background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
                                       

 

 
 
 
 

 

             Noami Horton 

 
 

              Ten najlepszy 

background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
W świecie  pełnym  miernot  moja  klientka  pragnie  znaleźć 
tego jednego jedynego, wymarzonego mężczyznę. 

Jest osobą nowoczesną i ma wszystko - prócz partnera, dzięki 

któremu jej życie nabrałoby blasku.  

Poszukuje 

pana 

nowoczesnych 

poglądach, 

będącego 

jednocześnie 

ucieleśnieniem 

staroświeckiego 

ideału 

dżentelmena.  Powinien  być  silny,  odważny,  dobry,  delikatny  i 
czuły,  a  na  dodatek  mieć  poczucie  humoru.  Jeżeli  prócz  tego 
stać  go  na  niezależność  i  utrzymanie  damy  swego  serca  na 
odpowiednim  poziomie,  to  może,  ale  tylko  może,  zyska  jej 
przychylność. 

Gdybyś  uznał,  że  spełniasz  jej  warunki,  przyślij  swoje 

zgłoszenie.  

Oczekujemy  życiorysu  i  szczegółowej  charakterystyki.  Bądź 

przygotowany  na  to,  że  sprawdzimy  twoją  prawdomówność. 
Moja  klientka  ma  liczne  zalety  i  spodziewa  się  znaleźć  ich 
równie  wiele  w  tobie.  Stawiamy  wysokie  wymagania,  ale  jest 
tego warta. 

Korespondencję należy kierować pod adresem: Danielle Ross, 

ManHunters Incorporated. 

 

 
 
 
 
 

1

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
-  Potrzebujesz  żony.  -  Buster  Greaves  przekręcił  lewe 

skrzydło aniołka, by pasowało do prawego. 

-  Nieprawda.  Potrzebuję  cudu  -  niewyraźnie  mamrotał  Jake. 

W zaciśniętych ustach trzymał szpilki krawieckie. 

- Czy to cholerstwo nie odpadnie? - Buster szarpnął za karton. 
- Mam nadzieję! - Mała jasnowłosa dziewczynka spojrzała ze 

złością  na  skrzydła.  Poplamione,  ze  śladami  brudnych  palców, 
zwisały  smętnie  z  jej  ramion.  -  Po  co  to?  Dzieciaki  będą  się 

śmiały, a ten głupi Robby Jacobsen... 

- Stój spokojnie. - Wykończony ojciec usiłował wpiąć szpilkę 

w cienki materiał sukienki. - Au! Stój, do diabła! 

-  Nie  powinieneś  kląć  na  anioła  -  zauważyła  urażona  do 

żywego. - To trwa już całe wieki! Chce mi się siusiu. 

- Przecież robiłaś pięć minut temu - spokojnie tłumaczył Jake, 

chociaż wewnątrz gotował się ze złości. - Poczekaj chwilę, póki 
nie podwiniemy tej cholernej sukienki. 

Westchnęła  głęboko,  ale  wyprostowała  się  pod  wpływem 

groźnego  spojrzenia  ojca.  Pozwoliła  sobie  jednak  na  niezbyt 
anielskie komentarze. 

- Gdzie się tego nauczyłaś?! 
- Jesse tak mówił, kiedy klacz stanęła mu na stopę. 
-  W  jego  wieku,  być  może  wolno  ci  będzie  używać 

podobnych  wyrażeń.  Chociaż  wątpię.  Ale  na  razie  masz  sześć 
lat i nawet o tym nie myśl. 

- Prawie sześć i pół - sprostowała Cassie. 
-  Robby  Jacobsen  wygaduje  jeszcze  gorsze  rzeczy.  Wczoraj 

rąbnął go Kevin 0'Donnel i wtedy powiedział... 

-  Nie  chcę  nic  słyszeć.  -  Jake  uniósł  dłoń,  by  powstrzymać 

córkę. Pokręcił głową, zmartwiony jej słownictwem. Wyrosła na 
ranczu  wśród  prostych,  ciężko  pracujących  mężczyzn.  Prawdę 
mówiąc,  miała  więcej  sprytu,  jeździła  konno  i  klęła  lepiej  niż 

2

RS

background image

 

 

którykolwiek  z  nich,  nie  wyłączając  ojca.  -  Zdejmij  sukienkę. 
Później się nią zajmę. Najpierw z Jesse'em naprawię płot. 

Aniołek  wzniósł  indiański  okrzyk,  który  poderwał  na  równe 

nogi  płowego  psa,  drzemiącego  przy  kominku.  Kostium  oraz 
skrzydła wylądowały na podłodze. Ich właścicielka w dżinsach i 
podkoszulku biegła do drzwi. 

- Hej! - zatrzymał ją tubalny głos Jake'a. 
-  Nigdzie  nie  wyjdziesz,  póki  nie  skończysz  pracy  dla  pani 

Wilson. 

- Już gotowa - oświadczyła. 
-  Zebrałaś  liście  i  suszone  kwiaty.  Teraz  należy  je  przykleić 

do brystolu. Nie zajmie ci to więcej niż godzinę. 

- Ech! - Zdegustowana wróciła do pokoju. 
-  Miałam  z Cochise'em  zrobić  se  indiański pióropusz  z  pióro 

w, które... 

- Z piór - poprawił ją zrezygnowanym tonem. 
-  Sobie  nie  se.  Cocbise  oczyszcza  staw  dla  kaczek.  Będzie 

wolny dopiero wieczorem. 

-  Ale  wtedy  jest  ta  głupia  próba!  -  zaprotestowała.  Na małej, 

brudnej buzi malowała się rozpacz. 

-  Daj  mi  spokój.  -  Zaczął  sprzątać  cekiny  i  szpilki.  -  Sama 

narobiłaś  kupę  wrzasku  parę  miesięcy  temu,  żeby  tylko  dostać 
rolę w  tej sztuce. W  czasie  ferii  będziesz  miała mnóstwo czasu 
na pióropusze. 

Przez chwilę przyglądała  mu  się  z  uwagą, jakby  oceniała,  na 

ile sobie może pozwolić. W końcu skapitulowała. Przygarbiona, 
powłócząc nogami, ruszyła do swojego pokoju. 

-  I  po  co  przyklejać  te  głupie  liście  na  głupim  brystolu?  - 

mruczała po drodze. - Tata Robby'ego Jacobsena nie zmusza go 
do robienia takich rzeczy. Robby mówi, że... 

Zniknęła za drzwiami. 
-  Co  ona  tak  w  kółko  opowiada  o  tym  Rob-bym?  -  Jake 

spojrzał pytająco na dziadka. - Ostatnio to jedyny temat. 

- Nie rozpoznajesz ciężkiego przypadku szczenięcej miłości? 

3

RS

background image

 

 

- Miłość?! - parsknął Jake. - Ma dopiero sześć lat! Na dodatek 

z  jej  wypowiedzi  wynika,  że  on  jest  najniższą  formą  życia  na 
ziemi. 

-  A  twoja  pierwsza  fiama?  Ruda?  Temperament  wściekłej 

kotki.  Nabiła  ci  siniaka  w  drugiej  klasie,  kiedy  wsadziłeś  żabę 
do jej szafki.  

-  Margaret  0'Donnel.  Nazwała  żabę  Francis  i  trzymała  ją  w 

terrarium.  Dzięki  temu  dostała  piątkę  z  biologii.  Ja  zarobiłem 
troję na szynach za wystawę o nietoperzach. 

-  Bo  jeden  uciekł  i  niemal  przyprawił  o  zawał  panią  Sykes. 

Nigdy nie miałeś szczęścia do kobiet. 

Stare  rany  jeszcze  się  nie  zabliźniły.  Całymi  tygodniami  był 

spokojny,  a  potem  niespodziewanie  coś  przypominało  mu  o 
dawnych przeżyciach: jedno słowo, śmiech kobiety, zapach róży 
niesiony wiatrem. 

-  Hej,  Jake...  -  usłyszał  cichy  głos  dziadka.  -  Nie  chciałem... 

Sam wiesz... 

-  Nie  ma  o  czym  mówić.  -  Uśmiechnął  się  beztrosko,  ale 

wiedział,  że  nie  oszukał  starego.  -  Na  pewno  możesz 
odprowadzić ją na próbę? 

-  Jasne  -  mruknął  Buster,  wyraźnie  zadowolony  ze  zmiany 

tematu.  -  Chociaż  właściwie  powinien  iść  ojciec.  Ja 
naprawiłbym ogrodzenie z Jesse'em. 

-  Nie  zmieniajmy  planów.  -  Przemilczał  kłopoty  Bustera  z 

biodrem i fakt, że sam upór nie wystarczy, by w nieskończoność 
odwlekać starość. - Przez cały miesiąc pomagałeś Cass nauczyć 
się  roli.  Znasz  ją  równie  dobrze  jak  ona.  Ze  mnie  nie  mieliby 
tam żadnego pożytku. 

-  Pani  Wilson  jest  chyba  innego  zdania.  Lubi  cię.  Wymyśla 

tyle pretekstów, by do nas zadzwonić. 

- Jeżeli kogoś sobie upatrzyła, to na pewno ciebie. 
- Nabierasz mnie? - Buster spojrzał podejrzliwie. 
- Radzę pomyśleć o zalotach. Sukces gwarantowany. 
 

4

RS

background image

 

 

- Chciałaby takiego starego ramola? 
-  Dlaczego  nie? Jeśli mowa  o  starych  ramolach,  to  wcale  nie 

jesteś gorszy od innych. Wyglądasz zupełnie nieźle, kiedy już w 
końcu zdecydujesz się ogolić i zmienić koszulę. 

Buster  potarł  siwiejący  zarost,  aż  zachrzęściło,  i  popatrzył 

krytycznie na poplamioną koszulę, opinającą wydatny brzuch. 

-  Miałem  zrobić  pranie,  ale  ta  cholerna  pralka  nie  działa  już 

od  dwóch  tygodni...  -  Rozejrzał  się  po  obszernym  pokoju,  w 
którym  nic  nie  stało  na  swoim  miejscu.  -  Powinienem  tu 
posprzątać, zanim przyjedzie ta babka z agencji. Inaczej od razu 
zepsujemy sobie opinię. 

-  Co  powiedziałeś?  -  Jake  zatrzymał  się  w  połowie  drogi  do 

kuchni. 

-  No  tak...  hmmm...  -  Buster  nie  mógł  ukryć  zakłopotania.  - 

Będzie tu... Dzisiaj nawet... Ale, hm... 

-  Nie  wytłumaczyłeś  jej,  że  to  wszystko  pomyłka?  Przecież 

jasno i wyraźnie... 

-  Wiem,  co  mówiłeś.  -  Unikał  wzroku  wnuka.  -  Do  diabła, 

chłopcze, potrzebujemy pomocy! Jeżeli biodro znów zacznie mi 
dokuczać,  będę  do  niczego.  Utrzymanie  Cassie  w  ryzach  to 
całodobowe  zajęcie.  Dla  niej  sukienki  są  zbyt  dziewczyńskie. 
Kobieta  nauczyłaby  ją  różnych  rzeczy...  pewnych  rzeczy...  W 
zeszłym  tygodniu  pytała  mnie  o  takie...  no...  kobiece  sprawy. 
Mężczyzna  nie  nadaje  się  do  wyjaśniania  tego  małej 
dziewczynce. 

-  Ale  czy  można  zamówić  żonę  listownie?  Nic  o  niej  nie 

wiesz. - Jake niemal roześmiał się, widząc zażenowanie dziadka. 

-  Chce  dobrego  męża.  Byłbyś  taki,  gdyby  tylko  ktoś  dał  ci 

szansę. Potrzebujesz kobiety, a Cassie matki. 

-  Skąd  wiesz,  że  chociaż  w  części  odpowiadam  jej 

oczekiwaniom?  Znam  się  na  koniach  i  na  bydle,  ale 
doświadczenie mi mówi, że nie mam pojęcia o kobietach. 

5

RS

background image

 

 

-  Musisz  spełniać  jej  wymagania,  jeżeli  przyjeżdża. 

Widocznie  wszystkie  odpowiedzi  w  tych  ankietach,  które 
wypełniliśmy... 

-  Ty  wypełniłeś.  Dowiedziałem  się  o  twoich  działaniach 

dopiero miesiąc temu... 

- Zrobiłem coś złego? Tak sobie kompinuję... 
- Kombinuję - poprawił  go automatycznie Jake i natychmiast 

uśmiechnął się przepraszająco pod wpływem karcącego wzroku 
dziadka. - Pralka już działa. Wrzuciłem całą stertę ubrań Cassie. 
Niech włoży coś czystego na próbę. Jeżeli pójdzie tak, jakby od 
tygodnia  nie  widziała  mydła  i  wody,  wiadomość  o  tym  na 
pewno  dotrze  do  tej  kobiety  z  opieki  społecznej.  Pamiętasz,  co 
było, kiedy ostatni raz tu przyszła? 

-  W  jej  opinii  nie  jesteśmy  właściwym  środowiskiem  dla 

małej dziewczynki - mruknął ze złością Buster. 

-  Odkryje,  że  gosposia  odeszła,  i  nie  spocznie,  póki  nie 

umieści Cassie w rodzinie zastępczej. 

- Gdybyś miał żonę, problem sam by się rozwiązał. 
- Nie przeciągaj struny - wycedził Jake przez zaciśnięte zęby. 

- Idę naprawiać płot. Jeśli przyjedzie ta damulka z agencji, ty się 
nią zajmiesz. Powiedz, że ożenek mnie nie interesuje. 

Zastanawiał  się,  czy  był  całkowicie  szczery.  Ostatnio  coraz 

częściej  myślał,  że  Buster  ma  trochę  racji.  Może zaaranżowane 
małżeństwo okazałoby się dobrym wyjściem z sytuacji. Miał za 
sobą jedno zawarte z miłości. Przeżył trzy lata gehenny. 

Sandra liczyła na to, że ślub pozwoli jej wyrwać się z małego 

miasteczka,  które  istniało  tylko  dzięki  tartakowi  i  wytwórni 
papieru.  Jednak  życie  na  ranczu  uznała  za  równie  nieciekawe. 
Szukała  rozrywki  w  alkoholu.  Potem  przyszła  kolej  na 
mężczyzn.  Sześć  lat  temu  wyjechała,  zostawiając  mu  maleńką 
córkę. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć, gdzie jest. 

- Tatusiu! - Natarczywy głos Cassie sprowadził go na ziemię. 

- Pralka znów siadła. Wszędzie pełno wody. 

6

RS

background image

 

 

-  Nie  potrzebuję  żony,  tylko  warsztatu  usługowego  na  każde 

zawołanie! - Rzucił się pędem do kuchni. 

Dani  Ross  musiała  przyznać,  że  przynajmniej  z  tyłu 

prezentował  się  korzystnie.  Stał  pochylony  nad  pralką  w 
starych, obcisłych dżinsach. Pod miękkim, spranym materiałem 
wyraźnie  rysowały  się  mięśnie  ud  i  pośladków.  Nie  chciała 
przerywać  mu  pracy,  a  sobie  obserwacji.  Chyba  nareszcie 
znalazła mężczyznę marzeń. 

Dobrze  wiedziała,  że  nikt  taki  nie  istnieje.  Po  ideale,  który 

poślubiła,  zostało  jedynie  orzeczenie  rozwodu.  Kiedy  jednak 
Marion  Wainwright-Syms  zleciła  jej  znalezienie  męża  dla 
siostry, postanowiła zachować swoje opinie dla siebie. 

Jej  praca  w  firmie  ManHunters  Incorporated  polegała  na 

szukaniu  wysokiej  klasy  specjalistów,  których  potrzebowały 
renomowane  przedsiębiorstwa.  Należała  do  tak  zwanych 

łowców głów i była świetna w swoim zawodzie. Kiedy Marion 
przyszła  do  niej  ze  swoim  przedziwnym  żądaniem,  roześmiała 
się. 

-  Moja  siostra  wkrótce  skończy  trzydzieści  lat  -wyjaśniała 

szybko  Marion.  -  Muszę  ją  wydać  za  mąż.  Zawsze  się  nią 
opiekowałam. Nic dziwnego, że i to spada na moje barki. 

I w konsekwencji na moje, mruknęła do siebie Dani. 
Zamieściła  ogłoszenie  w  najpopularniejszych  pismach. 

Wkrótce  nie  mogła  poradzić  sobie  z  zalewem  korespondencji. 
Otrzymała  zgłoszenia  na  papierze  kredowym  oraz  na  kartkach 
wyrwanych  z  zeszytu.  Jedni  przysłali  zdjęcia,  inni  wyliczali 
zalety,  które  powinna  posiadać  przyszła  żona.  Niektórzy 
dołączyli  fotokopię  wyciągu  z  konta  bankowego  i informację  o 
zakupionych  przez  siebie  akcjach.  Było  i  parę  anonimów  z 
nieprzyzwoitymi propozycjami. 

Strawiła  całe  tygodnie  na  lekturze.  Po  pierwszej  selekcji 

wysłała  szczegółowe  kwestionariusze.  Eliminowała  osobników 
psychicznie niezrównoważonych, którzy zawsze zgłaszają się w 
takich sytuacjach oraz wszystkich pełnych nadziei, a nie 

7

RS

background image

 

 

 

świadomych tego, że sami nie mogą niczego ofiarować. 
W  końcu  zaczęła  przeprowadzać  rozmowy.  Przejechała 

Kanadę  wzdłuż  i  wszerz.  Zakwalifikowała  księgowego  z 
Halifaxu i maklera giełdowego z Vancouveru. No i kowboja. 

Ranczera,  poprawiła  się  w  myślach.  Jake  Montana 

specjalizował się w hodowli bydła. Na dodatek z jej pobieżnych 
oględzin  wynikało,  że  ma  jeden  z  najzgrabniejszych  tyłeczków 
w całym kraju. Nie było to najważniejsze w jej poszukiwaniach, 
ale jego widok stanowił wielce pożądany odpoczynek dla oczu, 
które całe rano oglądały jedynie góry i karłowate krzewy. 

Za pralką rozległ się głuchy łomot. Usłyszała kilka soczystych 

przekleństw, a potem zazgrzytała dokręcana śruba i dobiegło ją 
pełne  satysfakcji  sapnięcie.  Zza  obudowy  wyłoniła  się  dłoń, 
która zaczęła błądzić po przyciskach. 

- Ja to zrobię. Który guzik? - Dani odstawiła teczkę i ostrożnie 

ruszyła na palcach po zalanej wodą podłodze. 

-  Rany!!  -  Wyprostował  się  gwałtownie.  Zawadził  o  półkę, 

która  spadła  z  haków.  Masując  bark,  wrzeszczał  na  nią  z  nie 
ukrywaną złością: - Przestraszyłem się jak jasna cholera!! 

- Czy mam przyjemność z Jakiem Montana? 
- Z jego resztkami! 
Mimo  włoskich  butów  na  ośmiocentymetrowych  obcasach 

sięgała mu tylko do ramienia. Z trudem przypomniała sobie, po 
co w ogóle przyjechała.  

- Przepraszam, ja... 
- Nieważne. Proszę to potrzymać. - Wetknął jej do ręki klucz 

francuski. Naprawa pralki znów pochłonęła go bez reszty. 

- Nazywam się... 
- Dobrze. Teraz może mi go pani podać. - Wyciągnął za siebie 

dłoń i przynaglająco poruszył palcami. 

Dani ze złością zacisnęła rękę na kluczu. Może gdyby go parę 

razy zdzieliła po głowie, zwróciłby na nią uwagę. 

- Klucz! Klucz! 

8

RS

background image

 

 

-  Klucz!  -  powtórzyła  niczym  instrumentariuszka  na  sali 

operacyjnej. 

Wymamrotał  coś  niewyraźnie.  Przy  odrobinie  dobrej  woli 

mogła  to  uznać  za  podziękowanie.  Kolejny  raz  żałowała,  że 
podjęła  się  zadania,  które  narażało  ją  na  takie  afronty.  Marion 
przekonywała  ją  bezskutecznie  prawie  cały  tydzień.  Dopiero 
spotkanie z Caroline przeważyło szalę. 

Dwudziestodziewięcioletnia, samotna i bez żadnych widoków 

na przyszłość. Tak Marion opisała siostrę. Mimo jej ostrzeżenia, 
Dani  przeżyła  prawdziwy  szok  na  widok  malutkiej,  nieśmiałej 
kobiety,  która  pojawiła  się  w  jej  biurze.  Nie  ulegało 
wątpliwości,  że  nie  tylko  podziwia  siostrę,  ale  jest  całkowicie 
przez  nią  zdominowana.  Przyjęła  zlecenie  ze  współczucia.  Na 
dodatek  zaangażowała  się  uczuciowo.  Zależało  jej  na 
znalezieniu jak najlepszego męża dla Caroline. Teraz złościło ją, 

że  musi  zabawiać  się  w  mechanika,  ale  mogła  mieć  o  to 
pretensję tylko do siebie. 

- Kiedy dam znak, proszę włączyć. Zielonym guzikiem. 
Za  chwilę  jej  idealny  kandydat  przebierze  miarę,  a  wiązała  z 

nim tyle nadziei. Uderzyła ją szczerość jego listów, pracowicie, 
choć  z  błędami,  wystukanych  na  maszynie.  Bez  upiększeń 
przedstawił  życie  na  ranczu.  Zwięźle  opisał  swoje  małżeńskie 
niepowodzenia,  których  konsekwencją  był  rozwód.  Kolejne 
ankiety  dostarczyły  wystarczająco  wiele  informacji  o  jego 
hodowli  bydła,  by  ustalić,  że  jest  inteligentnym  biznesmenem  i 
dobrym fachowcem. 

- Dobra! Już można! 
Westchnęła  ciężko  i  wcisnęła  guzik.  Rozległ  się  cichy  szum. 

Po  chwili  z  gumowego  węża  spadła  na  podłogę  obejma,  a 
Montana  zaklął  siarczyście.  Silny  strumień  wody  wystrzelił 
spod pralki. Dani odskoczyła z piskiem, niemal przewracając się 
na śliskiej podłodze. 

- Proszę to wyłączyć! Natychmiast! - Jake parskał i prychał. 
- Grozi nam prawdziwy potop. 

9

RS

background image

 

 

-  Robię,  co  mogę.  -  Dani  gorączkowo  sprawdzała  funkcje 

guzików  na  obudowie.  W  końcu  znalazła  właściwy.  Wtedy 
spojrzała  na  swoje  buty.  -  Mój  Boże!  Już  do  niczego,  a 
kosztowały fortunę! 

- Pani z opieki społecznej? - Był mokry aż do ramion. Patrzył 

na nią ponuro, ocierając dłonią twarz. 

-  Nie.  -  Wysunęła  stopy  z  nasiąkniętych  wodą  kawałków 

skóry, które jeszcze przed chwilą były warte dwieście dolarów.  

-  Przynajmniej  to  jedno  przemawia  na  pani  korzyść.  Czy 

zauważyła pani, gdzie upadła ta obejma? 

Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  rozmowa  zeszła  na  temat 

opieki  społecznej,  ale  nie  zaprzątała  sobie  tym  głowy.  Podała 
mu  obejmę.  Posłał  jej  przyjazny  uśmiech  i  znów  wszedł  za 
pralkę. 

- Nie usłyszałem, jak się pani nazywa. 
-  Danielle  Ross.  Dzwoniłam  wczoraj  z  Vancouveru,  by 

uprzedzić pana o moim przyjeździe. 

- Proszę uruchomić pompę. 
-  Trzyma?  -  spytała,  gdy  do  środka  bębna  zaczęła  napływać 

woda. 

-  Nie.  Jeszcze  cieknie.  Chwileczkę...  to  z  poprzedniego  razu. 

Nareszcie przechytrzyłem to diabelstwo. 

Dani  w  zamyśleniu  patrzyła  na  jego  plecy.  Czyżby  go 

znalazła?  Nadzieja,  że  następny  kandydat,  z  którym 
przeprowadzi  rozmowę,  okaże  się  tym  jedynym,  idealnym 
mężczyzną, nie pozwalała jej rezygnować z poszukiwań. 

Nim  rozpoczęła  pracę,  spędziła  wiele  godzin  z  Caroline. 

Plotkowały  przy  winie  o  miłości  i  małżeństwie.  Potem  jednak 
wyrzuciła  wszystkie  swoje  notatki  i  postanowiła  polegać  tylko 
na  intuicji.  Właśnie  dzięki  niej  została  najbardziej  wziętym 
fachowcem w swojej branży. 

- Już wiem! Chodzi o inseminację. 
- Inseminację?! 
- Sztuczne zapłodnienie - tłumaczył zniecierpliwiony. 

10

RS

background image

 

 

 -  Sztuczne...?  W  żadnym  przypadku!  Może  wyszedłby  pan 

wreszcie stamtąd. 

- Zaraz. - Z tonu jego głosu wywnioskowała, że w tej sytuacji 

nie zamierzał tracić cennego czasu na rozmowę. 

- Już w porządku? - spytała, siląc się na spokój. 
-  Tak.  -  Z  trudem  wysuwał  się  zza  pralki.  -  Wobec  tego,  co 

panią tutaj sprowadza? 

-  Pracuję  w  agencji  ManHunters  Incorporated  -  wydusiła 

przez zaciśnięte zęby. 

- A więc to pani? 
Był  jednocześnie  zdziwiony  i  lekko  rozbawiony.  Na  dodatek 

obrzucił  ją  krytycznym  spojrzeniem  hodowcy,  który  ocenia 
wartość zwierzęcia na licytacji. 

- Co pana tak zdumiewa? 
- Poszukująca męża... 
- Zgadza się - powiedziała zdecydowanym głosem, ucieszona, 

że nareszcie skierowała rozmowę na właściwe tory. 

- Ja też chciałbym porozmawiać z panią. 
- Z przyjemnością odpowiem na pana pytania. 
-  Mam  tylko  jedno.  Jakiego  rodzaju  kobieta  daje  ogłoszenie, 

że chce wyjść za mąż? 

Choć różnie sformułowane, słyszała to pytanie już setki razy. 

Z niewiadomych powodów zawsze ją denerwowało. 

-  Nie  różni  się  niczym  od  mężczyzn,  którzy  odpisują  - 

oświadczyła  ostrzejszym  tonem,  niż  zamierzała.  -  Czy  zaczyna 
pan mieć jakieś wątpliwości? 

-  Już  od  momentu,  gdy  dziadek  namówił  mnie  na  ten 

eksperyment. 

- Zgłosił się pan nie z własnej inicjatywy? 
- Zdaniem Bustera potrzebuje żony. Uznał ogłoszenie za moją 

wielką szansę. 

- I przekonał pana, żeby na nie odpowiedzieć? 
-  Sam  na  nie  odpowiedział.  Kiedy  zorientowałem  się,  co  on 

wyprawia... - Wyczuła wahanie w jego głosie. - Chociaż muszę 

11

RS

background image

 

 

przyznać, że kusi mnie, by spróbować. Chyba nie wdepnę w nic 
gorszego  niż  małżeństwo  z miłości. Poza  tym żona pod ręką  to 
spore udogodnienie. 

- Naprawdę? Jakiego rodzaju? - Spojrzała na niego badawczo. 

Nie podobało jej się to, co słyszała. 

-  Gotowy  obiadek,  przynajmniej  od  czasu  do  czasu.  Czyste 

koszule. Czysta pościel, może nawet cieplutka... 

Łudziła  się,  że  on  jest  inny.  Jej  intuicja  w  tym  przypadku 

zawiodła ją całkowicie. 

- Dalsza  rozmowa  raczej  nie  ma  sensu.  - Rzuciła na  podłogę 

mokre buty i wcisnęła w nie stopy. - Myślałam, że traktuje pan 
sprawę  poważnie.  Jednak  chodzi  panu  o  kogoś,  kto  połączy 
funkcje  służącej  i  kochanki.  Powinien  był  pan  się  zwrócić  do 
agencji o zupełnie innym charakterze. 

-  A  czego,  do  cholery,  pani  oczekiwała?!  Bukietów  i 

całowania  rączek?  Przysiąg  o  nieprzemijającej  miłości?!  - 
wybuchnął.  W  jego  oczach,  prócz  gniewu,  spostrzegła  żal, 
smutek i zmęczenie. 

Zaskoczył  ją  zupełnie.  O  swoim  nieudanym  małżeństwie 

napisał krótko i zwięźle. Podał fakty, słowem nie wspominając o 
uczuciach. Ile bólu musiał znieść sześć lat temu? 

- Miłość nie istnieje - stwierdził oschle. - Można tylko marzyć 

o tym, by wszystko nie skończyło się nienawiścią. 

- Jest chyba coś jeszcze między jednym i drugim. 
-  Powiedzieć  pani,  na  czym  mi  zależy?  -  spytał  cicho  ze 

złością w głosie. - Chcę, żeby ktoś pomógł mi wychować córkę. 
Moja żona powinna też kochać tę ziemię równie mocno jak ja i 
ufać, że swoją pracą do czegoś dojdę. Musi być przyjacielem, na 
którym  mógłbym  polegać.  Gdy  wiosną  zagrozi  nam  powódź, 
będziemy  we  dwójkę  układać  bele  ze  słomy,  by  powstrzymać 
wodę.  Kiedy  krowy  ocielą  się  przedwcześnie,  pójdzie  ze  mną 
ratować młode od śmierci, mimo metrowych zasp. 

Jake  miał  świadomość,  jak  bardzo  zaangażował  się  w  to,  co 

mówił, ale przestało mu zależeć na udawaniu obojętności. 

background image

 

 

- Chcę, żeby potrafiła się uśmiechnąć, nawet jeżeli na parę dni 

zamieć  odetnie  nas  od  świata  i  będzie  siedziała  w  domu  z 
czterema  mężczyznami  i  dzieciakiem.  Na  dodatek  przy 
dwudziestu  stopniach  mrozu  wyjdzie  ze  mną,  by  podziwiać 
gwiazdy  tylko  dlatego,  że  są  tak  cholernie  piękne.  Chcę  z  nią 
rozmawiać,  śmiać  się,  dzielić  smutki  i  radości.  Jeżeli  jeszcze 
pomogłaby  mi  w  praniu,  gotowaniu  i  sprzątaniu,  byłbym  w 
siódmym niebie, bo prowadzenie takiego rancza to nie piknik!  

Zapadła  cisza,  którą  przerwał  dobiegający  z  oddali  grzmot. 

Dopiero  teraz  spostrzegł,  że  niebo  zasnuło  się  ciemnymi 
chmurami. Raptem ogarnęło go olbrzymie zmęczenie. Nie miał 
ochoty na dalsze utarczki słowne. 

-  Za  parę  minut  będzie  tu  ściana  deszczu  -stwierdził  cicho.  - 

Droga  do  autostrady  zrobi  się  nieprzejezdna.  Na  pani  miejscu 
wyjechałbym, póki jeszcze można. 

-  Chyba  tak  zrobię.  -  Nie  to  chciała  powiedzieć,  ale  w 

ostatniej  chwili  zmieniła  zdanie.  Podeszła  do  drzwi  i  podniosła 
teczkę. - Przepraszam, że zabrałam panu tyle czasu. 

- A pani? Czego pani oczekuje od mężczyzny? 
- Ja? Szczerze mówiąc, nie wiem. Troskliwości. Szczerości. 
- I miłości? - spytał, sam zaskoczony swoją dociekliwością. 
-  Nie.  Nie  wierzę  w  nią,  a  przynajmniej  nie  na  tyle,  by 

uznawać  ją  za  wystarczający  powód  do  małżeństwa.  Do 
widzenia. 

Stała  przez  chwilę,  zatopiona  we  własnych  myślach,  a  może 

wspomnieniach. W końcu otworzyła drzwi i wyszła. Korciło go, 
by ją zawołać, ale już wsiadała do samochodu. Było za późno. 

Wspaniale  się  popisał!  Nie  pamiętał  nawet,  kiedy  ostatni  raz 

pozwolił  sobie  na  taki  wybuch  złości.  Wszystkie  wysiłki 
Bustera, by znaleźć mu żonę, poszły na marne. 

 
 
 
 

13

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
-  Dziadku,  trzeba  coś  z  tym  zrobić  -  oświadczyła  poważnie 

Cassie, stojąc obok sterty brudnych ubrań. - Chyba z milion razy 
będziemy musieli uruchamiać pralkę. 

-  Wiem,  kochanie  -  powiedział  Buster.  -  Nie  możemy  jej 

jednak włączyć bez pozwolenia taty. Chociaż spróbuję wysunąć 
ją trochę, żeby sprawdzić, czy ten diabelny wąż... 

-  Ani  mi  się  waż.  -  Jake  spojrzał  groźnie  na  dziadka. 

Wchodząc  do  domu,  usłyszał  końcówkę  ich  rozmowy.  -  Co 
powiedział  lekarz  o  nadwerężaniu  biodra?  Już  zapomniałeś  o 
skutkach zmiany opony w ciężarówce dwa miesiące temu? 

-  Przecież  nie  będę  biodrem  wyciągał  pralki!  -  mruknął 

Buster. 

- Ciebie po prostu należy związać. - Jake spojrzał na dziadka, 

który przy nim wydawał się mały jak dziecko. 

-  Nie  próbuj  mnie  zastraszyć,  chłopcze.  -  Staruszek  nie 

ustępował  ani  na  krok.  -  Wychowywałem  cię,  kiedy  jeszcze 
byłeś  w  pieluszkach.  Teraz  bardziej  zawadzam,  niż  pomagam, 
ale mimo wieku i kalectwa, mogę ci sprawić lanie, jeżeli na nie 
zasłużysz. 

 - Przepraszam. Nie chciałem pyskować. Martwię się o ciebie. 

-  Jake  wyglądał  na  skruszonego,  choć  w  rzeczywistości  z 
trudem ukrywał rozbawienie. 

-  Zajmowałem  się  sobą  na  długo  przedtem,  nim  przyszedłeś 

na świat. I nadal tak będzie. 

- Uległość Jake'a nie udobruchała go. 
- Wcale w to nie wątpię. 
Podeszły  wiek  i  upadek  z  konia,  pociągający  za  sobą 

długotrwałe  leczenie,  nie  odebrały  Busterowi  ducha  walki  tak 
charakterystycznego  dla  rodziny  Greavesów.  Jednak  ciężko 
znosił  konieczność  ograniczenia  aktywności.  Dawniej  sam 
prowadził  ranczo.  Stawiał  na  baczność  wnuka,  najemnych 

14

RS

background image

 

 

pracowników,  a  nawet  bydło.  Teraz  nie  mógł  się  pogodzić  z 
zależnością od lekarzy i nieposłuszeństwem własnego ciała. 

- Chciałem okleić taśmą obejmę na wężu. Co za różnica, czy 

upierzemy dziś, czy jutro? 

- Nie mam nic czystego na dzisiejszą próbę! 
- krzyknęła przerażona Cassie. 
Jake  ze  zdziwieniem  spojrzał  na  córkę.  Codziennie  staczał 

długie  walki,  by  raczyła  się  przebrać.  Wyczuła  chyba,  o  czym 
myśli,  bo  zaczerwieniła  się  i  od  niechcenia  kopnęła  stos 
brudnych dżinsów. 

- Robby Jacobsen też występuje? - spytał niewinnie. 
Cassie  spojrzała  na  niego  badawczo,  ale  zachował 

nieprzenikniony wyraz twarzy. 

- Gra trolla. 
-  Posłuchaj,  kochanie.  Chyba  ta  obejma  trochę  wytrzyma. 

Wybierz, co ci jest najbardziej potrzebne. 

Twarz dziewczynki pojaśniała.  Zaczęła przerzucać ubrania w 

poszukiwaniu swoich ulubionych. Podała je ojcu. 

-  Mogę  teraz  iść?  Razem  z  Jesse'em  będziemy  budować 

grzędy dla kur. 

-  Będziemy,  mówi  się  będziemy.  Skończyłaś  już  pracę 

domową?  -  Ustąpił  na  widok  jej  zasmuconej  twarzy.  -  Co  się 
odwlecze, to nie uciecze. Biegnij do Jesse'a. 

- Dziękuję, tatusiu. - Zniknęła w sekundę. 
- Rozpuszczasz ją - stwierdził Buster. 
-  A  ty  oczywiście  dbasz  o  właściwą  dyscyplinę  -  odparował 

Jake. - Okręciła cię dokoła małego palca i nawet nie piśniesz. 

-  Cholera,  zawojowała  nas  obu!  Nigdy  nie  potrafiłem  uczyć 

moresu.  Ty  jesteś  żywym  dowodem  na  to.  Nigdy  mnie  nie 
słuchasz. Weźmy, na przykład, ogłoszenie... 

-  Zachodziłem  w  głowę,  kiedy  poruszysz  ten  temat.  -  Jake 

wrzucił naręcze ubrań do pralki i wsypał proszek. 

15

RS

background image

 

 

-  Nie  powinieneś  był  jej  tak  odprawić.  Szkoda,  że  z  nią  nie 

porozmawiałem.  W  końcu  to  ja  pisałem  listy  i  wypełniałem 
kwestionariusze. 

- A ja powiedziałem, żebyś tego nie robił, pamiętasz? - Jake z 

hukiem zamknął pralkę. 

-  Wspominała  coś  o  powrocie?  -  spytał  Buster  z  nadzieją  w 

głosie. 

-  Nie.  -  Ku  własnemu  niezadowoleniu  ogarnął  go  żal.  -  Nie 

kontaktuj się z nią więcej. To już skończone! 

Buster  spojrzał  na  niego  z  wyrzutem,  po  czym  odszedł, 

opierając  się  ciężko  na  lasce.  Przytłoczony  poczuciem  winy, 
Jake złapał szmatę i zaczął wycierać podłogę w kuchni. 

Od  rana  prześladował  go  pech,  więc  wcale  się  nie  zdziwił, 

gdy po jakichś dwudziestu minutach obejma na gumowym wężu 
puściła  i  cały  jego  wysiłek  poszedł  na  marne.  Przyjął  to  ze 
stoickim spokojem, jako zasłużoną karę dla kogoś, kto w ciągu 
jednego  przedpołudnia  zdołał  nakrzyczeć  na  córkę,  zranić 
uczucia  dziadka  i  odstraszyć  atrakcyjną  kobietę,  która 
proponowała jedyne możliwe rozwiązanie jego problemów. 

Zaprzątnięty własnymi myślami, wyjrzał przez otwarte drzwi. 

Brnąc  po  kostki  w  błocie,  Dani  Ross  szła  boso  alejką 
prowadzącą  do  domu.  Niosła  w  ręku  szpileczki,  z  których  tak 
była  dumna.  Przemokła  do  suchej  nitki.  Elegancki  kremowy 

żakiet wisiał jej na ramionach jak tandetny ciuch, a spódniczka 
była wymięta i poplamiona. Mokre włosy przylegały do głowy i 
szyi. 

- Jednak nie miałaś serca mnie zostawić? - spytał przyjaźnie. 
-  Samochód  tonął  po  osie  w  tym  bagienku,  które  nazywacie 

szosą.  Wjechałam  do  rowu,  skosiłam  słupek  ogrodzenia, 
omotałam  maskę  kilometrami  drutu  kolczastego  i  prawie 
zderzyłam się z krową. - Była blada, roztrzęsiona, bliska płaczu. 
-  Mam  teraz  wrak,  a  nie  auto.  Kiedy  przestało  padać, 
postanowiłam wrócić, a wtedy znów lunęło. O, nie! Jeszcze to! 

16

RS

background image

 

 

Raptem ogarnął ją pusty śmiech, gdy zorientowała się, że stoi 

pośrodku  okazałej  sadzawki,  na  której  nasiąknięte  wodą  sterty 
brudnych ubrań tworzyły malownicze wysepki. 

-  Wiem,  że  nic  w  tym  zabawnego  -  powiedziała  w  końcu.  - 

Chyba żadne z nas nie powinno wstawać dziś rano. 

-  Tym  razem  zreperowałem  już  na  dobre.  -  Pokazał  jej  rolkę 

taśmy, którą trzymał w dłoni. 

-  Świetnie  rozumiałbyś  się  z  moim  ojcem.  On  twierdzi,  że 

niemal  wszystko  można  naprawić  za  pomocą  klucza  do 
nakrętek, młotka i taśmy izolacyjnej. 

Była piękna. Nawet przemoknięta, z przylepionymi włosami i 

rozmazanym  tuszem  do  rzęs.  Dlaczego  przedtem  tego  nie 
zauważył?  Za  bardzo  przejął  się  jej  profesjonalizmem, 
wielkomiejskim  sposobem  bycia,  eleganckim  kostiumem, 
teczką. Teraz wyglądała bezbronnie. I bardzo kobieco. 

Patrzy,  jakby  mnie  widział  po  raz  pierwszy  i  chyba  tak  jest, 

pomyślała.  Na  dodatek,  podobam  mu  się.  Mogło  to  budzić 
zdziwienie,  jeśli  wziąć  pod  uwagę  jej  obecny  wygląd  i  jego 
niedawną wrogość. 

-  Zmarzłaś  -  powiedział  tak  cicho,  że  ledwie  go  słyszała.  - 

Drżysz. 

Otworzył suszarkę i wyciągnął ręcznik z jeszcze obracającego 

się  bębna.  Był  miękki  i  ciepły.  Dani  otarła  twarz,  a  potem 
zaczęła osuszać włosy. 

-  Gdybyś  wezwał  pomoc  drogową,  mogłabym...  -  Zamilkła, 

gdy zaczął się śmiać. - Czym cię tak rozbawiłam? 

-  Najbliższa  pomoc  drogowa  jest  na  tyle  daleko,  że  tu  nie 

przyjedzie. 

- Jak wobec tego reperujesz swój samochód? 
- Albo sam, albo spisuję go na straty. Spróbujemy wyciągnąć 

go  terenówką  z  napędem  na  cztery  koła.  Jeżeli  się  nie  uda, 
wezwiemy  na  ratunek  agencję,  z  której  go  pożyczyłaś.  Sami 
pojedziemy  do  miasta.  Właściciel  warsztatu  samochodowego 

17

RS

background image

 

 

jest moim znajomym, więc da ci jakieś auto. Dojedziesz nim do 
Williams Lake, a tam pożyczysz inne. 

-  W  Toronto  dzwonię  do  automobilklubu  i  za  dziesięć  minut 

jadę dalej. 

- Za to tutaj zawsze możesz liczyć na pomoc sąsiada. Żeby ci 

się nie narazić, nie wyjawię swojej opinii o kobietach z miasta, 
które  przyjeżdżają  na  farmę  w  eleganckich  białych  ciuszkach  i 
wysokich szpilkach. 

-  Nie  musisz  jej  ukrywać.  Też  jestem  ze  wsi.  Trudno  w  to 

uwierzyć?  Dziesięć  lat  w  mieście  i  zapomniałam,  jak  się  żyje 
bliżej natury. 

Chciała  jeszcze  coś  dodać,  ale  powstrzymał  ją  jego  wzrok. 

Dostrzegła  w  nim  pełną  akceptację  i  podziw,  których  nie 
widziała  przedtem,  a  może  tylko  nie  chciała  zobaczyć.  Nagle 
poczuła  się  zażenowana.  Pokój  jakby  zmalał,  a  Jake  stał  zbyt 
blisko i był wyższy oraz bardziej barczysty niż przed chwilą. 

- Poszukamy czegoś suchego, w co mogłabyś się przebrać. Z 

bluzką  nie  będzie  kłopotu,  ale  dolne  partie...  -  Patrzył  na  jej 
biodra  wystarczająco  długo,  by  się  zaczerwieniła.  -  Dam  ci 
swoje  stare  dżinsy.  Jeżeli  podwiniemy  nogawki  i  przewiążemy 
czymś w pasie... 

- Moja walizka jest w bagażniku samochodu. 
- Zamianę własnego ubrania na cudze uznała za pomysł dość 

ryzykowny, nawet w tej sytuacji. 

-  Na  razie  zdejmę  żakiet.  Nic  mi  się  nie  stanie.  Potem  będę 

mogła nałożyć coś... innego. 

Coś 

mojego. 

ostatniej 

chwili 

zdecydowała, 

że 

zabrzmiałoby  to  śmiesznie.  W  końcu  kostium  nie  był 
pancerzem, 

który 

chronił 

ją 

przed 

wszelkim 

niebezpieczeństwem. 

- Przynajmniej przejdź na suchy teren - zachęcał Jake.  
- Wróciłaś, żeby się osuszyć, a stoisz w kałuży. 
- Tatusiu! 

18

RS

background image

 

 

Cassie wpadła w poślizg na mokrej podłodze. Zatrzymała się 

parę  centymetrów  przed  Dani,  wzbijając  przy  tym  fontannę 
wody.  Była  w  dżinsach  i  kowbojskiej  koszuli.  Połowę  twarzy 
zasłoniła  chustą,  jak  wyjęci  spod  prawa  złoczyńcy  na  Dzikim 
Zachodzie. Na biodrach, a raczej tym, co miało być biodrami w 
przyszłości,  wisiał  pas  z  koltami.  Miniaturowy  bandyta 
podciągnął go energicznie w obawie, że za chwilę zsunie się na 
podłogę. 

Dani  zaniemówiła  z  wrażenia  i  zaciekawiona  przypatrywała 

się  dziewczynce.  Mimo  chusty  i  brudu,  widziała  błyszczące 
błękitne  oczy  i  jasną,  rozczochraną  czuprynę.  Identyczne  jak 
ojca. 

- Cześć, Cassie.  
- Skąd wiesz, jak się nazywam? 
- Wiem wiele rzeczy o tobie - powiedziała Dani z uśmiechem. 
- Ile mam lat? 
- Sześć. 
- Prawie siedem. 
-  Tylko  sześć  -  sprostował  Jake.  -  Dlaczego  latasz  w  tym 

przebraniu? Myślałem, że pomagasz pradziadkowi. 

- Właśnie to robię! - zapewniła go zniecierpliwiona.  
- Powiedział, że najlepiej mu pomogę, jak pójdę się bawić. 
- W pełni go rozumiem - przyznał ojciec. 
- Dzwonił Dale Anderson. Ktoś przewrócił płot przy potoku i 

bydło chodzi po drodze. 

-  Cholera!  -  Jake  obrócił  się  na  pięcie,  złapał  przykurzony 

kowbojski  kapelusz  i  przykrył  nim  spłowiałe  na  słońcu  włosy. 
Ruchem głowy wskazał pralkę.  

- Umie pani obsługiwać taką maszynę? 
- Oczywiście. 
-  To  dobrze.  -  Uśmiechnął  się  uwodzicielsko.  -  Niech  pani 

będzie  tak  dobra  i  wpakuje  do  niej  jeszcze  te  parę  ładunków. 
Proszę  znaleźć  coś  odpowiedniego  dla  siebie.  Trochę  potrwa, 
nim wrócę z walizką. 

19

RS

background image

 

 

- Ależ panie Montana! - zaprotestowała. 
-  Przecież  szuka  pani  męża.  -  W  jego  głosie  pobrzmiewała 

nutka złośliwości.  

-  To  po  prostu  mały  sprawdzian,  kochana.  Zdasz,  to  może 

weźmiemy ślub. 

- Ja nie jestem tą... - mówiła do drzwi, które właśnie za sobą 

zamknął.  -  To  chyba  najbardziej  zwariowane  miejsce,  jakie 
kiedykolwiek  odwiedziłam.  On  nie  potrzebuje  żony,  tylko 
dobrej wróżki z czarodziejską różdżką. 

- Ja to załatwię. 
Zupełnie zapomniała o Cassie. Teraz roześmiała się na widok 

małego  kowboja,  który  dzielnie  poczynał  sobie  ze  szmatą  i 
kubłem. 

- Pomogę ci. Będę wycierała, a ty przesuwaj za mną wiadro. 
We  dwie  skończyły  szybciej,  niż  myślała.  Dziesięć  minut 

później  Dani  krytycznym  spojrzeniem  obrzuciła  całą  kuchnię. 
Nogi  ugięły  się  pod  nią,  gdy  zobaczyła,  ile  pracy  jeszcze  ją 
czeka. 

-  No  dobra.  Może  zaczniemy  pranie  od...  Rany  boskie,  tu 

chyba leżą wszystkie twoje ubrania! 

-  Prawie  -  zgodziła  się  radośnie  Cassie.  -  Ta  cholerna  pralka 

nie  działa  od  dwóch  tygodni.  Tata  był  zbyt  zajęty,  żeby  ją 
naprawić.  Dziadek  nie  mógł  przez  biodro.  Nosimy  w  kółko  to 
samo i fajnie! Nikt na mnie nie wrzeszczy, że się wybrudziłam. 

Swoim  wywodem  rozśmieszyła  Dani  do  łez  i  zdobyła  sobie 

jej  sympatię.  Szkoda,  że  Jake  był  tak  mało  przystępny.  Dwie 
godziny  temu  już  miała  z  mego  zrezygnować.  W  tej  chwili 
nabierała  pewności,  że  intuicja  jednak  jej  nie  zawiodła. 
Najlepszą  przysługą,  jaką  mogła  dla  niego  zrobić,  było 
znalezienie mu żony. Czy tego chciał, czy nie. 

- Ale pani mokra! 
-  Istotnie.  -  Dani  otworzyła  suszarkę.  –  Tata  powiedział, 

żebym poszukała czegoś dla siebie. Pomożesz mi? 

20

RS

background image

 

 

Dwadzieścia minut później wyłoniła się z łazienki w męskich 

dżinsach  i  miękkiej  sportowej  koszuli.  Jedno  i  drugie  było  o 
parę numerów za duże. Spięła spodnie w pasie agrafką, nogawki 
i  rękawy  podwinęła  kilkakrotnie  i  uzyskała  zupełnie  wygodne 
ubranie. Przedtem jeszcze zmyła z twarzy smugi tuszu do rzęs i 
palcami przejechała po włosach. 

Wyszła  na  korytarz,  gdzie  niemal  wpadła  na  czyjeś  szerokie 

plecy.  Mężczyzna  zaklął,  obrócił  się  twarzą  do  niej  i  oparł 
ciężko na lasce. 

-  Jestem...  -  Dani  z  trudem  wyciągnęła  dłoń  spod  swoich 

mokrych ubrań, żeby się przywitać. 

- Jestem Dani Ross z ManHunters Incorporated. Pan musi być 

dziadkiem Jake'a. 

Ze zdumieniem patrzył na jej ociekające wodą włosy, za dużą 

męską koszulę i bose stopy. 

-  Mój  samochód  wpadł  do  rowu  i  musiałam  iść  w  deszczu. 

Jake, to znaczy, pan Montana, powiedział, żebym znalazła sobie 
coś  suchego,  jak  będę  robiła  pranie,  więc...  Tak  właściwie,  to 
nie  robię  prania,  tylko  czekam  na...  Robię  pranie,  ale...  Chyba 
powinnam zacząć od początku. 

-  To  niewiele  pomoże.  -  Miał  ogorzałą  twarz  pokrytą 

siateczką  zmarszczek  i  błękitne  oczy.  Mimo  wieku,  był  nadal 
przystojny.  Bez  trudu  domyśliła  się,  po  kim  Jake  odziedziczył 
urodę, a w szczególności czarujący, nieśmiały uśmiech. 

-  Nie  mam  najmniejszego  pojęcia,  co  tu  jest  grane,  ale  w 

naszym  domu  nie  należy  się  niczemu  dziwić.  Mój  wnuk 
twierdził, że pani wyjechała. 

-  Bo  zamierzałam  to  zrobić.  Jednak  los  chciał  inaczej.  W 

pewnym  sensie  jestem  z  tego  zadowolona.  Przynajmniej  mam 
okazję  poznać  mężczyznę,  z  którym  korespondowałam  przez 
parę miesięcy. 

-  Mam  na  imię  Buster  -  przedstawił  się  nieco  zakłopotany.  - 

Jake wszystko ci opowiedział... 

21

RS

background image

 

 

- Wyjawił tylko, kto pisał listy i oświadczył, że nie potrzebuje 

żony. 

- Nie wie, co jest dla niego dobre - jęknął Buster. - Jeżeli we 

dwójkę z nim porozmawiamy... 

-  Panie  Greaves,  to  znaczy  Buster,  myślę,  że  nie  byłoby  to 

uczciwe  w  stosunku  do  Jake'a  i  mojej  klientki.  Serce  powinno 
mu podpowiedzieć, co  ma robić.  Inaczej szczęście mojej zlece-
niodawczyni  stanęłoby  pod  znakiem  zapytania.  Jake'a  zresztą 
również. 

- Bardzo poważnie traktujesz swoją klientkę. 
- Tak - przyznała cicho. 
- Nie znajdziesz lepszego. - Spojrzał jej prosto w oczy.  
-  Mówię  jak  zapatrzony  we  wnuka  typowy  dziadek,  ale  on 

naprawdę jest dobrym człowiekiem. 

- Nie wątpię w to, Buster... 
- A ty? Jesteś mężatką? 
- Nie - zaprzeczyła ze śmiechem Dani. 
- A masz jakiegoś absztyfikanta, że się tak wyrażę? 
- Nie. 
- Lubisz pieczoną kurę? - Patrzył na nią z uwagą.  
- Dlaczego pytasz? 
-  Mogłabyś  zostać  na  kolację.  -  Powiedział  to  trochę  zbyt 

szybko  i  wyjątkowo  serdecznym  głosem.  -  Rozwieś  te  mokre 
rzeczy.  Potem  je  sobie  wyprasujesz.  Znów  będą  piękne  i 

świeżutkie. 

-  Buster,  ja  nie  szukam  męża  -  sprostowała.  -  Występuję  tu 

oficjalnie jako zawodowa swatka. 

- Chciałem przynajmniej spróbować. - Na jego twarzy pojawił 

się chytry uśmiech. 

-  Dziadku!  Krowy  znów  wlazły  do  ogrodu!  -  Przez  kuchnię 

jak wicher przemknęła Cassie, a za nią pies o długich, cienkich 

łapach,  który  poślizgnął  się  i  dojechał  na  zadzie  aż  do  drzwi. 
Zaniknęły  się  za  nimi  z  trzaskiem.  Buster  zaczął  powoli 
kuśtykać do wyjścia. 

22

RS

background image

 

 

- Poczekaj! - Dani skoczyła ku niemu. - Zajmij się kurą. Ja jej 

pomogę. Aha, tylko gdzie jest ogród?! 

- Tam, gdzie największy wrzask. 
Z zewnątrz dobiegały odgłosy bitwy na śmierć i życie. Mogła 

rozróżnić  muczenie  cieląt,  szczekanie  psów  i  mrożące  krew  w 

żyłach okrzyki wojenne Cassie. 

Trafiła bez trudu do pozostałości po ogrodzie. Cielęta gnały w 

jej stronę, jakby pędził je sam diabeł. Kiedy pojawiła się na ich 
drodze, jednocześnie skręciły w bok. Spod ich kopyt poleciały w 
jej stronę grudki błota. Za nimi z wywieszonym językiem biegł 
pies,  a  jego  śladem  Cassie,  która  ciągnęła  kilometrową 
wierzbową witkę i klęła jak woźnica. 

Cała  kawalkada  zdołała  jeszcze  raz  okrążyć  ogród, nim  Dani 

oprzytomniała i wkroczyła do akcji. Wygoniła cześć cieląt przez 
dziurę,  którą  zrobiły  w  płocie. 

Zwolniło  to  tempo 

zdziesiątkowanego  stada.  Po  chwili  wszystkie  potulnie  wyszły 
za ogrodzenie. Z rozpaczą spojrzała na grządki. 

- Ale im pokazałyśmy, nie?! - Cassie pękała z dumy. 
- Tak - przyznała Dani ze śmiechem. 
-  Powiem  Jesse'owi,  że  je  przegoniłyśmy.  Powinny  być  w 

zagrodzie, ale tam trzeba naprawić płot. Umiesz jeździć? 

- Konno? 
-  Oczywiście.  -  Cassie  popatrzyła  na  nią  zdziwiona. 

Najwyraźniej nie rozumiała, jak można w ogóle brać pod uwagę 
jakąkolwiek  inną  jazdę.  -  Popatrz,  tam  na  pastwisku  stoi  mój 
koń. 

- Srokaty czy gniady? 
-  Srokaty.  Nazywa  się  Apacz.  Pozwolę  ci  go  dosiąść,  jeśli 

chcesz. 

-  Będę  ci  bardzo  wdzięczna.  -  Dani  wcale  nie  przesadziła.  - 

Wątpię jednak, czy zdążę. Wyjeżdżam, gdy tylko tata wyciągnie 
samochód z rowu. 

23

RS

background image

 

 

-  Ech,  to  mamy  dużo  czasu.  Słyszałam,  jak  rozmawiał  z 

Jesse'em. On chciał jechać po auto,  a tata mu powiedział, że to 
może poczekać do rana. 

- Rzeczywiście? 
- Jasne. I tak będzie, bo tata jest szefem. 
-  Tata  jest...  -  Jedno  spojrzenie  na  ufną  twarz  dziewczynki 

wystarczyło, by zrezygnowała z dokończenia tego zdania.  

- Chodźmy sprawdzić pralkę. 
- Wielkie nieba! - ktoś mruknął za nimi.  
- Dziadek wpadnie w szał, kiedy to zobaczy. 
Dani  obróciła  się  na  pięcie,  by  stanąć  twarzą  w  twarz  z 

wysokim  Indianinem,  który  przerażonym  wzrokiem  patrzył  na 
zdewastowany ogród. 

-  Jestem  Cochise  -  przedstawił  się  i,  widząc  jej  zaskoczenie, 

wyjaśnił:  -  Właściwie  nazywam  się  Gordon  Łaciaty  Koń,  ale 
mała zawsze wołała na mnie Cochise i tak już zostało. 

- To Apacz - powiedziała Cassie z dumą. 
- Czarna Stopa - sprostował. 
- A to Dani Ross - wyjaśniała Cassie. - Przyjechała do taty z 

wywiadu. 

- Przeprowadzić wywiad - poprawiła szybko Dani. 
- Tata będzie miał nową żonę, a Dani go sprawdza. 
Cassie, ja wcale nie... 
- Kruszynko, czy to ty klęłaś przed chwilą jak szewc? - Dani z 

ulgą  przyjęła  pojawienie  się  jeszcze  jednego  młodego 
człowieka,  może  nieco  starszego  od  Cochise'a.  Uśmiechnął  się 
czarująco  i  wyciągnął  dłoń  na  powitanie.  -  Cześć,  jestem  Jesse 
James.  Proszę  się  nie  śmiać.  Mój  ojciec  uwielbiał  legendy 
Dzikiego Zachodu. Jemu zawdzięczam to imię. 

- Dani Ross.....przyjaciółka Jake'a - przedstawił ją Cochise. 
-  Przyjechałam  w  związku  ze  sprawami  zawodowymi  -

powiedziała szybko, czerwieniąc się jak burak.  

24

RS

background image

 

 

-  Miło  panią  poznać.  Obecność  kobiety  na  ranczu  od  razu 

wszystko  zmienia.  -  Popatrzył  znacząco  na  niewątpliwie  znane 
mu dżinsy i koszulę. 

- Przecież ja jestem kobietą - wtrąciła oburzona Cassie. 
-  Ty  na  razie  będziesz  miała  kupę  problemów,  jeżeli  znów 

złapię cię na takim przeklinaniu. 

- Powtarzam po tobie. 
-  Ale  cię  załatwiła!  -  roześmiał  się  Cochise.  -  Powinniśmy 

chyba zwracać większą uwagę na to, co mówimy. 

-  Zwłaszcza  że  ta  baba  z  opieki  społecznej  nadal  węszy  - 

dodał Jesse. 

- O co chodzi? - spytała zdezorientowana Dani. 
-  Przyjechała  tu  taka  nowa,  bardzo  przejęta  swoją  rolą.  Jej 

zdaniem Cassie wyrasta w męskim środowisku, które ma na nią 
zły  wpływ.  Była  tu  parę  razy  na  przeszpiegach,  wypytywała 
sąsiadów.  Chciałaby  umieścić  ją  w  rodzinie  zastępczej, 
przynajmniej do czasu, póki Jake się nie ustabilizuje. 

- To znaczy do czasu, kiedy się ożeni - wtrącił Cochise.  
- Długo trzeba by szukać takiego ojca jak on. Buster, Jesse i ja 

może nie  wyrażamy  się  elegancko,  ale  żadna rodzina  zastępcza 
nie kochałaby Cassie tak jak my. 

Cały  czas  obserwowała  dziewczynkę.  W  jej  oczach  pojawił 

się strach, a mała buzia zbladła. Dani objęła dziecko ramieniem 
i przyjaznym uśmiechem próbowała podtrzymać na duchu.  

-  Nie  ma  się  czym  przejmować.  Wszystko  to  jedynie 

biurokracja. 

-  Chyba  tak.  Pani  zostanie  tu  dłużej,  panno  Ross?  -  spytał 

Cochise. 

Miał 

powiedzieć 

coś 

zupełnie 

innego, 

ale 

powstrzymało go jej ostrzegawcze spojrzenie. 

- Mam na imię Dani. Jak tylko ktoś wyciągnie mój samochód 

z rowu, zaraz wyjadę. 

- To zajmie trochę czasu - zauważył Jesse. 
- Tak mi mówiono - stwierdziła oschle, choć w jego głosie nie 

wyczuła nic podejrzanego. 

25

RS

background image

 

 

- Chodź, Cassie. Pranie czeka. 
-  Dobrze.  -  W  radosnych  podskokach  dziewczynka  ruszyła 

razem z nią do domu. - Popatrz, dziadek. Ciekawe, czym jest aż 
tak przejęty. 

Buster  biegł  na  ich  spotkanie,  gorączkowo  wymachując 

rękami. 

-  Właśnie  dzwoniła  Evelyn  Ousterman.  Ma  bóle  porodowe. 

Mąż wyjechał i ktoś ją musi zawieźć do miasta. Głupio mi o to 
prosić  gościa,  ale  czy  nie  mogłabyś  przez  chwilę  dopilnować 
wszystkiego? Jake niedługo wróci. 

-  Oczywiście.  Czy  powinieneś  prowadzić  samochód?  -  Dani 

wskazała wzrokiem jego laskę. 

- Chyba będzie lepiej, jeżeli... 
-  Poradzę  sobie.  To  z  chodzeniem  mam  kłopoty.  Poza  tym 

drogi nie są tu oznaczone. Zanim narysuję mapę, żebyś trafiła na 
farmę Oustermanów, a potem do szpitala, już będzie za późno. 

-  Jedź.  -  Pochyliła  się  i  odwiązała  fartuch,  okalający  jego 

wydatny brzuch. 

- Umiesz upiec kurę? 
-  Szanowny  panie  Greaves,  nie  tylko  to.  Wiem  nawet,  jak  ją 

oskubać i wypatroszyć. Co chcecie jako dodatek: paszteciki czy 
bułeczki? 

-  Bułeczki!  -  odpowiedział  jej  zgodny  chór.  Razem  z  Cassie 

weszły  do  domu.  Dopiero  teraz  miała  okazję  go  obejrzeć.  Nie 
mogła  powstrzymać  okrzyku  przerażenia.  W  dużym  pokoju 
stały  dość  sfatygowane,  ale  wygodne  meble.  Dwie  sofy 
tworzyły  obramowanie  kominka,  który  stanowił  główny  akcent 
na  jednej  ze  ścian.  Obok  stały  stoliki  i  olbrzymie  fotele,  w 
których człowiek mógł odpocząć po całym dniu pracy. Poza tym 
wszędzie  walały  się  palta,  buty,  zabawki,  książki  i  pisma.  Tu  i 
ówdzie  drzemały  rozleniwione  koty.  W  kącie  leżało  coś,  co 
wyglądało  na  rozmontowany  silnik  kosiarki.  Obok  kominka 
zobaczyła karton z przejrzystym materiałem. Wystawało z niego 
jedno pogięte i brudne skrzydło anioła. 

26

RS

background image

 

 

- Trochę tu nieporządku - usprawiedliwiał się Buster.  
- Chciałem posprzątać przed twoim przyjazdem, żebyś sobie o 

nas  źle  nie  myślała.  Miesiąc  temu  odeszła  nasza  gosposia.  Na 
pewno sobie poradzisz? 

-  Buster,  mieszkam  w  samym  sercu  wielkiego  miasta,  gdzie 

życie traktuje człowieka brutalnie. Stawię czoło każdej sytuacji. 
A poza tym, chyba już nic więcej się nie wydarzy. 

-  Dani!  Dziadku!  -  krzyczała  histerycznie  Cassie  od  progu 

pokoju. Oczy miała szeroko otwarte z przerażenia.  

- Mój pies zachorował. 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

27

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
- Czy wyzdrowieje? - Cassie spojrzała pytająco. 
Dani  przytaknęła.  Pies  leżał  na łóżku  i  delikatnie lizał  cztery 

mokre, popiskujące szczeniaczki. 

-  Nic  mu...  to  znaczy  jej,  nie  będzie.  Małe  są  tłuściutkie  i 

zdrowe, a Ranger to urodzona matka. 

- Rany! Ale tata się zdziwi, jak wróci do domu! 
-  Bez  wątpienia  -mruknęła  Dani.  Suka  umościła  sobie 

posłanie na szerokim łóżku Jake'a. - Chodź. Zostawmy ją samą. 
Niech trochę pośpi. 

- Cudownie! Jeszcze nigdy nie mieliśmy szczeniaczków. Miss 

Margaret  okociła  się  w  zeszłym  roku.  Potem  tata  wziął  ją  do 
weterynarza i nie może mieć więcej dzieci. - Cassie szła krok w 
krok  za  Dani.  -  Kotka  pani  Ousterman  miała  sześć  małych  w 
styczniu. Tata wziął trzy, bo wszystkie były bardzo podobne do 
Thomasa Hijinksa, naszego czarno-białego kocura. Jego tata też 
wziął do weterynarza. 

-  Chodźmy  do  kuchni.  Trzeba  nadziać  kurę  i  włożyć  ją  do 

piekarnika. 

Jake  poczuł  smakowite  zapachy,  zanim  jeszcze znalazł  się  w 

domu.  W  kuchni  nie  było  nikogo.  Z  pokoju  dobiegały  odgłosy 
cichej rozmowy. 

Najpierw  zobaczył  anioła.  Stał  przed  kominkiem  w 

powiewnej  sukni  z  założonymi  na  piersiach  rękami.  Jego 
skrzydła  lśniły  w  blasku  ognia.  Na  czole  miał  srebrną  opaskę  z 
umocowaną  na  niej  aureolą.  Jake  z  niedowierzaniem  patrzył na 
tego cherubina, który jeszcze niedawno był jego córką. 

Dani  Ross  siedziała  po  turecku  na  dywanie.  W  niczym  nie 

przypominała  eleganckiej  damy  z  ich  pierwszego  spotkania  ani 

żałosnej,  przemokniętej  kobiety,  która  wracała  w  strugach 
deszczu.  Wyglądała  uroczo  w  jego  koszuli,  zalotnie  rozpiętej 
pod  szyją.  Zdjęła  złote  kolczyki  i  drogi  zegarek.  Ciepły  blask 
ognia  padał  na  jej  pozbawioną  makijażu  twarz.  Właśnie 

28

RS

background image

 

 

podniosła  głowę  i  roześmiała  się  serdecznie.  W  tym  samym 
momencie spojrzała mu prosto w oczy. 

- Zupełnie o tobie zapomniałem - wydukał. 
- O mojej walizce chyba też. 
- Poślę po nią Jesse'a. 
-  Z  poleceniem,  żeby  się  nie  spieszył,  tak?  Wyczuł  w  jej 

głosie pretensję. Cholera! Kto jej 

o  tym  powiedział?  Podjął  taką  decyzję  pod  wpływem 

impulsu. Po prostu chciał z nią jeszcze raz porozmawiać. 

-  Musiałem  wybrać  to,  co  w  danej  chwili  było  ważniejsze.  - 

Nie  skłamał,  ale  trochę  naciągnął  prawdę.  -  Miałem  na  głowie 
naprawę  ogrodzenia,  oczyszczenie  stawu  dla  kaczek  i  setkę 
innych spraw. Samochód wyleciał mi z pamięci. Po kolacji Jesse 
pojedzie po niego ciężarówką.  

-  Nie  robię  ci  wymówek.  Widzę,  jak  ciężko  pracujesz.  - 

Wskazała dłonią swoje dzieło. - Podoba ci się? 

-  Piękny  strój  i  piękna  dziewczynka  -  chwalił  Jake, 

rozglądając się wokół. - Ale gdzie jest Cassie? Pamiętasz ją? To 
ta chłopczyca, która tu mieszkała. 

-  Tato,  nie  poznajesz  mnie?  -  Cassie  popatrzyła  na  niego  z 

wyrzutem. - Szyłyśmy kostium parę godzin. 

- Chyba nie tylko to robiłyście. - Ze zdumieniem popatrzył na 

pokój.  Zabawki  Cassie  wypełniały  drewniane  pudło,  które 
Buster zbudował specjalnie w tym celu. Wszystkie ubrania, buty 
i  inne  fatałaszki  gdzieś  zniknęły.  Książki  i  pisma  leżały 
uporządkowane na jednym ze stolików. Pod drugim stał karton z 
narzędziami i częściami pompy. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  czujesz  się  urażony.  Z  reguły  nie 

przestawiam  niczego  w  cudzym  domu,  ale  pomagałam  Cassie 
szukać baletek i tak się zaczęło... 

-  Mogę być tylko wdzięczny! Widzę tu meble, których jak mi 

się zdaje nie oglądałem od lat. 

- Przegnałyśmy cielęta z ogródka - pochwaliła się Cassie. 

29

RS

background image

 

 

-  Dwanaście  razy  uruchamiałyśmy  pralkę  i  pozmywałyśmy 

naczynia, które składaliście chyba od dwóch tygodni. 

-  Pani  Ousterman  ma  dzidziusia.  Waży  trzy  kilo  i  nie 

pamiętam już ile gramów. Dziadek pomógł jej go urodzić! 

- Co zrobił dziadek?! 
-  Evelyn  Ousterman  poprosiła  o  podwiezienie  do  szpitala  - 

tłumaczyła ze śmiechem Dani. 

-  Dojechali  trochę  za  późno.  Dziecko  urodziło  się  w 

ciężarówce  tuż  przed  izbą  przyjęć.  Kiedy  zjawił  się  lekarz,  już 
było po wszystkim. 

- Może rzeczywiście powinienem się ożenić 
- stwierdził Jake pod wrażeniem zmian w domu. 
- Umieram z głodu - oznajmiła Cassie. 
-  Zjemy,  jak  tylko  wróci  Buster.  Teraz  idź  na  górę  i  zdejmij 

kostium. 

A więc był też obiad! 
-  Chyba  zdążę  się  jeszcze  umyć.  -  Spojrzał  na  Dani  z 

uśmiechem.  -  Czy  wyprasowałaś  moją  ulubioną  błękitną 
koszulę? 

Szybko  uniosła  głowę  i  już  szykowała  się  do  ostrej  riposty, 

gdy uświadomiła sobie, że była to zwykła zaczepka. 

-  Oczywiście,  pieseczku.  Wisi  w  twojej  szafie.  Napuścić 

wody do wanny, żebyś  mógł wymoczyć swoje zbolałe mięśnie, 
czy też najpierw wypijesz małego drinka? 

-  Drink  byłby  nie  od  rzeczy.  Przynieś  go  do  sypialni.  Może 

znajdziemy lepsze lekarstwo na ból. 

Wytrzymała jego spojrzenie bez zmrużenia oka. 
- Wolę bez pośpiechu - zaszczebiotała. - Poczekajmy na noc. 

Wtedy będziemy mieli czas dla siebie. 

Przez  chwilę  pomyślała,  że  posunęła  się  za  daleko.  Jake 

utkwił  w  niej  wzrok  pełen  pożądania.  Raptem  wybuchnął 

śmiechem. 

 

30

RS

background image

 

 

-  Wygrałaś!  Jeżeli  będziemy  tak  dłużej  rozmawiać, wyjdę  na 

durnia. 

- Czasy, kiedy się czerwieniłam, już dawno minęły, kowboju. 

-  Nie  czuła  gniewu.  Rozbroił  ją  szczerością.  -  Mam  siostrę  i 
czterech  braci.  Ojciec  nie  rozpieszczał  nas  tylko  dlatego,  że 
byłyśmy  dziewczynami.  W  takiej  sytuacji  człowiek  uczył  się 
przetrwać albo inni nim pomiatali. 

-  Stawiam  cały  majątek  na  to,  że  żaden  facet  nie  zdoła  cię 

nabrać. 

-  Teraz  już  nie  -  szepnęła.  Jej  myśli  wróciły  do  dawnych 

przeżyć. 

Spojrzał na nią badawczo, jakby wiedział, co się z nią działo. 

Może  zresztą  wiedział.  Jego  też  pewno  prześladowały 
wspomnienia.  W  tej  chwili  był  jej  bliższy  niż  którykolwiek  ze 
znanych  mężczyzn.  Ale  żeby  zupełnie  obcy  człowiek  mógł  ją 
tak szybko rozszyfrować. To było niepokojące. 

Drzwi  otworzyły  się  z  hukiem.  Usłyszeli  głosy  Jesse'a,  a 

potem Bustera. 

- Wezmę ten prysznic. Czyste koszulki są w szafie? 
- A dżinsy w komodzie przy drzwiach. 
- Rozpieszczasz mnie, kochanie. 
- Korzystaj, póki możesz. A poza tym, na twoim miejscu już 

przymierzałabym  się  do  kanapy.  Tam  będziesz  dzisiaj  spał.  - 
Rozbawił ją wyraz jego twarzy. - Przypominasz sobie tego psa, 
którego Cassie przygarnęła dwa miesiące temu? 

- Ten rudzielec? Co on przeskrobał? 
- On?! Właśnie leży z czwórką szczeniąt na twoim łóżku. Jak 

na  mężczyznę,  którego  praca,  między  innymi,  polega  na 
odróżnianiu byczków od jałówek, nie jesteś specjalnie bystry w 
tych sprawach. 

Zaklął cicho i powlókł się do swojej sypialni. 
-  Nigdy  przedtem  nie  przeżyłem  czegoś  podobnego  - 

opowiadał  Buster.  -  Przyjeżdżamy  do  tego  szpitala,  a  ona 
odwraca się do mnie i z uśmieszkiem mówi, że chyba za późno. 

31

RS

background image

 

 

Po  chwili  miałem  już  małego  chłopaczka  w  rękach.  Ollie  chce 
go nazwać William. Po mnie. 

Od  dawna  dziadek  nie  był  tak  ożywiony  i  w  tak  dobrym 

humorze.  Skupił  na  sobie  całą  uwagę,  co  bardzo  odpowiadało 
Jake'owi. Tylko w czasie posiłków wszyscy byli razem. Z reguły 
Jake, Jesse i Cochise omawiali plany na następny dzień. Buster i 
Cassie zażarcie dyskutowali o tym, kto będzie sprzątał ze stołu. 
Potem  Cochise  zaczynał  przekomarzać  się  z  Cassie.  Jesse  i 
Buster  dołączali  do  zabawy,  biorąc  stronę  to  jednego,  to 
drugiego.  Wkrótce  panował  zgiełk  nie  do  opisania.  Tym  razem 
Jake  mógł  skoncentrować  się  na  jedzeniu,  które  było 
wyśmienite.  Dani  podała  dużą  mięsistą  kurę  nadzianą  ryżem  z 
jabłkami,  puree  z  kartofli,  marchewkę  z  pasternakiem  w  sosie 
imbirowym i pulchniutkie bułeczki. Nie on jeden zachwycał się 
obiadem.  Cochise  i  Jesse  pochłaniali  takie  ilości,  jakby  już 
nigdy więcej mieli nie jeść. Nawet Cassie zjadła dwie porcje. 

Co  chwila  spoglądał  na  Dani.  Siedziała  między  Cassie  i 

Busterem,  którzy  odnosili  się  do  niej  jak  do  członka  rodziny. 
Cochise  nie  spuszczał  z  niej  oczu.  Nawet  Jesse,  który  po 
burzliwym  sześcio-tygodniowym  romansie  zaklinał  się,  że  nie 
interesują  go  kobiety,  nie  mógł  oderwać  od  niej  wzroku. 
Zwracała  uwagę  nie  tylko  urodą.  Nie  mógł  sprecyzować,  co  to 
było:  czy  sposób,  w  jaki  się  śmiała,  czy  spokój,  którym 
promieniowała,  nawet  jeśli  wokół  panował  chaos,  czy  też  jak 
patrzyła  prosto  w  oczy  rozmówcy,  który  zaczynał  wierzyć,  że 
nie istnieje nic ważniejszego od jego słów. 

Spojrzenie  Dani  przerwało  jego  rozmyślania.  Musiała  coś 

dostrzec  w  jego  twarzy,  bo  zarumieniła  się  lekko  i  szybko 
odwróciła  wzrok.  Jake  zaklął  pod  nosem  i  znów  zaczął  jeść. 
Powinien zająć się jej samochodem, by odjechała, nim będzie za 
późno.  Wiedział  teraz,  że  gdyby  tylko  zaczął  o  nią  zręcznie 
zabiegać, byłaby jego. 

A  potem  co?  Prędzej  czy  później  chciałaby  miłości,  a  tego 

właśnie nie mógł jej dać. 

32

RS

background image

 

 

-  Jest  naprawdę  wyjątkowa.  -  Dziadek  spojrzał  badawczo  na 

Jake'a. 

Ten jedynie chrząknął w odpowiedzi i zaczął zbierać ze stołu 

naczynia.  Dani  i  Cassie  poszły  do  pokoju,  by  wykańczać 
kostium. 

-  Kiedy  pojedziemy  na  próbę,  będziesz  miał  okazję  do 

rozmowy.  -  Buster  popatrzył  na  swoje  odbicie  w  lustrze  i 
przygładził dłonią włosy. - Jak wyglądam? 

- Świetnie. Roztaczasz wokół wspaniałe zapachy. 
-  Pomyślałem  sobie,  że  spróbuję  tego,  czym  ty  się  zawsze 

zlewasz.  Kobiety  potem  lecą  do  ciebie  jak  pszczoły  do  miodu. 
Chyba  nic  złego  w  tym,  że  taki  stary  pryk...  Do  twojej  babci 
zalecałem  się  pachnąc  sianem  i  końskim  potem.  Jej  to  nie 
przeszkadzało,  ale...  Nie  myśl  przypadkiem,  że  mi  na  kimś 
zależy, rozumiesz? 

-  Rozumiem  -  z  udawaną  powagą  stwierdził  Jake.  -  Wiesz, 

trafić w życiu na taką kobietę jak Beth Wilson, to nie byle co. 

- Też mógłbyś znów trafić w życiu na jakąś kobietę. - Buster 

włożył  kapelusz  i  przekręcił  go  zawadiacko  na  bakier.  -  No 
chłopcze,  przyznaj  się.  Polubiłeś  ją  trochę,  prawda? 
Obserwowałem cię dzisiaj przy stole. 

-  Przypilnuj,  żeby  Cassie  znów  nie  zaczęła  bójki.  -  Jake 

zmienił  temat.  -  Ostatnim  razem  Frankie  Kortman  wrócił  do 
domu z podbitym okiem i w podartej koszuli. 

-  Należało  mu  się  -  bronił  prawnuczki  Buster.  -  Po  co  gadał, 

że  dziewczynie  nie  przystoi  gra  w  piłkę.  Cassie  jest  wojującą 
feministką. Gdyby była starsza, pewno spaliłaby stanik. 

-  Ech,  kobiety  przestały  to  robić  już  parę  ładnych  lat  temu  - 

śmiał się Jake. - Miej na nią oko, dobrze? Jak dalej tak będzie 
lała chłopaków, wpadną w kompleksy. 

- I powinni. Nawet nie mogą się z nią porównywać! 
Kiedy  Jake  wszedł  do  pokoju,  Dani  siedziała  przed 

kominkiem  i  wpatrywała  się  w  ogień.  Postawił  tacę  na  stole,  a 

33

RS

background image

 

 

potem  z  westchnieniem  opadł  na  fotel.  Sięgnęła  po  kubek 
gorącej, mocnej kawy.  

- Buster i Cassie pojechali? 
-  Wreszcie.  -  Palcem  wystukiwał  szybki  rytm  na  swoim 

kubku.  -  Hm...  chyba  powinienem  cię  przeprosić  za  to 
popołudnie. Zostawiłem cały bałagan na twojej głowie... 

- Istotnie. - Dani rozparła się na drugiej sofie. - Jak na kogoś, 

kto  mnie  tu  wcale  nie  chce,  robisz  niezmiernie  mało,  aby  się 
mnie pozbyć. 

- Jestem po prostu ciekawy. 
- Czego? 
- Twojej skazy. 
- Skazy?! - Nic nie rozumiała. 
- No, może źle się wyraziłem. Nie chodzi mi o wygląd. Jesteś 

tak atrakcyjna, że możesz przebierać w mężczyznach. Z jakiego 
tajemniczego powodu szukasz męża przez ogłoszenie? 

- Ależ to nie ja... - jęknęła. - Jake, zostałam tylko zatrudniona, 

by znaleźć odpowiedniego kandydata. 

- Zatrudniona!? 
- Wybacz. Nie zdawałam sobie sprawy... Uznałam za pewnik, 

że Buster powiedział ci, kim jestem i po co przyjechałam. 

- Chyba próbował, ale zawsze zmieniałem temat. 
- Nie przeglądałeś informacji o ewentualnej żonie? 
-  Pobieżnie.  Nie  było  tam  nazwiska,  zdjęcia  ani  nic,  z  czego 

mógłbym wywnioskować, że to nie ty. 

-  Póki  nie  wyłuskam  dwóch  czy  trzech  kandydatów,  muszę 

zachować dyskrecję. Dla dobra mojej klientki. 

- Zajmujesz się swataniem? 
- Pierwszy i ostatni raz - powiedziała stanowczo. - Moja praca 

polega  na  wyszukiwaniu  specjalistów  dla  różnych  firm. 
Znajduję właściwych pracowników na właściwe miejsce. 

- Tym razem akurat tym miejscem jest łóżko. 
- Można to i tak ująć. 
- Cholera! A ja wysilałem się, żeby być miły... 

34

RS

background image

 

 

- Miły! - krzyknęła. - Ty byłeś miły?! 
-  Oczywiście.  Mogłem  przecież  stanąć  na  granicy  rancza  z 

bronią w ręku. 

-  Zamiast  tego  łaskawie  pozwoliłeś  mi  zrobić  olbrzymie 

pranie,  posprzątać  dom,  ugotować  obiad,  uszyć  kostium  dla 
Cassie i... i... 

- Pies- podpowiedział.-Zapomniałaś o psie. 
-  Przegonić  cielaki  z  ogrodu  i...  -  Spojrzała  na  niego 

przymrużonymi oczami. - Żartujesz sobie ze mnie? 

- Ależ skąd. Mów dalej. 
- Nawet poskładałam twoje gatki, panie Montana. Mogłam je 

byle  jak  wepchnąć  do  szuflady,  ale  wszystkie  starannie 
poskładałam i... 

- Chyba ich nie wykrochmaliłaś, co? - spytał niewinnie. - Jak 

ja  nie  cierpię  sztywnej  bielizny!  Zwłaszcza  jeżeli  cały  dzień 
mam  spędzić  na  koniu.  Nie  masz  pojęcia,  ile  niewygody 
sprawia... 

-  Szkoda,  że  nie  wpadłam  na  ten  pomysł!  -  Popatrzyła 

groźnie,  ale  nie  mogła  zachować  powagi.  -  Niech  cię  diabli! 
Jesteś niemożliwy! 

- Czyli nie ty jesteś moją przyszłą żoną - powiedział z cichym 

westchnieniem. - Przez chwilę już miałem ci ulec i pozwolić się 
zawlec do ołtarza.  

-  Całe  szczęście,  że  prawda  wyszła  na  jaw.  Dzięki  temu  nie 

zapędziłeś  się  za  daleko  -  oznajmiła  sucho.  -  Niestety,  twoje 
wysiłki, by być miłym, poszły na marne. 

- Nieprawda. Nic nie poszło na marne. - Jake pochylił się do 

przodu i popatrzył na nią uwodzicielsko. 

Odwróciła  wzrok.  W  kominku  cicho  strzelał  ogień.  Blask 

padał na jej twarz. Znów pragnął ją objąć jak już wiele razy tego 
dnia.  Czy  ona  też  czuła  to  dziwne  oczarowanie  i  ciekawość, 
które  kazały  mu  wierzyć,  że  między  nimi  jeszcze  nie  wszystko 
skończone? 

35

RS

background image

 

 

- W pewnym sensie jestem zadowolony  - powiedział cicho. - 

Kiedy  w  końcu  cię  pocałuję,  będziesz  wiedziała,  że  to  nie  z 
powodu jakiegoś głupiego ogłoszenia. 

Rzuciła mu badawcze spojrzenie, by sprawdzić, czy znów nie 

zaczyna się z niej naigrawać. 

-  A  tak  przy  okazji,  dziękuję  za  pranie,  gotowanie  i  szycie 

kostiumu. 

- Zapomniałeś o psie. 
- Rzeczywiście. I za składanie. 
- Bez krochmalu - zapewniła go, nie panując nad śmiechem.  
-  Trudno  się  przyznać  do  tego,  ale  spędziłam  tu  przyjemny 

dzień.  Nie  przypominam  sobie,  kiedy  ostatni  raz  gotowałam 
prawdziwy  obiad.  Przeważnie  wrzucam  byle  co  do  kuchenki 
mikrofalowej. No i te sympatyczne rozmowy z Cassie... 

-Jestem twoim dłużnikiem. Ona rzadko może liczyć na czyjąś 

niepodzielną  uwagę.  Moja  wdzięczność  za  pomoc  przy 
kostiumie  po  prostu  nie  zna  granic.  Kiedy  zeszłej  jesieni  Beth 
Wilson  zadzwoniła  z  pytaniem,  czy  parę  razy  w  tygodniu 
posłałbym Cassie do przedszkola, nie zdawałem sobie sprawy z 
tego, że przyjdzie mi szyć sukienki dla aniołka. 

- Podobno sztukę napisała cała klasa. Co za  wspaniała lekcja 

współpracy! Ta Beth Wilson to skarb. 

-  Beth  jest  świetną  nauczycielką.  Sama  zorganizowała 

przedszkole,  a  teraz  nim  kieruje.  Większość  tutejszych  dzieci, 
zwłaszcza w wieku Cassie, żyje w pewnej izolacji. Nawet jeżeli 
mają  rodzeństwo,  nie  zawsze  potrafią  współżyć  w  grupie. 
Często nie umieją przystosować się do szkoły. Podejrzewam, że 
gdy  Beth  dzwoniła  w  sprawie  Cassie,  nie  przypuszczała,  w  co 
się pakuje. 

- Chyba obie zdobyły nowe doświadczenia. 
-  Okazała  Cassie  dużo  serca.  Stawiała  przed  nią  różne 

zadania, które pomagały jej sprawdzić własne siły. Zachęcała do 
czytania  książek,  by  zobaczyła,  że  świat  nie  składa  się  tylko  z 

36

RS

background image

 

 

koni  i  kowbojów.  Uczyła  zabaw  z  innymi  dziećmi  i  unikania 
bójek z powodu drobnych konfliktów. 

-  Może  zdoła  wyciągnąć  ją  choć  na  chwilę  z  dżinsów  i 

tenisówek, by zobaczyła, jak miło jest być małą dziewczynką. 

- To chyba ponad ludzkie siły. 
-  Matka  natura  wszystkim  się  zajmie.  Powiem  ci  coś  w 

tajemnicy.  Byłam  najgorszą  chłopczycą  w  okolicy,  kiedy 
miałam  dziesięć  lat.  Stopniowo  zrozumiałam,  że  mogę  być 
dziewczyną  i  jednocześnie  robić  to,  co  lubię,  czyli  grać  w 
baseball i hokeja. 

-  Ty  i  hokej!  Niemożliwe!  Wyglądasz  na  taką,  która 

paradowała w różowych falbaniastych sukienkach. 

-  Wyrosłam  w  małej  miejscowości  w  Saskatchewan,  gdzie 

hokej  na  lodzie  to  nie  sport,  a  obowiązek.  Byłam  bramkarzem, 
póki  nie  straciłam  dwóch  przednich  zębów,  na  szczęście 
mlecznych. Wtedy mama ostro zaprotestowała. 

- I tylko dlatego nie występujesz w lidze narodowej? 
-  Nie.  Raczej  przez  hormony.  Skończyłam  czternaście  lat  i 

włożyłam  figurówki  oraz  różowe  getry.  Chciałam  zdobyć 
olimpijskie złoto. Potem odkryłam, że jeżdżenie z przystojnymi 
chłopakami jest przyjemniejsze niż ćwiczenie ósemek. 

-  Z  przystojnymi  chłopakami?  -  dopytywał  się,  wyraźnie 

zaniepokojony.  -  I  co?  Lecieli  na  ciebie?  -  Spojrzała  na  niego, 
nic nie rozumiejąc. 

- Ci faceci. 
Nagle  uświadomiła  sobie,  jak  uważnie  ją  obserwuje. 

Zażenowana przykryła koszulą szyję i dekolt. 

- Było paru takich - odpowiedziała zła, że się tłumaczy.  
- Podoba mi się twój dziadek. Chyba nie usiedział na miejscu, 

nim zaczęły się kłopoty z biodrem. To artretyzm? 

-  Nie.  Popisywał  się  ujeżdżaniem  konia  i  spadł.  W  opinii 

lekarzy to cud, że chodzi, tyle kości połamał. Nareszcie dociera 
do  niego,  że  nie  będzie  już  mógł  robić  wielu  rzeczy.  Kilka 
miesięcy  spędził  w  domu,  co  go  doprowadzało  do  szaleństwa. 

37

RS

background image

 

 

Nas  wszystkich  zresztą.  Teraz  myśli,  że  nie  jest  tak  ważny  jak 
przedtem, a jego udział w pracy na ranczu stanowczo zbyt mały. 
Prowadzi dom i zajmuje się Cassie, ale sama widziałaś, z jakim 
skutkiem. 

- O co chodzi w tej aferze z opieką społeczną? 
-  Zeszłego  lata  jakiś  dzieciak  na  parafialnym  pikniku 

wyśmiewał  się  z  Cassie.  Zlała  go  na  kwaśne  jabłko,  a  jego 
matka  wpadła  w  histerię.  Cassie  zawiniła.  Jest  bardzo 
wybuchowa  i  potrafi  kląć  jak  dorożkarz,  jeżeli  ktoś  ją 
sprowokuje. To samo zresztą robią inni w jej wieku. Problem w 
tym, że jest dziewczynką. 

- I matka tego chłopca poszła do opieki społecznej? 
- Tak. Naopowiadała im o słownictwie Cassie, ojej bójkach, o 

ubraniach,  w  których,  jej  zdaniem,  wygląda  jak  mały  ulicznik. 
Cholera, próbuję utrzymać ją w czystości! Trudniej zawlec ją do 
wanny  i  przebrać,  niż  związać  cielaka  na  rodeo.  Buster  nie 
zawsze może sobie z nią poradzić. Jak nie ma mnie w domu... - 
Wzruszył  ramionami  i  ciągnął  dalej  z  goryczą  w  głosie:  - 
Urzędniczka  uznała,  że  niewłaściwie  wypełniam  obowiązki 
rodzicielskie.  Podobno  Cassie  wyrasta  w  nieodpowiednim 

środowisku.  Kocham  moją  córkę  i  będę  o  nią  walczył  do 
upadłego. 

Wyciągnęła  dłoń  i  ze  współczuciem  położyła  na  jego  ręce. 

Odpowiedział jej mocnym uściskiem.  Ile zdrowia kosztował go 
ten ciągły stres? 

- Może powinieneś zatrudnić nową gosposię.  
-  W  ciągu  ostatnich  czternastu  miesięcy  mieliśmy  ich  pięć. 

Były  to  bardzo  dobre  kobiety,  ale  Buster  zarządzał  nimi  jak 
chłopakami  na  ranczu  i  po  kilku  tygodniach  rezygnowały.  A 
Cassie...  Nie  cierpi,  gdy  ktoś  ogranicza  jej  swobodę.  Dziadek 
wcale nie jest pomocny. Biegnie do niego, żeby ją ratował, a on 
oczywiście  zawsze  staje  po  jej  stronie.  W  tej  sytuacji  żadna 
kobieta przy zdrowych zmysłach nie wytrzymuje długo. 

38

RS

background image

 

 

-  Zaskakuje  mnie  twoja  szczerość,  zwłaszcza  biorąc  pod 

uwagę cel mojej wizyty. 

-  Wydarzyło  się  chyba  wszystko,  co  mogło  najgorszego. 

Mimo to nadal tu jesteś. 

-  Na  pewno  nie  ze  względu  na  ciebie.  -  Jej  słowa  złagodził 

śmiech. 

Przyglądała  się  jego  twarzy,  szyi  i  szerokim barkom. Poniżej 

zawiniętych  rękawów  widziała  umięśnione  ramiona,  pokryte 
złotymi włoskami. Miał silne ręce, charakterystyczne dla ciężko 
pracującego mężczyzny. Odciski i blizny wcale ich nie szpeciły. 
Tymi  dłońmi  potrafił  złapać  byczka  za  rogi,  naprawić  płot, 
uspokoić  narowistego  konia,  pogłaskać  policzek  śpiącej 
córeczki. Lub pieścić kobietę... 

 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

39

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Nagle  mocniej  strzeliły  płomienie  w  kominku.  Powietrze 

wypełnił  zapach  żywicy.  Jake  zsunął  się  z  kanapy  na  dywanik 
leżący u stóp Dani. Podał jej srebrną gwiazdę, którą zobaczył na 
podłodze. 

- Czy to coś ważnego? 
-  Rany  boskie!  Całe  popołudnie  je  wycinałyśmy.  Muszę...  - 

Zamilkła. - To znaczy ty musisz ozdobić mmi dół sukienki. Nie 
powinnam była zaczynać czegoś, czego nie dokończę. 

- To bardzo zły zwyczaj. - Celowo patrzył jej prosto w oczy, 

wiedząc,  że  myśli  dokładnie  to  samo,  co  on.  -  Nic  nie  stoi  na 
przeszkodzie, abyś jeszcze trochę została. 

- Muszę wracać do pracy. 
Figlarny  loczek  opadł  jej  na  czoło.  Wyciągnął  dłoń  i  powoli 

odgarnął go do tyłu. Jedwabiste włosy zahaczały się o bruzdy na 
jego  spracowanej  dłoni.  Nagle  uświadomił  sobie,  jak  bardzo 
podniecał go kontrast między brzoskwiniową skórą jej policzka 
a chropowatością i siłą jego męskiej ręki. 

-  Mógłbym  cię  zatrudnić  jako  specjalistkę  w  dziedzinie 

inżynierii  anielskiej  lub  czegoś  takiego.  Przyda  mi  się  każda 
pomoc. 

Rozbawił  ją tylko.  Uśmiechnął  się  rozleniwiony  i  postanowił 

po  prostu  cieszyć  się  wszystkim,  jak  długo  będzie  mógł. 
Odwzajemniła  jego  uśmiech,  spuściła  wzrok,  a  delikatny 
rumieniec zaróżowił jej twarz. 

- Chyba powinnam wrócić do Toronto. Nic nie odpowiedział. 

Sięgnęła po gwiazdę, 

a on złapał jej dłoń. Nie protestowała. Z lekko zmarszczonymi 

brwiami  patrzyła  na  ich  splecione  palce.  Cień  jej  rzęs  padał  na 
policzki.  Jak  każda  chłopczyca  oczywiście  miała  piegi. 
Tworzyły  delikatny  rzucik  u  nasady  jej  nosa.  Były  widoczne 
tylko  z  bliska.  Zastanawiał  się,  czy  jej  pełne  usta  są  tak 
zmysłowe, na jakie wyglądają. 

40

RS

background image

 

 

Spojrzała  na  niego.  Jej  oczy  jaśniały  złotawym  brązem, 

połyskującym  w  płomieniach  ognia.  Pochylił  głowę  i,  niewiele 
myśląc,  musnął  ustami  jej  wargi.  Poruszyła  nerwowo  palcami 
uwięzionymi  w  jego  dłoni,  a  potem  znieruchomiała.  Zamknęła 
oczy i wstrzymała oddech. 

Był  to  jeden  z  tych  momentów,  który  trwa  wieczność.  Jake 

wciągnął  głęboko  zapach  jej  skóry.  Mógł  zbliżyć  twarz  o  ten 
jeden  centymetr,  który  ich  dzielił,  ale  nie  było  pośpiechu. 
Wystarczyła mu sama obietnica tego, co mogło ich czekać. 

-  Powinnam  już  wyjechać  -  usłyszał  jej  szept.  -  Dziś 

wieczorem miałeś się zająć moim samochodem. 

-  Już  późno.  Zostań  na  noc.  Przywiozłem  twoją  walizkę. 

Znajdzie się wolny pokój. 

- Mógłbyś zawieźć mnie do najbliższego motelu. 
- Chciałbym usłyszeć inną odpowiedź. 
- A ja mieć pewność, że twoja propozycja nie ma podtekstów. 
Dotknął ustami jej gładkiego policzka. Miotały nim sprzeczne 

uczucia.  Z  jednej  strony  chciał,  by  oczekiwanie  trwało  jak 
najdłużej,  z  drugiej  pragnął  jej  nagiej  w  swoich  ramionach  już 
teraz. Wtulił usta w ciepłe miejsce za jej uchem. 

Dani  westchnęła.  Obróciła  głowę,  by  odnaleźć  jego  wargi. 

Koniuszkiem języka powiódł po jej ustach, zachęcając do tego, 
by  je  rozchyliła.  Po  chwili  całował  je  namiętnie.  Nie  mógłby 
wyjaśnić,  w  jaki  sposób  udało  mu  się  poprzestać  tylko  na  tym. 
Mógł  ją  zdobyć  i  był  pewien,  że  to  zrobi.  Jednak  zwyciężyło 
staroświeckie  poczucie  rycerskości,  którego  u  siebie  nie 
podejrzewał. Zrezygnował. 

Oparła czoło na jego policzku tak, że jego twarz tonęła w jej 

włosach.  Pocałował  ją  w  czubek  głowy,  jakby  była  małym 
dzieckiem. 

- Dani? - zaczął pytająco i nie dokończył. 
- Jake... 
- Ale nie jesteś na mnie zła, że pytam? 

41

RS

background image

 

 

- Nie - szepnęła. - Złoszczą mnie moje własne zahamowania. 

Nigdy nie miałam odwagi w tych sprawach... 

-  Powiedziałbym,  że  wręcz  przeciwnie  -  mruknął,  całując  ją 

delikatnie.  Odwzajemniła  jego  pocałunek,  który  znów  mógł 
przerodzić  się  w  coś  więcej,  gdyby  go  nie  przerwał.  -  Chyba 
powinniśmy  na  tym  skończyć  nasze  wieczorne  pogawędki, 
kochanie.  

- To dobry pomysł. Bardzo dobry! 
- Chyba nie zamierzasz zmusić mnie do tego, bym teraz wiózł 

cię sto kilometrów do najbliższego motelu. 

- Powinnam. 
- Pewno tak - drażnił się z nią. - Sypialnia gościnna na piętrze 

ma zamek, który można sforsować jedynie za pomocą dynamitu. 
Będziesz bezpieczna. Przysięgam. 

- A ty? - W jej oczach pojawiły się iskierki wesołości. 
- Chciałbym wierzyć, że nie. - Delikatnie przesunął palcem po 

jej ustach. -Przeniosłem  psa ze szczeniakami do pokoju Cassie. 
Dysponuję  diabelnie  dużym  łóżkiem.  Miejsca  wystarczy  dla 
dwojga. 

-  Nie  masz  nawet  pojęcia,  jak  bardzo  interesuje  mnie  ta 

oferta... - Uśmiechnęła się ze smutkiem i pocałowała jego palec. 

-  Ale...  -  zaczął  za  nią  kończyć  zdanie.  -  Zawsze  jest  to 

wszechobecne  ale.  Zastanawiam  się,  ilu  mężczyzn  traciło 
wszelkie nadzieje na dźwięk tego słowa. 

Rozśmieszył  ją  tymi  spostrzeżeniami,  co  zresztą  było  jego 

celem. 

-  Mówię  poważnie  o  noclegu  i  nie  mam  nic  zdrożnego  na 

myśli. 

Dani  patrzyła  na  niego  przez  długą  chwilę.  Powinna  była 

odmówić i nie kusić losu. 

-  Do  licha!  -  szepnęła.  -  Dlaczego  nie?  Poza  tym,  jestem 

ciekawa, jak udała się próba. 

-  Próba  wypadła  cudownie.  -  Oczy  Cassie  błyszczały 

ożywieniem. - Spisałam się naprawdę dobrze, nie, dziadku? Pani 

42

RS

background image

 

 

Wilson  powiedziała,  że  byłam  najlepszym  aniołem,  jakiego  w 

życiu widziała! 

- Rzeczywiście. - Buster z dumą patrzył na wnuczkę. - Żadne 

z tych dzieciaków nie dorasta jej do pięt. 

-  Kto  chce  dokładkę?  -  Dani  stanęła  przy  stole z półmiskiem 

pełnym  rumianych  placków.  -  Przyznaj  się,  Jesse,  że  w  twoim 
brzuchu jest jeszcze sporo miejsca. 

Jesse  nie  mógł  odpowiedzieć  z  pełnymi  ustami,  ale 

energicznie skinął  głową  i  podstawił swój talerz. Dani nałożyła 
mu z pół tuzina placków. Zastanawiała się przy tym, jak on jest 
w stanie tyle w sobie pomieścić. 

- Jake? 
- Już nie mogę - oznajmił z pewnym żalem w głosie. 
- Mam nadzieję, że zostaniesz u nas trochę dłużej - powiedział 

Buster,  odsuwając  od  siebie  opróżniony  talerz.  -  Potrafisz 
dogodzić mężczyźnie. 

- A najlepszy anioł w okolicy? 
-  Dziękuję.  Pękłabym.  Szkoda,  że  mnie  nie  widziałaś. 

Wszyscy  podziwiali  mój  kostium.  Nawet  ten  głupi  Robby 
Jacobsen  powiedział,  że  jest  mi  w  nim  do  twarzy,  prawda, 
dziadku? 

- Wspomniał coś o tym raz lub dwa. Tak zawróciła w głowie 

temu młodzieńcowi, że przykro patrzeć. 

- A co mówiła pani Wilson? - spytał Jake.  
- Zaprosiła dziadka na kolację. Ja też mogie iść, jeżeli zechce. 
-  Mogę,  nie  mogie  -  cierpliwie  poprawił  Jake.  Chyba  twój 

pradziadek nie potrzebuje przyzwoitki, chociaż... 

- Nie chcę słyszeć żadnych chociaż - sapnął Buster i spojrzał 

groźnie  na  Jake'a.  -  Ona  jest  po  prostu  uprzejma.  To  wszystko. 
W  ten  sposób  chce  wyrazić  wdzięczność  za  pomoc  w 
przygotowywaniu dekoracji. 

- Robiłeś dekoracje? - Jake uniósł brwi ze zdumienia. 
-  Wbiłem  parę  gwoździ,  nic  więcej  -  mruknął  dziadek. 

Potoczył po zebranych surowym spojrzeniem, by uciąć wszelką 

43

RS

background image

 

 

dyskusję  na  ten  temat.  -  To  nie  piknik,  Jesse.  Skończ  placki  i 
weź się do roboty. Cochise też. A ty z czego się śmiejesz, Jake? 
Czyżbyś miał wolny dzień? Jeżeli tak, to zaraz ci znajdę zajęcie. 

-  Już  mnie  tu  nie  ma.  -  Jake  szybko  wstał  od  stołu.  - 

Obiecałem pannie Ross, że wyciągnę jej samochód z rowu. 

-  Chyba  nie  wyjeżdżasz?  -  błagalnym  tonem  dopytywała  się 

Cassie.  -  Nie  widziałaś  kaczek  dziadka  ani  nie  jeździłaś  na 
Apaczu.  Nie  zobaczyłaś  mojego  domu  na  drzewie  ani  w  ogóle 
nic.  Możesz  przecież  zostać.  Prawda,  tatusiu,  że  ona  może 
zostać?  Poza  tym  musisz  przyjść  na  przedstawienie.  Jest  w 
przyszłym tygodniu. To już niedługo. Proszę... 

-  Cassie,  naprawdę  chciałabym...  -  Dani  przyklękła  obok  jej 

krzesła.  Ku  swojemu  zdumieniu  odkryła,  że  rzeczywiście 
chciałaby  przyjąć  zaproszenie.  Jeden  dzień  wystarczył,  by 
zakochała się w Silvercreek i wszystkich jego mieszkańcach. 

- Przyjechałam tu służbowo i muszę wracać. 
- Dziadek powiedział, że chcesz porozmawiać z tatą o nowej 

mamie dla mnie. Ja wolę ciebie. 

-  Cass...  -  Dani  oczekiwała  pomocy  od  Jake'a,  ale  on  stanął 

przy zlewie i wyglądał przez okno. 

-  Wszystko  jest  o  wiele  bardziej  skomplikowane,  niż  ci  się 

wydaje.  Niestety,  nie  obejrzę  twojego  przedstawienia,  ale... 
Słuchaj,  mam  pomysł!  Niech  tata  zrobi  ci  zdjęcia.  Przyślesz  je 
i... 

- To nie to samo! Dobrze o tym wiesz! - Cassie zerwała się z 

krzesła  i  rzuciła  do  drzwi.  Patrzyła  na  Dani  z  wyraźną 
wrogością.  -  Myślałam,  że  jesteś  inna,  a  ty  jesteś  taka  jak  ta 
pani, która chce mnie zabrać! 

-  Cass!  -  krzyknęła  za  nią  Dani.  -  No  cóż,  chyba  nie  radzę 

sobie zbyt dobrze z dziećmi. 

-  Nie miej  do  siebie  pretensji,  kochanie.  -  Buster niezgrabnie 

poklepał  ją  po  plecach.  -  Cassie  jest  raczej  nieufna.  Właściwie 
byłem zaskoczony, że do ciebie od razu poczuła taką sympatię. 

44

RS

background image

 

 

Nie chce się przyznać, że będzie tęskniła, więc zrobiła awanturę. 
Minie jej to... 

-  Nie.  Zaczęłam  mówić  do  niej  jak  do  smarkacza,  a  sama 

kiedyś 

nienawidziłam, 

gdy 

dorośli 

traktowali 

mnie 

protekcjonalnie. 

- Trudno wyczuć, jak postępować z dziećmi w tym wieku. Na 

dodatek  to  się  jeszcze  pogarsza,  zanim  w  końcu  nastąpi 
poprawa. Pamiętasz, jak miałaś trzynaście lat?  

-  Nie  chciałabym  ponownie  przezywać  tego  samego.  - 

Roześmiała się. Słowa  Bustera  podniosły  ją  na  duchu. -  Byłam 
najgorszą chłopczycą w  mieście, a jednocześnie wymazywałam 
szminkę starszej siostry. Nikt mnie nie rozumiał. Bracia nabijali 
się ze mnie, bo adorował mnie pryszczaty chłopak, mieszkający 
w  sąsiedztwie.  Teraz  stoi  na  czele  własnej  międzynarodowej 
korporacji i jest bogatszy od Krezusa. 

-  Masz  jeszcze  w  sobie  coś  z  tej  chłopczycy?  Skusisz  się  na 

przejażdżkę konno? - spytał Jake. 

- Miałeś wyciągać mój samochód... 
-  Zrobię  to.  -  Nonszalancko  włożył  na  głowę  kowbojski 

kapelusz. Jego oczy przysłonił cień ronda. Przypominał bohatera 
westernów: wysoki, szczupły, z zawadiackim uśmiechem, który 
mógłby zdobyć najbardziej zatwardziałe damskie serca. 

- O drugiej muszę być w Williams Lake. 
- I będziesz. 
- Ale... - Popatrzyła na stos naczyń w zlewie. 
- Ja się tym zajmę - oświadczył Buster. 
- Nie mam co włożyć... 
-  Odwieczna  skarga  egzemplarzy  rodzaju  żeńskiego  -  śmiał 

się Jake. - Te wełniane spodnie są akurat na taką okazję. 

- Dobrze. - Zastanawiała się, czy słyszał zdenerwowanie w jej 

głosie. - Tylko... hm... wezmę sweter. 

- W porządku. Radzisz sobie z koniem? 
- Nie chciałabym dopiero go ujeżdżać, ale też nie trzeba mnie 

przywiązywać do grzbietu. 

45

RS

background image

 

 

- Spotkajmy się przy furtce do zagrody za piętnaście minut. 
W  sypialni  Dani  stanęła  przy  oknie  i  obserwowała  Jake'a. 

Szedł  przez  podwórze  zdecydowanym  krokiem,  jak  człowiek 
obarczony poważną misją. 

Ona  też  miała  konkretne  zadanie  i  powinna  wykonać  je  do 

końca.  Caroline  Wainwright  niecierpliwie  czekała  na  wynik 
poszukiwań.  Program  jej  wizyt  nie  przewidywał  intymnych 
rozmów  przy  kominku  i  konnych  przejażdżek.  Nie  należało  do 
jej 

obowiązków 

sprawdzanie 

umiejętności 

kandydatów. 

Uśmiechnęła  się  do  wspomnień.  Wczorajsza  próba  wypadła 
pozytywnie.  Jake  zasłużył  na  ocenę  zadowalającą  z  wdzięku, 
znacznie  lepszą  ze  sztuki  dyskretnego  uwodzenia,  a  jeżeli 
chodzi o całowanie... 

Ofuknęła  się  w  duchu  i  zaczęła  przygotowywać  do  wyjścia. 

Przyczesała dłonią rozwichrzone loki. Sięgnęła po szminkę, ale 
w  końcu  zdecydowała,  że  jej  nie  użyje.  Zrobiła  cieniem 
dyskretne  smugi  na  powiekach  i  natychmiast  tego  pożałowała. 
Szybko  starła,  by  za  moment  znów  je  nałożyć.  Potem  jeszcze 
przymierzyła  dwa  swetry,  zmieniła  bluzkę  i  ponad  pięć  minut 
wybierała kolczyki. Wtedy też doszła do wniosku, że źle zrobiła 
wyjeżdżając z Toronto. 

- Jestem po prostu śmieszna - syknęła. 
Co z tego, że całowali się przy kominku! Był to jeden z tych 

momentów,  kiedy  nagle  mężczyzna  i  kobieta  poddają  się 
czarowi chwili. Później otwarcie zaproponował jej wspólną noc. 
Odmówiła,  co  przyjął  z  godnością,  i  to  wszystko.  Nie  po  raz 
pierwszy  mężczyzna  stawiał  ją  w  podobnej  sytuacji.  Problem 
tkwił w tym, że tak niewiele brakowało, by się zgodziła. 

-  Myślałam,  że  Kolumbia  Brytyjska  to  same  góry  -  zaczęła 

Dani - a tu jest aż tyle rancz. 

-  Czytałaś  zbyt  wiele  prospektów  o  trasach  narciarskich.  - 

Jake pochylił głowę, by nie uderzyć o gałąź sosny, która wisiała 
nisko  nad  szlakiem.  -  Rancza  kojarzą  się  ludziom  głównie  z 

46

RS

background image

 

 

prowincją Alberta, a przecież rejon Cariboo ma chyba najlepsze 
pastwiska na świecie. 

Popędził  konia,  by  zrównać  się  z  Tinkerbell,  kasztanową 

klaczą Dani. Z przyjemnością patrzył, jak prosto i z gracją jego 
gość  trzyma  się  w  siodle.  Tinkerbell  była  łagodna,  ale  miała 
dość temperamentu, by onieśmielić niedoświadczonego jeźdźca. 
Szybko  odkryła,  że  Dani  nie  da  się  nabrać  na  żadną  z  jej 
sztuczek.  Próbowała  udawać  strach  przed  cieniem  i  skubać 
zwisające nad ścieżką gałęzie, ale w końcu dała za wygraną. 

- Zadowolona z przejażdżki? 
-  Nie  musisz  pytać,  chyba  że  jesteś  łasy  na  pochlebstwa  - 

zauważyła uszczypliwie. 

- Przy tobie nic nie ujdzie mężczyźnie na sucho. 
- Nie. 
- To przyjacielskie ostrzeżenie? 
-  Jeżeli  jest  konieczne...  A  właściwie,  o  czym  my 

rozmawiamy? 

-  Nie  mam  pojęcia.  -  Roześmiał  się.  -  Dobrze  spałaś  zeszłej 

nocy? 

- Jak niemowlę. 
- Coś ci się śniło? 
- Tak. 
- Ja też? 
- Nie. 
- A ty mnie tak. 
- Mam nadzieję, że było ci przyjemnie. 
- Owszem. 
- A mnie? 
- Oczywiście. Dzisiaj sama możesz się przekonać. 
-  Podziwiam  twój  upór.  Nie  zapominaj,  że  wieczorem  będę 

już w Vancouverze - powiedziała serdecznie rozbawiona. 

- Twój wóz tkwi w rowie i czeka na mnie. 
- Naprawdę muszę wracać - zaczęła już poważnie, po dłuższej 

chwili milczenia. - Jutro mam umówione spotkanie. 

47

RS

background image

 

 

Patrzył  na  góry  Cariboo,  które  tworzyły  zwartą  ścianę  na 

wschodzie. Nawet w słońcu wyglądały zimno i groźnie. 

- Kolejny kandydat? 
- Tak. Makler giełdowy. 
- Dobry materiał na męża? 
- Dotychczas najlepszy. 
-  Mhm...  -  Nawet  na  nią  nie  spojrzał.  Wbił  wzrok  w  odległe 

szczyty, jakby je widział po raz pierwszy. Nie mógł zrozumieć, 
dlaczego aż tak się zdenerwował. 

- Następny po tobie.  
Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niego  znaczenie  jej  słów. 

Oczekiwał, że za moment usłyszy śmiech, ale mówiła poważnie. 

- Początkowo sama nie mogłam w to uwierzyć. Jednak nawet 

jeżeli  momentami  twoje  życie  przypomina  znane  mi  komedie, 
jesteś właśnie tym, którego szukam. 

Nie  odpowiadał.  Na  jego  twarzy  malowały  się  uczucia, 

których nie potrafiła zdefiniować. 

- Ten makler ma wszystko, czego trzeba - ciągnęła Dani.  
-  Jest  zamożny,  ambitny  i  inteligentny.  Ma  dom  w 

Vancouverze  oraz  działkę  rekreacyjną  w  Whistler,  porsche'a... 
Zbliża  się  do  trzydziestki.  Doszedł  do  wniosku,  że  potrzebuje 

żony oraz ustabilizowanego życia rodzinnego, bo tego wszyscy 
oczekują od człowieka o jego pozycji. 

-  Jest  zbyt  zabiegany,  harując  osiemdziesiąt  godzin 

tygodniowo, by poszukać samemu? 

-  Otóż  to.  -  Dani  spojrzała  na  Jake'a,  ale  on  patrzył  przed 

siebie,  jakby  bez  reszty  zafascynowany  widokiem.  -  Ty  jesteś 
inny.  W  twoim  domu  panuje  totalna  anarchia,  dziadek  jest  pół 
inwalidą,  córka  udaje  Huckleberry  Finna,  a  pralki  nikt  nie 
ośmieli się na sekundę spuścić z oka. 

-  Czy  teraz  właśnie  wyliczałaś  moje  zalety?  -  Obrócił  się 

twarzą  do  niej,  ale  nie  widziała  jego  oczu  ukrytych  w  cieniu 
kapelusza. 

48

RS

background image

 

 

-  Nie  -  powiedziała  ze  śmiechem.  -  Do  pozytywów  zaliczam 

twoją uczciwość, szczerość i duże poczucie obowiązku. Gdybyś 
dał słowo, że będziesz dobrym mężem dla mojej klientki, zrobił 
byś  wszystko,  co  w  twojej  mocy,  by  dotrzymać  obietnicy.  A 
ona?  Kocha  dzieci,  zwierzęta,  ciche  wieczory  przy  kominku, 
dobre  książki  i  ciekawe  rozmowy.  Makler  nie  miałby  nic 
przeciwko  jednemu  dziecku,  ale  zdecydowanie  wyklucza 
jakiekolwiek  zwierzęta  ze  względu  na  antyki i  perskie  dywany. 
Moja  klientka  jest  bystra,  żywa  i  bardzo  życzliwie  nastawiona 
do  ludzi.  Makler  oczekuje  wyrafinowanej,  eleganckiej  kobiety, 
która byłaby idealną gospodynią w czasie wykwintnych kolacji, 
tak przydatnych w interesach. Poza tym, niestety, nie należy do 
specjalnie błyskotliwych i oczytanych. 

- A ja niby tak! - parsknął Jake. 
-  Obejrzałam  twój  księgozbiór.  Masz  mnóstwo  pozycji, 

począwszy  od  Nietzschego,  a  skończywszy  na  kryminałach. 
Można poczytać sobie o historii, polityce, filozofii New Age, no 
i oczywiście o rolnictwie. Prenumerujesz tyle pism, że redakcje 
powinny ci zaoferować zniżki jak bibliotekom. Nie udawaj przy 
mnie chłopka roztropka. 

-  Nie  można  cię  oszukać.  Co  jeszcze  wiesz  o  tajemnicach 

Jake'a Montany? 

-  Dużo.  Nie  na  darmo  mam  reputację  jednego  z  najlepszych 

specjalistów.  Zawdzięczam  ją  przede  wszystkim  intuicji.  Po 
dziesięciu  minutach  rozmowy  wiem,  czy  kandydat  może 
pracować na konkretnym stanowisku. Rzadko kiedy się mylę. - 
Spojrzała  na  niego  z  powagą.  -  Właśnie  intuicja  mówi  mi,  że 
byłbyś  idealnym  mężem  dla  mojej  klientki.  Jedyny  problem  w 
tym,  że  małżeństwo  cię  nie  interesuje.  Muszę  więc  wybierać 
między  maklerem  z  Vancouveru  i  księgowym  z  Halifaxu...  Bo 
rezygnujesz z naszej oferty, prawda? 

Skrzywił  się  i  odwrócił  wzrok.  Dani  chwyciła  za  uzdę  jego 

konia, 

jednocześnie 

ściągając  wodze  Tinkerbell.  Oba 

wierzchowce stanęły. 

49

RS

background image

 

 

- Masz teraz wątpliwości? 
W  jego  oczach  mignęło  zniecierpliwienie.  Myślała  nawet,  że 

po prostu odjedzie galopem. On jednak zaklął pod nosem, zdjął 
kapelusz,  przygładził  włosy,  znów  nałożył  kapelusz  i  popatrzył 
na nią z pewną rezerwą. 

- Porozmawiajmy. 
Zeskoczył z siodła, nim zdążyła odpowiedzieć. Puścił wodze i 

ruszył w stronę olbrzymiej sosny, rosnącej na szczycie pagórka 
o  łagodnie  opadających  zboczach.  Poszła  za  nim,  a  oba  konie 
zaczęły skubać trawę. 

Wepchnął  dłonie  w  kieszenie  dżinsów  i  oparł  się  o  drzewo. 

Minęła  go,  by  stanąć  w  miejscu,  skąd  rozciągał  się 
najwspanialszy  widok  na  góry.  Wciągnęła  głęboko  ostre, 

żywiczne  powietrze,  od  którego  zakręciło  jej  się  w  głowie 
niczym po szampanie.  

- Chcesz je podziwiać? - Spojrzała pytająco przez ramię. 
-  Po  jakimś  czasie  człowiek  ma  je  we  krwi  i  trudno  mu  bez 

nich żyć. 

A ty, pytała go w duchu. Ile czasu trzeba, żeby ciebie mieć we 

krwi? 

 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

50

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
-  Zadziwia  mnie  przejrzystość  tutejszego  powietrza.  W 

Toronto  jest  aż  gęste.  Jeden  ze  znajomych  mówi,  że  nie 
oddycha, tylko przeżuwa i połyka. 

-  Sandra,  moja  była  żona,  nienawidziła  gór.  Pochodziła  z 

miasteczka tak małego, że nie prowadziła do niego żadna droga. 
Można  było  je  opuścić  statkiem  lub  samolotem.  Góry 
przypominały  jej  więzienne  kraty.  -  Zamilkł  na  chwilę.  - 
Przyjechała do Cariboo, żeby odwiedzić znajomych. Spotkałem 
ją  na  potańcówce.  Była  najcudowniejszą  dziewczyną,  jaką 
kiedykolwiek widziałem. Spędziliśmy razem weekend. 

Na jego twarzy pojawił się cień gorzkiego uśmiechu. 
-  U  siebie  znała  tylko  drwali  i  robotników  z  papierni. 

Wszyscy uważali, że wyjdzie za mąż za któregoś z nich, zajmie 
kolejny  barak,  kupi  telewizor  i  poświęci  się  dzieciom.  Przy 
odrobinie  szczęścia  mogła  trafić  na  takiego,  który  nie  pije  za 
dużo,  nie  bije  żony  i  nie  przegrywa  w  karty  całej  wypłaty. 
Gdyby miał wypadek, powinien postarać się zginąć, a nie zostać 
inwalidą.  Wtedy  otrzymałaby  rentę  z  przedsiębiorstwa  wyższą 
niż z opieki społecznej.  

Dani zrobiło się zimno na dźwięk tych słów. 
-  Byłem  jej  biletem  wyjazdowym.  Ranczer  z  wyższym 

wykształceniem,  pieniędzmi,  własną  ziemią  oznaczał  wolność. 
Dwa  miesiące  później  wzięliśmy  ślub.  Niestety,  przedtem 
widziała  rancza  jedynie  w  telewizji.  Spodziewała  się 
potańcówek  w  stodole,  pieczenia  kiełbasek  na  ruszcie, 
wyjazdów 

do 

Vancouveru, 

biwaków 

pod 

gwiazdami, 

romantycznych przejażdżek. Zobaczyła życie wypełnione ciężką 
codzienną pracą. 

Zacisnął mocno usta. 
-  Nudziła  się  i  czuła  osamotniona.  Zaczęła  pić,  by  szybciej 

mijały  dni.  Gdy  wracałem  z  pracy,  oczekiwała  wspólnych 
wycieczek  do  miasta.  W  końcu  ustaliliśmy,  że  może  jeździć 

51

RS

background image

 

 

sama, jeżeli od tego zależy jej szczęście. Najpierw wypuszczała 
się  dwa  razy  w  tygodniu,  a  potem  co  wieczór.  Godzinami 
przesiadywała  w  barze  hotelowym.  Przychodzili  mężczyźni, 
zamawiali drinki dla tak pięknej kobiety... 

Już wiedziała, jaki będzie finał tej historii. Wyciągnęła dłoń i 

pogłaskała go po ramieniu. 

-  Próbowałem  z  nią  rozmawiać,  ale  śmiała  mi  się  w  nos. 

Uwielbiała  być  duszą  towarzystwa,  skupiać na  sobie  spojrzenia 
wielbicieli. W końcu każda rozmowa przeradzała się w kłótnię. 
Chowałem kluczyki od samochodu. Wtedy namawiała któregoś 
z  pracowników,  żeby  ją  zawiózł  do  miasta,  albo  jechała 
autostopem. Nie zliczyłbym nie przespanych nocy, kiedy na nią 
czekałem.  Zaszła  w  ciążę,  a  ja  jak  głupi  oczekiwałem  końca 
kłopotów. Niestety, była wściekła i do mnie miała pretensję, że 
zrobiłem to celowo, by zrujnować jej życie, figurę i przyszłość. 
Przez  pierwsze  trzy  miesiące  nie  odstępowałem  jej  na  krok  z 
obawy, że zrobi krzywdę sobie lub dziecku. Potem uspokoiła się 
i przestała pić, ale nie trwało to długo. W miesiąc po urodzeniu 
dziecka  wypuściła  się  do  miasta  i  zostawiła  Cassie  samą. 
Pojechałem  po  nią.  Wpadła  w  szał,  wrzeszczała,  rzucała  we 
mnie  czym  popadnie.  Ja  też  zresztą  straciłem  panowanie  nad 
sobą.  W  końcu  wyniosłem  ją  z  baru  oklaskiwany  przez 
wszystkich,  jakbym  nareszcie  zrobił  to,  co  prawdziwy 
mężczyzna  powinien  zrobić  już  dawno  temu.  W  domu 
oznajmiłem  stanowczo,  że  albo  się  zmieni  i  będziemy  razem, 
albo może odejść, ale bez córeczki. Myślałem, że zdecyduje się 
zostać. Tydzień później wyjechała. Wniosłem pozew o rozwód, 
który  bez  trudu  dostałem  i  od  tamtej  pory  nie  mam  od  niej 
wiadomości. 

- Mój Boże, zostawiła cię z miesięcznym dzieckiem! 
-  Było  łatwiej,  niż  myślisz.  Ponieważ  Sandra  nie  chciała 

karmić  jej  piersią,  nie  miałem  żadnych  kłopotów  zjedzeniem. 
Niekiedy  wkładałem  ją  do  jednej  torby  u  siodła,  do  drugiej 
pieluchy  oraz  butelki  i  jechaliśmy  do  pracy.  Uwielbiała  te 

52

RS

background image

 

 

wyprawy.  Chyba  dlatego  teraz  tak  dobrze  jeździ  konno.  Mogła 
spać wszędzie, niezależnie od tego, co robiłem. 

-  Wiele  odziedziczyła  po  tobie.  Jest  silna,  dumna  i  zawzięta 

jak diabli!  

-  To  dziwne.  Nikomu  jeszcze  nie  opowiedziałem  całej  tej 

historii. 

-  Człowiek  musi  najpierw  pogodzić  się  z  samym  sobą  - 

powiedziała  cicho.  -  Najtrudniej  opanować  poczucie  winy. 
Ciągle  sobie  mówimy,  że  moglibyśmy  wszystkiemu  zapobiec, 
gdybyśmy  się  bardziej  starali,  zrobili  jeszcze  to  czy  tamto. 
Chyba  łatwiej  wziąć  na  siebie  całą  odpowiedzialność,  niż 
przyznać się do błędu w wyborze obiektu miłości. 

- Mówisz z własnego doświadczenia? 
- Owszem. Moje małżeństwo rozpadło się, ponieważ wyszłam 

za  niewłaściwego  człowieka  z  niewłaściwych  powodów.  Trzy 
lata temu bardzo przeżyłam rozwód rodziców. 

- To chyba jeszcze gorsze? 
- Traci się wszystkie dziecięce złudzenia. Rodzice z założenia 

mają być na zawsze. 

- Opowiedz mi o swojej klientce. - Jake zmienił temat. Znów 

patrzył na góry, a raczej w głąb siebie. 

-  Caroline  Wainwright.  Może  słyszałeś  to  nazwisko? 

Potrząsnął przecząco głową.  

-  Wainwright  Industries  jest  przedsiębiorstwem  znanym  w 

kraju  i  za  granicą.  Kieruje  nim  Marion  Wainwright,  która 
równie energicznie zarządza życiem siostry. Caroline robi teraz 
doktorat  na  uniwersytecie  w  Toronto.  Uwielbia  zaszyć  się  w 
domu  ze  swoimi  książkami  i  psami.  Życie  towarzyskie  jej  nie 
pociąga. Ma dwadzieścia dziewięć lat. Nigdy nie była mężatką. 
Jest bardzo ładna. Wszystkie te informacje przesłałam pocztą. 

 
- Dlaczego siostra tak gwałtownie chce ją wydać za mąż? 
- Marion ma już trzeciego męża i uważa jej panieństwo za coś 

wysoce  niepokojącego.  Wychowywała  siostrę  po  tragicznej 

53

RS

background image

 

 

śmierci  ich  rodziców.  Teraz  gnębi  ją  lęk,  że  gdyby  jej  się 
cokolwiek  stało,  Caroline  zostałaby  sama  i  bezradna.  -  Dani 
uśmiechnęła  się  w  zamyśleniu.  -  Osobiście  wątpię  w  to. 
Sprawiła  na  mnie  wrażenie  kobiety  bardzo  praktycznej.  Z 
Marion jednak nie ma dyskusji. 

- A Caroline co myśli o ingerencji siostry w jej życie? 
- Nie protestuje. Chciałaby mieć męża, dom i dzieci. Niestety, 

nieśmiałość  utrudnia  jej  zawieranie  nowych  znajomości.  Na 
dodatek istnieje niebezpieczeństwo, że wpadnie w sidła jakiegoś 
niebieskiego  ptaka,  którego  zwabi  fortuna  Wainwrightów. 
Podobno  jest  bardzo  sentymentalna  i  zakochuje  się  w  każdym. 
Jej  siostra  twierdzi,  że  szalała  na  punkcie  dwóch  ogrodników  i 
kominiarza.  Chyba  chce  ją  wydać  dla  własnego  świętego 
spokoju. 

- Ty wierzysz w takie aranżowane małżeństwa? 
- Małżeństwo z rozsądku ma tyle samo albo i więcej szans na 

przetrwanie  niż  z  miłości  -  powiedziała.  -  Często  ludzie  tak 
bardzo  się  angażują  uczuciowo,  że  nie  dostrzegają  żadnych 
zapowiedzi  przyszłej  klęski.  Kiedy  w  końcu  przejrzą  na  oczy, 
jest za późno. 

- Czy tobie właśnie przytrafiła się szalona miłość? 
-  Zakochałam  się  w  Darrenie,  kiedy  miałam  piętnaście  lat. 

Byliśmy klasyczną parą nastolatków, którzy mają być razem do 
końca  życia.  Nigdy  nawet  nie  umówiłam  się z  nikim  innym  na 
randkę.  Jako  dziewiętnastolatka  wyszłam  za  mąż. Pierwszy  rok 
był  cudowny.  Niekiedy  próbuję  sobie  go  powspominać,  ale  nie 
mogę. 

- Co było potem? 
-  Obudziłam  się  pewnego  dnia  i  skonstatowałam,  że 

poślubiłam  kłamcę  i  alkoholika  -  wyjaśniła  szybko  i 
zdecydowanie,  jakby  chciała  mieć  to  już  za  sobą.  -  Nie  mógł 
zagrzać  miejsca  w  żadnej  pracy.  Tłumaczyłam  sobie,  że  jest 
wolnym  duchem,  tłamszonym  przez  przyziemne  rygory,  ale  on 
był  po  prostu  nieodpowiedzialny  i  leniwy.  Kiedy  pił,  snuł 

54

RS

background image

 

 

marzenia i plany, których nigdy nawet nie zaczynał realizować. 
Kiedy  był  trzeźwy,  wpadał  w  zmienne  nastroje  i  milczał 
godzinami.  Dzień,  w  którym  doszłam  do  wniosku,  że  wolę  go 
pijanego niż trzeźwego, był dniem, w którym go zostawiłam. 

- To małżeństwo z Caroline ma być... prawdziwe? 
- Chcesz wiedzieć, czy będzie z tobą spała? - Dani nie owijała 

niczego  w  bawełnę.  Zadał  zupełnie  rozsądne  pytanie,  które  z 
niewiadomych powodów zirytowało ją. 

- Można to i tak ująć. 
- Małżeństwo będzie prawdziwe, panie Montana. Caroline nie 

jest  naiwna.  Trudno  mi  występować  w  roli  doradcy.  Uważam 
jednak,  że  będzie  oczekiwała  miłości  w  pełnym  znaczeniu  tego 
słowa. 

- W dokumentach, które przesłałaś Busterowi, jest wzmianka 

o umowie przedślubnej. 

- Wychodząc za mąż, Caroline zrzeka się wszelkich roszczeń 

do  majątku  i  przedsiębiorstwa  należących  do  rodziny. 
Zachowuje  oczywiście  prawo  do  swobodnego  dysponowania 
swoim  funduszem  powierniczym.  Jednak  przy  ewentualnym 
rozwodzie,  nie  możesz  żądać  jego  części  w  ramach  podziału 
majątku. 

- Ostrożniaczki! 
-  To  normalne  w  przypadku  tak  zamożnych  rodzin.  Bronią 

swoich interesów. Czy te warunki stanowią przeszkodę? 

-  Nie  potrzebuję  ich  pieniędzy.  Zauważyła  w  nim  olbrzymią 

zmianę. Zniknął 

gdzieś  zawadiacko  uśmiechnięty,  beztroski  kowboj,  którego 

błękitne  oczy  przyśpieszały  bicie  jej  serca.  Jego  miejsce  zajął 
wysoki ranczer o ponurym spojrzeniu, rzeczowy i oschły. Nagle 
znów  była  przedstawicielką  agencji,  a  on  wybranym 
kandydatem. 

Z  żalem  po  raz  ostatni  spojrzała  na  góry.  Wolnym  krokiem 

ruszyła w stronę pasących się koni. 

- Przepraszam. 

55

RS

background image

 

 

Zesztywniała na dźwięk cichego głosu Jake'a. 
- Za co? 
- Myślałem, że będziesz zadowolona. 
-  Jestem.  -  Palcami  rozczesywała  splątaną  grzywę  swojej 

klaczy. - Podpiszemy dokumenty i mogę wracać do domu. 

-  Czy  rzeczywiście  tego  chcesz?  -  Położył  dłonie  na  jej 

ramionach i zaczął całować jej szyję.  

-  Oczywiście  -  mówiła  tak  niepewnie,  że  z  trudem 

rozpoznawała  swój  własny  głos.  -  Moja  misja  byłaby 
skończona. 

-  Naprawdę?  Znam  przynajmniej  jeden  dobry  powód,  dla 

którego powinnaś zostać. Ty również. 

Jego  wargi  były  gorące  i  wilgotne.  Chciała  krzyknąć,  że  to 

głupota, że powinien przestać, ale nie mogła. 

-  Pragnę  cię  -  szepnął  cicho.  Miała  wątpliwości,  czy  się  nie 

przesłyszała. 

Obrócił ją twarzą do siebie. Czuła jego niecierpliwe usta i nie 

stawiała  oporu.  Jej  samokontrola  topniała  pod  wpływem 
pełnego  namiętności  pocałunku.  Przytuliła  się  do  niego,  a  on 
niemal  uniósł  ją  w  górę  w  swoich  ramionach.  Po  chwili  oboje 
klęczeli,  a  za  moment  Jake  powoli  kładł  ją  na  trawę. 
Gwałtownie  podciągnął  jej  sweter  i  nim  się  zorientowała, 
całował  jej  piersi  przez  jedwabną  bluzkę  i  stanik.  Ogarniało  ją 
coraz większe podniecenie. Jej brodawki stały się tak wrażliwe, 

że  z  trudem  znosiła  jego  pieszczoty.  Resztki  rozsądku 
nakazywały  jej  natychmiast  przerwać  to  szaleństwo.  Niestety, 
jeszcze większym szaleństwem byłoby udawać, że nie chce jego 
pocałunków.  Pragnęła  leżeć  naga  w  jego  ramionach,  czuć  na 
sobie jego ręce, należeć do niego. 

Usłyszała  szmer  koło  ucha.  To  Tinkerbell  patrzyła  na  nią  z 

zaciekawieniem.  Dani  już  miała  ponownie  zamknąć  oczy,  gdy 
spostrzegła ruchomy punkt na zboczu wzgórza. 

- Jake, ktoś jedzie na koniu. 

56

RS

background image

 

 

Właśnie rozpiął bluzkę i koniuszkiem języka pieścił skórę jej 

brzucha. 

- Cassie... Tak, to chyba Cassie. Dopiero teraz Jake odwrócił 

głowę. Dani miała 

rację.  Okrąglutki  mały  konik  Cassie  galopował  ile  sił  w 

nogach.  W  miarę  jak  się  zbliżał,  coraz  wyraźniej  widać  było 
jego spocone boki i pianę przy pysku. 

Jake  skoczył  na  równe  nogi.  Coś  się  stało.  Córka,  mimo 

swojej  odwagi  i  fantazji,  nigdy  by  w  ten  sposób  nie  zajeżdżała 
konia bez bardzo ważnego powodu. 

- Co to może znaczyć? - Dani wstała, szybko wcisnęła bluzkę 

w spodnie i poprawiła sweter. 

- Kłopoty. - Osłonił oczy dłonią. 
-  Tato!  Wracaj  szybko!  Dziadek  cię  potrzebuje!  - 

Dziewczynka  za  mocno  ściągnęła  wodze,  przez  co  Apacz 
niemal stanął dęba. Jake złapał konia za uzdę i zsadził Cassie na 
ziemię. Apacz stał, ciężko dysząc. 

-  Upadł  i  złamał  nogę.  Jesse  z  Cochise'em  zabrali  go  do 

szpitala. Jesse kazał mi ciebie znaleźć. - Trzęsła się z przejęcia i 
strachu.  Nagle  wybuchnęła  płaczem,  a  po  chwili  wisiała  już  na 
szyi ojca. 

-  Jedź.  -  Dani  wyciągnęła  ramiona,  by  wziąć  od  niego 

dziewczynkę.  -  Ja  się  nią  zajmę.  Jeżeli  to  poważna  sprawa, 
będziesz musiał zostać w szpitalu. 

- A twój samolot? 
-  Do  diabła  z  nim!  -  Przytuliła  Cassie  do  siebie.  -  Zawsze 

będzie następny. 

- Zadzwonię ze szpitala. 
Pocałował  ją  i  pogładził  po  ramieniu  dla  dodania  otuchy. 

Potem  wskoczył  na  konia,  który  zaczął  nerwowo  tańczyć  w 
miejscu. Chwilę później galopował w dół po zboczu wzgórza. 

Już raz to przeżył. Oparty o półkę nad kominkiem, wpatrywał 

się  w  migoczące  płomienie.  Dwa  lata  temu  stał  w  tym  samym 
miejscu  i  zastanawiał  się,  czy  dziadek  będzie  kiedykolwiek 

57

RS

background image

 

 

chodził.  Czasem  myślał,  że  im  więcej  dokładał  starań,  by  ich 

życie  było  normalne  i  uporządkowane,  tym  bardziej  tracił  nad 
nim kontrolę. 

Usłyszał ciche kroki Dani. Od razu spostrzegł pod jej oczami 

sine cienie, których przedtem nie było. Rozczulał się nad sobą, a 
ona  bez  słowa  skargi  matkowała  Cassie  przez  cały  dzień  i 
niemal pół nocy. 

- Dobrze się czujesz? - spytał troskliwie. 
- Nieźle. A ty? Wyglądasz jak z krzyża zdjęty, jeśli mam być 

szczera. 

- Jeszcze nie umieram. Co robi Cass? 
-  Śpi.  Nareszcie.  Musiałam  zaklinać  się  na  wszystkie 

świętości, że nie wyjadę bez pożegnania i obudzę ją, gdy tylko 
coś będzie wiadomo o dziadku. 

-  Obudził  się  z  narkozy,  kiedy  wyjeżdżałem.  Teraz  znów 

podali mu środek uspokajający 

1 usnął. 
- Jedziesz tam? 
-  Taki  miałem  zamiar.  -  Potarł  dłonią  po  zaroście 

ocieniającym  twarz.  -  Wróciłem  do  domu,  żeby  się  umyć  i 
chwilę  pobyć  z  Cass.  Właśnie  dzwoniłem  do  szpitala  i  lekarz 
powiedział,  że  moja  obecność  tam  nie  ma  sensu.  Powiadomi 
mnie, jeżeli stan Bustera ulegnie zmianie. 

- Wobec tego weź gorący prysznic. Zostało trochę kurczaka z 

obiadu.  Odgrzeję  zupę.  Piłeś  tylko  kawę  z  automatu  i  ledwo 
trzymasz się na nogach. 

- Masz dobre serduszko, kochanie! 
- Nie próbuj mnie znów prowokować! 
- Cieszę się, że tu jesteś. - Zmęczenie odebrało mu ochotę do 

dalszych  dowcipów.  -  Byłem  spokojny  przynajmniej  o  Cassie. 
Gdyby  nie  twoja  pomoc,  musiałbym  ją  zabrać  do  szpitala,  a  to 
nie  miejsce  dla  dzieciaka.  Ostatnim  razem  bardzo  wszystko 
przeżyła.  Właściwie  miałem  mówić  o  czym  innym.  Dzisiaj 
rano... 

58

RS

background image

 

 

- Nie chcę rozmawiać na ten temat. 
- A ja owszem. - Ujął jej podbródek i podniósł do góry tak, że 

musiała na niego spojrzeć. - To nie było zaplanowane. Wczoraj 
wieczorem  postawiłaś  sprawę  jasno.  Nie  należę  do  mężczyzn, 
którzy odmowę uważają za zachętę do większego wysiłku. 

- Wiem. Płacą mi za to, żebym ciebie znała lepiej niż ty sam. 

Zapomnijmy  o  tym  całym  wydarzeniu.  Złóżmy  wszystko  na 
karb chwilowej utraty świadomości. 

- Nie zgadzam się. Sama... 
-  Jake,  póki  rozważasz  możliwość  poślubienia  Caroline 

Wainwright, stosunki między nami pozostaną raczej oficjalne. - 
Jej  oczy  były  pełne  chłodu  i  rezerwy.  Znów  rozmawiał  z 
przedstawicielką renomowanej agencji.  

- Trochę za późno na to, by udawać, że nic się nie dzieje. Styl 

pani  dyrektor  może  poskutkowałby  w  Toronto,  ale  tutaj  wcale 
na mnie nie działa. 

-  Jake,  proszę...  Nie  najlepiej  sobie  radzę  w  tej  sytuacji.  Z 

reguły  nie  padam  mężczyźnie  w  ramiona  o  ósmej  rano,  niemal 
błagając  go,  by  mnie  kochał.  Na  dodatek  przyjechałam  w 
konkretnym  celu  i  niestety  złamałam  wszelkie  reguły 
postępowania. 

-  Nie  złamałaś.  Po  prostu  nagięłaś  je  trochę.  -  W  jej  głosie 

brzmiała taka rozpacz, że nie mógł powstrzymać śmiechu, który 
na szczęście rozładował trochę atmosferę. 

- Przepraszam za ten wybuch gniewu. 
- To był cholernie ciężki dzień. Żadne z nas nie zachowuje się 

normalnie. Wezmę prysznic. Wspominałaś coś o kanapce... 

-  Jake...  Też  nie  zapomnę  tego,  co  wydarzyło  się  między 

nami. Nie powinnam jednak była na to pozwolić. - Zażenowana 
spuściła  wzrok.  -  Powstała  kłopotliwa  sytuacja  dla  nas  obojga. 
Bardzo mi przykro. 

-  Nie  mam  żadnych  wyrzutów  sumienia.  Poznanie  ciebie  to 

jedyne ważne dla mnie przeżycie od paru lat. Teraz czeka mnie 
już tylko zjazd po równi pochyłej. - Wyszedł z pokoju. 

59

RS

background image

 

 

To  dziwne,  że  z  Darrenem  rozmawiali  godzinami  i  nic 

znaczącego  sobie  nie  mówili,  a  Jake  potrafił  jej  wszystko 
przekazać  jednym  spojrzeniem.  Dlaczego  akurat  z  nim 
porozumiewała  się  nawet  bez  słów?  Całe  popołudnie,  czekając 
na  jego  powrót  lub  telefon,  zastanawiała  się  nad  tym  i  powoli 
zaczynała rozumieć. 

W  czasie  swoich  poszukiwań  sama  wybierała  kandydatów, 

chociaż  utrzymywała  stały  kontakt  z  Caroline.  Czy  to 
rzeczywiście  tak  zaskakujące,  że  ideał,  który  znalazła,  był  jej 
własnym ideałem? 

Po  dokonaniu  tego  odkrycia  od  razu  poczuła  się  lepiej.  Jej 

dziwne zachowanie znaczyło, że całe miesiące ciężkiej pracy nie 
poszły  na  marne.  Musiała  teraz  postarać  się  ułożyć  stosunki  z 
Jakiem  wyłącznie  na  płaszczyźnie  biznesu.  W  końcu  umowa 
dotyczyła  znalezienia  odpowiedniego  męża  dla  Caroline,  a  nie 
testowania towaru. Biedny Jake! Był jeszcze bardziej zagubiony 
niż  ona.  Nie  mógł  zrozumieć,  że  padł  ofiarą  własnej 
doskonałości. 

Kiedy  wszedł  parę  minut  później,  znów  był  podobny  do 

człowieka. Nadal zmęczony, ale przynajmniej wymyty, ogolony 
i czysto ubrany. Choć włożył wiele wysiłku w to, by przygładzić 
włosy,  już  zaczynały  się  skręcać  w  burzę  loków.  Pachniał 
mydłem i szamponem. 

Bez słowa usiadł przy stole i zaczął bawić się łyżką. Postawiła 

przed nim talerz gorącej zupy. 

-  Rosół.  Rosół  z  kluseczkami  -  oznajmiła,  by  wyrwać  go  z 

zamyślenia. 

Spojrzał  na  nią,  jakby  ją  widział  po  raz  pierwszy.  Potem 

powoli odłożył łyżkę. 

- Chciałbym, żebyś została. Tutaj. W Silvercreek. 

 
 
 
 

60

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 

Spojrzała na niego w osłupieniu.

 

-  Nie  poradzę  sobie  -  przyznał.  -  Buster jest w  szpitalu,  więc 

jednocześnie  musiałbym  prowadzić  ranczo  i  zajmować  się 
Cassie. 

-  Chyba  nie  mówisz  tego  poważnie.  Mam  pracę.  Już  teraz 

powinnam siedzieć w Toronto, a nie przygotowywać ci kanapki 
i zupę. Nie mogę tak po prostu... 

- Do cholery, zabiorą mi Cass! Taka sytuacja jest wymarzona 

dla tej babki z opieki społecznej. 

- Ale... 
-  Potrzebuję  trochę  czasu.  -  Wziął  ją  za  rękę  i  delikatnie 

przyciągnął  do  siebie.  -  Jeżeli  poznałaś  mnie  chociaż  trochę  w 
ciągu tych dwóch dni, to na pewno wiesz, że niełatwo mi prosić 
o  pomoc.  Zostań  tylko,  póki  nie  znajdę  dobrej  gosposi. 
Najwyżej tydzień... 

Powinna  odmówić.  Obróciła  się  na  pięcie  i  stanęła  przy 

zlewie, próbując zebrać myśli. 

-  Proszę...  -  usłyszała  za  plecami.  Położył  dłonie  na  jej 

ramionach. 

- Pod jednym warunkiem - wykrztusiła w końcu. 
- Jakim? - Jego oddech musnął jej szyję. 
- Że nie będzie podobnych sytuacji! 
-  A  co  my  takiego  robimy,  kochanie?  -  Z  trudem  tłumił 

uśmiech. 

- Jake, wysłuchaj mnie! - oznajmiła ostrzegawczo. - Na razie 

myślisz o  ślubie  z  Caroline  Wainwright,  więc jesteś  całkowicie 
poza  sferą  moich  zainteresowań.  To,  co  czujemy,  jest  tylko 
pewnym  złudzeniem,  kombinacją  wzajemnej  atrakcyjności 
seksualnej, stresu, sprzyjających warunków, może i samotności, 
a  nawet  zaciekawienia.  Na  dodatek  działa  tu  jeden  z 
najskuteczniejszych 

afrodyzjaków, 

mianowicie 

brak 

zobowiązań. 

61

RS

background image

 

 

- Kurczę, ty naprawdę potrafisz być brutalna! 
- Roześmiał się po chwili. 
- Ale mam rację. Przyznaj się. Pociągam cię, bo ci w niczym 

nie zagrażam. Nie zgłupieję po paru dniach i nie zażądam, żebyś 
się  ze  mną  ożenił.  Nie  będę  miała  życzeń,  których  ty  nie 
mógłbyś spełnić, przez co sfrustrowana trzasnęłabym ze złością 
drzwiami  i  uciekła  do  Toronto.  Podziękowałabym  ci  tylko  za 
wspaniałe  wspomnienia,  wróciła  do  siebie  i  nigdy  byś  o  mnie 
więcej nie usłyszał. 

-  Wolałbym,  żeby  to  się  nie  stało.  -  Pochylił  się  i  dotknął 

ustami  jej  warg.  -  Wygrałaś.  Będę  uważał  siebie  za  człowieka 
prawie żonatego i zadbam o stosowne zachowanie. 

Tak szybka kapitulacja wzbudziła w niej podejrzenia. 
- Zostań, jeżeli nie dla mnie, to dla Cassie 
-  nalegał.  -  I  dla  Bustera.  Przynajmniej  spokojnie  poleży  w 

szpitalu.  

-  Wystarczy!  Jesteś  chyba  najgorszym,  manipulującym, 

podstępnym... 

- Czy to znaczy, że się zgadzasz? 
- Dla Cassie i Bustera.  Daję ci tydzień, a właściwie pięć dni. 

Potem będziesz musiał sobie radzić sam. 

- Powiem ci szczerze, że kamień spadł mi z serca. Tkwiłem w 

tym  łóżku  i  cały  czas  myślałem,  jak  Jake  zajmie  się  Cassie, 
mając  na  głowie  Silvercreek.  Już  chciałem  dać  nogę,  ale 
przywiązali  mnie  do  tej  machiny.  -  Buster  ruchem  głowy 
wskazał  skomplikowaną  konstrukcję  z  krążków  i  linek.  -  To 
nowy  gadżet,  który  na  mnie  wypróbowują.  Wprost  uwielbiają 
bezkarnie maltretować starych, bezbronnych ludzi. 

Z trudem zachowała powagę. Trudno było spotkać kogoś, kto 

z  bezradnością  miałby  tak  niewiele  wspólnego,  jak  Buster 
Greaves. Już od windy Cassie, Jake i ona słyszeli jego donośny 
głos.  Lekarz  i  grupa  praktykantów  stali  z  szeroko otwartymi  ze 
zdumienia  oczami,  a  dziadek  w  barwnej  i  dosadnej 

62

RS

background image

 

 

angielszczyźnie tłumaczył im, co myśli o świecie medycyny i jej 
podejrzanych praktykach. 

-  Kiedy  wracasz  do  domu?  -  Cassie  przewiesiła  się  przez 

poręcz  łóżka,  z  niepokojem  patrząc  na  kroplówki  i  plątaninę 
przewodów. 

-  Niedługo,  złotko.  -  Buster  pogłaskał  ją  po  głowie.  -  Ci 

szarlatani  chcą  się  upewnić,  że  ich  druciki  będą  trzymały  moje 
kości. Potem pozwolą mi wyjść. 

-  Poza  tym,  że  podobno  nie  okazują  ci  należytego  szacunku, 

to jak cię traktują? - spytała rozbawiona Dani. 

- Jak kalekę, do cholery! - burknął. - Nie robić tego, nie robić 

tamtego.  Widziałaś  tę  gromadkę.  Żaden  z  nich  nie  dorósł  do 
tego,  by  się  golić.  Doktor  przyprowadził  ich,  by  zdobyli 
doświadczenie  w  geriatrii.  Doświadczenie  w  geriatrii!  Już 
miałem im pokazać, co to geriatria. 

- Zniosłeś operację jak dwudziestolatek - powiedziała Dani. - 

Jeżeli  wszystko  będzie  dobrze,  wrócisz  do  domu  pod  koniec 
miesiąca. 

Ale nie na własnych nogach, dodała  w myślach.  Buster też o 

tym  wiedział.  Miną  całe  tygodnie,  nim  pogruchotane  kości  się 
zrosną.  Dopiero  po  długotrwałej  i  bolesnej  rehabilitacji  będzie 
mógł myśleć o samodzielnym chodzeniu. 

- Nie wiem, czy wytrzymam - mruknął ponuro. 
-  Dlaczego  po  prostu  nie  korzystasz  z  tego,  co  masz?  - 

zachęcał go Jake. - Leż i pozwól innym ci usługiwać. 

-  Gdybyś  wisiał  tutaj  związany  jak  szynka  do  wędzenia,  w 

rozciętej z tyłu koszuli, która powiewa i odsłania cztery litery, to 
wcale nie czułbyś się tak rozkosznie zrelaksowany! 

- Podpiszę porozumienie - oznajmił cicho Jake. 
- Jakie porozumienie? - dopytywał się Buster. 
- Z Dani. 
- Nareszcie się żenisz! 
- Ale nie z nią, tylko z jej klientką.  

63

RS

background image

 

 

- Mhm... - Dziadek spojrzał badawczo na Dani. - Dlaczego nie 

wyjdziesz za niego?  To  naprawdę  marnotrawstwo,  oddawać  go 
drugiej. Mogłabyś trafić sto razy gorzej. 

- Wiem, ale w tej chwili nie szukam męża 
- powiedziała z uśmiechem, unikając wzroku Jake'a. 
-  Masz  szansę  zdobyć  wspaniałą  kobietę,  tylko  musisz 

rozegrać to dobrze - pouczał go Buster. - Zalecaj się tak, jak cię 
uczyłem, a może zmieni zdanie. 

- Buster! - uciszała go Dani ze śmiechem. 
-  Z  mojego  polecenia  powinni  cię  zatrudnić  w  ManHunters 

Incorporated jako swatkę. Masz upór, którego ta praca wymaga. 

-  Próbuję  zdobyć  najlepszą  partię  dla  wnuka,  to  wszystko  - 

zaprotestował. Raptem jego spojrzenie powędrowało do drzwi, a 
twarz rozjaśnił uśmiech. 

Do  pokoju  weszła  elegancka  i  atrakcyjna  kobieta.  Miała  już 

sporo  ponad  pięćdziesiąt  lat,  uduchowioną  twarz  i  spokojne 
niebieskie oczy. 

- Cześć, pani Wilson - powitała ją radośnie Cassie. - Przyszła 

pani odwiedzić dziadka? 

-  Cześć!  Chciałam  go  trochę  podtrzymać  na  duchu.  - 

Pochyliła się i cmoknęła Bustera w policzek. 

-  Tatusiu, pani  Wilson  jest  po  prostu...  Jake  objął ją  mocno  i 

dłonią zasłonił jej usta. 

Potem  przykucnął,  by  jej  coś  wytłumaczyć  na  ucho.  Oczy 

Cassie robiły się coraz większe. W końcu energicznie pokiwała 
głową.  Wtedy  ją  puścił,  a  Cassie  w  zamyśleniu  obserwowała 
nauczycielkę. 

- Pani musi  być  tą  słynną  Dani  Ross.  -  Beth uśmiechnęła  się 

ciepło.  -  Chyba  paliły  panią  uszy  przedwczoraj  wieczorem. 
Cassie  i  Buster  nie  mówili  o  niczym  innym,  tylko  o  nowej 
kobiecie w życiu Jake'a. 

- Miło mi panią poznać. - Dani była zmieszana.  
-  Jake opowiadał  mi,  jak  pani świetnie  pracuje  z dziećmi. Ta 

sztuka, którą wystawiacie, bardzo mnie zaciekawiła. 

64

RS

background image

 

 

-  Okazało  się,  że  wymaga  więcej  pracy, niż myślałam. Może 

w przyszłym roku skorzystałabym z pani pomocy. Potrzebny mi 
ktoś z takim talentem do szycia kostiumów. 

- Przykro mi, ale niestety muszę wracać do Toronto. 
-  Och,  przepraszam.  Myślałam,  że  pani  i  Jake...  To  znaczy, 

dano mi do zrozumienia... Buster mówił... 

-  Proszę  mnie  nie  przepraszać.  Ja  też  całkowicie  tracę 

orientację, gdy jestem z tą trójką. Przyjechałam tylko na krótko. 
Jestem... przyjacielem domu. 

-  Bardzo  bliskim  przyjacielem  -  dodał  Jake,  bezczelnie 

puszczając do niej oczko. 

- Powinniśmy chyba pójść - powiedziała stanowczo. 
- Musimy już spadać? - Cassie spojrzała na Jake'a. 
- Iść, nie spadać, kruszynko. Przyjdziemy jutro.  
-  Do  widzenia,  dziadku.  Szkoda,  że  nie  wracasz  z  nami.  - 

Cassie mocno objęła Bustera. 

- Ja też żałuję, mileńka. - Pocałował ją w policzek.  
- Słuchajcie się Dani, zrozumieliście? 
Jake  wziął  Cassie  na  barana.  Pisnęła  z  zachwytu  i  na  chwilę 

przynajmniej  zapomniała  o  tym,  że  Buster  musi  zostać  w 
szpitalu. Dani ruszyła za nimi do drzwi. Pod wpływem impulsu 
cofnęła się, by pocałować Bustera. 

- Dbaj o siebie i nie podrywaj pielęgniarek. 
- Opiekuj się moim wnukiem, póki tu jestem, dobrze? 
-  Przyrzekam.  -  Uścisnęła  jego  powykręcane  reumatyzmem 

palce. - Nie martw się o nich. 

- Jesteś dobrą kobietą. - Patrzył jej prosto w oczy. - Powinnaś 

się zastanowić nad tym, co mówiłem. 

- Z uporem trwasz przy swoim. - Pąsowa z zażenowania, Dani 

zwróciła  się  do  Beth:  -  Miło  mi  było  poznać  panią.  Życzę 
sukcesu w dniu premiery. 

- Ależ chyba obejrzy pani nasze przedstawienie? 
- No, nie wiem, czy... 

65

RS

background image

 

 

-  To  już  w  przyszłym  tygodniu.  Rozmawiałam  z  lekarzami. 

Pozwolą  mi  wziąć  Bustera  na  wózku  inwalidzkim.  Gdyby 
jeszcze pani przyszła... - Uśmiech zniknął z jej twarzy. - Cassie 
tęskni  za  matką.  Inne  dzieci  niekiedy  dokuczają  jej  z  tego 
powodu. Udaje tylko, że ją to nic nie obchodzi. Proszę mnie źle 
nie zrozumieć,  ale  dzięki  pani  obecności  ten wieczór  na pewno 
utkwiłby  jej  w  pamięci.  Niekiedy  robię  się  nachalna.  Mam 
nadzieję, ze mi pani wybaczy. 

-  Hej,  Dani!  Tata  ma  kupić  lody!  Chodź  szybko!  -  wołał 

Cassie z głębi korytarza. 

- Obiecuję, że się postaram. Do jutra, Buster. 
-  A  więc,  jak  oceniasz  sytuację?  Ma  do  niego  słabość,  czy 

nie?  -  Jake  nalał  sobie  gorącej  kawy  i  przyszedł  z  kubkiem  w 
ręku do kuchennego stołu. 

-  Czy  miałbyś  coś  przeciwko  temu,  gdyby  to  była  poważna 

sprawa? - Dani uniosła głowę znad obieranych kartofli. 

-  Dlaczego?  Oczywiście  musielibyśmy  wiele  zmienić  w 

naszym życiu, ale Busterowi należy się trochę szczęścia. 

- Właściwie to on cię wychował. 
- Matka miała szesnaście lat, kiedy mnie urodziła. Czy Buster 

powiedział  ci,  skąd  mam  takie  nazwisko?  -  Dani  pokręciła 
przecząco  głową.  -  Mój  ojciec  pochodził  z  Montany. 
Występował  w  rodeo,  które  przyjechało  ze  Stanów  tylko  na 
weekend.  Chyba  spotkała  go  tylko  jeden  raz.  Potem  latami 
chodziłem  na  każde  rodeo  w  Cariboo,  mając  nadzieję,  że 
spotkam  Montanę  Jacka.  Bezskutecznie.  I  chyba  dobrze  się 
stało.  Wątpię,  czy  by  wpadł  w  zachwyt,  gdyby  jakiś  chudy 
wyrostek podszedł i nazwał go tatusiem. 

- A twoja matka? 
-  Byłem  zbyt  mały,  żeby  pamiętać  szczegóły.  Stosunki 

miedzy Busterem i moją matką nie układały się zbyt dobrze.  

- Zaśmiał się cicho. 
 

66

RS

background image

 

 

-  Matka  była  bardzo  do  niego  podobna.  Uparta,  zawzięta  i 

dumna.  Pewnego  dnia,  kiedy  miałem  już  pięć  lat,  nie 
wytrzymała i po prostu poszła sobie. 

- Pisała do was? 
-  Po  paru  latach  Buster  dostał  list  z  Los  Angeles.  Otrzymała 

niewielką  rólkę  w  filmie  i  miała  mnie  zabrać,  gdy  tylko  coś 
zarobi.  Sześć  miesięcy  później  policja  zawiadomiła  nas,  że 
zginęła  w  wypadku  samochodowym.  Buster  całkowicie 
poświecił się wychowywaniu mnie, jakby chciał odkupić swoje 
winy wobec córki. 

-  Często  właśnie  w  rodzinie  sprawiamy  sobie  nawzajem 

najwięcej bólu... 

- Twoja rodzina chyba należała do normalnych... 
-  Tak,  jeżeli  w  ogóle  istnieje  jakaś  norma.  Mój  ojciec  jest 

farmerem  i  zapalonym  działaczem  politycznym.  Zawsze 
kandyduje  do  władz  lokalnych.  Od  czasu  do  czasu  wygrywa. 
Matka  bardzo  interesuje  się  ekologią.  Z  dumą  wspomina  noc 
spędzoną  w  areszcie  po  demonstracji  przed  fabryką  sztucznych 
nawozów. 

- Wspominałaś, że się rozwiedli... 
-  Trzech  starszych  braci  i  siostra  przyjęli  to  ze  spokojem. 

Młodszy  brat,  Kevin  i  ja  byliśmy  całkowicie  zaskoczeni.  Nie 
miałam  w  ogóle  pojęcia,  że  na  to  się  zanosi.  Mama  odczekała, 
póki  Kevin  nie  zaczął  studiować.  Wtedy  spakowała  manatki  i 
wyprowadziła się. 

- A ojciec nadal mieszka na farmie? 
-  Tak.  Za  bardzo  kocha  ziemię,  by  zmienić  zajęcie.  Mama 

wynajęła  mieszkanie  w  Regina  i  pracuje  w  sklepie  rzemiosła 
artystycznego.  Z  trudem  ją  rozpoznaję.  Zeszczuplała,  nie  ma 
siwych  włosów,  zmieniła  uczesanie  i  garderobę.  Bez  wątpienia 
jest teraz szczęśliwa. - Westchnęła. 

- Tylko... nie wiem... Zawsze myślałam, że będą razem. 
- Chyba jesteś bardzo zżyta ze swoim rodzeństwem? 

67

RS

background image

 

 

-  Trudno  powiedzieć.  Niewątpliwie  jednak  rozumiemy  się 

teraz  znacznie  lepiej  niż  w  dzieciństwie.  Moje  rodzeństwo  to 
dwóch farmerów, dentysta, prawnik i inżynier chemik. 

- I ty. Łowca specjalistów oraz swatka. 
-  Łowca  specjalistów.  Jak  tylko  wykonam  to  zlecenie, 

rezygnuję ze swatania na zawsze. 

- Dlaczego? Jesteś w tym bardzo dobra. Znalazłaś mnie. 
- Dla innej kobiety. 
-  Prawda.  -  Spoważniał.  Przed  nim  leżał  folder  z  biografią 

Caroline i kontrakt małżeński. 

- Co ja właściwie podpisuję? 
- Oświadczenie, że wiesz, kogo reprezentuję, wyrażasz zgodę 

na  małżeństwo  i  dajesz  mi  pełnomocnictwa,  bym  występowała 
w twoim imieniu, kiedy wrócę i spotkam się z Wainwrightami. 

- A więc to by wszystko załatwiło? 
- Wahasz się? 
- A ty? 
- Co - ja? 
-  Masz  wątpliwości?  Może  właśnie  ty  powinnaś  wyjść  za 

mnie?  

- Rozmawiałeś z Busterem, tak? 
- Ma trochę racji. Dobraliśmy się jak w korcu maku. 
-  Z  małym  zastrzeżeniem.  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru 

wyjść  za  mąż.  -  Powiedziała  to  tak  gwałtownie,  że  spojrzał  na 
nią z uwagą. Wstała i podeszła do kuchni. 

- Ostatni moment na zmianę decyzji. 
-  Podpisz  w  końcu  te  cholerne  papiery!  Jake  westchnął 

głęboko i postawił pióro na 

kropkowanej  linii.  Dani  zaczęła  wyglądać  przez  okno.  Nie 

mogła opanować poczucia beznadziejności. 

- Już? - spytała w końcu. 
Jego  twarz  była  nieprzenikniona.  Bez  słowa  podał  jej  stertę 

dokumentów. Uśmiechnęła się z wymuszoną wesołością. 

68

RS

background image

 

 

-  Ostateczny  wybór  należy  oczywiście  do  Caroline.  Chyba 

jednak  posłucha  moich  rad.  Zaraz  do  niej  zadzwonię.  - 
Zamilkła,  bo  zauważyła,  że  mówi  zbyt  szybko,  wysokim, 

łamiącym się głosem. 

Choć z własnej woli podpisał porozumienie, już żałował, że to 

zrobił.  Jeden  wewnętrzny  głos  pochwalał  jego  decyzję,  a  drugi 
domagał się... czego? Zadawał sobie to pytanie, obserwując, jak 
Dani  ponownie  czyta  kontrakt.  Była  znacznie  bledsza  niż 
zwykle.  Ich  oczy  spotkały  się.  Zaczęła  gorączkowo  układać 
swoje  papiery.  Gdy  wstała,  Jake  również  zerwał  się  z  krzesła. 
Złapał ją za ramię i odwrócił twarzą ku sobie. Bez słowa rzuciła 
mu się w ramiona. Objął ją mocno, a twarz ukrył w jej włosach. 
Nie mógł wyznać jej miłości, bo nawet nie wiedział, czym jest. 
Na dodatek podpisał kontrakt z inną. 

- Jake... Nie powinniśmy... przyrzekaliśmy sobie... 
-  Wiem.  Ale  całą  drogę  ze  szpitala  siedziałaś  tak  blisko. 

Myślałem tylko o tym, by wziąć cię w ramiona. 

- Jake, to szaleństwo! 
Całował ją do utraty tchu, choć wiedział, że postępuje jak ktoś 

niespełna  rozumu.  W  każdej  chwili  na  progu  mogła  stanąć 
Cassie.  Głód  mógł  przygnać  do  domu  Cochise'a  i  Jesse'a. 
Przytulał ją tak mocno, jakby od siły jego ramion zależało jego 

życie. Wyprężyła się i przylgnęła do jego ciała. 

Ktoś chrząknął. 
Dani szybko otworzyła oczy. Jake niechętnie rozluźnił uścisk. 

Było już za późno, by udawać, że nic się nie działo. Nie widział 
powodu do pośpiechu. 

- Do jasnej cholery, czy... Ach, to pani! 
- Pukałam, ale nikt nie odpowiadał. 
- Byłem zajęty. 
-  Zauważyłam.  -  Spojrzała  znacząco  na  Dani,  a  potem  jej 

krytyczny wzrok omiótł całą kuchnię. 

-  Chyba  nie  miałam  przyjemności  poznać  pani  -  powiedziała 

Dani najbardziej oficjalnym, zawodowym głosem. 

69

RS

background image

 

 

- Claudia Schefer z wydziału socjalnego - przedstawił ją Jake, 

nim zdążyła zrobić to sama.  

-  Nie  wiedziałam,  że  wydział  zezwala  pracownikom  na 

wchodzenie  bez  zaproszenia  do  prywatnego  mieszkania  - 
oznajmiła Dani z taką pewnością siebie, że Jake spojrzał na nią 
zaskoczony. 

-  Ciężarówka  pana  Montany  stoi  na  zewnątrz  i  drzwi  były 

otwarte...  -  Twarz  Claudii  przybrała  nieładny  różowy  odcień. 
Wzruszyła  ramionami  i  zwróciła  się  do  Jake'a:  -  Słyszałam,  że 
pana dziadek jest w szpitalu. Jak się czuje? 

- Pani sama jeszcze tego nie sprawdziła? 
-  Podobno  nie  wraca  do  domu  przez  następne  dwa  lub  trzy 

tygodnie, a potem będzie musiał pozostawać w łóżku lub wózku 
inwalidzkim.  Jest  mało  prawdopodobne,  by  pan  Greaves 
kiedykolwiek mógł poruszać się bez pomocy. 

-  Wiem.  Nie  musiała  pani  przyjeżdżać,  żeby  mnie  o  tym 

poinformować. 

Triumfalny  uśmiech  pani  Schefer  uświadomił  Dani,  że  u 

podłoża  jej  nieporozumień  z  Jakiem  wcale  nie  leży  polityka  jej 
wydziału czy troska o Cassie. 

- Czy możemy pani w czymś pomóc?- spytała szybko. 
Patrzyły na siebie przez dłuższą chwilę. Raptem Dani odkryła, 

o  co  chodziło  w  tej  grze.  Pani  Schefer  lubiła  pokazać,  kto  ma 
władzę.  Próbowała  zdominować  Jake'a,  ale  on  na  to  nie 
pozwolił. Nie mogła puścić płazem takiej zniewagi. 

- Czy mogę wiedzieć, kto... 
Claudia  nie  dokończyła  pytania,  bo  w  tym  momencie  drzwi 

otworzyły  się  z  hukiem  i  do  pokoju  wpadła  Cassie.  Na  głowie 
miała indiański pióropusz z krawata Jake'a i par tuzinów gęsich 
piór. Męska koszula, w którą się ubrała, zwisała smętnie wokół 
jej  zabłoconych  łydek.  Za  pasek  zatknęła  finkę,  a  w  ręku 

ściskała  łuk  i  strzały.  Jej  twarz  pokrywały  wojenne  znaki 
namalowane czerwoną plakatówką. 

- Co u ciebie, Cassie? - spytała przymilnie Claudia. 

70

RS

background image

 

 

- Nic - szepnęła dziewczynka. Nagle zrobiła się jakaś dziwnie 

mała i bezbronna. 

-  Czas  na  kolację  -  powiedziała  Dani  z  uśmiechem 

obliczonym na to, by ją uspokoić. - Skończ zabawę. Twoje ręce 
aż proszą się o mydło i wodę. To samo dotyczy buzi. 

- Nigdzie z tobą nie pójdę - oznajmiła głośno Cassie, omijając 

dookoła Claudię. 

-  Nikt  cię  nie  zabiera.  -  Jake  objął  ją  ramieniem  i  popchnął 

delikatnie  w  stronę  drzwi  łazienki.  -  Zrób,  co  ci  każe  Dani. 
Umyj się przed kolacją. 

- Nie wiem, czy  postępuje pan rozsądnie, zapewniając córkę, 

że nikt jej nie weźmie, kiedy to może okazać się konieczne. Dla 
jej  dobra,  oczywiście.  Powinien  pan  porozmawiać  z  nią  na  ten 
temat. 

Cassie  rzuciła  rozpaczliwe  spojrzenie  w  stronę  Jake'a.  Dani 

uklękła przed nią i wzięła ją w ramiona. 

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała cicho.  
- Obiecujesz? 
-  Obiecuję.  Buzię  i  ręce,  pamiętaj!  -  Pewność  w  głosie  Dani 

uspokoiła  ją.  Uśmiechnęła  się  niepewnie  i  poszła.  Gdy  tylko 
zniknęła  za  drzwiami,  Dani  wybuchnęła:  -  Co,  do  diabła,  pani 
wyprawia?! Kto dał pani prawo pastwić się nad tą rodziną? Nie 
wiem, jak pani zdobyła tę pracę, ale zamierzam złożyć zażalenie 
i to u najwyższych władz. Pani zachowanie woła 

0 pomstę do nieba! 
- Dani... - Jake usiłował ją powstrzymać. 
-  Mam  wszelkie  uprawnienia  -  stwierdziła  sucho  Claudia.  - 

Moim zadaniem jest zapewnienie dziecku... 

-  Odkąd  to  pani  zadaniem  jest  wykorzystywać  urząd  w  celu 

zastraszania  ludzi?  -  przerwała  jej  Dani.  Posunęła  się  już  tak 
daleko, że teraz nie było mowy o odwrocie. 

-  Może  by  pani  łaskawie  powiedziała,  kim  jest  i  co  panią 

łączy z panem Montana? - Claudia uśmiechnęła się słodko. 

- To nie pani interes - zaprotestował oburzony Jake. 

71

RS

background image

 

 

-  Wprost  przeciwnie  -  z  wyższością  w  głosie  oznajmiła 

Claudia.  Szykowała  się  do  zadania  ostatecznego  ciosu.  - 
Wydział  nie  interesuje  się  pana  życiem  seksualnym,  ale 
oczekuje  z  pana  strony  zachowania  pewnej  dyskrecji. 
Mężczyzna,  który  sprowadza  dziewczyny  do  domu,  daje 
dzieciom moralnie wątpliwy przykład. 

- Nie jestem dziewczyną Jake'a - wtrąciła Dani. 
- Nie? - Claudia uniosła brew. - A kim? 
-  Nazywam  się  ...  -  Dani  zamilkła.  Gorączkowo  szukała 

wyjścia  z  kłopotliwej  sytuacji.  -  Nazywam  się  Danielie 
Montana. Jestem... żoną Jake'a. 

 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

72

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Claudia była tak zaskoczona, że wyglądała niemal komicznie. 

W  końcu  otrząsnęła  się  z  wrażenia,  jakie  wywarła  na  niej 
niespodziewana  wiadomość,  ale  ta  chwila  pozwoliła  Jake'owi 
zebrać  myśli.  Podszedł  do  Dani,  objął  ją  i  uśmiechnął  się 
dumnie jak młody żonkoś. 

-  Cóż  za  nowina!  -  jęknęła  Claudia.  -  Kiedy  odbyła  się  ta 

radosna uroczystość? 

- Tydzień temu - skłamał. - Bez większego rozgłosu... 
- No... wobec tego, nie ma sensu, żebym tu dłużej zostawała. - 

Patrzyła na nich z nie ukrywaną wrogością. 

- Pani wizyta była czystą przyjemnością - zapewnił ją Jake.  
- Pozwoli pani, że wskażę wyjście. 
-  Dziękuję.  Nie  trzeba.  -  Wyprostowana  jak  struna 

przemierzyła pokój. Z hukiem zamknęła za sobą drzwi. 

- Nie wierzę, że to powiedziałam - szepnęła Dani. 
- Ale masz refleks! - Jake uśmiechnął się z podziwem.  
-  Danielle  Montana!  Ta  baba  miała  ochotę  zapaść  się  pod 

ziemię. 

- A co będzie, jeżeli zacznie wypytywać w okolicy? 
- Nie ma powodu, żeby sprawdzać. Ludzie często biorą ciche 

śluby. Zresztą niedługo będę rzeczywiście żonaty. 

- Jak wytłumaczysz różnicę między obiema żonami? 
- Nie muszę. Nawet gdyby chciała zrobić z tego sprawę, i tak 

nic nie wskóra. - Jake uśmiechnął się. - Wiesz, stanęłaś między 
mną i nią zupełnie jak lwica broniąca rodziny. 

-  Nieprawda!  -  Już  w  momencie  kiedy  to  mówiła,  wiedziała, 

że  miał  rację.  -  No,  może  rzeczywiście  dałam  się  ponieść 
emocjom. 

- Pierwszy raz ktoś o mnie tak walczył. Zawsze byłem razem 

z Cass przeciw całemu światu. Mieliśmy tylko Bustera po naszej 
stronie. Nikomu na nas nie zależało. 

- Mnie zależy - szepnęła Dani. 

73

RS

background image

 

 

- Tak? Dani, ja... 
-  Czy  już  sobie  poszła,  tatusiu?  -  Czar  prysł.  Dłonie  Jake'a 

zsunęły  się  z  ramion  dziewczyny.  -  Pomóc  nakryć  do  stołu?  - 
Cassie patrzyła na nich pytającym wzrokiem. 

- Oczywiście, ale miałaś przecież umyć buzię. 
- Już to dawno zrobiłam. 
Dani  wybuchnęła  śmiechem.  Biel,  okalająca  oczy  i  usta 

dziewczynki,  kontrastowała  z  jaskrawą  czerwienią  reszty 
twarzy. 

-  Nie  chcę  zniszczyć  tych  wojennych  malunków.  Zrobił  je 

Cochise.  Każdy  zawijas  to  brzydkie  słowo  w  języku  Czarnych 
Stóp. 

- Każdy zawijas będzie brzydkim słowem po angielsku, jeżeli 

nie przestaniesz dyskutować - spokojnie oznajmił Jake. 

Odeszła, mamrocząc ze złością pod nosem. 
-  Jeszcze  tego  brakowało!  Przekleństwa  w  języku  Czarnych 

Stóp... 

- Na szczęście nikt by ich nie zrozumiał. 
-  Cieszę się,  że  zostałaś z  nami  w  czasie, gdy dziadek jest  w 

szpitalu.  -  Cassie  usiadła  na  dużym  stole  kuchennym  i  majtała 
nogami. - A ty, tatusiu? 

- Nie zgodziłbym się na żadne inne rozwiązanie. 
Nie  odrywał  wzroku  od  pisma  rolniczego.  Cały  wieczór  był 

pochłonięty  lekturą  i  Dani  zadawała  sobie  pytanie,  czy  tak  go 
ciekawiły  artykuły,  czy  szukał  usprawiedliwienia,  by  nie 
pomagać  Jesse'owi  i  Cochise'owi,  którzy  pracowali  poza 
domem. 

-  Podobno  staw  będzie  jutro  oczyszczony  -  zauważyła.  W 

skupieniu ozdabiała cekinami kostium Cassie. 

-  I  całe  szczęście!  Te  cholerne  kaczki  ciągle  plączą  się  pod 

nogami! 

Dani  stłumiła  śmiech.  Kaczki  Bustera  wpędzały  Jake'a  w 

rozdrażnienie.  To  samo  dotyczyło  tuzina  kur  niosek  i  czterech 
pokaźnych gęsi. 

74

RS

background image

 

 

-  To  ranczo  hodowlane,  a  nie  jakaś  cholerna  kurza  ferma!  - 

wtrąciła Cassie, imitując głos ojca. 

Spojrzał  na  nią  groźnie, ale  całkowicie  go  zignorowała. Dani 

zachichotała i również naraziła się na niemą reprymendę. 

-  Przyrzekałaś  nie  używać  brzydkich  słów  -  przypomniała 

dziewczynce. 

- Przepraszam. - Cassie wierciła się zakłopotana. 
Dani  spostrzegła  rozbawienie  Jake'a  i  uśmiechnęła  się  z 

satysfakcją.  Dlaczego  była  z  siebie  aż  tak  zadowolona? 
Dlaczego tak szybko przywykła do życia w Silvercreek? 

Jake  zawsze  wstawał  pierwszy.  Kiedy  schodziła  do  kuchni, 

czekał  na  nią  kubek  gorącej  kawy.  Robiła  śniadanie  dla 
wszystkich  domowników  sama  albo  razem  z  nim.  Zgłodniali 
Cochise i Jesse zjawiali się w kuchni punktualnie o siódmej. 

Wieczorami  było  więcej  czasu.  O  szóstej  jedli  kolację.  We 

trójkę  sprzątali  i  zmywali.  Potem  Jake  często  słuchał  muzyki  z 
płyt i czytał książki. Dam i Cassie kończyły kostium anioła lub 
powtarzały  rolę.  Później  Cassie  szła  spać  i  reszta  wieczoru 
należała do nich. 

Przeważnie  rozmawiali.  Godziny  mijały  niezauważalnie.  W 

końcu ogień w kominku wygasał, co przypominało im o późnej 
porze. Żegnali się u stóp schodów prowadzących na piętro. Dani 
zaczynała wchodzić na górę, a wtedy Jake delikatnie przyciągał 
ją  do  siebie,  by  ją  pocałować.  Bez  słowa  wymykała  się  z  jego 
ramion  i  oboje  szli  do  swoich  sypialni.  Były  to  zawsze 
wyjątkowe chwile, pełne smutku i czułości. 

- Jeszcze kawy? 
Głos Jake'a sprowadził ją na ziemię. Kiwnęła głową.  
-  Zastanawiam  się,  jak  przymocować  skrzydła,  żeby  nie 

opadały. 

- Proponuję sznurem do snopowiązałki. 
- Z pewnością dodałoby to autentyczności -stwierdziła sucho. 

- Sztuka nosi tytuł „Niebiosa kochają małe kowbojki". 

75

RS

background image

 

 

-  Miałam  dostać  główną  rolę,  ale  pani  Wilson  doszła  do 

wniosku, że lepiej nadaję się na aniołka. - Wyraz twarzy Cassie 

świadczył ojej niezadowoleniu z tej decyzji. - Przynajmniej nie 
jestem trollem jak ten idiota Robby Jacobsen. 

-  Czy  to,  co  mówisz,  nie  jest  przypadkiem  hormonalną 

hiperbolą? 

- Hormonalnym czym?! - Cassie zmarszczyła nos. 
-  Przesadą  -  tłumaczyła  z  uśmiechem  Dani.  -  My,  kobiety, 

często  w  nią  wpadamy,  gdy  poznajemy  mężczyznę,  z  którym 
niezbyt wiemy, co robić. 

-  Ja  wiem,  co  chciałabym  zrobić  z  Robbym  Jacobsenem! 

Wczoraj  podszedł  mnie  i  ukradł  mój  rysunek.  Na  dodatek  nie 
chciał oddać, póki go nie pocałuję. 

- Ile lat ma ten dzieciak? - zainteresował się Jake. 
- Jake... - uspokajała go Dani. -1 co, pocałowałaś go? 
- Coś ty! Walnęłam go w nos, że popamięta! 
-  Prawdziwa  miłość  nie  zawsze  ma  dobry  początek. 

Następnym  razem  uśmiechnij  się  słodko  i  powiedz,  że 
wolałabyś pocałować żabę niż trolla. Potem postępuj, jakby nic 
między  wami  nie  było.  Za  tydzień  będzie  cię  błagał  o 
zmiłowanie. 

-  Wolę  mu  dołożyć  -  mruknęła  Cassie.  Popatrzyła  badawczo 

na Dani. - Lubisz się całować? 

- Ja... Mhm... Przeważnie... - Dani ukłuła się igłą i teraz ssała 

palec, unikając zaciekawionego spojrzenia Jake'a. - To zupełnie 
przyjemne,  ale  należy  mieć  więcej  niż  sześć  lat.  Trzeba 
dorosnąć. 

- Jak do biustonosza? 
- Do czego? - spytał Jake ze zdumieniem. 
- Do biustonosza. Wiesz, co to jest, tatusiu. To ta rzecz, którą 

się wkłada... 

-  Wiem,  wiem.  Nie  musisz  mi  tłumaczyć  -  zapewnił  ją 

pośpiesznie.  -  Nie  słyszałem  tego  słowa  już  chyba  od  stu  lat. 
Teraz mówi się po prostu stanik. 

76

RS

background image

 

 

- Może. Ten głupi Robby Jacobsen twierdzi... 
-  Zabiję  tego  dzieciaka  -  syknął.  -  Teraz rozumiem, dlaczego 

ojcowie zamykają nastoletnie córki w klasztorach. 

- Im starsze, tym jest gorzej - ze słodyczą w głosie oznajmiła 

Dani. 

-  Lubisz,  jak  tatuś  cię  całuje?  -  Cassie  patrzyła  na  Dani  z 

ciekawością. 

- Hm... 
- Widziałam was wczoraj. Wyglądałaś na zadowoloną. 
- No cóż... - Dani westchnęła. 
- A więc, pani Ross? - dopytywał się Jake. 
- Czy już nie pora, żebyś poszła do łóżka? - Szukała ratunku 

w zmianie tematu. 

- Najpierw moje pytanie. Mam rację tatusiu, prawda?  
- Oczywiście. Mnie też interesuje odpowiedź. 
-  Wolę  jego  od  trolla  -  przyznała  Dani  i spojrzała na  niego z 

wściekłością. - A teraz  marsz spać! Jake, dzisiaj twoja kolej na 
czytanie. „Czarna piękność", rozdział szósty. 

Pół godziny później Dani usłyszała jego kroki na schodach, a 

potem szum prysznica w łazience. Skończyła zmywanie i poszła 
do pokoju, gdzie dorzuciła sosnowych polan do ognia. Z kuchni 
dochodziło  pogwizdywanie  Jake'a.  Usiadła na  olbrzymiej sofie, 
oparła stopy o stolik i czekała, aż przyjdzie z kawą. 

Zachowywali się jak ludzie, którzy od lat spędzają we dwójkę 

miłe  wieczory  i  mają  ich  przed  sobą  jeszcze  bardzo  dużo. 
Musiała  stanowczo  odpędzać  od  siebie  te  myśli.  Niepokoiło  ją, 

że momentami wierzyła w kłamstwo, które powiedziała Claudii 
Schefer.  Na  dodatek,  niekiedy  naprawdę  chciała  być  panią 
Montana. A to było głupotą. 

Odwróciła  głowę.  Chociaż  nie  spodziewała się  ujrzeć  nikogo 

innego,  zamarła  na  jego  widok.  Był  obnażony  do  pasa.  Na 
mocno  opalonej  klatce  piersiowej  połyskiwały  kropelki  wody. 
Niósł butelkę wina i dwa kieliszki. 

- Cóż to za okazja? 

77

RS

background image

 

 

-  Dzieciak  śpi.  Jesse  i  Cochise  pojechali  zabawić  się  do 

miasta.  Cały  dom  jest  nasz.  -  Korek  wyskoczył  z  cichym 
plaskiem.  -  A  poza  tym,  od  kiedy  mężczyzna  musi  mieć 
wymówkę, żeby spędzić miły wieczór ze swoją żoną? 

- Miałam nadzieję, że o tym zapomniałeś. 
-  Wzięła  od  niego  kieliszek  i  z  uśmiechem  patrzyła,  jak 

nalewa jej wina. 

- Nic nie mówiłem, ale to o niczym nie świadczy. 
- Och... 
- Czy tylko na to cię stać? Jedynie na przeciągłe och? - spytał 

rozbawiony. 

Czuła,  że  dzieje  się  coś,  co  nie  powinno  mieć  miejsca.  A 

przecież ustalili reguły gry. 

- Za nas. - Cichy baryton Jake'a wyrwał ją z rozmyślań. 
- Nas? 
- Tak. Za nas. Za mnie, za ciebie i za ślub, którego nie było. 
-  Och...  -  Miała  kłopoty  ze  sformułowaniem  bardziej 

oryginalnej odpowiedzi. W wyciągniętej dłoni trzymał kieliszek. 
Stuknęła o niego swoim. 

- Za nas. To znaczy za ciebie. 
Usiadł obok niej i niedbale położył ramię na oparciu. 
- A więc za kogo w końcu, kochanie? 
- Za ciebie... i Caroline - powiedziała stanowczo. 
-  Nie.  -  Cień  smutku  przemknął  przez  jego  twarz.  Chwycił 

dłoń, którą unosiła kieliszek do ust. - Za nas! Przez ostatnie dni 

żyłem jak w bajce. Nie chcę udawać, że ich nie było. 

- Jake... 
- Zrób mi tę przyjemność. 
-  No  już  dobrze.  Wypijmy  za  nas  -  zgodziła  się  z 

westchnieniem. - Ale co my najlepszego robimy?  

- Po prostu pijemy razem wino. 
Ton  głosu  Jake'a  zdradził  wszystko,  czego  nie  wyraził 

słowami. Nie zdziwiła się, gdy wyjął kieliszek z jej ręki. Chciała 

78

RS

background image

 

 

przecząco  pokręcić  głową,  ale  uniósł  w  dłoniach  jej  twarz  i  po 
chwili już czuła jego usta. 

- Nie możemy tego robić! 
-  Jeden  pocałunek...  -  Jego  język  błądził  po  wargach  Dani.  - 

Tylko jeden. Za toast... 

- Nawet go nie wypiliśmy! - protestowała z desperacją. 
- Ja wypiłem - oznajmił. Wszystko było nieważne prócz jego 

miękkich,  ciepłych  ust,  na  których  została  słodycz  wina.  Ich 
języki  ślizgały  się  po  sobie  i  splatały,  a  każda  pieszczota 
wzbudzała w niej coraz większe podniecenie. 

Zamiast  go  odepchnąć,  przyciągnęła  bliżej  do  siebie. 

Przesunęła  dłonie  po  jego  barkach  aż  do  szyi.  Wtedy  dopiero 
zdołała  odwrócić  twarz.  Niewiele  to  pomogło.  Odurzał  ją 
zapach mydła, szamponu i męskiej skóry. 

- Jake, to jest szaleństwo! 
- Całkowite - mruknął, całując jej szyję. 
- Mówię poważnie. Nie powinniśmy tego robić! 
- Wiem. A gdybyśmy się w sobie zakochali? 
- szepnął, kreśląc językiem kółeczka za jej uchem. 
- Na przekór wszystkiemu. 
- Nie bądź głupi. Sam wiesz, że to nie miłość. 
-  Ustami  odnalazł  jej  wargi.  Miękkimi  ruchami  dłoni 

pobudzał wrażliwość piersi. 

-  Niech  sobie będzie,  czym  chce.  Na  pewno  nie jest złem  to, 

co daje tyle radości. 

- Mam zobowiązania wobec klientki - szepnęła. 
Nie  pozwolił  jej  powiedzieć  nic  więcej,  a  ona  dotykała 

gładkiej,  gorącej  skóry  na  jego  barkach  i  klatce  piersiowej.  Jej 
paznokcie, niemal nie stykając się z jego ciałem, sunęły w dół, a 
potem wzdłuż paska spodni. 

-  Ja  też  jestem  twoim  klientem  -  przypomniał.  Całował  ją 

ponownie, by stłumić wszelkie 

protesty.  Powoli  wyciągnął  bluzkę  z  jej  spodni.  Jego  ręce 

powędrowały  na  nagie  plecy  Dani.  Rozpiął  stanik  i  wziął  w 

79

RS

background image

 

 

dłonie  piersi.  Subtelnymi  muśnięciami  palców  dawał  jej 
prawdziwą rozkosz. 

Po chwili leżeli na kanapie.  Ich nogi splotły  się. Ujął dłońmi 

twarz  dziewczyny  i  przesunął  językiem  po  szyi  aż  do  brody. 
Dotarł do jej ust, które zaczął całować z rosnącą namiętnością. 

- Tatusiu? 
Byli kompletnie zaskoczeni. Jake znieruchomiał. 
- Co się stało, kochanie? - spytał. Dani szybko usiadła. 
- Cześć! Nie możesz spać? - zagadnęła. 
-  Miałam  zły  sen  -  tłumaczyła  Cassie.  W  ogóle  nie  zdziwiło 

jej, że widzi ich razem. 

- Czy teraz już wszystko w porządku? - Dani odgarnęła dłonią 

włosy z jej policzka. 

- Tak. 
-  Biegnij  do  łóżka,  kruszynko.  Zaraz  przyjdę  do  ciebie  - 

obiecał Jake. 

- Chyba coś okropnego siedzi w szafie.  
-  Może  chciałabyś  pospać  trochę  w  pokoju  taty?  -  spytała 

cicho Dani. 

- Mogę? - upewniła się Cassie. 
- Oczywiście, a ja sprawdzę szafę. 
- Dobrze. – W pół śpiąc poczłapała do drzwi. 
-  Rany  boskie!  -  Jake  z  gwizdem  wypuścił  powietrze  przez 

zaciśnięte zęby. 

- Jak się czujesz? - szepnęła Dani. 
- Fatalnie. Wykończony psychicznie i fizycznie. 
-  Zasłużyłeś  sobie.  -  Roześmiała  się.  -  Złamałeś  pierwsze 

przykazanie  rodzica.  Nie  będziesz  się  kochał  w  pokoju  bez 
zamków w drzwiach. 

- Nigdy o tym nie zapomnę. 
Dani  wstała.  Szybko  poprawiła  ubranie.  Jake  usiadł  powoli  i 

opuścił stopy na podłogę. 

80

RS

background image

 

 

-  Przepraszam.  Postąpiłem  głupio.  -  Zapinał  dżinsy,  klnąc 

cicho  pod  nosem.  Dani  skuliła  się  na  pufie  przed  kominkiem  i 
patrzyła w ogień. 

- Wrócę za parę minut. - Pocałował ją w czubek głowy. 
Cassie  już  spała  zwinięta  w  kłębek  na  środku  jego 

olbrzymiego  łóżka.  Obserwował  ją  przez  chwilę,  a  potem 
przykrył kołdrą. Poruszyła się i uśmiechnęła przez sen. 

- Masz okropny zwyczaj przychodzić nie w porę, kruszynko - 

szepnął. - Ale i tak cię kocham. 

Kiedy  wrócił  do  pokoju,  zastał  Dani  w  tej  samej  pozycji. 

Usiadł za nią i objął ją ramionami. 

-  Śpi.  Lepiej  będzie  zostawić  ją  w  mojej  sypialni.  Weźmy 

więc kieliszki i wino i chodźmy do ciebie. 

- Nie.  - Wysunęła się z jego objęć. - Do licha! Nie wiem, co 

mi się stało. Chciałabym zwalić całą winę na alkohol, ale nawet 
go  nie  spróbowałam.  Może  więc  to  ciepło  tego  ognia  lub...  A 
poza tym, minęły już cztery dni. 

-  Potrafię  Uczyć  -  oznajmił  sucho,  chociaż  zamierzał 

odpowiedzieć  lekkim,  żartobliwym  tonem.  -  Nikt  nie  chce  tu 
przyjść do pracy. 

- Próbowałeś chociaż? - spytała, nie kryjąc rozdrażnienia. 
-  Tak,  do  cholery!  -  Skoczył  na  równe  nogi,  złapał  kieliszek 

pełen wina i wypił je jednym haustem. 

- A ta kobieta z Williams Lake, która dzwoniła wczoraj? 
-  Nie  może  zostać  dłużej  niż  dwa  tygodnie.  Jej  córka  ma 

urodzić  dziecko,  w  związku  z  czym  kilka  następnych  miesięcy 
spędzi u niej w Winnipeg. 

- Przez dwa tygodnie mógłbyś znaleźć kogoś innego. 
- Czy aż tak ci się spieszy do wyjazdu? - Westchnął i spojrzał 

na pusty kieliszek. 

- Nie. - Usłyszał bardzo cichy szept, a potem poczuł delikatny 

dotyk  jej  palców  na  ramieniu.  Objęła  go  w  talii  i  przytuliła 
policzek  do  jego  pleców.  -  Ale  gdyby  Cassie  nie  zeszła, 
kochalibyśmy się teraz, a ja nie byłam na to przygotowana. 

81

RS

background image

 

 

-  Mam  dla  ciebie  pewną  wiadomość,  kochanie  -  cedził  ze 

złością. - Otóż nie kopałaś i nie gryzłaś, by mnie zniechęcić. 

-  Przestań!  Nie  obarczam  cię  winą  za  wszystko.  Oboje  tego 

chcieliśmy, co nie znaczy, że zrobiliśmy dobrze. Czy naprawdę 
nie  rozumiesz?  Marion  Wainwright-Syms  płaci  mi  za 
znalezienie ciebie, nie za to, żebym się sama w tobie zakochała! 

- Zakochała? 
- Chodziło mi o kochanie się z tobą - sprostowała. 
- Wyraźnie słyszałem coś o zakochaniu - dociekał z uporem. 
-  Dobrze  wiem,  co  mówiłam  -  stwierdziła sucho.  -  Po prostu 

przejęzyczyłam się. Nie  zrobię podobnej  głupoty. Wplątałabym 
wszystkich w sytuację nie do rozwiązania. Na dodatek nawet nie 
wierzę w miłość. 

-  Tak,  pamiętam.  -  Odstawił  kieliszek,  położył  dłonie  na  jej 

ramionach  i  odwrócił  ją  przodem  do  siebie.  -  Marion 
Wainwright-Syms  nie  ma  najmniejszego  znaczenia,  kochanie. 
Ani ona, ani jej siostra, ani to ogłoszenie, na które odpowiedział 
Buster. Ta sprawa dotyczy tylko ciebie i mnie. 

- Jake... - zaczęła ostrzegawczo. 
- Rozumiem. - Zniechęcony uniósł do góry ręce i pozwolił jej 

się  odsunąć.  -  Ale  nic  nie  poradzę  na  to,  co  czuję!  Mój  rozum 
wie,  że  jesteś  nie  dla  mnie,  a  reszta  nie  chce  przyjąć  tego  do 
wiadomości. 

-  Nie  ty  jeden  przeżywasz  rozterki.  Miałam  tu  przyjechać, 

przeprowadzić  z  tobą  rozmowę,  podpisać  kontrakt  i  szybko 
wrócić do Toronto.  Zaczęło  mi  na  was  zależeć,  a  tego  w ogóle 
nie przewidziałam. 

Chciał  usłyszeć,  jak  ważne  jest  dla  niej  Silvercreek  i 

oczywiście  Jake  Montana.  Jednak  rozsądek  nakazał  mu 
zrezygnować ze złudzeń. Udawanie, że jej słowa są zapowiedzią 
czegoś trwałego, graniczyło z szaleństwem. 

-  Rano  zadzwonię  do  Williams  Lake  -  powiedział.  -  Zostań 

jeszcze  jeden  dzień,  póki  gosposia  nie  przyjedzie.  Poza  tym, 
chyba pójdziesz na jutrzejsze przedstawienie Cassie... 

82

RS

background image

 

 

-  Oczywiście,  zwłaszcza  że  włożyłam  tyle  pracy  w  jej 

kostium. 

Coś  pozostało  nie  dopowiedziane.  Patrzyli  na  siebie  przez 

dłuższą chwilę. 

- Dobranoc, Jake - szepnęła i odeszła powoli. 

 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

83

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Kłamstwa nie miały teraz sensu. Lepiej od razu się przyznać i 

mieć spokój. 

Zakochała się w Jake'u. 
W swojej sypialni oparła czoło o zimną szybę okna. Nie miała 

pojęcia, jak to się stało. 

- Wspaniale! Po prostu wspaniale! - westchnęła. 
Gepłe  światło  nocnej  lampki  rozjaśniało  jej  pokój,  w  którym 

przeważała  biel  i  czerwień.  Sosnowe  meble i  wiejskie chodniki 
sprawiały, że był przytulny i ciepły. Usiadła na skraju łóżka, w 
którego  nogach  leżała  Miss  Margaret,  szaro-biała  kotka.  Spała 
tam  co  noc.  Teraz  podwinęła  pod  siebie  łapy  oraz  ogon  i 
mruczała cicho. 

-  Jak  to  wytłumaczyć  Caroline?  -  szepnęła  Dani.  Zanurzyła 

palce  w  jedwabistej  sierści  kotki.  -  Tak,  znalazłam  idealnego 
mężczyznę,  ale  sama  zakochałam  się  w  nim  po  uszy  i 
postanowiłam zatrzymać go dla siebie... 

Wyciągnięta  na  łóżku,  wbiła  wzrok  w  sufit.  Nie  wiedziała, 

czy  płakać,  czy  cieszyć  się,  że  doświadcza  takiego  uczucia.  Po 
tylu  latach  znów  coś  czuła!  Ustąpiła  apatia  i  zobojętnienie. 
Niestety,  będzie  musiała  doprowadzić  do  małżeństwa  między 
mężczyzną, którego kocha i inną kobietą. Na dodatek zrobi to z 
obowiązkowym uśmiechem na twarzy. 

Miss  Mar  gar  et  spojrzała  czujnie  na  drzwi.  Dani 

zesztywniała,  słysząc  ciche  kroki  na  schodach.  Po  chwili 
uświadomiła  sobie,  że  to  Jake  niósł  Cassie  do  jej  sypialni. 
Zamknął  drzwi  i  wracał  korytarzem.  Serce  zaczęło  jej  bić 
mocniej, gdy stanął przy jej pokoju. Patrzyła na mosiężną gałkę, 
połyskującą  w  ciemności.  Wystarczyło  tylko  ją  przekręcić. 
Przestąpiłby przez próg i natychmiast znaleźliby się w łóżku. 

Tęskniła  za  jego  dotykiem.  Na  ustach  czuła  słony  smak 

swoich łez. 

- Jake... 

84

RS

background image

 

 

- Dani? - spytał cicho. 
Wstrzymała  oddech  i  zacisnęła  usta,  by  nic  więcej  nie 

powiedzieć. Mogła przecież liczyć tylko na jedną noc rozkoszy. 
Przyjął do wiadomości jej wyjaśnienia, że nie wierzy w miłość: 
Teraz  oczekiwał  od  niej  paru  chwil  przyjemności,  a  potem 
bezkonfliktowego rozstania. 

Zatrzeszczała deska w podłodze. Odszedł. W następnej chwili 

miała ochotę rzucić się do drzwi i go zawołać. Ale po co? Jutro 
wieczorem  występ  Cassie  zakończy  ich  znajomość.  Po  jakimś 
czasie wyzwoli się spod jego czaru. 

-  Dani!  -  Jake  wołał  ją  już  chyba  po  raz  trzeci  zza 

zamkniętych drzwi. - Idziecie, czy nie?! Spóźnimy się. 

- Chwileczkę! - Wiązała kokardę na włosach Cassie. Cofnęła 

się, by podziwiać swoje dzieło.  

-  Twój  ojciec  doprowadzi  mnie  do  ostateczności,  nim  ten 

wieczór się skończy. 

- Był dziwny przez cały  dzień. Siedział i godzinami gapił się 

na  góry,  jakby  myślał  o  czymś  ważnym.  Jesse  twierdzi,  że 
myślał o tobie. 

-  Wątpię  -  odparła  Dani.  -  Niepokoi  się  o  zdrowie  dziadka. 

No, gotowe. 

Cassie  podbiegła  do  lustra  i  z  niedowierzaniem  patrzyła  na 

dziewczynkę,  którą  w  nim  zobaczyła.  W  głębi  szafy  Dani 
znalazła  jasnoniebieską  sukienkę  z  ciemniejszym  aksamitnym 
gorsem  i  takie  samo  bolerko.  Cassie  poszukała  niebieskich 
butów.  Na  szczęście  jeszcze  z  nich  nie  wyrosła.  Obie  odkryły 
między tasiemkami aksamitną wstążkę. Dani związała nią z tyłu 
pasma włosów ze skroni. Reszta spływała w luźnych lokach na 
ramiona. 

- Jesteś piękna, Cassie. 
- Ty też. 
- Dziękuję. Czy pozwolisz już tacie spojrzeć na siebie? Miota 

się za drzwiami jak rozdrażniony lew. 

- Tak. Założę się, że będzie zdziwiony! 

85

RS

background image

 

 

- Chyba masz rację. 
Jake  stał  oparty  o  framugę  i  z  niecierpliwością  spoglądał  na 

zegarek. 

-  Już  czas,  żebyście...  -  Zamilkł.  Jego  wzrok  prześlizgnął  się 

po Dani od stóp do głów. - Wyglądasz rewelacyjnie. 

Zaczerwieniła  się,  chociaż  myślała,  że  już  z  tego  wyrosła. 

Poświęciła  wiele  czasu  fryzurze  i  makijażowi.  Długo 
zastanawiała  się  nad  strojem.  W  końcu  nałożyła  kremowe 
spodnie  i  jasnoróżowy  sweter  z  angory  naszywany  perełkami. 
Pasował świetnie do jej ciemnych oczu i włosów. 

-  Czy  to  nie  za  elegancko  jak  na  teatrzyk  szkolny?  -  spytała 

niepewnie. - Nie chcę odstawać od reszty i podkreślać, że jestem 
z miasta. 

-  Kochanie,  będziesz  odstawała  niezależnie  od  tego,  co 

włożysz - mruknął Jake. 

-  Poczekaj,  póki  nie  zobaczysz  głównej  bohaterki  wieczoru. 

Cassie! 

Kiedy  córka  stanęła  w  drzwiach,  Jake  nie  posiadał  się  ze 

zdumienia. Cassie zrobiła piruet i nieśmiało spojrzała na ojca. 

- Dani mówi, że jestem piękna. Czy ty też tak myślisz? 
- Zawsze jesteś piękna, Cass. - Jake przyklęknął przed córką. - 

Ale  dzisiaj...  kochanie,  dzisiaj  to  zupełnie  co  innego!  Wszyscy 
w Cariboo będą mi zazdrościć, kiedy z wami dwiema wejdę na 
salę. 

-  Ech,  tatusiu!  -  zachichotała  Cassie.  Potem  jeszcze  raz 

popatrzyła  w  lustro.  -  Wyglądam  w  porządku.  Jeżeli  ten  głupi 
Robby Jacobsen spróbuje tylko coś powiedzieć, to go załatwię! 

-  Tak  się  cieszę,  że  panią  widzę.  -  Beth  Wilson  uściskała  ją 

serdecznie.  -  Jeszcze  chyba  nigdy  Cassie  nie  była  tak  ładna  i 
szczęśliwa.  Po  prostu  promienieje  radością.  To  samo  zresztą 
dotyczy Jake'a. Jest pani pewna, że wy dwoje nie... 

-  Tak -  odparła  szybko,  modląc  się  w  duchu,  żeby  rumieniec 

nie zaprzeczył jej wyjaśnieniom. - Dziękujemy za przywiezienie 
Bustera  ze  szpitala.  Nie  wiem,  jak  pani  sobie  poradziła  sama  z 

86

RS

background image

 

 

tym  gipsem  i  wózkiem  inwalidzkim.  Jake  miał  pojechać  i 
pomóc, ale okazało się, że już jesteście na miejscu. 

-  To  pomysł  Bustera  -  wyjaśniła  Beth.  -  Chciał  zobaczyć 

twarz  Cassie,  kiedy  wchodzi  i  zauważa  jego  obecność.  Mała 
martwiła się, że nie będzie mógł przyjść. 

- Rzeczywiście, jest bardzo szczęśliwa. Nawet do niej jeszcze 

nie dotarło, że to jest właśnie ten długo oczekiwany wieczór i za 
dwadzieścia minut stanie przed publicznością. 

- Chyba żadne z nich o tym nie myśli. - Beth rozejrzała się po 

zatłoczonej  sali.  Podekscytowane  dzieci  i  matki  poprawiały 
charakteryzacje  oraz  kostiumy.  -  Za  dziesięć  minut  połowa 
mojej  trupy  teatralnej  zwymiotuje  ze  zdenerwowania,  a  druga 
połowa zaleje się łzami. Za kulisami będzie istny dom wariatów. 
Histeryzujące  matki  i  płaczące  dzieci.  Poprosiłabym  panią  o 
pomoc,  ale  Jake  chce  się  panią  pochwalić.  Właśnie  idzie. 
Oddaję  ci  Dani  -  zwróciła  się  do  niego.  -  Zdołałyśmy  przebrać 
Cassie bez przykrych incydentów. 

-  Żadnych  walk  na  pięści?  -  Jake  szukał  wzrokiem  córki. 

Cassie  stała  po  drugiej  stronie  pokoju.  Rozczulały  się  nad  nią 
dwie macierzyńsko wyglądające panie. Spojrzała z triumfem na 
Jake'a, który uniósł kciuk w geście zwycięstwa. 

-  Słuchaj,  nawet  pomogła  Robby'emu  Jacobsenowi  nałożyć 

kostium.  Biedny  dzieciak  zgłupiał  z  wrażenia  -  powiedziała 
Dani. 

-  Czy  Buster  dobrze  się  czuje?  Nie  jest  zbyt  zmęczony?  - 

pytała zaniepokojona Beth.  

-  Lekarze  powiedzieli,  że  dwie  godziny  poza  szpitalem  to 

maksimum... 

-  Kiedy  odchodziłem,  wdowa  po  Tomie  Donaldsonie  zajęła 

się nim bardzo troskliwie. 

-  Zaraz  to  sprawdzę.  Przepraszam.  Niedługo  wrócę.  -  Pani 

Wilson szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi prowadzących 
na widownię. 

87

RS

background image

 

 

-  Chyba  wdowa  po  Tomie  Donaldsonie  będzie  miała  godną 

przeciwniczkę - zauważył Jake ze śmiechem. 

- Powiedziałeś to specjalnie. 
- Uważam, że kobieta ma prawo wiedzieć, kiedy ktoś wkracza 

na jej terytorium. A tak a propos, Mason Ives rozmawiał z tobą 
parę minut temu. Był bardzo przyjazny. 

-  Po  prostu  opowiadał  mi  o  swojej  pracy.  Jest  adwokatem  i 

często jeździ do Toronto. 

- Ach tak, często tam jeździ - powtórzył tonem, którym przed 

chwilą  mówiła  Beth.  Zacisnął  mocno  szczęki  i  szedł  w 
milczeniu obok Dani. 

Spojrzała na niego spod oka. A teraz o co chodziło? W jednej 

sekundzie  zmienił  się  z  roześmianego,  dowcipkującego  Jake'a 
Montany  w  ponurego  milczka.  Jak  na  mężczyznę,  który 
utrzymywał, że nikt nie ma dostępu do jego serca, zachowywał 
się bardzo dziwnie. 

-  A  Cliff  Zeretski?  On  chyba  opowiadał  ci  o  swoim  stadzie 

bydła rasy akwitańskiej... 

-  Ma  podobno  małe  stadko  importowane  z  Francji.  Bardzo 

mnie to zainteresowało.  

-  Ty  go  zainteresowałaś  bez  wątpienia  -  mruknął.  -  Niemal 

ślinka mu ciekła. 

-  Gdybym  cię  mniej  znała,  uważałabym  twoje  uwagi  za 

klasyczne  objawy  zazdrości.  Byłaby  to  głupota  z  mojej  strony, 
biorąc pod uwagę charakter naszej znajomości, prawda? 

Każde  jej  słowo  sprawiało  mu  ból.  Dlaczego  ciągle 

przypominała mu, że nic ich nie łączy? 

-  Tak...  Właśnie  to  mi  ciągle  powtarzasz...  Co  się  z  nim 

działo, do cholery? Dziesięć 

minut temu, gdy zobaczył z nią Ivesa, chciał podejść i walnąć 

go  pięścią  prosto  w  jego  zgrabny  nos.  Nie  miało  to  zresztą 
sensu, przecież Dani nie należała do niego. 

Otworzył drzwi prowadzące na widownię. Ogłuszył ich gwar. 

Większość  obecnych  stanowili  znajomi,  z  którymi  jeszcze 

88

RS

background image

 

 

chodził  do  szkoły.  Umawiał  się  na  randki  chyba  z  połową 
kobiet. Pił piwo, łowił ryby i bił się z mężczyznami, którzy teraz 
byli ich mężami. Starsze matrony widziały, jak dorastał, a młode 
dziewczyny  mówiły  do  niego  proszę  pana  i  traktowały  z 
szacunkiem,  który  go  zawsze  rozbawiał.  Matki  niezamężnych 
córek uważały go za łup wart zachodu. Poza tym dwie lub trzy 
mężatki subtelnie go kokietowały. 

Mimo  to  czasami  czuł  się  całkowicie  samotny.  Nawet  z 

Busterem  i  Cassie.  Pojawienie  się  Dani  w  jego  domu  i  życiu 
wszystko zmieniło. 

Widownia  była  pełna.  Skinieniem  głowy  odpowiadał  na 

padające  zewsząd  słowa  powitania.  Z  ulgą  zauważył,  że  Dani 
nie  przywiązuje  wagi  do  badawczych  spojrzeń,  którymi  ją 
obrzucano. Sama pochodziła z małej miejscowości i rozumiała, 
jak wielkie poruszenie musi spowodować obecność nieznajomej 
kobiety u boku jednego z niewielu mężczyzn do wzięcia. 

- Jeżeli jeszcze jedna osoba spyta, czy jestem twoją kuzynką, 

chyba pęknę ze złości - oświadczyła. 

-  Możemy  powtórzyć  to,  co  zrobiliśmy  przy Claudii  Schefer. 

Zacznę przedstawiać cię jako swoją żonę. 

-  To  groziłoby  mi  publicznym  linczem.  Gdyby  spojrzenia 

zabijały,  byłabym  trupem  już  z  dziesięć  razy.  Każda  kobieta  w 
wieku  odpowiednim  do  zamążpójścia  ma  na  ciebie  chrapkę. 
Jestem bardzo niepożądaną osobą. 

-  Nie  dla  mnie,  kochanie.  -  Jake  zachichotał.  Objął  ją 

ramieniem.  Nie  stawiała  oporu,  więc  rozkoszował  się  jej 
bliskością.  Odrzucił  ponure  myśli,  by  nie  psuły  tak  pięknego 
wieczoru.  Ten  jeden  raz  mógł  udawać,  że  Dani  jest  jego.  A 
kiedy nadejdzie jutro i marzenia legną w gruzach? Cóż, poradzi 
sobie z tym jak z każdym innym rozczarowaniem. 

- Spójrz na Busteranagle odezwała się Dani. Dziadek otulony 

poduszkami i kocami siedział 

wygodnie  w  fotelu  inwalidzkim  i  machał  do  nich 

niecierpliwie. Większość ludzi już zajmowała swoje miejsca. 

89

RS

background image

 

 

-  Gdzie  zniknęliście?  -  spytał  Buster.  -  Jak  się  miewa  moja 

mała pociecha? 

-  Już  wystrojona  i  gotowa  -  zapewnił  go  Jake.  -  A  ty?  Może 

coś ci przynieść, zanim się zacznie występ?  

-  Niczego  nie  potrzebuję.  Ludzie  biegają  koło  mnie,  jakbym 

był inwalidą. 

-  Na  pewno  dobrze  się  czujesz?  -  spytała  cicho  Dani  i 

poprawiła koc na jego kolanach. 

- Trochę mnie boli. - Buster zrezygnował z udawania. - Chyba 

nie zaszkodzi, jeżeli wezmę jeszcze jedną z tych tabletek, które 
dał mi lekarz. 

Wyjął buteleczkę z kieszeni szlafroka. 
-  Dlaczego  jedną?  Na  opakowaniu  jest  napisane,  że  należy 

brać  po  dwie.  -  Dani  odkręciła  nakrętkę  i  wysypała  dwie 
kapsułki  na dłoń  Bustera.  Nalała  do  kubeczka wody  z  termosu, 
który wziął ze sobą Jake. Dziadek połknął pigułki bez protestu. 

Jake  nie  mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Gdyby  on 

zaproponował  dwie  tabletki,  sprowokowałby  jedynie  olbrzymi 
wybuch niezadowolenia. 

- Dziękuję, kochanie. Jesteś wspaniałą synową. - Oddał Dani 

kubeczek. Roześmiał się, widząc jej zaskoczenie. - Wczoraj była 
u  mnie  ta  Schefer.  Oczywiście  węszyła,  jak  zwykle  zresztą. 
Powiedziałem 

jej,  żeby 

się 

wyniosła, 

albo 

poproszę 

pielęgniarkę, by ją wyrzuciła. 

- Mogę to wszystko wytłumaczyć - przerwała mu Dani, której 

policzki nabrały pąsowego koloru. 

-  Nie  ma  potrzeby  -  zapewnił  ją  Buster.  -Domyśliłem  się 

wszystkiego.  Może  jestem  stary,  ale  nadal  szybko  kojarzę.  Nie 
czułbym się wcale urażony, gdyby to była prawda. 

Ja też nie, pomyślał Jake, patrząc na Dani. 
- Ciii... - syknął nagle Buster i pochylił się z uwagą. - Kurtyna 

idzie w górę. 

Jeżeli  wystawienie  sztuki  miało  nauczyć  dzieci  współpracy, 

Beth  Wilson  osiągnęła  swój  cel.  Półgodzinny  występ  niekiedy 

90

RS

background image

 

 

odbiegał  od scenariusza,  ale  był  bardzo  udany.  Oczywiście,  nie 
obyło  się  bez  paru  pełnych  napięcia  momentów.  Dziewczynka 
grająca  główną  rolę  po  prostu  zaniemówiła,  gdy  stanęła  twarzą 
w  twarz  z  publicznością.  Dopiero  mocny  kuksaniec  jednego  z 
aktorów  pomógł  jej  opanować  tremę.  Główny  troll  zapomniał, 

że  już  czas  na  jego  wejście.  Złotowłosy  aniołek  improwizował 
przez  moment,  żeby  nie  zapadło  kłopotliwe  milczenie.  Potem 
coś szepnął trollowi do ucha. Chłopiec skoczył na środek sceny 
jak wystrzelony z katapulty. 

Cały zespół otrzymał gorącą owację. Beth Wilson promieniała 

dumą. Przedstawiała kolejno wszystkich aktorów. Kiedy doszła 
do  Cassie,  musieli  przytrzymać  Bustera,  bo  skoczyłby  na  nogi, 
ryzykując kolejne złamania. 

-  Oto  moja  prawnuczka  -  informował  wszystkich  w  zasięgu 

swego głosu. - Moja Cassie! 

- Jaka byłam? - pytała Cassie, gdy już zeszła ze sceny. Miała 

błyszczące oczy i zaróżowione policzki. 

-  Fantastyczna.  -  Jake  przytulił  ją  do  siebie tak  mocno,  że  aż 

pisnęła.  

-  Co  powiedziałaś  Robby'emu  Jacobsenowi  w  pierwszym 

akcie? Raptem bardzo się ożywił. 

- Że jeżeli coś zepsuje, to spiorę go na kwaśne jabłko! 
-  Z  punktu  widzenia  dobra  sztuki,  było  to  niewątpliwie 

słuszne posunięcie - zauważyła Dani.  

Jake  postawił  Cassie  na  ziemię.  Pobiegła  szybko  przez  tłum. 

Odprowadzał ją wzrokiem, w zamyśleniu kręcąc głową. 

- Trzeba z nią poważnie porozmawiać. - Spojrzał na dziadka. - 

A  ty,  staruszku,  musisz  wracać  do  szpitala,  zanim  wyślą  po 
ciebie  pościg.  Twoja  dwugodzinna  przepustka  skończyła  się 
dwadzieścia minut temu. 

- Wiem, co czuł Kopciuszek o północy - gderał Buster. 
Nie  oponował  jednak,  gdy  Dani  zaczęła  zbierać  poduszki  i 

koce. Widziała, że ten wieczór zmęczył go bardziej, niż gotowy 
był  przyznać.  Z  pomocą  Beth  załadowali  wózek  inwalidzki  i 

91

RS

background image

 

 

posadzili  dziadka  w  jej  samochodzie.  Razem  z  mocno 
podekscytowanym  aniołkiem  wsiedli  do  pickupa  Jake'a. 
Najpierw  pojechali  do  szpitala,  by  odprowadzić  i  pożegnać 
Bustera. 

Do domu wrócili bardzo późno. Cassie spała już na kolanach 

Dani. Jej skrzydła trochę się pogięły, a aureola opadła na czoło. 
Na ustach miała błogi uśmiech. 

-  Jaka  ona  grzeczna,  kiedy  śpi!  -  zauważył  z  rozbawieniem 

Jake, kiedy odbierał ją od Dani. 

- Bardzo podobna do ojca. 
- A to stwierdzenie znaczy... 
-  Że  odpowiedź  brzmi  nie  -  oznajmiła  Dani  idąc  za  nim  na 

piętro. 

-  A  jak,  do  diabła,  brzmiało  pytanie?  -  Jake  był  szczerze 

skonsternowany. Ramieniem pchnął drzwi do pokoju Cassie. 

 
Dani  minęła  go,  uśmiechając  się  pobłażliwie.  Nie  włączyła 

światła.  Rzuciła  sukienkę  Cassie  na  krzesło.  Podeszła  do 

łóżeczka dziewczynki i odchyliła kołdrę. 

-  Powiedziałeś  Busterowi,  że  poprosisz  mnie,  bym  została 

jeszcze parę dni. 

- Słyszałaś? - Jake położył córkę. 
- Tak. - Przysiadła i zaczęła rozpinać kostium Cassie. Jake w 

milczeniu  zdejmował  buty  córki.  Potem  we  dwójkę  zsunęli  z 
niej ubrania i przykryli ją kołdrą. 

- Naprawdę jest piękna - szepnęła Dani. Stanęła i przyglądała 

się  śpiącemu  dziecku.  -  Masz  dużo  szczęścia,  wiesz  o  tym?  Ja 
po  rozwodzie  nie  miałam  nic,  prócz  gniewu,  cierpienia  i  sterty 
nie zapłaconych rachunków. 

- Dużo czasu minęło, nim to zrozumiałem - powiedział cicho. 

- Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że Cassie warta była tego 
bólu, który zadawaliśmy sobie z Sandrą. 

Dani  zaczęła  wieszać  w  szafie  ubrania  Cassie.  Jake  wstał, 

przeciągnął się, skrzywił i zaczął rozcierać ramię. 

92

RS

background image

 

 

- Czy ta maść jest nadal w łazience? 
-  Na  parterze.  -  Dani  zamknęła  za  nimi  drzwi  sypialni.  - 

Naciągnąłeś mięsień? 

-  Coś  na  pewno  naciągnąłem.  Układałem  słupki  do 

ogrodzenia i czułem, że przypłacę to zdrowiem. - Patrzył na nią 
spod oka, kiedy schodzili na parter. - Chyba raczej nie dasz się 
namówić na zrobienie masażu poobijanemu w siodle, zbolałemu 
kowbojowi?  

-  Rozważę  tę  propozycję,  jeżeli  znajdziesz  takowego  - 

odparowała Dani. 

- Nie myśl, że próbuję cię uwieść. 
- Na to wygląda. 
-  Gdybym  miał  taki  zamiar,  nie  zniżyłbym  się  do  tak 

nędznego chwytu, jak naciągnięty mięsień i maść. 

- Rzeczywiście? 
-  Jasne.  -  Stanął  w  drzwiach  łazienki.  -  Wziąłbym  cię  po 

prostu za rękę i zaprowadził do mojej sypialni. Potem zdjąłbym 
z ciebie te piękne szatki i zostałabyś w samych perfumach, które 
zresztą  doprowadzają  mnie  do  szaleństwa.  Położyłbym  cię  na 
swoim łóżku i... 

-  Nie  chcę  słyszeć  reszty.  Mogę  ją  sobie  wyobrazić.  Masz 

rację.  W  porównaniu  z  tym  naciągnięty  mięsień  i  masaż  to 
banalne sztuczki. 

Narzuciła  sobie  spokój,  przeszła  obok  niego  i  otworzyła 

apteczkę nad umywalką. Sięgnęła po maść. Jake wyciągnął rękę 
i  chwycił  ją  delikatnie  za  przegub.  Drugim  ramieniem  objął  jej 
talię. Dani zamknęła oczy, a on zaczął całować jej szyję. 

 

 
 
 
 
 
 

93

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
-  Całowałbym  twoją  szyję,  uszy  i  tutaj...  -  Głaskał 

twardniejące  brodawki  jej  piersi,  po  czym  jego  dłoń  zaczęła 
zsuwać  się  coraz  niżej.  -1  tutaj,  i  tutaj.  Później  bym  cię  kochał 
długo i powoli i... 

-  Jake,  to  nie  fair!  Doprowadzasz  mnie  do  szaleństwa,  a  nie 

możesz...  -  Nie  odważyła  się  powiedzieć,  że  nie  może  należeć 
do niej. - Oboje uznaliśmy za głupotę zaczynanie czegoś, czego 
nie możemy skończyć. 

-  Wiem.  -  Jego  oddech  muskał  jej  szyję.  -  Zaczęło  się  tak 

prosto. Nic nie zapowiadało komplikacji, prawda? 

-  Tak.  -  Roześmiała  się  niepewnie.  Milczeli  dłuższą  chwilę. 

Miała wrażenie, jakby 

balansowała na krawędzi przepaści. Jedno popchnięcie i spada 

w dół. Nikt jednak jej nie popchnął. 

- Poradzę sobie z tą maścią. - Pocałował delikatnie jej szyję. - 

Idź już lepiej spać. 

- Tak. Dobranoc. - Dani nie śmiała podnieść wzroku. Uciekła 

do swojego pokoju. 

Przekonywał  siebie,  że  postąpił  słusznie.  Jak  zniósłby 

samotne  noce  po  jednej  spędzonej  razem  z  nią?  Ona  z  kolei 
przyznała, że zaczęło jej na nich zależeć, z czym się nie liczyła 
przed przyjazdem.  

I  tak  zachowa  w  sercu  wspomnienie  Silvercreek.  Nie  miało 

sensu pogłębianie poczucia straty. 

Niespokojny  kręcił  się  po  uśpionym  domu  jeszcze  dobrą 

godzinę, nim w końcu poszedł do łóżka. Zaczął myśleć o swoim 
małżeństwie z Caroline Wainwright. Ostatnio zdarzało mu się to 
coraz  częściej.  Jego  rozważania  były  tak  beznamiętne,  jakby 
chodziło  o  ślub  kogoś  zupełnie  obcego.  Czy  wobec  tego 
powinien  się  z  nią  ożenić?  Przecież  kobieta,  którą  darzył 
uczuciem, spała właśnie w jego domu. 

94

RS

background image

 

 

Zaklął pod nosem i położył się na boku, odrzucając kołdrę. W 

swoich planach  nie  brał  pod  uwagę  miłości.  Chciał  tylko  żony. 
Kwestię uczuć pomijał całkowicie. 

Jeżeli  to  w  ogóle  była  miłość.  Wcale  nie  miał  pewności,  czy 

się  zakochał,  czy  po  prostu  pożądał  zakazanego  owocu.  Ze 
swoich  rozmyślań  mógł  wyciągnąć  jeden  sensowny  wniosek. 
Dani  musiała  wrócić  do  Toronto,  on  ożeni  się  z  Caroline  i 
wszyscy będą żyli mniej lub bardziej szczęśliwie. 

Walnął  pięścią  w  poduszkę.  Trzeba  z  tym  dalej  żyć,  słyszał 

głos  Bustera.  Są  sprawy,  z  którymi  po  prostu  należy  się 
pogodzić. 

Nie  miał  pojęcia,  ile  czasu  minęło,  kiedy  usłyszał  szczęk 

zamka  w  drzwiach.  W  blasku  księżyca  widział,  że  ktoś  je 
powoli  otwiera.  Na  pewno  Cassie,  wystraszona  koszmarnym 
snem, szukała u niego ukojenia. Raptem podniósł się i oparł na 

łokciu. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. 

- Dani? 
- Próbowałam z tym walczyć - powiedziała cicho. - Naprawdę 

próbowałam, ale... 

Pociągnęła  pasek,  którym  przewiązała  szlafrok.  Gdy  poły 

rozchyliły  się,  zobaczył,  że  była  naga.  Miała  idealne  ciało. 
Właśnie takie, jak* myślał. Światło księżyca uwypuklało kształt 
jej piersi, które tworzyły sierpowate cienie na jej skórze. Wąska 
talia  przechodziła  w  krągłe  biodra.  Poniżej  widział  zarys 
długiego, szczupłego uda. 

Wstał  i  powoli  podszedł  do  niej.  Jego  nagość  również 

wywarła  na  niej  wrażenie.  Przezornie  zamknął  drzwi  na  klucz. 
Nie  musieli  nic  mówić.  Zsunął  z  niej  szlafrok,  który  miękkimi 
fałdami  ułożył  się  wokół  jej  stóp.  Samo  spojrzenie  Jake'a 
wystarczyło,  by  stwardniały  ciemne  brodawki  jej  piersi.  Po 
chwili  dotykał  ich  delikatnie.  Potem,  mrucząc  jej  imię,  objął  ją 
w talii, przytulił i zaczął całować. 

Nie  stawiała  oporu.  Upajał  się  smakiem  jej  ust.  Każdy 

zmysłowy  ruch  jej  języka  był  obietnicą  tego,  co  nastąpi,  każde 

95

RS

background image

 

 

drgnienie  błaganiem.  Położyła  dłonie  na  jego  ramionach, 
przesunęła  je  na  barki,  a  potem  palce  jednej  zanurzyła  we 
włosach  Jake'a,  gdy  druga  spoczęła  na  jego  szyi.  Przywarła  do 
niego  ciałem,  które  w  blasku  księżyca  zdawało  się  chłodne  i 
nierealne, a teraz było rzeczywiste i gorące. 

Wstrzymała  oddech,  kiedy  ich  ciała  się  zetknęły.  Po  chwili 

westchnęła  z  rozkoszy.  Jake  czuł,  że  za  moment  straci 
panowanie  nad  sobą.  Jego  dłonie  zsunęły  się  po  jej  plecach  aż 
do  jędrnych  pośladków.  Uniósł  ją  i  przyciągnął  do  siebie. 
Znalazł się między jej udami. 

- To naprawdę ty. Nie śnię przecież - szepnął. 
- Czy sny robią tak? - Skubnęła ustami jego dolną wargę.  
-  Albo  tak?  -  Zacisnął  zęby,  czując  muśnięcia  jej  dłoni  na 

piersi, brzuchu i niżej.  

- Chcę tylko tej jednej nocy. 
- Możesz mieć wszystkie. Możesz mieć całą wieczność. 
-  Nie.  -  Położyła  palec  na  jego  ustach.  -  Nie  róbmy  sobie 

żadnych  obietnic,  których  nie  możemy  dotrzymać.  Nie  chcę 
myśleć o wieczności ani nawet o jutrze. 

- Dani... 
- Kochaj mnie tak, jak obiecywałeś. Bez pośpiechu, delikatnie 

i... 

Nie  dokończyła.  Znalazła  ustami  jego  wargi.  Wziął  ją  w 

ramiona  i  zaniósł  na  łóżko.  Z  niecierpliwością  odrzucił  koce. 
Całował  jej  stopy  i  łydki.  Wodził  językiem  po  zagłębieniu  pod 
kolanem  i  gładkiej,  wrażliwej  skórze  wewnętrznej  strony  uda. 
Pokonał ostatnie centymetry dzielące go od smaku, który chciał 
poznać.  Szeptała  jego  unię  w  uniesieniu.  Po  chwili  obsypywał 
pocałunkami jej brzuch i piersi. 

Leżał  między  jej  udami.  Trzymał  rękami  jej  twarz  i  patrzył 

prosto w oczy. Wnikał powoli w ciepło, które go zapraszało. Jej 
rozognione  spojrzenie  mówiło  mu  to,  co  chciał  wiedzieć.  Ich 
bliskość  nie  polegała  jedynie  na  doznaniach  fizycznych.  Była 

96

RS

background image

 

 

pełniejsza  niż  wszystko,  czego  doświadczyli  do  tej  pory. 
Pożądanie w jej oczach ustąpiło miejsca oczekiwaniu. 

Widział 

jej 

rosnącą 

niecierpliwość. 

Instynktownie 

przyśpieszył  tempo.  Jej  palce  zaciskały  się  miarowo  na  jego 
talii.  Czuł  już  pierwszą  zapowiedź  tego,  co  nastąpi.  Jej  dłonie 
przyciągnęły  go  mocniej.  Odpowiedział  ruchem  bioder, 
podniecony jej reakcjami w równym stopniu jak własnymi. 

Ogarnęła  ją  pierwsza  fala  rozkoszy.  Starał  się  przedłużyć  jej 

przyjemność.  Wyprężonym  ciałem  Dani  zaczęły  wstrząsać 
dreszcze,  które  czuł  tak  wyraźnie,  jakby  doświadczał  ich  sam. 
Dopiero  teraz  przestał  kontrolować  własne odruchy.  Cały  świat 
zawirował. 

Świt  już  zaróżowił  niebo.  Dani  leżała  wtulona  w  Jake'a. 

Słyszała  jego  głęboki  oddech.  Nadal  ją  obejmował,  a  jego 
policzek spoczywał na jej włosach. 

Spędzili  całą  noc  na  cichych  rozmowach,  śmiechu  i  miłości. 

Może  i  spali  trochę,  ale  nie  mogła  sobie  tego  przypomnieć. 
Teraz  powinna  odejść,  nim  on  się  obudzi.  Ostrożnie  wysunęła 
się  z  jego  objęć.  Przez  otwarte  okno  wpadało  chłodne  górskie 
powietrze. Otuliła się kocem i zbierała siły, by wstać. 

-  Tak  wcześnie  wstajesz?  -  Poczuła  ciepłą  męską  dłoń  na 

biodrze. 

- Obudziłam cię? 
- Nie ty, tylko chłód. 
- Och, przepraszam. - Oddała mu część koca. 
-  Wolałbym,  żebyś  tu  leżała  razem  ze  mną.  Nie 

odpowiedziała. Wyglądała przez okno na 

góry. 
- Wyjedziesz, prawda? - Jego głos był bardzo cichy.  
-  Tak.  Zostałam  o  wiele  za  długo.  I  proszę...  nie  utrudniaj 

jeszcze bardziej sytuacji. 

- Nie możesz. Nie po tej nocy. - Usiadł i objął ją ramionami. - 

Jesteś  częścią  mnie,  częścią  tego  rancza.  Nigdy  się  od  nas  nie 
uwolnisz. 

97

RS

background image

 

 

-  W  ogóle  nie  myślałam  o  trwałym  związku.  -Próbowała 

ignorować dotyk jego ust i obietnicę, którą niosło ze sobą ciepło 
jego ciała. 

- Podobno nie uznajesz jednonocnych romansów, kochanie. A 

może jedynie dla mnie robisz wyjątek? 

-  Do  diabła,  Jake!  -  Dani  wyskoczyła  z  łóżka  i  podniosła 

szlafrok, który leżał na ziemi. Narzuciła go, drżąc z zimna, gdy 
lodowaty  materiał  dotknął  jej  skóry.  -  Wiedziałeś,  że  chodzi  o 
jedną noc. 

- Miałem nadzieję... 
- Nie próbuj tych sztuczek. Oboje znamy życie. Umówiliśmy 

się na jeden raz. Nie zmieniaj reguł gry. 

- Gra? Reguły? O czym ty pleciesz, Dani? To, co się tu dzieje, 

nie jest zabawą, do cholery! 

- Wiem - szepnęła. 
Zamknęła  oczy,  by  nie  wybuchnąć  płaczem.  Zeszłego 

wieczora  tłumaczyła  sobie,  że  jedna  noc  z  nim  warta  jest 
cierpienia.  Rano  wyjedzie  z  uśmiechem  na  twarzy,  bogatsza  o 
wspaniałe wspomnienia. 

-  Takie  doznania  zdarzają  się  raz  w  życiu.  Zawsze  będę  je 

pamiętała, ale... - Wzruszyła bezradnie ramionami. 

Chciał,  żeby  została.  Był  gotowy  obiecać  wszystko,  byleby 

tylko  się  zgodziła.  W  głębi  duszy  jednak  nie  wierzył  w  taką 
możliwość.  Nie  ośmielił  się  o  mej  myśleć  nawet  zeszłej  nocy, 
kiedy ją kochał i byli sobie tak bliscy. Wstał z łóżka i podszedł 
do  niej.  Wyciągnął  dłoń,  ale  nie  dotknął  chłodnego,  błękitnego 
szlafroka. 

-  Nieważne,  jak  to  nazwiemy.  Wydarzyło  się  naprawdę  - 

powiedział cicho. 

-  A  może  tylko  my  chcieliśmy,  żeby  było  prawdziwe? 

Chociaż  na  chwilę?  -  Spojrzała  mu  głęboko  w  oczy,  jakby  w 
nich czegoś szukała. 

- Czy to ma jakieś znaczenie? 
- Oczywiście! - Odwróciła się do niego tyłem. 

98

RS

background image

 

 

-  Zresztą  sama  nie  wiem.  Niczego  już  nie  jestem  pewna,  z 

wyjątkiem tego, że... 

Patrzył  na  jej  wyprostowane  plecy  i  czekał.  Cóż  mogła 

powiedzieć?  Że  jest  tak  samo  zagubiona  jak  on  i  nie  wie,  co 
robić. Ostrożnie położył dłoń na jej ramieniu. 

- Chcę, żebyś została. 
- Nie. - Gwałtownie pokręciła głową. - Żądasz zbyt wiele. Nie 

mogę  pozwolić  sobie  na  romans  z  tobą,  a  potem,  jakby  nigdy 
nic, wrócić do Toronto. 

- Nie wspomniałem nawet słowem o romansie 
- wykrztusił przez zaciśnięte zęby. 
- Cóż innego mogłoby z tego wyniknąć? - Wysunęła ramię z 

jego dłoni. - Nie jesteś dla mnie, tylko dla Caroline. 

- Do diabła z Caroline! - Z każdą minutą rosła jego rozpacz i 

poczucie  beznadziejności.  -  Podrzyj  ten  kontrakt!  Pragnę  tylko 
ciebie. Możesz tu zostać, jak długo chcesz.  

Słuchał siebie z takim samym zdziwieniem, jakie spostrzegł w 

oczach Dani, które po chwili zaszkliły się łzami. 

-  Nie  mówisz  tego  poważnie  -  szepnęła.  Tylko  jak?  Nadal 

czuł smak jej pocałunków. 

Marzył  jedynie  o  tym,  by  znów  być  z  nią  i  zatracić  się  w 

miłości. 

- To zabawa z ogniem, Jake. Na odległość jego płomienie cię 

ogrzewają.  Kiedy  podejdziesz  bliżej,  parzą.  Jeżeli  zostanę, 
sparzymy się oboje. 

- Wcale tak nie musi być. 
-  Jedno  z  nas  i  tak  wszystko  zniszczy,  bo  się  zakocha.  Sam 

dobrze  wiesz,  że  miłość  nie  ma  sensu.  To  złuda.  Przyciąga 
człowieka jak ogień ćmę, która ginie przez własną głupotę. 

Jego  myśli  błądziły  to  wokół  Sandry,  to  wokół  byłego  męża 

Dani.  Tyle  nadziei,  a  potem  tyle  łez.  Z  drugiej  strony  te 
cierpienia  ich  zahartowały,  nauczyły  sztuki  przetrwania,  dały 
siłę. A miłość? Czy ona sama była złudą, czy może wyobrażenie 
o niej? 

99

RS

background image

 

 

Wyciągnął  ramiona.  Czuł,  że  jeżeli  obejmie  Dani  i  namówi, 

by pozostała, wszystko samo się ułoży. 

-  Przykro  mi,  Jake.  -  Ruszyła  do  drzwi.  Nawet  się  nie 

obejrzała.  -  Tak  będzie  lepiej.  Pożegnaj  Bustera,  dobrze? 
Powiedz  Cassie,  że  wczoraj  byłam  z  niej  bardzo  dumna  i...  po 
prostu pożegnaj Jake. 

Zniknęła  za  drzwiami.  Nagle  odkrył,  że  przemarzł  na  kość. 

Klnąc  cicho,  zaczął  się  szybko  ubierać.  Już  za  późno  na 
rozważania  o  poparzeniach.  Teraz  pytanie  brzmiało,  kto  był 

ćmą, a kto ogniem? 

- Dani, czy ty tu pracujesz, czy po prostu zajmujesz miejsce w 

biurze?  -  Carla  Santos  weszła  do  jej  gabinetu  ze  stertą  akt  w 
ręku. Usiadła ciężko w fotelu i rzuciła papiery na biurko. 

- Zostawiłaś je u mnie dwa dni temu, a to chyba twoje bieżące 

sprawy.  Co  się  z  tobą  dzieje?  Twoje  szczęście,  że  jesteś  moją 
wierną  towarzyszką  niedoli  w  tym  domu  wariatów.  Inaczej 
zaczęłabym się zastanawiać, kim cię zastąpić. 

- Właśnie miałam je odebrać. 
-  Zasuwam  jak  idiotka  od  dwóch  tygodni,  żebyś  ponownie 

przystosowała się do pracy po tym zleceniu Wainwrightów. Już 
dłużej  nie  wytrzymam.  Twoja  sekretarka  mówi,  że  siedzisz  i 
gapisz się w okno. 

Przytłoczyło  ją  poczucie  winy.  Patrzyła  na  pióro,  którym 

bezmyślnie zabawiały się jej palce. 

- Wiem o tym. Przepraszam. 
-  Nie  przepraszaj,  nie  o  to  chodzi.  -  Carla  wstała  i  zaczęła 

nerwowo przemierzać pokój. 

-  Myślałam,  że  po  prostu  się  zmęczyłaś  i  po  paru  dniach 

wrócisz do dawnego tempa pracy. Ale ty właściwie jesteś ciągle 
nieobecna duchem. Nigdy nie wychodzisz z nami na drinka ani 
na lunch. Co rano niemal wczołgujesz się tu, jakbyś w ogóle nie 
spała. I nawet nie chcesz o tym porozmawiać. 

- Nic mi nie jest. To po prostu takie muchy w nosie.  
- Nie opowiadaj mi o muchach! - ucięła Carla. 

100

RS

background image

 

 

- W grę wchodzi jakiś facet, tak? 
Wzrok  Dani  powędrował  do  okna,  co  teraz  zdarzało  się 

wyjątkowo często. Zachód. Zawsze patrzyła w tym kierunku. 

-  Czy  zdarza  ci  się,  że  wstajesz  rano  i  masz  ochotę  to 

wszystko rzucić? Pójść, gdzie pieprz rośnie? 

-  Codziennie.  Potem  przeglądam  rachunki,  które  muszę 

zapłacić i to mi przywraca energię 

-  wyznała  Carla.  -  Co  tam  się  stało?  Marion  mówi,  że 

siedziałaś  na  ranczu  po  to,  żeby  przeprowadzić  rozmowy 
kwalifikacyjne  z  jej  właścicielem.  Chyba  jednak  zna  tylko 
połowę prawdy. 

I  całe  szczęście!  Dani  uśmiechnęła  się  leciutko.  Spoważniała 

szybko, gdy spostrzegła, że Carla ją obserwuje. 

-  Kiedy  przeprowadziłam  się  do  Toronto,  nigdy  nie 

przypuszczałam, że kiedykolwiek będę chciała wrócić na prerię. 
Dla  wiejskiego  dziecka  miasto  było  jak  Disneyland!  Ten 
wyjazd... 

-  Wzruszyła  ramionami.  -  Nie  potrafię  wyjaśnić.  Jest  coś 

takiego w powietrzu, w wietrze przesyconym wonią drzew i gór. 
Uświadomiłam  sobie,  jak  mi  brak  widoku  bydła,  a  nawet 
zapachu stajni w chłodny poranek... 

- Jednym słowem tęsknisz za końmi i skórą 
-  skonstatowała  Carla.  -  Kupię  butelkę  męskiej  wody 

kolońskiej, oblejemy nią twój gabinet i po kłopocie. 

-  Szkoda,  że  to  nie  takie  proste.  -  Dani  zaśmiała  się.  -  Sama 

nie  wiem,  o  co  chodzi.  Chyba  też  o  powrót  do  korzeni. 
Zobaczyłam  ludzi  przy  codziennej,  ciężkiej,  fizycznej  pracy, 
która przynosi konkretne korzyści. 

- Mówisz o znakowaniu krów, na przykład? - Carla uniosła w 

górę  eleganckie  brwi,  starannie  wyskubane  w  gabinecie 
kosmetycznym. 

-  Tak,  o  tym  również.  Widziałam,  jak  trzech  mężczyzn 

spędziło  cały  dzień  na  koniach,  żeby  przegnać  bydło  na  nowe 
pastwisko.  Wrócili  zmęczeni,  ale  ich  wysiłek  miał  sens. 

101

RS

background image

 

 

Spotkałam emerytowaną nauczycielkę, której znudziła się praca 
w ogródku  i  zaczęła  prowadzić  zajęcia  dla przedszkolaków.  Te 
rozbrykane  dzieciaki  wystawiły  własną  sztukę  teatralną. 
Wyobrażasz sobie! Nie tylko ją napisały, ale zrobiły dekoracje i 
występowały na scenie. 

-  Czy  szukanie  fachowców  dla  przodujących  firm  nie  jest 

prawdziwą pracą? 

-  Jeszcze  niedawno  myślałam,  że  robię  coś  ważnego  i 

pożytecznego.  Teraz  widzę  w  tych  ludziach  rozpieszczonych, 
zbyt wiele zarabiających dyrektorków, którzy mają wygórowane 

żądania.  Ich  jedynym  celem  są  pieniądze  i  zdobycie  fotela 
prezesa  w  radzie  nadzorczej.  Służą  temu,  kto  da  więcej.  A  ja 
staram  się  tylko  wynegocjować  dla  nich  najlepsze  warunki. 
Jeżeli przedsiębiorstwo A chce pracownika przedsiębiorstwa B, 
idę do niego i przedstawiam mu ofertę. On występuje ze swoimi 

żądaniami.  Potem  jest  mała  przepychanka.  Jeżeli  zgodzi  się 
przejść  do  przedsiębiorstwa  A,  ja  otrzymuję  dużą  prowizję. 
Mogę  też  zagrać  o  wiele  sprytniej.  Rozpoczynam  licytację 
między  obydwoma  przedsiębiorstwami  i  otrzymuję  prowizję 
niezależnie od tego, gdzie on będzie pracował. To wszystko jest 
beznadziejne. Paru chłopców walczy o władzę i wpływy. 

- Nigdy nie myślałam, że to ciebie spotka. Że się wypalisz. 
- Poważnie tak myślisz? 
-  Jestem  pewna.  Długo  tu  pracujesz?  Pięć,  sześć  lat? 

Większość  ludzi  załamuje  się  w  czasie  pierwszych  ośmiu 
miesięcy. Twoja wytrzymałość jest już legendarna. 

- Co powinnam zrobić? 
-  Rzuć  to.  W  prasie  jest  dużo  ciekawych  ofert  innych  firm. 

Weź  parę  tygodni  urlopu.  Odpocznij.  Znajdź  w  sobie  dawny 
entuzjazm. Zbyt długo się przepracowywałaś. 

-  Może  masz  rację.  -  Dani  wyjrzała  przez  okno.  Znów  w 

stronę zachodu. 

102

RS

background image

 

 

- Nie myślisz chyba o powrocie do Saskatchewan, czy skąd ty 

tam  w  końcu  pochodzisz?  -  dopytywała  się  Carla.  -  Chociaż  z 
drugiej strony, zostawiłabyś mieszkanie... 

Tym ją rzeczywiście rozśmieszyła. Sytuacja mieszkaniowa w 

Toronto była obecnie najgorsza w Kanadzie i nawet przyjaźń się 
nie  Uczyła,  gdy  w  grę  wchodził  lokal  w  dobrej  dzielnicy  i  na 
dodatek o niewygórowanym czynszu. 

- Przykro mi, ale nie planuję przeprowadzki. 
-  Nie  odrzucaj  przynajmniej  zaproszenia  na  prywatkę,  którą 

robię dziś wieczorem. 

Dani stłumiła jęk rozpaczy. W pierwszej chwili  miała ochotę 

wymyślić jakąś zręczną wymówkę. 

Kiedy jednak spojrzała na twarz Carli, zrezygnowała. 
-  Za  żadne  skarby  nie  odmówiłabym  sobie  takiej 

przyjemności. 

-  Kłamczucha  -  oznajmiła  wesoło  Carla.  Odwróciła  się  i 

zaczęła iść w stronę drzwi. - ósma. Punktualnie. Zaprosiłam po 
trzech  panów  dla  każdej  kobiety,  żeby  było  bardziej 
interesująco. A tak a propos, nie chcę być złośliwa, ale po prostu 
potrzebujesz jakiegoś mężczyzny w życiu. 

Teraz  już  na  pewno  nie  potrzebuję  żadnego  mężczyzny, 

pomyślała  ze  smutkiem.  Oceniła  swój  wygląd  w  lustrze. 
Przygotowania  do  prywatki  trwały  ponad  godzinę.  Liczyła,  że 
pomogą  jej  wykrzesać  z  siebie  trochę  entuzjazmu.  Niestety, 
miała tyle samo ochoty na zabawę, co przedtem. 

Nie  mogła  jednak  uniknąć  tej  wizyty.  Carla  miałaby  do  niej 

olbrzymią  pretensję.  Nie  musi  siedzieć  długo.  Wypije  kieliszek 
wina,  trochę  porozmawia,  a  potem  wymówi  się  nagłym 
napadem migreny, jeżeli w ogóle będzie to konieczne. 

Może  Carla  miała  rację?  Powinna  wziąć  urlop,  pojechać  na 

wschód  do  Nowej  Szkocji  albo  na  południe  do  Bostonu  czy 
Przylądka  Cod.  Słońce,  piasek,  morze.  Klasyczna  kuracja  dla 
spragnionego miłości serca. 

103

RS

background image

 

 

Spojrzała  na  zegarek.  Z  westchnieniem  sięgnęła  po  torebkę 

oraz  płaszcz  i  wyszła.  W  połowie  obszernego  holu  dobiegły  ją 
odgłosy 

burzliwej 

dyskusji 

prowadzonej 

portierem 

odpowiedzialnym za bezpieczeństwo mieszkańców budynku.  

Nie  wzbudziła  w  niej  najmniejszego  zainteresowania.  Jej 

wysokie  obcasy  stukały  o  marmurową  posadzkę,  gdy  szła  w 
stronę wind, zjeżdżających do podziemnego parkingu. 

Odpowiedziała  na  powitanie  paru  osób,  które  stały  w  hołu 

przy  fontannie.  Rozpoznała  w  nich  współlokatorów,  ale  nie 
wiedziała,  kim  są  i  jak  się  nazywają.  W  mieście  można  było 
przechodzić  obok  kogoś  całymi  latami  i  ograniczyć  swoje 
kontakty  tylko  do  grzecznościowych  uśmiechów.  Znów 
pomyślała  o  Cariboo  i  o  tym,  że  w  ciągu  kilku  dni  stała  się 
częścią społeczności. 

Usłyszała kolejną gniewną wymianę zdań. Spojrzała w stronę 

wejścia i zatrzymała się w pół kroku. Stał tam wysoki, barczysty 
mężczyzna  ubrany  jak  uczestnik  rodeo  -  w  dżinsy,  krótki 
kożuszek,  kapelusz  o  szerokim  rondzie  i  kowbojskie  buty. 
Złowieszczo spokojnym głosem ostrzegał portiera, że grożą mu 
poważne  konsekwencje,  jeżeli  nie  zadzwoni  ponownie  do 
mieszkania  Dani  Ross.  On,  Jake  Montana,  czeka  na  dole  i  nie 
wyjdzie, póki jej nie zobaczy. 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

104

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Na jej widok oczy Jake'a złagodniały, a twarz rozjaśnił dobrze 

znany, czarujący uśmiech. 

- Szukasz mnie, kowboju? - wykrztusiła. 
- Całe życie, kochanie. 
Ich  rozmowa  przypominała  dialog  z  marnego  melodramatu. 

Stali  pod  obstrzałem  spojrzeń  portiera  i  lokatorów,  którzy 
wyraźnie  byli  zaciekawieni  dalszym  rozwojem  sytuacji.  Ona 
zresztą również. 

Teraz  dopiero  zauważył  jej  eleganckie  czarne  spodnie  z 

krepy, połyskliwą bluzkę, skórzane buty na wysokim obcasie. 

- Chyba powinienem był zadzwonić z lotniska. 
- Wychodziłam właśnie... - zaczęła niepewnie. 
- Z kimś specjalnym? - Jego bezpośredniość zbiła ją z tropu. 
- Nie... Z nikim specjalnym. Nie ukrywał zadowolenia. 
- Gdzie możemy porozmawiać? To zajmie tylko chwilkę. 
- U mnie. 
-  A  twoje  plany?  To  musi  być  niezła  impreza,  biorąc  pod 

uwagę twój strój.  

- Nic na tyle ważnego, żebym nie mogła zrezygnować. 
Patrzył na nią przez chwilę, jakby ważył znaczenie jej słów. 
-  Panno  Ross,  czy  mam  wezwać  ochronę?  -Portier  spojrzał 

wrogo na Jake'a. - Albo policję? 

- Dziękuję, Williamie. Pan Montana to stary znajomy. 
Brwi Williama podjechały wysoko na czoło, ale zrezygnował 

z komentarzy. 

W  milczeniu  ruszyli  do  windy.  Kiedy  jechali  na  górę,  Dani 

wpatrywała  się  w  podłogę.  Jake  z  kolei  obserwował  numery 
pięter wyświetlane nad drzwiami, które po chwili otworzyły się 
bezszelestnie.  Długi  hol  pokrywała  wykładzina  dywanowa. 
Bardziej  czuła,  niż  słyszała  kroki  Jake'a  za  sobą.  Przekręciła 
klucz  w  zamku  i  za  moment  szybko  przemierzała  korytarz 

105

RS

background image

 

 

prowadzący  do  pokoju.  Chciała  od  razu  przystąpić  do 
zasadniczej rozmowy. 

- Chodzi o Caroline Wainwright, tak?- spytała spokojnie.  
- Zmieniłeś zdanie? 
Stanek  twarzą  do  niego.  Czuła  się  znacznie  bardziej 

opanowana na znanym sobie terytorium. 

- Przyjemnie tu. - Rozejrzał się wokół. Przez chwilę zatrzymał 

wzrok  na  jej  twarzy,  by  natychmiast  zwrócić  go  na  półki  z 
książkami, pokrywające całą ścianę. 

-  Cieszy  mnie, że  ci  się podoba  moje  mieszkanie.  Co podać? 

Kawę? Drinka? 

- Dziękuję za wszystko. Masz rację. Nie ożenić się z Caroline. 

Nie dlatego jednak tu przyjechałem. 

-  Właściwie  powinno  mnie  skręcać  z  wściekłości.  -  Podeszła 

do okna i obserwowała jaskrawe, kolorowe światła.  

-  Ale  spodziewałam  się  tego.  Ciągle  odnosiłam  wrażenie,  że 

w ogóle nie masz serca do całej tej sprawy. 

- Nikt przecież nie żądał mojego serca - zauważył cynicznie. 
Patrzył  jej  w  oczy,  jakby  szukał  w  nich  odpowiedzi  na 

pytanie, którego nie wyraził głośno. Potem powoli zaczaj się do 
niej  zbliżać.  Instynkt  mówił  jej,  by  uciekała,  ale  nie  mogła 
zrobić kroku. Odruchowo podniosła ręce. 

- Boisz się? - Jego oczy były pełne ciepła. 
- Nie - odpowiedziała zduszonym głosem. 
- A powinnaś. Ja sam mam gęsią skórę ze strachu. 
- Tak? 
- Kochasz mnie, prawda? 
Mogła już przyzwyczaić się do tych nagłych zmian tematu w 

trakcie  rozmowy  z  nim.  Niestety,  zawsze  całkowicie  ją 
zaskakiwał. Teraz też nie była przygotowana na takie pytanie. 

- Aż dwa tygodnie zajęło mi rozwiązanie tej cholernej zagadki 

-  ciągnął.  -  Wszystko  było  jasne  jak  na  dłoni,  a  ja  za  skarby 

świata  nie  mogłem  dojść  do  tego,  dlaczego  uciekłaś  akurat 
wtedy,  kiedy  wszystko  między  nami  zaczęło  się  układać.  Ta 

106

RS

background image

 

 

bajeczka  o  zobowiązaniach  wobec  klientki  nie  zwiodła  mnie. 
Stworzyłem  teorię,  że  wyrwałaś  się  z  szarej  codzienności  i 
pozwoliłaś  sobie  na  drobny  wyskok.  Gdyby  jednak  zależało  ci 
tylko na przygodzie, spędzilibyśmy razem już pierwszą noc. 

Dani  stała  nieruchomo.  Powinna  była  coś  powiedzieć, ale  jej 

umysł  odmawiał  posłuszeństwa.  Podszedł  bliżej.  Czuła  jego 
dłonie na policzkach. Jak przez mgłę widziała jego twarz. 

- W końcu zrozumiałem, dlaczego wyjechałaś - szepnął.  
-  Zakochałaś  się.  Szukałaś  idealnego  mężczyzny  i  znalazłaś 

go. Znalazłaś nawet więcej, niż szukałaś, prawda? 

Czuła  jego  usta  na  swoich  i  stopniowo  traciła  wszelkie 

poczucie rzeczywistości. Czubek jego języka delikatnie sunął po 
jej wargach, jakby chciał je rozchylić. 

- Powiedz to, Dani. Chcę słyszeć, jak to mówisz. 
- Jake... 
-  Powiedz  to.  -  Chwycił  ustami  jej  dolną  wargę  i  ssał  przez 

chwilę. 

- Kocham cię. 
Choć  było  to  szaleństwo,  Dani  nawet  nie  próbowała  stawiać 

oporu. Nie wiedziała, czy on zdarł z niej bluzkę, czy ona zdjęła 
ją  sama.  Nie  pamiętała,  kto  rozpiął  wieczorowe  spodnie,  a 
przecież w sekundę była już zupełnie naga. Sięgnęła do guzików 
jego koszuli. Potem jej dłonie przesunęły się po jego ramionach 
i piersiach aż do klamry paska od spodni. Rozpięła ją, szarpnęła 
zatrzask  i  z  niecierpliwością  otworzyła  masywny  suwak. 
Westchnął, czując jej dotyk. Jego dłonie też błądziły po jej ciele. 
Rozkoszowała się pieszczotami, którymi ją obsypywał. 

Powoli  osunęli  się  na  miękki  dywan.  Objęła  Jake'a  i  wtedy 

uświadomiła sobie, ze nadal był w koszuli i kożuszku. Po chwili 
z westchnieniem przyjęła go głęboko w sobie. 

Ruchy jego bioder były mocne i pewne. Od razu wczuła się w 

jego  rytm.  Klamra  paska  boleśnie  uciskała  jej  ciało.  Teraz 
jednak  liczyło  się  tylko  rosnące  napięcie,  gwałtowność  Jake'a, 
to,  że  był  w jej  ramionach.  W  końcu  jej  podniecenie doszło  do 

107

RS

background image

 

 

zenitu.  Wyprężyła  się  z  rozkoszy,  którą  jego  pieszczoty 
wydłużały w nieskończoność. 

-  Jak  to  się  stało,  że  ty  jesteś  całkowicie  naga,  a  ja  prawie 

zupełnie ubrany? - szepnął. 

- Bardziej się spieszyłeś niż ja - drażniła go. 
-  Całą  drogę  tłumaczyłem  sobie,  że  muszę  to  załatwić  jak 

wyrafinowany  luzak  z  miasta.  I  co?  Dziesięć  minut  po 
przyjeździe  zdzieram  z  ciebie  wszystko  i  rzucam  cię  na  dywan 
niczym pastuch, który wrócił z trzymiesięcznego spędu bydła. 

-  A  dla  mnie  to  była  czysta  przyjemność  -  szepnęła.  -  Jest 

tylko jedna rzecz... 

- Jaka? 
- Katujesz mnie klamrą. 
Jake zaklął i wyciągnął ją spod jej biodra. Delikatnie masował 

wyraźny ślad, który zostawiła. 

- Przepraszam. Niestety, zrobił się siniec. 
-  Nic  nie  szkodzi.  Kto  go  będzie  widział,  prócz  ciebie?  Czy 

zawsze znaczysz swoje kobiety? 

-  Tylko  te,  które  mam  zamiar  zachować.  Spojrzała  na  niego 

pytająco.  Wstał,  otulił  ją  swoją  kurtką,  a  potem  zamyślony 
usiadł na krześle. 

-  Nie  potrafię  się  dobrze  wysławiać  -  stwierdził  cichym 

głosem.  -  Wychowano  mnie  w  przekonaniu,  że  prawdziwy 
mężczyzna nie mówi 

0  uczuciach.  Cierpiałem,  od  kiedy  wyjechałaś.  Twoim 

zdaniem miłość jest jak ogień i można się sparzyć, podchodząc 
zbyt blisko. Zrobiłem to. Pali jak cholera! Żeby było śmieszniej, 
nareszcie  czuję,  że  żyję.  Jest  wspaniale.  Całymi  latami  gnębiła 
mnie apatia i obojętność. 

- Jake... 
-  Po  odejściu  Sandry  uznałem  miłość  za  grę,  w  którą  się 

człowiek angażuje, póki nie przegra. Nie zamierzałem próbować 
jeszcze  raz.  Tak  samo  jak  ty  po  rozwodzie  z  Darrenem. 
Doszliśmy  do  wniosku,  że,  aby  nie  cierpieć,  należy  tłumić 

108

RS

background image

 

 

własne  uczucia.  Ale,  do  diabła,  lepiej  nie  żyć,  niż  żyć  w  ten 
sposób! Dzięki tobie to dostrzegłem... 

W  jego  dużej  kurtce  wyglądała  na  jeszcze  bardziej 

filigranową  i  delikatną.  Widział  jej  przerażenie.  Wcale  się  nie 
dziwił. On też zareagował strachem. Miał parę tygodni na to, by 
w spokoju przeanalizować swoje myśli i odkryć jedyne możliwe 
rozwiązanie. 

-  Przyjechałem  nie  tylko  po  to,  by  wycofać  się  z  umowy. 

Chciałem ci wyznać miłość. 

Roześmiał  się,  słysząc  jej  głośne  westchnienie  i  widząc 

rozszerzone ze zdziwienia oczy. 

-  Też  na  początku  nie  mogłem  w  to  uwierzyć.  Dwóch 

cyników raptem zakochuje się w sobie. 

Chyba już pierwszego dnia podejrzewaliśmy, na co się zanosi. 

Tłumaczyliśmy sobie, że miłość jest nie dla nas. Walczyliśmy z 
uczuciem  i  ze  sobą.  Jestem  tym  zmęczony.  Zrozumiałem,  że 
nikt  nam  nie  zagwarantuje  szczęścia.  Trzeba  wziąć  głęboki 
oddech,  skoczyć  i  modlić  się,  że  nie  utoniemy.  Kocham  cię. 
Chcę się z tobą ożenić. To wszystko. 

-  Wszystko?  -  szepnęła.  -  Ty  miałeś  podobno  być  ten  silny! 

Obiecywałeś, że nie zrobimy głupoty. 

- Kłamałem. - Uśmiechnął się rozbrajająco. 
- A Caroline? 
- Ślub z Caroline był rozwiązaniem wtedy, kiedy wiedziałem, 

że już się nie zakocham i nie chcę kochać. Teraz małżeństwo z 
rozsądku  nie  ma  sensu.  Znalazłem  prawdziwą  miłość.  Ożenię 
się tylko z jedną kobietą. Z tobą. 

Zbladła jak ściana. Przez chwilę myślał, że zemdleje. Wstał z 

krzesła  i  przyklęknął  obok  niej.  Otulił  jej  twarz  puszystym 
kołnierzem kurtki. 

-  Chcę,  żebyś  wróciła  ze  mną  do  Silvercreek.  Nie  musisz 

niczego  obiecywać.  Jeżeli  boisz  się  małżeństwa,  przyjedź  i 
mieszkaj  ze  mną,  jak  długo  chcesz,  bez  żadnych  formalnych 
zobowiązań. 

109

RS

background image

 

 

-  Zgodziłbyś  się  na  takie  warunki?  -  spytała  z 

niedowierzaniem. 

-  Przyjmę  każde  warunki.  Potrzebujemy  tylko  czasu.  Już 

przyznałaś,  że  mnie  kochasz.  Teraz  muszę  tylko  poczekać,  aż 
pozbędziesz  się  strachu.  Nie  interesuje  mnie,  ile  to  będzie 
trwało, kochanie.  

-  Jake,  co  my  narobiliśmy?  -  Rzuciła  mu  się  w  ramiona  i 

ukryła twarz na jego szyi. 

- Musimy poinformować Caroline. Ijej siostrę. 
-  Rany  boskie!  -  jęknęła  Dani.  -  Biedna  Caroline!  Co  ja  jej 

powiem? 

-  Prawdę.  Szukałaś  idealnego  mężczyzny  w  całej  Kanadzie  i 

w końcu go znalazłaś. 

-  I  zachowuję  go  dla  siebie  -  dodała  z  urwisowatym 

uśmiechem.  -  Powinnam  się  wstydzić.  Gdzie  uczciwość 
zawodowa? 

-  Takie  jest  życie.  -  Jake  wsunął  dłonie  pod  kurtkę.  Jej  ciało 

było  ciepłe  i  miękkie.  Ponownie  obudziło  w  nim  pożądanie. 
Odchylił  kołnierz,  by  pocałować  jej  szyję.  -  Czy  w  tym 
mieszkaniu jest jakaś sypialnia? 

- Oczywiście. Myślimy o tym samym? 
-  Mam  nadzieję.  Chciałbym  wczołgać  się  z  tobą  do  łóżka  i 

obejrzeć jeszcze raz ten siniec... 

Dani  nie  wiedziała,  czy  obudził  ją  natarczywy  dzwonek 

telefonu,  czy  też  głośne  łomotanie  do  drzwi.  Wstała  i  narzuciła 
na  siebie  szlafrok.  Jake  przewrócił  się  na  wznak,  odrzucając 
kołdrę.  Patrzyła  z  podziwem  na  jego  muskularne  ciało, 
rozciągnięte  na  pastelowej  pościeli  w  delikatny  kwiecisty 
wzorek. 

Zaklęła,  zła,  że  ktoś  śmie  psuć  tak  idylliczny  poranek. 

Poczłapała  do  pokoju,  podniosła  słuchawkę,  a  w  stronę  drzwi 
krzyknęła, by jeszcze trochę poczekano. 

-  Powiedzieli,  że  są  pani  przyjaciółmi  i  po  prostu  na  siłę 

wdarli się do środka, panno Ross. 

110

RS

background image

 

 

Czy  mam  posłać  na  górę  ochronę?  -  usłyszała  zdesperowany 

głos portiera. 

- Nie trzeba - bąknęła niewyraźnie na wpół rozbudzona.  
- Muszę iść otworzyć. 
W  połowie  drogi  uzmysłowiła  sobie,  że  portier  mówił  o 

ludziach,  którzy  walili  w  jej  drzwi.  Wyjrzała  przez  wizjer  i  ku 
swojemu zaskoczeniu zobaczyła Caroline Wainwright. 

- O Boże! - Na jej widok otrząsnęła się z resztek snu. 
Caroline  nawet  nie  zauważyła  jej  przerażenia.  Bez  słowa 

wpadła  do  mieszkania.  Młody  brodaty  mężczyzna,  który  jej 
towarzyszył, uśmiechnął się przepraszająco. 

- Czy jest tu moja siostra? 
- Marion? - dopytywała się bez sensu Dani.  
- Jest sobota, siódma trzydzieści rano. Pewno jeszcze śpi. 

Przepraszam. 

Przyszłam 

bez 

uprzedzenia. 

Nie 

przypuszczałam,  że  znajdziesz  kogoś,  kto  spodoba  się  Marion. 
Na dodatek ona traktuje całą sprawę śmiertelnie poważnie. Mam 
tego dość! Rozumiesz, o co mi chodzi? 

- Nie - oznajmiła ze spokojem Dani, podejrzewając, że chyba 

cały  świat  zwariował.  Najpierw9  Jake,  teraz  Caroline.  -  Ale  to 
nie  ma  znaczenia.  Rzadko  kiedy  rozumiem  cokolwiek  o  tak 
wczesnej porze. Napijesz się kawy? Herbaty? 

Posłała  przyjazny  uśmiech  mężczyźnie,  stojącemu  nieco  na 

uboczu.  Caroline  oblała  się  szkarłatnym  rumieńcem.  Wzięła go 
pod rękę i spojrzała na nią buntowniczo.  

- To jest Jacob - oznajmiła z dumą. - Bierzemy ślub. 
- Chyba ja sobie zrobię kawę - oznajmiła Dani. 
-  Masz  prawo  złościć  się  na  mnie.  -  Odwaga  opuściła 

Caroline. - Straciłaś tyle czasu, by znaleźć tego Wyominga... 

- Montanę - poprawiła ją z westchnieniem Dani. 
-  Marion  po  prostu  nie  chciała  mnie  słuchać.  Zawsze,  kiedy 

mówiłam jej o Jacobie, machała ręką. Byłam dla niej śmieszna i 
nie wierzyła  w  moją  miłość  do  profesora  zwyczajnego  filologii 
klasycznej. Zapewne nie mogła znieść słowa zwyczajny w jego 

111

RS

background image

 

 

tytule  albo  faktu,  że  jego  ojciec  handluje  używanymi 
samochodami. 

-  Proszę,  mów  powoli.  Dopiero  się  obudziłam  i  nie  nadążam 

za tobą. 

- Przepraszam - mruknęła Caroline. Podeszła do Jacoba, który 

opiekuńczym gestem objął ją ramieniem.  

-  Wczoraj  zadzwoniłam  do  Marion  i  uprzedziłam  ją,  że  nie 

wrócę na noc. Wpadła w istny szał. Telefonowałam dzisiaj rano 
i rozmawiałam z Corą, naszą pokojówką. Marion uważa, że ja tu 
prędzej czy później przyjdę, więc sama też chce przyjść. 

- Nie było cię w domu zeszłej nocy? 
-  Zostałam  u  Jacoba.  -  Caroline  znów  się  zaczerwieniła. 

Unikała wzroku Dani. 

-  A  Marion  nie  była  tym  zachwycona  -  dodała  niepotrzebnie 

Dani. 

-  Nie  powinniśmy  byli  postąpić  w  ten  sposób  -  przyznał 

Jacob. - Należało iść do niej i wyjaśnić wszystko, a nie czaić się 
po kątach. 

-  To  ja  wpadłam  na  pomysł,  żeby  zadzwonić  do  Marion  - 

szepnęła  Caroline.  -  Bałam  się  nawet  tego.  Już  widziałam,  jak 
zdobywa  jego  adres  na  uczelni  i  przyjeżdża  w  asyście  policji, 

żeby aresztować Jacoba za kidnaping lub coś w tym guście. 

- Czy się przesłyszałam, czy ma przyjechać do mnie? 
-  Tak  twierdziła  Cora.  Dlatego  jesteśmy  tu  z  Jacobem. 

Chciałam z tobą porozmawiać, zanim... 

Zadzwonił domofon, a po chwili rozległo się mocne stukanie 

w drzwi. Dani z jękiem podniosła słuchawkę. 

- W porządku, Williamie, to znajoma. 
- Panno Ross - oznajmił wyniośle portier. 
-  Chyba  dobrze  by  było,  gdyby  poinformowała  pani  swoich 

gości, że... 

-  Na  pewno  to  zrobię  -  przerwała  mu  Dani.  Poszła  otworzyć 

drzwi. - Wejdź, Marion. Coś mi mówi, że to będzie bardzo długi 
i wyczerpujący poranek. 

112

RS

background image

 

 

-  Mam  bardzo  poważny  problem  -  oznajmiła  Marion, 

energicznym krokiem mijając Dani. 

- Moja kochana siostrzyczka... Aaa... tu jesteś! 
- Powiedziałam Dani o wszystkim dopiero parę minut temu - 

szybko wyrzuciła z siebie Caroline. - Jacob i ja... 

-  Nie  tłumacz  się!  -  ucięła  Marion.  -  Wczoraj  wieczorem 

zapowiedziałaś  jasno  i  wyraźnie,  co  zamierzacie  zrobić.  Ale 
obiecałyśmy temu Wyomingowi... 

- Montanie... - poprawiła Dani znużonym głosem. 
-  ...  pannę  młodą.  Nikt  nie  wspominał  o  czystości  i 

niewinności. 

Uznamy 

zeszłą 

noc 

za 

przedmałżeńskie 

szaleństwo. 

-  To  nie  było  przedmałżeńskie  szaleństwo.  -  Caroline 

zaczerwieniła się jak burak. - Jacob i ja bierzemy ślub i... 

- Nic z tego - zniecierpliwionym głosem rzuciła Marion. - Nie 

wyjdziesz za nie znanego mi faceta tylko po to, żeby mi zrobić 
na złość. 

-  Chciałam  ci  go  przedstawić,  ale  ty  mówiłaś,  żebym  się  nie 

wygłupiała.  Nigdy  nie  chcesz  mnie  wysłuchać.  Nawet  nie 
pytałaś mnie o zdanie, kiedy zatrudniłaś Dani, żeby mi znalazła 
męża. Nawet nie... 

- Co to, do cholery, za hałasy?! 
Trzy pary oczu zwróciły się w stronę drzwi sypialni. Zapadła 

grobowa  cisza.  Jake  patrzył  na  nich  zaspanymi  oczami.  Miał 
potargane  włosy,  a  jego  policzki  pokrywał  jednodniowy zarost. 
Wciągnął  dżinsy,  ale  już  nie  raczył  ich  zapiąć,  więc  całe 
towarzystwo mogło bez trudu przekonać się, że pod spodem nic 
nie miał. 

-  Mój  Boże,  co  to  za  Apollo?  -  szepnęła  Marion.  Z  trudem 

oderwała oczy od Jake'a, by spojrzeć na Dani. - Tak mi przykro. 
Nie  przypuszczałam  nawet,  że  możesz  mieć  towarzystwo.  No, 
po prostu przepraszam. 

113

RS

background image

 

 

-  Właściwie  dobrze  się  stało,  że  wszyscy  tu  jesteśmy. 

Zaoszczędzimy  mnóstwo  czasu.  Słuchajcie,  chciałabym  wam 
przedstawić Jake'a Montanę. 

- O rany! - Jacob wzniósł oczy do nieba. 
-  Wiem,  jak  poważnie  podchodzisz  do  swoich  obowiązków, 

ale  to  chyba  lekka  przesada  -  chłodnym  głosem  oznajmiła 
Marion.  -  Powiedziałam,  że  należy  go  sprawdzić,  ale  chodziło 
mi o teorię, a nie praktykę. 

- Pozwoli pani... - zaczął groźnie Jake. 
-  Jake!  -  powstrzymała  go  Dani.  -  To  Marion  Wainwright-

Syms, która... 

-  Zatrudniła  ciebie,  żebyś  znalazła  męża  dla  jej  siostry  - 

dokończyła Marion niebezpiecznie spokojnym tonem.  

- Nie było mowy o zabawach na mój koszt. O co tu chodzi? 
- To trudno wytłumaczyć, ale... 
- Dlaczego trudno? - wtrącił Jake. - My... 
- Jake, proszę! 
Dani  spojrzała  na  niego  wzrokiem  pełnym  wściekłości,  ale 

zupełnie to zignorował. Nagle Caroline wysunęła się do przodu. 

-  Panie  Montana,  jestem  Caroline  Wainwright,  kobieta,  z 

którą  pan  ma  wziąć  ślub.  Albo  raczej  miał.  Przykro  mi,  bo  z 
pewnością jest pan miłym człowiekiem, ale wychodzę za mąż za 
kogoś  innego.  -  Przerwała,  by  zaczerpnąć  tchu.  -  Za  Jacoba. 
Będziemy  razem  niezależnie  od  tego,  co  mówi  moja  siostra. 
Czuję  się  okropnie,  że  robiłam  panu  nadzieje,  a  terz  wszystko 
odwołuję.  Proszę  mi  wybaczyć.  Zwrócimy  pieniądze  za  bilet 
lotniczy i...  

-  Chyba  pan  Montana  i  panna  Ross  właśnie  mieli  przeprosić 

ciebie,  kochanie  -  powiedział  cicho  Jacob.  Uśmiechnął  się  do 
Jake'a. - Czyż nie mam racji? 

-  Wykazał  się  pan  nieprzeciętną  bystrością,  jak  na  profesora 

uniwersytetu  -  przyjaznym  tonem  oznajmił  Jake.  -  Caroline, 
przyleciałem, bo chciałem ci powiedzieć, że nie mogę ożenić się 
z tobą. 

114

RS

background image

 

 

- Tak? - pytała z niedowierzaniem. 
- Żeni się z Dani - tłumaczył Jacob. 
-  Ależ  to  wspaniale!  -  Raptem  rzuciła  się  Jake'owi  na szyję i 

głośno  cmoknęła  go  w  policzek.  -  Dani,  nawet  nie  wiesz,  jaka 
jestem szczęśliwa! 

-  Chyba  nie  zleciłam  ci  znalezienia  męża  dla  siebie.  -  Ostry 

głos Marion przebił się przez szczebiot Caroline. 

- Nie planowałam tego. Zwrócę wszelkie koszta. 
- Mam nadzieję. A ty, Caroline, przestań bajdurzyć! Wracasz 

ze  mną  do  domu.  Zapomnisz  o  swoich  nonsensownych 
pomysłach.  Jacob,  proszę,  nie  uważaj  mnie  za  niegrzeczną,  ale 
zupełnie inaczej wyobrażam sobie męża mojej siostry. 

- Marion, kocham twoją siostrę i ożenię się z nią. 
- Po moim trupie! 
Dani rzuciła się na szyję Jake'a. 
- Dzień dobry - szepnęła. 
- Dzień dobry, kochanie. - Pocałował ją leciutko. 
Za  nimi  Caroline,  jej  siostra  i  Jacob  przekrzykiwali  się 

nawzajem. 

- Powiedz, że mnie kochasz. 
- Kocham cię. - Była przykładnie posłuszna. 
- Powiedz, że wyjdziesz za mnie. 
- Wyjdę za ciebie. - Stanęła na palcach, żeby go pocałować. 
- Chodźmy do łóżka. Nie zauważą naszej nieobecności. 
- Trochę zbyt wiele hałasu, żeby usnąć. 
- Nie myślałem o spaniu. - Puścił do niej oczko, włożył palce 

do ust i przeraźliwie gwizdnął. W jednej chwili zapadła cisza jak 
makiem zasiał. - Moi mili, wiele musicie sobie jeszcze wyjaśnić. 
Byłbym  wdzięczny,  gdybyście  to  zrobili  gdzie  indziej,  bo  chcę 
się kochać z moją przyszłą żoną. 

- Podziwiam pański styl - przyznał ze śmiechem Jacob.  
-  Mam  nadzieję,  że  przyjdziecie  do  nas  na  kolację  przed 

wyjazdem do Kolumbii Brytyjskiej. 

- Solennie obiecuję. - Jake uścisnął jego dłoń. 

115

RS

background image

 

 

-  W  ogóle  was  nie  rozumiem  -  stwierdziła  Marion. 

Zamaszystym  krokiem  pomaszerowała  do  drzwi.  -  Mimo  to, 
oczekuję zaproszeń na oba śluby. 

- Oba? - dopytywała się Caroline. 
-  Na  litość  boską,  chyba  wiem,  kiedy  przegrywam! 

Pośpieszcie  się!  Mamy  wiele  spraw  do  omówienia.  Ci  dwoje 
zresztą jasno powiedzieli, co myślą o naszym towarzystwie. 

Jej głos słychać było nawet zza zamkniętych drzwi.  
-  Jak  mogłeś  tak  powiedzieć?  -  Dani  przyłożyła  dłonie  do 

zaróżowionych policzków. 

-  Zrewanżowałem  się  za  twoją  równie  zaskakującą  ripostę  w 

finale  rozmowy  z  Claudią  Schefer.  Zresztą,  nieważne...  Lepiej 
przypomnij mi, po co właściwie zamknęliśmy się w tej sypialni? 

 

116

RS


Document Outline