background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Milena Wójtowicz 

 
 

 

NAJWSPANIALSI Z WSPANIAŁYCH 

 
 
 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Obrzydliwy  potwór  wypełzł  z  jaskini  i  jednym  susem  znalazł  się  na  trakcie,  zastępując 

drogę  wędrowcom.  Otworzył  paszczę,  ukazując  kilka  rzędów  naprawdę  ostrych  kłów  i  ogromny, 
przypominający  ruchliwego  węŜa  jęzor.  PodróŜni  skamienieli  ze  strachu.  Potwór  ryknął.  Kilkoro 
wędrowców rzuciło się do ucieczki, ucieczki z góry skazanej na niepowodzenie. Długi język bestii 
wystrzelił  z  paszczy  i  schwycił  ich  jak  kilka  much.  Zguba  była  pewna,  kiedy  nagle  spomiędzy 
drzew wyjechał  galopem jeździec na spienionym  śnieŜnobiałym koniu. Nie zwalniając, wyciągnął 
miecz i odciął czubek języka potwora, wiąŜący ludzi. Monstrum zawyło z bólu. Jeździec zatrzymał 

background image

konia  na  drugim  końcu  drogi.  Zwierzę  stanęło  dęba,  a  rycerz  uniósł  w  górę  miecz,  błyskając 
białymi zębami w szerokim uśmiechu. Kiedy koń stanął z powrotem na ziemi, jeździec wstrząsnął 
swoją wspaniałą blond czupryną, pogonił wierzchowca i zaszarŜował na potwora. Kreatura cofnęła 
się,  wystawiając  szpony.  Rycerz  zaszczycił  ją  pogardliwym  spojrzeniem  i  zadał  kilka  doskonale 
wymierzonych pchnięć, wciąŜ z triumfalnym uśmiechem na ustach. Bestia po chwili poddała się i 
kwicząc, uciekła z powrotem do swojej jamy. 

PodróŜni odwaŜyli się odetchnąć. Patrzyli z podziwem na swojego wybawcę, który trwał na 

koniu w pozie posągowej. On rzucił im powalające spojrzenie absolutnie błękitnych oczu. 

-  Nie  lękajcie  się  –  powiedział  aksamitnym  głosem.  –  Bo  Ŝadna  bestia  nie  jest  wam  juŜ 

zagroŜeniem.  Ja,  Monduel  MęŜny,  stoję  na  straŜy  niewinnych  i  bezbronnych.  Bywajcie  –  wypiął 
pierś i zaprezentował rzymski profil. Jego koń zarŜał i doskonale wypracowanym skokiem znalazł 
się  między  drzewami.  Nie  ucichł  jeszcze  tętent  jego  kopyt,  gdy  podróŜni  zaczęli  wzdychać  z 
zachwytu. 

 
- Imponujące – powiedział Rufus de Skarpa III, sącząc w zadumie popołudniową herbatkę. – 

Doprawdy,  imponujące  -  obserwował  całe  zajście  ze  wzgórza,  które  było  dobrym  tarasem 
widokowym.  Zwłaszcza  dla  kogoś  takiego,  jak  Rufus,  kto  wolał  nie  rzucać  się  w  oczy.  –  Jest 
wprost niesamowicie przekonujący – dodał jeszcze. 

-  CóŜ,  to  dopiero  prototyp.  Kiedy  dopracuję  technologię,  wtedy  stworzę  coś  naprawdę 

imponującego.  –  Rufus  z  pewnym  niepokojem  stwierdził,  Ŝe  oczy  jego  bratanicy  zaczynają 
podejrzanie świecić. Jak zawsze, gdy w jej głowie świtała jakaś podejrzana idea. ChociaŜ czasami 
jej pomysły były całkiem interesujące. 

- Dopracować, powiadasz? – mruknął pod nosem. 
-  Tłak,  dopłacołać  –  wtrącił  zgryźliwie  potwór,  wypełzający  z  jednej  z  licznych  jaskiń.  – 

Łeby łon my juch ne łobłcinał jęhyków. Tło nie było płyjemne. 

- Odrośnie ci – pocieszył go Rufus. – Herbatki? 
- Ne, dłękuję. Ne mam jej kym szmakołać – odparł kwaśno potwór. 
- Realizm był niezbędny w tej fazie testów – powiedziała Pelagia, bratanica Rufusa. 
- Ałe łon my łobłciął jehyk – zajęczał potwór. 
W  tym  momencie  spomiędzy  drzew  wyjechał  godnym  stępem  rumak  z  jeźdźcem  na 

grzbiecie.  Zatrzymał  się  przed  Pelagią.  Monduel  MęŜny  wypiął  pierś  i  wysoko  uniósł  podbródek. 
Rufus  przyglądał  mu  się  z  łagodnym  zainteresowaniem,  potwór  z  niechęcią.  Pelagia  uwaŜnie 
obejrzała i konia i rycerza. 

- Wygląda na to, Ŝe jest nienaruszony. Ruszałeś go? 
- Jakł? Łon my łobłciął móy... 
- Masz jeszcze szpony – zwrócił mu uwagę Rufus. 
-  Ne  mołgę  mu  płyłochyć  chponami  kiełdy  mychlę  o  mołim  bołącym  jęhyku  –  oznajmił  z 

godnością potwór. 

- Niewykluczone, Ŝe trzeba będzie przeprowadzić dalsze testy – stwierdziła Pelagia. 
- To juh ne ze młą – rzucił potwór i błyskawicznie wczołgał się do jaskini.  
- CóŜ za straszny brak woli współpracy - zatroskał się Rufus. - Sądzę, moja droga, Ŝe udamy 

się  w  jego  ślady  -  dopił  herbatę  i  podniósł  swoje  ogromne  cielsko,  przy  okazji  zmiatając  ogonem 
kilka  skał.  Wypuścił  nosem  obłoczek  dymu.  -  Idźcie  przodem.  Nie  chciałbym  uszkodzić  was 
ogonem. 

Pelagia  wzięła  koszyk  z  prowiantem  i  zaczęła  schodzić  w  dół.  Monduel  MęŜny,  nie 

zsiadając  z  konia,  podąŜył  za  nią.  Na  końcu  czołgał  się  Rufus,  pod  nosem  narzekając  na  ciasne 
jaskinie. Rozdzielili się juŜ przy pierwszym rozwidleniu. Pelagia juŜ dawno doszła do wniosku, Ŝe 
dla  kogoś  jej  rozmiarów  chodzenie  po  jaskiniach  smoków  moŜe  być  niezdrowe.  Zamontowanie 
systemu wind nie zajęło jej zbyt wiele czasu. Teraz wraz z Monduelem MęŜnym i jego rumakiem, 
noszącym wdzięczne imię Srebrnogrzywy 3, wsiadła do jednej z nich. 

Rufus  poczołgał  się  dalej  korytarzem,  postanawiając  namówić  bratanicę  do  zainstalowania 

wind dla smoków.  

background image

Pelagia była odrobinę nietypową bratanicą. Ale tak to juŜ jest, jak jest się pół człowiekiem, 

pół smokiem. Jak takie coś mogło się począć, nie byli pewni sami rodzice. Ale poczęło się i oprócz 
dość  mieszanego  zestawu  cech  fizycznych,  dysponowało  teŜ  mieszaną  psychiką  i  geniuszem, 
którego  owocem  były  takie  wynalazki,  jak  Monduel,  czy  praktyczny  podręczny  przetapiacz  złota. 
Rufus miał absolutną pewność, Ŝe nikt nie wie, co się dzieje w jej okrągłej głowie, pokrytej zieloną 
łuską i szarymi włoskami.     

Przebywszy  kilka  kolejnych  korytarzy,  Rufus  de  Skarpa  dotarł  do  ogromnej,  wykutej  w 

skale  komnaty,  gdzie  czekała  juŜ  rada  dziesięciu  smoków  z  przewodniczącym  na  czele.  Wszyscy 
patrzyli na przybysza z łagodnym zainteresowaniem. 

- MoŜe herbatki? - zaproponował Maurycy von Pilavka. 
- Nie, uprzejmie dziękuję - odparł Rufus. - Dopiero co piłem. 
- MoŜe biszkopcika? - Albert Mogilani podsunął talerzyk. 
- Z przyjemnością - Rufus sięgnął po puszyste ciasteczko. 
Przewodniczący pociągnął łyk herbaty. 
-  Obawiam  się,  Ŝe  przed  chwilą  był  tu  Archibald  de  Trask  -  westchnął.  -  Wspominał  o 

jakimś incydencie. 

- Strasznie niewyraźnie mówił - dodał Cyprian le Brok. - Obawiam się, Ŝe wśród dzisiejszej 

młodzieŜy sztuka wymowy schodzi na psy. 

- Zaiste, godne to ubolewania - przytaknął Honoriusz O’Karb. 
- Te dzisiejsze smoki - pokiwał głową w zadumie Maurycy. 
-  To  nie  do  końca  jego  wina  -  Rufus  uznał  za  stosowne  wyjaśnić  sprawę.  -  Podczas 

dzisiejszych testów Monduel MęŜny obciął mu język. 

Przewodniczący lekko się zasępił.  
- Czy to było konieczne? Staramy się unikać przemocy. 
- Tej zbędnej, ma się rozumieć - mruknął Albert. Mówiono o nim, Ŝe ma naprawdę burzliwą 

przeszłość. 

-  Wiadomo  wam,  Ŝe  wybraliśmy  Archibalda  do  szlachetnej  misji  udziału  w  testach  ze 

względu  na  jego  zdolności  regeneracyjne.  Muszę  jednak  zgodzić  się  z  twierdzeniem,  Ŝe  młodzieŜ 
nie jest juŜ taka, jak kiedyś. Brakuje nam kolejnych ochotników. 

- Godny poŜałowania brak ducha walki - skrzywił się Albert. 
- A wyniki testów? - odezwał się, pijący dotąd herbatę w milczeniu, Pompejusz von Klops. 
-  Nader  obiecujące  -  odpowiedział  Rufus.  -  Monduel  jest  doprawdy  imponujący.  Mogę 

nawet stwierdzić, Ŝe przerasta moje oczekiwania. Poproszę jeszcze biszkopta. 

Przewodniczący podsunął mu półmisek. 
- Te z lewej są z konfiturą wiśniową, te z prawej z malinową. 
Maurycy wciągnął w nozdrza zapach ciastek. 
- Pachną wyśmienicie. Twoja Ŝona robiła? 
Przewodniczący przytaknął. 
- PrzekaŜ jej od nas wyrazy uznania. Nikt nie robi takich biszkoptów z konfiturą malinową. 
Rufus z przyjemnością spoŜył ciasteczko.  
Przewodniczący usiadł wygodniej w fotelu i okrył się pledem. 
-  Sądzę,  Ŝe  w  świetle  tych  wydarzeń  moŜemy  uznać  wstępna  fazę  naszego  planu  za 

zakończoną.  Jak  wszyscy  wiecie,  od  dawna  my  i  nasi  bracia  jesteśmy  gnębieni  przez  ponurą, 
złośliwą  i  podłą  sektę  morderców,  którzy  zwą  siebie  błędnymi  rycerzami,  albo  innym 
paskudztwem... 

- Tfu!! - wzdrygnęły się zgodnie wszystkie smoki. 
-  ...Dlatego  teŜ  nasz  związek  podjął  szczytną  akcję,  mającą  na  celu  niesienie  pomocy  nam 

wszystkim. Jesteśmy świadomi, Ŝe straszenie ludzi w wioskach i zamkach, a nawet przechodniów 
na gościńcach, nie jest juŜ tak zabawne ani opłacalne, jak to kiedyś bywało. Ale wszyscy wiemy, Ŝe 
to nie honor opuścić stanowisko nawet w najbardziej zawszonej okolicy. Lecz jak trwać tam dalej 
przez wieki, będąc w tak beznadziejnej sytuacji? Oto otworzyła się przed nami droga do lepszego 
jutra! Dzięki zdolnościom i pomysłowości naszego naczelnego inŜyniera, mamy moŜliwość wzięcia 

background image

spraw we własne ręce. Od dziś to my pociągamy za sznurki. Monduel MęŜny jest ideałem błędnego 
rycerza, który będzie pozorował śmierć potwora w honorowej walce, a nasz brat smok będzie mógł 
godnie  opuścić  swoje  siedlisko,  nie  obciąŜony  opinią  tchórza,  który  boi  się  ludzi.  Mamy  juŜ 
pierwsze  zlecenie.  A  więc,  panowie,  za  powodzenie  naszego  wielkiego  planu  -  przewodniczący 
uniósł filiŜankę. 

Pozostałe smoki zrobiły to samo, sięgając po biszkopciki. 
Rufus  wziął  kilka  ciasteczek  z  nadzieniem  malinowym  na  drogę  i  wyszedł  z  komnaty, 

zostawiając radę dyskutującą nad odpowiednią ilością cukru w konfiturze. Tak jak się spodziewał, 
zastał  Pelagię  w  jej  warsztacie.  Pracownia  składała  się  z  dwóch  komnat: ogromnej,  pełniącej  rolę 
hangaru,  maszynowni,  zbrojowni,  magazynu  i  jeszcze  paru  innych  pomieszczeń  i  mniejszej, 
zawalonej  rulonami  projektów,  map  i  szkiców.  Pelagia  stała  w  kącie  magazynu,  obok 
znieruchomiałego,  jakby  skamieniałego  Monduela,  dopracowując  ostatnie  zaklęcia  i  coś  jeszcze 
szlifując. 

- Rada jest zadowolona - oznajmił Rufus. 
-  To  świetnie  -  powiedziała,  zdejmując  ze  szlifierki  miecz,  wąski,  srebrny  i  rzeźbiony  w 

runy. 

-  MoŜe  biszkopcika?  -  Rufus  przyjrzał  się  broni  uwaŜnie.  -  Broń  Monduela  jest  chyba  w 

porządku. 

-  To  nie  dla  niego  -  Pelagia  wskazała  ruchem  brody  wnękę  w  ścianie,  gdzie  coś  stało, 

przykryte prześcieradłem. 

Rufus  pochylił  głowę,  wbijając  oczy  w  ciemność.  Sięgnął  ostroŜnie  i  pazurem  zsunął 

prześcieradło.  MęŜczyzna,  stojący  we  wnęce,  był  wzrostu  Monduela,  ale  za  to  od  niego 
szczuplejszy.  Cały  odziany  był  w  czerń,  a  jego  strój  nie  był  tak  okazały,  jak  strój  rycerza.  Twarz 
miała ponury wyraz, przecinała ją szeroka blizna, a ciemne włosy opadały na ramiona.  

- Kto to? 
-  Model  polowy.  Monduel  jest  przeznaczony  do  odbijania  zamków,  dokonywania 

bohaterskich czynów i zdobywania sławy. Ale potwory i smoki są nie tylko w gęsto zaludnionych 
okolicach.  Niektóre  krąŜą  po  lasach,  łąkach  i  porzuconych  ruinach.  Monduel nie moŜe  się tam za 
nimi pętać.  

- A ten moŜe? 
- Nazwałam go Renthold Bezwzględny. 
- Będzie chodził po bagnach? Nie znudzi mu się to? 
- To kwestia oprogramowania. Monduel jest przystosowany do przebywania w tłumie, jest 

gotowy na poklask, sławę i wszystko, co się z tym wiąŜe. To idealny bohater, błądzący po drogach i 
szlachetnie odchodzący w dal, pozostawiając za sobą wzdychającą księŜniczkę. 

- Te księŜniczki teŜ uwzględniłaś w oprogramowaniu? 
-  Oczywiście.  To  kwestia  wyliczenia  charakterystycznego  profilu  osobowości.  KaŜda 

typowa księŜniczka będzie o nim pamiętać. 

- A ten drugi? 
- Nietowarzyski, ponury, z zaniŜoną samooceną, bezwzględny, pętający się po bezdroŜach i 

wykańczający zbirów i potwory. Dla pieniędzy albo po prostu wykańczający. 

- Nieprzyjemna osobowość. A księŜniczki? 
-  Będą  go  unikały  jak  ognia.  Inne  zresztą  teŜ.  Uczucia  nie  pasują  do  profilu 

psychologicznego. To zdeklarowany zimny cynik. 

- W tej chwili obaj wyglądają trochę niemrawo. 
-  Nie  uaktywniłam  wszystkich  systemów.  Plan  opiera  się  na  autentyczności.  Oni  muszą 

wierzyć,  Ŝe  zabijają  potwory.  Jeszcze  jakiś  mag  zajrzałby  im  do  głów  i  namieszał.  Autentyzm 
gwarantuje im wiara, Ŝe naprawdę zabijają. 

- Ale nie będą tego robić? - upewnił się Rufus. 
- Wyrządzą lekką, całkowicie odwracalną szkodę. Potem potwór padnie, symulując padanie 

trupem, a rycerz odjedzie w glorii chwały, lub teŜ, w przypadku Rentholda, bez glorii chwały. 

- Niektórzy królowie domagają się dowodów, wiesz, głów czy języków. 

background image

Pelagia  ściągnęła  płachtę  ze  stołu,  ukazując  stos  róŜnych  elementów  smoczej  anatomii. 

Rufus się wzdrygnął. 

- Syntetyczne - powiedziała, przykrywając stół z powrotem. - Dostarczenie odpowiedniego 

elementu na miejsce wykonania zlecenia zajmie posłańcowi maksimum dwie godziny. 

- Nie przewidujesz Ŝadnych problemów? 
-  Ja  nie  odwalam  fuszerki  -  stwierdziła  dobitnie  Pelagia.  -  Oni  są  dopracowani  w  kaŜdym 

szczególe. Wykonają zlecenie i odjadą. 

- A jak zamierzasz przekazywać im zlecenia? 
- Łącza magiczne. Typowa procedura. Błyskawiczne i niezawodne. 
- Mam wraŜenie, Ŝe oni są aŜ za idealni. Kiedy wyruszają? 
- Jutro rano. Mam juŜ dane pierwszych zleceniodawców. Wprowadziłam je do ich pamięci. 

Trzeba ich tylko postawić na drodze i uaktywnić. 

- Nie będą mieli kłopotów z toŜsamością? Przeszłością? 
-  Zaprogramowałam  im  w  pamięci  typowe  Ŝyciorysy.  Wyczekiwane  dziecko,  znaki  na 

niebie  i  ziemi,  przeznaczenie,  typowe  brednie  błędnych  rycerzy.  Jeśli  chcesz,  pokaŜę  ci 
dokumentację. 

- Wolałbym nie. Wiesz, Ŝe gubię się w tych twoich planach i wykresach. Wystarczy mi to, 

co widzę na własne oczy. 

- A to co widzisz jest...? 
- Imponujące. 
-  To  dopiero  początek  -  Pelagia  zapatrzyła  się  w  przestrzeń.  -  Taka  technologia...  Takie 

perspektywy... Takie moŜliwości... To dopiero początek - powtórzyła.  

 
Słońce  jeszcze  nie  wzeszło.  Mgła  powoli  unosiła  się  znad  lasu.  Zwierzęta  albo  juŜ  poszły 

spać, zmęczone całonocnymi łowami, albo jeszcze nie przebudziły się z nocnego snu. Odchodzące 
opary  odsłoniły  leśny  trakt  i  stojącego  na  nim  konia  z  jeźdźcem  na  grzbiecie.  Koń  podniósł  łeb  i 
zarŜał.  Na  ten  sygnał  jeździec  otworzył  brązowe  oczy  i  rozejrzał  się  wokół,  jakby  przebudzony  z 
mocnego snu. Popędził konia. Po chwili obaj zniknęli we mgle. 

Opary  pokrywały  doliny,  nie  docierając  jednak  do  najwyŜszych  szczytów.  Na  skraju 

stromego  zbocza,  pośród  zielonych,  wciąŜ  pokrytych  kropelkami  rosy  traw,  na  tle  najczystszego 
błękitu  nieba,  powoli  rozświetlanego  promieniami  słońca,  rycerz  w  srebrnej  zbroi  siedział  na 
grzbiecie  białego  konia.    Poranny  wietrzyk  rozwiewał  jego  włosy  koloru  złota.  Rycerz  otworzył 
oczy,  błękitne  jak  niebo  i  odetchnął głęboko  jeszcze chłodnym  powietrzem.  Potem  lekko  ściągnął 
cugle i koń ruszył w dół zbocza. 

Z samego szczytu wzgórza, spomiędzy nierównych skał, obserwowali ich Rufus i Pelagia.  
- Szczerze mówiąc, nie jestem zadowolona z Ŝadnego z nich. 
- Masz na myśli jakieś usterki? - zainteresował się Rufus. 
-  Oni  nie  wyczerpują  wszystkich  moŜliwości  -  kontynuowała  Pelagia,  nie  zwracając  na 

niego uwagi. - Tę technikę moŜna wykorzystać do skonstruowania czegoś naprawdę... wielkiego.  

                            
Większość złych dni zaczyna się miło i niewinnie. Na przykład idziesz sobie słoneczną ulicą 

i zastanawiasz się, którą z miłych i przyjemnych rzeczy dziś zrobić, a juŜ po chwili wpadasz w wir 
międzywymiarowy  i  znajdujesz  w  środku  płonącego  domu,  otoczony  przez  bandę  morderców  i 
złodziei, i zastanawiasz się, czy to coś, co wisi pod sufitem, ma ochotę cię zjeść. 

Ale tym razem nie było Ŝadnego spaceru pod słonecznym niebem. Od razu zaczęło padać. 
Podczas  gdy  deszcz  zaczynał  zalewać,  a  właściwie  obmywać  z  brudu  ulice  miasta,  grupa 

rewolucjonistów skupiła się wokół ostatniej dziedziczki korony, przedstawicielki dynastii, która od 
lat tyranizowała kraj.  

Wszyscy rewolucjoniści byli młodymi, pełnymi wiary w zwycięstwo idealistami. I wszyscy 

byli  przeciwni  zabijaniu  niewinnych  osób.  Nawet  robiąc  to  w  imię  rewolucji  czuli  się  trochę 
nieswojo. 

Jeszcze bardziej nieswojo czuli się teraz. Wystarczająco stresujące było zabicie dziewczyny. 

background image

Jeszcze bardziej stresujący był fakt, Ŝe zamordowana, zamiast osunąć się dramatycznie na podłogę i 
pozostać jako wyrzut sumienia w myślach swoich morderców (jako: niepotrzebna ofiara dowodząca 
brutalności  rewolucji,  lub:  konieczna,  choć  bolesna  strata  w  podręcznikach  historii),  siedziała  na 
stole,  machała  nogami  i  obrzucała    wyŜej  wymienionych  rewolucjonistów  znudzonymi 
spojrzeniami.  

I  wcale  nie  wyglądała  niewinnie.  Nieszczęsne  młode  księŜniczki  ginące  w  imię  wyŜszych 

idei  zazwyczaj  charakteryzują  się  złotymi  puklami,  błękitnymi  oczami,  białym  giezłem,  anemią  i 
emanującą  z  nich  natrętną  niewinnością.  Ta  akurat  była  tylko  śmiertelnie  blada,  a  poza  tym 
stanowiła widoczny i trudny do pominięcia wyjątek. Zamiast złotych pukli miała prawdziwy welon 
kruczoczarnych  włosów,  czerwone  oczy,  krwistoczerwone  usta  i  ciemnobordową  sukienkę,  na 
widok której niewinna i cnotliwa dziewoja zemdlałaby na miejscu.  Wyglądała na kogoś, kto moŜe 
z tobą wypić kielich wina przed snem, a rano wbić ci nóŜ prosto w serce. 

I była bardzo, bardzo znudzona. 
Rewolucjoniści  zdębieli  ostatecznie.  Pomijając  elementy  zewnętrzne  ich  ofiary, 

przyzwyczaili się, Ŝe jak się komuś wbije nóŜ w serce z okrzykiem „dla przyszłości narodu”,   to ten 
ktoś jest martwy, a nie siedzi i od czasu do czasu uśmiecha się złośliwie. 

Rewolucjoniści  zbili  się  w  ciasną  grupkę  i  rozpoczęli  gorączkową  szeptaną  naradę, 

przerywaną  spojrzeniami  rzucanymi  w  stronę  Ŝywego  dowodu  fiaska  powstania,  a  składającą  się 
głównie  z  pełnych  zgrozy  pytań  w  stylu  „jak?”  i  „dlaczego  nas  to  spotkało,  mówiłem,  Ŝeby  do 
pałacu wysłać grupę C!!!” 

KsięŜniczka,  a  prawdopodobnie  przyszła  królowa  wzdychała  w  duchu  i  nudziła  się  coraz 

bardziej. Siedziała w wieŜy juŜ od ładnych paru lat i miała nadzieję na korzystną odmianę, ale nie 
zanosiło  się  na  Ŝadne  zmiany.  Wobec  tego  po  prostu  wstała  i  wyszła,  nie  zwracając  uwagi  na 
buntowników.  Po  drodze  zabrała  wiszący  na  krześle  czarny  szal  i  odłoŜyła  nóŜ,  który  od  pół 
godziny tkwił w jej sercu, nie czyniąc jej zresztą większej szkody. KsięŜniczka była wampirem, i to 
bardzo odpornym wampirem, i niewiele rzeczy mogło zrobić jej krzywdę. Za to wiele rzeczy mogło 
poprawić nastrój. 

Opuściła  pałac,  przeszła  przez  miasto  aŜ  do  naprawdę  podłej  dzielnicy,  zapuściła  się  w 

naprawdę  podły  zaułek  i  zeszła  po  zapuszczonych  schodkach  do  sutereny,  nad  której  drzwiami 
widniał jakiś zamazany szyld. KsięŜniczka pchnęła cięŜkie drzwi i weszła.  

Beztroskie wejście do pracowni Pchełki Lekkoskały było w pewnym stopniu sprawdzianem 

odwagi. Prościej mówiąc, było czymś na kształt próby samobójczej. Tym razem nic nie wybuchło, 
ale  cała  pracownia  wyglądała  tak,  jakby  przeszły  tamtędy  dwa  huragany  i  głodna  armia 
krasnoludków.  Na  środku  siedziała Pchełka, opróŜniała kubek soku  agrestowego i wpatrywała się 
ponuro w jakiś przedmiot. 

Pchełka  Lekkoskała    nie  wyglądała  na  swoje  lata.  Była  ruda  jak  dwie  wiewiórki,  miała 

ogromne zielone oczy i sprawiała wraŜenie, jakby dopiero co zagnała swoje gąski z lasu do domu. 
Być moŜe kiedyś rzeczywiście tak robiła. Mieszkańcy jej rodzinnych okolic, gdziekolwiek by one 
nie były, lubili się bić, a kodeks wojownika wykluczał zabijanie kobiet i dzieci. Do dziesiątego roku 
Ŝ

ycia  Pchełka  pętała  się  więc  po  dworach  kolejnych  zwycięzców,  gubiąc  po  drodze  rodzinę, 

znajomych  i  pamięć  o  nich.  Potem  porzuciła  spokojne  Ŝycie  i  ruszyła  w  świat.  Przez  kolejne 
dziewięćdziesiąt  siedem  lat  była  kapłanką  kaŜdej  kolejnej  religii,  na  jaką  natrafiła.  Obecnie  miała 
lat  sto  dwadzieścia  trzy,  wyglądała  na  dziewiętnaście,  i  włóczyła  się  po  świecie,  zaleŜnie  od 
humoru  i  braków  finansowych  chwytając  się  róŜnych  zajęć.  Od  jakiegoś  czasu,  z  przerwami  na 
kolejne  podróŜe,  rezydowała  w  suterenie,  oddając  się  swojej  pasji,  inŜynierii  magicznej  z 
elementami  alchemii.  Ogólnie  było  wiadomo,  Ŝe  jeśli  lokatorka  wróciła  do  sutereny,  to  zaraz  coś 
wybuchnie. 

Pchełka  i  księŜniczka  spotkały  się  na  ulicy  którejś  pochmurnej  nocy,  kiedy  księŜniczka 

wyruszyła na polowanie, a Pchełka właśnie wracała z karczmy, dorysowując brakujące elementy w 
genialnym schemacie maszyny destylującej. KsięŜniczka zaczaiła się za rogiem i rzuciła z zębami 
na potencjalną ofiarę, ale juŜ po kilku sekundach odessała się, spluwając z obrzydzeniem.    

- Co ty masz w tych Ŝyłach??! - wrzasnęła oburzona. 

background image

- Krew. Osocze. Sok agrestowy. I jeszcze krew - odparła Pchełka, starając się nie krwawić 

na rysunek. 

Problem  tkwił  w  tym,  Ŝe  Pchełka  była  kundlem.  Autentycznym  kundlem.  W  jej  Ŝyłach 

płynęła  krew  prawie  wszystkich  ras  zamieszkujących  świat.  Miało  to  swoje  wady  i  zalety. 
Wszystkie strzygi i wampiry omijały ją z daleka. Miała elfią orientację w terenie i krasnoludzią pod 
ziemią.  Była  o  wiele  silniejsza  od  zwykłego  człowieka  i  wiecznie  miała  kłopoty  z  koncentracją, 
spowodowane  ścieraniem  się  dziedzicznych  cech  charakteru.  I  była  tolerancyjna  do  przesady. 
Wyznawała,  całkiem  słuszną  i  zrozumiałą  zasadę,  Ŝe  kaŜdy  jest  jej  ziomkiem.  Z  tego  powodu, 
zamiast mieć do księŜniczki pretensje o krew na ubraniu i rysunku, zaprosiła ją na kawę do tawerny 
elfów.  

KsięŜniczka  była  przekorna,  nieposłuszna  i  z  reguły  gardziła  innymi,  a  przynajmniej 

patrzyła  na  nich  z  góry.  Jako  typowa  księŜniczka  miała  zakłamany  obraz  rzeczywistości  i 
opanowała  czterdzieści  trzy  ściegi  hafciarskie,  którymi  łatała  szyje  swoich  ofiar,  poniewaŜ  w 
gruncie rzeczy miała dobre serce i nie chciała, Ŝeby ktoś się przez nią wykrwawił. Nosiła wdzięczne 
imię Primabella, do którego starała się nie przyznawać. UwaŜała, Ŝe ktoś o takim imieniu powinien 
być pulchny i spowity w koronki. 

Od  momentu,  gdy  jedna  z  nich  chciała  przegryźć  gardło  drugiej  zostały  najlepszymi 

przyjaciółkami. ChociaŜ „przyjaźń” nie była najlepszym słowem. Wzajemna tolerancja i wspólnota 
w  dąŜeniu  do  celu  po  trupach  (innych)  były  właściwszymi  określeniami.  Ale  zawsze  mogły  na 
siebie liczyć.  

Kiedy  księŜniczka  weszła  do  sutereny,  Pchełka  z  westchnieniem  Ŝalu  oderwała  się  od 

wynalazku. 

-  Rozpoczęła  się  rewolucja  -  oznajmiła  patetycznie  księŜniczka.  -  CiemięŜony  lud  poszedł 

po  rozum  do  głowy  i  stwierdził,  Ŝe  moŜe  ciemięŜyć  się  samodzielnie,  bez  pośrednictwa  osób 
trzecich.  

- To miło - powiedziała Pchełka. 
- Przedziurawili mi suknię - warknęła księŜniczka. 
- A, to gorzej - zgodziła się jej przyjaciółka. - I co? 
- Nic - stwierdziła obojętnie księŜniczka. -  To był sztylet, a nie osikowy kołek. 
- I co? 
- UwaŜam, ze powinnam opuścić miasto. Piękna i odrzucona królowa na wygnaniu, to brzmi 

nieźle. Poza tym nad rzeką rośnie osika. Wolałabym oddalić się, zanim ją zetną i ostrugają. 

- No i co? 
- WyjeŜdŜam - zdecydowała księŜniczka. 
- No i co? 
- Jedziesz ze mną! 
Pchełka zastanowiła się. 
- Mogę jechać - zgodziła się. - Nie lubię terrorów porewolucyjnych. Strasznie wszystko się 

robi czerwone. Pamiętam, kiedy byłam kapłanką Athkik, bogini tradycji monarchicznej... 

- No to jedziemy!!! - księŜniczka ruszyła w stronę drzwi. 
- JuŜ? - Pchełka wytarła dłonie o fartuch. - A pakowanie? 
- Ja mam wszystko co posiadam na sobie. 
Pchełka rozejrzała się po pobojowisku, które nazywała swoją pracownią. 
-  W  zasadzie,  to  ja  teŜ  -  rzuciła  ostatnie,  tęskne  spojrzenie  na  tlące  się  jeszcze  szczątki 

swojego  ostatniego  projektu,  który,  rzecz  jasna,  wybuchł  sam  z  siebie,  spakowała  do  sakwy  kilka 
rolek  pergaminu,  liczydła,  sakiewkę  ze  złotem  i  parę  poręcznych  drobiazgów  własnej  produkcji, 
które, jak dotąd, jeszcze nie wybuchły i ruszyła do drzwi.  

KsięŜniczka szczelnie owinęła się specjalnym, chroniącym przed słońcem szalem i poszła za 

nią.  

 
Nieszczęsna  białogłowa  w  białym  gieźle  jechała  na  kasztanowym  koniu  na  spotkanie 

własnego  przeznaczenia.  Bynajmniej  nie  udawała  się  tam  z  własnej  woli.  Dostarczenie  smokowi 

background image

jednodaniowego  obiadu  z  księŜniczki  okazało  się  trudniejsze,  niŜ  wszyscy  przypuszczali,  tym 
bardziej,  Ŝe  księŜniczka  nie  przejawiała  chęci  zostanie  męczennicą  w  imię  dobra  swojego  ludu. 
Wlazła na drzewo i zaczęła wrzeszczeć i złorzeczyć na lud pracujący, wprawiając tym w głębokie 
zakłopotanie  króla,  który,  zawstydzony,  zaczął  przepraszać  wieśniaków.  Chłopi  okazali  królowi 
zrozumienie i współczucie, ściągnęli księŜniczkę z drzewa i związali i zakneblowali ją, Ŝeby juŜ nie 
psuła sobie opinii. 

Za  murami  czekał  smok.    Był  ogromny,  czerwony  i  miał  małe,  paciorkowate  oczka,  które 

łypały na rozmówcę (lub na potencjalny posiłek) z zadziwiającą inteligencją.  Na widok księŜniczki 
zatarł  łapy  i  sięgnął  po  obrus.    Nieszczęsna  białogłowa  w  białym  gieźle  wydałaby  dramatyczny 
okrzyk, ale knebel jej w tym przeszkadzał. 

Smok wyszczerzył zęby. Na drodze coś błysnęło, jakby ktoś puszczał słoneczne zajączki, i 

w  chmurze  pyłu  pojawił  się  rozpędzony  jeździec  w  nieskazitelnie  wypolerowanej  zbroi,  w  której 
księŜniczka mogła się przejrzeć, co teŜ uczyniła, i stwierdzić, Ŝe w białym gieźle jej nie do twarzy. 

Smok zerknął na zegar słoneczny, który zrobił sobie z patyka kilka dni temu. 
- śe teŜ oni muszą być tak strasznie punktualni - westchnął z głębi serca i Ŝołądka. 
Rycerz  wyciągnął  miecz,  smok  nastawił  pazury.  Nastąpiła  wymiana  kilkunastu  szybkich 

ciosów, które, czego Ŝaden obserwator nie zauwaŜył, nigdy nie sięgały celu. KsięŜniczka zajęła się 
przegryzaniem knebla, a tłum na murach wiwatowaniem.  Po kilku minutach smok wydał straszny 
ryk i  eksplodował w  chmurze gęstego dymu. Kiedy  dym opadł, po potworze nie było juŜ śladu,  a 
rycerz uwalniał z więzów księŜniczkę. 

Tłum  zaczął  wiwatować  głośniej,  a  król  wybiegł  truchtem  z  zamku  uściskać  odzyskaną 

córkę i jej wybawcę. 

Rycerz dał się uściskać, natomiast księŜniczka rzuciła w króla kneblem i sznurami. 
- Córuś, racja stanu, zrozum.... 
-  Ty  wiesz,  gdzie  ja  mam  rację  stanu?!!  -  wrzasnęła  księŜniczka.  -  Rzucam  to,  mam  dość, 

wyjdę sobie za mąŜ za jakiegoś chłopa!! Będę się opiekować trzodą chlewną!! I nikt mi nie będzie 
chrzanił o racji stanu!!!!!  

- Córuś.... 
- I nie mów do mnie „córuś”! - warknęła królewna i odeszła, ciągnąc po błocie tren giezła. 
Rycerz dosiadł konia i połoŜył dłoń na sercu. 
-  I  oto  ciemność  ustąpiła  światłu  -  rzekł  patetycznym  tonem.  -  Mrok  ustąpił  i  znowu 

moŜemy spoglądać w jasne światło dnia, pełni nadziei na jutro. A kiedy nadciągną ciemne chmury i 
skryją  wasze  słońce,  nie  obawiajcie  się,  bo  Monduel  MęŜny  przybędzie  i  stanie  w  pierwszej  linii 
walki! - Spiął konia i odjechał. Tłum zaczął wiwatować. 

Król spoglądał na swoją córkę, która właśnie składała propozycję matrymonialną jakiemuś 

obdartemu pijanemu wieśniakowi. 

- Pa - chlipnął. 
 
Promyczki słońca nie przybijały się przez gęstwinę liści. Leśne Ŝyjątka, jeśli Ŝyły gdzieś w 

pobliŜu, omijały takie miejsca z daleka. Tu czuło się obecność czegoś niebezpiecznego.  Złowrogą 
ciszę zakłócało jedynie chlapanie wody.    

Przez  ciemne  zarośla  skradał  się  przyczajony  męŜczyzna  z  obnaŜonym  mieczem.  Poruszał 

się bezszelestnie, jak widmo śmierci. PodąŜał w stronę, z której dochodziło pluskanie. 

Za  zasłoną  z  opadającego  bluszczu  potwora  spokojnie  brała  prysznic  pod  niewielkim 

wodospadem,  podśpiewując  przy  tym.  Była  zupełnie  nieświadoma  nadchodzącego  zagroŜenia. 
MęŜczyzna  ujął  miecz  mocniej  w  dłoń,  zbliŜył  się  i  jednym  ruchem  odsunął  zasłonę  z  bluszczu. 
Potwora wrzasnęła. Upadając, złapała za bluszcz i kilkoma spazmatycznymi szarpnięciami  zerwała 
zasłonę. Cos czerwonego zmieszało się z wodą strumyka. 

 
KsięŜniczka Primabella usiadła z westchnieniem na przydroŜnym kamieniu.   
- Głodna jestem. 
Pchełka rozejrzała się wokoło.  

background image

- Przykro mi, ani Ŝywej duszy. 
- Ugryzłabym nawet anemiczną dziewicę - jęknęła księŜniczka. 
- TeŜ nie ma - powiedziała ze współczuciem Pchełka. 
KsięŜniczka zapatrzyła się ponuro w linię horyzontu. 
- CięŜkie jest Ŝycie wygnanej szlachcianki - westchnęła, poprawiając szal. 
-  Ktoś  cię  wygnał?  -  zdziwiła  się  Pchełka.  -  Myślałam,  Ŝe  idziemy  sobie  dobrowolnie  na 

wycieczkę. 

- Bo idziemy. Tylko nieoficjalnie. Oficjalnie jesteśmy ofiarami terroru rewolucji.      
- To tam był jakiś terror? - Pchełka wysiliła pamięć. 
- Jak nie było, to będzie - stwierdziła beztrosko księŜniczka. - W końcu to rewolucja. 
 
Młodzi,  pełni  wiary  rewolucjoniści  w  ciągu  paru  godzin  zdąŜyli  przemienić  się  w  ciągle 

młodych,  ale  juŜ  cynicznych  i  zrezygnowanych  anty-rewolucjonistów.  Pięć  minut  po 
proklamowaniu republiki tymczasowy wice-prezydent zastrzelił z kuszy tymczasowego prezydenta 
i  ogłosił  się  satrapą.  Satrapę  kwadrans  później  zadźgał  ostrym  narzędziem  były  tymczasowy 
minister zdrowia i ogłosił anarchię. Ustrój przetrwał całe siedem minut i trzydzieści dwie sekundy, 
dopóki  właściciel  dwóch  osłów  i  połowy  krowy  nie  ogłosił  drugiej  rewolucji  ludu  ciemięŜonego. 
Drugą rewolucję chciał obalić garnizon wojska, wspierający rewolucję pierwszą, ale poniewaŜ nie 
było chętnych do kontynuowanie rewolucji drugiej, wojsko tylko przeszło się przez miasto, depcząc 
niechcący  przy  okazji  warzywnik  niejakiej  pani  Bryk,  która  w  następstwie  załoŜyła  Ligę  Wdów  i 
Sierot Rewolucji. PoniewaŜ wdów i sierot nie było,  a liczba ofiar wynosiła trzy sztuki nie mające 
rodziny,  z  czego  jedna  (księŜniczka  Primabella)  nieobecna,  Liga  działała  tylko  przez  czterdzieści 
minut. Pani Bryk, rozczarowana końcem swojej kariery politycznej, ogłosiła rewolucję numer trzy, 
ale  nikt  jej  nie  słuchał,  bo  właśnie  zaczęły  się  walki  kogutów.  Coraz  więcej  osób  pytało  o  co  w 
ogóle  z  tą  rewolucją  chodziło.    Kilku  nawróconych  monarchistów  zgłosiło  chęć  płakania  przy 
zwłokach  ostatniej  królowej  i  nie  zachwyciła  ich  wiadomość,  Ŝe  zwłoki  poszły  sobie  o  własnych 
siłach w nieznanym kierunku, krótko po tym jak je zamordowano.        

Było  tylko  kwestią  czasu,  kiedy  wszyscy  zaczną  domagać  się  przywrócenia  monarchii  i 

powrotu  królowej,  wszystko  jedno  Ŝywej  czy  nie,  ale  najwidoczniej  mobilnej  i  zdolnej  do 
rządzenia.    

 
Schodząc tunelem do pracowni Pelagii Rufus powtarzał sobie w myśli, Ŝe juŜ, juŜ za chwilę 

sięgnie  do  swojego  schowka  i  wyciągnie  z niego przepysznego biszkopcika. Ale przedtem musiał 
wypełnić obowiązki. 

Kiedy  doszedł  do  ogromnej  sali,  zapukał  pazurem  w  ścianę.  Rozległy  się  jakieś 

postukiwania, zgrzyty i po chwili zza sterty jakiegoś złomu wyłoniła się Pelagia, wycierająca dłonie 
w roboczy fartuch. 

- Obawiam się - zaczął Rufus - Ŝe mieliśmy pewne... skargi. 
Zza jego pleców wychyliła się nieduŜa potwora. 
- No pewnie Ŝe skargi!! - zaskrzeczała. - To miała być profesjonalna usługa, a tu napada na 

mnie jakiś psychopata!! Brałam prysznic!! Jak tak moŜna!!! 

Pelagia uniosła delikatnie brwi.  
Z tyłu rozległo się chrząknięcie i obok Rufusa stanął czerwony smok. 
- Chciałbym zauwaŜyć, Ŝe rozpoczynałem właśnie posiłek, kiedy.. wykonano zlecenie. Być 

moŜe naleŜało by wprowadzić poprawki. 

Pelagia popatrzyła na nich. 
- Reklamacji nie uwzględniamy - powiedziała, odwróciła się na pięcie i wróciła do swoich 

mechanizmów. 

 
Trochę  dalej  na  południe  parę  sępów  przekonało  się  właśnie,  Ŝe  syntetyczna  część  smoka 

róŜni  się  zasadniczo  od  prawdziwej.  Przede  wszystkim  smakiem.  Niedoszła  ofiara  opuściła  swój 
dotychczasowy  dom  z  łezką  nostalgii  w  oku,  błędny  rycerz  wyruszył  w  dalszą  drogę,  a  ocalona 

background image

księŜniczka robiła wszystko, Ŝeby zedrzeć sobie gardło i stracić  głos. 

-  Monduelu!!!  -  wrzeszczała  księŜniczka,  wychylając  się  z  wieŜy.  Po  dziedzińcu  kilku 

lokajów biegało z materacem na wypadek, gdyby wychyliła się za mocno. 

- Dlaczego ona tak wrzeszczy? - zainteresował się król. 
- O panie, Monduel MęŜny wyruszył szukać swego przeznaczenia, łamiąc serce księŜniczki 

- wyjaśnił sługa. 

- Aha. Mądry chłopiec. Powiedzcie mu, Ŝe jeśli jest podobna do swojej matki, to lepiej się z 

nią nie Ŝenić - powiedział król i zajął się swoją armią ołowianych Ŝołnierzyków. 

 
Przez  zarośla  ostroŜnie  przedzierał  się  męŜczyzna,  prowadząc  za  sobą  konia.  Nie  czuł  się 

zmęczony, mimo odbycia potyczki z potworem. Poszło nawet łatwiej, niŜ się spodziewał. ChociaŜ 
sam nie do końca był pewien, czego się spodziewał. Przechodząc ukradkiem w pobliŜu drogi, dotarł 
do polany. Tam Renthold puścił konia, a sam usiadł na trawie. Chciał chwilę odpocząć, zanim nie 
zjawi  się  tu  ktoś,  kto  w  przekonaniu  Rentholda  ma  większe  prawo  do  stąpania  po  ziemi.  Ta 
definicja  dotyczyła  większości  istot  Ŝywych  istniejących  na  całym  świecie.  Wydawało  się  wręcz 
nieprawdopodobne,  Ŝe  ktoś  taki  jak  on  nie  popełnił  samobójstwa  w  pięć  sekund  po  narodzinach, 
Ŝ

eby nie zabierać powietrza innym. 

 
W cieniu przydroŜnych zarośli księŜniczka poprawiła  szal i zerknęła nerwowo na słońce.  
- Musi być tak jasno - wzdrygnęła się. 
Pchełka podniosła głowę i popatrzyła na niebo. Oceniła sytuację fachowym okiem. 
- Jeszcze parę godzin. 
- Mogłyśmy uciec przed rewolucją po zmierzchu - westchnęła księŜniczka. 
- Do zmierzchu to mogłybyśmy paść ofiarami terroru rewolucyjnego. 
- PrzecieŜ nie było Ŝadnego terroru!!! 
Pchełka wzruszyła ramionami. 
- Oficjalne źródła podają inną wersję. 
- Jakie źródła? - księŜniczka osłupiała. 
- Ty, na przykład.  
- Nie czuję się źródłem. A skoro juŜ o tym mowa, to chętnie bym się czegoś napiła. 
Pchełka rozejrzała się bezradnie. 
- Przykro mi, ale w okolicy naprawdę nikogo nie ma. To chyba nie sezon na podróŜnych. 
  
Nieopodal, na polanie przed zamkiem, błękitnooki rycerz na białym koniu stawał w szranki 

ze  smokiem,  który  właśnie  odkrył,  Ŝe  jest  juŜ  za  stary  na  zabawy  w  udawanie.  Przede  wszystkim 
nie  mógł  zapamiętać  co  było  na  kartce,  którą  dostał  razem  z  potwierdzeniem  terminu.  Mgliście 
przypominał sobie, Ŝe było tam coś o kolejności ciosów. Na jego szczęście rycerz był interaktywny 
i  dostosował  się  do  klienta.  Potem  pozostawało  tylko  oddalić  się  w  chmurze  sztucznej  mgły, 
podczas gdy wynajęte chochliki urządzały pobojowisko, a rycerz odjeŜdŜał w nieznane.  

  
W  pracowni  Pelagia  oderwała  się  od  nowego  wynalazku  i  pochyliła  nad  wykresem 

wydajności. Poza jaskinią zachodziło właśnie słońce. Nie widziała tego, ale informowały o tym jej 
ś

wietnie ustawione przyrządy. 

- Trzy usługi jednego dnia. Nieźle. 
- Nie za duŜo? - zaniepokoił się niewyrośnięty smok, który dostarczył nowe zamówienia. 
- Stać go na więcej - mruknęła Pelagia. - Nowe zlecenia? 
Smok  wyciągnął  trzymany  w  dwóch  łapach  pergamin.  Pelagia  wzięła  go  i  przeczytała 

uwaŜnie. Potem, zerkając od czasu do czasu na tekst, zaczęła przesuwać kryształki poustawiane na 
prostokątnej metalowej tablicy. 

 
Rude  kosmyki  włosów  opadły  śpiącej  Pchełce  na  twarz.  KsięŜniczka  spać  nie  mogła,  bo 

przeszkadzało jej w tym uporczywe burczenie w brzuchu. Wstała, i na paluszkach, Ŝeby nie obudzić 

background image

przyjaciółki, udała się na poszukiwanie czegoś, a raczej kogoś, kto zaspokoiłby jej głód. 

Wyjrzała  na  drogę  i  ku  swojej  radości  ujrzała  zbliŜającego  się  jeźdźca.  Przyczaiła  się  za 

pniem drzewa, gotowa rzucić się na swoją ofiarę. Dłonią wymacała sakiewkę, w której nosiła igłę, 
nici  i  opatrunki.  Kiedy  jeździec  przejeŜdŜał,  jednym  skokiem  rzuciła  się  na  niego  i  zrzuciła  go  z 
konia.  Pochylając  się  nad  jego  karkiem  zdąŜyła  jeszcze  zauwaŜyć,  Ŝe  jest  ideałem  rycerza, 
przynajmniej  z  wyglądu,  i  Ŝe  wygląda  jakby    był    w  jakimś  transie.  Potem  głód  wziął  górę  nad 
ewentualnymi porywami serca i księŜniczka ugryzła rycerza w szyję. 

 
- Przekaz gotowy - oznajmiła Pelagia i przesunęła ostatni kryształ. 
 
- Gotowe - powiedziała gdzieś około północy Pchełka, ziewając szeroko. 
KsięŜniczka siedziała obok, z włosami postawionymi na sztorc, wpatrując się w rycerza. 
- Obudzi się? - zapytała z nadzieją. 
-  Obudzić  to  się  na  pewno  nie  obudzi.  Co  najwyŜej  się  uaktywni  -  stwierdziła  Pchełka.  - 

Strasznie  skomplikowany  mechanizm.  Ktoś  się  musiał  nad  nim  nieźle  namęczyć.  Chciałabym 
poznać konstruktora. 

KsięŜniczka westchnęła tęsknie. Pchełka przeniosła swoją uwagę na nią. 
- Dobrze się czujesz? 
- Poraził mnie promień miłości - oświadczyła księŜniczka. 
-  To  było  spięcie.  Akurat  jak  go  ugryzłaś,  przewody  musiały  osiągnąć  maksymalną 

wydajność. Włosy powinny niedługo przestać ci tak stać na głowie. 

- To była miłość - stwierdziła księŜniczka.  
- Aha. Pewnie - zgodziła się Pchełka. - PomóŜ mi go wsadzić na konia. 
- Po co?  
- śeby pojechał dalej. 
- A nie mogłabym go zatrzymać? - zapytała z nadzieją księŜniczka. - PrzecieŜ jest sztuczny. 
- I jest czyjś - uściśliła Pchełka. - Nawet nie wiemy jakie ma oprogramowanie. MoŜe być na 

przykład łowcą wampirów. 

- MoŜe - zgodziła się rozczarowana księŜniczka. 
- Więc najlepiej zrobimy, jak wsadzimy go na konia i tu zostawimy, a same pójdziemy spać. 
- Aha. 
      
Słońce  juŜ  wschodziło,  kiedy  Renthold  wreszcie  się  obudził.  Nie  mógł  sobie  przypomnieć 

poprzedniego  wieczoru  i  strasznie  bolała  go  głowa.  Doszedł  do  wniosku,  Ŝe  pewnie  znowu  topił 
smutki swojego marnego Ŝycia w winie. Gdzieś w głębi jego duszy, w której posiadanie zresztą nie 
wierzył, tliło się przekonanie, Ŝe jeśli jest jakikolwiek powód usprawiedliwiający jego istnienie, to 
jest nim polowanie na potwory. Opłukał twarz, osiodłał konia i wyruszył szukać zarobku.  

 
Monduel  otworzył  swoje  błękitne  oczy,  kiedy  tylko  padł  na  nie  pierwszy  promień  słońca. 

Rozejrzał się  wokół,  a  potem  pogonił konia  i  statecznym kłusem  podąŜył  w stronę wschodzącego 
słońca, ocalać niewinnych i pokrzywdzonych od obecności wszelakiego paskudztwa. 

Obserwująca  go  zza  krzaków  księŜniczka  rzuciła  jeszcze  okiem  na  słodko  śpiącą  Pchełkę. 

Gdyby  nie  była  egoistką,  moŜe  przeprosiłaby  ją  chociaŜ  w  myślach,  ale  księŜniczce  obca  była 
troska  o  innych.  Otuliła  się  szalem  i  nie  zwaŜając  na  znienawidzone  słońce  podąŜyła  za  głosem 
swego serca. Z przejęcia zapomniała nawet o tym, jak bardzo była głodna. 

   
Rufus  z  troską  wymalowaną  na  paszczy  wkroczył  do  pracowni  Pelagii.  Rozejrzał  się  i 

dostrzegł swoją siostrzenicę, pochyloną nad stertą jakichś planów. Chrząknął. 

- PołóŜ gdzieś - mruknęła Pelagia nie podnosząc głowy. - Później to wyślę. 
Rufus chrząknął odrobinę bardziej natarczywie. Pelagia odwróciła się w jego stronę.  
- Mamy reklamację – oznajmił Rufus. Pelagia milczała. – Kilka nieszczęśliwych wypadków, 

obawiam się. Rada powoła komisje śledczą, rzecz jasna. Ale wydaje się, Ŝe obiekty  wymknęły się 

background image

spod kontroli.  

Pelagia  sięgnęła  po  tablicę  i  przesunęła  kilka  kryształków.  Po  chwili  przesunęła  jeszcze 

kilka.   

- Hmmm – powiedziała.  
Zamarła z wyrazem zasępienia na twarzy. Rufus popatrzył wyczekująco. 
-  Załatwię  to  –  oznajmiła  Pelagia.  Przecisnęła  się  między  kilkoma  skrzyniami  i  ściągnęła 

przykurzoną płachtę z drewnianej skrzynki.  

- Co to?  
- Transporter międzywymiarowy – Pelagia wyskrobała coś na glinianej tabliczce, porównała 

swoje  dzieło  z  układem  kryształków  i  pokiwała  z  zadowoleniem  głową.  Wrzuciła  tabliczkę  do 
skrzyni i sama weszła do środka. – Zaraz wracam – powiedziała, zatrzaskując wieko.  

Rufus nie mógł się powstrzymać, Ŝeby nie zajrzeć do środka. Skrzynia była pusta. 
 
Pchełka  spała.  Oprócz  tego,  Ŝe  spała,  takŜe  śniła.  Jako  osoba  z  czystym  i  spokojnym 

sumieniem  śniła  sny  piękne,  przywołujące  na  jej  twarz  wyraz  spokoju,  którego  nie  zdołało 
zniszczyć nawet potęŜne wyładowanie bliŜej nieokreślonej energii, połączone z pojawieniem się na 
polanie  Pelagii.  Pelagia  przez  chwilę  trzymała  się  za  głowę,  próbując  utrzymać  ja  na  właściwym 
miejscu. Transporter był jeszcze nie dopracowany.  

Kiedy minęło zdezorientowanie, rozejrzała się po polanie. Oprócz trawy, ziemi, robaczków i 

paru  kwiatków  jedynymi  niecodziennymi  elementami  byli  Pchełka  i  kilka  spalonych  przewodów, 
leŜących obok. Pelagia obejrzała je dokładnie. Wyglądało na to, Ŝe ktoś je pogryzł.  

Któryś  z  intergatunkowych  zmysłów  Pchełki  dał  jej  znać,  Ŝe  coś  jest  nie  tak.  Otworzyła 

oczy  i  zobaczyła  nad  sobą  Pelagię.  Widok  nie  był  zbyt  przyjemny,  ale  zielone  oczy  Pchełki 
wyraŜały sympatię niezaleŜnie od tego, na kogo patrzyły. 

- Dzień dobry – powiedziała uprzejmie. 
Pelagia machnęła trzymanymi w dłoni przewodami.  
-  Gdzie  temaborg?  –  zapytała  niecierpliwie.  Chciała  wrócić  do  swojej  pracowni  i  do 

wielkiego projektu. 

Pchełka  skojarzyła  kabelki  z  błędnym  rycerzem  i  wyciągnęła  rękę  w  stronę  drogi.  Pelagia 

wyjrzała na trakt.  

- Nie ma – pociągnęła nosem. – Odjechał. Z... – wciągnęła powietrze – wampirem?     
Pchełka zatrzepotała rzęsami. 
- Oj – powiedziała. – On chyba nie poluje na wampiry? 
- Nie, na smoki. To znaczy polował. To znaczy... Teraz to juŜ moŜe polować na wszystko. 

Oprogramowanie  siadło  –  spojrzała  z  wyrzutem  na  Pchełkę,  która  ugięła  się  pod  naciskiem 
potępienia.   

-  Primabella  go  ugryzła.  Było  małe  spięcie.  To  znaczy,  Ŝe  on  ją  moŜe...  kołkiem? 

Próbowałam go naprawić. 

- Trzeba było zostawić tak jak był. Teraz to on moŜe tym kołkiem kaŜdego.  
- Oj – westchnęła Pchełka. 
Pelagia spojrzała na nią z zainteresowaniem. śadna z nich nie naleŜała do cechu inŜynierów 

mechaniki magicznej, ale odczuwały pewnego rodzaju wspólnotę zawodową.  

-  Mam  świetny  pomysł  –  powiedziała  Pelagia.  –  Znajdź  go.  PomoŜesz  tej  wampirzycy  i 

mnie – pogrzebała w kieszeni i wręczyła Pchełce dwa zwoje pergaminu. – Tu są plany ich obu. Jak 
się na nich natkniesz, to ich po prostu zdezaktywuj – nacisnęła jakiś przycisk na małym pudełku i 
zniknęła, zanim Pchełka zdąŜyła odpowiedzieć.   

 
Rufus odskoczył od skrzyni, w której nagle pojawiła się jego bratanica.  
- Załatwione  - powiedziała. – Wysłałam kogoś, Ŝeby się tym zajął.    
Zanim  Rufus  zdąŜył  zadać  jakieś  egzystencjalne  pytanie  typu  „kogo?”,  odeszła  do  swoich 

zajęć. 

 

background image

Pojedynek  rycerza  ze  smokiem  był  fascynujący  dla  gawiedzi,  ale  nie  dla  księŜniczki 

Primabelli,  która  marzyła  o  tym,  Ŝeby  przegryźć  smokowi  gardło.  śylasty  wieśniak,  którego  po 
drodze  spotkała,  i  po  wszystkim  ładnie  zacerowała,  nie  zaspokoił  jej  apetytu.  Smok  był  duŜy, 
soczysty, i niestety, od pięciu sekund, martwy.  

Zwycięzca przejechał przez bramę zamku i udał się przed oblicze króla. Primabella owinęła 

się  szczelnie  w  szal  i  dokonała  transformacji  w  nietoperza.  W  charakterze  latającego  gałganu 
wylądowała na parapecie sali tronowej.    

Zobaczyła  tron,  króla,  Monduela  i  księŜniczkę  o  złotych  włosach,  ubraną  w  białe  giezło. 

Między nią i rycerzem przebiegało coś na kształt mentalnych linii wysokiego napięcia. Primabella 
zapragnęła przegryźć księŜniczce gardło, i głód nie miał z tym nic wspólnego.  

- Rycerzu – mówił król. – Oto ocaliłeś moje królestwo i Ŝycie mojej córki. Udowodniłeś swa 

odwagę i prawość. Więc zapraszam cię, byś został na mym dworze, poślubił moja córkę – nietoperz 
zgrzytnął zębami – i został dziedzicem królestwa i jego przyszłym królem.  

-  O  wspaniały  królu  –  odpowiedział  Monduel.  –  Zaszczytem  dla  mnie  jest,  Ŝe  pragniesz 

ofiarować mi dar tak wielki, którego przyjąć nie mogę, choć moje serce juŜ zawsze będzie kochać 
tylko tę jedyną – spojrzał na księŜniczkę. 

Miedzy wielmoŜami wystąpiła lekka konsternacja. Rycerz zwrócił się w stronę blondynki w 

gieźle.. 

- KsięŜniczko - Monduel skłonił się nisko. - Mimo iŜ moje serce krwawi i rozdziera je ból 

większy  niŜ  kiedykolwiek  było  mi  dane  odczuwać,  muszę  odejść.  Moim  przeznaczeniem  jest 
pokonywać  straszliwe  bestie,  które  kalają  swą  obecnością  świat.  Moim  celem  jest  pomagać 
ludziom.  Mój  los  to  wędrować  i  błądzić,  walcząc  tam,  gdzie  jest  to  konieczne.  Moje  Ŝycie  to 
samotna  walka  -  Monduel  rzucił  księŜniczce  powalające  spojrzenie  swoich  błękitnych  oczu  i 
odszedł za spuszczoną głową.  

KsięŜniczka westchnęła i zemdlała. Król pokiwał głową w zadumie. 
- Jakie to typowe. Prawdziwy błędny rycerz. Dzisiaj się juŜ takich nie widuje. 
Primabella  z  trudem  doleciała  do  pobliskiego,  zacienionego  zagajnika  i  tam  przybrała  w 

miarę  ludzką  postać.  Czuła  się,  jakby  ktoś  wbił  jej  kołek  w  serce.  Pociągnęła  parę  razy  nosem  i 
zaczęła  rozwaŜać  napisanie  listu  poŜegnalnego,  a  następnie  powieszenie  sobie  na  szyi  wieniec 
czosnku. Z jakiegoś powodu takie rozmyślania poprawiały jej humor.    

 
Przejrzenie  planów  zajęło  Pchełce  godzinę.  Uznała  je  za  dzieło  geniuszu  i  była  gotowa 

szukać temaborgów choćby tylko po to, Ŝeby napatrzeć się na te dzieła techniki. Nie miała Ŝadnego 
planu poszukiwań, ale wierzyła w Przeznaczenie, Los, Wyroki Bogów, Fortunę, a takŜe Przypadek, 
więc po prostu poszła przed siebie. 

 
KsięŜniczka  Złotowłosa ocknęła  się  i  wyraziła chęć  podąŜania  za  ukochanym. Nikomu nie 

udało  się  jej  tego  wyperswadować.  Po  pół  godzinie  ekwipaŜ  był  gotowy  i  księŜniczka  mogła 
wyruszyć przed siebie, a za Monduelem. Tak się złoŜyło, Ŝe z daleka powóz zobaczyła Primabella, 
która natychmiast doszła do wniosku, Ŝe zanim napisze list poŜegnalny, który wszystkich przyprawi 
o  łzy,  zje  ostatni  posiłek,  złoŜony  z  anemicznej  księŜniczki,  i  to  bynajmniej  nie  byle  jakiej 
anonimowej, ale imiennie wymienionej w menu.  

 
Niewielki  strumyczek  przepływał  tuŜ  obok  mało  uczęszczanej  leśnej  drogi  i  Renthold 

postanowił tam napoić konia. Sam odłoŜył miecz i pochylił się nad strumykiem. Widok własnego 
odbicia skłonił go do refleksji nad tym, jak marnym jest człowiekiem i jaką szkodę wyrządza innym 
przez to, Ŝe Ŝyje. UŜalanie się nad sobą trwało odrobinę za długo i dało pewnej wrednej bestii czas 
na podejście naprawdę blisko, zanim Renthold ją zauwaŜył.  

Bestia  wyszczerzyła  zęby  i  powoli  zaczęła  się  przybliŜać.  Jej  jedyne  czerwone  oko 

błyszczało  złowrogo.  Renthold  ocenił  wzrokiem  odległość  do  miecza.  Wiedział,  Ŝe  nie  zdąŜy. 
Sięgnął po leŜący na ziemi kij. W tej samej chwili bestia skoczyła. Udało mu się ją odepchnąć, ale 
ostre  pazury  rozdarły  jego  ramię.  Rycerz  oparł  się  plecami  o  najbliŜsze  drzewo,  nie  spuszczając 

background image

wzroku  z  potwora.    Kreatura  tymczasem  zamierzała  się  do  kolejnego  skoku.  W  ostatniej  chwili 
Renthold zasłonił się kijem. Zęby potwora zaczęły przegryzać drewno i zbliŜać się do gardła ofiary. 
Człowiek nie miał juŜ siły zrzucić z siebie bestii. 

-  Przepraszam  bardzo  -  głos  rozległ  się  tuŜ  przy  obok.  Bestia  nie  zwróciła  na  to  uwagi. 

Renthold  przez  mgłę  bólu  dostrzegł  postać  człowieka  z  czymś  w  dłoni.  -  Renthold  Bezwzględny, 
błędny rycerz ostatniej kategorii? 

- Uciekaj - wychrypiał. - Uciekaj, póki jest zajęty mną. 
- Renthold Bezwzględny? - zapytała postać z odrobinę większym naciskiem w głosie. 
- Tak! Uciekaj, na bogów uciekaj! 
Postać, prawdopodobnie kobieta, rozwinęła to coś, co trzymała w dłoniach. Popatrzyła na to 

uwaŜnie, a potem przeniosła wzrok na Rentholda. 

- Jesteś pewien? - upewniła się. 
- Tak! - wrzasnął Renthold, ostatkiem sił próbując odepchnąć potwora. 
-  Wolałabym  obejrzeć  twoje  systemy  i  oprogramowanie,  ale  niech  ci  będzie  -  zgodziła  się 

postać. Podeszła bliŜej i poklepała bestię po plecach. - Hej, koniec zabawy. Pa pa. 

Potwór  odwrócił  łeb,  popatrzył  na  nią  z  zastanowieniem,  a  potem  zeskoczył  z  Rentholda  i 

poszedł sobie. 

Renthold, ociekający własną krwią, osunął się na ziemię. Kobieta pochyliła się, przyglądając 

mu się z zainteresowaniem. 

- Zioła - jęknął Renthold. - Na ramię... Wy...krwawię się. 
- Po co od razu być takim pesymistą - odparła. - Nie na darmo przez sześć miesięcy byłam 

kapłanką  Uti-li,  bogini  uzdrawiania  z  południa  -  wyciągnęła    dłoń  i  wykonała  kilka 
skomplikowanych  gestów  nad  jego  ranami.  Krew  natychmiast  zaczęła  wpływać  do  nich  z 
powrotem. – Poza tym, nie Ŝebym się czepiała, ale trudno się wykrwawić na śmierć mając w Ŝyłach 
syntetyk. 

Renthold,  któremu  zabiegi  lecznicze  zdecydowanie  pomogły,  przyjrzał  jej  się  uwaŜnie. 

Wyglądała  jak  śliczna  i  głupia  pastereczka.  No,  moŜe  poza  poplamionym  jakimiś  substancjami 
fartuchem. Obok niej, na trawie, leŜał rozwinięty pergamin. Napis u góry głosił „Technomagiczny 
robot polowy – temaborg <Renthold>, schemat prototypu”. Pod spodem widniał rysunek czegoś, co 
mogło by być Rentholdem widzianym od środka.   

Rycerz spróbował sięgnąć po jakąś broń. 
- Nie radzę – uprzedziła lojalnie rudowłosa pastereczka. – Przez rok i dwa tygodnie byłam 

kapłanką krwawej bogini Ahru’ang z Tajemniczej Zaginionej Doliny Pustych Czaszek, Której Nikt 
Nie Odnalazł, i posiadłam tam pewne umiejętności w dziedzinie mordobicia. A poza tym – dodała - 
wiem, gdzie masz wyłącznik.     

 
- I choć wiem, Ŝe nie dane nam będzie nigdy być razem, będę podąŜać za tobą, nie zwaŜając 

na  okrutne  wyroki  przeznaczenia,  by  móc  na  ciebie  patrzeć,  bo  Ŝycie  bez  spojrzenia  twych  oczu 
byłoby dla mnie torturą najgorszą z moŜliwych – zakończyła łamiącym się głosem Złotowłosa.  

Monduel  bez  słowa  przykląkł  przed  nią,  słuŜba  pociągała  nosami.  Ukryta  za  drzewem 

Primabella  skrzywiła  się.  Od  godziny  podąŜała  za  ekwipaŜem,  który  podąŜał  za  Monduelem,  a 
przez  ostatnie  piętnaście  minut  wysłuchiwała  mów  o  niespełnionej,  szlachetnej  miłości  i  podłym 
przeznaczeniu,  wygłaszanych  przez  rycerza  i  pannicę  w  gieźle.  Konkluzja  tych  przemówień  była 
krótka i prosta: Monduel jedzie, gdzie go instynkt prowadzi, Złotowłosa za nim.  

Wampirzyca  miała  ochotę  przegryźć  komuś  gardo.  I  rozpłakać  się,  skoro  juŜ  mowa  o 

potrzebach. Nie była tylko pewna, czy wampiry płaczą. Łzy kojarzyły jej się z aligatorem. 

Monduel wsiadł na konia, a księŜniczka do powozu. Ruszyli w drogę. Primabella otuliła się 

szalem i podąŜyła za nimi. Wampiry były bardzo wytrzymałe, ale ją zaczynały juŜ boleć nogi.  W 
myślach układała swój list poŜegnalny. 

... Ludu mój, któryś mnie zdradził! 
Wybaczam  ci,  bowiem  uczucie,  które  nagle  przenikn
ęło  mnie  serce  (które  rzecz  jasna  nie 

bije  juŜ  od  dawna)  dało  mi  siłę,  by  wznieść  się  poza  ziemskie  przywary  i  wybaczyć  wam,  a  takŜ

background image

popełnić samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości i przegryźć gardło tej kukle... 

...Podli poddani oby was korniki zeŜarły!!!!... 
...Ukochany, 
Zapewne  nie  zrozumiesz  nigdy  ogromu  mego  uczucia,  tym  bardziej  
Ŝe  doprowadziłam  do 

wykrwawienia się na śmierć twojej ukochanej...   

...Ty podły zdradziecki draniu! 
Dobrze  ci  tak,  bo  teraz  ta  krowa  nie  
Ŝyje  i  ja  tez  nie  Ŝyję  i  moŜe  dotrze  do  ciebie,  co 

straciłeś!... 

...Moja droga przyjaciółko,  
która  płaczesz  teraz  po  mnie,  oby  nigdy  nie  było  co  dane  odczu
ć  tych  cholernych  emocji, 

które pchnęły mnie do tego czynu...  

...Pchełko kochana, 
wy
świadcz  mi  przysługę  i  rozmontuj  tego  drania  na  śrubki.  O  to  cię  proszę  pośmiertnie, 

twoja...  

...sami sobie umierajcie wszyscy, z tą kretynką na czele!!... 
 
Od pięciu minut Renthold nie dawał prawie Ŝadnego znaku Ŝycia i Pchełka zaczęła szukać w 

planach przycisku RESET.  

- To wszystko... – odezwał się w końcu - ...jest sztuczne?   
Pchełka podniosła głowę znad pergaminu. 
- No – przyświadczyła. 
- Moje myśli, uczucia, to, kim jestem...  
- Zaawansowana cybernetyka technomagiczna. Działo geniusza, moim zdaniem.  
Renthold wstał. 
- Moje całe Ŝycie okazuje się niczym, ja okazuję się zbiorem śrubek, a ty chwalisz szaleńca, 

który mnie stworzył, po to, Ŝebym cierpiał?! 

- Nie który, tylko która – poprawiła Pchełka. - Poza tym to cierpiętnicze nastawienie teŜ jest 

elementem oprogramowania. I w tobie nie ma Ŝadnej śrubki. Tylko przewody i syntetyczne organy. 

Renthold usiadł. 
- Właściwie to powinnam cię wyłączyć, ale nie chce mi się targać obudowy do właściciela. 

MoŜe pójdziesz sam? 

- Właściciela? 
Pchełka chrząknęła.  
-  Wytwory  rzemiosła  nie  mają  praw  osobistych.  Oczywiście,  jak  się  okazuje,  prawo 

zwyczajowe nie nadąŜa za rozwojem cywilizacji, niemniej... jesteś jej.  

 
Po kilku kilometrach Primabella doszła do wniosku, ze równie dobrze moŜe sobie usiąść na 

dachu  powozu.  Nikt  nie  powinien  zwrócić  uwagi  na  małego,  szczelnie  opatulonego  nietoperza,  a 
ona  będzie  mogła  wreszcie  odpocząć.  Nie  przyszło  jej  tylko  do  głowy,  Ŝe  siedząca  w  powozie 
księŜniczka  wygłasza  nieustający  monolog  o  swojej  nieszczęśliwej  miłości.  Siedząca  na  dachu 
Primabella miała szansę nie tylko odpocząć, ale teŜ zwariować.     

 
- Przykro mi – powiedziała Pchełka. – Ale tak to juŜ bywa. 
Renthold nie odpowiedział.  
- Jeśli nie pójdziesz ze mną, będę musiała cię wyłączyć. 
- Gdzie? 
- Do niej. 
- Wiem, Ŝe do niej. Ale gdzie ona jest? 
- Aaaa... – Pchełka zastanowiła się. – Nie wiem. Nie byłam tam.    
- A ona? Jak się nazywa? Jaka jest? 
- Nie wiem – Pchełka wzruszyła ramionami. – Właściwie jej nie znam. 
- Więc dlaczego mnie odszukałaś? – zapytał gwałtownie Renthold. – Dlaczego....  

background image

- ...zniszczyłam ci Ŝycie  – podpowiedziała Pchełka. – To trochę głupia historia – Renthold 

patrzył  wyczekująco.  Pchełka  się  poddała. –  Moja przyjaciółka, Primabella, była  głodna i ugryzła 
tego  drugiego.  Było  drobne  spięcie  i  on  się  zepsuł.  Naprawiłam  go,  ale  musiało  mu  nawalić 
oprogramowanie. MoŜliwe, Ŝe usterka doszła teŜ do ciebie. Przez łącza magiczne.    

- Ten drugi? – Renthold dopiero teraz zauwaŜył drugi zwój pergaminu. Rozwinął go. 
-  „Technomagiczny  robot  pokazowy  –  temaborg  <Monduel>,  schemat  prototypu”  – 

przeczytał. – „Pokazowy”? 

-  Bez  kompleksów  –  przetłumaczyła  Pchełka,  patrząc w  inną  stronę. Wcześniej porównała 

sobie oba schematy osobowościowe. 

 
SłuŜba rozbijała obóz na noc, podczas gdy Monduel i Złotowłosa wymieniali się frazesami 

na temat gwiazd, odbijających się w oczach. Primabella sfrunęła z dachu powozu i zmieniła kształt. 
Potem rozejrzała się za kolacją. śadna z krzepkich słuŜących nie wyglądała apetycznie. Primabella 
ugryzłaby anemiczną księŜniczkę. A Złotowłosa właśnie, zauroczona pięknem wieczornego nieba, 
stanęła w cieniu gałęzi.  

 
W sakwie Pchełki znalazły się wszystkie narzędzia potrzebne do tego, Ŝeby mechanicznego 

konia  Rentholda  przerobić  na  mechaniczny  pojazd  odrzutowy,  podąŜający  za  swoją  pamięcią 
wsteczną. Zdaniem Pchełki coś takiego mogło ich doprowadzić do miejsca, które Renthold mógłby 
nazwać „domem”. Renthold nie miał zdania na ten temat.  

 
Złotowłosa  westchnęła,  patrząc  na  gwiazdy.  Nagle  coś  rzuciło  się  na  nią  i  ugryzło. 

Złotowłosa  wrzasnęła.  Monduel  poderwał  się  i  rzucił  na  pomoc  damie  swego  serca.  Natarł  na 
przeciwnika i przebił go mieczem.  

Ugodzony przeciwnik, cofając się, wszedł w krąg światła rzucanego przez ognisko. Okazał 

się  niesamowicie  pociągającą  kobieta  o  czerwonych  oczach  i  ostrych  zębach.  Wampirzyca 
wyciągnęła z siebie miecz, którym przebił ja rycerz.  

-  Niewdzięczny  drań!  –  wrzasnęła  i,  porzucając  po  drodze  broń,  uciekła  z  płaczliwym 

skowytem do lasu.      

Monduel  patrzył  za  nią  z  otwartymi  ze  zdumienia  oczami,  dopóki  wykrwawiająca  się 

Złotowłosa nie zemdlała z tyłu.        

 
-  Gotowe  –  powiedziała  nad  ranem  Pchełka,  odsuwając  z  czoła  niesforny  kosmyk.  – 

Wsiadaj.   

Renthold  spojrzał  na  konia.  Nie  wyglądał  inaczej.  Wsiadł.  Pchełka  podniosła  leŜące  na 

trawie zwoje pergaminu, schowała je do sakwy i odsunęła się. 

- Steruje się tak jak wcześniej.  
- Nie jedziesz ze mną? – zapytał. 
- Eee... nie. Muszę znaleźć Primabellę – pomachała mu i odeszła.  
- A ja moje przeznaczenie – powiedział zamyślony Renthold.  
- Wiesz – Pchełka odwróciła się - kiedy byłam w sekcie Krwawej Siekiery, nauczyłam się 

jednej rzeczy: nie ma przeznaczenia. Jesteśmy tylko my.   

Renthold lekko uderzył konia piętami. Z kopyt wierzchowca wystrzeliły płomienie i wraz z 

jeźdźcem uniósł się w powietrze.  

Pchełka odeszła, nie oglądając się za siebie.   
 
Głęboko w lesie Primabella złapała gałązkę osiki i wycelowała ją w swoje serce. A potem 

się zastanowiła. Przypomniała sobie miecz, którym Monduel ją przebił.  

- Nie dam draniowi satysfakcji – oznajmiła drzewom i złamała gałązkę. A potem zmieniła 

się w nietoperza i poleciała do domu.    

 
-  śegnaj,  pani  mego  serca  –  Monduel  MęŜny  skłonił  się  przed  księŜniczką,  która  miała 

background image

kłopoty  z  wydobyciem  odpowiedzi  ze  szczelnie  zabandaŜowanego  gardła.  –  Musisz  wrócić  na 
zamek  swego  ojca,  by  medycy  mogli  ocalić  ci  Ŝycie,  w  przeciwnym  razie  wykrwawisz  się  na 
ś

mierć i pozostaniesz tylko drogim wspomnieniem w moim sercu. Ma miłość gna mnie do ciebie, 

ale  słyszę  głos  mego  przeznaczenia,  które  jest  w  pobliŜu.  śegnaj,  ukochana  –  wsiadł  na  konia  i 
odjechał. 

ObandaŜowana księŜniczka wydawała z siebie jakieś piski. SłuŜący wsadzili ją do powozu, 

wygasili ognisko i ekwipaŜ odjechał z powrotem do zamku.  

 
Ś

witało,  kiedy  Monduel  zatrzymał  konia  na  trakcie,  u  stóp  wzgórza.  Rozejrzał  się  z 

namysłem. Czuł swędzenie przeznaczenia.  

Gdzieś  na  niebie  rozległ  się  warkot  i  naprzeciw  Monduela  wylądował  koń  odrzutowy  z 

Rentholdem na grzbiecie. Obaj rycerze zmierzyli się wzrokiem. 

- Czy ty takŜe przybyłeś tu szukać swego przeznaczenia? – zapytał Monduel.  
-  Nie  ma  przeznaczenia.  Jesteśmy  tylko  my  –  odparł  Renthold.  –  I  cybernetyka 

technomagiczna.  

W krzakach coś zaszumiało i na trakt wyjrzał potwór. 
- Tylko nie wy!! – jęknął Archibald de Trask. – Dopiero co mi język odrósł!! – zakrywając 

sobie paszczę łapami, wykonał strategiczny odwrót i uciekł na wzgórze.  

Renthold odwrócił się do Monduela. 
- Ty pierwszy – powiedział. – Nie śmiałbym iść przed kimś tak wspaniałym.  
Rycerze zsiedli z koni, wyciągnęli miecze i podąŜyli za nim. Dotarli do ogromnego tunelu, 

przez  który  mogły  przechodzić  naprawdę  wielkie  stworzenia.  Monduel  chciał  pobiec  w  głąb,  ale 
Renthold go zatrzymał.  

- Patrz – wskazał skrzynię większą od człowieka, tkwiącą w ścianie. – Myślę, Ŝe tędy tam 

dojdziemy – wszedł do środka.   

Monduel po chwili zastanowienia zrobił to samo.  
- To tylko skrzynia - powiedział, obmacując ściany. – Nie ma przejścia. 
Nagle coś zgrzytnęło i skrzynia zaczęła powoli spadać. śaden z nich nie zdąŜył wyskoczyć. 

Skrzynia zatrzymała się po chwili sama. Rycerze wyszli z niej ostroŜnie. Znajdowali się w wielkiej 
hali  pełnej  róŜnych  urządzeń.  W  samym  środku  brzydka,  pokryta  szarą  łuską  kobieta  omotywała 
przewodami coś, co mogłoby być szkieletem gigantycznego smoka. Kiedy ich zobaczyła, zeszła z 
drabiny.  

-  Czy  jesteś  moim  przeznaczeniem?  –  zapytał  lekko  osłupiały  Monduel  –  czy  teŜ  gorgoną 

stojącą na straŜy tajemnic losu? 

- Jestem mechanikiem – odpowiedziała Pelagia. – Nie próbuj mówić mi „mamo”. 
Monduel wyglądał na wstrząśniętego. 
- Dlaczego? – zapytał Renthold.  
- Bo nie mam uczuć macierzyńskich.   
- Nie o to pytałem. Dlaczego nas stworzyłaś? 
- Smoczy system emerytalny – odpowiedziała Pelagia – to strasznie skomplikowana sprawa.   
- Ale dlaczego dałaś nam tyle uczuć, myśli. Jesteśmy jak ludzie. 
-  Nie  jesteście  ludźmi  –  sprostowała  Pelagia.  Cofnęła  się  o  kilka  kroków  i  spojrzała  na 

szkielet,  wypełniający  sobą  połowę  hali.  Sięgnęła  po  pergamin  i  naniosła  kilka  poprawek  na 
wykres.   

-  Ta sterta kości jest dla ciebie waŜniejsza niŜ to, jaką krzywdę nam wyrządziłaś, dając nam 

myśli,  wspomnienia,  uczucia,  wiarę?!  –  krzyknął  Renthold.  Monduel  spojrzał  na  Pelagię  jak 
skrzywdzony szczeniak. 

- To  - poprawiła chłodno - jest megasmok. Coś naprawdę wielkiego. 
- Tak jak my? – zapytał gorzko Renthold. 
- Wy byliście dopiero początkiem. 
- Jesteśmy – poprawił Monduel. 
Pelagia spojrzała na nich, jakby dopiero zauwaŜyła ich obecność. Sięgnęła po małe pudełko, 

background image

wycelowała je w rycerzy i nacisnęła guzik. Dwie głowy opadły w dół, gasząc światełka w oczach. 
Pelagia sięgnęła po drugie, mniejsze pudełko. PrzyłoŜyła je do ust i wcisnęła mały przycisk. 

-  Zapamiętać  –  powiedziała  do  pudełka.  –  Nie  udoskonalać  modułu  osobowości,  pozostać 

przy  niezbędnym  minimum  –  nacisnęła  ponownie  przycisk  i  odłoŜyła  pudełko.  –  Juliuszu  – 
zawołała  pomagającego  jej  małego  smoka.  –  Zabierz  te  dwa  i  rozmontuj.  Będziemy  potrzebowali 
części do Draco-1.   

   
Primabella  wylądowała  na  parapecie  sali  tronowej  tuŜ  przed  świtem.  Przeciągnęła  się  i 

zmieniła  w  humanoida.  Kopnęła  przechodzącego  słuŜącego  i  usiadła  na  tronie.  śadnych  więcej 
podróŜy – obiecała sobie.   

Przez  uchylone  drzwi  do  sali  tronowej  zajrzeli  byli  rewolucjoniści,  a  obecni  członkowie 

rządu.  Nie  uwierzyli  własnemu  szczęściu.  Na  rano  była  zaplanowana  demonstracja,  Ŝądająca 
przywrócenia monarchii. Rozesłanie kilku gońców sprawiło, Ŝe demonstracja zmieniła się w festyn 
na cześć królowej, a Primabella zabrała się do rządzenia.  

Królowała  juŜ  od  trzech  dni,  kiedy  wybuchy  w  podłej  dzielnicy  dały  znać  o  powrocie 

Pchełki. Królowa poszła z wizytą.  

Cała  pracownia  była  spowita  dymem.  Na  stole  leŜało  cos,  co  przypominało  oplątany 

przewodami szkielet. Pchełka siedziała pochylona nad zwojem pergaminu. Na  widok wampirzycy 
podniosła głowę. 

- O, jesteś.  
- Nie chciał mnie. Wolał blondynkę w gieźle – królowa usiadła na krześle, które wyglądało 

na niewybuchające. – CóŜ, jestem bogatsza o jedno doświadczenie. I mam nadzieję, Ŝe tamta krowa 
wykrwawiła się na śmierć. W przeciwnym razie wypowiem wojnę jej królestwu.  

- Naprawdę? 
- No. JuŜ wysłałam posłańca, Ŝeby dowiedział się o zdrowie tej tam, Złotonośnej. I armia się 

szykuje. A co u ciebie?  

Pchełka wzruszyła ramionami.  
- To, co zwykle. 
Primabella wstała i podeszła do szkieletu na stole. Wyglądał na ludzkopodobny, tyle Ŝe nie z 

kości. Wszędzie była masa kabelków.  Wampirzyca spojrzała krytycznie na zaczątki wynalazku.  

- To ma być strach na wróble? 
Pchełka wygładziła leŜący na stole zwój pergaminu. 
- Na razie – powiedziała. – Ale za parę lat, kiedy zgromadzę potrzebne materiały i opracuję 

rozwiązania technomagiczne...   
 

KONIEC