background image
background image

DZIENNIK TRÓJKOWEJ 

BRIDGET JONES,

CZYLI 

BRYGIDY JANOSKIEJ

pod redakcją Hanny Marii Gizy

background image

SŁOWO WSTĘPNE

Nie spodziewałam się aż takiego szaleństwa! Bo nie dość, że  Dziennik Trójkowej Bridget  

Jones, czyli Brygidy Janoskiej powstał, to na dodatek otrzymał wyróżnienie w KONKURSIE NA 

DZIENNIK POLSKIEJ BRIDGET JONES, ogłoszonym przez Zysk i S-ka Wydawnictwo. (Żeby 

nie było nieporozumień: wyróżnienie nie jest gratyfikowane żadną rozkoszną sumką; nie tylko 

nie „rozkoszną”, ale w ogóle żadną — a szkoda!)

Zaczęło się tak: Zysk i S-ka Wydawnictwo rozesłało „List gończy” w sprawie niejakiej B.J., 

która rzekomo zaginęła gdzieś w Polsce. Trójka pierwsza złapała ten news, bo taki ma zwyczaj, 

że   pierwsza   łapie   wszystkie   newsy,   i   przyłączyła   się   do   akcji   poszukiwania   B.J.  —  ale 

Trójkowej! I udało się. W naszej wspólnej zabawie wzięło udział ponad czterdzieści słuchaczek. 

Do ścisłej czołówki zakwalifikowały się — teraz liczę: Gosia, czyli Lidia Małgorzata Klimowicz, 

i Ania Łabno, to dwie najaktywniejsze autorki (właściwie każda z nich mogła napisać swoją 

prywatną fascynującą opowieść o życiu); niezła była też Hania Potulska (opowieść o tym, jak kot 

Wacek ukradł kotlet schabowy, aby ratować swoją panią od kapuścianej śmierci, jest super!); 

były też perły literackie „z doskoku”. Jedna nawet swoją opowieścią o wisience w klozecie tak 

bardzo   wzburzyła   niektórych   hipokrytów   (hipokrytki),   że   do   dzisiaj   to   czuję  —  z   tego 

wszystkiego   zgubiłam   rachunek...   No,   już   policzyłam:   dziewiętnaście   utalentowanych, 

władających lekkim piórem autorek wspólnie napisało Dziennik Trójkowej Bridget Jones, czyli  

Brygidy   Janoskiej.  Pełną   listę   Autorek  —  ponieważ   konkurs   był   absolutnie   i   totalnie 

feministyczny — przedstawiam na stronie ósmej.

Panowie protestowali: „Nie podoba mi się dyskryminacja mężczyzn przy pisaniu Trójkowej 

wersji Dziennika. Informuję jednak, że faceci nie gęsi i posiadają własną wersję tej książki” (tak 

napisał Jaro), i zwierzali się: „Przyznam, że przez chwilę kusiło mnie, aby się wcielić w rolę 

background image

mojej   ukochanej   bohaterki   Agateu   i   przekazać   jej   zwierzenia,   ale   zrezygnowałem,   traktując 

poważnie Pani zakaz wjazdu dla panów” (to Jehor ze Stuttgartu).

Były  i takie listy:  „Jestem,  niestety,  popaprańcem, a przynajmniej  należę do tej połowy. 

Niemniej   bardzo   mi   się   podobają   polskie   wersje  Dziennika   B.J.  Chciałbym,   aby   nie 

upubliczniane wersje dostępne były w Internecie. Choć te z anteny tym bardziej! Są rewelacyjne, 

płakałem ze śmiechu. Oryginał nie dorasta”.

Niektórzy próbowali podszywać się pod B.J., ale szybko zostali zdemaskowani.

Nasza wspólna zabawa zaczęła się w dniu fatalnym, 11 września, tuż przed atakiem na World 

Trade Center, i ta niewyobrażalna zbrodnia odcisnęła także swoje piętno na niewinnej zabawie w 

pisanie książki. Tak się jakoś stało, że  Dziennik Trójkowej B.J.  powstawał głównie w poczcie 

elektronicznej, aczkolwiek kilka godnych uwagi kartek z Dziennika przyszło pocztą tradycyjną.

Okazało   się,   że   najwięcej   Autorek   mieszka   w   Poznaniu,   a   więc   tam   jest   miejsce   akcji, 

zgodnie   zresztą   z   intencją   Lidii   Małgorzaty   Klimowicz,   choć   nie   wszystkie   poznanianki 

zakwalifikowały   się   do   druku  —  z   nadmiaru   nadesłanych   prac.   Musiałam   całość   jakoś 

uporządkować i zredagować, ponieważ Panie były łaskawe hasać po całej Polsce, gubić wątki i 

zaskakiwać mnie coraz to nowymi imionami swoich bohaterów.

Na przykład z jednego z listów (jakoś tak z dwutygodniowym opóźnieniem) dowiedziałam 

się, że Rafał to Daniel, który po drodze zdążył przez chwilę być Filipem. Super! Ale to nie 

koniec, bo chwilę potem przeczytałam w poczcie elektronicznej, że „Pan S — to tak naprawę Pan 

X, czyli wymarzony z ostatniego odcinka Aleksandry”.

Czasami trudno było mi połączyć te wszystkie bardzo skomplikowane wątki, ale chyba się 

udało.

Czasu miałyśmy niewiele — od 11 września do 30 października — z dwukrotną tylko emisją 

w   ciągu   tygodnia   na   antenie   Trójki,   a   włączyłyśmy   się   w   konkurs   literacki   Zysk   i   S-ka 

Wydawnictwa z miesięcznym opóźnieniem. A więc: nie jest źle! Zaryzykuję nawet stwierdzenie, 

że jest fantastycznie! Talenty literackie, jak nie oszlifowane szlachetne kamienie, są w zasięgu 

ręki.   Trzeba   tylko   po   nie   sięgnąć.   Wszystkim   Autorkom   serdecznie   gratuluję   i   dziękuję   za 

wspólną zabawę.

Hanna Maria Giza

background image

DZIENNIK TRÓJKOWEJ BRIDGET JONES,

CZYLI BRYGIDY JANOSKIEJ

pod redakcją Hanny Marii Gizy

Lista autorek:

1. Jolanta Dybowska

2. Anna Fryc

3. Anna Gawrych-Żukowska

4. Inka

5. Lidia Małgorzata Klimowicz

6. Anna Koziołek

7. Joanna Legan

8. Anna Łabno

9. Elżbieta Mickiewicz

10. Barbara Miedzińska-Hawajska

11. Grażyna Mospan

12. Nika

13. Julia Palacz

14. Hanna Potulska

15. Aleksandra Puzyńska

16. Agata Widzowska-Pasiak

17. Joanna Wojewska

18. Dorota Wrzesińska

19. Monika Wypych

background image

11 września 2001 roku, wtorek

7.00. Mam wrażenie, że budzik już raz dzwonił. Jeśli tak, to po pierwsze: nie słyszałam go. 

Bo przecież mam tylko wrażenie. Po drugie: trzeba, niestety, wstawać. Niechętnie otworzyłam 

oczy i natychmiast przypomniałam sobie, co — według najnowszych zaleceń psychoterapeutów 

— powinnam zrobić.

Błyskawicznie zamknęłam oczy i wyszeptałam, nie gubiąc rytmu oddechu:

— To będzie wspaniały dzień, zasługuję na wszystko, co najlepsze.

7.15. Jasne! Powinnam się zrelaksować przed ciężkim dniem. To, co mnie dzisiaj czeka, to 

dwie   korekty,   cztery   kawy,   lunch   z   kolegami   +   czat.   Właściwie   mogłoby   wystarczyć   parę 

ćwiczeń, żeby złapać dobrą kondycję, ale przecież nie mam czasu!

7.20.  OK!   Zrobię   to   wieczorem.   W   ogóle   od   dzisiaj   regularnie   pół   godziny   dziennie. 

Najlepiej po pracy, przed wieczorną dawką TV. Tak. Pół godziny dziennie!

7.22. Wyskakuję z łóżka bardzo z siebie zadowolona, w końcu nieczęsto podejmuje się tak 

ważkie decyzje. Wyskakuję więc ze swojego double-bed — cholera!, już niedługo nie będzie to 

tylko teoria bez pokrycia.

— Zasługuję na miłość i wspaniałego faceta — podśpiewuję, biegnąc do łazienki.

8.30. Mam zrobiony makijaż, włosy na żel, na sobie lniany żakiet i spódniczkę, pantofle na 

płaskim obcasie i jestem gotowa do wyjścia. Jeszcze jedno spojrzenie w lustro? No, nieźle... 

Może powinnam troszeczkę ograniczyć słodycze.

background image

Ale znowu te anorektyczki... Poza tym mama mówi: „Nie przesadzajmy, prawdziwa kobieta 

musi mieć trochę ciała”. No, więc mam!

8.32. Biegnę do windy i czuję, że mam go za dużo.

8.34. Muszę teraz szybko wcelować w przycisk, zanim zrobi to ktoś przede mną i winda, nie 

zatrzymując się, z powrotem zjedzie w dół. Tu wszyscy kradną sobie windę. Jest! Złapałam ją!

8.38.  Przed domem grzecznie odkłoniłam się Markowi  —  przystojniaczkowi spod ósemki. 

Nie   cierpię   faceta!   Parę   miesięcy   temu,   kiedy   się   tu   wprowadził,   wdzięczył   się   do   mnie, 

uśmiechał, czarował, mówił, że ludzie nie mogą żyć samotnie, że w tych czasach tak trudno o 

prawdziwe   uczucie,   że   kobiety   tylko   czekają,   zamiast   przejąć   inicjatywę,   że   mężczyźni   tak 

naprawdę są wystraszeni itd., itd. I ja, głupia, dałam się na to złapać.

„No, jasne — myślałam — człowiek nie jest przecież samotną wyspą! Wiem coś o tym”.

Kupiłam wino za 62 złote, zapukałam do jego drzwi pod ósemką i... nigdy sobie tego nie 

daruję! Otworzyła mi piękna dziewczyna. To była jego żona, Ania. Ślub wzięli zaledwie miesiąc 

temu.   Byłam   na   siebie   wściekła.   Plotłam   jakieś   głupoty   o   stosunkach   dobrosąsiedzkich   i 

rozpaczliwie szukałam pretekstu, żeby wyjść. Nie było to jednak takie proste. Ania okazała się 

bardzo miła i gościnna, a Marek rozpływał się w nadskakiwaniu i wychwalaniu swojej żony. 

Musiałam wysłuchać całej historii ich fantastycznego odnalezienia się wśród milionów, wykładu 

na temat przeznaczenia, banałów o dwóch połówkach... itd., itp., itd.

On   w   moich   oczach   już   nie   żył!   Od   tamtego   dnia   nie   zamieniliśmy   ani   słowa   poza 

zdawkowym: „Dzień dobry, co słychać?” Miałam wrażenie, że i to jest dla niego kłopotliwe. Parę 

razy zauważyłam, jak chował się przede mną, żeby tylko uniknąć rozmowy. Dureń!

— Moje życie jest fascynujące, dobrze zarabiam, dobrze wyglądam, mogę robić to, co chcę, 

jestem szczęśliwa!

8.40. Wsiadam do samochodu. No, tak, mój służbowy matiz kolejny raz został pozbawiony 

lusterka!   Radio   zabieram   ze   sobą,   nauczyłam   się   za   trzecim   razem,   ale   nie   będę   przecież 

odkręcała na noc lusterek?! Znowu 300 złotych w błoto! A miałam kupić sobie perfumy. Chyba 

jednak wynajmę garaż.

background image

9.15.  Tylko piętnaście minut spóźnienia. Mam nadzieję, że dzisiaj nikt tego nie zauważył, 

wszyscy siedzą z nosami w swoich tekstach. Zaparzyłam sobie wielki kubek kawy, postawiłam 

na biurku i klik, klik — jestem na czacie. Aż się roi od facetów, ale nie brak także wygadanych, 

inteligentnych dziewczyn. Ciężka sprawa. Proponuję wejście na priv. komuś o nicku samotny. 

Rozmawiamy, jest miło, chwali moje dowcipy i erudycję... Jest bardzo miło. Mieszka na drugim 

końcu Polski. Nie szkodzi. Mamy te same upodobania, mówi do mnie: „Kochanie”... Coś za 

szybko! I proponuje wirtualny seks!

„Ty dupku!” —  myślę i natychmiast kończę czat. Czy nie ma już na świecie normalnych 

facetów? Do diabła! A może to ja nie zasługuję na normalne życie?

Ciągle  coś  jest  nie   tak,  wiecznie  popełniam   jakieś  gafy.  Nie  umiem   zdobyć  faceta.  Nie 

potrafię nikogo przy sobie zatrzymać. Nawet przez Internet faceci wyczuwają, że jestem „na 

głodzie”. Czy ja mam to wypisane nie tylko na twarzy? Zaczynam bredzić o tym, że „zasługuję 

na wszystko, co najlepsze...” No, nie, kompletna kretynka! Biorę się do pracy.

15.00. Co tak cicho? Patrzę spod nastroszonej grzywki to w lewo, to w prawo. O co chodzi? 

Dlaczego tak nagle wszystko ucichło?! Paweł podkręca radio. W Trójce mówią o ataku na World 

Trade Center.

Sama   sobie   ogłaszam   24-godzinny   dzień   żałoby.   Po   co   komu   te   zapiski   mojego 

beznadziejnego życia, skoro tam zginęły tysiące?

background image

13 września, czwartek

7.20. Siedzę w swoim samochodzie i wrzeszczę. Nie wiem, dlaczego wrzeszczę, ale coś tak 

strzeliło,  że   pomyślałam,  że   to  bomba,   zamach  na  moje  życie,  i   mało   nie  wylądowałam  na 

drzewie. Od dwóch dni nie śpię ze strachu, że będzie wojna. Zamykam wszystkie okna, zaciągam 

zasłony i przykrywam kołdrą głowę, żeby choć na chwilę zasnąć. Mężczyznę trzeba mieć po to, 

żeby bać się razem. A to znaczy — trochę mniej. Nagle to odkryłam!

7.25. Siedzę w samochodzie i już nie wrzeszczę, ale czuję, jak krew odpływa ze wszystkich 

moich członków. Pomyślałam o mamie. Gdyby jechała ze mną, na pewno oskarżyłaby mnie o to, 

że chcę ją wykończyć.

7.27.  Już   wiem  —  złapałam   gumę.   Cholera!   Wstałam   wcześniej   o   godzinę   i   o   godzinę 

wcześniej   wyjechałam   z   domu,   bo   szef   chciał   ze   mną   porozmawiać   o   „odpowiedzialnym 

zadaniu, w sam raz dla pani”, czyli dla mnie. Chyba mnie nie zna, skoro odpowiedzialne zadania 

wyznacza na ósmą rano!

7.30.  Muszę zadzwonić. Gdzie najpierw  —  po pomoc drogową czy do redakcji? Pomoc 

drogowa mnie wyśmieje. Już to słyszę: „Poszła guma? Ha, ha, ha!” i te znaczące spojrzenia. 

Nawet przez telefon je widzę: „Co, blondynka?! Ha, ha, ha!”

Muszę zmienić koło sama. W kostiumie? I bez koła zapasowego?

7.35. Dzwonię do redakcji... Jasna cholera! Komórka rozładowana — przecież ładowałam ją 

wczoraj. Ruszam na poszukiwanie telefonu.

background image

7.40. Cudnie! Po prostu cudnie! To już drugi telefon, który nie działa. Jak może być inaczej, 

skoro nie ma słuchawki, a do kabla raczej nie pogadasz. Za to nad „telefonem” wzruszający 

napis: „Ten telefon może uratować komuś życie, nie niszcz go”. Jasne!

7.50.  Nareszcie sprawny telefon! Wkładam nowiutką, kupioną wczoraj kartę. „Przezorny 

zawsze ubezpieczony”  —  powtarzał  mi  ojciec. Co jest?! „Nieczynna”  i „nieczynna”!  Chyba 

dostanę szału!

7.55. Próbuję przekroczyć jezdnię w niedozwolonym miejscu. Co za kretyn trąbi?! Jakby nie 

wiedział, że nie wolno bez uzasadnienia używać klaksonu w mieście. O! Matiz podobny do 

mojego! Chyba nawet identyczny... Czy ja zamknęłam samochód?!

8.05. Zawracam i pędzę z powrotem. Jest! Stoi. Kto chciałby ukraść taki rozkraczony kapeć. 

Mam jednak powód do dumy: zamknęłam!

8.20. Jestem na poczcie. Wrzucam do okienka kartę i prawie krzyczę:

— Co to za karta? Nowa, nie używana i nie działa! Może podrobiona!

Panienka w okienku odpowiada ze stoickim spokojem:

— Nie uruchomiła pani karty.

Jak to — nie uruchomiłam? Ja? Nie uruchomiłam? Piętnaście razy wkładałam ją do automatu 

telefonicznego.

—  Proszę pani  —  mówię, przeszywając ją spojrzeniem jadowitej anakondy —  ja używam 

komórki. Karta przy tym, to...!

— O, teraz będzie działała. — Spokojnie odłamała rożek karty i podała mi ją ze spojrzeniem, 

które nie pozostawiało złudzeń: „Proszę państwa, mamy do czynienia z totalną idiotką”.

8.25. Karta działa. Dzwonię. Pani Zuzia, sekretarka szefa, mówi:

— A cóż to taki ranny ptaszek? Szef wyjechał o ósmej i wróci za tydzień.

—  Jak   to   „wróci   za   tydzień”?   Przecież   umówił   się   ze   mną   w   związku   z   bardzo 

odpowiedzialnym zadaniem.

background image

— Widocznie miał bardziej odpowiedzialne zadania — odpowiada z nutką kpiny pani Zuzia. 

A przecież się lubimy!

Świetnie! O odpowiedzialnych zadaniach nie ma co marzyć w najbliższej dziesięciolatce. 

Dzwonię po pomoc drogową.

8.35. Stoję przy samochodzie. Nie sama. Jest ze mną policjant.

— Oczywiście, ma pan rację — jąkam. — Zapomniałam o tym przeklętym trójkącie.

Mandat. Policja odjechała. Wystawiam  trójkąt  i wracam na pocztę,  bo podałam pomocy 

drogowej nazwę ulicy, ale nie podałam numeru, przy którym stoję. To dlaczego, do cholery, 

powiedzieli: „Już jedziemy”? Ale za to karta działa.

9.20. Zabrali matiza do warsztatu. Mówią, że poszła nie tylko guma. Ciekawe, na ile mnie 

oskubią?

9.30.  Od   dziesięciu   minut   stoję   na   tym   zakichanym   przystanku.   Zimno   jak   siedem 

nieszczęść. No, żebym tylko nie wywołała wilka z lasu. Przecież dzisiaj trzynastego. Dobrze, że 

nie piątek!

10.00. Nareszcie w redakcji. Godzinę później niż zwykle. Pani Zuzia zatroskana woła:

—  Co się stało, Brygido? Upłynęło półtorej godziny od twojego telefonu. Chcieliśmy już 

dzwonić na policję!

—  Świetny dowcip  —  burknęłam pod nosem i zauważyłam, że Paweł postawił na moim 

biurku filiżankę gorącej herbaty. „On jest w porzo...” — pomyślałam.

background image

14 września, piątek

8.45.  Drugi dzień  bez samochodu.  Do pracy jadę taksówką. Kompletnie  nie potrafię  się 

przystosować. Nie wiedziałam, o której wstać, nie zdążyłam zrobić makijażu, nie mówiąc już o 

tym, co mam na głowie. Jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, co robiłam od świtu, kiedy wstałam — 

niech pyta! Odpowiem: „Nie wiem!” W moim samochodzie, kiedy stałam na światłach, mogłam 

przynajmniej dokończyć makijaż. Kilka razy w korku udało mi się pomalować paznokcie. Teraz 

będzie to właściwie niemożliwe.

8.50. Stoimy w korku. Mam mokre włosy i nie wzięłam suszarki, ale przecież w taksówce i 

tak nie ma gdzie podłączyć. Jak na złość kierowca jest typem mężczyzny, dla którego mogłabym 

stracić   głowę.   No,   przynajmniej   na   chwilę.   Mogłabym   być   czarująca   i   mogłabym   przecież 

sprawić, żeby on też się mną zainteresował. No, przynajmniej przez chwilę. Ale bez pełnego 

makijażu nie mam żadnej szansy.

9.00. Stoimy w korku. Pomyślałam, że kobieta bez makijażu jest naga. Poczułam się bardzo 

głupio i wsunęłam swoje zbyt obszerne ciało w najgłębszy kąt tylnego siedzenia. Modliłam się, 

żeby taksówkarz nie miał ochoty na pogawędkę. Miał.

9.10. Stoimy w korku. Ten sakramencko przystojny taksówkarz jest w doskonałym nastroju 

— jasne, stoimy w korku, a licznik  bije! Jestem cholernie  niesprawiedliwa, bo co on może 

zrobić? Zagadywał, wypytywał, a ja tylko burczałam coś pod nosem i zbywałam go krótkimi 

odpowiedziami, nie zachęcającymi do podtrzymania konwersacji.

background image

9.20. Przed redakcją. On wysiada z samochodu, żeby otworzyć mi drzwi. Dlaczego on jest 

taki przystojny i na dodatek ma kindersztubę? Biegnę jak szalona dwa piętra w górę.

Mówił, że zna perfect angielski! Mówił tak, jakby wiersze pisał! To nie może być zwykły 

taksówkarz. Walę głową w ścianę. To nie może być zwykły taksówkarz!!!

9.25. Brygido! — Paweł z troską pochyla się nade mną. — Czy coś się stało?

—  Daj spokój, Paweł, po prostu znowu spóźniłam się do pracy  —  odpowiadam z miną 

niewiniątka przyłapanego na gorącym uczynku. — I na dodatek, nie radzę ci, żebyś zobaczył, jak 

wyglądam bez makijażu i z tym sianem na głowie. Odejdź tak szybko, jak to możliwe — proszę.

—  Nie   przejmuj   się  —   mówi.   —  Masz   trochę   czasu   na   toaletę.   Naczelny   wrócił 

nieoczekiwanie   i   zamknął   się   z   prezesami   i   księgową.  —  Uśmiechnął   się   tajemniczo.  — 

Widziałem   przez   okno,   jak   wysiadałaś   z   taksówki.   Nie   radzę   ci   zaprzyjaźniać   się   z   tym 

taksówkarzem. To niebezpieczny facet. Wrócił właśnie z Afryki i chwilowo jeździ na taksówce 

jako   zmiennik.   Ja   też   z   nim   kiedyś   utknąłem   w   korku.   Tak   naprawdę   jest   weterynarzem   i 

wszystkie panienki to dla niego towar.

Zanim zdążyłam ochłonąć ze zdumienia, zniknął.

9.30. Poczułam cholerną złość. Co jest?! Dlaczego Paweł ma mi radzić, czy mogę, czy nie 

mogę zadawać się z taksówkarzem?! Albo z kimkolwiek innym!

9.45.  Siedzę   przy   biurku   i   piję   gorącą,   zaparzoną   przez   Pawła   kawę.   Powoli   zaczynam 

rozumieć, że to nie mój taksówkarz jest najważniejszy, ale szef, który zamknął się w gabinecie z 

prezesami i księgową. OK, to jestem w stanie przyjąć.

10.00.  W redakcji panuje złowroga cisza. Wojtek po raz trzeci poprawia kosztorys działu 

reportażu. Paweł próbuje  — po raz kolejny —  naszkicować logistyczny profil tygodnika. Pani 

Zuzia parzy kawę, wsypując całą paczkę do ekspresu. Chyba zwariowała!

Wojtek   zaczął   opowiadać   dowcipy   o   blondynkach,   ale   ponieważ   słyszeliśmy   je   już 

pięćdziesiąt razy, nikogo nie bawiły. Oprócz mnie, rzecz jasna.

10.15.  Zastanawiam się, co czuję? Boję się? Nie, nie mogę się bać. Skończyłam filologię 

background image

polską, kursy: komputerowy, zarządzania, angielski, projektowania wnętrz i kilka innych. Nie ma 

się   co   śmiać,   trzeba   próbować   wszystkiego.   Jeśli   jakiś   dupek   przyczepi   się   do   mnie,   to 

wyśpiewam mu jak na spowiedzi: mam tytuł magistra, pracowałam jako opiekunka do dzieci, 

dostawca   pizzy,   ekspedientka   w   ekskluzywnym   butiku,   a   nie   w   lumpeksie,   tłumaczka   z 

angielskiego   spotkań   z   przedstawicielami   struktur   pozarządowych   z   ich   odpowiednikami   z 

Anglii, Niemiec i Belgii. Mam nadzieję, że przynajmniej Angole zrozumiały, o co chodzi. Wtedy 

ja   także   zrozumiałam,   że   jesteśmy   cholernie   bogatym   krajem,   który   „wylewa   pieniądze   za 

kołnierz i wyrzuca w błoto”. Czy naprawdę jesteśmy aż tak bogatym krajem? Jeśli jedna mała, 

głupia   blondynka   jest  świadkiem   jakichś   dziwnych   manipulacji   finansowych,   to  co   powinna 

zrobić? Milczeć. OK — milczę.

11.00.  Ale   to,   czego   się   nauczyłam,   jest   tylko   moje.   Kiedy   przeczytałam   ogłoszenie   w 

gazecie, że wydawca tygodnika dla pań poszukuje korektorki, nie zastanawiałam się ani przez 

moment. „Dzisiaj korektorka, jutro pisarka” — pomyślałam. „Przecież zasługuję na wszystko, co 

najlepsze”. I tak zaczęła się moja redakcyjna kariera. Teraz już nie robię korekty, to znaczy — 

nie tylko, redaguję także niektóre teksty. Czasem nawet przeprowadzam bardzo ważne rozmowy. 

To jest coś!

11.20.  Paweł przechodząc obok mojego biurka, bąknął coś o redukcji etatów. Zwariował, 

przecież mnie to nie dotyczy!

11.40. Mimo wszystko czuję podwyższony poziom adrenaliny. Bardzo jestem ciekawa, co z 

tego wyniknie. Co tam knują za drzwiami?! Czy w związku z tym, co zamierzają, moje życie 

znowu będzie musiało ulec zmianie? Właściwie nie mam nic przeciwko temu. Wszystkie zmiany 

—  z   niewielkimi   wyjątkami  —  przynosiły   mi   do   tej   pory   korzyści.   Na   przykład   to,   że 

wyprowadziłam się od mamy, dało mi poczucie samodzielności. To prawda, że miałam gdzie się 

wyprowadzić, bo ojciec zadbał o to, żebym miała swoje przytulne mieszkanko na Winogradach. 

Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, oddzielnie kibelek, balkon. Kochany tata. Kupił mi je ze swoich 

lekarskich  oszczędności  na krótko przed  śmiercią.  I niech  sobie nikt  nie  myśli,  że  kupił mi 

mieszkanie za pieniądze umierających pacjentów. Całe życie brzydził się łapówkami i uczciwie 

oszczędzał, co było  powodem nieustających  awantur z moją wiecznie niezadowoloną mamą. 

background image

Szkoda, że nie mogę już z nim pogadać, kiedy dopada mnie chandra. Cholera! Zaczynam się 

rozczulać.

12.00. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Wyszła księgowa, prezes, wiceprezes i nasz szef. 

Zaczął od sytuacji w firmie. Powiedział, że ostatnio jest coraz gorzej. Terminy płatności bardzo 

się wydłużyły — coraz więcej dłużników, ale rosną również zobowiązania. Dzwonią telefony w 

sprawie należności, my również wydzwaniamy w sprawie należności i kółko się zamyka.

—  Trzeba  zacisnąć  pasa  —  powiedział  z desperacją.  Wielka  trójca postanowiła  obniżyć 

koszty własne po to, aby nie było zwolnień.

12.10. Na biurku szefa położyłam kluczyki od matiza (i tak stoi w warsztacie).

Gotowa jestem zrezygnować na jakiś czas z samochodu (jak wyżej).

Położyłam komórkę obok trzech innych — trudno, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

12.15. Naczelny roześmiał się i powiedział, że aż tak dramatycznie jeszcze nie jest, ale liczy 

na naszą lojalność. A to oznacza, że nie będę mogła flirtować w Internecie i czatować bezkarnie z 

potencjalnym narzeczonym osobistym. Każdemu z nas wyznaczono limit rozmów z telefonów 

komórkowych. OK! Jakoś wytrzymam.

12.20. Poczekałam, aż zamknęły się za nimi drzwi, złapałam swoją komórkę i pobiegłam do 

toalety, żeby o wszystkim opowiedzieć najpierw Iwonie, a potem Ewie.

background image

15 września, sobota

9.00. Leżę w łóżku i myślę, że nie lubię weekendów! W piątek zwykle udziela mi się euforia 

innych  i tak jak inni cieszę  się perspektywą  wolnych  dni. Mam ambitne  plany:  spotkania z 

przyjaciółmi, generalne porządki, odrobienie zaległości w słuchaniu muzyki, czytaniu, oglądaniu 

telewizji itp. Niestety, na planach przeważnie się kończy, ponieważ nie mogę się zdecydować, od 

czego zacząć. Robię wszystko i nic. Wczoraj Iwona i Ewa powiedziały, że wyjeżdżają. Iwona z 

mężem, Ewa z nowym, tajemniczym narzeczonym. Iwona do teściów w Toruniu, Ewa...? Któż to 

wie dokąd. To kolejna tajemnica. Trochę mnie to denerwuje, bo znów mam w perspektywie 

samotny weekend.

Postanowiłam zacząć od wypożyczenia filmu. Uwielbiam Meg Ryan i chociaż widziałam 

wszystkie  filmy,  w których  grała,  mam ochotę kolejny raz obejrzeć  Kiedy mężczyzna kocha 

kobietę.  Ten   moment,   gdy  spotykają   się   przy  barze   i   on   daje   jej   kwit   z   pralni   i   klucze   do 

mieszkania, i kiedy ona siada mu na kolanach, i zaczynają się całować! Ta scena śniła mi się z 

tysiąc razy. Uwielbiam przypominać ją sobie, gdy leżę w łóżku. Zamykam oczy i wydaje mi się, 

że za chwilę poczuję męską dłoń na karku i muśnięcie jego warg na moich powiekach. W ubiegły 

weekend obejrzałam mój ulubiony film tylko dwa razy. Tak strasznie się rozkleiłam, że trzeci raz 

sceny w barze już bym chyba nie przeżyła.

9.30. Leżę w łóżku i myślę, że być może zwariowałam, bo przecież takiej miłości w naszych 

czasach   nie   ma,   nie   istnieje!   „Jesteś  beznadziejną,   sentymentalną   romantyczką!”  —  krzyczy 

resztka rozumu w mojej głowie. Nie do końca się z nią zgadzam, ale chwilowo zrezygnowałam z 

wypożyczenia  Kiedy  mężczyzna   kocha   kobietę.  Z   miną   „i   tak   swoje   wiem”   sięgnęłam   po 

Harry’ego   Pottera.  Początkowo   nie   rozumiałam,   co   czytam,   ale   kiedy   Harry   dostał   się   do 

background image

Hogsmeade z pomocą Mapy Huncwotów, zapomniałam o Bożym świecie.

13.43. Obudził mnie jakiś dziki łomot. To chyba dzieciaki Wietnamczyków mieszkających 

nade mną bawią się w Indian. Nie, nie  —  nie jestem rasistką, ale żeby tak w środku nocy? 

Zerknęłam   na   zegarek.   O   rany!   13.43  —  wyskoczyłam   z   łóżka   przerażona,   ale   po   chwili 

przypomniałam sobie, że to przecież sobota. Sobota sobotą, a kot Wacek nie nakarmiony.

13.45.  Kot Wacek zjada swoją ulubioną porcyjkę Whiskasa, ja włączyłam moją ulubioną 

Trójkę i zaparzyłam  kawę. Wyjrzałam przez okno  —  pierwszy raz od kilku dni nie padało. 

Pomyślałam o rowerze. Tak, dzisiaj ścieżki rowerowe będą moje. Jeszcze tylko jedna kawa, coś 

malutkiego na ząb, prysznic i jestem gotowa.

14.45.  Czatuję na windę. Musi być pusta, bo inaczej rower nawet w pionie się nie mieści. 

Dobra, trzecie podejście...

14.55. Z windy wysiada moja siostra. Zapłakana, wściekła, nawet mnie nie zauważyła.

—  Magda! —  Biegnę  za  nią,  rower  wywala  się  z  wielkim   hukiem,   otwierają  się  drzwi 

sąsiadów.

— Dzień dobry — mówię z uśmiechem i zbieram rower.

15.00. Dobrze, że jesteś w domu — szlocha Magda. — Muszę z kimś pogadać.

I zaczyna: że ma już dosyć, że dłużej nie wytrzyma, gdyby nie Kubuś, to ona by już dawno, 

zakichany biznesmen myśli, że ona jest ślepa, że węch straciła i nie czuje Chanel numer 5 na jego 

marynarkach...

Magda jest ode mnie starsza o siedem lat, od dwunastu pozostaje w szczęśliwym związku 

małżeńskim, czasami miewa gorsze dni. Nie przepadam za szwagrem, ale cóż, siostrę mam tylko 

jedną. Zaparzyłam mocną kawę, otworzyłam okno, kiedy Magda sięgnęła po trzeciego papierosa 

(nie palę od ośmiu miesięcy i jestem z tego dumna), przygotowałam kilka paczek chusteczek 

higienicznych i uzbroiłam się w cierpliwość.

16.00.  Ciągle   siedzimy   w   kuchni.   Magda   trochę   się   uspokoiła.   W   którymś   momencie 

background image

zauważyłam ślad na policzku. Czyżby ją uderzył? Kiedy zapytałam, wpadła w szał:

—  Nie rób sadysty z mojego męża! Wiem, że nigdy go nie lubiłaś! Ale nie jest taki, jak 

myślisz! Jest dobry, czuły i nie masz pojęcia...

„No, nieźle” — pomyślałam.

Magda popatrzyła na mnie i parsknęła śmiechem.

Wkurzyłam się.

— Po co mi to wszystko opowiadałaś? — Byłam kompletnie zdezorientowana.

— Och, wiesz, był jakiś drobny incydent, na który w ogóle nie zwróciłabym uwagi, gdyby 

nie napięcie przedmiesiączkowe. — Śmieje się tak, jak kiedyś w dzieciństwie, kiedy udało nam 

się bezkarnie narozrabiać.

Nie wiem, czy robi mnie w bambuko, czy próbuje zatrzeć chwile słabości. Zresztą nieważne. 

Ważne, że jest sobota, a ja nie jestem sama.

16.30. Wyruszamy z Magdą na podbój Poznania. Ma wolne popołudnie, bo Michał (mąż) i 

Kuba (syn) wybrali się na ryby. „Ewakuowali się” — pomyślałam, ale głośno powiedziałam, że 

to super, bo możemy spędzić sobotę tylko we dwie. Nieczęsto miałyśmy ostatnio taką okazję.

21.00.  Telewizor włączony, a ja leżę z nogami ułożonymi wysoko na oparciu kanapy. Nie 

wiem, ile kilometrów zaliczyłyśmy z Magdą, ale dużo. Było cudownie. Najpierw spacer, potem 

kawa w ogródkowej kawiarence, potem Quo vadis — bo Michał kupił bilety i mieli pójść razem, 

ale był tak miły, że zgodził się, żebym go zastąpiła. Film, niestety, „papierowy”, wolę książkę, 

jedyna dobra scena to ta, kiedy lwy rozszarpują ludzi. Potem poszłyśmy na kolację do naszej 

ulubionej knajpki „Pod Aniołem”. Niezła chronologia, prawda?

Obsługiwał nas nowy,  bardzo przystojny kelner. Moja siostra dała popis mistrzowskiego 

flirtowania. Ja nie mogłam wydobyć  z siebie ani słowa. Podziwiałam jej swobodę, poczucie 

humoru, błyskotliwą inteligencję i ani śladu napięcia przedmiesiączkowego! Gdyby Michał ją 

teraz zobaczył! Pomyślałam, że ta pewność siebie wynika w jakimś stopniu z tego złotego krążka 

na   palcu.   Była   uosobieniem   wszystkiego,   o   czym   marzyłam.   I   była   moją   siostrą!   Dzisiaj 

wielokrotnie zastanawiałam się, czy chciałabym wyjść za mąż.

Hmm... Nie jestem pewna.

background image

21.30. Położyłam maseczkę na twarz i wyglądam upiornie. Czy mężatki mogą położyć sobie 

maseczkę   na   twarz   i   wyglądać   upiornie?   A   może   na   facetach   nie   robi   to   wrażenia?   Muszę 

zapytać Magdę.

21.35. Popijam wino „Frontiera” — chilijskie, czerwone, wytrawne — mniam... i pogryzam 

francuski ser „Coeur de Bleu” — mniam...

Jutro będę wylegiwać się w wannie pełnej wonnych olejków... Dlaczego nikt do mnie nie 

dzwoni? Gdzie się podziały te wszystkie cholerne przyjaciółki? Przecież jest sobota!

21.40. A może słuchawka źle odłożona? Sprawdzam — niestety, dobrze.

Do   diabła   z   nimi!   Wracam   do   planowania   jutrzejszego   dnia,  czyli   niedzieli:   wmasuję 

odżywkę we włosy, pomaluję paznokcie, wydepiluję to i owo, jednym słowem  —  absolutna, 

kompletna, generalna odnowa. I najważniejszy punkt w fascynującym programie dnia — obiad u 

mamy, która wprawdzie nie zapraszała specjalnie, ale jeśli się zjawię, nie będzie zdziwiona.

22.50. Z  niepokojem konstatuję  —  proszę, jakich skomplikowanych słów używam!  —  że 

druga butelka wina nie wiadomo kiedy się otworzyła. Lekko zataczając się, ale tylko lekko, 

podchodzę   do   telefonu.   Zadzwonię   do   Ewy,   nie   jest   jeszcze   tak   późno...   Dlaczego   nikt   nie 

odbiera? Cholera! Przecież wyjechała z narzeczonym nie tym starym tylko tym nowym, gdzie 

oni właściwie wyjechali, nieważne, ważne jest to że siedzę sama jak kołek na płocie nie na tylko 

w

23.00. Zmywam z twarzy maseczkę jak on mógł puścić mnie kantem no może w tej chwili 

nie wyglądam zbyt podniecająco ale przecież puścił mnie kantem kiedy nie miałam na twarzy tej 

białej   papki   ciekawa   jestem   czy   Kevin   Costner   zachowałby   się   tak   obrzydliwie   no   właśnie 

gdybym spotkała takiego Kevina Costnera który nie byłby Łukaszem gdyby był taki jak bohater 

Listu w butelce gdyby umiał tak kochać

23.10. Nienawidzę tej sentymentalnej idiotki... ups!... chyba mam czkawkę... tej kretynki co 

siedzi we mnie i od czasu do czasu kiedy odrobinę „tracę kontrolę nad pojazdem” wyłazi ze mnie 

i strasznie mnie kompromituje... ups!... nie ma takich facetów nie ma takich facetów... ups!... 

background image

Kevin   Costner   nie   istnieje   po   co   te   wszystkie  maseczki   te   zabiegi   te   depilacje...   ups!...   to 

wszystko...

—  Jak   to,   po   co?   Dla   dobrego   samopoczucia,   dla   mnie   samej   i   dla   nikogo   więcej  — 

podpowiada mi zakłamana feministka, która też siedzi we mnie, tylko od strony północnej.

— Ha, ha, ha! Przyznaj się, że każdego dnia liczysz na to, że staniesz oko w oko z kimś, kto 

spojrzy na ciebie tak, że zostaniecie porażeni, uniesieni, zawirowani. Wszystko, co robisz, robisz 

z   myślą   o   tej   właśnie   chwili!  —  Sentymentalna,   naiwna   i   romantyczna   JA   zajmuję   stronę 

południową.

— Robię to, co lubię, i jestem szczęśliwa — nagle postanowiłam być bezczelna. — Jestem 

kobietą świadomą swojej wartości, wykształconą i niezależną...

—  Tratata,   rzuciłabyś   wszystko   na   kiwnięcie   palcem,   gdyby   tylko   znalazł   się   naiwniak 

gotowy uwić z tobą wspólne gniazdko.

— No, może tak — ale tylko na krótki czas, żeby wychować dzieci!

— Nie posuwaj się aż tak daleko. Jeszcze go nie ma, a ty już rodzisz dzieci!

23.30. Mam to wszystko gdzieś! Włączam Stinga najgłośniej, jak tylko mogę (jasne, że mam 

na uszach słuchawki!), żeby zagłuszyć te dwa kłócące się we mnie demony.

23.45. Chyba jestem nawalona, ale mój oddech staje się równomierny, nie myślę o niczym, 

jest mi dobrze. Jest mi dobrze! Jestem tylko ja i moja muzyka. Sting... Odpływam — żadnych 

problemów, żadnej przeszłości, żadnej przyszłości.

Jestem spokojna, jestem szczęśliwa, zawsze dostaję to, czego chcę!

Około 2 w nocy.  Jak długo jeszcze będę się okłamywać!? Pora przenieść się z kanapy do 

łóżka.

background image

16 września, niedziela

9.00.  Ciężka   była   ta   noc.   Brak   mi   katalizatora.   Chciałabym,   aby   myśli   bez   większych 

trudności można było poddać oczyszczającemu działaniu i jak po płaszcz do pralni — zgłosić się 

po nie następnego dnia.

9.15. Pijany sąsiad znowu targa rower po schodach na górę. Jemu chyba też nie jest lekko. W 

takim razie, dlaczego zawsze alkoholizuje się w jego towarzystwie? Przecież wie, że niezależnie 

od tego, ile wypije, będzie musiał sam holować go do domu. Nie wpadł na to, żeby stawiać go w 

pionie w windzie. Ale chyba sam ma problemy z pionem. Ja zresztą też. Najlepsza na kaca jest 

leciutko ścięta jajecznica, ale nie chce mi się wstać z łóżka.

9.20.  Dzisiaj   jest   niedziela.   Niedziela?   Niedziela,   na   pewno.   Muszę   sobie   przypominać 

chronologię dni i miesięcy. Przez brak obowiązków (poza redakcją), terminów, które mnie gonią 

(poza redakcją), spotkań, które  — ha! —  nie wiszą nad głową jak zła wróżba, tracę poczucie 

czasu. Ale nie narzekam. Nawet dobrze mi z tym. Patrzę w niebo i... zawieszam się bez zbędnych 

tłumaczeń, bez konsekwencji, bez wyrzutów sumienia o stracone chwile...

10.30.  Nie   chce   mi   się   wstać   z   łóżka.   Trzymam   notes   na   kolanach.   Nie   potrafię   pisać 

zamiast. Zamiast słów słyszalnych, dotykalnych w cieple szeptu, chłodzie obojętności (nie pojadę 

na obiad do mamy). Czekam na jakieś wieści od... wszystko jedno od kogo.

10.40.  Wstałam.   Nie   mogę   pojąć,   jak   to   się   stało,   ale   się   stało.   W   nocy   spakowałam 

wszystkie sandały w pudełka szczelnie wymoszczone wydaniem „Wyborczej” sprzed kilku dni. 

background image

Za rok będę wiedziała, kiedy wyzionęła ducha ciepła pora.

10.50.  No tak, skończyło się lato. A co w mojej szafie na jesień? Wszystko za małe, bo 

kiepsko   prezentuje   się   moja   sylwetka   „polodowcowa”   (czytaj:   kilogramy   ulubionych 

bakaliowych i stracciatella). Muszę schudnąć! Bezwarunkowo! Zupa kapuściana  —  w końcu 

prezydent Kwaśniewski też na niej próbował stracić swoje kilogramy.

10.55.  Mam   niejasne   uczucie,   że   nad   ranem   coś   się   wydarzyło.   Aha,   dzwonił   telefon! 

Półprzytomna podniosłam słuchawkę — z drugiego końca kabla spadło na mnie pytanie:

— Kochasz mnie, Brygido?

Znałam ten głos i wiedziałam, kto mógł do mnie mówić „Brygido” z takim akcentem i takim 

głosem, ale pomyślałam, że to żart. Przecież brzmiało to niepoważnie! Łukasz!!! Chciałam się 

rozłączyć, mówiąc, że to pomyłka, ale on znów powtórzył to pytanie:

— Brygido! Kochasz mnie?

Chyba umówiliśmy się na wieczór. Chyba ma przyjść po mnie.

11.00. A może to był sen?

11.15.  Może   był,   może   nie   był!   Co   ja   jeszcze   robiłam   tej   nocy?   Dostaję   gwałtownego 

przyspieszenia.   Prysznic,   odżywka   na   włosy,   depilacja,   wszystkie   ciuchy   na   podłodze   (na 

szczycie tej sterty szmat króluje kot Wacek), w biegu wypijam kawę. Muszę być przygotowana... 

Lodówka pusta!

14.00. Supermarket. Najprawdopodobniej jajeczkuję, bo jak inaczej wyjaśnić ten incydent? 

Stoję   w   potwornie   długiej   kolejce   do   kasy.   Zanotowałam:   „Polacy   lubią   robić   zakupy   w 

niedzielę”, pomyślałam: „Materiał na reportaż do naszego pisma”, szlag mnie trafia: z powodu 

żółwiego tempa.

Poza tym zdążyłam obejrzeć wszystkich okolicznych klientów, zawartość ich koszyków oraz 

półki z produktami będącymi przynętą zorganizowaną na takie właśnie okoliczności.

Z   powodu   tłumu   wchodzących   i   wychodzących   mogłam   go   wcale   nie   zauważyć,   ale 

zauważyłam. Stał i przyglądał mi się z zadziornym uśmiechem. Pomyślałam: „Ktoś z personelu” 

background image

— grafitowy garnitur, krawat z gatunku „mógł być lepszy” i koszula w kolorze „mnie możesz 

zaufać”. Zdecydowanie nie miałam ochoty na podtrzymanie kontaktu wzrokowego i zabawę pod 

tytułem: „Jak długo wytrzymasz, maleńka?” Zaczęłam przeglądać kolorowe czasopisma, których 

w innym wypadku nawet bym nie zauważyła. Ale on był wytrwały, zaczekał, aż spakuję zakupy, 

potem do tradycyjnej oprawy słownej dodał swoją wizytówkę. Kretyn! Mógł jeszcze przylepić 

sobie do czoła kartkę z napisem: „Ranking z ubiegłego miesiąca: brunetki — sztuk 5, blondynki 

— sztuk 3, reszta — sztuk 4”.

15.00.  Wizytówkę z jego personaliami wyrzuciłam natychmiast po wyjściu z marketu. Nie 

raczyłam się z nimi zapoznać, żeby podczas powrotu do domu kląć spokojnie w powietrze, a nie 

w kierunku konkretnego imienia.

Usilnie próbuję przypomnieć sobie zaspane słowa z dzisiejszego ranka. Łukasz mówił, że 

jest potwornie zmęczony ubiegłonocną pracą nad jakimś projektem, ale chętnie napiłby się ze 

mną kawy i pogadał. „Pogadał”?

Zaproponowałam, żeby po mnie wpadł. Tak mi się wydaje. Która to mogła być godzina? Nie 

wiem, nie spojrzałam na zegarek.

15.15. Postanawiam nie nadużywać alkoholu w samotności.

Absurdalne — męska część globu wali mi się na głowę, ale nie z tej strony oceanu, na której 

mi zależy.

background image

Ciągle niedziela

17.00.  O Boże, jak się spieszę. Kurczak w piekarniku, ziemniaki obrane, sałata z sosem 

winegret   przygotowana.   Każdy   facet,   którego   nozdrza   odkryłyby   zapachy   mojej   kuchni, 

zagnieździłby   się   tu   na   stałe.   Jeszcze   tylko   szybki   prysznic,   potem   supermakijaż   według 

najnowszych trendów. Jak twierdzą specjalistki od urody w moim tygodniku — moje kolory w 

tym sezonie to seledyn z różem. No i pozostanie mi wciśnięcie się w małą czarną (szkoda, że nie 

mogę nic przetrącić, choć ssie mnie w żołądku, ale wtedy naprawdę w nic już się nie wcisnę). 

Czeka mnie cudowny, wymarzony, najwspanialszy wieczór z najwspanialszym facetem, który 

najpierw puścił mnie w trąbę, a potem zadzwonił i zapytał, czy go kocham. Nie mogę przestać 

myśleć o szczególnej wrażliwości jego duszy i o tym, że chce mi się siusiu.

17.30.  Boże! Ja umieram! Ale dlaczego akurat dzisiaj, kiedy wreszcie wydusił z siebie, że 

chce się ze mną spotkać?! Po tylu miesiącach milczenia!

Teraz to już chyba nie doczekam nawet jego przyjścia... A to dlatego, że wypadł mi jakiś 

narząd podczas siusiania. Taki mały, okrągły i czerwonawy.

Nie   mam   pojęcia,   co   to   może   być.   Poszukam   podobnych   organów   w   moim  Domowym 

poradniku medycznym.

17.50. Wiem już, że raczej nie jest to nerka. Za małe jak na nerkę.

18.00. Leżę w łóżku i czekam na śmierć. I na dzwonek do drzwi. Ale nie otworzę. Nie chcę, 

żeby mnie widział w agonii. Pragnę, aby pamiętał mnie taką, jaka byłam: wesoła, elokwentna i 

zawsze   uśmiechnięta...   Mam   nadzieję,   że   nikt  —   a   tym   bardziej   On   —  nie   dowie   się,   że 

background image

przyczyną  mojej śmierci było  wysiusianie narządu. Wolałabym,  aby moje odejście pozostało 

osnute mgiełką tajemnicy.

18.15. Czuję, że mi się pogarsza. Mdli mnie, gdy zaglądam do muszli klozetowej i widzę na 

dnie ten mój narząd.

18.17. Wiem, że powinnam pójść do lekarza. Niestety, dzisiaj jest już za późno. Zresztą, co 

miałabym mu powiedzieć? „Dzień dobry, panie doktorze, niech pan zobaczy, co wysiusiałam”?!! 

Poza tym muszę najpierw wyjąć z klozetu ten narząd, ale to chyba ponad moje siły.

18.35. Leżę i myślę o swoim życiu. Jakie było.

18.50. Jeszcze żyję. Doszłam właśnie do wniosku, że chcę, aby wspominano mnie jako osobę 

porządną. Dlatego, póki jeszcze jakoś się trzymam, posprzątam. Najpierw pozmywam.

19.05. Przed chwilą, walcząc z górą garnków, natknęłam się na brudny dzbanek po skisłym 

kompocie,   który   dziś   rano   wylałam   do   sedesu.   Tak   się   cieszę!   Mój   narząd   okazał   się   w 

rzeczywistości wiśnią z kompotu. Kto by pomyślał?! Będę żyła!

19.10.  Powinien już przyjść. Jeszcze tylko poprawię mój seledynoworóżowy, supermodny 

makijaż.

background image

Ciągle niedziela

20.00. To niemożliwe, niemożliwe! Wystawił mnie! Najpierw dzwoni, pyta, czy go kocham, 

umawia   się   na   spotkanie   i   nie   przychodzi!   Musi   być   jakieś   logiczne   wytłumaczenie.   Może 

potrącił go samochód i leży teraz w śpiączce albo porwali go kosmici i właśnie jest poddawany 

torturom!? Zaraz będę płakała, ale najpierw zadzwonię do Magdy.

—  Łukasz   nie   przyszedł?!   Zwariował?  —  dziwi   się   moja   siostra.  —  Przestań   ryczeć   i 

przyjedź do mnie natychmiast. Mam martini, a Michał z Kubusiem na trzy dni wynieśli się do 

teściowej. Przyjedziesz?!

Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że z małżeństwem Magdy jest chyba nie najlepiej, 

ale mój dramat zdominował współczucie dla innych. Jestem egoistką!

21.30.  Siedzimy   z   Magdą   w   łóżku,   przeklinając   mężczyzn.   Wznosimy   toasty   za 

niesamowicie wspaniałe kobiety, jakimi jesteśmy. Chociaż może nie w tej chwili, bo mamy na 

sobie męskie, za duże piżamy (zawsze śpię w za dużej męskiej piżamie) i maseczki na twarzy — 

pierwsze, co zrobiła Magda, kiedy przekroczyłam próg jej mieszkania, to rzuciła mi na twarz 

pachnącą ziołami maseczkę. Nawet nie chciała słuchać, że wczoraj już to zrobiłam. W każdym 

razie  —  jesteśmy po pięciu jednostkach martini  —  kobiety są wspaniałe, cudowne, po prostu 

anioły, a faceci to potwory... Może jednak było więcej jednostek martini, ponieważ wydaje mi się 

teraz, że jest odwrotnie! Cholera, jak ja sobie z tym poradzę?!

21.50. W łazience. Zmywamy maseczki z twarzy, myjemy zęby. Patrzę na swoje odbicie w 

lustrze  —  nie   jest   najciekawsze.   Miałam   nie   nadużywać   alkoholu.   No   tak,   ale   miałam   nie 

nadużywać w samotności!

background image

22.00. Siedzimy na łóżku, ja się raczej kiwam, ale z przekonaniem ogłaszam wyrok:

— Jeśli jest żywy, nie porwany i zdrowy, a nie ma jakiegoś powalającego wytłumaczenia, 

niech lepiej ziemia się pod nim zapadnie! Niech go trafi... no, wiesz co!

Magda podciąga za dużą piżamę Michała.

—  Tak   jest,   bądź   twarda.   I   nie   daj   po   sobie   poznać,   że   jego   karygodne   zaniedbanie 

doprowadziło cię do alkoholizmu!

Rzuciłyśmy jeszcze parę feministycznych sloganów i z podkrążonymi od nadmiaru martini 

oczami padłyśmy jak upadłe anioły.

22.15. Dzwoni telefon. Magda zrywa się i po chwili bez słowa podaje mi słuchawkę.

— Witaj — słyszę głos Łukasza tak lodowaty, jakby należał do Eskimosa przebywającego w 

punkcie najbardziej zbliżonym do bieguna północnego. — Od trzech godzin, jak ostatni palant, 

czekam   na   ciebie.   Trochę   to   trwało,   zanim   zdobyłem   telefon   Magdy.   Jeśli   zmieniłaś   plany, 

mogłaś szepnąć słówko, prawda?

— Przecież nie przyjechałeś do mnie — prawie krzyczę. — Wystawiłeś mnie!

— Brygida, od pół do siódmej czekam tu, gdzie się umówiliśmy: pod teatrem! Od siódmej 

trzydzieści wydzwaniam do wszystkich twoich znajomych, którzy mogliby wiedzieć, co się z 

tobą   stało.   Twoja   komórka,   oczywiście,   jest   rozładowana.   Szlag   trafił   bilety   do   teatru   i 

zarezerwowany stolik w restauracji. Co ty na to, maleńka?!

Bardzo chciałam gdzieś uciec, nie zostawiając adresu! Co ja mam powiedzieć?! Co mam 

powiedzieć jedynemu facetowi, z którym było mi dobrze, przynajmniej w łóżku?!

— Łukasz, strasznie mi przykro, ale ja wczoraj wyjechałam do Puerto Rico! — Odłożyłam 

słuchawkę.

— Ostro zagrałaś. — Magda patrzyła na mnie z podziwem.

—  Wyłącz   telefon,   siostrzyczko,   jutro   musimy   wcześnie   rano   wstać  —   powiedziałam, 

naciągając kołdrę na głowę. Nikt nie może wiedzieć, że płaczę.

background image

17 września, poniedziałek

7.30. Zamiast zrobić szybką poranną toaletę, stoję przed dużym lustrem w łazience Magdy i 

zastanawiam się, czy jestem kobietą. Może mężczyzną o skłonnościach homoseksualnych albo 

gejem   z   domieszką   lesbizmu?   Albo   lesbą   homoseksualistyczną?   Albo   kobiseksualistą... 

cokolwiek to oznacza. Wzięłam też pod uwagę wariant transwestyty, ale szybko zrezygnowałam, 

bo był bezpłodny. Moje rozważania stanęły na dobrze znanej mi konkluzji — jestem zboczeńcem 

zdiagnozowanym jako STARA PANNA!

7.40. Dalej stoję przed lustrem w łazience. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że mam już 

28 lat. Wiek może jeszcze dałoby się przykryć maskarą MAX FACTOR, ale jak tu upchnąć tyłek 

numer 40 w rozmiar 38? Problem samotności nie wydaje mi się w tej chwili tak ogromny jak mój 

rozmiar. A może to samotność jest tak kaloryczna, że nie dostaję do wzoru KOBIETY S:

— SKARIERYZOWANEJ

— SPARTNERYZOWANEJ

— SFINANSOWANEJ

— z bielizną rozmiaru SEXY!

To dlatego nic mi się nie udaje. Nie mogę myśleć o swoim wczorajszym „niespotkaniu” z 

Łukaszem, bo diabli wezmą cały makijaż.

7.50. Zjadam grzankę z dżemem. Zdecydowanie powinnam wziąć się w garść i popracować 

nad   swoim   optymistycznym   pesymizmem.   Najważniejsze   to   ZINTEGROWAĆ   wszystkie 

działania   w   walce   przeciwko   kaloriom   w   samotności   lub   samotności   w   kaloriach! 

INTEGROWAĆ — to słowo wprost z ostatniego numeru naszego tygodnika dla pań wydaje mi 

background image

się tak profesjonalne, że musi gwarantować sukces moich poczynań.

8.20. Aby lepiej skupić się na planie naprawy i odnowy biologicznej, sięgnęłam po cichutku 

do porcelanowego pojemnika na cukierki, ciasteczka i baloniki. I baloniki! Zauważyłam,  jak 

Magda wkładała tam wczoraj balonik rozmiaru S — jak SUPER (o 50 procent dłuższy, i to za 

darmo!). Nie mogę narażać się na głód w chłodny ranek na przystanku autobusowym. Na wszelki 

wypadek muszę mieć coś do przegryzienia. Wprawdzie od Magdy do redakcji jest znacznie bliżej 

niż z mojego mieszkania, ale nigdy nie wiadomo...

8.30.  Wychodzę   na   paluszkach,   żeby   nie   obudzić   Magdy,   i  —   dalej   na   paluszkach   — 

wchodzę do windy. Pachnący, wyprany i odprasowany tak, że bałam się o niego otrzeć, aby go 

nie pognieść, przez siedem pięter w dół przyglądał mi się dziwnie. Wysiadając z windy, odezwał 

się głębokim i namiętnym głosem:

— Ma pani wąsy od mleka.

Uśmiechnął się, a ja zdążyłam jedynie wyjąkać:

— Mam w domu kota — jakby to on był sprawcą moich wąsów, a przecież nocowałam u 

Magdy.

— Ja też — powiedział „odprasowany” — ale ja nie wypijam mleka z jego miski.

— Naprawdę? A miski jakiej firmy używa pański kot? — palnęłam bez sensu.

—   To   wielka   tajemnica.   —  „Odprasowany”   uśmiechnął   się   dwuznacznie   i   życząc   mi 

dobrego dnia, oddalił się w kierunku parkingu.

8.40.  Stoję   na   przystanku   autobusowym   i   uświadamiam   sobie   własny   kretynizm. 

Wspomnienie   rozmowy   w   windzie   pobudziło   resztki   mojego   blond   ilorazu   do   zapisania 

konkretnych punktów w planie mojego rozwoju osobistego.

NIE BĘDĘ:

— ujawniać swojego kretynizmu częściej niż dwa razy w tygodniu;

— zachowywać się jak kobieta z nieustającą menstruacją;

— pić z miski kota, mimo że wcześniej mi się to nie zdarzało;

—  konstruować   pytań   i   odpowiedzi   w   sposób   blondynkowato-infantylny   z   głupotą   jako 

kropką na końcu;

background image

—  oglądać się tęsknie i wzdychać za „odprasowanymi” facetami z wydepilowaną twarzą i 

poczuciem humoru;

— czytać książek dla samotnych kobiet, matek i zwierząt;

— oglądać filmów dla inteligentnych inaczej;

— dochodzić do fatalnych wniosków w chwilach refleksji nad własną egzystencją;

— udawać dziewicy (28-letniej!) w kontaktach z mężczyznami;

— sporządzać durnowatych planów własnej ewolucji!!!

background image

18 września, wtorek

12.30. Idziemy na lunch. Pani Zuzia odprowadza nas niezbyt przychylnym wzrokiem, kiedy 

wybiegamy z redakcji wszyscy razem — Monika, Paweł, Wojtek i ja. Paweł odwraca się już w 

drzwiach i uśmiecha czarująco:

—  Gdyby szef się niepokoił,  że nas wymiotło, to proszę powiedzieć,  że za pół godziny 

wracamy z nowymi siłami do pracy. Trzeba uczcić nagrodę Moniki.

Pani Zuzia ma słabość do Pawła, kiwa więc tylko głową.

12.45.  Siedzimy w barze Chińczyka za rogiem. Monika zamówiła sajgonki, ja kuleczki z 

kurczaka   w sosie  migdałowym   (pycha!),  Paweł  i   Wojtek   jakąś  tajemniczą   potrawę  „Siedem 

smaków”.

12.50. Wojtek i Paweł umawiają się na brydża. Monika mówi:

— Weźcie mnie ze sobą, chłopaki.

Tak po prostu. Nie zdobyłabym się na to.

— OK. OK. Masz to u nas, Monia — mówi Paweł i patrzy na mnie jakoś tak przeciągle. — 

Brygida, a ty? Nie wpadniesz wieczorem do Wojtka?

— Nudziłabym się jak mops i tylko wam przeszkadzała, przecież ja nie gram w brydża.

Wydawało  mi  się, że Paweł  natychmiast  stracił  zainteresowanie  mną.  Dlaczego  zapytał? 

Potrzebują czwartego do brydża czy rzeczywiście chciał, żebym była wieczorem razem z nimi?

Z rozważań wyrwał mnie śmiech Moniki:

— Wiecie, co mi przyszło do głowy? Że życie to partia brydża. Dużo — nieraz wszystko — 

zależy od partnera, od innych graczy, od wspaniałych kart, no i od dobrego stolika! Jakkolwiek 

background image

by to interpretować!

Teraz już cała trójka rechotała.

—  Oczywiście,   że   życie   jest   grą.   Widzę   coraz   więcej   podobieństw!  —  wołał   radośnie 

Wojtek. — Też chce się zgarnąć całą pulę trzynastu lew. Dopóki nie okaże się, że przeciwnik ma 

lepsze kiery, niż my mamy piki!

— No dobrze, skoro i jedno, i drugie jest grą, przyjrzyjmy się temu z bliska — powiedział 

Paweł takim tonem, jakby właśnie rozpoczynali jakąś wspaniałą grę.

— Zaczynamy. — Popatrzył na mnie i szepnął: — Bardzo korzystne układy kart — i ludzi 

— mają jedną wadę: zdarzają się zbyt rzadko.

— Blefowanie to znakomita  pułapka,  pod warunkiem,  że samemu  się w nią nie wpada. 

(Monika)

— W licytacji, jak w życiu, warto pamiętać, że odzywka „pas” jest też znakomitą odzywką. 

(Wojtek)

— Długie myślenie nie zawsze świadczy o genialności gracza, a w życiu jest po prostu barwą 

ochronną, zwłaszcza przy podejmowaniu ważnych decyzji. (Paweł)

—  Warto   też   pamiętać   o   tym,   że   nie   zawsze   gracze   są   tak   głupi,   na   jakich   wyglądają. 

Przecież z głupkami nie usiedlibyśmy do jednego stolika. (Monika)

— Zbytnia ostrożność w licytacji — wydawało mi się, że znacząco popatrzył na Pawła — 

także życia, przynosi zwykle takie same stresy jak ślepa odwaga. (Wojtek)

— A efekty? O niektórych licytacjach lepiej w ogóle nie pamiętać! (Monika)

— Najlepiej nerwy — siedząc przy jednym i drugim stoliku — trzymać na wodzy, wtedy i 

gra, i życie jest bardziej interesujące, a serdeczność i uprzejmość nie tylko podnoszą poziom gry, 

ale będą dużą przyjemnością dla wszystkich! (Paweł)

— Szkoda tylko, że niektóre odzywki i zagrywki trudniej jednak stosować w życiu. Dodam 

jeszcze, że rober to brzmi dumnie, a szlem w pikach to jest to! (Monika)

— Yesss!... — zawołali, bardzo z siebie zadowoleni, przyklepując sobie dłonie, jak piłkarze 

po wygranym meczu.

Nic z tego nie rozumiałam. Patrzyłam na nich trochę z zazdrością — że są tak zgraną paczką; 

trochę ze złością — że zupełnie mnie nie zauważali.

—  Zapomnieliście o tasowaniu  —  powiedziałam, wstając od stolika  —  a to bardzo ważna 

sprawa.

background image

Znieruchomieli na moment.

—  Brygido!   Przecież   ty   nie   grasz   w   brydża!  —  wykrzyknął   Paweł,   a   reszta   wybuchła 

śmiechem.

Wracaliśmy do redakcji spóźnieni co najmniej o pół godziny. Paweł pochylił się nade mną:

— Brygido, może jednak? Szybko się nauczysz.

— Nie chcę grać w brydża. Zresztą muszę odebrać samochód z warsztatu.

20.00. Wprawdzie wróciłam do domu z warsztatu samochodowego matizem, ale kompletnie 

wykończona  i przemarznięta.  Dwie godziny czekałam,  a panowie kończyli  to, co miało  być 

gotowe wczesnym popołudniem. Matiz trochę prychał, trochę warczał, jakby obrażony na mnie 

za to, że go na tak długo porzuciłam. Wacek też obrażony. Od rana sam, bez jedzenia.

20.15. Parzę w specjalnym dzbanku jaśminową herbatę. Wacek już mi wybaczył, ociera się o 

moje nogi i mruczy. Ciekawe, jak długo jeszcze będę mogła jeździć służbowym samochodem — 

przy tym kryzysie w firmie. Na własny ciągle mnie nie stać. Moja przyjaciółka Ewa dostała 

almerę   od   rodziców,   kiedy   skończyła   studia.   Mnie   ojciec   dał   do   wyboru:   samochód   albo 

mieszkanie. Wolałam mieszkanie. Dla Magdy został golf. Kochany tata. Chyba wiedział...

21.00.  Oglądam „Panoramę” i popijam herbatę jaśminową. Uwielbiam ją, ale teraz prawie 

nie czuję jej smaku. Telewizja przypomniała mi, że dzisiaj mija tydzień od ataku terrorystów na 

WTC. I właściwie dopiero teraz tak naprawdę dociera do mnie przerażająca prawda o tym, co się 

stało. Muszę przeczytać wszystko o islamie, talibach, muzułmanach i terroryzmie.

Widziałam w księgarni książkę Bruce’a Hoffmana  Oblicza terroryzmu.  Otworzyłam ją na 

przypadkowej stronie i przeczytałam, że terroryzm nie jest wynalazkiem XX czy XXI wieku. 

Jego korzenie sięgają I wieku, kiedy to żydowska sekta zelotów wystąpiła przeciwko rzymskiej 

okupacji terenów obecnego Izraela. Zelota wyłaniał się z anonimowego tłumu na zatłoczonym 

placu   targowym,   wyciągał   sica,   czyli   prymitywny   sztylet   ukryty   pod   szatami,   i   na   oczach 

wszystkich   obecnych   podrzynał   gardło   rzymskiego   legionisty   lub   obywatela   żydowskiego, 

którego uznano za zdrajcę. To musiało być straszne, ale czegoś tak diabelskiego, jak atak na 

WTC, do tej pory nikt nie wymyślił. Teraz już wszystko jest możliwe. Jutro muszę kupić tę 

książkę. Wiem, że i tak będę się bała, ale może przynajmniej będę wiedziała czego. Zawołałam 

background image

Wacka i kiedy przymaszerował dostojnym krokiem, złapałam go i przytuliłam. Nawet się nie 

bronił. Położył się na moich kolanach i mruczał tak, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie jestem 

sama. Nie chcę być sama. Dobrze, że mam chociaż to puchate stworzonko.

Wstrząsnęła mną myśl, że dzisiaj zajmowałam się tysiącem głupich spraw: nagrodą Moniki, 

lunchem   u   Chińczyka,   wygłupami   na   temat   brydża,   samochodem,   a   gdybym   mieszkała   w 

Nowym Jorku, gdybym była wtedy o 14.45 na Manhattanie? Mogłabym być jedną z tych, którzy 

zginęli.

21.30.  Włączyłam Stinga  Brand New Day,  zaparzyłam jeszcze jedną herbatę, usiadłam na 

dywanie i zaczęłam przeglądać wszystkie ostatnie gazety i tygodniki. I nagle miałam na moim 

dywanie całe zło, jakie wydarzyło się właśnie na świecie. Ogrom zła na takim malutkim skrawku, 

jaki zajmuje gazeta.

23.00. Wtulam się w poduszkę i nie mogę zasnąć. Przypomniał mi się e-mail przysłany przez 

Łukasza.   Zdjęcie   Manhattanu,   gdzie   stoją   jeszcze   obie   wieże,   podpisał:   „Amen”.   Wtedy 

przypięłam żółtą wstążeczkę. Wojtek powiedział:

— Doskonały cel dla snajpera.

Co za poziom!

background image

19 września, środa

11.00. Szef położył mi na biurku jakiś tekst do zaopiniowania. Czy ciągle musi być to samo? 

Znowu   jakaś   kobieta   padła   ofiarą   toksycznego   związku.   Znów   jest   o   ranieniu,   o   bolesnych 

rozstaniach itd. Boże! Kto to wymyśla? Czy kobiety naprawdę chcą to czytać, chcą to oglądać, 

chcą  o tym  nieustannie  mówić?  Kto robi  te wszystkie  programy,  filmy?!  Dlaczego  głosy w 

radiowych   wywiadach   są   tak   „psychologicznie”   zbolałe   i   współczujące?   No   a   te   wszystkie 

„gwiazdy”, które tak chętnie zasiadają na publicznych kanapach psychoanalityków spod znaku 

talk-show... Dlaczego takie modne jest mówienie o „kopniakach w tyłek, które się kocha” (cytat) 

—  bo   dzięki   nim   nabiera   się   sił  —  z   jednoczesnym   zrzucaniem   zbędnych   kilogramów,   co 

podkreśla się za małą bluzeczką i spodniami z trzema paskami w stylu Geri ze Spice Girls made 

in Poland?

11.30.  Co   mnie   tak   wzięło?!   Przecież   ja   też   oglądam   te   bzdety,   słucham   wyznań   tych 

szczęściar,   którym   udało   się   wyzwolić   z   kompleksów   i   nadwagi,   toksycznego   związku   z 

szowinistycznym,  antyfeministycznym  facetem (a kto ją wpychał  w ramiona  tego bubka?!) i 

niczym Feniks odradzają się, odkrywając na nowo uroki orgazmu łechtaczkowego!

12.00. Dlaczego tak się wściekam?! A może ja coś przegapiłam? Może jednak trzeba było 

uciec   z   domu   w   wieku   piętnastu,   szesnastu   lat   z   czterdziestoletnim   rozwodnikiem   i   robić 

wątpliwą  karierę u jego boku. Może mieszkałabym  teraz w wilii w najdroższej i najbardziej 

snobistycznej dzielnicy Poznania i jeździła alfa romeo? A ja nie! Studia, kursy, następne kursy i 

następne, bo rodzice to inteligenci i wmówili mi, że tak ma wyglądać moja przyszłość za 2100 

złotych.

background image

13.00.  Koniec   tego   użalania   się   nad   sobą!   Muszę   się   dowartościować!   Dzisiaj   wyjdę 

wcześniej z redakcji i wydam wszystkie pieniądze u kosmetyczki. Nigdzie kobieta nie czuje się 

tak   dopieszczona   jak   w   gabinecie   kosmetycznym.   Wstaję   od   biurka,   co   natychmiast   budzi 

zainteresowanie Pawła, Wojtka, a szczególnie Moniki... Siadam.

14.00.  Skróciłam   tekst   o   jedną   trzecią.   Będzie   awantura.   Trudno.   Cholera!   Jeszcze   trzy 

godziny! Może symulować nagły ból zęba? Ten numer nie przejdzie — był wykorzystany dwa 

tygodnie temu.

14.30. Sprawdzam zawartość portfela i oddycham z ulgą — dobrze, że nie wyszłam. Mam w 

portfelu tyle, co na zabieg u doktora Frankensteina, a nie u przyzwoitej kosmetyczki. Ale byłaby 

obsuwa!

22.00. Oglądam jakiś idiotyczny program w telewizji, Wacek śpi na moich kolanach — nic 

nie rozumiem, bo mówią po niemiecku, ciągle ktoś na coś wpada, z czymś się zderza, coś go 

rozjeżdża, czasem dziecko wpada do klozetu... Słyszę, jak wszyscy ryczą ze śmiechu. Nie wiem, 

o co chodzi... Może zaczyna mi brakować poczucia humoru? Gwałtownie potrzebuję faceta, bo 

stanę się nie do zniesienia albo zwariuję! Sama siebie zaczynam wkurzać! Czy tak na kobietę 

wpływa brak seksu?

4.00 rano. Już wiem, dlaczego stare panny były tak nie lubiane i lekceważone!

background image

20 września, czwartek

16.52.  Skończyłam.   Wyłączyłam   komputer,   w   toalecie   szybka   korekta   makijażu.   Super! 

Wyglądam intrygująco i tajemniczo. Wychodzę na korytarz.

— Czy jesteś pewna, Brygida, że wszystko skończyłaś? — To Paweł.

— Yesss... — syczę i już mnie nie ma.

17.01. Prawie biegnę na parking. Ciekawa jestem, co takiego ważnego się wydarzyło, skoro 

Iwona nie chciała powiedzieć ani słowa więcej, tylko:

— To sprawa życia i śmierci.

Umieram z ciekawości.

17.20. Stoję w cholernym korku, a mam tylko dwie godziny, żeby odebrać zdjęcia, o które 

prosił szef, i zrobić drobne zakupy (Wacek znów nie ma nic do jedzenia  — jeśli moje zapiski 

przeczytają   ci   z   Towarzystwa   Opieki   nad   Zwierzętami,   to   wsadzą   mnie   do   więzienia   bez 

wyroku).

18.00. Zdjęcia są super! Szef będzie zadowolony. Mijam sklep z butami. Już wczoraj sunąc 

w   ślimaczym   tempie   obok,   zdążyłam   przyjrzeć   się   butom   na   wystawie.   Ale   nie   wolno   mi 

wchodzić do sklepu obuwniczego, ponieważ mam kompletnego bzika na punkcie butów! Nie 

wolno mi w ogóle o tym myśleć! Pisk opon zsynchronizowany z gwałtownym skrętem w uliczkę 

w prawo był chyba dla wszystkich sygnałem, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego i po prostu 

musiałam to zrobić.

background image

18.10. Jestem w sklepie z butami. Przymierzam trzecią parę, uwielbiam to! Może jeszcze te 

wysokie, bordowe? Zabójcza szpila! Super! Widziałam takie w programie „Fashion”! Beżowe 

też są odlotowe... Przecież nigdy ich nie włożę!

— Dlaczego? Powinnaś mieć takie buty — szepcze mi do ucha mój prywatny demon.

— Ale przecież nie mam pieniędzy...

— Nie żartuj, masz kartę!

— Mam debet!

— Nie aż tak wielki.

— Są idealne! Płacę.

18.30. Wrzucam pudło do bagażnika i zastanawiam się, do czego będę nosiła beżowe buty na 

odlotowej szpili. Nienawidzę beżu!

18.35. Na szczęście tuż obok jest supermarket. Chodzę z koszykiem, potrącając tych, co się 

śpieszą do kasy, i nie wiem, co wziąć dla Iwony. Ciasto  —  nie jada słodyczy, dlatego zawsze 

miała figurę jak Miss Universum. Wino? No to oczywiste. Wybieram wino tunezyjskie, moje 

ostatnie odkrycie: „Château Bou Argoub”. Owoce? Przecież nie jadę do szpitala! Wkładam do 

koszyka wszystko, co niezbędne, czyli wino, i idę do kasy.

18.40.  Stoi przede mną w kolejce do kasy. Wysoki, piękny, klasyczny profil. Zerkam na 

dłonie. Są idealne i bez obrączki! Nic na mnie nie działa tak jak piękne, zadbane męskie dłonie. 

Na dodatek, bez tego zbędnego krążka. Stoję i gapię się jak cielę, a on pakuje zakupy do torby. 

Tymi pięknymi dłońmi! Nie zauważyłam, że teraz moja kolejka. Kasjerka uśmiecha się znacząco 

—  ona też widzi! Szybko płacę i idę za nim. Jestem bardzo podekscytowana, ponieważ mam 

absolutną pewność, że podążam za swoim przeznaczeniem!

18.45.  On wsiada do autobusu — a nie do mercedesa? —  ja za nim! Nie mam czasu na 

myślenie. Mam go na muszce. Co tu wymyślić, jak zwrócić na siebie uwagę, co powiedzieć? 

Musi być mój! Ktoś szarpie mnie za rękaw — odwracam się wściekła, gotowa do gwałtownego 

ataku. Przede mną stoi kanar i zakatarzonym głosem mówi:

— Pozwoli pani bilecik do kontroli.

background image

— Nie mam biletu — mówię szeptem, żeby się nie kompromitować, ale i tak cały autobus 

patrzy na mnie. Tylko nie on, nawet nie odwrócił głowy. Bredzę coś o przeznaczeniu, o życiowej 

szansie,   o   mężczyźnie   mojego   życia...   Przystanek.   Zostaję   wyprowadzona   z   autobusu,   jak 

przestępca! On też wysiada. Jak w popiele na pogorzelisku zapłonęła ostatnia iskierka nadziei i... 

zgasła. Nie odwracając się, zniknął za rogiem razem ze swoimi najpiękniejszymi  na świecie 

dłońmi. Płacę mandat. Nie mogę uwierzyć. Że też mnie się to przydarzyło!

19.00. Nie wiem, gdzie jestem. O tej porze miałam już być u Iwony. Znowu nawaliłam. A 

przecież mówiła, że to sprawa życia i śmierci — może się rozwodzi?! Co za idiotka ze mnie! A 

może to był jakiś przestępca, złodziej, sutener? Z takimi dłońmi?! Taki facet na pewno nie jest 

sam. Ciekawe, gdzie on mieszka. Spojrzałam w tunel uliczki — nie było żywego ducha.

19.10. Stoję na przystanku. Czekam na jakiś autobus, który dowiezie mnie w pobliże mojego 

samochodu. Kto wymyślił ten kretyński slogan: „Zasługuję na wszystko, co najlepsze”? Dałabym 

mu dożywocie!

background image

21 września, piątek

10.00.  Siedzę   przed   komputerem   i   wysyłam   e-maile.   Mogłam   dzisiaj   odpuścić   i   nie 

przyjeżdżać do redakcji, ale wszystko przewróciła do góry nogami Iwona. Wczoraj, kiedy w 

końcu dotarłam do niej późnym wieczorem, zdradziła mi swoją największą tajemnicę.

— Jestem w ciąży — powiedziała dramatycznym głosem.

— W porządku, przecież nie ze mną. — Przytuliłam ją, śmiejąc się, i zauważyłam, że drży. 

— Gratuluję!

— Nie wygłupiaj się, Brygida. Jestem w ciąży z moim mężem.

„To nic nadzwyczajnego, jeśli ma się męża” — pomyślałam, popijając samotnie (bo Iwona 

odmówiła) pyszne tunezyjskie wino.

— Ale mamy konflikt serologiczny. — Była bliska płaczu.

— No to co? Z gorszymi problemami medycyna świetnie sobie radzi.

— Ale ja się boję, że umrę.

— Zwariowałaś! I to ma być ta „sprawa życia i śmierci”?! I czego oczekujesz, że ja, stara 

panna, będę tobie, mężatce, tłumaczyć, że na ciążę się nie umiera?

— Brygida — prawie płakała — to jest właśnie to: „stara panna”. Nie mogę już patrzeć, jak 

się męczysz, i dlatego postanowiłam zdradzić ci moją tajemnicę — zaczęła pochlipywać — bo 

gdybym umarła, to nigdy się nie dowiesz.

— Uspokój się, proszę. Nie możesz się denerwować, bo zaszkodzisz maleństwu. Czego się 

nie dowiem?

— Prawdy o mnie i Bartku.

— Zaczyna być interesująco — powiedziałam. — Wal!

—  Ja   też   przez   kilka   lat   byłam   okropnie   samotna   i   myślałam,   że   zeświruję.   W   końcu 

background image

zaczęłam umawiać się na randki w ciemno z facetami z ogłoszeń w gazetach. Bartka poznałam 

na piątej takiej randce, a po trzech tygodniach byliśmy w sobie zakochani po uszy. Nie śmiej się, 

idiotko! Tylko spróbuj!  —  Sama zaczęła się śmiać jak szalona. —  Musiałabyś nas widzieć na 

pierwszym spotkaniu. Krążyliśmy w parku wokół tego samego klombu i nie wiedzieliśmy, że my 

—  to my! W końcu Bartek podszedł i powiedział, że jeśli mnie wystawił facet, tak jak jego 

dziewczyna, to on mnie zaprasza na kawę. Boże! Jak on mi się nie podobał!

—  Iwona i Bartek to małżeństwo z ogłoszenia w gazecie!  —  Umierałam ze śmiechu.  — 

Dlaczego nie przyznałaś się wcześniej?

— Wstydziłam się o tym mówić, ale właściwie czego się wstydzić? To też jest jakiś sposób 

na poznawanie ludzi. A teraz masz na dodatek Internet, a tam aż się roi od takich ogłoszeń. 

Przestań się śmiać, głupolu, tylko sama spróbuj.

— Chyba upadłaś na głowę! Jeśli facet nie umie znaleźć sobie dziewczyny na imprezie albo 

na wakacjach i musi dawać ogłoszenie, to znaczy, że jest dupkiem, i wolę z takim nie mieć nic 

wspólnego.

— Chyba przesadziłaś. — Zrobiła obrażoną minę. — A jeśli ten facet nie ma wakacji, ale za 

to ma własną firmę, tak jak Bartek, to musi pilnować interesu.

— Może i tak, ale mnie się to nie podoba.

— A rób sobie, co chcesz! — rozzłościła się nagle. — Chciałam ci pomóc i zdradziłam coś, 

o czym nikt nie wie. Zwróć tylko uwagę, że twoje napady melancholii albo złości męczą już 

wszystkich. Mogę ci to powiedzieć, bo jestem twoją przyjaciółką.

Wracając do domu, pomyślałam z przykrością, że Iwona może mieć rację. A jutro w redakcji 

nie powinno być nikogo przynajmniej do południa.

11.00.  Znalazłam   w   Internecie   dwa   dość   interesujące   ogłoszenia.   Szukałam   przede 

wszystkim takich z Poznania. Żeby ich szybko sprawdzić.

11.10. Chyba mi odwaliło! Wyłączam komputer! Dość tych wygłupów!

11.12. Ale Iwona ma rację. Sama przecież znam takich facetów, którzy spędzają w swoich 

firmach po osiemnaście godzin na dobę, bo nie mają do kogo wracać.

background image

11.15.  No dobrze. Skoro nie wyłączyłam komputera, to znaczy, że najwyższy czas wziąć 

swoje   sprawy   w   swoje   ręce,   a   nie   czekać   na   cud.   Odpowiedziałam   na   te   dwa   ogłoszenia. 

Pierwsze od informatyka w moim wieku: „Poważny, romantyczny, postawny blondyn lat 28... 

itd”. Szkoda, że nie zamieścił zdjęcia.

Drugie   od   lektora   języka   niemieckiego,   który   ma   ochotę   „otoczyć   kogoś   czułością   i 

przyjaźnią”. Na zdjęciu przystojny, niezbyt wysoki brunet, zupełnie nie w moim typie, ale co mi 

szkodzi sprawdzić. Poza tym, jeśli lektor niemieckiego, to może zacznę rozumieć, z czego tak 

naprawdę się śmieją w tych idiotycznych niemieckich programach.

11.20. Obaj zgłosili się prawie natychmiast. Z informatykiem umówiłam się w kawiarni „Za 

Kulisami”. Nie za kulisami, tylko „Za Kulisami” na poznańskiej Starówce — o 17.00. Nawet nie 

zdziwił się, że już, że tak szybko, że na dzisiaj. Napisał: „OK! Będę”. Lektora zostawiłam sobie 

na wieczór. O 20.00 „Pod Aniołem”. Chciałam jak najszybciej sprawdzić, jak to działa.

11.30. Komputer wyłączony. Siedzę na podłodze oparta plecami o biurko. Trzęsą mi się ręce. 

Wydawało się niemożliwe, a jednak to zrobiłam. Umówiłam się na randkę w ciemno z facetami z 

ogłoszenia w Internecie! I to dwoma!

17.35. Jadę do domu. Muszę się wykąpać i przebrać. Poważny, postawny informatyk okazał 

się   tęgim   maniakiem   komputerowym   bez   cienia   fantazji.   Pojawił   się   w   kawiarni   w 

powyciąganym   swetrze   i   flanelowej   koszuli,   która   nie   dopinała   się   na   tłustym   brzuchu. 

Pomyślałam, że musi być chory na jakąś tajemniczą chorobę, bo przecież to niemożliwe, żeby 

mając 28 lat, tak się zapuścił. Nie to jednak było najgorsze. Zapachu, jaki wydzielał, nie były w 

stanie zabić nawet kłęby dymu papierosowego snujące się wokół nas. Po półgodzinnej rozmowie, 

a prawdę mówiąc monologu, na temat gier komputerowych — poddałam się. I moja głowa, i mój 

nos   też.   Podejmowane   przeze   mnie   próby   zmiany   tematu   kończyły   się   nieodmiennie 

niepowodzeniem. Komputerowiec nie chadzał ani do kina, ani do teatru, nie bywał w galeriach, a 

ze sportu interesowały go tylko rozgrywki polskiej ligi piłkarskiej. To nie było spotkanie (ha, ha, 

ha! randka!!!???) — to był horror!

17.45. No cóż! Zawsze to jednak jakieś doświadczenie. Muszę myśleć pozytywnie. Randka z 

background image

lektorem jeszcze przede mną. Nie będę się wychylać ze znajomością literatury i pozwolę się 

„otoczyć czułością i przyjaźnią”.

22.05. Jadę do domu. Nawet nie wściekam się na Iwonę, bo cóż ona zawiniła? Siedziałam w 

„Pod   Aniołem”   samotnie   i   sączyłam   sok   pomarańczowy   jak   ostatnia   kretynka,   nerwowo 

rozglądając się na boki, czy nie ma  znajomych.  Lektor spóźnił się siedemnaście  minut.  Nie 

znoszę tego, ale odpędziłam złe przeczucia, tłumacząc samej sobie, że nie wolno oceniać ludzi, 

których nie znam. Był rzeczywiście dość przystojnym, niezbyt wysokim brunetem kompletnie 

nie w moim typie, ale sympatycznym i otwartym. Może aż nadto otwartym! Od pierwszej chwili 

zalał mnie potokiem słów, opowieściami o swojej pracy i studiach. Wkrótce też opowiedział mi o 

Teresie, „starej przyjaciółce i wspaniałej kobiecie”, która jednakże miała jedną wadę: strasznie 

kochała swoją pyskatą, rozpuszczoną siedemnastoletnią córkę. Z jego opowieści wynikało, że 

jest prawie domownikiem w mieszkaniu Teresy. Musiałam mieć bardzo dziwną minę, bo szybko 

zaczął się tłumaczyć, że w sferze uczuć od dawna nic go z Teresą nie łączy i chętnie by z nią  

zerwał, ale jest pewien problem. Jest jej winien pięć tysięcy złotych i nie ma z czego oddać. 

Siedziałam   jak   wryta   i   własnym   uszom   nie   wierzyłam,   a   lektor   raczył   mnie   kolejnymi 

szczegółami ze swego życia intymnego. Rozanielony opowiadał o Ani, uczestniczce kursu, który 

prowadził. Otóż ta Ania kocha go do szaleństwa, ale jest bardzo młoda i lektor nie ma sumienia 

łamać jej życia. Spotykali się po zajęciach przez ostatnie trzy tygodnie w jego mieszkaniu i Ania 

teraz chce się do niego wprowadzić na stałe. Oczywiście, on nie może się na to zgodzić, choćby 

mu serce pękło, bo nie pozwala mu na to jego wyjątkowo wrażliwe sumienie. Rozstałam się z 

lektorem po prawie dwóch godzinach. Huczało mi w głowie i byłam na siebie wściekła. Cholera! 

Cholera! Dlaczego nie dałam temu kabotynowi w łeb?! Za Teresę, za Anię, za swój zmarnowany 

wieczór! Nigdy więcej! Żadne randki w ciemno!

background image

22 września, sobota

8.03. Alarm samochodowy.

8.05. Hm... Może to mój?

8.06. Nie, nie mój. Mój ma takie trzy pisknięcia na koniec.

8.10.  Kurczę!   Człowiek   prawie   tu   kona   w   mękach,   głowa   ma   rozmiary   i   potencjał 

diabelskiego młyna z Disneylandu, a do tego jest to jedyna w tym tysiącleciu okazja przespania 

za jednym zamachem dziesięciu godzin, żeby nadrobić zaległości — a komuś nie chce się nawet 

ruszyć tyłka, żeby wyłączyć to dziadostwo! Boże, jak wyje! Co za znieczulica!

8.16. No, dobra, w końcu nic takiego się nie stało! Każdemu może się pomylić — teraz robią 

takie podobne brzęczyki do wszystkiego. Ale żeby zaraz walić szczotką w sufit? Przecież jest 

sobota. A poza tym, skąd mogłam wiedzieć, że w nocy wyłączyli prąd? Nie wiedziałam nawet, że 

w nowej   kuchence   mam   piekarnik,   który  będzie  głośno  domagał  się   ustawienia   zegara.   Ale 

kuchenka super, co?

9.11. Ledwo zdążyłam przysnąć, znów coś brzęczy. Telefon. Mama!

—  Cześć, słoneczko.  —  Nie cierpię, kiedy tak do mnie mówi.  —  Mam nadzieję, że już 

wychodzisz?

— Gdzie wychodzę? — W mojej głowie odbywa się koncert na skrzypce i bębny. — Gdzie 

mam znowu iść?

background image

— No, jak to? Przecież dzisiaj twoja kolej, żeby zawieźć mnie na zmianę opatrunku. Kup po 

drodze kwiaty.

— Mamo! — W mojej głowie partia skrzypiec. — Jakie kwiaty?

— Dowód wdzięczności dla pielęgniarki, słoneczko. Wiesz, jak to jest. No, to czekam.

No i nie ma co z nią dyskutować, choć jestem prawie pewna, że dzisiaj była kolej Magdy.

9.20. Wstaję. Zaraz pojadę po te cholerne kwiaty, muszę tylko wypić przynajmniej szklankę 

wody... I pomyśleć, co nałożę na dzisiejszy Bal Absolwentów w naszej starej budzie. Dziesięć lat 

po maturze to nie byle co! Ciekawe, czy faceci będą już łysi? Łysi czy nie — na pewno wszyscy 

są   już   szczęśliwie   żonaci   z   jakimiś   długonogimi   wampirzycami,   które   nie   rodzą   im   jeszcze 

żadnych bachorów, bo są pochłonięte robieniem kariery! Czym ja się denerwuję? Przecież też 

jestem kobietą sukcesu, pracuję w redakcji... Hm, z tym sukcesem to może lekko przesadziłam. 

Może raczej jestem kobietą niezależną... O, właśnie! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?! 

„Kobieta niezależna” — to brzmi interesująco i intrygująco. Na tyle intrygująco, że chyba nikt 

nie zapyta, czy mam jakiegoś mężczyznę na stałe. Kobieta niezależna nie musi! (Przypomniała 

mi się, niestety, moja wczorajsza randka w ciemno — brrrrr!)

Wieczorem będę tryskała witalnością, jak w reklamie tych tabletek na wzmożoną aktywność. 

Może powinnam pojechać do apteki i kupić? Będę śmiać się perliście z ich skomplikowanych 

dowcipów  —  pytałam Ewę i ona też nie rozumie tego o dwóch kulkach  —  a poza tym będę 

zabójczo   uwodzicielska!   Już   wiem,   nałożę   tę   czerwoną   z   olbrzymim   dekoltem   i   niech   się 

schowają te wszystkie płaskie jak deski do prasowania patyczaki.

9.40. Kurczę! Jeżeli pojadę z mamą, to nie obejrzę tego programu o kolorach w mieszkaniu i 

znów będę cierpiała na depresję z powodu niewłaściwego odcienia farby na ścianach. Muszę to 

nagrać. Kurde! Gdzie jest pilot...

9.55. Jest! Jest pilot! Nie wiem tylko, czy to na pewno ten od telewizora. Swoją drogą, jak to 

jest, że jedni mając przed nosem zaledwie komputer, potrafią uratować całe połacie lasów w 

Afryce, a dla innych problemem jest odnalezienie właściwych funkcji w tych  guziczkach na 

pilocie. Połacie lasów! Muszę koniecznie poruszyć ten temat, to na pewno zrobi na wszystkich 

wrażenie! Okażę się nie tylko kobietą atrakcyjną, ale także wyczuloną na globalne problemy 

background image

środowiska!

10.05.  Jeszcze tylko szybki rzut oka w lustro i wychodzę. Boże! Mam niebieskie włosy! 

Musiałam pomylić spray! Przecież nie mogę tak wyjść z domu!

11.05.  Mama mnie zastrzeli! Na dodatek wciąż mam niebieskie włosy i bębny w głowie. 

Życie nie jest sprawiedliwe!

background image

Ciągle sobota

12.00.  Próbowałam zmyć to niebieskie z moich włosów i teraz czekam, żeby wyschły, bo 

podejrzewam, że zmieniają kolor pod wpływem suszarki. Żeby nie tracić czasu, przymierzam 

właśnie   swoją   najlepszą   kreację  —  czerwoną   suknię   z   takim   dekoltem...   No,   tego   się   nie 

spodziewałam! Moja siostra Magda powiedziałaby, że to... na moich biodrach przypomina koło 

ratunkowe. Koniec! Mogę się tylko zabić, jeśli wcześniej nie zrobi tego moja ukochana mama.

Jak na zamówienie słyszę melodię Torreadora — ale to, niestety, tylko moja komórka.

— Mama? Słuchaj, mam niebieskie włosy i koło ratunkowe na biodrach!

— Domyślam się.

— Mamo, spóźnię się odrobinę...

— Już jesteś spóźniona ponad godzinę.

— OK! Co mam zrobić?

— W tej sytuacji możesz tylko kupić takie kwiaty, które byłyby w stanie wynagrodzić to 

skandaliczne spóźnienie.

— Czyli co? Już nie dowód wdzięczności, ale przeprosiny?

— Sama sobie odpowiedz na to pytanie. Przecież wiesz, że nie wolno mi się denerwować.

Aha, wytoczyła ciężką kolubrynę! A przecież jest ubezpieczona.

12.15. Myję włosy piętnasty raz. Nie mam już szamponu. Ciągle są niebieskie! Wybiegam, 

zamykając   wszystkie   trzy   zamki  w   moich   nowych   drzwiach   antywłamaniowych.   Dopadam 

samochodu.

12.20.  Otwieram   wszystkie   trzy   zamki   w   moich   nowych   drzwiach   antywłamaniowych. 

background image

Kluczyki od mojego samochodu, służbowego zresztą, leżą na mojej nowej kuchence, która wyła 

w nocy, a ja próbowałam ją nimi wyłączyć.

12.30. Pali się rezerwa. Nie załapałam się na promocyjne paliwo w Trójce i nie pamiętam, 

które   stacje   benzynowe   dawały   jakieś   zniżki.   Trudno.   Na   szczęście   na   stacji   są   jakieś 

bombonierki. Postanowiłam kupić dla pielęgniarki zamiast kwiatów. Bardzo dumna z siebie, że 

załatwiłam to za jednym zamachem, zajeżdżam po mamę.

— Czekoladki? — mówi z niesmakiem, — Przecież pani Tereska się odchudza.

„Co   tej   babie   przyszło   do   głowy?!   Z   jakiego   powodu   się   odchudza?”  —  nieżyczliwie 

pomyślałam o pielęgniarce. Humor mam już ostatecznie zmasakrowany. A przecież chciałam 

dobrze!

—  Co   ci   młodzi   mają   w   głowie?  —  dobiega   mnie   głos   mojej   rodzicielki.  —  Przecież 

wyraźnie mówiłam: kwiaty!

— OK! — Czuję się jak zbity pies. — Wsiadaj, mamo.

12.50. Mama wsiada do samochodu z przesadną ostrożnością.

12.55. Mama się usadowiła. Uff!

13.00. Zatrzymujemy się koło kwiaciarni. Mama uparła się wysiąść w przekonaniu, że ja już 

raz dałam plamę, czyli nie jestem w stanie podjąć właściwej decyzji.

13.15.  Mama wsiada do samochodu. Tym razem trwa to dłużej, bo ładuje się z wielkim 

bukietem. Daje do zrozumienia, że nie może go powierzyć osobie tak nieodpowiedzialnej jak ja.

13.30. Podjeżdżamy pod szpital.

13.31.  Mama   świergocze,   narzeka,   plotkuje   i   robi   inne   typowe   dla   niej   rzeczy,   które 

wyraźnie sprawiają jej przyjemność i  —  co zaskakujące  —  nie powodują bólu w nodze! Pani 

Tereska   mruga   do   mnie   porozumiewawczo,   dziękuje   za   kwiaty   i   konspiracyjnym   szeptem 

oznajmia, że to już ósmy bukiet dzisiaj, a wolałaby bombonierkę, bo ma urodziny teściowej i taki 

background image

„japoński prezent” bardzo by się przydał. Biegnę więc do samochodu. Ale po drodze, niestety, 

wpadło na mnie lustro — skąd, do cholery, w szpitalach lustra?! Żałuję, że spojrzałam! Mam na 

głowie   szopę   nieokreślonego   koloru   i   kształtu.   Wyglądam   jak   młody   Einstein   w   chwili 

największego uniesienia — naukowego oczywiście! Nic mi już nie pomoże. Wracam więc, aby 

uwolnić personel od mamy.

—  Słoneczko,   to   jest   właśnie   doktor   Piotr   Larnecki,   który   tak   głaskał   moje   potłuczone 

kolano, że wyzdrowiało — chichocze moja matka w taki sposób, że czuję ciarki na plecach. — 

Jeszcze niezupełnie — dodaje — ale już prawie, prawda, doktorze?

To straszne! Czuję się jak na audiencji u cesarzowej, gdzie moja rodzona matka podrywa 

nieletniego następcę tronu.

Ze   wstydu   zapomniałam   o   swoich   włosach.   I   chyba   to   był   błąd,   bo   nie   zachowałam 

koniecznej czujności i zbyt późno zauważyłam, że doktor Piotr przygląda mi się z dużą uwagą.

background image

Jeszcze sobota

14.20.  Odjeżdżam spod szpitala z piskiem opon. Wprawdzie mama zaczęła wrzeszczeć, że 

chcę ją zabić, bo wpadłam na krawężnik i trochę zarzuciło, ale postanowiłam to zignorować. 

Muszę wprawić się w dobry nastrój. Natychmiast! Przecież wieczorem mam zamiar bawić się 

cudownie,   olśnić   i   rzucić   na   kolana   wszystkich   facetów,   oszołomić   erudycją   te   wszystkie 

zarozumiałe wymądruchy.

14.25. To taki miły człowiek — słyszę rozmarzony głos mamy.

— Kto? — pytam przestraszona.

—  Doktor Larnecki  [ignoruję], wykształcony [ignoruję], przystojny [ignoruję], na pewno 

dużo zarabia. No, w końcu jest lekarzem! — strzela mama jak z kałasza.

—  Na pewno! I ma żonę i kupę  bachorów —  nie wytrzymuję. Dlaczego zawsze w końcu 

udaje się jej mnie sprowokować!? — Czy możesz przestać urządzać mi życie, mamo?

—  Ależ, słoneczko, wszystko sprawdziłam. Żadnej żony,  żadnych  dzieci. Ma wprawdzie 

jakąś   narzeczoną,   ale   to   przecież   nie   stanowi   przeszkody.   Wszystko   już   z   panią   Tereską 

zaplanowałyśmy.

— Aha! To dlatego tak ważny był ten bukiet kwiatów!

— Nie pozwolę, żebyś zmarnowała swoje życie — mówi mama słodziutkim głosem. — To 

interesujące, że z Magdą nie było takich problemów. Interesujące...

—  A ze mną są i nie przewiduję, żeby się skończyły! Ani tego, że ty będziesz je za mnie 

rozwiązywać! — wybucham, bo już nie mogę dłużej wytrzymać.

Nienawidzę jej! Liczę do dziesięciu i głęboko oddycham.

background image

14.50.  Moje   miejsce   do   parkowania   zajęte.   Trochę   za   późno   się   zorientowałam   i   lekko 

stuknęłam   tę   beemkę.   Sorry!   Ale   nie   trzeba   było   stawiać   na   moim   miejscu.   Na   szczęście 

znalazłam inne. Ciekawe czyje?

14.55. Wbiegam do mieszkania i potykam się o kota, który miauczy pod drzwiami.

— Och, Wacek, zupełnie o tobie zapomniałam. Chodź, dostaniesz mleka.

Cholera! Lodówka pusta. Jak mogłam zapomnieć o zakupach!

15.00. Otwieram puszkę tuńczyka.

15.03. Spływa ze mnie tuńczyk w sosie własnym, śmierdzę rybą. Wskakuję do wanny.

15.05. Tak się przestraszyłam dzwonka do drzwi, że prysznic wypadł mi z rąk i rozkoszną 

fontanną zalał łazienkę. Jestem bliska załamania.

15.07.  Na palcach podchodzę pod drzwi i przez judasza widzę Anię spod ósemki. Jest mi 

wszystko jedno. Otwieram.

— Nie przeszkadzam? — pyta i natychmiast przeprasza, próbując się wycofać.

Prawie siłą wciągam ją do środka. Z płaczem opowiadam jej o niebieskich włosach, o kole 

ratunkowym zamiast bioder, o tym, że dziesięć lat po maturze, a ja nie mam się w co ubrać, bo do 

niebieskiego nie mogę nałożyć czerwonej dlatego, że za ciasna, a kot obrzucił mnie tuńczykiem i 

mama chce wyjść za mąż za lekarza, który ma narzeczoną...

Ania pokłada się ze śmiechu. Gdybym ja umiała śmiać się tak jak ona, też bym się pokładała. 

Ale ryczę tak, jakby mi kogoś bliskiego zabili.

— Przestań — mówi nagle Ania zdecydowanym głosem — idziemy do mnie. Marka nie ma 

w domu. Coś wymyślimy.

16.15.  Stoję  przed  lustrem.  Mam  na  sobie  istne  cudo:  powiewną,  luźną,   dwuwarstwową 

czarną suknię. Na lewym ramieniu namalowany czerwony mak. Absolutny odlot! „Zasługuję na 

wszystko...”

background image

17.15.  Stoję   przed   lustrem.   Mam   na   sobie   tylko   bieliznę,   a   na   włosach   kolor   ciemnej 

marchewki.

— Ania! Coś ty zrobiła!? Jak ja wyglądam!

—  Nie   krzycz,  miałam  tylko   taką   piankę  do  włosów,  ale   przecież  wyglądasz   super!  — 

Wciska na mnie tę boską sukienkę. — Zobacz, idealnie pod kolor maku!

Może rzeczywiście nieźle? Trochę jak matrona... No nie, właściwie nie jest źle! Jeszcze 

pantofle na najmodniejszym obcasie i makijaż. Seledynoworóżowy? Ostatnio mama spytała, czy 

to sińce... Nie. Jednak makijaż tradycyjny i mocno czerwone usta!

17.25. Wchodzi Marek. Całuje Anię, rzuca na mnie okiem.

— Ktoś umarł? — pyta poważnie.

Biorę to za dobry żart i wychodzę. Najszybciej i najzgrabniej jak potrafię.

18.25.  Burczy mi  w brzuchu.  Zaglądam  z  nadzieją do pustej  lodówki. Zresztą  i  tak nie 

mogłabym nic zjeść, bo mam pomalowane usta.

18.45.  Muszę jeszcze raz pomalować usta. Dobrze czasami zachomikować parę kawałków 

chrupkiego chleba. No i na szczęście znalazłam także słoik miodu!

18.50. Wychodzę. Od dwudziestu minut czeka na mnie taksówka. Trudno!

19.00. Jadę taksówką do mojej starej budy. Przez tyle lat jeździłam tramwajem z przesiadką! 

Musiałam wstawać o 6.30  —  koszmar! Spałam po drodze w tramwajach, przesiadałam się na 

pamięć. Nienawidziłam mojej budy! Nikt nigdy nie potrafił tego zrozumieć.

20.05. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że na zaproszeniu było napisane: „wraz z osobą 

towarzyszącą”. Kto to jest „osoba towarzysząca”?! Nie mam „osoby towarzyszącej”. Kurde! A 

jeśli  tylko  ja będę bez  pary?  Niemożliwe!  A nawet  jeśli...  to natychmiast  ktoś się znajdzie, 

prawda? Ktoś się mną zajmie... Byłam w końcu jedną z najbardziej atrakcyjnych dziewczyn w 

szkole. „Ale laska!”  —  wołali  za mną  chłopcy.  Co ja bredzę! Przecież  nie umieram!  Nadal 

jestem, cholera, atrakcyjna! A te cztery kilogramy nadwagi? No, dobrze  —  pięć. Za to, kiedy 

background image

kończyłam LO, miałam pięć kilogramów niedowagi. Byłam płaska jak deska. Kupowałam push-

up  i zazdrościłam bardziej wyposażonym koleżankom podniecających dekoltów. Ale od kiedy 

rzuciłam palenie — dwa lata temu — mój dekolt (czytaj: mój biust) może stawać w eliminacjach 

światowych konkursów!

A więc, głowa do góry, to będzie cudowny wieczór, zasługuję na to! Nawet gdybym nie była 

tak majętna, jak ci wszyscy cholerni biznesmeni, którzy przecież są w końcu moimi kolegami ze 

szkoły!

20.15.  Dojeżdżam   pod   budynek   szkoły.   Już   od   kilku   sekund   wiem,   że   nie   jest   dobrze. 

Kierowca zatrzymał samochód, sięgam po torebkę, powoli zalewa mnie fala gorąca, staram się 

nie panikować, nie mówię: „O kurde!” ani nic takiego, spokojnie wysypuję zawartość torebki na 

siedzenie samochodu. Pomadka — jest, kredka — jest, tusz, róż, perfumy — są, puder, zapasowa 

para   rajstop  —  OK!   Gdzie,   do   jasnej   cholery   (przyznaję  —  pomyślałam   trochę   mniej 

elegancko!),   jest   portfel?   Kierowca   zaczyna   się   niecierpliwić,   patrzy   na   mnie   podejrzliwie. 

Rzucam mu najbardziej czarujący z moich uśmiechów i oznajmiam, że portfel zostawiłam w 

innej torebce, tej codziennej, a teraz mam tę ekstra, czyli krótko mówiąc  —  bredzę z dużym 

wdziękiem — nie wzięłam pieniędzy! Kierowca wpada w szał, krzyczy, chce jechać na policję. 

Co za palant!

— Czy nigdy nie zdarzyło się panu, że wziął pan inną torebkę?! — krzyczę z desperacją.

— Nie.

Powiedział to tak stanowczym głosem, że musiałam udać, że go nie słyszę.

—  Czy ktoś może zapłacić temu panu?  —  Otwieram drzwi i wołam w kierunku stojącej 

opodal grupki osób.

Cisza. Kompletna konsternacja. Nie znam ani jednej twarzy. „Dałaś dupeńki, serdeńko!” — 

myślę ponuro, a za chwilę spóźniona refleksja: „Boże, co ja zrobiłam?!”

I wtedy gdzieś tak z tyłu głowy czuję, że musi przyjść jakieś wybawienie z tej hańbiącej 

sytuacji. I nagle, nie wiadomo skąd, podbiega Ewa, moja najlepsza koleżanka z ogólniaka, płaci 

taksówkarzowi, żegna go z uroczym uśmiechem, a do mnie szepcze konspiracyjnie:

— Wejście smoka, co?

Są ludzie, którzy wiedzą, jak się zachować zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji.

Ewa   wie.   Ja   nigdy   nie   wiem,   choć   od   dziecka   mnie   tego   uczono.   Naprawdę,   nie   chcę 

background image

kompromitować mojej rodziny. Ale czasami tak właśnie się zdarza.

20.17.  Jesteś cool!  —  mówię do Ewy i przez chwilę wisimy sobie na szyi. Nawet szary 

budynek   naszej   starej   budy   całej   w   liszajach   odpadającego   tynku   nie   wydaje   mi   się   tak 

obrzydliwy   jak   kiedyś.   Wprawdzie   przed   wejściem   nie   rozwinięto   czerwonego   dywanu   i 

paparazzi nie prześcigają się w błyskaniu fleszami, ale i tak jestem w podniosłym nastroju.

— Przyszłaś sama? — pyta Ewa, jakby się spodziewała, że zjawię się w towarzystwie księcia 

Karola.

— Zostawiłam najnowszego narzeczonego pod opieką Wacka — burknęłam.

—  Nie   wygłupiaj   się.   Ja   też   jestem   sama,   chwilowo.   Przepraszam   cię   na   chwilę  — 

powiedziała tajemniczym głosem i znikła w kłębiącym się przed szatnią tłumie, zanim zdążyłam 

zamknąć buzię rozdziawioną ze zdziwienia.

20.20. Wśród przekrzykujących się głów mignęły mi dwie znajome twarze, ale przepadły w 

powodzi płaszczy, kurtek i futer (o tej porze roku! — a to snobki!).

20.25.  Mam swój numerek, pogniecioną suknię, rozczochrane włosy i zadeptane buty. Ale 

żyję (hura!).

20.27. Stoję w toalecie pełnej graffiti i jarzeniówek i poprawiam lekko sfatygowany makijaż. 

Obok mnie stoi Gabrysia z 4 c. Nie poznała mnie. Trudno się dziwić. Dziesięć lat temu miałam 

blond warkocze i nosiłam obcisłe dżinsy. Teraz mam na głowie przecier marchewkowy... A może 

to nie Gabrysia? Chyba ona. Nikt inny nie miał tak wysokiego czoła...

background image

23 września, niedziela

7.30. Jakiś potworny cham uruchomił alarm. Na pewno zaraz pojawi się firma ochroniarska 

razem   ze   strażą   pożarną   i   powywalają   wszystkie   drzwi   w   całym   domu.   Nie   dam   się 

wyprowadzić,   tak   samo   jak   mój   tata   w   czasie   stanu   wojennego!   W   końcu   jakieś   tradycje 

patriotyczne trzeba zachować! Albo może powiem, że nie otwieram z powodu migreny. Aha! 

Akurat uwierzą!

Co tak potwornie wyje? Jakieś takie juuuu, juuu... z przerwami.

7.33.  Chyba mam coś z głową! Jak mogłam nastawić budzik?! To, co się dzieje w mojej 

nieszczęsnej głowie — niepotrzebnie ją uniosłam — to horror! To niewyobrażalnie gigantyczny 

kac! Muszę się czegoś napić, bo czuję się jak smok wawelski po pożarciu szewczyka, czy kogo 

on tam pożarł, nafaszerowanego prochem! Byle bez bąbelków, bo eksploduję!

7.35.  Wydawało   mi   się,   że   zmierzam   prosto   do   lodówki  —  jeśli   tę   paradę   omsknięć, 

wygibasów, osunięć i potknięć można określić jako „zmierzam prosto”...

— Oraz liczba zakrętów się nie zgadza — mówię do siebie zdecydowanie i łapię pion przy 

ścianie. Teraz muszę sprawdzić, z której strony nadejdzie kot... — Wacek! Wacek! Kici, kici! — 

wołam słodko.

— Czy nie możesz jeszcze trochę pospać, kochanie? — słyszę głos. Męski głos.

—  Co jest, do cholery?! Kto się wprowadził do mojego domu?  —  Odważnie ruszam w 

kierunku głosu, obciągając do dołu wyjątkowo kusą koszulkę... Dlaczego ja mam na sobie męską 

koszulę...?

— Czy my się znamy? — pytam wściekła.

background image

— Nie wygłupiaj się, Brygida. Bądź człowiekiem i daj pospać.

7.45. Ja chyba umarłam. I to wszystko to już nie jest moje życie. W każdym razie na kanapie 

śpi Konrad. Podeszłam po cichutku, na paluszkach. Zgadza się, Konrad. O Boże! A przecież 

zasługuję na wszystko, co najlepsze!

7.47. Kurde! Nie wiem, gdzie jestem!

Wyszłam najciszej, jak tylko mogłam. Usiadłam na podłodze w kuchni. Zaraz, zaraz... Zaraz 

sobie wszystko przypomnę, niech tylko skończą walić te afrykańskie bębny w mojej głowie. 

Zresztą całkiem modne w tym sezonie. Według mojego tygodnika... Była jakaś Gabrysia z 4 c, a 

może to nie ona. Próbowałam jej wytłumaczyć, że marchewka na głowie jest okolicznościowa, 

bo normalnie...

Ale nie zdążyłam, bo ktoś mi wrzasnął w ucho:

— Hej! To ja!

Właścicielka   głosu  była  pewnie   przekonana,   że  radosnym   stwierdzeniem  „to  ja”   odsłoni 

przede mną największe tajemnice — od swojej tożsamości poczynając, a na szczegółowej historii 

naszej przyjaźni kończąc.

Sorry!   Nie   mam   zielonego   pojęcia,   kim   jest   właścicielka   małej   czarnej   z   różowymi 

dodatkami i makijażem à la Alexis oraz opalenizną z solarium.

— Hej — odpowiadam ostrożnie.

— Nie pamiętasz mnie, Brygida? To ja, Kasia! — Uśmiecha się promiennie.

W naszej klasie było pięć Kaś! Mój mózg wykonuje bardzo skomplikowaną operację. Na 

szczęście ona sama skraca te męki.

— Kasia Górecka — prawie wykrzykuje.

Jezu! Przecież Kasia Górecka miała zostać zakonnicą! A ta laska przede mną jest chyba 

przedstawicielką zakonu Pameli Andersen. Coś się strasznie porąbało!

— Jak się miewasz? — pytam niepewnym głosem.

— Cudownie! Gram w serialu. A co u ciebie?

— Och, wiesz, pracuję w znanej redakcji — mówię lekko, z pewną dozą nonszalancji.

— Super! — krzyczy i odpływa za ręką, która niecierpliwie pociągają w gęstniejący tłum. — 

Pogadamy! — słyszę jak przez mgłę...

background image

— Jasne, że pogadamy! O tym, że jestem kobietą samodzielną, niezależną, która zna się na 

ochronie środowiska, gaszeniu afrykańskich lasów itd. — mruczę do siebie, bo jej już dawno nie 

ma. — Może pogadamy...

Wchodzę   do   auli.   Uderza   mnie   specyficzny   zapach   (zawsze   byłam   „węchowcem”) 

mieszaniny perfum, wód kolońskich i swojskiej stęchlizny, która po dziesięciu latach jeszcze się 

utrwaliła. Próbuję za wszelką cenę przepchać się do sekcji 4 a. Tam są moi i tam jest moje 

miejsce.

„To ma być Bal Absolwentów?” — pomyślałam. To znaczy, że pora umierać.

— Zatańczysz?

— Jasne — odpowiadam.

Nie mam wyjścia. Wyrósł nieoczekiwanie przede mną i po prostu mnie zaskoczył. Nie mam 

bladego pojęcia, kto to jest! Ale nie to jest najważniejsze! Ten facet w ogóle nie tańczy! On nie 

wie, co to jest taniec! Wygina się jak paragraf, szarpie mnie na wszystkie strony, depcze boleśnie 

po palcach i nawet tego nie zauważa!

Kiedyś już coś podobnego przeżyłam... Próbuję przebić się przez mgłę pamięci... Już wiem! 

Konrad! To było na jakiejś strasznej dyskotece, o której usilnie starałam się zapomnieć.

Coś zaszeleściło nieprzyjemnie w moim uchu.

— Gubisz rytm, kochanie. Musisz nad tym popracować.

Osłupiałam na sekundę. Ja? Ja muszę popracować? Czułam, jak poziom adrenaliny podnosi 

się prawie do granic możliwości. Byłam pewna, że za chwilę eksploduję, że zacznę krzyczeć: 

„Ty zarozumiały baranie, całe życie miażdżyłeś mi palce swoimi ciężkimi buciskami...”

— Brygida! Tysiąc lat! Zauważyłem, jak wchodzisz, i pomyślałem, że pierwszego szampana 

musimy wypić „za naszą przyjaźń z dawnych lat”.

— Tomek!

—  Poznaj   moją   żonę  —   to   jest   Basia.   Basiu   —   to   jest   Brygida.   Najbardziej   odlotowa 

panienka w naszej budzie!

— Ciągle jeszcze „panienka”? — z rozbrajającym uśmiechem pyta Basia.

— Kochanie — z wyrzutem mruczy Tomek.

„A niech ci będzie zołzo”  —  myślę nawet życzliwie o tej Basi, bo za chwilę siedzimy z 

Tomkiem   przy   stoliku   pogrążeni   w   „naszych”   sprawach   i   plotkach.   Wypiliśmy   trzy   lampki 

szampana, jedną po drugiej, i nawet nie zauważyliśmy, kiedy Basia i Konrad zaczęli tańczyć.

background image

„No, to ci się trafiło, Basiu” — zdążyłam pomyśleć i utonęłam w ramionach faceta, z którym 

stanowiłam jedno. Przynajmniej w tańcu. Uwielbiałam z nim tańczyć. Tak jak dziesięć lat temu, 

dookoła nas zrobiło się pusto. Był tylko on i ja! Boże! Jak ja dawno nie tańczyłam. Wszystko, co 

było   po   drodze,   to   tylko   nędzna   namiastka!   Zapomniałam   o   całym   świecie...   Znów   byłam 

dziewczyną w sukience w kwiatki, w olbrzymim kapeluszu przystrojonym gałązkami kwitnącej 

wiśni... Kochałam Tomka jak kiedyś, i on tulił mnie tak, jakby nie było tych dziesięciu lat, które 

nas dzieliły. Nie wiem, dlaczego wówczas się rozstaliśmy. Może nie byliśmy na tyle dorośli, 

żeby rozmawiać o otaczającym nas świecie bez uwzględniania opcji politycznych naszych ojców: 

lekarza — antykomunisty i inżyniera — byłego już komunisty. Teraz wiem, że mogłabym pójść 

za nim na koniec świata. Zakończyliśmy taniec żegnani brawami całej sali. Ale kiedy wróciliśmy 

wreszcie do stolika, Basia była nadąsana, a Konrad prawie obrażony. Kiedy Basia i Tomek znikli 

gdzieś w okolicy bufetu (niezły pretekst: „Jestem ciągle głodna, jak to kobieta w ciąży”  — 

syknęła jadowicie), Konrad zaczął robić mi wyrzuty. Nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. O to, 

że tańczyłam? O to, że się przytulałam? „Chyba zwariował” — pomyślałam. „A co on za jeden?”

— Nic nie rozumiesz! — krzyczał prawie. — Dla każdego mężczyzny taniec to gra wstępna!

„O mój Boże!” — pomyślałam. „Jeśli taniec z tobą miał być grą, to...” — Ciarki przeszły mi 

po plecach.

— Nie wiesz, ile dla mnie znaczysz — plótł jak poparzony Konrad.

—   Ciekawe,   ile?   —  syknęłam   i   próbowałam   wstać.   W   tym   momencie   zupełnie 

nieoczekiwanie wpadł na mnie Olo, najbardziej zakręcony facet, jakiego w życiu widziałam. 

Porwał   mnie   do   tańca,   nie   pytając   Konrada   o   zgodę.   „A   niby   dlaczego   miał   pytać?”  — 

wykrzykiwałam buńczucznie w duchu, rozważając jednocześnie dość hańbiącą sytuację. Przecież 

nikt nie zachowałby się tak jak Olo, gdybym była z mężem albo z narzeczonym.

„Kurde!   Dlaczego   tak   jest?”   —  myślałam   rozpaczliwie   od   momentu,   kiedy   musiałam 

trzymać Ola za ręce, bo nieustannie wędrowały w te miejsca na moich plecach, poniżej dekoltu, 

gdzie sukienki już nie było, i jednocześnie wysłuchiwać jego opowieści o tym, że rozwodzi się z 

żoną. Drugą.

To nawet nie było nieprzyjemne. Powiedzmy,  że było miłe do momentu, w którym jego 

słynny zegarek — zdążył opowiedzieć całą historię zegarka odziedziczonego po ojcu — podczas 

jakiegoś intensywnego boogie-woogie wpadł za dekolt sukienki. To znaczy — za dekolt z tyłu, 

na plecach. Próbowałam sama poradzić sobie z odczepieniem zegarka... Szarpnęłam i zegarek był 

background image

uratowany. Gorzej było z suknią. „Gorzej”  —  to delikatnie powiedziane. Było źle. Właściwie 

było fatalnie. Prawdę mówiąc, było tak, że teraz mogłam już tylko umrzeć. Suknia — wziąwszy 

pod uwagę szamotaninę z Olem — była w strzępach.

„Niech żywi nie tracą nadziei”. Szybko wypiłam kilka kieliszków wina i chyba coś jeszcze, 

żeby zapomnieć o tym, że to nie moja suknia jest w strzępach, tylko pożyczona od Ani. Ktoś 

spinał mi suknię szczęśliwie znalezioną agrafką, aby nie opadła ze mnie zupełnie.

8.47. Obudziłam się z głową na stole i nie mogłam sobie przypomnieć, jak się znalazłam w 

mieszkaniu Konrada.

background image

Ciągle niedziela

9.00. Wiem już, że jestem w mieszkaniu Konrada, tego od gry wstępnej. Nie wiem tylko, czy 

dopuściłam do niej czy nie! I najgorsze jest to, że nie wiem, jak się dowiedzieć!

9.10. Nie wiem, jak się stąd wydostać, i nie wiem, w co się ubrać! Gdybym nałożyła podartą 

sukienkę, której dekolt kończył się już zdecydowanie poniżej pośladków (jej projektant to chyba 

gej, bo tylko oni potrafią tak zaprojektować ekscentryczną suknię, która na dodatek ma ciąg 

dalszy!), ściągnęłabym na siebie klątwę śpieszących do kościoła porządnych ludzi, którzy nie 

łajdaczą się po balach. Ja chcę do wanny! Do mojej wanny! Łzy płyną mi ciurkiem, ale nie 

szlocham, nie pociągam nosem, żeby nie obudzić tego faceta, z którym nic mnie nie łączy! Na 

stole w kuchni zostawiam wizytówkę, ze starannie zamazanym numerem mojego telefonu, na 

której  napisałam:  „Dziękuję za nocleg!  Z braku  własnej, nadającej  się do użycia  garderoby, 

rekwiruję Twoją koszulę. Jakoś Ci ją oddam”. Straszna pustka zagwizdała we mnie po napisaniu 

tych słów...

9.15.  Wymykam  się boso na korytarz. Bezszelestnie zamykam za sobą drzwi i wkładam 

pantofle. Nie mogę nawet zamówić taksówki przez moją komórkę, bo nie znam adresu.

9.20. Ukrywam się w bramie. Na dźwięk nadjeżdżającego samochodu wyskakuję z bramy i... 

szybko chowam się z powrotem, bo to nie taksówka. Po przeciwnej stronie ulicy zebrał się spory 

tłumek, który z zainteresowaniem obserwuje tę moją coraz bardziej chaotyczną choreografię. Pod 

koszulą   Konrada   zamotałam   sobie   na   biodrach   pożyczoną   suknię   Ani,   która   zresztą   opadła 

wdzięcznie, kiedy wyskoczyłam kolejny raz z wrzaskiem: „Halo! Taxi!?” Tak wołają w filmach 

background image

wszystkie zdesperowane dziewczyny. Tylko kto ich słucha?!

9.22. Wskakuję do taksówki, podaję adres i zamykam oczy. Nie chcę widzieć obserwującego 

mnie w lusterku kierowcy.

9.38. Nie jest źle. Dojeżdżam do domu.

9.40. Jest źle. Przed domem stoi pani Lodzia spod dziesiątki — lat siedemdziesiąt. Właśnie 

wracała z kościoła i zobaczyła zatrzymującą się pod blokiem taksówkę.

— Wychodzę za mąż, kochaniutka! — piszczy radośnie na mój widok. — To już piąty raz! 

— dodaje z dumą.

No i proszę mi powiedzieć, czy istnieje sprawiedliwość na tym świecie? Jedni mają po pięciu 

mężów, a inni wcale! Tak dla celów statystycznych chciałabym wiedzieć, ilu ich miała moja 

sąsiadka, będąc przed trzydziestką. Zabrakło mi odwagi, żeby zapytać. Wiem, że powinnam się 

cieszyć szczęściem pani Lodzi, ale nie mogę! Jestem totalnie zdruzgotana.

—  Czy   nie   podwiewa   pani   za   bardzo,   kochaniutka?   —  mówi   pani   Łodzią   zatroskanym 

głosem i patrzy na koszulę, która ledwo zakrywa mi pupę. — Trzeba dbać o jajniki — dodaje z 

miną eksperta i oddala się z godnością.

9.42. Dopadam windy. Pusta. Jestem bezpieczna. Kiedy zatrzymuje się na trzecim, zza drzwi 

słyszę   miauczenie   Wacka.   Ręce   mi   się   trzęsą   jak   złodziejowi,   nie   mogę   znaleźć   kluczy. 

Wysypuję   zawartość   torebki   na   wycieraczkę:   pomadka,   kredka,   róż,   perfumy,   tusz,   puder, 

zapasowa para rajstop i cała masa zapisanych serwetek... Co ja zrobiłam z kluczami? Musiałam 

zatrzasnąć drzwi, kiedy wybiegłam wczoraj spóźniona. A może są u Konrada? O nie! Za żadne 

skarby świata tam nie wrócę! Wolę resztę życia spędzić na wycieraczce pod własnymi drzwiami.

— Całuję rączki szanownej pani — mlasnęło mi nagle nad uchem.

— Boże! Ale mnie pan przestraszył! — To nasz cięć, pan Janek z parteru! Skąd się tu wziął o 

tej porze!

—  Tak   rano   na   spacerek?   A   może   już   ze   spacerku?  —  Przygląda   mi   się   z   obleśnym 

uśmiechem.

— Wie pan, w Polsce to już nawet nie można sobie postać pod własnymi drzwiami, bo od 

background image

razu znajdzie się ktoś, kto wsadza nos w nie swoje sprawy — staram się mówić spokojnie.

— Nie mamy kluczyków, co? — Jakby nie słyszał tego, co powiedziałam. — Mam kumpla, 

jest akurat u mnie... Otworzy wszystko!

— Nie, dziękuję! — prawie krzyczę.

— Jak szanowna pani sobie życzy — odchodzi, mrucząc. — Otworzyłby na cacy, bez śladów 

widocznych okiem policji...

— Dobrze, już dobrze — mówię szeptem, ale o dziwo, on słyszy. — Niech otwiera.

— Do usług szanownej pani. Sekundka i wracam.

9.50. Leżę w wannie.

10.05. Leżę w wannie i myślę.

10.17. Leżę w wannie i myślę, że jestem kompletną kretynką.

10.20. Nieoczekiwanie wróciła mi pamięć. Tak. Jestem kretynką!

Jedną ręką trzymałam rozerwaną sukienkę, drugą  — szklaneczkę z jakimś alkoholem. Być 

może   była   to   whisky.   Ewa  —  moja   najlepsza   koleżanka   z   budy,   która   mnie   jakoś   w   tym 

obłędnym tłumie odnalazła — pokazywała zdjęcia: Ewcia na Akropolu, Ewcia w Delfach... Nic 

nie widziałam, bo wszystko rozmazywało się tak, jakby jakiś oszołom specjalnie nie ustawił 

ostrości.

I kiedy już byłyśmy z Ewcią mocno zaangażowane w tę turystykę światową — którą jedni 

mają we wspomnieniach i na zdjęciach, a inni w planach na przyszłość  —  do naszego stolika 

przytoczyła   się   (ona   zawsze   się   „przytaczała”   takim   rozchwianym,   pozornie   lekkim, 

kaczkowatym krokiem) Baśka.

Była obrzydliwą lizuską i wszyscy wiedzieli, że kabluje. Teraz szła do nas z brzuchem pod 

brodę. Byłam bliska załamania.

— Chyba mu zapłaciła! — szepnęła Ewa.

— Komu? — spytałam.

— Temu, kto odważył się zrobić jej dziecko. — Ewa była czasami bezlitosna.

—  Może   ją   kocha  —  próbowałam   ratować   sytuację,   ponieważ   Baśka   zbliżała   się 

background image

nieuchronnie.

—  Kto? Ten, którego szantażuje, żeby się z nią ożenił?  —  Nie wiem,  skąd miała takie 

informacje. — Ale się nie ożenił i nie ożeni! — Zaśmiała się złośliwie.

Baśka oparła brzuch o moje krzesło.

— Tak, tak, Brydziu — mruknęła ze zjadliwą satysfakcją — dzieci należy rodzić, zanim się 

skończy trzydzieści pięć lat.

— Jesteś złośliwa, Baśka! — nie wytrzymałam. — Do trzydziestu pięciu brakuje mi jeszcze 

siedmiu lat!

— Nie szkodzi — odparła z promiennym uśmiechem, zadowolona, że mnie sprowokowała 

— ja za kilka dni urodzę drugie. — Poklepała się po gigantycznym obiekcie swojej dumy.

— Biedne dzieci —  szepnęła Ewa.  —  Każde będzie miało innego tatusia, a w rezultacie 

żadnego.

Nagle   Ewa   zerwała   się   i   pobiegła   do   wyjścia.   Za   chwilę   stanęła   przed   nami,   cała 

rozpromieniona, trzymając pod rękę faceta, którego już gdzieś widziałam...

—  To mój narzeczony —  mówiła z przejęciem  —  doktor Piotr Larnecki. Nie mógł być 

wcześniej, bo miał dyżur w szpitalu.

— O Boże! — jęknęłam. — Tylko nie to, błagam! Tylko nie lekarz mamy!

Z rąk wyleciała mi szklaneczka z whisky, a ja zatoczyłam się wprost w ramiona Konrada. 

Teraz naprawdę było mi wszystko jedno.

— Słuchaj — wybełkotałam — zabierz mnie stąd natychmiast.

10.30. Kurde! Jestem skompromitowana:

— przespałam się z facetem, do którego czuję — delikatnie mówiąc — niechęć;

— w dodatku nic nie pamiętam;

— jakiś podejrzany typ otworzył bez kluczy drzwi mojego mieszkania;

— w dodatku za moim przyzwoleniem;

— zniszczyłam kompletnie sukienkę;

— w dodatku nie moją;

— głowa za chwilę mi eksploduje;

— w dodatku to moja głowa.

background image

10.40. Rzucam się na łóżko i ryczę jak małe dziecko.

background image

24 września, poniedziałek

9.00. Pracę zaczęłam punktualnie i w dobrej formie. Nic dziwnego, spałam piętnaście godzin. 

Żadnego „moralniaka”! Nic z tych rzeczy! Tylko nad moim łóżkiem zamiast hasła „Zasługuję na 

wszystko, co najlepsze” pojawiło się nowe — „Nikt nie jest doskonały!” Czasami trzeba przegrać 

wiele potyczek, aby wygrać  wielką bitwę! Tak mawiał  Napoleon. Zastanawiam się, czy jest 

najlepszym autorytetem, bo w końcu przegrał wszystko.

9.15. Pora do pracy! — mruczę do siebie, ale w trybie rozkazującym. OK!

OK! Najpierw przegląd inwentarza w celu zbadania, czy czegoś się nie domyślają:

1.   Pani   Zuzia   —  sekretarka   szefa,   sporo   starsza   od   reszty   towarzystwa.   Stara   się   nam 

matkować,   ale   dyskretnie,   nie   nachalnie.   Nie   cierpi   komputerów,   potrafi   puścić   wiązankę   i 

wrzeszczeć,   jeśli   ją   zawiodą.   Uśmiecha   się,   kiedy   przechodzę   obok   jej   biurka.   Czasami,   w 

tajemnicy, ratuje sytuację i odpowiada na listy czytelniczek.

2. Wojtek — szef działu reportażu, miły facet, ale żonaty. Poza wielkim sercem ma równie 

wielkie królicze zęby i obsesję na punkcie damskich pośladków. Poklepuje każdą, jeśli tylko 

nadarzy się okazja, i zaraz wrzeszczy: „Tylko nie krzycz, że cię molestuję!” Próbował właśnie 

mnie klepnąć, ale bez specjalnych intencji — tak jak zwykle.

3.   Paweł  —  zastępca   naczelnego,   pracoholik   i   okrutny   zgred.   Wiecznie   niezadowolony, 

ciągle wytyka innym ich wady. Spisany na straty stary kawaler! Chociaż ostatnio dosyć poważnie 

atakuje go Dorota z działu marketingu. Ucieka przed nią jak przed inwazją Marsjan! Zdarzają mu 

się czasami napady fantastycznego poczucia humoru i wtedy można go jeść łyżkami. Generalnie 

jest w porzo...

4. Monika  —  szef działu  kultury,  młodsza  ode mnie  o dwa lata.  Spokojna, opanowana, 

background image

przewidująca sytuację, wyciągała mnie kilkakrotnie z niemałych opresji. Teraz nic nie wskazuje 

na to, żeby była czymś zaniepokojona.

5. Brygida — szef działu zdrowie, moda i uroda. Aha! To ja. Ja się nie liczę.

Wszyscy pracują w skupieniu. Nikt nie ma ochoty na dyskusje, nikt o nic nie pyta. A to 

znaczy, że nikt nic nie wie o mojej kompromitacji. Nie jest źle!

9.20. Sprawdzam swoją pocztę elektroniczną. Trzy nowe wiadomości. Pierwsza od Magdy, 

która pyta, dlaczego nie dotarłam do mamy na niedzielny obiad? Pyta, jakby zapomniała, co było 

parę lat temu, kiedy ona miała Bal Absolwentów w swojej budzie.

Otwieram następnego e-maila. Nie mam pojęcia od kogo...

„To była cudowna noc! Co powiesz na replay? Odpisz. Konrad”.

9.25. Cała drętwieję, nie mogę oderwać oczu od monitora. Robi mi się słabo, na przemian to 

gorąco, to zimno. Jakim cudem? Skąd ma mój adres? Boże! Czego ja jeszcze nie pamiętam?!

9.30. Nawet nie wiem, jak znalazłam się w toalecie. Stoję pochylona nad umywalką, z głową 

wciśniętą w ramiona. Chce mi się wymiotować. Po mojej durnej głowie plączą się jakieś głupawe 

hasła, które mają przywrócić stan równowagi. Gucio! Niczego nie przywracają!

9.50. Drzwi toalety uchylają się i widzę przerażone oczy Moniki.

— Wszystko w porządku? — pyta dziwnie niepewnym głosem. — Brygida... Wojtek szukał 

czegoś na twoim biurku... Wszyscy już wiedzą!

—   Cholera!   Kurde!   Kurde!   —  Walę   pięściami   w   umywalkę.   —  Zostawiłam   otwartą 

skrzynkę!

9.55.  Wpadam do swojego boksu. Jestem wściekła! Wrzeszczę o pogwałceniu prawa do 

prywatności i tajności korespondencji. O łamaniu konstytucji. Wojtek patrzy na mnie jak na żabę. 

Nic nie rozumie! Bąka jakieś „przepraszam”, ale uważa, że nic się nie stało! Nic się nie stało!? 

Nie mogę uwierzyć! Opadam zrezygnowana na krzesło. Chce mi się wyć.

9.57. Nade mną staje Paweł i mówi spokojnym, trzeźwym głosem, jakby to było oczywiste:

background image

— Nie należy korzystać z firmowego komputera do celów prywatnych.

— Pocałuj mnie w dupę, ty zakichany pracusiu! Nikt cię nie pytał o zdanie! — wybucham i 

natychmiast tego żałuję. Jak mogłam się tak idiotycznie zachować?! Przecież on ma rację!  — 

Przepraszam, Paweł! Nie chciałam... Paweł, proszę cię! Okropnie mi przykro... — Rzeczywiście 

czuję się strasznie! Łzy płyną mi po policzkach. Teraz jestem wściekła na siebie. Nienawidzę tak 

się zachowywać. Nienawidzę sytuacji, w których nie potrafię zapanować nad swoimi emocjami. 

Nienawidzę własnej agresji, która krzywdzi innych. Niestety, najczęściej jest tak, że zanim zdążę 

się opanować, już narozrabiam.

12.30.  Siedzę z nosem w komputerze. Pracuję bardzo szybko, co rzadko mi się zdarza. W 

redakcji atmosfera gęsta, że siekierę można powiesić.

— Brygida! Do cholery! Czuję się jak szmata. — Wojtek nie wytrzymuje. — To wszystko 

przeze mnie. W ramach pokuty  zapraszam cię do Pizza Hut i przysięgam, że nie popuszczę, 

dopóki mi nie przebaczysz!

Rzucam szybkie spojrzenie na Monikę i widzę, że się uśmiecha.

— Zastanowię się — mówię ugodowo — ale pod warunkiem, że zabierzemy Monikę i Pawła 

jako środki łagodzące.

Paweł oponował, zapierał się o biurko, ale uwiesiłam mu się na szyi i zmiękł.

13.00.  Upływ  czasu i najlepsza w mieście pizza koją zszargane nerwy.  Atmosfera ulega 

zdecydowanej poprawie, i to tak dalece, że Wojtek zaczyna opowiadać swoje ulubione dowcipy o 

blondynkach. Nawet ja w końcu zrozumiałam ten o reklamówce. Znowu jesteśmy zgraną paczką.

Nagle Paweł zaczyna coś opowiadać... O blondynce, która leciała samolotem i zajęła miejsce 

w business class. Podchodzi do niej stewardesa i mówi:

—  Proszę   zabrać   swój   bagaż   podręczny   i   przesiąść   się.   Pani   wykupiła   bilet   w   klasie 

turystycznej.

— No to co? — pyta blondynka.

— Wykupiła pani bilet w klasie turystycznej, a to jest business class.

— No to co? — pyta blondynka.

— No to musi się pani przesiąść do klasy turystycznej.

— Dlaczego, skoro jest mi tu dobrze? — pyta blondynka.

background image

— Ponieważ to jest business class, a pani... — zaczyna tłumaczyć kolejny raz stewardesa, po 

czym macha ręką i znika w kabinie pilotów.

Za   chwilę   pojawia   się   kapitan,   pochyla   się   nad   blondynką   i   szepcze   jej   coś   do   ucha. 

Blondynka   zrywa   się   jak   poparzona,   chwyta   swój   bagaż   i   szybko   przenosi   się   do   klasy 

turystycznej.

Stewardesa patrzy oniemiała.

— Przez dziesięć minut bez skutku namawiałam tę idiotkę — wydusza w końcu. — Co pan 

jej powiedział, kapitanie?

— Nic nadzwyczajnego. Powiedziałem, że trzy rzędy przed nią, dwa za nią i ten, w którym 

ona siedzi, nie lądują we Frankfurcie.

Patrzymy na siebie kompletnie zaskoczeni. Paweł nigdy w życiu nie opowiadał dowcipów! 

To pierwszy dowcip, jaki usłyszeliśmy w jego wykonaniu. Jesteśmy w szoku! Nikt się nie śmieje.

— Co z wami? — pyta Paweł. — Przecież to dobry dowcip!

Eksplodujemy śmiechem. A raczej dopada nas tak zwana głupawka. Wojtek dostaje czkawki, 

Monika płacze, a ja krztuszę się kawałkiem „sycylijskiej”. Prawie umieram z braku powietrza. 

Pomaga dopiero silne uderzenie Wojtka. Kawałek, którym się zakrztusiłam, wpada prosto do 

kawy Pawła. Znowu zaczynamy się śmiać jak opętani. W tym momencie przy naszym stoliku 

pojawia się Dorota. Jest wzburzona.

—  A więc tu się ukrywacie!  —  mówi piskliwym, podniesionym głosem i celuje w Pawła 

palcem   zakończonym   ciemnoczerwonym   pazurem.   Nic   nie   jest   w   stanie   nas   powstrzymać. 

Znowu wybuchamy śmiechem. Z głupawką już tak jest. Dorota wybiega z pizzerii.

—  Coś ty jej zrobił, chłopie?!  —  Wojtek leży na stoliku i wyje.  —  Zwariowała na twoim 

punkcie. Zastanów się, to niezły kąsek! Lepszy niż ten, który wpadł ci do kawy.

Paweł przestaje się śmiać. Jest wyraźnie zakłopotany.

background image

25 września, wtorek

11.15. Patrzę tępym wzrokiem w monitor komputera i nie bardzo wiem, co czytam. Dzisiaj 

rano obudziłam się opętana myślą: ja chcę mieć dziecko! Będzie mnie kochać bezinteresownie — 

nie   tak   jak   faceci   —  i   będzie   śliczne.   A   ja   będę   wychodzić   na   spacery   z   nowoczesnym, 

granatowym  wózkiem i  słuchać  westchnień:  „Ach, jaki  piękny ten  pani synek!”  albo:  „Jaka 

śliczna córeczka i jaka podobna do pani!” Będę kupować rozkoszne ubranka  —  oczywiście w 

zgodzie z najnowszą modą  —  i przestanę pielgrzymować po sklepach z ciuchami dla mnie i 

dołować się, że w nic się nie mieszczę. To świetny pomysł! Że też wcześniej na to nie wpadłam. 

Muszę nad tym popracować!

11.40. Już wiem: Jeremy! Czytaj: Dżeremi! Hm... po polsku Jarema. Tak, syn będzie miał na 

imię Jeremy!  A córeczka  —  Marysia. Czy wolałabym  mieć córeczkę czy synka?  To bardzo 

poważny problem. Zastanowię się.

13.20.  W przerwie na lunch weszłam do sklepu i oglądałam soczki, dania w słoiczkach, 

śliniaczki,   talerzyki  w  słoniki   i  misie.   Jak  ten  świat   się  zmienił!   Kiedyś   posiadanie   dziecka 

wiązało   się   z   godzinami   zmarnowanymi   w   kuchni:   gotowaniem,   wyciskaniem,   ucieraniem, 

przecieraniem, zmywaniem itd. Teraz dzięki postępowi technicznemu tyle problemów zostało 

rozwiązanych. Tylko skąd ja wezmę ojca?!

15.30.  Dziecko  musi   mieć   ojca!  Co za  nieszczęście,   że  ludzie  nie  rozmnażają   się  przez 

podział...

background image

15.35. Ale przecież istnieje zapłodnienie pozaustrojowe! Wybiera się tatusia o odpowiednim 

poziomie inteligencji, budowie, kolorze oczu... Moje dziecko musi mieć oczka niebieskie. I musi 

być geniuszem matematycznym, żeby mogło zostać słynnym informatykiem... Albo i geniuszem 

matematycznym, i artystą! Nie lubię rozwiązań połowicznych.

16.05.  No   tak,   ale   to   wszystko   kosztuje!   Te   ciuszki,   pieluszki,   zabawki.   Kiedy   dziecko 

podrośnie, trzeba będzie kupić mu laptopa. Magda powiedziała, że w dzisiejszych czasach to już 

dwulatek musi mieć laptopa, żeby się rozwijał, bo inaczej nie sprosta wyzwaniom społeczeństwa 

informatycznego. To ciekawe, bo jej Kuba nie miał. Zbliża się czas kultury informatycznej, a 

mnie   nie   stać   na   nowy   komputer   dla   siebie!   Do   mojego   to   trzeba   węgla   dosypać   i   korbką 

zakręcić, żeby podliczył najprostszy słupek.

16.12. A tycie? Przecież w ciąży się tyje! A potem nie da się schudnąć. Już teraz nie mogę  

zrzucić zbędnych czterech kilogramów. Może adopcja?

16.13. Tylko czy dadzą zaadoptować dziecko samotnej, pracującej kobiecie z emocjonalnymi 

odchyłami od normy? Wątpliwe.

16.15.  Ale   ja   muszę   mieć   kogoś,   kto   będzie   mnie   kochał!   Wacek,   jak   każdy   kot,   łazi 

własnymi drogami, głównie po parapetach na trzecim piętrze. Takie życie bez miłości zupełnie 

nie ma sensu.

16.16. Monika znów dostała SMS-a. Jestem pewna, że od swojego chłopaka, bo chichocze 

jak małolata. Na pewno napisał, co z nią zrobi po powrocie z pracy...

16.17.  Wiem! Kupię sobie psa. Będzie mnie kochał bardziej niż Wacek, który jednak jest 

trochę wredny. Pies może jeść suchą karmę, spać obok mojego łóżka w sypialni.

16.21. A co ze spacerami? Przecież pracuję od rana do wieczora i nie mogę sobie pozwolić 

na urywanie się z pracy, żeby wyjść z pieskiem... A jak będzie padał deszcz?... Pies to jednak  

zbyt duży obowiązek. Nie pasuje do mojego nieustabilizowanego trybu życia.

background image

17.03.  Eureka! Trochę to trwało, ale  znalazłam idealne  rozwiązanie.  Kupię sobie rybkę! 

Będzie na mnie zawsze czekać w swojej szklanej kuli, nie będę musiała jej wyprowadzać na 

siusiu, Wacek będzie miał się na co pogapić, nigdy się nie obrazi, a na dodatek przyniesie mi 

pieniądze. Tak mówią specjaliści od feng-shui.

19.02.  Ledwo zdążyłam! Już zamykali sklep akwarystyczny, ale przemiły sprzedawca był 

gotów poświęcić mi trochę czasu, bylebym tylko nie wyszła z pustymi rękoma. Teraz wracam do 

domu z nowym towarzyszem życia. Ma na imię Filip i jest bojownikiem!

background image

26 września, środa

6.00 rano. Wacek zżarł bojownika!

background image

26 września od szóstej rano, środa

12.30.  Wszyscy poszli na lunch, a ja siedzę przed komputerem. Mam potworne wyrzuty 

sumienia, że skazałam bojownika na pożarcie. Mowy nie ma o jakimkolwiek jedzeniu. Nic bym 

nie przełknęła.

13.00.  Cały czas myślę  o tym,  że każde stworzenie  rodzaju męskiego  jest diabła warte. 

Bezduszni i nieodpowiedzialni faceci!

13.30. Jestem już ostatecznie przekonana, że Wacia nie zżarłaby Filipinki!

14.00.  Jednak by zżarła. Gdyby na przykład podczas balu okazało się, że chce jej odbić 

najprzystojniejszego wolnego lekarza w tej części Europy.

15.00.  No i dlaczego ten cholerny matiz nie chce zapalić?! Bo też jest rodzaju męskiego. 

Spóźnię się na spotkanie z lekarzem, który wynalazł nową metodę leczenia cellulitis. Szkoda, że 

to nie doktor Larnecki. I tak w to nie wierzę, ale Paweł mówi, że trzeba o tym pogadać, bo wiele 

naszych słuchaczek ma „wstydliwy problem cellulitis”. Nie wiem, dlaczego alkoholizm nie jest 

wstydliwym problemem, a cellulitis jest!

15.15. O taksówce nie ma co marzyć. Pojadę tramwajem. Będzie szybciej i taniej.

15.25. Jakaś bezczelna małolata ustępuje mi miejsca w tramwaju. No nie! Świat się kończy! 

To fakt, że ta marchewka  na głowie, która zdążyła  już lekko sfioletowieć,  wyjątkowo  mnie 

background image

postarza, ale żeby aż do tego stopnia? A może ja znowu przytyłam i ta głupia małolata myśli, że 

jestem   w   ciąży?   Chyba   rzeczywiście   z   tym   wychowaniem   seksualnym   w   szkołach   nie   jest 

najlepiej,   skoro   małolaty   nie   odróżniają   lekkiego   zaokrąglenia   od   ciąży.   Beznadziejna   ta 

dzisiejsza młodzież. I źle wychowana.

15.30. Co ja myślałam, kiedy miałam 10, 12 lat, o takich staruchach, które skończyły 28? No 

właśnie — staruchy!

15.35. Od jutra biorę się za siebie, i to ostro!

background image

27 września, czwartek

6.15.  Budzę się ze złego snu cała zlana zimnym potem. Śniło mi się, że moje wszystkie 

kapelusze zjadły mole. Te słomkowe na plażę też. We wszystkich były równiutkie, jednakowej 

wielkości dziury. Z jednej zaczęła wyłazić szara, oślizgła ryba, która rosła i rosła. Wiedziałam, że 

muszę przed nią uciekać, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. W ostatniej chwili odpaliłam jak 

pershing i to, co mnie ścigało, zostało daleko w tyle. Czułam się bezpieczna do momentu, gdy 

zauważyłam,   że   piasek,   po   którym   biegnę,   składa   się   z   ziarenek   przypominających   główki 

niemowlaków. One rosły, a ja je deptałam. Zaczęłam krzyczeć, bo nie mogłam się zatrzymać, i 

ciągle deptałam i deptałam!

6.20. Sięgam po telefon i drżącymi rękami wybieram numer mamy. Do licha! Dlaczego tak 

długo nie odbiera?! Może coś jej się stało i trzeba dzwonić po pogotowie albo straż pożarną?! 

Kiedy   już   jestem   bliska   zrobienia   strasznego   zamieszania,   chcąc   zaangażować   wszystkie 

najważniejsze służby ratownicze w całym kraju, słyszę zaspany głos mojej mamy:

— Słuuuuchaaaam!

— Mamo, czy ty mnie kochasz?! — krzyczę z desperacją.

— Kto mówi?

— Nie mówi, tylko krzyczy!

— Jeśli to jakiś żart...

— Mamo, to ja! Brygida! Powiedz, czy ty mnie kochasz? Niczego więcej nie chcę!

— Brygida?! Jezus, Maria! Gdzie jesteś? Co ci się stało, dziecko? Dobrze się czujesz?

— Mamo, przestań pytać, tylko odpowiedz na pytanie: czy ty mnie kochasz? Proszę!

— Oczywiście, że cię kocham, ale co się stało? Jest środek nocy, a ty dzwonisz...

background image

6.30. Nie czekałam na ciąg dalszy. Odłożyłam słuchawkę. Mama mnie kocha. Mama mnie 

kocha! Jakoś wcale nie jest mi z tym lepiej. Co to znaczy, że mama mnie kocha? Jak mnie 

kocha?

6.35.  Nakładam walkmana,  puszczam swoją ukochaną  Shinead  O’Connor i  biorę gorącą 

kąpiel. Śpiewam i płaczę z moją najcudowniejszą idolką. Kocham jej głos, jej muzykę. Wszystko 

inne naprawdę nie ma znaczenia, zwłaszcza o szóstej rano! Nawet to, że kot Wacek pożarł rybkę 

bojownika o imieniu Filip!

6.50. Z letargu — w wannie pełnej piany — budzi mnie dotyk czyjejś dłoni. Otwieram oczy 

i... aaaaaaa! — krzyczę albo krzyczę i otwieram oczy — nie pamiętam, w jakiej kolejności. Nade 

mną pochyla się wielka, strasznie potargana głowa mamy!

Obie krzyczymy, obie jesteśmy przerażone i żadna z nas nie rozumie, co się dzieje.

6.55.  Okazuje się, że mamę tak przeraził mój telefon o świcie, że zadzwoniła do Magdy i 

zmusiła   ją   do   wygrzebania   się   z   cieplutkiego   łóżka.   Z   objęć   jej   ukochanego,   między   nami 

mówiąc, beznadziejnego męża. Ale musiała mieć cykora! Całe szczęście, że dałam jej klucze do 

mojego mieszkania, bo postawiłaby cały dom na nogi!

7.00.  Mama poszła do kuchni zaparzyć kawę. Ja wyłażę z wanny. Magda bezczelnie mnie 

taksuje i szepcze:

— Modliłam się tylko, żebyś była sama.

— Właściwie miałyście ogromne szczęście — prawie krzyczę, bo mam ochotę ją zabić. — 

Bardzo rzadko sypiam sama! Mam kalendarzyk  wypełniony po brzegi! Do końca przyszłego 

roku! Każda noc z innym facetem!

— Brygidko, to jest przypadek kliniczny i chyba musisz skorzystać z pomocy psychiatry! — 

mówi obrażona moim wybuchem Magda. Na szczęście wkracza mama z kawą i to ucina dalszą 

rozmowę, jeśli tak można nazwać tę wymianę zdań.

7.30. Magda wychodzi. Odkąd Kuba poszedł do szkoły, ma jeszcze mniej wolnego czasu niż 

background image

przedtem.   Nie   chodzimy   już   na   wspólne   obiady   czy   kolacyjki.   Szkoda.   Muszę   nad   tym 

popracować, zamiast wydzierać się na nią w przypływie ataku histerii. Bo kończy się tak, że w 

ogóle się nie rozumiemy.

Może rzeczywiście tak bardzo absorbuje ją praca w Desie? A może...?

7.40. Mama drąży:

— Możesz mi chyba powiedzieć, co się stało? Teraz, kiedy nie ma już Magdy?

Przecież nie mogę jej powiedzieć, bo natychmiast da ogłoszenie do gazety, że jej mądra i 

piękna   córka   jest   nieszczęśliwa   i   poszukuje   jakiegokolwiek   mężczyzny,   którego   mogłaby 

zatrzymać na dłużej.

7.50. Ubieram się.

— Wiesz, w twoim wieku miałam już Magdę i byłam w ciąży z tobą — oznajmia mama z 

niewinną miną.

— Fantastycznie!

— Ja nie żartuję. Powinnaś mieć dziecko. Oczywiście najpierw jakiegoś męża.

— Dzieci to nie tylko miłość, mamo. Dzieci to przede wszystkim kłopoty, prawda?

— No, jest trochę kłopotów, ale...

— A co by było, gdybym miała dziewczynkę, na przykład Marysię? Zamartwiałabym się, że 

nie będzie mogła znaleźć męża, prawda?

— W końcu zawsze jakiś się znajdzie — odpowiada bez szczególnej nadziei mama.

— A gdybym miała chłopca, na przykład Jeremy’ego? Nie mam pojęcia, jak się wychowuje 

chłopców!

—  A cóż to za okropne imię: Jeremy!  Nie możesz mi tego zrobić! Nigdy się na to nie 

zgodzę!

— No właśnie! Generalnie jest ciężko, prawda?

— To są w ogóle okropne czasy, moje dziecko — mówi mama, dopijając kawę. — Kobiety 

ciężko pracują. Zbyt ciężko! Wszystko dlatego, że myślą jedynie o zrobieniu kariery. Są mało 

kobiece   i   wiele   na   tym   tracą.   A   w   ogóle  —  przyznasz   mi   rację,   mam   nadzieję  —  mają 

poprzewracane w głowach i same nie wiedzą, czego chcą. Dlatego mężczyźni  się ich boją i 

uciekają, gdzie pieprz rośnie!

background image

— Ja z całą pewnością wiem, czego chcę.

— To interesujące. — Podniosła wysoko brwi.

—  Chcę nie spóźnić się do pracy, a to znaczy, że za pięć minut trzeba wyjść, bo przecież 

najpierw muszę odwieźć cię do domu.

— Nie musisz —  mówi, cedząc słowa.  —  Człowiek zrywa się w środku nocy, pędzi na 

ratunek po to, żeby usłyszeć, jak wielkim problemem jest odwiezienie do domu starej matki!

8.20. Korek!

8.30. Cholerny korek!

8.40. Cholernie piekielny korek czasami udaje się pokonać, jadąc slalomem.

8.50.  Jesteśmy pod domem mamy.  Teraz dopiero zwróciło moją uwagę to, że przez całą 

drogę mama nie odezwała się ani słowem.  Jest dziwnie blada. Bardzo powoli otwiera drzwi, 

wysiada i pochyla się nad szybą. Wygląda na kompletnie zdruzgotaną.

—  Nigdy więcej nie wsiądę do tego samochodu, jeśli będziesz jeździła w ten sposób!  — 

cedzi słowa cicho i powoli. — Cudem uniknęłyśmy śmierci chyba z siedem razy.

A   potem   odwraca   się,   przygarbiona   i   nagle   stara.   Zrobiło   mi   się   strasznie   głupio. 

Wyskoczyłam z samochodu, objęłam ją i mocno się przytuliłam.

— Dziękuję, że przyjechałaś, mamo! To znaczy, że mnie kochasz!

Mama objęła mnie i pogładziła po policzku. Zrobiło mi się ciepło i bezpiecznie. Jestem 

szczęśliwa! Niech szlag trafi wszystkich facetów!

— Nigdy nie zgodzę się na imię Jeremy — powiedziała słodkim głosikiem.

background image

28 września, piątek

16.00.  Dzisiaj  wyjątkowo  wcześnie  wróciłam  z  redakcji.   Przygotowałam  sobie  pachnącą 

ziołami kąpiel i leżę w wannie.

16.10. Leżę w wannie i nie mam żadnego planu na weekend. Nie wiem, gdzie iść na randkę, 

w czym iść na randkę, a przede wszystkim — z kim iść na randkę.

16.12. Chyba zrezygnuję z randki i „wyjątkowo” zostanę w domu. OK! Mogę zostać, tylko 

jak wytłumaczę to mojemu ciału, w którym hormony buzują jak szalone i które kusi mnie wizją 

namiętnych chwil z zabójczo przystojnym mężczyzną? Muszę wobec tego jakoś wytłumaczyć 

swojemu biednemu ciału, że chwilowo nie ma w pobliżu żadnych zniewalających osobników płci 

przeciwnej, którzy mieliby na mnie ochotę, a ja nie będę przecież zadowalać się nielojalnymi 

sąsiadami czy lekarzami, którzy mają narzeczone. A i jedni, i drudzy powinni leżeć u mych stóp!

16.20.  Dość tego! Dzisiaj oddam się relaksowi i rozrywce. Może nawet coś przeczytam. I 

żadnego użalania się nad sobą!

18.20.  Siedzę   w  pokoju  i   beczę.   Naprawdę   włożyłam   wiele   wysiłku   w  to,   żeby   się  nie 

rozkleić.  Ale dlaczego  zamiast  siedzieć  w kinie  u boku jakiegoś przystojniaka,  siedzę  przed 

telewizorem z pilotem w ręku? Dlaczego zamiast przytulać się do owłosionego torsu jakiegoś 

supermana, zagłaskuję na śmierć wyrywającego się Wacka? Już mu nawet wybaczyłam to, że 

pożarł  rybkę,  która miała  zaspokoić  moją  szaloną potrzebę  bycia  kochaną,  a dla  niego była 

jedynie urozmaiceniem menu...

background image

18.25.  Dzwonek   do   drzwi.   Pędzę   do   przedpokoju,   zapominając   o   środkach   ostrożności. 

Patrzę przez wizjer  —  na wycieraczce stoi Konrad! Przecież  nie zostawiłam mu adresu, nie 

odpisałam na e-mail...

Udam, że nie ma mnie w domu...

Puk, puk, puk...

—  Brygi,  otwórz! Słyszałem,  jak biegniesz do drzwi  —  wydziera  się, myśląc,  że mówi 

teatralnym szeptem.

Brygi?! Co za kretyński skrót!

— Kto tam? — gram na zwłokę.

— Święty Mikołaj. Otwórz, chcę porozmawiać.

Panie Boże, musiałeś mnie źle zrozumieć. Nie miałam na myśli Konrada, prosząc Cię o 

towarzystwo na wieczór.

— Jak tu trafiłeś? — pytam, otwierając zamaszyście drzwi.

— Istnieją książki telefoniczne! Musiałem przyjść, chociaż rozszyfrowałem, niestety, twoje 

intencje wobec mojej osoby...

— Skoro więc rozszyfrowałeś?!

— ...bo zostawiłaś u mnie coś, a poza tym zapomniałaś odesłać mi koszulę. — Uśmiechnął 

się dwuznacznie i wyciągnął z kieszeni kurtki biustonosz. Mój biustonosz!

—  Dzięki!  —  wrzasnęłam,   wyrywając   mu   stanik.   Czułam,   jak   moje   policzki   zaczynają 

płonąć.

— Płakałaś? — zapytał Konrad. Wydawało mi się, że bardziej szyderczo niż współczująco.

— Nie. Mam kłopoty ze szkłami kontaktowymi.

— Nigdy nie nosiłaś okularów. Od kiedy masz wadę wzroku?

„Od   momentu,   kiedy   zatańczyłam   z   tobą   na   Balu   Absolwentów!”  —  miałam   ochotę 

wrzasnąć,   ale   zamiast   tego   powiedziałam   łagodnym   głosem,   który   mnie   samą   wpędził   w 

zdumienie:

— Od niedawna.

18.30. To, co robię teraz, nie mieści się w głowie! Nawet mojej! Rzucam się Konradowi na 

szyję i zaczynam go namiętnie całować.

background image

Konrad sztywnieje i odsuwa mnie gwałtownie.

— Co ci się stało, Brygida? Tamtej nocy po balu nie pozwoliłaś się nawet dotknąć!

Oniemiałam.

— Naprawdę? Powtórz to!

— Powtarzam: nie pozwoliłaś się dotknąć! Darłaś się tak, że o mało nie ściągnęłaś mi policji 

na kark.

— Konrad, czy możesz coś dla mnie zrobić?

— Wszystko, co chcesz...

— Strasznie cię przepraszam, stary. Weź swoją koszulę, jest wyprana, i zostaw mnie samą. 

OK? Muszę znowu w sobie zamieszkać.

— Nic nie rozumiem — mówi Konrad, patrząc na mnie dziwnie. — Jak chcesz. — A potem 

bardzo szybko zamyka za sobą drzwi, zabierając raz na zawsze dręczący mnie obraz własnej 

kompromitacji.

background image

29 września, sobota

7.30.  Telefon. Zrzucam z nocnego stolika szklankę z wodą mineralną, niegazowaną, którą 

trzeba mieć pod ręką, kiedy poczuje się pragnienie; książkę Tekturowy samolot Stasiuka; budzik 

nastawiony na  9.30 (bo to przecież  sobota),  który zaczął  dzwonić jak oszalały,  mimo  że to 

dopiero 7.30, czyli pora mojego codziennego wstawania do pracy  —  kurde! może jednak nie 

przestawiłam budzika?! No nie, niemożliwe!  —  notes i długopis, gdyby mi  coś przyszło do 

głowy; pustą miseczkę po kremie karmelowym, który znakomicie poprawia samopoczucie tuż 

przed   zaśnięciem;   i   pluszowego   kangurka   cangoo,   z   którym   sypiam   od   czasu,   kiedy 

postanowiłam uczyć się języka niemieckiego z książeczek dla dzieci, żeby zrozumieć, z czego 

śmieją się Niemcy w niemieckich programach. Wszystko to runęło z hukiem na podłogę, a ja 

złapałam komórkę dosłownie w locie, chroniąc ją przed upadkiem.

— Halo?

— Myśmy, proszę pani, byli umówieni dzisiaj na odbiór węża...

— To chyba pomyłka — mówię zbyt mało zdecydowanym głosem.

— Jaka pomyłka?! Jaka pomyłka?! Kolega już jedzie z klatką i wężem.

— Proszę pana, ja nie wiem, o co chodzi. W każdym razie...

— Co mi tu pani kit wciska, że nie wie, o co chodzi?! O węża chodzi! Kolega zaraz u pani 

będzie.

—  Proszę pana!  —  krzyczę wściekła.  —  Ja nie zamawiałam żadnego węża! Żmii też nie! 

Niech pan się nie waży przywozić tego paskudztwa do mojego domu! A w ogóle to pod jaki 

numer telefonu pan dzwoni?!

—  Co   mnie   szanowna   pani   będziesz   sprawdzać!   Chyba   wiem,   gdzie   dzwonię.   Towar 

zamówiony, będzie dostarczony. To jest uczciwa firma, nie? Ostatecznie numer mogę podać: O 

background image

[też mi odkrycie, w ręku trzymam komórkę] 608 23 40 79 — skanduje cyfry.

—  Przykro mi, proszę pana, ale to nie jest numer mojego telefonu —  mówię ze zjadliwą 

satysfakcją — a to znaczy, że nie zamawiałam żadnego węża, a żmii tym bardziej!

Rozłączam się i natychmiast wybieram numer 0 608 23 40 79.

Niestety, zajęty. Próbuję jeszcze raz — zajęty. Jeszcze raz — zajęty. Zbieram z podłogi notes 

i długopis, ostrożnie lawirując wśród rozbitego szkła, zapisuję numer, żeby zadzwonić później, 

kiedy nie cierpiące zwłoki sprawy związane z nabyciem węża zostaną pozytywnie załatwione 

przez właściciela podanego numeru telefonu komórkowego.

7.50. Od dłuższego czasu patrzę na kartkę z zapisanym numerem telefonu komórkowego: 0 

608 23 40 79 i odnoszę wrażenie, że nie jest mi on całkiem obcy. Cholera! Czyj to może być 

numer?

Zapisuję go ponownie, tym razem jednak w systemie trójkowym: 0 608 234 079.

To jest mój  numer! Kto by się tego spodziewał?! Proszę bardzo, jestem gotowa ponieść 

wszelkie   konsekwencje   niezapamiętywania   numerów   w   systemie   dwójkowym.   Na   swoje 

usprawiedliwienie — mogę podać go wyrwana ze snu w środku nocy, pod warunkiem jednak, że 

w systemie trójkowym. Dwójkowy przerasta moje możliwości. Węży jednak z całą pewnością 

nie zamawiałam! Nie zamawiałam i nie chcę ich widzieć w moim domu!

8.00. Przykrywam głowę kołdrą z nadzieją, że jeśli nawet przez pomyłkę przyjadą, żeby mi 

wcisnąć węża, to  i tak nie  usłyszę, a po drugie skoro jest sobota, to mam prawo pospać do 

południa.

11.50.  Telefon.   Wszystko,   co   było   do   zrzucenia   na   moim   nocnym   stoliku,   leży   już   na 

podłodze. Mówię więc całkiem spokojnie:

— Słucham.

— Brygida? Nie obudziłem cię?

— A skąd! Nie śpię już od siódmej trzydzieści, kiedy zaproponowali mi węża...

— Brygida? Jesteś pewna, że wszystko w porządku?

— Jasne! Tyle, że numer telefonu się nie zgadzał. To znaczy w systemie trójkowym był OK! 

A kto mówi?

background image

—  Brygida,   nie   wiem,   czy   już   się   obudziłaś...   Jeśli   nie,   mogę   zadzwonić   później,   ale 

chciałbym przed poniedziałkowym kolegium obgadać z tobą pewne szczegóły twojego wywiadu 

z tym lekarzem, który odkrył nową metodę leczenia cellulitis, bo uważam, że zbyt optymistyczne 

prognozy mogą wprowadzić w błąd nasze czytelniczki i łudzić je nieuzasadnioną nadzieją...

— Paweł? To ty?

— Ja.

— To nie mogłeś od razu powiedzieć, że nie jesteś facetem od węży, żmij i innych płazów?!

— Mogłem, ale przecież o to nie pytałaś!

— Jasne.

— Słuchaj, żeby nie było obsuwy na poniedziałkowym kolegium, musimy spotkać się dzisiaj 

i porozmawiać. Jeśli nie znajdziesz przekonywających argumentów, twój wywiad spadnie. Takie 

są zasady gry, wiesz o tym. Mogę wpaść do ciebie, tylko powiedz, o której będziesz wolna.

To bardzo śmieszne: „o której będziesz wolna”. W ogóle nie interesowały mnie zasady gry 

ani wywiad, ani to, że spadnie. Niech spada! Miałam swoje zdanie i było ono negatywne — nie 

ma   skutecznego   środka   na   definitywne   wyleczenie   cellulitis.   Jedyny   sposób  —   trzeba   go 

zaakceptować!!!

W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Bo teraz chciałam krzyczeć: „Cały czas 

jestem wolna! Każdego dnia jestem wolna! W nocy też! W każdej sekundzie jestem wolna! 

Tylko nikt się tym kompletnie nie interesuje!”

Ale przecież nie mogłam tego wykrzyczeć Pawłowi, koledze z pracy.

—  OK!   Wpadnij   do   mnie   na   herbatkę   po   południu,   około   siedemnastej.   Pogadamy  — 

powiedziałam, siląc się na obojętność.

Odłożyłam   komórkę   z   przeświadczeniem,   że   stało   się   coś   bardzo   ważnego,   czego   ja 

kompletnie   nie  rozumiem.   Paweł   zadzwonił,  żeby  ochronić  mnie  przed   ewentualną  wpadką! 

Wcześniej nikt nigdy tak się w stosunku do mnie nie zachowywał. Ale afera!

12.30. Od pół godziny siedzę w łazience. Kręcę włosy, robię makijaż, przymierzam kolejne 

kreacje i nagle poraża mnie myśl: muszę przecież czymś podjąć tego mężczyznę, który w końcu 

jest moim kolegą z pracy!

12.40. Przygotuję coś, co rzuci go na kolana. To nic, że tylko koleżeńsko-redakcyjne. Zawsze 

background image

jednak — kolana!

13.00.  Przerzucam   wszystkie   książki   kucharskie   i   wszystkie   przepisy   kulinarne.   No, 

powiedzmy sobie prawdę — tylko te łatwe i mniej pracochłonne.

13.10.  Yesss! Śliwkowy placek  babuni! Takiego nie jadł nigdy w życiu! Bo tylko  moja 

babcia   umiała   upiec   tak   wspaniały   placek   ze   śliwkami.   Dobrze,   że   zapisałam   sobie   kiedyś 

wszystko, co trzeba zrobić krok po kroku.

15.30.  Ratunku!   Ratunku!   Wrzeszczę,   ile   sił   w   płucach,   zbiegając   po   schodach,   ale   nie 

zapominam   jednocześnie   o   naciskaniu   wszystkich   napotkanych   po   drodze   dzwonków   do 

mieszkań.  Prawą ręką podtrzymuję mikser, bo jak puszczam, to on ciągnie mi głowę w dół i 

wyrywa włosy. W takiej chwili człowiek nie myśli o tak zwanych konwenansach.

Sąsiedzi   wyskakiwali   jak   sardynki   z   puszki,   ze   zdumieniem   konstatując,   że   ta   zimna, 

zdystansowana   młoda   dama   na   szpilkach   oszalała,   czego   koronnym   dowodem   jest 

niekonwencjonalny „stroik” na głowie! Korytarze na kilku piętrach szumiały pytaniami: „Co się 

stało? Czy to jakiś napad? Czy ktoś już dzwonił na pogotowie? Trzeba wezwać policję!”

Nie zdawałam sobie sprawy, że mam tylu sąsiadów. Wytoczył się nawet na wpół nagi cięć 

Janek z parteru, o którym wszyscy wiedzą, że bije żonę, a w dodatku nikomu się nie kłania.

Po  cholerę  do  niego   dzwoniłam?  Ale  czy  w  takim   stanie   można  wiedzieć,   do  kogo  się 

dzwoni?!

„Ja   chyba   zwariowałam”  —  przemknęło   przez   moją   obolałą   głowę.   Do   jakich 

nieprzewidywalnych zachowań zdolny jest człowiek w sytuacjach ekstremalnych?

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że przyciskam dzwonek sąsiadów uznawanych 

w bloku za głuchoniemych. Chciałam już popędzić dalej, kiedy drzwi nagle się otworzyły.

— Czy coś się pani stało? — zapytał rozkosznie słodkim głosem siwy starszy pan.

—  Nie mogę wyjąć trzepaczek od miksera!  —  Łzy płynęły mi z oczu ciurkiem.  —  Czy 

mógłby pan nacisnąć ten zielony przycisk za moim uchem, o tu, z boku? Tylko ostrożnie, bo to 

strasznie boli!... Wyrywa mi włosy!...

— Spokojnie, dziecko. — Och, jakiż on ma piękny głos! — Po prostu coś się zablokowało.

— Życie mi się zablokowało, proszę pana!

background image

— A? —  Poprawił w uchu aparacik słuchowy, ale jednocześnie puścił mikser uczepiony 

moich włosów i moja głowa poleciała gwałtownie w dół.

— Daj pan. Może ja spróbuję? — wyrwał się nagle uczynny cięć Janek.

— Nie trzeba! — rzekł z tryumfalnym błyskiem w oku starszy pan, wyszarpując z rąk Janka 

rzeczony mikser. — Niebezpieczeństwo zagrażające młodej damie zostało zażegnane.

Gapie   wstrzymali   oddech.   Jednym   sprawnym   szarpnięciem   starszy   pan   sprawił,   że 

wprawdzie zostałam oswobodzona od miksera, ale ciągle sterczały mi z głowy, chyba niezbyt 

typowe, lokówki!

Gapie, nie zauważywszy śladów krwi, co znaczyło, że lwy nie przystąpiły do akcji, uznali 

widowisko   za   skończone   i   skierowali   się   w   stronę   swoich   bezpiecznych   mieszkań.   Na   ich 

twarzach można było dostrzec uśmiechy ulgi i zadowolenia, że tym razem obyło się bez rzezi.

— Nic tak nie cieszy, jak cudze nieszczęście, co nie? — szepnął mi do ucha pan Janek, a ja 

natychmiast znalazłam się w oparach nie przetrawionego alkoholu.

Starszy   pan   zaprosił   mnie   na   herbatę.   Zamknął   drzwi.   Wprawdzie   byłam   uwolniona   od 

miksera,   ale   dwie   trzepaczki   do   ubijania   piany   nadal   sterczały   na   mojej   głowie.   Urocza, 

filigranowa żona starszego pana zapytała, jak to się stało.

—  To   miało   być   ciasto   dla   gości.   No,   dla   jednego   gościa  —  bełkotałam,   próbując 

jednocześnie wyplątać trzepaczki miksera ze swoich włosów.  —  Ubijałam białka na sztywną 

pianę, kiedy spadł mi na podłogę przepis na placek ze śliwkami. Zapomniałam wcześniej związać 

włosy i wystarczył moment. Schyliłam się i mnie wciągnęło...

W tym momencie szarpnęłam z całej siły i wiedziałam już, że oznacza to pozbawienie się 

znacznej ilości włosów. Uwolniona wreszcie od tych cholernych trzepaczek, które trzymałam w 

ręku jak wojenne trofeum, rozglądałam się w poszukiwaniu lustra.

— Lustro jest z tyłu, za panią, moje dziecko — powiedziała urocza starsza pani.

Obejrzałam się i moim oczom ukazał się całkiem łysy placek na skórze, o nieregularnym 

kształcie. Był  na tyle  widoczny,  że moi  wybawcy nie potrzebowali nawet okularów, aby go 

zobaczyć. W ich oczach malowało się zdziwienie, podczas gdy moje błyskawicznie napełniły się 

łzami. Tym  razem nie z bólu, a z rozpaczy.  Byłam  autentycznie  przerażona.  Złapałam swój 

„włosożerny” sprzęt i wybiegłam spłakana, ledwie wydusiwszy: „Dziękuję”.

17.00.  Dzwonek   do   drzwi.   Paweł.   Zdążyłam   się   jako   tako   doprowadzić   do   porządku. 

background image

Mieszkanie   także.   Ciasta   śliwkowego   nie   będzie.   Będzie   za   to   kompot.   Otwieram.   Paweł 

przygląda mi się uważnie.

— Jakaś nowa fryzura?

— Niezupełnie. — Czuję, jak łzy znowu zbierają mi się pod powiekami.

— Wiesz, ja się specjalnie na modzie nie znam, ale ładnie.

Z pewnością powiedział tak tylko przez grzeczność albo żeby podtrzymać mnie na duchu, bo 

nie podejrzewam go o zamiłowanie do ekstrawagancji. To, co miałam na głowie, czytaj: fryzura 

maskująca — było bardzo ekstrawaganckie.

17.10. Dzwonek do drzwi. Paweł stał bliżej, więc otworzył. Ja wycofałam się na bezpieczne 

pozycje, czyli do kuchni.

Po chwili Paweł stał już obok mnie z trzepaczką od miksera w ręce.

— Słuchaj, Brygida, czy taki starszy siwy pan pożyczał od ciebie mikser?

— Mmmm... — mruknęłam nieczytelnie.

— Przyniósł tylko jedną trzepaczkę. Będzie ci go oddawał na raty?

17.15. To, co w tym momencie huknęło, odwróciło na szczęście uwagę Pawła i od miksera, i 

od mojej fryzury. Podszedł do okna.

— Co się tam dzieje?

—  Nic nadzwyczajnego. Z budynku vis-á-vis już trzeci miesiąc, dzień po dniu, wysypują 

rękawem przez okna gruz. Oczywiście do kontenera, dlatego tak wali.

— Trzeci miesiąc? Ile można naprodukować gruzu w tak małym budynku?

— Nie wiem. Zaczynam podejrzewać, że oni dowożą ten gruz z drugiej strony i zrzucają z 

naszej z hukiem, żebyśmy się nie nudzili.

20.00. Z Pawłem chyba nie można się nudzić. Poprawiliśmy ten mój wywiad bez żadnych 

problemów i bez emocji. On naprawdę się na tym zna. A potem gadaliśmy i gadaliśmy, popijając 

wino na zmianę z kompotem, który Pawłowi bardzo smakował. Opowiedziałam mu o wężu i 

trójkowym systemie numerów telefonicznych. Popłakał się ze śmiechu. Żałuję, że nie miałam nic 

na kolację, ale przecież ja się odchudzam, a z placka wyszły nici. Może zostałby jeszcze dłużej, 

zamiast pędzić pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy z rodzicami. Słyszałam przecież, jak 

background image

burczało  mu  w żołądku,   ale  nie  mogłam   mu   proponować  zupy kapuścianej.  Pomyślałby,  że 

zwariowałam.

20.10. Paweł jest super! Ma śliczne oczy. Szkoda, że nie jest moim chłopakiem.

20.15. Dlaczego Paweł nie jest moim chłopakiem?! Przystojny, wysoki, niegłupi...

20.20. Paweł nie jest moim chłopakiem, ponieważ tata ostrzegał: „Pamiętaj, żadnych flirtów 

w pracy, Brygidko!” Nie jestem pewna, czy miał rację.

background image

30 września, niedziela

16.00. Stan psychiczny, dno wklęsłe! Przed chwilą dzwoniła mama i urządziła aferę, że nie 

przyjechałam   do   niej   na   obiad.   Chyba   jest   tępa!   Ciągle   nie   może   zrozumieć,   że   nie   jadam 

obiadów! Przynajmniej na razie.

16.15.  Jestem   być   może   niesprawiedliwa   w   stosunku   do   mamy,   ale   dzisiaj   mam   dzień 

użalania się wyłącznie nad swoim nędznym losem i jak widzę kogoś z uśmiechem na twarzy, kto 

jeszcze w dodatku jest szczupły, to wszystkie wnętrzności się we mnie przewracają. Na szczęście 

nikogo nie widzę, bo cały dzień siedzę sama (to już chyba tradycja), oglądam wszystkie seriale, 

jakie dziś nadają, i wcinam kapuścianą zupę. Katuję się tą zupą już trzeci dzień, ale warto, bo za 

następne trzy moja figura będzie smukła i wiotka, jak prezydenta RP, który też się podobno 

kapuścianą zupą odchudza — faceci będą padać u mych stóp jak muchy!

16.30.  Kiedy zamykam oczy, to widzę kapustę. A dziś w nocy śniło mi się, że handluję 

zieleniną w warzywniaku.

16.45. Najgorsze jest to, że ciągle jestem głodna, mimo że już nie wytrzymałam i zagęściłam 

sobie kapuściankę kolankami. To mój ulubiony makaron. Wsypałam tylko dwie garstki, no bo 

jak dieta, to dieta. Muszę być twarda. Wytrwam. Chyba...

17.00.  Wacek, jak to kot, patrzy na mnie (i na moją zupę) z politowaniem. Mnie też jest 

siebie żal, ale wczoraj wieczorem, po wyjściu Pawła, kiedy studiowałam w lustrze ze wszystkich 

stron swoją anatomię, odkryłam przyczynę  mojego braku powodzenia u facetów —  nadgryzł 

background image

mnie ząb czasu. Za grube uda, obwisłe pośladki, prawdziwy hipopotam... W końcu, jakkolwiek 

by patrzeć, to już ćwierć wieku z hakiem na karku. Lat  — 28, wzrost — 168, waga — 62, w 

porywach do 63. Straszne!

17.20.  Kochany Wacek! On jeden się o mnie troszczy.  Właśnie wrócił z przechadzki po 

gzymsie wzdłuż okien i przyniósł mi upolowanego w czyjejś kuchni schabowego.

17.30.  Dzwonię  do  wszystkich   sąsiadów  na  moim  piętrze,  ale  nikt   nie  przyznaje   się do 

kotleta. Czuję się jak idiotka, maszerując z tym schabowym w garści od drzwi do drzwi. Ale 

jestem z siebie dumna, bo zwyciężyła we mnie uczciwość nad głodem. Przy okazji dowiedziałam 

się, że pod trzydziestym czwartym mieszka ktoś nowy. Poszłam sprawdzić, chociaż to nie na 

moim piętrze. Jest całkiem seksowny. Szkoda tylko, że zobaczył mnie już dziś, a nie za trzy dni, 

po kapuścianej diecie. Wtedy na pewno przyznałby się do schabowego, nawet gdyby nie był 

jego. I to bez względu na piętro. Mam jakieś dziwne uczucie, że już go gdzieś widziałam.

18.00. Moje przyjaciółki to obrzydliwe, egoistyczne potwory. Nawet nie zadzwonią. Założę 

się, że obściskują się Bóg wie z kim i Bóg wie gdzie! (No, może Iwona nie, bo jest w ciąży i ma 

męża, a Ewa — właściwie też wiadomo z kim — doktorem Larneckim!) A ja cierpię, bo dłużej 

nie mogę już znieść świadomości, że ten rumiany, grubiutki kotlecik jest obecny w moim domu! 

Nie mam już siły walczyć ze sobą, postanowiłam więc położyć się do łóżka i przespać głód.

18.15.  Rumiany, grubiutki kotlecik był pyszny! Podzieliłam się sprawiedliwie z Wackiem. 

Zasłużył na to.

18.20.  Miałam   chyba   niedyspozycję   psychiczną   albo   chwilową   pomroczność,   skoro 

pomyślałam o położeniu się do łóżka w niedzielny wieczór. To jakieś nieporozumienie.

18.25.  Ale co można robić w niedzielny wieczór poza oglądaniem telewizji? Wyrzuciłam 

wszystko z torby w poszukiwaniu programu telewizyjnego i znalazłam darmową wejściówkę, 

którą dostałam na dzisiejszą premierę w Multikinie. Szkoda tylko, że jedną. Ale jak się jest po 

podwójnej przecenie, to już nawet bilety dają wyłącznie pojedyncze i na dostawiane krzesełko. 

background image

Gdyby nawet dali dwa, nie miałabym przecież z kim pójść!

18.30. Nie zawracaj głowy, Brygido, tylko się pospiesz. Seans zaczyna się o siódmej.

18.35. Cholera, gdzie mogłam wsadzić różowe kabaretki?

...Może znajdę jakiś wolny fotel i wygodnie sobie usiądę. I kiedy tak już będę sobie siedziała, 

przyjdzie spóźniony, wysoki, kulturalny, samotny, odrobinę roztargniony brunet...

Aha! I powie, że to miejsce tydzień temu zarezerwowała mu narzeczona!

18.50. Dociskam gaz do dechy. Żeby tylko było miejsce do parkowania w pobliżu kina. Jest! 

Mam nadzieję, że nikt nie zauważy oczek w rajstopach. Kabaretki gdzieś wcięło.

21.00. Po wyjściu z kina same przyjemności: założyli mi blokadę na koło, nie mogłam złapać 

taksówki,   na  dodatek   zaczęło   padać.   Jakby  nie   dość   tego,   że   pomyliłam   seanse  —  ten,   kto 

wymyślił, że jedno kino ma mieć osiem sal, musi za to odpowiedzieć! — to wylądowałam nie na 

premierowej projekcji, a na jakimś idiotycznym filmie o trzydziestoletniej, samotnej, obżerającej 

się czekoladą i pralinkami dziewczynie, która jest na permanentnej diecie, walczy z przynajmniej 

dwoma nałogami naraz, ma wieczny bałagan w domu i w głowie, która nieustannie czeka  na 

swojego księcia,  a jej najlepszym  przyjacielem jest gej!!! I jeszcze  bohaterka  miała  na imię 

Bridget!

21.05. Chryste! Przecież to o mnie!!!

background image

1 października, poniedziałek

9.40.  Wreszcie   jestem.   Po  skandalach  związanych   z  wykupieniem  samochodu   od  Straży 

Miejskiej — zabawa od 7.30 +ogołocenie kieszeni z zaskórniaków — jestem w redakcji gotowa 

na odparcie każdego ataku. Paweł też jest, ale jakiś taki dziwnie zatroskany. Nawet nie pyta, 

dlaczego się spóźniłam 40 minut. W końcu ile można pytać, prawda? Podchodzi do mojego 

biurka (a jednak będzie kazanie) i pyta:

— Jak mama?

Nic nie rozumiem. Skąd ta nagła troska o moją mamę? Podbiega Monika i pod pretekstem 

podania mi jakichś papierów odciąga mnie gwałtownie na bok.

— Właśnie odwiozłaś mamę do szpitala — szepcze bardzo podekscytowana.

— Ja? Nie mogłam jej odwieźć, bo założyli mi blokadę na koło i od rana...

— To wersja dla Pawła, kretynko! Nie rób takiej głupiej miny.

Zaczynam rozumieć. Ale czemu mama? Mniejsza z tym. Kochana Monika. Zawsze mnie 

ratuje   z   tarapatów.   Rzucam   jej   dziękczynne   spojrzenie   i   zabieram   się   do   pracy.   Za   chwilę 

kolegium.

Szybka korekta artykułu o seksie po czterdziestce, po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce... itd. 

Myślę, że spokojnie można dojść do setki. Ciągle tylko o tym. Zrób to rano, zrób to wieczorem, 

zrób to zamiast... Niedobrze mi się robi!

12.30. Ledwo zdążyłam po tej strasznej nasiadówie, zwanej szumnie burzą mózgów, usiąść 

przed komputerem — podchodzi Paweł.

— Dzwonią ze szpitala — mówi z wyraźną troską.

— OK, Paweł, sorry, nigdy więcej, obiecuję...

background image

— Co ty wygadujesz? — obrusza się. — Biegnij, lekarz czeka!

Teraz   już   kompletnie   zwariowałam.   Nic   nie   rozumiem.   Podnoszę   słuchawkę   pełna 

najgorszych przeczuć.

— Słucham, Brygida Janoska.

—  Tu   doktor   Larnecki.   Dzwoniłem   do   pani   mamy,   ale   nie   odbiera   telefonu.   Ponieważ 

zostawiła mi pani numer na wszelki wypadek, dzwonię do pani. Musimy powtórzyć badania. 

Wyniki   są,   niestety,   nie   najlepsze.   Musimy   mieć   pewność   przed   podjęciem   decyzji.   Proszę 

przywieźć mamę jeszcze dzisiaj. Najlepiej za godzinę. Będę na panie czekał.

Nogi się pode mną ugięły i musiałam złapać się krzesła.

— Dobrze. Będę z mamą za godzinę — wykrztusiłam szeptem.

Wybiegam do toalety. Monika za mną. Jest przerażona.

— Wybacz, nie chciałam, skąd mogłam wiedzieć!... Nigdy więcej, nigdy więcej nie zrobię 

czegoś takiego! Boże, co ja narobiłam?! — biadoli.

Nie mogę pozbierać myśli. Gdyby to było coś poważnego, na pewno zadzwoniłaby Ewa... 

Bzdura, dlaczego miałaby dzwonić? Nikt nie lubi być posłańcem złych wiadomości! Zresztą czy 

lekarze zwierzają się narzeczonym z przypadłości swoich pacjentów?!

13.00. Jesteśmy w szpitalu. Mama dziwnie spokojna. Nie domyśla się niczego. Mówi, że to 

nic poważnego, że podejrzewają zwyrodnienie stawów, ale od tego się nie umiera. Zabierają 

mamę na badania. CZEKAM!

13.10. Obserwuję życie szpitalnego korytarza i nagle zaczynam się modlić: „Boże, dziękuję 

Ci, że jestem zdrowa. Przynajmniej na ciele, bo czy także na umyśle — tego już nie jestem tak 

bardzo pewna”.

Nagle poraża mnie myśl: czy lekarz zadzwoniłby osobiście, gdyby chodziło o zwyrodnienie 

stawów?

CZEKAM!

13.30. Tylko spokojnie. Mam straszną ochotę na papierosa, ale przecież nie palę od ośmiu 

miesięcy. Myśl o pożądaniu papierosa też mnie przeraża. Zaczynam wpadać w panikę. Dlaczego 

to tak długo trwa? Co można badać przez pół godziny?!

background image

13.50. Aaaa! Wrzeszczę na cały szpital i zrywam się jak poparzona, bo ktoś dotknął mojego 

ramienia.

— Proszę się uspokoić. — Słyszę łagodny, męski głos. — Doktor Larnecki. My się chyba 

znamy, prawda?

— Nie!!  To znaczy,  być  może!  —  Nie wiem,  co powiedzieć, ale mam nadzieję, że nie 

pamięta upiornego Balu Absolwentów i mojej totalnej kompromitacji.

— Rzeczywiście, trudno to nazwać znajomością — nieoczekiwanie zgadza się ze mną.

— No, właśnie! Spotkaliśmy się najwyżej przelotnie — mówię z nadzieją w głosie.

—  Wielka szkoda, że tylko przelotnie.  —  Patrzy na moje włosy.  —  Ma pani fascynujące 

włosy. Najpierw były niebieską burzą a la Einstein, a potem marchewkową feerią, czy tak?

— No, właśnie! — Przytakuję jak idiotka i myślę, że jednak, niestety, pamięta. Robi mi się 

bardzo gorąco.  —  Ale nie sądzę, aby wzywał mnie pan tutaj po to, żeby rozmawiać o moich 

fascynujących   włosach  —  desperacko   zdobywam   się   na   odwagę.   „Wielka   szkoda,   że   tylko 

przelotnie! Palant!” Naturalnie, że nic nie powiem Ewie.

— Przepraszam za niezręczną poufałość. — Uśmiechnął się zniewalająco i właściwie mnie 

załatwił. — Wyniki zaraz będą. Proszę do mojego gabinetu. Pani mama powinna już tam być.

—  Za   chwilę,   dobrze?  —  Odwracam   się  na   pięcie   i   pędzę   do   toalety,   żeby   ochłonąć   i 

doprowadzić się do porządku.

Patrzę w lustro i myślę: „Boże, Boże! Dlaczego jestem taką kompletną kretynką, która nie 

odróżnia   żartu   od   dosadności,   serdecznego   zainteresowania   od   nachalnego   podrywu?!   I 

wystawiam durne kolce jak mały jeż na środku autostrady przed nadjeżdżającym tirem”.

14.00. Wracam. Modlę się, żeby mama już była. Jest! Odczuwam ogromną ulgę. Myślę, że 

taką   może  odczuwać  niemowlak  przystawiony   do  piersi  matki   po  kilku  godzinach  samotnej 

niepewności w łóżeczku. Dlaczego nikt mnie nie odciął od pępowiny, do jasnej cholery?!

— To moja młodsza córka — ćwierka mama rozkosznym głosem — już ją panu doktorowi 

przedstawiałam. Podobna do mnie, prawda?

Co jest? Nie widzę żadnych symptomów choroby. Za to słyszę prawie szeptem dodane:

— I całkowicie wolna, ha, ha, ha! — śmieje się moja rzekomo ciężko chora matka.

Kluska z powrotem wraca do gardła, a nogi tracą pewność siebie.

background image

— Nie dziwię się, że jest pani dumna z córki. — Mam wrażenie, że oboje prowadzą jakąś 

grę, której reguły uknuli już dawno. — Czy pani też miała takie piękne włosy? — Uśmiecha się 

łobuzersko, ale nie do mnie, tylko do mojej matki. Mam tego dość. Jestem wściekła.

—  Bardzo   przepraszam,   panie   doktorze,   ale   ja   muszę   wracać   do   redakcji.   Byłabym 

wdzięczna, gdyby zechciał mi pan powiedzieć, co dolega mojej mamie.

— Na szczęście — nic! — Śmieje się jak z dobrego kawału. — W laboratorium pomylono 

nazwiska. Tak jak się spodziewałem, dzisiejsze wyniki zupełnie wykluczyły powody do obaw. Z 

pani   mamą   jest   wszystko   w   porządku  —  powiedział   to   takim   tonem,   jakby   chciał   dać   do 

zrozumienia, że ze mną niekoniecznie.

14.20. Z  ulgą opuszczam gabinet doktora Larneckiego, najprzystojniejszego lekarza w tej 

części Europy, który jest narzeczonym mojej najlepszej koleżanki z liceum i nie pamięta niczego 

poza moimi niekonwencjonalnymi fryzurami!

14.25. Siedzimy już w samochodzie, gdy nagle słyszę rozmarzony głos mojej mamy:

— Cudowny człowiek!

Wpadam   w   szał.   Zaczynam   krzyczeć,   że   tak   nie   można,   że   nie   ma   prawa   tak   mnie 

wystawiać, że to nie jest w porządku... Nagle milknę. Mama aż odpięła pasy, żeby móc lepiej 

mnie widzieć. Spodziewała się tego?

— Mamo — mówię wolno i bardzo spokojnie — popatrz mi prosto w oczy. I powiedz, czy ta 

„pomyłka” w laboratorium nie była przypadkiem sprawką pani Tereski i twoją?

— Coś podobnego! — wykrzykuje mama i z powrotem zapina pasy.

Mama doskonale udaje oburzenie, ale mnie nie oszuka.

— Zrobiłyście to?! Nie mogę uwierzyć! Naprawdę to zrobiłyście?

Mama odwraca głowę w stronę szyby, udając, że pasy się pokręciły i trzeba je zapiąć jeszcze 

raz. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

background image

Ciągle poniedziałek

15.00.  Odstawiłam mamę do domu. Nie miałyśmy specjalnie ochoty przedłużać spotkania, 

tym bardziej że od pewnego momentu — milczącego. Nie, niczego nie miałam jej za złe. Nawet 

imponowało mi to, że zdobyła się na „czyn tak szalony!” Wiem przecież, że to z miłości do 

córki, która nie potrafi sobie ułożyć życia.

15.30. Stoję w korku. Dzwonię do redakcji i pytam Pawła, czy jest sens, żebym przebijała się 

przez miasto w godzinach szczytu.

— Nie ma — powiedział krótko. — Czy wszystko w porządku?

— Mam nadzieję, że tak.

—  To jedź do domu. Może uda ci się jutro przyjechać wcześniej i rzucić okiem na kilka 

nowych artykułów. Zostawię na twoim biurku.

—  Chętnie  —  odpowiedziałam   głosem   osoby   torturowanej,   której   pierwsze   płomienie 

zaczynają lizać stopy.

15.40.  Stoję w korku i zastanawiam się, jaką specjalizację ma doktor Larnecki. Ortopeda? 

Chirurg? Jeśli chirurg, to być może postawił taką diagnozę: tej starzejącej się pannie należy 

wyciąć koło ratunkowe na biodrach, fryzurę i mamę!

16.00.  Prawie wczołguję się do swojego mieszkania. Wacek miaucząc, ociera się o moje 

nogi. Otwieram lodówkę — pusta. Nakładam Wackowi na miseczkę resztkę Whiskasa. Resztkę 

resztki.

background image

16.10. Muszę zrobić jakieś zakupy. Dlaczego nie załatwiłam tego po drodze? Bo myślałam o 

doktorze Larneckim. Zanim wpadnę w obsesję i zacznę układać sobie w myślach szczęśliwe, 

dostatnie   i   zdrowe   życie   z   narzeczonym   mojej   najlepszej   szkolnej   koleżanki,   napiję   się 

koniaczku.

16.15. Trochę za wcześnie na koniaczek. No, to zaparzę sobie herbatę.

16.20. Drobiazgowa kontrola kuchennych szafek. Raport końcowy brzmi: zero herbaty, zero 

cukru, zero chleba. A to znaczy: zero wszystkiego!

16.35.  Jestem w pobliskim supermarkecie. Do chleba dotrę za jakąś godzinę, mijając po 

drodze kosmetyki,  ciuchy,  naczynia i telewizory.  Może tym  razem uda się przemknąć obok, 

udając, że mnie nie interesują. Kosmetyki, nie telewizory!

17.00. Nie udało się. W koszyku leży już zestaw pierwszej pomocy do włosów w składzie:

1. szampon koloryzujący (oby na cywilizowany kolor),

2. szampon do włosów po farbowaniu,

3. odżywka do włosów po farbowaniu,

4. specjalna odżywka w ampułkach (była promocja: przy zakupie zestawu otrzymuje się 

dodatkową   ampułkę   gratis;   szkoda,   że   nie   perukę   na   wypadek,   gdyby   po   kuracji 

wypadły wszystkie włosy), a także kaseta wideo z kilkoma odcinkami Ostrego dyżuru 

(obrona   przed   obsesją   wyraźnie   słabnie)   oraz   kieliszki   do   koniaczku.   Idealnie   się 

złożyło, bo nie będę musiała pić z literatki.

Stoję   w   gigantycznej   kolejce   do   kasy   zadowolona,   bo   koszyk   prawie   zapełniony.   Jego 

spożywczą zawartością mogłabym nakarmić pułk wojska. Ale lubię kupować, żeby mieć. Nie, 

żeby jeść, bo przecież się odchudzam. Konsekwencje są takie, że co zajrzę do lodówki, to pusta, 

a nie przypominam sobie wizyty pułku wojska.

17.30. Wykładam wszystko na taśmę. Kasjerka z kolczykami ogromnymi jak koła młyńskie 

przesuwa kody paskowe, patrząc na mnie podejrzliwie. Niestety, właściciele kolorowych włosów 

zwracają na siebie uwagę. Sprawnie pakuję zakupy do sześciu, nie — jednak do siedmiu dużych 

background image

reklamówek i z dziką satysfakcją wręczam tej nieufnej kwoce moją kartę Maestro.

Ona robi jakieś sztuczki i po chwili patrzy na mnie wzrokiem bazyliszka, który wie, że za 

chwilę pożre swoją ofiarę, ale trochę mu jej żal.

— Karta jest zablokowana, nieczynna — oświadcza lodowatym głosem.

Koła młyńskie w jej uszach osiągają rozmiary kosmiczne, a kolejka, w której stałam, ba — 

sąsiednie także  —  zastygają w bezruchu. Czuję na sobie tysiące świdrujących oczu. W mojej 

głowie w ułamku sekundy przetacza się burza. Rozpatruję różne scenariusze: zapadnięcie się pod 

ziemię albo zakupy na koszt firmy. Ani jedno, ani drugie nie wchodzi w rachubę.

Mężczyzna stojący przy sąsiedniej kasie odwraca się nagle.

O!   Doktor   Larnecki   robi   zakupy   tam,   gdzie   ja...   Jak   to   miło,   prawda?   Zauważył   mnie. 

Podchodzi... Jest coraz bliżej... To nawet dobrze, bo zaraz zemdleję i będzie musiał mnie cucić... 

Mam nadzieję, że zrobi to fachowo...

Osuwając się na ziemię, słyszę:

— Ile wynosi rachunek tej pani?

background image

Ciągle poniedziałek.

Nieźle zaczął się ten tydzień

19.00. Telefon dzwoni, kot miauczy, dziecko Wietnamczyków jeżdżąc chodzikiem po moim 

suficie, masakruje mi głowę.

A co się stanie z moją głową, kiedy będą mieli siedmioro dzieci? Na razie mają troje. Tak się 

tylko zastanawiam, przecież nie jestem rasistką!

Zaczynam wyłapywać jakieś inne dźwięki. 

— Dobrze, kochanie. Przyjedź najszybciej, jak możesz. Może powinnaś zostać z nią do rana. 

Jest skrajnie wyczerpana. A dzisiaj jeszcze ta historia z jej matką...

— Oczywiście, że powinna wziąć urlop.

— Naturalnie, żyje przecież w permanentnym stresie. Na dodatek kompletnie samotna.

— No, tak. Ale kot nie może być partnerem na życie!

— To dobry pomysł. Porozmawiaj z nią. Sądzę, że to poważniejsza sprawa.

— Zabierz z apteczki to, co powiedziałem. Zapisałaś dokładnie?

Odniosłam niejasne wrażenie, że ta rozmowa dotyczy mojej osoby. Nie wiedziałam tylko 

dlaczego.   Podniosłam   głowę   i   zobaczyłam   wszystkie   torby   z   zakupami   oparte   o   ścianę   w 

przedpokoju. Wacek drapał je łapami, próbując dostać się do środka. Niczym nie wzruszony 

doktor   Larnecki   wielkimi   krokami   pokonywał   przestrzeń:   kuchnia,   przedpokój,   salon   i   z 

powrotem. Ja leżałam na moim łóżku. W ubraniu! Bluzkę miałam rozpiętą. Stanik też... Co za 

świnia! Gwałtownie usiadłam na łóżku.

—  Co   pan   tu   robi?!   —  Starałam   się   nadać   mojemu   głosowi   groźny   ton.  —  Proszę 

natychmiast stąd wyjść!

— Uspokój się, dziecko...

background image

— Natychmiast proszę wyjść z mojego mieszkania! Nie spodziewałam się, że jest pan zdolny 

do tego, żeby wykorzystać zasłabnięcie...

— Brygidko —  powiedział najłagodniejszym głosem, jaki słyszałam i jakiego mogłabym 

słuchać do końca swoich dni — przywiozłem cię do twojego domu karetką pogotowia, ponieważ 

zemdlałaś i długo nie mogłem cię docucić, a w szpitalu nie ma ani pół wolnego łóżka. Wniesiono 

cię na noszach do mieszkania, zbadał cię lekarz z pogotowia, dostałaś zastrzyk. Wszystko masz 

zapisane w karcie. Proszę. Ale właściwie wydaje się, że jesteś zdrowa. Za chwilę przyjedzie Ewa 

i na wszelki wypadek zostanie z tobą do rana.

„Dlaczego nie pan, doktorze?” — pomyślałam, ale głośno wyjąkałam:

— Kot jest głodny.

— Dobrze, zaraz dostanie jeść. Poleż sobie przez trzy dni w łóżku. Mam wrażenie, że jesteś 

potężnie   przemęczona.   Wypisałem   ci   zwolnienie.   Musisz   je   potwierdzić   u   swojego   lekarza 

pierwszego kontaktu.

— A mama?

— Do niej nie będę dzwonił, mogłaby się niepotrzebnie zmartwić. Na razie nie dzieje się nic 

złego. Jeśli będziesz miała ochotę, zadzwonisz do niej sama, prawda?  —  Wkładał płaszcz.  — 

Poczekam jeszcze chwilę na Ewę i pojadę do szpitala. Mam dzisiaj nocny dyżur i jestem już 

sakramencko spóźniony.

— Panie doktorze... zachowałam się jak przygłup...

— Mam na imię Piotr, wiesz przecież, prawda? — Uśmiechnął się i popędził do drzwi, bo 

właśnie ktoś dzwonił.

Nie ktoś, tylko Ewa. Poszeptali coś w korytarzu. Cmok, cmok. Zgrzytnął zamek. W drzwiach 

mojej sypialni stanęła Ewa.

—  Super wyglądasz, Brygidko  — powiedziała.  —  Dawno nie widziałam cię w tak dobrej 

formie!

Nagle   zaczęłyśmy   się   śmiać   jak   wariatki,   jak   za   dawnych   szkolnych   czasów.   Od   razu 

poczułam się lepiej. Właściwie, całkiem dobrze. Chciałam wstać z łóżka, ale Ewa pozwoliła mi 

pójść tylko do łazienki, szybko się umyć, włożyć piżamę. Oczywiście za dużą o dwa numery, 

męską! Przez ten czas nakarmiła Wacka i zaparzyła herbatę. Dla mnie ziołową, melisę. Dla siebie 

zieloną. Wcisnęła mi w garść jakieś dwie malutkie tableteczki.

— No, dziewczynko — powiedziała — wypij to, a potem będziemy gawędzić o wszystkich 

background image

ważnych sprawach. Jeśli będziesz miała ochotę, oczywiście. Jeśli nie, możesz natychmiast zasnąć 

i odespać wszystkie zarwane noce.

—  Na szczęście mam  double-bed —  ziewnęłam ostentacyjnie.  —  Pościel jest w szafie  na 

dole. Wyjmij sobie — powiedziałam, udając, że zasypiam.

Zdecydowanie nie miałam w tej chwili nastroju na pogawędki z Ewą.

background image

Nie   wiem,   jaki   to   dzień,   jeśli   to   w   ogóle   dzień   (później   okazało   się,   że   wtorek,   2 

października). Nie wiem nawet, czy śpię, czy wszystko to dzieje się na jawie.

Siedzę   przed   telewizorem   i   oglądam   teleturniej.   Na   trzy   pierwsze   pytania   odpowiadam 

bezbłędnie. Może sama powinnam wystąpić w takim programie? A gdyby na przykład zapytali 

mnie o jakiś wzór chemiczny albo rzekę na Borneo? Narobiłabym strasznego wstydu sobie i 

mamie, która uważa, że włożyła mnóstwo wysiłku w moją edukację.

Szóste pytanie —  nie wiem! Dlaczego nie wiem? Bo dotyczyło  największych  miłości w 

literaturze świata! Prawidłowa odpowiedź brzmiała: Romeo i Julia.

—  Przegrałaś!  —  krzyczy na mnie jakiś karzeł prowadzący program.  —  To było pytanie 

podchwytliwe! Nie ma miejsca na miłość w dzisiejszych czasach! Odpadasz!

— Jak to: nie ma miejsca na miłość?! — beczę, a karzeł przybliża do mnie swoją obleśną 

twarz i tuż przy moim nosie wybucha śmiechem.

Chyba się budzę, być może tylko na chwilę. Słyszę z oddali buczącą lodówkę, a tuż obok 

pomrukującego, chrapiącego Wacka, który wpakował się do mojego łóżka.

Nie   ma   nic   piękniejszego   i   bardziej   banalnego,   nieprzyzwoicie   kiczowatego,   jak   zachód 

słońca nad morzem. I plaża. Leżę na plaży.

Po plaży zawsze spaceruje jakaś para o zachodzie słońca. Trzymając się za ręce!

On jest sam i nikogo nie trzyma za rękę. Zbliża się do mnie, jest już bardzo blisko, zrywa ze 

mnie kostium kąpielowy i każe towarzyszyć sobie w spacerze.

„W pobliżu  mojego bloku nie ma  plaży  —  myślę  gorączkowo  —  jak również w moim 

mieście ani w tej części kraju, i na dodatek ciągle pada, nie ma więc mowy o spacerach”.

Dzwoni telefon. Chyba trzeba wstawać... Niedobrze, nie umiem przekonać samej siebie, że 

to naprawdę zwykły dzień i nie ma żadnej taryfy ulgowej na plażę.

background image

Słyszę, jak ktoś udając mnie, rozmawia przez telefon. A może to ja?

— Halo?

— Cześć, Brygidko. — Magda używa zdrobnienia mojego imienia tylko wtedy, gdy czegoś 

ode mnie oczekuje. — Jak się miewasz? — Oho! Musi jej naprawdę zależeć. Czuję, jak zwija się 

w supełek. Postanawiam jej pomóc.

— Czy coś się stało?

— Zapisałam się na kurs wizażu.

— I...?!

— Wiesz, muszę wreszcie zacząć w siebie inwestować, czyli znaleźć trochę czasu dla siebie. 

Michał poleciał wczoraj na miesiąc do Australii, nie popilnowałabyś Kuby? Wiesz, żeby lekcje 

odrobił i tak dalej. Tylko we czwartki wieczorem. Proszę! A ja będę mogła skończyć ten kurs i 

może w przyszłości przestanę zajmować się skupowaniem antyków i namawianiem nadzianych 

kretynów, żeby ze snobizmu coś kupili!

Rozumiem sytuację mojej siostry, ale ja i rozwrzeszczany, rozpuszczony Kubuś! Nie!!!

— OK! — mruczę, wydając na siebie wyrok. W końcu to przecież moja rodzona siostra prosi 

mnie o pomoc.

W tym momencie słyszę stanowczy głos Ewy:

— Brygida?! Oddaj mi, proszę, telefon.

I prawie szeptem mówi do słuchawki kilka słów.

— Właśnie umówiłam się z siostrą...

— Z nikim się nie umówiłaś.

— Czy to znaczy, że moja siostra nie dzwoniła?

— Dzwoniła, ale na nic nie jesteś umówiona.

— A Kubuś?

—  Kubuś wykończy cię w ciągu piętnastu minut. Jeśli chcesz jako tako funkcjonować, to 

musisz  odpocząć przynajmniej  przez kilka dni. Musisz być  asertywna  i nie na wszystko  się 

zgadzać! Rozumiesz?

— Która godzina?

— Dwunasta.

— W nocy?

— Nie. W samo południe.

background image

— Boże, od kilku godzin powinnam być w redakcji!

— Ale nie jesteś. Zadzwoniłam do twojego szefa i powiedziałam, że jesteś chora.

—  Boże,   przecież  wyrzucą   mnie   z  pracy!  —  Zerwałam   się  łóżka.  —  U nas  nie   wolno 

chorować!

— Jak człowiek jest chory, to jest chory. Bez względu na to, gdzie pracuje! — oświadczyła 

stanowczo Ewa. — Wracaj do łóżka! Powiedziałam, że masz zwolnienie na trzy dni.

—  Obawiam się, że to, co zrobiłaś, Ewo, nie zadziała na moją korzyść  —  stwierdziłam i 

przykryłam  się  kołdrą  aż  po  czubek  głowy.   Pierwszy  raz  w życiu  nie   miałam   ochoty  z  nią 

rozmawiać.

Po   kilku   godzinach   obudził   mnie   zapach   gotowanego   rosołu   i   cudownie   aromatycznych 

przypraw.

Ewa podała mi obiad do łóżka. Czułam się głupio. Przecież jestem zdrowa, a Ewa powinna 

być na uczelni albo zajmować się swoim życiem. Czyli doktorem Larneckim. Bardzo, ale to 

bardzo nie chciałam, żeby się nim zajmowała. Toteż kiedy zapytała o moje życie intymne (to 

była   nowość,   bo   choć   byłyśmy   bardzo   dobrymi   koleżankami,   nigdy   nie   dotykałyśmy   tego 

tematu), zapaliły się wszystkie ostrzegawcze światełka w mojej głowie.

— Jest OK — powiedziałam.

— Co jest OK? — zapytała niewinnie.

— No, że nie jest źle.

— Ale z czym?

— W ogóle z życiem.

— Brygida, przestań się wygłupiać. Jesteś sama, nie masz faceta, nie masz domu, nie masz 

nikogo bliskiego. A kot to nie jest partner, zapamiętaj sobie!

— To mój problem! — krzyknęłam, nagle dotknięta do żywego.

— Niekoniecznie. Jak wyobrażasz sobie dalej swoje życie?

—  Nic na siłę! Myślę, że w końcu znajdę jakiegoś faceta, który zatrzyma się przy mnie 

dłużej niż przez pięć minut. I będzie to ktoś, kogo na pewno będę akceptowała! A także, co jest 

oczywiste, on będzie akceptował wszystkie moje wariactwa!

— Masz kogoś na oku?

— Może...

— Brygida, nie oszukuj się...

background image

—  Ewo,   a   gdybym   ci   powiedziała,   że   moim   ideałem   jest   twój   narzeczony,   to   jak   byś 

zareagowała?

— Zastanowiłabym się...

—  Nad czym? Czy warto go kochać? Warto! Czy warto mieć z nim dzieci? Warto! Czy 

warto zostawić dla niego wszystko, łącznie z karierą zawodową, choćby tylko po to, aby rodzić 

mu te dzieci, stworzyć rodzinę i dom? Warto! Czy warto pójść z nim na koniec świata, jak 

mówiły nasze babcie? Warto! No i co? O co jeszcze chcesz mnie zapytać? Czy zakochałam się w 

nim? Jeszcze nie. Ale mogłabym! Jeśli chcesz go zatrzymać, jeśli chcesz być z nim na zawsze, to 

zrób coś szybko, bo za chwilę może być za późno!

— Zastanawiam się...

— Jasne! Ewa, podobno to ty miałaś zadawać mi pytania, które uleczą moją chorą duszę w 

cudowny sposób. Teraz ja mówię do ciebie. Dziewczynko! Ze mną wszystko jest OK! Natomiast 

ty musisz szybko wracać do domu i czekać na niego. Bo może pojawić się pielęgniarka albo 

pacjentka z niewinnym bukiecikiem fiołków, który zniszczy twój świat!

—  Brygida?!   —  Patrzyła   na   mnie   oczami   ogromniejącymi   z   przerażenia   i   niepewności. 

Wiedziałam, że go kocha i że jest bezradna. — Czy ty to mówisz poważnie? — Jej głos drżał.

— Tak. Wracaj szybko do domu, ja sobie poradzę. To ty jesteś zagrożona, ponieważ nigdy 

nie przyszło ci do głowy, że taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa, prawda?

— Dziękuję ci, Brygida. — Ewa była spłoszona i zagubiona.

Wstałam, nałożyłam szlafrok i zapytałam, jaki jest dzień tygodnia.

— Wtorek, wpół do piątej. Bardzo długo spałaś — powiedziała Ewa, pakując do małej torby 

podróżnej swoje rzeczy. — Brygida, tu masz leki, które Piotr zalecił. I bardzo cię proszę, zostań 

jeszcze przynajmniej jutro w domu, dobrze?

—  Postaram   się,   ale   niczego   nie   obiecuję  —  odparłam,   sama   dziwiąc   się   swojej 

stanowczości.

„To po tych tableteczkach tak dobrze śpię” — pomyślałam.

Wkrótce trzasnęły drzwi, za którymi  zniknęła  Ewa, moja najlepsza koleżanka ze szkoły, 

bardziej zagubiona niż ja z całą moją samotnością i drobnym inwentarzem.

Najważniejsze   jest   to,   że   miałam   poczucie   dobrze   spełnionego   obowiązku.   Do   pewnego 

momentu, powiedzmy! Bo dlaczego to ona ma mieć doktora Larneckiego, a nie ja? Trzeba było 

odbić jej tego Larneckiego! I pójść za nim na koniec świata!

background image

Ty głupia blondynko! Nie pomoże ci malowanie włosów na dowolnie wybrany kolor! Do 

końca życia pozostaniesz tylko blondynką!

17.00.  Zjadłam   małe   co   nieco.   Jajecznicę   na   boczku   i   pomidorach.   Mniam!   Dobrze,   że 

wczoraj zrobiłam zakupy, bo chorowanie przy pustej lodówce byłoby równoznaczne ze śmiercią 

głodową.   Właściwie   zakupy   zrobił   doktor   Larnecki.   Piotr...   Moje   dwa   wewnętrzne   demony 

dopadły mnie:

— Przestań o nim myśleć, Brygido, bo to się źle skończy!

— Tylko przez chwilkę.

— To może być zgubna chwilka!

— No to mniej niż chwilkę. Wyobraźmy sobie, że to nieprawda, że zostałam wniesiona na 

noszach. To sam Piotr wniósł mnie na własnych rękach? A ja tuliłam się do niego i nieświadomie 

rozchylałam usta do pocałunku...

—  Już   to   widzę,   jak   cię   wnosi,   uginając   się   pod   ciężarem   sześćdziesięciu   czterech 

kilogramów plus bezwładność!

— To wszystko przez te kalorie!

17.30.  Leżę w łóżku i myślę o tych przeklętych kaloriach. Sądzę, że kalorie to takie małe 

robaczki. Właśnie czuję, jak pełzają po moim ciele. Każda szuka miejsca na zbudowanie igloo z 

komórek tłuszczowych.

17.40.  Telefon. Dzwoni Paweł, żeby zapytać, jak się czuję, czy może trzeba mi w czymś 

pomóc,   przynieść  jakieś owoce,  nie  powinnam  martwić   się  kolejnym  numerem,  on  za  mnie 

przygotuje te trzy artykuły, zrobi korektę, właśnie siedzą dzisiaj trochę dłużej, może kotu trzeba 

kupić coś do jedzenia, Monika pozdrawia, pyta, czy nie wpaść, uszy do góry, musisz odpocząć, 

Wojtek też pozdrawia i pani Zuzia, i wszyscy, zadzwonimy do ciebie jutro, ale gdybyś czegoś 

potrzebowała — poza spokojem — dzwoń. OK!

18.00.  Zaszyłam się w łazience. Postawiłam na stołku miseczkę z mieszanką orzechowo-

rodzynkowo-migdałową.   Pycha!   Zrobiłam   sobie   eksperymentalny   makijaż,   który   sprawił,   że 

moje rzęsy przypominają wachlarze upstrzone gdzieniegdzie mrowiem tłustych perełek, a usta 

background image

wyglądają jak splecione ze sobą dżdżownice. Generalnie prezentuję się ponętnie. Moje pulchne 

paluszki   mają   zadziwiająco   szerokie   spektrum   działania   w   dziedzinie   zdobywania   pokarmu. 

Pewnie w poprzednim wcieleniu były prosiaczkiem tropiącym trufle. Miseczka pusta, po pysznej 

mieszance ani okruszka! Badam pojemność swojego żołądka. Jestem chyba jakimś przedziwnym 

odkurzaczem, wiecznie nienasyconym.

18.30. Postanowiłam nauczyć się medytować. Ponoć należy w tym celu starać się oddychać 

kolanem. To chyba nie jest dobra metoda, gdyż za każdym razem, kiedy próbuję się na tym 

skupić, dopadają mnie upiorne wizje. Widzę, jak moje ciało astralne fruwa pod nieboskłonem, na 

którym zamiast słońca połyskuje gigantyczna rzepka kolanowa spowita w tiul i satynę... Stop 

medytacjom!

19.00.  Na starość zostanę bajkopisarką. Będę się odżywiać mielonymi  kotletami z sosem 

grzybowym  i demoralizować  młode  niewinne  duszyczki  baśniami  o brutalnych  krasnoludach 

skrytobójcach,   którzy   seksualnie   ciemiężą   swoje   branki.   Co   ja   bredzę?!   Na   pomoc! 

Zwariowałam! Jeszcze trochę i wyląduję w psychiatryku.

19.30. Telefon. Dzwoni Ewa, pyta, czy wszystko w porządku, czy chcę, żeby przyjechała do 

mnie, czy wzięłam lekarstwa, dziękuje mi za ostrzeżenie, wiedziała, że na mnie się nie zawiedzie, 

że Piotr pozdrawia, że w przyszłym tygodniu muszę zrobić wszystkie podstawowe badania, że u 

niego w klinice będzie najprościej, że teraz powinnam mieć trochę spokoju i odpocząć. OK!

20.00. Telefon. Dzwoni Magda, że tak się wyrwała z tym Kubusiem, zresztą zrezygnowała z 

tego kursu wizażu, bo po co jej to, dlaczego jakaś Ewa wyrwała mi słuchawkę, dlaczego nie 

mogłam z nią rozmawiać, czy wszystko jest w porządku, gdybym czegoś potrzebowała, to mogę 

na nią liczyć, że ostatnio nie najlepiej wyglądałam, powinnam mieć trochę spokoju i odpocząć. 

OK!

20.20.  Telefon.   Dzwoni   mama,   że   dzwoniła   do   niej   Magda   zaniepokojona   moim 

zachowaniem, czy na pewno wszystko jest w porządku, czy nie jestem przypadkiem chora, jeśli 

tak, to natychmiast mam do niej przyjechać, ona się mną zaopiekuje, nie może jednak zostawić 

background image

Luli (olbrzymia dobermanka), jeśli już postanowiłam jutro nie pójść do pracy — chyba wiem, co 

robię — to może podrzuci mi po drodze, jadąc do fryzjerki, jakieś kolorowe magazyny, żebym 

zobaczyła, co się nosi, bo ostatnio rzeczywiście wyglądam jak strach na wróble, ten mój tygodnik 

kobiecy jest niezły, ale... a w ogóle powinnam gdzieś wyjechać w jakimś dobrym towarzystwie, 

żeby trochę odpocząć. OK!

21.00. Jestem nieludzko zmęczona. Nie chce mi się nawet oglądać telewizji.

Kładę się do łóżka — o tej porze, to skandal! — z nadzieją, że przyśnią mi się pulchniutkie, 

barokowe aniołki podparte tłustymi rączkami na chmurce. Takie z Rafaela.

background image

3 października, środa

10.00. Już dawno tak długo i tak dobrze nie spałam. Rany! Nie muszę iść do pracy! Czuję się 

jak na wagarach i jest super! Dzisiejszy dzień spędzę na:

—  podlewaniu kwiatków (sztuk trzy), o których od dwóch tygodni zapominam. Może się 

okazać, że nie mam już czego podlewać;

— sprzątaniu mieszkania — tu na pewno nie okaże się, że nie mam już czego sprzątać;

—  czytaniu   kolorowych   magazynów,   którymi   przed   chwilą   zarzuciła   mnie   moja   mama, 

twierdząc, że wyglądam gorzej niż strach na wróble.

10.40.  Wszystkie  kwiatki nadal  żyją,  chociaż  jednym  opiekuje się Wacek.  W  sumie  nie 

wiem, które z nas dwojga ma gorszy stosunek do roślin.

10.55.  Zaczynam   sprzątać   kuchnię,   próbując   zeskrobać   z   lodówki   coś   czerwonego   i 

klejącego się.

11.15. Zmiatam z kredensu okruszki w ilościach wystarczających na nowy bochenek chleba.

11.25.  Odkrywam   nowe   przestrzenie   w   szafkach   po   wyrzuceniu   czternastu   pustych 

opakowań po: ryżu, czekoladkach, kawie, wafelkach, makaronie, kakao i produktach bliżej nie 

znanych.

11.50.  Szoruję   łazienkę   za   pomocą   nowego,   rewelacyjnego   środka,   którego   połowę 

zawartości wlałam do miski. Może dlatego wszystko jest w cudownej pianie?

background image

12.15. Opanowałam pianę, która próbowała wymknąć się spod kontroli. Łazienka lśni!

12.25. Odkurzam dywan w pokoju, odkrywając jego prawdziwy wzór spod sierści Wacka.

12.40.  Układam wszystko  to, co w dziwnych  i trudnych  do wyjaśnienia okolicznościach 

zmieniło miejsce swojego pobytu. Na przykład skarpetkę, która nie wiadomo dlaczego znalazła 

się na półkach z książkami.

13.00.  Ze szklanką soku pomarańczowego, na który w pełni zasłużyłam, zabieram się do 

przeglądania kolorowych magazynów i podjęcia kwestii stracha na wróble. Kiedy rano mama 

wpadła z tą stertą i popatrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła dziką istotę z buszu, poczułam się 

urażona. Teraz nabieram coraz większego przekonania, że uwagi mamy nie były pozbawione 

racji.

13.30. Stoję w łazience przed lustrem, z jakimś kolorowym magazynem w garści i wgapiam 

się  w  swoje  szlachetne  oblicze.   Coś  ściemniają!  Ja  robię   makijaż,   żeby  zatuszować   krostki, 

plamki, sińce pod oczami — a o tym w gazetach w ogóle nie ma mowy. Mowa jest natomiast o 

makijażach podkreślających  urodę! Dlaczego nigdy nie zwróciłam na to uwagi, przeglądając 

„moje” pismo? Krostki, plamki i sińce powinny być  na tym  etapie już dawno zlikwidowane 

dzięki   stu   rodzajom   maści,   toników,   kremów   i   maseczek.   A   ja   cały   czas   żyłam   w 

nieświadomości! No, tak, szewc bez butów chodzi! Niestety, nowo zdobyta czy dopiero teraz 

uświadomiona wiedza zamiast mnie oświecić i uszczęśliwić, wpędziła mnie w popłoch. A stało 

się to z dwóch powodów:

— po pierwsze, musiałabym nie jeść, nie płacić rachunków i chodzić wszędzie pieszo, żeby 

było mnie stać na stosowanie się do cennych rad;

—  po drugie, musiałabym mieć większe mieszkanie, żeby pomieścić wszystkie niezbędne 

produkty, które pozwoliłyby mi normalnie żyć.

I nie chodzi tu tylko o makijaż i cerę. Właściwie całe moje życie wydaje się błędne:

— nie mam ciuchów na każdą okazję;

—  nie stosuję cudownych diet, do których posiłki trzeba przygotowywać pół dnia, i to z 

background image

produktów,   których   nazwy   widzę   po   raz   pierwszy   na   oczy   (co   innego   moja   ukochana  — 

znienawidzona zupa kapuściana, która starcza mi na trzy dni);

—  mieszkanie   mam   urządzone   w   stylu   doszczętnie   profanującym   feng-shui,   łącznie   ze 

ścianami w nieodpowiednim kolorze;

— nie dbam wystarczająco o stopy, paznokcie, dłonie oraz łokcie, do których istnieje chyba 

jeszcze więcej kosmetyków niż do twarzy;

— piję herbatę w nieodpowiednim kolorze;

—  bezwstydnie   obnoszę   swój   cellulitis   po   ulicy,   zamiast   leżeć   plackiem   w   gabinecie 

kosmetycznym zawinięta w srebrną folię jak kanapka;

— włosy właściwie powinny owinąć się wokół szyi i udusić mnie za to, jak je traktuję;

—  nie mam ani jednego bibelotu, książki, płyty czy flakonika perfum, które są polecane 

przez specjalistów albo gwiazdy ekranu;

— piorę majtki w nieodpowiednim proszku;

— mój horoskop zwykły, chiński, celtycki oraz biorytm są niekorzystne;

— no i wreszcie NIE MAM MĘŻCZYZNY!!!

Czuję się tak, jakbym już nie żyła. Jak ja mam się po tych wszystkich rewelacjach pozbierać? 

Może naprawdę powinnam  pójść do psychiatry. Nie, najpierw napiszę anonimowo, z prośbą  o 

poradę, do kącika psychologicznego w moim tygodniku dla kobiet. Albo od razu pójdę do pani 

Zuzi,   żeby   z   nią   pogadać,   bo   ona   udziela   czytelniczkom   lepszych   rad   niż   ta   zarozumiała 

psycholog, która wpada do nas na chałturę.

16.00. Z depresyjnego otępienia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Mama!

— No i co, słoneczko? Podoba ci się ten zielony sweterek z wrześniowego „Twojego Stylu”? 

Prawda, że śliczny? — świergocze.

Jak ona dała sobie radę po lekturze tego wszystkiego? A może od lat — tylko ja o tym nic nie 

wiem   —  przestrzega   tych   wszystkich   zaleceń?   Chyba   powinnam   udać   się   na   terapię   dla 

Anonimowych Kobiet Nieprzystosowanych do Nowoczesnego Społeczeństwa.

— Halo, słoneczko! Dlaczego się nie odzywasz?!

—  Mamo,   nie   mam   kremu   przeciw   zmarszczkom,   żelu   na   rozstępy   ani   odpowiednio 

wyprofilowanego fotela. Nie zrobiłam w tym tygodniu peelingu ani płukanki. Pójdę do piekła! — 

Wybucham płaczem, wyliczając wszystkie braki i niedociągnięcia mojego życia.

background image

Tym razem mama się nie odzywa.

—  Posłuchaj  —  mówię   głosem   zdesperowanej   osoby,   która   chce   skoczyć   z   trzynastego 

piętra. — Nie jestem bizneswoman, mam za duży telefon komórkowy, złe oświetlenie w łazience 

i nie mam faceta — wyliczam dalej, chlipiąc.

—  A, więc o to chodzi!  —  odkrywa Amerykę.  —  Kochanie, nadeszły trudne czasy dla 

kobiet. Musisz wziąć sprawy w swoje ręce! — Oto jej bojowa pointa.

— Co masz na myśli? — pytam ostrożnie, wycierając nos.

— Zrób listę wszystkich mężczyzn godnych zainteresowania, wpisz obok ich wady i zalety, 

no i startuj do tego, który wypadnie najlepiej!

— Wszystkich trzech? W tym jeden zajęty przez koleżankę?!

Cisza. A swoją drogą, moja mama i takie słownictwo: „startuj”, „na kogo wypadnie!”

— Wiesz, Brygido, nigdy ci tego nie mówiłam, ale do twojego ojca też musiałam zabrać się 

sama.   Przez   jego   chorobliwą   nieśmiałość   miałybyście   z   Magdą   zupełnie   innego   tatusia.   Na 

szczęście wkroczyłam w to zdecydowanie i...

— Czy to znaczy, że ta cała historia, jak ratował cię, kiedy topiłaś się na Mazurach...

— ...oczywiście jest bzdurą! Zawsze świetnie pływałam. Ojciec większość tamtych wakacji 

spędził na pomoście albo za drzewem, podglądając mnie pływającą jak ryba w jeziorze. Kiedy 

wychodziłam z wody, on pędził z powrotem do pensjonatu. Pewnego dnia miałam już tego dosyć 

i zaczęłam wrzeszczeć, że złapał mnie kurcz. On wskoczył do wody na ratunek, a ja zapytałam 

niewinnie: „Popływamy?”

— Aha! Mhm... Dzięki, mamo, za radę.

— Pamiętaj, Brygida: lista, kandydat i do ataku!

— Lista, kandydat i do ataku! — powtórzyłam.

Moja mama zdecydowanie powinna zapisać się do jakiejś partii.

Przy najbliższej okazji zrobię listę kandydatów na mężczyznę mojego życia.

background image

4 października, czwartek

7.00.  Obudziłam się sama. Sama! Och, wydarzeniem nie jest to, że w łóżku nie miałam 

żadnego faceta — to niestety, stan permanentny nie tylko każdego ranka, ale i każdego wieczora. 

„Obudziłam się sama” znaczy, że nie zdążył zadzwonić budzik. To ma kolosalne znaczenie, bo 

może właśnie dzisiaj uda mi się nie spóźnić. Wczoraj, kiedy Paweł do mnie zadzwonił, zapisałam 

w notesie: „Ważny Autor — może będę z nim dłużej współpracowała”.

Paweł powiedział, że nie wypada się spóźniać i że jeżeli uda mi się go namówić na pisanie 

powieści w cotygodniowych odcinkach (Sienkiewicz też pisał w odcinkach i dostał Nobla), to 

szef obiecał specjalną premię.

Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście dostałabym nagrodę, to może pojechałabym na jakąś fajną 

zagraniczną wycieczkę. Marzę o Paryżu. Czuję, że to miasto dla mnie.

7.30.  Chyba   jednak   się   spóźnię.   Nie   wiem,   jak   to   się   stało,   ale   znów   przysnęłam   i   nie 

usłyszałam budzika. Będzie afera! Zrywam się i biegnę do łazienki. Co za szczęście, że nie 

mieszkam z żadnym facetem, który blokowałby mi łazienkę przez cały ranek!

8.17. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale już siedzę w samochodzie. Trzy minuty przed czasem. 

Wygląda na to, że zdążę!

8.35.  Wiem już, że nie zdążę. Na poprzednim skrzyżowaniu czułam, że coś jest nie tak z 

samochodem. Dodawałam gazu, a on nie dość, że słabo jechał, to jeszcze kołysał się na boki i coś 

szarpało kierownicą.

Kiedy stałam na światłach, jakiś wstrętny typ z volkswagena odkręcił szybę i krzyknął:

background image

— Nie żal ci tego koła? A w ogóle, to kto ci dał prawo jazdy, ofiaro?!

Nie skomentowałam tego chamstwa. Zjechałam na trawnik i zaczęłam się zastanawiać, co 

zrobić z tym kołem. W anegdotach o blondynkach jest tak, że jak blondynka staje obok zepsutego 

samochodu, to natychmiast ustawia się kolejka facetów, którzy pałają dziką żądzą, aby jej pomóc 

w   naprawie.   W   moim   przypadku   było   natomiast   tak,   że   przez   pierwsze   dziesięć   minut 

zainteresowała się mną jedynie straż miejska, ostrzegając, że za parkowanie na trawniku grozi mi 

mandat. I żeby ta straż miejska była chociaż męska! Skąd! Dwie dziewczyny, które powiedziały, 

że nie mają nawet prawa jazdy oraz bladego pojęcia o samochodach. Jak szybko przyszły, tak 

szybko poszły.

8.45. Nie wiem, gdzie jest koło zapasowe. Obejrzałam cały samochód i nie mogę go znaleźć 

(później   dowiedziałam   się,   że   jest   ukryte   pod   spodem   i   wyciąga   się   je,   kręcąc   śrubą 

zainstalowaną  w  bagażniku).  Najgorsze   jest  to,  że   wieczorem  włączyłam   komórkę,   żeby  się 

ładowała, i rano z pośpiechu zapomniałam ją zabrać. Nie mogę więc zadzwonić ani do Pawła, ani 

po pomoc drogową. Co z tego, że Magda nakleiła mi na desce rozdzielczej kartkę z numerem 

pomocy drogowej napisanym ogromnymi cyframi?! Co z tego, skoro nie mogę zadzwonić, bo nie 

mam telefonu? Zastanawiam się, czy te duże cyfry mają sugerować, że jestem dzieckiem czy że 

jestem niedorozwinięta. Mam nadzieję, że ani jedno, ani drugie, tylko życzliwe: „Brygidko, nie 

jesteś sama, pomoc drogowa jest po to, żeby ci pomóc, jak sama nazwa wskazuje”.

9.00.  Jestem pewna, że w tej chwili Paweł zastanawia się, czy wylać mnie z pracy, zanim 

dogadam   się   z   Autorem,   który   mógłby  z   dużym   sukcesem   dla   obu   stron   zawrzeć   z   nami 

długoletnią umowę, czy zaraz po tym, jak to zrobię.

9.05.  Jest facet! Elegancki, superprzystojny, na dodatek w bmw. Zatrzymał się i od razu 

zaczął mnie podrywać. Że niby nie wie, czy może mi pomóc, czy w ogóle powinien angażować 

się w pomaganie takiej pięknej kobiecie, bo co powie mój mężczyzna, kiedy się dowie, że jakiś 

obcy wymieniał mi koło. „Co on pieprzy?”  —  pomyślałam. Byłam tak zdenerwowana, że jak 

głupia wypaliłam, że nie mam żadnego mężczyzny. Przez chwilę patrzył na mnie nieufnie, po 

czym powiedział ze złośliwym uśmiechem:

— Jeśli tak atrakcyjna dziewczyna jest sama, to coś musi być nie w porządku! Lesba?!

background image

Wsiadł w tę swoją beemkę i odjechał. Gdybym mogła, to bym go zabiła!

9.10. To ja zostanę zabita i umrę w wymyślnych torturach zadawanych mi przez Pawła. Ten 

Autor mógł wyciągnąć redakcję z dołka, na co wszyscy liczyli. Paweł zaproponował, żebym to ja 

poprowadziła negocjacje, bo znam się na literaturze i na pewno mi się uda. Dostałam naprawdę 

odpowiedzialne zadanie! A ja tu sterczę jak ostatnia palancica! Tak się wściekłam na Bonda z 

bmw, że z całej siły uderzyłam pięścią w dach samochodu. W dachu zrobiło się małe wgniecenie, 

a ja sparaliżowana stresem dopiero po chwili poczułam, że boli mnie ręka.

9.15.  Powrót   Bonda!   A  już   zaczęłam   się   rozglądać   za   taksówką.   Widocznie   ruszyło   go 

sumienie i zawrócił na najbliższym skrzyżowaniu. Udaję, że go nie widzę. Ja patrzę w niebo, a 

on zmienia mi koło. Po chwili wyciąga telefon i podsuwa mi pod nos. Ciągle się do niego nie 

odzywam, ale biorę telefon i dzwonię do Pawła. Chwała Bogu, jeszcze mnie nie wylał. Tylko 

dlatego, że Autor się spóźnia.

9.28. Bond zmienił koło, zabrał komórkę i pojechał. Zdążyłam tylko bąknąć:

— Dziękuję.

Ależ ja jestem sakramencko głupia! Taki facet! A ja nawet nie wiem, jak się nazywa ani jaki 

ma numer telefonu!

9.29. Bóg czuwa nad głupimi. Bond zostawił mi wizytówkę na desce rozdzielczej.

9.30.  Pędzę do pracy, łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego. Na szczęście nie było 

glin.

9.50.  Nienawidzę Pawła! Zakładał, że się spóźnię, i umówił mnie z Autorem na dziesiątą. 

Kochany Paweł! Zawsze mówiłam, że jest w porzo...

17.30.  Wróciłam do domu. Zmęczona, ale strasznie z siebie dumna. Autor jest mój i jest 

szansa, że współpraca przyniesie fantastyczne efekty. Yesss!

background image

18.00.  Nakarmiłam   Wacka,   zjadłam   małe   co   nieco   i   wyszykowałam   się   jak   na   randkę. 

Dzwonię   do   Bonda  —  przecież   po   to   zostawił   wizytówkę.   Telefon   wyłączony   albo   poza 

zasięgiem.

18.15. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem.

18.40.  Telefon   wyłączony   albo   poza   zasięgiem.   Otworzyłam   butelkę   wina   i   wypiłam 

lampeczkę.

19.00. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Druga lampeczka.

19.30.  Telefon   wyłączony   albo   poza   zasięgiem.   Włączam   telewizor,   żeby   obejrzeć 

„Wiadomości”. Trzecia lampeczka.

20.00.  Telefon   wyłączony   albo   poza   zasięgiem.   Butelka   pusta.   Zawsze   mogę   otworzyć 

następną.

23.00.  Zupełnie   zapomniałam   o   tableteczkach   od   doktora   Larneckiego   i   zasypiam 

nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie kocha.

background image

5 października, piątek

7.00. Za oknem szaro, pada deszcz i jest ohydnie. Pędzę do łazienki. Wacek plącze mi się 

pod   nogami,   demonstrując   swoje   niezadowolenie,   że   nie   zajęłam   się   najpierw   jego   pustymi 

miseczkami. Wreszcie z godnością wkracza do łazienki, wskakuje na wannę i przygląda się, jak 

próbuję jednocześnie myć zęby i czesać włosy.

7.20. Szafa! Oczywiście spódnica, o której myślałam, myjąc zęby, leży na samym dnie szafy 

i jest tak wygnieciona, jakby służyła za posłanie Wackowi. Chyba nawet jeszcze z koleżanką.

A tyle razy obiecywałam sobie, że wszystko uprasuję i przygotuję poprzedniego wieczoru. W 

rezultacie żelazko stoi nie używane od miesięcy, a ja ćwiczę wariant: sweterki i spodnie, które się 

nie gniotą.

Jak   to   robią   dziewczyny,   które   codziennie   przychodzą   do   pracy   w   innej,   odprasowanej 

bluzce, dopracowanej fryzurze, nie mówiąc już o makijażu, a jeszcze męża nakarmią i dziecko do 

przedszkola   odprowadzą  —   pozostanie   dla   mnie   na   zawsze   tajemnicą.   Nie   nadaję   się   do 

małżeństwa. Już wiem, sytuację rozwiązałby związek partnerski  —  każde z nas prowadzi taki 

tryb życia, jaki mu się podoba, bez prawa ingerencji w życie tego drugiego, a od czasu do czasu 

robimy   sobie   przyjemności.   Dlaczego   tylko   „od   czasu   do   czasu”?   Chyba   nie   najlepiej   to 

wykombinowałam.

7.30.  Z   zamyślenia   wyrywa   mnie   Wacek   ocierający  się   o  moje   nogi.   Kurczę!   Późno,   a 

jeszcze muszę mu dać jedzenie.

— A nie mogłeś sobie od rana jakiegoś kotlecika upolować, mój kochany kotku?

Wacek miauczy negatywnie. Chyba nie mógł.

background image

9.10.  Udało mi się prawie nie spóźnić. Pani Zuzia zerknęła tylko dyskretnie na zegarek. 

Nawet nie pytała, co się stało. A przecież naprawdę może mi kiedyś strzelić rura w łazience — 

tylko kto w to uwierzy?

9.30. Koło mojego biurka przesunęła się jak cień Dorota. Chyba w poszukiwaniu Pawła. O! 

Ta to się nigdy nie spóźnia i od rana ma tysiące loczków ufryzowanych na głowie.

— Ten sweterek już chyba wczoraj widziałam, kiedy szłaś na spotkanie z naszym Autorem 

— szepnęła. — Ładny, chociaż bardzo podobny do tego sprzed kilku dni.

Zołza! Nienawidzę perfekcyjnych, zorganizowanych kobiet.

16.40. Wychodzę z redakcji. Paweł, który idzie ze mną na parking, pyta z troską w głosie, 

czy już na pewno dobrze się czuję i czy może mi w czymś pomóc.

—  Dzięki  — odpowiadam. —  Przepraszam, Paweł, ale się śpieszę. Obiecałam mamie, że 

oddam jej film do wywołania, taki z naszych zeszłorocznych świąt. Wrzuciłam go do szuflady i 

dopiero   w   zeszłym   tygodniu   sobie   o   nim   przypomniałam.   Zdjęcia   są   super   i   mama   chciała 

dodatkowe odbitki z trzech klatek. No i wczoraj po nie pojechałam, ale zrobili nie te, co trzeba.

— Trzeba było im podać numerki wybranych klatek — powiedział Paweł.

— Przecież podałam. Dlatego się wkurzyłam, że prostych trzech zdjęć nie potrafią odbić, i 

kazałam jeszcze raz zrobić odbitki według podanych przeze mnie numerków.

— A co robisz jutro? — zapytał, tak jakoś przeciągając słowa.

—  Iwona zaprosiła mnie na weekend do ich chatki na kurzej łapce za miastem. Zamykają 

sezon letni na działce.

— No to hej! Do zobaczenia w poniedziałek.

— Hej!

17.15.  Jestem w zakładzie fotograficznym. Odebrałam zdjęcia, wyjmuję je z koperty i nie 

wierzę własnym oczom! Znowu nie te zdjęcia, na dodatek zrobili te same co wczoraj! Teraz 

naprawdę się wkurzyłam. Wieczorem mama znowu zadzwoni i zapyta o zdjęcia. Już słyszę jej 

głosik: „Brygida, kochanie, co się z tobą dzieje. Na tobie już zupełnie nie można polegać. Pomału 

przestaję się dziwić, że nie potrafisz ułożyć sobie życia”.

background image

—  Proszę   pana  —  mówię   spokojnym   głosem,   choć   poziom   adrenaliny   podnosi   mi   się 

niebezpiecznie — prosiłam wczoraj, żeby pan zrobił odbitki zdjęć numer jedenaście, szesnaście i 

dwadzieścia trzy. A co mi pan dał w kopercie?

Wziął ode mnie film i spokojnie, klatka po klatce, zaczął go przeglądać. Popatrzył na mnie 

jak na idiotkę i powiedział:

— To są zdjęcia numer jedenaście, szesnaście i dwadzieścia trzy.

Teraz  ja  wzięłam  film,  zaczęłam   go  przeglądać  i  nogi   się  pode  mną   ugięły.   Szepnęłam 

najciszej, jak mogłam:

—  Przepraszam. Proszę teraz zrobić zdjęcia numer dwanaście, siedemnaście i dwadzieścia 

cztery.

Zapłaciłam i szybko wyszłam. Jadę do domu wyprasować wszystkie bluzki i spódnice. Może 

nawet wypastuję buty.

background image

6 października, sobota

9.00. Telefon. Dzwoni Iwona, że są już pod domem i czekają na mnie.

—  Już  wychodzę!  —  krzyczę   w słuchawkę,   wrzucając  do  torby kosmetyczkę,   piżamę  i 

Krainą   pozytywek  Tomasza   Małyszka,   okrutną,   męską   powieść   o   zbrodni   bez   motywu. 

Jednocześnie próbuję wyszarpnąć z włosów lokówki. Wacek plącze mi się pod nogami i strasznie 

przeszkadza. Aha, muszę jeszcze wyciągnąć suszarkę do włosów z kontaktu, wyjąć z lodówki 

jedzenie   dla   Wacka   i   przełożyć   do   miseczki,   wyrzucić   żwirek   i   nasypać   świeży.   Już.   Całe 

szczęście, że drzwi się nie zatrzasnęły, kiedy biegłam do zsypu, bo klucze zostały oczywiście na 

stole.

9.10. Co oni robią z tą windą?! Przyciskam i przyciskam, a tu nic. Ktoś gdzieś blokuje. O 

Boże! Kot! Rzucam się do drzwi mojego mieszkania, otwieram trzy zamki anywłamaniowe, 

wpadam do kuchni i wyciągam przerażonego Wacka z lodówki.

—  Wacek, ty kochany debilu,  jak możesz  włazić do lodówki, kiedy ja się śpieszę?!  — 

Prawie płakałam, pocierając go ręcznikiem, żeby się rozgrzał. Dobrze, że zauważyłam go kątem 

oka, kiedy wyjmowałam rybę, chociaż pomyślałam, że tylko mi się wydawało.

9.20. Przesadziłaś, Brygida — powiedział Bartek, mąż Iwony, kiedy trzasnęłam drzwiami ich 

samochodu.

— Sorry, nie chciałam tak trzasnąć.

— Przesadziłaś nie z trzaskaniem, ale z grzebaniem się — wyjaśnił. — Jak długo można na 

ciebie czekać — powiedział z wyrzutem.

— Strasznie was przepraszam, ale musiałam wyjąć kota z lodówki.

background image

Popatrzyli na siebie i nie odezwali się już ani słowem. „Zanosi się na to, że będzie miło” — 

pomyślałam.

9.40.  Chce   mi   się   płakać.   Moja   torba   z   piżamą,   zmianą   bielizny,   ciepłym   swetrem   i 

wszystkimi akcesoriami została w domu.

background image

7 października, niedziela

17.00. Wacek ma nadęty pyszczek, bo opuściłam go na 32 godziny! Wskoczył na parapet i 

udaje, że mnie nie widzi.

— Chodź tu, wariacie, opowiem ci, jak było.

Wacek nie jest zainteresowany.  A było  rewe...! Wczoraj  wieczorem rozpaliliśmy grilla  i 

piekliśmy różne pyszności: kiełbaski, szaszłyki, udka z kurczaka itd. Piliśmy wino albo piwo (to 

panowie w liczbie trzech). Ja byłam oczywiście bez pary. Miał, co prawda, przyjechać jakiś 

kolega Bartka i wystąpić w roli mojego towarzysza, ale zadzwonił straszliwie wkurzony, że nie 

może trafić, więc wraca do Poznania. Lepiej, że nie przyjechał, skoro taka ofiara. Między nami 

mówiąc, ja też bym nie trafiła, ale przecież nie jestem mężczyzną, prawda?

Potem panowie rozpalili ognisko, jako że paniom zrobiło się zimno. Dobrze, że Iwona dała 

mi swój polar, bo umarłabym  z zimna. Siedzieliśmy blisko ognia, piliśmy wino albo piwo i 

opowiadaliśmy sobie różne śmieszne historie. Taki konkurs. Najlepsza była Anka, siostra Bartka, 

która jest nauczycielką.

Wyjęła swój telefon komórkowy i powiedziała:

— To będzie historia pewnego SMS-a, którego dostałam od Jaśka.

Jasiek to jej narzeczony.

Jasiek rzucił się na nią z krzykiem:

— Anka, proszę, nie!!!

— Wyluzuj się, Jasiek! — śmiała się Anka. — Uwaga, czytam: „Kocham Cię od A do Z, z 

uwzględnieniem ą, ę, ć, ź, ń, ale najbardziej kocham Twój przecinek!”

Ryknęliśmy śmiechem.

—  Cicho! —  zawołała Anka.  —  To dopiero początek historii. Następnego dnia w szkole 

background image

dyrektorka   zrobiła   mi   niespodziewaną   wizytację   na   lekcji   polskiego.   Przyszła,   świecąc   tym 

swoim drucikiem na zębach. Kto to widział, żeby w tym wieku dbać o zgryz?!

—  Pani Kubiak, proszę kontynuować  —  powiedziała bez cienia zachęty i posadziła swój 

kwadratowy tyłek w ostatniej ławce.

— Dzisiaj poznamy imiesłów przysłówkowy, który oznacza czynność lub stan towarzyszący 

tej czynności, na przykład „czytając, uczę się” — zapowiedziałam temat.

Potem napisałam na tablicy parę przykładów i poprosiłam uczniów o podanie własnych. 

Zgłosił się Adam Biedrzycki, któremu wróżę przyszłość w Chippendalesach.

— Patrząc na panią, oczekuję — powiedział, spoglądając mi prosto w oczy.

Dyrektorka głośno chrząknęła. Postanowiłam przywołać na odsiecz Małgosię Wolską, którą 

każdy prezydent mógłby śmiało uczynić swoim rzecznikiem prasowym.

—  Czytając  Chłopów,  poznasz   wiele   ciekawych   rysów   życia   ludu  —  wyrecytowała 

Małgosia, a ja zapisałam to zdanie na tablicy.

Potem miałam swój niezwykle  interesujący wykład,  ubarwiony wypowiedziami  uczniów, 

cytatami z literatury i filmów współczesnych. Cud, miód i kultura. Dyrektorka nie mogła się do 

niczego przyczepić.

Po lekcji, kiedy zostałyśmy już same, podeszła do mnie z tym swoim rusztowaniem w jamie 

ustnej.

— Gratuluję, pani Kubiak, świetnie... Ale co u pani z przecinkiem?

Zbladłam, a następnie spurpurowiałam jak kisiel „Słodka chwilka” dr Oetkera.

— Słucham?

— Zapomniała pani o przecinku. Proszę spojrzeć na tablicę, tutaj i tutaj. Przecinka nie można 

lekceważyć, bo wszyscy poniesiemy konsekwencje. Do pani należy wyjaśnienie uczniom, do 

czego służy przecinek i kiedy się go używa. Inaczej obleją egzamin dojrzałości. Czy pani wie, że 

taki niepozorny przecinek może przeszkodzić młodemu człowiekowi w karierze? — zakończyła 

relację Anka.

Teraz już wyliśmy tak, że rozszczekały się wszystkie psy w okolicy.

Dzisiaj na pożegnanie panowie, zataczając się ze śmiechu, chórem wrzasnęli:

— Dbajcie dziewczynki o swoje przecinki!

21.00. To jednak cudowne mieć dom tylko dla siebie.

background image

8 października, poniedziałek

8.45.  Dzień zaczął się średnio pomyślnie. To znaczy właściwie nie wiem, bo wprawdzie 

znowu zaspałam, ale w drodze do pracy usłyszałam w radiu horoskop na dzisiaj: „Czeka cię miła 

niespodzianka”.

9.10.  Siedzę przy komputerze i skracam artykuł o nowej generacji leków odchudzających. 

Nawet mnie to wciągnęło.

9.30. Telefon. Mama! A prosiłam, żeby nie dzwoniła do redakcji! No dobrze, przyjechała do 

mnie w środku nocy, czyli nad ranem, żebym wiedziała, że mnie kocha. Niech będzie.

9.30 i 23 sekundy.  Nie mogę otrząsnąć się z szoku! To jest po prostu niemożliwe. Moja 

mama rozmawiała ze mną przez telefon — a raczej mówiła do mnie przez telefon — tylko 23 

sekundy! To, co powiedziała, jest również niewiarygodne: „Mam do ciebie prośbę”. Niczego nie 

żąda, nie każe, tylko ma prośbę. To znaczy, że wkrótce nastąpi koniec świata. Zaprosiła mnie na 

lunch do mojego ulubionego chińskiego baru. Chyba nie mam dzisiaj urodzin?

12.30. Siedzę z mamą w moim ulubionym chińskim barze, jem moją ulubioną sałatkę i nagle 

słyszę, jak mama mówi tym swoim najsłodszym głosem, który zapowiada nadejście tornado:

— Wiesz, słoneczko, jadę do sanatorium. Wyobraź sobie, że doktor Larnecki był tak miły i 

załatwił mi Kudowę Zdrój.

Poczułam mrowienie na karku: doktor Larnecki kazał mi się zgłosić na badania do jego 

kliniki.   Nie   mogę   się   tam   nigdy   w   życiu   pokazać,   bo   przecież   wtedy  w  znacznym   stopniu 

symulowałam.  I wydaje  mi  się, że on w końcu się tego domyślił.  Zemdlałam  na chwilę,  to 

background image

prawda. W tych  marketach  zawsze robi mi  się niedobrze  po półgodzinie.  Nie wiem,  czy to 

sprawa oświetlenia czy wentylacji, a wówczas jeszcze dodatkowo ten skandal z kartą. Ale gdy on 

usiłował mnie docucić, to ja już dawno byłam „docucona”. Później znów zrobiło mi się słabo, 

kiedy zobaczyłam karetkę pogotowia pod marketem, a ja miałam nadzieję, że on sam odwiezie 

mnie do domu i... Wyłączyłam się na chwilę i nie słuchałam tego, co mówi moja mama. I to był 

błąd!

—  Oczywiście, zgodzisz się, prawda?  —  Zaglądała mi w oczy.  —  Przecież to  tylko trzy 

tygodnie.

— Na co mam się zgodzić? — zapytałam.

— No, zaopiekujesz się Lula.

—   Lula?!   —  Aż   podskoczyłam   na   krześle,   powodując   paniczną   ucieczkę   na   zaplecze 

Chińczyka   niosącego   chyba   z   pięć   talerzy   jednocześnie.   Huk   rozbijającego   się   o   posadzkę 

porcelitu był dowodem na to, że odniosłam sukces. — Ja? Ja mam zaopiekować się tym wielkim 

potworem z paszczą pełną zębów?

— To nie potwór, tylko dobermanka — powiedziała mama już prawie obrażonym głosem. — 

Poza tym ona za tobą przepada.

— Nie mogę, mamo. Zrobiłabym dla ciebie wszystko, naprawdę, ale ja pracuję od rana do 

wieczora. Nie mam czasu, żeby ją wyprowadzać.

— Przecież to żaden problem. Wstaniesz po prostu pół godziny wcześniej i wyjdziesz z Lula 

na spacer, a przy okazji kupisz sobie świeżutkie bułeczki na śniadanie. Taka jesteś blada, moje 

dziecko, codzienny spacer dobrze ci zrobi.  —  W mig potrafiła znaleźć rozwiązanie każdego 

problemu.

— Gdybym potrafiła wstawać pół godziny wcześniej, nie spóźniałabym się notorycznie do 

pracy — zauważyłam trzeźwo. — A może Magda? — szepnęłam ze słabnącą nadzieją w głosie, 

żałując natychmiast, że mi to przyszło do głowy, ponieważ mama popatrzyła na mnie z takim 

wyrzutem, że powinnam zostać unicestwiona w ułamku sekundy.

— Przecież wiesz, że Kubuś jest uczulony na sierść.

— Ale ja mam kota! — Złapałam się ostatniej deski ratunku. — Wacek wpadnie w stresy.

— Bzdura. Lula bardzo lubi koty — mówiła niczym nie zrażona.

„Uhm — pomyślałam — szczególnie w charakterze zwierzyny łownej”.

— Kiedy wyjeżdżasz? — spytałam już właściwie pokonana.

background image

— Dzisiaj. — Rozpromieniła się. — Mam pociąg za trzy godziny. Rozumiem, że będziesz 

mogła pojechać po Lulę już teraz.

— Mamo, ale ja wracam jeszcze do pracy. — Byłam przerażona.

— Och, to żaden problem. Lula posiedzi w samochodzie, bardzo to lubi. Jak żył ojciec...

— Mamo, nie mam już czasu.

— Chciałam tylko powiedzieć, że Lula spokojnie może poczekać na ciebie w samochodzie. 

Będziesz miała pewność, że nikt nie ukradnie ci lusterek.

14.05. Ja z powrotem w redakcji, Lula w moim samochodzie.

14.15. Pewnie teraz zżera tapicerkę. W końcu to służbowy samochód. Boże! Czy uchyliłam 

szybę?

14.18. Na parkingu: Lula śpi, szyba uchylona.

15.07.  Pewnie   już   się   obudziła   i   z   nudów   rwie   na   strzępy   moją   nową   spódnicę,   którą 

zostawiłam z tyłu na siedzeniu.

15.10. Na parkingu: Lula śpi, spódnicę mam na sobie.

16.03. Czemu ona tak śpi i śpi? Może chora? Może powinnam natychmiast pojechać z nią do 

weterynarza? Mama nigdy nie wybaczyłaby mi, gdyby Luli stało się coś złego.

16.05. Wstaję i siadam. Wszyscy się na mnie gapią.

16.15. Nie mogę piąty raz zbiegać na parking. I tak budzę ogólne zainteresowanie.

16.17. Trudno. Niech myślą, że zwariowałam. I tak nie mogę się na niczym skupić.

16.20. Chwała Bogu — śpi.

background image

17.30. Ratunku!!! Siedzę na krawężniku i nie wiem, co robić. Lula nie chce mnie wpuścić do 

samochodu. Warczy i pokazuje zęby, kiedy się zbliżam. Dlaczego moja matka nie kupiła ratlerka 

albo pudla, tylko to wielkie bydlę?

17.47. Bez zmian. Lula w samochodzie, ja na krawężniku.

18.00.  Lula zżera największy czekoladowy baton, jaki udało mi się zdobyć  w pobliskim 

kiosku, a ja — z sercem w piętach — siadam za kierownicą.

19.00. Człowiek całe życie się uczy. Moje dzisiejsze cztery odkrycia:

1. Lula lubi czekoladowe batony i jazdę samochodem;

2. Lula lubi moje łóżko;

3. Zbankrutuję na batony, bo nic poza słodyczami na nią nie działa — ani łagodna perswazja 

(tę przyjmuje wzgardliwym milczeniem), ani stanowcze „złaź!” (to potraktowała z uwagą, ale się 

nie zastosowała), ani podniesiony głos (efekt: ostrzegawcze warknięcie). Myślę, że wobec takiej 

postawy mojej podopiecznej, czeka mnie upojna noc w fotelu. Jutro z całą pewnością nie zdążę 

do pracy i nikt na pewno mi nie uwierzy, że to z powodu psa;

4. Lula nie lubi Wacka, a Wacek nie lubi Luli.

Trzy rozkoszne tygodnie dopiero się rozpoczęły!

20.07. Od trzech minut Lula stoi pod drzwiami i szczeka. Czego ona może chcieć, na litość 

boską? Wacek wybrał wolność na parapecie po zewnętrznej stronie okna. Żeby tylko nie popełnił 

samobójstwa!

20.09.  Aha!   Spacer!   Psy   wychodzą   na   spacer,   a   przy   okazji   załatwiają   swoje   potrzeby 

fizjologiczne.

20.15. Nigdy nie przypuszczałam, że psy mają tyle siły. Nie mogę pojąć, jak moja drobna i 

szczupła mama daje sobie z nią radę. Ledwie zdążyłam wyjść przed klatkę, Lula zobaczyła kota. 

Takiego   bezpańskiego   dachowca.   I   poniosła   jak   koń!   Co   ja   mówię  —  jak   rumak   ognisty! 

(Przecież Lula lubi koty! Ha, ha, ha!) W jednej chwili górna połowa mojego ciała poleciała do 

background image

przodu, a dolna wrosła z zaskoczenia w ziemię. Przede mną wyłoniła się nieoczekiwanie wielka 

kałuża pełna brudnej zawiesiny i już widziałam, jak w niej ląduję, gdy nagle poczułam silne 

szarpnięcie za ramię. I nie było ono spowodowane przez Lulę. Poczułam coś jeszcze: najnowszą 

linię zapachową Calvina Kleina. Yesss! Od dawna nic mnie tak nie zwalało z nóg! No, chyba że 

za chwilę zrobi to Lula.

— Niechże pani uważa. — Głos był wyraźnie zirytowany. — Psa trzeba trzymać na krótkiej 

smyczy.

Obejrzałam się i chyba rozdziawiłam usta. Przede mną stał ten niewiarygodnie przystojny 

facet spod trzydziestego czwartego. I był wyraźnie na mnie zły!

— Przepraszam — bąkałam, jakby mi rozum odebrało. — To nie mój pies. Muszę się nim 

opiekować przez trzy tygodnie i dopiero pierwszy raz wyszłam na spacer — paplałam tak przez 

chwilę, bo nie mogłam oderwać od niego oczu, a oczy miałam już od paru chwil pełne łez. — 

Aha! Dziękuję, że uratował mnie pan od upadku. Byłabym „kobietą upadłą”, gdyby nie pan — 

siliłam się na dowcip.

Przyjrzał mi się uważnie, podał chusteczkę, żebym wytarła oczy.

„O rany!” — pomyślałam. „Rhett Butler!”

On powiedział bardzo spokojnie:

— Idę z Brutusem na spacer do parku, bo pies musi się wybiegać. Idzie pani z nami?

Dopiero teraz zauważyłam, że nie jest sam. Przy jego nodze siedział doberman i z daleka, 

dyskretnie obwąchiwał Lulę.

—  Jasne,   że   idę!  —  wykrzyknęłam   może   zbyt   radośnie   i   zbyt   głośno,   a   pomyślałam: 

„Choćby nawet na koniec świata, ale nie musisz o tym wiedzieć”.

— Nauczę panią, jak prowadzić psa na smyczy.

21.15. Umówiliśmy się na jutro. Nie mogę pojąć, jak to się stało, że do tej pory nie miałam 

psa. Lula jest cudowna! Gdyby nie ona, mogłabym go nigdy nie spotkać. A jednak byłam pewna, 

że gdzieś go już widziałam.

21.30.  Wszystko się zgadza  —  spotkała mnie dzisiaj niespodzianka. Mam psa, poznałam 

Daniela (Boże! To imię prześladowało mnie od dawna) i na razie wszystko jest na dobrej drodze. 

Chyba zacznę wierzyć w horoskopy. Aha! Zapomniałabym — Daniel jest weterynarzem.

background image

23.15. Lula i ja kładziemy się spać. Odniosłam niemały sukces; nie ukrywam, że za pomocą 

ciasteczek w czekoladzie. Ja śpię w swoim łóżku, a Lula śpi w przedpokoju.

23.30. Drobna poprawka — Lula zjadła ciastka i śpi w moim łóżku, a ja w przedpokoju.

23.50. Uzyskałyśmy konsensus — obie śpimy w moim łóżku.

background image

9 października, wtorek

4.25. Kurde! Co to za hałasy?! Że też ludzie w blokach trzymają psy! Wiadomo przecież, że 

to katorga dla psów. Biedne zwierzę szczeka i szczeka. Gdzie są ci z Towarzystwa Opieki nad 

Zwierzętami?! Zaraz znajdę numer w książce telefonicznej, tylko wstanę...

4.26. Już wstaję, ale tej pani, co wali szczotką w mój sufit, nie zamawiałam! Czego ona chce, 

do cholery, ode mnie?! Przecież ja nie mam psa!

4.27. Lula! Dlaczego tak się drzesz!?

4.45. Na pewno zachoruję na zapalenie płuc. Na piżamę nałożyłam tylko kurtkę i wyszłam z 

tym potworem na nocny spacer.

4.50.  Mam dreszcze. Dziękuję ci, mamo! Nie powiedziałaś, że z psem trzeba wychodzić 

także w nocy!

5.55. Obudziłam się z koszmarnego snu, zlana zimnym potem i przerażona!

5.56.  Niestety,   to   nie   był   sen!   Mieszkanie   zdemolowane.   Wacek   siedzi   na   mojej   nowej 

lampie z IKEI i groźnie prycha. Lula obchodzi go dookoła i obszczekuje cała najeżona. Ktoś wali 

w sufit, a może w podłogę. I ja mam tak żyć przez trzy tygodnie?!

6.00. Zrezygnowana wracam do łóżka, walkmen na uszy... może jeszcze zasnę.

background image

7.00. Przeklęty budzik wyrywa mnie z cudownego snu. Byłam z NIM! Właśnie padliśmy na 

dywan, gorączkowo ściągając z siebie nawzajem części zbędnej garderoby, właśnie zagarnęły 

mnie   silne,   męskie   ramiona   i   poddałam   usta   jego   namiętnym   pocałunkom...   mmm...   jak 

rozkosznie... czuję jego oddech na swojej szyi... I ten cholerny budzik!!! A może to nie był sen? 

Obok   wyczuwam   coś   ciepłego   i   na   pewno   nie   jest   to   moja   noga!   Słyszę   czyjś   oddech... 

Natychmiast uruchamiam śpiące  jeszcze szare komórki —  no, nie! Żadnego faceta na noc nie 

zapraszałyśmy, krzyczą zaspane szare komórki! Otwieram oczy i widzę jakiś wielki, wilgotny 

nos spychający moją głowę z łóżka, jakiś wielki jęzor z głośnym mlaskaniem oblizuje moje uszy 

i szyję.

— Lula! — wrzeszczę i wyskakuję z łóżka. To się nazywa: „Pies ci mordę lizał!” No, nieźle 

— w moim łóżku z jednej strony leży Lula, a z drugiej Wacek! Co mu odbiło? Przecież nigdy ze 

mną nie spał!

7.15.  Prysznic, makijaż, szklanka przedwczorajszej kapuścianki —  brrr! Co za świństwo! 

Hej! Zwierzaki! Nie wyżerać sobie nawzajem z misek!

8.00. Właściwie jestem gotowa. Jeszcze tylko spacerek z Lulą. Szybko wokół bloku. Siusiu, 

kupka i do domu.

8.15.  Cichutko zamykam drzwi. Przekręcam klucze w trzech antywłamaniowych zamkach, 

naciskam   przycisk   windy.   Rozlega   się   potworny   skowyt,   jakby   kogoś   obdzierali   ze   skóry. 

Towarzyszy mu brzęk tłuczonego szkła. A już prawie byłam  w windzie. Wysiadam  i pędzę 

otwierać te moje trzy antywłamaniowe zamki.

8.20. Nie mam wyjścia. Wacek zostaje. Lulę zabieram ze sobą.

8.40. Lula robi wrażenie, gdy stoimy na światłach. Nie ma kierowcy, który nie wychyliłby 

się, żeby na nią spojrzeć.

9.00. Parking przed siedzibą redakcji. Uchylam szybę w samochodzie i wysiadam. Lula jest 

background image

wyraźnie niezadowolona, że ją zostawiam.

9.20. Monika informuje mnie o zbiegowisku wokół mojego samochodu.

9.23.  Wybiegam na parking. Lula wyje, drapie, piszczy, rzuca się z jednego siedzenia na 

drugie. Otwieram samochód. Lula wypada jak szalona, jak dożywotniak, którego nieoczekiwanie 

ułaskawili. Cholera! Zapomniałam smyczy!

10.00.  Nie   mogę   już   złapać   ani   oddechu,   ani   Luli.   Ona   uznała,   że   to   świetna   zabawa. 

Przypada na przednie łapy, pozwala mi podejść do siebie blisko, a kiedy wyciągam do niej rękę, 

wyskakuje gwałtownie do góry, jakby była puszkiem, po prostu puszkiem! I zwiewa w radosnych 

podskokach.

10.20. Ciągle nie tracę nadziei, że uda mi się namówić Lulę na powrót do samochodu. Zjadła 

już chyba  z dziesięć batonów, a na tego położonego na przynętę  w samochodzie  nawet nie 

spojrzała. Jestem wściekła!

10.30.  Podjeżdża   Paweł,   który   miał   dzisiaj   jakieś   sprawy   do   załatwienia   w   drukarni. 

Przygląda się przez chwilę wyczynom Luli i mojej bezradności, a potem pyta, jak wabi się mój 

pies.

— Lula — mówię zrezygnowana — ale to nie mój pies.

— Lula, do nogi — Paweł wydaje krótką, ostrą komendę. 

Lula posłusznie podchodzi. Siada, a potem waruje. 

Oniemiałam! To nieujarzmione stworzenie zostało błyskawicznie okiełznane. Po chwili Lula 

siedzi już w moim samochodzie. Potulna i wyraźnie śpiąca. Nic dziwnego, po takich harcach!

—  Paweł, nie wiem, co mam robić  —  usprawiedliwiam się.  —  Mama mi ją podrzuciła i 

pojechała do sanatorium. Na trzy tygodnie. Za trzy tygodnie ja już nie będę żyła, rozumiesz — 

chlipię, a tusz mi się rozmazuje po policzkach.

— Uchyl jej na razie okno, potem coś wymyślimy.

„Potem coś wymyślimy” — tłucze się po mojej głowie przez resztę godzin w pracy. Może 

uda mi się pozbyć Luli.

background image

16.30.  Paweł mówi, że rozmawiał z rodzicami i zgodzili się „przechować” Lulę do czasu 

powrotu mojej mamy z sanatorium. Trudno mi uwierzyć, że ktoś dobrowolnie może skazać się na 

taką mękę. Rodzice Pawła twierdzą, że świetnie sobie z Lulą poradzą, bo zawsze mieli w domu 

psy.

„Zbyt piękne, żeby było prawdziwe” — myślę, a jednocześnie trochę żałuję rozstania z Lulą, 

bo nie będę miała pretekstu do spacerów z Danielem.

18.00.  Paweł zaprasza mnie na obiad. Teraz, kiedy pozbyłam  się Luli, jest mi  wszystko 

jedno.

18.15. Idziemy pieszo do ulubionej restauracji Pawła. Rozmawiamy, nagle tak inaczej, nagle 

tak zwyczajnie.  Paweł mówi,  jakiej  muzyki  słucha, jakie książki  czyta!  Opowiada o swoich 

ulubionych miejscach w Poznaniu... Paweł! Zawsze wiedziałam, że jesteś w porzo... ale aż tak? 

Paweł kupuje mi różę i mówi, że dawno już chciał mnie zaprosić i tak po prostu pogadać, ale 

jakoś nie było okazji.

22.00.  Paweł odprowadza mnie do redakcji. No, nie! Nie bankietowaliśmy całą noc. Na 

parkingu stoi mój matiz, więc muszę go zabrać, bo jutro nie miałabym czym przyjechać do pracy. 

Idziemy   pieszo   prawie   przez   cały   Poznań.   Trochę   mi   zimno   i   Paweł   mnie   przytula.   Tak 

zwyczajnie, bez zobowiązań. Opowiada i opowiada, a ja go ciągle słucham.

Gdyby nie to, że znów przypomniał mi się tata: „Miejsce pracy nie jest miejscem do flirtów. 

Zapamiętaj, córeczko...” Zapamiętałam, cholera!

background image

10 października, środa

7.00.  Jak cudownie rano wstać. Właściwie żałuję, że nie ma Luli. Może kupię Wackowi 

jakiegoś małego pieska do towarzystwa? A ja będę miała pretekst do spacerków!

7.15. Żadnych psów! I tak mam problemy z rozpoczęciem dnia. Dobrze jest, jak jest.

8.15.  Wybiegam   z   domu   naprawdę   radosna.   Przed   blokiem   poślizgnęłam   się   na   psich 

kupkach i wyrżnęłam jak długa. Bardzo malownicza poza! Obcas złamany i oczko w rajstopach. 

Same sukcesy!

8.20. Drugi prysznic tego dnia. Nic nie zdążę zrobić z włosami. Naturalne strąki na głowie i 

siniak na kolanie wyglądają bardzo „atrakcyjnie”.

8.30.  Nie mam się w co ubrać. Wacek schował się w szafie z ciuchami i wszystko jest w 

kocich kudłach. Zepsuło mi się żelazko od dawna nie używane i cały prąd z niego „wyszedł”. 

Boże drogi, gdzie jest mężczyzna mojego życia, który potrafi żelazko naprawić? Przecież ja 

jestem tylko małą blondynką, nie mogę znać się na wszystkim.

8.40.  Włożyłam dżinsy (dopięłam je na leżąco) i obcisły sweterek. Przez cały dzień będę 

musiała chodzić z wciągniętym brzuchem. Trudno! Pozytywna strona tej dramatycznej sytuacji 

— zrezygnuję z lunchu. I będę chuda.

8.50. Gdyby nie chłodna jesień, przerzuciłabym się na rower. Trzeba pamiętać wiosną, żeby 

background image

jeździć do pracy na rowerze! Przynajmniej ominie człowieka stanie w tych upiornych korkach. 

Chociaż   czasami   jest   miło   nawet   w   korku.   Na   przykład   teraz  —  ten   brunet   na   pasie   obok 

uśmiecha się do mnie tajemniczo. Ja też się uśmiecham. Obiecująco!

9.15.  Już wiem, dlaczego ten brunet się uśmiechał. Zapomniałam zdjąć czepek kąpielowy. 

Pani Zuzia mało z krzesła nie spadła, jak mnie zobaczyła. Nawet na zegarek nie spojrzała, tylko 

zapytała, czy wybieram się na zawody pływackie. Bardzo, bardzo śmieszne!

11.00. Zadzwoniła mama z Kudowy. Znowu do redakcji, a prosiłam... Bawi się cudownie i 

biega na wieczorki zapoznawcze. Zapytała, czy mogę wysłać jej trochę gotówki, bo nie wzięła 

swojej   karty   kredytowej.   Co   ona   robi   z   pieniędzmi?   Przecież   to   wczasy   lecznicze,   a   nie 

ekskluzywna wycieczka na Kanary. Ja też chcę do sanatorium!

14.00. Zmieniłam zdanie. Nie chcę do sanatorium. Ja chcę na Kanary!

Na dworze leje, na moim biurku czwarta kawa (cerę szlag trafi) i cała tona papierów. Na 

szczęście lubię swoją pracę.

16.00. Paweł podchodzi do mojego biurka tak cicho, że podskakuję na krześle, kiedy dotyka 

mojego ramienia.

— Czy możemy porozmawiać? — pyta jakoś tak niepewnie.

— Jasne. —  Wstaję i wychodzimy na korytarz. Mam złe przeczucia.  —  Co się stało?  — 

pytam.

— Nic się nie stało, tylko Lula zdemolowała mieszkanie rodziców... Mówią, że jest bardzo 

miła, ale tęskni za tobą i dlatego tak szaleje. Oni dłużej już nie wytrzymają.

— A mieli tyle psów!

— A mieli tyle psów — powtarza Paweł. — Nie mogę zrozumieć, jak to możliwe. Mówiłaś 

przecież, że to nie twój pies, tylko twojej mamy...

— No właśnie!

— To dlaczego tak tęskni za tobą?

— Powiem ci prawdę, Paweł. Ja myślę, że to jest po prostu niewyobrażalnie rozpuszczony 

egzemplarz, któremu ja ze strachu i bezradności ulegałam, karmiąc go czekoladowymi batonami. 

background image

I ten potwór uznał, że tak ma być! Nie ma rady, muszę zabrać Lulę do siebie.

— Jak sobie poradzisz?

— Nie wiem.

— Czy mogę ci jakoś pomóc?

— Już mi pomogłeś, dzięki. Teraz sama muszę stawić czoło bestii.

—  Jeśli   chcesz,   to   wpadnę   do   ciebie   wieczorem.   Może   we   dwójkę   jakoś   sobie   z   nią 

poradzimy.

— OK! — W rezultacie pojechaliśmy po Lulę razem.

18.00. Odebraliśmy Lulę od rodziców Pawła. Przepraszali, uśmiechali się. Ja też.

18.10.  Nie mogę prowadzić samochodu, ponieważ Lula zwala się na mnie całym swoim 

wielkim cielskiem i wylizuje mnie tak, jakbym przez miesiąc nie miała się w czym umyć. Nawet 

mruknięciem nie dała do zrozumienia, że skandalem jest brak baloników! Paweł siedzi wbity w 

fotel i nie może się ruszyć. Kiedy, przez przypadek, wyciąga rękę w moją stronę, Lula pokazuje 

zęby i paskudnie warczy.

20.00.  Wychodzimy z Lula na spacer. Do licha! Nigdy bym nie pomyślała, że za Pawłem 

będą się oglądać wszystkie panny w wieku rozrodczym. A on w ogóle nie zwracał na nie uwagi! 

Szedł obok mnie, prowadząc Lulę na smyczy, cały pachnący feromonami i Hugo Bossem, a w 

dodatku, jak przystało na szefa działu w babskim piśmie, był świetnie zorientowany w literaturze 

kobiecej.

Zachwycał się Polką Gretkowskiej, choć wcześniej za nią nie przepadał. Nie zachwycał się 

anatomią stanu błogosławionego, ale rzeczywistością kobiety, która oczekuje narodzin dziecka. 

Rzeczywistością tu i tam!

Wzruszyło   mnie   to,   co   mówił,   ponieważ   oznaczało,   że   gotów   był   przyjąć   na   siebie 

odpowiedzialność za życie nowego, małego, bezradnego człowieka i za bezpieczeństwo kobiety, 

która tego człowieka na świat wydaje! Och, chyba się trochę zagalopowałam.

21.15.  Wróciliśmy do domu, włączyłam  Coltrane for Lovers,  włożyłam odjazdową kieckę 

(wprawdzie nie na tę porę roku, ale wyglądałam w niej super).

background image

Paweł otwiera wino — dzisiaj australijskie „Kangaroo” — ja nakładam spaghetti.

Paweł zauważa, że wyglądam seksownie, ja dolewam wino.

— Pyszne, prawda? — pytam.

— Fantastyczne! — wykrzykuje z autentycznym zachwytem. —  A gdzie masz to zepsute 

żelazko, Brygida?

— Jakie żelazko?

—  Mówiłaś   przecież,   że   zepsuło   ci   się   żelazko   i   nie   możesz   wyprasować   bluzki. 

Powiedziałaś   nawet,   że   na   gwałt   potrzebny   ci   prawdziwy   mężczyzna,   który   by   to   żelazko 

zreperował. — Śmieje się. — Jestem więc i pytam, gdzie żelazko?

— Jesus Christ! Ale mnie zaskoczyłeś! Żelazko! — Pomyślałam, że zwariował, o co chodzi 

z  tym   żelazkiem?   Wyciągnęłam  z  szafy  zdezelowany  sprzęt,   położyłam   na stole  i  zaczęłam 

kombinować, jak zmienić sytuację na swoją korzyść.

Przez przypadek książka Johna Graya  Marsjanie i Wenusjanki w sypialni  znalazła się w 

moich   rękach   i   przez   przypadek   otworzyła   się   sama   na   rozdziale:   „Zmywanie   naczyń   jako 

wspaniała gra wstępna”. Dodało mi to nieco otuchy.

—  Paweł, czy mógłbyś mi pomóc w zmywaniu?  —  zapytałam słodko i już wyobraziłam 

sobie tę scenę: on zmywa — ja wycieram, on podaje — ja odbieram, on mnie dotyka — ja...

— Pozwól mi skończyć najpierw to, co zacząłem. Później pozmywamy, dobrze?

Cholera! Ktoś mówił, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale 

jak kończy. No, dobra!

Musiałam jednak zająć się czymś, poszłam więc do kuchni zmywać naczynia! Szkoda tylko, 

że ofiarą mojej frustracji padła babcina salaterka w aniołki.

Żelazko okazało się szalenie skomplikowane, może nawet bardziej niż ja w okresie PMS.

Paweł się nie poddawał.

—  Jeśli jesteś strasznie zmęczona, to się kładź  —  powiedział przez zaciśnięte zęby.  —  Ja 

muszę to dzisiaj zrobić. Nie spocznę, póki nie skończę.

Ja też myślałam, że muszę to dzisiaj zrobić!

23.30. Kontroluję sytuację — Paweł reperuje żelazko. 23.35. Paweł naprawia mikser.

23. 45. Paweł oświadcza, że skończył prace naprawcze, sprzęt działa. Ja nie.

background image

23.50. Paweł mówi: „Dobranoc”, ja mówię: „Dziękuję”. Paweł wychodzi.

23.55.  Słaniam się na nogach, ale muszę o siebie zadbać: po peelingu z otrąb, maseczka z 

siemienia lnianego. Na włosy mały słoiczek majonezu light (tak zrobiła Julia Roberts w jednym z 

filmów) i pełny relaks ze Stingiem w tle.

0.10. Dzwonek do drzwi. Paweł.

— Co się stało? — Zapomniałam, co mam na twarzy i na włosach.

— Nie mogę złapać żadnej taksówki.

1.15.  Kochaliśmy   się   ponad   godzinę.   Czyżby   na   Pawła   tak   podziałało   siemię   lniane   z 

majonezem?

Kobiety są nieprzewidywalne, ale mężczyźni jeszcze bardziej.

background image

11 października, czwartek

8.00.  Wyprowadzam  Lulę na spacer. Załóżmy,  że można to tak nazwać, ponieważ to ja 

jestem wyprowadzana. Lula, która nie przepada za windą, jak się dzisiaj okazało, tak ciągnie 

mnie  w dół po schodach, że przeskakuję po dwa stopnie, żeby tylko  nie wypuścić  smyczy. 

Dobrze, że to tylko trzy piętra!

Przemknęłam jak pershing obok jakiegoś faceta, który powiedział mi: „Dzień dobry”. Nie 

zdążyłam mu odpowiedzieć, bo już byłam piętro niżej. Na parterze pomyślałam, że to mógł być 

doktor od zwierząt, czyli Daniel spod trzydziestego czwartego.

8.05.  Nigdy   nie   byłam   zwolenniczką   joggingu.   Nawet   podczas   intensywnej   kuracji 

odchudzającej. Teraz  wiem,  że miałam rację. Kiedy Lula  sika, a nawet zamierza  zrobić coś 

więcej, ja nareszcie mam szansę na złapanie oddechu.

8.07. Widzę, że Lula jest zdrowa — słyszę tuż nad uchem. — Taka przemiana materii!

Czuję,   jak   oblewa   mnie   purpura.   Szkoda,   że   nie   królewska!   Obok   stoi   mój   weterynarz. 

Żałuję, że nie schowałam się za drzewo.

—  Proszę się nie wstydzić, przynajmniej z powodu załatwiania potrzeb naturalnych przez 

psa. Wstydzić się pani powinna z powodu wystawienia mnie do wiatru — robił mi wyrzuty tym 

swoim obłędnie podniecającym głosem. — Czekałem na wspólny spacer przez dwa wieczory...

— Bardzo przepraszam, ale wczoraj Lula... to znaczy mikser. Chociaż nie! Najpierw jednak 

żelazko, bo z żelazka „wyszedł” prąd. — Nie miałam pojęcia, co bredzę, ale wiedziałam, że za 

chwilę zaczną mi płonąć włosy, bo już nie miało mi co spurpurowieć. I wiedziałam, że on wie, że 

ja kręcę! Czy wiedział jeszcze coś? Czy to widać?! Na szczęście Lula rzuciła się na papierek po 

background image

baloniku i prawie mnie przewróciła.

— Widzę, że pani bardzo się śpieszy — zażartował, a ja głupia nie kupiłam tego żartu.

— Właśnie! — Chwyciłam się tego pośpiechu jak tonący deski. — Już powinnam siedzieć w 

samochodzie, żeby nie wpaść w korki! — krzyknęłam tuż przed wpadnięciem na srebrny świerk, 

który nagle stanął na mojej drodze...

—  Jeśli   będzie   pani   miała   z   Lula   jakieś   kłopoty,   przypominam,   że   mieszkam  pod 

trzydziestym czwartym! — odkrzyknął.

Daniel zniknął na parkingu, a ja stanęłam oko w oko z dozorczynią z sąsiedniego bloku.

— No, wie pani! To zupełny skandal, żeby łamać świerki przed Bożym Narodzeniem!

Wcale nie była grubą babą zawiniętą brudnym fartuchem. Była młodą kobietą w dżinsach i 

patrzyła na mnie z politowaniem.

Postanowiłam zniknąć z jej pola widzenia tak szybko, jak to tylko możliwe.

8.20. Jadę, co ja mówię, pędzę do pracy! Wyjątkowo trafiam dzisiaj na zieloną falę. Usiłuję 

myśleć o tym, że mam nadzieję, że Lula nie pożre mieszkania, a tak naprawdę myślę: „Cholera! 

To nie jest w porządku! Dlaczego spotkałam dzisiaj rano Daniela?! Dlaczego akurat dzisiaj?!”

I  zaraz  potem:  „Co  mam  zrobić   z Pawłem?   Kochałam  się  z  nim,   był   moim  pierwszym 

mężczyzną   po   bardzo   długim   okresie   wyposzczenia   i   było   mi   dobrze...   Nie   odlotowo,   ale 

naprawdę dobrze...” Później pomyślę o tym, co czuję do Pawła.

19.30.  Dalej nie wiem, co czuję do Pawła, nie miałam czasu o tym pomyśleć, ponieważ 

dzisiaj   był   sądny   dzień.   Ktoś   pomylił  materiały   do   kolejnego   numeru   naszego   tygodnika. 

Oczywiście, nikt się nie przyznał, ale solidarnie postanowiliśmy ratować sytuację, zamiast ścigać 

winnego. Prawdę mówiąc,  ten pomysł  rzucił Paweł. Mówiłam,  że Paweł jest w porzo... Ale 

zasuwaliśmy tak, że nawet nie było czasu na lunch. Wychodzę wreszcie z redakcji. Paweł musi 

jeszcze zostać.

20.00.  Robię   szybkie   zakupy   w   pobliskim   markecie.   Whiskas   dla   Wacka,   Happy   Dog, 

przysmak   w  kiszce   z   folii   dla   Luli.   Dla   siebie,   z   mocnym   postanowieniem   błyskawicznego 

odchudzania, wybieram muesli, marchewkę i wodę mineralną. Mam motywację. Dzisiaj, kiedy 

Paweł   pytał,   czy   zgodzę   się   zostać   ze   wszystkimi   dłużej,   objął   mnie   i...   pomyślałam,   że 

background image

wolałabym nie mieć w talii tego, co tam mam. Pozostaje mi tylko nadzieja, że w nocy, po ciemku 

Paweł nie zwrócił na „to” uwagi.

Nieoczekiwanie na półkach z odzieżą zauważam kraciaste poncho — mmm... Jutro rano na 

spacerze  wyglądałabym  odjazdowo i  Daniel...  Poncho  kupione.  Niestety,  już przy wyjściu   z 

marketu ulegam smakowitemu zapachowi pieczonych kurczaków i zamykając oczy, kupuję przez 

przypadek największe udko.

20.30. Przed wejściem do bloku kontroluję sytuację. Zza toreb i pakunków widzę światło na 

szóstym piętrze w oknie Daniela. Jest w domu. „Przystojny domator o zniewalającym  głosie 

pozna młodą, wolną, nie musi być mądra...”

Windą wjeżdżam na swoje trzecie piętro.

— Czołem, zwierzaki, mam dla was przysmaki — wołam już od progu. Nikt nie odpowiada.

„Zjadły się nawzajem”  —  myślę z przerażeniem. Po chwili jednak pojawia się Wacek z 

antenką ogona utrzymującą się idealnie w pionie. Ociera się o moje nogi i mruczy kocie pacierze.

— Gdzie Lula? — pytam, ale zazdrosny Wacek nie odpowiada.

„OK — myślę — szybki spacerek z Lula, a potem jedzonko”.

20.45.  Lula nie ma ochoty na spacerek; szybkie siusiu i ciągnie mnie do domu. Co jej się 

stało?

20.55. Wacek zjada swoje przysmaki. Lula leży w najdalszym kącie kuchni pod ławą i nie 

chce wyjść. Patrzy tępo w ścianę i w ogóle nie reaguje na moje wołanie. Chyba się na mnie 

obraziła albo wpadła w depresję z powodu samotności. A co ja mam powiedzieć?! Podsunęłam 

jej   pod   nos   miskę   z   przysmakiem   Happy   Dog  —  nie   robi   to   na   niej   żadnego   wrażenia. 

Zastanawiam się, czy powinnam zadzwonić do mamy, żeby zapytać, o co chodzi i co robić w 

takiej sytuacji.

21.00. Jeszcze trochę poczekam, żeby nie siać paniki, a poza tym sama jestem tak głodna, że 

ssie mnie aż do pięt. Chrupiący kurczak, jak zakazany owoc, leży przede mną na talerzu. O 

pokuso! Wypijam szklankę wody, zjadam dwie marchewki. Okazują się miękkie jak kapcie. Brrr! 

Świństwo! Z takim asekuracyjnym podkładem dopadam wreszcie smakowitego udka. Spod ławy 

background image

wyczołguje się Lula i obwąchuje mój talerz. Oczka ma całkiem bystre, bez śladu depresji.

— Fe! Nie dam ci. Masz swoją miskę. — Obrażona Lula znowu włazi pod ławę.

21.15. Jeszcze tylko łyk zielonej herbaty. Ogarnia mnie błogość. Na krześle obok leży nowe 

poncho. Wkładam je przez głowę i wychodzę  do przedpokoju, żeby przejrzeć się w lustrze. 

Wyglądam   bosko!   Odlot!   Nagle   z   zachwytów   nad   sobą   wyrywa   mnie   charkot   i   rzężenie 

dochodzące z kuchni.

— Lula! — Wpadam, potykając się o zdziwionego Wacka. — Jak mogłaś?!

Lula dławi się kością kurczaka, którą ściągnęła ze stołu, ślepia wyłażą jej z orbit. Prawie 

rozdzieram jej pysk, ale nie mogę dosięgnąć kości. Lula trzęsie się z przerażenia i ślina kapie jej 

z mordki.

— Boże! Ona za chwilę się udusi! — Nie mam czasu czekac na windę. Pędzę po schodach 

na szóste piętro i krzyczę na wszystkie korytarze:

— Daniel! Daniel! Na pomoc! Ona zaraz umrze!

Walę w drzwi pięściami — wylegli oczywiście wszyscy sąsiedzi. Kiedy Daniel otwiera, nie 

muszę nic mówić. Pędzi po schodach w dół na złamanie karku, ja za nim.

— Państwo się rozejdzie — słyszę głos pana Janka, naszego ciecia, który pojawił się, jakby 

spod ziemi. — To taka nowa zabawa. Najpierw ona goni jego, potem on goni ją. Ha, ha, ha!

„Kretyn” — zdążyłam pomyśleć, dopadając drzwi.

21.35. Kość szczęśliwie usunięta. Są na to specjalne chwyty. Pacjent leży w moim łóżku. My 

z Danielem siedzimy na dywanie obok łóżka. Czerwone wino rozładowuje stres. Rozmawiamy...

22.00. To znaczy Daniel mówi, a ja słucham. Patrzę na niego z zachwytem i wcale tego nie 

ukrywam. Opowiada o podróżach, o zwierzętach i motylach, które uwielbia. Opowiada o Afryce, 

o Kapsztadzie, gdzie pracował przez kilka lat. Ha! Olśnienie! Taksówkarz z kindersztubą! Ale 

nie   zdradzam   się   nawet   mrugnięciem   oka!   Kocha   Afrykę   i   tęskni   za   nią...   A   ja   słucham   i 

słucham, mogłabym słuchać przez całe życie.

23.00. To on wstaje pierwszy. Patrzy na mnie przez chwilę.

— Niezła z ciebie laska, Brygidko! — mówi żartobliwie — Śpij dobrze. Jutro za piętnaście 

background image

ósma na spacerze. Wstaniesz?

— Jasne! — Boże! Co zrobić, żeby jeszcze nie wychodził?

Dzwoni telefon. Nie odbieram.

— Odbierz, Brygidko, to raczej do ciebie. — Mruga znacząco i całuje mnie w policzek. Po 

cichu zamyka drzwi.

—   Halo?   —  Mógłby   teraz   zadzwonić   prezydent   Stanów   Zjednoczonych   z   propozycją 

zwiedzania Białego Domu i zupełnie by mnie to nie ruszyło!

—  Brygida? Chcę ci powiedzieć, że dzisiaj cały dzień o tobie myślałem  —  mówi Paweł 

zmęczonym głosem.

— Ja też — odpowiadam machinalnie i myślę: „Daniel, Daniel, gdzieś ty się uchował, że cię 

żadna dziewczyna nie porwała?”

— Brygida? Słyszysz mnie? Dlaczego się nie odzywasz?

—  Padam ze zmęczenia. Lula dała taki popis, że mało nie umarłam ze strachu, a ona z 

zadławienia. Jutro ci opowiem. Dobranoc.  —  Nawet nie czekam na to, co powie. Odkładam 

słuchawkę.

23.10. Rzeczywiście słaniam się na nogach. No, bądźmy szczerzy, nie tylko ze zmęczenia. 

Ale zanim położę się spać, muszę coś sprawdzić. Przewracam do góry nogami całą bibliotekę. 

Szukam książki Horoskop na każdy dzień roku.

23.30. Książkę znajduję na balkonie pod doniczką. Ciekawe, kto ją tam położył?

23.35.  Czytam   horoskop   Daniela,   który   jest   spod   znaku   Skorpiona:   „...jest   człowiekiem 

poważnym   i   głębokim,   wywierającym   ogromny   wpływ   na   otoczenie.   W   młodości   przeżywa 

okresy niepokoju, lecz po trzydziestym roku życia  może nastąpić zmiana dzięki małżeństwu, 

które najczęściej bywa pomyślne”.

23.45. Czytam horoskop Daniela jeszcze raz.

23.55. Horoskop Daniela umiem na pamięć. Dla pewności powtórzę, żeby się utrwalił.

background image

0.10. Zasypiam na samym skrawku łóżka, patrząc z czułością na pochrapującą Lulę.

Nad moją głową miękko i bezszelestnie przelatują różowe motyle... Nagle na horyzoncie 

pojawia się kobieca postać. Zbliża się do mnie. Teraz już rozpoznaję bez trudu — to moja mama. 

Ubrana cała na biało, w rękawiczkach, w kapeluszu z ogromnym rondem i siatką na motyle. To 

nie ja jestem obiektem jej zainteresowania, lecz fruwający nad łąką motyl.  Największy okaz 

pazia   królowej,   jaki   można   sobie   wyobrazić.   Motyl   rozpaczliwie   ucieka,   mama   jest   jednak 

szybsza. Z wielką wprawą, jakby zajmowała się tym przez całe życie, zarzuca na niego siatkę i 

już po chwili, trzymając w palcach, ogląda go uważnie ze wszystkich stron. Potem z triumfalnym 

uśmiechem kładzie go na mojej poduszce.

— Jest twój, córeczko — szepcze mi do ucha.

background image

12 października, piątek

8.15.  Budzi mnie  słońce i szczekanie  Luli.  Łapię  w locie  spadający budzik. Co jest, do 

cholery?! Dlaczego nie zadzwonił? Do licha! Przespałam poranną randkę!

8.25.  Błyskawiczna   toaleta.   Ubierając   się,   myślę   gorączkowo,   dlaczego   Daniel   nie 

zadzwonił,   kiedy   przechodził   z   Brutusem   obok   moich   drzwi?   A   dlaczego   właściwie   miał 

przechodzić, skoro Brutus nie boi się windy? A może Daniel jest taki rozmowny i odważny tylko 

po winie: „Niezła z ciebie laska, Brygidko”, a rano, jak otrzeźwiał, to się po prostu wystraszył... 

A może Daniel ma gdzieś jakąś narzeczoną, nic o niej nie mówił, bo ja nie pytałam, ale jak 

mogłam pytać?! Trochę kultury, prawda? A może jest gejem? Niemożliwe, zdradziłby się jakimś 

słowem albo gestem. Czy zawsze muszę się tak wkopać? Czy już nic nigdy nie zdarzy się w 

moim życiu tak po prostu zwyczajnie i normalnie?

8.35. Koniec rozmyślań, nie będę się nad sobą rozczulać.

8.45. Wychodzę z Lula na spacer. Otwieram drzwi, a wtedy wypada jakaś koperta, którą ta 

wredna Lula natychmiast porywa i nie chce oddać, a ja nie mam pod ręką żadnego balonika. 

Zresztą nie mogę zastanawiać się nad batonami, bo Lula runęła już w dół, jakby marzyła  o 

wpisaniu jej rekordu w pokonywaniu schodów do Księgi Guinnessa. Ja oczywiście frunęłam za 

nią, czasem nie wyrabiając na zakrętach. Jeśli będzie się tak działo kilka razy dziennie, to moje 

ramiona i biodra zaczną, wkrótce przypominać dojrzałą śliwkę. Dobrze, że nie mieszkam na 

dziesiątym piętrze.

background image

8.55. Jedynym sposobem na odebranie Luli obślinionej koperty jest zastosowanie patyczka. 

Znalazłam na szczęście duży patyk. Krzyknęłam: „Lula! Aport!” (nauczył mnie tego Daniel na 

pierwszym wspólnym spacerze z naszymi psami) i rzuciłam najdalej, jak mogłam, z nadzieją, że 

wypuści z pyska list. A skąd! Pognała, powiewając białą kopertą. Ja za nią. Lula uznała to za 

nową zabawę. Dopadła patyka, ale nie złapała go, tylko nie rozstając się z kopertą, zlokalizowała 

przeciwnika, czyli  mnie. Poczekała, aż podejdę na wyciągnięcie ręki, podskoczyła  radośnie i 

popędziła przed siebie. Znowu rzuciłam patyk, krzycząc: „Lula! Aport!” Jeśli ta zabawa będzie 

trwała tak długo, aż Lula się zmęczy, to proszę wezwać do mnie karetkę reanimacyjną gdzieś w 

okolicy   ukazania   się   pierwszej   gwiazdki   na   niebie!   Na   szczęście   na   horyzoncie   pokazał   się 

przystojny jamnik i Lula wykazując wielkie nim zainteresowanie, wypluła kopertę.

9.00.  Zasapana   dopadłam   koperty   zagrzebanej   wśród   złotych   liści   i   wyjęłam   mocno 

sfatygowany list.

„Hej, Brygidko. Nie chciałem Cię budzić. Byłem na spacerze z Brutusem bardzo wczesnym 

rankiem, ponieważ dostałem e-maila, że na dzisiaj wyznaczono spotkanie z przedstawicielami 

pewnej niemieckiej firmy farmaceutycznej testującej nowy lek na psi reumatyzm. Rozumiesz, że 

muszę   na   tym   spotkaniu   być.   Nie   wiem,   jak   długo   potrwa,   być   może   nawet   cały   dzień. 

Spotkajmy się zatem jutro, OK? W przerwie zadzwonię, to się jeszcze umówimy. Dziękuję za 

wczorajszy wieczór. Daniel”.

9.15.  Lula   hasała   po   trawnikach,   uganiając   się   za   jamnikiem,   który   przy   niej   nie   miał 

żadnych  szans, lądował więc co chwila z nosem w jakiejś rabatce z przekwitłymi  kwiatami. 

Właścicielka jamnika była wściekła, na mnie także, że nie reaguję na zachowanie Luli, ale jak 

mogłam reagować, skoro czytałam jeden z najpiękniejszych listów świata!

Biegnę do domu, rozdając uśmiechy całemu światu.

9.20. Już na klatce schodowej słyszę telefon. W pośpiechu próbuję otworzyć drzwi, plącząc 

trzy klucze od moich trzech antywłamaniowych zamków. W końcu dopadam telefonu.

— Halo? — wołam radośnie, ale to tylko Paweł. Dzwoni z redakcji z zapytaniem, dlaczego 

mnie tam jeszcze nie ma. Uruchamiam myślenie na szybkich obrotach — przecież dzisiaj jest ten 

wyjątkowy dzień, kiedy nie musiałam być w redakcji. Tak powiedział wczoraj szef.

background image

—  No,   powiedział,   to   prawda.  —  Paweł   jest   rozczarowany.  —  Myślałem   jednak,   że 

wpadniesz,   że   się   spotkamy,   że   pójdziemy   razem   na   obiad...   Wczoraj,   kiedy   zadzwoniłem, 

dziwnie się zachowywałaś. Tak jakbyś nie miała ochoty na rozmowę ze mną. Co się dzieje, 

Brygida?

—  Naprawdę nic. Lula wczoraj o mało nie zadławiła się kością kurczaka, potrzebna była 

interwencja weterynarza.

— Szkoda, że nie zadzwoniłaś, mógłbym ci w czymś pomóc.

— No, nie, Paweł. Przecież nie jesteś weterynarzem!

—  Rzeczywiście  —  powiedział zrezygnowanym głosem, a ja nawet tego nie zauważyłam, 

ponieważ myślałam o kimś, kto właśnie weterynarzem był.

— A dzisiaj rano zadzwoniła Magda, wiesz, moja siostra — starałam się być wiarygodna. — 

Ma   jakieś   problemy   ze   swoim   mężem,   więc   muszę   do   niej   pojechać   i   wystąpić   w   roli 

pocieszycielki. Rozumiesz?

— Jasne. Zadzwonię jutro. Gdybyś zmieniła plany, jestem pod komórką.

— OK!

11.40. Telefon. Mama. Żeby się dowiedzieć, jak się czuje Lula i żeby razem ze mną obliczyć, 

czy na pewno wystarczy jej pieniędzy do końca turnusu. Oczywiście tych pieniędzy, które ja jej 

wysłałam.

12.20. Telefon. Daniel. Czuję, jak miękną mi kolana.

— Brygida? Wczoraj było bardzo miło — mówi głosem Żebrowskiego z płyty Lubię, kiedy 

kobieta... Osuwam się po ścianie na podłogę i usiłuję ze wszystkich sił opanować drżenie głosu.

— Ja też myślę, że było super. Te twoje opowieści o Afryce...

— Wiesz co, myślę, jeśli nie masz nic przeciwko temu, że wstąpię do ciebie, wracając z tego 

spotkania, i razem wymyślimy jakąś restaurację na jutrzejszy wieczór. A potem pójdziemy z 

psami na spacer. Chcesz?

— Jasne. O której będziesz?

— A tego właśnie nie wiem. Zadzwonię.

12.25. Rzuciłam się do lustra. Policzki mi płonęły. Na głowie miałam siano. Nie mam się w 

background image

co ubrać! Nie zdążę! Nie zdążę! A może? Jeśli tylko nikt już nie zadzwoni i nie będzie zawracał 

mi głowy:

— mama, żeby wysłać jej kolejną kasę,

— siostra, żeby zaopiekować się jej synem,

— Paweł, żeby namówić mnie na randkę,

— któraś z moich przyjaciółek, żeby zaprosić mnie na cały weekend.

Mama nie zadzwoni, bo dzwoniła pół godziny temu. (Jezu, mówię, jakbym nie znała własnej 

matki! Ona jest w stanie dzwonić co pięć minut, żeby wymusić to, czego chce). Magda wyjechała 

z Kubusiem do koleżanki w góry. Ze spotkania z Pawłem już się wykręciłam. Nie jest źle.

16.30.  To   niewiarygodne,   ile   czasu   zajmuje   kobiecie   doprowadzenie   się   do   stanu 

używalności. Na głowie mam turban, skonstruowany z pomarańczowego ręcznika we fioletowe 

kwiaty, na twarzy różową malinową maseczkę, na sobie niebieski szlafrok, a na nogach zielone 

plastry do depilacji. I proszę nie zwracać mi uwagi, że poszczególne elementy tej kompozycji 

kolorystycznej gryzą się ze sobą. Sama ostatnio widziałam w telewizji relację z pokazu mody w 

Paryżu,   podczas   którego   modelki   demonstrowały   kreacje   właśnie   tak   skomponowane 

kolorystycznie. Tyle, że ja nie mam zamiaru pokazywać się publicznie.

16.35. Może nie mam zamiaru, ale właśnie ktoś dzwoni do drzwi. Podchodzę po cichutku i 

sprawdzam, kto to.

16. 35 i 20 sekund.  Prawie się udało, gdyby nie to, że potykam się o Wacka i niewiele 

brakowało, a wylądowałabym na wieszaku.

16.35 i 25 sekund.  Potykam się o buty i ląduję na wieszaku, rozpaczliwie chwytając się 

wszystkiego, co na nim wisi.

16.35 i 30 sekund.  Razem z wieszakiem ląduję na drzwiach, czemu towarzyszy donośny 

huk. Przygniatam Wacka, który drze się, jakby rozum stracił. Zwabiona hałasem Lula wpada na 

mnie i z wyraźnym zadowoleniem zlizuje z moich policzków malinową maseczkę. W tej sytuacji 

trudno udawać, że nikogo nie ma w domu.

background image

16.36.  Jakoś się pozbierałam  i wyglądam  przez  wizjer. Na wycieraczce  stoi Daniel.  Ma 

dziwną minę. Miałby jeszcze dziwniejszą, gdyby mnie zobaczył.

— Kto tam? — pytam niewinnie.

— Daniel — odpowiada ostrożnie. — Otwórz, Brygida.

— Sorry, nie mogę ci otworzyć, bo... łapię mysz. Wiesz, nie chcę, żeby uciekła. Przed chwilą 

prawie ją miałam, ale właśnie mi uciekła...

— Mysz? W naszym bloku?

— To domowa mysz! — Pójdę do piekła za łgarstwo.

— Wydawało mi się, Brygido, że masz kota...

—  Oczywiście, że mam Wacka, ale chodzi o to, żeby on jej nie zżarł. To jest mysz mojej 

siostry, która wyjechała na weekend...

— Opiekujesz się zwierzętami całej rodziny?

— Tak, to znaczy... Słuchaj, Danielu, zaraz do ciebie wpadnę, tylko muszę złapać tę mysz, 

zanim zrobi to Wacek. OK?

— OK — odpowiada znowu ostrożnie i wcale mu się nie dziwię. Właściwie to dziwię się, że 

w ogóle odpowiada.

16.38. Biegnę do łazienki, o nic się nie potykając. Zastanawiające!

16.40.  Zmywam różową packę z twarzy i zrywam jednocześnie plastry z nóg, wrzeszcząc 

przy tym wniebogłosy z bólu.

16.45. Ściągam turban, suszę włosy i zastanawiam się, na co zamienię szlafrok.

16.55. Wkładam obcisłą bluzkę, obcisłe dżinsy oraz obcisłe skarpetki.

17.00.  Czuję się jak larwa jedwabnika w kokonie, mam wypieki na twarzy od suszarki, a 

włosy naelektryzowane, jakbym sama się podłączyła do prądu. Trudno!

17.05. Jadę windą na szóste pod numer trzydziesty czwarty kłamać i się ośmieszać.

background image

17.07. O! Daniel ma na drzwiach kołatkę z pyskiem wilczura. Wczoraj jej nie zauważyłam. 

Wybieram sposób tradycyjny i dzwonię do drzwi.

— Jak mysz? — pyta Daniel, otwierając. Ma na sobie bluzę z wielkim kotem. Przemknęło 

mi przez głowę, że może powinnam się ewakuować.

— Jak my... Aaa! Mysz! Muszę powiedzieć ci prawdę o tej myszy. — Nagle postanawiam 

nie kłamać i nie wylądować w piekle.

— W każdym razie uganianie się za myszami wyraźnie ci służy, bo wyglądasz rewelacyjnie.

Powiedział   to   takim   głosem,   że   w   ułamku   sekundy   zmieniła   się   chemia   całego   mojego 

organizmu.

Opowiedziałam Danielowi, że wcale nie goniłam myszy, tylko... sprzątałam po Wacku, który 

nasikał w przedpokoju. Idąc do drzwi, poślizgnęłam się i zahaczyłam o wieszak. Nie chciałam 

powiedzieć mu prawdy, kiedy stał pod drzwiami, żeby nie pomyślał sobie, że źle wychowałam 

swojego kota. Wydawało mi się, że Daniela niespecjalnie interesowała prawdziwa przyczyna 

mojego dziwnego zachowania. Od dawna nikt nie patrzył na mnie z taką czułością.

17.30. Siedzimy na podłodze, pijemy wino, jemy sery, które Daniel ułożył na wielkiej desce, 

i wymieniamy wszystkie znane nam restauracje, w których warto byłoby jutro zjeść kolację.

18.00. Siedzimy na podłodze, oparci o kanapę, i całujemy się, żeby przypieczętować zgodę 

na kolację w restauracji „Pod Aniołem”. Jest bosko!

18.20.  Całujemy się. Daniel całuje tak, że można oszaleć. Nigdy w życiu nie byłam  tak 

podniecona! Może zrobić ze mną wszystko, co tylko zechce.

18.30. Chyba nie zechciał, bo nagle mówi, że nie możemy dręczyć zwierząt. Musimy szybko 

wyjść na spacer.

19.30.  Wracamy   ze   spaceru,   każde   do   swojego   mieszkania.   Tak   jakoś   wyszło!   Miałam 

nadzieję, że spędzimy ten wieczór razem albo u niego, albo u mnie. Ale nie, Daniel ma jeszcze 

jakieś sprawy do załatwienia, związane z dzisiejszym spotkaniem z niemieckimi farmaceutami.

background image

19.40. Włączyłam telewizor, ale nie rozumiem ani jednego słowa. Nie wiem, jak wytrzymam 

do jutrzejszego wieczoru. Cały czas myślę o tym, co powiedział Daniel na spacerze z psami. A 

raczej, co chciał powiedzieć, pytając, czy już tak przywiązałam się do towarzystwa psa, że po 

powrocie mamy, kiedy oddam jej Lulę, chciałabym mieć innego psa?

Zapytałam, dlaczego o to pyta. Zrobił tylko tajemniczą minę.

Mam chaos w głowie. Albo chce mi kupić w prezencie, na przykład pod choinkę, jakiegoś 

pieska, żebyśmy mogli wychodzić razem na spacery. Albo chce, żebyśmy zamieszkali razem i 

wówczas Brutus będzie naszym wspólnym psem. Albo już postradałam zmysły, albo stanie się to 

za chwilę. Przecież nie powiedział niczego, co mogłoby mnie upoważnić do wyciągania takich 

wniosków. To po co o to pytał?! Jestem nienormalna!

20.00.  Przypomniałam   sobie   dobrą   radę   mojej   mamy:   „Zrób   listę   wszystkich   mężczyzn 

godnych  zainteresowania, wpisz obok ich nazwisk wady i zalety,  no i startuj do tego, który 

wypadnie najlepiej. Weź wreszcie sprawy w swoje ręce”. Mama rzadko miewa dobre rady, ale ta 

jest wyjątkiem, który potwierdza regułę.

20.05.  Siedzę w kuchni przy stole, popijam zieloną herbatkę i robię listę kandydatów na 

mężczyznę mojego życia:

kandydat: Paweł

za

przeciw

jest mną zainteresowany

kochałam się z nim

było nieźle

jest dobry i czuły

i mądry

lubię go, gdy mam dzień 

kokietki

jest odrobinę niższy ode 

mnie

nie wiem, czy go lubię, 

kiedy nie mam dnia kokietki

nie wiem, kim jest naprawdę

background image

kandydat: Piotr Larnecki

za

przeciw

jest przystojny 

ma ciepły głos 

dobrze wygląda w kitlu 

jest świetnym lekarzem 

ma   narzeczoną   Ewę,   która 

jest moją przyjaciółką

kandydat: Marek — sąsiad

za

przeciw

jest sympatyczny

przystojny

blisko mieszka 

ma żonę Anię

kandydat: Daniel

za

przeciw

jest przystojny 

ma piękne oczy i głos 

wspaniale opowiada 

zabawny, sympatyczny 

duże poczucie humoru 

chyba

 

jest

 

mną 

zainteresowany

na pewno świetnie wygląda 

w kitlu 

uwielbiam się z nim całować 

?

kandydat: Wacek

background image

za

przeciw

mieszka ze mną 

je mi z ręki 

daje się przytulić 

kradnie dla mnie kotlety

jest kotem

kandydat: Kuba z serialu Na dobre i na złe

za

przeciw

ma poczucie humoru 

oraz   przystojną   twarz   Artura 

Żmijewskiego

dobrze wygląda w kitlu

tak naprawdę nie istnieje

Bilans:

mam wyraźną skłonność do kitli,

najlepszym kandydatem jest Daniel Stocki,

tuż za Danielem plasuje się Wacek.

21.30. Pierwszy etap planu wykonany pomyślnie! Teraz tylko startować, skoro już wiem do 

kogo.

21.33.  Cholera! Przecież już od miesiąca wiem do kogo, tylko nie wiem jak! Czy to, co 

działo się dzisiaj, można  uznać za początek?  W takich  pismach  jak moje i wielu innych  są 

specjaliści, którzy mają tysiące doskonałych rad, ale mogę się założyć, że sami nigdy by z nich 

nie skorzystali.

21.35. Jestem w kropce.

21.40. Nadal jestem w kropce.

background image

21.45. Ciągle jestem w kropce.

21.50. Jestem w łazience.

22.00.  Teraz   jestem   w   nowej,   obrzydliwie   obcisłej,   małej   czarnej,   której   nie   powinnam 

nakładać, ponieważ demaskuje nadmiar czegoś na biodrach, czyli moje słynne koło ratunkowe.

22.05. Stoję pod drzwiami Daniela i czuję się kretyńsko.

22.07. Godzę się ze swoim losem i dzwonię.

22.08. Dzwonię jeszcze raz. Nikt nie szczeka ani nie otwiera.

22.09. To niemożliwe, że Daniela nie ma, kiedy przyszła do niego miłość.

22.10.  Trzaśniecie  drzwiami windy i Brutus wita mnie  radośnie, pozostawiając na małej 

czarnej, zbyt obcisłej, błotne ślady łap.

22.12. Daniel przygląda mi się uważnie i pyta, czy coś się stało. Próbuję mu wytłumaczyć, co 

robię pod jego drzwiami w eleganckiej sukience, ale sądząc po minie Daniela, nie wypadłam 

chyba zbyt przekonywająco. Też bym nie uwierzyła, gdyby jakiś facet wystrojony w garnitur 

przyszedł do mnie po cukier.

22.15. Siedzę w pokoju gościnnym Daniela, całym w kolorze srebrny metalik, i czekam na 

kawę. Wyobrażam sobie, że jest gejem, ma żonę i dziecko, trzy kochanki i zaborczą narzeczoną. 

Z tych przyjemnych i optymistycznych wizji wyrywa mnie głos Daniela wrzeszczącego z kuchni:

— Ze śmietanką czy bez?

—   Bez   —  odwrzaskuję,   jakby   mieszkanie   miało   ze   sto   pięćdziesiąt   metrów,   a   nie 

sześćdziesiąt osiem.

Daniel przynosi kawę. Ależ on jest wysoki...

background image

—  A  więc,   droga   Brygido  —  mówi,   zabawnie   przekrzywiając   głowę  —  jak  się   miewa 

Wacek? — Czuję, że ze mnie kpi.

— Świetnie — odpowiadam niepewnym głosem.

— Myślisz, że polubi Brutusa?

— Myślę, że tak. — W mojej głowie kompletne szaleństwo. Do czego on zmierza? Brygida, 

weź się w garść! Przyszłaś tu polować, a nie wpadać w pułapki! Czuję się jak niedoświadczona 

piętnastolatka. Choć teraz piętnastolatki są pewnie właśnie bardziej doświadczone niż ja, stara 

prawie trzydziestka.

— Dlaczego pytasz, czy Wacek polubi Brutusa? — Głos mi się trzęsie. Zaraz zemdleję albo 

ucieknę.

— Wracając ze spaceru, pukałem do ciebie. Chcieliśmy cię z Brutusem odwiedzić.

Potrzebuję kilku chwil, żeby ochłonąć i zrozumieć, co on do mnie powiedział.

„Powiedział tylko tyle, kretynko, że chciał cię odwiedzić razem ze swoim psem. Nic więcej”. 

— To mój wewnętrzny głos.

—  Zrobiło  mi  się przykro,  że  cię  nie zastałem.  —  Daniel  pocałował  mnie  delikatnie  w 

czubek nosa. — Dobrze, że przyszłaś po cukier, Brygido Janoska.

Zdążyłam tylko pomyśleć, co pomyśli o mnie Wacek, kiedy nie wrócę na noc do domu, i 

poddałam się najczulszym pieszczotom, najrozkoszniejszym pocałunkom. To był odlot.

Daniel powoli rozpinał suwak sukienki na plecach. Ja zdejmowałam z niego bluzę. Tę z 

kotem.

Zadzwonił telefon.

— Odbierz, to chyba do ciebie — zażartowałam. Poturlaliśmy się po podłodze do telefonu 

razem, bo nie mogliśmy się z siebie rozplatać. Daniel podniósł słuchawkę i za chwilę powiedział 

coś po niemiecku. Cholera, za późno zaczęłam się uczyć tego języka i nic nie rozumiałam. A 

poza tym prysł cudowny nastrój.

— Przepraszam cię, maleństwo [nikt tak do mnie nigdy nie mówił], moi niemieccy znajomi 

mają jakieś drobne kłopoty. Muszę im pomóc.

— Teraz? — zapytałam bez sensu.

— Teraz. Spotkamy się jutro o osiemnastej u ciebie. OK? I zjemy kolację w „Pod Aniołem”.

Robił wszystko jednocześnie — ubierał się w pośpiechu, zapinał moją suknię i całował mnie 

w kark. Całował tak, że jęknęłam:

background image

— Danielu, musisz?

—  Muszę, maleństwo. —  Wyjmował z szuflady jakieś dokumenty i papiery. —  Brygidko, 

mam do ciebie prośbę. Czy Brutus mógłby zostać u ciebie do jutra? Po prostu nie wiem, ile mi to 

zajmie czasu. Mogę wrócić za dwie godziny, a mogę i za dziesięć. Ale na pewno zdążę przed 

naszym spotkaniem.

— Oczywiście, nie ma problemu — powiedziałam odruchowo, zanim się zastanowiłam.

— Strasznie, ale to strasznie cię lubię — przyciągnął mnie do siebie, objął i pocałował tak, że 

znowu   ziemia   zaczęła   mi   się   usuwać   spod   stóp.   Złapał   kurtkę,   podał   mi   smycz   dziwnie 

niespokojnego Brutusa i prawie wybiegł na klatkę. Zamknął drzwi na jeden zamek i wcisnął mi 

w garść klucze.

— Właściwie mogę ci je zostawić, przecież i tak najpierw przyjdę do ciebie po Brutusa.

22.45. Zjechaliśmy windą trzy piętra i stanęliśmy pod moimi drzwiami.

— Wybacz, Brygidko — wyszeptał i zniknął.

22.50. Leżę na łóżku, na tym skrawku, który zostawiła mi Lula. Nawet się nie rozebrałam.

— Dlaczego, dlaczego tylko mnie coś takiego musiało się przydarzyć!? Czy świat może się 

aż tak zmienić w ciągu pół godziny?

Walę pięściami w poduszkę. Lula przesuwa się w bezpieczniejsze miejsce. Łzy płyną mi 

nieprzerwanym strumieniem i szlocham tak, że Lula zaczyna wyć. Po chwili przyłącza się do niej 

Brutus. Z obawy, żeby sąsiedzi nie wezwali straży pożarnej, sądząc, że to alarm, muszę przestać 

płakać. Świat jest podły!

background image

13 października, sobota

9.00.  Chciałam pospać dłużej, bo miałam całą noc zmarnowaną, ale Lula jak to Lula jest 

bezwzględna. Zaczęła mnie spychać z mojego własnego łóżka. I to nie na podłogę, a na Brutusa, 

który spał grzecznie na dywaniku. Właśnie wróciliśmy ze spaceru, na którym Lula zachowywała 

się tak, jakby nagle otrzymała  dyplom szkoły angielskiej dla dobrze urodzonych  panienek, i 

zastanawiam się, czy jeszcze na chwilę nie wskoczyć do łóżka. Muszę przecież jakoś wyglądać 

wieczorem. Wyłączyłam telefon i postanowiłam się nie mazgaić, tylko „nabrać urody przez sen” 

— jak mówi mama.

11.00. A co będzie, jeśli wieczorem znowu zadzwonią jacyś Niemcy ze swoimi problemami i 

Daniel będzie musiał odwołać naszą pierwszą wspólną kolację?

„Nie wywołuj wilka z lasu, Brygido Janoska! Myśl pozytywnie!”

Czego   ja  nie   robiłam,   żeby  myśleć   pozytywnie!   Przystrzygłam   sobie   grzywkę.   Niestety, 

trochę krzywo i kiedy próbowałam ją wyrównać, zrobiła się chyba ciut za krótka. Ale za to kolor 

udało mi się tym razem osiągnąć super! Jasna, czysta miedź. Nikt się nie domyśli, że jestem 

blondynką.

13.00.  Cała zawartość mojej szafy leży przed szafą, to znaczy na podłodze. Brutus i Lula 

walczą o moją starą bluzę. A niech się zwierzątka nacieszą. Zwyciężyła, oczywiście, Lula, która 

wyrwała bluzę, ale Wacek był najmądrzejszy, bo wskoczył na nią i jeździł po całym pokoju na 

gapę. Zabawa była przednia, dopóki z półek nie zaczęły spadać książki. A wszystko, co stało na 

komodzie, było w poważnym stopniu zagrożone. Musiałam szybko napełnić miseczki jedzeniem, 

żeby choć na chwilę odwrócić ich uwagę od wspaniałej „zabaweczki”. Do ciężkich zniszczeń nie 

background image

doszło, a podłogę miałam wyfroterowaną jak nigdy.

15.00. Wróciłam z drugiego uroczego spaceru z psami. Ciekawe, dlaczego Daniel do tej pory 

się nie odezwał. Ależ jestem kretynka! Przecież wyłączyłam wszystkie telefony!

15.05.  Nawijam  włosy na papiloty (dawno tego nie robiłam) i słyszę okropne burczenie w 

żołądku. Nie jadłam śniadania, nie jadłam obiadu, podgryzam tylko chrupki chlebek, żeby nie 

paść z głodu przed wieczorem.  Ale jeśli cokolwiek mnie  skusi, nie zmieszczę  się w czarne 

skórzane spodnie, które już od ubiegłego roku są za ciasne.

15.10.  Sprawdzę. Tak  —  są za ciasne. Próbuję je dopiąć, leżąc na podłodze. Próbuję na 

plecach, próbuję na boku. Nic z tego.

15.20. Siedzę na podłodze i grzebię w kupie szmat.

„Po co ja tyle tego trzymam, przecież i tak nie będę nosiła tych bluzeczek, tych sweterków. 

Trzeba połowę szafy zapakować i oddać na PCK” — myślę racjonalnie.

Automatycznie   segreguję   i   odkładam   na   bok   to,   czego   już   na   pewno   nie   będę   nosić. 

Powiedzmy, że z niektórych rzeczy wyrosłam. Przy okazji znalazłam różową skórzaną kurteczkę, 

o której zupełnie zapomniałam. Jest wprawdzie bardzo obcisła, ale suwak się dopina i wyglądam 

w niej cholernie seksownie. Dobrze, że mam niezły biust. Do niej włożę tę nową, wrzosową 

spódnicę z dołem obciętym ukośnie. Coś mnie napadło i kupiłam z przeświadczeniem, że nigdy 

jej nie nałożę. I zielone body. Wyglądam super! No, pomijając papiloty. Ale przecież zdejmę, 

zanim przyjdzie Daniel. Mam nadzieję, że nie zapomnę.

16.57.  Coś podobnego! Nigdy nie zdarzyło mi się być ubraną na godzinę przed wyjściem. 

Jeszcze tylko makijaż. Dlaczego Daniel nie dzwoni? Mógł choćby wysłać SMS-a. Rzeczywiście 

różowoseledynowy w tym sezonie jest wymarzony. Stoję przed lustrem w łazience i wyjątkowo 

starannie   tuszuję   rzęsy,   żeby   wyglądały   na   dwa   razy   dłuższe,   niż   są   w   rzeczywistości. 

Odruchowo włączam radio.

— Program Trzeciiiii — śpiewają jakieś muzykalne panienki.

—  Jest   siedemnasta.   Słuchają   państwo   Trójki.   Serwis   informacyjny.   Zaczynamy   od 

background image

wiadomości z ostatniej chwili. Dzisiaj nad ranem na przejściu granicznym w Kołbaskowie polscy 

celnicy zatrzymali dwóch obywateli niemieckich podróżujących samochodem bmw z berlińską 

rejestracją.   Samochód   nafaszerowany   był   amfetaminą   ukrytą   w   opakowaniach   lekarstwa 

przeznaczonego do leczenia psiego reumatyzmu.

„Zwariowali — pomyślałam — plątać w to jeszcze Bogu ducha winne stworzenia”.

— Policja poszukuje trzeciego członka przemytniczego gangu, obywatela polskiego, Daniela 

S., lekarza weterynarii.

— Niech jeszcze powiedzą, że cholernie przystojnego i że całuje tak jak nikt. Co ja bredzę?! 

— Nagle poczułam, jak miękną mi kolana.

Dopiero teraz zaczęłam składać w całość wszystko to, co wydarzyło się wczoraj.

—  Nie,   niemożliwe!   Zwykła   zbieżność   imion,   pierwszej   litery   nazwiska   i   zawodu   — 

próbowałam sobie wmawiać.

„A jednak?” — szeptał mój wewnętrzny głos. „Te telefony? Te nagłe wyjścia? Ta ucieczka 

wieczorem?”

— Ależ ja jestem naiwna! Oczywiście, że to była ucieczka! Podrzucił mi przecież Brutusa! 

Biedny pies. Co ja teraz z nim zrobię? A klucze? Co mam zrobić z kluczami do jego mieszkania?

„Wyrzuć. Nikt przecież nie wie, że je tobie zostawił”.

—  Nie.   Bez   sensu.   Panikuję   niepotrzebnie.   Na   pewno   zjawi   się   o   osiemnastej,   tak   jak 

obiecał.

Zaczęłam co parę minut sprawdzać zegar. Nigdy w życiu nie przeżyłam tak długiej godziny. 

Kiedy   wskazówki   zegara   zbliżały   się   nieuchronnie   do   godziny   18.00,   dostałam   dreszczy. 

Dzwonek   u   drzwi   nie   dzwonił.   Milczały   telefony,   a   mnie   trzęsło   tak,   jakbym   dostała 

gwałtownego ataku febry. Nie mogę powstrzymać szczękania zębami.

18.05.  Rozbieram się szybko i wskakuję do wanny. Biorę gorącą kąpiel. Telefon milczy. 

Dzwonek u drzwi także.

18.15. Trzasnęły drzwi od windy. Zawinięta tylko w ręcznik biegnę wyjrzeć przez wizjer. Na 

korytarzu pusto.

18.30.  Siedzę w kuchni przy stole, mam na sobie moją ulubioną męską piżamę, za dużą o 

background image

dwa numery, i sączę drinka. Nie, dzisiaj nie wino. Piję czystą wódkę (której nie cierpię) z sokiem 

pomarańczowym. Wyjęłam oliwki, kroję sobie kosteczki ementalera i próbuję udawać, że czuję 

się świetnie. Łzy, razem ze starannie zrobionym makijażem, kapią mi do szklaneczki.

19.00. „Fakty”. Jest. Przejście graniczne. Celnik mówi, że podejrzane wydawało mu się to, 

że te same opakowania leków widział parę miesięcy temu przewożone przez granicę w drugą 

stronę, czyli do Polski. Wypijam drugiego drinka.

19.30.  „Wiadomości”.   Przejście   graniczne.   Zbliżenie   na   niemieckie   numery   rejestracyjne 

samochodu. Wyraźnie widać wgłębienie od stuknięcia. Coś mi się nie zgadza. Ja przecież znam 

ten samochód. To ta sama beemka, która stała zaparkowana na moim miejscu jakiś miesiąc temu 

i ja w nią wjechałam, bo się zamyśliłam. Tylko wtedy na pewno była na polskich numerach. 

Pomyślałam wtedy: „Co za dupek stanął na moim miejscu”. Teraz już wiem, co za...! Nie, nie 

mogę tak myśleć o Danielu. Co ja mam zrobić? Nie mogę pójść na policję i powiedzieć: 

— To są klucze do mieszkania tego faceta od amfy, to jest jego pies, a ja całowałam się z 

nim do nieprzytomności jeszcze wczoraj wieczorem i marzyłam o tym, żeby mnie przeleciał!

20.00. Chciałam wypić jeszcze jednego drinka, ale pomyślałam, że nie mogę wyjść na spacer 

z psami w stanie wskazującym na spożycie. Przynajmniej nie w takim stopniu. Lula i Brutus 

siedziały już zgodnie pod drzwiami.

Włożyłam dres na piżamę, na papilotach zamotałam ogromną chustę — nie wiem, dlaczego 

nie chciało mi się ich zdejmować  —  wcisnęłam się w pikowaną kurtkę i wyszłam, prowadząc 

potulne psy na smyczach. Wydawało mi się, że na spacerze wymyślę jakieś genialne wyjście z tej 

kryminalnej sytuacji.

Spojrzałam w okna Daniela. Były ciemne. Nie wymyśliłam nic, ale ciągle nie wierzyłam, że 

to on. Może ktoś go próbuje wrobić. Obserwowałam uważnie całe osiedle. Spokój. Nic się nie 

działo. A czego oczekiwałam? Obławy? Radiowozów? Psów tropiących? Wróciłam do domu 

dopiero wtedy, kiedy zęby zaczęły mi szczękać jak kastaniety.

21.00. Jeszcze jedna gorąca kąpiel, jeszcze jeden drink. Przypominam sobie wszystkie słowa 

Daniela i dopiero teraz w pełni rozumiem ich znaczenie.

background image

21.30. Moje rozmyślania przerywa potworny łomot do drzwi.

„To już koniec! Idą po mnie!” — myślę i po cichutku podchodzę do drzwi, za którymi coś 

dziwnie głośno. Zerkam przez wizjer. Widzę Ankę... Co ona tu robi o tej porze? Coś jednak 

musiało się wydarzyć. Otwieram.

Rozbawiona   Anka   „wtacza   się”,   udając   pijaną,   do   mojego   mieszkania.   Za   nią   Marek. 

Daniel?! Nie, jakiś inny mężczyzna,  równie wysoki.  Ewa i doktor  Larnecki?! To  już chyba 

koniec świata!

—  Co jesteś taka przerażona, Brygido?  —  śmieje się Ewa.  —  Mamy małą „zakładową” 

imprezkę  u Marków i przyszliśmy  cię  zaprosić.  Tak strasznie  cię  obgadywaliśmy,  że Antek 

koniecznie chciał cię poznać. Brygido  — to jest Antek, mój kolega z pracy. Antku —  to jest 

Brygida, moja najlepsza koleżanka ze szkoły — dokonała prezentacji.

— Ewka, ale skąd ty u Marka? — Nie mogłam się w tym wszystkim połapać.

— Pracujemy z Markiem już od jakiegoś czasu. To on był obiektem moich westchnień, nie 

pamiętasz, opowiadałam ci. Ale Ania była lepsza, na mnie w ogóle nie zwracał uwagi.

— Za co jestem mu  dozgonnie wdzięczny,  bo zostałaś  dla mnie.  —  Piotr przytulił  ją i 

popatrzył na mnie.  —  Znowu widzę na twojej głowie jakieś dzieło sztuki. Świetna fryzura  — 

roześmiał się życzliwie.

— Zróbcie sobie drinki — powiedziałam, znikając w łazience.

22.00. Pozbyłam się papilotów, ale nadal jestem w mojej ulubionej piżamie. Piję, nie wiem 

już którego drinka, i jest mi wszystko jedno.

22.15. Antek przygląda mi się dość natarczywie. Trochę mnie to irytuje, ale staram się być 

miłą gospodynią. Zresztą zaraz przenosimy się do Marków. Przez głośny gwar ledwo usłyszałam 

brzęczyk   domofonu.   Rzuciłam   się   w   stronę   drzwi.   Kto   to   może   być?   Paweł!   Przechodził   i 

zobaczył światło. Jak to: przechodził? O tej porze? Po co? Mieszka na drugim końcu miasta. 

Paweł jest zaskoczony obecnością tylu gości. Antek zaczyna się wygłupiać i opowiada, że szukał 

tej piżamy, ale nie miał pojęcia, że zostawił ją u mnie. Pawła na chwilę zamurowało. Patrzy na 

mnie z takim wyrzutem... Wychodzi, delikatnie zamykając drzwi za sobą. Krzyczę, że to moja 

piżama, że zawsze spałam w męskich piżamach! Ogarnia mnie furia! Za dużo emocji jak na 

background image

jeden dzień. Wyrzucam wszystkich. Antek przeprasza, nic nie rozumie, wydawało mu się, że to 

świetny kawał. Ewa przytula mnie i uspokaja, Marek mruczy coś pod nosem. Za dużo już... za 

dużo... Zamykam drzwi i zaczynam płakać, jak mała dziewczynka. Ciągle widzę beznadziejnie 

smutne oczy Pawła. Boże, co ja nawyprawiałam przez ostatnie dni! Jest mi źle, okropnie ciężko.

22.40. Psy się wreszcie uspokoiły. Wacek wylazł z szafy, gdzie ma swój azyl. Wydawało mi 

się... Nie, teraz słyszę wyraźnie. Ktoś delikatnie puka do drzwi. Moje serce zaczyna walić jak 

oszalałe. Uchylam drzwi.

— Paweł!

— Mam taką samą — mówi i przytula mnie.

— Ale uwierz mi...

—  Wiem,   że   to   twoja   piżama.   Rozmawiałem   przed   chwilą   z   Antkiem.   Powiedział,   że 

poznaliście się pół godziny temu.

— Ale... — Nie wiem, o czym chciałam mu powiedzieć. O tym, że mnie kontroluje? O tym, 

że jest zazdrosny i że to jest trochę przyjemne, a trochę niepokojące? Na razie nie mogłam nic 

powiedzieć, bo Paweł przyciągnął mnie mocno do siebie i całował. Nie tak jak Daniel. Nikt nie 

całował tak jak on. Trudno.

— Paweł. Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego...

— Powiedz.

— Jesteś mi bardzo potrzebny.

— Ty mnie też, maleństwo.


Document Outline