background image

Bethany Campbell  

 

Mężczyzna w ciemnych okularach 

(Every Kind of Heaven) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Gdy  pół  roku  temu  Mollie  po  raz  pierwszy  dołączyła  do  obsady  serialu 

telewizyjnego, 

kobieta grająca rolę doktor Katherine Bleekman odprowadziła ją 

na bok i ostrzeg

ła: 

– To zwariowana praca. Nigdy nie wiadomo, 

co się za chwilę może zdarzyć. 

Ale  jedno  jest  pewne:  jeżeli  reżyser  zechce  cię  widzieć  w  swoim  prywatnym 
gabinecie, 

miej się na baczności. Będziesz miała kłopoty.  

– 

Kłopoty? – spytała zdziwiona Mollie. Była szczęśliwa, że w ogóle znalazła 

pracę.  

–  W serialu nigdy nie wiesz, 

co  się  stanie  z  graną  przez  ciebie  postacią  – 

mówiła dalej kobieta. – Autorzy scenariusza mogą zrobić z tobą coś strasznego 

bez  żadnego  ostrzeżenia.  Szczególnie  ci  nasi  z  tego  słyną.  Ciągle  ktoś  jest 

wzywany i dowiaduje się, że już po nim.  

Od czasu tej rozmowy cztery osoby z obsady aktorskiej wezwane zostały do 

gabinetu, 

aby dowiedzieć się od reżysera, że odtwarzane przez nie postacie mają 

zostać zabite lub w inny sposób wyeliminowane, Znalazła się wśród nich także 
kobieta, 

która  grała  rolę  Katherine  Bleekman.  Nieoczekiwana  śmierć  doktor 

Bleekman nastąpiła na skutek ukąszenia jadowitego węża z Gabonu, ukrytego w 
jej mieszkaniu przez nikczemnego doktora Foresta, jej konkurenta. A doktorowi 
Fo

restowi  z  kolei  wydarzył  się  jakiś  dziwny  wypadek  przy  nurkowaniu  z 

aparatem tlenowym i również został wykreślony ze scenariusza.  

Tym razem wezwanie, 

którego wszyscy tak się obawiali, otrzymała Mollie. 

Siedziała  pełna  niepokoju  ostatnie  sześć  miesięcy  grała  rolę  Clarice  w 

nadawanym w porze przedpołudniowej serialu „Lekarze i ich szpital”. Clarice 

przez  cały  ten  czas  pozostawała  w  stanie  śpiączki.  Nie  mówiła;  nie  poruszała 

Się, nie , wydawała nawet jęku. Krótko mówiąc, nie była to porywająca rola, ale 
zawsz

e coś, a z gaży można było spokojnie opłacić czynsz.  

– Na zdrowie! – 

powiedziała, gdy Leon przestał kichać.  

–  Przykro mi, 

że  zdecydowaliśmy  się  na  ten  krok  tuż  przed  Bożym 

Narodzeniem  – 

przyznał, wycierając nos w chusteczkę – ale autorzy uznali, że 

to  będzie bardziej dramatyczne.  Na  gwiazdkę  mieliśmy  już  śluby,  rodziły  się 
dzieci, 

doktorowi  Finlayowi  spłonął  dom,  było  kilka śmierci  i  wypadków,  ale 

nigdy  jeszcze  na  Boże  Narodzenie  nie  odłączyliśmy  nikogo  od  aparatury 
medycznej. 

To będzie pierwszy taki przypadek. Wrażenie wywrze niesłychane! 

Choć to, co mówił Leon, wydało jej się okropne i bezduszne, skinęła głową, 

pragnąc  za  wszelką  cenę  wyglądać  na  osobę,  która przyjmuje wszystko z 

chłodnym, zawodowym spokojem.  

Mollie  nie  odznaczała  się  olśniewającą  urodą,  ale  była  kobietą  atrakcyjną: 

wyglądała świeżo i zdrowo. Jej długie, spięte klamrą, jasnorude włosy bujnymi 

background image

falami  opadały  na  ramiona.  Delikatne  łuki  kasztanowych  brwi  uwydatniały 

duże, niebieskie oczy i oryginalny kształt usianych piegami kości policzkowych. 

Wiedziała,  że  nie  jest  pięknością,  ale  ma  za  to  charakterystyczną  twarz,  niski 

głos o szerokich możliwościach scenicznych i dużą sprawność ruchową.  

Zawsze była świadoma tego, że o jej karierze będzie musiała zadecydować 

nie uroda, lecz talent i upór 

w dążeniu do sukcesu. Ale nie wiedziała jeszcze, jak 

wiele  w  życiu  aktorki  zależy  od  zwykłego,  nie  dającego  się  przewidzieć 

szczęśliwego  trafu.  Podobnie jak w przypadku biednej Clarice,  jej  szczęśliwa 

gwiazda zdawała się teraz gasnąć. Za chwilę nie będzie miała pracy.  

– 

A więc – kontynuował Leon, oglądając pudełko drażetek wykrztuśnych – 

będziemy potrzebować cię jeszcze przez dwa tygodnie. Potem będziesz wolna. 

Mam  nadzieję,  że  znajdziesz  interesującą  pracę.  Naprawdę  wierzę  w  twoje 

możliwości.  Na  pewno  możesz  grać  role  znacznie  bardziej  ambitne  niż  rola 

kobiety w stanie śpiączki.  

– 

Bardzo dziękuję – powiedziała Mollie i uśmiechnęła się mimowolnie.  

– 

W  każdym  razie  –  dodał,  odkładając  na  bok  pudełko  drażetek  –  i tak 

prosiłaś o kilka dni urlopu w święta. O ile pamiętam, wychodzisz za mąż.  

– Tak. – 

Mollie skinęła głową z ciągle tym samym chłodnym uśmiechem na 

twarzy. 

Ale nie prosiłam o wieczny urlop, pomyślała ponuro. Michael nie będzie 

tym zachwycony. 

Już przedtem martwił się o pieniądze i o to, jak przeżyjemy. 

Bardzo ci dziękuję, Leon. Ciekawe, jak byś się czuł, gdyby tobie ktoś zrobił taki 
gwiazdkowy prezent? 

– 

No proszę – stwierdził Leon – teraz wasz miodowy miesiąc będzie mógł 

być tak długi, jak tylko zechcecie. Wybieracie się w podróż poślubną? 

–  Tak.  Do Nowego Orleanu  – 

odpowiedziała  cierpko,  myśląc  o  tym,  czy 

będzie ich nadal na to stać, teraz, kiedy została bez pracy.  

–  Ach  – 

westchnął  Leon.  –  Nowy Orlean,  słońce,  palmy,  Dzielnica 

Francuska, jazz... 

Zazdroszczę ci. Wszystkiego ci zazdroszczę. Twojej młodości, 

twojego zdrowia. 

Gdy  kończy  się  zdrowie,  kończy  się  wszystko.  –  Kichnął 

ponownie,  tym razem tak mocno, 

że  aż  łzy  napłynęły  mu  do  oczu.  Nos  miał 

czerwony i patrzył na Mollie wilgotnymi oczami. – Powinnaś dziękować Bogu 
za to, co masz – 

powiedział zakatarzonym głosem. – Jesteś szczęśliwa.  

Szczęśliwa, pomyślała gorzko Mollie. No właśnie. Błogosławieni niech będą 

bezrobotni! 

 

Musiało  tak  się  stać,  powtarzała  sobie,  z  trudem  brnąc  do  domu  przez 

padający  śnieg.  Zawsze  wiedziała,  że  autorzy  –  ta banda krwiożerczych 
wampirów  –  raczej n

ie  pozwolą  na  to,  aby  Clarice  przeżyła.  Nigdy nie 

obchodzili ich aktorzy. Dbali tylko o to, a

by akcja była bez przerwy powikłana i 

aby  wciąż  mogły  się  zdarzać  jakieś  zaskakujące  niespodzianki.  Bez  żadnych 

zahamowań mordowali swych bohaterów lub pozwalali im ginąć w lawinach, na 

background image

safari, 

w wybuchających gdzieś daleko rewolucjach, powodowali u nich zaniki 

pamięci  i  rozwój  podwójnej  osobowości  lub  wymyślali  tysiące  innych 

fizycznych  i psychicznych  cierpień.  No tak, pomyślała  Mollie,  otulając ściślej 

szyję  szalikiem,  pomysł  uśmiercenia  Clarice  nie  powinien  być  dla  mnie 
zaskoczeniem.  

A jednak miała nadzieję, że jej bohaterka przeżyje jeszcze przynajmniej trzy 

lub  cztery  miesiące.  Mieli  pobrać  się  z  Michaelem  w  czasie  świąt  Bożego 
Narodzenia,  za dwa tygodnie, 

gdy  tylko  skończy  on  swą  pracę  magisterską  z 

teorii dramatu. 

Ślub miał być skromny, bez żadnej pompy. Michael przyjechałby 

do Nowego Jorku prosto z Minneapolis.  Na razie nie mieli zamiaru nikogo o 

tym zawiadamiać. Mollie nie miała nawet zaręczynowego pierścionka, – gdyż 
wspólnie doszli do wniosku, 

że byłby to niepotrzebny wydatek.  

Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwolili, 

miała być czterodniowa podróż 

poślubna  do  Nowego  Orleanu.  Mollie  kupiła  bilety  lotnicze  na  tyle  wcześnie, 
a

by skorzystać ze zniżki za wcześniejszą rezerwację.  

Bilety 

leżały  już  w  specjalnej  kopercie,  bezpiecznie ukryte w kuchennej 

szufladzie.  

O  tej  porze  roku  w  Nowym  Jorku  szybko  zapadał  zmrok  i  zanim  Mollie 

dotarła do swego nowego mieszkania, zrobiło się już ciemno. Ciągle jeszcze w 

myślach  nie  nazywała  tego  miejsca  domem  –  mieszkała  tu  dopiero  kilka 
tygodni.  

Otworzyła  drzwi,  weszła  do  mieszkania  i  powiesiła  na  wieszaku  kurtkę, 

czapkę  i  szalik.  Nie  schylając  się  zrzuciła  buty  z  nóg  i  rozejrzała  się  wokół. 
Ze

wsząd  wyzierało  przygnębiające  ubóstwo  nagich  ścian.  Mieszkanie  było 

najwyżej dwa razy większe niż jej poprzedni pokój. I przeszło pięć razy droższe.  

Czynsz,  czynsz,  czynsz...  – 

zdawały  się  szeptać  ściany.  Straciłaś  pracę... 

Skąd weźmiesz pieniądze na czynsz? 

Rozprostowała ramiona. Mogła ponownie podjąć dorywczą pracę kelnerki w 

kawiarni u Greenów. 

Gdyby  nie  znalazła  wkrótce  innego  zatrudnienia  jako 

aktorka, 

przyjęłaby  jakąkolwiek  inną  pracę  w  pełnym  wymiarze  godzin. 

Gdziekolwiek. 

Pracy się nie bała. Nikt jej nie obiecywał, że życie aktora będzie 

łatwe.  Oboje z Michaelem wiedzieli,  jak  trudno  o  angaż,  czy  porządne 
honorarium, 

chociaż  podejrzewała,  że  Michaela  bardziej  to  przerażało  niż  ją. 

Ale Michael nie powinien bać się o siebie, pomyślała z czułością. Przecież ma 
talent, wielki talent.  

Spojrzała  na  zegarek.  Dochodziła  piąta.  Najwyższy  czas,  aby  przestać  się 

nad  sobą  rozczulać  i  zacząć  działać.  Musi  zadzwonić  do  swojej  agencji. 

Podniosła stojący na podłodze telefon i wykręciła numer.  

– Agencja Prokopoulos i Wspólnicy? – 

spytała.  

– Tak? – 

usłyszała oschły głos Clytie.  

– Clytie? Mówi Mollie Randall, 

uśmiercają moją postać w „Lekarzach i ich 

background image

szpitalu”. 

Zostaję tam jeszcze tylko przez dwa tygodnie.  

Clytie była małą, śniadą, impulsywną osóbką. Zaklęła okropnie.  
– 

Nienawidzę autorów tego serialu. To notoryczni mordercy. W niecałe pół 

roku wykończą każdego, komu znajdę tam pracę. Niech będą przeklęci! 

– Clytie, jestem zrozpaczona. 

To przyszło w najgorszym momencie.  

–  To zawsze, 

kochaneńka,  przychodzi w najgorszym momencie  – 

powiedziała ponuro Clytie. – Wesołych Świąt.  

– 

Nic się nie szykuje nowego? Jakieś reklamówki, cokolwiek? 

– 

Przecież  bym  ci  powiedziała,  kochanie.  Chyba po to jestem twoim 

agentem. 

Mówię ci wszyściutko, o czym się dowiem.  

– 

Coś stałego – powiedziała Mollie prawie błagalnie.  

– 

Gdybyś tak mogła znaleźć dla mnie coś stałego, choćby na jakiś czas.  

–  Uhm, 

dla ciebie i dla tysiąca innych aktorów bez pracy – odpowiedziała 

Clytie.  –  Poczekaj.  Zobaczymy,  co tutaj mamy  – 

Mollie  usłyszała  szelest 

papierów.  

– 

Nie jest tak łatwo znaleźć dla ciebie rolę. Wiesz, z tymi twoimi piegami. 

No i dlatego, 

że masz niewielką praktykę zawodową.  

– 

Przecież  nie  mogę  nabrać  doświadczenia,  dopóki  ktoś  nie  umożliwi  mi 

wykonywania zawodu  – 

przekonywała ją Mollie. – Grałam w końcu przez pół 

roku w serialu emitowanym w sieci ogólnokrajowej. 

Chyba to się jakoś liczy, 

nawet jeśli odtwarzana przeze mnie postać była przez cały czas nieprzytomna.  

– Dobrze, dobrze, 

poczekaj chwilę – mruknęła Clytie. – O, tutaj coś mamy. 

Pewi

en  drugorzędny  teatrzyk  przygotowuje  musical  „Łaźnia”.  Potrzebują 

aktorek. 

Tylko że do tej roli będziesz musiała się rozebrać.  

– 

Jestem aktorką – Mollie starała się, aby zabrzmiało to nadzwyczaj godnie – 

i nie upadłam tak nisko, aby pokazywać swoje nagie ciało.  

–  Dobrze, 

kochaną, dobrze – westchnęła Clytie. – Po prostu się pytam.  W 

porządku.  Jutro  możesz  się  zwrócić  do  agencji  Palmera.  Szukają  kobiety  z 
litewskim akcentem.  

–  Litewskim?  – 

spytała  skonsternowana  Mollie.  Nie  wiedziała  nawet 

dokładnie, gdzie leży Litwa, nie mówiąc już o. tym, z jakim akcentem mówią jej 

mieszkańcy.  

– Kotku, 

proponuję ci to, co mam – powiedziała bez ogródek Clytie. – Aha, 

jest  tu  jeszcze  zapotrzebowanie  na  osobę  o  zdrowym  wyglądzie  do  reklamy. 

Możesz  spróbować.  Nie zaszkodzi.  Mam  tu  także  notkę  o  tym,  że  w  jakiejś 
mydlanej operze jest do obsadzenia rola licealistki...  No,  ale nie. 

Tam  cię  na 

pewno nie przyjmą. Jesteś za wysoka i masz za niski głos.  

– Cokolwiek, Clytie, cokolwiek. 

Za dwa tygodnie wychodzę za mąż. Ktoś w 

rodzini

e musi mieć jakąś stałą pracę.  

–  Za dwa tygodnie! – 

odburknęła Clytie. – To tobie, moja dziewczyno, nie 

jest potrzebny agent. Potrzebny ci jest cudotwórca. Ale popatrzmy dalej. Zaraz 

background image

po Nowym Roku jakaś instytucja oświatowa nagrywać będzie serię programów 
na temat zdrowia. 

Mają tam kilka ról głosowych. Ale oni dużo nie płacą.  

– 

To nieważne –  stwierdziła  Mollie. – Daj mi adres i nazwisko osoby,  do 

której trzeba się zgłosić.  

– 

Serdeńko,  wiem,  że  nie  chcesz  o  tym  słyszeć,  ale  naprawdę  miałabyś 

znacznie  więcej pracy,  gdybyś  tylko  zechciała  się  czasami  rozebrać  –  kusiła 
Clytie.  

– 

Mówiłam ci, że tego nie zrobię. Nie jestem striptizerką. Jestem aktorką.  

– 

Dopóki  masz  gdzie  grać.  A jak nie masz,  to  już nią nie  jesteś – oceniła 

zgryźliwie  Clytie.  –  Powiem ci,  kim  tak  naprawdę  jesteś,  głuptasku.  Jesteś 

młoda.  Jesteś  jak  dziecko  zabłąkane  w  lesie.  To nie jest Minnesota.  To jest 
wielkie miasto, 

siedlisko zła. Czasem trzeba iść na kompromis. 

– Nigdy – 

zaprzeczyła Mollie, podnosząc dumnie głowę.  

– Oj, trzeba, trzeba. Kotku, 

nie chciałabym cię urazić, ale może chociaż ten 

twój chłopak jest większym realistą od ciebie. Wybraliście oboje trudny sposób 
zarabiania na chleb.  

–  Wiem,  wiem  – 

powiedziała  Mollie.  –  „Każde  światło  na  Brodwayu  to 

złamane  ludzkie  serce...”  znam to  i  inne  podobne  kawałki.  Ale,  Clytie, 
Micha

elowi i mnie musi się udać. Przez cztery lata o tym marzyliśmy.  

W słuchawce na chwilę zapanowała cisza.  
– Kochanie – 

odezwała się wreszcie Clytie – mam nadzieję, że już to kiedyś 

słyszałaś. Marzeniami się nie nakarmicie.  

–  Nieprawda, 

nakarmimy  się,  jeśli  będziemy  musieli  –  rzekła  Mollie, 

sadowiąc się wygodniej na jedynym stojącym w pokoju zniszczonym meblu.  

Naprawdę tak myślała. Życie bez marzeń nie byłoby niewarte.  

Mollie spędziła następny dzień, brnąc przez pokryte mokrym śniegiem ulice 

i przeciskając się przez przedświąteczny tłum, w drodze od jednej instytucji do 
drugiej.  

Zmęczyła się, bolały ją nogi, ale była w zasadzie zadowolona. Nie dostała 

roli wymagającej litewskiego akcentu, a producenci reklamówki powiedzieli jej, 

że  ma  za  niski  głos.  Ale  w  końcu  szczęście  się  do  niej  uśmiechnęło.  Dostała 

pracę przy udźwiękowieniu trzech filmów oświatowych o zdrowiu. Jej głos miał 

być głosem bakterii.  

W porządku, pomyślała wchodząc do domu i kierując się w stronę skrzynek 

na listy. Nie jest to, co prawda, rola Lady Makbet, 

ale płaca wystarczy prawie na 

opłacenie  miesięcznego  czynszu.  Nie  będzie  już  się  czuła  tak  okropnie,  gdy 
powie Michaelowi, 

że straciła rolę w serialu. Miała przyzwoitą pracę i gotowa 

była zrobić wszystko, by znaleźć następną, choćby miała zedrzeć zelówki.  

Otworzyła skrzynkę na listy. Początkowo z uczuciem zawodu oglądała plik 

rachunków, 

lecz  po  chwili  poczuła  nagły  przypływ  radości  na  widok  grubej 

koperty z listem od Michaela. 

Zapomniała o rachunkach, zbliżającym się zgonie 

background image

Clarice, 

o poniżającej nieco roli bakterii w filmie oświatowym. Chwyciła plik 

korespondencji  i  prawie  wbiegła  po  schodach  na  czwarte  piętro  do  swego 
mieszkania.  

Nie mogąc złapać tchu, z kołatającym sercem weszła do środka i zrzuciła z 

siebie płaszcz. Cisnęła rachunki na brzeg sofy i usiadła na niej w przeciwległym 

kącie  z  listem  Michaela  w  ręku.  Ciągle  jeszcze  miała  zawiązany  wokół  szyi 
szalik, 

a na głowie wełnianą, puszystą czapkę, spod której wystawały jasnorude 

włosy.  

Zrzuc

iła  buty  i  wtuliła  się  w  kąt.  Niecierpliwie  poruszając  palcami  u  nóg, 

otwierała kopertę. Uśmiechnęła się, wyjmując z niej cztery złożone kartki listu. 

Rozłożyła  je  starannie  i  zaczęła  czytać.  Nagle  jej  uśmiech  przygasł.  Krew 

odpłynęła z twarzy, uwydatniając piegi. Wargi zrobiły się białe.  

Nie  ma  sensu  tego  dłużej  ciągnąć  –  pisał  Michael  swym  drobnym, 

spiczastym pismem.  – 

Nie mogę się z Tobą ożenić, Mollie. Lubię Cię, lecz w 

głębi  serca  zawsze  uważałem,  że  nie  pasujemy  do  siebie.  Znalazłem  kogoś 
innego...” 

Przeczytała jeszcze raz pierwszy akapit listu. Każde słowo, które rejestrował 

jej umysł, było dla niej niczym kolejne, paraliżujące uderzenie.  

Michael  nie  chce  się  z  nią  ożenić...  Nie kocha jej...  Znalazł  sobie  kogoś 

innego... 

Wydawało jej się, że spada w czarną otchłań, rozstając się na zawsze’ z 

normalnym życiem. To, co było dotąd, nie wróci już nigdy.  

Przeczytała resztę listu, choć nie docierała do niej w pełni jego treść.  

Michael  pisał,  że  oboje  zbyt  różnią  się  od  siebie.  Chociaż  Mollie  zawsze 

twier

dziła,  że  im  się  powiedzie,  on  w  głębi  duszy  nigdy  w  to  nie  wierzył. 

Uważał, że to mrzonki. Życie młodych, walczących o sukces, aktorów pełne jest 

biedy  i  rozczarowań.  Michael  uświadomił  sobie  ostatecznie,  że  nie  chce,  aby 

stały się one jego udziałem.  

Sta

rał się uwierzyć w jej marzenia. Naprawdę się starał. Lecz w miarę jak 

zbliżała  się  data  ślubu,  coraz  bardziej  był  przekonany,  że  to  nie  ma  sensu.  A 

teraz znalazł kobietę, która mu bardziej odpowiada. To studentka, która wkrótce 

kończy tę samą uczelnię co on. Oboje, pisał dalej, są jakby ulepieni z tej samej 

gliny: mają zainteresowania artystyczne, ale są osobami praktycznymi. Ona chce 

być nauczycielką, a on doszedł do wniosku, że też mu to najbardziej odpowiada. 

Chciałby  prowadzić  życie  spokojne,  choć  twórcze,  w  społeczności  jakiegoś 

małego college’u.  

Zamiast przyjechać do Nowego Jorku na święta, wybiera się do Corning w 

stanie Iowa, 

aby  poznać  rodziców  swojej  dziewczyny.  List  kończył  się 

następująco: 

„Mollie, 

jesteś  wyjątkową  osobą  i  masz  wyjątkowy  talent.  Ale nawet 

wyjątkowym osobom nie zawsze się udaje to, o czym marzą. Jest taka piosenka 

o kimś, kto śni sen niemożliwy do spełnienia. Ja tego robić nie potrafię. Mogę 

background image

śnić tylko o tym, co możliwe do spełnienia.  

 
Wiem, 

że to Cię zaboli, i przykro mi z tego powodu, lecz lepiej, żeby stało się 

to teraz niż później. Naprawdę, nie  umielibyśmy ułożyć sobie życia  we dwoje. 

Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze, ale nie mogę iść dalej wybraną przez Ciebie 

drogą.  Wierzę,  że  życie  przyniesie  Ci  wiele  szczęścia.  Będę  zawsze  Cię  czule 

wspominał.  

 
Przykro mi. Michael  
P.  S.  Szkoda, 

że  wynajęłaś  już  to  mieszkanie,  ale  może  będziesz  mogła  je 

podnająć lub znaleźć kogoś, kto z Tobą zamieszka. Bilety lotnicze do Nowego 

Orleanu  możesz  zwrócić  w  ciągu  tygodnia,  otrzymując  pełny  zwrot  pieniędzy. 

Sprawdziłem to za Ciebie.” 

 

Mollie patrzyła na list, nie wierząc własnym oczom. Powinna odczuwać żal, 

ale była zbyt oszołomiona, aby odczuwać cokolwiek. Znali się z Michaelem od 
czterech lat. 

Spotkali się na drugim roku na wydziale aktorskim. Zaczęli chodzić 

ze sobą od czasu, gdy w szkolnym przedstawieniu „West Side Story” ona grała 

rolę  Marii  a  on  Toniego,  i  dopóki  nie  wyjechała  do  Nowego  Jorku,  byli 

nierozłączni.  

Na trzecim roku grali głównie role w musicalu „Król i ja”. Na czwartym ona 

była  Elizą  Doolittle,  a on Henrym Higginsem w „My Fair Lady”.  Pomiędzy 

jednym a drugim musicalem brali udział w chyba sześciu innych inscenizacjach, 
od jednoaktówek do Szekspira. 

Poświęcali się bez reszty scenie. To wypełniało 

ich życie.  

Myślała,  że  to  najzdolniejszy  młody  człowiek,  jakiego kiedykolwiek 

spotkała, prawie geniusz. Oboje byli zauroczeni teatrem, nie rozmawiali ze sobą 
o niczym innym.  

Michael  był  nie  tylko  utalentowany,  lecz  także  przystojny.  Nieco tylko 

wyższy  od  Mollie,  za to  dobrze zbudowany,  poruszał  się  z  wdziękiem 
zawodowego tancerza. 

Miał  ciemną  cerę,  czarne  włosy  i  oczy,  które czasem 

skrzyły się energią, a czasem robiły wrażenie zamyślonych.  

Myślała, że wszystko ich łączy: uczucie, myśli, nadzieje, plany... Myliła się. 

Od początku do końca się myliła.  

Nagle zdała sobie sprawę z tego, że poczucie krzywdy, głębokiej krzywdy, 

jaka ją spotkała, nie jest jedyną emocją, jaką odczuwa. Czuła także złość.  

Jak mógł przez cały czas kłamać, że marzy o przyjeździe do Nowego Jorku? 

A może sam się również okłamywał? Jeżeli miał jakieś wątpliwości, dlaczego 

zabrakło  mu  odwagi,  by  je  otwarcie  wypowiedzieć?  Jeżeli  miał  jakieś 

zastrzeżenia,  to  czemu  nie  był  na  tyle  uczciwy,  by  je  czarno  na  białym 

przedstawić? 

background image

A poza tym, 

jak mógł być tak przewrotny, by będąc zaręczony z kobietą z 

Nowego Jorku, 

zalecać  się  jednocześnie  do  innej  w  Minneapolis?  Dlaczego 

człowiek  tak  utalentowany  chce  zostać  nauczycielem?  Michael  obawiał  się 

Nowego Jorku i bał się szczerze do tego przyznać. Był po prostu tchórzem.  

Postanowi

ła zadzwonić do niego, choć nie bardzo mogła sobie pozwolić na 

taki wydatek. 

Może wkradł się w to wszystko jakiś okropny błąd, jakieś straszne 

nieporozumienie?  Nakręciła  numer  Michaela,  ale  w  słuchawce  odezwał  się 

sygnał zajętej linii.  

Michael, 

pomyślała z odrazą, wiem, co zrobiłeś! Wyłączyłeś telefon! Zawsze 

tak  postępowałeś,  gdy  chciałeś  uniknąć  konfrontacji.  Boisz  się  ze  mną 

rozmawiać! 

Zbyt wzburzona, 

by  zasnąć,  spędziła  bezsenną  noc.  W  końcu  doszła  do 

wniosku, 

że choć Michael ją bezsprzecznie okłamał, to ona również, myśląc o 

nim, 

okłamywała  samą  siebie.  Czyż  nie  wyczuwała  w  nim  zawsze  lęku  i 

niechęci przed podejmowaniem ryzyka? 

kiego w Tokio, 

a  siostra  pracuje  w  Korpusie  Pokoju  gdzieś  w  Ameryce 

Południowej.  Podczas  tych  świąt  Bożego  Narodzenia  na  całym  kontynencie 

północnoamerykańskim Mollie nie miała nikogo bliskiego.  

Pomyślała ponownie o ojcu i o radach, jakie dawał swym dzieciom. Reguła 

numer jeden, 

mawiał,  jest  taka:  nigdy  nie  myśl  o  sobie  jako  o  ofierze,  bo 

naprawdę staniesz się ofiarą. Użalanie się nad sobą to najbardziej destruktywne 

zajęcie pod słońcem.  

Ojciec  także  zwykł był  mawiać,  z  nieco  przewrotnym  błyskiem  w  oczach, 

mniej więcej tak: gdy ktoś zrobi ci coś złego, Moll, nie odpłacaj mu tym samym. 

Zamiast  tego  zrób  coś  przyjemnego...  sobie samej.  W ten sposób wyrównasz 
rachunek. 

Pokaż,  że  umiesz  nadal  cieszyć  się  z  życia,  to najlepszy rodzaj 

zemsty.  

Wzruszyła  ramionami.  Nie,  na pewno nie pragnie  zrobić  czegoś  złego 

Michaelowi. 

Ale  czy  może  zrobić  w  tym  momencie  coś,  co  poprawiłoby  jej 

samopoczucie? Chyba nie.  

Przygryzła  wargę.  Przypomniała  sobie  bilety  lotnicze  w  kuchennej 

szufladzie. 

Straciła pracę i narzeczonego. Jej rodzina rozjechała się po świecie, 

każdy  jest  gdzie  indziej,  w trzech dalekich krajach.  Święta  spędzi  samotnie. 
Wynajmuje mieszkanie, 

na które jej nie stać i nie ma prawie mebli. Przyszłość 

nie oferuje jej nic bardziej wzniosłego niż rola zarazka grypy.  

Ale nie została pobita całkowicie i nie zrezygnuje z radości, jakie życie może 

jej  jeszcze  zaoferować.  Michael  pisał,  że  może  zwrócić  bilety  i  wycofać 

pieniądze. Zrobi tak – ale tylko z jego biletem.  

Zaplanowała  sobie  tę  jedyną  świąteczną  ekstrawagancję  i  będzie  ją  miała! 

Niech  Michael  odwiedza  sobie  swych  przyszłych  teściów  w  Corning.  Ona 
pojedzie do Nowego Orleanu.  Do miasta,  o którym oboje tak marzyli.  A co 

background image

więcej, będzie się tam wspaniale bawić! 

Podeszła do Okna. Widać było z niego zawsze to samo: ceglaną ścianę. Tym 

razem oświetlało ją delikatne światło zimowego poranka. Padało przez całą noc 

i  śnieg  ułożył  się  miękkimi  fałdami na gzymsach budynków.  Zwiewne przez 

wiatr smugi śnieżnego pyłu wirowały w powietrzu jak duchy.  

Myślała  o  Nowym  Orleanie,  gdzie  słońce  świeciło  nawet  w  grudniu.  Na 

pewno  kwitną  tam  kwiaty,  kołyszą  się  w  słońcu  korony  palm,  niebo jest 

błękitne, powietrze ciepłe, a ulice pełne muzyki.  

Pojedzie w podróż poślubną, niezamężna, samotna i... wolna.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Jeśli uważasz, że masz jakieś zmartwienia, mawiał ojciec Mollie, rozejrzyj 

się  wokół  siebie.  Zawsze  znajdziesz  kogoś,  kto  ma  większe  problemy  niż  ty. 

Zainteresuj się nim. Podaj mu pomocną dłoń, a okaże się, że jest to najlepsze 

lekarstwo także dla ciebie.  

Pierwszą  osobą,  jaką  zauważyła  Mollie,  wsiadając  do  zatłoczonego 

samolotu, 

był  mężczyzna  siedzący  przy  przejściu  na  samym  przodzie  kabiny. 

Pocz

uła nagły przypływ sympatii. Mężczyzna był wysoki, opalony i przystojny. 

I  z  całą  pewnością  miał  większe  powody  do  zmartwienia  niż  ona.  Był 
niewidomy.  

Miał na oczach ciemne okulary, a u jego stóp leżał pies-przewodnik. Był to 

stary, 

potężny owczarek niemiecki z pyskiem przyprószonym siwizną. Leżał z 

uniesionym  łbem,  uważnie  przyglądając  się  innym  pasażerom,  a jego 

bursztynowe oczy miały prawie ludzki wyraz.  

Mężczyzna,  mimo widomego kalectwa,  emanował  siłą  i  zdrowiem.  Szare 

sportowe spodnie opinały się na jego muskularnych udach, a zrobiony grubym 

ściegiem ciemnozielony sweter uwydatniał jego szerokie ramiona. Pod swetrem 

miał  białą  koszulę,  a  śnieżna  biel  rozpiętego  kołnierzyka  podkreślała  brąz 
opalonej twarzy.  

Mollie  domyśliła  się,  że  nie  jest  on  urodzonym nowojorczykiem,  który 

wychował  się  w  tym  mieście  i  zdążył  przywyknąć  do  tłumów  i  ciasnych 
przestrzeni, 

do  zimowego  chłodu,  pochmurnego,  wietrznego nieba i dni bez 

słońca.  

Ciemne, 

gęste  włosy  zaczesane  były  prosto  do  góry.  Miał  kwadratowy 

podbródek,  wyr

aźnie  zaznaczone  kości  policzkowe  i  orli  nos.  Najbardziej 

niezwykłe wydały się Mollie jego usta: ładnie wykrojone, wyrażały opanowanie 

i samokontrolę, lecz również zmysłowość. Siedział wyprostowany, z ciemnymi 

szkłami okularów skierowanymi ku gładkiej ścianie, znajdującej się naprzeciw 
jego fotela. 

Sprawiał wrażenie pogrążonego we własnych myślach.  

Sprawdziła  raz  jeszcze  bilet  i  odczuła  nieoczekiwany  dreszcz  emocji: 

niewidomy mężczyzna był jej sąsiadem. Zajmował miejsce, na którym podczas 

tej podróży miał siedzieć Michael.  

Schowała  płaszcz  do  skrytki  bagażowej,  znajdującej  się  nad  przejściem, 

ostrożnie  przeszła  nad  leżącym  psem  i  usadowiła  się  na  wąskim  fotelu  obok 

niewidomego mężczyzny.  

– 

Piękny pies – odezwała się, by mężczyzna zorientował się, że ktoś siedzi 

obok niego, 

i by przekonać siei czy jest on skłonny do nawiązania rozmowy.  

Odwrócił się do niej z poważnym wyrazem twarzy.  
–  To jawne pochlebstwo. 

Jest  stary  i  tłusty.  A  zapachy  potrafi  wydzielać 

background image

wprost zadziwiające. Kliniczny przypadek.  

Mollie z

dumiona  przyglądała  się  jego  poważnej  twarzy,  nie  wiedząc  co 

odpowiedzieć.  Nagle  dostrzegła  na  jego  opalonych  policzkach  przebłysk 

uśmiechu  i  sama  uśmiechnęła  się  radośnie.  Zaskoczył  ją.  Po prostu nie 

oczekiwała z jego strony żartu.  

– Ile ma lat? – 

spytała.  

– 

Wedle jakiej rachuby? Bo wedle naszej ludzkiej ma trzynaście – odparł. – 

Ale  jak  przeliczyć  te  lata  na  psi  wiek,  to  będzie  pewnie  około 

dziewięćdziesiątki. Wędruje na chwiejnych łapach w stronę starczej demencji. 

Ale robi to z klasą. Ma na imię Fritz. A ja nazywam się Pearce Goddard. Czy 

teraz pani uczyni nam obu zaszczyt i przedstawi się? 

Uścisnęła wyciągniętą ku niej rękę. Wydała jej się silna, twarda i pulsująca 

energią.  

– 

Nazywam się Mollie. Mollie Randall.  

Pogładził palcami kostki jej ręki.  
– 

Ma  pani  skórę  delikatną  jak  jedwab.  A czy nie ma pani przypadkiem 

piegów? 

Mollie  spojrzała  na  niego  zdumiona.  W  głębi  ciemnych  szkieł  okularów 

zobaczyła swoje własne, pomniejszone odbicie.  

– 

Rzeczywiście...  mam  –  odrzekła.  Piegi  były  jej  wiecznym  utrapieniem. 

Nigdy  całkowicie  nie  znikały,  nawet w zimie.  Ostatnio,  gdy  nachodziły  ją 

czarne  myśli,  zastanawiała  się  chwilami,  czy  Michael  nie  przestał  jej  kochać 

przez tę trwałą skazę jej urody.  

– 

I pan jest w stanie to odkryć... dotykając mnie? 

– 

Szczerze  mówiąc,  po  prostu  zgadłem.  Ale  rzeczywiście  mam  bardzo 

wyczulony 

zmysł dotyku – powiedział, głaszcząc palcami środek jej dłoni.  

– 

Także zmysł słuchu. Chce pani usłyszeć coś więcej o sobie? 

Mollie skinęła głową i natychmiast uświadomiła sobie, że przecież on tego 

nie widzi. 

Nieco  zafascynowana niezwykłym  towarzyszem  podróży  pozwalała 

nadal trzymać się za rękę.  

– 

Oczywiście  –  zgodziła  się.  –  Ciekawa jestem,  co pan o mnie potrafi 

powiedzieć.  

–  Pozwoli pani, 

że  się  przyjrzę.  Proszę  wybaczyć  niezręczność 

sformułowania. – Uścisnął jej rękę.  

– 

Budowa kości wskazuje na to, że jest pani szczupła.  

I  wysoka. 

To  jest  akurat  łatwe.  Wystarczy  wyobrazić  sobie,  z jakiego 

poziomu  słyszy  się  głos.  Pochodzi  pani  ze  środkowego  zachodu,  o czym 

świadczy sposób wymowy „r” i czysta wymowa samogłosek. Chyba że uczyła 

się pani dykcji. Najprawdopodobniej zresztą jedno i drugie.  

– 

Niesłychane  –  zdumiała  się  Mollie.  Jego  dotyk  wywołał  u  niej  uczucie 

mrowienia w plecach. 

Wydało jej się to niestosowne. W końcu obchodziła coś w 

background image

rodzaju żałoby.  

– 

Ale głos... – zawahał się, niezdecydowanie kręcąc głową. – Pani głos jest 

nadal dla mnie zagadką. Jest aksamitny, ale ma w sobie taką dziwną szorstkość. 

W  każdym  razie  jest  to  głos  bez  wieku.  Naprawdę  nie  mam  pojęcia,  ile pani 

może mieć lat.  

– Dwa

dzieścia trzy. – Mollie była tym wszystkim prawie przestraszona.  

– 

Dwadzieścia trzy. – Pokiwał z aprobatą głową.  

– 

Aż trudne do wyobrażenia. Tylko dwadzieścia trzy.  

– Jego dotyk 

stał się jeszcze bardziej intymny.  

– Nareszcie mam pretekst, 

abyśmy zaczęli sobie mówić po imieniu.  

Musiała  mu  się  wydać  śmiesznie  młoda.  Sam  przekroczył  już  zapewne 

trzydziestkę. Czas zdążył pogłębić nieco pionowe bruzdy okalające jego usta, a 

ciemne okulary nie w pełni zasłaniały zmarszczki wybiegające przy uśmiechu z 

kącików oczu.  

Odnalazł palcami jej pierścionek z granatem i zaczął się nim bawić.  
–  Nie jest to, 

jak sądzę, zaręczynowy pierścionek. Zaręczynowego nie nosi 

się na tej ręce.  

– Nie, 

nie zaręczynowy – odpowiedziała ściszonym głosem.  

Zaczął  znowu  gładzić  jej  dłoń  i  robił  to  powoli,  jak  gdyby  delektując  się 

pieszczotą.  

– 

Mogę już... zabrać rękę? – spytała, wiercąc się’ niespokojnie w fotelu.  

Sprawiał wrażenie, jakby go to zaskoczyło. Albo jakby zapomniał, że ją w 

ogóle dotyka.  

–  Przepraszam  – 

powiedział.  Wyraz jego twarzy  w niczym jednak nie 

przypominał miny skruszonego grzesznika.  

Mollie  mogła  nareszcie  zająć  się  czymś  innym.  Wyświetlono  napis: 

Prosimy  zapiąć  pasy  bezpieczeństwa”.  Próbowała  to  zrobić,  ale  ponieważ 

nigdy  przedtem  nie  leciała  samolotem,  przychodziło  jej  to  z  trudnością. 

Wreszcie  oba  końce  pasów  dopięły  się  z  lekkim  trzaskiem.  Jej ojciec, 

utrzymując  rodzinę  z  pensji  nauczyciela,  nie  mógł  pozwolić  sobie  na  to,  aby 

podróżowali  samolotem.  Jeździli  wszędzie  samochodem,  albo wcale.  Do 
Nowego Jorku Moll

ie  przyjechała  także  najtańszym  środkiem  lokomocji: 

dalekobieżnym autobusem linii Greyhound. Teraz perspektywa lotu napawała ją 
pewnym niepokojem.  

– 

Wyświetlili już napis o zapięciu pasów? – spytał Pearce.  

–  Tak  – 

odpowiedziała. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, po czym 

spytała niepewnie: – Dasz sobie radę... czy ci pomóc? 

– 

Gdybyś  była  tak  dobra.  –  Bezradnie  wzruszył  ramionami,  a jego usta 

zdawały się niepewnie uśmiechać.  

– 

Na każdej linii mają trochę inne pasy. I prawdę mówiąc, nie podróżowałem 

tak dużo samotnie. Mógłbym poprosić stewardessę, ale... jest to dla mnie trochę 

background image

krępujące. Nie lubię zwracać na siebie uwagi.  

Mollie zagryzła wargi.  
– 

Chętnie ci pomogę – rzekła niepewnie. – Tylko nie bardzo wiem, jak mam 

to zrobić.  

Musiała  pochylić  się  nad  jego  smukłym  ciałem  i  po  omacku  szukać  ręką 

drugiej  części  pasa  wzdłuż  jego  biodra.  Znowu  okazało  Się,  że  obie  połówki 

trudno zatrzasnąć. Zbyt była świadoma tego, że jej bezradne palce znajdują się 

niebezpiecznie blisko podbrzusza obcego mężczyzny.  

P

ies  podniósł  głowę  i  uważnie  ją  obserwował,  jakby  badając;  czy  nie  ma 

jakichś złych zamiarów wobec jego pana.  

– 

Dokąd lecisz? – spytał Pearce. Jego oddech wprost parzył jej ucho.  

–  Do Nowego Orleanu  – 

odrzekła. Wyprostowała się z ulgą, gdy wreszcie 

udało jej się zatrzasnąć klamrę. Dziwnie drżały jej palce.  

– 

Co  za  zbieg  okoliczności  –  przyznał.  Sprawdził  swoje  zabezpieczenie, 

przesuwając się do przodu.  

– 

Słuchaj, czy możesz trochę skrócić mój pas? Jest całkiem luźny.  

– 

Z  przyjemnością  –  odparła  nieszczerze.  Zacisnęła  zęby  i  jeszcze  raz, 

półleżąc  na  nim,  mocowała  się  z  opornym  pasem.  Ocierała  się  ramieniem  o 

ukrytą  pod  swetrem  pierś  mężczyzny  i  czuła  zapach  jego  płynu  po  goleniu. 

Pachniał sosnowymi gałęziami i dymem palonego drewna.  

– 

Ja też lecę do Nowego Orleanu – powiedział znowu prawie wprost do jej 

ucha. 

Czuła, jak jego oddech porusza luźne kosmyki jej włosów.  

– Ach, tak? – 

spytała, nadal manipulując przy sprzączkach, które nie chciały 

się zatrzasnąć. – Masz tam rodzinę? 

– Nie. – 

Jego oddech owiał jej policzek i coraz silniej czuła płynący od niego 

sosnowy, 

ciepły zapach.  

– 

Mam  się  tam  spotkać  z...  pewną  osobą.  Sposób,  w  jaki  to  powiedział, 

sugerował, że chodziło o kobietę. Trudno się temu dziwić, pomyślała.  

– 

Czy przesiadasz się w Dallas na lot 808? – spytał.  

– 

Z pasem już ci się prawie udało. Jesteś bardzo zręczna.  

Mollie  westchnęła  z  ulgą,  gdy  pas  zacisnął  się  wreszcie  wokół  płaskiego 

brzucha mężczyzny. Ponownie rozprostowała się wygodnie w swoim fotelu. Co 
sprawia, 

że czuje się tak niepewnie dotykając go, nawet mimochodem? Może to, 

że oprócz Michaela od tak dawna nie dotykała żadnego mężczyzny? Próbowała 

przypomnieć sobie, o co pytał Pearce.  

– Lot numer 808? – 

spytała z wahaniem. – Tak; Ty też się przesiadasz na ten 

samolot? Skinął potakująco głową.  

– 

Jak to miło mieć w podróży jakąś przyjazną osobę. Pewniej się dzięki tobie 

czuję.  Przemiłe  z  ciebie  dziecko.  –  Złożył  dłonie  i  ponownie  skłonił  głowę, 

jakby spotkała go jakaś wielka przyjemność. – Naprawdę przemiłe dziecko... 

Mollie  miała  wielką  ochotę  odpowiedzieć  mu,  że  absolutnie  nie  czuje  się 

background image

dzieckiem,  a ostatniej rzeczy,  jakiej mu brakuje, 

to  pewności  siebie. 

Przypomniała  sobie  jednak  przestrogi  ojca  i  postanowiła  nadal  myśleć  nie  o 

własnych, lecz o cudzych kłopotach.  

– 

Zrobię,  co  będę  mogła  –  powiedziała  po  prostu.  Ktoś  z  załogi  samolotu 

stanął na przodzie kabiny i rozpoczął ponury instruktaż, jak zachowywać się na 
wypadek katastrofy. 

Recytował  przerażającą  litanię  o  tratwach  ratunkowych, 

maskach  tlenowych  i  wyjściach  awaryjnych.  Mollie  słuchała,  raz,  po raz 

przełykając ślinę ze strachu.  

Wreszcie  silniki  zaryczały  tak  głośno,  że  poczuła  wibrację  kadłuba  i 

rezonacyjne drżenie w okolicach kręgosłupa. Samolot zaczął kołować po płycie 
lotniska, zrazu powoli, a potem coraz szybciej.  

Uchwyciła  się  poręczy  fotela  tak  mocno,  jak  tylko  mogła.  Poczuła,  jakby 

ktoś  wepchnął  jej  łokieć  w  żołądek  raz,  a potem jeszcze raz,  gdy  startująca 

maszyna uderzyła podwoziem o pas startowy, zanim wreszcie oderwała się od 
ziemi.  

Pearce przypadkiem dotknął jej ręki i zaraz się cofnął.  
–  Przepraszam  – 

powiedział, ale po chwili z powrotem nakrył jej rękę swą 

dłonią. – O Boże, ale jesteś spięta. Nigdy przedtem nie latałaś? 

– Nie, nigdy. Ale poczekaj, 

za chwilę do tego przywyknę.  

Poklepał jej rękę prawie braterskim gestem.  
– 

Poproś  o  jakiś  tygodnik.  Albo  pożycz  słuchawki  i  oglądaj  film.  Jeśli 

wzięłaś ze sobą jakąś książkę, to sobie poczytaj. Całkiem zapomnisz, że jesteś w 
powietrzu.  

–  Dobrze  – 

odparła  z  wdzięcznością.  To,  co  jej  radził,  wydawało  się 

rozsądne. Ale po chwili zawahała się, gdy pomyślała o nim. On nie może się 

zająć tym wszystkim, co jej proponował. Trochę uciążliwe było to jego ciągłe 

zainteresowanie  nią,  ale  może  jednak  powinna  rozmawiać  z  nim  podczas 

podróży? Inaczej spędzi trzy godziny samotny i pogrążony w ciemności.  

– 

A ty co będziesz robił? – spytała. – Mogę ci w czymś pomóc? Nie chcę, 

żebyś... żebyś tak po prostu... siedział.  

Uśmiechnął się do siebie i założył nogę na nogę.  
– 

Nie  przejmuj  się  mną.  Oglądaj  swój  film,  a  ja  będę  oglądał  swój. 

Wyświetlam go sobie.  Mam  ekran  na  wewnętrznych  powierzchniach  powiek. 

Nigdy czegoś takiego nie robiłaś? 

Mollie  patrzyła  na  niego  zdumiona.  To  niesamowity  człowiek,  pomyślała, 

pełen niespodzianek. Nigdy kogoś takiego nie spotkała.  

– 

Wyświetlasz sobie film? – spytała. – O czym? O czym tylko zapragniesz? 

Odchylił  głowę  na  oparcie  fotela.  Ciemne  okulary  zdawały  się  patrzeć 

donikąd.  

– Nie. To zawsze ten sam film. O krecie.  
–  O krecie? – 

spytała Mollie, prawie nie zauważając, że samolot przechylił 

background image

się na skrzydło, kończąc kołowanie nad lotniskiem.  

–  Chodzi o takiego kreta jak w filmach szpiegowskich? Agenta,  który 

infiltruje obcą siatkę? Leniwie pokręcił głową.  

– Nie. 

O zwykłego, odżywiającego się owadami małego ssaka. Mój kret jest 

po prostu zwierzątkiem.  

Mollie 

uśmiechnęła się. Była rozbawiona i jednocześnie nieco zakłopotana.  

– 

Dlaczego akurat film o krecie? Cóż to za dziwny pomysł? 

– Bo po prostu uwielbiam ten film – 

powiedział z wyrazem zadowolenia na 

twarzy. – 

No właśnie. Już leci czołówka z napisami, wchodzi temat muzyczny...  

Pies popatrzył na niego, potrząsnął łbem, westchnął i położył siwiejący pysk 

na  łapach.  Zamknął  swe  bursztynowe  ślepia  i  prawie  natychmiast  zaczął 

pochrapywać.  Chrapał  głośno,  a  od  czasu  do  czasu  z  głębi  jego  brzucha 

wydobywały się dziwne burczące odgłosy.  

Samolotem mocno rzuciło, lecz Mollie nakazała sobie zachowanie spokoju. 

Lot  miał  być  przygodą;  należało  się  nią  cieszyć,  a  nie  denerwować.  Była 
wreszcie w drodze do Nowego Orleanu, 

tak jak to sobie zaplanowała.  

Jej  ojciec  wielekroć  mawiał:  pamiętaj,  Mollie,  życie  rzadko  układa  się 

zgodnie z naszymi oczekiwaniami. 

Nie wymyślaj go sobie. Przyglądaj mu się 

raczej  i  ciesz  się  z  tego,  co  jest  w  nim  niezwykłe.  Bo na tym polega jego 

największy urok, że potrafi być bardzo, bardzo dziwne.  

porządku,  pomyślała  Mollie  z  filozoficznym  spokojem.  Nauczę  się 

cieszyć tą dziwnością.  

Po chwili zamknęła oczy i po prostu usnęła.  
 

Obudził  ją  niewyraźny  komunikat  nadawany  przez  skrzeczący  głośnik. 

Poczuła się speszona i zażenowana, gdy uświadomiła sobie, że cały czas spała 

miękko przytulona do Pearce’a Goddarda, z głową opartą na jego ramieniu.  

– Ojej... przepraszam – 

powiedziała prostując się. – Nie chciałam ci...  

– 

Naprawdę w niczym mi to nie przeszkadzało – przerwał jej z poważnym 

wyrazem twarzy. – 

Słyszałaś, co mówił pilot? Będziemy mieli kłopoty.  

– 

Kłopoty? – spytała, blednąc ze strachu! Natychmiast przypomniały jej się 

wszystkie pouczenia o tratwach ratunkowych, 

maskach  tlenowych  i  wyjściach 

awaryjnych. 

Ponownie  wczepiła  się  palcami  w  poręcze  fotela.  –  Grozi nam 

katastrofa? 

Poruszył  dziwnie  ustami,  ale  znowu  nie  mogła  się  zorientować,  co  chciał 

przez to wyrazić.  

–  Nie. 

To  byłby  dramat,  ale przynajmniej krótki.  Nas  czekają  przewlekłe 

kłopoty.  I znacznie bardziej nudne.  Lotnisko w Dallas jest zablokowane. 

Będziemy  mieli  przynajmniej  godzinę  opóźnienia  z  powodu  złej  pogody.  I 
jeszcze gorszej prognozy.  

Mollie odczuła chwilową ulgę, ale po chwili zdenerwowała się ponownie.  

background image

– 

Ale przecież już odlot był opóźniony. A teraz następna godzina i...  

– I tr

acimy połączenie z Dallas. Chyba że tamten lot także przełożą.  

Pearce skrzywił się trochę.  
– 

Pilot  mówił,  że  na  całym  południu  jest  fatalna  pogoda.  Jak  już 

wylądujemy, możemy trafić w Dallas na niezły diabelski młyn. Nie wiadomo, 

kiedy uda nam się stamtąd wydostać.  

– 

Wydostać?  –  spytała  przerażona  Mollie.  –  Myślisz,  że  możemy  tam 

spędzić całą noc? 

–  Moja droga  – 

stwierdził sucho – to byłoby wyjątkowe szczęście. Jak źle 

pójdzie, 

to możemy tam spędzić parę dni.  

– 

Parę dni? – Mollie nie próbowała już nawet ukryć paniki.  

– No pewnie. – 

Niecierpliwie wzruszył ramionami.  

– 

Bywa  tak  i  nie  należy  to  do  przyjemności.  Nigdy  ci  się  nic  takiego  nie 

przytrafiło? 

– Nigdy.  
– 

No  już  dobrze  –  powiedział  –  trzymajmy  się  razem.  Oboje próbujemy 

dotrzeć do tego samego miejsca. Będziemy sobie nawzajem pomagać, okay”! 

–  No pewnie  – 

odrzekła  z  wdzięcznością.  Może  i  był  podrywaczem,  ale 

potrafił być również na swój nonszalancki sposób rycerski.  

– 

Słuchaj – zaczął – czy możesz dla mnie coś zrobić? 

– 

Z radością – odparła. – Zrobię wszystko, co zechcesz.  

Pokręcił głową i smutno się uśmiechnął.  
–  Panno Randall,  dziewczynie, 

która  ma  taki  głos,  nie wolno nigdy, 

przenigdy mówić mężczyźnie, że zrobi wszystko, co ten zechce. Serce może mu 

pęknąć z nagłego przypływu radości.  

–  Przec

ież  nie  to  chciałam  powiedzieć  –  obruszyła  się  lekko.  Był  to 

naprawdę najbardziej niepokojący mężczyzna, jakiego dotąd spotkała. Chwilami 

zupełnie nie do zniesienia! 

– A to szkoda – 

powiedział z udawanym westchnieniem – ale nie przejmuj 

się.  Chciałem  cię  tylko  prosić  o  to,  żebyś  za  wszelką  cenę  ściągnęła  tu 

stewardesę i poprosiła o filiżankę kawy. Zwykle nie jem i nie piję w samolocie. 

Za dużo z tym zachodu. Ale kiedy przygotowuję się do walki, muszę zaopatrzyć 
mój organizm w zapasy kofeiny.  

– 

Bardzo chętnie – odrzekła.  

– 

I  jeszcze  chciałem  cię  prosić,  żebyś  mi  pomogła  nie  oblać  kawą  psa. 

Zawsze wprawia go to w paskudny nastrój.  

Mollie  zamówiła  kawę.  Weszli  nad  Teksasem  w  strefę  turbulencji  i 

samolotem  mocno  rzucało.  Starała  się  więc  rzeczywiście  pomóc  Pearce’owi 

trzymać  filiżankę.  Nie  mogła  przy  tej  okazji  uniknąć  dotykania  jego  silnych, 
opalonych palców, 

a raz nawet otarła się kostkami rąk o jego ciepłe wargi.  

Oblali  psa  kawą  tylko  raz.  Oburzony tym afrontem  spojrzał  na  nich  z 

background image

wyrzutem, jak gdyby tylko 

on z całej trójki potrafił zachowywać się poważnie.  

Dallas  jest  jednym  z  głównych  węzłów  komunikacji  lotniczej  w  Stanach 

Zjednoczonych  i  jakiekolwiek  kłopoty  w  tym  miejscu  powodują  poważne 

zakłócenia w ruchu lotniczym na terenie całego kraju.  

Na lotnisku 

rozpętało się piekło. Z powodu złej pogody większość przylotów 

i odlotów była opóźniona i dworce wypełniły niezliczone rzesze podróżujących 

w  świątecznym  szczycie  ludzi,  którzy  pragnęli  tylko  jednego:  jak  najszybciej 

stąd się wydostać i dotrzeć wreszcie do celu swojej podróży.  

Co  więcej,  katastrofa  pogodowa  nie  dotknęła  wyłącznie  Dallas.  Mollie i 

Pearce  dowiedzieli  się  wkrótce,  że  wichury  i  burze  śnieżne  –  prawdziwa 
anomalia klimatyczna – 

nawiedziły całe południe Stanów.  

Atlanta, 

następny główny węzeł komunikacyjny, całkowicie zawiesiła ruch 

lotniczy. 

Zamknięte były również lotniska w Memphis, Miami, Tampa, Mobile i 

Houston. 

Śnieg  padał  w  Orlando,  w  San  Antonio  temperatura  spadła  poniżej 

zera. Nawet w Nowym Orleanie, 

mieście położonym w prawie podzwrotnikowej 

strefie klimatycznej, 

pokryte  lodem  i  śniegiem  lotnisko  było  częściowo 

sparaliżowane.  

Podczas gdy Pearce usiłował uzyskać jakieś informacje od obleganego przez 

ludzi pracownika portu, 

Mollie  rozglądała  się  wokół  w  osłupieniu.  Obraz 

przypominał  scenę  z filmu wojennego,  gdy  tysiące  zdesperowanych  ludzi 

próbuje bezskutecznie uciec z oblężonego miasta.  

Muszę to wszystko zapamiętać, myślała Mollie. Nigdy jeszcze nie widziała 

tłumu, w którym kipiały tak rozmaite emocje. Jako aktorka powinna to wszystko 
zar

ejestrować i przechować w pamięci.  

Wszędzie  było  pełno  ludzi.  Zajmowali  wszelkie  siedzące  miejsca,  stali 

oparci  o  każdy  wolny  kawałek  ściany,  a  czasem  nawet  leżeli  na  ziemi  ze 

zwiniętymi  płaszczami  pod  głową,  starając  się  choć  na  chwilę  usnąć  mimo 

panującego wokół przeraźliwego zamętu.  

Pearce odwrócił się od okienka kasy biletowej. Mollie zrobiła krok w jego 

kierunku i ujęła go pod rękę. Miał na sobie lekką kurtkę z flanelową podpinką, a 

ona wychodząc z samolotu, założyła płaszcz.  

– No i jaka sytuacja? – 

spytała.  

Przyciągnął ją bliżej do siebie. Drugą ręką naprężył mocniej uprząż Fritza.  
– 

Trzymaj się blisko mnie. Zmienili stanowisko odprawy dla naszego lotu. 

Teraz jesteśmy przy bramce numer dwa. Musimy się dostać do bramki numer 

trzydzieści sześć. To kawał drogi. Mamy mało czasu i niełatwo będzie przedrzeć 

się przez tłum.  

Ujęła  go  mocniej  pod  ramię.  Uniosła  głowę,  aby  na  niego  spojrzeć.  Był 

jeszcze  wyższy,  niż  przypuszczała:  mógł  mieć  około  metr  dziewięćdziesiąt 
wzrostu. 

Serce  biło  jej  mocno,  podczas gdy  Pearce  sprawiał  wrażenie 

spokojnego i pewnego siebie. 

Fritz  nie  spuszczał  oczu  ze  swego  pana,  z 

background image

całkowitą obojętnością odnosząc się do otaczającego ich zamieszania.  

– 

Słuchaj,  Fritz zna komendy kierunkowe: ‘w prawo,  w lewo,  naprzód. 

Powiedz mi,  jak dos

tać  się  na  stanowisko  trzydzieści  sześć,  i  on  już  nas  tam 

zaprowadzi.  

Mollie  studiowała  dziesiątki  zwieszających  się  z  sufitu  tabliczek 

informacyjnych.  

– 

Musimy iść prosto. – Zorientowała się wreszcie.  

–  Naprzód!  – 

wydał  komendę  Pearce.  –  Prowadź.  Zaczęli  przedzierać  się 

przez  tłum  z  szybkością  i  precyzją,  która  ją  zdumiała.  Już  po  chwili  jej 

dotychczasowy  respekt  dla  psa  zmienił  się  niemal  w  trwożliwy  podziw.  Fritz 

potrafił odnaleźć w ludzkiej ciżbie szczeliny, których człowiek by nie zauważył. 
Równie s

zybko  sygnalizował  wszystkie możliwe  przeszkody.  Z postawionymi 

uszami, 

jak tkackie czółenko prowadził ich ze zdumiewającą prędkością przez 

gęsto utkany ludzki tłum. Bezbłędnie wynajdywał drogę w gęstwinie ludzkich 
nóg, 

robił  uniki,  kluczył,  omijał,  szedł  zygzakiem  –  ale  stale  posuwał  się 

naprzód, 

utrzymując  polecony  kierunek.  –  Staraj  trzymać  się  trochę  za  mną  – 

poradził jej. 

–  Fritz nie jest przyzwyczajony, 

aby  prowadzić  dwie  idące  obok  siebie 

osoby.  

Zaczęło  brakować  jej  tchu.  Dostrzegła  następną  tablicę  kierunkową  i 

powiedziała,  że  muszą  skręcić  w  lewo.  Pearce  powtórzył  komendę  psu. 

Natychmiast skręcili pod kątem prostym i gnali dalej.  

– 

O Boże – wysapała – ale jesteście szybcy. Chyba dlatego, że inni nie mają 

tutaj psów-przewodników.  

Uśmiechnął  się  do  niej.  Był  to  szeroki,  jasny  uśmiech  z  odrobiną 

pobłażliwości.  

 

Trzeba go było znać, kiedy był młody. Gdybyś zechciała, przeprowadziłby 

cię na drugą stronę zatłoczonej Times Square w sylwestrowy wieczór. I masz 

rację, nie każdy potrafi nadążyć za psem. Niektórzy uważają, że jest z nim za 

dużo  kłopotu.  Chyba  po  prostu  nie  lubią  psów  albo  im  nie  ufają.  Ja jednak 

myślę,  że  dla  psów-przewodników  powinno  być  zarezerwowane  specjalne 
miejsce w niebie. I to miejsce z bardzo dobrym widokiem.  

Pomysł był dziwaczny, ale bardzo jej się spodobał.  

Uśmiechnęła się i spytała: 
– 

A co powinny widzieć psy ze swego nieba? 

–  Pewnie kocie niebo.  – 

Wzruszył ramionami. – Kto to zresztą wie? Jeżeli 

się tam dostaniemy, trzeba się będzie spytać na miejscu.  

Fritz  zrobił  unik,  gdy z  tłumu  wypadło  nagle  dwoje  dzieci  i  człowiek 

dźwigający trzy pudła z napisem: „Uwaga! Żywe kraby!”.  

Mollie  usunęła  się,  aby  nie  zderzyć  się  z  posiadaczem  tego  dziwnego 

ładunku. Dostrzegła kolejne strzałki kierunkowe.  

background image

– Znowu w lewo – 

zawołała.  

Gdy wreszcie dotarli do celu, 

była.  bez tchu,  miała  miękkie  ze  zmęczenia 

nogi i sucho w ustach.  

– 

Jesteśmy na miejscu. Kolejka do kasy jest wprost przed nami. Ale wiesz 

co, 

Pearce? Tutaj jest taki sam tłok jak tam. Wszyscy dookoła są niespokojni, 

przygnębieni i zrzędliwi. No i, oczywiście, nie ma gdzie usiąść.  

Zamilkła  na  chwilę,  śledząc  tablicę,  na  której  wyświetlano  zapowiedzi 

odlotów i przylotów.  

– 

O  Boże!  –  krzyknęła,  kręcąc  z  niedowierzaniem  głową.  –  Nasz lot jest 

zawieszony. 

I nawet nie podają żadnego konkretnego terminu. Cały ten pośpiech 

na nic. 

Szlag by to trafił! 

Pearce sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się tym nie przejął.  
–  Daj mi swój bilet  – 

polecił  spokojnie.  –  Załatwimy  oba  za  jednym 

zamachem. Poza tym, 

nigdy sama tego nie robiłaś, a ja mam pewną wprawę.  

–  Ale dlaczego?  – 

nie zgadzała się. – Przecież sama mogę to załatwić. Już 

dosyć się nastałeś w poprzedniej kolejce.  

Wyciągnął  przed  siebie  rękę.  Poczuła  na  ramieniu  mocny  i  pewny  uścisk 

jego dłoni.  

– 

Zawarliśmy umowę, prawda? Pomagamy sobie nawzajem w tej podróży. 

Podział pracy jest taki, że ty i Fritz załatwiacie mi moje widzenie, a ja załatwiam 

resztę. Proszę cię, bądź zwiadowcą i zorientuj się, gdzie tu jest najbliższy bar. 

Gdy uda mi się dowiedzieć, kiedy się stąd wydostaniemy, chciałbym to oblać. 
Najlepiej piwem.  

– 

W  porządku.  Umowa stoi,  pod warunkiem,  że  to  ja  będę  płacić  – 

zadecydowała.  

– 

O  to  będziemy  się  spierać,  jak  załatwisz  już  to  piwo,  a ja lot  –  odparł. 

Uścisnął  jeszcze  raz  jej  ramię,  cofnął  rękę  i  odwrócił  się  w  stronę  okienka 
kasowego.  

Popatrzyła  najpierw  na  niego,  a potem na Fritza.  Stary pies,  który tak 

niestrudzenie  prowadził  ich  przez  tłum,  wyglądał  na  skrajnie  wyczerpanego. 

Zwiesił  nisko  łeb;  oddychał  ciężko,  sapał,  robił  bokami.  Jego  potężne  łapy 

drżały. 

– 

Czy  psu  się  przypadkiem  coś  nie  stało?  –  spytała  przejętym  głosem.  – 

Wygląda na strasznie zmęczonego.  

– 

Nic mu nie będzie. To zuch – odparł Pearce nie odwracając się.  

Ponownie  spojrzała  na  psa.  Miał  półprzymknięte  ze  zmęczenia  oczy.  Z 

siwego pyska zwisał mu język. Jest już tak bardzo stary, pomyślała. Ciekawe, 

jak długo obaj trzymają się razem. Pewnie od lat, od momentu, gdy młody pies 

przeszedł  odpowiednią  tresurę.  Jakie to okropne,  kiedy  takie  wierne  zwierzę 

zaczyna się starzeć i niedołężnieć. Jak się będzie czuł Pearce w momencie, w 

którym okaże się, że pies nie jest już w stanie wykonywać swych obowiązków? 

background image

A  co  w  ogóle  dzieje  się  ze  starymi  psami  niewidomych?  I  jak  trudno  będzie 
Pearce’

owi  przyzwyczaić  się  do  nowego  psa  po  tylu  latach  spędzonych  z 

Fritzem...  

– 

Ciągle tu jeszcze jesteś? – spytał Pearce ze zniecierpliwieniem. – Miałaś 

być na tej wyprawie zwiadowcą. Piwa, kobieto! Piwa, w imię wszystkiego, co 

święte!... Albo i nie święte – dokończył po pauzie.  

– 

Zrobię, co będę mogła – przyrzekła i wślizgnęła się w tłum, pozostawiając 

towarzysza podróży ze zmęczonym psem u boku.  

Udało jej się w końcu znaleźć w pobliżu mały bar. Wszystkie miejsca były, 

oczywiście,  zajęte  i  wielu  gości  oczekiwało,  aż  jakieś  się  zwolni.  Nie  miała 

pewności, czy w ogóle im się uda dopchać do kontuaru.  

Przedostała się z powrotem przez ludzkie kłębowisko i choć w pobliżu kas 

również  nie  było  żadnych  siedzących  miejsc,  udało  jej  się  znaleźć  kawałek 

wolnej przestrzeni przy filarze na środku sali. Był to dobry punkt obserwacyjny. 

Widziała  stamtąd  Pearce’a w ciemnych,  zasłaniających  mu  oczy  okularach, 

górującego nieco nad tłumem. Wyraz twarzy miał spokojny i zdecydowany.  

Odchyliła głowę w tył, opierając ją o filar. Zamknęła oczy i westchnęła. Parę 

godzin temu miał się odbyć jej ślub, a teraz miała być jej noc poślubna. Zamiast 

spędzić  ją  z  mężem  w  hotelu  w  Nowym  Orleanie,  spędzi  ją  prawdopodobnie 

złapana  w  pułapkę  lotniczego  korka  na  lotnisku  w  Dallas.  A jej jedynymi 

towarzyszami  będzie  niewidomy  mężczyzna,  o którym prawie nic nie wie,  i 
stary pies, 

o którego się martwi. Nie ma już obok Michaela. I nigdy go już nie 

będzie...  

Spojrzała  ponownie  na  Pearce’a Goddarda.  I  nagle  z  gorzką  ironią 

uświadomiła  sobie,  że  w  całej  tej  awanturze  bardziej  może  polegać  na  tym 

niewidomym mężczyźnie, niż mogłaby polegać na Michaelu. Ten przynajmniej 
wie, 

jak się w tym wszystkim zachować. A Michael byłby w takiej sytuacji jak 

ona. 

Nigdy  nie  był  tak  daleko  od  domu  i  nigdy  w  życiu  nie  latał  samolotem. 

Panujący tu chaos byłby dla niego czymś strasznym. Nie znosił jakichkolwiek 

zakłóceń, opóźnień, kłopotów, a nie znane miejsca i sytuacje wprowadzały go w 
stan skrajnego zdenerwowania.  

Koniec, 

powiedziała  sobie  stanowczo,  nie  będę  o  nim  więcej  myśleć,  ani 

dobrze, 

ani źle. Zamiast tego lepiej zastanowić się, w jaki sposób można pomóc 

Pearce’owi i jego staremu, 

zmęczonemu  psu  dotrzeć  bezpiecznie  do  Nowego 

Orleanu. 

Dosyć zamartwiania się Michaelem! 

Pearce  najwyraźniej  wykłócał  się  o  coś  z  jednym  z  kasjerów.  Odniosła 

wrażenie,  że  w  końcu  dopiął  swego.  Odszedł  od  okienka  i  zatrzymał  się. 

Wiedziała, że czeka na nią.  

Pośpiesznie przedostała się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Nawet 

przez kurtkę dało się wyczuć twardość jego mięśni.  

– Wiesz, kiedy odlatujemy?  

background image

Załatwiłeś miejsca? 
–  Ja tak  – 

odpowiedział.  –  Ale ciekawe,  czy  ty  załatwiłaś  najważniejszą 

sprawę – miejsce gdzie można by napić się piwa? 

– 

Tędy; prosto, pięćdziesiąt  metrów stąd, ale jest tam straszny tłok. Kiedy 

uda nam się stąd wydostać? – spytała ponownie.  

Wydał  Fritzowi  komendę  i  znowu,  prowadzeni przez psa,  szybko i bez 

kolizji przedzierali się przez tłum.  

– 

Lotnisko w Nowym Orleanie jest oblodzone i nie bardzo umieją sobie z 

tym  poradzić.  Nie byli na to przygotowani,  ale  będą  próbowali  przyjąć  dwa 
samoloty. 

Jeden ma wystartować stąd za pół godziny, drugi za półtorej. Udało 

mi  się  załatwić  bilety  dla  nas  obojga  na  ten  późniejszy  lot.  Ale  musiałem  się 

strasznie wykłócać; bo upierali się, żeby wysłać mnie wcześniej. Ze względu na 
to.  – 

Lekceważącym  gestem  uderzył  palcami  w  oprawkę  swych  ciemnych 

okularów.  

– Ale 

dlaczego się nie zgodziłeś? Powinieneś tam dotrzeć jak najszybciej – 

powiedziała, przywierając do niego bliżej w obawie, żeby tłum ich nie rozłączył. 
– 

Przecież ktoś tam na ciebie czeka.  

– 

Ten  ktoś  –  uśmiechnął  się  dwuznacznie  –  miał  przylecieć  z  Tampa.  A 

stamtąd nie wystartował dzisiaj żaden samolot. I nieprędko wystartuje. Mają tam 

pogodę dwa razy gorszą niż tutaj. Nikt więc na, mnie nie będzie czekał. I myślę. 

że będę mógł skorzystać z twojej pomocy.  

Wolną  ręką  poszukał  jej  dłoni  i  uścisnął  ją  lekko.  Poczuła,  jak  przepływa 

przez nią fala ciepła. Ucieszyła się, że ma do niej zaufanie.  

– 

Oczywiście – odpowiedziała. – Przecież ty pomagasz mi nie mniej niż ja 

tobie. 

Ale jak ci się udało załatwić, że nas nie rozdzielili? 

–  Po prostu  – 

uśmiechnął się ironicznie – powiedziałem im, że jesteśmy w 

podróży poślubnej.  

Dotknęło  ją  to  boleśnie.  Całe  uczucie  ciepła  i  bliskości  nagle  zniknęło. 

Odrętwiała i napięta zatrzymała się w pół kroku.  

–  Co?  – 

spytała  z  wyraźną  pretensją,  jakby  domagając  się  dalszych 

wyjaśnień.  

Pearce  zatrzymał  się  także.  Pies  odwrócił  łeb  i  popatrzył  na  nich  ze 

zdziwieniem.  

– 

A co w tym złego? – odrzekł, marszcząc brwi.  

– 

Czy sam pomysł wydaje ci się odrażający? 

– 

Przecież  to  kłamstwo  –  udało  jej  się  wyjąkać.  Czuła,  że  drży  ze 

zdenerwowania.  Co gorsza, 

pomyśl lała, kłamstwo dotyczyło tego, o czym tak 

bardzo chciała zapomnieć: jej własnej podróży poślubnej.  

– 

Małe, niewinne kłamstwo dla naszego wspólnego dobra – stwierdził sucho. 

– 

W miłości, na wojnie i w korkach lotniczych wszystkie chwyty są dozwolone.  

Nie, pom

yślała Mollie, patrząc w ciemne szkła jego okularów. W miłości nie 

background image

wszystkie  chwyty  są  dozwolone.  Przypomniała  sobie  tysiąc  drobnych 
nie

szczerości  i  niedomówień  Michaela,  które  doprowadziły  w  końcu  do 

ostatecznej zdrady.  

–  Nienaw

idzę  kłamstw  –  powiedziała  starając  się,  aby  jej  głos  zabrzmiał 

normalnie. 

Zadowolona była, że Pearce nie może widzieć jej twarzy. Wyglądała 

na skrajnie wzburzoną i wiedziała, że jej reakcja jest nieadekwatna do sytuacji. 

Przypadkowy incydent wydobył na powierzchnię długo tłumione emocje.  

– 

Nienawidzę, gdy ktoś kłamie. Wszystko jedno czy bardzo, czy trochę, czy 

w dobrych, 

czy  w  złych  intencjach.  Najbardziej szczytne powody nie 

usprawiedliwiają kłamstwa.  

– No, trudno, 

stało się. Nie przejmuj się. Sądząc z tonu twojego głosu, tobie 

też dobrze zrobi, jak się napijesz. Gdzie jest ten bar? 

–  Na lewo  – 

powiedziała  z  rezygnacją.  Nie  powinna  była  zareagować  tak 

ostro. 

Skąd mógł wiedzieć, że słowa „podróż poślubna”, tak bardzo ją zabolą? 

Przylgnęła do niego bliżej, jakby przepraszając go tym gestem. Mógł sobie 

pomyśleć, że oburzyła ją sama perspektywa poślubienia niewidomego. A to nie 

była  prawda.  Pearce  Goddard  był  nadzwyczaj  atrakcyjnym  mężczyzną, 
wysokim,  przystojnym, 

wyjątkowo  dowcipnym.  I bardziej zdecydowanym niż 

wielu mężczyzn nie upośledzonych tak jak on.  

– 

Przepraszam cię – odezwała się łagodnie. – To wszystko, co tu się dzieje, 

wyprowadziło mnie z równowagi.  

– 

W  porządku  –  odburknął,  ale  po  chwili  odnalazł  jej  dłoń  na  swoim 

ramieniu i uścisnął ją.  

Stanęli wśród ludzi oblegających bar, ale tłok był taki, że nawet Fritz zdawał 

się kapitulować. Utknęli całą trójką w gęstej Judzkiej ciżbie. 

Mollie poczuła nagle, że ktoś delikatnie ciągnie ją za rękaw, i usłyszała, jak 

mówi z obcym akcentem.  

– 

Prosimy panią. Można będzie tu spocząć. Nam trzy godziny siedzenia już 

naprawdę  wystarczą.  –  Tuż  obok  dwóch  japońskich  biznesmenów  opuszczało 
miejsce przy barze.  

– 

Wesołych  Świąt!  –  powiedział  jeden  z  nich,  jeszcze  raz  ż  uśmiechem 

wskazując wolne barowe stołki.  

– Najse

rdeczniej panom dziękuję. – Była im naprawdę wdzięczna. – I życzę 

wszystkiego najlepszego.  

Pilnowali  jeszcze  miejsc  przez  chwilę,  aż  Mollie  pomogła

1

 

usadowić  się 

Pearce’owi.  

– 

Siedzące miejsca, mój Boże... To zakrawa na cud – ucieszyła się.  

Fritz wydał dźwięk przypominający pomruk albo westchnienie, położył się u 

stóp Pearce’

a i zwinął w kłębek najciaśniej, jak potrafił. Rozglądał się wokół z 

niepokojem w obawie, 

że ktoś może na niego nadepnąć. Mollie wysunęła nogę, 

starając się chociaż trochę osłonić go przed tłumem.  

background image

– 

Mam  nadzieję,  że  to  tobie  ustąpiono  miejsca,  a nie mnie  –  powiedział 

Pearce  z niechętnym  wyrazem  twarzy.  –  Nie lubię, gdy  mnie jakoś specjalnie 

traktują.  

–  Nonsens  – 

stwierdziła  Mollie.  –  Wypijemy  nasze  piwa  i  też  zwolnimy 

miejsca. Posta

ram się znaleźć kogoś, kto będzie na to zasługiwał.  

– 

Co  ma  być?  –  spytał  barman.  Miał  okrągłą  twarz  i  wyglądał  na 

zmęczonego i zniecierpliwionego.  

– Lubisz ciemne niemieckie piwo? – 

zwrócił się do niej Pearce.  

– 

Bardzo lubię – odrzekła.  

– Dwa piwa, ciemne niemieckie – 

zamówił. 

– 

I ja płacę.  

Mollie otworzyła torebkę i odnalazła portmonetkę.  
– 

Nie zgadzam się – powiedziała, wyjmując pięciodolarowy banknot.  

Pearce  też  już  zdążył  otworzyć  portfel  i  wyjął  z  niego  zwitek  banknotów. 

Zauważyła,  że  różne  nominały  ułożone miał  osobno,  tak, by  łatwo  je było od 

siebie odróżnić.  

– 

Nie  ma  żadnych  importowanych.  Skończyły  się.  Amerykańskie  piwo  i 

kropka. I nie ma szklanek, serwetek, 

orzeszków ani innych zakąsek.  

– 

No to dwa amerykańskie – zgodził się Pearce z niesmakiem. – I pamiętaj, 

jeśli przyjmiesz od tej pani pieniądze, możesz się pożegnać z napiwkiem.  

Barman  bez  cienia  uśmiechu  patrzył,  jak  oboje  wyciągają  w  jego  stronę 

pieniądze.  Spokojnie  wyjął  banknot z palców Pearce’ai  wyciągnął  spod 
kontuaru dwie butelki, 

postawił je przed nimi, otworzył i oddalił się ociężałym 

krokiem. 

Mollie schowała portmonetkę i położyła ciężką torebkę na podłodze, 

tuż przy nodze.  

– 

Proszę.  –  Przesunęła  butelkę  z  piwem  w  pobliże  ręki  Pearce’a,  tak,  aby 

mógł ją z łatwością odnaleźć.  

– 

Dziękuję. – Pociągnął długi łyk. – Ach! Ambrozja! – ocenił. Nie odwracał 

głowy w jej stronę i jego ciemne okulary zdawały się celować w jakiś odległy 

punkt  w  głębi  baru.  Patrzyła  z  profilu  na  jego  ruchliwe  wargi.  Wydawały  się 

wyrażać jakieś zmienne emocje, których nie potrafiła rozszyfrować. Zadziwiło 

ją,  jak  człowiek  może  jednocześnie  komunikować  mimiką  ust  tak  wiele  i  tak 

mało zarazem.  

– 

No więc – odezwał się lekko znudzonym głosem – co sprowadza cię do 

Nowego Orleanu? Masz tam przyjaciół? Rodzinę? 

– Nie – 

odpowiedziała, patrząc na swoje dłonie oparte o krawędź baru – nie 

znam w Nowym Orleanie nikogo.  

– 

I masz zamiar spędzić tam święta? – spytał, unosząc brwi.  

Skinęła głową, znowu zapominając, że on przecież nie widzi takich gestów. 
–  Tak, 

spędzę tam  Święta  Bożego  Narodzenia  – starała  się  mówić głosem 

takim samym jak on, beztrosko i bez emocji.  

background image

– 

Samotna w święta? – Odwrócił się do niej twarzą.  

– Tak. – 

Wzruszyła ramionami.  

– Ale dlaczego? – 

spytał bardziej natarczywie.  

– 

Jakoś mi to do ciebie nie pasuje.  

W dalszym ciągu patrzyła na swoje ręce. Nie chciała spojrzeć mu w twarz. 

W  jaki  sposób  powiedzieć  takiemu  przystojnemu  mężczyźnie,  że  ktoś  ją  po 

prostu rzucił? Nie wiadomo, co z tego wszystkiego by zrozumiał. Byłoby to dla 

niej upokarzające.  

– T

ak to sobie w swoim czasie wymyśliłam – rzuciła lekko starając się, aby 

zabrzmiało to całkowicie beztrosko. 

Pociągnął łyk piwa i pochylił głowę. Sprawiał wrażenie zamyślonego.  
– Nie masz rodziny? – 

spytał po chwili milczenia.  

– Mam, 

ale akurat wszyscy są za granicą. Pokiwała głową.  

– 

A chłopaka? – spytał, unosząc do góry brwi.  

–  Chwilowo nie  – 

powiedziała  sztucznie  wesołym  głosem.  –  Wiesz co, 

właściwie  nie  mam  ochoty  na  piwo.  Może  byś  wypił  moje?  –  Przesunęła 

następną butelkę w pobliże jego ręki. – I pozwól, że ja zostawię napiwek. Tym 

razem nie ustąpię. A ty może opowiesz mi swój film o krecie. Naprawdę mnie to 
interesuje.  

Sięgnęła po pieniądze. Spojrzała w dół i zamarła. Z przerażeniem patrzyła na 

puste miejsce, 

na którym jeszcze przed chwilą stała jej torebka. Zdołała wyjąkać 

przez ściśnięte gardło: 

– 

O Boże! Ktoś mi ukradł torebkę.  

– Co? – 

spytał gwałtownie.  

– 

Zginęła. Ktoś ją ukradł! – powtórzyła tępo czując, jak robi jej się gorąco.  

– 

Nie trzymałaś jej przy sobie? 

– Nie, 

ale położyłam ją tuż obok siebie. – Zakręciło jej się ze zdenerwowania 

w głowie.  

Ze złością uderzył pięścią w blat baru.  
– 

Przecież  teraz  jest  tu  prawdziwy  raj  dla  złodziei.  Mam  nadzieję,  że 

trzymałaś pieniądze w czekach podróżnych. Ile tego było? 

– 

Nie  miałam  czeków.  –  Wydała  się  sobie  naiwna  i  głupia.  –  Trzysta 

dolarów w gotówce. 

Co ja teraz zrobię? 

Rzucił banknot na bar, wyciągnął rękę i bezbłędnie odnalazł jej ramię.  
– 

Chodź  –  powiedział.  –  Musimy  to  zgłosić  służbie  ochrony  lotniska. 

Ruszamy, Fritz. Jak 

się stąd wychodzi? 

– W prawo.  

Powtórzył  komendę  psu.  Uderzyła  zdrętwiałą  ręką  kilkakrotnie  w  jego 

przedramię. Było jej trochę słabo. Znacznie gorsza od samego poczucia straty 

była świadomość, że nadużyto jej zaufania.  

– 

Może  ktoś  ją  zabrał  przez  pomyłkę?  –  spytała,  sama w to nie bardzo 

background image

wierząc.  

– 

Przez  żadną  pomyłkę  –  burknął,  ale  po  chwili  przyciągnął  ją  bliżej  do 

siebie.  – 

Samą  torebkę  może  uda  się  odnaleźć,  ale  na  pewno  nie  pieniądze. 

Jeżeli  złodziej,  albo złodziejka,  nie  jest  idiotą,  to pozbywa  się  najprędzej  kart 
kredytowych i czeków. 

Bierze tylko pieniądze. Gotówka cię nie obciąża, a za 

cudze karty kredytowe albo czeki wędruje się prosto do federalnego kryminału.  

– 

Jak można kraść przed gwiazdką? – spytała Mollie, czując nadal ucisk w 

gardle. – 

Kogo stać na coś podobnego? 

– 

Uczciwość  jest  deficytowym  towarem  przez  cały  boży  rok  –  powiedział 

cynicznie.  

Kto wie, 

pomyślała ponuro Mollie, może naprawdę uczciwość wychodzi z 

mody...  

 

Pearce gestem dodającym otuchy uścisnął jej ramię i przyciągnął ją jeszcze 

bliżej  ku  sobie.  Jego  usta  pozostały  nieruchome  i  nic  nie  można  było  z  nich 

wyczytać.  

Od początku, gdy tylko zajęła obok niego miejsce w samolocie, wiedział, że 

musi  ona  mieć  jakieś  kłopoty.  Był  człowiekiem  bardzo  spostrzegawczym  i 

sądził,  że  odgadł,  co  było  przyczyną  jej zmartwienia.  Musiał  to  być  jakiś 

mężczyzna  i  niezależnie  od  tego,  kim  on  był,  z  pewnością  ją  okłamał.  I ona, 

próbując  się  wyplątać  ze  swoich  miłosnych  kłopotów  –  wszystko  jedno,  na 

czym  one  polegały  –  wyruszyła  jak  Don  Kichot  w  tę  podróż  do  Nowego 
Orleanu. Z powodów, 

których Pearce nie potrafił na razie wydedukować, a być 

może i dla niej samej nie do końca były one jasne.  

Trzeba  przyznać,  że  świetnie  się  maskowała.  Próbowała  grać  rolę  dzielnej 

harcerki:  odważnej,  pomocnej,  prawdomównej,  delikatnej i wesołej.  Tylko, 

pomyślał  ponuro,  marny  z  niej  podróżnik.  Oczywiście,  to kwestia braku 
wprawy. 

W  samolocie  była  niespokojna,  a  gdy  odłożono  lot  –  zupełnie 

wytrącona  z  równowagi,  teraz  zaś  był  pewien,  że  jest  ogromnie  zmartwiona  i 
przestraszona. 

No  i  trudno  się  dziwić...  Szanse  na  odzyskanie  pieniędzy  ma 

minimalne. Jest to dla niej kolejny, 

zupełnie niepotrzebny kłopot.  

I naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc i ną kim sama  mogłaby 

polegać. Poza nim i starym, zmęczonym psem, któremu brakuje oddechu i łamie 

go w kościach.  

Popatrzył  na  nią  spod  przymkniętych  powiek.  Przysięgał  sobie,  że  nie 

otworzy oczu podczas tej podróży, ale gdy tylko pierwszy raz usłyszał jej głos, 

musiał na nią spojrzeć. I potem starał się jak mógł trzymać oczy zamknięte, ale 

jej głos sprawiał, że je czasem otwierał.  

Miała  oryginalną  twarz,  piegi,  piękne  oczy  i  włosy.  Szczególnie  złotorude 

włosy, musiał przyznać, zrobiły na nim niezwykłe wrażenie.  

Przed chwilą jednak dała mu jasno do zrozumienia, że nie znosi kłamców. I 

background image

dlatego na pewno nie jest to najlepszy moment, 

żeby powiedzieć jej, że widzi. 

Co więcej, że wzrok  ma doskonały, wprost fenomenalny. Zapewne lepszy niż 
Mollie.  

Jednak  gdy  tym  razem  spojrzał  na  nią,  zobaczył  pobladłą,  z trudem 

oddychającą, biedną kukiełkę uginającą się pod brzemieniem wszystkich swych 

kłopotów.  

Pearce  Goddard  od  kłopotów  i  trudności  nie  stronił  nigdy.  Cenił  je  sobie 

nawet tak wysoko, 

jak swoją wolność. Któryś z jego przyjaciół znalazł kiedyś w 

jakiejś  książce  cytat  stwierdzając,  że  pasuje  do  niego  jak  ulał:  „Od urodzenia 

posiadł dar śmiechu i poczucie, że świat jest szalony”.  

Była to prawda.  

I  jedyną  rzeczą,  której  nie  potrafił  się  na  tym  świecie  oprzeć,  była  każda 

kolejna okazja, 

aby wpaść w tarapaty. Patrząc na te złotorude włosy, uświadomił 

sobie, 

że właśnie znowu to się stało...  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Pearce miał rację. Torebkę udało się odzyskać. Ktoś znalazł ją porzuconą w 

kącie damskiej toalety i odniósł do jednej z kas biletowych. Złodziej pozostawił 
w niej dokumenty, 

kartę  kredytową  i  czeki,  Zginęły  tylko  pieniądze  –  całe 

trzysta dolarów.  W przedstawicielstwie linii lotniczej, 

którą  podróżowała, 

wymieniono  jej  na  gotówkę  czek  na  zaledwie  pięćdziesiąt  dolarów.  I  były  to 

jedyne pieniądze, jakimi w tej chwili dysponowała.  

Mollie, 

ciągle jeszcze zszokowana, stała obok Pearce’a w tłumie pasażerów 

oczekujących na odr prawe, mocno przyciskając do siebie torebkę. Pomyślała, 

że w tym momencie ma to już niewielki sens, ale pilnowała jej dalej na zasadzie 
odruchu warunkowego.  

Przy  bramce  robiło  się  coraz  tłoczniej.  Przyciśnięci  przez  napierających 

wokół  ludzi  stali  tak  blisko  siebie,  że  zastanawiała  się,  czy Pearce czuje 
przyspieszone bicie jej serca. 

Była zadowolona, że nie może widzieć jej twarzy. 

Ciągle jeszcze była blada i mimo ponawianych wysiłków nie udało jej się ukryć 
wyrazu paniki w oczach.  

Fritz  stał  przyciśnięty  do  nóg  Pearce’a  i  ciężko  dyszał.  Jakby  ignorując 

potrącających go bez przerwy ludzi, spokojnie osłaniał swego właściciela i nie 

pozwalał się od niego oderwać.  

– 

Sprawdziłaś jeszcze raz? – spytał Pearce. – Wszystkie pieniądze zginęły? 

Zostawili tylko karty kredytowe? 

–  Tak  –  . 

odpowiedziała.  Włosy  wysunęły  jej  się  spod  spinki  i  musiała 

odgarnąć  złotorude  pasma  zasłaniające  jej  twarz.  –  Pieniądze  przepadły,  kartę 

kredytową  mam  tylko  jedną.  Mój ojciec nie  był  ich zwolennikiem.  Mówił,  że 

człowiek nie powinien wydawać tego, czego jeszcze nie zarobił.  

Pearce  pokiwał  głową  i  uśmiechnął  się  zdawkowo,  jakby  usłyszał  słaby 

dowcip.  

– 

Jest w tym wielka  mądrość, dopóki, oczywiście, nie ukradną ci portfela. 

Ale wszystko jedno, 

z  kartą  kredytową  dasz  sobie  radę.  Na  pewno  będziesz 

mogła  dzięki  niej  uregulować  rachunek  w  hotelu,  a  większość  dobrych 

restauracji także je akceptuje.  

– 

Ale  przecież  on  miał  rację.  –  Starała  się  za  wszelką  cenę  opanować 

zdenerwowa

nie  i  myśleć  logicznie.  –  On,  to znaczy mój ojciec.  Przecież  nie 

powinnam  wydawać  pieniędzy,  których jeszcze nie mam.  Jak  myślisz,  czy 

zechcą  mi  zwrócić  za  bilet,  jeśli  zrezygnuję  z  lotu  do  Nowego  Orleanu?  To 
znaczy, 

czy pozwolą mi lecieć z powrotem prosto do Nowego Jorku? 

–  Nie  – 

stwierdził  stanowczo  Pearce  –  to  bardzo  zły  pomysł.  Nawet  jeśli 

uprzesz  się  wracać  do  Nowego  Jorku,  dostaniesz bilet bez rezerwacji na 
konkretny lot.  To znaczy, 

będziesz musiała czekać na pierwszy samolot, który 

background image

będzie  miał  jakiekolwiek wolne miejsca.  A  to  może  trwać  cholernie  długo. 

Jeżeli  nie  chcesz  spędzić  tutaj  Bożego  Narodzenia,  Nowego Roku,  Wielkiej 
Nocy i Zaduszek, 

to leć lepiej do Nowego Orleanu.  

–  Ale...  – 

zaczęła Mollie i nie potrafiła dokończyć zdania. Gdyby złodziej, 

z

amiast  dyskretnie  zabrać  jej  torebkę,  ogłuszył  ją  ciosem  w  głowę, 

prawdopodobnie czułaby się tak samo.  

Pearce uśmiechnął się drwiąco.  
– Rozumiem, o co ci chodzi. 

Nie chcesz zaciągnąć długu. Może powiesz mi 

przy okazji,  kim jest twój 

ojciec?  Kaznodzieją,  profesorem?  Czy  może 

domorosłym filozofem?  

Mollie spojrzała na niego zdumiona.  
– 

Jak to odgadłeś? Rzeczywiście jest profesorem.  

Wzruszył ramionami. Uniósł brwi i uśmiechnął się.  
– 

Daje się w tobie wyczuć to samo, Wiele rzeczy, które od niego przejęłaś: 

niezależność, prostolinijność, niezgodę na wszystka, co wydaje się niepoważne. 
I strach przed tym, 

żeby zapomnieć o wszystkim i po prostu dobrze się bawić.  

Ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Skąd mógł wpaść na coś takiego? 
– 

Naprawdę myślisz, że nie potrafię się bawić? To nonsens! 

– 

Kiedy ostatnio dobrze się bawiłaś? – spytał.  

Przyciśnięta  do  niego  przez  stłoczonych  ludzi,  uwięziona  w  uścisku 

ramienia, 

zdała sobie sprawę, że jego bliskość wywołuje w niej jakąś dziwną, 

omdlewającą  słabość.  Spojrzała  bezradnie  w  ciemne  szkła  jego  okularów, 

starając się skoncentrować na pytaniu, które jej zadał, a nie na tym, co się dzieje 

z jej ciałem.  

Kiedy się ostatnio dobrze bawiła? Chyba rok temu, podczas Świąt Bożego 

Narodzenia. 

Pojechała do Minnesoty i spędziła święta z najbliższymi. Michael 

odwiedzał własną rodzinę, pisał jakieś prace seminaryjne i udało im się tylko raz 

pójść na narty, raz do kina i trzy razy do teatru. Mieli mało czasu dla siebie, a w 
czasie wykradzionych, 

wspólnie spędzonych godzin nie potrafili się odprężyć i 

uniknąć napięcia. Kiedy więc się dobrze bawiła? 

Przypomniała sobie, jak ubierali choinkę w ogrodzie i jak zaczęli obrzucać 

się śniegiem ze swym bratem Hamiltonem. Do zabawy przyłączyła się siostra 

Ruth i zrobiła się z tego największa bitwa na piguły w dziejach rodziny. Obie z 

siostrą  zmusiły  bezlitośnie  Hamiltona  do  ostatecznej  kapitulacji,  gdy wreszcie 

udało im się przewrócić go. w zaspę, usiąść mu na grzbiecie i wepchnąć głowę 

w śnieg. To była wspaniała zabawa! 

–  No i co?  – 

spytał  Pearce  z  lekkim  szyderstwem  w  głosie.  –  Tyle czasu 

potrzebujesz, 

aby przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz dobrze się bawiłaś? 

– 

Znowu jego oddech poruszał luźne kosmyki jej włosów.  

– Nie – 

powiedziała cicho. – Myślałam po prostu o zeszłorocznych Świętach 

Bożego  Narodzenia.  –  Jego  dotyk  wywoływał  w  niej  emocje,  których w tym 

background image

momencie  wolałaby  uniknąć.  Próbowała  się  trochę  od  niego  odsunąć,  ale nie 

bardzo jej się to udało – tłok był zbyt duży.  

Musiał  odczuć  jej  zakłopotanie,  bo  cofnął  ramię,  którym  ją  obejmował. 

Ci

emne szkła jego okularów nadal zdawały się w nią wpatrywać, nieodgadnione 

i obojętne. Wykrzywił lekko kąciki ust i wzruszył ramionami.  

– 

Zeszłoroczne  święta,  To znaczy,  że  ostatni  raz  bawiłaś  się  dobrze  rok 

temu.  

Starając  się  zignorować  to,  co  powiedział,  otworzyła  dyskretnie  torebkę  i 

sprawdziła,  czy  karta  kredytowa  i  reszta  pieniędzy  nadal  się  w  niej  znajdują. 

Obecność Pearce’a dodatkowo zwiększała jej niepokój.  

–  Mollie, 

słyszysz  mnie?  –  odezwał  się  Pearce.  Nachylił  się  nad  nią  i 

zmarszczył brwi. – Uczciwie mówisz, że nie bawiłaś się dobrze od roku? 

Zamknęła  torebkę  i  przycisnęła  ją  mocno  do  siebie.  Wzruszyła  bezradnie 

ramionami. 

Miał rację. Nie było jej dobrze przez ten rok.  

Pearce pochylił ku niej twarz. Jego uśmiech stał się prawie uwodzicielski.  
– 

Cały  rok  odmawiania  sobie  przyjemności.  Musisz  jechać  do  Nowego 

Orleanu. 

To po prostu dług, jaki masz do spłacenia sobie samej. Tam jest jedna 

wielka zabawa, 

karnawał i festyn. Nie rezygnuj tak łatwo. Okaż trochę odwagi.  

– 

Sądzę,  że  odwagi  mi  nie  brakuje.  –  Poczuła  się  urażona.  –  I nie mam 

problemów psychologicznych,  tylko finansowe. 

Wszystko na co mogę obecnie 

liczyć, to dwie dorywcze prace, jakie udało mi się znaleźć. Nie stać mnie w tym 

momencie na podróż do Nowego Orleanu.  

– 

Nie stać cię raczej na to, aby z niej zrezygnować.  

– 

Jego głos był miękki, niemal czarujący. – Przedtem był to zwykły urlop, a 

teraz zrobiła się z tego przygoda.  

Spojrzała na niego zdumiona.  
 

Nazywasz to przygodą? Przecież to katastrofa! 

– Przesada – 

powiedział z szelmowskim uśmiechem.  

– 

Każda przygoda jest sytuacją, w której ocieramy się o katastrofę. Inaczej 

by nią nie była. A pieniądze? Zawsze można zarobić więcej pieniędzy. Będziesz 

to mogła robić, jeżeli zechcesz, przez całą resztę życia. A szansę spędzenia tych 

świąt w Nowym Orleanie masz tylko teraz. Nie trać więc tej szansy. Zaryzykuj. 

Jaką przyjemność może przynieść życie komuś, kto nie potrafi ryzykować? 

Patrzyła na niego z uniesioną do góry głową i serce biło jej coraz mocniej. 

Znowu  miał  rację.  Ryzykowała,  przeprowadzając  się  do  Nowego  Jorku, 

ryzykowała, decydując się na karierę aktorki. To Michael zawsze bał się ryzyka 
i przygody,  a nie ona. 

Odczuła  nagły  przypływ  podniecenia.  Co w tym 

strasznego, 

jeśli przeżyje kilka dni na kredyt? 

– No i co? – 

spytał Pearce, przeciągając słowa. Odetchnęła głęboko.  

– 

Jadę – zadecydowała.  

Czas  odlotu  przełożono  jeszcze  dwukrotnie  i  do  Nowego  Orleanu  dotarli 

background image

dopiero po pierwszej w nocy. 

Mieli masę czasu na luźną, spokojną pogawędkę.  

Mollie opowiedziała Pearce’owi o dzieciństwie i studiach w Minnesocie, i o 

tym, 

jak  próbuje  obecnie  przebić  się  na  nowojorską  scenę,  Z tego,  co  mówił 

Pearce, 

wynikało, że wychował się w małym miasteczku na zachód od Austin w 

Teksasie i że obecnie mieszka W Kalifornii. O swojej pracy zarobkowej mówił 
ogólnikami. 

Napomknął,  że  pracuje  w  przemyśle  rozrywkowym.  Tłumaczył 

niejasno, 

że  jest  to  rodzaj  działalności  trochę  artystycznej,  mającej  związek  z 

rozrywką dla dzieci.  

Zdumiało ją to. Co by to mogło być, myślała. Opowiadania? To zupełnie do 

niego nie pasow

ało.  

Teraz, 

wreszcie  już  na  ziemi,  Mollie  prowadziła  Pearce’a  pod  rękę  w 

kierunku  stanowiska  odbioru  bagażu.  Fritz  maszerował  przed  nimi  tak  samo 
szybko, jak zwykle, 

ale uszy trzymał opuszczone i sapał.  

– Czy nic mu nie jest? – 

spytała z obawą Mollie.  

W

ygląda na bardzo zmęczonego, – Potrzebuje po prostu dobrze się wyspać – 

próbował uspokoić ją Pearce. – To silna bestia.  

Mollie  nie  była  tego  taka  pewna.  Uważała,  że  chyba  jednak  stary  pies  się 

przemęczył,  ale  powstrzymała  się  od  wyrażenia  swoich  obaw.  Rozejrzała  się 

dookoła i powiedziała: 

–  Co za dziwny port lotniczy. 

Całe ściany obwieszone afiszami. Nigdy nie 

widziałam  takiej  masy  plakatów.  Wszędzie,  gdzie spojrzysz,  ogłoszenia  i 
zapowiedzi zabaw. 

Najczęściej  piszą  o  imprezach  świątecznych,  ale  także  o 

in

nych karnawałowych festynach.  

– 

Luizjana  się  w  tym  specjalizuje  –  objaśniał  pogodnie  Pearce.  –  Mają 

niesamowitą inwencję w wymyślaniu świąt. Każda okazja jest dobra, żeby się 

zabawić. Wymyślili nawet obchody Święta Oposa. Wiesz, jaka jest dewiza tego 
stanu

$

 

oczywiście nieoficjalna? 

– Nie. Powiedz jaka? – 

spytała.  

–  Laissez  les bons  temps rouler. 

Jak  to  przetłumaczyć  z francuskiego?  – 

zastanowił się. – Może tak: Używajmy póki czas, bo za sto lat nie będzie nas. 

Oczywiście,  to  bardzo  swobodny  przekład,  ale  w  Nowym  Orleanie  zdają  się 

naprawdę o tym pamiętać.  

 
Pearce Goddard ogromnie lubi

ł  przezwyciężać  trudności  i  radzić  sobie  z 

kłopotami. Ale to, co zdarzyło się w tej podróży, również jemu wydało się lekką 

przesadą.  

O  drugiej  w  nocy  dowiedzieli  się,  że  ich  bagaż  zaginął.  To znaczy, 

niezupełnie  zaginął,  wyjaśniał  tłumowi  oczekujących  ludzi  urzędnik  o 
kaprawym spojrzeniu. 

Raczej  przymarzł.  Temperatura  w  leżącym  w  pobliżu 

zwrotnika  Nowym  Orleanie  spadła  do  dwudziestu  stopni  poniżej  zera.  W 
systemie ogrzewczym 

samolotu nastąpiła awaria i z mokrego bagażu zrobiła się 

background image

bryła lodu. Nie sposób go było wydobyć, nie uszkadzając samolotu.  

Urzędnik,  otoczony  przez  tłum  ludzi  najwyraźniej  wściekłych  i  nie 

usatysfakcjonowanych jego wyjaśnieniami, sprawiał wrażenie zdenerwowanego.  

– 

Proszę o odrobinę cierpliwości – zaczął tłumaczyć – dostaniecie państwo 

za chwilę numer telefonu, który umożliwi wam połączenie się na nasz koszt z 
przedstawicielem linii lotniczej. Od 

niego dowiecie się więcej. 

– 

Niezły dowcip – syknął Pearce.  

Uchylił powieki i spojrzał ukradkiem na Mollie. Po tym, co usłyszeli, znowu 

trochę  pobladła,  ale  głowę  miała  uniesioną  do  góry  i  trzymała  się  prosto. 

Znalazła  się  w  Nowym  Orleanie  bez  pieniędzy  i  bez  bagażu.  A on w tym 

momencie  był  prawie  pewien,  że  dużo  czasu  upłynie,  zanim  ujrzą  ponownie 
swoje walizki.  

–  Nic z tego nie rozumiem  – 

zwróciła  Się  do  Pearce’a.  –  Nasz  bagaż  jest 

gdzieś tutaj, a oni nie mogą się do niego dostać? I co będzie dalej? 

– 

Mnie się też tu coś nie podoba – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nawet 

bardzo. 

Jeszcze  raz  spojrzał  na  nią  spoza  ciemnych  okularów.  Do  diabła, 

pomyślał, to dzielna dziewczyna. Zdecydował się powiedzieć jej całą prawdę.  

– 

Słuchaj  –  powiedział  z  udaną  beztroską  –  ten  cholerny  bagaż  naprawdę 

przymarzł  im  do  ładowni,  a  samolot  musiał i  tak  wystartować  w  dalszą  trasę. 

Przecież w Nowym Orleanie miał tylko międzylądowanie. Wiesz, jaki był jego 
port docelowy? 

–  Nie,  nie wiem  – 

przyznała,  jeszcze  bardziej  zatrwożona.  –  Dokąd  miał 

lecieć? 

– 

Gdzieś na półwysep ‘Jukatan – wykrzywił usta w uśmiechu. – Nasz bagaż 

leci sobie teraz na Jukatan. 

Miejmy nadzieję, że ma przyjemną podróż.  

–  Na Jukatan!  – 

krzyknęła  przerażona.  –  Przecież  to  jest  w  Ameryce 

Środkowej.  

– Si, señorita – 

przyznał jej rację. – Dokładnie tam. – Ponownie wziął ją za 

rękę. – Słuchaj – zaczął – po co mamy stać w tej kolejce po numer telefonu, z 

którego  teraz  w  nocy  i  tak  nie  skorzystamy?  Jest  późno.  Jesteśmy  oboje 

zmęczeni, pies też. Zadzwonimy jutro na lotnisko i dowiemy się czego trzeba. A 

teraz wynośmy się stąd. Czy twój hotel jest w Dzielnicy Francuskiej? Jeśli tak, 

to weźmy razem taksówkę.  

Mollie zbladła tak mocno, że na wystających kościach policzkowych piegi 

zabłysły jak małe, czerwone świecidełka. Nie mówiła nic i sprawiała wrażenie 

zupełnie zszokowanej.  

– 

Nie  mogę...  dokładnie  przypomnieć  sobie  adresu  hotelu.  I nawet...  jego 

nazwy  nie  bardzo  pamiętam.  Chyba Jefferson...  albo Jackson,  albo  może 
Johnson, 

czy coś w tym rodzaju. O Boże, ale głupio wyszło. 

Pearce  zmarszczył  brwi.  Rzeczywiście,  mądre  to  nie  było,  chociaż  sama 

dziewczyna nie wydała mu się taka głupia. Jak mogła nie wiedzieć, gdzie ma się 

background image

zatrzymać? 

– 

Nie  zapisałaś  sobie?  –  spytał  z  niedowierzaniem.  Zaprzeczyła  ruchem 

głowy.  Jej  włosy  zupełnie  się  teraz rozsypały  i  w  rudozłotym  nieładzie 
powiew

ały wokół głowy.  

– 

Oczywiście, że zapisałam. W notatniku, w którym przechowuję wszystkie 

ważne informacje.  

Pearce wykonał szerokimi ramionami gest zniecierpliwienia. 
– 

O rany boskie! I zapomniałaś go zabrać ze sobą? 

– 

Zabrałam go ze sobą – prawie krzyknęła – ale zapakowałam do walizki. – 

Stuknęła  się  palcem  w  czoło.  –  Kompletnie bez sensu.  Bo  to  miało  być... 

zupełnie  inaczej.  Wszystko  się  pozmieniało  i  potem...  Jak  mogłam  zrobić  coś 

podobnego? Jak mogłam? 

Jęknęła, czyniąc sobie w myślach wyrzuty za tak nierozumny postępek. To 

w  końcu  Michael  doprowadził  ją  do  stanu,  w  którym  mogła  zrobić  coś  tak 
idiotycznego. 

Co  za  pomysł,  by  zostawić  notes  w  walizce?  Przecież  zawsze 

należy liczyć się z tym, że bagaż może zaginąć.  

Wyglądała na tak zmartwioną, zdenerwowaną i nieszczęśliwą, że Pearce’owi 

zrobiło się jej serdecznie żal. W jego sprawnym umyśle natychmiast pojawił się 
pewien plan, 

może trochę przewrotny, ale zabawny.  

– 

Idę  poszukać  książki  telefonicznej  –  stwierdziła  z  rozpaczliwą 

stanowczością.  –  Może  jakoś  znajdę  nazwę  tego  hotelu.  Pewna jestem,  że 

zaczynała się na Jackson, Jefferson, czy coś takiego.  

Pearce odetchnął głęboko.  
– 

Słuchaj,  Mollie  mówił  takim  tonem,  jakby go to wcale tak bardzo nie 

obchodziło – połowa hoteli i knajp w Nowym Orleanie zaczyna się na jot. Jot 
jak Jackson. 

A czy wysyłałaś im jakąś zaliczkę? 

–  Nie  – 

spojrzała  na  niego  pytająco.  –  Przyjęli  rezerwację  bez  zaliczki.  A 

jakie to ma znaczenie? 

– Tylko takie, 

że w tej sytuacji przestaje być ważne, że nie znasz nazwy tego 

hotelu. 

Nie  zjawiłaś  się  na  czas.  Jest  druga  w  nocy  i  wynajęli  pewnie  pokój 

komuś innemu. Zwykle tak robią. A po tym, co tu się stało z pogodą, w hotelach 

mogą mieć też niezły dom wariatów.  

– 

No  to  świetnie  –  stwierdziła  gorzko.  –  Niech  i  tak  będzie.  Pomogę  ci 

złapać taksówkę, a samą prześpię się na lotnisku. Zasłużyłam na to. Jak sądzę, 

zdobyłam  mistrzostwo  świata  w  bezmyślnym  podróżowaniu.  Powinno  się 

odnotować ten wyczyn w Księdze Guinnessa. Poszukam jutro miejsca w jakimś 
hotelu, 

a do rana już niedaleko.  

Stał przez chwilę, zastanawiając się nad czymś. Ciemne szkła jego okularów 

zwrócone były w przestrzeń.  

–  Mollie  – 

odezwał  się  wreszcie  trochę  nieswoim,  poważnym  głosem  – 

rzeczywiście wygląda to tak, jakby wszystko sprzysięgło się przeciw tobie. Ale 

background image

to może opatrzność postanowiła w ten sposób się mną zaopiekować. Chcę ci coś 

wyznać.  

Zamilkł na chwilę, jakby tłumiąc jakieś emocje.  
– 

Trudno  mi  o  tym  mówić,  ale  boję  się  być  sam.  Nikt tu po mnie nie 

przyjechał, jestem w obcym mieście. Nie mogłabyś ze mną zostać? Czy bardzo 

by cię krępowało przenocowanie ze mną w hotelu? – Przełknął ślinę. – Proszę 

cię, pomóż mi.  

Nie potrafiłby opisać, co się stało z wyrazem jej twarzy.  
– 

Czy  bardzo  by  mnie  krępowało?  –  powtórzyła  zdławionym  głosem 

pytanie.  

Stara  – 

się  mówić  z  wyrazem  powagi na twarzy,  szybciej  niż  zwykle, 

wkładając  w  to  cały  swój  dar  przekonywania.  Stał  prosto,  z  głową  lekko 

odchyloną  do  tyłu  jak  dumny  mężczyzna,  nienawykły  do  tego,  by  prosić  o 
cokolwiek. 

Pearce  Goddard  był  świetnym  aktorem,  choć  aktorstwo  stanowiło 

jedyn

ie drobną część jego profesjonalnych umiejętności.  

– 

Jak dotąd pomagaliśmy sobie nawzajem, prawda? – spytał tonem pełnym 

powagi. – Ty nie masz gdzie , 

spać, a ja nie mam przewodnika. Przysięgam, nie 

proponuję  ci  niczego...  nieprzyzwoitego.  Zostań  ze  mną.  Choćby  na  tę  noc  i 

kawałek jutra. Pomożesz mi się zorientować w otoczeniu, zanim nauczę się tutaj 

poruszać. Inaczej będę... jak ten ze znanej ci sztuki: „zdany jedynie na obcych 

łaskawość”.  

Mollie wahała się. Przyglądała się uważnie Pearee’owi, po chwili skierowała 

wzrok w dół, na Fritza. Siedział z oklapniętymi uszami i wysuniętym językiem. 

Teraz dopiero widać było, jaki jest stary i zmęczony.  

–  Mam psa,  to prawda.  –  W sposobie, 

w  jaki  przeciągał  wyrazy,  poczuła 

tłumione napięcie. – Tylko że on już nie bardzo sobie radzi. Naprawdę jest za 
stary.  Wiem, 

Ż6  powinienem  go  dawno  wymienić,  ale  jakoś  nie  potrafię. 

Chciałem go zabrać jeszcze raz ze sobą w podróż, spędzić razem z nim ostatnie 

święta. A teraz się martwię. Chyba za dużo wymagam od tego staruszka. Dziś w 

nocy poczułem, jaki! jest zmęczony. Mollie, nie mogłabyś nam pomóc? Jemu i 
mnie? – 

Przełknął ślinę, tłumiąc wzruszenie.  

Przez  chwilę  jeszcze  przyglądała  się  psu.  Wreszcie  podniosła  głowę  i 

utkwiła  wzrok  w  twarzy  Pearce’a.  Widział,  jak  intensywnie  się  zastanawia, 

starając się wyczytać, co kryje się za wyrazem jego twarzy. Zdwoił wysiłki, by 

swą mimiką wyrażać wyłącznie powagę, szczerość intencji i sprawić wrażenie, 

że  autentycznie  potrzebuje  pomocy.  Jednocześnie  spostrzegł,  że  Mollie, 
zatroskana i prze

jęta, wygląda wyjątkowo ślicznie. Ponownie przełknął ślinę.  

Powolnym ruchem skłoniła głowę.  
– Zgoda – 

powiedziała wreszcie – to będzie taka wzajemna pomoc. Nie ma 

w tym, jak rozumiem, nic... romantycznego. 

Zaprzeczył zdecydowanym gestem.  

– 

Ależ  oczywiście,  że  nie  –  zapewnił.  Nie  miał  zamiaru  angażować  się 

background image

uczuciowo. 

Jego obecna sytuacja pozwalała na to, aby jej pomóc, i to samo w 

sobie  wydawało  mu  się  zabawne.  Co innego,  gdyby  okazała  się  chętna  do 

pójścia  z  nim  do  łóżka,  jakieże  by  miał  wtedy  prawo  odmówić  jej  należnej 

przyjemności? 

– 

Dziękuję  ci,  Mollie.  –  W  jego  głosie  zabrzmiało  radosne  wzruszenie.  – 

Masz takie dobre serce...  

–  To ty masz dobre serce – 

odrzekła i wzięła go za rękę. – Chodź! Musisz 

być bardzo zmęczony. Poszukamy taksówki. Wyjście jest na lewo.  

W jej głosie było tyle serdecznej troski, że Pearce poczuł wyrzuty sumienia. 

Rzadkiemu  gościowi,  jakim  był  nagły  przypływ  poczucia  winy,  powiedział 

jednak: wynoś się. Ale na głos odezwał się tylko do psa: 

– W lewo. 

Prowadź.  

No i co, 

westchnął  w  duchu,  wzruszając  ramionami,  w  końcu  spełniasz 

obietnicę daną temu kochanemu, staremu dziwakowi. Wydało mu się, że słyszy 

w  tym  momencie  jego  śmiech.  Wuj Faron,  niewidomy i stary,  do  końca 

zachował pogodę: ducha i nie przestał być sobą. Jego ostatni pomysł był także 
niekonwencjonalny i nieco diaboliczny. 

Przed śmiercią powiedział Pearce’owi: 

– 

Gdy umrę, chcę, abyś zrobił trzy rzeczy. Po pierwsze, pieniądze, które ci 

zostawiam, 

przeznacz  na  ten  swój  głupi  film.  Po drugie,  wracając  z  mojego 

pogrzebu,  poderwi

j  najładniejszą  dziewczynę,  jaką  po  drodze  spotkasz.  I po 

trzecie, 

zaopiekuj się Fritzem. To cały mój testament.  

Pearce  przeżył  głęboko  śmierć  wuja.  Lecz  cóż,  Faron  nie  życzył  sobie 

jakiejkolwiek żałoby, a ostatnie zdarzenia w życiu Pearce’a nakazały mu działać 

pospiesznie i gorączkowo. Palił za sobą mosty i przygotowywał się do realizacji 
swojego – 

związanego z piekielnym ryzykiem – przedsięwzięcia.  

Postanowił  nie  wracać  bezpośrednio  do  Kalifornii  i  pojechać  najpierw  do 

Nowego Orleanu. 

Pomysł, aby udawać niewidomego, choć trochę szalony, miał 

służyć  w  zasadzie  czemuś  innemu,  lecz  okazał  się  przynajmniej  w  jednym 

pożyteczny: rozwiązywał transport psa. Żadna linia lotnicza nie zgodziłaby się 
na to, 

aby  Fritz  podróżował  w  kabinie  dla  pasażerów  inaczej,  niż  jako 

przewodnik niewidomego.  Jako  „

zwykły”  pies  zostałby  zamknięty  w  klatce  i 

wsadzony do ładowni bagażowej. A na skutek nieprzewidzianych okoliczności 

tej  podróży  stałoby  się  tak,  że  stary  pies,  uwięziony,  zmarznięty  i  głodny, 

leciałby teraz samotnie na Jukatan.  

Pearce – 

spojrzał ukradkiem na rudozłotą burzę rozsypanych włosów Mollie.  

Bez przesady, 

pomyślał,  przecież  nie  udaję  ślepego  w  złych  zamiarach,  a 

dzięki  temu  mogę  wyświadczyć  tej  dziewczynie  przysługę.  Przecież  nie 

poszłaby  ze  mną,  gdyby  wiedziała,  że  nie  jestem  niewidomy.  Nie ma innego 

wyjścia,  przekonywał  siebie,  trzeba  ciągnąć  dalej  to  niewinne  oszustwo. 

Wycofać – się w tym momencie byłoby czymś nieeleganckim.  

Zamknął oczy, ponownie pogrążając się w stanie narzuconej sobie sztucznej 

background image

ślepoty.  Było  to  dla  niego  ważne  doświadczenie:  jedna  z  rzeczy,  którą 

postanowił zrobić i którą musi zrobić. To nie ulegało wątpliwości, podczas tej 

podróży  ma  za  zadanie  zbadać,  jak  wygląda  świat,  w  którym  porusza  się 
niewidomy. 

Przestań  gapić  się  na  tę  dziewczynę  i  rób dalej to,  co masz do 

zrobienia, 

powiedział sobie.  

O  drugiej  nad  ranem  na  skutych  lodem  ulicach  Nowego  Orleanu  złapać 

taksówkę było niewiele łatwiej niż polarnego niedźwiedzia.  

Chociaż  Mollie  pamiętała  z  dzieciństwa  głębokie  śniegi  w  Minnesocie  i 

poz

nała brutalną dokuczliwość długiej, nowojorskiej zimy, wydawało jej się, że 

tej nocy w Nowym Orleanie zmarzła najbardziej w życiu.  

Miała  na  sobie  spódnicę  ze  szkockiej  wełny  w  niebieską  kratkę,  różową 

bluzkę  włożoną  na  granatowy  golfik,  botki do kolan i płaszcz,  pod który 

przezornie  włożyła  ocieplającą  podpinkę.  Ale  w  cienkich  rękawiczkach  i 

zrobionej  luźnym  ściegiem,  nie  przykrywającej  uszu  czapeczce  było  jej  tak 
zimno, 

że  nie  przestała  się  trząść  nawet  wtedy,  gdy  znalazła  się  wreszcie  z 

Pearce’

em w ciepłym wnętrzu taksówki.  

Pomyślała,  że  Pearce  –  ubrany  w  niezbyt  grubą  kurtkę,  bez czapki i 

rękawiczek  –  musiał  zmarznąć  jeszcze  dotkliwiej,  choć  sprawiał  wrażenie 
bardziej odpornego , na zimno. 

Frtiz położył się między siedzeniami na pokrytej 

breją  topniejącego  śniegu  podłodze.  Wyglądał  strasznie:  zamykał  co  chwilę 

oczy i trząsł się z zimna.  

Jak  stwierdził  kierowca,  nadpobudliwy osobnik,  który  zdążył  już  im 

opowiedzieć,  że  przybył  do  Nowego  Orleanu  z  New  Jersey,  większość 

urodzonych na Południu taksówkarzy zrezygnowała tej nocy z jazdy. Za dużo 

było  wypadków,  a jeden z oblodzonych mostów,  na  którym  najwięcej  było 

kolizji i stłuczek, został już nawet zamknięty dla ruchu. 

–  Nie ma lekko  – 

powiedział  tonem,  jakby  obwieszczał  coś  genialnie 

odkrywczego. – Trudno c

oś tej nocy złapać. Na ulicach tylko Jankesi i wariaci. 

A wy co za jedni jesteście? 

Mollie  nie  mogła  opanować  drżenia  i  Pearce  uspokajająco  objął  ją 

ramieniem. 

Była zbyt zmęczona i zmarznięta, by protestować.  

– Ta pani to jankeska, a ja jestem wariat – wy

jaśnił uprzejmie Pearce.  

– 

No nie mówiłem! – zarechotał kierowca. – Ja tam jestem i Jankes, i wariat 

w jednej osobie – 

cieszył się dalej i wziął zakręt z taką prędkością, że taksówka 

zatoczyła się w poślizgu o$ jednego do drugiego krawężnika. – Lubię mieć całą 

ulicę dla siebie. Patrzcie, co się dzieje! Tylko trącę mocniej hamulec i już mamy 

jazdę figurową! 

Mollie zadrżała jeszcze mocniej i zamknęła oczy.  
– 

Nie bój się. – Uspokojający szept Pearce’a łaskotał jej ucho. – Jeśli zabije 

nas na miejscu, przynaj

mniej będzie nam ciepło.  

Taksówkarz, 

zanosząc  się  śmiechem,  wszedł  w  poślizg  na  następnym 

background image

zakręcie.  

– Hej, jupi, jupi, ej! Naprzód, pieski! – 

ryczał radośnie, najwyraźniej bawiąc 

się w poganiacza psiego zaprzęgu na Dalekiej Północy.  

A je

śli  nie zginiemy  na miejscu,  pytała  w  duchu  Mollie.  Co  będzie  jeśli 

będziemy tylko ranni i zamarzniemy na śmierć, leżąc na ulicy? Zamknęła oczy, 

starając się nie patrzeć, jak w drodze do nie znanego jej miejsca przeznaczenia 

taksówkarz kolejno bawi się w jazdę figurową na lodzie, taniec na wrotkach i 
saneczkarstwo torowe.  

Zajechali wreszcie przed hotel. 

Gdy  wychodziła  z  taksówki,  nadal lekko 

drżały  jej  kolana.  Znowu  poczuła  przeszywające  zimno.  Ciągle  jeszcze 

zdrętwiała  i  oszołomiona  czekała,  aż  Pearce  załatwi  formalności  w recepcji. 

Miała  poczucie,  jakby  wszystko  było  nie  do  końca  realne.  To,  co  się  jej 

zdarzyło, odbierała trochę jak sen.  

Hotel był najwyraźniej drogi i wytworny. Lśniący wystrój recepcyjnego holu 

zrobił  na  niej  oszałamiające  wrażenie.  Z  sufitu  zwieszały  się  wytworne 

żyrandole,  nadzwyczaj ozdobne  –  takie,  jakich Mollie nigdy  przedtem nie 

widziała.  Lśniące,  antyczne  meble  błyszczały  politurą  w  złotym  świetle 
kandelabrów, 

a szafir i purpura ich pluszowych obić zapierały dech w piersiach.  

W sali ustawionych b

yło kilka dużych, pięknie przystrojonych choinek. Tak 

bogato  ubrane  drzewka  Mollie  widywała  przedtem  jedynie  na  świątecznych 

wystawach najbardziej eleganckich sklepów na Piątej Alei.  

Z zachwytu wstrzymała oddech. Był to naprawdę wspaniały hotel, na pewno 

jeden z najlepszych i najdroższych w Nowym Orleanie. Ten, w którym miała się 

sama  zatrzymać,  jako  jeden  z  najtańszych  z  pewnością  byłby  jego 

przeciwieństwem. W niczym nie przypominałby tego, co ją tu otaczało.  

Poczuła  się  nagle  winna,  że  zgodziła  się,  by  Pearce  ugościł  ją  w  tak 

komfortowych warunkach.  Co prawda, 

obiecał,  że  nie  będzie  oczekiwał  w 

zamian  niczego  poza  pomocą,  lecz  co  będzie,  jeśli  zapomni  o  danym 
przyrzeczeniu? 

Nocny recepcjonista położył na dłoni niewidomego klucz do pokoju.  
– 

Możemy iść? – spytał Pearce, podając jej ramię.  

Przyjrzała się jeszcze raz ze zdumieniem wiktoriańskiemu holowi, pełnemu 

zakrętów,  zakamarków,  i  porozstawianych  w  różnych  miejscach  mebli.  Z 

przeciwległych  krańców  holu  prowadziły  na  górę  szerokie  kręcone  schody. 
Niewidomy, 

nawet posiadając psa, nie mógłby chyba bez pomocy drugiej osoby 

odszukać  drogi  do  pokoju.  Rozumiała  niechęć  Pearce’a do korzystania z 
pomocy recepcjonistów czy boyów hotelowych. 

Na  pewno  łatwiej  mu  było 

poprosić o pomoc kogoś, kogo już znał, niż każdorazowo zwracać się z tym do 
przypadkowych osób.  

Z determinacją podniosła głowę do góry i wzięła go pod ręką.  
–  Pokój 242.  – 

Wręczając  jej  klucz  Pearce  uśmiechnął  się  kwaśno.  – 

background image

Przynajmniej nie musimy się martwić o bagaż. Jest już pewnie w połowie drogi 
na Jukatan.  

Pokój wydawał się Mollie prawie tak luksusowy, jak hol. Niebiesko-srebrne 

tapety z jedwabiu z ciemniejszymi,  prawie granatowymi pasami wspaniale 

współgrały  z  kolorem  grubego  dywanu  i  ciężkich,  pluszowych kotar.  Nad 
meblami w stylu królowej Ann

y wisiały olejne obrazy w złoconych ramach. Na 

stoliczkach rozstawionych po obu stronach pokrytej pluszem kanapki,  w 

kryształowych wazonach ułożone były świeże, białe róże.  

– 

Piękny pokój. – Mollie odetchnęła z ulgą, gdy drzwi zamknęły się za nimi.  

–  Nap

rawdę?  –  Ton  głosu  Pearce’a  brzmiał  dziwnie.  –  Czy  mogłabyś 

pokazać mi, jak się w nim poruszać? 

Drgnęła,  uświadomiwszy  sobie,  że  jej  zachwyt  nad  pięknem  wnętrza, 

którego  Pearce  nie  może  oglądać,  mógł  mu  się  wydać  czymś  niedelikatnym. 

Zaczęła  oprowadzać  go  po  pokoju  i  przyległej  do  niego  łazience,  tłumacząc, 

gdzie  się  co  znajduje.  Ostatnią  rzeczą,  którą  mu  pokazywała,  było  łóżko. 

Przypominało  raczej królewskie łoże,  na czterech bogato  rzeźbionych  nogach, 
przykryte srebrno-

niebieską, atłasową narzutą.  

– 

Usiądź tutaj – powiedziała. – To jest twoje łóżko. Wygląda wspaniale. – 

Próbowała oddalić się, ale trzymał ją mocno za rękę. Splótł palce z jej palcami.  

–  Nie ma mowy. 

Ty  się  tu  połóż,  a  ja  prześpię  się  na  kanapce  –  odrzekł, 

marszcząc brwi.  

Jego  dotyk  wywołał  w  niej  uczucie  mrowienia.  Dziwny  dreszcz  wędrował 

przez  jej  rękę  do  ramienia,  a  potem  poczuła,  jak  schodzi  w  dół,  wzdłuż 

kręgosłupa i wraca do góry. Nie powinna zabierać mu tego łóżka. Nie powinna 

też pozwolić, aby tak ją dotykał, ale z jakiegoś powodu nie opierała się temu.  

– 

Nie zgadzam się – sprzeciwiła się. – Kanapa jest dla ciebie za krótka, a ja 

się na niej zmieszczę.  

– 

Tylko cham pozwoliłby kobiecie spać na kozetce. Łóżko jest twoje. Tym 

razem będę stanowczy. Siadaj tutaj.  

Pociągnął  ją  za rękę, aż  znalazła  się obok  niego.  Siedzieli oboje na skraju 

łóżka, nadal trzymając się za ręce. Próbowała wstać.  

– 

Naprawdę  nie  czułabym  się  w  porządku...  Delikatnie,  lecz pewnie 

przytrzymał ją przy sobie, nie pozwalając jej się oddalić.  

– 

Pozwolę ci spać tam, gdzie będziesz chciała, pod warunkiem, że zrobisz 

dla mnie jedną rzecz, zgoda? 

– 

Jego głos był niski i zachrypnięty.  

– 

Jaką?  –  spytała  drżącym  głosem  Mollie.  Wiedziała  już,  jak bardzo 

uw

odzicielski potrafi być Pearce, nie była pewna, czy sobie z tym teraz poradzi.  

– 

Pozwól  mi  dotknąć  twojej  twarzy.  –  Jego  dłoń  przesunęła  się  w  górę, 

wzdłuż  ramienia,  i  spoczęła  miękko  na  jej  policzku.  Palce  zaczęły  powolną 

wędrówkę, błądząc po twarzy, ale prawie jej nie dotykając. Ich bliskość i ciepło 

background image

oszołomiły ją.  

– M

ogę? – spytał.  

Nerwowo przesunęła językiem po wargach. Czyż nie jest to jedyny sposób, 

w jaki niewidomy może dowiedzieć się, jak wygląda ktoś inny? Właśnie przez 

dotyk? Może więc jest to tylko niewinna, przyjacielska prośba? Lecz z drugiej 

strony poczuła się bardzo zagrożona. Zdała sobie sprawę z tego, że Michael był 

chłopcem,  a  Pearce  Goddard  jest  mężczyzną,  i  to  takim  mężczyzną,  który 

bardzo silnie działa na jej zmysły.  

– 

Proszę cię. – Nachylił się nad nią tak blisko, że poczuła, jak ciepły oddech 

owiewa jej wargi.  

– Chyba... nie powinnam. – 

Chciała ponownie wstać, ale ujął ją drugą ręką 

za  nadgarstek  i przytrzymał  przy  sobie. Nie  próbowała  się uwolnić,  jakby nie 

pozwalała jej na to jakaś magiczna siła, której nie potrafiła się przeciwstawić. 

Wstrzymała oddech, czując jak koniuszki jego palców przesunęły się z policzka 

i błądziły wokół oczu.  

– 

Jakie masz długie rzęsy – powiedział miękko, muskając je palcami.  

Zamknęła  oczy  i  pozwoliła,  by  delikatnie  badał  jej  powieki.  Było  to  jak 

dotknięcie skrzydeł motyla. Czuła jednak, że w delikatności pieszczoty drzemie 

jakaś ukryta siła. Był to przedziwny, nie znany jej dotąd dotyk.  

– Brwi... 

jakie gładkie – mówił, nie przestając błądzić palcami po jej twarzy. 

–  I lekko zadarty nos. 

Musi  być  z  gatunku  tych  ślicznych skandynawskich 

nosów z Minnesoty. I lekko kwadratowy podbródek. 

Znamionujący upór, ale nie 

upór nierozumny...  

Mollie  poczuła,  że  coś  dzieje  się  z  jej  zmęczonym  ciałem.  Tak jakby 

puszczały  hamulce, za  pomocą  których  tak długo  utrzymywała  na  wodzy  swe 
emocje.  Pragnienie, 

które dało znać o sobie, gdy tylko wsiadła do samolotu, a 

potem przez cały czas tłumiła, wymknęło się teraz spod jej kontroli.  

Jak dobry jest jego dotyk, 

myślała sennie. Jakie to cudowne uczucie... Nikt 

dotąd tak mnie nie dotykał...  

– A usta... – 

Przesunął wolno kciukiem wzdłuż jej warg. – Usta masz pełne, 

miękkie i dojrzałe.  

Ujął ją palcami pod brodę i uniósł jej twarz ku swojej.  
– 

Są  tak  tajemnicze  jak  twój  głos  –  wyszeptał,  nachylając  się  nad  nią.  – 

Trzeba je zbadać dokładnie. Można? 

I  wtedy  zrobił  to,  za  czym  Mollie  podświadomie  tęskniła,  odkąd  po  raz 

pierwszy ujrzała go w samolocie.  

Przycisnął wargi do jej warg i pocałował ją tak, jak nikt inny przedtem jej 

nie całował.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Czuła, jak jego usta – zmysłowe i ciepłe – pieszczą jej wargi i jak mocno i 

pewnie trzyma ją w ramionach. Krew tętniła w jej żyłach i po raz pierwszy od 

tak dawna radosne ożywienie wypełniło bez reszty jej ciało.  

Westchnęła,  nie  odrywając  od  niego  ust,  napawając  się  ożywczym 

tchnieniem,  jakie zda

wał  się  jej  przekazywać.  Odniosła  dziwne,  słodkie 

wrażenie, jakby wracała do domu gdzieś z daleka, i zapragnęła objąć go rękami 

za szyję. Jak cudownie by było zatracić się do końca, poznać to wszystko, co w 
nim takie dziwne, 

niepokojące i tajemnicze, zapomnieć o samotności i poczuć 

się bezpiecznie w jego silnych ramionach.  

Samotność...  Tak!  Była  samotna!  Lodowata  precyzja  tej  nagłej  myśli 

sprawiła,  że  zniknęło  gdzieś  całe  wypełniające  ją  poczucie  ciepła.  Znowu 

znalazła się tam, gdzie była naprawdę: daleko  od domu, w obcym  mieście, w 
obcym pokoju hotelowym, 

w ramionach obcego mężczyzny.  

Oderwałaby się od niego natychmiast, gdyby nie obejmował jej tak mocno. 

Gwałtownym ruchem szarpnęła się do tyłu.  

– 

Przestań – syknęła, odpychając go rękami. W szkłach ciemnych okularów 

dostrzegła  swoje  dwa  pomniejszone  odbicia,  bladość  twarzy,  rozsypane w 

nieładzie  włosy,  –  Dlaczego?  Przecież  było  nam  tak  dobrze  –  powiedział  z 

grymasem w kącikach ust.  

Zacisnęła  zęby  i  czując,  jak  łomocze  jej  serce,  odepchnęła  go  jeszcze 

mocniej. 

Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Dlaczego tak silnie ją pociągał? To 

szaleństwo. Przecież nic o nim nie wiedziała.  

Wzburzona, 

pomyślała  nagle,  że  może  całowała  go  po  prostu  z  powodu 

Michaela. 

Dokładnie dziś miała spędzić z nim noc poślubną. Czy jakiś ukryty, 

ciemny impuls nie podpowiadał jej, że z braku świeżo poślubionego małżonka 

powinna  spędzić  noc  poślubną  z  nieznajomym,  przystojnym  mężczyzną?  Czy 

nie całowała Pearce’a po to, aby zapomnieć o Michaelu i jakby zrobić mu na 

złość? 

– 

Uspokój się – cedził słowa Pearce. – Nie udawaj, że nagle wpadłaś w furię. 

Sprawiało ci to przyjemność. To właśnie cię naprawdę denerwuje.  

– 

Odsuń się ode mnie! – rozkazała.  

– Owszem, pod warunkiem, 

że stąd nie uciekniesz. Po pierwsze, nie bardzo 

masz gdzie uciec. A po drugie, 

wystarczyło powiedzieć: nie, gdy tylko zacząłem 

cię całować; 

– 

Teraz mówię: nie – powiedziała Mollie przez zaciśnięte zęby. Próbowała 

się wyślizgnąć z jego ramion, ale zdała sobie sprawę, że robi to jakoś za mało 
energicznie i bez przekonania. J

ego uścisk nadal sprawiał jej przyjemność, choć 

wiedziała,  że  nie  powinna  tego  tak  odczuwać.  Jeszcze  jeden  więcej  powód, 

background image

pomyślała, żeby uciec. 

– 

W porządku. – Uśmiechnął się sztucznie i wzruszył ramionami. Najpierw 

miałaś ochotę, teraz nie masz. Mężczyzna nie może takich rzeczy przewidzieć, 

zanim  się  nie przekona.  –  Westchnął  z  rezygnacją  i  uwolnił  ją.  –  Idę spać  na 

kanapkę. Schylił się, odnalazł ręką uprząż psa i ujął ją krótko, Fritz popatrzył ha 

nich oboje z czymś w rodzaju dezaprobaty.  

Mollie podniosłą się i oddaliła o krok od łóżka.  
– 

Nie! Ja śpię na kanapce – powiedziała z naciskiem, wskazując na siebie. – 

Powiedziałeś,  że  będę  mogła  wybierać  i  właśnie  wybieram:  chcę  tam  spać  i 
koniec! 

Pearce  wstał  także.  Wyraz  twarzy  miał  tak  spokojny,  jakby rozmawiali o 

pogodzie. Mollie – tak na wszelki wypadek – 

cofnęła się jeszcze o krok.  

– 

I  zapamiętaj  sobie,  jeśli  jeszcze  raz  spróbujesz  się  do  mnie  zbliżyć  – 

Ostrzegła głosem drżącym z napięcia – to pożałujesz. Będę krzyczeć, wzywać 

pomocy i porozwalam tu wszystko.  A gdy przyjdzie policja,  powiem, 

że 

zwabiłeś  mnie  tutaj  pod  fałszywym  pretekstem.  Obiecałeś,  że  nie  będziesz 

próbował różnych takich sztuczek, twierdziłeś, że potrzebujesz mojej pomocy. 

Zachowuj  się  więc  przyzwoicie,  bo natychmiast zostaniesz tutaj sam,  ale po 
takiej awanturze, 

że będzie ją słychać na drugim brzegu Missisipi.  

Na twarzy Pearce’

a pojawił się wyraz dezaprobaty i ubawienia zarazem.  

– 

Naprawdę byś sobie poszła? – spytał.  

–  Natychmiast.  – 

Strzeliła palcami pokazując, jak szybko by to się stało. – 

Naucz się więc dotrzymywać słowa, bo inaczej...  

Westchnął ponownie, wypuścił z ręki uprząż psa i opadł na łóżko. Podłożył 

ramiona pod głowę i zwrócił twarz w stronę sufitu.  

– 

Możesz sobie spać nawet w wannie, jeśli ci to sprawi przyjemność. A co 

do złamania obietnicy, to błagam, abyś mi wybaczyła.  

Ostatnie  słowa  powiedział  z  takim  sarkazmem,  że  Mollie,  poczuwszy  się 

powtórnie dotknięta, wsparła dłonie na biodrach.  

– 

Jakoś nie uciekałaś z krzykiem – zauważył ironicznie. – Siedziałaś ze mną 

na łóżku, zupełnie nie protestując...  

–  Nieprawda, 

nie  mogłam  pro...  –  zaczęła  Mollie,  ale  nie  pozwolił  jej 

dokończyć.  

– 

Zupełnie nie protestując. Całowałem cię, a ty całowałaś mnie również. I 

pozwolę  sobie  dodać,  że  robiłaś  to  z  entuzjazmem.  A  potem  coś  ci  się  nagle 

odmieniło. Na tym właśnie polega problem z kobietami. Mówią, że czegoś chcą, 

a naprawdę chcą czegoś innego. Mówią: nie, które ma znaczyć: tak, albo: tak, 

które  ma  znaczyć:  nie.  Skąd  mężczyzna  ma  wiedzieć,  o co im chodzi,  zanim 
tego nie sprawdzi? 

– 

Nie  próbuj  niczego  na  mnie  zwalać  –  ostrzegła  Mollie,  choć  naprawdę 

poczuła się winna. Czy wszystko stało się bez jej udziału? Czy nieświadomie, 

background image

lub nawet świadomie, nie sprowokowała go? Mogła zdecydowanie oddalić się 

od łóżka, zamiast usiąść tuż obok niego. Mogła nie zgodzić się, aby dotykał jej 
twarzy. 

Gdy  nachylił  się,  aby  ją  pocałować,  mogła po  prostu się odwrócić.  A 

przecież nie tylko tego nie zrobiła, lecz przeciwnie – uniosła do góry twarz, aby 

łatwiej mu było odnaleźć jej usta.  

–  Nic na nikogo nie zwalam  – 

odezwał  się  szyderczym  tonem.  –  I  żeby 

sprawa  była  do  końca  jasna,  możesz  się  już  nie  obawiać.  Nie zamierzam 

zakradać  się  do  ciebie  w  nocy  ani  zmuszać  cię,  abyś  uległa  moim  niecnym 
zachciankom.  To nie w moim stylu. 

Zapewniam  cię,  że  na  świecie  jest pod 

dostatkiem kobiet, 

które ani o to nie trzeba błagać, ani do tego zmuszać. Wierz 

mi na słowo.  

Ziewnął  ostentacyjnie,  zakrywając  dłonią  usta  parodiującym  grzeczność 

gestem. 

Mollie  przyglądała  mu  się,  targana sprzecznymi emocjami.  Leżał, 

rozciągnąwszy  swe  długie,  szczupłe  ciało  na  srebrno-niebieskiej narzucie. 

Wydał  z  siebie  nieco  zmysłowe  westchnienie,  jakby  demonstrując,  że  jest  mu 
dobrze i wygodnie. 

Na  tle  niebieskawej  tkaniny  wydawał  się  jeszcze  bardziej 

opalony, 

a jego ciemne włosy sprawiały wrażenie prawie czarnych.  

Usiadła na kanapce, ciągle nie spuszczając z niego wzroku. W jakiś niejasny 

sposób  poczuła  się  prawie  rozczarowana,  jak  gdyby  ożywiające  podniecenie, 

którego doświadczyła, oddaliło się teraz gdzieś daleko.  

O  Boże,  pomyślała  z  niechęcią,  może  to  wszystko  przez  to,  że  jest  taki 

przystojny?  Wyglądem  zewnętrznym  niczym  nie przypominał Michaela, który 

miał bardziej wyrafinowaną urodę – był prawie piękny. Pearce Goddard nie miał 

w sobie nic pięknego. Jego twarz była rzeźbiona jakby innym, grubszym dłutem, 
naszkicowana twardymi, 

męskimi  liniami  –  tak samo,  jak  całe  jego  silne, 

muskularne ciało. Ale najbardziej fascynująca była w nim niebywała zdolność 
do przechodzenia z jednego nastroju w inny.  

Ziewnął  znowu,  usiadł,  odnalazł  po  omacku  Fritza,  odpiął  mu  uprząż  i 

powiesił ją na oparciu łóżka. Potem, tak jak poprzednio, położył się na wznak z 

rękami pod głową.  

Mollie  westchnęła. Wstała i  zaczęła szukać dodatkowej poduszki i koców. 

Znalazła  je  w  jednej  z  dwóch  szaf  i  zrobiła  sobie  coś  w  rodzaju gniazda na 
kanapce.  

Pearce oddychał równo i głęboko, a więc zapewne usnął. Pies leżał zwinięty 

w kłębek przy łóżku, siwiejący pysk przykrył sobie ogonem i chrapał.  

Mollie przeszła przez pokój, aby zgasić światło.  

W momencie gdy sięgała do wyłącznika, usłyszała głos Pearce’a.  
– Wiesz, on chyba nie jest tego wart. 

Stanęła jak wryta z ręką na kontakcie.  

–  O kim ty mówisz?  – 

Przyglądała  mu  się  przez  chwilę,  ale jego zwykle 

pełna  ekspresji  twarz  była  całkowicie  nieruchoma.  Ciemne okulary nadal 

zasłaniały mu oczy.  

background image

–  O facecie, 

przez  którego  się  martwisz  –  wyjaśnił  leniwie  Pearce.  – 

Kimkolwiek by był, nie zasługuje na to. Zapomnij o nim. Im prędzej, tym lepiej.  

Mollie  wstrzymała  oddech.  Jak  na  to  wpadł?  Czy  kłopotliwa  sytuacja,  w 

jakiej  się  znalazła,  jest  dla  wszystkich  czytelną,  nawet dla niewidomego?, 

Przełknęła ślinę i zdecydowała się zignorować to, co powiedział.  

– Nie zdejmiesz na noc okularów? – 

spytała.  

– 

Zdejmę – odrzekł, ale nie wykonał żadnego ruchu. – Zdejmę potem.  

Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. Być może bez okularów nie jest tak 

przystojny, 

pomyślała.  Ą  może  jest  w  jakiś  sposób oszpecony  i  nie  chcę,  aby 

ktoś  widział  jego  blizny.  Odczuła  nagły  przypływ  sympatii,  wbrew 
wszystkiemu, 

co się stało. Zgasiła światło.  

Wróciła z łazienki w staniku i halce, zadowolona, że uprała sobie majtki i 

rajstopy  i  że  będzie  mogła  nazajutrz  ubrać  się  w  czyste  rzeczy.  Nie  miała, 

oczywiście, szlafroka ani nocnej koszuli, ale było to bez znaczenia, skoro Pearce 

i tak nie mógł jej widzieć. Skuliła się na za krótkim posłaniu i zakryła kocami, 

podciągnąwszy je sobie pod brodę.  

 

Nie można na tobie polegać, zawiodłeś moje zaufanie i prędzej czy później 

zawiedziesz  każdego:..”  Tak  wykrzyczała  kiedyś  do  Pearce’a  rozzłoszczona 
Irina.  Po czym, 

zanim  rzuciła  słuchawkę,  obrzuciła  go  stekiem  wyzwisk, 

używając  słów,  których  dama  w  ogóle  nie  powinna  znać,  nie  mówiąc  o  ich 
wymawianiu.  

Przypuszczał, że gdyby dziewczyna, która śpi teraz na kanapce, znała całą 

prawdę  o  nim,  to  pewnie  przyznałaby  Irinie  rację.  No dobrze,  ale  w  końcu 

Mollie  Randall  potrzebowała pomocy,  a  on był  jedyną  osobą, która  mogła  jej 

taką pomoc okazać. Właśnie – prosty i czysty pragmatyzm.  

Leżał  z  zamkniętymi  w  ciemności  oczami.  Zmusiło  go,  aby  unieść  się  na 

łokciu korzystając z tego, że do pokoju wpada światło księżyca, zerknąć na nią. 

Ale  nie  zrobił  tego.  Miał  być  w  tej  podróży  niewidomym  i  jeśli  o  tym 

zapominał, to tylko z powodu tej dziewczyny. Wiedział, że zrobił źle, próbując, 

ją pocałować. Nie powinien był gapić się na nią. Ani razu. Ale gdy tylko usiadła 

obok  niego  w  samolocie  i  usłyszał  jej  niski,  aksamitny  głos  –  musiał  na  nią 

popatrzeć.  I  zrobił  to  wbrew  temu,  co  sobie  poprzednio  obiecał.  Ujrzał 

najpiękniejszą,  jaką  dotąd  widział,  burzę  rudozłotych  włosów  i  ładną  twarz, 

promieniującą – mimo piegów – zdrowiem i naturalnym wdziękiem. Spostrzegł 

także,  choć  starała  się  sprawić  wrażenie  pewnej  siebie,  że  w  jej  wyrazistych, 

niebieskich oczach malował się smutek.  

Jeszcze w samolocie zaczął układać wiersz: 

Dlaczego jesteś smutna, dziewczyno o włosach barwy słońca, co wschodzi? 

Udając ślepca, spróbuję odnaleźć zgubiony twój uśmiech...  

W końcu zmusił się jakoś do tego, by na powrót zamknąć oczy,  ale nadal 

background image

otwierał  je  od  czasu  do  czasu,  aby  na  nią  popatrzeć.  I  tak  było  w  ciągu  całej 

podróży.  Niesłychane.  No dobrze,  pomyślał,  ale  czyż  nie  obiecał  wujowi 
Faronowi, 

że  spełni  jego  wolę  i  poderwie  najładniejszą  dziewczynę,  jaką 

spotka? A jak mógł się przekonać, czy jest ładna, nie patrząc na nią? 

Udało  mu  się  trzymać  oczy  zamknięte  przez  całą  drogę  z  Teksasu  do 

Nowego Orleanu, 

lecz kiedy  zaginął  ich bagaż,  a ona nie  mogła przypomnieć 

sobie nazwy hotelu, 

w którym miała się, zatrzymać, usłyszał, jak jej cudowny 

głos – dotąd tak dobrze kontrolowany – zaczyna drżeć z emocji. I wtedy nic na 

to nie mógł poradzić: ponownie uległ pokusie.  

Wyglądała na tak zmartwioną, udręczoną i przepełnioną wyrzutami sumienia 

z powodu popełnionego błędu, że nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co 
robi,  a raczej  – 

jak  to  często  czynił  –  mówiąc  sobie  w  duchu  sakramentalne: 

niech s

ię dzieje, co chce, namówił ją, aby zamieszkała w jego hotelu.  

Wszystko  dla  śmiechu  –  taka  była  jego  dewiza  do  czasu  tego  ostatniego 

nieszczęścia z Iriną. I nie ma powodu, pomyślał teraz, aby zasada ta przestała 

obowiązywać.  

Potem w taksówce i w recepcji 

hotelu  udało  mu  się  dalej  udawać 

niewidomego, 

ale gdy Mollie pokazywała mu pokój i zaprowadziła go do łóżka, 

znowu musiał otworzyć oczy, by na nią popatrzeć.  

No właśnie, jak ma się zachować normalny, z krwi i kości mężczyzna o krok 

od łóżka, z trzymającą go za rękę dziewczyną, która wydaje się mieć ogień we 

włosach i ogień w ciele? Tym bardziej, gdy widzi, głęboko skryte w jej oczach, 

smutek i pożądanie? 

Zdziwił się, gdy zdał sobie sprawę, że ona naprawdę oczekuje na pocałunek. 

I z równym zdziwieniem pocz

uł  nagle,  jak  bardzo  sam  pragnie  dotknąć  jej 

cudownie piegowatych policzków, 

pieścić  jej  pełne  wargi,  wplatać  palce  we 

wzburzone, 

rudozłote włosy. No i stało się. Pocałował ją. 

Nie  był  niedoświadczony.  Wiedział,  kiedy  pocałunek  sprawia  kobiecie 

przyjemność,  a kiedy nie.  I  jej  się  to  początkowo  naprawdę  podobało,  nawet 
bardzo. 

Problem polegał na tym, że w pewnym momencie wymyśliła sobie, że 

nie chce, 

aby to sprawiało jej przyjemność. Wtedy właśnie, gdy tak gwałtownie 

się od niego oderwała, uświadomił sobie, że znowu na nią patrzy.  

Miała zacięty wyraz twarzy i gniew, w oczach. Złościła się na siebie samą i 

na niego za to, 

że robią coś, co wydało jej się nierozsądne.  

Mimo to wolałby nie tracić kontaktu z tą dziewczyną, choćby z uwagi na jej 

głos, który okazał się dla niego źródłem ważnej inspiracji. Jego plany dotyczyły 

realizacji  długometrażowego  filmu  animowanego,  tak perfekcyjnego i 
ambitnego jak pierwsze, 

największe realizacje  Disneya,  którym  nikt  dotąd nie 

dorównał.  Miał  już  w  zasadzie  opracowane  wszystkie postacie,  ale  nie  miał 

jeszcze pomysłu na obsadzenie niektórych ról głosowych.  

Gdy  tylko  ją  usłyszał,  wiedział,  że  jest  to  jeden  z  głosów,  których mu 

background image

brakuje. 

Tytułową  postacią  filmu  miał  być  trochę  nadnaturalnych  rozmiarów 

kret imieniem Moncrief. Z zaw

odu i powołania był detektywem i – jak to kret – 

był  całkowicie  ślepy.  I  właśnie  niewidomy  kret-detektyw w ciemnych 
okularach, 

ze  specjalnie  tresowaną  dżdżownicą  –  przewodniczką  zamiast  psa, 

przybyć  miał  do  Nowego  Orleanu,  aby  zbadać  sprawę  tajemniczego 
up

rowadzenia pięknej młodej norki imieniem Lulu.  

Koncepcja  filmu  była  właściwie  gotowa.  Pearce  prawie  widział  go  już  i 

słyszał, ale z pewnym zastrzeżeniem: jedna z głównych postaci – norka Lulu – 

ciągle pozostawała dla niego niejasna. Nie umiał sobie, na przykład, wyobrazić 

jej głosu. I było tak aż do poprzedniego wieczoru.  

Głos  norki  Lulu  powinien  być  zmysłowy  i  niewinny  zarazem,  zmęczony 

życiem i spontanicznie świeży, pewny siebie, ale chwilami zagubiony. Słowem 
– 

postać  ta  powinna  mieć  głos  prawie  idealnie taki,  jak Mollie Randall.  I im 

dłużej przebywał w towarzystwie tej dziewczyny, tym bardziej konkretyzowała 

się postać jego filmowej bohaterki.  

A poza tym, 

myślał, wiercąc się niespokojnie na wielkim łóżku, naprawdę 

warto skorzystać z jej pomocy.  Udawanie niewidomego w obcym  mieście nie 

jest łatwe, nawet gdy ma się psa. Liczył, że będzie tu z nim Melissa, która dzięki 

swemu  beztroskiemu  usposobieniu  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  żeby  się 

tym świetnie bawić tak długo, jak długo Pearce regulowałby rachunki.  

Pragnął możliwie jak najpełniej poznać, jaki jest świat niewidomego, wczuć 

się  w  postać  kreta,  wyobrazić  sobie,  wszystkie  jego  możliwe  ruchy  i  reakcje. 

Pearce był animatorem – jednym z najlepszych w Kalifornii – a wszyscy wielcy 
animatorzy, 

będąc  artystami w swojej dziedzinie,  podobnie jak sam wielki 

Disney, 

byli także urodzonymi aktorami i potrafili utożsamiać się z kreowanymi 

przez siebie postaciami.  

A więc od tej chwili  ma się pogrążyć w  całkowitej ciemności i absolutnie 

przestać interesować się tą dziewczyną! 

Mollie obudziła się pierwsza. Półprzytomna uniosła się na łokciu i rozejrzała 

wokoło.  W  pokoju  było  chłodno.  Pies  nadal  warował  wiernie  przy  łóżku 
Pearce’a, 

Zwrócił  ku  Mollie  swe  żółtobrązowe  ślepia  i  śledził  ją  badawczo, 

jakby podejrzewając o jakieś złe zamiary.  

Pearce  leżał  rozciągnięty  na  łóżku,  częściowo  zakryty  narzutą,  spod której 

wystawało  jego  nagie  ramię.  Znowu  nie  mogła  się  powstrzymać,  by nie 

przyjrzeć mu się uważnie.  

Oczy miał zamknięte i skóra wokół nich była nieco mniej opalona niż reszta 

twarzy z powodu, 

jak sądziła, okularów, które leżały teraz na nocnym stoliku. 

Wreszcie  mogła  przyjrzeć  się  jego  brwiom,  których  śmiałe  łuki  nadawały  mu 

demoniczny  wygląd  nawet  w  czasie  snu.  Z  kącików  oczu  wybiegały  drobne 
zmarszczki, 

ale  nie  było  widać  żadnych  blizn.  Jak  na  mężczyznę,  rzęsy  miał 

długie, ciemne i podwinięte.  

background image

Westchnął,  przeciągnął  się  i  przewrócił  na.  bok.  Na  widok  jego  pięknego 

ciała  Mollie  przyszły  do  głowy  różne  dziwne  skojarzenia.  Odwróciła 

zakłopotana głowę.  

Po  cichu  wstała  i  prześlizgnęła  się  do  łazienki.  Gorący  prysznic  na  nagie 

ciało  był  czymś  cudownym:  rozgrzał  ją  i  ożywił.  Wytarła  się  jednym  ze 

wspaniałych  –  następny  grzeszny  luksus  –  hotelowych  ręczników  i  szybko 

ubrała się w to, co miała na sobie wczoraj.  

Wyszczotkow

ała  włosy,  aż  zaczęły  elektryzować  i  skonsternowana 

spostrzegła, że zgubiła gdzieś spinkę. Musiała pozostawić je rozpuszczone, a ich 

bujność sprawiała, że nie spięte zawsze sprawiały pewien kłopot.  

Michael naprzykrzał się wielokrotnie, prosząc ją, by ścięła włosy, natomiast 

nauczyciel, 

który prowadził ją w szkole teatralnej, twierdził, że to bardzo głupi 

pomysł. I w końcu włosy się do czegoś przydały: to chyba dzięki nim dostała w 

serialu rolę nieprzytomnej Clarice. Jej włosy, zdaniem reżysera, rozrzucone na 

szpitalnych poduszkach miały wyglądać wyjątkowo dramatycznie.  

Nagle, 

malując  usta,  uświadomiła  sobie  z  niepokojem,  że  pierwszy  raz, 

myśląc  o  Michaelu,  nie  odczuła  bólu.  Była  po  prostu  zła  na  niego, 
przypomniawszy sobie, 

że tylko on krytykował jej włosy, podczas gdy wszyscy 

inni uważali, że podkreślają jej oryginalną urodę.  

Zaczęła  pudrować  nos  i  nagle  znieruchomiała,  przyglądając  się  sobie  w 

lustrze. 

Dzisiaj  mogłaby  już  być  żoną  pana  Michaela  Inglestadta,  ale teraz 

wydało jej się to prawie nierealne. Nie jest panią Inglestadtową, jest nadal po 

prostu Mollie Jo Randall i spędziła noc z nieznajomym, który śpi teraz półnagi 
w pokoju obok.  

Co  by  było,  gdyby  Michael  się  o  tym  dowiedział,  pomyślała.  Co by 

powiedzieli na to jej koledzy i nauczyciele z Minnesoty? 

Mollie  pobladła  trochę,  ale  po  chwili  stwierdziła,  że  nadal  może  śmiało 

spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Nie zrobiła przecież nic złego. Ojciec zawsze 

uczył ją, że nie należy przejmować się tym, co mówią inni tak długo, jak długo 

jest się w zgodzie z własnym sumieniem.  

Przełknęła z trudem ślinę. Takie rady łatwiej dawać niż się do nich stosować. 

Dziś  powinna  znajdować  się  tu  w  budzącej  szacunek  roli  mężatki,  a nie 

korzystać  z  dobroczynnej  gościny  nieznanego  mężczyzny,  który dodatkowo 

próbował  ją  uwieść.  Przecież  to  prawie  tak,  jakby  była  czyjąś  utrzymanką, 

pomyślała, przypominając sobie surowe reguły moralności obowiązujące w jej 
rodzinnych stronach.  

Znowu  zaczęła  przeklinać  w  myślach  Michaela  za  to,  co  zrobił.  Czuła  się 

porzucona, 

samotna i w wyjątkowo kompromitującej ją sytuacji. Chciała znaleźć 

się daleko stąd, w rodzinnym domu w Minnesocie. Ale w tym roku nie było ani 
tego domu, ani rodziny, 

a Michael już jej nie kochał. Kochał kogoś innego.  

Pierwszy raz od tak dawna nie zdołała zapanować nad sobą i zaczęła płakać. 

background image

Tłumiła  szloch,  łkając  bezradnie  w  przyciśnięty  do  twarzy  miękki,  hotelowy 

ręcznik.  

Był to wybuch gwałtowny, ale krótki. Po chwili uspokoiła się i poczuła, że 

ulżyło jej to jakoś i pomogło. Nieokreślone przeczucie mówiło jej, że płakała z 
powodu Michaela po raz ostatni.  

Umyła  twarz,  zrobiła  powtórnie  makijaż  i  podniosła  głowę  do  góry.  Musi 

sobie  jakoś  dać  radę!  Po  drodze  do  Nowego  Orleanu  straciła  narzeczonego, 

pieniądze i bagaż. W zamian za to zyskała niewiele: towarzystwo skłonnego do 

amorów  niewidomego  i  cierpiącego  na  reumatyzm  owczarka.  Ale niech i tak 

będzie. Z tym sobie także jakoś poradzi.  

Zdecydowanym  ruchem  pchnęła  drzwi  łazienki  i  za  chwilę  znowu  stanęła 

zaskoczona. 

Pearce wstał już z łóżka. Zdążył założyć ciemne okulary i zapiąć na 

Fritzu uprząż, ale nie przywdział jeszcze koszuli i swetra. Nagi do pasa stał obok 

łóżka i przeciągał się jak wielki, czarny kot.  

–  Och! Przepraszam  –  wyj

ąkała Mollie, nieprzywykła do takich pokazów i 

niepewna, 

czy Pearce usłyszał, że weszła do pokoju. Odkaszlnęła i powiedziała 

normalnym już tonem: 

– 

Dzień dobry! 

Przeciągnął się ponownie i odburknął skrzywiony: 
– 

Dzień może będzie dobry, ale poranki są zawsze okropne.  

Wzruszyła ramionami, starając się nie zwracać uwagi na grę jego, mięśni w 

poranny

m świetle. Podeszła do kanapy, aby uprzątnąć swoje posłanie.  

– 

Wstało się lewą nogą? Poranne zrzędzenie? – spytała.  

– 

Dziękczynne zrzędzenie – sprostował ziewając.  

– 

Cieszę się, żeś stąd nie czmychnęła.  

–  O  ile sobie przypominasz, 

nie  miałam  dokąd  czmychnąć  –  powiedziała, 

składając niebieski koc.  

– 

Dzisiaj znajdę stosowne miejsce. Znieruchomiał na chwilę, po czym oparł 

dłonie o biodra i zmarszczył brwi.  

– 

Jak to? Myślałem, że jednak... no wiesz... że mi pomożesz.  

– Owszem – 

starała się mówić tonem, jakim załatwia się konkretne interesy 

–  ale to nie znaczy, 

że  mam  z  tobą  mieszkać.  Znajdę  sobie  pokój  gdzieś 

niedaleko. 

Rano wpadnę i zabiorę cię stąd, a wieczorem od? prowadzę.  

Stał  jeszcze  przez  dłuższą  chwilę  bez  ruchu.  Gdzieś  zniknął  jego 

charakterysty

czny lekko drwiący uśmiech, kosmyk włosów opadł mu na brwi. 

Odgarnął go zdecydowanym gestem człowieka, który nienawidzi poranków.  

– 

O  tym  porozmawiamy  nie  wcześniej  niż  po  napiciu  się  kawy  –  rzekł 

wreszcie. 

Sięgnął po koszulę, przez chwilę szukając jej po omacku, po czym dał 

sygnał Fritzowi, aby zaprowadził go do łazienki.  

– 

Czy  życzysz  sobie,  abym  zamówiła  kawę  do  pokoju?  –  spytała  Mollie 

tonem zawodowej opiekunki niewidomych.  

background image

Zatrzymał się w ostatniej chwili przed uchylonymi drzwiami łazienki. Mollie 

z

dziwiona pomyślała, że dzisiaj porusza się ze znacznie mniejszą pewnością niż 

wczoraj. – W Nowym Orleanie – 

mruknął – picie hotelowej kawy to profanacja. 

Pójdziemy zaraz tam, 

gdzie naprawdę potrafią ją przyrządzać i podawać. Gdzie 

tu jest ta cholerna klamka? 

Zniknął za drzwiami łazienki i Mollie usłyszała, jak znowu uderzył się o coś 

i zaklął. Dziwne, pomyślała ponownie, dzisiaj jest naprawdę znacznie bardziej 
bezradny.  

 
–  Czy chcesz, 

żebym  wzięła  cię  pod  rękę?  –  spytała,  gdy  wyszli  już  z 

pokoju. – Na chod

nikach jest lód i Fritz nie zawsze będzie mógł przestrzec cię 

przed niebezpieczeństwem.  

Pearce, 

najwyraźniej nadal w złym porannym nastroju, zastanawiał się nad 

odpowiedzią. Twarz miał ponurą i sprawiał wrażenie, że zamierza rozważać tę 

kwestię w nieskończoność. W końcu zrobił jakiś nieokreślony ruch ramionami, 

a Mollie wzięła go po prostu spokojnie pod ramię.  

–  Schody, 

około  pięć  kroków  przed  nami  –  ostrzegła  –  Gdy wyszli na 

zewnątrz, wiatr uderzył ich z taką siłą, że Mollie wstrzymała oddech, a Pearce 
z

aklął  pod  nosem.  Lodowate  zimno  przenikało  do  szpiku  kości.  Nawet Fritz 

wzdrygnął się, skulił i jakby głębiej schował w swym futrze.  

Mollie, 

choć  zmarznięta,  rozglądała  się  ze  zdumieniem  wokół.  Po obu 

stronach zabytkowych brukowanych 

uliczek wznosiła się oryginalna, niezwykła 

zabudowa słynnej Dzielnicy Francuskiej. Balkony i ganki zdobione żelaznymi 
odkuwkami – 

prawdziwymi arcydziełami kowalstwa artystycznego – wyglądały 

jak  oblamowane  czarną  koronką.  Niektóre  balustrady  przeplecione  były 

świątecznymi lampkami i Mollie wyobraziła sobie, jak pięknie musi wyglądać ta 
iluminacja w nocy. 

Inne  balkony  były  przystrojone  girlandami  sosnowych 

gałęzi,  ogromnymi czerwonymi kokardami,  wieńcami  uplecionymi  z  gałązek 

ostrokrzewu  i  bogato  ubranymi  świątecznymi  choinkami.  Jeszcze  piękniejsze 
dekoracje, 

rozwieszone na sznurach rozciągniętych nad uliczkami, kołysały się 

na wietrze. 

Nadjechał  z  turkotem  zaprzęgnięty  w  muła  powóz  z  woźnicą 

opatulonym  w  szkarłatną  opończę.  Muł  miał  słomkowy  kapelusz  z  szerokim 
rondem przystro

jonym  gałązkami  poinsecji  i  ostrokrzewu,  a  do  jego  uprzęży 

przytwierdzone były dwa wazoniki pełne sztucznych, świątecznych kwiatów. Z 
nozdrzy mu

ła i z ust woźnicy wydobywały się obłoczki pary.  

– 

A więc to prawda – odezwała się Mollie i podświadomie szukając ciepła, 

przytuliła się do Pearce’a. – Jesteśmy w Nowym Orleanie.  

–  Uhm...  – 

odburknął  –  i  jest  tu  trzy  razy  zimniej  niż  w  Nowym  Jorku. 

Chodź, musimy znaleźć Cafe du Monde przy Jackson Square. Powinniśmy iść w 
kierunku zachodnim. 

Nie stójmy tu dłużej, dobrze? 

–  Przepraszam  – 

odpowiedziała  zakłopotana.  –  Na prawo,  a potem prosto. 

background image

Wiesz, wszystko jest tu... takie cudowne.  

Było  jej  niemal  wstyd,  że  widzi  to  wszystko,  czego  on  nie  może  oglądać. 

Prowadziła  go  ostrożnie,  omijając  bardziej  śliskie  miejsca  na  chodnikach.  Na 

chwilę pozwoliła sobie zwrócić uwagę na widok fantastycznej kolekcji masek 
na jednej z wystaw. 

Były to maski przywdziewane w czasie ostatków – święta 

końca karnawału.  

– Czy chcesz, 

żebym opowiadała ci o tym, co widzę? – spytała.  

Pearce z twarzą stężałą z zimna wzruszył ramionami i próbował szczelniej 

otulić się swą lekką kurtką.  

– 

Jeśli ci to sprawi przyjemność – zgodził się bez entuzjazmu.  

Szli  więc dalej  po  oblodzonych  chodnikach.  Mollie  pełniła swe  obowiązki 

przewodnika, 

ale  mogła  gapić  się  do  woli  i  dzielić  się  swymi  wrażeniami  z 

Pearce’em.  

– 

O!  Dziedziniec  z  fontanną  –  opowiadała  –  trzypoziomowa fontanna z 

czarnego kamienia. 

Wszystko zamarzło i zamieniło się w kaskadową rzeźbę z 

lodu.  

– 

Ja  też  się  zamienię  w  rzeźbę  z  lodu,  jeżeli  to  dłużej  potrwa  –  mamrotał 

Pearce.  –  Nie ma tu jak

iejś taksówki?  Sań  zaprzężonych  ~w  psy  lub  czterech 

pingwinów z lektyką? 

Mollie śmiała się i dalej opisywała wszytko tak barwnie, jak potrafiła. Pearce 

zrz

ędził i narzekał, ale za każdym razem  potrafił ją rozweselić. Zrobili z tego 

rodzaj gry, 

która pomagała im nie zwracać uwagi na zimno.  

–  A tu jest podwórko,  a na nim pokryte lodem drzewa palmowe. 

Zupełnie 

brunatne, zwarzone mrozem. I banany na 

gałęziach czarne i zmarznięte.  

– 

W tę pogodę wszystkim pomarzły banany – dwuznacznie parsknął Pearce 

– i mango.  

Mollie spostrzegła na niskim gzymsie nieruchomy, szary kształt.  
–  Ojej,  Pearce, 

mała  jaszczurka,  chyba kameleon.  Nie  żyje,  zamarzła  na 

śmierć. Jakie to przykre! 

– 

Nie smuć się. Poszła do nieba dla jaszczurek – powiedział, uścisnąwszy jej 

rękę i znowu sprawił, że musiała się uśmiechnąć.  

– A jakie jest niebo dla jaszczurek? – 

przekomarzała się. 

– 

Tak to zostało dziwnie pomyślane, że niebo jaszczurek jest jednocześnie 

piekłem  much.  Od  świtu  do  nocy  jaszczurki  siedzą  sobie  w  słońcu,  robiąc 

języczkami ciach, ciach, ciach i zjadają muchy.  

– A co z dobrymi muchami? – 

spytała śmiejąc się. – Przecież też muszą mieć 

jakieś niebo.  

– 

Otóż  twierdzę,  że  nie  ma  dobrych much.  Tak  jak  nić  ma  dobrych 

poranków. 

To są sprzeczności same w sobie, ale jak pójdziemy do nieba, to sami 

sprawdzimy.  

Wreszcie dotarli na miejsce. 

Cafe  du  Monde  mieściła  się  w  niskim, 

background image

przysadzistym  budynku  o  beżowych  ścianach.  Nad  łukowato  sklepionymi 

drzwiami  wejściowymi  i  oknami  zawieszone  były  pasiaste,  biało-zielone 
markizy. 

Wewnątrz, mimo mroźnej pogody, było tłoczno. W powietrzu unosił 

się aromat świeżo prażonych orzeszków ziemnych i mocnej kawy. Usiedli przy 

małym  stoliku,  a Fritz,  zmęczony  długim spacerem,  zadowolony  położył  się 

obok krzesła swego pana.  

Kelner  podał  zamówioną  przez  Pearce’a  kawę  ze  śmietanką  i  chrupiące, 

świeżutkie  francuskie  pączki.  Pijąc  kawę,  cudownie  aromatyczną,  mocną  i 

słodką,  Mollie  zauważyła,  że  Pearce  skaleczył  się  rano przy goleniu. 

Przypomniała sobie także, że wchodząc do kawiarni uderzył się o framugę, a raz 

po drodze źle wyczuł wysokość krawężnika, potknął się i przez moment całkiem 

zawisł na jej ramieniu, szukając równowagi.  

Teraz siedział i grzał ręce, obejmując dłońmi kubeczek z gorącą kawą. Przez 

dłuższy czas hic nie mówił i żałowała, że przestał żartować.  

– No, to opowiedz mi – 

odezwał się wreszcie, jakby od niechcenia – o tym 

twoim chłopaku. : Co on ci takiego zrobił? 

Pytanie,  zadane tonem, 

jakim  prowadzi  się  niezobowiązującą,  leniwą 

pogawędkę, całkowicie ją zaskoczyło. Zdała sobie sprawę, że jest on zbyt bystry 
i przenikliwy,  zbyt dobrze potrafi wyc

hwycić  każde  drgnienie  jej  głosu,  aby 

można  go  było  omamić  aktorskimi  sztuczkami.  Dlatego  też  wzruszyła 
ramionam

i i odpowiedziała najspokojniej, jak umiała.  

– 

Nic mi takiego nie zrobił. Po prostu mnie okłamywał.  

Pearce siedział nieruchomo, z dłońmi splecionymi nadal wokół kubeczka z 

kawą i tylko przez chwilę zadrgał mięsień na jego policzku.  

– 

To  widać  gołym  okiem  –  powiedział  i  natychmiast,  jakby zirytowany, 

sprostował: – Chciałem powiedzieć, to widać nawet przez ciemne okulary. Ale 
powiedz, 

w czym on cię okłamał? 

– We wszystkim – 

odpowiedziała, z trudem panując nad głosem.  

Przez chwilę nic nie mówił. Poważniejszy niż zwykle, zdawał się nad czymś 

głęboko zastanawiać. Wreszcie odezwał się: 

– No dobrze, 

ale jeżeli był kłamcą, to dlaczego ci go teraz brak? 

Zas

koczyła ją trafność tego spostrzeżenia. Miał przecież rację! jaki sens ma 

opłakiwanie człowieka, który nigdy nie był wobec niej szczery? 

– . Nie brak mi jego, brak mi tego, 

kim myślałam, że był. Myślałam, że jest... 

prawdomówny, 

odważny,  ambitny...  –  Zawahała  się,  ale  zdecydowała,  aby to 

wreszcie powiedzieć do końca. – I myślałam, że mnie kocha. A to była jedna 

wielka pomyłka.  

Podniósł  do  ust  kubeczek,  wypił  łyk  kawy  i  odstawił  go  z  powrotem,  nie 

odezwawszy się ani słowem.  

Moll

ie odgarnęła włosy i powiedziała z filozoficznym spokojem: 

– No, 

cóż... Skończyło się. Życie toczy się dalej i ja wraz z nim.  

background image

Skinął potakująco głową, ale nadal milczał.  
– 

No więc, jakie plany na dzisiaj? – spytała rzeczowo. – Muszę znaleźć sobie 

pokój w jakimś hotelu, a potem mogę cię zaprowadzić, gdziekolwiek zechcesz.  

Ugryz

ła kawałek pączka. Był posypany taką masą cukru pudru, że gryząc go 

nie odważyła się odetchnąć, aby nie oprószyć się białym, słodkim pyłem. Ale 

smak miał przepyszny i to, że pobieliła sobie wargi i policzki, nie przeszkadzało 

jej zupełnie.  

– 

Naprawdę? – Usłyszała pytanie Pearca iw jego głosie rozpoznała znajomy 

ton prowokacji.  

Spojrzała  na  niego  ponownie.  Uśmiechał  się  tajemniczo,  brwi  miał  lekko 

uniesione, 

minę trochę poważną, a trochę sceptyczną.  

– O co ci chodzi? – 

spytała, nie rozumiejąc mimiki jego twarzy.  

– 

Czy naprawdę skłonna będziesz zaprowadzić mnie, gdzie tylko zapragnę? 

Wpatrywała  się  w  kubek  z  kawą  i  po  chwili  dopiero  podniosła  na  niego 

wzrok.  

– 

W granicach rozsądku – odpowiedziała. – Istnieje taki próg, którego nie 

przekraczam.  

– 

Podaj mi rękę – zaproponował raczej, niż poprosił, sięgając przez stolik.  

Przyglądała się jego szczupłej, silnej i opalonej dłoni, zdającej się kusić do 

czegoś i coś obiecywać. Bezwiednie, nie zastanawiając się czy chce tego, czy 
nie, 

wyciągnęła rękę i poczuła, jak zaciskają się na niej jego palce.  

– 

Jesteś świetnym kompanem, Mollie. – Jego głos był miękki, niski i brzmiał 

przekonywająco.  –  Chciałbym  zatrzymać  cię  blisko  siebie.  Wynajmę 
apartament. 

Ty  zajmiesz  jedną  jego  część,  a  ja  drugą.  Drzwi  między  naszymi 

pokojami  będą  zamknięte,  obiecuję.  Tak  długo  będą  zamknięte,  jak  długo 

będziesz sobie tego życzyła. 

– Nie – 

zaprotestowała – nie mogę się na to zgodzić.  

Pozostawiła  jednak  rękę  w  jego  uścisku,  który odwzajemniała  zresztą 

bezwiednie.  

–  Mollie  – 

powiedział z nagłym napięciem w głosie – po prostu zostań ze 

mną. To wszystko, o co proszę.  

Co  się  ze  mną  dzieje,  pomyślała  Mollie,  nie  odrywając  wzroku  od  ich 

złączonych  rąk.  Oboje  mieli  drobiny  cukru  na  palcach  i  cała  sytuacja  mogła 

wydawać się trochę śmieszna i absurdalna.  

A jednak tak nie było. Wydało jej się za to, że cała Cafe du Monde, ze swoją 

bogatą sztukaterią, zielonobiałymi markizami, tłumem gości, aromatem potraw, 

rozpłynęła się gdzieś we mgle. Na miejscu pozostawali tylko oni dwoje, zastygli 

w dziwnym złączeniu.  

I mimo to, 

że  jakaś  część  jej  świadomości  ostrzegała  ją  przed  tym 

człowiekiem,  zdecydowała  się  to  zignorować.  Zostanie z nim,  Wiedziała,  że 
zostanie, lub raczej... 

że nic nie może na to poradzić.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Mollie ze zdziwieniem uświadomiła sobie, jak szybko wszyscy troje – ona, 

Pearce i poważny, stary pies – zaczęli zachowywać się jak zgrana, znająca się od 
lat paczka. 

Mimo  zimna  Pearce  chciał  wszędzie  chodzić  na  piechotę  i  to,  co 

robili, 

było właściwie nie kończącym się, długim spacerem.  

Zbliżało się południe i ulice powoli zapełniały się turystami, którzy odważyli 

się  wreszcie  wyjść  na  dwór  mimo  zimna.  Wraz  z  nimi  pojawili  się  uliczni 

artyści i ci wszyscy, którzy żyli w tym mieście z turystyki i musieli robić to, co 
zwykle, 

nie zważając na okropną pogodę.  

Przemierzyli w tę i z powrotem deptak na Bourbon Street, przechodząc obok 

setek restauracji,  barów,  sklepów i galerii. 

Młody  człowiek  stojący  przed 

Muzeum  Osobliwości  połykał  ogień  z  taką  zawodową  obojętnością,  jakby 

degustował cukierki miętowe. Po chwili przeszli obok Muzeum Czarnej Magii i 
Mol

lie  poczuła  dreszcz:  było  coś  takiego  w  Nowym  Orleanie,  co  mogło 

sugerować, że magia – zarówno dobra, jak i zła – może istnieć naprawdę.  

Pearce stwierdził, że jeśli chcą zachować się jak przystało na prawdziwych 

turystów, 

powinni  koniecznie  zjeść  coś  w  barku sklepu kolonialnego przy 

Central Street.  Ten przytulny, 

mały  lokalik  zdobywał  stale  nagrody  za 

najsmaczniejsze w mieście sandwicze.  

Usiedli w kącie na wysokich stołkach barowych, a Fritz odpoczywał u ich 

stóp.  Pili piwo z miejscowego  browaru i oddawal

i  się  degustacji  specjalności 

zakładu: sandwiczy mufalatta.  

Mollie  sądziła  dotąd,  że  nic  na  świecie  nie  może  smakować  lepiej,  niż 

śniadanie w Cafe Du Monde, ale teraz przestała być tego taka pewna. Sandwicze 

były misterną kombinacją przyprawionego na ostro mięsa i zapiekanego sera na 

włoskim pieczywie, a wszystko to garnirowane było sałatką z oliwek. Każdy kęs 

sprawiał prawdziwą rozkosz.  

–  Nie wracam do Nowego Jorku  – 

powiedziała,  wpadając  w  błogie 

rozleniwienie. – 

Mam zamiar spędzić resztę życia przy tym kontuarze i jeść bez 

końca.  

Nagle poczuła przypływ smutku: żal jej się zrobiło Pearce’a, który nigdy nie 

przekona się do końca, jak wspaniały jest Nowy Orlean.  

– 

Nie jesteś niewidomy od urodzenia, prawda? – spytała. Ze sposobu, w jaki 

mówił,  oraz z tego,  z  jaką  łatwością  rozumiał  jej  opisy,  wywnioskowała,  że 

kiedyś musiał widzieć.  

Pearce przestał się uśmiechać.  
– Nie – 

odpowiedział niechętnym tonem i potarł palcami miejsce na brodzie, 

w które się skaleczył.  

– 

A  kiedy  to  się  stało?  –  próbowała  pytać  dalej.  Niechętnie  wzruszył 

background image

ramionami.  

– Nie tak dawno temu.  

Zmarszczyła brwi. Jego odpowiedzi były tak ogólnikowe, że nic z nich nie 

wynikało.  Patrzyła  na  jego  profil.  Gdy  przestawał  się  uśmiechać,  jego twarz 

wyglądała  zupełnie  inaczej;  był  poważny,  prawie  ponury,  znikało  poczucie 

bliskości. Sprawiał teraz wrażenie, jakby myślami był gdzieś daleko. Mimo to 

zaryzykowała i spytała go raz jeszcze: 

– 

Nie chcesz mi powiedzieć, jak to się stało?  

Bawił się przez chwilę butelką piwa.  
– 

Nie chciałbym o tym mówić – stwierdził wreszcie.  

–  Przepraszam  – 

powiedziała  zażenowana,  robiąc  sobie wyrzuty,  że 

poruszyła bolesny dla niego temat.  

– Opowiedz mi, 

proszę, czym się naprawdę zajmujesz? 

– 

Próbowała zatrzeć złe wrażenie... – Mówiłeś coś o rozrywce...  

Zdecydowanym ru

chem odstawił butelkę z piwem.  

– 

Teraz  robię  coś...  na  własny  rachunek.  Poprzednio  pracowałem  w 

wytwórni filmowej.  

–  W wytwórni filmowej?  – 

zdumiała  się.  Co  mógł  robić  niewidomy  w 

filmie? Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że chyba domyśla się, o co 
chodzi. 

Utrata  jakiegoś  zmysłu  często  wyostrza  inne,  dlatego tylu jest,  na 

przykład,  wspaniałych  niewidomych  muzyków.  –  Powiedz,  pracujesz przy 

opracowywaniu dźwiękowym filmów, w studio? – spytała.  

– 

Między innymi. – Jego odpowiedź znowu była denerwująco ogólnikowa. 

Niecierpliwie potrząsnął głową. – Słuchaj – rzucił – pracuję teraz nad pewnym 

własnym  pomysłem.  Ale  nie  chciałbym  jeszcze  o  nim  opowiadać.  Żeby  nie 

zapeszyć, rozumiesz? 

Patrzyła  na  niego,  przygryzając  wargę.  Skąd  te  wykrętne  odpowiedzi? 

Spo

tkała  się,  co prawda,  z tym,  że  pewni  ludzie  związani  ze  sztuką  nie  lubią 

mówić  o  swoich  projektach  artystycznych,  zanim  nie  są  one  ukończone, 

uważając,  że  marnowaliby  w  ten  sposób  energię  twórczą.  Ale nawet ich 

odpowiedzi nie były tak enigmatyczne. Może ukrywał coś? Ale to do niego nie 

pasowało. Sprawiał wrażenie zbyt śmiałego i otwartego, by bawić się w sekrety.  

– 

Nie  mówmy  więcej  o  mnie  –  poprosił  jakby  trochę  zdenerwowany.  – 

Porozmawiajmy o tobie. 

Masz świetne warunki głosowe. Robiłaś kiedyś jakieś 

pos

tsynchrony? Podkładałaś głos? Miałaś coś wspólnego z animacją? 

Mollie  zgniotła  w  ręku  serwetkę.  Posmutniała  nagle.  Znowu  udało  mu  się 

trafić w jej czuły punkt.  

– 

Będę próbowała robić coś takiego po powrocie! 

do Nowego Jorku. 

W serii filmów oświatowych, częściowo animowanych, 

mam podkładać głos bakterii.  

Odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się. Mollie wyprostowała się na krześle i 

background image

powiedziała z godnością: 

– 

Zrobię  wszystko,  żeby  był  to  głos  bakterii  najlepszy  z  możliwych. 

Słyszałeś takie powiedzenie: nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy.  

– 

Słyszałem,  tyle  że  zawsze  od  tych,  którzy  takie  właśnie  role  grają  – 

przyznał. – Znam pewnych ludzi, którzy pracują przy animacji. Na pewno byś 

się im spodobała. Jesteś tym zainteresowana? 

– 

Interesuje mnie każda oferta pracy – odpowiedziała – o ile, oczywiście, jest 

uczciwa.  

Uśmiech, który znowu igrał w kącikach jego ust, znikł nagle.  
– Uczciwa – 

mruknął – bez przerwy mówisz o uczciwości. Czy to dla ciebie 

takie ważne? 

– 

To najważniejsza rzecz na świecie – potwierdziła z przekonaniem.  

– 

Z powodu twojego chłopaka? – Ton jego głosu stał się prawie napastliwy.  

– 

Częściowo... – urwała w pół zdania.  

Pearce oparł się na łokciu i potarł palcami podbródek. Widziała swe odbicie 

w ciemnych szkłach jego okularów.  

– 

A co byś zrobiła – zaczął mówić jakby od niechcenia – gdyby okazało się, 

że ktoś inny postąpił tak samo, jak ten twój chłopak, to znaczy, okłamał cię. Ale 
w dobrych intencjach.  

– 

Nie ma żadnych dobrych intencji – odpowiedziała z goryczą w głosie. – 

Odwróciłabym  się  od  niego natychmiast i  więcej nie  zamieniłabym  z  nim  ani 

słowa.  

Zastanawiał  się  przez  chwilę,  po  czym  skomentował  drwiąco  to,  co 

powiedziała: 

–  Kobieta z zasadami. 

Trochę to niepraktyczne. Życie nie jest znowu takie 

proste. 

Na przykład, potrzebujesz pracy, co byś więc zrobiła, gdyby taka osoba 

złożyła ci jakąś interesującą ofertę? Mollie ze zdziwienia zamrugała oczami.  

– 

Taka  osoba  musiałaby  się  porozumieć  z  moją  agencją...  Obecnie nie 

bardzo mogę wybierać. Muszę brać taką pracę, jaką dostanę. Ale nie znaczy to, 

abym  miała  szanować  czy  lubić  takiego  człowieka,  nawet gdybym dla niego 

pracowała. A o co ci chodzi? 

– 

Tak się spytałem – odparł, ujmując w rękę uprząż psa. – Chodź, połaźmy 

trochę. Chciałbym, póki tu jestem, wchłonąć w siebie jak najwięcej z atmosfery 
tego miasta.  

Tuż  na  wprost  wyjścia  na  ulicę  jakiś  magik  noszący  nauszniki  i  wytarty, 

czarny płaszcz wykonywał skomplikowane sztuki z kolorowymi szarfami, które 

jak postrzępiona tęcza wirowały w powietrzu. Nagle szarfy zniknęły.  

– 

Proszę – zawołał z triumfalnym uśmiechem sztukmistrz – teraz widzicie, 

za chwilę nie widzicie! – I powtórzył sztuczkę.  

– 

Święta  prawda  –  mruknął  jakby  do  siebie  Pearce.  Mollie nic z tego nie 

zrozumiała.  

background image

 

Pearce już przed południem uświadomił sobie, jak wielu wrażeń pozbawia 

go decyzja, 

aby udawać ślepca. Zwłaszcza tutaj – w Nowym Orleanie.  

Tego  dnia  otworzył  oczy  tylko  dwukrotnie:  za  każdym  razem  po  to,  by 

przyjrzeć się dziewczynie.  

Po raz pierwszy popatrzył na nią rankiem. Obiecywał sobie, że przestanie się 

nią interesować, ale gdy usłyszał jej stłumiony płacz w łazience, poczuł nagły 

ucisk  w  dołku.  Kiedy  wróciła  do  pokoju,  zdecydował  się  spojrzeć  na  nią,  by 

sprawdzić, co się z nią dzieje, i w tym momencie uświadomił sobie, jak bardzo 

podoba  mu  się  jej  twarz.  Nie  była  klasycznie  piękna,  ale  promieniowała 

niesłychaną  żywotnością  i  wywarła  na  nim  takie  wrażenie,  że  ponowne 

zamknięcie oczu wydało mu się torturą.  

A potem był ten długi spacer do Cafe du Monde, podczas którego – mimo 

zimna  –  Moll

ie  paplała  i  żartowała,  zapomniawszy  najwyraźniej  o  swoich 

kłopotach, dzięki temu chyba, że absorbował ją problem drugiego człowieka – 

jego ślepota. Zaczął opatrywać jej opisy miasta zabawnymi komentarzami, a ona 

podjęła tę grę, prowadziła ją naturalnie i zręcznie, a jej zdrowe poczucie humoru 

wspaniale  współgrało  z  jego  cierpkim  nieco  i  drapieżnym  zmysłem 
satyrycznym.  

Zimno  było  przeraźliwie  i  pogrążony  z  własnej  woli  w  świecie  ciemności 

wiedział,  że  skazany  byłby  na  wieczne  potykanie  się  i  być  może  –  mimo 
pomocy Fritza – 

na błądzenie.  

Przy niej ani zimno, 

ani  mrok  nie  wydawały  się  takie  przerażające.  Jej 

obecność  była  czymś  w  rodzaju  światła,  które  potrafiło  się  przebić  przez 

ciemność,  jaką  sam  sobie  narzucił.  A  przecież  nie  był  ślepy.  Dziękował 
niebiosom za dar wzroku, 

pewny już teraz, że ze wszystkich sił będzie starał się 

chronić go i zachować. Uświadomił sobie również, że gdyby był rzeczywiście 
skazany na to, 

by  brnąć  przez  wieczną  ciemność,  chciałby  mieć  obok  siebie 

kogoś podobnego do Mollie Randall. Czy nawet więcej – mieć po prostu kogoś 

dokładnie takiego jak ona.  

No  i  właśnie,  powtórnie  złamał  swoje  postanowienie  w  Cafe  du  Monde, 

kiedy poprosił, by podała mu rękę. Znowu na nią spojrzał. Miała na głowie tę 

swoją bezsensowną, wełnianą czapeczkę, która na pewno nie chroniła jej przed 
zimnem, 

i  nie  mógł  oderwać  wzroku  od  wspaniałej  kaskady  włosów,  które w 

porannym świetle zdawały się wprost płonąć.  

Podała  mu  rękę  i  to  samo  uczucie  jakiejś  więzi,  pokrewieństwa  dusz 

pojawiło się ponownie. Chciał się go pozbyć, mówił mu, żeby odeszło. Ale oho 

pozostało – także wtedy, gdy wyszli już stamtąd, rozmawiali ze sobą, śmiali się.  

Nie podobało mu się to, nawet bardzo. Czuł się wolnym mężczyzną i chciał 

pozostać wolny.  

 

background image

Wieczorem  siedzieli  naprzeciwko  siebie  w  małej,  zacisznej restauracyjce, 

k

tórej  specjalnością  była  kuchnia  Cajuriów  z  Luizjany,  a  także  ich  dziwna, 

skoczna muzyka. 

Pearce opowiadał Mollie tak zabawną historię, że śmiała się, 

aż łzy wypełniły jej oczy. Czuła, że boli ją wszystko ze śmiechu.  

– 

Przestań, już nie mogę – prosiła, ale on bezlitośnie opowiadał jej dalej, jak 

razem ze swym bratem Harrym,  towarzyszem dziecinnych awantur,  piekli 

kiełbaski w kabinie myśliwca, który zdobił park ich rodzimego miasteczka jako 

pomnik bohaterów wojny koreańskiej. 

 

Na  stoliku  płonęły  świece  i  ich  podwójne  odbicie  tańczyło  w  ciemnych 

szkłach  Pearce’a.  Zjedli  wspaniałą  potrawę:  czerwoną  fasolę  z  ryżem  w 

piekielnie  ostrym  sosie  i  złote,  chrupiące  bułeczki  z  mąki  kukurydzianej 

nasączone masłem.  

Uwielbiała  słuchać  opowieści  z  jego  dzieciństwa.  Był  wspaniałym 

gawędziarzem. Pearce i jego brat wydali jej się chłopcami z jakiejś cudownej, 
zwariowanej bajki. 

Każda z ich przygód i eskapad była bardziej fascynująca od 

poprzedniej.  

– Musieli

ście być postrachem okolicy – mówiła ze śmiechem.  

– Na pewno. 

Właściwie to byli z nas prawie nieletni przestępcy.  

– Prawie? – 

pytała zaczepnie Mollie. 

– 

Wychowaliśmy  się  w  rozbitej  rodzinie.  Ojciec  odszedł,  gdy  byliśmy 

całkiem mali. Matka nie potrafiła... nie bardzo radziła sobie w życiu. Nie wiem 

zresztą. Może robiliśmy to po to, aby zwrócić na siebie uwagę, a może był to 

rodzaj  buntu?  Albo  jedno  i  drugie?  Wszystko  dla  śmiechu  –  to  była  nasza 
dewiza. 

Uśmiechnęła się, chcąc okazać mu zrozumienie i sympatię. Potrafiła go 

sobie  wyobrazić  takiego,  jakim  był  wtedy:  wysokiego  chłopca,  który pod 

zewnętrznymi  pozorami  ostentacyjnej  wesołości  i  przekory  ukrywa  naturę 
samotnika.  

– 

Wszystko dla śmiechu – powtórzyła. – Czy to nadal jest twoja dewiza? 

– 

Mniej więcej – odpowiedział i jego twarz znów się rozpogodziła.  

– 

A co się dzieje z twoim bratem Harrym? – spytała.  

– 

Gzy dorósł i żałuje grzechów dzieciństwa? Twarz Pearce’a stężała. Znikł z 

niej nawet ślad wesołości.  

– 

Harry nie żyje – powiedział bezbarwnym głosem.  

– 

Wypadek  przy  grze  w  piłkę.  Miał  wtedy  siedemnaście  lat.  Głupia, 

bezsensowna śmierć. Moja matka potem już nigdy nie doszła do siebie.  

Siedział  z  nieruchomą  twarzą.  Pomyślała,  że  mimo  pozorów  beztroskiego 

stosunku do całego świata, sam również nie potrafił pogodzić się z tą śmiercią. 
Rozmowa o tym jeszcze teraz sprawia

ła mu ból.  

–  Och,  Pearce  – 

odezwała się miękko – tak mi przykro. – Uścisnęła go za 

rękę, a on objął dłonią jej palce i trzymał delikatnie. – A ty jak dałeś sobie z tym 

radę? 

background image

Pieścił jej dłoń, lecz nadal się nie uśmiechał.  
– 

Na  początek...  sam  przestałem  grać  w  futbol.  Nawet  nie  chodziłem  na 

mecze. 

Nie  słuchałem  transmisji.  –  Potrząsnął  głową,  jakby  odpędzając  złe 

wspomnienia.  – 

A  potem?  Potem  radziłem  sobie  tak,  jak  radziliśmy  sobie  z 

Harrym^ Broniłem się za pomocą żartów i wygłupów. To samo robiłby Harry, 

gdyby żył. I myślę, że tego po mnie oczekiwał.  

Mollie  zamyśliła  się.  Żarty...  Pearce zawsze skrywał  pod masą  śmiechu 

tajony ból – 

I potrafi świetnie robić to nadal.  

– A twoja matka? – 

spytała.  

Wzruszył ramionami i pokręcił głową ze smutkiem.  
– Zawsze 

była słaba i niezaradna. Po śmierci brata zupełnie straciła kontakt z 

rzeczywistością. Miałem wtedy piętnaście lat. Wuj Faron zabrał nas do siebie do 
Los Angeles.  – 

Uśmiech  znowu  pojawił  się  w  kącikach  jego  ust.  –  Z  matką 

niewiele mu się udało zwojować, ale mnie dał niezłą szkołę, naprawdę niezłą. 

Zrobił wszystko, żeby przygotować mnie do życia.  

Mollie, 

zawsze  skłonna  do  współczucia  innym,  poczuła  ucisk  w  gardle. 

Cofnęła rękę.  

 

Ten  twój  wuj  Faron  musi  być  nadzwyczajnym  człowiekiem  –  odezwała 

się, chowając pod stolik rękę, na której ciągle jeszcze czuła jego dotyk.  

– 

Był wspaniały – uściślił z odcieniem czułości w głosie. – Teraz też już nie 

żyje.  Właśnie  wracam  z  jego  pogrzebu.  Przeprowadził  się  do  Nowego  Jorku 
kilka lat temu, 

po śmierci mojej matki.  

–  Pearce,  mój drogi,  przykro mi, 

naprawdę  –  powiedziała  jeszcze  bardziej 

serdecznie niż poprzednio. – Nie masz już żadnej rodziny? 

Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech.  
– 

Ojciec  gdzieś  tam  sobie  żyje,  ale  po  co  miałbym’  się  z  nim  spotykać? 

Wiem  ze  słyszenia,  że  mam  kilka  przyrodnich  sióstr,  których nigdy nie 

widziałem na oczy. Poza nimi rzeczywiście nie mam nikogo. Jestem samotnym 

wilkiem i pragnę takim pozostać.  

– A... czy... 

nigdy nie miałeś zamiaru się ożenić, czy coś w tym rodzaju? – 

spytała  obojętnym  głosem  i  natychmiast  pożałowała,  że  to  zrobiła.  Pytanie 

wydało jej się zbyt osobiste..  

– 

Raz wplątałem się w coś takiego i cudem uratowałem skórę. Ale nie mogę 

o  tym  mówić,  bo  mam potem koszmarne sny.  Zamiast  tego  zatańcz  ze  mną, 
dobrze? 

Mollie spojr

zała  na  niego  z  otwartymi  ze  zdumienia  ustami.  Zawsze 

zaskakiwały ją niesamowite zmiany jego nastroju.  

– 

Słucham? – spytała.  

– 

Zatańcz  ze  mną  –  powtórzył.  –  To,  że  nie  zamierzam  się  ożenić,  nie 

oznacza, 

abym  nie  lubił  obejmować  kobiety  w  tańcu.  A  że  ciebie  lubię 

obejmować, to już sprawdziłem.  

background image

Zastanawiała  się,  bo  nie  była  pewna,  czy  odważy  się  znaleźć  ponownie  w 

jego objęciach. Było w nim naprawdę coś uwodzicielskiego i nie wiedziała, czy 

będzie potrafiła się temu oprzeć. Poza tym nigdy jeszcze nie słyszała tej dziwnej 
muzyki,  a to,  co robili ludzie na parkiecie, 

nie  przypominało  żadnego  ze 

znanych jej tańców. Obserwowała ich dziwne i skomplikowane kroki, piruety i 

ruchy rąk.  

– 

Nie  potrafię  tańczyć  tak,  jak ci ludzie.  –  Próbowała  znaleźć  jakąś 

wymówkę. – Nie wiem, czy już kiedyś miałeś okazję widzieć, jak oni to robią, 
ale...  

– 

Nie musimy tego robić tak, jak oni – przerwał jej – możemy tańczyć po 

swojemu; wolno albo szybko, 

wesoło albo smutno. Co to innych obchodzi? – 

Wyciągnął w jej stronę ręce.  

Już raz to dziś zrobił, pomyślałaś Przyglądała mu się przez chwilę. Migotały 

świece i ciemne szkła jego okularów wyglądały jak tajemnicze górskie stawy, w 

które można patrzeć bez końca. Po raz drugi w tym dniu ich dłonie połączyły się 

w uścisku.  

– 

Zostań tu, Fritz – polecił psu i podniósł się z krzesła. – Zaprowadź nas – 

poprosił  Mollie  –  i  nie  obiecuj  sobie  po  mnie  za  dużo.  Nie jestem mistrzem 

tańca towarzyskiego.  

Przeprowadziła go przez zatłoczony parkiet i znalazła kąt, w którym nikt nie 

tańczył. Było tam prawie ciemno.  

– Tutaj – 

powiedziała, stając naprzeciwko niego.  

Ciało  Mollie  pulsowało  egzotycznym  rytmem  nieznanej  muzyki.  Pearce 

objął  ją  w  talii  i  palcami  pieścił  jej  smukłe  plecy.  Wolno  przyciągnął  ją  do 
siebie.  

– 

Obejmij  mnie  za  szyję  –  poprosił,  schylając  głowę  tak  nisko,  aż  ich 

policzki zetknęły się.  

Podniosła  ręce  i  oplotła  ramionami  jego  kark.  Przymknęła  oczy.  Tańczyli, 

stojąc  prawie  w  miejscu,  jedynie  ich  ciała  poruszały  się  w  rytmie  muzyki. 

Orkiestra zaczęła grać jakiś wyjątkowo szybki kawałek i wokół nich rozległy się 

radosne okrzyki i tupot tańczących.  

– 

Nikt tak nie tańczy, jak my – szepnęła z twarzą wtuloną w jego ramię.  

– 

A co nas obchodzą inni. Tańczymy, jak nam się podoba – odparł.  

– 

Ale ludzie mogą pomyśleć, że zwariowaliśmy.  

–  I mog

ą  mieć  rację.  –  Odebrał  jej  ostatni  argument.  Zacisnęła  powieki 

najmocniej  jak  umiała.  Czy taki  jest  właśnie  jego  świat?  Ciemność  nie 

wydawała  jej  się  czymś  przerażającym  i  groźnym,  dopóki  była  w  jego 
ramionach. 

Świat  skurczył  się,  jakby  obejmował  jedynie  ich dwoje, 

przytulonych  do  siebie  i  kołyszących  się  w  rytm  tej  nie  znanej  i  magicznej 
muzyki.  

północy  orkiestra  zagrała  na  pożegnanie  „Luizjana Blues”.  Pearce 

background image

przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej i zanurzył twarz w jedwabistą, pachnącą 

chmurę jej włosów. Z westchnieniem odchyliła głowę do tyłu. Oboje przestali 

tańczyć i znieruchomieli na chwilę.  

wtedy Pearce poczuł się tak, jak w szybkobieżnej windzie, kiedy ta zaczyna 

gwałtownie zjeżdżać w dół. Prawie bezwolnie, nie zdając sobie sprawy z tego, 
co robi, 

ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją. Trwali złączeni w długim, czułym 

pocałunku, niewidziani przez nikogo, schronieni w intymnym mroku na skraju 
parkietu.  

Pomyślał, że musi wyznać jej prawdę. Koniecznie, jak najszybciej, jeszcze 

tej nocy. Nie mia

ł siły już dłużej tego ciągnąć.  

 
Wracali do hotelu w milczeniu. 

Fritz  wlókł  się  przed  nimi  i  wyglądał  na 

skrajnie zmęczonego. Mollie przypuszczała, że być  może Pearce  martwi się o 

psa i dlatego się nie odzywa.  

Sama też miała swoje zmartwienia. Tańczyli przed chwilą ze sobą jak para 

zakochanych, 

a przecież wiedziała, że z wielu powodów nie może po prostu się 

w nim zakochać. ‘ 

Bardzo przeżyła to, co wydarzyło się między nią a Michaelem, i nie doszła 

jeszcze po tym do siebie. 

Wiedziała,  że  nie  powinna  teraz  zakochiwać  się  w 

innym  mężczyźnie. Mogłoby to okazać się samooszukiwaniem się, szukaniem 

pociechy i rewanżu za nieudany związek.  

Gdy dotarli do hotelu, 

okazało  się,  że  wynajęcie  apartamentu  jest 

niemożliwe.  Fala  mrozów  zdewastowała  system  ogrzewczy  miasta.  W  całej 

Dzielnicy  Francuskiej  pękały  rury,  woda  ciekła  z  sufitów,  piece centralnego 

ogrzewania się psuły, szereg pokoi nie nadawało się do wynajęcia. Nawet w tak 
luksusowym hotelu,  jak ten, 

sytuacja  była  dramatyczna:  całe  Wschodnie 

skrzydło pozbawione było ogrzewania.  

W  tej  sytuacji  Pearce  zdecydował  się  wynająć  dla  siebie  osobny  pokój  na 

tym  samym  piętrze.  Poszli tam prosto z recepcji,  nie  rozebrawszy  się  nawet. 

Mollie miała pokazać Pearce’owi, jak ma się w nim poruszać. Pokój okazał się 
znacznie mniejs

zy i mniej luksusowy niż zajmowany przez nich poprzednio.  

– 

Naprawdę, nie mogę się na to zgodzić – zaprotestowała Mollie. – Dlaczego 

mam mieszkać jak królowa, podczas gdy ty tutaj...  

– 

W tym skrzydle też zaczynają się kłopoty z ogrzewaniem – przerwał jej 

Pearce.  – 

Dosyć  się  dzisiaj  namarzłaś.  Jutro znowu,  mam  nadzieję,  będziesz 

moim przewodnikiem i musisz się przynajmniej wyspać w cieple.  

O  Boże,  pomyślała  zmieszana  Mollie,  najbardziej  to  wszystko  robi  się 

kłopotliwe, gdy on jest taki miły.  

– 

Nie mogę... – zaczęła znowu.  

– 

Musisz się zgodzić – przerwał jej powtórnie.  

– 

Tak postanowiłem i tak ma być.  

background image

Westchnęła  i  spojrzała  na  Fritza,  który  zdążył  już  zwinąć  się  w  kłębek  na 

małym dywaniku i spał, ciężko oddychając.  

– 

Słuchaj.  –  Głos  Pearce’a  był  znowu  łagodny  i  ciepły.  –  Pójdź  teraz  do 

siebie, 

zostaw  płaszcz  i  odśwież  się  trochę,  a  ja  zamówię  do  pokoju  jakąś 

brandy. 

I wróć tu zaraz, musimy ze sobą porozmawiać.  

– 

Porozmawiać? – zdziwiła się Mollie. Zaczęła nagle podejrzewać, że cała 

jego  serdeczność,  ciepło  i  urok  mogły  być  zaplanowaną  z  góry  grą,  mającą 

służyć tylko jednemu: aby zechciała się z nim kochać. Czy choćby ze sposobu, 

w jaki ze sobą tańczyli, nie mogło dla niego być oczywiste, że skłonna jest się z 

nim przespać? Zaśmiała się nerwowo i dodała: 

– 

Przecież możemy porozmawiać jutro.  

– 

Wolałbym  teraz.  To jest odpowiednia chwila.  I  naprawdę  mam  ci  coś 

ważnego do powiedzenia.  

– 

Ton jego głosu był rzeczywiście absolutnie poważny.  

Dostrzegła, że twarz miał również poważniejszą niż zwykle. Ale o co mogło 

mu  chodzić?  Tańczyła  z  nim  i  całowała  się,  to prawda,  ale  nie  znaczyło  to 
bynajmniej, 

że chce w tym momencie iść z nim do łóżka. Uświadomiła sobie raz 

jeszcze, 

jak mało go zna, jak niewiele potrafi zrozumieć z jego zachowania.  

– 

Słuchaj – powiedziała – jest już późno. Nie jestem pewna, czy to dobrze, 

że jesteśmy tak... blisko siebie. Jest to dla mnie niezręczna sytuacja.  

Zbliżył  się  do  niej  o  krok,  a  ona  przesunęła  się  w  kierunku  drzwi, 

zachowując bezpieczny dystans.  

– 

Idę  do  mojego  pokoju  –  oświadczyła.  Ciemne  krążki  jego  okularów, 

tajemnicze i bez wyrazu, 

skrywały coś, czego nie potrafiła rozszyfrować. Mogła 

to  być  czułość,  pożądanie,  wstyd,  potrzeba  wyznania  czegoś.  Po wspólnie 

spędzonym dniu, pełnym radości i beztroski, tak łatwo byłoby oddać mu się bez 
reszty, 

zapomnieć w jego ramionach o całym świecie, zapomnieć o jutrze.  

Jednak Mollie wiedziała, że ta reszta świata nie znika, lecz pozostaje realna, 

choć w chwilach pożądania może się wydawać inaczej. I jutro także pozostaje 
realne,  gotowe na to, 

by  przyjść  i  wystawić  rachunek,  zażądać  zapłaty  i 

wyegzekwować każdy zaciągnięty dług.  

Popatrzyła na Pearce’a. Jeśli pozostanie tu jeszcze chwilę, nie będzie miała 

siły wyjść.  

– 

Idę  do  mojego  pokoju  –  powtórzyła  zdecydowanie,  odwróciła  się  i 

skierowała do drzwi. Zmusiła się, by nie odwrócić się na dźwięk jego głosu.  

– Wrócisz tu zaraz? – 

Stał w otwartych drzwiach, podczas gdy ona oddalała 

się korytarzem w kierunku swego pokoju.  

– Nie wiem – 

rzuciła.  

– 

Zamówię brandy i zadzwonię do ciebie za chwilę. Mollie, musimy ze sobą 

porozmawiać. Zaufaj mi. – Usłyszała jeszcze.  

Uchyliła  drzwi  pokoju  i  wślizgnęła  się  do  środka,  zamykając  je  za  sobą. 

background image

Zaufaj mi, 

powiedział. Jak mogła zaufać jemu, kiedy tak naprawdę nie ufała już 

nawet sobie? 

Powiesiła  na  wieszaku  płaszcz.  Bez  obawy  i  lęku  potrafiła  być  tak  blisko 

niego w lokalu, 

gdy  spowici  w  magiczny  kokon  muzyki  tańczyli  ze  sobą  tak 

długo. Przypomniało jej się, że we śnie, poprzedniej nocy, również ufała mu bez 
reszty.  

Za chwilę zadzwoni i poprosi, aby do niego przyszła. Co mu odpowie? 

Odezwał  się  telefon.  Zdecyduj  się,  zdawał  się  wołać  jego  ostry  sygnał, 

zdecyduj! 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Podniosła  słuchawkę  i  w  ciszy,  jaka  nastąpiła,  usłyszała  przyspieszone 

uderzenia własnego serca.  

– Halo? – 

Udało jej się zachować doskonałą kontrolę nad głosem.  

Przez kilka denerwujących sekund telefon milczał. W końcu padło pytanie, 

zadane kobiecym głosem z nutą podejrzliwości: 

– Kto jest przy telefonie? 
– Mollie Randall – 

odpowiedziała całkowicie zaskoczona.  

– Czy to jest pokój 242? 

Może połączono mnie z innym numerem? 

–  Tak,  to pokój 242.  – 

Mollie  była  lekko  poirytowana  i  nadal  nie  miała 

pojęcia, o co chodzi.  

–  I kto tam jest przy  telefonie?  – 

Głos  nieznajomej  stał  się  zdecydowanie 

nieuprzejmy. 

Syczała wprost ze złości.  

– Mollie Randall – 

przedstawiła się ponownie.  

–  Ach,  Mollie Randall! – 

nieznajoma zaczęła mówić z przesadnie sztuczną 

słodyczą.  –  Gdzie  też  on  cię  poderwał?  Myślałam,  że  jest  tam  z  nim  ta  mała 
dziwka z Tampa, Melissa.  

Mollie z przerażeniem uświadomiła sobie, że kobieta ta dzwoni do Pearce’a i 

jest nie tylko wściekła, ale i skrajnie zaborcza. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, 
tym bardziej, 

że  nie  poczuwała  się  do  żadnej  winy.  Nie  zrobiła  przecież  nic 

złego. Przynajmniej dotąd.  

–  No i co?  – 

Tym  razem  głos  w  słuchawce  był  pewny  siebie  i  drwiący 

zarazem.  – 

Wiele  się  nie  pomyliłam.  Oczywiście  on  tam  jest.  Chcę  z  nim 

rozmawiać. Natychmiast! 

–  Nie ma go tutaj  – 

odpowiedziała  mechanicznie  i  po  chwili  dopiero, 

doszedłszy  do  siebie,  poczuła  się  dotknięta  krzywdzącymi  ją,  obraźliwymi 
uwagami.  

– Kto mówi? O co pani chodzi? – 

spytała ostro.  

– 

Tak  się  składa,  że  mówi  kobieta,  z  którą  on  miał  się  ożenić  w  zeszłym 

tygodniu. 

Mam więc powód, by z nim o paru rzeczach porozmawiać. Ale to nie 

twój interes. 

I radzę ci, moja droga, zacznij lepiej pakować swoje manatki. Ten 

mężczyzna jest już zajęty. Należy do mnie.  

Mollie  poczuła  zawrót  głowy.  Jak to? Miał  się  ożenić?  Pearce  miał  się 

ożenić w czasie tych świat? I tak jak Michael – tchórzliwy, kłamliwy Michael – 

znalazł  sobie  kogoś  innego:  Melissę  –  tę, która  miała  przylecieć  samolotem  z 
Tampa? 

– Nie ma go tutaj – 

powtórzyła przez zaciśnięte zęby.  

– Wiem, 

że tam jest. Harry wszytko mi opowiedział. Daj go w tej chwili do 

telefonu! – 

Głos w słuchawce był natarczywy i impertynencki.  

background image

Harry? M

ollie omal nie zemdlała. A więc to tak! Czy Pearee kłamał do tego 

stopnia, 

żeby  aż  wymyślić  historię  o  zmarłym  bracie?  Czy  cała  ta  opowieść 

miała  ją  po  prostu  wzruszyć  i  wzbudzić  jej  współczucie?  Jeśli  tak,  to  było  to 

świetnie pomyślane.  

–  Nie ma  go tutaj  – 

powiedziała po raz trzeci, tym razem zdecydowanym, 

ostrym  głosem.  –  Proszę  spróbować  się  połączyć  z  pokojem  247.  I  nie  życzę 
sobie, 

aby mnie obrażano. Nie zniosę tego dłużej! 

– 

Rzuciła słuchawkę.  

Zrobiło  jej  się  niedobrze.  Po  chwili  dopiero  mdłości  zastąpiło  uczucie 

gniewu. 

Tak  zła  nie  była  jeszcze  nigdy!  Pospiesznie  przemierzała  wzdłuż  i 

wszerz cały pokój. Zrzuciła na dywan poduszkę i kopnęła ją z całej siły.  

Jak można być taką idiotką, myślała zrezygnowana i wściekła, aby dwa razy 

pod  rząd  popełnić  to  samo  głupstwo?  Przecież  niewiele  brakowało,  aby 

zakochała  się  w  kimś  jota  w  jotę  podobnym  do  Michaela,  w  człowieku 

pozbawionym elementarnej uczciwości.  

Przecież prawie wzruszył ją do łez opowieścią o swym zmarłym bracie. Jak 

bardzo  mu  współczuła,  że  utracił  swych  bliskich!  A  najpewniej  cała  trójka  – 
Harry, matka i wuj Faron – 

nie tylko żyje, ale i cieszy się zdrowiem nie gorszym 

niż rodzinka cyrkowych akrobatów. Co nie przeszkadza Pearce’owi wyprawiać 

im  regularne  pogrzeby  przy  okazji  uwodzenia  każdej  kolejnej naiwnej 

dziewczyny o miękkim sercu.  

Zadzwonił powtórnie telefon. Poniosła słuchawkę.  

Tym razem odezwał się Pearce.  

Głos miał napięty i niski.  
– Mollie – 

zaczął – zdaje się, że nastąpiło pewne nieporozumienie.  

– Owszem – 

odpowiedziała lodowatym tonem. – Z całą pewnością.  

– 

Przyjdź do mojego pokoju. Podali już nasze brandy i wszystko ci spokojnie 

wytłumaczę.  Ta  kobieta  nie  jest  już  moją  narzeczoną.  Byłem  głupcem, 

zgadzając się na to, by choćby przez chwilę nią była. Przerwałem to...  

–  I przerwij 

także  tę  rozmowę.  Absolutnie nie mam zamiaru do ciebie 

przychodzić. Ty... ty, erotomanie! 

–  Nie jestem erotomanem, 

tylko  normalnym  mężczyzną,  który  zerwał  z 

kobietą dlatego, że była cholernie zazdrosna.  

– 

I miała po temu powody – przerwała mu ponownie. – Miałeś tu być z kimś 

innym. 

I  twoja  narzeczona  nie  musiała  być  zachwycona  tym,  że  znalazła  cię 

tutaj w moim towarzystwie.  

– Mollie, 

miałem się tu spotkać z pewną osobą z Tampa. Przecież ci o tym 

mówiłem. – Ton jego głosu stał się denerwująco jednostajny. – Co to za dziwne 

pretensje? Jestem pełnoletni, nie mam żadnych zobowiązań wobec nikogo poza 

sobą samym i jeżeli chciałem spotkać się z jakąś kobietą i spędzić z nią święta, 

to chyba miałem do tego prawo. Okazało się, że nie mogła przyjechać i wtedy 

background image

spotk

ałem ciebie.  

– 

Słuchaj – wybuchła Mollie – nie lubię występować w niczyim zastępstwie. 

I wiem sama,  jakie to bolesne, 

gdy okazuje się, że jakaś inna kobieta... A jeśli 

już musisz poużalać się nad sobą i wypłakać w czyjąś marynarkę, to proponuję, 

abyś zadzwonił do swego braciszka Harry’ego. Nie do nieba, zresztą, tylko do 
Kalifornii.  

–  Co?  – 

Pearce  prawie  krzyknął  z  najszczerszym  oburzeniem,  –  Słyszałeś 

chyba, 

co  powiedziałam  –  ciągnęła  bezlitośnie  Mollie.  –  Zadzwoń  do  brata. 

Twoja... twoja dziewczyna powi

edziała mi, że Harry dał jej numer tego pokoju. 

Tak się przejął swym zmartwychwstaniem, że zapomniał o dyskrecji. Wypaplał 

się po prostu, biedaczek.  

Nastąpiła  chwila  ciszy.  W  końcu  Pearce  zaczął  mówić  głosem  jeszcze 

bardziej lodowatym niż poprzednio Mollie.  

– 

Mój brat Harry nie żyje od dwudziestu jeden lat. Na świecie jest jeszcze 

paru ludzi, 

którzy  mają to samo imię. Na przykład mój sąsiad, Harry Billford 

Mollie ściskała słuchawkę tak mocno, że aż zbielały jej palce. Usiadła ciężko na 

brzegu łóżka.  

W je

go głosie było tyle szczerego oburzenia, sprawiał wrażenie tak do głębi 

urażonego, że całkowicie ją to zaskoczyło. Jeżeli w złości wyciągnęła fałszywy 
wniosek z tego, 

co  usłyszała,  to  naprawdę  postąpiła  okropnie.  A  przecież 

rzeczywiście  ta  kobieta  użyła  tylko imienia,  nie  mówiła,  że  chodzi  o  brata 
Pearce’a.  

– 

Słuchaj. – Głos Pearce’a prawie syczał w słuchawce. – Wiem, że mogła 

powiedzieć ci coś obraźliwego.  

Wiem aż nadto dobrze, do czego jest zdolna. Potrafiła to świetnie ukrywać 

do czasu,  gdy jej powiedz

iałem, że z nią kończę. Dostatecznie długo udawała 

słodką idiotkę i musiało ją to wiele kosztować. I naprawdę nie mogłem spędzić z 

tą kobietą reszty życia. Była zazdrosna o wszystko. O moją pracę, moje ambicje, 
nawet o mojego wuja.  

Mollie, 

słuchając  go,  poczuła,  że  rumieni  się  ze  wstydu.  To,  co  mówił, 

brzmiało  sensownie  i  prawdopodobnie.  Rzeczywiście,  nawet z tak krótkiej 

rozmowy  telefonicznej  wynikało,  że  jest  to  kobieta  zazdrosna,  zaborcza i 

złośliwa.  

– 

Nie  muszę  przecież  ci  tego  opowiadać  –  mówił  już  teraz opanowanym, 

prawie takim jak zawsze głosem.  

– 

A robię to tylko dlatego, że cię tak bardzo lubię. Tą kobieta... nazywa się 

Irina Thomas i pochodzi z bardzo wpływowej rodziny w Hollywood: Najpierw 

pracowaliśmy razem, a potem przerodziło się to w pewien... związek. 

– 

Nie musisz się tłumaczyć – przerwała mu znowu.  

– 

Nie prosiłam cię o żadne wyjaśnienia.  

–  Wiem, 

że nie muszę, ale po prostu chcę ci to opowiedzieć. No więc, ona 

background image

pragnęła,  żebyśmy  się  pobrali.  A  ja  pomyślałem:  do  diabła,  mam  trzydzieści 

sześć lat, robimy jakieś rzeczy razem, może nie będzie tak źle. I to był mój błąd, 

bo bardzo szybko zaczęło być źle, i to tak, że gorzej być nie mogło. W niczym 

się  nie  zgadzaliśmy.  W  listopadzie  zachorował  mój  wuj,  a  ona  nie  chciała, 

żebym do niego pojechał, bo to komplikowało te jej precyzyjne plany przyjęcia 
weselnego. 

Kochałem  tego  człowieka.  Czy  miałem  pozwolić,  żeby  umierał 

samotnie z powodu snobis

tycznych zobowiązań towarzyskich tej idiotki? No i 

powiedziałem jej: rozstajemy się,  muszę trzymać się swojej własnej drogi. To 
wszystko. Koniec historyjki.  

Mollie nic nie odpowiedziała. Siedziała nadal na brzegu łóżka, przygryzając 

zębami  dolną  wargę.  Jeszcze  raz  uświadomiła  sobie,  jak bardzo,  niemal 
rozpaczliwie, 

chce mu wierzyć.  

– Mollie. – 

Zadrżała, słysząc go ponownie. – Jesteś tam jeszcze? 

– Tak – 

odezwała się.  

– 

Jeśli  uważasz,  że  tak  będzie  dla  ciebie  lepiej,  to  nie  przychodź  do  mnie 

teraz.  

–  Dobrze  –  odpar

ła.  Była  mu  wdzięczna,  ale  jednocześnie  doznała,  ledwo 

uświadomionej, bolesnej tęsknoty niespełnienia.  

–  Mollie. –  Ton, 

jakim wypowiedział jej imię, sprawił, że drżała tak, jakby 

okna  w  pokoju  były  otwarte  na  oścież.  –  Musimy  ze  sobą  jak  najszybciej 

porozmawiać. Są pewne rzeczy... muszę znaleźć sposób, aby ci je wytłumaczyć. 
Tylko do tego potrzebny jest odpowiedni moment. Zgoda? 

–  Zgoda  – 

potwierdziła,  ale  nie  zrozumiała  z  tego  nic.  Znowu  miała 

przeczucie, 

że  dzieje  się  między  nimi  coś  nieprawdopodobnego.  To jego 

obecność, albo sam głos, sprawia, że niemożliwe staje się możliwe.  

–  Mollie  – 

rzekł  stłumionym  głosem  –  dobranoc,  Mollie.  Dobrych snów, 

kochanie.  

Rozłączył  się  i  ona  także  odłożyła  słuchawkę.  Czuła  się  znużona  i 

wyczerpana nerwowo. 

Położyła się na łóżku i skuliła tak, jak to robią dzieci.  

Kochana... 

Powiedział: kochana... Kiedyś, gdy była z Michaelem,  myślała, 

że wie, co to znaczy. Teraz nie była już tego pewna.  

 

Pearce leżał na wznak, z rękami pod głową i patrzył w sufit. Fritz, zwinięty 

w kłębek na dywaniku, ciężko oddychał przez sen i trząsł się z zimna.  

Pearce  zaklął  pod  nosem,  wstał,  ściągnął  z  łóżka  koc  i  okrył  nim  psa. 

Pogłaskał jego siwiejący łeb i położył się z powrotem.  

Jego  ciemne  okulary  leżały  na  nocnym  stoliku.  Ód czasu rozmowy 

telefonicznej z Iriną był zbyt zdenerwowany, by chciało mu się nadal udawać 
niewidomego. 

Pęknięcie tynku na suficie układało się w kształt znaku zapytania, 

ale to ironiczne skojarzenie bynajmniej, 

go nie bawiło. 

Próbował odpędzić natrętne myśli, ale bezskutecznie. Znowu ta Irina... Była 

background image

śliczną,  filigranową  blondynką  o  zwodniczej  urodzie  elfa.  Jej ojciec  posiadał 
kontrolny pakiet akcji wytwórni filmów animowanych TAS  –  Thomas 
Animation Studios, 

w której Pearce pełnił obowiązki zastępcy dyrektora. Irina 

była jego jedyną córką i Russ Thomas zawsze spełniał wszelkie jej zachcianki. 

Ostatnio zapragnęła mieć Pearce’a.  

I prawie jej się to udało. Jej bezwzględny egoizm szybko dał znać o sobie. 

Pearce  miał  własne  plany  artystyczne,  głównie  pomysł  filmu  o  krecie 

detektywie;  Irina  była  temu  wszystkiemu  przeciwna.  Jego rola,  jej zdaniem, 

powinna sprowadzać się do tego, by po odejściu na emeryturę jej ojca prowadził 

dalej wytwórnię tak, jak dotąd – bez żadnych zmian i innowacji.  

Uświadomił  sobie  wreszcie,  że  jest  po  prostu  zazdrosna  o  jego  plany 

twórcze. 

Wolałaby najwyraźniej, by zamiast filmowi, całą uwagę poświęcał jej 

samej. 

Dorosła kobieta, myślał z niechęcią, zazdrosna o kreta z nie istniejącego 

jeszcze filmu. Niewiarygodne! 

Decyzję o rozstaniu podjął wtedy, gdy okazało się, że wuj Faron, który już 

od  dłuższego  czasu  chorował,  niedługo  umrze.  Ojciec Iriny,  za jej  namową 

oczywiście,  nie  chciał  dać  Pęarce’owi urlopu.  Irina  twierdziła,  że  skoro  wuj 
Faron  tak czy inaczej umrze,  wyjazd Pearce’a do Nowego Jorku niczego nie 
zmieni. Poza tym – 

jak on może myśleć w tym momencie o jakimś wyjeździe, 

wiedząc, jak bardzo skomplikuje to szczegółowo ułożone; przez nią plany.  

I wtedy miarka się przebrała, Pearce zakomunikował staremu Thomasowi, że 

jedzie do wuja, 

nawet jeśli miałoby to oznaczać utratę pracy. Irinie powiedział, 

że ich małżeństwo nie ma sensu, skoro najwyraźniej nie potrafią się porozumieć.  

Pojechał do Nowego Jorku i dzięki niemu wuj nie umierał samotnie. Pearce 

nie wiedział nic o pieniądzach, jakie wujowi udało się odłożyć w ciągu ostatnich 
lat. 

Kupował  pojedyncze  akcje  i  w  sumie  uzbierało  się  około  półtora  miliona 

dolarów.  

– 

Zostawiam ci tę forsę – powiedział wuj – możesz zacząć robić ten swój 

film. 

Ostatnio o niczym innym nie gadałeś, tylko o tym. – Leżał wychudzony na 

szpitalnym  łóżku,  już  bardzo  słaby  i  zapadnięty  w  sobie,  nie  tracił  jednak 
pogody ducha.  

– Ten kret... 

chyba ma coś wspólnego ze mną? 

– 

spytał i zakrztusił się kaszlem.  

Pearce przyznał, że tak. Oczywiście, to wuj Faron, który, choć niewidomy, 

nigdy  nie  pozwalał,  aby  ograniczało  to  jego  niezależność,  zainspirował  go  do 

wymyślenia postaci kreta-detektywa. Wuja to najwyraźniej ucieszyło.  

I wtedy właśnie powiedział o tych swoich trzech życzeniach: pieniądzach na 

film, dziewczynie w samolocie i psie.  

– 

I pamiętaj, żadnej żałoby po mnie – zakończył.  

– 

Życie  miałem  dobre,  ale  zmęczyło  mnie  już  i  jestem gotowy,  aby  stąd 

odejść. Zrób więc, co mówiłem. I jeszcze raz cię proszę, zaopiekuj się Fritzem. 

background image

To był wierny przyjaciel. Gdybyś jechał do Nowego Orleanu, weź go ze sobą. 

Boże, jak on lubił tamte zapachy! 

Pearce skinął głową. Czuł bolesny ucisk w gardle.  
– Wuju, 

masz to załatwione – wyjąkał.  

Po  śmierci  wuja  Farona  został  jeszcze  przez  tydzień  w  Nowym  Jorku, 

porządkując sprawy majątkowe. Zadzwonił, do ojca Iriny i oświadczył, że nie 

wraca  i  rozpoczyna  pracę  nad  własnym  filmem.  Dowiedział  się

;

że  jest 

g

łupcem, a po tym, co się stało, Irina nie widzi dla niego miejsca w wytwórni 

TAS. 

Potem zadzwoniła ona sama, na wymyślała mu okropnie i stwierdziła, że 

nie chce go więcej widzieć na oczy.  

Świetnie, skwitował to Pearce, i rzeczywiście myślami był już daleko. Nie 

potrafił właściwie dokładnie odtworzyć, jak narodził się pomysł, aby udawać w 

tej podróży niewidomego. Było to dla jego filmu nieodzowne doświadczenie i 

chciał zacząć jak najprędzej. Miejscem akcji miał być Nowy Orlean. Transport 

psa  nastręczał  pewne problemy,  a wuj Faron  prosił,  aby  zabrał go  ze sobą  do 
tego miasta. 

Zapalił się do tego pomysłu. Wydał mu się oryginalny i oprócz praktycznych 

korzyści dostarczał okazji do świetnej zabawy.  

No właśnie. Mogło być bez problemów,  wesoło i pożytecznie. Dopóki nie 

spotkał Mollie...  

Najpierw  mówił  –  sobie,  że  potrzebuje  jej  jako  przewodnika.  Potem,  że 

chodzi  mu  o  jej  głos.  W  ogóle  wmawiał  sobie  różne  rzeczy.  A  naprawdę 

powody były znacznie ważniejsze i nie chciał po prostu przed sobą samym się 
do nich przyzna

ć.  Szczególnie teraz,  gdy  był  w  zasadzie  bez  stałej  pracy  i 

zdecydował  się  podjąć  najbardziej  ryzykowny  krok  w  swoim  życiu.  To,  co 

planował,  wymagało  trzech  lat  wysiłków  tak  intensywnych,  że  nikt  przy 

zdrowych zmysłach dobrowolnie by ich nie podjął. Był gotów rzucić na szalę 

wszystko: pieniądze, które ma i które jeszcze będzie musiał pożyczyć – a w grę 

wchodziły wielomilionowe sumy, swoją karierę i reputację. Po całej tej historii z 

Iriną  nie  wyobrażał  sobie,  aby  ktoś  zechciał  dzielić  z  nim  takie  ryzyko.  Co 

więcej, uważał, że nie ma prawa kogokolwiek ó to prosić.  

Mimo  wszystko nie chciał  jednak stracić  Mollie  Randall.  A gdy powie jej 

prawdę,  to najprawdopodobniej ich  znajomość  się  skończy.  Jej  głos, cudowne 

rudozłote włosy i piegi, i śmiech – wszystko zniknie dla niego na zawsze.  

No i trudno, 

próbował sobie tłumaczyć. Powinien robić swoje: nauczyć się 

na pamięć każdego kroku ślepego kreta. Po to ostatecznie przyjechał do Nowego 
Orleanu...  

Leżał tak przez pół nocy, myślał o Mollie i wpatrywał się w widniejący na 

suficie znak zapytania.  

 

Mollie  stała  przed  drzwiami  pokoju  Pearce’a.  Przybrała  postawę  pełną 

background image

zdecydowania  i  zapukała.  Była  już  pewna,  co  ma  robić  dalej.  Absolutnie nie 

wolno jej angażować się, wmawiać w siebie, ‘ że mogłaby się w nim zakochać.  

Mus

i być ostrożna. Ostatnio dosyć już miała w życiu kłopotów. Zapukała raz 

jeszcze.  

Pearce otworzył drzwi. Spojrzała w ciemne szkła jego okularów. Twarz miał 

znużoną i nie ogoloną i wyglądał, jakby w ogóle nie spał. Ubranie, które nosił 

już trzeci dzień, pogniotło się i wyglądało nieświeżo.  

– 

Co ci się stało? – spytała z niepokojem.  

– Mnie nic – 

odparł krótko – ale z psem jest niedobrze. 

– 

O Boże! – Wszelkie postanowienia, aby zachować chłodny dystans, na nic 

się  nie  zdały.  Mollie  przebiegła  obok  Pearce’a i  uklękła  na  podłodze  obok 
dywanika. 

Fritz popatrzył na nią i w jego bursztynowych ślepiach malowało się 

coś w rodzaju bezradnego zdumienia. Próbował wstać, ale tylne łapy nie mogły 

utrzymać ciężaru jego ciała. Zrobił kilka nie skoordynowanych ruchów zadem, 

zakołysał się i z jękiem zwalił na podłogę.  

–  Och,  Fritz,  biedny,  dobry Fritz.  – 

Mollie  głaskała  i  obejmowała  dłońmi 

jego pysk.  

Co będzie,  jeśli umrze,  myślała  przerażona.  Czy pies cierpi, czy tylko jest 

sparaliżowany? Co Pearce pocznie bez niego? Trzeba natychmiast coś zrobić i 

ona musi się tym zająć.  

–  Potrzebny jest weterynarz  – 

powiedziała, w dalszym ciągu głaszcząc psa, 

który położył pysk na jej kolanach. – Poszukam w książce telefonicznej.  

–  Mollie  – 

odezwał  się  Pearce,  ciągle  jeszcze  stojąc  przy  drzwiach  – 

mówiłem, że mam ci coś ważnego do powiedzenia, i właśnie...  

–  Nie teraz  – 

przerwała  mu  zniecierpliwiona.  Pies  nie  spuszczał  z  niej 

wzroku, 

jakby o coś prosił, i znowu cicho zaskomlał.  

– 

Ale to jest bardzo ważne! 

–  Nic innego mnie teraz nie obchodzi  – 

odparła Mollie. W tym momencie 

interesował ją tylko pies.  

– 

Najpierw musimy się nim zająć. Przecież on cierpi – rzekła.  

Zgarnęła z podłogi pognieciony koc i otuliła nim szczelnie staruszka.  
–  Mollie.  – 

Głos  Pearce’a  był  zmieniony  i  napięty.  Jeśli  miała  ochotę  na 

poważną rozmowę, to na pewno nie w takim momencie. Pies znowu zaskomlał.  

–  Spokojnie,  po kolei  – 

powiedziała  stanowczo  i  podniosła  się.  –  Nie 

interesuje mnie w tej chwili twoje życie osobiste. Myślę, po prostu, jak pomóc 
psu.  

Odwróciła  się  do  Pearce’a  i  zaczęła  przerzucać  książkę  telefoniczną.  Po 

chwili doszła do wniosku, że to strata czasu, i nakręciła numer recepcji.  

–  Mówi Mollie Randall z pokoju 242. 

Dzwonię w sprawie dotyczącej pana 

Goddarda z pokoju 247. 

Zdarzył  nam  się  wypadek.  Pies-przewodnik pana 

Goddarda  nagle  zachorował.  –  Nabrała  głęboko  powietrza,  próbując  zebrać 

background image

myśli.  –  Chodzi o zrobienie trzech rzeczy.  Po pierwsze,  proszę  zadzwonić do 

najbliższej kliniki weterynaryjnej i powiedzieć im, że pies zachowuje się, jakby 

miał sparaliżowane tylne łapy. Niech będą gotowi przyjąć nas natychmiast. To 

nagły wypadek. Następnie, proszę zamówić dla nas taksówkę i przysłać gońca 
do pokoju 247, 

aby pomógł znieść psa. Oczekujemy go natychmiast. Dziękuję.  

Odłożyła  słuchawkę  i  odwróciła  się  w  stronę  Fritza.  Próbował  wstać 

ponownie, 

zaskomlał i osunął się na podłogę.  

– 

O Boże! – Zrozpaczona Mollie wplotła palce we włosy. – To okropne. – W 

jej oczach pojawiły się łzy.  

Podeszła do szafy i podała Pearce’owi kurtkę.  
– 

Świetny  z  ciebie  organizator  –  powiedział  to  tak,  że  nie  wiedziała,  czy 

mówi z podziwem, 

czy z ironią.  

– 

Tylko niepotrzebnie prosiłaś tu gońca.  

– 

Ja Fritza nie uniosę, a ty także nie powinieneś tego robić – odparła Mollie. 

Usiadła  na  podłodze.  Uniosła  łeb  psa  i  położyła  go  ponownie na swoich 
kolanach.  –  Dobry pies,  dobry pies  – 

powtarzała  –  nie  bój  się,  zaraz ci 

pomożemy.  

– 

Ale  przecież  z  powodzeniem  moglibyśmy  go  znieść  sami...  –  zaczął 

Pearce. – 

Słuchaj, Mollie, chciałem ci właśnie powiedzieć, że… 

– 

A ja ci właśnie mówię, że nie wolno ci tego robić! 

– 

prawie krzyknęła. – Co będzie, jak spadniesz ze schodów? O siebie możesz 

nie dbać, to twoja sprawa, ale psu mogłoby to zaszkodzić jeszcze bardziej.  

– 

O Boże! Co ty robisz, Mollie? Płaczesz? 

– No i co z tego – 

obruszyła się, ocierając dłonią łzę na policzku. – Czy to 

jakieś przestępstwo? 

Fritz znowu próbował wstać.  
– 

Leż, piesku, leż – prosiła go Mollie, delikatnie przyciskając dłońmi jego 

zad. – 

Zostań tutaj. Dobry pies. – Jej głos załamał się i przeszedł w szloch.  

– Mollie, do jasnej cholery, 

przestań płakać, bo...  

– 

Pearce rozpaczliwie szukał argumentu. – Bo denerwujesz psa – dokończył.  

– Dobrze – 

obiecała, rozmazując na twarzy łzy.  

– 

Zaraz przestanę.  

Pearce odwrócił się, oparł czoło o framugę i walił pięścią w drzwi.  
–  Pi

ekło  sobie  zrobiłem  z  życia,  piekło  –  powtarzał.  Strasznie  się  musi 

martwić o psa, myślała Mollie.  

 
Weterynarz,  doktor Broussard, 

był  młodym,  wysokim  człowiekiem  ze 

starannie przystrzyżoną, czarną brodą.  

–  Te owczarki  – 

mówił,  badając  psa  –  mają  często  problemy ze stawami 

biodrowymi. To wina hodowców, 

którzy krzyżują je w bliskim pokrewieństwie. 

Ale u tego staruszka... 

to  wygląda  raczej  na  reumatyzm.  Mówił  pan,  że  pies 

background image

zmarzł? 

–  Tak  – 

potwierdził  Pearce  –  chodził  wczoraj  cały  dzień  po  dworze,  a w 

hotelu m

amy kłopoty z ogrzewaniem. Poza tym tutaj, na Południu, jest trochę 

inny rodzaj zimna – 

dużo wilgoci.  

– 

No właśnie – rzekł doktor Broussard, obmacując biodro psa. – Powinno się 

go  zostawić  u  nas  na  krótką  obserwację.  Jeżeli  jest  to  reumatyzm,  wówczas 

będziemy mogli mu pomóc.  Dysponujemy  już  obecnie  lekami,  które 

błyskawicznie postawią go na nogi. Tylko że tu chodzi o serię zastrzyków, i to 

naprawdę jest dość kosztowne.  

Zdenerwowana  Mollie  przełknęła  ślinę.  Pearce  w  dalszym  ciągu  był  nie 

ogolony, oboje mie

li pogniecione ubrania i wyglądali na mocno zaniedbanych. 

Weterynarz zapewne wątpił, czy stać ich na leczenie psa.  

– 

Pieniądze  nie  grają  roli  –  oświadczył  Pearce.  –  Zapłacę  panu  z  góry.  – 

Wyjął portfel i otworzył go.  

Doktor  przyjrzał  się  uważnie  grubemu  zwitkowi banknotów i powtórnie 

skierował wzrok na Pearce’a.  

– 

Ależ nie jest to konieczne! Naturalnie, ufam panu”. Problem raczej w tym, 

czy poradzi pan sobie  bez psa.  Rozumiem, 

że  jest  pan  z  żoną?  –  Spojrzał 

pytająco na Mollie. 

–  Nie, 

nie jesteśmy  małżeństwem – wyjaśniła i opiekuńczym  gestem ujęła 

Pearce’

a pod ramię – ale z pewnością damy sobie razem radę. Zaręczam, że nie 

złego się nie stanie.  

– 

Cieszę się, że pozostanie pan pod dobrą opieką. – Doktor uśmiechnął się 

do Mollie. 

Proszę  więc  zadzwonić  jutro.  Są  święta,  ale  będę  tutaj  około 

dziesiątej, aby nakarmić i wyprowadzić moich pensjonariuszy. Jeżeli zastrzyki 

podziałają, psa będzie już można stąd odebrać. Na razie absolutnie nie powinien 

chodzić, musi odpocząć.  

–  Doskonale  – 

powiedziała  Mollie,  patrząc  na  zasępioną  twarz  Pearce’a. 

Ścisnęła go za rękę. Zrobię wszystko, co będzie trzeba.  

Doktor  Broussard  spostrzegłszy,  z jakim wyrazem twarzy Mollie wpatruje 

się w Pearce’a, powiedział z westchnieniem: 

– 

Jest pan bardzo szczęśliwym człowiekiem, panie Goddard.  

Pearce skrzywił się.  
–  No tak  – 

odpowiedział  bez  przekonania.  Wyszli z kliniki i wsiedli do 

oczekującej na nich taksówki.  

– 

Po  drodze  do  hotelu  zatrzymamy  się  jeszcze  przy  jakimś  sklepie  z 

ubraniami – 

polecił Pearce kierowcy.  

–  Z ubraniami?  –  spy

tała  Mollie.  Ciągle  jeszcze  martwiła  się  o  Fritza. 

Prześladował ją widok psa, który nie potrafił o własnych siłach stanąć na łapach.  

– 

Już  dłużej  nie  wytrzymam  w  tych  nieświeżych  ciuchach.  –  Skrzywił  się 

Pearce. – 

Obawiam się, że jak zdejmę koszulę, będę mógł postawie ją w kącie 

background image

na baczność. I chciałem także kupić coś dla ciebie.  

– Nie, nie zgadzam 

się. – Mollie energicznie potrząsnęła głową. – Uprałam 

sobie wszystko, 

co można było uprać. 

Pearce przełożył ramię przez oparcie tylnego siedzenia. Znowu uświadomiła 

sobie, 

jak mocno działa na nią jego bliskość. Czuła płynące od niego ciepło i 

zapach hotelowego mydła i szamponu.  

To  niezwykły  człowiek,  myślała.  Właściwie  zapomniała  zupełnie,  że  jest 

niewidomy. 

Ale przecież nie wolno jej o tym zapominać, bo co się stanie, jeśli 

pies nie wydobrzeje? Martwiło ją to nadal.  

Wyglądała przez szybę, starając się nie zwracać uwagi na bliskość Pearce’a.  
– 

Jak myślisz, czy on wyzdrowieje? – spytała.  

–  Z tego, 

co  mówił  doktor,  wynika,  że  chyba  wszystko  będzie  dobrze.  – 

St

arał się ją pocieszyć.  

– 

Przestań się już tym zamartwiać.  

– Wiesz, 

wszystko tak się dziwnie ułożyło – mówiła niepewnie, starając się 

nie patrzeć  na niego  –  wstałam  rano...  i uświadomiłam  sobie,  jaki  dziś  mamy 

dzień.  Jakoś  mi  się  zrobiło  żal  samej  siebie,  Wiem,  że  to  głupie.  Nie 

zamierzałam się rozczulać, lecz gdy zobaczyłam Fritza i on... to już naprawdę 

nie wytrzymałam. Teraz już na pewno będę nad sobą panować. Źle się zaczęło, 

ale skończy się dobrze, prawda? 

– 

Uświadomiłaś sobie jaki mamy dziś dzień? – powtórzył zdumiony Pearce. 

Czuła na szyi jego oddech.  

Ujął między palce luźny kosmyk jej włosów.  
– 

Jutro Boże Narodzenie – wyjaśniła – a dziś mamy Wigilię. U nas w domu 

święta  zaczynały  się  w  wigilijny  wieczór.  Wiesz,  dawaliśmy  sobie  prezenty... 
Pierwszy 

raz  nie  spędzam  świąt  razem  z  nimi.  W  twojej  rodzinie  też 

obchodziliście Wigilię? 

– Tak. – 

odpowiedział. Nawinął kosmyk jej włosów na palec i bawił się nim. 

– 

Harry  i  ja  byliśmy  zbyt  niecierpliwi,  żeby  czekać  do  następnego  dnia, 

szczególnie Harry. G

dy był dzieckiem, zawsze awanturował się, żeby pozwolili 

mu ukryć się w kominku. Liczył na to, że Święty Mikołaj wyląduje mu wtedy 

prosto na głowie i że wyłudzi od staruszka kilka zabawek więcej.  

Mollie  odwróciła  się  w  jego  stronę.  Był  jeszcze  bliżej,  niż  przypuszczała. 

Jego przystojna, 

tajemnicza  twarz  przesłaniała  jej  całe  pole  widzenia.  Nagle 

zapragnęła odgarnąć mu z czoła jego ciemne włosy, tego ranka jeszcze bardziej 

potargane niż zwykle. Opanowała się jednak i zamiast to zrobić, przycisnęła do 
siebie odzia

ną w rękawiczkę dłoń.  

– Wiesz, 

jeszcze jedna rzecz mnie bardzo martwiła – przyznała zawstydzona. 

–  To, 

co  powiedziałam  wczoraj  wieczorem  na  temat  twojego  brata,  było 

naprawdę okropne. Czułam się... czuję się nadal bardzo nie w porządku.  

–  Daj spokój  –  po

wiedział miękko, nadal bawiąc się jej włosami – to było 

background image

nieporozumienie. 

Nie przejmuj się.  

W tak tkliwy, 

rozmarzony  sposób  pieścił  jej  włosy,  że  znowu  poczuła  ten 

sam, 

dobrze  już  znany,  dreszcz  schodzący  wzdłuż  pleców.  Odwróciła  się  od 

niego ponownie, pra

gnąc opanować reakcje, które w niej wywoływał.  

–  Przepraszam, 

że  płakałam,  ale  byłeś  tak  smutny,  a  kiedy  zobaczyłam 

Fritza... – 

Jej głos, zwykle tak dobrze kontrolowany, znowu się załamał.  

– 

Nie  martw  się.  –  Pearce  objął  ją  ramieniem  i  przygarnął  do  siebie.  – 

Wszystko będzie dobrze.  

Oparła głowę o jego pierś. Jego ramię zdawało się osłaniać ją od wszelkich 

niebezpieczeństw  tego  świata.  Myślała,  że  zdoła  zachować  wobec  niego 

rezerwę,  ale  okazało  się  to  niemożliwe.  Czuła  się  zbyt  błogo  i  bezpiecznie  w 
jego 

objęciach.  

– 

Naprawdę wszystko będzie dobrze? – spytała.  

– 

Nic złego nie może się już chyba zdarzyć. Przecież mamy Wigilię i Boże 

Narodzenie.  

Zdawało jej się, że poczuła, jak jego mięśnie stężały.  

Przez chwilę milczała. Pogłaskał delikatnie jej włosy.  
– Nie – 

zapewnił wreszcie – w Wigilię i Boże Narodzenie nic złego się już 

nie zdarzy. 

Obiecuję ci to.  

Nachylił się i ucałował jej ucho.  

Wiedział, że nie wyzna tego, na czym mu tak zależało. Jeszcze nie teraz...  

Przytulił ją ramieniem do siebie jeszcze mocniej, tak jakby pragnął obronić 

ją przed wszelkim złem. Alę w głębi duszy czuł, że najbardziej potrzebna jej jest 
obrona przed nim samym.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Trudno, 

myślał  Pearce.  Nie  wyzna  jej  prawdy  ani  w  Wigilię,  ani  w  Boże 

Narodzenie. 

Będzie musiał poczekać.  

Zrobili zakupy.  Przy pomocy Mollie, 

która  wszystko  dla  niego  wybierała, 

Pearce  kupił  sobie  ciemnozielony  sweter,  białą  koszulę  i  czarne,  sportowe 
spodnie, 

także slipy i białe, bokserskie szorty. Przy tych ostatnich zakupach rola 

doradcy  była  dla  Mollie  zdecydowanie  krępująca.  Potem  wymógł  na  niej 
prawie, 

aby  zechciała  przyjąć  kupioną  dla  niej  w  eleganckim  butiku  bluzkę  i 

komplet bielizny.  

Wracali do hotelu. 

Mollie  spojrzała  na  taksometr  i  suma,  jaką  na  nim 

zobaczyła, przeraziła ją trochę. Pearce zdawał się tym zupełnie nie przejmować.  

– 

Czym  się  znowu  martwisz?  –  powiedział.  –  Mówiłem  ci,  że  rozkręcam 

pewien  duży  interes.  To  moje  ostatnie  szaleństwo.  Dotąd  nie  robiłaś  z  tego 

problemu i teraz też nie psuj zabawy.  

– 

Czuję się nie w porządku – marudziła Mollie.  

– 

Zbyt dużo pieniędzy na mnie wydajesz. Jemy jak para królewska, śpię w 

najlepszym pokoju, a teraz ta taksówka... 

i jeszcze jakieś prezenty...  

Na jego twarzy pojawił się szeroki, leniwy uśmiech.  
– Ej, 

zrzęda się z ciebie robi, Mollie. Przecież to nie w twoim stylu. O co ci 

chodzi? Chcesz mi zepsuć święta? 

– 

Ależ skąd! – zaprotestowała.  

– 

No  to  ciesz  się  –  powiedział  i  spoważniał  nagle  –  po prostu  ciesz  się. 

Przysięgam,  że  tylko  na  tym  mi  zależy.  Przecież  nikt  tu  cię  nie  chce 
kompromitowa

ć.  

Po powrocie do hotelu Mollie poszła do swego pokoju, by się przebrać. Była 

ogromnie wdzięczna Pearce’owi, że wreszcie czuje się czysta i odświeżona w 

nowej  bluzce  i  bieliźnie.  Po  chwili  jednak  pomyślała,  że  był  to  prezent  zbyt 
intymny. 

Nie powinna była go przyjmować, ;a skoro już tak się stało, najlepiej 

będzie  powiedzieć  stanowczo,  że  zwróci  mu  pieniądze.  Naprawdę  nie  może 

pozwolić sobie na to, by występować w roli utrzymanki.  

Miała  wpaść  po  niego,  aby  znów  wyruszyć  wspólnie  do  miasta.  Szła, 

obiecując  sobie,  że  tym  razem  musi  lepiej  panować  nad  sytuacją.  Zaraz po 

wejściu zauważyła, że powtórnie skaleczył się w brodę przy goleniu. Dwa razy 

pod rząd? Wczoraj i dziś? To dziwne, pomyślała.  

– Och, Pearce – 

zawołała z troską w głosie – znowu się skaleczyłeś? Jak tak 

dalej pójdzie, 

nie wrócisz już nigdy do Kalifornii. Umrzesz tutaj z upływu krwi.  

Prawie bezwolnie, 

nie zastanawiając się nad tym, co robi, dotknęła palcami 

jego brody. 

Nowe  skaleczenie  było  płytsze  niż  poprzednie,  a obie blizny 

krzyżowały  się  ze  sobą,  tworząc  przechyloną  literę  „x”  poniżej  jego  pełnej 

background image

dolnej wargi.  

To  nieoczekiwane  dotknięcie  zelektryzowało  go  także.  Chwycił  jej  dłoń  i 

przytulił do gładko wygolonego policzka. Nachylił się nad nią i wyszeptał: 

– Mollie... – 

Jego twarz przybrała wyraz głębokiej powagi. Kilkakrotnie już 

go takim widziała.  

– Co? – 

westchnęła. Zauroczona, wpatrywała się w niego bez ruchu.  

– Mollie... – 

Jego głos był niski i stłumiony. – Mollie...  

Nie powiedział nie więcej. Ujął jej twarz w dłonie, nachylił się i pocałował 

ją.  Pocałunek  był  długi,  zrazu  delikatny,  potem  coraz  bardziej  namiętny. 

Myślała  sennie,  że  mogłoby  to  trwać  bez  końca.  Dotyk  jego  ust  był  czymś 
cudownym. 

To on pierwszy oderwał od niej wargi.  

– Mollie – 

znowu wymówił jej imię, tym razem tak, jakby sprawiało mu to 

ból. 

Przytulił  ją  do  siebie  mocno,  prawie rozpaczliwie.  –  Pragnę,  byś  miała 

szczęśliwe  święta  –  powiedział  z  drżeniem  w  głosie.  –  Naprawdę  tylko  tego 

pragnę. I dlatego wynośmy się stąd, zanim zrobimy coś, czego będziesz potem 

żałować.  

Ni

e będę żałowała niczego, co może mi się przy tobie zdarzyć, pomyślała, 

przywierając  do  niego  jeszcze  mocniej.  Ta  myśl  wstrząsnęła  nią  do  głębi. 

Wiedziała,  że  wreszcie  wyznała”  sobie  oczywistą  prawdę.  Kochała  go,  choć 

mogło wydawać się to szaleństwem. I pragnęła go, mimo wszelkich związanych 

z tym zagrożeń.  

Przeraziła ją jej własna namiętność i gdy odsunął się od niej, zrobiła to samo, 

prawie wstydząc się tego, co działo się z nią przed chwilą. Przeszedł ją dreszcz. 

Wielu rzeczy nie wiedziała o tym człowieku. Zbyt wielu.  

 

Na spóźnione śniadanie udali się do francuskiej piekarni, mieszczącej się w 

pobliżu  Jackson  Square.  Siedzieli  przy  małym  stoliku  o  misternie  wykutych 

żelaznych  nóżkach,  pili  nowoorleańską  kawę  ze  śmietanką  i  jedli  francuskie 
pasztety.  Prze

d wejściem, nie zważając na zimno, samotny muzyk grał kolędy 

na wielkiej, 

mosiężnej  tubie.  Stłumione  „umpapaumpa”  pobrzmiewało  w 

dusznym od aromatycznych zapachów wnętrzu piekarni.  

– 

Nie miałam jeszcze takich dziwnych świąt – powiedziała Mollie. W kącie 

lokalu, 

na  pokrytym  czerwoną  serwetą  stole  stał  wypchany,  ponad metrowej 

długości aligator. Na łbie miał wianek z poinsecji, w rozwartej paszczy gałązki 
ostrokrzewu, 

a ogon owinięty łańcuchem dzwoneczków od sań.  

–  Dziwne  – 

zgodził  się  Pearce,  sącząc  kawę  –  ale  nie  są  chyba  takie  złe, 

prawda? Ciągle jeszcze tęsknisz za swoimi bliskimi? – zapytał.  

Wzruszyła  ramionami,  przyglądając  się  ciepło  opatulonemu  muzykowi 

grającemu za oknem.  

–  Brak mi ich,  to oczywiste  – 

powiedziała – ale nie czuję się samotna. Tu 

je

st  naprawdę  jak  w  jakimś  czarodziejskim  kraju.  Cieszę  się,  że  namówiłeś 

background image

mnie, 

bym tu przyjechała. Chciałam przecież od razu wracać.  

– 

Nie należysz do tych, którzy się cofają w pół drogi. Nie jesteś stworzona 

do tego, 

by przed czymś uciekać, ale aby iść naprzód, poznawać nowe rzeczy, 

ryzykować.  

Uśmiechnęła się, trochę zażenowana.  
– Wiesz, to, co mówisz, 

ucieszyłoby mojego ojca. Być może sam nie zawsze 

się do tego stosował, ale twierdził, że żyje się po to, aby ryzykować.  

– 

Miał rację. – Skinął głową Pearce. Przypomniała sobie Michaela i uśmiech 

zniknął z jej twarzy. Tego ranka pomyślała zresztą o nim zaledwie kilka razy.  

– Niektórzy ludzie – 

zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – inaczej patrzą na 

to, 

że pragnę zostać aktorką. Uważają, że to po prostu... głupie i lekkomyślne. 

Ryzyko  z  tym  związane  wydaje  im  się  zbyt  duże.  A tacy jak ja...  nie  są,  ich 
zdaniem,  rea

listami:  dążą  do  czegoś  niemożliwego.  Spotkać  ich  może  tylko 

rozczarowanie.  

Sięgnął  ręką  nad  stolikiem  i  dotknął  jej  dłoni.  Ten prosty gest sprawił,  że 

poczuła, jak przepełnia ją rozkoszne uczucie ciepła.  

– 

Martwisz się tym, że spędzasz samotnie święta? – zaryzykowała pytanie. – 

Tym, 

że nie masz rodziny? 

– 

Zdążyłem się do tego przyzwyczaić – odrzekł z uśmiechem.  

Rozprostowała ramiona i odrzuciła do tyłu włosy.  
–  A twoja narzeczona?  – 

spytała ostrożnie. – Czy nie byłeś z nią... blisko? 

Przecież byliście zaręczeni.  

Wzruszył ramionami i skrzywił się z niechęcią.  
–  Nie. 

To wszystko było bez sensu. Ani ja nie byłem szczęśliwy, ani ona. 

Jedyna korzyść, jaką wyniosłem z tego okropnego doświadczenia, to chyba to, 

że dowiedziałem się czegoś o sobie. Nie jestem typem mężczyzny, który może 

się... w takie sprawy angażować. Wszystko w moim życiu jest zbyt niepewne, 
ryzykowne. I dobrze mi z tym. 

Chcę, żeby tak było nadal.  

– Uhm – 

przytaknęła Mollie – widzę. To znaczy, rozumiem, o co ci chodzi.  

Pomyślała, że chyba rzeczywiście wie, o co mu chodzi. Czy to właśnie miała 

być ta „rozmowa”, na której mu tak zależało? I czy tego rodzaju mężczyźni nie 

posługują się standardową formułką, która brzmi właśnie tak? 

Jestem typem zbuntowanego samotnika. 

Robię  własne  rzeczy,  jadę  przed 

siebie sam i nie zabieram żadnych pasażerów. Nie obiecuję niczego. Nie należę 

do nikogo i do ciebie też nie będę należał...  

Patrzyła na swój pusty kubek po kawie.  
– 

Moje życie też jest niepewne i ryzykowne – powiedziała. 

– 

I  również  chcę,  aby  takie  było.  Mój...  mój  chłopak  nie  mógł  się  z  tym 

pogodzie, 

twoja narzeczona chyba również.  

– To prawda.  
Zamilkli oboje. 

Za  oknem  uliczny  muzyk  wciąż  wygrywał  swoje 

background image

„umpapaumpa” na tubie.  

– 

Nie  powiedziałeś  mi  dotąd,  co  naprawdę  robisz  –  przerwała  wreszcie 

milczenie. 

Podniosła wzrok i spostrzegła, że przestał się uśmiechać.  

– 

Nie mogę ci powiedzieć, co robię – odparł.  

– 

Musiałbym cię okłamać.  

Wstrz

ymała  oddech  ze  zdumienia.  Zacisnęła  palce  na pustym kubeczku. 

Starała się roześmiać, ale nie bardzo jej się to udało.  

–  Mówisz, 

jakbyś  był  szpiegiem  albo  przestępcą  –  próbowała  zażartować. 

Bynajmniej go to nie rozśmieszyło.  

– Nie, nie jestem ani szpiegiem, 

ani przestępcą – odrzekł. – Po prostu, w tym 

momencie  nie  mogę  ci  powiedzieć  prawdy.  I  w  ogóle  wolałbym  o  tym  nie 

mówić.  

Zdezorientowana milczała, zupełnie nie wiedząc, co o tym myśleć.  
–  Dobrze – 

powiedziała wreszcie. – Wolę nie wiedzieć, niż skłaniać cię do 

kłamstwa.  Gdybyś  mnie  okłamał,  byłoby  to  dla  mnie  czymś  strasznym.  To 
jedyna rzecz, 

której nie mogłabym znieść. Już raz miałam z tym do czynienia.  

Pochylił się ku niej nad stolikiem z, tak rzadkim u niego, wyrazem powagi 

na twarzy.  

– 

Słuchaj  –  odezwał  się  –  cieszmy  się  po  prostu  tymi  świętami,  dobrze? 

Niech to będzie dla nas najważniejsze.  

Odchyliła do tyłu głowę i spytała: 
– 

Jak to oni mówią? Laissez les bons temps router?  

 
Spacerowali, 

przejechali się dorożką, a także sławnym tramwajem zwanym 

Pożądaniem,  choć  obecnie  był  to  naprawdę  autobus.  Mollie  opowiadała 
Pearce’owi, 

jak  bardzo  lubi  sztukę  Tennessee  Williamsa,  w której tytule 

znalazła się nazwa tego tramwaju.  

Pearce zaprowadził ją do znajdującego się na tyłach Dzielnicy Francuskiej 

hotelu La Maison de Ville. 

Przeszli  przez  mały,  lecz elegancki hol na 

przylegające  do  budynku  podwórko.  Na  środku  znajdowała  się  fontanna, 

obecnie zupełnie zamarznięta, a wokół niej krzaki róż osłonięte przed zimnem 

przezroczystą  folią.  Widać  było  ich  liście,  zielone i zdrowe.  Gorzej  było  z 

palmą: jej gałązki były poczerniałe i zwiędłe, a dwie większe w ogóle odpadły.  

Palma, 

fontanna z lodu i żywe róże – jakie to dziwne i jakie piękne, myślała 

Mollie.  

– 

Rozejrzyj się – powiedział Pearce, obejmując ją ramieniem. – Powinny tu 

gdzieś być drzwi z numerem dziewięć. To drzwi do sławnego pokoju.  

Mollie  spojrzała  na  niego  podejrzliwie,  nie  mając  pojęcia,  po  co  ją  tu 

przyprowadził.  Po  chwili  odwróciła  się  i  dostrzegła  podwójne  czarne  drzwi  z 

metalową cyfrą 9. Obok wisiał pęk sosnowych gałęzi przewiązanych czerwoną 

kokardą.  

background image

– 

W tym pokoju mieszkał ten twój ulubiony dramaturg, Tennessee Williams. 

Właśnie  tutaj  pisał  „Tramwaj  zwany  Pożądaniem”.  I  pracując  nad  tą  sztuką, 

dzień po dniu patrzył na to właśnie podwórko.  

Molli

e  zawisła  na  jego  ramieniu,  zbyt  przejęta,  by  cokolwiek  powiedzieć. 

Nie  znała  dokładnie  biografii  Tennessee  Williamsa  i  pamiętała  tylko  tyle,  że 

rzeczywiście  mieszkał  w  Nowym  Orleanie.  Znała  natomiast  wszystkie  jego 

sztuki i wywarły one na niej wielkie wrażenie.  

– 

Myślałem,  że  może  będziesz  chciała  obejrzeć  to  miejsce  –  powiedział 

Pearce.  

–  Och,  Pearce  – 

wyjąkała  wreszcie  –  ale  mi  zrobiłeś  niespodziankę! 

Wiedziałam,  że  Williams  mieszkał  gdzieś  na  terenie  tej  dzielnicy,  ale nie 

miałam  pojęcia,  że  to  miejsce  się  zachowało.  Dla mnie to jak relikwia! Gdy 

pomyślę,  że  on  chodził  po  tych  samych  kamieniach,  patrzył  z  tych  okien  i 

widział tę fontannę, balkony...  

–  No, 

ale  takiej  zimy  to  tutaj  na  pewno  nie  widział  –  wtrącił  Pearce  i 

uśmiechnął się do niej.  

Zachwyc

ona tę niezwykłą niespodzianką, Mollie objęła go i pocałowała w 

policzek.  

– 

Chodź,  napijemy  się  czegoś,  żeby  to  oblać.  –  Jej  radość  wyraźnie  go 

ucieszyła.  –  Na pewno znasz na  pamięć  całe  kilometry  dialogu  z  tej  sztuki. 

Będziesz mogła mi coś wyrecytować? 

– No pewnie, 

że znam – odparła ze śmiechem.  

– 

I uważaj, bo zaraz zacznę...  

–  Zrób to,  Mollie  – 

zachęcał.  Objął  ją  ramionami  i  przyciągnął  bliżej  do 

siebie.  

– Zaraz, 

niech się zastanowię – powiedziała, odchylając głowę do tyłu. Wiatr 

rozwiewał  jej  włosy.  –  Już  wiem.  Jest  takie  dramatyczne  spięcie  pomiędzy 
Blanche a Mitchem, 

który zakochał się w niej, ale ona nie jest taka, jak myślał. 

Bez  przerwy  stwarza  jakieś  iluzje,  musi  to  zresztą  robić,  aby  przetrwać.  I on 
mówi:  „

Okłamałaś mnie, Blanche”. A ona błaga go: „Nie wyrzucaj mi, że cię 

okłamałam”.  I wtedy on: „Kłamstwa,  kłamstwa.  Na ustach i w sercu.  To 

wszystko kłamstwa”. I znowu ona: „Nieprawda. Moje serce nigdy nie kłamało”.  

Pearce przestał się uśmiechać. Poczuła, jak ramiona, którymi ją obejmował, 

usztyw

niły się jakby w napięciu.  

– 

Czy stało się coś złego? – spytała, zdziwiona tą nagłą zmianą, jaka w nim 

zaszła.  

– 

Chodź,  napijmy  się  czegoś,  żeby  się  rozgrzać –  powiedział  tylko i  zdjął 

ręce z jej ramion. Nie wiedziała, czemu przeszedł ją dreszcz.  

 
Po po

łudniu zrobiło się cieplej. Ulice i chodniki znów pełne były artystów i 

muzyków. 

Jakiś zespół ludowy grał i śpiewał na środku Bourbon Street. Bryza 

background image

od  rzeki  była  teraz  cieplejsza,  choć  słabe,  zimowe  słońce  zachodziło  już  i  w 

całej  Dzielnicy  Francuskiej  zapalały  się  tysiące  świateł.  Mollie  zatrzymała  się 

przed wystawą sklepową pełną karnawałowych masek.  

– 

Cóż znowu przykuło twoją uwagę? – spytał Pearce.  

– Niesamowite maski. 

Nigdy takich nie widziałam. – Zamilkła i myślała nad 

czymś przez chwilę.  

–  Wiesz  – 

powiedziała  –  to jest miasto masek,  miasto pozorów.  Czasem 

mam  wrażenie,  jakby  coś  przede  mną  chciało  ukryć,  zataić.  Jest  w  tym  coś 

złowróżbnego...  

– 

Może i tak – odparł z nagłą niechęcią w głosie  – ale chodźmy,  to także 

miasto tysiąca knajp. Znajdźmy jakąś przyzwoitą. Dziś jest Wigilia i chyba coś 

nam się od życia należy.  

– 

Dziwnie się czuję bez Fritza – powiedziała Mollie i wzięła go znowu pod 

ramię. – Brakuje mi go.  

– Uhm – 

mruknął i pogłaskał jej rękawiczkę – mnie też.  

Spojrzała na niego z niepokojem i zapytała: 
– 

Słuchaj, a co będzie, jeśli pies nie wydobrzeje ha tyle, aby można go było 

zabrać z kliniki? Jak dojedziesz do domu? 

– 

Dam sobie radę – odburknął.  

– O której jutro odlatujesz? – 

pytała dalej. – Oboje jutro wracamy, ale gdyby 

było  trzeba...  Przecież  mogę  spróbować  przełożyć  swój  lot.  Najpierw 

upewniłabym  się,  że  już  jesteś  w  samolocie...  Wiesz,  chodzi o to,  żebyś  nie 

musiał korzystać z pomocy obcych.  

– 

Me  przejmuj  się  mną  –  prychnął  gniewnie  –  nie rób zamieszania.  Dam 

sobie radę. Nie jest tak, że nie potrafię sobie sam poradzić.  

–  Przepraszam  – 

powiedziała  strapiona  –  nie  chciałam  być  natrętna,  ale 

wolałabym mieć pewność, że...  

Przerwał  jej,  zatrzymawszy  się  nagle.  Obrócił  się,  nachylił  nad  nią  i  ujął 

dłońmi jej twarz. Ponownie był zdenerwowany.  

–  Wiem,  o co ci chodzi. 

Chcesz  wiedzieć,  czy  ze  mną  będzie wszystko  w 

porządku. Otóż gwarantuję ci: będzie! A teraz chcę, żebyśmy miło spędzili ten 
wieczór. 

Wiele czasu nam nie pozostało, wykorzystajmy go jak najlepiej. Chcę, 

żeby pozostały ci dobre, radosne wspomnienia. I żebyś się nie martwiła, tylko 

śmiała.  

–  Pearce  – 

zdziwiła  się,  nie  rozumiejąc  wyrazu  jego  twarzy.  –  Dlaczego 

jesteś taki poważny? 

– 

Bo zawsze jestem poważny, gdy chodzi o zabawę. Przez całe życie od tego 

nie  odstępuję.  Wybierz więc  przyzwoitą  restaurację,  dobrze?  ,  Skinęła  głową. 

Znaleźli  w  końcu  lokal,  którego  specjalnością  były ostrygi i inne morskie 
przysmaki. 

Nazywał się „Pożądanie”.  

– 

Słuchaj  –  zagadnął  Pearce,  gdy  kończyli  deserowy  pudding  w  lekko 

background image

alkoholizowanym sosie, wiem, 

że serio interesujesz się aktorstwem, uwielbiasz 

Tennessee Williamsa i tak dalej. 

Ale aktorka musi także coś jeść. Mówiłem ci, 

że  mam  znajomości  wśród  ludzi  robiących  filmy  animowane.  Po  świętach 

mógłbym się z nimi skontaktować, jeśli cię to interesuje.  

Mollie  poczuła  nagle  ogromną  radość.  Znaczyłoby  to,  że  być  może 

pozostaną ze sobą w kontakcie. Nie rozstaną się jutro na zawsze.  

– 

Myślę  o  projekcie  pewnego  filmu,  do  którego  potrzebna  będzie 

dziewczyna o głosie takim jak twój – powiedział Pearce. – To taka dziwna rola, 

ale duża, jedna z głównych. Chodzi o głos norki. Chyba że taka rola wydaje ci 

się czymś niestosownym.  

–  Norki?  – 

roześmiała  się  Mollie.  –  Żartujesz  chyba.  Przecież  wiesz,  że 

wracam do Nowego Jorku po to, 

by grać rolę bakterii. W końcu, w porównaniu 

z wirusem norka zajmuje bardziej poczesne miejsce w łańcuchu ewolucyjnym. 

Bardzo chciałabym grać norkę.  

–  No to zostaw mi adres i numer telefonu, 

swój własny i twojej agencji – 

rzekł z uśmiechem.  

Wyjęła  z  torebki  długopis  i  zapisała  wszystko  na  odwrocie  leżącego  na 

kryształowej  popielniczce  pudełka  z  zapałkami.  Gdy  skończyła,  wziął  od  niej 

pudełko  i  schował  do  wewnętrznej  kieszeni.  Mollie ze zdenerwowania 

przełknęła  ślinę.  A  co  będzie,  jeśli  gdzieś  mu  się  ono  zawieruszy?  Przecież 
wtedy nigdy jej nie odnajdzie. 

Nowy Jork to ogromne miasto i żyją w nim setki 

kobiet o nazwisku Randall.  

–  Gzy to znaczy, 

że  moglibyśmy...  pracować  kiedyś  razem?  Ty  i  ja?  – 

spytała starając się, aby jej głos zabrzmiał normalnie.  

–  Czemu nie?  – 

odpowiedział.  –  Gdybyś  tylko  zechciała...  Ale o tym 

będziemy musieli porozmawiać przy innej okazji, nie w czasie świąt.  

– 

Już wiem! Piszesz scenariusze! – Mollie wydawało się, że doznała nagłego 

olśnienia. – I właśnie nad tym pracujesz. Dlatego wiesz tyle na temat Tennessee 
Wi

lliamsa i masz ten rodzaj wyobraźni. Jesteś pisarzem! 

– 

Kimś  w  tym  rodzaju  –  odpowiedział  niejasno.  Z  oporem  zamknął 

ponownie oczy. 

Westchnął, rzucił swoją serwetkę na stół i powiedział: 

– 

Chodź, idziemy stąd.  

Szukał  po  omacku  guzików,  aby  zapiąć  kurtkę.  Pomagała  mu  w  tym, 

metodycznie i niespiesznie.  O rany boskie, 

pomyślał.  Nie  marzył  o  niczym 

innym, jak tylko o tym, 

aby zabrać ją z powrotem do hotelu i kochać się z nią 

przez całą noc.  

Na  ulicy  wzięła  go  za  rękę  i  patrzyła  na  gwiazdkowe  iluminacje  nad  ich 

głowami. Milczała, dlatego że on milczał. Wyglądało na to, że coś go trapi. Co 

by to mogło być? Nie miała pojęcia.  

Zastanawiała  się,  czy  będzie  chciał  się  z  nią  kochać  tej  nocy.  Jeśli  tak,  to 

wiedziała, że tym razem mu nie odmówi. Może to głupie i niebezpieczne – była 

background image

tego świadoma – ale nie miała juz wątpliwości: po prostu się w nim zakochała. I 

było to uczucie, którego nigdy przedtem nie doświadczyła. Nieporównywalne z 
tym, 

co odczuwała w swym związku z Michaelem, nieporównywalne z niczym.  

Zatrzymała się znowu przed tą samą wystawą sklepową.  
– 

Co oglądasz? – spytał Pearce.  

–  Znowu te maski  – 

odpowiedziała,  przyglądając  się  jednej  z  nich.  Była 

połyskliwie  czerwona,  zdobiły  ją  cekiny  i  czarne  pióra,  które  wyglądały  jak 

długie, zakrzywione rogi.  

– Co c

ię tak w nich fascynuje? – Uścisnął lekko jej rękę i nawet ta przelotna 

pieszczota wywołała w niej drżenie.  

– Nie wiem – 

odparła zamyślona.  

– 

A może kupić ci taką maskę? – spytał. – Byłby to prezent gwiazdkowy.  

Patrzyła,  jak  ich  sylwetki  odbijają  się  w  szybie wystawy.  Niewyraźne  i 

zniekształcone, zdawały się unosić nad maskami jak duchy.  

– Och, nie – 

zaprotestowała – zbyt dużo już... Przerwał jej krzyk.  

– 

Złodziej! Łapcie złodzieja! 

Usłyszała tupot nóg, odwróciła się gwałtownie i zobaczyła, jak roztrącając 

przechodniów, 

nadbiega  chodnikiem  jakiś  człowiek.  Ubranie  miał  obdarte  i 

przyciskał do boku damską torebkę. W pewnej odległości za nim biegł potężny 

mężczyzna w średnim wieku, który nie przestawał krzyczeć: 

– 

Zatrzymajcie  go!  Wyrwał  mojej  żonie  torebkę!  Uciekający  złodziej 

potrącił  jakąś  kobietę,  tak  że  upadła  na  chodnik,  a sam,  tracąc  równowagę, 

zatoczył  się  i  zderzył  z  Mollie.  Pearce  błyskawicznie  chwycił  ją  za  ramiona  i 

podtrzymał,  po  czym  widząc,  że  nic  jej  już  nie  grozi,  runął  na  złodzieja  i 
podci

ąwszy mu nogi, przewrócił go na chodnik.  

Mężczyzna  próbował  zerwać  się  z  ziemi,  uderzył  nachylonego  nad  nim 

Pearce’

a  w  twarz  i  zbił  mu  okulary.  Wtedy  Pearce  trzasnął  go  pięścią  w 

podbródek i złodziej osunął się ogłuszony na chodnik.  

Biegnący  za  nim  mężczyzna  zatrzymał  się  przy  nich.  Ciężko  dyszał, 

siwiejące  włosy  miał  w  nieładzie.  Schylił  się,  wyrwał  złodziejowi  torebkę  i 

podniósł  go  z  ziemi.  Stojąc  za  nim,  przyciskał  go  do  siebie,  nie  pozwalając 
uciec.  

–  Policja.  Gdzie tu jest policja?  – 

wysapał.  Pearce  zobaczył,  że  w  tym 

momencie wychodzi zza  rogu barczysty,  czarnoskóry policjant w granatowym 
mundurze. 

Dostrzegł  także,  że  złodziej  doszedł  już  do  siebie  po  uderzeniu  i 

zapewne jeszcze całkowicie nie skapitulował.  

– 

Niech pan tu ściągnie tego policjanta, a ja tymczasem zaopiekuję się nim – 

zwrócił się do siwowłosego mężczyzny.  

Założył rabusiowi chwyt na przedramię i ostrzegł go: 
– 

Nie próbuj uciekać, bo złamię ci rękę. Odwrócił głowę w kierunku Mollie i 

spytał: 

background image

– 

Nic ci się nie stało? 

Wpatrywała  się  w  niego  z  pobladłą,  kredowo  białą  twarzą.  Oddech  miała 

płytki  i  przyspieszony.  W  jej  szeroko  rozwartych  oczach  malowało  się 

przerażenie.  

Zrozumiał nagle. Stało się najgorsze... Ciemne okulary leżały w rynsztoku, 

jedno ze szkieł było rozbite. Teraz Mollie wiedziała już wszystko.  

Nie próbowała nawet opanować drżenia. Drgały jej pełne wargi, podbródek, 

cała  dolna  połowa  twarzy.  Wpatrywała  się  w  jego  oczy:  jasne,  w odcieniu 
intensywnej zieleni, 

głęboko  osadzone.  W wykrój powiek,  w  długie  ciemne 

rzęsy... 

– Nie jest

eś niewidomy – powiedziała głosem bez wyrazu. – Cały czas mnie 

okłamywałeś.  

Przełknął  ślinę  i  patrząc  ponad  ramieniem  trzymanego  przez  siebie 

mężczyzny, powtórnie odnalazł jej wzrok. Nigdy w życiu nie widział, aby twarz 

kobiety mogła wyrażać tak wiele. Wyczytać można z niej było tysiące rzeczy. 

Teraz  widział  w  niej  żal,  gorycz  i  poczucie  zdrady  tak  głębokie,  że  poczuł 

fizyczny ból jak po ciosie w żołądek. Skinął głową.  

–  Nie,  nie jestem.  – 

Tylko  tyle  zdołał  powiedzieć.  Powtórnie  przełknął  z 

trudem  ślinę,  przerażony  tym,  co  malowało  się  na  jej  twarzy,  i  wściekły  na 
siebie, 

że ją do tego doprowadził. Choć zawsze tak sprawnie operował słowami, 

teraz wyjąkał jedynie coś najbardziej banalnego: 

– 

Pozwól mi wszystko wytłumaczyć.  

Nie pozwoliła mu jednak. Odwróciła się nagle i zaczęła uciekać ulicą. Biegła 

najszybciej jak mogła, z rozwianymi włosami, w których odbijały się iskierkami 

refleksy świątecznych świateł.  

Nie  mógł  pobiec  za  nią,  gdyż  ciągle  trzymał  złodzieja,  który znowu 

próbował się wyrwać. Nadszedł policjant i zaczął zadawać mu jakieś pytania.  

Pearce nie odpowiadał. Stał zapatrzony w stronę, w którą oddaliła się Mollie. 

Wreszcie, 

po  długiej  chwili,  odwrócił  się,  włożył  ręce  w  kieszenie  płaszcza  i 

odszedł.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Nie widząc, co się wokół niej dzieje, półprzytomna Mollie dotarła jakoś do 

hotelu. 

Zwinęła  swoje  rzeczy  w  niewielki  tobołek,  schwyciła  go  pod  pachę  i 

zatrzasnęła za sobą drzwi.  

Zatrzymała  się  na  chwilę,  aby  przeliczyć  pieniądze.  Miała  nadal, 

wymienione w Dallas, 

pięćdziesiąt dolarów. Pomyślała, że musi to jej starczyć 

na  przeżycie  nocy  i  połowy  jutrzejszego  dnia.  Wynajmie  najtańszy  hotel,  na 

lotnisko pojedzie autobusem a nie taksówką, jeśli trzeba, będzie nawet głodna.  

Biegła  w  dół  po  schodach,  pragnąc  jak  najprędzej  pozostawić  za  sobą 

miejsce, 

w którym zdarzyło jej się to szaleństwo.  

Tam właśnie spotkała Pearce’a. Oddychał ciężko, jak po biegu. Schwycił ją 

za rękę. Próbowała w ogóle na niego nie patrzeć, lecz uderzyło ją, jak bardzo 

intensywna jest zieleń jego oczu. Pasują wspaniale do jego twarzy,  pomyślała 
bez sensu. 

Płonęły  w  tej  chwili,  wyrażając  intensywność uczucia,  w które nie 

chciała jednak wierzyć. Nie wierzyła już bowiem niczemu, co z nim się wiązało.  

– 

Wszystko ci wytłumaczę – mówił pospiesznie. Trzymał ją za nadgarstki i 

n

ie pozwalał uciec. – To był eksperyment, może trochę żart. Potem wymknęło 

mi się to spod kontroli.  

– 

Wspaniały  eksperyment!  Wspaniały  żart!  –  krzyczała,  próbując  mu  się 

wyrwać. – Kłamałeś. Kłamałeś bez przerwy. Jedno wielkie, okropne kłamstwo! 

– 

Przestań – syknął, ściskając jej ręce jeszcze mocniej i przyciągając ją ku 

sobie.  – 

Próbowałem  ci  wszystko  wytłumaczyć,  ale  ciągle  coś  się  zdarzało. 

Zeszłej nocy Irina, dziś rano pies. Mówiłaś, że chcesz, by nic złego nie stało się 

w święta, postanowiłem więc czekać, żeby potem ci...  

–  Irina!  – 

przerwała  mu.  Włosy  opadły  jej  na  twarz,  próbowała 

bezskutecznie odrzucić je, wstrząsając głową. – Irina mą szczęście, że się ciebie 

pozbyła.  

Łzy napłynęły jej do oczu. Bała się, że rozpłacze się nie ze smutku, lecz ze 

złości.  

–  A Fritz?  – 

wycedziła przez zęby. – Prawie płakałam nad tobą z powodu 

biednego Fritza. 

Skąd  go  wziąłeś?  Ukradłeś  go  jakiemuś  prawdziwemu 

niewidomemu? To do ciebie podobne. 

Nienawidzę  cię!  Boże,  jak  ja  cię 

nienawidzę! 

–  Mollie.  – 

Głos  Pearce’a  był  stłumiony  i  schrypnięty.  W jego oczach 

zapaliły  się  zielone  ogniki.  –  Pies jest mój.  Przedtem,  przez  całe  lata  był 
przewodnikiem wuja, 

który był niewidomy. Wuj umarł i musiałem zabrać psa. 

Jestem animatorem.  C

hciałem  sprawdzić, jak to jest, kiedy  ktoś  jest ślepy,  bo 

chcę  zrobić  film  o  krecie. O  ślepym  krecie, który jest detektywem w Nowym 
Orleanie. To... jeden powód. 

Chodziło też o twój głos, dlatego chciałem cię mięć 

background image

przy sobie. 

Udawałem,  żeby  wczuć  się  w  postać  kreta.  A  dzięki  tobie 

dopracowałem też postać norki.  

Spojrzała na niego z nieukrywaną odrazą. Wydęła pogardliwie wargi.  
– 

Kret? Jakaś norka? – spytała drwiąco. – Postacie z kreskówki? I wszystko 

to dla ciebie było tym właśnie! Zabawą w postacie z kreskówki! 

–  Nie!  – 

krzyknął  prawie.  Wyglądał  tak,  jakby  ostatnim  wysiłkiem  woli 

powstrzymywał  się,  aby  nią  nie  potrząsnąć.  –  Może  na  początku  tak  było. 
Potem... 

nie chciałem zrobić ci przykrości. Próbowałem znaleźć sposób, żeby ci 

w końcu powiedzieć...  

– 

Nigdy mi niczego nie powiedziałeś – wybuchła Mollie. – Zbyt dobrze się 

tym  bawiłeś.  Kłamałeś  bez  końca!  –  Jej  usta  wykrzywiły  się,  jakby  miała  za 

chwilę  się  rozpłakać.  –  Pomagałam  ci  pić  kawkę.  Kroiłam  jedzenie  w 
restauracjach. 

Prowadziłam  cię  wszędzie,  jakbym  była  twoim  psem. 

Wybierałam  dla  ciebie  ubrania,  nawet  bieliznę.  Ależ  musiałeś  mieć  ze  mnie 
ubaw.  Biedna, 

głupia  Mollie.  A  w  wolnych  chwilach  próbowałeś  mnie 

naciągnąć na łóżko. Z nudów, jak przypuszczam, bo nie było innej kobiety pod 

ręką.  

Tym razem rzeczywiście nią potrząsnął.  
– 

Uspokój się! – Usta wykrzywione miał złością.  

– 

Nie  bawiłem  się  tobą.  Owszem,  chciałem  pójść  z  tobą  do  łóżka.  Jakiż 

normalny mężczyzna by nie chciał? Ale tylko raz i potem już nie próbowałem. 

Nie  próbowałem  żadnych  takich  sztuczek.  Zanadto  cię  szanuję.  Wysłuchaj 

mnie! Wysłuchaj mnie, do cholery! 

W jego głosie, twarzy, w zaciśniętych na. jej rękach dłoniach tyle było pasji i 

namiętności, że Mollie nie mogła już tego dłużej znieść.  

–  Niczego nie szanujesz!  – 

krzyknęła. Zaczęła się szarpać, próbując się od 

niego  uwolnić.  –  I powodem tego wszystkiego,  co  robiłeś,  był  jakiś  wstrętny, 
parszywy kret! Paskudztwo, 

które mieszka pod ziemią! 

Szamotała się z nim coraz gwałtowniej, aż w końcu zwolnił chwyt, nie chcąc 

sprawiać jej bólu.  

– 

To nie będzie żaden wstrętny, parszywy kret – bronił się rozpaczliwie – 

tylko  najsłynniejszy  kret  pod  słońcem.  Pokażą  go  telewizje  całego  świata.  I 

tylko ja mogę go ożywić. A czy ty nie wiesz, co to jest studium roli? 

–  Ciekawe jakiej roli?  – 

Mollie  zaśmiała  się  histerycznie.  –  Skąd  mam 

wiedzieć, czy dalej nie kłamiesz? Może wcale nie jesteś animatorem? Możesz 

być...  

wszystkim...  nawet Marsjaninem.  Nie wiem i nie interesuje mnie to.  Jedno 

tylko wiem na pewno: to, 

że  jesteś  kłamcą!  Ominęła  go  i  zaczęła  zbiegać  po 

schodach.  

– Jestem animatorem! – 

krzyczał za nią. – Pracowałem przez dziesięć lat w 

wytwórni Disneya i cztery lata w TAŚM teraz wreszcie mogę robić na własny 

background image

rachunek film, 

o którym zawsze marzyłem! 

– Nic mnie nie obchodzi, 

gdzie pracowałeś! – odkrzyknęła, zatrzymując się 

na dolnym podeście schodów. Zdjęła z palca pierścionek z granatem. – Weź to. 

Dostałam  go  od  matki,  ale  wolę  się  z  nim  rozstać,  niż  być  ci  winna  choćby 
grosz. Sprzedaj go sobie. Wystarczy na to, 

co na mnie wydałeś.  

Widząc, że nadal stoi nieruchomo, cisnęła z całej siły pierścionkiem w jego 

kierunku. 

Odbił  się  od  pokrytej  jedwabną  tapetą  ściany  i  upadł  na  dywan  tuż 

obok jego stóp.  

Zaczęła  biec  przez  hol  i  usłyszała,  jak  woła  za  nią  zmienionym  z  gniewu 

głosem: 

– 

Mollie! Posłuchaj, Mollie! 

– Gad! – 

wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Kłamliwy, dwulicowy gad! 

Wypadła na ulicę i zatrzymała przejeżdżającą właśnie taksówkę. Wślizgnęła 

się  do  niej,  nie  czekając,  aż  kierowca  wyjdzie  i  otworzy  jej  drzwi,  a potem 

zatrzasnęła je tak mocno, jakby chciała zostawić za nimi wszelkie wspomnienia 
o ty

m człowieku.  

– 

Dokąd? – spytał taksówkarz.  

– 

Do najtańszego hotelu gdzieś tu w okolicy – zadysponowała.  

Taksówkarz pokręcił głową, wahał się przez chwilę.  
– 

Proszę pani, nie jestem pewien, czy będzie pani chciała zatrzymać się w 

najtańszym  hotelu,  jaki  znam.  Są  tu  takie  miejsca,  których  można  się 

przestraszyć.  

– 

Ja się nie przestraszę – ucięła ostro. I rzeczywiście, czego miałaby się bać? 

Najgorsze już ją spotkało.  

Hotel chyba w ogóle nie miał nazwy. Nad obskurnym wejściem rachityczny 

neon wyświetlał swoje  „OTEL”. Litera „H” była czarna i martwa, gasnące co 
chwila „O” 

też dożywało swych dni.  

Pokój był niewiarygodnie tani, lecz także mały, zimny, brudny i pozbawiony 

ciepłej wody. Za ścianą przez całą noc kasłał jakiś mężczyzna.  

Myślała,  że  takie  hotele  istnieją  tylko  w  ponurych  filmach.  Udręczony 

życiem bohater spędza ostatnią noc w takim właśnie pokoju, rozmyślając o tym, 

że  niżej nie  mógł  już  upaść.  Następny  jego krok  może  już  być  tylko  krokiem 
rozpaczy.  

Leżała na wąskim łóżku, bezskutecznie próbując się rozgrzać. Jej następny 

krok, 

myślała, to powrót do Nowego Jorku. Będzie bakterią, będzie usługiwać w 

kawiarni, 

będzie  robić  wszystko,  aby  przeżyć.  Ale zadzwoni natychmiast do 

agencji i poprosi, aby nigdy, 

bez względu na okoliczności, nie przyjmowali dla 

niej oferty pracy od człowieka przedstawiającego się jako Pearce Goddard. Jeśli 

w ogóle ta cała historia z filmem animowanym jest prawdą. Mógł równie dobrze 

i  to  sobie  wymyślić,  licząc,  że  łatwiej  przyjdzie  namówić  ją,  aby  się  z  nim 

przespała.  

background image

Mężczyzna za ścianą zaniósł się ochrypłym kaszlem. Mollie ukryła twarz w 

twardą, pozbijaną poduszkę. Jakże była głupia! Tak niedawno jeszcze poszłaby 

z nim przecież do łóżka, gdyby tylko poprosił ją o to. I zrobiłaby to chętnie i 

radośnie, w przypływie uniesienia, którego żałowałaby potem do końca życia.  

Gorące łzy płynęły spod jej mocno zaciśniętych powiek. Wyrzucała sobie, że 

jest  idiotką.  Najgorszego  gatunku  idiotką  –  taką,  która  potrafi  zrobić  to  samo 

głupstwo  dwa  razy  pod  rząd,  Jak  można  notorycznie  zakochiwać  się  w 

mężczyznach, którzy w rzeczywistości nie istnieją, lecz są jedynie tworem  jej 

wyobraźni! 

Z  wściekłością  uderzyła  pięścią  w  poduszkę.  Może  coś  złego  tkwi  w  niej 

samej?  Jakaś  perwersyjna  potrzeba,  nieomylny instynkt,  który sprawia,  że 

pociągają ją mężczyźni niezdolni do mówienia prawdy? 

Przycisnęła pięść do gorącego policzka, a potem ugryzła się w wierzch dłoni 

aż do bólu, tak jakby mogło to złagodzić jej wewnętrzne cierpienie. Spędziła z 
Pearce’

em  niespełna  trzy  dni.  Były  niespokojne,  pełne  wrażeń,  jednak  były 

także  najszczęśliwszymi  dniami  w  jej  życiu.  Cóż,  kiedy  całe  to  szczęście 

budowane było na fałszu.  

Najbardziej absurdalne w tej całej historii, wręcz okropne, wydawało jej się 

to, 

że  Pearce  zrobił  to  wszystko  z  powodu  kreta.  Jakiegoś  głupiego  kreta z 

nieistniejącej kreskówki! 

Opuściła hotel zaraz po świcie, najwcześniej, jak się dało. Spędziła w nim 

najgorszą noc wigilijną w swoim życiu. Jej samolot odlatywał dopiero o drugiej 

i mając wiele czasu, wędrowała bez celu wzdłuż Bourbon Street. Zatrzymała się 
znowu przy tym samym sklepie z maskami. 

Oglądała je jeszcze raz, dziwiąc się, 

że  tak  dobrzeje  zapamiętała.  W  głębi  nad  nimi,  w  odbiciu  na  szybie  widziała 

swoją – tym razem samotną sylwetkę.  

Pokiwała głową. Maski... Pozory... Ułuda... Kłamstwa...  

Usłyszała tuż za sobą męski głos, niski i burkliwy.  
– 

Zgubiłaś czapkę. Nie jest ci zimno? 

Zastygła w bezruchu. Patrzyła dalej w okno wystawy. W szybie zamajaczyła 

sylwetka  stojącego za  nią  mężczyzny.  Pearce!  Czuła,  jak  coś w  niej  zastyga i 
stopniowo cora

z  większym  ciężarem  przygniata  jej  piersi.  Wyprostowała  się  i 

próbując przybrać obojętny wyraz twarzy, odwróciła lekko głowę.  

– 

Odejdź stąd. Daj mi spokój – powiedziała stłumionym głosem.  

– 

Nie odejdę i nie zostawię cię w spokoju – odpowiedział z nieoczekiwaną 

gwałtownością. – Szukałem cię przez całą noc. Gdzie, do cholery, byłaś? 

–  Nie twój interes.  – 

Potrząsnęła  gwałtownie  głową.  Lodowaty wiatr 

rozwiewał jej włosy.  

Wziął ją za ramiona i odwrócił ku sobie. Gwałtownym ruchem uwolniła się 

od niego.  

– Nie dotykaj mnie! – 

krzyknęła.  

background image

– 

Nie chodź z gołą głową, włóż to. – Wyjął z kieszeni czapkę zgubioną przez 

nią na schodach.  

Wzięła  ją  od  niego  i  założyła.  Przyglądała  mu  się  przez  chwilę.  Był  nie 

ogolony, 

wiatr  potargał  mu  starannie  zazwyczaj  uczesane  włosy.  Znowu 

zaskoczył  ją  widok  jego  oczu,  ich  prawie  mistyczna  zieleń,  wyrazistość 
spojrzenia. 

Odwróciła  wzrok.  Trwało  to  tylko  chwilę,  ale  wiedziała,  że  oczu 

tych nie zapomni nigdy, 

że ich wspomnienie będzie prześladować ją do końca 

życia. Schyliła głowę i pozwoliła, by włosy zasłoniły jej twarz. Zdecydowanym 

krokiem zaczęła się oddalać.  

– 

Chcę ci oddać także pierścionek twojej matki. – Słyszała, że idzie za nią 

chodnikiem. – 

Proszę cię, weź go z powrotem.  

–  Nie  – 

odpowiedziała,  nie  zatrzymując  się  i  nie  odwracając  głowy.  – 

Mówiłam, że nie chcę być ci cokolwiek winna.  

– Mollie! – 

zawołał za nią – nie bądź taka cholernie uparta. To pierścionek 

twojej matki, 

nie mogę go wziąć.  

Nie  odpowiedziała  mu.  Na  rogu  otwarta  była  jakaś  mała  restauracja. 

Wślizgnęła się do środka, ale Pearce nie dał za wygraną i wszedł za nią.  

W  środku  panował  półmrok.  Mollie,  nie  bardzo  wiedząc,  po co to robi, 

przeszła przez całą salę i znalazła najbardziej mroczne miejsce w głębi lokalu.  

Pearce dołączył do niej. Poczuła jego rękę na swoim łokciu. Odwrócił ją ku 

sobie i schylił się tak, że ich oczy musiały znowu się spotkać. Jak przez mgłę 

zauważyła,  że  skaleczenia  na  jego  brodzie  częściowo  już  się  zagoiły. 

Przypomniała sobie, jak jeszcze niedawno współczuła mu z ich powodu.  

–  Czemu mi 

się przyglądasz? – spytał. – Dlaczego patrzysz na mnie takim 

wzrokiem? 

– 

Myślę,  że  trzeba  być  wyjątkowym  idiotą,  aby  golić  się  z  zamkniętymi 

oczami  – 

powiedziała  ze  złością.  –  Właśnie  dlatego  skaleczyłeś  się,  prawda? 

Udając kreta.  

– 

Słuchaj, Mollie. Nie ma takiego prawa, które zabraniałoby komuś udawać 

kreta – 

odpowiedział.  

– 

Nie bawi mnie już twoja elokwencja. Jeszcze raz cię proszę, zostaw mnie 

w spokoju.  

– 

A  ja  proszę,  żebyś  mnie  zrozumiała.  Byłaś  w  trudnej  sytuacji, 

potrzebowałaś  pomocy.  Nie  przyjęłabyś  jej  ode  mnie,  gdybyś  wiedziała,  że 

widzę. Nie chciałem zrobić nic złego.  

– 

Zawsze tak mówią ci, którzy kogoś skrzywdzili – zaprzeczyła, z uporem 

kręcąc głową. – Opowiadają, że nie chcieli zrobić nic złego.  

– 

Próbowałem ci wszystko wyjaśnić. Dwa razy już prawie to zrobiłem. Ale 

potem... 

sama przecież nie chciałaś... i zdecydowałem się poczekać, aż skończą 

się święta.  

– 

Nie  oczekuję  od  ciebie  żadnych  wyjaśnień.  –  Nie  próbowała  opanować 

background image

drżenia  głosu,  chcąc  pokazać  mu,  jak  bardzo  jest  wściekła.  –  Ani  żadnych 

usprawiedliwień.  Nie  chcę  mieć  z  tobą  nic  wspólnego.  Masz  kobietę,  która 
czeka na ciebie w Kalifornii, 

i drugą w Tampa. Nie rozumiem, czego ode mnie 

chcesz. 

Zabawa się skończyła. Zostaw mnie w spokoju.  

Gwałtownie uwolniła rękę z jego uścisku.  
–  Zostaw mnie  – 

krzyknęła prawie – bo zawołam ludzi na pomoc. Wezwę 

policję i wyrzucą cię stąd.  

– 

Masz rację – powiedział z ostrym błyskiem w oczach. – Sam nie wiem, 

czego od ciebie chcę. Nie mam czasu na takie sprawy. Mam konkretną rzecz do 
zrobienia i trzy n

ajbliższe  lata  na  to  zarezerwowane.  Tracę  czas,  próbując 

wyjaśnić coś kobiecie, dla której nic nie znaczą logiczne argumenty. Nie wiem, 
czy masz klapki na oczach, czy klapki w mózgu, ale pewne rzeczy do ciebie nie 

docierają. Mógłbym równie dobrze mówić do ściany.  

– Wspaniale! – 

żachnęła się Mollie. – Najpierw kłamiesz bez zmrużenia oka, 

a potem okazuje się, że to ja mam klapki w mózgu.  

– 

Słuchaj – ciągnął dalej, tym razem już spokojnie – chciałem zachować się 

przyzwoicie: wytłumaczyć się, przeprosić. Wróćmy jednak do tego, o czym już 

wspominałem. Chodzi o twój głos. Zastanów się nad tym, niekoniecznie w tej 
chwili, tak... na spokojnie. 

Będę w kontakcie z twoją agencją. Może okaże się, 

że  ten  czas  nie  był  dla  nas  ostatecznie  stracony.  Ja  będę  miał  twój  głos,  a ty 

pracę; Nikt nie straci, oboje skorzystamy.  

Tego już było za wiele. Mollie zerwała się z miejsca i obciągnęła na sobie 

płaszcz.  Jego  ostatnie  słowa  rozwścieczyły  ją  bardziej  niż  wszystko,  co 

powiedział przedtem. Brzmiało to tak, jakby zależało mu jedynie na jej głosie, 
jakby to, 

co  wydarzyło  się  między  nimi,  w ogóle nie dotyczyło  sfery 

emocjonalnej.  

– 

Wolę umrzeć z głodu, niż z tobą pracować – wyrzuciła z siebie. – Wolę 

wrócić do Minnesoty i zmywać talerze do końca życia, na zawsze zrezygnować 
z aktorstwa.  

Odwróciła się i zaczęła iść w kierunku wyjścia. 
–  Na pewno nie!  – 

zawołał za nią drwiąco. – Teraz ty kłamiesz. Tak samo 

nie potrafisz zrezygnować z tego, co robisz, jak ja! 

Nie obejrzała się nawet, pchnęła drzwi i wyszła na ulicę.  
Tym razem Pearc

e  nie  poszedł  za  nią.  Zatrzymał  się  przy  małym, 

mahoniowym barze. 

Spojrzał na wiszący nad nim antyczny zegar. Dochodziła 

dziewiąta. Było mu wszystko jedno.  

– Whisky, 

proszę – zwrócił się do barmana. – Obojętne jaką, byle czystą.  

– 

Kłopoty  z  kobietą?  –  spytał  przyjaźnie  barman.  Był  to  przystojny, 

czarnoskóry mężczyzna, który uprzednio przyglądał się ich kłótni z zawodowo 

obojętnym wyrazem twarzy.  

– 

No właśnie – przytaknął ponuro Pearce, patrząc w kierunku drzwi.  

background image

– Niedobrze tak... 

w święta – powiedział barman i uzupełnił to filozoficznym 

komentarzem. – 

Niech pan posłucha mojej rady. Nie warto się martwić, kobiety 

są bardzo do siebie podobne. Straci się jedną, znajdzie się drugą. Tak bardzo się 

znowu od siebie nie różnią.  

– 

Też prawda – zgodził się Pearce, nie przestając patrzeć w kierunku drzwi. 

Dwoma łykami opróżnił szklankę do dna.  

 

Mollie siedziała już przez dłuższy czas przed Cafe du Monde. Obejmowała 

dłońmi  kubek  kawy  i  przyglądała  się  żonglerom. , Tym  razem  uliczni  artyści 

występujący na zimnie przed tak nieliczną publicznością nie budzili jej sympatii. 

W  ich  próbach  zdobycia  poklasku  widziała  coś  fałszywie  patetycznego, 
absurdalnego niemal.  

A czy jej własne życie nie jest w końcu tak samo absurdalne? – zastanawiała 

się.  Spędza  teraz  samotne  święta  w Nowym Orleanie.  Jest bez grosza przy 
duszy. Wszystko, 

czego się dotknie, nie udaje się jej. Całe jej życie jest jednym 

wielkim nieporozumieniem.  

Wróci do Nowego Jorku i co dalej? Jedyna rzecz, 

na którą może liczyć, to 

rola bakterii. 

Może Michael nie był wcale takim tchórzem, jak myślała. Może 

był  po  prostu  realistą?  Powinna  porzucić  swoje  głupie  marzenia,  wrócić  do 

Minnesoty  i  zająć  się  czymś  sensownym.  Próbowała  sięgać  zbyt  wysoko. 

Upadła i potłukła się boleśnie. Czas się z tego wycofać.  

Westchnęła  i  skuliła  się,  drżąc  z  zimna.  Nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  tak 

przygnębiona  i  niepewna.  Zdradził  ją  Michael,  zawiódł  Pearce...  Zdarzenia te 

nastąpiły  jedno  po  drugim,  niszcząc  kompletnie  jej  wiarę  w  ludzi  i  poczucie 

pewności siebie.  

Słońce  wyszło  zza  chmur  i  złote  światło  wypełniło  ulice.  Mroczne cienie 

poranka  rozpełzły  się  gdzieś  i  zniknęły.  Dzielnica Francuska nagle znowu 

odzyskała swój czarodziejski urok, stała się miejscem, gdzie wszystko może się 

zdarzyć.  

I  równie  nagle  Mollie  poczuła,  jak  opuszczają  ów mroczny nastrój. 

Zrozumiała, że choć może się to innym wydać czymś głupim i bez sensu, , musi 

wrócić do Nowego Jorku i pozostać tam, wbrew temu, że to miasto miało jej w 

tej chwili tak mało do zaoferowania.  

Zapragnęła nagle znowu zobaczyć Pearce’a, zajrzeć mu w oczy, sprawdzić, 

co się naprawdę w nich kryje. Nie chciała wierzyć, że zależało mu jedynie na jej 

głosie. Gdyby tak było, nie szukałby jej przecież przez całą noc na ulicach. Czy 

w  miarę  upływu  czasu  również  i  do  niego  z  coraz  większą  oczywistością  nie 

docierała prawda o tym, że zdarzyło się między nimi coś ważnego? I to właśnie 

jej złość i upór sprawiły, że rozstali się ze sobą w tak idiotyczny sposób.  

Odstawiła kubek i zerwała się z miejsca. Zaczęła iść w stronę hotelu licząc, 

że spotka go może po drodze. W restauracji, w której się rozstali, nie było go 

background image

już.  

Wysoki barman wzruszył ramionami, gdy spytała, gdzie poszedł mężczyzna 

o zielonych oczach.  

Dotarła bez tchu do hotelu i w recepcji dowiedziała się, że Pearce zwolnił 

pokój przed godziną. Wziął taksówkę i odjechał.  

Spojrzała na zegarek. Dawno minęła już dziesiąta. Zadzwoniła do kliniki 

weterynaryjnej, 

ale  odpowiedziała  jej  automatyczna  sekretarka.  Wyszukała  w 

książce  telefonicznej  domowy  numer  doktora  Broussarda.  Dowiedziała  się  od 
niego, 

że  Pearce  zabrał  psa  i  pojechał  na  lotnisko.  Odwiesiła  słuchawkę 

zadowolona z tego, 

że, wedle zapewnień weterynarza, Fritz pożyje jeszcze parę 

lat, 

jeśli  będzie  dostawał  odpowiednie  lekarstwa.  Ale  jak  znaleźć  Pearce’a?  – 

myślała  rozpaczliwie.  Może  jest  już  w  samolocie?  Zadzwoniła  po  taksówkę. 

Wydawało jej się, że czeka na nią nieskończenie długo.  

Na lotnisku sprawdziła wszystkie stanowiska odlotów do Los Angeles. Nie 

było go nigdzie. Pytała ludzi, ale nikt nie widział wysokiego mężczyzny z psem.  

Przygnębiona  poszła  na  miejsce  odprawy  dla  pasażerów  odlatujących  do 

Nowego Jorku. 

Miała jeszcze odrobinę nadziei, że może tam go spotka. Mógł 

szukać jej tak samo, jak ona jego szukała.  

Ale i tam również go nie było.  
 

Powróciła samotnie do Nowego Jorku. Wynajęła mieszkanie tak małe, że po 

upchaniu  w  nim  mebli  ledwo  dało  się  między  nimi  przechodzić.  Pracowała 
dorywczo jako kelnerka w tej samej co poprzednio kawiarni u Greenów i 

podkładała  głos  bakterii  w  filmach  oświatowych.  Po  jakimś  czasie  dostała 

świetną  rolę  w  sztuce Tennesse Williamsa „Nagle,  zeszłego  lata”,  którą 

zdecydował  się  ponownie  wystawić  pewien  teatr  poza  Brodwayem.  Nakręciła 

reklamówkę,  w  której  jako  gospodyni  domowa  entuzjastycznie  wychwalała 

zalety jakiegoś odświeżacza powietrza.  

Dowiedziała się od przyjaciół, że Michael ożenił się w połowie lutego, ale 

rzadko już o nim myślała. W dalszym ciągu jej myśli zaprzątał Pearce. Dała mu 

przecież  numer  telefonu  i  adres,  nie tylko swój,  już  nieaktualny,  lecz  także 
agencji. 

Wiedział więc, jak można się z nią skontaktować.  

Nie  robił  tego  jednak.  Może  potraktował  poważnie  wszystko  to,  co 

nawygadywała  mu  w  złości,  zanim  się  ze  sobą  rozstali?  To,  że  nie  chce  go 

widzieć  więcej  na  oczy  i  że  nigdy  nie  będzie  z nim  pracować.  Zebrała  się na 

odwagę i próbowała zadzwonić do Los Angeles, ale jego numer nie figurował w 
spisie abonentów.  

Wysłała mu ostrożnie zredagowany list. Napisała w nim, że jest jej przykro i 

że  go  przeprasza.  Doszła  do  wniosku,  że  jej  reakcja  była  przesadna  i 
nieadekwatna do sytuacji. 

Chciałoby  także  wiedzieć,  jak  czuje  się  Fritz.  Czy 

wyzdrowiał?  I  co  z  filmem  o  krecie?  Po  prostu  jest  ciekawa  i  to  wszystko, 

background image

pisała.  

Wysłała list na adres wytwórni TAS z prośbą o przekazanie go Pearce’owi.  

Nie  dostała  odpowiedzi,  ani  też  poczta  nie  zwróciła  jej  listu.  Nie  było 

sposobu, 

aby dowiedzieć się, czy on w ogóle go otrzymał.  

Ostrożnie, nieśmiało do miasta próbowała na powrót zawitać wiosna. Mollie 

wystąpiła  w  jeszcze  jednej  reklamówce.  Towarem,  który tym razem 

reklamowała, był papier toaletowy. Sztuka Williamsa zeszła z afiszów, ale udało 

jej  się  dostać  stały  angaż  na  niewielkie  role  w  satyrycznych  audycjach 
radiowych.  

Kupiła  sobie  mały,  czarnobiały  odbiornik  telewizyjny,  aby  nie  tracić 

kontaktu z tym, 

co dzieje się na świecie. Ale naprawdę, jej uwagę pochłaniały 

głównie  kreskówki  dla  dzieci  nadawane  w  niedzielne  poranki.  Tam 

przynajmniej zawsze mogła oglądać wznowienia „Gołębia Parvisa”. Na końcu 

najlepszych odcinków często podawane było nazwisko Pearce’a, czasem – jako 

reżysera, czasem – jako autora scenariusza.  

Był niedzielny poranek. Pierwszy prawdziwie piękny, ciepły dzień wiosny. 

Mollie  siedziała  skulona  na  kanapie,  czytając  jakiś  scenariusz  i  oglądając 

epizody z kreskówki pod tytułem „Wojownicze żółwie Ninja”. Miała wpaść do 
niej Clytie, 

która wyjeżdżała na dwa tygodnie do Connecticut, i w tym czasie 

Mollie  podjęła  się  opieki  nad  jej  papugą.  Jakoś  tak  się  składało,  że  Clytie 

zostawiała papugę zawsze u niej, a było to naprawdę okropne ptaszysko.  

Clytie pojawiła się właśnie w chwili, gdy wojownicze żółwie wydały swój 

okrzyk wojenny, 

obwieszczając  zakończenie  kolejnego  odcinka  niedzielnych 

przygód. 

Papuga wściekała się, ponieważ Clytie zakryła klatkę, chcąc ochronić 

ją,  przed  chłodnym,  wiosennym wiatrem.  Był  to  bardzo  neurotyczny  ptak: 

wyskubał sobie większość piór z piersi i był częściowo łysy.  

–  Pa, 

kochanie!  Muszę  już  lecieć, . Zaparkowałam  samochód  w 

niedozwolonym miejscu. 

Boję się, że lada chwila mnie stamtąd wywiozą. Nie 

pozwól  Scooterowi  siedzieć  w  przeciągu.  Nasionka  słonecznika  są  w  torbie. 
Aha, jaki

ś człowiek wpadł wczoraj po południu do agencji, zostawił to i prosił, 

żeby ci przekazać. Powiedziałam mu, że w niedzielę rano u ciebie będę.  

Rzuciła Mollie białe, tekturowe pudełko.  
– 

Kto to był? – próbowała dowiedzieć się Mollie, ale Scooter zaczął kląć tak 

potwornie, 

że zupełnie ją zagłuszył.  

– 

Czyż nie jest cudny? – wykrzyknęła Clytie, zakrywszy ź powrotem klatkę, 

żeby  ptak  się  uspokoił.  –  Wie,  że  wyjeżdżam,  i  że  będzie  tęsknił  za  swoją 

mamuśką. Pa, kochanie – zwróciła się do Mollie.  

– Nie zapomnij 

o próbie głosu dla tych ludzi od syropu do naleśników.  

Pocałowała ją w policzek i wybiegła. Mollie zamknęła za nią drzwi. Scooter 

złorzeczył ponuro w swojej klatce. Należał do tego nieco kłopotliwego gatunku 
papug, 

które z łatwością uczą się powtarzać przekleństwa i był w tej dziedzinie 

background image

niedoścignionym mistrzem. 

 

Mollie  uśmiechnęła  się  do  siebie.  W  nadawanej  ubiegłej  nocy  audycji 

radiowej grała rolę roztargnionego wampira. W tym tygodniu miała się zgłosić 

na  próby  głosowe  w  reklamówce,  w  której  wystąpi  w  roli  butelki  jakiegoś 
syropu. 

Nie  była  specjalnie  zachwycona  perspektywą  przywdziania  na  siebie 

kostiumu będącego atrapą szklanego opakowania nienaturalnych rozmiarów, ale 

płaca była dobra, a zleceniodawcy szukali pewnej siebie, energicznej aktorki.  

–  Wczoraj wampirem, 

za  tydzień  syropkiem  na  zwiększenie  energii  – 

wygłosiła filozoficzną sentencję – a w międzyczasie uziemiona, z łysą papugą 

na głowie.  

Otworzyła przyniesione przez Clytie duże, płaskie pudełko.  

Serce  zatrzymało  jej  się  na  chwilę.  Dosłownie  czuła,  jak  się  zatrzymało. 

Wewnątrz  pudełka  leżała  czerwona,  zdobna w cekiny i czarne pióra maska  – 
jedna z tych z Nowego Orleanu.  

W rogu kartonu znalazła także małe, jubilerskie pudełko z szarego aksamitu. 

Otworzyła je. W promieniu słońca zalśnił pierścionek z granatem. Wstrzymała 

na  chwilę  oddech.  Na  dnie  leżała  biała  koperta  z  ozdobną  inskrypcją  jej 
nazwiska. 

Odstawiła pudełko i drżącymi palcami otworzyła kopertę.  

Prawie  całą  kartkę  zajmował  niesamowity  rysunek  kreta.  Ubiór  miał 

dystyngowany: wytwornego 

kroju  płaszcz  i  założony  pod  odpowiednio 

dostojnym  kątem kapelusz derby.  Oczy  zakrywały  mu  ciemne  okulary,  a  ręce 

miał  złożone,  jakby  przeżywał  coś  w  rodzaju  rozterki.  Każda  linia  rysunku 

sugerowała, że jeżeli zwierzątko jest spragnione czegokolwiek, to tylko miłości.  

Obok umieszczona była krótka notka: 
„Norko, 

brak mi ciebie! Jeśli czujesz coś podobnego, to spotkaj się ze mną w 

restauracji Mardi Grass w niedzielę o dwunastej w południe. Kret”.  

– 

O  Boże!  –  westchnęła  Mollie,  serce  biło  jej  jak  oszalałe.  Spojrzała  na 

zegarek. 

Była  jedenasta  trzydzieści.  Znała  restaurację  Mardi  Grass.  To  dość 

daleko, 

lecz jeśli wyjdzie natychmiast z domu i uda jej się złapać taksówkę, ma 

szansę niewiele się spóźnić.  

Dotarła na miejsce dwadzieścia minut po dwunastej. Restauracja mieściła się 

w starym, murowanym budynku, 

który zdobiły metalowe kraty i balustrady, co 

przypominało  styl  Dzielnicy  Francuskiej.  Wewnątrz  znajdowało  się  małe 

podwóreczko  otoczone  ceglanymi  ścianami,  po  których  pięło  się  dzikie  wino. 

Stało tam kilkanaście stolików z marmurowymi blatami. Z tyłu znajdowała się 
fontanna, 

w kącie kwitło różowo jakieś drzewko.  

I właśnie tam, opodal fontanny, zobaczyła Pearce’a. Ponownie poczuła, że 

coś dziwnego dzieje się z jej sercem: zatrzymało się na moment, pojawiło się 
uczucie bólu i lekki przestrach, 

a potem jakimś cudem zaczęło bić na nowo.  

Patrzył  na  nią,  siedząc  oparty  łokciem  o  blat  stołu  z  wyciągniętymi  przed 

siebie  długimi  nogami.  Postawa  jego  była  niewymuszona,  prawie  niedbała  – 

background image

podobnie jak ubiór. 

Miał  na  sobie czarne,  luźne  spodnie  i  grubą,  jasnozieloną 

bawełnianą  bluzę;  Jego  ciemne  włosy  połyskiwały  w  słońcu.  Obok niego,  na 
normalnej smyczy  – 

nie  w  uprzęży  –  siedział  Fritz.  Posiwiał  chyba jeszcze 

bardziej,  ale ujrzawszy Mollie, 

zdobył  się  na  przyjazny  gest  i  z  godnością 

kiwnął ogonem.  

Pearce podniósł się z krzesła. Był bardzo opalony i wyglądał świetnie, ale 

twarz  miał  poważną.  Gdy  zbliżyła  się  do  niego,  zmierzył  ją  wzrokiem  i 

powiedział: 

– 

Myślałem już, że nie przyjdziesz.  

– 

Nie mogłam złapać taksówki – odrzekła, starając się w pełni panować nad 

głosem. – Dostałam twoją karteczkę tuż przed południem, bo Clytie spóźniła się 

trochę.  

Skinął głową, zachowując ten sam poważny wyraz twarzy.  
– 

No  właśnie.  Próbowałem  złapać  cię  wczoraj  po  południu,  ale Clytie 

pow

iedziała  mi,  że  jesteś  zajęta.  Jako wampir.  A  wieczorem  musiałem  odbyć 

przymusową biesiadę w towarzystwie potencjalnych inwestorów.  

– 

No  właśnie  –  powtórzyła  za  nim.  Przecież  tak  bardzo  pragnęłam  go 

zobaczyć, pomyślała a teraz oboje nie wiemy, jak ze sobą rozmawiać.  

– 

Spotykałeś się z ludźmi, którzy mają zainwestować w ten film o krecie? – 

zdobyła się w końcu na pytanie.  

–  Tak. – 

Skinął głową. – Czemu nie siadasz? Chcesz się czegoś napić albo 

zjeść coś? 

– 

Ależ z przyjemnością – odpowiedziała mechanicznie. – Będzie mi bardzo 

miło.  

Pomógł odsunąć jej krzesło i jego palce musnęły przelotnie wierzch jej dłoni. 

Drgnęli oboje.  

– 

No więc, jakie plany na przyszłość? – spytał. – Znowu wampiry? 

Zaprzeczyła ruchem głowy.  
– Nie, 

teraz będę syropkiem. W telewizji, jeśli wszystko pójdzie dobrze...  

–  Syropkiem  – 

powtórzył  i  w  zamyśleniu  pokiwał  głową.  –  Widuję  cię 

czasem w telewizji. Zawsze mówisz o nieprzyjemnych kuchennych zapachach.  

Trzymasz  w  ręku  pojemnik  z  jakimś  paskudztwem  i  opowiadasz  coś  o 

czosnku i rybach... 

Wzruszyła ramionami i próbowała się uśmiechnąć.  

– Wszystko dla chleba – 

stwierdziła pogodnie.  

– 

Sztuka aktorska przydaje się nawet do reklamy papieru toaletowego.  

–  Owszem  – 

odparł,  uśmiechając  się  krzywo.  Nareszcie  miał  ten  sam, 

drwiący,  dobrze przez  nią  zapamiętany  wyraz  twarzy.  –  Ten  kawałek  także 

widziałem. Dobrze to było zrobione.  

Bębnił w – roztargnieniu palcami po marmurowym blacie stolika.  
– 

No więc, jak w końcu zdecydowałaś? – spytał.  

– 

Chcesz podkładać głos tej mojej norki? Czy może syropowe zobowiązania 

background image

staną ci na przeszkodzie? 

A  więc  to  tak,  pomyślała  Mollie.  Po prostu,  nadal zainteresowany jest jej 

głosem i to wszystko... Dzień spochmurniał dla niej nagle, choć słońce świeciło 
tak samo mocno, 

jak przed chwilą.  

– Owszem – 

powiedziała, starając się nie patrzeć na niego. – Myślę, że mogę 

być twoją norką.  

– No, to dobrze – 

mruknął. Milczenie, jak trzecia nieproszona osoba, znowu 

towarzyszyło ich spotkaniu.  

Na  szczęście  zjawił  się  kelner.  Pearce  zamówił  dwie  szklaneczki  wina. 

Splotła dłonie i przycisnęła je do siebie.  

–  No i jak ci idzie z filmem?  – 

spytała.  Na  moment  podniosła  na  niego 

wzrok. 

Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że wprawiło ją to w zakłopotanie. 

Odniosła  wrażenie,  jakby  jego  zielone  oczy  przewiercały  ją  na  wylot, 
dostrz

egając to wszystko, co starała się ukryć.  

–  Scenariusz, 

a  nawet  scenopis  mam  już  gotowy,  studio  załatwione. 

Wszystko  będzie  robione  w  Hollywood.  –  Po  raz  pierwszy  naprawdę  się 

uśmiechnął. Wzniósł oczy ku niebu, jakby miał tam niewidzialnego wspólnika, 
którego ucieszy to, 

co za chwilę powie.  

– 

Żebrałem,  umizgiwałem  się,  pożyczałem,  gdzie  mogłem.  Mam  już 

pieniądze  na  cały  film.  I  mam  także  dwanaście  milionów  dolarów  długu.  – 

Zaśmiał się w tym momencie, ale nie zabrzmiało to specjalnie wesoło.  

– 

O Boże, Pearce. – Mollie z przejęcia wstrzymała oddech. – Stawiasz na to 

dwanaście milionów? 

W dalszym ciągu uśmiechał się krzywo.  
– 

Prawie  czternaście.  Wuj  mi  trochę  zostawił  i  dołożyłem  całe  swoje 

oszczędności. Wszystko poszło na kreta. Głupie ci się to wydaje, prawda? 

Zaprzeczyła ruchem  głowy. Ujrzał, jak słońce skrzy się w jej rozsypanych 

włosach  i  uśmiech  zamarł  na  jego  ustach.  Wpatrywał  się  w  nią  z  tą  samą  co 

przedtem intensywnością.  

– 

Ależ skąd! – odrzekła z prawdziwym entuzjazmem. – Wcale nie wydaje mi 

się  to  głupie,  tylko  odważne  i  wspaniałe.  Widziałam  twoje  kreskówki  w 
telewizji. Jestem pewna, 

że uda ci się zrobić wspaniały film.  

– 

A czy ci już kiedyś mówiłem, że uwielbiam twoje włosy? – spytał nagle 

niskim, 

czułym  głosem.  –  Odkąd  pierwszy  raz  otworzyłem  oczy,  żeby  ci  się 

przyjrzeć, nieustannie mnie prześladują.  

Ta  uwaga  była  tak  nieoczekiwana,  że  zupełnie  nie  wiedziała,  co ma 

powiedzieć.  Wpatrywała  się  po  prostu  w  jego  twarz,  starając  się  coś  z  niej 

wyczytać.  

– I 

może już zawsze będą mnie prześladować – powiedział, ujmując w palce 

kosmyk jej włosów.  

– 

Czy możesz mi wybaczyć to, co stało się w Nowym Orleanie? 

background image

Ich oczy spotkały się.  
– 

Już dawno ci wybaczyłam. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia.  

– Jak to? 

Już wtedy zrozumiałam, jak to się stało. – Tak bardzo chciała mu wszystko 

opowiedzieć,  że  głos  wymknął  jej  się  zupełnie  spod  kontroli  i  zadrżał 
nieoczekiwanie.  – 

To  był  taki  ciąg  przypadków.  Wszystko,  co  nam  się 

przydarzyło. Nie chciałeś zrobić nic złego, to nie była twoja wina... Próbowałam 

cię znaleźć, szukałam wszędzie, ale gdzieś mi zniknąłeś.  

– 

O Boże, Mollie – wyszeptał. Przysunął się bliżej wraz z krzesłem i objął ją 

ramieniem. – 

Gdybym o tym wiedział... Gdybym tylko o tym wiedział, to...  

– 

Wolną  ręką  bawił  się  nadal  jej  włosami.  Zamiast  skończyć  poprzednie 

zdanie, 

spytał nagle, jakby z irytacją: 

– 

Nie mogłaś powiedzieć mi tego przez telefon albo napisać? 

– 

A skąd miałam wziąć twój numer telefonu? 

– 

tłumaczyła  siei  –  Wysłałam  list  do  wytwórni  TAS  z  prośbą,  aby ci go 

przekazali. Nie wiem nawet, czy 

go dostałeś.  

– 

Nie widziałem go na oczy. – Ujął w dłonie jej twarz. – Wygląda na to, że 

TAS  nie  przesyła  mi  żadnych  listów.  Pewnie Irina je wyrzuca.  Myślałem,  że 

jesteś  taka  sama  jak  ona...  że  nie  zechcesz  już  się  ze  mną  spotkać.  Miałaś 
powody, 

żeby mnie znienawidzić.  

– 

Nie  miałam  żadnych  powodów,  żeby  cię  znienawidzić  –  wyznała.  – 

Żadnych. Wręcz przeciwnie.  

Nachylił się nad nią ze skupionym wyrazem twarzy.  
–  Mollie,  czy ty wiesz, 

co  przed  chwilą  powiedziałaś?  Czy  cię  dobrze 

zrozumiałem? 

Wargi drżały jej coraz bardziej. Powiedziała prawdę, bo nie potrafiła kłamać, 

a to, 

co czuła, było zbyt silne, aby udało się stłumić i ukryć.  

–  Tak  – 

powiedziała  głosem  drżącym  ze  wzruszenia.  –  Dobrze mnie 

zrozumiałeś.  To  właśnie  chciałam  powiedzieć.  Nigdy  nie  przeżyłam  takich 
trzech dni...  

z nikim. Z nikim nie by

ło mi tak dobrze, nawet przez godzinę...  

– 

Mnie też – szepnął – tylko z tobą tak było.  

– 

Nachylił się i złożył na jej ustach długi, gorący pocałunek. Oderwał się od 

niej  i  uśmiechnął  porozumiewawczo.  –  Wstań.  Zróbmy to przyzwoicie.  Na 

stojąco jakoś nam to lepiej wychodziło.  

– Jak to? – 

spytała strapiona. – Gdzie mamy to zrobić? 

Zaprowadził ją pod kwitnące drzewo w rogu podwórka. Było to jedno z tych 

biednych, 

z  trudem  walczących  o  przetrwanie  wśród  murów  Nowego Jorku 

drzew, 

na tyle jednak duże, by zasłonić ich przed oczami gości siedzących przy 

innych stolikach. 

Objął ją ramionami i powiedział z uśmiechem: 

– 

Mówiłem  sobie:  po  co  to  wszystko?  Chciałem  dać  sobie  z  tym  spokój. 

background image

Powtarzałem po sto razy: to po prostu kolejna kobieta, taka sama jak inne. Ale 

ty nie jesteś taka sama jak inne. Wiesz, pamiętam każdą minutę z tych trzech 
dni. 

Każde słowo, jakie wypowiedziałaś, sposób, w jaki je mówiłaś...  

– Wiem – 

wyszeptała. Łzy napłynęły jej do oczu.  

– 

Ze mną było to samo. Też zapamiętałam wszystko. Przyciągnął ją bliżej i 

wtulił policzek w jej włosy.  

– 

Chyba cię kocham, norko.  

– 

I ja chyba cię kocham, krecie – szepnęła, pocierając twarzą o jego ciepłą, 

twardą pierś.  

–  Wiesz, 

trochę  krucho  jest  teraz  u  mnie  z  pieniędzmi  –  powiedział 

poważnie. – Naprawdę, Mollie, wsadziłem wszystko w ten film. Jeśli chodzi o 
to, niewiele mam ci do zaoferowania, przynajmniej w tej chwili.  

– 

Nie musisz mi niczego oferować – odrzekła i objęła go za szyję.  

– 

Przyjdzie  taki  dzień,  że  będziesz  miała  wszystko.  Jeśli  tylko  się  uda. 

Obsypię  wtedy  diamentami  każdy  centymetr  twojego  ślicznego  ciała,  ozdobię 

cię nimi jak choinkę. Niech tylko uda się ta gra. Ale na razie jest to ogromne 
ryzyko.  

–  Nie takie znów ogromne. 

Po  prostu  duże  ryzyko,  a  ja  przecież  lubię 

ryzyko.  – 

Dotknęła  palcami  jego  brody  w  miejscu,  gdzie  skaleczył  się  przy 

goleniu. 

Pozostał maleńki ślad. Wiedziała, że będzie tę bliznę kochać do końca 

życia.  

–  Cholernie niestosowny moment  – 

powiedział  ze  śmiechem  –  prosić 

kobietę, aby zechciała dzielić ze mną życie, w momencie gdy postawiłem w tej 

grze czternaście milionów dolarów na kreta! 

– 

Ale to przecież będzie najwspanialszy kret w historii świata! – Pocałowała 

go w brodę. – Sam tak o nim mówiłeś.  

– 

Miła jesteś, noreczko. Wierzysz marzeniom.  

– Och, Pearce! – 

powiedziała rozpromieniona.  

– Jakie to dziwne. 

Dlaczego wszystko tak się ułożyło? To, że spotkaliśmy się 

w takim nieodpowiednim momencie. 

Tyle błędów, nieporozumień, a na końcu 

coś tak wspaniałego.  

Pokręcił głową z twarzą rozjaśnioną uśmiechem. . – Nie wiem, Mollie. Może 

tam, w górze, wiedz

ą – odrzekł. – Jak pójdziemy do nieba, dowiemy się, jak to 

było naprawdę. Może to przeznaczenie? 

– 

Może przeznaczenie... – powtórzyła.  

– I wiesz, 

my we dwoje chyba zasłużymy sobie na niebo. Dowiemy się, jak 

tam jest, 

już tutaj. Już teraz.  

Pocałował  ją  jeszcze  raz  i  Mollie  poczuła  się  znowu  tak,  jakby  cały  świat 

przestał  istnieć.  W  całym  kosmosie  byli  tylko  oni  –  Pearce i ona w jego 

objęciach.  

– 

Zapomnieliśmy sobie jeszcze coś powiedzieć ostatnim razem – wyszeptał z 

background image

ustami przy jej ustach.  

– 

Wesołych  Świąt,  Mollie!  Wesołych  Świąt,  norko!  Wesołych  Świat, 

kochana! 

– 

Wesołych Świąt, krecie – odpowiedziała, tuląc się do niego.  

Płatki  różowych  kwiatów  zawirowały  na  wietrze.  Pearce  objął  ją  jeszcze 

mocniej i znów pocałował.  

– 

I Szczęśliwego Nowego Roku! – śmiał się.  

Na  ciepłym  bruku  podwórka,  obok opuszczonego stolika,  ignorując  ich 

zupełnie, spał Fritz. Grzało go słońce, chrapał i troszkę burczało mu w brzuchu. 

Śniło  mu  się chyba coś  miłego, bo poruszył  ogonem,  zmarszczył  swój  czarny 

nos  i  pociągał  nim  tak,  jakby  rozkoszował  się  ucztą  zapachów  na 
zaczarowanych uliczkach Nowego Orleanu.  


Document Outline