background image
background image
background image

Dziewczynom, o których mówi się źle.

background image

Każdego

 dnia

 przeszywa nas tysiąc spojrzeń, lecz to nie wystarczy:

potrzebne jest jeszcze spojrzenie instytucjonalne, które nie opuści nas ani na

chwilę, które będzie obserwowało nas u lekarza, na ulicy, na stole

operacyjnym, w lesie, w łóżku; obraz naszego życia w całości zachowają

archiwa, by w przypadku sporu lub na żądanie opinii publicznej można go

było wykorzystać.

MILAN

 KUNDERA

Nieśmiertelność (przeł. M. Bieńczyk)

background image

O/J

Drzwi

  były  prawie  przezroczyste,  a  ona  stała  przyklejona  do  nich  plecami.

Przeciąg ciągnął od  kamienicy, chłód zlewał  się z lepkością  ciała. W jednej
ręce  miała  nóż,  w  drugiej  pilota,  którym  właśnie  wyłączyła  telewizor.  Jej
płytkiego  oddechu  może  i  nie  wyczuł  przez  stare  drzwi  z  naklejkami,  które
pamiętają  jeszcze  gumy  „Turbo”  spożywane  przez  Rycha,  ale  bose  stopy
lepiące  się  do  podłogi  w  drodze  z  kuchni,  gdzie  właśnie  próbowała  ukroić
sobie kawałek sera, już mógł usłyszeć. Nawet nie ruszyła wizjerem, boby się
zdradziła.

Sonia

  z  Oskarem  w  pokoju  Rycha  byli  cicho.  Wiedzieli,  że  mają  być.

Ojciec  ostrzegał,  ale  jak  ten  facet  będzie  dłużej  stał  za  drzwiami,  to  Oskar
w końcu się znudzi i krzyknie do siostry: „Już mogę zagrać w Minecrafta?”.
Oliwka próbowała się skupić na kanapce z serem, która jeszcze chwilę temu
miała znaleźć się w jej brzuchu. Grubym, bo nieumożliwiającym dotknięcia
pępka  palcami,  kiedy  wsadzi  się  prawą  rękę  za  plecy  i  usiłuje  go  dosięgnąć
z lewej strony

1

. Kanapka

 była odległa, tak jak jej pępek.

Im

 dłużej stała, tym mocniej zlewała się z lepkimi od kurzu drzwiami.

Właśnie,

  brud.  Musi

  dokupić  mydło  i  pastę  do  zębów.  Od  dwóch  dni

rozdziela resztki między siebie i młodych. Im daje trochę mniej, bo i tak nie
lubią  myć  zębów,  a  ona  musi.  Ma  piętnaście  lat  i  nie  może  jej  z  gęby
śmierdzieć. Jak przyjdzie ojczym, to wyciągnie od niego dychę na zakupy.

Kategorycznie

  zabronił  otwierania  drzwi  kuratorowi,  jak  się  nie  zapowie

wcześniej  telefonicznie.  On  z  kolei  zakazał  Ryśkowi  zostawiać  dzieci  same
z  Oliwką,  bo  niby  pod  jej  opieką  do  domu  złażą  się  sąsiedzi.  Dziwne  te
zakazy, do tej pory zawsze jakoś się dogadywali.

Kurator

  siadał  z  klientem  w  kuchni,  odpalali  fajki.  Rysiek  wyliczał,  co

zrobił  w  danym  miesiącu  dla  dzieci,  domu  i  siebie.  Opowiadał,  co  u  nich,
jakie  mają  oceny,  kiedy  konkubina  przyjedzie.  Czasami  kurator,  jak  ksiądz
po  kolędzie,  kazał  dzieciom  pokazać  zeszyty  albo  opowiedzieć,  w  co  się
ostatnio  bawili  z  tatą.  Sojusz  Ryśka  i  Kuratora  opierał  się  na  żartach
o kobietach. To znaczy Rysiek żartował, a Kurator robił krótkie „heh”, bo nie
chciało  mu  się  śmiać  z  matek,  żon  i  kochanek,  więc  notował  jak  leci

background image

wszystko  to,  co  klient  mówił.  Przyjmował  z  zazdrością  niemodne
i niepoprawne mądrości życiowe Ryśka. Za każdym razem, kiedy przestawali
się  śmiać  i  rozliczać  z  zadań  domowych,  Rychu  kończył  spotkanie
podniesionym głosem: „Niby z kim mam zostawić dzieci, kuratorku? Szczyl
jesteś  jeszcze,  życia  nie  znasz.  Mam  się  z  roboty  zwolnić?  Jak  Oliwka
wychodzi,  to  blisko.  Na  klatkę,  do  sąsiadów,  na  podwórko,  które  widać
z  okien,  czasem  do  sklepu,  tam  zaraz  za  rogiem.  Poza  tym  to  jest  złota
dziewczyna. Patrz, łazienkę wyszorowała. Jej matka to też złota kobieta, po
niej to ma. Kibel cały, piękny, świeci jak miliony monet”.

Miał gadane. Potrafił przekonywać, i to

 nie

 tylko kuratora.

Dzisiaj

  kurator  Juroszek  zrezygnował,  kiedy  po  czwartym,  donośnym

pukaniu do drzwi nikt nie otworzył. Odleciał, zrobił notatkę służbową.

Oliwka

 wiedziała, że lepiej nie wpuszczać, jak Rycho ma się później pluć,

że  zabiorą  ich  do  ośrodka  jak  młodą  Urbańską.  „Tyle  ją  wszyscy  widzieli.
Trafiła do zakonnic i zwariowała”. Choć na ogół takie plotki są przesadzone.
To  znaczy  nie  te  o  zakonnicach,  ale  o  ośrodkach.  Większość  wraca  do
Ząbkowic po dwóch latach i nic się nie zmienia. Stają się tylko trochę gorsi,
więcej kombinują, a później wracają do ośrodków. Tych samych albo innych.
Tak to się kręci.

Ledwo

  odeszła  od  drzwi,  a  znowu  się  zaczęło  pukanie.  Teraz  Chomik,

czyli  Dawid.  Chłopak  z  mieszkania  poniżej  i  z  jej  szkoły,  wyglądający  na
gryzonia, który zamienił się w człowieka.

– Zro-bisz

 mi

 lo-da?

Z

 każdą sylabą robił się bardziej czerwony.

– Nie-e.
– Ale kiedyś zrobiłaś.

W

 zeszłym tygodniu na łące za kościołem, gdzie wszyscy chodzą kitrać się

z  piwem,  jak  jest  ładna  pogoda.  Akurat  wtedy  trochę  wiało,  bo  już  koniec
października.  Zrobiła,  bo  później  chciała  to  powtórzyć  z  kimś  lepszym.  Już
bez poczucia, że nie umie. Poza tym i tak miała przypał, bo zaraz przed tym
poszła  w  krzaki  i  osikała  sobie  nogawkę.  Powiedziała,  że  to  rosa,  chociaż
było  po  15.00.  Nic  jej  na  to  nie  powiedział,  nawet  się  nie  zaśmiał.  To  było
miłe i polubiła Chomika na ten moment bardziej. Umie dochować tajemnicy.

– Kiedyś-sredyś. Raz. Idź stąd.
– Wyjdziesz

 na

 klatkę?

– Właśnie

 nam

 rodzinny poszedł, chcę se zjeść kanapkę w spokoju.

background image

– To

 zjedz

 i wyjdź na klatkę.

– Zobaczę,

 raczej

 nie.

– A

 ja

 mogę wejść?

– Nie.

 Teraz

 nie.

– To

 ja

 poczekam na klatce.

– A

 czekaj

 sobie, gdzie chcesz.

Trzasnęła

  mu

  drzwiami  przed  nosem.  Teraz  wydawały  się  mocne,  nie

przezroczyste.

background image

M*

Wychowawczyni

 Julki rozdawała rodzicom kartki z ocenami, chociaż każdy

nadgorliwy  opiekun  przed  zebraniem  sprawdził  wyniki  w  wirtualnym
dzienniku i dokładnie wiedział, co go czeka na miejscu. Taki wydruk stwarza
jednak  pewne  poczucie  presji,  wrażenie  powrotu  do  szkoły,  udziału
w rywalizacji. Nigdy wcześniej nie była na takim zgromadzeniu. Julka miała
piętnaście  lat,  a  egzamin  gimnazjalny  przedstawiali  jak  otwarcie  przewodu
doktorskiego. Dziewczyna powinna wiedzieć, do jakiej dalej pójdzie szkoły,
jaki  chce  wykonywać  zawód,  jakie  ma  predyspozycje.  Projekt,  plan,
ewaluacja.  Magda  czuła  się  jak  w  przedłużeniu  własnej  pracy.
Projektaryzacja. Jedyna różnica, że nie mówiło się o pozyskiwaniu środków
na abstrakcyjne idee, konferencje, ale o nastolatce, która obecnie martwi się
trądzikiem lub brakiem fajnych kolegów w klasie. W dużym skrócie.

Zapisywała

  wszystko,  podczas

  gdy  inni  rodzice  sprawdzali  pocztę

i  wysyłali  esemesy  pod  ławkami.  Widać,  że  byli  przyzwyczajeni.  Na  sali,
o  dziwo,  było  pół  na  pół  matek  i  ojców,  co  Magda  odnotowała  z  dziką
satysfakcją. Może na etapie dojrzewania wypycha się facetów z domu, żeby
zaczęli się wreszcie wstydzić i tłumaczyć za swoje dzieci, a może to była już
normalność,  do  której  wcześniej  nie  miała  dostępu  w  wyniku  absencji
wychowawczej.  Ona  i  tak  wyglądała  na  ich  tle  jak  wklejona.  Najmłodsza,
najwyższa,  najbledsza.  Może  jeszcze  maksymalnie  jeden  facet  był  przed
trzydziestką. Taki ananas wciśnięty w ścianę z tyłu klasy.

Dopiero

  na  koniec  wychowawczyni  przypomniała  sobie  o  obecności,  tak

jakby  nie  mogła  odhaczyć  tego  mniej  nachalnie,  przy  rozdawaniu  kartek
z  ocenami.  Większość  znała  z  zeszłego  roku,  jej  wzrok  zatrzymał  się  na
Magdzie.

– Pani

 jest

 mamą…?

– Macochą

 Julii

 Sajdak.

To

 nie było do końca kłamstwo, raczej rodzaj skrótu myślowego.

– Tak, tak. Przecież

 od

 września jest u nas, dopiero dwa miesiące. Proszę

zostać po zebraniu.

Magda

  pokiwała  głową.  Pewnie  myśli,  że  matka  nie  żyje,  skoro  tak  się

background image

uśmiecha.

Zdarza

 się, że nauczyciele chcą gadać tylko z biologicznymi, rzecz jasna,

jeśli  mają  wybór.  Na  szczęście  ona  nigdy,  do  dzisiaj,  nie  miała  okazji
sprawdzenia  tego  na  własnej  skórze.  Wcześniej  testowała  swoje  przyłatanie
w innych instytucjach, takich jak na przykład gabinet lekarski, dom kultury.
Jej status był jednoznaczny: pani Magda. Nie matka, nie macocha, nie ciocia
Julki.  Wielki  formalny  nikt.  Maciek  utknął  przy  komisji  akredytacyjnej,
a jego była żona pozwoliła pójść na pierwsze spotkanie w nowej szkole Julki
właśnie  jej.  Tej  samej,  do  której  od  dziewięciu  lat  kazała  swojej  córce
zwracać  się  „pani  Magdaleno”.  Bo  po  imieniu  to  by  mogła,  gdyby  z  ojcem
wzięli  ślub.  Magda  udawała,  że  ma  to  gdzieś.  Najpierw  jesteśmy  ludźmi,
dopiero potem rodzinami.

Pani

 Król wskazała głową pierwszą ławkę. Dla źle widzących, gaduł albo

tych, co jest im wszystko jedno.

– Julka

 to

 zdolna dziewczyna. Gdzie była wcześniej?

– W koperze.
– Dobra szkoła.

 Czemu

 ją zmieniła?

Przez

 głowę Magdy przeszło sto odpowiedzi.

Wie, że

  Exela,  czyli

  matka  Julki,  od  zawsze  chciała,  żeby  córka  chodziła

na  wszystkie  zajęcia  dodatkowe.  Z  czasów  przedszkola  małej  pamięta,  jak
Maciej  biegał  z  nią  od  domu  kultury  na  basen.  Z  gry  na  keyboardzie  na
szachy,  później  balet.  Od  poniedziałku  do  czwartku  popołudnia  małej  były
wypełnione jak kalendarz prezeski. I nie ma zlituj się, choroby nie wchodzą
w grę, chyba że grypa żołądkowa.

Kiedyś

 

dzieci

 

miały 

dwutygodniowe 

anginy, 

teraz 

mają

kilkunastogodzinne biegunki.

Czasy

 szybkie jak sraczka.

Maciej

  wpadał  z  Julką  do  mieszkania  na  czterdzieści  minut  między

zajęciami, jak coś odpadło. Zdarzało się, że usypiali razem przy bajce, tak jak
to  robią  „weekendowi  ojcowie”,  którzy  z  reguły  dostają  zakaz  oglądania
z  dzieckiem  bajek.  „Takie  rzeczy  to  Julka  może  robić  sama,  a  nie  z  tatą”.
Często  jednak  było  tak,  że  ta  głupia,  zakazana  kreskówka  była  jedynym
momentem  dnia,  kiedy  leżeli  przytuleni  w  spokoju.  Około  22.00  odwoził
Julkę do Exeli. Rano zaczynał nowy maraton.

Podobnie

  było  z  gimnazjum,  sześć  lat  później.  Miało  być  najlepsze.

I  faktycznie,  było  w  porządku,  dopóki  Exela  nie  dowiedziała  się,  że  po

background image

pierwszym półroczu średnia Julki wynosi jedynie 3,75. „Poprawa do 4,75 na
koniec roku albo zmiana gimnazjum”. Magda uczyła więc Julkę matematyki,
fizyki,  chemii  –największych  koszmarków,  Maciej  wysilał  się,  żeby
opowiadać  historię  w  sposób  wymyślny  i  ciekawy.  Ostatecznie  jednak
przegrali bój ze średnią i Exelą.

„Lepiej w trochę

 gorszej

 szkole mieć piątki niż tutaj 4,0 na koniec. Sorry.

Tu chodzi o przyszłość!” – papiery zostały przeniesione.

– Cóż, opuściła się w nauce…
–  Przejścia  z  podstawówki

  do

  gimnazjum  zazwyczaj  tak  wyglądają.

Później  to  sobie  odbijają  w  drugiej  i  trzeciej  klasie.  Wie  pani.  Nowa  klasa,
koledzy, koleżanki.

–  Tak.  Uznaliśmy  jednak,  że

  lepiej

  zmienić  szkołę,  póki  to  jeszcze

możliwe.  Zanim  okaże  się,  że  jest  nieprzygotowana  na  egzaminie
gimnazjalnym  –  powiedziała  Magda,  wciskając  sobie  w  usta  tekst  typowej
Exeli. W tej chwili nie była przecież tylko sobą, ale „reprezentantką” rodziny
Sajdaków, do której oficjalnie nie należała.

–  Julka

  radzi

  sobie  bardzo  dobrze.  W  tej  klasie  jest  dużo  dzieci…

młodzieży,  takiej,  która  nie  chce  robić  za  wiele.  Wie  pani,  żeby  nie
przesadziła  w  drugą  stronę.  Mamy  takie  zróżnicowane  klasy…
towarzystwo… różne.

Nie

  musiała  mówić,  że  chodzi  o  brak  segregacji,  która  miała  miejsce

w poprzedniej szkole. Oczywiście nieoficjalnie, bo każda dzielnica już sama
w  sobie  jest  wstępnie  podzielona  czynszami,  powierzchnią  mieszkania
i zawodami.

background image

M*

Gdy  weszła  do  domu,  przytulił  ją  dosyć  mocno  i  długo  (dziesięć  sekund).
Lewą  rękę  miał  wyprostowaną  za  jej  plecami,  żeby  przypadkiem  nie
przypalić papierosem bluzki.

– Dzięki, że byłaś. Zaraz będzie gotowy makaron. Jak poszło?
–  Nastraszyli  wszystkich  egzaminem  gimnazjalnym,  który  jest  za  rok

z hakiem. Całkiem zabawnie.

– A oceny?
– Jak to oceny.
Usiadła przy stole, włączyła komputer, a Maciek krzątał się po kuchni. Na

zebraniu  dostała  esemesa,  że  dobrze,  gdyby  zaktualizowała  wniosek.
Odpowiadała  więc  na  resztę  pytań  Maćka  półzdaniami.  Cele  strategiczne
opisywała innym, bardziej drożnym kanałem mentalnym niż cele domowe.

Tymczasem zadzwonił telefon.
Exela, oho.
Maciej  wycofał  się  do  korytarza.  Raz  na  jakiś  czas  odsuwał  telefon  od

ucha, żeby zapytać Magdę o szczegóły wywiadówki. Przy piątym pytaniu nie
wytrzymała:

– Niech sobie Ela do mnie zadzwoni jutro, to jej powiem.
Już kilkanaście sekund później pożałowała. Mogłaby wykorzystać w miarę

pokojową  sytuację,  żeby  Exela  wydusiła  do  niej  choć  jedno  zdanie  w  życiu
bez  pogardy.  Po  tylu  latach  usłyszałaby  po  raz  pierwszy  „Dzięki.  Fajnie,  że
poszłaś”. Tylko tyle. Przez telefon przecież nic nie widać! Żadnej złośliwości
falującej  nad  ustami,  żadnej  przewracającej  oczami  lub  tupiącej  nogą  byłej
żony.

–  No  właśnie  nie  może,  bo  ona  myśli,  że  ja  byłem…  –  pochylił  głowę.

Oczywiście.  Że  też  się  nie  domyśliła.  Teraz  Maciek  będzie  chciał  się
tłumaczyć, długo i pokrętnie. Przed nią, a nie przed Elą.

Podobno  w  takich  sytuacjach  należy  policzyć  do  dziesięciu.  Albo  do

dwudziestu. Nie, nie, do stu. Tylko że zanim dojdzie do tej liczby, to złość –
zamiast  wydostać  się  na  zewnątrz  –  mija  i  rozlewa  się  po  całym  ciele.
Exelowość  zamienia  nogi  Magdy  w  watę  albo  wydostaje  się  dzień  później

background image

z głowy pod postacią migreny.

Na szczęście poza zebraniem w szkole kalendarz wskazywał jeszcze inny

ważny  termin.  Można  było  nim  oszukać  układ  nerwowy,  przechodząc
natychmiastowo  do  rutynowych  czynności.  Magda  zawodowo  była  pisarką.
Ale  grantów.  W  okresie  deadline’ów  konkursów  ofert  (jesień,  zima)
i  sprawozdań  (grudzień,  styczeń,  czerwiec)  otrzymywała  nawet  kilkanaście
zleceń  do  pisania  „na  akord”.  Do  tego  zawsze  miała  kilka  za  darmo,  jak
trzeba było komuś pomóc. Na przykład zorganizować Vendo na osiedlu.

– Nie powinieneś.
– Wiem.
Maciej odcedzał makaron i nie mógł w trakcie tej czynności spojrzeć w jej

stronę.  No  bo  przecież  makaron  jest  taaaki  ważny!  Ale  wyprostował  się,
chociaż na co dzień się garbił, więc coś musiało mu w głowie kliknąć.

„Super,  fajnie”  –  odpisała  na  zaległego  mejla.  Sama  nie  wiedziała,  kiedy

stała się autoresponderem.

Następnie  Maciek  dyskretnie  przesunął  komputer  Magdy  i  postawił  na

jego  miejscu  talerz  ze  spaghetti.  Przytulił  ją  mocno  i  długo  (osiem  sekund),
przeprosił. Nic się nie stało. Nic, długie jak ten jego makaron.

background image

O/J

Zrobiła  test.  Jedna  kreska  wyraźna,  druga  już  mniej.  Google.  Różnie  piszą.
Może  być,  a  może  też  nie  być.  Przeniosła  płytkę  z  łazienki  do  pokoju  za
gumką  od  majtek  i  wrzuciła  do  plecaka.  Pokaże  Dawidowi  i  powie,  że
pozytywny wynik jest prawdopodobny.

Wcześniej jeszcze Sońka. Obudzić, ubrać, zrobić śniadanie. I Oskar. Jego

też obudzi, ale jedzenie to niech sobie zrobi sam, bez przesady.

Jaką  bluzkę  włożyć?  Fioletowa  z  pingwinem  czy  czerwona  z  małym,

czarnym chińskim znaczkiem? Osz, brudna.

W  szkole  Halloween  i  mają  nie  pytać  osób  w  strojach.  Trzeba  na  szybko

coś  wymyślić:  prześcieradło,  nożyczki,  wycięte  oczy.  Założy  na  początek
lekcji  i  już,  nie  będzie  na  dłuższą  metę  robić  z  siebie  przebierańca.  Nigdy
tego  nie  lubiła,  na  bal  w  podstawówce  zamiast  za  Meridę  Waleczną  albo
chociaż  Księżniczkę  Czegośtam  przebrała  się  za…  nastolatkę,  Hannę
Montanę. Zawsze jej się wydawało, że jest starsza, mówiła nowo poznanym
osobom,  że  urodziła  się  rok  wcześniej  niż  w  rzeczywistości.  2001,  a  nie
2002. Totalna różnica. Przyszły rok zmieni wszystko, bo po szesnastym roku
życia  można  więcej.  A  jak  masz  siedemnaście  albo  osiemnaście,  to  już
w ogóle YOLO.

–  Idziemy?  –  spytał  Oskar,  stojąc  w  korytarzu  przygnieciony  własnym

plecakiem  pełnym  książek,  których  nigdy  nie  przeczyta.  O,  na  przykład
takiego W pustyni i w puszczy. Ona też nie czytała, ale w necie wszystko jest.

Szit, za pięć ósma.
–  Sońka,  wstawaj,  wstawaj,  wstawaj.  Masz  tu  kanapkę,  jedz  po  drodze.

Rajstopy ubierz. Oskar, weź ją pakuj. Idziemy, rączka.

Rozeszli  się.  Oskar  poszedł  do  Szkoły  Podstawowej  nr  18  powoli,

rozglądając się, może po drodze spotka Majkela z klasy. Ale się nie spóźni,
on  zawsze  jest  wcześniej.  Szatniarka  mrugnie  do  niego  okiem,  bo  go  lubi.
Oliwka z Sonią  oddalą się w  przeciwną stronę. Jedna  będzie ciągnąć drugą,
jedzącą kanapkę. Młoda załapie się jeszcze na zupę mleczną w przedszkolu,
ale że wciąga jedzenie jak odkurzacz, to kanapka z domu nie zaszkodzi. Oli
z  kolei  z  poślizgiem  wpadnie  do  szatni  Gimnazjum  nr  6,  bo  podjedzie

background image

autobusem,  który  jest  „na  styk”.  Nie  zdąży  na  wcześniejszy.  Po  drodze
jeszcze  sprawdzi  powiadomienia  na  necie.  Kto  co  jej  polubił,  skomentował,
gdzie ją otagował. Dodała na Snapchata zdjęcie z przystanku autobusowego.
#busmiuciekl

background image

M*

Magda kombinowała z Julką, co ta mogłaby włożyć na jutrzejsze Halloween,
kiedy dostała esemesa od Anki: „Mam po kompie. To jest jak z chomikiem.
Spadnie ci trzy razy i koniec. Poszła mi się jebać magisterka. Cała”.

Koleżanka  zajmowała  się  edukacją  seksualną  nastolatek,  ale  bardziej  na

komputerze  niż  w  rzeczywistości.  Poza  tym,  że  pisała  od  pięciu  lat  pracę
magisterską,  to  pracowała  w  Miejskim  Ośrodku  Pomocy  Społecznej,  który
teoretycznie  miał  prowadzić  programy  profilaktyczne  w  cieniu  dosyć
zabawnego  wudeżetu  (wychowania  do  życia  w  rodzinie).  Tak  sobie  miasto
ustaliło w priorytetach.

Na  szybko  trzeba  coś  skompletować  na  to  całe  „święto”.  O  dziwo,

niepodważone  przez  katechetę  ani  przez  nauczyciela  historii,  prowadzącego
po  godzinach  strzelnicę.  Negowanie  obecności  tej  amerykańsko-festynowej
imprezy  w  murach  szkoły  jest  jak  dostrzeganie  drzazgi  w  oku  bliźniego,
podczas gdy belka leży w obowiązkowej religii.

Magda  lubiła  ten  dzień  komercyjnego  święta  zapychacza.  Kojarzył  się

z  rodzinną  atmosferą  bardziej  niż  Wielkanoc  czy  Boże  Narodzenie.  Wtedy
była z nimi Julka, bo w inne, ważniejsze już nie. Poza tym kiedy mała poszła
do  pierwszej  klasy,  to  kazała  sobie  czytać  non  stop  książkę  dla  dzieci
o śmierci. Tyle razy jej wysłuchała, że mogłaby ją recytować zamiast Kto ty
jesteś?
.  Dzieci  są  dziwne,  gdy  ty  jesteś  dziwny?  Kiedy  Magda  czytała
o  pochówku  w  Meksyku  i  o  zwyczaju  wrzucania  do  trumny  tego,  co  dla
zmarłego ważne, zapytała Julkę, co by wzięła ze sobą. „Misię, Zuzię, rybki,
mamę, tatę, babcię, dziadka, ciebie”.

I  od  tego  momentu  zaczął  się  dla  nich  lepszy  czas.  Siedmiolatka  musiała

powiedzieć, że chciałaby z Macochą leżeć w trumnie.

Julka oczywiście chciała wymyślić jakiś bardziej wysublimowany strój. Za

ducha  się  nie  przebierze,  bo  siara  i  podstawówka.  Pewnie  zaraz  wymyśli
jakiegoś znanego trupa w stylu Gnijącej Panny Młodej albo Amy Winehouse.
Albo nic nie włoży i będzie kontestować.

Zdecydowała się na Bellę. Dobra, Zmierzch jest trochę przestarzały, ale za

to można zrobić z wampirzycy pewien pożytek. To znaczy ubrać się całkiem

background image

nieźle. Dobrała obcisłą czarną bluzkę Magdy do swojej spódniczki w kratkę.
Kluczowe miały być rajstopy z pajęczą siecią, które wyhaczyła na zakupach
w weekend. No i tutorial How to style emo?.

Wcześniej,  kiedy  Julka  była  mała,  często  wywiązywała  się  poważna

kłótnia  na  tle  ubioru.  Polegała  na  tym,  że  Exela  myślała  na  różowo,
niebiesko,  biało,  beżowo,  fioletowo.  Maciek  z  kolei  na  czarno,  czerwono,
szaro, żółto w porywach. Starali się więc ubierać Julkę na własne sposoby, co
było szczególnie trudne w momentach przejścia, to znaczy kiedy trzeba było
dzień  opieki  podzielić  na  pół  i  jedno  z  nich  dziecko  ubierało  do  szkoły
podstawowej, a drugie rozbierało do snu i ubierało dnia następnego.

Julka  na  Halloween  wybrała  połączenie  czarnego  z  różowym  oraz

czarnego  z  fioletowym.  Dobre  zestawienie  wyraźnych  kolorów.  Przypadek
albo wyuczony kompromis.

background image

O/J

Niezdarnie próbowała założyć na siebie prześcieradło w trakcie wbiegania do
klasy i wypowiadania „Bry”. W związku z tym prawie nie wyrobiła na progu
i potknęła się o biały materiał. Wycelowała prosto w stronę Julki. Koleżanka
znowu wyglądała lepiej. Co najmniej na siedemnastkę. Dwa–trzy plus. Skąd
ona bierze te wszystkie ciuchy.

– Ty się przebrałaś za, przepraszam, co?
– Wysyłałam ci na snapie przecież wcześniej. Wampirzyca.
– Hm, wyglądasz bardziej jak emotypiara.
– …
– No nic, ubieraj się tak dalej i pogrążaj mnie swoją zajebistością.
Julia  zaśmiała  się,  ale  miała  wrażenie,  że  pomimo  tego,  co  powiedziała

Oliwka, i tak wygląda grubo i głupio. Poza tym koleżanka mówiła tak szybko
i niewyraźnie, że czasem w ogóle nie wiedziała, o co jej chodzi, nie nadążała.
Magda  pożyczyła  jej  swoje  ciuchy,  które  były  na  nią  za  ciasne,  chociaż
Macocha  nosiła  się  luźno.  W  czymś  na  kształt  stroju-pidżamy  (jesień,
wiosna),  ręcznika  (lato)  lub  koca  (zima).  Na  niej  to  wszystko  stało  się
naciągniętymi  na  styk  ciuchami  fensi  biegacza.  Co  prawda  nie  zginie
w  wyniku  zatrzymania  przepływu  krwi  przez  zbyt  obcisłą  garderobę,  ale
może być ciężko.

Poza  tym  Oli  mogłaby  się  trochę  bardziej  postarać.  Jednak  przybrudzone

prześcieradło to przypał. Ale nic, stało się. Ma koleżankę ducha.

Ostatecznie  na  lekcji  nikt  nikogo  nie  pytał,  bo  dyskryminacją  byłoby

szkalowanie  niechęci  do  przebieranek  tych,  którzy  pogardzili  Halloween.
Chociaż nie było w klasie ani jednej nieprzebranej osoby. Wiara wiarą, oceny
ocenami.  Żeby  sprytnie  wybrnąć  z  sytuacji,  na  trzech  lekcjach  zrobili  im
pogadankę na temat edukacji seksualnej z udziałem pracowniczki MOPS-u.

background image

M*

Zamówiły  wino.  Nie,  że  po  lampce,  tylko  karafce  0,2.  Magda  czerwone,
Typowa-Koleżanka-Anka  białe.  Były  nawet  obydwie  ubrane  pod  kolor  tego
wina.  Tak  jakby  miały  je  na  siebie  wylać  zamiast  wypić.  To  znaczy  Anka
była  beżowa,  czyli  przezroczysta  w  sposób  typowy  dla  kobiet,  które  już
zaakceptowały, że TEN kolor obowiązuje także i je.

Chociaż ostatecznie nie była taką typową bezą-meduzą. Z puli wszystkich

znajomych  z  dawnej  klasy  Magdy  Anka  znalazła  się  w  zbiorze  „mieszana”.
Grupa  numer  jeden  to  ci  od  hashtagów,  zdjęć  otagowanych  dokładnie
z  czasem,  miejscem,  akcją,  postaciami.  Praca  zlana  z  privem,  bilety  na
wycieczki  za  jeden  przelew,  couchsurfing,  blablacar.  Drudzy  –  milusińscy,
ciepłomlekowi.  Śluby  i  małe  dzieci  na  fotkach  („ja  i  miś  w  Grecji”,  „nasza
mała  kosmonautka”).  Memy  z  oczywistościami  +  serce  i  zachód  słońca.
Zresztą  –  kiedy  widzisz  niemowlaka  na  swoim  wallu,  to  już  wiedz,  że  się
zacznie spam dorosłości i lęków o rozmnażanie.

Po drugiej lampce Magda poczuła pieczenie w gardle.
–  Ty  kontaktujesz  dzisiaj  czy  kabel  od  komputera  był  połączony

z centralnym układem nerwowym?

– Był. Mówię serio. Słuchaj, parę dni temu prowadziłam zajęcia w szkole,

tam gdzie wasza Jula teraz chodzi.

– O.
– No i była dziwna sytuacja. Kojarzysz jej koleżankę z ławki?
–  A  to  teraz  dalej  ma  się  koleżanki  z  ławki?  Myślałam,  że  już  są  jakieś

sektory siedzenia. Sorry, jestem do tyłu. Ale byłam u niej nawet ostatnio na
zebraniu szkolnym, tak że big success.

– Powaga?
– No. Exela zaszalała… a właściwie to Maciek.
–  Uuu.  Opowiesz  zaraz.  W  każdym  razie.  Podeszła  do  mnie  po  zajęciach

jej  koleżanka  i  mówi,  że  chyba  jest  w  ciąży.  Znasz  to  słynne  „chyba”,  do
dwudziestego  pierwszego  roku  życia  pojawia  się  po  każdym  stosunku.
Mówisz  to  trochę  zażenowana  i  przerażona,  trochę  usatysfakcjonowana,  bo
ciąża jest przecież efektem seksu. Powiedziałam, że musi iść z opiekunem do

background image

lekarza,  bo  testy…  wiadomo.  No  i  że  choroby  przenoszone  drogą  płciową,
zgłoszenie  na  policję,  jak  jest  poniżej  piętnastego  roku  życia.  Ale  dałam  jej
kolejny test.

– Aha. I co ona na to?
–  Pitnęła  z  nim.  Po  prostu.  Nie  chcę  zgłaszać  tego  wychowawczyni,  nie

powinnam raczej, bo wiesz, „Małym płodom w brzuszek kłodą”.

– Co?
– Taki wierszyk pewnej frakcji MOPS-iaków. Zaraz jej się zlecą wszyscy

mędrcy szkolni. Masz do niej kontakt przez Julkę?

– Myślisz, że Julia też już zaczęła…?
– Ej, macoszko, co za pytanie!
– No co…
–  Przypomnij  sobie  wiek  swojego  pierwszego  kontaktu.  Odejmij  od  tego

dwa  lata  plus  rok  za  internet  i  rok  za  seksualizację  w  kreskówkach,  jeśli  te
wskaźniki dotyczą Julki. Ile ci wychodzi?

– Trzynaście.
– No dobra. To tylko dwa lata. Darujemy jej kreskówki i neta.
– Piętnaście.
– No to masz. Wiek inicjacji.
– Ups.
– To co, załatwisz jej numer?
– Postaram się.
Do czasu spotkania Maćka Magda nie zdążyła odpowiednio ustalić, po co

jej  w  ogóle  życie  seksualne.  Pojawiało  się  dopiero  po  alkoholu.  Czasem
nawet w połowie stosunku rezygnowała, bo nie mogła patrzeć, jak jakiś facet
się przed nią popisuje, rozbiera i tak dalej.

Po tygodniu znajomości z Maciejem, a poznali się, jak miała dwadzieścia

jeden lat, dalej trzymała się wersji, że seks jest taki sobie, ale coś drgnęło.

Miesiąc później przestała się wypowiadać w taki sposób, kliknęło.
W związku z tym wyobrażenie na temat seksu nastoletniego miała mgliste,

niewiele z niego pamiętała. Tak jakby wszystko to, co do Maćka, nie istniało.

Pamiętała tylko okoliczności albo miejsce wybranych stosunków.
O,  na  przykład  jak  odbijało  jej  się  rzodkiewką,  kiedy  pewien  licealny

Paulo Coelho koniecznie chciał, żeby zjedli razem śniadanie (bez kolacji, bo
mieszkał z rodzicami). Za nic miał jej argumenty, że nie chce, bo nie lubi jeść
z ludźmi. Zżarła to całe śniadanie w kuchni jego starych, a później się chciał

background image

całować  z  zapachem  rzodkiewki  w  ustach.  Chociaż  tyle,  że  to  warzywo  ma
minusowe kalorie.

Albo  jak  z  braku  laku  podczas  juwenaliów  zaczęła  się  całować  na  łóżku

z  takim  Damianem-spoconym-studentem  i  nagle  do  pokoju,  gdzie  to  robili,
wszedł  znienacka  Chińczyk  i  zaczął  krzyczeć,  że  to  jego  łóżko  i  złazić
z butami. Faktycznie, mieli na sobie buty.

Samolot  papierowy,  rzodkiewka,  buty,  prześcieradło,  kotwica,  barierka,

kiełbasa  z  grilla,  wódka  z  pieprzem,  Platon,  lalka  na  sznurkach,  wodorosty,
stół z powyłamywanymi nogami, skrzypiący materac, Maciej – tak mogłyby
się nazywać jej stosunki, w kolejności chronologicznej.

background image

O/J

Jeździła  na  łyżwach  jak  hokeistka.  Nie  bawiła  się  w  żadne  figurówkowe
historie,  motyle  nogi.  Kręciła  jak  chciała,  mijała  tyłem  dzieci,  średnich
i  starszych.  Był  spory  tłum,  jak  to  w  sobotę  po  południu,  kiedy  się  schodzą
pikniki, ale mieli jej zejść z drogi i już. Później piruet jeden, drugi, trzeci, taki
niby  na  odjeb,  bo  szło  o  szybkość,  a  nie  jakieś  akrobacje.  Gapiło  się  na  nią
w podejrzany sposób sporo osób. Jeździła perfekcyjnie, ale nie miała stroju,
który  by  na  to  wskazywał.  Żadnego  obcisłego  kombinezonu  dla
filigranowych  łyżwiarek  ze  świecącymi  badziewiami  i  diodami  w  okolicach
głowy.  Raczej  getry  rozciągnięte  w  charakterystyczny  sposób  na  kolanach,
bez wzorów. No i czapka z napisem „XD”.

Na taflę wpuszczała Oliwkę za darmo ciotka, która siedziała w kasie trzy

dni  w  tygodniu.  W  przeciwieństwie  do  Oliwii  Julia  oczywiście  miała  swoje
łyżwy, i to dobrane do reszty ubioru. Oliwka w sprytny sposób namówiła ją
na  zamianę  bluz.  „Moja  ci  bardziej  pasuje  do  łyżew”  –  rzuciła.  Wzięła
najlepszą czarno-oczojebno-żółtą, to pewnie tylko dlatego się zgodziła, innej
by na bank nie wymieniła.

Zrobiły  sobie  selfi  w  lustrze  i  Julka  od  razu  je  udostępniła,  żeby  pod

koniec  jazdy  dodać  jeszcze  jedno.  I  wtedy  wszedł  na  ślizgawkę  on.  Żółty.
Koleś  w  żółtej  bluzie.  Dziewczyny  patrzyły  jak  zahipnotyzowane,  nie  były
jedyne.  Wraz  z  jego  wejściem  na  taflę  kilka  nastolatek  zjechało  pod  bandę
i zaczęło chichotać. Miał słuchawki i z nikim nie rozmawiał, to nie był typ,
który  by  ściągał  dziewczynom  czapki  albo  pisał  na  Spotted:  lodowisko:
„Pozdro  dla  dwóch  dziewczyn.  Miałyście  moro  i  niebieską  kurtkę,
patrzyłyście w moją stronę i jak jedna z Was się przewróciła, to podjechałem.
Byłem z kumplem w bluzie «Prosto». Dajcie lajka, jak to czytacie;)”.

Koleś był jak przeklejony z jakiegoś teledysku. Julka tylko raz go widziała

z  dziewczyną,  ale  to  chyba  była  siostra.  Tak  sobie  przynajmniej  wmawiała,
bo  nie  jeździł  z  nią  za  rękę,  tylko  trzymał  się  na  dystans,  ćwicząc  własne
triki.

– Miałam ci coś wczoraj powiedzieć. Chyba jestem w ciąży.
Nie dość, że Julia nigdy w życiu nie wpadłaby na to, że Oliwka może mieć

background image

chłopaka,  to  sama  wcześniej  nie  była  nawet  w  pierwszej  bazie.  Tylko  raz
 p r a w i e  się całowała.

– Ale… jak… z kim?
Przyjaciółka na moment się zamyśliła, po czym niepewnie wskazała głową

w stronę Żółtego. Sama nie wiedziała, dlaczego to zrobiła.

Julka  tylko  kiwnęła  głową.  Jeździły  od  tej  chwili  bez  słowa,  Julka

przerwała ciszę.

– Mamy na razie czterdzieści lajków.
– Tak sobie.
– No.
– A otagowałaś mnie?
– Ups, sorry.
Julka oznaczyła Oliwkę na zdjęciu, a ona zaraz po tym zatwierdziła to na

swojej osi czasu.

– Czemu do ciebie nie podjeżdża?
– To chyba wyglądałoby dziwnie, gdyby się bujał z gimbą, no nie?
Przez  moment  Oliwia  nawet  uwierzyła  w  swoje  kłamstwo  i  od  razu

poczuła się bezpieczniej. Gdyby z takim chłopakiem zaszła w ciążę, to może
nie  byłoby  tak  źle,  a  na  pewno  dziewczyny  by  padły  z  zazdrości.  Na  razie
zależało jej jednak na tym, żeby Julka miała ją za fajną.

Bosz, z takim Chomikiem-Dawidem to byłby jakiś koniec. Jego matka, ale

by  się  darła.  Dosłownie  raz,  kiedy  siedziała  w  domu  z  Oskarem  i  Sonią,
wyszła  z  nim  na  klatkę  schodową.  Bo  on  mieszka  piętro  niżej,  jest  w  jej
wieku,  ale  rok  temu  nie  zdał  i  kibluje  w  pierwszej  gimbie.  Niższy  od  niej,
chucherko, piegi nawet. Do Żółtego niepodobny ani w calu. Tak czy inaczej
całowali  się,  właściwie  to  jakby  z  przymusu,  że  to  już  czas.  Baza  pierwsza,
druga,  trzecia  –  szybko  przeszły.  Ledwo  zdjęła  majtki  i  już  było  po
wszystkim. Zaraz napisze mu wiadomość, skoro inaczej nie da się gadać, bo
wielce nie przychodzi, od kiedy go nie wpuściła ostatnim razem do domu.

Dziewczyny  po  lodowisku  rozstały  się  szybko.  Liczba  lajków  wzrosła  do

osiemdziesięciu  dwóch,  można  powiedzieć,  że  po  czterdzieści  na  każdą.
Może trochę więcej na Oliwkę.

Dopiero  w  poniedziałek  Dawid  czekał  na  schodach,  dj  bez  słuchawek

leciał  z  jego  ręki,  wyciszył  telefon,  kiedy  zobaczył  Oli.  Patrzyła  na  niego
i  wiedziała,  że  nawet  spodnie  z  napisem  „CHWDP”  nie  dodawały  mu

background image

męskości.

– Przeczytałem.
– I?
– Co i?
– Co myślisz.
– No trudno, wyjadę stąd.
– Ty wyjedziesz?
– Ja, a kto.
– Debil, to ja mam przesrane, a nie ty.
– Wezmą cię do ośrodka. A mnie matka zabije. Dlatego wyjadę.
– Dawid, ty to najwyżej 814 do centrum dojedziesz. Spieprzaj.
Wbiegła  do  domu,  mijając  schodki,  na  których  wszystko  się  zdarzyło.

Trzasnęła  drzwiami  i  wybuchnęła  rykiem.  Nie  powinna  tak  robić  przy…
Sonia! Musi ją odebrać z przedszkola. Która godzina? Tymczasem Oskar grał
w  grę,  był  nie  do  ruszenia,  świecący  od  monitora,  oczy  jak  wyrwane
z Minecrafta. Uh. Krzyknął z pokoju:

– Pani przyprowadziła Sonię!
Uspokoiła się, chociaż tyle.

background image

O/J

Julia  traktuje  ją  od  soboty  jak  powietrze,  nawet  kiedy  Oliwia  pisze  do  niej
prywatne  wiadomości.  Coś  tam  jeszcze  w  niedzielę  gadały  na  mesendżerze,
ale koleżanka wymigiwała się nauką do drugiego etapu konkursu z polskiego.
Pewnie  ściema,  chociaż…  Julka  jest  z  tych,  co  wygrywają.  Oliwka  nie.  No
dobra, może raz dostała w nagrodę srebrnoszare getry i czekoladę. Z tym że
to nie było jakieś wielkie zwycięstwo – otrzymała je cała grupa teatralna ze
świetlicy.  Chciała  wystąpić  w  roli  księżniczki,  ale  została  drugoplanowym
pierrotem,  który  większość  spektaklu  spędza  za  kulisami.  Rola  życia!
Zamalowali  jej  twarz  na  biało,  dodali  błyszczącą  łezkę  pod  okiem  i  kazali
podskakiwać. Swoją drogą nikt nie zwracał się do niej „ej, pierrot”, tylko „ty
pajacu”. Przypał totalny. Szybko, zaraz po wyjeździe na przegląd dziecięcych
zespołów,  przestała  chodzić  na  świetlicę.  Pojawiała  się  jedynie  rotacyjnie,
zwłaszcza przed świętami i wakacjami. Sama teraz wypycha z domu Oskara
i Sonię w tym okresie, bo jest za stara na paczki, które tam rozdają.

W  poniedziałek  na  przerwie  Julia  już  siedziała  z  dwiema  airmaksiarami.

Pasują  do  siebie,  bo  Julka  ma  nową  fryzurę,  pewnie  w  niedzielę  była
u  fryzjera.  Wyglądają  trochę  jak  trzygłowy  smok  z  emo  grzywkami.
Wszystkie  na  lewy  bok.  Ona,  Oliwka,  jest  na  ich  tle  co  najwyżej  jak
jaszczurka bez grzywki. Łzy jej napływają do oczu i idzie na murek za szkołę
zapalić,  święta  Juleczka  nie  będzie  się  chociaż  migać,  że  nauczyciele
zobaczą. I tak wiedzą, że na murku się jara, to tam nie przychodzą.

Nie pisze do niej na czacie w trakcie lekcji, nie odwraca się. Widzi za to,

że sprawdza powiadomienia i odpowiada na zaczepki airmaksiar w komórce.

Na domiar złego Chomik podchodzi do niej na korytarzu, akurat jak idzie

do  kibla.  Sama,  bo  Julka  nie  łazi  za  nią,  tylko  trzyma  się  tych  dwóch
airmaksiar.  Teraz  to  ona  czuje  się  osaczona,  starała  się  unikać  Dawida
w szkole.

–  Słuchaj,  nie  o  to  mi  wtedy  na  schodach  chodziło.  Wyjdziesz  dzisiaj  po

południu?

– Wyjdę. Nie gadajmy tutaj.

background image

O/J

W  drodze  ze  szkoły  widzi,  że  Julia  dodała  nowe  profilowe.  Nie  jest  na  nim
otagowana Oliwka, ale dwie airmaksiary i kilka innych koleżanek to już tak.
Obok,  rzecz  jasna,  napis:  „:*  dla  moich  duperek”.  Wielka  mi  przyjaciółka.
Prycha na samą myśl, że dała się wrobić w zakumplowanie z laską, która ma
piątki i co weekend kupuje sobie coś nowego. Koniec wymiany ciuchów.

W domu lista od Ryśka, co trzeba zrobić. Odkurzanie, naczynia nurkujące

w  zlewie,  wielkie  zakupy  w  celu  nabycia  trzech  produktów.  Szynki
w  plastrach,  mleka  w  plastiku  (taniej  niż  w  kartonie)  i  chleba  krojonego.
Oczywiście  z  „Niebieską  Kartą”.  Wtajemniczeni  w  nazwę  zlewają,  że  sklep
osiedlowy  tak  nazwał  kartę  na  zniżki  przy  często  robionych  zakupach.  Tak
samo  nazywa  się  karta  dla  ofiar  przemocy  prowadzona  przez  policję  albo
MOPS. Poważnie.

Oskar  bezustannie  gra  w  grę.  Chętnie  zrzuciłaby  go  z  kompa  i  sama

postrzelała  do  kilku  mutantów.  Macha  więc  bratu  przed  ekranem  czipsami
schowanymi na czarną godzinę. Oznaczają nagrodę za wymycie naczyń. „Nie
lej tylko za dużo wody, płyn do mycia naczyń na gąbkę, a nie na talerz”. Po
kilku  minutach  chłopiec  kończy  zmywanie  i  już  stoi  przy  komputerze,
prosząco patrząc na siostrę. Dopiero wtedy Oli wychodzi na te całe zakupy,
które będą zarazem spotkaniem z Chomikiem na klatce.

Oczywiście chłopak czeka już za drzwiami, chociaż umawiali się dopiero

za pół godziny. Idą więc razem do osiedlowego i z powrotem.

Na klatce siedzą w dymie, bo Chomik zabrał matce dwie fajki, a od Karola

dostał  trochę  zioła.  Spalili  małą  lufkę  i  papierosa  na  pół  –  żeby  jeden  dym
zmieszał się z drugim.

Cały korytarz jest za mgłą, z której wyłaniają się coraz ciekawsze napisy.

Szary  Chomik  ma  twarz,  która  zaczyna  przypominać  teraz  Szynszyla.  Jest
słodszy i większy. Mogłaby się w takim Szynszylu zakochać. Jest prawie taki
jak  w  dniu,  kiedy  dzieliły  ją  sekundy  od  decyzji  o  pokonaniu  bazy.  Gdyby
był jeszcze z sześć centymetrów wyższy, to mogłaby nawet oficjalnie z nim
chodzić.  Całują  się,  ale  na  wspomnienie  ostatniego  pozostają  tylko  na  tym
etapie. Nie wsadza jej nawet ręki pod bluzkę.

background image

–  Ty,  a  gdyby  zamiast  tej  klatki  i  schodów  był  taki  ruchomy  pierdolnik.

Jak  wiesz,  w  tych  płaskich  grach  komputerowych.  Że  ci  podłoga  sama
podjeżdża pod drzwi.

– Ale my byśmy wtedy byli jak te płaskie chłopki, ha, ha.
– To by było coś.
– Chyba dla ciebie. Ja nie chciałabym być płaskim ludzikiem.
Chomik trochę posmutniał.
– A jaki chciałbyś kolor tej półki latającej?
– Zielony.
Od  tego  momentu  nie  mógł  już  powstrzymać  śmiechu  z  powodu

gimbaziarskiego suchara.

– Zielony, faktycznie – powtórzyła Oliwka i też nie mogła już przestać. –

Zielona półka, wszędzie byłaby trawa.

Łzy im leciały i aż łapali się za ręce i ramiona, podpierając się o podłogę.

Oliwka  wyciągnęła  nogi  do  przodu,  na  luzie  totalnym.  Ale  był  slow  motion
między  nimi.  Ich  ruchy  jak  w  melasie,  czuła  każdą  jego  kość  pod  palcami.
Pomyślała  nawet,  że  z  biologii  pamięta  kość  strzałkową,  staw  skokowy
i różne takie. Mogłaby je spróbować wymienić po kolei.

Wtedy na klatkę wyszła pani Basia, czyli Mama Szynszyla.
– Zamknijcie się, domów nie macie??!!
Szynszyl  ucichł  z  ręką  na  ustach,  bo  matka  właśnie  sama  się  zbeształa,

a Oliwka schowała głowę między ramiona. Czuła idealnie temperaturę swojej
głowy.  Mogłaby  rękami  podać  konkretną  liczbę.  Z  ciekawości  dotknęła  też
łokcia, który miał inną temperaturę. Ciekawe, czy gdyby wypisała na kartce
i  zsumowała  wszystkie  te  miejsca,  to  wyszłaby  jej  średnia  36,6?  Nic  jej  nie
odpowiedzieli.  Wydawała  się  być  bezpiecznie  daleko.  W  sumie  musiałaby
przecież podjechać na skalnej półce, więc luz.

– Dawid, do domu!
– Daj mi, mama, jeszcze siedem minut.
–  Zaś  palisz!  Już  z  daleka  czuję,  nie  jestem  głupia.  A  ty,  Oliwka,

zobaczysz,  wszystko  Rychowi  powiem!  Jeszcze  chwila  i  tu  sobie  melinę
urządzisz!  A  Sońka  sama  w  domu.  Aniołek  nasz  mały.  Idźże  do  niej,  a  nie
rób  głupot.  A  gdyby  ci  kurator  teraz  przyszedł,  to  co?  Ośrodek!  Dawid,  do
domu!

– Ale mama…
– JUŻ!

background image

Schodzący  po  schodach  Dawid  przypominał  już  tylko  w  połowie  dużego

Szynszyla,  zamieniał  się  w  zwykłego  Chomika.  Schody  wróciły  do  normy.
Wstała,  otworzyła  drzwi  i  poszła  pooglądać  talerze.  Były  czyste  z  jednej
strony,  z  drugiej  mniej.  Oskar  tak  właśnie  działał.  Wymyła  więc  za  niego
drugą stronę. W nagrodę zjadła pięć plasterków szynki i dwie kromki chleba.
Zostało jeszcze dokładnie dwadzieścia pięć plastrów do rozdysponowania na
resztę domowników. Podzieliła to na cztery i wyszło jej sześć na głowę plus
jeden dodatkowy plaster. Z tego powodu zjadła jeszcze jeden. Zrobiła płatki
dla Soni, Oskar zjadł czipsy, to mu styknie. Położy się tylko na chwilę spać.

background image

O/J

O  19.30  na  lodowisku  jest  Żółty.  Cała  sala  wiruje  dookoła  niego,  bo  na
środku  tafli  próbuje  stawać  na  rękach.  Ma  jakiś  nowy  trik.  Jak  staje  na
rękach, to opada mu koszulka i widać brzuch. To znaczy miejsce na brzuch,
bo  on  ma  kaloryfer.  Dopiero  za  trzecim  razem  wkłada  od  niechcenia
podkoszulek  w  spodnie.  Jest  ładny,  jest  ciasteczkiem.  Niestety  ma
z dwadzieścia lat i nawet na nią nie spojrzy. Widziała na bluzie, że ma napis
„Studencka  Drużyna  Freestyleowa  Gliwice”,  więc  tam  gdzieś  pewnie  się
uczy.

Jest  też  Julia  z  airmaksiarami,  które  na  lodowisku  pozbawione  są  tego

zapierającego  dech  w  piersiach,  firmowego  atrybutu  w  postaci  modnych
butów.  Tafla  sprowadziła  je  jedynie  do  poziomu  grzywiastych  smoczyc
w  kurtkach  z  motywem  kosmosu.  Udają,  że  jej  nie  widzą,  chociaż  Julia
dobrze  wie,  że  to  nieprawda.  Chichoczą  i  jeżdżą,  trzymając  się  za  ręce.
Oliwka wkurzona mija je, stosując różne bardziej lub mniej sprytne techniki
jazdy.  Tyłem,  przodem,  bokiem.  Z  łatwością  mija  to  roześmiane
dziewczyństwo w dobrej stylówie. One spoglądają na Żółtego i stroją głupie
miny. Jedna z Airmax wygląda, jakby smartfonem chciała mu zrobić zdjęcia,
ale  ciągle  jej  umykał.  Oliwka  zaczyna  się  wkurzać.  Co  za  cipy,  szmaty,
kretynki. W tym samym czasie pisze do niej Julka: „Zolty luka non stop na
Kmle  a  nie  na  Cb  XD”.  Oliwia  udaje,  że  nie  czyta,  chociaż  i  tak  widać,  że
wyświetliła.

Wtedy dodają zdjęcia ze swoimi głowami i Żółtym w tle. Opis: „Lodo dziś

takie piękne:***”. No nie, nie wytrzyma.

Jak gdyby nigdy nic jeździ dalej, chociaż wzbiera w niej fala złości. Wtedy

staje  się  cud.  Koło  niej  przewraca  się  Żółty,  a  że  Oli  potrafi  hamować  jak
hokeistka, to niemal momentalnie zatrzymuje się przy nim i podaje mu rękę.
Airmaksiary  i  Julka  tego  nie  widzą,  bo  akurat  są  za  nimi  i  na  szczęście  nie
jeżdżą tak dobrze, żeby nagle zrobić zwrot w tył i ich zobaczyć. Załapują się
tylko na moment, w którym Oliwka przewraca się w jego stronę, a dokładniej
mówiąc, udaje, że przewraca się na niego, bo przecież potrafi jeździć dobrze
i  nie  traci  równowagi  z  byle  powodu.  Żółty  się  śmieje  i  ona  też,  bo  co  ma

background image

zrobić.  Dziewczyny  aż  zwalniają  (choć  w  ich  przypadku  to  ciężko  mówić
o  zwolnieniu,  jeżdżą  jakby  od  niechcenia),  żeby  przyglądać  się  tej  scenie
uważniej.

– Dzięki.
Oliwka cała oblewa się czerwienią.
– Nie ma za co. To ja teraz dziękuję.
– Dobrze jeździsz.
Jest  z  bliska  jeszcze  ładniejszy.  Tak  ładny,  że  chyba  bardziej  się  nie  da.

Mogłaby  z  nim  występować  w  teledysku  Jamala,  gdyby  sama  nie  była
brzydka.

– Jak widać nie zawsze.
– Trzeba się czasem przewrócić. Ja w twoim wieku tak nie umiałem. Ile ty

masz lat? Trzynaście?

– Szesnaście. Jeżdżę od dwóch.
Oliwka już wie, że ma ją za gówniarę i nawet to rocznikowe kłamstwo nie

pomoże.  Mogłaby  mieć  i  naprawdę  szesnaście  lat,  ale  nie  miałoby  to
znaczenia, bo wygląda na trzynastkę w jego oczach.

– No to naprawdę spoko. Dzięki za podniesienie. Narka.
– Na razie. Pa.
Następnie  na  nogach  z  waty  kieruje  się  w  stronę  szatni.  Wie,  że  na  jej

plecach jest teraz wzrok co najmniej trzech dziewczyn. Nie będzie już dłużej
jeździć, zostało pięć minut do końca ślizgawki i woli ten czas wykorzystać na
to,  żeby  ochłonąć.  Nie  będzie  się  jeszcze  przy  nich  pocić.  Wata  przechodzi
jej z nóg do brzucha i osadza się nawet na ramionach. Głowę to ona ma teraz
co  najwyżej  do  wycierania.  Zanim  jednak  zdejmie  łyżwy  i  weźmie  swoje
rzeczy z szafki, odpisuje Julce: „Na Kmle? Powiedzial, ze jakies gimbusy sie
na  niego  dziwnie  gapia  :P”.  Idzie  ze  swoimi  rzeczami  w  stronę  szafki
Żółtego,  pamięta,  gdzie  zostawił  kurtkę  i  buty  na  zmianę.  Zawsze  mniej
więcej w tym samym miejscu. Siada sobie wygodnie i powoli, bardzo powoli
ściąga łyżwy. Zanim się przebierze, do szatni wejdzie już reszta i zobaczy ją,
jak  siedzi  koło  niego,  bo  Żółty  też  zazwyczaj  schodzi  chwilę  przed
zakończeniem.  Wyświetlone.  Teraz  pozostaje  czekać  na  wyraz  twarzy
koleżanek.  Ciekawe,  co  jej  napiszą,  skoro  wygrała.  „Poczekaj  na  nas
w szatni”, otrzymuje komunikat od Julki.

I  wszystko  idzie  jak  w  zegarku.  Żółty  wchodzi,  wyciąga  rzeczy  i  siada

koło niej na ławce. Mówi nawet dwa zdania, że wkurza go jakiś facet, co mu

background image

podjeżdża.  Kiedy  już  przymierza  się  do  wyjścia,  naprzeciwko  siadają
dziewczyny,  a  on  w  tym  momencie  wstaje  i  mówi  do  Oliwki:  „Cześć.  Do
następnego”. Julka tym razem zagaduje pierwsza:

– Wracasz z nami?
Po  opuszczeniu  lodowiska  jest  jak  przed  sobotą.  Gadają  jak  gdyby  nigdy

nic.  Śmieją  się  z  tego,  co  napisał  Kamili  jakiś  koleś,  obgadują  jedną
dziewczynę z klasy, że dodaje to samo na snapa i Instagrama.

– Powiedziałam dziewczynom, że ty z Żółtym… no wiesz. Nie obrazisz się

chyba, no nie? – pyta Julka.

Oliwia  jest  postawiona  przed  faktem  dokonanym,  więc  nie  może  już

zaprotestować.  Airmaksiary  wiedzą,  więc  nawet  jak  odpowie,  że  się  obrazi,
to  co  z  tego.  Głupi  Chomik,  gdyby  nie  on,  to  nie  byłoby  problemu.  Przez
niego jest kłamczuchą i musi dociągnąć do końca swoją ściemę.

– Jasne, ale to musi zostać tajemnicą nas czterech.
Dziewczyny kiwają głowami jak te pieski zabawki. Chwilowo wyglądają,

jakby nie miały tego rozgadać połowie szkoły, ale to się dopiero okaże.

– Jak to jest? – pyta Kamila.
– Z czym?
– No wiesz.
Oliwia  przełyka  ślinę.  Jak  teraz  opowiedzieć  o  czymś,  czego  sama  za

dobrze nie pamięta, bo trwało krócej niż kichnięcie?

– E, zwyczajnie. Nic takiego.
– No co ty? Z Żółtym zwyczajnie?! – druga z airmaksiar nie wytrzymuje

napięcia, co dodaje Oliwii trochę odwagi. Prostuje się.

–  Wiesz,  to  słodziak…  ale  nie  mówcie  nikomu,  że  z  nim  chodzę!  Co

chwilę  w  szkole  się  doczepiają,  jak  ktoś  wyczai  starszego  chłopaka.  Tak
jakby  dało  się  chodzić  z  tymi  gówniarzami  z  naszej  gimbazy…  śmieszne.
Ogólnie  mam  to  w  dupie,  ale  ostatnio  Kwiatkowską  przyłapali,  jak  się
całowała  z  chłopakiem,  i  jej  starych  wezwali,  że  niby  nie  wiadomo  co  robi.
Nie  mogła  wychodzić  przez  miesiąc,  bo  babka  od  fizyki  niby  widziała,  jak
mu  wkłada  rękę  pod  koszulkę.  Zresztą  –  muszę  z  nim  zerwać,  bo  mam  już
kogoś innego na oku.

– Innego? Jest ktoś lepszy od Żółtego???
Faktycznie,  nikt  taki  nie  przychodzi  Oliwce  do  głowy.  Ale  musi  to  jakoś

skończyć, żeby wyjść z twarzą. Druga Airmax ratuje ją przerywnikiem, który
umożliwia odroczenie odpowiedzi.

background image

–  Prawda,  moja  kumpela  tak  miała.  Stary  ciągał  jej  chłopaka  po  sądach.

Koleś miał osiemnaście lat, a ona piętnaście, ALE rocznikowo.

– Co za różnica? Piętnaście to piętnaście.
– Ta, a co za różnica: osiemnaście w styczniu czy w grudniu?
– Fakt.
Reszta  drogi  przebiegła  przyjemnie.  W  atmosferze  podziwu  dla  Oliwki.

Chyba  ich  sojusz  znowu  stanie  się  aktualny,  a  airmaksiary  zejdą  na  drugi
plan. Będą wymieniać się ciuchami i chodzić jedna za drugą jak kaczuszki.

Po  powrocie  do  domu  zostaje  otagowana  w  poście  z  airmaksiarami,

chociaż  nie  ma  jej  z  nimi  na  zdjęciu:  „Na  lodo  dzisiaj  gorąco  <tańczy>
<serce>” z Julia Sajd, Lala XX, Kamila Zur, Oliwia Be.

Jest dobrze.

background image

M*

– Nie mówiłaś, że Anka była u was na zajęciach.

– Ale co miałam mówić?
Magda  wzruszyła  ramionami.  Faktycznie,  to  nie  musiała  być  dla  Julki

informacja dnia.

–  Jedna  dziewczyna  z  waszej  klasy  chciała  się  z  nią  skontaktować,  albo

ona z nią. Już nie pamiętam.

– Hm. A jak wyglądała?
Tego już Anka nie powiedziała.
–  Podobno  siedziała  z  tobą  albo  koło  ciebie.  No  i  gadałyście  we  dwie

najwięcej.  Teraz  masz  nowe  koleżanki.  W  sumie  jeszcze  żadnej  u  nas  nie
było.

Julka  wybierała  szablon,  który  pasowałby  do  nowego  selfi.  Dociekania

Magdy  nie  ułatwiały  jej  wyboru  filtra:  nos  psa  czy  ramka  z  napisem
Bitchology?  Równocześnie  rozmawiała  z  jakąś  koleżanką.  Magda  mogłaby
zajrzeć Młodej przez ramię, ale… nie, nie będzie tego robić.

–  Koło  mnie  siedzi  kilka  dziewczyn  i  to  się  zmienia  na  różnych

przedmiotach. Coś charakterystycznego? Włosy? Ubrania?

– Myślałam, że skojarzysz szybciej… A masz na snapie albo Instagramie

którąś z tych nowych?

Uniesione brwi Julki mogły oznaczać jedno: jesteś za daleko, przesuń się.

Pewnie wiedziała, o co chodzi. Czyli nie ma co liczyć, że wsypie koleżankę.

– Mam, ale przecież nie wiesz, jak wygląda, więc co ci da zdjęcie? Czego

chciała od Anki?

– Hm.
– Zagadujesz, to mów do końca.
Magda zawahała się.
–  Miała  jakiś  kłopot.  Związany  z  tematem  zajęć,  które  prowadziła  Anka,

ale nie znam szczegółów.

Ciekawe,  ile  jeszcze  osób  zna  sekret  koleżanki  Julki?  Trzy?  Siedem?

Później  trzeba  liczbę  pomnożyć  razy  trzydzieści,  a  wyjdzie,  do  ilu  osób
naprawdę  dotarła  plotka.  Jedna  czwarta  szkoły.  Umówmy  się,  tajemnica  do

background image

siedemnastego roku życia nie istnieje. Magda dobrze to wiedziała, bo kiedyś
koleżanka  puściła  o  niej  plotkę,  że  ma  włosy  na  plecach.  Właściwie  to
wcześniej  nawet  o  tym  nie  myślała.  Kto  normalny  ogląda  swoje  plecy
w poszukiwaniu owłosienia?

– Że seks?
– Raczej.
– Że ciąża?
– Może.
– To MOŻE się domyślam.
– OK. Inaczej. Chodzi o ciążę. Wybierzemy się razem do kina, w piątek?

Zaprosisz też swoją koleżankę?

– Hmmm. Zastanowię się.
Młoda  zdecydowała  się  już  na  filtr  i  zaczęła  ładować  zdjęcie.  Było

zrobione  w  taki  sposób,  aby  widoczna  stała  się  przede  wszystkim  grzywka
oraz kawałek oka. Klasyczny cyklop.

–  A  tak  w  ogóle,  to  fajną  masz  tę  nową  fryzurę,  nie  byłam  na  początku

przekonana. Ale wyglądasz trochę jak z klipu Sii

2

.

– Dzięki. Ale się nie podlizujesz?
– Phi – Magda cmoknęła ustami i wyszła z pokoju Julki.
Ukryj  tu  coś  przed  nastolatką,  która  jest  specjalistką  od  kamuflażu.

W wieku Julki, może troszkę później, Magda miała sporo sytuacji, w których
sprytnie uciekała przed radarem rodziców.

Pisała codziennie na Gadu-Gadu z obcymi ludźmi, miała ich całą kolekcję,

z  której  ostatecznie  nikt  nie  okazał  się  efebofilem  ani  nimfofilem  (w  takim
wieku  ta  kategoria  jest  rozmyta).  Przerzucała  ich  na  komunikator  z  portalu,
gdzie umieszczała wcześniej swoje zdjęcia, wtedy jeszcze nie selfi. Wszyscy
ze strony wpisywali się w jakieś fotofrakcje charakterystyczne dla amatorów.
Jakiś koleś robił zenitem foty smutnych lecz ładnych dup na tle rozpiździelu,
jedna  dziewczyna  dodawała  zdjęcia  gumisiów  za  kolorową  przysłoną,  była
też  pani  od  cykania  baniek  mydlanych  i  motyli  oraz  metale  wykonujący
czarno-białe  plus  statyczno-satanistyczne  fotografie  przedmiotów  oraz
rozwalonych  nagrobków.  Raz  nawet  pojechała  na  Mazury  stopem,  żeby
osobiście  spotkać  się  z  jednym  z  takich  szatanów.  Po  roku  regularnych
czatów  i  całej  jednej  rozmowie  telefonicznej  ufała  mu  bardziej  niż
jakiejkolwiek koleżance z ławki.

background image

Na tych mrocznych wakacjach było całkiem nieźle. Okazało się, że koleś

studiuje  automatykę  i  robotykę  w  Białymstoku,  a  w  wakacje  wraca  do
Wilkasów i mieszka z matką. Oczywiście ściemniał przed nią, że Magda ma
dziewiętnaście  lat,  bo  inaczej  nie  miałaby  szansy  pożerać  codziennie  jej
przesolonych pierogów, tylko musiałaby wrócić do domu jako niepełnoletnia
uciekinierka. Spała u niego trzy dni i każdego wieczora na śniadanie jedli te
ruskie  z  solą.  W  nocy  pili  tanie  wina.  Zamiast  pływać  po  jeziorach
mazurskich  siedzieli  od  zachodu  do  wschodu  na  terenie  nieczynnej  kopalni
piasku  i  skakali  ze  skarp,  turlali  się.  Gadali  o  słabych  zdjęciach  ludzi
z  portalu,  ich  wydawały  się  w  tamtym  momencie  zajebiście  dystynktywne.
Do dzisiaj jak jej wpadnie piasek do butów, to myśli o sataniście z internetu.

Julka  by  tak  już  teraz  nie  wyjechała,  bo  ludzie  mieszkają  na  stałe

w komórkach. Nie znikają, jak się z nimi nie pogada raz, drugi czy trzeci, bo
ciągle  wyświetla  ci  się,  co  robi  /  co  robią  /  co  się  z  nim  dzieje.  Znasz
wszystkie  ich  przypadki,  nawet  jak  nie  chcesz.  Dawna  anonimowość,  ten
dreszczyk  emocji  znika  wraz  z  numerem  IP  i  sprawdzeniem  wspólnych
znajomych.

background image

O/J

Szary  Chomik  przychodzi  coraz  częściej  na  jej  schody,  puszcza  wcześniej
strzałę.  Nawet  nie  puka  do  drzwi,  tylko  siada,  czeka.  Wie,  że  Oliwka  może
być  zajęta,  bo  na  przykład  bawią  się  z  Sonią  w  księżniczki  albo  odrabiają
lekcje z Oskarem. Nie wpuszcza go do domu, twierdząc, że zaraz Rychu by
się  czepiał.  Już  jej  wypomniał  zresztą  czerwony  napis,  który  Dawid  zrobił
markerem  koło  ich  drzwi.  Tak  jakby  nie  było  tam  stu  innych,  i  to  o  wiele
gorszych. „Znaczy teren ten twój kochaś z dołu?”

Powoli ją samą to wkurza, bo dziewczyny ze szkoły zaczęły podpytywać,

czy  coś  ich  przypadkiem  nie  łączy  z  Chomikiem.  Za  często  podbija  na
przerwach, a poza tym wszystko jej lajkuje. Oliwka do tej pory była przecież
na  levelu  Żółtego,  nie  może  spaść  do  levelu  Chomika.  Dla  niepoznaki
zaprosiła tego pierwszego do znajomych (o dziwo przyjął), a drugiego dodała
do  dalszych,  żeby  rzadziej  mu  się  wyświetlały  jej  wpisy  i  nie  mógł  zawsze
i wszędzie jej propsować.

Poza tym zrobiła sobie kolejny test ciążowy i pojawiła się już tylko jedna

kreska.  Dzień  później  okres.  Bolesny  i  obfity,  aż  nie  poszła  do  szkoły.
Chociaż powiedziała Dawidowi, że nie zostanie ojcem, to on dalej za nią łazi,
nie odpuszcza. Dziwny synek.

– Magda pyta, czy pójdziesz z nami w piątek do kina – zagaja Julia.
Oliwka już widzi kątem oka Chomika, czającego się przy parapecie.
– Magda, czyli kto?
– Dziewczyna mojego ojca.
Chomik  Dawid  zbliża  się.  Szkoda,  że  nie  jest  jak  prawdziwy  gryzoń  –

wyposażony  w  kołowrotek,  który  nie  zmienia  miejsca,  tylko  kręci  się
w kółko. Idzie w taki sposób, że Julka już musi go widzieć, chociaż Oliwia
jakoś  próbuje  ciągnąć  rozmowę,  odwracając  jej  uwagę  od  nieproszonego
gościa. Czemu ten koleś nie znika, nie ma peleryny niewidki? Wygląda na to,
że  Jula  już  wie  i  wkurza  ją  sytuacja  z  małym  czarodziejem.  Zaraz  pozna  tę
całą  jego  komnatę  tajemnic  i  wyjdzie  na  to,  że  Oliwka  buja  się  z  chłopcem
o  małych  rączkach  i  niskim  wzroście.  Upokorzy  ją  swoim  magicznym
pojawieniem  się  na  przerwie.  I  do  tego  NAPRAWDĘ  ma  na  sobie  bluzę

background image

z napisem Wizard i gwiazdką.

– Myślałam, że ta blond to twoja matka – jesteście podobne.
No i debil podchodzi, nawet się pogadać nie da. Pozamiatane. Julka myśli,

że to fajnie być podobnym do Magdy, bo Magda jest szczupła.

– Idziesz z nami na film?
Wtedy  Chomik  siada  naprzeciwko  Oliwki.  Gapi  się  na  jej  policzek.

Zamiast  jak  normalny  koleś  jakoś  zaczepić,  kopnąć  w  łydkę  chociaż,  ale
nie…  on  jak  przedszkolak  siada  po  turecku.  Ma  pryszcza  na  policzku,  to
prawda,  ale  akurat  nie  na  tym,  w  który  on  się  wgapia.  Dobrze,  że  usiadła
odpowiednią stroną do ściany szpitalopodobnej.

– Czego chcesz? – warczy do niego Oliwia.
Dawid  się  miesza.  Jego  bluza  z  gwiazdką  i  czarodziejem  z  bliska  jest

jeszcze bardziej chłopięca.

– No cześć, Oli.
–  To  sobie  mów  gdzieś  indziej  CZEŚĆ,  mamy  teraz  ważną  sprawę  do

przegadania.

Dawid  wzrusza  ramionami  i  wstaje.  Odchodzi.  Robi  to  w  taki  sposób,  że

jest  jeszcze  gorzej.  Staje  naprzeciwko  dziewczyn,  przy  parapecie,  którego
wcześniej  się  trzymał  przy  czajeniu.  Zamiast  wyciągnąć  komórkę  i  czegoś
w niej poszukać, coś odnaleźć, oznaczyć, w coś pograć, on dalej wgapia się
w Oliwkę. Jakby miał w nią wystrzelić z pistoletu – chociaż to nie jest serial
o amerykańskim high school i broni nigdy nie widział.

– Strasznie się na ciebie lampi.
Julka  mogłaby  sobie  darować  wcielanie  się  w  Kapitana  Oczywistość.

Oliwia jest już wkurzona na maksa. Świetnie, właśnie jakiś osiedlowiec psuje
jej przyjaźń z koleżanką, która dzisiaj przyniosła jej spodnie do pożyczenia.
Wystarczy  moment  i  Julka  się  rozmyśli.  Zabierze  się  wraz  ze  spodniami
i kinem z jej życia. Tak jak to się stało z airmaksiarami na kilka dni.

– Z mojego osiedla jest, ale nie znamy się dobrze.
– Ty, ale on wciąż się gapi. Serio jakiś czarodziejski psychol.
Jest  na  krawędzi  wybuchu.  Zaraz  podejdzie  do  tego  idioty  i  każe  mu

spierdalać jak najprędzej.

– Olej go. A co z tym kinem? – próbuje wrócić do tematu Oliwia.
– Magda nas zaprasza. Piątek wieczorem. Później może sobie tam gdzieś

po sklepach pochodzimy.

Co-za-idiota, co-za-koleś.

background image

– A, to fajnie.
Oli  próbuje  skoncentrować  się  na  rozmowie,  ale  jest  jedną  nogą  przy

Szarym Chomiku i obija mu ryj różdżką na schodach ich kamienicy, a drugą
wkracza w świat kina, spodni i zakupów.

Dzwonek.
Chomik  się  rusza,  choć  dalej  śledzi  je  wzrokiem,  gdy  dziewczyny

odchodzą w swoją stronę. Oliwka schyla się po plecak i wtedy staje się coś
strasznego.  Słychać  dźwięk  rozpruwającego  się  materiału,  a  spodnie  pękają
zaraz  przy  pośladkach.  Wie  to  ona,  wie  Julka  i  na  sto  procent  słyszał  też
Chomik.  Automatycznie  daje  plecak  nisko,  ma  zasłonić  wstydliwe  miejsce.
Prosi  Julkę,  żeby  szybko  poszły  do  kibla,  zanim  ktokolwiek  zobaczy.  Sunie
tyłkiem po ścianie, aż jej się włosy elektryzują, dęba stają.

Dawid  pewnym  krokiem  podchodzi  i  podaje  jej  swoją  bluzę  czarodzieja.

Już ma mu coś nawrzeszczeć, ale chłopak mówi, żeby przewiązała ją w pasie
i  nie  mówiła  za  dużo.  Nie  ma  czasu  udawać,  że  nie  chce,  bierze  przedmiot
pogardy  i  zawiązuje  gdzie  trzeba.  Śmierdzi  papierosami,  pewnie  pani  Basia
wyjarała przy tej bluzie pół ramy fajek.

– Dzięki – syczy przez zęby Oliwka.
– Nie ma za co.
Chłopak znika w swojej sali, Julia patrzy na Oliwkę i mówi:
– Ale cię serio lubi.
– Mhm.
(Ma przed oczami tańczącego gifa z Harrym Potterem).
Bluza jej śmierdzi, ale jest dzisiaj szczęściarą.

background image

O/J

Rychu  jest  „po  przelewie”,  więc  może  iść  do  kina  za  swoją  kasę.  Chociaż
macocha  Julki  to  pewnie  im  postawi  i  zostaną  jej  dwie  dychy  na  atrakcje,
shopping mały. Oby!

Nie  wie,  czy  ma  iść  na  dół  –  w  okolice  butików,  od  których  wjeżdża  się

ruchomymi schodami do kina, czy wejściem pożarowym – wparować niemal
wprost na seans, chociaż zostało do niego jeszcze piętnaście minut.

Jest darmowe wi-fi.
Julka nie odpowiada na jej wiadomość na fb (wysłała jej psa skaczącego za

rzuconym  patykiem  i  napis  „mam!”),  pisze  więc  na  Viberze.  Zero.  Dziwna
sytuacja.

Postanawia  powłóczyć  się  chwilę  po  supermarkecie,  wybiera  wejście

butikowe,  a  nie  schody  prowadzące  od  zewnątrz  wprost  do  sali  kinowej.
Hipnotyzują  ją  bluzki  z  napisami  po  angielsku,  wszystkie  są  z  durnymi
tekstami, ale ona tego nie wie.

Seans miał zacząć się o 17.00, a jest 17.05. Trochę się denerwuje. Ostatnio

była w kinie ze szkoły, na jakiejś lekturze.

Nagle  jej  smartfon  śpiewa  Chandelier.  Nieznany  numer.  Dziwne,  bo

zazwyczaj  dzwoni  do  niej  tylko  Rychu.  Ona  pisze  esemesy  albo  siedzi  na
necie. Ale tym razem odbiera.

–  Oliwka?  Gdzie  jesteś?  My  dopiero  stoimy  przy  wejściu,  bo  chciałyśmy

ominąć reklamy.

– Idę, idę. Już.
Biegnie  w  stronę  ruchomych  schodów,  może  wyglądać  na  złodziejkę.

Pędzi co sił w nogach, bo się boi, że jej nie wpuszczą na salę kinową, jak się
spóźni.

Jest.
–  Zjesz  popcorn?  –  pyta  Magda.  Niby  ubrana  jakby  wyszła  z  łóżka,  ale

wygląda  świetnie.  Nie  ma  żadnego  makijażu,  spodnie  dresowe,  ale  z  tych
modnych. Trampki, T-shirt, kucyk z jej ciemnoblond ombre włosów.

–  Dziękuję,  nie  –  odpowiada,  chociaż  bardzo  chciałaby  zjeść  popcorn.

Widzi, że Julka go nie ma, więc nie chce się wychylać.

background image

Wchodzą  na  salę.  Faktycznie  jest  już  ciemno,  ale  lecą  reklamy,  wszystko

jedno.  Oliwka  trochę  żałuje,  że  nie  będzie  mogła  obejrzeć  szczegółowo
każdej reklamy dzielącej ją od filmu. To jej ulubiony moment, kiedy już raz
na  jakiś  czas  wyląduje  w  kinie:  ogromne,  głośne  i  kuszące  zapowiedzi
napojów, pomadek do ust i żelów intymnych. Julka mówi, że Magda wybrała
jakiś  film  o  nastolatkach.  O  nie.  To  się  nie  pośmieją,  bo  wszystko  będzie
śmiertelnie poważne.

background image

M*

Magda odnotowała przepis na film dla młodzieży:

Rozwód  /  konflikt  rodziców  =  samotność  =  nielubienie  przez  klasę

(alienacja) = internet = samobójstwo / zabójstwo / gwałt / wczesna ciąża.

Wybuch  rodziny  nuklearnej  uruchamia  cały  łańcuch.  Nawet  popkultura

przeciwko niej. Uh.

– To co? Idziemy na lody?
Dziewczyny  poszły,  ale  na  początek  udawały,  że  nie  chcą  jeść  lodów,  bo

mają  dużo  kalorii.  To  znaczy  Julka  zaczęła,  a  Oliwka  to  podchwyciła.
Niestety  wymiękły,  kiedy  Magda  wzięła  sobie  trzy  gałki  z  polewą.
Normalnie  by  tyle  nie  zjadła,  ale  musi  dawać  dobry  przykład.  Ostatecznie
dziewczyny  przegrały  walkę  ze  smakiem  i  zamówiły  po  dwie  w  słodkim
wafelku.  Oliwka  truskawkę  i  czekoladę,  Julia  cynamon  i  malinowe
z  mascarpone.  Później  zaczęły  się  chichrać  z  nie  wiadomo  czego  i  robić
zdjęcia tym lodom.

Ogólnie  Magda  nie  zazdrościła  im  wieku,  bo  mieć  piętnaście  lat  to  jak

mieć przed sobą perspektywę przynajmniej pięciu lat uporczywych zaburzeń
urojeniowych,  których  nie  da  się  niczym  wyleczyć.  Kompleks  wyrasta  na
kompleksie  i  tylko  co  bardziej  gruboskórni  nie  czują  się  jak  gówno.  Albo
przynajmniej  dobrze  udają.  Zapamiętujesz  dokładnie  każdą  uwagę  na  swój
temat i odtwarzasz ją w samotności, interpretując na sto sposobów.

Na  przykład  Magda  do  szesnastego  roku  życia  ubierała  non  stop  staniki

bez  drutów  i  poduszek.  Takie  sportowe  bandaże,  bo  tylko  w  nich  czuła  się
dobrze  i  płasko.  Raz  jakiś  kolega  zapytał,  czemu  chodzi  bez  stanika,  jakby
wielce  go  mogło  martwić,  że  cycki  jej  obwisną  na  starość.  No  i  jeszcze  hit.
Brwi „od szklanki”. Dzień w dzień odrysowywała je, nadając swojej twarzy
za jednym zamachem wyraz wkurwienia i zdziwienia.

Po  zjedzeniu  lodów  nastąpił  oczekiwany  moment.  To  znaczy  było  widać,

że  dziewczyny  chcą  już  same  łazić  po  sklepach  (Spotted:  Galeria
Śródmieście),  ale  Julka  zdenerwowana  tupała  nogami  pod  stołem,  wiedząc,
że Magda musi jeszcze coś wydusić z Oliwii.

– Podobał ci się film?

background image

– Fajny, smutny.
– Mnie wkurzała ta cała Ola, główna bohaterka, Jeeezu, jakaś slow motion

–  rzuciła  Julka  i  nie  wytrzymała.  –  Mogłybyśmy  pójść  tak  na  godzinę  na
zakupy z Oliwką?

Wszelkie  próby  krytycznego  nastawienia  Julki  do  konsumpcji  upadły

szybko  i  spektakularnie.  Gdy  chodziła  do  podstawówki,  Magda  i  Maciek
czytali  małej  książki  o  produkcji  ubrań  na  Cyprze,  jak  była  starsza,
pokazywali jej filmiki o warunkach pracy dzieci w Chinach. Lubiła to nawet,
była  ciekawa,  dopytywała,  nie  dowierzała,  sprawdzała  metki.  Dodatkowo
Maciej  nie  dawał  się  zwodzić  na  tata-kup-mi  i  rozwodowe  triki
wynagradzające. OK – może raz czy dwa razy dali jej jakieś getry czy bluzkę
z  ulubioną  bajką,  ale  dopiero  po  długich  staraniach  i  prośbach.  Magda  nie
powinna  od  razu  się  uginać,  chociaż  wynik  był  przewidywalny.  Julka  i  tak
kupi sobie, co zechce.

– Nie będę na was czekała, tylko wrócicie tramwajem, dobra?
– Mhm.
Już  miały  się  rozejść  i  cała  sytuacja  skończyłaby  się  bez  akcji  „Oliwka”.

Magda spojrzała jednak piwnymi oczami na koleżankę Julki i przytrzymała ją
zanim ta zdążyła odwrócić się na pięcie w stronę shoppingu:

– Podałabyś mi swój numer? – Julka poczerwieniała, bo wiedziała, co się

kroi,  a  Oliwka  zbladła.  Przedyktowała  grzecznie  dziewięć  cyfr.  Dostała  od
nich już loda, bilet do kina i kto wie co jeszcze. Nie odmówi. Nawet jeśli to
ma zagrażać jej sytuacji, to już trudno.

background image

O/J

Weszły do pierwszego butiku – i od razu zaczęła Oliwka:

– Trochę wtedy przegięłam, bo podeszłam do tej babki po zajęciach i ona

dała mi test ciążowy. Spanikowałam.

Julka musiała się obronić.
–  Nie  powiedziałam  o  teście  i  Żółtym  Magdzie.  Ani  słowa.  Sama  bym

miała przejebane za ciebie. Ale ona chyba wie.

– No bez przesady. Ale to jak mnie niby znalazły?
Oliwka aż przestała szukać bluzki z napisem Fuck art, let’s dance.
– Zwyczajnie. Magda opisała, jak wyglądasz.
Julka  skłamała,  bo  wiedziała,  że  nie  powinna  nigdy  więcej  dać  się

wciągnąć w taką grę.

– Aha.
Ten rodzaj „aha” wypowiada się zamiennie z „nie wierzę”.
Oli  próbowała  właśnie  przypomnieć  sobie,  co  dokładnie  powiedziała.  Na

pewno nie było ani słowa o Chomiku. Taka pusta ciąża to była, surogatkowa.
Do  tego  z  testem  ciążowym  wyrwanym  na  sępa.  Szczęśliwie
jednokreskowym.

– Myślę, że jak chcesz to odkręcić, to powiedz jej po prostu, że sprawa jest

nieaktualna. Ta Anka jest OK, znam ją.

– Ale ja nie mam czego odkręcać. Po co o tym mówić. Mam jedną kreskę.
Widząc  reakcję  koleżanki,  Julia  już  pożałowała.  Nawet  nie  wie,  jak  taki

test  się  robi.  Musi  zgooglować  później.  Wyszło,  że  jest  zielona  w  każdym
calu.

– Ale, jak widać, one wiedzą o Żółtym. Skądś.
– Na pewno nie ode mnie. Ja bym go nie wkopała. Ani tym bardziej siebie.

Julia,  zostawmy  temat.  Ogarnę.  Nie  chce  mi  się  już  o  tym  pierdolić
w nieskończoność.

Po  tym  stwierdzeniu  Oliwia  poszła  w  stronę  kolczyków  i  naszyjników.

Wiedziała,  że  będzie  w  stanie  za  dwadzieścia  złotych  kupić  sobie  jakiś
gadżet,  a  jeszcze  lepiej  trzy  z  promocji.  Julka  była  z  tych  dziewczyn,  które
wolą  sobie  kupić  od  razu  spodnie  za  sto  pięćdziesiąt  niż  pierścionek,

background image

bransoletkę i opaskę.

Odbierze  ten  telefon,  dogada,  co  trzeba,  i  będzie  mogła  się  normalnie

bujać.  Bez  jakiejś  niby-kuratorki  za  uszami.  Swoją  drogą  –  oby  informacja
nie dotarła do rodzinnego, bo będzie miała przejebane.

background image

O/J

Nieznany numer zadzwonił pierwszy raz, kiedy – jak na złość – był Rycho.
Zszedł ze zmiany nocnej, więc musiała odrzucić.

Zadzwonił  znowu  cztery  godziny  później  –  kiedy  miała  wyciszony  na

lekcjach.  Postanowiła,  jak  osoba  dorosła,  wysłać  wiadomość  o  treści:
„Przepraszam.  Nie  mogę  teraz  rozmawiać.  Oliwia”.  Otrzymała  odpowiedź:
„OK. Puść sygnał, jak będziesz mogła”.

Odpisała „OK” i sygnału nie puściła nigdy. Rozmyśliła się.

background image

M*

Parę  dni  później  to  Magda  nie  wytrzymała  napięcia,  wzmacnianego  zresztą
przez Ankę, która marudziła, że koleżanka Julki milczy jak grób.

– Oliwka serio jest w ciąży?
Wiedziała  już,  jaka  jest  różnica  między  kreską  a  dwiema  kreskami.

Sprawdziła.

– Nie. Raczej nie.
Coś w niej powiedziało „raczej”, aby dodać pewnej dramaturgii.
– Jak to „raczej”?
–  Mówiła,  że  może  być.  Ale  zrobiła  test  i  teraz  wyszło  OK.  Nic.  Do

lekarza nie pójdzie, boby musiała z ojczymem, a on nie ma uprawnień.

– Rozumiem.
Chwila oddechu.
– A ty też już…?
– Magda…
– Poważnie pytam. Martwię się.
Julia zaczęła się śmiać. Następnie wzięła do ręki małą łyżeczkę i przejrzała

się w niej. We wklęsłej części była do góry nogami. Wcześniej nie zauważyła
tej zależności czy grała z Magdą na zwłokę?

– Magcoch…
To  określenie  pojawiło  się  w  szkole  podstawowej,  kiedy  Julka  szukała

słowa  na  opisanie  statusu  Magdy.  Podręczniki  go  nie  dostarczały.  Tam
w dalszym ciągu stali dziadek, babcia, mama, tata, siostra, ciocia. Nawet pies
występował częściej od macochy. Magcoch to ani (formalnie) Macocha, ani
Magda.

– Ja nawet nie mam chłopaka – nastąpił wybuch – i pewnie nigdy nie będę

miała.

Płacz  był  jak  czkawka,  którą  mógł  pokonać  tylko  poważny  serial.  Przy

oglądaniu  można  chociaż  pogłaskać  bez  obciachu  Młodą  po  włosach
i  powiedzieć  jej,  że  jest  ładna,  choć  pewnie  teraz  myśli,  że  jest  obleśna
i zawsze taka już będzie.

Julka  usnęła  po  drugim  odcinku  Girls  i  chociaż  Magda  miała  przed  sobą

background image

perspektywę napisania wniosku do budżetu obywatelskiego dla sąsiadów, to
też solidarnie się nie podniosła. Nawet w celu nastawienia budzika.

Kiedy  Maciej  wszedł  do  domu,  około  23.00,  zobaczył  na  łóżku  dwie

głowy zetknięte ze sobą czołami. Chciałby być na ich miejscu albo dostawić
tam swoją, trzecią głowę.

Sprawdził, jaki serial oglądały, ale jego nazwa nic mu nie mówiła. Kiedy

Julka  była  mała,  wiedział  o  niej  wszystko.  Postanowił  obejrzeć  serial
w pokoju córki, ale usnął po piętnastu minutach.

background image

M*

Biegała  między  kuchnią  a  łazienką,  raz  na  jakiś  czas  coś  wykrzykując.  Bo
była 8.07. Pół godziny do wyjścia.

– A kim jest właściwie chłopak Oliwki?
Julka odpowiednio wypłakana i wolna od odczytywania każdego zdania na

swoją  niekorzyść  jadła  zupę  mleczną  z  czekoladowymi  płatkami.  Cukier
krzepi.

– Weź, nawet nie pytaj.
– Tak źle?
– Właśnie najlepiej.
W ustach Julki określenie „fajny” może oznaczać właściwie wszystko, co

najgorsze.  Typ  macho,  wyróżniającego  się  na  tle  kolegów  postawą  niby-
patrioty, typ piłkarza albo jakiegoś przerysowanego emognojka, który dręczy
swoją awangardowością rodziców.

– Co w nim fajnego?
– Wszystko.
– Na przykład?
– Na przykład super jeździ na łyżwach.
Oho,  sportowiec.  Magda  w  gimnazjum  rokrocznie  zgłaszała  się

dobrowolnie na olimpiady, które odbywały się w szkole sportowej, tylko po
to,  żeby  obczajać  chłopaków.  W  ich  szkole  takich  nie  było.  Później  nosiła
w sobie platoniczne uczucie do wybranego z nich przez około miesiąc.

– Nie z waszej szkoły, co?
– Si.
– O kim mówicie? – wtrącił się Maciej.
– Chłopaku Oliwii, koleżanki Julki.
– To wy już macie chłopaków?
– Niektórzy, tato, mają chłopaków, a niektórzy nie mają.
W kuchni zapanowała krótka cisza, Maciej zaczął smażyć jajecznicę.
– Wszyscy by jej zazdrościli, gdyby wiedzieli, z kim chodzi.
– To nikt nie wie, że z nim jest? Bez sensu.
– Nie mówi wszystkim.

background image

– A ty go znasz?
– Z widzenia.
Blokada numer jeden. Teraz Julia powinna zakończyć rozmowę i zgodnie

z  prośbą  Oliwki  nie  rozwijać  tematu.  Wiek,  zakaz,  problemy.  Ale  z  drugiej
strony…  niech  wiedzą,  że  przecież  są  nastolatkami  i  takie  rzeczy  są
normalne, chociaż oni zabraniają. Oliwka ma dorosłego chłopaka i buja się,
gdzie chce, a ona, Julka, nawet z domu nie może wyjść, jeśli nie powie, gdzie
idzie i kiedy wróci.

– Jest starszy od Oliwki. No co? Może! Ma przecież piętnaście lat.
Jak to możliwe, że teraz nastolatki zwracają na to uwagę? Ona by pewnie

taki zapis prawa miała w dupie. W czasach, kiedy chodziła do szkoły, nikt się
tym nie przejmował.

– A to ile on ma lat? Szesnaście? Siedemnaście?
Julia  zawahała  się.  Żółty  może  mieć  z  dwadzieścia  parę  lat.  Jest  na  tych

studiach  w  Gliwicach,  na  fejsie  chyba  było,  że  skończył  zamoya  z  trzy  lata
temu.  Aj  tam.  Sprawdzi,  co  powiedzą.  Przecież  to  nie  jej  chłopak,  tylko
Oliwki.

– Z dwadzieścia cztery.
Aż Maciej się obrócił.
– To może Magda by się na niego też załapała?
Wtedy Magda pojechała paniką exelową.
– Julka, dwadzieścia cztery!
– No co, wy z ojcem macie trzynaście lat różnicy. Nic nowego.
– Ale ona ma piętnaście lat!
– No i?
I po śniadaniu.

background image

M*

Trzynaście  było  najważniejszą  liczbą  przywoływaną  w  momencie  rozpadu
małżeństwa  Macieja  i  Exeli.  Zaczął  oficjalnie  spotykać  się  z  Magdą,  kiedy
miała  dwadzieścia  dwa  lata  i  była  gotowa  rzucić  się  w  ramiona  męskiej
dominacji (układ starsza kobieta–młodszy mężczyzna występuje w ilościach
śladowych  w  porównaniu  z  układem  młodsza  kobieta–starszy  mężczyzna)
diagnozowanej  jednoznacznie  przez  jej  koleżanki.  „Pojebało  cię,  Kolorowa,
trzynaście!” – mówiły, a ona jak to cielę szła za Maciejem.

On  był  z  kolei  zbywany  krótkim:  „A  to  wymyśliłeś!  Dwudziestolatka!”

(jak ktoś ma dwadzieścia cztery lata, to mówi się, że ma dopiero dwadzieścia
lat,  a  jak  dwadzieścia  sześć,  to  jest  już  trzydziestką).  „Za  kilka  lat  na  jedno
wyjdzie, będzie starsza i co wtedy?” Był traktowany jak wafelek, który chce
się zanurzyć w czekoladzie, a nie zwyczajny Maciej rozwodnik.

Nie  brali  wtedy  pod  uwagę,  że  decyzje  podejmuje  się  inaczej  niż  pod

wpływem chemii. Na przykład na podstawie odpowiednich wyliczeń.

Tak czy inaczej – ich trzynastka nie była ścigana tak jak dziewiątka Oliwii

Barsul i jej chłopaka.

background image

O/J

Po kilku dniach wreszcie odebrała telefon. Udało się to zrobić tylko dlatego,
że  szła  wyjątkowo  wcześnie  z  przedszkola  Soni.  Nie  było  też  nigdzie
w zasięgu ucha Oskara. Niby mały, ale podsłuchuje jak dorosły.

– Halo.
–  Oliwia,  dobrze,  że  odbierasz.  Tutaj  pani  Ania,  z  zajęć  u  was  w  szkole.

Jak się czujesz?

– Normalnie.
– Zrobiłaś test?
– Już dawno. Nic mi nie wyszło.
–  Słuchaj,  nie  chcę  rozmawiać  z  twoim  kuratorem,  ale  chyba  sam  test  to

nie wszystko. Chodzi o ciebie.

Wtedy  też  Oliwka  pomyślała:  „Co  za  pizda”.  Kolejna.  Niech  się  tylko

odezwie  do  kuratora.  Za  ten  głupi  darmowy  test  teraz  nie  daje  jej  żyć.
Płytkowy  kosztuje  osiem  zipa.  Jak  mogła  się  wpuścić  w  taką  sytuację  za
niecałą dychę.

– Nie potrzebuję niczego.
Kiedy  odrzuciła  rozmowę,  już  wiedziała,  że  popełniła  błąd.  Tak  nie

rozmawia się z nauczycielami ani MOPS-ami, bo zaraz robią aferę. Ale baba
ją ewidentnie prześladuje. Za późno. O, idzie Chomik. Pewnie będzie chciał
iść razem z nią do domu.

– Oli, chodź na chwilę – woła.
– Spieszę się – rzuca.
Podchodzi do niej.
– Oddaj mi bluzę.
– Co?
–  Oddaj  mi  bluzę.  Pożyczyłem  ci  ostatnio,  żeby  nikt  nie  widział  twojej

dziury na tyłku. Oddaj mi ją.

Nie  pamięta,  czy  ma  ją  u  siebie  w  domu,  czy  może  pożyczyła  Julce.

Chomik jest jakiś większy i pewny siebie. Chwilowy Szynszyl.

– Słuchaj, dzięki za to.
– Mam gdzieś twoje dzięki. Oddaj mi bluzę.

background image

– Nie mam przy sobie, wyluzuj.
– Nie będę luzował z cichodajką.
– Co, kurwa?
– No, kurwa, dokładnie.
– Co ty mówisz?
[Facepalm]
– Pół szkoły szumi, że masz jakiegoś starszego chłopaka i się z nim kroisz.
Nawet podoba jej się, że Chomik tak się przejmuje i stawia.
– Kto tak niby mówi?
Nie chce powiedzieć, że wie od Kamili. Zaraz by się pożarły, a z Oliwką

nikt  nie  ma  szans  na  solo.  Poza  tym  to  ona  ma  kuratora  rodzinnego
i ostatecznie oberwie. Tej drugiej się upiecze, bo ma średnie oceny. Poza tym
jej matka chodzi na zebrania.

– Co mnie to obchodzi, to nieprawda. Idziesz do mnie?
Oczy  mu  się  wtedy  otwierają  szerzej,  ślina  ulatuje  kącikiem  ust,  pojawia

się  ciepło  w  okolicy  brzucha.  Grzecznie  idzie  za  Oliwią  i  Sonią  i  już  ani
słowem nie piśnie o plotkach na jej temat. Jest dla niego wyjątkowo łagodna
– nie przezywa, nie strzela fochów. Zupełnie jak ktoś obcy.

background image

M*

Kiedy przejściowa (jeszcze formalnie „obecna”, choć już „była” ze względu
na  osobne  mieszkaniowo-mentalnie  życie)  żona  miała  się  po  raz  pierwszy
z  nią  spotkać  na  łące  za  akademikami  pełnej  chwastów,  Magda  czuła,  że
z każdym krokiem zmierza w jej kierunku jakaś mała apokalipsa, która zaraz
jej oznajmi: „Jak nie rozstaniesz się z Maćkiem, to potnę sobie ręce szkłem
z butelki od żuli. Tej, leżącej koło twojej nogi”. Bała się jej szantażu bardziej
niż pobicia, poharatania, straszenia piekłem, genderem rozbijającym rodziny.

Ona  jednak  nie  powiedziała  ani  słowa  o  Macieju  ani  ich  związku,  co

uratowało  całą  sytuację.  Wyrzuciła  za  to  z  siebie  serie  wszystkiego,  co
wiedziała  o  Magdzie,  nie  wiadomo  skąd.  „Ty  jesteś  jakąś  narkomanką,
puszczasz  się  za  pieniądze,  za  oceny  nawet.  Słyszałam,  jak  byłaś  na
wymianie  i  tam  próbowałaś  już  rozbić  małżeństwo.  Z  ciebie  jest  zwyczajna
larwa, pasożyt”. Kipiało z niej jak w scenie z cytoplazmą, która wylewa się
podczas  rozprawy  Pogromców  duchów,  a  sytuacje,  które  przedstawiała,
wydawały  się  Magdzie  abstrakcyjne  bardziej  niż  duchy,  które  wykluły  się
z  tamtej  mazi.  Była  zakochana  i  słowa  spływały  po  niej  jak  woda  po
skorupce jajka.

Stała więc z lekko otwartą buzią, żeby się z wrażenia nie udusić, i słuchała

Elżbiety,  wtedy  jeszcze  nie  Exeli.  Może  właśnie  to  zaważyło  na  fakcie,  że
eksżona  do  dziś  ma  ją  za  idiotkę.  Nie  miała  niczego,  czym  mogłaby
udowodnić,  że  jest  warta  porzucenia  rodziny.  Stała  się  wielkim,
urzeczywistnionym  rozczarowaniem  Eli.  Ani  ładna,  ani  bystra,  włosy
poczochrane, granatowe-prawie-niebieskie. Jak z taką można przegrać? Co za
żałosna sytuacja. Nawet się wstydzić nie potrafi, tylko stoi jak jakaś fleja.

Później było normalnie: trolling, podsłuchy i ogólne atrakcje rozwodowe.

Julka  była  chroniona  i  nie  brała  udziału  w  podziałach  ani  kłótniach  –  tak
ustalili i tego się trzymali.

Maciek rozdzielił konto na dwie części i miał „po wszystkim”.
Co innego Ela i Magda. Połączone na zawsze.
Skleiły je silne, choć osobne ataki.
Na  czas  rozwodu  stały  się  w  przeciwieństwie  do  Maćka  powłokami

background image

wystawionymi na ocenę, tak jak wystawili kiedyś na ratunek Ogórek.

Exela  kolekcjonowała  uwagi  od  swoich  rodziców  i  obcych.  Cóż,  skoro

dopilnowanie  Macieja  okazało  się  problemem,  nie  była  dobrą  żoną,
widocznie.  To  zresztą  nie  pierwszy  przypadek  romansu  męża,  o  którym  się
dowiedziała.  Ale  ten…  z  taką  gąską?  Miała  go  śledzić?  Czytać  każdego
esemesa?  Przebierać  się  w  fikuśne  rajstopy  i  buty,  żeby  nie  znalazł  sobie
innej?  Powinna  teraz  nagle  wybaczyć  mu  wszystkie  poprzednie  zdrady,
łącznie z tą, i żyć długo i szczęśliwie? Nie ma mowy. Na pocieszenie dostała
informację zwrotną z portali internetowych dla matek, że i tak ma szczęście,
że  zostaje  sama  z  córką,  bo  chłopiec  potrzebowałby  męskich  wzorców,
których  ona  nie  da  rady  zapewnić.  Jakiś  profesor  doktor  habilitowany
tłumaczył,  że  gra  w  piłkę  nożną  oraz  ojcowska  stanowczość  stanowią
podstawę rozwojową, której ona nigdy nie zapewni.

Magda  z  kolei  na  czas  rozwodu  i  plotek  rozwodowych  przestała  być

Magdaleną z nazwiskiem, która studiuje, pracuje, pobiera stypendium, a stała
się „studentką z niebieskimi włosami”. Nikt nie traktował jej jak osoby, tylko
jak  powód  rozbicia  małżeństwa.  Była  ciałem  i  szmatą,  zaba-
dwudziestoletnio-weczką.  Aha,  a  jej  rodzice  dostawali  pocztówki  od  Eli.
Takie wyklejane literami z gazety jak przy porwaniach. Mozaiki wkurwienia
na  temat  tego,  że  ich  córka  to  wywłoka.  Dosyć  romantyczny  pomysł  jak  na
czasy stalkingu telefoniczno-internetowego.

background image

O/J

Po  wejściu  do  domu  dalej  jest  OK,  ale  kraina  łagodności  powoli  dobiega
końca.  Oliwia  przebiera  Sonię,  całą  uwaloną  farbami.  W  przedszkolu
mogliby  im  dawać  fartuchy,  po  co  ona  to  wszystko  zanosiła  na  początku
roku? Chociaż całkiem możliwe, że ten jej fartuszek gdzieś się zgubił, Sońka
jest  mistrzynią  zostawiania  ciuchów  w  różnych  miejscach.  To  chyba
dziedziczne,  sama  Oliwka  też  może  się  poszczycić  brakiem  podręcznika  do
chemii.  Chomik  rozanielony  patrzy  na  nią  i  już  chce  iść  grać  z  Oskarem  na
kompie. Wtedy Oliwia mu przerywa. Łapie za rękę i przysuwa twarz blisko
jego twarzy. On próbuje dotknąć jej uda – wie, że coś się kroi. Całym ciałem
zaczyna się napinać. I wtedy odpala Oliwka.

– Nie. Będziesz. Mówił. Do. MNIE. Szmato.
Mamrocze więc, że nie będzie. Jara się.
– Nie. Będziesz. Nazywał. MNIE. Kurwą.
Przytakuje. Jest ładna.
– Ani. POWTARZAŁ tego po kimkolwiek.
Próbuje  przełożyć  rękę  z  jej  biodra  na  głowę,  pogłaskać  po  włosach.  Jest

taka ładna z bliska.

– PRZYSIĘGNIJ.
– Słowo.
Wtedy puszcza i odsuwa się na duży dystans. Otwiera na oścież drzwi od

swojego pokoju.

– To teraz poszukaj sobie bluzy i stąd ładnie wypierdalaj. Nie będę gadać

z  kolesiem,  który  pół  godziny  temu  miał  mnie  za  szmatę,  bo  ktoś  mu  tak
powtórzył za kimś innym. Nara.

Sama kieruje się w stronę Oskara i zaczyna z nim grać. Strzela do różnych

głów, są jej wyjątkowo potrzebne do zabijania.

Chomik jest zagubiony, dlatego ostatecznie decyduje się na poszukiwanie

bluzy  zgodnie  z  jej  zaleceniem.  Po  jakimś  czasie  zagaduje:  „Nie  widzę
jej…”,  ale  Oli  nie  zwraca  na  niego  uwagi.  Wybucha  ostentacyjnym
śmiechem,  udając  zainteresowanie  Oskarem  i  jego  denną  zabawą.  Chociaż
rzadko  gra,  to  udaje  jej  się  go  pokonać,  czym  doprowadza  brata  niemal  do

background image

granic histerii.

– Nie mogę znaleźć tej bluzy – po dwudziestu minutach staje w drzwiach

Chomik.

– Aha. No to narka.
– Oliwia…
– Mhm.
– Lubię cię.
Nawet na niego nie spojrzy.
– Drzwi są na zatrzask.
Wychodzi, a w tle słyszy śmiech Oskara, który znowu zaczyna wychodzić

na  prowadzenie  w  grze  z  Oliwią.  Na  szczęście,  bo  chyba  brat  by  ją  zatłukł,
gdyby znowu wygrała.

background image

O/J

Zakładała, że przepadnie u pedagożki szkolnej gdzieś tak za tydzień, ale tym
razem  plotka  przywiała  ją  do  gabinetu  nieco  wcześniej.  Była  przygotowana
na odbijanie piłeczki, ale nie zaraz przed świętami. Wtedy w szkole są tylko
wigilijki, kolędy, sianka i tak dalej. Nie ma głowy do bycia biedactwem.

Już  raz  miała  taką  ustawkę.  Myśleli,  że  ojczym  ją  bije.  Chcieli  założyć

Niebieską Kartę, ale sprytnie wybrnęła z sytuacji.

Rysiek  nawet  muchy  by  nie  tknął.  Niestety  ona  pobladła  i  schudła  kilka

kilogramów  po  wyjeździe  mamy  do  Niemiec.  Do  tego  dosyć  niefortunnie
wyskoczył  jej  na  środku  czoła  pryszcz,  potężny  wykwit.  Rozdrapała  go.
Lepiej już mieć limo niż coś takiego. To się goi w nieskończoność. Głupki –
nie wiedzieli, że jak się kogoś na serio bije, to nie po twarzy.

Tym  razem  na  szczęście  nie  ma  na  czole  wypisanej  ciąży.  Ba,  można

nawet sprawdzić u lekarza i nic nie wyjdzie. Profeska.

Po odpowiednim wprowadzeniu psychologiczno-pedagogicznym nastąpiła

właściwa rozmowa.

– Ułatwiłoby sytuację, gdybyś powiedziała, kim on jest.
– Ale ja nie mam żadnego chłopaka, mówiłam przecież.
– To z kim ta ciąża?
– Dżizys, zrobiłam test dla beki. Żadnej ciąży nie było. Poza tym, już by

pani wiedziała od listopada.

Pedagog rozłożyła ręce.
– To się kupy nie trzyma.
– No jak pani ze mną rozmawia, bo ktoś pani puścił plotę, to nie może się

trzymać.

–  Oliwka.  Mów  prawdę.  Jeszcze  raz.  Twierdzisz,  że  masz  chłopaka,

którego nie ma, i byłaś w ciąży, która zniknęła. Tak?

–  Dobra.  Inaczej.  Mam  chłopaka  i  co  teraz.  Połowa  dziewczyn  w  szkole

też z kimś chodzi i myśli, że jest w ciąży, raz na miesiąc. To jest jak katar.
Kogo to w ogóle obchodzi?

Postanowiła  wybrnąć  kwadratowo  z  tej  sytuacji.  Nie  ma  siły  dzisiaj

zgrywać ja-nic-nie-wiem.

background image

–  To  jesteśmy  o  krok  do  przodu.  Masz  chłopaka.  Starszy,  młodszy?

Z naszej szkoły?

Zawahała się, czy teraz nie wkopać Chomika. On nikogo nie obchodzi, nie

ma papierów żadnych.

– Nie z naszej. O co chodzi?
– O ciebie. Jak będziesz w ciąży, to co?
#hotfifteen
– Mam piętnaście lat. A pani jak będzie w ciąży za miesiąc, to co?
– Oliwka.
Miała  już  po  dziurki  w  nosie  tego  pierdolenia  Pani-Zbawiam-Świat.  Ona

sobie  pójdzie  ze  swoją  kremową  torbą  do  domu,  do  dzieci,  zakupów
w  Internecie,  a  Oliwka  zostanie  i  tak  sama  ze  schodami,  Chomikiem
i dziećmi na chacie. Czego chce? O chuj pyta? Dokąd zmierza?

– Byłoby normalnie. I tak siedzę z dziećmi.
PZŚ westchnęła i podeszła otworzyć okno. Pewnie ma ją za dziewczynkę

z zapałkami. Święta idą, czas wzruszeń – przynajmniej dla tych, którzy mogą
się wzruszać, że Kevin – ale nie tylko on – znowu zostanie sam.

– A jak w domu?
Uh. Pytanie.
– OK, OK.
– Radzisz sobie?
Uh. Ja pierdolę.
– Radzę.
– A macie obiady wykupione?
– Oskar w szkole tak, Sońka ma w przedszkolu półśniadanie i obiad, bo się

łapie  na  godziny  bezpłatne.  Wie  pani,  śniadanie  i  podwieczorek  są  niby
płatne.

Zapisała  coś  w  zeszycie.  Pierwsza  notatka  ze  spotkania.  Zwróciła  uwagę,

że dopiero teraz. Jest szansa, że reszty nie przekaże Juroszkowi.

– Będziesz miała od jutra bloczki na stołówce. Dobra?
– Mhm.
Teraz  trzeba  podziękować.  Poszło  łatwo,  szybko,  bez  podejrzeń  na

papierze. No chyba że wpisze po jej wyjściu, bo Oliwia już wie, że pedagog
czai takie akcje.

– Dziękuję.

background image

PS.  Pani  przekazała  później,  że  Oliwka  powinna  przejść  testy

psychologiczne w poradni.

background image

O/J

Otworzyła  list  z  sądu  zaadresowany  na  nazwisko  jej  matki,  czyli  do  Rycha.
Sorry, Pana Taty. Kurator podczas grupowego spotkania z całą rodziną (ona,
Oskar, Sonia, Rysiek) wytknął jej zresztą, że powinna zwracać się do Rycha
„tato”,  bo  przecież  jest  opiekunem,  a  nie  kolegą.  Niby  tak,  ale  formalnie
Rycho to ojczym, a nie stary. Ma do niego mówić jak do jakiegoś Hrabiego
Ojczyma  Wielkiego?  Ona  jest  Córczyną?  Juroszka,  czyli  kuratora  zatkało
i nic nie powiedział poza: „Miej szacunek”. Robi się.

Rysiek był – tak czy inaczej – nieformalnie upoważniony przez Mamę do

ogarniania  wszystkiego  na  miejscu.  Ona  ma  zawsze  od  Bożego  Narodzenia
do  sylwestra  zapierdol  z  pieluchami.  Mama  Oliwii  bierze  na  klatę  każdego
starzyka  i  panią  starszą.  Wtedy  płacą  podwójnie.  Dojedzie  w  marcu,  na
kolejne święta, ich już się tak nie obchodzi u Niemców.

W  kopercie  do  Mamy  była  informacja  o  rozprawie  sądowej  dotyczącej

przyznania  środka  wychowawczego  nieletniej  Oliwii  Barsul.  Plus  adnotacja
o  tym,  że  powinna  poddać  się  testom  psychologicznym  pod  podanym
adresem, w dniu tym a tym. Za miesiąc.

Na  bank  dostanie  teraz  nowego  kuratora,  dla  siebie.  Albo  tę  świetlicę

kuratorską, gdzie siedzi cała zrypana część osiedla, w tym Kowale. Nie chce
się z nimi codziennie widywać, bo nie ma po co. Na szczęście Oliwia, tak jak
Rycho, wie, że nie można dać się za bardzo kontrolować. Tylko tak trochę –
żeby  widzieli.  Potargała  pismo,  upchnęła  na  dno  kosza.  Sprawa  się
przedłuży.

background image

O/J

Szary  Chomik  siedział  na  kanapie  pokrytej  narzutą,  oglądali  W-11.  Niby
miała go już nie wpuszczać do domu, ale jej się odwidziało. Wagary w domu
to  tylko  z  nim.  W  przeciwieństwie  do  Julki  on  nie  ma  oporów  przed
wakacjami  w  środku  zimy.  Styczeń  jest,  za  zimno  na  łażenie.  Kupili  sobie
jedno piwo na pół. Chcieli te tańsze plastiki z marketu – wtedy wyszłoby im
po  jednym  na  głowę  –  ale  przed  sklepem,  gdzie  je  sprzedają,  nie  spotkali
żadnego  żula,  który  wyciągnąłby  pomocną  dłoń.  Pech.  Gdyby  nie  to  W-11
i piwo, to pewnie Chomik chciałby się całować. Trochę chciało się jej śmiać,
dawno  nie  piła.  Jak  już  dostała  kasę,  to  odkładała  na  jakieś  ciuchy,  tusz  do
rzęs.

Kradzieże  nie  wchodziły  w  grę.  Nie  będzie  się  kłócić  o  trzy  batony

z „Biedy” jak Dawid i jego kumple. Bardziej złodzieje czasu niż przestępcy.
Potrafili  spędzić  godzinę  z  ochroniarzami,  godzinę  z  policją  i  ostatecznie
wrócić  suką  do  domu  za  byle  colę  schowaną  w  spodniach.  Mistrzowie  za
dwadzieścia złotych.

– I masz swojego kuratora?
– Co ty, wywaliłam pismo.
– Nikt u was nie był?
– A niby po co miał być?
– No… u nas był i pytał o ciebie.
– O mnie?
–  Matka  mówiła,  że  robili  u  nas  wywiad  środowiskowy  i  pytali  o  ciebie.

Później powiedziała, żebym się z tobą nie zadawał.

– Wielka nowość. Twoja matka nagadała na mnie pewnie…
– Właśnie nie.
– Jak to nie?
– Ona się ciebie czepia, ale policji nie doniesie.
– Poważka?
– Powaga.
– Byłeś przy tym?
–  Coś  tam  słyszałem  z  kuchni.  Pytali  też  o  Rycha,  czy  nie  pije.  Matka

background image

odpowiedziała, że pracuje  dużo i że  do was przychodzi  czasem ciotka jakaś
czy opiekunka.

Oliwka zaczęła się nerwowo śmiać.
– Do nas? Opiekunka?
– E. Broniła ci dupy, tak?
– Prawda. Twoja matka niezła konspira.
Dotknął jej nogi, ale zaraz po tym szybko się wycofał.
– Przyznaj się Ryśkowi, że wyrzuciłaś list z sądu. Przyjmiesz kuratora raz

na miesiąc i po sprawie. Nie ma tragedii.

– Sam nie masz tragedii. Nie chcę, żeby mi nad głową wisiał jakiś miś, co

będzie mnie śledził.

– Przesadzasz. Dużo osób ma kuratora i im może naskoczyć. Chodzą na tę

świetlicę, mają jakieś spotkania, zupki chińskie darmowe.

– Mam mieć kuratora, żeby żreć zupki w proszku?
Dawid złapał ją za rękę.
– Nie będzie źle, będzie dobrze.

background image

O/J

Julka  próbowała  –  przeliczając  Oliwkę  na  centymetry  od  stóp  po  czubek
głowy – złapać, co w niej takiego jest. Dlaczego Żółty chciał z nią chodzić.
Zresztą nie tylko on. Wiedziała z plotek, że ślini się na nią więcej osób, taki
Dawid  z  fryzurą  à  la  Bieber  to  już  na  pewno.  Tylko  czyha,  aż  jakoś
odwzajemni jego pożyczenie bluzy.

Jej  przyjaciółka  jednak  –  zamiast  zajmować  się  szukaniem  nowego

chłopaka  albo  celebrowaniem  swojej  zajebistości  –  od  walentynek  coraz
częściej  chodziła  do  pedagożki.  Niestety,  nawet  jak  jej  było  smutno,  to
wyglądała  dobrze.  Kosmyki  włosów  wypadały  z  kucyka  coraz  częściej  na
czoło, układając się w przyjazne loki, musiała szarpać się za głowę w jakimś
odruchu niemocy. Raz Julka podpytała, po co tak często chodzi do gabinetu
i traci przerwy. Ona wzruszyła ramionami i rzuciła, że „rozprawa”.

Zarazem  próbowała  wydusić  od  niej,  co  powinna  zrobić,  żeby  taki  Żółty

się  nią  zainteresował,  ale  wtedy  Oliwka  przewracała  oczami,  co  mogło
oznaczać  jedno:  miała  Julkę  za  niewartą  uwagi  takiego  chłopaka  –  za
wysokie progi, przegrywa z nią.

Pozostało  jej  regularne  przeglądanie  profilu  łyżwiarza  roku.  Wszędzie.

Zdążyła nawet sprawdzić każdą jego followerkę i ocenić, czy jest ładna. To
dziwne, że Oliwka miała go tylko na fb i snapie, ale co jej będzie wypominać
– i tak jest lepsza.

Dzisiaj  miały  się  wybrać  razem  na  lodowisko,  więc  pojawiła  się  nowa

szansa.  Jak  go  spotkają,  wpadnie  na  niego.  Zaraz  po  tym  zaprosi  go  do
znajomych  –  tak  żeby  już  wcześniej  pokojarzył  jej  twarz.  „Ja  mam  ten
idealny  plan,  ty  masz  ten  idealny  stan”.  Wtedy  zaakceptuje  jej  zaproszenie
i  będzie  miała  dostęp  do  informacji,  które  do  tej  pory  były  dla  niej  ukryte.
Jakby z nim chodziła, to jej życie byłoby lepsze. Urojeni chłopcy pracują na
twoją przyszłość bardziej niż ci prawdziwi.

background image

M*

Magda  wymyśliła  pewnego  dnia,  że  nauczy  Julkę  przegrywać.  Chociaż
Macocha  powinna  zabiegać  o  względy  pasierbicy  tanimi  technikami,  jak
dawanie  się  ogrywać  w  memory  i  bierki.  To  przyszło,  kiedy  przeżyła
załamanie  podczas  pierwszego  wspólnego  wyjazdu  na  wakacje  ich  trójki.
Wylądowali  w  domku  nad  morzem,  gdzie  byli  też  w  tym  samym  czasie
znajomi  Magdy  z  dziećmi,  psami  i  winami  czerwonymi  półwytrawnymi.
Wszystko to w upojnym stylu „mamy wyjebane jak studenci”. Brudne dzieci
i zwierzęta, kwiaty we włosach, wiatr we wąsach, ogniska niekontrolowane.
Ona też tak chciała mieć, ale nie wyszło.

Pewnego wieczoru Magda zabrała całą bandę dzieci na plac zabaw daleko

od kempingu. Znała to miejsce dosyć dobrze, bo w wakacje – dosłownie dwa
lata wcześniej – spożywała tam piwo typu „Perła” z koleżankami ze studiów.
Sama się wtedy jeszcze bawiła, a teraz jest zabawiająca.

Plac został w międzyczasie imponująco zmodernizowany, tudzież wypasły

go jakieś europejskie fundusze. Na tyle był spektakularny, że Tereska biegała
tam i z powrotem, Michał stanął w miejscu i kręcił się dookoła własnej osi,
a Julcia wpadła na wieżę z plastyku, by tam zastygnąć. Machała stamtąd do
Magdy. Co zabawki robią z mózgami dzieci.

Magda pierwszy raz odczuła wtedy coś w rodzaj wychowawczego wirusa.

Wszystko  stało  się  lepsze,  bo  dzieci  się  cieszą.  Siedziała  na  ławce  zrobiona
lepiej  niż  dobrym  ziołem.  Widziała  też  wyraźniej  i  szerzej,  aż  przymknęła
sobie  oczy.  Po  jakimś  czasie  podeszła  do  Julki  i  zapytała,  w  co  się  bawi.
Księżniczka, na zamku. Fajnie, ładnie, niech będzie.

Tereska  z  Michasiem  dokładnie  wtedy  wbiegli  na  górę,  przekraczając

wrota  zamku,  który  stworzyła  wyobraźnia  Julki.  Ich  radosne  okrzyki
zatrzymała  ręka,  oznajmiająca:  „STOP”.  Spojrzeli  z  niezrozumieniem,
w  szczęśliwej  krainie  stawiają  płoty?  „Cio?”  –  zagaja  jeszcze  maluch,
Michaś; Tereska – prawie w wieku Julki – przepycha się do przodu niemal ze
łzami  w  oczach:  „Dlaczego?”.  Julka  zagradza  wtedy  rękami  wejście
i oznajmia: „Nie macie wstępu. Tutaj mogą być księżniczki, a tylko ja jestem
księżniczką”. Stoi wyprostowana, poważna.

background image

Magda  nie  ma  pojęcia,  co  zrobić,  a  już  Tereska  patrzy  w  jej  stronę

błagalnie. Rozwiąż to. Zanim otwiera usta, Julka krzyczy: „Schodzić stąd!!!”.
Całkiem  na  poważnie.  Macocha  próbuje  tłumaczyć,  ale  już  jedna  trzecia
uczestników  sceny  popada  w  histerię.  Mimo  tego  leci  z  narracją  z  płaczem
Michasia  w  tle,  że:  a)  księżniczki  się  dzielą  z  innymi  (Śnieżka  +
krasnoludki);  b)  za  sprawiedliwe  zachowanie  księżniczek  czeka  księżniczki
nagroda  (Kopciuszek);  c)  królewny  dbają  o  swoje  królestwo  bardziej  niż
o siebie, a Michał i Tereska są przecież częścią królestwa.

No  dobra  –  wolałaby,  żeby  mała  nie  była  księżniczką,  ale  w  tej  chwili

jakikolwiek argument – nawet w duchu patriarchatu – jest na wagę złota.

To głupie, ale inaczej nie wie, jak wytłumaczyć.
Skończyło się tak, że droga była długa. Podobno spacer poprawia relacje,

łagodzi  sytuacje,  dzieci  zajmują  się  czymś  innym,  zapominają.  Nie  tym
razem. Julka po powrocie do domku kazała zadzwonić do Mamy. Na nic się
zdały  namowy  Macieja,  że  przecież  jemu  może  powiedzieć  to  samo.  Exela
z troską wysłuchała historii, poprosiła o podanie Taty do słuchawki. Od tego
momentu  Julka  powtarzała  jak  mantrę  do  pani  Magdaleny:  „Mama  mówiła,
że mam słuchać Taty, a nie ciebie”. Maciek odciął się od tej wersji, a dzieci
kilka godzin później się pogodziły.

–  Magda,  ale  też  nie  przesadzaj.  To  dzieci  przecież.  Nie  zrobiła  tego  na

złość.

No przecież.

background image

O/J

Jeździła  dzisiaj  bliżej  Julki,  tak  jakby  bała  się  samodzielnie  wypuścić  na
taflę. Nie wiedziała, że to nawet pasowało do planu koleżanki, która chciała
wyglądać na jej tle nie jak jpg, ale gif

3

. Żółty na bank pierwsze, co widzi, to

różnice  między  Julką  a  Oliwką.  Wolna  i  szybka,  głupia  i  głupsza,  grubsza
i chudsza, matka i boska. Wiadomo, którą wybierze.

– Czemu z nim zerwałaś?
– Mówiłam. Nie możemy być ze sobą. Czemu ciągle o to pytasz?
Jest luty, a to było w listopadzie. Julka jest dziwna albo sobie wkręciła jak

trzynastki sobie wkręcają Biebera, miłość na cały kwartał.

– Nie ciągle.
– Często.
Teraz  to  Julka  zmieniła  temat.  Wstyd,  że  dopytuje  o  chłopaka,  którego

sama  nie  ma.  Zaraz  się  domyśli,  że  ona  zna  jego  profil.  Pewnie  ma  tę
aplikację,  co  mówi,  kto  czyje  odwiedzał  konto,  i  ona  jest  na  szczycie  listy
fanek.  To  znaczy,  jeśli  apka  faktycznie  istnieje  –  ona  w  nią  nigdy  nie
kliknęła.

– Kiedy masz rozprawę?
– Nie wiem.
– Przecież mówiłaś, że dwudziestego marca.
–  Ale  Rychu  mówił,  że  może  szybciej,  albo  odwołają  w  ogóle.  Testy  już

były. Na luzie to zrobiłam. Wypisałam.

– Lepiej, żeby już to było.
– Dżulia.
– No?
– Ty masz kuratora?
– Nie.
– To nie wiesz, jak to jest. Lepiej, żeby rozprawy nie było. Przyjdziesz do

mnie dziś po łyżwach?

– Nie wiem, czy mogę.
– Wpadnie dziś kilka osób. Wiesz, Dawid, Kowale i taki Karol, ale jeszcze

background image

nie wiadomo. Może być fajnie. Karol by ci się spodobał. Zaraz ci go pokażę.
Czekaj.

– Zadzwonię i zapytam.
Odpowiedź  była  przewidywalna  i  nawet  nie  musiała  dzwonić.  Miała  jej

przebieg  w  głowie.  Nie  i  już.  Ojciec  nie  weźmie  odpowiedzialności  za  jej
wyjście,  bo  Matka  się  będzie  wkurzać,  że  jej  pozwolił  bez  jej  zgody,  a  ona
nie  pozwoli  na  nocowanie  u  koleżanki,  wiedząc,  że  jest  u  ojca  i  ma  z  nim
siedzieć.

Zjechała  z  tafli  i  wyciągnęła  komórkę,  żeby  chociaż  spróbować.  Wtedy

wpadła na Żółtego i to nie w sposób zaplanowany. Miała czekać jak zamach,
bomba  zegarowa  w  reklamówce,  a  tutaj  przypadek.  Wykrztusiła:  „Sorry…
Cześć”. Odpowiedział: „Cześć. Wszystko OK?”. Ona mu na to: „Tak. Sorry”.
I zniknął. Nic.

Ciekawe, ile ma siniaków nabitych przez nastolatki, które z premedytacją

w niego wjeżdżają.

Mignął  chwilę  później  gdzieś  koło  Oliwki.  Nie  pasuje  tutaj,  do  imprezy

u Oli pewnie też. Zresztą, nie ma co się zastanawiać, bo przecież nie pójdzie.
Łzy napłynęły jej do oczu i już miała iść w stronę szatni, żeby zasymulować
rozmowę  telefoniczną,  kiedy  to  jej  komórka  zadecydowała  za  nią.
„AaaMagda dzwoni”.

– Hej, zgarnąć cię z lodowiska?
– Nie trzeba.
– Wszystko OK?
– Mhm.
– Ej, Młoda. Co się dzieje?
Co miała do stracenia.
– Chcę iść spać do Oliwki.
– I w czym jest problem?
– No że nie mogę.
– Aha, pogadam z tatą. Oddzwonię.
Wow.  Nadzieja.  Wow.  Tak  się  zdziwiła,  że  aż  łza  rozczarowania

zawieszona  na  jej  rzęsie  została  wchłonięta  przez  gałkę  oczną  z  powrotem.
Wróciła na taflę.

– To kto będzie poza Dawidem?
– Tacy dwaj bracia – trochę pojebani – Kowale. Mi nigdy nic nie zrobili,

ale różnie o nich mówią. No i Karol. Starszy od nas, ale OK.

background image

Julka się rozmarzyła. Ciekawe, czy taki Karol, kimkolwiek jest, zwróciłby

na nią uwagę. W międzyczasie przyszedł esemes od Magdy: „OK, idz. Podaj
mi numer do jej ojca i powiedz, co Ci do niej podrzucić. Pidżama?”. Prawie
podskoczyła.

– Dobra. Wbijam.
– Serio? Ekstra!
Oliwia  tak  się  ucieszyła,  że  aż  zapomniała  o  Żółtym  i  napięciu  ściemy.

Wreszcie nie będzie sama, ale z przyjaciółką, która ma ekstra ciuchy i mówi
czasami jakby innym językiem. Zrobi dużo fotek z tej imprezy i doda gdzie
trzeba. Będzie seria selfi.

Magda  czekała  w  aucie  koło  lodowiska.  W  torbie  miała  pidżamę.  Tę,
w  której  Oliwia  czuła  się  jak  kokosanka.  Białą  z  wystającymi,  kosmatymi
sznurkami. Do tego zabrała popcorn i ciuchy na rano. Tym wygrała. Aż by ją
uściskała, ale nie ma jak.

Szybko oszacowała, że musi JUŻ przebrać się w to, co jutrzejsze. Obecne

ciuchy są „pod Żółtego”, nie może ubrać się tak samo na imprezę u Oliwki.
Nie aż tak luźno jak na łyżwy i typ ziomalski.

–  To  co,  podrzucę  was,  jak  już  jestem?  Możemy  jeszcze  coś  dokupić  na

kolację, chcecie?

Oliwia wsiadła do auta, pachniało wanilią. To niemożliwie – pomyślała –

że jadę autem o zapachu ciepłego mleczka do klatki schodowej śmierdzącej
moczem.  W  podstawówce  przezywali  jej  najlepszą  koleżankę,  że  śmierdzi
„szczochem”. Nie wiedziała, co to znaczy. Ona faktycznie pachniała inaczej,
myślała,  że  „szczochy”  to  określenie  na  włosy.  Miała  takie  długie
i  poczochrane,  podejrzewała,  że  właśnie  one  odpowiadają  za  zapach
„szczocha” pochodzącego od „szczotki poczochranej”.

Zaraz przy wyjściu Magda zapytała:
– To co z tym numerem?
Ups. Może się to źle skończyć.
– E… Oliwia, podasz numer do swojego ojca? Zapomniałam zupełnie.
– Już.
Przedyktowała numer z komórki. Nie mogła go zapamiętać, bo Rysiek non

stop  miał  nowy.  Chociaż…  i  tak  obojętne,  jaki  numer  poda  –  w  pracy  ma
wyłączony, bo na hali im zabraniają używać. Nawet na przerwach nie wolno.

Przy  klatce  stali  już  Kowale  z  Dawidem.  Julka  nie  zdąży  się  przebrać,

background image

zanim ją zobaczą. Trudno. Zrobi to u Oliwki. Tymczasem koleżanka wygląda
na napiętą, Julka wie dlaczego. Musi udawać przed Magdą, że ma ładny dom,
łóżko  z  baldachimem  i  Babcię  z  herbatą  w  kubku,  inaczej  Magda  zabierze
Julkę z powrotem.

To trochę przykre, że od małego wyczuwa się takie oczekiwania.
Uzmysłowił  jej  to,  zupełnie  przypadkowo,  kuzyn.  Zawsze  z  niego  było

ziółko.  Jak  miał  dwanaście  lat,  to  zadzwonił  na  policję  donieść  na  samego
siebie,  że  matka  mu  kazała  przenosić  nielegalny  spirytus  na  stragan.  Nie
chciało mu się tego taszczyć.

Kilka lat później przestał pogardzać alkiem – zaczął pojawiać się i znikać

w  cugu,  zdarzało  mu  się  wsiąkać  w  meliny.  Na  nieszczęście  całej  rodziny
jego  „bazy”  często  się  zmieniały  i  trudno  było  określić,  gdzie  i  kiedy  nagle
może  pojawić  się  Przemek.  W  tym  samym  czasie  dzieci  z  osiedla  Oliwki
wymyśliły  zwyczaj  nadawania  imion  takim  jak  jej  kuzyn.  Z  żuli  zawsze
można  się  pośmiać  albo  chociaż  do  nich  zawołać:  „Siema,  Roman,  ty
menelu”, a następnie uciec z tryumfem na twarzy – „Zbeształem żula!”.

Pewnego  dnia  pod  świetlicą  osiedlową  pojawił  się  jej  kuzyn.  I  ten  debil

zaczął w pijackim amoku machać do niej. Oliwka miała wtedy jedenaście lat,
a on dwadzieścia parę.

Wstyd,  który  odczuwała  w  tamtej  krótkiej  chwili,  mógłby  być  ilustracją

każdego innego wstydu, jaki ją później spotykał. Ale nie był, wygrała.

Wkręciła  reszcie,  że  to  jakiś  przedziwny  menel,  który  macha  do  obcych.

On  za  to  –  jakby  w  odwecie  za  ignorowanie  –  rzucił  się  na  nią  i  zaczął
przytulać. To było realnie śmieszne i udawała, że obcy koleś ją tarmosi przy
innych  dzieciach,  a  ona  się  go  w  ogóle  nie  boi.  Była  dumna,  że  dociągnęła
żart  do  końca  i  mówiła  do  wujka:  „Masz  pewnie  na  imię  Przemek,  co?”.
Kiwał  najebany  głową,  a  ona  krzyczała  do  dzieci:  „Widzicie!  Zgadłam!  Się
gra, się ma! Przemo! Ten menel to Przemo!”.

background image

M*

Odjeżdżając,  widziała  kątem  oka,  że  Młoda  wita  się  z  chłopakami
wystającymi z zębów klatki. Miejsce było ewidentnie hatifnackie. Ciężko do
końca  określić,  co  to  słowo  znaczy,  ale  mieści  się  w  pakiecie  zwrotów
MOPS-gonzowych  używanych  przez  Ankę,  kiedy  opowiada  o  osiedlach
socjalnych. Dobrze. Młoda musi znać różne miejsca, nawet te spoza zasięgu
deweloperów,  gdzie  nigdy  nie  dojdzie  do  gentryfikacji,  bo  teren  jest  tak
patowy, że nikt go nie kupi. Jak w tych całych Ząbkowicach, gdzie teraz jest
Julka. Dawne osiedle robotnicze, wybudowane w cieniu huty.

Magda w ramach swojego dzieciństwa i dorastania nie musiała jeszcze aż

tak  się  martwić  o  „złe  towarzystwo”,  bo  bloki  średnie  występowały  wtedy
naprzemiennie  z  blokami  niskimi  i  wysokimi.  Rodziców  to  nie  martwiło,
widzieli  z  balkonu,  jak  się  dzieci  mieszają  na  podwórku.  Może  tylko  raz
wyszły  z  nich  nawyki  klatek  średnich,  kiedy  zamienili  się  mieszkaniami
z  sąsiadami  z  dołu,  ewidentnie  hatifnatami,  i  musieli  wymienić  ich
poprzednią mieszkaniową estetykę na własną.

Zamurowali  okienko  pozostawione  między  kuchnią  a  pokojem,  zdarli

fototapetę,  rozwiercili  meblościankę,  zamalowali  wszystko  beżowo-biało-
watocukrowym.  Od  tego  czasu  dziwniej  na  siebie  patrzyli,  jakoś  mniej
uprzejmie, chociaż „Dzień dobry” zostało takie samo. Rodzice uwiecznili te
mieszkaniowe różnice, robiąc zdjęcia „przed” remontem i „po”. Wsadzili do
albumu – jedno obok drugiego.

Poza tym dzieci ze średnich klatek i tak zawsze wygrywały, więc nikogo to

nie  martwiło.  Pamięta,  jak  ścigała  się  z  niską  Moniką  na  rowerze  po
oranżadę. Kto miał lepszy rower? Kto kasę na oranżadę? Wiadomo.

Po powrocie Magda zgoogluje sobie nowego faceta Exeli. Julka gadała, że

mama  się  spotyka  z  jakimś  Jarosławem,  Magda  spisała  sobie  nawet  jego
nazwisko.  Obstawiła,  że  będą  razem  trzy  miesiące,  bo  wygląda  jak  taki
poprzedni,  co  też  nie  zapowiadał  się  dobrze.  „Wpisz:  Jarek  +  garnitur  +
Turnau + PO + wiceprezes + wierzący + niepraktykujący”.

Faktycznie  –  był  na  serwisie,  gdzie  można  sprawdzić,  jakich  miał

wcześniej  pracodawców.  Na  tym  najbardziej  popularnym  zamieścił  zdjęcie

background image

z bezruchem hotelowym w tle. Jakaś tańsza Tunezja albo Grecja w kryzysie.
Uuu, są i dzieci.

Pewnie  jest  typem,  który:  a)  co  prawda  zamawia  w  restauracjach  sałatki,

ale  z  mięsem;  b)  mieszka  w  zrewitalizowanej  dzielnicy,  na  przykład
Nikiszowcu;  c)  jest  w  pracy  bucem  nieziemskim  i  każe  stażystom  podawać
kawę;  d)  w  sytuacji  stresowej  popełniłby  samobójstwo,  uprzednio
nafaszerowawszy się alkoholem i poddawszy uciechom hazardowym.

Raz Magda dała się wciągnąć w cienki krawat takiego faceta. Cóż, zdarza

się.  Wtedy  przechodzili  z  Maćkiem  poważny  kryzys.  Tłumaczyła  sobie,  że
poszła  w  długą  z  Jarkiem  Biurowcem  w  wyniku  bierności  Maćka
i  odrzucenia  Julki/Exeli.  Julka  miała  taki  krótki  okres  w  podstawówce,
w  drugiej  klasie.  Wolała  od  Magdy  KAŻDEGO,  nawet  dziadka  Andrzeja.
Macocha  psuła  jej  wizerunek  w  klasie,  bo  dziewczynki  przechwalały  się
Mamami  Czarodziejkami  i  Exela  kwitła  uwiedziona  bezgraniczną  miłością
dziecięcą, który nigdy później nie powtarza się z taką mocą jak u ośmiolatek.

Wtedy  królował  też  Dzień  Matki  i  Komunia  –  obydwa  wydarzenia

obchodzone wyjątkowo hucznie i rodzinnie. Magda odpadła, poddała się.

Dwa  lata  później  czujna  dyrektorka  szkoły  zaczęła  urządzać  Dzień

Rodzica  –  żeby  nie  wykluczać  dzieci  z  rodzin  adopcyjnych,  samotnych
ojców,  LGBTQ.  Nie  wiedziała  jednak,  bo  skąd,  że  nie  da  się  czasem
przeskoczyć  relacji  z  „byłymi”,  którzy  po  prostu  nie  życzą  sobie  obecności
„nowych”.

W  każdym  razie  wtedy  wylądowała  z  Jarosławem  Biurowcem.  Było

chujowo,  nudniej  niż  na  zumbie  –  szczęście,  że  opuści  na  trzy  dni  dom
w  celu  zdrady,  szybko  minęło.  O  ironio,  wylądowała  w  miejscowości,
w której kiedyś piła tanie wina z Internetowym Satanistą.

Pierwszego dnia nie działo się nic. Zamiast szaleństwa w stylu skakania do

dziur  po  kopalni  piasku  było  spacerowanie  po  molo,  picie  kawy  latte
macchiato z syropem waniliowym albo nugatowym. Do tego padało, kręciły
jej się włosy i puchła, bo nie była w stanie przy nim nawet wyjść w spokoju
do kibla.

Dnia  drugiego,  podczas  spaceru  po  lesie  –  była  na  nim  zresztą  pijana

bardziej  niż  poprzedniego  dnia  –  wdepnęła  w  jakąś  roślinę,  przez  co  na  jej
stopie wyskoczyło kilka bąbli. Obrzydliwych.

Pamiętała ich układ do dzisiaj, miały kształt niechcianego gwiazdozbiura.

Dlatego  że  zaraz  po  tym  zaczęła  się  całować  z  tym  całkiem  Jarkiem.  Kiedy

background image

jednak chciała przejść do czegoś więcej, to stwierdził, że powinni skończyć
w hotelu. „Tutaj jest niewygodnie”. W hotelu echa leśne nie wróciły. Magda
uznała,  że  to  koniec  z  Jarosławem,  oczekującym  komfortu  nawet  od  drzew,
lasu, przygody.

background image

O/J

Na  chacie  było  pusto,  bo  Sonia  i  Oskar  spali  u  babci.  Helenka  wróciła
z Niemiec na kilka dni, w przeciwieństwie do Mamy.

Przywiozła  wszystko,  co  trzeba,  głodnych  nakarmiła,  spragnionych

napoiła.  Oliwce  trafiły  się  dwie  dychy  w  prezencie  i  wolne  mieszkanie.
Będzie do zrzutki.

Julka  wyglądała  całkiem  nieźle.  Dobrze,  że  się  przebrała  z  tych  ciuchów

„pod Żółtego”. Miała teraz legginsy i koszulkę I’m not a morning girl.

Chomik  na  początek  wyciągnął  zioło.  Tak  mało,  że  chyba  na  dwie  lufki

maks.  Julka  wytrzeszczyła  oczy,  więc  Oliwka  zaproponowała,  że  skoczą  do
sklepu  po  piwo.  Żeby  koleżanka  nie  musiała  przy  nich  od  razu  jarać.  Niech
nie mieszają, bo się porzyga.

Poszedł  z  nimi  jeden  z  Kowali.  Miał  podrobioną  osiemnastkę  na

legitymacji  z  zawodówki,  rocznikowo  był  siedemnastolatkiem.  Wrócili
z  butelką  żubrówki  zamiast  ośmiu  żubrów.  Julka  wygrzebała  jakąś  kasę
ekstra, więc kupili fajki.

Koledzy  mieli  dzisiaj  dobre  riposty,  znali  wszystkie  piosenki  o  wódce,

paleniu  i  hajsie.  Dziewczyny  się  śmiały,  jak  jeden  z  nich  udawał,  że  ma
bruzdę jak Popek.

Kiedy koleżanka zaczęła tańczyć do piosenki, która po prostu puszczała się

przypadkowo  w  telewizorze,  a  koledzy  nie  wykonali  żadnego  gestu  w  stylu
macanie/zdjęcie/film/żart, pomyślała sobie, że jest dobrze.

Poczuła  też  senność.  Sama  nawet  zrobiłaby  zdjęcie,  jak  Julia  „tańczy  jak

szalona,  krzyczy  piszczy,  to  jest  ona”

4

,  ale  odpadła.  Zlała  się  z  narzutą,

meblościanką i samą sobą.

Rano znalazła w telefonie poruszone foty, na których było widać, jak Kowale
i  Dawid  rysują  jej  markerem  na  czole  jakieś  bohomazy.  Julki  nie  było  na
zdjęciach,  ale  też  miała  na  gębie  jakieś  zjarane  znaki.  Kiedy  zapytała,  o  co
chodziło  (nikogo  poza  nimi  dwiema  już  nie  było  w  mieszkaniu),  kumpela
powiedziała,  że  wkręcili  sobie  jakąś  grę.  Chociaż  nie  kuma  do  końca  jaką.
Wyrzuciła ich w każdym razie po dwunastej.

background image

Ale Oliwia była dumna! Julka dała radę, chociaż jest krucha jak filiżanka

ze wzorkami. Nie wie, jak to możliwe, że się do niej nie dowalili. Nie tykają
miodu, bo im zlepi palce?

Niby takie zboki, co ciągle popisują się rzeczami, których nie robią, a jak

przyszła okazja, to nic. Z niedowierzaniem sprawdziła więc wiadomy-portal-
społecznościowy.

Zero.
Nikt  niczego  nie  udostępnił,  zero  tagów.  Nie  było  tak,  jak  z  Bałazową,

której  zdjęcie  „mistrzyni  drugiego  planu”  ze  strużką  wymiotów  obiegło  pół
miasta.

Po  szoku  i  niedowierzaniu  Oliwia  poszła  zwymiotować,  a  Julka  zaczęła

plątać  się  po  mieszkaniu  bez  celu.  W  komórce  miała  jedno  nieodebrane
połączenie od Magdy i dwa esemesy („I jak tam? O ktorej jutro przyjechac?”
23.21;  „Zyjesz?  11  OK?”  10.05).  Złapała  za  komórkę  i  wykonała  niejasny
manewr w stronę lustra.

O Jezu, pisak, wszędzie.
Zaczęła go zmazywać poślinionymi palcami. Nic. Więc drapanie. Źle.
Czerwone ślady pod markerem. Chyba ma uczulenie, najgorzej.
– Hej, Magda, tak za godzinę, dobra? Śniadanie zjemy.
No, na bank. Pobiegła do łazienki w poszukiwaniu straconego czasu, który

mogła  poświęcić  na  zmywanie  śladów  vixy,  bo  akurat  Oliwka  przestała  już
wymiotować. Gdzie jest mleczko do demakijażu? A żel do twarzy? Znalazła
ostatecznie  tylko  mydło,  i  to  jakieś  takie  wysuszone.  Do  tego  szampon
z  odżywką.  Jak  się  nie  ma,  co  się  lubi,  to  się  smaruje  taką  substancją,  jaka
jest.

Na  początek  cała  się  poparzyła.  Nie  umiała  obsługiwać  bojlera.  W  domu

miała od razu taką temperaturę, jaką chciała. Wystarczyło przekręcić kurek.

Zawołała  Oli,  żeby  jej  to  ustawiła,  ale  ona  nic.  Jakby  zniknęła  na  tym

niewielkim metrażu.

Koleżanka  usłyszała  jej  wołanie,  ale  z  kolei  trochę  spięła  się  zdaniem

o  śniadaniu.  Jedzenie  zawsze  jest  jakieś  przesadzone,  a  ona  nie  ma
w lodówce niczego poza mlekiem i wodą. Do tego trochę szynki. Chleba nie
ma, sera też. A Julka to przecież ta cała wegetarianka.

Może nie zdąży nic u niej zjeść, bo zmywanie markera zajmie jej godzinę?

background image

M*

No  i  przyszła  ta  cała  polska  wiosna.  Wszyscy  wyglądają  jakby  przez  pięć
miesięcy  mieszkali  pod  ziemią,  bo  na  powierzchni  panowała  dżuma  albo
wojna  atomowa.  Pryszcze,  podkrążone  oczy,  szara  cera,  tłuste  włosy,
rozbiegany wzrok próbujący ukryć się przed promieniami marcowego słońca.

Magda  nie  może  patrzeć  na  ludzi,  którzy  ledwo  co  wylegli  na  ulice  po

prapoczątku.  Sama  jest  równie  nieodrodzona,  zwłaszcza  po  imprezie  ze
znajomymi  Maćka,  na  której  były  same  szczęśliwe  małżeństwa.  Dzieci
w domu, z opiekunką.

Magda  siłą  rzeczy  trafiła  do  grupy  kobiet  upajających  się  widokiem

pijanych mężczyzn i knujących na boku, jak coś na nich wymusić szantażem
dnia  następnego.  Tym  bardziej,  że  ich  mężowie  w  prosiurskim  stylu
zaczepiali  zamiennie  inne  żony,  bo  przecież  nie  własne.  Do  niej  przyczepił
się  Jacek.  Gościu  o  imieniu  jak  baton.  Chyba  zresztą  tak  ogólnie  był
nadziewany  czymś  lepkim  i  nieprzyjemnym,  bo  jak  tylko  podchodził,  to
miała wrażenie, że coś się z niego wytapia. Zima?

Sączyła  więc  napoje  o  znikomej  zawartości  alkoholu,  ale  dużej  cukru,

które sprawiały, że z każdym łykiem wszystko stawało się coraz nudniejsze
i  słodsze,  a  ryzyko  kaca  wzrastało.  Tak,  to  był  ostatni  raz.  Koniec
wychodzenia  na  imprezy  tego  typu.  Chyba  że  latem  i  w  ogrodzie,  gdzie
można się schować i bawić z dziećmi zamiast z dorosłymi.

Zaraz  przyjdzie  Młoda  i  pewnie,  na  wiosennej  fali,  dostanie  jakichś

spazmów,  chichotów  i  zakochania  pomimo  tej  mało  zachęcającej  oprawy
graficznej.  Wiosna  w  wieku  piętnastu  lat…  miauczenie  kotów,  ognisko,
urywanie  się  ze  szkoły,  ubrania  niepasujące  do  siebie…  chwila,  moment.
Teraz przecież jest inaczej.

Wybuchła  śmiechem  na  widok  Julki.  Nie,  jednak  to  się  nie  zmienia  –

Młoda wygląda jak kolejna ofiara tej pory roku.

– A ty to co?
– Miej litość, proszę.
– Ta.
– No co?

background image

– Kupimy wapno.
Tak czy inaczej Młoda miała dziwną minę. Na granicy żartu i złości.
– Młoda, OK?
– OK. OK.
– A dokładniej?
– Nic. OK?
– Młoda.
– No co?
Miała uśmiech satysfakcji oznaczającej tajemnicę. Mogła zarówno stracić

dziewictwo,  jak  i  zrezygnować  z  bycia  przyjaciółką  Oliwki,  po  tym  jak  ta
wykonała jej na twarzy takie bohomazy. Magda nie jest w stanie wyciągnąć
informacji  tego  typu  z  rozbieganego  kącika  ust  nastolatki.  Ale  ją  cieszy
i przypomina coś.

Jechały  w  milczeniu,  widziała,  że  Julka  jest  bardziej  niż  mniej

zadowolona.  Maciej  szykował  w  domu  obiad.  Miał  przepis  na  zupę
z  brokułów,  który  wytargał  swojej  matce  chcącej  sprostać  wymaganiom
kulinarnym Magdy (wegesekta). Poprzednia synowa – w przeciwieństwie do
Magdy  –  jadła,  co  podano,  i  zawsze  była  zadowolona.  Od  tej  to  zaczęła  się
świąteczna  i  urodzinowa  katorga.  Kupowała  pieczarki  –  na  próbę  –  żeby  je
dobrze  zlepić  i  podać  pod  postacią  kotleta  wegetariańskiego.  Ale  walczyła,
zależało jej. Nie okazywała, że uważa Magdę za dziwaczną. Taką, która nie
zna smaku prawdziwego, schabowego i ziemniaczanego życia.

background image

O/J

Zaraz po doszorowaniu się postanowiła wynieść żubrówki (ostatecznie kupili
dwie,  a  nie  jedną)  do  zsypu.  Zanim  Rychu  wróci.  Pootwierała  też  okna.
Pewnie czuć potem chłopaków bardziej niż imprezą.

Trzymała  w  ręku  siatę  z  owadem  i  durnym  napisem,  kiedy  pojawił  się

kurator. Cóż, z tarczą albo na tarczy – trzeba coś szybko zrobić z butelkami.
I tak już ją zobaczył. Zna, wie, wiadomo.

– Dzień dobry.
– Bry.
– Oliwia, pójdziemy do twojej babci, dobrze?
Poczuła coś w stylu poparzenia. Co za gnojek. Wielce ją zaprowadzi, jak

ona sama może chodzić, gdzie chce.

U  Omy  czuła  się  jak  Gummibärchen,  pachniało  zupą  i  niemieckimi
czekoladkami. Pewnie się chłop zdziwił, ha! Myślał, że będzie melina, a tutaj
ciepły dom z kotletami.

Kurator  usiadł  z  babką  w  pokoju  obok.  Na  początku  ucieszyła  się,  że  nie

musi z nim rozmawiać, nawet nie podsłuchiwała. Później zaczęła łapać lekkie
wkurzenie „nic o nas bez nas”. Słyszała tylko skrawki rozmowy o tym, z kim
się  zadaje.  Czytał  –  centralnie  –  nazwiska  z  kartki.  Babcia  nie  mogła  mieć
pojęcia.

Później  zapytał  ją  o  te  same  osoby.  Wymienił  między  innymi  Kowali,

Karola. Oho, ten ostatni to nawet nie pojawił się u niej na imprezie, chociaż
było  widać,  że  Julka  podjarała  się  nim  na  samą  myśl  o  nowym,  starszym,
fajnym, niebezpiecznym. Powiedziała, że trochę go zna, a trochę nie. Wtedy
jest  łatwiej,  żeby  kogoś  nie  wkopać.  A  o  Kowalach  to  już  poleciała.  Nie
znam ich wcale, nigdy nie słyszałam.

W tle Oskar wycinał coś, co nie było komputerem. Sonia układała z kolei

maskotki na telewizorze, jak gdyby nigdy nic. Jedna obok drugiej.

– Jak już wpuściłam pana, to może rosołu? – zmusiła pytaniem babcia. Na

twarzy  miała  makijaż  indiańsko-niemiecki  i  ten  sam  przerysowany  wyraz
zadowolenia. Brwi uniesione wysoko. Może będzie dobrze, a policjant da się

background image

uwieść  jej  bon-bonami.  Sprawiała  w  każdym  razie  wrażenie  zawodowej
babci-opiekunki.

background image

O/J

Do rozprawy zostało dwanaście dni, a już kwiecień, czas żartów. Zaraz mama
przyjedzie na Wielkanoc. Cztery dni przed. Uda się to wszystko odkręcić.

Pstryknie palcami, powie „prima aprilis” i będzie dobrze!
Szczególnie  że  jak  wróci,  to  nastąpi  hardcore,  mycie  naczyń

i umiarkowanie dobre oceny, chociaż też tęsknota do poprzytulania, maminej
bliskości, która jest taka dziecięca. Zaraz mama jej wszystko załatwi, ogarnie,
zagai, gdzie trzeba. #mamaIloveyou

Ona  na  pewno  domyśla  się,  że  na  testach  psychologicznych  Oliwka  była

wkurzona i odpowiadała cokolwiek. Niestety to nie jest klasówka i nie da się
porównać  wyniku  z  koleżanką.  Poza  tym  wszystko  zapominasz  po  wyjściu,
bo  test  trwa  pięć  godzin.  Od  10.00  do  15.00.  Psycholożki  patrzyły  na  nią
jakby przyszła do dentysty z jamą ustną pełną czarnych zębów. Już na starcie
chciała wyjść, ale specjalnie musiała pojechać do miasta obok, bo u nich nie
było  poradni.  Szkoda  kasy  na  bilet.  Wytrzymała.  Musiała  zaznaczyć,  jaki
kształt  powinien  wystąpić  po  ciągu  kwadratów  i  trójkątów,  a  także
odpowiedzieć, czy policja jest dobra czy zła. Każdemu by się już myliło pod
koniec,  co  odpowiada,  i  zacząłby  robić  sobie  żarty  i  odpowiadać  byle  jak.
Chomik ją pocieszał: „Co niby złego mogło wyjść? To tylko jakiś test, ty nic
nie  zrobiłaś”.  Był  jak  młodsza  matka  pocieszycielka.  Oliwka  twierdziła  –
całkiem uczciwie – że bulała na teście. Taki miała wtedy dzień – każdy by się
wkurwił po trzeciej godzinie durnych zagadek, i to jeszcze zadawanych bez
powodu.  Chomik  pokręcił  tylko  głową  z  pewnym  rodzajem  dezaprobaty,
cokolwiek  to  słowo  znaczy,  bo  on  pewnie  go  nie  używa.  Powiedział
ostatecznie: „Wtf?! Pięć godzin? Mój mózg działa maks pół”.

Jest pewna szansa na wyjście z takiej sytuacji.
Będzie płakać w sądzie i zgłaszać mocne postanowienie poprawy. Wie, że

tak robią czasem dziewczyny albo chłopcy i działa. Ubierze się ładnie – jak
na rozpoczęcie roku szkolnego – i pójdzie z Babcią albo Mamą. A najlepiej
to Mamą i Ojczymem. Idealna, pełna rodzina!

Tak mówią. Podobno Urbańczyk poszła do ośrodka, bo się stawiała, zero

skruchy. I jeszcze sama wybrała się na rozprawę.

background image

Ale zanim wszystko nastąpi to… przerwa. Trzeba się wyłączyć.
Pisze na czacie do Julki, bo szykuje się dzisiaj impreza u Karola. Nowego.

„Powiedz,  że  idziesz  do  mnie  i  wrócisz  o  22;)”.  Nawet  mama  Oliwki
najpierw  kręci  głową,  ale  ostatecznie  macha  już  ręką  na  to  całe  wyjście
i  mówi:  „A  idź,  gdzie  chcesz,  jak  nie  masz  ochoty  ze  mną  siedzieć.  Twoja
sprawa”. Jest jej przykro, Oliwce też, ale wybiera życie. Nie wiadomo, kiedy
znowu nadarzy się taka okazja na osiedlu jak domówka u Karola, a Mamy na
co dzień nie ma, więc co to zmieni, że będzie siedziała w domu i gapiła się
w  ścianę  razem  z  nią.  Tak  to  zdąży  i  obskoczyć  imprezę,  i  wrócić  na  noc.
Pogadały,  zjadła  toblerone  i  styknie.  Pewnie  i  tak  z  ojczymem  będą  zaraz
zajęci  sobą,  bo  powroty  mamy  z  pracy  są  jak  przepustki  z  wojska.  Czasu
mało, a trzeba każdego obdzielić tym, czego mu brakowało.

background image

O/J

Wieczorem  idą  razem  w  stronę  domu  Nowego.  Każda  ma  smoky  eye  na
powiece,  róż  na  policzkach,  szminkę  w  kolorze  wiśniowym,  bluzki  i  rurki
typu  swag  (Oliwka  ma  ciuchy  pożyczone  od  Julki).  Z  daleka  widok  jest
piękny,  z  bliska  odpada  z  nich  tynk.  „Pomaluj  się  do  dowodu”  –  obczaiły
youtuberkę Hot15-18 i przy użyciu kosmetyków Magdy dokonały cudownej
mistyfikacji.  Wyglądają  teraz  jak  studentki  z  prowincji,  które  zamieszkały
w jednym pokoju i chcą podrywać chłopaków „na bliźniaczki”.

Na  miejscu  okazuje  się,  że  to  taka  impreza  2+2.  Karol,  o  którym  Julka

myślała  niemal  równie  często,  co  o  Żółtym  –  od  kiedy  Oliwia  powiedziała
jej,  że  to  fajny  koleś  –  jest  kościotrupem.  To  znaczy  wygląda  jak
wychudzony  ziom,  który  nigdy  nie  złapał  kebabfazy.  Na  Instagramie  był
bardziej ciasteczkowy, jakby się powiększył przez filtr. Karol gapi się na nią
i  Julka  zaczyna  się  domyślać,  że  on  pewnie  też  sprawdzał  ją  wcześniej
w necie. Ciekawe, co w niej jest innego niż w wersji insta?

Później Nowy spełnia wszystkie stereotypowe wyobrażenia o samym sobie

i  wyciąga  trawę.  Ale  nie  tyle,  co  w  plotkach  o  gimbazie,  mocarzach,
trzepakach.  Karol  jest  przecież  starszy  –  od  razu  widać,  bo  skręca  lola,
a  wcześniej  palili  tylko  lufki.  Nawet  Oliwka  wygląda  na  zdziwioną.  Sama
zawsze żyła w lęku przed kometą, a tutaj taka odmiana, powiew dorosłości.

Chłopcy  ściągają  po  dwa  buchy  i  przygaszają,  dziewczyny  na  razie  nie

chcą,  bo  wolą  sobie  iść  coś  kupić  do  jedzenia  zanim  zapalą.  Jest  dopiero
20.00. Julka zaczyna wpatrywać się coraz bardziej rozszerzonymi źrenicami
w  Karola.  Jego  kościotrupowość  jest  wciągająca.  On  zmienia  się  pod
wpływem  trawy  w  trupa  bardzo  żywotnego.  Ma  wesołe,  małe  oczka.
Węgielki. Mówi do tego zabawnie, ma inną gadkę niż znana jej do tej pory
gówniażeria. Ma styl.

Julka  już  go  namierzyła  i  daje  sobie  40%  szans  u  niego.  Zerka  na  nią,

uśmiecha się węgielkami, a nawet całymi zębami.

Wtedy  Oliwka  wyciąga  z  torebki  bransoletki  fluorescencyjne.  Przyniosła

z  jakiejś  świetlicy,  do  której  czasem  chodzi.  Rozdawali  im,  właściwie  nie
wie,  dlaczego  poprosiła  o  całą  garść.  Dawali,  to  wzięła.  Mówi,  że  kiedyś

background image

takie rozlali w korytarzu kamienicy i była niezła faza.

Julka mówi: „Zróbmy to! Zróbmy!”.
Karol  chce  być  luźny,  więc  podkręca  muzykę,  leci  Vanilahajs.  Otwiera

drzwi mieszkania na oścież i gasi światło na klatce. Później każdy dostaje po
jednej  bransoletce  i  rozlewają  ich  zawartość.  Reszta  leci  jak  w  domino  –
wylewają wszystkie.

Nie wierzy, że jest tak grubo. W ciemności zlewają się jej takie kolory, że

nawet  nie  ma  po  co  palić.  Patrzy  na  Karola  i  już  wie,  że  jej  notowania
skoczyły  do  80%.  Kiedy  dotyka  jej,  niby  przypadkiem,  to  już  robi  jej  się
ciepło  na  samą  myśl,  że  mogłaby  poczuć  jeszcze  bliżej  jego  zapach
zaschniętego  piwa.  On  staje  coraz  bliżej  niej  w  tych  toksycznych  oparach
bransoletkowych.

Chomik łapie za rękę Oliwkę, a ona udaje, że nie wie, o co mu chodzi. Nie

będzie  się  całować  przy  Julce  i  Karolu.  No  chyba  że  już  przestać  się
ściemniać, bo przyjaciółka przecież wie, że Chomik na nią leci. Nic złego na
ten temat nie powiedziała. Związek zaakceptowany.

Ustawki  do  całowania  jednym,  ale  gastro  drugim.  Karol  z  Chomikiem

proponują,  żeby  wreszcie  poszli  do  sklepu.  Wtedy  dziewczyny  też  będą
mogły sobie zapalić.

Wcześniej  robią  kilka  fot  na  klatce,  która  wygląda  jak  kolorowy  kosmos.

#haszchatka

Idą parami. Oliwka z Chomikiem, Nowy plus Julka. W sklepie te pary się

zamieniają, bo dziewczyny muszą na szybko omówić, co wydarzyło się przez
ostatnich  pięć  minut  spaceru  do  sklepu.  Trwa  to  dwa  razy  dłużej  niż  droga.
Chomik  serio  jest  spoko  i  Oli  nie  ma  co  się  go  wstydzić.  Ma  grzywkę  jak
Bieber  i  jest  niski,  ale  to  co?  A  Nowy  –  to  jest  dopiero  ktoś.  Oliwka  też
myśli, że Jula ma u niego 90%.

Kiedy  podchodzą  do  kasy  i  chcą  płacić  za  żelki,  czipsy  i  czekoladę,

z drugiej strony podchodzi ochroniarz. Chomik robi się czerwony i oczy mu
latają, Nowy stoi sztywno. I rzuca jakieś „to zapłaćcie, a my poczekamy na
zewnątrz”. Przechodzi koło ochroniarza, Chomik za nim. Wtedy facet mówi:
„Proszę  za  mną”,  a  Karol  na  to:  „Ale  o  co  chodzi”,  „A  o  to,  co  masz
w kieszeni”. Julka patrzy na Nowego, ten ma oczy jak piesek przydrożny, ale
reaguje pewnym siebie tonem: „Niby ja?”. „Proszę za mną”. Wygląda jakby
miał  właśnie  zebrać  się  do  biegu,  ale  ochroniarz  już  ma  go  w  garści.  Łapie
chłopaka za ramię i prowadzi w stronę pokoju. Rzuca też: „I te, co są z wami,

background image

też idą”. „Ale my się nie znamy”, trzeźwo zauważa Nowy. Kieruje spojrzenie
na  dziewczyny,  a  one  nie  wiedzą,  co  zrobić.  Zbyt  długa  cisza  powoduje,  że
ochroniarz rozkazuje całej czwórce: „Za mną”.

Po  wejściu  do  pokoju  wszystko  jest  już  jasne.  Walkower.  Karol  wykłada

na stół dwa batony, a Chomik wafelki.

Karol mówi, że zapomnieli je wyłożyć, ale za resztę przecież zapłacili.
Takie kręcenie jednak nie ma już sensu i dobrze o tym wie.
Ochroniarz  też  już  połączył  fakty.  To  czwórka  spalonych  dzieciaków,

trzeba zadzwonić na policję.

Tam  każą  wszystkim  podać  numery  telefonów  do  Mam,  przesłuchanie

w  obecności  dorosłych.  Poza  Karolem,  bo  on  to  sobie  może  pójść  sam,  ma
osiemnaście lat.

Po pół godziny pojawia się mama Julki i zabiera ją ze sobą. Tłumaczy się

przed policjantami, mówi, że to jakiś wypadek, wina męża. Była przekonana,
że  Julka  jest  w  jego  domu.  „Panowie  wiedzą,  to  jest  lekkoduch,  kretyn
nieodpowiedzialny!”  –  wrzeszczy  nie  wiadomo  czy  na  Julkę,  czy  na
niewidzialnego  Maćka.  Ludzie  na  komisariacie  patrzą  na  nią  podejrzliwie,
nic  nie  mówią,  każą  podpisać.  Młoda  niczego  nie  wyniosła,  nie  ma  niczego
w papierach, nie jest spalona, więc jest wolna.

Mama  Dawida  pojawia  się  chwilę  później.  Widzi  Oliwkę  i  Karola,  który

solidarnie  z  nią  czeka.  Na  początek  trochę  się  wkurza,  ale  zaraz  dopytuje
o  nich,  mięknie.  Mówi,  że  mogłaby  zabrać  Oliwkę,  bo  są  po  sąsiedzku.  To
dobra dziewczyna, tylko znalazła się w niewłaściwym miejscu.

Nie ma takiej możliwości. Dziewczyna musi czekać na swoją mamę. Pani

Basia podpisuje też zeznanie Chomika i słyszy, że przyjdzie do nich kurator
Dawida ustalić, co dalej.

A  mama  Oliwki  nie  odbiera  telefonu.  Podaje  więc  numer  do  Rycha.  Też

nie  odbiera.  Do  Babci.  Siedzi  na  posterunku,  tak  jakby  była  najgorsza  na
świecie,  sama  jedna.  Czuje  się  nikim  za  dwa  batony  i  wafelek,  do  tego  nie
swój. Mijają dwie godziny i dalej nic, chce jej się spać. Ostatecznie przywozi
ją do domu policja. Rozmawiają z Mamą i pewnie na rozprawie nie zapomną
o  tej  sytuacji.  Podobno  nie  może  –  zgodnie  z  prawem  –  przebywać  poza
domem  po  22.00  bez  opieki,  bo  nie  ma  szesnastu  lat.  A  Karol  to  niby  co?
Przecież  ma  osiemnaście!  Pełnoletni  opiekun  jak  nic!  Poza  tym  w  sklepie
byli po 21.00, gdyby nie jakiś białkoholik

5

, ochroniarz z mułami większymi

od głowy, to przecież byłaby w domu wcześniej. Może kilka minut po 22.00.

background image

Co to w ogóle za gadka? Na podwórku siedzi w wakacje do północy i nikt jej
nigdy  nie  naskoczył.  Nawet  jak  przejeżdża  obok  policja,  to  nie  jest
zainteresowana jej dzielnicą, omija ją szerokim łukiem. Spisywanie kogoś za
siedzenie na murku? Wolne żarty.

Ale  ma  i  tak  dużego  fuksa.  Gdyby  Mamy  nie  było  w  domu,  to  miałaby

przerąbane.  Rychu  nie  jest  jej  prawnym  opiekunem,  więc  nie  mógłby  jej
odebrać, zwyczajnie policja by nie wydała. Skoro nie ma rodziców, to trzeba
wprost na pogotowie opiekuńcze. Czasem do babci, dziadka, rodziny. Zależy,
jak się zagada, może i na takiego ojczyma jak Rychu by się zgodzili. Nie ma
reguły.

O  dziwo,  Mama  jej  nie  pojechała.  Zero,  null.  Rano  jak  gdyby  nigdy  nic

zaczęła sprzątać, co robi rzadko, bo wraca na krótko i szkoda jej czasu. Tym
razem nie poprosiła nawet Oliwki o pomoc. Pewnie miała wyrzuty sumienia,
że  nie  pojawiła  się  na  komisariacie,  albo  że  ciągle  jej  nie  ma  nigdzie  poza
NRD (Niemieckim Rajem Dziadków i Babć). Kiedy patrzy, jak Mama biega
w poszukiwaniu kurzu po całym domu, to się rozkleja.

Od Julki też żadnego sygnału. Poszła więc do Karola, bo Chomika matka

nigdzie dziś by nie wypuściła. Kara musi być. Pewnie z tydzień posiedzi bez
neta.

background image

M*

Nie  wie,  kiedy  Julcia  przeobraziła  się  w  Julię.  Pewnie  w  oczach  ojca  lub
matki  ta  przemiana  jest  mniej  widoczna  albo  udają,  że  nie  zachodzi,  bo
oznaczałaby, że się starzeją.

Wreszcie  Młoda  staje  się  sobą,  a  nie  tylko  krzyżówką  chromosomów  jej

rodziców  (po  mamie  uszy,  po  tacie  nos,  po  babci  stopy,  po  mamie  włosy).
Kilka  czynników  przypadkowo  staje  się  Julką.  Niektóre  z  nich  przylgną  na
zawsze,  inne  odpadną  za  jakiś  czas,  jak  na  przykład  dziwny  zaczes
i  słuchanie  Biebera  (które  powoli  i  tak  przechodzi  u  niej  w  hip-hop  i  bekę
z Biebera). Przynajmniej taką Magda ma nadzieję.

Ona jak była w wieku Julki, to na przykład nie unosiła głowy do góry, bo

myślała,  że  dziwnie  wtedy  wygląda,  słuchała  zespołu  Łzy  i  ściemniała,  że
dostała „bransoletkę miłości” od chłopaka, który chciał z nią chodzić. Ale nie
chciał, a branzę zrobiła sobie sama z muliny.

Ten  etap  jest  też  szczególny  ze  względu  na  Maćka.  Zachowuje  się  jakby

ich  DINKS  (Double  Income  No  Kids)  wymagał  jakiegoś  liftingu.  Prawnie,
przez  to,  że  Julka  nie  była  w  dokumentach  rozwodowych  zapisana  jako
dziecko  mieszkające  naprzemiennie,  żyją  w  związku  bezużytecznym  dla
demografii.  Podwójny  dochód,  zero  dzieci,  egoizm  wcielony,  tacy  to  nawet
na  in  vitro  by  się  nie  zdecydowali,  gdyby  było  za  darmo,  w  lęku  przed
spadkiem poziomu ich życia.

Reszta jest milczeniem, chociaż tak naprawdę a) alimenty Maćka to jedna

trzecia  jego  pensji,  reszta  idzie  na  spłacanie  kredytów;  b)  Magda  leci  na
umowach o dzieło i nawet nie ma ubezpieczenia.

Tymczasem jest 21.30, a Młoda wciąż nie dzwoni, więc Maciek kieruje się

w stronę auta, żeby ją zabrać od Oliwki. Zadzwoni, jak będzie pod klatką.

Magda  leży  w  wannie.  Rzadko  to  robi,  bo  niecierpliwi  się,  kiedy  jest

w pozycji horyzontalnej.

Nie  wie  dokładnie,  co  kryje  się  za  podjazdowymi  pytaniami  Macieja

o dzieci. Od kilku dni krąży wokół tematu. Czyżby córka była już „za duża”
i nagle chciał nową z Magdą? Skąd biorą się w jego głowie takie fantazje?

Jakby  nagle  Maciek  teraz  zechciał  mieć  dzieci,  to  byłby  najgorszy.

background image

Wcześniej twierdził, że nie ma takiej opcji, i Magda to zaakceptowała. „A to
sobie  znajdę  jakiegoś  ładniejszego  dawcę”  –  kwitowała  cynicznie,  chociaż
wiedziała, że tego nie zrobi.

Kiedy  miała  dziewiętnaście  lat,  lekarz  kazał  jej  zrobić  badania

hormonalne,  bo  miała  różne  problemy  z  miesiączką.  Wyniki  pokazywały
jednoznacznie,  że  jej  organizm  wytwarza  tak  zwany  naturalny  środek
antykoncepcyjny.  Mocno  podwyższona  prolaktyna.  „Mogę  przepisać  pani
środki,  żeby  temu  zaradzić.  Trochę  wyrównać  ten  poziom.  Ale  trzeba
uważać,  bo  wzrasta  ryzyko  zajścia  w  ciążę.  One  wytwarzają  właśnie  to,
czego brakuje w organizmie kobiety, która stara się o dziecko”. Oczywiście
nie kupiła żadnych tabletek i uznała, że wytwarzanie takiego hormonu to dar.
W międzyczasie zabezpieczała się gumkami, na wszelki wypadek. Do czasu,
aż  poznała  Majkę,  który  twierdził,  że  jest  uczulony  na  lateks,  a  ona  była
głupia.  Spotykali  się  przynajmniej  dwa  razy  w  tygodniu.  Mieli  blisko,  bo
wtedy  akurat  on  pracował  w  firmie,  która  wykonywała  pewne  zlecenia  dla
uniwersytetu,  na  którym  ona  była  na  Erasmusie.  Ten  niepokojący  związek
szkolnictwa wyższego z rynkiem. Prolaktyna w organizmie spadła z 60,44 do
17,24. Czar prysł i Magda zaszła w ciążę. Poroniła kilka tygodni później i nie
chciała, żeby to się powtórzyło.

Telefon. Niech dzwoni, nie chce jej się wstawać.
Znowu dzwoni.
No dobra, może to Maciek i coś się stało. Odbierze.
Oho, Exela. Dzwoni do niej sama, więc na pewno. Serce w gardle.
– Wielkie dzięki! Julka trafiła na policję!
– Proszę?
–  No,  proś,  bo  póki  co  się  u  was  nie  pojawi,  jak  się  nie  umiecie  nią

zajmować.

Ciepła woda złagodziła uderzenie krzyku Eli.
– Podaj mi Maćka! Nawet nie umie ode mnie odebrać telefonu!!!
Pewnie jest w drodze i nie odbiera w czasie jazdy.
– A z kim była Julka? Jak to się stało?
–  A  kogo  to  obchodzi,  z  kim  była?!  Była  i  już.  Musiałam  ją  odebrać

z komisariatu, bo zadzwonili. Taki wstyd! Zadzwonię jeszcze do Maćka, ale
przekaż  mu,  że  przez  trzy  tygodnie  Julia  ma  szlaban  i  siedzi  w  domu,  nie
przyjdzie do niego, skoro jest tatuśkiem, który ma w dupie, gdzie się włóczy
jego córka. Nara.

background image

Nic  więcej  nie  powiedziała,  bo  co  miała.  Krzyk  paraliżuje  –  Magda  traci

w jego obliczu mowę, błyskotliwość, czujność. Zanurkowała w wodzie, która
nie była już tak przyjemnie ciepła jak na początku. Syreny potrafią krzyczeć
pod wodą.

Każdy  przypisuje  sobie  sukces  wychowawczy,  jeśli  dziecko  zaczyna

używać nowych, mądrych słów, dobrze zasuwa na łyżwach albo ma śmieszne
riposty.  Radość  z  postępów  dziecka  jest  jakimś  rodzajem  samozachwytu.
Przyłapanie  dziecka  na  błędzie,  wykroczeniu  jest  z  kolei  wkurzonym
telefonem  do  byłego  partnera  czy  partnerki,  niani,  nauczycielki.  Oni
racjonalizują klęskę, stają się często jej wyjaśnieniem.

Magda  postanowiła  sprawdzić,  jak  długo  wytrzyma  z  głową  pod  wodą.

Jest  najgorszą  macochą  na  świecie,  ale  może  chociaż  świetnym  nurkiem.
Powtórzyła  to  kilka  razy,  aż  do  utraty  tchu,  momentu,  kiedy  widzi  się
natrętne  obrazy  i  dźwięki

6

.  Gorąco  zmieszane  z  płytkim  oddechem  to

przyjemne  uczucie,  jak  przy  bieganiu.  W  tym  czasie  przyszedł  Maciek
i pomyślał w pierwszej chwili, że Magda zemdlała w wannie. Wyciągnął jej
głowę,  a  ona  wypluła  na  niego  wodę  i  zaczęła  głośno  się  śmiać.  Miał
zdezorientowaną minę. „Chodź, położymy się, masz już zimną wodę”.

Okazało  się,  że  Maciek  nie  zna  szczegółów.  Tym  razem  został

potraktowany „po macoszemu” i wyraźnie była to dla niego nowość.

Otrzymał od losu okazję, żeby poczuć się tak, jak Magda czuje się zawsze.
Do  tej  pory  nie  lecieli  jeszcze  z  Exelą  artykułem  211  Kodeksu  karnego:

„Kto,  wbrew  woli  osoby  powołanej  do  opieki  lub  nadzoru,  uprowadza  lub
zatrzymuje  małoletniego  poniżej  lat  15  (…)  podlega  karze  pozbawienia
wolności do lat 3”. Ale sprawa była blisko, przecież nie mogła fochem, bez
wyjaśnień schować córki  w wieży. Wypalił  trzy papierosy pod  rząd i usnął.
Postanowił rano pojechać do Eli i wyjaśnić sprawę.

Magda  wysłała  esemesa  do  Julki:  „Jak  tam?”.  Nie  otrzymała  żadnej

odpowiedzi, więc mogła podejrzewać, że matka zabrała jej telefon. A to już
jest poważna sprawa. Tata, pani Magdalena i koleżanki mogą sobie pisać, ile
chcą.  Może  chociaż  zapomniała  o  odłączeniu  internetu,  napisze  do  niej
jeszcze na Viberze.

Rano  nie  było  żadnej  odpowiedzi  od  Młodej,  więc  znalazła  Oliwkę

i zaczęły rozmawiać na czacie. Po kilku minutach mniej więcej wiedziała, co
się  wydarzyło,  i  gdy  wrócił  Maciek,  porównali  obydwie  wersje  wydarzeń.
Były różne.

background image

Podobno Exela jest sfiksowana na punkcie tego, że ona i Maciej pozwolili

Julce wychodzić do 22.00 bez pytania jej o zgodę. Jak Młoda u nich jest, to
powinna przebywać z ojcem, a jak go nie ma, powinni dawać znać Eli, gdzie
Julka  przebywa.  Nastolatka  uwięziona  z  ojcem  w  jednym  budynku  24/7,
trochę potworne.

–  Przecież  ona  wiedziała  o  tym  od  dawna.  Ustaliliśmy  to  półtora  roku

temu, że nie trzeba wszędzie z nią chodzić.

– Ja to wiem, ty to wiesz, ona to wypiera. Nasza wina.
– Nie mamy tego na papierze, co?
Do  pewnego  momentu  wszystkie  ustalenia  spisywali  na  zasadzie  umowy

wraz z podpisami. W końcu zaczęli się jednak dogadywać, więc przestali to
robić – po co dodawać biurokracji.

Tak  czy  inaczej  –  Maciek  zrobił  Magdzie  herbatę  (jak  w  wytrawnym

polskim serialu) i postanowił, że zadzwoni do Eli znowu, jeszcze dzisiaj.

Sprawdził  dokumenty  rozwodowe  sprzed  lat,  gdzie  było  napisane

„weekend  raz  na  dwa  tygodnie,  miesiąc  wakacji  lub  częściej  –  zgodnie
z ustalonymi między stronami terminami”. Czyli trzy tygodnie to już, według
prawa, utrudnianie widzenia się.

Problem był taki, że żyli nie tak jak w papierach. Od zmiany szkoły Julka

mieszkała  niemal  cały  czas  u  Maćka  i  Magdy,  a  do  Exeli  wracała  na
weekendy  –  raz  na  dwa  tygodnie,  widywały  się  też  w  międzyczasie,  gdzieś
razem  wypadały.  Nie  zmieniło  to  rzecz  jasna  wysokości  alimentów  ani
zapisów w wyroku. Sami tak się dogadali.

Teraz ten papier mógł raczej zaszkodzić niż pomóc.
Dziesięć  lat  temu  Maciek  nie  wpadł  na  to,  że  może  w  sądzie  ubiegać  się

o  mieszkanie  naprzemienne.  W  ogóle  się  o  tym  wtedy  nie  mówiło,  więc
ostateczny  wyrok  i  tak  wydawał  się  w  porządku,  a  Ela  chciała
współpracować.

background image

M*

Sceny  kłótni  zawsze  rozgrywały  się  w  kuchni.  W  taki  sposób,  żeby  mogli
równocześnie  zajmować  się  dodatkowymi  czynnościami  i  przerzucać  złość
na  przedmioty.  Mycie  naczyń,  krojenie  chleba,  układanie  książek  na
parapecie.

– Krzyczysz.
– Ale! Przecież zwyczajnie pytam.
– A ja zwyczajnie odpowiadam. Nie wiem.
– Znasz tę jej koleżankę, pisałyście do siebie.
– Znam, ale nie rozumiem pytania: „A ona jest z jakiejś pato rodziny?”.
– Oh, nie zgrywaj takiej.
– Jakiej?
– Poprawnej politycznie, czarującej rzeczywistość?
– Nie zgrywam.
– Słuchaj, powiedz mi tylko, jaka jest, bo Ela wierci mi dziurę w brzuchu

i chcę mieć kontrargumenty.

–  Zwyczajna  jest.  Jak  to  nastolatka.  I  owszem,  mieszka  w  dzielnicy

hatifnatów.

– A czy ona… Ela mówiła, że mieszka tylko z ojczymem.
– Proszę cię!
– Nie broń go dlatego, że jest ojczymem. Może ją zaniedbuje?
–  Uh.  Co  to  ma  do  jej  koleżanki?  Skoro  Julka  trafiła  na  komisariat,  tak

samo jak ona…

–  Sama  jesteś  uh.  Pytam,  bo  to  ważne.  Nie  chcę  wyjść  na  głupka,

broniącego  jakiejś  dziewczyny,  która  ją  pogrąży.  Ja  do  niej  nic  nie  mam,
muszę przekonać Elę.

– Maciek. Nic nie musisz. Oliwka to normalna dziewczyna i PIERWSZA,

z  którą  Młoda  koleguje  się  dłużej  niż  miesiąc.  To  powinno  wystarczyć.
A  tamto…  Miały  pecha  i  już.  Chłopaki  ściągnęli  po  trzy  buchy  za  dużo,
w tym wieku imponują dziwne rzeczy.

[Magdzie na przykład imponowało, że chłopcy z autobusu, którym jeździła

do  szkoły,  dali  jej  ksywkę  Shakira.  Myślała,  że  to  z  powodu  skórzanego

background image

paska,  takiego  zwisającego,  ze  wzorem,  i  jej  blond  włosów  (chociaż  tak
naprawdę  nie  miała  blond,  tylko  szaro-polskie).  Po  pół  roku  okazało  się,  że
tak  naprawdę  „Shakira”  wołali  na  jej  koleżankę,  o  wiele  ładniejszą  od  niej.
Była tym załamana tak bardzo, że przestała jeździć autobusem.]

– Zresztą co ja się wysilam. I tak Ela zrobi, co zechce. Muszę iść do pracy.

Pa.

Postanowiła,  że  jak  nie  drzwiami,  to  oknem.  Jeśli  Exela  pójdzie  na

kompromis  i  pozwoli  Julce  na  powrót  do  normalności  (czyli  mieszkanie
u nich w tygodniu) plus szlaban w dwóch domach, to jakoś to ogarnie. Ona
w  każdym  razie  wpuści  wtedy  Oliwkę  do  domu  i  pozwoli  jej  korzystać
z neta, bez przesady. I tak się spotykają w szkole!

Podważy  tym  samym  autorytet  wychowawczy  Eli.  Cóż,  raz  na  jakiś  czas

trzeba tłuc święte figurki, żeby żyć normalnie.

background image

M*

Minęły dwa tygodnie i Exela bez słowa przywiozła Julkę do Maćka. Nawet
nie  wyszła  z  auta.  Córka  miała  spędzić  u  nich  „trzy  dni,  a  później  się
zobaczy”.

background image

O/J

Dziewczyny  siedziały  na  czerwonej  kanapie  w  pokoju  Julki.  Od  czasu
„szlabanu” gadały tylko na przerwach albo jak Julka złapała gdzieś wi-fi, bo
Mama  zablokowała  jej  transfer  danych  w  komórce  i  odpięła  kabel  sieciowy
w  domu.  Zostały  ewentualnie  esemesy,  ale  to  jest  jak  pisanie  listów.
Z  Oliwką  nie  musi,  a  z  Nowym  to  by  wyglądało,  że  za  bardzo  się  stara,
a wręcz jest natarczywa.

Julka od razu postanowiła, że lepiej, aby tym razem przyjaciółka przyszła

do  niej  na  noc  zamiast  czatować.  Tym  bardziej  że  pierwsze,  co  zrobiła  po
odpaleniu  kompa,  to  odpowiedziała  na  wiadomość  od  Karola,  który
dwanaście  dni  wcześniej  zaprosił  ją  do  znajomych,  a  ona  z  biciem  serca
przyjęła  go  między  pomidorami  a  ziemniakami  w  supermarkecie,  gdzie
cudem złapała wi-fi z kawiarni obok. Wahała się, czy od razu zaakceptować,
bo  później  będzie  dziwnie  wyglądać,  że  nie  odpowiada  na  jego  zaczepki.
Nawet  kilka  razy  jej  się  śniło,  że  Nowy  dodaje  post  i  ją  w  nim  taguje,
i wygląda to tak, że go zlewa ciepłym moczem, bo nie daje lajka. Z drugiej
strony może milczenie dało jej porządne fory.

Przed  dziewczynami  stał  laptop,  więc  Oliwka  szybko  zapomniała,  że

w pokoju Julki jest tak… pusto.

Nie ma dywanu, tylko drewniana podłoga. Zero maskotek pełnych kurzu,

pchających  się  do  skoku  samobójczego  z  szafy.  Bez  figurek,  bez  obrazka
z komunii, bez tapety. O łóżku lepiej nie mówić. Dom Julki to ewidentnie nie
była klatka Oliwki i Chomika.

Właśnie,  niech  lepiej  nie  zaczyna  myśleć  o  swoim  domu,  bo  Oma  ją

wkurwia  niemiłosiernie.  Codziennie  do  nich  przychodzi,  od  kiedy  Matka
wyjechała, i robi, co chce. Kiedy Babka wyjedzie do pracy? Już cały miesiąc
tu  jest!  Wakacje  ma  czy  co?  Rychu  się  cieszy,  bo  jak  on  przychodzi,  to
Babcia znika, więc nawet nie wie, jak się rządzi. Pewnie to przez rozprawę,
która  jest  za  tydzień.  Przyspieszyli  przez  komisariat.  Mama  jej  nagadała,  że
ma  pilnować,  czy  Oliwka  chodzi  do  szkoły  i  wraca  wieczorem  do  domu.
Wszyscy wiedzą, że na bank i tak dostanie swojego kuratora, więc po co ta
szopka?

background image

Zaczyna Julka.
– Fajny ten Nowy.
– Karol? Ciężki przypadek, ja bym ci nie polecała.
– A niby czemu?
– Widziałaś sama. Gandża mu w głowie. Nawet Dawida przekręca.
– Chyba on sam zabrał te wafelki. Nie jest lepszy od Karola.
–  Nie  sam.  Dawid  nie  kradnie.  Ale  jest  kluską  –  gdzie  nie  pójdzie,  to  na

wszystko się zgodzi.

Julka przewraca oczami. Żółty nie, Nowy nie. To kto się dla niej nadaje?

Znowu  Oliwka  ma  ją  za  gówniarę,  która  nie  nadaje  się  dla  żadnego  z  jej
kolegów. Napisze do Karola, jak Oliwka sobie pójdzie. Po co w ogóle pytała
o  Nowego?  Ona  ani  słowa  nie  rzuciła  o  Dawidzie,  chociaż  to  knypek,  i  do
tego wszyscy myślą, że jest gejem. No to szpila.

– A wiesz, że wszyscy myślą, że Dawid jest pedałem?
–  Wiem  –  Oliwka  bierze  oddech.  –  Nowy  był  w  ośrodku  i  od  tego  czasu

jest mocno przywieszony. Mówili o nim różne rzeczy, od cwelowania po to,
że zgwałcił na podwórku Urbańczyk, co jest teraz też w ośrodku.

– A Dawid to gej?
– Nie.
– No to Karol pewnie też jest OK. Czysty.
Oliwka wzrusza ramionami.
– Kiedy kończy ci się kara?
– Nie mam pojęcia.
– Nowy ma urodziny za miesiąc i wszyscy gadają o imprezie u niego.
– Po co mi to mówisz, jak niby jest taki zjebany?
– Nie musisz z nim chodzić, a impreza może być spoko. Przecież nie tylko

Karol tam będzie.

Oliwka  liczyła,  że  jeszcze  pójdzie,  chociaż  ta  rozprawa  i  nowy  kurator

mogą jej namieszać w planach. Oby Oma już wróciła do Niemiec, jak będzie
ta vixa.

background image

O/J

– Oli? Podwieźć cię po śniadaniu?

Macocha  Julki  wychyliła  się  z  kuchni  w  stronę  pokoju  Julki.  Miała

rozpiździel  na  głowie,  jakby  szarpała  się  z  kotami  w  piwnicy.  Ale  i  tak
zazdrość – Oliwka prawie w ogóle nie ma włosów, więc wolałaby taki syf niż
zakola w wieku piętnastu lat.

– Nie trzeba…
Oliwka zawsze czuła się dziwnie, kiedy miała coś dostać za darmo.
– I tak jadę w twoją stronę.
Próbowała po drodze wyciągnąć od Oliwki, jaka jest sytuacja w jej domu

po tej całej akcji w sklepie. Na szczęście ciąża urojona już dawno zeszła na
drugi plan. Minęło prawie siedem miesięcy i nie było gadki.

– Zwyczajnie. Mam rozprawę za tydzień.
– Jaką rozprawę?
–  Nie  pamiętam,  jak  to  się  nazywa.  Ale  taką,  że  po  niej  pewnie  dostanę

kuratora. Tak wszyscy mówią.

– Za co niby?
– Za ten sklep.
Babka  wyglądała  na  lekko  przerażoną.  Ciekawe,  czy  to  ona  wkopała

Oliwkę  do  pedagożki.  Niby  miła,  a  jednak  jest  w  niej  coś  niepokojącego.
Przez resztę drogi szyła jakieś dziwne gadki, włączała muzę bez sensu. Niby
hip-hop,  a  jakiś  słaby,  teksty  o  byle  czym,  „wicher  dobijał  się  do
okien / budził sny”

7

.

background image

M*

– Anka, czy to możliwe, że Julka dostanie kuratora za tę akcję w sklepie?

Koleżanka ziewnęła do słuchawki.
– Hm, gdyby mieszkała na ośce swojej koleżanki z klasy…
– Może Exela jest taka wkurwiona, bo dostała wezwanie?
– Wasza córka dostałaby kuratora, gdyby doszło do przewrotu ludowego.

Ugadajmy  się  w  jakiś  weekend,  to  pogadamy.  Mam  na  razie  zapierdol
w łóżku. Spaać.

– Pa. Miłość. Ale serio nie ma takiej opcji?
– Pff. Socjolożka od nierówności! Dobranoc.
– Dzień dobry, pa.

background image

O/J

Na  korytarzu  siedzieli  Julka,  Oliwka  i  Chomik.  Ta  pierwsza  już  miała
transfer danych, więc bardziej była w smartfonie niż w szkole.

Pierwsza zagaiła Oliwka. Do Chomika.
– Co dostałeś?
–  Nic.  Mam  już  kuratora,  więc  coś  tam  nagadali,  przeprosiłem  i  już.  A!

I trzydzieści godzin w hufcu do odrobienia.

– Aha.
– To wy w tym samym czasie mieliście rozprawy?
Zapytała, jak z wnętrza akwarium, Julka.
– Po kolei zawsze robią. Ale się nie spotkaliśmy. To co ty masz, Oliwka?

Stokłosę ci dali, co? He, he.

Oliwka wyjęła komórkę i zaczęła ją odblokowywać.
– Nie Stokłosę.
– To tego Hajduka? Wysoki, gruby? Kowale go mają.
– Nie.
– To niby kogo ci dali?
– Ośrodek.
Zaczęła przeglądać foldery z muzyką.
– Co?
– Ośrodek.
Starała się być twarda, włączyć sobie muzę w jednym uchu.
– Co, kurwa?
Wybrała utwór

8

.

– O-ŚRO-DEK.
Dawid  przysunął  się  do  niej.  Pierwszy  raz  zrobił  to  w  szkole.  Zaczął  ją

głaskać, a ona schowała głowę między nogami i zamieniła się w pięciolatkę,
beksę-lalę.

Zadzwonił  dzwonek  i  nikt  się  nie  ruszył  do  klasy.  Julka  odłożyła  telefon

tak  jak  odkłada  się  go  na  pogrzebie.  Zgarnęła  ich  dopiero  wice,  która
przechodziła  korytarzem  dziesięć  minut  później.  Julka  i  Chomik  do  klasy.
Oliwka do pedagoga.

background image

Oczywiście na rozprawie nie mogła się pohamować. Zawsze tak ma, kiedy

się denerwuje, bo to chora sytuacja, kiedy ktoś na ciebie warczy, wiedząc, że
ty  nie  możesz  odpyskować.  Przerabiała  to  już  z  Ryśkiem,  Babcią,  Mamą,
silniejszymi chłopakami, którzy ją zaczepiali, nauczycielami, którzy uważali
ją za głupią, bo nie zrobiła pracy domowej. Choćby bardzo chciała, to całe jej
ciało stawiało opór – czuła się jednym wielkim dissem. W ogóle się nie boi
agresywnego  tonu,  przerobionego  przez  nią  na  sto  sposobów  i  w  stu
miejscach. 

Automatycznie 

odpiera 

go 

atakiem 

jak 

każde 

ciało

przyzwyczajone do tego, że ma się bronić.

Osoby uległe mają się lepiej.
Dziewczyna przed nią się rozpłakała i mówiła roztrzęsionym głosem.
Ona  nie  potrafiła.  Chciało  jej  się  śmiać  ze  zdenerwowania,  a  głos  był

wyjątkowo pewny.

Po  co  sędzina  mówiła  do  niej  tonem  pani  Frau?  Dlaczego  nie  była  jak

Anna  Maria  Wesołowska?  Czemu  nie  zapytała,  czy  zajmuje  się  młodszymi
dziećmi,  sprząta,  robi  zakupy,  płaci  rachunki,  planuje  poprawić  oceny
i normalnie chodzić do szkoły? Zapytała, czy Oliwka zamierza palić lub pić
alkohol  pomimo  tego,  że  została  dwa  razy  za  to  spisana.  Odpowiedziała
pytaniem:  „A  pani  nie  pali?”.  I  poleciało.  Że  demoralizacja,  że  opuszczone
godziny  w  szkole,  że  brak  nadzoru  pedagogicznego,  że  opuszczanie  zajęć
w świetlicy kuratorskiej.

Wzruszyła  na  to  ramionami.  Musiałaby  tłumaczyć  każdy  zarzut  osobno.

Co  to  w  ogóle  jest  ta  cała  demoralizacja,  którą  powtarza  w  kółko  jak
zaklęcie? Trzeba to zgooglować.

background image

O/J

Najgorszy  dzień  Oliwki  miał  być  zarazem  najlepszym  dniem  Julki.  W  jej
plecaku  znajdowały  się:  bluzka  z  napisem  Not  that  kind  of  girl,  spodnie
z  potarganymi  miejscami,  tusz  do  rzęs  i  podkład  light  beige,  trochę  za
ciemny. Po ostatniej lekcji zamknęła się w kabinie WC i zaczęła przebierać,
choć nie było to najprostsze zadanie na takiej powierzchni. Podobno Milena
z  ich  klasy  zaciągnęła  tutaj  kiedyś  nauczyciela  WF-u.  Nie  ma  pojęcia,  jak
w tym miejscu ktoś mógłby chcieć się miziać. To musi być dopiero fejk – jak
to  całe  słoneczko.  W  lusterku  widziała  głównie  ciemność,  więc  nie  jest
pewna,  czy  jej  makijaż  spełni  swoją  funkcję  –  zatuszuje  wypieki
podekscytowania (podkład), skieruje wzrok chłopaka na oczy, a nie małe usta
(tusz, a nie szminka, która dodatkowo by się jej rozmazała, gdyby zaczęli się
całować).

Nie do końca wie, co oznacza, że Oliwka pójdzie do ośrodka, ale ona ma

dzisiaj Chomika i wyraźnie nie potrzebuje wsparcia Julki. Wyśle jej najwyżej
esemesa, żeby trzymała za nią kciuki, bo spotyka się zaraz z Nowym i będzie
z nim miała defto

9

.

Chociaż miał czekać na nią za szkołą, to pojawił się zaraz przy głównym.

Zabrzmiało  to  poważnie  jak  esemes  z  wyznaniem  zamiast  emotikonu.
Szkoda,  że  w  tym  czasie  przy  wyjściu  nie  było  nikogo  poza  grupką
pierwszaków.  Nowy  był  wysoki  koszykarsko,  wyglądał  na  ich  tle  jak
nauczyciel  WF-u.  Przeciwieństwo  Chomika  i  wszystkich  chłopaków  w  ich
szkole od pierwszej do drugiej klasy. W trzeciej kilku podobnej wielkości by
się może znalazło, ale też bez przesady.

Słońce  świeciło  zza  jego  głowy,  a  raczej  czapki  z  daszkiem  plus  głowy,

więc zauważyła wreszcie, że ma odstające uszy, o których gadała jej Oliwka.

– Siema.
– Się.
Trzymał coś za plecami, ale nie wiedziała co. Pewnie fajkę, choć przecież

mógł ostentacyjnie jarać na dziedzińcu, bo nie chodził do jej szkoły.

Podeszła do niego, zastanawiając się na szybko, czy ma mu podać rękę, ale

to byłoby bez sensu. Lepiej nic nie podawać ani nie przystawiać policzka, tak

background image

jak  to  robią  niektórzy  znajomi  Oliwki.  Na  ich  stopie  znajomości  to  albo  się
będą lizać, albo mówić sobie „Siema” z bezpiecznej odległości.

Ostatecznie  jakoś  odruchowo  tyrpnęła  go  w  ramię.  Sama  nie  wiedziała,

skąd jej się wziął taki zaczepny gest.

Wtedy on wyciągnął rękę zza pleców i zaczął ją kierować w stronę Julii.
O nie. Chce się przywitać jak z kolegą. Wtopiła.
Otworzył  jednak  dłoń  w  inny  sposób  niż  przy  powitaniu.  Okazało  się,  że

miał w środku bransoletkę.

Nie  fajkę,  kwiatka  albo  nic,  tylko  branzę  z  tych  wzorkowych,  udających

tatuaże – na bank ze „Wszystko po dwa złote”.

Dał od razu, nie sprawdzając, czy ich spacer się uda i nie lepiej zachować

taki prezent dla innej dziewczyny. Trafiła się Julce i już.

Założyła  bransoletkę  na  nadgarstek,  nie  wiedziała,  co  innego  mogłaby

w  tej  chwili  zrobić.  Szkoda,  że  była  zapakowana.  Przez  to  dłuższą  chwilę
patrzył,  jak  Julka  niezręcznie  walczy  z  folią,  którą  następnie  wkłada  do
plecaka, bo nigdzie dookoła nie ma kosza.

Była teraz oznaczona Nowym na ręce.
Poszli  na  spacer  inną  drogą  niż  chodził  czasem  z  kolegami.  Zaraz  by  się

zaczęło  gwizdanie,  gadanie  o  cipkach,  robieniu  loda  i  minety  na  głos.
Dowiedziałaby  się  poza  tym  wtedy,  jaką  ma  ksywkę.  Ucho  albo  Uszi,  co
mogłoby sugerować, że kapuje, chociaż to nieprawda. Prawda jest gorsza, bo
chodzi o jego uszy. Bez dłuższej historii.

Julka  pachnie  jak  choinki  w  autach,  poważnie,  nie  poznał  jeszcze  takiej

porządnej  dziewczyny  z  długimi,  prostymi  włosami.  Pasują  do  siebie  jak
H&M do targowiska.

Nie  wie,  dlaczego  tak  się  denerwuje,  że  ktoś  mógłby  go  teraz

zdemaskować. Tak jak Stary mu robi, kiedy odbiera telefon, z którego wysłał
cichaczem esemesa, bo sam nie ma nic na karcie, a kumpel nie zakumał, że
ma  odpisać  na  jego  numer.  Każdy  z  kolegów,  jak  słyszy  jego  starego
w  komórce,  to  pyta  automatycznie:  „Jest…  jest…  ten…”,  a  Stary  krzyczy
wtedy: „Uszi! Łobuzie!”.

Taki stygmat – nawet stary nie mówi do niego po imieniu.
Chłopak chciałby, żeby Julka je poznała.
W  tym  celu  zabrał  ją  nad  stawik  z  glonorostami.  Czasem  tam  dopływają

kaczki, ale on osobiście widział je tylko raz.

Siadają  na  ławce  i  chciałby  położyć  dłoń  na  jej  udzie,  ale  utrudnia  mu  to

background image

napis  „Ssij”  –  znajdujący  się  centralnie  na  wprost  ich  ławki,  na  murze
okalającym stawik z żurem. Trzyma więc siebie sam za rękę i zamiast gadać
jej luzacko-ziomalskie treści, to sączy przez zęby jakieś słone gadki o tym, że
jest  niektórym  w  Polsce  tak  ciężko  i  jego  szwagier  wyleciał  na  Wyspy  za
pracą,  gdzie  go  pochłonęła  jakaś  maszyna  i  nie  dostał  nawet  grosza
odszkodowania, a jest bez ręki. Ujebało mu, serio. Jest kaleką.

Postanawia,  że  pogadają  o  czymś  milszym  na  innej  ławce.  To  „Ssij”  go

wykańcza.

Przechodzą więc dalej, siadają i łapie ją za rękę. Czy jego łapsko pasuje do

takiej  małej  rączki?  Nie  ma  pierścionków  ani  pomalowanych  paznokci.
Ostatni raz trzymał taką dłoń w przedszkolu, na leżakowaniu.

Kiedy  podnosi  wzrok  z  ręki  Julki  –  ile  można  się  gapić  –  jego  oczom

ukazuje  się  kolejny  napis  na  murze.  Ten  brzmi  „Chapaj!”.  Co  za  spalone
pojebusy to zrobiły? Niemniej to słowo można jeszcze jakoś przekręcić. Ale
jest  już  za  późno  i  wyobraża  sobie,  że  ręka  Julki  jedynie  z  jego  bransoletką
sięga do jego spodni.

Trzeba  więc  wyobrazić  sobie  teraz  najstraszliwsze  obrazy.  Jego  siora

z  przyrodnim  bratem.  Ujdzie.  Matka  z  bratem  ojca.  Fuj,  ale  nie  widzi  tego.
Katecheta  z  nim!  Ten  kolo  z  łuszczącą  się  skórą  na  rękach  z  wyciągniętą
fujarą i zdaniem: „Dotkniesz go?”. Udało się, przeszło.

Została  tylko  głupia  mina  ziomka  wpatrzonego  w  napis  „Chapaj!”.  Jakie

czasy, takie prawdy na murach.

A  Julka  była  piękna  i  ewidentnie  też  zauważyła  już  ten  napis.  O  czym

mogła  myśleć  taka  laska  jak  ona?  Przy  „ssij”  o  piciu  drinka  przez  słomkę?
Przy „chapaj” o „chwytaj dzień”?

Niestety  nowa  ławka  nie  wytworzyła  lepszego  nastroju.  Wszystko

pozostało w nutce słonej albo Julka nie chciała się wyrywać z konwencji.

– Mało mówię, bo Oliwka idzie do ośrodka.
Powiedziała  coś,  wreszcie!  Była  przez  moment  nawet  zadowolona,  że

przyjaciółka tam trafi, bo dzięki temu ma o czym rozmawiać z Nowym.

– Co ty? Ale psy, chuje!
– Wczoraj miała rozprawę. Dawid załamany.
– A ktoś się u niej odwoła?
Julka  oblała  się  właśnie  rumieńcem,  który  podkład  miał  zatuszować.

Niestety  nie  zakamuflował  jej  buraka,  bo  w  WC  Gimnazjum  nr  6  pokryła
głównie  czoło,  nos  i  brodę,  przez  co  wyglądała  teraz  jak  ofiara  fruktozy.

background image

Pomarańcz  z  białymi  plamkami  w  strefie  T,  czerwień  na  policzkach.  Na
szczęście w murze nie było lustra. Musiała się poddać.

– Co to znaczy?
Wiadomo, że taka Julia ma więcej wspólnego z czekoladkami niż sądem.
– Że tego. Wiesz. Pismo składasz i piszesz w nim, że nie zgadzasz się na

taki wyrok, bo to i to, i to. Masz ileś tam dni, nie pamiętam teraz ile.

Miał  już  powiedzieć,  że  matka  tak  kiedyś  zrobiła  w  jego  sprawie,  pisząc,

że ma zdiagnozowanego Aspergera i nie nadaje się do ośrodka, ale po co jej
zdradzać,  że  chuja  z  tego  wyszło.  Może  po  jakimś  ziole,  alko  wykrzesałby
z siebie choć gram szczerości, ale teraz to nie.

–  Sąd  może  zmienić  opinię.  Rzadko  to  robi,  ale  podobno  można.  Trzeba

wcześniej się odwołać.

– Skąd wiesz? Miałeś taką rozprawę?
Od  razu  spiął  się  jeszcze  bardziej.  Ta  merci  z  nugatem  chyba  wie,  o  co

halo.

– W trzeciej gimnazjum.
– I jak się skończyło?
– Wyszedłem z ośrodka rok temu. Wcześniej chodziłem przez pół roku do

OHP.  Było  zajebiście,  ale  wzięli  mnie  dalej  za  to,  że  niby  dwa  razy  policja
mnie  zgarnęła  zrobionego.  A  ja  pić  potrafię.  Potraktowali  mnie  alkomatem,
tam  zawsze  coś  wyjdzie.  Ale  nie  ma  o  czym  gadać.  Oliwka  sobie  poradzi,
ona jest twarda.

Tym  razem  Julka  się  spięła.  Znowu  przyjaciółka  jest  lepsza,  fajniejsza,

twardsza. Czemu ona tak nie potrafi?

– Nigdy nie poznałem takiej dziewczyny jak ty.
Julka  wbiła  wzrok  w  „Chapaj!”,  a  później  uciekła  w  stronę  swoich

sznurówek.

– Jakiej?
Szukał słowa, ale żadne adekwatne nie przychodziło mu do głowy.
– Łagodnej.
Jak gorszy sos do kebaba. Wolałaby być dla swojego przyszłego chłopaka

raczej hot.

Próbowała się uśmiechnąć, ale średnio to wyszło.
– I mądrej.
Czyli jest brzydka.
– To fajnie, że tak myślisz.

background image

I później film się urwał. Nowy szepnął jej coś do ucha i wsadził język do

buzi.  Uchyliła  usta  tak,  żeby  przepuścić  go  przez  zęby,  i  zamknęła  oczy.
Czuła  się  nawet  OK,  chociaż  bała  się,  że  zaraz  się  poślini.  On  jej  wtedy
szepnął: „Nie wstydź się, otwórz oczy” i całowali się z otwartymi oczami, co
było dosyć creepy i bała się, że zrobi zaraz zeza, jak nie przymknie chociaż
jednej powieki. Teraz musi patrzeć w jeden punkt, na przykład na jego rzęsy.

Nie przeszli żaden level wyżej.
Karol myślał, że nie może tak od razu wszystkiego, a Julka podejrzewała,

że  pewnie  nie  chce  niczego  więcej,  bo  wie,  że  nie  jest  obcykana.  Grali
w takiego ping-ponga z otwartymi oczami z godzinę. Spróbowała go ugryźć
w wargę, żeby to jakoś urozmaicić, ale nie wyszło, bo zapytał, czy wszystko
dobrze, zamiast uznać to za mniej  ł a g o d n ą  pieszczotę.

Później  zadzwonił  jej  smartfon.  Magda.  Odrzuciła  ją.  Od  tego  momentu

wiedziała  jednak,  że  trzeba  zacząć  się  wycofywać  z  parku  ze  zdechłymi
łabędziami. Tylko jak? Nie jeździła za bardzo tramwajami, bo ją zawsze ktoś
gdzieś podwoził.

– A na jakim osiedlu mieszkasz?
Wszystko zaraz wyjdzie. Ale musi powiedzieć, żeby wrócić.
– Łęknice.
–  Czyli  jedziemy  na  Cedlera  busem,  a  później  cię  odprowadzę.  W  tych

blokach koło sportowej pewnie mieszkasz, co?

Kiwnęła głową. Może Karol zmyje się wcześniej i nie zobaczy, że mieszka

tak naprawdę w niebieskim domku.

– To idźmy.
W przejściu podziemnym, którym ją prowadził, było czuć mocz. Złapał ją

w  pasie  dokładnie  w  chwili,  kiedy  o  tym  pomyślała.  Tak  jakby  miała  uciec
przez te siki. Na przystanku poza nimi byli jeszcze jacyś chłopcy, którzy pili
jedno piwo na czterech przy automacie z biletami. Kiedy Karol ich zobaczył,
skręcił w przeciwną stronę, szybko zerkając na rozkład jazdy, tak żeby stanęli
z Julką za kioskiem. Tam puścił ją i odpalił papierosa.

– Mamy osiem minut.
– A bilet?
Machnął ręką.
– Kiosk zamknięty.
– To może u kierowcy kupię albo w automacie?
– Automat nie działa, a kierowca nigdy nie wydaje reszty. To Ząbkowice.

background image

Zaczęło  padać,  zrobiło  się  lepko  i  zimno.  Miała  w  plecaku  nieulubiony

sweter,  którego  nie  mogła  włożyć  przy  Nowym,  bo  wyglądałaby  grubo.
Karol  zauważył,  że  ma  gęsią  skórkę,  więc  zdjął  swoją  bluzę  z  kapturem.
Wyglądała na niej jak tunika, była do kolan. Założyła kaptur, ale deszcz i tak
padał na jej twarz i doprowadził do zmycia tuszu oraz resztek podkładu.

Na  szczęście  podjechał  autobus,  w  którym  dla  odmiany  było  lepko  oraz

gorąco.  Została  w  kapturze,  żeby  nie  zauważył  jej  pokręconych  od  wilgoci
włosów.  Wyciągnęła  z  kieszeni  telefon  i  zobaczyła  na  nim  pięć
nieodebranych  połączeń.  Magda,  Tata,  Magda,  Tata,  Magda.  Postanowiła
wysłać esemesa: „Jestem za pół h, sorry”. Wiedziała, że w wyniku tego ruchu
smartfon  zadzwoni  po  raz  szósty  i  będzie  już  musiała  odebrać.  Dziesięć,
dziewięć, osiem, siedem, sześć.

Chandelier.
– Dzwoni ci – rzucił Karol.
– Mhm.
– Odbierz.
Spala  jeszcze  większego  buraka  niż  wcześniej,  ale  odbiera.  Na  bank

usłyszy,  że  rozmawia  z  rodzicami,  i  uzna  ją  za  wychuchane  dziecko.  Mówi
do  telefonu:  „Sucham”,  bez  „ł”,  żeby  zabrzmiało  bardziej  obojętnie.  Jezu,
a Karol jej jeszcze z pół godziny temu opowiadał, jak pierwszy raz się spalił
na własnej komunii. Brat przyniósł jaranie do domu i dał mu ściągnąć bucha
–  żeby  miał  efekty  specjalne  do  grania  w  PSP.  Strzelał  chwilę  do
przeciwników,  a  później  zemdlał.  Ona  tymczasem  ma  piętnaście  lat
i  odpowiada  na  pytanie  ojca:  „Nie  zmokłaś?”.  Chociaż  z  drugiej  strony  to
może  zwiastować  też  coś  dobrego:  koniec  ochronki,  skoro  spóźnia  się  do
domu, a nikt jej nie ma tego za złe, tylko pytają, czy wzięła ze sobą parasol.
Wpuściła  Karola  do  domu.  Szedł  za  nią  pod  same  drzwi,  nie  dało  się  go
spławić.

Ojciec siedział przed kompem w przejściowym pokoju, Magda też, ale po

przeciwnej stronie blatu. Na jego widok niemal zamknęli klapki laptopów.

Maciek  pomyślał,  że  koleś  jest  jakiś  wyrośnięty,  Magda  dała  mu

osiemnaście lat. Przeszli szybko do pokoju Julki, która starała się jak mogła
udawać, że to zwyczajna sytuacja.

Wprowadzanie do domu takiego olbrzyma.
– Hej, to Karol. Karol, to rodzice.

background image

M*

Niezły występ dała Julka.

Trochę  jak  kiedyś  na  festynie  szkolnym,  pierwszym,  na  który  Magda

zdecydowała się pójść.

Młoda  była  wtedy  w  czwartej  klasie  i  miała  wykonać  piosenkę

w  klasowym  „Mam  talent”,  który  miał  mniej  bezpieczną  formułę  niż  „Mini
playback  show”  znany  Magdzie  z  jej  szkolnych  występów,  wyzwalających
w  dzieciach  i  rodzicach  różne  potworności  w  stylu  tańczenia  do  piosenki
o  ruchaniu  tylko  dlatego,  że  jest  po  angielsku

10

.  Julka  musiała  zaśpiewać

naprawdę,  a  nie  tylko  ruszać  ustami  i  skakać  do  piosenki,  co  też  czyniła
w domu bezustannie przez dwa tygodnie.

Nie  wybrała  jednak  utworu,  który  puszcza  się  w  radiu,  w  stylu  Farny,

Lisowskiej czy Bednarka. To nie był nawet soundtrack z Pocahontas,  Króla
lwa
Shreka.

Tylko piosenka Nieeeemeeeenaaa. Powaaaagaaaaa.
Magda  bardzo  chciała,  żeby  to  była  wina  nauczyciela  muzyki,  który

dobierał  repertuar  według  klucza  „małe  dzieci  pretensjonalnie-kiczowato,
starsze dzieci kiczowato-lampucersko”. Niestety na występie z każdą kolejną
piosenką stawało się jasne, że Julka była jedyna z Niemenem pod pachą.

Ale  trudno,  Magda  dzielnie  machała  jej  spod  sceny  i  udawała,  że  wycie

jest  piękne  i  to  wcale  nie  spisek  Exeli,  która  wypatrzyła  w  telewizji  inną
wzruszającą dziewczynkę wykonującą ten sam utwór.

Po  występie  Julki  nie  nastąpiły  jednak  salwy  płaczu  jak  w  telewizji  ani

żadna  komisja  nie  zapiszczała,  że  Mała  jest  niesamowita.  Szczęśliwe
Rodziny  (SR-y)  jadły  w  spokoju  kiełbasy  i  podchodziły  do  sceny  tylko  na
występy  konkretnych  dzieci.  Cały  szum  musieli  więc  wykonać  Tata,  Mama
i Macocha oraz kilkoro rodziców od dzieci, które występowały chwilę przed
lub po.

Później Maciek stał koło Eli w pierwszym rzędzie jak to SR 2+1 na kilku

kolejnych  występach  koleżanek  z  klasy  Julki  i  zamienił  się  w  lustrzankę
cyfrową robiącą zdjęcia Młodej z prawdziwą Mamą, więc Magda rozglądała
się dookoła w poszukiwaniu wyjścia ewakuacyjnego. Zresztą Ela odwracała

background image

się do niej plecami za każdym razem, kiedy ich oczy się spotykały. Przecież
nie powie jej „Cześć”, chociaż pięć lat minęło jak jeden dzień.

Zlała się wtedy z jakimiś rodzinnymi dresikami w tle i zaczęła sprawdzać

pocztę w komórce.

Później  chodziła  sobie  niby  od  niechcenia  między  kiełbasą  smażoną,

malowaniem  twarzy,  radnym  z  ich  osiedla  i  watą  cukrową  a  prezydentem
miasta, a wszystko to było w sosie SR-ów.

Nagle  dobiegł  ją  śmiech  rozbawionej  rodziny,  gdzie  to  zapewne  wujek

pytał chłopca: „Jakiej marki jest auto taty?” – „Volvo” – „A cioci?” – „Tico”.
Znajomość marek budziła podziw. „A wujka Franka?” – „Ee”. Maluch został
zbity  z  tropu,  nie  wiedział.  „A  bo  widzicie,  mamy  nowe  auto!”  Zagapiła
i  zasłuchała  się  tak,  że  wdepnęła  w  złotą  kupę  ich  golden  labradora.  To
przelało  szalę  goryczy.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  postanowiła  stamtąd
uciekać.

Wtedy znienacka pojawili się rodzice Maćka:
– O! Ty tutaj!
To był, powiedzmy, rodzaj radości, że wreszcie bierze udział w rytuałach

nuklearnych,  na  których  mogłaby  co  najwyżej  wykonywać  piosenkę  Jestem
odpadem  atomowym

11

.  Wyściskali  ją  i  posadzili  przy  rozkładanym  stole

z  ciastami  wykonanymi  przez  SR-y  na  cele  charytatywne.  Każde  ciasto  po
cztery złote.

– Może kiełbaskę? Magda na pewno?
Typowy „żart” do wegesekty. Zaśmiała się, bo co miała.
– O, patrzcie, radny Kubik. Kojarzysz go, Magda?
– Tak, tak. Kojarzę.
– A to opowiem ci śmieszną historię.
Mama Maćka szturchnęła męża w ramię i zaczęła „dajspokojować”.
– Co mnie ten tegujesz. Przecież to śmieszna historia. Opowiem. Słuchaj,

Magda, idziemy ostatnio z mamą

12

 do kościoła i zaczepia nas Kubik. Znamy

się  jeszcze  ze  szkoły.  No  i  on  pyta  mnie,  czy  wiem,  że  nasz  syn  się  szlaja
z jakąś blondyną, a przecież ma żonę. A ja mu na to, że ta blondyna to jego
druga żona od pięciu lat. Takie oczy zrobił!

Matka Maćka spojrzała na nią przepraszająco. Sto-kurwa-tysięczne miasto.
Niemniej  Magda  ucieszyła  się,  że  ta  scenka  ich  rozbawiła,  a  nie

zawstydziła. Są przecież sagrada familią, a oni z Maciejem nie mają ślubu.

– E, może Maciek ma jakąś nową żonę, o której nie wiem?

background image

Wtedy podszedł Maciek i zrobił Magdzie zdjęcie. Od razu sprawdziła, jak

na nim wyszła, i skasowała z karty SD. Kwaśna jak cytryna.

– Gdzieś mi zniknęłaś. Czemu nie odbierałaś komórki? Dzwoniłem?
Może tak było naprawdę, a ona sobie wkręciła.
Dzisiaj,  tak  jak  wtedy,  czas  na  pokaz  Julki.  Nowa  sytuacja.  Widać  po  jej

twarzy,  że  nie  wie,  co  zrobić  z  faktem,  że  zbyt  wysoki  kolega  nie  zdjął
butów,  na  co  pozwala  sobie  w  większości  polskich  domów  tylko
ksiądz.  Uznaje  to  za  niegrzeczność,  a  zarazem  pokaz  wielkości.  Tajemnicą
jest, że Karol ma dziurawe skarpety i nie chce ich odsłonić.

background image

O/J

W pokoju szybko namierza wszystko, czego Karol nie powinien widzieć.

Plakat Thirty Seconds to Mars, których już nie słucha, bo Oliwka wrzuciła

jej  o  wiele  lepsze  nuty.  Zdjęcie  z  koleżanką  i  Bieberem  umieszczone  na
laptopie, jeszcze z podstawówki, wydrukowane z rozmowy na Skypie, gdzie
sobie  go  dokleiły.  Jest  też  dziecinna  figurka,  którą  trzyma,  od  kiedy  była
mała.  Żałosne.  Poza  tym  walają  jej  się  ubrania,  jeszcze  te  z  rana,  kiedy
zastanawiała  się,  co  włożyć.  Nowy  pewnie  już  wie,  że  dla  niego  tak  się
wystroiła.

Ciekawe, jak długo u nich będzie? Czy ojciec albo Magda zrobią przypał

i  zapytają:  „Podwieźć  cię”?  A  może  będzie  chciał  zapalić  w  jej  pokoju?
Wtedy nie wiadomo, czy może mu pozwolić.

Ale trudno. Trzeba robić swoje. Zaczęła intensywnie ślinić wargi, myśląc,

że Karol pewnie zaraz znowu będzie chciał się całować. Oliwka jej mówiła,
że najlepiej przed tym mieć nawilżone usta. Wcześniej, cała podenerwowana,
zapomniała o tym, że jak ma się suche wargi, to podobno gorzej wychodzi.

Pukanie do drzwi. Nie, nie, nie. Za szybko. Jeszcze nie nauczyła się dobrze

udawać przed Karolem, a już musi przed kimś następnym. Magda.

– Chcecie pizzę? Właśnie wyjęłam z piekarnika.
Cisza.
Zwleka  z  odpowiedzią,  bo  nie  chce  jeść  przy  chłopaku.  Czuje  się  gruba

i zestawienie jej ciała z jedzeniem sugerowałoby, że jest taka, bo się obżera.
Że  też  dzisiaj  Magda  musiała  zrobić  pizzę,  którą  uwielbia.  Na  mące
orkiszowej, cztery sery. Mniam. Przypomniała sobie o nawilżaniu warg. Już
miała otworzyć usta i odpowiedzieć, ale Karol był szybszy.

– Ta. Mi też, jak Julce, na samą myśl ślinka cieknie.
–  Julka,  a  tak  w  ogóle,  to  masz  połowę  twarzy  uwaloną  tuszem  do  rzęs.

Nie żeby mi to przeszkadzało, ale…

Karol  spojrzał  na  nią.  Faktycznie.  Był  tak  zapatrzony  w  jej  oczy,  cycki,

usta, wszystko inne, że w ogóle nie zauważył czarnych plam na policzkach.
Ona pewnie też nie zwróciłaby mu uwagi, że ma rozsunięty rozporek. Takie
dziewczyny nie patrzą na jaja.

background image

– Dzięki. Już idę zmyć.
Atak  z  dwóch  stron.  Julka  wystrzeliła  z  pokoju  jak  torpeda,  żeby  nie

zauważył, że czerwieni się od stóp po łokcie.

Karol  myśli,  że  ślini  się  na  widok  pizzy,  i  do  tego  nie  powiedział  jej,  że

wygląda jak górnik. Zajebiście.

–  No  to  smacznego.  Julka,  sama  pokroisz?  Pokiwała  głową,  a  Magda

zniknęła za drzwiami.

– Jesteś fest podobna do matki!
Cóż. Na razie nie wytrąci go z tego przekonania, bo chociaż Magda nie ma

z nią żadnego pokrewieństwa, to a) Magda nie jest gruba; b) ma ładną twarz,
nawet jak nie robi sobie maseczek z gówna kozy czy innego badziewia.

– Naprawdę? W czym?
– Tak w ogóle. Podobne robisz miny.
Wzięła nóż do ręki i zaczęła kroić. Zazwyczaj różnie jej to wychodziło, ale

przy nim chciała się postarać.

– Wow, jakbyś codziennie kroiła.
Brawo  ja,  myśli,  że  zżeram  coś  takiego  siedem  dni  w  tygodniu  podczas

słuchania Thirty Seconds to Mars, później płaczę i rzygam na zmianę.

Karol  zaczął  jeść  pizzę  i  przez  zachłanność  nie  zauważył  nawet,  że  Julka

uszczknęła  tylko  malutki  kawałek  i  nic  więcej.  Ten  wysoki  kościotrup  bez
gastrofazy zmiótł wszystko, aż trudno uwierzyć.

Po  tym  wstał  z  czerwonej  kanapy,  powiedział,  że  dawno  nie  jadł  czegoś

tak dobrego i w takiej ilości. No i że musi iść. Zero całowania.

Była w takim szoku, że odpowiedziała tylko: „Odprowadzę cię do drzwi”.
Sam  nie  musiał  wkładać  butów,  ale  poprosił,  żeby  ona  założyła  i  wyszła

z  nim  dosłownie  na  chwilę  przed  drzwi.  Tam  ją  pocałował.  Z  piętnaście
sekund  plus  zapach  sera  gorgonzola.  Jak  skończyli,  obsunęła  się  na  ścianę,
nacisnęła  ramieniem  dzwonek  i…  kurde.  Za  mocno.  Musiała  więc  szybko
wrócić do środka, bo i tak zaraz ktoś podejdzie do drzwi. Znowu nie udało jej
się  zdążyć  oblizać  warg,  może  to  jednak  jakiś  fejk,  szczególnie  że  ten
pocałunek wydawał się wyjątkowo OK w porównaniu z poprzednimi.

Poszedł.
Teraz, zaraz, napisze do Oliwki i wszystko się zacznie.
Niemal  pobiegła  do  kompa,  ignorując  pytanie  Magdy,  rzucone  między

drzwiami a pokojem Julki.

„Przelizaliśmy się i Nowy jest serio spoko. Jesteś?”

background image

Nie odpisała.
Dwie  godziny  później  sprawdziła,  czy  koleżanka  wyświetliła  wiadomość

(tak jak to robią psychopaci). Nie.

Następnego  dnia  nie  było  jej  w  szkole,  ale  pojawił  się  komunikat,  że

odczytała. Wysłała więc drugą: „hejka” i trzecią: „co jest, Oli?”.

Wtedy  Julka  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  ma  komu  opowiedzieć  o  Karolu,

i  cała  euforia  opadła.  Oliwka  wyjedzie,  a  ona  zostanie  sama  z  wysokim
kościotrupem.

background image

M*

Co prawda Magda wciąga aspirynę rano i wieczorem i ma trochę zaburzony
ogląd  rzeczywistości,  ale  zdaje  sobie  sprawę,  że  Julka  nie  wygląda  na
zakochaną.

Może Exela coś jej nagadała? Dawno już tego nie robiła, ale jeszcze kilka

lat  temu  zdarzało  się,  że  Młoda  chodziła  naburmuszona,  aż  w  końcu
wykrzyczała z siebie na przykład: „Mama mówi, że przez ciebie nie możemy
pojechać do Grecji, bo wtedy tata ma urlop i chce mnie zabrać na jakiś głupi
kajak”.  Kiedy  dopytuje,  czy  pokłóciły  się  o  coś  z  Oliwką,  to  Młoda  tylko
wzrusza ramionami i zamyka się w pokoju.

Jej koleżanka faktycznie nie jest za bardzo aktywna w sieci, więc albo jej

odcięli neta, albo stało się coś równie dramatycznego, o czym Młoda nawet
nie chce mówić. Pyta więc wprost, ale ona milczy jak zaklęta. „A jak Karol?”
Też wzrusza ramionami. „Zwyczajnie”.

background image

J/O

No to chyba coś się szykuje. Widzi, jak dziewczyny z klasy prężą przed nią
wargi  i  języki,  żeby  zaraz  przywalić  jakimś  zdaniem.  Oliwki  od  dwóch
tygodni nie ma, nie odzywa się do niej, zniknęła.

Na szczęście gdyby jej coś zrobiły, to Karol by im oddał z nawiązką. Ma

w  szkole  kilku  ziomków,  którzy  zamiast  gadać,  by  im  po  prostu  wpierdol
spuścili. Takie jej zostało zastępstwo po Oliwce.

Julka  prosi  Karola,  żeby  przychodził  po  nią  do  szkoły,  żeby  to  stado  się

rozbiegło  na  jego  widok,  ale  to  niewiele  daje.  W  sumie  dopiero  jak  się
podniesie  kamień,  to  wypełzają  spod  niego  robaki,  a  to  się  jeszcze  nie
wydarzyło.

Koleżanki knują nawet, kiedy z dobrotliwymi uśmieszkami dopytują – a to

o jej nowego chłopaka, a to o Oliwkę. Robią dziubki, słuchają. W całej klasie
nie widzi  ż a d n e j,  która byłaby jak Oli. No może taka jedna Milena, ale
ona robi się na emo, więc odpada.

„Wiesz,  że  wezmą  Oliwkę  za  kilka  dni  z  pogotowia  opiekuńczego  do

ośrodka?” – grobowo rzuca Chomik, którego spotyka na korytarzu. Na jego
twarzy  odbijają  się  żaluzje  i  sprawia  to  wrażenie,  jakby  ktoś  pociął  mu
wszystko  na  kawałki,  i  może  trochę  tak  jest.  Ale  Julkę  to  uspokaja,  bo  od
teraz chociaż wiadomo, na czym stoi.

Może  tęsknić  zamiast  domyślać  się,  czy  Oliwka  ją  olała.  Nie  ma  jak  się

odezwać, proste.

Od tego czasu chodzą z Chomikiem po szkole jak mąż i siostra żony, która

zginęła w wypadku. Co więcej, Oliwia się wstydziła Dawida, a ona nie musi,
bo  został  jej  tylko  on.  Ignorowanie  go  byłoby  jak  udawanie,  że  nie  zna  się
jedynej żywej istoty  na bezludnej wyspie.  Na szczęście nikt  ich nie weźmie
za parę, bo Dawid od kiedy poszedł do szkoły, kojarzył się z czymś małym,
miękkim,  kruchym.  I  to  był  problem.  Choćby  nawet  rozwalił  akademię
szkolną, to myśleliby o nim, że jest puszkiem-okruszkiem. Na osiedlu długo
nie  mógł  się  wyrwać  z  ksywki  „gejuszek”,  chociaż  on  po  prostu  ubierał  się
jak  swag.  W  szkole  trochę  lepiej  się  zlewał  z  resztą,  ale  nie  było  łatwo.
Pamięta  dobrze  sytuację  z  koncertu,  który  odbywał  się  na  ich  sali

background image

gimnastycznej.  Przyjechał  facet,  który  grał  na  skrzypcach.  Chudy,  wysoki,
uśmiechnięty,  wyglądał  jak  umalowany.  Miał  fioletową  chustkę,  którą
podkładał  sobie  pod  brodę.  Wszyscy  się  z  niego  śmiali,  że  jest  pedałem,
a  Chomik  najgłośniej.  Kiedy  na  koniec  zaczął  się  konkurs  dla  dzieci,
prowadząca  wywołała  go  za  karę  na  środek,  żeby  odgadnął,  jaki  dźwięk
miały  imitować  skrzypce.  Wiedział,  że  baba  użyła  wcześniej  słów
„trzepotanie  skrzydełek  pisklaczków”,  ale  nie  mógł  wypowiedzieć  tego  na
głos,  boby  się  zdemaskował.  „Nie  wiem”.  Powierciła  mu  dziurę  w  brzuchu
i  żeby  nie  wyjść  na  głupka,  odpowiedział  twardo  i  poważnie:  „Pisklaki.  To
dźwięk  pisklaków”.  Ale  i  tak  się  śmiali,  bo  Dawid  był  jak  taki  kruchutki,
malutki pisklaczek.

Chomik  Dawid  i  Julka  napisali  kartkę  do  Oliwki,  do  tego  dorzucili  jej

tatuaże  zmywalne  (skoro  w  więzieniach  robią  prawdziwe  dziary,  to  tam…)
i  dla  beki  wydrukowali  rozmowę  z  Vibera  –  żeby  nie  zapomniała,  jak
wyglądają internety. Dawid ma poprosić Rycha, żeby jej to wysłał, bo oni nie
wiedzą gdzie.

Tym  sposobem  Julka  została  na  wiosnę  sama  z  dwoma  chłopakami.

Jednym wysokim i mocnym, drugim niskim i kruchym.

background image

M*

Zapłakana  piętnastolatka  wymaga  więcej  współczucia  niż  wyjące  dziecko.
Takie poryczą i zapomną, a dziewczyna, która ma okres, przetłuszczające się
włosy  i  chłopaka  dziewiętnastolatka?  Jej  smutek  ma  coś  wspólnego
z nieskończonością, leży zresztą zwinięta w kłębek, jakby na moment wróciła
do stanu prenatalnego.

Z  kolei  Macocha  (a  tym  bardziej  nie-Macocha)  powinna  być  zawsze

szczęśliwa  i  zadowolona,  więc  nawet  jak  wciąga  aspirynę  jedną  dziurką,
a fetę drugą, to ma być gotowa do niesienia pomocy pasierbicy zamienionej
w  embrion.  Takie  jest  przynajmniej  oczekiwanie  na  przekór  złym  babom
z  bajek,  które  rozdają  swoim  podopiecznym  jedynie  zatrute  jabłka  zamiast
jabłecznika z cynamonem.

Magda  niestety  nie  jest  całodobową  cukiernią,  ale  stara  się  coś  z  Młodej

wydusić.

– Ja nie… nie… chcę… chodzić do szkoły… bez… bez… Oliwki.
Stawia  tym  razem  na  uzdrawiającą  moc  snu  i  dołącza  do  Młodej.  Gasi

światło i też zwija się w kłębek.

Rano budzą się tylko trochę lepsze, a świat nie wygląda inaczej i Julka nie

chce iść do szkoły.

Młoda symuluje wirusa, rzyganie i biegunkę, a Magda udaje, że daje się na

to złapać.

Później  zostawia  Młodą  w  domu  i  idzie  do  ojca  Oliwki.  Jak  typowa

nadgorliwa matka knująca za plecami córki.

background image

M*

Otworzył  w  zbyt  obcisłych  majtkach  o  kroju  polskim,  czyli  obcisłe  tam,
gdzie  powinno  być  luźno,  i  luźne  tam,  gdzie  lepiej,  żeby  obciskało.  Trafiła
idealnie na przedwczesną pobudkę Rycha po nocnej zmianie.

– Nie, nie chcę odbierać poczty.
Zamyka  drzwi,  więc  Magda  musi  zapukać  ponownie.  Czeka.  Mężczyzna

podchodzi  i  w  obrazku  zmienia  się  tyle,  że  tam,  gdzie  obcisłe,  ma  teraz
kropelkę  moczu,  pewnie  sikał  i  nie  wytarł.  Stara  się  patrzeć  do  góry,  na
czubek nosa albo głowę i tłumaczyć sobie, że przecież nie obsikał się jej na
złość. Wygląda jednak, jakby ta czynność otworzyła mu oczy.

– Madzia?
– Tak… ty jesteś…
–  Nie  udawaj,  że  pamiętasz  moje  imię.  Rysiek.  Chodziliśmy  razem  do

F. Tylko ja jestem starszy o… może trzy lata? Cztery?

„Jezu,  gdybym  była  matką  Julki,  to  musiałabym  urodzić  w  wieku

czternastu  lat.  Rychu  mógł  więc  mieć  maksymalnie  osiemnastkę,  kiedy
Oliwka przyszła na świat. Dlaczego wygląda jak czterdziestolatek?”

– Właśnie! Ale zaskoczenie. Słuchaj, chciałam pogadać o Oliwce.
– Jesteś nauczycielką?
– Nie, nie.
– To socjalną? A nie, sorry, nie wyglądasz.
– Jestem ma… – wahanie w tym słowie nigdy się nie kończy – …cochą jej

przyjaciółki. Julki. Pewnie kojarzysz.

– Ja, ja. Była, taka grzeczna, kilka razy tutaj.
– Wpuścisz mnie?
– A, przepraszam. Wchodź. Nie zdejmuj butów, bałagan, podłoga się klei.

Prosto z szychty schodzę i tego.

W środku nie było źle, po prostu dużo przedmiotów, tak jak na straganach

nad  morzem  albo  w  górach.  Muszelki,  łobrazki,  łowieczki,  maskotki,
sztuczne kwiatki, porcelana nie do kompletu – akumulowały czas. Poza tym
atmosfera  raczej  2D  niż  4.0.  Duży  pokój  był  świątynią  telewizora
z  dekoderem  –  wszystko  układało  się  w  jego  kierunku.  Patrzyła  na  niego

background image

Maryjka z małym obrazkiem papieża wetkniętym w ramkę, który zasłaniał jej
cycek, oraz zdjęcia dzieci (Oliwka zatrzymana w wieku gdzieś tak dziesięciu
lat).

Mieszkanie  należało  wcześniej  do  rodziców  Ryśka  –  Jana  i  Stanisławy,

chociaż  Matka  kategorycznie  kazała  się  zwracać  do  siebie  „Mario”,
w  ostateczności  „Marysiu”.  Tylko  urzędnicy  używali  jej  prawdziwego
imienia,  a  ona  go  nie  chciała,  bo  kojarzyło  jej  się  ze  wsią.  Nie  po  to
przenosiła  się  do  miasta  zaraz  po  zamążpójściu.  Kiedy  brała  ślub,  było  już
zresztą w planach, żeby wyjechać do Ameryki. Jej nowe imię było idealne na
eksport.  Marija.  Janek  dogadał  wszystko.  Nocleg  u  kuzyna  w  Kanadzie,
później  Buffalo,  skąd  tirem  z  burakami  mieli  dostać  się  do  Chicago.  Już
pakowała  się  do  tej  całej  Ameryki,  kiedy  okazało  się,  że  jest  w  czwartym
miesiącu ciąży i urodzi Ryszarda. Przeszła jak czołg przez kolejne miesiące:
szyła  ubranka,  stała  w  kolejkach,  pocieszała  Janka,  że  jak  tylko  urodzi,  to
wyjadą  razem.  Mąż  został,  bo  mówili,  że  porzucić  ciężarną  to  zła  wróżba.
„Poczekaj,  urodzi,  to  pojedziesz.  Jeszcze  sobie  innego  na  ojca  przygrucha”.
Czekał  tak  półtora  roku,  aż  zaszła  w  drugą  ciążę.  Znowu  miała  urodzić
i  wiedziała,  że  Chicago  to  zobaczy  nie  szybciej  niż  za  dwa  lata.  Więc
pojechał sam.

Pierwsza  paczka  przyszła  po  pół  roku.  Dwa  dresiki  dziecięce  dla

chłopców,  a  dla  Marii…  majtki  koronkowe.  Oni  mieli  być  za  kilka  lat,  jak
tata 

wróci, 

małymi 

zawodnikami, 

Maria 

wyuzdaną 

kobietą

w  amerykańskiej  bieliźnie.  Zdenerwowała  się,  bo  takimi  majtkami  to  nawet
się  nie  da  pochwalić  przed  sąsiadkami,  co  pewnie  myślą,  że  mąż  wpadł
w Amerykę jak kamień w wodę. Nie on jeden z ich osiedla tak skończył.

Sześć lat później wyrosła z majtek, a po siedemnastu uznała, że nie ma już

na  co  czekać.  Ojciec  na  telefon  musi  się  skończyć,  bo  chłopcy  już  się
usamodzielniają,  a  ona  dalej  czeka  jak  ta  kretynka.  Powiedziała:  „Bierzemy
rozwód”,  a  Janek  wtedy  przyleciał  z  Ameryki,  ot  tak.  Zabrał  jej  połowę
domu, o który dbała sama przez siedemnaście lat, i nabił jej śliw pod oczami,
tyle  co  na  dorodnym  drzewie.  Synów  nie  zabrał,  bo  już  byli  bykami
w  dużych  dresach.  Starszy  się  wyprowadził,  a  z  młodszym  Maria  musiała
zamieszkać  i  spać  w  jednym  łóżku.  Z  osiemnastolatkiem!  Tyle,  że
w  większym  pokoju  z  telewizorem.  Janek  dostał  pokój  po  chłopcach,
w którym na szczęście się nie zachlał. Zrobił to u kolegi na melinie po trzech
latach od powrotu.

background image

Matka  wtedy  odetchnęła  z  ulgą  i  wiedząc,  że  Janek  nie  przepije

mieszkania, wyjechała za pracą do Niemiec razem z młodszym. Starszy syn –
Rysiek  –  dostał  cały  dom  dla  siebie,  bo  znalazł  sobie  młodą  dziewczynę
z  dzieckiem,  czyli  Oliwką.  Przygarnął  jak  swoją,  chociaż  mówili,  że  ojcem
tej  małej  jest  jakiś  ochlejmorda  jak  świętej  pamięci  mąż  Marii.  Później  ze
związku Ryśka z tą dziewczyną urodzili się Oskar i Sońka. Nie wzięli nigdy
ślubu – nie było czasu, a oni i tak jak małżeństwo.

Kiedy  dzieci  trochę  podrosły,  a  dalej  nie  było  pracy,  teściowa  ściągnęła

synową  do  Niemiec,  a  Rysiek  został  w  domu,  bo  miał  pracę  na  miejscu,
w  Hucie.  Zarabiał,  ile  zarabiał,  ale  było.  Sam  do  Niemiec  nie  chciał
wyjechać,  bo  mówił,  że  się  nie  nadaje.  Języka  nie  zna,  nie  dogada  się  ze
starymi.

– Gdzie jest teraz Oliwka?
Ryszard podał jej kawę turka z kubka suchara.
– Pogotowie opiekuńcze. Czeka na przydzielenie ośrodka.
– Co za gnoje. Nie mogę. Co teraz? Czemu nie czeka w domu?
– Jej matka przyjeżdża w przyszłym tygodniu z Niemiec i zobaczymy. Jak

do  tego  czasu  nie  przydzielą  miejsca  w  MOW-ie,  to  wróci  do  domu  i  tu
będzie czekać. Nic nie mogłem wcześniej sam załatwić, bo w papierach stoi,
że  nie  mam  praw.  Ale  pewnie  ośrodek  po  drugiej  stronie  Polski,  bo  jej  się
nazbierało,  z  tego  co  kurator  mówił.  Od  sąsiadki  wzięli  niedawno  córę,  tak
samo znienacka. Tyle że ona miała trzynaście lat.

– Za co wzięli Oliwkę?
–  Wagary,  to  raz.  Później  ten  sklep.  I…  tyle  właściwie.  Chociaż  nie.

Mówią, że gdzieś, przez szkołę chyba, doszło, że ma chłopaka starszego, ale
ja tam nie wiem.

Może włóczy się trochę, czasem lata, gdzie nie trzeba. Jestem w pracy, to

nie wiem. Nie mogę non stop jej pilnować, ma już swój rozum.

Przemilczał  fakt,  że  jego  zgarnęła  w  międzyczasie  raz  suka  i  Oliwkę

zaprowadził wtedy, już dzień później, do babci ich kurator. Podobno zrobiła
imprezę, jak jego nie było w domu, i ktoś zgłosił, że byli na niej Kowale, co
na nich szukają haka, ale nic wtedy na nikogo poza Rychem nie znaleźli.

On niestety napruł się w tym samym dniu u kolegi z pracy na urodzinach.

Ale umówmy się, zrobił to pierwszy raz od pół roku. Mógł wziąć taksówkę
i  byłoby  po  sprawie,  ale  stwierdził,  że  nie  będzie  przepłacał  i  pójdzie  na
nogach, bo niedaleko, a małych dzieci w domu nie ma, tylko Oliwka. No to

background image

poszedł  i  zaraz  podjechały  wozy  kolorowe.  Poprosili  o  dowód.  Podał  i  się
zaczęło. „To twój ojciec był takim mistrzuniem, co na melinie się zachlał?”
Rysiek wziął wtedy dobry zamach, chociaż starał się „unikać niepotrzebnych
walek”

13

, i zaatakował drzwi furgonetki, nawet nie musnął koszulki żadnego

ze  stróżów  prawa.  Wynik:  atak  na  funkcjonariusza  =  72  h,  i  to  bez  izby
wytrzeźwień na aperitif.

– To straszne…
Wzruszył  ramionami  i  zaczął  skręcać  sobie  papierosa.  Oskar  mu  czasem

łamie te papierosy, jak się zdenerwuje, więc musi trzymać w wysokiej części
meblościanki, tam gdzie Młody nie podskoczy.

–  Koleżanka  ma  prawnika.  Nie  wiem,  czy  od  takich  spraw,  ale  popytam.

Może da się to jakoś odkręcić. Ona nie może iść do ośrodka za byle co.

– To nic nie da.
Fajka była gotowa do odpalenia.
–  Bez  przesady.  Oliwka  nic  takiego  nie  wywinęła.  Przecież  Julkę

teoretycznie zgarnęli za to samo…

Odpalił.
–  Madzia.  Słuchaj.  Ja  to  nie  ty,  tak  jak  Oliwka  to  nie  twoja  ta…  jak  jej

jest?

– Julka.
– Julka.
– To jasne, ale…
– Nie ma żadnego ale. To ale to jesteśmy my.
–  Dobrze.  Ale  nie  chcesz,  żeby  Oliwkę  zabrali  za  byle  gówno,  nic,  do

ośrodka?  Poszła  do  sklepu  z  nie  tymi  co  trzeba  i  koniec?  Tam  się  dzieją
rzeczy straszne, te batony i wagary to nic takiego.

– Nic. Ale mają w papierach. Stracone. Nikt się z nami nie policzy.
–  Dobra,  Rysiek.  Inaczej.  Oferuję  prawnika.  Jak  chcesz,  to  się  zgodzisz.

Załatwi  się  pismo  ze  szkoły,  nie  wiem  skąd  jeszcze.  Nie  mogą  jej  tak  po
prostu zabrać, to bez sensu. Widziałeś się z nią w ogóle?

– Tak.
– I co?
– Masakra. Zaryczana, oczy jak panda. Wpuścili mnie do niej i rzuciła się

na  mnie  dosłownie.  Wcześniej  zero  było  między  nami.  Ona  jest  w  takim
wieku,  że  nawet  jej  nie  głaskałem  po  głowie,  na  kolanach  mi  ostatni  raz
siedziała, jak miała dziesięć lat. Rozkleiła się, dostała histerii. Ciągle jest taka

background image

mała, dziecko z niej.

–  Zrobimy  coś.  Zostawiam  ci  mój  numer.  Tu,  na  wizytówce  jest…  –

wygłupiła  się  z  tą  wizytówką,  ale  już  za  późno.  –  Pogadaj  z  partnerką,  jak
wróci.

– He, he. Ty używasz słowa partnerka. Jak z gazet o gwiazdach.
– No, a jakiego mam?
– Konkubina?
– Brzmi jakoś… sama nie wiem. Nieważne. Słuchaj. Przegadajcie sprawę

i daj znać.

Rysiek  wziął  wizytówkę,  obrócił  ją  między  palcami,  zostawił  na  środku

stołu i odprowadził Magdę do drzwi.

– Niezła laska się z ciebie zrobiła.
– Daj spokój. Ja już stara jestem, albo tak mówię, żeby mi ktoś powiedział,

że nie jestem stara.

– No pierwsza klasa. Hu, hu. A masz jakieś dzieci poza Julką?
– Nie.
– Serio? To pomyśl.
Nie  dało  się  go  nie  lubić,  nawet  kiedy  mówił  najgorsze  rzeczy,  za  które

wydłubałoby  się  oczy  komuś  innemu.  Na  przykład  jakiejś  ciotce,  wujowi
albo koleżance.

Poza  tym  nikt  wcześniej  nie  założył,  że  Julka  jest  jak  jej  córka.  Raczej

„córka męża” albo „córka, ale”.

background image

M*

„Przeczytaj, proszę, każde z podanych niżej stwierdzeń i oznacz następująco:

– jeśli uznasz je zdecydowanie za słuszne, otocz kółkiem S;
– jeśli uznasz je raczej za słuszne, otocz kółkiem s;
– jeśli uznasz je raczej za błędne, otocz kółkiem b;
– jeśli uznasz je zdecydowanie za błędne, otocz kółkiem B.
Jeśli się pomylisz, przekreśl kółko na krzyż i otocz kółkiem inną literę.

1. Rodzice zawsze muszą wszystko poświęcić dla swych dzieci. S s b B
2. Dziecko powinno wiedzieć, że rodzice je kochają. S s b B
3. Dziecku nie trzeba okazywać zbyt wiele uczucia. S s b B
4. Życie rodzinne byłoby szczęśliwsze, gdyby rodzice dawali odczuwać

dzieciom, że wolno im mówić wszystko, co myślą. S s b B

5. Dziecko powinno być stawiane w domu na pierwszym miejscu. S s b B
6. Właściwie to nie wiadomo, jaki jest najlepszy sposób wychowywania

dzieci. S s b B

7. Trzeba liczyć się z tym, co dziecko lubi i na co ma ochotę. S s b B
8. Jeżeli dziecko domaga się czegoś, czego mu nie wolno, trzeba mu się ostro

przeciwstawić. S s b B

9. Delikatne dziecko wymaga specjalnej ochrony przed innymi dziećmi. S s b

B

10. Umiejętność kierowania dzieckiem jest mniej trudna niż to się często

wydaje. S s b B

11. Trudno znieść, gdy dziecko ciągle chce na ręce. S s b B
12. Właściwie to nie wiadomo, kiedy być stanowczym i nieustępliwym

wobec dziecka. S s b B

13. Nie należy dużo bawić się z małym dzieckiem, gdyż to je podnieca

i potem nie może spać. S s b B

14. Dziecko ma prawo do swojego punktu widzenia i do wypowiadania go. S

s b B

15. Dbałość o dziecko wymaga dawania mu drogich owoców i różnych

drogich rzeczy. S s b B

background image

16. Nie jest zupełnie pewne, czy raczej być swobodnym i żartobliwym czy

poważnym wobec dziecka. S s b B

17. Dzieci powinny bez dyskusji słuchać starszych. S s b B
18. Aby być pewnym, że dziecko dobrze odrobiło lekcje, najlepiej siedzieć

przy nim. S s b B

19. Trzeba ukrócać niecierpliwość i ruchliwość dziecka. S s b B
20. Czasem trzeba pozwolić dziecku robić coś bez nadzoru rodziców. S s b B
21. Czuję, że trudniej mi niż innym rodzicom chować dziecko. S s b B
22. Dawanie dzieciom rad i wskazówek jest najczęściej stratą czasu, bo

dzieci albo ich nie słuchają, albo nie potrzebują. S s b B

23. Lepiej, żeby dziecko bawiło się samo w domu, niż żeby je odwiedzały

inne dzieci. S s b B

24. Rodzicom trudno jest mieć wpływ na dzieci ze względu na to wszystko,

co one słyszą poza domem. S s b B

25. Spędzanie z dzieckiem czasu po pracy to dobry odpoczynek. S s b B
26. Na wszystko, co robią, dzieci powinny mieć zezwolenie rodziców. S s b

B

27. Stały lęk matki, że dziecku może się coś stać, jest czymś zupełnie

zrozumiałym. S s b B

28. Jeśli się jest dość stanowczym, dzieci nie wejdą na głowę. S s b B
29. Nawet małym dzieciom można pozwolić bawić się na bocznych

uliczkach bez nadzoru. S s b B

30. Zbyt dużo swobody psuje dziecko. S s b B
31. Rodzice nie muszą starać się o to, aby wiedzieć o wszystkim, co robią ich

dzieci. S s b B

32. Na dzieci wpływa zbyt wiele różnych rzeczy, którym rodzice nie mogą

zaradzić. S s b B

33. Jeśli rodzice zauważą, że to oni się mylą, a dziecko ma słuszność,

powinni przyznać mu rację. S s b B

34. Dziecko należy nauczyć unikania bójek ze względu na ich skutki. S s b B
35. Najlepiej dziecku ustępować, bo to rozwija jego samodzielność. S s b B
36. Dziecko należy od razu skrytykować, gdy robi coś nie tak jak trzeba. S s

b B

37. Jeśli dziecko na chwilę spuści się z oczu, będą kłopoty. S s b B
38. Jeśli stawiamy dziecku wymagania i okazujemy zadowolenie z ich

spełnienia, ono staje się posłuszne. S s b B

background image

39. Dzieciom można zostawić swobodę przychodzenia do domu

i wychodzenia bez opowiadania się. S s b B

40. Dziecko powinno zawsze zgodzić się z decyzją swoich rodziców. S s b B
41. Dziecku można pozwolić na posiadanie własnych tajemnic i sekretów. S s

b B”

Bądź  tu  mądry.  Ela  pierwsza  wybuchła  śmiechem  nad  kartką.  Maciek
zacisnął wargi, pośladki i co tam jeszcze się da, ale też już wiedział, że to jest
jakieś  pranie  mózgu.  Niemniej  leciał  z  kółeczkami  przy  odpowiedziach.
Później ex zaczęła go szturchać w bok, szepcząc: „Ej, daj zgapić. To jest bez
sensu. Wpiszmy to samo i będzie sprawiedliwie”.

Po  tym  wydarzeniu  starali  się  ograniczać  kontakty  z  instytucjami

decydującymi o życiu rodzinnym do minimum. Chociaż w tym stali się nagle
zgrani  i  zgodni.  Formalności  swoją  bezdusznością  obniżały  temperaturę  ich
wkurzenia i żalu.

Ale mogli nie brać w nich udziału. W przeciwieństwie do takiej Oliwii czy

Rycha,  oni  byli  z  tych,  co  musieli.  Słyszeli  „Wyciągamy  karteczki”  na
każdym kroku.

background image

O/J

Karol  miał  kilka  wad,  które  były  mniej  widoczne  na  tle  jego  kolegów
z Ząbkowic.

Niestety  poza  nimi  bujał  się  w  weekendy  z  ekipą,  przez  którą  zaczął

nawijać  o  jakimś  batalionie,  wkręcił  też  Kowali.  Chomika  nie  mógł,  matka
mu nie pozwoliła.

Co  prawda  Julka  przez  to,  że  poprawiała  ocenę  z  historii  w  poprzedniej

szkole,  dokładnie  wiedziała,  że  Karol  mieszał  fakty  z  dowolnymi  filmami
sensacyjnymi klasy B, ale nie mogła go korygować. Wyszłoby, że piętnastka
go  „ogrywa”,  poza  tym  zaczynał  kręcić,  jak  czuł,  że  Julka  ma  wątpliwości,
albo rzucał coś w stylu: „Może kiedyś to skumasz”.

Okazało  się  wtedy,  że  jej  chłopak,  który  ściemniał  się  przed  wojskiem,

uważa,  że  trzeba  mieć  T-shirt  z  internetu  głoszący  smutno-ważne  hasła
dotyczące honoru i bohaterstwa w ich kraju.

Przede  wszystkim  jednak  przez  to,  że  dwa  dni  w  tygodniu  udzielał  się

w  kółku  strzeleckim  założonym  przez  faceta  z  zezem  rozbieżnym  i  małymi
ustami, układającymi się w kółeczko jak odbyt, nie mógł spędzać z nią czasu.
Poza  strzelaniem  do  tarcz  ten  typ  rozwieszał  też,  pod  osłoną  nocy,
z  wybranymi  przez  siebie  chłopcami,  plakaty  i  vlepki.  Był  przez  to
tajemniczy  i  konspiracyjny  jak  bohaterzy,  których  mylił  Karol.  Julce  zwisał
zupełnie,  do  czasu,  kiedy  przywitał  ją  obślinionym  pocałunkiem  w  rękę.
Wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  to  dziwnie,  że  Karol  siedzi  częściej  z  takim
brzydalem niż z nią.

W związku z tym nie mogli dzisiaj porozmawiać o niczym poważnym, bo

on właśnie biegał po lesie z wiatrówką na obozie strzeleckim.

Karol  nawet  nie  odzywał  się  do  niej  na  Viberze,  wielka  mi  miłość,  nie

potrafi pokonać braku zasięgu na jakimś zadupiu w lasku miejskim.

Ona  siedziała  z  kolei  już  drugi  dzień  w  domu,  symulując  chorobę,  i  nie

wyobrażała  sobie,  żeby  iść  do  szkoły  w  poniedziałek.  Nie  po  tym  jak  ktoś,
pewnie  airmaksiary,  puścił  plotkę  na  całą  szkołę,  że  Julka  robiła  Nowemu
loda na przystanku w Ząbkowicach.

background image

M*

W  sobotę  spotkały  się  z  Anką  w  kawiarni  przykrywce,  czyli  takiej,  co
wygląda na kawową, ale są w niej dostępne alkohole różnego rodzaju, nawet
całkiem poważne i przyjemne.

Wcześniej  robiły  rajdy  po  byle  jakich  spelunach,  teraz  pozamykali

wszystko, co nie było „ą, ę”, w centrum. No i one też przestały dobrze zlewać
się  z  tłem  takich  miejsc.  Raz  na  jakiś  czas  zdarzało  im  się  jeszcze
przemierzać miasto w nocy i chować pod kurtkami cydr, bo nie było dla nich
miejsca w gospodzie. Czasem Magda miała wrażenie, że w knajpach miasta
średniej  wielkości  jest  skład  jak  na  mszy.  Dużo  młodzieży  i  starych  ludzi.
Takich  jak  ona  można  spotkać  tylko  na  fitnessie  albo  ścieżce  rowerowej.
Niestety  Magda  i  Anka  wyznawały  zasadę  „Nie  biegam,  bo  sobą  gardzę”
i  pozostawały  przy  nawyku  umiarkowanego  spożycia.  Skafandry,  liczniki
i apki przy fensi paskach nie wchodziły w grę.

Miały  dzisiaj  rozmawiać  o  nowych  podbojach  Anki,  zjeździe  klasowym

i tym, jak się z niego wymiksować. Podobno w tym momencie życia wszyscy
emanują  swoją  zajebistością  i  sukcesami,  a  później  im  mija.  Warto  więc
odczekać kilka lat. Niemniej gładka gadka zeszła – jak zawsze – na boczny
tor.

– Masz oczy jak pięć złotych.
– Źle spałam. A ty co… – Magda zauważyła, że Anka czatuje w komórce

z jakimś typem – na randce?

–  Sorki,  już  kończę.  Miałam  podpytać  o  tę  Barsulową.  Od  twojej  Julki.

Słuchaj.  Dzieci  do  lat  dwunastu,  trzynastu  są  chronione.  Zawsze  się  mówi
„dobro  dziecka”.  Na  co  ludzie  wpłacają  hajs,  jak  są  zbiórki  publiczne?
Odbierają  komuś  prawa  rodzicielskie,  to  o  czym  się  pisze?  Jakby  ktoś
w  szkole  usłyszał,  że  zabierają  dziesięciolatkę,  to  zaraz  byłaby  afera,
a nastolatkę? Nikogo nie obchodzi, bo pewnie nie jest czysta.

– Dowiedziałaś się o niej czegoś więcej?
–  Nie  chodzi  tylko  o  nią.  W  naszym  sądzie  rejonowym  to,  co  jest  normą

u  chłopaków,  uchodzi  za  gorsze,  kiedy  dotyczy  dziewczyn.  Podobno  to  nie
pierwsza taka sytuacja, nie wiem, jak jest w innych sądach. Nie zauważyłaś,

background image

że w necie krążą filmy o nastolatkach, które pobiły faceta, albo memy o tym,
że urwały kotu głowę, bo rozpadł się One Direction? To jest nowy hatifnacki
knif.  Gadać  o  tym,  że  dziewczyny  są  coraz  gorsze,  bardziej  wulgarne.  Biją
się, puszczają, piją. Właśnie, napijmy się!

Magda już miała zawołać kelnera, ale kątem oka zobaczyła Exelę. Jeszcze

ona na dobitkę, pięknie. Oby została w pierwszej części lokalu, wtedy jeszcze
jakoś koło niej przemknie przy wyjściu. Ewentualnie spotkają się przy kiblu
i  będą  udawać,  że  się  nie  widzą.  Ale  wtedy  to  ona  przegrywa,  bo  będzie
dłużej „na celowniku” Magdy.

–  Poza  tym  nie  wiem,  dlaczego  szkoła  nie  zareagowała,  na  ogół  wiedzą

o takich rzeczach. A tutaj wygląda, jakby padła decyzja i nara. Gadałaś o tym
z ich wychowawczynią? Może rodzina ma Niebieską Kartę albo coś tam się
wydarzyło?

Wzruszyła ramionami i patrzyła, co rozgrywa się za plecami Anki. Exela

usiadła  z  dwiema  kobietami  –  niższą  i  wyższą  wersją  samej  siebie  –  oraz
facetem, szpakowatym, przystojnym w stylówie Jarosława Biurowca.

–  Nie  mogę,  bo  okazało  się,  że  w  październiku  to  było  moje  pierwsze

i  ostatnie  zebranie  w  szkole.  Ale  nie  gadajmy  o  tym,  bo  Exela  jest  w  tej
knajpie.

Anka  obróciła  się  zamaszyście.  Dokładnie  tak,  jak  nie  powinna,  żeby  nie

zwrócić na siebie uwagi.

– Zgapiła od ciebie ombre.
– A ja od niej męża. Wracając do tematu… Nic innego nie przychodzi mi

do głowy, niż to, co już wiemy. Chociaż…

– Chociaż?
– Ale powiesz, że jestem przeczulona.
– To znaczy?
– Może chodzi o to, że Rysiek to jej ojczym? Mieszka tylko z nim.
Anka  zamyśliła  się,  ale  nic  nie  odpowiedziała,  a  Magda  wzruszyła

nerwowo  ramionami  i  znowu  rzuciło  jej  się  w  oczy,  że  Ela  dotyka  swoich
włosów,  przeczesuje  palcami  pasemka.  Sama  dawno  zapomniała  o  takich
odruchach przyciągania uwagi widzów. Powab jej wyparował pod wpływem
pracy i ignorowania tych inwestycji w ciało, które wymagają wyrzeczeń, jak
manicure, pedicure oraz inne paździerze i kosmetyki mózgu.

Gdyby  mogła  zrobić  teraz  zoom  w  kierunku  twarzy  ex,  to  pewnie  by  się

okazało,  że  ma  dłonie  jak  Izabela  Łęcka.  Rozmiar  trzy  i  pół  –  delikatne,

background image

gładkie, takie, które mogą wybierać. Ona ma z kolei suche, domowe rączyska
pozbawione  pola  manewru.  Z  analizy  stanu  skóry  wyrwało  ją  pytanie
koleżanki.

– A jak w tym wszystkim Julka?
– Teraz jest u – ściszyła głos – Exeli na weekend. Pisała mi dzisiaj, że ma

grypę,  która  spotkała  się  z  depresją,  po  czym  zalajkowała  jakieś  głupie
fanpejdże  w  stylu  „Tnę  się  więc  jestem”,  „Zabijcie  mnie  przed  16  rokiem
życia”, „YOLO, cześć, nie zobaczymy się” i tak dalej.

– A ona wie?
– Nie wiem, co wie. Chyba widzi, że z Młodą jest coś nie tak.
Dotarła do nich wtedy fala śmiechu od wiadomego stolika, a Biurowcowy

Jarek  złapał  Elę  za  kolano  pod  stołem.  I  stało  się.  Ich  oczy  się  spotkały,
a Exelę to wyraźnie usatysfakcjonowało.

Magda  nie  wie,  kiedy  sama  zamieniła  się  w  Elę,  a  ona  w  nią.  Nawet  to

pierdolone ombre, każdy to widział, tylko nie Magda.

Musi stąd wyjść. Tylko że jak będzie przechodzić koło ich stolika, pewnie

zobaczą te jej suche łapy i nieodżywione włosy spięte w kok, a nie opadające
jak trzeba – na rumiane policzki. Może więc lepiej odczekać, aż sobie pójdą?
Anka zaburzyła jej plan pytaniem:

– A z tobą to wszystko dobrze?
– Mam się dobrze.
– No chyba się nie masz.
– Czemu tak myślisz?
– Zdrapałaś sobie, od kiedy tu jesteśmy, cały lakier z paznokci.

background image

M*

Zaraz  po  tym  przyszedł  Dzień  Matki.  Jutro  będzie.  Kłębek  najgorszych
skojarzeń  od  dziewięciu  lat.  Exela  przez  pierwsze  cztery  wysyłała  Magdzie
z darmowej bramki esemesy w stylu: „Wiesz, jak się teraz czuję przez Ciebie,
szmato?”.  Ignorowała  to  i  piątego  roku,  jak  Julka  miała  jedenaście  lat,
otrzymała niebywałą nagrodę w postaci braku esemesa.

Musiała obchodzić to święto dookoła.
Wśród  znajomych  niby  miała  trochę  patchworków,  ale  bez  przesady,

większość  jeszcze  nie  zdążyła  mieć  dzieci,  wziąć  ślubu,  a  co  dopiero  się
rozwieść.

Podobno  27  lipca  przypada  Dzień  Macochy.  W  wakacje  jeszcze  łatwiej

o tym zapomnieć albo uznać za fanaberie w stylu Dnia Komara albo Latarni
Morskiej.  Przez  dwa  długie  letnie  miesiące  tylko  zjeżdża  się  z  autostrady
o  godzinie  W,  powodując  wypadki  drogowe  lub  obyczajowe  (1.08),  oraz
Matka  Boska  jest  zabierana  do  nieba  i  to  od  jakiegoś  czasu  ręka  w  rękę
z  Narodowymi  Siłami  Zbrojnymi,  żeby  nadać  większą  powagę  żeńskiej
postaci (15.08).

Julka  się  śmiała,  że  Magda  to  bardziej  półtata  niż  mama.  Tym  bardziej

zdziwił  Magdę  telefon  Młodej  dzień  wcześniej  z  prośbą,  żeby  pomogła  jej
coś kupić dla mamy.

Kiedy  przyjechała,  Młoda  zbiegła  na  dół  i  powiedziała  tylko:  „Jedź”.  Po

drodze  zaczęła  się  trząść.  I  to  tak,  że  Magda  musiała  zjechać  na  pobocze
i  dobre  piętnaście  minut  czekać,  aż  dojdzie  między  nimi  do  jakiejkolwiek
interakcji.

– Kiwaj głową, jeśli chodzi o tę osobę, o którą pytam.
Młoda pokiwała.
– Karol?
Nic.
Aha, pewnie ma szlaban.
– Mama?
Nic.
– Oliwka?

background image

Tak.
Wytrząsła  z  siebie  historię  jak  galaretka.  Nie  chce  wrócić  do  szkoły,  bo

wszyscy się z niej śmieją. Ma zwolnienie od lekarza do czwartku, a jutro jest
piątek. Ale chce iść na imprezę urodzinową do Karola, dziewiętnastkę, on jej
pomoże. Nienawidzi wszystkich poza Oliwką, ale musi się z nim zobaczyć.

– Julka, ale co on może?
– Dużo.
– Niby co?
– Dużo.
– Chłopcy wcale tak dużo nie mogą. Tylko tak nam się czasem wydaje.
Przyjechały do domu w Łęknicach. Kazała jej czekać w kuchni, pilnować

ciasta, nigdzie nie wychodzić. Wyskoczyła w międzyczasie szybko do sklepu
naprzeciwko  i  kupiła  jakąś  chustkę  w  kolorze  fioletowym.  Ela  lubi  fiolet,
Julka jej to da jutro i będzie z głowy.

Poprosiła Maćka, żeby zadzwonił do ex z informacją, że Julka wróci jutro.

Pójdzie od nich normalnie do szkoły, a na Dzień Matki będzie w domu. Zaraz
po lekcjach, może ją nawet Ela odebrać.

– Nie może traktować szkoły po macoszemu!
– Macoszemu?
– Teraz to się czepiasz słów.
– Dobra. Ale tylko raz. Piątek do południa spędzi u nas, później ją wrzucę

do  Eli  i  niech  ona  załatwia  lub  nie  tę  imprezę.  Ale  mogę  się  założyć,  że  jej
nie pozwoli.

49448  Macocha  (1998  YJ

12

)  to  planetoida  z  pasa  głównego  asteroidu

okrążającego  Słońce  w  ciągu  4,06  lat  w  średniej  odległości  2,54  j.a.  Ten
obiekt jest jak nieprawdziwa matka, krążąca wokół tej właściwej.

background image

J/O

Nawet  po  odpowiedniej  dawce  ciasta  z  borówkami  i  fioletowej  chustce  nie
uda się namówić Mamy na imprezę u Karola.

Powie  więc,  że  to  nie  u  niego,  tylko  u  Kamili,  dziewczyny  z  klasy,  która

od kiedy wywieźli Oliwkę, dissuje ją na każdym kroku, szmata. Do tego każe
się  zawieźć  na  parking  koło  supermarketu  „Pogoria”,  twierdząc,  że  tam  się
z  nią  wcześniej  umówiła.  Przebierze  się  w  WC  w  coś  lepszego,  wsiądzie
w busa i dojedzie do Ząbkowic w pół godziny. Swoją drogą, Nowy mógłby
po nią chociaż raz przyjechać 635. Jest piątek, więc dopiero jutro idzie do tej
swojej szkółki strzeleckiej.

Póki  co,  Mama  ma  parcie  na  SPA  i  pewnie  tam  pojadą.  Położą  Julce  na

gębę jakieś algi, które wcale nie usuną trądziku. Tak jak olejek arganowy nie
sprawi,  że  mama  będzie  mniej  zdenerwowana  tym,  że  jej  nowy  chłopak
jeszcze nie chce poznać Julki, bo „Boję się, że to za wcześnie. Nie chcę się
wiązać emocjonalnie z twoją córką”.

background image

M*

„Po  prostu  zupa  ogórkowa”  –  mówi  Magda,  kiedy  jej  Mama  dzwoni
z  pytaniem,  co  ma  ugotować  na  przyjazd  córki.  Na  miejscu  każe  Maćkowi
pozdrowić  Elę,  tak  jakby  nigdy  nie  dostała  od  niej  pocztówki  z  wyklejanką
o tym, że źle wychowała córkę, skoro się wpierdala z butami w życie innych.

Przecież mama Małej nie może być totalnie paskudna, skoro Julcia wgapia

się w ciebie, chce z tobą spać, jeść, nawet miny robi jak ty? Gdyby była zła,
toby ją tak przekabaciła, że by płakała na twój widok.

Ogólnie  mama  Magdy  przyjęła  niewnuczkę  taką,  jaka  jest.  Kiedy  Magda

pierwszy  raz,  pełna  obaw,  pojawiła  się  z  Julką  u  rodziców,  jej  mama
podniosła Małą (już nie taką małą, bo sześcioletnią) jak Simbę z Króla lwa.
Światło  padło  na  jej  twarz,  Jula  uśmiechnęła  się  i  wpadła  babci-cioci
w  ramiona.  Od  tej  pory  była  wiecznie  zainteresowana  tym,  co  robi  mama
Magdy, i nie odstępowała jej na krok. Robienie wzorów na ciastkach, kąpiel
w  wannie  pełnej  piany,  przebieranie  się  w  strój  komunijny  Madzi,  bierki.
Mama Macochy tak jakby zapomniała zapytać, o co w ogóle z Małą chodzi,
poza tym, że jest córką Macieja. Chodziło przecież o Julkę, a nie o jakąś obcą
kobietę.

W domu „babci zastępczej” Julka nigdy nie podejrzewała, że ktoś każe jej

zjeść kotleta, a zaraz potem zarzuci, że przytyła, a patrz, jaka twoja kuzynka
jest  zgrabna.  Oni  nie  mieli  zresztą  czegoś  takiego  jak  rodzinne  obiady.
„Prawdziwa”  babcia  robiła  dwudaniowe  spędy  o  równej  13.00,  na  które
wszyscy ubierali się jak do kostnicy.

background image

J/O

No  to  się  udało.  O  jedenastej  ma  ją  odebrać  od  „Kamili”  Magda.  Tak
wkręciła  Mamie,  twierdząc,  że  Macocha  wraca  wtedy  z  Warszawy  i  ma  po
drodze. Ona nie wejdzie do mieszkania koleżanki, żeby sprawdzić, czy Julka
nie  ściemnia,  a  przecież  w  Ząbkowicach  nie  mieszka  tylko  Karol.  Mama
przystała  na  taką  propozycję,  ale  skwitowała:  „Dobrze,  spędzaj  sobie  Dzień
Matki sama… ja też się z kimś umówię, ale… nieważne zresztą. Jak chcesz”.

Już za kilka minut dotnie gładkiej głowy Nowego. Będzie miała na sobie

nowe spodnie rurki, airmaxy (tak jak te głupie trzy dupy z jej klasy, z Kamilą
na czele, ale tam ich nie będzie, więc może im odebrać „licencję” na te buty),
bluzę  z  napisem  Wanna  come  in?  Ciekawe,  kto  jeszcze  będzie?  Pewnie  ze
znajomych tylko Chomik i Kowale. Co ona będzie z nimi robić, bez Oliwki?
Na  pewno  nie  płakać,  bo  spłynie  make-up,  znowu.  Ma  takiego  pecha,  że
zawsze przy Nowym to albo deszcz, albo słońce nadmierne, albo jej smutno
i  ryczy,  tracąc  to,  co  narysowała  sobie  na  twarzy.  Nie  po  to  namiętnie
obczajała tutoriale podczas nieobecności w szkole. Kurde, szkoła, nie myśleć
o niej. Jeszcze dwa dni, Karol coś załatwi, wymyśli. Ktoś musi dostać za tę
lodziarę po ryju.

background image

J/O

Z  przystanku  odbiera  ją  Nowy.  Jest  bardziej  łysy  niż  zwykle,  na  zewnątrz
oczywiście pada, w Ząbkowicach zawsze pada. To, co miało zrobić wrażenie,
spływa z niej zanim dotrze do jego chaty.

Na  wejściu  bierze  bucha  od  Karola,  który  zapewnia,  że  to  pozytywny

materiał,  jest  za  dużo  ludzi  do  ogarnięcia,  żeby  testował  coś  nowego.  Paliła
w życiu dwa razy, ale chyba zacznie, bo robi się od tego lepiej.

Karol  chwilę  po  tym  gdzieś  znika  i  Julka  zostaje  sama  z  laską  w  stylu

„dyskoteki  i  chłopaki,  i  ogólnie  takie,  takie”,  której  opowiada  o  Oliwce,  bo
nic  innego  nie  przychodzi  jej  do  głowy.  W  kółko  kręci  się  jej  ta  sama  faza,
ale ta cała Oksana nie zwraca uwagi, że Julka leci paralelizmami, tylko sama
powtarza jak refren: „Przejebane, stara, przejebane”. Ożywia się dopiero, jak
zauważa  jakiegoś  Sebę:  „Sorry,  że  tak  późno,  ale  motór  naprawiałem”.
Dziubek.

Na  szczęście  wraca  Karol  i  Oksana  znika  z  Sebą.  Nowy  jest  dziwny,

uśmiecha  się,  jakby  mu  ktoś  włożył  wykałaczkę  między  zęby.  Raz  żartuje
o  kolorze  keczupu,  a  chwilę  później  wyzywa  kogoś,  kogo  Oliwka  nie  zna.
Następnie gada jej o tym, że jest piękna i mądra, a potem wskakuje na „jebać
psy,  chuje,  skurwiele,  zajebałbym  ich”.  Ona  dotyka  go  po  głowie,  nigdzie
indziej  nie  chce.  Puszcza  tylko  w  chwilach,  kiedy  się  złości.  Ich  fazy  się
zaczynają  uzupełniać,  są  jakby  sami.  Nastrój  im  skacze  jak  różnica
temperatur między Ząbkowicami a resztą miasta.

Nowy  przywiesza  się  na  dłuższą  chwilę  i  przypomina  mu  się  wtedy

spektakularna imitacja, która miała miejsce w jego życiu całkiem niedawno.
To było na koncercie, takim typowo ziomalskim, gdzie jest mało dziewczyn.
A  jak  już  są,  to  ubrane  w  adidasy  i  dresy,  wiadomo.  W  Malinowicach,
wiosce,  gdzie  ostatni  autobus  odjeżdża  o  21.00,  to  było.  Towarzyszyły  mu
jakieś ciekawe środki od kolegi z klatki i inne polepszacze jakości. Przy tym
zestawie  piwko  jest  tylko  po  to,  żeby  w  gardle  nie  zaschło.  Można  wypić
z  sześć  i  nic.  Akcja  miała  miejsce  na  czymś  w  stylu  boiska.  Kiwał  się,
a  każdy  kolejny  skład  był  lepszy,  teksty  prawdziwsze.  Wszystko  mu  się
podobało, o, jak się cieszył. Czapka aż mu spadła i zaczął trzepać głową jak

background image

jakiś  Krzyś,  brudas.  Miednica  do  przodu  i  do  tyłu.  O,  jak  ta  muzyka  go
porywała.  Wtedy  też  stanęła  obok  niego  jakaś  Monika  albo  Marta.  Laska,
której  twarzy  nie  rozpoznasz.  Tak  czy  inaczej,  ta  Marta  albo  Monika  też
ruszała miednicą do przodu i do tyłu. Miała obcisłe dżinsy. Obcisłe! Jedyna
na  całe  boisko.  To  zdecydowało  o  tym,  że  Karol  raz  na  jakiś  czas  zaczął
unosić  rękę  i  machać  nią  w  powietrzu  przed  dziewczyną.  Ona  powtarzała
jego  ruchy.  Co  to,  kurwa,  znaczy,  jakieś  ćwiczenie  z  kółka  teatralnego
uskutecznia? To on macha przecież, nie musi robić tego samego. Była jakaś
nienaturalnie  niska  i  wąska.  Mogła  mieć  z  szesnaście  lat,  piętnaście  może.
Lepiej nie pytać, bo jeszcze powie, że czternaście, i nici z jego planu.

Poszedł  z  Martą-Moniką  na  górkę.  Bo  w  Malinowicach  było  takie

wzniesienie, gdzie można iść się wylać albo odosobnić. Żeby zrobić pierwsze
i drugie w spokoju oraz ominąć kolejkę, lepiej wspiąć się wyżej. No chyba że
jest się najebanym, to już wszystko jedno. Strasznie tam ciemno, jedyne, co
widzisz z samego szczytu górki (choć szczyt to może przesadne słowo, to jest
naprawdę niskie wzniesienie), to… kurwa, jezioro? Tutaj? Karol był w takim
szoku, kiedy zobaczył, jak ze szczytu majaczy mu srebrna tafla, że rozpłakał
się ze szczęścia. Okurwa, jakiepiękne. Jakie to cudowne! O jaaaaakie piękne.
Spojrzał na typową Martę, była już powoli bez spodni, gotowa do akcji. Wył
jak  pies  do  księżyca.  JAK  PIĘKNIE!  Chlipnął  i  spojrzał  na  Monikę.  Była
taka  czysta,  jak  jego  mama.  Albo  jak  Julka.  Wtulił  się  w  jej  piersi,  były
wygodne. Miała łańcuszek, na pewno z krzyżykiem. Przez to straciły funkcję
seksualną.  Dziewczyna  była  chyba  ewidentnie  wkurwiona,  że  jakiś  koleś
zamiast z nią pogadać czy chociaż włożyć jej rękę w majtki, właśnie brudzi
jej  bluzkę  swoimi  narkotycznymi  łzami.  Jakiś  psychol,  co  bankowo  widzi
buzie  w  tęczy.  No  i,  co  najważniejsze.  Tam  wcale  nie  było  jeziora,  tylko
szklarnia.  Tego  akurat  Monika  była  pewna,  bo  mieszkała  w  Malinowicach.
Poza tym w przeciwieństwie do niego nie miała porytej przez dragi czaszki.
Wypiła trzy piwa. Powiedziała Nowemu: „Słuchaj, to nie jest jezioro, wydaje
ci  się”.  Karol  wtedy  nie  wytrzymał  i  zaczął  płakać  jeszcze  głośniej.  Zaczął
recytować przy tym piosenkę, która nagle mu się przypomniała: „Zbadać, jak
rzeka na księżycu płynie (…) w planetarne życie tchnąć pustynie”.

Monika-Marta wstała i powiedziała tylko jedno słowo. Pojebaniec. I poszła

sobie.  Karol  tymczasem  został  sam  i  patrzył  w  taflę  jeziora,  odbijały  się
w nim gwiazdy, były piękne. Jak smar z kawałkami piasku. Jestem smarem,
piaskiem, kurzem, szczęściem! Ciekawe, co by o takim miejscu powiedziała

background image

ta jego nowa Julka. Pewnie coś wysublimowanego w stylu: „herbatnik, który
dryfuje na powierzchni kawy”. Wymyślił z milion takich opisów, genialnych,
jak na chwilowy stan jego umysłu. Nawet miał jej wysłać esemesa, ale wtedy
by  się  kapnęła,  że  nie  biega  dziś  po  lesie  ze  strzelbą,  tylko  pojechał  na
koncert,  nic  jej  nie  mówiąc.  Gdzie  by  tam  z  chłopakami  niebo  zobaczył.
I  usnął,  myśląc:  „Dobrze,  że  Marta-Monika  poszła.  Była  zwykła.  Julka  nie
jest  zwykłą  laską,  ona  jest  jak  serial  o  fajnych  laskach,  napiszę  do  niej,
doładuję sobie kartę w niedzielę”.

Rano  okazało  się,  że  faktycznie  to  nie  było  jezioro,  tylko  szklarnia.

Wzruszył ramionami, skręcił sobie fajkę i zszedł z górki. Na boisku nie było
już nikogo, pewnie Monika zdążyła jeszcze wyhaczyć kogoś innego. Leżały
tylko butelki i puszki. Pozbierał kilka, oddał do sklepu i miał na bilet.

– Co tak się przywieszacie?
Dosiada się Chomik i Julka autentycznie rzuca mu się na szyję. Przytula go

mocniej  niż  Karola,  co  uzmysławia  sobie  dopiero  w  trakcie  i  szybko  się
wycofuje.  Duch  Oliwki  wisi  w  powietrzu,  ale  Nowy  chyba  nie  zakumał,  że
o to chodzi, przez co gapi się z lekkim wkurwem na Chomika. Nie będzie mu
jakiś  knypek  dziewczyny  obmacywał.  Momentalnie  łapie  ją  za  biodra
i  przysuwa  do  siebie  jak  ulubioną  figurkę  z  kolekcji  kinder  niespodzianek.
Ma takie na meblościance, kiedyś zbierał.

Gadają jeszcze chwilę, aż Karol idzie do kibla, ale wyraźnie daje znać, że

zaraz wróci i Dawid ma się nie spoufalać.

Na jego miejscu siada Kamila.
Airmaksiara, serio.
Ta Kamila, którą wymyśliła Julka, żeby przyjść na imprezę.
Ta, z którą się nie odzywają niemal od akcji z Żółtym i Oliwką.
Ta,  która  zapewne  puściła  plotę  o  tym,  że  Julka  robiła  loda  Nowemu  na

przystanku.

Ta znienawidzona szmata, która zepsuła jej życie.
Co ona tutaj robi?
Siada koło Chomika.
– Siemka.
– Kto cię tu zaprosił?
Airmax  przysunęła  się  do  Dawida,  a  Julka  momentalnie  odpaliła  licznik

w bombie zegarowej.

10, 9, 8…

background image

– Kamila jest spoko, przecież się znacie ze szkoły.
7, 6, 5…
–  Spoko,  to  Kamila  wyzywa  mnie  od  puszczalskich.  Tak  jak  wcześniej

Oliwkę, twoją dziewczynę!

Smoczyca  zaniemówiła,  bo  Julka  złamała  złotą  zasadę  obgadywania,

polegającą na udawaniu, że się o nim nie wie.

– Ja nic… przecież nic… ja naprawdę…
4, 3, 2…
– TY-nie? TY-nie?
1, 0…
Wtedy z kibla wyszedł Karol i pocałował Kamilę w policzek.
Julka wstała.
– Całujesz w policzek tą zdradliwą larwę? Ty?
Obiecała sobie, że zostanie kombem Julko-Oliwkowym na czas jej pobytu

w ośrodku. Nowy nie ma prawa całować w policzek takiej zdrajczyni. Będzie
tego pilnować jak zmiany profilowego co najmniej raz na trzy tygodnie.

–  Młoda,  ogarnij  się  –  Karol  złapał  Julkę  za  rękę.  –  Kamila  buja  się

z Dawidem od tygodnia. Wyluzuj, nie pal już tego gówna.

I  nagle  siadło.  Zaczęła  się  śmiać.  Dotarło  do  niej,  że  przecież  Kamila  to

taka  Nowa  Oliwka.  Karol  ma  rację.  Jest  uratowana.  W  tle  leciała  piosenka
kolesia ze szramą na gębie, do której zakazali tańczyć w podstawówce. Była
genialna. Ona, Karol, Kamila i Chomik – niezły skład. 2:2.

Kiedy poszły razem do kibla, zakodowała, że Kamila mruży jedno oko, jak

patrzy do lustra, oraz nie sika na narciarza, tylko siada na desce. Zupełnie jak
Oliwka,  do  tego  tak  jak  ona  nie  jest  już  dziewicą.  „A  ty  serio  robiłaś  loda
Karolowi?”  –  pyta  Nowa  Oliwka,  a  Julka  odpowiada,  żeby  nie  być  do  tyłu:
„Hi, hi. Robiłam, ale ćśśś”.

Są teraz przyjaciółkami, będzie się działo.
„Julka,  jest  za  pietnascie  23.  Miałas  dac  znac  gdzie  jestes.  Czekam  na

adres”.

Ups.  Młoda  szybko  wyrzuca  do  umywalki  wszystkie  kosmetyki,  jakie

wzięła  ze  sobą.  Chociaż  na  koniec  poprawi  makijaż,  wtedy  też  Magda  nie
będzie zadawać pytań w stylu „Coś się stało?”. Może ktoś jeszcze zauważy,
Kamila  jej  mówi,  że  ładnie  jej  z  eyelinerem,  chociaż  wyjechała  niemal  na
ucho  z  górną  kreską.  Robią  sobie  fotę  w  łazienkowym  lustrze,  wrzuca  na
insta,  taguje  #19birthday  #bathroomselfie.  Później  odkrywa,  że  na  zdjęciu

background image

z imprezy w tle była żółta kaczuszka. Czy Karol może się z nią kąpać? Czy
jej dorosły chłopak pozwala jej swobodnie pływać na powierzchni wody?

Całuje go, tak, że jej się nogi trzęsą, zapomina wtedy o kaczuszce. Przytula

Kamilę i wychodzi. Chomik gdzieś chwilowo zniknął.

Na  klatce  schodowej  zjada  batona,  którego  schowała  sobie  do  torebki,

i  psika  się  małymi  perfumami  o  zapachu  malin.  Magda  nic  nie  wyczuje,
a życie od poniedziałku stanie się lepsze.

background image

M*

Nie  pachnie  urodzinami  koleżanki  z  klasy.  Oczywiście  Magda  od  razu
rozpoznaje zapach trawy.

– Masz czekoladę na buzi.
Julka  się  śmieje  i  poprawia,  Macocha  tymczasem  ostentacyjnie  bierze

głęboki wdech. Niech się Młoda domyśla, co on ma oznaczać. Chociaż tyle,
że nie wyczuwa od niej żadnego alkoholu.

Ale chyba Julka nic sobie z tego nie robi, uśmiecha się od ucha do ucha,

a  Magda  nie  zna  się  na  small  talkach  wychowawczych.  Czuje  się  wtedy
zawsze jak Kapitan Oczywistość.

– Ej, Julka.
– No?
– Ty musisz być odważna.
– OK.
Klątwa  „OK”.  Można  tym  słowem  potwierdzić  wszystko.  Nawet  jeśli  nie

usłyszało się dobrze pytania.

– Taka wiesz. Odważna i rozważna.
– Rozważna?
– Żeby nikogo nie skrzywdzić, w tym siebie przede wszystkim.
– Łatwo mówić.
– Pamiętaj o tym, bo ja nie jestem od tego, żeby cię kryć.
Jadą  później  w  milczeniu.  Rozważna,  a  to  sobie  wymyśliła.  Gdyby  była

Exelą albo Maćkiem, toby Młodą zatłukła. Swoją drogą, to niby czemu Exela
nie  przyjechała  po  Julkę?  Bo  Dzień  Matki?  Ona  jest  matką  nocną,  a  Ela
dzienną,  czy  jak?  Już  trudno.  Ważne,  że  Młoda  wreszcie  wygląda  na
zadowoloną – oby jej ten uśmiech nie zszedł razem z fazą.

background image

M*/M

Maciek  leżał  w  łóżku  z  rozgrzanym  laptopem  i  słuchawkami  na  uszach,
łamiąc tym samym złotą regułę niewciągania pracy do sypialni.

Córka  chodziła  już  normalnie  do  szkoły  i  mieszkała  u  nich,  tak  jak  do

afery batonowej.

– A gdybyśmy się rozeszli, to mogłabym widywać się z Julką?
Maciek skończył pisać zdanie i dopiero wtedy zdjął słuchawki.
– Proszę?
– Czy po naszym rozstaniu pozwolilibyście mi spotykać się z Młodą?
– A czemu nie?
– Nie wiem. Pytam.
– A czemu pytasz?
– Zastanawiam się, tak hipotetycznie.
Miała z cztery podejścia tego typu, niemal ostateczne decyzje o rozstaniu,

od  siódmego  roku  życia  Julki,  z  którą  rosły  problemy  między  ex,  Maćkiem
i  Magdą.  Jej  ostatnia  wątpliwość,  sprzed  dwóch  lat,  została  rozwiana  przez
kierowcę  tira,  który  zabrał  ją  na  stopa  spod  Warszawy  do  Dąbrowy.  Auto
z blablacara zepsuło się po drodze i wylądowała z małą torebką, bez napisu
i w butach na obcasie przy drodze.

Jej  wiek  był  wtedy  taki  ani  w  tę,  ani  w  tę.  Za  stara  do  klubów  go-go,  za

młoda do tirów. Jeszcze pryszcze, już powoli zmarszczki. Zatrzymał się przy
niej  pierwszy  z  brzegu.  Nie  mówił  po  polsku,  angielsku,  niemiecku.
Uśmiechała  się  więc,  była  miła.  Wmawiała  sobie,  że  wystrój  tirów  sprzyja
takim  skojarzeniom  i  na  pewno  będzie  dobrze.  Za  plecami  masz  łóżko.
Nawet  jak  nad  nim  wisi  Maryjka  albo  Orzeł,  to  wydaje  ci  się  chwilowo,  że
„orzeł może”.

Zjechał  po  piętnastu  minutach,  sugerując  przerwę  godzinną.  Do  zajezdni

dosyć  zajętej,  ale  nie  ruchliwej.  Takiej  do  ruchania.  Złapała  za  klamkę,
uciekła na najbliższą stację, zahaczając obcasem o wyjście z tira, za wysokie.
Jego rozczarowaną minę pamięta do dzisiaj.

Stamtąd  zabrał  ją  następny  tir,  Michał  z  Sabaudi  (to  nie  egzotyczny  kraj,

tylko  wioska  za  Rzeszowem).  Zaczęła  mu  na  starcie  opowiadać  o  swojej

background image

pracy,  prekariacie  i  umowach  śmieciowych,  żeby  ten  też  jej  nie  wziął  za
prostytutkę. Później zorientowała się, że jego to w ogóle nie obchodzi. Jest za
to  na  etapie  rozstawania  się  z  żoną,  chociaż  wisiał  mu  na  pulpicie  różaniec,
papież i wszystkie inne insygnia Podkarpacia. Polecieli na freestyle’u.

Tirowiec  Stachura:  „Gdybym  wiedział  na  początku,  jak  będzie.  Nigdy

w  życiu  bym  się  nie  porywał  na  ślub,  na  dzieci.  Kredyt  na  wszystko,
zapierdalanie  na  tirach,  żeby  salę  weselną  spłacić.  Wcześniej  dwa  lata  na
Wyspach  razem  pracowaliśmy,  ja  ją  pokochałem  siłą  woli,  a  ona  teraz  jest
paskudna. Chciałbym rzucić to wszystko, pójść w góry. Bieszczady mam pod
nosem, a tam nie byłem z dziesięć lat. Miała być miłość, jest tylko praca”.

Facet się rozkleił.
–  A  pani?  Skoro  pani  kocha  tego  swojego  narzeczonego,  to  po  co  się

rozstawać? Zresztą bez ślubu, to wystarczy przecież spakować się, wyjść.

– Cóż, nie jesteśmy sami.
– Dziecko nieślubne?
– Coś w ten deseń.
– A to współczuję. My z moją na wakacje byśmy chcieli pojechać, zanim

jeszcze  ten  rozwód.  Może  coś  pęknie,  te  Bieszczady,  wie  pani.  Dzieci
teściowej na tydzień się da.

Chwilę po tym przez CB radio inny kierowca zadał pytanie, czy Magda to

pasażerka czy prostytutka, bo się ktoś z kimś założył. Zaczęli się śmiać.

Temat tak czy inaczej powracał raz na jakiś czas.
–  Magda,  ty  nie  chciałaś  nigdy  ślubu.  Sama  wiesz,  jak  jest

z formalnościami…

– Dalej nie chcę ślubu.
– Przesadzasz. Byłoby ze wszystkim łatwiej. Te pośmiertne sprawy jeszcze

jakoś  się  ogarnie,  ale  póki  my  żyjemy…  poza  tym  byłabyś  oficjalnie
macochą. Na związki partnerskie nie ma dobrego podkładu politycznego.

–  Ale  ja  między  innymi  dlatego  nie  chcę  ślubu.  Znasz  moje  zdanie.

Odpowiedz na pytanie. Jak byś załatwił sprawę widywania się z Julką?

– Wiesz, Julka ma tyle lat, że za rok już sama będzie decydować. To teraz

właściwie przestaje być problemem.

– Ale jak to wyglądało prawnie do tej pory?
–  Raz  był  taki  moment,  na  początku,  że  sprawdziłem.  Jak  była  jeszcze

mała i Ela nie chciała, żebyśmy się z nią widywali.

– Czekaj, żebym JA widywała się z Julką?

background image

–  Nie  można  zakazać  zbliżania  się  do  dziecka  bez  powodu.  Takie  rzeczy

określa  sąd  i  to  na  ogół  za  wykroczenia,  demoralizację,  molestowanie.
Sprawdzałem to jakiś czas temu.

– Nigdy nie mówiłeś.
– Nie pytałaś.
Maciek  miał  kilka  tajemnic  exelowych,  którymi  nie  chciał  zamęczać

Magdy.  Ona  każdą  taką  sytuację  mieliła  długo  i  w  przeszywającym
milczeniu.

background image

M*

Nawet  Eminem  śpiewał  o  córce  z  żoną  w  tle  w  taki  sposób,  jakiego  nie
można znieść.

Man, if I could sing, I’d keep singing this song to my daughter
If I could hit the notes, I’d blow something as long as my father
To show her how I feel about her, how proud I am that I got her
God, I’m a daddy, I’m so glad that her mum didn’t fuck (about her).

14

Tak jak niektóre ruchy ojców. W marszu, sądzie, modlitwie. Walczą o prawa
ojców, mając na celowniku matki.

Jest  to  dosyć  podejrzana  organizacyjnie  sprawa.  Tym  bardziej,  że  jak

Maciek  przeczesywał  całe  internety  w  poszukiwaniu  pomocy,  niemal
wszędzie mu wyskakiwali jacyś tatusiowie, którzy nienawidzą kobiet. Pisali
na  forach,  jakich  argumentów  używać  w  sądzie,  jakie  składać  pisma,  żeby
oczernić  matkę  albo  rozwieść  się  z  orzeczeniem  o  winie  po  jej  stronie.
Eminem też jest w tym niezły:

Now look, I love my daughter more than life in itself
But I got a wife that’s determined to make my life livin’ hell
But I handle it well, given the circumstances I’m dealt
So many chances, man, it’s too bad, could’ve had someone else
But the years that I’ve wasted are nothing to the tears that I’ve tasted
So here’s what im facin’:
Three felonies, six years of probation
I’ve went to jail for this woman, I’ve been to bat for this woman
I’ve taken bats to people’s backs, bent over backwards for this woman
Man, I should’ve seen it comin’, why’d I stick my penis up in?
Would’ve ripped the pre-nup up if I’d seen what she was fuckin’
But fuck it, it’s over, there’s no more reason to cry no more
I got my baby, baby the only lady that I adore.

15

background image

Magda  powiedziała  wprost.  Daj  spokój,  zwariujesz.  Nie  wchodź  do  tego
kółka.  Każą  ci  jakiś  cyrograf  podpisać,  zaczną  się  za  ciebie  modlić,
zostaniesz ich męczennikiem, czy coś.

Sami się jakoś z Elą dogadamy. Tak się nie traktuje matek, nawet jak się

teraz wydają pizdami. Załatwimy to bez eminemów.

background image

J/O

Trochę przesadziła z tym stwierdzeniem o Nowej Oliwce, Kamila jest inna.
Ma  na  przykład  dziwny  tik  nerwowy,  który  polega  na  tym,  że  ciągle
poprawia coś w lusterku. Każdą przerwę zaczyna od spaceru do kibla, gdzie
wyciąga  przyrządy,  o  których  istnieniu  Julka  wcześniej  nie  wiedziała.
Zalotka, podkład pod oczy? Nawet tutoriale milczą na ten temat. Nawala też
sporo błyszczyku, takiego powiększającego usta.

Trudno powiedzieć, jak się całuje z Chomikiem z czymś takim na ustach,

musi być lepki. Do tego pachnie gumą balonową.

Gadają  tylko  o  szkole  i  chłopakach.  Od  imprezy  u  Karola  airmaksiara

odłączyła  się  od  swojej  przyjaciółki  Airmax  2,  żeby  spędzać  czas  tylko
i wyłącznie z Julką. Teraz to ona została sama, ale trudno. Julce nic do tego.
Wcześniej one miały ją w dupie.

Kiedy na matematyce Julka dostaje wiadomość od Karola „G.RP gra w sb

za free”, to pokazuje go Kamili, a ona niemal z piskiem szepcze jej do ucha:
„GIE-ER-PE”.  Julka  nie  słucha  tego,  ale  nazwę  kojarzy.  Pewnie  zagrają  na
dniach miasta, które będą w najbliższy weekend. Już zaczęły planować, jak to
pójdą  na  ten  koncert  z  Chomikiem  i  Karolem,  kiedy  napisał  znowu:  „Pol
Zabkowic  sie  chyba  na  to  zjedzie  i  ekipa  ze  strzelnicy”.  Zajebiście.  Będzie
plątać się za nim jak cień. Ale z drugiej strony – może to nawet nieźle wybrać
się na koncert z taką potężną ekipą.

Dziewczyny  już  zaczynają  planować,  czy  śpią  tym  razem  u  Julki,  czy

u Kamili. Lepiej kilka razy pokazać się naprawdę u kogoś w domu, żeby się
za  szybko  nie  domyślili,  jak  by  im  wpadło  do  głowy  zostać  na  noc  na
imprezie. Idą wakacje, więc będzie takich okazji jeszcze więcej i trzeba mieć
spójną, logiczną ściemę.

Jest  za  to  pewien  problem,  o  którym  Julka  nie  może  napisać  w  liście  do

Oliwki.

Ona chyba nie wie o nowej dziewczynie Chomika. Przez to Julka czuje się

częścią  zdrady,  pomimo  zapewnień  Airmax  i  samego  Dawida.  Dostała
zresztą  od  Oli  pierwszy  list,  w  którym  nie  było  ani  słowa  w  tej  sprawie.
Magda załatwiła od Rycha adres do MOW-u, ale ona od kilku dni ślęczy nad

background image

kartką  i  nie  wie,  co  jej  napisać.  To  przecież  nie  czat.  Przy  pierwszym  liście
było  jakoś  łatwiej,  teraz  dużo  się  pozmieniało.  Co  ma  jej  niby  napisać?  Że
byli na wycieczce szkolnej? Że się jara Karolem, chociaż Oliwka jej mówiła,
żeby dała sobie z nim spokój? Przecież jej życie jest teraz gdzieś indziej.

Czyta więc czwarty raz jej list zamiast odpisywać:

Dziwnie się pisze na takiej kartce, ale dobra. Piszę. Na początek wzięli mnie do takiej osobnej sali,
co na niej przesiedziałam chyba cały dzień. Nie jadłam, z nikim też nie gadałam. A nie, z taką jakąś
babką,  co  mówiła,  że  wszystko  będzie  dobrze  i  że  tutaj  w  ogóle  jest  zajebiście,  zajęcia  z  rzeźby,
wyjścia do aquaparku itd. No i że jak stąd ucieknę, to będę miała zakaz wyjazdu na wakacje i święta.
Mam pokój z dwiema dziewczynami. Czternastolatką z Bytomia, jest tu od roku i kozaczy. Do tego
z Kaśką z Rudy Śląskiej, co ma ksywkę Łysa. Ona miała najgorzej, bo matka jej zgoliła całą głowę
zanim ją zabrali. Trafiła miesiąc przede mną.

Mamy  różne  dyżury,  ciągle  trzeba  robić  porządek.  Tęsknię  za  Tobą,  mój  Ty  zjebańcu.  Jak  tak

sprzątam  ten  kibel  tutaj,  to  mi  się  przypomina  akcja,  jak  się  myłyśmy  po  markerze  i  Ty  dostałaś
wysypki,  he,  he.  Tu  jest  taki  koleś,  co  wygląda  trochę  jak  Dawid,  ale  jest  wyższy  i  grubszy.  Na
początek pisaliśmy do siebie liściki, bo tutaj nie ma neta i komórek i ludzie dla beki piszą do siebie
na kartkach. Telewizor w weekend, ale neta nie ma. Przynajmniej na razie. Jak chcesz, to możesz do
mnie przyjechać, jak wychowawczyni się zgodzi. Matka z Ryśkiem byli u mnie raz. Wzięli Oskara
i Sonię. Im się podobało i powiedzieli, że mi zazdroszczą, bo mamy plazmę w świetlicy. A, i jeszcze
szok…  stary,  z  którym  prawie  trzy  lata  się  nie  widziałam,  nagle  się  pojawił.  Teraz  przyjeżdża  co
tydzień  i  mówi,  że  za  dwa  lata,  jak  wyjdę  stąd,  to  mnie  weźmie  do  siebie.  Że  niby  taki  zajebisty
ojciec.  Ja  tam  nie  chcę,  zobaczymy,  kiedy  przestanie  tutaj  jeździć.  W  ogóle  to  dopytuje  mnie,  czy
ktoś  mnie  zgwałcił,  bo  nie  jestem  dziewicą.  Wychowawczyni  mu  to  powiedziała  po  wizycie
u ginekologa w ośrodku. Z jakiej paki takie rzeczy mu mówią?! Kazał mi powiedzieć, z kim to było,
i że wsadzi do więzienia, jak miał więcej niż szesnaście lat.

Problem  se  wielce  znalazł.  Tak  mnie  tym  wkurwił,  że  kazałam  mu  nie  przyjeżdżać  więcej.

Ogólnie  powinnam  wyjść  na  wakacje,  bo  tutaj  nikogo  wtedy  nie  ma.  Zostają  tylko  ci,  co  przesrali
sobie, bo nie wrócili z przepustki. A ja nie dostanę żadnej wcześniej. Chociaż ostatnio nam zrobili
nalot, bo się okazało, że chłopaki jakoś przenoszą do ośrodka dopalacze i wszyscy mieliśmy padakę.
Ale jak się uda wyjść, to będę musiała jechać do matki do Niemiec, bo z Rychem samym niby nie
mogę siedzieć, bo kurator się doczepi. Ale może to jakoś się ogarnie, matka przyjedzie na wolne czy
coś. W ogóle płakała, jak u mnie była, i mówiła, że chce już wrócić do Polski. Musimy zaszaleć na
wakacjach, ej! Tęsknię i bardzo, bardzo Cię kocham, moja duperko!

Do  listu  dołączyła  jeszcze  taką  kolorową  gwiazdkę,  którą  zrobiła  na

warsztatach  quillingu.  Julka  przywiesiła  ją  sobie  nad  biurkiem,  żeby
przypominała  jej  o  tym,  że  ma  odpisać.  Za  każdym  razem,  kiedy  na  nią
patrzyła,  powtarzała  też  sobie:  „Airmax  jest  tylko  w  zastępstwie,  jak  wróci
Oliwka, to wszystko wróci do normy”. Ale nie była w stanie nic sensownego
jej napisać.

background image

J/O

Ojciec powiedział, żeby wróciła o 22.00. Że co? Nawet matka pozwalała jej
zostawać do 23.00. Są dni miasta, przesada. Wtedy można więcej.

Ostatecznie chciała przeżyć ile się da w jak najkrótszym czasie.
W  ogóle  ojciec  czepia  się  jej  bez  sensu,  od  kiedy  wie,  że  ona  kręci

z Karolem, który ma dziewiętnaście lat. Mówi o nim „ten młody mężczyzna”,
podkreślając przy tym ostentacyjnie, że Julka jest dziewczyną, a nie „młodą
kobietą”. Śmiał się też, że pożyczył od niej Harry’ego Pottera.  „Przecież  ty
to czytałaś w podstawówce, a on? Taki stary koń?”

Poza tym słyszała, jak gadali z Magdą w kuchni, że „ten zespół, na który

idzie  Julka,  to  normalnie  faszyści,  powaga.  Ona  tego  nie  widzi?  Złożę
zapytanie o informację publiczną, ile za to zapłacili”.

Ogólnie  widać,  że  ojciec  nakręca  Magdę  przeciwko,  pewnie  matkę  też.

Czemu faceci wszystkiego zakazują? Nawet Karol tak robi. Jak jego koledzy
się  chwalą,  ile  zaliczyli,  to  się  szturchają  w  boki  i  śmieją,  a  jak  znają  jakąś
dziewczynę,  co  przypadkowo  się  przespała  z  jednym  z  nich,  to  od  razu  jest
szmatą i kurwą. Tak jakby oni byli z innego świata.

background image

M*

Bycie troskliwym ojcem nie oznacza bycia troskliwym misiem tak w ogóle.

– Słuchaj, czy ja coś robię nie tak?
Owszem,  Julka  właśnie  jest  na  koncercie  psychopatycznych  nazioli

dofinansowanym przez miasto, ale to raczej z powodu chłopaka i prezydenta
flirtujących z taką narracją, a nie z powodu własnych muzycznych upodobań.
Maciek nie potrafił jednak znieść myśli, że to mogą być idole samej Młodej.

No chyba że nie chodzi mu o Julkę, tylko o nią.
Spotkała niedawno kolegę z czasów studenckich, kiedy biegła na spotkanie

o Zintegrowanych Inwestycjach Terytorialnych. Złapał ją za rękę w przejściu
podziemnym  koło  pomnika  Jimmy’ego  Hendrixa.  Pomyślała  sobie,  że  jakiś
gówniarz chce jej ulotkę wcisnąć, dopiero potem zdała sobie sprawę, że tak
wyglądają niektórzy ludzie w jej wieku.

Wojtek. Włosy jak rówieśnicy Julki z klasy, ale lepiej się układają. Zarost

drwaloseksualny,  spodnie  rurki,  czapka  z  daszkiem,  plecak  z  badge’ami,
kawa z prywatnego kubka-termosu, zielone słuchawki. A Magda… cóż.

Dał jej swoją hip wizytówkę. „Słuchaj, spotkajmy się. Mam studio w Kato,

ty kiedyś przecież śpiewałaś, przerywałaś nawet koncerty, he, he”.

Pojechała raz, drugi. Spodobało się jej.
Za drugim wróciła nawet do domu o 5.00 rano, pierwszy raz od kilku lat.

Miała do tego ubrudzoną kurtkę od ściany kamienicy, bo Wojtek zabrał ją do
kilku  miejsc,  gdzie  organizował  koncerty.  Teraz  się  nie  robi  spędów
w  klubach  na  pięćset  biletów,  tylko  takie  mikrodomówki.  Artysta  wbija  do
mieszkania albo na dach. Kawa, yerba, wóda, malibu, co kto lubi.

Maciek nie należał do zazdrosnych, ale tym razem jakoś tak…
Za  trzecim  razem  Wojtek  się  ujawnił  i  okazało  się,  że  faktycznie  chciał

wyrwać Magdę na romantiko, asfaltowy balkon. „Słuchaj, Wojtek, sorry. Ja
jestem macochą, a nie Spidermanem. Daj spokój, nic z tego nie będzie”.

Nie  powiedziała  Maćkowi,  że  tak  było,  bo  po  co.  W  każdym  razie  się

skończyło.

– Wobec Julki?
– Ciebie, Julki trochę też.

background image

– Nie jestem Julką, ale pewnie bym pomyślała, że nie lubisz jej chłopaka.

Ojcowie  tak  mają  podobno.  Mojego  nie  znosili  w  każdym  razie,  bo  miał
włosy farbowane i chyba ogólnie później się okazało, że był kryptogejem.

– E?
– Nieważne. Do tematu.
– Mniej z nią gadam ostatnio.
– Mniej. Prawda.
– A ty?
– Co ja?
– Czemu taka jesteś?
– Jaka?
– Obojętna?
– Ja?
– Trochę tak.
Twarz  się  jej  zmieniła.  Bieganie  za  sprawą  Oliwki,  jeżdżenie  za  Młodą,

spotkania  z  Rychem  i  instrukcje  Anki  w  sprawie  sądu.  Czkawka  po  Exeli,
brak  czasu  na  naprawienie  suchych  rąk  i  na  samym  końcu  Maciek.  Na
zmianę wybuchy szczęścia, że się polepsza, i lęki, że się pogorszy.

– Chyba żartujesz.

background image

J/O

Wyszedł  z  busa  w  otoczeniu  Kowali,  Śliwki  i  kilku  innych,  bezimiennych.
Mogli  równie  dobrze  być  Betonem,  Balonem  czy  Blachą  –  na  jedno  by
wyszło,  bo  i  tak  nawet  rąk  im  nie  podali.  Były  powietrzem.  Tacy  chłopcy
widzą  tylko  laski  z  wyraźnym  makijażem,  po  szmince  rozpoznają
dziewczyny,  jak  są  zrobieni.  Z  Ząbkowic  trochę  się  przecież  jedzie  do
centrum, a coś po drodze robić trzeba.

Zaraz  za  przystankiem  Śliwka  wyczarował  skądś  wódkę,  którą  zaczął

obdzielać kolegów, ale już nie Julkę i Kamilę, szkoda czystej na ich fazę. Po
wypiciu  żarty  chłopaków  jeszcze  się  wyostrzyły,  ale  Karol  chociaż  złapał
Julkę  za  rękę  i  zaczęła  robić  się  dumna.  Kamila  została  sama  z  Betono-
Blachami i marzyła, żeby Chomik już do nich dołączył.

Niestety  koncert  trwał  już  w  najlepsze  i  postanowili  dotrzeć  pod  scenę

trikiem „na Józka”. To znaczy krzycząc najgłośniej jak się da: „Józek! Józek!
Idziemy!” i torując sobie tym samym drogę. Nie przeszkadzały im oburzenie
obcych  ludzi:  „Kurwa,  gdzie  się  ryjesz?”  i  pomruki  „Co  za…”,  na  które
odpowiadali: „Coś się nie podoba? To do Józka!”.

Kiedy stanęli zaraz przed barierkami, Julka pomyślała, że będzie już tylko

lepiej.  Nie  da  się  przecież  zrobić  boruty,  stojąc  w  miejscu.  Stanie  przed
Karolem, on ją złapie w pasie, będą się bujać.

Wtedy  dopiero  spojrzała  na  scenę.  Nie  było  na  niej  bandy  zwinnych

ziomków,  jak  ci  z  Ząbkowic,  tylko  podstarzały  koleś  w  obcisłej  koszulce
z  napisem  „Gang  Rzeczpospolitej”.  Koszulka  XL  wciśnięta  w  dżinsowe
spodnie  z  wysokim  stanem.  Akurat  była  przerwa  między  utworami,
wykrzyknął: „Tak się bawi, tak się bawi!”, a pod sceną rozległ się równy jak
hymn  Zagłębia  krzyk:  „Wielka,  Wielka,  Wielka  Polska!”.  „Gdzie  idziemy,
gdzie idziemy?” – „Gdzie Polacy – nie uchodźcy!”

Jeden  z  kolegów,  pod  sceną,  zdjął  wtedy  bluzkę.  Miał  tatuaż  z  wężem,

Voldemort  podobnym  znakiem  przywoływał  śmierciożerców.  Zawtórował
mu  jeszcze  jeden  i  drugi,  co  sprawiło,  że  raz  na  jakiś  czas  kropelka  potu
spadała na nią bezpośrednio z ich klatek piersiowych lub ramion.

Śmierdziało słono-kwaśnym i wódką.

background image

Karol naprawdę robił niezłe wrażenie ze swoją przygarbioną postawą w T-

shircie,  bez  zbędnych  wygibasów.  Niestety  nie  miał  z  Julką  żadnego
kontaktu. Oczy rozbiegane, wzrok wbity w astralny pył, ciało oddzielone, nie
dotykał jej.

To w sumie dziwne, że reszta chłopaków zdjęła koszulki przed G.RP, jak

dziewczyny tańczące topless na barze, a najniższy z nich macha spoconym T-
shirtem  z  napisem  „Zakaz  pedałowania”,  prężąc  się  z  szałem  w  oczach.
Brakuje mu tylko róży w zębach. To musi być jakiś rodzaj miłości.

Kątem  oka  wyhaczyła  Chomika,  który  podszedł  do  Kamili  i  zrobił

dokładnie  to,  co  powinien  Karol,  ale  nie  mógł,  bo  zamienił  się  w  żołnierza
G.RP – pocałował swoją dziewczynę i objął ją pasie. Później gadali sobie coś
na  ucho.  W  tle  leciał  tekst,  który  miał  być  śmieszny,  ale  nie  był:  „Kiedy
przyjdzie  Wielka  Polska,  /  Nikt  nie  będzie  śmiać  się  z  wąsa”.  Chomik
w  pewnym  momencie  schylił  się  w  stronę  Kamili  jeszcze  bardziej  i  zaczął
robić  jej,  tak  się  przynajmniej  wydawało  Julce,  malinkę.  Tym  bardziej,  że
airmaksiara  odchyliła,  ruchem  znanym  z  reklamy  szamponu  z  odżywką,
głowę  do  tyłu.  Karol  ma  dziewiętnaście  lat  i  zachowuje  się  tak,  jakby  nie
kumał, że Julka potrzebuje, żeby publicznie jej dotykał albo chociaż złapał za
rękę. O to przecież chodzi.

Kiedy zespół zapowiedział piosenkę pt. Suki z drogi, Julka zadecydowała,

że  przebije  się  znowu  przez  tłum  i  pójdzie  do  toi  toia.  W  drugą  stronę
powinno być łatwiej. Rzecz jasna nie pójdzie do kibla sama, tylko z Kamilą.
Po  drodze  minęła  kilku  znajomych,  większość  w  jej  wieku.  Nie
przypuszczała,  że  zespół  jest  taki  popularny,  ale  może  to  po  prostu  dni
„Wątroby Hutniczej” (ojciec tak nazywał dni Dąbrowy Górniczej) i dlatego.
Nawet  jakieś  starsze  panie  w  kapeluszach  przeciwsłonecznych  podrygiwały
do  tekstu  „Szanujcie  matki,  /  Pierdolcie  cichodajki,  /  One  wam  kupują  buty
z najki, a nie z bajki, / Głupie szmaty mają za dużo hajsu do wydania, / Ale
taka  nie  dołoży  ci  nawet  do  mieszkania,  /  Jebaj  taką  dupę,  /  Jebaj  jej  dupę
i hajs, / Ona zrobi ci z życia nie polski bigos, a niemiecki szajs”.

– A gdzie masz Usziego?
– Pod sceną.
– Chomik też został?
– No.
Chwilę pomilczały, aż usłyszały jakieś hasło ze sceny i zaczęły się śmiać.
– Masz pożyczyć błyszczyk? Zostawiłam swój w domu.

background image

– Jasne, masz.
Spojrzały na watę cukrową.
– Obleśny ten koleś z G.RP.
– Ja już Biebera wolę. Ile ten niby-raper ma lat? Czterdzieści?
– Dziwnie gada, sepleni i w ogóle. Gruby jest.
– A pół Ząbkowic się przed nim rozebrało.
– Idziemy na watę?
Julka wysłała esemesa do Karola, a Kamila do Chomika nie. I tak sam do

niej  zadzwoni  po  koncercie.  Ostatecznie  stwierdziły,  że  kupią  sobie  jeszcze
piwo  z  sokiem  malinowym  na  pół.  W  sumie  to  dni  miasta,  wypiją  sobie
gdzieś na uboczu i nikt się nie kapnie. Kolejki i taki upał, że nikt nawet nie
wpadłby na sprawdzanie dowodów.

Usiadły na murku i piły: dwa łyki, zmiana, dwa łyki. Zaczęła się rozmowa

o Oliwce i że pewnie jakby z nimi była, to też by na G.RP nie wytrzymała.
„Dasz  mi  jeszcze  raz  błyszczyk?”  Później  ustawiały  w  kolejności  od
„najmniej  lamowego”  do  „najbardziej  lamowego”  chłopaków  z  Ząbkowic.
Karol  był  u  Kamili  wysoko,  co  Julka  sobie  dobrze  zapamiętała.  Wyżej  dała
tylko Sulika, który jej samej w ogóle się nie podobał, bo powtarzał cały czas
„i teges”. To nawet śmieszne. Przychodzi Sulik do lekarza i teges. Kamila tak
się  śmiała,  że  zapomniała  znowu  poprosić  Julkę  o  błyszczyk.  Wyglądała
przez to nawet ładnie, nie świeciła się cała.

W tle dotarł do nich tekst, z którego zrozumiały: „Rzygać dupami, / Co nie

potrafią składać origami, / Moja królowa mi się składa jak chce, / Na plecach
nosi tatuaże «G.RP», / Tatuaże «G.RP»”.

– Myślisz, że to jest serio?
– Na komórce sprawdzę tekst. Chwila.
Kamila wrzuciła w tym czasie kubek po piwie do kosza.
– „Rzygać dupami”, takie hasło.
– Powaga?
Zaraz po tym zrobiły sobie selfi na murku i dodały status „Nie ogarniamy

rzygania dupami” – w obliczu wyzwania. Zero lajków. Chyba wszystkim ten
tekst się podoba. Odświeżyły fejsa, każda z osobna kilka razy, ale dalej nic.
Piętnaście minut.

– Kasujemy?
– Tak. To byłoby lepsze na snapa bez napisu, ale już trudno.
Zaraz po tym pipnął mesendżerem Chomik: „Gdzie?”. Musiał wymięknąć,

background image

nie  nadawał  się  do  obijania  pod  sceną  ze  spoconymi  chłopakami.  Mogliby
jego chomikowatość zgnieść. Dotarł do murku, przytulił Airmax i powiedział
do Julki:

– Słuchaj… Karolowi odpierdala. Nie idź do niego teraz. Wrzucił coś.
Wtedy Julka się wkurzyła. Jakiś Chomik jej mówi, czy ma iść albo nie iść

do swojego chłopaka (btw nawet nie odpowiedział na jej esemesa, ale oni nie
muszą tego wiedzieć). Próbowała więc zgrywać taką, co jej to nic nie robi.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz. Co za różnica?
– No jest różnica. Ma pianę w kącikach ust, powaga.
Zaczął się śmiać, a Julka nie. Nie może ośmieszać jej chłopaka.
–  Jak  bokser  –  dorzuciła  Kamila  i  złapała  się  zaraz  po  tym  za  usta,  żeby

zatamować śmiech.

–  Odwalcie  się  od  Karola,  niech  sobie  wrzuca,  co  chce.  To  jego  sprawa.

A wyzywanie go od psa to przegięcie.

Obróciła się na pięcie.
– Julka… sorry, przecież nie o to mi chodziło, wiesz. Oliwka po prostu by

nie chciała. Ona mówiła, że Karolowi odpierdala, jak…

Przesadził.
– Nie chciałaby też, żebyś chodził z Kamilą! A to robisz! Nara!
Zostawiła  ich  na  murku  i  poszła.  Koniec.  Znalazł  się  strażnik  Teksasu

kolejny,  Chomikman.  Bez  kitu.  Chłopak  pewnie  na  nią  czeka,  nawet  jak
sobie coś wrzucił, to tym bardziej wolałaby przy nim być. Tak to zostanie ze
swoimi koleżkami, którzy zaraz narobią wokół niego hałasu i ich zgarną pały.
Boże, żeby tylko nie spotkała jakiejś ciotki, nauczycielki, mamy. „Cześć. To
mój chłopak. Karol. Ślini się, bo ma taką chorobę, która sprawia, że nie może
ruszać szczęką. To taki chwilowy paraliż. Zaraz przejdzie”.

Zanim  zdążyła  opracować  jakikolwiek  plan,  wpadła  na  Karola.  Nie

wyglądał  jak  bokser,  był  zwyczajny,  tylko  trochę  bardziej  czerwony  na
twarzy i… nie miał koszulki. O nie. To chyba gorsze niż ślinotok, bo z daleka
widać. Trudno. Wielka miłość nie wybiera.

– Przejdziemy się?
Udawała,  że  nie  wie  o  dragach,  a  on,  że  nie  ma  żadnej  fazy.  Chciała  się

przejść, i to daleko, żeby nikt ich nie spotkał z tą jego gołą klatką w środku
miasta.

– Tak. Nie jest ci zimno?
– Spociłem się jak świnia. Ale koncert zajebisty.

background image

– Mhm.
Poszli aż za „Zieloną”, gdzie ucichły dźwięki festynu, i gdzieś tak po pół

godziny marszu włożył tę cholerną koszulkę. Wtedy Julka uznała, że mogliby
właściwie zawrócić, bo już robi się 21.30. Nie dodała, że stary jej kazał być
o  22.00,  olała  to,  wróci,  jak  chce.  Ten  jeden  raz.  Na  spacerze  najpierw  był
miły, a później powiedział, że chciałby, żeby się kroili w tym lasku. Głupio
się  jej  zrobiło,  bo  przecież  tak  tutaj,  teraz,  bez  przesady.  Zaczęła  się  śmiać
i próbowała jakoś zmienić temat.

– Z czego się śmiejesz?
Nic nie odpowiedziała, bo dziwnie na nią spojrzał.
– No z czego? Się śmiejesz?
Dalej nic.
– Myślisz, że jesteś lepsza, co? Że takie jak ty nic nie muszą?
Złapała go za rękę.
– Karol, co ty mówisz. Przecież cię kocham.
Szli dalej w ciszy. Zobaczyła wtedy w kąciku jego ust trochę śliny, piany.
– Minął miesiąc, a ty jak księżniczka.
Nie wiedziała, co powiedzieć.
– Karol, słuchaj. Ja przecież za tobą cały czas, wiesz o tym…
– No to już.
Jak by się zachowała w takiej sytuacji Oliwka? Julka chciała uciekać, ale

nie mogła, bo wtedy Karol by z nią zerwał, albo jeszcze gorzej.

Zaczął ją całować, wsadził rękę w stanik. Dotykał tak, jak się maca jabłka,

żeby sprawdzić, czy są odpowiednio twarde.

Poczuła w ustach słodko-słono-kwaśny smak, tak jakby zapach spod sceny

zmienił stan skupienia i właśnie wszedł jej do ust razem z językiem Karola.
Spróbował włożyć drugą rękę w majtki, ale nie ogarniał nawet guzików w jej
spodniach. Szepnął wtedy: „Suczko, pomóż”.

Zaczęło jej się nucić „Moja suka mi się składa tak, jak chce”, powtarzało

się w kółko, tym sepleniącym głosem. Postanowiła.

Spierdala  stąd.  To  jest  obśliniony  bokser,  a  ona  znajduje  się  w  pułapce,

trzydzieści minut od lądu.

Biegła  ścieżką  rowerową.  Dzisiaj  i  tak  wszyscy  nastukani  i  nie  jeżdżą  –
nawet oni, zdrowi ludzie. Przypomniało jej się, jak w podstawówce chłopcy
czasem udają, że posuwają swoje koleżanki. Łapią je za biodra, przystawiają

background image

do  ich  pośladków,  kiedy  tylko  się  nachylą  albo  odwrócą,  żeby  coś  zebrać
z  podłogi.  Inni  malują  sobie  dłonie  kredą  i  odbijają  na  ich  udach
i  pośladkach,  żeby  zaznaczyć  terytorium.  Czuła  się  właśnie  tak.  Napisze  do
Nowego  na  fejsie  albo  go  wyrzuci  ze  znajomych,  jeszcze  nie  wie.  Póki  co,
musi biec. Boże, jak dobrze, że włożyła adidasy na wzór Kamili. Napisze list
do producenta.

Słyszała  za  plecami,  jakby  krzaki  się  poruszały  i  zaraz  miały  z  nich

wyskoczyć welocilaptory.

Tyranozaur  pewnie  jej  nie  dogoni,  idzie  powoli,  obśliniony  tym  swoim

dziwnym środkiem na obleśność.

Spojrzała  na  smartfona,  chciała  zadzwonić  do  Kamili,  żeby  wyszli  jej

z  Chomikiem  naprzeciw.  Była  21.55.  Wtedy  wjechał  w  nią  rowerzysta
z aplikacją Endomondo na ramieniu.

Nie załatwił jej chłopak, który zaraz ją porzuci, tylko Jurek, lat pięćdziesiąt

pięć. Tym samym może ją ratując, nie wiadomo.

background image

M/M*

Lubimy  wyliczanki.  Ela  kiedyś  wysłała  Maćkowi  w  trybie  „nie  mów
Magdzie”  esemesa  z  pytaniem:  „Julka  pyta,  czy  kochasz  ją  najbardziej  na
świecie. Ja jej mówię, że ja tak, ale nie wiem, jak Ty. Mam jej powiedzieć, że
jest pierwsza w Twoim życiu, czy ktoś inny jest ważniejszy?”.

Byli wtedy cztery lata po rozwodzie.
Odpisał  od  niechcenia:  „Tak”.  Zaraz  po  tym  dostał  kolejną  wiadomość:

„Czyli Julkę bardziej niż kogoś innego?”. Odpowiedział: „Ela, to pytasz Ty
czy ona?”. Telefon milczał i zadzwonił dopiero dwa dni później. Trzeba było
ustalić godziny zabrania dziecka z… do…, a temat nigdy nie wrócił.

Tym  razem  była  23.01  i  to  Maciek  postanowił  wysłać  esemesa  do  Eli.

Poleciał jej metodą, bo był już zrezygnowany.

Z Magdą nie ma nawet jak porozmawiać o strachu przed tym, że Julce coś

się  stanie.  Ona  nie  potrafi  mówić,  musi  coś  natychmiast  zrobić.  Z  kolei
Maciek  ciągle  czuje  ogromny  niepokój  i  napięcie,  kiedy  patrzy  w  stronę
swojej córki. Nawet bieganie i sprawdzenie jej różnych kont w sieci mu nie
pomaga. Kiedy podchodzi do Julki, to cały drętwieje i denerwuje się, że nie
jest  taka,  jak  sobie  wyobrażał.  Nie  wie,  od  czego  zacząć  rozmowę.  Odlicza
w myślach do dziesięciu, żeby nie wchodzić z córką w konflikt i przeczekać
jeszcze  z  dwa  lata,  aż  hormony  zrobią  z  niej  człowieka.  Tylko  Ela  może
zrozumieć  taki  niepokój  o  dziecko.  „Nie  ma  jej  w  domu,  a  kazałem  wrócić
o 22.00. Co Ty na to?”

Telefon zadzwonił natychmiast.
– Przyjedź do szpitala na Mydlicach. Ma wstrząśnienie mózgu.
Włożył spodnie, bluzę, powiedział do Magdy:
– Muszę jechać do szpitala.
– Twoja mama?! Co się stało? Te zawroty głowy, Boże.
– Julka.
Wstała z łóżka. Sięgnęła po cokolwiek do ubrania.
– Magda, ale…
–  O  Boże,  myślisz,  że  ktoś  ją  pobił?  Ona  miały  problemy  w  szkole

niedawno. Może przez to? Wiadomo, co się stało?

background image

– Magda…
Maciek  był  roztrzęsiony,  szukał  kluczy  do  samochodu  w  sposób

galaretowaty, wycedził przez zęby:

– Wstrząśnienie mózgu. Zostanie na dzień, dwa i wyjdzie.
Ale nie wiedział nic więcej poza tym, że córka leżała, Exela czekała.
– Zaraz wrócę. Poczekaj. Zadzwonię, jak to coś poważnego.
– Muszę jechać z tobą.
– Proszę, poczekaj. Dam znać, jak tylko…
Sam nie wiedział, co miało kryć się pod „tylko”.

background image

M*

Magda pokiwała głową. Może się domyśliła, a może nie.

Jezu, a jak stało się coś poważnego? Musi wytrzymać jeszcze dwadzieścia

minut, dziesięć minut, pięć minut. Telefon trzęsie się w jej dłoni jakby ktoś
bez przerwy dzwonił na wibracji. A może jest gorzej niż myślała? Młoda ma
nie tylko wstrząśnienie mózgu, ale i złamany kręgosłup?

Tak. W najgorszych sytuacjach nie kontaktuje się od razu.
Nie. To niemożliwe, Maciek od razu by zadzwonił.
Robienie  cyrku  nad  wstrząsem  mózgu  to  już  nie  jest  jej  działka.  Może

kilka lat temu, ale teraz wie, że jest dziurą w prawie i głowie Maćka. Nic nie
może. Było, minęło.

Została w domu i czekała.
Nie  wie,  ile  w  Polsce  jest  macoch  i  ojczymów.  Na  forach  internetowych

dominują  tematy:  „Co  zrobić,  żeby:  a)  pasierb/pasierbica  kochali  mnie;  b)
pb/pbc  nie  porównywali  mnie  z  mamą/ojcem;  c)  dostać  uprawnienia,  żeby
móc  spotkać  się  dzieckiem,  kiedy  biologiczni  matka/ojciec  zabronią”.  Nie
wiadomo,  co  w  sytuacjach,  kiedy  jesteś  przerażona,  że  coś  się  stało.  O  tym
nie piszą, bo pewnie po takich akcjach ludzie od siebie odchodzą.

background image

J/O

Po  otwarciu  oczu  nie  wiedziała,  gdzie  jest  Karol.  Aha.  Ale  on  jest  chujem,
jego już nie ma, nie trzeba go szukać. Zachciało jej się płakać. To kto teraz
zostanie? Kamila i Chomik?

Gdyby  nie  to,  że  nie  miała  siły  wstać,  to  by  sięgnęła  po  smartfona.

Moment. Nie jest już w lasku miejskim?

Oko mamy, oko taty. Oho. Zaraz dostanie opierdol, że się spóźniła.

background image

J/O

Jeszcze siedemnaście dni i Oliwka wyjdzie.

Nowe  profilowe  Karola  polubiło  sto  dwadzieścia  jeden  osób,  w  tym

osiemdziesiąt trzy dziewczyny. Do tego komentarze, których nawet nie może
czytać, bo nie ma tekstu, tylko naklejki albo gify.

Ale nieważne. Ona ma złamaną rękę za tę ich miłość i dalej pozostaje na

etapie drugiej bazy.

Oliwka  wyjdzie  i  za  dwa  miesiące  wszystko  będzie  lepsze.  Wie,  co  chce

zrobić, i potrzebuje do tego zaufanej koleżanki.

Chomik  i  Airmax  dalej  całują  się  na  przerwach,  chociaż  Dawid  znowu

przepadł.  Jeszcze  na  świadectwie  tego  nie  ma,  ale  nawet  na  komisy  się  nie
załapie. Cztery przedmioty: mata, chemia, angielski i… WF. Ale on nie trafi
do  ośrodka,  bo  ma  na  koncie  tylko  tyle,  co  Oliwka.  Poza  tym
spadochroniarstwem. 

Drobne 

występki 

przeciwko 

prawu 

zostały

rozgrzeszone.  Jego  mama  się  zresztą  sprawozdaje  w  terminach  przed
kuratorem  i  jest  w  stanie  iść  za  nim  wszędzie.  To  ten  sam  co  rodzinny
Oliwki, a jak wiadomo, „Juroszek spoko jest”.

Airmax  próbowała  dopytać  na  czacie,  co  się  stało,  że  Julka  rozstała  się

z  Nowym.  Dostała  tylko:  „Zerwaliśmy  i  nic  nie  jest  takie  jak  było:(”.
W  odpowiedzi  otrzymała  kilka  memów,  które  Paulo  Coelho  napisał  dla
nastolatek  z  Dąbrowy  Górniczej  po  uciekaniu  przed  pierwszym  w  życiu
stosunkiem przez las.

Później  Julka  trzy  dni  pod  rząd  lajkowała  strony  o  cięciu  się,

samobójstwach,  ale  jej  udziału  w  wydarzeniu  „Zabiję  się  siódmego  lipca”
nikt nie polubił. Magda napisała na czacie: „Ej Młoda, co Ty lubisz? Kiedy
u nas jesteś?”. Nie odpowiedziała.

Kiedy mama zapytała, czy chce jechać na obóz językowy, tylko wzruszyła

ramionami.

– To czego ty chcesz? Nie mam siły!
Ciało wzięło górę, zamknęła oczy, udając, że śpi.
– Patrz, tu są oferty. Możesz pojechać do Anglii na dwa tygodnie albo do

Włoch  na  bardziej  intensywny  kurs  z  native  speakerami.  Wycieczek  dużo,

background image

w liceum masz mieć klasę z włoskim i angielskim, to już za rok!

Julka z zamkniętymi oczami wycelowała w wyjazd najbardziej po lewej.
Ale za to wreszcie udało jej się odpowiedzieć na list od Oliwki. Po trzech

miesiącach.

Okazało się, że tylko z nią może teraz porozmawiać i napisać jej wszystko.

background image

J/O

Śnił  jej  się  codziennie  łysy,  garbaty,  uszaty  Karol.  Miłość  ząbkowicka
i  nieskonsumowana.  Taka  kara  za  ucieczkę  bez  słowa,  tęskni  na  własne
życzenie.  Usprawiedliwia  wszystko.  I  to  nieważne,  gdzie  spała,  u  Magdo-
Taty  czy  Mamy,  był  codziennie  w  jej  snach.  Budziła  się,  piła  kubek  mleka,
a Karol nie mijał.

Trzy dni przed przyjazdem Oliwki dowiedziała się od Kamili, że Chomik

trochę  dyga  na  jej  powrót.  Miały  się  spotkać  w  „Pogorii”  i  o  tym  pogadać,
zanim Oliwka wróci, ale Mama stwierdziła, że po tej całej akcji z dni miasta
nie może wychodzić, aż do końca wakacji.

Właściwie  to  i  tak  nie  miała  pomysłu  i  chciała  jej  tylko  opowiedzieć

o dwóch przyrządach, które kojarzyły jej się z Karolem.

Ojciec zabrał ją kiedyś do muzeum tortur, chociaż był do niego wstęp od

trzynastego roku życia. Machnął ręką, weszli.

Pierwszy przyrząd to była taka korona ze śrubką, do zakładania na głowę

i  wwiercania  powoli  –  dosłownie  co  kilka  milimetrów  –  w  czaszkę.  Głowa
wstawiona  w  takie  imadło  nie  miała  żadnych  szans  i  powoli  była
„kompresowana”  do  swojej  płaskiej  wersji.  Zęby  implodowały  w  dziąsła
i roztrzaskiwały szczęki. Oczy wypadały, mózg wypływał uszami.

Drugi,  równie  pamiętny,  był  już  ewidentnie  związany  z  Karolem.

Specjalny  hełm  do  odcinania  uszu.  Nakładano  go  na  głowę  tak,  że  uszy
wystawały tuż pod ostrzami. W ostatecznej chwili robili po prostu „ciach”.

Ale teraz takich narzędzi nie ma, są tylko ręce, nogi i internet.

background image

M*

Naprawdę,  wzorem  Oliwki  i  Julki,  oglądała  tutorial,  jak  spakować  się  na
wakacje. Nie była na nich cztery lata, a sama z Maćkiem to może trzy razy od
zawsze, w tym więcej na początku.

Zajmowali  się  na  nich  głównie  obserwowaniem  ludzi  i  snuciem

bezsensownych teorii.

To było ich hobby wyjazdowe.

background image

J/O

Pierwszy  czat  był  na  dzikusa.  Odbył  się  szóstego  lipca,  a  siódmego  Julka
miała wyjechać na obóz.

– Jesteś! Jesteś!
– [naklejka tańczącego psa]
– Hurra, mooooja!
–  Moja  kochana  [serce  z  ninja]…  sa  nowe  naklejki.  Zajebiste!  Cały  fejs

jest jakiś inny!

Dodały  sobie  wspólne  zdjęcie  z  kamerki,  status  Double  trouble.  Jeszcze

nie  wynaleźli  aplikacji  do  odchudzania  na  zdjęciach,  ale  do  rozświetlania
twarzy i dodawania lat owszem. I one na nim były. Piękne, uśmiechały się do
świata, chociaż zostały zaszczute.

– Mamo, mogę iść do Oliwki na noc, błagam! Dzisiaj przyjechała. Proszę,

proszę.

Podbiła stawkę.
Mama  pokręciła  głową  i  ostatecznie  ustaliła  to,  co  Julka  chciała  na  niej

wymusić.

– Jesteś o 22.00 i ani minuty dłużej.
Nawet nie zaprotestowała. Jak trzeba będzie, to wróci jutro, a matka przed

wyjazdem  co  jej  może  zrobić?  Obóz  językowy  to  kara  sama  w  sobie.
Najnudniejsi  i  najbrzydsi  goście,  najbardziej  przewrażliwione  dziewczyny
z bulimią albo depresją.

–  I  najważniejsze.  Nie  chcę  widzieć  cię  w  Ząbkowicach.  Umówcie  się

w centrum albo niech ona przyjedzie tutaj.

– Wiadomo!
Po  czym  wybiegła  z  domu  prosto  na  635,  autobus  nazywany  „wiejską

strzałą”, i po czterdziestu minutach była w Ząbkowicach. Nawet nie zwróciła
uwagi na to, co ma na sobie. Od urodzin Karola jej tutaj nie było.

background image

J/O

Ściskały  się,  całowały,  trzymały  za  ręce,  obłapiały.  Były  jedną  wielką
reklamą coca-coli albo teledyskiem SoKo

16

.

W  pierwszej  kolejności  poszły  do  sklepu,  w  którym  sprzedają  alkohol

każdemu  i  zawsze,  po  sześć  piw  jabłkowych.  Miały  je  spożyć  na  górce  za
kościołem.  Nawet  Chomik  nie  wiedział,  że  już  przyjechała.  Wielka
tajemnica!

Znajomi  mijani  po  drodze  witali  Oliwkę  jak  po  powrocie  z  emigracji.

Przybijała im piątki, przytulała się, była może trochę głośniejsza niż zwykle.

Miała teraz tlenione blond włosy, wyglądała przez to trochę jak stażystka

w  sklepie  osiedlowym.  Białe  włosy  z  żółtym,  jajecznicowym  połyskiem  –
takie,  które  sprawiają,  że  bardziej  widać  pryszcze,  ale  Oliwce  było  to
obojętne. Zawsze marzyła o blondzie, to teraz ma.

Julka co chwilę rozglądała się za Karolem i serce jej biło na widok każdej

łysej  głowy.  Tym  bardziej  że  zapomniała  się  pomalować  i  wyjdzie,  że
zbrzydła. Trudno. Wypije dwa piwa i zapomni o tym, a jak spotka Nowego
po 21.00, gdzieś na osiedlu, to pewnie sam nie będzie w lepszym stanie.

Siadają na górce i najpierw duszkiem wypijają po browcu.
– Słuchaj, miałam taki plan: sanval, zolpic, ketonal i zapić to alkiem.
–  Leki…  daj  spokój.  Można  prościej.  Ty  masz  zresztą  za  dużo  do

stracenia.

Wychodzi na to, że myśli Julki o samobójstwie są śmieszne i powtarzalne.

Pewnie  Oliwka  ma  ją  teraz  za  panikarę,  co  zgapiła  złoty  strzał  z  serialu  dla
podstawówki.  Ale  to  nieprawda,  szukała  tego  w  sieci,  jak  nie  miała  z  kim
gadać.

– Wiesz, dużo się tutaj zmieniło. Byłam z Karolem… pisałam ci.
– Tak. Dobrze, że nie jesteście razem – otworzyła drugie piwo – i powiem

ci coś, ale nie mów nikomu. Myślałam, że z nim jestem w ciąży.

Julka pobladła.
– Jak… z Karolem… ale…
– …ale nie denerwuj się, że ci wcześniej nie powiedziałam, bo z tym łączy

background image

się coś jeszcze.

– Jak mogłaś?
–  O  takich  rzeczach  się  nie  mówi.  On  wrzucił  jakieś  dopalacze  i  sobie

nawymyślał,  że  mam  robić  to,  to  i  tamto.  To  było  zaraz  po  tej  imprezie
z  batonami  i  kradzieżą.  Właściwie  to  chyba  mnie  zmusił,  nie  wiem.  Byłam
megawkurzona,  że  nikt  po  mnie  nawet  nie  przyszedł  na  komisariat,  mieli
mnie  w  dupie.  Zostałam  tylko  ja  i  on.  Dzień  później  się  spotkaliśmy.  Mieli
taką  piwnicę  jeszcze  wtedy,  nie  wiem,  czy  teraz  tam  się  dalej  schodzą.
Pewnie tak.

– Jak mogłaś…
– Julka, mogłam. Ale co z tego, wcale nie było miło. Wiesz co on zrobił?
– …
–  Instrukcję  sobie,  kurwa,  ze  mnie  zrobił.  Dotykał  mnie  jakbym  była

hologramem. Nawet nie pocałował, jak pornos. I wiesz, co jeszcze?

– Co?
–  Wydaje  mi  się,  że  przez  niego  jestem  w  MOW-ie.  Rozpowiadał  po

osiedlu  na  mój  temat,  jak  nie  chciałam  tego  z  piwnicy  powtórzyć,  zaraz
dotarło  do  kuratora.  Chodziłam  ciągle  wkurzona.  Żółty  to  nic.  Jeszcze
przyjdzie taki dzień, że zobaczy.

Niemożliwe, Karol Julki.
Kochany Karol, przecież wtedy już na nią patrzył maślanymi oczami.
Przytulały  się  dalej,  wypiły  piwo  do  końca  i  zaczęły  wymyślać,  co  by

zrobiły, gdyby spotkały w drodze z górki Karola.

Było  około  dwudziestu  propozycji  od  przywiązania  go  gołego  do  drzewa

i  zawołania  reszty  osiedla,  przez  zabranie  komórki  i  serię  karniaków  z  jego
penisem na zdjęciu, aż po donos na policję, że ukradł auto. Tak kiedyś zrobił
młodszy  brat  od  Kowali,  doniósł  na  jednego  z  nich,  że  robi  burdy  w  domu,
i wezwali matkę do MOPS-u.

Ostatecznie  Julka  wróciła  do  Łęknic  dzień  później  i  nie  zrobiły  niczego.

Pierwszy raz usnęła spokojna w domu Ryśka.

Jeszcze po pijaku Oli poprosiła Julkę, żeby pomogła jej wyczesywać Soni

wszy.

–  Nie  było  mnie  kilka  miesięcy,  a  Rychu  to  jest  zawsze  ostatni  do

zaglądania  w  głowy.  On  chyba,  kurwa,  niedowidzi  i  dopiero  reaguje,  jak
wszy schodzą Młodej z głowy. A wystarczy sczesać te kulki. Widzisz – takie
małe jajka, też ma tutaj kilka. Za uszami jest najwięcej.

background image

Julka  była  szczęśliwa,  że  Karol  skrzywdził  kogoś  innego,  nie  tylko  ją.

Teraz mogła być pewna, że wina była jego.

background image

O/J

Rysiek  ogłosił  remont.  W  Zakładzie  Budynków  Miejskich  powiedzieli,  że
musi  odrobić  zaległe  opłaty  za  mieszkanie  robocizną,  więc  podszedł  do
tematu poważnie. Farbę i grunt wyniósł z pracy – i tak długo leżały i były na
granicy przeterminowania. Faktury załatwił u kolegi. Wziął wolne na trzy dni
i rzucał kurwami niemal całe trzy remontowe doby.

Matka  ratowała  sytuacje,  w  których  miał  zrezygnować  i  pierdolnąć  tymi

ścianami – wiedziała, co robi, bo raz Niemcom sama jedna odmalowała cały
dom. Kto wie, co jeszcze tam robiła.

Właśnie,  matka  wróciła  jakby  na  stałe.  Tak  przynajmniej  twierdziła,  ale

nikt jej do końca nie wierzył, bo tutaj nie znajdzie pracy i wróci obrażona po
trzech  miesiącach  do  swoich  dziadziów  i  babć.  Była  jednak  nienaturalnie
miła  i  błyszczały  jej  oczy.  Całkiem  możliwe,  że  zaszła  w  ciążę,  ale  jeszcze
nie ogłosiła tego wszem wobec.

Oliwka mogła przez kilka dni zamieszkać w domu Babci, która została za

granicą,  i  wracać,  kiedy  chce.  Taka  nagroda  za  to,  że  w  domu  panował  syf.
Był  z  tym  jednak  pewien  problem.  Po  pierwszym  przebłysku  radości,
spotkaniu  z  Julką,  nagle  się  zatrzymała  i  wszystkie  nadzieje  związane
z wolnością prysły. Co prawda bujała się trochę po podwórku, ale nie chciało
się jej za bardzo wychodzić z domu.

Coś  pękło,  ale  nie  wiedziała  jeszcze  co.  Kiedy  zostawała  sama,  chodziła

tam i z powrotem, nawet papierosa nie zapaliła.

Tęskniła  za  dziewczynami  z  ośrodka.  One  wszystkie  miały  podobne

historie.  Czuła  się  przy  nich  jak  w  lustrzanym  odbiciu,  chociaż  każda
wyglądała zupełnie inaczej. Całe dnie w ośrodku przebiegały na przeglądaniu
się  w  sobie.  Klasyfikowaniu,  która  ma  bardziej,  a  która  mniej  przejebane.
Która ma ładniejszą cerę, uda, uszy, albo więcej lub mniej waży.

Nagle zwierciadło zniknęło i została sama.
Słyszała, że podobno po dwóch tygodniach wolnego mija i robi się to, co

wcześniej. Ale trzeba odczekać i się nie zrażać tym, że cały świat wydaje się
chaotyczny  i  zróżnicowany.  Posiłki  są  o  nieprzewidywalnych  porach,
sprzątanie jest rzadsze i nie stykasz się rano kolanami z koleżanką z pokoju

background image

w MOW-ie.

Założyły się z dziewczynami, która po wakacjach wróci bardziej poryta.
Wiedziała od starszych, że trzeba uciec dzień przed powrotem i wtedy, jak

policja  cię  przywiezie,  to  masz  darmową  podwózkę  i  trochę  więcej
adrenaliny.

Słyszała  też  o  opcji  „na  samobójcę”.  Tniesz  się  dzień,  dwa  przed

powrotem  i  masz  tydzień  na  wolności  do  przodu.  Wtedy  dodajesz  zdjęcie
z wenflonem i zbierasz lajki.

Możesz też się przygłodzić, co często jest nawet przydatne, bo w MOW-ie

tyje się 5–10 kilogramów w rok.

Siłka  tutaj  nie  pomoże,  a  porządny  detoks  w  wakacje  owszem.  Kończysz

jak  w  punkcie  powyżej,  ale  tracisz  więcej  czasu  na  doprowadzenie  się  do
takiego stanu.

Była też trzecia opcja, ale dostępna dla tych bardziej kumatych, starszych

i przy współpracy z rodziną. Można wtedy nawet o miesiąc przedłużyć pobyt
poza ośrodkiem.

Ogólnie się opłaca, bo kiedy masz siedemnaście lat, każdy dzień się liczy,

więc taki miesiąc na wolności to jak odzyskanie 1/12 roku, czyli 1/1200 życia
(w przeliczeniu na sto lat, a jak umrzesz wcześniej, to już w ogóle żal liczyć).
W każdym razie ta opcja polega na tym, że zbijasz za granicę (wystarczy do
Czech) albo kitrasz się u jakichś kolegów / chłopaka w innym mieście, a cała
reszta cię kryje.

Puka policjant do drzwi rodziców, a oni ze zdziwieniem wykrzykują: „Nie

dotarła?  Chyba  jej  nogi  z  dupy  powyrywam”  i  wysyłają  ci  równocześnie
esemesa: „Byli już, uważaj”. Pytają koleżanek, czy cię widziały, a one nawet
pary  nie  puszczą,  chociaż  wiedzą,  że  jesteś  na  osiedlu  obok  albo  dodałaś
właśnie na insta zdjęcie znad rzeki.

Wszystko  to  rzecz  jasna  ostatecznie  prowadzi  do  powrotu,  ale  warto

zahaczyć  o  takie  warianty,  bo  później  można  o  nich  gadać  przez  najbliższe
pół roku, albo i nawet rok.

Co innego można robić w zamknięciu poza gadaniem o minionym świecie

zewnętrznym?

To, że przyjedzie ci zrobić zajęcia znana aktorka, której Minister Kultury

dał hajs na pracę z „patologią”, nie oznacza, że w twoim życiu dzieje się coś
ekscytującego.  Nawet  fajni  wychowawcy  i  ich  piosenki  hip-hopowe  o  tym,
że  „damy  radę”,  nie  zmieniają  tego,  że  marzysz,  aby  urwać  na  imprezę

background image

i  o  nich  wszystkich  zapomnieć,  samej  dać  sobie  radę.  Tymczasem  chodzisz
do  zjebanego  aquaparku,  tańczysz  na  sylwestrze  z  pięcioma  dziewczynami,
których razem z tobą nie wypuścili na przepustkę, bo macie karę. Malujecie
się po to, żeby zrobić sobie zdjęcie i dodać, jak ci pozwolą wejść na neta.

Regularne  odwiedziny  rodziny  ustają  mniej  więcej  po  pół  roku,  w  listach

można  co  najwyżej  jadłospis  przepisać,  więc  korespondencja  utrzymuje  się
do ostatniego braku odpowiedzi.

Ale  tyle  o  ośrodku  –  powinna  korzystać  z  tego,  co  jest  teraz.  Przecież

musi, prawda?

Po  trzech  dniach  samotności  „na  miejscu”  Oliwia  otrzymała  swój  pokój

w wersji przemalowanej i bez kilku maskotek z dzieciństwa. Zostało tam też
dostawione  łóżko  Sońki.  Widocznie  pod  jej  nieobecność  dom  się  skurczył,
a wszyscy uznali, że szybko nie wróci, więc oddali młodszej siostrze połowę
jej terytorium.

Jak to zobaczyła, to zamknęła się w łazience i próbowała nie płakać. Wróci

do  dziewczyn,  tam  też  przecież  nie  jest  w  pokoju  sama.  To  normalne,  nie
chodzi o to, że nikt nie wierzy w jej powrót. Matka chyba to wyczuła i niemal
wykrzyczała koło drzwi do kibla: „Ojej, Rysiek, ta nasza Sonia już taka duża,
że  nie  może  mieszkać  z  bratem.  Dobrze,  że  już  teraz,  a  nie  we  wrześniu  ją
przenieśliśmy, żeby spała z Oliwią”.

Właśnie.
À propos poczucia winy. Ma je również Chomik, który wpadł do nich po

remoncie,  a  matka  przywitała  go  tak,  jakby  był  jej  zaginionym  dzieckiem
odnalezionym po latach.

Poszli  za  kościół.  Przyznał  się,  że  chodzi  z  Kamilą,  a  Oliwka  już  prawie

zapomniała, że jakaś Kamila istnieje.

– Przepraszam, że ci nie powiedziałem.
– A będziesz z nią?
– Jak powiesz, że nie mam być, to ją zostawię.
– To zostaw.
Pogłaskała Chomika po głowie. Dobry chłopak był.
– Wiesz, że zamknęli piwnicę Nowego?
– Jak to?
– Normalnie nawet w gazecie o tym pisali! Wbiły im tam pały.
– I co?
–  Nic  nie  znaleźli  na  miejscu,  ale  okazało  się,  że  tam  przychodziły

background image

trzynastki  na  piwo,  a  później,  wiesz…  jedna  z  nich  powiedziała,  że  ją
obmacywali, czy coś tam.

– Serio? Nowy?
Chwilę po tym napisała do Julki. „Wkopałaś go?”

background image

J/O

W  autobusie  było  zimno.  Klimatyzacja,  a  ona  jak  ta  kretynka  włożyła
koszulkę na ramiączkach i wrzuciła bluzę do bagażnika. Matce na złość, bo
mówiła,  żeby  sobie  ją  zostawiła  na  wierzchu.  Jednak  była  tak  wkurzona,  że
znowu czegoś od niej chce, i do tego stoi jak ta lama na przystanku, że nawet
nie chciało się jej odpyskować. Na koniec, na dobitkę matka machała do niej
aż do momentu, kiedy autobus opuścił dworzec.

Brakowało,  żeby  się  tam  jeszcze  rozpłakała  albo  narysowała  serce  na

parze, którą wychuchałaby na szybie. Na szczęście był upał.

W  związku  z  tym  czuła,  że  wszyscy  widzą  –  poza  tym,  że  ma  dziwną

matkę – jej sterczące sutki. Na szczęście to nie miało znaczenia, bo piersi jej
się  w  tym  busie  do  niczego  nie  przydadzą.  Skład  był  taki:  trzy  czwarte
dziewczyn  tak  samo  nudnych  jak  ona  oraz  jedna  trzecia  nerdowych  gości
w koszulkach z zespołami metalowymi i kucami, może z dwóch by się łapało
na księcioseksualnych (ale to naprawdę porządnie naciągając rzeczywistość),
i zwycięzców konkursów fizycznych lub matematycznych. Fantastycznie!

Ostatnią  nadzieją  było  wi-fi.  Zalogowała  się  natychmiast.  Wtedy  dostała

wiadomość o Nowym. Czy wkopała Karola? Chyba nie. Odpisze, że nie. Co
prawda  powiedziała  Magdzie  mimochodem,  że  dowalał  się  do  Oliwki
w  jakiejś  piwnicy  i  nie  skończyło  się  to  dobrze.  Jednak  co  Magda  z  tą
informacją  zrobiła  –  nigdy  nie  wiadomo.  Kilka  lat  temu  na  Łącznej  była
podobna akcja, więc pewnie nikogo nie zdziwiło, że ktoś dzwoni w sprawie
piwnicy  na  policję.  Napisali  wtedy  w  gazecie  tak:  „Policjanci  odbierali
wcześniej sygnały, że w bloku przy ul. Łącznej dzieje się coś złego, ale jak
twierdzą, nikt nie powiadomił ich o przemocy seksualnej i wykorzystywaniu
dziewczynek.  –  Mieliśmy  zgłoszenia  o  nadużywaniu  alkoholu,  o  aktach
wandalizmu  i  dewastacjach.  To  właśnie  po  naszej  interwencji  w  tych
przypadkach trójka nastolatków została objęta nadzorem kuratora sądowego.
Nikt  nie  poinformował  nas  natomiast  o  gwałtach  i  wykorzystywaniu
seksualnym dziewczynek”.

Na komisariacie odhaczone kolejne podziemne podwórko albo strych.

background image

Wyświetliło  jej  się  też,  że  siódmy  lipca  minął.  Nie  zabiła  się  zgodnie

z zadeklarowanym udziałem w wydarzeniu na fb.

background image

M*

– Ty, patrz, znowu woda na „m” z Polski leży koło jakiegoś legowiska.

–  He,  he.  Obstawiamy!  Możemy  położyć  się  kilka  metrów  dalej,  żeby

sprawdzić, czy działa, dobra?

Od  kilku  dni  leżeli  w  raju.  Julka  pojechała  na  obóz,  Maciek  nie  miał

dyżurów. Dotarli do miejsca, gdzie panował taki upał, że nie mogli się nawet
schować  za  pracą.  Obserwowali  ludzi  i  ciągle  się  o  coś  zakładali.  Teraz  na
przykład o to, kto wróci do miejsca z polską wodą na „m”.

–  Nie  ma  książek,  nie  ma  krzyżówek,  nie  ma  zabawek.  Ręcznik

łazienkowy,  a  nie  plażowy.  Jest  też  karimata,  czyli  byli  tu  wcześniej…
chłopak  i  dziewczyna,  wyjazd  zaręczynowy  albo  sentymentalny  powrót,
dzieci już dorosłe.

–  Ale!  Nie  mają  parasola.  Pierwszy  raz,  mówię  ci.  I  to  uderzałabym

w  jakichś  takich  last  minute.  Patrz,  jaką  mają  torbę  plażową,  z  paciorkami
doszytymi na brzegach.

– I targaliby tę wodę busem albo samolotem?
– No dobra, odpada. Są tutaj autem. Wypad na tydzień.
– To jak ostatecznie obstawiasz?
– 35–45, kobieta i mężczyzna, dzieci same na wakacjach albo nie mają.
– Wyjazd małżeński?
– Raczej zdrada albo para bez zobowiązań. Małżeństwa więcej noszą, mają

te  torby-lodówki  i  w  nich  trzymają  żarcie  na  cały  dzień,  żeby  nie  wydawać
w restauracji.

Czekali. Leżeli w cieniu, schowani za książkami.
Na kamienistej plaży, gdzie mogło zmieścić się najwyżej pięćdziesiąt osób

z  różnych  krajów,  znalazła  sobie  miejsce  Exela  ze  swoim  nowym
chłopakiem.

Przejechali osiemset kilometrów, żeby uciec od siebie, a teraz muszą mijać

się na neutralnym gruncie i udawać, że nie mają ze sobą nic wspólnego.

Pech albo klasowość.
Całkiem  możliwe  też,  że  wyślą  do  Julki  pocztówki  z  podobnym

nadrukiem.  W  tej  miejscowości  pewnie  jest  maksymalnie  pięć  wzorów  do

background image

wyboru.

background image

O/J

Oliwia  siedziała  z  Chomikiem  na  basenie  miejskim.  Wstęp:  dwa  złote  po
piętnastej, cztery złote przed.

Trochę już się przyzwyczaiła do lata i domu.
On zasłaniał się ręcznikiem, bo czuł się chudy i blady. Ona jak królowa –

strój od matki z Niemiec. Mogłoby jej wyciekać bokiem i trzynaście kilo, ale
nie zasłoni się – ma nowy kostium kąpielowy z palmami i napisem Hawaii.
Do  tego  ogolone  nogi,  a  w  ośrodku  czasem  nie  wolno  nawet  ich  tknąć
maszynką, bo wszystkim zabierają. Jedna laska się potnie i za karę wszystkie
mają  zakaz  używania  golarek,  i  czują  się  jak  jedno  wielkie,  zbiorowe,
zarośnięte mutombo.

– Idziesz skakać? – zapytał Dawid.
– Nie umiem pływać.
– Co ty gadasz? Przecież cię wrzucaliśmy z chłopakami do wody zeszłego

lata i dwa lata wcześniej.

– Wrzucaliście. I co z tego?
– To jak ty dopływałaś?
– Zwyczajnie. Machałam rękami i jakoś się udawało.
U  Oliwki  mieszkała  od  kilku  dni  kumpela  z  ośrodka.  Dziś  wieczorem

miały iść na dyskotekę i matka nie miała nic przeciwko. Było już wiadomo,
że jest w ciąży. Zostanie w Polsce co najmniej dwa lata.

Żółty  zdjął  łyżwy  i  zaczął  skakać  na  główkę  z  najwyższej  wieży.  Tym

razem  grono  jego  fanów  wzrastało  o  co  najmniej  sześćdziesiąt  dziewczyn
i  piętnastu  chłopaków  na  dzień.  Z  każdym  wejściem  na  trampolinę  Oliwka
przypominała  sobie,  co  w  nim  lubi  najbardziej  –  jest  wymyślony,  więc
bezpieczny. Szkoda, że cała reszta jest na serio.

background image

1

  Trend  „Dotknij  pępka”  pojawił  się  w  Chinach  w  2015  roku.  Do  Polski  dotarł  jako  „ciekawostka”

wśród innych, bardziej popularnych wyzwań.

2

 Sia, Chandelier (1000 Forms of Fear).

3

 Taco Hemingway, Białkoholicy (Umowa o dzieło).

4

 Czadoman, Ruda tańczy jak szalona (Czadomania)

5

 Taco Hemingway, Białkoholicy (Umowa o dzieło).

6

 John Lake, Damballah the Sky Father (Strange Gods).

7

 Sokół/Hades/Sampler Orchestra, Nie śmiem / Wicher dobijał się do okien (Różewicz – Interpretacje).

8

 Syny, Wkurw (Orient).

9

 Jamal, Defto (Miłość).

10

  „Mini  playback  show”  to  program  rozrywkowy,  który  w  latach  1997-1999  podbijał  serca  widzów

TVN-u.  Dzieci  przebierały  się  za  ulubionych  artystów  (swoich,  tudzież  rodziców)  i  udawały,  że
śpiewają piosenki, w tle leciał playback. Następnie jury w entuzjastyczny sposób oceniało występ.

11

 Kaenżet, Jestem odpadem atomowym (Występ).

12

 Kiedy następuje moment, od którego mężowie mówią o swoich żonach „mama” na stałe?

13

 Wściekłe pięści węża, reż. Bartosz Walaszek (2006).

14

 Stary… gdybym tylko umiał śpiewać, śpiewałbym tę piosenkę mojej córce. / Gdybym tylko potrafił

wyrazić to, co do niej czuję… / Jak bardzo jestem dumny z tego, że ją mam. / Boże, jestem ojcem,
jak to dobrze, że jej matka nie…

15

 Słuchaj, kocham swoją córkę bardziej niż życie, / ale mam żonę, która za wszelką cenę stara się to

życie  zamienić  w  piekło.  /  Ale  radzę  sobie  dobrze,  biorąc  pod  uwagę  okoliczności.  /  Zbyt  wiele
szans,  stary,  to  źle  –  mogłem  wybrać  kogoś  innego…  /  Ale  lata,  które  straciłem,  są  niczym
w  porównaniu  ze  łzami,  które  wylałem…  /  oto  przede  mną  /  trzy  przestępstwa,  sześć  lat  na
warunkowym…  /  Byłem  w  więzieniu  przez  tę  kobietę…  Robiłem  dla  niej  wszystko…  /  Dawałem
baty  innym,  kłaniałem  się  przed  tą  kobietą…  /  Stary,  powinienem  był  to  przewidzieć.  Po  co
wciskałem tam swojego fiuta? / Nie zaręczałbym się z nią, gdybym wiedział, że leci se w chuja. / Ale
jebię  to,  wszystko  skończone.  Nie  ma  już  powodu  do  płaczu.  /  Mam  swoje  dziecko,  jedyną  damę,
którą ubóstwiam.

16

 SoKo, We Might Be Dead By Tomorrow (I Thought I Was an Alien).

background image

Anna Cieplak, Ma być czysto
Warszawa 2016

© Copyright by Anna Cieplak, 2016
© Copyright for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2016

Wydanie I

ISBN 978-83-65369-53-6

Redakcja: Marta Konarzewska
Korekta: Aleksandra Smoleń
Redaktor prowadzący: Jaś Kapela
Projekt okładki: Anna Pluta
Układ typograficzny i łamanie: Katarzyna Błahuta

Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Foksal 16, p. II
00-372 Warszawa

www.krytykapolityczna.pl
redakcja@krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w siedzibie Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16,
II P., 00-372 Warszawa), w Świetlicach KP w Cieszynie (ul. Zamkowa 1) i Gdańsku (ul. Nowe Ogrody
35)  oraz  sklepie  internetowym  KP  (

wydawnictwo.krytykapolityczna.pl

),  a  także  w  dobrych

księgarniach na terenie całej Polski.

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl


Document Outline