szeryf  musiał  się  poddać;
grot strzały leżał teraz odsłonięty na jego mundurowej koszuli.

Mężczyzna zawahał się, ale w końcu rzucił szorstko:
- Spotkamy się na miejscu. - Odwrócił się i szarpnięciem otworzył drzwiczki samochodu.

Ryknął  odpalanym  silnikiem  i  ledwie  dał  nam  czas,  żebyśmy  zeszli  mu  z  drogi,  kiedy
gwałtownie ruszył na wstecznym i zawrócił, strzelając żwirem spod opon.

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziałam tak dla zasady.
- Naprawdę nie wyglądała na taką - dodał Ben.
- Właśnie przed takimi trzeba się najbardziej pilnować - podsumował Tony. -  Naprawdę zła

bruja

4

 to zawsze drobna staruszka z twojej ulicy. Ta, która dokarmia koty na ganku.

- Każda dzielnica ma kogoś takiego - rzuciłam.
- To daje do myślenia, co nie? - Tony wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Z westchnieniem pomaszerowałam do samochodu od strony kierowcy.
- Jedźmy tam i miejmy to z głowy.
Marks był już w sklepie wielobranżowym, kiedy zajechaliśmy na parking. Co oznaczało,

że  miał  czas  ją  ostrzec,  przygotować  i  uzgodnić  z  nią  wersje.  To  mnie  wkurzyło.  Całe
miasteczko było przeciwko mnie, ale najgorsze było to, że nie powinnam być zaskoczona.
Ja  byłam  potworem,  oni  tłumem  z  pochodniami  i  widłami  i  nic  nie  mogło  tego  zmienić.
Ludzka natura jest, jaka jest.

Tym razem przynajmniej miałam wsparcie.
Ale  nie  czekałam  na  Bena  i  Tony'ego.  Chciałam  rozwalić  ten  ich  minisabat  bez  chwili

zwłoki. Kiedy Ben i Tony wysiadali z samochodu, podeszłam wściekłym krokiem do drzwi
sklepu.  Otworzyłam  je  z  hukiem.  I  oczywiście  Marks  i  Alice  naradzali  się,  oparci  o  ladę
przy  kasie.  Spojrzeli  na  mnie  z  przestrachem,  chociaż  powinni  byli  się  mnie  spodziewać.
Joe,  stojący  obok  Alice,  szybko  schylił  się  po  swoją  strzelbę.  Należało  zachować  dystans,
ale nie myślałam zbyt jasno.

Podeszłam  prosto  do  nich,  pokonując  odległość  kilkoma  długimi  krokami,  i  musiałam

mieć śmierć w oczach, bo oboje się skulili. To mnie zainspirowało: a niech myślą, że chcę
im przegryźć gardła.

Trzasnęłam  dłonią  o  ladę,  aż  podskoczyli;  w  tej  samej  chwili  Joe  odbezpieczył  i  uniósł

strzelbę,  trzymając  lufę  ledwie  kilka  centymetrów  od  mojej  czaszki.  Czułam  jej  zapach,
zimny i oleisty.

Dzwonek na drzwiach zabrzęczał, kiedy znów się otworzyły.
- Kitty! - zawołał Ben, ale w tym samym momencie Tony powiedział:
- Nie, czekaj. - Wyobraziłam sobie, że szaman przytrzymuje go, żeby nie pobiegł mi na

pomoc. Nie mogłam na nich spojrzeć. Obchodziła mnie tylko Alice.

-  Więc  jak?  -  spytałam  z  fałszywą  wesołością.  -  Naprawdę  dałaś  te  krzyże  Jake'owi  do

przetopienia czy zatrzymałaś je, żeby móc na nowo podrzucić pod mój dom?

Przerażona  Alice  patrzyła  na  mnie  z  wybałuszonymi  oczami.  Niemal  dygotała,  a  z  jej

skóry  bił  zapach  potu  wyciśniętego  przez  strach.  Wyglądała  jak  zwierzyna.  Jak  królik
przytrzymany  wzrokiem  przez  wilka.  Och,  co  za  cudowne  uczucie.  To  ja  miałam  moc,  ja

background image

byłam tą złą. Gdybym choć uniosła palec, pewnie zaczęłaby wrzeszczeć.

Nagle uklękła. Powoli zniknęła za ladą, a kiedy znów wstała, trzymała torbę z krzyżami,

którą jej dałam. Zadzwoniły, gdy położyła je na ladzie.

To była jedna z tych chwil, kiedy wolałabym nie mieć racji.
- Niech cię szlag, Alice. Lubiłam cię! Dlaczego musiałaś się okazać taką suką?
Jej  nadmiernie  uprzejma  natura,  która  nie  potrafiła  być  wredna  w  bezpośrednim

kontakcie, przejęła dowodzenie.

-  Nie  ma  potrzeby  się  tak  złościć  -  powiedziała,  przybierając  minę  skrzywdzonej

niewinności.

Ale ja jeszcze nie skończyłam.
-  Jeśli  nienawidzisz  mnie  aż  tak,  żeby  zabijać  przez  to  małe  zwierzęta,  to  nie  wykręcaj

kota  ogonem  i  nie  udawaj,  że  jesteś  dla  mnie  miła.  Szczerze  mówiąc,  wolę  Joego,  który
celuje we mnie ze strzelby. Z nim przynajmniej wiem, na czym stoję!

Joe  zamrugał  na  mnie  znad  lufy,  jakby  nie  był  w  stanie  przetworzyć  tego  dość

dwuznacznego komplementu.

- Joe, może jednak to odłóż - zasugerował Marks. Mężczyzna usłuchał i powoli opuścił

broń.

- Nie nienawidzę cię - wyjaśniła łagodnie Alice. - Ja tylko nie chcę, żebyś tu mieszkała. -

Jej zaciśnięte usta ułożyły się w niemal przepraszający grymas.

Nawet  nie  wiedziałam,  od  czego  zacząć.  Może  chciała,  żebym  ją  zrozumiała.  Może

chciała,  żeby  było  mi  jej  żal.  Ale  mój  gniew  buchnął  jeszcze  gorętszym  płomieniem.
Musiałam przerwać na chwilę, wziąć głęboki oddech i przywołać radosne, wegetariańskie
myśli, żeby naprawdę się na nią nie wyszczerzyć. Czy to ja mówiłam Benowi, że utrzymanie
wilka w ryzach wymaga ćwiczeń? W tej chwili ćwiczyłam na całego.

- Nie będziesz mi mówić, gdzie mam mieszkać - wykrztusiłam wreszcie. - Dotarło?
Odwróciła oczy.
W tej chwili wkroczył Tony, niwelując napięcie samą swoją obecnością.
- Wiesz, gdzie popełniłaś błąd, prawda? - Mówił do Alice.
- Kim jesteś? - spytała.
- Tony. Wiesz, gdzie popełniłaś błąd?
Pokręciła z wahaniem głową, nadal wyglądając jak zamroczony królik.
-  Ten  krzyż  na  drzwiach  -  ciągnął  Tony,  wskazując  drzwi,  nad  którymi  Alice  powiesiła

krucyfiks. – Ta bariera z krzyży. Miary zamknąć drogę złu, tak? Utrzymać zło w zamknięciu,
nie  pozwolić  mu  wkroczyć  na  wasz  teren.  -Poczekał,  aż  skinęła  na  potwierdzenie.  -  Kitty
nie jest zła. Znam ją ledwie pół dnia i wiem, że nie jest zła.

Powiedział  „zła",  a  ja  prawie  usłyszałam  „niebezpieczna".  Jakby  powiedział:  „Nie  jest

niebezpieczna. Jest nieszkodliwa". Poczułam niewyjaśnioną chęć sprzeciwienia mu się, ale
Tony mówił dalej:

- Być może ma w swojej naturze niebezpieczeństwo i mrok, ale wszyscy je mamy. To nie

jest zło. Zło ciągnie do ciemności, dąży do zadawania bólu innym.

Obejrzałam  się  na  Bena,  żeby  się  upewnić,  czy  usłyszał.  To  właśnie  próbowałam  mu

powiedzieć.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się blado. Tak, zrozumiał.

background image

- Czy to prawda, co powiedział szeryf Marks? Nasze czary spowodowały to, co dzieje się

z bydłem?

- Wasze czary były wołaniem do zła. Być może je tu ściągnęliście. Tak.
Starła łzy, które pociekły nagle z jej czerwieniejących oczu.
-  Tak  mi  przykro.  Myślałam,  że  wiem,  co  robię.  Byłam  pewna,  że  wiem.  Muszę  to

naprawić. Jak mam to zrobić?

- Przeprosiny to zawsze dobry początek - podsunął Tony.
Alice spojrzała na mnie i przez moment naprawdę było mi jej żal. Było jasne, że czuje

się  fatalnie.  Kiedy  uświadomiła  sobie  konsekwencje  tego,  co  zrobiła,  była  potwornie
zgnębiona. Nie chciałam się już na nią złościć. Słowa „oj, nie ma sprawy, byle tylko więcej
tego nie robiła", miałam już na końcu języka.

Ale wilczyca we mnie poruszyła się, zirytowana. I miała rację. Alice nie mogła się z tego

tak łatwo wykręcić. Czekałam na przeprosiny.

- Wybacz, Ki y - powiedziała. - Przepraszam za wszystkie przykrości. I słusznie, ty...
- Dziękuję - powiedziałam tylko.
-  Chyba  umiem  pomóc  posprzątać  ten  bałagan  -  powiedział  Tony.  -  Znam  pewien

rytuał, który zniweczy klątwę. Załagodzi urazy, choć po części. Pomożecie mi wszyscy?

Spojrzał na każdego z nas i wszyscy skinęli głową. Nawet Joe.
-  Świetnie  -  powiedział.  -  Bądźcie  w  chacie  Kitty  o  zmroku,  około  piątej.  Zajmiemy  się

tym. A... i zabieram to. Dzięki. - Uśmiechając się przyjaźnie, wziął z lady torbę z krzyżami.

Wyszliśmy  ze  sklepu;  Tony  zamykał  pochód,  wyglądając,  jakby  zaganiał  owce.  Albo

pilnował, żebym nie została i nie zrobiła czegoś głupiego. Kilka minut później siedzieliśmy
już w samochodzie i byliśmy w drodze.

- Cormac chciał, żebym je przetopiła - powiedziałam, wskazując ruchem głowy krzyże na

kolanach Tony'ego.

- To by też zadziałało, ale ja bym je tylko potrzymał pod bieżącą wodą.
-  Chcesz  powiedzieć,  że  to  wystarczy?  -  Pokręciłam  głową.  Im  więcej  się

dowiadywałam...

- Jestem ciekaw, skąd Alice nauczyła się tej magii -ciągnął Tony. - Czy wychowała się w

jakiejś  tradycji,  na  przykład  uzdrowicieli  czy  czarowników,  czy  tylko  wzięła  te  zaklęcia  z
jakiejś  książki.  To  właśnie  jest  problem  z  wami,  białymi.  Czytacie  coś  w  książce  i  wydaje
wam się, że to rozumiecie. Ale tego rodzaju magia... trzeba nią żyć, żeby ją znać.

Skojarzyło mi się to z nauką języka: nauczenie się go tak naprawdę wymaga życia nim,

rozmawiania  z  ludźmi,  którzy  znają  go  od  urodzenia,  dorastania  z  nim  całkowitego
zanurzenia. Powtarzanie słówek ze słownika w liceum nie wystarczy.

-  Mogę  cię  zapewnić,  że  wszystko,  co  wiem  o  sprawach  nadnaturalnych,  przeżyłam

osobiście. - Co nie oznaczało, że rozumiem z tego cokolwiek.

Tony się roześmiał.
- Wierzę ci.
- Naprawdę sądzisz, że to, co zrobili, spowodowało tę rzeź bydła? - spytał Ben z tylnego

siedzenia. – A co ze stworzeniem, które widzieliśmy w Nowym Meksyku?

- Może to, co zrobiła Alice i jej pomagierzy, ściągnęło je tutaj - odparł Tony.
-  A  nie  przylazło  za  Cormakiem?  -  spytałam.  Zapadło  ponure  milczenie.  Bo  to  miało

background image

sens.  Było  ich  dwóch.  Cormac  zabił  jednego,  a  drugi  przyszedł  za  nim,  szukając  zemsty.
Tyle że Cormaca już tu nie było.

Stworzenie więc wpadło w szał i zaczęło zabijać jak przedtem.
Jeśli  tak  było,  to  oczyszczający  rytuał  Tony'ego  nie  mógł  pomóc.  Potrzebowaliśmy

Cormaca. Choćby tylko po to, żeby go ostrzec.

 

background image

Rozdział 12

 

Zmierzch  zapadał  nad  lasem,  bezchmurny  i  mroźny.  Niebo  przybrało  piękny,  ciemny

odcień  najdroższych  szafirów.  Pierwsze  gwiazdy  zabłysły  na  nim  jak  diamenty.  Czysty,
organiczny zapach sosnowego lasu przesycał wszystko.

Ben  i  ja  siedzieliśmy  na  werandzie  i  czekaliśmy,  patrząc  na  przygotowania  czynione

przez Tony'ego.

Swojego  pick-upa,  którego  zaparkował  wcześniej  u  wylotu  szlaku  turystycznego  kilka

kilometrów dalej przy drodze, przestawił na mój podjazd jeszcze po południu. Teraz wyjął
z paki pudło z akcesoriami i zabrał się do pracy. Najpierw oparł miotłę o barierkę, potem
poustawiał wokół całej werandy i polany niezapalone świeczki wotywne. Chodząc wokół
polany  i  zwracając  się  w  stronę  czterech  kierunków  świata,  wyciągał  coś  ze  skórzanej
sakiewki  i  rzucał  w  powietrze.  Z  jego  dłoni  wyfruwał  jakiś  pył,  a  w  moje  nozdrza  uderzył
zapach  domowego  jedzenia  z  dobrze  zaopatrzonej  kuchni.  Suszone  zioła.  Szałwia,
oregano. Poczułam się lepiej.

- Myślisz, że to zadziała? - spytał Ben.
-  Nauczyłam  się,  że  trzeba  mieć  otwarty  umysł.  Widziałam  już  kiedyś,  jak  coś  takiego

zadziałało. Więc owszem. Myślę, że zadziała.

- Ty już wyglądasz lepiej.
Poczułam, że uśmiech rozjaśnia mi twarz.
- Cóż mogę powiedzieć? Facet budzi zaufanie.
- Wiesz, że w niektórych regionach tradycja każe płacić curandero w srebrze?
Zamrugałam  i  zmarszczyłam  brwi,  nagle  zaniepokojona.  Czy  ironia  losu  w  moim  życiu

nie ma żadnych granic?

-  No  cóż,  to  się  fatalnie  składa.  Ale  on  przecież  wie,  że  staram  się  trzymać  srebro  jak

najdalej od siebie, jeśli tylko mam na to wpływ.

Ben, szczerząc się wesoło, oparł się o ścianę.
- Może przyjmie czek.
Rozkoszowałam się chwilą spokoju. Ben odzyskiwał poczucie humoru.
Na  drodze  zamruczał  silnik  samochodu,  opony  zachrzęściły  na  podjeździe

prowadzącym  na  polanę.  Radiowóz  Marksa,  niczym  blady  duch  w  półmroku,  wjechał  w
nasze pole widzenia i zaparkował koło pick-upa Tony'ego.

Wstałam  nieufnie.  Ben  też  się  podniósł.  Ogarnęło  mnie  to  samo  wrażenie

nadciągającego nieszczęścia i naruszenia terytorium jak za każdym razem, kiedy Marks tu
przyjeżdżał.  Teraz  to  rozumiałam:  powodem  była  złość,  którą  ze  sobą  przywoził,  jego
udział w klątwie. Ale tym razem poczułam jeszcze, jakby stał między nami mur, tworzący
barierę obronną. Tym razem miałam ochronę.

Szeryf  Marks,  Alice  i  Joe  wysiedli  z  samochodu,  a  Tony  wyszedł  im  na  spotkanie.

Uścisnęli mu dłoń, jakby przyjechali na jakąś proszoną kolację.

- Szeryfie, Joe, poproszę was, żebyście zostawili broń w samochodzie - powiedział Tony.
- Jeszcze czego - odparł Marks, jak należało się spodziewać.
- To ma być zawarcie pokoju. Jeśli będziecie uzbrojeni, to poniekąd zaprzeczy całej idei.

background image

Wiele wymagał, mówiąc takim ludziom, że nie mogą wziąć broni. Akcja mogła się w tej

chwili zatrzymać z piskiem opon.

- Proszę was - poparła go Alice. - Ja naprawdę chcę, żeby się udało. Chcę to zrobić jak

należy.

Posłuchali jej i Tony zaprowadził ich na polanę.
-  Wszyscy  gotowi,  żeby  zacząć?  -  spytał.  Nie  doczekał  się  entuzjastycznego

potwierdzenia,  ale  też  nikt  nie  powiedział  nie.  Tony  zaczął  chodzić  dookoła  polany  i
zapalać  świeczki.  Rozbłysły  złotymi  kręgami  światła  -  plamy  ciepła  wśród  nocy.  Straciłam
moje nocne widzenie; teraz nie dostrzegałam niczego poza polaną.

- Ustawcie się w krąg. Rozlano tu krew w złej intencji. Trzeba za to zadośćuczynić.
Wszyscy  zrobili,  o  co  prosił,  i  spojrzeli  na  mnie.  Wahałam  się.  Oni  musieli

zadośćuczynić,  a  ja,  jako  strona  skrzywdzona,  miałam  moc  wybaczyć  im  albo  nie.  To
dawało mi kontrolę nad rytuałem Tony'ego.

Ale nikomu nic by z tego nie przyszło, gdybym poskąpiła im tego wybaczenia na złość.

W  miarę  jak  rytuał  nabierał  kształtu,  widziałam  coraz  wyraźniej,  że  chodziło  w  nim  nie
tyle  o  magię,  co  o  umożliwienie  pojednania.  Zgromadzenie  nas  wszystkich  w  jednym
miejscu, skłonnych do obgadania sprawy. Sam przebieg był równie ważny jak rezultat.

Zeszłam z werandy na polanę. Ben poszedł za mną.
Spoglądaliśmy  na  siebie  nerwowo,  bo  nikt  oprócz  Tony-'ego  nie  wiedział,  co  będzie

dalej.  Alice  wydawała  się  smutna,  ale  pogodzona  z  losem;  na  jej  czole  rysowała  się
głęboka  zmarszczka,  oczy  patrzyły  w  przestrzeń.  Mina  Marksa  była  inna,  podejrzliwa.
Wciąż oglądał się przez ramię. Joe przyjmował wszystko ze stoickim spokojem, jak zawsze.

Tony  stanął  za  moimi  plecami.  Drgnęłam  przestraszona,  bo  go  nie  słyszałam.  Byłam

zbyt  pochłonięta  dziwną  atmosferą,  która  zapanowała  na  polanie  -  niezwykłym
poczuciem zawieszenia, ponadczasowości, jakby powietrze wokół nas zamarzło.

-  Przepraszam  -  powiedział  z  uśmiechem  i  wręczył  mi  coś.  Ciasno  związany  pęczek

jakiejś  suszonej  rośliny,  długości  mniej  więcej  mojej  dłoni  i  grubości  kciuka.  Pachniała
szałwią. Tony podszedł do wszystkich po kolei, aż każdy dostał swój pęczek.

Zakładałam,  że  powie  nam,  co  z  nimi  zrobić.  Starałam  się  nie  czuć  zbyt  głupio,  tak  po

prostu stojąc z wiechciem ziół w garści. Alice ścisnęła swój w obu dłoniach, przytuliła do
piersi, blisko serca, i zamknęła oczy.

Tony  wziął  miotłę  i  zaczął  zamiatać  ziemię  przed  werandą.  Powoli  obszedł  w  ten

sposób krąg, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Zahukała  sowa.  To  nie  było  spokojne  hukanie  od  niechcenia,  niski,  głuchy  szept,  jaki

usłyszałam,  kiedy  Tony  po  raz  pierwszy  zbliżał  się  do  chaty.  Ten  zew  był  pospieszny,
naglący - nie było słychać skrzydeł, ale w następnej chwili sowa zahukała z dachu domu,
nad  miejscem,  gdzie  stal  Tony.  Wciąż  nie  widziałam  ptaka.  Albo  dobrze  się  schował  w
cieniu, albo moje oczy nie działały jak trzeba.

Tony rozejrzał się dookoła, jakby czegoś szukał.
Coś  było  nie  tak.  Przysięgłabym,  że  niczego  nie  usłyszałam  ani  nie  poczułam  żadnego

zapachu, ale być może woń świeczek i ziół maskowała wszystko inne. Mimo to po moich
plecach  wspiął  się  nazbyt  znajomy  dreszcz.  Poczucie,  że  zbliża  się  intruz,  a  moje
terytorium  zostało  naruszone.  To  było  gdzieś  tam.  Spięta  tak  bardzo,  że  niemal  się

background image

trzęsłam, patrzyłam w ciemność, próbowałam dostrzec cokolwiek między drzewami, poza
kręgiem świec.

- Co to jest? - szepnął Ben. Zaczął iść; oboje oddaliliśmy się od pozostałych i stanęliśmy

plecami  do  siebie,  rozglądając  się,  gotowi  stawić  czoło  niebezpieczeństwu.  Nawet  nie
zauważyłam,  kiedy  to  się  stało,  bo  wszystko  nastąpiło  tak  gładko,  instynktownie,  bez
porozumienia.  Nasza  wataha,  choć  tak  mała,  ustawiła  się  w  krąg  w  obliczu  czającego  się
niebezpieczeństwa.

To mnie doprowadzało do szału. Znów czułam się jak w te poranki, kiedy znajdowałam

króliki  i  psy.  Jeśli  coś  chciało  mnie  dopaść,  to  dlaczego  nie  mogło  się  pokazać,  pozwolić,
żebym podjęła z nim walkę?

Ben chwycił moją rękę i ruchem głowy wskazał miejsce na północ od kręgu. Niebo było

już prawie czarne, drzewa ginęły w ciemności.

Spojrzały  na  mnie  czerwone  oczy.  Jak  rozżarzone  węgle,  mniej  więcej  na  wysokości

głowy sporego wilka. To nie było przywidzenie.

- Czy to właśnie widziałeś w Nowym Meksyku? -szepnęłam.
- Wtedy nie przyjrzałem się temu dobrze. - Jego głos drżał odrobinę.
Pozostali spojrzeli w miejsce, w które my się wpatrywaliśmy.
- Jezu... - To chyba był Joe.
- Niech nikt się nie rusza - nakazał Tony. Jego spokój nie był już tak niezłomny.
- To nie jest wilk - stwierdziłam. - Nie pachnie jak wilk.
-  Cuchnie  śmiercią  -  powiedział  Ben  i  miał  rację.  Węgle  zgasły  na  moment;  to  było

mrugnięcie. Te oczy na nas mrugnęły.

- O Boże... - powiedziała Alice głosem piskliwym jak u małej dziewczynki.
- Alice, nie ruszaj się, proszę - ostrzegł Tony. - Nie uciekaj!
Za późno. Zaczęła się cofać, szurając niezdarnie stopami po ziemi. Nagle odwróciła się,

po  wariacku  unosząc  ręce,  i  pognała  przed  siebie.  Nie  do  samochodów,  nie  do  domu,
gdzie mogłaby znaleźć bezpieczne schronienie. Popędziła na oślep w ciemność, kierowana
wyłącznie paniką.

Właśnie tego chciał potwór.
- Nie! - krzyknął Tony.
- Joe, leć po strzelbę! - krzyknął Marks. Wilk wystrzelił z ciemności jak rakieta.
Moje zmysły zgłupiały. To nie był wilk. Nie pachniał jak trzeba, nie wyglądał jak trzeba,

nic  w  nim  nie  było  jak  trzeba.  Ale  miał  cztery  nogi,  długi  pysk,  smukłe  ciało  z  prostym
ogonem wystawionym do tyłu jak ster. Jego sierść lśniła, czarna jak węgiel, a oczy pałały
czerwienią. Wściekłością.

Rzuciłam się na niego.
Pędził  prosto  na  Alice;  pobudzony  jej  przerażeniem  wybrał  ją  na  zwierzynę.  Ruch

sprowokował go do akcji. Znałam to uczucie. Nie zastanawiałam się nad tym - wiedziałam
tylko, że potrafię się przeciwstawić potworowi skuteczniej niż Alice.

Wpadłam na niego z boku, chwytając go przez pierś, oplatając ramionami, ściągając na

dół. Nie byłam człowiekiem - miałam w sobie coś, co pozwalało mi się poruszać szybciej,
niż  kiedykolwiek  bym  podejrzewała,  co  czyniło  mnie  silniejszą,  niż  powinnam  być.  Moja
wilczyca była godnym przeciwnikiem dla tego czegoś.

background image

Ale  dziwaczność  tej  istoty  przytłoczyła  mnie.  Ledwie  jej  dotknęłam,  odrętwienie

dopadło  moje  kończyny,  wlało  się  do  całego  ciała.  Miałam  ochotę  zwinąć  się  w  kłębek,
przybrać pozycję płodową i wrzeszczeć, aż świat znów wróci do normy. Wszystko dookoła
zrobiło się szare.

Zaczęliśmy  tarzać  się  po  ziemi.  Czarny  wilk  charczał  i  szamotał  się,  próbując  ugryźć

ciężar,  który  przygniótł  go  tak  niespodziewanie.  Szczęki  zamknęły  się  na  moim  ramieniu,
ścisnęły,  kły  wbiły  się  w  skórę.  Ale  lepiej  ja  niż  Alice.  Byłam  już  likantropem.  Mogłam  to
wziąć na siebie.

Zachłysnęłam  się,  a  moja  wilczyca  zaczęła  się  wić,  warcząc  z  bólu  i  gniewu.  I  znów

wszystko było nie tak - atak nie dotknął tylko powierzchni mojego ciała, ale zakradł się w
nie,  próbując  mnie  wyżreć  od  środka.  Nigdy  nie  czułam  czegoś  podobnego.  Coś
prześliznęło  się  pod  moją  skórą  -wilczyca  chciała  przemiany,  mogła  walczyć  skuteczniej
jako wilk, chciała się wydostać, żeby móc się bronić.

Pazury.  Potrzebowałam  pazurów,  żeby  rozdzierać.  Ale  nie  mogłam  się  ruszyć.

Spodziewałam  się,  że  moje  dłonie  zesztywnieją,  ramiona  zaczną  się  przeobrażać.
Chciałam  poczuć,  że  moje  paznokcie  robią  się  grube,  twarde  jak  noże,  przebiją  się  przez
skórę potwora. Ale nie poczułam.

Zwykle  opierałam  się  wilczycy,  trzymałam  ją  krótko.  Ale  tym  razem,  kiedy  chciałam  ją

poczuć, kiedy chciałam, żeby wyrwała się na wolność i mnie uratowała, nic się nie stało.
Sparaliżowało mnie osłupienie. I strach, kiedy potwór mnie chwycił.

- Kitty! - krzyknął Ben.
Modliłam się, żeby się nie zbliżał. Nie chciałam go tutaj. Nie chciałam, żeby musiał tak

walczyć.

W panice uderzyłam ręką, jakbym miała pazury. Moje paznokcie przeczesały szorstkie,

tłuste,  ohydne  furto,  nie  czyniąc  szkody.  Stworzenie  przewróciło  mnie  na  plecy  i
grzmotnęło mną o podłoże; wydało odgłos, który brzmiał niemal jak śmiech. Moja głowa
uderzyła  o  ziemię,  aż  zobaczyłam  gwiazdy.  Wilk  przygwoździł  mnie,  przyciskając  grubymi
łapami  moją  pierś,  wbijając  pazury.  Jego  oddech  cuchnął  padliną  i  chorobą.  Zarazą  i
śmiercią.  Rzucałam  się  w  czysto  zwierzęcej  panice,  wierzgałam,  aż  uniosłam  ręce,
chwyciłam go za gardło i zaczęłam pchać. Złaź... złaź ze mnie, do cholery...

Jego  szczęki  otworzyły  się  nad  moją  szyją,  owiał  mnie  cuchnący  oddech.  Miękłam,

opuszczały mnie siły.

- Kitty, odsuń się!
Kopnęłam go w żebra i łapy wilka zsunęły się ze mnie. Wykręciłam się, żeby wyśliznąć

się  spod  jego  ciężaru,  natychmiast  wypełniając  polecenie  tego  głosu,  bo  należał  do
człowieka, który już wcześniej mnie ratował. Cormac. Najszybciej jak mogłam odturlałam
się od czarnego wilka.

W  tej  samej  chwili  rozległ  się  strzał,  potem  drugi,  i  jeszcze  jeden.  Padały  blisko,

grzmiały mi w uszach, wstrząsały moim mózgiem.

Wilk krzyknął... ludzkim głosem. Zbyt ludzkim. Głosem kobiety w bólu.
Istota  leżała  nieruchomo  obok  mnie.  Przysięgam,  że  widziałam  drobinki  kurzu

opadające w miejscu, gdzie walczyłyśmy.

W  ogóle  nie  mogłam  myśleć.  Czułam  się,  jakbym  siedziała  zamknięta  w  ciemności  i

background image

nagle drzwi więzienia wyleciały w powietrze, a moje ciało przepłynęło przez wyrwę. Teraz
wilczyca chciała uciekać.

Na kolanach, zgięta wpół, ściskałam żołądek i próbowałam przywrócić własne ciało do

normalnej postaci.

Zmusić  je,  by  pozostało  ludzkie.  Skóra,  nie  sierść.  Chciałam  dłoni  i  palców,  nie  łap  i

pazurów. Utrzymać ją na miejscu, za rozdzielającą nas linią. Proszę, proszę...

Wilczyca  odczołgała  się  do  swojego  legowiska,  warcząc  przez  cały  czas,  nie  wierząc,  że

niebezpieczeństwo minęło, nie dowierzając, że dam radę się nami zaopiekować. Proszę...

Wzięłam  głęboki  oddech  i  moje  ciało  przestało  się  przeobrażać.  Rozprostowałam

dłonie, które znów były dłońmi.

- Nie podchodźcie. Zostawcie jej miejsce. Jeszcze może się przeobrazić. - Głos Cormaca.
Nie  otwierałam  oczu,  klęczałam  skulona  jeszcze  przez  chwilę,  wykorzystując  enklawę

spokoju i ciszy, którą dla mnie stworzył. Miałam ochotę mu powiedzieć: „Chcę, żebyś się
mną opiekował. Pragnę, żebyś był wilkiem i moją alfą".

-  Już  dobrze  -  powiedziałam,  choć  mój  głos  był  słaby  i  niepewny.  Uniosłam  wzrok.

Cormac  stał  kilka  kroków  ode  mnie  i  wyglądał  jak  siedem  nieszczęść;  jego  żuchwę
pokrywał kilkudniowy zarost. Trzymał strzelbę w obu dłoniach, gotów strzelić jeszcze raz,
gdyby  musiał.  Jego  spojrzenie  na  sekundę  przesunęło  się  z  ciała  potwora  na  mnie.  Jego
wzrok  był  badawczy  i  pytający.  „Nic  ci  nie  jest?"  Spróbowałam  spojrzeniem  wyrazić
wdzięczność. Nic, dzięki tobie. Uśmiechnęłam się.

- Wróciłeś.
- Odsłuchałem wasze wiadomości.
- Czy to ten drugi wilk, którego tropiłeś?
- Tak.
Ben stanął koło mnie, tak blisko, że mógł mnie dotknąć, ale powstrzymał się; jego ciało

drżało  z  niepokoju.  Wydawało  się,  że  potrzebuje  otuchy  równie  mocno  jak  ja.  Kiedy
sięgnęłam ku niemu, chwycił moją dłoń i ukląkł przy mnie.

- Nic ci nie jest? - spytał.
-  Zagoi  się.  -  Bolało  mnie  całe  ciało,  ból  przeszywał  wszystkie  członki.  Nie  wiedziałam,

jak  bardzo  poharatał  mnie  wilk;  musiałabym  pójść  w  jakieś  jaśniejsze  miejsce  i  zbadać
rany.

- Ten wilk - powiedział Cormac. - Nie przeobraża się z powrotem.
Kiedy wilkołak umierał w wilczej postaci, jego ciało przybierało ludzką formę - wracało

do  stanu  pierwotnego.  Cormac  wpakował  w  tego  tutaj  przynajmniej  trzy  kule  i
wiedziałam, że użył srebrnych.

Istota  leżała  w  wielkiej  kałuży  krwi.  Musiała  być  martwa.  Nawet  tak  wyglądała:

bezwładne matowe futro zamiast lśniącego, sprężonego stworzenia.

Ale nie przeobrażała się. Nigdy nie pachniała jak wilkołak.
Podkradłam  się  bliżej.  Wszystko  było  nie  tak,  czułam  ciarki  na  skórze.  Miałam  ochotę

wejść do domu i zamknąć drzwi na klucz. Ale musiałam wiedzieć.

- Kitty, nie... - powiedział Cromac.
Dotknęłam  szyi  wilka.  Była  zimna  i  dziwnie  miękka  pod  moją  dłonią.  Jego  pierś  była

roztrzaskana,  rany  na  grzbiecie  zlewały  się  ze  sobą  we  krwi.  Kule  Cormaca  sięgnęły  celu.

background image

Przeciągnęłam dłonią po jego boku.

Futro. To było tylko futro.
Odgięłam  jego  głowę  do  tyłu  i  sierść  ze  skórą  oddzieliła  się.  Uniosła,  jakby  to  był

płaszcz.  Odciągnęłam  ją  całą  i  odsunęłam  na  bok.  To  była  ufarbowana  wilcza  skóra,  nic
więcej.

Przede  mną  leżała  młoda  kobieta,  naga,  wyciągnięta  na  boku,  z  ranami  wylotowymi,

które  przebiły  pierś.  Miała  gładkie,  czarne  włosy,  które  leżały  splątane  wokół  niej,
sklejone krwią. Choć szpeciła ją krew i rany, jej ciało było młode, smukłe i silne.

- Co jest, do diabła - mruknął Ben za nas wszystkich.
- Dios - powiedział Tony.
Stał po drugiej stronie polany, z Marksem, Joem i Alice. Złapali ją, zanim odbiegła zbyt

daleko.  Joe  podtrzymywał  ją  w  pasie,  bo  wyglądała,  jakby  miała  się  osunąć  na  kolana.
Marks  zdążył  przynieść  swój  pistolet  z  samochodu  i  stał  przed  nimi,  jakby  chciał  ich
chronić.

Tony  ruszył  w  naszą  stronę,  kompletnie  osłupiały.  Kiedy  dotarł  do  ciała,  ukląkł  i

wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć włosów kobiety. Ale cofnął ją i przeżegnał.

-  Dios  -  powiedział  znów.  -  Słyszałem  o  tym,  ale  nie  sądziłem,  że  to  kiedykolwiek

zobaczę.

- Ona nie jest likantropem - powiedziałam.
- Nie. Jest zwierzołakiem.
Czytałam te opowieści, ale nie wiedziałam, czy w nie wierzę. Wszystko zaczynało się od

opowieści. Nawet widząc dowód leżący przede mną, nie chciałam uwierzyć.

Nagle,  jakby  w  spóźnionej  odpowiedzi  na  prawie  dotyk  Tony'ego,  poruszyła  się.  Jej

głowa  przechyliła  się  odrobinę,  usta  zacisnęły,  jakby  chciała  mówić,  oczy  przesunęły  się
pod zamkniętymi powiekami. Coś w niej wciąż żyło -coś przetrwało w tej zmasakrowanej
piersi.

-  Boże  drogi,  ona...  -  Nie  dokończyłam  zdania.  Strzelba  Cormaca  znów  wypaliła,

eksplodując mi w uszach jak grom.

Niemal w tym samym ułamku sekundy twarz kobiety zniknęła.
Odruchowo  poderwałam  rękę,  żeby  się  zasłonić.  Rzuciłam  się  do  tyłu,  ale  nie  dość

szybko,  żeby  uniknąć  krwi  i  kawałków  ciała,  które  rozprysnęły  się  z  jej  głowy  na  moje
dżinsy,  ramię  -  wszędzie.  Tony,  stojący  naprzeciw  mnie,  poleciał  do  tyłu  dokładnie  tak
samo,  ochraniając  twarz  ramieniem,  z  ciuchami  zachlapanymi  krwią.  Spojrzałam  na
kobietę  pod  wilczą  skórą.  Pół  jej  głowy,  tam,  gdzie  trafiła  kula  Cormaca,  zmieniło  się  w
poszarpaną miazgę.

Teraz już nic się nie poruszało, nie licząc krwi kapiącej z rany.
Cormac  patrzył  na  nią  znad  strzelby,  z  palcem  napiętym  na  spuście,  jakby  ciągle  się

spodziewał,  że  kobieta  zerwie  się  i  zaatakuje.  Był  gotów  na  kolejny  ruch.  Nie  potrafiłam
powiedzieć,  co  zszokowało  mnie  w  nim  bardziej:  brak  wahania,  kiedy  ją  dobił,  czy  brak
emocji w jego oczach.

Szarpnęły  mną  mdłości,  ale  przycisnęłam  twarz  do  przedramienia  i  udało  mi  się  nie

zwymiotować.

Marks wycelował pistolet w Cormaca i ruszył z groźną miną w jego stronę.

background image

Łowca wciąż trzymał palec na cynglu. Mógł strzelić w ułamku sekundy. Szeryf musiał to

wiedzieć.  Na  pewno  nie  był  tak  głupi,  żeby  wdawać  się  w  strzelaninę  z  myśliwym.  Ale
jakoś nie zdziwiłoby mnie, gdyby i tak to zrobił.

-  Opuśćcie  broń,  obaj!  -  krzyknęłam.  W  uszach  jeszcze  mi  dzwoniło  od  wystrzału.

Wszystkie dźwięki były przytłumione.

Cormac  usłuchał  mnie,  powoli  opuścił  lufę.  Marks  nie.  Ale  rozluźnił  się  na  tyle,  żeby

oderwać wzrok od Cormaca i spojrzeć na ciało kobiety.

- Kim ona jest? - spytał.
- A skąd ja mam wiedzieć? - odparł szorstko Cormac.
- Może warto sprawdzić rejestr osób zaginionych w Shiprock - zasugerował Ben. Znów

wziął mnie za rękę, a ja oparłam się o niego.

- Ale wiedziałeś, że ona tu będzie - powiedział Marks do łowcy wilkołaków.
- Tak, tropiłem to.
-  Będę  musiał  cię  aresztować.  Formalność,  rozumiesz.  -  Ale  wyraz  jego  twarzy  mówił:

„Mam cię".

Zaciśnięte wargi uśmiechały się nieznacznie.
To chyba był żart. Cormac uratował mi życie. A potem... nie chciałam o tym myśleć. O

wyrazie  jego  twarzy,  o  głowie  kobiety  zmieniającej  się  w  krwawy  wulkan.  Ale  Marks  nie
lubił  żadnego  z  nas.  Ja  go  nie  obchodziłam  -  miał  tu  martwą  kobietę  i  jej  zabójcę
stojącego z ciągle dymiącą strzelbą.

Cormac skierował zimne spojrzenie, nieodgadnione i niepokojące, na szeryfa. Ben obok

mnie  zesztywniał.  On  też  nie  wiedział,  co  zrobi  jego  kuzyn.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  to
sprowokuje Marksa i sprawa źle się skończy. Cormac sam w tej chwili przypominał trochę
zwierzę i Marks na pewno nie miał zamiaru czekać, aż ono na niego naskoczy.

Łowca objął lewą dłonią lufę strzelby i opuścił broń do boku.
- Poniekąd się tego spodziewałem.
Teraz  szeryf  podszedł  do  niego  bez  wahania.  Wciąż  mierzył  do  niego  z  pistoletu.

Miałam ochotę dać mu w gębę. Marks wyciągnął rękę; Cormac oddał mu strzelbę.

Funkcjonariusz  schował  pistolet  do  kabury,  wziął  strzelbę  pod  pachę  i  wyjął  kajdanki.

Cormac poradził sobie z nimi, jakby robił to już wcześniej.

- Nic nie mów, dopóki nie dojadę - powiedział Ben.
- Tak, znam tę polkę. - Z kajdankami na rękach, bez sprzeciwów poszedł za Marksem do

radiowozu.

-  Joe,  Alice,  pilnujcie  ciała.  Nie  pozwólcie  nikomu  niczego  dotykać,  póki  nie  zjawi  się

koroner.  I  niech  nikt  nie  wyjeżdża,  dopóki  nie  odbiorę  od  was  zeznań  -  nakazał  Marks.
Tamci dwoje tulili się do siebie.

Krótkimi spojrzeniami dali mu znać, że słyszeli, ale nie ruszyli się.
Czułam  się,  jakbym  wylądowała  w  nieudanym  odcinku  jakiegoś  popularnego  serialu

policyjnego.

Trup, nieprawdopodobne okoliczności, przesadnie dramatyczne aktorstwo.
- Chcesz wejść do domu i się umyć? - spytał Ben.
Pomyślałam, że chyba powinnam. Czułam się jak przepuszczona przez niszczarkę.
- Tak. Nie powinieneś jechać z Cormakiem?

background image

Ben obejrzał się za tamtymi dwoma, zaciskając usta.
-  Kiedy  tylko  będę  miał  pewność,  że  tobie  nic  nie  jest.  Pomógł  mi  wstać.  Ramiona

miałam sztywne, przód mojej koszulki pokrywała krew. Kolejny zniszczony T-shirt.

Tony wycofał się, stał z boku z założonymi rękami. Wszystkie świeczki zgasły. Nawet nie

zauważyłam, jak ciemno zrobiło się na polanie.

-  Ta  istota  cię  poraniła  -  powiedział.  -  Jesteś  przeklęta.  Oboje  jesteście  przeklęci.  -

Wskazał głową w stronę Cormaca.

- Czyli nic nowego - odparłam. - Masz jakieś rady?
-  Mieszanie  się  w  los  ma  swoje  granice.  Czasami  trzeba  po  prostu  pozwolić,  żeby

sprawy pobiegły własnym trybem.

Ludzie wygłaszali tego typu mądrości, kiedy nie mieli pojęcia, co robić dalej.
- Dzięki - mruknęłam.
- Ty chyba nic nie pojmujesz z tej magii. Nie rozumiesz, jakiego rodzaju wymiany trzeba

dokonać, żeby stać się zwierzołakiem. To jest straszne. To ma być zbyt straszne, żeby choć
o  tym  pomyśleć.  Ale  ona  to  najwyraźniej  zrobiła.  Poświęciła  kogoś  z  własnej  rodziny,  by
uprawiać magię krwi. - Trzymał się sztywno, z całej jego postawy biła zgroza.

- Ja już jestem wilkołakiem - wyjaśniłam - więc w co mnie zmienią te ugryzienia?
Tony wzruszył ramionami.
- Bóg jeden wie. Ale powiem ci, że to jeszcze nie koniec.
Cóż,  nie  będzie  zapłaty  w  srebrze.  Nie  byłam  taka  głupia,  żeby  go  pytać,  jak  bardzo

może być gorzej.

Ruszyłam do chaty, krzywiąc się. Musiałam oprzeć się na Benie, bo miałam wrażenie, że

całe moje ciało jest ze szkła i zaraz pęknie na drobne kawałki.

Słowa Joego zaskoczyły mnie, bo tak rzadko się odzywał.
- Nie do wiary, że nic ci nie jest. Myślałem, że nie żyjesz. Po czymś takim powinnaś być

martwa.

- I byłabym, gdybym nie była wilkołakiem. - Ciągle nie wiedziałam, jak poważne są rany.

Cały przód mojego ubrania był ciemny i błyszczący od krwi.

I figa z rytuału pojednania. Sytuacja przeniosła się na nowy poziom surrealizmu i grozy.

Może  powinnam  była  po  prostu  wyjechać  z  miasta.  Wtedy  to  wszystko  by  się  nie
wydarzyło. Nie chciałam, żeby wszyscy odeszli stąd z takim przekonaniem.

- Chcecie wejść do domu na kawę? A może mam gdzieś herbatę. - Albo butelkę whisky.
Joe i Alice spojrzeli po sobie. Alice skinęła głową i podeszli oboje.
- Ty też - powiedziałam do Tony'ego. - Jeśli zniesiesz przebywanie w pobliżu kogoś, kto

jest tak przeklęty jak ja.

Tony wahał się długo i myślałam już, że odmówi. Bo jestem tak skażona, że nie jest w

stanie być blisko mnie, choć wcześniej tego samego dnia twierdził, że „nie jestem zła". Nie
mogłam uwierzyć, że to ciągle ten sam dzień.

-  Ja  mam  herbatę  -  powiedział  w  końcu.  -  Powinna  pomóc.  Dobrze  jest  się  jej  napić,

kiedy człowiek się najadł strachu.

Na pewno nie mogła zaszkodzić. Miałam nadzieję.
- Okej - powiedziałam, więc poszedł do swojego pick-upa.
Joe i Alice zostali w kuchni. Ben zabrał mnie do łazienki.

background image

- Jezu, spójrz na siebie - powiedział, kiedy zapalił światło.
Jęknęłam cicho. Nie chciałam patrzeć. Odwróciłam się od lustra.
- Nie powinniśmy cię zabrać do szpitala?
- Nie, będzie dobrze. Miewałam gorsze rany. - Odważne słowa.
Musieliśmy rozciąć koszulkę i stanik. Na piersi i barkach widniało kilkanaście dziur, tam,

gdzie  zwierzołak  raz  po  raz  wbijał  pazury.  Prawe  ramię  było  w  strzępach.  Tutaj  kobieta
wgryzła  się  i  szarpała;  na  ciele  widać  było  liczne  rozcięcia  i  ślady  zębów.  Stanęłam  nad
umywalką, a Ben umył mnie gąbką.

Twarz  i  włosy  też  miałam  ochlapane  krwią.  Musiałabym  stać  pod  prysznicem  przez

tydzień, żeby się domyć.

- Powinienem był coś zrobić - mruknął Ben. - Powinienem był pomóc.
-  Cieszę  się,  że  tego  nie  zrobiłeś.  Oboje  byśmy  tak  wyglądali.  Ta  istota...  Byłam  jak

sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam nic zrobić. Tak jak opowiadał Cormac.
- Tak jak te krowy. Nie mogły uciekać, nie mogły walczyć. Zagryzła je bez wysiłku.

- Kiedy zacznie się przyspieszone gojenie?
- Już powinno się zacząć. - Wszystkie rany wciąż krwawiły i bolały jak cholera.
Pokręcił w zamyśleniu głową, ocierając świeżą krew.
-  Masz  apteczkę?  Chyba  będziemy  musieli  trochę  to  zabandażować.  Masz  jakieś

ubranie?

-  Zdaje  się,  że  w  szafie  jest  koszula  z  długim  rękawem.  Powinnam  dać  radę  ją  włożyć

bez  krzyków.  -  Wciąż  stałam  oparta  o  umywalkę  i  bałam  się  ruszyć,  bo  wiedziałam,  że
będzie bolało.

Ben przyglądał mi się przez chwilę i nawet miał czelność się uśmiechnąć.
- Jak na kogoś, kto twierdzi, że nie lubi pakować się w kłopoty, masz do tego wyjątkowy

talent.  -  Pocałował  mnie  w  usta  i  poszedł  po  potrzebne  rzeczy.  Poczułam  się  lepiej.  Do
licha, to wyglądało niemal tak, jakby zostało przeze mnie zaplanowane. Ben radził sobie
świetnie, kiedy musiał się martwić o kogoś innego. Będę musiała o tym pamiętać.

Wrócił z flanelową koszulą, ale wysłałam go po coś innego. Nie zachwycała mnie myśl o

kawałkach flaneli przysychających do strupów.

Kiedy  przyszliśmy  z  powrotem  do  kuchni,  Alice,  Joe  i  Tony  gawędzili  w  najlepsze.  Jeśli

nie  radośnie,  to  przynajmniej  przyjaźnie.  Jakby  mieli  z  tego  wyjść  jako  przyjaciele.  Tony
nalewał  do  kubków  gorącą  wodę  z  czajnika.  Jego  herbatka  była  aromatyczna,  ciepła,
kojąca - tak jak obiecał. Zidentyfikowałam rumianek pomieszany z zapachami, których nie
rozpoznawałam.

- Po prostu nie wyglądasz na osobę, która praktykowałaby składanie ofiar ze zwierząt –

powiedział Tony.

-  No  bo...  nie  jestem.  To  były  zwierzęta  zabite  na  drodze,  pozbierane  przez  Joego  i

Avery'ego.

Dodaliśmy  krwi  od  rzeźnika,  żeby  wyglądały  świeżo.  Właściwie  ja  tylko  urządziłam  to

tak, żeby nikt nie widział i nie słyszał, jak wszystko podrzucają.

Co za wredna... Zanim zdążyłam powiedzieć coś złośliwego, odezwał się Tony.
- To wiele wyjaśnia. Czar nie zadziałał, Kitty nie wyjechała, bo nie byliście gotowi sami

złożyć ofiary, rozlać krwi. Nie byliście gotowi wziąć tego na siebie, żeby otrzymać to, czego

background image

chcieliście.

Alice odparła cicho:
- Nie tak jak ta dziewczyna.
Po chwili milczenia wykorzystałam okazję, żeby dołączyć do kółka wzajemnej adoracji.
-  Wydawałam  w  twoim  sklepie  tyle  forsy,  a  ty  mimo  to  nie  chciałaś  mnie  mieć  w

pobliżu?

Jej  twarz  zmarszczyła  się,  jakby  Alice  miała  się  znów  rozpłakać,  i  pożałowałam  swojej

uszczypliwości. Przecież ona naprawdę nie wiedziała, co robi.

- Och, Kitty, ja się po prostu bałam. Wszyscy się baliśmy. Człowiek słyszy różne historie i

myśli  sobie  najgorsze.  Chcieliśmy  tylko,  żeby  miasto  było  bezpieczne,  chyba  nas
rozumiesz.

-  No  więc...  w  ostatnie  dwie  pełnie  księżyca.  Zauważyliście  cokolwiek  niezwykłego?

Odczuliście w jakiś sposób, że w okolicy mieszka wilkołak? - Praworządny wilkołak, który
bardzo, bardzo się starał nie sprawiać kłopotów.

- Nie. Ja niczego nie zauważyłam.
-  Dlatego  że  spędziliśmy  całą  noc  zamknięci  w  domu  na  klucz,  przy  zapalonych

światłach – powiedział Joe.

-  A  w  inne  dni,  kiedy  nie  było  pełni  księżyca,  a  ja  się  przeobrażałam?  Wtedy  również

niczego nie zauważyliście, prawda?

Oboje spojrzeli na mnie.
- Zamieniasz się w wilka też w inne dni? - spytała Alice.
Nawet Ben spojrzał na mnie ostro. Nie powinnam się przeobrażać, kiedy nie ma pełni.

Wiedział, że nie powinnam. I ja chciałam być dla niego wzorem?

- Kiedy tylko mam ochotę.
-  Nie  wiedziałam  o  tym  -  odparła  cicho  Alice.  Tony,  który  stał  oparty  o  szafki,

wyprostował się.

- Hej, Alice, nie chciałabyś mi w czymś pomóc?
- W czym?
-  Ta  istota  na  dworze  zostawiła  po  sobie  mnóstwo  złej  energii.  Nie  ma  powodu,

żebyśmy nie mogli spróbować trochę oczyścić to miejsce, nawet jeśli sprawy nie potoczyły
się tak, jak planowaliśmy.

- Ale koroner... nie powinniśmy poczekać, aż...
- To mu w niczym nie przeszkodzi. Nie będziemy niczego dotykać.
Rozchmurzyła się. Tony dal jej szansę zadośćuczynienia i przyjęła ją z radością.
- W porządku.
Wyszli  oboje  z  chaty;  Tony  posłał  mi  uśmiech  od  drzwi.  Joe  pracowicie  płukał  kubki.

Ruszyłam w jego stronę.

- Nie przejmuj się tym, mogę to sama zrobić. Ben się sprzeciwił.
- Nie, siadaj i zacznij zdrowieć. - Wycelował we mnie palec, więc ostrożnie osunęłam się

na  kuchenne  krzesło.  Zabawne,  nie  zauważyłam,  że  jest  mi  słabo,  dopóki  nie  usiadłam  i
kuchnia nie przestała się trząść.

Ben  postawił  przede  mną  kubek  czegoś  parującego  i  poszedł  pomóc  Joemu.  Ściskając

kubek  w  obu  dłoniach  i  siorbiąc  ostrożnie,  patrzyłam,  jak  Joe  i  Ben  myją  przybory  do

background image

kawy  i  herbaty,  stojąc  ramię  w  ramię  przy  zlewie.  Joe,  który  nie  wpuszczał  mnie,
wilkołaka, do swojego sklepu inaczej niż na muszce strzelby, stał obok innego wilkołaka i
nawet o tym nie wiedział.

W  ciągu  pół  godziny  zjawiło  się  wsparcie  szeryfa  Marksa,  składające  się  z  furgonetki

koronera i kilku zastępców, którzy mieli odebrać od nas zeznania. Kiedy tamci zajmowali
się  swoją  robotą,  Tony  i  Alice  chodzili  wokół  polany,  wymachując  dymiącymi  pęczkami
roślin  -  pewnego  rodzaju  kadzidła.  Czegoś,  co  miało  błogosławić  albo  oczyścić.  Nie
wiedziałam, czy zadziała. W każdym razie Alice z pewnością czuła się lepiej. Przynajmniej
dla kogoś zadziałało.

Kiedy  gliniarze  odebrali  już  zeznania  od  wszystkich  obecnych,  jeden  z  zastępców

szeryfa  odwiózł  Alice  i  Joego  do  domu.  Po  nich  zaczął  się  zbierać  Tony.  Zanim  wyjechał,
odszukał  mnie.  Siedziałam  na  schodkach  werandy  i  obserwowałam  całe  zamieszanie.
Usiadł obok.

- Masz. Weź to. - Sięgnął do szyi i wyciągnął coś spod koszuli: mały, skórzany woreczek

na  długim  sznurku.  Zanim  zdążyłam  się  odchylić,  zaskoczona,  przełożył  mi  sznurek  przez
głowę  i  zawiesił  woreczek  na  mojej  szyi.  -  Chroniło  mnie  przez  lata.  Teraz  może  ochroni
ciebie.

Położyłam dłoń na woreczku; był tak mały, że mieścił się w garści, brązowa skóra była

miękka. Wypełniono go czymś chrzęszczącym i włóknistym. Pewnie suszonymi ziołami.

- Może? - spytałam.
Wzruszył ramionami, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Robię, co mogę.
- Hm. Dzięki, że się starasz.
-  Gdybym  wcześniej  wiedział,  że  mamy  do  czynienia  z  czymś  takim,  może  byłbym  w

stanie  zrobić  więcej.  -  Wskazał  głową  ciało,  które  ludzie  koronera  ładowali  na  nosze  na
kółkach.  Technicy  dochodzeniowi  owinęli  wilczą  skórę  w  plastikowy  worek  i  nieśli  do
samochodu.

- Co radziłbyś mi robić dalej? - spytałam.
- Niech to się tutaj skończy. Nie zadawaj więcej pytań. Nie szukaj kolejnych kłopotów.
Ukryłam  uśmiech.  Doskonała  rada,  z  pewnością.  Ale  nie  byłam  już  taka  pewna,  czy

właściwa.  Miałam  o  wiele  za  dużo  pytań,  a  sprawa  wcale  się  nie  skończyła,  bo  Cormac
wciąż siedział w radiowozie Marksa, zakuty w kajdanki.

-  Ben  powiedział  mi  o  srebrze.  Zwykle  tego  nie  trzymam,  ale  pewnie  moglibyśmy  ci

zapłacić kulami Cormaca. - Łowcę mogłam spłacić później. Na pewno by zrozumiał.

- To na koszt firmy - odparł. Po czym równie bez zamieszania, jak się zjawił, zniknął we

wnętrzu swojego pick-upa i już go nie było.

Wreszcie,  kiedy  ekipa  koronera  i  zastępcy,  a  także  szeryf  z  Cormakiem  na  tylnym

siedzeniu odjechali, polana zrobiła się nagle pusta i cicha. Ben i ja staliśmy na werandzie,
obserwując,  jak  chaos  powoli  się  uspokaja.  Dla  nas  noc  się  jeszcze  nie  skończyła;
musieliśmy wsiąść do mojego samochodu i pojechać po Cormaca.

-  Nie  wiem,  czy  dam  radę  to  zrobić  -  powiedział  Ben,  patrząc  za  odjeżdżającymi

samochodami.

- Co zrobić?

background image

-  Siedzieć  tam  i  kłócić  się  z  tymi  pajacami.  Boję  się,  że...  coś  się  stanie.  Stracę

panowanie nad sobą. No wiesz.

-  Robiłeś  to  już  wcześniej,  prawda?  -  Obaj  zachowywali  się,  jakby  to  był  standard.  Co

było lekko przerażające.

- Traciłem panowanie? Jasne. - Uśmiechnął się blado. - Czy chodzi ci o reprezentowanie

Cormaca?

Ciągle  powtarzasz,  że  ty  i  ja  jesteśmy  watahą  i  musimy  się  sobą  opiekować.  Czuję,  że

Cormac  jest  częścią  mojej  watahy.  Muszę  go  chronić.  Wilcza  strona  zrobiłaby  wszystko,
żeby go chronić. - Rozciągnął palce, jakby już czuł gniew i rosnącą determinację.

Dotknęłam jego ręki, żeby pomóc mu wrócić do siebie. Zaśmiał się nerwowo.
- Pojadę z tobą - powiedziałam. Odwrócił oczy i skinął głową.
- Miałem taką nadzieję.
Mnie nawet nie przyszło do głowy, że mogłabym nie jechać.
Prawda była taka, że na myśl o tym, iż miałby mnie tu zostawić, a ja miałabym zostać

sama po tym wszystkim, robiło mi się niedobrze. To uczucie, plus słabość od walki i ran,
sprawiały, że miałam ochotę wymiotować. Wcale nie czułam się dobrze i nie zamierzałam
siedzieć tu i czekać, aż przyjdzie do mnie kolejna klątwa.

 

background image

Rozdział 13

 

Wzięliśmy  mój  samochód  i  po  czterdziestu  minutach  zajechaliśmy  pod  biuro  szeryfa  i

okręgowy  areszt  w  Walsenburgu.  Marks  zdążył  już  wprowadzić  Cormaca  do  rejestru
aresztowanych i łowca siedział zamknięty w celi na tyłach, niewidoczny z głównej salki.

Szeryf spojrzał na nas ze złością znad biurka recepcji.
-  Już  poprosił  o  adwokata.  Zechcesz  tu  przyjść,  żebyśmy  mogli  odebrać  od  niego

zeznanie?

Ben był spięty. Znałam go już wystarczająco dobrze, by to poznać bez dotykania go.
-  Nic  ci  nie  będzie  -  powiedziałam.  -  Tylko  oddychaj  powoli  i  myśl  o  opanowaniu.

Zachowaj spokój.

- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
- Fakt. - Starałam się, żeby mój uśmiech dodał mu otuchy.
Wyprostował ramiona i ruszył przed siebie, jak człowiek przygotowujący się do bitwy.
Widywałam już, jak ustawiał policjantów do pionu. Widziałam, jak stawiał czoło komisji

senackiej  i  odpierał  jej  ataki.  Miał  wtedy  spojrzenie  jastrzębia,  zacięte,  dzikie  spojrzenie
myśliwego, napawające mnie ufnością, bo zawsze był po mojej stronie.

Jastrząb  zniknął.  Powinnam  była  go  zobaczyć,  ale  go  nie  było.  Ben  wyglądał,  jakby

został osaczony. Patrzyłam za nim, wykręcając palce. A potem mogłam już tylko siedzieć w
poczekalni na twardym, plastikowym krześle i przeglądać gazety sprzed miesiąca. Miałam
ochotę  chodzić  po  ścianach.  Biuro  szeryfa  było  czyste,  nie  jakoś  przesadnie  stare  czy
zniszczone.  Ale  śmierdziało  potem  i  zmęczeniem.  To  nie  było  dobre  miejsce.  Ludzie
trafiali tutaj, kiedy stoczyli się na samo dno albo byli tego bliscy.

Moje  rany  wciąż  swędziały.  Powinny  się  już  prawie  całkiem  wygoić.  Przeklęta,

powiedział  Tony.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  bardzo  polegam  na  przyspieszonym
zdrowieniu. Ale gdybym nie miała tej zdolności, nie rzucałabym się na atakujące wilki.

Patrzyłam  na  zegar.  Parę  godzin  później,  po  północy,  Ben  wrócił  do  poczekalni.  Był

blady, wręcz zielonkawy, włosy miał mokre od potu. Wyglądał, jakby przebiegł maraton, a
nie gadał z glinami.

Wstałam i wyszłam mu na spotkanie.
Jego  zapach  był  piżmowy,  zwierzęcy,  jakby  wilk  wydostawał  się  na  powierzchnię.

Wzięłam go za rękę.

- Panuj nad sobą, Ben. Weź głęboki oddech. Zrobił tak i wypuścił powietrze z drżeniem.
-  Nie  wiem,  co  Cormac  zrobił  wcześniej,  ale  Marks  miał  na  niego  haki.  Już  dzwonił  do

prokuratora.  Chcą  wnieść  zarzuty.  Sześcioro  świadków  widziało,  jak  Cormac  ratuje  ci
życie, a mimo to chcą wnieść zarzuty. Nie wyznaczą kaucji aż do rozprawy, która odbędzie
się jutro. A ja tylko siedziałem tam i gapiłem się na nich.

- A jak to zwykle wygląda? Z twojej opowieści wynika, że nie jest to dla was normalna

kolej rzeczy.

-  Zazwyczaj  mam  mnóstwo  dowodów,  że  Cormac  miał  dobry  powód,  by  zrobić  to,  co

zrobił,  i  nikt  nawet  nie  wnosi  zarzutów.  Ale  tym  razem  mamy  problemy.  Ktoś  stąd  chce
sobie wyrobić nazwisko.

background image

- Marks?
- Marks i George Espinoza, bardzo gorliwy prokurator, który prawdopodobnie nie miał

w  rękach  niczego  poważniejszego  niż  wtargnięcie  na  cudzy  teren.  -  Mówił  szorstkim
tonem.

- No i? - Musiało być jakieś „no i".
-  Ona  już  była  umierająca,  kiedy  ją  zabił.  To  było  użycie  przesadnej  siły,  nawet  jak  na

Cormaca. Tego argumentu użyje Espinoza.

Dzielenie włosa na czworo. Cormac zrobił, co musiał - byłam w stanie przekonać o tym

samą siebie.

Momenty kulminacyjne setek horrorów mówiły, że postąpił właściwie.
Ale jak spojrzy na to sędzia?
- A jak tam Cormac?
-  Stoicki.  Przecież  to  Cormac.  Ach,  jest  jeszcze  coś.  Zidentyfikowali  ciało  tego

zwierzołaka.  To  Miriam  Wilson.  Bliźniacza  siostra  Johna  Wilsona,  wilkołaka,  którego
zastrzelił Cormac. Tego, który mnie dopadł.

Trzy miesiące temu zgłoszono jej zaginięcie.
Jakbyśmy potrzebowali, żeby sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Próbowałam

sobie  wyobrazić,  jak  to  może  wyglądać,  kiedy  brat  i  siostra  stają  się  tym,  czym  byli  ci
dwoje i zaczynają siać zniszczenie.

- Rodzeństwo? Wilkołak i zwierzołak. Jak do tego doszło?
- Chciałbym wiedzieć.
- I rodzina zgłosiła jej zaginięcie na policję, ale wynajęła Cormaca, żeby zabił brata?
Wzruszył ramionami.
-  Nie  wiadomo,  czy  zaginięcie  zgłosiła  rodzina.  Domyślam  się,  że  nie  nasłali  na  nią

Cormaca,  bo  nie  była  wilkołakiem.  Nie  wiemy,  czy  wiedzieli,  czym  była.  Niczego  nie
wiemy.  Chryste,  będę  musiał  kupić  sobie  garnitur.  Wszystkie  ciuchy  zostawiłem  w
samochodzie  w  Farmington.  Nie  mogę  pójść  do  sądu  bez  garnituru.  -  W  tej  chwili  pod
płaszczem miał koszulkę i dżinsy, tak ubierał się przez ostatni tydzień.

-  Rano  pojedziemy  do  sklepu.  Masz  tu  jeszcze  coś  do  załatwienia  czy  możemy  stąd

jechać?  –  Chciałam  go  zabrać  z  tego  miejsca  pełnego  nieszczęśliwych  zapachów  i
atmosfery konfrontacji.

- Tak, jedźmy.
To  był  początek  bardzo  długiej  nocy.  Ben,  siedząc  przy  moim  laptopie,  spędził  długie

godziny  na  szukaniu  w  internetowych  bibliotekach  prawniczych  precedensów  i
argumentów,  dzięki  którym  mógłby  wyciągnąć  Cormaca.  Sporządził  wiele  notatek!
Patrzyłam  na  niego,  leżąc  na  kanapie  i  zastanawiając  się,  jak  mogłabym  pomóc.  Z  każdą
minutą był coraz bardziej pobudzony.

- Ben, chodź do łóżka. Prześpij się.
-  Nie  mogę.  Za  dużo  roboty.  Wszystko  zostawiłem  w  samochodzie,  mam  za  dużo

książek  do  przejrzenia,  muszę  to  nadrobić.  -  Wpatrywał  się  w  ekran  coraz  bardziej
gorączkowym wzrokiem.

- Niewiele będziesz mógł dla niego zrobić, jeśli zaśniesz na sali sądowej.
Zdjął  dłonie  z  klawiatury  i  pochylił  głowę.  Widać  było  po  nim  zmęczenie.  Kiedy

background image

przyszedł na kanapę, usiadłam, zrobiłam dla niego miejsce i wzięłam go w objęcia. Moje
ciało nareszcie zdrowiało, ale wciąż było obolałe. Nie narzekałam. Potrzebował, żebym go
pocieszyła,  choćbym  nie  wiem  jak  pragnęła,  żeby  ktoś  pocieszył  mnie.  Długo  tak
siedzieliśmy,  z  jego  głową  na  moim  ramieniu,  aż  napięcie  zaczęło  z  niego  uchodzić.
Rozebrałam  go  z  ciuchów,  położyłam  do  łóżka  i  trzymałam  skulonego  w  ramionach,  aż
wreszcie zasnął. Nawet wtedy nie rozluźnił się do końca.

Następnego  ranka  pojechaliśmy  kupić  garnitur.  W  Walsenburgu  nie  mogliśmy  znaleźć

niczego eleganckiego, co jeszcze bardziej zdeprymowało Bena. Ale jakoś daliśmy radę.

Przebrał  się  w  samochodzie,  w  drodze  do  Sądu  Okręgowego  w  Huerfano,  gdzie  miała

się odbyć pierwsza rozprawa Cormaca. Garnitur nie całkiem na niego pasował, nie nadał
mu tak cwaniackiego wyglądu, jak by chciał. Przeczesałam mu włosy palcami, poprawiłam
krawat, przygładziłam klapy Jakbym go odprawiała na bal maturalny.

Ben  wyglądał,  jakbym  wysyłała  go  na  egzekucję.  Wciąż  był  sztywny,  miał  spięte

ramiona; przypominał zdenerwowanego wilka ze zjeżoną sierścią na karku.

- Poradzisz sobie?
-  Tak.  Tak,  jasne.  To  tylko  formalność.  Sędzia  przejrzy  jego  oświadczenie,  zeznania

świadków i wyda orzeczenie. Nic więcej.

Wszedł  do  budynku  sam,  żeby  spotkać  się  z  Cormakiem  przed  rozprawą.  Ruszyłam

prosto do Sali sądowej. W innych okolicznościach pewnie podziwiałabym stuletni gmach
z  szarego  kamienia,  zwieńczony  prostą,  dekoracyjną  wieżyczką.  W  tamtych  czasach
budowali tak, żeby budynek przetrwał wieki.

Nie  wiedziałam,  czego  się  spodziewać  -  może  jakiegoś  teatralnego,  pełnego  ludzi

wnętrza, jak w telewizyjnych dramatach sądowych. Ale sala byt niemal pusta. Marks stał z
boku. Dwóch mężczyzn w biznesowych garniturach cicho rozmawiało. Jarzeniówki rzucały
ostre światło. Panowała tu atmosfera tępej biurokracji. Usiadłam w pierwszym rzędzie po
stronie oskarżonego. To doświadczenie pewnie byłoby kształcące, gdybym nie niepokoiła
się tak bardzo o Bena i Cormaca.

Bez  żadnych  wstępów  dwóch  woźnych  wprowadziło  łowcę  do  sali.  Pozwolono  mu  się

ogolić, przez co wyglądał trochę mniej psychotycznie niż wczoraj wieczorem. Był to punkt
na  jego  korzyść  i  prawdopodobnie  część  strategii.  Jednak  widząc  go  w  pomarańczowym
kombinezonie  więźnia,  z  krótkimi  rękawami,  workowatym  i  nietwarzowym,  przeżyłam
szok. Ogarnęły mnie fatalne przeczucia.

Ben wszedł za nim i stanęli razem za jednym z podiów na wprost ławy sędziego.
Obserwowałam wszystko trochę jak we śnie. Sędzia Heller, kobieta w średnim wieku, z

kasztanowymi włosami spiętymi w kok i zasadniczą miną, weszła do sali i zajęła miejsce.
Ben i Cormac nadal stali. Po drugiej stronie jeden z mężczyzn w garniturach, zaskakująco
młody  -  mniej  więcej  w  wieku  Bena  i  Cormaca  -  zaczął  przekładać  papiery  na  swoim
biurku.  George  Espinoza,  prokurator.  Miał  schludny  garnitur,  włosy  przylizane  do  tyłu  i
wyraz twarzy żmii. Facet z misją. Nic dziwnego, że Ben się martwił.

Prokurator  odczytał  fakty  -  i  tylko  fakty,  Wysoki  Sądzie.  Czas  i  miejsce  aresztowania

Cormaca,  charakter  popełnionego  czynu,  prawdopodobną  przyczynę.  Zarzut:
morderstwo. I to nie byłe jakie morderstwo, ale pierwszego stopnia. Brzmiało poważnie.
O wiele za poważnie.

background image

- Oskarżony wyjawił, że tropił ofiarę - wyjaśniał Espinoza. - Ścigał ją od dłuższego czasu

z zamiarem pozbawienia jej życia. Widziano go w okolicy Shiprock w Nowym Meksyku, w
rodzinnym  mieście  ofiary,  kilkakrotnie  w  ciągu  ostatniego  miesiąca.  Czekał  na  powrót
ofiary.  To  jasno  dowodzi  jego  premedytacji,  a  czyn  kwalifikuje  jako  morderstwo
pierwszego stopnia.

Cormac naprawdę ją tropił. Rzeczywiście chciał ją zabić. To wszystko sprawiało, że cała

sprawa wyglądała dość ponuro. Cieszyłam się, że nie jestem adwokatem.

To nie był dramat telewizyjny. Nikt nie krzyczał, nie walił pięścią w stół, nikt nie wpadł

w  ostatniej  chwili  z  kluczową  informacją,  która  oczyszczałaby  oskarżonego  czy  wbijała
ostatni gwóźdź do jego trumny.

Wszyscy wypowiadali się tak analitycznie i spokojnie, że równie dobrze mogli wykładać

teorię ekonomii.

Przez to trudno było się skupić na słowach. Odezwała się sędzia:
-  Pan  Espinoza  wniósł  o  zatrzymanie  pana  Bennetta...  -  Cormac  Bennett.  Nigdy  nie

słyszałam jego nazwiska. Nawet ten drobny szczegół pogłębiał poczucie nierzeczywistości.
Zupełnie jakby Cormac powinien być ponad czymś tak przyziemnym jak nazwisko - ...bez
możliwości  zwolnienia  za  kaucją,  argumentując  to  jego  powiązaniami  i  swoim
przekonaniem, iż zachodzi ryzyko ucieczki.

-  Wysoki  Sądzie  -  sprzeciwił  się  Ben  -  mój  klient  miał  do  czynienia  z  wymiarem

sprawiedliwości  w  kilku  okręgach  i  zawsze  wykazywał  chęć  współpracy.  Ani  razu  nie
wzbudził podejrzeń, że w jego przypadku zachodzi takie ryzyko.

-  Być  może  jego  związek  z  Górską  Brygadą  Patriotów  nie  był  do  tej  pory  uważany  za

problem.  Jednak  doświadczenie  i  opinia  tego  sądu  są  takie,  że  w  przypadku  członków
tego typu prawicowych, paramilitarnych organizacji ryzyko ucieczki jest wysokie.

I  znów  świat  ustawił  się  pod  innym  kątem,  stając  się  jeszcze  bardziej  nierzeczywisty,

jeśli było to możliwe. Słyszałam o Górskiej Brygadzie Patriotów. Była to jedna z bojówek
prawicowych  fanatyków,  którzy  ganiali  z  bronią  i  przepowiadali  upadek  rządu.  Kiedy
akurat czegoś nie wysadzali.

To jakoś zupełnie mi nie pasowało do Cormaca. Nie do Cormaca, którego znałam. No,

nie  licząc  tego  ganiania  z  bronią.  Liczba  faktów  z  przeszłości,  o  których  nie  wiedziałam,
zaczynała być frustrująca.

Wahanie  Bena,  zanim  odpowiedział,  doprowadzało  mnie  do  rozpaczy.  Wahanie

oznaczało  niepewność.  Oznaczało  słabą  pozycję.  Może  nawet  winę.  Co  kazało  mi  się
zastanowić,  gdzie  Cormac  nauczył  się  używać  broni,  gdzie  stał  się  takim  świetnym
strzelcem.

- Wysoki Sądzie - powiedział wreszcie Ben - związek pana Bennetta z tą grupą skończył

się ponad dziesięć lat temu. Nigdy nie uważano tego za problem, ponieważ nie miało to
związku ze sprawą.

-  Panie  O'Farrell,  przychylam  się  do  prośby  prokuratora,  by  zatrzymać  pana  Bennetta

bez możliwości zwolnienia za kaucją.

-  Wysoki  Sądzie,  chciałbym  złożyć  protest.  Wysoki  Sąd  ma  jego  kartotekę.  Nigdy  nie

uciekł po wyjściu za kaucją.

- A nie wydaje się panu dziwny sam fakt, że pański klient był aresztowany tak często i

background image

musiał wnosić kaucję? Nie nudzi się panu reprezentowanie go na rozprawach?

- Szczerze mówiąc, to nie jest sprawa Wysokiego Sądu.
- Ostrożnie, panie O’Farrell.
-  Wysoki  Sądzie,  chciałbym  wystąpić  o  oddalenie  zarzutów  postawionych  mojemu

klientowi.  Atak  Miriam  Wilson  był  bardzo  brutalny,  zachodziło  zagrożenie  życia  wielu
osób.  Podjęta  przez  Katherine  Norville  próba  powstrzymania  jej  bez  użycia  broni
skończyła  się  dla  niej  poważnymi  obrażeniami.  Mój  klient  miał  pełne  prawo  użyć
przeciwko  Miriam  Wilson  broni  z  zamiarem  pozbawienia  życia,  zgodnie  z  paragrafem
osiemnastym,  punkt  pierwszy,  podpunkt  siedemset  czwarty  Kodeksu  karnego  Stanu
Kolorado.

Espinoza przypuścił kontratak.
-  Przepis  dający  prawo  posłużenia  się  bronią  z  zamiarem  pozbawienia  życia  w

przypadku  obrony  koniecznej  nie  ma  tutaj  zastosowania.  Wręcz  przeciwnie,  oskarżony  z
rozmysłem  zasadził  się  na  ofiarę.  -  To  nie  było  tak.  O  mało  nie  wstałam  i  czegoś  nie
powiedziałam.  Musiałam  ugryźć  się  w  język.  Prokurator  mówił  dalej.  -  Wysoki  Sądzie,
ofiara  była  dwudziestoletnią  kobietą,  ważącą  pięćdziesiąt  cztery  kilogramy.  Jej  zdolność
do  zadawania  śmiertelnych  ran  gołymi  rękami  jest  mocno  wątpliwa.  Co  więcej,  dowody
wskazują,  iż  podczas  incydentu  wykazywała  objawy  poważnych  zaburzeń  psychicznych.  -
Zerknął w notatki. - Miała na sobie wilczą skórę i świadkowie sugerują, iż wierzyła, że jest
wilkiem. Trudno uwierzyć, że w takim stanie psychicznym i dysponując takimi atrybutami
fizycznymi,  stanowiła  dla  kogokolwiek  zagrożenie.  Szczególnie  kiedy  miała  już  w  klatce
piersiowej  trzy  rany  postrzałowe.  Ofiara  była  unieszkodliwiona,  kiedy  oskarżony  oddał
ostatni,  zabójczy  strzał.  W  tej  chwili  skończyła  się  obrona  konieczna  i  doszło  do
morderstwa.

I  ani  słowo  z  tego  wywodu  nie  było  nieprawdą.  Rzeczywiście  miała  na  sobie  wilczą

skórę. Sugestia, że ta skóra naprawdę zmieniała ją w wilka, w tym otoczeniu zabrzmiałaby
absurdalnie.  I  może  naprawdę  była  śmiertelnie  ranna.  Może  nie  rzuciłaby  się  na  nas
dzięki swojej zwierzołackiej magii. Ale Cormac tego nie wiedział.

Ben znów odbił piłeczkę.
-  Biorąc  pod  uwagę,  że  ocena  stanu  psychicznego  ofiary  nie  jest  możliwa,  chciałbym

przedstawić  dowód  i  precedens  świadczący,  że  tego  rodzaju  choroba  umysłowa  w
rzeczywistości czyniła ją niebezpieczną dla otoczenia, nawet gdy była już ranna.

Heller zadała pytanie.
- Jak poważne są obrażenia świadka, który był zaangażowany w fizyczną konfrontację z

ofiarą?

Chwila  ciszy  przygniotła  salę  sądową.  Czy  moje  obrażenia  były  poważne?  Wcale.  Już

nie.  Miałam  kilka  strupów,  pod  którymi  goiły  się  najgłębsze  rany,  i  kilka  różowych  blizn.
Jeszcze dwa dni i nawet to zniknie.

Ale gdybym nie była likantropem, leżałabym w szpitalu. Gdybym nie była wilkołakiem,

moglibyśmy powiedzieć: „Popatrzcie, oto przed czym uratował nas Cormac. Oto dlaczego
nie powinien siedzieć w areszcie". Ale nie mogliśmy.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, Heller indagowała dalej:
- Czy pani Nonrville w ogóle została zbadana przez lekarza po tej konfrontacji?

background image

- Nie, Wysoki Sądzie - odparł cicho Ben. Powinnam była pozwolić, żeby mnie zabrał do

szpitala. Chciał mnie tam zawieźć. Mogliśmy chociaż zrobić zdjęcia tych ran.

Ale  żadne  z  nas  nie  myślało  wtedy,  że  będziemy  o  tym  dyskutować  w  sądzie.  Nie

podejrzewaliśmy, że będziemy potrzebować dowodów.

- A może brutalność ataku ofiary została przesadzona?
Powinnam była pozwolić, żeby Miriam Wilson mnie zabiła. Wtedy Cormac byłby wolny.

To by wszystkim bardzo ułatwiło życie. Ależ ze mnie defetystka.

Głos Bena się zmienił, obniżył, stał się spięty od gniewu.
-  Wysoki  Sądzie,  ma  pani  zeznania  świadków.  W  tamtej  chwili  wszyscy  bali  się  o  życie

pani  Norville.  Taką  scenę  zobaczył  mój  klient  i  tylko  to  powinno  być  brane  pod  uwagę.
Sprawa  podlega  dyskusji  wyłącznie  dlatego,  że  szeryf  Marks  żywi  do  niego  urazę.  A  ten
sąd  jest  uprzedzony.  -  Huknął  pięścią  w  stół.  Siedząc  za  nim,  widziałam,  że  jego  oddech
przyspiesza, a żebra rozdymają się pod tanią marynarką.

Heller pokręciła głową, przygotowując się do zamknięcia rozprawy.
-  Nie  zamierzam  oddalić  zarzutów  na  podstawie  przedstawionych  przez  pana

dowodów, panie O'Farrell.

Ben, wciągając z sykiem powietrze, niemal zgiął się wpół nad stołem, pochylając głowę.

Znałam  tę  pozę  -  robiłam  to  samo,  kiedy  wilczyca  walczyła  we  mnie,  była  blisko
powierzchni i próbowała się wyrwać na wolność.

Wstałam  szybko;  pochyliwszy  się  naprzód  tak  daleko,  jak  mogłam,  położyłam  Benowi

dłoń  na  plecach.  Były  twarde  jak  deska,  sztywne  z  bólu.  Cormac  chwycił  go  za  ramię
obiema  rękami.  Proszę,  nie  tutaj,  błagałam  w  duchu.  Poczuj  mój  dotyk,  pozostań
człowiekiem,  nie  daj  się.  Próbowałam  zobaczyć  jego  dłonie  -  zwykle  to  one  przemieniały
się pierwsze. Pazury - miał pazury czy palce?

- Panie O’Farrell, dobrze się pan czuje? - Sędzia Heller zmarszczyła brwi, zaniepokojona.
Wszyscy  w  sali  rozpraw  gapili  się  na  nas.  Nie  obchodziło  mnie  to.  Wciąż  trzymałam

dłonie  przyciśnięte  do  jego  pleców,  mając  nadzieję,  że  zareaguje.  Oboje  z  Cormakiem
obserwowaliśmy go uważnie i czekaliśmy.

Wreszcie  się  wyprostował.  Niemal  skrzypiąc,  jakby  musiał  układać  każdy  kręg  na

miejscu. Twarz miał bladą, a szyję spoconą.

-  Nic  mi  nie  jest  -  powiedział,  choć  jego  głos  wciąż  przypominał  warczenie.  -

Przepraszam  za  to  zakłócenie.  Już  w  porządku.  -  Przygładził  garnitur  i  otrząsnął  się  z
ataku. Cormac i ja powoli usiedliśmy na miejscach.

Moje  serce  pędziło  jak  szalone.  Nie  mogłam  się  pozbyć  wrażenia,  że  niewiele

brakowało.  Nie  powinien  tego  robić,  nie  powinien  być  zmuszony  w  swoim  stanie  znosić
stresu na sali sądowej. Był tylko szczeniakiem.

Heller wróciła do rzeczy.
-  Obie  strony  powinny  się  skonsultować  w  celu  ustalenia  terminu  wstępnej  rozprawy,

podczas której oskarżony ustosunkuje się do postawionych zarzutów.

I  nagle,  niemal  nie  wiadomo  kiedy,  bez  żadnego  zamieszania,  było  po  wszystkim.  A

łowca nie wychodził z nami. Został zatrzymany bez możliwości wniesienia kaucji.

W sali zrobił się ruch. Woźni podeszli, żeby odprowadzić Cormaca, który obejrzał się na

mnie przez ramię.

background image

-  Pilnuj  go.  Nie  spuszczaj  go  z  oka  -  powiedział  cicho.  Szybko  skinęłam  głową  i

patrzyłam, jak go odprowadzają. On też wiedział, jak niewiele brakowało.

Marks patrzył na nas ze złością z drugiego końca sali, ale nie pisał się na konfrontację.

Espinoza  podszedł  do  Bena,  który  wciąż  wyglądał,  jakby  miał  za  chwilę  zemdleć.
Słyszałam,  jak  łomocze  mu  serce.  Byłam  gotowa  zerwać  się  i  stanąć  u  jego  boku  na
najmniejszą  wskazówkę,  że  potrzebuje  pomocy  i  sam  nie  da  rady.  Ale  trzymał  się  jakoś.
Nie wyglądał dobrze, ale stał prosto, oddychał.

Nie  polubiłam  George'a  Espinozy,  chociaż  wiedziałam,  że  to  nie  fair.  Nie  znałam  go,

nigdy  z  nim  nie  rozmawiałam.  Ale  postrzegałam  go  jako  zagrożenie.  Atakował  moich.
Moją  watahę.  Ciągle  miałam  ochotę  stanąć  między  nim  a  Benem  i  zacząć  warczeć.
Musiałam jednak trzymać się z boku i pozwolić, żeby sprawy toczyły się beze mnie.

Rozmawiali cicho. Ben dużo kiwał głową. Woźny wygonił ich z sali, żeby zrobić miejsce

dla następnej rozprawy. Powlokłam się za nimi, próbując podsłuchiwać. Usłyszałam parę
zdań: „Niech mi pan da tydzień" i „Negocjacje w sprawie ugody".

Podeszłam do Bena dopiero wtedy, gdy Espinoza wyszedł z poczekalni przed salą. Stał

sztywno,  przyciskając  do  piersi  tekturową  teczkę,  która  zastępowała  mu  aktówkę.
Napięcie  było  przejawem  gniewu,  który  próbował  pohamować.  Był  przyzwyczajony
wyładowywać  złość  na  sali  rozpraw.  Używał  jej  do  wzmocnienia  swoich  argumentów.
Teraz wilk mu na to nie pozwolił.

Położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Chodźmy stąd.
Pozwolił wyprowadzić się z budynku, opierając się na mnie, aż wyszliśmy na dwór.
Na zewnątrz, w słońcu, wreszcie byłam w stanie go zapytać:
- Jak blisko było tam, w sali? Jak blisko do przemiany? Pokręcił głową w zamyśleniu.
- Nie wiem. Czułem, że jeśli chociażby odetchnę nie tak, rozpęta się piekło. Czułem, jak

napiera  od  spodu  na  moją  skórę.  Po  prostu  nie  wiem.  -  Zamknął  oczy  i  wziął  głęboki,
drżący oddech. - Przegrywam.

- Nie, nieprawda. Dobrze sobie radzisz, opanowałeś się.
- Nie to mam na myśli - odparł. - Nie chodzi o mnie. Mówię o sprawie.
-  Nie  może  być  aż  tak  źle.  Prawda?  -  To  on  był  prawnikiem.  Kimże  byłam  ja,  żeby  mu

mówić, jak jest?

-  Gdy  każdy  racjonalnie  myślący  człowiek  spojrzy  na  dowody,  dojdzie  do  dokładnie

takich  samych  wniosków,  jakie  przedstawił  Espinoza.  Jeśli  stanę  przed  sądem  i  powiem:
„Nie, ona nie tylko nosiła wilczą skórę, ale naprawdę stała się wilkiem", wyjdę na wariata.
Jeśli  przyjdzie  do  oceny  wiarygodności  zeznań  kilkorga  naocznych  świadków,  którzy  stali
w  ciemności  i  byli  przerażeni  na  śmierć,  i  do  rozpatrzenia  twardych  faktów  z  raportu
koronera, to będzie po sprawie. A poza tym była unieszkodliwiona, kiedy Cormac ją zabił.
W tamtym momencie nikogo nie bronił.

-  Nie  wiedzieliśmy  tego,  nie  mieliśmy  pewności.  Marks  tam  był,  dlaczego  on  im  nie

powie? Jest gliną.

Czy jego zeznania nie będą się bardziej liczyć?
- On podpisuje się pod wersją Espinozy. Jakżeby inaczej.
-  To  nie  fair.  Po  tym  wszystkim,  co  mi  zrobił,  mógłby  się  przynajmniej  wstawić  za

background image

Cormakiem.

-  Ale  on  już  tam,  na  miejscu,  uznał,  że  ona  nie  była  aż  tak  niebezpieczna  i  że  Cormac

przesadził. Raport koronera jest bardziej wiarygodny niż zwierzołaki, więc tego się będzie
trzymał. I taka wersja obroni się przed sądem. Nie historie o duchach.

Miałam  ochotę  potrząsnąć  Benem.  Powiedzieć  mu,  żeby  obudził  się  z  tego  transu  i

odzyskał  pewność  siebie.  Musiał  uratować  Cormaca,  a  nie  zrobi  tego,  jeśli  będzie  mówił
takie rzeczy.

- Nie powinien był oddawać ostatniego strzału - powiedział Ben. - To był błąd.
- Wiem.
I właśnie to był temat, który omijaliśmy do tej pory. Cormac tym razem posunął się za

daleko w swojej gorliwości. I nic, co powiemy czy zrobimy, nie zdoła wymazać tego faktu.

Przeszliśmy jeszcze kilka kroków i zmieniłam temat.
- Dlaczego sędzia nie chciała wyznaczyć kaucji? Ben spochmurniał.
-  Espinoza  nie  chce  ryzykować,  że  Cormac  ucieknie.  Heller  ma  rację,  ci  pokręceni

bojówkarze są znani z unikania stawiennictwa w sądzie. Oboje po prostu patrzą na fakty,
które im pasują, a nie na te, które są istotne. Być może na jej osąd wpływa jakaś historia
z przeszłości.

To wywołało całkiem nowy zestaw pytań. Byliśmy już przy samochodzie.
- O co chodzi z tą całą Górską Brygadą Patriotów? Ben wsiadł do samochodu, zupełnie

jakby  mnie  nie  usłyszał.  Nie  patrzył  na  mnie.  Zdążyłam  zapalić  silnik,  zanim  wreszcie
powiedział:

- Nie odpowiem ci na to pytanie.
- Dlaczego nie? Wiesz, że ci goście to praktycznie neonaziści?
- Nie zaprzeczę.
W żaden sposób nie mogłam tego pogodzić z Cormakiem.
- No i?
-  No  i  nie  sądzę,  żeby  ta  grupa  w  ogóle  jeszcze  istniała.  Tylko  jakiś  gość  w  piwnicy

prowadzi stronę internetową.

- Skąd wiesz? Co wy w ogóle macie z tym wspólnego? - Mój głos zrobił się piskliwy.
- Nie muszę ci niczego wyjaśniać.
To mnie autentycznie wkurzyło.
- Och, doprawdy?
Spojrzał  na  mnie  ze  złością,  a  ja  się  zjeżyłam.  Jeszcze  tego  nam  było  trzeba.  Kłótni.

Straszenia sierści. Zawodów w sikaniu. Nie chciałam nakręcać jego wilka jeszcze bardziej.

Wrzuciłam bieg i wyjechałam z parkingu.
Ruch  samochodu  i  jazda  szosą  z  powrotem  do  chaty  uspokoiły  nas.  Ben  nie  chciał  mi

tego  wyjaśnić  i  pewnie  miał  do  tego  prawo.  Ale  ja  miałam  inne  drogi  zdobywania
informacji. W tej chwili jednak mieliśmy mnóstwo innych problemów na głowie.

Kilka kolejnych kilometrów pastwisk śmignęło za oknem, kiedy Ben powiedział:
- Chcę wynająć pokój w hotelu w Walsenburgu, żeby być bliżej sądu.
Spakowaliśmy się tego wieczoru i rano znaleźliśmy miejsce, by rozbić tymczasowy obóz.
Następnego dnia Ben zaczął pracować nad sprawą. Polegało to głównie na rozmowach

z ludźmi, łażeniu po różnych miejscach, telefonowaniu. Pojechał do Alice, Joego, Tony'ego

background image

i szeryfa Marksa.

Wszyscy byli świadkami obrony. Zaproponowałam, że będę jeździć z nim, ale nie chciał.

Powiedział,  że  tą  sprawą  musi  się  zająć  adwokat  Cormaca,  a  moja  obecność
skomplikowałaby  sytuację  i  przypomniała  im  o  ich  uprzedzeniach.  Może  i  miał  rację.
Cormac powiedział mi, że mam nie spuszczać Bena z oka. Ale nie pilnowałam go.

Poza tym chciałam przeprowadzić własne dochodzenie.
W bibliotece publicznej mieszczącej się kilka przecznic od budynku sądu był dostęp do

Internetu.  Siadłam  przy  jednym  z  terminali  i  zaczęłam  szukać.  Po  półgodzinie  zabrałam
swoje notatki do czytelni.

- Macie egzemplarze „Denver Post" z tych dat?
Miła bibliotekarka włączyła mi przeglądarkę do mikrofilmów i zabrałam się do roboty.

Potrzebowałam około trzech godzin, żeby odtworzyć całą historię.

Jakieś  piętnaście  lat  temu  grupa  ranczerów  z  Gór  Skalistych  zaczęła  protestować

przeciwko  nowym  ograniczeniom  i  podwyższeniu  opłat  za  wypas  bydła  na  państwowej
ziemi.  Miliony  hektarów  na  całym  Zachodzie  były  własnością  rządu  i  ranczerom
zapewniono  możliwość  korzystania  z  pastwisk.  Dla  wielu  ludzi  państwowe  znaczyło
wspólne  i  wszystko,  co  ograniczało  im  dostęp  do  tych  terenów,  naruszało  ich  prawa
obywatelskie.  Niektórzy  postąpili  zgodnie  z  nakazami  rozsądku:  zaczęli  lobbować  w
Kongresie,  składali  skargi,  wnosili  sprawy  do  sądu.  A  inni  utworzyli  bojówki.  Zaczęli
gromadzić broń i przygotowywać się do obalenia rządu, co uważali za nieuniknione.

W kilku artykułach pojawił się David O’Farrell. Był to ojciec Bena, który w tamtym czasie

miał ranczo niedaleko Loveland. Kilka razy został aresztowany pod zarzutem nielegalnego
posiadania  broni  i  znalazł  się  na  pierwszym  miejscu  listy  ludzi  podejrzewanych  o
przywództwo Górskiej Brygady Patriotów, jednej z paramilitarnych grup, które gromadziły
się  i  trenowały,  chcąc  siłą  bronić  swoich  praw  do  korzystania  z  rządowej  ziemi.  Na
początku  lat  dziewięćdziesiątych  niemal  bez  przerwy  dochodziło  do  konfrontacji  z
miejscowymi  stróżami  prawa  -  z  wyjątkiem  kilku  przypadków,  kiedy  miejscowi
funkcjonariusze okazywali się członkami bojówki.

Osiem  lat  temu,  po  długotrwałej  obserwacji  FBI  i  starannie  przygotowanym  procesie,

ojciec  Bena  został  skazany  za  pogwałcenie  licznych  przepisów  dotyczących  posiadania
broni i za antyrządowe spiski. Wciąż siedział wwiezieniu.

Nazwisko  Cormaca  Bennetta  nie  pojawiło  się  w  żadnym  z  artykułów  i  odsyłaczy

związanych  z  Górską  Brygadą  Patriotów.  Nigdy  nie  był  aresztowany  ani  podejrzewany  o
jakiekolwiek  przestępstwa  popełnione  przez  członków  grupy.  Młody  Cormac  nie  ściągał
na siebie takiej uwagi jak przywódcy bojówki. Nie był uważany za zagrożenie. Ale związek
był jasny jak na dłoni, szczególnie że był siostrzeńcem Davida O’Farrella.

Znalazłam inny artykuł, datowany kilka lat wcześniej niż te o akcjach Górskiej Brygady

Patriotów. Była w nim mowa o Cormacu. Dotyczył tajemniczej śmierci Douglasa Bennetta.
Z raportu koronera wynikało, że czterdziesto-ośmioletni mężczyzna został zmasakrowany
przez  jakieś  zwierzę,  być  może  niedźwiedzia  albo  bardzo  dużego  psa.  Policjanci  z  kolei
twierdzili, że został zamordowany przez szaleńca.

Szesnastoletni  syn  Douglasa,  Cormac,  był  świadkiem  ataku  i  zastrzelił  napastnika.

Policja  miała  jak  najbardziej  ludzkie  ciało  z  kulką  Cormaca  w  głowie  i  ze  strzępami  ciała

background image

Douglasa między zębami. Uznano, że strzał został oddany w obronie własnej. Cormac nie
został  o  nic  oskarżony  i  zamieszkał  z  rodziną  swojej  ciotki,  klanem  O'Farrellów.  Jego
matka zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miał pięć lat.

Sprzeczność  między  raportem  koronera  a  zeznaniami  świadków  była  jak  deja  vu.

Cormac  przeżył  już  taką  sytuację.  Zabił  pierwszego  wilkołaka,  kiedy  miał  szesnaście  lat.
Nie  wiedziałam  nawet,  co  o  tym  myśleć.  Kiedyś  spytałam  Cormaca,  jak  został  łowcą
wilkołaków i wampirów, gdzie się tego nauczył.

Powiedział,  że  to  była  rodzinna  tradycja.  Co  mogło  wyjaśniać,  dlaczego  Douglas  został

zagryziony na śmierć i dlaczego Cormac był tego świadkiem: Douglas go trenował.

Byłam ciekawa, co sądziłaby o tym jego matka, gdyby jeszcze żyła.
Wydrukowałam  ten  artykuł  i  z  tuzin  innych.  Kiedy  skończyłam,  była  już  pora  kolacji.

Zadzwoniłam  do  pokoju  hotelowego,  ale  nikt  nie  odebrał.  To  oznaczało,  że  Ben  albo
jeszcze  nie  wrócił  i  „prawnikował"  -  na  co  miałam  nadzieję  -  albo  siedział  i  rozczulał  się
nad sobą. Zaryzykowałam i kupiłam na kolację pizzę i piwo.

Kiedy wróciłam do pokoju, Ben już tam był. Wyglądało na to, że robił i jedno, i drugie:

mój laptop był włączony i podpięty do gniazdka telefonicznego, a stół i połowa łóżka były
zasłane  papierami.  Ale  Ben  siedział  w  fotelu,  gapiąc  się  w  ścianę.  Nie  potrafiłam  nawet
powiedzieć, czy myśli. Znów popadł w odrętwienie.

Podskoczył,  kiedy  drzwi  się  otworzyły,  i  ścisnął  poręcze  fotela.  Rozchylił  lekko  usta,

jakby  chciał  warknąć.  Uspokoił  się  niemal  natychmiast,  oklapł  i  odwrócił  wzrok.  Spięty?
Tylko odrobinę.

- Głodny? - Próbowałam przybrać nonszalancki ton.
- Nie bardzo.
- Kiedy ostatnio jadłeś? - Tylko pokręcił głową. - Musisz coś jeść.
-  Jasne,  mamo.  -  Posłał  mi  błyskawiczne  spojrzenie,  na  wpół  oskarżycielskie,  na  wpół

przepraszające.

Musiałam zgromić go wzrokiem. Nie podobała mi się ta etykietka. Nie podobało mi się,

że jestem zmuszona do zachowania, którym sobie na nią zasłużyłam.

Oczyścił miejsce na stole, żebym mogła położyć pizzę.
Wyciągnęłam  z  torby  plik  wydruków  i  położyłam  je  między  nami.  Ten  o  ojcu  Cormaca

był  na  górze.  Środek  strony  zajmowało  ziarniste,  czarno-białe  zdjęcie  mężczyzny.  Był
chudy  i  ogorzały,  miał  krótko  ścięte  włosy,  których  linia  cofała  się  nad  czołem.  Na  tej
niepozowanej  fotce  uśmiechał  się  do  czegoś  po  lewej  stronie  od  aparatu  i  miał  ciemne
okulary.

Ben patrzył na wydruk przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wydawało mi

się,  że  znam  go  dość  dobrze,  ale  tej  miny  nie  potrafiłam  odczytać.  Patrzył  jakby  z
niedowierzaniem. Nagle jego usta drgnęły w uśmiechu.

-  Zapomniałem  o  tym  zdjęciu  -  powiedział  w  końcu.  -  Dobrze  na  nim  wygląda.  Wujek

Doug. – Pokręcił głową i spojrzał na mnie. - Pracowicie spędziłaś dzień.

- Tak. Zdumiewające, jak wiele faktów z twojej rodzinnej historii jest w gazetach.
Zaczął przeglądać artykuły.
- Bardzo pracowicie.
- Po prostu pamiętaj o tym, kiedy znowu będziesz chciał mieć przede mną tajemnice.

background image

- Po co zadałaś sobie tyle trudu?
-  Chciałam  mieć  pewność,  że  ty  i  Cormac  jesteście  przyzwoitymi  facetami.  Muszę

przyznać,  że  macie  dość  paskudną  przeszłość.  Kiedy  mówisz,  że  nie  ma  ona  znaczenia,
naprawdę chcę ci wierzyć.

- Nie wiem, czy to jest najlepszy pomysł. Może lepiej by ci było samej. Zwiewaj z Dodge,

póki nie dostałaś po łapach.

Byliśmy watahą. Musiałam dotrwać do końca.
- Jednak zostanę.
-  Nie  widziałem  ojca  od  ponad  dziesięciu  lat.  Potwornie  się  pożarliśmy  przez  tę  całą

Brygadę  Patriotów.  Miałem  dwadzieścia  lat,  jako  pierwszy  w  rodzinie  poszedłem  do
college'u  i  byłem  strasznie  nadęty.  Byłem  wykształcony.  -  Wypowiedział  to  słowo,
podkreślając  je  z  sarkazmem.  –  Wiedziałem  wszystko  i  wyrzygałem  to  w  twarz  mojemu
biednemu,  nieoświeconemu  ojcu.  A  on  miał  gębę  pełną  prawicowej,  popieprzonej
retoryki...  Odszedłem.  Cormac  jeszcze  tam  mieszkał,  pomagał  na  ranczu.  I  tylko  dlatego
zaplątał się między tych palantów. Przez mojego ojca. Kiedy ja odszedłem, on też. Ciągle
nie wiem, czy przekonało go coś, co powiedziałem, czy po prostu za bardzo przywykliśmy
do  pilnowania  się  nawzajem.  Już  wtedy  byliśmy  poniekąd  drużyną.  Ojciec  zadzwonił  do
mnie tuż przed tym ostatnim procesem. Właśnie zostałem adwokatem. Chciał, żebym go
reprezentował.  Jego  jedyny  syn,  własna  krew,  odwrócił  się  od  niego.  Najzabawniejsze
jednak było to, że chciałem go przekonać, iż był w błędzie. Nie było żadnego rządowego
spisku, żeby go dopaść, a ja go nie sprzedałem. Ale wszystko, od podsłuchów FBI po moją
zdradę, w jego pojęciu potwierdziło jego urojenia. Odpłynął za daleko, żeby móc wrócić.

-  Nie  poszedłeś  go  odwiedzić.  Nawet  nie  rozmawiałeś  z  nim  -  powiedziałam.  -  Może

chciałbyś? Może myślisz, że powinieneś?

Pokręcił głową.
- Odciąłem się od niego raz na zawsze. Wszystkim nam będzie lepiej, jeśli tak zostanie.

Cormac  i  ja  zawsze  wiedzieliśmy,  że  jakieś  wydarzenia  z  przeszłości  w  końcu  się  na  nim
zemszczą. Nie sądziłem, że właśnie to. - Rzucił wydruki z powrotem na stół.

- A gdzie jest twoja mama?
-  Rozwiodła  się  z  ojcem  po  trzydziestu  latach  małżeństwa,  sprzedała  ranczo,  żeby

spłacić jego prawników, i teraz pracuje jako kelnerka w Longmont. Oto cała historia mojej
wstrętnej,  popapranej  rodziny.  -  Pokręcił  głową  w  zamyśleniu.  -  Wiesz,  co  mnie  zawsze
wkurzało?  Ojciec  i  ja  niewiele  się  od  siebie  różnimy.  To  kwestia  pochodzenia,  tej  całej
niezależnej,  wiejskiej  kultury.  Pamiętam,  jak  mu  mówiłem:  jasne,  obal  rząd,  oddaj
ludziom  ziemię.  Świetnie.  Ale  nie  zrobisz  tego  kupą  dynamitu  i  mową  nienawiści.
Poszedłem  na  studia  prawnicze.  Myślałem,  że  rozpracuję  system  od  wewnątrz,  wykoszę
ich co do jednego. - Uśmiechnął się smutno. - Może obaj się myliliśmy.

Miałam  ochotę  go  uściskać  i  uspokoić  głupimi,  kojącymi  słowami.  Znów  matczyne

odruchy.  Wyglądał  na  kompletnie  załamanego.  Zamiast  tego  uniosłam  do  góry  siatkę  z
zakupami.

- Kupiłam piwo.
- Moja bohaterka - powiedział z uśmiechem. Zasiedliśmy do pizzy i piwa.
- Nad czym pracowałeś?

background image

-  Nad  precedensami  -  odparł.  -  Człowiek  się  spodziewa,  że  w  stanie,  gdzie  połowa

ludności wozi giwery w samochodowych schowkach, coś takiego powinno się już zdarzyć.
Na litość boską, mamy prawo w stylu „rób, co chcesz". Nie znalazłem jednak przypadku,
żeby ktoś zastrzelił coś, myśląc, że to dzikie zwierzę, które potem okazało się człowiekiem.

- Nie licząc wilkołaka, który zagryzł ojca Cormaca.
-  Co  wcale  nie  pomoże  Cormacowi,  jeśli  prokurator  wykopie  tę  sprawę,  więc  byłbym

bardzo wdzięczny, gdybyś nie ściągała na to niczyjej uwagi. Sędziowie robią się nerwowi,
kiedy dziwne historie wciąż przytrafiają się tej samej osobie.

Przekręciłam niewidzialny klucz w kąciku ust.
- Buzia na kłódkę.
Spojrzał  na  mnie  z  lekkim  powątpiewaniem.  Chciałam  się  kłócić,  ale  zdałam  sobie

sprawę, że tak naprawdę nie mogę. Zamilkliśmy na chwilę, jedząc i pijąc. Ben wpatrywał
się w monitor komputera, jakby spodziewał się po nim cudu.

-  Jak  ci  minęła  reszta  dnia?  -  spytałam,  niezbyt  przekonana,  czy  w  ogóle  chcę  to

wiedzieć.

-  Chyba  całkiem  nieźle  -  odparł,  ale  głos  miał  niepewny  i  wciąż  wyglądał  na

wykończonego  zamiast  na  pełnego  optymizmu.  -  Tony  zostanie,  żeby  złożyć  zeznanie,
Alice jest nastawiona wręcz entuzjastycznie.

Chyba  myśli,  że  jest  ci  winna  przysługę.  Ale  wiesz  co?  Ciągle  natykam  się  na  ten  sam

problem.

-  Jaki  problem?  Ja  go  nie  widzę.  Naoczni  świadkowie,  tego  ci  potrzeba,  i  to  masz.

Zgadza się? – Miałam wrażenie, że zaraz zasypie mnie informacjami o jakichś prawniczych
kruczkach.

- Dlaczego w ogóle tam byliśmy? - spytał.
Nie  wiedziałam,  czy  potrafiłabym  to  jeszcze  wyjaśnić.  Miałam  wrażenie,  że  wszystko

wydarzyło się tak dawno temu.

- Zamierzaliśmy zdjąć klątwę Alice. Tony powiedział, że zna odpowiedni rytuał.
-  Magia.  Czary  -  rzucił  szorstko  Ben.  -  I  jak  chcesz  przekonać  system  prawny,  że  to

wszystko  jest  rzeczywiste,  że  kiedy  Tony  i  Alice  mówią  o  odprawianiu  czarów,  mówią
poważnie  i  to  wszystko  jest  prawda,  a  oni  nie  są  wariatami?  Obawiam  się,  że  Espinoza
wykorzysta to, żeby podważyć ich zeznania.

Powie:  oczywiście,  grupka  ludzi,  którzy  zbierają  się  w  lesie  o  zmroku,  palą  świeczki  i

kadzidełka  z  pewnością  jest  w  stanie  wymyślić  historyjkę,  że  ta  kobieta  naprawdę
zmieniła  się  w  wilka.  Oczywiście,  według  nich  nawet  z  przestrzeloną  piersią  i  umierająca
stanowiła zagrożenie, bo była zwierzołakiem.

Powie, że są równie obłąkani jak sama Miriam, a ich zeznania są podejrzane.
Wykręcał kota ogonem, manipulował faktami. Jak prawnik. Jak Espinoza. Ben starał się

przemyśleć wszystkie punkty widzenia, ale żaden nie wydawał się korzystny dla nas.

- Nie możesz więc wykorzystać ich zeznań.
-  Och,  wykorzystam  je  i  będę  miał  nadzieję,  że  na  coś  się  przydadzą.  Może  się  mylę  i

Espinoza ich nie podważy.

Wszystko wyglądało coraz bardziej ponuro. Chwytaliśmy się brzytwy.
-  A  co  z  Marksem?  Był  do  mnie  uprzedzony  od  samego  początku.  To  właśnie  dlatego

background image

byliśmy  w  chacie,  kiedy  Miriam  zaatakowała.  Nie  możesz  tego  wykorzystać,  żeby  z  kolei
podważyć jego zeznania?

-  Jeśli  chcesz  pozwać  Alice  i  szeryfa  Marksa  za  nękanie,  to  jestem  jak  najbardziej  za.

Myślę,  że  miałabyś  duże  szanse  wygrać.  Nie  trzeba  nawet  wspominać  o  magii,  by
udowodnić, że wieszanie martwych psów na czyimś podwórku jest nękaniem. Ale to jest
inna  sprawa.  Z  pewnością  o  tym  wspomnę,  ale  sędzia  może  uznać,  że  pozew  przeciwko
Marksowi nie ma nic wspólnego ze śmiercią Miriam Wilson.

Pizza wystygła, a ja straciłam apetyt. Ben też nie jadł.
- Sprawa wygląda na ustawioną - powiedziałam. - To nie fair.
-  Witaj  w  krainie  amerykańskiego  wymiaru  sprawiedliwości.  -  Uniósł  piwo,  jakby

wznosił toast.

- Cynik - rzuciłam nadąsana.
- Prawnik - sprostował, szczerząc zęby.
- Ben. Pij piwo.
Następnego ranka poszłam do szeryfa Marksa. Benowi powiedziałam, że idę się przejść

do spożywczego po pączki.

Podeszłam  do  biurka  w  recepcji  ostrożnie,  jakby  tam  była  bomba.  Zwróciłam  się  do

siedzącej za nim kobiety w cywilnym ubraniu:

- Dzień dobry, czy jest szeryf Marks? Mogłabym z nim porozmawiać?
- Tak, chyba jest. Jest pani umówiona?
-  Nie  -  odparłam,  krzywiąc  się.  Byłam  przygotowana  na  to,  że  Marks  nie  zechce  się  ze

mną widzieć. Ale musiałam spróbować.

Recepcjonistka zmarszczyła ze smutkiem brwi, a ja starałam się na nią nie rozzłościć.
- W takim razie obawiam się, że nie będzie mógł pani przyjąć. Jest bardzo zajęty...
W porządku, Kelly. - Marks stał w korytarzyku z boku pomieszczenia, na granicy zasięgu

wzroku.  Na  jego  twarzy  malowała  się  rezerwa,  celowa  neutralność,  jakby  przez  cały  czas
spodziewał  się  mojej  wizyty  i  nic  przeciwko  niej  nie  miał.  Znał  swoją  pozycję,  a  ja  nie
mogłam jej zachwiać. - Porozmawiam z nią. Przyślij ją do mnie.

Odwrócił się i ruszył korytarzem, zapewne do swojego gabinetu.
- Proszę wejść - powiedziała recepcjonistka. Posłuchałam jej.
Marks  zniknął  za  drzwiami  w  połowie  korytarza;  weszłam  za  nim  do  doskonale

przeciętnego i zabałaganionego gabinetu. Pod ścianą stało biurko z komputerem. Były też
skrzynka  na  pocztę,  z  której  wylewały  się  papierzyska  i  teczki,  i  regały,  też  zawalone
dokumentami;  na  ścianie  wisiały  dyplomy  i  plakietki,  i  wielka  mapa  okręgu  Huerfano.
Różne  miejsca  były  oznaczone  kolorowymi  pinezkami;  czerwona  sterczała  w  punkcie,  w
którym, o ile dobrze się orientowałam, znajdowała się moja chata.

Marks  usiadł  przy  biurku  i  wskazał  ręką  kilka  prostych,  plastikowych  krzeseł  pod

przeciwległą ścianą.

- Dzięki - powiedziałam, siadając. - Nie sądziłam, że zechcesz ze mną porozmawiać.
Wzruszył ramionami, przybierając pozę przyjaznego, małomiasteczkowego gliny.
- Cóż, wydaje mi się, że przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić.
- Wiesz, co możesz jeszcze dla mnie zrobić? Wypuścić Cormaca.
-  Widziałaś  kartotekę  tego  gościa?  Wiesz,  co  on  zrobił?  Powinien  trafić  za  kratki  wiele

background image

lat temu.

- Gdyby trafił, ja bym nie żyła, podobnie jak ty i cztery inne osoby. - Wytrzymałam jego

gniewny wzrok. - On mi uratował życie, szeryfie. W tej chwili tylko to mnie obchodzi.

Jego spojrzenie było nieustępliwe.
- Ten człowiek jest zabójcą. Tak, ale...
- Nie możesz zaprzeczyć, że uratował mi życie.
- Ta dziewczyna nie mogła nikomu wyrządzić poważniej krzywdy - powiedział, wydając z

siebie sapnięcie, które brzmiało niemal jak śmiech.

- Nie widziałeś, co mi zrobiła?
- Miałaś kilka skaleczeń - odparł.
Nagle  dotarło  do  mnie,  że  może  i  nie  widział.  Było  ciemno;  sama  nie  wiedziałam,  jak

jest  źle,  dopóki  nie  weszłam  do  domu  i  nie  przekonałam  się,  że  bardzo  krwawię.  Marks
mógł tego po prostu nie widzieć.

Znów zaczęłam sobie pluć w brodę, że nie zrobiłam zdjęć.
-  Więc  nie  wierzysz  -  podjęłam  znowu  -  że  naprawdę  zmieniła  się  w  wilka.  Kupujesz

wersję „wariatki w wilczej skórze". - Odpowiedział mi zimnym spojrzeniem, które mówiło
samo  za  siebie.  -  Jak  możesz  wierzyć  w  wilkołaki,  a  negować  istnienie  zwierzołaków?  Jak
możesz wierzyć w magię na tyle, by przekląć mój dom, ale nie dość, by uznać, czym ona
była?  Po  prostu  chcesz  zamknąć  Cormaca  dlatego,  że  możesz,  nie  udzielając  mu
dobrodziejstwa wątpliwości!

- Pani Norville, chyba skończyliśmy.
- Ależ z ciebie hipokryta. Sam złamałeś prawo, wierząc, że chronisz ludzi, kiedy robiłeś

mi te wszystkie rzeczy. Otóż Cormac zrobił to samo.

Marks  pochylił  się  do  przodu,  trzymając  dłoń  na  biurku,  wciąż  patrząc  kamiennym

wzrokiem. Nic nie mogło ruszyć tego faceta, kiedy przybierał swoją słynną pozę.

- On zastrzelił z zimną krwią ranną, umierającą kobietę. I o to jest oskarżony. Żegnam,

pani Norville. - Wskazał drzwi.

Patrzyłam  na  niego  wściekle,  niewiele  brakowało,  żebym  zaczęła  warczeć,  a  on  nie

potrafił  odczytać  tej  groźby.  Widział  tylko  rozgniewaną,  nieudolną  kobietę.  I  może  tylko
tym byłam.

Wyszłam, z ulgą czmychając z jego terytorium.
Wróciłam do hotelu, gdzie Ben przywitał mnie pytaniem:
- A gdzie pączki?
Zapomniałam. Szlag. Wzruszyłam ramionami.
- Nie dostałam. Zgubiłam się.
- W Walsenburgu? - Było jasne, że mi nie wierzy. Uśmiechnęłam się słodko.
Później poszliśmy do aresztu okręgowego, aby odwiedzić Cormaca. Nie miałam okazji z

nim porozmawiać ani po ataku, ani przed czy po rozprawie. To było frustrujące, siedzieć
półtora metra od niego na sali sądowej i nie móc mu nic powiedzieć.

Miałam nadzieję, że Marks wyjdzie nam na spotkanie. Liczyłam, że zrozumie, jak bardzo

zbłądził,  i  przyjdzie  to  naprawić,  wypuszczając  Cormaca.  I  to  wszystko  wreszcie  się
skończy. Marzenia ściętej głowy.

Nie było go w areszcie, a Cormac wciąż siedział zamknięty.

background image

- Czy Marks z tobą rozmawiał? - spytałam Bena. -Może zmienił zdanie w tej sprawie?
-  Żartujesz?  Nawet  nie  odbiera  ode  mnie  telefonów.  To  by  było  na  tyle,  jeśli  chodzi  o

skutki mojej wspaniałej przemowy i bajkowy, disnejowski happy end.

Mimo to Ben miał plan.
-  Muszę  pojechać  do  Nowego  Meksyku.  Porozmawiać  z  ludźmi,  którzy  znali  Miriam

Wilson. Dowiem się, czy wiedzieli, czym była, i czy zabiła kogoś tam u siebie. Espinoza nie
będzie  się  musiał  napracować,  by  udowodnić,  że  Cormac  jest  niebezpiecznym
człowiekiem. Zatem ja będę musiał udowodnić, że nie miał innego wyjścia, jak ją zabić.

- Bo nie miał - powiedziałam. - Prawda?
- Właśnie to muszę udowodnić.
Zastępca  szeryfa  wpuścił  nas  do  rozmównicy  bez  okien,  podobnej  do  tysięcy  innych

rozmównic w komisariatach i aresztach całego kraju. Założę się, że we wszystkich panował
ten  sam  zapach:  kurzu  i  starej  kawy.  A  także  napiętych  nerwów.  Ben  przemycił  mnie,
twierdząc, że jestem jego asystentką.

Wreszcie zastępca przyprowadził łowcę.
Ben i Cormac usiedli naprzeciw siebie. Ja schowałam się w kącie. Jednocześnie chciałam

i nie chciałam tutaj być. Nie mogłam patrzeć na Cormaca w takim stanie. I nie wiedziałam,
na  czym  właściwie  ten  stan  polega.  Obiektywnie  rzecz  biorąc,  wyglądał  tak  samo  jak
zawsze:  wyluzowany,  pozornie  nieprzejęty  tym,  co  się  dzieje  wokół  niego,  jakby  szedł
przez  świat,  nie  będąc  jego  częścią.  Ale  w  tym  pomarańczowym  kombinezonie  wyglądał
jakoś... nie tak.

Ben miał kartkę i długopis; był gotów robić notatki.
-  Muszę  wiedzieć  dokładnie,  co  się  działo  podczas  twojej  nieobecności.  Między  nocą,

kiedy wyjechałeś z chaty, a wieczorem, kiedy zjawiłeś się i zastrzeliłeś Miriam.

- Już ci mówiłem.
- Powiedz mi jeszcze raz.
-  Wsiadłem  do  jeepa  i  całą  noc  jechałem  do  Shiprock.  Zatrzymałem  się  na  parkingu,

żeby się trochę przespać. Wróciłem w tamto miejsce, gdzie poszliśmy podłożyć przynętę. -
To  znaczy  tam,  gdzie  Ben  został  zaatakowany.  -  Spędziłem  sporo  czasu,  po  prostu  się
rozglądając. Naprawdę nie sądziłem, że opuściła okolicę. To było jej terytorium.

- Tyle że ona nie była likantropem. Nie miała terytorium.
- Jasne, teraz to wiemy.
- Mów dalej.
-  Porozmawiałem  z  rodziną  wilkołaka.  Z  tymi  Wilsonami,  którzy  mnie  wynajęli.

Próbowałem  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  o  tym  drugim.  Nie  chcieli  nic  powiedzieć.  Nie
wierzyli, kiedy im powiedziałem, że po okolicy biega drugi. Podziękowali mi za uwolnienie
ich  syna  od  klątwy,  i  tyle.  Koniec  pieśni.  Nic  nie  słyszałem  o  Miriam.  Nie  wiedziałem,  że
byli spokrewnieni.

Nie zamierzałam się wtrącać, ale się wtrąciłam.
- Zastrzeliłeś tego chłopaka i nikt ci nie powiedział złego słowa. Tam nikt cię nie zawlókł

przed sąd pod zarzutem morderstwa.

- Bo nikt tego nie zgłosił. Nie było żadnych świadków. Tam ciała po prostu znikają.
To było po prostu dziwaczne. Ale nigdy nie rozumiałam „zawodu" Cormaca.

background image

- Nie wspomnieli o córce? - spytał Ben. - Ani razu?
-  Ani  razu.  Szukałem  tego  jeszcze  przez  kilka  dni.  Potem  odsłuchałem  waszą

wiadomość.

- Nie sprawdzałeś telefonu?
- Przez większość czasu byłem na pustkowiu. Nie miałem zasięgu. Wróciłem, jak tylko ją

odsłuchałem. Nie sądzę, żeby Miriam przyszła tu za nami. Jak mogłaby to zrobić?

-  Słyszałeś,  co  powiedział  Tony.  Była  wiedźmą.  Mogło  jej  to  zająć  parę  dni,  ale  nas

znalazła.

Wreszcie Cormac spytał:
- Ben, jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie za to wsadzą?
O’Farrell pokręcił głową.
-  Nie  wiem.  Najważniejszy  świadek  cię  nie  lubi.  Espinoza  to  młody,  ostry  prokurator,

który  chciałby  mieć  na  koncie  wyrok  skazujący  za  morderstwo  pierwszego  stopnia.
Niewiele działa na naszą korzyść.

- Mamy mnóstwo świadków - wtrąciłam.
- A Espinoza zrobi, co w jego mocy, żeby ich skompromitować.
- Coś wymyślisz - powiedział Cormac. - Zawsze ci się udaje.
Ramiona Bena przygięły się pod ciężarem zaufania Cormaca.
- Tak, zobaczymy, jak to będzie - odparł cicho. Cormac przerwał niezręczne milczenie:
-  A  wracając  do  tego,  co  się  stało  na  rozprawie...  powinienem  się  martwić?  Sprostasz

temu?

Przez chwilę przyglądali się sobie badawczo.
- Jeśli chcesz kogoś innego...
- Ufam ci - powiedział Cormac. - Kto inny zrozumie to gówno?
Ben na niego nie patrzył.
- Tak. Poradzę sobie. Jakoś. To, że nie wyciągnąłem cię za kaucją, było drobną porażką,

ale wyjdziesz z tego.

Jego  głos  nie  brzmiał  zbyt  pewnie,  ale  Cormac  skinął  głową,  jakby  był  tego  pewny.

Potem skrzywił się kwaśno i mruknął:

- Nie do wiary, że dokopali się tego gówna z Brygadą.
-  No  właśnie,  do  cholery  -  naskoczyłam  na  niego.  -O  co  w  tym  chodzi?  Ci  goście  to

szaleńcy. To po prostu nie jest w twoim stylu.

-  A  co  ty  możesz  o  tym  wiedzieć?  -  spytał  Cormac.  Zanim  zdążyłam  się  odgryźć,  Ben

wyjaśnił:

- Cały wczorajszy dzień spędziła w bibliotece i wygrzebała wszystkie artykuły z „Denver

Post" dotyczące Brygady. Zna całą historię.

- Za dużo gadasz, a ty jesteś cholernie wścibska -mruknął Cormac.
-  Znalazłam  też  artykuł  o  twoim  ojcu  -  dodałam  niemal  skruszona,  bo  kiedy  ujął  to  w

taki  sposób,  faktycznie  mogło  się  wydawać,  że  szukam  informacji  za  ich  plecami.  Ale  co
innego  miałam  zrobić,  kiedy  nikt  nie  chciał  mi  nic  powiedzieć?  -  Naprawdę  mi  przykro,
Cormac, z powodu tego, co go spotkało.

Machnął na mnie ręką.
- To było dawno temu.

background image

-  A  teraz  ona  wie  już  wszystko  o  naszej  mrocznej,  tajemniczej  przeszłości  -  skwitował

Ben.

- Cholera, a tak lubiłem być tajemniczy.
- Nie nabijaj się ze mnie - upomniałam go. - Brygada. Zacznij gadać.
-  Hm.  Chcesz  wiedzieć,  dlaczego  spędziłem  parę  lat,  ganiając  z  bandą  uzbrojonych,

niedoszłych skinów?

- Cóż, tak. I nie wymiguj się, bo będę tu siedzieć, aż... aż...
- Aż co?
Aż mnie przekonasz, że nie jesteś wariatem. Odwróciłam oczy.
Wreszcie zaczął mówić, niemal życzliwym tonem.
- Pracowałem na ranczu wujka, ojca Bena. On się w to zaangażował, a ja podczepiłem

się pod niego.

Byłem  dzieciakiem,  miałem  chyba  dziewiętnaście  lat.  Nie  wiedziałem,  że  to  złe.  Ci

goście...  Ciągle  nie  mogłem  się  pozbierać  po  stracie  ojca  i  pomyślałem,  że  może  od  nich
się  czegoś  nauczę.  Ale  oni  się  bawili.  Nie  żyli  w  prawdziwym  świecie.  Nie  widzieli  rzeczy,
które  widziałem  ja.  Odszedłem.  Wyjechałem  z  rancza.  Dwa  lata  spędziłem  w  wojsku.
Nigdy nie obejrzałem się za siebie.

Proste jak drut. Zdawałam sobie sprawę, jak łatwo jest się zaplątać w coś takiego, kiedy

zaczyna działać psychologia stada. Był dzieckiem. Po prostu popełnił błąd. Kupiłam to.

- Dlaczego tak cię to martwi? - spytał po długiej chwili, widząc moje wahanie.
Właściwie nie wiedziałam. Po tym jak zobaczyłam, do czego zdolny jest Cormac, wydało

mi  się  dziwne,  że  mógł  się  zadawać,  choćby  nawet  przejściowo,  z  takimi  wiejskimi,
prymitywnymi świrami.

-  Ciągle  dowiaduję  się  o  tobie  rzeczy,  przez  które  wydajesz  mi  się  jeszcze  bardziej

przerażający.

Miałam  problem  ze  swoimi  uczuciami.  Z  jednej  strony  czułam  dla  niego  sympatię,  z

drugiej – strach przed nim.

Spojrzał  mi  w  oczy  tak  twardo,  tak  badawczo,  jakby  to  była  moja  wina,  że  nigdy  nam

nie  wyszło.  Które  z  nas  nie  było  w  stanie  zaakceptować  faktu,  że  między  nami  nigdy  nic
nie  było?  Które  z  naszej  trójki?  Ben  ciągle  rzucał  jakieś  aluzje.  Wiedział.  A  teraz  byliśmy
Ben i ja, z Cormakiem na zewnątrz, i wszyscy troje siedzieliśmy zamknięci w tym pokoju.

Uciekł, i to nie była moja wina. Przerażał mnie, i to być może była moja wina.
W końcu czar prysł. Cormac opuścił wzrok.
-  Normalnie  mnie  rozwala,  że  to  ty  jesteś  cholernym  wilkołakiem,  a  mówisz,  że  ja

jestem przerażający.

-  To  jak  kamień-papier-nożyce  -  odparłam.  -  Srebrna  kula  przebija  wilkołaka,  a  to  ty

masz srebro.

- A gliniarz przebija srebrną kulę. Kumam. - I miał rację. To wszystko niemal miało sens.

Cormac zwrócił się do Bena. - Więc jaki jest plan?

-  Pojadę  do  Shiprock  i  spróbuję  się  dowiedzieć  możliwie  dużo  o  Miriam  Wilson.  Musi

być  ktoś,  kto  zechce  zeznać,  że  była  niebezpieczna  i  twój  strzał  był  usprawiedliwiony.
Ustalimy strategię, kiedy wrócę.

- Czy Espinoza wspominał już coś o ugodzie?

background image

-  Tak.  Powiedziałem  mu,  że  nie  chcę  o  tym  rozmawiać,  dopóki  nie  będę  miał  w  ręku

wszystkich kart. Rozprawa jest w środę. Wtedy będzie wiadomo: wóz albo przewóz.

Cormac skinął głową, więc musiał to uznać za dobry plan.
- Uważaj na siebie.
- Tak.
Ben zapukał w drzwi i zastępca przyszedł zabrać łowcę do celi.
-  Szlag  mnie  trafia  -  powiedział  Ben,  kiedy  Cormaca  już  nie  było.  -  Autentycznie  szlag

mnie trafia.

Nigdy nie dotarliśmy aż do wstępnej rozprawy. Mam ochotę coś rozedrzeć.
Wzięłam go pod rękę i uścisnęłam, żeby dodać mu otuchy.
- Chodźmy stąd.
Ledwie  wyszliśmy  na  dwór,  na  poranne  słońce,  trafiliśmy  w  zasadzkę.  Oczywiście  nie

taką prawdziwą - była to tylko Alice, która czaiła się na parkingu i widząc nas, ruszyła w
naszą  stronę  po  kursie  kolizyjnym.  Moje  serce  i  tak  przyspieszyło,  bo  zobaczyłam  tylko
kogoś,  kto  na  wpół  biegł,  na  wpół  truchtał  w  moją  stronę.  Zatrzymałam  się,  barki  mi  się
spięły i tylko siła woli pozwoliła mi się uśmiechnąć.

Ben chwycił mnie za rękę i obnażył zęby.
- Spokojnie - szepnęłam do niego, żeby się opanował. - Wszystko w porządku. To tylko

Alice.

Znieruchomiał, kiedy dotarło do niego, co się właśnie stało. Jego rysy zmieniły się; nie

rozluźnił się do końca, ale też nie wyglądał już, jakby miał się na kogoś rzucić.

Dziwne,  jak  powoli  szło  mi  przyzwyczajanie  się  do  tego  nowego  Bena.  Bo  był  nowym

Benem  –  trochę  innym,  mniej  zrównoważonym,  nieco  bardziej  podatnym  na  paranoję.
Jakby  zdrowiał  po  jakimś  urazie  głowy.  Bo  może  i  tak  było.  Może  my  wszyscy,  którzy
zostaliśmy zarażeni likantropią, zostaliśmy porządnie trzaśnięci w łeb.

-  Kitty!  Kitty,  cześć.  Tak  się  cieszę,  że  cię  złapałam.  -Uśmiechnęła  się,  ale  sztywno,  jak

człowiek zwykle uśmiecha się w niezręcznych towarzyskich sytuacjach.

- Cześć, Alice.
-  Właśnie  byłam  w  biurze  szeryfa,  żeby  złożyć  kolejne  zeznanie.  Pomyślałam,  że  to

może pomóc twojemu przyjacielowi. Nawet Joe złożył drugie zeznanie. Powiedzieliśmy, że
gdyby on się nie zjawił... to nie wiem, co by się stało.

Ja wiedziałam, a przynajmniej się domyślałam. Ale nie warto było jej tego opisywać.
- Dzięki, Alice. To na pewno nie zaszkodzi.
Już  chciałam  się  pożegnać  i  stąd  wynieść,  zanim  powiem  coś  niegrzecznego,  ale  ona

jeszcze nie skończyła.

- Chciałam ci coś dać. Myślałam o tym, co powiedział Tony, że być może wszyscy ciągle

jesteśmy w niebezpieczeństwie. To niewiele, ale chcę pomóc. - Wysunęła rękę, dłonią do
góry.  -  Tony  pewnie  ma  rację,  może  i  przeważnie  nie  wiem,  co  robię.  Ale  to  jest
podarunek z serca i jestem przekonana, że coś znaczy.

Podała mi wisiorek - spiczasty kryształ, mniej więcej długości mojego kciuka. Jego tępy

koniec  był  owinięty  paciorkami,  maleńkimi  koralikami  z  błyszczącego  szkła  i
polerowanego  drewna,  ułożonymi  we  wzór  i  mocno  przywiązanymi  do  kryształu.  Przez
pętlę  z  szydełkowego  sznureczka,  wplecionego  między  koraliki,  przeciągnięty  był  rzemyk,

background image

który pozwalał nosić wisiorek na szyi. Było to małe dzieło sztuki.

Rozbłysło jak słońce w wiosennym lesie, kiedy odwróciłam go do światła.
-  Zwykle  używam  srebrnego  drutu,  żeby  nanizać  koraliki  -  powiedziała.  -  Ale  cóż,  tym

razem tego nie zrobiłam. Użyłam jedwabnej przędzy.

To  było  tak  miłe,  że  o  tym  pomyślała,  że  pewnie  bym  się  rozpłakała,  gdyby  jej

życzliwość nie przyszła grubo poniewczasie.

Czy wierzyłam, że naprawdę zadziała? Ten talizman wykonany przez Alice, która rzuciła

na  mnie  straszliwą  klątwę  -  i  zrobiła  to  tak  nieskutecznie,  tak  bez  ikry,  że  nic  z  niej  nie
wyszło? Czy tamto też było z serca? Czy jej ufałam?

W tej chwili udawanie, że ufam, nic mnie nie kosztowało.
- Jest piękny - powiedziałam. - Dziękuję.
Stała  przede  mną  rozpromieniona,  więc  ją  uściskałam,  bo  wiedziałam,  że  dzięki  temu

poczuje  się  lepiej.  Potem  założyłam  wisiorek  na  szyję,  bo  to  też,  byłam  pewna,  poprawi
jej samopoczucie.

Poszła do swojego samochodu, machając na pożegnanie.
- Trudno się zorientować, gdzie ustalić granicę, co? -powiedział Ben. - Między tym, w co

się wierzy, a w co nie wierzy. Co jest skuteczne, a co nie.

Westchnęłam potakująco.
- Ale ona ma rację. Jeśli to dar z serca, musi coś znaczyć.
 

background image

Rozdział 14

 

Wyruszyliśmy  rankiem.  Mieliśmy  pięć  dni  do  rozprawy,  podczas  której  Cormac  usłyszy

zarzuty.  Ben  musiał  znaleźć  dowody  świadczące  na  jego  korzyść,  dzięki  którym  sprawa
mogłaby zostać oddalona.

Pogoda  była  po  naszej  stronie;  miałam  wrażenie,  że  wreszcie  coś  nam  choć  odrobinę

sprzyja. Nie musiałam się zbytnio namęczyć, żeby namówić Bena, by pozwolił mi jechać ze
sobą.  Nie  wiedziałam,  czy  zdołam  mu  pomóc  w  wyszukiwaniu  informacji,  których
potrzebował do ułożenia linii obrony, ale nie tego argumentu użyłam.

Musiałam być przy Benie, żeby pomóc mu zachować jasność umysłu.
-  Wilcza  Przełęcz  -  powiedział,  kiedy  minęliśmy  znak  na  szosie,  na  szczycie  góry.  Do

Nowego  Meksyku  zostało  nam  jeszcze  parę  godzin  jazdy.  -  Czy  tylko  ja  uważam,  że  to
zabawne?

- Tak - odparłam, nie odrywając oczu od drogi. Zbyt wiele tablic reklamujących lokalne

motele i sklepy z pamiątkami prezentowało kudłate, wyjące wilki. Kurort narciarski Wilcza
Przełęcz kręcił biznes na całego.

Pozwoliłam mu prowadzić przez ten kawałek drogi. Tuż za szczytem góry, na zjeździe do

następnej doliny i w stronę skrzyżowania z autostradą prowadzącą do Nowego Meksyku,
zgrabny  sportowy  wozik  z  nartami  na  bagażniku  ryknął  za  nami,  dodał  gazu  i  wyprzedził
nas,  omal  nie  zajeżdżając  nam  drogi,  kiedy  wracał  na  prawy  pas.  Najwidoczniej  chciał  w
ten  sposób  wyrazić  niezadowolenie,  że  uparcie  jechaliśmy  raptem  dziesięć  kilometrów
szybciej, niż pozwalało ograniczenie.

Ben ścisnął kierownicę sztywnymi palcami i obnażył zęby w bezgłośnym warknięciu. W

jego oczach przez chwilę czaiło się coś zwierzęcego.

- Ben? - przemówiłam łagodnie, nie chcąc go przestraszyć. Nie chcąc przestraszyć wilka,

którego adrenalina wywołała tuż pod powierzchnię.

- Wszystko dobrze - odparł. Jego oddech był chrapliwy, a ciało wciąż bardziej spięte, niż

tłumaczyłby to stres jazdy po górskich drogach. - Ile dni?

- Ile dni?
- Do pełni - wyjaśnił.
- Szesnaście - powiedziałam. Pilnowanie dat stało się moją drugą naturą.
-  Myślałem,  że  mniej.  Mam  wrażenie,  że  mniej.  Znałam  to  uczucie.  Wilk  chciał  się

wyrwać na wolność i dawał ci znaki.

- Lepiej o tym nie myśleć.
- Jak możesz o tym nie myśleć? - Głos mu się łamał.
- Chcesz się zatrzymać, żebym cię zmieniła? Szybko pokręcił głową.
- Prowadzenie zajmuje mi głowę czym innym.
- Tylko nie pozwalaj się prowokować tym palantom, okej?
Usadowił  się  głębiej  w  fotelu  i  wyprostował  ręce,  próbując  się  zrelaksować.  Po  jakichś

piętnastu kilometrach powiedział:

- Na studiach zacząłem palić. To mi pomogło, było sposobem na przetrwanie. Czujesz,

że  zaraz  zwariujesz,  więc  wychodzisz  na  dwór  na  papierosa.  Wszystko  zatrzymuje  się  na

background image

parę  minut  i  człowiek  może  wrócić  do  roboty  trochę  spokojniejszy.  Ale  rzucanie  to  jest
dopiero przewalone. Bo choć wmawiasz sobie, że już nie potrzebujesz pomocy, ciało nie
jest  o  tym  przekonane.  Uwolnienie  się  od  fajek  zajęło  mi  dwa  lata.  Czuję  się  teraz  tak
samo  -ciągnął.  -  Chcę  się  zamienić  w  wilka,  tak  jak  chciałem  zapalić.  To  nie  ma  żadnego
sensu.

- Jakby cokolwiek z tego miało sens - mruknęłam. -Nie musisz czekać z przemianą aż do

pełni. Wilk o tym wie. I zawsze próbuje się wydostać.

Obserwując  go,  niemal  widziałam,  jak  jego  analityczny  umysł  próbuje  to  poukładać;

kombinował  jak  prawnik  prowadzący  sprawę.  Oczy  miał  zmrużone,  twarz  pomarszczoną
od namysłu.

W końcu spytał szorstko:
- A w czym objawia się rzekoma siła, która z tego wynika?
Mogłam  rzucić  jakąś  uszczypliwą  uwagę,  ale  i  tak  mieliśmy  zszarpane  nerwy.

Potrzebował poważnej odpowiedzi.

- W zdecydowaniu. Czasami pomaga, kiedy widzisz czarno-biały świat, w którym każdy

jest  albo  drapieżnikiem,  albo  zwierzyną.  Nie  pozwalasz,  żeby  niuanse  zakłócały  twoje
myśli.

- To cyniczne.
- Wiem. I dlatego tego nie cierpię.
- Wiesz, w czym problem? Wszyscy widzimy tę sprawę - to, co robią Cormacowi - jako

czarno-białą. Ale my widzimy białe jako białe, a Espinoza widzi białe jako czarne. Mówię
do rzeczy?

-  Chodzi  ci  o  to,  że  gdybyśmy  widzieli  wszystko  szare,  moglibyśmy  dojść  do

kompromisu?

- Właśnie. - Stukał palcami w kierownicę, pogrążając się w myślach.
Kiedy wyjechaliśmy z gór, zaczął padać śnieg.
Północny Nowy Meksyk był ponury, wystawiony na działanie wiatru i upstrzony białymi

plackami  po  śnieżycy.  Topole  przy  rzece  były  szare  i  bezlistne.  Miało  się  wrażenie,  że
wszystkie kolory zostały zmyte z tego krajobrazu - nagiej pustyni obrzeżonej zwietrzałymi
skałami i płasko-wzgórzami.

Nie  mieliśmy  wiele  na  początek  -  nazwisko  kobiety  i  raport  o  jej  zaginięciu.

Zajechaliśmy  do  Shiprock  w  porę,  żeby  zajrzeć  jeszcze  na  komisariat  policji  plemiennej.
Shiprock  leżało  na  terenie  Rezerwatu  Nawahów.  Imiennik  miasta,  poszarpany
wulkaniczny  monolit  wznoszący  się  prawie  sześćset  metrów  nad  pustynią,  był  widoczny
na południu jak olbrzymi drogowskaz.

Ben  rozmawiał  z  sierżantem  pełniącym  służbę  w  recepcji,  a  ja  czekałam  z  tyłu,

przyglądając im się z ciekawością.

-  Szukam  informacji  na  temat  Miriam  Wilson.  -  Pokazał  zdjęcie  z  biura  koronera.

Straszne,  koszmarne  zdjęcie,  bo  połowa  twarzy  była  zmielona  na  miazgę,  ale  druga
połowa  zachowała  rozpoznawalne  rysy.  Jej  policzki  były  okrągłe,  duże  oczy  zamknięte.  -
Trzy miesiące temu zgłoszono jej zaginięcie. Nie wiem, czy biuro szeryfa okręgu Huerfano
zawiadomiło was, że została zabita w Kolorado.

-  Tak,  dostaliśmy  informację  -  powiedział  mężczyzna  za  biurkiem,  sierżant  Tsosie

background image

według plakietki z nazwiskiem.

Miat krótkie, czarne włosy, brązową skórę, ciemne oczy i ostry profil.
- Nie wydaje się pan zbyt przejęty.
- Nikt nie będzie za nią tęsknił.
-  Czy  zawiadomiono  jej  rodzinę?  -  dopytywał  się  Ben.  -  Koroner  nie  dostał  żadnych

instrukcji, co zrobić z jej ciałem.

- I raczej nie dostanie. Nikt się o nią nie upomni, niech mi pan wierzy.
- Kto w takim razie zgłosił jej zaginięcie? Rodzice, którzy nie chcą wiedzieć, co się stało z

ich dzieckiem, zwykle tego nie robią.

- To nie jest normalna rodzina - odparł Tsosie niemal z uśmiechem.
- A gdybym poszedł z nimi porozmawiać?
- Życzę powodzenia. Z Wilsonami nie można dojść do ładu.
Policjant  wyglądał  na  zdenerwowanego.  Wciąż  rozglądał  się  dookoła  -  zerkał  przez

ramię, w stronę drzwi, jakby się spodziewał, że ktoś zaraz go zbeszta.

-  Chce  pan  rady?  Niech  pan  o  nią  więcej  nie  pyta.  To  była  zła  kobieta.  Całą  rodzinę

lepiej  omijać  z  daleka.  Jeśli  pan  będzie  dalej  grzebał,  nie  spodoba  się  panu  to,  co  pan
wygrzebie, gwarantuję.

- Zła kobieta - powtórzył Ben. - Powiedziałby pan to przed sądem?
Policjant szybko pokręcił głową; widziałam na jego twarzy strach.
- Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Ben pochylił się do przodu i niemal warknął:
-  Jestem  obrońcą  człowieka,  który  ją  zastrzelił.  Muszę  wykazać,  że  to  było

usprawiedliwione zabójstwo, a pan musi mi w tym pomóc.

Tsosie  zacisnął  na  chwilę  usta;  wahał  się.  W  końcu  podjął  decyzję.  Widziałam  to  po

jego minie.

- Proszę chwilę zaczekać.
Podszedł  do  szafki  na  akta  stojącej  pod  ścianą  pokoju.  Otworzy!  górną  szufladę,

przejrzał  jakieś  teczki,  wyciągnął  jedną  z  nich  i  przez  chwilę  przyglądał  się  pierwszej
kartce. W końcu przyniósł całą teczkę i otworzył ją przed Benem.

- Niech pan to weźmie - powiedział. - Może pan zabrać wszystko. I proszę podziękować

od nas pańskiemu klientowi.

-  Tak  zrobię  -  obiecał  Ben,  tracąc  na  chwilę  oddech.  -Dzięki.  Ale  wie  pan  co,  jemu

naprawdę by pomogło, gdybym dostał zeznanie. Po prostu podpisane zeznanie.

- Nie wiem, czy sędzia w ogóle wziąłby pod uwagę to, co mam o niej do powiedzenia.
- Wszystko może pomóc.
Otrzymał  zeznanie.  Jeden  akapit,  dość  ogólnikowy,  ale  spisany  na  firmowym  papierze

departamentu policji i opatrzony podpisem. Zawsze był to jakiś początek.

Tsosie patrzył, jak wychodzimy, z niepokojącą przenikliwością w oczach.
- O co tam właściwie chodziło? - spytałam, kiedy wróciliśmy do samochodu. Tym razem

ja prowadziłam, a Ben studiował zawartość teczki.

- Właśnie byliśmy świadkami, co się dzieje, kiedy policja chce się kogoś pozbyć, czy to

wsadzając  go  za  kratki,  czy  też  pakując  kulkę  w  głowę,  ale  nie  ma  żadnego  prawa  zrobić
tego własnoręcznie. Miriam porządnie tu kogoś wkurzyła, ale z jakiegoś powodu, czy to z

background image

braku  dowodów,  czy  niezgłoszenia  przestępstwa,  nie  mogli  jej  tknąć.  I  sierżant  Tsosie
wyraził swoją wdzięczność, że ktoś zdołał to zrobić.

- Dlaczego więc nie chce zeznawać w obronie Cormaca?
-  Jeśli  nie  mają  przeciw  niej  żadnych  dowodów,  to  on  jest  tylko  rozgoryczonym  gliną,

psioczącym na miejscową kobietę, której nikt nie lubił.

- A co takiego zrobiła?
- Pytanie za milion dolarów. - Odwrócił kartkę i przeczytał zawartość. - Wygląda na to,

że  kilka  razy  była  aresztowana.  Pijaństwo  i  awantury,  zakłócanie  spokoju,  wandalizm.
Typowe  wykroczenia  młodocianych.  Ot,  dzieciak,  który  zszedł  na  złą  drogę.  Nic
niezwykłego.  Ale  tu  coś  jest.  -  Odsunął  kilka  kartek  na  bok  i  przeczytał  spisany  na
maszynie  raport.  -  Trochę  rodzinnej  historii.  Jej  starsza  siostra,  Joan,  zmarła  jakieś  trzy
miesiące temu.

- Jak?
- Na zapalenie płuc. Z przyczyn naturalnych. Miała ledwie dwadzieścia trzy lata.
- Dlaczego to się znalazło w policyjnej kartotece?
- Ktoś uznał, że informacja jest istotna. To się zdarzyło tuż przed zgłoszeniem zaginięcia

Miriam. Może przez to sfiksowała. I jest akt zgonu jej brata Johna. Dwie rany postrzałowe.
Nie przeprowadzono śledztwa.

- Czy to nie wydaje ci się dziwne?
- Wygląda na to, że z powodu jego śmierci też nikt nie płakał. Musiała z nich być niezła

parka. O, jest:

Lawrence Wilson, dziadek. To on zgłosił zaginięcie.
- Tylko dziadek. A jej rodzice? Co powiedzieli? Przez chwilę studiował teczkę.
-  Tu  jest  adres.  Warto  by  było  do  nich  wpaść.  Możemy  to  zrobić  jutro.  Teraz

dowiedzmy się, czy odholowali mój samochód.

Ben  zostawił  swoje  auto  na  parkingu  motelu  w  Farmington,  jakieś  pięćdziesiąt

kilometrów  od  Shiprock;  on  i  Cormac  zatrzymali  się  tam  na  czas  swojej  pechowej
ekspedycji  myśliwskiej.  Po  dwóch  tygodniach  sedan  wciąż  sterczał  na  parkingu,
niezauważony. Było to jedno z tych miejsc, które mogłyby powoli zapaść się pod ziemię i
nikt nie pomyślałby nawet, żeby wpadać w panikę. Motel należał do ogólnokrajowej sieci,
ale to nie mogło usunąć patyny wieku i zmęczenia, która go pokrywała. Która pokrywała
cały region.

- Zobaczmy, czy są rozbite szyby i brakuje radia - powiedział z bladym uśmiechem.
Nie były. Laptop i reszta rzeczy leżały zamknięte w bagażniku. Ale opony były pocięte.

Wszystkie cztery koła siedziały na felgach.

Ben patrzył na nie długą chwilę.
-  Nie  będę  narzekał.  Absolutnie  nie  mam  zamiaru  narzekać.  To  jest  do  naprawienia.

Musiałam się zgodzić. Jeśli coś jest do naprawienia, człowiek nie narzeka.

Wziął swoje rzeczy i poszedł wynająć dla nas pokój.
Ściany  budynku  nie  potrafiły  nas  oddzielić  od  dziwnej  atmosfery  okolicy.  Czułam  się

tak,  jakbym  słyszała  wycie,  które  było  tylko  w  mojej  głowie.  W  powietrzu  nie  niósł  się
żaden prawdziwy dźwięk.

Ben siedział do późna, na nowo zapoznając się z zawartością swojej aktówki i laptopa.

background image

Znów  szukał  czegoś  w  sieci,  znów  robił  notatki.  Chciałam,  żeby  przyszedł  do  łóżka.
Pragnęłam,  żeby  mnie  przytulił.  Nagle  przypomniałam  sobie,  że  jest  sobota,  i  włączyłam
radio z budzikiem przy łóżku.

- Słuchacie Ariel, Kapłanki Nocy.
Jakbym  potrzebowała  wpędzać  się  w  jeszcze  większego  doła.  Położyłam  się  na  łóżku  i

zapatrzyłam w sufit. Ben spojrzał na mnie ponuro.

- Musisz tego słuchać?
- Tak - odparłam obcesowo. Nie dyskutował więcej. Ariel nudziła w najlepsze.
-  Przejdźmy  do  następnej  rozmowy.  Mam  na  linii  Trish.  Próbuje  zdecydować,  czy

powiedzieć matce, że dwa lata temu została zarażona likantropią i stała się wilkołakiem.
Problem w tym, że matka ma terminalne stadium raka. Trish, witaj.

O  dziwo,  nagle  zrozumiałam,  co  ludzi  przyciąga  do  takich  programów  i  dlaczego

słuchają mojej audycji.

Zawsze gdzieś był ktoś, kto miał większe problemy. Można było na chwilę zapomnieć o

swoich. Albo cieszyć się potajemnie: całe szczęście, że to nie ja.

- Cześć, Ariel. - Trish płakała. Jej głos był zduszony i zachrypnięty.
-  Porozmawiajmy  o  tym,  Trish.  Powiedz  mi,  dlaczego  uważasz,  że  nie  powinnaś

powiedzieć matce, co się stało.

- A po co? To ją tylko zmartwi. Nie chcę jej denerwować. Jeśli to prawda, że nie zostało

jej  wiele  życia,  nie  chcę,  żeby  przeżyła  ten  czas,  gniewając  się  na  mnie.  Albo  się  mnie
bojąc. A kiedy już jej nie będzie... to przestanie mieć znaczenie. To nie ma znaczenia.

- A teraz wyjaśnij, dlaczego myślisz, że powinnaś jej powiedzieć?
Trish wzięła drżący oddech.
-  Bo  jest  moją  matką.  Wydaje  mi  się...  czasami  mam  wrażenie,  że  ona  już  wie,  że  coś

jest nie tak.

Podejrzewa,  że  coś  się  ze  mną  stało.  A  jeśli  to  jednak  ma  znaczenie?  Jeśli  jest  jakieś

życie  po  życiu?  Wtedy  będzie  wiedziała.  Umrze,  jej  dusza  będzie  gdzieś  tam,  dowie  się
wszystkiego  i  będzie  rozczarowana,  że  jej  nie  powiedziałam,  tylko  zachowałam  to  przed
nią w tajemnicy.

- Nawet jeśli wiesz, że teraz ją to zmartwi.
- Tak czy inaczej, przegrywam.
- Czy masz w rodzinie jeszcze kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać? Kto mógłby pomóc

ci zdecydować, co będzie dla niej lepsze?

- Nie, nie. Nie mam nikogo. Jestem jedynaczką, rodzice są rozwiedzeni, mama od lat nie

rozmawiała z ojcem. Tylko ja się nią opiekuję. Nigdy w życiu nie czułam się taka samotna.
- Była na granicy załamania.

Zdumiewało mnie, że w ogóle może mówić tak składnie.
- Jaki był twój pierwszy odruch? Zanim w ogóle zaczęłaś zastanawiać się nad tą decyzją,

co chciałaś zrobić?

-  Chciałam  jej  powiedzieć.  Bo  widzisz...  wszyscy  zawsze  gadają  o  tym,  że  powinno  się

wszystko  sobie  wyjaśnić,  zanim  będzie  za  późno.  Ale  ona  jest  taka  chora,  Ariel.
Powiedzenie  jej  czegoś  takiego  nie  będzie  żadnym  wyjaśnianiem,  to  przysporzy  jej
męczarni. Łatwiej jest milczeć. Staram się, żeby ten czas był dla niej jak najmniej bolesny,

background image

jak najszczęśliwszy. Moje problemy i uczucia są nieważne.

- Ależ są ważne, inaczej byś do mnie nie zadzwoniła.
- Może i tak.
-  To  bardzo  chwalebne,  że  chcesz  odsunąć  swoje  uczucia  na  bok  dla  dobra  matki  –

podsumowała Ariel. - Nie jesteś jednak przekonana, czy to właściwa droga, prawda?

-  Nie.  Zawsze  rozmawiałam  z  mamą  o  wszystkim.  I  nie  będę  jej  już  miała.  Nie  chcę

stawiać temu czoła. - Wreszcie głos jej się załamał. Byłam przy niej całym sercem. Niemal
sama się rozpłakałam.

Ariel mówiła łagodnie, ale stanowczo.
-  Trish,  jeśli  oczekujesz  ode  mnie  tego,  że  powiem  ci,  co  zrobić,  albo  że  dam  ci

pozwolenie na wybranie którejś drogi, nie zrobię tego. To jest straszna sytuacja. Mogę ci
powiedzieć  tylko  tyle:  posłuchaj  swojego  serca.  Znasz  swoją  mamę  lepiej  niż  ktokolwiek
inny. Powinnaś pomyśleć o tym, czego ona by chciała.

Nie  zamierzałam  robić  tego  tym  razem.  Byłam  zbyt  zmęczona,  żeby  zdobyć  się  na

podstępy. Ale zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu telefonu.

Ben to zauważył.
- Co ty robisz, do diabła?
- Ćśś - syknęłam na niego.
Przedarłam  się  przez  kilka  nieudanych  połączeń  i  w  końcu  się  dodzwoniłam.

Wyjaśniłam,  dlaczego  dzwonię  -  chciałam  skomentować  sytuację  Trish.  I  niemal
bezwiednie podałam mu własne imię: Kitty.

Facet  nic  nie  powiedział.  Dlaczego  miałby  zareagować?  Nie  byłam  jedyną  osobą  na

świecie, która nosiła to imię. Nie miał żadnego powodu podejrzewać, że radiowa rywalka
Ariel zadzwoni do jej audycji.

Tym  razem  nie  byłam  wściekła.  Nie  byłam  sfrustrowana,  nie  chciałam  się  wyżyć.

Naprawdę miałam coś do powiedzenia.

Ben  patrzył  na  mnie  takim  wzrokiem,  jakby  oglądał  katastrofę  kolejową  w  telewizji.

Ściszyłam  radio,  ale  on  przysunął  je  do  siebie  i  słuchał  z  odbiornikiem  przy  uchu.
Zaczęłam chodzić po pokoju, ignorując go.

Rozmowa z Trish dobiegła końca. Ariel odezwała się do mnie.
- Witaj. Dlaczego przyłączyłaś się do mnie tego wieczoru?
- Cześć. Chciałam tylko przekazać Trish, że powinna powiedzieć o wszystkim matce.
- Dlaczego tak uważasz?
Żałowałam, że to nie ja tu rządzę. Żałowałam, że Trish nie zadzwoniła do mojej audycji,

żebym  mogła  jej  to  powiedzieć  bezpośrednio.  Wiedziałabym  wtedy,  że  słyszy.  Po  raz
pierwszy od wielu tygodni naprawdę żałowałam, że nie prowadzę programu.

- Bo ja powiedziałam mojej matce, że jestem wilkołakiem, i to była dobra decyzja. Nie

miałam zamiaru tego robić. Jakoś mi się wymknęło. Ale kiedy już się przyznałam, chciała
wiedzieć, dlaczego nie powiedziałam jej wcześniej. I miała rację; powinnam była wierzyć w
nią, wiedzieć, że sobie z tym poradzi.

Była  zmartwiona,  oczywiście.  Ale  to  ciągle  moja  mama.  Nadal  chce  mnie  wspierać,  a

może  to  robić  tylko  wtedy,  kiedy  wie,  co  się  dzieje  w  moim  życiu.  Na  dłuższą  metę
oznaczało  to,  że  mogę  przestać  wymyślać  głupie  wymówki,  gdzie  się  podziałam  w  noc

background image

pełni księżyca.

- Jak dawno temu jej powiedziałaś?
Musiałam się chwilę zastanowić.
- Jakiś rok temu.
- I masz z nią dobre stosunki?
- Tak, chyba tak. Zwykle rozmawiamy przynajmniej raz w tygodniu. - Szczerze mówiąc,

powinnam  do  niej  zadzwonić.  Chyba  powinnam  jej  powiedzieć,  co  się  tak  naprawdę
dzieje w moim życiu. - Może to zabrzmi banalnie, ale jeśli Trish nie powie swojej mamie,
zawsze będzie tego żałować. Jeśli powie jej teraz, mają jeszcze szansę to przegadać. Jeśli
tego  nie  zrobi,  będzie  o  tym  mówić  nagrobkowi  swojej  matki  przez  resztę  życia,  mając
nadzieję na odpowiedź, która nie nadejdzie.

Po  mojej  wypowiedzi  nastąpiła  wyjątkowo  długa  pauza.  Radiowców  szkoli  się,  by

unikali ciszy i wypełniali ją za wszelką cenę. A mimo to Ariel pozwoliła, by upłynęło może
pięć sekund bez słowa.

Nagle odezwała się bez tej swojego zmysłowej, cukierkowej pozy:
- Zaraz. Powiedziałaś, że masz na imię Kitty. Zgadza się?
Do diabła. Przyłapała mnie. Teraz najlepiej byłoby się rozłączyć.
- Eee, tak - powiedziałam tylko.
- I jesteś wilkołakiem.
- Tak. Zgadza się.
- To nie jest przypadek, prawda? Nie mogą istnieć dwa wilkołaki o imieniu Kitty. To by

było... niewiarygodne.

- Tak. Byłoby.
- Jesteś Kitty Norville. Dlaczego dzwonisz do mojej audycji?
- Och, no wiesz. Siedzę w domu w sobotni wieczór, trochę się nudzę...
- Ale słuchasz mojego programu. To naprawdę super. Hę?
- Tak?
- Żartujesz? Zainspirowałaś mnie.
- Naprawdę?
-  Oczywiście!  Tak  twardo  stąpasz  po  ziemi,  tak  łatwo  się  z  tobą  rozmawia.  Zmieniłaś

sposób, w jaki ludzie rozmawiają o nadnaturalnych sprawach. Natchnęłaś mnie do tego,
żebym  spróbowała  coś  na  tym  zbudować.  Jak  myślisz,  dlaczego  zaczęłam  tworzyć  ten
program?

- Eee... żeby mi zabrać część rynku?
-  Och,  nie!  -  wykrzyknęła  przerażona.  -  Chciałam  rozwinąć  to,  co  ty  zrobiłaś.  Dodać

kolejny  głos,  sprawić,  żeby  krytykom  było  trudniej  nas  zakrzyczeć.  A  teraz  dzwonisz  do
mnie. Po prostu nie wiem, co powiedzieć.

Ja  też  nie  wiedziałam.  I  pomyśleć,  że  chciałam  ją  pozwać,  a  ona  mówiła  jak  moja

największa fanka.

Mogłabym się rozpłakać.
- Cóż, dzięki.
- Dlaczego więc siedzisz znudzona w domu i nie prowadzisz Nocnej Godziny?
-  Powiedzmy,  że  miałam  kilka  trudnych  miesięcy.  Znów  się  zawahała,  tym  razem  tylko

background image

chwileczkę.

W końcu spytała niemal nieśmiało:
- Chcesz o tym porozmawiać?
Porozmawiać?  Na  antenie?  Ale  musiałam  przyznać,  że  była  niezła.  Znała  się  na  tych

rzeczach; umiała sprawić, by dzwoniący czuł się, jakby był z nią sam na sam i gawędził nad
filiżanką herbaty. Może i mogłabym chwilę pogadać.

Spojrzałam  na  Bena,  który  wciąż  słuchał  ściszonego  radia.  Wyglądał,  jakby  z  trudem

powstrzymywał szeroki uśmiech.

-  Dwa  tygodnie  temu  mój  przyjaciel  został  zaatakowany  i  zarażony  likantropią.

Zajmowałam się nim i było ciężko. Drugi przyjaciel właśnie został aresztowany za coś, co
zrobił,  żeby  ratować  mi  życie.  Jest  oskarżony  o  ciężkie  przestępstwo.  Sprawa  jest
skomplikowana.  A  poza  tym  to  jest  jak  ostatnia  kropla  przepełniająca  kielich.  Choćby
człowiek  szczerze  chciał  postąpić  właściwie,  dostaje  po  łbie.  Najłatwiej  jest  po  prostu
odpaść. Poddać się.

- Ależ, wcale nie. Życie czasem bywa trudne, ale nie ucieka się tak po prostu.
- Tylko że we mnie jest to coś, ta wilcza strona, i ona chce jedynie uciekać. Naprawdę

muszę z tym walczyć.

-  Ale  zawsze  wygrywałaś  tę  walkę.  Słucham  twojego  programu.  To  właśnie  jedna  z

najlepszych  rzeczy  w  twojej  audycji:  zawsze  mówisz  ludziom,  że  mają  być  silni,  i  oni  cię
słuchają. Ty ich rozumiesz.

- Przeważnie walę przed siebie zupełnie po omacku.
- Ale zaszłaś bardzo daleko, prawda?
Czyżby  zmysłowa  Ariel  właśnie  palnęła  mi  mówkę  motywacyjną?  I  czy  to  działało?

Byłam trochę zaskoczona, że ta osoba, której wcale nie znam, tak dzielnie mi kibicuje.

Może zapomniałam, że ktokolwiek trzyma za mnie kciuki.
Uśmiechnęłam się wbrew sobie.
- Zatem mówisz, że mam dalej walić naprzód.
- Czy nie to zawsze powtarzasz ludziom?
-  Tak  -  mruknęłam  niechętnie.  Nie  ma  to,  jak  podstawić  komuś  lustro  albo  zagiąć  go

jego  słowami.  -  Chyba  masz  rację.  Muszę  walić  naprzód.  Nigdy  nie  sądziłam,  że  to
powiem, Ariel, ale dzięki. Dzięki, że ze mną porozmawiałaś.

- Ale ja właściwie nic nie powiedziałam.
-  Może  po  prostu  potrzebowałam  kogoś,  kto  mnie  wysłucha.  -  Kogoś,  kto  nie  był  ode

mnie zależny, kto beze mnie by się załamał. - Pozwolę ci już wrócić do twojej audycji.

- Kitty, naprawdę się o ciebie martwię - powiedziała Ariel.
- To może zadzwonię do ciebie za parę tygodni i dam ci znać, jak się mają sprawy? Albo

ty zadzwoń do mnie.

-  Jesteśmy  umówione.  Trzymaj  się,  Kitty.  Rozłączyłam  się  i  usiadłam  na  brzegu  łóżka.

Czułam na sobie wzrok Bena, ale sama nie chciałam na niego patrzeć. Nie miałam ochoty
stawiać czoła jemu i złośliwym uwagom, które zapewne miał w zanadrzu. Ale pokój był za
mały, żebyśmy mogli unikać się zbyt długo. Spojrzałam mu w oczy.

-  Naprawdę  powinnaś  wrócić  do  swojego  programu  -skwitował.  -  Im  szybciej,  tym

lepiej. Jesteś w tym zbyt dobra, żeby tego nie robić.

background image

Zachciało mi się płakać. Nie mogłam powiedzieć - ani Ariel, ani jemu, ani nikomu - że za

bardzo się boję wrócić. Obawiałam się, że nie dam rady tego ciągnąć. Wolałam odejść, niż
ponieść porażkę.

Powoli  podeszłam  do  niego,  kręcąc  biodrami  i  prowokacyjnie  patrząc.  Potrzebowałam

zająć głowę czymś innym. Usiadłam mu okrakiem na kolanach, przygważdżając do krzesła,
i pocałowałam go.

Całowałam  długo  i  powoli,  aż  objął  mnie  mocno,  a  jego  ramiona  dały  mi  poczucie

bezpieczeństwa.

- Chodź do łóżka, Ben - szepnęłam, a on skinął głową i znów mnie pocałował.
Rano udaliśmy się z wizytą do Wilsonów.
Rodzina  mieszkała  na  zachód  od  Shiprock,  na  płaskiej  równinie  porośniętej  pustynną,

karłowatą  roślinnością.  W  policyjnym  raporcie  były  wskazówki.  Skręciliśmy  z  szosy  na
zakurzony  trakt  udający  drogę.  Kilka  kilometrów  dalej  znaleźliśmy  dom.  Rozwalające  się
ogrodzenia  ze  słupków  i  bali  otaczały  zagrodę,  w  której  nic  nie  trzymano.  Budynek
mieszkalny  był  parterowy,  zbudowany  z  tarcic,  ciasny  i  przysadzisty.  Wydawał  się  zbyt
mały, by służyć za garaż, a co dopiero za dom dla rodziny. Obok niego stały dwa wiekowe,
rdzewiejące pick-upy.

Zaparkowaliśmy  na  drodze  i  ruszyliśmy  ścieżką,  byle  jak  wytyczoną  kamieniami,  do

frontowych drzwi.

- Gdyby nie chodziło o Cormaca, nie robiłbym tego. Oddałbym tę sprawę - powiedział

Ben.  –  Muszę  tam  wejść  i  poprosić  tych  ludzi,  żeby  pomogli  mi  bronić  człowieka,  który
zabił ich córkę. Kiedyś takie rzeczy mnie nie ruszały, ale teraz mam tylko ochotę warczeć i
rozerwać coś na strzępy.

Nie  mogłam  zdobyć  się  na  zdawkową  i  uspokajającą  odpowiedź,  bo  czułam  to  samo.

Włosy zjeżyły mi się na głowie.

- To miejsce jest jakieś dziwne.
Dotarliśmy do byle jakich, zbitych z desek drzwi. Ben przez chwilę się na nie gapił, więc

wreszcie  ja  zapukałam.  Wziął  głęboki  oddech,  zamknął  oczy  i  rozwarł  je  wtedy,  kiedy
otworzyły się drzwi.

Spojrzała na nas młoda, może osiemnastoletnia kobieta.
-  A  wy  kto?  -  Z  tego  pytania  i  z  jej  postawy  -  drzwi  uchyliła  zalewie  na  kilkanaście

centymetrów – biła podejrzliwość. Może nawet paranoja.

-  Nazywam  się  Ben  O'Farrell.  Próbuję  uzyskać  informacje  na  temat  Miriam  Wilson.

Jesteś jej siostrą?

Oczywiście  że  tak.  Widziałam  Miriam  tylko  umierającą  i  martwą,  ale  obie  miały  takie

same okrągłe twarze, duże oczy i proste, czarne włosy.

Dziewczyna zerknęła ukradkiem przez ramię do wnętrza domu i powiedziała:
- Nie ma jej. Od dawna. Nie mam nic do powiedzenia na ten temat.
Ben  i  ja  spojrzeliśmy  po  sobie.  Czy  wiedziała,  że  jej  siostra  nie  żyje?  Przecież  ktoś

musiał jej powiedzieć, kiedy tutejsza policja dostała informację.

- Jak ci na imię? - spytałam. Pokręciła głową.
- Nie chcę wam podawać mojego imienia.
Imiona mają moc, trele-morele. No dobra. Nie będziemy się pieścić.

background image

-  Miriam  nie  żyje  -  poinformowałam  ją.  -  Została  zabita  niedaleko  Walsenburga  w

Kolorado.  Staramy  się  dowiedzieć  o  niej  jak  najwięcej,  żebyśmy  mogli  wyjaśnić,  co  się
stało.

Na jej twarzy zagościło na moment jakieś uczucie. Nie takie, jakiego się spodziewałam -

żal  czy  smutek,  czy  też  rezygnacja  człowieka,  który  dowiaduje  się  prawdy  po  miesiącach
niepewności.  Nie,  dziewczyna  zamknęła  oczy  i  odprężenie  zmiękczyło  jej  rysy.  Zupełnie
jakby poczuła ulgę.

-  Lepiej  zrobicie,  jak  dacie  sobie  z  tym  spokój  -  odparła.  -  Lepiej  o  tym  zapomnijcie.

Niech to się na tym skończy. - To samo powiedział Tony i Tsosie.

-  Nie  możemy  tego  zrobić  -  wyjaśniłam.  -  To  się  jeszcze  nie  skończyło.  Nie  chcesz

wiedzieć, co się stało?

- Nie. - Zaczęła zamykać drzwi.
- Czy jest w domu ktoś, kto zechciałby z nami porozmawiać? Czy są twoi rodzice?
- Nie bardzo mówią po angielsku - odparła. Wygodna wymówka.
- A mogłabyś tłumaczyć? - poprosił Ben.
-  Nie  będą  mówić.  Moja  siostra...  moja  starsza  siostra  zmarła,  zanim  zniknęła  Miriam,

brat  zginął  dwa  tygodnie  temu.  Ciężko  to  przeżyliśmy  i  staramy  się  żyć  dalej.  Muszę  już
iść.

Ben wyciągnął rękę, żeby przytrzymać drzwi.
-  A  ile  z  tych  nieszczęść  sami  ściągnęli  na  siebie?  Wynajęli  mojego  klienta,  żeby  zabił

twojego brata. Zrobił to, a Miriam poszła za nim. Teraz on siedzi w więzieniu i wiesz tak
samo dobrze jak ja, że na to nie zasłużył. (U Mv się wszystko zaczęło?

Była  zdezorientowana,  osaczona,  patrzyła  na  IUIN  w  panice;  nie  mogła  zamknąć  nam

drzwi przed nosem i nie mogła mówić.

- Proszę cię - nie ustępowałam. – Porozmawiaj z nami.
Wydawało  się,  że  słowa  walczą  w  niej  z  koniecznością  milczenia,  jakby  jednocześnie

chciała i nie chciała mówić. Wreszcie słowa wygrały.

-  Joan  została  zamordowana.  Nieważne,  co  kto  mówi,  została  zabita.  Ale  im  więcej

mówimy o tych sprawach, tym większe ryzyko, że ściągniemy na siebie kolejne klątwy.

Człowiek czasem dochodzi do punktu, kiedy jedna klątwa więcej nie robi różnicy.
-  Louise,  z  kim  rozmawiasz?  -  dobiegł  ze  środka  męski  głos.  Pewnie  ojca,  który  nie

bardzo mówił po angielsku. Akurat.

- Z nikim! - odkrzyknęła przez ramię.
Drzwi  otworzyły  się  na  oścież,  ukazując  niskiego  mężczyznę  ze  skórą  spaloną  słońcem

pustyni; mierzył do nas ze strzelby.

Ciekawe, czy wiedział, że kule powinny być srebrne.
- Moja córka ma rację. - Zaprezentował bardzo przyzwoitą angielszczyznę. - Mamy dość.

Wynoście się, i to już, zanim przyniesiecie ze sobą jeszcze więcej zła.

Wydawało mi się, że to nie my roznosimy zło. My je tylko ciągle znajdowaliśmy. Miałam

jednak dość rozsądku, żeby nic nie powiedzieć. Zabawne, jak naładowana strzelba potrafi
zamknąć człowiekowi gębę.

-  No  cóż.  Dzięki,  że  poświęciliście  nam  czas  -  powiedziałam.  Wzięłam  Bena  pod  rękę  i

odciągnęłam go od drzwi. Powoli cofaliśmy się ścieżką, aż drzwi domu się zatrzasnęły.

background image

Mięśnie  Bena  były  sprężone,  twarde,  niemal  jak  z  drewna  -  jakby  chciał  się  na  coś

rzucić.

- Nie daj się, Ben - szepnęłam.
- Co za banda kłamców.
-  Jesteś  zaskoczony?  W  tej  rodzinie  przyszli  na  świat  John  i  Miriam  Wilsonowie.  Dwa

potwory.

-  Okej,  ale  ty  jesteś  żywym  dowodem,  a  wręcz  oparłaś  całą  swoją  karierę  na

przekonaniu, że bycie potworem nie czyni kogoś... nie czyni kogoś...

-  Potworem  -  dokończyłam,  uśmiechając  się  krzywo.  -  Popieprzona  rodzina  to

popieprzona rodzina, czy w grę wchodzą wilkołaki, czy też nie.

- Można by pomyśleć, że sam na to wpadnę.
- Wiesz co, mam dość tego, że ludzie celują we mnie ze strzelby.
- To była śrutówka, a nie strzelba.
Z jakiegoś powodu zupełnie nie robiło mi to różnicy.
Wróciliśmy  do  samochodu  i  wyjechaliśmy  na  drogę.  Nie  rozmawialiśmy.  Zamknęły  się

kolejne  drzwi,  dosłownie  i  w  przenośni.  Rozwiała  się  kolejna  szansa  na  wsparcie  obrony
Cormaca.

- Kitty, czekaj, patrz. - Ben wskazał postać biegnącą w naszą stronę od chaty Wilsonów.

Drobna  na  tle  krajobrazu,  wyglądała  jakby  uciekała  przed  czymś  straszliwym.  Była  to
Louise; jej czarne włosy powiewały na pustynnym wietrze.

Wcisnęłam hamulec i czekałam, aż nas dogoni. Nie widziałam, by coś za nią biegło, ale

nie byłam pewna.

Zaczęłam rozpinać pas, żeby wysiąść, ale Ben powiedział:
- Czekaj. Może trzeba będzie szybko odjechać. Pewnie miał rację. Zostawiłam zapalony

silnik, a Ben wysiadł i czekał na nią przy aucie. Dogoniła nas prędzej, niż się spodziewałam
- była szybka, a my nie odjechaliśmy daleko. Dom wciąż był widoczny. Spodziewałam się,
że lada moment pojawi się jej ojciec ze swoją śrutówką.

Zahamowała z poślizgiem i oparła się o bagażnik samochodu. Ciemne, dzikie oczy miała

szeroko otwarte. Wyglądała na zbyt zdyszaną, by wydobyć słowo, ale rzuciła pospiesznie:

- Wpuśćcie mnie. Porozmawiam z wami, ale musimy jechać.
Ben odchylił fotel, żeby mogła usiąść z tyłu, i sam zajął swoje miejsce.
- Jedź, szybko - zarządziła Louise. Ruszyłam, zanim Ben zdążył zamknąć drzwi.
Spojrzałam  na  nią  we  wstecznym  lusterku.  Siedziała  na  samym  brzegu  kanapy,  jej

dłonie  ciągnęły  materiał  dżinsów.  Miała  rozbiegane  oczy.  Rozglądała  się  dookoła,  przez
boczne szyby, przez ramię do tyłu, pochylała się, by zobaczyć, co jest z przodu. Jakby się
bała, że coś może nas gonić. Wyglądała jak ktoś, kto wiecznie się tego obawia.

-  Zawsze  wskakujesz  do  samochodów  obcych  ludzi  i  każesz  im  jechać?  -  spytałam.  -

Skąd wiesz, że nie jesteśmy psychopatycznymi mordercami?

Jej wzrok na moment spoczął na mnie.
- Potrafię rozpoznać psychopatycznego mordercę, kiedy takiego widzę.
- Takiego jak Miriam?
- Tak.
- Miriam była zwierzołakiem.

background image

- Yee naaldlooshii

5

 Tak.

- Co jeszcze możesz nam powiedzieć?
- Nie tutaj. Porozmawiamy w bezpiecznym miejscu.
- Jesteśmy w samochodzie jadącym sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę - rzuciłam

zirytowana. - Co może nas dopaść?

W jej spojrzeniu dostrzegłam politowanie dla mojej ignorancji.
- Nigdy nie wiadomo, co może podsłuchiwać. Czekać. I Chciałam się roześmiać, ale nie

mogłam.

- Skoro nie jesteśmy bezpieczni podczas jazdy, to dokąd chcesz jechać?
- Niedaleko jest jedno miejsce. Powiem ci, jak masz jechać. Na szosie skręć w prawo.
Jej  wskazówki  wyprowadziły  nas  z  Shiprock,  potem  zjechaliśmy  z  autostrady.

Obawiałam  się  o  zawieszenie  samochodu.  Wiele  kilometrów  od  szosy  gruntowa  droga
prowadziła  w  dół  stoku  na  dno  wąwozu  -  takie  jary  i  suche  łożyska  rzek  przecinają  całą
pustynie.  Nigdy  nie  znalazłabym  tej  rozpadliny  wśród  wzgórz,  gdyby  mnie  tu  nie
poprowadzono. Była doskonale ukryta.

Przed  nami,  blisko  końca  wąwozu,  stała  chata  z  bali  uszczelnionych  gliną.  Była

ośmiokątna, niemal okrągła, z lekko skośnym dachem - wyglądała na bardzo starą.

Wszyscy wysiedliśmy z samochodu i Louise pobiegła przed nami.

- Ten hogan

6

  należał  do  mojej  rodziny  wiele  lat  temu,  w  dawnych  czasach.  Wszyscy  o

nim zapomnieli. Ale ja go odnalazłam. Ochroni nas.

- Ochroni nas przed czym? - Wydawało mi się to oczywistym pytaniem.
Spojrzała na mnie przez ramię. Odpowiedział mi Ben.
- Jeśli musisz pytać, to widocznie nie uważałaś.
- Staram się tylko podtrzymać rozmowę.
Wziął  mnie  za  rękę  i  uścisnął;  szybko  puścił  ją  i  szedł  dalej.  Krótki  dotyk  dodający

otuchy.  Weszliśmy  w  scenę  z  innego  świata,  obrazek  z  przewodnika  turystycznego  czy
może  ilustrację  z  podręcznika  antropologii:  pustynia,  zimny  wiatr,  okrągła  chata,  która
mogła tu stać od dziesięcioleci.

Spojrzałam  w  górę,  spodziewając  się  sępów.  Zobaczyłam  tylko  czyste,  błękitne  niebo.

Louise  odsunęła  na  bok  wyblakły  koc  służący  za  drzwi  i  zaprosiła  nas  do  środka  tym
swoim skupionym spojrzeniem.

Hogan  był  ciemny,  bez  okien,  jedynie  z  dziurą  w  dachu;  przez  nią  wpadał  skośny  słup

słońca. Mój likantropiczny wzrok szybko się przystosował. Izba była niemal całkiem pusta.
W  jej  tylnej  części,  lekko  po  prawej,  na  klepisku  leżał  rozpostarty  koc.  Pod  ścianą  obok
niego stało kilka pieńków, była też sterta drewna na opał. Wnętrze z całą pewnością nie
służyło  do  mieszkania.  To  był  azyl.  Czułam,  że  ściany  otulają  mnie,  i  miałam
przeświadczenie, że choć w drzwiach wisi tylko koc, nic nie może tu wejść. Żadne klątwy,
żadna nienawiść. Ogarnął mnie cudowny spokój.

Nawet  Louise  wydawała  się  teraz  spokojna,  pewna  bezpieczeństwa,  jakie  zapewniał

hogan.  Uklękła  na  środku  izby  i  potarła  zapałkę,  żeby  podpalić  przygotowane  ognisko.
Podpałka  zajęła  się,  błysnęła  pomarańczowo  i  płomienie  zaczęły  łaskotać  polana.
Powietrze  pachniało  sadzą  i  popiołem,  wieloma  dawnymi  ogniskami,  które  wypaliły  się

background image

doszczętnie. Dym zaczął ulatywać przez dziurę w stropie.

Pokazała nam, gdzie usiąść - na ziemi, na prawo od koca.

Sama spoczęła na kocu. Przed nią, na ziemi, widniał obraz z piasku

7

.

Ukazywał skomplikowaną, mocno stylizowaną scenę. Kolory były barwami ziemi - brąz,

żółcień,  biel,  czerwień  i  czerń  -  a  jednak  były  niezwykle  żywe.  W  świetle  ognia  postacie
zdawały się poruszać.

W  każdym  z  czterech  rogów  widniał  ptak  z  rozpostartymi  skrzydłami.  Szponiaste  łapy

kierował do środka, w stronę koła, które stanowiło centrum obrazu. W środku koła stała
postać, kobieta: czarne włosy spływały z jej prostokątnej głowy, w obu dłoniach trzymała
strzały.  Zygzakowate  białe  linie  –  może  błyskawice  -  wznosiły  się  od  jej  stóp.  Oczy  i  usta
były maleńkimi kreseczkami, jak myślniki, przez co twarz zdawała się pozbawiona wyrazu,
uśpiona. Obraz był okolony z trzech stron tęczowymi pasami, które kończyły się kępkami
czegoś, co wyglądało na pióra. Czwarta, otwarta strona zwrócona była do drzwi.

Całość  była  symboliczna,  ale  symbole  były  dla  mnie  niezrozumiałe,  nie  licząc  jednego:

ciemnowłosa kobieta w centrum, bardzo potężna, uzbrojona do bitwy.

Louise  wzięła  plastikowe  naczynie  -  stare  pudełko  po  margarynie.  Wyjęła  z  niego

szczyptę  białego,  miałkiego  piasku  czy  innej  drobno  zmielonej  substancji  i  zaczęła  go
sypać  na  obraz.  Nie  miałam  pojęcia,  jakim  cudem  uzyskuje  tak  proste  linie.  Dodała
błyskawice wyskakujące z koła, pomiędzy szybującymi orłami.

- Powiedzcie mi, jak zginęła Miriam.
Ben  spojrzał  na  mnie.  To  ja  byłam  gadułą.  Ale  nie  miałam  wielkiej  ochoty  opowiadać

tej historii.

- Zaatakowała mnie. Nasz przyjaciel ją zastrzelił.
- Przyjaciel. Ten sam człowiek, który zabił Johna.
- Twojego brata. Wilkołaka.
-  John  i  Miriam  byli  bliźniętami  -  wyjaśniła.  -  Było  im  przeznaczone  zginąć  z  ręki  tego

samego człowieka. Wszystko stało się tak szybko. Nie spodziewałam się, że to pójdzie tak
szybko.

- Co się stało, Louise? Jak to się zaczęło?
-  John  pojechał  do  pracy  w  Phoenix  -  powiedziała,  wciąż  tworząc  nowe  elementy

obrazu. – Kiedy wrócił, był inny. Pewnie wtedy się to stało. Wtedy zmienił się w potwora.
Nie  chciał  rozmawiać  z  nikim  oprócz  Miriam.  Znikali  razem,  czasem  na  wiele  dni.  Potem
umarła  Joan.  Potem  John.  A  potem  Miriam.  -  Jej  głos  nie  zadrżał  ani  razu,  wyraz  twarzy
się  nie  zmienił.  Już  od  wielu  tygodni  przeżywała  to  w  głowie  wciąż  od  nowa.  -  Ja
wiedziałam - ciągnęła. - Ja wiedziałam, że to Miriam zabiła Joan. Ta magia, to zło żyło w
tej ziemi od początku świata. Moja rodzina była jego częścią, z obu stron. Nauczyłam się,
czego mogłam, ale nie miałam nikogo, kto nauczyłby mnie dobrej drogi. Drogi harmonii.
Dawne  tradycje  umarły.  Ojciec  wierzył,  że  skoro  John  przywiózł  nowe  zło  z  zewnątrz,  to
człowiek  z  zewnątrz  powinien  je  powstrzymać.  Znał  kogoś,  kto  wiedział  o  łowcy  wilków,
waszym  przyjacielu.  Łowca  przyjechał  i  wykonał  swoją  robotę.  Ale  to  nie  powstrzymało
zła. To je tylko wzmocniło.

Migotliwe  światło  płomieni  sprawiało,  że  figury  na  obrazie  falowały  i  poruszały  się.

Zamrugałam i wzdrygnęłam się, poderwana zwierzęcym odruchem ucieczki. Oczy zaszły mi

background image

łzami. Przesunęłam się tak, by moje ramię dotykało ręki Bena. Również był roztrzęsiony i
podenerwowany.  Jak  ja.  Louise  dostrzegła  mój  ruch  i  zrozumiała,  dlaczego  Ben  i  ja
wpatrujemy się w obraz na ziemi.

- To jest dla Joan. Ona nie umarła; została zamordowana. Nie ma kto jej pomóc znaleźć

drogi  do  innego  świata.  Nikt  o  to  nie  dba.  Nie  wiem,  jak  tego  dokonać,  ale  muszę
spróbować jej pomóc chociaż tym, co umiem.

To odruch serca, powiedziałaby Alice. Musi się w pewnym sensie liczyć.
-  Ciągle  tu  jest.  Nie  przeszła  na  drugą  stronę.  Może  ona  z  wami  porozmawia.  Może

powie wam, co się stało.

- Skąd będziemy wiedzieli? - spytałam. - Po czym poznamy, że do nas mówi?
- Czy to ma sens, jeśli nie może zeznawać ani podpisać zeznania? - mruknął Ben.
Trąciłam go łokciem w bok.
-  Joan?  -  Louise  usiadła  u  szczytu  obrazu,  z  rękami  na  kolanach,  wpatrując  się

niewidzącym  wzrokiem  w  rysunek  czy  w  światło,  czy  we  własne  wizje.  Miała  głos  małej
dziewczynki wołającej w ciemności. - Jestem tutaj.

Nagle  wypowiedziała  zdanie  w  języku  Nawaho.  Każda  sylaba  brzmiała  wyraźnie  i

melodyjnie.

Ogień  zgasł  niespodziewanie,  zostały  tylko  żarzące  się  węgle.  Ben  zesztywniał;

odszukałam po omacku jego dłoń i chwyciłam ją. Odpowiedział uściskiem.

Spodziewałam  się,  że  nagły  strach  poderwie  wilczycę.  Każde  poczucie  zagrożenia

zawsze  ją  podrywało,  budziło  jej  instynkt,  wywoływało  w  niej  chęć  walki.  Spodziewałam
się,  że  teraz  się  odezwie,  ale  tak  się  nie  stało.  To  miejsce,  to  niezwykłe  wrażenie
zawieszenia  w  czasie  jakimś  cudem  ją  uspokajało.  Spała,  chociaż  mój  mózg  pracował  jak
szalony. Miałam dziwaczne poczucie oderwania od własnego ciała, jakbym tak naprawdę
nie była w tym miejscu. Jakbym nie czuła już ziemi pod sobą.

-  Opowiada  mi  historię,  którą  mam  wam  przekazać  -odezwała  się  Louise  po  dłuższej

chwili. – Mogę wam powiedzieć tak, jak ona mówi to mnie.

Louise  otoczyło  halo  błękitnego  światła,  jakby  wokół  niej  tańczyły  ładunki  statyczne.

Nie, była podświetlona od tyłu. Światło dobiegało zza dziewczyny. Miałam wielką ochotę
obejść ją i zajrzeć, co jest za jej plecami, ale siedziałam na tyłku.

-  Byłam  na  dworze  i  naprawiałam  ogrodzenie,  które  przewrócił  wiatr.  Miriam  przyszła

do mnie.

Zawołała  moje  imię.  Obejrzałam  się,  a  ona  stała  tuż  za  mną.  Trzymała  w  dłoni  pył  i

dmuchnęła  mi  nim  w  twarz.  Wiedziałam,  co  to  jest,  każdy  by  wiedział:  trupi  proszek.
Przeklęła  mnie.  Zabiła  mnie,  ale  nikt  nie  miał  się  o  tym  dowiedzieć.  Rozchorowałam  się.
Doktorzy  mieli  na  to  nazwę,  określali  to  jako  chorobę,  próbowali  mnie  uleczyć...  ale  nie
mogli  tego  zrobić,  bo  to  były  czary.  Miriam  stanęła  przy  moim  łóżku  w  nocy,  mojej
ostatniej  nocy,  i  powiedziała  mi,  co  zrobi:  wytnie  moje  serce,  zabierze  krew  i  poleje  nią
wilczą skórę. Weźmie moją duszę i użyje jej mocy dla siebie. Widziałam to. Widziałam, jak
wycina mi serce, jak trzyma je w garści, ociekające krwią, i pomyślałam: to jest moje serce,
dlaczego  je  widzę?  Powinno  być  schowane.  Moje  serce  powinno  być  schowane,
bezpieczne, ale ona mi je zabrała.

Zachłysnęłam  się,  zakrztusiłam,  nagle  czując  własne  serce.  To  nie  byłam  ja,  tylko  ona.

background image

Powiedziałam sobie, że to przecież jedynie opowieść.

Louise pokręciła głową i kiedy znów się odezwała, mówiła już własnym głosem.
- Joan umarła na zapalenie płuc, tak powiedzieli doktorzy. Ale to Miriam ją zabiła, ona

zabrała jej serce.

Znalazłam  duszę  Joan  płaczącą  na  pustyni,  szukającą  serca.  Ale  pomogę  jej  je  znaleźć.

Pomogę ci, Joan. Wyciągnęła rękę, jakby miała chwycić czyjąś dłoń, ale przed nią nie było
nikogo.  Aura  jasności  wokół  niej  zanikła,  został  tylko  punkt  światła,  który  trzymała  w
dłoni. Zamknęła go w pięści, zanim zobaczyłam więcej. Równie dobrze mogło mi się tylko
wydawać, że cokolwiek widziałam.

Sekunda  oszołomienia  i  kolejny  uskok  czasu  zmienił  wygląd  całej  izby:  ogień  znowu

płonął,  jakby  nigdy  nie  zgasł.  Louise  trzymała  dłoń  nad  obrazem,  jakby  właśnie  upuściła
na miejsce ostatnie kolorowe ziarenko.

Nic się nie wydarzyło. Byłam pewna, że nic się nie wydarzyło. Tyle że Ben wciąż trzymał

moją dłoń w kurczowym uścisku. Jego dłoń była zimna, a twarz blada. Przełknął ślinę.

Louise spojrzała na nas błyszczącymi oczami.
-  Podpiszę  wam  zeznanie.  Ona  chce,  żebym  to  zrobiła,  żebym  wam  powiedziała,  co

wiem. Żebym opowiedziała jej historię.

Przeciągnęła  ręką  po  obrazie,  zamazując  rysunek,  mieszając  kolory,  kręcąc  je  w  kółko,

aż  na  ziemi  leżał  tylko  galaktyczny  wir  ciemnego  piasku  i  nic  więcej.  Pojedyncze  ziarna
kwarcu migotały w świetle jak gwiazdy.

Usiadła prosto, zamknęła oczy i westchnęła.
- Chodźmy.
Zasypaliśmy  ogień  piaskiem.  Louise  schowała  swoje  rzeczy  -  zapałki,  pojemniczki  z

kolorowym piaskiem - do kuferka pod tylną ścianą. Coś też z niego wyjęła, ale ukryła to w
zaciśniętej dłoni, więc nie mogłam zobaczyć, co to jest.

Odsunęła  koc  w  drzwiach  i  wyprowadziła  nas  z  hoganu.  Zatrzymała  się,  by  jeszcze  raz

obrzucić  wzrokiem  wnętrze,  jakby  czegoś  szukała.  Albo  na  coś  czekała.  W  końcu
wyśliznęła się na zewnątrz i opuściła koc.

Kiedy  znów  wyszliśmy  na  słońce,  mieliśmy  wrażenie,  jakbyśmy  wkroczyli  do  innej

rzeczywistości;  świat  był  zalany  zbyt  jasnym  blaskiem  słońca,  ćwierkały  ptaki,  a  rześki
wiatr pachniał kurzem i szałwią.

Przecież w takim miejscu nikt nie mógł nikogo zabić.
- Spiszę zeznanie - powiedział Ben.
Louise  skinęła  głową.  Uśmiechnął  się  do  niej  blado  na  podziękowanie  i  poszedł  do

samochodu. Ręce miał głęboko wciśnięte w kieszenie, ramiona przygarbione dla ochrony
przed zimnym wiatrem, którego nie było. Ja też się trzęsłam. Objęłam się rękami, broniąc
przed zimnem, które pochodziło raczej z wnętrza niż z otoczenia.

Czekałyśmy z Louise w połowie drogi między hoganem i samochodem. Miała splątane

włosy,  przez  co  wyglądała  na  zmęczoną  i  starszą  niż  wtedy,  gdy  wyruszyliśmy  spod  jej
domu.  Rozglądała  się  dookoła,  przyglądała  się  niebu,  ziemi,  dalekim  drzewom,  mrużyła
oczy w słońcu. Przez chwilę przypominała mi wilka chwytającego zapachy.

-  Wiedziałaś,  co  się  tam  wydarzy?  -  spytałam  w  końcu.  -  Rozmawiała  już  z  tobą

wcześniej?

background image

Pokręciła głową.
- Nie wiedziałam, czy to się uda przy obcych. Większość ludzi, gdybym powiedziała, że

Joan  do  mnie  mówi,  wyśmiałaby  mnie.  Albo  litowałaby  się  nade  mną.  Nie  wierzyliby,  że
to prawda. Ale wy wierzycie.

Myślę, że dlatego przyszła.
- Mnie też zdarzało się rozmawiać ze zmarłymi.
- Niektórzy ludzie nie są gotowi odejść, kiedy umierają.
Z trudem przełknęłam kluchę w gardle.
- Tak.
-  Boję  się...  boję  się,  że  Miriam  może  wrócić.  Przez  cały  czas  była  pełna  gniewu.

Obawiam się, że to ją mogło zatrzymać na tym świecie.

Ta  przeklęta  chata  w  górach  miała  być  nawiedzona  już  zawsze.  Nie  chciałam  tam

wracać,  żeby  się  przekonać,  czy  duch  Miriam  plącze  się  wokół  niej.  Niech  ktoś  inny  się  z
tym szarpie.

- Kiedy umierała, był tam pewien człowiek, curandero - wyjaśniłam.  -  Obawiał  się  tego

samego.  Zrobił  coś...  nie  wiem  dokładnie  co.  Myślę,  że  to  miało  ją  powstrzymać  przed
powrotem.

-  Może  więc  będzie  dobrze.  -  Posłała  mi  uśmiech,  jednocześnie  dzielny  i  pozbawiony

nadziei.

Ben  zawołał  nas  do  samochodu.  Używając  maski  jako  stołu,  spisał  dyktowaną  przez

Louise  szczerą  opowieść  o  wszystkich  wydarzeniach.  Podpisała  ją  we  wskazanym  przez
niego  miejscu.  Wydawało  się  niedorzeczne  pokładać  nadzieję  w  czymś  tak  mizernym.
Chwytaliśmy  się  brzytwy.  Kiedy  Louise  złożyła  podpis,  Ben  schował  aktówkę  do
samochodu.

- Podwieźć cię do domu? - spytałam.
- Nie, dzięki. Nie spieszy mi się z powrotem. Spacer dobrze mi zrobi.
Miała ze dwadzieścia kilometrów do przejścia, ale nie nalegałam. Rozumiałam potrzebę

„spacerowania" aż do totalnego zmęczenia.

Wyjęła coś z kieszeni, trzymając to w zaciśniętej pięści. Patrzyła w ziemię.
-  Mam  coś  dla  was.  Te  wasze  pytania  o  Miriam,  to,  czym  była  i  czego  szukacie...  to

wszystko  jest  niebezpieczne.  Powinniście  wyjechać,  wrócić  do  siebie  i  zapomnieć  o  tym
wszystkim. Ale wiem, że tak nie zrobicie, więc będziecie tego potrzebować.

Otworzyła dłoń i pokazała nam dwa groty strzał, uwiązane na rzemykach.
Wzięłam je od niej. Były ciepłe od ściskania w dłoni. Musiała wyczuć moje wahanie, bo

pociągnęła  za  rzemyk  wiszący  na  jej  szyi.  Pod  kołnierzykiem  koszuli  krył  się  taki  sam
amulet.

- Jak myślicie, dlaczego ja z całego rodzeństwa jestem jeszcze żywa?
Miała trochę racji.
- Dziękuję - powiedziałam.
Uśmiechnęła się. Wydawała się spokojniejsza. Mniej wystraszona. Czasami w rytuałach

nie  chodziło  o  magię,  tylko  o  to,  by  ludziom  było  łatwiej  radzić  sobie  z  wydarzeniami.
Radzić  sobie  z  życiem.  Ruszyła  przed  siebie,  oddalając  się  od  drogi  i  kierując  się  na
porośniętą krzakami pustynię między tym miejscem a miastem. Nie obejrzała się.

background image

Dałam  jeden  amulet  Benowi.  Kiedy  siedzieliśmy  już  w  samochodzie,  otworzyłam

schowek i wyjęłam dwa przedmioty: skórzaną sakiewkę, którą dał mi Tony, i kryształowy
talizman od Alice. Ułożyłam je rzędem na desce rozdzielczej nad kierownicą, dodałam do
kolekcji grot od Louise i przyglądałam się temu w zamyśleniu. Ben patrzył na mnie.

- Czy to czyni cię superbronioną, najbezpieczniejszą osobą na świecie?
Zmarszczyłam brwi.
-  Obawiam  się,  że  one  mogą  się  nawzajem  znosić.  Jak  czerwone,  zielone  i  niebieskie

światła tworzą białe.

- Który wybierasz?
-  Miejscowy  kolor.  Założę  się,  że  Louise  wie,  o  czym  mówi.  -  Wzięłam  grot  strzały,

założyłam rzemyk na szyję, a pozostałe dwa amulety wsadziłam do schowka. Ben założył
swój grot. No to byliśmy chronieni.

Odjechaliśmy. Ben siedział ze swoją aktówką na kolanach, a głowę oparł na dłoni. Miał

sfrustrowaną minę.

- Czy jej zeznanie pomoże? - spytałam. Wzruszył ramionami.
-  Może  sąd  w  nie  uwierzy,  a  może  nie.  Gdyby  chcieć  na  to  spojrzeć  rzeczowo,  jest

oficjalny  akt  zgonu,  stwierdzający,  że  Joan  Wilson  zmarła  na  zapalenie  płuc.  Louise  jest
jedyną osobą, która twierdzi, że zabiła ją Miriam. Pogłoski i historie o duchach. Nie wiem,
w  tej  chwili  biorę  wszystko,  co  mi  wpadnie  w  ręce.  -Przez  kilka  minut  telepaliśmy  się  w
milczeniu,  aż  wreszcie  dodał:  -  Widywałem  już  dysfunkcjonalne  rodziny,  ale  ta  z
pewnością jest jedną z lepszych.

Parsknęłam śmiechem.
- Doprawdy. Dokąd teraz?
-  Do  dziadka.  Lawrence'a  Wilsona.  Zobaczymy,  co  on  ma  do  powiedzenia  o  Miriam.

Tylko jemu chciało się jej szukać.

- Sądząc po reszcie Wilsonów, trochę się boję przekonać, jaki on jest.
- Co ty powiesz?
Słońce  przechyliło  się  daleko  na  zachodnią  stronę,  z  pustyni  dmuchał  zimny  wiatr.

Zbliżaliśmy  się  do  skrzyżowania  z  szosą.  Musieliśmy  wybrać,  w  którym  kierunku  skręcić.
Coś mi przyszło do głowy.

- Nie chciałbyś poczekać z tymi odwiedzinami do jutra?
- Jeśli małomiasteczkowe plotki działają tutaj tak samo, jak wszędzie indziej, to pewnie

już usłyszał, że ktoś chce z nim rozmawiać. Będzie mógł zaszyć się w jakiejś dziurze.

- Tak, prawda. Ale słońce już prawie zachodzi. Nazwij mnie tchórzem, ale nie chcę być

na dworze po zmroku. Nie tutaj.

Myślał  przez  chwilę,  zaciskając  usta  i  patrząc  na  pustynny  krajobraz  uciekający  za

oknem.

- Zatem wracamy do hotelu.
Skręciłam na wschód, z powrotem do Farmington.
 

background image

Rozdział 15

 

- Nie, mamo, teraz jestem w Nowym Meksyku.
Po powrocie do hotelu znalazłam na poczcie głosowej wiadomość od mamy. Jak zwykle

nie był to najlepszy moment.

- Co robisz w Nowym Meksyku?
Próbuję wytropić martwą morderczynię, nie mając żadnych dowodów ani świadków?
- Szukam pewnych informacji. Będziemy tu tylko przez dwa dni.
- My?
Cholera. Z tego się nie wyłgam.
- Tak. Jestem z przyjacielem.
-  Och.  Z  kimś,  kogo  znam?  -  Mówiła  wesołym  tonem.  Próbowała  mnie  pociągnąć  za

język.

Pomyślałam  o  wszystkich  niewinnych  kłamstwach  i  półprawdach,  które  mogłabym  jej

wcisnąć. Potem przypomniałam sobie wczorajszą rozmowę z Ariel. Bądź szczera. Powiedz
prawdę.

- Tylko ze słyszenia. To Ben O’Farrell. Pomagam mu w dochodzeniu. - Wiedziałam, że to

ją zaniepokoi.

Wiedziałam, że to ją sprowokuje do dalszych pytań. Zero informacji jest lepsze niż zbyt

mało informacji. Nie powinnam była w ogóle nic jej mówić.

- No cóż, uważaj na siebie, okej? - Odpuściła. Tak po prostu. Jakby naprawdę ufała, że

umiem o siebie zadbać.

- Będę uważać.
Dalej  rozmowa  wyglądała  mniej  więcej  jak  zwykle.  Nie  licząc  faktu,  że  obok  mnie

siedział Ben i uśmiechał się znacząco.

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zamierzasz  mnie  zaprosić  do  domu,  żebym  poznał  twoją

rodzinę.

Uśmiechnęłam się do niego słodko.
- A chcesz poznać moją rodzinę?
Nie  odpowiedział.  Pokręcił  tylko  głową  z  taką  miną,  jakby  lada  moment  miał

wybuchnąć śmiechem.

- To brzmi tak cholernie normalnie.
Tak, brzmiało normalnie. A my nie byliśmy normalni. To gmatwało sprawę.
Miesiąc  miodowy  się  skończył.  Tej  nocy  Ben  i  ja  leżeliśmy  w  łóżku,  trzymając  się  w

objęciach,  ale  byliśmy  jak  dwoje  ludzi  śpiących  razem  ze  strachu  przed  ciemnością.  Ben
szarpał  się  od  czasu  do  czasu,  jakby  walczył  z  kimś  przez  sen.  Szeptałam  do  niego,
głaskałam go po włosach, próbując uspokoić. Zbliżał się nów i napięcie zaczynało rosnąć,
a wilk zaczynał rzucać się na pręty klatki. Zapomniałam już, jak trudno było mu się oprzeć,
kiedy  to  wszystko  było  świeże.  Miałam  ponad  cztery  lata  praktyki  w  trzymaniu  wilczycy
pod  kontrolą.  Dla  niego  to  było  nowe.  Szukał  u  mnie  pomocy,  co  było  całkowicie
zrozumiałe. Ale ja przez większość czasu czułam się jak cienki bolek.

Na przykład to miejsce. Ta magia. Rodzina, która uznała, że w porządku jest wynajęcie

background image

płatnego zabójcy, by zastrzelił ich syna, i udawanie, że ich córka nie istniała. Rodzina tak
przesiąknięta  magią,  że  wszyscy  jej  członkowie  śmiertelnie  bali  się  siebie  nawzajem.  Nie
rozumiałam tego.

Jadąc następnego dnia do Shiprock, myśleliśmy na głos.
-  Jaka  jest  kolejność  wypadków?  -  zaczęłam.  -  John  wraca  z  Phoenix  i  jest  inny.  Jest

wilkołakiem.  Wiemy,  jak  to  czasem  może  namieszać  komuś  w  głowie.  Potem  umiera
najstarsza  córka,  Joan.  Następnie  znika  Miriam.  Wynajmują  Cormaca,  żeby  upolował
Johna.

- Wygląda na to, że powrót Johna z Phoenix jako wilkołaka był zapalnikiem. Wszystko

inne stało się potem - wtrącił Ben.

-  Jak  to  określił  Tony?  Czarownik  musi  złożyć  ofiarę,  żeby  stać  się  zwierzołakiem.

Miriam przeklęła Joan, zabiła ją i stała się zwierzołakiem.

- Ale dlaczego? Po co chciała to zrobić? I dlaczego akurat w tej chwili?
-  Chciała,  żeby  John  miał  watahę  -  odparłam  cicho.  Nie  chciała,  żeby  jej  brat  był  sam.

Była w tym jakaś pokręcona logika. Wiedziałam, jak trudno jest być samemu.

- Dlaczego po prostu nie pozwoliła mu się ugryźć? -spytał Ben.
Zastanawiałam  się  nad  tym  przez  chwilę.  Niektórzy  ludzie  chcieli  być  likantropami.

Szukali  wilkołaków,  dawali  się  pogryźć.  Dlaczego  Miriam  nie  chciała  tego  załatwić  w  ten
sposób?

-  Chodziło  o  kontrolę  -  zgadywałam.  -  Chciała  móc  to  kontrolować.  Prawdopodobnie

widziała, jaki to ma wpływ na Johna. Pragnęła mocy bez słabości.

Ben zmarszczył twarz w zamyśleniu.
-  I  tu  zaczęły  się  ich  rządy  terroru.  Boże,  to  się  niemal  trzyma  kupy.  Ale  wciąż  nie

potrafimy  udowodnić,  że  była  niebezpieczna.  Potrzebujemy  dowodu,  że  zabiła  siostrę.
Nikt  jakoś  nie  chce  uznać,  że  to  zrobiła.  Może  się  boją,  że  Miriam  się  na  nich  zemści.
Przeklnie ich, zabije...

- Ale ona nie żyje. Teraz już nic nie może zrobić.
- Obawiam się, że w pojęciu niektórych ludzi śmierć niczego nie zmienia.
Duchy  zostawały  na  ziemi.  Złe  duchy  wciąż  siały  zło.  Jeśli  oni  wszyscy  -  Louise,  jej

rodzina, Tony, inni - w to wierzyli, nie mogłam tego podważać.

Najbliższa rodzina Miriam może i nie mieszkała w pięknej posiadłości, ale przynajmniej

miała dom, kawałek ziemi, pozory normalności.

Lawrence  mieszkał  w  ruderze,  nie  wyolbrzymiając.  Spróchniałe  deski  powiązano  ze

sobą,  tworząc  ściany,  a  na  nie  położono  -  jak  się  wydawało  -  bez  żadnego  umocowania
zardzewiałą  blachę  służącą  za  dach.  Wyglądało,  jakby  mieszkał  tak  od  lat,  bo  jego
rezydencja właściwie składała się z kilku szop dobudowywanych na przestrzeni lat, kiedy
naszła  go  chęć  powiększenia  lokum.  Spłacheć  pustyni  dookoła  domu  był  zawalony
najróżniejszymi gratami, w tym kilkoma samochodami czy raczej obiektami, które kiedyś
nimi  były.  To  odosobnione  miejsce  leżało  przy  gruntowej  drodze,  za  wzgórzem,  i  było
niewidoczne z miasta.

Pozostawało pytanie: czy mieszkał tak, bo musiał, czy też z wyboru?
- Czarno to widzę - powiedział Ben, gapiąc się na ruderę.
- Miejmy to z głowy. - Wysiadłam z samochodu, a Ben powoli poszedł w moje ślady.

background image

Bałam się zastukać do drzwi, bo odniosłam wrażenie, że mocniejszy oddech mógłby je

wyważyć.

Spróbowałam  jednak,  bardzo  delikatnie  pukając.  Ściany  się  zatrzęsły,  ale  nic  się  nie

połamało.

Nikt  nie  otworzył,  co  właściwie  nas  nie  zaskoczyło.  Miejsce  nie  wyglądało  na  jedno  z

tych, gdzie ludzie otwierają szeroko drzwi i witają cię uściskami. Spodziewałam się raczej
grzechotników i kojotów wyjących w oddali.

Zastukałam jeszcze raz i odczekałam kolejną minutę.
- No i?
- Nikogo nie ma? - Ben wzruszył ramionami. - Może wrócimy później.
Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na czekanie. Nie mieliśmy też zbyt wielkiego wyboru. Co

mieliśmy robić - jeździć po całym mieście, pytając przypadkowych ludzi, gdzie znajdziemy
Lawrence'a?

Odwróciliśmy  się  już,  żeby  odejść,  kiedy  odezwał  się  do  nas  mężczyzna,  oparty  o

najdalszy narożnik budynku.

-  Czego  chcecie?  -  Mówił  z  akcentem,  jakby  angielski  nie  był  jego  ojczystym  językiem.

Był  niższy  ode  mnie,  przysadzisty,  ale  bez  nadwagi.  Wydawał  się  stary,  zwietrzały  jak
kamień, szorstki i osmagany wiatrem. Jego włosy zwisały splecione w długi, siwy warkocz.

- Czego chcecie? - powtórzył, wypowiadając słowa szybko i z rezerwą.
- Czy pan Lawrence Wilson? Dziadek Miriam Wilson? - spytał Ben.
Nie odpowiedział, ale Ben zachował spokój, gotów czekać.
-  Tak  -  odparł  w  końcu  starzec.  Z  jakiegoś  powodu  to  słowo  zabrzmiało  niemal

wstrząsająco.

- Nie wiem, czy policja panu powiedziała... Miriam została zabita.
Skinął głową. Wyraz jego twarzy się nie zmienił.
- Wiem.
-  Staramy  się  dowiedzieć,  co  robiła  przed  śmiercią.  Czyżby  Lawrence  uśmiechnął  się

ledwie dostrzegalnie?

- A co według was robiła?
- Myślę, że zabiła swoją starszą siostrę.
Minął nas i otworzył drzwi. Nie były zamknięte na klucz, na zasuwkę, na nic. Po prostu

się otworzyły.

- Macie dowód? - spytał.
- Wciąż go szukamy.
- I w tym celu przyszliście tutaj?
-  Zgłosił  pan  jej  zaginięcie.  Wygląda  na  to,  że  reszta  rodziny  najchętniej  by  o  niej

zapomniała. Ale nie pan. Dlaczego?

Lawrence stał w drzwiach, ściskając ich krawędź. Myślałam, że może je zatrzaśnie, kiedy

już  zabije  nas  wzrokiem.  Ale  on  stał  nieruchomo,  obrzucając  nas  twardym  spojrzeniem
ciemnych oczu.

-  Gdybym  ją  znalazł  pierwszy,  mógłbym  jej  pomóc.  Mógłbym  ją  powstrzymać.  Dlatego

zgłosiłem, że zaginęła.

- Ale nigdzie się nie pojawiła. Nie znalazł jej pan.

background image

- Nie chciała być znaleziona.
Wszedł do środka, ale zostawił otwarte drzwi. Jak zaproszenie.
Spojrzeliśmy po sobie. Ben wzruszył ramionami. Weszłam za Lawrence'em do wnętrza

przypominającego jaskinię. Wyczułam, że Ben idzie za mną.

Nigdy  nie  widziałam  czegoś  takiego.  Podłogę  stanowiła  ziemia.  Dom  nie  był  solidny.

Deski  rozlazły  się  i  wypaczyły,  tak  że  słońce  zaglądało  przez  szczeliny,  a  w  promieniach
światła  widać  było  unoszące  się  drobinki  kurzu.  W  tym  dziwnym,  przytłumionym  blasku
ledwie  widziałam  wystrój  chaty:  wiązki  suszonych  roślin  powieszone  za  łodygi.  Może
szałwia,  liście  yukki  i  inne,  których  nie  rozpoznawałam.  Na  przeciwległej  ścianie  wisiały
futra.  Zwierzęce  skóry.  Głowy  bez  oczu  i  wyszczerzone,  puste  pyski:  jasna  sierść  kojota,
wielkie  niedźwiedzie  futro  przykrywające  większość  ściany,  smukła,  beżowa,  kocia  skóra
górskiego  lwa.  I  skóra  wielkiego  psowatego,  pokryta  gęstą,  czarną  sierścią.  Wilk.  Po
jednym zwierzęciu z każdego rodzaju. Jego kolekcja.

Nie wyczuwałam zapachu. A w każdym razie nie czułam tego, czego się spodziewałam.

Powinnam czuć futro, wysuszoną skórę, zioła, duchotę. Ale czułam tylko śmierć. Jej smród
maskował  wszystko.  I  nie  bił  ze  skór  czy  z  pomieszczenia.  Pochodził  od  Lawrence'a.
Miałam ochotę uciekać z krzykiem.

- Pan też nim jest - powiedziałam. - Zwierzołakiem. Pan ją tego nauczył.
Stał  w  odległym  końcu  izby,  która  wyglądała  na  pomieszczenie  użytkowe:  na  stole

leżała kuchenka turystyczna i utensylia kuchenne. Lawrence zapalił dwie świece, które ani
trochę nie rozjaśniły wnętrza.

-  Nie  -  odparł.  -  Sama  się  nauczyła.  Podglądała.  Byłem  nieostrożny.  Pozwoliłem  jej  się

nauczyć.

- Nie mógł jej pan powstrzymać? - spytał Ben.
- A wyście mogli? Nie tylko wy na nią polowaliście.
-  Skoro  pan  wiedział,  czym  była,  skoro  ją  pan  tego  nauczył,  to  miał  pan  moc,  żeby  ją

powstrzymać. I nie zrobił pan tego. - Głos Bena nabierał mocy wraz z jego gniewem.

-  Nie  jestem  wam  winien  żadnych  wyjaśnień.  -  Podszedł  do  stojącej  na  podłodze

drewnianej skrzyni, w której mogły być kiedyś przewożone owoce czy warzywa z importu,
i  wygrzebał  z  niej  puszkę.  Zaczął  ją  otwierać  staromodnym,  przypominającym  pazur
otwieraczem.

Ciemne, zagięte pazury na wilczej skórze na ścianie były nietknięte.
-  Owszem,  jest  pan  winien  -  odparł  Ben.  -  Człowiek  może  pójść  do  więzienia,  jeśli  nie

przedstawię sądowi dowodów na to, czym była i co zrobiła.

Lawrence spojrzał na nas zimno.
- Człowiek, który zabił mojego wnuka? Człowiek, który zabił Miriam?
Niesamowitość tego miejsca tłumiła mój gniew. Czułam się dziwnie spokojna.
- Zabił ją, żeby ratować mi życie.
Lawrence był zajęty zapalaniem kuchenki i przelewaniem zupy z puszki do garnka.
- Ma pani szczęście, że ma przyjaciela, który za panią zabija.
Ha.  Kiedyś  miałam  przyjaciela,  który  za  mnie  zginął,  a  teraz  takiego,  który  za  mnie

zabijał. Dlaczego nie czułam się szczęśliwa?

-  Do  niczego  nie  dochodzimy.  On  nam  nic  nie  powie  -  syknął  Ben,  odwracając  się

background image

plecami do Lawrence'a.

-  A  co  chcecie  wiedzieć?  -  spytał  Lawrence  i  Ben  drgnął;  zdawało  mu  się,  że  mówił

ledwie  słyszalnym  szeptem.  -  Że  była  zła?  Że  ja  jestem  zły?  Spodziewacie  się,  że  powiem
wszystko, co wiem, w ramach jakiegoś zadośćuczynienia? Co się stało, to się nie odstanie.
Nic nie zmieni. Nic tego nie naprawi. Zmarli nie wrócą.

- Nie byłabym taka pewna - mruknęłam.
- Nie mam dla was żadnego dowodu. Mogę wam powiedzieć, że Miriam zabiła Joan, ale

policja  tego  nie  odnotowała.  Lekarze  mówią,  że  to  była  naturalna  śmierć,  nie  czarna
magia.  Troje  moich  wnuków  nie  żyje,  ale  nie  znajdziecie  tu  nikogo,  kto  przyzna,  że
kiedykolwiek żyli. Tak to jest być czarownikiem w tych stronach.

-  Po  co  więc  się  tym  zajmować,  jeśli  się  przez  to  znika?  -  Jeśli  przez  to  człowiek  musi

mieszkać w odizolowanym, dziwnym miejscu.

-  Nigdy  się  tak  nie  zaczyna.  Ale  granica  między  znachorem  a  czarownikiem,  między

curandero  a  brujo,  jest  bardzo  cienka.  Magia  pochodzi  z  tego  samego  miejsca.
Niebezpieczeństwo  niosą  zaklęcia,  które  ciągną  cię  w  jedną  albo  drugą  stronę.  Miriam
zobaczyła, czym stał się jej brat, i zapragnęła tego samego.

Przywdziewanie  skóry  wilka,  smakowanie  krwi...  to  ciągnie  człowieka  w  stronę

ciemności. Ty to rozumiesz. Oboje rozumiecie. Żyjecie w ciemności z powodu tego, czym
jesteście.

Rzeczywiście,  rozumiałam  i  nienawidziłam  tego.  Wilczyca  podnosiła  uszy  na  każdą

wzmiankę o krwi. Ben stał obok mnie bez ruchu, patrząc. Jego oczy nie należały do niego -
nie  do  końca.  Pływało  w  nich  coś  wilczego.  Musiałam  go  stąd  wyciągnąć,  ale  chciałam
wiedzieć więcej.

- Dlaczego zabiła Joan?
- Bo miała siostrę na zbyciu? Nie wiem. Nikt cię nie ostrzegał, że zadawanie zbyt wielu

pytań nie jest mile widziane w tych stronach?

- Kogo pan zabił w zamian za swoje moce? Ukrył uśmiech, pochylając głowę.
- Duża rodzina to bardzo przydatna rzecz dla czarownika.
Żołądek podszedł mi do gardła; czułam, że zaraz zwymiotuję. Wzięłam Bena za ramię i

ścisnęłam zbyt mocno.

- Tutaj ciała znikają - mówił dalej Lawrence. - Idziesz na pustynię, ciało wysycha i ginie

pod piaskiem w jeden dzień. Po miesiącu zostają tylko kości. Mówiliście komukolwiek, że
się tu wybieracie?

-  Chodźmy.  -  Wykręciłam  rękę  Bena  i  wyprowadziłam  go  stamtąd.  Drzwi  szopy

Lawrence'a zamknęły się za nami po cichu.

Kiedy  znalazłam  się  znów  na  powietrzu,  poczułam  radosny,  pijany  zawrót  głowy  -

byłam wolna.

Niemal biegłam do samochodu.
Ben gotował się ze złości. Dosłownie buchał wściekłością. Miał przygarbione ramiona i

zaciśnięte pięści. Idąc, kopał piach na drodze.

-  On  wie,  ale  nigdy  nie  zaciągniemy  go  do  sądu.  Wie,  że  Cormac  wyświadczył  światu

przysługę, pakując jej kulkę w głowę. Do diabła, ten gość prawdopodobnie sam powinien
dostać kulkę.

background image

- Uspokój się. Coś wymyślimy. Mamy jeszcze inne tropy. - Chociaż się kończą. Starałam

się myśleć pozytywnie.

Zatrzymałam się kilka kroków od samochodu. Coś było nie tak. Dźwięk połaskotał mnie

w gardle.

Zaczęłam warczeć.
-  Kitty.  -  Ben  był  spięty.  Przysunął  się  do  mnie,  tak  że  nasze  ramiona  się  dotykały.

Staliśmy bok przy boku, chronieni. Ale przed czym?

Na dach mojego samochodu wskoczyła puma.
Wyprzedził nas łukiem w kilku susach i wskoczył na dach bez najmniejszego wysiłku, tak

szybko, że nie zauważyłam, jak się zbliżał. A może po prostu potrafił się przemknąć koło
nas  niezauważony.  Zwierzę  było  wielkie,  potężne,  miało  grube  łapy  i  klinowaty  pysk.
Siedziało, wysokie i wyprostowane, z ogonem owiniętym wokół łap, i wyglądało zupełnie
jak  domowy  kot  obserwujący  swoje  królestwo.  Jego  płowa  sierść  była  krótka  i  gładka,
ciemne paski okalały oczy. Czerwone oczy błyszczały jak granaty.

Jak  postać  ze  slapstickowej  komedii  obejrzałam  się  na  szopę  i  znów  popatrzyłam  na

górskiego lwa. Tak, drzwi chaty stały otworem.

- Kitty... - mruknął Ben, biorąc mnie za rękę.

- Mówisz do mnie czy do niego

8

?

- Bardzo śmieszne.
Zaczęliśmy się cofać. Puma zeskoczyła z samochodu i skradała się za nami z pochyloną

głową, strzelając ogonem jak biczem.

Czerwone oczy błysnęły.
Musiałam  wymyślić  jakiś  plan.  Powinnam  coś  zrobić.  Nie  mogłam  tak  po  prostu

pozwolić,  żeby  to  coś  zahipnotyzowało  mnie  swoim  strasznym  spojrzeniem.  Chciałam
tylko  krzyczeć.  Ale  rozpoznawałam  to  paraliżujące  przerażenie,  od  którego  drętwiały  mi
kończyny. Czułam je, kiedy zaatakowała mnie Miriam.

Musiałam się jakimś cudem wyrwać spod władzy czarownika.
- Ben, ucieknę na lewo - szepnęłam. - Spróbuję go odciągnąć, a ty pędź do samochodu i

zadzwoń po pomoc.

- Chciałem powiedzieć to samo, tyle że ja odciągam, a ty dzwonisz.
- Nie, ja mogę z nim walczyć, jeśli będę musiała. Dam mu radę.
- Tak jak dałaś radę Miriam? Szczegóły...
Oboje mówiliśmy szybko, bez tchu, na granicy paniki. Zastanawiałam się, jak Ben radzi

sobie  ze  swoim  wilkiem.  Wciąż  trzymałam  go  za  rękę,  która  była  sztywna  z  napięcia,  ale
nie zaczęły mu rosnąć pazury.

Puma  znów  zrobiła  kilka  kroków  i  otworzyła  paszczę,  ukazując  grube,  żółte  ostre  jak

gwoździe  zęby.  Wydała  odgłos,  który  był  na  wpół  warczeniem,  na  wpół  pomrukiem;
haratał  uszy  i  wibrował  pod  czaszką.  Ben  i  ja  wciąż  się  cofaliśmy,  aż  pośliznęłam  się  na
żwirze. Uścisk jego ręki utrzymał mnie na nogach.

Potwór przypadł do ziemi i napiął mięśnie, przygotowując się do ataku.
- On skacze, my się rozdzielamy - mruknęłam. Ben skinął głową.
Ale zamiast skoczyć, kot znieruchomiał; patrzył na nas, mrugając czerwonymi ślepiami.

Pochylił  głowę.  Nagle  jego  całe  ciało  osunęło  się,  jakby  uszło  z  niego  powietrze.  Pysk  się

background image

pomarszczył, oczy zgasły. Spod ciała lwa wyłoniła się ludzka ręka i ściągnęła płową skórę,
odsłaniając  nagiego  mężczyznę  kucającego  na  ziemi.  Przez  jego  ramię  zwisał  długi,  siwy
warkocz.

Lawrence Wilson spojrzał na nas i się uśmiechnął.
- Louise dopadła was pierwsza. Macie szczęście. Wielkie szczęście.
Dotknęłam piersi, wyczuwając pod koszulką twardy kształt grotu strzały. Podziałało. To

cholerstwo podziałało.

- Wynośmy się stąd - mruknęłam do Bena.
Powoli  i  ostrożnie  okrążyliśmy  starca.  Wstał,  obserwując  nas,  ale  nie  wykonał  już

żadnego ruchu w naszą stronę. Szybko wsiedliśmy do samochodu.

Opony  strzeliły  żwirem,  tak  mi  się  spieszyło,  żeby  stąd  odjechać.  Lawrence  patrzył  za

nami,  stojąc  na  poboczu  drogi.  Miałam  wrażenie,  że  przytrzymuje  mój  wzrok  we
wstecznym  lusterku,  dopóki  nie  zniknęliśmy  mu  z  oczu.  Skóra  górskiego  lwa  zwisała
bezwładnie z jego ręki.

Kiedy  byliśmy  już  za  wzgórzem,  poza  zasięgiem  jego  wzroku,  zerknęłam  ukradkiem  na

Bena. Siedział wyprostowany w fotelu, zapatrzony przed siebie, z twarzą bez wyrazu.

- Wszystko w porządku? Po chwili skinął głową.
- Tak, chyba tak.
Wyjechaliśmy z gruntowej drogi na asfalt.
- To dobrze.
Nim  dojechaliśmy  do  motelu,  zapadł  wieczór.  Niebo  zrobiło  się  granatowe,  a  po

parkingu  hulał  zimny  wiatr.  Zalatywał  czymś  wysuszonym  i  dzikim.  I  złym.  Jakby  coś  nas
szukało i chciało nam zrobić krzywdę.

To mogła być paranoja. Albo nie.
Mieliśmy  policyjne  raporty,  akty  zgonu,  sprawozdania  koronera.  Mieliśmy  zeznania  i

kilka  artykułów  z  gazet.  Opowieści  o  zbrodniach,  które  być  może  zostały  popełnione,  o
złej  reputacji  pewnej  rodziny  i  o  ludziach,  którzy  chcieli,  żeby  wreszcie  ucichły  plotki  i
minął  strach.  Nie  mieliśmy  twardych  dowodów,  że  Miriam  była  czymkolwiek  innym  niż
tylko chorą psychicznie młodą kobietą ani że Cormac musiał ją zabić, bo nie miał wyboru.

Wysiedliśmy  z  samochodu.  Ben  zatrzasnął  drzwiczki  i  zatrzymał  się.  Nagle  oparł  się  o

maskę i kopnął w oponę. A potem zrobił to jeszcze raz.

- Możesz przestać kopać mój samochód? - spytałam.
Wciąż  trzymając  ręce  na  masce,  pochylił  się  do  przodu,  ciężko  dysząc.  Gniew  brał  nad

nim górę, co oznaczało, że opanowywał go wilk.

- Wszystko w porządku?
Gdyby zaczął się przeobrażać, nie wiedziałam, co bym zrobiła. Nie miał doświadczenia

w trzymaniu wilka w ryzach, kiedy wszystko dookoła podjudzało go i nie dawało zasnąć.
Kiedy stworzenie w nim chciało tylko uciekać.

- Ben?
Odwrócił  głowę  i  spojrzał  na  mnie  przez  ramię.  Pocił  się  mimo  chłodu.  Aż  trząsł  się  z

napięcia. Bałam się, że jeśli go dotknę, wyskoczy ze skóry.

- To miejsce źle na mnie działa. Nie cierpię go. Normalnie nienawidzę.
Tak  jak  ja  nienawidziłam  pewnego  szlaku  turystycznego,  na  którym  utknęłam  w  noc

background image

pełni księżyca jakieś cztery i pół roku temu.

- Ben, nie daj się.
- Przestaniesz mi to wreszcie powtarzać? To nie pomaga.
Wszystko, co mogłabym w tej chwili powiedzieć, brzmiałoby protekcjonalnie.
- Wiem, że to trudne, ale będzie łatwiej. Mnie już jest łatwiej.
- Nie wierzę ci.
- Popatrz na mnie. Jeśli ja wytrzymałam tak długo, ty też możesz.
Wyprostował  się,  odepchnął  od  samochodu  i  zaczął  chodzić  w  tę  i  z  powrotem.

Chodzenie  było  wilczym,  nerwowym  zachowaniem  zwierzęcia  w  klatce.  Chciałam  go
chwycić i zatrzymać.

- Nie. Nie wydaje mi się - odparł. - Jesteś silniejsza ode mnie.
- Jak możesz tak mówić? - O mało się nie roześmiałam.
-  Bo  jesteś.  To  ty  pukasz  do  drzwi,  to  ty  nie  dajesz  mi  zrezygnować.  Ja  nawet  nie

potrafię  opanować  dłoni,  żeby  się  nie  trzęsły.  Nie  mogę  jasno  myśleć.  Gdyby  nie  ty,  już
bym się zastrzelił. Cormac nie musiałby tego robić.

Jeszcze  nie  pękł.  Byłam  z  niego  taka  dumna,  bo  przetrwał  pełnię  księżyca  i  się  nie

załamał. Ale ciągle mógł. Nawet za wiele lat.

-  Nie  widziałeś  mnie  tuż  po  tym,  jak  zostałam  zaatakowana  -  wyznałam.  -  Byłam  taka

sama jak ty teraz.

Patrząc na pustynię, nie na mnie, powiedział:
- Zasługujesz na coś lepszego niż tkwienie z takim gościem jak ja. - Mówił tak cicho, że

ledwie go słyszałam.

Te słowa przepełniał ból. Wykręcający wnętrzności, rozdzierający ból. Jakby pękało mu

serce.  Byliśmy  watahą,  więc  jego  cierpienie  stało  się  moim  cierpieniem.  Chyba
wiedziałam,  co  go  powoduje:  chciał,  żebyśmy  zostali  razem,  a  nie  sądził,  że  to  możliwe.
Nie wierzył, że z nim zostanę.

Musiałam  zażartować...  nie  chciałam,  żeby  zrobiło  się  zbyt  poważnie.  Nie  mogłam

stawić  czoła  temu,  co  się  działo.  Nie  potrafiłam  nawet  wyartykułować,  co  się  dzieje;  to
były tylko przeczucia. Przeczucia i serce.

Wiedziałam, że jeśli nie zażartuję, to się rozpłaczę. Głos mi się łamał.
- Jesteś pewien, że nie jest odwrotnie? Może to ty zasługujesz na coś lepszego niż taka

laska jak ja?

- Mogłabyś mieć każdego, kogo zechcesz - odparł.
Odwrócił się do mnie. Wreszcie na mnie spojrzał.
Nie uważałam się za dobrą partię. Nie czułam, że mam aż taką moc.
- Tak, dlatego przeważnie byłam sama od ostatniego roku studiów.
- Jesteś młoda. Masz mnóstwo czasu.
- Ty też raczej nie stoisz nad grobem.
- Czasami tak się czuję. Po trzydziestce człowiek zaczyna się oglądać za siebie i dociera

do  niego,  że  nic  ze  sobą  nie  zrobił.  Chciałam  mu  powiedzieć,  że  jest  wspaniałym
człowiekiem. Że nie powinien niczego żałować. Ale znałam go zaledwie od roku. Dopiero
zaczynałam rozumieć bagaż, który dźwigał.

Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek, on szedł już do motelu, zostawiając mnie samą.

background image

Ben  pracował  do  późna;  siedział  przy  maleńkim  stole  w  pokoju,  gapiąc  się  w  laptop,

robiąc  notatki,  przerzucając  kartki  i  na  nich  pisząc.  Jego  praca  dotarła  aż  w  nogi  łóżka.
Leżałam pod kołdrą i starałam się nie przeszkadzać.

Nawet  nie  udawałam,  że  śpię.  Pozwalałam  mu  pracować,  zamiast  próbować  go

wciągnąć  do  łóżka,  chociaż  tego  chciałam.  Chciałam  na  niego  wskoczyć  i  zmusić  go,  żeby
się wyluzował. Chciałam, żeby zapomniał o pracy, przynajmniej na chwilę. Chciałam, żeby
uwierzył, że jest wart zachodu.

Przejrzałam  kilka  kartek,  które  upadły  w  moim  zasięgu.  Jedną  z  nich  była  fotografia

ciała  Miriam  zrobiona  przez  koronera.  Zaczęłam  się  jej  przyglądać,  próbując  zrozumieć,
kim  była.  Co  działo  się  w  jej  głowie  i  sprawiało,  że  zabicie  siostry  i  stanie  się
zmiennokształtną  uznała  za  dobry  pomysł?  Jaka  była  w  dzieciństwie?  Próbowałam  sobie
wyobrazić czworo rodzeństwa w lepszych czasach: trzy siostry i brata kopiących piłkę albo
bawiących się w berka na zakurzonym podwórku domu, do którego pojechaliśmy.

Próbowałam sobie wyobrazić małą Louise, zanim stała się wystraszona i zdesperowana,

jak śmieje się z młodszą Miriam. Małe dziewczynki z czarnymi warkoczykami. To mogłam
sobie  wyobrazić,  ale  nie  potrafiłam  zrozumieć,  co  doprowadziło  je  do  tego,  czym  były
dzisiaj.

Co doprowadzało nas wszystkich do miejsca, w którym się znajdowaliśmy?
Ben  wyprostował  się  na  krześle  i  westchnął  ciężko.  Włosy  mu  sterczały  od

nieustannego  przeczesywania  palcami.  Miał  rozpiętą  koszulę,  podwinięte  rękawy  i  nie
wyglądało na to, żeby roboty ubywało.

Wstał  od  stołu  i  ruszył  przez  pokój.  W  pierwszej  chwili  myślałam,  że  idzie  do  łazienki.

Ale on podszedł do drzwi.

Usiadłam.
- Ben?
Otworzył drzwi i wyszedł z pokoju. Wyskoczyłam z łóżka, naciągnęłam spodnie od dresu

i wbiłam stopy w adidasy.

- Ben! - krzyknęłam za nim w korytarzu.
Nie odwrócił się, więc poszłam za nim. Wyszedł na dwór. Wypadłam za nim na parking

w  samą  porę,  by  zobaczyć,  jak  ściąga  koszulę  i  rzuca  ją  za  siebie.  Szedł  dalej,  gdy  minął
parking, przez zaśmieconą, pustą parcelę, kierując się na pustynię, która była za nią.

Zamierzał się przeobrazić. Jego wilk wygrał.
Byliśmy zbyt blisko miasta. Nie mogłam na to pozwolić.
- Ben! - Ruszyłam biegiem.
Był  tak  skupiony  na  ścieżce  przed  sobą,  na  tym,  co  działo  się  w  jego  wnętrzu,  że  nie

zauważył,  jak  za  nim  pędzę.  Nie  był  jeszcze  wyczulony  na  instynktowne  wrażenia,  na
dźwięki i zapachy, które zniekształcają powietrze wokół i mówią ci, że coś jest nie tak.

Rzuciłam się na niego.
Nie  wiedziałam,  czy  pokonam  go  w  walce  wręcz.  Był  silniejszy  ode  mnie,  ale  nie  miał

wprawy. Miałam nadzieję, że spanikuje i znieruchomieje. Więc skoczyłam, celując w górną
połowę jego pleców, i przewróciłam go zapaśniczym chwytem.

Pewnie nie był to najmądrzejszy sposób na poradzenie sobie z tą sytuacją.
Kiedy już byliśmy na ziemi, usiadłam na nim, przygważdżając go do podłoża; chciałam

background image

przemówić mu do rozsądku. Nie zdążyłam wydobyć z siebie słowa, bo zawarczał na mnie -
było to prawdziwe, wyrwane z głębi płuc wilcze warczenie przez wyszczerzone zęby. Jego
kości prześlizgiwały się pod skórą... przeobrażał się.

- Ben, proszę cię, nie rób tego. Posłuchaj mnie, posłuchaj...
Musiałam  przytrzymać  go  na  ziemi.  Teraz  to  była  już  wilcza  sprawa  i  tak  poradziłaby

sobie  z  nią  wilczyca.  Przycisnąć  go  do  ziemi,  utrzymać  się  na  górze,  pokazać  mu,  kto  tu
rządzi.

O wiele bardziej wolałam obgadać sprawy z Benem człowiekiem. Z prawdziwym Benem.

Ale  nie  mogłam  nie  uznawać,  że  to  też  jest  Ben,  a  wszystkie  stresy  ostatnich  dwóch
tygodni wylazły na powierzchnię, wreszcie znalazły wyraz i przejęły władzę. W głębi duszy
wcale mu się nie dziwiłam.

Krzycząc  z  bólu  i  frustracji,  szamotał  się  pode  mną,  jego  ciało  prężyło  się  i  wiło.  Nie

mogłam go utrzymać. Prawie mi się udało, ale nagle uwolnił jedną rękę i zamachnął się.
Uderzył i wilcze pazury rozharatały mi twarz. Jęknęłam, bardziej z szoku niż bólu.

Wyrwał  się.  Wraz  z  tym  ruchem  przemiana  dokonała  się  do  reszty,  jego  plecy  wygięły

się w łuk, sierść rozprzestrzeniła się na skórze, tylne nogi odrzuciły kopnięciem spodnie.

- Ben! - Mój krzyk zakończył się warknięciem.
To była dopiero jego druga przemiana. Stanął na drżących łapach. Otrząsnął się, jakby

futro  nie  całkiem  dobrze  na  nim  leżało.  Obejrzał  się  na  mnie  i  nagle  oklapł,  podwijając
ogon między nogi, kładąc uszy płasko na głowie. Pokaz podporządkowania. Trzymałam się
za policzek śliski od krwi. Rozcięcie było głębokie. Jego wilk przepraszał.

Stałam jak sparaliżowana. Wilczyca chciała się na niego rzucić. Walka z nim wezwała ją,

a ona chciała biec. Chciała połączyć się z watahą. A ja byłam wściekła. Złość gotowała się
we mnie, wręcz kipiałam. Ona była alfą i chciała to udowodnić.

Pobiegł.  Wilk  nie  był  taki  głupi,  żeby  tu  sterczeć  i  czekać,  co  zrobię.  Powinnam  po

prostu pozwolić mu uciec. Ale nie mogłam. Musiałam go chronić.

Starłam krew z twarzy, wytarłam ręce o spodnie i pognałam za nim.
 

background image

Rozdział 16

 

Potrafiłam  biegać  szybciej  i  dłużej  niż  ktoś,  kto  nie  był  likantropem.  Ale  nie  mogłam

liczyć  na  to,  że  nadążę  za  likantropem  w  wilczej  postaci.  Mogłam  go  tylko  tropić,  mając
nadzieję, że on wie, iż za nim idę, i może pomyśli o tym, by zwolnić. Na szczęście instynkt
dobrze go prowadził: dalej od miasta, na otwartą pustynię.

Nocne  niebo  było  czyste,  powietrze  rześkie,  ale  nie  było  księżyca.  Świat  byl  ciemny.

Wypuść mnie, daj mi wyjść, ja lepiej widzę po ciemku.

Nie. Czułam zwierzynę - zające, przepiórki. Ben też ją czuł i to sprawiło, że poruszał się

wolniej.

Zauważyłam  go  przed  sobą,  biegnącego  truchtem,  z  opuszczoną  głową,  otwartym

pyskiem i wywieszonym językiem.

Musiał być zmęczony. Przestraszony. Jego ruchy nie były pewne. Trucht wilka powinien

być  pełen  gracji,  rozkołysany,  zdolny  pokonać  całe  kilometry  bez  wysiłku.  Ale  on  wlókł
nogi  po  ziemi,  miał  zwieszony  ogon.  Nie  był  do  tego  przyzwyczajony  -  na  szczęście  dla
mnie.

- Ben!
Znieruchomiał, uniósł głowę, nadstawił uszu. Potem odwrócił się i znów pobiegł przed

siebie.

Oparłam się o kolana, odzyskałam oddech i popędziłam za nim.
Biegliśmy  tak  chyba  przez  pół  nocy.  Nie  zmierzał  w  żadne  konkretne  miejsce.  Gdybym

go  nie  goniła,  może  zatrzymałby  się  i  spróbował  zapolować  -  szczerze  wątpiłam,  czy
zdołałby coś złapać w swoim obecnym stanie. Ale on po prostu uciekał, a ja po prostu go
ścigałam. Twarz długo mi krwawiła; ocierałam krew i nie myślałam o tym. Zauważyłam, że
nie dotykałam policzka od dłuższego czasu, dopiero kiedy zaczął swędzieć - utworzyły się
na nim strupy i rany zaczęły się goić. Jedyne, co czułam, to płuca pracujące ponad siły.

Straciłam go z oczu, ale jego zapach - piżmo i strach -wytyczał mi wyraźny szlak. Dopóki

oddychałam, mogłam go odnaleźć.

Znów pojawił mi się przed oczami, kiedy zwolnił. Wtedy przestałam go śledzić. Zamiast

tego ruszyłam na skos od jego ścieżki. Jakbym przestała w ogóle zwracać uwagę. Jakbym
chciała zawrócić.

Zatoczyłam pętlę, obserwując go kątem oka.
Tak  jak  miałam  nadzieję,  zmiana  mojego  zachowania  zwróciła  jego  uwagę.  Teraz

musiałam mu już tylko powiedzieć, że jestem przyjacielem. Niemal żałowałam, że się nie
przeobraziłam,  bo  wtedy  miałabym  odpowiednie  gardło,  by  to  wyartykułować.  Ale
robiłam, co mogłam. Poruszałam się powoli, tak wyluzowanym krokiem, na jaki mnie było
stać, z opuszczonymi rękami, ze spuszczonym wzrokiem.

Jakbym wyszła na spacer.
Obserwował mnie z nadstawionymi uszami, zaciekawiony. Szłam dalej, nie zbliżając się

do niego i nie wykonując żadnych groźnych ruchów. Liczyłam na to, że czuje mój zapach...
znajomy i bezpieczny. Chodź do domu, Ben. Proszę cię.

Ruszył  truchtem  równolegle  do  mojej  ścieżki.  Przeszłam  jeszcze  kilka  kroków,  potem

background image

kucnęłam i spojrzałam na niego. Zaczął swobodnie zataczać wokół mnie kręgi, nie patrząc
w  moją  stronę;  udawał,  że  mnie  tu  nie  ma.  Ale  jego  koła  były  coraz  mniejsze,  co
oznaczało, że się zbliżał. A ja się nie ruszałam; nawet nie oglądałam się na niego, gdy był
za moimi plecami.

W  końcu  się  zatrzymał.  Był  po  mojej  prawej.  Patrzyliśmy  na  siebie.  To  nie  było

wyzwanie.  Zwiesił  głowę  i  ogon.  Żadne  z  nas  się  nie  jeżyło.  Świadomym  wysiłkiem
rozluźniałam ręce i barki. Pytaliśmy się nawzajem: No i? Co dalej?

Wydał  z  siebie  cichutki,  cieniutki  pisk.  Ot,  zagubiony,  zmęczony  oddech,  który

zaświszczał w gardle.

Podeszłam  bliżej  na  czworakach,  żałując,  że  nie  mam  ogona,  którym  mogłabym  mu

powiedzieć, że jest okej, że się nim zaopiekuję.

- Już dobrze, Ben. Wszystko będzie dobrze. - Powtarzałam mu to już od dwóch tygodni.

Nie  wiedziałam,  dlaczego  miałby  mi  teraz  uwierzyć.  Wyciągnął  się  do  przodu,  nisko  przy
ziemi, i polizał mnie w podbródek. Pozwoliłam mu na to, zamykając oczy i dotykając jego
barku.  Jego  sierść  była  gorąca,  żebra  wciąż  wzdymały  się  po  długim,  męczącym  biegu.
Przycisnęłam twarz do jego szyi i odetchnęłam głęboko.

Wtulił się we mnie, skomląc cicho z każdym oddechem. A ja powtarzałam tylko, że już

jest dobrze. Wilk położył się, zwinął obok mnie na ziemi... Będę I musiała go nauczyć, jak
znaleźć bezpieczne miejsce do spania. Ale pewnie uważał, że układając się przy mnie, jest
wystarczająco  bezpieczny.  Szybko  zasnął.  Śnił,  popiskiwał  przez  sen,  kilka  razy  wierzgnął
łapami.  Gonił  króliki.  Wciąż  biegł.  Podjęłam  się  zadania  opieki  nad  nim,  dbania  o  niego,
więc czuwałam pod miliardem gwiazd, które zataczały łuk ł na niebie czarnym jak aksamit.
Bardziej  czarnym  i  bardziej  rozgwieżdżonym,  niż  widziałam  kiedykolwiek  w  życiu,
ponieważ nie było tu świateł miasta, które zmyłyby gwiazdy z nieba. Wszystkie komunały
o przytłaczającym ogromie wszechświata, o pokorze, jaką czuje się wobec nieba i gwiazd,
w tej chwili wydawały się prawdziwe. My dwoje mogliśmy być sami na świecie.

Noc  była  lodowata,  ale  przy  mnie  leżał  ciepły  kłąb  futra,  więc  zimno  nie  bardzo  mi

dokuczało.

Schowałam  dłonie  w  jego  sierści  i  patrzyłam  na  gwiazdy.  Rozkoszowałam  się  chwilą

spokoju i miałam nadzieję, że potrwa dłużej niż ta noc.

Nuciłam dla zabicia czasu, coś powolnego i klasycznego. Ben powoli wracał do ludzkiej

postaci.  Ta  przemiana  była  niemal  łagodna  w  porównaniu  z  odwrotnym  procesem.  Tam
wilk  wyrywał  się  z  ludzkiej  skóry.  Ale  teraz  wilk  zdawał  się  odpływać,  zanikać,  kończyny
rosły,  włos  rzedniał,  aż  została  naga  skóra.  Zdążył  już  nadejść  świt,  niebo  zyskało
bladoniebieski kolor. Zaśpiewał ptak serią wysokich, płynnych nutek - pięknych i zupełnie
niepasujących do tej zimnej pustyni. Nawet w tym wymarłym miejscu coś żyło i miało się
dobrze.

Skóra Bena była szara jak kamień w świetle wczesnego poranka. Siedząc tuż przy nim,

trzymałam dłoń na jego ramieniu, osłaniałam go. Wyczułam chwilę, kiedy się zbudził: jego
bark drgnął. Zwinął się w kłębek i ułożył głowę wygodniej na moich kolanach, co kazało mi
się  uśmiechnąć.  Bawiłam  się  kosmykiem  jego  włosów,  odgarniałam  go  z  czoła.  Był  teraz
naprawdę uroczy.

Otworzył oczy.

background image

- O Boże. - Zacisnął z powrotem powieki.
- Dzień dobry, słoneczko - mruknęłam.
Potarł dłonią twarz, poruszył się na ziemi, czując niewygodę.
- Co się stało?
- A co pamiętasz?
Zastanawiał się przez chwilę, marszcząc brwi.
- Wstałem. Myślałem, że idę do łazienki... ale szedłem dalej, co?
Uśmiechnęłam się cierpko i odgarnęłam wilgotne włosy z jego twarzy. Zdziwiło mnie, że

pamiętał  tak  niewiele.  Ja  zwykle  potrafiłam  odtworzyć  wszystko  do  chwili  przemiany,
nawet jeśli nie pamiętałam, co było potem. Ale on zupełnie tego nie kontrolował.

- Tak. Na szczęście dotarłeś poza parking, zanim się przeobraziłeś.
Znów  jęknął  i  usiadł.  Dotknął  moich  spodni  i  koszulki,  które  były  pomazane  krwią.

Podobnie  jak  moje  włosy,  w  których  krew  zaschła  w  chrupiące  strąki.  Wolałam  nie
wiedzieć, jak wyglądam.

- Krwawisz - powiedział. - Jesteś ranna.
- Już nie. Wszystko się zagoiło.
- Ja to zrobiłem? - Skinęłam głową. - Boże, przepraszam.
- Później mi to wynagrodzisz. Zabierzesz mnie na dobry stek.
Zastanawiał się chwilę z zaciśniętymi ustami.
- Nigdy nie byliśmy na prawdziwej randce, co?
Nie pomyślałam o tym. Zeszliśmy się ze sobą przypadkiem. Ale już w to nie wierzyłam,

nie  w  tej  chwili,  bo  coś  wciąż  mnie  do  niego  ciągnęło.  Coś  kazało  mi  ciągle  na  niego
patrzeć. Nie mogłam się odwrócić.

Wzruszyłam ramionami.
- Tradycyjne podrywanie byłoby bez sensu.
-  Dlaczego  w  ogóle  za  mną  poszłaś?  -  Przekrzywił  głowę,  żeby  spojrzeć  na  horyzont.  –

Dlaczego zostałaś?

Dotknęłam jego twarzy. Nie mogłam go nie dotykać. Przytrzymałam go, zmusiłam, żeby

na  mnie  spojrzał  i  zobaczył  mój  uśmiech.  To  była  jedna  z  tych  sytuacji,  która  zwykłemu
człowiekowi  wydawałaby  się  zbyt  dziwna,  by  w  ogóle  o  niej  pomyśleć.  Siedzieliśmy  na
środku  pustyni,  ja  w  piżamie,  on  nagi.  Ale  dla  mnie  nie  było  to  zaskakujące.  Siedzenie
przy nim i trzymanie go w objęciach było jak najbardziej w porządku.

- Boisz się, że to tylko przez likantropię. Że nie byłoby mnie tu, gdybyśmy oboje nie byli

wilkołakami.

Ale  powinieneś  wiedzieć,  że  nie  poszłabym  za  każdym.  Nie  opiekowałabym  się  byle

jakim  nowym  wilkołakiem,  który  stanąłby  na  moim  progu.  Nie  siedziałabym  przez  całą
noc na pustyni z byle kim.

Oparł o mnie głowę.
- Nie mówisz tego tylko dlatego, żebym poczuł się lepiej?
-  No  nie  wiem.  A  lepiej  ci?  -  Burknął  niezdecydowanie.  -  Ben,  jesteś  nagi.  Nie  potrafię

okłamać gołego faceta.

Wziął moją dłoń, która leżała na jego udzie. Zaczął się jej przyglądać, głaszcząc kciukiem

jej wierzch.

background image

- Skoro nie możesz kłamać, to teraz powinienem cię zapytać o wszystko. Wszystko, co

chcę wiedzieć.

To jest moja szansa.
Tego  typu  rozmowy  świeże  pary  odbywają  rankiem  po  seksie.  Byłam  pewna,  że  nie

mam  przed  nim  sekretów...  na  litość  boską,  był  moim  adwokatem.  Ale  takie  rozmowy
były także sprawdzianem. Odparłam niespokojnie:

- Jasne.
- Czy ty i Cormac kiedykolwiek byliście razem? -Wzruszył lekko ramionami.
- Nie. Parę razy było blisko. On za każdym razem uciekał.
Ben skinął głową, jakby go to nie dziwiło. Jakby to było normalne u Cormaca.
- A gdybym ja się nie napatoczył, w końcu byście się zeszli?
To były pytania, które bałam się sobie zadać.
- Nie wiem. Ben, dlaczego musisz to wiedzieć?
- Obawiam się, że wszystko mu spieprzyłem. Znowu. Ale teraz to jest jedno wielkie „co

by było gdyby", prawda? Nie sposób powiedzieć, co by się mogło zdarzyć.

Nie. Absolutnie nie sposób. Takie „co by było gdyby" chodzą za nami przez całe życie.

Co  by  było,  gdybym  nie  była  na  tamtym  szlaku  podczas  pełni  księżyca.  Co  by  było,
gdybym  nie  poznała  Cormaca.  Co  by  było,  gdyby  nie  przywiózł  Bena  do  mnie,  tylko  go
zastrzelił. Co by było, gdybym zaprosiła go do siebie tamtej nocy...

Ale miałam przy sobie Bena, nie „co by było gdyby". I musiałam się tego trzymać.
- Niczego nie spieprzyłeś. Cormac nigdy nie miał dość odwagi, żeby mi cokolwiek na ten

temat powiedzieć.

- Ironia losu. To on zawsze był twardzielem.
Ben był twardy na własny sposób. Uśmiechnęłam się ciepło.
- A jak jest z tobą? Jesteś ze mną, bo chcesz, czy dlatego, że jesteś ofiarą okoliczności?
Pocałował  mnie  łagodnie;  przycisnął  ciepłe  wargi  do  moich  ust.  Ujął  moją  twarz  w

dłonie i przytrzymał przez chwilę. I poczułam się przy nim bezpieczna.

Wstałam, rozcierając zdrętwiałe nogi, i pociągnęłam go za rękę.
- Chodź. Czeka nas długi marsz, a ty nie masz ciuchów.
Zakrył oczy i jęknął.
-  Zawsze  tak  jest,  co?  Jak  nie  urok,  to  sraczka.  Wstał  powoli  i  poszliśmy  z  powrotem,

obejmując się.

W  pobliżu  motelu  odnaleźliśmy  jego  rzeczy,  i  całe  szczęście.  Potem  odkryliśmy,  że

oboje zostawiliśmy klucze w pokoju.

Jak nie urok, to sraczka.
 

background image

Rozdział 17

 

Całe  przedpołudnie  zajmowaliśmy  się  wymianą  opon  w  samochodzie  Bena.  Potem

chciał  coś  załatwić.  Poprosił  mnie,  żebym  pojechała  z  nim,  więc  się  zgodziłam.  On
prowadził,  a  ja  nawet  nie  pytałam,  dokąd  jedziemy  i  co  planuje,  aż  trafiliśmy  na  jeszcze
jedną gruntową drogę, która wyprowadziła nas całe kilometry w pustynię. Zatrzymaliśmy
się  na  dnie  arroyo,  suchego  strumienia  porośniętego  wysokimi  krzakami.  Było  tu  więcej
roślin, niż się spodziewałam. I mnóstwo kryjówek.

Na takim terenie ranczerzy często wypasali owce i lubiły tu grasować wilki.
Nigdy  tu  nie  byłam,  ale  rozpoznałam  miejsce.  Nie  musiał  mówić,  gdzie  jesteśmy.

Zatrzymał samochód, wyłączył silnik i zapatrzył się w krajobraz. Ściskał kierownicę jak koło
ratunkowe.

- Czy to się tutaj stało? - spytałam.
-  Tam,  za  tym  wzniesieniem.  Cormac  wjechał  jeepem  na  jakąś  polanę.  Nie  bardzo  ją

rozpoznaję w świetle dziennym.

Nie  miałam  pojęcia,  co  sobie  myślał  i  dlaczego  chciał  tu  przyjechać.  Może  zamierzał

zatoczyć pełne koło, by zamknąć tę historię. Albo coś w tym stylu. Psychologia dla mas.

- Wysiądziemy? - zaproponowałam.
- Nie - odparł, powoli kręcąc głową. - Chciałem to tylko zobaczyć. Sprawdzić, czy mogę

patrzeć na to miejsce.

- I nie zacząć świrować?
- Tak, coś w tym rodzaju. Byłem ciekaw, czy będzie tutaj coś więcej. Czy to poczuję.
- I czujesz? Zacisnął wargi.
- Chyba po prostu chcę jechać do domu. - Przekręcił kluczyk i wrzucił bieg.
-  Ja  nigdy  nie  wróciłam  do  miejsca,  w  którym  to  mnie  spotkało  -  powiedziałam  w

drodze powrotnej do miasta. -Po prostu nigdy nie widziałam w tym sensu.

- To dlatego, że poszłaś naprzód.
- Czy ja wiem? To chyba zależy od tego, co się nazwie pójściem naprzód. Czasami mam

wrażenie, że biegam w kółko.

- Chcesz tam wrócić? Pojadę z tobą, jeśli chcesz zobaczyć to miejsce.
Zastanowiłam się nad tym. Odtwarzałam tę scenę w głowie setki, tysiące razy od tamtej

nocy.

Zrozumiałam,  że  nie  chcę  zobaczyć  tego  miejsca,  i  to  nie  dlatego,  że  go  unikam,  czy

dlatego, że się boję.

Ben miał rację. Od tamtej nocy zaszłam bardzo daleko.
- Nie, nie trzeba.
Przed  wyruszeniem  z  powrotem  do  Kolorado  zjedliśmy  lunch  w  miejscowym  barze.

Mieliśmy  jechać  konwojem,  dwoma  samochodami.  Trochę  się  martwiłam,  że  Ben  może
skorzystać  z  okazji  i  przejechać  przez  barierkę  nad  urwiskiem  albo  wjechać  w  auto  z
naprzeciwka; może ciągle żałował, że Cormac go nie zastrzelił.

Ale  wyglądało  na  to,  że  czuje  się  w  porządku.  Był  zdo-łowany,  ale  nie  pokonany.  W

ciągu  ostatniego  tygodnia  w  jego  oczach  znów  pojawiło  się  trochę  życia.  Nawet  jeśli

background image

wyjeżdżaliśmy z Nowego Meksyku z opowiastkami, bez twardych dowodów. Z zeznaniami,
ale bez świadków. Nie mieliśmy nic, co uchroniłoby Cormaca przed rozprawą.

Ben siedział oklapnięty po swojej stronie boksu, opierając się o stół. Głowę wsparł na

dłoni.

- Wszyscy, których zastrzelił... wszystko, co zastrzelił... zasłużyło na taki los. Muszę w to

wierzyć. I muszę przekonać do tego sąd.

Gdybyśmy  mieli  przychylnego  sędziego,  trochę  mniej  zaciętego  prokuratora  i  chociaż

jednego  świadka  z  Shiprock,  który  chciałby  zeznawać,  to  pewnie  byłoby  po  sprawie.
Lawrence nazwał nas szczęściarzami i może nimi byliśmy, ale nie do końca.

Ostatecznie  wszystko  sprowadzało  się  do  jednego:  Cormac  zastrzelił  ranną  kobietę  na

oczach miejscowego szeryfa i nic, co mieliśmy do powiedzenia, nie mogło tego zmienić. A
na  moją  opinię  o  Cormacu  z  pewnością  wpłynął  fakt,  że  kiedy  się  poznaliśmy,  przyszedł
mnie zabić.

- Ben, Cormac nie jest czysty. Oboje to wiemy.
-  Przez  pół  życia  opiekowaliśmy  się  sobą  nawzajem.  Coś  takiego  pewnie  zaślepia

człowieka.  Wiem,  że  zabijał  ludzi.  Rzecz  w  tym,  że  jeśli  wrzuci  się  ciało  do  szybu  kopalni
wystarczająco  daleko  od  przodka,  to  nikt  go  nigdy  nie  znajdzie.  I  nikt  nie  szukał  ludzi,
których zabił.

Lawrence  powiedział  to  samo  o  ciałach  na  pustyni.  Każde  miejsce  ma  swoją  czarną

dziurę, w której ludzie znikają, by już nigdy się nie odnaleźć. To czyniło ze świata mroczne
i nieprzyjazne miejsce.

-  Tak  samo  wataha  załatwiała  te  sprawy  -  zauważyłam.  -  T.J.  wylądował  w  jakimś

kopalnianym szybie. Rozwala mnie to.

- Mnie też. - Patrzył w przestrzeń, pewnie przeglądając w myślach wszystko, co wiedział,

o czym rozmawialiśmy, każdy fakt i skrawek dowodu, szukając czegoś, co przegapił. Chciał,
żeby  ten  jeden  fragment  wskoczył  na  miejsce  i  wszystko  poukładał.  Przyniesiono
rachunek; wzięłam go, bo Ben zdawał się niczego nie zauważać. Właśnie miałam zapłacić,
kiedy nagle, ni z tego, ni z owego, powiedział:

- Powinienem to rzucić.
- Co rzucić?
-  Adwokaturę.  To  zbyt  skomplikowane.  Powinienem  być  ranczerem  jak  mój  ojciec.

Krowy i preria.

- To by cię uszczęśliwiło?
- Nie mam pojęcia.
- Nie rezygnuj. Będzie lepiej.
Na jego twarz powoli wypłynął uśmiech.
- Nie zrezygnuję, jeśli ty nie zrezygnujesz.
- Z czego? - Teraz tylko udawałam idiotkę.
- Ze swojej audycji.
Nie  zrezygnowałam.  Po  prostu  zrobiłam  sobie  przerwę.  Dlaczego  ludzie  tego  nie

rozumieli? Bo moje zachowanie wyglądało na rezygnację. Jeśli nie czyniłam planów, żeby
wrócić, to oznaczało, że odeszłam.

- A dlaczego nie? - spytałam z czystej przekory - Mają teraz Ariel, Kapłankę Nocy. Ona

background image

da sobie radę.

- Jest miejsce dla was obu. Uwielbiasz swój program, Kitty. Jesteś w tym dobra.
Teraz oboje opieraliśmy się o stół; byliśmy w zasięgu swoich rąk, niemal dotykając się

stopami  pod  blatem.  Ta  bliskość  wyczyniała  ze  mną  dziwne  rzeczy.  Budziła  przyjemne
ciepełko w moich wnętrznościach. Wywoływała idiotyczny uśmiech na mojej twarzy.

Coraz trudniej mi było wyobrazić sobie, że mogłabym nie mieć Bena u boku.
Przygryzłam  wargę,  myśląc  przez  chwilę.  Uśmiechnęłam  się  promiennie  i

zaryzykowałam:

-  Lepiej  uważaj.  Jak  będziesz  mi  ciągle  mówił  takie  miłe  rzeczy,  to  jeszcze  się  w  tobie

zakocham.

Nie zawahał się ani sekundy:
-  Jesteś  śliczna,  mądra,  zabawna,  świetna  w  łóżku...  Kopnęłam  go  pod  stołem...

delikatnie.

- Pochlebca.
- Zrobię wszystko, bylebyś była przy mnie, kiedy zacznę tracić kontrolę.
Dotknęłam  jego  dłoni,  tej  leżącej  płasko  na  stole.  Oplotłam  ją  palcami.  Odpowiedział

uciskiem,  niemal  desperackim.  Wciąż  był  przerażony.  Coraz  lepiej  to  ukrywał,  był  teraz
znacznie bardziej opanowany. Ale wciąż się bał, przynajmniej odrobinę.

- Oczywiście że pójdę. Jesteśmy watahą.
Skinął  głową,  podniósł  moją  dłoń  i  przyciągnął  do  ust.  Pocałował  palce.  Potem  bez

słowa wziął czek, wysunął się z boksu i poszedł do kontuaru, żeby zapłacić.

Zdezorientowana poszłam za nim.
Następnego dnia, w Walsenburgu, Espinoza spóźnił się na spotkanie. To było ostatnie

zebranie  przed  rozprawą.  Ostatnia  szansa  na  przekonanie  go,  żeby  wycofał  zarzuty
przeciw  Cormacowi.  Ben  się  ogolił,  ostrzygł  i  wyglądał  tak  szykownie,  jak  nigdy.  Tym
razem  miał  na  sobie  swój  najlepszy  garnitur.  Nawet  ja  włożyłam  eleganckie  spodnie  i
bluzkę i wysoko spięłam włosy. Chodził w tę i z powrotem wzdłuż ściany z oknem w sali
konferencyjnej  w  budynku  sądu.  Powoli,  równymi  krokami.  To  nie  było  wściekłe,
desperackie  dreptanie  wilka,  tylko  nerwy.  Trzymał  długopis  i  stukał  nim  o  drugą  dłoń.
Zerkał w okno, kiedy je mijał.

Siedziałam na krześle pod ścianą i obserwowałam go. Był przystojnym, kompetentnym,

inteligentnym,  zdeterminowanym  człowiekiem.  Ale  to  wszystko  nie  wystarczało,  żeby
pomóc Cormacowi.

Drzwi otworzyły się i młody prokurator wpadł do środka jak generał w czasie wojny.
- Panie O’Farrell, przepraszam, że musiał pan czekać. - Spojrzał na mnie pytająco.
Ben doskonale ogarniał sytuację.
- Nic nie szkodzi. To jest Kitty Norville, pomaga mi przy sprawie.
Espinoza skinął głową; jego uśmiech przypominał raczej grymas.
- Niesławna i nieranna Kitty Norville.
- Szybko goją mi się rany.
- Najwyraźniej bardzo szybko.
- Fakt.
-  Tym  gorzej  dla  pana  Bennetta.  Gdyby  pani  wylądowała  w  szpitalu,  być  może  miałby

background image

szanse.

Co za ohydny, bezczelny, arogancki, zasrany...
-  Takie  uwagi  są  doprawdy  nie  na  miejscu  -  powiedział  Ben  niczym  wcielenie

spokojnego profesjonalizmu.

- Oczywiście. Przepraszam, pani Norville. Mój uśmiech był pełen sztuczności.
-  Jeśli  pan  pozwoli,  chciałbym  przejść  do  rzeczy  -  za-  j  sugerował  Ben,  wręczając

Espinozie raport.

Ben  wyjaśnił  szczegóły  dokumentu,  przekładając  na  formalny,  prawniczy  język

wszystko,  czego  dowiedzieliśmy  się  w  Shiprock.  Jakimś  cudem  między  wtedy  i  teraz,
między naszą nocą na pustyni i powrotem, udało mu się skompilować nasze przygody w
opowieść,  która  brzmiała  sucho,  wiarygodnie  i  nawet  logicznie.  Powiedział,  że  według
miejscowej  policji  Miriam  miała  na  koncie  akty  przemocy,  jej  młodsza  siostra  Louise
wierzyła,  że  ofiara  zabiła  ich  starszą  siostrę  Joan,  jej  dziadek,  Lawrence,  groził  nam  -
mówiąc I krótko, historia rodziny i charakter Miriam sugerują, iż była zdolna do przemocy
i morderstwa, i całkiem rozsądnie i jest zakładać, że jej motywy i zamiary - wobec mnie i
pozostałych  świadków  zdarzenia  -  były  jak  najgorsze.  Cormac  natomiast  nie  miał  innego
wyjścia, jak ją powstrzymać.

Espinoza  zdawał  się  nad  tym  wszystkim  zastanawiać.  Przestudiował  raport,  stukając

długopisem w podbródek, i z powagą kiwał głową. W końcu powiedział:

-  A  co  z  faktem,  że  nie  miała  przy  sobie  żadnej  broni  prócz  własnych  rąk?  Czy  naga

kobieta w wilczej skórze naprawdę jest taka groźna?

Tutaj scenariusz Bena rozłaził się w szwach. Nie mieliśmy dowodów na to, że nie była

tylko nagą kobietą w wilczej skórze.

-  Ma  pan  cztery  podpisane  zeznania  świadków  -  odparł  Ben  -  którzy  zaklinają  się,  że

Miriam  z  pewnością  kogoś  by  zabiła.  Kolejne  dwa  zeznania  z  Shiprock.  Wszyscy  ci  ludzie
twierdzą, że była kimś więcej niż kobietą w kostiumie wilka.

- Cztery osoby, których percepcję wypadków wypaczył strach i ciemność. To sprawia, że

ich zeznania stają się trochę niewiarygodne.

Zrozumiałam,  że  testują  się  nawzajem.  Ćwiczą  argumenty,  których  użyją  przeciwko

sobie  w  sądzie.  To  był  sparing,  podczas  którego  chcieli  sprawdzić,  czy  naprawdę  mają
szansę pobić tego drugiego. Espinoza postukał w kartki.

- To są pogłoski. Nie ma pan nic.
-  Mam  wystarczająco  dużo,  żeby  obudzić  uzasadnione  wątpliwości  przysięgłych.  Nigdy

nie dostanie pan orzeczenia morderstwa pierwszego stopnia.

-  Żadna  z  tych  informacji  nie  jest  zweryfikowana.  Zaapeluję  o  odrzucenie  pana

dowodów.  Jak  powiedziałem,  nie  ma  pan  nic  i  dostanę  wyrok  skazujący.  Użycie  przez
pańskiego klienta nadmiernej siły niweczy wszelką prawną ochronę, jaką mógłby mieć.

Ben odwrócił się i założył ręce na piersi. Było już po dyskusji. Czekałam na warknięcie,

charkot,  jakiś  znak,  że  wilk  się  przebija  na  powierzchnię.  Miał  lekko  przygarbione  barki,
jakby  się  jeżył.  I  tyle.  -  Panie  O’Farrell,  wiem,  że  to  niewiele  warte,  ale  panu  wierzę  -
powiedział  Espinoza  współczującym  tonem.  Nie  mogłam  się  oprzeć  wrażeniu,  że  to
fałszywa sympatia; przygotowywał się do targów, próbując zmiękczyć Bena. - Wierzę w to.
W  tę  historię  o  zwierzołaku,  we  wszystko.  Wychowałem  się  w  tamtych  okolicach,

background image

widziałem rzeczy, które wydają się niewiarygodne w świetle dnia. Ale wie pan, jak to jest
w  sądzie.  Żaden  sędzia  nie  pozwoli  panu  stanąć  przed  sobą  i  powiedzieć,  że  ona  była
zwierzołakiem,  a  tylko  w  ten  sposób  mógłby  pan  usprawiedliwić  to,  co  zrobił  pan
Bennett.

Ben odwrócił się do niego.
-  Skoro  pan  wierzy,  sprawa  nie  musi  trafić  na  salę  sądową.  Sędzia  nie  musi  się  tym

zajmować.  Niech  pan  wycofa  zarzuty.  Zna  pan  prawdę,  wie  pan,  że  jego  czyn  był
usprawiedliwiony. Niech pan wycofa zarzuty.

Espinoza już kręcił głową. Strach ścisnął mi żołądek.
- Szeryf Marks obstaje przy swoim zeznaniu. Jeśli ja nie będę oskarżał, znajdzie kogoś,

kto to zrobi.

-  Marks  groził  mojemu  klientowi  -  kontratakował  Ben.  -  Jest  nieobiektywnym

świadkiem.

-  O  tym  decyduje  sędzia  -  odparł  Espinoza,  nie  pozostawiając  nam  wątpliwości,  jakiej

decyzji  się  spodziewa.  -  Jeśli  świadkowie  z  obu  stron  zostaną  zdyskredytowani,
pozostanie raport koronera. – Z którego wynikało, że Cormac postrzelił kobietę w plecy, a
potem dobił ją, i kiedy już umierała.

- Więc chyba jest po sprawie - podsumował krótko Ben.
-  Nie.  -  Espinoza  wyciągnął  jakąś  kartkę  i  podał  ją  przez  stół.  Ben  zaczął  czytać,

jednocześnie  słuchając  wyjaśnień  prokuratora.  -  Mogę  zaproponować  ugodę.  Propozycja
jest  bardzo  wspaniałomyślna  i  myślę,  że  w  tych  okolicznościach  stanowi  dla  nas  obu
najlepsze wyjście.

Espinozie  się  nie  spieszyło.  Usiadł  wygodniej  i  dał  Benowi  mnóstwo  czasu  na

zapoznanie  się  z  dokumentem.  Ben  przeczytał  go  chyba  z  dziesięć  razy.  Słyszałam
brzęczenie elektrycznego zegara na ścianie.

- Jakieś pytania? - spytał w końcu prokurator. Ben odłożył kartkę.
- Ma pan rację. Propozycja jest wspaniałomyślna. Muszę ją omówić z moim klientem.
-  Oczywiście.  Do  zobaczenia,  panie  O’Farrell,  pani  Norville.  -  Zebrał  swoje  rzeczy  i

wyszedł.

Odczekałam jeszcze minutę. Ben się nie ruszył.
- Ben? Wszystko dobrze?
Postukał  dłonią  w  blat,  po  czym  przycisnął  do  niego  pięść.  Jakby  chciał  wbić  kostki

palców w drewno.

- Próbuję zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Ciągle próbuję to zrozumieć.
Według mnie nie popełnił żadnego błędu. Czasami człowiek robi wszystko jak należy, a

i tak przegrywa.

Poszliśmy do aresztu odwiedzić Cormaca.
Wszyscy  troje  siedzieliśmy  w  małym  pokoju  bez  okien,  na  twardych  plastikowych

krzesłach,  wokół  twardego  plastikowego  stołu,  tonącym  w  świetle  jarzeniówek,
przesyconym zapachem starej kawy i zmęczonych ciał. Ben miał otwartą aktówkę, papiery
leżały  porozkładane  przed  nami  -  wszystko,  co  znaleźliśmy  w  Nowym  Meksyku,  i  to,  co
przedłożył nam Espinoza. Cormac przeczytał każdy dokument.

-  Prokurator  złagodzi  zarzut  do  zwykłego  zabójstwa  w  zamian  za  przyznanie  się  do

background image

winy. Dwa do sześciu lat, maksymalnie. Inaczej pozostanie zarzut morderstwa pierwszego
stopnia i odbędzie się proces.

Dożywocie, jeśli uznają cię za winnego. - Ben wyjaśnił wszystko i zakończył, rozkładając

dłonie na stole, jakby dołączał siebie jako kolejny dowód.

Cisza  przeciągała  się  w  nieskończoność.  Nikt  na  nikogo  nie  patrzył.  Gapiliśmy  się  na

kartki, ale wszystkie mówiły to samo.

W końcu odezwał się Cormac.
- Pójdziemy na ugodę.
Ben natychmiast się sprzeciwił.
-  Nie,  musimy  walczyć.  Ława  przysięgłych  przyjmie  nasz  punkt  widzenia.  Nie  zrobiłeś

niczego złego.

Uratowałeś wszystkich, którzy tam byli. Nie pozwolimy im, żeby cię skazali.
Cormac wziął głęboki oddech i pokręcił głową.
-  Espinoza  ma  rację.  Wszyscy  wiemy,  jak  sprawa  będzie  przebiegała  w  sądzie.  Może  i

wszyscy chętnie siedzą i gawędzą o zwierzołakach i całej reszcie, ale to nie pomoże na sali
sądowej. Prawo jeszcze do tego nie dorosło.

- Zmusimy je, żeby dorosło. Sami ustanowimy precedens...
Cormac wciąż kręcił głową.
-  Moja  przeszłość  wreszcie  mnie  dopadła.  Wiedzieliśmy,  że  to  nastąpi  wcześniej  czy

później. W ten sposób wsadzą mnie na parę lat, a potem wyjdę i będę czysty, jakoś sobie
poradzę.  Jeśli  ten  gość  przypnie  mi  łatkę  mordercy,  będę  siedział  dziesiątki  lat.  Zbyt
często ryzykowałem. Wiele razy stawiałem wszystko na jedną kartę i nie mogę myśleć, że
tym razem wygram. Trzeba ograniczyć straty.

- Zastanów się nad tym, to jest wyrok za ciężkie przestępstwo w twojej kartotece. Nie...
- Poradzę sobie, Ben.
- Nie pozwolę ci.
- To mój wybór. Zwolnię cię i sam pójdę na ugodę.
Ben pochylił głowę; siedział niemal zgięty wpół. Dłonie zacisnął w pięści. Gniew prawie

wywołał wilka na powierzchnię. Spodziewałam się, że z jego palców wyrosną pazury. Nie
wiedziałam,  co  zrobimy,  jeśli  Ben  się  tutaj  przeobrazi.  Jak  to  wyjaśnimy  glinom.  Jak  nad
nim zapanujemy.

Ben wyprostował się i wypuścił powietrze, które wstrzymywał.
- Nie myśl, że musisz odbyć jakąś pokutę za to, co mnie spotkało.
-  Tu  nie  chodzi  o  ciebie.  Gdybym  nie  oddał  ostatniego  strzału...  -  Pokręcił  głową.  -  Po

prostu pasuję po złym rozdaniu. Odpuść.

- Czuję, że cię zawiodłem.
- Zrobiłeś, co w twojej mocy. Obaj zrobiliśmy.
Ben  pozbierał  papiery  i  upchnął  je  do  teczki,  nie  przejmując  się,  czy  się  pomną  albo

podrą. Nie wiedziałam, co zrobić lub powiedzieć; kipiałam wewnętrznie, pragnąc znaleźć
słowa, które by nas zjednoczyły, które by wszystko uprościły. Marzenia ściętej głowy.

- Rozprawa jest za godzinę - odezwał się Ben. - Przyznasz się do winy. Sędzia jeszcze raz

rozpatrzy  sprawę  i  ogłosi  wyrok.  Mamy  słowo  Espinozy,  maksymalnie  sześć  lat.  Jeśli
spróbują jakichś sztuczek, złożymy skargę i przeniesiemy się pod inną jurysdykcję. Przyjdą

background image

po ciebie za kilka minut. Jest coś jeszcze?

O czymś zapomniałem? Czegoś potrzebujesz? - Patrzył na kuzyna z błaganiem w oczach.

Chciał zrobić znacznie więcej.

- Dzięki, Ben. Za wszystko.
- Niczego nie zrobiłem. Cormac wzruszył ramionami.
- Owszem, zrobiłeś. Mogę porozmawiać z Kitty przez chwilkę? Zanim wrócą ci debile.
- Tak. Jasne. - Ben pozbierał rzeczy, nie podnosząc wzroku, posłał mi krótkie spojrzenie

i  ruszył  do  drzwi.  Zostaliśmy  we  dwoje;  Cormac  siedział  przy  stole  w  swoim
pomarańczowym wdzianku, z założonymi rękami, marszcząc czoło. Wyraz jego twarzy się
nie zmienił. Wciąż wydawał się pozbawiony emocji i zdeterminowany. Choć czemu miała
teraz służyć ta poza, nie potrafiłam zgadnąć.

Objęłam  kolana,  opierając  pięty  na  brzegu  krzesła  i  starałam  się  nie  rozpłakać.  Nie

udało mi się.

-  Co  się  stało?  -  spytał  Cormac.  Pytanie  zabrzmiało  dziwnie  w  jego  ustach.  Czy  to  nie

było oczywiste?

Przyznawał  się  jednak  w  ten  sposób  do  emocji.  Zauważył.  Obserwował  mnie  na  tyle

uważnie, by zauważyć, i ten fakt jakoś mnie ucieszył.

I co z tego.
- To nie fair - powiedziałam. - Nie zasługujesz na to. Uśmiechnął się.
- Może nie zasłużyłem na to tym razem. Ale nie jestem bohaterem. Przecież wiesz.
-  Nie  wyobrażam  sobie,  jak  to  będzie,  nie  móc  wezwać  cię  na  pomoc.  -  Otarłam  łzy

wnętrzem  dłoni.  -  Cormac,  gdyby  wszystko  wyszło  chociaż  trochę  inaczej,  gdyby  między
nami jakoś się ułożyło...

Ale nie byłam w stanie nawet o tym myśleć, więc nie dokończyłam zdania.
- Zaopiekujesz się Benem? - poprosił. - Pilnuj, żeby nie pakował się w kłopoty.
Pospiesznie  skinęłam  głową.  Oczywiście  że  będę  się  nim  opiekować.  Cormac  powoli

odsunął  krzesło  i  wstał.  Również  się  podniosłam,  niezgrabnie  rozplątując  nogi.  Nie
mieliśmy wiele czasu. W każdej sekundzie gliniarze mogli otworzyć drzwi i go zabrać.

Patrzyliśmy na siebie, zwróceni ku sobie. Nie odezwaliśmy się słowem. Ujął moją twarz

w  dłonie  i  pocałował  mnie  w  czoło,  przeciągając  tę  chwilę.  Kiedy  odetchnęłam,
zrozumiałam. Zapach moich włosów.

Coś, co będzie mógł pamiętać.
Nie  potrafiłam  powstrzymać  łez.  Chciałam  go  objąć  i  do  niego  przylgnąć.  Pragnęłam

trzymać Cormaca dość mocno, żeby go uratować.

Lekko  musnął  moje  policzki  kciukami,  ocierając  łzy,  i  odwrócił  się  w  chwili,  kiedy

otworzyły się drzwi i weszli zastępcy szeryfa z kajdankami.

Ben  i  ja  czekaliśmy  w  korytarzu,  ramię  przy  ramieniu,  patrząc,  jak  odprowadzają

Cormaca za róg, aż zniknął nam z oczu. Łowca nie obejrzał się. Wzięłam Bena pod ramię,
a on uścisnął mi dłoń.

Straciliśmy członka watahy.
 

background image

Epilog

 

Musiałam  przyznać,  że  pojawienie  się  znowu  w  radiowym  studiu  było  jak  powrót  do

domu  albo  spotkanie  z  dawno  niewidzianym  przyjacielem.  Myślałam,  że  będę
przerażona.  Spodziewałam  się,  że  w  momencie,  kiedy  zapali  się  napis  „Na  żywo",
sparaliżuje mnie strach. Odkryłam jednak, że nie mogę się tego doczekać. Miałam tyle do
opowiedzenia.

Program  nadawaliśmy  z  Pueblo,  tak  daleko  na  północ,  jak  odważyłam  się  pojechać.

Spakowałam swoje manatki w Clay i opuściłam chatę na zawsze. Nadeszła pora, by wrócić
do cywilizacji. Miałam mnóstwo roboty do nadgonienia. Nawet Thoreau nie siedział nad
stawem Walden w nieskończoność.

Trzymałam słuchawkę przy uchu, ale przestałam zwracać uwagę na głos na linii. Byłam

zbyt  zajęta  cieszeniem  się  tym  ciemnawym  studiem,  kontemplowaniem  atmosfery,
widoków i zapachów, dźwięków jazzu puszczanego właśnie w programie muzycznym.

- ...nie przyjmuj tym razem zbyt wielu rozmów, daj sobie czas na odzyskanie wprawy. -

Matt,  pierwszy  dźwiękowiec  audycji  z  Denver,  mówił  do  mnie  przez  telefon.  Zagrzewał
mnie do walki czy coś w tym stylu.

- Tak, okej - odpowiedziałam z roztargnieniem.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Tak. - Nie zabrzmiało to przekonująco. Matt westchnął teatralnie.
-  Mówiłem,  że  nie  powinnaś  przyjmować  zbyt  wielu  f  telefonów,  żeby  cię  nie

przytłoczyły. Powinnaś poświęcić większość czasu na swój wywiad.

Na  dzisiejszy  wieczór  zaplanowałam  telefoniczny  wywiad  z  doktor  Elizabeth

Shumacher,  nową  szefową  Centrum  Biologii  Paranaturalnej,  które  podlegało  teraz
Krajowemu  Instytutowi  Alergologii  i  Chorób  Zakaźnych.  Bardzo  mi  się  spodobała:  była
inteligentna, elokwentna i znacznie bardziej rozmowna niż poprzedni dyrektor Centrum.

W przyszłym tygodniu miało być jeszcze lepiej: namówiłam Tony'ego i Alice, żeby zdali

relację  z  wydarzeń  w  Clay.  Mieli  wyjawić,  gdzie  każde  z  nich  nauczyło  się  uprawianego
przez siebie rodzaju magii, a ja miałam opowiedzieć własne historie o duchach.

Nie  znalazłam  jeszcze  nikogo,  kto  zechciałby  mówić  na  antenie  o  zwierzołakach.

Zamierzałam po prostu pleść na ten temat, ile wlezie, w nadziei, że ktoś zadzwoni z jakąś
dobrą opowieścią.

Tak, Nocna Godzina wróciła, jak za starych dobrych czasów.
A Matt ciągle gadał. Powinnam chyba częściej zabierać głos.
Przerwałam mu.
-  A  może  przyjmę  wiele  rozmów  i  pozwolę,  żeby  doktor  Shumacher  sobie  z  nimi

radziła? Ja będę tylko sędziować.

Umilkł na sekundę, po czym odpowiedział:
- Nie wiem, czy to taki dobry pomysł.
-  Przestań  się  martwić,  Matt.  Poradzę  sobie.  Wiesz,  że  jak  zrobi  się  naprawdę  źle,

zawsze mogę puścić dżingiel stacji.

- Ja się po prostu boję, że któregoś pięknego dnia puścisz dżingiel i więcej nie wrócisz.

background image

- Daj spokój, zawsze wracam.
- No dobra, skoro jesteś gotowa, to oddaję cię w ręce lokalnej ekipy.
- Damy radę.
W  tej  chwili  do  studia  wszedł  Ben.  Uśmiechnęłam  się  do  niego  promiennie  i

pomachałam mu.

Odpowiedział mi zmęczonym uśmiechem i usiadł na krześle pod ścianą.
- Mogę zostać na linii i ci pomóc, jeśli uważasz...
- Matt, poradzimy sobie. Jeśli będziemy cię potrzebować, zadzwonimy.
- Okej. Skoro jesteś pewna.
- Jestem pewna. Dziękuję, Matt.
- Pogadamy później. Rozłączyliśmy się i zajęłam się Benem.
Właśnie  wrócił  z  Cańon  City,  gdzie  odwiedzał  Cormaca,  który  przez  najbliższe  cztery

lata  miał  rezydować  w  Stanowym  Zakładzie  Karnym  Kolorado.  Na  samą  myśl  o  tym
ściskało  mnie  w  żołądku.  Ale  mogło  być  znacznie  gorzej,  powtarzaliśmy  to  sobie  do
upadłego. Mogło być gorzej. W ten sposób wyjdzie ani się obejrzymy. Niedługo znów go
zobaczymy.

Musiałam się tylko pilnować, żeby do tej chwili nie pakować się w kłopoty.
Ben  wyglądał  na  wykończonego.  Jego  włosy  były  posklejane  w  strąki,  co  oznaczało,  że

czochrał je godzinami. Nerwowy nawyk. Potem zauważyłam, że ma pod pachą gruby plik
kartek spiętych gumką.

Był to rękopis książki. Mojej książki.
Skończyłam  ją.  I  dałam  mu  do  czytania.  Teraz  nie  byłam  pewna,  czy  chcę  z  nim

rozmawiać. Nie chciałam wiedzieć.

Owszem, chciałam.
- No więc?
-  No  więc,  radzi  sobie  całkiem  nieźle.  Mówi,  że  żarcie  śmierdzi,  ale  czego  się  można

spodziewać?

Podobno nadrabia zaległości w czytaniu. - I rzeczywiście, Cormac, drań jeden, poprosił

mnie o listę lektur, bo wiecznie narzekałam, że nikt już nie czyta książek. - Zastanawiam
się, czy ta przerwa nie zrobi mu dobrze. Gadam bez sensu, co?

Zrobiło mi się głupio, że tak naprawdę pytałam o książkę. Uśmiechnęłam się do niego

ze zrozumieniem.

- Nie, wcale nie. Chcesz, żeby znalazł sobie coś innego w życiu, żeby zarzucił polowania.
- Wszystko w pewnym sensie wygląda na znak, że powinien to zrobić, nie sądzisz?
- A co by mógł robić, jeśli nie będzie polował?
-  Nie  wiem.  Wychował  się  na  ranczu,  jak  ja.  Jego  ojciec  miał  sklep  ze  sprzętem

myśliwskim, prowadził łowieckie wyprawy, takie tam. Cormac pracował z nim. Tak, chyba
rzeczywiście  myślę,  że  jeśli  spędzi  trochę  czasu  bez  strzelby  w  ręce,  może  wpadnie  na
pomysł, że mógłby się przekwalifikować.

Byłam  rozdarta;  z  jednej  strony  chciałam  przyznać  mu  rację,  a  z  drugiej  wyśmiać  ten

pomysł  jako  totalną  bzdurę.  Chciałam  tylko,  żeby  Cormac  wyszedł.  Chciałam,  żeby  był.
Nawet mając przy sobie Bena, nawet po tym wszystkim, co się stało i co stworzyło tę więź
między  nami,  w  głębi  duszy  wciąż  zadawałam  sobie  pytanie:  co  by  było  gdyby.  Gdyby

background image

Cormac nie uciekł, gdyby między nami zaiskrzyło...

- Już za nim tęsknię - przyznał Ben. - Dzwoni mój telefon, a ja ciągle mam nadzieję, że

zobaczę na wyświetlaczu jego numer. Chociaż wiem, że to niemożliwe.

- Tak. Wiesz, co powiedział na końcu naszego ostatniego spotkania w Walsenburgu? -

Ben  uniósł  pytająco  brew.  -  Poprosił  mnie,  żebym  się  tobą  opiekowała.  Żebym  cię
chroniła przed kłopotami.

- Doprawdy? - odparł Ben z uśmiechem. - Mnie polecił to samo w stosunku do ciebie.
Być  może  się  zarumieniłam.  Odwróciłam  oczy.  To  wyglądało,  jakby  Cormac  przydzielił

nam misję, żebyśmy o nim nie myśleli.

- Czyżby miał aż tak mało wiary, że sami potrafimy się o siebie zatroszczyć? - spytałam.
- A dziwisz mu się? Nie, bynajmniej.
- Będzie taki sam, jak już wyjdzie?
-  Nie  wiem.  Spotykały  go  już  gorsze  rzeczy.  Ale  kto  wie?  Czy  ja  jestem  taki  sam?  Ty

jesteś  taka  sama?  Czasem  się  zastanawiam,  jaka  byłaś  przed  likantropią  i  czy  w  ogóle
byśmy na siebie spojrzeli. Podejrzewam, że on częściowo będzie taki sam, częściowo inny.
Po prostu musimy poczekać i przekonać się, co zostanie po staremu, a co nie.

Skojarzyło mi się to ze ściąganiem opatrunków po operacji, w nadziei, że się udała. W

nadziei, że nie jest gorzej. To była rzecz, nad którą nie miałam kontroli.

- A jak ty sobie radziłeś? - Chodziło mi o to, jak radził sobie jego wilk.
- Trzymałem się w kupie. Ale nie cierpię smrodu tego miejsca.
No pewnie. Nawet nie chciałam myśleć, jak zalatuje więzienie.
- Dobrze. A co myślisz o tym? - Wskazałam rękopis na jego kolanach.
Przekartkował  w  zamyśleniu  górną  połowę  stron,  nie  ściągając  gumki.  Rzucił  kilka

zdawkowych uwag, które mogły oznaczać i pozytywną, i negatywną opinię. Mój niepokój
wzrósł. Jeśli moje pisanie było do bani, to nie wiedziałam, czy zdołam zacząć od początku.

- Muszę przyznać, że najbardziej podoba mi się rozdział pod tytułem Dziesięć sposobów

na pokonanie kretynizmu z kompleksem macho. - Nie potrafiłam stwierdzić, czy żartuje, czy
też nie. A jeśli tak, to czy żartuje ze mnie.

Poczułam się jak ośmiolatka błagająca o pochwałę.
- Ale co myślisz o całości? Podobała ci się? Nadaje się do czegoś? Powinnam dać sobie z

tym spokój i zostać księgową?

Roześmiał się i pokręcił głową. W końcu porzucił żartobliwą pozę.
-  Jest  dobra.  Nie  tego  się  spodziewałem...  ale  jest  dobra.  Myślę,  że  będzie  się

sprzedawać jak świeże bułki.

Również myślałam, że ta książka będzie inna. Wydawca prosił mnie o wspomnienia, o

opis  moich  doświadczeń  z  przeszłości.  Rozpisałam  się  raczej  o  teraźniejszości,  a  także
trochę o przyszłości.

-  Dzięki...  znaczy,  dzięki,  że  ją  przeczytałeś.  Naprawdę  potrzebowałam,  żebyś  ją

przeczytał, jako że ty i Cormac też się w niej znaleźliście, przynajmniej po trosze.

-  Tak,  właśnie  tego  się  nie  spodziewałem.  Ale  aluzje  są  subtelne.  Nie  użyłaś  naszych

nazwisk,  ale  wszystko  tu  jest.  Nie  wiem,  jakim  cudem  udało  ci  się  wydobyć  jakieś
przesłanie, jakiś optymizm z tego całego pasztetu.

- Nie wiesz, że jestem idealistką?

background image

- Boże, zlituj się nad nami.
Producentka, młoda kobieta z nocnej obsady stacji, zajrzała przez drzwi i powiedziała:
- Kitty, masz minutę. Mamy na linii doktor Shumacher.
-  Dzięki  -  rzuciłam;  producentka  zniknęła.  Zwróciłam  się  do  Bena.  -  Zostaniesz  i

posłuchasz?

- Jasne, jeśli nie masz nic przeciwko.
Nie  miałam.  Cieszyłam  się,  że  jest  przy  mnie.  Znalazłam  słuchawki,  poprawiłam

mikrofon,  sprawdziłam  monitor,  przygotowałam  sobie  ściągawkę.  Nie  zamierzam
posłuchać Matta; chciałam przyjąć tyle rozmów, na ile będę miała ochotę. Bo jak przyszło
co do czego, okazało się, że wszyscy mieli rację: uwielbiałam to. I tęskniłam za tym.

Zapalił  się  napis  „Na  żywo",  włączono  przewodni  motyw:  gitarowe  akordy

rozpoczynające  Bad  Moon  Rising  Creedence  Clearwater  Revival.  Zabrzmiały  jak  chóry
anielskie. I znowu byłam tylko ja i mikrofon.

Znów razem. I zaczynamy...
- Dobry wieczór każdemu z osobna i wszystkim razem. Jestem Kitty Norville i mam dla

was  nowy  odcinek  Nocnej  Godziny,  audycji,  która  nie  boi  się  ciemności  ani  stworzeń,
które w niej żyją...

***

background image

Notes

[

←1

]

Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie. Thoreau opisuje w książce 2 lata, 2 miesiące i 2 dni, jakie spędził

nad stawem Walden w zupełnej dziczy. Książka stała się sztandarowym manifestem krytyków cywilizacji i postępu
(przyp. tłum.)

background image

[

←2

]

Kultowy  horror  w  reżyserii  Sama  Raimiego,  opowiadający  o  nastolatkach,  którzy  podczas  weekendu  w  leśnej

chacie budzą mordercze demony (przyp. tłum.)

background image

[

←3

]

William Szekspir Hamlet, akt III, scena II, tłum. Maciej Słomczyński (przyp. red.)

background image

[

←4

]

Bruja (hiszp.) - wiedźma (przyp. tłum.)

background image

[

←5

]

Z języka Nawahów, dosłownie „w tym chodzi na czworakach"; ludowa nazwa czarownika zwanego po angielsku

skinwalker, czyli  chodzący  w  skórze".  Tłumaczka  na  potrzeby  przekładu  użyła  spolszczonego  „zwierzolak",  co  nie
jest do końca poprawną nazwą, jednak w języku polskim nie występuje precyzyjny odpowiednik słowa skinwalker
(przyp. tłum.)

background image

[

←6

]

Tradycyjna chata Indian

background image

[

←7

]

Indianie Nawaho, jak również inne plemiona południowego zachodu USA, praktykują sztukę sypania obrazów z

piasku;  mają  one  znaczenie  rytualne,  symboliczne,  są  uważane  za  żywe  istoty,  które  należy  traktować  z
największym szacunkiem(przyp. tłum.)

background image

[

←8

]

Kitty (ang.) - kiciuś, kociak (przyp. tłum.)


Document Outline