background image

 

                                          

 

                   

WIESŁAW WERNIC 

 
 
 

SŁOŃCE ARIZONY

 

 
 
 
 
 
 
 

CZYTELNIK  WARSZAWA  1989 

ILUSTROWAŁ STANISŁAW ROZWADOWSKI 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Redaktor techniczny Alina Szubert-Jaroslawska 
i Copyright by Spółdzielnia Wydawnicza “Czytelnik” Warszawa 1980 

background image

ISBN 83-07-01969-9 
 
 
 
 
W samo południe 
 
 
 
“Niezliczona ilość czynników złożyła się na to, by Daleki Zachód zajął 
szczególne miejsce w kronikach amerykańskiej kultury. Majestatyczne piękno 
jego położenia i charakter tutejszego osadnictwa zadziwiająco kontrastowały ze 
stosunkowo jednostajnym obrazem wsi i miast na Północnym Wschodzie, z 
nużącą monotonią Środkowego Zachodu i plantacji Południa. Już sam ogrom 
tych przestrzeni i fantastyczne kształty rozpalały ludzkie myśli, słowa i czyny. 
Lawina pędząca do kopalń, do bogatych, żyznych gruntów i do niezwykle 
bujnych drzewostanów wytworzyła różne grupy społeczne, w niczym 
nieprzypominające tego społeczeństwa, które powstało na szlakach pochodu do 
doliny Missisipi. Z tego wszystkiego rodził się nowy styl życia. 
Na ogromnych przestrzeniach, gdzie gęstość zaludnienia była niewielka, a 
więzów prawa właściwie nie odczuwano, swobodnie mogły się przejawiać 
prymitywne, anarchistyczne instynkty poszukiwaczy przygód; codziennie 
urozmaicały życie strzelaniny, rabunki i morderstwa. Rozpętana przez 
poszukiwaczy bogactw i odkrywców złóż spekulacja, fortuny powstałe w 
okamgnieniu dzięki pośpiesznemu podziałowi gruntów federalnych , budowie 
linii kolejowych i odkryciu nowych skarbów mineralnych, wszystkie te 
niemające precedensu zjawiska wstrząsnęły całym kontynentem wzdłuż i wszerz. 
Pod wieloma względami ten ostatni pęd na zachód wniósł do amerykańskiego 
życia nowy ton. Działalność, dynamika i sukces uważane za charakterystyczne 
dla życia na «Dzikim Zachodzie», stały się w oczach ludzi tęskniących do 
niezwykłych przygód symbolem całej Ameryki." 
Od tych pierwszych dni, gdy fala białych osadników płynęła jak lawina ze 
wschodnich stanów Ameryki ku dziewiczym ziemiom odkrytego “Dzikiego 
Zachodu", minęło lat kilkanaście. Był rok 1883. 
Mimo wiosny wstał dzień niezwykle gorący, a na dwu krzyżujących się 
drogach-ulicach małego miasteczka nie widać było ani jeźdźców, ani 
przechodniów. Okna kilkudziesięciu drewnianych domów zasłonięto solidnymi 
okiennicami bądź też rodzajem rolet z płaskich deseczek połączonych sznurkiem. 
Upał doskwierał. Mogło się wydawać, iż okrągłe słupy, podpierające spadzisty 
dach werandy jednego z większych budynków, za chwilę zaczną się pocić. 
Daszek rzucał cień na deski werandy, a na tych deskach siedział z nogami 
opuszczonymi ku ziemi mężczyzna w kapeluszu o szerokim rondzie, które 

background image

chroniło mu twarz zarówno przed słońcem, jak przed spojrzeniem wścibskiego 
obserwatora. Ale nikogo w pobliżu nie było. 
Tuż obok samotnej postaci spoczywała kurtka ze skóry łosia, nieco zakurzona, ale 
bez dziur i łat, co świadczyło, że jej właścicielowi musiało się wieść nieźle. 
Mężczyzna miał na sobie bawełnianą koszulę w niebiesko-czarną kratę, rozpiętą 
pod szyją, oraz skórzany pas. Przy pasie wisiały dwa futerały od rewolwerów, 
tych wielkich, ciężkich bębenkowców marki “colt", prostych w obsłudze i 
niezawodnych w użyciu. Gdy była potrzeba lub jej... nie było. Ale futerały 
wisiały lekko, całkowicie próżne. Obok odpoczywającego nie leżała ani nie stała 
oparta o ścianę żadna inna broń: rusznica, karabin, strzelba czy automatyczny, 
wielostrzałowy sztucer. Nie było broni również przy łęku siodła karogniadego 
konia, przywiązanego końcami uzdy do jednego ze słupków podpierających dach 
werandy. 
Koń grzebał kopytem w czerwonoceglastym pyle drogi, z głową pochyloną ku 
ziemi przysłoniętej smugą cienia. Zad zwierzęcia lśnił blaskiem odbitego słońca i 
pokrywał się kroplami potu. Pot ściekał również po policzkach człowieka, a 
kraciasta koszula przylgnęła mu do pleców. A przecież wystarczyło wstać i zrobić 
kilka kroków, aby znaleźć się pod dachem domostwa, w półmrocznej sali, gdzie 
temperatura musiała być o kilka stopni niższa. Sali dostępnej dla wszystkich. Nad 
drzwiami wisiał przecież zachęcający napis, wymalowany czerwienią na desce: 
“Arizonac". Z lewej strony nieznany autor odtworzył zieloną farbą potężny, 
trójramienny kaktus, z prawej — strojną kolorowymi piórami, o brunatnym 
obliczu, głowę indiańskiego wojownika. 
Była to gospoda — restauracja, hotel, a jednocześnie skład najpotrzebniejszych 
przedmiotów codziennego w tych stronach użytku. Nazwa “Arizonac" i 
wizerunek kaktusa mówiły dobitnie każdemu, kto znał się na rzeczy, o 
terytorialnej przynależności miasteczka. 
Mężczyzna siedzący na werandzie dobrze orientował się w symbolice napisu i w 
przyjemnościach, jakich mogło mu dostarczyć wkroczenie w głąb budynku. Na 
myśl o tym oblizał końcem języka zaschnięte wargi, ale nie podniósł się. 
Wiedział, iż wszedłszy do sali napotka na swej drodze obity blachą kontuar, 
wilgotny od kropel piwa, a za kontuarem stać będzie spocony grubas, który bez 
słowa, zapraszającym gestem podsunie mu kufel pieniącego się złotawego płynu. 
Widział go już przecież, gdy przybywszy przed gospodę, śmiało wkroczył do 
wnętrza, zapytując, czy bawi tu dżentelmen o nazwisku Karol Gordon. 
Bawi, owszem, ale wyjechał o świcie, zapowiadając swój powrót wieczorem. 
Wyszedł bez słowa, machnąwszy ręką na podsuwany mu kufel. Piwo, zimne piwo 
było na pewno trunkiem orzeźwiającym. Prawie czuł na podniebieniu goryczkę 
chłodnego, pachnącego chmielem napoju. Ale za piwo należało zapłacić. A 
przybysz nie miał nawet srebrnej półdolarówki ani żadnej innej obiegowej 
monety świata, poza jedną jedyną... centową. Dlatego tkwił na werandzie w 
cieniu, który nie przynosił uczucia chłodu. 

background image

Siedział i rozmyślał złorzecząc — w skromnych jednak słowach — Karolowi 
Gordonowi za pragnienie, za upał, za udrękę oczekiwania w skwarze. A przecież 
wina Karola Gordona ograniczała się tylko do całodziennego wyjazdu z nudnego 
i obrzydliwego jak przesolony śledź miasteczka. Sprawcą istotnego kłopotu był 
zupełnie ktoś inny. 
Nie mógł sobie teraz darować, że nie wierzył opowieściom o tej krainie. Dlatego 
właśnie, niewierny Tomasz, otrzymał bolesną nauczkę. Uśmiechnął się 
zaciskając wyschłe wargi na wspomnienie szczegółów na nowo popadł w ponurą 
za dumę. Jakże to było? 
Jechał od świtu poprzez niezwykłą krainę, gdzie każda przebyta mila odsłaniała 
nowe, odmienne widoki. Przymknął oczy, aby nie widzieć słońca, czerwonego 
pyłu ani wznoszącego się naprzeciw budynku, który wydawał się jakby wymarły 
— i od razu ujrzał pod powiekami inny obraz: ziemię bezkresną, na pozór 
bezludną. 
Wyruszył w drogę tego dnia o świcie. Czerwone cienie padały od czerwonych, 
fantastycznych wzgórz o szczytach płaskich jak stoły, zielone cienie rzucały 
piniowe lasy i potężne drzewa jałowcowe wyglądały jak granatowe. Jechał tą 
drogą po raz pierwszy w życiu, obdarzony tysiącem wskazówek gospodarza 
saloonu, w którym spędził noc. 
— Prosto, jak strzelił, szlak jest przetarty, nie zabłądzi pan. Koło samotnego pnia 
złamanej pinii skręcić trzeba na prawo, a potem na lewo i dalej znów prosto. 
Gdy słońce stanęło pionowo, zatrzymał się przy strumieniu bulgocącym po 
żółtych głazach. 
—Niech pan nie zapomni napoić konia — słyszał jeszcze 
ostrzegawczy głos. — To jedyna woda po drodze. W tym kraju istnieją tylko małe 
źródła. Apacze mają rację, to istotnie arizonac. 
Arizona... Apacze... Trochę go to stropiło. 
— Krótka droga, a pan ma dobrego konia, jeśli się nie mylę... 
Więc chociaż Karol Gordon radził w swym liście: “Nie podróżuj sam, to trochę 
ryzykowne", zapewnienie karczmarza dodało otuchy. Nikt zresztą nie wybierał 
się do tamtego miasteczka. 
Strumień bulgotał i mgiełka wilgoci drżała w rozpalonym powietrzu. Nadciągało 
południe w tej najgorętszej krainie Północnej Ameryki . Podróżny zrzucił 
wówczas kurtę, zdjął kapelusz, zanurzył głowę w wodzie, potem ręce aż po łokcie 
i rozciągnął się na skąpej trawie porastającej brzeg. Leżał spoglądając na 
zdumiewającą grę barw skał i rzadkiej roślinności o intensywnych, 
kontrastowych kolorach, na dziwaczne kształty urwiska, dźwigającego się z 
rozpękłej, pełnej szczelin ziemi po drugiej stronie rzeczki, w odległości kilku 
jardów. Czerwonożółta skała, z trzema haczykowatymi szczytami, wyrosła ponad 
otoczenie w wyniku erozji wód, którym się oparła, ale której nie oparła się ziemia. 
Rok po roku wody arizońskiej wyżyny porywały miękki grunt niosąc go ku 
nizinom. A skała wyrastała coraz wyżej. 
“Coś jak kanion Colorado"  — pomyślał i głośno ziewnął. 

background image

 
Potok wypływał z doliny pnącej się ku górze i coraz bardziej zwężanej 
postrzępioną linią świerków, upłazów, kamienistych żlebów, wśród których 
sterczały rzadkie, trójpalczaste kaktusy, przekraczające swą wysokością 
człowieka siedzącego na koniu. Nieco wyżej, jak ciemnogranatowa linia, widniał 
skrawek dziwnego lasu potężnych jałowców. 
Leżał i odpoczywał nie myśląc o niczym. Wtedy usłyszał: 
—Leż spokojnie! Nie ruszaj się! 
Nawet nie drgnął. Kątem oka spojrzał ku czystemu błękitowi nieba, ale dojrzał 
tylko pionowy cień postaci ludzkiej, a na pierwszym, najbliższym planie — 
czarny, okrągły otwór rewolwerowej lufy. 
—Leż — powtórzył zimny, obojętny głos. 
Ten sam głos komenderował: 
—Przetrząśnijcie juki! 
Usłyszał z kolei stukot końskich kopyt po kamieniach, a potem inny głos, o 
prawie dziecinnym brzmieniu: 
—Fred, potrzymaj uzdę. 
Dalej była cisza, ale cień sylwetki trwał nad nim, a czarny otwór lufy nadal 
zakrywał niebo. Potem znowu czyjeś pytanie: 
—Jest tam co? 
I krótka odpowiedź: 
—Pieniądze. 
—Resztę zostawić — powiedział człowiek trzymający rewolwer. 
—A broń? 
—Przykro mi — odezwał się do leżącego — musimy zabrać wszystkie te 
pukawki. Fred, wyjmij rewolwery. To dla naszego bezpieczeństwa — wyjaśnił. 
Leżący uśmiechnął się: 
—Rozumiem — mruknął.. 
—Doskonale, rozumiemy się nawzajem. 
Obca ręka wyciągnęła jeden, potem drugi rewolwer. 
—Możesz wstać. 
Podniósł się powoli. Gdy stanął, byli już na koniach. 
Nosy, usta i brody zakrywały im pospolite kraciaste chusty, przewiązane w tyle 
głowy. 
—Powodzenia, chłopcy! Nie poznali się na drwinie. 
—Najbliższe miasteczko cztery mile stąd. Nie zginiesz z głodu. Zostawimy ci 
konia. 
—Jak się nazywa ta miejscowość? — zapytał. 
—Rainy Valley. Masz drogę prostą, jak strzelił. 
Poprzez kamienisty strumień przebrnęli na drugi brzeg i pojechali skrajem 
trójszczytowej skały. Patrzał za nimi, aż zniknęli w smużce kurzu. Wtedy 
podszedł do konia, poklepał go po szyi, zajrzał do otwartych juków siodła — nic z 
nich nie ubyło z wyjątkiem pieniędzy. 

background image

Oto dlaczego siedział teraz na werandzie gospody “Arizonac", zamiast znajdować 
się w jej wnętrzu. 
Wymarłe w spiekocie miasteczko, jakby na ironię przezwane Deszczową Doliną 
— to właśnie Rainy Valley. 
Wyciągnął z kieszeni chustkę, a kiedy obcierał z potu twarz, pod palcami wyczuł 
jakiś twardy przedmiot. Rozwinął chustkę — ujrzał błyszczącą metalową 
sprzączkę do pasa. Podrzucił ją na dłoni. Srebro... -— zdziwił się. — Piękna 
robota. Ta uwaga dotyczyła wizerunku dwu wężów splecionych ogonami, 
których wydłużone ciała tworzyły kształt sprzączki. 
Artystyczne wykonana — upewnił sam siebie. — Komu to zrabowali? 
Znowu przymknął oczy. Wtedy, gdy ściągał paskami rozbebeszone juki, trącił 
nogą coś, co wydało metaliczny dźwięk na kamieniach — jednocentowa moneta. 
Podniósł ją. “Na pamiątkę" - pomyślał. Wszystko, co mu pozostało. Napoił 
jeszcze konia, a potem... Właśnie potem ujrzał srebrny blask. Na krawędzi 
bulgocącej wody leżała sprzączka, wężowa sprzączka. Któryś musiał zgubić. 
Schował ją wówczas do kieszeni i ruszył w drogę. Skalną doliną, 
płaskowzgórzem, bezdrzewną płaszczyzną, gdzie na czerwonobrunatnej glebie 
stały samotne, obsypane czerwonym pyłem kaktusy. 
A potem ujrzał, jak wyżyna załamuje się, opada prawie stromo ku szerokiemu 
niżowi, ograniczonemu na horyzoncie ścianą poszarpanych szczytów. Przez 
środek niziny płynęła rzeka, a z prawej i lewej jej strony sterczały nieruchomo 
czarnozielone bory. W środku krajobrazu dojrzał skupisko domków. To musi być 
chyba Rainy Valley. 
Wjechawszy w szeroką ulicę, postanowił spytać pierwszego lepszego 
przechodnia. Ale nie spotkał nikogo. Południe minęło. Teraz właśnie jest 
najgoręcej. Wszystko dokoła rozgorzało, jakby wchłonąwszy w siebie 
całodzienny żar słoneczny. I teraz nim paruje. 
Dachy i ściany domów, kamienie, a nawet kurz drogi, ba, skąpe kępki rosnącej na 
skraju zieleni wydają się dyszeć jak nagrzane piece. 
Wszędzie pusto, drzwi domostw pozamykane, a okna zasłonięte. 
Nie przebył jeszcze ani połowy miasteczkowej ulicy, gdy wzrok jego — na 
próżno błądzący po drzwiach i oknach w poszukiwaniu chociażby śladu 
człowieka — natknął się na napis: “Szeryf w Rainy Valley". 
Zatrzymał konia tuż przed wejściem do budynku. Uderzył pięścią w drzwi. 
Spostrzegł wówczas, że chociaż zamknięte, ledwo trzymały się w zawiasach. W 
paru miejscach widniały w nich okrągłe otworki od kul. Gwizdnął cicho i 
ponownie załomotał. Na pustej ulicy rozległo się tylko głuche echo. Wściekły, 
kopnął wreszcie w deski butem, aż z futryn posypał się pył. To poskutkowało. 
Zgrzytnęła okiennica, promień słońca zamigotał w szybie. Wyjrzała czyjaś 
głowa. 
—A co tam? 
—Nareszcie — westchnął. — Czy pan jest szeryfem w Rainy Valley? 
Po chwili milczenia dobiegł jego uszu przyciszony śmiech: 

background image

—Nie ma szeryfa... 
—A kiedy będzie? 
—Nie ma szeryfa w Rainy Valley. Mówię chyba zrozumiale. 
—A cóż znaczy ten napis? 
—Szeryf uciekł. Może chce pan kandydować na jego miejsce? 
Odczuł wyraźną drwinę w głosie. Ale odparł spokojnie: 
—Nie, nie jestem kandydatem. Jestem tylko podróżnym. 
—Z daleka? 
Wskazał ręką za siebie, a potem zapytał zdziwiony: 
—Szeryf uciekł? Jak to mogło się stać? Czy nie ma tu u was żadnego 
przedstawiciela władzy? 
—Bardzo pan ciekawy, wędrowcze. Proszę pobyć tu dłużej, a dowie się pan wielu 
interesujących rzeczy. 
—Wypędziliście szeryfa? 
—My nie. 
—A kto? 
—Oni. 
—Kto oni? 
—Nie wiem. 
Brzękła szyba zamykanego okna. Przygodny informator uznał rozmowę za 
skończoną. Jeździec co prawda był innego zdania, ale cóż mógł czynić? Machnął 
więc tylko ręką i klepnął konia po szyi, aby ruszył w dalszą drogę. Do gospody 
“Arizonac" właśnie. Tam, zgodnie z listowną informacją, zamieszkał Karol 
Gordon. 
To wszystko przemyślał raz jeszcze, siedząc na werandzie w gorącym cieniu 
południa. 
Kto wygnał szeryfa? Jak szeryf mógł dać się wypędzić, Oni, to znaczy: kto? 
Mieszkańcy Rainy Valley? Grupa trzech napastników, których spotkał? Oni — to 
był cały świat i jednocześnie... nikt. 
Przerwał rozwiązywanie tej zawiłej zagadki, ponieważ usłyszał przytłumiony 
tętent kopyt. Ktoś nadjeżdżał z krańca miasteczkowej drogi-ulicy. Dojrzał go 
wyraźnie, w chmurze czerwonego kurzu, jak zbliżał się ku gospodzie. Wreszcie 
chmura opadła. Jeździec z pewnością nie był Karolem Gordonem. 
Rozczarowany, głębiej nasunął kapelusz na czoło i podparł brodę ręką. 
Tymczasem tętent kopyt końskich przeszedł w człapanie, aż nareszcie ucichł. 
Koń, przywiązany do słupa werandy, zarżał. Odpowiedział mu koń przybysza. 
Siedzący człowiek nie podniósł jednak głowy. Słyszał, jak jeździec zeskoczył z 
siodła i dzwoniąc ostrogami wszedł po trzech stopniach na werandę. Nie drgnął 
nawet, gdy nieznajomy przeszedł tuż obok, niknąc za drzwiami gospody. Począł 
się zastanawiać, jaki przedmiot z osobistego ekwipunku mógłby wręczyć 
właścicielowi zajazdu za prawo wynajęcia pokoju, za łyk piwa i kęs jedzenia. 
Jako zastaw, oczywiście, do chwili powrotu Gordona. 

background image

Nie miał przy sobie nic cennego. Więc może siodło? Nie mógł się zdecydować. I 
wówczas usłyszał kroki. Ktoś zatrzymał się nad nim. Czuł to i widział po cieniu, 
jaki padł tuż obok. 
Dzień dobry. Trochę dziś gorąco. 
Na pewno — odpowiedział niechętnie. 
W gardle mi zaschło — mówił dalej nieznajomy. 
— Chciałbym się napić piwa, ale w środku jak na pustyni. —Zawsze tutaj tak? 
—Nie wiem. Przyjechałem przed paru godzinami, a w ciągu tego czasu 
widziałem tylko dwie osoby, tego zza bufetu i jeszcze jednego. Cała ludność 
Rainy Valley ma widać zwyczaj ukrywania się gdzieś po kątach. 
 
Nieznajomy zaśmiał się. W tym śmiechu zabrzmiał jakiś znajomy ton — siedzący 
uniósł głowę i spojrzał. Przybysz był dość szczupłym, średniego wzrostu 
człowiekiem, o twarzy spalonej na ciemny brąz, zarośniętej kruczą brodą. O jego 
stroju trudno było cokolwiek powiedzieć, gdyż pokrywała go gruba warstwa 
kurzu. Nie, tego człowieka na pewno nigdy przedtem nie widział. 
—Nie napiłby się pan ze mną piwa? Dla towarzystwa. Siedzący drgnął i pokręcił 
głową. 
— Czekam tu na kogoś. 
Jakże miał powiedzieć, że w kieszeni jego spoczywa tylko jedna jedyna centowa 
moneta? No i srebrna sprzączka od pasa. Ale jej nie chciał się pozbywać — 
stanowiła przecież jakiś ślad. Namacalny dowód, iż wszystko, co przeżył tego 
dnia, nie było tylko przykrym snem. 
Pokręcił więc przecząco głową i rzekł: 
— Dziękuję. 
Ale zapraszający był nieustępliwy. Zdawało się, iż odgadł powód odmowy, bo 
powiedział: 
— Zapraszam pana. Bez rewanżu. 
Nie było sensu upierać się dłużej. Zwłaszcza w tych stronach. Uparta odmowa 
równa się obrazie. 
Podniósł się wolno, odsunął kapelusz z czoła i wyciągnął rękę. Człowiek z czarną 
brodą uścisnął dłoń i wpatrzył się w twarz nieznajomego. Drgnęły mu kąciki ust. 
Roześmiał się. W ciszy dnia ten uśmiech zabrzmiał podwójnie głośno. 
— Gdzież ja miałem oczy? Witam pana, doktorze! 
Nazwany doktorem zmarszczył czoło i bystro spojrzał na brodacza. 
— Nie poznaje mnie pan, doktorze? Wszystkiemu winien zarost. Nie goliłem się 
od tygodni. Niech pan sobie przypomni... swego pacjenta. Doktor westchnął 
głęboko: 
Jeśli się nie mylę... Piotr Carr. To pana przecież przezwaliśmy Czarnym Piotrem? 
Właśnie, ten sam. Teraz już chyba mi pan nie odmówi? 
Chodźmy. 
Chodźmy — powtórzył jak echo. — Nie wiem, skąd pan przybywa, Piotrze, ale w 
samą porę. Po prostu spadł mi pan jak z nieba. Miałem dziś przykry dzień, lecz 

background image

szczęśliwie zakończony. Napiję się z panem piwa. Marzyłem o piwie od wielu 
godzin. 
Zatupotali nogami po deskach werandy. Carr pchnął z rozmachem drzwi 
gospody: 
— Proszę, doktorze. Myślę, że nie skończymy na piwie. Co za dzień! Co za 
spotkanie! 
Zniknęli w mrocznej głębi sali. Drzwi trzasnęły głucho. 
Rainy Valley dalej prażyło się w słońcu i ciszy upływającego dnia. 

background image

W kilka godzin później 

 
 
Milwaukee i Arizona. Jezioro Michigan i wschodnie krańce 
północnoamerykańskiego kontynentu. 
Oto — w wielkim skrócie — droga, którą przebyłem najpierw w kolejowym 
wagonie, potem pieszo (wprawdzie malutki tylko jej odcinek), w końcu na 
końskim siodle. 
Wystarczy rzucić okiem na mapę Stanów Zjednoczonych, aby wyobrazić sobie tę 
niezmierną przestrzeń, równą wielkości kilku europejskich krajów. 
Po co odbyłem tę drogę? 
Pozwólcie, że się najpierw przedstawię. 
Stale mieszkam właśnie w Milwaukee. Jestem lekarzem. Przez kilka lat 
pracowałem jako chirurg w miejscowym szpitalu. Później ograniczyłem się już 
tylko do prywatnej praktyki. Obecna wyprawa do Arizony była w pewnym sensie 
następstwem mojej pracy w szpitalu. Dziwnie, a jednak prawdziwe. 
Otóż jednym z dawnych szpitalnych pacjentów, którego leczyłem, był Karol 
Gordon. Człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, mimo iż uchodził za zwykłego 
“łowcę skórek" — trapera żyjącego z myślistwa. On to przed dwoma laty 
namówił mnie na wycieczkę —jak powiadał — w kanadyjską prerię. Piękny to 
kraj i pełen niespodzianek. Jedną z nich okazał się stwierdzony przeze mnie fakt, 
że Karol Gordon znany był pod imieniem Wielkiego Bobra. O Wielkim Bobrze 
słyszałem niejeden raz jako o słynnym traperze z tajemniczą przeszłością, 
przyjacielu “czerwonych mężów" — indiańskich plemion zamieszkujących 
południową Kanadę. Od nich to właśnie Karol Gordon uzyskał swój przydomek. 
Po tej pierwszej odbytej wczesną wiosną i latem wyprawie, podczas której 
spotkałem się z Indianami dwu plemion: Czarnych Stóp i Assiniboinów, w rok 
później wybrałem się z Gordonem po raz drugi w te same strony. Wiosenno-letnie 
wędrówki stały się odtąd moim... hobby. 
Teraz Gordon zaproponował zwiedzenie górskich i wyżynnych obszarów 
Arizony. Co go tam ciągnęło —jeszcze nie wiedziałem. Ale zaraz na początku 
drogi spotkała mnie przygoda... Bo tym obrabowanym wędrowcem-doktorem 
byłem właśnie ja. 
Dla ścisłości dodam, iż w tym czasie (1883 rok) Arizona nie posiadała jeszcze 
praw stanowych, będąc terytorium administrowanym przez Waszyngton *. Karol 
Gordon opowiadał o egzotyce tej krainy, rzadko jeszcze zaludnionej, a przede 
wszystkim o zamieszkujących ją plemionach Nawajów, Apaczów, Indian Pueblo, 
Hopi i Papago. 
Zgodziłem się na udział w tej wyprawie bez chwili wahania. Umówiłem się, że 
Karol przybędzie do Milwaukee w początkach kwietnia. Czekałem na niego z 
niecierpliwością, ale dopiero pod koniec miesiąca zawiadomił mnie listownie, że 
już znajduje się w Arizonie. Prosił o jak najszybszy przyjazd. Trasę podróży 
opisał mi tak dokładnie, jak gdyby przebywał ją setki razy. Mało tego. Podał 

background image

nazwę miejscowości, a raczej gospodarstwa (tu z hiszpańska zwanego hacjendą), 
w którym czekał na mnie zakupiony wierzchowiec. O wszystkim pamiętał... To 
mnie udobruchało po 
 

Arizona dopiero w 1912 r. uzyskała samorząd stanowy i przyjęta została jako czterdziesty ósmy 
stan Unii. Odkryta przez Hiszpanów w latach 1834—40, należała początkowo do Meksyku. 
Stany Zjednoczone zajęły część jej obszaru w 1848 r., a w 1853 odkupiły od Meksyku dalsze 
tereny. (W 1870 r. liczba ludności — na obszarze 295 tysięcy km2 — wynosiła zaledwie 10 
tysięcy). 
 

pierwszym gniewie, w jaki wpadłem na wiadomość o zmianie pierwotnych 
planów, tym bardziej że Karol ani słówkiem nie raczył wspomnieć, co go do 
takiej zmiany skłoniło! 
Wszystko jednak zaczęło się jak najlepiej: i podróż koleją do zapadłej stacyjki, i 
milowy zaledwie spacer do hacjendy, i jazda konna przez krainę pełną dla mnie 
zachwycających dziwów. Aż do chwili nieoczekiwanego spotkania trzech 
zamaskowanych jeźdźców. 
A Piotr Carr? Czarny Piotr, który z nie ukrywaną radością wprowadził mnie do 
wnętrza “Arizonac", to był również mój dawny, szpitalny pacjent. Zawodowo 
trudnił się poszukiwaniem wartościowych minerałów w Górach Skalistych. Jeśli 
trafił na żyłkę złota — eksploatował ją sam lub przy pomocy paru dobranych 
wspólników. Natomiast informacje o odkrytych przez siebie złożach rud ołowiu, 
miedzi czy cynku sprzedawał po prostu istniejącym już albo ad hoc 
zawiązywanym spółkom eksploatacyjnym. Żył z tego, i to wcale nieźle. Był 
człowiekiem —już zdążyłem poznać — sprytnym i znającym się na swym 
zawodzie poszukiwacza. Na niczym zresztą więcej, w przeciwieństwie do Karola 
Gordona. 
Teraz stał obok mnie, z ręką wspartą na blacie szynkwasu. 
— Dwa piwa. 
Gospodarz sięgnął po kufle. 
—Nie z beczki — zaprotestował. — Ta lura musi być na pewno ciepła. 
—W “Arizonac" nie sprzedaje się lury — oburzył się gospodarz. 
—Dobrze, dobrze. Nie będziemy się spierać. Znam się na tym. Daj pan piwo z 
piwnicy. 
—W butelkach? 
—Bardzo dobrze. 
—Butelka po dolarze. 
—To zdzierstwo! Ale niech będzie, byle szybko — brzęknął monetą o blachę 
kontuaru. 
Zaiste, zdzierstwo niebywałe! Piwo było rzeczywiście chłodne i smakowało mi 
znakomicie, choć za takie samo płaciłem w Milwaukee pięć razy mniej... 
—No, doktorze, usiądźmy. Gdzieś na boczku. Zapomniałem już, jak wygląda stół 
i ławka. 

background image

Wybraliśmy zaciszny kraniec pustej zresztą zupełnie sali, a po chwili zjawił się 
posługacz — Metys, stwierdziłem to na pierwszy rzut oka. Piotr Carr zamówił coś 
do jedzenia. Nawet nie zwróciłem uwagi, bo właśnie zastanawiałem się, czy 
opowiedzieć o swej niefortunnej przygodzie, czy nie. Zresztą byłem tak 
zgłodniały, że jakość i rodzaj potrawy nie grały żadnej roli. 
— Do licha, doktorze! A konie? 
Carr poderwał się od stołu. 
— My popijamy sobie piwo, a szkapiny pocą się na słońcu! Sądziłem, że wpadnę 
tu tylko na chwilę, ale skoro spotkałem pana... Czego się nie robi dla starej 
znajomości! 
Carr wybiegł, ale po chwili był już z powrotem. 
— Wszystko załatwione. Konie już w stajni. Uprząż jednak wolałem przynieść. 
Nigdy nic nie wiadomo... 
To rzekłszy zwalił na jeden stos oba siodła i niezliczoną ilość rzemieni. 
— Dziękuję, Piotrze. Byłbym pomógł. A że nigdy nic nie wiadomo, święte słowa. 
Przekonałem się o tym na własnej skórze. 
Spojrzał na mnie przenikliwie: 
— Coś się stało? 
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo do naszego stołu podszedł grubas zza kontuaru: 
Bardzo panów przepraszam, jeżeli się nie mylę, jeden z panów jest podobno 
lekarzem. 
Podobno?! — Carr wydął wargi. — Dobre sobie! Jest chirurgiem. I to jakim! 
Dzięki niemu przecież żyję. Skleił mnie tak dokumentnie, że sam nadziwić się 
temu nie mogę. 
—A o co chodzi? 
Grubas nisko się skłonił: 
—Mam prośbę, doktorze. 
—Słucham. 
—Tam na górze w pokoju leży chory. W Rainy Valley nie mamy lekarza. Gdyby 
pan zechciał-.. Natychmiast się podniosłem, ale Carr pociągnął mnie za 
rękaw. 
—Od dawna chory? — zapytał. 
—Od trzech dni. 
—No, to może jeszcze godzinkę poczekać. Aż coś zjemy. Doktor nie będzie 
pracował o pustym żołądku. Nie jadł nic od rana. 
Uśmiechnąłem się, kiedy grubas odszedł, a Carr dodał: 
— Nie trzeba się w tych stronach śpieszyć. Chyba że chodzi o własną głowę. W 
innych wypadkach przez pośpiech traci się na powadze. 
Ustąpiłem. 
— Więc co pana spotkało, doktorze? 
Opowiedziałem pokrótce całą historyjkę. Włączając do niej moje bezowocne 
poszukiwania szeryfa. Carr wytrzeszczył na mnie oczy: 
—A to ci heca! Zupełnie nieprawdopodobne! I z tym szeryfem! Któż go wygnał? 

background image

—Ba, o to samo pytałem. Bez skutku. 
—Jestem tu pierwszy raz, doktorze. Jak pan. W tych stronach co prawda 
wszystkiego można oczekiwać, ale żeby w samo południe, tuż pod miastem...? W 
głowie się nie mieści. Po co pan przybył w te strony? 
— Mała wycieczka krajoznawcza. Umówiłem się w tej dziurze z Karolem 
Gordonem. Chyba go pan zna? To również jeden z moich pacjentów. A pan, 
Piotrze, gdzie wędrował? 
— Och, mnie się lepiej powiodło. Ta kraina jest chyba jedną wielką kopalnią: 
miedź i cynk, ołów i srebro. Ba — tu przyciszył głos — jest i złoto. Sam 
sprawdziłem. Ale to jeszcze nie koniec. Teraz wybieram się ku północy. Krótka 
moja historia: 
Przerwaliśmy rozmowę, gdyż zjawił się posługacz z półmiskiem i talerzami. Nie 
zwracałem uwagi na to, co jadłem — przeżycia tego dnia bez reszty opanowały 
moje myśli. Piotr musiał to zauważyć, bo nie odzywał się ani słówkiem. I tak w 
zupełnej ciszy upłynął nasz posiłek. Ba, nawet od strony bufetu nie dochodził 
żaden odgłos. Posądziłem grubego właściciela “Arizonac", że się zdrzemnął. W 
swym kolorowym kitlu siedział na stołku za ladą zupełnie nieruchomo, jak wielka 
kukła sklepowej wystawy. Jednakże myliłem się. Gdy milczący chłopak sprzątnął 
nakrycia, grubas znowu przyczłapał do naszego stołu. Piotr Carr wykrzywił się: 
—Znowu? Że też w tym kraju gościom nie dają spokoju. 
—Choremu gorzej? 
—Nie, ale widzicie, panowie, to kłopot... 
—Nie dosłyszałem końca, machnąłem ręką i podniosłem się z ławy. 
— Pójdę z panem, doktorze. 
Skinąłem głową. Towarzystwo Piotra Carra mogło się przydać. 
Niewygodnymi, wysokimi schodami o trzeszczących nieprzyjemnie stopniach 
dotarliśmy na piętro. Tam ciągnął się korytarz, prawie mroczny, bo tylko na 
samym końcu rozświetlony okienną szybą. Dach musiał znajdować się tuż nad 
naszymi głowami. Duszno tu było i piekielnie gorąco. Po chłodnej sali gospody 
wydało mi się, że wszedłem do wnętrza rozpalonego pieca. 
— To tu — gospodarz otworzył jedne z długiego szeregu drzwi. — Tu — 
powtórzył. 
W pokoju było nie mniej gorąco, bo przez otwarte okno najmniejszy podmuch 
wiatru nie docierał do wnętrza. Machinalnie podszedłem do tego okna, łapiąc 
oddech. Wychodziło na tyły budynku, z widokiem na rozległą przestrzeń 
ciągnącą się hen, poza krańce Rainy Valley. Miejscami brunatną i spaloną, 
przeciętą migotliwą strugą wody, z zielonogranatową linią lasów na horyzoncie. 
Słońce już dawno osiągneło szczyt nieba, ale rozpalone powietrze drżało upałem. 
. . jeszcze żaden krajobraz nie zrobił na mnie tak przygnębiającego wrażenia, jak 
ta daleka przestrzeń, pełna przecież blasku, lecz pusta, wymarła, bezludna. 
Ziemia opuszczenia i smutku. Odwróciłem się. 
I oto miałem przed oczyma wnętrze pokoju: stół na krzyżakach, dwa zydle, 
wieszak na ścianie i łóżko nakryte pofałdowanym kocem w jaskrawe pasy. 

background image

—To jest właśnie ten chory — wyjaśnił niepotrzebnie gospodarz. 
 
Pochyliłem się nad łóżkiem. Twarz pokryta szorstkim zarostem, wpadnięte 
głęboko oczy, krople potu na czole i na policzkach, nierówny oddech. Ująłem za 
przegub ręki. Wydało mi się, że leżący jęknął, ale tak cicho, iż mogłem to 
poczytać za złudzenie. Tętno było przyśpieszone, tak jak zwykle się to dzieje w 
stanach gorączkowych. 
— Co panu dolega? 
Otworzył szerzej oczy, spojrzał na mnie całkiem przytomnie, potem ostrożnym 
ruchem prawej ręki niezdarnie ściągnął z siebie skrawek koca. Ten drobny 
wysiłek musiał go wyczerpać, bo leżał chwilę, głośno dysząc. Na koniec szepnął 
ochrypłym głosem: 
— Ręka, lewa ręka... 
Usiadłem. Lewa ręka, raczej przedramię, była mocno opuchnięta, zawinięta 
powyżej łokcia w wątpliwej czystości szmatę. 
— Nie chce się goić — doda! tonem wyjaśnienia. 
Pokiwałem głową. Taka to właśnie choroba, której przyczynę zatajono przede 
mną. Rozwinąłem szmatę pełną skrzepów krwi, aż ukazała się rana, na pół 
zasklepiona, w sinej otoczce opuchlizny. Nie do mnie należało badanie przyczyn, 
chodziło przecież o skutki. Począłem naciskać opuchliznę. Syknął z bólu. 
— Kula została w ranie? 
Potwierdził moje przypuszczenie. 
—Dlaczego nie wyjęto pocisku? W ten sposób rana nie może się przecież zagoić. 
—W Rainy Valley nie ma lekarza. 
—Nie taka znowu sztuka — mruknąłem. — Piotrze, w jukach siodła mam 
skrzynkę z narzędziami. Proszę mi przynieść... A pan —zwróciłem się do grubasa 
—niech pan postara się o miskę gorącej, przegotowanej wody. Ale miska musi 
być czysta — dorzuciłem, gdy już znikał za drzwiami. 
—I przydałoby się kilka świeżych szmat. Białych. 
Siedziałem w milczeniu, czekając. Ranny przymknął oczy, wargi jego poruszały 
się bezgłośnie, a potem wybiegł z nich szept wyraźny i zrozumiały: "Słońce 
Arizony”... 
Słońce Arizony — powtórzyłem machinalnie. 
—Diabelnie tu gorąco. 
—Czy prędko się zagoi? 
—Pytał o ranę. 
Wzruszyłem ramionami. 
—To zależy od tego, co jest w środku. Sama kula czy coś jeszcze. 
—Coś jeszcze? 
 Myślę o brudzie, który się tam pewno dostał. Jak można było tak zaniedbać? 
Nie odpowiedział, więc dałem spokój dalszym pytaniom. Właściciel “Arizonac" 
zjawił się z miską i garnkiem wrzątku. Potem jeszcze powstały trudności z 
wygotowaniem noża kleszczy chirurgicznych przyniesionych w pudełku przez 

background image

Piotra. Grubas ani rusz nie mógł pojąć, po co to ma robić. W sukurs przyszedł mi 
Piotr Carr. Podczas swego pobytu w szpitalu przyswoił sobie nieco 
podstawowych wiadomości z dziedziny chirurgii, a teraz okazał się pojętnym 
uczniem. Zabawnie było słuchać, jak dowodził o konieczności wyjałowienia 
narzędzi. Na koniec jednak otrzymałem wszystko, co było mi potrzebne do 
przeprowadzenia zabiegu. Rozciąłem ranę, wydobyłem pocisk, przemyłem i 
zabandażowałem ramię. 
—Jeśli będzie się prawidłowo goić, za kilka dni może pan 
brykać na koniu. Radzę tylko uważać, żeby opatrunek nie 
spadł i żeby koszula nie obcierała rany. Powodzenia. 
Podniosłem się ze stołka. 
—Co jestem winien, doktorze? 
- Nic. A nie musi pan leżeć cały czas w łóżku. Lepiej zejść na dół. Tu jest 
potwornie gorąco. Chodźmy, Piotrze. 
I tak się zakończyła historia z rannym nieznajomym. Nie sądziłem wówczas, że 
będzie miała dalsze konsekwencje... 
Gdy zeszliśmy na parter, w pustej dotychczas sali znajdowało się kilka osób. 
Trzech mężczyzn w jaskrawych koszulach, z pasami, zza których wyglądały 
kolby rewolwerów, jakiś starszy jegomość odziany w czarny, miejski garnitur, 
dziwnie odbijający od otoczenia, wreszcie jakiś podejrzany na pierwszy rzut oka 
włóczęga. Z pijacką gębą, w niechlujnym, brudnym odzieniu. Tkwił za stołem, w 
najdalszym kącie sali, nad pustą szklanką i prawie pustą butelką. Milczał cały 
czas, w przeciwieństwie do reszty osób, które siedząc wokół długiego stołu 
zabawiały się hałaśliwą rozmową. Nie miało sensu tkwić tu do wieczora. Piotr 
Carr zamówił dwa noclegi w dwu oddzielnych pokojach, płacąc za nie z góry 
wielkopańskim gestem. 
— 

Odda mi pan, doktorze, przy najbliższej okazji pójdźmy teraz pójdźmy 

obejrzeć tę dziurę. 
Jak wyglądało miasteczko, już wspominałem, Nie zmieniło się w ciągu ostatnich 
godzin. Chyba tylko czerwonoceglasta droga nabrała fioletowych odcieni i że 
wałęsało się po niej kilka męskich postaci. W zachodzącym słońcu domy 
ciemniały, rozbłyskiwały szyby odsłoniętych już okien. Skręciliśmy w lewo, w 
bliźniaczą, węższą ulicę, która wywiodła nas poza ostatnie zabudowania. Tu 
zaczynał się skrawek stepu, pozbawiony prawie wszelkiej roślinności. 
—Cóż za piekielny kraj —westchnąłem. — Po co mnie tu Karol ściągał? 
Nie jest tak źle, doktorze. Kraj jest piękny, tylko trochę, jak dla mnie, zbyt gorący. 
Ale wystarczy wyjść w góry, można oddychać. 
Usiedliśmy na jakiejś zeschłej kępce trawy. 
— 

Niech pan obejrzy, Piotrze. 

Podałem mu na dłoni srebrną sprzączkę. Przyjrzał się jej dokładnie, obrócił w 
palcach, aż przedmiot zamigotał w blasku słonecznym. 
— 

Piękna ręczna robota — powiedział. — Widziałem 

background image

podobne u Nawajów *. To są mistrze! Może mi pan wierzyć. Nie mam pojęcia, 
skąd zdobywają srebro, ale potrafią wykuwać prawdziwe cuda. Oglądałem takie 
cacka w Phoenix. Sprzedawano je po dziesięć i piętnaście dolarów. Skąd 
pan to ma, doktorze? 
Powiedziałem. Gwizdnął. Podrzucił błyszczący przedmiot na dłoni. 
 

Ostrożnie, Piotrze. Jeszcze pan zgubi... 

 

 Nie byłoby to najgorsze. 

— Nie rozumiem. 
— Może nosi pan śmierć w kieszeni? To jest kraj pełen dzikusów. Jak zareaguje 
właściciel zgubionej sprzączki na jej widok? Proszę się nad tym zastanowić. 
— Sądzi pan, Piotrze, że nie istnieje druga taka sama sprzączka? 
— Jestem pewien. Przy tej ręcznej robocie nie ma dwu podobnych egzemplarzy. 
Zawsze jakimś szczegółem będą się różnić. Radzę tej zdobyczy nikomu nie 
pokazywać. 
Oddał mi sprzączkę, którą schowałem głęboko. 
—Może się przydać. Zresztą, w tej chwili stanowi mój cały majątek. 
Wróciliśmy do miasteczka, które teraz wyglądało jak skąpane w ogniu. Niebo 
błyszczało czerwono. Purpurowa struga blasku leżała na drodze, na domkach, na 
parkanach. Setka purpurowych słońc jaśniała w okiennych szybach. Nieliczni 
spotykani przechodnie spoglądali na nas spod szerokich rond okrągłych 
kapeluszy. Tak dotarliśmy do “Arizonac". Niestety, Karol Gordon jeszcze nie 
wrócił. Ale w tym dniu pełnym niespodzianek spotkała mnie jeszcze jedna. Na 
pytanie o Gordona grubas zza lady przecząco potrząsnął głową, natomiast gdy 
odchodziłem, zatrzymał mnie i rzekł półgłosem: 
—Przyniesiono tu dla pana jakąś paczkę... 
—Co? 
—Mówię, że przyniesiono paczkę. Pan pozwoli, mam ją w magazynie. 
Wzruszyłem ramionami: 
—To jakaś pomyłka.- 
—Nie ma mowy o pomyłce. Jest pan w tej chwili jedynym chirurgiem w Rainy 
Valley, a poza tym przyjechał pan dziś rano. Wszystko się zgadza. 
—Piotrze, słyszał pan coś podobnego? A może to od Gordona? 
—Hm, chodźmy sprawdzić. 
Oberżysta poprowadził nas w głąb budynku, gdzie mieścił się widać skład rzeczy 
potrzebnych mieszkańcom. Wielka, półmroczna sala. Czego tam nie było! 
Uprząż końska, broń, gotowe ubrania, skrzynie z tytoniem, obuwie wszelkiego 
rodzaju i wszelkiej wielkości, koła do farmerskich wozów, sztuki materiału na 
suknie, metalowe puszki z kawą, herbatą i cukrem, wory mąki. Kto by zresztą to 
wszystko zliczył? Właściciel “Arizonac" musiał być bardzo zamożnym 
człowiekiem. 
—To właśnie dla pana — powiedział. 

background image

Na pustym stole spoczywał sporych rozmiarów tobołek, sporządzony z jeleniej 
skóry, związany wielokrotnie wzdłuż i wszerz rzemieniem. Dotknąłem pakunku. 
Poprzez miękkość skóry wyczułem kształty kanciaste i twarde. 
—Rozwiązać? 
Skinąłem głową. Kiedy opadły rzemienie, szarpnąłem niecierpliwie za róg 
przykrycia. Odwinął się bezszelestnie, odsłaniając najpierw kolbę, a potem 
lśniącą stalowym połyskiem lufę sztucera. Obok spoczywały moje własne dwa 
rewolwery i małe zawiniątko. Już domyśliłem się, co zawiera, i nie byłem w 
stanie wyjąkać słowa w odpowiedzi na pytające spojrzenie Piotra. A gospodarz? 
Gospodarz przesuwał tłustymi łapskami po lufie, po kolbach rewolwerów. 
Piękna broń, piękna broń... To pana? 
Moja — wykrztusiłem nie mogąc złapać oddechu, 
a kiedy wreszcie nabrałem powietrza w płuca, krzyknąłem: 
 
Ale skąd się tu znalazła? Kto ją przyniósł? 
Gospodarz rozłożył ręce bezradnym gestem. 
Jakiś obcy człowiek, nigdy go nie widziałem. 
Obcy człowiek! — wrzasnąłem. — Gdzie on jest? 
 
Poszedł sobie. Powiedział tylko, żeby tę paczkę oddać doktorowi. Nie miałem 
prawa przecież go zatrzymywać... 
Czy pan wie, jakim sposobem... 
W tym momencie Piotr szarpnął mnie za rękę. 
Chwileczkę, doktorze. Chce panu coś powiedzieć na osobności. Chodźmy na 
górę. 
Zabrałem cały bagaż i cisnąłem go na łóżko "w swoim” pokoju. 
 

 To rzeczywiście pana broń? — zagadnął Carr. 

 

 Tak. Piotrze. Moja. Nie minęło jeszcze dwanaście godzin, odkąd ją 

straciłem. 
- Dziwy... Ale nie chciałem, żeby się pan wygadał z tym całym napadem. Zawsze 
lepiej nie mówić za dużo. Po co oberżysta ma wszystko wiedzieć? No, niech pan 
teraz sprawdzi zawartość. 
W dużym zawiniątku znajdowała się broń, ale obok leżał pękaty woreczek, a w 
nim — plik dolarowych banknotów. Spojrzałem na Piotra i o mało nie 
parsknąłem śmiechem na widok jego osłupiałej twarzy. Wytrzeszczył oczy jak 
ryba wyjęta z wody. 
— 

Ile? — stęknął. 

Przeliczyłem drżącymi lekko palcami. 
— 

Tyle, ile było. Nie brakuje chyba ani dolara... 

Siadłem na stołku. 
.— Uff! Co pan na to, Piotrze? Skąd ta łaska dla ograbionego wędrowca? Czy 
takie może są zwyczaje w Arizonie? 

background image

— 

Co to, to nie! Ale pan, doktorze, widać w czepku się urodził! Jak żyję, nie 

słyszałem o czymś podobnym. 
— Do diabła! Nie lubię takich cudów. Właściwie...należałoby teraz podziękować 
nieznanemu dobroczyńcy. 
Kto wie, może nawet zwrócić znalezioną sprzączkę? Usługa za usługę. 
Ciekawe — mruczał Carr. — Może pańska “trójka" znalazła z kolei swoich 
pogromców i to oni właśnie odesłali zrabowaną broń i pieniądze? Tylko dlaczego 
się z tym kryją? 
Śmieszne przypuszczenie. Skąd mogli wiedzieć, gdzie mnie szukać? I że to 
akurat jest moją własnością? 
Prawda — zasępił się. — Tak czy owak, dobrze się skończyło. Może pan teraz 
śmiało wyrzucić znalezione sreberko. Choćby zaraz, za okno. No, doktorze? 
Nie, nie. Zachowam ten drobiazg na pamiątkę. 
Niebezpieczna może być to pamiątka. 
Potrząsnąłem przecząco głową. 
Poradzę się Karola Gordona. 
Jeśli to stary westman, powie to samo, co ja. 
 
Nie wiadomo... — przerwałem w połowie zdania, bo rozległo się pukanie do 
drzwi. Piotr Carr położył rękę na kolbie rewolweru sterczącej mu zza pasa. 
Pukanie się powtórzyło. 
Proszę wejść! 

background image

 
  

Rankiem 

 
 
Najpiękniejszą porą są tutaj przedświty. Gdy szara mgiełka nocy poczyna blednąc 
i prawie niedostrzegalnie zmienia swój odcień. Przed samym wschodem, zanim 
rąbek słońca wyjrzy zza horyzontu, nabiera perłowego koloru. Wtedy zrywa się 
przedranny wiatr, świeży, chłodny, spadający z góry na ostygłą z żaru 
płaszczyznę. Barwy ziemi są wówczas inne niż za dnia. Mniej kontrastowe, o 
pastelowych odcieniach, zacierają się granice kolorów. Taki właśnie ranek nastał 
drugiego dnia mego pobytu w Rainy Valley. Przegadaliśmy całą noc z Karolem 
Gordonem. Bo wreszcie się zjawił. Późnym wieczorem. Okryty jeszcze kurzem 
drogi, pachnący wiatrem arizońskich pustkowi. 
Cisnął na stół pas, aż stuknęły głucho kolby rewolwerów.  
—Jakże się cieszę, Janie! 
—Jakże się martwię, Karolu. 
—Z mego przybycia? 
—Z kabały, w jaką tu się mimo woli wplątałem...  , 
—Co takiego? Opowiadaj! 
Przysiadł na krawędzi łóżka, patrząc na mnie wyczekująco. 
— Kto to był, Janie? — zapytał niecierpliwie. — Wyszedł na mój widok. 
— Piotr Carr. Nie pamiętasz? Przezwaliśmy go Czarnym Piotrem. W szpitalu. 
Musiałeś na pewno już go spotkać. 
Możliwe. Coś sobie przypominam. To ten poszukiwacz skarbów. Ale mów o tej 
kabale. 
Opowiedziałem. 
—A że mi się to wszystko nie przyśniło, masz dowód. 
Cisnąłem sprzączkę na stół. I od tej chwili rozpoczęła się 
nasza całonocna pogawędka. Najwięcej zresztą mówił Karol. Zdziwił mnie, 
zaskoczył swoim pierwszym zdaniem: 
...bo widzisz, Janie, przyjechałem tu w zupełnie konkretnym celu. Na kilka 
miesięcy zostałem, za obopólną zgodą, przedstawicielem Rady do Spraw Indian 
na teren Arizony*. 
Agentem?! — krzyknąłem w zdumieniu. 
Nie. Moja funkcja jest inna. 
Tu muszę wyjaśnić, iż nazwa “agent" stała się z czasem synonimem słowa 
“złodziej". Tylko nieliczni wywiązywali się ze swych obowiązków uczciwie. 
Większość po prostu sprzedawała na własny rachunek towary przeznaczone dla 
czerwonoskórych. Wiedziano o tym powszechnie, ale skargi na złodziejstwa i 
oszustwa nie odnosiły skutku. 
Więc zostałeś jednak agentem — powtórzyłem. — Nie rozumiem cię, Karolu. 
Dlaczego mieszasz się w te brudne sprawy? 

background image

—Powtarzam: nie jestem agentem. 
—Nie rozumiem. 
—Posłuchaj... 
  

Rada do Spraw Indian została utworzona uchwałą Kongresu USA w 1869 r. Jej celem było 
uregulowanie stosunków między czerwonoskórymi i rządem. W wyniku prac Rady (1887 r.), 
Kongres uchwalił ustawę Davesa, w której przyznano Indianom pełne prawa obywateli USA: 
zezwolenie na indywidualne posiadanie ziemi i na branie udziału w życiu politycznym. Choć 
wielu Indian z tego skorzystało, większość wolała pozostać w rezerwatach przyznanych im 
przez rząd USA, który zobowiązał się do udzielania pomocy materialnej. Agenci byli 
urzędnikami zobowiązanymi do dostarczania Indianom towarów zakupionych dla 
czerwono-skórych przez władze państwowe. Praktyka wykazała, iż agenci po prostu okradali i 
oszukiwali swych podopiecznych, dorabiając się poważnych majątków. Między innymi kwitł 
nielegalny handel kocami dla czerwonoskórych, otrzymujących stare, dziurawe, używane derki 
zamiast nowych. Handlowano również wódką, co było zakazane. 

 
I oto czego dowiedziałem się podczas tej nocy, która wydała mi się tak krótka. 
Tereny Arizony były wciąż jeszcze niemal dziewicze. Mimo napływającej fali 
osadniczej, wzrastającej sieci gospodarstw, osad i miasteczek, liczba białych nie 
sięgała nawet dziewięciu tysięcy, podczas gdy tubylczej, indiańskiej ludności 
było znacznie więcej. Mimo to panował dotychczas na tych ziemiach względny 
spokój. Gdzieś jednak przed rokiem poczęły mnożyć się napady. Rabowano 
samotne farmy, filie bankierskie i sklepy w małych miasteczkach. Sytuacja 
przedstawiała się jeszcze gorzej niż w pierwszym, najgorętszym okresie, gdy na 
zachód runęła ze wschodu wielka fala osadnicza. Jej odpryski dotarły wprawdzie 
do Arizony, nie wywołując jednak większych zmian ani nie powodując zatargów 
z Indianami o prawo do ziemi. Bezludne obszary były tak wielkie, że możliwości 
takich zatargów praktycznie nie istniały. Obecnie służba bezpieczeństwa, to 
znaczy szeryfowie zagubionych na wielkich przestrzeniach osad i miasteczek, nie 
mogła zaradzić złu. Zresztą samodzielne wyjazdy w teren nikomu się nie 
uśmiechały, a amatorów do towarzyszenia w takich eskapadach —jakoś brakło. 
Taki stan rzeczy nikogo by zapewne nie obchodził w dalekich centrach 
administracyjnych wschodu, gdyby nie zdarzył się fakt, który zaniepokoił Radę 
do Spraw Indian. Oto dokonano dwu napadów na terenie rezerwatu Nawajów. 
Plemię to od dawna już zakopało topór wojenny i cierpliwie znosiło drobne 
oszustwa agentów. Ale tym razem miarka się przebrała. Waszyngton 
zaalarmowany został wiadomością, iż Nawajowie gotowi są sami dochodzić 
sprawiedliwości, jeśli sprawcy nie zostaną pochwyceni i ukarani. Ba, tylko gdzie 
tych sprawców znaleźć? I kto ma ich ukarać? W tym celu należało ściągnąć do 
Arizony silne oddziały kawalerii i zacząć “przeczesywać" step. 
W dalekich miastach wschodu zastanawiano się nad tym niezwykle długo i 
bałamutnie. Decyzji nie zdołano podjąć. A tymczasem dokonano następnego 
napadu na stadniny 
  

background image

Nawajów w pobliżu doliny Colorado. Tym razem szczęście opuściło 
napastników. Spośród dziesięciu — sześciu zdołało uciec, czterech natomiast 
zabarykadowało się w budynku samotnej farmy. Oblężeni przez 
czerwonoskórych, padli co do jednego, ale wraz z nimi zginęła niewinna 
pięcioosobowa rodzina farmera, a wszystkie domy spłonęły. 
Wieść o tym wypadku rozniosła się na skrzydłach arizońskiego wiatru, budząc 
prawdziwy popłoch. Przekręcone, przesadne informacje głosiły, iż lada dzień 
należy oczekiwać ogólnonarodowego powstania Indian. To wywołało wreszcie 
oddźwięk. Chociaż nie tam, gdzie przede wszystkim powinno go było wywołać: u 
władz bezpieczeństwa. Groźba powstania indiańskiego zaniepokoiła Radę do 
Spraw Indian. Zażądano dokładnych raportów. Agenci nadesłali mętne i zawiłe 
elaboraty, a przy okazji wyszło na jaw, iż co najmniej połowa z nich od dłuższego 
już czasu nie odwiedzała rezerwatów. W konsekwencji zaczęto poszukiwać ludzi 
znających zwyczaje Indian i cieszących się wśród nich poważaniem. Zdawało się, 
iż nic prostszego, jak wybrać kilku spośród wielkiej gromady westmanów i 
cywilnych zwiadowców armii i pchnąć ich na arizońskie pustkowia, do Apaczów, 
do Nawajów, do Indian Hopi, by zbadali sytuację i uspokoili wzburzone 
plemiona. Okazało się to jednak sprawą niesłychanie trudną. Z różnych 
powodów. Teraz dopiero wyszło na jaw, iż poziom umysłowy większości 
zwiadowców, “scoutów", “szperaczy" i westmanów jest tak niski, iż nie 
gwarantuje spełnienia zadań delikatnej misji. Spora grupa pozostałych znana była 
ze swego udziału w walkach przeciw Indianom, ze swej bezwzględności w 
stosunku do jeńców i ze swego okrucieństwa. Tych więc również nie można było 
posyłać. Natomiast kandydaci, którzy najlepiej by się nadawali — po prostu 
odmówili. Aż któryś z rządowych agentów podsunął Radzie nazwisko Karola 
Gordona. Szukano go długo, potem nadeszła zima, uspokoiło się w Arizonie. 
  
Z wiosną sprawy odżyły. Napad na jeden z ostatnich 
kursujących jeszcze dyliżansów pocztowych, a następnie na grupę kilkunastu 
Nawajów narobiły hałasu. Wszystko to wyglądało dość tajemniczo. Nawajowie 
po raz drugi zagrozili rozpoczęciem akcji na własną rękę. Nie wiadomo, co 
skłoniło napastników do zaatakowania grupy Indian. Nawajowie twierdzili, że 
wyruszali właśnie na polowanie i nie posiadali żadnych wartościowych 
przedmiotów. Karol Gordon przypuszczał jednak, że wieźli srebro wydobyte z im 
tylko znanej kopalni. Zapewne bandyci śledzili Indian już od chwili wyruszeniu 
po srebro. A Indianie nie chcieli się przyznać, że wracali z drogocennym 
ładunkiem. Nie było w tym nic dziwnego — bali się, by wieść o transportach 
białego metalu nie rozniosła się zbyt szeroko. 
Groźba wybuchu indiańskiego powstania zbudziła z zimowej drzemki federalną 
administrację i Radę do Spraw Indian. Przypomniano sobie o Karolu Gordonie i 
w końcu odnaleziono go. Otrzymał pełnomocnictwa, jakich nigdy przedtem nie 
uzyskał żaden rządowy agent. Stało się to już po mojej zgodzie na odbycie 
wyprawy do Arizony. O wspomnianych sprawach, oczywiście, nic wówczas nie 

background image

wiedziałem. Karol sądził, iż zgodnie z umową przybędzie po mnie do Milwaukee. 
Przeliczył się jednak z trudnościami, których pokonanie zajęło mu znacznie 
więcej czasu, niż przypuszczał. 
Karol bowiem pragnął znaleźć kogoś, kto nie tylko orientowałby się dokładnie w 
stosunkach panujących wśród południowo-zachodnich plemion, ale również 
posiadałby autorytet wystarczająco poważny, by wprowadzić go w krąg spraw 
Apaczów i Nawajów. Jednakże dopiero po wielkich trudach odnalazł westmana, 
który młodość i wiek dojrzały spędził na Dalekim Zachodzie, ciesząc się ongiś 
wielkim zaufaniem Indian. Bieda z tym, iż był to człowiek nie tyle może stary, co 
schorowany. Nie mógł już wziąć udziału we wspólnej podróży, jak to sobie 
planował Karol. Doświadczony westman okazał się jednak bardzo uczynny, i na 
koniec przekazał Karolowi pamiątkowy, w srebrze wykuty stylizowany 
wizerunek słońca. 
— Jeśli moje imię nic im nie przypomni, niech pan pokaże ten drobiazg — 
poradził. — Wykonali go Nawajowie. Specjalnie dla mnie. I życzę powodzenia. 
Na tym się rozstali, ale na tym nie zakończyła się uciążliwa droga Karola 
Gordona. Poszukując najlepszych sposobów zdobycia zaufania wśród 
wojowników plemion południa, udał się wprost na... północ. Do Czarnych Stóp 
zamieszkujących kanadyjską prerię. Cel tej wyprawy był nieco dziwny, jako że 
nic nie łączyło Czarnych Stóp ani z Nawajami, ani z Apaczami. Nawet język był 
inny. 
Czego jednak tam dokonał — wśród swych starych przyjaciół — nie zdradził mi 
ani słówkiem. 
Dopiero więc z Kanady Karol udał się na południe. Wówczas nie mogłem pojąć, 
dlaczego tak się spieszył, aż skrócił drogę omijając Milwaukee. List do mnie 
wysłał dopiero po dłuższym pobycie w Arizonie. Bawił w Phoenix, w Tucson, we 
Florence nad rzeką Gila, dotarł nawet do Youmy, nad meksykańską granicę, skąd 
przerzucił się na drugi kraniec Arizony i odwiedził fort Huachuca i jego garnizon. 
Nie znalazł pocieszających informacji. Niewielki oddziałek kawalerii — to 
wszystko, czym rozporządzał komendant fortu na wypadek jakichś zamieszek. 
Obsługa paru dział i garstka żołnierzy piechoty stanowiły stałą załogę, której nie 
wolno było wyprowadzać poza linię fortyfkacji. 
Z fortu Huachuca Karol powędrował do Rainy Valley. Parotygodniowe podróże i 
zebrane informacje stwarzały dość wyraźny obraz sytuacji. Otóż napady 
powtarzały się przede wszystkim na północy i południowo-zachodnich obszarach 
Arizony. Na wschodzie zdarzały się rzadziej, a w pobliżu granicy Meksyku było 
dużo spokojniej. W Youmie na przykład w ogóle o nich nie słyszano. 
Przekonawszy się o tym Karol postanowił sporządzić możliwie dokładną mapę 
terenu. Za podkładkę posłużył szkic mapy wojskowej Arizony. Na nim poznaczył 
w przybliżeniu miejsca dotychczasowych napadów. A wtedy ze zdumieniem 
stwierdził, że utworzyły koło, którego centrum stanowiło Rainy Valley. Obraz 
był tak zastanawiający, że Karol zdecydował bliżej zainteresować się 
miasteczkiem. Na wstępie przekonał się, iż w Rainy Valley nie było szeryfa. 

background image

Zaskoczyło to Karola tak samo, jak mnie. Ale że mój towarzysz przebywał tu już 
kilka dni, postarał się dokładniej zbadać sprawę. O wynikach opowiedział już nad 
samym ranem, gdy za oknem szarzała czarna, arizońska noc i gasły gwiazdy na 
niebie. 
— 

 jest to najbardziej nieprawdopodobna historia —oświadczył. — Nie śpisz, 

Janie? 
— 

Nie — ziewnąłem. 

Leżeliśmy na łóżkach, ale teraz podniosłem się i szerzej otworzyłem okno. 
Ziemia już ostygła. Chłodny wiatr wtargnął do wnętrza pokoju. Odetchnąłem 
głęboko kilka razy i pragnienie snu jakoś mnie odbiegło. 
—Nie jestem śpiący — powtórzyłem. 
—To świetnie. Mógłbym co prawda dokończyć swej powieści później, ale nie 
wiem, co nas jutro, a raczej dziś może spotkać. Lepiej, abyś dowiedział się o 
wszystkim już teraz. Więc z tym szeryfem... To była ciężka sprawa zebrać 
informacje. Wszyscy jakby oniemieli na ten temat. Kiedy próbowałem działać 
szybciej i bardziej natarczywie, od wracano się do mnie plecami. Tak postępowali 
śmielsi. 
Tchórzliwsi po prostu uciekali pod byle jakim pretekstem. Początkowo więc nic 
nie potrafiłem pojąć. Ba, nawet nie zdołałem dowiedzieć się nazwiska szeryfa, 
którego... nie było. Odbyłem podróż do innego miasteczka. Tam miejscowy 
przedstawiciel władzy trochę mnie zorientował. Czynił to jednak z widocznym 
ociąganiem się. Na widok pełnomocnictw przywiezionych przeze mnie z 
Waszyngtonu wyraził opinię, iż sprawa bezpieczeństwa na granicy indiańskich 
rezerwatów nie ma i nie może mieć nic wspólnego z przykrą — jak to określił — 
historią szeryfa w Rainy Valley. Może i miał rację, może nie. Przyszłość pokaże. 
Ale żeby szybciej pokazała, postanowiłem jej pomóc. I dlatego musiałem poznać 
prawdę. Nudziłem więc swego informatora bardzo długo, oczekując, że albo 
mnie wyprosi za drzwi, albo wreszcie zmięknie. No, i ustąpił. Załamał się 
nerwowo. Oto, czego się dowiedziałem. 
Mniej więcej przed rokiem wybrano szeryfem Rainy Valley niejakiego Jerzego 
Adamsa. Kim był z zawodu — mój informator nie wiedział dokładnie. 
Przypuszczał, iż Adams pojawił się w tych stronach, aby polować i handlować 
skórami ubitych zwierząt. Jest to rodzaj zajęcia raczej nie związanego ze stałym 
miejscem zamieszkania. Niezbyt dobra rekomendacja dla człowieka mającego 
reprezentować prawo i znać jak najlepiej mieszkańców swego rejonu. Dlaczego 
więc właśnie Adamsa wybrano szeryfem? 
Takie pytanie postawiłem swemu informatorowi. Odparł na to, iż poprzednik 
Adamsa był skończonym — jak wykazało doświadczenie — niedołęgą. Bowiem 
wobec braku kandydatów wybrano na stanowisko szeryfa człowieka starszego, 
schorowanego i w konsekwencji nie grzeszącego energią. Poza tym — zbyt 
często lubił zaglądać do kieliszka, a że głowę miał niezbyt mocną, funkcję szeryfa 
sprowadził praktycznie do... tytułu. Długo tak trwać nie mogło. Na żądanie 
mieszkańców zrzekł się swego urzędu i prawie natychmiast opuścił Rainy Valley. 

background image

Miasteczko uspokoiło się, zadowolone z sukcesu, ale po kilku dniach 
zorientowano się, iż nikt, ale to dosłownie nikt spośród najstarszych, osiadłych tu 
obywateli nie zamierza kandydować na urząd szeryfowski. Sytuacja stała się 
wielce kłopotliwa. Zaczęto szukać chętnych wśród młodszych. Może by się i 
znaleźli, ale te kandydatury nie budziły zaufania. Pierwsze zebranie wyborcze 
skończyło się bez wyniku. Po paru dniach zwołano drugie. Wówczas padło 
nazwisko Adamsa. Wielu sprzeciwiło się tej kandydaturze; właśnie dlatego, że 
Adams zbyt mało związany jest z Rainy Valley, że jest wprawdzie częstym, ale 
tylko gościem. 
Wydawało się już, że Rainy Valley na długo pozostanie bez szeryfa, co — nawet 
w tych stronach — żadnemu miasteczku jeszcze się nie przytrafiło, i wtedy 
przeważyła na korzyść Adamsa decyzja najstarszych mieszkańców. Nowy szeryf 
rozpoczął swe rządy w sposób nie zwracający niczyjej uwagi. Nic się zresztą w 
Rainy Valley takiego nie działo, co wymagałoby jakichś energicznych kroków 
czy wielkiego rozumu ze strony przedstawiciela władzy. Być może, iż Adams 
posiadał oba te przymioty, ale nie dane mu było w początkach kariery wykazać 
się nimi publicznie. 
Przez pierwsze pół roku wszystko toczyło się zwykłym torem, bez zakłóceń. A 
pół roku to więcej w tych stronach niż gdzie indziej lat dziesięć. Przez pół roku 
zdążyły powstać wokół Rainy Valley drobne osady, gospodarstwa rolne i 
hodowlane farmy. Pojawili się, po raz pierwszy w tych stronach, cowboye. 
Chociaż wiadomo, że zazwyczaj są to ludzie niezbyt spokojni i niezbyt... 
kulturalni, tutaj ściągali najgorsi z najgorszych. I to bynajmniej nie doświadczeni 
pasterze krów, ale jakieś wyrzutki społeczne ze wschodnich stanów, bez zawodu i 
przyszłości, natomiast z bogatą przeszłością, w najbardziej ujemnym znaczeniu 
tego słowa. Przybyli tu nie tyle w poszukiwaniu pracy, ile w poszukiwaniu 
przygód, a zwłaszcza możności łatwego wzbogacenia się jak najmniejszym 
wysiłkiem. 
W odległości trzech mil na zachód od Rainy Valley zagospodarował się niejaki 
Allan Hobbs. Znalazł sobie obszerną, wymarzoną dla celów hodowli dolinę, 
zraszaną wodą górskiego potoku, sprowadził ludzi, budulec. Wzniósł 
prymitywne domostwo, zabudowania gospodarcze, wreszcie ściągnął stado 
czerwonego bydła i pastuchów. W Rainy Valley wszyscy byli zadowoleni. Taka 
masa świeżego mięsa, tuż pod nosem! A najbardziej cieszył się właściciel 
gospody “Arizonac", który dotychczas musiał wędrować dziesiątki mil, by kupić 
cielaka czy wołu. 
Pierwsze miesiące sąsiedztwa hodowlanej farmy spełniły wszystkie nadzieje 
mieszkańców. Allan Hobbs co pewien czas zjawiał się w miasteczku, czyniąc 
liczne zakupy niezbędne dla swego gospodarstwa: w ten sposób nawiązały się 
dwustronne stosunki handlowe. 
Ale wkrótce coś zaczęło się psuć. Drobna zdawałoby się przyczyna zakłóciła 
wymianę wzajemnych usług handlowych. Jak grom z jasnego nieba spadła 
wiadomość, że Allan Hobbs podniósł cenę żywca. Fakt ten wywołał 

background image

niezadowolenie przede wszystkim głównego odbiorcy, właściciela “Arizonac", 
Lessera. Z kolei poczęli sarkać drobni nabywcy, dla których Lesser był tylko 
pośrednikiem. Zresztą chodziło tu nie tylko o nową cenę mięsa (różnica była 
niewielka), ale o jakąś dumę małomiasteczkowych klientów Hobbsa, którzy nie 
mogli pogodzić się z faktem, iż nowo przybyły, “świeżo upieczony" farmer 
ośmiela się im, pionierom, założycielom miasta, dyktować warunki. Hobbs mało 
się tym wszystkim przejmował i handel trwał nadal, chociaż znikł bezpośredni, 
towarzyski kontakt. Cowboyów Hobbsa omijano z daleka, a kiedy zasiadali przy 
stole w “Arizonac", tworzyła się wokół nich pustka. 
W kilka miesięcy później Hobbs znowu podwyższył cenę. Poczęto mu jawnie 
złorzeczyć, wyklinając od zdziercy pragnącego się dorobić kosztem miasteczka. 
Była to oczywiście przesada. Jeśli Hobbs chciał dojść do majątku, i tak nie 
wystarczyłoby mu przecież Rainy Valley, zbyt skromny to odbiorca. Ale nikt się 
nad tym nie zastanawiał i w odpowiedzi na drugą podwyżkę ceny jeden ze 
sprzedawców w miasteczku również podniósł ceny na wyroby przemysłowe. Do 
pierwszej awantury doszło po paru dniach, gdy w sklepie zjawił się cowboy 
Hobbsa. Poszło o podkowy, które zabrał płacąc starą cenę. Sprzedawca narobił 
krzyku. Zaraz zgromadził się tłumek ciekawskich. W tym monotonnym życiu to 
przecież sensacja nie lada! 
Na próżno przybysz wymachiwał rewolwerem — zabrano mu konia i 
sprowadzono szeryfa. Adams wywiązał się z zadania jak najlepiej. Stwierdził 
publicznie, iż sprzedawca ma prawo do pobierania — w uzasadnionych 
warunkach — wyższych cen. Słuchacze od razu pojęli, że “uzasadnionym 
warunkiem" jest podwyżka ceny mięsa, i gorąco przyklasnęli słowom swego 
szeryfa. Dalej Adams oświadczył, iż cowboy powinien albo zwrócić nabyte 
podkowy, albo zapłacić żądaną cenę. 
Bardzo to spodobało się przypadkowym widzom. Niewiele brakowało, a 
ponieśliby szeryfa w triumfie na swych ramionach. 
Cowboy — chcąc nie chcąc — wyciągnął z kieszeni pieniądze i czym prędzej 
odjechał (konia mu oddano), ponury jak noc. Ale na to nie zwrócono uwagi. 
Po kilku dniach gruchnęła wieść, iż Hobbs po raz trzeci zmienia cenę. A kiedy 
przyjechał w towarzystwie kilku parobków mocno uzbrojonych i zatrzymawszy 
się w “Arizonac" — bo gdzieżby indziej? — począł stawiać kolejki whisky swym 
ludziom, uznano to za prowokację. A w dodatku farmer głośno oświadczył — 
słuchali go zebrani na sali — że jak drożej płaci, to musi drożej sprzedawać, i 
zapowiedział nową cenę na mięso. Zaraz ktoś rozgłosił wiadomość. W 
miasteczku zawrzało. Do gospody ściągnął tłum. Zarówno mężczyzn, jak i 
kobiet, co po raz pierwszy zdarzyło się w historii Rainy Valley. Doszło do ostrej 
wymiany zdań. Prawdopodobnie tylko obecność kobiet zapobiegła bójce, a może 
i strzałom. Szeryf jednak znowu musiał interweniować. Ba, ale jak się komuś już 
przyznało prawo do podwyższania cen, trudno odmówić go innemu. Adams 
znalazł się w trudnej sytuacji. Wybrnął z niej jednak. Opowiadano, iż 
odprowadził Hobbsa na bok i coś z nim długo rozmawiał — prawdopodobnie 

background image

zagroził zbrojną interwencją gdyby farmer jeszcze raz się pojawił. Dość, że po tej 
rozmowie Hobbs zabrał swych cowboyów, wskoczyli na konie i odjechali. 
Tym razem poniesiono Adamsa przez ulice, głośno wiwatując. Uznano, iż 
wreszcie Rainy Valley doczekało się szeryfa, który nie da sobie w kaszę dmuchać 
i potrafi stanąć w obronie spokoju mieszkańców. 
Od tego dnia stosunki między farmą i miastem urwały się, jak nożem uciął. Farmę 
omijano jak zapowietrzoną, a do miasteczka przez długie tygodnie nie zawitał ani 
jeden z pracowników Hobbsa. Ale ten spokój okazał się tylko pozorny. Bo oto 
któregoś popołudnia wkroczył znowu do wielkiej sali “Arizonac", na czele 
gromady cowboyów, sam Hobbs. Wystarczył jeden rzut oka, aby stwierdzić, że są 
pijani. Nie zważając na nieprzychylny szmer, zamówili od razu “kolejkę" przy 
bufecie. Poczęli na głos dzielić się uwagami o Rainy Valley i jej mieszkańcach, a 
w miarę jak czas upływał, uwagi te stawały się coraz bardziej uszczypliwe. Ktoś 
w głębi sali nie wytrzymał i odkrzyknął, co myśli o “handlarzach bydła". Hobbs 
jak gdyby na to czekał. Natychmiast wezwał złośliwca, aby wystąpił i nie krył się, 
jeśli ma odwagę. Odpowiedzią na to wezwanie był chóralny śmiech — 
zgromadzeni mieli również już dobrze w czubie. 
Lesser posłał swego chłopca po szeryfa, a sam usiłował załagodzić sprawę, 
namawiając farmera, aby opuścił lokal. Kazano mu milczeć, jeśli nie chce dostać 
kulą w brzuch. Poskutkowało, bo natychmiast ucichł i dalej nalewał zamawiane 
kolejki whisky. 
Cowboye pili teraz w milczeniu. I pewnie by na tym się skończyło, gdyby nagle 
drzwi nie otworzyły się szeroko i przypadkowym zrządzeniem losu nie wkroczył 
na salę jeden z mieszkańców Rainy Valley. Oczywiście nie wiedział 
O niczym, co przed chwilą zaszło, i skierował się do szynkwasu. Ale drogę 
zagradzali mu cowboye Hobbsa. Poprosił o miejsce raz, drugi, wreszcie 
powtórzył swą prośbę nieco ostrzej, a wtedy jeden z cowboyów, tak pijany, iż 
z trudem trzymał się na nogach, wyciągnął rewolwer i strzelił. Na szczęście nie 
trafił. Strzał jednak stał się sygnałem —zapanował ogólny tumult. Ludzie 
pozrywali się od stołów i zwartym kręgiem ruszyli ku gromadce Hobbsa. W tym 
samym momencie wdarł się między nich szeryf Adams. Krzyknął, żeby się 
uspokojono. Poskutkowało, Adams już zdołał sobie wyrobić szacunek i posłuch. 
Ktoś z bardziej trzeźwych wyjaśnił sprawę. Szeryf kazał odstąpić od Hobbsa, 
wskazał mu ruchem ręki wolną drogę ku drzwiom i powiedział głośno, żeby 
wszyscy go słyszeli, że ani on, ani nikt z mieszkańców Rainy Valley nie życzą 
sobie więcej oglądać w miasteczku Hobbsa i jego towarzyszy. Że to jest ostatnie 
ostrzeżenie, jakiego udziela. 
Nikt się nie odezwał. Przybysze wyszli, potulni jak baranki, wsiedli na konie 
(chociaż przyszło im to z niemałym trudem) i odjechali. 
Następnego ranka Rainy Valley zaalarmowane zostało wiadomością o napadzie 
na ambulans pocztowy, kilkadziesiąt mil stąd. Nikomu z pasażerów nic złego się 
nie stało, ale zabrano przesyłki pieniężne. Śledztwo prowadzone przez Adamsa 
nie doprowadziło do wykrycia sprawców. 

background image

Nie był to zresztą pierwszy napad w tych stronach, ale wydarzył się po dłuższym 
okresie spokoju. I stał się jak gdyby sygnałem jakiejś serii nowych bandyckich 
rozbojów. Coraz częściej teraz rabowano bądź pojedynczych podróżnych, bądź 
karetki pocztowe lub farmerskie pojazdy. W Rainy Valley poczęto mówić, iż 
napady są dziełem bandy utworzonej przez Allana Hobbsa. Nie zostało to oparte 
na żadnych dowodach. Ot, po prostu w ten sposób ujawniła się wzrastająca 
nienawiść mieszkańców do farmera. Adams próbował sformować oddziały 
ochotników dla strzeżenia głównych szlaków komunikacyjnych przebiegających 
niedaleko. Nic z tego nie wyszło. Zabrakło odpowiedniej liczby chętnych, a 
potem znowu — na pewien czas — napady ustały. O sprawie zapomniano. 
Przypomniała ją mieszkańcom Rainy Valley jeszcze jedna wizyta Hobbsa. Ten 
człowiek doprawdy przebrał miarę w zuchwalstwie. Przybył konno z gromadą 
ludzi. Ale nie skierował się do gospody. Zajechał wprost przed dom szeryfa i nie 
schodząc z siodła wypowiedział, a raczej wywrzeszczał, że go okradziono, że w 
nocy uprowadzono mu kilka sztuk bydła. Wzywa wobec tego szeryfa do 
rozpoczęcia śledztwa i ukarania winnych. Adams wysłuchał wszystkiego 
niezwykle spokojnie. Zapytał Hobbsa, czy kogoś podejrzewa. Farmer 
oświadczył, iż o kradzież posądza każdego z mieszkańców Rainy Valley. 
I znowu, gdyby nie opanowanie szeryfa, doszłoby do awantury. Zbyt wielu 
przechodniów słyszało to publiczne oskarżenie. Adams odparł, iż zbada sprawę 
na miejscu wypadku. Osiodłał konia i pojechał razem z Hobbsem do farmy. To 
doprawdy świadczyło o jego dużej odwadze. Pakował się dobrowolnie w 
kłębowisko os. Jak później opowiadano i jak relacjonował sam szeryf, w farmie 
trudno było dopatrzyć się jakichkolwiek śladów kradzieży. Sprawców 
przestępstwa nikt nie widział. Po prostu ilość sztuk bydła przeliczona wieczorem 
nie zgadzała się rankiem dnia następnego. Stwierdziwszy to szeryf wzruszył tylko 
ramionami i powrócił do miasteczka. Wydawało mu się, i chyba słusznie, że 
kradzieży w ogóle nie było, a Hobbs prawdopodobnie oczekiwał, iż Adams 
odmówi prowadzenia śledztwa. Mógłby wówczas oskarżyć go o niewypełnianie 
obowiązków. Przeliczył się jednak. To go widać mocno rozzłościło, bo 
następnego dnia zjawił się znowu w miasteczku wraz z towarzyszami. 
Przegalopowali ulicą wrzeszcząc i strzelając z rewolwerów. W dwa dni później 
widowisko powtórzyło się. Sam Adams nie mógł temu zapobiec. Prosił o pomoc 
mieszkańców. Wykręcali się. Mówili, że po to mają 
szeryfa, aby ich bronił. 
Za trzecim razem Adams istotnie usiłował zagrodzić drogę pędzącym. O mało go 
nie zrzucono z konia. Ktoś strzelił. Odpowiedział w ten sam sposób, raniąc 
jednego z cowboyów. Opuścili wówczas miasteczko, głośno się odgrażając, że 
jeszcze powrócą i “zrobią koniec" z szeryfem. 
Podczas tej całej awantury nikt, ale to dosłownie nikt z mieszkańców nie wysunął 
nawet czubka nosa spoza okien i drzwi swych mieszkań. 

background image

W parę dni później Hobbs znowu odwiedził miasteczko. Spora gromada 
zajechała od razu przed domek Adamsa. Wrzeszcząc i strzelając z broni domagali 
się, by wyszedł. 
Łatwo odgadnąć, co by się stało, gdyby posłuchał żądania. Sam jak palec wobec 
tej rozwścieczonej bandy. Nie wyszedł. Poczęli strzelać do okien. Brak 
jakiejkolwiek reakcji rozzłościł ich jeszcze bardziej. Pozsiadali z koni, rzucili się 
do drzwi, wyłamali je. Szeryfa wewnątrz budynku nie znaleźli. Wówczas poczęli 
dobijać się do sąsiednich zabudowań. W Rainy Valley nastał sądny dzień. 
Większość mieszkańców zabarykadowała się jak przed napadem 
czerwonoskórych. Część wpuściła awanturników, którzy przeszukiwali 
wszystkie zakamarki. Jednak bez skutku — szeryf jakby pod ziemię się zapadł. 
Wreszcie pod wieczór Hobbs dał za wygraną i wyjechał z Rainy Valley. A 
wtedy mieszkańcy doszli do wniosku, że przyczyną ich nieszczęścia był właśnie 
Jerzy Adams. Uznali go za tchórza, który opuszcza posterunek. Nowego szeryfa 
jednak nie wybrali. Brak było chętnych. Oto, czego się dowiedziałem o Rainy 
Valley, ale nie w miasteczku. Tutaj nikt nie chciał ze mną na ten temat 
rozmawiać. Podobnie jak z tobą, Janie. 
— 

Tak, rzeczywiście — potwierdziłem. — Ale co się stało 

z Adamsem? 

 

— 

Nie wiem. A bardzo chciałbym wiedzieć. Ten człowiek 

przydałby się teraz. Wyrobiłem sobie o nim zupełnie inny pogląd niż mieszkańcy 
Rainy Valley. I na pewno słuszniejszy. 

background image

Jaskinia na pustkowiu 

 
 
Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do krajobrazu Arizony. Nadal odnoszę 
wrażenie, że znajduję się na scenie teatru, przed kiepskimi, krzykliwą farbą 
pomalowanymi dekoracjami. Barwy bowiem są tu tak kontrastowe, kształty tak 
fantastyczne, iż trudno uznać je za twór przyrody. 
Takie barwy właśnie i takie kształty przesuwały się przed moimi oczami, gdy 
nazajutrz po opisanej rozmowie z Karolem jechaliśmy poprzez doliny i wyżyny 
tego na pół dzikiego kraju. 
Gdy skończyła się nizina Rainy Valley i znikł kobierzec szmaragdowych, jakby 
nieprawdziwych w swej barwie łąk, rozciągających się wokół farmy Hobbsa, 
otwarła się przed nami przestrzeń brunatnoczerwona, z rzadka porosła kępkami 
czarnozielonych krzewów lub kaktusami wyciągającymi ku niebu kolczaste 
ramiona. 
Wyruszyliśmy w drogę, która miała nas doprowadzić do pierwszych granicznych 
siedzib Nawajów. Taki był plan Karola. 
Uznał, iż dosyć już zebrał wiadomości o białych osadnikach tej ziemi. Należało 
teraz zainteresować się tubylcami. Po to zresztą przybył. 
Jechaliśmy zrazu bardzo szybko, ale gdy słońce poczęło dźwigać się ku szczytowi 
nieba, konie zwolniły biegu. Na pierwszym postoju, w małej piaszczystej dolince, 
gdzie skryliśmy się w cieniu żółtej skały, mój towarzysz wyciągnął z juków 
siodła mapę Arizony, którą otrzymał w Waszyngtonie. Była to bardzo 
prowizoryczna mapa, na której zarysy gór, strumienie i rzeczki często-gęsto 
zaznaczono przerywanymi liniami na dowód, że nie jest dokładnie znany ich 
bieg. Wprawdzie Piotr Carr, żegnając się ze mną, podał kilka ogólnych 
wskazówek dotyczących naszej drogi. Niewiele jednak przydać się mogły one 
komuś, kto po raz pierwszy bawił w tych stronach. Ale Karol twierdził, iż jadąc z 
kompasem w ręku nie sposób ominąć granic terenów Nawajów. A gdy te granice 
przejedziemy, odnajdą nas ich patrole, czujne po ostatnich napadach. Teraz więc 
mój towarzysz starał się odczytać mapę za pomocą małej busoli, ale z jego miny 
wyczytałem, iż nie bardzo zdaje sobie sprawę, gdzie się obecnie znajdujemy. 
Machnął wreszcie ręką i schował mapę do skórzanej torby. Obserwowałem go z 
udaną powagą, choć w duchu chciało mi się śmiać. Dostrzegł to. 
—Bo widzisz, Janie — zaczął tłumaczyć — do mnie 
bardziej przemawiają znaki odnalezione w terenie od tych 
wszystkich znaczków na papierze. Prawdziwy westman 
doskonale orientuje się bez mapy, ale musi otrzymać najlichsze bodaj wskazówki. 
—Na pewno jesteś prawdziwym westmanem — odparłem bez cienia uśmiechu 
— ale z tą mapą w ręku wyglądałeś doprawdy zabawnie. Przypominam sobie, że 
Carr coś wspominał o polu kaktusowym, jakie powinniśmy spotkać na swej 
drodze. 
—Nie znalazłem takiego pola na mapie. 

background image

—Daj spokój z mapą. 
—Już to uczyniłem. 
—Bardzo dobrze. Jeśli jednak jutro tego pola nie spotkamy, będzie to oznaczało, 
iż zbłądziliśmy na amen. 
Nie byłbym tak pewien informacji Carra. Zresztą zobaczymy... 
Po takiej konkluzji wskoczyliśmy na siodła i ruszyli w dalszą wędrówkę. 
Dopóki krajobraz zmieniał się, nie odczuwałem zmęczenia, mimo że słońce 
mocno już doskwierało. Gdy jednak wjechaliśmy na zaiste posępną, całkowicie 
pozbawioną zieloności płaszczyznę, pełną ciemnoczerwonych, brunatnych lub 
żółtych plam — skał, kamieni, samotnych szczytów o jałowych zboczach — 
poczęła mnie jazda nużyć. Konie pozwieszały głowy i wolno, niechętnie 
posuwały się naprzód. 
Nad wieczorem dotarliśmy do labiryntu tak zagmatwanych ścieżek 
wyznaczonych przez wąwozy, iż nie sposób było się połapać w kierunku jazdy. 
Tym razem pomógł nam kompas. Ostatecznie wiedzieliśmy, że jadąc stale ku 
północnemu wschodowi napotkamy wreszcie granicę rezerwatu Indian. Muszę 
zresztą dodać, iż granice tego rezerwatu były tylko teoretyczne. Bo chociaż 
władze federalne kładły duży nacisk, by nie przekraczać tych granic — ażeby 
zapobiec wzajemnym walkom — zarówno Indianie, jak i biali lekceważyli 
zarządzenie Waszyngtonu. 
Ostatnio co prawda sytuacja się zaostrzyła. Wzmożona czujność Indian 
przyhamowała wypady białych osadników i poszukiwaczy skarbów w kierunku 
granicznych terenów. 
Przed wyruszeniem w drogę braliśmy to wszystko pod uwagę i uznali za czynnik 
raczej sprzyjający. W takiej sytuacji możliwość spotkania białych prawie że nie 
istniała. A więc jeśli nawet w tych okolicach grasowały bandy łupieżców, teraz 
powinny były przenieść się w inne strony. Powinny. Bo oczywiście pewności nie 
było. 
Pierwszego dnia jechaliśmy przez krainę jakby wymarłą. Ani ludzi, ani zwierząt. 
Wieczorem rozpaliliśmy ogień pod osłoną kilku skał. Karol długim nożem 
narąbał drzazeg kaktusa. Paliło się to wcale nieźle, ale od czasu do czasu 
wydawało dźwięk przypominający wystrzał karabinowy. Mimo otaczającego nas 
pustkowia lękaliśmy się nieco, aby tego rodzaju huki nie ściągnęły nam na głowy 
jakichś nieproszonych gości. Po usmażeniu boczku i zagotowaniu kawy czym 
prędzej przygasiliśmy strzelające ognisko tak, iż żarzyły się tylko przepalone 
głownie. Ognisko nie było dłużej potrzebne. Noc nadciągała gorąca, niewiele 
chłodniejsza od dnia. Na zakończenie posiłku zaćmiliśmy fajeczki i w milczeniu 
wsłuchiwali się w odgłosy dalekiej przestrzeni. Ale 
poza potupywaniem naszych koni, szczypiących w pobliżu resztki powiędłej 
trawy, i poza pluskiem małej strużki wody, wypływającej spod skałki, nie 
słyszeliśmy nic więcej. 
— 

Więc powiadasz — przerwał tę ciszę Karol — że mieli 

twarze zasłonięte chustkami? 

background image

Drgnąłem. Pytanie wydało mi się zupełnie pozbawione sensu. 
— 

Co mówisz? Chustki? Jakie chustki? 

— Przepraszam. Po prostu wyraziłem głośno to, o czym myślałem. Chodzi mi o 
trzech twoich napastników. Jesteś pewien, że nie mógłbyś ich poznać? 
Zawahałem się. Twarze mieli zakryte chustkami, to prawda. Ale nie mogli 
“zakryć" ani swego wzrostu, ani brzmienia głosu. Pamięć jednak jest zawodna, a 
im więcej upłynie czasu, tym mniej będę mógł na nią liczyć. 
Zresztą — dodałem — nie sądzę, abym się z tymi ludźmi spotkał w najbliższej 
przyszłości. A ciebie, Karolu, nie bardzo rozumiem. Nie przyjechałeś tu po to, 
aby uganiać się za bandytami. Twoja sprawa to przecież uspokojenie Nawajów, 
tylko takie otrzymałeś uprawnienia. 
Racja, Janie. Kłopot z tym, iż przyczyną niepokoju jest właśnie akcja nie 
odkrytych napastników. 
Nie przesadzaj z tą tajemnicą. Mnie się wydaje, iż to po prostu Hobbs ze swymi 
ludźmi. Trzeba skłonić władze wojskowe, jeśli innych nie ma, do zainteresowania 
się nim. 
—I ja tak początkowo sądziłem. Brałem pod uwagę fakt, że większość napadów 
wydarzyła się w bliższej lub dalszej okolicy Rainy Valley. Ale teraz pełen jestem 
wątpliwości. Czy zastanawiałeś się, Janie, nad przyczyną zwrócenia ci 
zrabowanych przedmiotów? 
—Nadal nie mogę pojąć, dlaczego tak postąpili. Może napad był pomyłką, może 
wzięto mnie za kogoś innego? 
—Tak, to bardzo skomplikowane. Ale mój pogląd jest inny. 
—Jaki? 
- Cierpliwości. Czy zapamiętałeś sobie pewien fakt poprzedzający zwrócenie ci 
broni i pieniędzy? 
—Ba, faktów było sporo. 
—Wiadomo. Zastanów się jednak chwilę. Co robiłeś siedząc w “Arizonac"? 
—Myślisz o tym rannym? 
—Właśnie. 
—Rozumiem. Uważasz, iż zwrot broni był jakimś wynagrodzeniem za operację 
wyjęcia kuli z rany? 
—Tak. 
Zaśmiałem się cicho.  
—Karolu, cóż za wielkoduszni bandyci? Po prostu szlachetni rycerze! 
—Nie kpij ze mnie. 
—Ja nie z ciebie kpię, tylko z twoich pomysłów. 
—Jednakże trafiają się i wśród tych typów ludzie z gestem. Spotkałem już takich. 
—Podejrzewasz, Karolu, że ten ranny jest jednym z ludzi Hobbsa... 
—Co to, to nie! Chyba... chyba że właściciel “Arizonac" współdziała z Hobbsem. 
A to niemożliwe. Chociażby dlatego, iż nasz znajomy grubas nie cierpi ludzi z 
farmy. Jemu również dali się we znaki. A poza tym: po co cowboy Hobbsa 

background image

chroniłby się w gospodzie? Sądząc po nastrojach ludzi w Rainy Valley, byłoby to 
dla niego raczej niebezpieczne. Łatwiej i szybciej mógł uzyskać pomoc na farmie. 
—Słusznie. Ale wobec tego powód zwrotu zagrabionych rzeczy nadal pozostaje 
tajemnicą. 
—To pewne, że jej dzisiaj nie rozwikłamy. Lepiej śpijmy, przyda nam się 
odpoczynek. 
Podsunął sobie siodło pod głowę, owinął się derką i rozciągnął przy dogasającym 
ognisku. 
—Czy nie będziemy czuwać na zmianę? 
—Nie warto. Na tym pustkowiu psa z kulawą nogą nie spotkasz, a co dopiero 
człowieka. Zresztą mój koń jest bardzo czujny, a ja mam lekki sen. Dobranoc. 
 
Poszedłem za jego przykładem i sam nie wiem, kiedy zasnąłem. 
Zbudził mnie ranny chłód i trzask łamanych drew. To Karol rąbał kaktusy. 
Ziewnąłem przeciągle i wstałem powoli z zaimprowizowanego posłania. Bolały 
mnie mięśnie, jak zawsze po zimowym odzwyczajeniu się od noclegów pod 
gołym niebem i na twardej ziemi. 
Upitrasiwszy śniadanie i napoiwszy konie ruszyliśmy w drogę, nim złocisty dysk 
ukazał się nad horyzontem. Mogłem podziwiać ranne zorze wstające nad ziemią 
jak wysmukłe, potężne kolumny purpurowego blasku. Te wczesne godziny 
stanowiły zawsze najprzyjemniejszą część podróży. Dlatego w ciągu dwu 
następnych dni staraliśmy się przesypiać godziny skwaru. Nic nie wskazywało na 
to, abyśmy zbliżali się do celu. Zapowiadanego przez Piotra Carra pola kaktusów 
w ogóle nie napotkaliśmy. Podejrzewałem, że musieliśmy zjechać z właściwego 
szlaku. Co prawda Karol upierał się, że znajdujemy się na dobrej drodze, że o 
zabłądzeniu mowy być nie może, ponieważ... nie istnieje tu żaden, nawet ledwo, 
ledwo przetarty szlak. A co się tyczy pola kaktusów — to Piotr Carr na pewno się 
mylił albo źle obliczył odległości. Zresztą z kaktusami czy bez — na pewno jakoś 
wybrniemy z tarapatów. Granice kraju Nawajów — dowodził mój towarzysz — 
rozciągają się w poprzek naszej drogi i kierując się kompasem nie sposób je 
ominąć. Więc... jakoś to będzie! 
Milczałem wysłuchując tych wywodów. Złościło mnie to “jakoś", ale nie 
dawałem tego po sobie poznać. 
Minęły dwa dalsze dni, podczas których zabrnęliśmy w prawdziwy labirynt 
malutkich kanionów wymytych przez wodę, ale teraz całkowicie wody 
pozbawionych. Pod koniec dnia piątego zaczęliśmy odczuwać pragnienie. 
Wieczorny posiłek wypadł skąpo i sucho. Karol — jak się teraz przyznał — 
przewidywał, iż już po czterech dniach napotkamy zwiadowców Nawajów. 
Tymczasem znajdowaliśmy się nadal w całkowicie bezludnej okolicy, o prawie 
pustynnym charakterze. 
Przed świtem ruszyliśmy dalej, ale wierzchowce nasze, dręczone pragnieniem, 
nie niosły już tak szybko, jak dotychczas. Czułem, że wargi mam wyschnięte, a 
język sztywny i twardy niby kołek. Trudno było mi mówić i przez cały czas obaj 

background image

milczeliśmy jak głazy. Przed samym południem odkryłem skrawek cienia 
padający od ściany malutkiego wąwozu. Tam pokładliśmy się na kamienistej 
glebie, dysząc z wysiłku i gorąca. Karol przez chwilę głośno ganił swą 
nieroztropność, że nie zaopatrzył się w skórzane wory do transportowania wody, 
potem umilkł i leżał bez ruchu, z pewnością równie otępiały jak ja. 
Zdołaliśmy się podnieść dopiero wówczas, gdy miało się ku zachodowi. Niewiele 
już przebyliśmy drogi. I nigdzie nie dostrzegliśmy nawet śladu wilgoci. Noc 
spędziłem jakby w malignie, śniąc o rzekach, wodospadach i górskich 
strumieniach. Marzyły mi się ulewne deszcze... Rano czułem się jak połamany. 
Mówić prawie nie mogłem. Z trudem dosiedliśmy wierzchowców i powlekliśmy 
się dalej. Był to najgorszy z dotychczasowych dni podróży. 
— Jeszcze trochę wytrzymaj, Janie. Musimy przecież znaleźć źródło — pocieszał 
mnie Karol jakimś nieswoim, drewnianym głosem. 
Trzymałem się więc, jak mogłem, ale... nie bardzo-mogłem. Po trzech godzinach 
konie odmówiły posłuszeństwa. Stanęły z łbami opuszczonymi ku ziemi i żadne 
zachęty nie mogły ruszyć ich z miejsca. Chcąc nie chcąc zeskoczyliśmy z siodeł, 
wzięli cugle w dłonie i rozpoczęli morderczą zaiste wędrówkę. 
Wlokąc za sobą wierzchowca potykałem się co krok, przed oczyma wirowały mi 
czerwone koła, niebieskie plamy i jakieś cienie — chwilami posuwałem się na 
ślepo. Tak upływały minuty, długie jak godziny. Ile w ten sposób 
przemierzyliśmy drogi, nikt z nas nie był w stanie obliczyć. Myślałem o jednym 
tylko: jeżeli w ciągu najbliższej godziny, a może dwu nie znajdziemy jakiejś 
rzeczki, choćby najmniejszego źródełka, nasza podróż zakończy się raz na 
zawsze. Pozostaniemy na tej niegościnnej ziemi, aż kiedyś zbłąkani jeźdźcy 
odnajdą nasze kości i zbielałe od słońca końskie szkielety. 
Wlekliśmy się dalej, coraz wolniej, krok za krokiem, chwilami zataczając się jak 
pijani. Nic już nie widziałem, nie czułem, poza okropnym żarem i dręczącym 
pragnieniem. Czy nadeszło już południe, najokropniejsza pora dnia, czy były to 
dopiero ranne godziny? Nie wiedziałem. Teraz, kiedy to wszystko wspominam, 
myślę, że szedłbym tak może jeszcze milę i w końcu zwalił się na spękaną ziemię, 
aby już tam pozostać. Że tak się nie stało, że jednak doszliśmy do celu i dziś mogę 
spokojnie o tym pisać, zawdzięczamy to wielkiej, czarnej dziurze widniejącej w 
skalnym zboczu. Najprawdopodobniej nie zauważyłbym tego otworu, znajdując 
się w stanie gorączkowej maligny, na pół ślepy, idąc z opuszczoną głową i ze 
wzrokiem wbitym w ziemię. Ale wlokąc się tak, poczułem nagle na twarzy 
powiew chłodnego, wilgotnego wiatru. Machinalnie stanąłem. Uniosłem głowę. 
To nie było złudzenie. Zimny wiatr wiał prosto w twarz. Mój wierzchowiec 
zatrzymał się również. Wyciągnął szyję i drgającymi chrapami chłonął ożywczy 
powiew. Wtedy dostrzegłem po drugiej stronie ścieżki czarny punkt. Chciałem 
krzyknąć do Karola, ale gardło odmówiło mi posłuszeństwa. Na szczęście mój 
towarzysz również przystanął i głęboko oddychał. Wskazałem ręką otwór i 
puściwszy cugle wolno, szurając nogami w pyle, ruszyłem pierwszy ku czarnej 
dziurze. Przekroczyłem niziutki, skalny próg i wszedłem w głąb ciemnego 

background image

korytarza, skąd bił ożywczy strumień chłodu. Wędrowałem tak, potykając się, aż 
skalisty tunel rozszerzył się w półokrągłą jaskinię, o dziwo! — prawie widną. 
Gdzieś z boku wpadało tu dzienne światło. W jego przyćmionym blasku 
dojrzałem prymitywny stół, wbity nogami w ziemię, podobną ławę, a pod 
ścianami jakieś skrzynki i wory. A więc ktoś tu mieszkał! Ale o niczym w tej 
chwili nie mogłem myśleć. Czułem zapach wody. Tak, w pobliżu musiała być 
woda! Zrobiłem jeszcze dwa kroki w kierunku ławy i stołu, gdy przyciszony, 
schrypły głos rozkazał: 
—Ręce do góry! Stać! Wy obaj! 
Z wysiłkiem uniosłem dłonie ponad głowę. 
—Kto jesteście? Gadać, bo strzelam! 
—Słońce... — wybełkotałem chcąc powiedzieć, że słońce zagnało nas tutaj, że 
umieramy z pragnienia. Ale zamiast tego wszystkiego wychrypiałem po raz drugi 
to samo: “słońce" i zatoczyłem się pod ścianę. 
- Wystarczy. Widzę, że wam języki kołkiem stanęły. Opuśćcie łapy i siadajcie. 
Przyniosę wody. 
Czyjaś ręka pchnęła mnie w kierunku stołu. Zatoczyłem się znowu i zwaliłem na 
ławę uderzając bezwładną głową o blat. Usłyszałem, jak coś trzasnęło tuż obok 
mnie. 
Domyśliłem się, że to Karol usiadł. Na chwilę wszystko ucichło, potem poczułem 
coś zimnego przy skroni i ten sam chrypliwy głos co poprzednio: 

— 

Masz, pij. 

Uniosłem wzrok. Przede mną stał gliniany dzbanek. Chwyciłem go oburącz. To 
była woda. Piłem ją bez sekundy przerwy, bez tchu, łyk za łykiem, aż ukazało się 
puste dno. Czułem, jak znowu wstępuje we mnie życie, jak myśli stają się 
jaśniejsze. Woda! Któż potrafi ocenić jej wartość, jej smak, jej zapach, jeśli nie 
przeszedł przez męki pragnienia? 
Karol w sekundę po mnie odstawił naczynie. Zerknęliśmy jeden na drugiego bez 
słowa, a potem spojrzeliśmy przed siebie. 
W głębi pieczary trwał nieruchomo właściciel ochrypłego głosu. Potężny drab, o 
twarzy tak oznaczonej piętnem okrucieństwa, iż mimo woli ręka moja opadła na 
kolbę rewolweru. Zauważyłem, iż Karol wzdrygnął się. 
Kim, u licha, był mieszkaniec tej jaskini? Dobroczyńcą ratującym zbłąkanych 
podróżnych? Samotnikiem, który skrył się na tych pustkowiach? 
 
  
Nie mogłem jakoś zrozumieć jego zachowania. Stał przed nami, przyglądał się 
bacznie. Małe oczka spoglądały przenikliwie to na mnie, to na Karola, a grymas 
na twarzy oznaczał zapewne uśmiech. 
—Czego potrzebujecie? — zapytał. 
Już, już otwierałem usta, aby na pytanie odpowiedzieć pytaniem: “Kim pan 
jest?", ale Karol trącił mnie nieznacznie nogą i szybko powiedział: 
Wody dla koni. 

background image

Macie tu wiadra, zaprowadzę was. 
Teraz się okazało, że jaskinia posiadała odgałęzienie, długi, podobny do 
wejściowego, korytarz, zakończony małą wnęką. Tam z otworu w skale 
wypływała struga wody. Sączyła się leniwie do sztucznego zbiornika z głazów 
pospajanych gliną. Jej nadmiar przelewał się przez kamienną krawędź i świecącą 
linią wilgoci przepływał kawałek korytarza i wsiąkał w piasek. Niewielka więc 
była wydajność źródła, ale olbrzymie znaczenie jego w tej pustyni. Kto nim 
władał, stawał się panem życia i śmierci tych, którzy się tu zabłąkali. 
Zaczerpnęliśmy wody i z pełnymi wiadrami wyszli na zewnątrz. Konie pchały się 
u wejścia, biły kopytami w ziemię, niepokojąc się coraz bardziej. Z trudem 
wypchnęliśmy je na otwartą przestrzeń i napoili, rozlewając przy tym co najmniej 
połowę wody. Trzeba było iść po nową porcję. Tym razem zwierzęta 
zachowywały się spokojniej. 
— 

Należy jakoś wynagrodzić naszemu gospodarzowi jego uczynność — 

szepnąłem do Karola. 
Żachnął się: Nawet nie próbuj. Obawiam się, że naraziłbyś nas na 
śmiertelne niebezpieczeństwo. 
— 

Co ty mówisz? 

— 

Mówię to, co myślę. Podejrzewam rzeczy niezrozumiałe, ale najgorsze. 

Staraj się, Janie, jak najmniej odzywać. O nic się nie pytaj. Zostaw to mnie. 
— 

Ależ o co chodzi? 

— 

Później ci wytłumaczę. A teraz zwijajmy się. Trzeba odjeżdżać jak 

najprędzej. 
— 

Jestem głodny, a ty? 

— 

Nie pora teraz myśleć o jedzeniu. Lękam się, aby nas tu nie zastali jacy inni 

niespodziewani goście. 
Porwał puste wiadro i pobiegł w głąb korytarza. Udałem się za nim. Człowiek o 
wyglądzie opryszka siedział na ławie i ćmił fajeczkę. 
— 

Zostaniecie dłużej? — zapytał. 

Karol potrząsnął głową: 
— 

Niemożliwe. Straciliśmy już zbyt wiele czasu. 

— 

Pobłądziliście? 

— 

Aha — przytaknął. 

 
— 

To uważajcie. Niedaleko Nawajowie. Te czerwone 

diabły kręcą się teraz w tych stronach, jak na mój gust, zbyt często. Nie życzę 
spotkania. 
— 

Jedziemy — zakomenderował Karol. — Dziękujemy za poratowanie. 

Drab zarechotał: 
— 

Nie każdego tak przyjmuję, ale wiadomo: słońce Arizony... — nie 

skończył, wypuścił ustami dwa kłęby dymu i zagadnął: 

background image

— 

Nie wiecie, jak długo mam tu sterczeć? — i nie czekając na odpowiedź, 

dodał: — Mam tu doskonałą pieczeń z antylopy. Nie podjedlibyście krzynę? W 
taką spiekotę nie warto ruszać. 
Na to wszystko Karol potrząsnął głową! Wyszliśmy, sprawdzili popręgi u koni i 
wskoczyli na siodła. Drab stał przed wejściem do pieczary. 
— 

Powodzenia! — pożegnał nas. — Jak będziecie w tych 

stronach, wpadnijcie do mnie. Może jeszcze tu zabawię nieco. 
Kopyta zadźwięczały po kamieniach. Z początku posuwaliśmy się stępa, ale 
później Karol począł poganiać swego wierzchowca. 
—  

Szybciej, Janie! Nie uspokoję się, dopóki nie odjedziemy kilka mil. 

— 

Czego się obawiasz? 

— 

Wszystkiego. Niepożądanego spotkania, pogoni... 

— 

Któż nas ma gonić? 

— 

Kto? A chociażby towarzysze naszego gościnnego draba. 

— 

Dlaczego? 

— 

Potem, potem. Teraz uważaj na konia. 

Pędziliśmy coraz szybciej, a Karol wybierał wyjątkowo złą 
drogę. Najczęściej wiodła ona po skalistej, nierównej opoce albo po kamieniach i 
osypujących się piargach. Prawdopodobnie nie chciał zostawiać śladów. Dobrze 
musiałem uważać, aby nie przekoziołkować się wraz z wierzchowcem. Podczas 
tej jazdy spociłem się podwójnie: z gorąca i z wrażenia. Wreszcie wydostaliśmy 
się z kamienistej dolinki na bezkresną płaszczyznę. Sądziłem, że teraz zwolnimy 
tempo. Gdzie tam! Prawie do zachodu słońca gnaliśmy jak wariaci, aż konie 
pokryły się pianą. To zmitygowało mego towarzysza. Wstrzymał nieco biegu, a 
gdy się z nim zrównałem, powiedział: 
— 

Nie sposób tak jechać dalej. Konie padną. Szukajmy teraz wody, czas się 

zatrzymać na nocleg. 
Więc odtąd już tylko kłusem to tu, to tam, zygzakami, przebywaliśmy ciągnącą 
się przed nami nieprzerwanie posępną płaszczyznę. Gdzież tu szukać wody? 
Bardziej liczyliśmy na instynkt naszych wierzchowców niż na własną orientację. 
Jakże bowiem mieliśmy się orientować w tych całkowicie obcych nam stronach? 
Dopiero teraz, niespodziewanie, natknęliśmy się na pole kaktusów. Wynikało z 
tego, że albo Piotr Carr pomylił się w swych obliczeniach odległości, albo też 
przez dłuższy czas posuwaliśmy się w zupełnie złym kierunku. 
Kaktusy rosły, jak okiem sięgnąć, tak gęsto, iż nie sposób było między nimi 
przejechać ani nawet przejść. Wędrowaliśmy skrajem pola, aż konie poczęły 
parskać i przyspieszać biegu. Był to dla nas wyraźny znak. Jeszcze kilkadziesiąt 
jardów i oto kolczasta ściana rozstąpiła się nieco, tworząc krótki korytarzyk 
zakończony owalną polanką zamkniętą z trzech stron kłującą barykadą 
kaktusowych zarośli. Pośrodku polanki połyskiwała powierzchnia małego 
stawku, zapewne zasilanego jakimś podziemnym źródłem, bo nigdzie nie 
dostrzegłem dopływu wody, a tylko ujście tego naturalnego zbiornika. Sączyła się 
zeń strużka, to wijąc się po piasku, to znikając w kaktusowym gąszczu. 

background image

Miejsce było jak wymarzone. Rozpaliliśmy więc ognisko, napoili konie, 
zaczerpnęli wody do naczyń i wreszcie umyli się. 
— 

Tym razem — zadecydował Karol — musimy na przemian czuwać. Ludzi 

się nie spodziewam, ale to jest zapewne jedyny w tych stronach zbiornik wody. 
Zauważyłem dokoła mnóstwo tropów zwierzęcych. 
Niebo zdążyło już pociemnieć, zanim uporaliśmy się z zapasem opału na noc. 
Gdy woda zabulgotała w garnku, a przypieczona szynka poczęła wydawać 
wspaniały zapach, zabraliśmy się do jedzenia i równocześnie do pogawędki. 
Dopiero teraz miałem okazję zapytać towarzysza o przyczynę, dla której tak 
bardzo przynaglał do pośpiechu. 
— 

Prosta sprawa — odparł. — Uważam, iż ten gościnny gospodarz to po 

prostu zwykły opryszek, nic więcej. Na takiego zresztą wyglądał od pierwszego 
spojrzenia. 
— 

Uratował nam życie — wtrąciłem. 

— 

Prawda. I nie bardzo pojąć mogę, z jakich powodów. Gotów jestem nawet 

uwierzyć, że ty, Janie, jesteś jakimś czarnoksiężnikiem. 
Roześmiałem się. 
— 

Dlaczego? 

—  

No, bo zastanów się. Najpierw jacyś rabusie zwracają ci zabrane mienie, a 

teraz inny opryszek nie czyni nam nic złego, ba, nawet ratuje w ostatecznej 
biedzie. Czy to nie jest zastanawiające? 
— 

Przesadzasz, Karolu. Z twarzy to on istotnie nie wyglądał 

najsympatyczniej, ale sądźmy go po czynach. 
— 

Właśnie. Zaskoczył nas z rewolwerem w ręku. 

— 

Cóż w tym dziwnego? W tych stronach trzeba się lękać każdej nieznajomej 

twarzy. 
— 

No, to dlaczego tak nagle zmienił swoje postępowanie? 

— 

Nie wiem. Może spostrzegł, że jesteśmy śmiertelnie wyczerpanymi 

wędrowcami, niegroźnymi dla niego? 
— 

A wytłumacz mi, co ten człowiek w tych stronach porabia? 

— 

Odpowiedź prosta: to jest łowca skórek. Chciałem go się nawet o to 

zapytać, ale milczałem zgodnie z twoim życzeniem. 
— 

I słusznie postąpiłeś. Jedno nieostrożne pytanie mogło nas zdemaskować. 

— 

Zdemaskować? O czym myślisz? 

— 

O tym, że on nas wziął za swych towarzyszy. Czy pamiętasz, jak na 

odjezdnym zapytał się, jak długo ma tu sterczeć? Przecież nas nigdy przedtem nie 
widział! Może banda jest tak liczna, że nie wszyscy znają się z widzenia, a może... 
może mamy jakichś sobowtórów? 
— 

Nie żartuj. 

— 

No, to wytłumacz jakoś inaczej. 

— 

Już tłumaczyłem. To był po prostu traper. I czekał, aby go zluzowano... 

Może ma w pobliżu towarzyszy szukających skórek? 

background image

— 

Na pewno ma. Tylko że tu nie o skórki chodzi. Przypuszczam, że cała rzecz 

pozostaje w jakimś związku z napadami, które ostatnio mnożą się w Arizonie. 
— 

W twoich wywodach, Karolu, istnieje poważna luka. Jeśli to jest bowiem 

członek jakiejś bandy, to po czym poznał, że my do tej samej bandy należymy? 
— 

Prawdopodobnie mają jakieś hasło, którego nieświadomie użyliśmy. A 

może istnieje jakiś inny znak rozpoznawczy, jakiś szczegół ubrania czy coś w tym 
rodzaju? 
— 

Ech, wszystko to jest palcem na wodzie pisane i za bardzo dla mnie 

tajemnicze — odparłem. 
Na tym zakończyliśmy dyskusję. Wypaliwszy fajki zabraliśmy się do 
przygotowania noclegu. Karol zgodził się, abym czuwał przez pierwszą połowę 
nocy, po czym nakrył się kocem i więcej się nie odzywał. 
Usiadłem nie opodal ogniska. Pierwsze godziny minęły w zupełnej ciszy. 
Widziałem, jak gwiazdy powoli ukazywały się na niebie, a potem sierp księżyca 
połyskujący niczym srebrna klinga zakrzywionego miecza. Uczyniło się widniej. 
Przygasiłem ogień. Tak, by żarzyły się tylko drzazgi. 
Parokrotnie wstawałem rozprostować zdrętwiałe mięśnie i spacerowałem ku 
wylotowi kaktusowego korytarza, zawsze z nieodstępnym sztucerem w ręku. Za 
każdym razem, zatrzymawszy się u wyjścia, przykładałem do oczu lornetkę 
lustrując daleką przestrzeń. Niekiedy wydawało się, iż dostrzegam sylwetki 
jakichś zwierząt. Ale to chyba było złudzenie. 
Natomiast nie był złudzeniem daleki, przeciągły, smutny głos dobiegający mych 
uszu. Tak nawoływały siebie kojoty. Milkły na chwilę i znowu zawodziły swą 
smętną pieśń. Nie macie pojęcia, jakie to robi wrażenie na przybyszu z miasta. 
Przez długi czas nie mogłem się przyzwyczaić do tych głosów arizońskiej nocy. 
Podszedłem do koni. Zauważyłem, że strzygą uszami. Może zaniepokoił je głos 
preriowych wilków, a może wyczuły w pobliżu stokroć gorszego wroga, nigdy 
niesytego łupu jaguara czy pumę. Bo te drapieżniki zamieszkują właśnie Arizonę. 
Przypomniałem sobie nagle, że oprócz tych niebezpiecznych czworonogów żyją 
tu mniejsze, ale równie groźne tarantule i skorpiony, wychodzące nocami ze 
swych kryjówek. Dorzuciłem opału do ogniska, a kiedy buchnęło jasno, 
dokładnie spenetrowałem najbliższe sąsiedztwo Karola w poszukiwaniu tych 
jadowitych stworzeń. Nie znalazłem żadnego. Płomień na nowo przygasł, więc 
siadłem tuż przy kaktusowym lesie, dobrze udeptawszy dokoła ziemię. Konie 
jakoś się uspokoiły. 
Siedziałem i czekałem, ze wzrokiem utkwionym w posrebrzany zmrok, pełen 
wewnętrznego napięcia. Jak długo tak siedziałem — nie określę. Chyba z 
godzinę, może — dwie? Wówczas usłyszałem, że koń Karola cicho zarżał. 
Zawtórował mu drugi wierzchowiec. Zerwałem się natychmiast i na pół schylony 
powędrowałem ku wylotowi korytarza z kaktusów. Tam położyłem się ze 
sztucerem w dłoni i z lornetką przyłożoną do oczu. 
Daleko przede mną rozciągała się pofałdowana przestrzeń. Księżyc oświecał 
garby gruntu, jakieś skałki i głazy, od których padały głębokie cienie o 

background image

dziwacznych kształtach. Przyglądałem się im bardzo dokładnie. W takich 
bowiem cieniach kryć się mogła istota, której obecność zaniepokoiła konie. 
Uważnie przeglądałem teren, aż mi oczy poczęły łzawić, i choć nie dostrzegłem 
niczego podejrzanego, nie przerywałem obserwacji. Mogłem się mylić, konie na 
pewno nie! Coś musiało się kryć wśród nierówności. Moja cierpliwość została 
wynagrodzona. Na koniec ujrzałem! 
Ciemna sylwetka wypełzła z cienia. Uniosła się nieco i zgięta przebiegła parę 
kroków wiodących poprzez smugę księżycowego blasku. Cóż za nieostrożność! 
Ale tym lepiej dla mnie. 
Minęło kilka sekund, gdy zza sąsiedniego głazu wyskoczyła druga taka sylwetka. 
Obie skryły się w mroku padającym od kopulastej skałki. 
Spoglądałem przed siebie: na prawo, na lewo. Ukazujących się sylwetek 
naliczyłem chyba z dziesięć. Przebiegając i kryjąc się za występami gruntu, 
zbliżały się powoli. 
Wstałem i powróciłem ku ledwie żarzącemu się ognisku. Mój towarzysz spał 
owinięty w koc. Położyłem mu dłoń na ramieniu. Obudził się natychmiast i uniósł 
głowę opartą o siodło. 
— Karolu — zaszeptałem mu nad uchem — Nawajowie! 

background image

Groźny Piorun 

 
 
Postępowaliśmy metodycznie i nawet bez wielkiego pośpiechu, zwracając przede 
wszystkim uwagę, aby poruszać się jak najciszej. Ostrożnie wprowadziliśmy 
nasze wierzchowce w głąb kaktusowego wąwozu i tam uwiązali tak, iż stały 
tyłem zwrócone ku otwartej przestrzeni, z głowami skierowanymi ku ognisku. 
Zajęły całe przejście, żaden człowiek nie mógł teraz tędy się wśliznąć. 
Ustawiwszy tę żywą barykadę odetchnęliśmy. Karol zatarł ręce. 
— 

Niech teraz spróbują się do nas dostać — powiedział. — Ale czy to na 

pewno Nawajowie? 
— 

Poznałem Indian po sylwetkach. A przecież w tych stronach nie mieszkają 

inne plemiona poza Nawajami. Gdyby wpadli znienacka, moglibyśmy porządnie 
oberwać.  
— 

Chodzi o to, aby przetrzymać do świtu, wówczas z nimi pogadam. 

— 

Jesteś pewien, że nas teraz nie napadną? 

Jestem pewien. Musieliby przerąbywać drogę przez kaktusy, a więc narobić nie 
lada wrzawy. A przecież chcą nas zaskoczyć. Najprawdopodobniej biorą nas za 
bandytów. 
— 

Może odejdą przed ranem? 

— 

Nie licz na to. Przeczekają noc, może nawet pozwolą nam ujechać kawałek 

drogi, a potem wyskoczą z zasadzki. 
— 

Ilu ich naliczyłeś? 

— 

Co najmniej dziesięciu — odparłem. — Jak na nas zupełnie wystarczy. 

— 

Nie bądź pesymistą i połóż się spać, Janie. Teraz ja czuwam. Martwić 

będziemy się jutro. 
— 

Dobranoc — mruknąłem. 

Ale nie była to wcale dobra dla mnie noc. Świadomość, że o kilkanaście jardów 
dalej czatują uzbrojeni ludzie, spędzała mi sen z powiek. W okresie dwu 
minionych lat trzykrotnie byłem indiańskim jeńcem i chociaż za każdym razem 
przygoda kończyła się szczęśliwie, nie zaliczałem ich do przyjemnych 
wspomnień. Męczyłem się więc teraz, przewracając z boku na bok, tak że kiedy 
wreszcie zasnąłem, świt już nadciągał. Karol zbudził mnie w sposób dość 
gwałtowny, nakazując jednocześnie ciszę. Nawet ziewnąć nie pozwolił. 
Rozdmuchaliśmy spopielałe węgle, aż rozżarzyły się i objęły płomieniem kilka 
szczapek wyschłego kaktusa. Potem napoiliśmy konie. Jednego po drugim, tak 
aby nie odtarasowywać przejścia. Podziwiałem spokój mego towarzysza. Krzątał 
się koło ognia, jak gdyby znajdował się w najbardziej bezpiecznym schronieniu. 
Napomknąłem o tym. Zaśmiał się cicho. 
— 

Nerwy cię ponoszą, Janie. A przecież nie ma czego się 

obawiać. Nawajowie nie są naszymi wrogami, tylko biorą 

background image

nas za kogoś innego. Gdyby napadli niespodziewanie, nie obeszłoby się bez 
guzów, ale w takiej sytuacji będę mógł sprawę wyjaśnić. Mam argumenty nie do 
obalenia. Zagotuj wody. 
Nie wiedziałem, o jakich to argumentach wspominał, ale byłem tak podniecony 
czekającym nas spotkaniem, że nawet nie zapytałem. 
Gdy wrzątek począł bulgotać w garnczku i wsypałem doń garść zmielonej kawy, 
mój towarzysz spokojnie zajął się krajaniem szynki nabytej jeszcze w Rainy 
Valley. Ten spokój wcale mi się nie udzielał. Ledwie zdołałem przełknąć kawałek 
suchara. Posiłek dobiegł końca. Wepchnąłem naczynia do juków. 
— 

Jesteś gotowy, Janie? 

Skinąłem głową. 
— 

No, to śmiało naprzód! Chodźmy. 

Zatrzymał się przy koniach i przyłożywszy do oczu lornetkę długo badał 
rozciągającą się przed nami przestrzeń. 
Świtało. Cienie kładły się obok głazów, u stóp rzadko rosnących kaktusów, 
wypełniały zagłębienia rozpadlin. Na wschodzie migotał czerwony rąbek słońca. 
— 

Niech moi czerwoni bracia powstaną, widzę ich! 

Głos Karola zabrzmiał tak donośnie w tej przedrannej ciszy, że machinalnie 
zakryłem dłońmi uszy. I patrzałem. 
Żaden ruch nie zamącił spokoju martwego krajobrazu. Nadal był posępnym 
symbolem opuszczenia i smutku. 
— 

I cóż? — szepnąłem. — Może już ich tam nie ma? 

Potrząsnął przecząco głową. 
— 

Zapewne zastanawiają się, jak teraz postąpić. Próbujmy dalej. 

Począł znowu wołać w słabo zrozumiałym dla mnie języku. Rozpoznawałem 
tylko jakieś strzępki słów, ale całości nie potrafiłem z tego skleić. Wcale mnie to 
nie zaskoczyło. Wiedziałem, iż Karol włada płynnie mową Algonkinów, 
używaną przez większość Indian Północnej Ameryki: przez Czarne Stopy, 
Czeyenów, Kri, Delawarów, Szawnisów i Mohikanów. Znałem ten dialekt, 
ponieważ władałem językiem Czarnych Stóp. Ale tu, na południowym zachodzie, 
wśród Apaczów i Nawajów w powszechnym użyciu jest język grupy 
Athapasków, bardzo poważnie różniący się od poprzedniego. Indianie 
północnoamerykańscy nie posługują się przecież jedną mową. Często nie są w 
stanie porozumieć się bez pomocy angielszczyzny lub gestów, które stały się już 
tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. I tak na przykład utarł się 
zwyczaj określania pojęcia “Indianin" przez dotknięcie prawą ręką lewej ręki lub 
policzka, co ma oznaczać ten sam kolor skóry; białego człowieka określają 
gestem pokazującym kapelusz na głowie; namiot — dwoma ukośnie złożonymi 
palcami. Ale wracam do naszej historii. 
Nie potrafiłem zrozumieć, co krzyczał Karol. Zresztą i ten krzyk nie osiągnął 
oczekiwanego efektu. Skłoniło mnie to do żartobliwej uwagi, że Nawajowie 
również nie mogą pojąć, o co mu chodzi. 
— 

Dobrze, dobrze, kpij sobie do woli. Przypomnę ci o tym służąc za tłumacza. 

background image

Na pewno przypomnisz — zgodziłem się — ale co teraz? 
— 

Udają, że odeszli. Weźmiemy ich na cierpliwość. 

Zobaczysz, że w końcu któryś z nich zdradzi się nieostrożnym ruchem. 
— 

Wyjdźmy. To ich zmusi do ukazania się. 

O, co to, to nie! Skoczą na nas, zanim zdołamy się 
wytłumaczyć. 
To wytłumacz im na odległość. 
Po raz trzeci odezwał się, ale tym razem było to dłuższe przemówienie. I... równie 
bezskuteczne. 
— 

Poczekaj — powiedziałem. — Nie wychodzi po indiańsku, spróbuję po 

angielsku. 
Wzruszył ramionami. 
Nabrałem powietrza w płuca i wrzasnąłem: 
— 

Czy wojownicy Nawajów to ropuchy kryjące się pod 

kamieniami!? 
Nazwać Indianina żabą to wielka obraza. Wiedziałem o tym. Celowo użyłem tego 
słowa. I poskutkowało. Zaledwie kilka jardów przed nami z szarożółtej gleby 
dźwigał się na kilka stóp ostro ścięty głaz. Jeszcze nie przebrzmiało echo moich 
słów, gdy obok tego odłamka skały wyskoczył półnagi wojownik i potrząsając 
strzelbą zawołał: 
— 

Czemu blade twarze zasłaniają się końmi? Niech 

wyjdą i walczą! 
Odwrócił się do nas plecami na znak lekceważenia, a wówczas spoza nierówności 
gruntu ukazali się ludzie. Naliczyłem ich dwunastu. Prawie wszyscy mieli broń 
palną, zaledwie kilku — łuki. 
— 

Proszę — szepnął Karol — toż to cała wyprawa wojenna. Spróbuję 

pogadać z nimi. Wolą angielski, niech będzie po angielsku. Kto ty jesteś? — 
zwrócił się do najbliższego. 
Nie odpowiadam białym psom. Mają oddać broń i udać się z nami. 
Dokąd? 
Tam, dokąd ich poprowadzi Groźny Piorun. Howgh! 
Więc jednak odpowiedziałeś. A gdzie to Groźny Piorun chce nas zaciągnąć? 
- Blade psy staną przed radą starszych plemienia i odpowiedzą za swe zbrodnie. 
Groźny Piorun jest gadatliwy jak dziecko. I myli się jak dziecko. 
Uff, uff! 
Tak. Nie jesteśmy ludźmi, których szuka. Zmarnował czas, a tamci są już daleko. 
Powiedz, kiedy zdarzył się napad? 
Zanim zgasła nocna gwiazda... — tu przerwał na chwilę, aby wreszcie wrzasnąć 
w najwyższym oburzeniu: 
Ty jesteś złodziejem naszych koni, bo skąd byś inaczej 
wiedział! 
Czy Groźny Piorun jest ślepy? Gdzie te skradzione konie? Niech przyjrzy się 
dobrze. 

background image

Ukryli je wasi wspólnicy, ale my je odnajdziemy. 
Niech Groźny Piorun otworzy swe uszy, aby mógł zrozumieć, co mu powiem. 
Mnie wysłał tu Biały Ojciec z Waszyngtonu. Mam wysłuchać skarg Nawajów i 
wymierzyć sprawiedliwość. Wiem, że czerwoni wojownicy byli napadani przez 
bandę złodziejów. Dlatego tu przybyłem. 
Chcę rozmawiać z wodzem, którego Nawajowie zwą Pierzastą Strzałą. 
Nastała chwila ciszy. Groźny Piorun zastanawiał się nad odpowiedzią. Na pewno 
nie był zbyt doświadczonym wojownikiem, bo wreszcie zaproponował, abyśmy 
zostawili broń i konie i wyszli na otwartą płaszczyznę celem prowadzenia dalszej 
rozmowy. Był to bardzo naiwny plan wzięcia nas do niewoli. 
Karol natychmiast odpowiedział: 
— 

Nie zgadzamy się. Możemy się spotkać obaj, ale Groźny Piorun również 

odłoży swą broń, a potem wypalimy fajkę pokoju. 
Znowu nastała chwila ciszy. 
—Naradzę się ze swymi wojownikami — powiedział i zniknął nam z oczu za 
załomem skalnym. 
—Wyjdziesz? — zapytałem Karola. — To duże ryzyko. 
—Nie takie wielkie, jak ci się wydaje. Tak pokieruję, że będę stale zasłonięty 
przed jego wojownikami. W razie czego strzelaj, Janie, ale niecelnie. 
—Jak to? 
—Nie chcę, żebyś trafił. To bardzo skomplikowałoby naszą sytuację. Wystarczy, 
jak ich nastraszysz. 
Przystałem na taki plan po prostu dlatego, że nie widziałem innego rozwiązania. 
Groźny Piorun ukazał się znowu. 
— 

Niech blada twarz wyjdzie! — zawołał. — Będę z nią rozmawiał. 

To powiedziawszy ostentacyjnie złożył na piasku strzelbę i, tomahawk, po czym 
zrobił kilka kroków w naszym kierunku i usiadł skrzyżowawszy nogi. 
— 

Uważaj, Karolu — szepnąłem, gdy mój towarzysz wręczył mi oba 

rewolwery, a długą broń beztrosko oparł o pień wielkiego kaktusa. Uczyniwszy to 
przesunął się między koniem a naturalnym żywopłotem i ruszył przed 
siebie tak swobodnie, jak gdyby znajdował się w moim gabinecie w Milwaukee. 
Śledziłem każdy jego krok aż do i uwili, w której usiadł tuż naprzeciw Groźnego 
Pioruna. Milczeli obaj. Nagle ujrzałem, jak prawa ręka czerwonoskórego 
wzniosła się, a on sam poderwał się gwałtownym ruchem. Prawie jednocześnie 
zerwał się Karol. Uczynił gwałtowny skok, chwycił w mocnym uścisku prawicę 
Indianina, wykręcił się i przerzucił sobie przeciwnika przez plecy. W następnej 
sekundzie biegł ku mnie, nieco schylony pod ciężarem jeńca. Czerwonoskórzy 
podnieśli krzyk, ale żaden z nich nie wyskoczył spoza naturalnej barykady skał 
ani nie strzelił. Zapewne obawiali się ranić swego towarzysza. Karol dopadł mnie, 
cisnął swój żywy ładunek i krzyknąwszy: “Uważaj na nich!", siadł okrakiem na 
leżącym. Oparłem sztucer o końską kulbakę. Przeciwnicy nie zdradzili chęci 
zaatakowania nas. Nawet przestali wrzeszczeć. Teraz usłyszałem głos Karola: 
— 

Groźny Piorun postąpił nie jak odważny wojownik, 

background image

ale jak tchórz i kłamca. Ukrył nóż. Teraz zdejmę mu woreczek z lekami. 
W odpowiedzi dobiegło mnie przytłumione: “Uff!" i znowu głos Karola: 
— 

Możesz wstać i odejść. Jeśli spróbujesz napaść, twój duch nigdy już nie 

trafi do krainy wiecznych łowów... Spalę leki. 
Uśmiechnąłem się. To był sposób! Teraz nic nam nie groziło. Indiański lek, nie 
mający nic wspólnego z taką nazwą używaną przez białych, jest talizmanem 
chroniącym wojownika przed złymi duchami i gwarantuje mu po zaszczytnej 
śmierci krainę wiecznych łowów. Leki, umieszczone w skórzanym woreczku, 
noszonym na szyi lub u pasa, otrzymuje indiański młodzieniec jako oznakę 
męskiej dojrzałości. Ich zgubienie jest hańbą, ich zniszczenie — klęską życiową 
w sensie fizycznym i moralnym. Indianin, który utracił lek, traci wśród 
współplemieńców swe imię. Staje się wojownikiem drugiej kategorii. Niekiedy 
wyrzuca się go poza nawias indiańskiej społeczności, dopóki nie odzyska leku lub 
nie zdobędzie go na jakimś wrogu. 
Groźny Piorun, pozbawiony swego drogocennego woreczka, nie ozwał się ani 
słowem. Usiadł. Mogłem go obserwować tylko ukradkiem, mając wzrok stale 
zwrócony ku niedalekim skałkom. 
— 

Idź — odezwał się znowu Karol. — I pamiętaj o swych lekach. Zwrócę ci 

je, gdy bezpiecznie dotrzemy do obozu Nawajów i gdy opowiem Pierzastej 
Strzale, jak postąpiłeś z braćmi czerwonych mężów. 
Zabijcie mnie. Groźny Piorun nie ma już po co wracać. Okrył się hańbą. 
Nie mordujemy bezbronnych. Gotów jestem zapomnieć o twym postępku, jeśli 
wypalisz z nami kalumet. 
— 

Niech tak będzie — padła pospieszna odpowiedź. 

Podniósł się, stanął obok mnie i wykrzyknął coś w stronę wojowników. Nie 
zrozumiałem, ale Karol w lot pojął, o co chodzi, bo siadł przy ognisku i skinął na 
mnie, abym się zbliżył. 
- Niech Groźny Piorun siądzie naprzeciw mnie — powiedział. — Trzymam tu 
jego leki i wrzucę je w ogień, jeśli znowu spróbuje nas oszukać. 
Poskutkowało raz jeszcze. Czerwonoskóry z namaszczeniem począł nabijać 
główkę fajki mieszaniną tytoniu i konopnych liści. Zakończywszy tę czynność 
wygrzebał z ognia żarzący się patyk i przytknął go do fajki. Zaciągnął się głęboko 
i wypuścił ustami smugę szarego dymu. Najpierw ku niebu, a później w cztery 
strony świata, jak wymagał tego obrzęd kalumetu. Spoglądałem na jego fajkę o 
długim drewnianym cybuchu, ozdobionym koralikami. Z tych to cybuchów 
powstała przecież nazwa “kalumet", przekręcenie francuskiej nazwy 
“chalumeau" — fujarka, gdyż francuscy osadnicy uważali początkowo indiańskie 
fajki za odmianę pastuszych fujarek. 
Wypuściwszy dym ustami czerwonoskóry powiedział: 
— 

Blade twarze znajdują się odtąd pod opieką Groźnego Pioruna i nikt nie 

zdejmie im skalpu. Ale gdy staną przed obliczem Pierzastej Strzały, jak tego 
pragną, wielki wódz Nawajów uczyni z nimi, co zechce, a opieka Groźnego 
Pioruna skończy się. 

background image

Usiadł i wręczył fajkę Karolowi. Ten z kolei wydmuchał dym przepisową ilość 
razy, a na zakończenie ceremonii oświadczył: 
— 

Znajdujemy się pod opieką Groźnego Pioruna, a Groźny Piorun pod naszą i 

nie spadnie mu włos z głowy, dopóki nie ujrzymy Pierzastej Strzały. Rzekłem. 
Teraz ja przyjąłem fajkę. 
 

 Możesz nic nie mówić, uczyniłem to za nas dwóch. 

Więc tylko wydmuchałem dym, starając się ukryć obrzydzenie przy wkładaniu do 
ust oślinionego cybucha. Jakoś mi się to udało. Dokonawszy swego siadłem i 
wręczyłem fajkę Indianinowi. Wziął ją ostrożnie i zawiesił na rzemieniu 
u szyi. 
— Czy blade twarze są gotowe do drogi? — zapytał. 
Skinęliśmy głowami. Reszta poszła bardzo szybko: zadeptanie ogniska i 
wyprowadzenie z kaktusowego żywopłotu koni. 
Czerwonoskórych wojowników było jednak więcej, niż ich pierwotnie 
naliczyłem. Kilku z nich pilnowało bowiem mustangów w dość znacznej od nas 
odległości. Kiedy już dotarliśmy do tego miejsca, a Groźny Piorun zagadał coś do 
nich, wskoczyli na wierzchowce i rozciągnęli się dwoma długimi sznurami 
jeźdźców. Jeden skręcił w lewo i wkrótce zniknął z oczu wśród ścian wąwozu. 
My ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, wprost na wznoszącą się nad 
horyzontem słoneczną tarczę. 
Droga, wiodła między skałkami i rozpadlinami o zadziwiających kształtach, 
między wymytymi erozją dziwacznymi wzgórzami o szczytach płaskich jak 
stoły. Gdzieniegdzie zwężały się one do grubości smukłych kolumn, gładkich i 
lśniących, wypolerowanych przez wiatry i piaskowe burze. Dwukrotnie 
napotkaliśmy indiańskie posterunki na koniach. Pozdrawiały nas, nie 
podjeżdżając, podniesieniem strzelb ponad głowy. Koło południa zatrzymaliśmy 
się krótko przy małym źródełku bijącym w skalnym wydrążeniu. Na koniec, gdy 
miało się ku zachodowi, ujrzałem u podnóża wysokich, kolorowych stromizn 
dziwne osiedle, w niczym nieprzypominające znanych mi obozów indiańskich na 
północy Ameryki. Zamiast tipi czy wigwamów — namiotów ze skór lub derek — 
ujrzałem niskie domki wzniesione z drewnianych belek, o płaskich dachach 
pokrytych ziemią lub kamieniami. To były właśnie te słynne 
hogany plemion Apaczów i Nawajów, budowle o bardzo mocnej konstrukcji, 
zdolne oprzeć się gwałtownym wiatrom. Wszystkie miały otwory wejściowe 
zwrócone na wschód, natomiast pozbawione były okien. W tej krainie wiecznego 
słońca odpoczynku szukało się przecież w cieniu. 
Wioska wydała mi się bezludna. Gdy zeskoczyliśmy z koni, z ciemnego wnętrza 
najobszerniejszej chaty wyszedł mężczyzna ze strzelbą o niepomiernie długiej 
lufie. Wyglądała na jedną z tych starych, ale niezawodnych rusznic dawnych 
traperów z Kentucky, nabijanych przez lufę. 
Krzyknął coś w naszym kierunku. W odpowiedzi Groźny Piorun wskazał na mnie 
i na Karola. Wojownik z długą strzelbą oddalił się pośpiesznie. 
Gdzie jest Pierzasta Strzała? — zapytał mój towarzysz. 

background image

Ujrzysz go jutro. Teraz blade twarze będą gośćmi Nawajów. Gdy kojot ułoży się 
do snu, wodzowie postanowią, co z wami uczynić, Howgh! 
Oznaczało to, iż noc spędzimy spokojnie, a dopiero rankiem rozstrzygnie się nasz 
los. Kojoty nie śpią w nocy, jak większość drapieżników. 
Karol nic na to nie odpowiedział. Począł zdejmować uprząż z konia. Postąpiłem 
tak samo. Ledwie to zrobiliśmy, zjawiła się indiańska squaw. 
Idźcie za nią — odezwał się Groźny Piorun. 
A konie? 
— 

Konie nie będą teraz potrzebne bladym twarzom. 

Krzyknął coś po nawajsku do wojowników i odszedł. 
Ruszyliśmy za swą przewodniczką. 
— 

Jednak nas nie pilnują — mruknąłem do Karola. 

— 

Ale na pewno pilnują naszych koni — odparł. — To na jedno wychodzi. 

Bez nich nie sposób się wydostać z tych bezludzi. 
Zwaliliśmy uprząż w rogu wskazanego nam hoganu i rozciągnęli się wygodnie na 
pęku skór. Przez otwór widziałem, jak powoli szarzeje niebo, jak odbijają się na 
nim i bledną ostatnie zorze zachodu. Nim noc na dobre zapadła, ta sama milcząca 
squaw przyniosła nam jakąś półpłynną papkę w glinianych miseczkach, wielki 
dzban wody i twarde jak kamienie podpłomyki z kukurydzianej mąki. Kukurydza 
to prawie narodowa potrawa Nawajów. Nie jadłem cały dzień, więc chociaż 
zawiesista zupa barwą przypominała arizońskie błoto, spróbowałem jej 
natychmiast. Była znakomita. Pomagałem sobie podpłomykiem, bo nie dano nam 
łyżek. 
— 

Świetne — stwierdziłem głośno, doskrobawszy się dna. Po czym 

przewróciłem się na bok i prawie natychmiast zasnąłem. 
Nazajutrz zbudził mnie pierwszy promień słoneczny, jaki zawitał do wnętrza 
hoganu przez prostokąt wejścia. Leżałem jeszcze kilka minut, obserwując blaski i 
cienie wstającego dnia. Od czasu do czasu przed otworem drzwiowym 
przesuwała się sylwetka ludzka, cicha i milcząca jak zjawa z innego świata. Ta 
cisza, aż dzwoniąca w uszach, wydała mi się czymś bardo dziwnym. Przed 
rokiem spędziłem kilka dni w obozowisku Czarnych Stóp — Indian 
zamieszkujących południe Kanady. Pamiętałem gwar baraszkujących dokoła 
dzieci i psów. Tu nie dostrzegłem poprzedniego dnia ani jednego dziecka, ani 
jednego psa. Cóż to znaczy? Nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Obudziłem 
Karola. Zerwał się, machinalnie sięgając po broń: 
—Co się stało? 
—Och, nic, ale powiedz mi, dlaczego... — tu wyłuszczyłem swe wątpliwości. 
Ziewnął. 
—Nie musiałeś mnie w tym celu budzić. 
—Ale skoro już nie śpisz... 
—Skoro już nie śpię — zastanowił się. — Masz rację, Janie. Coś nie jest w 
porządku. Myślę, że dowiemy się o przyczynie tego wyludnienia. Szkoda czasu 
na snucie przypuszczeń. 

background image

Bezszelestnie wsunęła się do wnętrza hoganu ta sama znajoma indiańska squaw. 
Przyniosła jedzenie. Podpłomyki i zupę będącą powtórzeniem wczorajszej. Po 
kilku następnych minutach na progu pojawił się Groźny Piorun. 
Niech blade twarze pośpieszą się. Ruszamy. 
—Dokąd? 
—Czeka na nich Pierzasta Strzała. 
Zabraliśmy broń, siodła i uprząż. Na kamienistym placyku stała grupa konnych. 
Rozejrzałem się dokoła. Teraz, w świetle dnia zauważyłem, jak mała była ta 
indiańska wioska. Naliczyłem zaledwie dziesięć chat. Dopiąłem popręgów, 
wskoczyłem na siodło. Groźny Piorun krzyknął, zatupotały kopyta. 
Z płaszczyzny poznaczonej skałami skręciliśmy w bok, w parów, którego dno 
łagodnie opadało. Wąskie początkowo przejście między poszarpanymi zboczami 
rozszerzało się, w miarę jak rosły strome ściany. Na koniec niebo nad nami stało 
się ledwie smugą błękitu, ścieżką zawieszoną wysoko między poszarpanymi 
graniami. W dole panował mrok. W tym mroku poczęły się coraz częściej 
ukazywać zielone krzewy, a kopyta nie stukały już po kamieniach, lecz miękko 
zapadały w gęstą trawę. Wiatr, który dmuchał nam w twarze, przyniósł z sobą 
zapach wilgoci. Jeszcze kilkanaście jardów i oto ujrzałem strumyczek bełkocący 
wśród krzaków, po płaskich, żółtych głazach. Jednakże nie przystanęliśmy, by 
napoić konie. Posuwaliśmy się dalej, z biegiem wody, aż dolina rozszerzyła się 
jeszcze bardziej, a z jej zboczy wyjrzała lita skała. Typowy kanion, głęboki jak 
sztolnia wąwóz, wypłukany przez miliony lat nieustannym działaniem wód. 
Spoglądałem na niebotyczne skały, aż wreszcie zauważyłem dziwną foremność 
progów przekreślających poprzecznie całą wysoczyznę. Coś w rodzaju platform 
wznosiło się piętrami, jedna nad drugą. Ujrzałem szereg regularnych otworów. 
Przez chwilę sądziłem, iż są to wyloty jaskiń, w sekundę później dostrzegłem 
drabiny. Jadący przede mną Karol odwrócił się, wskazał ręką i powiedział głośno: 
Pueblo! 
Zrozumiałem. Znajdowaliśmy się w obrębie jednej z tych twierdz indiańskich, 
znanych — zwłaszcza na południu Ameryki — pod hiszpańskim mianem pueblo. 
Zdobycie takiej osady mieszkalnej, częściowo wykutej w skale, częściowo 
wzniesionej z kamieni i gliny, w kształcie domków o płaskich dachach, było 
przedsięwzięciem niesłychanie trudnym, prawie niemożliwym. Obrońców można 
by pokonać tylko głodem. 
Czoło naszej kawalkady stanęło. Wówczas z gęstwy krzewów obrzeżających 
rzeczkę wyszło trzech wojowników. 
  
  
Wymienili z Groźnym Piorunem kilka urywanych słów. których sensu nie 
pojąłem. 
— 

To już koniec naszej wędrówki — odezwał się Karol. 

Zeskoczyliśmy z koni. Teraz mogłem dokładniej przejrzeć 

background image

się budowli. Od dołu skalna ściana wznosiła się dość łagodnie, pełna rozpadlin, z 
których wyrastały nie znane mi kępy traw o płaskich, szablastych łodygach. 
Pochyłość kończyła się tarasem, nad którym dźwigała się pionowa skała. Tu 
postawiono pierwszą drabinę. Sięgała wyższej platformy z drugą drabiną wiodącą 
na trzeci taras. Nad nimi wznosił się jeszcze jeden kamienisty ganek — szeroka 
platforma pełna prostokątnych pudełek-domków. 
— 

Niech blade twarze idą za mną. 

Groźny Piorun końcem strzelby wskazał przed siebie. Postałem jeszcze chwilę z 
głową zadartą, dziwiąc się, jakim sposobem pierwsi budowniczowie tej osady 
zdołali nie tylko wspiąć się na taką wysokość, ale i przetransportować materiały 
budowlane. 
— 

Chodź — ponaglił Karol. 

Droga nie była ani krótka, ani łatwa. Kamienisty gruz sypał się spod nóg, szczeble 
drabin trzeszczały i gięły się niepokojąco. Kolba sztucera waliła mnie po boku, a 
sztywne futerały coltów utrudniały wspinaczkę. Chwilami widziałem tylko plecy 
mego poprzednika, chwilami dostrzegałem otwierającego nasz pochód 
czerwonoskórego. Śmigał po nierównościach gruntu i szybko przebiegał po 
szczeblach, zatrzymując się na każdej platformie i spoglądając na nas. Gdy w 
końcu dotarliśmy do najwyższej platformy, wierzchem dłoni otarłem pot z czoła i 
głęboko odetchnąłem. Nade mną wznosiła się już tylko stroma skała, nawisem 
potężnym, niby dach gigantycznej budowli nakrywający całe górne osiedle. 
— 

Niech blade twarze czekają! 

Groźny Piorun zniknął w czarnym otworze jednego z domków, znowu się ukazał. 
Skinął ku nam ręką i ruszył prosto w głąb mrocznej przestrzeni, okrytej cieniem 
nawisu. Poszliśmy za nim. Ujrzałem płomień ogniska, wokół którego tkwiło 
nieruchomo sześć postaci. 
— Tam siedzi Pierzasta Strzała. Blade twarze mają milczeć i czekać, aż ich 
zapytają. 
Nie zareagowaliśmy na to obraźliwe powiedzenie. Groźny piorun krzyknął w 
stronę siedzących, a potem cofnął się i stanął za naszymi plecami. 

background image

Srebrne słońce 

 
 
Cisza, która teraz nastała, trwałaby na pewno dość długo. Indianie nie są skorzy 
do rozmów. Ale przerwał ją prawie natychmiast Karol Gordon. Sądziłem, że 
przemówi po nawajsku. Zdziwiłem się, gdy użył angielskiego. 
— 

Przybyłem do moich czerwonych braci z pismem. 

Przywożę je od wielkiego Białego Ojca z Waszyngtonu. 
Wyciągnął z bocznej kieszeni kurty papier złożony we czworo i rozwinął go z 
szelestem. 
Czy moi bracia rozumieją mnie? Znam język Nawajów. Czy mam powtórzyć? 
Milcz! — krzyknął Groźny Piorun. — Czekaj, aż będą pytać. 
Karol udał, że nie słyszy jego wrzasku, i powtórnie zapytał: 
— 

Czy mam powtórzyć? Mój towarzysz rozumie tylko po 

angielsku. 
Nad gronem siedzących podniosła się czyjaś dłoń i dźwięczny głos najczystszym 
językiem białych powiedział: 
— 

Niech nasz brat mówi dalej. 

Drgnąłem i spojrzałem na mówiącego. Po raz pierwszy użyto formuły: “brat". To 
była dobra prognoza na przyszłość. Trzeba wyjaśnić, iż słowo “brat" dla 
czerwonoskórych nie jest określeniem pokrewieństwa, ale oznacza przyjaciela, 
druha. Natomiast “brat" —w znaczeniu przyjętym przez nas — określany jest 
przez Indian, i to we wszystkich dialektach, jako “syn mego ojca". Użycie zwrotu 
“biały brat" oznaczało, iż przestano nas uznawać za wrogów. 
Po tej zachęcie skierowanej do Karola ten sam wojownik, ale już zupełnie innym 
tonem — krzyknął coś do Groźnego Pioruna. Po nawajsku. Nie była to na pewno 
pochwała, bo nasz dotychczasowy strażnik natychmiast odszedł. 

Oczy moje 

przywykły już do mroku, więc starałem się przyjrzeć Indianinowi, który tak 
życzliwie do nas się odniósł. Widziałem, jak pismo Karola dotarło, za 
pośrednictwem kręgu siedzących, do rąk najstarszego chyba z obecnych. Był to 
Indianin o białych włosach (rzecz niesłychanie rzadka, czerwonoskórzy siwieją w 
bardzo późnym wieku), splątanych w wielki węzeł na czubku głowy, gdzie 
wetknięte miał trzy pióra. Reszta włosów spadała jasnymi pasmami na ramiona 
okryte kolorową, biało-niebiesko-czerwoną opończą. Rysów twarzy starca nie 
mogłem dostrzec z miejsca, w którym stałem. 
Siwowłosy wódz podał papier — nawet nie spojrzawszy nań sąsiadowi. Byłem 
ciekaw, jak wybrną z tej kłopotliwej sytuacji. Czerwonoskórzy nie umieją 
przecież ani czytać, ani pisać po angielsku. Nie znają również alfabetu, 
posługując się między sobą pismem obrazkowym. Indianom 
północnoamerykańskim nieznane jest również pismo “węzłowe", zwane quipu — 
sznury pokryte węzełkami, z których każdy ma swe znaczenie. 
Tymczasem sąsiad siwowłosego wodza, ten sam, który do nas przemawiał, 
przysunął arkusz do oczu, a potem wolno, w nawajskim (jak odgadłem) języku 

background image

począł czytać. Po prostu tłumaczył z angielskiego! Na koniec złożył arkusz we 
czworo. Papier odbył podróż w odwrotnym kierunku, aż zniknął w kieszeni 
Karola. 
— Niech nasi biali bracia zajmą miejsca przy ogniu. Groźny Piorun się pomylił. 
Trzeba mu wybaczyć. To jeszcze niedoświadczony wojownik. Howgh! 
Krąg siedzących rozszerzył się. Obaj znaleźliśmy się wśród Indian. Siwowłosy 
wódz wydobył z woreczka zawieszonego na szyi fajkę o długim, misternie 
rzeźbionym cybuchu. Podał ją sąsiadowi. Ten sięgnął do swego woreczka i nabił 
fajkę tytoniem, a potem podał ją właścicielowi wraz z węgielkiem wygrzebanym 
z ognia. Rozpoczął się obrzęd kalumetu. Tym razem trwający znacznie dłużej niż 
poprzednio, podczas zawierania ugody z Groźnym Piorunem. Było nas przecież 
ośmiu, a przemawiał każdy, poza mną. Wszyscy w języku Nawajów, wobec 
czego nie zrozumiałem ani słowa. Kiedy fajka pokoju przebiegła krąg siedzących, 
Karol powstał i wyciągnął rękę przed siebie. Na dłoni błysnął jasny krążek. 
— 

Oto — powiedział mój towarzysz — przywożę srebrne słońce od 

wojownika bladych twarzy i przyjaciela czerwonych mężów. Nawajowie nadali 
mu imię Błyskawicy. 
Przerwał na chwilę, a w ciszy, jaka nastała, wydało mi się, iż szmer przebiegł 
wśród wojowników. 
— 

Mam wręczyć to słońce Pierzastej Strzale na znak, iż wszystko, co powiem, 

znane jest Błyskawicy i z tym mnie on do was przysyła. 
Schylił się i wręczył najbliżej siedzącemu jasny przedmiot. Stylizowany obraz 
słońca wykuty w srebrze przed wielu laty, ofiarowany staremu westmanowi. 
Przedmiot przewędrował półkolem, podawany z ręki do ręki, aż spoczął wreszcie 
na dłoni siwowłosego wodza. Ten obejrzał go dokładnie i szepnął coś sąsiadowi. 
Niech nasz biały brat mówi dalej. Pierzasta Strzała poznaje znak słońca 
ofiarowany Błyskawicy. Dlaczego on sam nie przybył, aby uradować nasze oczy, 
a uszy napełnić dźwiękiem swych słów? 
Błyskawica pozdrawia was moimi ustami. Ciało jego jest słabe, a droga do 
Nawajów daleka — odpowiedział Karol. — Przywożę również pozdrowienia dla 
Nawajów od ich czerwonych braci, plemion Czarnych Stóp zamieszkujących 
prerie nad Rzeką Mleczną, tam gdzie za górami wstaje słońce. Ich wódz, Wysoki 
Orzeł, także przemawia przez moje usta. Oto wampum, który wam przysyła. 
To powiedziawszy wydobył z kieszeni mieniący się, różnokolorowy, naszywany 
perełkami wąski pas materii. Powędrował on śladem srebrnego słońca, z rąk do 
rąk. 
— 

Czarne Stopy — powiedział Karol — nadały mi imię Wielkiego Bobra, a 

memu bratu, który tu siedzi, imię Orlego Pióra. 
Przerwał na chwilę, a mnie się wydało, iż w kręgu wojowników znów powstał 
lekki szmer. 
— 

Wysoki Orzeł mówi wam: posłuchajcie rady Wielkiego Bobra. On jest 

przyjacielem czerwonych mężów, gdziekolwiek wznoszą się ich namioty, a język 

background image

jego brzydzi się kłamstwem. Niech wodzowie Nawajów nie odmawiają mu swej 
pomocy. 
To rzekłszy usiadł. Patrzałem, jak siwy wódz — a był to Pierzasta Strzała — 
oglądał wampum, jak wsparłszy się na ramieniu sąsiada, dźwignął się ciężko. 
Nasi biali bracia przybyli w samą porę — powiedział ochrypłym, starczym 
głosem. Jego angielszczyzna pozostawiała wiele do życzenia, ale zrozumieć 
mogłem wszystko. 
Źli ludzie napadają na stada Nawajów, kradną konie, ranią wojowników. 
Cierpliwość nasza została wyczerpana. 
Niech Wielki Bóbr powie, czego potrzebuje, aby schwytać zbójców. Nawajowie 
mu pomogą. Howgh! 
Trafił w sedno sprawy, a jednocześnie zasugerował nam dalsze postępowanie: 
schwytać przestępców. 
Gdy skończył mówić, Karol powiedział krótko o spotkaniu z człowiekiem 
strzegącym jaskini i wyraził przypuszczenie, iż jest to jeden z członków bandy, 
której ofiarami padają nie tylko Nawajowie, ale i inni mieszkańcy Arizony. 
Wyrażając się w ten sposób Karol pragnął podkreślić, iż nie chodzi tu o walkę 
białych przeciw czerwonoskórym, ale o likwidację grupy opryszków, groźnej dla 
wszystkich uczciwych ludzi. Po tym przemówieniu nasza narada została 
zakończona. Kiedy wojownicy się rozeszli, podszedł do nas ów Nawaj tak 
świetnie władający angielskim. 
— 

Pierzasta Strzała zwraca srebrne słońce — powiedział i wręczył Karolowi 

błyszczącą blaszkę. —Jest tylko takie jedno, dodał — zrobione dla Błyskawicy, 
dzielnej, bladej twarzy, która tu żyła z nami i walczyła przeciwko wspólnym 
wrogom. - Kiedy to się działo? — zapytałem. 
— 

Dawno. Słabo pamiętam te czasy — odparł z widocznym wahaniem, a 

potem dodał: — Prawie trzydzieści zim już minęło. 
Zdumiałem się. Zauważyłem, iż Karol — tak bardzo zawsze opanowany - tym 
razem drgnął. Otworzył usta i zamknął je, jak gdyby przestraszony pytaniem, 
które zamierzał zadać. 
Aby zrozumieć przyczynę naszego zdziwienia, trzeba wiedzieć, iż Indianie są 
zazwyczaj bardzo niedokładni w rachunkach. Ich umiejętność liczenia nie sięga 
poza cyfrę dziesięć. Większa liczba jest określona już tylko jako wielokrotność 
dziesięciu lub też —jeszcze mniej dokładnie —jako “wiele" lub “dużo". Słowo 
“trzydzieści zim" było więc w ustach czerwonoskórego czymś niezwykłym. Nie 
wypadało jednak zadawać pytań. 
Pierzasta Strzała był wówczas znanym już wojownikiem — dodał Indianin. — 
Razem z nim Błyskawica brał udział w wojennych wyprawach i łowach. Wtedy 
ziemie Nawajów ciągnęły się tak daleko, iż nikt nie znał dokładnie ich granic. 
Błyskawica ocalił kiedyś Pierzastą Strzałę przed palem męczarni, a całemu 
plemieniu oddał tak wielkie usługi, iż nigdy nie zapomnimy o tym. Dlatego 
otrzymał srebrne słońce. 
Czy tylko on jeden? — wtrąciłem. 

background image

Tak. Nawajowie robią podobne słońca. Sprzedają je bladym twarzom. Ale one są 
inne. Słońce Błyskawicy posiada dwanaście promieni, tamte — po dziesięć. 
Umilkł i przyglądał się nam badawczo, jak gdyby oczekując jakiegoś pytania. 
Kiedy nie padło, powiedział: 
— 

Mam wskazać naszym białym braciom dom, w którym zamieszkają. 

Udaliśmy się za nim, mijając szereg ustawionych wzdłuż skalistej platformy 
kwadratowych budowli. Na koniec stanęliśmy przed wejściem do jednej z nich. 
— 

Niech biali bracia zobaczą, czy będzie im tu wygodnie. 

Wkroczyłem do środka. Znacznie widniejszego niż wnętrze hoganu, w którym 
spędziliśmy poprzednią noc. Domek, poza otworem wejściowym, posiadał 
również okno. Pod dwiema ścianami dość obszernej izby leżały stosy futer, a 
podłogę pokrywała mata utkana z kolorowych włókien roślinnych. W kącie stał 
wielki gliniany dzban pełen wody. Słowem, jak na warunki życia 
czerwonoskórych, prawdziwy luksus. Kiwnęliśmy z uznaniem głowami i wyszli 
na dwór. 
— 

Gdyby moim braciom czego brakowało, niech zapytają wojowników o 

Czarnego Niedźwiedzia. 
Podniósł rękę na pożegnanie i oddalił się. 
—Jak ci się spodobał Czarny Niedźwiedź? – zapytałem Karola. 
—To bardzo dziwny Indianin. Albo przebywał dłuższy czas wśród białych, albo 
też... Zresztą, to nie jest ważne. 
—Albo też... — podchwyciłem …co masz na myśli, Karolu? 
—Czy spotkałeś kiedy Indianina, który by potrafił tak dobrze liczyć albo 
tłumaczyć z angielskiego na nawajski? 
—Spotkałem. Wśród Czarnych Stóp. 
—Wiem, kogo masz na myśli. Czerwoną Chmurę, czarownika plemiennego. Ale 
to wyjątkowy wypadek. Czerwona Chmura wychował się wśród białych. A ten?... 
Zwróciłem Karolowi uwagę, iż Nawajom jakoś wcale nie spieszy się do walki z 
bandytami. Narada została przerwana, a sposoby walki nie ustalone. 
Nic na to nie możemy poradzić — odparł. — Taki już mają sposób bycia i zanim 
się na cokolwiek zdecydują, muszą sprawę dobrze przemyśleć. Chodźmy lepiej 
obejrzeć pueblo. Nikt nam teraz w tym nie przeszkodzi. Staliśmy się 
przyjaciółmi czerwonoskórych. 
To raczej Nawajowie uznali nas za przyjaciół. Jeśli można im wierzyć. 
Bądź spokojny. Wypaliliśmy kalumet, a srebrne słońce i wampum Czarnych Stóp 
również spełniły swą rolę. Ten kłopot spadł nam z głowy. 
Obeszliśmy całe osiedle. Nikt nas nie zaczepił, nikt o nic nie zapytał. Normalny 
zwyczaj wszystkich indiańskich skupisk. Jeśli zostałeś uznany za sprzymierzeńca 
— możesz chodzić, gdzie ci się żywnie spodoba. Nikt na ciebie nie zwróci uwagi. 
Wygodny to zwyczaj, bo nie krępujący przybysza, pozostawiający całkowitą 
swobodę ruchów, a równocześnie dowód zaufania. Przewędrowaliśmy więc całe 
pueblo z góry na dół i z prawa na lewo, opędzając się tylko od psów, jak zwykle 

background image

bardzo napastliwych. Gdy wróciliśmy, przed naszym domkiem czekał Czarny 
Niedźwiedź. 
— 

Niech biali bracia wejdą do środka. Muszę się z nimi 

naradzić. 
Usiedliśmy w półmroku. 
— 

Wielki wódz Nawajów, Pierzasta Strzała, kazał mi porozmawiać z białymi 

braćmi i zastanowić się, jak najłatwiej schwytać bandytów. Mniej uszu — lepsza 
tajemnica, mniej ust — mniej słów. 
W duchu przyznałem mu słuszność. Obawiałem się bowiem przewlekłych narad i 
nie kończących się przemówień ich uczestników. Co prawda czerwonoskórzy 
potrafią trzymać język za zębami, ale powzięcie decyzji na zebraniu starszyzny 
przewleka się niekiedy bardzo długo. A przecież czas naglił. 
Karol opowiedział o moim spotkaniu z napastnikami, o dziwnej historii 
zwrócenia zrabowanej broni i pieniędzy. Wymienił również wszystkie znane mu 
wypadki rabunków ostatnich miesięcy. Czarny Niedźwiedź słuchał uważnie, a 
gdy opowiadanie dobiegło końca, zaznajomił nas z napadem na indiańskie stado 
półdzikich mustangów. Zdarzyło się to dwa dni przed naszym przybyciem w te 
strony. Koni nie zrabowano, ale dwu wartowników zostało rannych, a sprawcy 
uciekli. Wojownicy wysłani w pogoń zagubili ślady. Jeden z tych oddziałków 
wywiadowczych, prowadzony przez Groźnego Pioruna, nas właśnie wziął za 
zbiegłych napastników. Czarny Niedźwiedź przypuszczał, iż bandyci zaszyli się 
na pewien czas w jakąś trudno dostępną kryjówkę, by przeczekać pościg. 
Jaskinia ze źródłem! — krzyknąłem mimo woli. 
Spojrzeli na mnie równocześnie i równocześnie odezwali się: 
Mój biały brat powiedział prawdę... 
— 

Sądzę, Janie, że się nie mylisz. Musimy zająć się tą tajemniczą jaskinią i jej 

mieszkańcami. 
Decyzja zapadła natychmiast. Postanowiliśmy wyruszyć nazajutrz, wczesnym 
świtem, odnaleźć drogę do jaskini, schwytać jej dozorcę. 
Czarny Niedźwiedź udał się do Pierzastej Strzały, aby uzyskać zgodę na tę 
wyprawę. 
Zająłem się oglądaniem uprzęży naszych koni. Od jej stanu wiele mogło zależeć. 
Karol natomiast wziął się do czyszczenia broni. Powyciągał z juków ścierki i 
gałganki, a nawet blaszane naczynie z oliwą i pogrążył się bez reszty 
 w swym rusznikarskim zajęciu. Parając się z rzemieniami, usiłowałem w swej 
pamięci odtworzyć drogę wiodącą z jaskini do kaktusowego pola. Od 
dokładności tych wspomnień zależało powodzenie wyprawy. Nie było mi jednak 
sądzone, by wziąć w niej udział. W parę godzin później, gdy schodziłem w głąb 
kanionu, złamały się pode mną szczeble drabiny. Spadłem z niewielkiej co 
prawda wysokości, ale wkrótce kostka prawej nogi potężnie obrzmiała i poczęła 
dotkliwie boleć. Przy pomocy Karola zdjąłem but. Na szczęście było to tylko 
naciągnięcie mięśnia, jednakże Karol natychmiast oświadczył, iż nie powinienem 
jechać. Twierdził, iż nie poradzę sobie, jeśli zajdzie potrzeba marszu pieszego, że 

background image

stanę się zawadą, a nie pomocą. Upierałem się, że do rana opuchlizna zniknie, ale 
gdy zmrok pobladł i Czarny Niedźwiedź przyszedł nas obudzić, ani rusz nie 
mogłem założyć obuwia. Musiałem zostać. 
Karol i Czarny Niedźwiedź po czterech dniach wrócili cali i zdrowi. Karol zdał mi 
dokładnie relację z eskapady. 
Opuścili mnie, gdy na niebie drgały jeszcze czerwone zorze świtu, a w głębi 
kanionu panowała noc. Wzdłuż wijącej się linii strumienia, a potem dźwigającym 
się z wolna dnem wąwozu wyjechali na arizońską płaszczyznę. Tam zatrzymały 
ich placówki indiańskie pilnujące dróg do puebla. Dalej rozciągała się pusta 
przestrzeń. Do pierwszego postoju — pola kaktusowego — dotarli jeszcze tego 
samego dnia, mijając w drodze opuszczoną indiańską wioskę. Dowiedziałem się, 
iż mieszkańcy na pewien czas przenieśli się w głąb nawajskich terenów, w 
związku z napadami bandy. 
Noc minęła im spokojnie przy ognisku rozpalonym na poczerniałych śladach 
naszego obozowiska. Nazajutrz rozpoczęli dalszą wędrówkę, ale już nie w tak 
szybkim tempie. Karol lękał się bowiem, że mogą zabłądzić, że nie odnajdzie 
właściwego kierunku wiodącego ku pieczarze. Począł żałować, że nie odłożono 
wyprawy do chwili wygojenia się mej nogi — przydałbym się do orientacji w 
terenie. Okolica była urozmaicona, aż do znużenia, ustawicznie zmieniającymi 
się kształtami skał, głazów, parowów nieoczekiwanie przecinających drogę. 
Można było zagubić się z kretesem. 
Szukając jakichkolwiek śladów naszej poprzedniej jazdy musieli bacznie 
rozglądać się dokoła. Teren bardzo sprzyjał, wszelkiemu zaskoczeniu ze strony 
ewentualnych napastników. Łatwo się było przecież ukryć w każdym załamaniu 
gruntu, za każdą skałą. Jedną z setek, jakie mijali. Gdy słońce poczęło zachodzić, 
porządnie zmęczeni, zatrzymali się na nocleg. Karol z goryczą stwierdził, iż nadal 
nie wie, czy posuwają się we właściwym kierunku. Czarny Niedźwiedź przyjął to 
wyznanie z niezwykłym spokojem, bo chociaż wyraźnie różnił się od swych 
współbratymców, był równie jak oni spokojny i opanowany. Oświadczył, iż tak 
długo będą tu krążyć, jak długo będzie potrzeba. To stwierdzenie wcale nie 
poprawiło humoru Karolowi. Nic nie wydarzyło się w nocy. Kojoty jak zwykle 
dawały znać o sobie, ale żadna większa zwierzyna nie pojawiła się w pobliżu. 
Żaden człowiek nie zdradził swej obecności. Gdy niebo pobladło, wskoczyli na 
siodła. W południe rozbili obozowisko w cieniu kolorowej skałki. Wówczas to 
wpadli na pierwszy trop. Był nim zagmatwany ślad końskich kopyt. Ktoś musiał 
tu już obozować. Liczby wierzchowców nie sposób jednak było się doliczyć. Stać 
musiały widać długo i dokładnie skopały piasek. Czarny Niedźwiedź krążył obok 
tych śladów jak pies zataczający koła dla uchwycenia zapachu zgubionej 
zwierzyny. Na koniec Indianin zaprzestał poszukiwań, podszedł do Karola i 
powiedział: 
— Pięciu białych, pięć koni. Jeden człowiek kuleje na lewą nogę. Poszli na 
północ, zanim księżyc zgasł. — A potem dodał w języku białych: — Sześć do 
ośmiu godzin temu. 

background image

Ze stwierdzenia tego wynikało, iż jeźdźcom bardzo się spieszyło. Jeśli Czarny 
Niedźwiedź nie mylił się, nieznajomi wyruszyli w drogę jeszcze w nocy. Co ich 
tak gnało? Ucieczka czy pościg? A następne pytanie brzmiało: czy ślady mogły 
doprowadzić do jaskini, czy też prowadziły w innym kierunku? A może nie miały 
nic wspólnego z jaskinią i jej wartownikiem? 
Karol doszedł do wniosku (tyle jeszcze pamiętał), że jaskinia musi się znajdować 
bardziej na południu. A stamtąd wiodły właśnie ślady. Ruszyli więc ku 
południowi. Jeśli to nie zbliżało ich do celu, na pewno oddalało od sąsiedztwa z 
tajemniczymi jeźdźcami.Ślad stawał się coraz mniej wyraźny, chwilami znikał, 
aż wreszcie zginął ostatecznie. Na próżno krążyli tu i tam. Wreszcie zdecydowali 
się już tylko na kompas Karola i na własne wyczucie. Jechali dalej na południe, 
ale po paru godzinach skręcili ku zachodowi. Teraz trafili na drugi ślad: znowu 
pięć koni. Więc albo zbieg okoliczności, albo ta sama grupa jeźdźców. Ostateczną 
odpowiedź mogło dać tylko dokładne zbadanie odcisków stóp i stwierdzenie, czy 
znajdowała się wśród nich “stopa kulejąca". Niestety, jeźdźcy nie zsiadali z koni, 
nigdzie się nie zatrzymywali. Ślady stawały się coraz wyraźniejsze. Z tego 
wynikało, iż Karol i Czarny Niedźwiedź jechali w tym samym kierunku, co 
nieznana grupa konnych. Należało więc zwolnić tempo, by niespodziewanie nie 
spotkać się z nimi. A chociaż nieznajomi mogli stanowić gromadkę spokojnych 
podróżnych, należało się liczyć również z najgorszymi skutkami takiego 
spotkania. Czarny Niedźwiedź na wzmiankę o “spokojnych ludziach" przecząco 
kręcił głową. Według niego znajdowali się teraz na terenach pustynnych, nie 
zamieszkanych i nie odwiedzanych przez traperów. Tę suchą, niegościnną krainę 
przebiegał tylko uciekający przed pościgiem opryszek lub zbłąkany podróżny, 
nieświadom śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie tu na każdego czyhało — 
braku wody. 
Zsiedli z koni i z bronią gotową do strzału posuwali się krok za krokiem. 
Pragnienie im nie dokuczało, ale zabranej wody mogło starczyć na jeden jeszcze 
dzień. Z tego wynikała groźba konieczności powrotu bez wypełnienia zadania. Po 
kilku milach pieszej wędrówki znowu wskoczyli na siodła pozwalając koniom na 
nieco szybszy bieg.  
Przeciwnik —jeśli nim był — musiał oddalić się na bezpieczną odległość. 
Natrafili teraz na wąziutki parów. Wjechali w jego gardziel. Kamienne ściany 
wydały się Karolowi dziwnie znajome. Czyżby wreszcie znaleźli właściwą 
drogę? 
Jeden, potem drugi ostry zakręt i oto ściągnęli gwałtownie uzdy. Zza załomu 
skały wybiegło czterech ludzi. Cztery czarne kapelusze o szerokich skrzydłach i 
równie czarne chusty zakrywające twarze. 
Karol krzyknął. Chwyciwszy za lufę sztucera zamachnął się, aż kolba stuknęła o 
ciemne rondo najbliższego kapelusza. Uderzony zgiął się, a potem — nie 
wydawszy słowa — bezwładnie padł na ziemię. W sekundę później Karola 
ściągnięto z konia i obalono, mimo iż bronił się rozpaczliwie. Nie próbował 
jednak strzelać, chociaż rewolwery tkwiły jeszcze za pasem. Znałem Karola 

background image

dobrze, więc wiem, iż tak na pewno postąpił. Nigdy bowiem nie robił użytku z 
palnej broni, jeśli przeciwnik pierwszy jej nie użył. Nawet strzelając starał się 
tylko ranić. Zwykle mu się to udawało. Był dobrym strzelcem, o pewnej ręce i 
niezawodnym oku, a równocześnie żywym zaprzeczeniem zasady głoszonej 
przez niektórych westmanów: “Najpierw strzelaj, potem pytaj!" 
Karola obalono, skrępowano i wepchnięto mu knebel w usta. Czarny Niedźwiedź, 
gdy spostrzegł przewagę napastników, usiłował zbiec. To najrozsądniejsze w 
takiej sytuacji. Wąwóz jednak okazał się tak ciasny, iż było rzeczą niemożliwą 
swobodnie obrócić w nim konia. Zeskoczył więc, kopnął najbliższego wroga i 
już, już dopadał pierwszego zakrętu cieśniny, gdy nagle stanął oko w oko z 
nowymi przeciwnikami. Jednego obalił uderzeniem pięści, ale wówczas otrzymał 
z tyłu uderzenie w kark. Zamroczyło go. Ta jedna chwila starczyła. Zwalono go z 
nóg, skrępowano rzemieniami i — podobnie jak Karolowi — wepchnięto kłąb 
szmat w usta. 
Cała opisana walka — rzecz ciekawa — odbyła się w zupełnym milczeniu. 
Napastnicy nie nawoływali się, nie wydawali żadnych poleceń, słów zachęty. Jak 
gdyby stanowili gromadę niemych. Gdy Karol leżał już związany — jak mi 
później opowiadał — czuł coś w rodzaju wstydu, że tak dali się zaskoczyć. Na 
usprawiedliwienie trzeba jednak powiedzieć, że przewaga przeciwników była 
olbrzymia, a teren sprzyjający zasadzce. Zastanawiałem się, czy napastnicy 
wiedzieli o zbliżaniu się dwu samotnych jeźdźców. Sądząc z opisu wypadku, 
zaskoczenie musiało być obustronne. Napastnicy byli przygotowani — to pewne, 
czekali —- to również nie ulegało wątpliwości, ale czekali na kogoś zupełnie 
innego. Wcale nie na Karola i nie na Czarnego Niedźwiedzia. 
Jeńcy zostali zawleczeni nieco dalej, w cień jeszcze wyższej skalnej ściany. 
Naprzeciw siadł strażnik uzbrojony w długą flintę, z obliczem również zakrytym 
czarną chustą. Inni oddalili się w głąb wąwozu. Po chwili Karol usłyszał tętent 
kopyt. Głos się oddalał, zamierał, aż wreszcie zaginął. Strażnik tkwił nadal 
nieruchomy i milczący jak głaz, na którym siedział. Kneble nie pozwalały na 
sprowokowanie rozmowy. 
— 

Przez cały ten czas — zwierzył mi się później Karol 

— zdołałem policzyć wszystkie dziury i wgłębienia przeciwległej ściany 
wąwozu. 
W imię prawdy muszę dodać, iż nie było to jedyne zajęcie mego przyjaciela. 
Mimo bólu rąk i nóg skrępowanych do granic ludzkiej możliwości, starał się 
więzy rozluźnić. Napinał i zwalniał mięśnie, bez żadnego jednak rezultatu. 
Jak długo tak leżeli — nie mogli później dokładnie określić. Ani Karol, ani 
Czarny Niedźwiedź. Poczęło już zmierzchać, gdy znowu usłyszeli tętent. Stawał 
się coraz wyraźniejszy, na koniec ujrzeli trzy końskie łby, a nad nimi trzy 
zamaskowane ludzkie głowy. Jeźdźcy zatrzymali się i zeskoczyli. 
Co nowego? — zapytał jeden z nowo przybyłych. 
Nic — mruknął strażnik. — Leżą cicho jak baranki. 
Baranki. Zaraz zobaczymy, co kryją pod wełną. 

background image

Obszukać ich! 
Sprawne ręce poczęły obmacywać ubranie Karola. 
— 

Spociłem się z wrażenia — opowiadał później — gdy wyciągnęli 

dokument, jaki otrzymałem w Waszyngtonie. 
“Jeśli to przeczytają — pomyślałem — nie wygrzebię się z tej sytuacji." 
W piśmie wyraźnie przecież określona została misja. Na szczęście nie 
zainteresowano się treścią dokumentu. Przepaściste kieszenie kurty Karola 
poddano dalszej szczegółowej rewizji. Powyciągano wszystkie drobiazgi, a 
między innymi srebrną miniaturę słońca. Obszukujący podał ją wysokiemu 
mężczyźnie, tkwiącemu nieruchomo przy koniach. 
—Co to? 
—Miał przy sobie. 
—Do diabła! Rozwiązać ich! Alonso! Przyprowadź konie. Tylko szybko. 
Czekają na nas. 
A kiedy opadły więzy i kneble zostały wyplute, zwrócił się do Karola: 
—Czemuś nie uprzedził? A na drugi raz nie włócz się z czerwonymi. Jedziesz z 
nami? 
Na to Karol z zimną krwią: 
—Zostaję. Mam inne zadania. 
—Dobrze. Nic mi do tego. Na konie! — wrzasnął na swych towarzyszy. 
Ani się spostrzegłem — opowiadał Karol — jak odjechali. Nasze konie, naszą 
broń, wszystko odzyskaliśmy. 
Nie zadziwiające? 
Zadziwiające i zastanawiające — odparłem. — Jest o czym pomyśleć. 

background image

Zbyteczny strzał 

 
 
Jak długo szedł trzymając wierzchowca za uzdę —już nie pamiętał. Wydawało 
mu się, iż od chwili, w której zwierzę poczęło się potykać, a potem zatrzymało 
się, odmawiając jazdy, minęły wieki. Wówczas to zsunął się z konia — zeskoczyć 
nie miał siły — rozpoczynając pieszą wędrówkę, ze słabą nadzieją, by mógł 
jeszcze znaleźć wodę w tych przeklętych stronach. Gdyby napotkać chociaż 
potok, strumyk, źródełko sączące się z zagłębienia gruntu! Ale to złudne 
marzenia. Szedł powoli, potykał się tak samo, jak jego koń. Od czasu do czasu 
przystawał, bo zdawało mu się, że horyzont kołysze się przed oczami, skały drżą, 
a ziemia, po której stąpa, przypomina chwiejny pokład okrętu. Gdy zawrót głowy 
mijał, ruszał dalej, powłócząc nogami i starając się nie patrzeć zbyt daleko przed 
siebie. Czuł lęk przed tą pustą przestrzenią. 
Piasek, glina, skały... Szare, zakurzone zielsko pełzające w szczelinach, samotny 
kaktus — symbol jałowej gleby, nie kończące się szeregi skałek... Jakby posępny 
obraz namalowany ciemnymi barwami, chociaż świeciło słońce. Bezlitosne 
słońce na bezchmurnym niebie, a w dole ani skrawka cienia i wilgoci... Gardło go 
paliło, język zesztywniał, oczy kłuł blask lejący się z nieba. Zatracił ostatecznie 
świadomość celu swej drogi, miejsca, gdzie się znajdował. Zataczał się coraz 
częściej, aż ugięły się pod nim kolana. Powoli, miękko, jak gdyby w 
wyreżyserowanej roli scenicznej, osunął się na jałowy szmat zrudziałej ziemi. Z 
zaciśniętej dłoni nie wypuścił cugli. Koń zatrzymał się nad nim, z pochylonym 
łbem, równie bezwolny jak jego pan. 
Gdy ucichł szelest ludzkich kroków i uderzenia kopyt, nastała cisza. Złowroga 
cisza pustynnego południa. Po chwili na przenikliwie jasnym niebie ukazał się 
cień. Ptak krążył zataczając coraz mniejsze koła, wreszcie zawisł w powietrzu, 
wprost nad człowiekiem i zwierzęciem. Sęp Gór Skalistych. Zbliżał się i wzbijał, 
ale w pewnym momencie zaszybował skrzydłami i odleciał. Coś go spłoszyło. 
Na krańcu horyzontu pojawił się ciemny punkt. Rósł z każdą chwilą. Gdyby 
wędrowiec mógł widzieć! Dostrzegłby wreszcie długi sznur jeźdźców 
zmierzających wprost w jego kierunku. Jadący na przedzie wskazał ręką przed 
siebie i krzyknął: 
Koń! Samotny koń! 
Jak jest koń, musi być i jeździec — odpowiedział czyjś głos. — Czy cię jednak 
wzrok nie myli, Karolu? 
Na pewno nie. Spieszmy się. 
Nie zamienili ani słowa więcej, póki nie zdarli cugli na krok od leżącego. 
Zeskoczyli z siodeł. Półomdlały wędrowiec ocknął się nagle, otworzył oczy. 
Chyba ma gorączkę?... Ujrzał nad sobą dwie spalone słońcem twarze i dwa 
kapelusze. Ale najbardziej zdumiał go widok innych głów, nie nakrytych, o 
kruczoczarnych włosach, związanych w lśniące węzły. Czerwonoskórzy! 
Widzenie nie znika. 

background image

— 

Dajcie wody! — krzyknął Karol. — Omdlał z pragnienia. 

Nachyliłem się nad leżącym. 
— 

Przecież to Czarny Piotr, Karolu! Piotr Carr! Skąd się 

wziął w tych stronach! 
Powoli, kropla po kropli sączyłem płyn między spękane wargi, a potem 
chlusnąłem resztkę wody wprost w twarz. Poskutkowało. Odetchnął głęboko, 
spojrzał przytomnie i usiadł. Przez chwilę wodził osłupiałym wzrokiem po naszej 
gromadzie, zatrzymał go na mnie i nagle poderwał się z ziemi. 
Doktorze — odezwał się lekko ochrypłym głosem po raz drugi wyrwał mnie pan 
śmierci! — Jak się pan teraz czuje? 
Dajcie mi jeszcze wody. I koniowi. Biedne zwierzę, pewnie ledwo dyszy. 
Jeśli mój brat się zgodzi — zwrócił się Karol do Czarnego Niedźwiedzia - 
urządzimy krótki postój. Ta blada twarz jest mi znana i chcę z nią porozmawiać. 
Nie dosiadając już koni przewędrowaliśmy jeszcze kilkanaście jardów, aż 
natrafiliśmy na małą kotlinkę, rozciągającą się u stóp wyniosłej skałki. Dno tej 
kotlinki było tak samo spękane od skwaru, ale cień, jaki na nie padał, czynił to 
miejsce mniej uciążliwym dla odpoczynku od reszty skąpanej w słońcu 
przestrzeni. 
Tu zasiedliśmy kręgiem: Karol, Czarny Niedźwiedź, Piotr Carr i ja. Wojownicy 
Nawajów rozłożyli się na zboczach, z wyjątkiem dwu, którzy wdrapali się na 
szczyt skały, aby obserwować okolicę. 
A teraz muszę cofnąć się w czasie, aby wyjaśnić przyczynę, dla której 
znaleźliśmy się w samym sercu arizońskich pustkowi. 
Dziwna przygoda Karola Gordona i Czarnego Niedźwiedzia (o której 
szczegółowo pisałem) stała się powodem naszych długich narad. 
Kiedy Karol opowiedział o wydarzeniu — roześmiałem się. 
— 

Widzisz — rzekłem — nie tylko ja mam szczęście do 

bandytów. 
— 

Tak, byłaby to zabawna historia, gdyby nie fakt, że mieliśmy do czynienia 

ze zorganizowaną grupą ludzi spod ciemnej gwiazdy. Ale to właśnie — dodał — 
że są zorganizowani, a co więcej, że musi u nich panować surowy rygor, 
ocaliło i mnie, i ciebie. 
Rygor? Nie rozumiem. 
To proste. Tylko przy istnieniu sprawnej organizacji można opracować, a przede 
wszystkim przestrzegać haseł czy jakichś innych znaków rozpoznawczych. 
Wiesz, co mnie ocaliło? 
Kiwnąłem głową: 
Srebrne słońce. Pojmuję, o co ci chodzi, Karolu. 
Czarny Niedźwiedź wspominał, iż srebrne słońca wyrabiane są nadal przez 
Nawajów i różnią się tylko w drobnych szczegółach od tego, które otrzymałeś od 
Błyskawicy. 
O tym właśnie myślałem. Trzeba się dowiedzieć, ile takich słońc już zrobiono. 

background image

Zagadnęliśmy Czarnego Niedźwiedzia. Na nasze pytanie nie potrafił udzielić 
szczegółowej odpowiedzi. Cała produkcja wyrobów ze srebra była własnością 
ogółu. Jeśli nawet nie wszystkich członków plemienia — bo jego liczne odłamy 
rozproszyły się po obszarach Arizony — to w każdym razie należała do tej grupy, 
wśród której znajdowali się rękodzielnicy, twórcy ozdób. Srebrne świecidełka 
(nie tylko słońca) znajdowały coraz więcej odbiorców w miarę napływu białych 
osadników. Dlatego produkcja przeznaczona początkowo tylko na zaspokojenie 
wewnętrznych potrzeb plemienia — jako ozdoby strojów — poczynała stawać się 
przedmiotem handlu. Wszystkie dochody płynące z tego źródła, bądź w formie 
gotówki, bądź towarów (głównie proch i kule), przekazywane były Pierzastej 
Strzale. On decydował o ich użyciu dla dobra wszystkich współplemieńców. Ale 
ile już sprzedano srebrnych słońc? 
Czarny Niedźwiedź zapytał o to Pierzastą Strzałę. Odpowiedź niezupełnie nas 
zadowoliła. Czarny Niedźwiedź powtórzył ją z widocznym wahaniem w głosie. 
— 

Moi czerwoni bracia — zastrzegł się — nie umieją liczyć tak, jak biali. 

Okazało się, że srebrnych słońc sprzedano — lub wymieniono — “dziesięć razy 
po dziesięć" albo trochę więcej, albo nieco mniej. Tak czy siak, liczba 
puszczonych w obieg metalowych blaszek nie była wielka. Przypuszczaliśmy 
jednak, że większość z nich mogła się znaleźć w posiadaniu bandy i służyć jako 
znak rozpoznawczy. 
— 

Jeżeli tak jest — powiedziałem —jak oceniasz ich siły, 

Karolu? Co do mnie, uważam, iż muszą stanowić dość liczną grupę. W 
przeciwnym wypadku znaliby się osobiście i “srebrne słońca" byłyby zbyteczne. 
Czarny Niedźwiedź, który do tej pory przysłuchiwał się naszej rozmowie w 
milczeniu, teraz wtrącił się. Zwięźle wyliczył sześć ostatnich napadów na 
nawajskich wojowników. Liczba napastników za każdym razem wahała się od 
sześciu do piętnastu. Ale przecież mogły to być tylko drobne oddziały. Karol 
dodał, że chociaż większość napadów dokonana została w rejonie Rainy Valley, 
to jednak niekiedy miejsca napadów dzieliły dość duże odległości. Dokonywali 
więc ich raczej nie ci sami ludzie. Ale ze stwierdzenia tego faktu nie wynikała 
możliwość liczbowego określenia bandy. Daliśmy więc spokój dalszym 
rozważaniom na ten temat. Informacji dokładniejszych mógłby chyba udzielić 
któryś z uczestników napadów. Oto dlaczego zdecydowaliśmy się na powtórną 
wyprawę do tajemniczej jaskini. Tym razem z większym oddziałem, aby 
schwytać, kogo się da. Zapytałem, co uczynimy ze schwytanymi. 
Wrócimy do pueblo — odparł Karol. — Pozostaną tak długo w niewoli Nawajów, 
jak długo nie przetrzebimy bandy. 
Wtedy odtransportuje się ich do fortu Huachuca. Tam się nimi zaopiekują. Tak 
umówiłem się z komendantem. 
Daleka droga — zauważyłem. — Czy nie lepiej zwrócić się do któregoś z 
miejscowych szeryfów? 

background image

Żaden z nich nie zgodzi się na przyjęcie jeńców. I wcale się temu nie dziwię. 
Osadnicy wykazali taki brak odwagi, że w wypadku próby odbicia uwięzionych 
nikt nie przyszedłby z pomocą. Okropna sytuacja, Janie, ale prawdziwa. Aż 
wstyd o tym mówić. 
Pierzasta Strzała akceptował nasze plany i wyznaczył oddział pięćdziesięciu 
wojowników pod wodzą Czarnego Niedźwiedzia. Oto dlaczego któregoś dnia 
znaleźliśmy się w sercu arizońskiej pustyni, w samą porę, by ocalić życie 
Piotrowi Carrowi. Ale skąd on się tam znalazł? 
Opowiedział o tym w sposób, jak zwykle, bardzo obrazowy: 
Kiedyście opuścili tę zatraconą Rainy Valley, pozostałem jeszcze kilka dni, aby 
dać odpocząć koniowi. Nic się więcej nie wydarzyło. Tyle, że ten pański pacjent, 
doktorze, wygramolił się z łóżka i odjechał, jak to się mówi, w siną dal. 
Pan ma szczęśliwą rękę, doktorze. 
—Mniejsza z tym — przerwałem. — A jak tam oberżysta? 
—Ten grubas? Próbował mnie za język pociągnąć. Pytał się o pana. Kto pan jest i 
dokąd pojechał? 
—Mam nadzieję, że nie powiedział pan, Piotrze, zbyt wiele. 
—Raczej zbyt mało. Tyle co nic. 
—To i dobrze. Milczenie jest złotem. 
Spochmurniał natychmiast. 
Trafił pan w moje czułe miejsce. 
Nie rozumiem. 
— 

Ach — westchnął — zaraz wytłumaczę. Otóż, jak już powiedziałem, po 

trzech dniach nudów wyruszyłem dalej. 
Nie mogę twierdzić, iż drogę znałem dokładnie. Ale to głupstwo. Żadnej drogi w 
swych wędrówkach nie znałem dokładnie, dopóki jej nie przeszedłem ze dwa 
razy. Ale wracam do sprawy. W moim planie leżało dotarcie do szlaku, jakim w 
tych stronach jeździ dyliżans. Szlak jest znaczny i kiedy się raz nań trafi, nie 
sposób zbłądzić. Wiedzie ku północy, do Cameron. Stamtąd, jak pewnie wam 
wiadomo, wzdłuż Małej Colorado, łatwo dostać się na wschód do linii kolejowej. 
Jak widzicie, wszystko wyglądało bardzo prosto. Wyruszyłem rankiem. Na szlak 
dyliżansu trafiłem bez trudu, ba, nawet rozpoznałem nie zatarte jeszcze koleiny. 
Tam właśnie rozbiłem swój pierwszy biwak, a następnego dnia — jazda dalej! 
Wyobraźcie sobie, po iluś tam godzinach widzę zbiegowisko przed sobą. 
Oczywiście, nie tak od razu. Najpierw ujrzałem ciemny punkcik. Myślę sobie: co 
to jest? Uderzyłem konia, pognałem. Licho mnie 
tam poniosło! Ja już mam zawsze takie kulawe szczęście! Jak bawiłem w 
Montanie, to będzie dwa lata wstecz... 
— 

Do rzeczy, Piotrze — przerwałem. - O Montanie opowie pan nam innym 

razem. Nie mamy dużo czasu. 
Westchnął. 
Więc dobrze. Jadę galopem. Widzę coraz wyraźniej: 
gromada koni, jeźdźców i pudło wozu. Oczywiście, dyliżans. 

background image

Ucieszyłem się. Nie będę podróżował samotnie. Niech to licho porwie! Było się z 
czego cieszyć! Kropka w kropkę...Montana, ale o tym — potem. Dyliżans stoi. 
Myślę: pewnie im koło spadło albo dyszel trząsł. Zdarza się. Trzeba pomóc. 
Podjeżdżam, ściągam cugle w ostatniej chwili. Mój zwierzak aż zarył się 
kopytami i nagle widzę, że coś tu nie jest w porządku. Zawsze miałem dobrego 
nosa, tylko tym razem spostrzegłem się ciut późno. Wyobraźcie sobie: stojąca 
kareta, grupka podróżnych z rękami zadartymi ku niebu. 
Obok nich woźnica i pocztylion. W takiej samej pozie. 
Sięgnąłem do pasa i zaraz poczułem pod łopatką mocny ucisk i ktoś tam kazał mi 
podnieść ręce. Oczywiście, zrobiłem to. Nawet dość szybko. 
Chwileczkę — wtrącił się Karol — którego to dnia było? 
Straciłem rachubę czasu. Ale zaraz, zaraz... Chyba przed dwoma dniami. 
I co dalej? 
Dalej? Podróżnych, jak sądzę, dokładnie oczyszczono... 
Co pan przez to rozumie? 
Ano, po prostu zabrano im wszystko, co mieli wartościowego. Potem wszyscy 
wsiedli do karety, woźnica zaciął konie i tylko się za nimi zakurzyło. A ja 
zostałem. Przyjemne, co? Sam jak palec i czterech zamaskowanych drabów! Tak. 
Mieli twarze do połowy zasłonięte chustkami. Ach, panie doktorze, nie należę do 
ludzi, którzy zbytnio przejmują się swymi niepowodzeniami, ale diabli mnie brali 
na widok wszystkich moich skarbów rozbebeszonych. Zabrali mi broń, trochę 
pieniędzy no i... to najgorsze: dwa woreczki ze złotym piaskiem. Bodaj ich! Nie 
ma co ukrywać. Trafiłem na małą żyłkę złota. Niedużo, ale zawsze uzbierało się. 
Niby niewiele, jednak rozumiecie? 
Rozumiemy — przytaknąłem i z trudem powstrzymałem śmiech. Zabawne były 
te wywody Czarnego Piotra, który raz przyznawał się do odkrycia złotej żyły, raz 
bagatelizował odkrycie. Aby skrócić tę zbędną gadaninę, zapytałem: 
Więc zabrano panu broń, pieniądze i złoto? 
Właśnie. Utrafił pan, doktorze, w samo sedno sprawy. Tak się stało. Moja długa 
praca poszła na marne. Kto inny... 
Dobrze, dobrze — przerwałem znowu. — Proszę powiedzieć, co nastąpiło dalej. 
Puścili pana? 
Puścili, puścili. Ale nie tak zaraz. Pewnie im chodziło to, abym nie dogonił 
dyliżansu. Wzięli mnie między siebie powlekli na bezdroża. 
Piechotą? 
Nie, konno. Po jakiejś chyba godzinie skrępowali mi ręce, a oczy zawiązali 
opaską. Żebym nie mógł widzieć. 
Oczywiście — mruknąłem. 
Jechałem w ten sposób, aż konie zatrzymano, rozwiązano ręce i zdjęto opaskę. 
Znajdowałem się wtedy u stóp skały. Zobaczyłem wielki, czarny otwór. Kazali mi 
usiąść na ziemi i czekać. Zapytałem, jakie mają względem mnie zamiary. Dwa 
razy powtarzałem pytanie, zanim doczekałem się odpowiedzi. Powiedzieli: 
“Cicho bądź. Nic ci się złego nie stanie". Potem napoili mego konia, a mnie dali 

background image

kubek wody i chleba z mięsem. Ani słowa, uprzejmi bandyci. 
Jeszcze z takimi się nie spotkałem. Bo w Montanie na przykład... 
Dajmy teraz spokój Montanie — przerwał Karol. —Ależ z pana gaduła! 
Każdy jest taki, jakim się urodził. A ja przez tyle miesięcy wędruję sam, to 
później chcę się wygadać. Chyba zrozumiałe? 
— 

Jak najbardziej — odparłem. — Niech pan opowiada, co było dalej. 

- Właśnie mówię. Potrzymali mnie jeszcze trochę, potem kazali wskoczyć na 
siodło. Znowu skrępowali ręce i zawiązali oczy. I gdzieś tam pojechaliśmy. 
Wreszcie zostałem uwolniony z postronków. Przy mnie znajdował się już tylko 
jeden zamaskowany facet. 
“Możesz jechać, gdzie zechcesz, byle nie moim śladem — rzekł — ale radzę ci... 
tam! — pokazał ręką. — Tylko tam, inaczej zginiesz w tej pustyni." Tyle 
powiedział i pognał konia. Poszedłem za jego radą. Coś mi musiało się jednak 
pokręcić albo mi złą drogę wskazano, bo trafiłem na takie bezludzie i 
bezwodzie... Zresztą, co tu gadać dłużej? Sami wiecie. 
Przerwał i poprosił o wodę. Pił straszliwie długo i dostrzegłem, jak Karol się 
niecierpliwi. 
Skończył wreszcie i obtarł wargi wierzchem dłoni. Ale co wy tu robicie? 
Chwileczkę, Piotrze. Najpierw niech pan odpowie na nasze pytania. Co pan teraz 
zamierza? 
Wydostać się jak najprędzej z tych przeklętych stron. 
I nie żal panu straconej broni ani tych... woreczków? 
Pewnie, że mi żal. Ale różnie się dzieje. To nie pierwsza strata, jaką poniosłem. 
Cóż mogę teraz począć sam jak palec i do tego jeszcze bez broni. Niech się 
udławią moim złotem. 
Jeżeli pozwolicie, przyłączę się do was. 
A pan wie, dokąd się udajemy?  - uprzedził moje pytanie Karol. 
Myślę, że w jakieś ludzkie okolice. Nie tak, doktorze? Z czego pan się śmieje? 
Prawdopodobnie z pańskiej pomyłki — wyręczył mnie w odpowiedzi Karol. - - 
Otóż, panie Carr, udajemy się właśnie tam, skąd pan wrócił. 
Do Rainy Valley? 
Do jaskini. 
Do jaskini? Nie znam żadnej jaskini.  
Owszem, znajdował się pan od niej o krok. To właśnie ta dziura w skale, pod 
którą kazali panu usiąść. Czy widział pan, skąd przyniesiono mu wodę? 
Nie zauważyłem. Wiem tylko, że była zimna jak lód. 
A więc pochodziła ze źródła. 
W tym miejscu Karol opisał w paru słowach wnętrze skalnego schronienia. Carr 
aż gwizdnął. Nie wiem, czy z podziwu, czy z zadowolenia. Może zamarzyło mu 
się odzyskanie zrabowanych przedmiotów? 
Jadę z wami! — wykrzyknął. — Dajcie mi jakąś broń. 
Zgoda — odezwałem się — ale pod warunkiem. 
Przystaję na każdy. 

background image

Doskonale. Wiem, Piotrze, że lubi pan chodzić w pojedynkę. Ale tym razem musi 
pan podporządkować się poleceniom, jakie wyda Karol Gordon. 
— 

To wszystko? 

Skinąłem głową. 
— 

Świetnie. Nie mam zamiaru przeszkadzać. Wręcz przeciwnie. 

Wtajemniczyłem go, jaki jest cel naszej wyprawy: schwytanie żywcem jednego 
lub kilku członków bandy. 
— 

Jeżeli pan odzyska przy okazji swój dobytek — 

dodałem — będziemy mieli dwie pieczenie z jednego rożna. 
Nie było po co dłużej zwlekać. Carr czuł się już zupełnie dobrze. Dosiedliśmy 
koni. Drogi wiodącej do jaskini co prawda nadal nie znaliśmy, ale do 
kaktusowego pola dotarliśmy bez błądzenia. Od tego miejsca posuwaliśmy się już 
w zupełnie innym szyku. Mając tylu ludzi, mogliśmy porozsyłać zwiadowców na 
boki, na taką odległość, z której byli jeszcze widoczni. Reszta natomiast naszej 
grupy ruszyła, jak zwykle, długim wężem jeźdźców. 
Piotr Carr tak manewrował koniem, aby się znaleźć jak najbliżej mnie. Udało mu 
się to bez trudu. Wówczas zagadnął przenikliwym szeptem: 
Doktorze, ale po co ci czerwoni? 
Po to — odpowiedziałem tym samym tonem — że sami nie dalibyśmy rady. Czy 
pan wie, na ilu ludzi bandy możemy natrafić? 
Pewnie jest ich kilku. 
Kilkudziesięciu — sprostowałem. 
Nie dowierzam czerwonym — mruknął. 
Cofnął konia i od tej pory jechał stale za mną, nie odzywając się. 
Nasza wędrówka trwała jeszcze dwa dni. Dzięki zapamiętanym przeze mnie i 
przez Karola szczegółom wyjechaliśmy wreszcie na teren jakby znajomy. Teraz 
pilnie wypatrywaliśmy jakichkolwiek zapamiętanych śladów ukształtowania 
terenu, a gdy na nie trafiliśmy - chociaż były ledwo widoczne —nabraliśmy 
pewności. Zwiadowcy jeszcze przeszukiwali okolicę. Nie wykryli jednak nic 
podejrzanego.  
Czarny Niedźwiedź ściągnął wojowników jak najbliżej głównego oddziału. Na 
koniec dostrzegłem w oddali skałę, której wygląd wydał mi się nieobcy. 
Zwróciłem uwagę Karolowi. Przyznał mi rację. Byliśmy już raz w tych stronach. 
Zsiedliśmy z koni i zbliżając się szerokim półkolem, dotarliśmy do płytkiej 
dolinki. Teraz już nie było wątpliwości. To ta sama skała! 
Krąg wojowników pozostał na swych stanowiskach pod wodzą Czarnego 
Niedźwiedzia. My we trójkę podeszliśmy tak blisko, że na szarej ścianie skalnej 
ujrzeliśmy nieregularną czarną plamę. To musiała być “nasza" jaskinia. 
— 

Nie strzelać — powiedział półgłosem Karol. — Naprzód. 

Teraz nie było już potrzeby, by maskować się dłużej. Przeciwnicy nie mogli nam 
zbiec. Śmiało ruszyliśmy naprzód. Wówczas na odgłos naszych kroków wyjrzał z 
głębi otworu mężczyzna odziany w czerwoną kraciastą koszulę. W pełnym 

background image

blasku słońca ta czerwona koszula najbardziej rzucała się w oczy. Krwawa plama 
na czarnym tle. 
Nieznajomy miał twarz odsłoniętą. Natychmiast poznałem, że nie był to ten sam 
człowiek, którego spotkaliśmy tu poprzednio. 
Spojrzał na nas podejrzliwe. Karol krzyknął: 
Ręce do góry! Ale prawa dłoń nieznajomego zamiast ku górze opadła na kolbę 
rewolweru tkwiącego za pasem. I wówczas padł strzał. Nie wiedziałem, kto 
strzelił ani do kogo. W pierwszej chwili wydało mi się nawet, że strzelono do nas 
z głębi jaskini. Pomyłka natychmiast się wyjaśniła. Dłoń, która powędrowała ku 
kolbie rewolweru, zdążyła jeszcze wyszarpnąć broń z futerału, ale nie zdążyła już 
jej podnieść. Opadła bezwładnie. Człowiek zatoczył się raz i drugi i osunął na 
kamienisty próg. Przeskoczyliśmy przez niego. Wewnątrz jaskini panował znany 
mi już półmrok. Nie było nikogo. Rozejrzałem się dokoła, a potem wyszedłem. 
Ukląkłem przy leżącym. Zbadałem puls, serce. Nie żył. Na czerwonej koszuli, po 
prawej stronie klatki piersiowej widniała czerwieńsza jeszcze plama. 
Powstałem: 
— 

Kto strzelił? Czy ty, Karolu? 

Na to odpowiedział mi głos Piotra Carra: 
— 

To ja, panie doktorze. Zdążyłem pociągnąć za cyngiel. 

W samą porę. Prawda? 
Dosłownie zatkało mnie. Zdołałem tylko pokiwać głową i wyszeptać: 
— 

Co też pan najlepszego zrobił... 

Za to Karol! Nigdy go jeszcze nie widziałem w takim gniewie. Zawsze był 
opanowany, niełatwo poddający się wzruszeniom. Ale teraz! 
— 

Piotrze — powiedział ostrym tonem  - jest pan przyczyną największego 

głupstwa, jakie do tej pory widziałem w swoim życiu. Postąpił pan jak prawdziwy 
greenhorn! * 
 
 
 

Greenhorn (ang.) — dosłownie zielony rożek, nazwa nadawana nowicjuszom wśród traperów, 
odpowiada mniej więcej polskiemu ..żółtodziób". 

 
Była to obraza, zwłaszcza dla tak doświadczonego eksplorera jak Piotr. 
Dostrzegłem, że Piotr Carr pobladł. 
Gdyby nie ja... gdyby nie ja... — wyjąkał. 
Gdyby nie pan — przerwał mu Karol — mielibyśmy tego człowieka żywego. A 
tak... — machnął ręką. — Kto panu pozwolił strzelać? 
Przeląkłem się, że dojdzie do ostrego zatargu. Carr pobladł jeszcze bardziej. Nie 
należał przecież do ludzi bojaźliwych i łatwo ustępujących. Wtrąciłem się więc 
natychmiast. 
— 

Piotrze — powiedziałem najspokojniejszym, jak potrafiłem, tonem — 

ładnie się nam pan odwdzięczył. 

background image

Spostrzegłem, że rysy jego twarzy złagodniały. 
Wyrządził mi pan wielką przykrość — dodałem. 
Przykrość! — powtórzył Karol. — Chyba żartujesz, Janie. Przykrość! To jest 
strata. Niepowetowana strata, a poza tym... nie znoszę mordowania ludzi. Nigdy 
się z tym nie pogodzę. 
Co się stało, to się nie odstanie. Gniew to zły doradca, Karolu. 
Spojrzał na mnie i wzruszył ramionami: 
— 

Bodaj to... 

Ale widziałem, że się uspokaja. 
— 

Naprawdę sądziłem, że jak nie strzelę, to on strzeli pierwszy — tłumaczył 

się teraz Carr. 
Karol już otworzył usta w odpowiedzi, ale natychmiast wtrąciłem się: 
Mieliśmy zasięgnąć języka, jak to się określa. Zależało nam na jeńcu. Czy pan 
tego nie rozumie? Karol nie dopuściłby do strzału. 
Bardzo mi przykro. 
Carr wyglądał rzeczywiście na zgnębionego. 
— 

Bardzo mi przykro — powtórzył. — To jakaś pechowa wyprawa. 

Przyrzekam, że będę odtąd karny jak grzeczne dziecko. Szkoda jednak, że nie 
posłuchałem szeryfa i nie pojechałem inną drogą. Nikt by na mnie nie napadł i nie 
narobiłbym wam kłopotu. 
Tak byłem zaabsorbowany nieprzewidzianym wypadkiem, iż puściłem mimo 
uszu słowa Piotra. Karol również nie zwrócił na nie uwagi, w tej samej bowiem 
chwili zza załomu skalnego wynurzył się Czarny Niedźwiedź. Karol bez słowa 
wskazał na leżące ciało. Indianin ukląkł, dotknął dłoni i twarzy zabitego, po czym 
podniósł się i spojrzał na nas pytająco. W paru słowach wyjaśniłem, co zaszło. 
Weszliśmy we trójkę do wnętrza jaskini. Carr pozostał na dworze. Kątem oka 
dostrzegłem, jak siadł pod skałą. Oczekiwał naszych pochwał, a spotkało go coś 
wręcz przeciwnego. Musiał znajdować się teraz w ponurym nastroju. 
W półmroku panującym w głębi jaskini bez trudu rozpoznałem stół wbity nogami 
w ziemię i prymitywną ławę. Pod skalną ścianą spoczywały pękate worki. 
Znaleźliśmy w nich naboje, proch w blaszanych puszkach, w podobnych 
puszkach suchary, mąkę, sól, tytoń i wiązki długich rzemieni. W bocznym 
korytarzyku, tuż obok wnęki, w której tryskało źródło, stały dwa blaszane wiadra, 
leżało kilka glinianych garnków mocno osmolonych oraz kilka miseczek, na dnie 
których walały się pordzewiałe łyżki. 
Za radą Karola postanowiliśmy zatrzeć wszystkie ślady naszego tu pobytu, 
zwłoki pochować jak najdalej do jaskini i nie zabierać niczego poza workiem z 
amunicją. 
— Im mniej tego będą mieli, tym lepiej — wyjaśnił Karol. — Niech 
przypuszczają, że wspólnik po prostu uciekł kradnąc najbardziej niezbędne 
rzeczy. 
Uczyniliśmy teraz wszystko, aby wzbudzić takie podejrzenie. Carr, który nadal 
nie odzyskał humoru, zapytał, czy nie znaleźliśmy jego rzeczy lub chociażby 

background image

broni. Niestety, jedyną broń stanowiły rewolwery zabitego. Po namyśle 
postanowiliśmy je zakopać. Mogły przecież posiadać jakieś charakterystyczne 
znaki i być rozpoznane przez któregoś z jego znajomych. Przed włożeniem ciała 
do dołu, który z trudem wygrzebaliśmy w stwardniałej ziemi za pomocą tak 
prymitywnych narzędzi, jak indiańskie tomahawki, Czarny Niedźwiedź 
przeszukał ubranie zmarłego. W kieszeniach nie znalazł nic poza fajką i 
kapciuchem na tytoń i poza okrągłą błyszczącą blaszką. Pokazał ją na otwartej 
dłoni. Karol i ja równocześnie spojrzeliśmy na świecidełko. Była to srebrna 
miniatura słońca! 

background image

Gdzie jesteś, szeryfie? 

 
 
Dokładnie zatarłszy ślady swego pobytu, jechaliśmy przeszło milę wprost na 
południe. Tam rozbiliśmy obóz, wysyłając na wszystkie strony patrole. 
Spodziewaliśmy się przecież, że prędzej czy później do jaskini nadciągną nowi 
goście. Ba, ale kiedy to nastąpi? Mieliśmy więc przed sobą perspektywę 
dłuższego krążenia po arizońskiej pustyni. Ale nie istniał żaden lepszy sposób 
schwytania któregoś z członków bandy. Los okazał się jednak łaskawy. 
Carr wciąż jeszcze był markotny, więc aby go pocieszyć, powiedziałem w pewnej 
chwili: 
— 

Niech się pan przestanie martwić. Pochwycimy jeszcze niejednego członka 

bandy, i to przy pańskim udziale. 
Uśmiechnął się blado: 

Ech, doktorze, żałuję, iż nie posłuchałem rady tego szeryfa, czy kim on tam 

jest naprawdę. Uniknąłbym napadu i innych nieprzyjemności. Człowiek ciągle 
się uczy, a błędy odczuwa na własnej skórze. 
O jakim pan szeryfie mówi? 
Ano, chyba o tym z Rainy Valley. 
Wybrali nowego szeryfa? — zawołałem zdziwiony tą informacją. 
Nie. Chyba po moim odjeździe. Ten, którego spotkałem, podawał się właśnie za 
szeryfa z Rainy Valley. 

Co?! — krzyknąłem. — Szeryf z Rainy Valley! Gdzie go pan spotkał? 

To niesłychanie ważna wiadomość! — wykrzyknął Karol. 
Pytajcie — mruknął Carr zdziwiony. — Co wiem, to powiem. 
Powtarzam za doktorem: gdzie go pan spotkał? A przede wszystkim, dlaczego 
nam tego od razu nie powiedział? 
Jakoś się nie zgadało, ale chyba wspominałem. Gdzie go spotkałem?... 
Odwaliłem już kawał drogi za Rainy Valley  i wjechałem na szlak dyliżansu. To 
było wtedy. Skąd się wziął przede mną na drodze, nie wiem.  
Jechał w tym samym kierunku? — zagadnął Karol. 
Nie, akurat w przeciwnym. Dlatego go zapytałem, czy zmierza do Rainy. Od tego 
się właśnie zaczęło. 

 

— 

Co się zaczęło?  

- A nasza rozmowa. Bo po takim pytaniu spojrzał na mnie jakoś dziwnie i 
powiada: “A wy z Rainy Valley? Nigdy was nie spotkałem". 
Odparłem, że w miasteczku bawiłem tylko trzy dni, i że to zakazana dziura. 
Uśmiechnął się, ale jakoś kwaśno. 
“Eksplorer?" — powiada. Nie wiem, po czym to poznał. 
Pomyślałem sobie: bystry jakiś jegomość i kiwnąłem głową. 
“Do Rainy już niedaleko" — dodałem. 

*y 

“Wiem o tym —: odparł — ale ja tam nie jadę. Noga moja nie stanie w tej 
obmierzłej miejscowości. Znam ją dobrze, aż za dobrze." 

background image

“Pewnie tam mieszkaliście?" — pytam.  
“Mieszkałem." 
“O — powiadam — to może wiecie, co się stało z ich szeryfem?" 
“A cóż miało się stać?" — i patrzy na mnie jakoś dziwnie. 
“Widzę, że i od was niczego się nie dowiem. W Rainy także nie chcieli gadać na 
ten temat. Ale ten ich szeryf to chyba jakiś tchórz. Po prostu uciekł." “Tak 
powiadają?" 
“Powiadają i nie powiadają. Tak sobie to wykombinowałem. Przecież naprawdę 
on uciekł..." 
Znowu popatrzał na mnie jakoś dziwnie. 
“Ludzie różne rzeczy potrafią wymyślić. "A ta banda z Rainy... — przerwał i po 
chwili rzekł z jakąś zaciętością w głosie: — Niech ich piorun spali!" 
Począłem się czegoś domyślać, ale milczę. Wtedy on: 
“Wracacie do Rainy?" 
 “Ani mi się śni." - “To wam powiem: ja jestem szeryfem w Rainy Valley. Na 
przyszłość bądźcie ostrożniejsi w rozmowach z nieznajomymi. Zarzucać komuś 
tchórzostwo to sprawa bardzo niebezpieczna w tych stronach." Zimno mi się 
zrobiło. A to wpadłem! “Przepraszam — powiadam — nie wiedziałem..." 
Milczał. Podniosłem rękę do kapelusza i cmoknąłem na konia. Zatrzymał mnie. 
 “Chwileczkę — powiada. — Dokąd to droga prowadzi, jeśli wolno wiedzieć?" 
Zezłościła mnie taka ciekawość, ale że jestem człowiekiem z natury spokojnym, 
więc odpowiedziałem grzecznie: 
“Jadę do Cameron". 
“Nie radzę tędy — mówi. — To nie jest bezpieczna droga". 
“Przecież to szlak dyliżansu?" 
“Właśnie dlatego odradzam. Było już kilka napadów w tych stronach. Tu 
mieszkają sami tchórze. Tfu! Paru prawdziwych mężczyzn dałoby radę całej 
bandzie. Nie jedźcie szlakiem dyliżansu. Weźcie się na prawo, a potem prosto, jak 
strzelił. Droga prowadzi do Małej Colorado, a stamtąd już łatwo trafić do 
Cameron". 
Machnął ręką, pognał konia i tyle go widziałem. Dobrze mi radził. 
Nie wiadomo, Piotrze — powiedziałem — może i tam zostałby pan napadnięty? 
Mniejsza o to — wtrącił się Karol. — Najważniejsze, że trafiliśmy na ślad 
Jerzego Adamsa. Musimy tego człowieka odnaleźć. Pan nam pomoże, Piotrze 
Carr. Pan jeden z nas wszystkich widział go i potrafi rozpoznać. 
Ja? 
Poszukiwania nie będą łatwe i dlatego pańska pomoc jest niezbędna. 
Hm... namyślę się. 
Zauważyłem że ostatnia uwaga Karola pochlebiła Piotrowi. Twarz mu się 
rozjaśniła. Dodałem więc natychmiast: 
Taki doświadczony eksplorer nie powinien się wahać. 
Kto wie, może właśnie w ten sposób odzyska pan swoje złoto? 
Jak to? 

background image

Nie przypuszczam, aby rabusie już sprzedali swój łup. 
Jak ich schwytamy... 
Ech, doktorze. Nawet o tym nie marzę. To długa historia. Szkoda mi na nią czasu. 
Ale jeśli chodzi o tego szeryfa... spróbuję. Piotr Carr jeszcze na coś się przyda. 
Kiedy ruszamy? 
Przyznaję, że namawiając Piotra na tę niespodziewaną wyprawę poszukiwawczą 
nie wiedziałem jeszcze, dlaczego Karolowi zależy na odszukaniu Adamsa. 
Dopiero, gdy Carr odszedł do koni, a Czarny Niedźwiedź do swych wojowników, 
wyjaśnił mi pospiesznie: 
Sądziłem, że likwidacją bandy zajmie się wojsko i osadnicy. Jak dotąd... nic z 
tego. Brak chętnych. 
Masz Nawajów.  
Dobrzy są tu, na pustyni. Nie mogę Indian ciągnąć po osiedlach i miasteczkach. 
Mogłoby dojść do zatargu z białymi. Jeszcze by tego brakowało! A poza tym 
potrzebuję jakiegoś przedstawiciela prawa. Adams jest nadal szeryfem. Dlatego 
mi na nim zależy 
Przytaknąłem. Na dalszą wymianę poglądów nie starczyło już czasu, bo oto 
wracał Czarny Niedźwiedź wiodąc wojowników z naręczami suchych kaktusów. 
Rozpalono kilka ognisk w skalnych zagłębieniach, aby płomień nie był z daleka 
widoczny. Obsiedliśmy we czwórkę jedno z nich i poczęliśmy się naradzać nad 
dalszym planem akcji. Stanęło na tym, że Czarny Niedźwiedź ze swoimi 
wojownikami krążyć będzie w rejonie jaskini, czekając na pojawienie się 
członków bandy. Ma ich schwytać żywcem i odstawić do pueblo. My trzej 
wyruszamy na poszukiwanie Adamsa. Zwróciłem uwagę, iż Adams może 
przebywać teraz gdzieś w górach i będzie to szukanie igły w stogu siana. 
Przecież musi z czegoś żyć — dowodziłem. — Siedząc w mieście nie zarobi ani 
centa. 
— 

Słusznie — zgodził się Karol. — Wiem przecież, że Adams, zanim został 

wybrany szeryfem, zajmował się polowaniem i handlem skórkami. Zapewne 
teraz powrócił do dawnego zajęcia. Wszystko to prawda, ale nie mamy innego 
sposobu, jak szukać po osadach albo... nigdzie. 
— 

To brzmi zupełnie beznadziejnie. Szansa odnalezienia chyba jedna na 

tysiąc. 
— 

Mimo to nie możemy z niej zrezygnować. Dużo zależy od pana, Piotrze — 

zwrócił się do Carra. — Czy potrafi pan doprowadzić nas do miejsca, w którym 
spotkał się z szeryfem? 
Nie ma obawy. Kiedy szukałem w Oklahomie.... 
Parsknąłem śmiechem: 
Gdzie pan nie był, Piotrze? 
Ba, doktorze... 
W tej chwili Czarny Niedźwiedź pochylił się ku mnie i szepnął: 
Niech moi bracia rozmawiają głośniej. 
Powoli wstał od ogniska, mówiąc: Idę do koni. 

background image

Zaskoczyło mnie takie postępowanie, ale zastosowałem się do polecenia. 
— 

Więc jak tam było w Oklahomie? — zapytałem. 

Wędrowałem niegdyś przez ten kraj, tak samo prawie bezludny jak Arizona. I 
wydało mi się, że odkryłem pokłady rudy cynkowej. Bieda wynikła z tego, że w 
okolicy kręcili się Komancze. Miałem dobrego konia. Wziąłem, jak to się 
mówi, nogi za pas i tyle mnie widzieli. Ale już nie starczyło czasu, żeby sobie 
zaznaczyć miejsce. Wróciłem po miesiącu. I znalazłem. Nawet bez wielkich 
poszukiwań. Po prostu mam pamięć wzrokową. 
No i co? Zdawało się panu, czy rzeczywiście był tam cynk? 
Był i jest, doktorze. Czeka lepszych czasów. 
Ba, widzę, że się pan pcha na cudze tereny — wtrącił Karol. 
W końcu Oklahoma będzie kiedyś nasza*, a wtedy znajdę ludzi, którzy mi 
zapłacą za odkrycie i potrafią je wykorzystać. 
 
 

Dopiero w sześć lat później, w 1889 r. Rząd Federalny kupił od Indian rejon Oklahomy. 
Pokłady rudy cynkowej znajdują siej istotnie w obecnym stanie Oklahoma. 

 
Po tych słowach klepnął się dłonią w kolano na znak wielkiego zadowolenia. Nie 
przypuszczał, iż po tych słowach stracił połowę mojej sympatii. Oklahoma 
stanowiła przecież teren wolnych plemion indiańskich i wstęp tam był nie tylko 
niebezpieczny, ale nawet zakazany przez władze. 
— 

Niech pan zachowa tę pewność dla siebie — odparłem 

zniżając głos — i nie wspomina o tym czerwonoskórym, 
przynajmniej tak długo, jak długo przebywa pan w naszym 
towarzystwie. Dobrze, że Czarny Niedźwiedź tego nie słyszał. 
Nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie w tej chwili odezwał się głos Czarnego 
Nidźwiedzia: 
— 

Dorzućcie drzewa do ognia! 

Odwróciłem się. Ujrzałem, jak wódz ciągnie w krąg blasku czyjeś nieruchome 
ciało. 
Czy moi bracia znają tego człowieka? 
Zerwaliśmy się. Drżący płomień oświetlał twarz leżącego. 
Gdzie on był? — zapytał Karol. 
 
Leżał pod skałą, tam. Obserwował nas i podsłuchiwał. 
Zdradził go błysk oczu. Zaszedłem go od tyłu. Nawet nie zdążył krzyknąć. 
Żyje? 
Tylko go ogłuszyłem. Czy moi bracia znają tego człowieka? — powtórzył Czarny 
Niedźwiedź. 
Zaprzeczyłem. Nigdy dotąd nie widziałem takiej twarzy okolonej rudym 
zarostem ani głowy porośniętej włosem o barwie prawie ceglastej. 
Karol schylił się, odpiął leżącemu pas z bronią. 

background image

Tak będzie lepiej — stwierdził. — Nie znam tego osobnika. 
Ani ja — dodał Piotr. 
Moi wojownicy udali się, aby zbadać ślady, chociaż w nocy niewiele odkryją. 
Powinni odnaleźć konia tego człowieka albo jego towarzyszy. 
Chwyciliśmy za broń i legli szeregiem na ziemi. Ogniska zostały pogaszone. 
Ogarnęła nas cisza i ciemność. 
Leżeliśmy w milczeniu, jeniec nie odzyskał jeszcze przytomności. Po kilku 
minutach wrócił wojownik. Okolica była pusta. Dorzucono więc kaktusowych 
szczap do ognia. 
Dźwignąłem się, otrzepałem z kurzu i począłem znów przyglądać się jeńcowi. W 
pewnej chwili westchnął ciężko, poruszył się i otworzył oczy. 
Gdzie jestem? — zapytał słabym głosem. 
Wśród tych, których podpatrywałeś — odpowiedział Karol. — Siadaj i mów, jak 
tu trafiłeś. A radzę trzymać się prawdy. 
Oczywiście. Niczego się nie wyprę, dżentelmeni, jakem Bowen, William Bowen, 
do usług. 
Mówił szybko i bardzo piskliwym głosem. Podniósł się żwawo i skłonił nam 
wszystkim w jakimś teatralnym geście, rozglądając się jednocześnie dokoła. 
Mój kapelusz — powiedział — musiałem go zgubić, poszukam... 
Radzę lepiej usiąść, ot tu, akurat jest wolne miejsce. 
Janie — zwrócił się do mnie Karol — bądź tak dobry i poszukaj kapelusza 
naszego gościa. 
Noc była gwiaździsta, ale tylko przypadkiem znalazłem nieokreślonej barwy 
nakrycie głowy nazwane kapeluszem. Gdy wziąłem w rękę pogięte, postrzępione 
rondo, poczułem, że lepi mi się do palców. Czym prędzej wręczyłem zgubę 
rudzielcowi. Podziękował mi tym samym piskliwym głosem i wyszukanymi, 
przesadnymi słowami. Ten człowiek miał w sobie coś z aktora, z kiepskiego 
aktora. 
Siadłem przy ogniu. Karol zajął miejsce z drugiej strony, a Czarny Niedźwiedź 
naprzeciw nieznajomego. Zauważyłem, jak Piotr bacznie przygląda się 
przybyszowi. 
Czego szukałeś tutaj? — zapytał Karol. 
Oto pytanie trafiające w samo sedno rzeczy — odparł. — Aż miło słuchać. Czego 
szukałem? Uczciwych ludzi, do których mógłbym się przyłączyć w tych 
zakazanych okolicach... 
— 

Podchodząc do nich skrycie jak do złodziei. Dziwny sposób zawierania 

znajomości. 
— Nie tak bardzo dziwny w tych stronach. Niekiedy niebezpiecznie ukazywać się 
osobom, których się nie zna. Chciałem najpierw dowiedzieć się, z kim będę miał 
do czynienia. Wybaczcie, jeśli nie wypadło to zbyt elegancko i zakończyło się 
pożałowania godnym incydentem. Nie miałem jednak innego sposobu zebrania o 
was, dżentelmeni, informacji. 
Więc nas podsłuchiwałeś tylko po to, aby się przekonać, kim jesteśmy? 

background image

Słowo w słowo święta prawda. 
I co miałeś zamiar później uczynić? 
O, byłem już zupełnie uspokojony wysłuchawszy opowieści o rudzie cynkowej. 
Miałem zamiar wycofać się bezgłośnie, powrócić do swego rumaka i nadjechać w 
pełnej gali. Czy dostrzegacie w tym coś zdrożnego? 
Pomyślałem, że istotnie trudno było się dopatrzyć w postępowaniu nieznajomego 
wrogich nam aktów. Dziwił mnie tylko osobliwy sposób wyrażania się. Gdzież 
się go nauczył ten człowiek? 
Zapytałem więc, naśladując jego ton mówienia: 
— 

A można wiedzieć, czym się szanowny pan zajmuje? 

Skłonił mi się tak głęboko, że o mało nie złamał sobie krzyża. 
— 

Do usług — powiedział. — Jestem skromnym uczniem Eskulapa. 

Ujrzałem, jak Piotr wytrzeszczył oczy i o mało nie parsknął śmiechem. 
To starożytny bożek lekarskiego fachu - wyjaśniłem. — I kogóż to pan leczy na 
tych pustkowiach?  
— 

Wędruję z krańca po kraniec naszej ojczyzny, niosąc pomoc cierpiącym. 

Szlachetna to praca, moi panowie. 
Piotr już, już otwierał usta, ale uprzedziłem go: 
— 

Wiem, co pan chce powiedzieć, Piotrze, proszę to zachować dla siebie.  

Zamknął usta i kiwnął głową. Nie chciałem, aby zdradził mój zawód. 
Więc kogo pan tu leczy? — powtórzyłem pytanie. 
Och, każdego. W tych pustkowiach jestem tylko przejazdem. Gdyby jednak 
któryś z obecnych tu dżentelmenów nie czuł się dobrze, gotów jestem służyć 
wyborem znakomitych środków. Mam je w jukach. Ale... — przestraszył się 
nagle — gdzie jest mój koń? 
Zbyteczna obawa. Pewnie już go odnaleziono. 
Na potwierdzenie tych słów w ciszy nocnej rozległ się głuchy tupot kopyt. Z 
ciemności wynurzyła się postać Indianina prowadzącego wierzchowca za uzdę. 
Powiedział coś w niezrozumiałym dla mnie języku. 
— 

Moi wojownicy odnaleźli konia tej bladej twarzy 

— odezwał się Czarny Niedźwiedź. — Niech nam teraz pokaże swe 
czarodziejskie leki. 
Wydało mi się, że przez oblicze Bowena przebiegł nerwowy skurcz. 
— 

Oczywiście, oczywiście — odparł szybko — jeśli to dżentelmenów 

interesuje... 
Potwierdziliśmy słowa Czarnego Niedźwiedzia. Zwierzę zostało podprowadzone 
do kręgu blasku padającego z ogniska. Ujrzałem, jak z łęku zwisała długa, 
staroświecka strzelba. Karol podniósł się natychmiast, zdjął broń z siodła i począł 
ją uważnie oglądać. 
Jak na ucznia Eskulapa — powiedział — posiadacie wspaniałą broń. 
W moich samotnych wędrówkach muszę być przygotowany na najgorsze, ale nie 
używałem nigdy swej fuzji przeciw ludziom. 
Szlachetne to postępowanie — zauważyłem. — Obejrzymy teraz te cenne leki. 

background image

Wydobył z juków spore zawiniątko, położył je na ziemi i rozwinął. 
— 

Oto wspaniały proszek na boleści żołądkowe. 

Wziąłem w rękę płaską puszkę. Otworzyłem. Wewnątrz istotnie znajdował się 
biały proszek, przypominający na oko sól kuchenną. Powąchałem, 
posmakowałem. Był to popularny środek na... przeczyszczenie. Tak zwana sól 
gorzka. Z kolei spróbowałem zawartość pękatej butli zawierającej rzekomo 
ekstrakt ziołowy leczący bóle mięśni. Jak twierdził “uczeń Eskulapa", specyfik 
ten pomaga przy użyciu do wewnątrz, jak i przy stosowaniu w formie nacierania 
bolących miejsc. Po smaku zorientowałem się, iż jest to po prostu spirytusowa 
nalewka na jakichś ziołach, dość przyjemnie pachnąca. Inne “lekarstwa" były 
podobnego rodzaju. Nie wypowiedziałem głośno swych uwag. Nie miałem już 
jednak żadnych złudzeń. Rzekomy lekarz był nieukiem żerującym na ludzkiej 
łatwowierności. Jeśli nie narobił wielkich szkód innym, to tylko dlatego, że w 
jego apteczce nie było środków, których nadużycie mogłoby doprowadzić 
pacjenta do choroby. Czy Bowen żył wyłącznie z nabierania naiwnych, czy 
zajmował się również jakimś innym zarobkowym procederem — tego nie 
mogłem stwierdzić. 
Dokąd teraz droga prowadzi? — zagadnął Karol. 
Do Rainy Valley. 
No, to powodzenia. Ale chyba spędzi pan z nami tę noc? 
Potwierdził skwapliwie. 
Było już dość późno. Pokładliśmy się dokoła. Czarny Niedźwiedź wzmocnił sieć 
posterunków, a Karol — ku memu zdziwieniu — zwrócił broń naszemu 
nieproszonemu gościowi. Chociaż się o nią nie upominał. 
— 

Nie dałbym centa za jego uczciwość — powiedział mi na boku — ale z jego 

strony nic nam obecnie nie może grozić. 
Niech sobie przenocuje, a rano rusza precz. 
Nazajutrz nasza trójka wybrała się na poszukiwanie Adamsa. Bowen nam 
towarzyszył. Tak długo prosił, aby “kawałek" mógł podjechać z nami, że 
ustąpiliśmy, chociaż niezbyt chętnie. 
— 

Z takimi dżentelmenami nic mi grozić nie może — 

stwierdził “uczeń Eskulapa". 
Odprowadziliśmy go spory szmat drogi w kierunku Rainy Valley, a potem 
skręciliśmy — zgodnie ze wskazówkami Piotra Carra — na wschód. Musieliśmy 
natrafić na szlak dyliżansu. Po przebyciu dwu mil poprzez skaliste wertepy, 
zatoczyliśmy wielkie koło i wrócili prawie na miejsce rozstania się z Bowenem. 
To był pomysł Karola. Chciał w ten sposób sprawdzić, czy nieproszony 
towarzysz nie zawrócił i nie jedzie teraz za nami. Jeśliby tak uczynił, musiałby już 
znajdować się teraz przed nami albo przejeżdżać obok nas. 
Spędziliśmy kilka godzin ukryci w cieniu skał, ale nikt się nie zjawił. Późnym 
popołudniem ruszyliśmy dalej. Na ślady trasy dyliżansu trafiliśmy dopiero dnia 
następnego. Dalszy kierunek jazdy zależał od Piotra Carra. Muszę mu oddać 
sprawiedliwość: posiadał doskonałą pamięć wzrokową. Po krótkim wahaniu i 

background image

prawie bez błądzenia doprowadził nas do miejsca, w którym był świadkiem 
napadu. Od tego punktu skręciliśmy na południowy wschód, nadal szlakiem 
dyliżansu. 
Carr odzywał się rzadko i tylko wciąż rozglądał dookoła. Posuwaliśmy się 
ostrożnie stosownie do zaleceń Piotra. W ten sposób minęła jeszcze godzina z 
okładem, aż Carr wstrzymał konia. 
Muszę się zastanowić — powiedział tonem usprawiedliwienia. — Zawsze to 
kilka dni już minęło. 
Ale w Oklahomie... — wtrąciłem ironicznie. 
Doktorze, niech pan nie kpi ze mnie. Z Oklahomą to święta prawda, ale tu 
krajobraz jest tak monotonny... 
— 

Nie powiem już ani słowa., 

Klepnął konia po szyi. 
— 

To jednak nie tu, chyba gdzieś w pobliżu. Tam wznosiła się skałka, cała w 

rudo-pomarańczowe pręgi. 
Jedźmy powoli. 
Wlekliśmy się noga za nogą. Carr kręcił głową, coś mruczał do siebie. Słońce już 
dawno minęło szczyt nieba, ale nadal było tak gorąco, iż strużki potu ściekały mi 
po plecach. Przyznam się, iż w miarę upływu czasu traciłem nadzieję na 
odnalezienie szukanego miejsca. Wydało mi się, iż tylko szczęśliwy przypadek 
mógłby nas doprowadzić do celu. Drgnąłem, kiedy Carr nagle wrzasnął: 
— 

Tu! Spójrzcie! 

Po prawej stronie, na okrągłym placyku ubitej gliny wznosił się blok skalny 
pocięty poprzecznymi barwnymi pasmami. Niektóre z nich odznaczały się 
kolorem dojrzałej kalifornijskiej pomarańczy. 
No, Piotrze — powiedział Karol —jeżeli takich skałek nie znajdzie się w okolicy 
więcej, jest pan doprawdy geniuszem orientacji. 
Brawo! — dodałem. — Ale co dalej? 
Teraz zsiądziemy z koni — odpowiedział Carr. — Muszę odpocząć. Uff. Co za 
duchota. 
Rozłożyliśmy się w cieniu, tuż przy naszych wierzchowcach. 
Piotrze — zagadnął Karol — czy pan orientuje się w tych stronach? 
Ba, spróbuję narysować. 
Podniósł suchy patyk, wyrównał dłonią ziemię i począł patykiem kreślić. 
Tu — powiedział wiercąc dziurę — leży Rainy Valley, a to Cameron. Za 
odległości nie odpowiadam. A tu prawdopodobnie teraz się znajdujemy. To jest 
szlak dyliżansu — przeciągnął w poprzek długą krechę. — Trzeba się zastanowić. 
Jakie osiedle znajduje się najbliżej nas? — zapytałem. 
— 

Chwileczkę — wtrącił Karol.— Zajrzyjmy do mojej mapy. 

Rozwinął kolorową płachtę, pochyliliśmy nad nią głowy. Mapa, jak już 
wspomniałem, była mało dokładna. Ale bądź co bądź to jednak mapa. 
— 

Dwie najbliższe miejscowości — powiedział Piotr wodząc palcem po 

papierze — to Grand Canyon położony niedaleko Wielkiego Kanionu Colorado 

background image

oraz Supai nad rzeką Havasu. W Supai już raz bawiłem... śmierdząca dziura. Ale 
myślę, że powinniśmy skierować się przede wszystkim do Grand Canyon, leży 
znacznie bliżej. 
Ą poza tym? — zagadnąłem. 
Poza tym? Jak pan widzi, doktorze — przesunął ręką po mapie — nie ma tu nic 
więcej. Pustynia, rzeczki o nie ustalonym biegu i góry. 
— 

Jedziemy do Grand Canyon — zadecydował Karol. 

Była to długa i żmudna wędrówka. Żmudna przez swą 
monotonię, bo nie trafiliśmy na żadne przeszkody. Po kilku dniach ujrzeliśmy 
zbiorowisko szałasów, za nimi budy sklecone z heblowanych desek, a na koniec 
jako tako wyglądające domki, ustawione wzdłuż drogi. To było Grand Canyon. 
Typowe miasteczko osadników, ale znacznie gorzej przedstawiające się niż 
Rainy Valley. Jechaliśmy powoli, rozglądając się bacznie dokoła. Nieliczni 
przechodnie nie zwracali na nas uwagi. Za to Piotr Carr przyglądał się badawczo 
każdemu napotkanemu. Pewnie liczył, iż rozpozna Adamsa. Nic z tego! Wreszcie 
zatrzymaliśmy wierzchowce przed długą werandą, nad którą wisiał szyld: deska 
pomalowana jaskrawymi farbami, przecięta poprzeczną błękitną wstęgą, 
prawdopodobnie mającą wyobrażać rzekę Colorado, ponieważ umieszczony nad 
tym wszystkim napis informował: “Gospoda Colorado". Wszystkie chyba 
gospody nowo powstałych miasteczek i osad, jak Ameryka-długa i szeroka, 
budowane są w ten sam sposób. Tak więc “Gospoda Colorado" nie różniła się na 
pierwszy rzut oka niczym od “Arizonac" w Rainy Valley i od tysiąca innych 
rozsianych na Dalekim Zachodzie. Może była nieco mniejsza i nieco młodsza. Na 
świeżych belkach kropliła się jeszcze żywica, a drzewo rozgrzane słońcem 
przyjemnie pachniało. Z wnętrza budynku wybiegł jakiś chłopak. Powierzyliśmy 
mu pieczę nad końmi, a sami wkroczyli do środka. Pusto tu było i chłodno. Ławy, 
stoły i "zaledwie dwie osoby na sali: mężczyzna za ladą bufetu i wyrostek 
siedzący przy najdalszym ze stołów. Zwróciłem nań uwagę. Początkowo tylko 
dlatego, iż był jedynym klientem gospody. Oceniłem na oko, iż mógł mieć co 
najwyżej szesnaście-siedemnaście lat. Cóż tu robił? Samotni chłopcy w tych 
stronach nie odwiedzają saloonów w pojedynkę. Raczej obracają się w 
towarzystwie rówieśników. 
— 

Zajmijmy tamten stół — powiedziałem. 

To rzekłszy skierowałem się w najbliższe sąsiedztwo chłopaka. Bez słowa ruszyli 
za mną. Po chwili zjawił się gospodarz lokalu. Zamówiliśmy piwo i jakieś zimne 
mięso. Usiadłem za stołem w ten sposób, by móc swobodnie obserwować 
naszego sąsiada. Był ubrany w sposób zwracający uwagę w tych okolicach, gdzie 
świeży strój świadczy raczej ujemnie o charakterze jego posiadacza. Nie wiem, 
dlaczego, ale na Zachodzie (na Dzikim Zachodzie) brudne ubranie budzi 
właśnie... szacunek. Chłopiec nosił czystą jasnobrązową koszulę, na niej — 
kamizelkę perłowego koloru, wyszywaną kolorowymi wzorami, i spodnie z 
jelonkowej skóry, ozdobione frędzlami wzdłuż szwów. Całości dopełniał szeroki 

background image

pas z futerałami, z których sterczały dwie czarne kolby rewolwerów. Dowód 
chyba dziecinnej fanfaronady. 
Co mu się tak przyglądasz? — mruknął Karol. — Spotkałeś go już kiedy? 
Nigdy. Zainteresował mnie wiek i ubiór, a przede wszystkim twarz. Przyjrzyj się. 
Ma nieco skośne czy i lekko wystające kości policzkowe, a włosy czarne jak 
węgiel. 
A jednak nie jest to czerwonoskóry. 
Kogoś mi przypomina, ale kogo... ani rusz nie mogę sobie przypomnieć. 
Coś ci się wydaje. Przestań na niego patrzyć. Chłopak już to zauważył. 
Dałem więc spokój dalszym obserwacjom. Z jedzeniem uporaliśmy się szybko. 
Należało teraz rozejrzeć się po osadzie, a przede wszystkim zamówić nocleg. Jak 
na złość, gospodarz gdzieś zniknął. 
— 

Moglibyśmy podzielić się rolami — odezwał się Piotr. 

— Wiecie dobrze, że w tych stronach każdy lokal to miejsce publicznych spotkań. 
Zwłaszcza wieczorami. Lepiej wiec tutaj posiedzieć. Wystarczy, jak ja udam się 
na krótką przechadzkę i spenetruję, co się da. 
Przystaliśmy na ten projekt. Carr wyszedł. Wreszcie odnalazł się właściciel 
“Colorado". Zarezerwowaliśmy u niego trzyosobowy, a raczej trzyłóżkowy pokój 
na pięterku, poszli zobaczyć, gdzie umieszczono konie, przenieśli siodła ze stajni, 
a potem wróciliśmy do sali. Nadal było tu pusto i nadal za stołem tkwił ów 
chłopak o skośnych oczach. Przez długi czas nic się nie działo i daremnie 
czekaliśmy na przybycie kogokolwiek z mieszkańców Grand Canyon. Zacząłem 
przypuszczać, iż jest to osiedle samych abstynentów stroniących nawet od 
kufelka piwa. Na koniec jednak zatupotały czyjeś buty na deskach werandy. 
Spojrzałem w stronę drzwi myśląc, że to Piotr wraca. Omyliłem się. Człowiek, 
który wszedł na salę, skierował się natychmiast ku szynkwasowi. Krok miał 
niepewny, lekko kołyszący. Czyżby w Grand Canyon istniały jeszcze inne 
gospody? Facet byl przecież pijany. Jeżeli tak — to trafiliśmy bardzo 
niefortunnie, bo widać do najmniej odwiedzanej. 
Zmrok wtargnął już do wnętrza budynku, gospodarz pozapalał wielkie naftowe 
lampy, zwisające z powały na długich prętach. Kiedy ostatnia z nich rozbłysła 
żółtym blaskiem, usłyszałem powolne człapanie czyichś stóp. Odwróciłem się. 
To ten samotny gość zmierzał w naszą stronę. Teraz widziałem wyraźnie, jak się 
zataczał. Szedł ku nam, ale w ostatniej chwili ominął nasz stół. Podszedł do 
sąsiedniego. Obserwowałem go. Ciężko oparł się o blat i wpatrzył w chłopaka. 
Kilka sekund trwało milczenie, aż wreszcie usłyszeliśmy chrapliwy, bełkocący 
głos: 
Czego tu szukasz? 
A w odpowiedzi: 
Nie znam pana. Pan się pomylił. 
Nie, ty czerwona mordo! Wynoś się! 
Porwałem się z ławy. Karol był szybszy. Przyskoczył do pijaka. 
— 

O co chodzi? 

background image

Jego pytanie zostało jednak zupełnie opacznie zrozumiane. Zaczepiony zamrugał 
oczami, spojrzał na nas, jak gdyby dopiero teraz spostrzegł. 
— 

Widzicie, dżentelmeni? Taka czerwona skóra ośmiela się przychodzić do 

lokalu dla białych! 
Indianin? — zapytałem. 
Na pewno. Wystarczy spojrzeć. 
Znacie go? 

Nie utrzymuję takich znajomości. No, zwrócił się do chłopca — wynosisz 

się, czy mam cię wyrzucić! 

Mam takie samo prawo tu przebywać, jak pan. 

Głos mu nieco zadrżał, ale na twarzy nie dostrzegłem ani cienia strachu. 

Chwileczkę — wtrąciłem się - ten chłopiec nikomu nie przeszkadza. Po co 

się go czepiać? 
— 

Ja się czepiam?! 

Czepiacie się — powiedział Karol   a ja nie lubię krzyków. 

Pijak aż się zatrząsł z oburzenia. 
Co takiego?! Kto nie lubi krzyków?! — wrzasnął. — Ja jestem u siebie, a wy... 
przybłędy jakieś! Dam sobie radę bez was. 
Chwycił chłopca za ramię, a drugą ręką zamierzył się nań. Ale w tej samej 
sekundzie Karol podbił mu zaciśniętą pięść, i to tak energicznie, iż pijany zwalił 
się na deski. Pewnie dobrze ważył, bo z podłogi wionęła chmurka kurzu. Nagły 
upadek musiał go oszołomić. Leżał bez ruchu. Od bufetu przybiegł przerażony 
gospodarz. 
Panowie! Co robicie? W moim lokalu? Ja zaraz tego chłopca wyprowadzę. 
Cicho, ty barani kotlecie! — huknął od strony drzwi jakiś nowy głos. 
— 

Dżentelmeni! Moje uznanie. Widziałem wszystko. Tak samo bym postąpił. 

Podszedł ku nam. Wysoki i chudy jak tyczka. Pijak dźwignął się i siadł. Ujrzałem, 
jak jego prawa dłoń zacisnęła się na kolbie rewolweru. 
— 

Zostaw to! I wynoś się. Natychmiast! Ty beko wódki! 

Wszyscy mamy ciebie dosyć i twoich awantur. Zmykaj! 
Dłoń natychmiast opadła. Wstał z trudem, zatoczył się, a potem, nie rzekłszy ani 
słowa, wolno wyszedł z sali. Odetchnąłem. 
— 

Wybaczcie, panowie — odezwał się nieznajomy — to awanturnik. Pijak i 

tchórz jednocześnie. Siadajmy, i ty, chłopcze, chodź tu do nas. — A do oberżysty, 
który tkwił ciągle w tym samym miejscu, osłupiały i milczący: — Piwa dla 
wszystkich, byle szybko! 
Opadł na ławę, a my poszliśmy za jego przykładem. Przyjrzałem mu się 
dokładnie. Był chudy, jak już powiedziałem, o twarzy pociągłej, spalonej 
słońcem, o niebieskich oczach i bujnej, jasnej czuprynie. 
Pan tu stale mieszka?  zagaił Karol. 
Od czasu do czasu. W każdym razie wystarczająco długo, aby poznać Grand 
Canyon z przyległościami i jego mieszkańców. Wasze zdrowie! 
Stuknął się z nami kuflem, przyłożył go do ust i odstawił prawie próżny. 

background image

Gorąco dziś — powiedział jakby na usprawiedliwienie — a jak gorąco, nie 
umiem pić wolno. 
I nie boli pana gardło? — zainteresowałem się fachowo. 
Nigdy, taką już mam naturę. A pan może lekarz? 
Zgadł pan. 
Do licha! Grand Canyon zaczyna się zamieniać w miasto. Chyba nigdy jeszcze 
nie stąpała tu noga lekarza. 
O, nie mam zamiaru tutaj praktykować. Jesteśmy przejazdem. 
- Do Supai? 
To zależy — odezwał się KaroT. 
Zależy? Nie będę pytał. Nie moja to sprawa. Może jeszcze piwa? Nie? A ty, 
chłopcze? Masz dosyć? Słusznie. Zbyt wiele piwa szkodzi na żołądek i na głowę. 
Przybyliśmy tutaj, żeby odnaleźć pewnego człowieka. 
Nazywa się Adams. Jerzy Adams. Nie słyszał pan o nim? —zapytał Karol. 
Zauważyłem, jak twarz nieznajomego spoważniała. Uśmiech znikł, rysy się 
zaostrzyły; Popatrzał na nas uważnie. 
To popularne nazwisko. Określcie go jakoś dokładniej. 
Jerzy Adams mieszkał przez pewien czas w Rainy Valley, był nawet szeryfem. 
Ach tak. I czegóż wy chcecie od Adamsa? Przybywacie  z Rainy? 
Nie, chociaż bawiliśmy tam przypadkiem. A czego chcemy od Adamsa... to tylko 
jemu możemy powiedzieć. 
Słusznie. Przepraszam. Tak mi się wyrwało. A cóż w Rainy Valley słychać? 
Nasze informacje nie są najświeższej daty — odparłem. — Ale od czasu wyjazdu 
szeryfa chyba nic się tam niezmieniło. Mam wrażenie, że mieszkańcy Rainy 
zupełnie go nie docenili. 
Więc zna pan tę sprawę, doktorze? 
Bardzo dobrze. 
To dzielny człowiek, ten Adams — wtrącił Karol. —Słyszałem o nim wiele 
dobrego. 
Od mieszkańców? 
— Nie, od zupełnie innych ludzi. 

— 

Ciekawe — mruknął i zamyślił się. 

Skorzystałem z przerwy w rozmowie i zwróciłem się do drugiego z naszych 
gości: — Możeś ty słyszał o Adamsie? 
Spojrzał na mnie bystro, zawahał się sekundę, a potem odpowiedział: 
— 

Słyszeć, słyszałem, ale gdzie się on teraz obraca, nie mam pojęcia. Ja tu nie 

mieszkam. 
Przyjechałeś do kogo? 
Tak i zaraz muszę wracać. 
Na noc? 
O, proszę pana, dla mnie to nie pierwszyzna. 
W zestawieniu z wiekiem mówiącego zabrzmiało to tak zabawnie, że z trudem 
opanowałem śmiech. 

background image

Bardzo dziękuję panom... 
Ot, głupstwo, nie ma za co. Na naszym miejscu postąpiłbyś podobnie. 
— 

Nie zapomnę o tym, ale teraz muszę odejść. 

Podniósł się, skinął nam głową zupełnie jak dorosły i szybko wyszedł. 
Powiedliśmy za nim wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami. 
— 

Jakiś tajemniczy chłopak — stwierdziłem. 

Spotykam go od czasu do czasu — dodał nieznajomy. — Przybywa nie wiadomo 
skąd i odjeżdża nie wiadomo dokąd, ale nie moja to rzecz. 
I nie nasza — zakończył sprawę Karol. — Natomiast Adams... to nasza. 
Tak bardzo wam na nim zależy! Nie będę więc dłużej ukrywał, że znam Adamsa. 
Ma on swoje zwyczaje. 
Co takiego? 
Nie lubi Rainy Valley, nie chce nic słyszeć o Rainy ani oglądać tamtejszych ludzi. 
Jakże więc mogę wam wskazać, gdzie się znajduje. Obraziłby się na mnie 
śmiertelnie. 
Ależ... ależ nie jesteśmy mieszkańcami Rainy Valley —zaprotestowałem. — Nie 
przybywamy w sprawie Rainy Valley. 
Dajemy na to słowo — wtrącił się Karol. 
Tak powiadacie? Hm... muszę rozważyć. 
Okazuje się, że do Adamsa trudniej się dostać niż do prezydenta w Waszyngtonie 
— zauważył mój towarzysz. 
Bywa i tak. Wyglądacie na porządnych ludzi. Tylko tacy mogli stanąć w obronie 
tego chłopca. A pan, doktorze, także wygląda inaczej niż ci lekarze, którzy 
czasami pojawiają się tutaj. 
Wierzę, że pan jest prawdziwym. Nie tak, jak ten rudzielec. 
 

 Rudzielec? — zainteresował się Karol.  Spotkaliśmy w drodze kogoś 

podobnego. Podawał się za lekarza. Nawet pokazywał swoje lekarstwa. 
Rudy łeb, wygadany język, rudy zarost. Czy nie tak? 
Kropka w kropkę jego portret — stwierdziłem. 
Wyjechał stąd niedawno. Wszystko się zgadza. Podejrzany typ. Ale wracając do 
Adamsa... 
Przerwał, bo oto ujrzał, jak od strony drzwi zmierza w naszym kierunku Piotr 
Carr. Podszedł do stołu, spojrzał na nas pytająco, a potem na nieznajomego. 
Więc znaleźliście — stwierdził. — Jakim sposobem? 
Co znaleźliśmy? — zapytał Karol. 
Nie co, tylko kogo? 
Kogo? 
A to dobre! Przecież Adamsa. 
Gdzie? 
No, siedzi tu przy was, jeśli mnie wzrok nie myli. 
Popatrzeliśmy po sobie. 
— 

Co się tak gapicie? Przecież to jest właśnie Adams, szeryf z Rainy Valley! 

background image

Bracia 

 
 
Grupa jeźdźców posuwała się wolno przez rozległą płaszczyznę porosłą rzadką, 
suchą trawą o barwie pociemniałego drewna. Tego ranka słońce wstało jakieś 
zamglone, przesłonięte rudą chmurą. Potem zaczął dąć chłodny wiatr spadający z 
przełęczy dalekich gór rysujących się na horyzoncie. Ten wiatr podnosił smugi 
kurzu i ciskał nimi w plecy jadących. Widoczność malała w miarę upływu godzin, 
aż rdzawy tuman przysłonił wszystko a wzrok nie sięgał dalej niż w promieniu 
kilkunastu jardów. Drżąca kurtyna wirującego piasku rozciągała się od krańca po 
kraniec widnokręgu. 
Tak oto wyglądał ten dzień, w którym opuściliśmy Grand Canyon. A przecież 
świt nie zapowiadał wcale takiej pogody. Jechaliśmy we czwórkę: Karol, Piotr 
Carr, ja i Adams. Tak. Szeryf z Rainy Valley dał się namówić na wyprawę. Nie 
bez wysiłków z naszej strony. Po przypadkowym “odkryciu" Piotra, kiedy Adams 
nie mógł zapierać się dłużej swego nazwiska, opuściliśmy salę gospody. Zbyt 
wiele już osób kręciło się tam, aby można było swobodnie i... bezpiecznie 
rozmawiać. Udaliśmy się na piętro, do naszego pokoju. Tam właśnie odbyła się 
decydująca narada. 
Gdy Karol częściowo wyjawił nasze zamierzenia, szeryf zmartwił się. 
— Znowu mam włazić w te sprawy? Nie, nie. Dosyć było kłopotu z Rainy Valley. 
Nareszcie mam spokój i nie pragnę się go pozbywać. A w ogóle nie uważam 
siebie za szeryfa. Mówmy o czym innym. 
Z tego oświadczenia widać było, jak głęboko dotknęła go sprawa z Rainy. Nie 
potrafił o niej zapomnieć. 
 

 Szeryfie — powiedziałem — pan nadal piastuje swą funkcję. Na wasze 

miejsce nie wybrano dotąd nikogo innego. Brak kandydatów. 
 

 Nic dziwnego. Miasteczko ma już dostatecznie złą sławę, aby się dobijać o 

tak wątpliwy zaszczyt. 
Myślę, że nie to jest przyczyną. Po prostu mieszkańcy Rainy lękają się Hobbsa i 
jego ludzi. Kto wie, czy nie żałują pańskiego odejścia. 
I tak nie wrócę. Nie sposób być szeryfem wśród tchórzów, chyba żeby się 
rozporządzało własnym wojskiem! 
Zostawmy Rainy na boku — wtrącił się Karol. — 
Nam chodzi przecież o to, co się dzieje w sporej części Arizony. 
Napady — mruknął Adams. — Wasz towarzysz —skinął w stronę Piotra — 
spotkał mnie na dość niebezpiecznej ścieżce. Mam nadzieję, że posłuchał mej 
rady? 
Piotr Carr przybrał smętną minę: 
— 

Niestety — westchnął — nie posłuchałem. 

— 

I ograbiono go ze wszystkiego — rzekłem. — Przy okazji napadu na 

dyliżans. Nie tylko zresztą Piotr stał się ofiarą bandy. 
Tu opowiedziałem o własnej przygodzie oraz o tajemniczej jaskini na pustkowiu. 

background image

Nie wiedziałem. Jest to już piąty czy szósty napad na dyliżans. Inne trudniej 
zliczyć. Banda musi być diablo liczna. 
To jeszcze nie wszystko — dodałem i wyjaśniłem przypuszczalne znaczenie 
“srebrnych słońc". 
Znak rozpoznawczy? Może być. Oni mają poza tym hasło. Tak przypuszczam. 
Pan się z nim zetknął? Proszę sobie przypomnieć, jakie pańskie słowa 
spowodowały, że ten napastnik z jaskini nagle zmienił swój do was stosunek? 
Jakie słowa? Karolu, pomóż. Może coś zapamiętałeś? 
— 

Byłem wówczas na pół przytomny. 

Ja również. Ale... czekajcie! Może to właśnie jest kluczem do zagadki. Teraz 
przypominam sobie. Na postawione nam pytanie chciałem odpowiedzieć, że 
słońce i pragnienie tak nas wyczerpały, ale zdołałem tylko wybełkotać słowo: 
“słońce". To wystarczyło. 
I nic więcej pan nie pamięta? 
Nie... 
Hm, niewiele. Ale wynika z tego, iż w haśle znajduje się wyraz “słońce". 
A może sam ten wyraz jest hasłem? 
Nie wierzę. W tym kraju wiecznej prawie pogody i upałów zbyt często używa się 
słowa “słońce", aby ono samo mogło zostać wybrane na hasło. A co się tyczy 
pańskiego wypadku w Rainy Valley, sądzę, iż pomógł pan jednemu z członków 
bandy. Ten fakt musiał zostać natychmiast przekazany pod odpowiedni adres. W 
konsekwencji zwrócono panu, doktorze, wszystkie zrabowane przedmioty. Tak to 
wygląda na mój skromny rozum. Zgadzacie się z tym? 
Przyznałem, iż nie sposób tego faktu logiczniej wytłumaczyć. Pokrywało się to 
zresztą z opinią Karola. 
I co teraz, szeryfie? — zagadnąłem. 
Ciekawe. Zaczynam się coś niecoś zapalać. 
Wobec tego podsyćmy ogień — odezwał się Karol 
i teraz już szczegółowo opowiedział o tym, czego dokonaliśmy, podkreślając 
udział w przedsięwzięciu wojowników Nawajów. 
Czerwonoskórzy? — zdziwił się Adams. — Niebezpieczna sprawa. Oni byli 
zawsze trochę zbyt gwałtowni, a wspomnienia walk z białymi nie są takie stare. 
Co prawda Nawajowie należą raczej do spokojnych... Do licha, sam nie wiem, co 
o tym sądzić. 
O to, to — odezwał się Carr. — Jestem tego samego zdania. Indianom nie można 
ufać. 
Wobec tego dostarcz nam, Piotrze, innych ludzi — zaproponowałem. — Może 
zwerbujesz tych “bohaterów" z Rainy? 
Poskrobał się po głowie i nic nie rzekł. 
— 

Szeryfie — zwróciłem się z kolei do Adamsa  przecież w sytuacji, w której 

nawet pan się waha... 

background image

Nie zaprzeczam, nie zaprzeczam. Sedno w tym, że wy stąd wyjedziecie, a ja 
zostanę, i jeśli banda nie będzie zlikwidowana, zlikwidują mnie. Komu to 
potrzebne? Karol westchnął głęboko: 
— 

Widzę, że nie przekonamy szeryfa. Trudno, trzeba będzie szukać innych 

sprzymierzeńców. Arizona jest wielka i w końcu przecież kogoś znajdziemy... 
Przeciągnął się, aż mu w stawach zatrzeszczało, wstał. 
— 

Śpiący jestem. Już późno. 

Przygnębił mnie taki obrót sprawy, ale nic nie powiedziałem. 
Adams stał chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. 
— 

Czekajcie... Sam nie wiem, co mnie do tego ciągnie. 

Niech to licho porwie! Jadę z wami. 
Decyzja była nieoczekiwana. W pierwszej chwili sądziłem, że to tylko żarł. Ale 
Adams mówił zupełnie serio. Po dwu godzinach, zdawałoby się, zupełnie 
bezskutecznych namów. 
Grand Canyon opuściliśmy nazajutrz, obierając trasę mającą nas najszybciej 
doprowadzić w okolice jaskini, gdzie miał czekać Czarny Niedźwiedź. 
Wiatr dął, ziarnka piasku trzeszczały w zębach, wpadały za kołnierz koszuli, 
oślepiały. Konie zaczęły się płoszyć. Dwukrotnie poprzez mgiełkę kurzawy 
ujrzałem zamazane kontury jakichś zwierząt przemykających chyłkiem. 
Najprawdopodobniej — kojoty. Wreszcie kurzawa tak zgęstniała, iż zupełnie 
straciliśmy orientację w terenie. Zeskoczyliśmy z wierzchowców i prowadząc je 
za uzdy posuwaliśmy się noga za nogą. Gdyby można trafić chociaż na skałę 
chroniącą przed naporem piaskowego huraganu! 
Jak długo to może trwać?! — krzyknąłem wprost w ucho Adamsa. 
Niekiedy dzień albo dwa! — odwrzasnął. 
Ładna historia! 
Bywały wypadki, że ginęły całe karawany osadnicze. Z braku wody! 
Dziękuję, szeryfie! Bardzo mnie pan podniósł na duchu! 
Nie wiem, czy zaśmiał się, czy coś jeszcze odpowiedział, bo wiatr zadął ze 
zdwojoną mocą i zagłuszył wszystko. Przyspieszyłem kroku. Zrównałem się z 
Karolem. Dopiero po chwili mnie dostrzegł. 
— 

Wytężaj oczy, Janie. Może dojrzysz jaką wyniosłość. 

Musimy się gdzieś schronić. 
Niestety, nic nie widziałem poza burą kurzawą. Tak minęło pół godziny i 
wówczas zaprzestaliśmy dalszej wędrówki. Rozpakowaliśmy pledy, które wiatr 
wydymał jak żagle, zarzuciliśmy je na plecy i głowy i tak opatuleni siedli 
kręgiem, tyłem do wiatru. Konie poszły za naszym przykładem. Pokładły się 
rzędem jeden obok drugiego. 
Nie mogąc rozmawiać, począłem rozmyślać nad minionymi wypadkami. 
Odtworzyłem w pamięci obraz mego przybycia do Arizony. Przypominałem 
sobie na nowo drogę do Rainy Valley, puste miasteczko, gospodę “Arizonac", 
nieznajomego z raną ręki, którą opatrywałem. Cóż ten ranny wówczas 
powiedział? I nagle uświadomiłem sobie zupełnie dokładnie, jakby to wydarzyło 

background image

się przed chwilą. Powiedział: “Słońce Arizony". A co ja na to? Machinalnie 
powtórzyłem: “Słońce Arizony" i dodałem coś na temat upału. Cóż dziwnego, że 
wziął mnie za sprzymierzeńca, że zwrócono mi broń? “Słońce Arizony" musiało 
być hasłem! Przecież pierwsze przeze mnie wypowiedziane słowo w jaskini: 
“Słońce" zostało uznane za początek hasła! Ależ tak, na pewno! Dlatego właśnie 
otrzymaliśmy wodę. Ale jakże liczna musiała być banda, jeśli zdarzać się mogły 
tego rodzaju pomyłki? Więc “Słońce Arizony" było hasłem, a srebrny wizerunek 
słońca — znakiem rozpoznawczym. Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości. 
Korciło mnie, aby podzielić się natychmiast swym odkryciem z towarzyszami. 
Przeszkodził mi niespodziewany wypadek. Oto, gdy już nachylałem się ku 
Karolowi, z kurzawy wiszącej wokół nas wynurzył się najpierw cień, a potem 
wyraźniejszy zarys człowieka na koniu. Zawołałem ostrzegawczo i wstałem 
chwytając za sztucer. Człowiek na koniu stał się widoczny dopiero na krok od 
miejsca, w którym siedzieliśmy. Wszyscy się zerwali, ale natychmiast siedli z 
powrotem. Głos bowiem, który dobiegł naszych uszu poprzez świst wiatru był 
głosem chłopca z Grand Canyon. Poznał nas od razu: 
Zabłądziliście? 
Przy takiej pogodzie nie sposób jechać — odparł Karol. — Ale co ty tu robisz? 
Pominął milczeniem pytanie. 
— 

Bierzcie konie i chodźcie za mną. Znam lepsze miejsce, 

by przeczekać burzę. Tutaj was zasypie z kretesem. 
Strząsnęliśmy z pledów grubą warstwę piachu, ujęli wierzchowce za uzdy i wolno 
ruszyli za przewodnikiem, który zaiste spadł nam z nieba. 
— 

Doktorze — usłyszałem nad uchem —ja bym jemu tak nie ufał. Pan go 

zna? 
Piotr Carr wyraźnie się zaniepokoił. Nic dziwnego, nie był przecież świadkiem 
naszego spotkania w gospodzie “Colorado". Wyjaśniłem mu, jak mogłem, całą 
historię. Poczym... piasek zgrzytał mi w zębach przez dobrych kilka godzin. 
Wędrowaliśmy zupełnie na oślep, ale chłopiec — wiedziony chyba jakimś 
zadziwiającym instynktem — wiódł nas tak pewnie, jak gdyby znajdował się na 
ulicy znajomego miasta. Po godzinie tej męczącej drogi dotarliśmy do 
fantastycznie ukształtowanych skał. Tutaj podmuchy wiatru osłabły, ale za to 
hałas, gwizdy i świsty stały się nie do zniesienia. Zbiliśmy się w gromadkę, aby 
nie pogubić się w tym labiryncie. Niespodziewanie skręciliśmy w bok i przez 
bramę, jaka otwarła się nagle między dwoma potężnymi blokami, weszliśmy w 
zaciszną, półokrągłą dolinkę. Smutną dolinkę, bo bez jednej nawet rośliny, z 
ziemią gliniastą i twardą jak klepisko stodoły. Wiatr tu już nie dął, przelatując 
górą, i tylko drobiny piasku sypały się po kamienistych ścianach. Sądziłem, że się 
zatrzymamy. Zdziwiło więc mnie, iż nasz przewodnik nie zwolnił kroku, ale 
wiódł nas dalej, wprost na gładką skałę zamykającą z przeciwległej strony 
niewielką przestrzeń. Nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi. Dopiero gdy 
podeszliśmy na kilka stóp do stromizny, ujrzałem w samym kącie krzyżujących 
się skał wąziutkie przejście, przez które zaledwie mógł przecisnąć się pojedynczy 

background image

jeździec. Kiedy nadeszła moja kolej i znalazłem się po drugiej stronie, aż 
krzyknąłem ze zdumienia. Ujrzałem drugą dolinkę, ale jakże niepodobną do 
poprzedniej! Prawdziwa oaza na pustkowiu. Jej zbocza porastał jałowcowy las, 
środek zajmowało malutkie jeziorko o wodzie tak czystej, iż widać było 
piaszczyste dno. Na brzegach rosły trzciny, a dalej rozciągała się szmaragdowa 
łąka pełna kwiatów i wysokich traw. 
Nadzwyczajne — powiedział Adams. — Od lat włóczyłem się w tych stronach, 
ale czegoś podobnego nawet nie podejrzewałem. Jak to odkryłeś? 
To nie ja, to mój brat — odparł chłopiec. — Mało kto zna to miejsce, poza paroma 
wojownikami Nawajów. 
Nawajów? — podchwyciłem. — Chłopcze, widzę, że masz szerokie znajomości! 
Ja jestem tutejszy — powiedział. — Poznałem w Arizonie wielu ludzi. 
Odpowiedź brzmiała wykrętnie, ale nie pytałem więcej. 
— 

Nawajowie nazywają tę dolinkę Zielonym Okiem — 

poinformował jeszcze i zajął się rozkulbaczaniem swego konia. Przeszukaliśmy 
jałowcowy las, by sprawdzić, czy jednak nie kryje się w jego gąszczu człowiek 
lub zwierzę, ale spłoszyliśmy jedynie kilka zajęcy i parę ptaków. Zielone Oko 
stanowiło zaiste wspaniałe miejsce odpoczynku. Skały otaczały je wysokim 
murem. Spróbowałem wdrapać się po jednej z najmniej stromych, ale rychło 
zrezygnowałem z zamiaru. Chłopiec obserwujący moje wysiłki oświadczył, iż 
z zewnątrz jeszcze trudniej jest dotrzeć na kamienny grzbiet. 
Dolinka stanowiła więc naturalną twierdzę, do której jedyna droga wiodła 
poprzez przebytą przez nas cieśninę. 
Zabraliśmy się do rozłożenia obozowiska. Adams z Karolem zaczęli rąbać 
jałowiec na ognisko, Piotr stanął na straży przy wejściu, chłopak poszedł strzelać 
do zajęcy, a ja napoiłem konie i ściągnąwszy z pleców koszulę, energicznie 
spłukiwałem z siebie kurz przebytej drogi. Daremnie starałem się wypatrzyć 
źródło zasilające stawek. Prawdopodobnie biło gdzieś z samego dna, i to dość 
wolno, ponieważ jeziorko — jak można było wnioskować z zarośniętych 
brzegów — ani nie przybierało, ani nie wysychało. Tak czy owak, Zielone Oko 
stanowiło ratunek dla każdego człowieka nieopatrznie zabłąkanego w tych 
stronach. Mogliśmy wreszcie odpocząć, mimo iż wiatr dął ze świstem, niosąc 
tumany kurzu wysoko nad skalnymi graniami. 
Polowanie na zające udało się. Chłopak przyniósł aż cztery sztuki. Wystarczyły 
dla nas dwie. Z pozostałymi nie wiadomo było, co począć, do rana na pewno 
poczną cuchnąć. Zwróciłem na to uwagę młodemu myśliwcowi, ale nie przejął 
się oświadczając, iż zbyteczne zające można przecież wyrzucić w sąsiedniej 
dolince, gdzie w dzień sępy, a w nocy kojoty dadzą sobie z nimi radę. Nie 
podobała mi się taka odpowiedź. Już chciałem zauważyć, iż rozrzutność w 
tępieniu zwierzyny stanowi jedną z ujemnych cech niektórych plemion 
czerwonoskórych, znajdujących przyjemność w samym polowaniu dla 
polowania, bez istotnych potrzeb, ale ugryzłem się w język. Do licha, ten chłopak 
coś za bardzo przypominał Indianina! 

background image

Wystrugaliśmy dwa rożny i nad pachnącym płomieniem jałowcowych gałęzi 
upiekli mięso. Dla zasiedziałego mieszczucha taka potrawa okazałaby się na 
pewno kęsem trudnym do zgryzienia. Trudno było upiec ją w taki sposób, by 
ogień równomiernie ogarniał zająca. Zawsze z którejś strony mięso było 
przypalone, a z innej nie dopieczone. Ale spróbujcie wytrząść się na siodle, a 
przede wszystkim nałykać się powietrza dalekich przestrzeni — a każda 
potrawa smakować wam będzie jak najwyszukańsze danie sporządzone przez 
najznakomitszego kucharza. Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 
W dolince spędziliśmy dwa dni i trzy noce. Usiłowałem przez ten czas bliżej 
zapoznać się z chłopcem, ale próby te nie dały większych rezultatów. Poza porą 
posiłków chłopak trzymał się z dala od nas. To czyścił lub poił konie, to znów 
reperował uprząż, to szedł na zające. Pod koniec naszego pobytu zapytałem go 
wprost, jak się nazywa i skąd pochodzi. Odparł, że mogę go nazywać Dawidem, 
ale poprosił o niezadawanie pytań na temat jego prywatnego życia, jeśli nie chcę 
usłyszeć kłamstwa. Umilkłem i nawet nie wspomniałem o tej rozmowie 
towarzyszom. 
Nocą spadł rzęsisty deszcz — rzadkość w tych stronach — ale nazajutrz słońce 
wstało na czystym niebie, wiatr ustał, więc ruszyliśmy w drogę. Dawid 
doprowadził nas do szlaku przerwanej wędrówki, pożegnał się pospiesznie i 
szybko ruszył wprost na północ. Zgodnie uznaliśmy naszego wybawcę za osobę 
wielce tajemniczą. 
— 

Może to jakiś szpieg tych bandziorów i teraz pognał uprzedzić 

wspólników? — wyraził przypuszczenie Piotr. 
Karol wstrzymał konia usłyszawszy te słowa, ale zanim zdołał cokolwiek 
odpowiedzieć, uprzedził go Adams. 
— 

Znam się troszkę na ludziach. Takim posądzeniem krzywdzi się chłopca. 

W gorącej wodzie jesteś pan kąpany. 
Nie, nie. Idę o zakład, że chłopak nie ma nic wspólnego ani z bandą, ani z żadnym 
innym szachrajstwem. 
Przytaknąłem skwapliwie, ale Carr pokręcił tylko głową. Nie chciał się z nami 
sprzeczać, widać jednak było, iż nie został przekonany. Przez cały czas naszej 
jazdy rozglądał się podejrzliwie dokoła. Byłem pewien, że gdybyśmy teraz 
natknęli się na bandytów, Carr natychmiast uznałby to za fakt obciążający 
Dawida. Na szczęście, nic podobnego nam się nie przytrafiło. Bez specjalnych 
trudności odnaleźliśmy oddział Czarnego Niedźwiedzia. Powitał nas, jak zwykle, 
bez zbędnych słów i przemówień. 
 Czy to jest szeryf z Rainy Valley? — zapytał spoglądając na Adamsa. 
potwierdziliśmy. 
 

 Więc moi biali bracia nie zmarnowali czasu. Howgh! 

Usiedliśmy wokół ogniska, a Karol opowiedział zwięźle o naszej wędrówce, nie 
pomijając faktu spotkania tajemniczego chłopca. Wydało mi się, że Czarny 
Niedźwiedź ze specjalną uwagą słuchał tego fragmentu relacji, choć nie 

background image

zrobił na ten temat żadnej uwagi. Z kolei dowiedzieliśmy się, co zaszło podczas 
naszej nieobecności. W dwa dni po odjeździe przybyło tu dwu jeźdźców, a w 
dzień później — trzeci. Cała trójka została ujęta i odstawiona pod dobrą 
strażą do pueblo Nawajów. Schwytani wypierali się wszelkiego udziału w 
napadach. 
— A może to są naprawdę niewinni ludzie? — wtrąciłem. Zamiast odpowiedzi 
Czarny Niedźwiedź sięgnął za pas i wydobył trzy okrągłe blaszki —stylizowane 
srebrne słońca. 
Należało ruszać do puebla, ale że dzień się kończył, postanowiliśmy — ku mej 
skrytej radości — pozostać jeszcze na noc. Czułem się rzeczywiście bardzo 
zmęczony Ale jak to niekiedy bywa, gdy zapadła ciemność i mogłem wreszcie 
spokojnie i bezpiecznie (pod strażą licznych wart indiańskich!) ułożyć się do 
spoczynku, chęć snu nagle mnie odbiegła. Przewracałem się z boku na bok, 
spoglądałem w rozgwieżdżone niebo i zazdrościłem towarzyszom owiniętym w 
koce po czubki nosów, nieruchomo leżącym przy wygasającym ogniu. 
Przeciągnąłem się, wstałem, opatuliłem derką, bo noc czyniła się coraz 
chłodniejsza, i ruszyłem przejść się kawałek. 
Było cicho i moje buty tak głośno skrzypiały po piasku, jak gdyby sporządzono je 
z twardego żelaza, a nie z miękkiej skóry. Wszyscy już drzemali poza 
wartownikami. Dlatego zaskoczyła mnie czarna postać, która wyszła nagle z 
mroku rzucanego przez skałę. W pierwszej chwili sięgnąłem po broń, ale 
natychmiast uspokoił mnie znajomy głos:  
-Mój biały brat jeszcze nie śpi?  
Sen mnie odleciał. 
Siądźmy tu w cieniu. Noc jest jasna i widać wszystko daleko. 
Nie wiem, co miał na myśli Czarny Niedźwiedź — on to był bowiem — może 
przemawiała przezeń wrodzona ostrożność? Poszedłem za jego radą. 
Dłuższą chwilę milczeliśmy obaj, aż w końcu Indianin odezwał się: 
— 

Co mój biały brat sądzi o chłopcu? 

Pytanie padło nieoczekiwanie. W pierwszej sekundzie nie pojąłem, o co chodzi. 
A gdy zrozumiałem, zdziwiłem się jeszcze bardziej. Skąd to nagłe 
zainteresowanie wodza Nawajów nieznanym chłopakiem? Odparłem 
wymijająco, iż chłopiec bardzo mi się podobał (co było zgodne z prawdą), że cała 
nasza trójka zawdzięcza mu ratunek podczas piaskowej burzy. Kto wie, może 
nawet życie. 
Usłyszałem, jak Czarny Niedźwiedź odetchnął głęboko, a potem powiedział 
przyciszonym głosem: 
— 

To syn mego ojca... 

Takie określenie w ustach Indianina oznaczało, iż chłopiec jest jego bratem! Była 
to dla mnie zaskakująca wiadomość, ale następne słowa okazały się nie mniej 
zaskakujące. 

background image

Mój biały brat jest lekarzem. Chciałbym, aby syn mego ojca również został 
lekarzem. Wielcy i mądrzy są czarownicy plemienia Nawajów, ale nie zawsze 
potrafią uleczyć czerwonego wojownika. Howgh! 
Czy syn twego ojca jest również synem twojej matki? — zapytałem chcąc 
sprawdzić, czy mam do czynienia z przyrodnimi, czy z rodzonymi braćmi. 
Tak — odparł. 
Teraz zrozumiałem, kogo przypominał mi chłopak: Czarnego Niedźwiedzia! 
Czyżby więc Czarny Niedźwiedź nie był Indianinem? Nieoczekiwane odkrycie, 
chociaż przez cały czas, jakby podświadomie, podejrzewałem go o to. 
Wódz, jak gdyby dopowiadając moim myślom, wyjaśnił: 
— Matka nasza była córką Indianina, a ojciec białym człowiekiem. Czy to nie 
dziwi mego białego brata? 
 Niezbadane są ścieżki ludzkiego życia — odparłem ukrywszy zdziwienie. 
Wiedziałem, iż niektórzy z osadników traktowali zdarzające się fakty podobnego 
rodzaju jako renegactwo, jako wyparcie się własnej narodowości. Ja tak przecież 
nigdy nie sądziłem. To, że Czarny Niedźwiedź wybrał życie wśród rodaków swej 
matki, na pewno mu w niczym nie ubliżało. Cóż jednak skłoniło go do takiego 
kroku? Nie przypuszczałem, że jeszcze tej nocy mi to wyjaśni. Indianie nie są 
skorzy do zwierzeń, ale Czarny Niedźwiedź był przecież tylko półkrwi 
Indianinem. Może ten fakt właśnie i chęć zwierzeń — wrodzona ludziom o 
jasnym kolorze skóry — skłoniła go do powiedzenia wszystkiego? 
Ojciec Czarnego Niedźwiedzia przybył z Europy, z kraju, który wsławił się 
bohaterskimi walkami o wolność własną i innych narodów. Jego dwaj wielcy 
synowie, Kościuszko i Pułaski, brali przecież udział w walce o niepodległość 
Stanów. Ojciec wodza wyemigrował na nowy ląd wkrótce po upadku wielkiego 
powstania jego narodu przeciw ciemięzcom *. Przywędrował w licznej 
gromadzie towarzyszy broni, którzy jednak szybko rozproszyli się po terenach 
wschodnich stanów. Był z zawodu rusznikarzem i rychło znalazł pracę w Nowym 
Jorku. Kiedy jednak na Dziki Zachód popłynęła fala osadnicza, sam postanowił 
spróbować szczęścia: został traperem. Wiodło mu się nieźle aż do chwili, w której 
— zaskoczony przez szarego niedźwiedzia Gór Skalistych — ledwie z życiem i 
wieloma ranami wyszedł z niebezpiecznej przygody. Że jednak nie przeniósł się 
do krainy “wiecznych łowów", zawdzięczał tylko Nawajom. 
Wielki wódz tego plemienia, dziś już starzec, Pierzasta Strzała, znalazł 
przypadkiem nieszczęśnika i zaopiekował się nim. Przewieziony do jednej z 
wiosek, wkrótce powrócił do 
 

Najprawdopodobniej chodzi tu o powstanie listopadowe. 

 
  
 
  

background image

zdrowia, ale życie wśród Indian tak mu przypadło do smaku, iż wśród nich 
pozostał. Pojął za żonę córkę Pierzastej Strzały. W rok później narodził mu się 
syn. Teraz biały traper począł zastanawiać się nad przyszłością rodziny. Doszedł 
do wniosku, iż pobyt wśród Nawajów nie zapewni jego synowi dostatecznego 
wykształcenia. Postanowił przenieść się na wschód, do jednego z większych 
miast. Jak postanowił, tak uczynił. 
Małą rodzinę odprowadził tak daleko, jak tylko mógł, sam Pierzasta Strzała z 
oddziałem wojowników. Podróż upłynęła pomyślnie, a perspektywy na 
przyszłość zapowiadały się jak najlepiej. Traper otrzymał od Indian szereg 
cennych darów, między którymi woreczki ze złotym piaskiem grały nie byle jaką 
rolę. 
Po zamieszkaniu na stałe w Nowym Jorku ojciec Czarnego Niedźwiedzia założył 
własny warsztat rusznikarski. Powodziło mu się znakomicie. Po kilku latach syna 
umieścił w szkole początkowej, marząc już o wyższych studiach dla jedynaka. W 
tym czasie urodziło się drugie dziecko, również syn. Ale poczęło się coś psuć w 
życiowej sytuacji emigranta. Nie, żeby mniej zarabiał. Wprost przeciwnie. 
Zapotrzebowanie na palną broń wzrastało, a pewne usprawnienia, których 
dokonał zdolny rusznikarz, zjednały mu rozgłos. Dobrej broni żądali prawie 
wszyscy, więc warsztat rusznikarski rozwijał się, ale żona rusznikarza nie mogła 
już pokazywać się na ulicach miasta, żeby nie słyszeć obelżywych wyzwisk pod 
swym adresem. Starszy syn stawał się coraz bardziej podobny do matki i to stało 
się przyczyną nowych przykrości. W końcu miarka się przebrała. Rusznikarz 
sprzedał warsztat, kupił wóz, konie i wraz z całą karawaną podobnych mu 
straceńców ruszył na zachód, aby tam rozpocząć nowe życie. Nie sądzone jednak 
było mu dotrzeć do celu. Mała karawana wozów została napadnięta gdzieś u 
granic Arizony. Banda białych rabusiów wymordowała kilkanaście osób, a część 
uprowadziła. Polegli, broniąc się do ostatka, oboje rodzice Czarnego 
Niedźwiedzia. 
Wśród ludzkich zwłok, padłych koni, porozbijanych wozów ostał się sam, ranny i 
z małym bratem. I tak, jak niegdyś ojciec, teraz on ocalony został przez 
nawajskich zwiadowców. Obu chłopców sprowadzono do obozu. Starszy został 
rozpoznany i wraz z bratem przyjęty do grona indiańskiej społeczności. 
Którejś wiosny starszy brat napotkał na swej drodze czarnego niedźwiedzia. 
Strzelił, ale chybił. Na powtórne nabicie fuzji nie starczyło już czasu. Wtedy 
wyciągnął zza pasa nóż i pokonał napastnika. Ale w sekundę później wyskoczył 
nań drugi, jeszcze potężniejszy niedźwiedź. I tego pokonał młody wojownik. Na 
pamiątkę zdarzenia nadano mu imię Czarnego Niedźwiedzia. W kilka lat później 
wybrany został do rady wodzów plemiennych i stał się zaufanym człowiekiem 
Pierzastej Strzały. Nauczył Nawajów obchodzić się z palną bronią, walczył z 
handlem wymiennym, zakazał sprzedawania skór za “wodę ognistą" i nic 
niewarte świecidełka. Zjednało mu to powszechny szacunek. 
A młodszy brat? 

background image

Czarny Niedźwiedź doszedł do tego samego wniosku, co niegdyś jego ojciec. 
Uznał, iż Dawid powinien uczyć się w mieście. Znalazł rodzinę, u której umieścił 
malca. Dawid przez zimę chodził do szkoły, wiosną i latem przebywał u brata, 
uganiając się po bezludnych obszarach Arizony. 
Oto, czego dowiedziałem się od Czarnego Niedźwiedzia podczas nocy spędzonej 
na pustkowiu. Nie pytałem go ani o prawdziwe imię, ani o “białe" nazwisko. Nie 
było to przecież ważne. 

background image

Kręte tropy 

 
 
Do pueblo Nawajów zawitaliśmy późnym popołudniem, kiedy nawajscy pasterze 
pędzili do wodopoju stada jasnych jak śnieg owiec. Plemię już od dawna 
zajmowało się hodowlą, a wełna stała się surowcem nie tylko do produkcji 
własnej odzieży, ale i do wyrobu barwnych tkanin nabywanych bardzo chętnie 
przez białych. Prawie natychmiast przyjął nas Pierzasta Strzała i wysłuchał relacji 
Czarnego Niedźwiedzia. Nic z niej nie zrozumiałem, jako że w czasie pobytu w 
Arizonie nauczyłem się zaledwie paru słów w nawajskim języku. Karol 
przetłumaczył mi jednak wszystko. Chodziło o konieczność pozostawienia nadal 
oddziału Indian w pobliżu odkrytej przez nas jaskini. Mogło się bowiem zdarzyć, 
że inni, nieświadomi sytuacji członkowie “Słońca Arizony" będą szukać 
schronienia na pustyni. Wyłapując ich, można by jeśli nie całkowicie 
zlikwidować, to przynajmniej poważnie uszczuplić liczebność bandy. Adamsowi 
bardzo spodobał się ten projekt. Nazwał go “pułapką na myszy". Czy jednak 
najwyższy wódz Nawajów zechce go zaakceptować? Miałem wątpliwości, bo 
przecież Indianie angażowali się w ten sposób w akcję wykraczającą daleko poza 
obronę własnego terytorium i własnego mienia. Okazało się jednak, iż Pierzasta 
Strzała darzy pełnym zaufaniem swego wnuka (Czarny Niedźwiedź był przecież 
synem jego córki!) i nie kazał odwoływać wojowników. Na zakończenie — 
pragnąc być zrozumianym przez wszystkich oświadczył łamaną angielszczyzną, 
iż ceni sobie pobyt w pueblo dzielnych bladych twarzy, braci czerwonych 
mężów. Po tym grzecznościowym stwierdzeniu odszedł wspierając się na 
ramieniu młodego wojownika. 
Dalszy ciąg narady odbyliśmy w ściślejszym gronie. Zgodnie z propozycją 
Karola postanowiono przyjrzeć się schwytanym członkom “Słońca Arizony". Jak 
już wspomniałem, było ich trzech. Zgodnie z rozkazem Czarnego Niedźwiedzia 
więźniowie trzymani byli każdy z osobna. W ten sposób uniemożliwiono wszelką 
próbę wzajemnego porozumiewania się. 
Jeszcze przed zachodem słońca udaliśmy się małą grupką na najwyższe “piętro" 
osady. Tam właśnie trzymano schwytanych. Jeden z nich leżał związany, ale dość 
wygodnie,, na stosie skór, w nawajskim domku. Jak się dowiedziałem, 
zdejmowano mu pęta tylko na czas posiłków, które regularnie otrzymywał. Nie 
miał więc powodów do narzekania na złe traktowanie. Gdy ujrzał nas, białych, i 
do tego uzbrojonych, -i więc nie więźniów, natychmiast się rozgadał. 
Panowie, ratujcie! Te czerwone diabły szykują mi pal. Złapali mnie podstępnie i 
więżą. Nie wiem, za co. Nie zostawicie mnie przecież tutaj! 
Wodził niespokojnym wzrokiem po. naszych postaciach. Mimo proszącego tonu 
nie mógł wzbudzić w nas współczucia. Ileż niewinnych ofiar musiało paść z ręki 
tego człowieka i jego wspólników? 
Milczałem. Przemówił za nas wszystkich Karol. 

background image

Nie martw się, nic ci tutaj nie grozi. Ani śmierć przy palu, ani kula. Żaden z 
czerwonoskórych nie podniesie na ciebie ręki, jeśli nie będziesz próbował 
ucieczki. 
Każcie zdjąć rzemienie. 
— 

Co to, to nie. Staniesz przed sądem. 

Ujrzałem jak pobladł. 
- Przed jakim sądem?! — wykrzyknął. — Może przed wami? Kim wy jesteście? 
Wówczas wystąpił Adams i pokazując gwiazdę szeryfa, którą sobie przypiął do 
bluzy, zapytał: 
— 

Znasz to? 

Więzień stropił się. 
Szeryf? — wyjąkał. — O co jestem oskarżony? 
 

O zbójeckie napady, o rabowanie dyliżansów, o kradzież koni. Wiesz, jak 

się za takie sprawki tu na Zachodzie karze. Można by do ciebie zastosować prawo 
Lyncha *, ale staniesz przed normalnym sądem. Będziesz odwieziony do 
fortu Huachuca. Tam się już tobą zajmą. 
Jestem niewinny. Nic nie wiem o żadnej bandzie. 
 

To już jest oczywiste kłamstwo — wtrącił Karol. 

Kto przebywa w Arizonie, ten dobrze wie, co się tu wyrabia, chyba że byłby 
głuchy i ślepy. Sam brałeś udział w napadach. Gdybyś się zastanowił nad swym 
położeniem, nie byłbyś taki twardy. 
Nie wiem, nie rozumiem... Czego chcecie ode mnie? 
Pomocy w wytropieniu morderców. To jedyna twoja  szansa. 
Tego się po mnie nie spodziewajcie. Nic nie wiem o żadnych mordercach. Sąd 
weźmie to pod uwagę. 
Mówił głosem coraz spokojniejszym. Na pewno wiadomość, iż zostanie 
przewieziony do Huachuca i że nie czeka go śmierć przy “palu męczarni" tak go 
pokrzepiła na duchu. Droga do Huachuca jest daleka, wiedzie przez kraj prawie 
nie zamieszkany — ileż możliwości ucieczki lub odbicia przez towarzyszy ze 
“Słońca Arizony"? 
Dalszą rozmowę uznaliśmy za bezcelową. Wizyta u drugiego ze schwytanych 
również nic nam nie dała. Od odwiedzin trzeciego jeńca powstrzymał nas Karol. 
Dlaczego? — zdziwiłem się. 
To na nic. Oni nie chcą gadać. Czy ze strachu przed wspólnikami, czy z obawy 
przed nami... nie wiem. Mam w zanadrzu lepszy pomysł, a dalsze rozmowy 
wszystko by  
 

Prawo Lyncha stosowane na Dzikim Zachodzie polegało na tym, k przestępcę schwytanego na 
gorącym uczynku sądzono natychmiast w obecności poszkodowanego i świadków. Sędziów 
wybierano spośród obecnych. Jedynym wyrokiem mogła być kara śmierci lub uwolnienie. 

 
 
  

background image

popsuły. Chodźmy gdzieś na bok, wytłumaczę, do czego zmierzam. 
Wróciliśmy do chatki i tu mój przyjaciel wyjawił swój plan. Oświadczył, iż 
należy ułatwić dwóm spośród trzech schwytanych rozmowę na osobności. W tym 
celu proponował, aby następnego ranka wyprowadzić ich na dwór i przywiązać 
do drzew na dnie kanionu. Straż indiańską umieści się tak, aby więźniom wydało 
się, że mogą swobodnie rozmawiać. Jeden z nas podkradnie się i podsłucha 
rozmowę. Być może, iż w ten sposób dowiemy się interesujących szczegółów. 
Piotr Carr zapytał, dlaczego nie urządzić spotkania całej trójki. 
Dlatego — wyjaśnił Karol — iż ci dwaj, których mam na myśli, zostali ujęci 
razem, a więc znają się. Trzeci przybył do jaskini sam. Jeśli banda jest tak liczna, 
że musi używać porozumiewawczych haseł i znaków rozpoznawczych, zdarzyć 
się może, iż będzie dla nich kimś zupełnie obcym. To im zamknie usta. A poza 
tym nie chcę, by trzeci jeniec dowiedział się od tamtych o naszym tu pobycie. 
Przypuszcza  przecież, że go schwytali czerwonoskórzy z własnej inicjatywy. 
Liczę się również z tym, że może niewiele skorzystamy z podsłuchanej rozmowy. 
Wówczas przedstawię wam jeszcze jeden plan, a jego realizacja wiąże się właśnie 
z osobą trzeciego jeńca. 
Niech i tak będzie — mruknąłem niezupełnie przekonany. — Kto ma 
podsłuchiwać? Chyba ty, Karolu, i szeryf? 
Myślę, że dwie osoby wystarczą. Gdzie jest jakieś odpowiednie miejsce? — 
zwrócił się do Czarnego Niedźwiedzia. 
Na dnie kanionu, tuż przy wodzie rosną dwa drzewa. Kiedy się stanie między 
nimi i wyciągnie ręce, można dotknąć obu pni. 
To by się nadawało — zauważył Adams. 
— 

Trzeba sprawdzić — zdecydował Karol. 

Uczyniliśmy to natychmiast. Na dnie kanionu rosły dwa samotne klony. 
Rzadkość w tych stronach. Gorący i suchy klimat nie sprzyja wegetacji takich 
drzew. Karol legł za pobliskim krzakiem i poprosił mnie, abym stanął przy 
jednym pniu, a Piotr Carr przy drugim. Poczęliśmy rozmawiać szeptem. Okazało 
się, iż cała trójka wzajemnie się słyszy. Miejsce było doskonale wybrane. Więc 
nawet nie czekaliśmy ranka, ale jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy 
przeprowadzić doświadczenie. 
Sprowadzono więźniów i przywiązano ich do drzew. Zapadał wieczór, w 
wąwozie panował półmrok. Dwa posterunki indiańskie stanęły w sporej 
odległości. Zdecydowaliśmy ostatecznie, że nie szeryf, tylko ja z Karolem 
pójdziemy na podsłuch. Mile to połechtało moją ambicję. Nie wiedziałem 
wówczas, iż był to chytry wybieg Karola. 
Podczołgaliśmy się jak najbliżej klonów i ukryliśmy w trawie. Nadstawiłem uszu. 
Przez kilka minut panowała niczym nie zamącona cisza. Zaczynałem 
podejrzewać, że jeńcy zdążyli się porozumieć wcześniej. Leżałem jednak 
nieruchomo, postanawiając we wszystkim naśladować Karola. A ten nawet nie 
drgnął. Cierpliwość została wynagrodzona. Uszu moich dobiegł bardzo cichy, a 
przecież zupełnie wyraźny szept: 

background image

—Jack, słyszysz? 
Człowiek nazwany Jackiem odwrócił głowę: 
—Nikt nie podsłuchuje? — zapytał. 
—Na pewno nie. Czerwone małpy stoją zbyt daleko. 
—Po co nas tu przywiedli? 
—Nie wiem, może chcą, żebyśmy się przewietrzyli.  
—Nie gadaj głupstw! Żeby nie te białe draby, które ze mną gadały i obiecywały 
podróż do Huachuca, myślałbym, że szykują nam pal. Widziałeś tych białych? 
—Tak. 
—Kto to jest? 
—Jeden z nich to szeryf. I mnie się za takiego podawał. Bzdura. Co by tu szeryf 
miał do roboty? To jakieś cwaniaki, ale o co im chodzi? Ani rusz nie mogę 
odgadnąć. 
—A jednak to szeryf, powiadam ci. Bili. Jego twarz wydała mi się znajoma, a 
teraz już wiem na pewno: był szeryfem w Rainy Valley. 
—Ten, którego przegnali? 
—Ten sam. Hobbs zadarł z Rainy i postanowił wykurzyć szeryfa. Udało mu się. 
Ale przyjdzie czas, że my wykurzymy Hobbsa. 
—Do diabła z Hobbsem i szeryfem. Co będzie z nami? Wygadałeś się z czym? 
—Nie jestem wariat. 
—To dobrze. Nic nam nie udowodnią. 
—Ale co to wszystko znaczy? Dlaczego nas schwytali Indianie? I co tu robią 
biali? Wygląda na to, że ktoś zdradził... 
— Nie wierzę. 
—Więc co? 
—Nie wiem. Pocieszam się tym, iż droga do Huachuca długa i niejedno może się 
wydarzyć. Nasi kamraci pewnie nas odbiją. 
—Jeżeli wiedzą o wszystkim. Mieliśmy się spotkać ze Złotym Lewisem. Jeśli nas 
nie zastał, powinien dać znać komu trzeba. Można na nim polegać? 
—To facet o piekielnym szczęściu do znajdowania złotego piasku, stąd 
przezwisko. Tyle wiem o nim. Jak nas nie doczeka, musi przecież dać znać 
Wielkiemu Słońcu. 
—A jeśli tego Lewisa również pochwyciły czerwone diabły? 
—Nie sądzę. Byłby teraz z nami. 
—A jeśli zginął w walce? 
—Bili, co ci jest? Kraczesz i kraczesz bez przerwy. 
—Kraczę, bo mi się to wszystko nie podoba. Myślałeś jak się stąd wydostać? 
—Diabelnie trudna sprawa. Ja liczę tylko na drogę do Huachuca. Tutaj co noc 
sprawdzają moje więzy. 
—I moje. 
—Widzisz. Ale nawet gdybym się oswobodził, jak uciec? 
Drabina pod drabiną i wszędzie pilnują. Gdyby nas chociaż trzymali tutaj, w 
kanionie... Już byłoby łatwiej. 

background image

—Więc zrezygnowałeś, Jack? 
—Nigdy. Po prostu czekam na okazję. Chyba najlepsza przytrafi się w drodze. 
Znowu umilkli. Już chciałem się wycofać, gdy nagle jeniec nazwany Billem 
szepnął: 
—Jeśli oni odkryli jaskinię, złapią każdego, kto do niej trafi. 
—Bardzo niewielu z nas wie o jej istnieniu. Tylko ci, którzy walczą w tych 
stronach. 
Powiedział “walczą". Aż się wzdrygnąłem. Rabunek spokojnych podróżnych to 
dla nich “walka"? 
—Musimy stąd uciec. 
—Uciekaj, jak potrafisz. Jak ci się uda, wal prosto do Rainy Valley. 
—Do kogo? 
—Idź do “Arizonac". Odszukasz gospodarza i powiesz mu hasło. Masz “słońce"? 
—Zabrali. 
—Źle, ale uwierzą ci na słowo. Gospodarz ułatwi spotkanie z potrzebną osobą 
albo sam cię wysłucha. Powiesz, jak sprawy stoją. Jeśli ja pierwszy stąd się 
wyrwę, postąpię tak samo. 
Leżeliśmy jeszcze kilka minut, ale gdy żaden z jeńców więcej się nie odezwał, 
wycofaliśmy się na bezpieczną odległość. 
—Słyszałeś wszystko? — zapytał Karol. 
Przytaknąłem. 
Chodźmy. Trzeba powtórzyć innym. 
Gdy Karol streścił podsłuchaną rozmowę, pierwszy zabrał głos szeryf Adams. 
— 

Niewiele z tego skorzystamy, ale jest przecież kilka wiadomości ważnych. 

Przede wszystkim to, że gospodarz “Arizonac" należy do bandy. Nigdy nie 
przypuszczałem. Podejrzewałem natomiast, że Hobbs jest ich wspólnikiem i że to 
jego ludzie biorą udział w napadach. Z tej sytuacji wynika prosty wniosek: 
prędzej czy później musi dojść do starcia między Hobbsem a bandą. Chociażby 
dlatego, że Hobbs drze koty z właścicielem “Arizonac". Dziwne, że do tej pory 
nie napadnięto go jeszcze. 
Wydaje się — zauważyłem — iż dwie przyczyny mogły powstrzymać bandę od 
porachunku z Hobbsem. Pierwsza: że Hobbs ma się na baczności i będzie się 
bronił do ostatka; druga: że właściciel “Arizonac" jest zbyt małą figurą, aby z jego 
powodu zadzierać z Hobbsem. 
—A więc Hobbs jest naszym sprzymierzeńcem — wyrwał się Carr. 
Zanim zdążyłem zaprotestować przeciw takiemu upraszczaniu sprawy, Adams 
skrzywił się zabawnie i energicznie zaprzeczył:. 
— 

Co to, to nie! Hobbs należy również — słowo “również" wymówił ze 

specjalnym naciskiem — do osobników pozostających na bakier z prawem. 
Burdy, jakie jego ludzie wyprawiali w Rainy Valley, wystawiają mu świadectwo 
awanturnika, człowieka, z którym nie sposób chyba bronić prawa. 
Karol poparł stanowisko szeryfa. 

background image

Czynię tylko jeden wyjątek w tej sprawie — oświadczył. — Gdyby Hobbsa 
napadnięto, powinniśmy mu pomóc. 
To leży w naszym własnym interesie. Co pan na to, szeryfie? 
—Zgadzam się. 
Więc rzecz załatwiona i nie ma potrzeby do niej wracać. A teraz drugie 
zagadnienie: Złoty Lewis, na którego czekano, jest prawdopodobnie trzecim 
schwytanym przez Czarnego Niedźwiedzia człowiekiem. Niewiele 
dowiedzieliśmy się z rozmowy Jacka z Billem, ale wystarczająco 
dużo, aby móc z kolei pociągnąć za język Lewisa. To już będzie należało do 
naszego dzielnego doktora — tu spojrzał na mnie. 
— 

Do mnie?! — krzyknąłem. — A cóż ja mam zrobić z tym Lewisem? 

— 

Taki jest mój kolejny plan — oświadczył Karol. 

Masz mnóstwo planów — zauważyłem zgryźliwie — tylko ci wykonawców 
brak! 
- Nie denerwuj się, Janie. Ty będziesz jedynym wykonawcą i wierzę, że spiszesz 
się znakomicie. 
To rzekłszy zaproponował, abym tej jeszcze nocy odwiedził trzeciego ze 
schwytanych i dał mu do zrozumienia, iż jestem członkiem bandy. No, i obiecał 
pomoc w uwolnieniu. - Uważasz, że na taką obietnicę da się złapać? Że uwierzy 
w moją przynależność do “Słońca Arizony"? Zaiste masz ich wszystkich za 
durniów, Karolu. 
— 

Nie wszystkich, ale tych szeregowych członków. Ich poziom umysłowy 

jest doprawdy bardzo niski. A poza tym, Janie, ty go naprawdę... uwolnisz. 
:— Oszalałeś chyba! 
Daleki jestem od tego. Niepotrzebnie się unosisz. 
Wzruszyłem ramionami: Nic nie rozumiem. 
 
Ach — wtrącił się Adams — coś mi świta w głowie. 
Takich przecież sposobów chwyta się policja we wschodnich stanach. Puszcza się 
przestępcę, aby idąc jego śladem złapać całą grupę. To jest myśl, to jest myśl! Co 
pan na to, doktorze? 
Nadal nie pojmuję, dlaczego właśnie mnie przeznacza się taką trudną rolę. 
Najlepiej pasowałaby panu, szeryfie. 
Adams nie może — zauważył Karol. — Zbyt go znają w okolicy Rainy Valley, a 
podejrzewam, że banda ma swą siedzibę gdzieś w tamtych stronach. Jeśli nie w 
samym miasteczku. Ciebie mało kto zna... 
Niech jedzie Piotr. 
Wiesz dobrze, iż Piotr nie orientuje się w sytuacji. Ty słyszałeś rozmowę jeńców. 
A ktoś musi jechać. Podsłuchana rozmowa nie wyjaśniła wielu szczegółów. 
Nadal nie wiemy, gdzie się mieści siedziba bandy, kto nią kieruje, kim jest osoba 
nazwana Wielkim Słońcem. 
Przywódcą  — wtrącił Carr niezbyt inteligentnie. 

background image

Co do tego nie ma dwu zdań. Ale jak się on nazywa i gdzie mieszka? Co się tyczy 
samej bandy, odniosłem wrażenie, iż jest to grupa dobrze zorganizowana i 
działająca sprawniej niż wszyscy bandyci grasujący na tych ziemiach od 
chwili ich otwarcia dla osadnictwa. Otóż wszystkie te wątpliwości ty, Janie, masz 
nam rozproszyć. 
Słusznie — przytaknąłem — ale tym bardziej zamiast mnie powinien iść ktoś 
inny, bardziej doświadczony. Ryzyko jest poważne. Tu już nie chodzi o moją 
osobę, ale o to, czy uda się podstęp, czy nie. 
Dasz sobie radę. Obiecujemy czuwać nad tobą. 
Idź ty, Karolu. 
A kto będzie kierował całą akcją? Zresztą, niech wszyscy zabiorą głos w tej 
sprawie. Szeryfie? 
—Popieram projekt. 
—A co sądzi o tym Czarny Niedźwiedź? 
—Słowa Wielkiego Bobra pełne są mądrości. Nikt nie szuka tropów na odległość 
karabinowej kuli, ale wokół siebie. Musimy iść śladami, które nas nie zmylą. 
Pomysł Wielkiego Bobra jest dobry. Howgh! 

Było to arcydyplomatyczne wystąpienie: poparcie planu bez wymienienia 

jego wykonawcy. Ale Karol natychmiast uznał, iż propozycja jego została 
przyjęta w całości. Dalsze moje protesty mogłyby poddać w wątpliwość moją 
odwagę, więc ich zaniechałem, pełen — przyznam się — najczarniejszych myśli. 
Nazajutrz miałem odwiedzić człowieka przezwanego Złotym Lewisem, podać się 
za członka bandy, obiecać pomoc i wreszcie z nim uciec. Czy podołam temu 
zadaniu? 
Odpowiedź na to pytanie dręczyła mnie przez całą noc. Następny dzień upłynął 
mi w nudzie i zdenerwowaniu. Mimo uszu puszczałem cenne uwagi Karola, jak 
mam postępować. Byłem na niego — co tu ukrywać! — wręcz wściekły. 
Gdy słońce zaszło, udałem się samotnie do chatki, w której trzymano Lewisa, 
jeśli to oczywiście był Lewis, a nie zupełnie ktoś inny. 
Zatrzymałem się w mrocznej izdebce. Popatrzałem dokoła. Kiedy wzrok 
przywyknął do ciemności, dojrzałem w rogu leżącego mężczyznę. Zbliżyłem się, 
ukląkłem. Nawet nie drgnął. 
—Lewis — szepnąłem  Złoty Lewis, obudź się.  
Nie uzyskałem odpowiedzi. Dotknąłem ręką jego głowy. Poruszył się. 
—Kto tu? — zapytał ochrypłym głosem.  
—Słońce Arizony — odparłem. — Ty jesteś Złoty Lewis?  
Usiadł i przyglądał mi się bacznie. 
—O czym gadasz? 
Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem srebrną miniaturę słońca. Wziął ją do ręki i 
bacznie oglądał. Potem zwrócił. 
—Kto ty? 
—Przychodzę do Złotego Lewisa — odparłem. 
—To ja. 

background image

—Mam cię uwolnić. 
—Jakim sposobem? 
—Nie twoja sprawa. Widziałem Jacka i Billa. Powiedzieli mi o twojej wpadce. 
—Kiedy? 
—Wczoraj. 
—A ja myślałem, że zwiali... Czekałem na nich w jaskini... 
—Wiem. 
—Jak tu się dostałeś? 
—Nie pytaj, szkoda czasu. Przyjdę nad ranem. Wszystko zostało przygotowane 
do ucieczki. Zrozumiałeś? 
—Tak. 
—Leż spokojnie i czekaj. 
Wyrzekłszy te słowa czym prędzej opuściłem izbę. Po czym raz jeszcze 
omówiłem całe przedsięwzięcie — już bez gniewu — z Karolem, szeryfem i 
Czarnym Niedźwiedziem. Wziąłem sobie do serca swą rolę. 
Ucieczka miała się odbyć tuż przed świtem, tak aby moi przyjaciele mogli 
natychmiast udać się naszym tropem. 
W pierwszej grupie mieli jechać: Karol, Adams i Piotr Carr. W drugiej — Czarny 
Niedźwiedź i pół setki Indian. Była to siła odwodowa na wypadek starcia z 
większą liczbą członków bandy. Celem ostatecznym — dotarcie do siedziby 
bandy i schwytanie jej przywódcy. 
Nazajutrz, zanim pierwsze zorze ukazały się nad kanionem, dotarłem do więźnia, 
uwolniłem go z pęt i sprowadziłem na sam dół, do koryta strumienia. Złoty Lewis 
był bardzo niespokojny, ale starał się zapanować nad nerwami. Ja nawet nie 
musiałem udawać niepokoju. Na skraju kanionu czekały na nas konie — zgodnie 
z zarządzeniem Czarnego Niedźwiedzia. Wskoczyliśmy na siodła. Straże 
indiańskie były tego ranka tak rozmieszczane, iż mój towarzysz nie mógł ich 
dostrzec. Milczał cały czas, aż do chwili gdy wyjechaliśmy z wąwozu. Wówczas 
zapytał. 
—A moja broń? 
Wzruszyłem ramionami. 
—Nie wiem, gdzie jest. 
Poprzestał na tym stwierdzeniu. Początkowo jechaliśmy stępa, potem 
przeszliśmy w galop. Gnaliśmy z dobrą godzinę, aż wreszcie on pierwszy skręcił 
w labirynt skałek. 
—Tu nas już nie złapią — oświadczył, głośno oddychając. — Dokąd mamy 
jechać? 
—Do Rainy Valley. W “Arizonac" zgłosisz się do gospodarza, potem 
porozumiesz się ze mną. Będę tam cały czas. 
—Znam drogę — odparł. — W Rainy bawiłem nieraz. 
Uderzył konia ostrogami. Pomknęliśmy. 
Koło południa zatrzymaliśmy się na krótki postój. Worki z wodą zaspokoiły 
pragnienie, a suszone mięso — głód. 

background image

- Z ciebie to musi być łebski chłopak - zauważył Lewis rwąc na kęsy płaty 
bawolej polędwicy. — O wszystkim pamiętałeś. A w ogóle to całe moje 
uwolnienie wygląda cudownie. Jak sztuczka czarnoksiężnika. Że też potrafiłeś!... 
— 

Mam znajomków wśród Nawajów. 

Spojrzał na mnie i gwizdnął: 
—Chyba jeden jesteś taki. Arizona ma być bez Indian. Wiesz o tym? 
—Wiem—mruknąłem.—Trudne to zadanie. 
—Dla nas nie ma nic trudnego. 
—Widziałeś kiedy Wielkie Słońce? — zapytałem. 
—Milcz, jeśli ci życie miłe! O to nie wolno się pytać. 
—Zapomnij o tym. 
—Zrobię to dla ciebie, ale zapamiętaj sobie: nie trzeba zbyt często pytać. Choć 
przecież nie wyglądasz na nowicjusza… 
Zastosowałem się do jego wskazówki. W wyniku —milczeliśmy prawie przez 
cały czas postoju, bo Złoty Lewis również stracił chęć do rozmowy. 
W dalszej drodze nie przytrafiło się nic godnego uwagi. Na koniec pewnego 
popołudnia ujrzeliśmy zieloną dolinę Rainy. Zbliżał się kres naszej podróży, 
najłatwiejszej —jak słusznie uważałem — części mego przedsięwzięcia. Jeszcze 
dwie godziny i oto znalazłem się po raz drugi na szerokiej, brązowoceglastym 
pyłem pokrytej ulicy miasteczka. W jakże jednak zmienionych warunkach! 
Kończył się dzień, szare cienie zmierzchu padały na deski werandy gospody 
“Arizonac", gdy przywiązywaliśmy konie do słupków. Złoty Lewis ruszył 
pierwszy,  
—Będę na ciebie czekać — szepnąłem. 
Wkroczyłem do sali zaraz po nim. Część stołów była zajęta, część — wolna. 
Wybrałem najciemniejszy, najodleglejszy kąt. 
L:ewis zniknął mi z oczu. Siedziałem chwilę samotnie, z nudów zająłem się 
nabijaniem fajki tytoniem. Zamówiłem piwo i jakieś gorące danie. Zapaliwszy 
fajkę, spod oka obserwowałem otoczenie. Jak zwykle w tego rodzaju lokalach 
Dzikiego Zachodu nie brakowało charakterystycznych typów. Cóż za kopalnia 
tematów dla rysownika lub malarza! Nie byłem ani jednym, ani drugim, ale samo 
przyglądanie się stanowiło zajęcie niezwykle interesujące. Twarze spalone 
słońcem południa, od młodzieńczych, zaledwie pokrytych zarostem, po 
pobrużdżone latami czoła i brody spadające do połowy piersi. A nad tymi 
twarzami o rysach odpychających ukrytym okrucieństwem lub też dziecinnie 
łagodnych sterczały nakrycia głów, to odrzucone do tyłu, to nasunięte na oczy, 
fantastycznych kształtów i barw. Od meksykańskich sombrero poprzez 
wchodzące w modę pilśniowe kapelusze o szerokich skrzydłach, po bokach lekko 
podgiętych, aż po czapki futrzane, na widok których robiło mi się jeszcze goręcej. 
Dostrzegłem nawet najprawdziwszy cylinder, ale z obłamanym rondem, 
przypominający komin. A cóż powiedzieć o broni zebranej tu mieszaniny 
ludzkiej? Nowoczesne colty i jakieś dwulufowe pistolety pochodzące chyba z 
okresu wojny domowej *, strzelby o lufach niezwykłej długości, przypominające 

background image

eksponaty muzealne, poskręcane drutem, z kolbami poobijanymi, sąsiadowały z 
lśniącymi oksydowaną stalą sztucerami wielostrzałowymi najnowszej produkcji. 
Długa broń znajdowała się zawsze w zasięgu ręki jej właściciela, oparta o stoły, 
ławy, niekiedy umieszczona na kolanach siedzącego. Ubiory, podobnie jak 
uzbrojenie, były przeglądem strojów chyba z pół wieku, chociaż przeważały 
wśród nich kolorowe, bawełniane koszule, kamizelki, skórzane kurty i również 
bawełniane spodnie, opadające na buty z wielkimi ostrogami i o wysokich 
obcasach - meksykańska moda, która dotarła tu z południa. 
Mimo opalenizny twarzy rozpoznałem kilku Metysów przybyłych tu zapewne aż 
z nadgranicznej Youmy oraz człowieka, który wydawał mi się Mulatem. W tym 
mieszanym towarzystwie nie było oczywiście ani jednego Indianina. 
Podano mi piwo i talerz z potrawą. Zabrałem się do jedzenia, ale bez zapału, 
mimo iż porządnie wygłodniałem. Myśli moje były smętne. Jeżeli Złoty Lewis 
powie swym 
 

Wojna domowa północnych stanów z południowymi o zniesienie niewolnictwa Murzynów 
(1860  1865). 

 
towarzyszom, w jaki sposób został wyswobodzony — a powie na pewno — 
zostanę wezwany do potwierdzenia tej relacji. Zakładając, iż banda jest tak liczna 
i tak dobrze zakonspirowana, że jej członkowie nie znają się wzajemnie, to 
przecież prawdopodobnie istnieli dowódcy oddziałów, którzy musieli znać swych 
podkomendnych. A z tego wynikało dla mnie poważne niebezpieczeństwo. No, 
bo jeśli mnie zapytają, kto jest moim bezpośrednim szefem? Co prawda mogłem 
odpowiedzieć, iż moim zwierzchnikiem jest uwięziony przez Nawajów Jack. Ba 
— zagłębiłem się w ponure rozważania — a jeśli Złoty Lewis był właśnie szefem 
Jacka? Albo jego podwładnym? Zaprzeczy memu twierdzeniu. Do licha! Czemu 
o tym wcześniej nie pomyślałem? 
Spociłem się z tych rozmyślań. Na pociechę powiedziałem sobie, że Karol, 
Adams i Piotr Carr znajdują się gdzieś w pobliżu i na pewno poratują mnie w 
potrzebie. Teraz spostrzegłem, iż dziobię widelcem po pustym talerzu. To 
przywróciło mnie do rzeczywistości. Zerknąłem na boki, czy kto nie zwrócił na to 
uwagi, nikt jednak nie spoglądał w moją stronę. Sięgnąłem po kufel. 
Postanowiłem grać swoją rolę tak dobrze, jak tylko potrafię, i do samego końca. 
Nie należy mnie potępiać za te wszystkie obawy. Nie byłem przecież traperem ani 
westmanem. Na Dzikim Zachodzie znajdowałem się po raz pierwszy, a 
dwukrotny pobyt na preriach Kanady trwał w sumie zaledwie kilka miesięcy. 
Zbyt krótko, aby móc całkowicie przystosować się do tak odmiennych warunków 
bytowania niż w mieście. Wiele co prawda nauczyłem się od Karola Gordona, ale 
życie na północno-wschodnich preriach zasadniczo różni się od tego, z czym tutaj 
się spotkałem. 
Podniosłem oczy znad kufla. Złoty Lewis wyłonił się z tłumu. 

background image

- No i jak tam? — zapytałem beztroskim tonem. Rozejrzał się dokoła 
niespokojnie, a potem zniżył głos. 
— 

Słuchaj — powiedział prawie szeptem — nigdy ciebie dotąd nie spotkałem. 

Czy możesz mi powiedzieć kto... — tu nachylił się ku mnie — kto ciebie 
wprowadził? 
Znieruchomiałem, a potem, wiedziony jakąś dziwną intuicją, odparłem: 
— 

Zielony Bill. 

Bili jest imieniem bardzo popularnym, liczyłem więc na to, że wśród członków 
bandy grupa Billów musi być spora. Dlaczego jednak dodałem przydomek 
“zielony" — po dziś dzień nie wiem. Możliwe, iż po prostu skojarzyłem słowo z 
przezwiskiem Lewisa: “złoty". Ale efekt był zaiste piorunujący! Lewis aż 
poderwał się ze stołka. 
— 

Ten, co zginął podczas walki z czerwonoskórymi? Na farmie? 

Przytaknąłem i odetchnąłem równocześnie. 
To był nadzwyczajny facet — stwierdził Lewis z uznaniem — a dobierał tylko 
sobie podobnych. Już się teraz nie dziwię, żeś tak gładko wyciągnął mnie z matni. 
Jak cię przezywają? 
Dawid Orle Pióro — palnąłem bez namysłu. 
Ho, ho, wcale ładnie. Słuchaj Dawid, chcę cię o coś poprosić. 
Nie krępuj się, chłopie. 
Ale Złoty Lewis właśnie się bardzo krępował. Wiercił się na stołku, nie potrafiąc 
wystękać, o co mu chodzi. W końcu, jąkając się i ocierając wierzchem dłoni pot z 
czoła, wymamrotał swą prośbę, ale tak niewyraźnie, iż nie od razu zrozumiałem, 
o co chodzi, a kiedy wreszcie pojąłem — o mało nie roześmiałem się z radości. 
Lewis bowiem prosił, abym zachował w tajemnicy historię jego uwolnienia. Nie 
wiem, czy w grę wchodziła ambicja, czy kierowały nim inne cele, dość, że w 
opinii towarzyszy pragnął uchodzić za śmiałka, który sam się oswobodził. Rzecz 
zrozumiała — przystałem na tę propozycję. Jakże mi była na rękę! 
Złoty Lewis podziękował bardzo wylewnie, a wstając od stołu powiedział: 
Może się jeszcze spotkamy. Nie zapomnę. 
Może... — odparłem, a w duchu pomyślałem: Na pewno... 
Wiedziałem już teraz, że tropy, za którymi wysłał mnie Karol, były jeszcze 
bardziej kręte, niż to sobie pierwotnie wyobrażałem. Dokąd mnie zawiodą? 

background image

O północy 

 
 
Leżałem wyciągnięty na łóżku, z oczami wbitymi w drewnianą powałę izby. Bez 
trudności uzyskałem jeden z wolnych pokojów gospody “Arizonac". Konia 
umieszczono w stajni, a gospodarz sam dał mi klucze. Czy mnie poznał? 
Wydawało się nieprawdopodobne, aby nie przypomniał sobie gościa, któremu 
wręczył przesyłkę. A przecież nie zdradził się ani słowem, ani gestem, że mnie 
już raz widział. A może udawał? Dlaczego? Czy to pozostawało w związku z jego 
rolą w bandzie? 
Myślałem o tym, aż zmęczenie wzięło górę i zasnąłem. 
Kiedy otworzyłem oczy, panowała noc. Na przeciwległą ścianę padał srebrną 
smugą blask księżyca. Zasnąłem w ubraniu i teraz leniwie rozważałem, że należy 
wstać i rozebrać się. Dźwignąłem się ciężko i podszedłem do okna. 
Wszystko, co znajdowało się w zasięgu mego wzroku, było granatowosrebrne. 
Takich barw nadawała arizońskiej, równinie księżycowa noc. Jedyny wyjątek 
stanowił nieregularny, żółtawy pas światła, ciągnący się wzdłuż przyziemia 
budynku. Widać, jeszcze nie wszyscy udali się na spoczynek. Przytłumiony gwar 
dobiegał moich uszu. W parterowej sali bawili nadal goście. Spojrzałem na 
zegarek. Dochodziła jedenasta. Przeciągnąłem się, nabrałem w płuca oddechu i 
postanowiłem sprawdzić, jak miewa się mój wierzchowiec. Opuściłem pokój, 
zamknąłem na klucz drzwi. Skrzypiącymi schodami dotarłem na parter. Do 
półmrocznego korytarzyka docierał nikły blask wielu lamp zawieszonych w 
gościnnej sali i niesamowity harmider pomieszanych ludzkich głosów, brzęku 
naczyń, głośnych kroków. 
Żeby wydostać się na dwór, należało przejść przez tą pełną ludzi salę. 
Zatrzymałem się. Przemknąć niepostrzeżenie było chyba nie sposób. Czy 
budynek nie miał innego wyjścia? Z kłopotu wybawił mnie chłopak niosący stos 
brudnych talerzy. 
Czy tędy można dostać się na podwórze? — zapytałem. 
Pierwsze drzwi na lewo, proszę pchnąć, bo się zacinają. 
Zastosowałem się do wskazówki. Szarpnąłem za prymitywną klamkę i znalazłem 
się na stopniu wąziutkich schodów. W świetle miesiąca dojrzałem stajnię i jakieś 
inne zabudowania gospodarcze. Ujrzałem ponadto coś jeszcze: ciemną postać 
siedzącą na najniższym stopniu schodków. Ciemna postać odwróciła się: 
— 

To ty? — zapytał znajomy głos. 

Milczałem nie przypuszczając, by pytanie mnie dotyczyło. 
- Nie poznajesz? - zagadnął po raz drugi ten sam głos. 
Teraz już wiedziałem. Lewis, Złoty Lewis! Skąd się tu wziął? 
Nie zważając na moje milczenie, zadał mi trzecie pytanie: 
Wybierasz się na przechadzkę? 
Chciałem obejrzeć konia. 

background image

Spóźniłeś się. Stajnia już zamknięta. Tom Lesser dobrze pilnuje dobytku swych 
gości. 
Posunął się ku krawędzi schodków: 
— 

Siadaj, pogadamy. Taka piękna noc. 

Wydobyłem fajkę i kapciuch. Poczęstowałem Lewisa garścią tytoniu. Przyjął 
skwapliwie. Po chwili dwa czerwone oczka żarzyły się w półmroku. 
Składałeś sprawozdanie, Lewis? — zagadnąłem. 
Jeszcze nie. Ale, Dawid, nie wygadasz się? 
Bądź spokojny. Obiecałem, to dotrzymam. 
— 

W porządku. Teraz, widzisz, trwa narada. Za pół godziny mam się stawić 

na piętrze. 
Nie wiadomo, czy tak szybko skończą? — zauważyłem. 
Myślisz, że to potrwa dłużej? 
Jestem pewien. 
Milczał chwilę, pykając z fajeczki. 
— 

Przyznam ci się, Dawid, że ile razy mnie wzywają, tyle razy mam stracha. 

A ty? 
Wzruszyłem ramionami: 
— 

Jestem zawsze w porządku   odparłem niedbale. 

— 

Cóż mi mogą zrobić? 

— 

Nie gadaj tak, Dawid. Nie gadaj. Co rozkaże Wielkie Słońce, musi być 

spełnione. Trudno przewidzieć, jaki pomysł wpadnie mu do głowy. Brr, robi się 
chłodno. Chodźmy kawałek. 
Wstaliśmy ze schodków. Gdy znaleźliśmy się na tyłach budynku, zauważyłem, że 
wszystkie okna były ciemne z wyjątkiem jednego. Przysłaniało je potężne drzewo 
liściaste, rosnące tak blisko ściany, iż jego grube konary prawie dotykały szyb. 
Lewis przystanął, wskazał ręką i szepnął: 
To właśnie tam. Chodź. 
Dokąd teraz wyruszasz, Lewis? — zagadnąłem. 
Nie wiem. Cała moja grupa rozbita. Jack gdzieś zginął. 
Mieliśmy się spotkać w umówionym miejscu. Nie przybył, a tu go również nie 
ma. Ale ty go przecież widziałeś, Dawid? 
— 

Skąd... — przerwał i spojrzał na mnie badawczo. — Kto ty właściwie 

jesteś, Dawid? 
Nie pytaj — odparłem szorstko. — Nie twoja sprawa. 
Rozumiem, rozumiem. Nie gniewaj się. 
No, muszę odejść — przerwałem tę kłopotliwą dla mnie wymianę zdań. — 
Trzymaj się, Lewis. 
Zrobiłem w tył zwrot i przez te same schodki dotarłem do wnętrza gospody i do 
swego pokoiku. Zastanawiałem się, co dalej czynić. Może po prostu położyć się 
do łóżka? Ale coś mi nie dawało spokoju. Stanąłem przy oknie. Na zewnątrz 
panowała ciemność, zniknął już pas światła nad ziemią, ale po lewej stronie 
migotała w liściach samotnego drzewa żółta smużka. To właśnie było okno 

background image

wskazane przez Lewisa. Spojrzałem raz i drugi w tamtym kierunku i... 
zdecydowałem się. Odbyłem raz jeszcze odwrotną drogę j wydostałem się na 
dwór. Gdybym teraz znowu spotkał Lewisa, wykręciłbym się byle czym; ten 
człowiek nie grzeszył ani sprytem, ani inteligencją. Za domem było pusto. 
Podszedłem do drzewa, obejrzałem dokoła i chwyciłem za najniższy konar. 
Uśmiechnąłem się sam do siebie — w dawnych latach młodości wdrapywanie się 
na drzewa było moim ulubionym sportem. Wolno i metodycznie, wybierając co 
grubsze gałęzie, piąłem się ku szczytowi, a gdy znalazłem się naprzeciw blasku 
padającego z okna, przylgnąłem do pnia, cały zamieniając się we wzrok i słuch. 
Okno było otwarte. Widoczność doskonała. Naftowa lampa zwieszała się z sufitu, 
rzucając złotawy blask na nieliczne meble i na ludzi zebranych w pokoju. 
Mogłem ich dokładnie policzyć. Jeden stał tuż przy drzwiach, trzech — wzdłuż 
bocznej ściany, dwu siedziało za stołem, po prawej stronie. Ci dwaj przykuli moją 
uwagę — obaj mieli zakryte twarze. I to jak! Głowy osłaniały wysokie, spiczaste 
kaptury z okrągłymi otworami na oczy, resztę postaci otulały długie, białe, 
fałdziste ni to fartuchy, ni to płaszcze. Zabobonny traper czy westman, 
natknąwszy się w nocy na takiego cudaka, wziąłby go zapewne za ducha. 
Nie mogłem pojąć, jaki był cel tej maskarady: dla zamaskowania wystarczyło 
przecież zasłonić twarz. 
— 

Gdzie jest Jack? Kto widział Jacka? 

To pytał jeden z zakapturzonych. Nie mogłem jednak rozróżnić, który. Nikt mu 
nie odpowiedział. Chwilę panowała cisza tak intensywna, iż wydawało mi się, że 
słyszę bicie własnego serca. Potem ozwał się znowu ten sam głos: 
— 

Gdzie jest Bili? Gdzie jest strażnik jaskini? Kto miał kolejny dyżur? 

W miarę jak pytał, głos jego potężniał, aż przeszedł prawie w krzyk. 
— 

To Jack wyznaczył strażnika — ozwał się po przerwie jeden ze stojących 

pod ścianą mężczyzn. — To był chyba Jerry? 
Który Jerry? Z Teksasu. 
Co się z nim stało? Dlaczego tutaj nie przybył? Znowu milczenie. 
— W ciągu kilkunastu dni ginie nam trzech ludzi. Niesłychane! — grzmiał biały 
kaptur. — Biada im, jeśli uciekli. Oni nie uciekli, szefie. Tacy nie uciekają. Może 
Złoty Lewis... 
Milcz. Nie pytam się ciebie. Słuchajcie uważnie: Hobbs odmówił 
podporządkowania się “Słońcu Arizony". W ciągu tygodnia nie będzie tu ani 
Hobbsa, ani jego ludzi. Daję wam pięć dni czasu. Szóstego stawicie się. Każdy 
przyprowadzi dziesięciu. Ale nie wolno wjeżdżać do Rainy. Przyjdziecie sami, 
dacie znać o swej obecności przez Toma Lessera. To wszystko. Czy są jakie 
pytania? Możecie odejść. Najpóźniej jutro rano opuścicie Rainy. I żadnych 
awantur, bójek czy pijaństwa. 
W milczeniu skierowali się ku drzwiom. 
Lewa Ręka niech zostanie. 
Nazwany Lewą Ręką zatrzymał się w połowie drogi. Kiedy klamka ostatni raz 
szczęknęła, biały kaptur podniósł się zza stołu. 

background image

Lewa Ręko — powiedział — przyprowadzisz Złotego Lewisa. Gdzieś się kręci po 
gospodzie. Znasz go?  
Zapytany skinął głową. 
A teraz uważaj: wrócisz razem z nim i staniesz przy drzwiach. Gdyby próbował 
uciec, zastrzel go. Jeśli wyjmę chustkę, ot tak — pokazał — zastrzelisz go 
również. Idź. Było coś tak okrutnego w tym poleceniu i brzmieniu głosu, że aż 
wzdrygnąłem się. Oto byłem świadkiem narady kierownictwa bandy. Dwa “białe 
kaptury" — to chyba najwyższa władza. Więc jeden z nich musiał być “Wielkim 
Słońcem"! 
“Słońce Arizony", srebrny znak słońca, “Wielkie Słońce" — jeden i ten sam 
rzeczownik powtarzał się zawsze: w haśle, w porozumiewawczym znaku, w 
nazwie przywódcy czy przywódców... Nasza piękna, dzienna gwiazda stawała się 
symbolem zmroku, zagłady, zbrodni. 
Ze swego punktu obserwacyjnego widziałem dokładnie drzwi pokoju. Teraz 
uchyliły się, na progu stanął Złoty Lewis, za nim Lewa Ręka. Lewis zdjął 
szerokoskrzydły kapelusz, pochylił głowę. Może się myliłem, ale wyglądał na 
mocno wystraszonego. 
— 

Zbliż się. 

Znowu ten głos przytłumiony zasłoną kaptura i rozkazujący gest ręki. Lewis 
trzema krokami wysunął się na środek. Człowiek nazwany Lewą Ręką pozostał 
na miejscu, opierając się plecami o framugę drzwi. 
Skąd wracasz? 
Od Nawajów — odparł Lewis. 
Wiem. Mów, jak to się stało. 
Teraz Lewis zaczął opowiadać. Co chwilę przerywał, zacinał się. Szło mu 
niesporo. Z rozwlekłej gadaniny zrozumiałem, iż opowiadający otrzymał 
polecenie udania się do znanej mi jaskini, gdzie miał się spotkać z Jackiem. Ale 
nie dotarł do celu, schwytany przez grupę Indian. 
- To wszystko? Kto cię uwolnił? Nawajowie? — pytał “biały kaptur". 
Ujrzałem, jak Lewis ociera pot z czoła. Żal mi się zrobiło biedaka, chociaż na 
pewno na takie uczucie nie zasługiwał. Jakże nieporadnie przedstawiał się opis 
jego rzekomej ucieczki z pueblo! W skrócie — tak: którejś nocy zdołał rozluźnić 
więzy u rąk, rzemienie same spadły. Wymknął się z chaty przez nikogo nie 
zauważony. Wartownik spał. Z dalszej opowieści wynikało, iż Nawajowie 
ogłuchli i oślepli. Dotarłszy na dno wąwozu, Złoty Lewis skrył się w jakiejś 
jaskini, gdzie doczekał świtu. Wówczas, skradając się wśród krzewów, dotarł do 
stadka indiańskich mustangów. Schwytał jednego i na nim dojechał do Rainy 
Valley. 
Złoty Lewis — odezwał się ,,kaptur" — zapomniałeś dodać, że schwytany przez 
ciebie koń był podkuty. Mało tego, nawet osiodłany. Wymyśl inną bajeczkę! 
Tylko spiesz się. 
Tak... to tak... wybąkał ponaglony — to... to był mój własny koń. Najpierw go nie 
poznałem, dopiero później... 

background image

— 

Dosyć. Kto ci uwierzy? Mów, z kim przyjechałeś do “Arizonac"? Co to za 

facet? 
Wychyliłem się w stronę okna, żeby nie uronić ani słówka z odpowiedzi. Gałąź 
trzasnęła ostrzegawczo. Ale z tamtej strony nikt tego nie dosłyszał. 
Spotkałem go w drodze — zabrzmiał głos Lewisa. —Jechał w tę samą stronę. 
Nic więcej nie wiesz? 
To jeden z naszych. Podał hasło i pokazał słońce. 
Jak się nazywa? 
Dawid Orle Pióro. 
Czy mówił, dokąd się udaje? 
Do Rainy. 
Po co? 
Nie wiem. 
Nareszcie słowo prawdy. On ciebie uwolnił, Lewis? 
Zapytany wbił oczy w podłogę. 
Gadaj! 
Tak — mruknął niechętnie. — Pomógł mi. 
— 

Jak to się stało? Tylko nie próbuj kłamać! 

Dopiero po takim ponagleniu Złoty Lewis zdobył się na ujawnienie prawdziwej 
historii swego uwolnienia. “Białe kaptury" wysłuchały go w milczeniu. Kiedy 
skończył mówić, oparł się bezwładnie o ścianę i trwał tak w bezruchu jak 
manekin sklepowej wystawy. 
— 

Możesz odejść, Lewis, i ty, Lewa Ręka, również. Jutro rano zgłosicie się do 

Lessera. Powie wam, co macie robić. 
A ty, Lewis, zapamiętaj sobie: jeszcze jedna próba kłamstwa, a pożegnasz się z 
tym światem. Ruszaj. 
Trzasnęły drzwi. Wówczas przemówił drugi “biały kaptur". Ten, który siedział 
bliżej okna. Jego głos wydał mi się znajomy. 
Rex — powiedział — przekręć zasuwę i zgaś lampę. 
Ten kaptur grzeje jak piec. 
Nikt nas tu nie dojrzy. 
Licho nie śpi. 
Blask zadrgał wśród gałęzi i znikł. Wytężyłem wzrok, ale noc czarną falą 
ogarnęła wnętrze pokoju, nawet promienie księżyca tam nie docierały. Więc 
początkowo dostrzegłem tylko dwie białe postacie. Potem i to znikło, widać zdjęli 
opończe. Słyszałem skrzypienie podłogi, przechadzali się, a deski sygnalizowały 
o każdym ich kroku. 
Tom — odezwał się ten sam co poprzednio głos —paskudna sprawa. Kim jest 
Dawid? 
Taki Dawid, jak ja król chiński — odparł drugi głos. — Znam tego człowieka. Był 
tu już raz z jakimś drugim. 
Czy to ten rzekomy Dawid wyleczył Nicka? 

background image

Tak. Ale po co ten lekarz tu się pęta? Opatrzył Nicka fachowo. Zwróciliśmy mu 
broń i pieniądze. Tamten napad nie miał żadnego sensu. Powiadam ci, Rex, zbyt 
dużo głupców zebrało się w naszych szeregach. Jeszcze kilku takich durniów jak 
Złoty Lewis, a wpadniemy w nie lada tarapaty. 
No i co było z tym lekarzem? 
Odjechał z jakimś drugim. Pewnie czekał tu na niego, ale nie to najważniejsze. 
Lewis twierdzi, że on się podał za jednego z naszych, za “Słońce Arizony". Skąd 
zna hasło? Od kogo otrzymał znak, co robił wśród Nawajów? Lękam się, Rex. To 
niebezpieczna dla nas historia. 
Trzeba unieszkodliwić faceta. 
Myślałem o tym. Ale jeszcze nie teraz. 
A jak odjedzie? — zapytał głos Rexa. 
- Właśnie o to chodzi. Wyślemy za nim Złotego Lewisa. Niech sprawdzi, dokąd 
zmierza ten cały doktor.  
Lewis jest cymbał — stwierdził Rex. 
— 

Ale go zna i nie wzbudzi podejrzenia, nawet jeśli się spotkają. 

A potem opowie nam jakąś bajeczkę.  
— Nie. On już nie będzie próbował. 
—Może. A co z Jackiem, Tom? 
Trzeba przetrząsnąć okolice jaskini. Ilu masz ludzi, Rex? 
Dwudziestu. 
Mało. Z tego poszukiwania może wyniknąć bitwa z Nawajami, a do tego jeszcze 
Hobbs. Nie, nie. Sprawę Jacka należy odłożyć. Najpierw trzeba załatwić Hobbsa, 
potem wybrać nowego szeryfa w Rainy Valley. 
Kogo? 
Myślałem o tobie, Rex. 
Nie bardzo mi to odpowiada. 
Namyśl się. Taka druga okazja może się nie powtórzyć. Przecież Rainy oszaleje z 
radości na wieść, że Hobbs nie żyje. Jeśli rozpowszechnimy, że to twoja zasługa, 
masz wybór murowany. 
— 

Nie jestem tutejszy. Dlaczego nie wysuniesz własnej kandydatury, Tom? 

Po raz trzeci padło imię drugiego z “białych kapturów": Gdybym wówczas 
potrafił to imię skojarzyć z osobą! Iluż kłopotów uniknęlibyśmy! 

Zastanawiałem się, ale odrzuciłem ten pomysł. Moje zajęcia i tak są zbyt 

liczne. — To był znowu głos Toma. 
Wolisz zostawać w cieniu. Tak, tak. I wszystko robić cudzymi rękami. 
Masz do mnie żal, Rex? 
Niekiedy wydaje mi się, że traktujesz to jako swoją własną sprawę. 
Nie czas teraz na spory. Dziwnie nie podoba mi się zniknięcie Jacka i 
zagmatwana przygoda Złotego Lewisa. Przede wszystkim jednak nie podoba mi 
się ten lekarz. 
— 

Masz rację. 

background image

— 

No, to daj łapę, chłopie. Nadejdzie czas, w którym my, i tylko my kierować 

będziemy tym krajem. 
Wydało mi się, że człowiek nazwany Rexem westchnął głośno. 
— 

Kiedyż to będzie... 

— 

Wcześniej niż to sobie wyobrażasz, albo... wcale. 

Jak to? 
Teraz mamy szansę, jedyną w życiu. Wiesz, że praktycznie nie istnieje tu żadna 
władza poza grupką szeryfów kilkudziesięciu miasteczek i osiedli. Wojska 
prawie nie ma. 
Jedna sprawna organizacja może opanować kraj, ba, stworzyć rząd Arizony. Jeśli 
jednak działać będziemy opieszale, któregoś dnia okaże się, że narodziła się 
terytorialna policja, a następnego... Arizona przestanie być terytorium i prze 
kształci się w jeden ze stanów. Wówczas nie damy już rady. 
Wszystko to prawda, ale droga, jaką zdążamy do tego celu, jest co najmniej 
ryzykowna. 
Ech, już ci tłumaczyłem. Musimy mieć pieniądze, dużo pieniędzy, aby opłacić 
ludzi. W przeciwnym wypadku, z czego by żyli? Większość z nich potrafi 
zajmować się tylko rabunkiem i mordowaniem. A my przecież nie staramy się 
mordować. Nasze napady to tylko konieczne zło i tylko do czasu. Gdy obejmiemy 
władzę, Arizona stanie się najwspanialszą krainą Ameryki. 
Powiadasz, że nie zabijamy, a ilu już zginęło i naszych, i obcych? Chociażby 
podczas wyprawy po nawajskie srebro. 
— 

Nawajów nie można traktować na równi z białymi. 

Wzdrygnąłem się słuchając tych wywodów. To jakiś szarlatan, stokroć 
niebezpieczniejszy od przeciętnego bandyty! Bandyta przynajmniej nie 
usprawiedliwia swych krwawych czynów, ten nadawał poczynaniom swych 
podkomendnych charakter walki o jakieś wzniosłe cele, o jakieś “arizońskie 
państwo". Zacząłem w nim podejrzewać szaleńca. 
- Późno już — usłyszałem ten sam głos, a po chwili trzaśniecie drzwi, i ogarnęła 
mnie cisza pełnej nocy. Odczekałem kilka minut i zsunąłem się z drzewa. Cóż 
miałem teraz czynić? 
Moja strzelba i końska uprząż znajdowały się w pokoju, a koń w zamkniętej 
stajni. O ucieczce w tej chwili nie mogło być mowy. 
Wolnym krokiem ruszyłem wzdłuż ścian budynku. Tak doszedłem do schodków i 
odetchnąłem. Drzwi były uchylone. Bez przeszkód dotarłem do swego pokoju. 
Otworzyłem drzwi kluczem i... moja ręka błyskawicznie chwyciła kolbę 
rewolweru. Na łóżku siedział jakiś człowiek. Gdyby uczynił jakikolwiek ruch — 
strzeliłbym. Ale ciemna sylwetka nawet nie drgnęła, ozwała się tylko znajomym 
głosem: 
— 

Dobry wieczór panu. 

O mało nie krzyknąłem ze zdziwienia. 
Dawid? Jak się tu dostałeś?! 
Po rynnie. 

background image

Wiedziałeś, że tu jestem? 
Przysłał mnie Wielki Bóbr. Niepokoją się o pana. 
Okazało się, iż Dawid napotkał moich towarzyszy przypadkowo. A razem z nimi 
— grupę wojowników nawajskich. Wysłano go tutaj, aby zasięgnął wiadomości. 
Nie zwróciwszy niczyjej uwagi zdołał spenetrować pokój, który zająłem. 
— 

Widziałem, jak pan siedział na drzewie — dodał — ale 

nie chciałem przeszkadzać. Wlazłem tu oknem i postanowi 
łem czekać. Czy ma pan coś dla Wielkiego Bobra? Powinie 
nem wracać przed świtem. 
Zastanowiłem się chwilkę, aby w sposób najkrótszy, najłatwiejszy do 
zapamiętania przekazać chłopcu informacje. 
Jutro wyjeżdżam — dodałem na zakończenie. 
Gdzie pana szukać? 
To raczej gdzie ja was znajdę? 
Podprowadził mnie do okna. 
Niech pan spojrzy. 
W słabym, księżycowym blasku ujrzałem już raz widzianą z okien “Arizonac" 
świetlistą wstęgę dalekiej rzeczki i czarną smugę lasu na zamazanym horyzoncie. 
To tam — wyjaśnił.  Drogi nie ma żadnej. Trzeba jechać wprost przed siebie, 
najlepiej brzegiem wody. Będziemy pana obserwować z lasu. 
Niedobrze — mruknąłem. — Cały czas jazda otwartą przestrzenią. Będę 
widoczny jak kotlet na patelni. 
Ale również będzie widoczny każdy, kto za panem ruszy. A przed lasem 
zaczynają się wzgórza. Czy dostrzega pan, skąd wypływa rzeczka? 
Wydobyłem lornetkę. Srebrny pas wody urywał się daleko przed linią lasu. Jakby 
wypływał z głębi ziemi. 
— 

To tylko złudzenie — zauważył Dawid. — To właśnie są pagórki, między 

którymi kryje się strumień. No, czas na mnie. 
Przełożył najpierw prawą, później lewą nogę przez parapet i zniknął tak nagle, że 
przestraszyłem się, iż spadł. Wychyliłem głowę. Z lewej strony biegła od dachu 
aż do ziemi metalowa rynna — prawdziwy luksus w tych stronach, dokąd blachę 
transportuje się dziesiątki mil — prymitywnie przymocowana wielkimi, 
wystającymi hakami. Po nich spuszczał się teraz chłopak. Kiedy dosięgnął ziemi, 
pomachał ręką i znikł za węgłem domu. 
Zacząłem ściągać ubranie, upewniwszy się przedtem, że drzwi mocno trzymają 
się futryn. Niełatwo byłoby je wyłamać. Mimo tej pewności nabity sztucer 
postawiłem w zasięgu ręki, między łóżkiem i ścianą, a oba rewolwery wetknąłem 
pod poduszkę. 
Początkowo sądziłem, że w ogóle nie zasnę. W głowie kłębiły mi się myśli wcale 
niewesołe. Zastanawiałem się nad tym, czy Złoty Lewis “przypadkiem" będzie 
mi towarzyszył w dalszej drodze, czy też zacznie mnie śledzić z ukrycia? A jeśli 
zapragnie ze mną albo za mną wjechać w las ciągnący się na horyzoncie? 
Wówczas trzeba będzie albo go unieszkodliwić, albo chytrze podprowadzić pod 

background image

stanowiska Nawajów. Ba, ale w którym miejscu lasu rozbili obóz? Dawid 
wspominał, iż przyjaciele mają mnie obserwować. Jeśli jednak będę jechał w 
towarzystwie Lewisa, jak dadzą mi znać? 
Zmęczony tymi rozważaniami, sam nie wiem, kiedy zapadłem w głęboki sen, bez 
marzeń i widziadeł. 

background image

Misja 

 
 
Woda przelewała się przez głazy, drżąc w powietrzu wilgotną mgiełką. Bliskości 
tej rzeczki zawdzięczało Rainy Valley swe narodziny i swój rozwój. Być może, 
nawet swą nazwę, deszcze bowiem należały tu do rzadkości tak samo, jak na 
całym obszarze Arizony. 
Z pewnością jednak bulgoczącej rzeczce zawdzięczała swe istnienie trawa 
sięgająca po brzuch memu koniowi, rosnąca zielonym pasem po obu stronach 
krętego koryta. Gdzieś w dole nurtu woda tworzyła kilka rozlewisk, dokoła nich 
— jak mi mówiono — na rozległych łąkach założył swą farmę hodowlaną Hobbs. 
W ciągu rannych godzin myślałem o nim niejeden raz. Jak się zachowa, gdy 
odkryjemy niebezpieczeństwo, jakie zawisło nad jego głową? Czy uwierzy, czy 
też podejrzewać zacznie podstęp ze strony mieszkańców Rainy Valley? Od jego 
zachowania w znacznym stopniu zależy, czy zamierzenia bandy i tym razem 
zostaną uwieńczone jeszcze jednym sukcesem, czy też spotka ją pierwsze 
niepowodzenie. 
Słońce wzeszło nad granatową linię lasu. Kurczył się cień mojej sylwetki i mego 
konia, skaczący po rozległych wierzchołkach traw. Jechałem kłusem, nie spiesząc 
się zbytnio, co pewien czas lustrując przebytą drogę za pomocą lornetki. Nie 
dostrzegłem nikogo. 
Przed samym świtem opuściłem gospodę “Arizonac" w sposób jak najbardziej 
naturalny. Zatajenie wyjazdu było przecież sprawą zupełnie niemożliwą. 
Wiedzieć o nim musiał chociażby chłopak stajenny. Tak więc ukrywanie się nie 
miało sensu, mogło tylko wzbudzić podejrzenia. Dlatego kazałem przywołać 
gospodarza, wypłaciłem mu należność za nocleg i zjadłem śniadanie wcale się nie 
spiesząc. Drogę również wybrałem nie najkrótszą. Przejechałem wzdłuż szerokiej 
ulicy Rainy Valley, po czym wielkim łukiem okrążyłem linię miasteczkowych 
zabudowań, aż dotarłem do rzeczki, nad którą spędziłem przeszło godzinę, leżąc 
wraz z koniem w gęstej trawie. Dotąd nikt nie pojawił się na moich tropach. 
Czyżby plan podsłuchany przeze mnie uległ zmianie? Czyżby Lewis stracił mój 
ślad? 
Przyjemna początkowo podróż stawała się coraz bardziej nużąca. Upał wzmagał 
się, aż na koniec w samo południe, mokry od potu, przerwałem znowu jazdę. 
Spętawszy konia, zrzuciłem ubranie i wskoczyłem do wody. Płynęła tu wolno, 
tworząc owalne rozlewisko, jak gdyby o głębszym dnie, ale i tak sięgała mi 
zaledwie powyżej pasa. Musiałem przyklęknąć, aby zanurzyć się z głową. Jakąż 
to przyniosło mi ulgę! Kąpiąc się, co chwila zerkałem w kierunku łąki — broń 
umieściłem na płaskim kamieniu sterczącym nad brzegiem. Ubrałem się bez 
pośpiechu, a potem wpędziłem w wodę wierzchowca. Po tych zabiegach obaj 
poczuliśmy się znacznie lepiej. 
Dobrze po południu równa dotąd jak stół płaszczyzna poczęła lekko falować. Pas 
traw nieco się zwęził. Im dalej od rzeczki, tym bardziej rzedły zielone zagony, aż 

background image

wreszcie ziemia zaświeciła nagością-czerwonobrązowej gliny. Teraz przebywaną 
drogę mogłem oceniać tylko z wysokości kopulastych pagórków. Po godzinie 
takiej wędrówki zza kolejnego wzgórza odkryłem nagle sylwetkę człowieka. 
Dojrzał mnie chyba równocześnie, bo zamachał ręką. Poznałem natychmiast — 
to brat Czarnego Niedźwiedzia. Pojawiał się w najbardziej nieoczekiwanych dla 
mnie momentach. 
— Czekamy na pana od kilku godzin — powiedział, gdy podjechałem. — Wielki 
Bóbr bardzo się niepokoi. 
Wyjaśniłem przyczynę opóźnienia. 
Jeżeli Lewis ma tylko śledzić, a nie spotkać się z panem — zauważył — musi 
dostosować swą szybkość do pana. 
Mnie się wydaje, że on w ogóle nie wyruszył albo zgubił mój ślad natychmiast 
po opuszczeniu gospody. 
Chłopak przecząco pokręcił głową. 
Trudno w to uwierzyć, chyba... chyba że pan źle zrozumiał ich rozmowę. 
Pamiętam każde słowo. O pomyłce nie ma mowy. 
Więc co? Zostajemy tu czy jedziemy do lasu? 
Ani to, ani to — odparłem, bo przyszedł mi nowy pomysł do głowy. — Zrobimy 
zamianę, Dawid. Jeśli Lewis nie śledził mnie od chwili opuszczenia “Arizonac", 
da się nabrać. 
Nie rozumiem. 
Gdzie twój koń? 
Tam — wskazał za siebie. 

Podkuty? 

— 

Nie, to mustang. 

Do licha! Źle. Nie możemy zamienić się końmi. 

— 

Chce pan, abym jechał na jego wierzchowcu? 

— 

A ja na twoim. Ale ponieważ to mustang, nic z tego. 

Tu muszę dodać jako wyjaśnienie, iż indiańskie mustangi “nie lubią" obcych 
jeźdźców, a przede wszystkim nie znoszą białych jeźdźców. Wiele czasu i trudu 
wymaga ujeżdżenie mustanga. 
Mój plan rzeczywiście polegał na zamianie koni. Gdyby Dawid wsiadł na mojego 
wierzchowca, tropy nie uległyby zmianie, a z dużej odległości sylwetka chłopaka 
mogła przypominać moją. Korzystając z osłony pagórków miałem zamiar 
zawrócić, skryć się i przepuścić Lewisa. Wówczas zostałby wzięty w dwa ognie. 
Mogłem mu przeciąć drogę powrotną, gdyby nagle dostrzegł swą pomyłkę. 
Wszystko jednak rozbijało się o mustanga. 
Ale gdyby tak odbyć tę drogę pieszo? Oczywiście, uprzednio mustanga 
należałoby dobrze ukryć. Przedstawiłem swój nowy projekt chłopcu. Zgodził się 
pojechać na moim koniu po swych starych śladach i zatrzymać się tuż pod lasem. 
Tam miał zaczekać na przybycie Lewisa, jeśli oczywiście Lewis w ogóle 
przybędzie. Zakładałem jednocześnie, że Lewis rozpozna swą pomyłkę, a 
wówczas zbliży się do Dawida chociażby tylko po to, by zasięgnąć o mnie 

background image

informacji. Dawid miał czekać nań do wieczora, ja również. Gdyby nie zjawił się 
przed zapadnięciem zmroku, oznaczać to mogło jedynie, iż albo pogoni za mną 
zaniechano, albo też Lewis w swym niedołęstwie zagubił moje tropy. 
Mustang został odprowadzony nieco dalej i na rozkaz swego pana położył się w 
wysokiej trawie. 
— 

Będzie tam leżał, dopóki nie wrócę — oświadczył z dumą chłopak. — On 

przeszedł tresurę. 
Nie miałem powodu w to nie wierzyć. Karol Gordon wielokrotnie opowiadał o 
znakomitych wynikach indiańskiej szkoły jazdy. Mustangi tak wyuczone potrafią 
później wykonywać wszystkie rozkazy swych panów. Zdarzało się, iż 
zaangażowani przez amerykańskie cyrki, jeźdźcy indiańscy pokazywali 
publiczności swe znakomite osiągnięcia nie mając dotąd naśladowców. 
Tak więc Dawid wskoczył na siodło mego wierzchowca, a ja okrążyłem pagórki i 
za ostatnim z nich ułożyłem się w trawie, mając broń u boku, a lornetkę w ręku. 
Nadal nie dostrzegałem nikogo na widnokręgu, czekałem jednak cierpliwie. 
Kiedy straciłem już resztkę nadziei, ujrzałem nagle w dali ciemny punkt 
poruszający się z dużą szybkością. Lewis! Dlaczego przybywał tak późno? 
Złoty Lewis, jak zaobserwowałem, pędził galopem po śladach mego konia. 
Przemknął wreszcie niedaleko miejsca, w którym się ukryłem. Kiedy już ucichł 
tętent kopyt, ukląkłem w trawie i długo patrzałem za jadącym. 
Nie zdarzył się żaden nieprzewidziany wypadek. Złoty Lewis okazał się 
zupełnym niedołęgą. Złotonośne pokłady może i umiał odszukiwać, ale traperem 
ani westmanem nie był na pewno. Gdyby banda Arizony składała się z 
podobnych mu ludzi, nasze zadanie nie byłoby zbyt trudne. Może tylko 
niedołęstwu miejscowych szeryfów i tchórzostwu ludności zawdzięczała swe 
istnienie i swój rozwój? 
A więc Lewis niczego nie zauważył, i oto teraz ukazał się znowu w zasięgu mej 
lornetki. Jechał powoli, rozglądając się na wszystkie strony, pewnie szukał 
zagubionych w jego mniemaniu śladów. Przylgnąłem płasko do ziemi. Nie 
dostrzegł mnie i minął ze spokojem kierując się wprost na Rainy Valley. 
Mógłbym go ze swego stanowiska spokojnie zastrzelić... 
Lewis był chyba najmniej szkodliwy z całej bandy, i najmniej bystry. Dlaczego 
jednak zawrócił? 
Przeleżałem jeszcze kilkanaście minut w trawie, zanim się podniosłem. Opadała 
już wieczorna mgiełka, gdy ruszyłem w kierunku Dawida. Po przejściu mili 
spotkałem go z dwoma końmi i dalszą drogę odbyliśmy szybko i bez przeszkód. 
Podczas tej jazdy dowiedziałem się, iż Złoty Lewis podjechał pod samo 
zaimprowizowane obozowisko chłopaka. Wcale nie ukrywał, iż kogoś poszukuje 
(podał nawet mój rysopis), i zasmęcił się wyraźnie na wiadomość, iż nikt tędy nie 
przejeżdżał. Mruknąwszy coś na pożegnanie zawrócił do Rainy Valley. 
Wyobraziłem sobie, jakie przyjęcie spotka go ze strony “białych kapturów" i tak 
już wściekłych za próbę wprowadzenia ich w błąd opisem ucieczki z niewoli. 

background image

Do granicy lasu dotarliśmy późnym zmierzchem, a kiedy zagłębiliśmy się między 
pierwsze drzewa, uczyniło się zupełnie czarno. Dawid okazał się raz jeszcze 
znakomitym przewodnikiem. Doprowadził mnie do towarzyszy obozujących nad 
znanym mi już strumieniem. Karol, szeryf i Piotr obrali sobie za siedzibę małą 
wysepkę wyrastającą wysoko ze środka nurtu, zasłoniętą od brzegów z jednej 
strony wyniosłą skałą, z drugiej - - pasmem gęsto rosnących młodych jałowców. 
Polanka zapewniała swobodę ruchów kilku ludziom i ich koniom. Najbardziej 
przenikliwy wzrok nie dojrzałby nikogo. Dla Nawajów oczywiście nie było tu 
miejsca. Czarny Niedźwiedź odprowadził swój oddział daleko w głąb lasu. 
Kiedy przybyłem na wysepkę, małe ognisko świeciło wiśniową barwą żaru, nad 
którym Piotr Carr z wielką uwagą obracał na drewnianym patyku dwa spore płaty 
mięsa. Teraz poczułem straszliwy głód. Na szczęście, nie zanudzano mnie 
pytaniami, ale wręczono kawał pieczeni i przypalonego podpłomyka. Uzupełnił 
ucztę łyk gorącej kawy, tytoń i fajka. Dopiero teraz opowiedziałem szczegółowo 
o swych perypetiach. 
Ostatnia relacja Dawida brzmiała dość niepokojąco — zauważył Karol — ale na 
dziś przynajmniej wszystko zakończyło się pomyślnie. Nie wierzę bowiem, aby 
“białe kaptury" zaniechały poszukiwań. Oczywiście, nie powierzą ich Lewisowi. 
Z tego wniosek, że jutro musimy stąd umykać. 
I dobrze zatrzeć ślady — dodał Adams. 
Przecież to świetna kryjówka — zaprotestował Piotr. —Tu mamy znakomity 
punkt obserwacyjny. Gdyby nawet za doktorem wysłano zwiadowców, nikt by 
nas nie odnalazł. Ba, moglibyśmy jeszcze schwytać kilku. 
Zbytnia pewność, Piotrze, zgubiła już niejednego. A przede wszystkim nie po to 
przybyliśmy pod Rainy Valley, aby tkwić w lesie. Czy pan już zapomniał o 
Hobbsie? 
 

 Nie, nie zapomniałem, ale słyszałem o nim tyle paskudnych rzeczy... 

Zresztą, sami wiecie najlepiej. Jaki sens nadstawiać skórę za Hobbsa? Niech się 
wezmą za łby. Jak się dobrze zakurzy, wyjdzie to nam tylko na zdrowie. 
— 

Hobbs nie jest na pewno wzorem cnót, ale fakt, iż odmówił współpracy z 

bandą, świadczy o nim lepiej, niż sądziłem. Czy przyjmie naszą pomoc, czy nie... 
to jego sprawa. Naszym obowiązkiem jest jednak uprzedzić go o 
przygotowywanym napadzie — stwierdził Adams. 
Piotr Carr aż jęknął: 
I pan to mówi, szeryfie? Nie rozumiem. Hobbs nie chce przystąpić do bandy. 
Wiadomo dlaczego. Przecież drze koty z właścicielem “Arizonac", a teraz już 
wiemy, że ten właściciel... 
Nazywa się Lesser — wtrąciłem. 
- Niech mu będzie Lesser. To członek bandy. Hobbs nie chce się znaleźć w 
jednym z nim szeregu. Ot, i wszystko. Nie mam racji? 
— 

Może i masz, a może nie masz — stwierdził Karol. —Jednakże ostrzeżenie 

Hobbsa to nasz obowiązek. Jutro wyruszamy do farmy. 
Milczałem cały czas i dopiero teraz zapytałem: 

background image

A co sądzicie o tym “arizońskim państwie"? 
Bzdura — odparł Karol. — Obliczona na wiarę naiwnych. 
Tych zdaje się tutaj nie brak. 
Pewnie, ale to, że nawet najbardziej szalony pomysł zyskuje wśród pewnej 
kategorii ludzi uznanie, nie świadczy o tym, iż można go zrealizować. Ten cały 
ich przywódca to albo wielki spryciarz, albo po prostu... wariat. Nie, Janie, 
świat mimo wszystko należy do rozsądnych. Nie kłopoczmy się fantastycznym 
pomysłem, niewart i centa. 
Daliśmy spokój dalszym rozważaniom i pokładliśmy się spać, a nazajutrz 
wczesnym świtem ruszyliśmy w drogę. Tym razem nie poprzez odkrytą 
płaszczyznę, biegnącą aż ku Rainy Valley, ale skrajem lasu. Za nami, w 
odległości kilkudziesięciu jardów, ciągnęli Indianie Czarnego Niedźwiedzia. 
Po paru godzinach jazdy musieliśmy opuścić wygodną granicę leśnego gąszczu. 
Linia lasu odchylała się coraz bardziej ku południowi, a cel wyprawy — rancho 
Hobbsa — leżał na wschodzie. Z tego wynikł kłopot: nie można było dalej 
prowadzić gromady indiańskich jeźdźców. Zbyt była widoczna. Czarny 
Niedźwiedź zatrzymał więc ze swymi wojownikami na skraju gęstwiny. Tu miał 
czekać na dalsze polecenia. My w piątkę podążyliśmy brzegiem rzeczki, aby 
ominąć szerokim łukiem miasteczko. W drodze niespodziewanie Piotr Carr 
wysunął nowe zastrzeżenia: 
Ja was bardzo cenię, szeryfie — powiedział zwracając się do Adamsa — ale 
rozumie pan chyba, że jego widok nie najlepiej usposobi do nas Hobbsa i... 
Chwileczkę, Piotrze —: przerwałem ten wywód. Jeszcze wczoraj nie uważał pan 
za celowe uprzedzanie Hobbsa o napadzie. A teraz zaczyna się obawiać, że ten 
sam Hobbs nie będzie chciał nas wysłuchać, z powodu szeryfa. 
Skąd ta zmiana? 
No bo, doktorze, jak już mamy działać wspólnie, to usuwajmy wszystkie 
przeszkody na drodze współpracy. Chyba się nie mylę? 
— 

Właśnie, że się pan myli — wpadłem mu w słowo. 

Zląkłem się, że po takim prostackim wystąpieniu Adams —z trudem zjednany dla 
naszej wyprawy — obrazi się i odjedzie do Grand Canyon lub gdziekolwiek 
indziej. 
— 

Pan się myli7 Piotrze — oświadczyłem. — Szeryf jest przedstawicielem 

władzy. Czy Hobbsowi się to podoba, czy nie. Uważam, iż właśnie ustami szeryfa 
powinniśmy zawiadomić Hobbsa o tym, co się święci. Nasza trójka jedzie tylko 
po to, aby ubezpieczać szeryfa, po prostu jako eskorta. 
Karol natychmiast mnie poparł, a Adams nie wziął do serca tego incydentu. 
Stwierdził jednak równocześnie, iż — kto wie? — może byłoby lepiej, gdyby 
rozmowę z Hobbsem rozpoczął Karol. Nie wiadomo, jak zareaguje hodowca na 
nasz widok, a nikomu nie zależy na kłótni. Po tym oświadczeniu Piotr Carr począł 
się tłumaczyć, że nie miał zamiaru obrazić szeryfa. Machnęliśmy na to ręką. 
Zabawny człowiek, ale jego wypowiedzi bywają często dość denerwujące. 
Zmarnowawszy nieco czasu na bezpłodne gadanie, ruszyliśmy teraz galopem 

background image

przez rozległą równinę porosłą bujną trawą. Hobbs był szczęściarzem nie lada, 
jeśli potrafił odkryć na spalonych słońcem ziemiach taką oazę zieleni. Nie było 
widać kresu tego morza bujnej roślinności. Gdzieniegdzie sterczały kępy drzew i 
krzaków przerywając monotonię krajobrazu. Po dwu godzinach jazdy 
dostrzegliśmy najpierw ciemne plamy, a potem ruchliwe punkciki, które rosły w 
szkłach naszych lornetek. To cowboye Hobbsa pilnowali stad, a ujrzawszy grupę 
obcych, pędem ruszyli w naszą stronę. Było ich trzech, uzbrojonych w rewolwery 
i karabiny przewieszone przez plecy. Twarze — na pierwszy rzut oka — nie 
wzbudzały zaufania, ale gesty były pokojowe. Uchylili kapeluszy, a potem jeden 
z nich ochrypłym głosem zagadnął: 
— 

Skąd i dokąd, panowie? 

- Do Hobbsa — odpowiedział Karol. — Mamy pilny interes. 
Człowiek z ochrypłym głosem popatrzał na nas badawczo, a potem bez słowa 
wyjaśnienia zdarł konia i popędził, aż zafurczały roztrącone trawy. Dwaj 
pozostali prawie jednocześnie wyciągnęli prawice wskazując jakiś niewidoczny 
punkt na horyzoncie. 
— 

To tam... Zaprowadzimy. 

Ruszyliśmy kłusem. Wzdłuż naszej drogi pasły się wielkie stada krów czerwonej 
rasy, zwierząt na pół zdziczałych, bo żyjących przez cały rok na otwartej 
przestrzeni i nie stykających się z ludźmi poza niewielką grupką strażników i 
pastuchów. 

Opowiadano mi, iż na takich farmach hodowlanych powstają specjalne trudności 
związane  z  zapędzaniem  pojedynczych,  “wyłowionych"  ze  stada  sztuk  do  tak 
zwanych  corrali  —  drewnianych  zagród  bez  dachu,  w  których  dokonuje  się 
przeglądu zwierząt i wybiera okazy przeznaczone na sprzedaż lub ubój. Zdziczałe 
bydło  stawia  opór  konnym  naganiaczom,  często  atakuje  ludzi  i  wierzchowce  i 
trzeba dużej zręczności i doświadczenia, by móc je okiełznać. Przebywających na 
swobodzie  krów  nic  doi  się.  W  odludnych  stronach  nie  ma  prawie 
zapotrzebowania na mleko i jego przetwory. Na własne potrzeby trzyma się w 
zagrodach  kilka  zaledwie  sztuk.  Specjalne  farmy  mleczne,  istniejące  już  we 
wschodnich stanach w okolicach miast, w tych mało zaludnionych stronach nie 
były  znane.  Tu  mięso  i  tylko  mięso  stało  się  przedmiotem  handlu  w  miarę 
wybijania lub ucieczki na zachód zwierzyny puszcz i prerii. 

Na  trasie  naszej  jazdy  ukazały  się  wreszcie  prymitywne,  drewniane  baraki. 

Nieco  później  ujrzeliśmy  palisadę  z  bali.  zaopatrzoną  w  wąziutkie 
otwory-strzelnic/e. Objechaliśmy dokoła tę fortyfikację, aby przez jedyną wąską 
bramę dostać się na obszerny dziedziniec. Jeśli ogrodzenie można było uznać za 
dobre ubezpieczenie przeciw napadom, to budynek znajdujący się w jego obrębie 
robił  wrażenie  małego  fortu.  Była  to  budowla  piętrowa,  bez  okien  na  parterze. 
Zwieńczenie  stanowił  dach  płaski,  otoczony  balustradą.  Na  środku  tego  dachu 
wznosił się jeszcze mały kwadratowy budyneczek, coś w rodzaju strażnicy czy 
wieży. 

background image

Gdy  podjechaliśmy  pod  malutki  ganek,  czekał  już  na  nas ten sam  cowboy, 

którego spotkaliśmy na początku. Zeskoczyliśmy z koni. Dostrzegłem, że Karol 
szepnął  coś  do  Dawida.  W  tej  samej  prawie  chwili  w  ciemnym  otworze  drzwi 
werandy  ukazała  się  nowa  postać.  Wysoki  mężczyzna  z  długą  czarną  brodą, 
opadającą  na  pierś  okrytą  kolorową  bawełnianą  koszulą.  Skórzany  dobrze 
sfatygowany  pas  opadał  z  bioder,  obciążony  parą  potężnych  rewolwerów, 
których czarne, wypolerowane głowice świeciły jak heban, Znoszone spodnie 
i  buty  na  wysokich  obcasach  —  moda,  która  przywędrowała  z  Meksyku  - 
dopełniały stroju. 
Zatrzymał się, pogładził brodę i popatrzył bystro: 
— 

Panowie do mnie? Wszyscy? 

Karol, który wysunął się na czoło naszej gromadki, skinął na Adamsa. 
A jakże, do pana. Sprawa jest pilna i ważna. 
Znowu popatrzył na nas: 
To tak w piątkę mamy rozmawiać? 
— 

Nie, nie w piątkę i nie na dworze. Czekam, żeby nas pan zaprosił do środka, 

Hobbs. Mnie i szeryfa. Starczy. 
Karol wskazał ruchem ręki na Adamsa, a potem dodał: 
— 

Chyba się znacie? 

Patrzałem cały czas na gospodarza. Twarz mu nawet nie drgnęła. Ciągle miała ten 
sam odpychający wyraz. 
— 

Rzeczywiście — odparł przeciągając sztucznie sylaby. — Znam go. Tylko 

jego. Was nie. Wchodźcie w moje niskie progi. 
Wskazał na drzwi. Kiedy Karol i Adams zniknęli za nimi, usiedliśmy we trójkę na 
ganeczku. Czułem się trochę jak więzień, bo obok nas, przy drzwiach i przy 
bramie sterczeli uzbrojeni cowboye. 
Znając z opowiadań Hobbsa sądziłem, iż już na samym początku dojdzie do ostrej 
wymiany zdań. Przede wszystkim między nim i szeryfem. Okazał się bardziej 
opanowany. Czyżby wpłynęły na to propozycje “Słońca Arizony"? Odrzuciwszy 
je Hobbs mógł obawiać się konsekwencji. Szepnąłem o tym Dawidowi. Kiwnął 
głową, ale nic nie odpowiedział. Siedział nieruchomo i sztywno jak posąg albo 
raczej jak indiański totem. W przeciwieństwie do niego Carr wyraźnie zdradzał 
niepokój. Wiercił się i kręcił, rozglądając na wszystkie strony i co chwila 
dotykał-dłonią kolby rewolweru. Nie wytrzymał wreszcie i nachylając się ku 
mnie, szepnął: 
Nie lubię tego, doktorze. Wskoczymy na siodła. Ani się spostrzegą, jak będziemy 
za bramą. 
Spokojnie, Piotrze. Jakże możemy zostawić ich samych? A poza tym nie po to 
przyjechaliśmy, aby uciekać. 
 

 ja nie mówię o ucieczce, ale oni nas tu trzymają niby zakładników. 

 

 Z czego pan to wnioskuje? 

 

 Obstawili ze wszystkich stron i gapią się na nas jak na tresowane małpy. 

Roześmiałem się. 

background image

 

 Dobrze, Piotrze. Wobec tego przespacerujemy się. Dawid, idziesz z nami? 

 

 Zostanę przy koniach. Lepiej mieć je na oku. 

Wzruszyłem ramionami. Chłopak widać musiał podzielać obawy Piotra. Co do 
mnie — nie żywiłem ich zupełnie. Jeśli Hobbs przystał na rozmowę, mogliśmy z 
pewnością oczekiwać pokojowego załatwienia misji. Nawet gdyby odpowiedź 
była odmowna. 
Nie zatrzymywani, ruszyliśmy wzdłuż, a potem wszerz prostokątnego podwórza. 
Piasek pokrywał całą jego powierzchnię, nie rosła tu ani jedna trawka. Dopiero 
teraz zauważyłem, iż stojący na środku budynek posiadał z każdej strony 
wąziutkie drzwiczki. Zwróciłem uwagę Carra na dziwaczną architekturę i 
zbyteczne drzwi, przeczące swą ilością zasadzie obronności. 
Że to dziwaczne, to dziwaczne, doktorze, ale jest w tym sens. 
Jaki? 
Bo na przykład załóżmy, że nieprzyjaciel w nagłym ataku zdołał sforsować 
palisadę. Co czynią obrońcy? Chronią się do wnętrza. Gdyby budynek miał tylko 
jedne drzwi z jednej tylko strony, większość jego obrońców musiałaby 
obiec dokoła budowlę, a tak wejście mają zawsze niedaleko. 
Ten Hobbs to musi być kawał drania, ale z głową, ani słowa. 
Tak pogadując doszliśmy znowu do ganku. Dawid siedział nadal nieruchomo, a 
cowboye, tak samo nieruchomo tkwili przy drzwiach i bramie. Wobec braku 
wszelkiej zmiany w sytuacji odbywaliśmy dalej swój spacer. Jak długo trwał, nie 
wiem, ale raczej dość długo, zanim wreszcie wyszli z wnętrza Hobbsowego domu 
nasi towarzysze. Niczego z ich twarzy nie mogłem odczytać. Karol powiedział 
krótko: 
— 

Jedziemy. 

Bez pośpiechu dosiedliśmy wierzchowców i minęli bramę. Nikt nas nie 
odprowadzał. Cowboye nawet nie drgnęli. 
Kiedy pozostały daleko za nami nie tylko budynki, ale i ostatnie sztuki pasących 
się stad, Karol powstrzymał bieg konia. 
Nie chcą naszej pomocy — powiedział. 
Ten Hobbs to wariat — wyrwał się Carr. 
- Nie przypuszczam. Raczej jegomość wielce zarozumiały i pewny siebie. Uznał, 
iż nasza piątka niewiele wzmocni jego siły, bo o Indianach nie wspomniałem. Tak 
więc sytuacja jest jasna — stwierdził Karol. 
Byłem ciekaw, jak Hobbs zachowywał się wobec Adamsa, ale nie chciałem się o 
to pytać w obecności szeryfa, a Karol nie powiedział nic więcej. Dotknął konia 
ostrogami i pognał w kierunku dalekiej linii lasu. Poszliśmy jego śladem, 
indiańskim zwyczajem jadąc jeden za drugim. Odwróciłem głowę, aby zobaczyć, 
kto jedzie za mną. Dostrzegłem tylko Piotra Carra. Był ostatni. 
— 

Stójcie! — zawołałem. — Nie widzę Dawida! Gdzie jest Dawid? 

Karol coś odkrzyknął, ale ani na sekundę nie zwolnił końskiego biegu. 
Krzyknąłem powtórnie. Wówczas odwrócił się szeryf: 
— 

W porządku, doktorze. Wszystko w porządku! Nie zatrzymujmy się! 

background image

Dobrze nad wieczorem wjechaliśmy w cień pierwszych drzew i wśród nich 
odbyliśmy dłuższą naradę ściągnąwszy na nią uprzednio Czarnego Niedźwiedzia. 
Co należało czynić dalej? 
Karol opowiedział przebieg rozmowy z Hobbsem i treść jego odmowy. 
— 

Może nie uwierzył ostrzeżeniu? — wyraziłem wątpliwość. 

  

 Raczej uwierzył — stwierdził szeryf. — Zachował się tak jak gdyby od 

dawna oczekiwał jakichś wrogich wystąpień. Wiecie, że darł koty z całą Rainy 
Valley, a teraz okiem nie mrugnął na mój widok. Ba, nawet oświadczył, że gdyby 
nie moja osoba, nasze ostrzeżenie uznałby za jakiś wrogi podstęp. Taki pewny 
siebie. 
Szeryf ma rację — oświadczył Carr. — To pyszałek i moim zdaniem powinniśmy 
się trzymać jak najdalej od tej sprawy. 
— 

Jak to rozumieć, Piotrze? — zagadnąłem. — Mamy 

wracać do pueblo? 
 

 Ech — westchnął Piotr — sam nie wiem. Żebyśmy tak mogli schwytać te 

dwa “białe kaptury", które oglądał doktor... 
— 

Zapewne, zapewne — wtrącił Adams. — Jestem gotów natychmiast 

założyć im łańcuszki na ręce, tylko niech kto zdradzi nam ich nazwiska. 
Czarny Niedźwiedź, przysłuchujący się w milczeniu tej gadaninie, podniósł rękę: 
Słowa są jako wiatr — powiedział. — Czasem pędzi przed sobą chmury, które 
zraszają deszczem nasze pola i łąki, a czasem tylko kurz wzbija na ścieżkach. 
Baczmy, by z naszych słów wynikła korzyść dla przyjaciół, a klęska dla 
wrogów. 
O czym myśli nasz czerwony brat? — zapytałem. 
Orle Pióro wie dobrze, o czym mówię — odpowiedział używając imienia, które 
nadały mi Czarne Stopy. — Niech moi bracia rozważą dobrze, jak mamy dalej 
postępować. 
Howgh. 
Nie powinniśmy tu dłużej pozostawać — odezwał się Karol. — Mogą nas 
zauważyć albo już nas śledzą. Ale o tym dowiemy się od Dawida. 
Poprowadzę wojowników na dawne obozowisko — zgodził się Czarny 
Niedźwiedź. 
- I słusznie. Napad na Hobbsa nastąpi najwcześniej za pięć dni, ale przez ten czas 
nikt z okolicznych mieszkańców nie może dowiedzieć się o bliskości Nawajów, 
natomiast my, we czwórkę czy piątkę, musimy sterczeć jak najbliżej linii lasu. W 
przeciwnym wypadku... — tu urwał w połowie zdania i zastygł w bezruchu. — 
Uwaga, ktoś nadjeżdża — szepnął. Bez słowa rozciągnęliśmy się wśród 
nadbrzeżnych krzaków. Przez kilka minut nie dosłyszałem ani nie zauważyłem 
nikogo. Dopiero gdy już zwątpiłem w ostrzeżenie, niespodziewanie od strony 
rzeczki, z zielonego pasa wysokich traw wyprysnęła sylwetka jeźdźca. W miarę 
jak się zbliżał, zwalniał biegu, wreszcie przystanął rozglądając się dokoła. 
Wówczas ozwał się głos leśnej sowy. Zabrzmiał dwukrotnie. Jeździec zeskoczył 
z siodła, przyłożył dłonie do ust i odpowiedział tym samym hasłem. Potem 

background image

wziąwszy konia za uzdę, wkroczył śmiało między pierwsze drzewa. To był 
Dawid. 
Mów — odezwał się Karol podnosząc się z ziemi. 
Nikt za nami nie gonił. Pozacierałem jednak tropy. 
A teraz nowina: gospodarz “Arizonac" odwiedził Hobbsa... 
Popatrzyliśmy na siebie. 
Nie mylisz się, chłopcze? To wygląda zupełnie nie prawdopodobnie. 
Znam Lessera. Przejeżdżałem niedaleko gospody. Wyjechał od strony 
zabudowań gospodarczych. Śledziłem go tak długo, jak długo mogłem to czynić 
nie zauważony. 
Pojechał do Hobbsa... 

background image

Łuna pod Rainy Valley 
 
 
Sytuacja pogmatwała się. Znowu nie wiedzieliśmy, czy Hobbs stanie się, mimo 
wszystko, naszym sojusznikiem, czy wrogiem. Należało nadal czekać i uzbroić 
się w dużą dozę cierpliwości. A równocześnie nie wolno było zaniechać 
obserwacji farmy Hobbsa. Łatwo powiedzieć! Podejście pod zabudowania 
uniemożliwiały stada bydła i strzegący je pasterze. A jeśli dojdzie do napadu? Jak 
uprzedzić napadniętych, że przybywamy im z pomocą? Czy potrafią nas odróżnić 
od bandy “Słońca Arizony"? Walka w ciemnościach nocy czy w półmroku 
przedświtu (uznaliśmy, iż tylko w takich przecież, najdogodniejszych dla 
napastników porach może nastąpić atak) bardzo utrudnia rozróżnienie wrogów od 
przyjaciół, nie mówiąc już o tym, iż wprowadzenie do akcji Indian jeszcze 
bardziej zagmatwa sprawę. Czy wówczas cowboye Hobbsa nie wystąpią 
solidarnie z bandą przeciw czerwonoskórym? 
Powinniśmy wycofać się z tej sprawy — nalegał Carr. 
— Nic nie osiągniemy prócz guzów, Hobbs taki sam dobry, jak tamci. Niech 
sobie radzi, jak umie. Czy nie mam racji? 
I co dalej? — zagadnął Adams. — Zmarnować okazję? Razem z ludźmi Hobbsa 
weźmiemy ich w dwa ognie, tak że żaden chyba z napadających stąd się nie 
wymknie. Trzeba czekać, nadal czekać. Takie jest moje zdanie. Zobaczymy, 
jak kij popłynie. 
Karol przychylił się do tego poglądu, ja — również. Czarny Niedźwiedź, jak 
zwykle milczący, ograniczył się tylko do zwrócenia uwagi na fakt, że żywność 
zaczyna się wyczerpywać. Dla jej uzupełnienia należy urządzić polowanie, a w 
tym celu muszą zapuścić się głębiej w puszczę. I ze względu na echo strzałów, i 
ze względu na brak zwierzyny,. Sąsiedztwo gospodarki hodowlanej musiało ją 
już dawno z tych stron wypłoszyć. 
Po krótkiej naradzie postanowiliśmy jednak polowanie odłożyć, nawet kosztem 
ograniczenia dziennych porcji. Musi ich starczyć jeszcze na cztery dni. Tylko 
cztery dni, aż... cztery dni. 
Nie kryję, że ten czas bardzo się wszystkim dłużył. Czuliśmy się prawie jak w 
więzieniu. Nie wolno było wyjeżdżać poza granicę drzew ani zapuszczać się w 
gęstwinę leśną. To był najżmudniejszy okres mego pobytu w Arizonie. I chyba 
najbardziej nerwowy. Wykluczaliśmy możliwość napadu za dnia, nocami więc 
pełniliśmy warty, obserwując przez lornetki daleką okolicę. Tylko jeden Dawid 
korzystał z większej swobody i znikał gdzieś nocami, ale ponieważ czynił to w 
porozumieniu, a może nawet na zlecenie Karola i Czarnego Niedźwiedzia — nie 
wtrącałem się do tego. Zmęczony nocnymi strażami, przesypiałem pół dnia a 
drugie pół błąkałem się niedaleko naszego obozowiska. Tu dodam, iż 
przenieśliśmy się na nasze stare miejsce, na wysepkę. Wychodziliśmy jednak 
nocą na skraj puszczy. 

background image

Tak minęły trzy dni i trzy noce. W niezmąconym spokoju minął i dzień czwarty. 
Kiedy zmrok zapadł, zajęliśmy jak zwykle swe miejsca obserwacyjne. Osiodłane 
konie zostały podprowadzone do linii ostatnich drzew, a Czarny Niedźwiedź 
nadciągnął również ze swymi wojownikami. Migotały gwiazdy na niebie, potem 
wzeszedł księżyc i zalał białym światłem daleką, nagą przestrzeń. 
Mieliśmy więc przed sobą doskonale widoczną płaszczyznę, za sobą czarny, 
cichy las. Upływały godziny spokoju i milczenia nocy. Zakłócał je tylko od czasu 
do czasu delikatny łopot skrzydeł jakiegoś ptaka, którego sylwetki nie byłem w 
stanie dojrzeć. 
Ta prawie absolutna cisza działała na mnie usypiająco. Zamknąłem oczy i 
zapadłem w jakiś półsen, półjawę. 
Gdy się ocknąłem, nadal trwała cisza. Instynktownie wyciągnąłem rękę po 
lornetkę. Gwiazdy na niebie nieco przybladły, a część tarczy księżycowej zakryła 
chmura. Podpełzłem do Karola. 
— 

Nic z tego nie będzie — zaszeptałem. — Hobbs widać porozumiał się. Nie 

ma chyba sensu sterczeć tu dłużej. 
- Zastanowimy się nad tym, jak słońce wzejdzie. Wiele rzeczy może się 
przydarzyć. Nie śpij, Janie. 
—; Piotr również drzemie — odparłem. . — Zostań tu. Pójdę go zbudzić. 
Starałem się nie zasnąć. Wytrzeszczałem oczy i nadstawiałem uszu, a od czasu do 
czasu rozcierałem policzki, co ma być rzekomo (jak twierdził Piotr Carr) 
znakomitym środkiem przeciw senności. Tak mijały godziny. Gwiazdy gasły 
powoli w niedostrzegalnym jeszcze przedświcie dnia. Tarłem twarz coraz 
mocniej i coraz częściej. Zbliżał się kres nocy, pora, w której sen najbardziej nęka 
człowieka. Oto już na kraniec dalekiego horyzontu wypłynął różowawy brzask. 
Zjawił się Karol. 
•— Nie śpisz? 
Nie — mruknąłem niechętnie — ale to już dzień.  
Chyba śni ci się? 
No, to popatrz — wskazałem ręką kierunek i równocześnie sięgnąłem po 
lornetkę. 
W tej samej chwili zbliżył się Adams i powiedział: 
— 

Pali się! 

Karol przyłożył szkła do oczu. 
— 

Pali się. Albo płonie preria, albo zabudowania Hobbsa... Przyprowadźcie 

konie. Dawid, gdzie jesteś? Leć do Czarnego Niedźwiedzia, niech rusza za nami! 
Wskoczyliśmy na siodła i z miejsca pognali galopem. Różowy blask łuny nabierał 
intensywności, zmieniał się w purpurę, dźwigał coraz bardziej i rozszerzał, aż w 
końcu pół nieba rozgorzało. Pędziliśmy na złamanie karku. Już 
widziałem ognisko czerwoności, iskry strzelające na wszystkie strony, a w kilka 
chwil później jasne zarysy budowli. Stada bydła, wyrwane ze snu, rozpierzchły 
się dokoła. Ryk przerażonych zwierząt zagłuszała teraz palba karabinowa. 
Napadnięci musieli się bronić. Nagle dojrzałem, jak zwaliła się górna część 

background image

najwyższego budynku. Płomień na chwilę przygasł, aby buchnąć mocniej 
krwawymi jęzorami. Jeszcze kilka jardów i oto ukazały się ciemne sylwetki 
jeźdźców krążących dalekim kołem od źródła blasku. Gorzał nie tylko 
mieszkalny dom Hobbsa, ale dopalały się szopy, stajnie i zabudowania 
wzniesione przed palisadą otaczającą siedzibę farmera. A palisada prawie już nie 
istniała. Jej zarysy znaczyły teraz tylko zwalone, żarzące się głownie. 
Rozsunęliśmy się długą linią i łukiem poczęliśmy podjeżdżać. Ściągnąłem z 
pleców sztucer i za przykładem towarzyszy hamowałem bieg konia. Zdaje się, że 
wówczas nas zauważono, bo rozproszeni jeźdźcy poczęli łączyć się w grupki. 
Zahuczały strzały. Kto strzelał — nie widziałem: obrońcy czy napastnicy? Pięciu 
konnych skierowało się wprost ku nam. W połowie drogi ściągnęli jednak 
gwałtownie cugli. Usłyszałem wrzask: “Czerwonoskórzy!" 
Odwróciłem głowę, ujrzałem za nami ciemną linię jeźdźców — wojowników 
Czarnego Niedźwiedzia. Nagle wypadło z boku dwu ludzi na spienionych 
koniach. Sięgnąłem za wiszący u łęku zwój rzemienia. Używałem go bardzo 
rzadko, ale prawie zawsze skutecznie. W chwytaniu na lasso szkolił mnie przez 
wiele miesięcy Karol Gordon, okazałem się pojętnym uczniem. Jeden z 
napastników wysforował się znacznie, drugi pozostał nieco w tyle. Na tego 
postanowiłem zapolować. Odległość była akurat odpowiednia. 
Kiedy lasso rozwinęło się w długą, prostą linię, szarpnąłem za cugle. Koń wspiął 
się przednimi nogami i skręcił w bok. Wówczas nastąpiło to, czego oczekiwałem: 
nagły wstrząs, głuche uderzenie i oto wierzchowiec bez jeźdźca galopował po 
polu, a na ziemi spoczywała nieruchoma postać. 
— Brawo, Janie! Znakomicie! — usłyszałem okrzyk Karola. — Zwiąż go i ruszaj 
za nami! 
Przemknął tuż obok, a za nim dwu jeszcze ludzi. W jednym rozpoznałem 
Adamsa. Zeskoczyłem. Grzmiała palba strzelb i rewolwerów. Dudniła ziemia pod 
kopytami koni. Nie wiem skąd, przede mną przemknęło stado krów. O mało nie 
stratowały jeńca. Uciąłem z lassa dwa spore kawałki, skrępowałem ręce i nogi 
leżącego, który stracił przytomność. Dosiadłem znowu konia, w chwili gdy mijali 
mnie w dzikim galopie ostatni wojownicy Czarnego Niedźwiedzia. Ruszyłem za 
nimi wzdłuż dogasających resztek palisady. Tu nie było już nikogo. Odgłosy 
strzelaniny oddalały się coraz bardziej. Z suchym trzaskiem zwaliły się resztki 
domu. Buchnęła fontanna iskier, owionął mnie żar tak palący, iż rzuciłem się do 
tyłu, a potem z wolna okrążyłem to, co jeszcze przed paru godzinami stanowiło 
gospodarstwo Hobbsa. Tak na Dzikim Zachodzie rozwiązywano sporne sprawy. 
Instynkty ludzkie, pozbawione wszelkich hamulców, wyładowywały się w 
gwałcie, morderstwach, podpalaniu... Potrzebna tu była jak najszybciej żelazna 
ręka sprawiedliwości. Nieustępliwa i czujna. Pojąłem teraz ogrom zadania, 
którego podjął się Karol Gordon, i wielkość pomocy, jaką okazać nam mogli 
nawajscy wojownicy. Nigdy byśmy jej nie uzyskali bez osobistych kontaktów 
Karola. Ale przecież niemałą rolę odgrywał również fakt, iż Czarny Niedźwiedź 
był półkrwi Indianinem i dzięki swej wyobraźni potrafił przewidywać lepiej od 

background image

przeciętnych wojowników czerwonych szczepów. Czy jednak mimo takich 
sprzyjających okoliczności potrafimy osiągnąć zamierzony cel? 
Zeskoczyłem z konia i obszedłem raz jeszcze pogorzelisko. 
Tu i tam natrafiłem na zwłoki ludzkie. Naliczyłem ich dwanaście. Czy byli to 
obrońcy, czy napastnicy? Chyba jednak napastnicy, ciała ich leżały bowiem poza 
obrębem palisady. Jeśli rozumowałem słusznie, banda “Słońca Arizony" mimo że 
osiągnęła zamierzony cel — zniszczenie farmy, poniosła klęskę. Chcąc jednak 
dokładniej sprawdzić liczbę zabitych jej członków, musiałbym rewidować 
ubranie każdego z nich, aby znaleźć znak rozpoznawczy: srebrne słońce. 
Zrezygnowałem i zawróciłem, aby odszukać jeńca. Leżał tam, gdzie go 
zostawiłem. Odzyskał już przytomność i spoglądał na mnie przenikliwym 
wzrokiem. W pewnej chwili mruknął: 
Słońce Arizony. 
Słońce Arizony — odparłem. 
Rozwiąż mnie, zanim te diabły znowu tu się pojawią. 
To żądanie pominąłem milczeniem. 
Zapytałem: 
— 

Kto ty jesteś? 

Nie udawaj durnia. Rozwiąż mnie, to pokażę ci słońce. 
Skąd się tu wziąłeś? 
Odepchnął się od ziemi skrępowanymi rękami i usiadł. W oczach jego 
dostrzegłem zdumienie. 
Wykończyliśmy Hobbsa, widzisz. 
Ilu was padło? 
Pomarkotniał: —  Dużo. Przez te przeklęte czerwone diabły. Kto ich 
sprowadził? 
Zaryzykowałem i zapytałem raz jeszcze: 
A kto cię tak związał? 
Nie wiem. Uciekałem, rzucono lasso i dalej już nie pamiętam. 
Umilkł i nagle niespodziewanie wrzasnął: 
Słyszysz? Oni wracają! Przetnij więzy. 
Nie przetnę. 
Co?! 
Nie przetnę — powtórzyłem. 
Wytrzeszczył oczy. 
Ty durniu! — wrzasnął. — Spotkamy się jeszcze! 
Odwróciłem się i dosiadłem konia. Łuny pożaru już przygasły. Na dalekim 
nieboskłonie wstawały zorze świtu. Budził się dzień. 
Zatupotały kopyta. Nadjeżdżał Adams na czele oddziałku Indian, a przy jego 
boku cwałował Dawid. Przybywali w samą porę. 
Szukaliśmy pana, doktorze. O, a to co za ptaszek?— dziwił się szeryf. 
Schwytałem go na lasso — wyjaśniłem. 
To dziewiąty. Ośmiu już mamy. 

background image

A co z resztą? 
Ze dwudziestu zdołało umknąć. Ściga ich Czarny Niedźwiedź. Inni — Adams 
rozejrzał się dokoła — zostali chyba tutaj. 
Ruszamy? — zapytałem. 
Tylko do Rainy Valley. Należy zawiadomić tych tchórzy, że im nic nie grozi i 
żeby zajęli się grzebaniem poległych. Zauważył pan? Ani jeden tu się nie pokazał, 
a przecież musieli dostrzec łunę. 
— 

No tak — przyznałem — ale Hobbs nie cieszył się ich sympatią. 

Machnął ręką: 
Moją również nie, a przecież... 
Niech pan ich nie mierzy według siebie, a poza tym Hobbs dobrze im zalazł za 
skórę. Więc nawet nie bardzo się dziwię... 
Podczas tej wymiany zdań Indianie dźwignęli mego jeńca, przytroczyli do siodła 
i bez jednego słowa zawrócili. 
Dokąd oni jadą? — zapytałem. 
Mają się połączyć z Czarnym Niedźwiedziem. Wszystkich jeńców najpierw 
zgromadzimy w pueblo. 
A gdzie Gordon? 
Mamy czekać. Zjawi się razem z tym poszukiwaczem złota. Potem pokłusujemy 
do Rainy Valley. 
Zeskoczył z konia. 
— 

Trzeba obejrzeć pobojowisko. 

Poszedłem za jego przykładem. Szeryf zatrzymywał się przy każdych zwłokach, 
a ja schylałem się, żeby zbadać, czy który z tych nieszczęśników nie daje znaku 
życia. Jednakże wszyscy byli martwi. 
— 

Iluż Hobbs mógł mieć ludzi? — zastanawiał się Adams. 

Wzruszyłem ramionami. 
— 

Nie mam pojęcia... 

Nie przypuszczałem, że napad aż tyle pociągnie za sobą ofiar. Gdy naliczyliśmy 
pięćdziesięciu, ogarnęło mnie przerażenie. 
— 

Hobbs miał zapewne około dwudziestu cowboyów —mruknął Adams. — 

Atakujący mieli większe straty, więc padło ich, przypuśćmy, trzydziestu. Tak czy 
siak banda poniosła po raz pierwszy klęskę... 
Miałem już dosyć tego widoku. Przygalopował wreszcie Karol z Piotrem , moje 
myśli w innym zwróciły się kierunku. , . . 

Cały i zdrowy, jak widzę -- powiedział ujrzawszy mnie. - Nasze straty są 

niewielkie, poległo dwu czy trzech Indian. 
Ogarnęła mnie złość. 
Niewielkie — powtórzyłem naśladując ton jego głosu. Nie poznaję cię, Karolu. 
Trzech czerwonoskórych... a zapominasz o Hobbsie i jego ludziach. 
— 

Jeśli mi wskażesz inny sposób zaprowadzenia tu spokoju, pierwszy wezmę 

do ręki różdżkę oliwną. 
Westchnąłem: 

background image

Pamiętaj, Karolu, że jestem lekarzem. Mam ludziom nieść pomoc, a nie ich 
uśmiercać. Do diabła! 
Podzielam twe poglądy, ale sam widzisz: innego sposobu na uleczenie Arizony w 
tej chwili nie ma. No, ale teraz zastanówmy się, gdzie ciebie przechować? 
Nie rozumiem. Przecież jedziemy do Rainy? 
— 

Nie wszyscy. Banda wie, że jesteś podejrzanym typem i depczesz jej po 

piętach. Tego nie da się już ukryć. Nie możesz z nami jechać do miasteczka. Nie 
dlatego, żeby ci to czymkolwiek groziło, ale dlatego po prostu, iż rozszyfrujesz, 
jak to się mówi, i mnie, i Adamsa, i Piotra. Kto nas ujrzy, dojdzie do wniosku, iż 
działamy wspólnie. W Rainy Valley na pewno są jeszcze członkowie “Słońca 
Arizony". Oby jak najpóźniej zorientowali się, jaką tu rolę spełniamy. 
Nie upierałem się. Karol miał słuszność. 
Więc cóż mam robić? 
Udasz się razem z Dawidem śladami Czarnego Niedźwiedzia. Dogonimy was. 
Wskoczyliśmy wraz z chłopcem na konie. 

background image

Sprzączka 

 
 
Dawid o wszystkim pomyślał: o skórzanym worku z wodą i o koniecznym 
zapasie suszonego mięsa. Byliśmy więc zabezpieczeni na dłuższy okres podróży. 
Odetchnąłem głęboko, gdy już za nami pozostały zgliszcza. Męcząca noc i 
jeszcze bardziej męczący świt dopiero teraz dawały mi się we znaki. 
Powiedziałem o tym chłopcu. Natychmiast zboczył z drogi i doprowadził mnie do 
kępy samotnych pinii. Tu przeczekaliśmy skwar południowych godzin, 
pokrzepiwszy się najpierw nie tylko mięsem, ale i kawą. Szybko zagasiliśmy 
naprędce rozniecone ognisko, aby nie powiększać żaru lejącego się z nieba. 
Potem wędrowaliśmy bez przerwy aż do zmroku. Za nami zostały ostatnie zielone 
kępy traw i krzewów. Zaczynała się arizońska pustynia. 
— Lew — odezwał się nagle chłopak wstrzymując konia. 
Spojrzałem w kierunku wyciągniętej ręki. W czerwono-brązowym pyle widniały 
świeże jeszcze odciski łap. Nie rozpoznałbym po tych śladach, jakie zwierzę tędy 
przeszło, ale Dawid na pewno się nie mylił. Arizoński lew nie ma wiele 
wspólnego — poza nazwą — ze swym afrykańskim pobratymcem. Naprawdę 
nazywa się kuguarem albo pumą. Płowoczerwonym odcieniem futra podobny jest 
istotnie do lwa i stąd wywodzi się błędna nazwa. Puma, w przeciwieństwie do 
króla afrykańskiego buszu, biega równie dobrze po ziemi, jak i po gałęziach 
drzew. Poluje w nocy, a w dzień sypia w mało dostępnych kryjówkach. 
— 

Jak dawno tędy przebiegł? — zapytałem. 

- Nie ma i godziny. Coś musiało go spłoszyć. To zwierzę unika słońca. 
Może je spłoszyli wojownicy Czarnego Niedźwiedzia? 
Pokręcił przecząco głową. 
Oni są już znacznie dalej. 
Zdjął karabinek przewieszony dotąd przez plecy. Uczyniłem podobnie. 
Jechaliśmy jeszcze długo, aż księżyc ukazał się na niebie. W końcu 
zatrzymaliśmy wierzchowce nie opodal pasa kaktusów. Rozpaliliśmy ognisko. 
— 

Puma unika ludzi — wyjaśnił Dawid — ale jeśli jest bardzo głodna, to... 

Na te “to" przysunąłem do siebie sztucer i bez. wahania zgodziłem się czuwać nad 
ogniem przez pierwszą połowę nocy. Kiedy zakończyliśmy skromną wieczerzę, 
Dawid narąbał jeszcze kaktusowych drzazg, obejrzał konie, po czym owinął się 
pledem i ułożył przy ognisku. Wówczas wstałem i cicho obszedłem wielki krąg 
blasku. Konie pokładły się, mój nieco bliżej ognia, mustang nieco dalej. 
Wiedziałem, iż mustangi są niezwykle czujne, dlatego zwracałem baczną uwagę 
na jego zachowanie. Ale leżały spokojnie. Tak mijały godziny. Pragnąłem jak 
najdłużej przeciągnąć swą straż, aby dać chłopakowi wypocząć. W ostatnich 
dniach porządnie się napracował. 
Ciemność jeszcze wisiała nad ziemią, gdy usłyszałem parsknięcie konia. 
Wstałem, okrążyłem ognisko. Mustang Dawida zdradzał wyraźny niepokój. Ktoś 
czy coś znajdowało się w pobliżu. Dorzuciłem szczap do ognia. Buchnął 

background image

wysokim płomieniem. Wtedy głośno zarżał mój wierzchowiec. W sekundę 
później z głębokich ciemności nocy ozwał się grom strzału i prawie równocześnie 
zawtórował mu krzyk człowieka. Ścisnąłem mocniej lufę sztucera. Kolbę 
przyłożyłem do ramienia słysząc stłumione kroki, ale za cyngiel nie pociągnąłem. 
W blask ognia wskoczyła nie znana mi ludzka postać. 
Dawid zerwał się z ziemi. 
— 

Ostrożnie! — krzyknął. 

Zabłysły w ciemności dwa świetliste punkty. Nie zastanawiając się wypaliłem w 
sam ich środek i odskoczyłem w bok. W tym samym momencie strzelił Dawid i 
nagle zapanowała cisza. 
Wzbiły się w górę płomienie ogniska. Nieoczekiwany przybysz rzucał w nie całe 
wiązki drzazg. 
Dżentelmeni — odezwał się — spotkałem was w samą porę, ale mego konia 
diabli wzięli. 
Skąd pan się tu znalazł? 
Okazało się, iż jadący w nocy — co było postępkiem wysoce lekkomyślnym — 
dostrzegł blask naszego obozowiska. Postanowił sprawdzić, na kogo natrafił. 
Zsiadł z konia, zostawił go i odszedł. Wówczas natknął się na drapieżnika. Ale 
puma rzuciła się nie na człowieka, lecz na konia. Strzelił na oślep i uciekł w naszą 
stronę. Mało tego, biegnąc rzucił strzelbę. Tak nie postąpiłby żaden 
doświadczony traper. Kim więc był ten przybysz? 
Przyglądałem się chwilę jego zarośniętemu obliczu i potarganym włosom. Zgubił 
kapelusz. Mimo oznak niedołęstwa, jakie nam na wstępie zaprezentował, nie 
robił wrażenia niedołęgi. Wyglądał raczej sympatycznie. 
Człowieku, czemu się pan włóczy po nocy? 
Zbłądziłem — wyznał. — Jadę z Supai i wszystko mi się pokręciło... 
Mogła to być prawda, ale — do licha! — nieczęsto zdarza się na pustkowiu taka 
nocna wizyta. Wymieniłem z chłopcem porozumiewawcze spojrzenie. 
Siadajcie — powiedziałem widząc, iż przybysz stoi niezdecydowanie przed 
ogniem. Usłuchał. 
Kawał drogi z Supai — zagaiłem rozmowę. — Pewnie jesteście głodni? 
Skwapliwie potwierdził. Dałem mu suchara, a potem zagotowałem wodę, przez 
cały czas nie spuszczając oczu z gościa. Musiał być rzeczywiście głodny, bo jadł 
szybko, prawie żarłocznie. Potem odpiął pas, cisnął go w bok i rozciągnął się przy 
ogniu. 
— 

Jestem bardzo zmęczony — powiedział. 

Chyba mówił prawdę, bo kiedy Dawid — który mi zniknął z oczu na kilka minut 
— ukazał się nagle za jego plecami, nawet nie drgnął na odgłos kroków. 
Spojrzałem pytająco na chłopca. Schylił się, podniósł leżący pas i przeniósł go na 
drugą stronę ogniska. 
Na wszelki wypadek — szepnął pokazując tkwiące kolby rewolwerów i usiadł 
przy mnie. 
Zauważyłeś coś? — zapytałem. 

background image

Obszedłem dokoła. Nikogo, przynajmniej w pobliżu, ale musimy czuwać na 
zmianę. 
Zasnąłem dopiero o świcie i obudziłem się ostatni. Dawid i nieznajomy dmuchali 
w resztki żaru, dopóki nie buchnął płomieniem. Potem ruszyliśmy szukać śladów 
nocnego drapieżnika. Za załomem skalnym na końskim trupie spoczywała 
martwa puma. Chwilkę rozważaliśmy, czy nie ściągnąć z niej futra, ale z braku 
czasu zaniechaliśmy tego. Należało się spieszyć, i to tym bardziej, iż nowy 
znajomy został pozbawiony wierzchowca. Musiał więc przysiąść się na któregoś 
z naszych, co utrudniało szybką jazdę: Więc tylko odszukaliśmy jego porzuconą 
broń i kapelusz. Dawid zajął się siodłaniem, a ja gaszeniem ognia. Przy tej 
czynności coś brzękło pod stopą, ale nie zwróciłem na to uwagi i wkrótce o tym 
zapomniałem. Dosiedliśmy koni. Nasz nowy znajomy nie bardzo wiedział, co 
począć ze zbędnym siodłem i uprzężą. Sprawę rozstrzygnęliśmy w ten sposób, iż 
kłopotliwy bagaż będzie wiózł ten z nas, który będzie jechał sam. 
Nocny przybysz oświadczył, iż jest mu całkowicie obojętne, dokąd go 
powieziemy, byle mógł nabyć konia. Dodał, iż jest wędrownym kowalem, że mu 
już obrzydło w Supai i wybrał się szukać szczęścia w innych stronach. 
Bez narzędzi? 
Sprzedałem cały majdan — oświadczył. — Nie miałem czym przewieźć. 
Niezbyt wierzyłem tej odpowiedzi. Była dowodem albo niesłychanej 
lekkomyślności, albo zwykłym... kłamstwem. 
W tych stronach nikt nie pozbywa się bez istotnej przyczyny swego warsztatu 
pracy, zwłaszcza narzędzi. Nigdzie ich nie odkupi. Rzekomego kowala 
zadecydowaliśmy dostarczyć aż do pueblo. Nawajowie na pewno sprzedadzą mu 
któregoś ze swych mustangów. 
Po paru godzinach jazdy natrafiliśmy na ślady sporego oddziału konnych. Trop 
wskazywał na Czarnego Niedźwiedzia, wierzchowce nie były bowiem podkute. 
Bardzo mnie to ucieszyło, kowal przeraził się. 
Co? Indianie? Panowie, co czynicie? To tak, jakbyście włazili w paszczę lwu. 
Zawracajmy! 
Roześmiałem się. Potem wyjaśniłem, iż pozostajemy w najlepszych stosunkach z 
Nawajami, że nam nic nie grozi, a jemu w naszym towarzystwie — również. Nie 
bardzo mu to trafiło do przekonania. Nadal próbował nas skłonić do “skoczenia 
gdzieś w bok". Odmówiłem łagodnie, ale stanowczo. Wówczas wpadł w posępną 
zadumę i nie odzywał się przez dłuższy czas, po czym próbował przekonać z kolei 
Dawida. Ale chłopak zaproponował mu, aby sam “skoczył w bok", jeśli się tak 
lęka. Oczywiście... na piechotę. Zamilkł teraz na dobre. 
Tego dnia nie doścignęliśmy jednak wojowników Czarnego Niedźwiedzia. 
Musieli posuwać się znacznie szybciej. Stwierdziliśmy tylko, iż ich grupa 
podzieliła się na dwie części. Liczniejsza odjechała w kierunku południowym 
-chyba w dalszym pościgu za uciekinierami “Słońca Arizony", mniejsza jechała 
nadal wprost przed siebie, do pueblo. Ta grupka wiozła zapewne jeńców. 

background image

Na kolejny nocleg zatrzymaliśmy się w znanej już dolince. Dawid, 
zadziwiającym zmysłem tropiciela, potrafił bezbłędnie doprowadzić nas do tej 
oazy zieleni. Rozciągnąłem się na łączce, w pobliżu trzcin porastających brzegi 
jeziorka. Niedługo ,byłem sam. Przysiadł się do mnie ów kowal. 
Myślę, że wszystko będzie w porządku — odezwał się nieoczekiwanie. 
O co chodzi? — zdumiałem się. 
Spotkała mnie dobra wróżba. 
Życzę powodzenia — mruknąłem. 
Zgubiłem sprzączkę od pasa — ciągnął nie zrażony. 
Nawet nie wiem, kiedy. Ot, stąd — tu wskazał brudnym paluchem na pas. — A 
wczoraj ją znalazłem. 
Sprzączka? — powtórzyłem leniwie i nagle omal nie poderwałem się na nogi. W 
sekundzie wróciła mi pamięć minionych dni. Sięgnąłem do jednej kieszeni, do 
drugiej, trzeciej... Nie było wątpliwości. Srebrna sprzączka, znaleziona 
nad strumieniem w początkach mej wędrówki przez arizońskie ziemie, przepadła. 
Musiałem ją zgubić pode wczorajszego porządkowania obozowiska, kiedy 
usłyszałem brzęknięcie. Opanowałem się szybko i rzekłem: 
To ta sama, którą pan zgubił? 
Eee... nie... sprzączki nie mają nóg. Ale jest taka sarna. 
Pokaż pan. 
Wystarczyło jedno spojrzenie. 
Piękna — oświadczyłem. 
Przytaknął: 
Pasuje, jak ulał. 
Istotnie — pasowała. Pozostałe dwie również przedstawiały wizerunek 
splecionych ogonami wężów. 
— 

Chyba srebrne — zauważyłem. 

— 

A kto je tam wie? Dostałem ten pas za reperację wozu. 

W Supai. 
Mogła to być prawda, mogło być kłamstwo. A jeśli człowiek należał do bandy? 
Ba, brał udział w napadzie na mnie? Jakże chętnie teraz przeszukałbym mu 
ubranie, stwierdzić, czy posiada również srebrne słońce! Podrzuciłem sprzączkę 
na dłoni. 
— 

Szczęściarz z pana — rzekłem niedbale. — Proszę….. 

Schował skwapliwie. 
Gdy rzekomy kowal poszedł rąbać drwa do ognia, opowiedziałem o wszystkim 
Dawidowi. Chłopak w lot zorientował się w sytuacji. 
— 

Nie można go spuszczać z oczu, zwłaszcza w nocy. 

Skinąłem głową. 
— 

Będziemy wartować na przemian. Tylko my dwaj. 

Wieczór minął na normalnych obozowych czynnościach: 

background image

pojeniu koni, przyrządzaniu posiłku i szorowaniu naczyń. Na koniec owinięty 
derką położyłem się, z siodłem pod głową i z bronią u boku. Rzekomy kowal 
poszedł za moim przykładem, ale zanim głośno zachrapał, zapytał jeszcze: 
Kiedy mam czuwać? 
Obudzę pana — oświadczyłem. 
No to dobranoc... 
Dobranoc. 
Przyglądałem mu się dłuższy czas, żeby sprawdzić, czy udaje, czy też naprawdę 
śpi. Potem dałem spokój tej męczącej czynności. Zasnąłem. 
Obudziła mnie przejmująca cisza nocy. Niekiedy i cisza może obudzić. Zerwałem 
się z twardego posłania i siadłem. Ognisko ledwie się żarzyło, od wody płynął 
wiew wilgotnego chłodu. Spojrzałem na prawo, na lewo. Nigdzie nie było 
Dawida. Natomiast kowal spał. Jego strzelba i pas z rewolwerami leżały 
porzucone na piasku. Jeśli to był istotnie ktoś ze “Słońca Arizony", jakże 
lekkomyślnie czynił. A może takie postępowanie było tylko grą obliczoną na 
wiarę naiwnych? 
Wstałem starając się to uczynić bezszelestnie i ująwszy sztucer odszedłem od 
ogniska. Noc była gwiaździsta, pełna księżycowego blasku. Ruszyłem wzdłuż 
stawku, potem krańcem lasu, aż okrążyłem całą dolinę. Nie spotkałem chłopca. 
Gdzież się podział? Postanowiłem zajrzeć do pierwszej dolinki, tej jałowej, 
leżącej (jak już wspomniałem) na skraju pustyni. Skierowałem swe kroki ku 
skalistej cieśninie łączącej obie dolinki. Tam było nieco mroczniej. Miniaturowy 
wierch rzucał cień na ziemię. Zanurzyłem się w ten cień i prawie równocześnie 
jakaś zasłona spadła mi na oczy, zwój szorstkiej materii opasał głowę, zsunął się 
na ramiona. Zanim zdołałem się szarpnąć, chwycono mnie za szyję i 
błyskawicznie obalono. Nie mogłem złapać oddechu, prawie dusiłem się. 
Wykręcono mi ręce, coś ciężkiego padło mi na piersi i nogi. Dziś, kiedy o ty 
wspominam, sprawa wygląda nieco zabawniej, ale wówczas nie było mi do 
śmiechu! Nagły napad rozegrał się w zupełnym milczeniu. Nie słyszałem ani 
słówka, aż do chwili, w której zostałem dźwignięty, niesiony i ciśnięty na ziemię 
jak tobół. Dopiero wówczas rozległ się głos: 
— 

Zdejmijcie mu worek, jeszcze się udusi. 

Szorstka tkanina pojechała ku górze, drapiąc mi twarz, i znowu ujrzałem 
gwiaździste niebo i księżyc nad skałami. 
— 

Jeżeli będziesz wrzeszczał, dostaniesz knebel. 

To do mnie. Ale nie miałem zamiaru wzywać pomocy. Skąd by się wzięła? 
Byłem wściekły. Nawet nie na napastników, ale na rzekomego kowala. To 
przecież jego musiało być dzieło. Daliśmy się oszukać jak małe dzieci. 
Odwróciłem głowę. Miałem sąsiadów, a jakże. Z lewej spoczywał dokładnie 
skrępowany Dawid. Z prawej... kowal. 
Dawid — powiedziałem głosem tak cichym, że ledwie dosłyszalnym. — Dawid 
— powtórzyłem — nie jesteś ranny? 
Nie — odszepnął. 

background image

Gdzie cię schwytali? 
W przejściu między skałami. Myślałem, że jestem doskonałym traperem — 
powiedział z nie ukrywanym żalem. — Niech się pan na mnie nie gniewa. Mnie 
samemu wstyd... 
Nie martw się. Każdemu może się zdarzyć. 
A co z tym naszym gościem? 
Leży obok mnie — odparłem szeptem. — Również skrępowany. 
Dziwne, ale to chyba podstęp... 
Przytaknąłem. Oczywiście, że podstęp. Mieliśmy wierzyć, że kowal jest tylko 
kowalem, nikim innym. Leżeliśmy teraz w milczeniu, czekając, co dalej nastąpi. 
Nie trwało to długo, bo mój sąsiad z prawej niespodziewanie zagadnął: 
— 

Kto to jest? Czego oni od nas chcą? 

Powiedział to na cały głos. I rzeczywiście został dosłyszany przez wszystkich. 
Jakiś drab potężnej budowy z twarzą do połowy zakrytą szmatą podszedł 
natychmiast i wrzasnął: 
— 

Zamknij pysk! 

To było dobrze zagrane, ale mnie nie przekonało. 
Tymczasem płomień ogniska rozgorzał. W dolince stało się widno jak w dzień. 
Napastników kręciło się kilku i nie zdołałem ich policzyć. Nie mieli jednak koni. 
Pewnie je trzymali gdzieś na uboczu 
“Ale wpadliśmy" pomyślałem obserwując ciemne sylwetki przesuwające się tu i 
tam. Kto tu był przywódcą? Na koniec ujrzałem człowieka, który tkwił nad 
brzegiem jeziorka. To do niego właśnie podchodził to jeden, to drugi z kamratów. 
Głosów nie słyszałem. Domyśliłem się jednak, że wydawał im jakieś polecenia. 
Czy zaraz stąd odjadą, zabierając nas z sobą, czy też ograniczą się tylko do 
rabunku? Trudno było odgadnąć. Zapadłem w półsen, półjawę. Ocknąłem się z 
uczuciem przenikliwego chłodu. Niebo poszarzało, nad głową miałem perłową 
oponę przedświtu. Stopniowo nabierała różowego blasku. Przez sekundę nie 
mogłem pojąć, dlaczego nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Przypomniałem 
sobie nagle. Już bez złości, na zimno. Począłem też kalkulować, kiedy Karol z 
szeryfem i Piotrem dopędzą oddział eskortujący jeńców lub też grupę Czarnego 
Niedźwiedzia. Ale gdzież on może się znajdować? Czy już schwytał 
uciekających, czy nadal goni? Kalkulacja wypadła kiepsko. Chyba dopiero za 
kilka dni Karol może spotkać się z Indianami i stwierdzić, że nas nie ma. Wtedy 
zaczną szukać. Ale przez te dni ileż może się zmienić w mojej i Dawida sytuacji? 
Bierne oczekiwanie pomocy było szaleństwem. I teraz znowu zadałem sobie 
pytanie: czego od nas chcą? Pieniędzy? Koni? Jeśli tak — puszczą nas wolno. Nie 
dziś, to jutro. Taka była metoda postępowania “Słońca Arizony". 
Zerknąłem w bok: Dawid nie spał i spoglądał w moim kierunku. 
Jak się czujesz? — szepnąłem. 
Wszystko głupstwo. Ale jak by się stąd wyrwać? 
Jeśli potrafisz, nie oglądaj się na mnie. Dasz znać 
Czarnemu Niedźwiedziowi albo Karolowi. Jak daleko stąd do pueblo? 

background image

Tydzień. 
Dłużej nie mogliśmy rozmawiać, bo podeszła do nas trójka drabów o twarzach 
przysłoniętych chustkami. Ten fakt uznałem za dobrą wróżbę. Zasłonili twarze na 
wypadek, gdybyśmy kiedykolwiek później przypadkowo mieli się spotkać. A 
więc — zamierzali nas chyba puścić wolno. 
Stanęli nad nami, a potem środkowy rzucił rozkaz: 
— 

Obszukać ich! 

Tej czynności podjęło się tylko dwu. Trzeci nadal stał nieruchomo z ręką opartą 
na kolbie wystającego zza pasa rewolweru. Zostałem dokładnie zrewidowany. 
Wyciągnięto wszystko, co miałem w kieszeniach. Razem z odznaką srebrnego 
słońca. Srebrna blaszka powędrowała z rąk do rąk. Sądziłem, że usłyszę okrzyki 
zdziwienia, że za chwilę rozetną mi więzy. Srebrne słońce przecież już 
dwukrotnie dało mi wolność. Ale tym razem nie nastąpił przewidywany skutek. 
Milczeli. W milczeniu odeszli kilka kroków. Widziałem, że nad czymś radzą. 
Widziałem, jak oglądali blaszkę na wszystkie strony. Potem wrócili, aby 
dokładnie zrewidować chłopca i kowala. Dawid milczał, ale kowal począł 
wyrzekać. Zapytywał — bezskutecznie zresztą — dlaczego go napadnięto, 
przysięgał, że jest biedakiem, że nie ma nic cennego przy sobie, czego 
zaprzeczeniem stał się pękaty brzęczący woreczek, jaki wyciągnięto spod bluzy. 
Wówczas zagrożono mu kneblem, jeśli nie przestanie gadać. Zamilkł 
natychmiast. Potem podsunięto mi pod nos słońce. 
Skąd to masz? 
A kto ty jesteś? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie. 
Stojący pośrodku — pewnie przywódca — przyglądał mi się w milczeniu, a 
potem roześmiał się. 
— 

Dobrze wiesz, kim jesteśmy, a ja dobrze wiem, kim ty jesteś i skąd masz tę 

błyskotkę. Nie zaprzesz się. 
Nic nie odpowiedziałem licząc na to, że mój rozmówca rozgada się i powie coś, 
czego nie powinien. Nie pomyliłem się. 
— 

Przypomnij sobie pewien strumień w górach. Pamiętasz? 

Znowu nie odpowiedziałem. Strumień w górach — a więc napad, jakiego padłem 
ofiarą na początku swej podróży. 
— 

Puściliśmy cię całego i zdrowego. A potem dostałeś z powrotem broń i 

pieniądze. Za to, żeś opatrzył Nicka, wtedy w “Arizonac". A Nick wziął cię za 
jednego z naszych. 
Skąd znałeś hasło? 
Ziewnąłem głośno i ostentacyjnie. 
— 

Nie chcesz odpowiadać, nie odpowiadaj. I tak wiem o tobie sporo. Jesteś 

lekarzem, ukradłeś srebrne słońce. I za to zostaniesz ukarany, chyba że wyjawisz, 
po co to uczyniłeś, a przede wszystkim: co tu robisz? 
Poluję — odparłem niedbale. 
A gdzież twoje trofea? 
Zapytaj się jego — kiwnąłem głową w stronę kowala. 

background image

To twój przyjaciel? 
Chyba wasz... 
Znowu popatrzał na mnie przeciągle, a potem rozkazał memu sąsiadowi: 
— 

Gadaj, co wiesz... 

Kowal skwapliwie skorzystał z okazji. Mówił długo i rozwlekle, przysięgał, że 
jest uczciwym człowiekiem (też miał komu o tym mówić!), że nigdy nikomu nie 
wyrządził krzywdy. Słuchałem tego jednym uchem, a zwróciłem baczniejszą 
uwagę na ten potok słów dopiero wówczas, gdy ilustrował on przygodę 
poprzedniej nocy. Przyznaję, iż relacja o pumie była ścisła w każdym szczególe. 
— 

No dobrze, jeśli to prawda, będziesz wolny. A teraz milcz. 

Odwrócił się w moją stronę: 
— 

Dlaczego go nazwałeś naszym przyjacielem? 

— 

Dobrze wiesz — odparłem. 

Roześmiał się krótko i jakoś nieprzyjemnie. 
— 

Uważasz go za naszego wspólnika. Nie, takich niedołęgów nie 

przyjmujemy. 
Zerknął w kierunku Dawida. 
Co to za chłopak? Skąd go znasz? 
Spotkałem go na pustyni. 
— 

Ciekawe. To pewnie twój wychowanek, a może syn? 

Podszedł do Dawida, stał nad nim kilka minut i znowu odwrócił się ku mnie. 
— 

Wcale niepodobny. Więc nie syn, ale może krewny. 

Dowiemy się, jak przyjdzie pora. Ręczę ci, że staniesz się wówczas bardziej 
rozmowny. Mamy na to sposoby. 
Odwrócił się na pięcie i odszedł. Odetchnąłem. Sporo nerwów kosztowała mnie 
ta rozmowa, ta maska obojętności i beztroski. Teraz wszystko stało się jasne. 
Zostałem schwytany wcale nie przypadkiem, nie jako przygodny podróżny, 
któremu trzeba przetrząsnąć kieszenie. Złapano mnie, ponieważ wiedziałem zbyt 
wiele. Najprawdopodobniej podążali za mną już od Rainy Valley i okazali się 
sprytniejsi od Złotego Lewisa. Jemu musiało się dostać! 
Zostawiono nas w spokoju na długie godziny. Słońce dźwigało się, potem 
schodziło ze szczytu nieba, a my nadal spoczywaliśmy przez nikogo nie 
dozorowani. Z początku dziwiło mnie to, później odgadłem przyczynę rzekomej 
beztroski naszych dozorców. Kiedy wspomniałem o niej chłopcu, odparł: 
- Nie ma stąd wyjścia, chyba przez skalistą bramkę, a tam na pewno postawili 
straż. Gdybyśmy nawet zerwali teraz więzy, nie zdołamy uciec. 
Dobrze po południu całej naszej trójce rozwiązano rzemienie na rękach i 
wręczono po kubku kawy i płacie wyschłego mięsa. Po tylu godzinach postu 
smakowało mi jak najwyszukańsze danie. Później zostaliśmy na nowo 
skrępowani. Tak leżeliśmy do wieczora. Na co czy na kogo te draby czekały? 
Kowal począł znowu stękać i jęczeć. Wyrzekał na los, który go wplątał w nasze 
towarzystwo. Powiedziałem mu, żeby się uspokoił, bo i tak wiem, kim naprawdę 
jest. Na takie oświadczenie rozjęczał się podwójnie i przysiągł, iż nigdy nikim 

background image

innym nie był, jak tylko wędrownym rzemieślnikiem. Dałem mu spokój. 
Zmęczyła mnie ta rozmowa, ale w głębi duszy po raz pierwszy narodziła się 
wątpliwość: może to i rzeczywiście kowal, a zgubioną sprzączkę ma tylko 
zbiegiem okoliczności? 
Nad wieczorem, gdy od skał otaczających dolinkę poczęły padać długie cienie, 
sprowadzono konie. Puszczone samopas błąkały się tu i tam wokół rozpalonego 
ogniska. Policzyłem dokładnie — było ich osiem. Widziałem również ludzi 
siedzących w kręgu blasku płomieni. Z początku zachowywali się cicho, potem 
dobiegła moich uszu rozmowa jak lekki szmer. Na koniec rozróżniałem 
poszczególne wyrazy przerywane gromkimi wybuchami śmiechu. 
Bardzo im wesoło — zauważył Dawid. 
Przytaknąłem. 
Nawet za bardzo. Pewnie się tutaj czują. 
Ta dolinka jest jak forteca. Wiedzą o tym. 
Wrzaski i krzyki stawały się coraz donośniejsze, w miarę jak ciemniało niebo. 
Niespodziewanie dwie postacie podniosły się od ognia. Obserwowałem, jak się 
zbliżały. Jedna z nich niosła płonącą głownię. Szli jakoś dziwnie. Wydało mi 
się, że kroczą lekkim zygzakiem. Kiedy stanęli nade mną, niosący pochodnię 
wetknął ją w ziemię, po czym ukląkł i począł rozwiązywać więzy moich rąk. 
Poczułem mocną woń wódki i zrozumiałem, dlaczego rozplątywanie rzemienia 
szło tak niesporo. Serce uderzyło mi mocniej — te draby były pijane! I to jak! 
Na koniec więzy opadły, usiadłem. 
 

 Jutro ruszamy — powiedział człowiek stojący nade mną. Schylił się i 

wetknął mi w dłonie blaszany kubek. 
— 

Masz, żebyś lepiej spał. 

Z wnętrza naczynia zapachniało alkoholem. Pokręciłem przecząco głową. 
— 

Nie chcesz? Słyszysz, Fred? Gardzi naszym poczęstunkiem. Jaśnie 

wielmożny pan doktor. Jutro będziesz prosił, ale nie dostaniesz nic, nawet kropli 
wody, ty... parszywy psie... 
Chciał mnie kopnąć, ale tylko zatoczył się i o mało nie upuścił naczynia. 
— 

Zwiąż go, Fred, zwiąż mocno. Niech się pomęczy. 

Człowiek nazwany Fredem, musiał mieć równie dobrze w czubie, bo popełnił 
kapitalne głupstwo. Ręce mi skrępował, owszem, nawet tak mocno, iż rzemienie 
wżarły się w skórę. Tylko że zamiast na plecach — z przodu. 
Dokonawszy tego powlókł się do Dawida, a że chłopak odmówił przyjęcia 
poczęstunku, drab jeszcze bardziej się rozzłościł. Przeklinając i odgrażając się, że 
nam gardła poderżnie, powlókł się ze swym towarzyszem w stronę kowala. Ten 
nie wahał się. Dostrzegłem, jak trzymał oburącz blaszankę. Siedli obok niego 
objęci pijackim uściskiem. Pewnie zasnęliby tam, gdyby nie przywołano ich do 
ogniska. Gdy byli już dość daleko, powiedziałem do Dawida: 
- Mam ręce związane z przodu — tu podniosłem obie dłonie. 
Gwizdnął cicho. 
Niech pan próbuje. Za trzy godziny te draby będą spały jak susły. 

background image

— 

Czekaj cierpliwie, dam ci znak. 

Podniosłem skrępowane dłonie ku ustom i począłem pracować... zębami. 
Niełatwa to sprawa, gdy ma się do czynienia z twardym rzemieniem. Wiedziałem 
jednak, iż na dalekiej Alasce zagubionych na pustkowiu wędrowców niejeden raz 
od głodowej śmierci ocaliło żucie nie wygarbowanych rzemieni psich zaprzęgów. 
A więc ludzkie zęby mogły sobie dać radę ze skórą. Począłem gryźć rzemień w 
jednym i tym samym miejscu. Och, niełatwa to sprawa dla kogoś, kto pierwszy 
raz w życiu tego próbuje. Po pół godzinie musiałem odpocząć. Dawid, który 
obserwował mnie, zagadnął: 
No i jak tam? 
Westchnąłem ciężko: 
Próbuję... 
Niech się pan nie spieszy, mamy czas. 
— 

Nie tak wiele — mruknąłem i zabrałem się z nową energią do roboty. 

Czyniłem postępy, ale i godziny upływały. Głośne rozmowy prowadzone przy 
ognisku najpierw przekształciły się w chóralne wrzaski, potem poczęły cichnąć. 
Jeszcze od czasu do czasu rozlegał się pijacki bełkot, potem i to ustało. Wówczas 
zdołałem przegryźć połowę szerokości rzemienia. Dalej poszło znacznie łatwiej. 
Kiedy opadły więzy z rąk przewróciłem się na bok, podkuliłem kolana pod brodę 
i w tej pozycji rozplatałem węzły krępujące kostki nóg. Po czym rozciągnąłem 
się, aby chwilę odsapnąć. 
Dawid — zaszeptałem —już... 
Przysunę się do pana. 
Nie, nie. Leż spokojnie. Czy zauważyłeś straże? 

Popili się i śpią. Jeden poszedł w głąb dolinki. Pewnie na wartę. Co robimy 

z tym kowalem? 
Podczas rozgryzania więzów zupełnie zapomniałem o swym sąsiedzie. Teraz 
zerknąłem w jego stronę. Spoczywał nieruchomo, ba, nawet nieco chrapał. 

Śpi — poinformowałem chłopca. — Po wódce. Nie będziemy się nim 

zajmować. 
Wolno, wolniutko podczołgałem się do chłopca. Kiedy już mógł ruszać rękami i 
nogami, zadałem sobie pytanie: co dalej? Oczywiście — uciekać. Ale ucieczka 
bez broni równała się wyrokowi śmierci. Pamiętałem o przygodzie z pumą. Więc 
trzeba zaopatrzyć się w strzelby. Ściągnąć pierwsze lepsze z brzegu, na szukanie 
własnych nie było czasu. No, i zrobić coś z wartownikiem. 
Zaczęliśmy się czołgać w kierunku wyjścia z dolinki. Niesporo to szło, członki 
drętwiały. Kiedy więc wydało mi się, że odległość dzieląca nas od ogniska jest 
wystarczająco duża, podniosłem się i skulony we dwoje posuwałem się już 
szybciej. Dawid postąpił podobnie. Dzięki temu przebyliśmy spory kawałek 
drogi, aż do skalistego zbocza. Wówczas dostrzegłem wąską wyrwę. To było 
właśnie przejście, ciągnące się ze dwa jardy skalnym korytarzykiem. Wetknąłem 
głowę w wylot przesmyku i padłem na ziemię. Kiedy wzrok oswoił się z 
panującymi tu ciemnościami, dostrzegłem, iż w przejściu nie ma nikogo. 

background image

Wskazałem chłopcu na pusty skalny korytarz. Podpełzł bliżej ku mnie i 
nachylając się tuż nad uchem szepnął: 
— Wartownik stoi po tamtej stronie. 
Biorę go na siebie — odpowiedziałem równie cicho. 
Ruszyłem w dalszą drogę czołgając się po kamienistym podłożu. Mokry od potu 
dotarłem wreszcie do miejsca, w którym cieśnina rozszerzała się w następną 
kotlinkę, nagą i pustynną. Tu było widniej. Księżyc zalewał białym blaskiem całą 
przestrzeń. Gorączkowo spoglądałem na wszystkie strony. Gdzież, u licha, 
podział się strażnik? Na koniec dostrzegłem go. Siedział pod skałą, nieco 
skulony, z lufą karabinu sterczącą między podgiętymi kolanami. Zacząłem doń 
podchodzić, cal po calu, wreszcie delikatnie chwyciłem za lufę. Ten człowiek 
spał, nawet nie drgnął. Nie trzeba było węchu myśliwskiego psa, aby pojąć 
przyczynę snu. Był tak samo pijany, jak jego towarzysze przy ognisku. Ocknął się 
dopiero wówczas, gdy ręce miał już skrępowane swą własną chustką, a nogi — 
własnym pasem. Krzyczeć nie mógł, Dawid wepchnął mu chustkę głęboko w 
usta. Spoglądał na nas, jakbyśmy byli duchami. Przypuszczam, iż sądził, że to, co 
widzi, jest dalszym ciągiem pijackiego snu-koszmaru. 
Szybko zakończyliśmy robotę. Rozporządzaliśmy teraz długą bronią i dwoma 
rewolwerami. Dobre i to. 
.A teraz — powiedział Dawid — trzeba wrócić i wszystkich powiązać. 
Nie tak pewnie, mój chłopcze. Zastanawiam się, czy w ogóle wrócić, ale jeszcze 
jedna strzelba na pewno się przyda. Tylko uważaj. Nie sądzę, aby wszyscy mieli 
tak słabe głowy jak ten tu. Pamiętaj, że jest ich siedmiu. To nie żarty. 
Wystarczy, gdy zaopatrzymy się w broń! Śpiących lepiej nie tykać. 
Chciałbym swoją... 
Jeżeli potrafisz odnaleźć. Chodźmy. 
Ruszyliśmy w głąb dolinki. Teraz już znacznie śmielej. Ale im bliższy był żar 
dogasającego ogniska, tym powolniejsze stawały się nasze kroki, aż 
przypadliśmy ku ziemi, rozpoczynając żmudną wędrówkę na rękach, łokciach i 
kolanach. Chłopak dotarł pierwszy do słabo oświetlonego kręgu i zatrzymał się. 
W minutę później zrównałem się z nim. Uniosłem głowę. Z prawej strony 
widziałem trzech śpiących. Spoczywali zawinięci w pledy po czubki nosów. 
Naprzeciw, po drugiej stronie leżała czwórka. Razem siedmiu. Czy to wszyscy? 
Podniosłem się powolutku i bezszelestnie. Dawid uczynił to samo. Jak dwa cienie 
nocy obeszliśmy obozowisko. Rozglądałem się za bronią. Na koniec znalazłem 
porzucony pas z nabojami i fuzję. Więcej nie szukałem, nie wolno było 
ryzykować, i to tym bardziej, iż konie znajdujące się pośród traw nad jeziorkiem, 
wyczuły naszą obecność, poczęły tupać, któryś zarżał. Chwyciłem chłopca za 
rękę i pociągnąłem do tyłu. W tej samej chwili jeden ze śpiących poruszył się, a 
potem usiadł. Przypadliśmy do ziemi. Rozbudzony drab najpierw głośno ziewnął, 
potem podniósł się niezdarnie. Z niepokojem czekałem, co dalej uczyni, ale 
dorzucił 

background image

tylko do żaru pęk chrustu, a potem owinął się opończą i rozciągnął na ziemi. 
Ognisko buchnęło płomieniem. Nie drgnęliśmy, dopóki blask na nowo nie 
przygasł. Dopiero wówczas, cofając się na brzuchu jak raki, wypełzliśmy z 
niebezpiecznego kręgu. Trwało to dość długo, ale wreszcie skończyła się ta 
uciążliwa wędrówka. Dotarliśmy do skalnej bramki. Nasz jeniec leżał na tym 
samym miejscu. Nie bez trudu przenieśliśmy go w bardziej ustronne zacisze tak, 
aby poszukujący wartownika stracili na tym jak najwięcej czasu. Byliśmy więc 
wolni, z bronią w ręku, ale z niewielkim zapasem amunicji, bez koni, wody i 
jakiegokolwiek zapasu jedzenia! 

background image

Don Pedro 

  
 
  
Biegliśmy klucząc między skałami tak długo, jak długo starczyło mi oddechu. 
Siedzący tryb życia w mieście teraz wyłaził mi bokiem. Co innego Dawid. Ten 
potrafił bez wysiłku posuwać się w takim tempie. Ale musiał z mego powodu 
zwolnić kroku, mimo iż niebo poczynało szarzeć, a godzina pościgu stawała się 
coraz bliższa. Pijana banda otrząśnie się wreszcie ze snu, zbudzi ją chłód ranka. 
Wówczas zainteresują się nami i szybko stwierdzą, iż dwu jeńców nie ma. Dalej 
— wiadomo: pogoń wstrzymana na kilka minut odszukaniem i przesłuchaniem 
wartownika. 
Mimo że płaskowzgórze w niczym nie przypominało blatu stołu, pełne załamań, 
uskoków terenu i głazów, szansa ukrycia się przed pościgiem nie była wielka. 
Tym bardziej iż nie zacieraliśmy za sobą śladów — nie starczało czasu. Ile mil 
przeszliśmy i przebiegli, zanim różowy świt oznaczył naszymi cieniami 
przebywaną drogę? 
Prowadził oczywiście Dawid. Nie rozmawialiśmy. Kluczyliśmy raz w prawo, raz 
w lewo, aż na koniec czerwony rąbek słońca wyjrzał zza horyzontu, gdy 
przystanęliśmy na krótki odpoczynek w jaskini, raczej w niszy dziwnego kształtu, 
powstałej w pionowej, żółtobrunatnej skale. Siedliśmy dysząc ciężko i ocierając 
pot z czoła. Teraz już na pewno zauważono naszą ucieczkę, a bandyci w 
pośpiechu siodłali konie. Powiedziałem o tym. 
 

 Nie dognają nas wcześniej niż za dwie—trzy godziny — odparł Dawid. — 

I gdybyśmy przez cały czas tkwili tu. 
Znam jedno takie miejsce... 
—- Trudne do odkrycia? 
 

 Trudne-nietrudne, ale bronić się można z niego świetnie, nawet w 

pojedynkę. 
— 

Jak długo? 

 

 Dopóki starczy nabojów. 

— 

No, to niezbyt długo... 

Ruszyliśmy znowu przyspieszonym krokiem. Raz jeszcze miałem okazje 
podziwiać wspaniały zmysł orientacyjny chłopaka. Co prawda — jak twierdził — 
wielokrotnie przemierzał te obszary i sporo nauczył się od Czarnego 
Niedźwiedzia, ale w wielu miejscach pustynia tworzyła prawdziwy labirynt skał i 
jarów, po którym nawet z kompasem i mapą niełatwo było wędrować, a cóż 
dopiero trafić do celu. Okolica była nadal pusta i głucha. Dotarliśmy wreszcie do 
stóp wyniosłej turni, wyglądającej jak stara warowna strażnica. 
— 

Już niedaleko — powiedział chłopiec — najwyżej pół mili. 

— 

Ej, wy tam! Rzućcie broń. 

Głos brzmiał chropawo i donośnie. 

background image

Skoczyłem w bok za piaskowcowy załom. Dawid uczynił to prawie 
równocześnie. Padł strzał i kula odłupała kawałek kruchego głazu. Byliśmy 
doskonale osłonięci. Nie mogłem pojąć, jakim sposobem ścigający znaleźli się 
przed nami. Czyżbyśmy przez cały czas krążyli w kółko, zawracając ku dolince? 
Szepnąłem o tym Dawidowi nie odrywając wzroku od lufy sterczącej zza skalnej 
szczerby. Chłopiec energicznie zaprzeczył. 
— 

Wycofujemy się — zakomenderował — bo nas otoczą. 

Nie było to rzeczą trudną. Kolejne skałki raz po raz zakrywały nas przed 
obstrzałem. W rezultacie znaleźliśmy się tak daleko, iż można było powstać. 
Szybko skierowaliśmy się w prawo, potem w lewo, na koniec — przed siebie. 
Gdy zadyszani siedliśmy w napotkanej stromej wyrwie gruntu, począłem 
nasłuchiwać. Nic, ani jednego dźwięku. 
Wcale nas nie gonią — zauważyłem. — Dziwne. Co ty na to? 
Nie rozumiem. A może... może po prostu wpakowaliśmy się na kogoś zupełnie 
innego? 
Ktokolwiek jest tym innym, nie mam zamiaru wracać. 
Ani ja, bo... 
Nie dokończył. Gdzieś niedaleko gruchnął strzał, po nim drugi, trzeci. Wreszcie 
zagrzmiała nieregularna, gwałtowna palba. 
Dawid, co to jest? Czyżby nasz pościg trafił na jakąś przeszkodę? 
Pewnie na tego strzelca, który chciał nas zgasić. On nie jest chyba sam. Zbyt 
głośno. 
Istotnie, było głośno! Huk nie ustawał. Kanonada trwała kilkanaście minut i 
raptownie urwała się. 
— 

Zmykajmy — powiedziałem. — To pewnie koniec, ale nie wiemy, kto 

zwyciężył. 
Wygramoliliśmy się z rozpadliny. Kiedy znalazłem się na jej krawędzi, 
usłyszałem tętent. Ktoś pędził w naszą stronę. Błyskawicznie odskoczyliśmy do 
tyłu i legli za samotną kępą kaktusów. Znakomicie nas kryły. Przyłożyłem kolbę 
do ramienia, palec oparłem na spuście broni. Tętent przybierał na sile. Już 
rozróżniałem głuche uderzenia o piaszczysty grunt i metaliczny dźwięk podków 
tratujących kamienie. Na koniec wyskoczył jeździec w galopie. Wszystko to 
trwało sekundy. Zbyt późno dostrzegł naturalną przeszkodę. Zamiast spiąć konia 
ostrogami i próbować przeskoczyć rozpadlinę, ściągał go cuglami. Na próżno! 
Koń runął w wyrwę, a jeździec wyleciał z siodła ponad koński kark i padł ciężko 
kilka kroków przed nami. Leżał bezwładnie. Wyskoczyłem zza kolczastej 
zasłony, aby schwycić bezwładnego za przegub dłoni — stary nawyk lekarski. 
Nie zdążyłem tego uczynić, bo w polu widzenia ukazał się następny jeździec. Ten 
był ostrożniejszy — osadził rumaka 
w miejscu tuż przed dołem, zerknął na leżącego i huknął na nas: 
A wy kto? Co tu robicie? 
Don Pedro! — wrzasnął Dawid. — Czy pan mnie poznaje? 
Chłopiec! Skąd się tu wziąłeś? 

background image

Powiedziawszy to nieznajomy zeskoczył z siodła. Schylił się nad bezwładnym 
ciałem. 
— 

Don Pedro — odezwał się mój towarzysz wskazując na mnie. — Tu jest 

lekarz... 
Nieznajomy uniósł kapelusz. 
— 

Bardzo przepraszam, senor. Będę panu mocno zobowiązany, jeśli zechce 

pan zbadać stan zdrowia tego nieszczęśnika. 
Wszystko to zostało wypowiedziane z jakąś swoistą elegancją i zaskakująco 
obcym akcentem. 
Niefortunny jeździec —jak się okazało — tylko zemdlał. Zanim przywróciłem 
mu przytomność, został bardzo dokładnie skrępowany. Dokonało tego dwu 
nowych przybyszów, którzy pojawili się w ślad za pierwszym. 
Nie wiedziałem, kim są ci ludzie, a ciekawość moja wystawiona została na długą 
próbę cierpliwości. Oto bowiem przygalopowało teraz trzech konnych. Zdarli 
rumaki tuż przed rozpadliną. 
Co nowego? — zagadnął don Pedro, jak się domyślałem, dowódca całej grupy. 
Schwytaliśmy czterech. 
Ilu padło? 
Dwu. Konie mamy wszystkie. 
Dobrze. Będzie teraz spokojniej w tych stronach. 
Przepraszam, doktorze, i ty, Dawidzie. Chodźcie do mojego obozu. Niedaleko. 
Poszliśmy, a w drodze chłopiec opowiedział naszą krótką historię. 
— 

Do licha! To moi ludzie o mały włos byliby was postrzelili. Bardzo mi 

przykro. A ta banda? Ścigając was wpakowali się na nas. To na pewno oni. Pan 
pozwoli, doktorze, że się przedstawię. 
Wyszukanym ruchem zdjął z głowy sombrero i machnął nim tak nisko, iż wzbił 
obłoczek kurzu. 
 

 Jestem Pedro Gonzales, hacjender z Meksyku. 

Powiedziałem swoje nazwisko i również powiałem kapeluszem tuż na ziemią. Po 
czym zostałem uściskany jak od dawna nie widziany brat. 
Po przebyciu prawie pół mili dotarliśmy do obozowiska. Zadziwiło mnie swymi 
rozmiarami. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to wóz potężnej wielkości. Jeden z 
tych starych wehikułów, którymi podróżowali osadnicy ciągnący ze wschodu ku 
Dalekiemu Zachodowi. Wóz o szeroko rozstawionych kołach pokryty był 
płótnem rozpiętym na półokrągłych listwach. 
Takie pojazdy służyły za mieszkania podczas wielotygodniowych wędrówek 
przez bezludzia prerii i gór. 
Wokół wozu postawiono kilka płóciennych namiotów, przed którymi tliły się 
ogniska, a na skalistym grzebieniu, z trzech stron otaczającym przestrzeń, 
dostrzegłem wartowników z bronią gotową do strzału. Wszystko to razem robiło 
wrażenie jakiejś wojskowej ekspedycji. Dokąd wybierał się don Pedro Gonzales z 
tymi ludźmi, nie potrafiłem odgadnąć. Do reszty zdezorientował mnie widok 

background image

Indianina siedzącego przy jednym z ognisk, nieruchomo jak figura z brązu. Tam 
właśnie skierował kroki don Pedro. 
Senor — powiedział — oto mój serdeczny druh, Pehnulte-Wielki Jeleń. 
Nawaj? — zapytałem. 
Nie, to jeden z wodzów Apaczów, ale jeśli pan zna nawajski, swobodnie się z nim 
porozumie, to bliźniacze języki *. 
Niestety... 
- Nic nie szkodzi. Pehnulte zna jako tako angielski. Myślę, że wypalimy fajkę 
pokoju. Chodźmy. 
 

Apacze i Nawajowie należą do rodziny językowej Athapasków wraz z innymi 51 plemionami, 
mieszkającymi jednak głównie na północy. 

 
 
Byłem nieco zaskoczony obecnością Apacza w tym gronie białych.- Słyszałem 
bowiem niejednokrotnie, iż Apacze cieszyli się opinią jednego z najbardziej 
wojowniczych plemion, że jeszcze nie tak dawno walczyli na obszarach Arizony, 
dając się dobrze we znaki osadnikom. Do rozmowy z wodzem jednak nie doszło, 
bo Pedro ujął mnie pod ramię i najpierw odwiódł w przeciwległy kraniec 
obozowiska. Za nami powędrował Dawid z jakimś drugim chłopakiem w 
meksykańskim stroju. Zauważyłem, że rozmawiali z sobą bardzo żywo, jak starzy 
znajomi. 
Na skraju obozowiska pod strażą dwu mężczyzn leżeli jeńcy. Naliczyłem ich 
pięciu. Nie rozpoznałem jednak wśród nich twarzy tego, którego uważałem za 
przywódcę. Znalazłem go dopiero między poległymi. A więc byli to członkowie 
bandy “Słońca Arizony". Siedem osób z grupy, która nas napadła. Czy wszyscy? 
Brakuje jednego — zauważyłem. — Mieli przecież osiem koni. 
Brakuje dwu, doktorze — poprawił mnie Dawid. —Zapomniał pan o kowalu... 
Do licha! Prawda. Czyżby kowal był istotnie kowalem? I jako jeniec jest 
pilnowany przez brakującego nam członka bandy? Musimy natychmiast tam 
jechać. 
Poinformowałem o swej decyzji pana Gonzalesa. 
— 

Doskonale, ruszamy. Fernando! Trzy konie dla nas! 

W pośpiechu przydzielono mi wierzchowca z ozdobnym meksykańskim siodłem. 
Bardzo niewygodnym. Tę przykrość w jakimś stopniu zmniejszyła nadzieja 
odzyskania własnych koni, które prawdopodobnie pozostały w dolinie. 
Pojechaliśmy szybko i bezbłędnie (zasługa Dawida) dotarliśmy do celu. Tam 
znaleźliśmy nie tylko oszołomionego naszym niespodziewanym przybyciem 
ósmego członka bandy (nawet nie usiłował się bronić), ale również naszego 
kowala — nadal skrępowanego. Ucieszyłem się na widok własnego konia 
spokojnie skubiącego trawę, a odzyskane rewolwery i sztucer wprawiły mnie w 
doskonały — po raz pierwszy od wielu dni — humor. Własnoręcznie uwolniłem z 
więzów jeńca. Wdzięczność swą wyraził w sposób nader rozwlekły, po czym 

background image

natychmiast uczynił mi wymówkę, iż pozostawiłem go w “rękach złoczyńców". 
Odparłem, iż sam sobie był winien. Nie należało przyjmować pijackiego 
poczęstunku, po którym przecież natychmiast zapadł w sen. 
0 klamerce i moich pierwotnych podejrzeniach nie wspomniałem. Zbyt długo 
musiałbym sprawę wyjaśniać. 
Rozgadany i skarżący się kowal natychmiast się uspokoił, gdy sprowadziliśmy go 
do obozu. Pewnie onieśmielił go widok tylu zbrojnych ludzi, tylu koni i 
imponującego w tych stronach wozu. Nie było sensu zatrzymywać go dłużej. 
Otrzymał na pocieszenie zdobycznego konia, broń i nieco żywności. Opuścił nas 
tego samego jeszcze dnia. Kiedy zniknął w tumanach kurzu, sądziłem, iż teraz 
wreszcie zapytam się Dawida, kim jest Pedro Gonzales. Nic z tego jednak nie 
wyszło. Gościnny gospodarz zaprosił mnie natychmiast do jednego z ognisk, 
gdzie posadził przy ledwie żarzących się głowniach, naprzeciw nieruchomego 
Apacza. Czekałem, co nastąpi dalej. Wtedy pojawił się jakiś starszy mężczyzna w 
aksamitnej, czerwonym rąbkiem lamowanej kamizelce i w czarnych, również 
aksamitnych spodniach. Wąsaty i chudy jak kołek w płocie. Na jego widok don 
Pedro zwrócił się do mnie: 
Jeszcze nie jedliśmy, doktorze. Jeśli pan pozwoli... 
Oczywiście, ja również nic dziś nie miałem w ustach, ani Dawid — dodałem 
odwracając głowę, aby dojrzeć chłopca. 
Proszę się nie troszczyć o niego, Dawid da sobie radę, zresztą ma towarzystwo — 
uśmiechnął się i zwrócił do mężczyzny: — podaj nam, co tam masz. 
Wąsaty sługa (tak go w myślach nazwałem) zniknął i zjawił się przynosząc 
talerze. Najprawdziwsze cynowe talerze! A do tego — noże i widelce! 
Kto nigdy nie przebywał na prerii i nie znał życia traperów, nie przebiegał ścieżek 
Dzikiego Zachodu, nie byłby może zaskoczony widokiem tych nakryć, podanych 
w samym sercu arizońskiej pustyni. Ale ja z trudem opanowałem okrzyk 
zdziwienia. Kimże był don Pedro, bo westmanem — na pewno nie! 
Zdziwienie moje jeszcze wzrosło, gdy służący przyniósł pokrajaną na spore 
kawały dymiącą pieczeń. Na półmisku! 
Gospodarz szybko i sprawnie porozdzielał ją na trzy talerze. Powstrzymałem 
uśmiech zobaczywszy, jak Apacz spokojnie odłożył na bok sztućce, jak wyjął zza 
pasa sporych rozmiarów kozik i przytrzymując mięso dłonią, sprawnie krajał w 
długie i wąskie pasemka, wkładając je do ust palcami. Muszę dodać, iż do 
znakomicie przyrządzonej pieczeni podano nam, znowu na półmisku, świeżo 
ugotowane ziemniaki — luksus w tych stronach. Na zakończenie uczty — nowa 
niespodzianka. Usługujący raz jeszcze się pojawił z butelką i z 
najprawdziwszymi szklankami. Tylko dwie z nich napełnił gospodarz na widok 
przeczącego gestu Apacza. Tym jednym ruchem ręki Pehnulte zdobył moje 
uznanie. Wiedziałem, jak mało odporni na działanie alkoholu są Indianie. 
Wszyscy oni — jak u nas się zwykło mówić — mają “słabe głowy". Sami zresztą 
o tym dobrze wiedzą. I rzecz dziwna, naród, którego jedną z cech 
charakterystycznych jest opanowanie i silna wola, staje się zupełnie nieodporny 

background image

na widok naczynia z “wodą ognistą". Władze federalne zakazały co prawda 
sprzedaży wódki Indianom, ale zakaz ten jest łamany nie tylko przez białych 
traperów czy osadników, ale nawet przez rządowych agentów nabywających za 
wódkę cenne futra. Jeszcze gorzej sprawa wygląda na terenie Kanady, gdzie 
sporo kierowników faktorii Hudson's Bay Company płaci Indianom za skóry 
litrami “wody ognistej" nawet wówczas, gdy nie zgadzają się na tego rodzaju 
“pieniądz". Do wyjątków należą plemiona, w których energiczny i rozumny wódz 
potrafi zakazać picia alkoholu i zakaz swój poprzeć karami nakładanymi na 
nieposłusznych. 
Oto dlaczego odmowa Wielkiego Jelenia zrobiła na mnie wrażenie. 
Wino było znakomite, ale kiedy don Pedro znowu sięgnął o butelkę — 
odmówiłem poczęstunku, chociaż w słowach specjalnie wyszukanych. Nie 
chciałem dotknąć gospodarza a z drugiej strony uważałem, iż ze względu na 
gorący klimat Arizony i ubiegłą nie przespaną noc — dodatkowa szklaneczka 
zamiast mnie orzeźwić, uczyni bardziej sennym. 
Gdy znikły talerze, półmiski i szklanki, don Pedro poczęstował mnie cygarem 
wyjętym z przyniesionego wielkiego pudła. 
 

 Pehnulte pali tylko kalumet — dodał wyjaśniająco. — 

A teraz, doktorze, poprosimy Dawida. Dawno go nie widziałem. Będzie rok. Bo 
trzeba panu wiedzieć, iż co roku wybieram się w te strony — tu klasnął w ręce i 
przywoławszy na ten umówiony sygnał sługę, rozkazał: — Fernando, poproś 
pana Dawida! Więc, doktorze, co roku przyjeżdżam tu na polowanie. W mojej 
hacjendzie, tam! — wskazał w nieokreślonym kierunku — mam już dwanaście 
futer pumy, z czego jedno prawie czarne. Rzadkość! Pan zapewne także poluje? 
Przepraszam za pytanie, bo cóż by pan innego robił w tych okolicach? Dawid 
świetnie strzela. Ale... oto i on. Siadaj chłopcze! Niechże ci się przyjrzę wreszcie. 
Urosłeś. 
Przerwał na chwilę potok słów, wpatrzył się w chłopca, zerwał z miejsca, 
schwytał go za ramiona i obserwował z uwagą, po czym zgniótł w uścisku obie 
jego dłonie, klepnął po ramieniu, raz jeszcze się przypatrzył, w końcu usiadł. Nie 
mogłem powstrzymać się od uśmiechu. - Doskonale, doskonale, moi drodzy... 
Nie wiem, czego właściwie mogło dotyczyć to “doskonale". Chyba wyglądu 
Dawida, choć jakoś nie wiązało się z dalszymi słowami. 
— 

Więc jedziemy na polowanie. Zaraz, natychmiast. 

Spojrzałem na chłopca. Mrugnął tylko ku mnie, ale się nie odezwał. 
— 

Dlaczego milczycie? No, doktorze! A ty, Dawid? 

Oczywiście, tylko że... nie teraz. Okoliczności, w których nas pan spotkał, są 
wynikiem wielu poprzedzających wypadków. Przykro mi, senior, ale jeśli mamy 
panu towarzyszyć, będzie pan musiał odłożyć polowanie. A poza tym... pańska 
pomoc bardzo by się nam przydała. 
— 

Moja pomoc? Nie zawaham się ani na chwilę, wszystkie pumy tego świata 

mogą poczekać. Powiedzcie, co mam uczynić. Słucham. 

background image

Znowu zerknąłem na Dawida. Nadal milczał. Czy wolno mi było opowiedzieć o 
całym przebiegu naszej dotychczasowej epopei? A jeśli Gonzales to gaduła (na 
takiego wyglądał), co nie potrafi utrzymać języka za zębami? Może z tego 
wyniknąć dla mych przyjaciół niepowetowana szkoda. 
— 

Senior Gonzales — zdecydowałem się błyskawicznie - udajemy się do 

pueblo Nawajów, mamy się tam spotkać z Czarnym Niedźwiedziem. Gdyby pan 
zechciał nam towarzyszyć... 
Przerwał mi w połowie zdania: 
I ja tam jadę! Miałem zamiar po drodze trochę sobie postrzelać, ale przecież 
polowanie można odłożyć. 
Czarnego Niedźwiedzia znam od lat, niech się pan zapyta Dawida. 
Kiedy pan zamierza wyruszyć? 
Chociażby natychmiast. 
“Natychmiast" okazało się niemożliwością. Wynikła niespodziewana trudność. 
Oto seńor Gonzales wcale nie miał zamiaru zabierać schwytanych napastników. 
Na pytanie, co chce z nimi uczynić, zaproponował z właściwą sobie werwą dwa 
rozwiązania: natychmiastowe powieszenie, a z braku drzew — rozstrzelanie 
schwytanych, lub też... puszczenie ich wolno. Sądziłem z początku, że żartuje, ale 
okazało się, że myślał tak zupełnie serio. Na chwilę zaniemówiłem. A potem 
oczywiście zaprotestowałem w najbardziej grzecznej formie. Ci ludzie zostali 
schwytani przez Gonzalesa i według zwyczajowych praw Dzikiego Zachodu 
należeli do zwycięzcy. 
Nie mogłem jednak przystać ani na masowy mord, ani na wypuszczenie 
osobników. 

— Co panu zależy na tych ludziach, doktorze? Musimy postąpić z nimi 

według prawa prerii, to znaczy: albo kara śmierci, albo wolność. Innego 
wyboru nie ma. Pan, doktorze, i Dawid jesteście pokrzywdzeni i macie prawo 
zabrać głos w tej sprawie. Co do mnie jestem raczej skłonny puścić ich. Dostali 
tak dobra nauczkę, że na długo zaprzestaną napadów na podróżnych. Żaden z 
moich ludzi nie został zabity, nawet ranny, nie szukam zemsty. 

Cóż mi pozostawało? Tylko wtajemniczyć uparciucha, chociaż 

fragmentarycznie, w przyczyny, dla których żadna z jego propozycji nie mogła 
mi odpowiadać. Zanim jednak to uczyniłem, zaproponowałem krótki spacer. Nie 
chciałem, aby Apacz był świadkiem naszej rozmowy. Poprosiłem natomiast 
Dawida o towarzyszenie nam. Zależało mi, aby wiedział, co i jak będę mówił. 
Gonzales łatwo dał się odciągnąć od ogniska. Udaliśmy się w cień skały i tam 
pokrótce zaznajomiłem go z napadem “Słońca Arizony" na farmę Hobbsa, 
wspomniałem o roli, jaką odegrał szeryf Adams, stwierdzając, iż powinniśmy 
właśnie ze względu na szeryfa postąpić zgodnie z prawem. Nie tym zwyczajo-
wym, ale tym pisanym. 

Wysłuchał mnie nie przerywając ani słowem, a potem zamyślił się. Trochę 

mnie to zaniepokoiło. Nie został przekonany, wahał się. Gdyby się uparł przy 
swoim, mogłem co najwyżej na znak protestu wskoczyć na konia i opuścić 

background image

obóz. Cóż by to jednak w praktyce dało? Stracilibyśmy tylko okazję do 
skorzystania z pomocy Gonzalesa. Dodałem więc: 

— Jeśli senor żywi jeszcze jakieś wątpliwości, proszę swą decyzję odłożyć do 

czasu rozmowy z Czarnym Niedźwiedziem. Jeśli i on pana nie przekona, nie  
będę  dłużej protestował. 

Nie odpowiedział. Wówczas wtrącił się Dawid; 

- To są pańscy jeńcy, senor Gonzales. Może pan z nimi uczynić, co mu się 
podoba, ale bardzo proszę zgodzić się... Popatrzał na chłopaka i roześmiał się. 

Niech tak będzie, tylko co uczynimy z jeńcami do chwili spotkania z Czarnym 
Niedźwiedziem? 
Zabierzemy ich z sobą — odparłem. 
Och, tyle kłopotu z powodu paru rzezimieszków! 
Czego jednak nie robi się dla przyjaciół? 
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Odwrócił się, aby odejść, ale przytrzymałem go za 
rękaw. 
— 

Przepraszam, senor, za niedyskretne pytanie: czy temu Apaczowi można 

ufać? 
Nachmurzył się. 
Przestaję tylko z ludźmi, którym można ufać. Pan może o tym nie wiedzieć, ale 
Dawid... 
Nie martw się seńor. Nie o to chodzi. Czy ten Apacz towarzyszy panu dla wzięcia 
udziału w polowaniu, czy też przybył w te strony z jakichś innych powodów? 
Ach, więc o to chodzi. Zaprosiłem go. Zależy mi na dobrych stosunkach, w moich 
okolicach sporo ich się kręci. 
Paliłem z nim kalumet. 
Dziękuję, to wystarczy. Myślę, że stosunki między Apaczami i Nawajami są 
poprawne. 
Oczywiście. W przeciwnym wypadku nie zabierałbym go w te strony. 
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Z wyników jej tylko częściowo byłem 
zadowolony. Wyczułem bowiem w dalszej drodze pewną oziębłość ze strony 
pana Gonzalesa. Przestał się do mnie odzywać i zajął miejsce na czele kawalkady 
wraz z Indianinem i jakimś malcem. 
On jest wściekle zarozumiały — szepnął mi Dawid, gdy zwierzyłem się ze swej 
obserwacji. — Ale to dobry człowiek. Za dzień, za dwa wróci mu humor. Uzna 
nawet, iż to właśnie jego decyzja wpłynęła na dalszy los jeńców. 
Oby — mruknąłem. 
Wyruszyliśmy w drogę w późnych godzinach popołudniowych. Kolumnę 
prowadził Gonzales w towarzystwie Apacza i wspomnianego chłopca, 
najprawdopodobniej jego syna. Dalej jechał wóz pod strażą kilku konnych, a w 
głębi wozu spoczywali, starannie powiązani, jeńcy. Dawid i ja jechaliśmy na 
końcu, co umożliwiło nam swobodną rozmowę. 
 

 Kim jest ten Gonzales? — zapytałem, gdy tylko ruszyło czoło pochodu. 

background image

Informacje chłopca częściowo potwierdziły moje przypuszczenia. Don Pedro był 
Meksykaninem hiszpańskiego pochodzenia, jednym z potomków osadników 
przybyłych na tamtejsze ziemie jeszcze w okresie, w którym Meksyk stanowił 
hiszpańską kolonię *. Brał udział w powstaniu Juareza przeciw cesarzowi 
Maksymilianowi jako bardzo młody chłopiec i podobno odznaczył się w tej 
walce. Dawid spotkał się z nim po raz pierwszy przed kilku laty, kiedy 
Meksykanin przybył do pueblo odwiedzić Czarnego Niedźwiedzia. Znajomość 
wodza Nawajów z don Pedro datowała się jednak znacznie wcześniej. Oto gdy 
garść wojowników nawajskich udała się na ziemie Apaczów, aby omówić sporną 
sprawę terenów łowieckich — zostali wciągnięci w zasadzkę. Niespodziewane 
pojawienie się Gonzalesa z gromadą ludzi uratowało Czarnego Niedźwiedzia. 
Meksykanin stanął po jego stronie i doprowadził do pokojowego zakończenia 
sporu. Dawid nie wiedział, czy Nawajów ocaliła od klęski siła, jaką 
reprezentował wówczas Meksykanin, czy autorytet, jakim się cieszył wśród 
Apaczów. Wtedy to Gonzalesa po raz pierwszy zaproszono na tereny nawajskie. 
Odtąd przybywał do pueblo corocznie, urządzając polowania na płową 
zwierzynę. Z dalszej relacji chłopca dowiedziałem się, iż Gonzales był bogatym 
hacjenderem, posiadającym rozległe tereny tuż nad meksykańsko-amery- 
 
 

Walka o niepodległość Meksyku rozpoczęła się w 1810 r. Po siedmiu latach ruch 
niepodległościowy został stłumiony. W trzy lata później wybuchło nowe powstanie, 
uwieńczone oderwaniem się od Hiszpanii 1 utworzeniem tymczasowego rządu w 1821 r. 

  
  
kańską granicą, niedaleko Youmy, tam gdzie Colorado wraz z rzeką Gila wpadają 
do Zatoki Kalifornijskiej. I nic już więcej nie dowiedziałem się od Dawida poza 
tym, że Gonzales lubił polować, miał celne oko i niezawodną rękę. 
Jechaliśmy dalej w milczeniu. Przyglądałem się naszej zbrojnej karawanie i 
rozmyślałem nad tym, jak wielką pomoc mógłby nam okazać don Pedro 
wspierając walkę ze “Słońcem Arizony". Czy jednak zechce to uczynić? 
Wprawdzie oświadczył, iż będzie pomagał przyjaciołom, ale przecież dotychczas 
niewiele wiedział o całej sprawie. A poza tym — wbrew sugestiom Dawida — 
nadal nie byłem pewien, czy poza gadatliwością i narzucającą się serdecznością 
Meksykańczyka nie kryje się zimne wyrachowanie, które nie pozwoli 
zaangażować się w sprawę nie przynoszącą osobistych korzyści. 
Pełen wątpliwości, marzyłem już tylko o spotkaniu z Karolem, Adamsem i 
Czarnym Niedźwiedziem. 

background image

Na nowym tropie 

 
 
Po kilku dniach dowlekliśmy się do pueblo. Piszę: “dowlekliśmy się", ponieważ 
ciężki, mało zwrotny wóz nie pozwalał na szybszą jazdę. 
Zanim ujrzałem znajomy wąwóz, dopędziła nas grupa moich przyjaciół spiesząca 
z Rainy Valley. Karol, Adams i Piotr Carr. Zaskoczenie obustronne. Dzięki temu, 
że Dawid i ja zamykaliśmy pochód - wszystko szybko się wyjaśniło. Don Pedro 
nie szczędził słów powitania. W dalszej drodze przekazałem Karolowi swą 
wiedzę o Gonzalesie. 
W pueblo przyjęto nas radośnie, a spotkanie Czarnego Niedźwiedzia z don Pedro 
świadczyło, iż istotnie panowały między nimi zażyłe stosunki. Wreszcie 
dowiedzieliśmy się, jak wypadł pobyt moich towarzyszy w Rainy Valley. 
Ludzie miasteczka, gdy im opowiedziano o przyczynach i wynikach napadu na 
farmę Hobbsa, a przede wszystkim o tym, iż napadu nie dokonali 
czerwonoskórzy, ale biali bandyci — wcale nie okazali zmartwienia z tego 
powodu. 
Zaledwie kilku wyraziło dość umiarkowanymi słowami potępienie tego faktu. 
- Przypuszczam — mówił Karol — iż wśród nich znajdują się członkowie bandy. 
Nie brali co prawda udziału w napadzie, nie chcąc być rozpoznanymi przez 
Hobbsa i jego ludzi, ale nie rozpaczali, że farmer-hodowca zginął wraz 
z całym dobytkiem. Jeśli ich mogło cokolwiek zmartwić, to tylko pogrom 
własnych towarzyszy. 
— Jak się zachował Lesser? 
— Był bardzo grzeczny, bardzo uniżony i wyraźnie przygnębiony. Zapytałem, co 
mu dolega? Wyobraź sobie, oświadczył, iż chociaż Hobbs wyrządził mu wiele 
przykrości, jest wstrząśnięty tragicznym zgonem hodowcy. Nie potrafiłem się 
powstrzymać od małej złośliwości: począłem go pocieszać, iż śmierć Hobbsa w 
pewnym stopniu została zrównoważona klęską napastników. Szkoda, żeś go nie 
mógł widzieć. Usiłował uśmiechać się, ale nie bardzo mu to wyszło. Ostatecznie 
jednak wziął udział w grzebaniu zabitych. Pewnie dlatego, aby móc rozpoznać 
poległych. Powrócił posępny jak noc. Cóż jeszcze dodać? Adams zwołał zebranie 
mieszkańców. Stawili się chyba co do jednego wszyscy mężczyźni. Ba, 
"ściągnięto nawet trochę kobiet, chociaż nie mają prawa głosu. Ale to było 
wyjątkowe zgromadzenie. Adams zaczął od wyjaśnienia przyczyn jego wyjazdu z 
Rainy Valley, mówił o “Słońcu Arizony", na koniec zaapelował do zebranych, 
aby utworzyli “komitet czujności" *. 
 

..Komitety czujności", jako namiastki organów sprawiedliwości, powstawały na Dzikim 
Zachodzie do czasu utworzenia legalnych sądów i policji 

  
  

background image

Bardzo się tym przejęli, ale chyba jeszcze bardziej — przestraszyli. Na wezwanie 
szeryfa odpowiedzieli najpierw milczeniem, a potem poczęli skarżyć się, że ich 
opuścił. Nie wytrzymałem. Wskoczyłem na jakąś skrzynię i krzyczałem, że jeśli 
nie chcą bronić Rainy Valley, nikt tego za nich nie uczy. ni. “Słońce Arizony" ma 
jeszcze dość siły, aby całe Rainy puścić z dymem! Myślisz, że poskutkowało? 
Gdzie tam! Przestali skarżyć się na szeryfa, ale zażądali, aby z nimi pozostał. 
Adams z miejsca odmówił, uzasadniając swą decyzję koniecznością ścigania 
bandytów. Mądrze postąpił. Bałem się, że wygarnie im prawdę w oczy i ciśnie 
pod nogi swoją gwiazdę. 
Ale przecież to był najprostszy sposób załatwienia sprawy i pozbycia się tych 
niedołęgów. Co nam po nich? 
Nie, nie, Janie. Nam wcale nie zależy na tym, aby Adams przestał być szeryfem. 
Musimy mieć przedstawiciela miejscowej władzy, jaka by ona nie była. Adams to 
zrozumiał. Co prawda mogło się zdarzyć, iż mieszkańcy Rainy w swej 
niedościgłej głupocie zdjęliby go z tego urzędu. Jeśli jednak nie uczynili tego w 
okresie ostatnich miesięcy, mała była szansa, że uczynią to teraz. I nie pomyliłem 
się. 
I co dalej? 
Kiedy okazało się, iż na powstanie “komitetu czujności" nie ma co liczyć, Adams 
zaproponował wybranie zastępcy szeryfa. Zgodzili się, ale długo nie mogli 
znaleźć kandydata. Wreszcie po wielkich deliberacjach wyszukano 
chętnego. Jaki on tam jest... nie, wiem. Jeśliby “Słońce Arizony" chciało odegrać 
się na Rainy Valley za klęskę z Hobbsem, być może zdoła zebrać ludzi do obrony. 
Wiem jednak na pewno, że liczyć na nich nie można. 
A Adams? 
Co Adams? 
Zamierza do nich wrócić, jak już będzie po wszystkim? 
Pytałem go. Powiedział, że wróci tylko po to, aby zrzec się swej godności. 
Sprawa była jasna. Tchórzliwe Rainy Valley nic a nic się nie zmieniło, nawet po 
ostatnim napadzie. Czy w tej sytuacji nie zwrócić się do Gonzalesa? Ta myśl już 
po raz drugi powstała w mej głowie. Powiedziałem o tym Karolowi, zanim 
jeszcze zjawił się Carr i oświadczył, iż czekają na nas przy ognisku. 
Powędrowaliśmy po drabinkach na najwyższą platformę pueblo, gdzie obszerny 
krąg blasku poznaczony był cieniami siedzących postaci. Ujrzałem Pierzastą 
Strzałę tuż obok dwu nie znanych mi wodzów, Czarnego Niedźwiedzia, Adamsa i 
Pedro Gonzalesa. Był oczywiście i Apacz. Myślę, że to właśnie dla niego 
zgromadzono nas tutaj, po chwili milczenia bowiem rozpoczął się obrządek 
kalumetu. Kiedy ostatnie smużki dymu zostały wypuszczone ku niebu i w cztery 
strony świata, przemówił Pierzasta Strzała. Nie umiałbym przytoczyć 
szczegółowo treści tego wystąpienia, w którym słowa angielskie raz po raz 
mieszały się z obrazowymi porównaniami i niezrozumiałymi określeniami 
nawajskiego języka. Sens jednak był zrozumiały. Chodziło o ostateczne 

background image

zlikwidowanie “Słońca Arizony", o przywrócenie spokoju — co leżało zarówno 
w interesie białych, jak czerwonych. Słuchając Pierzastej Strzały, raz po raz 
zerkałem na Karola. Czy Pierzasta Strzała rozmawiał z nim na ten temat? Czy 
uzgodnili postępowanie? Wódz Nawajów przedstawił bowiem bardzo dokładnie 
sytuację, jaka istniała w Arizonie jeszcze przed kilku tygodniami, i porównał 
z obecną. Odmalował niebezpieczeństwo, jakie wiązało się z dalszym istnieniem 
bandy, na koniec zaapelował do Gonzalesa, aby przyłączył się do naszej wspólnej 
akcji. 
Uczyniwszy to zwrócił się z kolei do Apacza, aby on również poparł nasze 
dążenia. Innymi słowy, rzecz cała została wyjawiona dwu nowym osobom. Co 
prawda Gonzales pozostawał w zażyłych stosunkach z Nawajami, ale Wielki 
Jeleń przybył tu przecież po raz pierwszy. 
Gdy skończył mówić, zabrał głos don Pedro i z właściwym sobie patosem obiecał 
pełną pomoc ze swej strony. Wyraził żal, iż do tej pory nic o sprawie nie wiedział, 
bo gdyby wiedział, to... Oświadczył, iż w każdej chwili jest gotów wyruszyć tam, 
gdzie mu wskażą, że sprawi mu zaszczyt towarzyszenie tak wybitnym mężom... i 
tak dalej, i tak dalej. 
Apacz nie zajął nam tyle czasu. Mówił swoim językiem, ale Karol przetłumaczył 
mi, iż Wielki Jeleń chętnie weźmie udział w wyprawie. Jego wojownicy 
przebywają dość daleko, gdzieś aż pod meksykańską granicą, więc ściągnąć ich 
tu nie może. 
Po tym ostatnim oświadczeniu Pierzasta Strzała powstał i wsparty na ramionach 
dwu wodzów odszedł. My wszyscy pozostaliśmy jeszcze przy ognisku. Dopiero 
teraz dowiedziałem się o wynikach pościgu oddziału Czarnego Niedźwiedzia. W 
drobnej potyczce padło dwu Nawajów i trzech członków bandy. Schwytano 
dziesięciu, ale nie byli to wszyscy uciekający. Czarny Niedźwiedź określa w 
przybliżeniu ich liczbę: około dwudziestu. W ostatecznym efekcie — mieliśmy 
ze sprowadzonymi przez Gonzalesa — osiemnastu jeńców. W boju z 
Meksykańczykiem padło dwu napastników, w walce z ludźmi Hobbsa — około 
trzydziestu, jak obliczał Adams. W sumie szeregi “Słońca Arizony" zmniejszyły 
się o pięćdziesiąt osób. Ile jeszcze pozostało? 
— 

Ba — powiedział Karol — to dla mnie zagadka. 

Z twego, Janie, opowiadania o pobycie w ,.Arizonac" wynika jednak, iż banda nie 
liczy więcej niż stu ludzi. 
Nie potrafiłem sobie przypomnieć, jaki to fragment mej relacji wskazywał na tę 
liczbę, ale nie zaprzeczyłem. Nie to bowiem było sprawą najważniejszą, lecz 
konieczność ustalenia dalszego postępowania. Banda została rozbita, ale nie 
unicestwiona. Zadania nie doprowadzono do końca. 
Kiedy Gonzales, elegancko nas przeprosiwszy, udał się do swych ludzi, a w ślad 
za nim oddalił się Apacz, zapytałem: 
Czy przyjrzeliście się jeńcom? 
Nie — odparł szeryf. — Ale trzeba będzie to uczynić. 
Jest na to czas. Konie pomęczone, wymagają odpoczynku, musimy tu posiedzieć. 

background image

— Moi wojownicy mogą ruszać natychmiast — zaprotestował Czarny 
Niedźwiedź. 
 

 Wierzę memu czerwonemu bratu, ale przecież pragniemy mu 

towarzyszyć. A i ludzie Gonzalesa są również pomęczeni. Z Meksyku to szmat 
drogi. 
 

. Znudziła mi się ta historia — wtrącił Carr. — Czy nie można jej szybciej 

zakończyć? 
 

 Chętnie, tylko w jaki sposób? Ma pan jaki plan? - zagadnął szeryf. 

Plan? Przecież to proste. Wyłapać resztę bandy. I już. 
Tylko... gdzie jej szukać? 
Ci, którzy ocaleli, pochowali się w mysie dziury, żeby przeczekać. Najlepszą i 
najszybszą drogą do ostatecznego zniszczenia “Słońca Arizony" byłoby 
schwytanie przywódców. 
No więc właśnie — przytaknął Carr. — Kropka w kropkę to samo sobie 
myślałem. 
W tym jednak trudność, że nie wiadomo, jak ich znaleźć, chyba że doktor nam to 
powie. 
Ja!? — wykrzyknąłem. 
Właśnie ty. Jesteś jedynym spośród nas, który widział wodzów bandy. 
To kpiny! Przecież byli zamaskowani. Nie podejmuję się ich rozpoznać po 
brzmieniu głosu. Nie o to ci chyba chodzi, Karolu? 
Na pewno nie. Ale pomyśl chwilę, może coś wynika z podsłuchanej rozmowy? 
Rozumiem... poczekaj, rozumiem... 
Wsparłem głowę na dłoniach i wpatrzyłem się w żar przygasającego ogniska. Jak 
to wtedy było? W myślach odtwarzałem szczegóły. Jeden po drugim. Siedzieli w 
milczeniu, nie chcąc mi przeszkadzać. 
Kiedy dobrnąłem do końca, klasnąłem w dłonie: 
— 

Wiem! 

Cztery pary oczu utkwiły wzrok w mej twarzy. 
— 

Człowiek nazwany Tomem mieszka w Rainy Valley —powiedziałem. — 

Wszystko na to wskazuje. 
Z czego to wywnioskowałeś? Powiedz. To ważne stwierdzenie. 
Wiem na pewno. Przypomniałem sobie, że to on zaproponował temu drugiemu, 
Rexowi, aby kandydował na stanowisko szeryfa Rainy Valley. Na to Rex odparł, 
że nie jest tutejszy. Jeśli jednak Tom wysunął jego kandydaturę, to 
fakt ten musi oznaczać, iż Rex jest częstym gościem w miasteczku i że jest dość 
popularny. W przeciwnym wypadku jego kandydatura nie miałaby żadnych 
szans. Czy źle rozumuję? 
Zupełnie poprawnie, Janie — odparł Karol. — Mów dalej. 
Dobrze. Banda miała zamiar wsadzić na pana miejsce 
— tu zwróciłem się do Adamsa — swego kandydata. Widać zrezygnowali z tego 
zamiaru w wyniku porażki. Ale czy na pewno zrezygnowali ze wszystkiego? Kto 
to jest ten nowy pana zastępca? 

background image

Piotr Carr gwizdnął i klepnął się po kolanach: 
Zawsze mówiłem, że nasz doktor jest genialny! 
Więc, szeryfie — zwróciłem się znowu do Adamsa, skarciwszy Piotra wzrokiem 
— kto to jest ten wasz zastępca? 
Uff. Ale zabił mi pan klina w głowę. Przeciwko pana teorii przemawia fakt, iż 
mego zastępcę z trudem wyszukano, ale z drugiej strony mogła to być tylko 
sprytna gra. 
Ten mój zastępca zowie się Wilbrun, chyba Jerzy Wilbrun. 
Chyba? 
Tak, do licha! Bo on nie mieszka w Rainy Valley! Mało go znam, chociaż często 
przyjeżdżał. Zresztą gospodaruje gdzieś niezbyt daleko. 
I nikt na to nie zwrócił uwagi. 
Zapomina pan, doktorze, że ja sam byłem nowicjuszem w Rainy Valley, gdy 
mnie wybierano. 
Istotnie. Ale ten Wilbrun może być Rexem. 
Może być, może nie być. Dowodów żadnych. Przeciwko pańskim podejrzeniom 
przemawia jednak fakt, że ten człowiek, jak go znam, nie grzeszy nadmiarem 
energii, raczej jest nieco tchórzliwy... 
 

 To mogą być pozory. 

 

 Zgoda — wtrącił się Karol. — Ale powiedz nam teraz, Janie, skąd wiesz, 

że ten drugi, ten Tom, jest stałym mieszkańcem Rainy Valley? 
 

 Wywnioskowałem z ich rozmowy. Kiedy bowiem Rex zapytał go, 

dlaczego sam nie wystąpił z własną kandydaturą, Tom odparł, że ma liczne 
zajęcia. Przecież gdyby nie mieszkał w Rainy, wysunąłby przede wszystkim ten 
właśnie argument. 
Ma liczne zajęcia — powtórzył Karol. — Hm, wielu ludzi ma liczne zajęcia... 
Tak, to możliwe, iż mieszka w Rainy. Większość napadów odbyła się w rejonie 
miasteczka... 
I żadnego napadu nie dokonano w samym Rainy Valley — dodał szeryf. — 
Przestępcy nie lubią działać na własnym terenie. To by potwierdzało sugestię 
doktora. 
Przyczyna może być i inna. Zbyt wiele osób byłoby świadkami. Jak mi wiadomo, 
żaden napad nie został przeprowadzony w  żadnym  tutejszym miasteczku. 
Wszystkich dokonano w ustronnych miejscach. Mimo tego, sądzę, że doktor się 
nie myli. 
Może przesłuchać jeńców? — wtrącił się Carr. —Co pan sądzi o tym, szeryfie? 
Oczywiście.  Liczę na to, że znajdę znajome twarze, chociaż... nie jest to pewne. 
W napadzie na Hobbsa na pewno nie brał udziału nikt ze stałych mieszkańców 
Rainy 
Valley. 
A gdyby tak schwytać Lessera? — zaproponowałem. 
— On może wiedzieć najwięcej. 
Spojrzeli na mnie, a Carr klasnął w dłonie: 

background image

— 

Doktor ma rację! Trzeba capnąć właściciela “Arizonac". Że też wcześniej 

nie pomyśleliśmy o tym? 
— 

Pomyśleli, pomyśleli — wolno odpowiedział Adams ale na to zawsze czas. 

Teraz uwięzienie Lessera wzmogłoby tylko czujność naszych pzeciwników. 
Myślę, że “Arizonac" to jakiś punkt informacyjny dla nich. Jakże go więc 
likwidować? Oczywiście, że Lesser jest zapewne członkiem bandy... 
Co to znaczy “zapewne"? — wykrzyknąłem — Mówił mi o tym Złoty Lewis, a 
oprócz tego słyszałem tamtej nocy, jak jeden z “białych kapturów" kazał 
zawiadomić Toma Lessera o przygotowaniach do napadu na Hobbsa. Chyba 
starczy! 
Przepraszam, doktorze. Może coś źle sformułowałem. On jest na pewno 
członkiem bandy... 
Ale to jeszcze nie wszystko — odparłem. — W gospodzie Lessera odbywały się 
zebrania bandy. Może tylko ścisłego kierownictwa, może i innych członków. 
Byłem tego świadkiem. Lesser musiał komuś wręczyć klucze do pokoju. 
Musiał wiedzieć, kto i dla jakich celów pokój wynajmuje. 
Jestem przekonany, że te klucze wręczał któremuś z “białych kapturów", 
oczywiście wówczas nie zakapturzonemu. Dla tego raz jeszcze twierdzę, że 
gospodarz musi znać albo człowieka o imieniu Tom, albo tego drugiego, 
przezwanego  Rexem. A oni mają pewność, że ich nie zdradzi. 
Na czym opartą? Jak sądzisz? 
Na tym, iż Lesser zbyt wiele by stracił. Przecież wówczas musiałby zrezygnować 
z “Arizonac", uciekać. Banda rozprawiłaby się z nim szybko. 
Zgadzam się — powiedział Adams. — Jeśli jednak Lesser jest tylko pionkiem, 
więżąc go, przestrzeżemy bandę. 
A teraz myślę, że warto przyjrzeć się schwytanym. 
Idziemy wszyscy? — zapytałem 
Niech moi bracia uczynią to sami. Czarny Niedźwiedź dobrze przyjrzał się 
jeńcom — rozstrzygnął Nawaj. 
Ruszyliśmy wzdłuż najwyższej platformy puebla. Tu właśnie, w wykutych w 
skale jaskiniach, pod dobrą strażą przebywali jeńcy. W każdej przebywało nie 
więcej niż dwu-trzech schwytanych. W niczym to nam nie przeszkadzało. 
Niedogodność natomiast stanowił półmrok panujący we wnętrzu. Jakże 
rozpoznać znajome, a tym bardziej przelotnie widziane twarze w takim cieniu? 
Wartownicy musieli więc wyprowadzać jeńców. Przyglądałem się pilnie, ale nie 
odkryłem ani śladu podobieństwa do któregokolwiek z ludzi spotkanych w Rainy. 
Szeryf miał największe szansę, najdłużej przecież przebywał w miasteczku. 
Jednakże na koniec do mnie los się uśmiechnął. Kiedy wyprowadzono na światło 
dzienne ostatnią dwójkę, pierwszym, którego spostrzegłem, był... Złoty Lewis. 
Biedaczyna, po raz drugi trafił w to samo miejsce. Zobaczył mnie, wytrzeszczył 
oczy i otworzył usta, zupełnie jak ryba wyjęta z wody. Udałem, że go nie 
dostrzegam. Zerknąłem na Karola i szeryfa. Obaj mieli jednakowo poważne 
twarze, ale u Adamsa dojrzałem w kącikach ust z trudem powstrzymywany 

background image

uśmiech. Tymczasem Lewis zdołał już ochłonąć z pierwszego wrażenia, stał 
milczący i nieruchomy. 
Kiedy już miano odprowadzić jeńców, dobiegł moich uszu szept: 
— 

Orle Pióro, muszę z tobą mówić... 

Udałem, że nie słyszę. Przed zniknięciem w głębi jaskini Lewis obejrzał się i 
uczynił jakiś niezrozumiały znak ręką. Odeszliśmy kilka kroków w bok. 
— 

Słyszeliście? — zapytałem 

Karol skinął głową, a szeryf powiedział: 
— 

Powinien pan z nim porozmawiać, kto wie, co z tego wyniknie? Może 

akurat coś dla nas dobrego? 
Przyrzekłem, że to uczynię, a potem zauważyłem: 
Czy przypadkiem wśród schwytanych nie znajdują się ich wodzowie? Może 
Lewis pragnie o tym powiedzieć? 
Nie, na pewno nie odparł Karol — W napadzie na Hobbsa nie brał udziału nikt z 
mieszkających w Rainy Valley i na pewno nikt z kierownictwa. Ażeby nie dać się 
zdemaskować. W jakiej bowiem roli musieliby ci “wodzowie" wystąpić? Jako 
wodzowie... nie mogli, przecież nikt nie był zamaskowany! Jako szeregowi 
członkowie? Wykluczam i tę możliwość. 
Na tym przerwaliśmy rozmowę. 
Wieczorem, gdy słońce zniżyło się do krawędzi ziemi, dolina wypełniła się 
nocnym mrokiem, na polecenie Czarnego Niedźwiedzia dwaj wojownicy zdjęli 
pęta więźniowi i przyprowadzili go do mnie. Maleńki ogieniek ledwie się tlił. 
Lewis siadł naprzeciw. 
Mów — powiedziałem. 
Pan mnie usłyszał, doktorze — odetchnął głęboko. Przytaknąłem. 
Niech mnie pan wysłucha... 
Po raz pierwszy użył zwrotu “pan". Wiedział już, że nie mam nic wspólnego ze 
“Słońcem Arizony", że nie jestem żadnym jego towarzyszem. Był wyraźnie 
przygnębiony. 
Po to przecież przyszedłem. 
Pan mnie wykołował doktorze. Dostało mi się za to. Dziwię się, że jeszcze żyję. 
Po tym wszystkim. 
Myślisz o napadzie na Hobbsa? 
Właśnie. 
Powiem ci, Lewis, że byłeś znacznie bliżej śmierci. 
Podczas tej strzelaniny?  
Zaprzeczyłem. 
Kiedy jechałem pańskim tropem? 
I nie wówczas. Znacznie wcześniej.  
Zamilkł i spojrzał na mnie badawczo. 
Co pan ma na myśli? 
Tę noc, którą obaj spędziliśmy pod jednym dachem. W “Arizonac”. 
Nie rozumiem. 

background image

Niewiele brakowało, Lewis, a zostałbyś zastrzelony. 
Przez pana? 
Ależ nie. Zwracam ci uwagę, że to ty chciałeś ze mną rozmawiać, a nie ja z tobą, 
przestań więc pytać. 
Prawda. Nie wiem, kim pan jest, doktorze, i po co tu przybył. Wiem, że mnie pan 
wyswobodził. Jakoś chcę się odwdzięczyć. Częściowo już to zrobiłem. Oni mnie 
wysłali w trop za panem. 
Jacy oni? 
No. jakby to powiedzieć? No, nasi dowódcy. 
__ Wasi dowódcy? A ilu ich jest? 
__ Już mnie pan raz wyprowadził w pole. Nie wiem, tego nikt nie wie. I nie o tym 
chciałem mówić. Powiadam, że jak mnie wysłali, wcale nie miałem zamiaru pana 
odnaleźć.  

Bajki. 

 

 Nie można nikomu zarzucać kłamstwa, dopóki się tego nie dowiedzie. 

O mało nie parsknąłem śmiechem. 
 

 Kiedyś ty się tego nauczył, Lewis? 

Pominął to pytanie. 
Widziałem pana trop, gdy przejeżdżałem. Potem na trafiłem na chłopca. 
Powiedział, że nikt tędy nie jechał. 
I nie bałeś się, że strzelę z ukrycia? 
Nie. Wiedziałem, że to się stać nie może. Nie po to mnie pan wyprowadził stąd, 
aby zrobić ze mnie trupa... Nie wiem, po co pan to uczynił, ale nie dla mojej 
śmierci. 
Trochę mnie zaskoczyła ta wiara, mająca zresztą swe uzasadnienie w całym 
moim postępowaniu. Ale skąd do tego doszedł Złoty Lewis? Czyżbym się mylił 
w ocenie tego człowieka? 
I co stało się później? — zapytałem. 
Nic się nie stało. Zawróciłem. Od początku nie podobała mi się ta wyprawa. 
Czułem, że chcą zrobić panu jakieś świństwo. 
-Kto? 
Właśnie oni. Pan mnie chyba rozumie? Powiedziałem, że nie odnalazłem tropów. 
Nie wiem, czy uwierzyli, czy nie. Zaczęło się małe piekło. Lesser pojechał do 
Hobbsa, potem wrócił. Pościągali naszych i... — przerwał na chwilę. — 
Niepotrzebnie tyle gadam. Kiedy mówiłem, że pan mnie wykołował, wcale nie 
miałem na myśli tych tropów. Tylko czerwonoskórych, którzy spadli nam na 
kark. Nikt się tego nie spodziewał, ale czuję, że to była pana sprawka, doktorze. - 
Czy to wszystko, co miałeś mi powiedzieć? 
 
Nie. 
Więc czego chcesz? 
Czego nie chcę, doktorze. Podróży do Huachuca... 

background image

Wypowiedział to jednym tchem. Nie przypuszczałem, że wysunie tego rodzaju 
propozycję. Była nieoczekiwana, była naiwna. 
— 

Wolisz tu pozostać? 

Nie. Wolę stąd odejść. Nie wiem, czy mi pan uwierzy: nie jestem winien niczyjej 
śmierci. Nosiłem się z zamiarem wyjazdu z Arizony. Proszę mnie zrozumieć. 
Jestem tylko Złoty Lewis, eksplorer. Oni mnie zmusili. 
Co miałem do wyboru? Albo dzielić się z nimi znalezionym złotem, albo uciec, 
albo dać się zabić. Zostałem. Nie przypuszczałem, że to mnie wplącze w taką 
historię... 
Że będą mnie zmuszać do napadów. Wykręcałem się jak mogłem... 
Hm, to bardzo sprytnie, Lewis. Prowadzi mnie pan zawikłanym tropem, którego 
końca nie mogę dostrzec. 
Niech mnie pan uwolni. 
Dlatego, że nie chciałeś mnie śledzić? Narażałeś się, doceniam to. Ale ten 
postępek jeszcze nie wyrównuje twego udziału w “Słońcu Arizony". 
Sprawiedliwość jest jedna, dla ciebie i dla twoich towarzyszy. 
Wstałem od ogniska. On podniósł się również. 
— 

Niech mnie pan wysłucha do końca. 

Mówił teraz prawie szeptem, jak człowiek mający się zwierzyć z jakiejś wielkiej 
tajemnicy. 
Wiem bardzo dużo o “Słońcu Arizony", znam coś, co warte jest mego uwolnienia. 
Sami nigdy na to nie wpadniecie. 
Twoje tajemnice, Lewis, niczego już nie zmienią, czy je ujawnisz, czy zataisz. 
— 

Znam “człowieka w kapturze", znam jego nazwisko! 

— te słowa wykrzyczał. — Czy to nic niewarte? Nie ma 
znaczenia?! 
Na sekundę zaniemówiłem. 
 

 Nie opowiadasz bajek, Lewis? 

 

 Sprawdzicie. Ja wiem, kim jest Wielkie Słońce. Wiem, gdzie przebywa. 

Bez niego “Słońce Arizony" przestanie istnieć. Niech pan to przemyśli, doktorze. 
Niech pan to powie swoim przyjaciołom. 

background image

Gdzie jest Lesser? 

 
 
Jeszcze trwała noc, gdy wstrzymaliśmy konie — czarna gromada ludzi wśród 
czarnej płaszczyzny arizońskiej. Przed nami, gdzieś bardzo blisko, stały domki 
Rainy Valley z zamkniętymi na głucho okiennicami. Na prawo, zaraz za pierwszą 
zagrodą, na szerokiej drodze-ulicy ledwo, ledwo rysował się zamazany kontur, 
przysadzisty i szeroki budynek “Arizonac". 
Szeryf Adams poszeptał coś z Gonzalesem, a potem drobna grupka ludzi 
odłączyła się i pod wodzą Meksykanina powoli znikała w ciemności. Za nimi 
ruszył Pehnulte, jak cień, bo nawet piasek nie zaskrzypiał pod stąpnięciem 
mokasynów. Siedzieliśmy w kucki z boku drogi — nie drogi, gościńca nigdy nie 
budowanego, lecz rozjeżdżonego przez wozy i rozdeptanego końskimi kopytami i 
racicami bydła. Robiło się coraz chłodniej. Rozgrzana ziemia zdążyła ostygnąć. 
Wydobyłem z kieszeni fajkę i trąciłem Karola. 
— Pal — mruknąłem. — Mamy czas. 
Za moim przykładem poszli inni, bo w ciemnościach zabłysły, jak złote świetliki, 
oczka żaru. Ludzie Gonzalesa pokładli się tu i tam, tylko szeryf od czasu do czasu 
obchodził ich rozciągniętą linią, potem zbliżał się ku granicy miasteczka, 
spoglądał na bezkształtną masę cieni, jak gdyby czekał na ukazanie się czegoś z 
dawna spodziewanego. Nic jednak nie zakłócało ciszy ani nie mąciło czarnego 
krajobrazu. Wreszcie Adams usiadł między mną a Karolem. 
 

 jeszcze godzina — szepnął. — Ale nie zaczniemy, póki don Pedro nie da 

sygnału. 
Siedzieliśmy w milczeniu. Nikt z całej Rainy Valley nie mógł wiedzieć o naszym 
przybyciu i nikt nie wiedział. Nawet miejscowy zastępca szeryfa. Adams 
pierwszy sprzeciwił się wchodzeniu w konszachty z tym człowiekiem", jak sam 
to określił. 
_ To chyba już koniec, Karolu? — zapytałem w pewnej chwili, nie mogąc dłużej 
wytrzymać milczenia. 
 

 Być może... Nim dzień minie, będziemy wiedzieli 

o wszystkim. 
 

 Nim minie ranek — poprawiłem go. 

Poczułem, jak z trudem opanował ziewnięcie, więc dałem spokój dalszej 
rozmowie, ale musiałem coś przedsięwziąć. Bałem się, że zasnę. Całą prawie noc 
znajdowałem się na siodle. Wstałem i począłem krążyć bez celu, tu i tam. 
Zauważył to Adams. 
Doktorze — odezwał się półgłosem — widzę, że nie może pan usiedzieć 
spokojnie. Może spróbuje pan podejść pod samą gospodę? Proszę się 
zorientować, jak tam jest. A kiedy usłyszy pan głos sowy, niech pan natychmiast 
wraca. 
— Idę — odparłem przyciszonym głosem. 

background image

Poprawiłem pas z rewolwerami, strzelbę wetknąłem w rękę Karolowi, żeby mi 
nie przeszkadzała, i ruszyłem przed siebie, wprost na pierwsze opłotki, a potem 
już tylko skrajem ulicy, gdzie czerń nocy wydawała się jeszcze intensywniejsza 
niż na otwartej przestrzeni. Ciemność wznosiła się jak ściana na prawo i lewo, 
tylko w górze iskrzyła się punktami gwiazd. 
Posuwałem się wolno, aby nie wpaść na jakiś zdradziecki kamień leżący przy 
drodze. W końcu dobrnąłem pod same stopnie werandy. Przysiadłem na 
najniższym, wsłuchując się, starając się wyłowić szmery tej pełnej napięcia nocy. 
Ale noc oniemiała. Najsłabszy dźwięk nie dobiegał mych uszu ani z wnętrza 
“Arizonac", ani ze ścian ciemności otaczających mnie dokoła. 
Ostrożnie, unikając skrzypnięcia deski pod butami wspiąłem się na werandę i 
przewędrowałem od okna d§ okna, przez całą szerokość domu. Stanąłem na 
palcach i spojrzałem przez otwór wycięty w grubej okiennicy. Nic nie dojrzałem, 
wewnątrz “Arizonac" było —jeśli to możliwe —. jeszcze ciemniej niż na dworze. 
Teraz ruszyłem w bok, tam gdzie wysoki parkan i osadzona w nim, mocno 
zawarta I brama oddzielały od. ulicy gospodarcze budynki Lessera. Przez szpary 
między sztachetami nie zauważyłem najmniejszego odbłysku światła. “Arizonac" 
pogrążony był w głębokim śnie. Postałem chwilkę, a wówczas gdzieś z 
przeciwnej strony gospody odezwał się głos nocnego ptaka: raz, drugi, trzeci. Po 
krótkiej przerwie — znowu trzy razy. Odwróciłem i się plecami do budynków i 
krok za krokiem, poprzez ciemność, ruszyłem z powrotem. Wszystko to razem 
nie trwało dłużej niż pół godziny, ale kiedy siadłem znowu między Karolem i 
Adamsem, jakoś lepiej rozróżniałem sylwetki łudzi i koni. Czyżby świtało? 
— 

Za pół godziny ruszamy - powiedział półgłosem szeryf. 

Dźwignął się ciężko. Przez chwilę dostrzegłem jego sylwetkę, stopniowo 
zagłębiającą się w mrok, aż znikła. Mijały minuty w ciszy nadal niczym nie 
zmąconej. Milczące zabudowania Rainy Valley po trochu wyłaniały się z czerni. 
Karol powstał. 
— 

Czas, Janie. 

Szelesty, skrzypienie butów, a potem stłumiony tupot koni, które gdzieś 
odprowadzano. Potem znowu chwilka ciszy, podczas której ozwał się daleki 
tętent. Staliśmy w pogotowiu, z oczami utkwionymi w ciemność drogi. 
— 

Nie wolno nam nikogo dopuścić do “Arizonac". 

Tętent narastał, rozlegał się tuż-tuż, aż raptownie ucichł. 
Dwa konie — szepnął Karol. — Zatrzymali się. 
Ciekaw jestem... — przerwałem w połowie zdania, bo usłyszałem głos, chociaż 
przytłumiony, ale przecież rozpoznawalny, znajomy. 
 

 Dawid? — zdziwiłem się. 

Z ciemności wyszedł Adams razem z chłopcem. 
 

 No i co z takim robić? Twierdzi, że Czarny Niedźwiedź pozwolił mu 

przyjechać. 
— 

Zmienił postanowienie? — zdumiał się Karol. — Trudno, chociaż 

przyznam, że nas tu i tak zbyt wielu. Co słychać, Dawidzie? 

background image

Nie od razu odpowiedział. Rozejrzał się dokoła. 
Czy tu jest don Pedro? 
Masz do niego polecenie? On jest tam — wskazałem ciemność wiszącą jeszcze 
nad zabudowaniami Rainy Valley. 
Daleko? 
Kawałek... 
To dobrze, bo... — zaciął się — bo ja nie jestem sam, doktorze. 
Tego jeszcze brakowało! A kogoś ze sobą przywlókł? 
W takiej chwili... 
Przyłożył dłonie do ust i usłyszałem najwyraźniej, najwierniej odtworzony głos 
arizońskiej ropuchy. Po sekundzie ciszy nadleciał odzew, a potem zadudniły 
kopyta. Wierzchowiec wynurzył się z mroku jak widziadło i jakaś smukła postać 
bezszelestnie zsunęła się z siodła. Nie potrzebowałem pytać. To był ten sam 
chłopak, którego spotkałem wśród ludzi Gonzalesa i z którym dotąd nie miałem 
okazji rozmawiać. Dziwnie jakoś nas unikał, poprzestając tylko na towarzystwie 
Dawida. 

Kto to jest? — zapytałem szeptem. — Kto to jest ten twój przyjaciel? 

No... to dziecko Gonzalesa. 
Dziecko? Chyba żartujesz? 
Roześmiał się cicho i coś niewyraźnie powiedział. Wydało mi się, iż zabrzmiało 
to w rodzaju “niezupełnie"... W mroku pojawił się Adams. Idziemy, jest coraz 
widniej. Doktorze, panie Gordon, proszę pilnować prawego skrzydła i nawiązać 
kontakt z Gonzalesem. Pięciu ludzi za mną. Reszta ma pilnować okien i drzwi. 
Trzech zostaje przy koniach. Naprzód. 
Ruszyliśmy w szarości przedświtu. Linia sylwetek ludzkich, coraz 
wyraźniejszych, rozciągnęła się wzdłuż werandy gospody, wzdłuż parkanu. 
Widziałem, jak szeryf jeszcze z kimś wszedł po stopniach i zatrzymał się na 
werandzie. Staliśmy w milczeniu. Nagle gdzieś na niewidocznym horyzoncie 
wystrzeliła różowa wstęga poranka. Prawie jednocześnie ujrzałem, jak pchnięte 
od wewnątrz, z suchym trzaskiem otwierają się okiennice, a potem wolno, 
wolniutko, z piskliwym zgrzytem, poczęły się uchylać obie połowy ciężkich 
masywnych drzwi. “Arizonac" przebudził się. Pierwszy w całym miasteczku, bo 
wokoło, jak daleko wzrok sięgał, domki nadal stały milczące i ciche. Ale oto 
zatupotały kroki. Szeryf wkroczył do wnętrza gospody w towarzystwie licznej 
eskorty. Minęło kilkanaście minut i znowu w szparze drzwi ukazała się głowa 
Adamsa. Popatrzał na nasz zbrojny szereg, kiwnął ku mnie ręką. 
Doktorze, proszę do mnie. Panie Gordon, niech pan obejmie komendę. Nie wolno 
nikogo wypuszczać z “Arizonac". 
Ścisnąłem sztucer, jednym skokiem przebyłem stopnie schodków, drugim — 
deski werandy i znalazłem się w gościnnej sali. Pustej teraz i cichej. Pod ścianą 
obok bufetu stał znany mi z widzenia stajenny chłopak, obok posługacz i jeszcze 
jakichś dwu ludzi, zapewne pracowników Lessera. Gospodarza nie było. 
— 

Co się stało, szeryfie? 

background image

- Szukamy Lessera. Powiadają, że wyjechał. W nocy. Musimy przeszukać 
wszystkie pokoje i zakamarki. Gdzie klucze? — zwrócił się do stojących pod 
ścianą. - No? Zaniemówiliście? Gdzie są klucze od pokojów? 
Zawsze wisiały w gabinecie pana Lessera. 
Dobrze. Pójdziesz z nami — wskazał na najstarszego z całej czwórki. — 
Prowadź. 
Ruszyliśmy kolejno: najpierw posługacz, za nim szeryf, za szeryfem ja, a pochód 
zamykało dwu vaqueros Gonzalesa. Po znanych mi schodach dotarliśmy na 
piętro. 
Który pokój? — zapytał Adams. 
Ten. 
Szeryf nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły. 
— 

Otwieraj. 

Kiedy pan Lesser ten klucz zawsze nosił przy sobie... Obejrzałem deski, drzwi 
wyglądały solidnie. Wsparłem je całym ciężarem swego ciała, ani drgnęły. 
— 

Nie w ten sposób, doktorze. Zbyt dużo hałasu. Myślę, 

że zamek nie jest równie solidny. Potrzebuję mocnego noża. 
Towarzyszący nam vaquero miał przy pasie ostre narzędzie, coś pośredniego 
między nożem a szablą. Meksykanie nazywają to maczetą. Służy do 
wyrąbywania ścieżek w tropikalnych gąszczach lub dla torowania drogi przez 
kaktusowe pola. 
— 

Świetnie. Tego właśnie potrzeba. 

Adams okazał się majstrem nie lada! Jednym pociągnięciem ostrza ściął kawał 
listwy tuż przy klamce, po czym wepchnął klingę w szparę, nacisnął, szarpnął i 
drzwi, zgrzytnąwszy, ustąpiły. Za nimi znajdował się malutki, prawie 
równoboczny korytarzyk i drugie drzwi. Na szczęście nie zamknięte. Wysunąłem 
się pierwszy i pchnąłem je z całej siły. Widok, jaki teraz ukazał się moim oczom, 
był zaskakujący. Któż by spodziewał się, że w tym prymitywnym 
hotelu-gospodzie można znaleźć pokój swym wyposażeniem przypominający 
najbardziej luksusowe wnętrze mieszkań Milwaukee? Pierwsze, co mi się rzuciło 
w oczy, to wielka, wełniana tkanina w kolorowe wzory, wspaniałe dzieło 
nawajskich kobiet, zakrywające całą podłogę. Podobne makaty wisiały na 
ścianach. Na nich rozwieszono barwne indiańskie pióropusze, skrzyżowane dzidy 
i łuki, tuż obok wykładane srebrem, dziś już nie używane pistolety i potężne 
rusznice, liczące chyba ze sto lat. Wszystko to przypominało starą zbrojownię. W 
sumie przyznać musiałem, iż Lesser miał dobry gust i nie liczył się z pieniędzmi. 
Jeśli oczywiście wymienione przedmioty zostały kupione. 
Środek pokoju zajmował okrągły stół lśniący politurą; sprzęt nie spotykany w 
tych stronach, na pewno sprowadzony z dalekiego wschodu kontynentu, 
podobnie jak i cztery ciężkie, pokryte skórą fotele. W rogu stała równie 
połyskująca dwudrzwiowa szafa. Kiedy Adams ją otworzył — głośno i przeciągle 
gwizdnąłem. Same niespodzianki! We wnętrzu zamiast spodziewanego rzędu 
garniturów — ujrzałem, w drewnianych stojakach, rząd połyskujących luf. Tuzin 

background image

karabinów prezentował się w lśniącej okazałości, a na półce przymocowanej w 
górze leżały w wielkim porządku rewolwery różnych kalibrów i marek. Po prostu 
zbrojownia. Zrobiło to wrażenie na nas wszystkich. Posługacz otworzył szeroko 
usta. 
— Nigdy tego nie oglądaliście? 
- Pan Lesser nikogo tu nie wpuszczał. 
 A gdzie spał? Nie widzę tu łóżka. 
W sąsiednim pokoju. 
Zajrzymy i tam, ale gdzież są klucze? 
Dostęp do okna zagradzało niewielkie biureczko. Jego środkowa szuflada, na pół 
wysunięta, ukazywała wnętrze pełne nieporządku. Ujrzałem stos podartych 
papierów, a na nich poszukiwany pęk kluczy nasadzonych na metalowe kółko. 
Boczne szuflady były bądź puste, bądź zawierały jakieś szpargały, również 
podarte, przysypane tytoniem. Walały się tu jakieś zardzewiałe ostrogi, dziurawy 
kapciuch i mnóstwo bezładnie porozrzucanych nabojów rewolwerowych. 
Ale porządek — powiedziałem z naganą. 
To o czymś świadczy — mruknął szeryf. — Ten człowiek bardzo się spieszył. Na 
pewno dawniej szuflady niebyły ani tak puste, ani tak zaśmiecone. Wiele bym 
dał, aby wiedzieć, czego w nich brakuje. Czy to te klucze? — zapytał 
pobrzękując kółkiem. 
Te same, proszę pana. 
No, to chodźmy — zwrócił się do mnie. — Inni niech czekają. Nikomu nie wolno 
tu wchodzić bez mojej zgody. 
Sąsiednie drzwi zostały bez trudu otworzone. Pokój był mniejszy i wyglądał 
ubogo. Staroświeckie, drewniane łoże, szafa pomalowana ordynarną, olejną 
farbą, mały stolik i dwa krzesła. To wszystko. Zwykły pokój podrzędnego 
hoteliku. Za to jaki nieład! Łóżko co prawda pięknie zasłane, ale z otwartej 
szeroko szafy wywalała się w bezładzie jasna struga bielizny, barwnych chustek, 
butów. 
— 

Bardzo się spieszył — powtórzył szeryf — i na pewno tu nie nocował. 

Wyszliśmy. Zamknął drzwi kluczem. W dalszych poszukiwaniach nie 
znaleźliśmy nic ciekawego. Zwróciłem jednak uwagę na skład towarów 
mieszczący się na parterze. W jednej trzeciej przypominał magazyn bławatny, w 
jednej trzeciej — skład siodeł i uprzęży, natomiast reszta była zbrojownią. Tyle tu 
znajdowało się skrzynek z prochem, paczek z nabojami, rewolwerów i strzelb. 
“Słońce Arizony" miało się gdzie zaopatrywać! 
Kiedy zeszliśmy do gościnnej sali, przyłączył się do nas Karol, pozostawiwszy 
swe straże Piotrowi Carrowi. 
Za oknami robiło się coraz widniej. Ujrzałem pierwszych mieszkańców Rainy, 
jak stali po przeciwległej stronie drogi, patrząc w osłupieniu w okna gospody. 
Musiał ich zdumiewać niezwykły widok: szereg zbrojnych ludzi nie 
dopuszczających nikogo do “Arizonac". 

background image

Nagle usłyszałem podniesione głosy. Uchyliłem drzwi od werandy. Tuż przy jej 
schodkach nieznajomy przybysz kłócił się zawzięcie z pilnującym wstępu 
wartownikiem. 
O co chodzi? — zapytałem. 
On powiada — odparł vaquero, zabawnie przeciągając słowa — że jest szeryfem. 
A przecież szeryf jest w budynku. Co z takim robić, seńor? 
Nie podawałem się za szeryfa! Jestem zastępcą. Zapytajcie Adamsa! 
Człowiek, który to wykrzyczał w gniewie, zwrócił się teraz do mnie. Spod 
opuszczonego ronda kapelusza patrzały oczy niespokojne, rozbiegane, a prawa 
dłoń ściskała nerwowo kolbę rewolweru sterczącą z czerwonej skórzanej pochwy 
szerokiego pasa. 
Pan jest zastępcą szeryfa w Rainy Valley? 
Tak. Nazywam się Wilburn. A pan... Kto? 
Sprowadzę szeryfa — odparłem. 
Adams kończył właśnie penetrowanie zakamarków. 
Lesser uciekł — powiedział na mój widok. — Zwąchał pismo nosem. Nie mamy 
tu nic więcej do roboty. Trzeba tylko zabezpieczyć budynek. Lesser nie mógł 
ujechać daleko. Trzeba nam w drogę... Chodźmy, doktorze. 
Tam czeka na pana jakiś Wilburn. 
— 

Doskonale. W samą porę. 

Wyszliśmy na werandę. 
— 

Wilburn, dobrze, żeś się zjawił. Zabezpieczysz “Arizonac" do mego 

powrotu. 
Nie rozumiem. 
Gospoda zostaje tymczasowom zamknięta. 
Co się stało z Lesserem? 
Uciekł. 
Kiedy? 
Powinniście o tym lepiej wiedzieć, Wilburn. 
Nie mieszkam w Rainy, szeryfie. Przypad... 
Dobrze — Adams przerwał mu wpół słowa. — Lesser zwiał wczoraj wieczorem 
albo w nocy. 
— 

A to drań! Ale dlaczego? 

Tyle było zaciekłości w jego słowach, że poczułem sympatię dla Wilburna. Nie 
wiedziałem wówczas, iż określenie “drań" nie dotyczyło tylko faktu samej 
ucieczki, ale jeszcze czegoś więcej. Nie zwróciłem również uwagi, iż to obelżywe 
słowo nie miało sensu, dopóki nie wiedziało się o przyczynie tej ucieczki. A 
przecież Wilburn o tej przyczynie nie mógł jeszcze nic wiedzieć. 
— 

Że drań, to prawda — odpowiedział Adams. — Nie dlatego, że uciekł, ale 

dlatego, że należał do “Słońca Arizony". 
Co? 
Wydało mi się, iż zastępca szeryfa pobladł pod maską opalenizny. Źle 
powiedziałem: pobladł. Raczej poszarzał. 

background image

Właśnie tak. Ale ptaszek nie mógł daleko odfrunąć. 
Znajdziemy go. 
Jadę z panem. 
Nie, Wilburn. Zostaniecie w Rainy Valley. Może Lesser będzie próbował wrócić? 
A przede wszystkim trzeba pilnować gospody. To ważne. Zorganizujcie straż. I 
jeszcze jedno: ktokolwiek wiedziałby o miejscu pobytu Lessera, 
powinien powiadomić najbliższego szeryfa albo posterunek wojskowy. Ten 
człowiek jest niebezpiecznym przestępcą. To wszystko, Wilburn. Swoich ludzi 
zabieram. Służbę “Arizonac" możecie puścić wolno, a jeśli chcą, mogą siedzieć 
na miejscu. Idziemy. 
To ostatnie słowo skierowane było do mnie. Piotr Carr, przypadkowy słuchacz 
rozmowy, szybko zorientował się w sytuacji: pościągał ludzi Gonzalesa. Kazał im 
wracać za miasto, a jednego pchnął do Meksykanina. 
Dzień był w pełni, gdy przecisnęliśmy się przez tłum ludzi otaczających budynek 
“Arizonac". Wieść o ucieczce Lessera i jego udziale w napadach “Słońca 
Arizony" rozniosła się szeroko i teraz głośno ją komentowano. Dla sennego, 
cichego miasteczka była to nie lada sensacja. Znacznie bardziej podniecająca niż 
dawne zatargi z Hobbsem. 
Odjechaliśmy od Rainy Valley dobrą milę ku południowi. W pobliżu miasta zbyt 
wielu kręciło się ciekawskich. Tam zatrzymaliśmy się na prowizorycznym 
obozowisku. Wówczas nadciągnął Gonzales z resztą ludzi. 
A teraz — dla wyjaśnienia — kilka słów o przyczynie naszej wyprawy nocnej do 
Rainy. 
Gdy Złoty Lewis oświadczył mi, że zna nazwisko człowieka noszącego miano 
Wielkiego Słońca, natychmiast powiadomiłem o tym towarzyszy. Przyjęli tę 
rewelację dość sceptycznie. Karol oświadczył, iż Złoty Lewis po prostu kłamie. 
Piotr Carr zaproponował, aby jeniec zaprowadził nas osobiście do przywódcy 
bandy, niejako wskazał go palcem — co było oczywistym absurdem. Po pierwsze 
dlatego, iż Lewis (jeśli mówił prawdę) nie przystałby na takie ryzyko. Po drugie 
dlatego, że (jeśli kłamał) w ten sposób dawaliśmy szansę ucieczki. 
Nieco inaczej zapatrywał się na tę sprawę Adams. Zdaniem jego należało 
sprawdzić wiarygodność informacji bez zobowiązywania się do czegokolwiek. 
— 

Ale przecież na takich warunkach Lewis nie udzieli żadnej wiadomości! — 

zaprotestowałem. -  Trzeba mu przyrzec wolność. 
Trudno na to przystać — zauważył Karol. 
Wypuścimy go dopiero wówczas, gdy jego słowa okażą się prawdą. Więc o co 
chodzi? — wykrzyknąłem. 
Tak, pewnie. Ale zastanów się nad tym, Janie. 
Doktor świetnie wie, o co chodzi — wtrącił się szeryf. — Dobrze wie, tylko 
udaje, że nie rozumie. 
 

 Znakomicie   odparłem podniesionym głosem. - 

Ani słowa. Umywam więc od wszystkiego ręce. Załatwiajcie sobie sami z 
Lewisem, chociaż wątpię, czy da się w tak naiwny sposób nabrać! 

background image

Zająłem się nabijaniem tytoniu do swej fajeczki demonstrując w ten sposób 
całkowity brak zainteresowania dalszym przebiegiem dyskusji. 
Pan jest w gorącej wodzie kąpany, doktorze. Przecież musimy się zastanowić. 
Wypuszczenie na wolność przestępcy to sprawa wcale niebłaha. No bo dlaczego 
mamy uwolnić Lewisa, a nie wszystkich innych? Dlatego, że przerażony 
zaproponował nam wydanie wspólnika, tak? To wygląda paskudnie i jakoś nie 
godzi się z moim pojęciem sprawiedliwości. 
Słusznie — nie wytrzymałem — pod warunkiem, że Złoty Lewis jest istotnie 
wspólnikiem, a nie ofiarą! 
I pan w to wierzy? Chyba zbyt pochopnie. 
A pan, szeryfie, podchodzi do sprawy zbyt podejrzliwie. I to nie mając dowodów 
uzasadniających tę podejrzliwość. Czy rzeczywiście nie dopuszcza pan 
możliwość takiej sytuacji życiowej, w której Złoty Lewis zmuszony 
został do współpracy z bandą? 

Dopuszczam, dopuszczam. Jednakże mam prawo nieufać temu 

człowiekowi, to po prostu mój... obowiązek. Jako szeryfa. 
Właśnie! I to panu przesłania jasność spojrzenia. 
Jeszcze chwila, a zostanę nazwany ślepcem. 
Nie wiem, do czego doprowadziłaby dalsza wymiana poglądów, gdyby nie 
interwencja Karola. 
— 

Dżentelmeni! — zawołał żartobliwie. — O co chodzi? 

Szeryf niezłomnie stoi na straży prawa, ale przecież doktor wcale nie zamierza 
tego prawa łamać. Chyba się nie mylę, Janie? 
Przytaknąłem. 
— 

Więc właśnie. A teraz —jaką mamy pewność, że Lewis nas nie oszuka? 

Taką, iż przed stwierdzeniem prawdy nie puścimy go na wolność -  odparłem. — 
Proponuję nawet więcej: zatrzymać go do chwili likwidacji “Słońca Arizony". 
Pięknie, ale oskarżyć kogoś jest łatwo. A dowód? 
Musimy mieć dowód, iż wskazany przez Lewisa człowiek jest istotnie przywódcą 
bandy, bo ręczę, że oskarżony wszystkiemu zaprzeczy. 
Dowody musi przedstawić Lewis, inaczej nic z tego —powiedziałem. 
A co wy na to, szeryfie? 
Nie zgadzam się. 
Senor Gonzales — zwrócił się Karol do Meksykanina. — Czy nie zechciałby pan 
zabrać głosu? 
Jestem tu nowicjuszem... 
Bardzo dobrze. Właśnie dlatego może pan reprezentować zupełnie nowy punkt 
widzenia. 
Czy wiadomość uzyskana od tego, jak się on tam nazywa... Lewisa może 
przyśpieszyć likwidację bandy? 
Wątpię — mruknął niepoprawny szeryf. 
Na pewno! — krzyknąłem. — Znając prawdziwe nazwisko przywódcy, 
natychmiast go schwytamy. A wówczas zgaśnie “Słońce Arizony"! 

background image

Pięknie to powiedziałeś, Janie. Chociaż nie podzielam twej pewności. A senor 
Gonzales? 
Uważam, iż jeśli pomoc Lewisa może zmniejszyć ryzyko chociażby o jednego 
rannego człowieka, puszczajcie go, seńores, wolno. To się opłaca. Albo ten Lewis 
jest uczciwym człowiekiem, to niech rusza w świat. Albo jest 
bandytą, to prędzej czy później spotka go zasłużona kara. Po rozbiciu bandy 
niewiele tu wskóra w pojedynkę. 
Zostałem mile zaskoczony takim oświadczeniem, przypuszczałem bowiem, iż 
meksykański hacjendero okaże się mniej czułym na ryzyko dalszej walki ze 
“Słońcem Arizony" a cena ludzkiego życia nie będzie dla niego grała wielkiej 
roli. Z radości uściskałem mu obie ręce. Widziałem, że sprawiło mu to 
przyjemność. 
— 

Pan mnie musi odwiedzić, doktorze -  powiedział chcąc zapewne w ten 

sposób okazać swe zadowolenie. 
— 

Oczywiście... 

Karol machnął ręką: 
 

 Do rzeczy, dżentelmeni! Nasz czerwony brat słyszał spór. Niech pomoże 

odnaleźć złote ziarnko mądrości. 
Spojrzeliśmy na Czarnego Niedźwiedzia. Pokręcił przecząco głową. 
— 

Siedzi tu obok mnie wódz Apaczów, Pehnulte.Howgh! 

Była to forma grzeczności wobec gościa. Nie wolno jej było lekceważyć. 
Natychmiast więc Karol zwrócił się do Wielkiego Jelenia i długo mu coś 
tłumaczył w apaczo-nawajskim dialekcie. Nic z tego nie zrozumiałem, ale i nie 
było potrzeby. Apacz odpowiedział krótko, plątaniną hiszpańsko-angielskich 
słów. Sens ich był — jak zdołałem pojąć — jednoznaczny. Wódz popierał mój 
punkt widzenia. Czarny Niedźwiedź wypowiedział się podobnie. 
Dostrzegłem, jak szeryf sposępniał, a Karol pomarkotniał. W najgorszym 
wypadku można było pominąć sugestie Apacza, ale nie sposób ustosunkować się 
tak do stanowiska Gonzalesa i Czarnego Niedźwiedzia. Bez pomocy ludzi 
Meksykanina likwidacja bandy stawała się trudniejsza. Bez pomocy Nawajów — 
wręcz niemożliwa. 
Teraz zapadła kłopotliwa cisza. Powiedzieliśmy sobie nawzajem wszystko, co 
powiedzieć należało. Przyszedł czas na ostateczną decyzję. Spojrzałem na 
Karola. Nerwowo pocierał dłonią brodę, na koniec westchnął głęboko: 
No i cóż, szeryfie? Zostaliśmy przegłosowani. 
Na to wychodzi. 
Ale pan jest tu przedstawicielem prawa i ostatnie słowo do pana należy. Myślę, że 
wobec takiej opinii większości, może byśmy... ustąpili? 
Nie przyłożę ręki do uwolnienia Lewisa. 
Karol uśmiechnął się: 
No, ostatecznie mogą to zrobić... inni. Proponuję, aby nasz doktor porozmawiał z 
jeńcem. Wie, czego ma się trzymać. 

background image

Na tym narada została zakończona. Więc jeszcze kilka słów o mej powtórnej 
misji. Udałem się znowu do Lewisa, przyrzekłem, iż dołożę starań, aby go 
puszczono wolno. Nic więcej nie mogłem obiecać, chcąc pozostać w zgodzie z 
własnym sumieniem. Obawiałem się, iż takie oświadczenie nie zadowoli jeńca. A 
jednak — otworzyło mu usta. 
W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć w to, co mi powiedział. Wielkim 
Słońcem miał być Tom Lesser, właściciel “Arizonac". 
Lewis upierał się, że przypadkowo mógł obserwować przez dziurkę od klucza oba 
“białe kaptury", w chwili gdy Lesser zakładał maskujący go strój. 
A ten drugi? — zapytałem. 
Rex? Miał już kaptur na głowie. Nie wiem, kto to jest. 
Zastanów się, Lewis. To, co mówisz, jest gołosłownym twierdzeniem. Lesser 
wyprze się wszystkiego! 
Nie, nie. Pan już wie, doktorze, że każdy z nas miał przy sobie srebrny znaczek z 
wizerunkiem słońca. Wielkie Słońce ma taki sam znaczek, tyle że wykuty w 
złocie. Jego zastępca również. Jak złapiecie Lessera, przeszukajcie mu 
kieszenie. Na pewno znajdziecie. 
To wszystko? 
Jeszcze nie. Wiem, gdzie Lesser chowa swe łupy. 
W “Arizonac"? 
Nie, w Dolinie Śmierci 
Gdzie to jest? 
Każdy tutejszy wskaże panu drogę. Ja odkryłem to zupełnie przypadkowo. Wiele 
razy grzebałem po zboczach Doliny Śmierci w poszukiwaniu złota. Kiedyś, gdy 
już dałem spokój bezowocnym poszukiwaniom i leżałem w górze, 
ujrzałem w dole człowieka i dwa juczne konie. Rozpoznałem Lessera. 
Widziałem, jak zatrzymał się, spętał konie i począł zdejmować pękate toboły. 
Cały ten bagaż zanosił w jedno miejsce, pod skalistą iglicę. 
Jak tam trafić? — przerwałem myśląc, że byłby to wystarczający dowód, by 
przekonać Adamsa. 
Bardzo łatwo. Iglica jest widoczna ze wszystkich stron. 
Ale wracam do Lessera. Otóż w pewnej chwili straciłem go z oczu. Zupełnie 
jakby pod ziemię się zapadł. Powtórzyło się to kilka razy, aż znikły wszystkie 
worki. Wtedy wycofałem się na drugą stronę doliny i odjechałem. 
Więc nie śledziłeś go dłużej? 
Nie. Gdyby mnie przypadkiem dostrzegł, dzisiaj nie miałby pan z kim gadać, 
doktorze. 
Tak się go lękasz? 
- Nie jego. Ludzi, których by na mnie nasłał. 
Szkoda — westchnąłem. — Gdybyś stwierdził, gdzie przechowuje łupy, 
mielibyśmy niezbity dowód udziału Lessera w bandzie. 
Wystarczy trochę pogrzebać. Dokoła iglicy. Służę pomocą. 
Nic na to nie odpowiedziałem, mając na uwadze wszystkie zastrzeżenia szeryfa. 

background image

Dolina Śmierci 

 
 
Jechaliśmy wciąż na południe, w kierunku meksykańskiej granicy: Karol, Piotr 
Carr, Adams, Gonzales, Pehnulte i ja. Sześciu ludzi. Aż za dużo, jak na 
schwytanie jednego człowieka. Za mało —jak na tak olbrzymią przestrzeń. Ale 
na jej spenetrowanie nie starczyłoby i tysiąca. W istocie rzeczy jechaliśmy na los 
szczęścia. Ścigany — rozumując logicznie — powinien był się skierować w 
stronę Meksyku. Ale również dobrze mógł się udać w jakimkolwiek innym 
kierunku. 
Ruszyliśmy wprost spod Rainy Valley, odesławszy do pueblo wszystkich 
vaqueros. Z nimi zapewne udał się Dawid wraz ze swym przyjacielem, bo zniknął 
mi z oczu, zanim jeszcze powrócił Gonzales. 
Za zieloną doliną Rainy, minąwszy rzeczkę, wjechaliśmy w posępną krainę. 
Ziemię ciemnych skał, czarnych lasów jałowcowych, pokrywających dalekie 
zbocza gór i wyschłych, wypalonych słońcem, pustynnych obszarów, gdzie 
sterczały ku niebu szare, zakurzone kaktusy. 
Sądziliśmy, iż Lesser — uciekłszy z miasteczka — będzie próbował opuścić 
terytorium Stanów przez najbliższą granicę. Chociaż dróg, a raczej bezdroży 
prowadzących na południe było kilka, wybraliśmy tę, która przebiegała niedaleko 
Doliny Śmierci. Nigdy dotąd o niej nie słyszałem. W całej naszej szóstce tylko 
Gonzales i Pehnulte znali dolinę. Ba, wiedzieli nawet skąd ta nazwa powstała. 
Wywodziła się z czasów walk prowadzonych między Meksykiem i Stanami 
Zjednoczonymi, zakończonych traktatem pokojowym w 1848 roku. Wówczas to 
w bezimiennej dolinie, w zapadłym kącie świata doszło do potyczki dwu wrogich 
oddziałów. Przyniosła ona śmierć wszystkim uczestnikom. Pobici — zmarli z 
ran, zwycięzcy z... pragnienia. Jednakże ktoś musiał się uratować, bo wieść o tym 
boju rozeszła się zarówno wśród czerwonoskórych, jak i białych, z czego właśnie 
zrodziła się nazwa Doliny Śmierci. Dodam, że istniało tam źródło wody, ale tak 
ukryte, iż tylko szczęśliwym trafem można je odnaleźć. 
Trzeciego dnia naszej podróży, jadąc według wskazówek Apacza i Gonzalesa, 
natrafiliśmy na odciski podków końskich. Ktoś zmierzał, jak my, ku południowi. 
Czyżby Lesser? 
Odtąd trzymaliśmy się tego tropu. Że zachował się tak widoczny i wiódł nas 
bezbłędnie, zawdzięczaliśmy to chyba wyłącznie suchemu klimatowi kraju — 
bez deszczów i porywistych wiatrów, które tak łatwo zasypują wszelkie ślady. 
Jechaliśmy szybko, przerywając podróż tylko o zmroku i w porze największego 
upału. Nie sposób bowiem wytrzymać w żarze arizońskiego południa. Z wodą, 
zwłaszcza dla koni, mieliśmy poważne kłopoty. Parokrotnie przed nocnym 
postojem Pehnulte opuszczał nas samotnie, aby krążąc dokoła, odnaleźć 
chociażby najmniejsze źródełko. Kiedy indziej czynił to Gonzales. I zawsze im 
się udawało. Za pomocą jakiegoś specjalnego chyba zmysłu potrafili trafić bądź 
na tryskającą ze zbocza góry siklawę, bądź na ukryte w zapomnianej dolince 

background image

jeziorko. Oni dwaj najlepiej orientowali się w tych bezludnych stronach. Zdarzały 
się jednak i takie dni, podczas których wydzielaliśmy sobie i koniom skąpe racje 
ciepławej wody, wiezionej na zapas w skórzanych workach. 
Na prawo i na lewo, za nami i przed nami, jak okiem sięgnąć, rozciągał się ten 
sam krajobraz pełen rozpadlin, uskoków, a od czasu do czasu — gładkich jak stół 
przestrzeni spalonej ziemi, zamkniętej na dalekim wschodzie szarym pasmem 
gór. Kraj był wymarły. Ani razu nie spotkaliśmy nawet najmarniejszej zwierzyny. 
Ślad kopyt stawał się coraz wyraźniejszy. Czy jechał przed nami Lesser, czy to 
jakiś inny jeździec samotnie przemierzał puste przestrzenie? Wkrótce mieliśmy 
się o tym przekonać. Piątego dnia jazdy Pehnulte, który nas wiódł, podniósł rękę i 
zatrzymał konia. Zbiliśmy się w gromadkę, a wówczas Apacz, wskazując ku 
wschodowi, powiedział tylko dwa słowa: 
— 

Dolina Śmierci. 

Otworzyłem szeroko oczy, ale poza brązowoczarną równiną, poza kilku 
samotnymi kaktusami — smętną ozdobą tych stron — nic więcej nie dojrzałem. 
Gonzales zauważył moje zdziwienie. 
— 

Wódz się nie myli. Od Doliny Śmierci dzieli nas jeszcze ze trzydzieści mil 

ale on już wie. Teraz przez jakiś czas posuwać się będziemy gładką i odkrytą ze 
wszystkich stron płaszczyzną. Ostatni zbiornik wody, mała rzeczka, przepływa o 
milę stąd. Dalej ciągnie się jałowy step-pustynia, pocięty parowami, a następne 
źródło dopiero w samej dolinie, i to tak ukryte, że niełatwo je odszukać. Czy 
mówił panu o tym Lewis? 
Zaprzeczyłem. 
Może zapomniał, a może sam o tym nie wiedział, tak jak nie wiedzieli żołnierze 
zmarli z pragnienia. To okrutny kraj, seńor. 
Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę bez pana, senor Gonzales — odezwał się 
Karol. — Bez pana i bez wodza Apaczów. Okrutny to kraj, to prawda. I okrutni 
ludzi go zamieszkują. A przyroda nie lepsza. Ale myślę, że ludzi da się 
zmienić, a przyroda okaże się łaskawa, gdy kanały pełne wody poprzecinają 
wyschłą ziemię. 
Ujrzałem na twarzy Gonzalesa lekki uśmiech, pewnie niedowierzania, a Piotr 
Carr po prostu zachichotał. Tylko oblicze Wielkiego Jelenia pozostało 
niezmącone w swym spokoju. Kto wie, może najlepiej z nas wszystkich pojął 
treść słów mego przyjaciela? 
— Teraz — powiedział Meksykanin — musimy nieco zboczyć, aby trafić na 
rzeczkę. W drogę, panowie! Do południa jeszcze kawałek, jeśli dobrze 
popędzimy konie, staniemy u celu przed największym żarem. 
Popuściliśmy cugli, kurz zawirował za nami. Po krótkiej jeździe dojrzałem na 
czerwonobrązowym polu wijącą się ciemniejszą linię zarośli. Wierzchowce 
poczuły wilgoć i przyspieszyły biegu. 
Wreszcie czarna linia zamieniła się w pasmo rzadkich krzewów, między którymi 
rozbłysło lustro wody. Przebyliśmy wąski płacheć trawy i zeskoczyli z siodeł tuż 
nad kamienistym, wypełnionym drobnym żwirem, szerokim a płytkim korytem 

background image

rzeczki. Woda sięgała koniom zaledwie do pęcin. Zdjęliśmy więc uprząż, aby 
mogły się wytarzać w tej płyciźnie. Od razu ożywiły się, poczęły parskać i 
szczypać trawę. 
Ruszyłem wzdłuż brzegu, z oczami utkwionymi w ziemię. Byłem ciekaw, czy 
rzekomy Lesser i tutaj zawitał przed nami, bo chociaż ślad biegł nadal prosto ku 
południowi, ścigany mógł skręcić 'do wody w innym niż my miejscu. Po przejściu 
kilku jardów zatrzymałem się jak wryty. Przede mną widniało nieregularne koło 
wygniecionej trawy, a w nim wyraźne odciski w wilgotnym gruncie: ślady kopyt i 
stóp ludzkich. Zawróciłem natychmiast. Przywołałem Karola. Obejrzał dokładnie 
teren. 
Jeden koń, jeden jeździec — stwierdził. 
Przybył z tamtego brzegu strumienia — dodałem — 
a odjechał w tym samym kierunku, w którym wiedzie nasza 
dalsza droga. 
Sprawdziłeś? 
Popatrz na tamten brzeg. 
Przeszliśmy nie zdejmując nawet obuwia. Tam wyraźny ślad kopyt ciągnął się 
równolegle z biegiem wody. 
— 

Z tego wynika — mruknął Karol — iż nie jest to wcale ten sam jeździec, 

którego tropem podążamy. Może jakiś samotny westman albo eksplorer jadący 
szukać szczęścia w górach? Wracajmy. 
Naszych towarzyszy niezbyt zainteresowało to odkrycie. Tylko Pehnulte udał się 
sprawdzić, skąd i dokąd wiódł odkryty trop. Posiliwszy się naprędce, 
osiodłaliśmy konie i ruszyli galopem za otwierającym kawalkadę Apaczem. 
Monotonna płaszczyzna z kępami kaktusów, zdawało się, nie ma końca. 
Opuściwszy rzeczkę przez cały czas widzieliśmy wyraźny trop nieznanego 
podróżnika, aż wreszcie złączył się on z tropem starym. Nie ulegało już 
wątpliwości — było dwu jeźdźców. Przez całe mile dalszej drogi oba tropy biegły 
tuż obok siebie: jeden mocno zatarty, drugi znacznie świeższy, ale w tym samym 
zmierzający kierunku. Niespodziewanie jednak rozdzieliły się. Zatarty ciągnął się 
nadal prosto ku południowi, świeży — łagodnym łukiem skręcił w lewo. 
Tajemniczy trop — powiedział Karol zatrzymując konia. 
Dlaczego tajemniczy? — zapytałem. 
Bo bez widocznego powodu zmienił kierunek. Gdybyśmy mieli więcej czasu, 
chętnie skoczyłbym w bok, aby sprawdzić, dokąd teraz pobiegły te świeże ślady. 
Na tych pustkowiach wszystko jest ważne. 
Ale ponieważ nie mamy... 
Niestety. Więc naprzód! 
Nad wieczorem gładka jak stół równina poczęła falować, a później ukazały się 
znowu pęknięcia i uskoki gruntu. Bardzo to utrudniało jazdę. Lawirując wśród 
tych bezdroży, pilnie baczyliśmy na odciski kopyt — stawały się coraz 
wyraźniejsze. A więc doganialiśmy jeźdźca. 

background image

Nazajutrz dostrzegłem na horyzoncie mgliste zarysy jakby dwu szczytów. Za 
pomocą lornetki obejrzałem je sobie dokładniej. Obie wysoczyzny nie wyglądały 
wcale jak szczyty górskie, lecz jak grzbiety biegnące ukosem w poprzek naszej 
drogi. Dokoła nich rozciągała się głęboka nizina. Najprawdopodobniej oba 
grzbiety powstały w wyniku erozji, dokonanej zresztą nie przez wodę, której w 
tym suchym kraju jest niewiele, ale przez wiatry wydmuchujące spaloną, 
sproszkowaną glebę spomiędzy twardego, skalistego podłoża. 
Zatrzymaliśmy się chyba w połowie drogi dzielącej nas jeszcze od celu. 
— To jest właśnie Dolina Śmierci — poinformował Gonzales. 
— Teraz musimy się rozdzielić — zauważył Karol. 
Po co? 
— Jeżeli prawdą jest to, co wyjawił Złoty Lewis, Lesser, zatrzyma się w dolinie 
na dłużej. Będzie przecież chciał zabrać chociaż część ukrytych łupów. Dlatego 
proponuję, aby kilku z nas obsadziło wylot wąwozu z przeciwnej strony. 
Czasu powinno na to starczyć, a ptaszek zostanie zamknięty w klatce. Co pan na 
to senior Gonzales? Można objechać wąwóz? 
- Długość doliny sięga pięciu mil. Objazd... hm... To oczywiście znacznie dłuższa 
droga. 
— O ile? 
— Trzy do czterech mil... 
— Czy podejmie się pan tego? 
— Oczywiście. 
— Świetnie. Myślę, że towarzyszyć panu powinni szeryf i Piotr Carr. W ten 
sposób podzielimy równo swe siły. Co wy na to, dżentelmeni? 
Nie wyrazili sprzeciwu, tylko Carr skrzywił się nieco. Ale na to nikt poza mną nie 
zwrócił uwagi. 
— A więc Lesser nie będzie mógł się wymknąć. 
— Jeżeli to jest istotnie Lesser — zauważyłem sceptycznie. 
— Sprawdzimy. Nim wieczór zapadnie, powinniśmy być na miejscu. 
— Moi biali bracia nie wiedzą, iż w Dolinie Śmierci znajduje się ścieżka — 
odezwał się nieoczekiwanie Pehnulte. — Ścieżka? — wykrzyknął Gonzales. — 
Znam przecież dolinę. Od zewnątrz dość łatwo przedostać się na grzbiet zboczy, 
od środka... niemożliwe! To prawdziwa pułapka. 
Słyszałem o człowieku, który zdołał wspiąć się od wewnętrznej strony... 
Czy Wielki Jeleń się nie myli? 
To była blada twarz, która zdołała uciec podczas walki. Oglądałem dolinę 
niejeden raz. Po południowej stronie biegnie tuż nad urwiskiem wąska ścieżka i 
wiedzie na grzbiet góry. Howgh! 
 
Czy można nią przejechać konno? 
Apacz zamyślił się chwilę. 
Tylko bardzo dobry jeździec mógłby tego dokonać. 

background image

— 

No to nie ma strachu. Lesser na pewno nie jest bardzo dobrym jeźdźcem. W 

drogę, panowie! 
Rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Popędziliśmy razem z Karolem i Pehnulte 
wprost przed siebie. Kurz wzbijał się spod kopyt, głucho dudniła stwardniała, 
pokryta czerwonym pyłem ziemia. Równina obniżała się coraz bardziej, aż 
znaleźliśmy się na jej dnie. Krajobraz Arizony — jak go zdołałem poznać — na 
pewno nie należy do pogodnych. Ale to, co teraz ujrzałem, przekraczało 
najbardziej ponure wyobrażenie o najbardziej ponurym miejscu na kuli ziemskiej. 
Duchota i skwar panujący tutaj przewyższały wszystko, czegokolwiek pod tym 
względem doświadczyłem. Najdrobniejszy powiew nie muskał twarzy, mimo iż 
jechaliśmy dobrym kłusem. W ciągu paru minut mokra koszula przylgnęła mi do 
ciała, kark wierzchowca począł lśnić potem. A widok? 
Cała okolica, jak okiem sięgnąć, pozbawiona była najdrobniejszej nawet rośliny. 
Nawet odporny na suszę i gorąco kaktus nie rósł tutaj. Wszystko miało barwę 
rudoczerwoną, gleba popękała w sieć drobnych zmarszczek. U krańca tej niecki 
dźwigały się dwie skały całkowicie nagie, prawie czarne, wyglądające jak wrota 
piekieł. Na koniec rozwarło się wejście do doliny, jak diabelska paszcza 
czekająca na śmiałków lub głupców. Brr, kiedy dziś jeszcze wspomnę tamten 
obraz, dreszcz mnie przenika. 
Jadący na przedzie Apacz podniósł rękę i wstrzymał konia. Podjechaliśmy. 
Niech teraz biali uważają. Ten Lesser (w jego ustach zabrzmiało to jak “Lezjer") 
może znajdować się bardzo blisko. 
Czy wódz wie, w którym miejscu wznosi się iglica? —zapytałem. 
W połowie doliny. Niedaleko ukrytego źródła. Niech moi bracia patrzą... o, 
tutaj... tu jest ten drugi trop, który zgubiliśmy. Druga blada twarz, która jechała za 
pierwszą. 
Nic o niej nie wiemy. Czy to przyjaciel Lessera, czy jego wróg? 
Spojrzałem na ziemię. Ślady kopyt były podwójne. Ślepy by to rozpoznał! 
Tajemniczy jeździec nadjechał nagle skądś z boku i znowu podążył tropami 
rzekomego Lessera. 
Co nam radzi Pehnulte? — zapytał Karol. 
Niech moi biali bracia jadą, jeden za drugim, prawą stroną, jak najbliżej zbocza, i 
niech oczy ich będą otwarte. 
Podążę lewą stroną. Czyńcie to samo, co ja będę czynił. To jest złe miejsce! 
Howgh. 
Karol odwrócił się ku mnie i rzekł półgłosem: 
— 

Popatrz, oba ślady biegną teraz samym środeczkiem. 

Ruszyliśmy obserwując uważnie ruchy Indianina. Apacz zapuszczał się w 
gardziel wolno, wolniutko, zmuszając wierzchowca do omijania potężnych 
głazów porozrzucanych tu i tam. Cieśnina, mająca kilka jardów długości, 
kończyła się raptownie. Na prawo i na lewo leżała teraz przed nami spalona 
ziemia w kształcie szerokiej rynny, ograniczonej stromymi urwiskami. Dół tej 
rynny pokrywały gdzieniegdzie drobne kamyki, gdzieniegdzie głazy o ostrych, 

background image

postrzępionych kształtach, odpadłe od wyniosłych grani zamykających dolinę. 
Ten ponury świat, martwy i milczący, wypełniony był ciszą aż dzwoniącą w 
uszach. Jechaliśmy bardzo wolno, nie wyprzedzając Apacza posuwającego się 
bezgłośnie — czyżby wódz, zgodnie z wierzeniami czerwonoskórych, nie chciał 
budzić “złego ducha" tego przeklętego miejsca? 
W tej ciszy słychać było tylko stłumione poczłapywanie koni. Nagle Karol 
ściągnął tak raptownie cugle, iż o mało na niego nie wpadłem. Zerknąłem w lewo, 
Pehnulte przystanął również i wyciągniętym ramieniem wskazywał w milczeniu 
na coś, co znajdowało się przed nami. Przyłożyłem do oczu lornetkę. Nieforemny 
kształt bielał na brązowoczarnej patelni, na wielkim kręgu prawie gładkiej w tym 
miejscu rynny. 
Odetchnąłem głęboko i zacisnąłem wargi, aby nie krzyknąć. To kości bielały w 
olśniewającym słońcu! Kości ludzkie. Kształt czaszek nie pozwalał wątpić. 
Musiały to być szkielety poległych w tamtej legendarnej już walce. 
— Karolu — szepnąłem — widzisz? 
Odwrócił się ku mnie i skinął głową. 
- Czy nie trafi tu ani jeden prawdziwy mężczyzna, aby pogrzebać te szczątki? 
Minęliśmy pobojowisko, ale obiecałem sobie, że jeszcze tu powrócę. Nie 
liczyłem, ale tak na oko wyglądało, iż padło tu kilkudziesięciu ludzi. 
Zwyciężonych i zwycięzców. Nieco dalej trafiliśmy na porozrzucane szkielety 
końskie, na broń palną i sieczną. Złoty Lewis nic mi o tym wszystkim nie 
wspominał. 
Gdy już pozostały za nami te bitewne szczątki, ciszę doliny zburzył nagle 
wystrzał. Rozległ się raz tylko, ale echo powtórzyło go trzykrotnie. W tym 
właśnie miejscu występ skalny zasłaniał widok. To stamtąd ktoś strzelił. Kątem 
oka dojrzałem, jak Pehnulte wspiął konia i pognał z miejsca dzikim galopem. 
Ruszyliśmy za nim. Pędziliśmy wśród złomów skalnych i lada chwila 
spodziewałem się, że mój koń wyrzuci mnie z siodła. Spociłem się podwójnie: z 
gorąca i z emocji. A przecież nie jestem najgorszym jeźdźcem. Oto dopadliśmy 
celu! Na pierwszym planie ujrzałem aż cztery wierzchowce. Nieco dalej 
spoczywał w brunatnym kurzu człowiek. Nie podniósł się na nasz widok. Kilka 
kroków za nim leżały na ziemi dwie jeszcze postacie, skrępowane rzemieniami. 
Rozpoznałem je natychmiast: Dawid i jego przyjaciel, syn Gonzalesa. Skąd się tu 
wzięli? 
Nad nimi, pochylony... Tak, wzrok mnie nie mylił, to był właściciel gospody 
“Arizonac" — Tom Lesser! Natychmiast wyprostował się, wyciągnął rękę i 
dwukrotnie strzelił w naszym kierunku. Nie widziałem, trafił czy chybił. Nie 
oglądając się pognałem wprost na niego. Strzelił raz jeszcze, po czym skoczył na 
konia ze zręcznością, o którą nigdy bym go nie podejrzewał i popędził w głąb 
doliny. Wszystko wydarzyło się w czasie znacznie krótszym, niż można by to 
opisać. Postanowiłem powtórzyć manewr przeprowadzony pod płonącą farmą 
Hobbsa: rzut lassem. Ba, ale tam galopowałem równiną, tu... rynną, raz szerszą, 
raz węższą, usianą skalnymi odłamkami. Lesser gnał w odległości kilku jardów, 

background image

skacząc to w lewo, to w prawo. Odległość wcale nie malała. Sprawę komplikował 
fakt, iż Karol, mający szybszego wierzchowca, nie mógł z powodu ciasnoty mnie 
minąć, a Apacz wyraźnie nie nadążał. Traciłem więc nadzieję, że uda mi się 
zbliżyć na odpowiedni dystans. Wtem sytuacja uległa gwałtownej zmianie. 
Otóż daleko, daleko w głębi doliny ukazali się nowi jeźdźcy. Musiałem ich 
dostrzec wcześniej od Lessera, bo on nadal nie zmieniał kierunku jazdy, gnając 
wprost w ramiona naszych towarzyszy. Ani przez sekundę nie wątpiłem, że są to: 
Gonzales, szeryf i Piotr Carr. No, już się nam nie wymknie — pomyślałem. 
Nagle Lesser skręcił w lewo, ku samej ścianie wąwozu. Uczyniłem podobnie, ale 
musiałem zwolnić bieg mego konia. Teraz na czoło pościgu wysunął się Pehnulte, 
ja za nim, za mną Karol. Bryzgi drobnych kamyków leciały spod kopyt, a bura 
kurzawa ciągnęła się naszym śladem. 
Trudno mi powiedzieć, jak to długo trwało. Pamiętam tylko, iż dostrzegłem już 
znajome sylwetki Gonzalesa i jego towarzyszy. Lesser dopadł skalnej ściany i 
skoczył. Wydało mi się, że oszalał. Ale nie, tam, kilka stóp nad dnem doliny, 
ciągnęła się wzdłuż zbocza wąziutka perć. Dojrzałem ją, jak pięła się łagodnym 
skosem aż ku samemu szczytowi. W sekundę później osiągnął ją Apacz 
podobnym, karkołomnym skokiem. Wstrzymałem wierzchowca. Dla dwu 
ścigających na ścieżce nie było miejsca. Karol również ściągnął cugle. Zatrzymał 
się tuż obok. Patrzyliśmy bezradni na rozgrywającą się przed naszymi oczami 
ucieczkę i pogoń. Lesser był diabelnie zręcznym jeźdźcem. Drożyna wyglądała 
jak wąziutka, karkołomna ścieżka straceńców. Ale Pehnulte w zręczności nie 
ustępował ściganemu. Widzieliśmy, jak zbliża się z każdą sekundą do Lessera. 
Obaj znajdowali się coraz dalej od nas i coraz wyżej. Ruszyliśmy z Karolem 
wzdłuż zbocza, na które spoglądałem teraz przez lornetkę. Oczekiwałem lada 
chwila zakończenia gonitwy. Jeden niezawodny rzut lassem i herszt “Słońca 
Arizony" wyleci z siodła. Ale rzut ten nie nastąpił. Stało się zupełnie coś innego. 
Oto nagle — oczom nie mogłem uwierzyć — zadrgała kręta linia ścieżki, buchnął 
obłok kurzu i przysłonił wszystko. Z obłoku wynurzył się gnający nadal ku 
kamienistemu grzbietowi wierzchowiec Lessera wraz ze swym jeźdźcem. Ale za 
nim nie widać już było pędzącego Apacza. 
Ze straszliwym gruchotem runęła skalna lawina aż na samo dno doliny. Jeden z 
wirujących kamyków trafił mnie dość boleśnie w twarz, a większe odłamki 
przeleciały tuż obok. Spłoszony koń poderwał się rżąc i tuląc uszy. Z trudem go 
powstrzymałem i zeskoczyłem z siodła. Kurzawa opadła. Teraz ujrzałem 
wyraźnie leżącego wśród zwalisk nieruchomego konia. Był martwy. Wyżej, 
kilkanaście jardów nad nim, widniała wielka wyrwa w ścieżce. Szukałem 
gorączkowo jeźdźca. Dostrzegłem go wreszcie — wisiał kurczowo uczepiony 
jakiegoś występu prawie gładkiej ściany. 
Karolu! — krzyknąłem, pokazując ręką. 
Bierz lasso, Janie, i na górę! 

background image

Zanim skończył mówić, zerwałem z łęków siodła pęk w koło zwiniętych rzemieni 
i biegiem ruszyłem w powrotnym kierunku, gdzie skalista ścieżka zniżała się ku 
dnu doliny. 
Wdrapałem się na nią słysząc za sobą tupot butów Karola i gnałem aż do miejsca, 
w którym drogę zagrodziła mi głęboka wyrwa. Nad tą przepaścią wisiał Apacz. 
Jak długo mógł utrzymać się w takiej pozycji? 
Położyłem się, ciężko dysząc, nad samą krawędzią. 
— Rzucaj, Janie! Spokojnie, spokojnie. Trochę w lewo. Tak, doskonale. 
Głos Karola pomógł mi zapanować nad nerwami. Przy słowie “doskonale" 
rzemień przeciął powietrze i zakołysał się tuż przed twarzą Indianina. Apacz 
trzymał się występu skalnego obu dłońmi. Teraz musiał jedną ręką schwytać 
lasso. Czy zdoła to uczynić? 
Patrzałem wstrzymując oddech. Ale nie doceniłem siły czerwonoskórego. Złapał 
natychmiast za pętlę rzemienia, przerzucił ją sobie przez ramię. Ukląkłem. Karol 
pomógł mi ciągnąć. Wolno, wolniutko, cal po calu skracaliśmy lasso, aż 
wreszcie głowa Pehnulte wyjrzała zza krawędzi, a sekundę później Wielki Jeleń 
wspiął się na ścieżkę. 
— Gdyby nie moi biali bracia — rzekł — leżałbym tam, obok swego konia. 
Nigdy im tego nie zapomnę. Howgh! 
Dopiero teraz spojrzałem na górę. Ścieżka była pusta. 
Lesser musiał dosięgnąć grzbietu i zniknąć za nim. Zawróciliśmy. Na dole czekał 
na nas tylko Piotr Carr. 
— Widzieliśmy wszystko — powiedział. 
— Gdzie Gonzales? 
— Pojechał z szeryfem. 
— Dokąd? 
— Ścigać Lessera. 
Prowadząc konie za uzdy dotarliśmy z powrotem do miejsca, w którym 
napotkaliśmy Lessera. Teraz krzątali się tu nad nieruchomym ciałem dwaj 
chłopcy. Jakimś sposobem— nie pytałem o to — zdołali się uwolnić z więzów. 
Ukląkłem nad leżącym. Zbadałem puls, serce, oddech. Nieżył. Kula 
najprawdopodobniej przeszyła okolice serca. 
Twarz wydała mi się znajoma. 
— Kto to jest? 
— Wilbrun, zastępca naszego szeryfa. 
— Więc to on gonił Lessera! — zawołałem. — To jego jest ten tajemniczy drugi 
trop. 
— Właśnie on, doktorze — odparł Dawid — ale w zupełnie innym celu. Sam mi 
to wyznał przed zgonem. Biedak, ledwie mógł mówić, ale zrozumiałem 
wszystko. 
— Co takiego? 
—To jest właśnie ten Rex, którego pan widział w masce. 
Zastępca szeryfa, a równocześnie zastępca szefa bandy. 

background image

Trudno uwierzyć, ale... niech pan spojrzy. 
Podał mi na otwartej dłoni żółto połyskującą blaszkę z wizerunkiem 
stylizowanego słońca. 
— 

Prawdziwe złoto — dodał.- Takie znaczki mieli tylko Lesser i 

Wilbrun-Rex... 
Pokiwałem głową. Blaszkę obejrzał Karol, po nim Carr, aż wróciła do mnie. Mam 
ją po dziś dzień. 
— 

Nieźle się spisałeś, Dawidzie — powiedziałem. — Ale skąd się tu wziąłeś? 

Sądziliśmy, iż wróciłeś do pueblo. Seńor Gonzales nie będzie zadowolony. 
To ostatnie zdanie skierowałem do drugiego chłopaka trzymającego się przez 
cały czas na uboczu. Od dawna już zauważyłem, iż stronił od ludzi. Wyglądał 
nieco na dzikusa. 
Dawid jakoś nie bardzo przejął się mym oświadczeniem. Postanowiłem przy 
najbliższej okazji wystąpić ostrzej, tym bardziej iż Karol zamiast mnie poprzeć, 
począł wypytywać o szczegóły. Wynikało z nich, iż brat Czarnego Niedźwiedzia 
wraz ze swym przyjacielem ruszyli w drogę jeszcze przed nami. Ot, taka 
chłopięca bufonada, która przecież mogła zakończyć się tragicznie. Co zresztą 
wynikało z dalszej treści relacji. 
Dawid znał Dolinę Śmierci. Wiedział (prawdopodobnie od Czarnego 
Niedźwiedzia), iż Lesser ma tam swój schowek. W terenie orientował się lepiej 
od nas i od samego Lessera. Wybrał więc najkrótszą z dróg. Dotarł do doliny od 
jej południowej strony. Dlatego nie dostrzegliśmy śladów obu chłopców. Odciski 
kopyt zauważyli natomiast Gonzales, szeryf i Piotr, ale nie mieli czasu 
zastanawiać się nad nimi, pędząc co koń wyskoczy na nasze spotkanie. 
Dawid wraz ze swym przyjacielem przybyli na parę godzin przed nami. Lesser 
musiał jednak ich zauważyć. Chłopcy trafili bez przeszkód do miejsca, w którym 
zostawił konia, aby zająć się odwaleniem wejścia do jaskini. Ujrzeli wierzchowca 
nie opodal wąskiej i ciemnej dziury. Przypuszczali, iż 
właściciel “Arizonac" znajduje się wewnątrz i zaopatrzeni w lassa postanowili 
czekać, ukryci za skalnym wyłomem. Spodziewali się, że chwycą Lessera. Cóż za 
powód do dumy! Zbyt byli pewni siebie i to ich właśnie zgubiło. Lesser 
prawdopodobnie sądził, iż za chłopcami podąża grupa dorosłych, dlatego tylko 
nie użył broni palnej. Za to podszedł niepostrzeżenie i obu ogłuszył uderzeniami 
pięści. Po czym związał ich własnymi lassami. 
Dawid, gdy nam o tym opowiadał, począł w tym miejscu jąkać się i plątać w 
słowach. Ledwo wyjaśnił, że gdy odzyskali przytomność, nie mogli ruszyć ani 
ręką, ani nogą. Spoglądając na jego żałosną minę, z trudem tłumiłem śmiech, 
choć sprawa przecież nie na śmiech zasługiwała. Dwu wyrostków przez własną 
głupotę o mało nie zginęło. Gdyby Lesser wiedział, że nikt za nimi nie jedzie... 
Znając krótszą drogę — nie powiedzieli nam o tym, rozpoczęli pościg na własną 
rękę, powodowani fałszywą dumą. Nie żałowałem ich teraz i nie kryłem się z tym. 
Lesser, unieszkodliwiwszy przeciwników, wskoczył na konia i odjechał. Można 
się domyślać, że chciał zbadać okolicę. Nie znalazłszy nikogo — wrócił. Po raz 

background image

drugi nad chłopakami zawisła groźba śmierci. Ale bandyta zajął się dalszym 
usuwaniem głazów z otworu pieczary. Być może porachunek z chłopcami 
odłożył na później. Popełnił jednak błąd — nie spieszył się. Gdyby natychmiast 
wyjechał z Doliny Śmierci, mógłby wywieźć przynajmniej część skarbów. 
Zgubiła go chciwość. Pozostał w dolinie, aby zapełnić juki już nie tylko własnego 
konia, ale i koni przybyszów. Wtedy zaskoczony został przez Wilbruna. Doszło 
do kłótni — jak opowiedział Dawid — z której wynikało, iż skarb złożony w 
grocie był własnością obu przywódców bandy, a Lesser wcale nie uprzedził 
wspólnika, iż postanowił opuścić Arizonę, z najwartościowszą częścią łupów. 
Ostra wymiana zdań zakończyła się morderczym strzałem Lessera. W takiej to 
chwili zjawiliśmy się. Gdy w minutę później ścigaliśmy uciekającego, 
śmiertelnie ranny Wilbrun wyznał chłopcom, iż nosił przezwisko Rex, że Lesser 
był Wielkim Słońcem, osobą kierującą wszystkimi poczynaniami bandy. 
Wysłuchawszy w skupieniu tej relacji, zajęliśmy się pochówkiem zmarłego 
Wilbruna-Rexa. Na koniec, bo już wieczór zapadał, rozbiliśmy obozowisko w 
pobliżu opisywanej przez Złotego Lewisa iglicy. Tam właśnie tryskało, a o krok 
dalej wsiąkało bez śladu w spaloną ziemię malutkie źródełko czystej i zimnej 
wody. 
Piekielnie zmordowany zasnąłem prawie natychmiast i dopiero rankiem obudził 
mnie Karol. 

background image

Skarbiec Lesera 

 
 
Pięć długich dni przebywaliśmy w Dolinie Śmierci czekając na powrót Gonzalesa 
i jego towarzysza. Prosił o to przez Piotra Carra, gdy puścił się wraz z szeryfem 
Adamsem w pogoń. Karol był pełen pesymizmu. 
— Albo go złapią natychmiast, albo wcale — twierdził. — Chyba że Gonzales 
nosi się z zamiarem ścigania Lessera aż do Meksyku, ale na to i pięciu dni nie 
starczy. 
Nic nie mówiłem, lecz w duchu przyznawałem Karolowi rację. Ale skąd ten 
termin pięciu dni? 
Teraz zajęliśmy się przeglądaniem skarbów Lessera. W grocie było przyjemnie 
chłodno, ale i ciemno jednocześnie. Na szczęście odkryliśmy tuż u wejścia pęk 
smolnych szczap, widać specjalnie tu przywiezionych, bo dokoła przecież nie 
rosła najdrobniejsza nawet roślinka. 
Gdy zapaliliśmy dwie z takich pochodni, oczom naszym ukazał się zdumiewający 
widok. Wnętrze pieczary dzieliło się na dwie części, jak gdyby dwie izby 
odgraniczone skalnym przewężeniem i wysokim progiem. W pierwszej — na 
kołkach wbitych w kamienną ścianę — wisiały płaty suszonego mięsa, twarde jak 
deski. Jak cenny jest taki zapas, wie o tym dobrze każdy traper, każdy westman, 
każdy samotny wędrowiec wśród samotnych przestrzeni, gdzie zwierzyna łowna 
należy do rzadkości. Suszone mięso można jeść wymoczywszy je uprzednio w 
wodzie, ale widziałem i takich, którzy spożywali je na sucho, długo żując. 
Suszone mięso to jednak przede wszystkim surowiec do wyrobu pemikanu, czyli 
mięsnego proszku. Ten niezastąpiony podczas długich podróży pokarm wynaleźli 
Indianie, krusząc wyschnięte kawałki bizoniej polędwicy w kamiennych żarnach. 
Później do swej produkcji włączył go przemysł spożywczy “bladych twarzy", 
przerabiając na proszek już nie bizonie, lecz wołowe mięso. Znacznie mniej 
smaczne. 
Wszystko w jaskini suche było jak pieprz. Nawet broń: cztery sztucery i trzy 
rewolwery owinięte w gałgany nie miały ani jednej plamki rdzy. Tak wiec 
pierwsza jaskinia była zbrojownią i spiżarnią. Znaleźliśmy nawet beczkę pełną 
ziarna kukurydzianego (bardzo się nam teraz przydało jako pasza dla koni), kilka 
garnków, parę łopat i kilofów. Sądząc po zapasach żywności, człowiek 
ukrywający się w Dolinie Śmierci mógłby tu przebywać tygodniami. Była więc to 
zbójecka oaza, podobna do tej, w której jeden z bandytów wybawił nas od 
niechybnej śmierci z pragnienia. Ale ta znana była tylko przywódcom “Słońca 
Arizony" — tak należało wnioskować. 
Druga, mniejsza jaskinia stanowiła skarbiec Lessera. Wynosiliśmy kolejno 
wszystkie przedmioty na światło dziennie. Było czemu się przyglądać! Na 
początek wydobyliśmy pięć skórzanych woreczków. Każdy ważył co najmniej 
pół funta. Dwa z nich rozpoznał Piotr Carr jako swą własność, którą natychmiast 
odzyskał. Stwierdziwszy, iż nadal zawierają w swym wnętrzu złoty piasek, 

background image

wykonał jakiś zaimprowizowany taniec, a potem rzucił się na szyję mnie i 
Karolowi. 
Zasłużyłem chyba na te woreczki? Co, doktorze? —wykrzykiwał Piotr. 
Jak najbardziej. Pomogłeś nam niemało, a poza tym...jest to przecież twoja 
zrabowana własność. 
Właśnie — tu zasępił się. — Gdyby tak jeszcze dało się odnaleźć broń i te trochę 
dolarów? Ci dranie wyczyścili mnie ze wszystkiego. 
Szukajmy — rzekłem. 
Ale w jaskini nie było broni Piotra. Ani dolarów. Na pociechę więc wręczyłem 
mu jeden ze sztucerów. Zamiast dolarów — w porozumieniu z Karolem — 
dorzuciliśmy Piotrowi jeszcze jeden woreczek. Co prawda najmniejszy, ale i tak 
na tym" nie stracił. Cóż jednak mieliśmy począć z resztą łupów nagromadzonych 
tu przez Lessera? Decyzję w tej sprawie odłożyliśmy do chwili powrotu szeryfa. 
Niech rozstrzygnie. Tymczasem wyciągaliśmy z ukrycia prawdziwe okazy 
sztuki. Chyba nie tylko chciwość, ale i jakaś mania kolekcjonerska 
charakteryzowała właściciela gospody. Bo oto znalazłem wśród innych 
przedmiotów indiański tomahawk o połyskliwym ostrzu, rękojeści wykładanej 
perłową macicą i nabijanej srebrnymi gwoździami. Była to raczej ozdoba niż 
broń, symbol władzy wodzowskiej. Ale jakże piękna! Nie mogłem nadziwić się 
temu dziełu rękodzielniczej sztuki nieznanego mistrza. Karol obracał oręż na 
wszystkie strony, a Dawidowi mało oczy na wierzch nie wyskoczyły na widok 
toporka. Mimo woli spojrzałem na Apacza. Warto było zobaczyć wyraz jego 
twarzy, tak nieruchomej i nieodgadnionej! 
Wziąłem Karola pod rękę i odprowadziłem na bok. Nie trzeba było wielu słów. 
Zrozumieliśmy się natychmiast. Ująłem tomahawk w obie dłonie i podałem 
Wielkiemu Jeleniowi. 
— Na pamiątkę — rzekłem. — Niech służy czerwonemu bratu długie lata — a dla 
przydania wagi swym słowom zakończyłem krótko indiańskim: — Howgh! 
Przyjął i znowu na jego twarzy odczytałem cień wzruszenia. Nic nie powiedział, 
położył tylko rękę na sercu. Wymowa tego gestu była wystarczająca. Zjednaliśmy 
sobie raz jeszcze sprzymierzeńca na śmierć i życie. 
Z innych skarbów zwróciłem uwagę na pęk naszyjników sporządzonych z kłów i 
pazurów szarego niedźwiedzia. Nie pisane prawo głosi, iż taką ozdobę może 
nosić tylko myśliwy mający na swym koncie grizzli. Nie były to jednak zwykłe 
naszyjniki, lecz pazury i kły oprawione w złoto. Miał gust Lesser, ani słowa! Już 
chciałem je odłożyć, kiedy przyszła mi szczęśliwa myśl do głowy. 
Karolu — powiedziałem — Czarny Niedźwiedź na pewno niejeden raz miał do 
czynienia z grizzli, więc... 
Dobrze, masz rację. Ale drugi taki sam naszyjnik przeznaczam dla Pierzastej 
Strzały. Przecież to on dał nam do pomocy Czarnego Niedźwiedzia. 
Tak więc schowaliśmy do juków dwie podobne ozdoby. W drugiej części jaskini 
odkryliśmy jeszcze starą beczkę do połowy napełnioną monetami. Znajdowały 
się w niej dawno wyszłe z obiegu złote i srebrne pieniądze angielskie, 

background image

hiszpańskie, portugalskie, francuskie luidory, dublony i cekiny. Monety okrągłe i 
kwadratowe, z dziurkami w środku, popstrzone dziwnymi hieroglifami narodów 
Południa i Dalekiego Wschodu. Po prostu — jakieś muzeum mennicze świata. 
Naprawdę nadawały się do muzeum, ale sama myśl transportowania teraz tego 
bogactwa do dalekich miast wydała mi się czymś absurdalnym, że nawet o niej 
nie wspomniałem. Z kolei wysunęliśmy z jaskini drewniany kufer pełen złotych 
świecidełek: pierścieni, kolczyków, nausznic, naramienników, które — sądząc z 
wyglądu — służyły jeszcze potomkom pierwszych hiszpańskich 
konkwistadorów. Oglądając te świecidełka uprzytomniłem sobie, ile to 
nieznanych kobiet i mężczyzn paść musiało ofiarą rabunku “Słońca Arizony". A 
przecież skarb Lessera to tylko część łupów... 
Przez całą noc aż do białego ranka śniły mi się przerażające w swym 
okrucieństwie twarze łowców złota: piratów, korsarzy, najeźdźców Meksyku 
łupiących skarby Montezumy, na koniec — zbójów “Słońca Arizony" 
napadających po bezdrożach na podróżnych, traperów, samotnych wędrowców... 
Dokładnie piątego dnia — a więc w ściśle oznaczonym terenie — przybyli 
Gonzales z szeryfem. Już z daleka dostrzegłem jeźdźców. Jedno spojrzenie na ich 
twarze — wystarczyło. Posępne były i skwaszone. 
Uciekł — stwierdziłem głośno na powitanie. 
Hm, to prawda. — Szeryf zaśmiał się nieszczerze. — 
Niech go diabli... 
Diabli go na pewno porwą — stwierdził poważnym tonem Gonzales. — Ho, ho! 
Czego tutaj nie ma? — wykrzyknął zauważywszy wydobyte skarby. —Lesser był 
zbieraczem nie lada. 
W tej chwili wzrok jego padł na obu chłopców stojących nieco na uboczu, z 
bardzo niewyraźnymi minami. 
— 

Co tu robicie, u licha? Dawidzie, nie spodziewałem się tego po tobie! Inez! 

Jak mogłaś? Ciągle jeszcze jesteś nierozsądnym dzieckiem. To wstyd, doprawdy 
wstyd! Nigdy cię więcej ze sobą nie zabiorę. Jakże to się stało? 
Kiedy oboje poczęli coś tam bąkać piąte przez dziesiąte, a Karol odwrócił się 
plecami, żeby ukryć śmiech, wziąłem szeryfa pod rękę i odeszliśmy kilka 
kroków. 
Szeryfie — zapytałem — kim jest ten chłopak? Dlaczego: Inez? 
Doktorze, nie pan jeden dał się nabrać. Gdyby Gonzales nie zwierzył się, również 
nie domyśliłbym się niczego. 
To nie chłopak, to córka naszego Meksykanina. Facet marzył o chłopcu, a 
urodziła się córka. Bardzo ją kocha, ale wychowuje ją jak chłopaka. Czy to 
dobrze, czy źle... jego sprawa. Inez, podróżując co roku z ojcem, zawsze 
występuje w męskim przebraniu. O tej maskaradzie wiedział chyba 
tylko Dawid i pewnie Czarny Niedźwiedź. 
Postaliśmy jeszcze chwilę, podczas której poinformowałem Adamsa o tragicznej 
śmierci jego zastępcy. Nie był tym zaskoczony. 
— 

Podejrzewałem, że jest członkiem bandy — powiedział 

background image

— chociaż nie sądziłem, iż tak blisko współpracuje z Lesserem. Rex? No, no, kto 
by pomyślał? 
Kiedy wróciliśmy, Gonzales zakończył już swą perorę. Zrozumiałem teraz, 
dlaczego Dawid tak wstydził się niefortunnego spotkania z Lesserem. Nie potrafił 
przecież obronić kobiety! 
Gonząles opowiedział o szczegółach nieudanego pościgu. Dlaczego prosił, 
abyśmy czekali na niego właśnie pięć dni? Pięć dni — to znaczy dwa i pół dnia 
jazdy za Lesserem i dwa pół dnia jazdy powrotnej. Z czego wynikało takie 
obliczenie? Otóż za Doliną Śmierci, ku południowi rozciągał się teren równinny, 
znakomity dla pościgu. Ale za tą równiną zaczynał się labirynt skał, parowów, 
dolin. Grunt jest tak kamienisty, że nawet tabun koni nie zostawiłby 
najmniejszego śladu. Gonzales liczył na to, iż Lesser zostanie ujęty przed 
osiągnięciem tych skalnych bezdroży. Jednakże nim zdołali z szeryfem opuścić 
Dolinę Śmierci, Lesser odsądził się tak daleko, iż stracili go z pola widzenia i 
kierowali się tylko śladami. Przez dwa i pół dnia gnali wyduszając z koni ostatni 
dech. Wszystko na próżno. Ślad urwał się na kamieniach i wszelkie próby 
odnalezienia go spełzły na niczym, jak to słusznie przewidywał hacjendero. 
A więc co dalej? — zapytałem, kiedy skończyli opowiadać. 
Wracamy — odparł Karol. — Być może, iż Lesser zjawi się znowu w tych 
stronach, aby sprawdzić, co stało się z jego skarbem. 
Jakżeście to znaleźli? — zagadnął Adams. 
Schowek był odwalony — poinformował go Karol. 
O, to na pewno nie wróci. Nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że zostawimy łupy w 
tym samym miejscu. 
Wróci czy nie wróci — zauważyłem — to już jego sprawa. My powinniśmy 
zastanowić się, co z tym począć. 
Jest się nad czym zastanawiać! — wyrwał się Carr. —Przecież to wszystko nasze! 
Podzielimy zgodnie... 
Przerwał dostrzegłszy wyraz dezaprobaty na twarzy Adamsa. Popatrzał po nas 
oczekując, że ktoś go poprze, ale milczeliśmy. 
Więc? — zapytałem pominąwszy propozycję Carra. 
Do licha z tym! — krzyknął Gonząles. — Rzucić wszystko w jakiś dół i niech 
leży do końca świata! To bandycki skarb. Nikt uczciwy nie weźmie go do ręki! 
Tyle bogactwa... — westchnął Carr żałośnie, ale tak cicho, że tylko ja usłyszałem. 
Zgromiłem go wzrokiem. 
Rzucić? — powtórzył tonem pytania szeryf. — Nie najlepsze to rozwiązanie. 
Pewnie — wtrąciłem. — Najlepszym rozwiązaniem byłby zwrot zrabowanych 
przedmiotów i kosztowności osobom poszkodowanym. 
Tylko gdzie ich szukać? 
Pehnulte! Niech nam wódz powie, co o tym myśli —odezwał się Gonzales. 
Pehnulte nie potrzebuje złota. Pehnulte otrzymał od swych braci tomahawk, to 
mu wystarczy. Howgh! 
— 

Dobrze mu tak gadać — mruknął Carr. 

background image

Poczułem chętkę trzepnięcia go w ucho. 
Obawiam się, iż teraz nie rozstrzygniemy sprawy — 
powiedziałem. Może zgodzicie się, że po prostu ukryjemy tymczasem skarb w 
ziemi. Oczywiście w innym miejscu. 
Sporządzimy dokładną mapkę doliny z oznaczeniem kryjówki, wręczymy ją 
szeryfowi i gdy zajdzie potrzeba... 
O, za pozwoleniem — przerwał nagabnięty. — Co to, to nie! Nie mam zamiaru 
dłużej sprawować swej funkcji ani decydować o losach kłopotliwego nabytku. 
Dobrze — odparłem. — Sporządźmy siedem mapek. 
Sześć dla nas, siódmą dla Czarnego Niedźwiedzia. Myślę, że jemu się to należy. 
Nikt nie oponował. 
Kilofami i łopatami wygrzebaliśmy nieforemną dziurę, wysoką na półtora chłopa, 
a potem wpakowali do niej skarb. Po zatarciu śladów robota została zakończona. 
Z kolei Karol wykonał mapki. Ale ta praca zajęła mu cały dzień. Dopiero więc 
nazajutrz opuściliśmy Dolinę Śmierci. Pehnulte wracał na koniu Wilburna. 
Jechaliśmy wprost do puebla Nawajów. Powiadomienie o wszystkim Czarnego 
Niedźwiedzia i konieczność szybkiego odstawienia jeńców do fortu Huachuca — 
to były sprawy ważniejsze od odwiedzenia Rainy Valley i zajęcia się losem 
pozbawionej właściciela gospody “Arizonac". 
O naszej powrotnej drodze niewiele da się powiedzieć. Dość, że do pueblo 
dotarliśmy cali i zdrowi. Co się tyczy drugiej naszej podróży do fortu Huachuca, 
można ją opisać w sposób bardzo długi lub bardzo krótki. Nic pośredniego nie da 
się zastosować. Ponieważ jednak transport jeńców był dość monotonny, nie będę 
opisywał jego szczegółów. Powiem tylko, iż raz jeszcze skorzystaliśmy z pomocy 
Gonzalesa. On to właśnie ze swymi ludźmi stanowił ochronę naszego konwoju, 
dzięki czemu mogliśmy zrezygnować z eskorty Nawajów, co byłoby przecież 
nieco ryzykowne, gdybyśmy na przykład spotkali białych osadników. Mogliby 
nie uwierzyć prawdzie i wziąć nas wszystkich za grupę awanturników 
sprzymierzonych z Indianami dla jakichś zbójeckich celów. 
Tak więc rozstaliśmy się z Czarnym Niedźwiedziem i Pierzastą Strzałą, a na 
pożegnanie wręczyliśmy im dwa naszyjniki z kłów i pazurów szarego 
niedźwiedzia. Wywołało to oczekiwany przez nas efekt. Czarny Niedźwiedź był 
wzruszony, Pierzasta Strzała — również, chociaż jako czystej krwi Indianin lepiej 
maskował swe uczucia. Pożegnałem się ? Inez i z Dawidem. Za karę mieli czekać 
w pueblo na powrót Gonzalesa, a Inez oddano pod opiekę najstarszego z ludzi 
Meksykanina, Fernando. 
W końcu wyruszyliśmy w daleką, ostatnią już drogę. Olbrzymią pomocą stał się 
dla nas wóz Gonzalesa. Władowaliśmy doń kilkunastu więźniów, dzięki czemu 
można było ograniczyć liczbę jucznych koni. Ta wyprawa przypominała zbrojną 
ekspedycję. Ale największa nawet ostrożność nie mogła być zbyt wielka. 
Kiedyśmy wreszcie dotarli do Huachuca, ze zmęczenia prawie osuwaliśmy się z 
siodeł. Komendant fortu dosłownie zaniemówił na nasz widok. Okazało się, iż 
zdołał zapomnieć o Karolu i jego wizycie. Przekazaliśmy jeńców i dokładnie 

background image

zrelacjonowali przebieg walki ze “Słońcem Arizony". Wszystko zostało spisane i 
potwierdzone. 
Mimo nalegania i usilnych zaproszeń opuściliśmy po kilku dniach fort, aby 
rozjechać się w trzy strony świata. Szeryf Adams wracał do Rainy Valley, aby — 
jak mówił — załatwić ostatecznie swe sprawy. Senor Gonzales ze swymi ludźmi i 
z Pehnulte udawał się do pueblo Nawajów, by w tamtych stronach polować na 
pumy. Musieliśmy obaj z Karolem przyrzec, iż przy najbliższej okazji 
odwiedzimy Meksykanina w jego hacjendzie. Podobne przyrzeczenie złożyliśmy 
wodzowi Apaczów. 
Pożegnaliśmy się na szczycie obłego wzniesienia, skąd rozciągał się daleki widok 
na płaskowzgórze arizońskie: kępy kaktusów, skupiska skał i równiny pokryte 
czerwonawym pyłem. W blasku zachodzącego słońca cała ta niezmierna 
przestrzeń wyglądała jak skąpana we krwi. 
Wznieśliśmy dłonie na znak ostatniego pozdrowienia. Kiedy opadła już kurzawa 
wzbita końskimi kopytami, zostaliśmy we trójkę: Karol, Piotr Carr i ja. Czas był i 
na nas. Karol musiał udać się do Waszyngtonu, ja — do Milwaukee, do swych 
zawodowych obowiązków. Co się tyczy Carra — jechał odpocząć po trudach 
eksplorerskiej wędrówki. Więc skierowaliśmy nasze konie wprost na wschód. 
A co stało się ze Złotym Lewisem? • 
Szeryf od początku był przeciwny uwolnieniu. Nie nalegaliśmy, by odstąpił od 
swego zdania. Ot, po prostu Złoty Lewis... zdołał uciec. Stało się to tuż przed 
naszym odjazdem do Huachuca. Jak do tego doszło — pomińmy tę sprawę 
milczeniem. Szeryf przez trzy dni spoglądał złym okiem na mnie i na Karola. Ale 
czwartego dnia udobruchał się i więcej o tym nie było już mowy. 
Na swe usprawiedliwienie dodam, iż nigdy nie uważałem Lewisa za człowieka 
złego, raczej za jednostkę o słabym, podatnym na wpływy zewnętrzne 
charakterze. Jestem jednak pewien, że opuścił Arizonę — chociażby z obawy 
przed Adamsem — i gdzieś indziej lepsze urządził sobie życie. 
Zresztą, “Słońca Arizony" już nie ma. Po ucieczce jednego i śmierci drugiego z 
przywódców ustały napady na podróżnych, a Nawajowie wrócili do hodowli 
owiec, polowań i wyrobu swych pięknych derek i ozdób ze srebra. Oto koniec 
całej historii.