background image

 

Jerzy Waldorff 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Słowo o Kisielu 

 
 
 
 
 

background image

 

 

 
Stefan Kisielewski zmarł 27 września 1991 r. w Warszawie, w kilka miesięcy po  
swej żonie Lidii. I chwała Bogu, że nie doczekał gwałtownego rozkładu naszego organizmu  
państwowego, jaki zaczął się tuż po uroczystym pogrzebie Kisiela, trwa dotąd i  
nie wiadomo, czym się skończy. Współczesny Kantowi filozof niemiecki Ernest  
Moritz Arndt, pisząc o Polakach, dziwił się: "Dlaczego Bóg  
stworzył narody, które wiecznie są niepełnoletnie?" 
Ja się nie dziwię, nie wstydzę, że do narodu polskiego należę, a tylko  
współczuję mu, przepatrując wstecz jego losy - państwa o najgorszym w Europie położeniu 
geopolitycznym, otoczonego kręgiem wrogów potężnych i podstępnych w chytrym a 
zgodnym współdziałaniu na naszą zgubę. Zacząć wypadnie od korekty przyjętej w historii 
daty zlikwidowania polskiej suwerenności, wymazania na bardzo długo Polski z mapy 
Europy. 
Przyjmuje się w tym względzie rok 1795, wywiezienia ostatniego króla naszego w  
kibitce, pod obstawą jegrów carycy Katarzyny, na zesłanie do Grodna, gdzie na więźniu  
politycznym wymuszono podpisanie abdykacji. Tyle w teorii, w praktyce zaś Państwo Polskie 
utraciło niepodległość roku 1696  
- śmierci ostatniego swego władcy suwerennego Jana III Sobieskiego, co zbiegło  
się (różnica niewielu lat) z dojściem do samodzierżawia Piotra I, cara Rosji nazwanego 
Wielkim, i klęską armii szwedzkiej Karola XI pod Połtawą w roku 1709. Wynikiem 
ubocznym tej przegranej było wygnanie z Polski ostatniego legalnie obranego króla, 
Stanisława Leszczyńskiego, po czym - na rozkaz cara - krajem w sposób kontrolowany jęli 
"rządzić" sascy Wettyni - August II Mocny, po nim August III i to był prawdziwy "finis 
Poloniae", a nie teatralny okrzyk wydany jakoby przez Kościuszkę z rannej piersi, po  
klęsce maciejowickiej. 
Nadszedł wiek XIX, wiek kształtowania się różnymi trudnymi skokami i sposobami  
demokracji tudzież parlamentaryzmu w zachodniej Europie. O wiele wcześniej te sprawy 
ujęły w swoje dłonie spokojnie bogacące się kupiectwo i czuwające nad utrwalaniem 
mądrych tradycji ziemiaństwo w Anglii. Tak formowane życie nie zostawało bez wpływu 
nawet na tamtejszą muzykę.  
Wielka Brytania wybitnych kompozytorów miała wprawdzie tylko dwóch: Purcella (XVII w.) 
i nam rówieśnego Beniamina Brittena, z konieczności adoptując niejako wielkich Niemców - 
Haendla i Jana Christiana Bacha (stąd zwanego "londyńskim", choć rodził się w Lipsku z 
Jana Sebastiana). 
Ubóstwo talentów twórczych zastępowano przecież muzykowaniem, zwłaszcza kameralnym,  
tak modnym i godnym szacunku, że w XVII wieku pewien londyński handlarz węglem  
zdobył sobie renomę do tyla wybitnego kameralisty, że wysocy arystokraci ubiegali się o  
zaszczyt grania w zespole kwartetowym prowadzonym przez węglarza. 
Co tymczasem działo się w Warszawie, w której stan wojenny ogłoszony w 1862 roku  
trwał - z rozmaitym nasileniem - aż do roku 1915! Po mieszkaniach prywatnych zbierano  
się nie gwoli muzyki, lecz konspiracji. Zamiast muzyki - raczej poezja: zakazane wiersze  
patriotyczne, przede wszystkim Mickiewicza, ale także pomniejszych rymotwórców 
narodowych. Działanie na przekór wszelkiej władzy tak głęboko weszło w krew i obyczaje 
narodu, że kiedy - doprawdy cudem boskim! - odzyskaliśmy niepodległość i uwielbiany 
początkowo przez społeczeństwo Naczelnik, Józef Piłsudski, chciał wprowadzić w ojczyźnie 

background image

 

demokrację opartą na władzy Parlamentu, zbieranina posłów i senatorów wzięła się 
natychmiast do działań tak niebezpiecznie rozsadzających kraj anarchią, że Marszałekw ma˝ 
ju 1926 r. musiał sięgnąć po dyktaturę.  
Wtedy ogromnie się na to sierdzono, aliści z perspektywy czasu widać, że gdyby nie owa 
dyktatura, cieszylibyśmy się niepodległością pewno kilka lat, a nie blisko dwadzieścia. Dzięki 
tym dwudziestu wolnym latom międzywojnia rozdarty zaborami naród polski umiał  
zjednoczyć się w całość tak twardą i świadomą swego miejsca w Europie, że mimo 
wszystkich morderczych wysiłków hitleryzmu, stalinizmu sowieckiego, a później jeszcze 
własnego - kolejne blisko półwiecze niewoli potrafiliśmy wytrzymać nie załamani, pod 
jednoczącym hasłem "Solidarności". 
Niestety! Duchy osiemnastowiecznych warchołów jęły wkrótce - jedne za drugimi - wstawać  
z przeklętych mogił, aby znów wpędzić kraj w nieuleczalną (oby to było złe proroctwo!) 
anarchię.  
Likwidację komunizmu i cenzury, osłabienie armii i policji zaczęły wykorzystywać  
różne spod najciemniejszych gwiazd "oszołomy", żeby mącić w polskich mózgach i 
namawiać masy do czynów kwalifikujących się jako zdrada stanu. Aliści tym razem nie stało 
indywidualności równie potężnej jak Marszałek, żeby warchołów rozegnać i ująć władzę w 
mocne ręce. 
Znalazł się więc i taki, co mógł bezkarnie stawić sobie za cel opluwanie  
czołowych obywateli  
Państwa, m.in. pisząc o Stefanie Kisielewskim, że był marnym literatem, kiepskim  
felietonistą i mało  
co wartym kompozytorem. Z drugiej jednak strony, kiedy syn mego zmarłego  
przyjaciela - Jerzy Ki˝ 
sielewski zwrócił się do mnie z prośbą o napisanie wstępu do nowego wydania  
książki ojca "Gwiaz˝ 
dozbiór muzyczny", zorientowałem się ze wzruszeniem, że mam w ręku jej  
egzemplarz zaiste niezwy˝ 
kły, bo przysłany Kisielowi z więzienia w Białołęce, gdzie jeszcze w sierpniu  
1982 siedzieli interno˝ 
wani w związku ze stanem wojennym. 
Na stronie tytułowej trzy różne pieczęcie "Solidarności" z nadrukiem  
"Białołęka", na odwrocie  
zaś krótki tekst: "Kisielowi, który jak zwykle podtrzymuje nas na duchu, który  
wbrew swemu wro˝ 
dzonemu pesymizmowi jest optymistą - Internowani w Białołęce, 28 sierpnia, w  
zmniejszonym skła˝ 
dzie, bo po wywózce" - i tu złożono 15 podpisów. 
Jakiż więc był naprawdę Stefan Kisielewski? Ile znaczył od roku 1945 aż do  
swojej śmierci?...  
Jego książka o kilkunastu kompozytorach miała dotąd cztery wydania, między 1956  
i 1982 r. To szy˝ 
kowano jako piąte, choć wcale nie stanowiła szczytowego osiągnięcia pióra  
Kisiela. Ot... Napisany  
z potrzebnym balastem wiedzy, jeden z kilku jego podręczników muzycznych,  
przeznaczonych dla ra˝ 
czej wyrobionego czytelnika. Zresztą nie we wszystkim mógłbym autorowi  
przyklasnąć. Sądzę - na  
ten przykład że grubo przecenił wartości muzyczne bliskiego sercom naszym  
Moniuszki, nie docenił  

background image

 

za to potęgi oceanu muzyki Ryszarda Wagnera (jakkolwiek w pisanych własną ręką  
tekstach do niej  
Wagner był niewątpliwie okazem pozbawionego umiaru grafomana). 
Miła przecie lektura, rekomendacji nie wymaga. Stawiałem więc sobie cel  
ważniejszy. Opisanie  
Kisiela z najbliższej odległości, boć zmarł ledwo parę lat temu, więc do dziś  
mam w oczach każdą  
zmarszczkę na jego twarzy Dyla Sowizdrzała, w lekko drwiący sposób  
uśmiechniętego nieprzerwanie;  
widzę jego bladą cerę, bladoniebieskie oczy pod rudawymi włosami nad wysokim  
czołem. Nie tyle  
chodził, ile żwawo podrygiwał na płaskich stopach, które z czasem opancerzył  
specjalnie zamówio˝ 
nymi ortopedycznymi butami. Był szczupły, z wiekiem lekko przygarbiony, a  
kiedyśmy się spotykali  
dosyć rzadko, chociaż dzieliła nas odległość jednej tylko ulicy, nie witał się  
ze mną, lecz od razu za˝ 
czynał mówić tak, jak gdyby od połowy zdania, które przerwał przed chwilą. O  
żadną tam elegancję  
niedbał ani trochę! Wszystko na nim było jakoś poprzekręcane, choć schludne, o  
co dbała Lidia. Idąc,  
ręce trzymał w kieszeniach albo może tylko miał je zwisające. W każdym razie nie  
pamiętam, żeby  
nimi machał do taktu kroków. Raczej w dyskusji gestykulował dłońmi gwoli  
podkreślenia tego, co  
mówił. 
Zacząłem od tak szczegółowego przedstawienia jego zewnętrzności, bo im dalej od  
czyjejś  
śmierci, tym snadniej myśl fasonuje postaci wspominanych osób, jak żeby to były  
figury ugniatane  
z wosku przez mijający czas. Sam łapię się na tym coraz wstydliwiej, imem  
bardziej leciwy, że moja  
pamięć trwała i opierająca się dotąd sklerozie, zaczyna kłamać, przeinaczać  
nawet fakty i wypowiedzi  
zmarłych przyjaciół. 
Cóż dopiero z monografami z drugiej ręki! W ich relacjach sławni ludzie  
obrastają coraz grub˝ 
szą warstwą legend, nie zawsze ładnych, jak bywa zielony mech na twardo-burej  
korze wiekowych  
drzew, ale też się zdarza, iż ta warstwa nieświadomych przekłamań podobniejsza  
jest do obmierzłych  
liszai, które nie dają się odkleić od rdzenia prawdy, jak te, co skaziły chyba  
na zawsze życiorys Stanis˝ 
ława Brzozowskiego, pobożne wysiłki zaś Władysława Mickiewicza, aby zniszczyć  
wszystkie doku˝ 
menty, jakie mogłyby przyćmić niebiańską biel, nieskazitelną aurę otaczającą  
postać jego wielkiego  
ojca Adama, także nie uchroniły jej przed wścibstwem Boya Żeleńskiego, który po  
wieku z górą od  
sprośnych wydarzeń, odkrył Adamową kochankę, przecherną Xawerę Dejbel. 

background image

 

Zresztą wszystko w porządku: późni komentatorzy też muszą z czegoś żyć, łowiąc z  
przeszłoś˝ 
ci smakowite sensacje. 
Wracajmy do Stefana Kisielewskiego! Jego skłonność do pióra miała poniekąd  
charakter obcią˝ 
żenia dziedzicznego, po ojcu i stryju, pochodzących z Rzeszowa. 
Ojciec Zygmunt (1882-1942) za młodu pepeesowiec, później legionista, co ruszył  
śladami Pił˝ 
sudskiego, był autorem kilku tomów prozy, długoletnim wiceprezesem Związku  
Zawodowego Litera˝ 
tów Polskich, a w dodatku od roku 1928 do 1939 redaktorem działu literackiego  
Polskiego Radia, co  
dało mu w 1938 Złoty Wawrzyn, przyznany przez Akademię Literatury. A zmarł na  
serce u lekarza,  
do którego poszedł zbadać się, bo tego okupacyjnego dnia poczuł się jakoś  
szczególnie źle. 
Stryjem Stefana był słynny pisarz młodopolski, Jan August Kisielewski,  
współzałożyciel w Kra˝ 
kowie i pierwszy konferansjer "Zielonego Balonika", a nieco wcześniej Muza  
Literatury wpuściła go  
do łóżka na jedną tylko noc tak podniecającą, że Jan August dwukrotnie doszedł  
do granic orgazmu,  
czego wynikiem było powicie przez Muzę bliźniąt: w roku 1899 zrodzonych dwóch  
znakomitych,  
wtedy uznanych za arcydzieła sztuk teatralnych: "W sieci" i "Karykatury". Potem  
ten August zwario˝ 
wał, popadł w manię wielkości, już nic więcej znaczącego nie napisał. Zmarł w  
Warszawie w 1918  
roku, kilkuletni zaś wówczas Kisiel zapamiętał tylko, i sam mi o tym opowiadał,  
jak spotkał szalonego  
stryja na ulicy i zobaczył po kołnierzu jego palta spacerującą ogromną wesz. 
Ja ze Stefanem poznałem się gdzieś w połowie lat trzydziestych, gdy po studiach  
poznańskich,  
śmierci ojca i ukończeniu podchorążówki kawalerii w Grudziądzu znalazłem się z  
matką w Warsza˝ 
wie. Ucieszona była tą zmianą, bo nie znosiła i wsi, i Poznania, a ja zaraz  
jąłem wkręcać się w war˝ 
szawskie środowisko artystyczne. To były - jakże odległe! - czasy, gdym zawierał  
przyjaźnie z Gał˝ 
czyńskimi (przyp. 1), Zygmuntem Mycielskim (przyp. 2), który wciągnął mnie w  
krąg młodej arysto˝ 
kracji współprowadzącej tygodnik "Polityka". Szefem pisma był Jerzy Giedroyć  
(przyp. 3) - wtedy  
początkujący redaktor, dzisiaj posępny starzec spowity legendą paryskiej  
"Kultury", a srodze markot˝ 
ny, że Polska wprawdzie odzyskała niepodległość, ale nie taką, jaką on sobie  
marzył przez długie  
dziesiątki lat emigracji. Antoni Sobański (przyp. 4), Jan Tarnowski (przyp. 5),  
Xawery Pruszyński  
(przyp. 6). Wszyscy dziś już po tamtej stronie, w coraz bardziej szarej mgle  

background image

 

wspomnień. 
My zaś z Kisielem, na balu w Konserwatorium Warszawskim, po którego dawnym  
gmachu też  
śladu nie ma, łykaliśmy wczesne kieliszki wódki, a także wprawialiśmy się  
niezdarnie w pierwsze  
podmacywanie koleżanek, wywijając modne wówczas fokstroty, tanga i walce.  
Pamiętam jakąś awan˝ 
turę Stefana z porywczym Kazimierzem Serockim (przyp. 7), a potem była dłuższa  
przerwa: Kisiel  
zdobył w 1937 roku dyplom z kompozycji u Sikorskiego (przyp. 8) i fortepianu u  
Lefelda (przyp. 9),  
za czym wyjechał na rok z górą do Paryża, gdzie wraz z innymi młodymi muzykami  
polskimi studio˝ 
wał u wielkiego pedagoga epoki: Nadii Boulanger, przez pamięć może dla matki  
Rosjanki szczególnie  
troskliwie opiekującej się słowiańską młodzieżą znad Wisły. 
Podejrzewam również, że Stefan w Warszawie chodzący na wykłady filozofii  
prowadzone przez  
Tatarkiewicza musiał zetknąć się w Paryżu z równie modnym podówczas filozofem  
Julianem Bendą,  
autorem pracy "La trahison des clercs", w której stworzył i ściśle zdefiniował  
pojęcie klerka intelektu˝ 
alisty absolutnie niezależnego, niezaangażowanego uczuciowo w żadne spory  
ideowe, żeby mógł na  
zimno, jak chirurg nad anatomicznym stołem, analizować zjawiska świata. 
Wiele lat później, gdy Kisiel oficjalnie wybrał sobie za patrona Karola  
Irzykowskiego, powtarzał  
mi, że pisarzowi nie wolno dać się porwać rzece życia. Winien stać na jej  
brzegu, mając twardą ziemię  
pod stopami, aby mógł w spokoju obserwować raz bardziej, raz mniej burzliwe wody  
i poddawać ich  
wiry beznamiętnej ocenie. 
Nie pamiętam dokładnie, jak doszło do zacieśnienia naszej trwałej później aż po  
zgon przyjaźni.  
Ja formalnie byłem aplikantem adwokackim w kancelarii profesora prawa rzymskiego  
na Uniwersyte˝ 
cie Warszawskim - dr. Kozubskiego, pod okupacją współtwórcy tajnych kursów  
uniwersyteckich,  
o czym nic nie wiedziałem. Kisiel oficjalnie akompaniował na fortepianie do  
ćwiczeń gimnastycznych  
w szkole niejakiego Szelestowskiego, na wysokim piętrze bodaj hotelu "Polonia".  
Naprawdę obaj  
działaliśmy w konspiracji, a tam obowiązywała zasada, że się znało tylko  
bezpośredniego dowódcę  
i możliwie najmniej liczną grupę podwładnych, aby - w razie schwytania w jakiejś  
łapance i tortur  
w Gestapo - mieć jak najmniej do wydania, jeśliby się tortur nie wytrzymało, a  
nikt nie mógł z góry  
przewidzieć, na jakie siły oporu się zdobędzie. Dopiero po wojnie - na przykład  
- dowiedziałem się, że  

background image

 

moim najwyższym szefem w podziemiu muzycznym był profesor Stanisław Lorentz,  
delegat londyńs˝ 
kiego rządu na kraj w sprawach kultury. 
Pamiętam tylko, że gdzieś pośrodku okupacji Stefan poznał w stołówce prowadzonej  
przez  
RGO (przyp. 10) dla literatów przy ulicy Foksal, usługującą jako kelnerka, pannę  
Lidię Hintz i przy˝ 
lgnęli do siebie na zasadzie dopełniających się kontrastów. On nie mógł  
kandydować urodą na donżu˝ 
ana i ona też, ze swą krągłą buzią, a postacią raczej przysadzistą, nie mogła  
być w żadnym razie uzna˝ 
na za piękność, lecz trudno było znaleźć drugą dziewczynę uśmiechniętą w sposób  
podobnie naiwny  
i jednocześnie życzliwy wobec życia, jakkolwiek zaskakiwało. Dlatego gdy on  
wyzłośliwiał się na  
zmianę i wygłupiał, a także nie sposób było odgadnąć, co za chwilę zrobi - ona  
znosiła to wyrozumia˝ 
le, nigdy nie dając wyprowadzić się z równowagi, ot - taki worek po brzegi  
wypełniony dobrocią i pe˝ 
łen zachwytu dla niego, co był workiem po same uszy pełnym inteligencji. Odkąd  
pobrali się, Stefan  
zaczął nazywać Lidię "krową", aleć nie znałem nikogo, kto wymawiałby to słowo z  
równą czułością,  
choć ukrytą za parawanem miłowania szorstkiego, bez żadnych tkliwych wylewów i  
innych demons˝ 
tracji uczuć. 
Taki sam później miał stosunek do trójki dzieci.  
Kiedy pobrali się, dano im mieszkanie w okolicy placu Krasińskich, opuszczone  
przez jedną  
z tych nieszczęsnych żydowskich rodzin, które przegnano i zamknięto murami getta  
w tym samym  
czasie, gdy po drugiej stronie miasta, z kręgu ulic Pięknej, Koszykowej i Alei  
Ujazdowskich wysiedla˝ 
no Polaków, gwoli utworzenia dzielnicy najokazalszej, siedziby dla  
przedstawicieli wyższej "rasy pa˝ 
nów". 
Cóż to było za nędzne mieszkanie, gdzie Kisielów jąłem odwiedzać coraz częściej,  
a zdarzyło  
się i tak, że zjawiłem się tuż po zabawnej katastrofie: Lidia poszła do wc, a  
kiedy rozsiadła się tak, jak  
należy urwała się pod nią podłoga i nieszczęsna zawisła na swym tronie, skąd  
wzywającą pomocy  
trzeba było dopiero ściągać na pewniej twardy próg wygódki. W tym właśnie  
apartamencie przyszedł  
na świat w lutym 1943 roku pierworodny Kisielów - Wacek i stamtąd rozmiotło ich  
Powstanie, bo  
wybuchło w różnych punktach miasta o rozmaitej porze, więc dużo było takich  
rodzin, co na czas nie  
zdążyły się ze sobą połączyć. Lidię z rocznym Wackiem na ręku wpakowali Niemcy  
do pociągu, który  

background image

 

ten transport krnąbrnych Polaków wywiózł w głąb Niemiec, gdy tymczasem walczący  
w jednej z grup  
AK i ranny - na szczęście niezbyt ciężko - Stefan znalazł się w innym  
transporcie wyganianej z miasta  
ludności, z którego uciekł po drodze i ukrył się w jakimś młynie pod  
Skierniewicami bodaj, gdzie za˝ 
rabiał na przeżycie z dnia na dzień, pomagając miejscowym w produkcji pokątnej  
alkoholu, ohydnego,  
zwanego "bimbrem". 
Ja z kolei, innymi całkiem popędzany losami, wydostałem się spod Warszawy, z  
Łomianek,  
gdzie ukryty na strychu jednej willi, spisywałem komunikaty z nasłuchu radiowego  
dla naszych od˝ 
działów próbujących przedostać się do Warszawy z Puszczy Kampinowskiej...  
Odrębna to była histo˝ 
ria, w której ostatecznym wyniku, dzięki poparciu warszawskich przyjaciół,  
zaangażowałem się do  
świeżo instalowanego na Pradze - Polskiego Radia, działając w nim anonimowo, w  
charakterze "kon˝ 
trolera audycji", bez prawa ujawnienia publicznie nazwiska skompromitowanego  
fatalną przeszłością:  
syna obszarnika i w dodatku jednego z autorów prawicowego tygodnika "Prosto z  
mostu". 
Kręciłem się przecież w pobliżu mikrofonów - celu marzeń bardzo wielu rozbitych  
rodzin, które  
apelami przez radio usiłowały odnaleźć się i połączyć. Jednym z arcydługiej  
kolejki takich petentów  
okazał się Stefan Kisielewski, a skorośmy ze wzruszeniem padli sobie w ramiona,  
udało mi się poza  
oficjalnym rejestrem wyjednać dla Kisiela szybki apel radiowy do Lidii, żeby -  
gdziekolwiek jest -  
wracała, bo on na nią czeka. I stał się doprawdy cud: głos słabiutkiej,  
radzieckiej z demobilu radiosta˝ 
cji dotarł w samą głąb Niemiec, ktoś tam apel Lidii powtórzył i ona czym  
prędzej, mając Wacka oca˝ 
lonego na ręku, wróciła do Warszawy! 
Tu kurtyna i całkowita scenerii, tudzież działań aktorów przemiana. 
Nie pomnę, przez kogo i jakimi argumentami do tego nakłonieni Stefanostwo niemal  
bez˝ 
zwłocznie opuszczają gruzy Warszawy, przenoszącsię do Krakowa, skąd po krótkim  
czasie otrzyma˝ 
łem list od Kisiela, abym też zjeżdżał do miasta, dokąd przedwojenny sekretarz  
najznakomitszego  
polskiego (jeszcze i dzisiaj!) tygodnika "Wiadomości Literackie" Marian Eile  
przeprowadził jego re˝ 
dakcję, dając wydawnictwu nazwę "Przekrój", a w tym tygodniku wakuje posada  
redaktora literac˝ 
kiego - bo on, Kisiel - ma inne zamiary, a na jego miejsce Eile gotów jest  
przyjąć mnie. Więc żebym  
nie zwlekał! 

background image

 

Mam ten list zachowany wśród dokumentów-drogowskazów prowadzących mnie przez  
życie.  
Stefan, wierny w tym sobie aż do śmierci, nie dyktował listu ani go pisał na  
maszynie, tylko odręcznie:  
pismem chłopca, którego pilnie uczono kaligrafii, aliści bestia zdolności nie  
miał w tym kierunku żad˝ 
nych, więc przez całe życie pisał atramentem, dziecinnymi kulfonami, jakkolwiek  
w sposób doskonale  
czytelny. 
Redakcja "Przekroju" mieściła się wówczas przy ulicy dawniej Piłsudskiego, teraz  
Manifestu  
Lipcowego, w gmachu drukarni przed wojną urządzonej i będącej własnością  
prasowego potentata  
Mariana Dąbrowskiego, który był na emigracji, przeto władze nie miały żadnego  
kłopotu z odebra˝ 
niem jej złowieszczemu kapitaliście, daniem tytułu "Narodowej", żeby służyła  
ludowi, ku chwale  
przez Sowiety ofiarowanej nam demokracji, na rzecz postępu itd. itp. W tym to  
gmachu na półstrysz˝ 
ku gnieździli się początkowo Kisiele z Wackiem, aliści gdy tylko zjechałem,  
przenieśli się na ulicę  
Krupniczą, do budynku odebranego też jakiemuś kapitaliście (czy nie przypadkiem  
rodzinie malarza  
Mehoffera?), żeby odtąd służył ludziom pióra, służącym ideałom jeszcze nie dość  
wyraźnie skrystali˝ 
zowanej demokracji jako Dom Literatów, czym jest po dziś, mimo tylu wszelakich  
zmian dookoła. 
Pamiętam i to mieszkanie Kisielewskich jeszcze lepiej od pierwszego  
warszawskiego. Staro˝ 
modnie obszerne i wysokie, bez trudu pomieścić mogło zwiększoną rodzinę, bo  
skutkiem radosnego  
odszukania się Stefanostwa po wojennej rozłące było kolejnych dwoje dzieci:  
Krystyna, i po niej,  
w 1951, Jerzyk. Zresztą roiło się zawsze w tym hałaśliwym wnętrzu od rozmaitych  
gości, co wpadali  
nieproszeni, ale pewni życzliwego przyjęcia, choć jawili się w dziwnym zaiste  
pomieszaniu: od hrabi˝ 
ny Starowieyskiej-Morstinowej (przyp. 11) i podszytego arystokracją Jacka  
Woźniakowskiego  
(przyp. 12), aż po różne typy zapite, ale w rozmaity sposób inteligentne i dla  
Stefana ciekawe. 
Utrzymywanie zaś ładu w owym dziwnym domu wzięła na siebie przygarnięta przez  
Kisielów  
siostra Lidii, niziutka wzrostem, lecz energiczna ciocia Hela. Jej zajęciem  
najważniejszym było wy˝ 
chowywanie dzieci, a tu najwięcej kłopotów miała ze Stefanem i ze mną, którzy -  
zwłaszcza po wódce  
- używaliśmy słownictwa raczej koszarowego, co - zdaniem cioci Heli - wpływać  
mogło bardzo nie˝ 
pedagogicznie na dzieci. Postanowiliśmy więc, nie zmieniając sensu wyrazów,  

background image

 

10 

mówić je w obcych ję˝ 
zykach. Zamiast więc: "Job twoju mać" - z angielska: "Dżob your mother",  
zamiast: "Ty ch..." -  
z francuska: "Ty huiżu". Niebawem jednak okazało się to zbyteczne, gdy Wacek ze  
szkoły ludowej  
zaczął do domu znosić słowa takie, że słuchającym uszy puchły, po czym odpadały. 
Podobnie jak my wszyscy, rozpierani energią po wojennym poście piór i w jawnej  
sferze pub˝ 
licznym nieróbstwie, tak i Kisiel od razu zabrał się do wielostronnego  
działania. Już w 1945 roku za˝ 
łożył dwutygodnik "Ruch Muzyczny", którego był naczelnym redaktorem do 1948.  
Jednocześnie zos˝ 
tał profesorem krakowskiej Wyższej Szkoły Muzycznej i od samego powstania  
szczególnie przez spo˝ 
łeczeństwo szanowanego "Tygodnika Powszechnego" - organu Kurii Metropolitalnej  
krakowskiej,  
jego na pół wieku felietonistą. Można byłoby rzec stałym, gdyby nie kilka  
przerw: w roku 1953, gdy  
redakcja nie chciała zamieścić hołdowniczego epitafium po śmierci Stalina i na  
parę lat została ode˝ 
brana Jerzemu Turowiczowi, a przekazana jeszcze sprzed wojny łasemu na wszelkie  
formy kariery  
Janowi Dobraczyńskiemu; oraz w 1957, kiedy się ukazało drugie wydanie pisanej  
przez Stefana za  
okupacji powieści "Sprzysiężenie", która po świeżej lekturze przez Kurię uznana  
została za pornogra˝ 
ficzną i felietony autora w "Tygodniku" karnie (pokutnie?) na jakiś czas, krótki  
zresztą czas, zawie˝ 
szono. Wreszcie przyszedł marzec 1968... 
Poważniejsza katastrofa czekała Kisiela wcześniej, w roku 1949, gdy rząd  
komunistyczny - kry˝ 
jąc dotąd sowieckie pazury - kazał w dziedzinie muzyki zwołać ministrowi  
kultury, Włodzimierzowi  
Sokorskiemu, zjazd kompozytorów do zamku w Łagowie, gdzie oświadczono im, że  
odtąd mają two˝ 
rzyć dla ludu, rzeczy zrozumiałe, a resztę - począwszy od Strawińskiego, kończąc  
zaś na szkole wie˝ 
deńskiej dodekafonii - wyklęto jako wrogi socjalizmowi kapitalistyczny  
"formalizm". Oficjalnym de˝ 
klarantem tezy był Sokorski, realizatorką mianowano Zofię Lissę, która dobrała  
sobie do pomocy  
w tropieniu muzycznej zgnilizny muzykologa Stefanię Łobaczewską (niechaj im obu  
ziemia ciężką  
będzie!). 
Wystraszeni muzycy, pełni świeżych wiadomości o terrorze Urzędu Bezpieczeństwa,  
zsyłkach  
wyłapywanych akowców na Sybir, jeśli nie egzekucjach na miejscu, łagowski wyrok  
na wszystko co  
nowe w muzyce przyjęli milcząco albo też próbami obejścia zakazów za pomocą  
sztuki wreszcie ase˝ 

background image

 

11 

mantycznej (założona "Grupa Trzech" przez Bairda, Krenza i Serockiego). 
Kisiel jednak na pierwszym planie swych działań służył muzyce słowem, przeto  
zająć musiał  
wobec zaskakujących oświadczeń stanowisko jednoznaczne, a na odwadze mu nie  
zbywało. Powołał  
się przeto na świeżo skomponowaną wedle nakazu władz przez Szostakowicza  
"Kantatę o lasach",  
która miała zachęcić społeczeństwo radzieckie do większej dbałości o potrzebne  
krajowi drewno,  
a była tylko artystyczną katastrofą kompozytora, przypomniał również haniebny  
twór wschodnionie˝ 
mieckiego lizusa muzycznego Pawła Dessau, pod tytułem "Kantata o sianiu prosa"  
(może potrzebne˝ 
go do zwiększonej produkcji piwa?) - co uczyniwszy, zaprotestował przeciwko  
terroryzowaniu mu˝ 
zyki przez polityków. 
Rezultat był natychmiastowy: Sokorski zdjął Kisielewskiego ze stanowiska  
pedagoga w Wyż˝ 
szej Szkole Muzycznej, a rząd komunistyczny zareagował posunięciem, którego  
nigdy historia - choć˝ 
by najbardziej pojednawczo ułagodzona - reżymowi sowieckiemu nie wybaczy:  
zadaniem "śmierci  
cywilnej" opozycyjnemu artyście. Odtąd na kilka lat nazwisko Kisielewskiego,  
wraz z nazwiskami Pa˝ 
lestra, Szałowskiego i niebawem Panufnika, zostało usunięte z wszelkich  
publikacji we wschodniej  
Europie - zarówno pisemnych, jak mówionych. Pokryła je cisza grobów, która z  
czasem miała wyma˝ 
zać trwale wyklętych twórców ze świadomości kolejno dorastających pokoleń, jak  
wymazano - na  
szczeblu najwyższym - nazwisko Józefa Piłsudskiego. Oczywiście bezskutecznie, w  
każdym razie co  
się tyczy krnąbrnych Polaków. 
Tymczasem jednak znaczyło to dla rodziny Kisielewskich - kryzys materialny.  
Zamiast Stefana  
pozbawionego zarobków w Wyższej Szkole oraz honorariów pisarskich, na liczną  
rodzinę pracować  
musiała teraz Lidia, cichcem przyjęta na urzędniczkę do Polskiego Wydawnictwa  
Muzycznego. 
Szczęściem anatema trwała krótko, jako że już od roku 1955 zaczęła się w kraju  
polityczna  
"odwilż". Kisiel staje się kolejno laureatem demonstracyjnie przyznawanych mu  
nagród: drugiej na  
Festiwalu Muzyki Polskiej (1955), pierwszej w konkursie na pieśń mickiewiczowską  
(1955), Nagrody  
Muzycznej Miasta Krakowa (1956), Nagrody Fundacji Jurzykowskiego (Nowy Jork  
1973), Związku  
Kompozytorów Polskich (1982) i wielu innych, aż po koniec życia. 
Gdy do władzy dochodzi Gomułka, z czym on sam i społeczeństwo nasze wiążą  
nadzieję wytar˝ 

background image

 

12 

gowania w Moskwie osobnego, polskiego modelu socjalizmu bardziej liberalnego -  
Stefan Kisielewski  
decyduje się w 1957 roku zostać posłem na Sejm, z ramienia katolickiej grupy  
"Znak", mało licznej,  
aliści wspartej autorytetami Jerzego Zawieyskiego, Stanisława Stommy, no i  
samego Kisiela. 
Łączy się to z przenosinami w 1961 roku całej ich rodziny z Krakowa do Warszawy,  
do parad˝ 
nego mieszkania w alei Szucha, w domu specjalnie zbudowanym przed wojną dla  
ówczesnych wyso˝ 
kich dygnitarzy. Posłowanie trwa tylko do roku 1965, gdy staje się jasne zarówno  
dla Gomułki, jak  
i dla całego narodu, że ZSRR, rządzony twardą łapą Breżniewa, na żadne ustępstwa  
wobec Polski nie  
zgodzi się. Stefan Kisielewski z Sejmu ustępuje, a wobec ograniczeń cenzury  
mnoży - póki może! -  
liczbę podróży zagranicznych, gdzie bez przeszkód mówi o sytuacji w ojczyźnie -  
jaka jest i co należy  
czynić zarówno wewnątrz, jak zewnątrz kraju, aby przyspieszyć odzyskanie przez  
Polskę niepodleg˝ 
łości. Sam mi opowiadał o tym, ilu zagranicznych polityków tłumaczyło mu, aby  
dał sobie spokój  
z mrzonkami o niepodległym bycie Polaków, co w ich sytuacji geopolitycznej jest  
całkiem nierealne,  
i jak ze swej strony uparcie argumentował, że przecież - mądrze kierując  
międzynarodową dyplomacją  
i taktyką militarną - da się to urzeczywistnić, wcześniej czy później. 
Z otrzymywaniem za każdym wyjazdem nowego paszportu Kisiel zaczął miewać jednak  
coraz  
większe trudności. Na przykład od roku 1962 do 1971 z kraju nie wypuszczano go w  
ogóle, aż  
w późniejszych latach - zirytowany postanowił udać się z tym wprost do  
decydującego w sferze "bez˝ 
pieki" generała Kiszczaka. Audiencję zdumiony otrzymał prawie bez zwłoki, a  
zaskoczenie jego było  
jeszcze większe, gdy zamiast surowego dygnitarza, z którym będzie musiał toczyć  
zażartą polemikę,  
stanął przed - iżby tak rzec - wykwintnym oficerem, w atmosferze salonowych  
ugrzecznień: czarna  
kawa? kieliszek koniaku? papierosy, nie?... Za czym potoczyła się uprzejma  
rozmowa, rzecz jasna  
o polityce, nie bez zapytań podchwytliwych, ale z umiarkowanym naciskiem. Co się  
tyczy samego  
paszportu generał uznał odmowy jego wydawania Kisielewskiemu za jakieś  
nieporozumienie, które  
możliwie jak najrychlej wyjaśni. 
Istotnie! Od tej pory Stefan wyjeżdża, ile razy i dokąd chce, nawet bez potrzeby  
kurtuazyjnych  
odwiedzin miejscowych ambasad, choć było dlań jasne, że wszystko, co i  
gdziekolwiek powiedział,  

background image

 

13 

przekazywane będzie do Warszawy. Z Francji, Anglii, Niemiec, Włoch, z całego  
wreszcie zachodu  
Europy; przytrafiały się też podróże do USA, polski zaś zamach stanu w 1981 roku  
zastał go aż  
w Australii, gdzie wobec mylnie otrzymanych informacji o zamordowaniu jakoby  
Tadeusza Mazo˝ 
wieckiego, miejscowa Polonia zorganizowała uroczyste nabożeństwo za jego duszę,  
w którym brał  
udział Kisiel, modląc się, jak należy. 
Z Australii wrócił do Paryża, skąd - mimo ostrzeżeń wystraszonych przyjaciół - w  
lipcu 1982  
powrócił do Warszawy, gdzie dano mu spokój, nie internując go ani nawet  
przesłuchując. 
W analogiczny sposób, z działobitni ustawionych za granicą, ostrzeliwał barykady  
w kraju drugi  
mój znakomity przyjaciel, profesor Stanisław Lorentz, gdy "Wiesław" Gomułka  
zadecydował, że war˝ 
szawskiego zamku królewskiego - symbolu tyranii - odbudowywać się ze zniszczeń  
wojennych nie  
będzie, i w ogóle zakazał o tym pisać czy rozpowiadać inaczej. Zakneblowany  
takim manewrem Lo˝ 
rentz poprosił o paszport, czego odmówić mu nie śmiano, i ruszył kolejno do  
Francji, Anglii, USA,  
organizując nie tylko szereg odczytów, w których przedstawiał zamek jako - nade  
wszystko - symbol  
polskiej suwerenności, lecz także zbierając fundusze na odbudowę gmachu. Gdy  
przeto, po obaleniu  
Gomułki, do władzy doszedł Gierek, natychmiast wykorzystał starania Profesora,  
by triumfalnie ob˝ 
wieścić narodowi, że oczywiście - i to za jego, Gierkowym poparciem - warszawski  
zamek, jako  
świadek Wielkiej Historii Polaków na dawnym znajdzie się miejscu. 
Wracając do Kisiela i upływu czasu, w którym przetaczały się nasze trudne  
żywoty, niechże bę˝ 
dzie przypomniane, że każdy rok w owym strumieniu wydarzeń zwiększał autorytet  
Stefana w coraz  
szerszych masach nie zarażonej Wschodem polskiej inteligencji. Co tydzień  
wyrywaliśmy sobie z rąk  
ograniczony przez władze w wysokości nakładu, przeto niełatwo osiągalny świeży  
egzemplarz "Ty˝ 
godnika Powszechnego", aby zaczynać jego lekturę od felietonu Kisiela, jak  
rozpoczyna się dzień od  
puknięcia w barometr, aby dowiedzieć się, jaka będzie pogoda. 
Co też myśli Kisielewski o minionych zdarzeniach na krajowej i międzynarodowej  
arenie, ze  
swej pozycji konserwatywnego liberała, wiążącego losy - zwłaszcza w nauce i  
gospodarce - Polski  
z Zachodem? Jakie stara się przekazać nam ukryte między wierszami obawy zagrożeń  
ciągnących od  
Wschodu? Uważaliśmy go nie tylko za augura, ale i proroka. 

background image

 

14 

Nie przeszkadzało to, że na co dzień był łatwo dostępnym, spotykanym na wielu  
różnych przy˝ 
jęciach dyplomatycznych, nie stroniącym od kieliszka, a nawet wielu kieliszków  
pozornym lekkodu˝ 
chem, rozmiłowanym w słuchaniu i opowiadaniu głupich "kawałów", zarówno w  
towarzystwie odda˝ 
nych sobie przyjaciół, jak wrogów politycznych, o których wiedział, że będą go  
później obszczekiwali,  
gdzie i jak tylko się da. 
Wódka !... - czy w poszerzonym ujęciu: "alkohol" - to byłby obszerny rozdział w  
pracy pod ty˝ 
tułem "O różnych sposobach samozagłady artystów", jeśliby ktoś pisania takiego  
dzieła się podjął.  
Zacząłby może od wielkiego francuskiego poety z XV stulecia, a zarazem pijaka i  
rzezimieszka Fran˝ 
ciszka Villona, po czym - idąc wzdłuż szeregu jego następców - trafiłby u progu  
XIX wieku na zna˝ 
komitego amerykańskiego poetę i prozaika Edgara Allana Poe, którego - niemal  
dosłownie w rynsz˝ 
toku - zabił alkohol, gdy nieszczęsny miał dopiero czterdzieści lat (Villon  
dożył trzydziestki). 
Morderczego wspólnika - nie bardzo wiem kiedy - pozyskał alkohol w syfilisie, to  
pewne, że  
najpowszechniej groźnym w XIX stuleciu, gdy zabijał w sztuce europejskiej  
kolejno Franciszka Schu˝ 
berta - kompozytora, Guy de Maupassanta - pisarza, Edwarda Maneta - malarza,  
współtwórcę impre˝ 
sjonizmu. Nas przeklęta choroba pozbawiła jednego z najwszechstronniej  
utalentowanych artystów -  
Stanisława Wyspiańskiego. 
Kiła-syfilis przestała być groźna z chwilą wynalezienia penicyliny; wódka,  
szczególnie w Polsce,  
pita jest nadal, coraz powszechniej, rzec by można, iż należy do czołowych  
zdobyczy demokracji.  
Powiada się o niej zresztą, że w sferze sztuki nie sieje spustoszeń nazbyt  
groźnych, a nawet bywa  
elementem podniecającym, ubarwiającym twórczość. Ograniczę się do pisarzy: 
Stanisław Przybyszewski - pijanica, za którym diabeł nosił flachę, zaczynał w  
berlińskiej knajpie  
artystycznej "Pod Czarnym Prosiakiem" od poematów, które zyskały mu sławę  
międzynarodową ero˝ 
tyka, satanisty, kapłana sztuki stojącego na czele buntu modernizmu -  
"Totenmesse" (ze sławnym wy˝ 
zwaniem rzuconym mieszczańskiej pruderii: "Na początku była chuć"), "Vigilien",  
"De profundis". 
Kiedy spowity posępnym blaskiem "Stachu" pojawił się u samego progu XX wieku w  
Krako˝ 
wie, nad zbożnym miastem powiało grozą. Z ucha do ucha rozpowiadano sobie  
szeptem, iż wyklęty  
od Boga artysta urządza w swoim mieszkaniu czarne msze, na które wciąga młodzież  

background image

 

15 

także za pomo˝ 
cą niesamowitego grania dzieł Chopina. "To były - mówił ktoś - wściekłe siklawy  
cierpienia!" 
Skoro dziś jednak staram się odtwarzać sobie w wyobraźni owego po wielu  
butelkach wódki  
Chopina bębnionego na rozbitym przez codzienne nadużycie pianinie, słyszę z  
głębin historii raczej  
odgłosy zbiorowych ataków delirium, opłaconych zresztą paroma samobójstwami,  
rozwodami, awan˝ 
turami nie z tej ziemi. Powieści natomiast Przybyszewskiego z okresu jego  
szczytowych pijaństw  
("Dzieci nędzy", "Krzyk"), zarówno jak i utwory sceniczne ("Śnieg" 1903,  
"Topiel" 1912) - przyjmo˝ 
wane wtedy z pełnym strachu uznaniem - dziś są po prostu nie do czytania ani  
słuchania, im później  
pisane, tym bliższe bełkotu, a sam Przybyszewski kończył życie w 1927 roku jako  
rezydent przy jed˝ 
nym z dworów na Kujawach, chude diablisko z łysym ogonem, żebrzące szeptem o  
kieliszek wódki  
tak, aby tylko żona nie słyszała. 
Następnym pijakiem w mojej galerii literackiej był poeta Władysław Broniewski,  
legionista, po˝ 
tem komunista, jeszcze u progu drugiej wojny sławny znakomitym wierszem "Bagnet  
na broń" (który  
sam drukowałem w podległym mi wtedy dziale kultury warszawskiego "Kuriera  
Porannego") i na  
emigracji w Jerozolimie w 1945 roku opublikowanym zbiorem pięknych wierszy  
"Drzewo rozpacza˝ 
jące". Aliści, odkąd wrócił do Warszawy i stał się sztandarowym artystą komuny,  
Broniewski stawił  
sobie za cel epickie opisywanie wyzwolonej ojczyzny w niestety rozgadanych,  
rozwlekłych poematach  
"Mazowsze" i "Wisła", ponadto zapraszany bez przerwy na modne wtedy "wieczory  
autorskie", jawił  
się na nich coraz częściej kompletnie pijany, wywołując skandale. 
Mój niemal równie jak Stefan dawny i prawie tak samo bliski przyjaciel Konstanty  
Ildefons Gał˝ 
czyński był ze swym pijaństwem zjawiskiem odrębnym, a przerażającym razem i  
budzącym współczu˝ 
cie. On bowiem nie należał do pospolitych alkoholików, lecz cierpiał na chorobę  
zwaną dypsomanią,  
a posiadającą charakter legendarnej ze starożytności zemsty bogów na  
śmiertelniku, co się odważył  
sięgnąć po im tylko należne, olimpijskie przywileje. W tym wypadku po boski  
język poezji. 
Gałczyński, com przez wiele lat sam z bliska obserwował, miewał długie okresy,  
kiedy ani myś˝ 
lał o sięganiu po kieliszek. Siwy, z wyglądu przedwcześnie stary człowiek o  
zbrużdżonej twarzy, wie˝ 
rzył nadal w tych przerwach, że już nigdy do zawstydzającego dla siebie nałogu  

background image

 

16 

nie wróci. To było  
wtedy, gdy jak bukłak mocnym winem wypełniała go natchnieniem poezja, więc  
zajęty był jeno pisa˝ 
niem wierszy, co u niego miało charakter czynności niemal bezwiednej, a  
fizjologicznie zarazem ko˝ 
niecznej. 
Aliści - niestety! - zbliżał się z przeraźliwą regularnością moment, gdy  
wyczerpany bukłak kur˝ 
czył się, brak zaś natchnienia zastępował głód alkoholu, który nieszczęśnik  
potrafił zdobywać niesły˝ 
chanie doprawdy przemyślnymi sposobami, mimo zabiegów żony i niejako palisad  
ochronnych sta˝ 
wianych przez przyjaciół. Sygnałem katastrofy były bezsenne noce, wypełnione  
majakami i krzykiem,  
po czym nadchodził dzień, gdy Konstanty zaczynał pić, często uciekając z domu,  
aby w nieznanych  
komyszach i nigdy nie poznanym przez nas towarzystwie żywić się wyłącznie  
alkoholem, bo przy tym  
nic nie jadł. 
Najdłuższy atak dypsomanii, wyniszczający przede wszystkim serce poety, trwał za  
mojej świa˝ 
domości dwa tygodnie. Później - trudno było przewidzieć, kiedy i pod wpływem  
jakich bodźców -  
choroba ustępowała miejsca piekłu wyrzutów sumienia. Kot obwiniał sam siebie o  
jakieś 
straszne czyny, choć nic nie pamiętał i nie mógł powiedzieć, gdzie i co robił,  
ale męczył się  
koszmarnie, ta męka zaś stawała się równocześnie pompą napełniającą artystę  
nowym ładunkiem na˝ 
tchnienia, które wreszcie, nie wiadomo znów kiedy, wybuchało kolejnym gejzerem  
poezji. Najpierw  
poematami skruchy, jak ten sławny jeszcze przed wojną, gorszący bigotów, choć  
Gałczyńskiemu wca˝ 
le nie zależało na takim akurat zestawie słów w wierszu. One układały się same,  
jak gdyby dyktowane  
ze sfery poza logiką: 
"Niechaj tam inni księgi piszą. Nawet 
niechaj im sława dźwięczy jak wieża studzwonna  
ja ksiąg pisać nie umiem, a nie dbam o sławę -  
serwus, madonna. 
Przecie nie dla mnie spokój ksiąg lśniących wysoko  
i wiosna też nie dla mnie, słońce i ruń wonna,  
tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol -  
serwus, madonna..." 
Oto katalog pijaków z otaczającego mnie kręgu sztuki, a na koniec zachowałem  
sobie jednego,  
któremu alkohol przez długie dziesiątki lat nie szkodził na zdrowiu, pomagał zaś  
bezpośrednio w naj˝ 
bardziej precyzyjnym, logicznym myśleniu, co przekazywał natychmiast stronicom  
papieru zapełnia˝ 

background image

 

17 

nym brzydkim, choć doskonale czytelnym charakterem pisma. Myślę oczywiście o  
Kisielu. 
We wczesnych pięćdziesiątych latach krakowskich, kiedy dopiero zaczynały się - i  
jeszcze były  
dozwolone! - ideologiczne starcia marksistów z przedstawicielami przede  
wszystkim filozofii katolic˝ 
kiej i z niej wywodzących się koncepcji społecznych, Kisiel za głównego  
przeciwnika miał sąsiada  
z Domu Literatów, mieszkającego o piętro wyżej Adama Polewkę, a batalie ich  
toczyły się spoza  
dwóch szańców: "Tygodnika Powszechnego" i dziennika "Echo Krakowa", którego  
Polewka był na˝ 
czelnym redaktorem. 
Dziwna zresztą była owa ich wrogość nie-wrogość, czasami zatrącająca o przyjaźń.  
Partia par˝ 
tią, aliści gdy Polewkowa urodziła córkę, oświadczyła twardo mężowi, iż dziecko  
ochrzczone być  
musi, jak Pan Bóg przykazał, a że w Krakowie, przeto u Panny Marii. Biedny Adam,  
ufając, że tak  
dobrany chrzestny rzeczy nie roztrąbi po mieście, udał się do Stefana z prośbą o  
trzymanie niemowla˝ 
ka pod chrzcielnicą. Stefan oczywiście się zgodził i nawet w popijawie rodzinnej  
u Polewków wziął  
udział, za co Adam wywdzięczył mu się przy dość bliskiej okazji. 
Był to czas, gdy Stalin pośród różnych tego rodzaju śmiertelnie niebezpiecznych  
enuncjacji,  
ogłosił swoje tezy o lekarzach, posądzając ich o najcięższe winy, czyli trucie  
narodu pod komendę za˝ 
chodnich imperialistycznych mocodawców, na co Kisiel zareagował w klubie Domu  
Literatów dość  
głośnym oświadczeniem, że "Stalin jest głupi", a słowa owe dosłyszał któryś z  
pisarzy partyjnych  
i doniósł, na szczęście nie do UB, lecz do organizacji partyjnej Związku  
Literatów, której przewodził  
Polewka. 
Sprawa poważna, trzeba było co najmniej zwołać sąd koleżeński i Kisiela ze  
związku wyrzucić,  
przedtem jednak dając mu prawo do obrony, którą oskarżony ujął w paru zdaniach: 
- Oczywiście, niesłusznie posądziłem Stalina, że jest głupi, skoro potrafił  
wygrać wojnę. Powo˝ 
łać się mogę tylko na przysłowie: "wolno psu na Pana Boga szczekać!" 
Na co Polewka, jako przewodniczący sądu, następująco ocenił sytuację: 
- Sami towarzysze słyszą, że obwiniony posunął samokrytykę nad oczekiwanie,  
przyrównując  
się do czworonoga, a to należy przyjąć za okoliczność łagodzącą. 
...i w rezultacie Kisiel dostał tylko zakaz wstępu do klubu przez pół roku. 
Polewka pisał mało, większość czasu poświęcając gardłowaniu za marksizmem i  
chwaleniu sy˝ 
tuacji w Polsce, której ustrój socjalistyczny pomaga budować Związek Radziecki.  
Ten swój temat  

background image

 

18 

główny popierał tylko różnej klasy argumentami, zależnie od tego, czy przemawiał  
na uniwersytecie,  
czy w którejś ze szkół ogólnokształcących. 
Stefan Kisielewski, licząc tylko jego felietony przez blisko półwiecze co  
tydzień serwowane czy˝ 
telnikom "Tygodnika Powszechnego", zredagował ich parę tysięcy, a do roboty  
zabierał się w ten  
sposób, że się zamykał w swojej pracowni o ścianach wytapetowanych książkami,  
pod czym leżały  
zwały różnej prasy, a środek zajmował fortepian i stolik do pisania. Jako  
ostatnia przed robotą męża  
drzwi otwierała żona Lidia, wnosząc na tacy pół szklanki mocnej, gorącej harbaty  
i butelkę wódki. Ki˝ 
siel wówczas dopełniał szklankę wódką i popijając mieszankę harbato-alkoholową,  
zaczynał stawiać  
przemyślane jak najdokładniej litery felietonu; raczej rzadko poprawiał, a wtedy  
zamazywał słowa  
wykreślone tak, żeby nikt ich nie mógł odczytać. W wypadkach jedynie pisania  
dłuższych wywodów -  
bo to wszystko były przybarwione dowcipami rozprawy socjologiczne - wypicie  
szklanki harba˝ 
to-wódki odraczał do ukończenia tekstu. 
Z samego rana, gdy nic nie zmuszało go do wyjścia z domu, Kisiel kładł się na  
kanapie w jadal˝ 
ni, obłożony prasą zarówno krajową, jak i zdobywaną różnymi manewrami  
zagraniczną, i z szybką  
umiejętnością, przez parę godzin wyławiał z gazet wszystkie dane potrzebne do  
formowania aktual˝ 
nego poglądu na sytuację kraju i świata. Sądzę, iż w owych godzinach samotnych  
namysłów nad pra˝ 
są i przygotowywaniem własnych komentarzy, Stefan w rozmowach z samym sobą  
musiał niekiedy  
załamywać się prawie, widząc otchłań, jaka dzieliła marzenia jego samego i  
ufającego mu społeczeńs˝ 
twa o wyrwaniu się spod ruskiej okupacji od realnych możliwości pokonania  
największego i najokrut˝ 
niejszego imperium świata. W porównaniu z gułagami nad rzeką Kołymą i na  
lodowatych Wyspach  
Sołowieckich, niemieckie obozy śmierci zdawały się dwukrotnie możliwsze do  
przetrzymania. Jak zaś  
obliczyło i na mapie przedstawiło sieć karnych obozów radzieckich jedno z pism  
USA (Kisiel musiał  
to mieć w ręku) - było tych katowni rozsianych po bezkresach ZSRR blisko tysiąc! 
Podejrzewam, że może w chwilach dochodzenia właśnie do dna beznadziei Stefan  
Kisielewski  
najczęściej zrywał się i biegł na miasto, aby czarnenastroje - jak pogorzeliska  
wodą - zalewać wódką.  
Całe moje pokolenie literackie piło wówczas, w pierwszych powojennych  
dziesięcioleciach, dużo, lecz  
on jeden nie w przerwach roboty, ale podczas. Wódka była też powodem sławnej  

background image

 

19 

niepunktualności  
Stefana. Biedna Lidia nigdy nie mogła być pewna, kiedy - na ten przykład -  
pojawi się, żeby jeść  
obiad. To mogło być o drugiej lub o siódmej albo zgoła po dziesiątej wieczorem,  
gdy wpadał i wołał  
jeść. Głośna była jego wizyta, jaką obiecał złożyć mojej siostrze Grabowskiej w  
Poznaniu, przyjmując  
jej zaproszenie na obiad, na który spóźnił się o... 24 godziny. 
Z wódką też wiązały się sławne parady Sowizdrzała, które ogadywano ze śmiechem,  
a ja z nich  
uwiecznić tutaj chciałbym trzy. Miejscem pierwszej stała się kawiarnia w Domu  
Literatów przy Kra˝ 
kowskim Przedmieściu, gdzieśmy siedzieli - chyba rzecz się działa około  
południa? - nad kieliszkami:  
Stefan, ja i ktoś jeszcze (nie pamiętam), a w drzwiach wejściowych na salę  
ukazała się potężna  
i wspaniała postać Jarosława Iwaszkiewicza. Wtedy Kisiel zerwał się, podszedł do  
olbrzymiego pisa˝ 
rza i skacząc wokół niego zaczął wołać: 
- Pan jest górą pychy! Panu się zdaje, że dowodzi literaturą, ale pan, pan nic o  
niej nie wie! Bo  
pan myśli tylko o sobie! Pan - góra pychy! 
Jarosław zaskoczony, potem zdumiony, wreszcie zły, jął - sam o tym nie wiedząc -  
jeszcze bar˝ 
dziej jak gdyby całym ciałem dąć się wzwyż, sycząc równocześnie: 
- Jak pan śmie! Co pan wygaduje! Proszę natychmiast stąd wyjść! 
Że jednak Kisiel wyjść ani myślał, jeno dalej jazgotał, podobny rozeźlonemu  
foksterierowi ob˝ 
skakującemu słonia, więc po krótkiej chwili sam Jarosław, wyniosły i ciężko  
obrażony, poszedł sobie  
wśród martwej ciszy obecnych na sali, boć wreszcie chodziło o Prezesa i  
Wielkiego Pisarza!... 
W podobnym stylu, choć odmiennym nastroju była inna parada, na koniec karnawału  
w restau˝ 
racji u Dziennikarzy na Foksal, gdzie przy jednym stoliku w swoim towarzystwie  
siedział Włodzimierz  
Sokorski, a przy drugim - w młodszym i hałaśliwszym gronie Stefan, gdy drzwi od  
holu szeroko roz˝ 
warto i ukazał się ktoś z zarządu Związku Dziennikarzy, bijąc w gong, i drugi,  
co niósł śledzia i wołał: 
- Dość uciech! Zaczyna się Wielki Post! Posypmy grzeszne głowy popiołem! 
Na to wstał, jako pierwszy, Kisiel - wziął ze swego stolika popielniczkę  
wypełnioną niedopał˝ 
kami, ruszył z nią do Sokorskiego, wysypując mu na głowę całą obfitą, a brudną  
zawartość naczynia  
ze słowami: 
- Panu się należy popiołu najwięcej, bo pan grzeszył najgorzej! 
Trzeba znać spryt i łatwość znalezienia się Sokorskiego w każdej sytuacji, żeby  
odgadnąć, iż on  
pierwszy wybuchnął śmiechem, wśród powszechnych braw wokół. 

background image

 

20 

Najpotężniejszego jednakże i najsprośniejszego figla wypłatał Kisiel mnie, przy  
czym rzecz dzia˝ 
ła się najdawniej i wspomnienia o niebywałym zdarzeniu przechowuję w  
najodleglejszych zakamar˝ 
kach pamięci, z drugiej połowy lat czterdziestych. Wtedy to dyrektorem  
Filharmonii Krakowskiej zos˝ 
tał Piotr Perkowski, człowiek o nieposkromionych ambicjach, lubiący, kiedy  
tytułowano go prezesem,  
a w marzeniach siedzący na fotelu ministra kultury. W formie jak gdyby wprawek  
do szerszej działal˝ 
ności, tymczasem postanowił, aby za jego władania filharmonia, jakkolwiek  
prowincjonalna, miała  
swoje pismo, redagowane, nie pomnę, ale chyba co tydzień i dodawane słuchaczom  
bezpłatnie do  
koncertowych programów. 
Na redaktora mini tygodnika Piotr zaangażował mnie, a ja - z całym poczuciem  
odpowiedzial˝ 
ności - starałem się o teksty najprzedniejszych piór służących muzyce, było zaś  
ich wówczas w Kra˝ 
kowie dużo, bo także spośród emigracji warszawskiej. Oczywiście i przede  
wszystkim Kisiel, który  
obiecał dostarczanie mi krótkich felietonów, z czego wywiązywał się punktualnie,  
podpisując się  
pseudonimem dr J. E. Baka. 
Felietony zabawne, czytałem je z przyjemnością, nie podejrzewając, że w podpisie  
można wzro˝ 
kiem omijać kropki po pierwszych literach imion, co niebawem odkryli tyle  
muzykalni, ile pobożni  
krakowianie, no i zrobiła się dzika awantura!... Pilnie dbający o swoją  
reputację Perkowski zaatako˝ 
wany został bodaj przez samą Kurię, przeto z dnia na dzień pismo zlikwidował, a  
mnie sromem okry˝ 
tego wylał na bruk. 
Oczywiście, że przyjaźni mojej ze Stefanem to nie naruszyło. Po krótkim  
wymyślaniu z mojej  
strony, a zdziwieniu z jego, poszliśmy, kwicząc ze śmiechu, na wódkę, a zresztą  
Kisiel już był jedną  
nogą w Warszawie, jako poseł.  
W tej opowieści o Stefanie pragnę zrezygnować tak z podania katalogu jego  
utworów muzycz˝ 
nych i literackich, jak tym bardziej z oceny ich. Na szczegółową biografię  
Kisiel będzie musiał jeszcze  
zaczekać, aż upłynie potrzebna liczba lat, żeby osoba wybitnego człowieka i jego  
czyny zyskały nie  
tylko dość rozległe, ale i wszechstronnie przebadane tło epoki, z koniecznej  
perspektywy. Tymczasem  
ufam jedynie, że gdy kraj, który po ostatnim z kolei odzyskaniu niepodległości  
jeszcze ciągle stoi na  
głowie - wyjdzie z oszołomienia i stanie na nogach; że wówczas - zebrane przez  
nie znanego mi wnu˝ 

background image

 

21 

ka po piórze - wszystko, co teraz z dorobku Stefana znajduje się jeszcze w  
rozsypce po pismach,  
książkach, encyklopediach, będzie ujęte w jednym, wielotomowym wydaniu aż do  
ostatniej kropki,  
jak to zrobiono nie tylko z powieściami i opowiadaniami Bolesława Prusa, ale i z  
jego felietonami. 
Ambicją Kisiela, nie spełnioną, było tworzenie powieści, które nie tylko pełną  
rozważań treścią,  
lecz i urodą literacką wabiłyby czytelników. Mistrzem Stefana, jako myśliciel i  
pisarz, był niedocenio˝ 
ny, zaćmiony błyskotliwą sławą Boya - Karol Irzykowski. Przecie, jakkolwiek  
wcześniej od Kisiela  
zapoznał się z teorią racjonalnego, niezależnego myślenia i postawą "klerka"  
lansowaną przez Bendę,  
gdy zabrał się do pisania własnej, programowej niejako, powieści "Pałuba", to -  
choć w założeniu mia˝ 
ła być przykładem "racjonalistycznego ujęcia psychologii głębi" - w praktyce  
okazała się tak pogmat˝ 
wana i skomplikowana, że dzisiaj jest nie do czytania. Kiedy jednak  
Irzykowskiego ze sfery intelektu˝ 
alnych rozmyślań wyrwała najzwyczajniej okrutna śmierć dziecka, zimny filozof  
piórem maczanym  
w rozpaczy napisał opowiadanie "Córeczka" w tak piękny sposób wzruszające, że  
można by je przy˝ 
równać w poezji do "Trenów" Kochanowskiego. 
Stefan Kisielewski w sumie zostawił kilkanaście powieści i kilkadziesiąt utworów  
muzycznych,  
w czym dwie sonaty fortepianowe, cztery symfonie, dwa balety, muzykę do poematu  
"Zaczarowana  
dorożka" i dwanaście pieśni do innych wierszy Gałczyńskiego, a na koniec  
tworzony najdłużej, bo  
przez jedenaście lat koncert fortepianowy. 
Do dziwnych fenomenów żywota Kisielewskiego należy i ten, że jedyną powieścią  
spełniającą  
wszystkie warunki, o jakich marzył, była pierwsza, napisana w czasie okupacji,  
"Sprzysiężenie", a po˝ 
tem wydana tylko dwukrotnie, w 1949 i 1957, choć zasługiwałaby na kilkanaście  
wydań idalsze, gdy˝ 
byśmy mieli sprężystych edytorów biznesmenów, którzy dopiero - po sowieckiej  
przerwie - muszą się  
wykształcić, także biorąc za wzór działalność wielkich przodków Gebethnerów,  
Hoesicków, Mort˝ 
kowiczów. Utworem zaś muzycznym najdoskonalszym był ostatni, komponowany z  
trudem 
Koncert, w niezmiennym Kisielowym stylu uformowanym na pół drogi między  
wczesnymi kom˝ 
pozycjami Strawińskiego i żywą, motoryczną, porywającą muzyką Prokofiewa. 
Zresztą powieści Stefana, aż do ostatniej z 1986 roku pod tytułem "Wszystko  
inaczej", mają tę  
wspólną cechę, że autora obchodzi jedynie kontrast pomiędzy mózgami bohaterów,  

background image

 

22 

ich zgodnym albo  
wzajemnie wrogim myśleniem i działaniem. Reszta - opis tła - to jak gdyby  
wymuszony przez kon˝ 
wencję dodatek. Akcja jednej z powieści toczy się w Sopocie, gdzie... nie widać  
morza! Jest ono zby˝ 
te krótką serią frazesów i martwe, jak są malowane zastawki u fotografów, przed  
którymi sadowi się  
zakochane pary. 
Obszedłszy się w ten sposób z dorobkiem beletrystycznym Kisiela, chciałbym  
postawić tezę  
i udowodnić ją, że - dla odmiany - Stefan Kisielewski był najwybitniejszym  
felietonistą w całych dzie˝ 
jach literatury polskiej. Tu parę słów przypomnienia genezy i z góry założonej  
formy felietonu. 
W niezbyt bogatym słownictwie francuskim rzeczownik "feuille" znaczy, wedle  
potrzeby doo˝ 
kolnej treści, albo - płatek kwietny, albo - liść z drzewa lub wreszcie - kartkę  
papieru. Feuillet - ozna˝ 
cza kartę papieru złożoną we dwoje lub czworo, "felieton" zaś, jako utwór  
publicystyczny, wywiódł  
się z potrzeb Wielkiej Rewolucji Francuskiej, gdy po kilka razy dziennie  
następowała zmiana cieka˝ 
wych wydarzeń: nowe rozporządzenie władz, ścięcie kilku bardzo interesujących  
głów, wiadomości  
z pola walk, jakie toczyły oddziały rewolucyjne z wojskami nieudanych zresztą  
interwencji zagranicz˝ 
nych. O tym wszystkim powinna była i nareszcie mogła wolna od królewskiej  
cenzury prasa szybko  
zawiadomić społeczeństwo, a działo się to w taki sposób, że do wielu  
uruchomionych, a łasych na  
zamówienia małych drukarń wpadali zaprzyjaźnieni dziennikarze, na kolanie pisali  
zaskakujące publikę  
wiadomości, po czym natychmiast szło to pod prasę i przez czekających chłopców  
gazeciarzy pędem  
było w formie pojedynczo zadrukowanych kartek roznoszone na miasto. 
W rezultacie cykliczne, bo codziennie pisane tymi samymi utalentowanymi piórami,  
owe skon˝ 
densowane kroniki wydarzeń z obranej dziedziny, wraz z oceną ich, tudzież  
zamieszanych w nie osób,  
zostały w następnym, XIX stuleciu przejęte na rozłożyste łamy dzienników czy  
tygodników i popular˝ 
ne są do dziś dnia, a ja zestawiać chciałbym tę mini publicystykę Stefana  
Kisielewskiego z czołowymi  
u nas przedstawicielami gatunku: Prusem, Irzykowskim i Słonimskim. 
Pan Antoni był anglofilem, pod szczególnym wpływem H. G. Wellsa, pisarza  
społecznika wal˝ 
czącego o pacyfizm i rozwój ludzkości w ustrojach idealnie socjalistycznych.  
Poza tym, jakkolwiek  
ogromnie popularny, Słonimski głębszego wykształcenia nie miał, za to frapował  
czytelnika ostrym  

background image

 

23 

zmysłem humoru, gotów był - trawestując Szekspira - "królestwo oddać za dowcip",  
choćby kłujący  
najboleśniej całkiem niewinne osoby, także najwyżej postawione, nie wyłączając  
marszałka Piłsuds˝ 
kiego. Po kupnie tygodnik "Wiadomości Literackie" zaczynało się czytać od tyłu,  
od "Kroniki Tygod˝ 
niowej" Słonimskiego, chociaż nie spełniała ona felietonowego warunku - kroniki  
wszystkich najważ˝ 
niejszych wydarzeń, jeno tak przede wszystkim dobranych, aby dawały autorowi  
nową okazję do  
strzelania ze szpalt racą dowcipu. Później do ostrzeliwania faszyzmu i  
hitleryzmu. 
Karol Irzykowski pisywał raczej nie felietony, lecz artykuły w wielu dziennikach  
i tygodnikach,  
jak "Robotnik", "Wiadomości Literackie", "Pion", "Prosto z Mostu", już to  
walcząc o różne problemy  
estetyczne (rzeczy zebrane w tomach "Czyn i słowo", "Słoń wśród porcelany"), już  
to atakując  
w ostrych pamfletach pisarzy, którym - co tu ukrywać! - zazdrościł powodzenia.  
Tak było, gdy rzucił  
się na Boya-Żeleńskiego w publikacji "Beniaminek". Stał się też bodaj pierwszym  
u nas teoretykiem,  
analizującym walory sztuki filmowej w pracy "Dziesiąta Muza". Za mało na  
felietonistę, a może - jak  
chciał Kisielewski - jego mistrz był za dużą osobowością, żeby umniejszać go  
nazwą felietonisty. 
Rasowym, wielkim felietonistą za to był Aleksander Głowacki, pisujący pod  
pseudonimem Bo˝ 
lesław Prus, i nie sądzę, aby ten tytuł uwłaczał jednemu z największych  
powieściopisarzy polskich, au˝ 
torowi "Lalki", "Emancypantek", "Faraona". W sławnych, drukowanych w "Kurierze  
Warszawskim"  
od roku 1875 do 1887 "Kronikach" dawał zaiste jak najszerzej możliwą panoramę  
życia Warszawy,  
począwszy od opisu targowisk, biedy studentów, braków w szpitalach miasta, złego  
utrzymania bru˝ 
ków, a kończąc na relacji z przedstawień teatralnych, odczytów czy went i balów  
dobroczynnych,  
czego odbicie czytelnicy pana Bolesława mogli znaleźć w "Lalce", owej scenie  
bodaj że z kościoła św.  
Krzyża, gdzie piękna panna Izabella, kwestując w towarzystwie księżnej cioci,  
odbierała złożone na  
tacy przez pana Wokulskiego złote imperiały, które miały być dowodami uczuć  
kupca dla frymuśnej  
arystokratki. 
Jedno, co ograniczało pełnię walorów Prusa jako felietonisty, to była carska  
cenzura, tym bez˝ 
względniejsza, że oddana w ręce "czynowników" przysłanych z głębi Rosji, gdzie  
uprzedzano ich, że  
zakazane jest w druku i publicznych wystąpieniach wszystko, co mogło zalatywać  

background image

 

24 

patriotyzmem, po˝ 
cząwszy od słowa "Polska", odkąd po rozgromieniu Powstania Styczniowego odebrano  
zaborowi ro˝ 
syjskiemu ostatnie pozory autonomii, nazwę "Królestwo Polskie" zmieniając na  
"Priwislinie". Odtąd  
w prasie i przemówieniach zamiast określenia "polskie" używało się zastępczego  
"swojskie". 
Po czterdziestoletniej przerwie, gdy znów dostaliśmy się pod ruską, w wersji  
sowieckiej okupa˝ 
cję, nazywało się, że mamy własną Rzeczpospolitą, jakkolwiek czerwoną, własny  
rząd i cenzurę obsa˝ 
dzoną komunistami, ale polskimi. Ci cenzorzy, jak to dziś oceniam z perspektywy,  
musieli przeżywać  
chwile zawstydzenia, że mają gnębić tak bardzo zdolnych rodaków za to jedynie,  
iż są zwolennikami  
niemiłych Partii zapatrywań. Dlatego redaktorzy naczelni pism i dyrektorzy  
wydawnictw mogli się  
z urzędami cenzury wykłócać, nawet odwoływać od ich decyzji, aż do wydziału  
kultury KC. 
Dawało to niekiedy obrzynki swobody w wypowiedziach, chociaż bywały i wypadki  
szczególne,  
jak dwa moje, gdy za pierwszym razem w felietonie dla tygodnika "Świat"  
napisałem, że przed po˝ 
stawieniem pomników w mieście ogłasza się konkursy i zbiera opinie  
społeczeństwa, aliści czasem -  
w jedną noc - staje monument, jak ten przed gmachem KC, z kobietą opłakującą  
trzymane na kola˝ 
nach ciało poległego syna bohatera, "chociaż o zdanie co do wartości rzeźby  
nikogo nie pytano, a jest  
ona nikczemna". Otóż w tym wypadku cenzura cicha aż do ostatniej chwili, gdy  
felieton był już na  
szpaltach przygotowanych do druku, telefonicznie kazała usunąć część zdania  
wyżej ujętą w cudzys˝ 
łowy, co w rezultacie sugerowało czytelnikom przekonanie, że jestem tylko rad,  
iż śródmieście wzbo˝ 
gaciło się o nowy posąg. 
Ofiarą dziwniejszego figla cenzury stałem się w Krakowie, gdzie Polskie  
Wydawnictwo Mu˝ 
zyczne gotowy miało do druku jeden ze zbiorów moich felietonów - tom,  
zawierający dyskusję z Ki˝ 
sielem na temat któregoś ze świeżo dopuszczonych na estrady nasze utworów  
awangardy muzycznej,  
a było to w czasie, gdy nazwisko Stefana obejmował jeszcze "zapis" cenzury,  
czyli zakaz drukowania  
go. Ponieważ jednak rzecz działa się w oszczędnym Krakowie, przeto nie zlecono  
wydawnictwu usu˝ 
nięcia całego tomu na przemiał, jeno doradzono zostawienie imienia i znalezienie  
do niego nazwiska  
tej samej długości, lecz osoby politycznie niepokalanej. Takim sposobem, ku  
zdumieniu własnemu  

background image

 

25 

i środowiska, dowiedzieliśmy się, że prowadzę spór o awangardę ze Stefanem  
Poradowskim, Bogu  
ducha winnym nauczycielem harmonii (także ongiś moim) w Konserwatorium w  
Poznaniu. 
Jakiekolwiek psikusy robiliśmy sobie wzajemnie, panowało ogólne, uzasadnione  
przekonanie, że  
Kisiel i ja możemy pisać "na wariackich papierach" czyli różne polityczne  
zberezeństwa, które byłyby  
dla zagranicy dowodem swobód demokratycznych słowa w Polsce Ludowej. 
Stefan cykle felietonów w "Tygodniku Powszechnym" oznaczał z upływem czasu  
nadtytułami:  
"Pod włos" (walka z komunistycznym tygodnikiem "Kuźnica"), "Łopatą do głowy",  
"Gwoździe  
w mózgu", "Głową w ściany", "Bez dogmatu", "Wołanie na puszczy". Ponadto były  
jeszcze tomiki  
różności: "Polityka i sztuka", "Rzeczy małe", "Opowiadania i podróże", nie  
licząc artykułów druko˝ 
wanych w paryskiej "Kulturze" i tomów wydanych w Paryżu ("100 razy głową w  
ściany", 1972),  
w Londynie ("Materii pomieszanie", 1973) i w Chicago ("Moje dzwony  
trzydziestolecia", 1978). Za˝ 
równo w kraju, jak oczywiście za granicą Kisiel posługiwał się pseudonimami, z  
których pamiętam  
trzy: Teodor Klon jako autor kryminału "Zbrodnia w dzielnicy północnej", Julia  
Hołyńska, która za  
Stefana podpisywała recenzje w "Tygodniku Powszechnym", oraz Tomasz Staliński -  
autor powieści  
wydanej za granicą, którego zdemaskować daremnie usiłowało KC w Warszawie.  
Odnalezienie in˝ 
nych pseudonimów to robota dla moich wnuków w krytyce. 
Porównania felietonów Stefana Kisielewskiego z felietonami Słonimskiego można  
dokonać, ze˝ 
stawiając obok siebie dwie publikacje, w których autorzy starym jak świat  
sposobem przedstawić  
chcieli kolejno wrogów swoich i przyjaciół. Myślę o "Alfabecie wspomnień" pana  
Antoniego z roku  
1975 i "Abecadle Kisiela" z 1990. W swoich kolejno ustawionych miniportretach, a  
zarazem minifelie˝ 
tonach pan Antoni rozdzielał pochwały i nagany już to piórem ostrym jak brzytwa,  
już to ze łzą  
w oku, gdy wspominał ludzi ongiś bliskich sercu, a teraz już odległych - poza  
granicą Wielkiej Ciszy. 
Kisiel nie dawał ponosić się ani sentymentom, ani uczuciom zdecydowanie wrogim.  
Pokpiwał  
raczej z nieprzyjaciół, niemal dla każdego zachowując kropelkę dobrodusznej  
życzliwości. Oto kilka  
przykładów: Iwaszkiewicz - nie lubiłem. Wybitny pisarz. Świniowaty moim zdaniem.  
Ale może to by˝ 
ła fizyczna odraza? Oskar Lange - wybitny ekonomista, potworny tchórz. I  
naiwniak straszny... Ale  

background image

 

26 

sympatyczny człowiek. Pochodził z Tomaszowa - piękne miasto. Zofia Lissa -  
komunistka, która była  
za najnowocześniejszą muzyką we Lwowie, za dodekafonią Schnberga itd. Potem  
stała się w Polsce  
wyrazicielką socrealizmu i zwalczała te najnowocześniejsze kierunki... Dużo z  
nią polemizowałem,  
wymyślałem... Ale nie była to zła kobieta, tylko, moim zdaniem, głupia.  
Wincenty Rzymowski - anty˝ 
patyczna postać, lewicowiec, mason trochę, był niby opiekunem Legionu Młodych...  
W czasie wojny  
znalazł się w Rosji i nagle wrócił, początkowo jako minister kultury, potem  
spraw zagranicznych.  
Krótko był tym ministrem, potem umarł. Niesympatyczna to była postać, ale  
ciekawa. 
Co się tyczy porównania żywotów i karier dwóch najwybitniejszych polskich  
felietonistów -  
Prusa i Kisiela, to Prus jakkolwiek w tej samej ruskiej niewoli, przecie żył i  
pisał w znacznie gorszym  
jej okresie, gdy o żadnych, pozornych choćby tylko swobodach dla publicystów nie  
mogło być mowy.  
Chyba że tematyka szła na rękę zarówno caratowi, jak i polskim interesom. Tak  
stało się jednak tylko  
raz, kiedy Prus pospołu z Sienkiewiczem mógł atakować Bismarcka i jego brutalne  
próby germaniza˝ 
cji naszych ziem zachodnich. 
Zresztą felietonistyka Prusa musiała z konieczności zamykać się w ramach opisu i  
analizy swoj˝ 
skich obyczajów, problemów naukowych i moralnych, co zagranicznych czytelników  
interesować nie  
mogło, gdy Kisiel - mimo bezustannych batalii z cenzurą - był par excellence  
felietonistą politycznym.  
Prus w niedaleką zagraniczną podróż wybrał się raz jeden, i to w charakterze  
prywatnego turysty, gdy  
Kisiel, skoro dostał od generała Kiszczaka niemal trwale ważny paszport, a  
jeździł tylko z wykładami  
polityczno-gospodarczymi o Polsce, zyskał po niedługim czasie wzięcie u  
słuchaczy i czytelników  
nawet nie tylko europejskich, ale światowych: od Nowego Jorku po Sydney. 
Tak zestawieni dwaj pisarze muszą być porównywani wedle dwóch skrajnie różnych  
miar: Prus  
był jednym z największych powieściopisarzy narodu, a Kisiel największym  
felietonistą i mówcą poli˝ 
tycznym, tak w granicach kraju, jak i dla wielomilionowej, rozsianej po świecie  
emigracji naszej. 
Wcale zatem nieźle działo się Stefanowi jak na warunki przyczajonej, skrytej  
okupacji sowiec˝ 
kiej. Ale do czasu!... Nadszedł burzliwy rok 1968, którego jednym z głównych  
bohaterów był naj˝ 
pierw ceniony redaktor krakowskiego "Dziennika Polskiego", a później złowrogi  
pogromca teatrów  

background image

 

27 

warszawskich - Stanisław Witold Balicki. Ktoś z bardzo poważnych aktorów naszych  
podejrzewał, iż  
Balicki w pewnej epoce życia zakochał się w scenie, gdy zaś ta wzajemnością nie  
odpowiedziała mu,  
dysponujący najwyższymi wpływami redaktor postanowił na nieczułej kochance  
zemścić się. 
Najpierw dostał się do Ministerstwa Kultury, na stanowisko naczelnego dyrektora,  
za czym  
usunął z Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana i na jego miejsce dał człowieka, co  
do którego mógł być  
pewnym, że sprowadzi dostojną instytucję na artystyczne dno. Później stał się  
inspiratorem antyrosyj˝ 
skiej prowokacji z okazji wystawienia przez Kazimierza Dejmka w 1967 roku  
"Dziadów" w Teatrze  
Narodowym, co spowodowało usunięcie kierownika sceny poza Warszawę, demonstracje  
studenckie  
i wreszcie podpalenie od nowa zgasłego, wydawało się, antysemityzmu w Polsce. Na  
koniec straszny  
człowiek zniszczył rewelacyjnie przygotowaną przez  
Bohdana Wodiczkę inaugurację odbudowanego z ruin wojennych Teatru Wielkiego. Ale  
to są  
późniejsze dzieje... 
Tymczasem, jakoś równolegle z awanturą w Teatrze Narodowym zwołane zostało walne  
zebra˝ 
nie Związku Literatów (czy ZAIKS-u? - nie pomnę), w czasie którego Stefan  
Kisielewski z trybuny  
mówców zgubne działania Partii nazwał - dyktaturą ciemniaków, a przydarzyło się  
wkrótce tak, że  
późnym, chłodnym wieczorem marcowym 1968 wracał od któregoś z przyjaciół,  
mieszkającego  
w zaułkach Starego Miasta. Był w najciemniejszym jego miejscu, bodaj czy nie  
między Kanonią i ulicą  
św. Jana, gdy nagle obskoczyło go trzech drabów - jeden w milicyjnym mundurze,  
dwaj po cywilne˝ 
mu, ale z pałkami w łapach. 
Stefan w mgnieniu oka został na ziemię obalony, twarzą do bruku i podczas gdy  
mundurowy  
patrzył wokół, czy aby nikt nie nadchodzi, dwaj pałkarze jęli okładać leżącego,  
warcząc: 
- Chciało ci się dyktatury, no to masz! 
- Nie podobają ci się "ciemniacy"? 
- Będziesz, skurwysynu, obrażał Partię?... 
Wśród takich i innych mściwych pomruków tłukli ofiarę nieprzerwanie, z pasją, aż  
do chwili,  
gdy mundurowy powiedział - dosyć, a wtedy szajka cichcem rozpłynęła się w mroku. 
Stefan wstał z trudem, ani myślał o wołaniu pomocy, bo wiedział, że byłoby to  
daremne, a też  
i wstydziłby się takiego przejawu słabości swojej czy lęku. Z trudem doszedł do  
bliskiego mieszkania  
Stommów, skąd odwieziono go do domu. Skoro zaś już tam był i opowiedział żonie o  

background image

 

28 

wszystkim, Li˝ 
dia zadzwoniła po mnie. Przez telefon nie mówiła, o co chodzi, tylko żebym  
przybiegł jak najrychlej. 
Ślady pobicia były okropne! Tłukli widać fachowcy, bo po nerkach, i gdyby nie  
gruby sweter,  
jaki miał Kisiel pod płaszczem, zapewne już wtedy odbiliby mu nerki i Stefan  
niebawem konałby  
w szpitalu. Tymczasem oglądałem z przerażeniem szeroką na trzy palce, od boku do  
boku, sinozie˝ 
lonkawą opuchliznę, którą przez kilka dni Lidia musiała okładać watą nasączoną  
przepisanym przez  
zaprzyjaźnionego lekarza roztworem. 
Wiadomość o pobiciu Stefana Kisielewskiego rozniosła się w ciągu następnego dnia  
po całym  
mieście, a poprzez stacje nadawcze ambasad dostała się na Zachód, do prasy wielu  
krajów. 
KC Partii zdecydowało się szybko na reakcję. Rozpuszczono możliwie jak  
najszerzej plotkę, że  
Kisielewski odwiedzał na Starym Mieście kochankę i że przydybał go wychodzącego  
na ulicę za˝ 
zdrosny mąż z przyjaciółmi, po czym obili go, jak należało skarać uwodziciela. 
Szubrawcy! 
Potem Kisiel wrócił do swoich zajęć, mając w każdym razie tę satysfakcję, że w  
opinii publicz˝ 
nej, także za granicą, głowę jego otaczała aureola męczennika ranionego w walce  
ze smokiem komu˝ 
nizmu. Nie przeczuwał jednak, że tymczasem w zaświatach następuje przy nim  
zmiana warty. To  
zresztą przytrafia się ludziom wchodzącym w starość, że ich anioły stróże, które  
w zamian za cnotli˝ 
we życie podopiecznych śmiertelników winny otaczać ich coraz troskliwiej  
skrzydłami - idą sobie do˝ 
kądś poza chmury, a miejsce ich zajmują szybko nadbiegłe z piekła diabły. 
Pierwszym, najboleśniejszym ciosem, jaki uderzył w rodzinę Kisielewskich, była  
nieoczekiwana,  
nagła, trudną do pojęcia lekkomyślnością spowodowana śmierć Wacka, syna  
pierworodnego, wów˝ 
czas już ponad czterdziestoletniego, który znajdował się u szczytów kariery  
muzycznej wprawdzie nie  
takiej, jakiej wszyscyśmy po nim oczekiwali, aliści pełnej światowego blasku i  
sukcesów. 
Idąc śladami ojca, wstąpił do Konserwatorium Warszawskiego, gdzie niebawem wybił  
się na  
czoło uczniów profesora Zbigniewa Drzewieckiego, co nie było wyczynem łatwym,  
jako że profesor  
miał szczęście do talentów wyjątkowych, od Haliny Czerny-Stefańskiej i Jana  
Ekiera poczynając,  
a później grupę polskich wychowanków pomnożyli jeszcze japońscy zdobywcy nagród  
w konkursach  
chopinowskich. Uczestniczyłem w publicznym egzaminie Wacka i z przyjemnością  

background image

 

29 

słyszałem, jak zna˝ 
komicie grał "Appassionatę" Beethovena, co wróżyło mu zdobycie międzynarodowych  
estrad, na któ˝ 
rych uprawia się muzykę poważną. 
Wacek przecie zadecydował inaczej o swym życiu. Związał się z kolegą Markiem  
Tomaszews˝ 
kim celem uprawiania w duecie fortepianowym sztuki, której początki między  
wojnami dali Wiener  
i Dousset, fascynując audytoria parafrazami na dwa fortepiany utworów poważnych,  
granych w tem˝ 
pie fokstrota. Szczególnie podobał nam się w ich wykonaniu na 4/4 walc cis-moll  
Chopina, a gorszył  
przerobiony na fokstrota... Marsz żałobny z Sonaty b-moll. 
Duet "Marek i Wacek" zyskał niebawem międzynarodową popularność, zachwycając  
techniczną  
sprawnością gry, brylującą wirtuozerią, a równocześnie wzruszając zwłaszcza  
niemieckie audytoria  
delikatnym sentymentalizmem, gdy taki był w utworze potrzebny. Mnie osobiście  
szczególnie podoba˝ 
ła się ich parafraza na dwa fortepiany pieśni Moniuszkowskiej "Prząśniczka".  
Dodać zaś trzeba, że  
w miarę coraz to wyższych zarobków, co szło w parze z wymaganiami impresariów,  
dwaj polscy ar˝ 
tyści dobrali sobie gwoli akompaniamentu mały zespół instrumentalny. 
Wacka z ojcem łączyła nie tylko miłość rodzinna, lecz także wspólnota upodobań.  
Obaj mieli  
takie same przekonania polityczne, o czym rozmawiać lubili przy kieliszku, obaj  
też czuli skłonność  
do hazardu, tyle że Kisiel raczej lubił grywać w karty - w pokera, gdy Wacek  
preferował ruletkę i kie˝ 
dy podczas swoich tournes trafił gdzieś na kasyno, sporo zostawiał tam  
pieniędzy. 
Śmierć jego, 12 lipca 1986, była rezultatem karygodnej doprawdy lekkomyślności,  
ale nie z jego  
- Wacka strony. Znalazł mianowicie przyjemnego kompana w młodym człowieku,  
uprawiającym inte˝ 
resy między Polską i Francją, co ułatwiało mu podwójne obywatelstwo tych krajów.  
Czuł się przecie  
bardziej Polakiem, więc nabył letniskową posiadłość w Kamieńczyku koło Wyszkowa  
i chciał po˝ 
chwalić się przed Wackiem zarówno tą swoją sytuacją "ziemianina" jak i nowym  
autem francuskim. 
Wacek, który przewidywał duże picie, wykazał należytą ostrożność, jadąc pod  
Wyszków nie  
swoim wozem, lecz najętą taksówką. Po iluś jednak kieliszkach - jakże w  
rezultacie lekkomyślny! -  
zgodził się na krótką jazdę francuskim wozem gospodarza. Ot... Kilkaset metrów,  
tyle, ile trzeba, że˝ 
by wykazać fantastyczną zrywność automobilu. 
Kilkaset metrów, poślizg, uderzenie w przydrożne drzewo, kierowca, wsparty  

background image

 

30 

dłońmi o kie˝ 
rownicę, ocalał, siedzący obok Wacek, rzucony głową o ramę auta, zginął na  
miejscu. Pogrzeb jego  
na warszawskim cmentarzu Starych Powązek zgromadził nie tylko rodzinę i  
przyjaciół najbliższych.  
Byli również członkowie muzycy tego małego zespołu, który jeździł po Europie z  
Markiem i Wac˝ 
kiem, towarzysząc im w występach. Zakończenie rozdzierającej uroczystości  
żałobnej opisałem w fe˝ 
lietonie-nekrologu zamieszczonym w tygodniku "Polityka": 
Kiedy opuszczano trumnę do katakumby grobowej, odezwała się trąbka. Jej krzyk  
samotny le˝ 
ciał w niebo, jak skarga razem i oskarżenie, a potem zaczął opadać bezsilnie,  
coraz niżej i niżej, aż po  
najciemniejsze dźwięki instrumentu, chrapliwie, rozpaczliwie, nad tę trumnę. 
Później młody ksiądz, o żywej wrażliwości i myśleniu niezależnym w ramach  
zakreślonych su˝ 
tanną (każdy nosi jakąś sutannę!), podszedł do Stefana Kisielewskiego: 
- Czy po tej niepotrzebnej śmierci pan jeszcze wierzy w Boga? 
- A ksiądz? 
- Ja się pana pytam! 
W tych latach osiemdziesiątych nasza przyjaźń ze Stefanem trwała dalej, choć nie  
miała obycza˝ 
jem przyjętych form na co dzień. Mieszkaliśmy tylko o jedną ulicę odległości:  
oni na Szucha, ja z mo˝ 
im bratem Mieczysławem na Koszykowej, ale nie odwiedzaliśmy się - jak to bywa  
zwykle między  
przyjaciółmi - ot, żeby dowiedzieć się, co słychać, trochę poplotkować przy  
kawie i rozejść do do˝ 
mów. 
Ze Stefanem stykałem się częściej w publikacjach, gdy ja przy rozmaitych  
okazjach pisałem  
o nim, on zaś chwalił w "Tygodniku Powszechnym" moją pierwszą powieść "Dolina  
szarej rzeki",  
wydaną w 1985 roku, a potem zamieścił o mnie serdeczną notę w swym "Abecadle  
Kisiela" 
z roku 1990. W chwilach jednak alarmujących, gdy któremuś z nas groziło jakieś  
niebezpieczeń˝ 
stwo, zaraz obie rodziny zbiegały się na pomoc. Tak było, kiedy u progu lat  
osiemdziesiątych miałem  
ciężką kraksę samochodową na rogu Tamki, pod Zamkiem Ostrogskich, tył auta  
zdruzgotany, a  
w pogotowiu lekarz zszywał mi skórę na głowie, wypytując, jak się nazywam? jaką  
dziś mamy datę?  
kto jest premierem rządu? - żeby stwierdzić, czy nie uległem wstrząsowi mózgu. A  
wtedy Lidia - sko˝ 
ro tylko dowiedziała się o wypadku - zaraz przybiegła z Krysią do Mietka, by go  
podtrzymywać na  
duchu, jeśliby się okazało, że ja tymczasem ducha wyzionąłem. W lipcu,  
śmiertelnie katastrofalnym  

background image

 

31 

dla Wacka, mnie nie było w Warszawie, ale natychmiast po powrocie skontaktowałem  
się ze Stefa˝ 
nem i przez szereg dni spotykaliśmy się, kiedy zauważyłem, że wracanie myślami i  
słowami do tego  
strasznego zajścia przynosi Kisielowi ulgę. Mówił, że tyle się najeździł po  
świecie, ale trudniejszej dla  
siebie drogi nie pamięta, jak tych kilkadziesiąt kilometrów z Wyszkowa do  
Warszawy, gdy siedział  
obok szofera w sanitarce, a za sobą miał trumnę z ciałem syna. Mówił też, że  
przez dwa tygodnie po  
złożeniu Wacka do ziemi pił nieprzerwanie, żeby znieczulić w sobie ból nie do  
zniesienia. 
A co się stało z zabójcą?... Najpierw uciekł i gdzieś ukrywał się, ale potem sam  
się zjawił  
w prokuraturze, mając adwokata u boku, i wyjednał tyle, że wobec stwierdzonego  
"nieumyślnego za˝ 
bójstwa" pozwolono mu przed sądem odpowiadać z wolnej stopy i jedynie wyznaczono  
- gwoli za˝ 
pewnienia stawiennictwa - kaucję 18 tysięcy dolarów. Zabójca oczywiście wpłacił  
ją natychmiast, po  
czym wyjechał do Francji i tyle go było widać. Śmierć Wacka kosztowała go więc  
tylko wymienioną  
sumę. Nawet niedrogo... 
W następnych latach Stefan zaczął tracić wzrok. Najpierw była to - sądzono -  
zaćma, którą bę˝ 
dzie można bez trudu usunąć, jako że podobne operacje przeprowadzano skutecznie  
już w XVIII  
wieku i u Jana Sebastiana Bacha zdawała się pomyślna do chwili, kiedy - wobec  
braku wtedy należnej  
antyseptyki - po zabiegu w organizmie chorego nastąpiło ogólne zakażenie.  
Okuliści w kraju nie byli  
jednak zgodni co do typu schorzenia Kisiela i przepisywali jedynie środki  
niosące poprawę ograni˝ 
czoną w trwaniu, a gdy Stefan - będąc w Paryżu - udał się do miejscowej sławy w  
okulistyce, dowie˝ 
dział się, że to nie zaćma, ale nieuleczalne zmętnienie całych gałek ocznych. 
Trzeba próbować było rozmaitych zabiegów w nadziei, że tymczasem czyniąca tak  
zawrotne  
postępy medycyna wynajdzie jakiś lek zasadniczo skuteczny. Podobne zmętnienie  
gałek u bardzo sę˝ 
dziwego, blisko już stuletniego Artura Rubinsteina potrafiono zatrzymać na  
takiej granicy, że chory  
mógł widzieć nieco świata samymi bokami źrenic. 
Do podobnego stanu było Kisielowi daleko. Jednakże, w złych dniach, musiał  
czytać prasę jed˝ 
nym okiem, śledząc tekst, wiersz po wierszu, przez lupę. Skoro zaś nadszedł rok  
1990 i ostateczne  
zwycięstwo "Solidarności" nad wycofującym się w głąb historii komunizmem, Kisiel  
nieoczekiwanie...  
ustąpił z "Tygodnika Powszechnego"! Nie bardzo rozumiał czy też unikał  

background image

 

32 

zastanawiania się nad tym,  
dlaczego to robi, a decyzji pisarza nie umieli sobie też do końca wytłumaczyć  
redaktorzy "Tygodni˝ 
ka", oczywiście bardzo zmartwieni i ślący coraz to nowych parlamentariuszy, żeby  
Stefana do powro˝ 
tu na stare łamy namówili. Ale on nie chciał! 
Mnie zaś wydaje się, że może go trochę rozumiem... Jego kwadratowe lub też  
podłużne miejsce  
na stronie ostatniej "Tygodnika" było przez bez mała pół wieku polem walki,  
którą toczył odważnie,  
uparcie, aż wygrał. Co zaś robi zwycięzca na pobojowisku? Czy zostaje, żeby -  
obchodząc je wchła˝ 
niać zaduch rozkładających się trupów i potykać o rdzewiejące wraki rozbitych  
dział i czołgów?...  
Nie! Jeżeli jest rasowym, z temperamentu wojownikiem, odchodzi do innych bitew,  
zostawia martwe  
pobojowisko pamięci lub czasem pamiętnikom, odznaczając tylko najwybitniejszych  
towarzyszy  
wspólnych zmagań (sławne odtąd doroczne "Nagrody Kisiela" dla czołowych  
polityków, publicystów  
i przedsiębiorców). 
Chyba zaraz w owym roku 1990 Stefan zawarł nową umowę z dużego formatu,  
wchodzącym  
w wielką modę, tygodnikiem "Wprost", który wydawano w Poznaniu. Ustalono, że nie  
będzie pisywał  
felietonów, jeno dyktował je przez telefon. Analogiczne porozumienie uzgodnił z  
wydawnictwem pol˝ 
skim w Chicago, odtąd - poprzez ocean - również dyktując felietony  
telefonicznie. Zastanawiam się  
dziś, czy w tych obu kontraktach nie grało też roli pogłębiające się osłabienie  
wzroku: nie musiał pi˝ 
sać, jeno mówił. Aliści, co obserwuję u siebie, ponado siemdziesięcioletniego,  
mogło to być zrozumia˝ 
łe także po długim, wypełnionym pisaniem okresie, jako po prostu lenistwo. Ja  
również coraz chętniej  
proponuję udzielanie wywiadów, zamiast pisania felietonów. Tyle że traktuję to  
jako utwory autorskie  
redagowane pod moje dyktando, przeto wymagam za nie normalnych honorariów, co  
dostaję. Takoż  
Kisiel. 
Nadszedł rok dla Stefana i Lidii ostatni, choć tego nie mogli jeszcze  
przewidzieć. Rozglądając  
się wokół siebie, kiedy usunęli się już za posępną granicę nie tylko oni, ale  
jeszcze inni coraz liczniejsi  
rówieśnicy moi, oceniam to z lękiem hamowanym przez rozsądek, jako normalną  
wymianę pokoleń na  
ziemi, żeby nie robiło się na niej za ciasno. Ileż liczyłaby sobie milionów  
obywateli Warszawa, gdyby  
wstali z grobów ci wszyscy, co byli świadkami podniesienia jej za Wazów do rangi  
stolicy?... Trudno  

background image

 

33 

byłoby się przepchać wśród tłumów zapełniających ulice, nie mówiąc o żywności, o  
Wiśle zbyt mało  
dostarczającej wody. 
Na szczęście odchodzimy! Sam siebie z rosnącym smutkiem widzę jako coraz  
bardziej osamot˝ 
nioną na rozległym karczowisku sosnę, o której zapomniał nasłany z piekła drwal,  
gdy ciął wszystko,  
co rosło wokół. Natężając wzrok mogę dostrzec w oddali drugiego niedobitka z  
czasów, kiedyśmy  
byli młodymi drzewami, które słaniały się i wracały do pionu ochoczo, w porywach  
wiosny. To Mira  
Zimińska, jeszcze bardziej ode mnie leciwa, a tak ładnie po kobiecemu pełna  
kokieterii, że od swoich  
dziewięćdziesięciu kilku lat (bo urodziła się w tamtym stuleciu) odejmuje w  
udzielanych wywiadach...  
dwa, żeby się czuć współczesną. 
Teraz, o zmierzchu - w dookolnej pustce i ciszy - szumimy do siebie bardzo radzi  
z takiej cho˝ 
ciażby ruchliwości i z tego, że tępiejący słuch przecież zezwala nam jeszcze  
wspominać różności nam  
tak drogie, choć dla innych zgoła błahe. 
W marcu 1991 Kisiel był jeszcze w Moskwie z synem Jerzym. Wyprawa, jaką się  
podejmuje na  
wiadomość, że morze w odpływie zostawiło na piasku zewłok olbrzymiego wieloryba:  
patrzcie,  
patrzcie! Do niedawna wydawał się taki groźny, z wielkim hukiem wyrzucając z  
siebie fontanny wody,  
a teraz rozkłada się na oczach tłumów spokojnych, że już ich nie zatopi, na co  
mógł był sobie pozwo˝ 
lić jednym machnięciem ogona. 
Stefan z Jerzykiem wybrał się na zaproszenie ambasady, żeby pod jej  
protektoratem wygłosić  
dwa odczyty, za które - przed niewieloma laty - pod protektoratem NKWD jechałby  
znacznie dalej...  
Wkrótce, bo w czerwcu, Kisiel - niespokojny wędrowiec - ruszył w przeciwną  
stronę, bo do Szwajca˝ 
rii, i tam zaskoczył go telegram od pozostawionych bliskich w Warszawie. Jerzy  
donosił ojcu, że mat˝ 
ka - od miesięcy coraz to bardziej chuda i zmęczona - będąc we własnym pokoju  
potknęła się, upadła  
i złamała równocześnie rękę i obojczyk. Niechże ojciec wraca czym prędzej, a  
tymczasem radzi, gdzie  
najlepiej umieścić Lidię. Stefan odpowiedział: - Dzwońcie do Waldorffa! 
Połączyłem się natychmiast z dyrektorem kliniki Ministerstwa Zdrowia, a on -  
chociaż Lidia  
formalnie nie miała uprawnienia, żeby się leczyć w tym szpitalu dla  
ograniczonego kręgu pacjentów -  
natychmiast wysłał sanitarkę, złamania unieruchomiono w bandażach, zasadniczą  
operację na parę dni  
odkładając, bo lekarze mieli podejrzenia, które wymagały kilku wstępnych badań i  

background image

 

34 

analiz. 
Stefan przyleciał najbliższym aeroplanem i jeszcze zastał żonę przy życiu, ale  
na bardzo krótko.  
Podczas gdy w klinice niemal szykowano już, co trzeba, do odpowiednio  
precyzyjnego złożenia kości;  
zastanawiano się, czy operacyjnie, czy na wyciągu - w organizmie Lidii ustał  
robaczkowy ruch jelit,  
przyłączyły się duszności i nastąpił zgon. Taki, jakie było jej życie, przez  
które idąc nie chciała nikomu  
sprawiać sobą kłopotu, usuwająca się z drogi innym, jak gdyby trochę zażenowana  
i w oczach niosąca  
prośbę o wybaczenie, jeśliby... 
Umierała samotna, w nocy, nie mając przy sobie nikogo. Pogrzeb jej na Starych  
Powązkach od˝ 
był się przed południem, 17 czerwca tego roku 1991. Podjechałem autem tuż pod  
bramę św. Honora˝ 
ty, aby idąc do kościoła przez cmentarz, uniknąć stromych stopni podejścia  
schodami od ulicy, bo dla  
moich chorych nóg... Tuż za bramą, na ławce pod pierwszymi grobowcami siedział  
Stefan. Widząc  
nas uśmiechnął się tym swoim dziwnym półuśmiechem, mającym w sobie coś z  
serdeczności razem  
i szyderstwa.  
Kiedy podawał mi rękę, nim zdążyłem odezwać się, zawołał: 
- Powiedz, czy to nie dziwaczne: być wdowcem! Wdowiec... 
Spojrzałem w jego oczy, jeszcze bledsze niż zwykle, jak gdyby puste i  
wystraszyłem się. Jego  
zmarła żona była w trumnie, obok w prawej nawie kościoła, czekając chwili  
przeniesienia na katafalk  
i początku mszy żałobnej, bo w tej fabryce grzebalne kolejne czynności musiały  
być podejmowane  
z fachową precyzją, żeby zmarli wszyscy zdążyli o wyznaczonej porze zejść pod  
ziemię. Lidia więc  
leżała martwa w kościele, ale mnie się zdało w cieple słońca w otoczeniu zieleni  
cmentarnej - że to  
w pustych oczach Stefana dojrzałem śmierć. 
Z małżeństwami, które długo i na wiele sposobów blisko idą trzymając się za ręce  
przez życie,  
bywa jak z dwoma konarami drzewa, rosnącymi z jednego pnia, że gdy wichura lubo  
też piorun któ˝ 
ryś konar odłupie, to drugi nie może samotnie żyć dłużej i usycha. Tak wkrótce  
miało się stać z aktor˝ 
skim małżeństwem Dmochowskich, że kiedy bardzo miła, ciepła jakoś i lubiana  
przez wszystkich Ola  
zmarła, to Mariusz przeżył ją ledwo o cztery miesiące. Teraz Kisiel... 
Widywałem się z nim odtąd prawie codziennie, żeby nie zostawał w domu sam, gdy  
zamieszkały  
z nim Jerzyk szedł do pracy. Schodziliśmy się u progu Koszykowej, w świeżo  
urządzonym na sposób  
angielski "pubie", gdzie lubiliśmy pić ten sam gatunek mocnego, ciemnego piwa  

background image

 

35 

"Guinness". Stefan  
mówił, że to jest teraz jedyne pożywienie jego, bo nic innego nie chce mu  
przejść przez gardło.  
W domu stara się tak urządzić, aby móc zupę wylewać do jakiegoś przygotowanego w  
ukryciu na˝ 
czynia. Tym sposobem okłamywał zamartwiających się ciocię Helenę i Jerzyka, że  
przecież zupę jadł. 
Widzieliśmy jednak wszyscy, jaki się stawał coraz bardziej chudy, z sinymi  
cieniami na skro˝ 
niach i pod oczyma żółtej twarzy. Któregoś popołudnia naszedł nas siedzących, że  
było ciepło, na  
ulicznym tarasie owego "pubu" Jan Krenz. Bardzośmy się sobie ucieszyli i stanęła  
umowa, że będzie˝ 
my się odtąd spotykali tu we trzech co środę bodaj albo czwartek. Do następnego  
spotkania wszakże  
już nie doszło. Stefan leżał w szpitalu na Pradze, półokrągłym obok kościoła św.  
Floriana, aliści za˝ 
nim czas wypełniony rozmaitymi zajęciami pozwolił mi odwiedzić go tam, był z  
kolei przewieziony na  
ulicę Banacha, do nowoczesnej i przerażającej kliniki onkologicznej, na której  
czele stała pani  
wszechstronnie ważna, bo profesor, doktor i senator, Zofia Kuratowska, i ona to  
osobiście zajęła się  
Kisielem. 
Nie zapomnę wizyty w owym, zarazem eleganckim i posępnym przedsionku śmierci!  
Zawiózł  
mnie Jerzy najpierw przed wejście do gmachu całego z granatowego plastyku w  
aluminiowych ra˝ 
mach, a potem dostaliśmy się na odpowiednie piętro, gdzie za szklanymi drzwiami  
był oddział wypeł˝ 
niony dławiącą ciszą. Po lewej pusta sala do spotkań chorych z rodzinami, po  
prawej zaś, od razu  
w pokoju na trzy łóżka, pośrodku między dwoma innymi pacjentami leżał Stefan. 
Przywitał mnie jak gdyby w radosnym zwolnieniu, wyciągnął rękę niemal szkieletu.  
Obok miał  
młodego człowieka z twarzą ukrytą pod kołdrą. Trudno było zresztą odgadnąć wiek  
jego, gdyż od˝ 
słaniał głowę wyłysiałą pod wpływem antynowotworowych leków i po tej biednej  
głowie bez przerwy  
głaskała go śliczna dziewczyna, z niemą rozpaczą na twarzy. Po drugiej stronie  
Kisiela na łóżku leżał  
starszy mężczyzna, który powoli zwrócił ku mnie spojrzenie uparte tak wytrwale,  
póki - zmuszony  
tym wzrokiem - nie zapytałem: 
- Pan tu na długo? 
- Aż do końca - odparł. 
Tymczasem Kisiel prosił, żebym przeszedł naprzeciwko, do sali spotkań, a Jerzy  
pomoże mu  
przenieść się z łóżka na przetaczane krzesło i zaraz ponownie się zobaczymy,  
żeby pogadać swobod˝ 

background image

 

36 

niej, głośniej, bo tutaj...  
Skoro tylko syn przytoczył chorego ojca na tym opatrzonym w koła krześle i  
ubranego w szlaf˝ 
rok, bez osłony kołdry, mogłem dopiero zobaczyć, jak ostatecznie wycieńczony był  
Stefan. Jak gdyby  
już martwy i tylko bardzo szybkie wdychanie i wydychanie powietrza, bezustannie  
pompującą je klat˝ 
ką piersiową, okazywało, że jeszcze żyje i walczy o dostarczenie sercu tlenu,  
którego brakowało we  
krwi pozbawionej białych ciałek, bo to, na co umierał Stefan, nazywało się  
rakiem naczyń chłonnych. 
Ten dzień moich odwiedzin zapisał sobie Jerzy w kalendarzu - 20 września 1991.  
Pierwszy  
dzień festiwalu "Warszawska Jesień '91", a w jej programie wykonać miano Koncert  
fortepianowy Ki˝ 
sielewskiego: jeden z dziwnych fenomenów wspaniałego człowieka, zarazem pisarza  
i kompozytora,  
że najwybitniejszą powieść "Sprzysiężenie" wydał u samego progu kariery,  
najpiękniejszy zaś utwór  
muzyczny, właśnie ten koncert, który miał grać we wtorek 24 września pianista  
Marek Drewnowski,  
był w najdosłowniejszym znaczeniu zamknięciem kariery Kisiela, bo wyprzedzał z  
estrady jego śmierć  
tylko o trzy dni. 
W drukowanym programie "Jesieni" kompozytor zwierzał się, jakie miał kłopoty z  
tworzeniem  
dzieła: "...to był dla mnie istny wąż morski czy też zmora, oplatająca  
człowieka... Zajmował moją mu˝ 
zyczną wyobraźnię przez lat blisko jedenaście, choć w sumie pracowałem nad nim  
parę miesięcy...  
Ściśle mówiąc gotowy był od początku, ale... w mojej głowie. Wiosną roku 1980  
przyszedł mi do  
owej głowy projekt napisania specyficznego utworu muzycznego. Projekt, jak  
zawsze u mnie, był na˝ 
tury techniczno-kolorystyczno-formalnej, nie zaś uczuciowo-treściowej (uczuć  
doznawać będzie słu˝ 
chacz - to już jego sprawa). Chodziło mi o koncert fortepianowy z towarzyszeniem  
małej orkiestry,  
właściwie zespołu solistów, w którym przeważałyby moje ulubione instrumenty dęte  
i perkusyjne...  
Od razu też zarysowały się w wyobraźni cztery niezbyt długie części utworu: po  
śpiewnej części dru˝ 
giej zaprojektowałem jako trzecią gawota, aby uczcić pamięć mojej ulubionej  
"Symfonii klasycznej"  
Prokofiewa... Miłe złego początki - na tym się skończyło (na razie). Przyszła  
choroba, operacja, po˝ 
tem podróż zagraniczna. Stan wojenny... znów czteroletnia przerwa... wreszcie 12  
marca 1991  
Koncert jest gotowy - 11 lat od powstania pomysłu. Liczy sobie 17 minut, to  
właściwie concertino.  

background image

 

37 

I teraz przed wykonaniem w autorze budzi się lęk". 
Stefan Kisielewski prawykonania, owego wieczoru 24 września, nie słyszał, a  
dopiero nazajutrz  
retransmisję TV, kiedy Jerzyk przywiózł do szpitala w tym celu telewizor i  
biedny Kisiel mógł cieszyć  
się prawdziwym triumfem dzieła, owacją publiki tak upartą i długą, że Drewnowski  
z orkiestrą musiał  
bisować "gawota". 
Ja wtedy, kiedym dwudziestego września był na Banacha, widziałem się z  
przyjacielem po raz  
ostatni. Mówił, że potrzebny mu jest do życia i pracy jeszcze tylko jeden rok i  
że dr Kuratowska mu  
ten rok obiecała. Ale ona musiała wiedzieć, że to jest pobożne kłamstwo, bo  
chory już stoi nad gro˝ 
bem. Rozmowa ze mną - jakkolwiek krótka - też go zmęczyła, więc się żegnał i  
wracał do łóżka.  
Jeszcze potem miał okropne dwie godziny, gdy stracił mowę czy raczej łączność  
umysłu z gardłem.  
Myślał jedno, a z ust wychodziło mu coś bełkotliwie zupełnie innego. 
Bardzo się tym denerwował, a ja zastanawiałem się nad dzielącą nas różnicą  
poglądu na istnie˝ 
nie duszy, Boga i życia po śmierci ziemskiej całkiem innego, dopiero pełnego  
ogromnych wartości,  
przez nas - Ziemian nie do przeczucia za pomocą ledwo pięciu zmysłów do jakże  
ograniczonych kon˝ 
taktów z bezmiarem wszechświata. A przecież Stefan - racjonalista i pragmatyk,  
oceniający różne sys˝ 
temy polityczne nie według ideologii, jakie propagowały, lecz nade wszystko  
sukcesów w sferze gos˝ 
podarki materialnej, on mimo takiej postawy - znajdował w sobie miejsce, jeśli  
nie na wiarę w Boga,  
to na szukanie Go, jako niezbędnej logicznie przyczyny narodzin wszechświata.  
Kiedy umierała matka  
jego i przyszedł ksiądz z Sakramentami, Kisielewski ukląkł przy łóżku konającej  
i wraz z nią przyjął  
Komunię Świętą. W rozmowach o śmierci powtarzał zawsze to samo, iż jej się wcale  
nie boi, a tylko  
bólów umierania. Przeczuwając jej nadejście, chciał rozmawiać z księdzem  
Pasierbem. Za późno! 
Ja natomiast, z temperamentu raczej wybuchowy romantyk, w niewielkim kręgu  
materii, w ja˝ 
kim przyszło mi żyć na pyłku w Kosmosie, zwanym przez nas Ziemią, dla Boga  
miejsca nie znajdywa˝ 
łem. W każdym razie dla tej Siły, która uruchomiła planetarium Kosmosu, żeby  
mogła widzieć mnie,  
z całym moim skomplikowanym i - wedle moich pojęć - bogatym życiem, materialnym  
i duchowym -  
zatopionego w czarnych otchłaniach. Mniej dostrzegalnego dla owej Siły, niźli  
drobinka piasku depta˝ 
na podeszwą mego trzewika. Raczej zresztą wielkim spokojem napełniało mnie  

background image

 

38 

przekonanie, że po  
śmierci tak samo będę niczym, jak byłem na wiele wieków przed urodzeniem, gdy  
nie mogło mi spra˝ 
wiać żadnej różnicy, iż nie ma mnie - na przykład - w Polsce za rządów Zygmunta  
Starego. I gdyby  
tylko nie upokarzająca świadomość, że tkwi we mnie, zaszczepiony przez Siłę  
Nadrzędną lęk śmierci,  
niezbędny dla prokreacji gatunku... W przeciwnym razie ludzkość już dawno  
popełniłaby zbiorowe  
samobójstwo! 
Co się tyczy Stefana Kisielewskiego, jego katastrofa nastąpiła w piątek 27  
września po połud˝ 
niu, kiedy mu dawano kroplówkę ze świeżej krwi. Odczuł nagle ogarniający ciało  
chłód taki, że prosił  
Jerzyka o nakrycie dodatkowymi kocami, lecz ten chłód po krótkim czasie zmienił  
się w uczucie go˝ 
rąca połączone z dusznościami narastającymi gwałtownie, więc zawezwany lekarz  
nakazał przesunię˝ 
cie łóżka do sali obok, gdzie znajdowały się aparatury tlenowe. 
Tak to wyglądało, lecz - jak mi się zdaje - dysponującemu medykowi chodziło  
również o to, że˝ 
by sąsiadom Stefana oszczędzić widoku jego zgonu. Założenie maski tlenowej znowu  
chorego zde˝ 
nerwowało, choć przyniosło ulgę w łapaniu powietrza, aliści - wszystko razem  
trwało pół godziny -  
w oczach Kisiela potem narastał lęk, aż do chwili, gdy zgasły. Była godzina  
16.30. 
Pogrzeb Stefana Kisielewskiego wyznaczono dopiero na czwartek 3 października  
tego roku  
1991. Zmarł w uprzedni piątek, więc przez sobotę i niedzielę trudno się było  
zajmować organizacją  
uroczystości żałobnych, tym bardziej że choć nikt za ich szczególnie podniosłą  
formą nie agitował, to  
przecie wszyscy bez umawiania się byli zdania, iż chować będzie naród jednego z  
największych swo˝ 
ich przedstawicieli tej epoki. Więc... 
Odbyły się w rezultacie dwie - jedna po drugiej - ceremonie. Najpierw u św.  
Krzyża, którego  
nawy zapełnił tłum żałobników tych, co zdobyli miejsca siedzące w ławach  
kościelnych, i reszty, co  
stała zwartą masą po bokach. W stallach zasiadł prezydent Rzeczypospolitej, a  
miał za sobą przedsta˝ 
wicieli najbliższego otoczenia z Belwederu i parlamentu, który reprezentowali  
dwaj premierzy tej ka˝ 
dencji: Mazowiecki z Bieleckim. 
Ówczesny dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego - generał Leon Komornicki  
chciał  
najpierw, żeby zmarłemu oddane zostały pełne honory wojskowe, jak wypada  
bohaterowi, który całe  
życie walczył o niepodległość swego kraju. Rodzina jednak, pamiętając o  

background image

 

39 

codziennej prostocie Ojca,  
prosiła jeno o wojskową asystę, przeto z obu stron niskiego katafalku, na którym  
umieszczono bardzo  
skromną, ale i szlachetną w swej obłości jasną, drewnianą trumnę - stanęła tylko  
warta żołnierska,  
podczas gdy sam katafalk tonął w kwietnej masie wieńców i bukietów coraz to  
liczniejszych, składa˝ 
nych przez ludzi przybyłych z serdeczną intencją uczczenia Stefana od siebie,  
poza oficjalną galą. 
Mszę celebrował biskup Miziołek, mając za koncelebrantów sześciu bodaj księży, a  
był wśród  
nich bliski naszemu kręgowi prałat Janusz Pasierb, który wygłosił homilię  
przywołującą raz jeszcze  
postać i zasługi Kisiela. 
Po tej mszy uroczystej trumna przewieziona została do kościoła pod wezwaniem św.  
Karola  
Boromeusza na Powązkach, gdzie egzekwie odprawił kanclerz Kurii Metropolitalnej  
i zarazem pro˝ 
boszcz Powązek - ksiądz dr Zdzisław Król. 
Potem dopiero przyjaciele ponieśli Stefanowe ciało za Katakumby, do Kwatery  
Zasłużonych,  
gdzie miało spocząć nad wcześniej złożonymi w tym grobie trumnami jego syna  
Wacława i żony Lidii,  
a ja przypominałem sobie, jak mi Kisiel opowiadał po tragicznym zgonie Wacka, że  
kazał wykopać  
tumbę potrójnej głębokości, aby w niej spoczęli razem z synem rodzice. Nikt jeno  
wówczas nie przy˝ 
puszczał, że to się stanie tak prędko. 
W orszaku przez cmentarz szli przyjaciele Kisielewskiego, także przybyli spoza  
Warszawy. Re˝ 
daktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" Jerzy Turowicz z Jackiem Woźniakowskim,  
redakcja ty˝ 
godnika "Wprost" z Poznania i wielu jeszcze innych bliskich, nawet zawsze nieco  
dziwaczny poseł  
Korwin-Mikke z pocztem sztandarowym swojej partii Unii Polityki Realnej. 
Były mowy nad otwartą mogiłą, jak to z obyczaju się dzieje, wszystkie i za  
liczne, i za długie,  
gdy miałoby się wewnętrzną potrzebę na cichą, ostatnią rozmowę z grzebanym  
przyjacielem, żeby jej  
nic nie zagłuszało, ani nawet szum drzew czy świergoty ptasie. One zresztą już  
odleciały - paździer˝ 
nik, tyle że dzień łaskawy: bez słońca, lecz i bez deszczu. Perłowy smutek nad  
dookolnymi grobow˝ 
cami, w których zamieszkali wcześniej zmarli witali nowego przybysza za Bramą  
Wielkiej Ciszy. 
Istotnie, zdawało się, że jęła zapadać od chwili, gdy na sznurach gotowano się  
do opuszczenia  
trumny w głąb tumby i jeno spod cmentarnego muru dobiegał głuchy warkot werbli  
wojskowych. Gdy  
nagle... Trudno było powiedzieć, kto tę pieśń zaintonował pierwszy, bo tak  

background image

 

40 

szybko podjęta została  
przez wszystkich żegnających Stefana: 
"Jeszcze Polska nie zginęła,  
Póki my żyjemy..." 
Przypisy 
1. Gałczyński Konstanty Ildefons (1905-1953). Czołowy i zarazem  
najoryginalniejszy poeta  
drugiej ćwierci XX wieku w Polsce. Autor poematów "Bal u Salomona" (przed  
wojną), "Niobe"  
i "Wit Stwosz" (po wojnie). Od 1946 współpracownik tygodnika "Przekrój",  
stworzył dla niego nowy  
gatunek miniform poetyckich "Teatrzyk Zielona Gęś" i "Listy z fiołkiem", także  
poemat "Zaczarowa˝ 
na dorożka" i wiele innych liryków. 
2. Mycielski hr. Zygmunt (1907-1987). Wybitny kompozytor i jeszcze wybitniejszy  
eseista. Jego  
nie wydane dotąd pamiętniki są wnikliwą analizą współczesnych dziejów ludzkich  
na Ziemi. 
3. Giedroyć Jerzy (ur. 1906). Ze zubożałego rodu kniaziów litewskich,  
dziennikarz i polityk. Od  
1929 do 1937 redagował w Warszawie tygodnik "Bunt Młodych", od 1937 do 1939  
tamże tygodnik  
"Polityka". Podczas wojny redaktor wydawnictw II Korpusu Polskiego we Włoszech.  
Od 1947 redak˝ 
tor miesięcznika "Kultura" w podparyskiej miejscowości Maisons Laffitte.  
Najwyżej zasłużony histo˝ 
ryk i komentator dziejów emigracji polskiej na Zachodzie, po II wojnie  
światowej. 
4. Sobański hr. Antoni (ur. około 1903, zmarły około 1940 w Londynie).  
Mieszkaniec rodzin˝ 
nego pałacyku w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, jeden z najwykwintniejszych  
"dandysów" swe˝ 
go czasu, ale jednocześnie w szerokich i bliskich kontaktach z najwyższymi  
sferami artystycznymi. Na  
rok czy dwa przed wojną pojechał jako obserwator do Norymbergi na osławiony  
"Parteitag" z udzia˝ 
łem Hitlera, po czym umieścił w "Wiadomościach Literackich" głośny wtedy  
felieton, przestrzegając  
przed lekceważeniem owych pozornie tylko błazeńskich demonstracji niemieckiej  
siły. Gruźlik, gdy  
szczęśliwie zdążył na czas emigrować do Anglii, zmarł na pęknięcie opłucnej. 
5. Tarnowski hr. Jan (ur. około 1900, zmarł w 1961 r.). Jeden z  
najprzystojniejszych młodych  
ludzi swego czasu, przypominający urodą Oskara Wilde'a, a prowadzący się w  
sposób jeszcze skanda˝ 
liczniejszy. Niejako "zesłany" przez ojca, ordynata na Dzikowie, do Afryki -  
brał udział w safari, skąd  
zwiózł do późniejszego swego warszawskiego mieszkania dwa potężne kły słoniowe,  
a z podróży do  
Chin cenne okazy tamtejszej porcelany i majoliki. Ustatkowawszy się, został  

background image

 

41 

jednym z najowocniej  
popierających sztukę arystokratów. Był współtwórcą Instytutu Propagandy Sztuki  
(IPS) w specjalnie  
zbudowanym pawilonie na pl. Piłsudskiego (gdzie dziś hotel "Victoria"), z salą  
wystawową i kawiar˝ 
nią opatrzoną w małą scenę, z której Warszawa oglądała po raz pierwszy krakowski  
teatrzyk "Cricot".  
Następnie Tarnowski wespół z architektem Karolem Stryjeńskim (mężem Zofii,  
malarki) doprowadził  
do zbudowania w Bukowinie pod Zakopanem schroniska dla plastyków, do dziś  
istniejącego pod na˝ 
zwą "Głodówka". Podczas II wojny został adiutantem gen. Maczka, wyróżniając się  
niepospolitym  
męstwem. Po wojnie zamieszkał w Edynburgu, gdzie założył instytucję propagującą  
folklor szkocki,  
na wzór naszej "Desy". Przy okazji skupywał jako dary dla Muzeum Narodowego w  
Warszawie za˝ 
bytki polskie, za co - jakkolwiek hrabia - przez dwa tygodnie był w Polsce  
gościem rządu Gomułki.  
Grobu po nim nie ma, gdy bowiem czuł zbliżającą się śmierć, ofiarował swoje  
ciało prosektorium  
Akademii Medycznej w Edynburgu.  
6. Pruszyński hr. Xawery (1907-1950). Korespondent-uczestnik wojny domowej w  
Hiszpanii  
(1937), po stronie republikanów. Później ceniony reporter polityczny z wielu  
krajów, od Chin po  
Norwegię. Także powieściopisarz. Najgłośniejszy jego cykl opowiadań "Karabela z  
Meschedu".  
W PRL został dyplomatą, posłem w Holandii, gdzie zginął w wypadku samochodowym. 
7. Kazimierz Serocki (1922-1981). Kompozytor i założyciel wraz z Tadeuszem  
Bairdem w roku  
1956 festiwali muzyki współczesnej "Warszawska Jesień". 
8. Sikorski Kazimierz (1895-1986). Najwybitniejszy po Zygmuncie Noskowskim  
polski nauczy˝ 
ciel kompozycji. Noskowski w latach swej profesury w warszawskim Instytucie  
Muzycznym (od roku  
1886) kształcił na kompozytorów Piotra Maszyńskiego, Pankiewicza, Melcera,  
Szopskiego, Joteykę,  
Rogowskiego, Lachmanna, Rytla, Friemana, Szelutę, Fitelberga, Karłowicza i  
Szymanowskiego.  
Uczniami Sikorskiego w Konserwatorium Warszawskim byli Grażyna Bacewiczówna, Jan  
Ekier, Ste˝ 
fan Kisielewski, Andrzej Panufnik, Jan Krenz i Kazimierz Serocki. 
9. Jerzy Lefeld (1898-1980). Pedagog fortepianu i najwybitniejszy polski  
pianista-kameralista.  
Nikt tak jak on nie potrafił grać z doskonałą precyzją, a zarazem elegancką  
zwiewnością arcytrudnej  
partii fortepianowej w "Źródle Aretuzy" Szymanowskiego. 
10. RGO - Rada Główna Opiekuńcza. Dopuszczona przez okupantów do względnej  
samodziel˝ 

background image

 

42 

ności polska organizacja charytatywno-samopomocowa. Istniała za pierwszej i  
drugiej wojny świato˝ 
wej pod tą samą prezesurą Adama hr. Ronikiera. Pierwsza RGO miała z upływem  
czasu rosnące  
kompetencje, a jej poszczególne działy stały się zalążkami późniejszych  
ministerstw. Podczas drugiej  
wojny, pod hitlerowską kontrolą RGO musiała oficjalnie poprzestawać na  
społecznej dobroczynności.  
Centrala jej kierowana przez Ronikiera znajdowała się w Krakowie. W Warszawie  
działała filia rady,  
mając podległe sobie komitety i działy. Jednym z nich była Kuchnia dla Literatów  
przy ulicy Foksal.  
Na czele działu prowadzącego kuchnię stał znany pisarz Ferdynand Goethel. Innym  
z komitetów zaj˝ 
mujących się opieką nad więźniami i rodzinami ich kierowała hr. Maria z  
Potulickich Tarnowska,  
zwana "Marytką". Na pierwszym wszakże miejscu przypomnieć należy jedną z  
czołowych dam pol˝ 
skich, panią na trzech ordynacjach, pełniącą za okupacji rolę "Wielkiej  
Jałmużnicy Warszawy" - księż˝ 
nę Ludwikę z Krasińskich Czartoryską, która później straciła w Powstaniu  
ukochanego syna, tak że  
nie można było odnaleźć jego ciała. 
Mimo surowego nadzoru Niemców udało się Radzie Warszawskiej, w porozumieniu z  
tajną  
grupą muzyków pod wodzą bohaterskiego szefa ukrytych radiostacji nadawczych AK -  
Edmunda  
Rudnickiego, stworzyć pod pozorem jednej więcej akcji dobroczynnej, regularnie  
prowadzone w sali  
Konserwatorium przy Okólniku, nazwane oficjalnie kameralnymi, w istocie pełne  
koncerty symfo˝ 
niczne. Tam odbyło się prawykonanie "Uwertury tragicznej" Panufnika, a wśród  
debiutujących solis˝ 
tów tam pierwszy raz wyszła na dużą estradę Wanda Wiłkomirska. Wyprowadzając  
niebezpiecznymi  
drogami w pole Niemców, udawało się część dochodów z owych koncertów przekazywać  
na po˝ 
dziemne cele muzyczne. 
11. Zofia Starowieyska-Morstinowa (1891-1966). Pisarka związana z krakowskim  
środowis˝ 
kiem "Tygodnika Powszechnego", którego była współredaktorem w latach 1945-1953 i  
od 1957 ro˝ 
ku. Autorka opowiadań, wspomnień i krytyk literackich. Należała do wielkiego  
klanu poetów i pisa˝ 
rzy naszych, począwszy od Hieronima Morsztyna (1580-1623, wiersz "Światowa  
rozkosz"); najsław˝ 
niejszego Jana Andrzeja (1621-1693; liryki "Kanikuła - albo psia gwiazda");  
Stanisława (urodzony po  
1623, zm. 1725, tłumacz "Andromachy" Racine'a); Zbigniewa (1628-1689, poeta  
ariański), aż do  

background image

 

43 

Ludwika Hieronima Morstina (dramaturg, autor "Obrony Ksantypy"). Kiedy  
odbudowano Zamek  
Królewski w Warszawie, spadkobiercy rodu hr. Morsztynów (vel Morstinów)  
ofiarowali do jego ga˝ 
lerii portret Jana Andrzeja w pancerzu, dzieło wielkiego malarza francuskiego  
Hiacynta Rigaud. 
12. Jacek Woźniakowski (ur. 1920). Intelektualista katolicki, współzałożyciel i  
wieloletni prezes  
krakowskiego Instytutu Wydawniczego "Znak", kierowanego dzisiaj przez jego syna  
Henryka. Po  
upadku komunizmu przez krótki czas był prezydentem Krakowa, a jest do dziś  
właścicielem jednego  
z najpiękniejszych domów w Zakopanem, sławnej "Willi pod jedlami",  
zaprojektowanej i zbudowanej  
na zamówienie rodziny Pawlikowskich przez Stanisława Witkiewicza, ojca  
Witkacego. 
13. Znak - grupa katolickich intelektualistów i pisarzy, związana 
z "Tygodnikiem Powszechnym" i miesięcznikami "Znak" oraz "Więź". W 1957 roku  
powstało  
w Sejmie koło posłów katolickich "Znak", jedyne podówczas ugrupowanie  
opozycyjne. Posłami koła  
"Znak" byli m.in. Stefan Kisielewski, Stanisław Stomma, Tadeusz Mazowiecki i  
Jerzy Zawieyski. 
HP LaserJet III HPPCL5MS 1 0 0 0 0 0 0 0 
-10 0 0 0 0 108 
Normalny 

Times New Roman 

Times New Roman CE 

Times New Roman 

Times New Roman Cyr 

Symbol 

346 10.0 -100 -32768 0 0 18 100 100 
Times New Roman 
0  
130 12.0 -100 0 0 1 16 100 100 
Tms Rmn 
0 3  
346 -1 -1 -1 
0 g t t 
Normalny 
Óipcu, śmiertelnie katastrofalnym dla Wacka, mnie nie było w Warszawie, ale  
natychmiast po po˝ 
Ócie skontaktowałem się ze Stefanem i przez szereg dni spotykaliśmy się, kiedy  
zauważyłem, że  

background image

 

44 

Ócanie myślami i słowami do tego strasznego zajścia przynosi Kisielowi ulgę.  
Mówił, że tyle się na˝ 
Ódził po świecie, ale trudniejszej dla siebie drogi nie pamięta, jak tych  
kilkadziesiąt kilometrów  
Óyszkowa do Warszawy, gdy siedział obok szofera w sanitarce, a za sobą miał  
trumnę z ciałem sy˝ 
Ó Mówił też, że przez dwa tygodnie po złożeniu Wacka do ziemi pił nieprzerwanie,  
żeby znieczulić  
Óobie ból nie do zniesienia. 
Óo się stało z zabójcą?... Najpierw uciekł i gdzieś ukrywał się, ale potem sam  
się zjawił w prokura˝ 
Óze, mając adwokata u boku, i wyjednał tyle, że wobec stwierdzonego  
"nieumyślnego zabójstwa"  
Ówolono mu przed sądem odpowiadać z wolnej stopy i jedynie wyznaczono - gwoli  
zapewnienia  
Ówiennictwa - kaucję 18 tysięcy dolarów. Zabójca oczywiście wpłacił ją  
natychmiast, po czym wyje˝ 
Ół do Francji i tyle go było widać. Śmierć Wacka kosztowała go więc tylko  
wymienioną sumę. Na˝ 
Ó niedrogo... 
-10 40 0 0 283 1 
-10 40 0 0 283 1 
Óastępnych latach Stefan zaczął tracić wzrok. Najpierw była to - sądzono -  
zaćma, którą bę˝ 
Óe można bez trudu usunąć, jako że podobne operacje przeprowadzano skutecznie  
już w XVIII  
Óku i u Jana Sebastiana Bacha zdawała się pomyślna do chwili, kiedy - wobec  
braku wtedy należnej  
Óyseptyki - po zabiegu w organizmie chorego nastąpiło ogólne zakażenie. Okuliści  
w kraju nie byli  
Ónak zgodni co do typu schorzenia Kisiela i przepisywali jedynie środki niosące  
poprawę ograni˝ 
Óną w trwaniu, a gdy Stefan - będąc w Paryżu - udał się do miejscowej sławy w  
okulistyce, dowie˝ 
Óał się, że to nie zaćma, ale nieuleczalne zmętnienie całych gałek ocznych. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6167 
Óeba próbować było rozmaitych zabiegów w nadziei, że tymczasem czyniąca tak  
zawrotne  
Ótępy medycyna wynajdzie jakiś lek zasadniczo skuteczny. Podobne zmętnienie  
gałek u bardzo sę˝ 
Ówego, blisko już stuletniego Artura Rubinsteina potrafiono zatrzymać na takiej  
granicy, że chory  
Ół widzieć nieco świata samymi bokami źrenic. 
Ópodobnego stanu było Kisielowi daleko. Jednakże, w złych dniach, musiał czytać  
prasę jed˝ 
Ó okiem, śledząc tekst, wiersz po wierszu, przez lupę. Skoro zaś nadszedł rok  
1990 i ostateczne  
Ócięstwo "Solidarności" nad wycofującym się w głąb historii komunizmem, Kisiel  
nieoczekiwanie...  
Óąpił z "Tygodnika Powszechnego"! Nie bardzo rozumiał czy też unikał  

background image

 

45 

zastanawiania się nad tym,  
Óczego to robi, a decyzji pisarza nie umieli sobie też do końca wytłumaczyć  
redaktorzy "Tygodni˝ 
Ó, oczywiście bardzo zmartwieni i ślący coraz to nowych parlamentariuszy, żeby  
Stefana do powro˝ 
Óna stare łamy namówili. Ale on nie chciał! 
Óe zaś wydaje się, że może go trochę rozumiem... Jego kwadratowe lub też  
podłużne miejsce  
Óstronie ostatniej "Tygodnika" było przez bez mała pół wieku polem walki, którą  
toczył odważnie,  
Órcie, aż wygrał. Co zaś robi zwycięzca na pobojowisku? Czy zostaje, żeby -  
obchodząc je wchła˝ 
Óć zaduch rozkładających się trupów i potykać o rdzewiejące wraki rozbitych  
dział i czołgów?...  
Ó! Jeżeli jest rasowym, z temperamentu wojownikiem, odchodzi do innych bitew,  
zostawia martwe  
Óojowisko pamięci lub czasem pamiętnikom, odznaczając tylko najwybitniejszych  
towarzyszy  
Óólnych zmagań (sławne odtąd doroczne "Nagrody Kisiela" dla czołowych polityków,  
publicystów  
Órzedsiębiorców). 
Óba zaraz w owym roku 1990 Stefan zawarł nową umowę z dużego formatu, wchodzącym  
Óielką modę, tygodnikiem "Wprost", który wydawano w Poznaniu. Ustalono, że nie  
będzie pisywał  
Óietonów, jeno dyktował je przez telefon. Analogiczne porozumienie uzgodnił z  
wydawnictwem pol˝ 
Óm w Chicago, odtąd - poprzez ocean - również dyktując felietony telefonicznie.  
Zastanawiam się  
Óś, czy w tych obu kontraktach nie grało też roli pogłębiające się osłabienie  
wzroku: nie musiał pi˝ 
Ó, jeno mówił. Aliści, co obserwuję u siebie, ponado siemdziesięcioletniego,  
mogło to być zrozumia˝ 
Ótakże po długim, wypełnionym pisaniem okresie, jako po prostu lenistwo. Ja  
również coraz chętniej  
Óponuję udzielanie wywiadów, zamiast pisania felietonów. Tyle że traktuję to  
jako utwory autorskie  
Óagowane pod moje dyktando, przeto wymagam za nie normalnych honorariów, co  
dostaję. Takoż  
Óiel. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6b7a 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6f20 
Ószedł rok dla Stefana i Lidii ostatni, choć tego nie mogli jeszcze przewidzieć.  
Rozglądając  
Ó wokół siebie, kiedy usunęli się już za posępną granicę nie tylko oni, ale  
jeszcze inni coraz liczniejsi  
Óieśnicy moi, oceniam to z lękiem hamowanym przez rozsądek, jako normalną  
wymianę pokoleń na  
Ómi, żeby nie robiło się na niej za ciasno. Ileż liczyłaby sobie milionów  
obywateli Warszawa, gdyby  
Óali z grobów ci wszyscy, co byli świadkami podniesienia jej za Wazów do rangi  

background image

 

46 

stolicy?... Trudno  
Óoby się przepchać wśród tłumów zapełniających ulice, nie mówiąc o żywności, o  
Wiśle zbyt mało  
Ótarczającej wody. 
Ószczęście odchodzimy! Sam siebie z rosnącym smutkiem widzę jako coraz bardziej  
osamot˝ 
Óną na rozległym karczowisku sosnę, o której zapomniał nasłany z piekła drwal,  
gdy ciął wszystko,  
Órosło wokół. Natężając wzrok mogę dostrzec w oddali drugiego niedobitka z  
czasów, kiedyśmy  
Ói młodymi drzewami, które słaniały się i wracały do pionu ochoczo, w porywach  
wiosny. To Mira  
Óińska, jeszcze bardziej ode mnie leciwa, a tak ładnie po kobiecemu pełna  
kokieterii, że od swoich  
Óewięćdziesięciu kilku lat (bo urodziła się w tamtym stuleciu) odejmuje w  
udzielanych wywiadach...  
Ó, żeby się czuć współczesną. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 2e86 
Óaz, o zmierzchu - w dookolnej pustce i ciszy - szumimy do siebie bardzo radzi z  
takiej cho˝ 
Óżby ruchliwości i z tego, że tępiejący słuch przecież zezwala nam jeszcze  
wspominać różności nam  
Ó drogie, choć dla innych zgoła błahe. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 7a61 
Óarcu 1991 Kisiel był jeszcze w Moskwie z synem Jerzym. Wyprawa, jaką się  
podejmuje na  
Ódomość, że morze w odpływie zostawiło na piasku zewłok olbrzymiego wieloryba:  
patrzcie,  
Órzcie! Do niedawna wydawał się taki groźny, z wielkim hukiem wyrzucając z  
siebie fontanny wody,  
Óeraz rozkłada się na oczach tłumów spokojnych, że już ich nie zatopi, na co  
mógł był sobie pozwo˝ 
Ó jednym machnięciem ogona. 
Ófan z Jerzykiem wybrał się na zaproszenie ambasady, żeby pod jej protektoratem  
wygłosić  
Ó odczyty, za które - przed niewieloma laty - pod protektoratem NKWD jechałby  
znacznie dalej...  
Óótce, bo w czerwcu, Kisiel - niespokojny wędrowiec - ruszył w przeciwną stronę,  
bo do Szwajca˝ 
Ó, i tam zaskoczył go telegram od pozostawionych bliskich w Warszawie. Jerzy  
donosił ojcu, że mat˝ 
Ó- od miesięcy coraz to bardziej chuda i zmęczona - będąc we własnym pokoju  
potknęła się, upadła  
Ółamała równocześnie rękę i obojczyk. Niechże ojciec wraca czym prędzej, a  
tymczasem radzi, gdzie  
Ólepiej umieścić Lidię. Stefan odpowiedział: - Dzwońcie do Waldorffa! 
-10 40 0 0 283 1 
Óączyłem się natychmiast z dyrektorem kliniki Ministerstwa Zdrowia, a on -  
chociaż Lidia  
Ómalnie nie miała uprawnienia, żeby się leczyć w tym szpitalu dla ograniczonego  

background image

 

47 

kręgu pacjentów -  
Óychmiast wysłał sanitarkę, złamania unieruchomiono w bandażach, zasadniczą  
operację na parę dni  
Óładając, bo lekarze mieli podejrzenia, które wymagały kilku wstępnych badań i  
analiz. 
Ófan przyleciał najbliższym aeroplanem i jeszcze zastał żonę przy życiu, ale na  
bardzo krótko.  
Óczas gdy w klinice niemal szykowano już, co trzeba, do odpowiednio precyzyjnego  
złożenia kości;  
Ótanawiano się, czy operacyjnie, czy na wyciągu - w organizmie Lidii ustał  
robaczkowy ruch jelit,  
Óyłączyły się duszności i nastąpił zgon. Taki, jakie było jej życie, przez które  
idąc nie chciała nikomu  
Óawiać sobą kłopotu, usuwająca się z drogi innym, jak gdyby trochę zażenowana i  
w oczach niosąca  
Óśbę o wybaczenie, jeśliby... 
-10 40 0 0 283 1 
Óerała samotna, w nocy, nie mając przy sobie nikogo. Pogrzeb jej na Starych  
Powązkach od˝ 
Ó się przed południem, 17 czerwca tego roku 1991. Podjechałem autem tuż pod  
bramę św. Honora˝ 
Ó aby idąc do kościoła przez cmentarz, uniknąć stromych stopni podejścia  
schodami od ulicy, bo dla  
Óch chorych nóg... Tuż za bramą, na ławce pod pierwszymi grobowcami siedział  
Stefan. Widząc  
Ó uśmiechnął się tym swoim dziwnym półuśmiechem, mającym w sobie coś z  
serdeczności razem  
Ózyderstwa.  
-10 40 0 0 283 1 
Ódy podawał mi rękę, nim zdążyłem odezwać się, zawołał: 
-10 40 0 0 283 1 
Óowiedz, czy to nie dziwaczne: być wdowcem! Wdowiec... 
Ójrzałem w jego oczy, jeszcze bledsze niż zwykle, jak gdyby puste i wystraszyłem  
się. Jego  
Órła żona była w trumnie, obok w prawej nawie kościoła, czekając chwili  
przeniesienia na katafalk  
Óoczątku mszy żałobnej, bo w tej fabryce grzebalne kolejne czynności musiały być  
podejmowane  
Óachową precyzją, żeby zmarli wszyscy zdążyli o wyznaczonej porze zejść pod  
ziemię. Lidia więc  
Óała martwa w kościele, ale mnie się zdało w cieple słońca w otoczeniu zieleni  
cmentarnej - że to  
Óustych oczach Stefana dojrzałem śmierć. 
-10 40 0 0 283 1 
Óałżeństwami, które długo i na wiele sposobów blisko idą trzymając się za ręce  
przez życie,  
Óa jak z dwoma konarami drzewa, rosnącymi z jednego pnia, że gdy wichura lubo  
też piorun któ˝ 
Ó konar odłupie, to drugi nie może samotnie żyć dłużej i usycha. Tak wkrótce  
miało się stać z aktor˝ 

background image

 

48 

Óm małżeństwem Dmochowskich, że kiedy bardzo miła, ciepła jakoś i lubiana przez  
wszystkich Ola  
Órła, to Mariusz przeżył ją ledwo o cztery miesiące. Teraz Kisiel... 
Óywałem się z nim odtąd prawie codziennie, żeby nie zostawał w domu sam, gdy  
zamieszkały  
Óim Jerzyk szedł do pracy. Schodziliśmy się u progu Koszykowej, w świeżo  
urządzonym na sposób  
Óielski "pubie", gdzie lubiliśmy pić ten sam gatunek mocnego, ciemnego piwa  
"Guinness". Stefan  
Óił, że to jest teraz jedyne pożywienie jego, bo nic innego nie chce mu przejść  
przez gardło.  
Óomu stara się tak urządzić, aby móc zupę wylewać do jakiegoś przygotowanego w  
ukryciu na˝ 
Ónia. Tym sposobem okłamywał zamartwiających się ciocię Helenę i Jerzyka, że  
przecież zupę jadł. 
Ózieliśmy jednak wszyscy, jaki się stawał coraz bardziej chudy, z sinymi  
cieniami na skro˝ 
Óch i pod oczyma żółtej twarzy. Któregoś popołudnia naszedł nas siedzących, że  
było ciepło, na  
Ócznym tarasie owego "pubu" Jan Krenz. Bardzośmy się sobie ucieszyli i stanęła  
umowa, że będzie˝ 
Ósię odtąd spotykali tu we trzech co środę bodaj albo czwartek. Do następnego  
spotkania wszakże  
Ó nie doszło. Stefan leżał w szpitalu na Pradze, półokrągłym obok kościoła św.  
Floriana, aliści za˝ 
Ó czas wypełniony rozmaitymi zajęciami pozwolił mi odwiedzić go tam, był z kolei  
przewieziony na  
Ócę Banacha, do nowoczesnej i przerażającej kliniki onkologicznej, na której  
czele stała pani  
Óechstronnie ważna, bo profesor, doktor i senator, Zofia Kuratowska, i ona to  
osobiście zajęła się  
Óielem. 
-10 40 0 0 283 1 
Ó zapomnę wizyty w owym, zarazem eleganckim i posępnym przedsionku śmierci!  
Zawiózł  
Óe Jerzy najpierw przed wejście do gmachu całego z granatowego plastyku w  
aluminiowych ra˝ 
Óh, a potem dostaliśmy się na odpowiednie piętro, gdzie za szklanymi drzwiami  
był oddział wypeł˝ 
Óny dławiącą ciszą. Po lewej pusta sala do spotkań chorych z rodzinami, po  
prawej zaś, od razu  
Óokoju na trzy łóżka, pośrodku między dwoma innymi pacjentami leżał Stefan. 
Óywitał mnie jak gdyby w radosnym zwolnieniu, wyciągnął rękę niemal szkieletu.  
Obok miał  
Ódego człowieka z twarzą ukrytą pod kołdrą. Trudno było zresztą odgadnąć wiek  
jego, gdyż od˝ 
Óniał głowę wyłysiałą pod wpływem antynowotworowych leków i po tej biednej  
głowie bez przerwy  
Óskała go śliczna dziewczyna, z niemą rozpaczą na twarzy. Po drugiej stronie  
Kisiela na łóżku leżał  

background image

 

49 

Órszy mężczyzna, który powoli zwrócił ku mnie spojrzenie uparte tak wytrwale,  
póki - zmuszony  
Ó wzrokiem - nie zapytałem: 
-10 40 0 0 283 1 
Óan tu na długo? 
-10 40 0 0 283 1 
Óż do końca - odparł. 
-10 40 0 0 283 1 
Óczasem Kisiel prosił, żebym przeszedł naprzeciwko, do sali spotkań, a Jerzy  
pomoże mu  
Óenieść się z łóżka na przetaczane krzesło i zaraz ponownie się zobaczymy, żeby  
pogadać swobod˝ 
Ój, głośniej, bo tutaj...  
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 7a20 
Óro tylko syn przytoczył chorego ojca na tym opatrzonym w koła krześle i  
ubranego w szlaf˝ 
Ó, bez osłony kołdry, mogłem dopiero zobaczyć, jak ostatecznie wycieńczony był  
Stefan. Jak gdyby  
Ó martwy i tylko bardzo szybkie wdychanie i wydychanie powietrza, bezustannie  
pompującą je klat˝ 
Ópiersiową, okazywało, że jeszcze żyje i walczy o dostarczenie sercu tlenu,  
którego brakowało we  
Ói pozbawionej białych ciałek, bo to, na co umierał Stefan, nazywało się rakiem  
naczyń chłonnych. 
Ó dzień moich odwiedzin zapisał sobie Jerzy w kalendarzu - 20 września 1991.  
Pierwszy  
Óeń festiwalu "Warszawska Jesień '91", a w jej programie wykonać miano Koncert  
fortepianowy Ki˝ 
Ólewskiego: jeden z dziwnych fenomenów wspaniałego człowieka, zarazem pisarza i  
kompozytora,  
Ónajwybitniejszą powieść "Sprzysiężenie" wydał u samego progu kariery,  
najpiękniejszy zaś utwór  
Óyczny, właśnie ten koncert, który miał grać we wtorek 24 września pianista  
Marek Drewnowski,  
Ó w najdosłowniejszym znaczeniu zamknięciem kariery Kisiela, bo wyprzedzał z  
estrady jego śmierć  
Óko o trzy dni. 
Órukowanym programie "Jesieni" kompozytor zwierzał się, jakie miał kłopoty z  
tworzeniem  
Óeła: "...to był dla mnie istny wąż morski czy też zmora, oplatająca  
człowieka... Zajmował moją mu˝ 
Ózną wyobraźnię przez lat blisko jedenaście, choć w sumie pracowałem nad nim  
parę miesięcy...  
Óśle mówiąc gotowy był od początku, ale... w mojej głowie. Wiosną roku 1980  
przyszedł mi do  
Ój głowy projekt napisania specyficznego utworu muzycznego. Projekt, jak zawsze  
u mnie, był na˝ 
Óy techniczno-kolorystyczno-formalnej, nie zaś uczuciowo-treściowej (uczuć  
doznawać będzie słu˝ 
Ócz - to już jego sprawa). Chodziło mi o koncert fortepianowy z towarzyszeniem  

background image

 

50 

małej orkiestry,  
Óściwie zespołu solistów, w którym przeważałyby moje ulubione instrumenty dęte i  
perkusyjne...  
Órazu też zarysowały się w wyobraźni cztery niezbyt długie części utworu: po  
śpiewnej części dru˝ 
Ój zaprojektowałem jako trzecią gawota, aby uczcić pamięć mojej ulubionej  
"Symfonii klasycznej"  
Ókofiewa... Miłe złego początki - na tym się skończyło (na razie). Przyszła  
choroba, operacja, po˝ 
Ó podróż zagraniczna. Stan wojenny... znów czteroletnia przerwa... wreszcie 12  
marca 1991  
Ócert jest gotowy - 11 lat od powstania pomysłu. Liczy sobie 17 minut, to  
właściwie concertino.  
Óeraz przed wykonaniem w autorze budzi się lęk". 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 2069 
Ófan Kisielewski prawykonania, owego wieczoru 24 września, nie słyszał, a  
dopiero nazajutrz  
Óransmisję TV, kiedy Jerzyk przywiózł do szpitala w tym celu telewizor i biedny  
Kisiel mógł cieszyć  
Ó prawdziwym triumfem dzieła, owacją publiki tak upartą i długą, że Drewnowski z  
orkiestrą musiał  
Óować "gawota". 
Ówtedy, kiedym dwudziestego września był na Banacha, widziałem się z  
przyjacielem po raz  
Óatni. Mówił, że potrzebny mu jest do życia i pracy jeszcze tylko jeden rok i że  
dr Kuratowska mu  
Ó rok obiecała. Ale ona musiała wiedzieć, że to jest pobożne kłamstwo, bo chory  
już stoi nad gro˝ 
Ó. Rozmowa ze mną - jakkolwiek krótka - też go zmęczyła, więc się żegnał i  
wracał do łóżka.  
Ózcze potem miał okropne dwie godziny, gdy stracił mowę czy raczej łączność  
umysłu z gardłem.  
Ólał jedno, a z ust wychodziło mu coś bełkotliwie zupełnie innego. 
Ódzo się tym denerwował, a ja zastanawiałem się nad dzielącą nas różnicą poglądu  
na istnie˝ 
Ó duszy, Boga i życia po śmierci ziemskiej całkiem innego, dopiero pełnego  
ogromnych wartości,  
Óez nas - Ziemian nie do przeczucia za pomocą ledwo pięciu zmysłów do jakże  
ograniczonych kon˝ 
Ótów z bezmiarem wszechświata. A przecież Stefan - racjonalista i pragmatyk,  
oceniający różne sys˝ 
Óy polityczne nie według ideologii, jakie propagowały, lecz nade wszystko  
sukcesów w sferze gos˝ 
Óarki materialnej, on mimo takiej postawy - znajdował w sobie miejsce, jeśli nie  
na wiarę w Boga,  
Óna szukanie Go, jako niezbędnej logicznie przyczyny narodzin wszechświata.  
Kiedy umierała matka  
Óo i przyszedł ksiądz z Sakramentami, Kisielewski ukląkł przy łóżku konającej i  
wraz z nią przyjął  
Óunię Świętą. W rozmowach o śmierci powtarzał zawsze to samo, iż jej się wcale  

background image

 

51 

nie boi, a tylko  
Óów umierania. Przeczuwając jej nadejście, chciał rozmawiać z księdzem  
Pasierbem. Za późno! 
Ónatomiast, z temperamentu raczej wybuchowy romantyk, w niewielkim kręgu  
materii, w ja˝ 
Ó przyszło mi żyć na pyłku w Kosmosie, zwanym przez nas Ziemią, dla Boga miejsca  
nie znajdywa˝ 
Ó. W każdym razie dla tej Siły, która uruchomiła planetarium Kosmosu, żeby mogła  
widzieć mnie,  
Óałym moim skomplikowanym i - wedle moich pojęć - bogatym życiem, materialnym i  
duchowym -  
Óopionego w czarnych otchłaniach. Mniej dostrzegalnego dla owej Siły, niźli  
drobinka piasku depta˝ 
Ópodeszwą mego trzewika. Raczej zresztą wielkim spokojem napełniało mnie  
przekonanie, że po  
Óerci tak samo będę niczym, jak byłem na wiele wieków przed urodzeniem, gdy nie  
mogło mi spra˝ 
Óć żadnej różnicy, iż nie ma mnie - na przykład - w Polsce za rządów Zygmunta  
Starego. I gdyby  
Óko nie upokarzająca świadomość, że tkwi we mnie, zaszczepiony przez Siłę  
Nadrzędną lęk śmierci,  
Ózbędny dla prokreacji gatunku... W przeciwnym razie ludzkość już dawno  
popełniłaby zbiorowe  
Óobójstwo! 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 203f 
Ósię tyczy Stefana Kisielewskiego, jego katastrofa nastąpiła w piątek 27  
września po połud˝ 
Ó, kiedy mu dawano kroplówkę ze świeżej krwi. Odczuł nagle ogarniający ciało  
chłód taki, że prosił  
Ózyka o nakrycie dodatkowymi kocami, lecz ten chłód po krótkim czasie zmienił  
się w uczucie go˝ 
Óa połączone z dusznościami narastającymi gwałtownie, więc zawezwany lekarz  
nakazał przesunię˝ 
Ó łóżka do sali obok, gdzie znajdowały się aparatury tlenowe. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6170 
Ó to wyglądało, lecz - jak mi się zdaje - dysponującemu medykowi chodziło  
również o to, że˝ 
Ósąsiadom Stefana oszczędzić widoku jego zgonu. Założenie maski tlenowej znowu  
chorego zde˝ 
Ówowało, choć przyniosło ulgę w łapaniu powietrza, aliści - wszystko razem  
trwało pół godziny -  
Óczach Kisiela potem narastał lęk, aż do chwili, gdy zgasły. Była godzina 16.30. 
-10 40 0 0 283 1 
-10 40 0 0 283 1 
-10 40 0 0 283 1 
Órzeb Stefana Kisielewskiego wyznaczono dopiero na czwartek 3 października tego  
roku  
Ó1. Zmarł w uprzedni piątek, więc przez sobotę i niedzielę trudno się było  
zajmować organizacją  
Óczystości żałobnych, tym bardziej że choć nikt za ich szczególnie podniosłą  

background image

 

52 

formą nie agitował, to  
Óecie wszyscy bez umawiania się byli zdania, iż chować będzie naród jednego z  
największych swo˝ 
Ó przedstawicieli tej epoki. Więc... 
-10 40 0 0 283 1 
Óyły się w rezultacie dwie - jedna po drugiej - ceremonie. Najpierw u św.  
Krzyża, którego  
Óy zapełnił tłum żałobników tych, co zdobyli miejsca siedzące w ławach  
kościelnych, i reszty, co  
Óła zwartą masą po bokach. W stallach zasiadł prezydent Rzeczypospolitej, a miał  
za sobą przedsta˝ 
Óieli najbliższego otoczenia z Belwederu i parlamentu, który reprezentowali dwaj  
premierzy tej ka˝ 
Ócji: Mazowiecki z Bieleckim. 
Ózesny dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego - generał Leon Komornicki chciał  
Ópierw, żeby zmarłemu oddane zostały pełne honory wojskowe, jak wypada  
bohaterowi, który całe  
Óie walczył o niepodległość swego kraju. Rodzina jednak, pamiętając o codziennej  
prostocie Ojca,  
Ósiła jeno o wojskową asystę, przeto z obu stron niskiego katafalku, na którym  
umieszczono bardzo  
Óomną, ale i szlachetną w swej obłości jasną, drewnianą trumnę - stanęła tylko  
warta żołnierska,  
Óczas gdy sam katafalk tonął w kwietnej masie wieńców i bukietów coraz to  
liczniejszych, składa˝ 
Óh przez ludzi przybyłych z serdeczną intencją uczczenia Stefana od siebie, poza  
oficjalną galą. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6f6e 
Óę celebrował biskup Miziołek, mając za koncelebrantów sześciu bodaj księży, a  
był wśród  
Óh bliski naszemu kręgowi prałat Janusz Pasierb, który wygłosił homilię  
przywołującą raz jeszcze  
Ótać i zasługi Kisiela. 
-10 40 0 0 283 1 
Ótej mszy uroczystej trumna przewieziona została do kościoła pod wezwaniem św.  
Karola  
Óomeusza na Powązkach, gdzie egzekwie odprawił kanclerz Kurii Metropolitalnej i  
zarazem pro˝ 
Ózcz Powązek - ksiądz dr Zdzisław Król. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 207a 
Óem dopiero przyjaciele ponieśli Stefanowe ciało za Katakumby, do Kwatery  
Zasłużonych,  
Óie miało spocząć nad wcześniej złożonymi w tym grobie trumnami jego syna  
Wacława i żony Lidii,  
Óa przypominałem sobie, jak mi Kisiel opowiadał po tragicznym zgonie Wacka, że  
kazał wykopać  
Óbę potrójnej głębokości, aby w niej spoczęli razem z synem rodzice. Nikt jeno  
wówczas nie przy˝ 
Ózczał, że to się stanie tak prędko. 
-10 40 0 0 283 1 

background image

 

53 

Órszaku przez cmentarz szli przyjaciele Kisielewskiego, także przybyli spoza  
Warszawy. Re˝ 
Ótor naczelny "Tygodnika Powszechnego" Jerzy Turowicz z Jackiem Woźniakowskim,  
redakcja ty˝ 
Ónika "Wprost" z Poznania i wielu jeszcze innych bliskich, nawet zawsze nieco  
dziwaczny poseł  
Ówin-Mikke z pocztem sztandarowym swojej partii Unii Polityki Realnej. 
-10 40 0 0 283 1 
Óy mowy nad otwartą mogiłą, jak to z obyczaju się dzieje, wszystkie i za liczne,  
i za długie,  
Ó miałoby się wewnętrzną potrzebę na cichą, ostatnią rozmowę z grzebanym  
przyjacielem, żeby jej  
Ó nie zagłuszało, ani nawet szum drzew czy świergoty ptasie. One zresztą już  
odleciały - paździer˝ 
Ó, tyle że dzień łaskawy: bez słońca, lecz i bez deszczu. Perłowy smutek nad  
dookolnymi grobow˝ 
Ói, w których zamieszkali wcześniej zmarli witali nowego przybysza za Bramą  
Wielkiej Ciszy. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6461 
Óotnie, zdawało się, że jęła zapadać od chwili, gdy na sznurach gotowano się do  
opuszczenia  
Ómny w głąb tumby i jeno spod cmentarnego muru dobiegał głuchy warkot werbli  
wojskowych. Gdy  
Óle... Trudno było powiedzieć, kto tę pieśń zaintonował pierwszy, bo tak szybko  
podjęta została  
Óez wszystkich żegnających Stefana: 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6920 
Ószcze Polska nie zginęła,  
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6f73 
Ói my żyjemy..." 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 2c6c 
-10 40 0 0 283 1 
-10 40 0 0 283 1 
Ó 
-10 40 0 0 283 1 
Óypisy 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 7a72 
Ó 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 2077 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 6172 
ÓGałczyński Konstanty Ildefons (1905-1953). Czołowy i zarazem najoryginalniejszy  
poeta  
Ógiej ćwierci XX wieku w Polsce. Autor poematów "Bal u Salomona" (przed wojną),  
"Niobe"  
ÓWit Stwosz" (po wojnie). Od 1946 współpracownik tygodnika "Przekrój", stworzył  
dla niego nowy  
Óunek miniform poetyckich "Teatrzyk Zielona Gęś" i "Listy z fiołkiem", także  
poemat "Zaczarowa˝ 
Ódorożka" i wiele innych liryków. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 7720 

background image

 

54 

ÓMycielski hr. Zygmunt (1907-1987). Wybitny kompozytor i jeszcze wybitniejszy  
eseista. Jego  
Ó wydane dotąd pamiętniki są wnikliwą analizą współczesnych dziejów ludzkich na  
Ziemi. 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 7361 
ÓGiedroyć Jerzy (ur. 1906). Ze zubożałego rodu kniaziów litewskich, dziennikarz  
i polityk. Od  
Ó9 do 1937 redagował w Warszawie tygodnik "Bunt Młodych", od 1937 do 1939 tamże  
tygodnik  
Ólityka". Podczas wojny redaktor wydawnictw II Korpusu Polskiego we Włoszech. Od  
1947 redak˝ 
Ó miesięcznika "Kultura" w podparyskiej miejscowości Maisons Laffitte. Najwyżej  
zasłużony histo˝ 
Ó i komentator dziejów emigracji polskiej na Zachodzie, po II wojnie światowej. 
ÓSobański hr. Antoni (ur. około 1903, zmarły około 1940 w Londynie). Mieszkaniec  
rodzin˝ 
Óo pałacyku w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, jeden z najwykwintniejszych  
"dandysów" swe˝ 
Óczasu, ale jednocześnie w szerokich i bliskich kontaktach z najwyższymi sferami  
artystycznymi. Na  
Ó czy dwa przed wojną pojechał jako obserwator do Norymbergi na osławiony  
"Parteitag" z udzia˝ 
Ó Hitlera, po czym umieścił w "Wiadomościach Literackich" głośny wtedy felieton,  
przestrzegając  
Óed lekceważeniem owych pozornie tylko błazeńskich demonstracji niemieckiej  
siły. Gruźlik, gdy  
Ózęśliwie zdążył na czas emigrować do Anglii, zmarł na pęknięcie opłucnej. 
ÓTarnowski hr. Jan (ur. około 1900, zmarł w 1961 r.). Jeden z  
najprzystojniejszych młodych  
Ózi swego czasu, przypominający urodą Oskara Wilde'a, a prowadzący się w sposób  
jeszcze skanda˝ 
Ózniejszy. Niejako "zesłany" przez ojca, ordynata na Dzikowie, do Afryki - brał  
udział w safari, skąd  
Óózł do późniejszego swego warszawskiego mieszkania dwa potężne kły słoniowe, a  
z podróży do  
Ón cenne okazy tamtejszej porcelany i majoliki. Ustatkowawszy się, został jednym  
z najowocniej  
Óierających sztukę arystokratów. Był współtwórcą Instytutu Propagandy Sztuki  
(IPS) w specjalnie  
Ódowanym pawilonie na pl. Piłsudskiego (gdzie dziś hotel "Victoria"), z salą  
wystawową i kawiar˝ 
Ó opatrzoną w małą scenę, z której Warszawa oglądała po raz pierwszy krakowski  
teatrzyk "Cricot".  
Ótępnie Tarnowski wespół z architektem Karolem Stryjeńskim (mężem Zofii,  
malarki) doprowadził  
Ózbudowania w Bukowinie pod Zakopanem schroniska dla plastyków, do dziś  
istniejącego pod na˝ 
Ó "Głodówka". Podczas II wojny został adiutantem gen. Maczka, wyróżniając się  
niepospolitym  
Ótwem. Po wojnie zamieszkał w Edynburgu, gdzie założył instytucję propagującą  

background image

 

55 

folklor szkocki,  
Ówzór naszej "Desy". Przy okazji skupywał jako dary dla Muzeum Narodowego w  
Warszawie za˝ 
Óki polskie, za co - jakkolwiek hrabia - przez dwa tygodnie był w Polsce gościem  
rządu Gomułki.  
Óbu po nim nie ma, gdy bowiem czuł zbliżającą się śmierć, ofiarował swoje ciało  
prosektorium  
Ódemii Medycznej w Edynburgu.  
-10 40 0 0 283 1 
ÓPruszyński hr. Xawery (1907-1950). Korespondent-uczestnik wojny domowej w  
Hiszpanii  
Ó37), po stronie republikanów. Później ceniony reporter polityczny z wielu  
krajów, od Chin po  
Ówegię. Także powieściopisarz. Najgłośniejszy jego cykl opowiadań "Karabela z  
Meschedu".  
ÓRL został dyplomatą, posłem w Holandii, gdzie zginął w wypadku samochodowym. 
-10 40 0 0 283 1 
ÓKazimierz Serocki (1922-1981). Kompozytor i założyciel wraz z Tadeuszem Bairdem  
w roku  
Ó6 festiwali muzyki współczesnej "Warszawska Jesień". 
ÓSikorski Kazimierz (1895-1986). Najwybitniejszy po Zygmuncie Noskowskim polski  
nauczy˝ 
Ól kompozycji. Noskowski w latach swej profesury w warszawskim Instytucie  
Muzycznym (od roku  
Ó6) kształcił na kompozytorów Piotra Maszyńskiego, Pankiewicza, Melcera,  
Szopskiego, Joteykę,  
Óowskiego, Lachmanna, Rytla, Friemana, Szelutę, Fitelberga, Karłowicza i  
Szymanowskiego.  
Óniami Sikorskiego w Konserwatorium Warszawskim byli Grażyna Bacewiczówna, Jan  
Ekier, Ste˝ 
Ó Kisielewski, Andrzej Panufnik, Jan Krenz i Kazimierz Serocki. 
-10 40 0 0 283 1 
ÓJerzy Lefeld (1898-1980). Pedagog fortepianu i najwybitniejszy polski pianista- 
kameralista.  
Ót tak jak on nie potrafił grać z doskonałą precyzją, a zarazem elegancką  
zwiewnością arcytrudnej  
Ótii fortepianowej w "Źródle Aretuzy" Szymanowskiego. 
Ó RGO - Rada Główna Opiekuńcza. Dopuszczona przez okupantów do względnej  
samodziel˝ 
Óci polska organizacja charytatywno-samopomocowa. Istniała za pierwszej i  
drugiej wojny świato˝ 
Ó pod tą samą prezesurą Adama hr. Ronikiera. Pierwsza RGO miała z upływem czasu  
rosnące  
Ópetencje, a jej poszczególne działy stały się zalążkami późniejszych  
ministerstw. Podczas drugiej  
Óny, pod hitlerowską kontrolą RGO musiała oficjalnie poprzestawać na społecznej  
dobroczynności.  
Ótrala jej kierowana przez Ronikiera znajdowała się w Krakowie. W Warszawie  
działała filia rady,  
Óąc podległe sobie komitety i działy. Jednym z nich była Kuchnia dla Literatów  

background image

 

56 

przy ulicy Foksal.  
Óczele działu prowadzącego kuchnię stał znany pisarz Ferdynand Goethel. Innym z  
komitetów zaj˝ 
Óących się opieką nad więźniami i rodzinami ich kierowała hr. Maria z  
Potulickich Tarnowska,  
Óna "Marytką". Na pierwszym wszakże miejscu przypomnieć należy jedną z czołowych  
dam pol˝ 
Óch, panią na trzech ordynacjach, pełniącą za okupacji rolę "Wielkiej Jałmużnicy  
Warszawy" - księż˝ 
ÓLudwikę z Krasińskich Czartoryską, która później straciła w Powstaniu  
ukochanego syna, tak że  
Ó można było odnaleźć jego ciała. 
Óo surowego nadzoru Niemców udało się Radzie Warszawskiej, w porozumieniu z  
tajną  
Ópą muzyków pod wodzą bohaterskiego szefa ukrytych radiostacji nadawczych AK -  
Edmunda  
Ónickiego, stworzyć pod pozorem jednej więcej akcji dobroczynnej, regularnie  
prowadzone w sali  
Óserwatorium przy Okólniku, nazwane oficjalnie kameralnymi, w istocie pełne  
koncerty symfo˝ 
Ózne. Tam odbyło się prawykonanie "Uwertury tragicznej" Panufnika, a wśród  
debiutujących solis˝ 
Ó tam pierwszy raz wyszła na dużą estradę Wanda Wiłkomirska. Wyprowadzając  
niebezpiecznymi  
Ógami w pole Niemców, udawało się część dochodów z owych koncertów przekazywać  
na po˝ 
Óemne cele muzyczne. 
Ó Zofia Starowieyska-Morstinowa (1891-1966). Pisarka związana z krakowskim  
środowis˝ 
Óm "Tygodnika Powszechnego", którego była współredaktorem w latach 1945-1953 i  
od 1957 ro˝ 
Ó Autorka opowiadań, wspomnień i krytyk literackich. Należała do wielkiego klanu  
poetów i pisa˝ 
Ó naszych, począwszy od Hieronima Morsztyna (1580-1623, wiersz "Światowa  
rozkosz"); najsław˝ 
Ójszego Jana Andrzeja (1621-1693; liryki "Kanikuła - albo psia gwiazda");  
Stanisława (urodzony po  
Ó3, zm. 1725, tłumacz "Andromachy" Racine'a); Zbigniewa (1628-1689, poeta  
ariański), aż do  
Ówika Hieronima Morstina (dramaturg, autor "Obrony Ksantypy"). Kiedy odbudowano  
Zamek  
Królewski w Warszawie, spadkobiercy rodu hr. Morsztynów (vel Morstinów)  
ofiarowali do jego gaÓii portret Jana Andrzeja w pancerzu, dzieło wielkiego  
malarza francuskiego Hiacynta Rigaud. 
Jacek Woźniakowski (ur. 1920). Intelektualista katolicki, współzałożyciel i  
wieloletni prezes  
Ókowskiego Instytutu Wydawniczego "Znak", kierowanego dzisiaj przez jego syna  
Henryka. Po  
Ódku komunizmu przez krótki czas był prezydentem Krakowa, a jest do dziś  
właścicielem jednego Z najpiękniejszych domów w Zakopanem, sławnej "Willi pod  

background image

 

57 

jedlami", zaprojektowanej i zbudowanej  
Ózamówienie rodziny Pawlikowskich przez Stanisława Witkiewicza, ojca Witkacego. 
-10 40 0 0 283 1 
Ó Znak - grupa katolickich intelektualistów i pisarzy, związana 
-10 40 0 0 283 1 0 28 1 616a 
ÓTygodnikiem Powszechnym" i miesięcznikami "Znak" oraz "Więź". W 1957 roku  
powstało  
Óejmie koło posłów katolickich "Znak", jedyne podówczas ugrupowanie opozycyjne.  
Posłami koła  
Óak" byli m.in. Stefan Kisielewski, Stanisław Stomma, Tadeusz Mazowiecki i Jerzy  
Zawieyski.