background image
background image

Leo Kessler

Operacja Leopard

Storni troop

Gorzkie zwycięstwo

Edelweiss Strzelcy Alpejscy

Tłumaczenie

Joanna Jankowska

background image
background image

Tedy niech każdy mąż idzie prosto przed siebie

Przyjdź śmierci, chodź życie

Tak właśnie wojna i bitwa całuje i szczebiocze.

Iliada, Księga XVIII

KSIĘGA PIERWSZA

Misja

background image

Rozdział 1

-   Formować   się!   -   rozkazał   Jellicoe,   którego   wzrok   był 

skierowany   na   ciemny   horyzont,   a   nie   na   maleńką   flotyllę, 

przedzierającą   się   mozolnie   naprzód   przez   Morze   Egejskie   z 

prędkością dziesięciu węzłów.

-   Tak   jest,   sir   -   zawołał   brodaty   sierżant   z   mostka 

sfatygowanego, przerobionego greckiego kaika.

Jellicoe uśmiechnął się. W tych dniach jego ludzie ze Służby 

Łodzi Specjalnych byli bardziej marynarką niż Marynarką Królewską.

Sierżant szybko zamrugał przesłoną lampy aldisa. Każda z łodzi 

odpowiedziała po kolei na sygnał i rozpadająca się flota inwazyjna 

zbiła się w gromadę. Jeśli nie będzie kłopotów, to wkrótce przybije do 

brzegu. Teraz byli tylko pół godziny żeglowania od wyspy.

Na horyzoncie zaczęły pojawiać się czarne deszczowe chmury. 

Jeszcze nie było księżyca. Ale widoczność była odpowiednia dzięki 

pierwszym   bladym   gwiazdom,   które   zupełnie   dobrze   rozjaśniały 

ciemnobrązową smugę wyspy i dominującą nad nią górę.

Jellicoe, komandor ze Służby Łodzi Specjalnych, lustrował cichą 

wyspę lornetką ze szkłami nocnymi i modlił się po cichu, żeby włoscy 

artylerzyści poszli za przykładem własnego rządu, który już poddał się 

aliantom. Bo jeśli nie... - komandor pospiesznie odrzucił ten plan. Nie 

chciał zbyt długo myśleć o działach wroga.

-   Daj   sygnał   dla   łodzi   torpedowych.   Podejść   blisko   portu   od 

background image

sterburty, sygnalista! - zakomenderował Jellicoe.

-   Tak   jest,   sir!   -   odpowiedział   sierżant,   zupełnie   jakby   był 

siwowłosym   bosmanem   z   trzydziestoletnim   stażem   w   marynarce 

wojennej, a nie byłym sprzedawcą damskiej bielizny, który znalazł się 

na morzu zaledwie przed rokiem.

Szybko zaczął nadawać sygnały. Teraz rozpoczynali końcową 

fazę maleńkiej inwazji w odległym zakątku Morza Egejskiego.

Młody   komandor   skrzyżował   palce   na   szczęście,   a   potem 

rozejrzał   się,   chcąc   sprawdzić   ilu   ludzi   z   załogi   zauważyło   jego 

uczniacki gest. Chyba nikt. Uśmiechnął się pod nosem i plunął do 

morza,   aby   dla   ułagodzenia   bogów   dokończyć   rytuał   ze   szkoły 

podstawowej. Teraz nie mógł już więcej nic robić; pozostała tylko 

nadzieja.

*

Na   łodziach   torpedowych   marynarze   przygotowywali   się   do 

akcji. W wieżyczkach artyleryjskich kanonierzy prostowali zdrętwiałe 

palce. Torpedyści po raz kolejny sprawdzali mechanizmy odpalające, 

a   sygnaliści   trzymali   w   pogotowiu   lampy,   aby   ostrzec   bezbronne 

łodzie rybackie, gdy tylko zdołają dostrzec przeciwnika. Na mostkach 

młodzi   kapitanowie,   pobledli   od   ciągłego   kołysania   70-stopowymi 

łodziami,  które   z dużą  szybkością  zmierzały  w kierunku  ciemnego 

horyzontu.   I   każdy   z   nich   wiedział,   że   gdzieś   za   nim   kryją   się 

niemieckie ścigacze torpedowe.

-   Sir!   -   to   odezwał   się   przedni   obserwator   z   torpedowca   o 

numerze taktycznym 106.

background image

Dwudziestoletni szyper odwrócił się:

- Co jest?

- Statek wchodzi do portu.

Dowódca łodzi z pośpiechem nastawił ostrość w swojej lornetce. 

W   dobrze   widocznym,   kolistym   polu   widzenia   prześlizgnął   się 

groźny, długi kadłub. A potem kolejny.

- Ścigacze torpedowe! - westchnął.

Jakieś   tysiąc   metrów   od   przystani   w   Portolago,   niemieckie 

łodzie torpedowe zatrzymały się jakby na umówionej randce. I jeszcze 

załoga żadnej z nich nie dostrzegła floty inwazyjnej, która chyłkiem 

zbliżała się do wyspy!

- Prosto do portu! Naprzód od sterburty! - krzyknął szyper.

Potężne   tysiąckonne   silniki,   które   dusiły   się   przy   prędkości 

dziesięciu   węzłów,   z   rykiem   powróciły   do   życia.   Poniżej   pokładu 

główny mechanik przesunął do przodu lewarek przepustnicy. Cisza 

została przerwana. Nagle na mostku dało się poczuć gryzący zapach 

rozgrzanego oleju i zaraz potem zawadiacki dziób łodzi uniósł się nad 

wodę. Za rufą pojawiły się dwa białe skrzydła spienionej wody. Łódź 

zdawała   się   frunąć   ponad   wodą   z   prędkością   trzydziestu   pięciu 

węzłów, z pochyloną sylwetką w rozpryskiwanej na boki wodzie.

Tysiąc   metrów   przed   nimi   gwałtownie   zapalało   się   i   gasło 

niebieskie   światełko.   To   zaskoczone   załogi   niemieckich   ścigaczy 

dopytywały się o sygnały identyfikacyjne. Kapitan „106” zlekceważył 

te wezwania.

- Związać walką przeciwnika! - jego jeszcze przed chwilą bladą 

background image

twarz rozpromieniło podniecenie bojowe.

Kanonierzy na dziobie zareagowali pierwsi. Załadowali pocisk 

do staroświeckiego działka Lewisa i zielona smuga ognia pomknęła 

łukiem w kierunku nadal nieruchomych niemieckich ścigaczy. Stojący 

na   ich   pokładzie   marynarze   desperacko   rzucili   się   ku   swoim 

stanowiskom   i   nim   będzie   za   późno,   próbowali   zniknąć   ze   swymi 

łodziami   z   linii   lotu   pocisku.   Dowódca   „106”   pochylił   się   nad 

celownikiem torpedowym. Czołowy okręt wroga był tylko siedemset 

metrów od niego. Podjął szybką decyzję, na wypadek gdyby dowódca 

nadciągającego   ścigacza   zdołał   wykonać   unik.   Wycelował   torpedę 

trochę przed dziób łodzi przeciwnika.

W Portolago odezwała się bateria dział morskich, obsługiwana 

przez Niemców. Pocisk oświetlający eksplodował ponad brytyjskimi 

łodziami. Gdy światło zaczynało zamierać w błyszczących iskrach, w 

kierunku   atakujących   pomknęły   koraliki   zielonych,   czerwonych   i 

białych   pocisków   świetlnych,   które   krzyżowały   się   nad   celem   jak 

miriady robaczków świętojańskich. Kapitan łodzi, który z napięciem 

śledził   celownik   torpedowy,   słyszał   groźny   trzask   pocisków 

uderzających w drewniany pokład, ale nie odrywał oczu od kresek 

podziałki dalmierza.

Już słychać było ryk silników czołowych ścigaczy, które były w 

tym   momencie   oddalone   o   sześćset   metrów.   Morze   pieniło   się   i 

kłębiło   pod   wpływem   wybuchów   pocisków   kalibru   20   mm, 

wystrzeliwanych przez nadbrzeżną baterię. Ale łódź „106” zdawała 

się   kulom   nie   kłaniać.   Kołysząc   się   z   burty   na   burtę,   jej   załoga 

background image

przystępowała do działania.

Gdy odległość zmniejszyła się do 500 jardów, dowódca nacisnął 

spust wyrzutni. Rozległ się tępy stuk. Potem syk.

Łódź zadrżała, gdy torpeda z prawie dwiema tonami ładunku 

wybuchowego wpadła do wody.

-   Trzymać   się   sterburty!   -   krzyczał   kapitan   ponad   terkotem 

karabinów maszynowych.

W   tumanach   spienionej   wody   łódź   torpedowa   obróciła   się 

sterburtą do wroga. W tym samym momencie rozległa się ogłuszająca 

eksplozja.   Młody   kapitan   spojrzał   przez   ramię.   Tam   gdzie   jeszcze 

przed chwilą znajdował się najbliższy niemiecki ścigacz, w powietrzu 

pojawiła się wielka ściana ognia, zabarwiając nisko wiszące chmury 

groźnym szkarłatem. Młody Anglik uśmiechnął się i nagle zdał sobie 

sprawę, że prawe ramię pali go jak ogień; potem poczuł, jak gorąca i 

lepka krew spływa mu po ręce.

Teraz   przyszła   kolej   na   następną   łódź   torpedową   -   „108”. 

Działko Lewisa grzmiało z furią, gdy jednostka zygzakiem ruszyła do 

ataku. Jednak załoga drugiego z niemieckich ścigaczy już otrząsnęła 

się z zaskoczenia. Gdy jej dowódca starał się rozpaczliwie zejść z 

kursu  przeciwnika,  celowniczy  dziobowych  sprzężonych  karabinów 

maszynowych   otworzył   ogień   w   kierunku   nadbudówki   łodzi 

Brytyjczyków. Zalewał je strumieniami pocisków, które wylatywały z 

luf   z   częstotliwością   ośmiuset   sztuk   na   minutę.   Szkło   pękało   z 

trzaskiem.   Drewniane   i   metalowe   odłamki   fruwały   dosłownie 

wszędzie. Pociski, które nie trafiły w cel, zniknęły gdzieś w oddali, 

background image

zaś trafieni marynarze padali na podziurawiony pokład łodzi i rzucali 

się w agonalnych drgawkach.

Oślepieni, przerażeni i pokrwawieni ludzie, którzy przeżyli tę 

rzeź,   byli   zmuszeni   kręcić   się   nadal   w   stożku,   tworzonym   przez 

czerwone i białe pociski świetlne. Skulony skiper brytyjskiej łodzi nie 

zważał   na   szaleństwa   świata   wokół   niego   i   wpatrywał   się 

hipnotycznie w podziałkę celownika.

- Tysiąc jardów... dziewięćset... osiemset...

Szczęki miał zaciśnięte, mięśnie naprężone strachem i nerwami, 

ale był gotowy do otwarcia ognia.

- Siedemset metrów...

Podskakujący   na   falach   okręcik   znalazł   się   w   środku   burzy 

ogniowej. Płonął od rufy po dziób, a młody skiper czuł jak płomienie 

liżą mu stopy, gdy przykładał dłoń do dźwigni wyrzutni torpedowej.

- Sześćset jardów... pięćset i pięćdziesiąt... - skiper odruchowo 

otworzył   usta,   przygotowany   na   wybuch,   który   musiał   za   chwilę 

nastąpić. - Pięćset jardów. Teraz!

Szarpnął za dźwignię i jednocześnie krzyknął:

- Od razu do portu!

Ciężko ranny sternik zawrócił pokiereszowaną łódź, nim jeszcze 

upadł na pokład, całkiem lepki od krwi tych, którzy już umarli przed 

nim.

Nic! Wydawało się, że minął wiek. Skiper po omacku doszedł 

chwiejnym krokiem do steru, nic nie widząc i nic nie słysząc.

Potem nagle rozległa się przerażająca eksplozja, która uderzyła 

background image

go   jak   cios   zadany   w   splot   słoneczny.   Kolejny   podmuch   był   jak 

uderzenie   otwartą   dłonią   w   policzek.   Za   jego   plecami   ścigacz 

torpedowy rozpadał się na kawałki. Płonące strzępy wraku fruwały i 

wirowały w powietrzu, rozrzucone we wszystkich kierunkach jakby 

ręką kapryśnego dziecka. Gdy skiper łodzi „108” opadł na pokład, a 

jego   przerażony   wzrok   zauważył   oderwaną   rękę,   która   leżała   na 

potrzaskanej belce jak porzucona biała rękawiczka, wiedział już, że 

wykonał zadanie. Droga była wolna.

- W porządku - kapitan łodzi „108” mruknął zgrzytając zębami, 

próbując przezwyciężyć palący ból w ramieniu - powiadomcie Jego 

Lordowską   Mość,   że   możemy   zająć   jego   cholerne   skrzynie   z 

wędzonymi śledziami!

Inwazja na wyspę Leros mogła się rozpocząć!

background image

Rozdział 2

Jak muchy snujące się po kadłubie samolotu, niewielkie czarne 

punkty przedzierały się przez śnieg w wysokich górach, ponad 2000 

metrów   nad   poziomem   morza.   Nad   nimi   górował   biało-niebieski 

szczyt. W ten wrześniowy dzień, cel ich wędrówki zdawał się z nich 

szydzić.   Jakby   chciał   ich   zmusić   do   ostatniego,   łamiącego   plecy 

wysiłku, który pozwoliłby go pokonać.

Na czele kolumny szedł pułkownik Stürmer, dowódca oddziału 

szturmowego, elitarnej grupy rozpoznawczej Hochalpenkorps

1

, który 

miał na wszystko oko. Wspinał się już dwadzieścia lat. Był wszędzie, 

w Europie, Azji i Południowej Ameryce, a to nauczyło go, że oczy są 

ważniejsze   niż   muskuły.   Dowódca   zawsze   musi   mieć   się   na 

baczności,   planując   następny   ruch,   jeszcze   przedtem   nim   oddział 

wykonywał ten obecny. Jego spiczasta czapka z metalową szarotką na 

boku   -  symbolem  oddziału   -  przypiętą   nieco   zawadiacko   i  zwykły 

karabin przewieszony przez szerokie ramiona, nie wskazywały, że jest 

prawie dwa razy starszy  od ludzi, którymi dowodził. Nadal jednak 

potrafił wspinać się bez wysiłku w wysokich górach.

Za   nim,   przywiązany   do   drugiego   końca   liny   asekuracyjnej, 

szedł major Gottfried Greul, jego zastępca. Wspinał się z brutalnym 

zapałem,   który   uczynił   z   niego   idola   przedwojennej   Hitlerjugend   i 

czarny charakter wśród elity wspinaczy wysokogórskich.

1 Dokładnie nazwa taka była nadawana tej części niemieckiej dywizji górskiej, która mogła działać na 

znacznych wysokościach nad poziomem morza.

background image

W przeciwieństwie do Stürmera, Greul nie wspinał się po górach 

tylko   „dlatego,   że   są”.   Wspinał   się   dla   zwycięstwa,   aby   pokazać 

dekadenckiemu   zachodniemu   światu   siłę   i   niezłomną   potęgę 

narodowo-socjalistycznych   Niemiec.   Od   tego   pamiętnego   dnia   w 

1931   roku,   kiedy   zdobył   w   zimie   północną   ścianę   Eiger   jako 

osiemnastoletni   członek   Hitlerjugend   i   zaszokował   Szwajcarów 

mocując   znienawidzony   hitlerowski   sztandar   na   szczycie   góry. 

Gottfried Greul traktował wspinaczkę jako akt polityczny. Zdobycie 

każdej nowej góry stawało się dla niego symbolem nowego ładu.

Mimo   tego,   jak   mówił   sobie   Stürmer,   major   był   jednym   z 

najlepszych alpinistów na świecie i do tego odważnym żołnierzem, 

który służył w grupie szturmowej Edelweiss od samego początku. Od 

Narwiku w 1940 roku, do przełęczy kaukaskich niespełna rok temu, 

major Greul znajdował się na czele wszystkich akcji, zdobywając dla 

siebie  Krzyż Rycerski do Krzyża Żelaznego,  który  teraz zwisał na 

wstążce zawieszonej na szyi. W tym czasie został ranny nie mniej 

sześć razy. Był człowiekiem z którym należało się liczyć.

Ale   wszyscy   ludzie   w  jego   małej   kompanii   należeli   do  elity. 

Każdy z nich był starannie wyselekcjonowany. Byli przedwojennymi 

zawodowymi wspinaczami, sprawdzonymi w Himalajach i Alpach lub 

bawarskich   i   austriackich   górach,   którzy   umieli   łazić   po   górach   i 

jeździć na nartach, nim jeszcze zaczęli porządnie mówić. Oczywiście 

byli indywidualistami, samotnikami, którzy czuli się szczęśliwi, gdy 

gubili się wśród samotnych i wspaniałych gór i niechętnie poddawali 

się dyscyplinie. Ale trzy lata wojny nauczyło ich pewnego rodzaju 

background image

dyscypliny - nie tej szeroko rozpowszechnionej w bezkształtnej masie 

żołnierzy  Wehrmachtu,  ale   tej  elitarnej.   Każdy  z  nich   wiedział,  że 

musi podporządkować się woli całości, jeśli ich oddział miał odnosić 

sukcesy   podczas   zuchwałych   misji,   które   generał   Dietl,   dowódca 

korpusu alpejskiego im narzucał.

Teraz   wspinali  się   na  siodło   Jungfraujoch,  który   przypominał 

Stürmerowi obraz z Mount Everestu, i że Mallory słynny angielski 

himalaista,   wysłał   go   tam   w   1924   roku,   tuż   przed   śmiercią   na   tej 

niezdobytej do tamtej pory górze. Naturalnie Jungfraujoch nie była tak 

wymagająca   jak   północne   podejście   himalajskiego   giganta,   ale   dla 

ludzi z oddziału Edelweiss, którzy nie przeprowadzili poważniejszych 

wspinaczek od czasu odwrotu spod Kaukazu wiosną 1943 roku, był to 

wyczerpujący trening. Z nagłym uśmiechem na brązowej od słońca, 

przystojnej   twarzy,   pułkownik   Stürmer   popatrzył   na   swoich 

spoconych, sprężystych podwładnych i pomyślał, że taka wspinaczka 

pozwoli im się pozbyć resztek bawarskiego piwa, które wlewali w 

siebie od czasu powrotu do kwater Hochalpenkorps w Kufstein.

Taka   sama   myśl   towarzyszyła   „Wołowi-Jo”   Meierowi, 

starszemu podoficerowi z grupy szturmowej, który wdrapywał się na 

górę,   targając   na   plecach   czterdziestokilogramową   lufę   od 

moździerza. Jego przepocona bluza mundurowa zdawała się pękać na 

naprężonych   mięśniach   ramion.   Purpurowy   na   twarzy   z   wysiłku, 

odwrócił głowę z krótko ostrzyżonymi włosami i zawołał do swojego 

kumpla, kaprala Madada:

- Hej, Jap! Co dodałeś do tego gównianego piwa ostatniej nocy? 

background image

Chłopski sok z kroku? Czuję jakby drapało mnie w gardło coś zebrane 

z dna ptasiej klatki.

„Jap”   Madad,   efekt   zażyłych   kontaktów   córki   bawarskiego 

technika z niemiecko-amerykańskiej wyprawy badawczej na Nanga 

Parbat w 1920 roku i kochliwego Hunzy, pomocnika przewodnika, 

zaśmiał się.

- Tak, i nawet tak wyglądasz - odpowiedział czystym bawarskim 

akcentem, mimo jego egzotycznej, niegermańskiej urody, która dała 

mu w oddziale przezwisko - „Jap”

- Japończyk. - Ale to nie było piwo i ty to wiesz!

- A co w takim razie?

- Pięć do jednego, że to jest to. Za każdym razem, gdy to robisz, 

tracisz kilka cennych kropel płynu z krzyża, wiesz o tym?

Przez chwilę jedną ręką pokazywał ruch „pała cyk i lata ręka” i 

to oznaczało dla niego to „pięć do jednego”!

- Co za świństwo! - człowiek, który poruszał się nim parsknął 

szyderczo. - Taka zabawa jest dobra dla zwykłych kotów na początku 

służby. Ale my, starzy podoficerowie mamy lepsze rzeczy do roboty, 

niż tracić czas na ręczną robotę.

-   Czy   podoficerowie   mogą   przestać   w   tej   chwili   paplać   te 

obsceniczne   głupoty?   -   to   major   Greul   odezwał   się   przenikliwym 

głosem. - Czy wasza wyobraźnia jest ograniczona tylko do tego?

Był wyraźnie zagniewany. Twarz miał skrytą za kłębem pary 

wydobywającym się z jego ust.

- Przepraszam, panie majorze - powiedział ugodowo Byk Jo. - 

background image

To się już nie powtórzy.

Major pociągnął za linę przypiętą w pasie karabińczykiem.

- A teraz chodźcie. Mamy tylko godzinę, aby dotrzeć do szczytu. 

Potem nie zdążymy zejść na dół przed zmierzchem.

Odwrócił się i zajął dalszą wspinaczką.

-   Tak   jest,   panie   majorze   -   odezwał   się   służbiście   ogromny 

Bawarczyk, a gdy oficer pokazał mu plecy, stuknął się wskazującym 

palcem w czoło i pokazał imponująco długi środkowy palec. - Spróbuj 

czegoś takiego - mruknął pod nosem i puścił oko do Japa.

Dalej wspinali się na odległy szczyt.

*

Ale   oddziałowi   alpinistów   nie   było   dane   dotrzeć   tego 

wrześniowego dnia na szczyt Jungfraujoch. Gdy zachodzące słońce 

zaczęło   barwić   pola   firnowe   na   krwistoczerwony   kolor,   pułkownik 

Stürmer drgnął nerwowo, słysząc groźny i osobliwy dźwięk - ostry i 

przeciągły.

Spojrzał w górę na szczyt, już świadom, skąd on dochodził; to 

był ten sam odgłos, który oznaczał koniec ekspedycji w 1937 roku, 

którą   prowadził   na   Aiguilles   de   Chamonix.   Wysoko   nad   nimi 

zaczynał kłębić się śnieg. Biała furia wtargnęła w krystalicznie czyste 

powietrze jak niespodziewana mgła.

-   Lawina!   -   krzyknął   ostrzegawczo,   szukając   gorączkowo   w 

kieszeni noża wspinaczkowego.

-   Lawina!   -   wrzasnął   zaraz   za   nim   Greul,   który   od   razu 

zareagował   jak   profesjonalista,   zrzucając   z   pleców   oporządzenie   i 

background image

chwytając za nóż. Ale było już za późno.

Z ogłuszającym rykiem lawina zmiotła czoło długiej kolumny 

wspinaczy, topiąc ich w oślepiających wirach śniegu. Byk Jo, ostatni z 

tej wysuniętej grupy, miał tyle czasu, aby odciąć linę łączącą go ze 

wspinaczem   za   jego   plecami   i   potem   zanurzył   się   w   lodowej, 

krztuszącej masie.

Wszystko   wokół   majora   Stürmera   zostało   przysłonięte   przez 

wirującą śnieżną mgłę. Przez jeden przerażający moment sądził, że za 

chwilę   zmiecie   go   śmierć.   Ale   walczył;   za   wszelką   cenę   chciał 

odzyskać kontrolę, podczas gdy lawina spychała go w dół alpejskiego 

stoku wraz z Greulem i dwoma podoficerami. Jakoś zdołał uchronić 

się przed zjazdem na plecach lub twarzą do ziemi; to mogło oznaczać 

tylko śmierć. Otoczony przez śnieg, który i tak ściągał go w dół, starał 

się wyrwać ze środka wiru, pracując rękami jak wytrawny sportowiec 

płynący kraulem.

Sapał i charczał, starając się złapać oddech i czuł, sądząc po 

ciężarze śniegu, który go przygniatał, że lawina się kończy. Zebrał 

wszystkie siły. Nie mógł pozwolić, aby zbyt głęboko zakopał się w 

śniegu. Walczył rozpaczliwie. Machając rękami i nogami jak szalona 

marionetka,   chciał   zdobyć   jak   najwięcej   miejsca   w   dławiącym   go 

śniegu.

Ku   swemu   zaskoczeniu   odkrył,   że   fala   zamarła,   a   on   mógł 

swobodnie poruszać kończynami. Zaczął czołgać się ku powierzchni. 

Po  chwili  w  rozpaloną  twarz   uderzyło  zimne  górskie  powietrze.   Z 

wdzięcznością wciągnął jego ogromy haust w płuca. Ostatnim rzutem 

background image

ciała wydostał się z krępującej go masy śniegu. Ten zaszeleścił jak 

westchnienie porzuconej kochanki i pozwolił mu się wyrwać z jego 

objęć. Potem przykucnął na nieregularnie pofałdowanej powierzchni 

śniegu, jak długodystansowiec po wyczerpującym biegu i skupiał się 

na oddychaniu wielkimi łykami lodowatego powietrza.

- Panie pułkowniku! - z oddali doleciał głos, jakby pozbawiony 

właściciela.

Oficer z dużym wysiłkiem uniósł głowę. Wysoko ponad nim, na 

tle tarczy zachodzącego słońca, ukazały się maleńkie figurki. Zaczął 

sprawdzać   wszystko   dookoła.   Wydawało   mu   się,   że   większość 

kompanii przetrwała katastrofę. Ale gdzie byli Greul, Madad i przede 

wszystkim   wielki   bawarski   łobuz   Jo,   serce   i   kręgosłup   całego 

oddziału?

Szybko poderwał się na nogi i ocenił scenerię, która go otaczała, 

a reszta kompanii zsuwała się w jego stronę po zaśnieżonym stoku. 

Stürmer gorączkowo zaczął się modlić, aby zaginieni ludzie przetrwali 

ten dwustumetrowy upadek.

Nad   powierzchnię   śniegu   przedarła   się   czyjaś   ręka.   Była   w 

irchowej rękawiczce. To mógł być tylko Greul, który gustował w tego 

typu   wyrobach   i   nosił   je,   wbrew   regulaminowi,   zamiast 

standardowego   wyposażenia   Wehrmachtu,   używanego   przez   resztę 

kompanii.   Pułkownik   przez   chwilę   truchtał   niezdarnie   w   śniegu, 

chwycił za dłoń i mocno pociągnął.

Ze śniegu wyłoniła się twarz majora. Usta miał szeroko otwarte i 

gapił się na świat jak umierająca ryba, starając się schwytać w płuca 

background image

zbawcze powietrze.

Stürmer pochylił się nad nim.

- Wszystko w porządku, majorze? - dopytywał się gorączkowo.

- Tak... tak - dyszał Greul. - A... inni, zobacz... co z innymi.

Greul wisiał na krawędzi dziury, w której jeszcze przed chwilą 

był zasypany, podczas gdy Stürmer dalej z mozołem przedzierał się 

przez śnieg, szukając na jego powierzchni śladów po reszcie swoich 

ludzi.

Odnalazł   Madada   w   chwili,   gdy   reszta   kompani   dotarła   na 

miejsce katastrofy. Chłopak był przytomny, ale drżał straszliwie, a na 

jego   pomarszczonej   orientalnej   twarzy,   pobladłej   i   ściągniętej   z 

zimna, zaczynały już formować się sople, zwisające z brwi i nozdrzy. 

Ale mimo tego miał jeszcze dość siły, by zapytać:

- A gdzie jest Byk Jo? - a potem uśmiechnął się z wysiłkiem. - 

Jest mi nadal winien 10 marek z ostatniej wypłaty.

Minęło   jeszcze   czterdzieści   minut   nim   odnaleźli   zaginionego 

sierżanta.   Dostrzegli   go   dzięki   linie,   wystającej   ze   śniegu,   którą 

przeciął, żeby nie pociągnąć za sobą w białą otchłań reszty kompanii 

ze   skraju   przełęczy.   Bardzo   powoli   szło   im   odgarnianie   śniegu   za 

pomocą rąk i zwykłych saperek. A mimo tego Jo był nadal świadomy, 

gdy   go   w   końcu   odkopali   ze   śniegu   i   znaleźli   zaklinowanego   w 

szczelinie   lodowej,   dzięki   lufie   moździerza,   przywiązanej   do   jego 

pleców.   Ani   sam   upadek,   ani   podduszenie   nie   uczyniły   żadnej 

krzywdy sierżantowi.

-   Zetrzeć   głupie   uśmieszki   z   tych   waszych   pysków   i 

background image

wyciągnijcie mnie stąd. Czy może potrzebujecie rozkazu na piśmie?

Pułkownik Stürmer zaśmiał się z ulgą. Starszy sierżant Meier 

będzie żył, aby walczyć przez następne dni.

*

I tak wiadomość  radiowa dotarła do pułkownika Stürmera  na 

stoku   Jungfraujoch,   gdzie   został   rozbity   obóz   na   noc   przez 

wyczerpanych   strzelców   górskich.   Trzymając   cieniutki   skrawek 

papieru, który wręczył mu przed chwilą radiotelegrafista, pochylił się 

z nim do wątłego płomienia kuchenki spirytusowej i zaczął czytać 

głośno miękkim głosem, a wiatr porywał jego słowa, aby je zagłuszyć.

-   Pułkownik   Stürmer   i   major   Greul   mają   zameldować   się   w 

kwaterze głównej generała Dietla... godzina zero osiem zero zero jutro 

rano... Mundury galowe... następnie wyjazd do Obersalzbergu... zero 

dziewięć zero zero... Dietl.

Potem   wręczył   kawałek   papieru   Greulowi,   którego   oczy 

błyszczały z podniecenia jak ogniki maleńkiej kuchenki. Ten chwycił 

ochoczo   bibułkę   i   przeczytał   zapisany   na   niej   tekst,   podczas   gdy 

Stürmer patrzył zadumany w aksamitną ciemność nocy, otaczającą ich 

namiot.

- Obersalzberg, pułkowniku - zdawał się krzyczeć major - wie 

pan, co to znaczy?

Stürmer pokiwał głową, ale nic nie mówił, teraz wpatrując się w 

odległe srebro zimnych i nieczułych gwiazd.

- Mamy spotkać się z Führerem!

- Tak, Greul. Wódz musiał już powrócić ze wschodu.

background image

- Ale co to oznacza? - Spytał niecierpliwie major. - To znaczy, 

że będzie nam towarzyszył generał Dietl.

Stürmer nie od razu odpowiedział. Rozejrzał się po niewielkim 

kręgu,   jakie   tworzyły   rozstawione   namioty.   Jego   ludzie   byli   teraz 

tylko   ciemnymi   sylwetkami   w   złotawym   świetle   kuchenek 

spirytusowych.   Potem   spojrzał   dalej,   na   czyste   i   wzniosłe   góry. 

Westchnął i powiedział znużonym po czterech latach wojny głosem.

-   To   znaczy,   majorze,   że   Führer   ma   dla   grupy   szturmowej 

Edelweiss nowe zadanie...

background image

Rozdział 3

- Berg Heil! - zawołał zadowolony generał Dietl w drzwiach 

swojej kwatery w koszarach imienia Adolfa Hitlera w Kufstein, gdzie 

rozlokował się sztab V Korpusu Górskiego.

- Berg Heil, panie generale! - dwóch oficerów odpowiedziało na 

powitanie dowódcy, stukając zawadiacko obcasami.

Generał skinął głową w kierunku Greula. Potem wyciągnął rękę.

- Jak się masz Stürmer?

- Dobrze, panie generale, dziękuję za troskę. Dobrze, poza nową 

kolekcją siniaków i obtarć, które zebrałem wczoraj.

Dietl zarechotał cicho i wskazał im krzesła.

- Robisz się już za stary do roboty w wysokich górach.

Uniósł   glinianą   butelkę   ozdobioną   wzorkami   w   niebieskie 

alpejskie kwiatki.

- Enzian, panowie?

- Z przyjemnością, panie generale - odpowiedział pospiesznie 

Stürmer   -   chociaż   nie   należy   ufać   przełożonemu,   który   oferuje 

alkohol.

Greul odmówił z aroganckim spojrzeniem, które wskazywało, co 

myślał o oficerach Korpusu Alpejskiego, którzy zaczynają pić alkohol 

o ósmej rano.

Jednak   pozostali   nie   zwracali   na   niego   uwagi.   Stuknęli   się 

kieliszkami i wypili jednocześnie palący austriacki trunek.

background image

- No i co, generale - zaczął Stürmer, patrząc na dowódcę, pod 

którego komendą służył w 3. Dywizji Górskiej, w lepszych czasach, 

pod Narwikiem w 1940 roku.

Dietl uśmiechnął się cierpko.

-   Czy   słyszał   pan,   pułkowniku   o   miejscu   zwanym   Leros?   - 

spytał,   podchodząc   do   mapy   obszaru   Morza   Śródziemnego,   która 

zakrywała teraz mapę Rosji, normalną dekorację ściany biura. - Tutaj, 

wyspa   na   Morzu   Egejskim,   blisko   wybrzeża   Turcji   i   jakieś   140 

kilometrów od naszej głównej bazy w Dodekanezie na wyspie Rodos.

- I? - Greul i Stürmer zadali pytanie jednocześnie, pochylając 

się, aby dokładniej przyjrzeć się mapie.

- Anglicy zajęli ją w zeszłym tygodniu i mam przeczucie, że 

Führer ma zamiar wyznaczyć nam zadanie odzyskania jej.

Twarz Greula zapłonęła wizją nowej akcji bojowej, ale Stürmer 

nie ucieszył się.

- Ale to nie będzie to, co na Krecie? - rzucił szybko pytanie.

Dietl potrząsnął głową.

-   Każdy   wie,   że   spadochroniarze   Studenta   nie   będą   w   stanie 

zabrać się ponownie za taką akcję. Hitler już nie pozwoli im pójść 

pierwszym do ataku i doprowadzić do takiej rzezi jak na Krecie w 

1941 roku. Z wyższego szczebla dowodzenia wiem,  że tym razem 

walkę   rozpocznie   Korpus   Alpejski.   Gdy   strzelcy   górscy   uchwycą 

pozycje,   wtedy   dopiero   do   walki   wejdą   spadochroniarze   i   to 

równocześnie z desantem morskim.

- Ale co do cholery jest tak piekielnie ważnego na tej Leros, że 

background image

trzeba przeprowadzać operację na pełną skalę, generale?  - Stürmer 

nadal   miał   poważne   wątpliwości.   -   Założę   się,   że   tylko   jeden   na 

dziesięciu Niemców słyszał tę nazwę.

Dietl sięgnął po szare sukienne rękawiczki.

-   Nie   wiem,   pułkowniku.   Może   powinniśmy   pozostawić 

wyjaśnienie   tej   kwestii   Największemu   Kapralowi   Wszech   czasów, 

naszemu Führerowi, Adolfowi Hitlerowi - gdy wypowiadał ostatnie 

słowa, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

*

Przejechali   bez   kłopotu   przez   niemiecko-austriacką   granicę, 

szybko przemknęli przez Ostertal, w cieniu Alp Bawarskich, mijając z 

bolesną powolnością jedną starannie strzeżoną blokadę za drugą, by w 

końcu, mając  w zapasie tylko kilka  minut dojechać do celu. Dalej 

eskortowani przez adiutantów w mundurach SS, którzy przytłaczali 

nawet   Greula,   weszli   do   poczekalni   w   Obersalzbergu.   Gońcy   w 

nieskalanie czarnych mundurach biegali w tę i z powrotem, trzymając 

pod pachami pliki dokumentów. W pewnym momencie nawet sam 

Bormann, „brunatna eminencja” wychylił zza drzwi swoją okrągłą jak 

globus   głowę,   aby   sprawdzić,   czy   ktoś   jeszcze   przebywa   w 

poczekalni.

- Drobna panika - mruknął przez zaciśnięte usta Dietl.

- Ma pan rację, generale - zgodził się Stürmer.

Przez   te   ostatnie   straszliwe   lata   widział   już   to   wszystko; 

gorączkowa   aktywność,   jej   konsekwencji   nie   ponosili   oficerowie 

których   dotyczyła,   oznaczała   zniszczenie   i   nagłą   śmierć   dla   wielu 

background image

wyczerpanych żołnierzy liniowych na odległych frontach.

- Ale co się dzieje?

Jednak   zanim   generał   zdołał   odpowiedzieć   na   to   pytanie, 

ogromny adiutant z SS otworzył gwałtownie wielkie dwuskrzydłowe 

drzwi. Z oczami wbitymi gdzieś daleko poza horyzont, powiedział 

głosem pozbawionym wyrazu, jakby ich nie widział:

- Moi panowie, Führer was prosi!

Trzej   oficerowie   chwycili   swoje   miękkie   spiczaste   czapki, 

wcisnęli   je   pod   prawe   ramiona   pod   przepisowym   kątem   i 

wmaszerowali dziarsko do wielkiego pokoju, w którym dominowało 

wielkie   okno   widokowe,   dzięki   czemu   można   było   obserwować 

wspaniałą panoramę Untersbergu, Berchtesgaden i Salzburga. Adolf 

Hitler, pan całej Europy od Kanału La Manche do Kaukazu, odwrócił 

się   na   pięcie   i   stanął   twarzą   w   twarz   z   przybyłymi   ludźmi.   Przez 

chwilę   przyglądał   się   im,   jakby   patrzył   na   powietrze,   a   potem 

uśmiechnął się, ukazując rząd żółtych zębów i powiedział:

- Ach, mój drogi generale Dietl, jak to dobrze, że pan przyjechał.

Potem spojrzał na Stürmera, wysokiego, opalonego alpinistę i 

był wyraźnie zadowolony z tego, co zobaczył. Rozchylił dłonie, aby 

chwycić nimi za rękę pułkownika i zaraz potrząsnął nią na powitanie.

- Zdobywca Elbrusa - stwierdził. - Jestem zaszczycony, że pana 

spotykam, pułkowniku.

Gdyby Stürmer nie był tak mocno opalony, można by zauważyć 

rumieniec   dumy   na   jego   twarzy,   tak   typowy   dla   narodowo-

socjalistycznych prominentów, a którego tak bardzo nienawidził.

background image

- Tak jest, mein Führer - to wszystko co był w stanie wydukać. - 

Dziękuję.

Hitler   uśmiechnął   się,   klepnął   go   serdecznie   po   ramieniu   i 

zaśmiał się.

-   No   cóż,   mój   drogi   pułkowniku,   mam   zamiar   dać   twojemu 

oddziałowi   szansę   dorównać,   a   może   nawet   przewyższyć   twoje 

dokonania. Za mną panowie, proszę.

Trzej   oficerowie   podążyli   za   wodzem   narodu,   podeszli   do 

wielkiego   okna   i   stanęli   przed   nim   w   pełnej   wyczekiwania   ciszy. 

Hitler przyglądał się robiącej ogromne wrażenie panoramie gór.

-   Panowie   -   oznajmił   nagle,   zwracał   się   w   ten   nieoficjalny 

sposób   do   swoich,   gości,   gdy   chciał,   aby   się   trochę   rozluźnili   - 

legenda   mówi,   że   cesarz   Karolingów   śpi   gdzieś   tam   pod 

Untersbergiem i czeka na dzień, kiedy będzie musiał powstać jeszcze 

raz, aby odbudować imperium germańskie. To nie jest przypadek, że 

ja,   Adolf   Hitler,   mam   dom   naprzeciwko.   To   jest   dla   mnie   ciągła 

inspiracja   i   daje   mi   wiarę   w   to,   że   nawet   w   chwilach   najgłębszej 

depresji, wielki człowiek może podnieść się i poradzić sobie z każdą 

na pozór beznadziejną sytuacją.

Nagle szybko odwrócił się w ich stronę z ponurą twarzą, ale jego 

oczy błyszczały fanatycznie.

-   I   właśnie   w   takim   przełomowym   momencie   znalazły   się 

Niemcy. Kryzys jest bardzo poważny, moi panowie, bardzo poważny.

Podszedł   zdecydowanym   krokiem   do   ogromnego   biurka   i 

nacisnął na guzik. Zasłona na ścianie rozsunęła się, by ukazać wielką 

background image

mapę obszaru Morza Śródziemnego.

- Zostałem zdradzony we Włoszech - rzucił stanowczo. - Teraz 

już   oddziały   przeciwnika   lądują   tam   przy   cichej   zgodzie   bandy 

zdrajców z otoczenia ich króla. A do tego jeszcze ten pijany opój 

myśli,   że   upadek   Włoch   zwinie   naszą   południową   flankę.   Mogę 

czytać w jego przymulonym umyśle jak w otwartej książce. Najpierw 

zechce zająć Dodekanez - desant na Leros i Kos są tylko preludium do 

zdobycia   Rodos,   a   potem  reszta   wysp   Morza   Egejskiego.   Gdy   już 

zdobędzie tę grupę wysp, wtedy zaatakuje nasze linie komunikacyjne 

w   Grecji   i   wzmocni   czerwonych   bandytów   Tity.   Potem   przyjdzie 

kolej   na   bombardowanie   pól   naftowych   w   Rumunii   oraz   transport 

zaopatrzenia   dla   Rosjan   przez   Dardanele   i   Morze   Czarne,   zamiast 

kłopotliwych   tras   przez   Iran   i   Arktykę.   Ale   Churchill   chce   przede 

wszystkim zdobyć Dodekanez i wyspy egejskie, aby zmusić Turków 

do przystąpienia do wojny po stronie aliantów. A wiecie, co by to 

oznaczało?

- Będziemy zmuszeni opuścić południową Rosję? - zaryzykował 

stwierdzenie Dietl.

-   Nie   tylko   południową   Rosję,   ale   cały   ten   przeklęty   kraj   - 

warknął Hitler. - Jeśli Turcy przystąpią do wojny, znajdziemy się tam 

pod  ogromnym naciskiem.  Ale  -  tu  wzniósł  do góry  palec,  jak  na 

przedwojennych   zjazdach   partyjnych   w   Norymberdze   -   Turcy   nie 

przyłączą się do naszych wrogów, tak długo, jak mamy Rodos. Z tej 

wyspy   możemy   bombardować   południowo-zachodnie   wybrzeże 

Turcji   i   najgęściej   zaludnione   miasta.   Anka   nie   może   sobie   na   to 

background image

pozwolić. Dlatego tak ważne jest, aby Rodos pozostało w naszych 

rękach. Rozumiecie to, panowie? Rodos musi pozostać niemieckie!

- Jawohl, mein Führer - odpowiedzieli jak jeden mąż, porwani 

magnetycznym wpływem człowieka, który stał przed nimi.

- To jest powód, dla którego wezwałem was panowie oficerowie 

razem   -   teraz   Hitler   przemawiał   już   spokojnie.   -   Jeszcze   dzisiaj 

zostaniecie wprowadzeni w szczegóły przez generała Jodła i dowiecie 

się,   jak   mamy   zamiar   przeprowadzić   operację,   która   ma   zapobiec 

przejęciu przez przeciwnika wyspy Rodos. Teraz zwolnię was na tę 

odprawę, ale chciałbym, abyście pamiętali, że los Rzeszy Niemieckiej 

może zależeć od tego, co wydarzy się na tej małej, odległej, greckiej 

wyspie.

Popatrzył   na   nich   swymi   hipnotycznymi,   czarnymi   oczami   i 

powiedział niemal błagalnym tonem:

- Panowie, dajcie mi Leros!

background image

Rozdział 4

-   Leros   -   informował   bladolicy   generał   -   to   pięćdziesiąt   na 

dziesięć kilometrów.

Uśmiechnął się, ale jasne, cyniczne oczy nie ożyły ani trochę.

- Można niemal napluć z jednego końca na drugi.

Zebrani   oficerowie   przyglądali   się   szczegółowej   mapie,   którą 

prezentował im Jodl, zwracając uwagę na górzysty charakter wyspy, 

co tłumaczyło, dlaczego Korpus Alpejski był potrzeby do tej operacji.

- Nim Brytyjczycy na nią najechali, stacjonowali tam głównie 

włoscy   żołnierze,   którymi   dowodził   admirał   Mascherpa.   Było   ich 

około   pięć   i   pół   tysiąca,   zaangażowanych   przeważnie   w   prace 

administracyjne   w   bazie   morskiej   na   Leros.   Posiadali   dwadzieścia 

cztery baterie morskie, wyposażone w jakieś sto dział różnych typów i 

kalibrów. Dodatkowo przebywał tam oddział piechoty wyposażony w 

przestarzałe   uzbrojenie.   Większość   włoskich   poborowych   stanowili 

rezerwiści ze starszych roczników i z kiepskimi kategoriami zdrowia.

Jak zawsze szef sztabu Hitlera przedstawiał dane i szczegóły bez 

odwoływania   się   do   notatek.   To   zawsze   robiło   wrażenie   na 

słuchaczach.   Jednak   nie   zaimponowało   pułkownikowi   Stürmerowi. 

Jego wzrok nadal był wbity w góry zaznaczone na mapie, a w głowie 

kołatało   się   dręczące   pytanie:   jaka   będzie   rola   grupy   szturmowej 

Edelweiss?

- Tak dalece, jak możemy wnioskować ze zdjęć z rozpoznania 

background image

powietrznego - kontynuował Jodl - nasi dawni sojusznicy dostrzegli 

błąd w swoim postępowaniu i przeszli natychmiastową przemianę w 

zachodnią, kochającą wolność, demokrację - uśmiechnął się cynicznie 

w kierunku trzech oficerów. - Jednym słowem makaroniarze przeszli 

na   stronę   wroga.   A   przynajmniej   nie   wydają   się   mieć   ochoty   na 

stawianie oporu najeźdźcom.

-   A   jakiego   rodzaju   siłami   przeciwnik   przeprowadził   desant, 

generale? - spytał Dietl.

- Wydaje się, że wysadzili na brzeg coś w rodzaju regimentu 

piechoty.   Trzy   tysiące   ludzi,   czyli   jak   to   Brytyjczycy   określają, 

brygadę. W ten ich zwyczajowy staroświecki sposób ich dowództwo 

uczyniło jeden batalion odpowiedzialny  za każdy z trzech rejonów 

geograficznych, na które można podzielić wyspę. Niemiecki dowódca 

raczej by skoncentrował siły. Robiąc to co robią, Brytyjczycy działają 

na naszą korzyść. W samej rzeczy, mając tysiąc ludzi na północy, 

tysiąc   w   centrum   i   tysiąc   na   południu,   stworzyli   trzy   bardziej   lub 

mniej   niezależne   grupy.  Po   rozlokowaniu   ich   sił  można   sądzić,   że 

mają zamiar bronić całej linii brzegowej przed inwazją z morza. A to 

oznacza...

- Rozproszenie ich sił i pozostawienie szeroko otwartego terenu 

we wnętrzu wyspy dla desantu spadochronowego - przerwał ochoczo 

Dietl.

- Dokładnie, mój drogi - powiedział z uznaniem w głosie Jodl. - 

Szczególnie, że jak donosi wywiad, dróg na wyspie jest jedynie kilka, 

są wąskie i ogólnie słabe, więc mogą się po nich swobodnie poruszać 

background image

jedynie niewielkie samochody terenowe. Twoja uwaga była słuszna, 

Dietl - kontynuował szef sztabu - i dlatego przeprowadzimy desant z 

powietrza na tyłach wroga, w przewężeniu między zatokami Gurna i 

Alinda,   aby   przeciąć   połączenie   między   brytyjskimi   oddziałami   na 

północy i w centrum. W tym samym czasie co desant z powietrza, 

rozpocznie się inwazja morska. Oddziały pod dowództwem generała 

Müllera   zaatakują   od   północy   zatokę   Parteni   i   od   południa   zatokę 

Pandeli.

Sztabowiec Hitlera aż promieniał z radości.

-   Wszystko   bardzo   zgrabnie   i   porządnie,   jak   moglibyście 

powiedzieć. Znakomity kawałek roboty sztabowej i planistycznej. Ale 

znajdzie się zawsze łyżka dziegciu w beczce miodu - to dwie góry 

dominujące nad centrum wyspy - tutaj Clidi, a tutaj Meraviglia.

Greul z błyszczącymi oczami, spojrzał znacząco na Stürmera. 

Pułkownik pochylił głowę, wyrażając bez słowa zrozumienie; teraz 

wiedzieli,   jakie   będzie   zadanie   ich   oddziału   podczas   nadchodzącej 

inwazji na Leros.

- Oba te wyniesienia terenu zostały ufortyfikowane i posiadają 

artylerię, tak donoszą szpiedzy Abwehry, spośród ludności cywilnej, 

żyjącej na wybrzeżu. Będąc Grekami łatwo ulegają perswazjom - Jodl 

próbował   dać   do   zrozumienia,   że   łatwo   ich   można   przekupić.   - 

Donoszą, że Clidi jest wyposażona we włoskie działa, a na Meraviglia 

rozlokowali się Brytyjczycy ze swoimi działami. Naturalnie naszym 

zadaniem   będzie   doprowadzenie   do   tego,   że   nasi   byli   sojusznicy 

pierwsi skrzyżują z nami szpady.

background image

- A co z Korpusem Alpejskim? - nie wytrzymał Greul.

-   A,   tak   majorze!   Najpierw   wy   alpiniści   zajmiecie   Clidi   i 

unieruchomicie   działa   ustawione   na   niej.   To   one   stwarzają 

bezpośrednie   zagrożenie   dla   desantu   z   powietrza.   Potem   waszym 

celem stanie się góra Meraviglia, ale tu problem będzie nie tylko ze 

wspinaniem się - bo z tym wasze wiejskie chłopaki z Bawarii i Austrii 

poradzą   sobie   bez   kłopotu   -   Dietl   zmarszczył   się   groźnie,   słysząc 

sarkazm i arogancję w głosie Jodła. - Tam też znajduje się brytyjskie 

dowództwo wyspy  - kwatera  główna  jak  to  oni lubią   nazywać.  W 

związku z tym będzie ona broniona do końca. Naprawdę ciężki orzech 

do zgryzienia, panowie.

Przerwał na chwilę, aby mogli przemyśleć jego słowa, a Stürmer 

już   wpatrywał   się   w   mapę,   próbując   na   podstawie   zaznaczonych 

poziomic odnaleźć najlepszą trasę wspinaczki.

- A teraz, panowie - Jodl podjął monolog - chciałbym coś bardzo 

dokładnie wyjaśnić. Absolutnie konieczne jest, abyśmy zdobyli górę 

Clidi   nim   zacznie   się   właściwy   desant   spadochronowy.   Nawet 

makaroniarze  są na tyle odważni, aby zmasakrować naszych ludzi, 

gdy   ci   będą   jeszcze   w   powietrzu.   Kiedy   już   ją   zdobędziecie,   a 

spadochroniarze   wylądują,   będziecie   mieli   osłonięte   tyły.   Przy 

odrobinie szczęścia, nawet jeśli nie zdołacie zdobyć góry Meraviglia, 

wstrząśniecie Anglikami na tyle, że nie zauważą lądowania oddziałów 

generała   Müllera   na   północy   i   południu.   No   cóż,   to   wszystko   co 

miałem do powiedzenia. Jakieś pytania?

Stürmer   odezwał   się   po   raz   pierwszy,   w   chwilę   po   tym   jak 

background image

weszli do prowizorycznego pokoju sztabowego.

-   Generale,   powiedział   pan,   że   mamy   się   tam   znaleźć   przed 

rozpoczęciem operacji desantowej. Jaka jest data rozpoczęcia operacji 

i jak dostaniemy się na wyspę?

Jodl spojrzał na niego z zadowoleniem, ewidentnie podobał mu 

się ten oficer.

Może   wystudiowany   akcent   z   północnych   Niemiec   i   zwięzła 

przemowa, tak inna od szorstkiej paplaniny bawarskiej, pokazały mu, 

że ma do czynienia z człowiekiem swojego pokroju.

- Operacja rozpocznie się w nocy jedenastego listopada,  przy 

czym   desant   spadochronowy   ludzi   Müllera   powinien   zacząć   się   o 

czwartej nad ranem dwunastego listopada. Wasi strzelcy muszą się 

znaleźć na Leros przed świtem jedenastego.

Zaraz jednak wtrącił się Stürmer.

- To znaczy, że mamy znaleźć się na wyspie pełne dwadzieścia 

cztery godziny przed rozpoczęciem samej inwazji!

- Dokładnie, mój drogi pułkowniku - zgodził się bez oporu Jodl. 

-   A   teraz   jak   tam   się   dostaniecie.   To   już   bardziej   skomplikowana 

sprawa.   Musimy   zapewnić   sobie   całkowitą   konspirację,   inaczej 

Brytyjczycy   zaczną   rozbudowywać   obronę   na   Leros,   zamiast 

koncentrować   swoje   wysiłki   na   organizowaniu   ataku   na   Rodos. 

Dlatego   wasi   wspinacze   muszą   dostać   się   na   wyspę   w   taki   oto 

sposób...

Kiedy skończył wyjaśnienia, jak potajemnie przewieźć oddział 

alpejski z Niemiec do Kattavii na Rodos, skąd mieli zacząć operację 

background image

przeciwko Leros, Stürmer zaczął się śmiać.

-   Wątpię,   czy   moi   ludzie   będą   zadowoleni   z   tego   nowego 

doświadczenia, ale jeśli mogę dodać, to plan sam w sobie jest bardzo 

pomysłowy.

Jodl skinął głową pokazując, że jest zadowolony z jego uwag.

-   Dziękuję,   że   pan   to   powiedział,   pułkowniku,   tylko   musicie 

pamiętać, że przeciwnik ma wszędzie oczy i uszy na waszej trasie. 

Gdy zda sobie sprawę, że na łodziach jest oddział górski, nie zajmie 

mu dużo czasu, aby zgadnąć dokąd zmierza. Musicie przedsięwziąć 

wszelkie   środki,   aby   do   tego   nie   doszło.   Jeśli   jednak   rozszyfruje 

wasze zadanie, to oddział szturmowy Edelweiss momentalnie znajdzie 

się w pułapce...

background image

Rozdział 5

-   Dobierzcie   sobie   przezwiska!   -   zarechotał   szyderczo   major 

Greul, trzymając ręce na udach, szeroko rozstawionych muskularnych 

nóg.

Sam ledwo dyszał po tym, co przed chwilą przeszli.

- Przygotuj się do zejścia z tego świata - mruknął Jo, wdychając 

powietrze, gdy próbował wyrównać oddech.

-   Gdzie   wy   się   szkoliliście?   W   miejscowych   piwiarniach   i 

burdelach - nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości! Przez cały 

czas,   jaki   spędziłem   w   Korpusie   alpejskim,   nie   widziałem   takiej 

bandy słabeuszy i łamag, jak wy.

Jego zuchwałe oczy omiatały spojrzeniem stojących w szeregu 

ludzi,   którzy   z   zaczerwienionymi   z   wysiłku   twarzami   właśnie 

skończyli kurs bojowy kompanii.

- Ale mam zamiar nauczyć was, że nasi towarzysze ludowi w 

Rzeszy nie płacą gromadzie obiboków solidnego żołdu, na to, żeby 

tylko pili piwo i cudzołożyli. Nie, nic z tego, panowie!

- Cudzołóstwo? - powiedział Meier słabym głosem.

- Ja nie mam nawet siły, żeby bzyknąć muchę.

-   Sierżancie!   -   warknął   Greul,   zwracając   się   do   wielkiego 

podoficera.

- Tak, panie majorze.

-   Jeszcze   po   pięć   dodatkowych   kilogramów   na   każdego!   - 

background image

rozkazał.

Meier uznał, że lepiej nie protestować. Odwrócił się twarzą w 

kierunku wyczerpanych strzelców górskich.

- W porządku, chodźcie i powyjmujcie ołów z tyłków. Major nie 

będzie na was czekał przez cały dzień.

Zmęczeni   ludzie   otwierali   plecaki   ważące   już   po   czterdzieści 

pięć kilogramów, a Meier dołożył jeszcze po pocisku kalibru 20 mm 

do sterty kamieni leżących na dnie każdego z nich.

Greul wcisnął gwizdek w usta i świsnął przenikliwie trzy razy.

Cała kompania ruszyła truchtem w jednym szeregu.

-   Tempo...   tempo   -   poganiał   ich   major,   biegnąc   z   boku   jak 

owczarek pilnujący stada owiec.

*

Pierwsza   grupa   już   dotarła   do   kilku   lin,   które   zwisały   z 

karabińczyków umocowanych na skalnej ścianie pięćdziesiąt metrów 

ponad   ich   głowami.   Chwytali   je   i   wspinali   się   w   górę,   a   plecaki, 

szarpiąc ich mięśnie, były dla nich jak brzemię Syzyfa. Major Greul z 

pogardą   spojrzał   na   linę   i   wspinał   się   po   ścianie   jak   mucha, 

wykorzystując   każdą   szczelinę   i   każdy   załom   niewidoczny   dla 

niewprawnego   oka,   z   prędkością   niedostępną   dla   reszty   ludzi   z 

oddziału.

Pierwsza grupa już wdrapywała się na szczyt, mając z wysiłku 

przed oczami czarne plamy. Wspinacze czuli, jak krew pulsowała z 

furią w ich skroniach. Ale czas na odpoczynek jeszcze nie nadszedł.

- Formacja do ataku! - szczeknął Greul.

background image

Strzelcy   ściągnęli   karabiny   z   pleców.   Na   obu   flankach 

zaterkotały   lekkie   karabiny   maszynowe.   Długie   smugi   pocisków 

świetlnych wyznaczały trasę natarcia po stromym, trawiastym stoku.

- Trzymać tempo... trzymać tempo! - wydzierał się Greul, jak 

zawsze podniecony hukiem wystrzałów.

Resztką sił dotarli na ostrogę skalną, górującą nad stokiem. Byli 

na miejscu. Z rynny skalnej wypływał strumień, który zamieniał dolną 

część stoku w bajoro błota.

Teraz Greul dał im chwilę odpoczynku.

-   Padnij   -   wydał   komendę,   która   przedarła   się   przez   huk 

wystrzałów z MG34.

Przed   nimi   rozpościerała   się   strefa   dwudziestu   metrów   błota, 

ponad   którą   wyrastała   plątanina   drutów   kolczastych,   przybita   do 

gruntu   na   tyle,   aby   mógł   się   pod   nią   jedynie   przeczołgać   goły 

człowiek.

- Naprzód!

Karabiny   zakołysały   się   im   na   ramionach,   ciągnąc   ich   swym 

ciężarem do dołu i zaczęli się czołgać naprzód, pracując drżącymi ze 

zmęczenia nogami i rękami. Przypominali drewniane lalki wrzucone 

w   błoto.   A   to   błoto   zdawało   się   być   śliskie   jak   lód.   Zadziory   na 

drutach kolczastych darły na strzępy ich mundury i skórę. Plecaki co 

chwila   grzęzły   w   zwojach   zdradliwego   drutu   i   gdy   z   gniewem 

próbowali wyrwać je z jego objęć, nad głowami z jękiem przelatywały 

serie pocisków z broni maszynowej.

Ale   to   nie   był   jeszcze   koniec   koszmaru.   Dysząc   i   charcząc 

background image

walczyli   o   to,   aby   stanąć   na   nogach.   Sto   metrów   przed   nimi 

znajdowały się drewniane tarcze strzelnicze.

-   Gdy   wydam   rozkaz,   otworzycie   ogień   -   rozkazał   Greul   -   i 

biada, jeśli któryś z was nie powali kulami swojego byka! Strzelać 

według woli!

Drżącymi rękami unieśli karabiny do góry i próbowali wziąć na 

cel   ciemną   sylwetkę   namalowaną   na   tarczy.   Nieregularna   palba 

wystrzałów karabinowych odbiła się echem od gór.

Greul ledwie mógł doczekać tego, by żołnierze skończyli serię 

pięciu   strzałów.   Rzucił   się   do   przodu   z   plecakiem   ważącym 

pięćdziesiąt kilo, jakby miał w nim pierze, a nie kamienie i pociski. 

Lekko podbiegł do tarcz i wrzeszczał przeraźliwie, jeśli w którejś z 

tarcz nie znalazł pięciu dziur.

W końcu odwrócił się, a jego oczy błyskały gniewem i pogardą.

- Wielki Boże - warknął - co się z wami dzieje! W co drugiej 

tarczy   nie   ma   dziur.   Na   rany   Chrystusa,   ja   was   nauczę   bando 

matkojebców, jak się strzela, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz 

do zrobienia  w moim życiu. Przysięgam na imię  naszego Führera! 

Sierżancie, z powrotem z nimi na dół!

Jak umierający ludzie, z oczami pozbawionymi wszelkiej emocji 

i skrajnie wyczerpani, zaczęli schodzić chwiejnym krokiem ze stoku, 

aby jeszcze raz przebyć morderczą trasę.

*

-   Ciężki   trening   to   lekka   walka   -   powtarzał   swoją   ulubiona 

maksymę major Greul.

background image

Pułkownik Stürmer westchnął i popatrzył na ludzi ustawionych 

w szeregu, gotowych do nocnych ćwiczeń.

- Nie wolno ci przesadzić, Greul - ostrzegał majora - nie możesz 

ich przemęczyć, wiesz przecież o tym.

- Pozwolę sobie nie zgodzić się z panem - odparł Greul. - Nie da 

się zrobić omleta, nie tłukąc jajka.

Stürmer jeszcze raz przebiegł wzrokiem po szeregu czekających 

ludzi.   W   jakiś   sposób   się   z   tym   zgadzał.   Żołnierze   z   oddziału 

szturmowego   Edelweiss   nigdy   nie   wyglądali   na   lepiej 

wytrenowanych.   Szorstka   dyscyplina   majora   Greula   sprawiła,   że 

stracili wszelkie zbędne zapasy tłuszczu. Ich ciała były szczupłe, ale 

smukłe, oczy rozpalał blask, a twarze mieli opalone na ciemny brąz.

- W porządku, Greul, możesz ich zabrać. Ale już bez łamania rąk 

i nóg. Wkrótce możemy potrzebować każdego człowieka.

Major nie mógł powstrzymać śmiechu.

- Wyrwiemy teraz chwasty słabości z serc i ciał. Tylko twardzi i 

odważni zasługują na honor przelania krwi za ojczyznę.

- Och, daj spokój z tą martyrologią, Greul - powiedział lekko 

znużonym tonem pułkownik.

Ale   chwilę   później,   gdy   oddział   wymaszerowywał   z   koszar 

zamaszystym krokiem, poczuł nagły przypływ dumy ze swoich ludzi.

Schwarzbraun muss mein Mädel sein

Genauso wie ich...

Hei-di, hei-do, hei-ja...

background image

Piosenka odbijała się wielokrotnie echem od kamiennych murów 

wąskiej Herman Gäring Strasse, a drewniane okiennice otwierały się z 

trzaskiem,   gdy   zaciekawieni   ludzie   spoglądali   przez   okna   na 

maszerujący pod nimi oddział piechoty górskiej.

Na końcu kolumny obok Japa szedł sierżant Meier, spojrzał do 

góry   i   ujrzał   ją   po   raz   pierwszy.   Wychylała   się   przez   rzeźbioną 

drewnianą   barierkę   balkonu,   ukazując   wspaniały   biust   tylko   lekko 

schowany za nisko wyciętym dekoltem, który przypominał cudowną 

dolinę Jungfraujoch.

Meier oniemiał i prawie zmylił krok.

- Jezusie, Maryjo i Józefie! - wydusił zachwycony.

Przełknął głośno ślinę, gdy blondyna z imponującym biustem 

wychyliła się jeszcze mocniej i machała podekscytowana w kierunku 

odchodzących żołnierzy.

- Och, bracie! Oddałbym cały miesięczny  żołd, aby zanurzyć 

twarz między takie boskie wymiona.

- To Cycata Laura - poinformował go Jap, gdy skręcali na Adolf 

Hitler Platz - żona miejscowego przywódcy SA - Lorenza.

-   Chcesz   przez   to   powiedzieć,   że   cywil,   nawet   jeśli   jest   to 

członek SA, może wsadzać swojego wątłego ptaka w tak cudowne 

stworzenie?   -   Spytał   Meier   z   niedowierzaniem,   między   dwiema 

zwrotkami piosenki. - Żeby tylko Führer o tym wiedział!

A   potem   rozpoczęli   długie   podejście   pod   górę   na   nocne 

ćwiczenia,   a   śpiewana   przez   nich   piosenka   powoli   cichła,   zaś   w 

głowie sierżanta Meiera zaświtał nowy plan.

background image

*

- Dzisiaj w nocy będziemy ćwiczyć tyrolski trawers - oznajmił 

Greul,   gdy   ludzie   ustawili   się   przez   nim.   Korzystaliście   już   z   tej 

techniki wcześniej w wysokich górach. Dzisiaj wykorzystamy ją na 

ścianie   klifu   morskiego,   a   do   tego   potrzebujemy   narzędzi   do 

pokonywania jaskiń morskich.

Meier spojrzał znacząco na Japa i wyszeptał kącikiem ust:

- A więc to tak. Przed nami mała podróż morska, co? Chyba się 

nie mylę?

Tej   nocy   ćwiczyli   tyrolski   sposób   wspinaczki   w   grupach   po 

pięciu   ludzi.   Wspinając   się   na  sąsiedni   szczyt,  mogli   zarzucić   linę 

zjazdową   na   wierzchołek   góry,   na   który   mieli   zamiar   się   wspiąć, 

zabezpieczali się swoimi uprzężami i wykorzystując siłę grawitacji, 

ześlizgiwali   się   w   bardzo   niebezpiecznym,   ale   i   podniecającym 

manewrze. Co jakiś czas Greul mógł powydzierać się na pechowych 

zjazdowców,   którzy   w   nocnym   ślizgu   po   linie,   docierali   do 

przeciwległej ściany skalnej.

- Podciągnij te cholerne nogi, człowieku. Pod tobą faluje morze! 

Wyżej stopy!

Gdy brudnobiałe światło fałszywego poranka zaczęło zalewać 

górskie niebo, major krzyknął:

- W porządku, to już koniec tych tyrolskich zabaw.

Ze wszystkich stron rozległo się westchnienie ulgi. Żołnierze już 

chcieli powrócić do koszar w Kufstein i wślizgnąć się do łóżek. Ale 

nie tak prędko. Chwilę potem Greul oznajmił:

background image

- A teraz, aby poprawnie zakończyć cały trening, zbiegniemy z 

góry. To was nauczy wysoko podnosić stopy.

Potem znacząco wyciągnął pistolet z kabury.

- I aby upewnić się, że dobrze będziecie wyciągać nogi, będę 

biegł za waszymi plecami z tym żelastwem! - Jego głos wznosił się 

coraz wyżej. - W tył zwrot!

Strzelcy   górscy   obrócili   się   jednocześnie   i   popatrzyli   w   głąb 

doliny,   gdzie   rozciągał   się   Kufstein,   którego   centrum   nadal   skryte 

było w mrokach nocy.

- Dobrze, a teraz, bieg!

W   lawinie   pyłu   i   kamieni,   który   pokrywał   zbocze,   zaczęli 

zbiegać   po   stoku,   odchylonym   pod   kątem   prawie   sześćdziesięciu 

stopni.   Niektórzy   ześlizgiwali   się   na   plecach,   a   ich   szare   spodnie 

bojowe momentalnie darły się na strzępy. Inni skakali i przebiegali od 

głazu do głazu, rozdrapując sobie skórę na dłoniach o ostre granitowe 

krawędzie. Meier drąc się z maniacką radością, śmigał zygzakiem od 

jednej kępy roślin do drugiej, czując jak ramiona niemal wyrywają mu 

się ze stawów, gdy chwytał rękami kolejną zbawczą gałąź.

Wreszcie, jęcząc, dysząc i krztusząc się, z twarzami czerwonymi 

jak buraki, posiniaczeni, z krwią spływającą z licznych drobnych ran i 

otarć, wpadli w gęstwę świerków, która skutecznie wyhamowała ich 

pęd.

*

- Och, jakie piękne czasy - stwierdził pułkownik Stürmer, gdy 

popatrzył   na   ludzi   z   grupy   szturmowej   Edelweiss,   którzy   stali   w 

background image

szeregu na placu defiladowym i czekali, aż inspekcja dobiegnie końca. 

- Ale jaką smutną gromadą jesteście! Co pan z nimi zrobił, majorze 

Greul?

Pułkownik zrobił się bardziej dociekliwy, nie wierząc w to co 

widział.

- Przeprowadziliśmy bieg górski, panie pułkowniku.

- W nocy?

- Tak jest.

- To oni musieli osiągnąć znakomity poziom wyszkolenia, jeśli 

byli w stanie zejść z gór po nocy. Moje gratulacje, majorze, że oni w 

ogóle żyją - dodał pułkownik z szyderczym podziwem.

-   Zawsze   znajdzie   się   jeszcze   okazja,   aby   coś   poprawić   w 

wyszkoleniu. Tyrolskie przejście...

-   Obawiam   się,   że   już   nie   -   Stürmer   przerwał   majorowi.   - 

Otrzymałem   iskrówkę   z   kwatery   Führera   jakieś   pół   godziny   temu. 

Mamy być gotowi do wyruszenia w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. 

Dzisiaj mamy kompanijną zieloną nockę. Szkolenie grupy szturmowej 

Edelweiss zostało zakończone. Teraz będą jeszcze raz gry i zabawy.

background image

Rozdział 6

-   Już   dość,   już   dość,   krzyczała   dziewica,   dostałam,   to   co 

chciałam   -   powiedział   sierżant   Meier   nie   kierując   tych   słów 

szczególnie w czyjąś stronę.

Odsunął   od   siebie   półmisek   pełny   małych   kupek   dokładnie 

ogryzionych   kości.   Był   tego   wieczoru   w   zdecydowanie   dobrym 

humorze, którego nie mogła nawet popsuć perspektywa nocnej służby 

wartowniczej. Najadł się po uszy  eisbein und sauerkraut, było dużo 

darmowego piwa i wódki, opłaconej przez oficerów, a w zakamarkach 

umysłu tliło się wspomnienie Cycatej Laury.

-   Wy   wiecie,   dlaczego   tu   jesteśmy   -  ryknął  Meier.   -  To   jest 

ostatnia popijawa w naszej kompanii przed wyjazdem na front. Tak 

więc   nim   nasi   włochaci   górale   zbombardują   swoje   bawarskie   łby 

alkoholem,   chciałbym   usłyszeć,   co   ma   do   powiedzenia   nasz 

pułkownik.

Major Greul, który bawił się kuflem piwa, zrobił się ponury. Nie 

lubił tych kompanijnych wieczorów, kiedy ludzie jedli, a szczególnie 

pili zbyt dużo. Wiedział, że to jest tradycja w niemieckiej armii, ale 

takie rozpasanie obrażało jego narodowo-socjalistyczną skromność i 

pełne determinacji poświęcenie.

Natomiast   pułkownik   Stürmer   roześmiał   się.   To   cały   Meier, 

powiedział   sobie.   Miał   już   pełny   żołądek,   to   chciał   przejść   do 

poważnej części wieczoru, czyli żłopania piwa.

background image

Stürmer rozejrzał się po otaczających go twarzach, spalonych 

słońcem, szczupłych i zahartowanych. Taki widok lubił. Naprzeciwko 

niego   siedział   porucznik   Sepplmayr;   wszyscy   byli   weteranami, 

którymi dowodził od początku wojny. To był chyba najlepszy oddział 

górski   na   świecie.   Ale   ich   nowe   zadanie   miało   być   trudne   i 

niebezpieczne.

-   Koledzy.   Wiecie   jaki   jest   powód   dzisiejszego   spotkania? 

Wkrótce   wyruszymy   z   Kufstein.   Obawiam   się,   że   nie   mogę   wam 

podać   szczegółów,   ale   nasza   misja   ma   zasadnicze   znaczenie   dla 

niemieckich sił zbrojnych i nie jest pozbawiona ryzyka. Ale wiem, że 

mogę polegać na was wszystkich i każdym z osobna.

Jeszcze   raz   powiódł   wzrokiem   po   poważnych   twarzach 

zebranych.

- Tak samo wy możecie polegać na mnie. Nie będę was prosił o 

nic, czego sam nie potrafię wykonać. Spodziewam się jednak, że dacie 

z   siebie   wszystko,   a   sam   dołożę   wszelkich   starań,   aby   było   jak 

najmniej ofiar.

Greul,   który   siedział   obok   stojącego   pułkownika,   zaśmiał   się 

szyderczo.   Czyż   to   nie   sam   Führer   powiedział,   że   „upływ   krwi, 

oczyszcza”? Niemcy nie powinni martwić się umierającymi za naród, 

ojczyznę i wodza.

Stürmer   zdawał   się   nie   przejmować   wyrazem   twarzy   swego 

zastępcy. Zamiast tego wzniósł do góry kufle z piwem i zawołał:

- Za grupę szturmową Edelweiss!

Zebrani   na   sali   żołnierze   poderwali   się   z   krzeseł   niemal 

background image

jednocześnie. Ich ciężkie, przeznaczone do chodzenia po górach buty, 

nabijane dodatkowo ćwiekami, uderzyły w drewnianą podłogę, gdy 

stawali   na   baczność,   z   litrowymi   kuflami   piwa   trzymanymi   na 

wysokości   trzeciego   guzika   bluzy   mundurowej,   jak   przewidywał 

wojskowy rytuał.

-   Niech   żyje   grupa   szturmowa   Edelweiss!   -   odpowiedzieli 

okrzykiem.

- Toast! - zakomenderował pułkownik.

- Za zdrowie! - odpowiedzieli chórem.

Ludzie wznieśli kufle, wypili trunek, a potem stuknęli nimi z 

całej siły o blaty zrobione ze zwykłych desek, jakby chcieli połamać 

dębowe kozły, na których one spoczywały. Zaczęła się kompanijna 

biba.

*

-   Czy   słyszeliście   o   pewnej   gospodyni   domowej,   której   się 

zrobiło słabo z powodu racji żywnościowych? - rozochocony piwem 

Jap starał się przekrzyczeć ogólny zgiełk. - Zapytała rzeźnika, czy ma 

kaszankę.   Nie,   nie   mamy   kaszanki.   A   może   macie   wątrobiankę?   - 

spytała. Nie, nie mamy wątrobianki. A czy może macie jęzory? Tak, 

mamy   jęzory!   W   takim   razie   poliżcie   mi   dupę   -   powiedziała   i 

wyszła...

Pułkownik   Stürmer   uśmiechnął   się.   Ileż   to   już   razy   siedział 

przez   ostatnie   lata   w   takich   zadymionych   salach,   pełnych   oparów 

piwa i papierosów, słuchając tych samych, starych dowcipów. Gdzieś 

indziej   wszechpotężni,   bezduszni   generałowie   siedzieli   w   swych 

background image

odległych kwaterach, ślęcząc na tymi samymi mapami tego samego 

terenu, próbując dopasować siły moralne i taktyczną pomysłowość, 

jakby jeden przeciw drugiemu rozgrywał partię szachów.

I   byli   także   ci   ludzie,   uczciwi,   prości   żołnierze   i   miliony 

podobnych do nich we wszystkich armiach świata, którzy staną się 

ofiarami tamtych generałów i ich taktyki.

Nagle pułkownik poczuł, że ma dość tego pijanego towarzystwa. 

Podniósł z ociekającego już piwem stołu czapkę, z przymocowaną do 

niej metalową szarotką i wstał z krzesła.

Meier kącikiem oka zauważył, co robi dowódca i już chciał się 

poderwać na nogi i dać komendę „baczność”. Stürmer jednak po cichu 

pokręcił przecząco głową, pokazując, że nie chce, aby przeszkadzano 

ludziom;   niech   się   bawią   dalej   przy   piwie.   Dotknął   tylko   palcami 

daszka   czapki,   jakby   salutował   tym   wszystkim   młodym   ludziom, 

którzy mieli poświęcić się wojnie i szybko wymknął się w ciemność 

nocy.

Byk Jo, już solidnie pijany, ale nadal świadom tego co się dzieje, 

znieruchomiał z wyrazem zamyślenia na twarzy. Kompania była już 

całkiem nawalona piwem. Porucznik Sepplmayr, ich nowo przybyły 

oficer, pechowy i podatny na wypadki, zwymiotował na pierś swego 

munduru. Major Greul wkroczył zdecydowanie do akcji i wyciągnął 

nieszczęsnego, i bladego z przepicia porucznika na zewnątrz kantyny. 

Cała sala wypełniona była dymem papierosowym i „ofiarami piwa”. 

Strzelcy górscy masowo zalegali na przesiąkniętych piwem stołach.

Cały   umysł   Meiera   zaprzątała   Laura,   wspaniała   austriacka 

background image

Laura,   z   tymi   pięknymi   piersiami,   które   zdawały   się   rozrywać 

kolorowy   serdak   za   każdym  razem,   gdy   ich   właścicielka   nabierała 

głębiej powietrze w płuca. Już sobie wyobrażał jak bierze jedną z nich 

w dłoń i pociera sutek, jednocześnie ją całując. Potem podrzuca jej 

piersiami,   jakby   nimi   żonglował:,   aż   piękne   różowe   sutki   drżą   z 

podniecenia. A na koniec wciska między nie twarz i zabiera ją ze sobą 

wraz z butelką szampana...

Wyłączył jednak w umyśle ten film. Podjął decyzję. Dobierze 

się do majtek Cycatej Laury jeszcze tej nocy albo nie nazywa się Byk 

Jo.

Z rękami wysuniętymi do przodu jak ślepiec, ruszył w kierunku 

szopy,   obmacując   drogę.   Kopnięciem   buta   otworzył   z   trzaskiem 

drzwi.

- Gdzie jest ta cholerna drabina? - mruczał do siebie i rechotał 

pijacko.

Po chwili znalazł drabinę i zdjął ją z haków na ścianie. Jęknął 

tylko,   gdy   ją   zarzucał   na   ramię   i   po   chwili   chwiejnym   krokiem 

skierował się w stronę wyjścia z koszar.

- Czy mnie kochasz, na pewno, kochanie, spytała - nucił pod 

nosem - i czy w kieszeni rewolwer masz?

Jap,   który   ledwie   kołysząc   się   na   nogach,   stał   blisko   muru 

koszarowego, zobaczył przyjaciela i ledwie mógł uwierzyć w to, co 

widział. Sierżant Meier właśnie zamierzał pozwolić sobie na trochę 

staromodnego cudzołóstwa! Nagle on również podjął decyzję.

- Hej, poczekaj chwilę, Jo! Idę z tobą! - zawołał z nadzieją i 

background image

rozpaczą w głosie.

background image

Rozdział 7

- Piłem ostatniej nocy... piłem poprzedniej... pić będę i tej, jak 

nigdy przedtem - ryczał na cały głos piosenkę Byk Jo, gdy zataczając 

się przechodził z Adolf Hitler Platz na Hermann Gäring Strasse, gdzie 

mieszkała   sławna   ze   swych   wdzięków   Laura.   Nagle   oślepił   go 

strumień światła skierowany prosto w oczy.

- A dokąd to wybierasz się z tą drabiną, sierżancie? - dopytywał 

się ktoś stanowczym tonem.

Meier   mocno   zatoczył   się   w   chwili,   gdy   niespodziewanie 

zatrzymały go dwie groźne postacie.

- Właśnie wypadłem z łóżka. I potrzebuję drabiny, żeby sobie 

znowu dobrze popieprzyć, ty pruski fiucie!

Człowiek,   który   mówił   szorstkim   północnoniemieckim 

akcentem, przycisnął latarkę do klatki piersiowej i Jo mógł zauważyć 

kwadratową szczękę pod hełmem, pod którą jasno błyszczał srebrny 

półksiężyc, jaki nosiła żandarmeria wojskowa.

- Chryste! - zawołał. - Łowcy głów!

- Tak, jesteśmy z żandarmerii polowej - zgodził się z nim głos. - 

A teraz, gdzie zmierzałeś z tą drabiną?

- Zabieraj się stąd - powiedział Byk Jo - albo będzie tutaj jatka.

- Sierżancie, mogę na ciebie nasrać - powiedział groźnie łowca 

głów - i to z dużej wysokości.

Jakaś   metalowa   obręcz   z   kliknięciem   zamknęła   się   na 

background image

nadgarstku Jo. Ale nim żandarm zdołał zapiąć drugą obręcz kajdanek, 

dziwny kształt,  podobny do antycznej małpy  spadł na plecy łowcy 

głów.

- Jap? - wystękał zaskoczony Byk.

-   No,   a   kto   inny?   Nie   stój   jak   pierd   w   przeciągu   -   mały 

mieszaniec rasowy krzyknął i dodał - walnij w ucho to drugie gówno!

Jak   młot   parowy   pięść   Meiera   walnęła   większego   z   dwóch 

żandarmów i posłała go lekkim łukiem w ciemność. Potem poprawił 

jeszcze raz. Żandarm tylko jęknął i opadł głucho na bruk ulicy.

-   Jutro   rano   będzie   potrzebował   nowych   zębów,   jeśli   się   nie 

mylę - powiedział zadowolony z siebie Meier.

-  Bierz   drabinę,   Jo!  -  Jap   ponaglał  kompana,   bo  ciszę   nocną 

przerwał przenikliwy dźwięk gwizdków policyjnych.

Chwilę   później   dwóch   ludzi   biegło   w   kierunku   okna   cycatej 

Laury.

*

Meier potrząsnął głową. Widział sypialnię coraz wyraźniej, ale 

nadal była dla niego jak jedna wielka plama. Powoli obrócił głowę. 

Wszędzie   walały   się   ubrania.   Poplamiony   piwem   mundur   polowy, 

jakimś cudem nie jedna, a dwie pary butów do chodzenia po górach, 

jego majtki zwinięte w kłębek, kobiecy sweter zarzucony niechlujnie 

na oparcie krzesła.

Potem   ponownie   obrócił   głowę,   aby   dostrzec   ogromne   ciało 

kobiety,   która   leżała   obok   niego   w   wielkim,   małżeńskim   łożu. 

Poprzez   sklejone   powieki,   uchwycił   spojrzeniem   dwie   dużych 

background image

rozmiarów półkule, zakończone ciemnymi sutkami, które unosiły się i 

opadały regularnie w rytm oddechu.

Meier oblizał usta i wyszeptał:

- Tylko szybki numerek, Laura. Jak za starych dobrych czasów.

Uśmiechnął   się   powoli,   a   potem   palcem   wskazującym   i 

kciukiem sięgnął, aby lekko uszczypnąć najbliższy sutek.

Ale nim wykonał jakiś ruch, czyjaś brudna łapa pokazała się z 

drugiej   strony   wielkiego   łoża   i  zaczęła   delikatnie   szarpać   za  drugi 

sutek Laury.

Jo usiadł szybko i popatrzył ponad ciałem Laury, która miała 

mocno zaciśnięte powieki, jednak jej oddech stawał się szybszy, a na 

białej twarzy pojawił się uśmiech błogiej rozkoszy. Naga postać leżała 

po drugiej stronie dziewczyny, z głową wtuloną w jej pierś, jak małe 

dziecko.

- Jap? - wybuchnął. - To ty!

Mały kapral otworzył oczy.

- A kogo się tu spodziewałeś, Adolfa Hitlera?

Laura usiadła na łóżku, ze zmęczoną ale i zadowoloną twarzą.

-   A   teraz   moje   małe   gepardziki   -   westchnęła   ostrzegawczo   - 

wszyscy dobrze się bawiliśmy, prawda?

Popatrzyła najpierw na jednego z nich, a potem na drugiego.

- Przynajmniej ja.

Jo klepnął melodramatycznie otwartą dłonią w czoło.

-   Ale   ty   chyba   nie   masz   po   kolei   w   głowie,   aby   pozwolić... 

pozwolić temu  Pigmejowi, żeby spał z tobą! Chyba widzisz, że to 

background image

nawet nie jest prawdziwy Bawarczyk.

Zwinął dłoń w pięść i pogroził nią Japowi.

- Przynajmniej jedna część jego jest prawdziwa - powiedziała 

Laura   łagodnie,   patrząc   na   małego   faceta,   który   wtulał   się   w   jej 

masywny bok.

- Czy tu nie masz zupełnie poczucia humoru, Jo? - bronił się Jap. 

- Uśmiechnij się i uszy do góry!

Cycata Laura usiadła między nimi.

- Panowie... moi panowie - przerwała im, wznosząc ręce ponad 

głowę, chcąc ich uspokoić. - Kto tak hałasuje wczesnym rankiem? 

Dzień się jeszcze nie zaczął, a my chcemy spędzić go we właściwy 

sposób.

Meier opuścił pięść i spojrzał na nią podejrzliwie.

- Co to znaczy, we właściwy sposób?

Zachichotała,   aż   zwały   tłuszczu   na   jej   brzuchu   zaczęły 

podskakiwać.

- A jak pan myśli, o co mi chodzi, panie sierżancie Meier? - 

załkała i łzy radości popłynęły po jej policzkach.

Jo otworzył szeroko usta ze zdumienia jak dusząca się ryba.

- Chyba nie myślisz... - spytał głupio.

-   A   dlaczego   nie?   -   odpowiedziała   pytaniem   na   pytanie, 

przecierając przy tym oczy.

- W porządku, ale ten kundlowaty Pigmej ma mieć zamknięte 

oczy, gdy my będziemy baraszkować.

- A kto powiedział, że ty będziesz pierwszy? - zaprotestował Jap.

background image

- A jak to ma wszystko wyglądać, co? - Meier nie ustępował.

- Orzeł czy reszka? - zaproponowała Laura.

- Chcesz, abyśmy rzucali o to monetą?

Dziewczyna pokiwała głową i uśmieszek skromności pojawił się 

na jej twarzy, przewidując, co się będzie działo.

Ale   ani   Jap,   ani   Byk   Jo   nie   mogli   cieszyć   się   „prawem 

pierwszeństwa” tego poranka. W chwili gdy tylko Laura położyła na 

dłoni   dziesięciofenigową   monetę,   znajomy   dźwięk   doleciał   przez 

otwarte okno, pod którym nadal stała drabina.

- Sygnał trąbki na pobudkę w koszarach - załkał Jap.

- Czy to nie paskudny koniec? Teraz, gdy facet może komuś dać 

coś fajnego?

Byk Jo wyskoczył z łóżka i chwycił za buty.

- Chodź, Jap! - Wrzasnął za siebie. - Podnoś tyłek! Edelweiss 

dzisiaj opuszcza koszary i pułkownik urwie mi jaja, jeśli się spóźnię!

- A ja? - spytała skonsternowana Laura, gdy dwaj mężczyźni w 

pośpiechu zakładali na siebie mundury.

Z   oddali   już   dobiegały   odgłosy   budzących   się   koszar   do 

kolejnego dnia wojny.

*

Jap złapał stojącą w świeczniku świeczkę.

- Masz - krzyknął. - Weź to!

I rzucił nią w nagie kolana dziewczyny. Jeśli miejscowy wódz 

S.A.   -   Lorenz   nie   potrafi   cię   zadowolić,   to   ci   umili   czas,   dopóki 

oddział szturmowy Edelweiss nie powróci z wojny.

background image

Z tymi słowami dwaj przyjaciele przeszli przez okno i zeszli po 

drabinie na ulicę, a potem jak rozbrykane dzieciaki pobiegli w stronę 

koszar.

KSIĘGA DRUGA

Podróż na Rodos

background image

Rozdział 1

- Cholera - zaklął Jo, patrząc ponuro na wolno mijaną dolinę 

Mozeli i splunął za burtę łodzi.

- Co jest, Wołku? - spytał Jap, nie wiedzieć czemu rozbawiony 

przygnębieniem kumpla.

Meier obciągnął po raz dziesiąty tego dnia cywilną marynarkę i 

powiedział.

- Wszystko do bani, ty mały skośnooki przebierańcu. Myślałem, 

że   jesteśmy   strzelcami   alpejskimi,   a   nie   jakimiś   cholernymi 

marynarzami.

Machnął ręką w kierunku trzech pozostałych łodzi, które płynęły 

za nimi po rzece. Ich silniki terkotały smętnie przy prędkości pięciu 

węzłów.

Jap pstryknął niedopałkiem papierosa do wody.

-   Ale   o   co   się   martwisz?   Nikt   nie   będzie   próbował   nam   tu 

odstrzelić łba, no nie?

- Znasz mnie. Ja dostaję choroby morskiej na sam widok Izery

2

. 

Poza tym, po co ten cały cyrk?

- Jaki cyrk?

- No, te cywilne ciuchy i te cholerne łodzie.

Wskazał na patrolowce na których płynęli, teraz dla zmylenia 

przerobione   na   holowniki,   pozbawione   uzbrojenia,   z   burtami 

2 Malownicza rzeka w Bawarii.

background image

przemalowanymi z koloru białego na czarno-brązowy.

- Fałszywe kominy, fałszywe mostki zrobione z drewna. Gdzie 

my do diabła jedziemy? Pytam cię? To musi być część naszej misji.

- Na pewno nie do kraju żabojadów - zgodził się Jap, wskazując 

w   stronę   Francji,   która   znajdowała   się   dalej   z   biegiem   rzeki.   Nie 

mieliśmy tam przecież kłopotów od 1940 roku.

- Jasne, że nie ty głupku leśny! Jedyną akcję, jaką możesz tam 

przeprowadzić,   to   tylko   z   jakąś   dziwką   w   łóżku,   a   sposób   w   jaki 

podróżujemy,   wskazuje,   że   to   na   pewno   nie   będzie   dymanko   dla 

chłopców z naszego oddziału.

Ponure   prognozy   Meiera   sprawdziły   się.   Od   chwili,   gdy   Jodl 

wyjawił swój plan pułkownikowi Stürmerowi, ten zażądał całkowitej 

tajności   w   tej   sprawie.   Kompania   wyruszyła   z   Kufstein   w   środku 

nocy; do statków żeglugi śródlądowej dotarli autostradą na wschód od 

Kolonii w cywilnych ciężarówkach. Tuż przed świtem nakazano im 

przebrać   się   w   cywilne   ubrania,   które   znaleźli   w   skrzyniach 

ładunkowych samochodów. Tej samej nocy przeszmuglowano ich na 

patrolowce,   które   miały   przewieźć   ich   rzeką   na   granicy   Niemiec   i 

Francji do Morza Liguryjskiego, skąd mieli przepłynąć przez Morze 

Śródziemne  prosto  na Rodos. Teraz, gdy zamaskowane  patrolowce 

mozolnie   pokonywały   prąd   rzeki   na   wysokości   Luksemburga,   w 

kierunku dawnej, przedwojennej granicy Francji, pułkownik Stürmer, 

objaśnił plan podróży majorowi Greulowi oraz korvettenkapitanowi 

Doerrowi, dowódcy flotylli patrolowców.

- Widzicie - zmuszony do siedzenia w kucki w kabinie z niskim 

background image

dachem - nasze problemy z zachowaniem tajemnicy pojawią się, jak 

tylko   wkroczymy   na   terytorium   Francji.   Tam   musimy   przyjąć,   że 

każdy jest przeciwko nam i może łatwo przekazać informacje o nas 

wywiadowi brytyjskiemu.

Doerr,   pękaty,   mały   oficer   o   przedwcześnie   posiwiałych 

włosach, zgodził się z tą opinią, kiwając głową.

- Tu ma pan rację, pułkowniku. Dwadzieścia cztery godziny po 

tym,   jak   cel   naszej   wyprawy   zostanie   odkryty,   informacja   o   tym 

dotrze do Londynu.

-   Zgodnie   z   pańską   oceną,   kapitanie,   dotarcie   do   Morza 

Śródziemnego zajmie nam trzy dni.

- Tak mi się wydaje, pułkowniku.

- To diabelnie długo, panowie, a podróż z taką prędkością jest 

cholernie   wolna,   i   łatwa   do   obserwacji   z   obydwóch   brzegów   lub 

statków płynących przeciwnym kursem.

- Myślę, że operacja „Fałszywy Nos” zdezorientuje większość 

obserwatorów - zauważył Doerr. - Używamy tych mylących sztuczek, 

jako   standardową   operację   maskującą   do   przeprowadzania   łodzi   z 

wód Kanału La Manche do Morza Śródziemnego.

Zaśmiał się nagle.

-   Ściągnęliśmy   ten   pomysł   od   Anglików,   którzy   korzystali   z 

niego w 1939 i 1940 roku, kiedy wykopaliśmy ich arystokratyczne 

tyłki z Europy na dobre.

Stürmer   też   się   uśmiechnął.   Ten   prostolinijny   i   bardzo 

doświadczony oficer marynarki był sympatyczną postacią nawet przy 

background image

dłuższym kontakcie, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę prostacką 

wyniosłość Greula.

- Tak może właśnie być, drogi Doerr. Ale nie wolno zapominać, 

że normalny holownik nie przewozi tak wielu ludzi na pokładzie, ilu 

my   tu   mamy.   Jestem   pewien,   że   każdy   w   miarę   doświadczony 

człowiek znad rzeki od razu zorientuje się, że holownik tego typu nie 

potrzebuje aż trzydziestu ludzi załogi.

-   Zgadzam   się   -   potwierdził   pospiesznie   dowódca   flotylli,   a 

uśmiech na jego twarzy zniknął od razu.

-   Dlatego   trzeba   zapewnić,   aby   moi   ludzie   przebywali   na 

pokładach jedynie w małych grupkach i to najlepiej po zapadnięciu 

zmroku... Przygotuje pan rozkład dyżurów dla każdej z łodzi, Greul. 

A teraz, zgodnie z doniesieniami Abwehry - kontynuował Stürmer - 

prawdziwe   zagrożenie   ze   strony   szpiegów   pojawi   się,   gdy 

przepłyniemy   przez   starą   linię   demarkacyjną   między   terenami 

okupowanymi a Francją Vichy na Saonie, między Seurre i Chalonsur-

Saône.  Nim  poprzedniej  zimy   wkroczyliśmy   do  Francji Vichy, ten 

rejon   był   oczywiście   pełen   francuskich   grup   szpiegowskich   i 

dywersyjnych.   Po   wkroczeniu   naszych   wojsk   gestapo   i   Abwehra 

czyniły wszelkie starania, aby je wyłowić i zlikwidować. Ale zgodnie 

z wiadomościami przekazanymi przez naszych informatorów jest ich 

nadal dużo i są spore, a ponadto w stałym kontakcie z Londynem. 

Dlatego   mam   zamiar,   aby   ostatni   etap   naszej   podróży   do   Morza 

Śródziemnego odbywał się bez przystanków.

Doerr pocierał nos w zamyśleniu.

background image

- Przedostaniemy się z Saony na Rodan przy obecnej prędkości 

zaraz po zapadnięciu zmroku - powiedział powoli. - Jeśli podniesiemy 

prędkość   do   dziesięciu   węzłów,   będziemy   w   stanie   dotrzeć   do 

wybrzeża kilka godzin po świcie. Naturalnie przy tej prędkości i w 

ciemności narażamy się na ryzyko kolizji z jakąś barką albo czymś 

innym. Przede wszystkim, to jest naprawdę pierwszy raz, kiedy moi 

oficerowie   będą   nawigować   w   czasie   podróży   po   wodach 

śródlądowych.

- Takie ryzyko musimy podjąć - powiedział Stürmer posępnie.

-   Ale   co   z   następnymi   dwudziestoma   czterema   godzinami?   - 

spytał Greul.

Wskazał przy tym na niewielką białą strzałkę namalowaną na 

nabrzeżnej   skale,   doskonale   widoczną   przez   iluminator   w   kabinie. 

Obok niej widniał napis Sierck-les-Bains, 5 kilometrów.

-   Sierck   jest  na   granicy   francuskiej.   Tam   również   nie   będzie 

szpiegów?

- Abwehra twierdzi, że nie, Greul. Lotaryngia jest w naszych 

rękach od 1940 roku. Większość jej ludności mówi po niemiecku i jest 

ona przyjaźnie do nas nastawiona. A ci, którzy byli przeciwko nam, 

już  dawno  znaleźli   się   za   kratami.   Nie  wydaje   mi   się,   że   musimy 

obawiać się angielskich szpiegów w czasie podróży przez Lotaryngię - 

stwierdził na koniec pułkownik. - A teraz panowie, co będziemy robili 

w Metz...

*

Ale pułkownik Stürmer mylił się w swojej wierze, że francuski 

background image

ruch   oporu   nie   był   aktywny   w   Lotaryngii.   Gdy   pierwszy 

zamaskowany patrolowiec zaczynał powoli przecinać dziobem wody 

kanału   obok   Sierck-les-Bains,   czyjeś   oczy   z   ożywionym 

zaciekawieniem już śledziły postępy łodzi.

Henri Held, najmłodszy członek „Reseau Boche” - organizacji 

najbardziej wysuniętej na wschód spośród wielkiej sieci SOE

3

, gdyż 

jej uczestnicy używali głównie języka niemieckiego - obserwował już 

od dziesięciu miesięcy ruch statków na kanale Mozeli, czyli od chwili, 

gdy żandarmi niemieccy zabrali jego ojca do służby w Wehrmachcie. 

W miesiącach, które minęły od tego strasznego poranka, kiedy „psy 

łańcuchowe”   skatowały   jego   ojca   do   nieprzytomności,   blady 

szesnastolatek przekazał ogromną ilość informacji baronowi.

Teraz, za dokładnie zamkniętymi drzwiami wielkiego magazynu 

książek,   patrzył   ze   wzrastającym   zainteresowaniem   na   cztery 

stateczki, które powoli płynęły środkiem koryta rzeki, z dala od barek 

węglowych,   które   z   ogromnym   wysiłkiem   pchały   się   pod   prąd, 

wyładowane produktami z kopalni z Lotaryngii.

Na pierwszy rzut oka, wydawało się, że są to holowniki, ale po 

śladach,   jakie   zostawiały   na   wodzie,   widać   było,   że   mają   dużo 

potężniejsze silniki, niż wymagała tego smętnie płynąca Mozela. Było 

w nich coś dziwnego. Przez chwilę, nim cztery okręciki zniknęły za 

wielkim zakolem, jakie pokonuje rzeka opływając Sierck, nie mógł 

zorientować się, o co chodzi.

To było to! Chociaż na pokładach holowników nie było widać, 

aby   były   nadmiernie   obciążone,   a   ich   załogi   miały   normalną 

3 Special Operations Executive - wydział brytyjskiego wywiadu w czasach wojny.

background image

liczebność, to każdy z nich był głęboko zanurzony w wodzie, jakby 

we   wnętrzu   przewoziły   jakieś   ogromne   ładunki.   Bladolicy   uczeń 

poklepał palcami po ustach. Jaki ładunek przewoziły te holowniki? Co 

kryło się pod ich pokładem?

Ale   nim   Henri   Held   mógł   dalej   prowadzić   swe   rozważania, 

rozległ   się   chrzęst   zawiasów   otwieranego   na   siłę   okna,   które 

znajdowało się obok drzwi. Zaraz potem doleciał do niego piskliwy 

głos starego Koeniga, nauczyciela łaciny, który krzyczał głośno:

- Czy ty tam sikasz tak długo, Held?... Wychodź już i pospiesz 

się! W ten sposób nigdy nie przejdziesz przez wszystkie sprawdziany.

Henri Held, który nie żył jeszcze dość długo, aby przejść przez 

wszystkie najważniejsze egzaminy w życiu, po prostu uciekł.

background image

Rozdział 2

- Pan baron zaraz cię przyjmie, chłopcze - oznajmił kamerdyner 

w czarnym surducie, wskazując chudą ręką otwarte drzwi.

-   Dziękuję   ci,   Maurycy   -   powiedział   wyniośle   Henri   Held.   - 

Możesz   już   odejść,   dzisiejszego   wieczoru   już   nie   będziemy   ciebie 

potrzebowali.

- Zaraz wytargam cię za uszy - zagroził kamerdyner, porzucając 

swój górnoniemiecki akcent na rzecz gwary lotaryńskiej.

Henri uśmiechnął się i wszedł przez drzwi do gabinetu, gdzie 

baron - jeśli naprawdę był baronem - starszy, łysawy człowieczek, 

siedział   w   wózku   inwalidzkim,   skupiony   nad   mapą.   Jego   sztuczna 

szczęka leżała starannie ułożona na pobliskim stoliku.

- A, to ty chłopcze! - powitał młodzieńca z trudem wymawiając 

słowa przez bezzębne usta, pomarszczone jak suszona śliwka. Założył 

pospiesznie protezę i dodał - Siadaj!

Nastoletni agent zajął miejsce na krześle. Minęło sporo czasu. 

Wreszcie baron spojrzał na niego i chrapliwym głosem spytał:

-   Pewnie   przyszedłeś   mi   powiedzieć   o   łodziach,   jak 

przypuszczam?

Henri   Held   spojrzał   na   niego   spłoszony,   a   potem   rozległ   się 

gardłowy   chichot   barona,   który   przeszedł   w   kaszel,   powodujący 

charkot. Twarz starca przybrała kolor buraka.

-   Wybacz...   wybacz   mi   -  wysapał.   -   Starcy   lubią   zaskakiwać 

background image

młodzików, jeśli tylko oczywiście to potrafią... tyle im tylko pozostało 

z życia.

- Ale jak pan się o nich dowiedział, panie baronie?

- Mam jeszcze jednego człowieka w Diede

4

  - nie musisz znać 

jego nazwiska - w nim też wzbudziły one podejrzenia.

- Ich wyporność...

-   Dokładnie,   dlaczego   są   tak   głęboko   zanurzone?   Jaki   rodzaj 

ładunku przewożą, co? - Spojrzał przenikliwie na młodego chłopaka.

- O to właśnie chodzi, panie baronie - powiedział Henri, trochę 

rozczarowany, że to nie on jedyny zauważył podejrzane statki.

- Chodź no tu, chłopcze - rozkazał starzec, kiwając na niego 

palcem.

Młody   człowiek   przeszedł   posłusznie   przez   pokój   i   popatrzył 

ponad zgarbionym ramieniem słabowitego starca.

- Réssau Boche - mamrotał, stukając palcem na mapę w rejonie 

Mozeli - aż do Metz... Réssau Juggler aż do Epinal.

Stuknął palcem ponownie w mapę, jakby chciał ją przebić na 

wylot.

- Stockbroker, najbardziej aktywne réseaux, działające między 

Epinal i Chalon-sur-Saône.

Spojrzał nagle w górę.

- Czy to na razie jasne chłopcze?

-   Tak,   proszę   pana   -   odpowiedział   Henri   z   niewielkim 

wahaniem,  zastawiając się, dlaczego on, nowy członek organizacji, 

jest wprowadzany w tak ważne tajemnice.

4 Diedenhofen - niemiecka nazwa Thionville.

background image

-   A  teraz   chłopcze,   wiemy   wszyscy,  jak   słabym  ogniwem   są 

ludzie w okolicy Nancy. Nic im się nie chce robić. Ale Burgundczycy 

to   już   zupełnie   inna   sprawa.   Do   wieczora   holowniki   wypłyną   z 

naszego terytorium, jednak zgodnie z moimi kalkulacjami, powinny 

dotrzeć   w   rejon   działania   Stockbroker   jutro   wieczorem.   Teraz, 

podobnie   jak   Burgundczycy,   powinienem   zgotować   im   ciepłe 

powitanie.

- W jaki sposób?

Baron   jednak   nie   odpowiedział   bezpośrednio   na   to   pytanie. 

Zamiast tego zadał kolejne.

- Czy chciałbyś porzucić szkołę na resztę tygodnia? Nie martw 

się o łacinę. Koenigs - zaśmiał się łagodnie - tak, on jest jednym z nas, 

on ci załatwi wszystko w szkole. Zajmę się też twoją matką... Ale nie 

w ten sposób, jak myślisz - dodał szybko i jak zauważył Henri, nieco 

tajemniczo.

- Ale co chce pan, żebym zrobił?

-  Chcę,  abyś  przedostał  się   na  południe  i  nawiązał  kontakt  z 

réseaux Stockbroker.

Uderzył kościstym palcem w mapę.

- Ta farma, cztery kilometry na południowy wschód od Dôle, w 

Doubs,   jest   miejscem,   gdzie   ich   znajdziesz.   Widzisz,   nim   Niemcy 

wkroczyli do Francji Vichy, to był ostatni posterunek przystankowy 

przez przekroczeniem linii demarkacyjnej. Nasi towarzysze w dużej 

mierze z niej korzystali.

- Ale jak tam się dostanę, panie baronie?

background image

- Przeczekasz godzinę policyjną w samochodzie na gaz drzewny, 

który   jak   przewiduję,   zabierze   cię   do   Dijon.   Stamtąd   resztę   drogi 

przebędziesz pieszo lub autobusem. Kierowca samochodu tylko tyle 

musi wiedzieć. Rozumiesz?

-   Oczywiście   -   odparł   Henri   pełen   uniesienia   i   zmieszany 

szybkością z jaką toczyły się sprawy; był zbyt podekscytowany, aby 

się bać.

- Ale co mam zrobić, gdy dotrę do Stockbroker, baronie?

- Przekażesz tam dokładny opis czterech łodzi i pomożesz im 

zidentyfikować je podczas żeglugi. Innymi słowy, Henri, przechodzisz 

do gotowości bojowej.

Jego zapadnięte szare oczy tchnęły magnetyczną mocą. Potem 

dodał skrzekliwym głosem:

-   Wkrótce,   chłopcze   przejdziesz   chrzest   ogniowy.   To   będzie 

przerażający, ale wzniosły moment. Przeżyłem coś podobnego, gdy 

nie   byłem   dużo   straszy   niż   ty   pod   St.   Privat

5

  w   1870   roku.   Tak, 

chłopcze, jestem już tak stary. Ale pamiętam te wydarzenia, jakby 

działy się one wczoraj. To był cudowny i chwalebny moment.

Mocno drżącą ręką sięgnął do szuflady stołu, na którym leżały 

mapy i wyciągnął z niej nieduży pistolet.

- Moja srebrna dama - oznajmił, podnosząc broń do lampy, tak 

że lufa błyszczała w żółtym świetle żarówki.

Głaskał ją, jakby była żywą istotą.

- Jest ostatnią kochanką, jaka mi pozostała - zanucił melodyjnie - 

i jak większość kochanek, bardzo niebezpieczna, gdy naładowana.

5 Miejsce bitwy stoczonej w czasie wojny francusko-pruskiej w 1870 roku, niedaleko Metz.

background image

Z pewną trudnością wyciągnął magazynek z kolby pistoletu, a z 

niego jedną kulę.

- Popatrz - powiedział - to jest amunicja dum-dum.

Henri, którego umysł intensywnie pracował, wysunął głowę do 

przodu. Miękki czubek pocisku kalibru 9 mm został nacięty na krzyż.

- Po co ten krzyżyk, panie baronie?

Twarz arystokraty rozjaśniła się.

- No, mój dzielny chłopcze, dzięki niemu pocisk rozpada się na 

części, gdy w coś uderza. Taka kruszynka może zatrzymać giganta na 

dwudziestu   metrach.   I   powinna.   Robi   dziurę   wielkości   pięści.   Od 

dzisiaj   ta   broń   jest   twoja.   Mam   nadzieję,   że   będziesz   ją   cenił   i 

szanował. Masz!

- Dziękuję, panie baronie - powiedział nieco zmieszany Henri i 

schował broń do kieszeni, przy czym zastawiał się, czy ośmieli się 

zadać pytanie jak taka rzecz działa.

- Nie wspominaj o tym nikomu chłopcze - upominał go baron, 

przysuwając   twarz   blisko   twarzy   chłopca,   który   poczuł   nieświeży 

oddech i odór starczego ciała. - A teraz idź... idź już, Henri. I pamiętaj 

- zaskrzeczał aż przeszły chłopaka dreszcze - to dla Francji!

background image

Rozdział 3

Hej-ho, hej-ho! Pchajmy razem, chłopcy, jeszcze raz... hej-ho! - 

Byk   Jo   śpiewał   piosenkę   wołżańskich   burłaków   koszmarną 

ruszczyzną,   gdy   grupka   strzelców   górskich   pod   jego   komendą 

pracowała przy windzie kotwicznej holownika.

Przez   cały   dzień   płynęli   przez   francuskie   równiny,   między 

rzędami   cichych,   nadbrzeżnych   topoli   i   pół   gęsto   obsianych   złotą 

pszenicą. Pod wieczór krajobraz zaczął się zmieniać. Teren zrobił się 

bardziej   górzysty,   z   plamami   świerkowych   lasów   na   wzgórzach   i 

wypalonymi słońcem brązowymi polami, które rzadko pokryte były 

krzakami winorośli.

System kanałów stawał się coraz bardziej skomplikowany, gdy 

zbliżali się do Rodanu. Teraz gdy minęli Chalon-sur-Saône i zaczęli 

się zbliżać do stopnia wodnego w Gigny, który musieli pokonać, aby 

dostać   się   na   Rodan.   Trafili   na   system   śluz,   który   zmniejszył   ich 

prędkość do tempa spaceru.

Gdy światło dnia zaczynało przygasać, zatrzymała ich kolejna 

śluza. Byk Jo musiał po raz kolejny przystąpić do działania. Dlatego 

on   i   jego   ludzie   obsługiwali   ręczne   kołowroty,  które   wprawiały   w 

ruch skrzydła wrót śluzy, która składała się z ośmiu komór.

Zamaskowane   patrolowce   wpłynęły   na   gładką   jak   lustro 

powierzchnię   rzeki.   Poza   piosenką   Jo,   ciszę   przerywało   jedynie 

bzyczenie   niewidocznych   owadów,   które   prześlizgiwały   się   po 

background image

powierzchni wody.  Mała  flota  była przez  chwilę  unieruchomiona   i 

mogła stać się łatwym celem.

*

Z   daleka   dobiegł   smutny   gwizd   lokomotywy   pociągu.   Henri 

Held ubrany teraz w kombinezon robotnika i buty na gumie, ruszył 

dalej. Twarz miał umorusaną czarną farbą.

Anglik,   albo   „Żyd”   jak   nazywali   go   za   plecami   szeregowi 

członkowie organizacji, z powodu czysto semickich rysów, położył 

uspokajająco rękę na ramieniu chłopaka.

- W porządku, chłopcze - powiedział - każdy denerwuje się za 

pierwszym razem.

Henri wywinął się z uścisku mężczyzny i spojrzał na jego lisią 

twarz, wystającą z gęstwiny paproci, porastających linię brzegową i 

powiedział z odwagą, na jaką potrafił się zdobyć:

- Nie martw się, Angliku - teraz zaczął machać „srebrną damą” - 

na pewno nie zawiodę.

Anglik szybko schował głowę między liście, jakby spodziewał 

się, że chłopak pociągnie za spust pistoletu i szybko powiedział:

- Oczywiście, że tak, dzieciaku. Oczywiście.

Potem skierował swoją uwagę na cztery łodzie stojące poniżej.

Został zrzucony na spadochronie w zeszłym roku, w sierpniu, 

jeszcze przed lądowaniem aliantów na Sycylii, aby zakłócać transport 

rzeczny we Francji wtedy, gdy Niemcy go najbardziej potrzebowali. 

Gdy   alianci   ruszyli   z   Sycylii   na   kontynent,   a   hitlerowcy   zaczęli 

przerzucać   swoje   patrolowce   i   ścigacze   torpedowe,   miniaturowe 

background image

łodzie podwodne oraz wszelkie środki transportowe na południe, on i 

réseaux Stockbroker przystąpili do działania.

Na pierwszy ogień poszła śluza na kanale Briare, potem śluza 

Mauvages na kanale łączącym Marnę z Renem, na zachód od Toul. 

Potem przyjdzie kolej na Gigny i stopień wodny w Port Bernalin, na 

kanale   Sekwana-Rodan,   a   to   będzie   oznaczać   całkowity,   chociaż 

chwilowy, paraliż systemu transportu wodnego w całej Francji. Teraz 

leżał w wilgotnych paprociach, ten były ambitny sprzedawca mówił 

sobie, że jeśli mu się powiedzie, to nie ominie go na pewno Krzyż 

Wojskowy i Croix de Guerre, a być może również awans na majora. A 

to   powinno   wystarczyć   po   wojnie   do   awansu   na   stanowisko 

kierownicze w firmowej fabryce w Leeds.

Mechanik,   który   obsługiwał   śluzę,   był   w   drodze   do   domu   z 

powodu biegunki, która go dopadła na widok odbezpieczonego stena, 

którego lufa skierowana była w jego brzuch. Jeden z partyzantów, z 

zawodu elektryk, odciął zasilanie elektryczne w domku mechanika i 

telefon na nabrzeżu, którego używano w razie sytuacji alarmowych. 

Pluton znienawidzonej milicji, która strzegła tamy w Gigny przybyłby 

na   scenę   zbyt   późno,   aby   pomóc   Szkopom   znajdującym   się   na 

łodziach,  gdy  rozpocznie   się  atak.   Również   niemieccy   żołnierze   w 

podeszłym   wieku   z   oddziału   transportowego,   który   stacjonował   w 

Thorey, nie zdążyliby z pomocą, gdyż pijani już smacznie chrapali w 

łóżkach lub wałęsali się po knajpach i jedynym miejskim burdelu - ich 

działania śledził ruch oporu.

Anglik   rozejrzał   się   po   ludziach   skulonych   wśród   zarośli   i 

background image

wyszeptał:

- Gdy już będą w śluzie - powiedział i poklepał bok 25-litrowej 

beczki z paliwem - dostaną to od nas w prezencie.

Zaśmiał   się   do   wystraszonego   młodego   człowieka,   który 

przyniósł informacje z réseaux Boche.

- Nie patrz tak ponuro, chłopcze - powiedział pocieszająco. - 

Będziemy   mieli   w   nocy   zabawę,   łącznie   ze   sztucznymi   ogniami. 

Pokochasz to!

*

- Obermatt, proszę zapalić światła pozycyjne - rozkazał kapitan 

Doerr.

Mat przekręcił włącznik świateł, które od razu rozbłysły w szarej 

mgle na obu burtach i na rufie.

Kapitan wciągnął powietrze nosem. Blady księżyc już wznosił 

się   ponad   topolami,   ale   jego   światło   było   jeszcze   mętne   i   jakby 

niepewne. Niełatwą sztuką było ustawienie dwudziestopięciometrowej 

łodzi w komorze śluzy, bez pomocy wykwalifikowanego operatora. 

Musieli sami się tym zająć, jeśli chcieli na czas dotrzeć nad morze.

- W porządku, oba naprzód, ale powoli - padła komenda.

- Oba naprzód, powoli - odpowiedział sternik i pchnął lekko do 

przodu dźwignię bliźniaczych przepustnic.

Łodzie   powoli   ustawiały   się   w   komorze   śluzy,   podczas   gdy 

ludzie Jo, czekali, aż będą mogli zamknąć wrota za nimi.

Przez minuty, które mijały niezwykle powoli, Doerr biegał od 

burty do burty, sprawdzając prześwit między nimi a ścianami komory, 

background image

a sternik pocił się, wykonując jego polecenia. Za nimi pozostałe trzy 

łodzie, z basowo mruczącymi silnikami, ustawiały się dziobami, jedna 

za drugą.

Stürmer i Greul zadecydowali, że jest na tyle ciemno, iż można 

zezwolić   ludziom   wejść   na   pokład   i   stojąc   z   boku   spoconych 

marynarzy, obserwowali skomplikowane manewry łodzi z wyraźnym 

zainteresowaniem, ale i z niecierpliwością.

- Co pan o tym wszystkim sądzi, pułkowniku? - spytał Greul, 

przerywając ciszę.

Stürmer wzruszył ramionami z irytacją.

- Bóg jeden raczy wiedzieć! Jestem laikiem w tych sprawach. 

Martwię   się   tylko,   czy   uda   nam   się   przedostać   przez   tę   plątaninę 

kanałów z zachowaniem tajemnicy.

Westchnął lekko rozdrażniony.

-   Nigdy   przedtem   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   jak   wielu 

Francuzów w środku wojny totalnej ma dość czasu na łowienie ryb w 

rzekach. Przecież każdy z nich może być informatorem maquis!

- Gra w jaką się bawią we Francji jest usprawiedliwieniem ich 

tchórzostwa, słabości i braku wiary w siebie - zaśmiał się pogardliwie 

Greul.   -  Wyobraź   sobie,   co   by   wygadywali   ich   złotouści   politycy, 

gdyby nasz Vaterland został kiedykolwiek pokonany.

- Oczywiście - zgodził się z nim Stürmer drętwym głosem, ale 

jego   umysł   dręczyło   w   tej   chwili   czające   się   niebezpieczeństwo, 

wynikające z ich obecnej pozycji - cztery łodzie unieruchomione w 

wąskiej śluzie, daleko od niemieckich placówek wojskowych, w tym 

background image

zapomnianym przez Boga zakątku Francji, skryte w gęstniejącej mgle.

Wiedział tylko tyle, że zarośnięte brzegi kanału mogą być pełne 

partyzantów. To przecież idealne miejsce na zasadzkę.

- Greul - szepnął nagle, ale na tyle głośno, aby jego głos przebił 

się przez szum wody napływającej do śluzy - chciałbym, abyś coś 

zrobił...

*

Machając rękami, Anglik kierował swoich ludzi na odpowiednie 

pozycje. Jak zawodowi żołnierze, a nie zwyczajni chłopi, partyzanci 

przemykali   się   na   prawo   i   lewo,   nie   czyniąc   żadnego   hałasu   w 

wilgotnej mgle. Dowódca obrócił się w stronę klęczącego obok niego 

chłopaka, który zdawał się teraz naprawdę bać. Niemcy byli od nich 

jedynie dwadzieścia metrów!

- Słuchaj chłopcze - wyszeptał pospiesznie - trzymaj się blisko 

mnie. Chcę mieć pewność, że nie dzieje ci się żadna krzywda.

Henri już otworzył usta, aby zaprotestować, ale uznał, że lepiej 

tego nie robić.

-   Kiedy   dam   sygnał,   złap   za   uchwyt   tej   beczki   -   pokazał 

dwudziestopięciolitrową   metalową   bekę,   stojącą   za   najbliższym 

drzewem - a potem zepchnij ją ze skarpy prosto do wody.

- Ale po co?

- Po co? Aby zgotować Szwabom gorące powitanie. Beczka jest 

wodoszczelna   i  wypełniona   mieszanką   łatwopalną   -   coś  w  rodzaju 

koktajlu Mołotowa. Przy odrobinie szczęścia trafi w czołową łódź. A 

potem zobaczysz pokaz sztucznych ogni, jakiego jeszcze w życiu nie 

background image

widziałeś.

- Ale jak masz zamiar ją podpalić?

- To już moje zmartwienie. Skoncentruj się na swoim zadaniu.

Anglik przełożył stena do prawej ręki, by lewą wyjąć z kieszeni, 

niewielki   obły   granat   i   popatrzył   na   ludzi.   Usatysfakcjonowany 

odwrócił się do chłopaka.

- Przygotuj się - polecił mu szybko.

- Gotowi?

- Teraz!

Henri   wziął   się   do   roboty.   Metalowa   beczka   z   chrzęstem 

przedzierała  się przez krzaki, aby po chwili stoczyć się po skarpie 

wału ze wzrastającą prędkością.

- Strzelajcie, wy idioci! - wrzasnął Anglik.

Brzeg rzeki ożył gwałtowną salwą z broni małokalibrowej. Ołów 

rozrywał   drewniane   poszycie   burt   niemieckich   łodzi.   W   powietrze 

wzlatywały fontanny wody i wtedy beczka z mieszanką  zapalająca 

wpadła do kanału, płynąc w stronę pierwszej łodzi.

Anglik   wyrwał   zawleczkę   z   granatu   i   rzucił   nim   w   kierunku 

beczki.   Metal   stuknął   o   metal.   A   potem   wielkie   „bum”!   Granat 

eksplodował rozrzucając wszędzie płonący, biały fosfor, a po chwili 

ze świstem zapaliła się beczka. Błysnęły płomienie i płonąca ciecz 

zalała dziób łodzi.

- Mamy drania! - krzyknął żywiołowo Anglik, gdy łódź zaczęła 

płonąć,   a   w  polu   ostrzału   partyzantów   ukazały   się   czarne   postacie 

wydostające się spod pokładu. - Mamy ich!

background image

Jednak słowa zamarły na jego ustach. Pokłady pozostałych łodzi 

zapełniły   się   ludźmi.   Rozpoczęła   się   strzelanina   z   pistoletów   i 

karabinów, nad której hukiem górował rytmiczny stukot niemieckich 

schmeisserów, strzelających z dołu basenu śluzy.

- To nie są marynarze! - Krzyknął Anglik. - Dalej, chłopaki, 

zabieramy się stąd. Zwiewamy!

Partyzanci   zaczęli   porzucać   stanowiska.   Biegnąc   zygzakiem, 

próbowali   ujść   ulewie   pocisków,   które   leciały   w   ich   stronę.   Henri 

Held, nadal na swoim stanowisku, z twarzą koloru popiołu i drżącymi 

ze   strachu   nogami,   słyszał   świst   przelatujących   blisko   kul 

przeciwnika. Drzewa wokół niego jakby ożyły, gdy zaczęły spadać z 

nich   liście   i   gałęzie   odrywane   pociskami.   Groźna   strzelanina 

przybierała na sile.

Nagle obok niego pojawił się Anglik.

-   Po   jakiego   diabła   stoisz   tu   jeszcze   -   krzyknął   do   niego, 

zmieniając magazynek w pistolecie maszynowym.

- Zmiataj stąd, głupku!

Jednak   Henri   ze   strachu   jakby   wrósł   w  ziemię.   Nie   było   nic 

wzniosłego   w   tym  momencie,   jak   utrzymywał  Baron;   nie   czuł  nic 

poza paraliżującym strachem.

- Rusz no się!

- Nie mogę - chłopak zamiauczał jak kociak.

- Ty głupi gnojku! - wrzasnął na niego Anglik.

Oderwał jedną dłoń od stena i trzasnął nią na odlew w policzek 

chłopaka.

background image

- A teraz spieprzaj stąd, nim...

Jego słowa przerwał zwierzęcy jęk bólu, gdy pierwszy pocisk 

ugodził   go   w   twarz.   Opadł   na   kolana,   nadal   trzymając   w   rękach 

pistolet maszynowy. Teraz jego twarz przypominała mieszaninę krwi, 

mięsa i połamanych kości.

- Uciekaj... na miłość boską - bełkotał, podświadomie naciskając 

spust stena.

Pociski   ryły   ziemię   zaledwie   kilka   kroków   od   niego.   Był 

oślepiony!

Henri   Held   krzyknął   i   porzucił   machinalnie   strzelającego 

Anglika, który celował do wrogów, których już nie widział.

Chłopak biegł między drzewami, rzucając się z jednej strony na 

drugą, a pociski ścigały go jak złośliwe świetliki.

*

-   Uwaga!   -   krzyknął   ostrzegawczo   Byk   Jo   spoza   nasypu 

kolejowego,   gdzie   pułkownik   Stürmer   kazał   mu   zająć   pozycję 

piętnaście minut wcześniej. - Idą te zdradzieckie żabojady!

Sześciu strzelców, którzy razem z nim zeszli na ląd, unieśli broń 

w pogotowiu.

- Pięćdziesiąt metrów - informował podoficer z takim spokojem, 

jakby znajdował się na strzelnicy w Kufstein.

-   Wstrzymać   ogień...   wstrzymać   ogień.   Spokojnie   -   dodał 

łagodnie.

- Nie powinniśmy skorzystać z bagnetów? - spytał szeptem Jap. 

- Za minutę będą na wyciągnięcie ręki.

background image

- Wsadzę ci ten bagnet w tyłek, jeśli się nie zamkniesz - syknął 

Meier. - Trzydzieści metrów.

Teraz   było   już   dobrze   widać   dwudziestu   kilku   cywilów. 

Większość z nich już gdzieś porzuciła broń, ale i tak przewyższali 

liczebnie grupkę Niemców w stosunku ponad trzy do jednego.

-   Teraz!   -   krzyknął   Jo   do   swoich   ludzi,   którzy   natychmiast 

zaczęli strzelać.

Uciekający Francuzi padali, jak ścięci ogromną kosą. Większość 

z nich padała na ziemię już po pierwszych strzałach, i zostawała tam 

w   zbryzganej   krwią,   wysokiej   trawie.   Kilku   innych   próbowało 

odczołgać się, by szukać schronienia gdzie indziej.

Jednak strzelcy alpejscy nie dali im szans.

- Pojedyncze cele - zakomenderował Meier i nie celując zbyt 

dokładnie strzelił w plecy jednego z Francuzów.

Ten wpadał na najbliższe drzewo, zostawiając krwawy ślad na 

korze.   Teraz   strzelcy   z   ochotą   wyskoczyli   z   ukrycia   i   celowali, 

starannie mierząc do resztek oddziału partyzanckiego.

Henri Held, któremu krew zalewała bok twarzy po draśnięciu 

pociskiem,   biegał   rozpaczliwie   szukając   osłony   przed   kulami. 

Zatrzymał   się   na   chwilę,   żeby   oddać   strzał   ze   srebrnego   pistoletu. 

Jednak niemiecki pocisk wytrącił mu go z ręki, gdy chłopak chciał 

nacisnąć na spust. Z rozpaczy rzucił się na ziemię.

Teraz na wszystko było już za późno. To co zostało z grupki 

maquis, stało w miejscu z uniesionymi nad głowami rękami w geście 

poddania.

background image

- Kamerad! - Krzyczało kilku z nich. - Kamerad, nie strzelać!

Szesnastolatek   też   powoli   uniósł   ręce   do   góry,   ledwie   zdając 

sobie sprawę, że właśnie został skazany na śmierć.

background image

Rozdział 4

- No i co teraz? - dopytywał się natarczywie pułkownik Stürmer, 

gdy spoceni marynarze i strzelcy dogaszali ostatnie płomienie pożaru 

wywołanego przez partyzantów.

Kapitan Doerr, który wskoczył w ubraniu do wody, aby ocenić 

uszkodzenia jego łodzi, spojrzał do góry i powiedział:

-  Niech   pan  mi   rzuci   linę,   pułkowniku,   mam   dla   pana   dobre 

wiadomości.   Ta   gówniana   bomba,   czy   co   innego   to   było,   nie 

uszkodziła nam kadłuba. Możemy płynąć dalej.

-   Dzięki   Bogu   -   odetchnął   Stürmer.   -   Ale   czy   przetrwa,   aż 

dotrzemy do Morza Śródziemnego?

- Mam nadzieję, że tak. Jeśli nie, to niech twoi górale szybko 

uczą się pływać.

Pułkownik   widział   jak   kapitan   się   śmieje,   ale   jednocześnie 

zauważył smutek w jego oczach.

- Mamy jakieś kłopoty? - spytał delikatnie.

- Bomba uszkodziła nam drewnianą osłonę wyrzutni torpedowej 

i przepadł nam wieniec z drewna tekowego. Dzięki Bogu, że ta nasza 

ryba nie była uzbrojona. Wtedy cała łajba poleciałby w niebo. Ale 

teraz nawet najbardziej tępy francuski agent zauważy, czym płyniemy 

-   niemieckim   ścigaczem   torpedowym.   Takiej   sylwetki   nie   można 

pomylić.

Przetarł dłonią wodę, która ściekała mu z mokrych włosów na 

background image

czoło.

Stürmer   ponuro   zgodził   się   z   nim.   Łodzie   torpedowe   miały 

charakterystyczne, niskie i pochylone sylwetki, co znacznie podnosiło 

ich   szybkość   i   pływalność.   Po   tym,   jak   spłonęło   maskowanie   na 

dziobie,   każdy   agent   wroga,   który   jako   tako   rozpoznawał  sylwetki 

okrętów Kriegsmarine, zidentyfikuje ich łodzie już na pierwszy rzut 

oka.

-   Myślisz,   że   na   Rodanie   będziemy   mieli   z   tego   powodu 

problemy?

- Nie, nie na Rodanie, pułkowniku! Na Morzu Śródziemnym. 

Jeśli ktoś doniesie do Londynu, że cztery niemieckie ścigacze płyną w 

kierunku morza, możesz sobie chyba wyobrazić, co będzie czekało na 

nas   jak   wypłyniemy   z   Bouches   du   Rhône...   cholerny   brytyjski 

niszczyciel!

- Mam nadzieję,  że jesteś  pesymistą  na  wyrost,  kapitanie.  W 

porządku, przygotujmy się do dalszej żeglugi, jak tylko wypłyniemy 

ze śluzy. Teraz już nie ma co ograniczać prędkości, bo każdy, kto nas 

zauważy,   będzie   wiedział,   co   ma   przed   oczami.   Płyńmy   jak 

najszybciej, biorąc pod uwagę ciemności.

- Ma pan rację, pułkowniku. Ruszamy w drogę, jak tylko pańscy 

ludzie otworzą przednie wrota śluzy.

- Dopilnuję tego osobiście. Major Greul jest już tam z częścią 

ludzi.

Stürmer klepnął dłonią w kaburę pistoletu, jakby sprawdzając 

czy tam jest, po czym wykonał trzymetrowy skok z burty łodzi na 

background image

betonowe   nabrzeże.   Szybkim  krokiem  pomaszerował   po  metalowej 

kładce, do miejsca, skąd dochodziły jęki i wołania. Nagle rozległ się 

krzyk strachu i krótki trzask strzału pistoletowego. Pobiegł szybciej w 

tamtym   kierunku.   Major   Greul   stał   w   niebieskim   kręgu   światła, 

pochodzącego   z   latarki   trzymanej   przez   sierżanta   Meiera,   trzymał 

pistolet   w   ręku   i   pogardliwie   patrzył   na   leżące   na   ziemi   ciało 

człowieka, którego przed chwilą zastrzelił.

- Greul, czy to ty go zastrzeliłeś? - spytał zupełnie zaskoczony 

pułkownik.

Major odpowiedział całkiem spokojnie.

- Tak, pułkowniku - jego głos był zupełnie pozbawiony emocji.

- Ale to był jeniec, człowieku.

- Wiem, pułkowniku, ale to był cywil, który strzelał do nas, a 

teraz trwa wojna. A poza tym, co mam z nimi zrobić? Bóg jeden raczy 

wiedzieć, gdzie w tej okolicy stacjonuje najbliższy oddział niemiecki.

- A władze francuskie? - Spytał Stürmer, rozpaczliwie szukając 

sposobu rozwiązania kwestii jeńców, wiedząc, że naprawdę był tylko 

jeden. - Greul. Jest garnizon milicji Darlna w najbliższym mieście. To 

chyba Lyon.

Major nawet nie krył szyderczego śmiechu.

-  Przekazać   ich   Francuzom?   Przecież   to   jest   równoznaczne   z 

darowaniem im wolności. Wszędzie są zdrajcy niemieckiej sprawy - 

nawet wśród tej ich milicji. Nie, jest tylko jeden sposób załatwienia tej 

sprawy. Ten - powiedział, klepiąc pistolet wolną dłonią.

Stürmer   odwrócił   się.   Jeden   z   jeńców   -   chyba   szesnastoletni 

background image

chłopak, zaczął łkać. Być może rozumiał po niemiecku.

- Przestańcie! - krzyknął.

Łkanie Henri Helda przeszło w płacz, gdy major Greul przyłożył 

mu   lufę   pistoletu   do   głowy   za   prawym   uchem,   a   potem   jednym 

pociągnięciem   za   spust,   odesłał   go   w   zaświaty.   Echo   ostatniego 

wystrzału odbijało się wielokrotnie od ściany lasu i nasypu kanału, 

gdy   niewielka   grupka   strzelców   patrzyła   tępo   na   stos   bezładnie 

leżących ciał.

-   No   cóż,   pułkowniku   -   spytał   beztrosko   Greul   -   co   z   nimi 

zrobimy? Zostawimy  ich ciała tutaj, jako ostrzeżenia dla tej bandy 

zniewieściałych Francuzów?

Stürmer zebrał się w sobie, tłumiąc uczucie obrzydzenia.

- Nie - dopowiedział gardłowo - nie możemy tego zrobić. Jestem 

pewien,   że   inni   z   nich   żyją   i   wiedzą,   co   się   stało.   Wcześniej   czy 

później przyjdą tu po nich, a my nie chcemy, aby znaleźli ciała nim 

dostaniemy się na Morze Śródziemne.

Potem zawołał podniesionym głosem.

- Meier!

- Tak, panie pułkowniku?

- Weź swój oddział i przywiążcie jakiś ciężar do każdego ciała. 

Inna grupa zajmie się otwarciem śluzy.

- Tak jest, panie pułkowniku. A potem co z nimi zrobić?

- Wrzućcie je do wody - rozkazał Stürmer, starając się, aby jego 

głos brzmiał chłodno  i bez emocji.  - A teraz  chodź, Greul, mamy 

sporo roboty.

background image

*

Wytrwale płynęli przez całą noc dalej na południe, przedostając 

się bez większych kłopotów przez Lyon. Godzina policyjna trzymała 

miasto   w   swoich   objęciach.   Zaciemnienie   i   cisza   nocna   były 

przerywane jedynie przez statki na Rodanie, które miały zgodę władz 

niemieckich na poruszanie się o tej porze. Przepłynęli przez Valence. 

Rzeka   stawała   się   coraz   szersza   i   czasami   przez   nisko   zalegającą 

mgłę, ludzie na pokładzie mogli dostrzec migające obrazy dziwnego, 

prymitywnego   świata   skalistych   brzegów   i   piaszczystych   wysp, 

porośniętych gęstym sitowiem. W zakolach rzeki woda była pozornie 

spokojna, lecz miała dziką moc gdy Rodan przepływał przez wąskie, 

skaliste   przełomy.   Na   szczęście   kapitan   Doerr,   jedyny   oficer   z 

niewielkiej flotylli, który wcześniej pływał po tej rzece, trzymał swoje 

łodzie z dala od zdradzieckich mielizn. Ale wszystko to odbywało się 

za cenę zmniejszenia prędkości przepływu.

Tak   było   aż   do   chwili,   gdy   słabe   powiewy   wiatru   zaczęły 

przeganiać mgłę, by ukazać pierwsze przebłyski poranka, co miało 

miejsce jakieś osiemnaście kilometrów od ujścia Rodanu do morza.

Nieogolony,   z   nieodłącznym   hełmem   na   głowie,   pułkownik 

Stürmer, stojący obok kapitana Doerra, skrzywił się ponuro, ale nic 

nie powiedział do oficera marynarki. Nie mieli już teraz wpływu na 

wydarzenia i musieli biernie czekać na to, co ich spotka, gdy wypłyną 

na otwarte morze.

Mijały   godziny.   Zaczęło   się   szybko   rozjaśniać   -   w   tempie 

spotykanym tylko nad Morzem Śródziemnym. Powiała świeża bryza.

background image

-  To  mistral   -  skomentował   Doerr,   nie   odrywając   wzroku   od 

płaskiej powierzchni połyskującej na horyzoncie wody. - Już niedługo 

wypłyniemy z rzeki.

- Doskonale - odpowiedział Stürmer.

-   Poczekajmy   chwilę,   nim   to   wypowiemy   -   powstrzymał   go 

Doerr, którego nie opuszczały złe przeczucia.

- Nie wiemy kto albo co czeka na nas tam dalej, prawda?

Minęło   kolejne   pół   godziny.   Byli   prawie   w   rozlewisku   delty 

rzeki. Oba brzegi coraz szerszego ujścia Rodanu stawały się wąskimi 

paskami   ciemnożółtego   piasku.   Łodzie   lekko   podskakiwały   na 

pierwszych falach. Twarz siedzącego pod pokładem Byka Jo nagle 

zmieniła kolor. Rzucił się do przodu, krzycząc do siedzących wokół 

ludzi:

-   Zróbcie   mi   przejście...   dajcie   przejść,   muszę   zaraz 

zwymiotować!

Doerr   przekazał   dowodzenie   łodzią   bosmanowi,   a   sam   -   z 

szeroko   rozstawionymi   nogami,   aby   utrzymać   równowagę   na 

rozkołysanej   wodzie   -   przyglądał   się   przez   lornetkę   bezmiarowi 

otaczającego morza. Obok niego stali Greul i Stürmer z napięciem 

czekając na jego opinię.

Oficer   lustrował   każdy   wycinek   horyzontu   z   nieskończoną 

cierpliwością, by po chwili opuścić lornetkę.

- W polu widzenia nie ma angielskich okrętów. Chyba nam się 

udało.

- A co teraz? - spytał wyraźnie zadowolony Stürmer.

background image

- Tak! W dawnych czasach trzymalibyśmy się blisko wybrzeża, 

by potem wykonać skok na Sardynię. Ale Bóg jeden raczy wiedzieć, 

jak   wygląda   sytuacja   teraz,   gdy   makaroniarze   związali   swój   los   z 

aliantami. Nie wydaje mi się, że byłoby lepiej obrać kurs od razu na 

Rodos, licząc na to, że nie natkniemy się na brytyjskie patrolowce, 

wypływające z Malty i Sycylii.

Obrócił się i podniesionym głosem zwrócił się do sternika.

- Obermatt, voller Fahrt voraus!

- Jawohl, Herr Korvettenkapitan, voller Fahrt voraus - podoficer 

potwierdził przyjęcie rozkazu.

Ryk dwóch silników o mocy 6150 KM rozdarł ciszę poranną jak 

wycie upiorów. Ścigacz torpedowy skoczył do przodu. Stürmer czuł 

jak pod jego nogami drży pokład i musiał chwycić się poręczy, gdy 

łódź zaczęła podskakiwać na falach jak baletnica na palcach. Woda 

fruwała   na   wysokości   jego   ramion   w   postaci   oszałamiającej, 

rozmazanej,   białej   plamy.   Doerr   uśmiechnął   się,   gdy   zobaczył   jak 

dwóch oficerów, przykłada ręce do ust, by przekrzyczeć ryk silników i 

szum przecinanej wody.

- Panowie, teraz wasza kolej. Obudźcie mnie, gdy dopłyniemy 

na Rodos.

Śmiejąc   się   rubasznie,   schodził   ostrożnie   pod   pokład,   spod 

którego wytaczali się zieloni na twarzy strzelcy górscy, zaatakowani 

przez chorobę morską. Cztery łodzie przecinały powierzchnię morza 

w szyku V, a linia brzegowa za ich rufami robiła się coraz cieńsza, by 

zniknąć po chwili zupełnie za linią horyzontu.

background image

*

Porucznik John „Kiss me” Hardy poczekał, aż znaleźli się poza 

zasięgiem  hydrolokatora   akustycznego,  a   potem  wydał  rozkaz,  aby 

peryskop miniaturowej łodzi podwodnej ponownie został podniesiony 

ponad powierzchnię wody. Koła szkieł powiększających były puste. 

Odpłynęli.

-   Peryskop   w   dół   -   rozkazał   z   nagłym   przypływem 

przyjemności.

Przede wszystkim,  to był pierwszy  kąsek, na który  trafili,  od 

momentu gdy opuścili Gibraltar czterdzieści osiem godzin temu, by 

zająć pozycję u ujścia Rodanu. Czymkolwiek były cztery niemieckie 

łodzie, to na pewno nie holownikami, które próbowały udawać.

-   W   porządku,   Sparks   -   zawołał   przez   pomieszczenie   do 

radiooperatora,   który   siedział   skulony   gdzieś   z   tyłu   w   niewielkiej 

przestrzeni   małej   łodzi   podwodnej.   -   Chcę,   abyś   wywołał   oficera 

flagowego   na   Sycylii   i   przekazał   mu   komunikat:   „Dokładnie   o 

godzinie zero osiem zero zero...”.

background image

Rozdział 5

Sztorm pojawił się, gdy znajdowali się na zachód od Sycylii. 

Zaczął   się   powoli,   stopniowo   budując   swoją   moc.   Najpierw 

pociemniał   horyzont,   czarne   chmury   zmieniły   się   na   szaro-białe, 

typowo deszczowe, przetaczając się ponad niewielką flotyllą. Zielone 

do tej pory morze zrobiło się ponuro czarne, z białymi, gniewnymi 

grzywami   fal.   Spadł   deszcz.   Najpierw   męcząca   mżawka,   która 

stopniowo przeszła w ulewę z grzmotami.

Teraz szybko nadciągała nawałnica. Białe grzbiety fal z hukiem 

uderzały   i   przetaczały   się   przez   pokłady   i   burty   ścigaczy.   Woda 

zalewała   dolny   pokład   i   przemoczonych,   posępnych   marynarzy, 

którzy trzymali się wszelkich uchwytów, by tylko ratować życie. Pod 

kadłubami łodzi co chwila rozlegał się złowrogi huk olbrzymich fal 

tak,   że   zielonym   na   twarzy   strzelcom   zdawało   się,   że   każde   ich 

uderzenie będzie ostatnim.

Ale kapitan Doerr nie miał zamiaru pozwolić, by jego łodzie 

zatonęły.

Tego długiego popołudnia nie tolerował zwątpienia i defetyzmu 

u   części   jego   załogi,   która   wyraźnie   traciła   ducha.   Był   wszędzie, 

dodając otuchy znużonym ludziom pracującym przy pompach, albo 

przemoczonym   marynarzom   stojącym   na   pokładzie   na   wachcie, 

również ich strasząc, gdy było to konieczne, zmuszając, chyba siłą 

woli, łódź do płynięcia.

background image

Sztorm   robił   się   coraz   gorszy.   Deszcz   przeszedł   w   wietrzny 

szkwał,   który   miotał   małymi   łodziami,   niemal   zatrzymując   je   w 

miejscu, a woda uderzała w ich kadłuby z ogromną siłą, kręcąc nimi 

jak karuzelą w podnoszącej się i opadającej wodzie. Co jakiś czas 

żołnierzom na łodziach zdawało się, że zawisały one w powietrzu, 

nim ponownie opadły w otchłań fal.

W czołowej łodzi kapitan Doerr osobiście przejął stery, walcząc 

z furią z kołem sterowym, aż nabrzmiały mu żyły na skroniach, byle 

tylko okręcik nie stanął bokiem do fali, która mogła go zatopić samym 

ciężarem wody.

Kazał   zrzucić   z   pokładu   wszelkie   zbędne   ciężary,   aby   nie 

przetaczały się z burty na burtę. Przemoczona załoga wyposażona w 

topory   ruszyła   do   walki   z   burzą   niszcząc   i   wyrzucając   do   morza 

kwasowe pływaki dymne, łodzie ratunkowe i wszystkie inne rzeczy, 

które   mogły   zaburzać   równowagę   łodzi.   Jednak   ścigacz   nadal   nie 

reagował tak, jak się tego po nim spodziewano.

- Wyrzućcie to cholerne maskowanie! - krzyknął Doerr, mimo że 

wyjący wiatr wciskał mu słowa z powrotem do ust. - No, dalej, leniwe 

psy!

Odcięto   fałszywy   mostek.   Długi   komin   odpadł   od   rufy. 

Marynarze na pokładzie trzymali się lin asekuracyjnych jedną ręką i 

rąbali   drewno   używając   drugiej,   mimo   że   fala   za   falą,   zielona, 

kotłująca   się   woda   zalewała   ich   ciała.   Doerr   osiągnął   zamierzony 

rezultat. Kołysanie znacznie się zmniejszyło, ale sztorm szalał dalej z 

niezmienioną siłą. Czapka zsunęła mu się na tył głowy, lecz walczył z 

background image

wierzgającym kołem sterowym własnej łodzi, gdy ścigacz raz po raz 

wpadał na kolejną falę, jakby na mur z cegły. Powoli sam kapitan 

zaczął tracić nadzieję. Jego okręt nie był przygotowany do pływania w 

takich   warunkach   pogodowych.   Trzy   powłoki   z   drzewa   tekowego, 

zamontowane   na   lekkiej   metalowej   ramie   nie   były   dalej   w   stanie 

stawiać   oporu   morskiemu   żywiołowi.   Doerr   modlił   się   chyba 

pierwszy raz od czasu ukończenia gimnazjum.

Ale tak samo nagle jak sztorm nadszedł, teraz ucichł. Wyjący 

wiatr   gdzieś   zniknął.   Niemal   niepostrzeżenie   horyzont   zaczął 

przechodzić z budzącej grozę czerni w ołowianą szarość i gdy już 

kapitan Doerr był bliski podjęcia decyzji o poświęceniu torped, aby 

uratować   okręt,   wszystko   się   uspokoiło.   Przesiąknięci   wodą, 

oszołomieni   i   wyczerpani   młodzi   marynarze,   chwiejnym   krokiem 

przemieszczali   się   po   jeszcze   rozchybotanym   pokładzie,   próbując 

określić   uszkodzenia,   podczas   gdy   nieszczęśni   strzelcy   pod   nimi, 

wymiotując starali utrzymać się na nogach.

Doerr  jęknął   z   ulgą,   gdy   przekazał   koło   sterowe   bosmanowi. 

Rozprostował   zbolałe   ramiona   i   zaczął   przebierać   sztywnymi   i 

przemarzniętymi od długiego ściskania palcami.

-   Czy   wy   Panowie   Morza   często   będzie   poddawali   nas, 

szaraków z piechoty, takim próbom? - zapytał stając za jego plecami 

pułkownik Stürmer.

Doerr   z   uśmiechem   odwrócił   się   w   jego   stronę.   Duży   oficer 

strzelców   alpejskich   był   chorobliwie   blady,   chociaż   na   twarzy 

próbował utrzymać wyraz odwagi.

background image

-   Powinien   pan   zobaczyć,   co   dla   pana   mamy   na   później, 

pułkowniku - odpowiedział.

Stürmer zaczął pospiesznie machać rękoma.

-   Nie,   dziękuję.   Rezygnuję   z   doświadczeń   tego   rodzaju.   Po 

prostu dowieźcie mnie i moich  ludzi na Rodos, tak szybko, jak to 

tylko możliwe. Następnym razem wolę polecieć samolotem.

Nim   kapitan   zdołał   odpowiedzieć,   z   dolnego   pokładu,   ktoś 

krzyknął przestraszonym głosem:

- Panie kapitanie, okręt na naszym kursie!

Doerr i Stürmer niemal jednocześnie unieśli lornetki do oczu. Na 

horyzoncie   przesuwał   się   czarny   cień.   I   jeszcze   jeden!   Pułkownik 

oparł   się   plecami   o   gródź   próbując   przytrzymać   się   i   z   gniewem 

przecierał szkła lornetki ze słonej wody, która i tak zaraz się na nich 

pojawiała.

Doerr w takich sprawach był starym wyjadaczem. Gdy Stürmer 

klął i nastawiał ostrość widzenia, walcząc z kołysaniem małej łodzi i 

pianą morską, jej dowódca powoli przesuwał swoją potężną lornetkę 

po linii widnokręgu ponad falami, aż uchwycił kontury pierwszego 

okrętu.

Widoczność   była   licha.   Przez   kilka   minut   nie   był   w   stanie 

rozpoznać rodzaju okrętu. Nagle dziób łodzi wroga w kształcie ostrza 

noża   stał   się   lepiej   widoczny,  a   w   chwilę   później   Doerr   mógł   też 

dostrzec podwójne sprzężone działka na dziobie. Zaraz potem okręt 

schował się w dół między dwiema falami, a potem jeszcze raz. Ale ten 

moment wystarczył. Doerr pochylił lornetkę, jakby coś go ukuło.

background image

- Anglicy! Angielskie łodzie patrolowe! - krzyknął jakby to było 

przekleństwo.

Coraz więcej ciemnych kształtów pojawiało się na horyzoncie. 

Kapitan Doerr nacisnął dzwonek alarmowy i rozległo się przenikliwe, 

dręczące skrzeczenie.

Długotrwałe   oczekiwanie   porucznika   Hardy’ego   opłaciło   się, 

teraz   niemiecka   flotylla   płynęła   na   spotkanie   liczniejszego 

przeciwnika...

background image

Rozdział 6

- Czy to jest ta niespodzianka, którą mi obiecałeś, kapitanie - 

spytał Stürmer. - I co teraz?

- Co teraz, pułkowniku? Powiem ci. Tamte łodzie - wskazał na 

cztery cienie, które formowały szyk w kształcie litery V, podczas gdy 

dwie kolejne łodzie pozostały z tyłu, osłaniając działania towarzyszy - 

to brytyjskie patrolowce, największe z ich małych łodzi. Nie tylko 

mają   wyrzutnie   torpedowe,   tak   jak   nasze,   ale   jeszcze   dodatkowo 

uzbrojone są w dwa sprzężone działka dwufuntowe.

-   To   widzę   -   stwierdził   Stürmer   -   a   my   nie   mamy   nic   poza 

torpedami?

- Dokładnie.

- A ich prędkość?

-   Tylko   pięć   węzłów   mniejsza   od   naszej   maksymalnej.   Ale 

wątpię czy ją osiągniemy, gdy mamy na pokładzie twoich strzelców, 

których ciężar ogranicza nasze możliwości.

- Co więc chcesz zrobić?

- Spróbuję uciec. Kiedy już wejdą w zasięg torped...

- Doerr nie dokończył wypowiedzi.

Zamiast tego pchnął do przodu dźwignie przepustnic. Ryknęły 

silniki   i   dziób   łodzi   uniósł   się   od   razu   nad   powierzchnię   wody,   a 

ścigacz skoczył do przodu.

Przeskakując z fali na falę łódź gnała w kierunku nadciągających 

background image

Anglików. Przy dziesięciu tysiącach obrotów na minutę pióra wirnika 

pozwalały zassać osiemdziesiąt ton powietrza w ciągu sześćdziesięciu 

sekund, dzięki czemu wydawało się, że mknie ponad powierzchnią 

wody, zostawiając na niej jedynie białą smugę piany.

Stürmer   poczuł   jak   lodowe   palce   strachu   chwytają   go   za 

wnętrzności, gdy angielskie łodzie były coraz bliżej. W pewnej chwili 

zobaczył je bardzo wyraźnie. Na pokładach małe postacie biegły do 

swoich   stanowisk   bojowych.   Zaraz   potem   przed   dziobem   ścigacza 

eksplodował brytyjski pocisk.

- Patrolowce, zielony, jeden - jeden - zero - brodaty  bosman 

rzucił melodyjnym głosem pod pokład.

Podczas gdy torpedyści już klękali przy wyrzutniach, odezwały 

się   dwa   karabiny   maszynowe   ścigacza.   Ponad   powierzchnią   wody 

pomknęły dwie serie kolorowych pocisków, jakby nadane systemem 

Morse’a.

Z czołowej łodzi brytyjskiej ponownie padł strzał. Metal uderzył 

o metal z głuchym dudnieniem. Ścigacz zadrżał jakby najechał na coś 

twardego.   Pułkownikiem   rzuciło   do   przodu,   a   płomienie   ognia 

oślepiły   go   na   chwilę.   Przez   jeden   straszny   moment   sądził,   że 

otrzymali   bezpośrednie   trafienie.   Ale   się   pomylił.   Gdy   tylko   z 

wyrzutni   zostały   odpalone   dwie   torpedy,   Doerr   przekręcił   koło 

sterowe.

Ścigacz gwałtownie zwrócił się ku lewej burcie. Skręcając, jego 

nadbudówka niemal dotknęła wody. Łódź wyskoczyła jak z katapulty 

długim skrętem, a brytyjskie pociski padały jak grad tuż za jej rufą.

background image

Stürmer odwrócił się, by popatrzeć jak dwie torpedy mknęły do 

celu,   zostawiając   za   sobą   w   wodzie   bąbelkową   smugę   powietrza. 

Brytyjskie   łodzie   zaczęły   gwałtownie   zygzakować,   chcąc   uniknąć 

trafienia   przez   śmiercionośne   cygara.   Ich   formacja   wyraźnie   się 

rozluźniła.

Doerr,   który   miał   nerwy   napięte   jak   postronki   stał   obok 

pułkownika i liczył po cichu upływające sekundy.

- Teraz! - krzyknął w końcu i uderzył pięścią W przegrodę.

Nic się nie działo!

- Jasna cholera! - zaklął gniewnie, gdy pierwsza torpeda chybiła 

celu. - Co ci torpedyści robią ze swoimi „rybkami”?

Resztę jego słów zagłuszył huk wybuchu drugiej torpedy, która 

trafiła w cel. Czołowy brytyjski patrolowiec jakby zatrzymał się w 

miejscu i momentalnie stanął w płomieniach.

- Silnik benzynowy! - Doerr nie próbował kryć radości, dzieląc 

ją wraz z załogą. - Oni nie używają silników dieslowskich, tak jak my.

Stürmer patrzył jak urzeczony, gdy z trafionego okrętu spływało 

paliwo do morza. Przy jednej z burt już płonęło paliwo, a z drugiej 

burty   skakali   do   wody   ludzie,   niektórzy   z   nich   już   ogarnięci 

płomieniami. Po chwili trafiony patrolowiec z sykiem wyciskanego 

powietrza zniknął pod powierzchnią wody.

- Hurra... hurra! - rozradowana załoga nie przerywała wiwatów, 

a twarze ludzi aż błyszczały z dumy.

-  Dosyć  tego!   -  krzyknął  z   przyganą   Doerr.   -  Znowu   na  nas 

płyną!

background image

Tępy,   dudniący   echem   wybuch...,   wielka   kolumna   wody 

wystrzeliła   w   górę   dwadzieścia   metrów   od   dzioba   łodzi.   Ścigacz 

zakołysał się gwałtownie, a strzelcy karabinów maszynowych posyłali 

mizerne serie pocisków w kierunku Brytyjczyków.

- Zasłona dymna! - krzyknął nerwowo Doerr.

Jeden   z   marynarzy   podbiegł   i   kopnął   zasobnik   chemiczny   w 

kształcie tuby. Podobnie działo się na pozostałych ścigaczach.

Z pław wrzuconych do windy zaczął się wydzielać czarny dym, 

ale przy prędkości łodzi i nadal silnym wietrze cały ten manewr nie 

przyniósł   spodziewanych   rezultatów,   czyli   osłony   przez   wzrokiem 

wroga. Brytyjczycy mogli nadal do nich strzelać.

Stürmer   zdał   sobie   sprawę,   że   jeśli   Doerr   nie   wyciągnie 

kolejnego numeru z kapelusza, to będą skończeni.

Kapitan też zdawał się być u kresu wytrzymałości. Mimo tego, 

że jego mała flotylla płynęła z maksymalną prędkością, Brytyjczycy 

byli nadal tuż za nią. Wydawało się kwestią minut, kiedy ich dopadną.

-   Co   teraz?   -   spytał   Stürmer   przykładając   dłonie   złożone   w 

trąbkę, aby przekrzyczeć huk eksplodujących wokół łodzi pocisków.

- Teraz umrzemy! - odkrzyknął Doerr.

Ale tak się nie miało stać.

Nagle trzeci ścigacz wyłamał się z formacji. Szerokim skrętem 

zszedł   z   poprzedniego   kursu,   by   zawrócić   prosto   w   kierunku 

brytyjskich   patrolowców.   Stürmer   widział   jak   dwie   wystrzelone   z 

niego   torpedy   pomknęły   w   kierunku   wroga.   Ale   zamiast   w   tym 

momencie wykonać kolejny zwrot na lewą czy prawą burtę, nieznany 

background image

sternik ścigacza popłynął dalej, śladem wystrzelonych torped.

-   Krause,   ty   głupi   idioto!   -   wydzierał   się   Doerr   z   gniewem 

zmieszanym z podziwem - Przerwij teraz! Przerwij!

Ale Krause kontynuował swoją akcję. To był samobójczy atak 

na Anglików.

Brytyjskie patrolowce dokonały zwrotu w jedną stronę, chcąc 

uniknąć   zderzenia   z   torpedami   i   od   razu   zaczęły   ostrzeliwać 

osamotniony   ścigacz.   Pierwsza   salwa   uderzyła   w   dziób   łodzi 

Krausego. Ta zaczęła nabierać wody, zanurzając się ciężko w grzbiety 

fal,   rozpryskując   nad   sobą   zasłonę   mgły   z   kropelek   wody.   Jednak 

mechanik   nadal   utrzymywał   obroty   silnika,   a   strzelcy   karabinów 

maszynowych nadal odgryzali się Brytyjczykom.

- Mój Boże, Krause - jęczał w rozpaczy Doerr. - Przerwij to, 

póki możesz!

Jednak na ratunek dla młodego porucznika było już za późno. 

Salwa dwucalowych pocisków uderzyła z bezpośredniej bliskości w 

samotny   ścigacz.   Łódź   zadrżała   i   na   jedną   długą   chwilę   ucichła. 

Potem   cały   jej   dziób   poleciał   wysoko   w   powietrze.   Oszołomiony 

Stürmer patrzył z niedowierzaniem jak pierwsze łapczywe płomienie 

obejmowały nadbudówki ścigacza, zamieniając je w szalejący piec.

Doerr, gdy jego flotylla coraz dalej odpływała od Brytyjczyków, 

patrzył   ze   szczypiącymi   od   łez   oczami   na   płomienie   trawiące 

zmasakrowaną łódź, które sięgały już do, jeszcze przed chwilą dumnie 

powiewającej, flagi ze swastyką.

I wtedy to się stało. Dudniący huk i oślepiający błysk. Ścigacz 

background image

zniknął w szerokim słupie wody, który wyrósł chyba na sto metrów w 

górę, nim opadł powoli wraz ze szczątkami łodzi jak kurtyna na scenie 

po końcowym akcie tragedii.

Stürmer   odwrócił   się,   gdy   pozostałe   ścigacze   znikały   za 

zbawiennym horyzontem, a brytyjskie pociski spadały nadaremnie za 

ich kilwaterem.

- Mój Boże - nie był w stanie patrzeć na miejsce, gdzie dopełnił 

się los załogi ścigacza porucznika Krausego.

Wraz   z   nim   zginęło   trzydziestu   ludzi   z   jego   oddziału.   Teraz 

grupa szturmowa Edelweiss zmniejszyła się do siedemdziesięciu osób 

i to jeszcze nim zaczęła się właściwa operacja!

*

Dwadzieścia cztery godziny później mała flotylla zbliżyła się do 

Rodos. Leżąca na północny zachód od niej wyspa Kos, pozostawała w 

posiadaniu Brytyjczyków. Gdy płynęli na południowy wschód, mogli 

dostrzec starożytny Akropol na tej wyspie, na tle tarczy zachodzącego 

słońca.

-  Fiu,  fiu   -  westchnął   Byk Jo,   przechylając  się  przez   poręcz, 

obok zamyślonego Japa. - Cieszę się, że wyleziemy  wreszcie z tej 

balii. Już nigdy nie spojrzę nawet na szklankę wody, a już na pewno 

nie morskiej! Co z tobą? - chrząknął - Żartowałem!

- Słyszałem, słyszałem - powiedział posępnie Jap, gdy ścigacz 

zwalniał, podchodząc do wejścia do portu.

- Śmieję się, ale w środku, po cichu.

- W porządku, ty najsłabszy z miotu mieszańcu - warknął Jo. - 

background image

Tu cię mam. Co cię tak martwi?

-   Nic   mnie   nie   martwi   -   odpowiedział   Jap,   obserwując   jak 

ścigacz   podchodził   do   mola   wypełnionego   żołnierzami   w 

wypłowiałych mundurach khaki.

-   Coś   musiało   się   stać,   inaczej   nie   miałbyś   takiego   wyrazu 

twarzy, jakbyś narobił w gacie.

Jap obrócił się gwałtownie w stronę wielkiego przyjaciela.

- Odwal się ode mnie - warknął, sięgając ręką do małej kieszeni 

z tyłu spodni, gdzie ukrywał, jak sierżant wiedział, mały zakrzywiony 

nóż kurdyjski. - Wiesz tak samo dobrze jak ja, że coś jest nie tak. 

Najpierw ta sprawa we Francji. Potem Anglicy na morzu - oblizał usta 

pokryte   morską   solą.   Jo,   jeśli   mnie   pytasz,   to   uważam,   że   grupa 

szturmowa Edelweiss, pozwala się rolować na wszystkie sposoby.

KSIĘGA TRZECIA

Atak na gorę Clidi

background image

Rozdział 1

Pokój operacyjny w kwaterze generała Muellera był niewygodny 

i duszny. Pod nagrzanym jak piekarnik przez popołudniowe słońce 

dachem, żołnierze z oddziału szturmowego Edelweiss wiercili się na 

głębokich   krzesłach,   chcąc   zająć   jak   najwygodniejsze   pozycje. 

Poprzez   okiennice   zrobione   z   rzadko   nabijanych   desek   sączyła   się 

muzyka   z   pobliskiej   nadbrzeżnej   tawerny.   Irytowała   pułkownika 

Stürmera. Potrzebował chwili spokoju i rześkiego umysłu by docenić 

piękno   i   klimat   otoczenia,   ale   w   tej   chwili   czuł   się   najmniej 

komfortowo w całej swojej wojskowej karierze.

Zwrócił się ostro do swoich ludzi:

- Generał Mueller, dowódca sił inwazyjnych, wykorzysta każdą 

szansę, aby przeprowadzić operację. Znalazł dla nas dwa kaiki. Nie są 

to co prawda ścigacze, ale wydaje mi się, że dowiozą nas ciszej i 

bezpieczniej   na   Leros.   Stuknął   w   mapę   wiszącą   z   boku   łapką   na 

muchy.   -   Będziemy   żeglować   do   wyspy   od   południa,   wzdłuż 

wybrzeża Turcji, wewnątrz jej wód terytorialnych.

- A jeśli Turcy będą chcieli podjąć z nami walkę? - major Greul 

szybko zgłosił obiekcje.

Stürmer wyjął z kieszeni spodni złotą monetę.

-   Brytyjski   suweren.   Mówiono   mi,   że   tutaj   nazywają   go 

„Jeźdźcem świętego Jerzego”. I ten „jeździec” ma większy wpływ na 

Turków niż sami Anglicy. On pozwoli nam rozwiązać każdy problem, 

background image

jaki   się   pojawi.   Gdy   znajdziemy   się   blisko   wyspy,   resztę   drogi 

przebędziemy   na   żaglach.   Im   mniej   hałasu   narobimy,   tym   lepiej. 

Wedle   danych   naszego   wywiadu   marynarka   brytyjska   wykazuje   w 

nocy znaczną aktywność. Będziemy naturalnie lądować w nocy, zaraz 

ponad Ag Marina, niedaleko zatoki Alinda. Tam nie ma naturalnych 

plaż - takie znajdują się po drugiej stronie wyspy. To nie będzie łatwe.

Spojrzał na harde i opalone twarze mężczyzn.

- Faktycznie może być cholernie ciężko. Skały nadbrzeżne mają 

po pięćdziesiąt metrów wysokości i są bardzo strome. Nie stanowi to 

problemu   w   ciągu   dnia.   Ale   w   nocy,   gdy   istnieje 

prawdopodobieństwo, że w pobliżu znajdują się Anglicy, to wtedy... 

wzruszył   ramionami   i   pozostawił   resztę   tej   kwestii   wyobraźni 

zebranych ludzi.

- Wylądować w nocy tam, gdzie nie ma plaży, wspiąć się na 

pięćdziesięciometrowy klif z czterdziestoma kilogramami ekwipunku 

na plecach, z dużą szansą, że na jego szczycie stoją Angole i mogą do 

nas   strzelać   na   chybił   trafił.   To   chyba   nie   są   idealne   warunki   do 

uprawiania   wspinaczki,   panie   pułkowniku   -   dokończył   Byk   Jo, 

podsumowując dla wszystkich całą sytuację.

- Nic nie jest doskonałe na tym świecie, Meier - odpowiedział 

Stürmer, próbując się uśmiechnąć, ale wiedział, że była to bezmyślna 

odpowiedź, jaką dawał starszy oficer swoim podwładnym, gdy posyłał 

ich na śmierć.

Na   dodatek   miał   pełną   świadomość,   że   kredo   jego 

zwierzchników   to   brak   jakiejkolwiek   litości,   gdy   chodziło   o 

background image

osiągnięcie sukcesu. Dla nich życie ludzkie niewiele znaczyło. Inaczej 

niż dla niego. Nawet nie myślał, że po czterech latach tej krwawej 

wojny życie jego towarzyszy broni będzie zależało od niego. Kochał 

ten oddział strzelców alpejskich ponad wszystko.

Nie miał zamiaru poświęcać życia swoich ludzi, jeśli nawet to 

miało w czymś pomóc.

-   Dalej   -   kontynuował   zdecydowanym   głosem   -   jak   tylko 

zejdziemy na ląd i wejdziemy na szczyt klifu, przejdziemy w rejon 

jakieś dwa kilometry od naszego celu. Zgodnie z danymi wywiadu, 

rozciąga   się   tu   górzysta   kraina,   porośnięta   drzewami   i   raczej 

niezamieszkana.   To   byłoby   doskonałe   miejsce,   aby   przeczekać   do 

nocy. O zmierzchu jednak musimy znaleźć się u podstawy góry Clidi, 

gotowi do wspinaczki. Czy są jakieś pytania?

-   Tak,   panie   pułkowniku   -   to   był   Jap.   -   Czy   uważa   pan,   że 

makaroniarze będą walczyć.

-   Nie   wiem,   kapralu.   Oni   są   niewiadomą   wielkością   w   tym 

równaniu.   Ale   ich   rząd   związał   swój   los   z   aliantami,   więc   można 

uznać, że będą z nami walczyć.

-   Ale   nawet   jeśli   tak   się   stanie   -  zaśmiał   się   kpiąco   Greul   - 

znosiliśmy ich przez trzy lata jako sojuszników, niech się teraz męczą 

z nimi Anglicy. Będą sikać ze strachu, jak tylko zobaczą niemiecką 

stal.

-   Może   i   tak   -   powiedział   Stürmer,   ale   nie   wyglądał   na 

przekonanego. - Mają znakomitą pozycję na szczycie góry.

- Ale, panie pułkowniku - przerwał mu Jap. - Do czego podobna 

background image

jest ta góra Clidi?

- No, cóż, nie jest ona bardzo wysoka. Może kilkaset metrów 

ponad   poziom   morza.   Patrząc   od   południa,   czołowy   stok   jest 

stosunkowo   łatwy.   Wiedzie   nim   ścieżka   dla   mułów,   którą   Włosi 

dostarczają   tam   zaopatrzenie.   Ale   osłaniają   ją   gniazda   karabinów 

maszynowych   i   stanowiska   dział,   otoczone   drutem   kolczastym. 

Naturalnie   to   nie   jest   nasza   droga   podejścia,   jeśli   chcemy   ich 

zaskoczyć. Skorzystamy z tylnego podejścia, od północy, a tu już nie 

będzie tak łatwo.

- Dlaczego, panie pułkowniku? - spytał któryś z zebranych. - 

Przecież dwieście metrów to nie jest wielki problem.

- Nie, ale w normalnych okolicznościach - zgodził się Stürmer. - 

To   jest   prawie   pionowa   ściana   i   w   czasie   nocnej   wspinaczki   nie 

możemy wiązać się razem, bo się strasznie narażamy.

Podszedł   z   powrotem   do   mapy   Leros   i   pokazał   duże,   lekko 

rozmazane zdjęcie ściany skalnej.

- Jeden z naszych samolotów rozpoznawczych zrobił wczoraj to 

zdjęcie.

Stanął obok, aby wszyscy mogli mu się dokładniej przypatrzeć.

Reakcja była taka, jakiej się spodziewał. Kilku ludzi gwizdnęło 

zaskoczonych,   ale   reszta   patrzyła   wyraźnie   zaszokowana   w 

zalegającej ciszy.

- Tak, wiem, co o tym myślicie - powiedział szybko. - Ale nie 

jest tak źle, jak na to wygląda.

Szybko stanął przed fotografią i powiedział:

background image

-   Jeśli   się   bliżej   przyjrzycie,   zobaczycie   spękanie   -   w   tym 

miejscu. To może niewiele, ale jest początek. Po jakichś dwudziestu 

metrach,   możecie   dostrzec,   że   szczelina   się   rozszerza.   Jest   na   tyle 

szeroka,   że   da   się   wsadzić   kolano   i   trochę   odciążyć.   Jakieś 

dwadzieścia czy trzydzieści metrów od szczytu - szczelina zamienia 

się w komin - to będzie czysta i łatwa żegluga. Jeśli tylko pamiętamy, 

aby odwrócić się plecami do gładkiej powierzchni, to występ skalny 

przed naszą twarzą da nam dobre podparcie i uchwyty.

- Ale skąd o tym wiemy? - szybko spytał Greul. - Fotografia 

niczego   takiego   nie   pokazuje,   a   poza   tym   będzie   ciemno,   gdy 

zaczniemy się wspinać.

- Zgadza się Greul, ale ja będę prowadzić. Gdzie ja dojdę tam i 

wy dojdziecie.

-   Ale   dowodzący   oficer   nie   może   grać   roli   królika 

doświadczalnego! - zaprotestował major.

- To już moje zmartwienie - powiedział spokojnie Stürmer.  - 

Widziałem   gorsze   rzeczy.   A   teraz,   musicie   pamiętać,   aby   przy 

wspinaczce oszczędzać siły na pierwszym etapie i nie panikować w 

kominie.   Sekret  polega   na   tym,   że  gdy   już   znajdziecie   się   w  jego 

środku, musicie zachować spokój i szukać najmniejszego oparcia dla 

obydwóch dłoni i stóp. Ruszymy jutro w nocy - kontynuował głosem 

chłodnym i pozbawionym emocji - jak tylko skryje nas ciemność.

Muzyka na zewnątrz umilkła. W pokoju słychać teraz było tylko 

tykanie starego zegara ściennego.

background image

Rozdział 2

Stürmer   odetchnął   głęboko   powietrzem   w   którym   czuć   było 

gorzki smak soli morskiej i delikatny zapach wiciokrzewu. Z oddali 

dochodził   miarowy   brzęk   kozich   dzwonków;   miejscowi   pasterze 

sprowadzali na noc z łąk stada zwierząt. Wkrótce przyjdzie czas, aby 

wypłynąć w morze.

Odwrócił się, aby popatrzeć na dwa nędznie wyglądające kaiki, 

które już rozgrzewały wysłużone silniki. Nie różniły się niczym od 

innych   tego   typu   jednostek,   które   pływały   wokół   Rodos. 

Doświadczane   przez   pogodę,   z   łuszczącą   się   farbą   z   drewnianych 

kadłubów; każdy przypadkowy obserwator wziąłby je za miejscowe 

jednostki   rybackie   albo   małe   statki   handlowe,   które   wyruszają   w 

nocny rejs w kierunku innej wyspy lub poza przybrzeżne łowiska.

Ale   te   dwie   szczególne   łodzie   posiadały   załogę   złożoną   z 

ochotników   z   Kriegsmarine,   ubranych   ubogo   jak   wieśniacy   w 

wyrzucone   na   śmietniki   koszule   i   spodnie.   Pod   pokładem   pełnym 

członków   załogi,   ładownie   zapełnione   były   żołnierzami,   ich 

wyposażeniem,   bronią   i sprzętem do  wspinaczki.  Jeśli  zostaną  one 

zatrzymane przez patrol morski Brytyjczyków, to nie będzie można 

liczyć na to, że uda się ich oszukać. Będą musieli podjąć walkę; jak to 

powiedział generał Mueller dwie godziny temu:

- Stürmer, wszystko zależy od ciebie i twoich ludzi. Nie możecie 

dać się złapać przed rozpoczęciem głównego desantu, bo wtedy trzeba 

background image

będzie  odwołać  całą  operację.  W rzeczy  samej,   Stürmer,  ty  i twoi 

ludzie muszą teraz zniknąć na dwadzieścia cztery godziny. Gdy się 

ponownie pojawicie, powinniście być na szczycie góry Clidi. Jeśli nie 

uda wam się osiągnąć tego celu - zniknijcie na zawsze!

Jeśli wpadliby w tarapaty, Mueller życzył sobie, żeby walczyli 

na śmierć i życie.

Stürmer   podświadomie   pokręcił   głową   i   poszedł   w   stronę 

pierwszego z kaików, gdzie jego kapitan, podoficer z hamburskich 

nabrzeży, już czekał na niego.

- Jesteśmy gotowi, panie pułkowniku, kiedy tylko pan rozkaże.

Machnięciem ręki wskazał na przedział poniżej z perkoczącymi 

odgłosami pracujących silników.

- Niech pan się nie martwi - powiedział podoficer - napędzają to 

stare   pudło   od   pięćdziesięciu   lat   na   Morzu   Egejskim.   Wyobrażam 

sobie, że wytrzymają jeszcze dwadzieścia cztery godziny.

- Byłoby dobrze - powiedział Stürmer i zszedł pod pokład.

Przez większość tej nocy, dwa kaiki płynęły bezustannie wzdłuż 

wybrzeża w pasie wód przybrzeżnych Turcji. Woda miała  dziwnie 

ciemnoniebieską   barwę,   a   opalizująca   powierzchnia   morza 

marszczona była delikatną, wonną bryzą. Nie było słychać żadnych 

dźwięków poza szumem silników i zdawało się, że wojna toczy się 

gdzieś tysiące kilometrów stąd.

Mijały   kolejne   godziny.   Około   czwartej   podoficer   pełniący 

funkcję kapitana poprosił Stürmera o zgodę na rozpoczęcie podejścia 

do Leros. Pułkownik odpowiedział twierdząco i kazał budzić ludzi. 

background image

Teraz   ciemny,   poszarpany   kontur   wyspy,   którą   mieli   zdobywać, 

zamajaczył   przed   nimi   na   horyzoncie.   Wpływali   do   zatoki.   Kaik 

zaczął podskakiwać na falach przypływu, zbliżających się do lądu.

- To zatoka Alinda - powiedział miękko major Greul.

- Tak. Tam musi znajdować się miasteczko - odparł Stürmer, 

wskazując na białe domki, na wpół ukryte wśród sosen i cyprysów, 

które zdawały się schodzić aż do wody.

- Przynajmniej Angole tam śpią mocno - powiedział Greul.

- Na to wygląda. Miejmy  nadzieję, że tak jest wzdłuż całego 

wybrzeża - dodał pułkownik, mając złe przeczucia, gdy wiatr szumiał 

w drzewach, a nad jego głową przez upiornie blade niebo przemykały 

chmury. Nagle przeszedł go dreszcz.

- Co się dzieje, pułkowniku? - spytał Greul.

- Nic. Po prostu mam złe przeczucia.

Płynęli   w   kierunku   nieprzystępnego,   skalnego   wybrzeża. 

Przybrzeżny prąd nieźle kołysał kaikiem.

- To będzie trochę ryzykowne - krzyknął podoficer dowodzący 

jednostką, kręcąc kołem sterowym. - Gdy ustawię tę łajbę równolegle 

burtą   do   brzegu,   uderzy   w   nią   fala   przypływu.   Trudno   ją   będzie 

utrzymać w stałym miejscu przez dłuższą chwilę.

- Zrób wszystko, co zdołasz, kapitanie - Stürmer przekrzykiwał 

plusk fal uderzających o podstawę klifu. - Pamiętaj, że moi chłopcy 

mają   na   sobie   po   czterdzieści   kilogramów   ekwipunku   na   plecach. 

Zmoczą nie tylko stopy, jeśli wpadną w głęboką wodę z tym co mają 

na sobie.

background image

Podoficer   podprowadził   pierwszy   z   kaików   równolegle   do 

brzegu. Niewielka łódź zaczęła dryfować, wznosić się i opadać na 

wzburzonej wodzie, gdy fale z pełnym impetem uderzyły w jej burtę. 

Marynarze   od   razu   pobiegli   na   burtę   od   strony   klifu   i   próbowali 

odpychać łódź od brzegów bosakami.

-   To   wszystko,   co   możemy   zrobić,   panie   pułkowniku   - 

powiedział   dowódca   łajby,   gdy   pierwszy   z   bosaków   złamał   się   z 

trzaskiem   jak   zapałka,   a   trzymający   go   marynarz   ledwo   zdołał   się 

uchronić przed wpadnięciem do wody.

- W porządku, zrobiłeś, co do ciebie należało! - zawołał Stürmer, 

przypinając plecak z materiałami wybuchowymi. Potem zarzucił na 

ramię pistolet maszynowy.

Balansował ciałem, chcąc utrzymać równowagę na kołyszącym 

się pokładzie i oceniał sytuację. Ponad białą, fosforyzującą linią piany 

morskiej, zauważył pierwsze miejsce, którego mógł się chwycić. Był 

to niewielki występ skalny, jakieś trzy metry nad powierzchnią wody. 

W   normalnych   okolicznościach,   mógłby   dostać   się   do   niego   z 

zamkniętymi   oczami   i   zrobiłby   to   jedną   ręką.   Ale   teraz   musiał 

zarzucić   na   plecy   czterdzieści   kilogramów   ładunku,   a   stateczek 

tańczył na grzbietach fal. Niewielka półka skalna wydawała się daleka 

jak księżyc.

Gdy   kaik   uniósł   się   na   szczycie   fali,   Stürmer   wziął   głęboki 

wdech i wyciągnął mocno ręce na boki. Potem jednym gwałtownym 

skokiem rzucił się w ciemność.

Kolana uderzyły w mokrą powierzchnię ściany skalnej. Ręce z 

background image

rozcapierzonymi palcami wystrzeliły do przodu. Paznokcie połamały 

się, ale zdołał uchwycić występ na ścianie klifu. Krzyknął z bólu. Ale 

grzebiąc   palcami,   zdołał   zawisnąć   na   jednej   ręce.   Paski   plecaka 

wpijały   się   mocno   w   ramiona,   a   jego   ciężar   ciągnął   go   w   głąb 

falującego morza. Nieskończenie powoli podniósł wyżej lewą rękę i 

zagiął palce na krawędzi występu.

Wydawało   mu   się,   że   plecak   ważył   tonę,   ale   kontynuował 

bolesną   wspinaczkę.   Ramiona   bolały   go,   jakby   ktoś   rozrywał   je 

rozżarzonymi   szczypcami.   Pod   nim   kaik   tańczył   w   tył   i   przód   na 

falach jak zwariowany spławik wędki. Stürmer postawił jedną nogę w 

bucie do wspinaczki na krawędzi występu, ale musiał jeszcze unieść 

cały ciężar swego ciała i ten piekielny plecak.

- Dalej, pułkowniku - wołał Jo, wbijając paznokcie w dłoń aż do 

bólu. - Wyrzuć ołów z tyłka! Wejdź tam!

I Stürmer dokonał tego wreszcie. Leżał teraz na mokrej półce 

skalnej, serce waliło mu jak młot kowalski, a oddech miał krótki i 

chrapliwy.

Wiedział, że nie ma czasu na odpoczynek. Nie zważając na ból 

w palcach, zaczął grzebać w plecaku. Wyciągnął młotek z pętlą na 

trzonku i haki wspinaczkowe ze stali topowej. Wbił młotkiem jeden z 

nich w skałę i przeciągnął pętlę liny asekuracyjnej.

- W porządku! - krzyknął z dłońmi złożonymi w trąbkę, które 

przyłożył do ust. - Rzucam linę! Majorze Greul, pan pierwszy!

Popatrzył   w   dół   przez   mgiełkę   kropli   wody   morskiej 

rozproszonych w powietrzu na drugi ze stateczków i wyszeptał po 

background image

cichu   modlitwę   dziękczynną.   Jego   ludzie   znaleźli   dogodny   występ 

skalny niedaleko kołyszącego się na falach kaika i zaczęli względnie 

łatwo skakać na brzeg.

Biała lina wiła się w powietrzu przy burcie stateczka, który w 

każdej   chwili   mógł   uderzyć   o   skalisty   brzeg.   Greul   chwycił   ją 

fachowo.   Stürmer   naprężył   mięśnie,   trzymając   drugi   koniec   liny. 

Greul   odbił   się   od   pokładu   i   zaczął   się   zręcznie   wspinać.   Szybko 

znalazł się obok pułkownika, który krzyknął przez wiatr:

- Greul, teraz ty dowodzisz. Ja idę wyżej. Posyłaj ich za mną, jak 

tylko dostaną się na ten występ.

- Ale...

Stürmer dłużej go już nie słuchał. Ruszył w górę, w kierunku 

następnego, ociekającego wodą występu skalnego.

background image

Rozdział 3

Zatrzymał się na chwilę, dysząc z wysiłku. Jego przechylone, 

powykręcane ciało, przywierające do ściany skalnej, ledwie pozwoliło 

mu   zarzucić   lewą   nogę   na   krawędź   klifu.   Za   sobą   słyszał   coraz 

wyraźniej dyszenie i szczęk metalu o skałę, gdy jego ludzie mozolnie 

wspinali się wyznaczoną przez niego trasą.

Wspinaczka nie była łatwa, ale poczucie samobójczego ryzyka 

ustępowało w jego głowie pewności, że im wcześniej zdoła dotrzeć na 

szczyt, tym szybciej skończy się ich męka.

Był już na górze i pomimo wyczerpania, nie bez przyjemności 

uświadamiał sobie, że udało mu się pokonać tę niebezpieczną trasę. 

Ale wiedział też, że nie ma zbyt wiele czasu, aby gratulować sobie 

tego niewielkiego zwycięstwa. Przełknął ślinę, stanął na skraju klifu, a 

potem położył się na kępach krótkiej trawy.

Powoli i ostrożnie przyglądał się otoczeniu - spiczastym sosnom, 

kołyszącym   się   krzakom,   obłemu   kształtowi,   który   okazał   się   być 

sporym   głazem.   W   tym   samym   czasie   coraz   więcej   strzelców 

docierało na skraj klifu, i dysząc z wysiłku, układało się obok niego.

Nagle jego serce mocno uderzyło i jakby zamarło.

Prawie pięćdziesiąt metrów od nich, z kępy sosen wyłoniła się 

jakiś   czarna   postać.   Poruszała   się   leniwie   i   powoli,   jak   znudzony 

wojak,   który   pełni   służbę   wartowniczą   w   środku   nocy   i   tęskni   za 

czymś do picia i wygodnym łóżkiem. Bez względu na to czy był to 

background image

brytyjski żołnierz, czy też Grek łamiący godzinę policyjną - stanowił 

ogromne  zagrożenie.  Trzeba było go zlikwidować. Stürmer  szybko 

poderwał   się   do   przodu,   starając   się   nie   stracić   postaci   z   pola 

widzenia.

Podczołgał   się   bliżej.   Teraz   niewyraźna   sylwetka   przybrała 

postać brytyjskiego żołnierza. Nie mógł się pomylić, gdyż ten miał na 

głowie hełm w kształcie miski do budyniu, na ramieniu karabin lee-

enfield z zamkiem znacznie różniącym się od niemieckiego mauzera. 

Brytyjczyk   poruszał   się   powoli,   jakieś   trzydzieści   metrów   od 

Stürmera. Wystarczyło, by tylko odwrócił głowę i musiałby zauważyć 

skulone sylwetki najeźdźców, przyczajonych na chłostanym wiatrem 

szczycie klifu. Stürmer musiał dopaść przeciwnika, nim ten podniesie 

alarm.

Pułkownik   przeszedł   trochę   na   prawo.   Jego   każdy   ruch   był 

płynny,   kontrolowany   i   bezszelestny,   gdy   zbliżał   się   do   niczego 

niespodziewającego się strażnika. Rozpoznawał już powiewające na 

wietrze poły płaszcza żołnierza oraz maleńki plecak na jego plecach, 

przez który Brytyjczyk wyglądał jak garbus.

Stürmer czuł jak nerwy ściskają mu żołądek. Pomimo chłodnego 

wiatru był zlany potem. Znał już te symptomy, pojawiały się zawsze, 

gdy musiał kogoś zabić.

Ostatnie dziesięć metrów pokonał skokami, na nic nie zważając. 

Strażnik   odwrócił   się.   Latarka   oświetliła   jego   bladą,   młodzieńczą 

twarz. Jakie myśli musiały przelatywać przez jego głowę, gdy został 

zaskoczony w środku nocy, na skraju klifu, widokiem niemieckiego 

background image

żołnierza! Brytyjczyk otworzył usta, aby krzyknąć, ale Stürmer nie 

pozwolił   mu   na   to.   Jedną   ręką   uderzył  w   latarkę,   która   upadła   na 

ziemię. Drugą szarpnął do tyłu hełmem Brytyjczyka. Jak błyskawica 

Stürmer   znalazł   się   za   jego   plecami.   Pociągnął   mocno   za   obręcz 

hełmu,   aby   pasek   pod   brodą   wcisnął   się   pod   jabłko   Adama. 

Brytyjczyk nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.

Niemiec wcisnął kolano w kręgosłup, ciągnąc jeszcze mocniej 

za   hełm   przeciwnika.   Chłopak   charczał   i   kopał   nogami   w   ziemię, 

walcząc   rozpaczliwie   o   odrobinę   powietrza.   Powoli,   niezwykle 

powoli, przynajmniej dla zlanego potem Stürmera, jego opór słabł, aż 

wreszcie ustał. Jednak pułkownik nie zwalniał uścisku, dopóki nie był 

pewny, że Anglik już nie oddycha. Wreszcie, gdy chłopak bezwładnie 

wisiał  w  jego  rękach,  puścił go,  a zwiotczałe   ciało  osunęło  się  na 

ziemię. Pułkownik stał nad nim i patrzył na swe drżące ręce.

-   Wszystko   w   porządku?   -   spytał   Byk   Jo,   który   zbliżył   się 

bardzo  cicho, jak na tak  dużego człowieka. - Panie  pułkowniku! - 

powiedział ostro, gdy oficer nadal nie odpowiadał.

Stürmer   oderwał  wzrok   od   swojej   ofiary,  próbując  przełamać 

współczucie   dla   skazanego   na   śmierć   strażnika,   pilnującego   tego 

przeklętego skalistego brzegu.

- Tak, tak, dziękuję, Jo. Wszystko w porządku.

- Co mamy z nim zrobić? Mam na myśli, że jeśli jego rodacy 

znajdą   jego   ciało,   to   nas   to   zdradzi   i...   -  Jo   nie   zdołał  dokończyć 

zdania.

-   Tak,   wiem   -   powiedział   Stürmer,   zbierając   razem   myśli.   - 

background image

Musimy upozorować wypadek, gdyby jego kumple zaczęli go szukać. 

Ale jak?

- Może klif?

- Co masz na myśli, Meier?

- No, w taką wietrzną noc, każdy może popełnić błąd i przejść 

poza krawędź skały.

-   Jasne   -   przyznał   ochoczo   pułkownik.   -   Niech   tak   będzie. 

Chodź, Meier i podaj mi ręce.

Dwaj ludzie pochylili się nad zabitym i podnieśli go. Szybko 

podeszli do skraju urwiska - chłopak zdawał się nic nie ważyć - stanęli 

na chwilę, potem machnęli jego ciałem, które poleciało w dół klifu. 

Przez   sekundę   śledzili   jego   lot.   Potem   młody   żołnierz   zniknął   w 

ciemności.  Stürmer odwrócił głowę pod wiatr i wsłuchiwał się we 

wszelkie   nadlatujące   dźwięki.   Wydało   mu   się,   że   usłyszał   głuche 

stuknięcie ciała chłopaka o nadbrzeżne głazy.

-   Zbierajcie   się   do   wymarszu   -   rozkazał.   -   Szybki   krok,   już 

ruszamy. Nie ma czasu do stracenia.

Strzelcy alpejscy nie potrzebowali poganiania. Znali zagrożenie; 

zaraz mogą pojawić się inne patrole brytyjskie, może być zupełnie 

inaczej   niż   twierdził   oficer   wywiadu   na   Rodos.   Szybkim   truchtem 

ruszyli w głąb wyspy, z tyłu pozostali tylko major Greul i porucznik 

Sepplmayr. Nagle młody oficer potknął się i zaklął głośno, w ostatniej 

chwili łapiąc równowagę.

- Ciszej, Sepplmayr! - syknął Greul. - Czy chcesz obudzić całą 

armię brytyjską!

background image

- Przepraszam, wpadłem na coś.

- Daj spokój, jesteś zwykłym niezdarą, poruczniku.

- Tak jest, panie majorze - odpowiedział porucznik, czując się 

nieszczęśliwie i pobiegł za majorem.

W   kępie   mokrej   trawy   została   latarka,   która   wypadła   z   ręki 

martwego już Brytyjczyka.

background image

Rozdział 4

Dorniery   Do-217   K3   wyrównały   lot   ponad   zatoką   Gurna,   a 

potem lekko złamały szyk, aby łatwiej przeprowadzić atak.

- Znowu są uzbrojeni w te cholerne szybujące bomby! - krzyknął 

pułkownik Tilney dowódca umocnionego rejonu na górze Meraviglia.

Musiał   krzyczeć   naprawdę   głośno,   aby   przebić   się   przez   huk 

wystrzałów automatycznych armatek należących do lekkiej 3. baterii 

przeciwlotniczej.

-   Tak   widać   je   wyraźnie   pod   ich   skrzydłami   -   zgodził   się 

pułkownik French, dowódca batalionu Royal Irish Fusiliers i opuścił 

lornetkę na wysokość piersi. - Wydaje mi się pułkowniku, że rozsądne 

będzie, jeśli zabierzemy nasze wiekowe głowy z tego niebezpiecznego 

terenu.

-   Zgoda   -   powiedział   Tilney,   gdy   czołowy   samolot   w   szyku 

zdawał się zawisnąć w powietrzu.

Chwilę potem spod skrzydła jednego z samolotów oderwała się 

szybująca   bomba   typu   Henschel   z   toną   ładunków   wybuchowych   i 

poleciała w kierunku pozycji brytyjskich.

Dwaj   oficerowie   tupiąc   butami   po   kamiennych   schodach, 

zbiegali   pospiesznie   do   betonowego   bunkra,   gdy   śmiercionośny 

pocisk szybował ku wyspie w groźnej ciszy. Chwilę później rozległ 

się przenikający aż do kości huk potężnej eksplozji.

Tilney,   opalony   na   brązowo   artylerzysta,   opadł   na   drewniane 

background image

krzesło i wskazał oficerowi piechoty, aby zrobił to samo.

-   Kropelkę   whisky?   -   spytał   przekrzykując   szczekanie 

przeciwlotniczych boforsów.

- Whisky! Ty tu masz dobrze Tilney! My tam na dole mamy w 

kasynie jedynie ouzo!

- Ranga daje przywileje - powiedział zadowolony z sobie Tilney, 

nalewając do kubków cenny trunek. Jeden z nich podał rozmówcy. - 

Zdrowie!

Uniósł wyszczerbiony, emaliowany kubek do ust.

- Zdrowie!

Jakąś milę  dalej kolejna szybująca bomba uderzyła w wyspę. 

Siła eksplozji wstrząsnęła schronem, ale nikt z obecnych zdawał się 

nie zwracać na to uwagi. Nabrali w tej materii sporo doświadczenia po 

miesiącach   pobytu   na   bez   przerwy   nękanej   nalotami   i   pozornie 

odciętej od świata Malcie.

- Teraz - powiedział Tilney, gdy dorniery po wykonaniu misji 

bojowej,  przeszły   do  ostrzeliwania   wyspy,  nim  ponownie   sformują 

szyk, aby powrócić na Rodos. Wszędzie na ufortyfikowanym wzgórzu 

odezwały się karabiny maszynowe BREN i działka Lewisa.

-   Co   o   tym   sądzisz,   French?   Wydaje   się   jasne,   że   tam   na 

zewnątrz Szkopy próbują nas zmiękczyć, nim rozpoczną atak.

-   Szczerze?   Nie   podoba   mi   się   to.   Mam   na   myśli   twój   plan 

obrony. Jesteś artylerzystą - i wybacz mi śmiałość - masz mentalność 

kanoniera.

- To znaczy? - spytał zdziwiony Tilney.

background image

- To znaczy, okopać się i siedzieć w obronie. Typ broni, jakim 

się posługujesz, dyktuje ci postawę w czasie bitwy. My w piechocie 

mamy inne koncepcje.

-   No,   dalej,   French   -   burknął   Tilney.   -   Co   mi   próbujesz 

powiedzieć?

- Tylko to. Twoi zwierzchnicy opracowali dla nas statyczny plan 

obrony,   którego   nie   da   się   zrealizować.   Nie   mamy   wystarczającej 

liczby ludzi, a linia brzegowa jest zbyt długa i skomplikowana, by 

bronić jej w całości - spojrzał wyzywająco na pułkownika artylerii, ale 

nic nie mógł wyczytać z wyrazu jego twarzy. - Co się stanie, jeśli 

Szkopy przeprowadzą atak spadochronowy w środku wyspy?

- To niemożliwe - parsknął Tilney. - W sztabie stwierdzili, że tak 

górzysty i zalesiony teren nie nadaje się do przeprowadzenia zrzutów 

spadochronowych. Sami byśmy to wcześniej zrobili, gdyby to było 

możliwe. Powinniśmy spodziewać się desantu od strony morza. Gdy 

uznają,   że   już   nas   zmiękczyli,   wtedy   wylądują   na   brzegu.   Tylko 

desant morski...

- Ty...

Słowa   pułkownika   utonęły   w   trzasku   wybuchu   bomby 

szybującej, która uderzyła gdzieś na wyspie. French szybko chwycił 

za kubek z cennym trunkiem i przytulił go do siebie, nim podziemna 

sala zatrzęsie się po detonacji, a z jej sufitu posypie się pył cementowy 

i   kamienie.   Przez   schron   przeszła   chwilę   później   fala   smrodu 

spalonego kordytu, powodując kaszel u oficerów.

-   Cholerne   Szwaby   -   mruknął   Tilney   -   nawet   nie   pozwolą 

background image

facetowi wypić jego obiadowego drinka w spokoju.

- No, właśnie - zgodził się French, wlewając w siebie złocisty 

płyn jednym haustem, jakby nie chciał dawać losowi drugiej szansy 

na odebranie mu tej przyjemności. - Ale nadal nie zgadzam się z tobą 

w sprawie desantu morskiego.

- Co masz na myśli?

Pułkownik   French   sięgnął   do   raportówki,   którą   miał 

przytroczoną do paska i wyciągnął z niej latarkę, i położył ją ostrożnie 

na chwiejącym się stole, tak aby dowódca przyjrzał się jej uważnie i 

jakby miała ona specjalne znaczenie.

Tilney   spojrzał   na   razie   na   przedmiot   bez   specjalnego 

zainteresowania.

- Co ma to znaczyć, French?

- Jeden z moich patroli znalazł ją dzisiaj rano. Tyle tylko zostało 

z   fizyliera   Kerrigana   z   mojej   kompanii   B,   który   łaził   na   patrolu 

ostatniej nocy wzdłuż urwiska nad zatoką Alinda. Jego ciała jeszcze 

nie znaleźliśmy.

- Tak? A co się stało?

- Pewnie biedny chłopak podszedł zbyt blisko krawędzi klifu i 

zsunął się do morza.

- To dlaczego martwisz mnie stratą jednego z twoich chłopaków 

i co do diabła ma to wspólnego z ogólną obroną Leros?

French pochylił się do przodu z błyskiem w oku.

-   Tam,   gdzie   znaleźliśmy   latarkę   było   wiele   śladów   butów   - 

podeszw bym powiedział.

background image

- Co?

- Tak, i powiem ci coś jeszcze, Tilney. Jeden z moich oficerów - 

chłopak przysłany został do nas z Armii Indyjskiej na początku wojny 

i   który   już   od   dłuższego   czasu   ma   trochę   pojęcia   o   wspinaczce 

himalajskiej - twierdzi, że te ślady pochodzą od specjalnego rodzaju 

butów   -   paidarów.   To   taki   prosty   but   do   wspinaczki,   zrobiony   ze 

skóry, ale z podeszwą produkowaną przez szwajcarską firmę Luklein. 

Ludzie,   którzy   używają   tego   rodzaju   butów   są   zawodowymi 

alpinistami, to Korpus Alpejski.

- Niemcy.

-   Tu   masz   rację   -   powiedział   przygnębiony   French.   Tilney 

spojrzał na  niego  z wyrazem  rozpaczy   na twarzy,  gdyż zdał sobie 

sprawę z tego, że Niemcy już byli prawdopodobnie na wyspie, jak i ze 

wszystkich słabości jego planu obrony całego wybrzeża.

- Ale co to oznacza, Murice?

- Oznacza to pułkowniku, że te oddziały górskie są już tutaj i 

przygotowują coś w rodzaju lądowiska dla spadochroniarzy. A dalej 

to oznacza, że musimy znaleźć tych drani, nim będzie do cholery za 

późno...

background image

Rozdział 5

-   Anglicy,   panie   pułkowniku   -   jakiś   podekscytowany   głos 

szeptał do ucha Stürmera.

Obudził się od razu. Czuł się fatalnie, ociężały, cały oblepiony 

potem   w   gorące   popołudnie,   a   w   nosie   kręcił   odurzający   zapach 

olejków eterycznych z sosen, wśród których się kryli.

- Idą w górę doliny - powiedział miękko i cicho jeden z młodych 

strzelców, jakby Anglicy mogli go usłyszeć.

Stürmer przetarł zaspane i zaczerwienione ze zmęczenia oczy, 

odchylił siatkę maskującą i ostrożnie spojrzał w dół doliny.

Rozciągała   się   przed   nim   doskonałym   łukiem,   zamknięta 

porośniętymi sosnami stokami, na których kryli się ludzie z oddziału 

Edelweiss, co czyniło ich kryjówkę z pozoru niedostępną. Ale w tej 

kwestii   zarówno   on   jak   i   wywiad   niemiecki   byli   w   błędzie.   Gdy 

zmrużył oczy, aby je ochronić przed blaskiem słońca, mógł dostrzec 

czarne figurki, które z determinacją, mozolnie poruszały się na całej 

długości doliny.

Było tam trzydziestu, czy czterdziestu żołnierzy - może pluton - 

okrążali   zbocze   góry   Clidi.   Sprawdzając   każdy   ślad,   z   bagnetami 

sterczącymi z luf karabinów. Anglicy ich szukali!

- Co teraz, pułkowniku? - to był Greul, którego wyzywającej 

twarzy   zniknęły   oznaki   zaspania   i   pojawiła   się   pewność   siebie.   - 

Walczymy? Jest ich tylko garstka. Łatwy łup!

background image

- Całkowicie poza dyskusją, majorze. Misja ma pierwszeństwo - 

powiedział pułkownik, patrząc na słońce. Dawno już było w zenicie, 

ale trzeba było jeszcze trzech albo czterech godzin, nim schowa się za 

górami   i   zapadnie   ciemność.   Przygryzł   usta   i   popatrzył   gorzko   na 

nadchodzących Brytyjczyków.

Nagle   ich   nieuniknione   nadejście   zbudziło   w   nim   najgorsze 

obawy.

- No, dobrze. Jeśli nie staniemy do walki, to co mamy robić? - 

domagał się decyzji Greul.

Nim Stürmer zdołał odpowiedzieć na to pytanie, na które nie 

znajdował odpowiedzi, odezwał się ktoś inny.

Stürmer odwrócił się. Był to młody porucznik Sepplmayr.

- O co chodzi, poruczniku? - zapytał niecierpliwie.

Sepplmayr był ostatnią osobą, z którą chciał w tym momencie 

rozmawiać.

- Panie pułkowniku, mam pomysł.

- Oszczędź sobie - zarechotał Greul. - Skarby dam, za to, co to 

jest - nie masz ich chyba zbyt dużo?

Stürmer patrzył gniewnie, jak młody oficer się czerwienił.

-   Co   to   za   pomysł,   poruczniku?   -   spytał   niespodziewanie 

łagodnie pułkownik.

-   Dobrze.   Wygląda   na   to,   że   nas   szukają.   Po   co   czekać   na 

nieuniknione?

- Co masz na myśli?

- Niech się dowiedzą, że tu jesteśmy.

background image

- Zwariowałeś! - Greul od razu skoczył na niego.

- Wiesz przecież, że naszym zadaniem jest nie dać się odkryć aż 

do chwili rozpoczęcia ataku!

-   Wiem   o   tym,   panie   majorze.   Ale   pozwólmy   im   zobaczyć 

jednego człowieka i niech go ścigają. Będą usatysfakcjonowani. Może 

go   wezmą   za   jakiegoś   dywersanta,   który   dostał   się   na   wyspę   ze 

specjalnym zadaniem. Ale tego się nie dowiedzą, gdyż go nigdy nie 

złapią. W każdym razie, ten jeden człowiek odwróci ich uwagę od 

reszty oddziału.

- A kto ma być tym szczególnym bohaterem? - spytał Greul. - 

Pewnie ty?

-   Tak   jest,   panie   majorze   -   widać   było,   że   Sepplmayr   był 

zdeterminowany.

- A co konkretnie chciałbyś zrobić? - spytał Stürmer, którego 

umysł już rozpatrywał nowy plan i nowe możliwości.

- No, cóż. A co zrobiłby sabotażysta, gdyby zorientował się, że 

został zauważony? Będzie starał się dotrzeć do miejsca, gdzie ukrył 

swoją   łódź,   którą   przypłynął   na   wyspę.   Tak   więc   odciągnę   ich   w 

stronę   morza,   a   potem   skieruję   się   ponownie   w   kierunku   wzgórz. 

Wiem, że nie jestem tutaj najlepszym wspinaczem ale myślę, że będę 

w   stanie   łatwo   im   zniknąć   wśród   tych   szczytów   -   wskazał   na 

poszarpane   krawędzie   gór,   które   zrobiły   się   teraz   błękitnawe   w 

gorącej mgiełce popołudnia - a potem powrócę do was.

Przerwał nagle, patrząc wyczekująco na dowódcę.

Stürmer nie od razu odpowiedział.

background image

Porucznik   nie   był   ani   wybitnym   alpinistą,   ani   specjalnie 

zdolnym   żołnierzem.   Kilka   razy   dostrzegł,   że   chłopak   obawiał   się 

szczególnie   niebezpiecznych   odcinków   przy   szkoleniu 

wspinaczkowym, wiedział również, że teraz porucznik też się boi. Ale 

młody oficer chciał się wyróżnić, chociaż łatwo wpadał w tarapaty i 

starał   się   pokazać,   że   posiada   charakter   swoich   przodków 

pochodzących z gór.

- W porządku, Sepplmayr. Możesz iść. Ale chcę, abyś zabrał ze 

sobą Meiera i kaprala Madada. Obaj są bardzo doświadczeni.

-   Tak   jest,   panie   pułkowniku   -   na   jego   twarzy   było   widać 

wyraźną ulgę; nie musiał być sam w tej trudnej misji.

-   Ale   pamiętaj,   Sepplmayr.   Mogą   podejrzewać,   że   jesteście 

Niemcami, ale nie muszą tego wiedzieć z pewnością i nigdy nie mogą 

się tego dowiedzieć! - przez moment wahał się.

- Jeśli nie będzie innej drogi ucieczki i pomyślisz, że mogą was 

złapać i zmusić do mówienia, ty... - przerwał znacząco.

-   Rozumiem,   panie   pułkowniku   -   porucznik   dotknął   kabury 

pistoletu - oficerskie rozwiązanie.

-   W   porządku,   Sepplmayr,   niech   tak   będzie.   Zostaw   cały 

ekwipunek z wyjątkiem broni osobistej - głos Stürmera złagodniał, 

gdy kładł dłonie na ramionach młodego oficera. - Niech cię nogi lekko 

niosą, złam kark, chłopcze!

- Dziękuję, panie pułkowniku.

Pięć   minut   później   młody   porucznik   i   dwóch   podoficerów 

wyszło   z   ukrycia   i   puściło   się   biegiem   po   nierównym   terenie   w 

background image

kierunku brzegu morza.

Wydawało się, że Anglikom wieki zajmie dostrzeżenie trzech 

uciekinierów.   Jednak   w   końcu   długa   linia   piechurów   brytyjskich 

zatrzymała   się.   Niemcy   mogli   usłyszeć   strzępy   wydawanych 

rozkazów i poleceń. Szczęknęły karabiny i rozległ się huk wystrzałów. 

Ale   pociski   przeleciały   daleko   od   trójki   strzelców   alpejskich. 

Usłyszeli   przeciągły   dźwięk   gwizdka.   Linia   piechurów   szybko   się 

skurczyła. Nagle obładowani plecakami i hełmami piechurzy, ruszyli 

szybko przez sosnowy las, na lewo od ukrywających się Niemców. 

Potem zaczęli biec.

Otwarty, pozorowany manewr Sepplmayra opłacił się.

background image

Rozdział 6

Brytyjscy piechurzy, teraz w zbitej gromadzie z trudem wspinali 

się  po  stromym zboczu  w  kierunku  morza.  Sepplmayr,  skulony   za 

kępą   kolcolistu,   obok   dwóch   podoficerów,   widział   jak   ludzie   z 

pościgu szybko się męczą. Brytyjski oficer musiał co chwilę używać 

gwizdka   i   stale   dolatywały   do   nich   gniewne   okrzyki,   niesione 

podmuchami wiatru.

- Wygląda na to, panie poruczniku, że bardziej nadają się do 

ganiania za babami niż do walki - skomentował to, co widział Jap. - 

Zaplączą im się tam nogi.

-   Ano,   ano   -   burknął   Jo.   -   Podziękuj   raczej   za   to   swoim 

pogańskim   bogom,   ty   skośnooki,   małpi   balasku.   Inaczej   Angole 

mieliby cię jeszcze przed ich herbatką o godzinie piątej.

- Oj, zamknijcie się - przerwał im porucznik bez cienia gniewu 

w głosie.

Zaczynał   mu   się   podobać   ten   cały   pościg;   strach   gdzieś   się 

ulotnił.

- W porządku - powiedział w końcu - jeszcze parę godzin do 

zmierzchu. Urządzimy im małą potańcówkę nad brzegiem morza i za 

pół   godziny   znikniemy   na   wzgórzach.   Do   tego   czasu   zapadnie 

zmierzch i może pomyślą, że odpłynęliśmy.

- W porządku, panie poruczniku - zgodził się Byk Jo.

- A co potem?

background image

- Pokażemy się im i zaczniemy zabawę od nowa.

Gdy   ponownie   wyszli   z   kryjówki,   rozległy   się   okrzyki 

wściekłości.   Oficer   znowu   dmuchnął   w   gwizdek   i   rozległ   się 

ponaglający   jego   ludzi,   kategoryczny   świst.   Odbił   się   echem   z 

władczym ponagleniem i zamarł,  nim brytyjska piechota ponownie 

puściła się biegiem po nierównym terenie.

Teraz   trzej   uciekinierzy   szybko   przemykali   skrajem   klifu,   a 

gwałtowny wiatr od morza, szarpał ich ubraniami, mocno utrudniając 

ruchy.   Anglicy   zdawali   się   ich   doganiać,   ale   nadal   dzielił   ich 

bezpieczny dystans. Za plecami Niemców rozległ się terkot karabinu 

maszynowego.   Kilka   kul   uderzyło   w   głazy   po   ich   prawej   stronie, 

groźnie   rykoszetując   w   różnych   kierunkach.   Sepplmayr   skulił   się 

instynktownie,   czując   jak   strach   ponownie   skręca   mu   wnętrzności. 

Ale zmusił się do uśmiechu i powiedział sobie, że jest w towarzystwie 

dwóch   wojennych   wyjadaczy.   Odwaga   od   razu   powróciła   i   dalej 

ruszył ostrożnie skrajem klifu. Obecnie znajdowali się ledwie kilka 

metrów   od   pierwszego,   porośniętego   krzakami   wzgórza,   już 

chowającego się powoli w purpurowej zasłonie zapadającego zmroku.

-   Tam   -   wysapał   zdyszany   -   myślę,   że   tam   ich   możemy 

próbować zgubić.

Dwaj jego towarzysze pokiwali głowami ze zrozumieniem.

- Niech pan jednak uważa, panie poruczniku - powiedział Jap. - 

Gdy zaczniemy wdrapywać się na ten stok, znacznie spadnie nasze 

tempo, a wtedy oni zbliżą się do nas na odległość strzału.

- Jasne, kapralu - odpowiedział Sepplmayr.

background image

Zrozumiał od razu, o co chodziło podoficerowi. Nim pokonają 

dwudziestokilkumetrową   stromiznę,   pościg   znajdzie   się   tuż   za   ich 

plecami.   Spojrzał   na   ścianę   skalną,   aby   opracować   dalszą   trasę 

ucieczki.

- Na lewo, do tej zwichrowanej, uschniętej sosny - wydusił z 

siebie. - Osłoni nam plecy, przynajmniej przez jedną czy dwie minuty.

Jak   tylko   podjęli   wspinaczkę,   seria   pocisków   z   pistoletu 

maszynowego   odznaczyła   się   na   skałach   gromadą   niebieskich 

rozbłysków.   Coraz   wyraźniej   słychać   było   zbliżających   się 

Brytyjczyków.   Kula   karabinowa   uderzyła   w   głaz   ponad   głową 

Sepplmayra. Porucznik skulił się odruchowo. Złamana przez pocisk 

gałąź drzewa minęła go dosłownie o centymetry. Łapiąc gorączkowo 

oddech,   spojrzał   w   dół   przez   ramię.   Teraz   wrogowie   byli   jakieś 

dwieście   metrów   za   ich   plecami.   Tu   i   tam   żołnierze   przystawali, 

zdejmowali karabiny z pleców i staranniej niż poprzednio celowali. 

Uciekający musieli się spieszyć.

Sepplmayr  przyspieszył  tempo.   Obok  niego   wspinał  się   Jo,  z 

zadziwiającą jak na tak wielkiego faceta sprawnością. Jap był równie 

szybki i mieli już przewagę nad swoim dowódcą. Porucznik zdał sobie 

sprawę, jak wiele musi się jeszcze nauczyć w kwestii wspinaczki.

W   tej   chwili   pierwsi   Brytyjczycy   dotarli   do   podstawy 

wzniesienia i zaczęli się wspinać. Aby ich nie ostrzeliwać, ich rodacy 

przerwali ogień.

Powoli, ale zauważalnie trzej strzelcy alpejscy zaczęli zdobywać 

przewagę nad niewprawnymi we wspinaczce brytyjskimi piechurami. 

background image

Wspinali się wyżej i wyżej, ścigani jedynie pojedynczymi strzałami 

ludzi   stojących   u   podstawy   wzniesienia.   Po   lewej   stronie,   daleko 

poniżej,   rozciągał   się   doskonale   ciemny   błękit   powierzchni   morza, 

nieskażonej   nawet   jednym   żaglem.   Widok   był   piękny,   ale   młody 

porucznik   nie   miał   czasu   na   zachwyty.   Był   całkowicie 

skoncentrowany   na   swoim   zadaniu;   przekonać   Brytyjczyków,   że 

uciekają w stronę morza.

- Ruszamy na lewo - zawołał do dwóch podoficerów, którzy go 

trochę   wyprzedzali.   -   Jeszcze   jakieś   dziesięć   minut   i   zapadnie 

zmierzch.

- Tak jest, panie poruczniku - potwierdzili zgodnie półgłosem i 

zaczęli trawersować stok we wskazanym kierunku.

Sepplmayr ruszył za nimi bez specjalnych trudności. Odgłosy 

pogoni   stawały   się   coraz   cichsze.   Oficer   spojrzał   na   pogrążony   w 

mroku   szczyt.   W   tej   chwili   było   stosunkowo   łatwo   z   powrotem 

przekraść   się   do   oddziału.   Możliwe,   że   za   to   czekał   już   na   niego 

medal. Pewnie nie tak cenny, jak należący do jego ojca Pour le Merite, 

ale to byłoby coś, co przekonałoby staruszka, że najmłodsza latorośl w 

rodzinie nie jest wcale taka zła.

Sięgnął   do   kolejnego   punktu   oparcia   -   kawałka   skały, 

wyglądającego jak łupek. I wtedy nastąpiła katastrofa. Skała rozpadała 

mu się w dłoni. Instynktownie zacisnął palce na drugim chwycie, na 

wysokości   pasa.   Nic   to   nie   dało.   Palce   ześlizgiwały   się.   Zacisnął 

mocno   zęby,   żeby   nie   krzyczeć   ze   strachu.   Ręka   już   niczego   nie 

mogła   się   chwycić.   Ześlizgiwał   się   w   lawinie   kamieni   i   piasku,   a 

background image

szorstka powierzchnia stoku rozrywała mundur i kaleczyła ciało. Huk 

spadających kamieni zagłuszał okrzyki trwogi młodego porucznika, 

które   wydobywały   się   z   jego   wykrzywionych   ust.   Ale   jego 

przeciągłego wycia, gdy spadł na skalną półkę i prawa noga złamała 

się w stawie skokowym z trzaskiem suchej gałęzi zdeptanej butem w 

gorące lato - nie zagłuszyło już nic!

- Jezu Chryste! - nie mógł powstrzymać się Byk Jo, gdy patrzyli 

w dół na Sepplmayra, przytulonego do ściany skalnego występu, który 

rzęził   przez   otwarte   usta.   Jego   noga   wykrzywiona   była   pod 

nienaturalnym katem.

- Niech to diabli! - wyszeptał szybko Jap, patrząc na bladą jak 

popiół   twarz   niemieckiego   oficera   i  Brytyjczyków  zbliżających   się 

ścianą skalną. Dokonał szybkich obliczeń. Może zabrać im dziesięć 

minut,   nim   dotrą   do   porucznika.   Do   tego   czasu,   przy   odrobinie 

szczęścia, zdołają go zabrać gdzieś poza krawędź szczytu i ukryją w 

cieniu skał.

- Jo, osłaniaj mnie w razie czego ogniem. Schodzę.

-   Dobrze   -   powiedział   Meier,   a   jego   szeroka   twarz   była 

wyjątkowo   ponura,   gdy   patrzył   na   wykrzywioną   bólem   postać 

młodego   oficera   i   nienaturalnie   wykręconą   nogę.   Po   chwili 

odbezpieczył pistolet maszynowy, wycelował go i nacisnął spust.

Jeden z Brytyjczyków wyrzucił gwałtownie ręce do góry i zaczął 

staczać się po zboczu góry.

Jap wykorzystał ten moment. Wyprostował się i skoczył czysto 

na półkę skalną, gdzie spadł porucznik. Sepplmayr leżał poskręcany, 

background image

jego twarz i ręce obficie krwawiły, ale był nadal przytomny.

- Zostawcie mnie - wyszeptał przez zaciśnięte zęby.

Jap   nic   nie   mówił.   Zamiast   tego   wyciągnął   zakrzywiony   nóż 

Gurków. Wolną ręką chwycił za nogę chłopaka. Ten jęknął tylko z 

bólu. Jap mruknął jakieś przeprosiny i szarpnął ręką, aby rozedrzeć 

nogawkę szarych spodni, naciętą już nożem.

- A niech to piorun popieści! - zawołał, gdy zobaczył białą kość 

sterczącą nad strupem krzepnącej krwi i miazgą spuchniętych mięśni. 

Bez wątpienia było to złamanie wieloodłamowe. Z nogą w tym stanie 

Sepplmayr mógł tylko ledwie się czołgać.

- Czy... jest bardzo źle? - spytał porucznik, czując jak szczękają 

mu zęby.

Jap nie odpowiedział. Zamiast tego sam zadał pytanie.

- Spróbujemy dostać się na szczyt, poruczniku?

- Zadałem ci pytanie, kapralu!

- Tak jest, panie poruczniku. Wygląda mi to na otwarte złamanie 

z przemieszczeniem. Ale mimo tego...

- Zostaw mnie! - w głosie Sepplmayra dominowała stanowczość.

- Ale, panie poruczniku...

- Nie ma żadnych ale. Znasz przecież rozkazy pułkownika.

- Ale nie mogę pana zostawić w takim stanie - protestował z 

uporem Jap.

Sepplmayr   uniósł   z   trudem   głowę   i   przerażonym   wzrokiem 

spojrzał na swoją zmasakrowaną nogę.

- Przy dużej dozie szczęścia byłbym w stanie przeczołgać się 

background image

dwadzieścia   metrów   -   powiedział   niemal   spokojnie.   -   Możesz 

powiedzieć   dowódcy,   że   kazałem   ci   mnie   zostawić,   rozumiesz, 

kapralu?

- Ale co pan tu może sam zrobić?

- No cóż, powiedz pułkownikowi, że nie poddam się Angolom, 

jeśli ci o to chodzi, kapralu. Nadal mam pistolet. Teraz - przełknął 

głośno   ślinę   -   musisz   już   iść.   Tłumiąc   płacz   błagał   Japa,   aby   go 

zostawił i pozwolił umrzeć w samotności.

- Ale, panie poruczniku! - wołał z rozpaczą podoficer, kuląc się, 

gdy pierwszy pocisk uderzył w skałę ponad jego wykrzywioną twarzą.

Sepplmayr   posłał   w   jego   stronę   jakieś   gęste   przekleństwo   z 

bawarskim akcentem.

-   Pójdziesz   już   stąd,   czy   mam   posłać   za   tobą   kulę   za 

niesubordynację, kapralu?

- W porządku, panie poruczniku - Jap spojrzał zdesperowany raz 

jeszcze na bladą jak popiół, ale zdeterminowaną twarz porucznika.

Potem   ruszył   w   górę   błyszczącego   od   promieni   słonecznych 

stoku, ściągając na siebie ostrzał wroga.

*

Odeszli, znikając w ogarniającej wszystko ciemności i kładących 

się cieniach. Brytyjczycy, którzy znajdowali się pod nimi, nie podjęli 

dalszej   wspinaczki.   Ewidentnie   obawiali   się   zasadzki.   Może 

spodziewali się, że Niemcy otworzą do nich ogień, gdy będą wchodzić 

na szczyt.

Sepplmayr   spojrzał   na   wielki   pistolet,   który   zdawał   się   tak 

background image

ogromny w jego chudej dłoni. Odbezpieczył zamek, otworzył usta i 

wsadził   lufę   między   wargi.   Poczuł   chłód   metalu   i   smak   oleju. 

Przełknął ślinę - tak z powodu mdłości jak i strachu.

Hans Sepplmayr zawsze się czegoś obawiał: bał się swego ojca; 

prostych wiejskich chłopaków, z którymi bawił się w czasie wakacji 

w   górach;   przywódców   Hitlerjugend,   kiedy   jego   ojciec   został 

zmuszony do przystąpienia do Ruchu Na Rzecz Odnowy Narodowej; 

wszystkowiedzących profesorów na uniwersytecie; gór i przełożonych 

w   oddziale   szturmowym   Edelweiss.   Strach   był   jego   stałym 

kompanem, od chwili gdy tylko pamiętał. Ale teraz, pierwszy raz w 

jego   młodym   życiu,   przestał   się   bać   -   taki   samotny   i   smutny,   że 

wszystko   zmierza   już   do   końca,   nim   tak   naprawdę   jego   życie   się 

zaczęło. Przecież jeszcze nie „miał” kobiety!

Zebrał się w sobie. Nawet jeśli zastrzeli się, to Anglicy znajdą 

jego   ciało   i   zdołają   zidentyfikować   go   po   charakterystycznym 

mundurze strzelców alpejskich. Nie może tutaj umrzeć!

Najwyższym   wysiłkiem   woli   sięgnął   przed   siebie   i   uchwycił 

najbliższego występu skalnego. Ból w pokiereszowanej nodze był nie 

do   zniesienia.   Zagryzł   usta   do   krwi   i   podniósł   się.   Próbując   nie 

alarmować Brytyjczyków, którzy znajdowali się poniżej, centymetr po 

centymetrze   pokonywał   drogę,   która   dzieliła   go   od   szczytu 

wzniesienia górującego nad brzegiem morskim.

Otumaniony   bólem,   który   powodował   drgawki   i   krótkie 

przebłyski   świadomości,   a   chwilę   potem   groził   całkowitym 

bezwładem, zdołał dotrzeć do skaju skały, za którym rozciągały się 

background image

już tylko posępne wody Morza Egejskiego. Był już prawie tam, gdzie 

chciał dotrzeć.

- Stój, albo strzelam! - rozległ się czyjś głos.

Ledwo przypominając sobie szkolną angielszczyznę, zrozumiał, 

że te słowa oznaczają zagrożenie. Ale już się o to nie troszczył. Zbyt 

daleko zaszedł, aby zwracać na to uwagę. Czołgał się, ciągnąc za sobą 

zmasakrowana nogę.

- Halt! - tym razem rozkaz padł po niemiecku.

Szum morza już zdawał się nad nim dominować. Nawet na tej 

wysokości czuł słonawy, cierpki zapach, który atakował jego nozdrza.

Podciągnął   się,   aby   stanąć   w   wyprostowanej   pozycji,   już   nie 

czuł   bólu,   gdy   ostre   krawędzie   skały   cięły   mu   skórę   na 

pokrwawionych   dłoniach.   Pociski   z   brytyjskich   karabinów 

przelatywały z jękiem, litościwie mijając jego ciało. Po nim, daleko 

pod nim, falowało morze, wywołując hipnotyczną fascynację.

Porucznik rezerwy Heinz Sepplmayr wziął ostatni wdech.

- Idę! - krzyknął energicznie i rzucił się w przepaść pod nim.

W tym samym momencie  pocisk  wystrzelony  z broni oficera 

irlandzkich fizylierów, trafił go w głowę i strącił z niej czapkę. Chwilę 

później chłopak zniknął w otchłani fal, która rozciągała się sto metrów 

poniżej.

Jego   szpiczasta   czapka   z   metalową   szarotką   pozostała   na 

skalistym   gruncie   szczytu   góry.   Sepplmayr   miał   pecha   do   końca 

swego życia!

background image

Rozdział 7

-   Mój   Boże,   Charley   -   pułkownik   French   powiedział   do 

brudnego   jak   nieboskie   stworzenie   kapitana.   -   Wyglądasz,   jakbyś 

przedzierał się tyłem przez zasieki! Co, na miłość boską, stało się z 

tobą i twoim patrolem.

Kapitan O’Kane z kompanii B Irlandzkich Fizylierów, skulił się 

odruchowo,   gdy   kolejna   niemiecka   bomba   eksplodowała   kilkaset 

metrów od stanowiska dowodzenia batalionu i czekał aż przeminie 

huk wybuchu, nim dał odpowiedź.

- Wpadliśmy na kogoś, na coś. Nie wiem dokładnie na co, ale 

prowadzili z nami diabelski taniec.

Szybko wyjaśnił jak patrol natknął się na trzech ludzi, którzy 

poprowadzili   go   na   wzgórza   w   pobliżu   brzegu   morskiego,   gdzie 

potem zniknęli w ciemności, ale jeden z nich, widocznie poważnie 

ranny, popełnił samobójstwo, rzucając się z wysokiego klifu w morze.

French wyciągnął fajkę z ust opanowanym ruchem ręki.

- Mój Boże - stwierdził - toż to normalny fanatyzm. Ale kim oni 

byli, miejscowi czy Niemcy?

- Tego z pewnością nie wiemy. W tamtym świetle i z takiego 

dystansu nie byliśmy w stanie stwierdzić, czy nosili mundury, czy to 

byli cywile, panie pułkowniku. Ale znaleźliśmy to. Dla mnie wygląda 

na szwabską.

Wyciągnął   z   kieszeni   czapkę   Sepplmayra   i   rzucił   na   stół 

background image

zrobiony z podróżnego kufra.

Pułkownik podniósł ją zaciekawiony.

-   Oczywiście,   że   niemiecka   -   powiedział,   obracając   szarą, 

szpiczastą czapkę w dłoni. - Ale co to jest?

- To jakaś odznaka, panie pułkowniku, wygląda jak kwiatek.

French ujął w palce metalowy znaczek i zbliżył do migotliwego 

płomienia świecy.

- Czy wiesz, co to za kwiatek, Charley? - spytał po chwili.

- Nie, panie pułkowniku.

- Jeśli się nie mylę, to szarotka.

- Ale co to oznacza, sir?

- To jest odznaka niemieckich oddziałów górskich. Ci, których 

ścigali twoi ludzie byli niemieckimi alpinistami.

- Ale co oni robią na Leros?

Przy okazji odpowiedzi, pułkownik French wziął do ręki świecę 

i podszedł do mapy przyczepionej do mapy schronu.

- Forteca odpada - powiedział, jakby mówił sam do siebie. - To 

nie było w naszym sektorze, a Szkopów zauważono z pewnością z 

rejonie działania Irlandczyków.

- Zgadza się, sir - przytaknął kapitan, ciekaw, do czego zmierzał 

jego „stary”.

Pułkownik French przebiegł zamyślony palcem po linii grzbietu 

Rachi.

-   Może   Rachi.   Nie   Rachi   odpada.   Ma   niewielkie   taktyczne 

zalety, jeśli utrzymujemy górę Meraviglia - oblizał przednie zęby i 

background image

podjął decyzję. - Góra Clidi. To musi być Clidi.

- Nie nadążam za panem, sir - przyznał się kapitan.

Pułkownik spojrzał w jego stronę.

- Charley, czy mamy nadal makaroniarzy na górze Clidi?

- Tylko ich artylerię.

- A nie piechotę?

-   Nie,   panie   pułkowniku.   Poza   kilkoma   mulnikami,   którzy 

dostarczają zaopatrzenie, jeśli ich można nazwać piechotą.

- Ale jaja! - pułkownik pozwolił sobie na żołnierski żargon. - 

Czy tego jeszcze nie widzisz, Charley? Ci makaroniarze, są jedynymi 

ludźmi,   którzy   mogą   powstrzymać   desant   spadochronowy   w 

północnej części wyspy.

- Ale wywiad...

- Wywiad, to może spadać w podskokach. Stawiam wszystkie 

swoje pieniądze, że Niemcy przyślą na Leros spadochroniarzy. Tak 

zrobili   na   Krecie,   wiec   dlaczego   nie   mieliby   spróbować   tej   samej 

taktyki tutaj?

Machnął ręką poirytowany.

- Charley, w jakim stanie jest kompania B?

-   Nieźle   dostali   w   kość,   sir.   Połowa   ludzi   była   ze   mną   na 

przeczesywaniu   terenu   tego   popołudnia,   a   reszta   brała   udział   w 

obronie przeciwlotniczej, z tym co miała. Wedle mojej oceny chłopcy 

nie mieli już od tygodnia spokojnej nocy.

Pułkownik French spojrzał na niego z przygnębieniem.

- Obawiam się, że będą musieli zapomnieć o wygodach jeszcze 

background image

przez jedną noc. Zgaduję, że dzisiejszej nocy Szwaby będą chciały 

dostać się na Clidi, i marzy mi się aby kompania B zgotowała im 

ciepłe powitanie...

background image

Rozdział 8

Tuż   przed   rozpoczęciem   wspinaczki,   pułkownik   Stürmer 

przypomniał sobie starą podręcznikową formułę dla nowych adeptów 

wspinaczki:

T = A + P + E

Oznaczała ona, że wspinacz nie powinien wybierać „T” - celu, 

nim nie oceni „A”, czyli umiejętności i zdolności zespołu. No, z tym 

akurat nie było problemu. „P” - kondycja, to już inna kwestia. Jego 

ludzie czuli się podle; nowy stok, oczywiście był do pokonania przy 

obecności Włochów, gdyż ci nie utrzymywali wart, ale trzeba było się 

na niego wspinać w całkowitej ciemności. „E” - ekwipunek, tu sprawa 

była podobna. W swojej bazie mieli wszystko, czego potrzebowali, ale 

w   warunkach   panujących   na   górze   Clidi,   mogli   użyć   tylko 

podstawowego   sprzętu,   nie   było   czasu   na   wymyślne   rozwiązania   i 

narzędzia. Podsumowując swoje rozważania doszedł do wniosku, że 

jego grupa szturmowa nawet nie powinna zbliżać się do tej góry.

Mimo   wszelkich   obaw   pierwszy   etap   wspinaczki   przebiegł 

zaskakująco   łatwo.   Ponieważ   rozpoznanie   lotnicze   zrobiło   zdjęcia 

góry, wiadomo było, że jest na niej wielkie usypisko głazów. I chociaż 

trzeba było je pokonywać w ciemności i bardzo powoli, udało się na 

nie wspiąć bez większych trudności.

Ale teraz, gdy powrócili Meier i kapral Madad z raportem, że 

porucznik   Sepplmayr   popełnił   samobójstwo,   trudność   nocnej 

background image

wspinaczki pojawiła się w pełnej krasie. Nad Stürmerem górowało 

coś,   co   wyglądało   w   półmroku   na   ogromne   urwisko,   doskonałe 

miejsce do skręcenia karku.

- Co pan o tym myśli, pułkowniku? - spytał szeptem Greul. - 

Spróbujemy   pokonać   ją   trawersem   w   prawo?   Może   łatwiej   będzie 

tam?

- Możliwe, Greul. Ale wydaje mi się, że nie mamy na to czasu.

- Myśli pan o Sepplmayrze?

- Tak. Jeśli zdołali zejść do podstawy klifu i odnaleźli jego ciało, 

to wtedy... - pułkownik Stürmer wolał nie kończyć tego zdania.

-   Mogą   zorientować   się,   że   jesteśmy   oddziałem   piechoty 

górskiej?

- Tak, nawet jeśli pomyślą, że trzyosobowy oddział, to grupa 

rozpoznawcza,   sprawdzająca   trasę   natarcia   przyszłych   sił 

inwazyjnych,   musimy   załatwić   całą   sprawę   jak   najszybciej,   jak 

najlepszą trasą.

-   Ma   pan   chyba   rację,   pułkowniku   -   Greul   zgodził   się   bez 

wahania.

Może był zbyt pewnym siebie i pozbawionym litości bydlakiem, 

ale był dobrym alpinistą, nie był idiotą i na pewno nie tchórzem.

- W takim razie, majorze, pójdę pierwszy - Stürmer patrzył w 

górę, na coś, co zdawało się być skalnym kominem.

Jego   zacienione   wejście   wyglądało   jak   brudna   prostokątna 

plama na tle nocnego nieba. Zdjął linę z ramienia i powiedział:

- Będziemy  się wiązać i powiedz ludziom, że mają zrobić to 

background image

samo.   Nie   mam   zamiaru   próbować   szukać   rys   w   ścianie   w   tych 

ciemnościach. Użyjemy lin, aby dostać się przynajmniej do komina, 

jasne?

- Rozumiem, panie pułkowniku - major odmeldował się bardzo 

sprawnie - w swoim stylu - i poszedł przekazać rozkazy, aby ludzie 

wiązali się z tymi, co idą za nimi.

- A do tego, Greul, jeśli wbijamy haki w ścianę, to robimy to 

tylko rękami, żadnych młotków czy czekanów!

- Tak jest, panie pułkowniku!

Stürmer   rozwinął   zapętloną   linę   asekuracyjną   i   poszukał 

pierwszego chwytu dla palców dłoni. Wspinaczka na szczyt góry Clidi 

rozpoczęła się!

*

-   Dalej,   wy   zgrajo   celtyckich   obiboków   -   kapitan   O’Kane 

krzyczał swoim najlepszym irlandzkim akcentem, na jaki tylko mógł 

się zdobyć.

Pomimo czysto irlandzkiego nazwiska, pochodził z większej z 

dwóch wysp Brytanii. - Pamiętajcie, musimy dostać się na szczyt, nim 

zrobią to Szwaby. Pamiętajcie o bitwie pod Boyne!

Ostatnie słowa dodał z radością i prawie wyłożył się jak długi, 

gdy   w   całkowitej   ciemności   jego   stopa   trafiła   na   dziurę   w   ziemi, 

wielkości garnka.

Przez ostatnią godzinę niemal na wyścigi przedzierali się przez 

urwisty teren. Pomimo ogólnego zmęczenia, zmusił swoich ludzi do 

forsownego marszu - pięć minut biegu i pięć minut spaceru - dopóki 

background image

nie zaczęli dyszeć jak miechy kowalskie i zataczać jak pijani. Ale nie 

pozwolił im nawet na chwilę odpoczynku. Muszą przecież dostać się 

na szczyt przed Niemcami!

Jednak   po   pewnym  czasie   sam   musiał   zwolnić.   Ścieżka   była 

zbyt   stroma   i   kręta,   pełna   zdradzieckich   dziur.   Wiedział,   że   jego 

Irlandczycy dadzą z siebie wszystko, jeśli tylko będą mieli przywódcę. 

To   byli   odważni   i   zdecydowani   żołnierze.   Ale   bez   lidera   tracili 

dyscyplinę i nie byli zdolni do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Musiał 

sam się o siebie troszczyć.

Kręcił nosem, czując odchody mułów i ciężko dyszał wspinając 

się coraz wyżej, ale nie mógł teraz przerwać wspinaczki. Widział już 

niewyraźny   zarys   szczytu.   Po   chwili   spojrzał   na   fosforyzujące 

wskazówki zegarka na ręce.

Była   już   prawie   północ.   Jeśli   Stary   poprawnie   przewidywał, 

Niemcy   już   podjęli   wspinaczkę   na   Clidi;   nigdzie   nie   było   widać 

włoskich posterunków.

- Dalej, szczęśliwcy - wołał, ale w jego głosie nie było czuć 

ciepła, tylko rozdrażnienie - góra musi być nasza. Chyba nie chcemy 

spóźnić się na to przyjęcie!

*

Stürmer   wreszcie   znalazł  szczelinę   w  ścianie   skalnej.  Poniżej 

swoich   stóp   słyszał   ciężkie   oddechy   idących   zanim   ludzi,   którzy 

posuwali   się   trasą,   którą   on   wyznaczał.   Jego   pokrwawione   palce 

trafiły na coś. Pomacał delikatnie. Uchwyt jak ucho dzbana. Poczuł 

przebłysk   radości.   To   był  jeden   z   najlepszych   uchwytów.   Tu   było 

background image

możliwe zagięcie wszystkich pięciu palców i wspinacz mógł zawisnąć 

spokojnie, szukając podparcia dla stóp. Bardzo ostrożnie wyciągnął 

zza pasa szpikulec i używając wszelkich swoich sił, zaczął wciskać go 

w skałę na wysokości pasa. Dzięki temu  i uchwytom dzbanowym, 

ludzie idący za nim będą mogli dużo łatwiej pokonać to specyficzne 

miejsce.

Jego zadanie dobiegało końca, Stürmer musiał odpocząć choć 

przez chwilę. Wiedział, jak cenny był czas, ale jednocześnie nie mógł 

dalej prowadzić wspinaczki w tym tempie. „Spiesz się powoli” - tak 

powinno brzmieć motto tej szczególnej nocy.

Początek komina znajdował się dwadzieścia metrów dalej. Była 

to kwestia może dziesięciu minut, by do niego dotrzeć. Wziął głęboki 

oddech,   nie   czuł   strachu   ani   zmęczenia,   tylko   poczucie   radości. 

Jeszcze raz znalazł się w swoim żywiole, stając przed wyzwaniem 

jakie rzucała ta góra, przy którym zdawały się blednąć wyzwania całej 

tej okrutnej wojny.

- Już się ruszam, Greul - zawołał półgłosem. - Przejdź tędy, ale 

tak cicho jak to tylko możliwe.

Machnął liną trochę mocniej, tak aby służyła za przewodnika dla 

ludzi znajdujących się niżej, po czym ponownie podjął wspinaczkę. 

Minęło pięć minut. Dziesięć. Miarowo posuwał się na ścianie skalnej. 

Było to trudne, ale nie niemożliwe. Teraz znalazł się o wyciągnięcie 

ręki od wejścia do komina. Dalej mogli obyć się bez ekwipunku i 

posuwać się trochę szybciej. Wspiął się, czując kolejne oparcie dla 

dłoni. Nagle mały występ, na którym chciał się oprzeć, rozpadł się!

background image

Stürmer   zdusił   okrzyk   strachu,   gdy   zaczął   ześlizgiwać   się   w 

lawinie   kamieni.   Jednak   przeznaczeniem   jednego   z   najlepszych 

alpinistów   w   Europie,   nie   było   zginąć   tej   nocy   na   górze   Clidi. 

Niespodziewanie   szarpnięcie   w   żołądku,   wydusiło   z   niego 

westchnienie, po czym zatrzymał się. Lina uprzęży zatrzymała się na 

ostatnim haku, który wbił poprzednio w skałę!

- Wszystko w porządku? - w głosie Greula, który dobiegał z 

dołu, wyczuwało się niepokój Stürmer ciężko odetchnął.

- Tak... po prostu pozwoliłem sobie na chwilę zabawy.

- Mogę jakoś pomóc?

- Nie, poradzę sobie sam - Stürmer wisiał przez kilka chwil, 

dopóki   nie   opanował   wstrząsu   po   upadku,   wyrównał   oddech   i 

ponownie ocenił sytuację.

Chociaż hak utrzymywał całą jego wagę, to wiedział, że taki stan 

rzeczy może potrwać jeszcze jedynie kilka minut. W ciemności szukał 

wokół   siebie   jakiegoś   punktu   oparcia,   ale   nie   wyczuł   żadnego. 

Ostrożnie podciągnął się do góry, słysząc jak hak, na którym wisiała 

lina zatrzeszczał ostrzegawczo. Wykorzystał szansę, wspiął się wyżej, 

mimo że chrzęst obluzowującej się stali wciśniętej w skałę stawał się 

coraz groźniejszy, i wymacał skałę trochę wyżej. Nadal nic! Teraz 

zaczął   się   bać.   Czas   też   jakby   chciał   biec   szybciej.   Za   nim   cała 

kolumna   wspinaczy   zatrzymała   się,   czekając   w   napięciu   na   wynik 

bezgłośnego starcia człowieka z naturą.

Stürmer   wiedział,   że   musi   wykorzystać   ostatnią   szansę. 

Przyłożył płasko prawą dłoń do powierzchni skały, co dało mu lekkie 

background image

wsparcie, przesunął delikatnie drugą dłoń w niewielkiej odległości od 

siebie. Powoli, bardzo powoli, jak tylko mógł na to sobie pozwolić, 

opuścił ją niżej. Pot spływał mu po całym ciele. Wreszcie znalazł! 

Pionowe pęknięcie w skale, jakieś pół metra dalej! Serce podskoczyło 

mu z radości. Czuł, że szczelina nie jest większa niż pudełko zapałek, 

ale wystarczająca, by mu dać podparcie. Zmawiając w duchu szybką 

modlitwę w intencji tego by hak nie wyskoczył ze skalnej ściany nim 

on zbierze się do skoku do góry, wbił palce w szczelinę jak drapieżny 

ptak szpony. Mógł wykorzystać to jako oparcie do odepchnięcia się na 

bok. Cały ciężar jego ciała nadal spoczywał na klamrach uprzęży, ale 

lada chwila  mógł je przenieść  na boczne podparcie. Wziął głęboki 

oddech i gdy już hak z brzękiem wylatywał ze ściany, by odbijając się 

od niej, zniknąć w przepaści, przeniósł ciężar swego ciała na wątły 

uchwyt. Udało mu się!

Pięć minut później, z rękami krwawiącymi z setek drobniutkich 

ran   i   obtartymi   kolanami   oraz   bladą   jak   papier   twarzą,   ale   z 

uśmiechem triumfu, Stürmer pakował się na dno komina, gotów do 

ostatniego etapu nocnej wspinaczki.

*

- Chryste, panie kapitanie - sapał fizylier - czy naprawdę ich osły 

wspinają się po tej ścieżce?

O’Kane prawie zgięty wpół jak reszta jego wyczerpanych ludzi, 

którzy szli za nim rzędem, rzęził i dyszał jak lokomotywa.

-   Tak,   Collins...   tylko,   że   one   nie   wspinają   się...   one   tam 

wbiegają...

background image

- Słodki Jezu, nie wierzę w to!

- Walcie dalej, chłopcy. Pamiętajcie o starym duchu fizylierów - 

zachęcał ich kapitan, sam ledwo łapiąc oddech.

- Ode mnie będzie dzban... dla każdego z was... jeśli pokonamy 

Szwabów w drodze na szczyt.

*

Gdzieś nad morzem ciemność rozjaśniały rozbłyski z silników 

samolotu, a na południu w okolicy Fortecy rozległ się dźwięczny ton 

dzwonków,   niesiony   milami   nad   cichą   okolicą   przez   podmuchy 

nocnego   wiatru.   O’Kane   wiedział   co   to   znaczy.   Szkopy 

przeprowadzali kolejny nalot powietrzny. Spojrzał szybko na szczyt 

góry. Było tam cicho jak zawsze. Nie było nawet widać posterunków 

wartowniczych. Ale odgłosy alarmu na pewno pobudziły ludzi. Nawet 

Włosi podrywali się na sygnał alarmu lotniczego.

Potem   już   skoncentrował   się   jedynie   na   wycieńczającej 

wspinaczce po zdradzieckiej ścieżce. Teraz to była kwestia minut, nim 

osiągną   cel.   Pomimo   wyczerpania   i   napięcia   nerwowego,   kapitan 

śmiał   się   w   duchu.   Jego   Irlandczycy   dokonali   niemożliwego. 

Ostatecznie wygrali z Niemcami wyścig na szczyt.

Szum silników samolotów nadlatujących znad morza stawał się 

coraz   intensywniejszy.   Leros   musiało   przeżyć   jeszcze   jeden   duży 

nalot bombowy.

*

Stürmer   czuł   jak   mięśnie   odmawiają   mu   posłuszeństwa.   Jego 

oddech   nadal   był   krótki   i   chrapliwy   jak   u   dychawicznej   kobyły. 

background image

Jeszcze   raz   zmusił   się   do   ruchu   ku   górze,   używając   klasycznej 

techniki zapierania się plecami i stopami o ściany komina.

To był morderczy wysiłek, ale cel był już w zasięgu wzroku. 

Dziesięć   czy   piętnaście   metrów   nad   nim   widoczna   była   plama 

ciemnego nieba, która oznaczała, że prawie znaleźli się na szczycie. 

Pułkownik   całą   siłą   woli   starał   się   usunąć   ból   ze   świadomości, 

wsłuchując   się   w   narastający   szum   silników   zbliżających   się 

samolotów.

Nie   zważał   na   to,   co   dręczyło   jego   ciało;   był   ogromnie 

zadowolony z siebie i swoich ludzi. Znaleźli się wśród niewielkiej 

grupy   wspinaczy   na   świecie,   którzy   byli   w   stanie   wykonać   takie 

zadanie   -   wspiąć   się   na   nieznaną   wcześniej   górę   w   absolutnej 

ciemności,   przy   czym   byli   jeszcze   dodatkowo   obciążeni 

wyposażeniem bojowym i używali jedynie podstawowego sprzętu do 

wspinaczki. Bez jednego dźwięku podciągnął się na krawędź szczytu 

komina i leżał tam przez chwilę, dysząc z wysiłku. Zdawało mu się, że 

warkot   silników   samolotów   rozlega   się   dokładnie   nad   nim.   Zdołał 

rozpoznać   w   ciemności   długie   lufy   włoskich   armat   i   małe, 

dwuosobowe   namioty.   Pomimo   głośnego   dudnienia   bombowców, 

włoscy artylerzyści spali nadal.

- To typowe dla makaroniarzy - powiedział lekceważąco Greul, 

gdy dotarł do krawędzi komina i rzucił się na skalne podłoże obok 

Stürmera,   sapiąc   równie   ciężko   jak   dowódca.   -   Zupełny   brak 

zabezpieczeń i straży.

-   Ciesz   się,   że   nasi   byli   sojusznicy   tak   lubią   sobie   pospać   - 

background image

powiedział Stürmer, próbując uspokoić nerwowy i szybki oddech. - 

Bądź...

Przerwał   od   razu,   gdy   ciemna   sylwetka   ukazała   się   między 

armatami. Ktoś, krzyknął coś po angielsku i zaraz rozległy się wołania 

zaspanych   Włochów.   Chwilę   potem   w   niebo   wystrzeliła   z   sykiem 

czerwona flara i w tym momencie Niemcy ukazali się jak na scenie w 

czerwonawym świetle. Zostali dostrzeżeni!

background image

Rozdział 9

- Race oświetleniowe po lewej stronie, panie kapitanie - zawołał 

strzelec przez interkom.

Pilot prowadzącego niemieckiego bombowca, odwrócił głowę i 

spojrzał w dół.

Czerwone światło rozjaśniło atramentową ciemność. Wyostrzył 

wzrok.   Nie   był   pewien,   ale   wydawało   mu   się,   że   rozpoznaje 

szpiczasty szczyt góry, na której znajdował się sztab wroga, którego 

szukał  od  dziesięciu  minut.   Spojrzał  na  wskaźnik  poziomu   paliwa. 

Lampka ostrzegawcza jeszcze nie zaczęła się palić, ale już za chwilę 

na pewno będą lecieć na rezerwie.

-   Co   pan   o   tym   myśli,   panie   kapitanie?   -   spytał   bombardier 

skrzekliwym głosem, zniekształconym przez mikrofon.

Dowódca   trzeciej   eskadry   bombowej   wahał   się.   Od   generała 

Muellera   otrzymał   rozkaz,   aby   zbombardować   górę   Meraviglia,   co 

miało osłonić desant spadochroniarzy. Ale czy to była ta góra, czy też 

Clidi, która mogła już znajdować się w niemieckich rękach?

Mrugające światełko na pulpicie sterowniczym pokazywało, że 

mają   jeszcze   pięć   minut   i   muszą   zawracać   w   przeciwnym   razie 

zabraknie   im   paliwa   na   powrót   do   bazy.   To   zmusiło   oficera   do 

podjęcia   szybkiej  decyzji.   Przycisnął  mocniej   mikrofon   do  krtani   i 

przestawił pokrętło na nadawanie:

- Dowódca czerwonych do grupy. Schodzimy do ataku. Koniec 

background image

transmisji.

Pilot bombowca pchnął do przodu wolant i skręcił go w lewo. 

Samolot   od   razu   zanurkował   ku   ziemi.   Reszta   pilotów   z   formacji 

powtórzyła ten manewr.

-   Trzymajcie   się   artylerzyści,   już   do   was   lecimy!   -   krzyknął 

pilot, czując narastające podniecenie.

Maszyna kierowała się dokładnie na miejsce wystrzelenia racy 

oświetleniowej, a jej silniki wyły jak piekielne zjawy.

*

-   Bombowce!   -   krzyknął   wściekły   O’Kane,   starając   się 

przekrzyczeć ogólny rozgardiasz. - Wszyscy na ziemię!

Fizylierzy   od   razu   zapomnieli   o   zmęczeniu.   Jak   jeden   mąż 

rzucili się na skalistą ścieżkę.

O’Kane   wcisnął   mocno   twarz   w   ziemię,   gdy   pierwszy   z 

bombowców   z   hukiem   silnika   wypełniającym   cały   świat   spadał   z 

nieba w jego kierunku. Z pewnością runie na ziemię! Kiedy wydawało 

się, że nic nie jest w stanie uratować maszyny przed uderzeniem w 

zbocze góry, pilot wyprowadził ją ostrą świecą w górę.

Bomby całymi tuzinami wylatywały z brzuchów bombowców 

nurkujących. Gdy O’Kane ośmielił się podnieść głowę do góry, zdało 

mu się, że całe niebo jest nimi przesłonięte.

- Bomby zapalające! - krzyknął.

Zadaniem pierwszego samolotu było oświetlenie celu dla reszty 

bombowców   lub   zapalenie   krzaków   i   poszycia   leśnego,   które 

pokrywały   zbocze   góry.   Gdy   kolejny   samolot   nurkował   ku   ziemi, 

background image

zrzucił następny  ładunek małych bomb  zapalających, które zaczęły 

wybuchać   wszędzie   wokół.   Momentalnie   stok   góry   stanął   w 

płomieniach, a sycząca magnezja i fosfor przeniosły ogień na drzewa.

-   Wycofać   się...   -   krzyczał   histerycznie   kapitan   O’Kane,   gdy 

podrywał się na nogi, a jego czarna sylwetka wyraźnie odcinała się na 

tle białych wybuchów. - Na miłość boską... wycofać się!

Jego   ludzi   nie   trzeba   było   specjalnie   zachęcać   do   ucieczki. 

Zbiegali po ścieżce, tak szybko jak tylko potrafili, unikając kolejnej 

fali bomb, tym razem burzących. Pozostawili za sobą płonące pozycje 

obronne i budzących się Włochów własnemu losowi.

Pierwsze strzały na tyłach, uświadomiły włoskim artylerzystom, 

że znaleźli się w pułapce. Półnadzy ludzie biegali chaotycznie w tę i z 

powrotem, szukając wyjścia z matni w której się znaleźli, podczas gdy 

rozwścieczeni   oficerowie   wykrzykiwali   w   ich   kierunku   sprzeczne 

rozkazy. Chwilę później artylerzyści zaczęli padać gęsto na ziemię; 

ich przeciwnicy teraz celowali znacznie dokładniej. Widok zabitych 

oraz świadomość, że nie mogą uciekać przez ścianę ognia na zboczu 

góry, jaką postawiły bomby zapalające, zmusiły ich do desperackiej 

obrony.   Pod   dowództwem   szpakowatego   kapitana,   którego   ramię 

mocno   krwawiło,   po   trafieniu   pociskiem   wystrzelonym   ze 

schmeissera,   zaczęli   cofać   się   skokami   ku   swym   przestarzałym 

działom i starając się przy okazji odpowiadać na ogień wroga.

- Pozwólcie im się pozbierać! Walcie w nich! - przekrzykiwał 

Greul palbę z broni małokalibrowej, prowadząc na lewym skrzydle do 

ataku ludzi z Edelweiss.

background image

Teraz Włosi, którzy ocaleli, byli wyraźnie widoczni na tle ściany 

ognia.   Właściwie   nie   można   było   w   nich   nie   trafić.   Płonący   las 

znajdował   się   ledwie   dwadzieścia   czy   trzydzieści   metrów   za 

stanowiskami dział włoskich.

Stürmer   od   razu   dostrzegł   zagrożenie.   Jeśli   resztki   Włochów 

dostaną   się   do   swoich   dział,   pochowają   się   za   ich   płytami 

przeciwodłamkowymi i będą jak w bunkrach, chronieni przez stal od 

pocisków   z   lekkiej   broni   strzelców   alpejskich.   Wtedy   odzyskają 

odwagę   i   hart   ducha.   Potem   mogą   nawet   skierować   swoje   armaty 

kalibru   76   mm   przeciwko   atakującym   ich   Niemcom.   A   to   może 

przyszpilić   ich   do   ziemi   i   gdy   pożar   ustanie,   powróci   piechota 

angielska i wtedy role mogą się zupełnie odwrócić.

- Przetnijcie im drogę do tych cholernych armat! - wrzeszczał ze 

wszystkich sił. - Granatami w nich!

Za   plecami   włoskiego   oficera   eksplodował   pocisk.   Wyraźnie 

zachwiał się, ale ustał na nogach. Stürmer przyjął postawę strzelecką, 

jakby   był   na   ćwiczeniach   w   czasie   pokoju,   starannie   wycelował   i 

strzelił. Stojący obok niego żołnierz, krzyknął z bólu, chwycił się za 

brzuch i upuścił na ziemię odbezpieczony granat. Pułkownik chwycił 

go   i   rzucił   z   furią   w   stronę   przeciwnika.   Zapalnik   z 

czterosekundowym   opóźnieniem   pozwolił   polecieć   granatowi   w 

kierunku osamotnionego włoskiego oficera.

Potem eksplodował tuż przed nim oślepiającą kulą ognia. Włoch 

zdawał się frunąć w powietrzu jak wyrzucony z katapulty.

To   zdarzenie   odebrało   jego   rodakom   chęć   do   dalszej   walki. 

background image

Zaczęli   masowo   porzucać   broń,   wznosić   ręce   w   geście   poddania   i 

wołać łamaną niemczyzną:

Nix schiessen... nix schiessen, tedeschi!

Zwycięzcy   strzelcy   górscy   ruszyli   naprzód   ławą.   Włosi, 

przeważnie mężczyźni w średnim wieku, szybko zostali rozbrojeni i 

zrewidowani.   Stürmer   ruszył   raźno,   przeskakując   ponad   ciałami 

zabitych i rannych, by zatrzymać się dopiero przy pierwszym z dział. 

Błyskawicznie   wyciągnął   z   niego   zamek,   a   z   niego   iglicę,   którą 

zniszczył uderzeniem o skałę. Potem to samo spotkało kolejne działo i 

jeszcze następne.

Gdy zakończył tę pracę, oparł się o osłonę płytową ostatniego z 

nich   i   odetchnął   z   ulgą.   Wykonali   zadanie   pomimo   wszelkich 

przeciwności. Opłaciła się okrężna podróż i dodatkowe dwa tysiące 

kilometrów. Góra Clidi była mocno trzymana w niemieckich rękach!

KSIĘGA CZWARTA

Koniec na Leros

background image

Rozdział 1

Czekali   na   szczycie   góry.   Wkrótce   zacznie   się   świt   i 

Brytyjczycy,   niewolnicy   własnych   przyzwyczajeń,   na   pewno 

zaatakują. Przez całą noc oni i ich włoscy jeńcy kopali gorączkowo, 

przygotowując pozycje obronne, aby odeprzeć kontratak, który musiał 

nadejść.

W   ziemiance   dowodzenia   Stürmer   i   Greul   rozmawiali   w 

opanowany   i   powolny   sposób,   typowy   dla   ludzi   nocy,   jakby 

znajdowali   się   w   innym   miejscu   i   innym   czasie,   dalecy   od 

zniszczonego wojną krajobrazu, który ich otaczał.

-   Problemy   w  Himalajach   są   zupełnie   inne   niż   te   w   Alpach, 

Greul. W tych ostatnich musisz być wyjątkowo sprawny psychicznie 

przez   najwyżej   kilka   dni.   Himalaje   wymagają   dużo   więcej   od 

wspinacza. Ten rodzaj napięcia trzeba znosić przez tygodnie, może 

nawet przez miesiące, nim zdołasz podjąć ostateczną próbę dotarcia 

na szczyt.

I często zdarza się, że wspinacze są już wypaleni, przez to co 

przeszli   wcześniej,   mając   przed   sobą   jeszcze   ten   ostateczny   atak; 

zawodzą   i   płacą   wysoką   cenę   za   swoją   porażkę.   Myślisz   o   naszej 

ulubionej niemieckiej górze?

6

- Nanga Parbat?

- Tak.

6 Nanga Parbat w Kaszmirze, o wysokości ponad 8000 metrów była domeną niemieckich himalaistów i 

w 1935 roku zdobył ją ostatecznie Herman Buhl.

background image

- Ona zebrała obfite żniwo wśród naszych kolegów, pułkowniku 

-   powiedział   łagodnie   Greul   -   Merkl   i   Wilo   Welzenbach   w 

trzydziestym   czwartym.   W   trzydziestym   siódmym   zginęło   tam 

siedmiu naszych najlepszych himalaistów.

Jego głos stwardniał.

- Ale ktoś musi zapłacić krwią za porażkę. Nowe Niemcy nie 

tolerują porażek. Może być tylko zwycięstwo albo śmierć!

- Może być? - dociekał Stürmer.

Popatrzył   w   górę   na   gasnące   gwiazdy.   Świeciły   od 

niepamiętnych czasów, na długo nim się urodził i będą świecić równie 

długo po jego śmierci. Pozostaną niewzruszone bez względu na to, 

czy ludzie umrą w nowym dniu czy też on przetrwa to wszystko, by 

przeprowadzić   ostatnią   próbę   sił   na   wielkiej   górze   w   odległych 

Himalajach.   Zwycięstwo   albo   śmierć!   Jakie   to   ma   znaczenie   w 

wielkim planie wszechświata?

W sąsiednim wykopie, Jap i Byk Jo rozmawiali po cichu, a ich 

pistolety maszynowe były oparte o ziemną ścianę.

- Jak to się stało, że dołączyłeś do nas, Jo? - dopytywał się Jap, 

przeżuwając powoli kawałek ukradzionego Włochom salami.

- Jestem ochotnikiem.

- Jedynym miejscem, z którego mógłbyś przyjść do na nas na 

ochotnika to burdel w Monachium, gdzie byłeś wykidajłą.

- To prawda, ty suchotniczy wypierdku - zgodził się ponuro Jo. 

Prawie tak było, byłem na kawie w Schwabing.

- To znaczy byłeś nawalony jak stodoła w żniwa!

background image

- No, zaraz nawalony. Naprzeciwko mnie Prusak. Patrzę, a on 

zerka na mnie. Podkładka pod kufel leci w powietrzu. Prusak bierze 

wykałaczkę   i   wsadza   ją   do   swojego   pyska.   Przystojny   syn   mojej 

mamy chwycił za słoik z musztardą i wali nią w ucho gościa. Potem 

butelka piwa rozbija się na głowie Prusaka i ni z tego, ni z owego 

pojawiają się kłopoty i zaraz za nimi policja...

Ale Jap nigdy więcej nie miał okazji usłyszeć jak jego kompana 

wcielono na siłę do armii, bo w tym samym momencie ciszę poranną 

przerwało   mlaśnięcie   wystrzału   i   skowyt   lecącego   przez   szarawe 

niebo pierwszego brytyjskiego granatu moździerzowego.

- Poczta nadchodzi! - wrzasnął Jap.

-   Już   idziemy   -   warknął   Jo,   chwytając   w   garść   pistolet 

maszynowy.

Chwilę   później   na   pozycje   niemieckie   spadła   kaskada 

brytyjskich granatów i pocisków artyleryjskich.

*

- Pierwszy pluton gotowy do walki, sir!

- Drugi pluton gotowy do walki, sir!

- Trzeci pluton...

Przez   całą   linię   pozycji   przeleciały   szorstkie   okrzyki   i 

odpowiedzi   na   nie,   aż   do   miejsca,   gdzie   siedział   O’Kane   przy 

skrzeczącej radiostacji, zawieszonej na plecach radiotelegrafisty.

O’Kane popatrzył na zegarek na ręce. Za pięć minut wyruszają. 

Wokół niego ponad setka ludzi, która ocalała z kompanii B formowała 

się do ataku. To byli starzy wyjadacze, zdawali się nie zwracać uwagi 

background image

na   chaotyczną   wrzawę,   jaką   wszczęły   moździerze   wspierające 

kompanię   ani   narastający   huk   wybuchów,   które   rozrywały   skały 

ponad ich głowami. Zamiast tego zajmowali się całkiem prozaicznymi 

sprawami,   jak   mocniejsze   zawiązanie   sznurówek,   sprawdzanie 

plecaków, sikanie na wypaloną trawę. Rytmu ich działań zupełnie nie 

zakłócała zaczynająca się bitwa.

O’Kane skinął głową z aprobatą. Kiedy w perspektywie pojawi 

się bitwa, ich irlandzka krew uczyni z nich najlepszych wojowników 

na świecie. Sięgnął po mikrofon i nacisnął na przycisk „nadawanie”:

-   Halo   Promyk   Słońca...   Halo.   Tu   Dwójka.   Halo   Promyk 

Słońca...

- Tu Promyk Słońca - dobiegł głośno i czysto głos pułkownika 

Frencha. - Co jest Dwójka?

- Jesteśmy gotowi, Promyk Słońca.

- Doskonale, Dwójka... Jedynka i Trójka... - pułkownik miał na 

myśli kompanie A i C z ich batalionu - też zajmijcie pozycje. Dajcie 

pięć więcej, a potem ruszajcie w drogę, Dwójka.

-   Zrozumiałem,   Promyk   Słońca.   Dać   pięć   więcej,   a   potem 

ruszać. Koniec nadawania.

- Powodzenia, Dwójka.

-  Dziękuję,  sir  - powiedział  z  wypiekami   na  twarzy  O’Kane, 

szybko zorientował się, że popełnił gafę z tym „sir”!

Z drugiej strony sieci, pułkownik French zaśmiał się z sympatią.

- Wiem, wiem, Dwójka. Jestem pewien, że chłopcy z drugiej 

strony - miał na myśli wroga - znają nasze sygnały i wezwania od 

background image

przynajmniej trzech lat. Koniec nadawania!

Kiedy   niebo   zaczęło   się   delikatnie   różowić   o   świcie,   kapitan 

O’Kane jeszcze raz przejrzał plan ataku Strzelców Irlandzkich.

Kompania   B  miała   uderzyć  frontalnie   na   niemieckie   pozycje. 

Pięć minut później kompania A miała zaatakować na lewej flance, a 

kompania   C   na   prawej.   Plan   polegał   na   tym,   aby   jego   kompania 

ściągnęła na siebie ogień wroga. Kompanie A i C miały w tym czasie 

jednym   skokiem   dopaść   zaskoczonego   wroga.   O’Kane   przygryzł 

mocniej dolną wargę. Kompania B znowu dostała najgorszą robotę, 

ale Paddy

7

  zdawali się tym nie przejmować. Ci zawsze mieli ochotę 

do walki.

Popatrzył   na   błyszczące   wskazówki   zegarka.   Już   prawie 

nadszedł czas, aby wyruszyć. Powyżej, kontrolowany huragan ognia 

moździerzy   powoli   zamierał.   Atak   miał   się   zacząć   minutę   przed 

przerwaniem   ostrzału,   aby   dopaść   Szwabów   z   głowami   nisko 

schowanymi przed odłamkami.

- Cztery... trzy - odliczał głośno minuty.

Potem trzy razy przenikliwie odezwał się jego gwizdek.

-   Kompania   B,   naprzód!   -   krzyknął   przekrzykując   łoskot 

wybuchających granatów moździerzowych. - Szybko. Chłopcy!

*

-  Achtung.  Angole   idą!   -   krzyknął   ktoś   ostrzegawczo,   gdy 

kończyła się brytyjska nawała ogniowa.

-   Zajmować   stanowiska   gdziekolwiek!   -   darł   się   pułkownik 

Stürmer. - Już nadchodzą!

7 Popularne określenie Irlandczyków używane przez Anglików.

background image

Dzika   szamotanina   -   chwila   paniki,   nim   wycelowali   broń   - 

wszędzie na szczycie wybuchają granaty Anglików, gdy z wyciem i 

wrzaskiem   wspinali   się   po   zniszczonym   przez   ostrzał   stoku,   z 

bagnetami na lufach karabinów. Byk Jo miał swoją chwilę. Gdy dym 

eksplozji opadł trochę, znalazł cel, którego szukał; Anglika z trzema 

paskami   sierżanta   na   rękawie   munduru   koloru   khaki.   Przyłożył 

delikatnie palec do spustu schmeissera, a potem nacisnął go delikatnie. 

Pistolet maszynowy syknął zjadliwie.

Jo   dostrzegł   odpadające,   wyrwane   kawałki   mięsa   z   ciała 

Anglika.   Coś,   co   przypominało   linię   krwawych   dziurek   na   guziki, 

pojawiło się na jego koszuli. Jednak żołnierz nadal szedł naprzód.

- Boże w niebiosach! - zamruczał zdziwiony Meier. - Czy ty 

nigdy się nie przewrócisz, ty skurczybyku!

Posłał   resztę   pocisków   z   magazynka   w   postać   znajdującą   się 

ledwie dwadzieścia metrów od niego. Trafiany kilkukrotnie brytyjski 

sierżant zniknął w obłoku rozpryskiwanej krwi i kawałków ciała.

Teraz   Brytyjczycy   padali   na   całej   linii   natarcia.   Poranne 

powietrze wypełniły mrożące krew w żyłach okrzyki bólu wzywające 

sanitariuszy   i   noszowych.   Jednak   nie   rezygnowali   z   prób   ataku. 

Znaleźli się ledwie kilkanaście metrów od pozycji strzelców górskich. 

Niesiony żądzą krwi Byk Jo, wyskoczył ze swego dołka strzeleckiego 

i stojąc na jego przedpiersiu, całkowicie wystawiony na widok wroga, 

posyłał seria za serią w kierunku nacierających wrogów, zataczając 

łuki   pistoletem   maszynowym,   jak   kosiarz   na   polu   pszenicy.   Kosił 

wszystko z bezmyślnym okrucieństwem.

background image

W chwili gdy już wydawało się, że Irlandczycy dopadną pozycji 

niemieckich,   ich   atak   załamał   się.   Z   tą   samą   szybkością,   z   jaką 

nacierali, zawrócili i zaczęli zbiegać po stoku zaścielonym ciałami ich 

zabitych i rannych towarzyszy.

Ale dla niemieckich strzelców nie było chwili wytchnienia. Gdy 

atak   kompanii   B   załamywał   się,   na   skrzydła   pozycji   niemieckich 

uderzyły kompanie A i C.

Pułkownik   Stürmer   reagował   instynktownie.   Zgięty   wpół, 

odepchnął:   martwego   celowniczego   od   MG42,   którego   stanowisko 

znajdowało   się   tuż   obok   niego.   Nie   zważając,   że   lufa   karabinu 

maszynowego parzy go w dłonie, odmontował ją i założył nową, a 

chwilę   później   zarzucił   na   szyję   dwie   taśmy   amunicyjne.   Tak 

wyposażony, z karabinem maszynowym pod pachą, pognał w stronę 

mocno zagrożonej prawej flanki.

Pierwsi Anglicy już wdzierali się na niemieckie pozycje. Na linii 

całego   pierścienia   obrony,   toczyły   się   walki   wręcz.   Jeśli   jakiś 

człowiek padał na ziemię, nie było dla niego litości. Zwycięzca dziko 

deptał powalonego nabijanymi ćwiekami podeszwami butów.

Stürmer widział, że jego ludzie poradzą sobie z wrogami, którzy 

już wdarli się na ich pozycje. Bardziej martwili go ci Anglicy, którzy 

szli   za   plecami   pierwszej   fali   ataku.   Kolbą   MG42   utorował   sobie 

drogę przez gromady walczących z furią ludzi i dopadł do zagłębienia 

terenu, z którego widać było całe zbocze góry. Druga fala piechoty 

angielskiej   już   nadchodziła,   wykrzykując   bojowe   hasła,   czując,   że 

brak wystrzałów karabinowych oznacza, iż ich rodacy doszli do linii 

background image

pozycji niemieckich.

Pułkownik   przycisnął   kolbę   karabinu   do   ramienia.   Poprawił 

taśmę nabojową i odciągnął palec sprężyny spustowej. Zaraz potem z 

lufy wyleciała pierwsza seria niosących śmierć pocisków. Ulewa kul 

spadła na nacierających Brytyjczyków.

Ci   zatrzymali   się,   jakby   wpadli   na   murowaną   ścianę.   Ci,   co 

przeżyli pierwszą nawałę ognia, stali ogłupiali, jakby nie wiedzieli, co 

dalej czynić. Stürmer założył nową taśmę do podajnika i ponownie 

nacisnął   spust.   Kolejna  lawina   pocisków   smugowych,   które   leciały 

lekko   zakrzywionym   szlakiem   uderzyła   w   ludzi,   powalając   ich   na 

ziemię jak letnia burza snopki zboża.

Brytyjczycy nie byli w stanie dłużej wytrzymać takiego ostrzału. 

Gdy tylko zielona raca wystrzelona przez majora Greula wzbiła się z 

sykiem   w   powietrze,   co   oznaczało,   że   jego   ludzie   odparli   atak   na 

lewej flance, załamali się kompletnie. Grupkami wycofywali się w dół 

stoku, a potem po prostu uciekali.

Stürmer   zataczając   się,   stanął   wyprostowany   nad   karabinem 

maszynowym.   Teraz   dopiero   poczuł   swąd   spalonego   ciała.   Na 

gorącym jeszcze zamku broni pozostały kawałki skóry z jego palców.

Ale   nie   było   czasu,   aby   martwić   się   o   takie   drobiazgi.   Gdy 

ostatni   z   atakujących   Brytyjczyków   zniknął   za   głazami,   ich 

moździerze od razu wznowiły ostrzał.

Weterani   z   oddziału   szturmowego   Edelweiss,   zahartowani   na 

wielu   frontach,   od   Narwiku   na   północy   po   Kaukaz   na   południe, 

wiedzieli, czego się spodziewać.

background image

Jeszcze raz paraliż spadł na pozycje. Strzelanina ustała. Strzelcy 

górscy   ze   strachem   przywarli   do   ścian   wykopów,   z   głowami 

wciśniętymi   w   spocone   plecy   sąsiadów.   Ryk   stawał   się   coraz 

głośniejszy. Pokonywał inne odgłosy i samotnie wznosił się ku niebu. 

Jeden   wielki   wstrząs   poruszył   ziemią,   gdy   setka   granatów 

moździerzowych uderzyła w podstawę szczytu.

Piekło rozwarło swoje bramy. Purpurowe płomienie wdarły się 

w   szarość   poranka.   Rozpalone   do   czerwoności,   ostre   jak   brzytwa 

odłamki granatów ze świstem przecinały powietrze. Deszcz gleby i 

kamieni spadał na ziemię, a przy kolejnym wybuchu unosił się ku 

górze. Nagle poranek ożył we wrzasku rannych i okaleczonych ludzi.

Stürmer jęknął tylko z żałości i zaryzykował spojrzenie w górę.

- Gdzie są ci spadochroniarze? - spytał głośno. - No, gdzie?

Ale poranne niebo, krwistoczerwone z powodu wybuchających 

pocisków, pozostawało puste i czyste.

background image

Rozdział 2

-   Leros,   panie   baronie!   -   krzyknął   pilot   z   kokpitu 

trzysilnikowego transportowego Junkersa.

Baron von Waldstein, dowódca 4. batalionu spadochronowego - 

„Zielonych diabłów”, przepychał się między siedzącymi w napięciu 

spadochroniarzami.   Popatrzył   w   dół   ponad   ramieniem   pilota,   na 

niewielką   brązową   smugę   lądu,   osadzoną   w   głębokiej   zieleni 

porannego morza.

- Mocno górzysta! - stwierdził.

- Zdecydowanie tak, panie baronie - zgodził się pilot, wesoły 

porucznik.   -  Lądowanie   na   takiej   paskudnej   górze,   może   oznaczać 

dziurę w tyłku i straszny ból.

Von   Waldstein   wyciągnął   szyję   i   pokręcił   głową.   Przez 

błyszczącą szybę zrobioną z pleksiglasu, mógł dojrzeć resztę lecących 

przestarzałych junkersów, zwanych pieszczotliwie „Ciotka Jus”.

Samoloty tworzyły w powietrzu zgrabną formację, zbliżoną w 

kształcie do litery V, tak w pionie jak i w poziomie, co pozwalało 

osłaniać sąsiednie maszyny przed atakiem myśliwców wroga.

Potem   skierował   swoją   uwagę   na   szczyty   grzbietu   górskiego 

Rachi, nad którymi jego pięciuset ludzi miało skakać z samolotów.

A   to   wyglądało   na   niezbyt   łatwe   zadanie.   Już   sam   skok   w 

górzystym terenie był trudny, ale na tak małej wysepce jak Leros, jego 

Zielone Diabły mogły być łatwo zmiecione do morza, jak to miało 

background image

miejsce z brytyjskimi spadochroniarzami na Sycylii.

- Jaka jest prędkość wiatru, poruczniku?

- Musi wynosić jakieś trzydzieści węzłów, panie baronie.

-   Będziemy   się   dobrze   bawić   przy   tak   silnym   wietrze   - 

powiedział   von   Waldstein.   -   To   da   moim   chłopcom   trochę   do 

myślenia, więc nie będą się nudzić opadając na ziemię. W porządku, 

poruczniku, możemy jakoś poradzić sobie z tym problem. Czy to nie 

zabawne mieć kogoś do zrzucenia na spadochronie w taki poranek? 

Zdecydowanie nie!

Baron von Waldstein cofnął się w głąb kadłuba. Skinął głową na 

sierżanta pełniącego funkcję dyspozytora, który wyglądał blado i był 

tak samo zatrwożony jak reszta spadochroniarzy. Podoficer ustawił się 

blisko   otwartych   drzwi,   a   wiatr   szarpał   jego   luźny   mundur 

spadochroniarza. Mógłby być pierwszy w pierwszej serii skoków. Jak 

to   lubił   mówić   do   oficerów   w   kasynie:   „Facet   lubi   być   pierwszy, 

prawda? To trzeba go trzymać, aby nie mieszał się z pospólstwem”

Junkersy   przelatywały   właśnie   nad   wybrzeżem.   Artyleria 

przeciwlotnicza zaczęła strzelać chaotycznie. Kłęby białawego dymu 

pokazały się na niebie, a podmuch powietrza po wybuchach kołysał 

samolotami. Baron nawet nie zwracał na to uwagi. Spojrzenie miał 

wbite w grzbiet Rachi. Za jego plecami spadochroniarze dla dodania 

sobie otuchy nucili piosenkę:

Kiedy Niemcom coś zagraża, tylko jeden sposób dla nas jest

Walczyć i zwyciężyć, wiedząc z nami idzie śmierć

Z naszych samolotów bracie miły tylko jeden skok jest!

background image

Do ziemi było tylko czterysta pięćdziesiąt metrów. Pilot szybko 

obniżył  tor  lotu   junkersa.   Na   wysokości   stu   pięćdziesięciu   metrów 

wyrównał lot i mogli skakać. Było cholernie nisko jak na skok. Skok z 

tej   wysokości   niósł   ze   sobą   możliwość   uszkodzenia   kręgosłupa   i 

połamania rąk i nóg. Jednak dawało to większą szansę, że wiatr ich 

nie   zwieje   na   pełne   morze,   skróci   się   czas   opadania,   co   utrudni 

Brytyjczykom „trafienie ich w dyszę”, jak zielone berety nazywały 

ranę,   której   najbardziej   się   obawiali   -   postrzał   w   podbrzusze,   gdy 

człowiek znajdował się jeszcze w powietrzu.

- Gotów! - krzyknął von Waldstein.

Byli już prawie nad strefą zrzutów.

- Minuta do skoku!

Skoncentrował się i jeszcze raz sprawdził ekwipunek.

Naprzeciw niego zaczęło mrugać gwałtownie zielone światełko. 

Znaleźli się dokładnie nad strefą lądowania.

Baron   nawet   nie   czekał   na   rozkaz   do   skoku.   Wziął   głęboki 

wdech   i   rzucił   się   w   przestrzeń.   Waga   jego   plecaka   i   ekwipunku 

bojowego wydawała się go wyrwać z samolotu. Leciał ku ziemi w 

zawrotnym tempie. Trzask! Linka wyzwalacza szczęknęła. Otworzyła 

się nad nim wielka jedwabna czasza.

Wypowiedział   zwyczajową   modlitwę   dziękczynną   i   zaczął 

walczyć z wiatrem, nie zwracając uwagi na pociski, które przecinały 

tor jego lotu jak gromada wściekłych pszczół.

Ku swemu przerażeniu zauważył, że wiatr spychał go w stronę 

morza. I nie był jedynym, którego to spotkało. Wszędzie wokół niego 

background image

Zielone Diabły walczyły zawzięcie w plątaninie linek z podmuchami 

powietrza.   Błyszczące   refleksami   światła   morze   było   coraz   bliżej. 

Widział już wyraźnie białą linię bałwanów morskich, zbliżającą się od 

lewej strony.

Wtedy wszystko się skończyło. Był blisko ziemi. Spadochron 

szybko   tracił   powietrze   i   opadał   dużo   szybciej.   Niewielkie   figurki 

biegły w jego stronę po stromym stoku. Nie wiedział, czy to byli jego 

ludzie   czy   też   Brytyjczycy.   Nie   troszczył   się   o   to   w   tej   chwili. 

Ważniejsze było, aby nie połamał nóg.

Naprężył   się.   Instynktownie   ugiął   kolana,   by   lepiej 

zamortyzować skok, gdy zbliżał się do kępy sosen.

Uderzył w nią z prędkością 50 kilometrów na godzinę. Gałęzie 

rozcinały mu twarz, a w nozdrza uderzył intensywny zapach olejków 

eterycznych, tak charakterystyczny dla sosen. Odgięta gałąź kolejny 

raz uderzyła go w twarz. Momentalnie zrobiło mu się ciemno przed 

oczami. Doszedł do siebie, gdy już butami miał dotknąć ziemi. Impet 

uderzenia   był   tak   duży,   że   poczuł   jak   żołądek   podchodzi   mu   do 

gardła. Miał jeszcze na tyle siły, aby rozpiąć klamrę w pasie, która 

przytrzymywała   spadochron.   Ten   odleciał   kawałek   przy   kolejnym 

podmuchu wiatru, pozostawiając go na ziemi, gwałtownie łapiącego 

powietrze w płuca.

Z daleka dochodził słaby odgłos strzałów. Wiedział, że nie mógł 

ryzykować, ponieważ mogły pochodzić ze strony Anglików. Stanął 

niezdarnie na nogach i rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było w polu 

widzenia.   Ściągnął   z   pleców   pistolet   maszynowy,   wyciągnął   z 

background image

kieszeni   monokl   i   wsadził   go   w   oczodół.   Poczuł   się   pewniej,   ale 

paskudnie   kulał.   Teraz   baron   von   Waldstein   mógł   ruszyć   na 

poszukiwanie swoich Zielonych Diabłów...

*

-   To   niemożliwe!   -   wybuchnął   pułkownik   Tilney   w   swej 

ufortyfikowanej   kwaterze,   kiedy   goniec   przyniósł   wiadomość,   że 

niemieccy spadochroniarze wylądowali na grzbiecie Rachi.

- Ale tam są, sir - zaprotestował goniec. - Sam ich widziałem. Są 

ich tam setki. Pełno tych gnojków idzie tu prosto na drinka.

Tilney   dość   szybko   się   pozbierał.   Nie   miał   żadnych   rezerw, 

które   nie   byłyby   zaangażowane   w   obronę,   więc   w   końcu   musiał 

zebrać   improwizowany   oddział   złożony   z   kucharzy,   pisarzy, 

ordynansów i kierowców, aby okrążyć Niemców.

Mieli łatwe zadanie. To była regularna rzeźnia. Mieszana grupa 

sztabowców   i   ludzi   ze   służb   tyłowych   dopadła   niemieckich 

spadochroniarzy   na   drzewach,   zaplątanych   w   linkach   nośnych 

spadochronów albo brodzących w wodzie do pasa, obciążonych ponad 

miarę nasiąkniętym wodą ekwipunkiem.

Wielu   z   nich   zwisało   martwych   na   uprzężach,   a   czasze   ich 

spadochronów unosiły się i opadały na zmiennym wietrze jak wielkie 

miechy kowalskie. Tylko gdzieniegdzie leżał porzucony kombinezon 

skoczka, jak powłoka jakiegoś dziwnego insekta, co wskazywało, że 

jego właściciel zdołał uciec.

*

Do dziesiątej rano tego ranka von Waldstein zdołał zebrać jakąś 

background image

setkę   swoich   Zielonych   Diabłów.   Przez   chwilę   zalegali   w   polu 

kukurydzy na skraju grzbietu wzniesień, który był ich celem. W końcu 

baron wpadł w desperację.

- Nie zostaliśmy wysłani na Leros, aby leżeć w polu kukurydzy i 

wystawiać tyłki na egejskie słońce! - krzyknął, poderwał się na nogi, 

pociągając   za   sobą   garść   co   odważniejszych   swoich   ludzi   i   ruszył 

biegiem   w   kierunku   Brytyjczyków,   strzelając   z   pistoletu 

maszynowego, przyciśniętego  do biodra. Ten z pozoru samobójczy 

atak   okazał   się   dla   jego   wroga   niespodzianką.   Przypadkowa 

zbieranina   kucharzy   i   pisarzy   oddała   pole   walki.   W   jednej   chwili 

wpadli między nich niemieccy spadochroniarze i gnając jak szaleni w 

górę stoku, pozostawili jedynie z tuzin ludzi rannych i zabitych.

To działo się jakieś pół godziny wcześniej. Teraz ci, co przeżyli 

-   może   jakichś   osiemdziesięciu   ludzi,   maszerowali   miarowym 

krokiem ku ich celowi i słychać było jedynie ich chrapliwe oddechy, i 

dalekie   wznowione   dudnienie   artylerii   na   górze   Clidi,   po   prawej 

stronie.   Pomimo   katastrofalnego   lądowania,   Zielone   Diabły   niemal 

zdołały odciąć północną część wyspy od centrum. Teraz siły morskie 

generała Muellera mogły lądować na brzegu!

background image

Rozdział 3

Pułkownik Maurice French był bardzo rozzłoszczony.

- Tilney! - warczał jak wściekły pies. - Zrobili dokładnie to, co 

mówiłem, że zrobią, czyli zrzucili spadochroniarzy! Teraz trzymają 

nas za gardło!

-   Co   masz   na   myśli?   -   wydzierał   się   Tilney   tak   samo 

rozsierdzony jak jego rozmówca.

- No, popatrz tylko na sytuację. Spadochroniarze wcisnęli się w 

pas biegnący w poprzek wyspy. Wiem, że niewielkie oddziały Jellicoe 

sprawiają im kłopoty. Ale nie da się ukryć faktu, że Szwaby trzymają 

się w różnych miejscach i nasi ludzie na północy zostali odcięci. Nie 

trzeba będzie długo czekać, aż Niemcy wysadzą desant od morza.

- W porządku, Maurice - powiedział Tilney, unosząc dłoń na 

znak pokoju. - Przyznaję, miałeś rację. Ale to już historia. Problem 

polega na tym, co mamy teraz zrobić?

-   Natychmiastowy   kontratak,   i   to   kilka   -   odpowiedział 

pułkownik French bez najmniejszego wahania, chociaż wiedział, że 

jego Irlandczycy są już bardzo wyczerpani.

- W dwóch miejscach. Na górze Clidi.

-   Ale   musiałeś   stamtąd   wycofać   swoich   ludzi,   gdy   podeszli 

spadochroniarze.

- Zgoda, Tilney. To będzie robota dla „Buffsów”

8

  pułkownika 

8 Bawoły - batalion z Royal East Kent Regiment

background image

Igguldena. Zaatakują od północy. Wiem, że pójdą do ataku po złej 

stronie góry, ale jeśli Szwaby potrafiły się tamtędy wspiąć, to nasi 

ludzie też chyba potrafią?

- Nie wiem nic o tym. Ale muszę porozmawiać przez telefon z 

Igguldenem,   bo   inaczej   wykończą   nas.   A   teraz,   gdzie   są   te   inne 

miejsca, które chciałeś zaatakować?

-   Tilney,   nie   muszę   ci   chyba   przypominać,   że   jedną   z 

najważniejszych  zasad,   jakie   uczą   w   Kolegium   Sztabowym,   to   nie 

pozwolić rozmienić swoich sił na drobne, czyli rozproszyć ich. W tym 

momencie życiowo ważne jest, abyśmy skoncentrowali nasze siły i 

byli gotowi dokopać im, jak tylko rozpoczną desant morski.

- Zgadzam się. Co więc proponujesz, Maurice?

-   Natychmiastowy   atak   moich   fizylierów   na   spadochroniarzy 

siedzących na grzbiecie Rachi. Przebicie się przez nich i połączenie z 

„Buffsami”, a potem przygotowanie ataku siłami dwóch batalionów.

Pułkownik Tilney nigdy nie dostał szansy, aby wypowiedzieć się 

na temat tego planu, gdyż na biurku odezwał się dzwonek telefonu. 

Złapał za słuchawkę i rzucił krótko:

- Tilney!

Pułkownik   French   niecierpliwie   czekał   na   koniec   rozmowy, 

gdyż   widział,   że   twarz   jego   dotychczasowego   rozmówcy   robi   się 

coraz bardziej blada i blada.

-   Co   się   dzieje?   -   spytał   zaniepokojony,   gdy   Tilney   odłożył 

słuchawkę na widełki aparatu.

- Za późno, Maurice.

background image

- Za późno na co, człowieku?

Tilney oblizał zeschnięte usta i popatrzył na Frencha, z nadzieją, 

że gdzieś umknie wzrokiem.

-   Szwaby   rozpoczęły   desant   w   zatoce   Parteni,   na   terytorium 

Buffa.

-   A   niech   to   piekło   pochłonie   -   pułkownik   French   uderzył 

pięścią w blat biurka, gestem człowieka, który musi znosić wszystko 

ponad swoje siły.

*

Gdy   tylko   bystrooki   Jap   dojrzał   trzy   zielone   flary,   które 

wskazywały,   że   spadochroniarze   znaleźli   się   na   grzbiecie   Rachi, 

naprzeciw ich pozycji, a misja alpejczyków została zakończona, major 

Greul, krzyknął niecierpliwie:

- Pułkowniku Stürmer!

Stürmer,   wyraźnie   zmęczony,   choć   na   twarzy   błąkał   mu   się 

nieśmiały uśmiech, odwrócił się w kierunku źródła głosu.

- Co jest, Greul?

Major wskazał ręką na lewo.

- Nowe oddziały  - powiedział - i jeszcze więcej nadchodzi z 

drugiej  flanki.  Wygląda na  jakieś dwie  kompanie,  w sumie   będzie 

pewnie z pięciuset ludzi.

- No, tak - powiedział przygnębiony Stürmer - za dużo, abyśmy 

im   wszystkim   dali   radę,   szczególnie,   że   będą   ich   osłaniać   te 

transportery   opancerzone,   uzbrojone   w   BREN-y.   Niby   cieniutki 

pancerz, ale gdy nie mamy broni przeciwpancernej, to te pudła wjadą 

background image

czołowym stokiem. A poza tym nie chcę tracić kolejnych ludzi na 

Clidi. Działa są zakleszczone i teraz już nic nie warte.

- Zgadzam się. Musimy tylko dołączyć do spadochroniarzy. Ale 

jak to mamy zrobić, pułkowniku?

- Musimy trzymać Angoli na bezpieczny dystans aż do zmroku, 

a potem zmykać stąd.

- Ale jak?

- Pokażę ci! - zawołał Stürmer.

Skoczył naprzód i rzucił się do dołka strzeleckiego obok lekko 

rannego Strzelca wyborowego.

- Daj mi swój karabin - rozkazał.

Szybko poprawił celownik optyczny, a potem wygodnie oparł 

kolbę broni na dołku w barku.

Na   okrągłej   siatce   podziałki   celownika   pokazała   się   młoda 

twarz.   Poniżej   na   ramionach   widać   było   trzy   gwiazdki   kapitana 

piechoty   brytyjskiej.   Stürmer   mówił   sobie,   że   w   tak   mocno 

zhierarchizowanym   społeczeństwie   jak   brytyjskie,   ludzie   czują   się 

bezradni, gdy zabraknie kogoś do wydawania rozkazów. Powoli zrobił 

wydech i pociągnął za spust. Kolba karabinu kopnęła w naprężony 

bark.

Przez dłuższą chwilę młody kapitan stał bez ruchu na ścieżce, 

podczas gdy za nim maszerowała kolumna ludzi w mundurach khaki. 

W obiektywie celownika jego twarz wyglądała teraz na zaszokowaną i 

zdeformowaną. Nagle zgiął się wpół i przewrócił bezładnie na ziemię.

Podoficer   o   grubo   ciosanej   twarzy,   który   stał   obok   niego, 

background image

popatrzył   na   leżącego   ze   zdziwieniem   i   zaraz   potem   Stürmer 

ponownie nacisnął spust karabinu.

Gdy podoficer już otwierał usta, aby wydać jakiś rozkaz, kula 

trafiła go w brzuch, zwalając na ziemię. Szereg ludzi za nim zatrzymał 

się gwałtownie.

Stürmer,   któremu   własne   dzieło   zupełnie   się   nie   podobało, 

opuścił lufę karabinu.

-   W   ten   sposób   trzymajcie   ich   na   dystans   i   uważajcie   na   te 

cholerne transportery opancerzone.

Nagle szybka seria pocisków wystrzelonych z broni maszynowej 

przeleciała z jękiem nad stanowiskiem strzeleckim odbijając się od 

głazów i kilka razy rykoszetując.

-   W   porządku,   wszędzie   w   pogotowiu!   -   zawołał   Greul,   gdy 

niewielka   grupka   ludzi   osłaniana   przez   transporter   wyposażony   w 

BREN-a, próbowała przedrzeć się na lewą stronę, aby dostać się do 

następnego skrawka terenu na zniszczonym walką stoku.

Wzdłuż całego kręgu obrony niemieckiej wybuchła strzelanina. 

Druga bitwa o górę Clidi zaczęła się!

Byk Jo popatrzył na ciało z którego wypłynęły jelita, niczym 

niekończąca się kolorowa taśma.

- Boże, on nie odejdzie z tego świata od razu. Biedny sukinsyn!

Jap, zajęty siodłaniem mułów, które miały nieść na grzbietach 

rannych ludzi z ich oddziału, mruknął tylko:

- Chodź tutaj i mi pomóż.

- A co się dzieje? - spytał Jo i momentalnie rzucił się na ziemię, 

background image

gdy   angielska   kula   rozbiła   na   drzazgi   deskę   z   szopy,   w   której 

znajdowały się muły. - Myślałem, że jesteś zawodowym mulnikiem.

Za trzydzieści minut mieli być gotowi do ewakuacji ze szczytu 

góry i Jap chciał mieć  muły, najbardziej uparte stworzenia wszech 

czasów, gotowe do transportu rannych.

- A teraz to, co chcę, żebyś zrobił. Muszę założyć uprząż na to 

paskudne   bydlę   w   ciągu   minuty,   a   ty   wiesz   co   ono   robi?   Ten 

zwierzak, a to jest kawał cholery, nadyma brzuch. Gdy już założę mu 

uprząż, wypuszcza powietrze i ona zsuwa mu się luźno pod brzuch. I 

muszę całą robotę zaczynać od nowa.

Jo wydął wargi w geście podziwu dla sprytu zwierzęcia.

- Przebiegła bestia, no nie?

- A więc czego od ciebie chcę? Chcę, gdy tylko założę uprząż, a 

on zacznie stosować te swoje sztuczki, żebyś kopnął go prosto w zad 

swoim   wielkim   buciorem.   To   go   powinno   zaskoczyć   i   wypuści 

powietrze z brzucha.

- A co, jeśli odda mi kopniaka?  - spytał Jo, obawiając się  o 

swoje zdrowie.

-   To   będziesz   miał   pecha.   Wtedy   już   nie   będziesz   więcej 

majstrował   przy   panienkach   w   domu   publicznym   w   dniu   wypłaty 

żołdu.

Jap   naciągnął   uprząż   na   opornego   muła   i   wtedy   Jo   dał   mu 

potężnego kopniaka z zad. Zwierzak zaryczał żałośnie, ale wypuścił 

powietrze. Reszta roboty Japa przebiegła już bez kłopotów. Szybko, z 

wprawą zawodowca zakładał uprzęże na muły stojące w szeregu. Byk 

background image

Jo asystował mu, kopiąc czworonogi, gdy tylko stawały się uparte. 

Wreszcie było po wszystkim.

- W porządku, Jo, biegnij kłusem do pułkownika i powiedz mu, 

że możemy sprowadzać rannych.

*

Pułkownik   Stürmer   wystrzelił   w   powietrze   ostatnią   flarę. 

Zielona   raca   z   sykiem   poszybowała   w   powietrze   i   pokryła   twarze 

zebranych   w   kręgu   obronnym   ludzi   chorobliwą   bladością.   Szybko 

odpowiedzieli na sygnał. Otworzyli ogień, ze wszystkiego, co mogło 

strzelać i wściekła ulewa pocisków pomknęła w ciemność, w stronę, 

gdzie   Brytyjczycy   mozolnie   wspinali   się   na   stromy   stok.   Stürmer 

uniósł dłoń. Ludzie zamarli w napięciu. Żołnierze prowadzący muły z 

rannymi, kładli uspokajająco dłonie na nozdrzach zwierząt.

- W porządku kapralu, wyruszajcie. Dajemy wam dokładnie pięć 

minut, a potem zaczynamy odwracać ich uwagę.

- Dobrze, panie pułkowniku - odparł Jap i odwrócił się na pięcie. 

- Jazda, chłopaki, ruszamy z miejsca.

Jeden   za   drugim,   gdy   przygasała   flara   na   niebie,   pewnie 

stąpające po górzystym terenie muły zaczęły schodzić w dół, coraz 

dalej od pozycji obronnych.

Stürmer   skinął   ręką   na   majora   Greula   i   Jo   tworzących   grupę 

dowodzenia, która miała iść na czele i podszedł do skraju linii obrony. 

Podniósł karabin i najgłośniej jak umiał zawołał:

- Grupa szturmowa Edelweiss, za mną.

Rzucił się  naprzód, reszta  strzelców  pozostających jeszcze na 

background image

pozycjach, ruszyła jego śladem, strzelając w biegu. W chaosie, który 

zapanował, żołnierze angielscy nie byli w stanie rozpoznać, kto był 

wrogiem, a kto przyjacielem. Nie strzelali, dopóki nie było już na to 

za   późno.   Strzelcy   alpejscy   wpadli   między   nich,   młócąc   i   waląc 

kolbami po głowach skulonych Anglików czy też kłując ich bez litości 

bagnetami.   W   minutę   otworzyli   drogę   odwrotu   przez   brytyjskie 

pozycje, odrzucając wrogów na bok, co pozwoliło przejść w miarę 

swobodnie karawanie mułów.

Pięć   minut   później   znikli   na   dobre,   opuszczając   szczyt   góry 

Clidi, pozostawiając na nim jednie ciała zabitych.

background image

Rozdział 4

To była dziwna noc, pełna alarmów i podchodów. Ze wszystkich 

stron   dochodziły   odgłosy   wymiany   ognia.   Od   morza   również 

dolatywał zgiełk bitwy, a po niebie przelatywały niezidentyfikowane 

samoloty. Dwa razy  natknęli się  na brytyjskie posterunki i musieli 

pokonywać ich opór, aby przedzierać się dalej. Jednak nigdzie  nie 

było nawet śladu pobytu Zielonych Diabłów.

Godziny mijały w łamiącym nerwy i charakter koszmarze nocy, 

gdy powoli szli niepewnym krokiem po stromych stokach. Co jakiś 

czas przewracali się w ciemności na wystających głazach i pokrytych 

rumoszem zboczach.

Jednak   po   kolejnym   półgodzinnym   marszu   do   oddziału 

alpejczyków uśmiechnął się los.  O trzeciej nad ranem,  gdy włazili 

rzędem na zdradziecki stok, doleciało do nich podwójne rechotanie, 

sygnał spadochroniarzy - na to pułkownik Stürmer czekał całą noc.

Naciśnięta   przez   niego   blaszka   wydała   odgłos   podobny   do 

rechotu   żaby.   Odpowiedział   mu   podobny   sygnał   i   ktoś   ostrożnie 

zapytał z ciemności:

- Alpejczycy z Edelweiss?

- Tak, to my, wy z czwartego spadochronowego?

- Tak, cieszymy się, że nareszcie widzimy naszych górali!

*

- No, no, jak to miło zobaczyć was, Bawarczyków, pułkowniku 

background image

Stürmer - stwierdził baron von Waldstein, z niezwykłym jak na niego 

ożywieniem,   gdy   pochylili   się   nad   mapą   rozłożoną   w   punkcie 

dowodzenia i oświetloną wątłym płomieniem świecy.

- Ale ja bardziej się ciszę, że was widzę, majorze - powiedział 

jednym tchem Stürmer. - Już zaczynałem myśleć, że maszeruję na 

kolanach, a nie na stopach. Byliśmy bliscy załamania.

-   Znam   to   uczucie,   mój   drogi   pułkowniku   -   zaśmiał   się 

sympatycznie   major.   -  Ale  czy   możemy   od  razu   przejść   do  oceny 

sytuacji?

- Oczywiście, ale niech pan się nie spodziewa, że od razu zacznę 

jasno myśleć. To był dla nas piekielny dzień.

-   Mój   drogi   pułkowniku   -   odparł   spokojnie   baron   -   to   jest 

właśnie   piekło   wojny.  Nie   jestem  w   stanie   jasno   myśleć   od   czasu 

ataku   na   Eben-Emael   w   1940   roku.   Ale   to   nie   ma   znaczenia. 

Wprowadzę pana w sytuację.

- Bardzo proszę.

-   Generał   Mueller   już   rozpoczął   desant   swoich   oddziałów   w 

zatoce Parteni, na północy i w zatoce Pandeli na południu, na drugim 

końcu Leros. Nim padła nam radiostacja, dotarła do nas informacja ze 

sztabu   generała,   że   lądowanie   na   południu   odbywa   się   z   wielkimi 

kłopotami. Brytyjczycy przeprowadzili cholernie silny kontratak i jest 

bardzo prawdopodobne, że nasi ludzie zostali wyparci z powrotem do 

morza.

Stürmer wyraźnie zasępił się.

- A lądowanie w Pandeli?

background image

- Wygląda na to, że zdołali tam dostać się na ląd i utworzyć 

przyczółek.   Tak   przynajmniej   było   jeszcze   dzisiaj   o   trzeciej   nad 

ranem.

Stürmer   spojrzał  kątem  oka   na  mapę.   Jego   cień   wydawał  się 

tańczyć na ścianie w migającym świetle płomienia świecy.

- To oznacza - stwierdził po kilku chwilach rozważań - że gdy 

Brytyjczycy zdadzą sobie sprawę, że my już nie utrzymujemy góry 

Clidi,  to będą mieli swobodę w zaatakowaniu od północy grzbietu 

Rachi. Nic ich tam nie będzie wiązało.

- Dokładnie. Oceniamy, że przeciwko sobie mamy zgrupowany 

batalion, który może zaatakować nad ranem w kierunku południowym 

od góry Meraviglia i te dwie kompanie, o których już pan wspomniał, 

pułkowniku oraz być może do tego trzeba jeszcze dodać ludzi, którzy 

są   wolni,   po   odparciu   naszego   desantu   na   północy.  Innymi   słowy, 

mamy   ich   z   tyłu   i   z   przodu.   A   to   zdecydowanie   nieprzyjemne, 

prawda?

Baron von Waldstein pokazał jeden ze swoich działających na 

nerwy   uśmiechów,   jednak   pułkownik   nie   zwrócił   na   to   uwagi. 

Wiedział   jedynie,   że   baron   wyglądał   jak   uosobienie   typowego, 

pruskiego,   arystokratycznego   oficera,   z   cofniętym   podbródkiem   i 

dobrze było go mieć  przy swoim boku w tak szczególnej sytuacji. 

Wydawało się, że niczego się nie obawiał.

Stürmer   rozmyślał   chwilę   czy   dwie.   Gdzieś   w   oddali   znowu 

odezwały się działa. Wkrótce przyjdzie świt i po brytyjskiej stronie, 

zmęczeni, zestresowani i przepracowani oficerowie zaczną planować 

background image

kolejne ruchy na śmiertelnej szachownicy wojny.

-   Powiedział   pan,   baronie,   że   lądowanie   z   zatoce   Pandeli 

powiodło się? - spytał nagle Stürmer.

- Do trzeciej nad ranem, tak.

Pułkownik ponownie skupił się nad mapą.

- Są dwie rzeczy, które teraz możemy zrobić. Jedna z nich to 

siedzieć tutaj na wygodnych pozycjach obronnych, hodując odciski na 

plecach i siedzeniach, i czekać na atak Brytyjczyków, podczas gdy 

nasi towarzysze broni bez pośpiechu przeprowadzają desant w zatoce 

Pandeli.

-   Taki   był   pierwotny   plan   generała   Muellera,   pułkowniku. 

Mieliśmy   za   zadanie   nie   dopuścić   do   połączenia   sił   brytyjskich, 

dopóki   na   Leros   nie   znajdzie   się   odpowiednia   liczba   naszych 

oddziałów do przeprowadzenia ataku na górę Meraviglia.

-   Ale   z   całym  szacunkiem,   Mueller   jest   jedynie   szarakiem   z 

piechoty, podczas gdy wy jesteście spadochroniarzami, a moi ludzie 

wyszkolonymi   strzelcami   alpejskimi   -   Stürmer   zmusił   się   do 

uśmiechu. - My nie działamy jak zwykła piechota.

- Nie, ale jeśli nie podporządkujemy się rozkazom, mamy szansę 

wylądować przed sądem wojennym, pod warunkiem, że pożyjemy na 

tyle długo. Co dalej?

-   Przeprowadzenie   z   dwóch   stron   ataku   na   siedzibę   ich 

dowództwa na wzgórzu Meraviglia. Od strony zatoki Pandeli uderzą 

oddziały desantu morskiego, a my z drugiej.

- Och, mój Boże, pułkowniku, to czyste szaleństwo! - zawołał 

background image

baron   von   Waldstein,   ale   na   jego   twarzy   pojawił   się   łobuzerski 

uśmiech.

- Po co kłopotać się stratą czasu we wnętrzu wyspy. Idźmy od 

razu po głowę, do ich sztabu. Kiedy go zniszczymy, Anglicy zaczną 

się pakować do wyjazdu. Widziałem to już wiele razy w przeszłości.

- Wierzę panu, pułkowniku. Ale mam nadzieję, że wyłoży pan 

jasno i dobitnie swoją teorię oficerowi, który będzie przewodniczył 

składowi sędziowskiemu. No dobrze, kiedy wyruszamy?

- O świcie, panie baronie. A zrobimy to tak...

Szybko pochylił się nad mapą i zaczął wyjaśniać...

background image

Rozdział 5

- W imię  błogosławionego  świętego Patryka! - fizylier, który 

pełnił   wartę,   aż   jąkał  się   z   zaskoczenia,   widząc   cywilną   karawanę 

mułów,   która   nagle   ukazała   się   w   wylocie   jednego   z   licznych 

wąwozów wychodzących z grzbietu.

- Zatrzymać się. Kto idzie?

Jeden   z   cywilów,   pomarszczony   niski   człowiek,   z   czymś   w 

rodzaju turbanu na głowie, otulony kocem, spod którego wystawała 

podarta   koszula   koloru   khaki,   w   stylu   popularnym   wśród 

mieszkańców wyspy, szarpnął za wędzidła pierwszego muła trochę 

zbyt brutalnie i zmusił kolumnę zwierząt do zatrzymania się.

- Stamtąd idziecie? - spytał Irlandczyk, wskazując lufą karabinu 

na szczyt grzbietu.

Mały   człowieczek   wzruszył   ramionami,   jakby   nie   zrozumiał 

pytania. Dwaj jego towarzysze, niezgrabny olbrzym i drugi, mniejszy 

trochę, o końskiej twarzy - zrobili to samo.

Milate anglika? - spytał wartownik.

Mały   mężczyzna   ponownie   wzruszył   ramionami,   gdy   Grek   z 

końską twarzą mruknął:

Ochi.

-   Niech   mnie   kule   biją   -   zaklął   Irlandczyk.   -   Jeśli   wy   nie 

mówicie po angielsku... - przerwał szybko. - Hej, ale co macie w tych 

sakwach?

background image

Wsadził   lufę   karabinu   pod   pokrywę   kosza,   który   zwisał   z 

grzbietu pierwszego muła.

- Gorzałka? - oblizał spierzchnięte usta, aby pokazać, jak bardzo 

jest spragniony - Ouzo... krasi... birra? - spojrzał na nich wyczekująco, 

gdyż wyczerpał już zapas znanych mu greckich słów.

Facet o końskiej twarzy machnął brudnym paluchem w poprzek 

twarzy, co dla Greków oznaczało nie.

- Ochi... milo... achaldi... rodakino...

9

- Cholerne brudasy! - wartownik wahał się chyba przez minutę.

Ci   cywile   wyglądali   raczej   na   nieszkodliwych,   nawet   jeśli 

nadchodzili od strony niemieckich pozycji. I tak samo było, gdy jego 

batalion był w Afryce; tubylcy zawsze wędrowali wokół pola walki, 

nie zwracając uwagi na gówno latające w powietrzu i rozglądali się 

jedynie za czymś, co można było zrabować bądź wyżebrać.

- W porządku - powiedział - idźcie własną drogą.

Efcharisto - powiedział ten o końskiej twarzy. - Moulari!

10

Grzmotnął w zad prowadzonego przez siebie muła, zmuszając 

go do marszu. Powoli mała kawalkada zwierząt przeszła przez linię 

pozycji, kierując się ewidentnie ku stokom góry Meraviglia. Po chwili 

zniknęła   za   następnym   zakrętem   ścieżki,   pozostawiając   parujące 

jeszcze   odchody   zwierząt,   tuż   przy   stanowisku   strzeleckim 

wartownika.

*

Baron von Waldstein zsunął z głowy turban zrobiony ze szmat i 

9 Nie, jabłka, gruszki brzoskwinie.
10 Dziękujemy, mule!

background image

ciężko odetchnął.

- Korzyści z klasycznego wykształcenia, kapralu - zachichotał - 

trzy   miesiące   na   Krecie   w   czterdziestym   pierwszym   i   naprawa 

połamanych nóg.

- Nie wiedziałem o tym, panie majorze - powiedział Jap, wiodąc 

karawanę   ścieżką,   która   prowadziła   przez   usłaną   głazami   dolinę   i 

cieszył   się   porannym   powietrzem   pachnącym   ziołami.   -   Mało   nie 

narobiłem   w   portki,   wtedy   gdy   Anglik   chciał   zajrzeć   do   naszych 

juków.

- No, wy chłopcy - powiedział baron, sięgając po monokl, dzięki 

czemu od razu lepiej mu się myślało - lepiej weźcie się za wojaczkę.

Ponownie trzepnął dłonią muła w szeroki zad i szybciej ruszył w 

drogę.

- Wio, ty brudna bestio!

Tak rozpoczęła się druga faza operacji „Koń Trojański”.

*

Przez   lekko   przesłoniętą   lornetkę,   aby   nie   odbijała   w 

soczewkach   promieni   słońca,   pułkownik   Stürmer   obserwował 

powolny   przemarsz   grupy   barona   przez   pozycje   brytyjskie.   Potem 

obrócił się i zlustrował cały teren przed sobą.

Po   prawej   stronie,   dosyć   daleko   znajdowało   się   Leros.   Mógł 

rozróżnić białe i niebieskie domy  małego miasteczka, pobłyskujące 

dachami w promieniach słońca oraz zakrzywioną klingę tureckiego 

wybrzeża, leżącą jeszcze dalej.

To   był   widok   zapierający   dech   w   piersiach   -   majestatyczne 

background image

piękno   greckiej   wyspy   o   poranku,   z   powietrzem   przepełnionym 

zapachem   dzikiej   mięty,   kapryfolium   i   sosen   -   ale   to   wszystko 

omamiło pułkownika tylko na chwilę. Znowu musiał skoncentrować 

się na swoim zadaniu.

Kierował lornetkę w lewo, dopóki jego wzrok nie spoczął na 

reszcie centrum obrony brytyjskiej - góra Meraviglia. Brytyjczycy, jak 

zawsze   lenie,   jeśli   chodziło   o   kopanie   okopów,   stworzyli   jedynie 

płytkie dziury w ziemi i stanowiska dział, dzięki czemu ich pozycje 

było wyraźnie widać. Ale nawet jeśli były płytkie, to z pewnością 

liczne.

Potem   powoli   badał   stok   góry   naznaczony   kraterami   po 

wybuchach   niemieckich   bomb   jak   ospą.   Dowództwo   mieściło   się 

zapewne w schronie z długim dachem i bezprzewodowymi antenami, 

błyszczącymi   w   słońcu.   Wokół   schronu   widać   było   okopy   dla 

piechoty.  Musiał  się  tam  w  takim  razie  znajdować  pluton  ochrony 

sztabu. Przebiegł wzrokiem po rzędzie przeciwlotniczych karabinów 

maszynowych i okopanej dwudziestofuntowej armacie i zatrzymał się 

dopiero na stanowiskach 37-milimetrowych działkach Bofors.

Ich   lufy   skierowane   były   w   górę,   w   oczekiwaniu   następnego 

niemieckiego nalotu i Stürmer widział, jak maleńkie postacie trudziły 

się   przy   nich,   układając   kolejne   warstwy   worków   z   piaskiem,   aby 

zastąpić   te,   które   zostały   zniszczone   podczas   nocnego 

bombardowania. Było ich cztery, idealnie ustawione z niemieckiego 

punktu widzenia, na niewielkim wzniesieniu, w linii równoległej do 

schronu brytyjskiego dowództwa.

background image

Pułkownik   opuścił   lornetkę.   Znał   działka   Bofors.   Neutralni 

Szwedzi, chcąc zarobić na wojnie, pozwolili produkować je na swojej 

licencji   tak   Brytyjczykom,   jak   i   Niemcom.   Ale   podczas   gdy 

Brytyjczycy używali tej broni o wysokiej szybkostrzelności do walki z 

celami powietrznymi,  to niemiecka armia  odkryła, że działka te są 

bardzo skuteczne przeciwko piechocie, jeśli żadna inna broń nie była 

dostępna. Co jakiś czas artyleria przeciwlotnicza Luftwaffe używała 

swoich wielkich armat, aby wspomagać piechotę w walce z mającymi 

ogromną przewagę liczebną Rosjanami.

Jeśli   zdobyliby   te   działka,   mogliby   ich   użyć   do   wysłania   do 

piekła   Brytyjczyków,   którzy   obecnie   byli   zajęci   przygotowaniem 

ataku na dużą skalę na grzbiet Rachi, leżący poniżej. Mogliby też użyć 

tego miejsca jako odskoczni do końcowego ataku. Jednak trzeba było 

najpierw zdobyć te tak skuteczne armatki przeciwlotnicze.

Stanął   na   nogach   i   pobiegł   szybko   do   pozycji   swoich   ludzi, 

gdzie już czekał na niego zniecierpliwiony major Greul.

- No i jak, panie pułkowniku?

- Przeszli przez pozycje brytyjskie.

- Dzięki Bogu! - Greul odetchnął z wyraźną ulgą.

- My i spadochroniarze mamy około dwudziestu rannych, którzy 

nadal mogą posługiwać się bronią.

-   Tak,   ale   to   za   mało,   aby   przekonać   Anglików,   że   nadal 

wszystkimi siłami bronimy się na grzbiecie.

- Już się o to zatroszczyłem - odpowiedział Greul z dumą.

- Jak?

background image

-   Ściągnąłem   trochę   zapasowych   ubrań   i   koców,   i   kazałem 

spadochroniarzom oddać ich hełmy.

- Ale po co, majorze?

- Chcę z  nich  zrobić  manekiny, panie  pułkowniku  -  wyjaśnił 

Greul, oczywiście dumny z siebie i własnej pomysłowości. - Potem 

umieścimy   je   przy   co   drugim   stanowisku   strzeleckim.   Z   tak   dużej 

odległości   Anglicy   się   na   tym   nie   poznają.   A   przecież   wszyscy 

wiemy, że Anglicy nie mają chęci do walki na krótki dystans.

-   Znakomicie,   Greul,   świetny   pomysł!   To   ich   powinno 

wprowadzić w błąd - przynajmniej na chwilę. Jak dużo czasu ci to 

zajmie?

Greul   wskazał   na   klęczących   spadochroniarzy   i   strzelców 

alpejskich,   którzy   wypychali   zrolowane   koce   i   zapasowe   mundury 

trawą i gałęziami.

- Może jeszcze jakieś piętnaście minut. Najdalej pół godziny, 

panie pułkowniku.

Stürmer   dokonał   szybkich   obliczeń.   Do   tego   czasu   „Koń 

Trojański” (tak baron osobiście nazwał to małe oszustwo) znajdzie się 

obok stanowisk działek Bofors, zakładając oczywiście, że tamta trójka 

nie zostanie zatrzymana i rozpoznana przez nadgorliwych brytyjskich 

strażników.

- W porządku, majorze. Pospiesz ludzi jak tylko potrafisz. Chcę, 

aby   ci,   co   pozostaną   na   pozycjach   wyjściowych,   zaczęli   małą 

dywersję, jak tylko skończą tę robotę. Potem musimy zobaczyć, czy 

zdołamy zejść niżej i wesprzeć barona.

background image

Stürmer spojrzał na ścianę  skalną, po której musieli schodzić 

chcąc   wydostać   się   z   grzbietu,   niezauważeni   przez   Anglików, 

zajmujących pozycje poniżej.

-   To   nie   będzie   łatwe,   bo   musimy   zabrać   z   nami 

spadochroniarzy. Spodziewam się jednak, że przy ich wyszkoleniu nie 

mają lęku wysokości.

-   Już   o   tym   pomyślałem   panie   pułkowniku.   Przydzieliłem 

jednego   naszego   chłopaka   do   każdego   spadochroniarza.   Będą   im 

pomagać na trudniejszych etapach wspinaczki. Sądzę, że dzięki temu 

nie będzie problemów.

- Nie będzie? - Stürmer poczuł jak narasta w nim złość.

Jeszcze w życiu nie brał udziału w operacji, która by stwarzała 

więcej problemów. Próbowali oszukać silnego liczebnie przeciwnika, 

że   wszystkimi   siłami   bronią   zdobytych   pozycji,   podczas   gdy 

naprawdę   miała   to   robić   jedynie   garstka   rannych.   Jakby   tego   było 

mało,   musiał   poprowadzić   grupę   nowicjuszy   w   skomplikowanej 

wspinaczce, z nadzieją, że zdołają pokonać pionową ścianę skalną. A 

do tego jedynie trzech ludzi miało zapewnić, że nie powita ich lawina 

pocisków z działek Bofors.

Jednak   zamiast   krzyczeć,   zadowolił   się   uspokajającym 

komentarzem:

- W porządku, majorze, niech pan działa dalej.

Operacja „Koń Trojański” wchodziła w trzecią fazę.

background image

Rozdział 6

-   A   teraz   chcę,   aby   wszyscy   spadochroniarze   uważnie 

wysłuchali tego, co mam do powiedzenia - pułkownik Stürmer zaczął 

swoją przemowę powoli, akcentując każde słowo, widząc obawę na 

twardych   twarzach   żołnierzy,   gdy   patrzyli   na   ścianę   skalną   o 

wysokości osiemdziesięciu metrów. - Tu nie ma się czego obawiać, 

poza sobą samym.  Będziecie się wspinać po linie, którą wybrałem 

osobiście   i   którą   własnymi   rękami   umocuję   na   szczycie   tej   skały. 

Przed każdym z was będzie to robił wyszkolony alpinista,  a drugi 

będzie szedł za wami. Strach może was paraliżować, ale jeśli już was 

dopadnie - tak samo jak waszą siłę - będziecie zgubieni. Kluczem do 

sukcesu we wspinaczce jest szybkość.

Poczekał chwilę, aż jego słowa dotrą do świadomości ludzi i w 

tym   samym   czasie   spoglądał   poważnym   spojrzeniem   na   nieco 

pobladłe twarze żołnierzy.

- A teraz, czy są jakieś pytania?

Jeden   ze   spadochroniarzy,   podoficer,   spytał   zachrypniętym 

głosem:

- Tak, panie pułkowniku. Czy uważa pan, że mógłbym się w tej 

chwili,   od   razu,   przenieść   do   służb   kwatermistrzowskich   zamiast 

wspinać się jak pająk?

Jego śmiałe pytanie złamało ogólnie panujące napięcie. Ludzie 

ze śmiechem zaczęli podchodzić do podstawy skały. Za ich plecami 

background image

ranni już zajmowali wyznaczone pozycje i przygotowywali broń do 

otwarcia ognia.

Chwilę   później   oddali   pierwszą   chaotyczną   salwę.   Pułkownik 

rozpoczął   samotną   wspinaczkę.   Przez   pierś   przewiesił   wcześniej 

gruby zwój liny.

Pierwsze dwadzieścia metrów nie sprawiło kłopotów, ale potem 

szczęście zaczęło go opuszczać. Trudno było mu znaleźć występy, czy 

szczeliny   i  w  kilku  przypadkach  musiał  uciekać  się  do  stosowania 

chwytu szczypcowego, trzymając się kciukiem i palcem wskazującym 

niewielkich załomów. W pewnym momencie, gdy wisiał jedynie na 

dłoni   zwiniętej   w   pięść   wciśniętą   w   jakąś   dziurę   -   dzięki   czemu 

działała   ona   jak   klin   -   jego   stopa   zakleszczyła   się   w   szczelinie. 

Przeklinając, z mięśniami piekącymi z bólu, które w każdej chwili 

mogły odmówić posłuszeństwa, wolną ręką usiłował wbić w ścianę 

hak. W tym czasie cały czas zwisał na obolałej pięści.

Ale napierał dalej, wiedząc, że czas jest podstawą działania i 

starał się nie zważać na piekielny ból, aby tylko poruszać się do góry. 

Stosował   wszelkie   znane   mu   techniki,   by   tylko   zwiększyć   tempo 

wspinaczki. W pewnej chwili musiał zupełnie się zatrzymać. Ostatnie 

dziesięć metrów wspinaczki oznaczało pokonanie mocno wystającego 

nawisu skalnego.

- Cholera! - sapnął gniewnie, oblizując pot, który mu ściekał po 

twarzy.

Takie   wystające   stopnie   stanowiły   sporą   trudność   nawet   w 

najlepszych jego czasach, a teraz napotkał coś takiego w tak trudnej 

background image

sytuacji! W tej chwili mógł tylko szukać dobrych uchwytów, które 

pozwoliły mu walczyć z grawitacją, podczas gdy jego ciało musiało 

być niepewnie rozciągnięte na skale odchylonej w górę od poziomu o 

czterdzieści pięć stopni. Nie lubił tego uczucia, miał wrażenie, że jest 

jak ślimak, który wybrał się na przechadzkę po suficie.

W   ponurym   nastroju   ruszył   pod   górę   i   prawą   ręką   wymacał 

uchwyt kieszeniowy, starając się wciskać kolana w skałę. Przełknął 

ślinę, gdy lewą ręką wymacał uchwyt dzbanowy i stwierdził, że do 

pokonania ma odległość około metra. Teraz wspierając się prawą ręką 

i   kolanem,   wisiał   kilkadziesiąt   metrów   nad   ziemią,   odchylony   od 

ściany pod nieprawdopodobnym kątem.

Już   prawie   miał   chwyt   dzbanowy,   gdy   nadeszła   katastrofa. 

Ześlizgnęło mu się prawe kolano. W mgnieniu oka jego ciało wygięło 

się w wywołujący zawrót głowy łuk, a trzymał się skały jedynie prawą 

ręką. Lecz tak czy inaczej, trzymał się nadal. Tylko nieznośny ból, 

który przeszywał jego ramię i bark, kazał mu walczyć dalej. Zdusił 

okrzyk bólu i podjął dalszą walkę.

Zebrał   resztki   sił,   naprężył   mięśnie   brzucha   i   dolnej   części 

pleców,   po   czym   mocno   odchylił   się   do   przodu.   Buty   znowu 

zachrzęściły   o   powierzchnię   skały.   Lewą   ręką   jednak   nie   zdołał 

odnaleźć chwytu. Chwilę później znowu zwisał w powietrzu i widział 

kątem   oka   pełne   napięcia,   pobladłe   twarze   ludzi,   którzy   zebrani 

poniżej obserwowali jego zmagania.

Łkając, aby złapać oddech, z mięśniami prawej ręki, palącymi z 

bólu, Stürmer podjął jeszcze jedną próbę. Nie mógł tak dłużej wisieć. 

background image

Teraz! Drapał lewą ręką poszarpaną krawędź skały.

Próbował   ją   uchwycić   jakimś   rozpaczliwym   ruchem.   Ostra 

krawędź cięła mu palce i natychmiast pokazała się krew.

Stürmer   starał   się   uspokoić.   Powstrzymał   kołysanie   ciała. 

Spróbował kontrolować bicie serca i wziął kilka głębszych oddechów. 

Teraz albo nigdy. Jeśli tego nie zrobi tym razem, będzie musiał się 

puścić.   Mięśnie   jego   prawej   ręki   wytrzymają   takie   nieznośne 

naprężenie jeszcze jedynie przez kilka sekund.

Nagle pułkownik jakby oderwał się od rzeczywistości i uspokoił. 

Zawsze wiedział, że zginie gdzieś w górach. Od czasu, gdy podjął 

wyzwanie „niemieckiej góry” w dalekich Himalajach, czuł, że mógłby 

zginąć   na   Nanga   Parbat.   Teraz   miał   wrażenie,   że   koniec   może   go 

spotkać na tej nieoznaczonej płycie skalnej, która nawet nie zasłużyła 

na nadanie jej nazwy.

- W porządku - pomyślał - teraz albo nigdy!

Jeszcze raz zebrał siły i przyciągnął się do skały. Wreszcie jego 

palce namacały i chwyciły ostrogę skalną.

-   Trzymaj   ją!   Tym   razem   trzymaj!   -   krzyczała   cała   jego 

świadomość.

Pięć   minut   późnej   przerzucał   swoje   ciało   ponad   górnym 

brzegiem półki skalnej. A kilka sekund później rozłożył się na wątłej 

trawie i chwytał ustami wielkie hausty powietrza.

*

- Hej, wieśniacy  co tu  robicie?  - spytał spocony artylerzysta, 

patrząc   ponad   workiem,   napełnianym   przez   niego   piaskiem,   na 

background image

dziwną karawanę i jeszcze dziwniejszych ludzi, którzy ją prowadzili. - 

Nie wiecie, że jest wojna?

Potrząsnął   głową,   próbując   wskazać  na   rozbłyski  wystrzałów, 

pojawiające się od strony grzbietu Rachi.

- Nie mówi angielski - zaryzykował baron, mówiąc dialektem, 

który   jak   miał   nadzieję,   przypomina   nieco   angielsko-grecki.   -   Ty 

lubisz woda ognista?

Artylerzysta od razu się wyprostował.

- Coś ty powiedział?

Baron   pospiesznie   podniósł   wieko   kosza   i   wyciągnął   butelkę 

wódki, jaką dostał każdy ze spadochroniarzy, nim ruszyli do walki. 

Jego Zielone Diabły złowrogo zaszemrały, gdy zapytał, czy ktoś z 

nich   nie   ma   pełnej   flaszki   do   przekazania   trójce   jego   ludzi.   Teraz 

trzymał ją przed oczami Anglika.

- Brandy - powiedział - niemiecka brandy!

- A skąd ją masz? - spytał podejrzliwie artylerzysta.

- Tam - baron wskazał na grzbiet. - Dużo zabitych Niemców.

- O, niech to kura podziobie, kurka! - krzyknął żołnierz. - Wy, 

wieśniaki, jesteście jak hieny. Obrabujecie nawet umarłych.

Ale nadal w jego oczach paliła się żądza wypicia trunku.

- Co za to chcecie?

- Ty masz puszkę mięsa? - spytał baron.

-   Chrzanić!   Całe   sterty.   Kate   Karney

11

  dobrze   żywi   swoich 

rozrabiaków. Ile chcecie?

Baron uniósł jeden palec do góry.

11 Znana irlandzka gospoda, istniejąca od ponad dwustu lat.

background image

- Ena - powiedział, potem chwilę się zastanowił i wyprostował 

drugi palec. - Dio!

- Dwie! Dajcie spokój - powiedział pogardliwie żołnierz.

- Za dwie to musiałbyś jeszcze dołożyć swoją starą. Jedna!

Baron,  wczuwając  się   w swoją  rolę,  splunął  prostacko  w  pył 

koło butów Anglika i powiedział:

- Dobra, jedna puszka wołowina. Ty przyniesiesz?

- Tak, przyniosę. A teraz poczekajcie tutaj. Jeśli macie więcej 

flaszek na sprzedaż, moi kumple chętnie je kupią. Po tej cholernej 

ostatniej nocy, warto się napić.

Wojak   rzucił   szuflę   i   zapominając   o   pracy,   którą   miał 

wykonywać,   pobiegł   w   kierunku   niewielkiej   drewnianej   szopy 

stojącej   w   centrum   obozowiska.   Oczywiście   był   to   podręczny 

magazyn zapasów jego baterii.

-   Szybko!   -   szepnął   baron,   zadowolony   z   przeprowadzonej 

transakcji.

Podczas   gdy   baron   w   roli   wędrownego   greckiego   handlarza 

szczerzył zęby do odchodzącego Anglika, Byk Jo i Jap zabrali się do 

pracy. Zasłonięci przed spojrzeniami Brytyjczyków cielskami mułów, 

zaczęli   wyciągać   ładunki   wybuchowe   z   juków   i   nastawiać   ich 

zapalniki na dziesięciominutowe opóźnienie. W ciągu kilku sekund 

mieli   gotowych   dziesięć   takich   półkilogramowych   bomb.   Szybko 

porozrzucali je po stosach amunicji, ułożonych pięćdziesiąt metrów od 

dział, już gotowych do dalszej walki. Przy odrobinie szczęścia pociski 

wybuchną   i   skutecznie   odwrócą   uwagę,   bez   uszkadzania   samych 

background image

dział.

Na dalsze dywagacje nie było już czasu; rozochoceni brytyjscy 

kanonierzy już wylewali się strumieniem, trzymając w rękach puszki z 

konserwową wołowiną.

-   Zaprowadźcie   nas   tam,   wieśniacy!...   Gdzie   jest   tyle   tego 

cudownego picia?

Spocony   lekko   ze  strachu   baron  rozdawał  dookoła   metalowe, 

płaskie buteleczki. Operacja „Koń Trojański” wchodziła w decydującą 

fazę.

background image

Rozdział 7

W końcu ładunek wybuchowy eksplodował, Jo nacisnął spust 

pistoletu maszynowego. Dwaj brytyjscy artylerzyści zatrzymali się w 

biegu i padli na ziemię wśród śmiertelnych drgawek. Cześć z nich 

starała   się   ujść   przed   zagładą   i   wpadał   prosto   pod   kule   trzech 

Niemców, który siedzieli skuleni w rowie za armatami baterii.

Ostatnie pociski eksplodowały w płomieniach i huku. Kawałki 

sprzętu bojowego i resztki ludzkich ciał fruwały prawie pod szkarłatne 

niebo.  Potem nagle hałas ustał i Jo patrzył na Japa  oszołomiony  i 

ogłuszony bliskością wybuchów.

Baron zdjął palec ze spustu pistoletu maszynowego. Szaleńczy 

terkot   wreszcie   ustał.   Nagła   cisza,   przerywana   jedynie   trzaskiem 

płomieni, stawała się przytłaczająca; nawet bardziej niż hałas, który 

panował wcześniej. Wtedy baron von Waldstein wcisnął w oczodół 

swój ulubiony monokl i zawołał:

- Chodźcie, sprawdzimy tych z armatami!

Nie trzeba było ich do tego specjalnie zachęcać. W całej fortecy 

sztabowej panowało ogromne zamieszanie; przenikliwie odzywały się 

gwizdki,   oficerowie   i   podoficerowie   wykrzykiwali   komendy, 

odpalano ryczące silniki motocykli. Trzech ludzi biegło przez ogień, 

przeskakując   ponad   straszliwie   okaleczonymi   ciałami   brytyjskich 

kanonierów,   odpychali   płonące   szczątki,   byle   tylko   dostać   się   do 

wykopanych stanowisk artyleryjskich.

background image

Pierwsze działko było tak mocno uszkodzone, że nie nadawało 

się   do   użytku.   Stos   eksplodujących   pocisków   znajdował   się   zbyt 

blisko  jego  lufy, która  teraz   była  powyginana  w  chińskie   „s”.  Ale 

dwie dalsze armatki zdawały się być nietknięte, pomimo że powłoka 

farby   ochronnej   na   ich   lufach   była   złuszczona   od   żaru   i   pełna 

popękanych bąbli.

-   Ty   nas   będziesz   osłaniał,   Jap   -   rozkazał   baron.   -   A   my 

spróbujemy   przygotować   przynajmniej   jedną   z   nich   nim   nadejdzie 

reszta naszych ludzi. Powinni być tutaj za dziesięć minut.

Usadowili   się   na   podwójnych   siodełkach   działka 

przeciwlotniczego i zaczęli gorączkowo kręcić mosiężnymi korbkami, 

aby przesunąć lufę w kierunku umocnionego stanowiska dowodzenia 

Brytyjczyków,   skąd   odezwały   się   chaotycznie   pierwsze   karabiny 

maszynowe, posyłając kilka serii w ich kierunku.

Gdy   Jap   odpowiadał   im   seria   za   serią   ze   swego   pistoletu 

maszynowego, pierwsi spadochroniarze i strzelcy górscy zbiegali w 

dół stoku do stanowisk ogniowych baterii.

- Lecą zręcznie jak sowie gówno - pomyślał. - Stara niezawodna 

gwardia z Edelweiss!

*

Tego   popołudnia   irlandzcy   fizylierzy   pułkownika   Frencha 

musieli zmienić pozycje o sto osiemdziesiąt stopni na stokach grzbietu 

Rachi i zaatakować Niemców, którzy tak nagle pojawili się na ich 

tyłach. Ale nie zaszli za daleko.

Niemieckie   messerschmitty   i   stukasy   wezwane   przez   radio, 

background image

atakowały ich bez przerwy. Samoloty  otwierały  ogień z karabinów 

maszynowych   i   działek,   gdy   znajdowały   się   na   wysokości   koron 

drzew. W końcu sfrustrowany pułkownik French zmuszony został od 

odwołania   ataku   i   rozkazał   plutonowi   moździerzy,   aby   zmiękczył 

obronę mieszanego oddziału spadochroniarzy i alpejczyków, wiedząc, 

że skalisty teren nie pozwala tworzyć głębszych wykopów i ostrzał w 

tej sytuacji jest groźniejszy niż normalnie.

Teraz French z gołą głową i krwią skapującą z głębokiej rany na 

czole   siedział   za   dużym  głazem   i   wzywał   przez   radio   pułkownika 

Tilneya.

- Słuchaj, Tilney. Chcę aby cała artyleria, którą dysponujesz, po 

zmroku   otworzyła   ogień   i   raz   na   zawsze   uwolniła   nas   od   tych 

cholernych Szwabów. Musisz mnie wesprzeć wszystkim co masz. Daj 

im dobrze popalić przez piętnaście minut, a potem my ruszamy!

- Ale, Maurice! Niemcy lądują z poważnymi siłami w Zatoce 

Pandeli! Już do tej pory zdobyli samo Leros i dalej posuwają się w 

głąb lądu. Muszę też myśleć jak ich zatrzymać.

- Tilney - French już krzyczał ze złością w głosie.

-  Czy  muszę   się   powtarzać?   Koncentracja   jest  wszystkim,   co 

możemy im przeciwstawić. Najpierw musimy pozbyć się tego wrzodu 

na   naszych   tyłach.   Z   Buffsem,   który   naciera   na   grzbiet,   możemy 

przeprowadzić na pełną skalę atak na Niemców lądujących w Zatoce 

Pandeli. Koncentracja sił, Tilney, koncentracja!

- Łatwiej powiedzieć niż zrobić, Maurice - głos pułkownika stał 

się metaliczny i pomimo zniekształceń w przekazie, też było czuć w 

background image

nim   irytację.   -   A   co   ze   Szkopami   wychodzącymi   z   morza   i   tymi 

twoimi   tam   na   dole,   którzy   już   stukają   w   nas   ze   zdobycznych 

boforsów. Czy to nie jest jednak ogród z krwawymi różami, jak ci się 

wydaje?

Pracujący   obok   Frencha   sanitariusz   zabierał   się   za   kolejnego 

rannego   z   długiej   linii   leżących   ofiar.   Pułkownik   westchnął 

wstrząśnięty. To był młody Charley O’Kane; z jego roztrzaskanego 

ramienia krew tryskała jak z szeroko otwartego kranu. Tilney usłyszał 

jego westchnienie.

- Co tam się u ciebie dzieje?

- Nic... to tylko ranni.

- Jest tak źle? - głos Tilneya wyraźnie złagodniał.

- Całkiem, w przybliżeniu moje kompanie mają połowę ludzi. 

Ale nadal możemy  sobie poradzić ze Szwabami tam na dole, jeśli 

tylko dasz mi wsparcie ogniowe.

- W porządku! O zmierzchu, jak się umówiliśmy - konsultował 

się  z  adiutantem.  -  Dokładnie   o osiemnastej.  Ale nie  mogę  ci dać 

wsparcia więcej jak przez pięć minut. Nie śmiałbym zdjąć ostrzału 

moich   dwudziestopięciofiintówek   z   Niemców   po   drugiej   stronie 

umocnień   sztabowych  na   dłużej   niż   powiedziałem.   Mogliby   wtedy 

wpaść na pomysł przeprowadzenia nocnego ataku. Sam rozumiesz.

- Rozumiem, Tilney - zazgrzytał zębami French.

Sanitariusz   obok   niego   zaczął   przecinać   rozerwane   ciało   na 

ramieniu O’Kane ze straszliwym, wywołującym mdłości dźwiękiem, 

a   młody   kapitan   próbował   zdusić   jęki;   brakowało   już   środków 

background image

przeciwbólowych!

- Pięć minut wystarczy moim ludziom. Dziękuję.

- Niech ci szczęście sprzyja. Maurice...

*

- W porządku, chłopcy, podrywać się na nogi! - rozkazał French, 

gdy zagrzmiały armaty i pociski o wadze dwudziestu pięciu funtów 

zaczęły spadać na stanowiska baterii boforsów.

Dokoła niego reszta tych, którzy przeżyli z oddziału Royal Irish 

Fusiliers,   stawała   skulona,   z   bagnetami   matowo   pobłyskującymi 

srebrem w świetle ginącego zmierzchu. French kiwnął głową w cichej 

aprobacie. Jego Paddies go na pewno nie zawiodą.

Spojrzał   na   fosforyzujące   wskazówki   zegarka.   Jeszcze   cztery 

minuty   do   końca   nawały   ogniowej.   Da   jeszcze   armatom   dwie 

minuty...   Potem   im   będzie   potrzeba   dziewięćdziesiąt   sekund,   aby 

przebiec   prawie   dwieście   metrów,   jakie   dzieliło   ich   od   pozycji 

niemieckich.   Był   gotów   zaryzykować   życie   kilku   ludzi   wykonując 

sprint,   którego   musieli   się   podjąć,   jeśli   chcą   dopaść   wroga   nim 

zamilkną armaty.

-   Przygotować   się!   -   wydzierał   się,   chcąc   przekrzyczeć   huk 

armat.

Mocniej   zacisnął   mokrą   od   potu   dłoń   na   kolbie   rewolweru. 

Boforsy,   które   ostrzeliwały   fortecę   sztabową,   zamilkły   na   chwilę. 

Najpewniej ich obsługa leżała na ziemi, z powodu ostrzału artylerii 

brytyjskiej. To był dobry znak. French uniósł rewolwer do góry.

- Fizylierzy! - krzyknął! - Biegiem, naprzód!

background image

Ponad   czterystu   ludzi,   którzy   zostali   jeszcze   z   1.   batalionu 

rozpoczęło   niezdarny   bieg,   potykając   się   w   ciemnościach   o   ciała 

towarzyszy,   którzy   zginęli   w   poprzednich   walkach.   Jednak 

utrzymywali   z   determinacją   szyk   z   nastawionymi   przed   siebie 

bagnetami, gotowi na nadchodzące starcie.

Siedemdziesiąt   metrów...   pięćdziesiąt   metrów...   czterdzieści... 

French zaczął wierzyć, że pokonają dystans, nim skończy się nawała 

ogniowa. A potem jego Irlandczycy zajmą się Niemcami. To będzie 

masakra. Trzydzieści metrów...

- Podeszli już dosyć blisko! - krzyknął pułkownik Stürmer, gdy 

kończył   się   ostrzał   i   ostanie   odłamki   z   jękiem   odbijały   się   od 

pobliskich   skał.   Uniósł   karabinek   do   ramienia   i   starając   się   nie 

zwracać uwagi na szaleństwo wybuchów ponad jego głową, wziął na 

cel poszarpaną linię żołnierzy wroga, którzy mozolnie zbliżali się po 

zboczu.

- Ognia!

Linia   niemieckich   pozycji  bojowych  ożyła  rozbłyskiem  z  luf, 

nim jeszcze skończyła się nawała ogniowa Brytyjczyków. Można było 

z tej odległości strzelać na ślepo. To nie była wojna, to była masakra! 

Nie   można   było   nie   trafić.   Pierwsza   fala   Irlandczyków   została 

dosłownie zmieciona z powierzchni ziemi, jakby niewidzialny kosiarz 

zaczął ścinać zboże. Jednak druga fala nadal wdzierała się na stok. 

Odrzucając   przypływ   odrazy,   która   zaczęła   ogarniać   pułkownika, 

ponownie wycelował karabinek i pociągnął za spust.

Fizylierzy   zostali   rozproszeni   w   małe   grupki,   lecz   nadal 

background image

chwiejnym krokiem próbowali jak ślepcy przedostać się przez chaos 

dymu i hałasu, by spotkać jedynie śmierć.

Jeden   z   Irlandczyków,   wiejski   chłopak   z   rumianą   twarzą, 

próbował wdrapać się na głaz, który wyznaczał narożnik niemieckiego 

obwodu obronnego. Przez ramię miał przerzucony pasek torby pełnej 

granatów. Pociski przeciwnika zrzuciły go na dół, tuż przed tym, jak 

dostał   się   na   szczyt.   Kolejny   fizylier   chwycił   jego   torbę   i   chciał 

powtórzyć   jego   manewr.   Jednak   seria   pocisków   z   pistoletu 

maszynowego przerwała jego wysiłki. Pułkownik French, który zgubił 

gdzieś rewolwer, podniósł torbę z ziemi. Nawet nie patrząc na to, co 

zostało z jego batalionu, krzyknął jak szaleniec:

- Za mną, Irlandczycy!

Wbiegł   na   skałkę.   Pocisk   uderzył   go   w   ramię.   Lekko   się 

zachwiał, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Za nim grupka tych co 

przeżyli, wspinała się jego śladem. Jakby szukali razem z nim śmierci.

French dostał się na szczyt głazu. Sięgnął ręką do wnętrza torby. 

Kolejna kula trafiła go, tym razem w podbrzusze. Jęknął przeszyty 

nieznośnym bólem i opadł na kolana. W jego kierunku poleciała seria 

pocisków   świetlnych.   Wyciągnął   granat.   Zdrętwiałymi   palcami, 

sztywnymi jak grabie, chwycił za zapinkę zapalnika. Wydawało mu 

się, że nieskończenie długo wyciągał ją z uchwytu. Coś uderzyło go 

potężnie   w   ramię.   Nie   przejął   się   tym.   Całą   uwagę   skupił   na 

metalowym pierścieniu.

- Do ataku, Irlandczycy...

Gdy   właśnie   zdołał   wyciągnąć   zawleczkę,   seria   pocisków   z 

background image

MG43 zrzuciła go ze szczytu skałki. Umarł nim spadł na ziemię, na 

której było już pełno ciał jego „Paddies”.

Tak zginął pułkownik Maurice French, a jego 1. batalion Royal 

Irish Fusiliers przestał istnieć.

*

- Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień! - nawoływał gorączkowo 

pułkownik Stürmer.

Ze  zgrabiałych rąk  upuścił na  ziemię   karabin  z gorącą  lufą  i 

patrzył   jak   zahipnotyzowany   na   garstkę   żołnierzy   wroga,   którzy 

przetrwali   tę   rzeźnię.   Wszyscy   byli   ranni,   kuśtykali   wykrzywieni 

bólem lub zataczali się w ciszy jak lunatycy, gdy schodzili po stoku, 

na którym zostało tak wielu ich towarzyszy broni.

- Już tu nie wrócą - stwierdził Greul, kucając obok Stürmera w 

jego dołku strzeleckim i nawet na jego zuchwałej twarzy pojawił się 

cień podziwu dla pokonanych przeciwników.

background image

Rozdział 8

Przez   całą   noc,   gdy   pociski   z   boforsów   zasypywały   fortecę 

sztabową,   generał   Mueller   kontynuował   atak   na   Leros.   O   świcie 

Luftwaffe nadleciała z pełną mocą, aby skończyć z resztką brytyjskich 

dział   przeciwlotniczych.   Bomby   i   odłamki   niszczyły   je   jedno   za 

drugim. Teraz samoloty z czarnymi krzyżami panowały na niebie.

Zrozpaczony   Tilney   prosił   swoje   dowództwo   o   wsparcie 

marynarki wojennej. Trzy niszczyciele brytyjskie nawet wpłynęły do 

zatoki Alinda. Ale bez przerwy atakowane przez samoloty Luftwaffe, 

nie   były  w  stanie   prowadzić  dokładnego  ostrzału   i ich   pociski  nie 

spadły na pozycje niemieckie, lecz na ludzi Buffsa, którzy usiłowali 

dostać   się   na   grzbiet   Rachi.   W   końcu   niszczyciele,   nękane   bez 

przerwy   przez   stukasy,   wycofały   się   z   licznymi   uszkodzeniami   i 

rannymi marynarzami.

Generał Mueller zaczął wysadzać na ląd coraz więcej i więcej 

oddziałów, i obecnie desant przebiegał prawie bez oporu. Do wieczora 

15   listopada   Niemcy   mieli   na   wyspie   dwa   razy   więcej   ludzi,   niż 

Tilney.

Nowy   plan   brytyjskiego   pułkownika   zakładał   zatrzymanie 

Niemców w pasie nadbrzeżnym ciągnącym się wokół Zatoki Alinda, 

po czym zepchnięcie ich do morza za pomocą frontalnego kontrataku. 

Ale teraz, jak przybywał jeden za drugim alarmujący meldunek na 

temat sił niemieckiego desantu, Tilney zdał sobie sprawę, że ma za 

background image

mało ludzi do przeprowadzenia takiej akcji.

Dowództwo   naczelne   przysłało   mu   radiogram,   że   powinien 

wycofać oddziały drogą morską z północy na południe. Jednak nie 

było   żadnych   łodzi,   dowódca   Buffsów   już   nie   żył,   a   większość 

dowódców   ich   kompanii   była   ranna;   młodzi   oficerowie,   którzy 

przejęli dowodzenie ledwie dawali sobie radę z sytuacją.

Zaczęła   się   załamywać   komunikacja   między   brytyjskimi 

oddziałami.   Podobnie   działo   się   z   łącznością   radiową   z   Buffsami. 

Jednym sposobem utrzymywania z nimi kontaktu było korzystanie z 

pieszych   gońców,   ale   nie   było   wcale   chętnych   do   podejmowania 

takich samobójczych misji. Brytyjczycy byli więc siłą rzeczy spychani 

do   odizolowanych   punktów   obrony,   mocno   naciskani   przez 

triumfujących Niemców.

Pomimo powagi sytuacji, determinacja pułkownika Tilneya, aby 

walczyć   do   ostatniego   człowieka,   pozostała   niezachwiana.   Straty 

wśród   ludzi   z   fortecy   sztabowej   były   stosunkowo   niewielkie,   jego 

baterie dział dwudziestopięciofuntowych nadal mogły strzelać, mając 

ogromne zapasy amunicji, a w kwestii piechoty, to posiadał on nadal 

najbardziej niezachwiany i doświadczony oddział na wyspie - oddział 

piechoty morskiej Jellicoe. Gdy straszliwy 15 listopada zbliżał się do 

końca, Tilney zwrócił się do zgromadzonych oficerów:

- Panowie nie wolno rozmawiać  o poddaniu. Mamy  tu dobrą 

pozycję obronną. Wytrzymamy tutaj, dopóki dżentelmeni z kwatery 

głównej dojdą do wniosku, że trzeba nas ratować - zawahał się na 

ułamek sekundy - albo będziemy walczyć do samego końca. Czy to 

background image

jest całkowicie jasne?

-   Tak   jest!   -   odkrzyknęli   ochoczo   oficerowie,   nim   opuścili 

miejsce   narady   i   udali   się   na   swoje   stanowiska   wśród   huku 

wystrzałów brytyjskich haubic.

*

Pułkownik Stürmer przyłożył dłonie do ucha barona i krzyknął 

w nie, chcąc przedrzeć się przez huk dział brytyjskich.

- Mam już tego dosyć! Anglicy są tam dobrze okopani i mają 

masę   amunicji,   więc   chłopcy   Muellera   nie   mogą   im   mocno 

zaszkodzić. Nie robią żadnych postępów. Jak tak dalej pójdzie, to ci 

cholerni Brytyjczycy będą się trzymać aż do końca wojny.

Stürmer kiwnął potakująco głową.

- Widzi pan tę wystającą skałę ponad antenami radiowymi ich 

bunkra, baronie?

- Tak.

-   Gdybyśmy   mieli   kilku   zdecydowanych   na   wszystko   ludzi, 

mogliby łatwo znaleźć się na szczycie tego schronu. Kilka granatów i 

droga stoi przed nami otworem. To mógłby okazać się najszybszy i 

najtańszy sposób, aby zakończyć tę całą nudną zabawę.

-   Kilku   zdeterminowanych   facetów,   powiadasz?   -   baron   von 

Waldstein zainteresował się tym pomysłem. - Mówisz tak, jakby to 

było łatwe, cholernie  łatwe.  Ale zapominasz,  że tam się aż roi od 

Angoli i jest ich tam tyle, ile pcheł na grzbietach naszych mułów. 

Niech   cię   dopadną,   jak   będziesz   zwisał   na   linie   -   mogę   sobie 

wyobrazić, jak twoi zdeterminowani ludzie szybko zaczną śpiewać jak 

background image

kastraci.

- Liczę na ciemność i ogólne zamieszanie, jeśli dacie nam osłonę 

ogniową.

Baron   spojrzał   na   bryłę   schronu   i   wysoką   ścianę   skalną 

wznoszącą   się   ponad   nim,   i   szybko   zdał   sobie   sprawę   ze   skali 

niebezpieczeństwa, gdy nagły rozbłysk ognia oświetlił teren.

- Myślisz, że mam jeszcze ochotę na kolejny taki taniec. Mam 

już dosyć w głowie tych wysokości.

Stürmer poklepał go pocieszająco po ramieniu.

- Nie, baronie. Tego od pana nie wymagam. Pan by przejął tylko 

dowodzenie baterią  naszych boforsów. Wezmę  ze sobą tylko kilku 

wyszkolonych ludzi.

Wstał z ziemi, z gotową już decyzją, po czym przyłożył dłonie 

do ust:

-   Major   Greul,   sierżant   Meier   i   kapral   Madad,   proszę   tutaj, 

szybko do mnie!

*

Była już pierwsza w nocy 16 listopada 1943 roku. Brytyjskie 

dwudzistopięciofuntówki   rozlokowane   wokół   umocnionej   kwatery 

sztabu   nadal  dudniły   broniąc   pozycji,  ale   ich   ostrzał   trochę   zelżał. 

Jednak   pomimo   zmęczenia   atakujących   i   obrońców,   w   powietrzu 

krzyżowały   się   kolorowe   sznury   pocisków   wystrzeliwanych   z 

karabinów maszynowych, a niebo co chwila rozjaśniały kolejne race 

sygnalizacyjne. Pułkownikowi Stürmerowi wydawało się, że nikt na 

wyspie nie śpi, gdy z trzema ludźmi ostrożnie przekradał się przez 

background image

zasieki,   i   że   ciemność   pełna   była   napięcia   i   wyczekiwania   ludzi, 

którzy liczyli, że oddziały przeciwnika popełnią jakiś błąd. Poczuł jak 

przez plecy przeleciał dreszcz strachu i wzdrygnął się.

- Coś złego? - dopytywał się Jo.

-   Nie,   tylko   trzymaj   ślepia   otwarte,   Meier.   Wydaje   się,   że 

Angole są wszędzie.

- To chyba nie dziwne, panie pułkowniku, skoro jesteśmy prawie 

w   samym   środku   ich   obozowiska   -   chwycił   za   ramię   dowódcy   i 

wskazał na ciemne kontury dział.

- Nie byłoby zbyt zdrowo iść dalej w ich kierunku.

Najciszej   jak   tylko   mogli   cofnęli   się   kilka   kroków   i   skręcili 

trochę w prawo. Anglicy jeszcze ich nie dostrzegli. W pewnej chwili 

patrol brytyjski przeszedł od nich w odległości zaledwie kilku metrów 

i wtedy musieli wciskać swoje ciała w kamienny mur, a serca dudniły 

im tak głośno, że wrogowie mogli prawie je dosłyszeć.

Raz o mało nie wpadli na wysunięty posterunek. W ostatnim 

momencie   ostrzegł   ich   suchotniczy   kaszel   żołnierza   palącego 

papierosy i pomarańczowy ognik żaru, który chłopak starał się ukryć 

w rękawie kurtki munduru. To uratowało im życie. Greul wysunął się 

do przodu i podbiegł skulony kilka kroków. Strażnik nigdy się nie 

dowiedział, czym dostał w głowę. Major chwycił go i odwlókł do tyłu, 

ciągnąc go za pasek hełmu. Greul wcisnął mu kolano w kręgosłup i 

mocno szarpnął za głowę. Pasek coraz mocniej wciskał się w gardło 

ofiary.   Szarpanina   trwała   kilka   sekund.   Wreszcie   Greul   poczuł   się 

zadowolony i rozluźnił uchwyt.

background image

- Załatwione - szepnął przez ramię, gdy wypuszczał bezwładne 

ciało ofiary z rąk. - Chodźcie, jest czysto.

Tak   dotarli   do   punktu   docelowego   ponad   stanowiskiem 

dowodzenia.

-   Trzydzieści   metrów,   albo   może   trochę   więcej   -   szepnął 

Stürmer. - Co o tym sądzisz, Greul?

- Będzie coś koło tego.

Potem w ciszy dwóch znakomitych alpinistów patrzyło w dół z 

nawisu, oceniając - mimo słabego światła jakie panowało w nocy - 

czekające ich trudności. W tym czasie Jap i Byk Jo czekali na ich 

werdykt   jak   pacjenci   na   wynik   konsylium   lekarskiego   -   życie   czy 

śmierć.

- Coś dla cudotwórcy - ocenił Stürmer tylko trochę żartując.

-   Bardzo   sroga   ocena.   Zgadzam   się   -   powiedział   śmiertelnie 

poważnie Greul. - Ciężka trasa, potrzeba lekkich butów, siły i dużo 

umiejętności.   Czasami   niemal   niemożliwe   przy   złych   warunkach 

pogodowych   -   dodał,   jakby   cytował   podręcznik   do   wspinaczki 

wysokogórskiej.

Stürmer od razu wtrącił się:

- Przy tym zejściu są tylko dwa poważne problemy. Jeden, to że 

tak naprawdę nie będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy. Drugi...

- Jeśli Angole zobaczą nas, nim zejdziemy na dół - wtrącił się 

obcesowo Jap - to będziemy mieli pięknie pozamiatane koło tyłków.

-   Tu   się   nie   mylisz,   Madad.   Nie   potrzeba   chyba   więcej 

powodów, aby schodzić tak szybko jak to możliwe i jak najciszej - 

background image

Stürmer ściągnął linę przewieszoną przez piersi.

-   Przewiążemy   was   liną,   a   potem   zejdziecie   na   bosaka.   Bez 

butów   będziecie   schodzić   ciszej   i   łatwiej   wam   będzie   znaleźć 

szczeliny   w   skale.   To   jedyny   skuteczny   sposób,   aby   w   ciemności 

znaleźć oparcie dla nóg na takiej ścianie.

- Ale głębokie szambo - zaklął Byk Jo, rozwiązując sznurowadła 

w butach. - Co to za życie? To co? Mam teraz walczyć na tej wojnie 

jak biedna baletnica?

background image

Rozdział 9

Czekając,   Stürmer   czuł   mrowienie   w   naprężonych   mięśniach. 

Musiał   się   znowu   wziąć   w   garść.   Strach   paraliżował   w   nim 

podniecenie. W ciemnościach nie byli w stanie znaleźć odpowiedniej 

ostrogi   skalnej,   aby   zaczepić   linę.   To   będzie   ogromny   wysiłek 

fizyczny. Ale to był jedyny sposób.

- Panie pułkowniku, czy nie uważa pan, że to ja powinienem 

trzymać   linę   asekuracyjną?   -   To   Meier   zgłaszał   własny   pomysł.   - 

Zawsze mówili, że jestem zbudowany i stoję jak murowana chałupa.

- Masz rację Meier - powiedział Stürmer. - Ty masz swoją siłę, 

ale ja mam umiejętności. Ja zejdę na dół bez pomocy liny, a ty nie. A 

jako ostatni nie będziesz miał asekuracji.

To załatwiało sprawę. Podstawą tego sposobu schodzenia była 

pętla, którą zakładano na solidnym szpicu skalnym, co działało jak 

kotwica   i   pozwalało   wspinaczowi   ślizgać   się   na   podwójnej   linie   i 

kontrolować   szybkość   za   pomocą   tarcia.   Był   to   sprytny,   ale   i 

niebezpieczny sposób poruszania się na ścianach skalnych - Stürmer 

przypomniał sobie tuziny zawodowych wspinaczy, którzy zginęli w 

czasie   takiego   zjazdu   na   linie.   Jednak   tym   razem   prędkość   była 

podstawą   działania   i   pułkownik   zdecydował   się   na   podjęcie 

rozsądnego   ryzyka,   aby   jego   niewielki   zespół   dostał   się   na   dach 

bunkra dowództwa.

Meier   wychylił   się   poza   krawędź   ściany   skalnej.   Pułkownik 

background image

Stürmer szeroko rozstawił nogi i naprężył mięśnie.

-  W   porządku,  panie   pułkowniku   -  wysapał  sierżant  -  jestem 

poza.

Naprężona lina zadrżała. Spory ciężar Meiera został przez nią 

przeniesiony na barki oficera z siłą, która omal nie ściągnęła go ze 

skalnej   półki,   ale   mimo   tego,   nie   zawołał   nikogo   na   pomoc.   Jego 

ludzie   mieli   i   tak   dość   do   roboty,   nim   przygotują   się   do   zejścia. 

Usłyszał  metaliczne   kliknięcie   i  bolesne   sapnięcie   Meiera,   gdy   ten 

uderzał   stopami   obciągniętymi   jedynie   skarpetami   w   powierzchnię 

skały, by po chwili odbić się od niej do kolejnego skoku.

Kliknięcie i sapnięcie; i tak kilka razy, i będzie na dole. Stürmer 

trzymał   linę   z   ponurą   zawziętością.   Jego   oddech   zmieniał   się   w 

rzężenie, a ciało zaczął pokrywać pot, mimo nocnego chłodu. Nagle 

naprężenie liny wyraźnie się zmniejszyło.

- Dzięki Bogu - wyszeptał do siebie pułkownik i odprężył się, 

potrząsając rękami, aby przywrócić w nich krążenie krwi.

Teraz   do   przodu   wystąpił   Greul.   Wokół   szyi   zawiesił   buty, 

związane razem sznurówkami.

- Jestem gotów, panie pułkowniku. Jest pan pewien. Że...

- Nawet o tym nie myśl - mruknął Stürmer przez zaciśnięte zęby.

Greul sprawdził pętlę asekuracyjną i bez dalszego słowa zsunął 

się poza półkę skalną.

Wydawało   mu   się,   że   wieki   zsuwał   się   po   stromej   ścianie 

skalnej,   a   Stürmerowi   z   kolei   wydawało   się,   że   już   dłużej   nie 

wytrzyma obciążenia, jakie musiały znosić jego plecy. Już był bliski 

background image

poddania się, gdy lina pozbawiona obciążenia, lekko odskoczyła do 

góry. Greul również był na ziemi.

Stürmer   pochylił   się   osłabiony   w   kierunku   wyraźnie 

zaniepokojonego   Japa.   Oficer   nadal   wyglądał   na   oszołomionego, 

oddychał nieregularnie i widać było wyraźnie, jak drżą mu ręce.

-   Panie   pułkowniku,   niech   pan   z   tego   zrezygnuje.   Niech   pan 

pozwoli, abym ja schodził jako ostatni bez liny asekuracyjnej. Wydaje 

mi się, że dam radę zjechać sam.

Stürmer tępo potrząsnął głową.

- Nie... nie jesteś na tyle doświadczony... ruszaj... teraz!

Ostatnie słowa wydusił przez zęby z rytmicznym sykiem. W jaki 

sposób zdołał utrzymać linę z małym kapralem, pułkownik nigdy nie 

zdołał sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z twarzą bladą jak popiół, 

rozbieganymi chaotycznie oczami, wydętymi policzkami jak balony 

zaporowe, oficer modlił się i modlił, aby tylko nie wypuścić liny. I 

gdy   Jap   wreszcie   się   z   niej   uwolnił,   skacząc   w   dół   ostatnie   kilka 

metrów, wiedział, że jego dowódca jest już u kresu sił. Stürmer opadał 

na   kolana   na   skalisty   grunt,   ze   zwisającymi   bezwładnie   rękami   i 

spuszczoną głową, jakby się o coś błagalnie modlił, nie zważając na 

czas i miejsce.

Po   pewnym   czasie   zdołał   się   pozbierać   i   zaczął   powolne 

schodzenie   do   podstawy   skały.   W   zupełnej   ciemności   i   przy   jego 

wyczerpaniu   zdawało   się   to   samobójstwem,   koszmarem   nocnym. 

Później, gdy ujrzał pozornie czysty uskok, zadrżał i powiedział sobie, 

że tylko wariat ośmieliłby się stawić czoła takiej ścianie po nocy. Ale 

background image

walczył przy zejściu, wisząc nieraz na samych opuszkach palców, z 

pokrwawionymi palcami u stóp, którymi wyszukiwał najmniejszego 

punktu podparcia.

I   wtedy   w   tej   wieczności   nocy   odezwał   się   Greul   miękkim 

głosem:

- Jest pan tylko pięć metrów od ziemi, panie pułkowniku. Niech 

pan skacze, złapiemy pana.

Z odgłosem błogosławionej ulgi, pułkownik puścił się skały i 

poleciał w dół z zamkniętymi oczami, jakby chciał odejść na dobre z 

tego świata pełnego bólu.

Spadł prosto w szeroko rozstawione ramiona Byka Jo.

Znajdowali  się   na  stercie   ubitej   ziemi,   którą   tworzyło   coś  co 

było   pozostałością   ściany   osłonowej   bunkra.   Samo   stanowisko 

dowodzenia  zdawało  się  być  nietknięte.  Stürmer  szybko  ocenił ich 

pozycję,   gdy   przysłuchiwali   się   przytłumionym   dźwiękom,   które 

dochodziły   z   pomieszczenia   poniżej.   Brytyjscy   sztabowcy, 

nieświadomi ich obecności, pracowali pod ich stopami.

-   Co   teraz   robimy,   panie   pułkowniku?   -   spytał   Greul   nieco 

ponaglająco. - Jasne jest, że nie wykopiemy tunelu.

Wskazał palcem na grubą warstwę ziemi.

- Nie.

- To, co? Wejdziemy przez drzwi frontowe? - spytał głupkowato 

Byk Jo.

- Właśnie tak, ale nie dokładnie przez te drzwi.

- Co pan ma na myśli? - spytał szeptem major Greul.

background image

- No, cóż. Wszyscy znamy  te szopy sztabowe. Budują je dla 

zaspokojenia najprostszych wymagań. W okresie zastoju w walkach, 

aby dać ludziom trochę zajęcia, zaczyna się nowe roboty ziemne i w 

końcu powstaje pod ziemią cały labirynt króliczych nor. Tak więc, 

jeśli nie możemy skorzystać z głównego wejścia, na pewno istnieje 

jakieś boczne. Musi takie być.

- I powiem wam, gdzie można je znaleźć - powiedział Jap. - 

Zawsze jakiś pisarczyk z delikatnymi rączkami skraca sobie tamtędy 

drogę, gdy nie chce naokoło latać przez główne wejście do sraczyka. 

A przecież wiemy, gdzie są ich latryny, panie pułkowniku. Zakładam 

się, że szybko znajdziemy boczne wejście.

Jap miał rację. Cichy trzask zapalnego żółtego światełka, które 

rozjaśniło   ciemność   przy   bocznej   ścianie   schronu,   pokazało 

samotnego strażnika, który pilnował niewielkich drzwi.

Stürmer   ruszył   odważnie   w   kierunku   żołnierza,   pogwizdując 

jedyną znaną mu brytyjską melodię - It’s a long way to Tipperary - i 

grzebał przy mundurze, jakby go zapinał po wyjściu z latryny.

- Ucisz się - syknął wartownik. - Nie wiesz do cholery...

- Uważaj na lewo! - krzyknął niespodziewanie Stürmer.

Wartownik   dał   się   nabrać   na   starą   sztuczkę.   Zaalarmowany, 

szybko obrócił się we wskazanym kierunku. Tymczasem z ciemności 

po prawej stronie wyłonił się Byk Jo. Potężnym uderzeniem pięści w 

nasadę karku, tuż pod hełmem, powalił na ziemię Brytyjczyka. Ten 

nawet nie wydał dźwięku, padając na ziemię. Sierżant odciągnął na 

bok bezwładne ciało. Jeszcze dalej w cień przenieśli je major Greul i 

background image

Jap. Droga do schronu stała otworem.

Tunel   przed   nimi,   wycięty   w   nagiej   skale,   z   wyciosaną   w 

gruncie klatką schodową - był pusty i oświetlony jedynie światłem 

nagich   żarówek,   podwieszonych   pod   sufitem.   Jednak   w   tej   pustce 

tunelu było coś groźnego. Stürmer nadal wierzył w ich szansę lecz z 

trudem walczył z pragnieniem, aby odwrócić się i uciec. Zamiast tego 

mocniej zacisnął dłonie na pistolecie maszynowym i zrobił krok do 

przodu, pociągając za sobą resztę ludzi.

W   lewej   ścianie   skalnej   znajdowało   się   wejście,   zasłonięte 

zawieszonym   kocem.   Stürmer   szybko   skinął   głową   w   kierunku 

Greula.   Ten   błyskawicznie   odsunął   zasłonę   na   bok,   a   pułkownik 

wskoczył do środka z gotowym do strzału schmeisserem.

Jednak ludzie, którzy znajdowali się w środku, nie stanowili dla 

napastników   żadnego   zagrożenia.   Byli   martwi.   Leżeli   w   równych 

rzędach, sztywni, nieruchomi, patrzący w sufit. Jakby zmarli gdzieś na 

jakiejś defiladzie, a nie na polu walki.

- Muszą gdzieś mieć porządną kostnicę, prawda? - wyszeptał 

obojętnie Greul.

Przecisnęli   się   bardziej   na   lewo.   Z   następnej   sali   dochodziło 

donośne   chrapanie   rannych,   nadal   oszołomionych   środkami 

przeciwbólowymi.   Skinieniem   ręki   Stürmer   pokazał,   że   powinni 

kierować się bardziej na prawo, oceniając, że dowódca Anglików nie 

chciał mieć pokoju operacyjnego, zaraz obok punktu opatrunkowego i 

kostnicy.

Ruszyli korytarzem w kierunku kolejnego wejścia zasłoniętego 

background image

kocem.   Dochodził   zza   niego   stłumiony   hałas   rozmowy.   Ponownie 

Stürmer ustawił się tak, aby móc łatwo strzelać i pokazał majorowi, 

aby przygotował się od odsłonięcia kurtyny.

-   Teraz!   -   rzucił   krótko   i   wskoczył   do   środka   z   pistoletem 

maszynowym, gotowym do strzału.

Oficer, straszy człowiek o siwych włosach, padł na kolana, gdy 

na jego piersi pojawił się równiutki rząd czerwonych dziur po kulach. 

Drugiego oficera siła uderzenia pocisków odrzuciła na skalną ścianę, 

na której jego pokryte krwią dłonie zostawiły ciemną smugę. Trzeci z 

nich dostał postrzał prosto w twarz i pocisk kalibru 9 mm zamienił ją 

z tej odległości w krwawą miazgę. Nagle wszystko zamieniło się w 

paniczny chaos: rozkazy, komendy, krzyki wściekłości i strachu, i huk 

wystrzałów.

Po   korytarzu   biegło   kilku   Brytyjczyków   ubranych   jedynie   w 

bieliznę. Greul powalił ich na ziemię jedną długą serią. Coraz więcej 

ludzi, zatrzymując się w poślizgu padało na ziemię, gdy dostali się 

pod lufę schmeisserów. Nagle coś z ogromną siłą uderzyło w rękę 

Stürmera.   Aż   jęknął   z   bólu   i   pistolet   maszynowy   wypadł   z 

pozbawionych   czucia   dłoni.   Jakaś   postać   w   mundurze   khaki 

przeskoczyła   ponad   ciałem   zabitego   siwowłosego   oficera.   Anglik 

trzymał   w   dłoni   wielki   rewolwer   przywiązany   do   szyi   białą   linką 

zabezpieczającą. Uniósł go do oka. Z tej odległości nie mógł chybić. 

Stürmer widział każdy szczegół jego purpurowej, gniewnej twarzy, 

łącznie z wągrami wokół oczu, gdy zaczął naciskać na spust.

Pułkownik   rzucił   się   do   przodu   jak   wystrzelony   w   katapulty. 

background image

Całym ciężarem ciała zwalił się na Anglika. Z całej siły walnął go w 

splot   słoneczny.   Rewolwer   Anglika   podskoczył   w   górę.   Pocisk 

uderzył w sufit, nie czyniąc żadnej szkody i oficer padł na ziemię.

Chwilę potem toczyli się obaj po zapylonej podłodze, zwarci w 

walce o przetrwanie, próbując dostać rękami do gardła przeciwnika, 

podczas gdy reszta oficerów sztabowych i ordynansów, niemal bez 

strachu   poświęcając   swoje   życie,   przełamywała   opór   Niemców.   I 

wtedy   ciężka   kolba,   okuta   mosiądzem   uderzyła   w   tył   głowy 

pułkownika Stürmera i nim ciemna fala niemocy ogarnęła go, zdał 

sobie   sprawę,   że   chcieli   dokonać   niemożliwego.   Przegrali.   Byli   w 

rękach Brytyjczyków.

background image

Rozdział 10

Stürmer   odzyskał   przytomność   i   otworzył   oczy,   słysząc 

pierwsze słowa wypowiedziane po angielsku.

-   Ależ,   mój   Boże,   pułkowniku   Tilney,   to   jest   prawdziwy 

pułkownik.   Muszą   być   bardzo   pewni   siebie,   skoro   na   takie 

samobójcze misje wysyłają takich oficerów.

Stürmer poruszył głową i jęknął. Fala piekącego bólu przewaliła 

się przez jego czaszkę i zaraz zamknął oczy, gdyż mówiący te słowa 

oficer pochylił się nad nim.

- Mówisz po angielsku? - spytał natarczywie.

-   Gdzie   moi   ludzie?   -   Stürmer   zadał   szorstko   swoje   pytanie, 

otwierając ponownie oczy, by spojrzeć na nieznane twarze, które go 

otaczały.

- Są naszymi jeńcami. Z nimi wszystko w porządku - powiedział 

nieznajomy oficer tonem pełnym wyższości.

Stürmer od razu założył, że to oficer wywiadu.

- Dziękuję - powiedział. - Czy mogę się napić trochę wody?

Młody oficer z nieogoloną twarzą i zakrwawionym bandażem 

owiniętym   wokół   głowy,   podniósł   dzbanek   z   wodą   i   nalał   ją   do 

obtłuczonego z emalii metalowego kubka, który podał jeńcowi.

Stürmer   zyskiwał   na   czasie.   Pierwsze   uwagi   zgromadzonych 

oficerów   nasunęły   mu   pewien   pomysł.   Fakt,   że   w   taką   akcję 

zaangażowany był pułkownik, ukazywała im naocznie, że niemieckie 

background image

dowództwo   było   zupełnie   przekonane,   że   Brytyjczycy   byli   prawie 

pokonani, dlatego pozwoliło sobie na tak samobójczą misję, aby tylko 

przyspieszyć nieuniknioną klęskę wrogów.

Ludzie   stojący   wokół   niego   wyglądali,   jakby   byli   u   kresu 

wytrzymałości. Potrzeba było tylko odpowiedniego zwrotu czy nawet 

słowa, aby pokazać im wyraźną granicę między ponowną nadzieją a 

czarną   desperacją.   Stürmer   wypił   wodę   z   kubka   i   oddając   go 

adiutantowi,   stwierdził,   ze   byłby   w   stanie   przeciągnąć   tych   trzech 

oficerów przez tę granicę.

Rozmawiali  do późnej nocy.  Stürmer  nigdy  nie  zdawał  sobie 

sprawy, ile zapamiętał z lekcji angielskiego w szkole i wypraw do 

Indii.   Pracował   bez   ustanku   nad   trzema   angielskimi   oficerami, 

wmawiając im wierutne kłamstwa na temat wielkości sił niemieckich 

na   wyspie   i   nędznym   stanie   rozproszonych   i   odizolowanych 

oddziałów brytyjskich Tilneya.

Przez   pierwsze   godziny   brytyjski   dowódca   odrzucał   wszelkie 

argumenty, mrucząc  pod nosem „bzdury” i „zupełnie  niemożliwe”. 

Jednak Stürmer nadal pracował nad nim, wiedząc, że Tilney w któryś 

momencie musi się złamać.

Około   piątej   nad   ranem   nowa   grupa   rannych   została 

przeprowadzona obok pokoju sztabowego.

-   Budzą   współczucie   swoim  cierpieniem,   panie   pułkowniku   - 

powiedział niechlujnie ubrany lekarz jakby od niechcenia.

Tilney rozpoznał jednego ze swych dowódców kompanii - z jego 

prawej nogi ciekła struga krwi, całe udo miał poszarpane odłamkami 

background image

pocisku.

- Mój Boże - szepnął, wstrząśnięty tym wszystkim - urządzili 

nam rzeźnię!

Stürmer już wiedział, że brytyjski pułkownik zaczął go słuchać. 

Tilney był zbyt delikatny psychicznie jak na dowódcę, a to fatalna 

słabość dla żołnierza. Sam też nieraz odczuł taką słabość i stąd znał ją 

dobrze; w bitwie ktoś musi zamknąć oczy na cierpienia innych, jeśli 

chce uniknąć sparaliżowania umysłu przez współczucie.

- Pułkowniku - krzyknął ponaglająco - dlaczego ciągniemy dalej 

tę krwawą zabawę? Dzielnie walczyłeś z przeciwnościami losu. Do tej 

pory zrobiłeś wszystko, co było w twojej mocy. Ale jeśli będziesz 

kontynuować... - machnął wymownie ręką, jakby chciał pokazać, że 

dżentelmenowi nie trzeba więcej mówić.

- Co pan ma na myśli - spytał Brytyjczyk ostro.

- Jeśli będzie pan kontynuował walkę to rezultat i tak pozostanie 

ten sam. To my wygramy. Ale pan poświęci swoich ludzi na darmo. 

Skazuje pan ich na niepotrzebną śmierć. Będą pana potem nazywać 

rzeźnikiem   z   góry   Meraviglia   -   dalej   Stürmer   nie   chciał   mówić, 

czekając aż jego słowa zrobią wrażenie na brytyjskim oficerze.

Poszarzała twarz Tilneya pokazywała, jak walczą w nim w tej 

chwili emocje; troska o ludzi, urażona duma, przygnębienie, nadzieja 

na cud i świadomość, że cała jego kariera wojskowa legnie w gruzach, 

jeśli   podda   się   wrogowi.   A   to   był   rok   zwycięstw   na   Środkowym 

Wschodzie. Premier Churchill może być bezlitosny dla dowódców, 

którzy zawiedliby w 1943 roku, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że 

background image

poddanie   Leros   będzie   oznaczać   koniec   nadziei   na   przeciągnięcie 

Turcji na stronę aliantów.

Nagle zwiesił ramiona, jakby nie był w stanie dalej dźwigać tego 

nadmiaru odpowiedzialności.

- W porządku, wygrał pan - powiedział słabym głosem.

- Ależ, panie pułkowniku - zaprotestował jego adiutant, jednak 

oficer wywiadu uciszył go jednym znaczącym spojrzeniem. - Co chce 

pan, abym zrobił?

Zdawało się, że pułkownikowi sporo czasu zajęło przygotowanie 

odpowiedzi na to pytanie. Ale gdy już zaczął mówić, jego słowa były 

suche, precyzyjne i kompletnie pozbawione emocji.

- Niech pan skontaktuje się z generałem Muellerem. Proszę mu 

powiedzieć, że przygotowuje się do negocjacji w sprawie poddania 

Leros...

*

Poniżej trwały niekończące się negocjacje w spawie kapitulacji 

brytyjskiego   garnizonu.   Ale   pułkownik   Stürmer   już   się   nimi   nie 

interesował; czuł się wypalony z wszelkich emocji i nieskończenie 

wyczerpany.   Siedział   na   dachu   bunkra,   w   którym   przebiegały 

rokowania,   nie   zwracał   uwagi   nawet   na   własnych   ludzi   i 

spadochroniarzy, którzy przechodzili przez pozycje brytyjskie i nadal 

traktowali uzbrojonych przeciwników z należytym szacunkiem.

Stürmer   miał   przed   oczami   jedynie   scenerię   śmierci   i 

zniszczenia, która ciągnęła się tak daleko, jak mógł sięgnąć wzrokiem. 

Rozerwane   na   kawałki,   czarne   od   dymu,   spalone   ciężarówki, 

background image

zniszczony   transporter   opancerzony,   karabiny   z   lufami   wbitymi   w 

ziemię, z zawieszonymi na ich kolbach hełmami - oznaczenia miejsca 

pochówku   zabitych   żołnierzy,   i   wszystko   splatane   zwojami   drutu 

kolczastego na których wisiały ciała ofiar nocnych walk, jak kłęby 

podartych szmat.

-   Stürmer   -   głos   generała   Muellera   wyrwał   go   z   zadumy 

Pułkownik niechętnie  stanął na nogach i ze znużeniem spojrzał na 

twarz generała, którego oczy jaśniały triumfem.

- Oni się poddają, Stürmer! - krzyczał rozradowany. - Leros jest 

nasze   i   to   dzięki   tobie   i   twoim   ludziom.   Czy   rozumiesz   to 

pułkowniku? Leros jest znowu niemieckie!

- Tak, rozumiem, generale.

Nie   salutując   nawet   na   pożegnanie   Stürmer   zaczął   schodzić 

chwiejnym krokiem po stromym nasypie ściany schronu jak pijany. 

To był już koniec.

background image

Envoi

Sznur   ociężałych   ludzi   w   mundurach   khaki   schodził   pylistą 

drogą w kierunku czekających na nich łodzi. Przygnębieni brytyjscy 

jeńcy   wojenni   mieli   być   przewiezieni   z   Leros   do   kontynentalnej 

Grecji  i resztę  wojny  spędzić   za  drutami  kolczastymi.  Prawie   pięć 

tysięcy   oficerów   i   żołnierzy   stało   się   ofiarami   złego   planowania, 

nadmiernej pewności siebie i nieudanych kombinacji politycznych.

Baron   von   Waldstein,   bez   wyraźniejszych   śladów   emocji   na 

twarzy,   prychnął   nosem,   czując   smród,   jaki   się   roznosił,   gdy 

powłócząc nogami weszli do nadbrzeżnej tawerny. Uniósł kieliszek z 

lodowato zimnym ouzo i wypił szybko jego zawartość.

Pułkownik   Stürmer   oparł   się   plecami   o   ścianę   gospody.   Tak 

naprawdę traktował pokonanych ludzi nie jak wrogów tylko jak żywe 

istoty,   tak   jak   on   sam,   skazanych   przez   gorzki   los.   Potem   spytał 

łagodnym tonem:

- Co się dzieje, majorze? Nie znosi pan smrodu?

Baron wzruszył ramionami.

- Jest trochę za mocny, pułkowniku. Ale brytyjscy chłopcy nie 

mieli czasu na kąpiel przez kilka ostatnich dni, jak przypuszczam.

- Lepiej niech zacznie się pan do niego przyzwyczajać, baronie - 

powiedział powoli Stürmer. - To zapach porażki. My też będziemy tak 

pachnieć w nadchodzących miesiącach.

Baron von Waldstein, którego prawa ręka powieszona była na 

background image

temblaku,   a   twarz   pokazywała   zmęczenie   napięciem   nerwowym 

ostatnich dni, spojrzał na wysokiego rozmówcę.

- Coś nie tak, Stürmer?

- Nie za dobrze. Mueller powiedział mi  niedawno, że alianci 

przedarli się przez góry.

- We Włoszech?

- Tak - odpowiedział Stürmer głuchym głosem, a jego myśli już 

wybiegały ku nowym problemom.

- Zaryzykuję stwierdzenie,  że was tam wysyłają - powiedział 

ostrożnie baron. - Do miejsca zwanego Cassino. Monte Cassino.

- Tak. Naturalnie jest to kluczowa pozycja dla całego włoskiego 

frontu - oznajmił Stürmer, wypił ostatni kieliszek ouzo i szykował się 

do wyjścia. Major Greul już dawał mu sygnały z pokładu ścigacza 

kapitana Doerra. - Dlaczego pan pyta, baronie?

Baron von Waldstein uśmiechnął się lekko.

- Dostałem dziś rano telegram od generała Studenta. Ja i moi 

ludzie mamy  się udać do Grecji po uzupełnienia  i wzmocnienia,  a 

potem mają nas wysłać do Włoch. A żeby być dokładnym na Monte 

Cassino.

- I tam się pewnie znowu spotkamy - wyciągnął lewą rękę na 

pożegnanie.

- Lewa idzie od serca, majorze.

Ostatnie słowa wypowiedział bardzo ciepłym tonem.

- Tak mówią - baron uścisnął mocno dłoń Stürmera.

- Tak, jeszcze się spotkamy. Do widzenia, pułkowniku.

background image

- Do widzenia, panie baronie.

Bez dalszych słów pułkownik Stürmer odwrócił się na pięcie i 

celowo sztywnym krokiem ruszył w kierunku łodzi.

- W porządku, Doerr - powiedział wkraczając na jej pokład. - 

Odpływamy.

Kapitan   szybko   wydał  niezbędne   rozkazy.   Zahuczały   potężne 

silniki   diesla.   Zostawiając   za   sobą   długą,   białą   smugę   spienionej 

wody, ścigacz wypłynął z małej zatoki.

Sierżant Meier, obwieszony zrabowanymi brytyjskimi aparatami 

fotograficznymi,   pospiesznie   chwycił   się   relingu,   aby   utrzymać 

równowagę.  Przytknął  butelkę   z   angielską   whisky   do  ust,   ale   jego 

twarz   nagle   zrobiła   się   sino-zielona.   Szybko   połknął   olbrzymi   łyk 

trunku, którego część wylała się na jego nieogolony policzek.

- Jap - jęknął - czuję, że za chwilę będę rzygać!

Jap chwycił zręcznie butelkę, nim rozbiła się o kołyszący się 

pokład.

- Duma Korpusu Alpejskiego, jesteście załatwieni! - powiedział 

z pogardliwą drwiną, gdy ścigacz torpedowy wyrwał się na otwarte 

morze i gdy jego żołądek zaczął groźnie burczeć.

Mały   kapral   wziął   spory   łyk   zrabowanej   whisky   i 

przygotowywał się na długą podróż, która go czekała.

Niewielka wyspa za jego plecami, na której było tyle śmierci i 

przerażenia   przez   ostatnie   dni,   zaczęła   się   robić   jeszcze   mniejsza. 

Pułkownik Stürmer, który stał obok kapitana Doerra, czuł jak słona 

bryza owiewa mu twarz. Nie patrzył za siebie. Chciał zapomnieć o 

background image

Leros   i   o   tym,   co   się   na   niej   działo.   Chciał   zebrać   myśli   wokół 

odległych   Himalajów,   ich   błyszczących   bielą   wyzywających 

szczytów, które pragnął zdobyć.

Gdy wreszcie Leros zniknęła za horyzontem, Stürmer popatrzył 

na błyszczącą powierzchnię otwartego morza, jakby już widział, co go 

czeka w odległej, tajemniczej przyszłości - jeszcze więcej śmierci i 

zniszczenia.

Grupa Szturmowa Edelweiss ponownie wyruszała na wojnę!


Document Outline