background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

ROZBITEK 

 

SAGA CÓRKA MORZA VII 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth  czuła,  jak  jej  serce  boleśnie  tłucze  się  w  piersi.  Oddychała  ciężko. 

Zasłaniając usta dłonią, tłumiła szloch. Jej rozdygotane ciało oblało się potem, zupełnie, jakby 
chwyciła  ją  gorączka.  W  głowie  zapanował  chaos.  Jens  jednak  żyje!  Nie  zginął!  Nabrała 
nagle  co  do  tego  całkowitej  pewności.  Niepojęte,  przecież  czekała,  długo  go  opłakiwała, 
pogrążona  w  żałobie,  by  wreszcie  pogodzić  się  z  tym,  że  już  nigdy  nie  zobaczy  swojego 
przyjaciela  z  dzieciństwa,  kochana  i  męża.  Ciało  wypełniło  się  strumieniem  pulsującej 
radości.  W  euforii  zamierzała  już  budzić  Kristiana,  by  podzielić  się  z  nim  radosną 
wiadomością,  gdy  nagle  coś  ją  przed  tym  powstrzymało.  Przecież  teraz,  gdy  jesteśmy 
małżeństwem, nie mogę opowiedzieć Krystianowi, że Jens żyje!! Ale Jensa także poślubiłam. 
Bolesna prawda niemal ją przeraziła. Otarła pośpiesznie twarz, stwierdzając ze zdumieniem, 
ż

e policzki ma mokre od łez. 

 
 

Jens,  gdzie  jesteś?  –  myślała  z  rozpaczą  i  wpatrywała  się  w  mrok,  jakby  tam  gdzieś 

ukryta była odpowiedź. 
Znów powróciła bolesna tęsknota. 
 

- Jens – wyszeptała, uświadamiając sobie nagle, że już dawno nie wypowiedziała na 

głos jego imienia. 
 

Teraz Kristian przejął rolę ojca zarówno Marii, jak i Ane. To on był głową domu, on 

utrzymywał całą rodzinę. Właśnie dlatego nie mówiła często o Jensie, mimo, że poprzysięgła 
sobie pielęgnować o nim wspomnienia, tak by dzieci, zwłaszcza Ane, go zapamiętały. 
 

Po cichu wymknęła się z łóżka i ukradkiem poszła do dziewczynek. Nie miała odwagi 

zapalić  świecy,  pochyliła  się  więc  nad  łóżkiem,  w  którym  spały,  by  ma  nie  popatrzeć. 
Słyszała ich równe krótkie oddechy. 
Ane, mamrocząc coś przez sen, wypięła pupę i obróciła się na bok. 
 

- Twój tata żyje – szepnęła Elizabeth i pogładziła córeczkę po mięciutkich włoskach. – 

Ż

yje, ale nie wiem, gdzie jest, maleńka. 

 

Maria  też  bardzo  kochała  Jensa,  pomyślała  Elizabeth,  otuliwszy  siostrę  kołdrą,  bo 

dziewczynka  rozkopała  się  u  miała  całkiem  zimne  nogi.  Przypomniała  sobie  ów  dzień,  gdy 
ojciec  powiadomił  je  o  śmierci  Jensa.  Maria,  wówczas  zaledwie  ośmioletnia,  uczepiła  się  i 
szlochała, póki nie zabrakło jej łez. 
 

Przez dwa długie lata Elizabeth rozpaczała po stracie męża i choć z czasem nauczyła 

się z tym żyć, nigdy nie przestała za nim tęsknić. Ta tęsknota przez cały czas drzemała w jej 
sercu. Czasami wyobrażała sobie, że słyszy go lub widzi. W przebłyskach chwil zdarzało jej 
się  pomyśleć:  muszę  powiedzieć  o  tym  Jensowi,  by  potem  nagle  ocknęła  się  ze 
ś

wiadomością, że odszedł na zawsze. Za każdym razem cierpiała równie boleśnie. 

 

Pocałowała pośpiesznie dzieci i powoli zeszła po schodach. 

 

Dotknęła klamki w drzwiach do pokoju Helene i wtedy nagle się rozmyśliła. 

 

Nie, uświadomiła sobie, nie mogę jej o tym powiedzieć. Będzie mnie przekonywać, że 

to tylko sen, przywidzenie, fantazja… 

background image

 

2

 

Tylko ja wiem, że to prawda, bo wielokrotnie doświadczałam podobnego uczucia, gdy 

widziałam rzeczy niewidoczne dla oczu innych. 
 

Cóż,  przyjdzie  mi  samotnie  to  dźwigać.  A  jeśli  któregoś  dnia  Jens  stanie  tu,  na 

schodach? Co zrobię wówczas? – pomyślała, nieruchomiejąc. 
 

Nie  wiedziała,  po  prostu  nie  miała  pojęcia,  jakby  postąpiła,  gdyby  się  zdarzyło  coś 

takiego. 
 

Ciężkim  krokiem  wróciła  po  schodach  na  górę.  Wślizgnęła  się  z  powrotem  pod 

okrycie  i  położyła  się  na  samym  brzeżku  łóżka.  Stopy  miała  zupełnie  zimne.  Krisian  na 
szczęście  się  nie  obudził,  akurat  teraz  nie  byłby  w  stanie  z  nim  rozmawiać.  Potrzebowała 
trochę czasu, by przemyśleć wszystko i zebrać w sobie siły, by nie dać po sobie poznać, co ją 
trapi. 
 
 

W  nocy  prawie  nie  zmrużyła  oka,  a  mimo  to  nie  znalazła  rozwiązania.  Słoneczne 

promienie  przeniknęły  przez  firanki.  Czekał  ją  nowy  dzień  u  boku  Kristiana.  Jak  zdoła 
spojrzeć mu w oczy, przemilczając to, co do czego zyskała pewność? 
 

Nagle poczuła na biodrze ciepłą dłoń i usłyszała, jak Kristian mruczy zaspany: 

 

- Nie śpisz, moja Elizabeth? 

 

Zwykle napełniała ją duma, gdy się tak do niej zwracał, teraz zaś miała wrażenie, że 

jej  ciało  krępuje  coraz  mocniej  zaciskający  się  rzemień.  Usiłowała  uspokoić  oddech  i 
udawała, że śpi, ale on, nie zauważając na to, przeciągnął ją do siebie. 
 

- Pragnę ciebie – wyszeptał, całując ją po plecach i po karku. 

 

Elizabeth  zacisnęła  powieki,  zadowolona,  że  leży  odwrócona  do  niego  plecami  i  nie 

musi mu patrzeć w oczy. 
 

Kristian wsunął dłoń pod jej ramieniem i ścisnął pierś. 

 

- Przestań – mruknęła, usiłując go odsunąć. 
- Jednak nie śpisz? – spytał i uniósłszy się na łokciu, odgarnął włosy z jej twarzy. 

 

Nie odpowiedziała, ale znów odepchnęła jego dłoń. 

 

- A co ty taka nieprzystępna? – zapytał, gładząc ją po brzuchu. 

 

Muszę mu pozwolić, bo inaczej domyśli się, że coś jest nie tak, pomyślała, obracając 

się na bok i przyjmując jego leciutki pocałunek. 
 

-  Jestem  zaspana  –  skłamała,  po  czym  zarzuciwszy  mu  ręce  na  szyję,  przywarła  do 

niego, choć wszystko w niej protestowało, gdy całował i pieścił jej ciało. 
 

Postępuję  niewłaściwie,  dudniło  jej  w  głowie,  dopuszczam  się  zdrady  wobec 

Kristiana, jak i wobec Jensa. Proszę, nie rób tego, nie teraz, błagała go w duchu. Poczekajmy 
z tym, zobaczymy… 
 

Nie  zdobyła  się  jednak  na  protest,  gdy  zdejmował  z  niej  koszulę  nocną,  a  potem 

całował i pieścił językiem jej brzuch i uda. I choć jej ciało zareagowało pożądaniem, myślami 
była zupełnie gdzie indziej. 
 

- Poczekaj – wyszeptała, wymykając mu się z objęć. 

 

- Zrobiłem coś nie tak? – zapytał niepewnie. 

 

- Nie, spróbujemy czegoś nowego – odparła, kładąc się na brzuchu i rozchylając uda. 

 

Mruknął coś niezrozumiale, zaraz jednak poczuła jego ciężar. Z ulgą zanurzyła twarz 

w poduszce. Nie była w stanie znieść jego spojrzenia. 
 

Kiedy w chwilę później osunął się na bok wyczerpany, stwierdził: 

 

- Chyba nie było ci dobrze. 

 

- Owszem – odparła, podciągając kołdrę pod samą brodę. 

 

- Ale nie tak, jak zazwyczaj – upierał się przy swoim. 

 

-  Jestem  trochę  rozkojarzona  –  wyjaśniła,  pomyślawszy,  że  to  przynajmniej  nie  jest 

kłamstwo. 
 

- Dlaczego? 

background image

 

3

 

- W każdej chwili mogą wejść dzieci. Po tym nie wiem czemu, ale coś źle spałam tej 

nocy. 
 

-  Może  w  takim  razie  spróbujemy  jeszcze  raz  –  spytał,  a  w  jego  głosie  wyczuła 

rozbawienie. 
 

- Nie, Kristianie! – zmusiła się do uśmiechu i pośpiesznie zerwała się z łóżka. – Pora 

wstawać! 
 

Ubierając się, pilnowała, by do męża odwrócić się plecami. 

 
 

Zgodnie z wcześniejszymi obawami trudno było jej tego dnia spojrzeć Krystianowi w 

oczy,  a  ilekroć  przemawiał  do  niej  czule,  ściskając  ją  w  żołądku.  Zmuszała  się  jednak  do 
uśmiechu i udawała, że wszystko jest tak jak zwykle. 
 

Tylko  Helene  domyśliła  się,  że  coś  ją  trapi.  Stała  przy  ławie  w  kuchni  i  przesiewała 

mąkę  przez  sito  zrobione  z  krowiego  wymiona  rozciągającego  na  drewnianej  obręczy. 
Rozbite grudki sypały się di dzieży niczym śnieg. 
 

- Jesteś dziś dziwnie zamyślona – zagadnęła Helene, uchwyciwszy wzrok Elizabeth. 

 

- Kto? Ja? Nie, skąd? – odparła niepewnie. – Zastanawiam się nad tym co zwykle. 

 

- Na przykład? – zapytała Helene, odstawiając na bok worek z mąką. 

 

-  No,  wiesz…  Niebawem  trzeba  będzie  posadzić  ziemniaki,  wyprowadzić  stado  na 

łąki, zwieźć i osuszyć torf. Na wiosnę czeka nas mnóstwo roboty. 
 

Helene podeszła do niej i ciepłym, zachęcającym do zwierzeń głosem, powiedziała: 

 

- Wydaje mi się, że męczy cię coś jeszcze. 

 

Może  opowiedzieć  jej  o  wszystkim?  –  zastanawiała  się  Elizabeth.  Podzielić  się  tym 

ciężarem, który mnie przytłacza? Przyznać się do zamordowania Leonarda? 
 

- Wstałam w nocy, żeby przynieść sobie trochę wody z wiadra – ciągnęła przyjaciółka. 

– I zauważyłam, że wchodzisz po schodach na strych. Co robiłaś na dole? 
 

Powiedz!  –  przynaglała  się  w  myślach  Elizabeth.  Teraz  masz  szansę.  Helene  cię 

widziała, może to jest znak. 
 

- Ja… zdawało mi się, że coś słyszałam – zaczęła z ociąganiem i zawahała się. Bo jeśli 

Helene jej nie uwierzy  albo zdradzi komuś powierzoną tajemnicę? – Zeszłam na dół, by się 
rozejrzeć, ale nikogo nie zauważyła. Chyba kot dostał się do izby. 
  

Z  jaką  łatwością  przychodzą  mi  kłamstwa,  pomyślała  zawstydzona  i  odetchnęła 

głęboko. Odczekała chwilę, po czym wyszła z kuchni, mówiąc: 
 

- Czas się wreszcie zabrać do pracy! 

 

Mało brakowało, pomyślała i przystanęła w ciemnym kącie korytarza. Serce tłukło jej 

się w piersi jak oszalałe. 
 

Póki co się nie zdradziła, choć okłamała Helene, swoją najlepszą przyjaciółkę. Przed 

Krystianem też chyba zdoła ukryć swoje uczucia, pod warunkiem, że zachowa spokój. 
 

Tymczasem drzwi otworzyły się z trzaskiem i rozległo się ciężkie tupanie. 

 

Elizabeth  wyszła  mężowi  naprzeciw  i  powitała  go  promiennym  uśmiechem.  Kristian 

odwzajemnił uśmiech. Tak, pomyślała. Dam sobie radę. 
 
Rozdział 2 
 
 

Lavina przejrzała wszystkie ryby, które wyjęła z sieci i uśmiechnęła się, zadowolona, 

z udanego połowu. 
 

O burty łodzi pluskały fale. Niebo zasnuło się szarymi chmurami, ale deszczu póki co 

nie  trzeba  się  było  obawiać.  Przez  chwilę  nie  odrywała  wzroku  od  wyspy,  gdzie  Andreas 
znosił  kamienie  przeznaczone  na  ogrodzenie.  Trzeba  odgrodzić  zwierzęta,  bo  inaczej  zeżrą 
krzewinki, oznajmił i zabrał się do pracy. 

background image

 

4

 

-  Andreas  –  wypowiedziała  Lavina  na  głos,  jakby  smakował  imię.  –  Ciekawe,  jak 

naprawdę się nazywa. A jeśli któregoś dnia odzyska pamięć? 
 

Ciarki jej przeszły po plecach. Miała nadzieję, ze to nigdy nie nastąpi. 

 

Cofnęła się myślami do wydarzeń sprzed dwóch lat. 

Sztormowe morze jak zwykle wyrzuciło na brzeg Wyspy Topielca szczątki zatopionych łodzi. 
Okropna nazwa, pomyślała z uśmiechem, nadana wyspie nie bez powodu, skoro niegdyś fale 
znosiły  się  tu  na  ląd  topielców.  Tamtego  dnia,  gdy  po  sztormie  morze  się  nieco  uspokoiło, 
Lavina wyszła na brzeg nazbierać drewna, które przydawało się do naprawienia chaty i obory 
leżącego  na  połamanej  łodzi  odwróconej  do  góry  dnem.  Ledwo  dychał,  ale  jego  dłoń 
kurczowo ściskała rękojeść noża wbitego w poszycie. Na rękojeści były wyryte inicjały J. R. 
Mężczyzna wydał jej się niezwykle przystojny,  wysoki, muskularny, silny…  Namęczyła się 
bardzo,  by  go  przenieść  do  chaty.  Zdjęła  z  niego  ubrania  i  obrzeżała  rany.  Po  opuchliźnie  i 
zasinieniu  poznała,  że  prawa  noga  jest  złamana,  zdoła  ją  nastawić  i  usztywnić.  Mężczyzna 
jęczał z bólu, gdy to robiła. Żadnych innych zewnętrznych obrażeń i niego nie zauważyła. 
 

-  Rzeczywiście  jest  silny  i  wytrzymały,  poznałam  się  na  tym  od  razu  –  mruknęła  do 

siebie i chwyciła za wiosła. Poruszając nimi rytmicznie, popłynęła w stronę brzegu. 
 

Z początku nie wiązała z nim żadnych planów. Dopiero gdy odzyskał przytomność i 

zrozumiała, że mężczyzna nic nie pamięta, nawet swojego imienia, postanowiła zatrzymać go 
na  wyspie.  Jeśli  wróci  mu  pamięć,  wyjaśni,  ze  go  pokochała  i  zrobiła  to,  co  uważała  za 
słuszne. Tak czy inaczej uratowała mu życie. 
 

Owa  mistyfikacja  wymagała  jednak  pewnych  przygotowań.  Lavina  pozbyła  się  więc 

szczątków  jego  łodzi,  w  obawie,  że  mógłby  ją  rozpoznać,  a  potem  nafaszerowała  go 
kłamstwami.  Powiedziała  mu,  że  ma  na  imię  Andreas  i  jest  jej  mężem.  Gdy  wracał  z 
zimowego połowu, sztorm zatopił jego łódź, a on cudem się uratował. Znalazła go na brzegu. 
 

Przyjął jej wyjaśnienia bez żadnych zastrzeżeń. 

 

Potrzebowała takiego młodego i silnego mężczyzny do cięższych prac. Odkąd została 

na  wyspie  sama,  brakowało  jej  męskiej  ręki.  Uznała,  że  jeśli  rozbitek  przeżyje,  to  będzie  z 
niego pożytek. 
 

Otoczyła go staranną opieką i pielęgnowała najlepiej, jak potrafiła. Parzyła mu napary 

z ziół na gorączkę, tak że w końcu wyleczyła  go z zapalenia płuc i duszącego kaszlu, który 
wstrząsał jego ciałem. Raz po raz żałowała, że go ocaliła. Ciężko jej było obracać go w łóżku, 
robił  pod  siebie  jak  dziecko,  a  kiedy  wróci  mu  apetyt,  to  z  trudem  nastarczała  jedzenia,  by 
wykarmić.  Noga  pozostała  sztywna  i  sprawiała  mu  ból.  Nadal  kulał.  Długo  rwało,  nim 
wreszcie wstał z łóżka i stał się przydatny. 
 

 Lavina  przestała  na  chwilę  wiosłować,  by  nieco  odpocząć.  Sidła  wygodniej  na 

ławeczce. 
 

Poczuła nad nim władzę, gdy po raz pierwszy spali ze sobą. Rozebrawszy się do naga, 

umyła  się  na  jego  oczach  i  wtedy  zauważyła,  jak  na  niego  działa.  Nie  wzbraniał  się,  gdy 
dosiadła go i ujeżdżała jak amazonka, póki obojgu nie zakręciło się w głowach. 
 

Tak,  czuła  wówczas  nad  nim  swą  władzę.  Z  czasem  doznania  stały  się  bardziej 

intensywne  i  przyjemniejsze.  Wcześniej  brał  ją  w  posiadanie  ojciec.  Matka  umarła  przy 
porodzie,  więc  przez  cały  życie  mieszkała  na  wyspie  tylko  z  ojcem.  To  on  zaciągał  ją  do 
łóżka,  gdy  przyszła  mu  na  to  ochota  i  decydował,  co  ma  robić.  Wykorzystywał  jej  ciało, 
odkąd  w  wieku  około  jedenastu  lat  zaczęła  nabierać  kobiecych  kształtów,  aż  do  wieku 
dorosłego, gdy już broniła się przed tym, przeważnie nieskutecznie. Przed pięcioma laty ojca 
zabrało morze i prawdę powiedziawszy, wcale za nim nie tęskniła. 
 

Mijał czas, a Andreas zaczął zadawać pytania. 

Gdzie reszta załogi? Dlaczego nikt ich nie odwiedza? Czy nie ma innej rodziny? Z czego będą 
ż

yć? Musiała więc wymyślać coraz to nowe kłamstwa. 

background image

 

5

 

Powiedziała mu, że cała załoga kutra poszła na dno i tylko on się uratował. Rodziny 

nie mają, a od innych ludzi raczej stronią. Zawsze lubiliśmy tak żyć, skwitowała krótko. 
 

Przypominało  jej  się,  ze  obrzucił  ją  wówczas  uważniejszym  spojrzeniem,  jakby 

powątpiewał w opowiedzianą przez nią historię, jednak się nie odezwał. 
 

Andreas  ułożył  kolejny  duży  kamień  i  odgarnąwszy  dłonią  spoconą  grzywkę, 

postanowił  odpocząć  przez  chwilę.  Od  wielu  już  dni  buduje  ogrodzenie  i  wreszcie  widać 
jakieś efekty jego pracy. Jeszcze parę dni, a będzie mógł powiedzieć: robota skończona. Tej 
wiosny zrobił już niemało. Cała szopa została wypełniona po brzegi torfem. 
 

Przy  brzegu  stały  budki  lęgowe,  które  Lavina  zbudowała  dla  edredonów, 

miękkopiórych  kaczek  polarnych.  Opiekowała  się  ptakami,  dzięki  czemu  każdego  roku 
zbierała  z  ich  gniazd  duże  ilości  puchu,  który  był  towarem  bardzo  poszukiwanym.  Lavina 
wymieniała puch na inne produkty. Poza tym sprzedawała także przedmioty wystrugane przez 
niego  z  drewna:  chochle,  mieszadełka  i  inne  przybory  kuchenne.  Poświęcał  majsterkowaniu 
długie jesienne wieczory. Lubił to i czuł, że ma dryg do tego. 
 

Przeniósł  wzrok  na  oborę.  Postanowił,  że  latem  wymieni  drewniane  deski  jednej  z 

dłuższych ścian budynku. Zgromadził już dość drewna na ten cel, zbierając to, co wyrzuciło 
morze, a także to, co Lavinie udało się pozyskać, wyżebrać bądź wymienić, na stałym lądzie. 
Nieliczne  drzewa,  które  porastały  wyspę,  zdążył  już  wyciągnąć,  gdy  naprawiał  chatę.  Nie 
pojmował, jak mógł doprowadzić zabudowania do takiej ruiny. Pewnie dlatego, że większość 
czasu i sił zabierały mu połowy. 
 

Zacisnął dłonie i zapatrzył się w morze. Bardzo mu doskwierało to, że nie jest w stanie 

wejść  do  łodzi.  Dla  niego,  rybaka,  to  porażka.  Za  każdym    razem  jednak,  gry  próbował  się 
przemóc,  ogarniała  go  panika.  Dygotał,  pot  oblewał  mu  całe  ciało,  zaciskało  się  gardło  i 
zdawało mu się, że się zaraz udusi. Nie potrafił nazywać słowami tego strachu, który wysysał 
z niego wszystkie siły. 
 

Ż

aden normalny mężczyzna tak się nie zachowuje, był tego pewien. Gdy napomknął o 

tym Lavinie, odpowiedziała jedynie, że przynajmniej taki z tego pożytek, że morze jej go nie 
zabierze. Wydawała się być z tego powodu dziwnie zadowolona. Opowiadała mu, że zawsze 
gdy wypływał, bardzo się o niego bała. 
 

Minęły  już  dwa  lata  od  tego  zdarzenia,  pomyślał,  usiłując  sobie  przypomnieć  tek 

okropny dzień sztormowy. Pływał ponoć na dużym kutrze, zapewnie z pięcioosobową załogą. 
Morze  gotowało  się,  czarne  fale,  wysokie  jak  górskie  szczyty,  pochłaniały  łódź  za  łodzią. 
Pamiętał  nawołujących  do  siebie  mężczyzn  ubranych  w  skórzane  ubrania,  ale  nie  potrafił 
rozróżnić ich twarzy. Zdawało mu się, że otulała go miękka szara mgła, przez którą nie może 
się przebić. 
 

Woda chłostała go w twarz, a w uszach rozbrzmiewało echo przeraźliwych krzyków. 

Ludzie walczyli o żucie, a on nie mógł nic uczynić, by im pomóc! Dopiero gdy… 
 

Nagle  przypomniało  mu  się  coś  więcej.  Wysilał  się,  by  wydobyć  z  zakamarków 

pamięci jakieś nowe obrazy. Zobaczył, że młody mężczyzna wstaje. Nie, to raczej chłopiec, 
tak,  na  pewno  chłopiec  pokładowy.  On  krzyczy,  by  usiadł,  ale  sztorm  tłumi  jego  słowa.  I 
nagle  nadchodzi  fala  i  zmiata  chłopaka  z  pokładu.  Ten  woła  o  pomoc  i  na  moment  ich 
spojrzenia się spotykają.  
 

Boże  Święty!  Widzi  teraz  wyraźnie  tę  dziecinną  twarz,  na  której  maluje  się 

przerażenie. Lubi tego chłopca, wie to na pewno, czuje się za niego odpowiedzialny. Może to 
jego młodszy brat albo jakiś krewny? 
 

Nie, Lavina powiedziała przecież, ze z jego rodziny już nikt nie żyje. Pomarli dawno 

temu, na długo przed katastrofę. 
 

Przypomniał  sobie,  że  rzucił  chłopcu  linę  i  krzyczał,  by  się  jej  złapał.  Chłopiec 

pokładowy posłuchał się, ale zaraz nadeszła kolejna spieniona fala i uderzyła z siłą wybuchu. 
Jego  także  zmiotło  z  pokładu  i  pochłonęła  go  czarna  głębia.  Zrobiło  się  cicho.  Ciężkie 

background image

 

6

skórzane ubranie ciągnęło go w dół do zimnej, pozbawionej dźwięków głębi. Poddał się temu 
bezwolnie,  póki  płuca  nie  zaczęły  się  desperacko  domagać  powietrza.  Dopiero  wówczas 
zaczął  machać  nogami  i  rękami,  dziękując  Bogu,  że  potrafi  pływać.  Im  zacieklej  jednak 
walczył, tym większy był to wysiłek dla płuc. Przez parę sekund, gdy ból stał się już nie do 
zniesienia, przemknęło mu przez myśl, by się poddać. Resztkami sił wydostał się jednak na 
powierzchnię. Chwytał łapczywie powietrze, dusząc się i krztusząc wodą. Oczy go szczypały, 
bolało całe ciało. 
 

Nie  wie,  co  wydarzyło  się  później.  Jakimś  sposobem  udało  mu  się  wdrapać  na 

odwróconą do góry dnem łódź i ostatkiem sił uczepił się jej, zaciskając dłoń na rękojeści noża 
wbitego w drewniane poszycie. Sam wbił ten nóż? To bez znaczenia. Towarzyszyła mu tylko 
jedna  myśl,  trzymać  się  mocno.  Pamięta,  jak  miotały  nim  fale,  słyszy  wciąż  wycie 
sztormowego wiatru, tłumiącego krzyki pozostałych rybaków. A potem fale porwały go dalej 
i dalej, aż wszystko pochłonął mrok. 
 
 

Znów rozbolała go głowa i zebrało mu się na mdłości, jak zawsze, gdy usiłował sobie 

przypomnieć przeszłość. Miał wrażenie, jakby wokół głowy zaciskała się żelazna obręcz, na 
parę  sekund  zamknął  oczy,  a  gdy  podniósł  powieki,  zauważył  Lavinę,  która  cumowała  łódź 
na brzegu. 
 

Postanowił  kontynuować  pracę  aż  do  podwieczorku.  Otarł  dłonią  policzek  i  wyczuł 

bliznę. Lavina mówiła, że to pozostałość po rannie, której nabawił się, gdy się poznali. Ona 
była służącą  we dworze, gdzie on pracował jako parobek. Miała jeszcze  jednego kawalera i 
obaj strasznie się o nią pobili. Od tamtej pory właśnie pozostała mu ta blizna. 
 

Z jakiegoś powodu coś mu się w tej historii nie zgadzało, nie umiał jednak określić co. 

Andreas zacisnął zęby, walcząc z bólem głowy, ale nie przewał pracy. 
 
 

W niewielkiej izbie nagromadziła się para od gorącej wody. Andreas przetarł szmatką 

swój nagi tors, zerkając na Lavinę, która siedziała przy palenisku i rozczesywała włosy, raczej 
nie  należy  do  wstydliwych,  pomyślał,  przypominając  sobie,  jak  po  raz  pierwszy,  który 
pamiętał. Leżał wówczas i wpatrywał się w jej zgranie uformowane ciało. 
 

- Co, zapomniałeś, jak wyglądam nago? – zapytała. 

 

Rzeczywiście,  nie  pamiętał.  Nie  pamiętał  w  ogóle,  by  był  w  taki  sposób  z  jakąś 

kobietą.  Ale  chyba  jednak  był,  bo  potrafił  ją  zaspokoić.  Wiedział,  co  robić,  by  wywołać  w 
niej dziką żądzę i jęki rozkoszy. 
 

Chociaż  często  zrzucała  ubrania  na  jego  oczach,  nigdy  nie  miał  dość  widoku  jej 

nagiego ciała. Był pod tym względem nienasycony. Za każdy razem ogarniało go takie silne 
pożądanie,  że  tracił  nad  sobą  władzę.  Lavina  budzi  we  mnie  dziką  chuć.  Pomyślał,  czując, 
twardniejącą  męskość.  Spod  półprzymkniętych  oczu  podglądał,  jak  siedzi  na  stołku, 
rozłożywszy  szeroko  uda.  Piersi  ma  jędrne  i  pełne,  brzuch  płaski  i  mocny.  Ciężka  praca  na 
wyspie wyraźnie służy jej ciału, pomyślał. 
 

Raz  po  raz  odchylała  w  tył  głowę,  a  jej  mokre  włosy  uderzały  z  plaskiem  o  krągłe 

biodra. Podejrzewał, ż robi tak celowo, wiedząc, jak to na niego działa. 
 

- Umyć ci plecy? – mruknęła, podchodząc do niego powoli. 

 

Pochylił się. Miał nadzieję, że nie zauważyła jego twardej męskości. 

 

Miękkimi  ruchami  namydliła  mu  plecy,  raz  po  raz  przywierając  do  nich  twardymi 

piersiami i przesuwając dłoń w kierunku brzucha. Ona widzi, co się ze mną dzieje, pomyślał 
oszołomiony, gdy poczuła nagle jej dłonie po wewnętrznej stronie ud i na kroczu. 
 

- Wiesz, że doprowadzasz mnie do szaleństwa – jęknął cicho. 

 

-  Mhm  –  mruknęła  i  przyssała  się  do  jego  szyi,  wywołując  przyjemne  mrowienie  w 

podbrzuszu. 
 

- Może chcesz się osuszyć? – zapytała, podnosząc się kocim ruchem. 

background image

 

7

 

Nie  odrywał  od  niej  wzroku,  gdy,  kręcąc  biodrami,  odeszła  kawałek,  po  czym,  nie 

uginając nóg, schyliła się po ubranie z podłogi. 
 

Dyszał  ciężko  i  wpatrywał  się  w  wąską  szparkę  okoloną  kręconymi  włoskami. 

Poderwał się z balii i w jednej chwili znalazł się przy niej. Chwyciwszy ją za pośladki, rzucił 
ochryple: 
 

- Sama się o to prosisz! 

 

A potem wniknął w nią z głębokim językiem. 

 

Poddała  się  jego  rytmowi,  ale  gdy  już  był  bliski  osiągnięcia  rozkoszy,  cofnęła  się 

nagle. 
 

-  Jeszcze  trochę  –  rzucił  błagalnie,  ale  ona  tylko  się  uśmiechnęła  i  błyszczącymi 

oczami powiedziała: 
 

- Nie, poczujesz coś lepszego. 

 

Uklękła przed nim i uchwyciła w usta jego członek. 

 

Trwało to zaledwie parę sekund. Miał wrażenie, że świat eksplodował i mieni mu się 

przed oczami feerią barw. 
 

Wyczerpany, omal nie osunął się na podłogę. Lavina jednak oznajmiła stanowczo: 

 

- Teraz moja kolej. 

 

- Nie nadaję się do niczego – jęknął udręczony. 

 

-  To  ci  trochę  pomogę  –  rzuciła  lekko  i  ułożywszy  się  na  łóżku,  rozchyliła  szeroko 

uda. – Pieść mnie! 
 

Posłusznie  zrobił,  co  mu  kazała.  Powiódł  koniuszkiem  języka  po  delikatnej  skórze, 

która miała słodki smak i pachniała mydłem. Kobieta poruszyła biodrami. Ciche pojękiwanie 
i widok rozkołysanych dużych piersi podnieciły go do tego stopnia, że znów poczuł w sobie 
moc. 
 

- Chodź – wyszeptała. 

 

Ostrożnie wniknął w nią, ciasną i gorącą, a ona przywarła do niego, zacisnęła łydki na 

jego plecach i unosząc biodra, jęknęła: 
 

- Weź mnie, mocno! 

 

Nie dał się dwa razy prosić. 

 
 

Gdy już było po wszystkim, zamyślony, wpatrywał się w powałę. 

 

- Nad czym tak dumasz? – zapytała Lavina, wtuliwszy się w jego ramię. 

 

-  Jesteś  pewna,  że  oprócz  imienia  Andreas  nie  mam  jeszcze  jakiegoś  drugiego?  – 

zapytał i popatrzył na nią pośpiesznie, bo wyczuł napięcie w jej ciele. Była piękną kobietą, ale 
czasami w jej błękitnoszarych oczach dostrzegł jakąś dzikość. 
 

- Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytała ostro. – Nazywasz się Andreas Sanberg. 

 

- Czuję, że to nieprawda – odparł i omiótł spojrzeniem izbę. Dlaczego mu się wydaje, 

ż

e nie należy do tego miejsca? Dlaczego nagle zaczął powątpiewać w słowa Laviny? Przecież 

wcześniej przyjmował je bez zastrzeżeń. 
 

-  Nieprawda  –  przedrzeźniała  go,  prychając  szyderczo.  –  Przecież  ty  nic  nie 

pamiętasz!  Musiałam  ci  nawet  przypomnieć,  jak  się  nazywasz  i  opowiedzieć  ci  całą  twoją 
przeszłość. 
 

Nagle zmieniła ton i znów zaczęła się do niego przymilać i tulić. – Myślisz, że mnie 

było tak łatwo? Przecież ty nawet nie pamiętałeś, że jestem twoją żoną! 
 

Pożałował  natychmiast,  że  jej  o  tym  wspomniał  i  pocałował  ją  w  czoło.  Pachniała 

wciąż mydłem. 
 

- Latem będziemy się kąpać w morzu, co ty na to? – zapytała łagodnie. 

 

- E, to za zimno – odparł. 

 

-  Nie  w  tej  małej  zacisznej  zatoczce,  wiesz.  Wygrzejemy  się  po  kąpieli  na  białym 

drobnym piasku na brzegu. 

background image

 

8

 

Mówiła coś dalej, ale on jej nie słuchał, bo nagle pojawił mu się przed oczami obraz. 

Piasek, wrzeszczące mewy, ciepła bryza muskająca skórę… To musiało być latem… 
 

Tak, był nagi po kąpieli, ale nie sam. Kobieta… nie widział jej twarzy, czuł jedynie jej 

miękką skórę, zapach… 
 

Lavina wyrwała go z marzeń. 

 

- Nie słyszysz, co do ciebie mówię? – zapytała, unosząc się na łokciu. 

 

- Coś mi się przypomniało – odparł rozkojarzony. 

- Piasek na brzegu i ja nago razem z… 
 

Nie zdążył dokończyć, gdy dostrzegł błysk w jej oczach. 

 

-  No  widzisz,  jednak  pamiętasz  plażę  w  zatoczce  –  rzuciła  krótko  i  położyła  się  z 

powrotem. 
 

Nie  odpowiedział.  Miał  jakieś  wewnętrzne  przekonanie,  że  to  nie  z  Laviną  leżał. 

Czyżby ją zdradził? 
 

-  Pośpijmy  teraz  –  szepnęła,  muskając  jego  tors.  –  Jutro  popłynę  na  stały  ląd  i 

wymienię na mąkę drewniane łyżki, które wystrugałeś. Upiekę ci potem świeży chleb. 
 

Pokiwał  głową  w  mroku  i  zamknął  oczy.  Jakże  pragnął  przezwyciężyć  strach  przed 

morzem! Mógłby wówczas popłynąć z nią na stały ląd. Tak mu brakowało ludzi, rozmów z 
nimi. 
 

Później, uspokajał się w myślach.  Za jakiś czas  na pewno dam radę znów wsiąść do 

łodzi. Może powinienem codziennie przez chwilę próbować? 
 

Wnet  zasnął,  ale  znów  męczył  go  ten  sam  sen,  który  powtarzał  się  już  od  jakiegoś 

czasu. We śnie przeżywał na nowo dzień katastrofy na morzu, krzyki i nawoływała rybaków, 
uderzające fale, chłód i ból. 
 

Demoniczny  topielec  też  tam  był,  a  z  nim  pełno  trupów.  Wiosłowali  w  swoich 

przepełnionych łodziach, a między skałami odbijał się echem ich złowieszczy śmiech. 
 

Ale  tym  razem  sen  się  nieco  różnił,  bo  nim  woda  zamknęła  się  nad  jego  głową, 

wykrzyknął jakieś imię.  
 

Zerwał się i zlany potem, usiadł na łóżku, z trudem łapiąc oddech. 

 

- Znów ci się śniły koszmary? – zapytała Lavina łagodnie i otoczyła go ramieniem. – 

Chodź tu, połóż się z powrotem. 
 

Poddał się jej, ale nie słuchał, jak go pocieszała. 

 

- Krzyknąłem we śnie imię kobiety – rzekł nagle. 

 

Lavina ucichła. 

 

-Elizabeth, tak brzmiało to imię. Krzyknąłem: Elizabeth – stwierdził i znów usiadł. – 

Czy  ktoś,  kogo  znam  nosi  takie  imię?  –  zapytał  ochryple  przenikając  wzrokiem  ciemność, 
popatrzył na Lavinę. 
 

- Twoja matka – odpowiedziała. – Ale ona od dawna nie żyje. 

 

Tak,  może  chodzi  o  moją  matkę,  pomyślał.  Wiedział  tylko,  że  ta  kobieta  była  dla 

niego ważna. Nie potrafił jednak wydobyć z pamięci, jak wygląda. 
 

Elizabeth, powtórzył w duchu. Elizabeth? 

 

 

Rozdział 3 
 
 

Przez  otwarte  kuchenne  okno  dochodziły  odgłosy  i  zapachy  kojarząc  się  z  wiosną. 

Poprzedniego dnia Kristian i Ole z pomocą paru komorników rozrzucili obornik, na pokryte 
wciąż połaciami śniegu, pola. 
 

Wiosna  to  moja  pora  roku,  pomyślała  Elizabeth,  stawiając  na  stole  maselniczkę. 

Wiosna i lato przynoszą nowe życie i napełniają nadzieją i ciepłem zmarznięte zimą ciała. Źle 
znosiła  porę  jesienno-zimową,  gdy  dni  były  krótkie  i  szybko  zapadały  ciemności.  Właśnie 

background image

 

9

wtedy  zginął  Jens.  Wtedy  widziała  go  po  raz  ostatni.  Od  tamtej  pory  zima  zawsze 
przypomniała jej o tej tragedii. 
 

Odkąd nabrała pewności, że Jens jednak żyje, poruszyła się niczym po cienkim lodzie. 

Ważyła  każde  słowo,  pilnowała  się  na  każdym  kroku  w  obawie,  że  powie  lub  zrobi  coś 
niewłaściwego. Nikt nie może się domyślić, że Jens żyje – jeszcze nie. Najpierw sama muszę 
postanowić, jak się zachowam. Ale wraz z upływem dni, gdy nic się nie wydarzyło, uspokoiła 
się nieco. Po wielu nieprzespanych nocach zdecydowała wreszcie, że nie będzie się martwić 
na zapas i zastanowi się, co robić, gdy Jens naprawdę się pojawi. Trudno przewidzieć, co się 
wydarzy. Czas pokaże. 
 

Odsunęła  od  sienie  ponure  myśli  i  podeszła  do  okna.  Z  łąki  na  zboczu  dolatywało 

beczenie  owiec  o  pobrzękiwanie  dzwonków.  Niektórzy  gospodarze  wypuścili  już  zwierzęta 
na  pastwiska,  by  zaoszczędzić  na  paszy.  Wysoko  pod  lasem  skubały  kępki  trawy  i  pąki 
brzeziny.  Pod  tym  względem  nie  ma  różnicy  pomiędzy  biedakami  a  bogatymi,  pomyślała, 
ogarniając  spojrzeniem  dziedziniec  i  zatrzymując  wzrok  na  oborze.  Tu,  we  dworze,  także 
oszczędza się paszę. 
 

Rozglądając  się  za  Marią,  wychyliła  się  przez  okno.  Wysłała  siostrę  na  brzeg,  by 

zawołała  Nikoline  i  Olego  na  podwieczorek.  We  dwoje  od  rana  zbierali  wodorosty  dla 
zwierząt,  na  pewno  więc  już  byli  głodni  i  zmęczeni.  Ona  ugotowała,  dla  inwentarza  na 
wieczór, gęstą zupę z rybich resztek, którą zwierzęta chętne zjadały.  
 

Nagle zauważyła Marię. Podchodziła ścieżką razem z jakąś obcą kobietą. 

 

- A kogoż to ona prowadzi? – zdziwiła się i odsunęła na bok firankę.  

 

- Co mówisz? – spytała Gurine. Kucharka w ostatnim czasie mocno przygłuchła. 

 

Elizabeth powtórzyła pytanie. 

 

- Wygląda mi na Lavinę, ale nie jestem pewna – odpowiedziała Gurine. 

 

- Tak, to ona – potwierdziła Helene, podszedłszy do okna. 

 

-  A  kim  jest  Lavina?  –  zapytała  Elizabeth,  przyglądając  się  z  uwagą  kobiecie  w 

czarnej chustce, spod której nie widać było dokładnie twarzy. 
 

- Mieszka na Wyspie Topielca, położonej na samym skraju, w miejscu gdzie szkiery 

ustępują pola otwartemu morzu. 
 

Elizabeth popatrzyła podejrzliwie na Helene, zastanawiając się, czy ta nie stroi sobie z 

niej żartów, ale przyjaciółka ciągnęła z powagą. – Uważam, ż jest trochę dziwna, skoro woli 
mieszkać całkiem sama z dala od ludzi. 
 

- A czego ona tu chce? 

 

- Od czasu do czasu przypływa łodzią na stały ląd, być coś wyżebrać albo wymienić 

się na jedzenie. Dawno jej nie było. Przynajmniej odkąd ty tu zostałaś gospodynią. 
 

- Biedny człowiek – mruknęła Elizabeth, podchodząc do drzwi. 

 

- Mamy gościa – oznajmiła Maria. 

 

Elizabeth wyciągnęła rękę, a Lavina przedstawiła się i ukłoniła, ale nie tak głęboko, z 

pokorą, jak to czynią biedacy. 
 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  przybywam  nie  w  porę  –  rzekła  i  zmierzyła  wzrokiem  nową 

gospodynię Dalsrud. 
 

Helene ma rację, w tej kobiecie jest coś przerażającego, pomyślała Elizabeth. 

 

- Właśnie siadamy do podwieczorku – rzekła. – Więc jeśli nie pogardzisz tym, co na 

stole, to zapraszam, przyłącz się do nas. 
 

Kiedy  Lavina  zdjęła  chustkę  i  szal,  Elizabeth  z  trudem  oderwała  od  niej  wzrok.  Ta 

około czterdziestoletnia kobieta, okazała się bowiem o wiele piękniejsza, niż przypuszczała. 
Miała gęste włosy w kolorze piasku, a na jej twarzy prawie nie znać było zmarszczek. Miała 
wydatny  biust  i  wąską  talię.  A  kiedy  Ane  o  coś  ją  zagadnęła,  uśmiechnęła  się,  odsłaniając 
białe mocne zęby. 
 

W tej samej chwili do izby weszła Nikoline, a za nią Ole i Kristian. 

background image

 

10

 

-  Witaj,  Lavino!  –  rzucił  Kristian  lekko.  –  Dawno  się  nie  pokazywałaś  w  naszych 

stronach. Widzę, że już poznałaś moją żonę, siadajmy więc do stołu. 
 

Podczas  posiłku  Elizabeth  rzucała  nieznajomej  ukradkowe  spojrzenia,  speszyła  się 

jednak, gdy ta uchwyciła jej wzrok. 
 

- Ty nie z tych strona – stwierdziła Lavina. 

 

-  Nie  –  odparła  Elizabeth  i  już  miała  wspomnieć,  że  wywodzi  się  z  ubogiej  rodziny, 

ale coś ją powstrzymało. Uznała, że nie musi się nikomu tłumaczyć. Zagadnęła więc kobietę z 
innej beczki: 
 

- Słyszałam, że mieszkasz sama na wyspie. 

 

- Tak, już pięć lat minęło, odkąd mój ojciec utonął. 

 

-  Nie  czujesz  się  samotna?  –  zdziwiła  się  Elizabeth,  podsuwając  gościowi 

maselniczkę. 
 

Lavina posmarowała kromkę chleba i pokręciła głową. 

 

- Nie nigdy. Mam swoje zwierzęta i ptactwo. To bardzo dobre towarzystwo, nigdy mi 

się nie sprzeciwiają. 
 

-  No  tak,  w  tym  zapewne  masz  rację  –  mruknęła  Elizabeth  i  przypomniała  sobie  ten 

czas,  gdy  mieszkała  wysoko  w  Dalen.  Mimo  że  miała  dziewczynki  i  niedaleko  rodzinę, 
przeżyła wiele samotnych chwil. A jak musi się czuć ta kobieta, nie mając zupełnie nikogo? 
Zwłaszcza, że podobno rzadko przepływa na stały ląd. 
 

- A więc nie zamierzasz postarać się wkrótce o męża? – zapytał Kristian i zaśmiał się. 

 

- Nie, nigdy! 

 

Ostra  odpowiedź  padła  tak  szybko,  że  Elizabeth  aż  się  wzdrygnęła.  Rozejrzała  się 

wokół,  sprawdzając,  czy  inni  też  na  to  zwrócili  uwagę,  ale  wszyscy  zdawali  się  być 
pochłonięci jedzeniem. 
 

- Dobrze sobie radzę bez pomocy mężczyzny – dodała nieco łagodniej Lavina. 

 

Ż

uła przez chwilę, a gdy nikt się nie odezwał, skinęła na Marię i Ane, pytając: 

 

- Obie są twoje? 

 

Elizabeth napotkała na moment spojrzenie jej szaroniebieskich oczu. 

 

- Ane, młodsza, jest moją córką z pierwszego małżeństwa, a Maria to moja siostra. 

 

- Nasi rodzice umarli – odezwała się Maria nieproszona. – Tata Ane nazywał się Jens, 

ale teraz jej tatą jest Kristian. 
 

- Jedz! – upomniała ją spokojnie, lecz stanowczo Elizabeth, wbijając wzrok w siostrę. 

Nie miała ochoty, by jakaś obca kobieta dowiedziała się o nich wszystkiego. 
 

- Uważam, że mała jest podobna do gospodarza – stwierdziła nagle Lavina. 

 

Elizabeth  poczuła,  jak  krew  uderza  jej  do  twarzy,  wstała  więc  szybko  i  podeszła  do 

paleniska po czajnik z kawą. 
 

- Dolać komuś? – zapytała, ale tylko Ole wystawił kubek. 

 

- Co masz na myśli? – spytał Kristian, spoglądając tona Ane, to na Lavinę. 

 

- Nic – odparła szybko. – Bzdury gadam. 

 

Kristian wzruszył ramionami i skinął na Elizabeth, gdy podeszła z czajnikiem. Drżącą 

ręką nalała mu kawy. Unikała wzroku innych w obawie, że się zdradzi. 
 

Co  ta  kobieta  może  wiedzieć?  Co  takiego  dostrzegła,  czego  inni  nie  widzą?  Zwykle 

wszyscy powtarzali, że Ane jest podobna do Elizabeth, a Ragna nawet kiedyś dopatrzyła się u 
małej podobieństwa do Jensa. 
 

Gdybym  nie  miała  nic  do  ukrycia,  zapytałabym  naturalnie,  co  miała  na  myśli, 

przemknęło jej przez głowę.  
 

- Wydaje ci się, że moja córka jest podobna do Kristiana? – zapytała pewnym głosem. 

 

Lavina pokręciła głową. 

 

-  Nie,  myślałam  o  czymś  innym,  a  co  innego  powiedziałam  –  rzuciło  lekko.  –  To 

nieporozumienie. 

background image

 

11

 

Elizabeth zaśmiała się i usiadła z powrotem przy stole. Uchwyciła spojrzenie Helene, 

w którym wyczytała: Mało brakowało. 
 

- Jutro zaczynamy strzyżenie owiec – rzekła szybko Elizabeth, by skierować rozmowę 

na inne tory. – Nikoline, ty będziesz sortowała wełnę, a Helene pójdzie z nami do obory. 
 

Służące skinęły głowami, a Nikoline posłała wszystkie triumfujące spojrzenie. 

 

-  Helene  potrafi  lepiej  strzyc  niż  ty  –  dodała  Elizabeth,  wbijając  wzrok  w  Nikoline, 

która natychmiast spoważniała. 
 

Dalej już posiłek przebiegł w milczeniu. Przez moment Elizabeth miała wrażenie, że 

domownicy  obserwują  każdy  jej  ruch,  ale  gdy  poniosła  wzrok,  zobaczyła,  że  wszyscy 
pochyleni nad jedzeniem, zajęci są własnymi myślami. 
 
 

Elizabeth  pomogła  służącym  sprzątnąć  ze  stołu.  Lavina  zaś  wstała  i  podniosła  z 

podłogi swój węzełek, mówiąc: 
 

- Mam tu trochę różnych rzeczy, które może was zainteresują. 

 

- Wyjęła parę chochli i łyżek z drewna. 

 

Elizabeth  podeszła  bliżej  i  wzięła  do  ręki  jedną  z  nich.  Pogładziwszy  palcem  parę 

razy, popatrzyła na Lavinę i zapytała ochryple. 
 

- Kto wystrugał te łyżki? 

 

Może  to  było  złudzenie,  ale  zdawało  jej  się,  że  kobieta  drgnęła.  Zaraz  jednak 

wyprostowała się dumnie i odpowiedziała pewna sienie: 
 

- Ja. Podobają się? 

 

- Owszem, są niezwykle piękne – odparła Elizabeth i dodała odruchowo: - Rzadko się 

zdarza, by kobiety zajmowały się struganiem i rzeźbieniem w drewnie. 
 

Tak naprawdę oniemiała, bo leżące przed ni przedmioty przypominały do złudzenia te, 

które kiedyś strugał Jens. Ale to, oczywiście, nie może być prawda. Pochyliła się raz jeszcze 
nad łyżkami. 
 

-  Rzadko  też  się  zdarza,  że  kobiety  mieszkają  same  na  wyspie  –  odpowiedziała  ze 

spokojem Lavina. – Skoro jednak tak przyszło mi żyć, musiałam się nauczyć tego i owego. 
 

- Co prawda to prawda – zaśmiał się Kristian i wstając od stołu, zwrócił się do Olego: 

 

- No, jak tam, wracamy do roboty? Kobiety niech się zajmują swoimi sprawami. 

 

Rzeczywiście, Lavina z pewnością potrafi posługiwać się nożem, pomyślała Elizabeth, 

i oznajmiła stanowczo: 
 

- Kupię wszystkie. Ile za nie chcesz? 

 

-  Pieniądze  nie  są  mi  potrzebne  –  odpowiedziała  Lavina.  –  Chętnie  za  to  wezmę  w 

zamian mąkę, jeśli nie macie nic przeciwko temu. 
 

- Dostaniesz mąkę – postanowiła szybko Elizabeth i popiła ostatni łyk kawy, bo nagle 

poczuła, że całkiem zaschło jej w gardle. 
 

-  Mogłabyś  mi  powróżyć  z  fusów?  –  zagadnęła  Nikoline,  siadając  z  powrotem  przy 

stole. 
 

-  Jeśli  gospodyni  nie  ma  dla  ciebie  innej  roboty  –  odparła  Lavina,  zerkając  na 

Elizabeth. 
 

-  Jeszcze  z  pięć  minut  możemy  odpocząć  –  zadecydowała  Elizabeth  i  przeniosła 

chochle i łyżki na ławę, by się im dokładniej przyjrzeć. 
 

- Widzę za tobą wielu mężczyzn, zerwane związki – zaczęła Lavina. 

 

Elizabeth zerknęła przez ramię i zauważyła, że Nikoline kręci się speszona. 

 

Póki  co,  się  zgadza,  pomyślała  Elizabeth.  O  ile  to,  co  Niekoline  wyprawia  z 

mężczyznami, można uznać za związki. 
 

-  Nieszczęśliwa  miłość?  –  zapytała  Lavina,  ale  gdy  Nikoline  nie  odpowiedziała, 

popatrzyła uważnie do kubka i dodała: - Zmieniłaś posadę, jak widzę. 
 

Tym razem służąca pokiwała z zapałem głową i zrobiła wielkie oczy. 

background image

 

12

 

Na miłość boską, pomyślała Elizabeth, czy ta Nikoline jest aż taka głupia, by wierzyć 

w  te  bzdury?  Pewnie  ostatnio  Lavina  widziała  Nikoline  posługującą  w  domu,  a  teraz  z 
rozmowy przy posiłku zorientowała się, że dziewczyna wysłana jest do obory. Nie trzeba być 
jasnowidzem,  by  zauważyć  takie  rzeczy.  Elizabeth  przestała  słuchać  i  skupiła  całą  swoją 
uwagę  na  chochli.  Podniosła  ją  do  lampy  i  stwierdziła  z  całym  przekonaniem,  że  wygląda 
dokładnie tak, jakby ją zrobił Jens. 
 

- Porządna chochla – zauważyła Gurine, biorąc także do ręki jedną z nich. – To sztuka 

tak wygładzić drewno. A jak dobrze się ją trzyma! 
 

Elizabeth przyznała rację Gurine. Przedmioty wykonane przez Jena zawsze pasowały 

do kobiecej ręki, tak samo jak te. 
 

- Nie każdy tak potrafi – ciągnęła Gurine. – Najczęściej ta sztuka jest przekazywana z 

pokolenia na pokolenie, z ojca na syna. 
 

Elizabeth  pokiwała  zamyślona.  Okazuje  się,  że  nie  tylko  Jens  posiadł  tę  sztukę.  Ku 

swemu zdumieniu poczuła zawód. Szybko odłożyła chochlę i zwróciła się do Laviny: 
 

-  Chodź  ze  mną  do  spichlerza,  to  dam  ci  mąkę.  A  ty,  Nikoline,  pomóż  Gurine  przy 

zmywaniu naczyń. 
 
 

Elizabeth  napełniła  mąkę  płócienny  worek,  a  do  drugiego  nasypała  soli.  Potem 

rozejrzała się i rzekła: 
 

- Dam ci jeszcze trochę chleba i podpłomyków. 

 

Lavina pokiwała głową z ożywieniem, ale się nie odezwała. 

 

- A więc twój ojciec nie żyje – zagadnęła Elizabeth, szukając czegoś, w  co mogłaby 

zapakować chleb. 
 

- Tak, zabrało go morze. Tak samo jak wielu innych rybaków – dodała Lavina. 

 

- Mój pierwszy mąż też utonął – odezwała się cicho Elizabeth. – Miał na imię Jens. 

 

- Wiem. 

 

- Skąd wiesz? – spytała Elizabeth i zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. 

 

- Twoja siostra mówiła. 

 

-  Rzeczywiście.  –  Uśmiechnęła  się  przepraszająco  i  dodała:  -  To  było  podczas 

zimowych połowów przed dwoma laty. Pamiętasz tamten dzień sztormowy? 
 

Przez twarz Laviny przemknął grymas. 

 

- Tak, pamiętam – odpowiedziała niewyraźnie. – Dziękuję za handel, ale teraz muszę 

już wracać do domu. To kawał drogi, a trzeba się zając inwentarzem. 
 

-  Ja  też  dziękuję  –  odpowiedziała  Elizabeth,  czując  niejaką  ulgę,  że  ta  kobieta 

odchodzi. Gdy zamykała drzwi do spichlerza, przybiegła Maria, wołając: 
 

- Elizabeth, mogę pomóc przy sortowaniu wełny? 

Ane też się zaopiekuję. Mogę? 
 

Lavina obróciła się i popatrzyła na nią dziwnym, jakby zastygłym wzrokiem. 

 

- Masz na imię Elizabeth? 

 

- Tak, nie mówiła,? 

 

- Nie. 

 

- Coś nie tak? – zdziwiła się Elizabeth. 

 

-  Nie,  nie,  nic  takiego  –  odpowiedziała  kobieta,  tracąc  nagle  zainteresowanie.  – 

Przypomniałam sobie kogoś o tym imieniu. 
 

Nim  Elizabeth  zdążyła  ją  coś  więcej  zapytać,  kobieta  pośpieszyła  ścieżką  w  dół  do 

brzegu.  Elizabeth  otuliła  się  mocniej  chustą,  a  gdy  nad  jej  głową  rozległo  się  głośnie 
karakanie, dreszcze przeszły jej po plecach. 
 
 
 

background image

 

13

Rozdział 4 
 
 

Storli,  tak  nazywał  się    dwór  położony  na  samym  skraju  wsi  od  północy.  Złośliwi 

powiadali, że właściciele dworu są tacy skąpi, że dosypują służbie do pożywienia tyle soli, że 
nie  da  się  tego  zjeść,  dzięki  czemu  zawsze  coś  zostaje  na  następny  posiłek.  Nie  dbają  też  o 
wyposażenie  swoich  pracowników  w  ubrania  i  buty,  a  ludzie  pracują  u  nich  od  wschodu 
słońca aż późny wieczór.  
 

Mimo to gospodarze Storli nie mieli kłopotu ze znalezieniem rąk do pracy. W okolicy 

panowała  bowiem  wielka  bieda  i  we  dworze  umieszczono  często  dzieci  z  ubogich 
komorniczych rodzin. 
 
 

Któregoś  dnia  późną  jesienią  z  wizytą  u  Elizabeth  zjawiła  się  osobiści  gospodyni  ze 

Storli. 
 

Helene przybiegła ją o tym powiadomić. 

 

- Wiedźma tu przyszła i pyta o ciebie – rzekła. 

 

- Ucisz się – zganiła ją Elizabeth. – Co ty sobie mylisz? Jeszcze cię usłyszy! 

 

-  I dobrze! – prychnęła  Helene. – Wszyscy ją tak nazywają. To skąpiradło, wredne i 

naburmuszone babsko! 
 

-  Jak  myślisz,  czego  ona  może  mnie  chcieć?  –  zastanawiała  się  na  głos  Elizabeth, 

odkładając na bok robótkę. 
 

Kiedy  Elizabeth  pojawiła  się  w  szerokim  korytarzu,  Petra,  bo  tak  miała  na  imię 

gospodyni Storli, stała już w drzwiach wyjściowych.  
 

-  Dzień  dobry  i  zapraszam  –  przywitała  się  Elizabeth,  uścisnąwszy  dłoń  starszej  

kobiecie. – Proszę do środka – powtórzyła, wskazując ręką na izbę. 
 

- Dziękuję, ja tylko na chwilę. 

 

- Ale kawy może zdążymy się razem napić? 

 

- Dziękuję, skoro nalegacie – odpowiedziała gospodyni Storli i weszła do środka. 

 
 

A kiedy na stole znalazły się ciasta i kanapki, Petrze nagle przestało się śpieszyć. 

 

-  Nie  oszczędzacie,  jak  widzę  –  stwierdziła,  częstując  się  kolejną  kromką  chleba 

obłożoną solonym mięsem. 
 

Elizabeth  nie  bardzo  wiedziała  co  odpowiedzieć,  więc  pominęła  uwagę  sąsiadki 

milczeniu. 
 

-  Powiada  się,  że  po  tłustych  latach  przychodzą  chude  –  dodała  Petra  i  zaśmiała  się, 

pochłaniając kolejne kęsy. 
 

W  takim  razie  dlaczego  tyle  jesz,  bezczelna  babo!  –  pomyślała  Elizabeth,  ale 

przełknęła te sowa wraz z łykiem kawy. Ostawiając zaś filiżankę na spodku, zapytała: 
 

- Domyślam się, że macie do mnie jakąś sprawę. 

 

- Tak, chodzą słuchy, że potraficie ładnie farbować wełnę. 

 

- Czy ja wiem? Trochę się tym zajmuję, to prawda, ale… czy robię to lepiej niż inni? – 

krygowała się Elizabeth, nie przyznając się, że przez całe lato zbierała różne rośliny, wrzosy i 
mchy, przydatne między innymi do farbowania włóczki. – Może mówmy sobie po imieniu! 
 

Petra chrząknęła, ale nie podjęła tego tematu. Zapytała natomiast: 

 

- Mogę zobaczyć jakieś wasze prace? 

 

Moje  prace,  powtórzyła  w  myślach  Elizabeth  i  uznała,  że  to  ładnie  brzmi. 

Równocześnie odczuła zawód, że Petra odnosi się do niej z dystansem. 
 

- Mam tu trochę motków – odpowiedziała i przyniosła wiklinowy koszyk na robótki. 

 

Petra odchyliła głowę i odsunęła motek na odległość ramienia, by obejrzeć go uważnie 

ze wszystkich stron. 

background image

 

14

 

Elizabeth  przysiadła  na  brzegu  krzesła  i  poczuła  się  jak  w  szkole,  gdy  nauczyciel 

sprawdzał, czy przygotowała się do lekcji. 
 

-W końcu gospodyni Storli odłożyła wełnę. 

 

- Znakomita robota – odrzekła i dodała jednym tchem: - Czy nie pofarbowałabyś dla 

mnie trochę włóczki? Zapłacę ci. 
 

No, no, pomyślała Elizabeth. Może plotki o jej skąpstwie są jednak wyolbrzymione? 

Poza tym zwróciła się do mnie na ty, co zabrzmiało jakoś milej. 
 

- Uznajmy to za sąsiedzką przysługę  odpowiedziała na głos. 

 

- O, nie. Nasza rodzina nigdy nikomu nie była nic dłużna i nie będzie – odparła Petra i 

wstała od stołu. Wkładając rękawiczki, dodała: - Dziękuję za poczęstunek. Przyślę tu którąś 
ze swoich służących z wełną i listą kolorów. 
 

Elizabeth  zdołała  jedynie  skinąc  głową.  Ale  gdy  została  sama,  poczuła  się 

oszołomiona  i  podekscytowana.  Pomyśleć  tylko,  że  ludzie  we  wsi  gadają  o  jej 
umiejętnościach!  A  przecież  farbowała  jedynie  trochę  wełny  dla  Dorte,  kiedy  mieszkali  w 
Dalen.  Elizabeth  zamyśliła  się.  Upłynie  jeszcze  trochę  czasu,  zanim  zdoła  się  pozbyć  tej 
uniżoności biedaka, która towarzyszyła jej przez całe dotychczasowe życie. 
 

Wnet pojawiła się Helene. 

 

- Czego chciała Wiedźma? 

 

- Poprosiła mnie, bym pofarbowała dla niej wełnę. 

 

- No, no. Wiedźma nie zwykła prosić się nikogo, bo uważa, że wszystko robi najlepiej. 

 

Choć  słowa  przyjaciółki  powinny  ją  mile  połechtać,  to  jednak  gdzieś  uleciała  duma, 

którą w pierwszej chwili poczuła. 
 

Przypomniały jej się zasłyszane kiedyś słowa, że choć niektórym ludziom się zdaje, iż 

są  lepsi  od  innych,  to  w  oczach  Boga  wszyscy  są  maluczcy.  To  samo  dotyczy  gospodarzy 
Storli. Nie są kimś lepszym niż ona. 
 
 

Już  następnego dnia służąca ze Storli przyniosła wełnę. Elizabeth jednak nie spieszyła 

się  z  pracą.  Dopiero  po  paru  dniach  udała  się  do  pralni  i  zaczęła  przygotowywać  kolory. 
Zajęło jej to sporo czasu, ponieważ Petra zamówiła sobie zarówno czerwoną, niebieską, jak i 
ż

ółtą  włóczkę.  Ciekawe,  jakby  sąsiadka  zareagowała,  gdyby  się  dowiedziała,  że  niebieski 

kolor  uzyskuje  się  z  moczu?  –  pomyślała  Elizabeth  rozbawiona,  gdy  już  wieszała  Elizabeth 
rozbawiona,  gdy  już  wieszała  pofarbowane  motki  na  ścianie.  Niełatwo  było  pozbyć  się 
niemiłego zapachu, ale w końcu udało się włóczkę przewietrzyć. 
 

Elizabeth  spodziewała  się,  że  Petra  przyśle  swoją  służącą,  by  się  dowiedzieć,  kiedy 

może  odebrać  pofarbowaną  wełnę,  ale  gdy  minęły  trzy  tygodnie,  a  ona  się  nie  odezwała, 
Elizabeth postanowiła sama zanieść barwne motki do Storli. 
 

Ole  wyszczotkował  brązową  kobyłkę,  tak  że  błyszczała  piękne,  a  gdy  parobek  na 

dziedzińcu  w  Storli  wziął  od  niej  konia,  zauważyła  podziw  w  jego  oczach  i  poczuła  dumę. 
Posiadanie  pięknych  i  dorodnych  koni  świadczyło  o  dobrobycie  gospodarzy.  Niektórzy 
karmili swe konie lepiej niż pozostały inwentarz, tylko dlatego by się pokazać. Ale Elizabeth 
uważała, że nie wolno znęcać się nad zwierzętami. W takiej sytuacji lepiej trzymać ich mniej, 
by paszy starczyło dla wszystkich. 
 

- Czy gospodyni jest w izbie? – zapytała Elizabeth wychudzonego i brudnego parobka, 

który mógł mieć co najwyżej osiem lat. Malec umknął spojrzeniem, jakby się czegoś obawiał. 
 

- Tak – odpowiedział po chwili ze wzrokiem wbitym w ziemię. 

 

- Dziękuję, uwiąż dobrze mojego konia, żeby nie uciekł – rzekła i pogłaskała chłopca 

po  brudnym  policzku.  Kącikiem  oka  dostrzegła,  że  malec  zaczerwienił  się  po  same  uszy  i 
dotknął policzka, gdy ona oddalała się w kierunku budynku mieszkalnego. 
 

Gospodyni osobiście wyszła na schody i ją przywiązała. 

 

- Dzień dobry, witam we dworze, 

background image

 

15

 

-  Dziękuję,  przywiozłam  pofarbowaną  wełnę,  o  którą  mnie  prosiliście  –  rzekła 

Elizabeth i podstawiła bliżej kosz. 
 

Petra  kiwnęła  głową  i  chyba  najchętniej  wzięłaby  od  niej  kosz  na  schodach  i  się 

pożegnała, uznała jednak, że nie wypada i bez zbytniego entuzjazmu powiedziała: 
 

- Wejdź, proszę, do środka, to sobie obejrzę. 

 

Elizabeth przestąpiła próg chłodnej izby, gdzie jej wskazano miejsce przy stole. Petra 

wydała polecenia służącym i po chwili jedna z nich nakryła do stołu. 
 

- Zimno dziś – zagadnęła Elizabeth, widząc, że nikt się nie kwapi napalić w piecu. 

 

-  Wystarczy  się  cieplej  ubrać  –  skwitowała  Petra  i  capnęła  służącą  po  plecach.  –  Ile 

razy ci mówiłam, że nie można tak głośno stukać filiżankami o stół. Jeszcze je potłuczesz! – 
huknęła na dziewczynę. 
 

Elizabeth przypatrywała się tej scenie zdumiona. 

Służąca mogła mieć około dwudziestu lat. Jak można tak traktować dorosłą osobę? Wszystko 
jedno służącą czy nie. 
 

Nigdy  bym  się  tak  nie  zachowała  wobec  ludzi,  którzy  pracują  u  nas  we  dworze, 

pomyślała. 
 

Dziewczyna ze łzami w oczach wróciła do kuchni. 

 

- Trudno teraz o dobrych pracowników – narzekała Petra, otulając się mocniej szalem. 

 

Rzeczywiście,  pomyślała  Elizabeth  cierpko.  Jak  ktoś  się  tak  zachowuje!  Na  głos  zaś 

rzekła: 
 

- To już dorosła i ładna dziewczyna, jak widzę. 

 

- Dorosła i ładna – przedrzeźniała się Petra i prychnęła pogardliwie. Zreflektowała się 

jednak i dodała łagodniej: - Poczęstuj się, proszę. 
 

Elizabeth  wypiła  trochę  kawy  przypominającej  Laurę  i  zerknęła  na  paterę,  na  której 

leżało sześć kruchych ciastek. Zastanawiała się, czy dla niej przewidziano trzy. 
 

Nie, chyba Petra nie jest aż taka skąpa? Chociaż po tym wszystkim, co tu zobaczyła, 

już nic jej nie dziwiło. 
 

- Smaczna kawa – skłamała,  gdy Petra spojrzała na nią pytająco. –  I dobre ciastka – 

dodała, nadgryzając niewielki kęs. – Chciała popatrzeć na wełnę? 
 

Tym razem nie czuła nerwowego ścisku w żołądku, gdy Petra przyglądała się uważnie 

pofarbowanej wełnie. Straciła nazbyt wiele szacunku dla tek skąpej baby. 
 

- Dobra robota – mruknęła Petra w końcu i założyła okulary, by przyjrzeć się jeszcze 

dokładniej. 
 

-  Dziękuję  –  odparła  Elizabeth,  powoli  przeżuwając  ciastko.  Za  nic  w  świecie  nie 

poczęstuję się drugim, postanowiła. 
 

Ktoś przeszedł pod oknem, Petra wyciągnęła szyję, by sprawdzić kto. 

 

- Ci żebracy bez przerwy nachodzą porządnych ludzi – rzekła z pogardą. – Myślałam, 

ż

e komisja dla ubogich zajmie się nimi i zaoszczędzi nam tej natrętnej żebraniny. 

 

- To, co dostają, nie starcza im na życie – zauważyła Elizabeth. 

 

- Bo za dużo chcą! – odparła Petra. – Ubóstwo jest cnotą, tak jest napisane w Billi, a 

próżność to grzech. 
 

-  Nie  wydaje  mi  się,  by  żebracy  byli  specjalnie  próżni  –  zauważyła  Elizabeth.  – 

Zabiegają jedynie o to, by nie pomrzeć z głodu i chłodu. 
 

Petra  posłała  jej  ostre  spojrzenie,  ale  nie  skomentowała  tego,  bo  nasłuchiwała 

odgłosów z kuchni. Elizabeth słyszała, że służące coś mówią, ale nie rozróżniała słów. 
 

W końcu gospodyni uśmiechnęła się i pokiwała głową zadowolona. 

 

- Odprawiły go za drzwi i bez niczego, tak jak je nauczyłam. 

 

Elizabeth wpatrywała się w Petrę, nie dowierzając temu,  co usłyszała. Do ich dworu 

też  często  zachodzili  żebracy,  ale  wszyscy  domownicy  uważali,  że  należy  tych  biedaków 

background image

 

16

przyjąć  godnie.  Postanowiła  w  duchu,  że  potraktuje  uch  jeszcze  lepiej,  gdy  pojawią  się 
znowu. 
 

- Odwiedziła nas niedawno Lavina – zagadnęła Elizabeth z braku innych tematów. 

 

- Chyba jej nie wpuściłaś do środka? – przeraziła się Petra, kładąc dłoń na piersi. 

 

- Owszem, wpuściłam. A dlaczego nie miałabym tego zrobić? 

 

Petra pokruszyła ciastko na talerzyku i włożyła parę okruchów do ust. 

 

- Tu, w Stroli, na pewno jej noga nie postanie. 

 

Elizabeth straciła już wszelkie złudzenia co do Petry, więc jej nie zaskoczyły te słowa.

 

-  Współczuję  jej,  chyba  nie  łatwo  jest  żyć  samej  na  wyspie  z  dala  od  ludzi  – 

powiedziała. 
 

- Na Wyspie Topielca – rzekła Petra i się wzdrygnęła. 

 

- Skąd taka nazwa? 

 

- Powiadają, że kiedyś morze wyrzucało tam na brzeg ciała topielców. 

 

- Rzeczywiście, ludzie wymyślają różne dziwne nazwy – odparła Elizabeth i dodała: - 

Przyszła wymienić ba na mąkę drewniane łyżki, które sama wystrugała w drewnie. 
 

- Drewniane łyżki? – powtórzyła Petra. 

 

- Tak, mówiła, że ojciec ją nauczył strugać. 

 

-  Nigdy  nie  słyszała,  by  Lavina  zajmowała  się  struganiem  w  drewnie.  Zazwyczaj 

przywozi tylko ptasi puch na wymianę. 
 

Petra zapatrzyła się przez okno, po czym mrużące oczy, zniżyła głos: 

 

- Podobno ona potrafi wróżyć z fusów i zajmuje się czarną magią. 

 

Elizabeth nie zdobyła się powstrzymać od śmiechu, ale Petra wbiła w nią potępiający 

wzrok i powiedziała: 
 

- Śmiej się, śmiej! Ale ta czarownica ma powiązania z siłami nieczystymi. Jako osoba 

bogobojna uważam, że powinnam cię ostrzec. 
 

Elizabeth odchrząknęła i wyjaśniła już z powagą. 

 

- Przepraszam, ale te wróżby z fusów to zwyczajne bujdy. Słyszałam sama, co wróżyła 

jednej z moich służących. Każdy by mógł powiedzieć takie rzeczy. 
 

Petra  zakrztusiła  się,  przełykając  ciastko,  i  chwilę  trwało,  nim  przestała  kasłać.  W 

końcu spytała z niedowierzaniem: 
 

- Pozwoliłaś na takie diabelskie sztuczki pod swoim dachem? 

 

- Chyba to nazbyt ostre słowa na zwykłą zabawę. 

 

Petra  sięgnęła  po  robótkę  i  przez  długą  chwilę  w  przytłaczającej  ciszy  słychać  było 

jedynie postukiwanie drutów. 
 

- Ta Lavina chodziła do szkoły? – odezwała się w końcu Elizabeth. 

 

Petra  odłożyła  na  kolana  robótkę  i  ożywiła  się  znowu,  pochylając  się  nad  stołem, 

jakby powierzała sąsiadce jakieś tajemnice. 
 

-  Jej  ojciec  odmówił  wysłania  jej  do  szkoły.  W  tamtych  czasach  izby  na  naukę  dla 

dzieci użyczały kolejno poszczególne dwory. Wymyślała najróżniejsze powody, by zatrzymać 
córkę w domu: a to że dziecka nie ma butów, ubrania, jedzenia, a to znów, że jest zła pogoda. 
Kiedy  jednak  władze  zaczęły  naciskać,  rozgniewał  się,  a  właściwie  wpadł  we  wściekłość. 
Dosłownie.  Podobno  umiał  rzucać  urok  na  ludzi.  Możesz  mi  wierzyć,  wielu  odczuło  to  na 
własnej skórze. 
 

Elizabeth ścisnęło w żołądku, bo sama doświadczyła podobnych posądzeń.  

 

- E, to po prostu musiała być zwykły przypadek – rzekła z uśmiechem. 

 

Petra zareagowała jak rozjuszony byk. 

 

- O, nie! Jak ten chłop się na kogoś zawziął, to biada nieborakowi! Podobnie jak wielu 

innych ojciec Laviny uważał, że szkoła to dla dzieci strata czasu. Minęło parę lat, gdy władze 
znów  zareagowały.  Lavina  zdążyła  tymczasem  podrosnąć.  Zarówno  lensman,  jak  i  pastor 
uważali, że chrześcijańskie nauki dobrze jej zrobią, jak również poznanie innych ludzi. 

background image

 

17

 

Petra  wstała  i  sprawdziwszy,  czy  nikt  nie  podsłuchuje  pod  drzwiami,  mówiła  dalej 

ś

ciszonym głosem: - W końcu się pojawiła, ale co ona wyrabiała… Bezwstydnica. 

 

Elizabeth  poczuła  się  nieswojo  i  nie  wiedziałam  jak  zareagować,  zwyciężała  w  niej 

jednak ciekawość. Bardzo chciała się dowiedzieć czegoś więcej o tej tajemniczej kobiecie. 
 

-  Zachowywała  się  gorzej  niż  dziwka  –  ciągnęła  Petra.  –  Podnosiła  spódnicę  i 

pokazywała swe wdzięki zarówno nauczycielowi, jak i innym uczniom. A gdy ktoś próbował 
jej zwrócić uwagę, śmiała się tylko i pytała, czy nie widzieli nigdy gołej baby. 
 

Elizabeth  była  wstrząśnięta  i  zastanawiała  się,  czy  to,  co  opowiada  Petra,  może  być 

prawdą? Przecież nikt publicznie nie robi takich rzeczy!  
 

Wypiła resztkę pozbawionej smaku kawy i postanowiła wracać do domu. Nim jednak 

zdążyła się oderwać, Petra ciągnęła dalej: 
 

- Ludzie gadają, że Lavina dzieliła łoże z własnym ojcem. 

 

Usta  Elizabeth  otwierały  się  i  zamykały  wiele  razy,  ale  nie  była  w  stanie  nic 

wykrztusić. 
 

- Mam na myśli to, że oni… 

 

-  Chyba  domyśla,  się,  co  chcesz  powiedzieć  –  przerwała  jej  gwałtownie  Elizabeth  i 

wstała  z  krzesła.  –  Mnie  się  jednak  zdaje,  że  skoro  nie  ma  na  to  świadków,  należałoby 
potraktować  te  oskarżenia  jako  złośliwe  plotki.  Uważam,  że  rozpowiadanie  o  kimś  takich 
rzeczy to po prostu świństwo. Dziękuję za ciastka i kawę. Chyba już muszę wracać do domu.
 

-  Ja  tam  plotek  nie  słucham  –  rzekła  Petra  purpurowa  na  twarzy.  –  Ale  to 

najprawdziwsza  prawda.  Skoro  wolisz  pozostać  niedowiarkiem,  twoja  sprawa.  Nic  mi  do 
tego. 
 

Niedowiarkiem, 

pomyślała 

pogardą 

Elizabeth. 

Rzeczywiście, 

ś

wietne 

usprawiedliwienie dla plotkarstwa. Z wymuszonym uśmiechem powiedziała: 
 

- Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z wełny, a jeśli potrzeba ci będzie więcej, to 

po prostu powiedz!  
 

- Dziękuje. Wspomniałaś ostatnio, że nie chcesz zapłaty, ale tak jak już ci mówiłam, 

my tu, we dworze, spłacamy swoje długi. 
 

Petra poszła do dużego sekretarzyka i wysunęła szufladkę. Pogrzebała w niej chwilę, 

po czym odwróciła się do Elizabeth i wręczyła jej zawiniątko. 
 

Zdawało jej się, że w środku są pieniądze. 

 

- Niepotrzebnie – rzekła Elizabeth, nie wiedząc, jak ma się zachować. Petra uznałaby 

to za nieuprzejmość z jej strony? 
 

Gospodyni tymczasem odprowadzała ją do wyjścia i nim się zorientowała, stała już na 

schodach, a drzwi się za nią zamknęły. 
 

Lekka  mżawka  zwilżyła  papier.  Gdy  Elizabeth  ujrzała  zawartość  zawiniątka,  straciła 

mowę.  Wpatrywała  się  w  małą  błyszczącą  monetę.  Trzy  szylingi!  Na  tyle  wyceniono  jej 
pracę? Mimo że wyraziła gotowość wyświadczenia sąsiedzkiej przysługi, ta zapłata stanowiła 
jawne szyderstwo. Nie jestem przecież ubogą służącą ani żebraczką, pomyślała, zastanawiając 
się,  czy  nie  wrócić  do  izby  i  nie  oddać  monety.  Nagle  zastygła  w  bezruchu,  bo  zobaczyła 
idącą przez dziedziniec służącą z dwoma ciężkimi wiadrami. 
 

-  Amanda?  –  odezwała  się  z  niedowierzaniem,  uświadomiwszy  sobie,  że  mówi 

szeptem. – Amanda, to ty? – dodała nieco głośniej i zeszła po schodach. 
 

Wychudzona  dziewczynka  podniosła  wzrok.  Elizabeth  stała  przez  chwilę  jak 

skamieniała, widząc jej apatyczne spojrzenie, podkrążone oczy i włosy w strąkach. Połatana 
sukienka, jaką miała na sobie, przypominała szmatę. Na bose stopy włożyła drewniaki.  
 

-  Kochana  ty  moja,  nie  masz  nic  cieplejszego  do  ubrania?  –  zapytała  Elizabeth, 

wpatrując się z przerażeniem w dziewczynkę. – Nie miała pojęcia, że to ty tu pracujesz. 
 

Amanda popatrzyła na nią ospałym wzrokiem, ale odpowiedziała: 

 

- Włożyłam na siebie wszystkie ubrania, jakie mam. 

background image

 

18

Ale  nie  powinnam  narzekać,  skoro  mam  posadę.  Wiesz,  że  moi  rodzice  nie  mogą  nas 
wszystkich wykarmić, a ja skończyłam już czternaście lat.  
 

Zdawało się, że  coś jeszcze chce powiedzieć,  ale urwała i  wbiła w ziemię. Elizabeth 

położyła jej dłoń na ramieniu, z przerażeniem stwierdzając, że z dziewczynki została skóra i 
kości. Amanda zawsze filigranowa, teraz jest po prostu wychudzona. 
 

- Nic nie jesz? – zapytała. 

 

-  Tylu  trzeba  tu  nakarmić.  Gospodarze  mówią,  że  nie  będą  nas  paść  jak  świnie  na 

Boże Narodzenie. 
 

Elizabeth  wzięła  to  w  pierwszej  chwili  za  żart,  ale  gdy  napotkała  załzawione  oczy 

Amandy, poczuła uścisk w sercu. 
 

- Dziecko, kochane – wyszeptała ochryple. 

 

Amanda nagle zerknęła przez ramię i rzekła przestraszona: 

 

- Muszę zanieść wodę do obory. 

 

-  Weź.  To  tylko  trzy  szylingi,  ale  więcej  nie  mam  przy  sobie  –  rzekła  Elizabeth, 

wtykając zawiniątko z monetą do kieszeni fartucha dziewczynki, nim ta się zdążyła odwrócić. 
 

Petra  wyszła  z  powrotem  na  schody  i  skrzyżowała  ręce  na  piersi.  Elizabeth  miała 

wrażenie,  że  wszystko  się  w  niej  gotuje  ze  złości.  Unosiła  lekko  brzeg  spódnicy  i  długimi 
krokami zbliżyła się do budynku mieszkalnego. 
 

- Zobaczyłam, o zgrozo, jak wy tu traktujecie służącą – odezwała się głosem. 

 

- O co ci chodzi? – spytała Petra, zadarłszy głowę. 

 

- Wystarczy rzucić okiem na Amandę, by zrozumieć, że nie dostaje ani jedzenia, ani 

ubrań. A wykonuje pracę, do której potrzeba silnego mężczyzny. 
 

- Zdaje się, że dorastałaś w podobnych – stwierdziła Petra cierpko. 

 

Elizabeth poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, zastanawiała się,  czy słuch jej nie 

myli. 
 

-  To  prawda,  że  wywodzę  się  z  ubogiej  rodziny,  ale  właśnie  dlatego  potrafię 

współczuć innym – wylała z siebie. –  Innym też by się przydało pożyć trochę w biedzie, to 
może by nabrali ludzkich cech. 
 

-  Jak  traktujemy  służbę,  nie  powinno  nikogo  obchodzić.  A  już  zwłaszcza  ciebie  – 

dodała Petra lodowato, po czym odwróciła się na pięcie i zatrzasnęła za sobą drzwi. 
 

Elizabeth zacisnęła pięści. Nikomu nie wolno tak traktować ludzi! Nawet zwierzęta w 

oborze mają lepiej! Biedna Amanda. 
 

Ś

cisnęło ją w krtani i poprzysięgła cicho: 

 

- Nie pozwolę, by cię tu zmarnowali. 

 

A potem skinęła się w stronę konia uwiązanego do drzewa. 

 

Wszystko się w niej burzyło, nie była w stanie rozsądnie myśleć, gdy szybkim kłusem 

oddalała się rozmokłą drogą. Jak można tak postępować? Gospodarze Storli mają wszystko, o 
czym biedak może jedynie pomarzyć. Jak Petra może patrzeć na wychudzone i brudne dzieci 
pracujące i niej w obejściu? Tacy jak ona zwą się chrześcijanami? 
 
 

Elizabeth  zatrzymała  konia  szarej  chacie  komorniczej,  w  której  mieszkała  rodzina 

Amandy. Uznawszy, że powinna porozmawiać z rodzicami dziewczynkami, zapukała mocno 
do drzwi. 
 

- Wejść! – usłyszała niski męski głos. 

 

-  Dzień  dobry,  niech  Bóg  wam  pobłogosławi  strawę  –  przywitała  się  Elizabeth,  gdy 

zobaczyła posilającą się przy stole rodzinę. 
 

- Dzień dobry. Co sprowadza jaśnie panią w nasze skromnego progi? – zapytał chłop. 

 

O co mu chodzi? Zastanawiała się Elizabeth, słysząc w jego głosie szyderstwo. Może 

poczuł się urażony tym, ze wbrew jego woli przysłała jedzenie i ubrania? 
 

- Przychodzę w imieniu waszej córki. 

background image

 

19

 

Mężczyzna posilał się rozwodnioną kaszą i dopiero po dłuższej chwili zapytał: 

 

- Której? 

 

- Amandy. Wracam z dworu Storli, gdzie zawiozłam pofarbowaną wełnę. 

 

Właściwie, po co im mówię o wełnie? Zastanowiła się w duchu. Czyżbym próbowała 

się usprawiedliwić i wyjaśnić, co w ogóle robiłam u takich ludzi? Ogarnął ją gniew i musiała 
przełknąć parę razy ślinę, nim mogła mówić dalej. 
 

- Amandzie nie jest tam dobrze, tak to powiem. 

 

Zamilkła.  Nikt  na  nią  nie  patrzył.  Matka  Amandy  wyskrobywała  resztki  z  talerza  i 

pomagała zjeść najmłodszemu dziecku. 
 

Elizabeth podniosła głos. 

 

-  Chodzi  bez  pończoch,  w  obszarpanym  ubraniu,  wychudła,  bo  dostaje  niewiele  do 

jedzenia… 
 

Chłop przerwał jej: 

 

-  Po  co  tu  przychodzicie  i  nam  to  opowiadacie?  Gospodarze  Storli  nie  różnią  się  od 

was! 
 

- jak to? – spytała Elizabeth ochryple. 

 

- Wszyscy bogacze są tacy sami – dodał i odsunął od siebie pusty talerz. 

 

Elizabeth  postanowiła  puścić  mimo  uszu  jego  niesprawiedliwe  uwagi,  zapytała 

jedynie: 
 

- Zamierzacie jej ta tam pozwolić zostać? 

 

- A mamy inny wybór? 

 

- Tak, zabrać ją stamtąd i znaleźć jej inną posadę. 

 

Chłop  zaśmiał  się  krótko  z  goryczą,  po  czym  zaczął  dłubać  w  zębach  kawałkiem 

drzazgi i rzucił stanowczo: 
 

- Dziękujemy za wizytę. 

 

Elizabeth  otworzyła  usta,  by  zaprotestować,  ale  nie  była  w  stanie  wydobyć  z  siebie 

słowa.  Czy  ci  ludzie  całkiem  stracili  rozum?  Nie  troszczą  się  o  własne  dziecko?  W  głowie 
kłębiło jej się od pytań, gdy gospodarz lekko, lecz stanowczo wypchnął ją za drzwi. 
 
 

Rozpadało się na dobre, ona jednak w ogóle nie zwracała na to uwagi. Wróciwszy do 

dworu, bez słowa oddała konia Olemu i skierowała się prosto do budynku mieszkalnego. 
 

Kristian wyszedł na korytarz. 

 

- Długo cię nie było – rzekł. 

 

- Tak, ja… muszę się przebrać – odpowiedziała tylko i wbiegła po schodach, czując, 

ż

e głos jej się łamie. Skierowała się do drzwi pokoju, ale usłyszała, że Kristian podąża za nią. 

 

- Stało się coś? – zapytał z troską. 

 

Ś

ciągnęła  mokrą  spódnicę  i  bluzkę,  i  rzuciła  na  podłogę.  Nagle  poczuła  się  całkiem 

bezbronna. Sięgnęła po wełniany koc i otuliwszy się nim, siadła ba brzeżku łóżka. 
 

- No, to teraz opowiadaj, co się stało  powtórzył Kristian. 

 

- Nie stój nade mną – poprosiła, bo czuła się jak karcone dziecko. A gdy usiadł obok, 

zaczęła mówić: - Byłam we dworze Storli zawieźć pofarbowaną włóczkę. Zbierałam się już 
do odjazdu, gdy zobaczyłam Amandę, która jest tam służącą. 
 

- Amandę? – zdziwił się, nie rozumiejąc, o kogo chodzi. 

 

Elizabeth utkwiła w nim spojrzenie. 

 

- A, dziecko komorników, pamiętam – rzekł pośpiesznie. 

 

-  Jej  ta,  nie  jest  dobrze  –  dodała  Elizabeth,  a  jej  oczy  zalśniły  od  łez.  –  Prawie  nie 

dostaje tam jeść, a wykonuje pracę przeznaczoną dla dorosłego mężczyzny. 
I… - przełknęła ślinę i otarła rożkiem koca twarz. 
 

Kristian otoczył ją ramieniem. 

background image

 

20

 

-  No,  dobrze  już,  dobrze,  przecież  na  pewno  nie  jest  jej  ta,  aż  tak  źle.  Kto  ci  o  tym 

opowiedział? 
 

- Sama to widziałam. Zresztą wypytałam ją trochę. 

Nie mogła powiedzieć za wiele, bo Petra wyszła na schody. Powinieneś ja widzieć, Kristian. 
Te wielkie oczy małej wychudzonej twarzyczce. Zostały z niej tylko skóra i kości. Zapytałam 
Petrę, jak może traktować ludzi w taki sposób? 
 

Dłoń, która głaskała ją po plecach, zatrzymała się gwałtownie. 

 

- Powiedziałaś tak do gospodyni Storli? – zapytał Kristian, nagle zmieniwszy ton. 

 

- Tak, powiedziałam. A ona mi to na to, że nic mi do tego. 

 

Kristian  wstał  i  zaczął  się  przechadzać  nerwowo  po  pokoju.  Elizabeth  popatrzyła  na 

niego zdezorientowana, czując niepokój ściskający ją w żołądku. Otuliła się mocniej kocem i 
już  zamierzała  dodać,  jak  zareagowali  rodzice  Amandy,  ale  nagle  uznała,  że  lepiej  nie 
wspomnieć mężowi o tej wizycie. 
 

-  Dlaczego,  na  miłość  boską,  powiedziałaś  coś  takiego?  –  zapytał,  rozkładając 

ramiona. 
 

-  Ponieważ  oni  obchodzą  się  z  ludźmi  gorzej  niż  z  bydłem  –  odparła  Elizabeth 

wzburzona. 
 

- Teraz to już przesadzasz. 

 

- Czyżby? Co możesz wiedzieć, skoro tam nie byłaś? 

Nigdy nie chodziłeś głodny i obszarpany, tak jak ona. 
 

- Nie, nie chodziłem – odparł miękko i przytulił ją mocno do siebie. 

 

Z oczu Elizabeth popłynęły łzy i pomoczyły mu koszulę. 

 

-  Elizabeth,  kochanie,  ty  gdybyś  tylko  mogła,  ratowałabyś  cały  świat,  ale  tak  się  nie 

da. 
 

Odsunęła się lekko od niego. 

 

- Czy Amanda nie mogłaby zostać naszą służącą? 

Przecież jej rodzie mają obowiązek stawiania się do pracy w Dalsrud, to nasi komornicy… 
 

-  Tak,  ale  ich  dzieciom  wolno  pracować  gdzie  indziej,  a  my  nie  możemy  zabierać 

innym służących. 
Amanda podpisała umowę z gospodarzami Storli. 
 

- Ale jej tam jest nie dobrze, przecież ci mówię. 

 

- Storli nie łamią prawa – stwierdził Kristian, a Elizabeth zrozumiała, ze nic nie mogą 

zrobić. Dopiero teraz w pełni dotarł do niej sens słów wypowiedzianych przez ojca Amandy. 
Jej rodzice są bezsilni, bo ich córka związana jest umową. 
 

Pewnie takich jak Amanda nie brakuje w okolicy, pomyślała Elizabeth. Może niektóre 

służące  cierpią  jeszcze  gorszą  biedę.  Jednak  myśl,  że  powinna  coś  zrobić,  nie  dawała  jej 
spokoju. Przecież musi się znaleźć jakieś rozwiązanie! 
 

Niewiele spała tej nocy, za każdym razem, gdy ogarnął ją sen, widziała wciąż na nowo 

błagające o pomoc oczy Amandy. 
 
Rozdział 5 
 
 

Przez  otwarte  na  oścież  okno  powiewał  czerwcowy  wietrzyk,  poruszając  lekko 

firankami. Elizabeth miała nadzieję, że czeka ich ciepły dzień. Kristian zszedł już na dół, lada 
chwila  wstaną  służące.  Niechętnie  podniosła  się  z  miękkiego  łóżka,  które  wciąż  pachniało 
miłością i Krystianem. Pogładziła jego poduszkę, po czym sięgnęła po białą bluzkę i czarną 
spódnicę.  Miała  ochotę  się  wystroić,  mimo  że  to  dzień  powszedni.  Do  miski  wlała  letniej 
wody  z  dzbanka  i  nagle  poczuła  przeszywający  ból  w  krzyżu  i  w  dole  brzucha.  Policzyła 
pośpiesznie w myślach i upewniła się, że nadeszła pora miesięcznego krwawienia. Poczłapała 
w stronę komody i wyjęła podpaski. Z ulgą pomyślała, że nie zaszła w ciążę. To dobrze, bo 

background image

 

21

jeśli  Jens  naprawdę  żyje…  Chłód  przeszedł  jej  po  policzkach.  Gwałtownie  zakryła  dłonią 
usta, jakby w obawie, że może wypowiedzieć te myśli na głos. 
 

Podniosła wzrok i napotkała własne odbicie w lustrze, 

W  bladej  twarzy  dostrzegła  wzburzone  spojrzenie.  Kolana  jej  zadrżały,  osunęła  się  na 
stołeczek  przy  toaletce.  Skąd  jej  się  biorą  w  ogóle  takie  myśli?  Przecież  pragnęła  urodzić 
jeszcze jedno dziecko, dziecko, podobne do Kristiana, którego tak kocha i… Reszta utonęła w 
gęstej  mgle.  Ukryła  twarz  w  dłoniach,  czując  jak  się  czerwieni  ze  wstydu  i  przerażenia. 
Równie  dobrze,  może  się  przyznać:  Jensa  też  kocha  tak  samo  mocno  jak  tego,  któremu 
przyrzekała wierność na wieki i z którym dzieliła stół i łoże przez ostatnie miesiące. Powoli 
wstała, podeszła do okna i zapatrzyła się w morze, 
 

- Gdzie jesteś, Jensie? – wyszeptała ledwie słyszalnie. – Wiem, ze gdzieś tam jesteś, 

ale gdzie? Dlaczego nie ma od ciebie żadnych wieści? Dlaczego? 
 

Czy  gdyby  Jens  się  nieoczekiwanie  pojawił,  to  byłaby  wówczas  skłonna  wrócić  do 

Dalen?  Do  biedy,  pustych  żołądków  i  ciężkiej  harówki  od  świtu  do  nocy?  Jen  był  jej 
najlepszym  przyjacielem,  przez  wiele  lat  jedynym  przyjacielem,  jej  pierwszą  miłością  i 
strażnikiem jej największej tajemnicy. Nie znam nikogo równie miłego, pomyślała, czując jak 
ś

ciska ją w gardle. 

 

- Jensie, wróć do mnie. Tak bardzo się za tobą stęskniłam – zaszlochała. 

 

Szybko  się  jednak  ocknęła,  bo  usłyszała,  że  Ane  majaczy  coś  przez  sen.  Czy  mogę 

narażać  dzieci?  –  pomyślała  nagle.  Czy  postąpiłabym  słusznie  ciągnąc  je  z  powrotem  do 
biedy? Kto wie, czy najadałyby się wówczas codziennie do syta? Te dwie małe dziewczynki, 
które  lubiła  zaskakiwać  drobnymi  prezentami,  dla  których  szyła  sukienki  i  które  stroiła  w 
piękne koronki. Maryjka, która tak polubiła cukier i naleśniki, i Ane, oczko w głowie Gurine, 
nie  pamiętająca  już  być  może  innego  życia  niż  to  obecne.  Czy  mogę  je  tego  wszystkiego 
pozbawić? 
 

Gdyby  był  tu  Jens,  wiedziałaby,  jak  postąpić,  pomyślała.  Zawsze  wiedział  co  jest 

najlepsze. 
 

Powoli odwróciła się do okna i drżącymi dłońmi dokończyła toaletę, po czym opuściła 

pokój. 
 
 

Kiedy później Maria zapytała ją, dlaczego jest taka milcząca i dziwna, wytłumaczyła 

się bólem głowy.  
 

- Nie możesz sobie zaparzyć herbatki z kwiatków? – zapytała Ane. 

 

- Z ziół – poprawiła ją Maria łagodnie. 

 

-  Tak,  pomyślę  –  odpowiedziała  Elizabeth  z  roztargnieniem,  nakrywając  stół  do 

ś

niadania. Dzieci jakoś jej się uda zmylić, ale co z Krystianem? Mąż zna ją dobrze i od razu 

się domyśli, że coś ją gnębi. 
 

-  Co  za  kłopot…  -  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  wypowiada  na  głos  swoje  myśli. 

Ocknęła się dopiero, gdy Nikoline spojrzała na nią z ukosa i zapytała: 
 

- A co ty masz za kłopoty? 

 

- Nie, nic takiego – odparła pośpiesznie. 

 

Tak jak się obawiała, przez cały posiłek czuła na sobie spojrzenie Kristiana, usiłowała 

wymyślić jakąś wymówkę, ale nic jej nie przychodziło do głowy. 
 

- Słyszałam, że Klausie ma kolejne dziecko – rzekła Helene. 

 

- Biedaczka – mruknęła Nikoline. – Ile to już sumie, piętnaścioro? 

 

- Nie, to jest czternaste. 

 

- Jak będzie miało na imię? – zapytała Ane. 

 

- Nilla. 

 

Ane tak to rozbawiło, że zachichotała. 

 

- Ciekawe, kto wymyślił takie dziwne imię. Pewnie siostrzyczka albo braciszek. 

background image

 

22

 

Nikolina odparła coś oschle, ale zraz też się roześmiała. 

 

-  Czemu  nie  nazwali  dziecka  po  prostu  Nils?  –  dopytywała  się  Ane  pomiędzy 

kolejnymi wybuchami śmiechu. 
 

-  Ponieważ  to  jest  dziewczynka  –  odpowiedziała  Helene,  co  do  tego  stopnia 

rozśmieszyło Ane, że przewróciła kubek z mlekiem. 
 

Nastrój  przy  tle  nieco  zelżał,  ale  kiedy  później  Elizabeth  stała  na  schodach, 

wyprawiając Marię do szkoły, Kristian podszedł do niej i objął ją ramieniem. 
 

- Czymś się dręczysz – stwierdził, szepcząc jej do ucha. 

 

Musiała mu udzielić wyjaśnienia, które go uspokoi.  

 

- Zaczęłam dziś krwawić – odrzekła, zmuszając się, by spojrzeć mu w oczy. Gdy buc 

nie odpowiedział, dodała: - A to znaczy, że wciąż nie spodziewam się dziecka. 
 

Zagryzła  wargi  i  wbiła  wzrok  w  ziemię.  Gdyby  mąż  wiedział,  o  czym  naprawdę 

pomyślała, gdy to odkryła… Ze wstydu aż się skuliła pod spojrzeniem jego czarnych oczu. A 
jeszcze gorzej poczuła się, gdy ją objął. 
 

- Nie przejmuj się, moja Elizabeth – przemówił do niej czule. – Przed nami całe życie. 

Zdajmy się na czas. 
 

-  Tak  –  przytaknęła  z  uśmiechem  i  ostrożnie  uwolniła  się  z  jego  objęć,  tłumacząc:  - 

Muszę wracać do pracy.  
 

- Jesteś silna – usłyszała za plecami, zanim zamknęły się za nią drzwi do kuchni. 

 
 

Na  szczęście  była  sama  i  mogła  pracować  w  spokoju,  choć  w  jej  głowie  panował 

kompletny chaos. 
 

- Elizabeth, bo spalisz – usłyszała do drzwi wołanie Helene. 

 

Drgnęła i omal nie upuściła na podłogę ciężkiego żelazka. Zrozpaczona, spojrzała na 

brązowy ślad na kołnierzyku koszuli Kristiana. Tego nie da się sprać, tkanina jest zniszczona, 
pomyślała z rozpaczą. 
 

Helene podeszła do niej i pocieszała, głaszcząc ją po plecach: 

 

Elizabeth  poczuła  pieczenie  pod  powiekami  i  wstrzymała  oddech,  by  się  nie 

rozpłakać, ale przyjaciółka to zauważyła. 
 

- Kochana ty moja, przecież to nic strasznego. Jeśli chcesz, pomogę ci i zrobić to od 

razu.  Raz  dwa  i  będzie gotowe.  Wiesz,  że  umiem  dobrze  szyć.  Takie  nieszczęście  może  się 
każdemu przydarzyć. 
 

-  Nie  o  to  chodzi  –  rzekła  Elizabeth  i  odsunęła  na  bok  koszulę.  Raczej…  - 

powstrzymała się. 
 

Przyjaciółka zaczesała luźne kosmyki za ucho.  

 

W tym jej geście jest coś matczynego, pomyślała Elizabeth. 

 

- Opowiedz mi lepiej o wszystkim, co cię trapi, to wspólnie znajdziemy jakąś radę – 

powiedziała łagodnie Helene i stanowczym ruchem posadziła ją na krześle. 
 

- Dostałam dziś miesięczne krwawienie – zaczęła Elizabeth niepewnie. 

 

- Biedactwo – rzekła Helene. – I co, pewnie cię boli? 

 

- Nie, ale Kristian miał nadzieję, że… 

 

- Kristian? A ty? 

 

Helene  przejrzała  mnie  na  wylot,  pomyślała  Elizabeth,  niezdecydowana,  czy  cieszyć 

się, czy smucić z tego powodu. Ociągała się chwilę, nim podjęła na nowo.  
 

-  Właściwie  to  nie  wiem.  Ja  już  przecież  urodziłam  jedno  dziecko,  poza  tym  jestem 

odpowiedzialna za Marię… 
 

To nieprawda, pomyślała. Dziewczynki są dla mnie wyłącznie źródłem radości, a nie 

znoju. 
 

-  Pamiętasz  jak  byłam  któregoś  dnia  u  Petry  Storli  zawieźć  pofarbowaną  wełnę?  – 

zagadnęła pośpiesznie, uprzedzając pytania Helene. 

background image

 

23

 

Przyjaciółka pokiwała głową. 

 

- Amanda jest tam służącą. Prawie nie dostaje jedzenia, a tyra jak wół.  

 

- I męczy cię to, że nie możesz jej pomóc – stwierdziła Helene. 

 

-  Tak,  wciąż  o  tym  myślę.  Bardzo  bym  chciała  ją  wesprzeć,  ale  nie  wiem  w  jaki 

sposób.  
 

Helene zapatrzyła się przez okno. A gdy odwróciła się po chwili do Elizabeth, na jej 

twarzy malowała się powaga. 
 

-  Bywały  takie  chwile,  że  mi  się  zdawało,  że  nie  ma  Boga.  Choćby  wtedy,  gdy 

Leonard mnie gwałcił. Ale wtedy zrozumiała, że to ludzie są źli, a nie Bóg. Wydaje mi się, że 
Stwórca  ma  we  wszystkim  jakiś  cel,  tylko  że  my  nie  zawsze  go  rozumiemy.  I  pomoc 
nadejdzie, choć może nie od razu, albo nie taka, jakiej oczekiwaliśmy. 
 

Elizabeth popatrzyła na nią z niedowierzaniem. 

 

- A jaki niby sens miało to, że Leonard brał cię gwałtem? 

 

-  Doświadczyłam    tego,  zanim  to  spotkało  ciebie,  dlatego  łatwiej  mi  było  cię 

zrozumieć i pocieszać. 
 

Elizabeth poklepała ją po dłoni. 

 

- Jesteś dobrym człowiekiem, Helene – rzekła wzruszona. 

 

-  Bóg  ma  jakiś  zamysł  także  w  odniesieniu  do  Amandy.  Zobaczysz.  Bądź  tylko 

cierpliwa. 
 

Tak, tylko tymczasem dziewczynka padnie z głodu i zmęczenia, pomyślała Elizabeth, 

po czym uśmiechnęła się bezbarwnie i powiedziała z ociąganiem: 
 

- Jeszcze jedno mnie męczy, ale nie powinnam ci ciągle zawracać głowy. 

 

- Czyż nie jesteśmy przyjaciółkami? – spytała Helene. 

 

- Owszem. 

 

- Przyjaciółki rozmawiają o tym, co je boli. Ty wciąż mnie wysłuchiwałaś, Elizabeth. 

A ile dla mnie zrobiłaś! Nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć. 
 

- Skończ już z tym, Helene – oznajmiła Elizabeth z naciskiem. – Nie chcę więcej tym 

słyszeć. 
 

- W takim razie powiedz, co naprawdę cię dręczy.   

 

- Że Ane nie jest córką Jensa i że okłamuję Kristiana. 

 

Nagle  wzdrygnęła  się,  usłyszawszy  jakiś  szmer  przy  drzwiach  kuchennych.  Jakby 

zaskrzypiała deska w podłodze, pomyślała, czując na rękach gęsią skórkę. Przyłożyła palec do 
ust, dając Helene znak, by umilkła, umilkła, następnie podkradła się do drzwi i potworzyła je 
znienacka. 
 

-  A  dlaczego  ty  tu  stoisz?  –  zapytała,  patrząc  prosto  w  niebieskie  oczy  Nikoline,  w 

których czaiła się wrogość. 
 

- Właśnie przyszłam – odparła od niechcenia. Niekoline. 

 

- Skąd?  

 

- Z obory. 

 

Elizabeth  chciała  już  spytać,  dlaczego  w  takim  razie  nie  było  słychać  trzasku 

otwieranych drzwi wejściowych, ale ugryzła się w język. Służąca na pewno wymyśliłaby coś 
na poczekaniu. 
 

-    W  takim  razie  wracaj  do  swoich  obowiązków  –  rzuciła  ostro  i  zamknęła  drzwi,  a 

siadając  obok  Helene,  szepnęła:  -  Nikoline  podsłuchiwała  pod  drzwiami.  Jak  myślisz,  co 
mogła usłyszeć? 
 

Helene zagryzła wargę. 

 

- Nie wiem, Elizabeth. Miejmy nadzieję, że niewiele. 

 

Obyś miała rację, bo inaczej ciemno to widzę, pomyślała Elizabeth i ciarki jej przeszły 

po plecach, gdy przypomniała sobie nienawistne spojrzenie Nikoline. 
 

background image

 

24

Rozdział 6 
 
 

Zapach  świeżo  skoszonej  trawy  drażnił  nozdrza,  a  słońce  przygrzewało  w  plecy. 

Elizabeth szła za mężczyznami i grabiła siano, opędzając się raz po raz od natrętnych much. 
Zerknęła na bok w kierunku rodziców Amandy, którzy stawili się jak wszyscy komornicy do 
prac  w  Dalsrud.  Przez  cały  czas  czekała  na  okazję,  by  zapytać,  co  u  ich  córki,  ale  wciąż  w 
pobliżu  kręcili  się  jacyś  ludzie.  Komornicy  przyprowadzili  ze  sobą  najmłodsze  dzieci,  które 
też  starały  się  być  w  miarę  możliwości  pomocne,  ale  właściwie  głównie  się  bawiły.  Ane, 
która im towarzyszyła, zawołała nagle przestraszona: 
 

- Ależ, Pusiu, co ty tu robisz? Czyżbyś się za mną tak bardzo stęskniła? 

 

Dorodna kotka miauknęła zadowolona i pozwoliła się pogłaskać małym rączkom. 

 

Elizabeth  znów  zerknęła  na  rodziny  z  komorniczych  zagród.  Muszą  poczekać,  aż 

zakończą się prace na polach należących do dworu i dopiero wtedy zaczną sianokosy u siebie. 
Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  się  zawsze  przeciwko  temu  buntowała.  Uważała,  że  to 
niesprawiedliwe, gdy Dorte musiała stawiać się do pracy w Heilmy. Uśmiechnęła się na myśl 
o tym, że wdowa z Nesce i Jakob wkrótce wezmą ślub. Może to prawda, co mówiła ostatnio 
Helene,  że  w  każdym  zdarzeniu  ukryty  jest  zmysł  Boży,  pomyślała.  Postanowiła  jakoś 
dodatkowo nagrodzić komorników za ich pracę, mimo że w innych dworach nie było takiego 
zwyczaju. 
 

Zatrzymała  wzrok  na  Nikoline.  Minął  już  miesiąc,  gdy  ją  przyłapała  na 

podsłuchiwaniu  pod  drzwiami.  Służąca  nie  wspomniała  nawet  słowem  o  tym  zdarzeniu,  ale 
raz po raz Elizabeth przyłapywała ją na tym, że przypatruje się jej z bezczelnym uśmiechem. 
Gdy pytała, o co chodzi, Nikoline tylko wzruszała ramionami i nie odpowiadała. 
 

Nagle  Elizabeth  wzmogła  czujność,  bo  zauważyła,  że  służąca  podchodzi  wolnym 

krokiem do Kristiana. 
 

- Gorąco, co? – usłyszała, jak Nikoline zagaduje Kristiana. 

 

- Ano,  gorąco – odpowiedział, nie przerywając  pracy. – Przesuń się, bo  stoisz mi na 

drodze. 
 

- Może ci coś przynieść? 

 

- Pilnuj swojej roboty, Nikoline. Wiem, co ci się skrycie marzy, ale lepiej nie próbuj, 

bo znów sobie narobisz wstydu – dodała. 
 

Nikoline zakręciła spódnicą, rzucając złośliwe: 

 

- Inni zdaje się też są skryci. 

 

- O czym wy mówicie? – spytał Kristian, popijając chciwie wodę. 

 

Elizabeth poczuła, jak perlisty pot spływa jej po plecach, ale odparła niewzruszonym 

głosem: 
 

- No, właśnie, służko, wyjaśnij! Słyszałaś, o co pyta gospodarz. 

 

Nikoline spurpurowiała na twarzy o odwróciła się na pięcie. 

 

- Co to ma wszystko znaczyć, na miłość boską? 

 

Elizabeth zmusiła się do uśmiechu i wzruszyła ramionami. 

 

-  Chyba  już  zdążyłeś  poznać  tę  dziewkę?  Wciąż  coś  wymyśla.  Przestałam  już  na  to 

zwracać uwagę. 
 

- Nic z tego nie rozumiem – rzekł powoli Kristian i popatrzył na żonę badawczo. – Te 

wasze rozmowy brzmią jakoś dziwnie. Czyżbyś miała przede mną jakieś tajemnice? 
 

Mimo  że  Kristian  zwrócił  się  do  niej  z  uśmiechem,  wychwyciła  w  jego  głosie 

podejrzliwość. Popatrzyła więc mu prosto w oczy i spytała: 
 

- A jakież ja mogę mieć przed tobą tajemnice? Czego mogłabym się dopuścić, skoro w 

ogóle  nie  opuszczam  dworu  i  przez  cały  czas  jestem  z  tobą  albo  w  twoim  towarzystwie 
innych ludzi? 
 

Uśmiechnął się do niej krzywo. 

background image

 

25

 

- Nie musisz się od razu tak złościć! Co to, pożartować nie można? 

 

Roześmiała się, by pokryć niemiłe wrażenie, i rzekła wesoło: 

 

Chwyciła  z  powrotem  za  grabie,  ale  uspokoiła  się  dopiero  po  chwili,  gdy  znów 

zabrzęczały kosy. Okazuje się, że Nikoline nie podsłuchała jej rozmowy z Helen. Gdyby było 
inaczej,  już  dawno  by  to  roztrąbiła  na  wszystkie  strony,  a  już  na  pewno  wykorzystałaby 
okazji, jaka jej się przed chwilą natrafiła. Ale ta dziewucha nie jest głupia, domyślała się, że 
Elizabeth  coś  ukrywa,  a  znając  ją,  można  być  pewnym,  że  nie  spocznie,  póki  się  nie  dowie 
wszystkiego. 
 

Ze strony Nikoline nadal grozi jej niebezpieczeństwo. 

 

Kiedy dzień miał się już ku końcowi, do Elizabeth podeszła matka Amandy i ukłoniła 

się nisko. 
 

-  Wybaczcie,  proszę,  że  mój  mąż  tak  się  uniósł.  Mam  nadzieję,  że  okażecie  nam 

miłosierdzie u nas stąd nie wyrzucicie. 
 

- Ależ co wy gadacie? – Elizabeth niemal się zaśmiała. 

- Skąd wam przyszło do głowy, że was ktoś wyrzuci? 
 

- Przecież zagroda należy do dworu. Wiem, że mój mąż zachował się niewybaczalnie. 

Dręczy mnie taka niepewność, że nie mogę sobie znaleźć miejsca. 
 

Rzeczywiście, gdyby Kristian dowiedział się o tym zdarzeniu, mógłby się rozgniewać 

i  zechcieć  ukarać  niepokornych  komorników,  uświadomiła  sobie  nagle  Elizabeth.  A 
przynajmniej udzieliłby chłopu reprymendy, by pokazać, gdzie jego miejsce. 
 

-  Nie  wyrzucimy  was,  bądźcie  spokojni.  A  co  u  Amandy?  –  dodała  szybko,  gdy 

kobieta chciała odejść. 
 

- Podobno lepiej. Lato to dobry czas – rzekła kobieta, zapatrzywszy się gdzieś w dal. – 

Można  nazbierać  jagód,  borówek,  jest  ciepło  i  przyjemnie.  Tak,  to  dobra  pora.  –  Nagle  się 
ocknęła i dodała z naciskiem: - Rozumiecie, że niewiele możemy zrobić? 
 

- Tak – odparła Elizabeth cicho. – Rozumiem. 

 

Kobieta pokiwała głową i rzuciła na odchodnym: 

 

- Pójdę już, zanim mój chłop mnie zobaczy, bo będzie się dopytywał, o czym z wami 

rozmawiałam. 
 

- Tak, chyba już musicie iść – rzekła Elizabeth i odprowadziła kobiecinę spojrzeniem. 

Westchnęła ciężko i szeptem dorzuciła:  Gdybym tylko mogła temu zaradzić. 
 
 

Po zakończonych sianokosach w Heimly rozpoczęły się przygotowania do wesela. W 

zaproszeniu, jakie przyszło do Dalsrud, wyczytali, że dla nich czworga przewiany jest nocleg. 
 

- W takim razie będziemy się mogli bawić do białego rana – powiedział Kristian, gdy 

się szykowali. – Wiesz, ż czego się cieszę? 
 

Elizabeth, która męczyła się z zapięciem maluteńkich guziczków przy sukni, pokręciła 

głową. 
 

- Z tego, że nauczyłem cię tańczyć i teraz będziemy mogli razem wywijać. 

 

Zapięła ostatni guzik i odwróciła się do męża. 

 

- Ale ja jeszcze sobie tak dobrze nie radzę. Tylko sobie wstydu narobię! 

 

- Na pewno nie. Uwierz mi, tańczysz z prawdziwą gracą. 

 

Kristian mrugnął do niej okiem, a ona odwróciła się, bo wystarczył ten mały gest, by 

poczuła, jak krew się burzy. 
 

Z sąsiedniego pomieszczenia dolatywały odgłosy Helene z dziećmi. 

 

- Mam tylko nadzieję, ze się nie wybrudzą, nim zacznie się wesele – rzucił Kristian. 

 

-  Nie  obawiaj  się!  Ane  uwielbia  się  stroić,  lubi  też  gdy  wszyscy  się  zachwycają,  jak 

ładnie wygląda. 
 

- A ty nie lubisz, gdy ją chwalą? 

 

Elizabeth zamyśliła się i odparła po chwili z lekką niechęcią: 

background image

 

26

 

- Nie. Obawiam się, że od tych pochwał przewrócił się jej w głowie. 

 

- Chyba nie powinnaś się o to martwić – zaśmiał się krótko. – Ona nie jest próżna. Nie 

widzisz,  jak  się  troszczy  o  innych?  A  jaka  jest  dobra  dla  zwierząt!  Poza  tym  nie  powinnaś 
wciąż czynić porównań między dziewczynkami. 
 

- Przecież tego nie robię – skłamała, unikając wzroku Kristiana, ale w duchu przyznała 

mu  rację.  Wciąż  sprawdzała  z  obawą,  czy  Ane  nie  przejawia  jakichś  skłonności 
odziedziczonych po Leonardzie. O Marię była spokojniejsza, bo siostra, choć oczywiście, też 
lubiła  stroje  i  ozdoby,  była  raczej  przyziemna  i  nie  obawiała  się  pracy.  Mała  Ane  zaś 
przypominała aniołka i wydawała się taka krucha. I o wszystkich się troszczyła… 
  

- Zamyśliłaś się… - stwierdził Kristian. 

 

- Owszem, przyszło mi na myśl, że wspaniale wyglądasz – wyznała szczerze. – Masz 

taką cygańską urodę! Biała koszula podkreśliła twoją opaleniznę. 
 

-  Moja  mama  miała  ciemną  karnację  –  wyjaśnił,  przeczesując  palcami  czarną 

grzywkę. – A wiesz, że bogaci ludzie uznają opaleniznę za przejaw plebejskości? 
 

Elizabeth roześmiała się, sądząc, że sobie żartuje. 

 

-  To  prawda  –  zapewnił.  –  Jak  ktoś  jest  opalony,  to  znaczy,  że  pracuje  w  polu.  A 

bogacze tego nie robią. 
 

-  No,  nie,  co  za  bzdura  –  oburzyła  się.  –  Wiesz,  Kristianie,  ostatnio  wiele 

rozmyślałam. Męczy mnie, to że dom ojca stoi pusty. 
 

Siadła przy toaletce. 

 

- Kiedy Mathilde się tam wprowadzi? Mówiłaś, że to trochę potrawa. 

 

-  Wiesz, że  ona  nie  jest  taka  jak  wszyscy.  Może  czuje  się  bezpiecznej,  mieszkając  u 

Jakbia i Dorte. 
 

Kristian pokiwał głową. 

 

- Dom w Dalen też stoi pusty. Nie rozumiem, jaka to różnica? 

 

Elizabeth uchwyciła jego spojrzenie w lustrze i wyjaśniła: 

 

Dom w Dalen jest zbudowany z solidnych bali, a ojca nie jest taki mocny. 

 

-  Dlaczego  te  zagrody  tyle  dla  ciebie  znaczą?  –  zapytał  Kristian,  kładąc  jej  ręce  na 

ramiona. 
 

Po chwili namysłu, sformułowana krótko: 

 

- Bo to jest spuścizna Marii i Ane. 

 

- One wyjdą bogato za mąż. Po co im ciasne chaty komornicze? – prychnął. 

 

Elizabeth poczuła się dotknięta i zapytała, zaciskając dłonie. 

 

- A skąd ci wiadomo, ze wyjdą bogato za mąż? Może zostaną starymi pannami? 

 

Kristian zaśmiał się. 

 

Elizabeth poczuła się urażona. Najpierw prycha lekceważąco, a teraz ją wyśmiewa. 

 

- Czuję się spokojna, widzę, ze dzieci mają domy – odparła i wstała z miejsca. 

 

- Czyżby tu było dla nich za mało miejsca? – spytał, rozkładając ręce. 

 

 -  Dalsrud  nie  jest  ich  własnością.  Poza  tym,  jeśli  rzeczywiście  te  chaty  nie  będą  im 

potrzebne, zawsze mogą je sprzedać – dodała. 
 

- Nie złość się Elizabeth – poprosił, chcąc ją przytulić. 

 

- To zastanów się najpierw, proszę, zanim coś powiesz – odparła lekko i wyślizgnęła 

się z jego ramion. 
 

W  szafie  znalazła  swoją  jedwabną  chustkę,  a  gdy  dotknęła  jej  palcami,  miała 

wrażenie,  jakby  prąd  przeszedł  przez  jej  ciało.  Powiedziała  kiedyś  Jensowi,  że  będzie 
zakładać chustkę tylko na wyjątkowe okazje, teraz jednak wyjęła ją z przekory. 
 

- A co ty tam masz? – zapytał Kristian, gdy stanął za jej plecami. 

 

-  Jedwabną  chustkę  –  odpowiedziała  krótko,  zwlekając  jednak  z  zarzuceniem  jej  na 

ramiona, ale Kristian sam to robił. 
 

- Pięknie wyglądasz – stwierdził. – Skąd ją masz? 

background image

 

27

 

- Kupił mi ją Jens, gdy był na zimowym łowisku.  

 

Poczuła, jak palce Kristiana wwiercają się jej w ramię. 

Zdziwiła się. Czyżby był zazdrosny o ozdobę od mężczyzny, który już nie żyje? 
 

- A czemu jej nie nosisz? – spytał twardym, obcym głosem. 

 

- Jakoś się nie składało – odparła i podeszła z powrotem do toaletki. – Pomożesz mi 

zapiąć? – spytała. Wyjmując broszkę, którą dostała od niego na Boże Narodzenie. 
 

Opalone silne dłonie były już całkiem spokojne, gdy przypinały jej broszkę. 

 

- Wiesz, że jesteś najpiękniejszą i najszczęśliwszą kobietą na świecie? – spytał, całując 

ją w głowę. 
 

Bez  słowa  chwyciła  go  pod  rękę,  gdy  wchodzili.  Może  tylko  jej  się  zdawało,  że 

Kristoian jest zazdrosny? Na ramieniu wciąż czuła jednak ból. Specjalnie sięgnęła po chustkę, 
ponieważ  chciała  wzbudzić  w  nim  zazdrość.  Wiedziała,  że  zapyta,  skąd  ją  ma.  Zawstydziła 
się w duchu, ale na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. 
 
 

W  drodze  do  kościoła  nie  przestawała  rozmyślać  o  dwóch  zagrodach,  o  których 

wspomniała  Krystianowi.  W  umowie  był  zapis,  że  w  każdej  chwili  może  odkupić  zagrodę 
ojca.  Obiecała  jednak  wynająć  ją  Mathilde  i  gdyby  znalazła  innego  najemcę,  prostoduszna 
Mathilde mogłaby to odczuć jako zdradę. Tak bardzo się ucieszyła, gdy zrozumiała, że będzie 
mogła zamieszkać w tej chacie razem z córką. Dlaczego jednak się nie wprowadziła? Może 
ojciec jej przeszkadza? Czyżby nadal nie chciał oddać swojej wnuczki? Pewnie nie wierzy w 
to, że Mathilde sobie poradzi z dzieckiem sama. 
 
 

Przyjechali  dość  późno,  gdy  ludzie  już  zaczęli  wchodzić  do  kościoła.  Elizabeth 

wygładziła spódnicę i sprawdziła, czy biała bluzka nie jest pognieciona, po czym chwyciła za 
ręce dziewczynki. Kątem oka dostrzegła, że wiele osób otwarcie się jej przygląda. Tym razem 
nie  ma  się  czego  wstydzić.  Dziewczynki  są  ładnie  ubrane  w  granatowe  sukienki,  a  buciki 
ś

wiecą  im  się  tak,  że  można  się  w  nich  przejrzeć.  Nie  tak  jak  kiedyś,  gdy  przychodziły  do 

kościoła w starych przerobionych sukienkach i drewniakach. 
 

Poczuła na plecach dłoń Kristiana. Nachyliwszy się, szepnął jej do ucha: 

 

- Wielu cię dzisiaj podziwia. Myślą pewnie, że przyprowadziłem piękną huldrę. 

 

- Bzdury opowiadasz – prychnęła, ale słowa te sprawiły jej przyjemność. 

 
 

W kościele rozdzielili się i każde z nich usiadło po swojej stronie nawy. Słychać było 

szmery  rozmów,  szuranie,  ktoś  chrząknął,  inny  kasłała,  i  dopiero  gdy  pojawił  się  pastor, 
zapadła cisza. 
 

Pastor  wygłosił  kazanie,  długie  i  nudne.  Jego  monotonny  głos  uśpił  co  niektórych. 

Elizabeth  pełna  podziwu  zerknęła  na  dziewczynki,  które  siedziały  spokojnie.  Dopiero  po 
odśpiewaniu paru psalmów, Ane szepnęła: 
 

- Dostaniemy zaraz ciastko i sok od pastora? 

 

Maria, usłyszawszy to, zaczęła chichotać i Elizabeth musiała ją uciszyć. 

 

- To ty jej nagadałaś takich rzeczy? – zapytała młodszą siostrę. 

 

Maria gwałtownie pokręciła głową, jednak Elizabeth poznała, że dziewczynka mija się 

z prawdą. W tej samej chwili jednak zabrzmiały  organy, otworzyły się drzwi kościelne i do 
ś

rodka  weszła  młoda  para.  Elizabeth  wzięła  Ane  na  ręce,  by  córeczka  lepiej  widziała,  i 

poczuła, jak napływają jej do oczu łzy wzruszenia. 
 

U boku uczesanego na mokro Jakoba, któremu mimo to sterczały loki, kroczyła Dorte. 

Miała na sobie nową suknię, szeroką u dołu, podkreślającą jej krągłe biodra i dorodne piersi. 
Ale najbardziej uwagę Elizabeth przykuły zielone oczy panny młodej, błyszczące szczęściem 
niczym  oczy  dziecka  w  Boże  Narodzenie.  Wokół  usianej  piegami  twarzy  kręciły  się  loki. 
Wygląda jak młoda dziewczyna, pomyślała Elizabeth, przełykając  głośno ślinę.  Zerknęła na 

background image

 

28

dzieci  z  Heimly,  które  siedziały  w  ławkach  z  przodu.  Pomyślała  z  radością,  że  mogłaby 
wreszcie będą miały nową matkę. Lepsza nie mogłaby im się trafić. 
 

Pastor  odprawiał  dalej  nabożeństwo,  ona  zaś  odszukała  wzrokiem  Mathilde,  która 

siedziała razem z dziećmi. Elizabeth przyrzekła, że jej córki nie odda nikomu. Pamięta jak jej 
się  serce  krajało,  widząc  rozpacz  i  rozczarowanie  Mathilde,  kiedy  już  się  wydawało,  że  nie 
uda  jej  się  dotrzymać  słowa.  A  gdybym  teraz  pozwoliła  zamieszkać  w  swoim  domu  innym 
ludziom? Jak ona by to zniosła? 
 

Jakob odpowiedział głośno i pewnie sakramentalne: tak, a pastor potwierdził, że stali 

się z Dorte prawowitymi małżonkami. 
 

Ci dwoje są jakby stworzeni dla siebie, pomyślała Elizabeth wzruszona. Była pewna, 

ż

e Ragna i pierwszy mąż Dorte patrzą z nieba i myślą dokładnie to samo. 

 
Rozdział 7 
 
 

Kiedy skręcili na dziedziniec Heimly, natychmiast podbiegł do nich najęty  parobek i 

zaopiekował się koniem. Wielu gości już przybyło na miejsce.  Elizabeth rozpoznała licznych 
znajomych ze Strovika i innych wsi. Wśród zaproszonych byli: doktor, lensman, kowali, ale 
też zwykli chłopi. 
 

Elizabeth  nabrała  głębokiego  oddechu  i  podeszła  do  Mathilde.  Służąca  ukłoniła  się 

lekko, mówiąc: 
 

- Witamy we dworze. Jak miło, że mogliście przybyć. 

 

Elizabeth  domyśliła  się,  że  dziewczyna  na  tę  okoliczność  nauczyła  się  zdania  na 

pamięć. 
 

- Dziękuję – odpowiedziała, uścisnąwszy jej dłoń. – Próbowałam porozmawiać z tobą 

przed kościołem, ale zniknęłaś mi nagle. 
 

- Nie lubię, gdy jest tylu ludzi – wyznała Mathilde, szurając stopą, rozpromieniła się 

jednak zaraz, mówiąc: - Czyż Dorte nie wygląda cudownie jako panna młoda? 
 

-  Tak,  rzeczywiście  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth.  –  Ale  i  ty  ładnie  wyglądasz.  Masz 

nową suknię? 
 

Mathilde zarumieniła się. 

 

- Tak, uszyła mi ją Dorte, ale tkaninę sama utkałam. 

 

Elizabeth już miała zapytać, dlaczego służąca nie chce mieszkać w domu jej ojca, gdy 

Mathilde nieoczekiwanie dodała: 
 

- Sofie nie ma na weselu. 

 

-  Ach,  nie  –  odparła  Elizabeth  i  szybko  dodała:  -  Chciałabym  z  tobą  o  czymś 

porozmawiać. 
 

Mathilde uśmiechnęła się niewinnie i popatrzyła na nią z zaciekawieniem. Ale właśnie 

w  tym  momencie  wyszedł  mistrz  ceremonii  i  zaprosił  wszystkich  do  stołu.  Goście  więc 
skierowali się do drzwi. 
 

- Dziś jestem gościem, a nie służącą – szepnęła Mathilde i zniknęła. 

 
 

Elizabeth  nie  miała  później  okazji  z  nią  porozmawiać,  gdyż  podczas  obiadu 

usadowiono  je  po  przeciwnych  końcach  długiego  stołu  ustawionego  w  izbie.  Wśród  gwaru 
zupę  na  mięsie.  Zapanowała  miła  atmosfera  i  słychać  było  wesoły  śmiech.  Biesiadnikom 
polewano  piwo  uwarzone  przez  Jakoba.  Krystian  raczył  się  obficie  złocistym  trunkiem, 
natomiast  Elizabeth  popijała  wodę  z  dzbanka.  Oby  się  tylko  nie  upił,  pomyślała  zatroskana, 
zerkać raz po raz na męża, ale inni goście też wznosili co chwila toasty. 
 
 

Kiedy już podano kawę, Elizabeth zauważyła nagle, że żona lensmana nachyliła się do 

Ane i coś do niej mówi. Znieruchomiała i udając, że ogląda wyłożone na stoliku prezenty dla 

background image

 

29

młodej pary, obserwowała ukradkiem, jak żona lensmana przygląda się uważnie dziewczynce, 
a potem kieruje swój wzrok na Kristiana. Elizabeth zrobiło się na przemian gorąco i zimno. 
W końcu opanowała strach i podeszła do córeczki. 
 

- Nie wolno przeszkadzać gościom – zwróciła się do małej i chwyciwszy  ją za  rękę, 

chciała odejść. 
 

- Nie mogę się nadziwić, jak ona jest podobna do Kristiana. 

 

-  Czyżby?  Ane  i  Kristian  podobni  do  siebie?  –  wyraziła  zdumienie  Elizabeth, 

przełykając z trudem ślinę. – Niestety, to niemożliwe, ponieważ jak pani zapewnie wiadomo, 
nie ma między nimi pokrewieństwa. – Udawała rozbawienie, ale sama słyszała, jak sztucznie 
brzmi jej śmiech. 
 

- Tak, to rzeczywiście dość dziwnie, ale coś w tym jest, że ludzie, gdy mieszkają pod 

jednym dachem, upodobniają się do siebie – rzuciła lekko żona lensmana. 
 

Elizabeth  poczuła  wielką  ulgę,  zrozumiawszy,  że  żona  lensmana  rzeczywiście  tak 

myśli. Tymczasem podeszła do nich Mathilde. 
 

- Elizabeth, mówiłaś, że chcesz ze mną porozmawiać… 

 

-  Tak,  ale…  nie,  to  nic pilnego  –  odparła,  czując,  że  najpierw  musi  wyjść  na  świeże 

powietrze  i  trochę  ochłonąć.  W  izbie  było  duszno,  mimo  że  już  wieli  gości  wyległo  na 
dziedziniec. 
 

- W takim razie ja ci opowiem nowinę – ciągnęła Mathilde. – Pojutrze przeprowadzam 

się do Nymark, do domu po twoim ojcu. Dorte pomoże mi tam posprzątać, a potem… 
 

Głos Mathilde dźwięczał jej w uszach a w sercu czuła pulsującą radość. 

 

-  Przeprowadzisz  się?  – zapytała  uśmiechnięta.  –  To  wspaniale!  Rozumiem,  że  się  z 

tego cieszysz?  
 

-  Och  tak!  Pozostanę  służącą  we  dworze,  a  Dorte  będzie  mnie  codziennie  zaglądać. 

Mama i tata obiecali, ze Sofie będzie mogła teraz ze mną zamieszkać. 
 

- No to pozostaje mi tylko życzyć ci wszystkiego dobrego – odezwała się Elizabeth i 

uścisnęła jej dłoń. – Jestem pewna, że Sofie i tobie będzie tam dobrze. Następnym razem gdy 
tu przyjadę, to was odwiedzę. 
 

Elizabeth poczuła się tak, jakby ktoś rozwiązał ściskającą pętlę. Nie do wiary, w mojej 

głowie  drobne  sprawy  urastają  zawsze  do  wielkich  problemów,  pomyślała.  Najważniejsze 
jednak, że nie muszę się martwić, że dom ojca stoi pusty. 
 

- Mathilde wspaniale zajmuje się dziećmi i domem. Wszystko układa się jak najlepiej 

– powiedziała nieco później Dorte, kiedy Elizabeth wspomniała o przeprowadzce służącej. 
 

- Jakob przyrzekł zadbać o budynki, a ja odbyłam rozmowę z ojcem Mathilde. Nic już 

nie stoi na przeszkodzie, by mogła zamieszkać w Nymark razem ze swoim dzieckiem. Tak, 
wszystko powoli wraca do normy. 
 

Elizabeth  weszła  po  cichu  na  strych,  by  sprawdzić,  co  z  Ane.  Pod  stopami 

zaskrzypiała lekko podłoga. Podeszła do łóżka,  gdzie córeczka z rączkami nad głową leżała 
pogrążona w głębokim śnie. Dugie ciemne rzęsy rzucały cień na pucołowate policzki pokryte 
złocisto brązową opalenizną. 
 

-  Wyglądasz  jak  aniołek  –  wyszeptała  Elizabeth.  Jestem  pewna,  że  tak  właśnie 

wyglądają te najpiękniejsze z nich. 
 

Podeszła do szerokiego łóżka u pogładziła pościel, którą naszykowała dla nich Dorte. 

Pachniała  letnim  wiatrem  i  mydłem.  Elizabeth  wydawało  się  dziwne,  że  będzie  tu  spać  z 
Krystianem Dalsrud nie należy do tego miejsca, uderzyło ją nagle. To Jens tu sypiał i jadał. Z 
Jensem  bawiła  się  tu  jako  dziecko.  Zalała  ją  fala  wspomnień.  Przypomniało  jej  się,  jak 
siedzieli  przy  kuchennym  stole  i  buzie  im  się  nie  zamykały,  a  Ragna  podawała  im  pajdy 
chleba  polane  gęstym  słodkim  syropem.  Albo  jak  Jens  zachorował  na  gardło  i  nie  mógł 
wychodzić z domu. Odwiedzała go wówczas, przychodziła na strych, ale na szczęście nie do 

background image

 

30

tego pokoju. Elizabeth nie wiedziała czy byłaby w stanie zasnąć u boku Kristiana, gdyby im 
pościelono w tamtym pokoju. Odczuwałaby to jako zdradę. 
 

Byliśmy z Jensem jak rodzeństwo, rozmyślała, póki nie dorośliśmy i nie obudziły się 

w nas inne uczucia. 
 

Powoli wstała i popatrzyła przez okno. Choć zapadł wieczór, nadal było jasno jak za 

dnia. Zupełnie jak tamtego lata, gdy zauważyła, jak Jens wymyka się z domu Dorte. Od tego 
się wszystko zaczęło. Myślała, że Jens ją zdradził. Rodzice wysłali ją na posadę do Dalsrud, 
gdzie spotkała Kristiana. 
 

Gdy  doleciały  do niej dźwięki muzyki, postanowiła zejść na dół, zanim ktoś zacznie 

jej szukać. Z innego pokoiku na strychu usłyszała chichoty. Uchyliła więc drzwi i zajrzała do 
ś

rodka. Marii i Indianne skręcały się ze śmiechu na łóżku, a Olav stał obok. 

 

- A co wy tu robicie? – zapytała Elizabeth. – Czy nie powinniście już spać? 

 

-  Olav  rzuca  w  nas  poduszkami  –  zawołała  Maria  z  zarumienioną  twarzą  i 

rozwichrzonymi włosami. 
 

- Przestańcie już, bo obudzicie Ane i Daniela – upomniała ich Elizabeth i skierowała 

się po schodach w dół. 
 

Olav  ma  dopiero  dwanaście  lat,  ale  z  czasem  wyrośnie  na  przystojnego  mężczyznę, 

pomyślała.  A  jego  o  rok  młodsza  siostra  już  teraz  odznacza  się  prawdziwą  urodą.  Ciemna 
karnacja i piękne rysy wyróżniają ją spośród innych. 
 

Elizabeth  zatrzymała  się  na  schodach  przed  domem  i  powiodła  spojrzeniem  po 

gościach. Jakaś para młodych ludzi wymknęła się ukradkiem za oborę. Dziewczyna śmiała się 
u zarzuciła długimi warkoczami. Inna para wirowała w tańcu. Chłopka ujął mocno partnerkę 
w wąskiej talii. Oto co znaczy młodość, pomyślała Elizabeth. Może zanim, tak jak ja, skończę 
dwadzieścia jeden lat, będę już małżonkami i rodzicami? 
 

Pod ścianą spichlerza dostrzegła Jakoba i Kristiana w towarzystwie innych mężczyzn. 

Siedzieli  sobie  tam  i  opowiadali  coś  hałaśliwie,  wybuchając  raz  po  raz  głośnym  śmiechem. 
Popijali  z  kubków  kawę,  ale  sądząc  po  nastrojach,  zapewnie  dolewali  do  niej  coś 
mocniejszego. 
 

- No, Erasmus – wołała Kristian. – Pijemy, aż się zrobi ciemno. Na zdrowie! 

 

Wszyscy ryknęli śmiechem, omal nie pospadawszy ze stołków. 

 

-  To  chyba  będziemy  musieli  zamknąć  oczy,  bo  inaczej  przyjdzie  nam  pić  aż  do 

jesieni – odparł mężczyzna o imieniu Erasmus. 
 

- Czyżby ktoś tu miał zamiar iść spać? – dopytywał się Kristian. 

 

Mężczyźni solidarnie pokręcili głowami, po czym wznieśli kolejny toast, wychwalając 

pod niebiosa dobrą kawę. 
 

-  Wygląda  na  to,  że  świetnie  się  bawią  –  odezwała  się  z  lekkim  uśmiechem  Dorte, 

która podeszła do Elizabeth. Ta zaś przytaknęła i zapytała: 
 

- A ty? Jaki był ten dzień dla ciebie? 

 

- Najpiękniejszy – odparła Dorte z wewnętrznym przekonaniem. – Nic nie mogło mi 

go  zepsuć,  bo  to,  że  Jakob  zechciał  mnie  pojąć  za  żonę,  to…  Nie  znajduję  słów  –  dodała, 
rumieniąc się po same uszy. 
 

-  Doskonale  rozumie,  co  masz  na  myśli  –  odpowiedziała  Elizabeth,  przypominając 

sobie swoje dwa śluby. W obu przypadkach czuła się najszczęśliwsza kobietą na świecie. 
 

- Pójdziemy do nich? – spytała Dorte, skinąwszy głową w stronę mężczyzn. 

 

Ruszyły spacerkiem, postanawiając się przysiąść do swych mężów. 

 

- Witamy w dobrowolnej kompanii, moje panie – powitał je Erasmus i ukłoniwszy się 

z przesadą, wskazał miejsce na skrzynkach od ryb. 
 

Jakob usadził go z powrotem, kładąc mu na barku swą wielką dłoń, i upomniał: 

 

- Uspokój się i zachowaj jak człowiek! 

 

Dorte chwyciła Jakoba pod ramię i po chwili znów potoczyła się wesoła rozmowa. 

background image

 

31

 

Nagle podbiegł do nich jakiś wyrostek, wołając: 

 

- Erasmus! Czy to nie twój kuc? 

 

- Oczywiście, że mój. Może nie jest zbyt urodziwy, ale silny i posłuszny – chwalił się 

Erasmus.  –  łagodniejszego  konia  nie  znajdziecie  w  całej  okolicy.  I  zapewniam,  że  nie 
grymasi. Zjada wszystko, co się mu da. 
 

Młokos  przebierał  nogami  niecierpliwie,  usiłując  wejść  gadatliwemu  Erasmusowi  w 

słowo. 
 

-  Kuc  się  zerwał  i  zjada  twój  surdut  –  wtrącił  wreszcie  i  wskazał  ręką  w  kierunku 

budynku mieszkalnego. 
 

- He? Zjada mój nowy surdut? – ryknął Erasmus. – Przeklęty! Już ja mu pokażę… - 

dalszy potok soczystych przekleństw utonął w salwie śmiechu. Towarzystwo przy spichlerzu 
pokładało  się  ze  śmiechu,  kiedy  Erasmus  ruszył  co  sił  w  nogach  za  swoim  niewielkim 
potarganym kucem. 
 

-  Nie  chciałbym  mieć  lofockiego  kuca,  nawet  gdyby  mi  go  ktoś  dawał  za  darmo  – 

zaśmiał się Kristian. – Może to i prawda, że są silne i niewymagające, ale zżerają wszystko co 
popadnie, od ubrań po ryby suszące się na stojakach. A jakie są uparte! Nie, dziękuję bardzo! 
 

-  Przypomina  mi  się  jak  kiedyś  Ragnę  kopnął  koń  –  zaczął  Jakob  i  zapalił  fajkę.  – 

Opowiadałem ci o tym, Kristianie? 
 

Elizabeth przeniknęła fala gorąca i chłodu. Zwilżyła wargi, by coś powiedzieć, ale w 

gardle całkiem jej zaschło i nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 
 

-  Musieliśmy  sprowadzić  doktora,  rozumiesz  –  słyszała,  jak  Jakob  opowiada  z 

przejęciem. – Lekarstwo, które jej zostawił, powaliłoby chłopa, zrozumiesz. 
 

Elizabeth  nie  była  w  stanie  dłużej  panować  nad  sobą.  Przepraszam,  mruknęła  i 

pobiegła do wygódki. Skulona myślała rozpaczliwie: 
 

- Dobry Boże, czy ta historia o Leonardzie zawsze już będzie mnie prześladować? 

 
 

Za każdym razem,  gdy  padało imię  Leonard, jej ciało sztywniało i oblewał ją zimny 

pot. Pewnego dnia Kristian to zauważy i domyślił się, że coś przed nim ukrywam, pomyślała 
z lękiem. 
 

Być  może  teraz  Jakob  opowiada  o  buteleczce  opium,  która  nagle  przepadła  właśnie 

wtedy,  gdy  Elizabeth  wróciła  z  Dalsrud  do  domu  na  święta  Bożego  Narodzenia  i  ich 
odwiedziła. Kto wie, czy kiedyś ktoś nie połączy tego z tajemniczą śmiercią Leonarda. 
 

Elizabeth zgięła się wpół i wtuliła twarz w kolana. A jeśli to Kristian połączy te dwa 

fakty i odkryje prawdę? 
 

Wówczas czekaj ją szafot. 

 

- Nie – szeptała zdruzgotana. – Nie chcę umierać! 

Przecież mam pod opieką Marię i Ane. Co one zrobią beze mnie? 
 

Krzyknęła przestraszona, gdy ktoś zapukał mocno do drzwi. 

 

- To ja, Dorte – usłyszała. – Co z tobą? Coś długo tam siedzisz. 

 

Elizabeth drżącą dłonią otarła twarz i odetchnęła parę razy głęboko. 

 

-  Tak,  wszystko  dobrze.  Trochę  tylko  rozbolał  mnie  brzuch  –  skłamała  i  wygładziła 

suknię, którą nieco wygniotła. 
 

-  Mam  nadzieję,  ze  nie  zaszkodziło  co  jedzenie  –  rzekła  Dorte  z  zatroskaniem  w 

głowie. Elizabeth poczuła wyrzuty sumienia. 
 

-  Nie,  nawet  tak  nie  myśl  –  powiedziała,  otwierając  drzwi.  To  wszystko  przez 

miesięczne krwawienie. 
 

- Biedaczko – pożałowała jej Dorte. – Znasz się tak dobrze na ziołach, nie mogłabyś 

sobie przyrządzić jakiegoś naparu, bu złagodzić ból? 
 

- Zostawiła, zioła w Dalsrud. Ale na szczęście nie jest już tak źle. 

background image

 

32

 

Popatrzyła  w  stronę  spichlerza,  gdzie  Kristian  żartował  i  śmiał  się  z  innymi.  Wrócił 

Erasmus,  więc  pewnie  złapał  kuca  i  uratował  swój  surdut.  Skrzypek  przygrywał 
niestrudzenie, a na dziedzińcu wciąż podrygiwały pary. 
 

-  Nie  masz  ochoty  trochę  powirować  w  tańcu?  –  zapytała  Elizabeth,  uchwyciwszy 

spojrzenie Dorte. 
 

- Nie, już się dość wytańczyłam! Nabawiłam się odcisków i musiałam zmienić swoje 

nowe buty na drewniaki – odparła i wystawiła ze śmiechem nogę. – Zresztą Jakob nie trzyma 
się  już  zbyt  pewnie  na  nogach.  Patrzyłam  za  to  z  podziwem,  jak  ty  się  nauczyłaś  dobrze 
tańczyć – dodała. 
 

Elizabeth poczuła, że się rumieni. Tak, rzeczywiście, gdy Kristian chwycił ją w talii i 

zawirowali w tańcu, poczuła się przez chwilę znów jak młoda dziewczyna. Miała wrażenie, 
ż

e  unosi  się  nad  dziedzińcem,  a  gdy  się  trochę  ośmieliła,  w  ogóle  nie  myliły  jej  się  kroki. 

Wielu kawalerów prosiło ją do tańca. Z paroma zatańczyła, ale innym odmawiała uprzejmie, 
tłumacząc  się,  zmęczeniem.  Tak  naprawdę  chodziło  jej  o  Krystiana.  Zauważyła  jego 
pociemniałe oczy, gdy tańczyła z innymi, i nie chciała dawać mu powodów zazdrości. 
 

- Zamyśliłaś się – zauważyła Dorte. 

 

- Co takiego? Tak, rzeczywiście. 

 

-  Może  się  przejdziemy  kawałek?  –  zaproponowała  Dorte  i  skinęła  głową  w  stronę 

drogi. 
 

-  Chętnie  –  odparła  Elizabeth,  zadowolona,  że  odwlecze  moment  powrotu  do 

rozbawionego grona przy spichlerzu. Żeby podtrzymać rozmowę, rzuciła: - No, popatrz, obie 
wyszłyśmy ponownie za mąż, po tym jak naszych pierwszych mężów zabrało morze. 
 

- Tak, czy to nie dziwne – mruknęła Dorte. – Ale chyba nieźle trafiłyśmy, prawda? – 

Zamyśliła  się  na  chwilę  i  dodała:  -  Pochodzimy  z  ubogich  rodzin,  a  wyszłyśmy  bogato  za 
mąż. Ty, oczywiście, jesteś bogatsza ode mnie, ale… 
 

-  Miłości  i  szczęścia  nie  da  się  przeliczyć  na  pieniądze  –  przerwała  jej  Elizabeth  i 

natychmiast pożałowała tych słów. 
 

Dorte zatrzymała się i popatrzyła na nią przenikliwym wzrokiem. 

 

- Czyżbyś nie była szczęśliwa, Elizabeth? Czy Kristian nie jest dobrym mężem? 

 

- Ale jest, naprawdę! I mam wszystko, czego mogłabym pragnąć, a nawet więcej. Tak 

mi się tylko powiedziało. 
 

Przez  chwilę  spacerowały  w  milczeniu.  Muzyka  i  śmiech  przycichły  w  oddali. 

Wieczorne  słońce  zabarwiło  niebo  i  góry  na  czerwono,  zaś  zielonkawa  tafla  fiordu 
kontrastowała  z  białym  piaskiem  na  brzegu.  W  powietrzu  unosił  się  zapach  świeżo 
skoszonego siana. Elizabeth pomyślała, że jej rodzinna wieś jest naprawdę piękna. 
 

Czy kiedykolwiek wcześniej przyszło jej to do głowy? Nie, gdy była młodsza, miała 

wrażenie, że dusi się tu pośród wysokich szczytów. Pragnęła stąd uciec, przeżyć coś nowego, 
zobaczyć inne miejsca, poznać je, żyć… 
 

-  Jak  myślisz,  czy  małżeństwo  może  być  udane,  jeśli  mąż  i  żona  mają  przed  sobą 

jakieś tajemnice? – spytała Elizabeth, nie odrywając wzroku od spokojnych wód fiordu. 
 

Dorte ociągnęła się przez chwilę i wreszcie odpowiedziała: 

 

-  Trudno  powiedzieć.  Nigdy  nie  miałam  żadnych  tajemnic  ani  przed  pierwszym 

mężem, ani przed Jakobem.  
 

-  Żadnych,  nawet  jakichś  drobnych?  –  zdziwiła  się  Elizabeth  i  spojrzała  na  nią.  – 

Nigdy nie pomyślałaś sobie, że o tym on nigdy  nie może się dowiedzieć, bo byłby… hm… 
zły, zazdrosny albo… no, nie wiem. 
 

Dorte pokręciła głową. 

 

- Może mam straszne nudne życie? – zaśmiała się.  

-  Poza  tym  nie  potrafię  kłamać.  Od  razu  się  czerwienię,  oblewam  się  potem  i  jest  mi 
niedobrze. Wolę od razu powiedzieć całą prawdę. 

background image

 

33

 

Elizabeth się przestraszyła, że Dorte ją zapyta, czy ona ukrywa coś przed Krystianem, 

ale na szczęście takie pytanie nie padło. Może przyjaciółka rozumiała więcej, niż dawała temu 
wyraz? Cała Dorte, na wskroś dobra i miła. 
 

Elizabeth  westchnęła.  Przy  Jensie  nie  musiała  kłamać.  Zawsze  mówiła  mu  prawdę, 

choć czasem nie od razu. Jesn wiedział nawet, że pozbawiła życia  Leonarda.  I nigdy jej nie 
zawiódł. 
 

- Lepiej już wracajmy, zanim zaczną nas szukać – zdecydowała. 

 

Dorte  tylko  pokiwała  głową  i  niewiele  się  też  odzywała,  gdy  ruszyły  z  powrotem  tą 

samą ścieżką. 
 

 

 

Kristian  nawet  nie  zauważył,  że  jej  nie  było  przez  jakiś  czas.  Wesoła  kompania 

przerzedziła się i na placu boju pozostali jedynie Kristian i Erasmus. Jakob przysiadł się do 
innych gości, a pozostali wrócili do swoich domów. 
 

-  Chyba  pójdziemy  się  już  położyć  –  szepnęła  Elizabeth  mężowi  do  ucha,  wsuwając 

mu rękę pod ramię.  
 

- Co? Chcesz się kłaść? – zdziwił się, spojrzawszy na nią mętnym wzrokiem. 

 

- Nie, no przestań – wtrącił się Erasmus. – Siadaj, Elizabeth i napij się z nami. Proszę! 

– Podał jej brudny kubek, który podniósł z ziemi. 
 

Elizabeth,  która  wstała  o  świcie,  czuła  już  się  zmęczona  długim,  obfitującym  we 

wrażenia, dniem. 
 

- Nie, dziękuję. Może innym razem. Idziesz, Kristianie? – zapytała, odwracając się do 

męża. 
 

Erasmus splunął. 

 

- Chyba nie odejdziesz z żoną, Kristianie, teraz, gdy nam tu tak wesoło. No, pokaż, że 

z ciebie prawdziwy chłop, a nie jakiś tchórz! Na zdrowie! 
 

-  Zrobisz,  jak  zechcesz  –  odparła  Elizabeth  i  odwracając  się,  rzuciła  do  Erasmusa:  - 

Twój kuc znów się zerwał.  
 

Minęła  chwila,  nim  chłop  zdołał  stanąć  na  nogach,  a  potem  chwiejnym  krokiem 

podążył po raz kolejny łapać swojego kuca. 
 

Kristian zaśmiał się cicho i oparł się ciężko o Elizabeth. 

Poszedł łapać kuca, który sobie stoi spokojnie uwiązany tam z boku. 
 

-  Chodź,  już  –  rzekła,  odwracając  głowę,  by  nie  wąchać  przesiąkniętego  gorzałą 

oddechu męża. – Dorte przygotowała dla nas miękkie i czyste posłanie. 
 

Ruszył za nią, nucąc po  drodze jakąś melodię. Dużo trudu kosztowało ją, by zdjąć z 

niego ubranie, sam bowiem nie wykonał najmniejszego gestu, by jej pomóc. Gdy już ułożyli 
się oboje w łóżku, Elizabeth odetchnęła z ulgą.  
 

-  No,  co  maleńka  –  mruknął  Kristian,  usiłując  wsunąć  rękę  pod  jej  nocną  koszulę.  – 

Jesteś pewna, że nie chcesz się trochę popieścić? 
 

-  Zdecydowanie  –  oświadczyła  stanowczo.  –  Nie  teraz,  gdy  jesteś  w  takim  stanie. 

Wydaje mi się, że powinieneś się najpierw trochę wyspać. 
 

Była pewna, że Kristiana dopadnie nazajutrz straszny ból głowy, ale sam sobie winien. 

Pogładziła go z miłością po czarnej grzywce i pomyślała, że mąż nawet gdy wypije za dużo, 
wygląda pociągająco. Czuła, że nie pozostaje całkiem obojętna na urok muskularnego ciała. 
 

Zdawało  jej  się,  że  Kristian  zasnął,  dlatego  obróciła  się  na  bok  i  zamknęła  oczy. 

Powoli pogrążyła się we śnie, gdy nagle poczuła stukanie w ramię i usłyszała szept: 
 

- Elizabeth? Śpisz? 

 

- Już nie – wymamrotała zmęczona. 

 

- To dobrze, bo chciałem ci opowiedzieć pewną historię, którą opowiedział mi Jakob. 

Wiesz, kiedy Ragnę, jego pierwszą żonę, kopnął koń… - zaczął. 

background image

 

34

 

Już  mu  miała  powiedzieć,  że  doskonale  wie,  iż  pierwsza  żona  Jakboa  miała  na  imię 

Ragna,  ale  ugryzła  się  w  język.  Nie  miała  ochoty  wysłuchiwać  pijackich  wywodów  męża. 
Zatkała  więc  ucho  i  zacisnęła  powieki.  Wiedziała,  że  na  nic  się  nie  zda  próba  ucieszenia 
Kristiana. Najlepiej pozwolić mu się wygadać, a potem na pewno uśnie. 
 

- I wiesz, moja śliczna, dzieciaki bardzo się tym przejęły. Wciąż bawiły się w doktora 

i  bez  pozwolenia  sięgały  po  lekarstwa  Ragny.  Jakob  musiał  w  końcu  zamknąć  lekarstwa  w 
kufrze na strychu. 
 

Elizabeth  otworzyła  oczy  i  opuściła  dłoń  zasłaniającą  ucho.  Tego  epizodu  jeszcze 

nigdy nie słyszała. 
 

Kristian zaś bełkotał dalej: 

 

- Ale dzieciaki nie przestawały mu jęczeć i marudzić – zaśmiał się cicho i nagle zaczął 

z innej beczki. – Przypomniał mi się ten kuc Erasmusa. Zjadł mu pół surduta, ledwie Erasmus 
zdążył go pochwalić, że nie jest wybredny i żre wszystko. To dopiero dziwak! – Ziewnął, po 
czym  mówił  dalej:  -  Co  to  ja  mówiłem?  Aha.  No,  więc  Jakob  nalał  do  buteleczki  wody  i 
przykleił  karteczkę,  na  której  napisał  „opium”.  Tak  samo,  jak  nazywało  się  to  lekarstwo 
Ragny, rozumiesz. Elizabeth? Słuchasz, co do ciebie mówię, najmilsza? 
 

- Tak – wyszeptała i musiała odchrząknąć. Serce waliło jej w piersi, a zaciśnięte dłonie 

były wilgotne od potu.  
 

To nie może być prawda, myślała, czując szum w uszach. Czy to możliwe, że… Jakże 

się cieszyła, że leży odwrócona plecami do Kristiana nie widzi, co się z nią dzieje. 
 

- No i tak, moja piękna – ciągnął Kristian. – dzieciaki zostawiły tę buteleczkę na oknie 

w  kuchni.  Któregoś  dnia  jednak  buteleczka  zniknęła  bez  śladu.  Szukali  wszędzie,  ale  nie 
znaleźli. Ja to myślę, że zabrała ją jakaś huldra lub topielec. A ty? Jesteś tego samego zdania? 
Teraz  to  ty  wyglądasz  jak  huldra.  Może  to  byłaś  ty?  –  zaśmiał  się  zadowolony  ze  swojego 
ż

artu i przytulił ją mocno. 

 

Czuła się tak, jakby  uszło z niej całe powietrze.  To była woda, a nie żadna trucizna, 

dudniło jej w głowie. Wlałam Leonardowi do kawy wodę! Nie otrułam go! 
 

O, dobry Boże w niebiosach, nie jestem morderczynią, jestem niewinna… Pośpiesznie 

otarła policzki mokre od łez. 
 

Przez wszystkie te lata trwała w przeświadczeniu, że otruła Leonarda. Błagała Boga o 

przebaczenie, z tego powodu spędziła niejedną bezsenną noc. Płakała i żałowała. Była pewna, 
ż

e  któregoś  dnia  spotkała  ją  za  surowa  kara.  Przez  ponad  cztery  lata  żyła  w  przekonaniu  o 

swojej  winie.  Teraz  poczuła  nagle  tak  wielką  ulgę,  że  najchętniej  wykrzyczałaby  ją 
wszystkim, którzy tylko chcieliby jej słuchać. 
 

Uderzyła ją jednak kolejna myśl: skoro Leonard nie został otruty, to w takim razie, z 

jakiego powodu umarł? 
Bez namysłu trąciła Kristiana łokciem i zapytała: 
 

- Kristianie, śpisz? 

 

- Mhm. 

 

-  Na  co  umarł  twój  ojciec?  –  zapytała  chrapliwym  głosem,  wstrzymując  oddech  w 

napięciu. Nagle bowiem przesuszyła się, że będzie ją wypytywał, po co chce to wiedzieć? 
 

Pomyślała zdesperowana, że powinna trzymać język za zębami. 

 

- Zatruł się jedzeniem – wymamrotał Kristian, pochrapując. 

 

Muszę  się  dowiedzieć  czegoś  więcej,  pomyślała.  To  jedyna  okazja,  di  jutra  Kristian 

zapomni, o co go pytałam, a nawet jeśli nie, to  zaprzeczę i wmówię mu, że mu się to tylko 
ś

niło. 

 

- A co takiego zjadł? – zapytała, potrząsając męża za ramię. 

 

- He? 

 

- Co takiego zjadł ojciec, że się zatruł? 

 

- Przynętę na ryby. 

background image

 

35

 

Elizabeth  puściła  jego  ramię.  Czyżby  to  wszystko  było  jedynie  pijackim  bełkotem? 

Zagryzła wargi, by się nie rozpłakać. Zgasła w niej nadzieja. 
 

Kristian jednak odwrócił się na bok i wymamrotał: 

 

- Ojciec zjadł małże. Słyszał, że ludzie w mieście używają to za przysmak. I od tego 

umarł… 
 

Małże, myślała zdezorientowana, przypominając sobie, że słyszała jakąś rozmowę na 

ten temat. Ale kiedy i gdzie? Grzebała w pamięci… Tak, na swoim weselu! Żona lensmana i 
Bergette opowiadały, że w niektórych miejscach gotowane małże stanowią przysmak. Dostała 
gęsiej skórki. Jak to ludziom przechodzi przez gardło! 
 

Wytarła  wilgotne  dłonie  o  pościel.  Wsłuchana  w  miarowy  oddech  Kristiana, 

zapatrzyła  się  w  powiewającą  w  otartym  oknie  firankę.  Poczuła  ulgę  w  całym  ciele,  od 
koniuszków palców po czubki stóp. 
 

Wstała po cichu i wyszła na dwór w tę letnią noc. 

W samej koszuli nocnej o boso powędrowała ba brzeg i zanurzyła stopy w białym piasku, a 
potem  pozwoliła  je  obmyć  falom.  Odchyliła  głowę  i  popatrzyła  w  niebo,  które  zdawało  się 
być takie dalekie jak wieczność. 
 

Może jednak trafię tam po śmierci, pomyślała i zaśmiała się głośno z radości. 

 
Rozdział 8 
 
 

W powietrzu wyczuwało się przenikliwy chłód, zwiastujący rychłe nadejście jesieni i 

zimy. Las i górskie zbocza zapłonęły czerwienią i żółcią, a rankiem na kałużach zbierała się 
cienka warstwa lodu. Wyglądało to pięknie, ale Elizabeth z niechęcią myślała o zbliżającym 
się czasie. 
 

Lato pozostało już tylko dalekim wspomnieniem. 

Ciepłe  promienie  słońca  na  twarzy,  trawa,  która  łaskotała  bose  stopy…  Nawet  gdyby  się 
bardzo  starać,  trudno  przywołać  te  cudowne  doznania,  gdy  za  oknem  rozhula  się  wicher  i 
ś

nieżna zamieć. 

 

Wróciła  myślami  do  wesela  Dorte  i  Jakoba.  Następnego  dnia,  tak  jak  przypuszczała, 

Kristian  złapał  potworny  ból  głowy.  Niewiele  pamiętał  z  poprzedniego  wieczoru  i  nie 
dociekał, dlaczego pytała go o Leonarda. Ona zaś szczęśliwa, że pozbyła się brzemienia winy, 
pielęgnowała męża szczególnie troskliwie. 
 

Oskubawszy  suche  listki  z  kwiatów  w  doniczce,  które  wyhodowała  z  odnóżek 

otrzymanych  od  Dorte,  wyjrzała  przez  okno.  Po  szybach  spływały  strumyki  deszczu.  Przez 
dziedziniec, pomiędzy błotem i kałużami  przemykała Maria. 
 

Elizabeth wyszła jej naprzeciw do korytarza. 

 

-  Maryjko,  biedactwo,  ale  przemokłaś!  –  pożałowała  siostry,  biorąc  od  niej  mokre 

ubranie. Wejdź do kuchni, to się rozgrzejesz. Przy okazji opowiesz mi, jak było dziś w szkole. 
 

Gurine zaparzyła herbatę i podstawiła małej Ane ciasteczka. Elizabeth miała zwrócić 

kucharce  uwagę,  by  nie  dawała  małej  słodyczy,  bo  potem  nie  chce  jeść  obiadu,  ale  nie 
zdążyła, bo Maria zapytała ją: 
 

- Elizabeth, pamiętasz Amandę? 

 

- Tak – potwierdziła i poczuła nagły niepokój. – Co z nią? 

 

- Jest służącą w Storli, zachorowała. 

 

Elizabeth osunęła się na krzesło. 

 

- Skąd wiesz? – spytała, mając nadzieję, że to jakieś nieporozumienie. 

 

-  Ze  szkoły.  Wiele  dzieciaków  o  tym  opowiadało.  –  Maria  odgarnęła  z  czoła  mokre 

włosy  i  popatrzyła  na  siostrę  szeroko  otwartymi  oczyma.  –  Podobno  leży  w  starej  izbie  dla 
parobków, której już dawno nikt nie używa. 
 

Elizabeth chwyciła siostrę mocno za ramię i patrząc jej prosto w oczy, zapytała: 

background image

 

36

 

- Jesteś tego całkiem pewna? 

 

- Całkiem. Mogę przysiąc na Boga i Biblię

 

- O mój Boże – westchnęła Gurine. – Niestety, tak niewiele możemy zrobić. 

 

Elizabeth  westchnęła,  obawiając  się,  że  to  prawda.  Nie  wspomniała  Krystianowi 

więcej o Amandzie, skro uznał, że nie da się rozwiązać tego problemu, i dziewczynka musi 
pozostać na posadzie, ale teraz… 
 

- Podobno nie dają jej nawet jeść i nikt tam do niej nie zagląda ani się nią nie opiekuje 

– dodała Maria. 
 

Słowa siostry wyrwały Elizabeth z rozmyślań. 

 

Ś

cisnęło ją w żołądku i przypomniała sobie od razi swoją matkę, jej chorobę i śmierć. 

Wstała i rezolutnie oznajmiła: 
 

- Jadę do Storli. 

 

- Ależ, moje dziecko – zaoponowała Grudne, wychodząc  za nią do sieni. – Co ty tam 

zrobisz? Nie działaj pochopnie! Gospodarz tylko się zdenerwuje, poza tym nie potrzeba nam 
sporu z… 
 

Elizabeth zarzuciła szal i tonem ostrzejszym niż zamierzała, oświadczyła: 

 

- Kristian powinien mnie wesprzeć wcześniej, nie doszłoby wówczas do tego. 

 

Gurine  złożyła  ręce  i  zdążyła  tylko  wymamrotać  pod  nosem,  by  była  ostrożna,  gdy 

Elizabeth zatrzasnęła za sobą drzwi. 
 

Zaprzęgła konia do wozu. Pierwszy raz robiła to sama. 

Ręce  jej  się  trzęsły,  gdy  ustawiła  konie  pomiędzy  dwoma  ciężkimi  dyszułkami  i  zakładała 
uprzęż, ale na szczęście w pobliżu nie było widać ani Olego, ani Kristiana. 
 

- Zresztą teraz i tak nie zdołaliby mnie powstrzymać – wycedziła. 

 

Popędziła konia, tak że spod kół rozprysły się kamienie i błoto. 

 
 

Deszcz  zacinał  prosto  w  twarz,  ale  Elizabeth  zrobiło  się  gorąco,  a  gdy  dotarła  do 

Storli,  nawet  się  spociła.  Zeskoczyła  z  wozu,  przywiązała  lejce  do  drzewa  i  skierowała  się 
wprost  do  izby  dla  parobków.  Przynajmniej  tak  sądziła.  Walący  się  budynek,  szary, 
niepomalowany, odróżniał się bowiem od pozostałych. Popchnęła wykrzywione drzwi, które 
zaskrzypiały na zardzewiałych zawiasach. Wewnątrz kwaśny zaduch uderzył ją w nozdrza. 
 

- Amanda – odezwała się Elizabeth, nic nie widząc w ciemnościach. – Amanda, jesteś 

tu? 
 

Wzrok powoli oswajał się z mrokiem. Z kąta doleciał słaby jęk o pokasływanie. 

 

W jednej chwili znalazła się tam i uklękła przy łóżku. 

 

- Amanda, moja droga, słyszysz mnie? – zapytała ostrożnie. – To ja, Elizabeth. 

 

Dziewczynka nie odpowiedziała. Skulona w kłębek leżała okryta starą końską derką, 

brudną i śmierdzącą.  
 

Elizabeth dotknęła dłonią czoła Amandy i aż się przeraziła. 

 

-  Mój  Boże,  przecież  ten  dzieciak  ma  wysoką  gorączkę  –  wymamrotała  i  stanęła  na 

drżących nogach. 
 

W tej samej chwili usłyszała, że ktoś wchodzi, więc się odwróciła. 

 

- A co ty robisz w cudzej posiadłości? – warknęła Petra. 

 

Elizabeth  parę  razy  przełykała  ślinę,  zanim  ze  ściśniętego  gardła  zdołała  wydobyć 

słowa. 
 

-  Nie  zamierzacie  posłać  po  doktora?  –  zapytała  drżącym  głosem.  –  Dziecka  jest 

ś

miertelnie chory. 

 

- Phi! Od lekkiego przeziębienia jeszcze się nikomu nic nie stało – prychnęła Petra. – 

A teraz wyjdź stąd natychmiast, bo nie masz prawa tu przebywać. 
 

Elizabeth w kilku krokach znalazła się przy niej i zakomunikowała: 

 

- Daję ci dwie minuty. Albo poślesz po doktora, albo zabieram dziewczynę do siebie. 

background image

 

37

 

-  Tylko  spróbuj!  Zaraz  tu  przyprowadzę  męża  –  splunęła  Petra  i  odwróciła  się  na 

pięcie. 
 

Elizabeth chwyciła ją za ramię i odezwała się zatrważająco spokojnie: 

 

-  Ostrzegałam  cię  już  wcześniej.  Nie  awanturuj  się,  bo  sprowadzę  lensmana,  jeśli 

będzie trzeba. Bo to, co robisz, to bezprawie! 
 

Pera  zrobiła  się  purpurowa  na  twarzy,  wyrwała  się  Elizabeth  i  pobiegła  w  stronę 

budynku mieszkalnego. Wewnętrzny głos ostrzegał Elizabeth, że posuwa się za daleko, ale go 
nie  posłuchała.  Podeszła  do  Amandy  i  wzięła  ją  na  ręce.  Serce  jej  się  ścisnęło  z  żalu,  gdy 
zobaczyła,  jak  bardzo  dziewczyna  wychudła  od  ostatniego  spotkania.  Przez  ubranie 
wyczuwała  wystające  kości.  Z  walącym  serem  przebiegła  przez  dziedziniec,  położyła  chorą 
ostrożnie  na  wozie  i  otuliła  futrzanymi  okryciami.  Żeby  tylko  nie  wypadła,  pomyślała 
Elizabeth.  W  tej  samej  chwili  usłyszała  za  plecami  nadbiegających  ludzi,  szarpnęła  wiec 
mocno za lejce i krzyknęła: 
 

- Wio! Ruszaj! 

 

Koń  położył  uszy  po  sobie,  potrząsnął  łbem,  rozsypując  czarną  grzywę,  i  ruszył  z 

kopyta. W zamieszaniu, jakie powstało, Elizabeth zdążyła zobaczyć, jak parobek uskoczył w 
ostatniej chwili w bok. 
 

Popędziła konia przez wieś, tak że spod kopyt bryzgało błoto. W uszach czuła szum, 

deszcz zacinał w twarz, a ona pokrzykiwała: 
 

- Szybciej, szybciej! 

 

W jednej ręce trzymała lejce, a drugą  przytrzymywała bezwładne ciało dziewczynki. 

Raz  po  raz  zerkała  przez  ramę,  żeby  sprawdzić,  czy  ktoś  ich  nie  ściga.  Droga  była  jednak 
pusta. 
 

Jakiś  chłop  wyszedł  z  obory  i  na  widok  rozpędzonego  wozu  zatrzymał  się  i 

przeżegnał. 
 

Będą mieli we wsi o czym gadać, pomyślała. 

 
 

Na  dziedzińcu  w  Dalsud,  szarpnęła  mocno  lejce,  by  zatrzymać  konia.  Ole  wybiegł  z 

izby dla parobków.  
 

- Co się dzieje? – zawołał, rzucając okiem na prychającego z wysiłku konia. 

 

-  Zajmij  się  nim,  dobrze  –  rzuciła  mu  przez  ramię  i  wziąwszy  na  ręce  Amandę, 

pośpiesznie ruszyła do budynku mieszkalnego. W korytarzu wpadła prosto do Kristiana. 
 

- Weź ją i zanieś na górę! – powiedziała, podając mu chorą. 

 

Zbiegły się służące. 

 

- To Amanda? – zapytała Helene, patrząc na oddalającego się Kristiana. 

 

-  Tak,  to  ona  –  odparła  krótko  Elizabeth.  –  Helene,  dosiądź  Gniadego  i  sprowadź 

doktora, tylko migiem! Chodzi o życie – dodała i pośpiesznie weszła za Krystianem na strych. 
 

- Gdzie ją znalazłaś? – zapytał, gdy zaczęła zdejmować z Amandy mokre ubrania. 

 

- W rozwalonej izbie dla parobków we Sworze Storli. 

 

- Co? – krzyknął. – Byłaś tam i zabrałaś ich służącą? Zdajesz sobie sprawę z tego, co 

zrobiłaś? Za chwile będziemy mieli na karku lensmana i… 
 

- Milcz! – warknęła Elizabeth. – Dzieciak jest umierający, a oni nie zgodzili się posłać 

po doktora. 
 

-  Słyszałam  o  tym  dziś  w  szkole  –  rozległ  się  głos  przy  drzwiach.  –  Wszyscy 

opowiadali, jak źle jest z Amandą. Powinieneś się cieszyć, że Elizabeth ją tu przywiozła. 
 

Jaka  ta  Maryjka  jest  odważna,  pomyślała  Elizabeth,  zerkając  na  siostrę.  Dzięki  niej 

Amanda znalazła się w Dalsrud. Być może uratowała jej życie. 
 

Kristian otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale się nie odezwał. 

 

-  Mario,  powiedz  Gurine,  by  nastawiła  wodę  –  Elizabeth  zwróciła  się  łagodnie  do 

siostry. 

background image

 

38

 

Dziewczynka tylko siknęła głową i zniknęła. 

 

-  Nie  zamierzam  tolerować  takiego  zachowania,  ani  z  twojej  strony  ani  ze  strony 

twojej siostry – rzucił gwałtownie Kristian, zaciskając szczęki. 
 

- A to już twój kłopot – odparła krótko i powiesiła mokre ubrania na oparciu krzesła. 

 

- Śmiesz mi odpowiedzieć w taki sposób? – oburzył się, podchodząc o krok bliżej. 

 

-  Co  innego  mogłam  uczynić?  –  zapytała  zdziwiona  i  popatrzyła  mężowi  prosto  w 

oczy. 
 

Długo nie odrywał od niej wzroku, w końcu odwrócił się na pięcie i rzucił: 

 

- Musze powiadomić Storli. 

 

- Czarny koń jest zdrożny, a na gniadym Helene pojechała po doktora – powiedziała 

Elizabeth. – Ale nie obawiaj się, na pewno wróci lada chwila – dodała oschle, przykładając 
znów dłoń do czoła Amandy. 
 

- Powinnaś była najpierw porozmawiać ze mną – rzekł Kristian spokojnie. 

 

- Czy nie próbowałam? 

 

- Ale to było dawno. 

 

- Tak, i nic nie zostało zrobione. Zerknij na nią, a ja pójdę po wodę – rzuciła krótko i 

pobiegła do kuchni. 
 

- Tu jest Wrzątek – oznajmiła Guroine, a do dzbanka nalałam zimnej wody. Słyszała,, 

ż

e to biedne dziecko ma gorączkę. 

 

-  Bardzo  dziękuję,  Gurine,  co  jak  bym  bez  cienie  zrobiła?  –  odezwała  się  z 

wdzięcznością  Elizabeth  i  poklepała  kucharkę  po  ramieniu.  Następnie  wsypała  do  wrzątku 
zioła: korę wierzbową na gorączkę i kwiat pierwiosnka działający wykrztuśnie. Potrzebowała 
także okładu z wełnianej ściereczki nasączonej tłuszczem, by położyć dziewczynie na piersi. 
 

Tymczasem weszła Nikoline i upewniła się: 

 

- Przywiozłaś ze Storli służącą? 

 

- Owszem – odparła Elizabeth. – A o co ci chodzi?  

 

- No to będzie awantura – oznajmiła Nikoline ze złośliwą radością. – Tym razem się 

doigrałaś. Siedzisz w bagnie po uszy. Ciekawe, jak z tego wyjdziesz… 
 

-  Milcz,  Nikoline  –  cisnęła  Gurine  tonem  tak  ostrym,  że  aż  Elizabeth  odwróciła  się 

zdziwiona reakcją spokojnej zwykle kucharki. Nie znała jej od tej strony. 
 

Elizabeth odstawiła dzbanek i podeszła do Nikoline. 

Znalazłszy się z nią twarzą w twarz, wycedziła cicho: 
 

- Mam nadzieję, ze zrozumiałaś już, że nic ci do tego. 

 

- Jakby mnie to cokolwiek obchodziło! – prychnęła służąca, udając obojętną. 

 

- Ostrzegam cię i biada, jeśli nie posłuchasz! 

 

Wypowiedziawszy  te  słowa,  Elizabeth  zabrała  wszystkie  przygotowane  rzeczy  i 

wróciła  na  strych.  Kristian  siedział  w  bujnym  fotelu  i  zamyślony  patrzył  przed  siebie.  Gdy 
weszła,  wstał  bez  słowa.  Elizabeth  zaczęła  pośpiesznie  przykładać  Amandzie  zimne 
kompresy,  by  schłodzić  ciało  trawione  gorączką.  Zastanawiała  się,  co  powiedzieć 
Krystianowi.  W  myślach  układała  słowa,  które  jednak  nie  chciały  jej  przejść  przez  gardło. 
Mąż  rozgniewał  ją,  a  zrazem  uraził.  W  końcu  przemogła  się,  wzięła  głęboki  oddech  i 
powiedziała: 
 

- Ufam, Kristianie, że udzielisz mi pełnego wsparcia. 

 

Nie  usłyszawszy  odpowiedzi,  odwróciła  się  i  zauważyła,  że  wyszedł.  Siadła  więc  na 

brzegu  łóżka  i  zmieniała  kompresy.  Rzuciła  okiem  przez  szybę  i  stwierdziła,  że  przestało 
padać. Upewniwszy się, że wywar z ziół nieco ostygł, potrząsnęła lekko Amandą i odezwała 
się cicho: 
 

- Obudź się, dziecino, musisz to wypić. Zobaczysz, od razu się lepiej poczujesz. 

 

Dziewczyna nie zareagowała, Elizabeth wzięła więc łyżeczkę i wlewała wywar powoli 

do ust chorej. Połknęła sporu, choć część płynu spłynęła jej po brodzie. 

background image

 

39

 

Elizabeth  sięgnęła  znów  po  szmatkę  i  schładzała  rozpalone  ciało  dziewczyny.  Co 

chwila  wyglądała  przez  okno.  Wprawdzie  przypuszczała,  ze  doktor  wiele  nie  pomoże,  ale 
zależało jej, by chociaż zbadał chorą. 
 

W  domu  panowała  cisza,  jakby  wszyscy  chodzili  po  plecach.  Już  kiedyś  przeżyła 

podobną sytuację, gdy zachorowała mama, potem, gdy sama wpadła do morza, no i gdy było 
ź

le z Ane. Nigdy jednak nie czuła się taka samotna jak teraz. 

 

Kristianie,  dlaczego  nie  jesteś  przy  mnie?  –  powtarzała  w  myślach.  Przecież 

małżeństwo powinno się zawsze wspierać, w dobrym i złym. 
 

- Och, Jensie – westchnęła, ale natychmiast zakryła usta, by powstrzymać cisnące się 

słowa  i  szloch.  Nie  wolno  mi  się  teraz  rozpłakać,  powtarzała  sobie  w  myślach  surowo.  Nie 
czas ani nie pora, by okazać własną słabość. Przygładziła pośpiesznie włosy. Wnet przybędą, 
doktor i gospodarze Storli. Musi być gotowa na ich przyjęcie. 
 

Do  pomieszczenia  wpadła  tymczasem  Helene  i  z  rozpalonymi  policzkami 

zakomunikowała, że doktor już jest.  
 

- Przyślij go tutaj! – poleciła krótko Elizabeth i wstała. – I… daj mi znać, gdy przyjdą 

ze Storli. 
 

- Oczywiście, na mnie możesz liczyć. 

 

- Dziękuję, Helene. Cieszę się, że tu jesteś – wyszeptała, zastanawiając się, czy Helene 

domyśliła się konfliktu między nią a Krystianem. 
 
 

Lekarz osłuchał Amandę, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego. Dotykał czoła 

chorej i usiłował nawiązać z nią jakiś kontakt. 
 

Elizabeth  przechadzała  się  bezradnie  po  pokoju  i  wydawało  jej  się,  że  to  strasznie 

długo trwa. Żeby już coś powiedział, myślała, gryząc paznokcie. 
 

- Przykładałam jej zimne okłady i poiłam wywarem z ziół – odezwała się w końcu, ale 

lekarz nie zareagował. 
 

Nagle w drzwiach stanęła znów Helene i szepnęła: 

 

- Przybyli i zdaje się, że prowadzą ze sobą lensmana. 

 

Elizabeth ścisnęło w żołądku. Bo chociaż w głębi serca się tego obawiała, okazało się 

to dla niej mimo wszystko wstrząsem. Zerknęła pośpieszne w lustro. Ktoś, kto jej nie zna, nie 
zauważył jej zdenerwowania. Sama się dziwiła, że potrafi stworzyć pozory takiego spokoju. 
 

- Zejdę na dół i ich powita, - odpowiedziała przyjaciółce. – A ty tu zostań. Posiedzisz 

przy Amandzie, gdy doktor już skończy ją badać. 
 

Helene uścisnęła jej dłoń i posłała uśmiech, by dodać otuchy. 

 

- Na pewno wszystko będzie dobrze – wyszeptała, a Elizabeth tylko kiwnęła głową. 

 
Rozdział 9 
 
 

Zdążyła  zejść  do  korytarza,  gdy  otworzyły  się  drzwi.  Petra  Storli,  purpurowa  na 

twarzy,  ze  wściekłym  wzrokiem  wtargnęła  do  środka  i  wskazując  drżącym  palcem  na 
Elizabeth, oświadczyła: 
 

- Oto i ona. 

 

-  Czegóż  się  można  po  kimś  takim  spodziewać  –  zawtórował  jej  mąż,  spoglądając 

bykiem na Elizabeth. 
 

Lensman odchrząknął i upomniał ich tubalnym głosem. 

 

- Proszę się uspokoić i zachowywać, jak należy. Dzień dobry, pani Dalsrud. 

 

- Dzień dobry – przywitała się Elizabeth spięta i uścisnęła dłoń lensmana. Gospodarze 

Storli  ani  myśleli  podać  jej  rąk.  –  Myśl,  że  będzie  najlepiej,  jeśli  przejdziemy  do  salonu  – 
zaproponowała. – Tam będziemy mogli porozmawiać w spokoju. 
 

- Nie przyjechaliśmy tu na pogawędki, tylko zabrać naszą służącą – warknęła Petra 

background image

 

40

 

Elizabeth nie odpowiedziała, prowadząc gości do salonu, ale czuła, że wszystko się w 

niej trzęsie z tłumionego gniewu. 
 

- Proszę usiąść – zwróciła się uprzejmie do gości. – Podać coś do picia? Może kawy? 

 

- Nie, dziękuję – odpowiedział lensman, uprzedzając pozostałych. – proszę sobie nie 

robić kłopotu z naszego powodu. 
 

- Przechodź do rzeczy i rób to, co do ciebie należy – zawołał gospodarz Storli, który 

ani myślał się uspokoić. 
 

Elizabeth  spojrzała  zdziwiona  na  lensmana,  który  sprawiał  wrażenie  lekko 

zażenowanego. Rozpiął płaszcz i poluzował kołnierzyk przy koszuli, po czym zaczął: 
 

- Tak, powiadomiono mnie, że była pani w domu tu obecnych gospodarzy Storli i siłą 

zabrała stamtąd służącą. Czy to się zgadza? 
 

Elizabeth nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. 

Odpowiedziała głośno: 
 

- Nie, nie zgadza się. 

 

Petra zerwała się i już chciała coś powiedzieć, ale lensman nakazał jej usiąść. 

 

-  Załatwimy  to  spokojnie  –  oświadczył  władczym  tonem,  a  Petra  go,  o  dziwo, 

posłuchała. 
 

- Zaprzecza pani więc, że zabrała służącą – rzekł lensman. 

 

-  Nie,  tego  nie  zaprzeczam  –  odparła  Elizabeth.  –  Ale  nie  wchodziłam  do  domu 

mieszkalnego gospodarzy. Byłam w walącej się izbie dla parobków, która właściwie już nie 
nadaje się do użytku, i stamtąd zabrałam Amandę. 
 

-  Wypraszam  sobie  taką  bezczelność!  –  huknął  gospodarz  Storli,  przechadzając  się 

nerwowo w tę i z powrotem. 
 

-  Jeśli  się  nie  uspokoicie,  będę  musiał  prosić  o  opuszczenie  pomieszczenia  – 

oświadczył lensman, a z tonu jego głosu można się było domyślić, że nie toleruję sprzeciwu. 
 

Elizabeth spokojnie mówiła dalej: 

 

- Amanda jest niedożywiona, zaniedbana, a musiała wykonywać pracę jak mężczyzna, 

mimo że ma dopiero czternaście lat i jak na swój wiek jest bardzo drobna. 
 

- O, to są poważne zarzuty. Ma pani na to świadków? 

 

- Lensmanie, może pan o to zapytać mieszkańców we wsi – odparła krótko. 

 

Wyjął chustkę i wytarł nos, po czym kontynuował przesłuchanie. 

 

-  Wiadomo  wam,  że  prawo  nie  zezwala  na  takie  zachowanie,  jakiego  się 

dopuściliście? 
 

- To była sprawa życia i śmierci – odpowiedziała Elizabeth. Amanda jest ciężko chora, 

a gospodyni odmówiła wezwania doktora. – Dziewczę leżało w chłodzie i wilgoci w czymś 
co bardziej przypomina ziemiankę niż chatę. 
 

-  Nie  zamierzam  tolerować  kolejnych  kłamstw  –  wrzasną  Storli,  aż  Elizabeth 

podskoczyła.  –  Wszystko  to  kłamstwa,  od  początku  do  końca.  Czyżby  lensman  wierzył 
bardziej ubogiej służącej niż człowiekowi z taką pozycją jak moja? 
 

Elizabeth poczuła się dotknięta jego słowami, ale nie dała się sprowokować. W duchu 

powtórzyła sobie, że sam ośmiesza się ten, co krzyczy najgłośniej. 
 

 - Proszę o spokój – próbował uciszyć go lensman, ale gospodarz się nie poddawał. 

 

- Żądam, byś ją postawił przed sądem, a nasza służąca ma natychmiast wrócić do nas. 

 

- Po moim trupie – rozległo się nagle i w drzwiach stanął Kristian, na którego widok 

Elizabeth zrobiło się zimno i gorąco. Ledwie się powstrzymała, by nie podbiec do niego i nie 
rzucić się mu na szyję, 
 

- Nie życzę sobie, by tak oczerniać moją żonę. Służąca leży na strychu i nie wróci do 

was ani teraz, ani później. 
 

Oczy mu pociemniały, ale mówił spokojnie i tak stanowczo, że wszyscy ucichli. 

background image

 

41

 

- To mój dom i ja tu decyduję – dodał, stając u boku Elizabeth. – Przejrzałem umowy 

z  komornikami.  Dalsrud  ma  prawo  pierwszeństwa  do  siły  roboczej  rodzin  z  zagród 
komorniczych.  Innymi  słowy:  miejsce  A,amdy  jest  tutaj.  Jeśli  ktoś  ma  jakiej  wątpliwości, 
mogę przynieść dokumenty. 
 

Lensman zerkną na gospodarzy Storli i kręcąc głową, rzekł pośpiesznie: 

 

- Nie, nie ma takiej potrzeby. 

 

Twarz Petry po samą szyję pokryła się czerwonymi plamami. 

 

-  Tak  czy  inaczej,  żądam  oczyszczenia  z  zarzutów,  jakie  nam  tu  postawiono! 

Jakobyśmy nie dbali o swoją służbę. 
 

W  tym  momencie  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  środka  weszła  Nikoline, 

powiadamiając, że doktor już zbadał chorą. 
 

- Poproś go tutaj – poleciała szybko Elizabeth. 

 

-  Niestety  przyjechał  po  niego  parobek  z  sąsiedztwa  i  musiał  pilnie  jechać.  Poprosił 

mnie o przekazanie wiadomości. 
 

- Jakiej? – spytała Elizabeth lekko poirytowana, że doktor w taki sposób opuścił do,. 

Ale wytłumaczyła sobie, że z pewnością miał pilne wezwanie. 
 

-  Doktor  stwierdził,  że  to  zapalnie  płuc  i  niewiele  może  zrobić.  Powiedział  też,  że 

Amanda jest wychudzona i osłabiona, więc nie ma jak się bronić przed chorobą. 
 

- Dziękuję, Nikoline, możesz odejść. 

 

Elizabeth  skinęła  głową,  po  czym  obrzuciła  lensmana  i  goście  wielce  wymownym 

spojrzeniem: A co nie mówiłam? Teraz mi wierzycie? 
 

- Ta służąca to złodziejka – zawołała Petra i wyjęła monetę. – Zobaczcie, co znalazłam 

w jej fartuchu.  
 

Elizabeth podeszła bliżej. 

 

- Tę monetę dostała ode mnie. To ta sama, którą mi dałaś jako zapłatę za pofarbowane 

wełny. 
 

- A jak to udowodnisz? – cisnęła gospodyni. 

 

-  Będzie  mi  trudno,  ale  z  drugiej  strony  nie  sądziła,  że  tak  wam  się  źle  powodzi,  że 

utrata trzech szylingów was rujnuje. 
 

- Chyba już podziękujemy – zagrzmiał lensman, nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, 

i popchnął gospodarzy Storli do wyjścia. – Przepraszamy, za kłopot. 
 

Elizabeth odetchnęła przeciągle i przeczesała drżącą ręką włosy. Miała takie wrażenie, 

jakby ktoś ją wyżął i cisnął o ziemię. 
 

-  Idę  na  górę  do  Amandy  –  powiedziała  zmęczonym  głosem,  gdy  usłyszała 

zatrzaskiwanie  drzwi  wyjściowych.  –  Powiadom  jej  rodziców  Kristianie.  I  dziękuję  za 
wsparcie – dodała, spojrzawszy na niego. 
 

Mimo wszystko wziął ją w obronę, choć może bardziej ratował własny honor. 

 

Miała  nadzieję,  że  ją  pogłaszcze  chociaż  po  policzku  albo  coś  powie,  on  jednak 

milczał odwrócony do niej plecami. 
 

Po cichu opuściła salon i skierowała się z powrotem na strych. 

 
 

- Co z nią? – spytała Elizabeth, podchodząc do łóżka. 

 

- Bez zmian – odpowiedziała Helene, a Elizabeth wyczuła w jej głosie lekkie drżenie. 

Przeraziło ją to, bo Helene zwykle zachowywała spokój. 
 

Potarła ramiona, bo w pomieszczeniu zrobiło się chłodno. 

 

- Mam dorzucić torfu? – spytała Helene. 

 

- Na razie nie, Amanda ma wysoką gorączkę – odparła Elizabeth, siadając na krześle 

obok łóżka. 
 

- Jesteś pewna, że nic więcej nie mogę już tu zrobić? – spytała Helene. 

 

- Tak, pozostaje nam teraz jedynie czekać. 

background image

 

42

 

- Pomodlę się za nią – rzekła cicho Helene, zamykając za sobą drzwi. 

 

Szczuplutka twarz Amandy wydawała się jeszcze mniejsza w wielkim łóżku. 

 

- Jak wyzdrowiejesz, będzie ci tu u nas dobrze – odezwała się Elizabeth, spokojna, że 

nie  są  to  słowa  bez  pokrycia.  –  Zostaniesz  tu  w  Dalsrud  jak  długo  zechcesz.  Przyrzekam. 
Będziesz  spała  w  normalnym  łóżku,  okryta  owczy,  futrem,  będziesz  się  najadać  do  syta 
każdego dnia. 
 

Głos jej się załamał i chwilę trwało nim się opanowała. Piec całkiem wystygł, wstała 

wiec i napaliła. 
 

Amanda poruszyła się niespokojnie, szczękając zębami. 

 

- Marzniesz? – spytała Elizabeth, przykładając dłoń do czoła dziewczyny. Wciąż była 

gorąca i się nie pociła. 
 

Zanurzyła szmatkę w zimnej wodzie i zaczęła od nowa schładzać jej ciało. 

 

- Amando, słyszysz mnie? Wypij jeszcze trochę wywaru na zbicie gorączki – prosiła, 

przystawiając kubek do ust chorej. 
 

Tym razem też trochę płynu spłynęło po brodzie, ale sporo wypiła. Elizabeth położyła 

się z boku, przytulając twarz do ramienia. 
 

W  myślach  raz  jeszcze  odtworzyła  zdarzenia  minionego  dnia.  Możliwe,  że  nie  do 

końca  działa,  jak  należy.  Powinna  oczywiście  porozmawiać  z  Krystianem  i  z  gospodarzami 
Storli, zamiast zabierać Amandę. Ale co się stało, to się nie odstanie. Zresztą, czy rozmowa 
by  cokolwiek zmieniła? Pewnie skończyłoby się  na tym, że Amanda umarłaby  na zapalenie 
płuc. 
 

Złożyła dłonie i pomodliła się: 

 

-  Boże  Wszechmogący.  Okaż  swą  sprawiedliwość,  zachowaj  Amandę  przy  życiu  i 

oszczędź jej dalszych cierpień. Potrzebujemy jej tu bardziej niż Ty, zachowają ją więc. Amen. 
 

A  potem  zamknęła  oczy  i  po  omacku  chwyciła  drobną  dłoń  Amandy,  jakby  chciała 

przelać wychudzonej dziewczynce trochę własnych sił. 
 
 

Nie miała pojęcia, ile czasu upłynęło. 

 

- Elizabeth, obudź się! – mówił ktoś do niej, dotykając ciężką dłonią jej ramienia. 

 

Zdezorientowana rozejrzała się wokół. 

 

- Wypociła z siebie gorączkę – powiedział Kristian. Ściereczką wycierając troskliwie 

czoło  Amandy.  –  Wybacz,  że  nie  przyszedłem  wcześniej,  ale  sam  pojechałem  do  jej 
rodziców. Zawiozłem im też trochę suszonego owczego udźca – dodał bezbarwnie. 
 

-  Dziękuję  –  rzekła  cicho  Elizabeth  i  wzięła  od  niego  szmatkę.  Następnie  odwróciła 

kołdrę, bo od spodu cała była przepocona. 
 

- Amanda wyzdrowieje – zapewnił ją z przekonaniem. – Dzięki tobie. Jesteś odważna, 

Elizabeth, i za to cię podziwiam. 
 

Nie zdołała mu odpowiedzieć, bo poczuła  gulę  w gardle.  Kristian mówi, że Amanda 

wyzdrowieje. Tym razem Bóg mnie wysłuchał, pomyślała. 
 

- Teraz Helene przyjdzie tu przy niej posiedzieć – dodał Kristian. – A my chodźmy do 

siebie. 
 

Z  ociąganiem  ruszyła  za  nim,  a  gdy  zamykali  drzwi  do  swego  pokoju,  usłyszała,  że 

Helene wchodzi po schodach. 
 

- Amanda jest w dobrych rękach. Nic się nie lękaj! – powiedział Kristian i stanął za jej 

plecami. 
 

Elizabeth oparła się o niego i zamknęła oczy, a  on objąwszy ją, pocałował w szyję i 

leciutko ugryzł w ucho. Przeszedł ją dreszcz rozkoszy. A gdy jego dłonie dotknęły jej piersi i 
ś

cisnęły  je  mocno,  jęknęła  z  bólu  i  radości.  Bezwolna  lecz  drżąca  z tęsknoty,  pozwoliła  mu 

rozpiąć guziki sukni. Tylko w ten sposób mogła zapomnieć na chwilę o Amandzie. 

background image

 

43

 

- A teraz bielizna – szepnął, rozwiązując jedwabne tasiemki. Wnet została jedynie w 

cienkich pończochach. Poczuła jak kulą jej się brodawki. 
 

-  Chodź  –  wyszeptała  niecierpliwie,  manipulując  przy  jego  spodniach,  gdy  on 

tymczasem zrzucał koszulę. 
 

Zadrżała z pożądania, gdy ujrzała jego sztywną męskość. 

 

- Weź mnie  odezwała się błagalnym tonem, kładąc się na łóżku. Wciąż miała na sobie 

pończochy, co nagle wydawało jej się bardzo podniecające. 
 

Powoli musnął palcem jej pierś, brzuch i rozchylił uda. 

 

- Nie… - wymamrotała, zawstydziwszy się gwałtownie. 

 

-  Czyż  nie  oglądałem  już  wcześniej  wszystkich  zakamarków  twojego  ciała?  – 

przypomniał  jej,  delikatnie  ją  pieszcząc.  Czuła,  jak  wylewają  się  z  niej  soki,  a  roszone 
mrowienie w okolicach krzyża świadczyło o tym, ze za moment osiągnie ekstazę. On jednak 
nieoczekiwanie  przerwał  pieszczoty.  Położył  się  obok  i  przywarł  wargami  do  twardych 
brodawek,  a  dłonią  pogładził  uda,  brzuch,  wzgórek  łonowy.  Poruszyła  biodrami,  usiłując 
naprowadzić jego dłoń w to miejsce, gdzie odczuwała szczególną rozkosz, on jednak zaśmiał 
się cicho: 
 

- Nie bądź taka niecierpliwa. 

 

Dam ci niecierpliwością, pomyślała i uchwyciła jego członek. 

 

Jęknął naprężył się, ale daremnie próbował się uwolnić. Po chwili już leżał na niej. 

 

- Wygrałaś – rzekł, nakrywając ją swym ciałem i spoglądając pociemniałymi oczami. 

 

A  kiedy  wreszcie  w  nią  wniknął,  uleciały  wszelkie  złe  myśli.  Odzyskała  na  powrót 

tego Kristiana, którego pokochała i przyrzekła miłować na dobre i na złe. 
 

Z nim pragnę pozostać, pomyślała. Nawet jeśli Jens żyje. 

 
Rozdział 10 
 
 

Nadszedł  czternasty  dzień  października.  Na  starej  listwie,  na  której  kreskami  i 

obrazkami oznakowano poszczególne cykle w roku, widoczna była przy tej dacie rękawica. 
 

- To znaczy, że dziś wypada pierwszy dzień zimy – Gurine wyjaśniła Marii. 

 

- Nigdy nie zaglądasz do kalendarza? – zapytała Maria. 

 

Gurine, nie dosłyszawszy jej, mówiła dalej. 

 

- Jaka pogoda w pierwszy dzień zimy, taka cała zima. 

 

- To znaczy, że przez całą zimę będzie mało śniegu? – zapytała Maria nieco głośniej. 

 

-  Tak  mówi  mądrość  ludowa  –  odparła  Gurine.  –  Zwyczajowo  też  od  tego  dnia 

zakłada się koniom uprzęże z dzwonkami. 
 

Elizabeth krzątała się razem ze służącymi, przygotowując śniadanie, i przysłuchiwała 

się pogawędkom. 
W  nocy  zabudowania  przykryła  cienka  warstwa  śniegu,  spodziewała  się  jednak,  że  śnieg 
szybko  stopnieje.  Październik  jest  bardzo  kapryśnym  miesiącem  i  można  się  spodziewać 
wszystkiego, łącznie ze sztormem.  
 

-  Z  niechęcią  myślę  o  uboju  –  westchnęła  Nikoline  już  po  raz  czwarty  tego  ranka.  – 

Naprawdę tego nienawidzę – dodała, stawiając z trzaskiem na stole cukierniczkę. 
 

- Ale specjalnie się nie wzbraniasz przed jedzeniem mięsa – dogryzła jej Helne. 

 

Nikoline skrzywiła się i zagadnęła Elizabeth. 

 

- A dlaczego córka komorników miga się od roboty? 

 

Elizabeth odstawiła talerz i spojrzawszy na służącą z rezygnacją, powiedziała: 

 

-  Ona  ma  na  imię  Amanda  i  leży  w  łóżku  z  powodu  zapalenia  płuc.  Jeszcze  to  do 

ciebie nie dotarło? 
 

Nikoline zaczerwieniła się. 

background image

 

44

 

- Oczywiście, ale ile można leżeć? Przecież już dawno przestała kaszleć, gorączki też 

już nie ma. 
 

- Po chorobie jest bardzo osłabiona i musi nabrać sił. Poza tym nie ty, lecz ja jestem 

odpowiedzialna za służące we dworze i ja też decyduję – odparła Elizabeth stanowczo. 
 

Nikoline  zamilkła,  gdyż  do  izby  wszedł  Ole  i  Kristian.  Siedli  u  szczytu  stołu  i 

rozmawiali o uboju, który zaczął się bladym świtem, zanim domownicy wstali.  
 

-  Takie  odgłosy  nie  są  przeznaczone  dla  uszu  kobiet  i  dzieci  –  mówili,  jakby  chcieli 

sobie dodać ważności. 
 

Nieoczekiwanie  w  kuchni  pojawiła  się  Amanda.  Twarz  miała  bladą,  ale  włosy 

starannie  uczesane  i  splecione  w  dwa  warkocze  opadające  na  piersi.  Siląc  się  na  uśmiech, 
rzekła: 
 

- Przepraszam, jeśli przeszkadzam… 

 

-  Ależ,  dziecko!  Co  ty  tu  robisz?  –  odezwała  się  Elizabeth,  podchodząc  do  niej.  – 

Miałam właśnie zanieść ci kaszę. 
 

-  Wiem  –  odpowiedziała,  spuszczając  wzrok.  –  Ale  smutno  mi  tak  samej.  Może 

mogłabym się na coś przydać? Nie mogę tylko leżeć i czekać, aż ktoś mnie obsłuży. 
 

Nikoline pokiwała głową, a Helene, która to zauważyła, trąciła ją mocno łokciem. 

 

-  Jeśli  masz  ochotę  zjeść  śniadanie,  to  oczywiście  możesz  –  rzekła  Elizabeth  i 

pogłaskała dziewczynę łagodnie po policzku. Ale jeśli chodzi o pracę, to już inna sprawa. 
 

- Słyszałam, ze dziś jest ubój – odparła niepewnie Amanda. 

 

-  Tak,  za  chwilę  przyjdzie  twoja  mama  –  odparła  Elizabeth.  –  Chciałbyś  z  nią 

porozmawiać? 
 

- Och tak, jeśli mogę? 

 

Elizabeth  zaśmiała  się  cicho,  domyśliwszy  się  wreszcie,  dlaczego  Amanda  wciąż 

bardzo osłabiona, wstała z łóżka. 
 

-  Oczywiście,  że  możesz.  Gurine  pewnie  ma  coś  do  cerowania,  usiądziesz  z  nią  w 

kuchni i jej pomożesz. 
 

- Siadaj tutaj – odezwał się Ole. Przesunął się trochę i zrobił jej miejsce obok siebie 

przy stole. 
 

Elizabeth  przyjrzała  mu  się  uważniej,  sięgając  po  talerz  i  kubek  dla  Amandy.  Ole 

często zaglądał do dziewczyny na poddasze, gdy leżała chora. Z początku nawet wydawało jej 
się,  że  zbyt  często.  Nie  wypadało,  żeby  młody  siedemnastoletni  mężczyzna  przebywał  w 
pomieszczeniu chorej panny. Ale odniosła wrażenie, że Amanda bardzo sobie ceni jej wizyty. 
Drzwi  były  zawsze  otarte,  Elizabeth  słyszała  więc,  jak  chłopak  jej  czyta  i  jak  razem 
rozmawiają.  Było  coś  wzruszającego  w  tym,  że  poświęcał  dziewczynie  tyle  czasu,  nie 
zaniedbując własnych obowiązków. 
 

-  Weź  więcej  cukru  –  zachęcał  Ole  i  posypał  kaszę  grubą  warstwą  słodkich 

kryształków. 
 

- Uff, co ty robisz? – zapytała Amanda zażenowana. – To marnotrawstwo! 

 

-  Posłuchaj  się,  od  razu  ci  wróci  apetyt  –  wtrącił  się  Kristian.  –  Powinnaś  trochę 

przybrać na wadze. 
 

Ole podsunął bliżej Amandy dzbanek z mlekiem i coś szepnął, ale nikt inny poza nią 

tego nie usłyszał. Elizabeth zauważyła, że dziewczynka oblała się rumieńcem i wbiła wzrok w 
talerz. Czyżby tych dwoje miało się ku sobie? – pomyślała nagle. – Nie, niemożliwe. Ole jest 
już dorosły, a Amanda to jeszcze dziewczynka. Ma zaledwie czternaście lat. 
 

Czyżby  Ole  chciał  ją  nakłonić  do  czegoś,  na  co  ona  nie  jest  jeszcze  gotowa? 

Dziewczyna  dopiero  zaczyna  się  zmieniać,  ledwie  widać  zalążki  piersi.  Jeszcze  nieprędko 
obudzą  się  w  niej  cielesne  tęsknoty.  Dziewczęta  w  tym  wieku  nie  wiedzą  dobrze,  co  może 
łączyć kobietę i mężczyznę. Amanda wprawdzie była przy porodzie matki, ale to co innego. 

background image

 

45

 

Elizabeth  sama  miała  ponad  szesnaście  lat,  gdy  zrozumiała,  że  między  nią  a  Jensem 

istnieje coś więcej niż tylko przyjaźń. 
 

Nagle  Elizabeth  zauważyła,  że  młodzi  ukryli  dłonie  pod  blatem  stołu  i  patrzą  na 

siebie. 
 

Jak ja mogłam pozwolić Olemu przesiadywać u Amandy na strychu? – przeraziła się. 

Czas  najwyższy,  by  dziewczyna  przeniosła  się  do  pokoiku  Heleny.  Tam  przyjaciółka 
przynajmniej jej przypilnuje. 
 

- Nie jesz? – spytał Kristian, trącając ją lekko w bok. 

 

Elizabeth drgnęła. 

 

- Co takiego? Jem, zamyśliłam się tylko przez chwilę. 

 

- O czym tak myślisz? 

 

- O niczym szczególnym. Postanowiłam upiec chleb. Żony komorników, które przyjdą 

pomagać  przy  rozbieraniu  mięsa,  mogłaby  zjeść  z  nami  podwieczorek.  Tym  sposobem 
zaoszczędziliśmy na czasie. 
 

Nie planowała tego wcześniej, tak jej się tylko powiedziało, ale uznała, że to świetny 

pomysł. Dzięki temu nie będzie musiała przez cały czas towarzyszyć kobietom przy dzieleniu 
mięsa, a czuła do tego zajęcia głęboką odrazę. 
 

- Mario, ty dziś pilnujesz Ane! Nie wolno jej wchodzić ani do pralni, ani do obory – 

przykazała siostrze i zaczęła jeść. Kasza co prawda zdążyła wystygnąć, ale wmusiła w siebie 
jeszcze parę łyżek. 
 

- Ane powinna przywyknąć, do tego, że zwierzęta dają nam nie tylko wełnę i mleko  

odparła Maria spokojnie, wychylając kubek. 
 

- A co będzie robić? – spytała Ane, patrząc to na Marię, to na mamę. 

 

- Będziemy robić jedzenie ze zwierząt – odpowiedziała Maria, nim Elizabeth zdążyła 

ją powstrzymywać.    
 

- Co? 

 

Elizabeth wbiła ostrzegawczy wzrok w siostrę i zwróciła się do córeczki: 

 

-  Będziemy  robić  kiełbasy,  rolady  i  mnóstwo  smacznych  rzeczy.  Potrzebujemy  do 

tego mięsa. 
 

Kristian zaśmiał się głośno. 

 

- A to dopiero wyjaśnienie. Twoja mama, chce  powiedzieć, że z niektórych zwierząt 

otrzymamy pożywienie. 
 

Ane pokiwała głową zamyślona, a przyłożywszy rączki do piersi, poprosiła: 

 

Wiem, tylko nie zabierajcie mojej Pusi. 

 

-  Oczywiście,  że  nie  zabierzemy  ci  Pusi  –  roześmiał  się  Kristian,  unikając  wzroku 

Elizabeth. 
 

Helene przerwała tę rozmowę, oznajmiając: 

 

- Nadchodzą kobiety do pomocy. 

 

- Przyślę do ciebie mamę – zwróciła się Elizabeth do Amandy. – Pomyślałam też, że 

mogłabyś się przenieść do pokoiku Helen. Tam jest duże łóżko, zmieścicie się obie. W ciągu 
dnia zanieś swoją pościel. 
 

-  Bardzo  dziękuję!  –  odpowiedziała  Amanda.  –  Będę  miała  przynajmniej  z  kim 

porozmawiać przed snem. 
 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

-  Tak,  będziesz  miała  z  kim  porozmawiać  –  powtórzyła,  postanawiając  pomówić  z 

Olem, jak tylko się nadarzy okazja. 
 

 

 

Gdy weszła do budynku pralni, w którym stał duży piec, mdły zapach krwi uderzył ją 

w nozdrza. Wzdłuż ścian, na ławach, leżały tusze zwierząt. Niektóre już oprawione ze skóry, 
zakrwawione i nagie. 

background image

 

46

 

Rozejrzała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu matki Amandy, a gdy ją zobaczyła, 

rzekła: 
 

- Wasza córka jest w kuchni i bardzo by chciała porozmawiać. 

 

- Nigdy nie zdołam wyrazić wdzięczności za to, co dla niej zrobiliście – odezwała się 

wychudzona kobieta, ale Elizabeth natychmiast jej przerwała. 
 

- Nie ma o czym mówić. Proszę pójść do niej, bardzo się ucieszy, gdy zobaczy mamę. 

 

Kobieta, oddaliła się, ciągle się kłaniając. 

 

Elizabeth  tymczasem  zauważyła,  ze  któreś  z  komorniczych  dzieci  posadzono  do 

mieszania  krwi  i  ogarnęło  ją  współczucie  dla  dziewczynki.  Ona  sama  nienawidziła  tego 
zajęcia, bo od razu zbierało jej się na mdłości. Ale dziewczynka jakoś się wzbraniała. Może 
jest z tych twardych, jak Maria, pomyślała Elizabeth, patrząc na miskę z krwią. Dziewczynka 
mieszała,  gawędząc  i  chichocząc  z  innymi  dziećmi.  Raz  po  raz  podniosła  drewniany  kijek  i 
wyjmowała ohydne śliskie kawałki mięsa. 
 

Elizabeth  poczuła,  jak  mdłości  podchodzą  jej  do  gardła,  a  pot  oblewa  całe  ciało. 

Otworzyła  pośpiesznie  drzwi,  by  wpuścić  trochę  świeżego  powietrza,  i  wzięła  głęboki 
oddech.  Dostała  gęsiej  skórki  i  nie  mogła  opanować  dygotania,  mimo  to  dalej  stała  w 
drzwiach. 
 

- Wydaje mi się, że jest trochę chłodno – odezwała się cicho któraś z krzątających się 

przy mięsie kobiet. 
 

-  Róbcie  swoje,  a  ja  zaraz  wrócę  –  rzuciła  Elizabeth  przez  ramię.  –  Muszę  wyjść  za 

potrzebą. 
 

Szybkim  krokiem  skierowała  się  za  oborę,  nad  rzekę.  Towarzyszyła  jej  tylko  jedna 

myśl: ukryć się, by nikt jej nie widział. Przełykała ślinę, starając się powstrzymać wymioty. 
Od  dzieciństwa  uczestniczyła  przy  rozbieraniu  mięsa,  mimo  to  nie  potrafiła  opanować 
mdłości, kiedy krew i mięso były jeszcze ciepłe. 
 

Oddychając  ciężko,  osunęła  się  na  duże  głaz  przy  brzegu  rzeki.  Drżącą  dłonią  otarła 

twarz i zapatrzyła się przed siebie. Przypomniała sobie tamten dzień przed pięciu laty, kiedy 
poszła  po  wodę  do  rzeki.  Razem  z  Helene  robiły  wtedy  w  pralni  wielkie  pranie.  Sama 
zaoferowała się przynieść wody do płukania, by przy okazji trochę się ochłodzić i odetchnąć 
ś

wieżym powietrzem. 

 

Nagle znalazł się przy niej Leonard i zapytał, czy nie potrzebna jej pomoc. Pomyślała 

wtedy  nawet,  że  koniecznie  musi  opowiedzieć  mamie,  że  sam  bogaty  gospodarz  chciał  jej 
pomagać.  Zawstydzona,  ukłoniła  się  nisko  i  podziękowała  za  propozycję,  mówiąc,  że  sobie 
poradzi.  To,  co  się  wydarzyło  potem,  przypominało  koszmar.  Uciekała,  spódnica  plątała  jej 
nogi,  drewniaki  były  śliskie  i  ciężkie.  Powalił  ją.  Upokorzenie,  akie  czuła,  gdy  nazywał  ją 
dziwką  i  wywłoką,  zapiekło  bardziej  niż  ciosy,  jakie  jej  zdał.  A  bił  mocno.  Poszarpał  nowe 
majtki, z których była taka dumna. Te, które mama szyła misternie i prasowała, zanim postała 
ją na służbę do bogatych ludzi. 
 

Poczuła w ustach słony smak i uświadomiła sobie, że płacze. 

 

Gdy Leonard wdarł się w nią, poczuła przeraźliwy ból, a przed oczami zamigotały jej 

ś

wietliste punkciki. Zupełnie jakby ktoś przecinał ją noże, i odzierał ze skóry. 

 

Potem na drżących nogach dotarła do Helene, zaciskając w dłoni guziki. 

 

Dlaczego on zrobił mi coś takiego? Dlaczego? zadawała sobie to jedno pytanie. 

 

Byłam  wtedy  niewinnym  dzieckiem,  pomyślała,  czując,  jak  z  obrzydzenia  wywraca 

się  jej  żołądek.  Zwymiotowała  wszystko,  co  zjadła  na  śniadanie,  wypłukała  potem  usta  i 
obmyła twarz brzegiem fartucha. 
 

- A ci, zemdliło cię? – usłyszała za plecami głos Nikoline. 

 

- Co ty tu robisz? – zapytała rozgniewana, odwróciwszy się gwałtownie. 

 

-  Przyszłam  nabrać  wody  –  odpowiedziała  służąca  z  miną  niewiniątka  i  napełniła 

wiadro. 

background image

 

47

 

Elizabeth  oddychała  ciężko,  zastanawiając  się,  czy  Nikoline  zauważyła  na  jej 

policzkach ślady łez. 
 

-  Porzuć  wreszcie  ten  nawyk  i  przestań  skradać  się  za  ludźmi  i  podchodzić  do  nich 

znienacka – rzekła Elizabeth, zamierzając odejść. 
 

- Nie dokucza ci czasem ta sama dolegliwość, na jaką cierpiałaś wówczas, gdy byłaś 

jeszcze służącą we dworze? – zapytała Nikoline i popatrzyła jej bezczelnie w oczy. 
 

Elizabeth znieruchomiała. 

 

- O co ci chodzi? 

 

-  O  nic  szczególnego.  Tyle  tylko,  że  mdłości  miewają  na  ogół  kobiety,  które  się 

spodziewają dziecka. 
 

Odwróciła się i zamierzała odejść, ale Elizabeth chwyciła ją za ramię tak mocno, że z 

wiadra chlusnęła woda. 
 

- Posłuchaj mnie, służko! Zachowaj dla siebie swoje uwagi, dobrze ci radzę! Postaraj 

się, bo jeśli będę miała cię dość, to twoja umowa może się okazać nic nie warta! 
 

Nikoline wpatrywała się w nią, mrużąc oczy w wąskie szparki. 

 

- Nie możesz, bo Leonard… 

 

- Leonard nie żyje – przerwała jej Elizabeth. – A ja i owszem, i to ja tu teraz rządzę. 

Wiec nie próbuj nadwerężać mojej cierpliwości. Ostrzegam cię po raz ostatni. 
 

Wypowiedziawszy  te  sowa  zostawiła  Nikoline  i  skierowała  się  pośpiesznie  do 

budynku mieszkalnego.  
 

W korytarzu wpadła na Helene. 

 

-  Przyszłam  tylko  po  drewniane  miski  z  kuchni…  -  wyjaśniła  przyjaciółka  i  urwała. 

Przyjrzała się uważnie Elizabeth. – Coś nie tak? Płakałaś? 
 

- Widać? – spytała Elizabeth, wycierając twarz. 

 

- Trochę – odparła Helene. 

 

Elizabeth  odetchnęła  głęboko  i  rozejrzała  się  wokół  pośpiesznie,  by  sprawdzić,  czy 

tym razem nie ma kogoś w pobliżu. 
 

- Zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałam. 

 

- Spodziewasz się dziecka? 

 

- Nie, na pewno nie. Po prostu nie mogę znieść zapachu ciepłej krwi i świeżego mięsa. 

Nawet gdy pomyślę, od razu mnie mdli. – Ściszyła głos i dodała: - Pobiegłam nad rzekę, ale 
gdy  przez  chwilę  oddychałam  świeżym  powietrzem,  przypomniał  mi  się  tamek  dzień,  gdy 
Leonard… 
 

Helene poklepała ją po ramieniu i wyszeptała czule: 

 

- Biedactwo. 

 

Elizabeth przełknęła głośno ślinę. 

 

- Nikoline nadeszła znienacka i musiała widzieć, jak wymiotowałam, bo zapytała, czy 

to ta sama dolegliwość, na którą cierpiałam, gdy byłam tu na posadzie służącej. 
 

-  Niemożliwie!  –  zawołała  Helene,  zakrywając  usta  dłonią.  Zaraz  jednak  spytała 

szeptem: - A co ty jej odpowiedziałaś? 
 

-  Przywołałam  ją  do  porządku.  Ale  byłam  strasznie  zaskoczona.  Nie  spodziewałam 

się, że ona może coś o tym wiedzieć. 
 

- Nie, no jasne – odparła Helene zamyślona. – Ale mnie się zdaje, że ona nic nie wie. 

Inaczej już dawno byłoby o tym głośno. Ale może ja… 
 

- Nie – przerwała jej Elizabeth, domyślając się, co chce powiedzieć Helene. – O nic jej 

nie wypytuj! Zachowuj się tak, jakby naszej rozmowy nie było. A ja tymczasem zastanowię 
się, jak ją podejść. 
 

Helene zgodziła się niechętnie, a potem skierowała się z powrotem do pralni. 

 

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – mruknęła do siebie pod nosem. 

 

background image

 

48

 
 

- Jak to dobrze, że w Dasrud pojawili się na służbie młodzi, którzy będą mogli powoli 

przejąć obowiązki – odezwała się Gurine, kiedy Elizabeth wyrabiała ciasto na chleb. 
 

- Co masz na myśli? – zapytała Elizabeth, spojrzawszy na staruszkę. 

 

- Dwór potrzebuje młodej kucharki i młodych służących. Tak, tak… Moje oczy już nie 

są takie, jak były kiedyś. Bogu dziękować, że do cerowania trafiła mi się dziś Amanda. Dobre 
z ciebie dziecko. 
 

-  Mam  czternaście  lat  i  na  wiosnę  pójdę  do  konfirmacji  –  odpowiedziała  Amanda 

lekko urażona. 
 

- Co ty powiesz? Aż czternaście? Och, młodzi, młodzi – Gurine ogarnęła wesołość i 

poklepała się po udach. – A może masz też już ukochanego? 
 

Amanda  ukłuła  się  i  włożyła  palce  do  ust.  Z  pewnym  ociąganiem  pokiwała  głową  i 

odparła: 
 

-  Tak,  chyba  tak.  On  w  każdym  razie  mówi,  że  mnie  bardzo  lubi.  Mogę  więc  chyba 

uznać go za mojego chłopaka. 
 

Elizabeth korciło, by zapytać, czy to Ole, ale się powstrzymała. 

 

Gurine zapatrzyła się zamyślona, a potem ostrzegła: 

 

- Tylko bądź ostrożna, żeby nie zajść w ciążę, zanim nie wyjdziesz za mąż. 

 

Elizabeth zesztywniała. Na szczęście była odwrócona plecami. 

 

-  Jeszcze  przez  kilka  lat  nie  myślę  wychodzić  za  mąż  ani  mieć  dzieci  –  prychnęła 

Amanda. – Najpierw muszę pójść do konfirmacji. 
 

Ty naiwna mała istoto, pomyślała Elizabeth i westchnęła. Konfirmacja? Nawet po tej 

uroczystości  pozostaniesz  dzieckiem.  Ciekawe,  czy  skończy  tak  jak  jej  matka,  w  skrajnej 
biedzie, z gromadką jedenaściorga dzieci do wychowania. 
 

Gurine przerwała jej rozmyślania. 

 

- Przypomniała mi się pewna para rodzeństwa z Lofotów, której urodziło się dziecko. 

 

- Co? – Elizabeth aż się odwróciła. Rodzeństwu  urodziło się dziecko? Ich dziecko? 

 

Gurine pokiwała głową, a Amanda skrzywiła się i rzekła z odrazą: 

 

- Fuj, jak mogli? 

 

Stara kucharka westchnęła. 

 

-  To  był  w  tysiąc  osiemset  dwudziestym  ósmym  roku.  Pracowałam  jako  służąca  w 

pewnym  dworze  niedaleko  miejsca,  gdzie  to  się  zdarzyło.  Byłam  wtedy  młoda,  miałam 
zaledwie dwadzieścia osiem lat. 
 

Elizabeth obliczyła szybko w myślach, że obecnie Gurine skończyła sześćdziesiąt pięć 

lat. 
 

- A ile lat miało rodzeństwo? – zapytała. 

 

- Ona dwadzieścia cztery, a on był o trzy lata starszy, ale Bóg poskąpił im rozumu. To 

było dwoje biedaków, mieli nie po kolei w głowie i nie wiem, czy w ogóle chodzili do szkoły. 
Ktoś,  kto  przysłuchiwał  się  rozprawie  sądowej,  opowiedział  mi  o  tym.  Powtórzył  też  słowa 
sędziego.  –  Wyprostowała  się  i  wyrecytowała  z  pamięci:  -  Tych  dwoje  nieszczęśników, 
bezrozumnych  i  niewyuczonych  w  chrześcijańskiej  nauce,  nie  potrafiło  odeprzeć  pokusy  i 
dopuściło się zarzucanego im czynu. Te słowa wbiły mi się w pamięć. Teraz ciągle o czymś 
zapomniałam, ale to wciąż pamiętam. Biedne dziecko umarło w miesiąc po narodzeniu. 
 

- A oni się pobrali? – zapytała Amanda. 

 

- Nie, skąd, zawirowałaś dziecino? Oboje zostali skazani na śmierć za to, że dopuścili 

się kazirodztwa.  
 

Elizabeth przeszły ciarki po plecach. Skazani na śmierć, pobrzmiewało jej w uszach. 

Jak ci biedni ludzie musieli się bać! O czym myśleli, gdy zapadł wyrok? Jak długo siedzieli w 
lochu i czekali? Podziękowała Stwórcy raz jeszcze za ro, że dowiedziała się, iż nie jest winna 
ś

mierci Leonarda. 

background image

 

49

 

- Opowiedz coś jeszcze – poprosiła Amanda. 

 

- W innej znów wsi żył sobie stary chłop – ciągnęła Gurowe. – Gdy miał sześćdziesiąt 

sześć lat dwudziestopięcioletnia córka pasierba urodziła mu dziecko. 
 

Ta  dziewczyna  zapewne  została  wzięta  gwałtem  tak  jak  ja,  pomyślała  Elizabeth  i 

zapytała: 
 

- I co się z nią stało? 

 

- Spotkała ich taka sama kara, oboje zostali straceni. 

 

-  Ale  ich  przecież  nie  łączyło  pokrewieństwo!  –  stwierdziła  Amanda  poruszona  i 

zaniosła się kaszlem. 
 

Ona  jeszcze  całkiem  nie  wyzdrowiała,  pomyślała  Elizabeth.  Musze  jej  przyrządzić 

wywar z ziół. 
 

- Owszem, pasierb był wtedy traktowany jako krewny – odpowiedziała Gurine. 

 

- Dość już tych opowieści – oznajmiła stanowczo Elizabeth i przykryła ciasto szmatką. 

– Gurine, weź marchew ze spiżarni i obierz. Ziemniaki ja przyniosę. Co powiesz, na soloną 
rybę z marchwią i stopionym masłem na obiad, Amando? 
 

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, 

 

- W powszedni dzień? Ależ to pańskie jedzenie! 

 

- Za moich młodych lat tak nie bywało – mruknęła Hurine, kierując się do spiżarni. 

 

A  kiedy  Elizabeth  zeszła  do  piwnicy,  znów  przypomniała  jej  się  Nikoline.  Powoli 

rodził się w jej głowie pewien plan. 
 
Rozdział 11 
 
 

Minęło parę dni, nim udało jej się ów plan zrealizować. 

 

-  Helene,  muszę  pomówić  z  tobą  n  osobności  –  rzekła  Elizabeth  któregoś  dnia 

przedpołudnia, gdy były w kuchni same. 
 

Przyjaciółka w mig się zorientowała, o co chodzi i podjęła grę. 

 

- To coś ważnego? – zapytała. – No, bo wiesz, akurat jestem zajęta… 

 

-  Muszę  ci  o  tym  powiedzieć  –  przerwała  jej  Elizabeth.  –  Coś  się  stało  –  dodała, 

prowadząc przyjaciółkę do salonu. 
 

Wskazała Helene krzesło, sama zaś stanęła pośrodku pomieszczenia. 

 

- Wydaje mi się, że ktoś zna moją tajemnicę o Ane – zaczęła Elizabeth. 

 

-  A  któż  mógłby  coś  wiedzieć?  –  zapytała  Helene,  a  jej  zdumienie  zabrzmiało 

szczerze. 
 

- Myślę, że Nikoline wie o wszystkim. Tego dnia, gdy mieliśmy ubój we dworze, źle 

się poczułam, a ona powiedziała mi wtedy, że wie, iż byłam brzemienna, gdy pracowałam we 
dworze jako służąca. 
 

Helene zamilkła na chwilę, po czym spytała: 

 

- Myślisz, że zamierza powiedzieć komuś o tym? 

 

-  Nie  wiem.  Kristian  wie,  oczywiście,  że  spodziewałam  się  dziecka,  gdy  byłam  na 

posadzie  w  Dalsrud,  a  co  powieszą  inni  właśnie  mnie  nie  obchodzi.  W  końcu  to  nie  jest 
znowu takie straszne. 
 

Mówiąc  to,  przechadzała  się  po  salonie,  przestawiała  ozdoby,  poprawiała  obrusy  i 

serwety. 
 

- To dlaczego nie powiesz jej tego wprost? Przestałabyś się zadręczać i  skończyłyby 

się tajemnice – rzekła Helene. 
 

- No, nie wiem – wahała się Elizabeth. – To taki wstyd, że zaszłam w ciążę z Jensem, 

zanim dostałam posadę w Dalsrud! Przecież nie byliśmy wtedy jeszcze zaręczeni. 

background image

 

50

 

Wstrzymała  oddech,  by  nie  wybuchnąć  śmiechem,  bo  kątem  oka  dostrzegła  w 

uchylonych  drzwiach  fartuch  Nikoline.  Celowo  ich  nie  zamknęła.  Była  niemal  pewna,  że 
służąca nie zdoła się powstrzymać przed podsłuchiwaniem. 
 

-  Ale  przecież  wzięliście  ślub!  –    Helene  mówiła  głośno,  by  służąca  usłyszała.  –  A 

mało to dziewcząt rodzi panieńskie dzieci? Nie, jeśli cię ktoś spyta, to powiedz jak było, i nie 
zawracaj sobie głowy takimi głupstwami. 
 

-  Chyba  masz  rację  –  odparła  Elizabeth.  –  Trochę  mi  ulżyło,  gdy  z  tobą  o  tym 

porozmawiałam. Dziękuję za radę. Wracajmy już do naszych zajęć. 
 

Kątem oka zauważyła, że Nikoline na palcach odchodzi. 

 

- No, to ma teraz nad czym rozmyślać – szepnęła do Helene. 

 

-  Pozostaje  tylko  mieć  nadzieję,  ze  złapała  przynętę,  bo  z  tą  służką  nigdy  nie 

wiadomo. 
 

Rzeczywiście, za Nikoline trudno nadążyć. Zobaczymy, co przyniesie czas, pomyślała 

Elizabeth. 
 
 

Amanda  szybko  powracała  do  zdrowia,  a  gdy  nadszedł  listopad  pracowała  już  na 

równi  ze  wszystkimi.  Któregoś  dnia  Elizabeth  w  drodze  do  stodoły  usłyszała  dziewczęcy 
ś

miech dolatujący z zagrody dla koni. Odruchowi cofnęła się i ukryła w cieniu. 

 

Znów rozległ się perlisty śmiech, teraz już ni ma wątpliwości, że to Amanda. Nikt nie 

ś

mieje się tak radośnie jak ona. Ta dziewczyna jest doprawdy wyjątkowa, we wszystkim co 

robi, potrafi dostrzec coś zabawnego, pomyślała Elizabeth, przypomniawszy sobie, jak kiedyś 
pracowały razem przy wykopkach. – Chuda dziewczynka powiedziała wówczas: Popatrz jaki 
wielki ziemniak! Wystarczyłby pewno na obiad dla całej naszej rodziny. Albo jak opowiadała 
o swoich bliskich: Mam dziewięcioro rodzeństwa. Pomyśl, tyle dzieci, ile ja mam lat. 
 

Zaciekawiona,  co  tak  rozbawiło  Amandę,  Elizabeth  wciągnęła  szyję  i  wyjrzała 

ostrożnie z ukrycia. Usłyszała głos Olego: 
 

- Co byś chciała dostać na Boże Narodzenie, Amando? 

 

- Nic. 

 

-  I  tak  dostaniesz  prezent,  bo  mam  trochę  oszczędności.  Nie  stać  mnie  może  na  coś 

drogiego, ale… 
 

- A ty, co byś chciał? – zapytała pośpiesznie Amanda. 

 

-  Rękawice  palczatki,  żeby  mi  nie  marzły  ręce,  kiedy  popłynę  zimą  na  łowisko. 

Mogłabyś  wpleść  tam  trochę  swoich  włosów,  wtedy  będę  mocne  i  dobre…  i  będą  mi 
przypominały o tobie za każdym razem, gdy je włożę na ręce. 
 

Elizabeth osłupiała. Ona wplatała kosmyki  włosów w rękawice Jensa i  Kristiana, ale 

dopiero gdy byli małżeństwem. A więc jednak jest tak, jak się obawiała! 
 

Ole zaś mówił dalej: 

 

- Kupię ci coś, jak będę na połowach w Storvaagen. Tylko powiedz, co sobie życzysz? 

 

- Nie trwoń na mnie pieniędzy! – odpowiedziała Amanda 

 

- Ależ tak! No, co byś chciała: jedwabny szal, postyllę czy… 

 

To  zaszło  już  za  daleko,  stwierdziła  Elizabeth  i  już  chciała  wyjść  z  ukrycia,  gdy 

usłyszała odpowiedź Amandy: 
 

-  Byłoby  mi  bardzo  miło,  gdybyś  mi  przywiózł  tutkę  karmelków.  Mogłabym  się 

podzielić z moim młodszym rodzeństwem. 
 

Elizabeth przypomniała sobie teraz, że miała zamiar porozmawiać poważnie z Olem, 

ale całkiem wyleciało jej to z głowy. Zresztą nie zauważyła, żeby ci dwoje spędzali ze sobą 
zbyt wiele czasu, uznała więc, że już im minęło. Ależ się pomyliła! 
 

Popchnęła łopatę, a gdy spadła, robiąc hałas, w jednej chwili młodzi znaleźli się przy 

Elizabeth. Udawała, ze jest zaskoczona. 

background image

 

51

 

- O, tu jesteś, Amadno! Właśnie zamierzałam się rozejrzeć za tobą. Gurine potrzebuje 

twojej pomocy w kuchni – rzekła łagodnie z uśmiechem. 
 

Amanda dygnęła i zniknęła, ale gdy Ole zamierzał wyjść za nią, Elizabeth chwyciła go 

za ramię. Jakże on wyrósł i wyprzystojniał przez te ostatnie lata, pomyślała. Nic dziwnego, że 
Amanda jest nim zauroczona. 
 

-  Domyślam  się,  że  coś  czujesz  do  Amandy  –  zaczęła  Elizabeth,  wbijając  wzrok  w 

parobka. 
 

Spuścił na chwilę głowę, ale zaraz spojrzał na nią i potwierdził skinieniem. 

 

- Tak, jest mi bardzo droga, ale nie zaniedbuję przez to pracy. 

 

- Nie o to mi chodzi – rzekła z powagą Elizabeth. 

- Nie podoba mi się, że smalisz do niej cholewki. 
 

Ole spojrzał na nią ostrym wzrokiem, a wargi zacisnęły się w wąską kreskę. 

 

- Nie rozumiem, o co wam chodzi. 

 

- Amanda jest jeszcze dzieckiem, ma dopiero czternaście lat, a ty już jesteś dorosłym 

młodzieniaszkiem. Muszę wyjaśnić to dokładniej? 
 

Na policzkach Olego pojawił się lekki rumieniec. 

 

- Nie – odparł i zamilkł na chwilę, po czym dodał: 

- W przyszłym roku Amanda pójdzie do konfirmacji. 
Wnet będzie dorosła. Czasz szybko płynie. 
 

- Owszem, ale jeszcze szybciej pojawia się męska chuć.  

 

Sama  była  zaszokowana,  że  zdobyła  się  na  wypowiedzenie  takich  słów,  ale  zależało 

jej, by nie pozostawić żadnych wątpliwości. 
 

- Mam nadzieję, że rozumiesz powagę tego, co mówię, Ole. 

 

- Wiem w każdym razie, że Amanda wiele dla mnie znaczy. Będę jej pilnował i się o 

nią troszczył, na ile to w mojej mocy. Nie chcę, by jej się stało coś złego. 
 

Elizabeth ścisnęła mocniej jego ramię i wycedziła: 

 

-  Biada  ci,  jeśli  skrzywdzisz  Amandę,  albo  jeśli  przez  ciebie  popadnie  w  kłopoty. 

Ostrzegam, że nie będę miała wówczas dla ciebie litości. Zapamiętaj to sobie! 
 

Puściła jego ramię i spodziewała się, że chłopak odejdzie, on jednak nie ruszył się z 

miejsca. 
 

- Nie jest mi trudni przyrzec, że jej nie skrzywdzę – rzekł z powagą, po czym wyszedł. 

 

Z  jakiegoś  powodu  Elizabeth  czuła,  że  Ole  zaopiekuje  się  Amandą,  choć  w  takich 

sprawach  nigdy  nie  można  mieć  do  końca  pewności.  Życie  jest  pełne  niespodzianek,  czego 
sama wielokrotnie doświadczyła. 
 
 

Nie zawsze mieli czas, by wybrać się w niedzielę do kościoła, ale czasami udawali się 

na  nabożeństwo.  Pomimo  zmęczenia  po  całym  tygodniu  pracy,  gdy  wkładali  odświętne 
ubrania ogarniał ich podniosły nastrój. 
 

Elizabeth zerknęła w lustro, zastanawiając się, czy by nie założyć jedwabnej chustki, 

prezentu  od  Jensa.  Ostatecznie  zrezygnowała  i  zerknąwszy  na  górną  szufladkę  w  toaletce, 
postanowiła przypiąć broszkę otrzymaną od Kristiana, by ucieszyć męża. 
 

Jakież  było  jej  zdziwienie,  gdy  się  okazało,  że  broszka  nie  leży  na  swoim  miejscu. 

Poszperała  dokładniej,  ale  jej  nie  znalazła.  Drżącymi  rękami  otwierała  kolejne  szufladki  i 
sprawdzała  ich  zawartość.  Kolana  się  pod  nią  ugięły,  ale  wciąż  nie  traciła  nadziei  na 
odnalezienie ozdoby. 
 

-  Niedawno  zginął  jej  grzebień  do  włosów.  Czy  to  możliwe,  by  ona,  która  zwykle 

trzyma wokół siebie taki porządek, zapodziała nagle dwie rzeczy? I to takie, które są dla nie 
bardzo cenne? 
 

Uklękła i zajrzała pod łóżko. W tym momencie wszedł Kristian. 

 

- Szukasz czegoś? 

background image

 

52

 

- Tak – odpowiedziała drżącym głosem, czując, ze w gardle całkiem jej zaschło. – Nie 

mogę znaleźć broszki, którą mi podarowałeś w ubiegłym roku na Boże Narodzenie. Leżała… 
zawsze w górnej szufladce toaletki, ale teraz jej tam nie ma. 
 

Wstrzymała oddech, on zaś podszedł do toaletki i spytał: 

 

- Szukałaś wszędzie? 

 

-  Tak  –  odparła  ostrzejszym  tonem,  niż  zamierzała.  –  Przeszukałam  wszystkie 

szuflady, ale broszki nie znalazłam. 
 

Kristian przystanął i stwierdził, patrząc na nią uważnie. 

 

- Czymś się martwisz. 

 

Jak on mnie już dobrze zna, pomyślała Elizabeth, a na głos odpowiedziała: 

 

-  Zgubiłam  też  mój  srebrny  grzebień.  Może  po  prostu  odłożyłam  w  innym  miejscu? 

Ostatnio miałam na głowie tyle spraw. 
 

- Nie – odparł. – Nikt nie ma takiego porządku w swoich rzeczach jak ty. 

 

- Podejrzewasz, że ktoś ukradł mi grzebień i broszkę? – spytała niepewnie. 

 

-  Tak,  i  dowiem  się  kto,  obojętnie,  ile  czasu  miałoby  mi  to  zabrać  –  odpowiedział 

stanowczo, schodząc po schodach. 
 

-  Poczekaj,  Kristianie  –  porosiła.-  Nie  rób  niczego  pochopnie!  Przecież  całkiem 

możliwe, że sama gdzieś zapodziałam te przedmioty. 
 

Na dole wszyscy już stali gotowi do wyjścia. Kiristian stanął na najniższym stopniu i 

oznajmił: 
 

- Zanim udany się do kościoła, mam wam coś do powiedzenia. 

 

Elizabeth poczuła się zakłopotana, przekonana, że mąż postępuje niewłaściwie, 

 

- Elizabeth zginął srebrny grzebień, a teraz broszka. 

 

Rozległ się cichy pomruk 

 

-  Nie  rzucam  na  nikogo  podejrzeń  –  ciągnął  Kristian.  –  proszę  jedynie,  byście  mieli 

oczy szeroko otarte. Zapewne ozdoby te leżą w jakimś innym miejscu. 
 

Znów dało się słyszeć szmer i rozmowy. Elizabeth szybko więc dodała: 

 

- Teraz już śpieszmy się, żeby zdążyć na nabożeństwo. 

 
 

Helene zwolniła nieco kroku i na moment została z Elizabeth sama. 

 

- Mimo że Kristian był tak miły i nie wypowiedział tego na głos, wszyscy domyślamy 

się, że doszło do kradzieży. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co powiedzieć, 

 

- Przecież ty nigdy byś nie zgubiła czegoś tak cennego – dodała Helene cicho. 

 

Kolejna już osoba mówi mi to samo, pomyślała Elizabeth. 

 
Rozdział 12 
 
 

-  Zjemy  i  wracamy  do  porządków  –  zapowiedziała  Elizabeth,  przygryzając 

podpłomyki. 
 

U  schyłku  listopada  przygotowania  do  świąt  odciągnęły  uwagę  Elizabeth  od 

zaginionych  przedmiotów.  Zaginionych,  nie  skradzionych,  tak  wolała  o  nich  myśleć. 
Elizabeth  mimo  woli  obserwowała,  kto  pilnuje  swoich  rzeczy,  a  kto  nie,  wychodząc  z 
założenia, że złodziej nie bałby się, że coś mu zginie. Nic w ten sposób nie odkryła. 
 

Ta  sprawa  męczyła  wszystkich  domowników  z  ulgą  więc  dali  pochłonąć  wirowi 

przedświątecznych porządków. 
 

-  Amanda,  ty  posprzątasz  pokój,  który  zajmujesz  z  Helene  –  rozdzielała  obowiązki 

Elizabeth – a Helene posprząta u Gurine. Ty, Nikoline, zrobisz porządek w izbie parobków. 
 

Nikloine wypuściła z ręki widelec, aż stuknęło o blat stołu. 

background image

 

53

 

-  Dlaczego  wszyscy  mogą  sprzątać  w  domu  mieszkalnym,  a  ja  muszę  wychodzić  na 

dwór? 
 

Elizabeth wbiła w nią wzrok. 

 

- Dlatego, że tak zdecydowałam. 

 

Jedli przez chwilę w milczeniu, po czym Elizabeth podjęła na nowo: 

 

- Ja sprzątnę strych,  a ty, Mario zaopiekujesz się Ane i przy okazji pomożesz trochę 

Amandzie. 
 

Siostra pokiwała głową, Gurine zaś chrząknęła niepewnie i zaproponowała: 

 

- Ja bym się mogła zająć Ane, odciążyłam trochę Marię, 

 

- Jeśli chcesz – zgodziła się Elizabeth, myślami krążąc już gdzie indziej. 

 

Zza szczytów napływały ciężkie chmury. Sądziła, że dobra pogoda utrzyma się nieco 

dużej,  i  zdążą  wytrzepać  na  śniegu  chodniki.  Co  i  rusz  zastanawiała  się  jak  zdążą  ze 
wszystkim  do  świąt.  Uśmiechała  się  blado,  przypominając  sobie,  że  dokładnie  takie  same 
obawy  żywiła  w  ubiegłym  roku,  a  także  wcześniej,  gdy  mieszkała  w  Dalen,  gdzie  nie  było 
tyle pracy co tu, we dworze, 
 

Kristian wyrwał ją z zamyślenia. 

 

- Spodziewam się, że wrócimy po południu przed posiłkiem. 

 

- A gdzie ty się wybierasz? – zapytała i popatrzyła na niego zdezorientowana. 

 

-  Płyniemy  z  Olem  opróżnić  sieci,  które  zarzuciliśmy  wczoraj.  Przecież  już  ci 

mówiłem, 
 

- Teraz wypływacie? Nie widzisz, jak się chmurzy? 

 

- Nie ma rady, musimy wyłowić sieci – rzekł stanowczo. 

 

Elizabeth  zamilkła,  bo  nie  chciała,  by  służące  były  świadkami  sprzeczki  między 

gospodarzami, a poza tym wiedziała, że mąż i tak nie ustąpi. 
 

Dopiero, gdy po skończonych posiłku wszyscy odeszli od stołu, odciągnęła Kristiana 

na korytarz i powiedziała z naciskiem: 
 

- Mam nadzieję, że wiesz co robisz. Widziałeś te ciężkie chmury? 

 

- Uspokój się, proszę. Przecież nie wybieram się  w rejs do Ameryki,  a jedynie tu na 

fiord. Poza tym nie przy takiej niepogodzie już wypływałem – dodał, tarmosząc delikatnie jej 
policzki. 
 

- Pewnie tak – mruknęła i podała mu parę suchych rękawic. – Tylko ubierz się ciepło. 

 

Odpowiedział ze śmiechem: 

 

- Przyrzekam, ze będę ostrożny. 

 
 

Nikoline,  wyraźnie  skwaszona,  dodała  do  wiadra  z  zimną  wodą  trochę  wrzątku,  by 

woda była ciepła. Szarpnęła wiadrem i pochlapała podłogę. 
 

- Masz mniej roboty, to zetrzyj – nakazała Amandzie. 

 

-  Chyba  jednak  sama  będziesz  musiała  zetrzeć  to,  co  nachlapałaś  –  oświadczyła 

Elizabeth  stanowczo.  –  A  ponieważ  nie  szanujesz  cudzej  pracy  i  tak  lekkomyślnie  trwonisz 
wodę,  to  zanim  się  zabierzesz  do  porządków  w  izbie  dla  parobków,  sama  przynieś  kilka 
wiader. 
 

- Wydaje mi się, że jesteś wobec niej zbyt surowa, - mruknęła Gurine ostrożnie. 

 

- Zasłużyła na to – rzekła Helene i skierowała się do pokoju kucharki. 

 

Elizabeth  pośpiesznie,  jakby  uciekła,  chwyciła  swoje  wiadro  i  podążyła  na  strych. 

Czuła  się  zmęczona  po  długich  pracowitych  dniach,  bolały  ja  ramiona.  Kristian  złościł  się 
trochę  na  nią.  Uważał,  że  mogłaby  więcej  odpoczywać,  ale  ona  na  to  nie  zważała.  Nie 
przywykła siedzieć z założonymi rękoma. Zresztą, żeby zdążyć z przygotowaniami do świąt, 
sama  musi  się  też  włączyć  do  pracy.  Gniewało  ją,  kiedy  Nikoline  narzekała,  bo  ona, 
gospodyni, kładła się codziennie jako ostatnia.  
 

Odwróciła się, usłyszawszy chrząknięcie za plecami. 

background image

 

54

 

- A czego ty znowu chcesz, Nikoline? – zapytała Elizabeth zmęczonym głosem. 

 

- Parobek z Sørgården pyta, czy może pożyczyć konia. Mają do zwiezienia drewniane 

bale z poręby, a ich koń okulał. 
 

-  Dobrze,  niech  weźmie,  ale  tego  czarnego.  Kobyła  dawno  nie  była  zaprzęgana, 

zaszkodziłoby jej, gdyby musiała ciągnąć ciężkie bale. 
 

- Przecież wiem! W końcu to ja zajmuję się zwierzętami – odparła Nikoline i zniknęła, 

nim Elizabeth zdążyła przywołać ją do porządku. 
 

Kiedy  już  umyła  ściany,  co  należało  uczynić  delikatnie,  by  nie  zniszczyć  tapet, 

całkiem  zesztywniał  jej  kark  i  rozbolało  ją  w  krzyżu.  Porządki  w  pokoju  dziewczynek 
postanowiła odłożyć na następny dzień. Nie chciała tego zlecać służącym. 
 

Zmieniła  pościel,  wytarła  na  mokro  i  poukładała  w  szufladach  i  w  szafkach. 

Pochłonięta pracą nie zauważyła, kiedy nadszedł wieczór. Ocknęła się dopiero, gdy Amanda 
otworzyła drzwi i drżącym zakomunikowała: 
 

- Koń zachorował. 

 

- A co się stało? – zaniepokoiła się Elizabeth. 

 

-  Nie  wiem.  Leży  w  zagrodzie  i…  Chodź,  proszę!  –  dodała  zdławionym  głosem.  – 

Zaproponowałam  Nikoline,  że  zrobię  za  nią  obrządek,  skoro  ona  ma  inne  zajęcia.  I  wtedy 
zobaczyłam, że koń jest chory, 
 

- A gdzie Kristian i Ole? – zapytała Elizabeth, obawiając się odpowiedzi. 

 

- Jeszcze nie wrócili. 

 

Więcej nie dam rady znieść, pomyślała, czując, jak uchodzą z niej siły. Zaraz jednak 

się opanowała, odłożyła szmatę i oznajmiła: 
 

- Już idę. 

 

Wyszły  na  dwór  i  zmagając  się  z  silnym  wiatrem  smagającym  je  po  twarzach, 

skierowały  się  w  stronę  obory.  A  jednak  miałam  rację  spodziewając  się  zamieci,  pomyślała 
Elizabeth, posyłając niemą modlitwę do Boga, by chronił rybaków, których niepogoda złapała 
na morzu. 
 

Gdy  zobaczyła  leżącą  w  zagrodzie  kobyłę,  ogarnęła  ją  panika.  Zwierzę  wywracało 

oczami,  a  brzuch  miało  wzdęty  i  twardy.  Rżało  z  bólu  i  zarzucało  łbem.  Ze  współczucia 
Elizabeth  ścisnęło  serce.  Podeszła  bliżej,  próbując  przemówić  spokojnie  do  zwierzęcia,  ale 
kobyła wierzgnęła kopytami w przegrodę, aż posypały się wióry. 
 

- Co jej jest? – zapytała niepewnie Amanda. 

 

- Wzdęło ją – odpowiedziała Elizabeth z udawanym spokojem w głosie. 

 

- Może zdechnąć – stwierdziła Amanda i rozpłakała się. Elizabeth nie była w stanie jej 

pocieszyć. Pomyślała, że na to teraz nie pora. 
 

- Zaraz wracam – zawołała, i ruszyła biegiem przez dziedziniec. Wpadła do izby, nie 

zważając, że zostawiła na podłodze mokre ślady śniegu i błota. Drżącymi dłońmi przestawiała 
butelki  z  winem  i  koniakiem,  wreszcie  znalazła  to,  czego  szukała.  Następnie  wpadła  do 
kuchni i spiżarni. 
 

- Bój się Boga! – wyrwało się Gurine, gdy spojrzała na butelkę wódki, którą Elizabeth 

trzymała w ręce. 
 

- Gdzie tran? 

 

- Tran? – powtórzyła jak echo Gurine. 

 

-  Tak  –  krzyknęła  Elizabeth  zniecierpliwiona  i  natychmiast  pożałowała  swojego 

wybuchu.  –  Przepraszam,  ale  kobyła  zaniemogła  –  dodała  łagodniejszym  tonem.  –  Wczoraj 
przelałam tran do butelki i postawiłam ją tu na ławie… 
 

-  Jest  na  najniższej  półce  po  lewej  stronie  –  odpowiedziała  pokornie  kucharka  i 

odsunęła się na bok, ustępując miejsca wybiegającej Elizabeth. 
 

Gdy wróciła do obory, zastała Amandę siedzącą na stołeczku i zalewającą się łzami. 

background image

 

55

 

-  Kobyła  na  pewno  zdechnie  –  szlochała.  –  Tata  opowiadał  nam  kiedyś,  jak  konia 

wzdęło i zdechł. 
 

-  Póki  co  jeszcze  żyje  –  oświadczyła  Elizabeth,  mieszając  wódkę  z  tranem.  –  Teraz 

musisz mi pomóc, Amando. Stań za przegrodą i sprawdź, czy zdołasz utrzymać uzdę. 
 

- Ale ty chyba nie wejdziesz do środka – zapytała Amanda przerażona. 

 

- Owszem, trzymaj! 

 

W  paru  susach  Elizabeth  znalazła  się  przy  kobyle,  siadła  jej  okrakiem  na  karku  i 

wsunęła zwierzęciu do pyska butelkę. 
 

- Trzymaj! – zawołała do Amandy, wlewając płyn. 

Koń  odsłonił  wielkie  żółte  zęby  i  trochę  zwartości  rozlało.  Zeskoczyła  zadowolona,  w 
ostatniej chwili unikając silnego kopnięcia. 
 

- Co jej podałaś? – zapytała Amanda, ocierając twarz rękawem. 

 

- Tran z wódką. Słyszałam, ze to pomaga, 

 

- Może pobiegnę po kogoś z sąsiadów – zaproponowała niepewnie Amanda. 

 

- Nie, nie trzeba. Sama sobie poradzę, przynieś tylko linkę! Wisi tam w przejściu. 

 

- Do czego ci potrzebna linka? 

 

- Rób, co ci każę! 

 

Amanda  natychmiast  wykonała  polecenie.  Elizabeth  przywiązała  linkę  do  uzdy  i 

wyjaśniła dziewczynie: 
 

- Teraz podejdziesz z boku i zaczniesz pchać kobyłę, ile sił ci starczy. Nie bój się, z 

tamtej strony cię nie kopnie – dodała, by ją uspokoić, a sama z walącym  sercem podeszła z 
drugiej strony. Gdyby zwierzę ją kopnęło, mogłoby jej połamać nogi. Nie było jednak czasu 
na sprowadzenie pomocy. Zresztą nic innego nie się zrobić. 
 

- Wstawaj! – wydała koniowi stanowcze polecenie i pociągnęła za linkę. – No, dalej! 

 

Zdawało się, że kobyła rozumie, że chce jej pomóc, bo zarżała, wywracając ślepia. 

 

- Jak ona cierpi! – rozpłakała się na nowo Amanda. 

- Zostawmy ją lepiej. 
 

- Za nic w świecie. Jeśli chcemy ocalić kobyłę, to trzeba ją zmusić, by stanęła na nogi. 

 

-  To  wszystko  moja  wina  –  chlipała  dziewczyna  i  opadła  na  kolana  przy  końskim 

grzbiecie. 
 

-  Przestań  się  rozklejać  i  lepiej  mi  pomóż!  –  upomniała  ją  bezlitośnie  Elizabeth  i 

zaparłszy  się  o  ścianę  pociągnęła  z  całych  sił.  –  Wstawaj!  Natychmiast!  –  krzyczała  na 
potężne zwierzę. 
 

Koń  posłuchał  i  podźwignąwszy  się  z  wysiłkiem,  stanął  na  drżących  nogach.  Przez 

moment  Elizabeth  straciła  głowę,  zaraz  jednak  wzięła  się  w  garść  i  zakomenderowała:  - 
Idziemy!  –  decydując  się  wyprowadzić  kobyłę  na  dziedziniec.  –  Chodź,  pobiegasz  sobie!  – 
kusiła zwierzę. 
 

Na  dworze  ociepliło  się  tymczasem.  Brnąc  w  topniejącym  śniegu,  Elizabeth 

przemoczyła spódnicę. Zapłakana Amanda podeszła, tłumacząc: 
 

- To moja wina, że kobyła zaniemogła. Nie powinnam była pozwolić, by ją wzięli do 

ciężkiej pracy w lesie, ale ona… 
 

Elizabeth znieruchomiała. 

 

-  Pożyczyliście  kobyłę?  Przecież  mówiłam…  -  urwała,  i  zacisnąwszy  usta,  stłumiła 

wybuch  gniewu.  W  jej  głowie  zapanował  chaos.  Przecież  wyraźnie  przekazywała,  żeby 
gniada kobyła pozostała w zagrodzie. Czy można było źle zrozumieć polecenie? 
 

Nie zdążyła się jednak zastanowić, bo koń z głośnym rżeniem próbował stanąć dęba. 

 

- Uważaj! – krzyknęła do Amandy i odskoczyła, cudem umykając przed kopytami. – 

Już dobrze, spokojnie – uspokajała zwierzę, poklepując je po grzbiecie. – Spokojnie. 
 

Koń zarżał i chciał się znów kłaść, ale Elizabeth pociągnęła za linkę. 

background image

 

56

 

- Biada ci, jeśli się położysz! – zawołała i, o dziwo, poskutkowało. W tej samej chwili 

na dziedziniec wybiegła Helene. 
 

- Słyszałam, że koń zaniemógł. Wzdęło go? 

 

- Tak – odpowiedziała Elizabeth i nie zatrzymując się, prowadziła konia po błotnistej 

brei. Włosy jej zwisały w mokrych strąkach, ręce miała czerwone i zgrabiałe od chłodu. 
 

- Jeszcze się przeziębisz i nabawisz zapalenia płuc – biadoliła Helene, chwytając ją za 

ramię, 
 

- Daj spokój, nie takie rzeczy zniosłam. 

 

-  Nie  męcz  tego  konia  –  rzekła  cicho  Helene,  tak  by  Amanda  jej  nie  słyszała.  – 

Sprowadzę jakiegoś mężczyznę, zwierzę trzeba zastrzelić, żeby nie cierpiało. 
 

Elizabeth wzdrygnęła się i przystanęła na moment. 

 

- Nie pozwolę nikomu zastrzelić konia. Przynieś lepiej jakąś derkę, żeby go okryć. 

 

Helene popatrzyła na nią i pokręciła głową. W końcu zrobiła to, co Elizabeth nakazała 

i z ponurą miną założyła derkę na koński grzbiet. Zanim wróciła do budynku, rzekła, wbijając 
w nią wzrok: 
 

- Mam nadzieję, że wiesz co robisz. 

 

- Ty też wracaj do domu! – zwróciła się Elizabeth do Amandy. 

 

Bliska płaczu pochyliła głowę i nie przestawała prowadzić konia wokół dziedzińca. 

 

Gdzie  jesteś,  Kristianie?  powtarzała  w  duchu.  Przyrzekłeś,  że  będziesz  ostrożny. 

Dlaczego nie wracasz? Potrzebuję cię tutaj. 
 

Była już bliska rezygnacji, gdy nagle usłyszała, że w brzuchu zwierzęcia poluzowało. 

 

- Dzięki, ci dobry Boże – wyszeptała, uśmiechając się przez łzy. 

 

Przy  kolejnych  rundach  nie  zwracała  już  uwagi  na  skostniałe  dłonie  i  przemoknięte 

ubranie  przylegające  do  ciała.  Ze  śmiechem  ganiała  konia  kłusem.  Spódnica  z  plaskiem 
smagała jej łydki, ale dopiero po kilkunastu takich kółkach Elizabeth uznała, że wystarczy. 
 

-  Teraz  zaprowadzę  cię  do  ciepłej  zagrody  i  sobie  odpoczniesz  –  przemówiła  do 

kobyły i wprowadziła ją pod dach. 
 

Wytarła porządnie mokrego konia i wyszczotkowała, a na koniec nałożyła mu  grubą 

warstwę świeżego siana w zagrodzie. 
 

-  Udało  nam  się  –  wyszeptała,  a  kobyła  prychnęła  ją  leciutko  miękkim  aksamitnym 

pyskiem, jakby dziękowała. Wielkie ciemne oczy spoglądały na nią ze spokojem i oddaniem. 
 

Poklepała kobyłę po grzbiecie i powoli skierowała się do domu. 

 

Dopiero  gdy  doszła  do  ciepłej  kuchni,  uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  przemarzła. 

Szczękając zębami, osunęła się przy palenisku, ściągnęła przemoczone buty i zrzuciła chustę. 
Gurine pośpiesznie podniosła ją z podłogi. 
 

- Koń jest zdrowy – rzuciła Elizabeth, nie patrząc na nikogo. 

 

- Przygotowałam ci kąpiel i wyłożyłam suche ubranie – odezwała się Helene cicho. 

 

-  Dziękuję  –  odparła  Elizabeth  i  się  podniosła.  Dopiero  teraz  uchwyciła  spojrzenia 

domowników. Po kolei mierzyła ich wzrokiem, a potem rzekła: 
 

-  Najpierw  chcę  się  dowiedzieć,  dlaczego  zamiast  czarnego  konia  pożyczyliście 

sąsiadom kobyłę, skoro wyraźnie powiedziałam, żeby jej nie ruszać. 
 

Zatrzymała wzrok na Nikoline. 

 

Służąca wzruszyła ramionami i rozłożyła ręce, 

 

-  Mnie  nie  pytaj.  Powiedziałam  Amandzie,  żeby  pożyczyła  ogiera,  bo  kobyła  długo 

stała w stajni i tylko przeżuwała owies, i taki wysiłek może jej zaszkodzić, 
 

- To… to nieprawda – wyjąkała Amanda. – Powiedziałaś, że mam… 

 

Elizabeth przerwała jej, zwracając się do Nikoline: 

 

-  Przecież  ja  tobie  wydałam  polecenie,  a  nie  Amandzie.  Dlaczego  się  wciąż  nią 

wyręczasz? 

background image

 

57

 

Nikoline  straciła  na  moment  pewność  siebie,  ale  zaraz  jej  błękitne  oczy  znów 

rozbłysły. 
 

- Byłam zajęta sprzątaniem. Akurat grzałam wodę, 

 

Elizabeth  przytrzymała  jej  spojrzenie,  a  w  końcu  służąca  odwróciła  wzrok,  a  jej 

policzki pokryły się czerwonymi plamami. 
 

Elizabeth wiedziała, że Nikoline kłamie, ale nie mogę udowodnić, że służąca celkowo 

przekazała Amandzie inne polecenie. Dziewczę stało z boku i połykało łzy. 
 

-  Każdemu  się  zdarza  popełnić  błąd,  Amando  –  zwróciła  się  do  niej  łagodnie.  –  Ale 

dzięki temu, że mnie w porę powiadomiłaś, kobyła jest zdrowa. – Pogłaskała dziewczynę po 
głowie i dodała: - A teraz otrzyj łzy i nie myśl o tym więcej. 
 

- To wszystko? – oburzyła się Nikoline. – Pożyczyła niewłaściwego konia, przez nią 

omal nie zdechł i… 
 

-  I…?  –  spytała  ostro  Elizabeth.  –  każdy  popełnia  błędy.  Nie  ma  ludzi  doskonałych. 

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Moim zdaniem winę za to, co się stało, ponosisz 
przede wszystkim ty. Wydałam ci wyraźne polecenie, którego nie przekazałaś. 
 

Nikoline poczerwieniała jak burak i wybiegła z kuchni. 

 

Nim Elizabeth weszła do swojego pokoju, zajrzała jeszcze do dziewczynek, Maria nie 

spała, 
 

- Co z koniem? – zapytała cicho, żeby nie budzić Ane. 

 

- Już jest zdrowy. Śpij teraz, Maryjko. 

 

- A Kristian i Ole już wrócili? 

 

-  Nie,  ale  na  pewno  wrócą  lada  chwila  –  wyszeptała  Elizabeth,  a  gdy  siostra  się 

uspokoiła, poszła do swego pokoju, gdzie woda w balii już odpowiednio ostygła. 
 

Elizabeth zdjęła ubranie i z westchnieniem zanurzyła się w kąpieli. Przymknęła oczy. 

Znów  przypomniały  jej  się  zaginione  ozdoby,  ale  czym  prędzej  odsunęła  od  siebie  tę  myśl. 
Nie miała siły roztrząsać tego od nowa. 
 

Woda otulała jej ciało. Najchętniej zasnęłaby, odpłynęła w mrok. Po chwili jednak w 

tej pozycji zrobiło jej się niewygodnie, siadła więc i sięgnęła po mydło. Na schodach rozległy 
się korki i w drzwiach stanął Krystian. 
 

Jaki on przemarznięty i zmęczony, pomyślała. 

 

- Helene mówiła, że uratowałaś konia – rzucił chrapliwie. 

 

Wyszła z wody i otuliła się prześcieradłem 

 

-  Tak,  udało  się,  coś  długo  was  nie  było!  –  Zmieniła  temat,  nie  mając  ochoty 

rozmawiać już o koniu. 
 

-  Schroniliśmy  się  na  wysepce,  gdy  rozszalała  się  zawieja  –  wyjaśnił.  –  Co  było  z 

koniem, czemu zachorował? – spytał jednym tchem i wytarł włosy w ręcznik. 
 

-  Wszystko  przez  nieporozumienie  wśród  służących  –  odparła,  starając  się  nadać 

głosowi lekki ton. – Na szczęście dobrze się skończyło. Najważniejsze, że wróciłeś. Pewnie 
jesteś głodny? 
 

- Bardzo – odparł i ujął ją w talii. – Ale nie mam ochoty na jedzenie – dodał, składając 

na jej ustach gorący pocałunek. 
 

Przywarła do niego. 

 

Teraz już nic złego nie może się stać, przemknęło jej przez myśl, gdy poprowadził ją 

do łóżka i nakrył ją swym muskularnym ciałem. 
 
Rozdział 13 
 
 

Wszyscy  się  obawiali,  że  w  Boże  Narodzenie  zabraknie  śniegu.  Tygodnie 

poprzedzające święta wydawały się szczególnie ponure, gdy ciemności szybko zapadających 

background image

 

58

za oknem nie rozjaśniał biały puch. Ale wreszcie ochłodziło się i okolica przywdziała zimowe 
szaty. 
 

Do  świąt  pozostało  zaledwie  parę  dni,  a  Elizabeth  miała  wrażenie,  że  wszystko  w 

domu jest postawione do góry nogami. Kiedyś zdawało jej się, że bogate damy siedzą tylko w 
fotelach, racząc się ciasteczkami i innymi frykasami, a wszystkiego dopilnowują służące. Co 
prawa  sama  zadecydowała,  że  chce  uczestniczyć  w  pracach  domowych,  nawet  w  tych 
najcięższych, ale przecież nawet gdyby siedziała jak jakaś jaśnie panie, i tak na niej ciążyłaby 
odpowiedzialność  za  wszystko.  Czy  srebra  wyczyszczone?  Czy  szkło  wymyte?  Nie  widać 
ś

ladu kurzu i odcisków  palców? A jak zapasy jedzenia? Czy  rolady mięsne są odpowiednio 

posadzone?  Śledzie  włożone  do  zalewy?  Tysiąc  spraw  należało  dopilnować.  Gdy  jednak 
wtrącała  się  do  pracy  służących,  te  obrzucały  ją  skwaszonym  spojrzeniem.  Elizabeth 
zrozumiała z czasem, że prawdziwą sztuką jest tak zwrócić uwagę, by zabrzmiała stanowczo, 
a nikogo nie uraziła. 
 

Pocieszała się, że tego roku jest jej przynajmniej łatwiej niż w ubiegłym, gdy dopiero 

co pojawiła się w Dalsrud i przejęła obowiązki gospodyni. Ciarki jej przechodziły po plecach, 
ilekroć przypominała sobie własną niepewność i obawy, czy zdoła udźwignąć nową rolę. 
 

Wyszła na dwór wytrzepać chodniki i choć ubrała się ciepło, wkładając na siebie kila 

warstw, i tak skostniały jej stopy i dłonie. Dawno już powinno być to zrobione, ale ponieważ 
brakowało  śniegu,  trzeba  było  odwlec  trzepanie  na  ostatnią  chwilę.  Ale  teraz  przynajmniej 
dywaniki były świeże i czyste i dopiero na wiosnę wypierze się je znowu w potoku. 
 

Zwinięte  chodniki  przeciągnęła  zgrabiałymi  rękoma  na  schody  i  postanowiła,  że 

poprosi Olego, by je rozwiesił do suszenia. Całkiem straciła czucie w rękach. 
 

W korytarzu unosił się zapach świątecznych ciast. Wesoły śmiech dzieci i pogawędki 

służących,  dolatujące  z  kuchni,  wywoływały  uśmiech  na  twarzy  Elizabeth.  W  tym 
przedświątecznym  nastroju  odnajdywała  spokój  i  bezpieczeństwo.  Tupiąc  głośno,  strząsnęła 
ś

nieg  z  butów.  Pożałowała,  że  nie  wyciągnęła  swoich  starych  walonków,  w  których  w  taką 

pogodę nogi nie marzły. 
 

Nagle stanął przed nią Kristian i zwołał: 

 

- Jak ty wyglądasz? 

 

Ze śmiechem pomógł jej zdjąć wierzchnie ubranie.  

 

- Włożyłaś moją filcowaną kurtkę? Dlaczego? 

 

- Bo jest ciepła – odpowiedziała z prostotą i podała mu rękawice, które także były na 

nią za duże. Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, że ktoś by ich teraz znienacka odwiedził i 
zobaczył  ją  w  tych  ubraniach.  Na  przykład  elegancka  żona  lensmana.  Pewnie  natychmiast 
obiegłaby pół wsi, by podzielić się taką sensacją. 
 

- Nie pojmuję dlaczego ty wykonujesz wszystkie te ciężkie prace, skoro mamy służące 

i za to im płacimy – rzekł łagodnie. 
 

- Służące są zajęte w kuchni. Poza tym jeszcze nikomu nie zaszkodziło, jak się trochę 

zmęczył. Ty sam pracujesz jak parobek, więc mnie tu nie upominaj – dodała.  
 

Uśmiechnął się. 

 

- Wejdź już teraz do salonu, żeby się trochę rozgrzać. 

 

- Nie wiesz czasem, gdzie jest Ole? – spytała, mijające duże lustro, w którym mignęło 

jej własne odbicie: 
 

Wyglądam  na  osobę  szczęśliwą,  przemknęło  jej  przez  myśl  i  po  chwili  namysłu 

uznała, że to prawda. 
 

- A do czego ci potrzebny Ole? – spytał Kristian, chwytając ją za rękę i prowadząc do 

głębokiego fotela przy piecu. 
 

- Poproś, żeby strzepał  resztki śniegu z chodników i porozwieszał je do wyschnięcia – 

odpowiedziała i pełna wdzięczności, siadła w fotelu i ułożyła stopy na podnóżku. 
 

- Powiem mu, by to zrobił – rzekł Kristian i wręczył jej kieliszek ze złocistym płynem. 

background image

 

59

 

-  Likier?  –  domyśliła  się  i  upiła  łyczek,  delektując  się  słodkim  trunkiem.  A  gdy 

wychyliła większy łyk, poczuła pieczenie w gardle i w piersi. Zrobiło jej się błogo, choć nie 
przywykła  do  mocniejszych  trunków.  Zazwyczaj  sięgała  po  nie  w  święta  lub  przy  okazji 
różnych uroczystości. Kristian przyciągnął bliżej krzesło i usiadł obok z kieliszkiem koniaku. 
 

-  Kogo  zaprosimy  do  nas  na  święta?  –  zapytała,  zerknąwszy  na  męża.  Palce  stóp  i 

dłoni  powoli  odzyskiwały  czucie,  co  było  przyjemne,  a  zarazem  nieco  bolesne.  Przysunęła 
stopy bliżej pieca. 
 

- Sama zdecyduj – odpowiedział. 

 

- Sądzę że powinniśmy zaprosić gospodarzy Storli – rzekła niepewnie, choć myślała o 

tym już od jakiegoś czasu. 
 

- Po tym wszystkim, co zrobili Amandzie? I jak zachowali się wobec ciebie? – zapytał 

zdumiony. 
 

-  Tak,  pomimo  wszystko  –  odparła  i  wzięła  głęboki  oddech.  –  Dużo  się  nad  tym 

zastanawiałam.  Przecież  przez  te  wszystkie  lata  gospodarze  Storli  byli  dobrymi  sąsiadami 
Dalsrud. Miałoby to się zmienić, odkąd ja nastałam tu jako gospodyni? Chyba lepiej porzucić 
spory. A święto Bożego Narodzenia są po temu dobrą okazją. – Ponieważ Krystian milczał, 
dodała: - Może Amanda poczuje się z tego powodu zawiedziona, ale ona potrafi wybaczać, to 
dobra dziewczyna… 
 

Urwała,  czekając  cierpliwie,  co  Kristian  jej  odpowie.  Zdawało  się,  że  jej  słowa 

zabrzmiały dziwnie żałośnie. 
 

On zaś odchrząknął i odezwał się w końcu: 

 

-  Zrobisz,  jak  zechcesz,  Elizabeth.  Chcę  w  każdym  razie,  żebyś  wiedziała,  że  cię 

podziwiam zarówno za odwagę, jak również za twoją dobroć. 
 

Elizabeth  wzruszyła  ramionami,  bo  szczerze  powiedziawszy,  nie  czuła  się  ani 

odważna,  ani  specjalnie  mała.  Po  prostu  nie  lubiła  konfliktów,  dlatego  jej  zależało,  by 
doprowadzić  do  zgody.  Podobnie  próby    podejmowała  też  węglem  Nikoline,  tyle  że 
bezskuteczne. 
 

- Jesteśmy zaproszeni do Bergette i jej rodziny. Mówiłem już ci?- zapytał. 

 

-  Nie.  –  Elizabeth  pokręciła  głowa.  Ucieszyła  się,  bo  polubiła  Bergette  od  pierwszej 

chwili, gdy się spotkały u Ragny. Bergette odwiedziła ją później tu, w Dalsrud, i przyniosła 
swoją  księgę  o  ziołach.  Bergette  to  człowiek  o  wielkiej  dobroci.  Szkoda,  że  nieczęsto  mają 
okazję się widywać. 
 

- Cieszę się bardzo – odparła. – Pomyślałam też, że powinniśmy zaprosić do nas Dorte 

i Jakoba. 
 

- Oczywiście – przyznał jej rację Kristian i opróżnił kieliszek do końca. – Wyślij im 

liścik – zaproponował, a Elizabeth pokiwała głową z zapałem. 
 

Pomyślała, że to będzie niezwykle miłe spotkanie. 

Dziewczynki  oszaleją  z  radości,  gdy  się  dowiedzą,  że  przyjadą  do  nich  z  wizytą  dzieci  z 
Heimly.  Jeszcze  nigdy  nie  były  w  Dalsrud,  Maria  więc  z  pewności  zechce  im  pokazać 
mnóstwo rzeczy i o wszystkim opowiedzieć. 
 

- Elizabeth, nie znalazłaś dotąd broszki i grzebienia? – zapytał z ociąganiem Kristian. 

 

Pokręciła głową. 

 

-  Miałam  nadzieje,  że  zguby  znajdą  się  przy  okazji  porządków  świątecznych,  ale… 

myślę, że niebawem same mi wejdą w ręce. 
 

- Oby – odparł ponuro Kristian i wstał. – Pójdę poszukać Olego. A właściwie… sam 

porozwieszam chodniki. A ty tu sobie posiedź – dodał stanowczo. – Musisz odpocząć, żebyś 
mi się czasem nie rozchorowała na święta. 
 

Elizabeth  odstawiła  kieliszek  i  przymknęła  oczy,  modląc  się  w  duchu,  by  nie 

podupadła  na  zdrowiu,  gdy  nadejdzie  Boże  Narodzenie.  Na  ten  dzień,  gdy  przyjdą  goście  z 
rodzinnej wsi, nie zaprosi nikogo innego. 

background image

 

60

Będzie  miała  Dorte  i  Jakoba  tylko  dla  siebie.  Porozmawiają  sobie  o  wszystkim,  co  się 
wydarzyło  od  lata  i  od  wesela.  Będą  podjadać  smakołyki,  pić  wino  i  się  weselić.  Elizabeth 
uśmiechnęła  się  do  siebie,  czując  jak  ciało  ciąży  jej  niczym  ołów,  a  ciepło  bijące  od  pieca 
rozgrzewa członki. Zmorzył ją sen. 
 
 

Co  też  martwi  Amandę?  –  zastanawiała  się  Elizabeth,  zerkając  na  służącą,  gdy 

wspólnie  jedli  śniadanie.  Nakrywając  do  stołu,  przewróciła  kubek  z  mlekiem,  nie  usłyszała, 
gdy Elizabeth kazała jej przynieść świece. Wyglądała tak, jakby na swych drobnych barkach 
dźwigała wszystkie nieszczęścia tego świata. Było to zupełnie do niej niepodobne, zwłaszcza 
w taki dzień, w Wigilię, gdy wszystkich ogarnia radosny nastrój. 
 

Może  dziewczyna  spodziewa  się  dziecka?  –  przemknęło  jej  przez  myśl  straszliwe 

podejrzenie.  Ukradkiem  zerknęła  na  Olego,  który  zazwyczaj  lubił  droczyć  się  z  Amandą,  a 
tego ranka siedział jakiś nieobecny, nie słysząc, co się do niego mówi. 
 

Wróciła  pamięcią  do  odbytej  z  nim  wczesną  jesienią  rozmowy.  Postanowiła  jeszcze 

raz z nim pomówić. 
Biada mu, jeśli nie dotrzymał przyrzeczenia! 
 

Zmusiła  się  do  przełknięcia  resztki  kaszy  i  wstała  zadowolona,  że  skończył  się 

wspólny posiłek. 
 

Poczekała, aż wszyscy odejdą od swoich zajęć, a potem wyszła za Olem do korytarza. 

Stanęła przed nim z rękami skrzyżowanymi na piersi i zapytała: 
 

- Co dręczy Amandę? 

 

Na  moment  spuścił  wzrok,  zaraz  jednak  odważnie  popatrzył  jej  w  oczy  i  rzekł 

spokojnie: 
 

- Wybacz, proszę, ale nie mogę mówić za Amandę. Niech sama powie, jeśli zechce. A 

jeśli nie, lepiej pozostawić ją w spokoju. 
 

-  Pozostawić  w  spokoju?  –  zapytała  Elizabeth,  nie  wierząc  własnym  uszom.  –  Nie 

zamierzasz nic zrobić? 
Myślałam, że troszczysz się o nią. 
 

Gdy  Ole  popatrzył  na  nią  swymi  szczerymi,  błękitnymi  oczami,  tak  bardzo 

przypomniał jej w tym momencie Jensa, że złagodniała. 
 

-  Bardzo  się  troszczę  o  Amandę,  ale  w  tym  przypadku  niewiele  mogę  jej  pomóc  – 

powiedział oględnie i przecisnął się do wyjścia. 
 

Elizabeth  nie  wiedziała  już,  co  ma  o  tym  wszystkim  sądzić.  Zamyślona  wróciła  do 

kuchni i spytała Gurine, czy nie potrzebuje pomocy. 
 

- Tak, Helene to dobra dziewczyna – odpowiedziała stara kucharka. 

 

Ona  coraz  gorzej  słyszy,  biedaczka,  pomyślała  Elizabeth  zmartwiona  i  przetarła 

szmatką  stół.  Z  lękiem  wyobraziła  sobie  ten  dzień,  gdy  zabraknie  poczciwej  Gurine,  którą 
dzieci traktowały jak babcię. Dla nich będzie to największy cios. 
 

- Coś ty taka ponura? – zagadnęła ją Helene, spoglądając na nią spod oka. 

 

- Nie, tak się tylko zastanawiała,. Gdzie są dzieci – skłamała. 

 

- Poszły do salonu jeszcze raz obejrzeć choinkę. 

 

- To lepiej bym tam zajrzała, bo Ane gotowa zjeść pierniki, które wiszą na drzewku. 

W zeszłym roku już próbowała – dodała Elizabeth ze śmiechem i wyszła. 
 

Tak jak się spodziewała, Ane zdążyła już ułamać kawałek piernika. Nie miała jednak 

ochoty krzyczeć z tego powodu na córeczkę. Maria zaś siedziała zanurzona w głębokim fotelu 
i zamyślona wpatrywała się przed siebie. 
 

-  Współczuję  Amandzie,  że  nie  może  spędzić  Wigilii  wspólnie  ze  swoją  rodziną. 

Pomyśl, oni są tacy biedni. 
O wiele biedniejsi niż my byliśmy, zanim się tu przeprowadziłyśmy. Ona nawet nie potrafi się 
cieszyć ze świąt, gdy myśli o swoich bliskich. 

background image

 

61

 

Elizabeth poczuła się tak, jakby ktoś wylał na nią wiadro zimnej wody. Teraz dopiero 

dotarło do niej, co tak naprawdę dręczy służącą. 
 

Jak mogłam być taka ślepa i głucha? Jak mogłam się tego nie domyślić? 

 

Zagryzła wargę, zastanawiając się przez chwilę, po czym pośpiesznie weszła na strych 

z szafy dziewczynek wyjęła ubranka. Powinna to zrobić przed świętami, ale wciąż odkładała, 
bo goniły ją inne prace. 
Obie dziewczynki urosły ostatnio, więc część butów, sukienek i kurtek zrobiła się na nie za 
małe. Elizabeth pozbierała szybko rzeczy i zaniosła do kuchni. 
 

- Znajdź coś, do czego bym mogła to zapakować – zwróciła się do Helene, sama zaś 

udała się do spichlerza. 
 

Gdyby  ktoś  mnie  teraz  zobaczył,  uznałby,  że  zwariowała,  pomyślała  ożywiona, 

obcinając  spory  kawał  suszonego  udźca.  Z  półki  sięgnęła  po:  podpłomyki,  duży  krąg  sera  i 
osełka masła. Przyświecając sobie świecą, rozejrzała się wokół, co jeszcze by się nadało. 
 

- Mąka! Maki potrzebują koniecznie – rzekła na głos do siebie, napełniając worek. – 

No i trochę kawy. 
 

Wróciwszy do kuchni, zajrzała jeszcze do spiżarni i przyniosła stamtąd kilka świec i 

duży  kawałek  mydła,  który  położyła  na  wierzchu  skrzynki,  w  której  Helene  poukładała 
ubranka. 
 

- Na co ci to wszystko? – spytała przyjaciółka. 

 

W tej samej chwili do kuchni wszedł Ole. 

 

- Amanda zawiezie to ze sobą do domu – odpowiedziała Elizabeth. – Wynieś to Ole i 

umieść na sankach. 
 

Chłopak  na  moment  zaniemówił  i  tylko  spoglądał  to  na  Elizabeth,  to  na  skrzynkę, 

zaraz jednak twarz rozpromieniła mu się w uśmiech. 
 

- Oczywiście. Ależ się Amanda ucieszy! 

 

- Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. Źle zrozumiała sytuacją i… 

 

- Nie ma o czym mówić – odparł i zniknął. 

 
 

-  Jesteś  gotowa  do  drogi?  –  zapytała  Elizabeth,  gdy  niebawem  do  kuchni  przyszła 

Amanda. 
 

- Do drogi? Dokąd? – zdziwiła się dziewczyna. 

 

-  Do  domu!  –  odparła  Elizabeth  i  stukając  się  w  czoło,  dodała  zrezygnowana.  –  Nie 

powiedziałam  ci,  że  w  Dalsrud  jest  taki  zwyczaj,  że  służba  dostaje  parę  godzin  wolnego  w 
Wigilię? 
 

Amanda  spojrzała  na  Helene,  która  pochłonięta  pracą,  udawała,  że  nie  słyszy 

rozmowy. 
 

- Pozostali służący, którzy są u nas, nie mają rodziny w pobliży – wyjaśniła Elizabeth 

domyślając się wątpliwości dziewczyny. 
 

Na drobnej twarzyczce pojawił się nieśmiały uśmiech. 

 

- Naprawdę mogłabym pójść do domu? – zapytała niepewnie. 

 

- Oczywiście. I nie zapomnij zabrać skrzynki, która stoi na sankach przy schodach. 

 

- Skrzynki? Tej dużej? 

 

- Tam są prezenty świąteczne dla twojej rodziny – wyjaśniła Elizabeth. – To też taki 

zwyczaj – skłamała. 
 

-  Och,  stokrotne  dzięki  –  rozpromieniła  się  Amanda  o  nie  przestając  się  kłaniać, 

cofnęła się do drzwi. – Pomyśleć tylko, prezenty! – mamrotała, wychodząc. 
 

- Sprawdzisz radość wielu ludziom – stwierdziła Helne, uśmiechając się do Elizabeth. 

 

- Chciałabym uczynić znacznie więcej dla tych wszystkich biedaków. 

 

- Gdyby na świecie była sprawiedliwość, nikt nie cierpiałby biedy. Ale Bóg pewnie i 

w tym nie ma swój jakiś cel – westchnął Helene. 

background image

 

62

 

Tak, pomyślała Elizabeth. Niezbadane są ścieżki Pana. 

 
 

Podobnie  jak  i  w  poprzednim  roku  pozostałą  część  dnia  domownicy  spędzili  we 

wspólnym  gronie.  Podczas  wigilijnego  obiadu  Amanda  opowiedziała,  jak  wszyscy  w  jej 
rodzinie  ucieszyli  się  z  prezentów.  Elizabeth  uprzedziła  Kricstiana,  co  zrobiła,  ale  on  jak 
zwykle nie miał nic przeciwko temu. Jesteś odpowiedzialna za wszystkie sprawy związane z 
prowadzenie domu o tobie podlegają służące, stwierdził, wzruszając ramionami. 
 

Siedzieli wszyscy w salonie. Służba otrzymała w prezencie od gospodarzy przydatne 

ubrania  z  ciepłej  wełny  o  wszystkim  oczy  zalśniły  radością.  Tradycyjnie  Gurine 
podziękowała  za  wspólną  Wigilię,  po  czym  zabrała  służbę,  a  w  salonie  została  jedynie 
rodzina.  Elizabeth  od  wielu  miesięcy  nie  mogła  się  doczekać,  by  zobaczyć  reakcję 
dziewczynek, gdy dostaną swoje prezenty. 
 

Maria wprost oniemiała na widok pięknej lalki. 

 

- Ma pod stopami kółeczka – wyjaśniła Elizabeth. 

- Jak się ją przesuwa, to porusza rękami. 
 

To był bardzo kosztowny prezent. Protestowała, gdy Kristian pokazał jej lalkę, ale In 

uparł się jak dziecko. 
 

-  Pomyśl,  jak  ona  się  będzie  cieszyć  –  przekonywał  Elizabeth.  –  Zobaczy  twarz  i 

dłonie lalki są z porcelany, a włosy prawdziwe. 
 

-  Jesteś  już  dużą  dziewczynką  Mario  –  oznajmiła  Elizabeth.  –  Pamiętaj,  że  musisz 

bardzo uważać na tę lalkę. Najlepiej, żeby ci służyła jako ozdoba. 
 

-  Stokrotne  dzięki  –  wyszeptała  Maria  z  namaszczeniem,  gdy  gładząc  palcem 

błyszczącą sukienkę lalki. – Zawsze marzyłam o lalce, ale nigdy bym się nie spodziewała, ze 
kiedyś taką dostanę, 
 

Ane podeszła obejrzeć i zawołała, klaszcząc w rączki. 

 

- Ale śliczna! 

 

Kristian wstał i idąc do korytarza, zapytał: 

 

- Chyba mogę już wprowadzić prezent dla Ane, co? 

 

- Och, och, zawsze o takim marzyłam – naśladowała Marię mała Ane. 

 

- A co to takiego? – zainteresowała się Maria. 

 

- Nie wiem – odpowiedziała Ane rozbrajająco. 

 

- To wózek dla lalek – wyjaśnił Kristian. 

 

- Co? – zdziwiła się Maria i popatrzyła na Elizabeth. 

 

Nie ma się co dziwić, że dzieci nie wiedzą, pomyślała Elizabeth. Sama też nie słyszała 

wcześniej o takich zabawkach, dopiero Kristian jej wyjaśnił, co to jest. 
 

-  Wózek  zrobił  na  specjalne  zamówienie  kowal.  W  mieście  ludzie  używają 

podobnych, tyle, że oczywiście nieco większych, by wozić w nich dzieci na spacery. Ale w 
tym wózeczku zmieści się tylko lalka. Uszyję i lalkę – dodała pośpiesznie w obawie, że Ane 
przyjdzie na myśl wziąć lalkę Marii. 
 

Wózek miał trzy kółka z metalu, a siedzenie było zrobione z brązowej skóry. 

 

- A mogę posadzić tam Pusię? – zapytała Ane. 

 

- Nie, nie – zaśmiał się Kristian. – Nie możesz wsadzać kotki do wózka. 

 

Gdy dziewczynki zachwycały się otrzymanymi prezentami, Elizabeth i Kristian także 

wymienili  się  podarkami,.  Gruby  sweter  zrobiony  dla  niego  na  drutach,  okazał  się  bardzo 
twarzowy.  Ona  zaś  gładziła  piękną  tkaninę  na  suknię,  jaką  otrzymała  od  męża.  Siostra 
Kristiana  z  Bergen  twierdziła  podobno,  że  zdobiona  różanym  motywem  tkanina  to  ostatni 
krzyk mody. 
 

- Kiedy ja włożę taką elegancką suknię? – zastanawiała się Elizabeth. 

 

- Wtedy gdy ja się wystroję w ten pierwszy sweter – odrzekł, przytulając ją do siebie. 

background image

 

63

 

-  Nie  tutaj  –  szepnęła,  zerkając  pośpiesznie  przez  ramię,  ale  dzieci  były  pochłonięte 

prezentami. 
 

Musnął jej usta, mówiąc: 

 

- Dziękuję za prezent, moja Elizabeth. Ogrzał także moje serce – rzekł chrapliwie. 

 

- Ja też dziękuję – wyszeptała i przytuliła policzek do jego piersi. 

 

 

Rozdział 14 
 
 

Pierwszego  dnia  świąt  zgodnie  ze  zwyczajem  wszyscy  udali  się  do  kościoła.  Na 

szczęście tego roku pogoda dopisał  . 
 

-  Kiedy  wreszcie  zaprzęgną  te  konie  do  sań  –  zapytała  Nikoline,  wyglądając 

niecierpliwie przez okno w kuchni. 
 

- To musi trochę potrwać – odparła Helene, poprawiając chustkę, rękawice zaś ułożyła 

starannie na stole. 
 

- Zupełnie jakby znów była Wigilia – rzekła Amanda z rozpromienionymi oczami. – 

Nigdy jeszcze nie jechałam do kościoła saniami. Aż mnie w brzuchu łaskocze! 
 

-  Domyślam  się  –  odparła  z  pogardą  Nikoline.  –  No,  już  idą  –  dodała  pośpiesznie, 

zanim Elizabeth zganiła ją za złośliwą uwagę. 
 

Rozległo  się  tupnie  i  do  kuchni  wszedł  Kristian  z  Olem.  Oba  pozostawili  kołnierze 

grubych płaszczy i ściągnęli czapki na same uszy. 
 

-  No,  to  gotowe  –  oznajmił  Kristian,  biorąc  na  ręce  Ane,  i  dodał:  -  Tylko  weźcie 

futrzane okrycia, bo jest ostry mróz. Wezmę na ręce tego pisklaka, by nie pomoczyła sobie od 
ś

niegu spódniczki – rzekł wesoło i ruszył przodem. –A ty, Ole, pomożesz zabrać nakrycia z 

owczych skór – rzucił przez ramię. 
 

Na dziedzińcu Elizabeth zadecydowała, kto gdzie siada. 

 

-  Amanda,  ty  usiądziesz  z  przodu  razem z  Olem  –  oznajmiła,  i zauważyła  kątek  oka 

jak służąca, lekko zawstydzona, uśmiechnęła się do parobka, wsiadając do sań. 
 

On  naprawdę  się  nią  opiekuje,  pomyślała  Elizabeth,  posyłając  Nikoline  do  tych 

samym sań. Wiedziała, że Amanda u boku Olego jest bezpieczna. 
 

-  Usiądę  razem  z  Nikoline  –  szepnęła  jej  Helene.  –  Nigdy  nie  wiadomo,  co  tej 

dziewczynie przyjdzie do głowy. 
 

- Dobrze. – A ty Gurine usiądziesz razem z dziewczynkami – oświadczyła Elizabeth, 

otulając owczymi okryciami drobne ciałka. 
 

-  Pewnie  już  ostatni  raz  jadę  w  święta  do  kościoła  –  westchnęła  Gurine,  przytulając 

mocno do siebie dziewczynki. 
 

- W przyszłym roku zostaniesz w domu? – zdziwiła się Maria. 

 

- Wszystko możliwe. Wiek daje mi się coraz bardziej we znaki. Nie wiadomo, czy za 

rok w ogóle tu jeszcze będę. 
 

- A gdzie będziesz? – zapytała Ane. 

 

- Jedziemy! – przerwała im Elizabeth. – Wszyscy gotowi? Nikt nie marznie? 

 

Wszyscy zaprzeczyli, kręcą głowami. Kristian cmoknął na konia i wyjechali na drogę, 

przy  której  stały  piękne  dwory  i  szare  zagrody  komorników.  Pod  lasem  drzewa  uginały  się 
pod  ciężarem  śniegu,  a  pola  przykrywał  gruby  dywan.  Zupełnie  jak  w  bajkach,  które  tato 
opowiadał  mi  w  dzieciństwie,  przypomniała  sobie  Elizabeth.  Drzewa  i  pieńki  mogą  się 
zmienić w skrzaty, trolle i huldry. 
 

Końskie  kopyta  rozpryskiwały  wokół  śnieg,  a  dźwięk  dzwonków  przy  uprzęży 

mieszał się z pobrzękiwaniem z sań, które stopniowo dołączyły i utworzyły drugi orszak. Ten 
widok sprawił Elizabeth prawdziwą radość. Obejrzała się pośpiesznie za siebie i zauważyła, 
ż

e  Ole  objął  Amandę  ramieniem.  Dobrze,  żeby  tych  dwoje  połączyło  prawdziwe  uczucie, 

pomyślała. Takiego troskliwego i miłego męża potrzebowałaby Amanda. 

background image

 

64

 

- Dziś już nie, ale jak minie ten dzień i jeszcze jeden, to przyjdą do na w odwiedziny 

Danie i Fredrik – Ane tłumaczyła Gurine. 
 

Powtarzała to kucharce parę razy, a ta wciąż udawała, że jest zaskoczona czekającą ich 

wizytą. 
 

- Co ty mówisz? – powtarzała. – Przyjadą do Dalsrud? Będziesz miała się z kim bawić 

 

- Mhm. Daniel ma tak samo jak ja cztery lata, a Fredrik dopiero jeden i pół, pomyślała 

tylko. A Indianne i Olav… to są co najmniej tacy duzi jak ciocia Maria. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem. Niedawno Ane nauczyła się mówić Maria, a nie 

Mia.  Bardzo  też  frapowały  ją  liczby,  a  ostatnio  litery.  Elizabeth  była  ogromnie  dumna  ze 
swojej małej córeczki. 
 

Gurne zapewne nie słyszała dobrze, co mówi do niej Ane, przytakiwała i zaprzeczała 

w  niewłaściwych  momentach.  A  kiedy  Ane  chciała  się  dowiedzieć,  ile  kucharka  ma  lat, 
musiała trzykrotnie powtórzyć pytanie. W końcu kucharka odpowiedziała. 
 

- Tyle, ile Bóg zechce. 

 

Ane nie dawała za wygraną, w końcu Elizabeth odwróciła się i poprosiła córeczkę, nu 

przestała marudzić. 
 

- I pamiętaj, że w kościele nikomu nie wolno rozmawiać – przykazała. – Jesteś już na 

tyle duża, że musisz się ładnie zachowywać. 
 

Ane naburmuszyła się lekko, ale już do samego kościoła się nie odzywała. Gdy dotarli 

na miejsce, znów zaczęła zamęczać Marię swymi pytaniami. 
 

 

 

Kristian  przykrył  konia  derką  i  dał  mu  owsa.  Elizabeth  rozejrzała  się  tymczasem  po 

dziedzińcu kościelnym i zauważyła  gospodarzy Storli, którzy gawędzili z innymi sąsiadami. 
Zastanawiała się, czy wypada im przeszkodzić. 
 

Wszystko  dlatego,  że  nie  rozmawiałaś  z  nimi  od  tamtej  pory,  gdy  przywiozłaś 

Amandę, pomyślała. Boisz się tego spotkania i chcesz je odwlec. 
 

-  Nie,  chcę  już  mieć  to  za  sobą  –  rzekła  na  głos,  a  Kristian,  który  podszedł  do  niej, 

popatrzył na nią zdziwiony. 
 

- Coś mówiłaś? 

 

-  Tak,  ja…  podejdę  i  zaproszę  gospodarzy  Storli  do  nas  za  trzy  dni.  Tak  się 

umówiliśmy, prawda? 
 

Elizabeth  nie  dosłyszała  reszty,  no  ruszyła  stanowczym  krokiem  w  stronę  schodów, 

gdzie stali sąsiedzi. Nim zdążyła do nich dotrzeć, na jej drodze stanęła uboga kobieta okryta 
szalem, ukłoniła się i, nie podnosząc głowy, odezwała się. 
 

-  Z  całego  serca  dziękuję  za  wszystkie  wigilijne  dary!  Niech  Bóg  wam  zawsze 

błogosławi! 
 

Dopiero  po  tych  słowach  Elizabeth  zorientowała  się,  że  to  matka  Amandy  i 

uśmiechnęła się serdecznie. 
 

- Proszę potraktować to jako prezent świąteczny. 

Zasłużony – rzekła i chciała już odejść, ale kobieta pociągnęła dzieci, które stały ukryte za jej 
plecami i nakazała: 
 

- Podziękujcie pani Dalsrud. 

 

Elizabeth uścisnęła małe rączki. Rozpoznała ubranka, jakie dzieci miały na sobie. 

 

-  Bardzo  się  cieszę,  że  się  przydały  –  rzekła.  –  Amanda  gdzieś  tu  jest  w  pobliżu.  O 

idzie. 
 

Kobieta raz jeszcze się ukłoniła i dodała: 

 

- Mój mąż jest przeziębiony, dlatego został w domu – rzekła przepraszającym tonem. 

– Poprosił jednak, by wam za wszystko podziękować. 

background image

 

65

 

-  Pozdrówcie  go,  proszę  i  życzcie  powrotu  do  zdrowia.  Wesołych  Świąt  –  rzekła 

Elizabeth,  uwolniwszy  się  wreszcie.  Odkąd  ojciec  Amandy  tak  spokorniał,  że  przesyła  mi 
pozdrowienia? – pomyślała. 
 

Kristian podszedł do niej i stawiając na ziemi Ane, zapytał: 

 

- I co, zaprosiłaś ich? 

 

-  Nie,  zatrzymała  mnie  matka  Amandy,  żeby  podziękować  za  jedzenie  i  ubrania. 

Tymczasem  gospodarze  Storli  zniknęli  mi  z  oczu  –  odpowiedziała  Elizabeth  i  wzięła 
dziewczynki za ręce. 
 

- Pewnie weszli już do środka – stwierdził ze spokojem Kristian. – Pośpieszmy się, bo 

już prawie wszyscy są w kościele. Porozmawiamy z nimi po nabożeństwie. 
 

Kątem oka Elizabeth zauważyła, że Amanda usiadła z rodziną zupełnie z tyłu, a obok 

usadowiły się Helene i Nikoline. Przypomniała sobie, jak kiedyś sama siadywała w kościele 
w ostatniej ławce. Teraz trochę ją krępuje, że zajmuje miejsce całkiem z przodu. Zauważyła 
Petrę  Storli  i  postanowiła  się  przysiąść  obok.  Ostrożnie  popchnęła  dziewczynki  przodem, 
kłaniając się wokół. Niektórych parafian znała dość dobrze, a innych tylko z widzenia. 
 

Miała  już  usiąść,  ale  Petra  wstała  demonstracyjnie  i  przesiadła  się  do  innej  ławki. 

Spojrzenie jakie posłała Elizabeth, było lodowate niczym zmarznięty górski potok. 
 

Patrzyła  na  wyprostowaną  dumnie  Petrę  i  dopiero  Maria  przywróciła  ją  do 

rzeczywistości. Pociągnęła ją za rękaw i wyszeptała: 
 

- Nie usiądziemy? Ludzie patrzą na nas jakoś dziwnie.  

 

 

Siadła w ławce oniemiała i nie była w stanie skupić się na modlitwie. Kazanie pastora 

docierało  do  niej  jakby  z  oddali.  A  kiedy  koszyk  na  składkę  wędrował  z  rąk  do  rąk, 
bezwiednie wrzuciła parę monet, i dopiero po chwili zorientowała się, że powinna podać go 
dalej.  A  gdy  nabożeństwo  dobiegło  końca,  uświadomiła  sobie,  że  nie  potrafiłaby  nawet 
powiedzieć,  czy  dziewczynki  siedziały  spokojnie.  Na  dziedzińcu  odszukała  Helene  i 
poprosiła: 
 

- Zajmij się dziećmi, ja muszę jeszcze z kimś porozmawiać, 

 

Odszukała wzrokiem gospodarzy Storli i z serce, tłukącym się w piersiach podeszła do 

nich. 
 

- Wesołych Świąt – powiedziała, patrząc im prosto w oczy. 

 

Mruknęli  coś  w  odpowiedzi  i  umknęli  spojrzeniem,  a  na  policzkach  Petry  wystąpiły 

czerwone plamy. Chwyciła pod ramię męża, jakby zamierzała odejść. 
 

- Gdybym was nie znała, pomyślałabym, że mnie unikacie – odezwała się Elizabeth, 

starając się, by jej słowa nie zabrzmiały nazbyt złośliwe. 
 

Petra szarpnęła głową i zacisnęła usta, po czym odpowiedziała: 

 

- Może mamy swoje powody, 

 

Elizabeth uniosła brwi, ale niezrażona rzekła: 

 

-  Zatrzymuję  was,  bo  chciałabym  w  imieniu  swoim  i  Kristiania  zaprosić  was  do  nas 

czwartego dnia świąt. 
 

Małżonkowie wymienili spojrzenia, a gospodarz Storli spurpurowiał. 

 

- Ależ to prawdziwa bezczelność. 

 

Petra przerwała mu pośpiesznie. 

 

- Dziękujemy, ale tego dnia sami przyjmujemy gości, 

 

Odeszli, pozostawiając Elizabeth samą. 

 

Gdy się odwróciła, by się rozejrzeć za Kristianię, zobaczyła, że się do niej zbliża. 

 

- To ze Strolimi rozmawiałaś przez chwilę? – zapytał. 

 

- Tak – odparła lakonicznie o ruszyła w stronę sań. 

 

Objął ją ramieniem i spytał: 

 

- Co powiedzieli? 

background image

 

66

 

-  Że  sami  w  tym  dniu  przyjmują  gości.  Ale  my  nie  zostaliśmy  zaproszeni  –  rzekła, 

zatrzymując się i patrząc na męża. 
 

-  Może  myśleli,  że  będą  u  nas  inni  goście  –  rzucił  nieśmiało,  ale  Elizabeth 

zorientowała się, że chce ją pocieszyć. 
 

- Nie musisz udawać – powiedziała łagodnie. – Potrafię wiele znieść. Zrozumiałam, że 

oni sobie nie życzą gościć nas u siebie. Cóż, skoro sobie życzą zwady z sąsiadami, to proszę 
bardzo. Mnie jest wszystko jedno. 
 

W saniach oparła się o ramię męża. 

 

-  Cieszę  się,  że  przyjedzie  Dorte  z  Jakobem.  Inni  mnie  nie  obchodzą.  Może  to  i 

dobrze, e tak się stało. Nie znoszę obłudy. 
 

Maria i Ane z nosami przeklejonymi do szyby wpatrywały gości. 

 

- Chyba idzie Daniel – odezwała się Ane. 

 

- Głuptasie, przecież nic nie widzisz – odpowiedziała sucho Maria. 

 

- Właśnie że widzę, śnieg, dom i… dużo dziwnych rzeczy. – Ane potrząsnęła głową, a 

czerwona  wstążka  zsunęła  jej  się  z  włosów.  –  Widzę  anioły,  bo  one  są  wszędzie  i  mnie 
pilnują. Guirne tak powiedziała. 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  Maria  odwraca  się  i  przewraca  oczami,  siostra  za  trzy 

miesiące skończy jedenaście lat i już od dawna nie wierzy w to, że anioły są zawsze przy niej. 
 

Elizabeth zerknęła znad garnka, w którym gotowała halibuta. Przygotowywała te same 

potrawy co na Wigilię, bo chciała jak najlepiej ugościć Dorte i Jakbia. Bardzo jej zależało, by 
wszystko  dobrze  wypadło.  Dorte  i  Jakob  byli  w  Dalsrud  tylko  raz,  na  weselu  Kristiana  i 
Elizabeth, ale wtedy nie mieli czasu porozmawiać. 
 

- Idę do jadalni pomóc Amandzie nakrywać do stołu – rzuciła przez ramię. 

 

Dziewczyna  była  bardzo  dumna,  że  Elizabeth  przydzieliła  jej  takie  odpowiedzialne 

zadanie. Nie chciała jednak zostawić jej z tym samej. 
 

- Bardzo ładnie, Amando – pochwaliła służącą, ogarnąwszy wzrokiem stół. Kieliszki, 

talerze stały ta, jak jej poleciła, sztućce ułożone poprawnie. Brakowało jeszcze tylko białych 
lnianych serwetek. – A ty dowiedz się, czy nie jest potrzebna twoja pomoc w kuchni. 
 

Elizabeth  zdążyła  złożyć  ostatnią  serwetkę  i  ułożyła  ją  na  miejsce,  gdy  do  jadalni 

wszedł Kristian.  
 

- Tu się schowałaś – zagadnął wesoło i objął ją w pasie. 

 

- Schowałam? – zaśmiała się, patrząc na męża. – Nakrywam do stołu, chyba widzisz. 

 

- Nie, nie, umykasz mi, żebym ci nie skradł całusa – rzekł, obsypując ją pocałunkami. 

Wyrwała mu się i sprawdzając, czy nie zepsuł jej fryzury, nakrzyczała ze śmiechem: 
 

- Kristianie! Zwariowałeś, a gdyby tu tak ktoś teraz wszedł? 

 

- No to co? – uśmiechnął się i chwycił ją znów w ramiona. – takiej właśnie cię pragnę 

– wymamrotał chrapliwie i popatrzył jej głęboko w oczy. 
 

Elizabeth  oddychała  nierówno.  Wystarczyło,  że  na  nią  spojrzał,  a  ona  miała  ochotę 

pójść z nim do łóżka. Czy nigdy nie przestanie na mnie tak działać. Może ze mną jest coś nie 
tak? Może jestem zepsuta i bezwstydna? 
 

Jego dłonie powoli błądziły po plecach Elizabeth, a twarz miał tak blisko, że czuła na 

policzku  jego  oddech.  Dotknął  wargami  jej  ust,  gdy  nagle  z  korytarza  rozległo  się  wołanie 
Ane: 
 

- Przyjechał Daniel! Mamooo! Przyjechał Daniel! Gdzie jesteś? 

 

Elizabeth nie była w stanie powstrzymać śmiechu. 

 

- Nawet na chwilę nie mogę cię mieć tylko dla siebie – pożali się. 

 

- Nie przesadzaj – odparła Elizabeth i uszczypnęła go w bok, po czym poszli powitać 

gości. 
 

background image

 

67

 

Korytarz  nagle  wydał  się  za  ciasny,  gdy  goście  weszli  do  środka,  strząsając  śnieg  z 

butów  i  ubrań.  Wnieśli  ze  sobą  śmiech  i  zmowy  chłód.  Służące  uwijały  się,  odbierając 
płaszcze, rękawice i szale. Elizabeth uścisnęła dłoń Dorte i Jakoba. 
 

- Witamy w Dalsrud. 

 

- Elizabeth cieszyła się chyba jeszcze bardziej niż dzieci na wasz przyjazd – odezwał 

się Kristian i podał dłoń Jakubowi. 
 

Elizabeth  zaśmiała  się  i  ukucnęła  przy  Fredriku,  który  natychmiast  schował  się  w 

fałdach spódnicy Dorte. 
 

- Mama – pisnął, a Dorte od razu wzięła go na ręce. 

 

Nazywa  ją  mamą,  pomyślała  ze  wzruszeniem  Elizabeth  i  zrobiło  jej  się  ciepło  na 

sercu. 
 

- Powtarza po dzieciach – rzekła Dorte po cichu, tak że tylko Elizabeth ją słyszała. – 

Zdarza się, że i najstarsze mówią do mnie mamo. 
 

Elizabeth zerknęła na Indianne i Olava, którzy bardzo urośli od lata, ale podobnie jak 

Maria i Ane spoglądali na siebie nieco zawstydzeni. 
 

- Mathilde tym razem też nie przyjechała z wami? – zapytała Elizabeth. 

 

- Nie, wybrała się do rodziców – wyjaśniła Dorte. 

- Zresztą ostatnio często u nich bywa. Posłaliśmy im trochę jedzenia. W końcu to święta. 
 

- Obiad gotowy – powiedziała Helene, stukając Elizabeth lekko w ramię, 

 

- Mam nadzieję, że zgłodnieliście, bo mamy naszykowane tyle jedzenia jak dal całej 

armii Napoleona – zażartował Kristian, gdy skierowali się do jadalni. 
 

-  A  jak  Mathilde  sobie  teraz  radzi,  gdy  mieszka  sama?  –  zapytała  Elizabeth  nieco 

później, gdy już trochę podjęli. 
 

- Bardzo dobrze. Dba o dom, tak, że nie uświadczysz tam nawet pyłku kurzu. A Sofie 

chodzi czysto ubrana, aż miło popatrzeć. 
 

-  Zaglądamy  do  niej  codziennie  przed  wieczorem  obrządkiem  –  dodała  Indianne  i 

zaczerwieniła się spuszczając wzrok. 
 

To  były  pierwsze  słowa,  jakie  wypowiedziała  po  przyjeździe.  Elizabeth  uśmiechnęła 

się, dodając jej otuchy i odpowiedziała: 
 

- Jak miło. Mathilde na pewno cieszy się, że ją odwiedzacie. 

 

Jakob i Kristian rozmawiali o czekającej ich wyprawie na łowiska. 

 

- Tak, tak, Kristianie, liczę na to, że w tym roku też dołączysz do mojej załogi? 

 

- Jasne. Dziękuję, że zapytałeś. 

 

Rozmowa  toczyła  się  dalej  na  temat  ryb  i  wspólnych  znajomych.  Opowiadali  sobie 

ż

arty i dowcip, jak to zwykle w dobrym towarzystwie. 

 

Elizabeth zerknęła na Daniela i rzekła do Dorte: 

 

- On się robi coraz bardziej podobny do ciebie. 

 

- Takie same rude włosy i piegi? – uśmiechnęła się Dorte i popatrzyła z czułością na 

swojego syna. 
 

-  To  też,  ale  poza  tym  ma  takie  same  rysy  twarzy,  kształt  nosa,  podbródka,  kolor 

oczu… Nie wyparłabyś się go – zaśmiała się. – Nie będzie się mógł opędzić od dziewczyn jak 
dorośnie, to pewnie – dodała i zauważyła, że jej słowa ucieszyły Dorte. 
 

- Pierwsza w kolejce siedzi tutaj – wyszeptała, wskazując na Ane, która już się trochę 

oswoiła i gdy jej się zdawało, że nikt na nią nie patrzy, stroiła miny, na których widok Daniel 
parskał śmiechem. 
 

- Bądź grzeczna – upomniała ją Elizabeth, ale to niewiele pomogło. 

 
 

Gdy  już  wszyscy  się  najedli,  Dorte  chciała  pozbierać  talerze,  ale  Elizabeth  ją 

powstrzymała: 

background image

 

68

 

-  Nie,  zostaw  to,  służące  posprzątają,  a  my  przejdziemy  sobie  do  salonu  na  kawę  i 

ciasto. 
 

- Mogę pokazać im pokój, gdzie śpimy z Ane? – zapytała Maria. 

 

Elizabeth pokiwała głową. 

 

- Czy nie czujesz się dziwnie, gdy służące wyręczając cię w pracy? – zapytała Dorte, 

kiedy już usiedli w salonie. W filiżankach parowała gorąca kawa, a Helene, wniósłszy tacę z 
siedmioma rodzajami świątecznych ciastek, zapytała, czy czegoś jeszcze sobie życzę. 
 

Elizabeth roześmiała się serdecznie, 

 

-  To  tylko  teraz  tak  wyglądała.  Wyręczam  się  nimi  jedynie,  gdy  mamy  gości.  Na  co 

dzień,  możesz  mi  wierzyć  lub  nie,  pracuję  na  równie  z  nimi.  Posiłki  jadamy  wspólnie  w 
kuchni,  a  Helene  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką.  A,  mam  dla  cienie  pozdrowienia  od  
Bergette  –  dodała  Elizabeth.  –  Zarosiła  nas  i  odwiedziliśmy  ją  wczoraj.  Było  bardzo  miło. 
Pamiętasz ją chyba? Spotkałyśmy ją po raz pierwszy u Ragny. 
 

- Przesłała mi pozdrowienia? – zapytała Dorte zakłopotana. 

 

-  Mhm.  Bardzo  by  chciała  się  kiedyś  z  tobą  spotkać,  bo  bardzo  cię  polubiła. 

Rozmawiałyście podobno trochę podczas naszego wesela. 
 

Elizabeth  zastanawiała  się,  czy  opowiedzieć  Dorte  o  konflikcie  z  sąsiadami,  ale 

szybko porzuciła ten zamiar. Najchętniej jak najszybciej zapomniałaby o tym, co się ostatnio 
wydarzyło, gdyby to tylko było możliwe, 
 

- A co wy tak ucichłyście? – wtrącił się Kristian, wstając z miejsca. – Chyba dobrze by 

wam zrobił kieliszek likieru. Co ty na to, Dorte? 
 

- Cóż, nie wiem… - zawahała się, zerkając na Elizabeth, a ta szepnęła: 

 

- Jest bardzo dobry. 

 

- W takim razie dziękuję, chętnie – rzekła Dorte o wzięła do ręki kieliszek, który jej 

podał Kristian. 
 

-  Jakże  bym  chciała,  żebyście  mogli  zostać  u  nas  do  jutra  –  powiedziała  Elizabeth, 

maczając usta w likierze. 
 

- Sami nie mielibyśmy nic przeciwko temu, ale musimy wracać do domu. Sama wiesz, 

inwentarz. 
 

Elizabeth pokiwała ze zrozumieniem głową, a tymczasem Krystian zabrał głos: 

 

- Słyszałem ostatnio zabawną historię – zaczął. – Na wsypie Kjorringø mieszka sobie 

taki  jeden.  Zahl.  Mają  tam  w  zajeździe  obowiązek  przyjmowania  rybaków,  którzy  udają  się 
na Lofoty albo stamtąd wracają. Ale czasami zdarza się, że przybija tam nieraz tysiąc albo i 
dwa tysiące rybaków. I wtedy niektórzy śpią nawet w kościele. 
 

Jakob pokiwał głową i dobył z kieszeni fajkę, 

 

-  Budynków  jest  tam  sporo:  piekarnia,  pralnia,  kuźnia.  Poza  tym  Zahl  ma  też  wielki 

magazyn,  w  którym  na  strychu  może  przenocować  nawet  koło  setki  mężczyzn.  Podobno 
właściciel  osobiście  się  przechadza  z  laseczką  i  nią  wskazuje,  a  jeśli  laseczka  zastuka  o 
podłogę,  to  Zahl  uważa,  że  jest  miejsce  jeszcze  dla  jednego.  Jest  zwykle  tak  ciasno,  że  jak 
biedak z brzegu chce się obrócić na drugi bok, to musi krzyknąć obrót, a wówczas cały rząd 
się obraca. 
 

Kristian poklepał się po udach, a Jakob aż się zakrztusił ze śmiechu. 

 

- Ach, ten Zahl, ten Zahl – zaśmiewał się Kristian, jakby znał handlarza osobiście. – 

Ta wdowa dobrze się urządziła, ma pięćdziesiąt siedem lat, a on zaledwie trzydzieści dwa i 
się pobrali. 
 

To  raczej  Zahl  się  dobrze  urządził,  żeniąc  się  bogato,  pomyślała  Elizabeth.  Zresztą 

podobnie jak ja. Dzięki, Kristianie, że nie powiedziałeś tego na głos, dodała w myślach. 
 

Z korytarza dolatywał dziecięcy śmiech. Lody szybko zostały przełamane. 

 

Elizabeth wzniosła toast. 

background image

 

69

 

W ubiegłym roku zdawało jej się, że przeżyła najlepsze święta w swoim życiu, teraz 

zaś była pewna, że te są jeszcze lepsze. Miała wokół siebie bliskich ludzi, była najedzona i nie 
marzła. Czy można chcieć czegoś więcej? 
 
Rozdział 15 
 
 

Elizabeth wracała z wygódki, gdy w kuchni usłyszała płacz i podniesione głosy. 

 

-  A  co  tam  się  znowu  dzieje?  –  mruknęła  pod  nosem,  domyślając  się,  że  znów 

Nikoline  czepia  się  Amandy.  Że  też  to  babsko  nie  może  zostawić  dziewczyny  w  spokoju, 
pomyślała rozgniewana i szarpnęła drzwiami. 
 

Ku swemu zaskoczeniu pośrodku kuchni ujrzała Kristiana, zaś przy stole zgromadziła 

się służba. Amanda szlochała, zasłaniając twarz rękawem. 
 

- O co chodzi? – zapytała Elizabeth i popatrzyła na Kristiana. 

 

-  Znalazła  się  twoja  broszka  i  grzebień  –  odpowiedział,  wskazując  na  stół.  –  No  i 

jeszcze parę drobiazgów, które się zapodziały – dodał. 
 

Elizabeth podeszła bliżej i zauważyła kawałek koronki, wstążkę do włosów i kościany 

grzebień. 
 

- Koronka należy do Helene, a pozostałe rzeczy są moje – wyjaśniła Nikoline, Helene 

jednak trąciła ją mocno łokciem w bok i szepnęła, by była cicho. 
 

-  A  gdzie  to  wszystko  znaleźliście?  –  zapytała  Elizabeth  i  nagle  zapragnęła  nie 

poznawać  odpowiedzi.,  jakże  by  wolała,  aby  to  wszystko  okazało  się  jedynie  jakimś 
koszmarem ze snu! Niestety, to działo się naprawdę. Amanda zalewała się łzami, a Elizabeth 
po spojrzeniu męża domyśliła się, coraz nastąpi. 
 

- Nikoline znalazła te przedmioty pod poduszką Amandy – odpowiedział. 

 

- Pod poduszką? – powtórzyła Elizabeth zdumiona, dziwiąc się, czemu nagle poczuła 

ulgę. 
 

Amanda podniosła wzrok, jej twarz była wykrzywiona od płaczu. 

 

- Ja niczego nie ukradłam – szlochała.  – W całym swym życiu nie wzięłam nikomu 

nawet drobinki cukru! 
 

Ole otoczył ją ramieniem i szepnął parę słów, by ją pocieszyć. 

 

- Jestem pewien, że ona mówi prawdę – odezwał się na głos, patrząc Elizabeth prosto 

w oczy. 
 

Ta, bezsilna, odwróciła się do Nikoline i zapytała: 

 

- A ty co robiłaś przy łóżku Amandy? 

 

- Zamierzałam zdjąć powłoczki z pościeli i zabrać do prania. 

 

- Przecież to należy do obowiązków Amandy. 

 

Nikoline wzruszyła ramionami, 

 

- Chciałam po prostu pomóc – odparła spokojnie, ale zaraz dodała ostrzejszym tonem. 

– Ciągle się mną tylko komenderuje, a tu proszę, przynajmniej wreszcie  wyszło na jaw, kto 
jest uczciwy! 
 

- Wystarczy, Nikoline – przerwała jej Elizabeth. Zauważyła, że Gurine trzyma się za 

serce i wyciera chusteczką twarz. kucharce nic nie zginęło, może to ona… 
 

Nie! – przywołała się w myślach do porządku. Nie dajmy się zwariować. 

 

-  Razem  z  Krystianem  chcielibyśmy  porozmawiać  z  Amandą  na  osobności  – 

oznajmiła głośno. 
 

Ole poderwał się i zawołał: 

 

- Jeśli odeślecie stąd Amandę, ja także odejdę – zapowiedział. – Bo ona jest niewinna 

jak dziecko. 
 

Ona wciąż jest dzieckiem, pomyślała Elizabeth. 

background image

 

70

 

-  Dlaczego  zrobiłaś  coś  takiego,  Amando?  –  zapytał  Kristian  natychmiast,  gdy  tylko 

zostali sami. 
 

Dziewczyna wytarła twarz rękawem, a Elizabeth podała jej chusteczkę. 

 

-  Czy  czegoś  ci  u  nas  brakowało?  –  ciągnął.  –  Przecież  dostajesz  jedzenie  i  ubranie. 

Jeśli chciałaś więcej, mogłaś przynajmniej zapytać. – Sięgnął po kawałek koronki, odłożył i 
wziął do ręki srebrny grzebień. – Co chciałaś z tym zrobić? Nie widzisz wygrawerowane na 
grzebieniu E? 
 

Elizabeth ściągnęła go mocno za ramię i rzekła stanowczo: 

 

- Dajmy teraz Amandzie szansę, by się wytłumaczyła. 

 

- Ale ja niczego nie wzięłam! – powtórzyła Amanda. – Proszę, uwierzcie! Jest mi tu 

tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu mi nie było. Proszę, nie odsyłajcie mnie! 
 

Znów  uderzyła  w  płacz.  Elizabeth  serce  się  krajało,  gdy  patrzyła  na  trzęsące  się 

szczupłe ciało. Jakże by chciała uspokoić dziewczynę i zapewnić, że nic się nie stało, a to, co 
się wydarzyło można puścić w niepamięć. Niestety, to niemożliwe. 
 

- Idź do swojego pokoju i się ogarnij! Porozmawiamy później – rzekła. 

 

Gdy została z Krystianem sama, popatrzyła na niego z powagą. 

 

- Nie ma żadnego dowodu, że te rzeczy leżały w łóżku Amandy – stwierdziła. – Każdy 

mógł je tam podłożyć. 
 

Kristian popatrzy z rezygnacją. 

 

- A któż by to zrobił? Gurine? 

 

- Nie – zaprzeczyła Elizabeth. – Nikoline. 

 

- A dlaczego, na miłość boską, miałaby to zrobić? Gdyby chciała zabrać te rzeczy, to 

przecież nie podłożyłaby ich komuś innemu i nie przychodziłaby z tym do mnie. Chyba sama 
widzisz,  że  to  nie  ma  sensu,  Elizabeth.  Zresztą  Nikoline  jest  tu  na  posadzie  od  wielu  lat  i 
podobne zdarzenia nigdy nie miały miejsca, a teraz, krótko, po pojawieniu się Amandy, nagle 
zaczynają ginąc różne rzeczy, 
 

Ma rację, pomyślała Elizabeth, choć trochę ją rozgniewało, że jej nie poparł. 

 

- A co ze spalonym zaproszeniem na ślub? – cisnęła. 

 

- Nie ma żadnego dowodu, że zrobiła to Nikoline. 

 

- I nie ma również dowodu na to, że Amanda ukradła te przedmioty. 

 

- Zastanów się, co ty właściwie mówisz! – prychnął.  

 

Poczuła,  jak  serce  zaczyna  jej  bić  mocniej,  ale  stłumiła  złość  i  starając  się  uspokoić 

drżenie głosu, wyjaśniła: 
 

- Nikoline jest na wskroś zła, Kristianie. Ona chce się stąd pozbyć Amandy, dlatego to 

zrobiła. 
 

- A dlaczego niby tak jej zależy na odesłaniu Amandy? Dziewczyna coś jej zrobiła? 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, ale… 

 

Jak  uzmysłowić  Krystianowi,  jaka  naprawdę  jest  Nikoline?  –  myślała  zrozpaczona. 

Zwilżyła usta i wyprostowała się, po czym rzekła ze spokojem: 
 

- Jest coś, o czym ci nie mówiła. Pamiętasz, jak przyjmowałam poród matki Amandy? 

 

Pokiwał głową bez słowa. 

 

-  Kiedy  pojechałeś  do  Storvaagen,  Nikoline  chwaliła  się,  że  podczas  mojej 

nieobecności byliście ze sobą. 
 

- Byliśmy ze sobą? – powtórzył, marszcząc brwi. 

 

- W łóżku! Opisała z detalami, co robiliście, jak wyglądasz nago. 

 

Spodziewała się, że Kristian wybuchnie gniewem, huknie pięścią w stół i krzyknie, że 

nie  zamierza  tolerować  takich  kłamstw.  Dlatego  przeżyła  prawdziwszy  wstrząs,  gdy  mąż 
odchylił głowę i zaniósł się serdecznym śmiechem. 

background image

 

71

 

-  Coś  takiego?  Rzeczywiście,  kobiety  potrafią  wymyślić  najbardziej  niestworzone 

historie, by wywołać u niej zazdrość. 
 

Rozgniewała  się,  uświadomiwszy  sobie,  że  ta  opowieść  tylko  połechtała  jego  męską 

próżność. 
 

- Myślisz, że mówię o tym z powodu zazdrości? – spytała lodowato. – Uważam raczej, 

ż

e zachowała się bezczelnie, nieprzyzwoicie i po prostu głupio. 

 

- Uwierzyłaś jej? – zapytał poważnie i głos mi złagodniał. 

 

Nie odpowiedziała, co uznał za potwierdzenie, przemówił więc do niej łagodnie jak do 

dziecka: 
 

- Nie możesz się tak wszystkim przejmować, Elizabeth. 

 

- Żądam jedynie należnego mi szacunku. 

 

-  Słusznie  –  odpowiedział  Kristian.  –  Ale  wiesz,  Nikoline  znała  cię  wcześniej,  gdy 

byłaś  tu służącą, wiec pewnie trudno jej się przestawić. 
 

Elizabeth odwróciła się i odetchnęła głębiej parę razy. To na nic, pomyślała. Kristian 

nie zrozumie. Zresztą mężczyźni nie potrafią się przyznać do pomyłki. Za nic w świecie nie 
ustąpią,  zwłaszcza  kobiecie,  a  już  szczególnie  własnej  żonie.  Kobieta  ma  być  mężczyźnie 
poddana, tak jest zapisane w Biblii. 
 

Skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła się z powrotem do niego. 

 

- Daj mi dwa tygodnie – poprosiła – a udowodnię, że Amanda jest niewinna, 

 

Popatrzył  na  nią  badawczo  i  przez  chwilę  wyglądało  tak,  że  jej  odmówi,  w  końcu 

jednak siknął głową. 
 

-  Dobrze,  dwa  tygodnie.  Jeśli  jednak  nie  zdobędziesz  dowodów  niewinności, 

dziewczynka będzie musiała opuścić dwór. Nie możemy mieć w domu nieuczciwej służącej. 
 

-  Dziękuję  –  odpowiedziała  krótko  i  zapatrzyła  się  niewidzącym  wzrokiem  na 

dziedziniec. 
 

- Chyba nie jesteś na mnie zła? – spytał. 

 

Owszem, jestem! – miała ochotę zawołać. Jestem zła, ponieważ nie widzisz, co tu się 

dzieje, pod twoim nosem. Ponieważ nie poparłeś mnie, własnej żony! 
 

Stłumiła jednak w sobie te słowa i pokręciła głową. Dopiero gdy usłyszała za plecami 

skrzypnięcie zamykanych drzwi, odwróciła się od okna i opadła na krzesło. 
 

Nagle  do  jej  serca  wkradło  się  zwątpienie.  Może  jednak  Kristian  ma  racę?  Może 

uprzedziłam się do Nikoline, bo od pierwszych dni drze ze mną koty, dlatego ją obwiniam? 
Czyżbym osądziła niesprawiedliwie? 
Służąca  przyłapana  na  kradzieży  ma  kłopot  ze  znalezieniem  nowej  posady.  Amanda  jest 
nowa, zawsze żyła w ubóstwie. Może dała się skusić, mając na wyciągnięcie ręki takie ładne 
przedmioty?  Wzięła,  nie  myśląc  o  konsekwencjach.  Może  chciała  potrzymać  je  trochę.  By 
poczuć, jak to jest, posiadać coś tak cennego. 
 

Pokręciła  głową.  Nie,  to  zupełnie  nie  pasuje  do  Amandy,  którą  poznałam.  Ale 

właściwie, na ile dobrze ją znam? – pytała samą siebie. 
 

Drzwi się uchyliły i Helene wsunął głowę. 

 

- Widziałam, że Kristian wyszedł. Mogę? – zapytała niepewnie. 

 

- Tak, proszę, wejdź! – westchnęła Elizabeth i podniosła z krzesła. 

 

- Chyba ci ciężko – rzekła Helene, patrząc na nią przeciągle. 

 

- Nie wiem, co robić. Dlaczego nie powiedziałaś, że zginęła ci koronka? 

 

- Myślałam, że ją gdzieś zapodziałam 

 

-  Co  ja  mam  o  tym  myśleć?  –  spytała  Elizabeth.  –  Jakoś  nie  mogę  uwierzyć,  że 

Amanda jest złodziejką. 
 

-  Tym  razem  nie  mogę  ci  pomóc  –  odparła  Helene.  -  Bo  pozostaję  także  w  kręgu 

podejrzanych.  Mogłam  przecież  ukraść  te  ozdoby,  a  gdy  omal  nie  zostałam  zdemaskowana, 
włożyłam te przedmioty Amandzie pod poduszkę… na przykład. 

background image

 

72

 

Elizabeth przytaknęła powoli. 

 

-  Rozumiem,  ale  nikt  cię  o  to  nie  podejrzewa.  Jest  jednak  coś  w  tym,  co  mówisz. 

Udało  mi  się  uzyskać  od  Kristiana  dwa  tygodnie,  by  udowodnić  niewinność  Amandy.  – 
Otarła twarz i dodała zmęczonym głosem: - Porozmawiam z Amandą. Jest jeszcze w pokoju? 
 

- Tak. 

 

W korytarzu natknęła się na Olego. 

 

- Chciałam jeszcze powiedzieć, że jeśli wypędzicie stąd Amandę to ja odejdę razem z 

nią. 
 

Elizabeth poklepała go po ramieniu i rzekła powoli: 

 

-  Amanda  ma  szczęście,  że  trafił  jej  się  ktoś  taki  jak  ty,  Ole.  Spokojnie,  póki  co 

zostanie u nas – dodała, wchodząc do pokoiku. 
 

Amanda  z  wyprostowanymi  plecami  siedziała  na  brzegu  łóżka  i  wpatrywała  się  w 

swoje dłonie. Włosy miała starannie uczesane na mokro, warkocze zaplecione, ale na umytej 
twarzy wciąż znać było ślady łez. 
 

Elizabeth siadła powoli obok służącej i zagadnęła ostrożnie: 

 

- Amando… 

 

Urwała, bo właściwie nie wiedziała, co powiedzieć. 

Przecież  nie  może  jej  obiecać,  że  nie  straci  posady  ani  że  podejrzewa  Nikoline.  Nie  miała 
serca wyjawić dziewczynie, że być może pozostały jej co najwyżej dwa tygodnie w Dalsrud. 
 

Pogłaskała ją po plecach. 

 

- Muszę odejść? – zapytała Amanda, podnosząc wzrok. 

 

- Wracaj do pracy, potem o tym porozmawiamy.  

Postaraj się, nie myśleć za dużo o tym wszystkim. Dasz radę? 
 

- Postrada się, najlepiej jak potrafię. 

 

-  To  dobrze.  –  Elizabeth  podniosła  się,  a  wychodząc,  zatrzymała  się  w  drzwiach  i 

poprosiła: 
 

-  Może  pomogłabyś  Marii  w  lekcjach?  Siedzi  w  izbie  i  uczy  się  na  pamięć  psalmu. 

Ane jest tam razem z nią. Tylko, proszę, nie mów im nic o tym, co się stało. 
 

Amanda pokiwała głową i natychmiast wstała. 

 

Elizabeth  stała  przez  chwilę  nieruchomo,  niepewna.  Czy  możliwe,  żeby  Amanda… 

Nie dokończyła tej myśli, a obrzuciwszy spojrzeniem pokoik, powtórzyła sobie surowo: Nie! 
Zaufaj intuicji! Amanda jest niewinna i tego się trzymaj! 
 
 

Elizabeth  przez  wiele  dni  trzymała  w  kieszeni  spódnicy  haftowany  kołnierzyk, 

czekając na dogodną okazję. I wreszcie się nadarzyła. Helene prasowała w kuchni ubrana. 
 

- Mogłabyś przeprasować i to? – zapytała Elizabeth, podając kołnierzyk. 

 

- Oczywiście, jaki piękny! Nowy? 

 

-  Dostałam  go  w  prezencie  od  Dorte,  więc  ma  dla  mnie  wielką  wartość  –  skłamała 

Elizabeth.  Na  szczęście  Nikoline  nie  miała  pojęcia,  że  kołnierzyk  został  zakupiony  o 
wędrownego kramarza, który odwiedził dwór późną jesienią. – Odłóż go potem na stolik przy 
drzwiach  do  salonu.  Zabiorę,  jak  będę  szła  na  górę.  Tylko  bardzo  cię  proszę,  uważaj  przy 
prasowaniu, by go czasem nie zniszczyć! 
 

Była  pewna,  że  Nikoline  zabierze  kołnierzyk,  gdy  tylko  Helene  odłoży  go  na  stolik. 

Przez pół godziny stała schowana w kącie ze schodami, ale nic się nie wydarzyło. Poczuła się 
głupio  i  doznała  zawodu.  Nie  dopuszczała  jednak  do  siebie  pojawiających  się  znów 
wątpliwości. 
 

Na szczęście Kristian się nie dopytywał, jak jej idzie szukanie dowodów, ale zapenie 

się domyślał. 
 

 

background image

 

73

 

Minęły już prawie dwa tygodnie. Elizabeth była coraz bardziej zdesperowana. Bolała 

ją głowa, zasychało  jej w gardle. Ogarnęła ją  rozpacz. Trudno było jej sobie wyobrazić, że 
Amanda  zostanie  wydalona,  a  Nikoline  pozostanie  we  dworze.  Czas  ucieka,  w  najbliższych 
dniach  Kristian  zażąda  odpowiedzi.  Najchętniej  wychłostałaby  Nikoline  i  zmusiła  ją,  by  się 
przyznała  do  podrzucenia  skradzionych  przedmiotów  Amandzie,  ale  oczywiście  tego  nie 
mogła uczynić. Westchnęła ciężko, głowa rozbalowała ją na dobre. 
 

- Mamo, nie opowiedziałabyś mi bajki? – marudziła Ane, wdrapując się jej na kolana. 

 

- Nie, nie teraz. Boli mnie głowa – odparła zmęczona i wstała. – Chodź, zboczę, co da 

się zrobić. 
 

W korytarzu natknęła się na Amandę. 

 

- Moja droga, możesz zająć się przez chwilę Ane? Męczy mnie okropny ból głowy. 

 

- Jasne, że mogę. Chodź, Ane! – Amanda uśmiechnęła się dobrotliwie do dziecka. 

 

- Wiem, że opieka nad Ane nie należy do twoich obowiązków, ale uczyń ten wyjątek, 

póki Maria nie wróci ze szkoły. Niebawem powinna tu być. 
 

- Nic nie szkodzi. Idę do obory nakarmić zwierzęta, a Ane może mi pomóc. Prawda, 

Ane? 
 

-  Tak,  ja  umiem  bardzo  dobrze  pracować.  Gurine  tak  powiedziała  –  odparła  Ane  z 

powagą. 
 

-  Dziękuję,  Amando.  Nie  wiem,  co  bym  bez  ciebie  zrobiła  –  rzekła  Elizabeth  i 

natychmiast  pożałowała  wypowiedzianych  słów,  świadoma,  że  zapewne  nazajutrz  będzie 
musiała zwolnić służącą. 
 

Nagle  wyczuła  niejasno,  że  Nikoline  gdzieś  z  ukrycia  podsłuchuje  rozmowę, 

zaryzykowała więc i napomknęła: 
 

-  Może  wydzielimy  dla  ciebie  osobny  pokoik  na  strychu?  Nie  musiałabyś  mieszkać 

razem z Helene. 
 

-  Możesz  spać  ze  mną  –  zaproponowała  Ane,  przypatrując  się  Amandzie.  Ja  się  tak 

skurczę, tak skurczę, że będzie miejsce dla ciebie. 
 

Wciągnęła policzki, pokazując, jaka może być chudziutka. 

 

Służąca pokraśniała z radości i dygnęła, ale zaraz spuściła wzrok i powiedziała: 

 

-  Dziękuję,  ale  mnie  się  bardzo  dobrze  mieszka  z  Helene,  więc  jeśli  nie  masz  nic 

przeciwko temu, chętnie tam pozostanę. 
 

- Dobrze, skoro tak chcesz – odparła Elizabeth i, przyciskając palce do skroni, dodała: 

- Zajrzę na chwilę do kuchni, a potem pójdę do salonu położyć się na chwilę. 
 

Na  szczęście  w  kuchni  było  pusto.  Na  drżących  nogach  Elizabeth  podkradła  się  do 

pokoiku  Nikoline  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Gdyby  służąca  teraz  weszła,  Elizabeth  nie 
miałaby nic na swoje usprawiedliwienie. Trudno by jej było wytłumaczyć swoją obecność w 
tym  miejscu,  rozejrzała  się  pośpiesznie  wokół  i  zauważyła  niewielki  kufer.  Chwyciła  za 
wieko. 
 

- Do diabła - zaklęła, gdy się okazało, ż skrzynia jest zamknięta na klucz. 

 

Nagle  drgnęła,  bo  zdawało  jej  się,  że  słyszy  jakiś  dźwięk.  Po  cichu  wyjrzała  przez 

szparę w drzwiach do kuchni. Wstrzymała oddech i odetchnęła z ulgą dopiero, gdy mignęła 
jej kota Ane. Zamknęła drzwi. 
 

Klucz!  Muszę  szybko  go  znaleźć!  Gdzie  bym  go  schowała  na  miejscu  Nikoline?  – 

zastanawiała  się  nerwowo.  Nie  miała  czasu  na  zbyt  długie  rozmyślania,  wsunęła  więc  dłoń 
pod  siennik  i  aż  jęknęła  z  radości,  spociły,  gdy  manipulowała  przy  zamku,  ale  wreszcie  go 
otworzyła. Nie wolno mi pozostawić żadnych śladów, przeleciało jej przez głowę. Ostrożnie 
przesunęła jakieś ubranie, psałterz i przybory do pisania. W końcu znalazła to, czego szukała: 
umowę sporządzoną kiedyś przez Leonarda, w której zapisał przyrzeczenie, że Nikoline może 
pozostać na posadzie w Dalsrud tak długo, jak zechce. 

background image

 

74

 

Wsunąwszy  dokument  do  kieszeni  spódnicy,  zamknęła  kufer  i  odłożyła  klucz  na 

miejsce, a potem wymknęła się z pokoju Nikoline. 
 

Ż

e  też  mi  wcześniej  nie  przyszło  to  do  głowy,  pomyślała,  patrząc,  jak  płomienie  w 

piecu  pochłaniają  ważny  papier.  Wpatrywała  się  w  ogień,  póki  z  umowy  nie  pozostał  tylko 
popiół. Dopiero wówczas wstała i podeszła do drzwi. Przypuszczała, że Nikoline zakradła się 
właśnie na strych, by ukraść coś, co należy do Elizabeth. 
 

W tej samej chwili trzasnęły drzwi wejściowe, a do korytarza weszła Amanda z Ane. 

Serce  podskoczyło  Elizabeth  go  gardła.  Przeraziła  się,  że  Nikoline  zastanie  je  w  korytarzu, 
gdy znajdzie na dół. Albo jeszcze gorzej, że Kristian zacznie rozmawiać z Amandą. Złożyła 
dłonie i powtarzała jak zaklęcie, 
 

- Proszę, odejdźcie stąd, proszę… 

 

- Mama jest w salonie? – zapytała Ane. 

 

- Tak, boli ją głowa i musi chwilę odpocząć – odpowiedziała Amanda. 

 

- Pójdę porozmawiać z mamą, muszę powiedzieć jej coś ważnego. 

 

Elizabeth  wstrzymała  oddech.  Jeśli  Amanda  pozwoli  teraz  Ane  tu  wejść,  to  cały 

misterny plan spali na panewce, a jej czas w Daslrud skończy się ostatecznie. 
 

- Ale ja chcę! Ja chcę! 

 

-  Najpierw  musisz  umyć  rączki,  a  potem  sprawdzimy,  czy  w  spiżarni  u  Gurine 

znajdzie się coś dobrego – kusiła Amanda. 
 

Gdy zamknęły się za nimi drzwi do kuchni, Elizabeth powoli wpuściła  powietrze do 

płuc. 
 

Co ta Nikoline tak się grzebie? – zastanawiała się.  

W  salonie  zrobiło  się  chłodno,  zmarzły  jej  stopy,  ale  nie  mogła  teraz  odejść  ze  swojego 
posterunku, by napalić w piecu. 
 

Już niemal straciła nadzieję, gdy nagle zauważyła, jak Nikoline po cichu przemyka się 

na dół ze strychu. Zatrzymała się na dole przy schodach i rozejrzała wokół. Czyżby skrywała 
coś  pod  fałdami  spódnicy?  –  zastanawiała  się  Elizabeth,  wysilając  wzrok.  Serce  jej 
podskoczyło,  gdy  zobaczyła,  że  Nikoline  zakrada  się  do  pokoiku,  który  Amanda  dzieli  z 
Helene. 
 

- Wreszcie – wyszeptała Elizabeth i bezgłośnie poszła za nią. By nie zdradzić swojej 

obecności, ukryła się za drzwiami i obserwowała przez szparę, jak Nikoline otwiera szufladkę 
stolika nocnego i wkłada coś do środka. I dopiero wtedy się ujawniła. 
 

- A co ty tu robisz? – zapytała chłodno. 

 

Nikoline obróciła się i popatrzyła na nią zaskoczona. 

 

- Nic – odparła po chwili. – Ja tylko… przyszłam po coś dla Amandy. Prosiła mnie o 

to. Powiedziała… 
 

-  Oszczędź  sobie  tych  kłamstw  –  przerwała  jej  Elizabeth.  –  Wiem,  co  robisz,  bo  cię 

obserwowałam.  A  teraz,  proszę,  wyjmuj,  to  co  włożyłaś  przed  chwilą  do  szuflady.  Jak  się 
domyślam, coś, co należy do mnie. 
 

- Nie rozumiem, o czym mówisz – Nikoline udawała zdumioną, 

 

Elizabeth weszła do pokoiku i sama otworzyła szufladę. 

 

-  A  co  to  takiego?  –  zapytała,  machając  służącej  przed  nosem  haftowanym 

kołnierzykiem. 
 

- Coś takiego! Znowu ukradła… 

 

-  Milcz,  Nikoline!  –  warknęła  Elizabeth.  –  Tym  razem  posunęłaś  się  za  daleko. 

Przebrałaś miarę. Nie dość, że wobec mnie bez przerwy sobie pozwalasz na bezczelność, to 
jeszcze dopuściłaś się takiej podłości wobec Amandy. Nie zamierzam dłużej tego znosić, 
 

- Amanda to, Amanda tamto – przedrzeźniała ją Nikoline. – Wciąż tylko słyszę, jaka 

ona  jest  we  wszystkim  wspaniała.  Mam  jej  dość!  –  wysyczała,  a  jej  błękitne  oczy  zalśniły 
złowrogo. – I pozbędę się jej, zobaczysz! 

background image

 

75

 

-  Twój  czas  w  Dalsrud  właśnie  się  kończy  –  oznajmiła  Elizabeth  ze  spokojem.  – 

Najpierw porozmawiamy z Krystianem, a potem przeprosisz Amandę. 
 

-  Nigdy!  –  wykrzyknęła  służąca  i  rzuciła  się  do  drzwi.  Przebiegła  przez  kuchnię, 

przewracając po drodze krzesło, i wparowała do swojego pokoiku, 
 

- Bój się Boga! – przestraszyła się Gurine. 

 

-  Bój  się  Boga  –  powtórzyła  za  nią  Ane,  przypatrując  się  wielkimi  oczami  całemu 

zajściu. 
 

- Gdzie to jest? –wrzasnęła Nikoline i wbiegła z powrotem do kuchni. 

 

- Co takiego? – zapytała Elizabeth z miną niewiniątka. 

 

- Umowa spisana przez Leonarda! Tam było wyraźnie zaznaczone, że mogę pozostać 

w Dalrsud, jak długo zechce. 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Nigdy o tym nie słyszałam. 

 

Przez moment zdawało się, że Nikoline rzuci się jej do oczu, opanowała się jednak. 

 

- Owszem, wiesz! Pokazywałam ci, kiedy skłamałam o… -urwała, a po chwili dodała: 

- Widziałaś tę umowę. 
 

- Zdemaskowałaś się –  orzekła Elizabeth. – Teraz pójdziesz ze mną do Kristiania do 

kantoru. 
 

Chwyciła dziewczynę za ramie i pociągnęła ją za sobą. 

 

- Puszczaj! – wrzasnęła Nikoline, usiłując się wyswobodzić. 

 

Kristian na ich widok podniósł się z miejsca. 

 

- Możecie mi wyjaśnić, co tu się dzieje? – zapytał. 

 

-  Złapałam  Nikoline  na  gorącym  uczynku,  jak  podrzucała  kradziony  przedmiot  do 

szuflady stolika Amandy. Zresztą sama się przyznała – rzekła Elizabeth. 
 

- Czy to prawda? – spytał Kristian, wbijając wzrok w Nikoline. 

 

- Ktoś ukradł moją umowę. To na pewno ona –  odparła Nikoline, wskazując palcem 

na Elizabeth. 
 

- Odpowiedz mi na pytanie! – cisnął Kristian z pociemniałymi oczami. 

 

- Tak, zrobiłam to – warknęła Nikoline.  – Ale ona zbierała moją umowę. 

 

Kristian stanął pośrodku pomieszczenia o oznajmił: 

 

- Milcz! Usłyszałem już wystarczająco dużo. Pakuj się odjedziesz. Zadaje się, że masz 

krewnych w Bodø, prawda? – zapytał. 
 

Nikoline niechętnie pokiwała głową. 

 

-  jeden  z  moich  znajomych  płynie  jutro  na  południe  swoim  kutrem.  Zabierzesz  się z 

nim. To wszystko. Możesz odejść. 
 

Mijając Elizabeth, Nikoline przeszyła ją wzrokiem pełny, nienawiści. 

 

-  Z  tą  jeszcze  nie  koniec  –  mruknęła  Elizabeth  do  siebie,  czując  jak  jej  ciarki 

przechodzą po plecach, i wyczerpana, oparła się o drzwi. 
 
Rozdział 16 
 
 

Andreas  rozgrzebywał  rybę  na  talerzu  i  zamyślony  wyglądał  przez  okienko.  Na 

dworze hulał wicher, ale śniegu spadło niewiele, bo wyspa leżała daleko od lądu, prawie na 
otwartym  morzu.  Nadszedł  styczeń  tysiąc  osiemset  siedemdziesiątego  szóstego  roku. 
Wspomniała  o  tym  Lavina,  która  skrupulatnie  odnotowywała  mijające  dni  i  miesiące. 
Domyślał się, że z jakiegoś powodu jest to dla niej ważne. 
 

Znów naszło go przygnębiające uczucie, że jest tu obcy, że nie należy do tego miejsca. 

Przekonywał  siebie,  że  to  z  powodu  utarty  pamięci.  Z  czasem  gdy  już  pozna  przeszłość, 
wszystko  ulegnie  zmianie  na  lepsze.  Czekał  już  dość  długo,  mimo  to  ogarnęła  go  coraz 
większa  niepewność.  Przypominały  mu  się  coraz  to  nowe  szczegóły,  które  zupełnie  nie 

background image

 

76

pasowały  do  tego,  co  opowiadała  mu  Lavina.  Większość  tych  urywków  wspomnień 
zachowywał dla siebie, bo wolał unikać kolejnych wybuchów wściekłości Laviny. 
 

Zauważył,  ze  ona  go  bacznie  obserwuje,  zmusił  się  więc  do  jedzenia.  Oszczędzali 

ziemniaki,  podpłomyki  się  skończyły,  ale  nie  brakowało  koziego  mleka,  mięsa  i  ryb. 
Owszem, radzili sobie, mimo że posiłki były mało urozmaicone. Na przykład tego dnia rybę z 
ziemniakami jedli i na podwieczorek, i na kolację. 
 

-  Nie  wybierasz  się  czasem  na  stały  ląd?  –  zapytał,  ale  Lavina  przygwoździła  go 

stalowoszarym spojrzeniem swoich oczu. 
 

- Nie – odparła krótko, rozgniatając ziemniaki widelcem, i dodała po chwili: - Może 

na wiosnę.  Zobaczę. O tej porze niebezpiecznie  wypływać kobiecie samej na morze. Chyba 
ż

e  ty  chwycisz  za  wiosła  –  rzuciła  z  uśmiechem,  a  w  jej  głosie  Andreas  wyczuł  wyraźne 

szyderstwo. 
 

Wielokrotnie  podejmował  próby,  by  wejść  do  łodzi.  Gdy  Lavina  to  parę  razy 

zauważyła, pogardliwie rzekła: 
 

- Daruj to sobie! Jak się nabawiłeś lęku przed morzem, to już go nigdy nie pokonasz. 

Tak samo było z moim starym wujem. Wiem, co mówię. 
 

Z początku jej uwierzył  i pozostawił łódź na wiele dni. Potem jednak rozgniewał się 

na  siebie  i  pod  nieobecność  Laviny  próbował  walczyć  ze  swoją  słabością.  Wciąż  jednak 
paraliżował  go  śmiertelny  strach.  Za  każdym  razem  czuł,  jak  zaciska  mu  na  gardle  swe 
szpony. Już samo wejście na pokład łodzi traktował jako zwycięstwo. 
 

Nie  miał  siły  kłócić  się  z  Laviną,  skupił  się  więc  znów  na  zimnym  i  pozbawionym 

smaku  jedzeniu.  Nie  tylko  jej  gwałtowny  temperament  budził  jego  wątpliwości.  Przekonał 
się, że okłamywała go lub zatajała przed nim pewne sprawy. Gdyby wszystko było normalnie, 
po  co  by  coś  ukrywała?  Na  przykład  ostatnio,  gdy  wróciła  ze  stałego  lądu.  Pytał,  jak  jej 
poszło,  ale  ona  zachowywała  się  jakoś  dziwnie  i  unikała  go  przez  cały  dzień.  To  właśnie 
wtedy zaczął marzyć o tym, by dostać się na ląd. Może wróciłaby mu pamięć? 
 

Posiłek dokończyli w milczeniu, po czym Lavina ziewnęła przeciągle i oznajmiła: 

 

- Pozmywam później. Teraz położę się na chwilę do łóżka. A ty rób, co chcesz. 

 

Nie  odpowiedział,  ale  wśliznął  się  pod  futrzane  okrycie  razem  z  nią.  Ona 

demonstracyjnie  odwróciła  się  do  niego  plecami,  jak  zwykle,  gdy  się  na  niego  obraziła. 
Rozumiał, że  w  ten  sposób  chce  go  ukarać.  Tego  wieczoru  jednak  był  nawet  zadowolony  z 
tego powodu. 
 

Ciało  i  dziki  temperament  Laviny  wywoływały  w  nim  bezgraniczne  pożądanie,  co 

kobieta potrafiła wykorzystać. Ostatnio jednak ów żar nieco w nim ostrzygł. Leżał zapatrzony 
w mrok. Domyślał się, że Lavina tylko udaje, że śpi, pilnował się jednak, by jej nie dotykać, 
co było dość trudne, skoro leżeli tak blisko siebie. Andreas zamknął oczy i w końcu zmorzył 
go sen. 
 

Szedł boso po zielonej pachnącej łące. Lekki wietrzyk rozwiewał mu włosy. Bzyczał 

trzmiel,  przelatując  z  kwiatka  na  kwiatek.  Mężczyzna  odchylił  głowę  i  popatrzył  na  piękny 
lazur nieba. Słońce przegrzewało i na moment oślepiło. Dlatego też zdawało mu się, że wzrok 
go mami, gdy zobaczył zbliżającą się do niego postać. Czy to huldra? zastanawiał się, mrużąc 
oczy.  Jej  włosy  opadały  wokół  bioder  niczym  złociste  strugi  wodospadu.  Zauważył,  że  ma 
bose  łydki,  gdy  uniosła  nieco  spódnicę.  Stopy  miała  niewielkie.  Była  filigranowa  i  śliczna. 
Ogarnęło go przemożne pragnienie, by ją chronić przed wszelkim złem. Gdy podeszła bliżej, 
dostrzegł,  jak  w  uśmiechu  odsłaniała  białe  mocne  żeby,  a  w  złocisto  brązowych  oczach 
błyska  rozbawienie.  Ruszyła  biegiem  ku  niemu,  a  on  otworzył  ramiona,  by  ją  złapać.  Czuł, 
jak  serce  mu  wali  w  piersi.  Kocham  ją,  zawsze  ją  kochałem!  Pomyślał,  gdy  przywarła  do 
niego  drobnymi  krągłymi  piersiami,  i  zarzuciła  mu  na  szyję  szczupłe  ręce.  I  te  zapachy… 
Pamiętał  je  z  innego  czasu.  Dotknął  wargami  jej  ust  i  poczuł  malinową  słodycz.  Może 
zrywała je po drodze? 

background image

 

77

 

- Wróciłaś, Elizabeth – wyszeptał. 

 

- To nie ja, lecz ty wróciłeś – odpowiedziała. – Tak bardzo cię kocham… 

 

Nagle rozpłynęła się w błękitnoszarej mgle, a on poczuł pustkę w ramionach. 

 

- Wróć, Elizabeth – szepnął błagalnie. – Wróć! 

 

-  Cii,  to  tylko  sen  –  usłyszał  jakiś  głos,  ale  dopiero  po  dłuższej  chwili  wróciła  mu 

orientacja. Z głębokim bólem uświadomił sobie, że jest w chacie na Wyspie Topielca, a obok 
niego leży Lavina. 
 

- Śniła mi się jakaś Elizabeth – wymamrotał, wciąż nie do końca obudzony. – To było 

takie rzeczywiste, jakby mi się naprawdę kiedyś zdarzyło. 
 

- Elizabeth to była twoja matka – oświadczyła Lacina bez sentymentów, a w jej głosie 

wyczuł chłód. 
 

-  Nie,  pomyślał,  zamykając  oczy.  Elizabeth  to  kobieta,  którą  kochałem,  którą 

całowałem i z którą byłem blisko… 
 

Może to moja ukochana? 

 

Udawał,  że  śpi,  starając  się  oddychać  miarowo  i  spokojnie,  ale  wciąż  miał  przed 

oczami postać ze snu. Czuł niemal jej zapach, dotyk jej ciała i słyszał łagodny śmiech. 
 

Gdy się upewnił, że Lavina śpi, wstał ostrożnie i wymknął się do okna, by popatrzeć w 

ciemność nocy. Wiatr ucichł. Andreas ubrał się po cichu i wyszedł z chaty, po czym długimi 
krokami  oddalił  się  w  głąb  wyspy.  Czuł,  że  musi  zaczerpnąć  świeżego  powietrza.  W  jego 
głowie panował zamęt. 
 

Doszedłszy  na  drugi  koniec  wyspy,  zwolnił  i  skierował  się  w  stronę  brzegu.  Nagle 

jego spojrzenie padło na duży cień. Zaciekawiony, podszedł bliżej brzegu i zobaczył prawie 
całkiem nową łódź z wiosłami. Na pewno nie była to szalupa ratunkowa z jakiegoś rozbitego 
statku.  Zapewnie,  niedokładnie  zacumowaną,  porwały  ją  fale.  W  pierwszym  odruchu  chciał 
już biec do Laviny i opowiedzieć, co znalazł. Gdyby sprzedała łódź, starczyłoby im pieniędzy 
na jedzenie i ubrania przez wiele miesięcy. Zatrzymał się jednak gwałtownie i zapatrzył się w 
mrok. Nie, Lavina nie dowie się o tej łodzi. Przynajmniej na razie, postanowił. 
 

Trzymając się kurczowo krawędzi burty, wszedł do środka. Aż pobielały mu kłykcie. 

Przecież trawa jest na lądzie, powtarzał sobie, przełykając z trudem ślinę. Próbował uspokoić 
oddech  i  odzyskać  kontrolę  nad  rozdygotaniem  ciałem.  Próbował  tego  wielokrotnie,  ale 
akurat strasznie mu zależało, by sobie z tym poradzić. 
 

- No, dalej – odezwał się głośno, a dźwięk własnego głosu pomógł mu się uspokoić. – 

Krok po kroku, Andreasie. Najpierw zwolnij uścisk dłoni na krawędzi burty, usiądź i chwyć 
wiosło! 
 

Wykonawszy po kolei te czynności, poczuł, jak wraca mu odwaga. 

 

- Odbij! 

 

Odepchnął się wiosłem od kamienia i łódź powoli zsunęła się na wodę. Szumiało mu 

w uszach, bał się, że zaraz zwymiotuje. 
 

Spocony jak szczur umieścił wiosła w dulkach i pociągnął nimi parę razy. Spodobało 

mu się. Jestem rybakiem, pomyślała ożywiony, czując, że te ruchy ma we krwi. Zaśmiał się 
cicho  z  radości.  Stopniowo  wróciła  mu  odwaga.  Nie  na  darmo  próbował  się  przełamać! 
Wiosła  cięły  taflę  wody,  a  gdy  już  dopłynął  łodzią  do  innej  części  wyspy,  wciągnął  ją  na 
brzeg i ukrył pomiędzy dwoma głazami. Wiedział, że wody przepływu tu jej nie dosięgną. Tu 
łódź  mogła  czkać  bezpiecznie.  Nogi  się  pod  ni,  trzęsły,  gdy  stanął  z  powrotem  na  lądzie. 
Wciąż jeszcze odczuwał lęk przed morze, ale nie czuł już się więźniem na wyspie. 
 
 

Wrócił do chaty. Rozebrał się niecierpliwe i wślizgnął się pod futrzane okrycie obok 

Laviny. Był tak poekscytowany, że nie mógł zasnąć. Całkiem nowa, łódź, myślał. Lavina nie 
ma pojęcia o jej istnieniu. To jego tajemnica. 
 

Był radosny, by zauważyć, że Lavina nie śpi, tylko leży cicho. 

background image

 

78

 

 

 
 

Rankiem Lavina była jakaś milcząca. A niech się boczy, wszystko mi jedno, pomyślał 

Andreas i gwiżdżące, naniósł wody i ułożył suche drwa w palenisku. Miał już rozpalić, gdy 
wzrok jego padł na jeden z kamieni pokryty sadzą, na których widocznie były ślady palców. 
Chwycił go i zauważył, że jest luźny. 
 

Pośpiesznie  włożył  w  szparę  widelec  i  podważył.  Udało  mu  się  wyjąć  kamień,  a  w 

zagłębieniu  pod  nim  znalazł  nóż.  Z  bijącym  mocno  spacerem  chwycił  rękojeść,  na  której 
zauważył wyryte inicjały: J.R. 
 

- Co oznaczają ? – zapytał sam siebie na głos. 

 

W tej samej chwili usłyszał trzask drzwi i do izby weszła Lavina z wiaderkiem mleka. 

 

- Rozpaliłeś porządnie? – zapytała, zdejmując chustę. Nagle znieruchomiała i zapytała 

ostrym przenikliwym głosem: - A gdzie to znalazłeś? 
 

- W otworze pod paleniskiem. Czyj to nóż? 

 

Odpowiedziała z niewzruszoną miną: 

 

- Nie wiem. Był w łodzi, którą kiedyś morze wyrzuciło na brzeg. 

 

- A dlaczego schowałaś? Zauważyłem ślady twoich palców na kamieniu, to znaczy, że 

dopiero co miałaś go w ręce. 
 

-  A  co,  nie  wolno  mi  pilnować  cennych  przedmiotów?  To  piękny  nóż  –  dodała.  – 

Lubię sobie na niego popatrzeć od czasu do czasu. 
 

- A co zrobiłaś z łodzią? – zapytał. 

 

- A co ty się mnie dzisiaj tak uczepiłeś – warknęła. 

- Powiedz lepiej, co robiłeś w nocy? Myślisz, że nie zauważyłam, kiedy wróciłeś? 
 

-  Ja  pierwszy  zadałem  ci  pytanie  –  odrzekł  ze  spokojem  i  wstał.  –  Co  zrobiłeś  z 

łodzią? 
 

Po  raz  pierwszy  zauważył,  że  kobieta  straciła  pewność  siebie  i  dlatego  się 

zastanawiała, nim mu odpowiedziała. 
 

- Porąbałam ją na kawałki i spaliłam. 

 

- Dlaczego? 

 

- Była zgniła, a ja marzłam. 

 

- A gdzie ja wtedy byłem? 

 

-  Ty  byłeś…  -  odrzekła  i  odwróciła  się  do  niego  plecami,  by  odstawić  skopek  z 

mlekiem . – Byłeś chory i leżałeś w łóżku. 
 

Choć brzmiało to wiarygodnie, coś mu mówiło, że to nie jest prawda. 

 

- W nocy wychodziłem do wygódki – skłamał i odłożył nóż na półkę. – Usłyszałem, 

ż

e zwierzęta są jakieś niespokojne i zajrzałem do chlewa. Okazało się, że koza zaplątała się w 

sznur i trochę potrwało, nim ją uwolniłem i uspokoiłem. 
 

Zauważył,  że  Lavina  przyglądała  mu  się  podejrzliwie,  ale  gdy  uchwycił  jej  wzrok, 

pierwsza odwróciła głowę. 
 

Przez cały dzień zachowywali się jak dwoje obcych sobie ludzi. A może rzeczywiście 

jesteśmy sobie obcy? pomyślał wieczorem Andreas. Nie rozmawiali ani o nożu, ani o łodzi, 
zerkali jedynie na siebie ukradkiem, starając się domyślić, o czym myśli to drugie. 
 

- Lavina, kochasz mnie? – zapytał ją nagle i spojrzał w powałę. 

 

Co mi przyszło do głowy, by pytać o coś takiego, zdenerwował się w duchu na siebie. 

 

Zaśmiała się chrapliwie. 

 

-  Czemu  pytasz?  Kochasz  mnie…  -  powtórzyła  pogardliwie.  –  A  co  to  za  bzdury? 

Słyszałeś kiedyś, by ludzie brali ślub z miłości? Nie! Z wielu powodów dobrze jest mieć przy 
sobie  mężczyznę.  Ja  na  ciebie  nie  mogę  narzekać,  jestem  zadowolona  –  zaśmiała  się 
ponownie. 

background image

 

79

 

Właśnie  takiej  odpowiedzi  się  spodziewał.  Poczuł  dziwną  ulgę.  Uświadomił  sobie 

bowiem, ż eon też jej nie kocha i być może nigdy nie kochał. Odchrząknął i rzekł: 
 

-  Mam  ochotę  spróbować  znów  wsiąść  do  łodzi.  Może  mógłbym  następnym  razem 

popłynąć z tobą na stały ląd. 
 

-  Przestań  gadać  głupstwa!  –  ofuknęła  go.  –  Jak  do  łodzi  wsiada  ktoś,  kto  się  boi 

morza, to można się potopić. Poza tym, co masz do roboty na lądzie? Nic! 
 

- Ale przynajmniej by było porozmawiać z ludźmi – rzucił lekko. 

 

Odwróciła się do niego znienacka i lekko drżącym głosem rzuciła szyderczo: 

 

-  Ty  do  łodzi?  Nie  rozśmieszaj  mnie!  Na  dodatek  o  tej  porze  roku.  Narobisz  w 

spodnie, zanim jeszcze wypłyniemy z zatoki. 
 

Nie  skąpiła  mu  kpin,  ale  on  jej  już  nie  słuchał.  Dowiedział  się  tego,  czego  chciał. 

Teraz pozostaje mu tylko czekać. 
 
 

Tego  samego  wieczora  leżał,  póki  nie  nabrał  pewności,  że  Lavina  zasnęła.  Dopiero 

wtedy  wymknął  się  z  łóżka.  Trudno  by  mu  było  wymyślić  znowu  jakiś  powód,  dla  którego 
wstawał w nocy. Zresztą pewnie i tak by mu nie uwierzyła. Musi wymknąć się bezszelestnie. 
Zastanawiał się, czy nie wziąć ze sobą noża z wyrytymi na rękojeści inicjałami, bo z jakiegoś 
powodu wydawał mu się znajomy. Ostatecznie jednak pozostawił go na półce. Czułby się jak 
złodziej, gdyby go zabrał bez pozwolenia.  
 

I tak czuł się jak ostatni łajdak, opuszczając Lavinę w taki sposób, ale wiedział, że to 

jego  jedyna  szansa.  Przejrzał  bowiem  tę  kobietę  na  wylot  i  zrozumiał,  że  ona  trzyma  go  na 
Wyspie Topielca niemal jak więźnia. Potrzebuje kogoś, kto by wykonywał cięższe prace i kto 
potrafiłby  ją  zaspokoić  w  łóżku,  spędzili  razem  wiele  gorących  chwil,  dłużej  jednak  to  nie 
może trwać. Muszę się dowiedzieć, kim naprawdę jestem! 
 

Łódź  znajdowała  się  w  tym  samym  miejscu,  gdzie  ją  ukrył:  pomiędzy  głazami. 

Męczył  się  trochę  by  ją  stamtąd  wydostać,  wreszcie  jednak  spuścił  ją  na  wodę,  wszedł  na 
pokład i rytmicznie uderzając wiosłami, oddalił się szybko od brzegu. Nie chciał dopuścić do 
tego,  by  wziął  w  nim  górę  strach.  Dopiero  gdy  wyspa  pozostała  tylko  maleńkim  ciemnym 
punktem w oddali, oparł wiosła w dulkach i odetchnął głęboko. Za parę godzin znów znajdę 
się  pośród  ludzi,  pomyślał.  Może  wówczas  uzyskam  odpowiedź  na  pytanie,  kim  jestem 
naprawdę. 
 

Zerknął  pośpiesznie  przez  ramię  i  popłynął  w  tym  samym  kierunku  co  Lavina,  gdy 

wybierała się po mąkę. 
Na  czarnym  nieboskłonie  mieniły  się  gwiazdy.  Gdy  na  nie  patrzył,  przypomniało  mu  się 
nagle pewne zdarzenie z dzieciństwa. 
 

Dorosły  mężczyzna,  być  może  ojciec,  objaśnia  mu,  że  gwiazdy  to  takie  otwory  w 

niebie, przez które Bóg spogląda na niego, by sprawdzić, czy nie dzieje się mu krzywda. 
 

Poruszył rytmicznie wiosłami. Morze już go nie przerażało. 

 

 

 

Elizabeth  świadomie  unikała  Nikoline.  Wiedziała,  że  Kristian  napisał  list  i 

zaświadczenie dla służącej, które miała zabrać do swoich krewnych w Bodø. Czytała ten list. 
Mąż  nie  wspomniał  w  nim,  z  jakiego  powodu  Nikoline  została  zwolniona  z  posady,  ale  też 
nie  umieścił  żadnych  pochlebnych  słów.  Napisał  jedynie,  jak  długo  pracowała  w  Dalsrud  i 
jakie miała obowiązki. Pozostawił Nikoline, by sama wyjaśniła rodzinie powód opuszczenia 
Dalsrud. Elizabeth zrazu męczyły lekkie wyrzuty sumienia, ale szybko je porzuciła. Nikoline 
zasłużyła, na to, by ją odesłać. Zamierzała wejść do kuchni, ale przystanęła przy drzwiach zza 
których dolatywały śmiechy i głośne rozmowy. 
 

Usłyszała głos Nikoilne: 

 

-  Tak,  tak,  śmiej  się,  Helene,  tymczasem  ja  niebawem  będę  już  w  Bodø,  a  stamtąd 

popłynę łodzią na Kjoerrongø. Tam się nauczę etykiety i zostanę ochmistrzynią. 

background image

 

80

 

Helene zaniosła się śmiechem. 

 

-  Czyżby?  Skąd  wiesz,  czy  cię  tam  w  ogóle  przyjmą  na  naukę?  Wątpię,  jeśli  chcesz 

znać moje zdanie. Tam przyjmują raczej panny z dobrych domów. 
 

Przez chwile zaległa cisza, a potem Gurine zapytała niepewnie: 

 

- Ale przecież służące też chyba przyjmują. 

 

- Owszem – odparła Nikoline. – Słyszałam, że na ogłoszenie o posadzie zgłaszają się 

dziesiątki  dziewcząt.  Jak  ja  im  pokażę  swoje  zaświadczenia  i  referencje,  na  pewno  mnie 
wybiorą. Jestem pewna. 
 

- A ja myślałem, że zamierzasz uczyć się etykiety p wtrącił do rozmowy Ole. 

 

-  Słyszałam,  że  nigdzie  służące  nie  mają  tak  dobrze  jak  na  Kjoerringø  –  ciągnęła 

Nikoline,  nie  zważając  na  jego  słowa.  –  To  przecież  największy  ośrodek  handlu  w  całej 
Północnej Norwegii. 
 

- Owszem, ale czy słyszałaś, jak Zahl traktuje swoje służące? – spytał Ole. 

 

- O czym myślisz? 

 

- Kantor Zahla mieści się nad kucharką. Przez okienko w suficie przenika cierpło do 

pomieszczenia,  gdzie  pracuje.  Niektórzy  jednak  powiadają,  że  okienko  jest  po  to,  by  Zahl 
mógł podglądać piersi służących. Bo w kuchni jest tak gorąco, że one wszystkie mają rozpięte 
bluzki. 
 

- Kłamiesz! – żachnęła się Nikoline. 

 

- Powtarzam tylko to, co słyszałem. 

 

- Och, jak dobrze będzie uwolnić się od waszego widoku. A jeszcze lepiej nie słyszeć 

więcej imienia Elizabeth. 
 

-  Hm  –  odezwał  się  znowu  Ole.  –  Jeśli  wybierasz  się  na  Kjoerringø,  to  wiedz,  że 

tamtejsza gospodyni ma na imię Anna Elizabeth. 
 

Helene wynuchnęła śmiechem. 

 

Elizabeth  oddaliła  się  na  palcach.  Jeśli  Nikoline  naprawdę  dotrze  na  Kjoerringø,  to 

szybko  nauczy  się  szacunku  wobec  gospodarzy,  pomyślała,  przypominając  sobie  różne 
zasłyszane  historie.  Zresztą  tam  nawet  wśród  służby  istnieje  hierarchia.  Ale  podsłuchana 
rozmowa  złagodziła  nieco  jej  wyrzuty  sumienia.  Nie  uległo  wątpliwości,  że  Nikoline  sobie 
poradzi, obojętnie, czy uda się na Kjoerringø, czy zostanie w Bodø. 
 
 

-  Dlaczego  Nikoline  stąd  wyjeżdża?  –  zapytała  Maria  wieczorem,  gdy  Elizabeth 

przysiadła na brzegu jej łóżka. 
 

Elizabeth  starannie  dobierała  słowa,  odpowiadając  siostrze.  Wiedziała  bowiem,  że 

prawda,  wcześniej  czy  później  dotrze  di  uszu  Marii,  wolała  więc  sama  wyjaśnić  wszystko 
siostrze. 
 

-  Dlatego  że  ukradła  nam  pewne  rzeczy  i  podłożyła  Amandzie  pod  poduszkę,  żeby 

wszyscy myśleli, że to Amanda jest złodziejką. 
 

- Dlaczego zrobiła coś takiego? 

 

- Bo jest zazdrosna o Amandę. 

 

Maria prychnęła. 

 

- Co takiego? Dlaczego? Ale gdyby przyrzekła, że to się więcej nie powtórzy, to chyba 

mogłaby tu zostać? 
 

- Nie, nie mogłaby. I skończy już z tym. 

 

Powiedziała to takim ostrym tonem, że Maria natychmiast zamilkła i już o nic więcej 

nie pytała 
 

- Mamo, opowiedz bajkę o księciu i księżniczce! – przymiliła się Ane. 

 

-  Jeśli  obiecacie,  że  potem  od  razu  zaśniecie,  to  mogę  wam  opowiedzieć  pewną 

historię, która podobna jest prawdziwa. 
 

Dziewczynki pokiwały głowami, a Elizabeth podjęła opowieść: 

background image

 

81

 

- Żyła sobie kiedyś w Hiszpanii pewna księżniczka… 

 

- A gdzie to jest? – przerwała jej Maria. 

 

-  To  kraj  położony  bardzo,  bardzo,  bardzo  daleko  stąd  –  wyjaśniła  Elizabeth.  –  Ta 

księżniczka  zakochała  się  w  biedaku  i  bardzo  chciała  go  poślubić.  Ale  ponieważ  ona  była 
bogata, a on biedny, nie mogło być o tym mowy., 
 

- Dlaczego? – zdziwiła się Ane. 

 

-  Dawno  temu  tak  się  po  prosto  było  –  skwitowała  Elizabeth.  –  Mimo  to  oboje 

postanowili  uciec  do  takiego  miejsca,  gdzie  mogliby  wziąć  ślub  i  już  na  zawsze  pozostać 
razem.  Kiedy  jednaj  dotarli  w  okolice  Lofotów,  rozpętał  się  sztorm  i  żaglowiec  się  rozbił. 
Załoga  utonęła,  ale  księżniczka  ze  swym  ukochanym  zdołali  dopłynąć  do  lądu  na 
Skavholmen. Tam z wyrzuconych na brzeg szczątków łodzi zebrali drewno i zbudowali sobie 
szałas, w którym schronili się przed niepogodą. Oboje jednak umarli z wycieńczenia i głodu. 
 

- Biedaki – westchnęła Ane i pociągnęła kołdrę brodę. 

 

Elizabeth zaś ciągnęła dalej: 

 

-  Zanim  księżniczka  umarła,  poprosiła  Boga,  by  stworzył  jakiś  znak  dla  wszystkich 

rybaków  i  marynarzy,  którzy  podczas  niepogody  znajdą  się  w  okolicy  skalistych  wysp 
Skavholmen. 
 

- I co, Bój jej wysłuchał? – zapytała Maria. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

-  Tak,  powiada  się,  że  rybakom,  których  złapał  sztorm  w  okolicach  Skavholmen, 

ukazuje  się  pałac  z  wieżami,  a  stojąca  w  oknie  księżniczka  wskazuje  im  drogę  pomiędzy 
niebezpiecznym szkierami. 
 

- Jesteś pewna, że to prawdziwa historia? – dopytywała się Mria. 

 

-Mhm, podobno wielu widziało pałac – odpowiedziała Elizabeth z powagą.  Zerknęła 

na Ane, która już zasnęła, i pogłaskała córeczkę po włosach. Zawsze, gdy tak siedziała przy 
dziewczynkach, spływał na nią osobliwy spokój. Może to za sprawą zapachu mydła, czystej 
pościeli, dziecięcej skóry i ich delikatnego oddechu? 
 

Z dołu dolatywały urywki głośnej rozmowy  Nikoline z Helene. Zastukały drewniaki, 

a  potem  zrobiło  się  ciszej  i  słychać  było  jedynie  zwyczajne  codzienne  odgłosy  z  kuchni. 
Jeszcze tylko parę godzin i Nikoline wyjedzie. Jak dobrze będzie się jej pozbyć na zawsze! 
 

Drgnęła, gdy Maria nagle odezwała się zaspanym głosem: 

 

- Może Jens też zobaczył pałac i się uratował na Skavholmen, 

 

Elizabeth  popatrzyła  na  siostrę.  Maria  wypowiedziała  na  głos,  to,  o  czym  ona  wciąż 

nie miała odwagi myśleć. Wciąż odsuwała od siebie przypuszczenia, że Jens żyje. Przerażało 
ją  bowiem,  że  nie  wie,  co  by  zrobiła,  gdyby  któregoś  dnia  Jens  stanął  tu  w  drzwiach.  Niby 
podjęła  już  decyzję,  że  pozostanie  z  Krystianem,  jednak  gdy  sobie  wyobraziła,  że  znów 
zobaczy Jensa, drżała na całym ciele. 
 

Maria  zasnęła  i  oddychała  spokojnie,  miarowo.  Słowa  siostry  wciąż  dźwięczały 

Elizabeth w uszach. Wstała i wyszeptała pod nosem 
 

- To tylko stara legenda, którą słyszałam jako dziecko. 

 

Zmniejszyła  knot  w  lampie  i  skierowała  się  do  pokoju,  w  którym  sypiała  wraz  z 

Krystianem.  Nie  przestawała  myśleć,  że  ta  legenda  przypomina  trochę  ich  sytuację:  on 
bogaty, a ona uboga. 
 

Westchnęła  i  usiadła  na stołu  przy  toaletce.  Bawiąc  się  srebrnym  grzebieniem,  znów 

powróciła  myślami  do  Nikoline.  Kiedyś  obie  były  służącymi  w  Dalsrud.  Wtedy  Nikoline, 
pokojówka,  przewyższała  ją  rangą.  Teraz  Elizabeth  jako  gospodyni  zwalnia  Nikoline  z 
posady i oprawia ją z kwitkiem. 
 

Uchyliły się drzwi. Elizabeth aż podskoczyła i wydała z siebie stłumiony krzyk. 

 

-  Przepraszam  –  tłumaczyła  się  Helene.  –  Sądziłam,  że  jesteś  u  dzieci  w  pokoju  i 

chciałam tylko zostawić wyprasowane ubrania. 

background image

 

82

 

- Dziękuję. Nie masz ochoty usiąść tu ze mną na chwilę i porozmawiać? 

 

- Oczywiście, coś cię dręczy? 

 

Elizabeth przesuwała paznokciem po zębach srebrnego grzebienia, nie patrząc w oczy 

przyjaciółce. Nagle jednak postanowiła zrzucić z siebie przygniatający ją ciężar.  
 

- Wiesz, Helene, że ja widzę różne rzeczy? 

 

- Tak, zaginione owce i tym podobne. 

 

- Teraz jestem niemal pewna, że Jens żyje. – Podniosła wzrok, ale w oczach Helene 

zauważyła powątpiewanie. Pośpiesznie więc dodała: - Wiem, co myślisz. Dlaczego nie daje 
znaku  życia?  Gdzie  jest?  Jak  uniknął  śmierci?  Sama  jednak  nie  znajduję  odpowiedzi  na  te 
pytanie.  A  mimo  to  wiem,  że  się  nie  mylę.  Bo  już  nie  raz  towarzyszyło  mi  podobne 
przeświadczenie. 
 

Mówiła z przejęciem, pozbywszy się resztek wątpliwości. 

 

- Nie opowiadasz mi tego, by usłyszeć, jakie jest moje zdanie – stwierdziła Helene. 

 

Elizabeth powoli pokręciła głową. 

 

-  Nie,  po  prostu  już  zbyt  długo  dźwigam  to  sama.  Czułam,  że  musze  się  z  kimś 

podzielić. 
 

-  Biedactwo,  życie  cię  nie  rozpieszcza.  Dajmy  na  to,  że  Jens  żyje,  Elizabeth.  Czy 

pomyślała, co byś zrobiła, gdyby któregoś dnia stanął tu na schodach? Wszyłaś ponownie za 
mąż  i  żyjesz  sobie  wygodnie  w  wielkim  dworze.  Zrezygnowałabyś  z  tego  wszystkiego  i 
wróciłabyś  do  Dalen  Zniosłabyś  te  wszystkie  plotki?  Nadal  koszarz  Jensa?  A  co  z 
Kristianem? 
 

Elizabeth uniosła ostrzegawczo dłoń. 

 

-  Uwierz  mi,  zastanawiałam  się  nad  tym  wszystkim  wiele  razy.  Tak,  nadal  kocham 

Jensa. Był moim jedynym i najlepszym przyjacielem przez wiele lat, od dzieciństwa aż… no, 
wiesz.  Ale  kocham  także  Kristiana.  Każdego  na  swój  sposób,  jeśli  rozumiesz  co  mam  na 
myśli.  
 

Helene zamyśliła się. 

 

- Wydaje mi się, że rozumiem. Jak postąpisz? 

 

-  Nie  mogę  znów  narażać  dzieci  na  życie  w  ubóstwie,  dlatego  zdecydowałam,  że 

pozostanę tutaj. – Wstrzymała oddech, a potem odetchnęła znów głęboko, mówiąc: - Cieszę 
się, że ci o tym powiedziałam. 
 

Na moment zapadło między nimi lilczenie. W końcu Helene rzekła: 

 

- Nikoline spakowała już wszystkie swoje rzeczy.  

Szczerze mówiąc, dobrze, że się jej pozbędziemy. 
 

- Jak ona? 

 

Helene wzruszyła ramionami. 

 

-  Nie  mówi  wiele.  W  ciągu  dnia  trochę  się  z  nią  przekomarzaliśmy,  ale  teraz 

odpowiada tylko półsłówkami, gdy ją zagadujemy. Poznaję, że coś knuje, ale myślę, że teraz 
już nie może nikomu więcej zaszkodzić.  
 

Elizabeth ciarki przeszły po plecach. 

 

- Mam nadzieję, że już nigdy więcej nie zobaczę jej na oczy  - rzekła Helene. 

 

-  Raczej  nie  będziesz  miała  okazji  –  odparła  Elizabeth  i  zawahała  się:  -  Właściwie 

chciałam ci powiedzieć coś jeszcze. 
 

- Co takiego? 

 

Elizabeth zniżyła głos. 

 

-  Kiedy  Leonard  wziął  mnie  siłą,  poprzysięgłam  mu  zemstę,  zarówno  sobie,  jak  i  za 

ciebie.  –  Urwała  na  moment,  po  chwili  podjęła  na  nowo:  -  Pamiętasz,  jak  pojechałam  do 
domu ze względu na chorobę mamy? 
 

Helene pokiwała głową. 

background image

 

83

 

- Ragna jakiś czas przed tym złamała rękę i doktor przepisał jej opium, bardzo silne 

lekarstwo. Zabrałam buteleczkę z lekarstwem i po powrocie do Dalsrud wlałam Leonardowi 
do kawy. W nocy zachorował i umarł. 
 

- Przecież on się zatruł małżami? – odparła Helene. 

 

- Tak, ale ja o tym nie wiedziałam! Dopiero na weselu Jakoba i Dorte dowiedziałam 

się, że w tej buteleczce, była zwykła woda, a nie lekarstwo. 
 

Na  długo  zapadło  pomiędzy  nimi  milczenie.  Elizabeth  poczuła  się  nieswojo  i 

pożałowała,  że  opowiedziała  Helene  prawdę.  Co  przyjaciółka  sobie  teraz  o  niej  myśli? 
Nieśmiało zerknęła na Helene i ku swemu zaskoczeniu zobaczyła, że ta płacze. 
 

- Ależ, moja droga, nie smuć się – odezwała się, wycierając jej łzy. 

 

- Nie mogę wprost uwierzyć, że zrobiłaś coś takiego dla mnie – chlipała Helene. – Że 

myślałaś o mnie, decydując się na taki krok. 
 

- Nigdy nie powinnam była tego robić – rzekła Elizabeth. – Przeraża mnie, że byłam 

gotowa odebrać życie drugiemu człowiekowi. Ale zawsze pozostanę wdzięczna losowi za to, 
ż

e urodziłam Ane. Ona jest tylko moja – i Jensa. 

 

- Opowiedziałaś komuś o tym? To o Leonardzie? 

 

-  Tak,  Jensowi.  Rozmawialiśmy  o  tym  ostatniego  wieczora,  zanim  wyruszył  na 

łowisko. Wtedy widziałam go po raz ostatni. Przyrzekł, że nikomu o tym nie powie. 
 

-  Jens  jest  wyjątkowy.  Kto  inny  chciałby  dochować  takiej  tajemnicy?  –  pokręciła 

głową Helene. 
 

-  Ja  wtedy  jeszcze  nie  znałam  prawdy,  dlatego  bałam  się  komukolwiek  o  tym 

wspomnieć. Wiesz, że za coś takiego grozi ścięcie. 
 

- Tak – Helene zadrżała, ale spojrzawszy Elizabeth prosto w oczy, rzuciła hardo: - Ale 

Leonard zasłużył na śmieć. Naprawdę tak uważam, Elizabeth. Świat nie potrzebuje takich jak 
on. Może kiedyś zostanę ukarana za to, co teraz mówię, ale nie cofnę tego. 
 

Elizabeth patrzyła przerażona i nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Helene zaś 

mówiła dalej: 
 

-  Nie  wiem,  czy  to  prawda,  słyszałam  tylko,  że  Leonard  był  okrutny  wobec  swojej 

ż

ony.  Ludzie  mówią,  że  w  zimową  noc  wypędził  ją  na  dwór,  tak  że  się  rozchorowała  na 

zapalenie płuc i umarła. 
 

 - Tak, pamiętam, że zanim przyjęto mnie na posadę, gospodyni umarła na zapalenie 

płuc. 
 

- Nie mogłam ci wtedy opowiedzieć wszystkiego. Ludzie gadali różne rzeczy, także i 

to, że on to robił ze zwierzętami. 
 

- Co robił? – zapytała zdezorientowana Elizabeth. – Wypędził je w nocy na dwór? 

 

-  Nie,  on…  wiesz…  -  Helene  zaczerwieniła  się  po  cebulki  włosów  i  zacinając  się, 

próbowała wyjaśnić: - To co ludzie robią ze sobą w łóżku. Mąż i żona… rozumiesz? 
 

Elizabeth poczuła jak zbiera jej się na mdłości i musiała przełknąć parę razy ślinę, by 

nie  zwymiotować.  To  nie  może  być  prawda!  Nawet  Leonard  nie  mógłby  zrobić  czegoś 
takiego.  Chciała  zaprotestować  i  powiedzieć,  że  to  z  pewnością  tylko  złośliwe  plotki,  gdy 
nagle dostrzegła w lustrze odbicie stojącej w uchylonych drzwiach Nikoline. Oniemiała. Jak 
porażona wpatrywała się w służącą, a w głowie  przetaczała się lawina myśli. Rozmawiała z 
Helene o próbie zabójstwa Leonardzie, o gwałcie… Ile Nikoline z tego usłyszała? 
 

Przełknęła ślinę i powoli odwróciła się do drzwi. 

Helene wstała w tej samej chwili i wymieniła się spojrzeniem z Elizabeth. 
 

-  Chciałaś  czegoś?  –  spytała  Elizabeth.  –  Mimo  że  mówiła  spokojnym  głosem,  w 

ś

rodku drżała jak osika. 

 

-  A  więc  to  tutaj  siedzicie  sobie  i  powierzacie  sobie  najskrytsze  tajemnice  – 

stwierdziła  Nikoline  z  obłędem  w  oczach  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  ciągnęła  na  tym 
samym oddechu: - Wasza rozmowa nie była raczej przeznaczona dla moich uszu, ale w takim 

background image

 

84

razie  czemu  nie  zamknęłyście  drzwi?  Zapomniałam,  jutro  wyjeżdżam…  ale  przecież  inni 
mogliby też podsłuchać wasze tajemnice. 
 

- Jak śmiesz? – warknęła Elizabeth. 

 

Nikoline zaśmiała się jej prosto w twarz. 

 

- A co mam do stracenia? Zadbałaś o to, by mój czas tutaj dobiegł końca. Prawda? 

 

- Nie, do licha, sama się o to postarałaś – przypomniała jej Elizabeth. – Nie zaczynaj 

od niwa! 
 

- A ty! – rzuciła Nikoline i przygwoździła Helene spojrzeniem. – Przychodzisz tu i się 

przypochlebiasz gospodarzom? 
 

-  Dość  tego!  –  oświadczyła  Elizabeth  i  szarpnęła  Nikoline  za  ramię.  Chciała  coś 

dodać, ale nagle pojawił się Kristian. 
 

- Co tu się dzieje? – zapytał gniewnym głosem. 

 

Elizabeth  natychmiast  puściła  Nikolin,  nim  jednak  zdążyła  odpowiedzieć  mężowi, 

służąca  ją  ubiegła.  Spojrzała  na  Elizabeth  i  ze  złośliwym  uśmiechem  odwróciła  się  do 
Kristiana. 
 

- Chętnie opowiem. Podsłuchałam tu przypadkiem długa rozmowę. 

 

Elizabeth  była  jak  porażona.  Chciała  protestować,  krzykiem  powstrzymać  Nikoline, 

nie dopuścić, by powiedziała coś więcej, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 
 

Już po wszystkim, pomyślała. Nikoline opuści Dalsrud, ale pociągnie mnie za sobą.