background image
background image

GWIEZDNE WOJNY

Uczeń Jedi 

DZIEŃ ROZPOZNANIA

Jude Watson

Tłumaczył

Neurofinix

Tytuł oryginału: Star Wars: 

Jedi Apprentice The Day of Reckoning

background image

ROZDZIAŁ 1

Elegancki   gwiezdny   liniowiec   był   upchany   pasażerami.   Każda   kabina   była   zajęta. 

Korytarze i miejsca siedzące były pełne kolorów i dźwięków istot z rozmaitych światów, 
rozmawiających, jedzących, kłócących się, śmiejących i grających w gry w nadziei zabicia 
czasu. 

Obi-Wan siedział i wszystko obserwował. Jako Jedi był wysyłany na misje do różnych 

światów,   czasami   zaznawał   trochę   zbytku,   ale   teraz   podróżował   luksusowym   liniowcem. 
Pragnął   zobaczyć   wszystkie   atrakcje   jakie   oferował   statek   –   salę   gier,   apartament   z 
interaktywnymi  hologramami, jadalnie z szerokim wachlarzem potraw i smakołyków. Nie 
było powodu, dla którego nie mógł był tego zrobić. Jego towarzysz i były mistrz Jedi, Qui-
Gon Jinn, powiedział, aby czuł się swobodnie i zwiedzał. Ale Obi-Wan nie chciał opuścić 
jego boku.

Obok niego, Qui-Gon wydawał się nie zauważać luksusu wokół. Jedi wybrał miejsce w 

kącie w obszernej loży. Jego krzesło zwrócone było na zewnątrz w kierunku tłumu. Była to 
pozycja, którą Jedi często wybierał, gdyż pozwalała obserwować ukradkiem otoczenie. Ale 
Qui-Gon rzucił tylko kilka razy okiem na tłum szukając potencjalnego zagrożenia albo czegoś 
podejrzanego   a   potem   zaczął   przeglądać   notes   komputerowy,   który   trzymał   w   dłoni. 
Poświęcił trochę czasu na przestudiowanie informacji na temat misji, która ich czekała, a 
które Jedi Tahl zdobyła jeszcze w świątyni na Coruscant.

Ich misja była nieoficjalna. Wbrew zaleceniom Rady Jedi, udali się na rodzinną planetę 

Xanatosa, który próbował zniszczyć Świątynię Jedi.

Qui-Gon nadal rozmyślał o ucieczce Xanatosa, Obi-Wan był tego pewien. Gniew nie 

jest dobry dla Jedi, ale Obi-Wan wyczuwał frustrację Qui-Gona. Zmierzył się z Xanatosem w 
walce i był zmuszony puścić go wolno, aby uratować świątynię. Obi-Wan wiedział, że ta 
chwila ciągle nawiedza Qui-Gona. Był tak bliski powstrzymania Xanatosa. Sprawiło to, że 
stał się jeszcze bardziej zdeterminowany, aby doprowadzić go przed oblicze sprawiedliwości. 
Qui-Gon był pewien, że Xanatos będąc na wolności stanowi wielkie zagrożenie dla galaktyki.

Obi-Wan wiedział, że traktuje tę misją bardzo osobiście. Xanatos był kiedyś uczniem 

Qui-Gona, tak jak Obi-Wan. I obaj go zdradziliśmy, pomyślał Obi-Wan.

Jego   przestępstwo   nie   było   jednak   tak   wielkie   jak   Xanatosa.   Xanatos   padł   ofiarą 

ciemnej strony Mocy. Zaczął dążyć do władzy i bogactwa. Każda jego decyzja pchała go 
bliżej w objęcia zła.

Obi-Wan  zdradził  Qui-Gona  porzucając  go. Postanowił  opuścić  szeregi  zakonu  aby 

przywrócić pokój na pewnej planecie. Potem żałował swojej decyzji. Rada zgodziła się, że 
może powrócić do zakonu, ale na razie na próbę. Obi-Wan mógł wszystko odzyskać, ale nie 
mógł   odzyskać   zaufania   Qui-Gona.   Coś   między   nimi   umarło.   Teraz   tylko   wspólnie 
podróżowali.   Podczas   misji,   Obi-Wan   miał   nadzieję   pokazać   Qui-Gonowi,   że   może 
odbudować więź, która zaczęła się tworzyć na nowo.

Rada nie zabroniła mu towarzyszyć Qui-Gonowi – pozwolili mu lecieć. Mimo to jednak 

jego decyzja nie ucieszyła ich. Mieli mu za złe jego nagłe postanowienie odejścia z  zakonu. 
Ostatnia decyzja nie zmieniła ich opinii.

Obi-Wan musiał przyznać, że czuł ulgę będąc tymczasowo poza obserwacją Rady jak 

też i poza świątynią. W ostatniej walce, jeden z uczniów zginął na jego oczach. Obi-Wan nie 
był temu winien. Czemu śmierć ciągle go prześladuje. Kiedy opuścił progi świątyni, ciężar 
spadł mu z serca.

Qui-Gon rozważał wiele sposobów dostania się na planetę niezauważonym, ale w końcu 

postanowił, że najprostszy sposób jest najlepszy. Przybędą w tłumie, jako turyści.

Telos była bogatą planetą ze wspaniałą przyrodą. Była częstym celem turystów oraz 

background image

biznesmenów z innych planet. Statki były zawsze zatłoczone.

Duża liczba podróżujących pozwalała łatwo ukryć się Jedi. Mieli na sobie nie rzucające 

się w oczy brązowe szaty a pod nimi tuniki gdzie ukryli miecze świetlne. Chociaż Qui-Gon 
był   potężnie   zbudowanym   mężczyzną   o   szlachetnych   rysach,   umiał   też   ukrywać   swoją 
obecność i ginąć w tłumie. Obi-Wan poszedł za jego przykładem. Nie przypominali Jedi i nikt 
nie   zwracał   na   nich   najmniejszej   uwagi.   Obi-Wan   rozsiadł   się   na   wygodnym   obiciu   i 
obserwował grupę Durosów przechodzących obok i rozmawiających we wspólnym.

– To moja trzecia wycieczka – powiedział jeden z nich. – Pokochasz Katharsis.
– Nie dopuszczą obcych do finałowej rundy – powiedział inny. – Tam są najlepsze 

wygrane.

Obi-Wan zastanawiał się czym jest Katharsis. Jakiś rodzaj gry? Przegapił odpowiedź 

tamtego, a Qui-Gon wreszcie spojrzał znad swojego notesu komputerowego.

– Myślę, że słabym ogniwem jest UniFy – powiedział
– Stamtąd zaczniemy
Obi-Wan   skinął   głową.   UniFy   był   Telosiańską   firmą,   która   jak   Mistrz   Jedi   Tahl 

podejrzewała była przykrywką dla OffWorld, olbrzymiej korporacji górniczej działającej w 
całej  galaktyce.  Xanatos  stał  na czele  kompanii.  Nikt  nie wiedział  gdzie  znajduje się jej 
kwatera główna.

Brwi Qui-Gona powędrowały ku sobie, kiedy je zmarszczył patrząc na Obi-Wana. Obi-

Wan nie miał pojęcia o czym myśli. Czy obawiał się nadchodzącej misji, czy żałował, że 
zabrał Obi-Wana ze sobą?

Stracili więź, która była niegdyś między nimi. W ich wzajemnych relacjach od początku 

były niespokojne i niepewne okresy. Mimo to było wiele momentów kiedy Obi-Wan wiedział 
o co poprosi go Qui-Gon zanim ten się odezwał. A Qui-Gon nieraz wiedział co czuje Obi-
Wan nie wypowiedziawszy ani słowa.

Teraz Obi-Wan czuł pustkę.
Jeszcze   będzie   w   stanie   nawiązać   więź   z   Qui-Gonem,   powiedział   sobie.   To   tylko 

kwestia czasu. Jeszcze w świątyni, w ostatnich słowach pożegnania jego przyjaciółka Bant 
zalecała cierpliwość.

Obi-Wan i Qui-Gon nie mieli czasu żeby coś naprawić. Nie mieli czasu na kłótnie albo 

na ponowne decyzje. Zamęt związany z wyjazdem zbytnio ich zaabsorbował. Mieli tylko czas 
aby się spakować i szybko pożegnać.

Gwiezdny liniowiec zbliżał się coraz bardziej do wież Thani, stolicy Telos. Wleciał na 

lądowisko   i   zadokował   z   niewielkimi   wstrząsami.   System   informacji   publicznej 
poinformował że procedury związane z opuszczeniem statku są w toku. Wstali i zabrali swoje 
bagaże, a potem dołączyli do strumienia pasażerów zmierzających w stronę wyjścia.

Qui-Gon pochylił się nad Obi-Wanem i powiedział łagodnie.
– Bez wątpienia trudno będzie go znaleźć – powiedział – Wie, że go ścigam. Będziemy 

musieli go wypłoszyć.

System informacyjny zawiadomił ich uprzejmym głosem, że nastąpi drobne opóźnienie 

w odprawie pasażerów. Kontrola będzie przeprowadzona przez służby bezpieczeństwa Telos. 
Poddany jej będzie każdy z pasażerów, zanim opuści statek.

Pasażerowi  zaczęli   zrzędzić.   Czemu  zaostrzyli   nagle  procedury bezpieczeństwa?   To 

zajmie trochę czasu. Niepokoili się czy dotrą na czas do celu.

– Słyszałem, że będą szukać jakiś zbiegłych przestępców – powiedział ktoś obok Obi-

Wana – Wszyscy mamy pecha.

Wśród   tłumu,   Obi-Wanowi   mignął   oficer   bezpieczeństwa,   który   spędzał   ludzi   do 

kolejek. Qui-Gon zmarszczył brwi.

– Chciałem wemknąć się niezauważony – powiedział – Jeśli odkryją, że jesteśmy Jedi, 

mogą dać znać Xanatosowi. Tahl powiedziała, że przekupił tu wielu urzędników.

background image

Łagodnym   ruchem   głowy,   Qui-Gon   dał   znak   Obi-Wanowi,   że   czas   znaleźć   własne 

wyjście.

background image

ROZDZIAŁ 2

– Dokąd idziemy? – zapytał Obi-Wan kiedy przedzierali się przez napierający tłum.
– Kiedy duży liniowiec dokuje, kuchnie dostają nowe dostawy żywności – powiedział 

Qui-Gon   –   Kiedy   chcesz   opuścić   jakieś   miejsce   niezauważonym   wybieraj   najbardziej 
uczęszczane punkty.

Obi-Wan podążył za Qui-Gonem kilka poziomów niżej do pomieszczeń dla personelu. 

Qui-Gon zawsze badał każdy duży transport zaraz po wejściu na pokład. Wiedział gdzie są 
pomieszczenia techniczne i dla obsługi jak również wyjścia ze statku.

–   Pamiętaj,   Obi-Wanie   –   powiedział   –   jeśli   ruszasz   na   niebezpieczną   misję, 

niebezpieczeństwo może się pojawić zanim będziesz na nie gotowy. Bądź czujny.

Kiedy mijali kuchnie zapach pieczonego mięsa i wypiekanego chleba wypełnił nozdrza 

Obi-Wana. Zaburczało mu w brzuchu. Czemu nawet w trakcie pośpiesznej ucieczki, ciągle 
czuł się głodny? Ucieszył się, kiedy zapach się ulotnił jak tylko wślizgnęli się do magazynów.

Qui-Gon   mijał   regały   i   kosze   pełne   jedzenia   aż   dotarł   do   drzwi   prowadzących   do 

hangaru przeładunkowego. Wyjrzał przez okno, aby upewnić się, że nie ma za nim nikogo z 
ochrony   zanim   otworzył   drzwi.   Otworzyły   się   z   sykiem   i   weszli   do   hangaru 
przeładunkowego.

Pracownicy byli zajęci rozładowywaniem zaopatrzenia na małe grawisanie. Olbrzymi 

holownik stał obok włazu prowadzącego do statku.

–  Weź  jeden kontener   – polecił  Qui-Gon, nachylając   się,  aby dźwignąć   skrzynie   z 

suszonymi owocami.

Obi-Wan podniósł kosz z ziarnami soli. Z dużym wysiłkiem dźwignął ciężar. Czemu 

nie mógł wziąć czegoś lekkiego tak jak Qui-Gon?

Pośpiesznie   Qui-Gon   kroczył   w   kierunku   holownika.   Wydawało   się,   że   nikt   nie 

zauważył, że nieśli pakunki na zewnątrz statku a nie do środka. Jedną z wielu lekcji Qui-
Gona,   było   to,   że   kiedy   wyglądasz   na   zajętego   w   nieznanym   otoczeniu,   jesteś   często 
ignorowany.

Udało im się dotrzeć do holownika bez zwracania niczyjej  uwagi. Obi-Wan z ulgą 

położył ciężki kosz obok stosu kartonów i pudeł. Widzieli z tego miejsca zatłoczony port. 
Pasażerowie, którzy wyszli, krążyli bez celu próbując zdobyć jakiś środek transportu. Qui-
Gon i Obi-Wan ruszyli w ich kierunku.

– Wy tam! Stać! – szorstki głos dochodził zza ich pleców.
– Nie odwracaj się – powiedział Qui-Gon Obi-Wanowi łagodnym tonem – Zachowuj 

się jakbyś nie wiedział do kogo mówią.

– Zatrzymać się! – za nimi dał się słyszeć odgłos biegnącej osoby.
Obi-Wan przez ułamek sekundy widział niezdecydowanie na twarzy Qui-Gona. Nie 

zrobili nic złego. Nie było powodu uciekać. Ale musieli by się tłumaczyć, czego Qui-Gon nie 
chciał.

Qui-Gon szybko podjął decyzję.
– Uciekaj – powiedział krótko.
Obi-Wan oczekiwał komendy. Wystrzelił do przodu razem z Qui-Gonem. Dwóch Jedi 

poruszało się łagodnie jak bryza, ginąc i wypadając z tłumu, nie potrąciwszy nikogo nawet 
łokciem lub ramieniem. Tylko pęd powietrza rozwiewał ubrania i włosy kiedy biegli. Dopadli 
wejścia do terminalu i dołączyli do strumienia spacerujących na ulicach. Qui-Goan od razu 
zwolnił   kroku,   aby   wtopić   się   w   tłum.   Obi-Wan   poszedł   jego   śladem,   próbując 
uspokoićoddech. Podziwiał zdolność Qui-Gona do przestawienia się z szybkiego biegu na 
wolny   krok   bez   zatrzymywania   się.   Dla   każdego   obserwatora   Qui-Gon   wyglądał   jak 
normalny przechodzień. Ulice były jeszcze bardziej zatłoczone niż terminal.

background image

– Bez wątpienia się poddadzą – powiedział Qui-Gon do Obi-Wana, kiwając głową i 

uśmiechając   się   jakby   omawiał   dzisiejszą   pogodę.   –   Śledzenie   dwójki   zabłąkanych 
podróżnych pośród ulic miasta to nużące zajęcie.

Kiedy rytm  serca i napięte nerwy wróciły do normy,  Obi-Wan był  w stanie zacząć 

obserwować otoczenie. Ulice Thani były gwarne i zatłoczone. Szeroki bulwar był wypełniony 
śmigaczami. Budynki wysokości setek metrów piętrzyły się po drugiej stronie. Ich fasady 
mieniły   się   srebrem   i   złotem   w   jasnym   świetle   słonecznym.   Pomiędzy   wysokimi, 
imponującymi   budynkami   tłoczyły   się   mniejsze   budowle.   Migające   neony   reklamowały 
niskoprocentowe pożyczki i kredyty. Od budynków wiły się kolejki ludzi rozpychających się 
aby wejść do środka. Obi-Wan minął wielki bilbord który głosił, że od niewyobrażalnego 
bogactwa dzieli tylko jeden zakład w Katharsis.

– Katharsis – powtórzył – słyszałem tę nazwę na liniowcu.
– Nigdy o tym nie słyszałem. Thani zmieniło się odkąd byłem tu ostatnim razem – 

zadumał się Qui-Gon – Oczywiście było to prawie dziesięć lat temu. Wydaje się większe, 
bardziej hałaśliwe. I zmieniło się jeszcze coś...

Obi-Wan zauważył  nagle ruch za sobą. Rzucił okiem na lśniącą fasadę sąsiedniego 

budynku. Ubrani w granatowe mundury policjanci posuwali się szybko do przodu, zwracając 
przy tym na siebie uwagę na zatłoczonej ulicy. Obi-Wan nie miał wątpliwości, że zmierzają w 
ich stronę.

– Qui-Gon – zaczął, ale on ich już zobaczył.
– Są bardziej uparci niż myślałem – powiedział, zaczynając iść – Idź w lewo.
Obi-Wan skręcił w lewo w stronę wąskiej uliczki. Poruszali się teraz szybciej, biegnąc 

alejką i używając Mocy, aby przeskoczyć nad stertą porzuconych skrzynek, i skręcając ostro 
w inną uliczkę. Za nimi gonił ich świszczący dźwięk blasterowego ognia. Usłyszeli odgłos 
eksplozji skrzynek zasypujących ścianę.

– Oni nie żartują – powiedział Qui-Gon – Lepiej się pośpieszmy.
Służby bezpieczeństwa były poza zasięgiem wzroku, ale mogły być za rogiem w ciągu 

kilku   sekund.   Qui-Gon   sięgnął   do   wyrzutni   linki   holowniczej   na   swoim   pasie.   Włączył 
urządzenie i wystrzelił wzmocniony sznur w górę zaczepiając o krawędź dachu nad głową. 
Obi-Wan zrobił to samo. Pozwolili, aby urządzenie wyniosło ich na dach. Szybko wciągnęli 
linki.

Qui-Gon obserwował jak policjanci pobiegli dalej uliczką. Pobiegli dalej, skręcili za róg 

i zniknęli.

– Co za ulga – powiedział Obi-Wan
Ale Qui-Gon się się nie poruszył. Kilka sekund później, policjanci wrócili. Jeden z nich 

wyjął parę lornetek i zaczął przeszukiwać dachy.

– Obawiam się, że się nie poddali – zauważył łagodnie Qui-Gon.
Dwóch Jedi cofnęło się pośpiesznie na czworakach, dopóki byli poza zasięgiem. Potem 

zeskoczyli z przeciwnej strony dachu na ulicę. Pobiegli krótkim odcinkiem drogi i rozpłynęli 
się w tłumie ulicznym raz jeszcze.

– Tym sposobem nigdy ich nie zgubimy – powiedział Qui-Gon.
Obi-Wan wyciągnął szyję i popatrzył ponad rozległym tłumem.
– Wszyscy zmierzają w stronę tamtej kopuły – rzekł do Qui-Gona – Może tam ich 

zgubim.

Wmieszali się w tłum, manewrując między nimi, aby szybciej dostać się do środka. Na 

wysokości stu metrów widniał ogromny napis – KATHARSIS.

– Myślę, że dowiemy się co to takiego – powiedział z zaciekawieniem Obi-Wan.
Było kilka wejść i Qui-Gon dołączył do najbardziej zatłoczonej kolejki. Strumień istot 

przepychał się przez wejście, które było wystarczająco duże dla myśliwca.

– Potrzebujesz kredytów? Zatrzymaj się tu! – Napisy lśniły na wszystkich stoiskach 

background image

przy wejściu. Dalej Obi-Wan zauważył stragany z jedzeniem. Kuszące zapachy płynęły w 
jego kierunku. Jeszcze raz zaburczało mu w brzuchu. Niemal jęknął. Będąc z Qui-Gonem 
nigdy nie wiedział kiedy nadejdzie pora następnego posiłku. Wydawało się , że jego były 
mistrz funkcjonuje na diecie złożonej ze świeżego powietrza i determinacji.

– To musi być jakaś impreza hazardowa- rzekł Qui-Gon – Ciekawe.
– I popularne – dodał Obi-Wan popychany przez napierający tłum.
Kiedy weszli do wnętrza kopuły,  zdali sobie sprawę, że znaleźli się wysoko  ponad 

centralną   powierzchnią,   którą   był   olbrzymi   ring   z   mniejszym   pośrodku.   Wielkie   ekrany 
wisiały na rozmaitych wysokościach i odległościach wokół kopuły, tak aby były widoczne z 
dużej odległości. Obrazy z cudami natury mieniły się w ich kierunku, podczas gdy dudniąca 
muzyka   leciała   z   ukrytych   głośników.   Pływające   boksy   otaczały   centralne   skrzydła. 
Powierzchnię otaczały miejsca stałe, a najwyższe rzędy ginęły w rozległej przestrzeni kopuły.

Skierowali się na górę, szukając dwóch pustych miejsc blisko wyjścia. Qui-Gon omiótł 

przenikliwym   spojrzeniem   tłum   poniżej   w   poszukiwaniu   policjantów   którzy   ich   szukali. 
Wreszcie znalazł kilka wolnych miejsc na końcu. Usiedli, a Obi-Wan skierował uwagę na 
ogromne ekrany pokazujące liczne imiona i numery, których nie potrafił rozszyfrować. Był 
tam także ekran z wbudowaną w oparcie klawiaturą.

Podczas   gdy   Qui-Gon   śledził   wzrokiem   tłum,   Obi-Wan   pochylił   się   do   wysokiego 

Telosianina siedzącego obok.

– Jestem tu pierwszy raz – powiedział – Możesz mi wyjaśnić o co w tym chodzi?
– Ekrany wyświetlają obecne szanse w grze – odpowiedział jego sąsiad, wskazując – 

Możesz ze swego miejsca obstawić na poszczególne zdarzenie. Jest dwudziestu uczestników 
rywalizujących w rozmaitych konkursach.

–   W   zeszłym   tygodniu   Rolo   został   ranny   –   powiedział   smętnie   jego   towarzysz   – 

Postawiłem na niego dwadzieścia tysięcy kredytów.

Ubranie Telosianina było zniszczone. Nie wyglądał na bogatego. Obi-Wan był w szoku. 

Jak mógł sobie pozwolić, aby tyle postawić?

– Dzisiaj postawiłem pieniądze na Tamora – ciągnął drugi Telosianin.
– Możesz obstawiać większe zakłady w późniejszych godzinach – wyjaśnił pierwszy 

Telosianin – Potem przy ostatnich zawodach większość się wycofuje i do gry wchodzą tzw. 
obstawiacze.

– Obstawiacze? – podchwycił Obi-Wan.
Skinął głową.
– Każdy mieszkaniec bierze udział w loterii raz w tygodniu. Wybranych jest trzech. Są 

jedynymi, którzy mogą obstawiać przy ostatnim konkursie. Pula jest ogromna.

– Jeśli wygrasz, jesteś ustawiony na całe życie – powiedział jego towarzysz z iskrą w 

oku. – W zeszłym tygodniu nie wygrał nikt, więc pula jest większa niż kiedykolwiek.

– Loteria jest darmowa – wyjaśnił pierwszy Telosianin – Każdy rodzony Telosianin jest 

dopuszczany automatycznie przez rząd. To wspaniałe wydarzenie na Telos.

– Naprawdę – zastanowił się Obi-Wan rozglądając się po tłumie. Teraz rozumiał dziką 

energię którą czuł pulsującą wśród tłumu i łączącą go. To była chciwość.

– Wygląda, że jest tu całe miasto – zauważył Obi-Wan.
Obaj Telosianie pokiwali głowami.
– Miasto pustoszeje w dniu Katharsis. A inni przybyli tu z całej planety.
– Istnieją oczywiście inne kopuły w innych częściach Telos – rzekł drugi Telosianin – 

Ale ta jest największa – powiedział z dumą.

– Zaczyna  się! Muszę obstawić swój zakład. – pierwszy Telosianin  odwrócił się w 

kierunku centralnej części kopuły. Jego gorliwe oczy szukały uczestników konkursu.

Tłum zaczął wrzeszczeć, kiedy zajmowali oni miejsca na ringu. Ustawili się w szeregu i 

ukłonili tłumowi.

background image

Obi-Wan poczuł jak Qui-Gon napina mięśnie. Oczy rycerza Jedi były skierowane kilka 

poziomów w dół. Obi-Wan podążył ich śladem. Ci sami policjanci chodzili w górę i w dół 
nieustannie się rozglądając.

–   Ochrona   Telos   musiała   zostać   powiadomiona   –   zauważył   Qui-Gon   wstając   –   Z 

pewnością wykonują swoje obowiązki skrupulatnie.

Obi-Wan podążył  za Qui-Gonem,torując  sobie drogę pomiędzy uczestnikami  loterii. 

Kiedy dotarli do przejścia przyśpieszyli kroku, wspinając się miarowo do kolejnych sektorów. 
Za nimi ochroniarze także wchodzili na górę omiatając wzrokiem tłum.

–   Musimy   zejść   do   wyjścia   –   powiedział   Obi-Wanowi   Qui-Gon   starając   się 

przekrzyczeć tłum.

Obi-Wan   poszukiwał   wzrokiem   oświetlonych   niebieskim   światłem   znaków   wyjścia. 

Zobaczył jeden na wprost i wskazał go Qui-Gonowi. Ale kiedy tam doszli, zorientowali się że 
zostało zablokowane. Jeśli otworzą drzwi włączy się alarm.

Qui-Gon   odwrócił   się   w   stronę   z   której   przyszli,   ale   policjanci   przeszukiwali   już 

sąsiednie rzędy. W każdej chwili mogli ich zauważyć.

– Nie wiem czy ścigają nas, czy poszukują tych zbiegłych przestępców – powiedział 

Qui-Gon marszcząc brwi – Myślę, że zaraz się dowiemy. Użyję Mocy, aby znaleźć drogę.

W tym momencie, jeden z policjantów popatrzył nad tłumem i ich zauważył. Szturchnął 

swojego kolegę i ruszyli w kierunku Jedi, idąc szybko i po cichu, żeby nie zwracać niczyjej 
uwagi.

Nagle, dobiegł ich przyjazny głos za nimi 
– Wy dwaj, potrzebujecie miejsc? Mam dużo miejsca w swoim boksie.
Spojrzeli na niego. Młodzieniec siedział w jednym z luksusowych pływających boksów. 

Nadal   był   zakotwiczony.   Jego   ciemne   oczy   promieniały   przyjaznym   blaskiem   a   jego 
piaskowe włosy były zmierzwione, jakby ciągle je poprawiał.

– Zechcecie się przyłączyć? – zapytał
– Dziękuje. Będziemy zaszczyceni – odpowiedział Qui-Gon – wchodząc na lożę. Nie 

śpiesząc się, dał znak Obi-Wanowi żeby zrobił to samo.

Obi-Wan zajął miejsce obok Qui-Gona. Ich nowy towarzysz pociągnął za dźwignię, a 

loża nagle odłączyła się od podłogi i pomknęła na środek kopuły.

– Jeszcze raz dziękuje – rzekł Qui-Gon uprzejmie – Ciężko nam było znaleźć wolne 

miejsce

– Jasne – ich wybawca rzucił im przebiegłe spojrzenie – Zwłaszcza, kiedy ścigała was 

policja. Jeśli myślicie, że jesteście ze mną bezpieczni, to jesteście w błędzie.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zanim zdążyli coś odpowiedzieć, młodzieniec wybuchł śmiechem.
– Żart! – krzyknął – Jeśli byście spytali, policja nie ma tu za wiele do roboty. Nie mamy 

tu na Telos dużo przestępstw, więc ścigają cię jeśli rozkopiesz norę muja. Nawet niewinne 
osoby takie jak ja ciągle są zatrzymywane. Pytam was, czy ja wyglądam jak przestępca?

Wzruszył ramionami i wskazał na siebie uśmiechając się.
–   Nie   –   powiedział   Obi-Wan   grzecznie,   nawet   jeśli   jego   małe   doświadczenie 

podpowiadało mu, że zło może przybierać różne formy.

Ich towarzysz znowu się roześmiał i odwrócił się do Qui-Gona.
– Twój kolega jest dobrym kłamcą. Przydatna umiejętność.
– Nie kłamał – odpowiedział Qui-Gon – Nie wyglądasz na złego człowieka, to prawda. 

Ale nie wyglądasz również na dobrego. Nasza znajomość jest za krótka, żeby wygłaszać takie 
sądy.

Ich wybawca przeniósł wzrok z Qui-Gona do Obi-Wana a na jego twarzy wypłynął 

uśmiech zadowolenia.

– Wow, czy ja rozbiłem bank. Dwaj mądrale. Wiecie jak robić zakłady?
– Nie – powiedział Qui-Gon z uśmiechem – Jesteśmy na to za mądrzy.
Tym razem ich wybawca ryknął śmiechem.
– Żart! Czy ja wiem jak dobierać znajomych, pytam was? Przy okazji, mam na imię 

Denetrus. Możecie mi mówić Den.

– Miło cię poznać – odpowiedział Qui-Gon – Ja jestem Qui-Gon Jinn a to jest Obi-Wan 

Kenobi.

– Turyści?
– Jesteśmy tu w interesach – odparł Qui-Gon.
– Dużo interesu tu na Telos – rzekł Den – jestem pracownikiem technicznym, więc 

wyrzucono mnie z najlepszego – Błysnął w ich stronę radosnym uśmiechem.

– Pracowałeś kiedyś dla UniFy? – spytał Qui-Gon.
–   Jasne,   a   kto   nie   pracował?   Są   największym   pracodawcą   na   Telos.   Zatrudniają 

pracowników kontraktowych cały czas. To dlatego tu jesteście?

– Nie – powiedział Qui-Gon ostrożnie – Mamy tam tylko spotkanie.
Den pokiwał głową. 
– Są potężną kompanią – Wskazał ręką olbrzymie ekrany wokół nich, wyświetlające 

obrazy planetarnych parków i cudów natury na Telos. – UniFy przywracają do życia naszą 
przyrodę. Większość zysków z Katharsis jest przeznaczona na utrzymanie i zachowanie tych 
ziem. Rząd ustanowił loterię, kiedy ludzie zaczęli protestować przeciwko wysokim podatkom. 
Teraz prawie ich nie płacimy. Chroni nas przed nimi Katharsis. Nie wspominając już o tym, 
że może nas uczynić bajecznie bogatymi.

– Ale tylko jeśli wygrasz – zauważył Qui-Gon.
– Ależ każdy z nas planuje wygrać – powiedział Den, podnosząc ironicznie brew – 

Weźcie mnie. Jestem pewien, że to mój szczęśliwy dzień.

Odwrócili się w stronę mniejszego centralnego pierścienia, gdzie z podłogi wynurzała 

się platforma, tworząc coś na kształt podium. Wysoki mężczyzna o białych włosach wstąpił 
na podwyższenie, unosząc ręce w kierunku tłumu.

Obi-Wana przeszedł dreszcz i wymienił on szybkie spojrzenia z Qui-Gonem. Vox Chun 

był ojcem ucznia, który walczył z Obi-Wanem i zginął spadając z dużej wysokości. Bruck 
Chun   był   uczniem   który   dostał   się   pod   wpływ   Xanatosa.   Obi-Wan   zmierzył   się   z   nim, 
próbując   uratować   swoją   przyjaciółkę   Bant.   Bruck   stracił   równowagę   i   spadł.   Obi-Wan 
próbował go złapać, ale było za późno. Upadając Bruck skręcił kark.

background image

Obi-Wan   zamknął   oczy   przypominając   sobie   w   jakim   był   wtedy   szoku.   Kiedy   je 

otworzył Qui-Gon popatrzył naniego ze współczuciem. 

– Żadne zawody nie rozpoczną się bez zarozumiałych przechwałek i przynudzania o 

własnych osiągnięciach – kontynuował Den – To dobry czas aby uciąć sobie drzemkę.

Obi-Wan   szybko   skupił   uwagę   na   chwili   obecnej.   Nie   miał   zamiaru   zapominać   o 

przeszłości, ale nie chciał też pozwolić, aby go rozpraszała.

–   Witajcie,   Telosianie   i   przyjaciele   z   całej   galaktyki   –   krzyknął   Vox   Chun. 

Odpowiedział mu ryk publiczności. Poczekał chwilę, uśmiechając się, a potem uniósł dłoń. – 
Dzięki każdemu z was, cuda natury naszego kochanego Telos zastaną zachowane!

Wywołało  to kolejny ryk,  tym  razem bardziej  ogłuszający niż ostatni.  Z głośników 

popłynęła muzyka, na ekranie wyświetlił się obraz erupcji gejzerów wzdłuż mieniących się 
błękitnych wybrzeży a na nim napis: KATHARSIS CHRONI NASZE ŚWIĘTE MIEJSCA.

–   Jeśli   dzisiaj   nie   będzie   zwycięzcy,   następna   wygrana   w   loterii   Katharsis   będzie 

największa w historii. – kontynuował Chun. Przeczekał wiwaty i podniósł rękę. Na część tego 
wydarzenia,   pierwszy   obywatel   Telos   wręczy   nagrodę.   Nasz   wspaniały   przyjaciel,   nasz 
ukochany dobrodziej, najbardziej zaufany człowiek na Telos – Xanatos! 

Qui-Gon był zaskoczony kiedy kopuła wybuchła głośnymi wiwatami. Den obserwował 

wszystko z ustami wykrzywionymi w ironicznym uśmiechu, który wydawał się mieć zawsze 
na twarzy. Światła latały nad kopułą, by na końcu skupić się na centralnej loży. Wysoki 
mężczyzna wstał ipomachał do tłumu.

To był Xanatos.
Qui-Gon   obserwował   z   niedowierzaniem,   kiedy   tłum   zaczął   tupać   i   skandować: 

„XANATOS, XANATOS”. Pomyślał, że był przygotowany na każdą niespodziankę. Ale nie 
na to. Było oczywiste, że mieszkańcy Telos go kochają.

Ale dlaczego? – zastanawiał się Qui-Gon. Xanatos był zdrajcą. Nie mniej niż dziesięć 

lat temu, spiskował ze swoim ojcem, aby zagarnąć bogactwa planety.  Planował wciągnąć 
Telos   w   niepotrzebną,   niszczycielską   wojnę   z   sąsiednią   planetą.   Ludzie   ci   musieli   być 
manipulowani albo oszukiwani, gdyż nie mogliby zignorować tego, że próbował ich wciągnąć 
w wojnę?

Poczuł, że Obi-Wan poruszył się niespokojnie. Chłopak był w takim samym szoku co 

on. Podziwiał jak Obi-Wan zachował niewzruszony głos i lekko zaciekawiony wyraz twarzy, 
odwracając się do Dena.

– Kim jest ten Xanatos? – spytał
– Naszym największym dobrodziejem – powiedział Den naśladując Chuna, a potem 

wzruszył ramionami – Dużo zrobił dla Telos.

– Chyba słyszeliśmy o jego ojcu, Crionie – zauważył Qui-Gon ostrożnie. – Czy nie był 

kiedyś gubernatorem Telos?

Den skinął głową.
– Był zamieszany w skandal. Jego przeciwnicy twierdzili, że próbował rozpętać wojnę z 

sąsiednią planetą, żeby się wzbogacić. Ale Xanatos przeprowadził śledztwo i dowiódł, że to 
nieprawda. Większość Telosian uważa ich za bohaterów.

Den odwrócił się w stronę centralnego kręgu, kiedy Vox Chun wszedł na unoszącą się 

lożę i zaczął się pierwszy pojedynek. Uczestnicy ustawili się w okręgu wewnętrznym kopuły. 
Wszyscy dosiadali swoopów.

–   Pierwsza   gra   nosi   nazwę   Przeszkoda   –   wyjaśnił   Den   –   Hologramy   przeszkód 

ustawione są na trasie przejazdu swoopów określonym wzorem. Celem gry jest omijanie ich 
oraz   innych   zawodników.   Wymaga   to   nadzwyczajnych   umiejętności.   Chcecie   na   kogoś 
postawić?

Qui-Gon pokręcił głową 
– Myślę, że dzisiaj jedynie będziemy obserwować, Den. 

background image

– Tak jak mówiłem wcześniej – mruknął Den, obstawiając – Jesteście bystrzy.
Qui-Gon   był   zaskoczony   zaciekłością   zawodników.   Tłum   wydawał   się   najbardziej 

zadowolony, kiedy uczestnicy byli w poważnym niebezpieczeństwie. Kiedy dwa swoopy się 
zderzyły, ciemna energia zawirowała w olbrzymim gmachu. Kiedy któryś z zawodników był 
wynoszony na noszach, tłum krzyczał w zachwycie. Było to poruszające widowisko.

Telos   był   pokojowym   światem   znanym   ze   swego   innowacyjnego   przemysłu 

technologicznego oraz zainteresowania kulturą i sztuką. Qui-Gon zastanawiał się co się z nim 
stało. Czy Katharsis zmienił tych ludzi albo czy lata dobrej koniunktury przytępiły ich zmysły 
i uczyniły ich żądnych krwi i adrenaliny?

Den wydawał się być nieporuszony całym zamieszaniem wokół niego. Trzymał mały 

notes   komputerowy  i wpisywał   numery,   nieustannie   oceniając  szanse  wygranej.  Qui-Gon 
zauważył, że jest rozsądnym graczem, dotychczas obstawiał bardzo małe zakłady.

W końcu ogłoszono przerwę. Trzecia runda zawodów był to pojedynek na wibroostrza, 

przy czym zawodnicy byli przywiązani do siebie za ręce. Wibrostrza nie zadawały ran ale 
przenosiły małe ładunki elektryczne. Pojedynek odbywał się na zasadzie – wszystkie chwyty 
dozwolone. Trzech zawodników się wycofało. Jeden został poważnie ranny. Pozostała grupa 
wyglądała   na   wyczerpaną   i   pozbawioną   energii.   Po   przerwie   będą   musieli   poddać   się 
następnym rundom.

– Głodni? – możemy się udać do stoisk z jedzeniem – powiedział Den, ustawiając 

mechanizm platformy tak by wróciła z powrotem.

– Dziękujemy, ale myślę, że udamy się w dalszą drogę. – odpowiedział uprzejmie Qui-

Gon. – Musimy wrócić do naszych spraw. Możesz skierować nas do UniFy?

– Nie możecie jej przegapić – po prostu kierujcie się w dół głównym bulwarem. Będzie 

po lewej. Powodzenia – powiedział Den.

Skłonili się i dołączyli do morza istot zmierzających do stoisk z jedzeniem znajdujących 

się na środkowej kondygnacji kopuły. Nigdzie nie było widać policji. Qui-Gon miał nadzieję, 
że wreszcie się poddali. Kiedy tłum narastał w drodze na stoiska kuszące jedzeniem, Qui-Gon 
wraz z Obi-Wanem ruszyli w kierunku oświetlonego na niebiesko wyjścia.

Kiedy minęli rozległe łuki podporowe które podtrzymywały kopułę, Qui-Gon poczuł 

nagle obecność ciemnej strony mocy. Zaalarmowany, zatrzymał się i skrył w cieniu grubej 
durastalowej podpory. Obi-Wan także to poczuł i ukrył się razem z nim.

Qui-Gon   uważnie   przyjrzał   się   otoczeniu.   Wiedział   czego   szuka.   Ciemny   kształt 

wyszedł   z   zaciemnionego   przejścia.   Xanatos   kroczył   przez   pustą   przestrzeń.   Niebieska 
podszewka jego peleryny wirował wokół niego a jego włosy opadały mu na ramiona. Nagle 
zatrzymał się.

Jako były Jedi, Xanatos był również wrażliwy na Moc. Zatrzymał się tak gwałtownie, 

że Qui-Gon nie miał wątpliwości, że wyczuł obecność obu Jedi. Ale czy wiedział dokładnie, 
że Qui-Gon jest tak blisko? Xanatos stał w ostrym świetle padającym znad głowy. Blizna na 
jego policzku, która uformowała się w pękniętą obręcz stała się bielsza niż jego blada, prawie 
przezroczysta  skóra.  Zaczął   obserwować   tłum   kilka   metrów  wokół  siebie,   podążający  do 
stoisk z jedzeniem. Jego wzrok poruszał się powoli, zatrzymując się na każdej istocie. Potem 
się   zatrzymał   i   odwrócił.   Jego   oczy   przeczesywały   pustą   przestrzeń,   łukowate   podpory, 
korytarze biegnące we wszystkich kierunkach.

Qui-Gon   się   nie   poruszył.   Nawet   nie   oddychał.   Obi-Wan   starał   się   także   stać 

nieruchomo obok. Nawet mrugnięciem powieki nie zdradzili, że kryją się w ciemnościach. 
Xanatos ich nie widział. Ale na jego twarzy wypłynął powolny uśmiech. Qui-Gon wiedział co 
oznacza ten uśmiech. Xanatos wiedział, że tu są. Bitwa się rozpoczęła.

background image

ROZDZIAŁ 4

Chichocząc, Xanatos obrócił się i ruszył w kierunku centrum kopuły.
– Wie, że tu jesteśmy – powiedział cicho Obi-Wan.
– Tak – zgodził się Qui-Gon. – Znajdźmy UniFy. Musimy działać szybko.
Opuścili   kopułę   i   pośpieszyli   w   dół   głównym   bulwarem.   Ulice   były   dziwnie 

opuszczone.   Qui-Gon   wyobrażał   sobie,   że   większość   ludności   była   pod   kopułą.   Czy   oni 
przestają pracować w dniu Katharsis?

Razem   z   Obi-Wanem   minęli   duży   imponujący   budynek   z   kolumnami   w   niebieskie 

wzory z przodu. Srebrna tablica głosiła, że to budynek Instytutu Zdrowia imienia Xanatosa.

– Z pewnością zaznaczył tu swoją obecność. – mruknął Qui-Gon
– Popatrz na bibliotekę po drugiej stronie – powiedział Obi-Wan, wskazując – Ją też 

ufundował.

– Problemem nie będzie oczywiście odnalezienie go – rzekł Qui-Gon – Pokazanie kim 

jest naprawdę to dopiero będzie wyzwanie. Ludzie go kochają. Z całą pewnością. Jest lepiej 
chroniony na widoku, niż gdyby się ukrywał.

Obi-Wan zlustrował wzrokiem znak, który głosił, że Xanatos dostarczył środków na 

przywrócenie dużego parku miejskiego.

– Musiał mieć jakiś powód ku temu wszystkiemu – zauważył.
– Zawsze ma jakiś powód – zgodził się Qui-Gon – Naturalnie, chce mieć wpływ na 

Telos. Ale  to zbyt  ogólne jak na niego.  Powinniśmy  się dowiedzieć  co dokładnie  ma  w 
planach.

– Hej geniusze.
Odwrócili się i zobaczyli zmierzającego ku nim Dena.
– Pomyślałem, że będziecie potrzebowali pomocy w znalezieniu UniFy. – powiedział. – 

Przypomniałem sobie, że budynek nie jest oznaczony.

– A co z loterią? – spytał Obi-Wan – Czy dzisiaj nie jest twój szczęśliwy dzień?
– Wszystkie moje dni są szczęśliwe, mały – rzekł Den podchodząc krok bliżej. – Ale 

nie często mam okazję zrobić dobry uczynek.

–  Właśnie  podziwialiśmy   wszystkie  budynki,  które   Xanatos  wybudował  w   Thani   – 

zauważył Qui-Gon – Jest prawdziwym dobroczyńcą.

Den machnął rękę.
– W  ciągu kilku  ostatnich  lat  wspierał  parki, biblioteki,  centra  medyczne,  instytuty 

zdrowia – dorobił się fortuny na kopalniach w całej galaktyce, ale nie gromadzi pieniędzy. 
Rozdaje je na lewo i prawo. To więcej niż każdy ze zwycięzców loterii zrobi w swoim życiu, 
powiedzmy sobie szczerze.

Minęli   jeden   z   bladoniebieskich   kiosków.   Qui-Gon   rzucił   okiem   na   tablicę 

informacyjną z przodu. Ku swojemu zdumieniu zobaczył na niej swoją własną twarz.

– Czy to główny park w Thani? – zapytał Dena, pokazując ręką drugą stronę ulicy, 

gdzie pod drzewami biegła mała alejka.

Den odwrócił się, tak jak miał nadzieję Qui-Gon.
– Nie, to jeden z mniejszych. Największy jest po wschodniej stronie miasta.
Zmiana tematu dała Qui-Gonowi czas aby przyjrzeć się ogłoszeniu na ścianie. Kiedy 

twarz Qui-Gona znikła z ekranu, pojawiła się na nim twarz Obi-Wana. Ścigani. Galaktyczni 
przestępcy. Nagroda. Przeczytał wyświetlone słowa. Więc to dlatego policja się nie poddała! 
Mogło być tylko jedno wyjaśnienie – Xanatos. On to wszystko zaaranżował. Teraz Qui-Gon 
zrozumiał dlaczego ten się uśmiechał. Wiedział, że jest tylko kwestią czasu, kiedy Qui-Gon i 
Obi-Wan zostaną schwytani.

Nawet gdy szedł i rozmawiał z Denem, umysł Qui-Gona rozważał rozmaite warianty. 

background image

Poruszanie się po ulicach nie było bezpieczne. Na szczęście większość ludzi znajdowała 

się w kopule Katharsis, inaczej mogliby być rozpoznani. Musieli znaleźć jakieś bezpieczne 
miejsce, a potem zorganizować jakieś przebranie.

Qui-Gon naciągnął kaptur. Powinien nieco ukryć jego twarz.
– Robi się trochę chłodno – zauważył.
– Jesteśmy prawie na miejscu – odpowiedział Den.
Poprowadził ich kilka bloków dalej. Wysoka szara wieża była otoczona przez pierścień 

brązowego metalu.

– No cóż, jesteśmy na miejscu. Jesteście umówieni? – zapytał Den. – Nie wpuszczą was 

bez identyfikatora. Budynek jest ściśle chroniony.

Qui-Gon spojrzał na lśniącą fasadę budynku. Nie było żadnych okien i wyglądało na to 

że jest tylko jedno wejście. Jak tylko tam wejdą, będą musieli wyjść tą samą drogą.

– Nasze spotkanie jest jutro – powiedział – Chcieliśmy tylko zobaczyć gdzie to jest.
–   Macie   gdzie   przenocować?   –   spytał   Den  –   Mieszkam   w   miejscu,   gdzie   możecie 

wynająć pokój. To niedaleko stąd.

Qui-Gon zaczął się wahać. Nie uszło jego uwadze, że Den zauważył,  iż potrzebują 

pomocy. Nie wyczuwał zagrożenia z jego strony, ale nadal był nieufny.

Ale niepokój, który nie miał nic wspólnego z Denem, zaczął go męczyć od środka. Obi-

Wan   był   teraz   ściganym   przestępcą.   Nie   byli   na   Telos   nawet   godziny,   a   już   sytuacja 
wymknęła się spod kontroli. Qui-Gon był pewien będąc jeszcze na Coruscant, że jeśli sprawy 
potoczą się nie po jego myśli, będzie w stanie wysłać Obi-Wana z powrotem do Świątyni. 
Teraz chłopiec był uwięziony na planecie. Nie będzie w stanie prześlizgnąć się przez ochronę 
i odlecieć.

Sprowadził na chłopca niebezpieczeństwo. Zrobił to świadomie. Dotknęło go poczucie 

winy.  Musi teraz  chronić Obi-Wana.  Nie może  pozwolić,  aby jego żądza doprowadzenia 
Xanatosa przed oblicze sprawiedliwości kłóciła się z bezpieczeństwem chłopca.

– No cóż, chodźcie chociaż i obejrzyjcie – nalegał Den przyjaznym tonem. To tylko 

kilka bloków stąd.

Qui-Gon   pokiwał   głową.   Widział,   że   Obi-Wan   wygląda   na   zmęczonego,   i   nagle 

uświadomił sobie, że chłopiec nic nie jadł od śniadania. Obi-Wan potrzebował odpoczynku i 
jedzenia. Przynajmniej to mógł mu zapewnić. Zaufał swojemu instynktowi. Den może i był 
hazardzistą, ale nie wyglądał na złego człowieka.

Den   zszedł   z   głównej   ulicy   i   poprowadził   alejką,   która   wiła   się   za   wysokimi 

budynkami. Budowle stały się bardziej skromne jak tylko wkroczyli do części mieszkalnej. 
Den poprowadził ich do odrapanego budynku pomalowanego w rozmaite odcienie zieleni, 
niebieskiego i czerwieni.

– Właścicielka płaci mi, żebym malował budynek, ale nie może się zdecydować na jaki 

kolor – wyjaśnił szczerząc zęby.

Otworzył drzwi i wprowadził ich do małego przedpokoju.
– Riva? – zawołał w kierunku tylnej części domu. – Przyprowadziłem gości. Gości z 

pieniędzmi. – Pochylił się w ich kierunku – To sprowadzi ją tu natychmiast.

I jak na sygnał, Qui-Gon usłyszał łagodny dźwięk pędzących stóp. Den uśmiechnął się 

szeroko 

– Widzicie co miałem na myśli?
– Ten dźwięk dochodził z zewnątrz – Qui-Gon podszedł do okna i odchylił kawałek 

zasłony, żeby zobaczyć co się dzieje na ulicy.

Policja biegła cicho od strony ulicy. Oficer dał znak pozostałym, aby otoczyli budynek. 

Ręka Qui-Gona spoczęła na rękojeści miecza świetlnego. Jego przeczucia się nie sprawdziły. 
Den ich zdradził. Zaprowadził ich prosto w pułapkę.

background image

ROZDZIAŁ 5

Jak tylko Obi-Wan zobaczył Qui-Gona sięgającego po miecz świetlny, włączył także 

swój.   Obie   bronie   lśniły   bladoniebieskim   i   bladozielonym   kolorem   w   ciemnym   świetle 
pokoju.

Den potknął się do tyłu.
–   Jedi!   Wow!   To   znaczy,   wiedziałem   że   jesteście   dziwni,   ale   nie   wiedziałem,   że 

jesteście Jedi.

– Zdradziłeś nas dla nagrody – rzekł Qui-Gon
– Kto, ja? – spytał Den, trzymając rękę nad sercem – Żart, prawda? Zabijcie mnie teraz, 

ponieważ jestem śmiertelnie ranny, nie zdradziłbym kolegów po fachu. Pewnie, że widziałem 
ten alarm. Ale to nie ja was wydałem.

– Kolegów po czym! – spytał Obi-Wan
Den wyjrzał zza zasłony.
– Ci policjanci mogą szukać mnie. Myślałem, że to mnie szukają w kopule Katharsis. 

Nie żebym był przestępcą, Jestem bardziej, zaradny życiowo.

– I dlaczego mielibyśmy ci uwierzyć? – spytał Obi-Wan
– Więc pomyślmy. Dlatego, że wy też jesteście kryminalistami? – Den odsunął się od 

zasłony. – Możecie zgasić swoje miecze. Wyprowadzę was stąd.

Obi-Wan i Qui-Gon wymienili spojrzenia. Qui-Gon wzruszył ramionami. Co innego 

mogli   zrobić?   Lepiej   zaufać   Denowi   trochę   dłużej   niż   radzić   sobie   z   dwudziestoma 
policjantami.

Den poprowadził ich korytarzem do kuchni. Podszedł do panelu w ścianie i nacisnął.
– Zaraz za wami – powiedział do Obi-Wana.
Do nozdrzy Obi-Wana doszedł paskudny zapach.
– Zsyp na śmieci?
– Masz lepszy pomysł? – spytał Den – Dobrze, jeśli nalegasz, ja pójdę pierwszy.
Zszedł do zsypu i ześlizgnął się na dół. Jechał na szczątkach zgniłych warzyw i innego 

jedzenia. Jego ręka dotknęła czegoś oślizgłego, a potem wylądował na dużym koszu pełnym 
śmieci. Chwilę później, Qui-Gon wylądował obok niego.

– To dopiero była uczta – rzekł Qui-Gon, zdejmując zgniły liść z jego tuniki. – Dzięki.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Tędy – ponaglił Den.
Wygrzebali   się   z   kosza   na   śmieci   podążyli   za   Denem   przez   korytarz,   który   był 

zastawiony półkami wypełnionymi puszkami z jedzeniem.

– Pięćdziesiąt lat temu Telos dotknęła klęska głodu – wyjaśnił Den – Moja właścicielka 

miała wtedy tylko dziesięć lat, ale nigdy tego nie zapomniała. Jest bardziej szalona niż ja.

W końcu ciemny korytarz zakończył się skośnymi drzwiami.
– Zaprowadzą nas do ogrodu – wyjaśnił Den szeptem. – Na pierwszy rzut oka tego nie 

widać ale należy do domu, więc stawiam dziesięć do jednego, że go nie otoczyli.

– Dziesięć do jednego? – spytał Qui-Gon
– Dobre szanse  – zapewnił go Den. – Widzę, że dalej mi nie ufasz? Zabij mnie teraz. 

Śmiało. Uwolnij mnie od tego nieszczęścia. Przeszyj mnie swoją świetlistą rurką, jeśli się 
mylę. Nie? Więc chodź.

Qui-Gon   rzucił   zaskoczone   spojrzenie   na   Obi-Wana,   na   co   ten   odpowiedział 

zmarszczeniem brwi. Nie wiedział dlaczego Qui-Gon zawsze pokładał nadzieję w łajdakach, 
których spotykali. A gdy chodziło o Obi-Wana, Qui-Gon był surowy i nieugięty.

Den z łatwością otworzył skośne drzwi, które miał nad głową. Wspięli się jedno piętro i 

wymknęli na zewnątrz. Otoczył ich rząd wysokich zielonoliściastej roślinności. Den pokazał 
głową, w którą stronę powinni iść. Słyszeli policję walącą do drzwi hotelu, kiedy przedzierali 

background image

się przez szeleszczące rośliny, starając się nie poruszać liści bardziej niż wiatr.

Kiedy dotarli do końca ogrodu, Den się zawahał.
– Co teraz robimy? – spytał Obi-Wan
Nagle strzał z blastera rozdarł rząd roślin po prawej stronie.
– Cóż, niech pomyślę. Uciekamy? – zasugerował Den
Zaczęli   biec   zygzakiem   przez   pozostały   obszar.   Qui-Gon   rzucił   do   tyłu   okiem   i 

zobaczył ścigającego i policjanta.

– Mamy lekką przewagę – krzyknął Den – Możemy ich prześcignąć. Przynajmniej nie 

mają śmigaczy.

W tej właśnie chwili, trzy śmigacze wystartowały za nimi.
– Ups – dyszał Den.
– Włącz swój miecz – zawołał Qui-Gon do Obi-Wana.
Nie zwolnili kroku, dotrzymując go Denowi. Moc mówiła im kiedy się odwrócić i odbić 

strzały.

Den biegł zygzakiem przez labirynt alejek. Śmigacze zaczęły ich doganiać.
– Trzymajcie się, już prawie jesteśmy – krzyknął.
Dobiegli do pola z systemem nawadniającym wystającym z trawy. Den rzucił się na 

ziemię i wczołgał do środka. Qui-Gon i Obi-Wan pośpieszyli szybko za nim. Silniki śmigaczy 
ryczały groźnie nad ich głowami. Ogień z blasterów zasypywał rurę ale nie przedziurawił 
metalu.

– Rury schodzą pod ziemię i prowadzą do pobliskiej piwnicy – powiedział Den – Nigdy 

nas tam nie znajdą

– Mówiłeś to już wcześniej – burknął Obi-Wan
– Mówiłem dziesięć do jednego – poprawił go Den – Tym razem daje wam większe 

szanse.

Szli na czworakach przez brudną wodę z pływającymi kawałkami odchodów.
– Den, co nawadniają te rury?
Pytanie zadał Qui-Gon. Zapach był gorszy niż w zsypie na śmieci.
– Nie pytaj – powiedział Den radośnie
W końcu zobaczyli nikły promień światła. Wypłynęli na podłogę piwnicy, ich tuniki 

były brudne od śmieci i czymś o czym Obi-Wan nie chciał myśleć. Den poprowadził ich 
schodami i bocznymi drzwiami na zewnątrz na ulicę. Spojrzał w obie strony i na górę.

– Widzicie? Ocaleni.
– Czy tu już będziesz bezpieczny? – spytał Qui-Gon
– Żart, prawda? Nie możecie mnie teraz zostawić  – zaprotestował Den – Jeszcze nie 

skończyłem ratować waszych karków. Chodźcie, to ja wam sprawiłem kłopoty. Dajcie sobie 
jeszcze raz pomóc. Znam bezpiecznie miejsce, w którym moglibyście zostać jakiś czas.

– Tak bezpieczne jak to ostatnie? – spytał Obi-Wan
–   To   miejsce   jest   inne   –   zapewnił   ich   Den   –   To   kryjówka   mojego   przyjaciela. 

Słuchajcie, policja będzie wszędzie. Musicie przeczekać, chociaż kilka godzin.

– I dlaczego mielibyśmy Ci zaufać? – spytał Qui-Gon.
– Ponieważ nie macie wyboru? – powiedział Den
– Zawsze jest jakiś wybór – rzekł Qui-Gon. – Ale pójdziemy z tobą.

background image

ROZDZIAŁ 6

Obi-Wan nie mógł w to uwierzyć. Den był oczywistym przestępcą. Czemu Qui-Gon 

powierza mu ich życie? Kiedy Den wysunął się do przodu, postawił to samo pytanie Qui-
Gonowi. Jedi westchnął tylko.

– Pomyśl tylko, Obi-Wan. Też jesteśmy przestępcami, przynajmniej w oczach policji. 

Kto może ukryć nas lepiej niż ci, którzy już się ukrywają?

Qui-Gon położył dłoń na ramieniu Obi-Wana. 
– Nie martw się. Jego wnętrze jest czyste.
– Zabij mnie teraz, bo tego nie czuję – zaczął zrzędzić Obi-Wan. Ale spodobał mu się 

pocieszający gest Qui-Gona. Było tak jakby Qui-Gon i on znowu byli mistrzem i uczniem.

Den poprowadził ich do innej części miasta, z dala od szerokich ulic centrum miasta. 

Tutaj panowała gęsta zabudowa, tak jakby budynki zbliżyły się do siebie w poszukiwaniu 
ciepła i ochrony.

Den poprowadził ich do środkowego budynku. I zamiast do niego wejść poszedł do 

bocznej   alejki.   Ułamana   rura   wisiała   od   strony   budynku,   dyndając   swobodnie.   Den 
podciągnął się i ją objął.

– To łatwiejsze niż na to wygląda. – Uśmiechnął się szeroko na widok rozpaczy na 

twarzy  Obi-Wana.  –  Hej  dzieciaku.   Byłeś  w   zsypie  na   śmieci   i  czołgałeś  się   przez  rurę 
nawadniającą. Myślę, że i teraz sobie poradzisz.

Obi-Wan spojrzał z irytacją na Qui-Gona i chwycił rurę. Od strony ulicy wyglądała, 
jakby miała  zlecieć  na nic nie podejrzewającego przechodnia,  ale potem zdał sobie 

sprawę że była zamocowana pewnie do ściany. Po bokach znajdowały się metalowe śruby, 
niezauważalne z dołu, ale wystarczająco duże, aby stanowiły uchwyty dla rąk i nóg. Den miał 
rację, wspinanie się było łatwiejsze niż wyglądało na pierwszy rzut oka.

Obi-Wan podciągnął się i wspiął po płaskim dachu. W rogu stał zbiornik na wodę, 

wokół którego biegły zardzewiałe schody do platformy na górze.

–   Nic   nie   mów   –   powiedział   Obi-Wan   –   Będziemy   później   wskakiwać   do   tego 

zbiornika z wodą.

– Żart! – rzekł Den, chichocząc. Podszedł do zbiornika i wystukał rytmiczną serię.
Odpowiedziało mu krótkie puknięcie.
– Jest w środku – powiedział – Chodźmy.
Obi-Wan podążył za Denem po spiralnych schodach na szczyt zbiornika. Kiedy dotarł 

do platformy zauważył, że w dachu jest wyrwa. Był pomalowany tak aby z góry wyglądał jak 
ciemna woda. Nikt obserwujący z góry, nie będzie w stanie powiedzieć, że zbiornik ten różni 
się czymś od innych, których pełno było na okolicznych dachach.

Den otworzył zapadnie i zniknął w środku. Obi-Wan wślizgnął się za nim. Ku swojej 

uldze, zorientował się, że jest na schodach prowadzących do przytulnego apartamentu. Ściany 
były okrągłe i zrobione z durastali. Na podłodze znajdował się gruby dywanik i były też 
miejsca   do   siedzenia.   W   centrum   pomieszczenia   stał   długi   stół,   ze   stertą   sprzętu 
elektronicznego.

Młoda, szczupła kobieta wstała od stołu. Miała kasztanowe włosy, zawinięte w kilka 

warkoczy wokół głowy. Jej oczy były koloru ciemnego miodu. W tej chwili przyglądały się 
podejrzliwie Qui-Gonowi i Obi-Wanowi.

– Kogo przyprowadziłeś mi tym razem, Den? – zapytała
– Przyjaciół – odpowiedział Den
– Zawsze przyprowadzasz przyjaciół – powiedziała nieufnie. Jej oczy zatrzymały się na 

ich poplamionych tunikach. – I jak ładnie są ubrani.

–  Mieliśmy  małe  problemy  w   dotarciu  tutaj.  Ale   oni  będą  w  stanie   nam   pomóc  – 

background image

odwrócił się do Qui-Gona i Obi-Wana.

–   To   jest   Andra.   Jest   przywódcą   partii   POWER   –  w   skrócie   CHROŃCIE   NASZE 

DZIKIE ZAGROŻONE SUROWCE. Andra, to jest Qui-Gon Jinn i Obi-Wan Kenobi, dwóch 
Jedi, których ściga policja.

Jej oczy zwężyły się w szparki 
– Ścigani  Za co?
Den wziął kawałek owoca z miski i rzucił w kierunku Obi-Wana.
– Masz dzieciaku,  wyglądasz na głodnego. Co za różnica za co są ścigani, Andra? 

Potrzebujemy ich. Chcą się czegoś dowiedzieć o UniFy.

Podejrzliwość   Andry   zmieniła   się   w   zainteresowanie.   Spojrzała   na   nich   z 

zaciekawieniem.

–   Może   wyjaśnisz   czym   się   zajmujesz   –   zasugerował   Qui-Gon   –   Czym   jest   partia 

POWER?

–   Jesteśmy   partią   polityczną   będącą   w   opozycji   do   rządzących.   –   odpowiedziała   – 

Niestety teraz jesteśmy nielegalni. Rząd wyjął nas spod prawa. Byliśmy pierwsi, którzy się 
sprzeciwili, kiedy rząd oddał pod ochronę nasze święte miejsca UniFy. Pytaliśmy, dlaczego 
nasza ziemia przegrała nad prywatnym interesem, czemu zostaliśmy zmuszeni, aby zaufać 
słowu korporacji, że ochroni i zadba o naszą ziemię. Większość nie chciała słuchać. Cieszyli 
się, że zniesiono podatki. Ale niektórzy posłuchali i przyłączyli się do nas. Składamy się z 
byłych   urzędników   rządowych,   naukowców,   pracowników   środowiskowych,   zwykłych 
obywateli,   którzy   nas   wysłuchali   kiedy   jeszcze   mieliśmy   coś   do   powiedzenia.   Teraz 
zeszliśmy do podziemia i spotykamy się gdzie możemy.

– Macie dowody, że UniFy źle opiekuje się waszymi świętymi miejscami? – spytał Qui-

Gon

Zawahała się.
– Mieliśmy dowody, że coś się dzieje wokół Świętych Basenów. Trzech ludzi udało się 

do parku planetarnego, żeby zrobić zdjęcia i zebrać dowody. Zginęli w wypadku ścigaczy w 
drodze   powrotnej   do  Thani.   Mówili   mi,   że   mają   niepodważalne   dowody  czegoś,   ale   nie 
powiedzieli co to było. Myślę, że ich śmierć to nie był wypadek. Dowody, które mieli przy 
sobie zostały zniszczone. Organizujemy teraz kolejną wyprawę.

Odepchnęła niespokojnie włosy, które wydostały się z warkocza.
– To trudne. Ochrona w parkach planetarnych  jest bardzo ścisła. Mówią, że muszą 

trzymać ludzi z dala, dopóki trwa rekultywacja gleby. Myślimy, że wykorzystują ją, aby w 
przyszłości zagospodarować.

– Czemu ludzie w Telos nie zadają na ten temat więcej pytań? – zapytał Qui-Gon.
–   Ten   świat   jest   znany   z   dbałości   o   środowisko.   Nawet   z   ekonomicznego   punktu 

widzenia, nie ma większego sensu niszczenie go. Turystyka jest tu silną gałęzią gospodarki. – 
Andra   sposępniała.   –   Katharsis.   Ludzie   mają   obsesję   na   temat   obstawiania,   z   nadzieją 
wygrania   w   loterii.   I   nie   przejmują   się   turystami   –   większość   przylatuje   tu   bardziej   dla 
Katharsis niż dla światowych parków. Chciwość ogarnęła ludzi niczym gorączka. – Posłała 
Qui-Gonowi chłodne pytające spojrzenie. – Więc dlaczego myślicie, że możecie nam pomóc?

– Ja tak nie myślę – powiedział Qui–Gon prosto z mostu – To był pomysł Dena.
–   Wydawaliście   się   bardzo   zainteresowani   UniFy   –   rzekł   Den   –   To   tylko 

przypuszczenie, ale sądzę, że nie jesteście na jutro umówieni.

Qui-Gon nic nie powiedział. Obi-Wan podziwiał jego rezerwę. Był w stanie zachować 

spokój i wolę słuchania bez zdradzania swoich uczuć.

– Więc jesteś działaczem na rzecz ochrony środowiska jak Andra? – spytał Obi-Wan 

Den.

Zanim zdołał odpowiedzieć Andra się roześmiała.
– Masz na myśli, że poświęca się dla czegoś większego niż on sam? Nie Den. Nasz 

background image

układ jest ściśle finansowy.

– Hej, zaczekaj chwilę – rzekł Den wzburzony. – Mam tyle samo ideałów co każdy 

facet.

– Tylko jeśli ten facet okaże się przemytnikiem albo złodziejem – odparowała Andra. 

Odwróciła się do Obi-Wana i Qui-Gona. – Kiedy zeszliśmy do podziemia, potrzebowaliśmy 
sprzętu technicznego. Musiałam szperać na czarnym rynku za częściami komputerowymi i 
komunikatorami.   Tak   poznałam   Dena.   Szmuglował   części,   których   potrzebowaliśmy. 
Zdołaliśmy z podziemia wypuścić ulotki informujące ludzi, co naszym zdaniem się dzieje. 
Ale lojalność Dena jest utrzymywana kredytami, które dostaje.

– Przepraszam, że potrzebuję pieniądze do życia, wasza prawość. – rzekł Den do Andry. 

– Nie wszyscy żyją ideałami, zwłaszcza gdy nie mają czym opłacić czynsz. Gdyby nie ja, 
mówiłabyś do tych ścian zamiast do ludzi na zewnątrz.

– Jak możesz przypisywać nasz sukces tylko sobie – powiedziała chłodno Andra.
– Widzicie co dostajecie w zamian, kiedy próbujecie pomóc? – zrzędził Den do Jedi. – 

Obelgi. Nic dziwnego, że jestem złodziejem.

Andra zignorowała go i odwróciła się znów do Qui-Gona i Obi-Wana.
– Możecie tu zostać jeśli chcecie. Każdy wróg UniFy jest naszym przyjacielem.
– Nie mówiłem, że jestem wrogiem UniFy – rzekł Qui-Gon z uśmiechem.
Przyglądała mu się badawczo przez moment.
– Ale jesteście nimi? Może Den ma rację. Może możemy sobie pomóc nawzajem. Ale 

musicie  mi  powiedzieć  czemu tu jesteście. Nie wspominając już o tym  czemu ściga was 
policja.

– Nie jestem pewien co nam zarzucają, ale jestem pewien, że to coś poważnego. – 

przyznał Qui-Gon. – Cokolwiek by to nie było, to nieprawda. Mamy potężnego wroga na 
Telos. Sądzę, że wykorzystuje UniFy jako przykrywkę dla swojej własnej firmy.

– Którą jest? -spytała Andra
– Offworld.
Andra wzięła głębszy oddech. 
–   Offworld...   jest   największym   koncernem   górniczym   w   całej   galaktyce.   Na   jej 

policzkach pojawiły się wypieki. – Ale to oznacza, że UniFy może chcieć zagospodarować 
nasze ziemie pod kopalnie górnicze! Jeśli udowodnimy, że te dwie kompanie są powiązane, 
będziemy mieć dowody planów UniFy!

– Andra wynajęła mnie, żebym się włamał do archiwów UniFy – powiedział im Den – 

Pracowałem tam kilka miesięcy temu i zapomniałem zwrócić mój identyfikator. Musiałem 
szybko opuścić tamto miejsce.

– Zapomniałeś? – spytał Qui-Gon
Den wyszczerzył zęby.
– I omyłkowo zabrałem kilka innych identyfikatorów kiedy odchodziłem. Więc mogę 

nas tam wprowadzić. Szanse są całkowicie po naszej stronie.

Qui-Gon się zawahał. Odwrócił się do Andry.
– Nie wygląda na to, żebyś mu ufała. Czemu my mielibyśmy to zrobić?
– Ponieważ nie zawiodę was! – krzyknął Den
– Nie tobie zadałem pytanie – odezwał się surowo Qui-Gon
Andra westchnęła. 
– Co tam chcesz znaleźć, Den? Czemu podejmujesz ryzyko ponownego włamania?
– Bo nie skończyłem roboty, za którą mi zapłaciłaś – powiedział jej Den – Czuję się z 

tym źle. Też mam swoją moralność, wiesz.

– Jesteś złodziejem! – zawołała Andra z rozdrażnieniem.
– Właśnie – krzyknął Den. – Więc pozwól mi kraść!
– Czemu nie dodaje mi to otuchy? – zastanawiał się na głos Obi-Wan.

background image

Andra westchnęła.
– Wiem co masz na myśli.

background image

ROZDZIAŁ 7

Oprócz   identyfikatorów,   Den   zdołał   także   ukraść   szare   uniformy,   które   nosili 

pracownicy UniFy najniższego szczebla. Zdumiewająco łatwo było dołączyć do strumienia 
pracowników   wchodzących   do   budynku   o   świcie   następnego   dnia.   Ochroniarze 
przeskanowali ich karty i po prostu ich wpuścili.

Jasne, jesteśmy w środku, pomyślał Obi-Wan. Ale czy będzie również tak łatwo wyjść? 

Z jakiegoś powodu, Qui-Gon zdecydował się zaufać Denowi. A Rada Jedi twierdzi, że to on 
jest impulsywny.

Den złapał tubowindę na niższy poziom.
– Główne akta są w strefie zastrzeżonej – wyjaśnił – Będziemy musieli zejść schodami 

dla obsługi. Przy drzwiach znajduje się strażnik. Możecie mu pomachać przed nosem swoimi 
mieczami? Możemy go gdzieś zamknąć, dopóki nie skończymy.

– Zostaw to mnie – rzekł Qui-Gon
Wślizgnęli   się   na   klatkę   schodową   i   znaleźli   się   w   długim   białym   korytarzu 

oświetlonym kojącymi światłami. Strażnik siedział na końcu naprzeciwko konsoli.

– Przepustki – powiedział krótko.
Qui-Gon wręczył mu swój identyfikator. Skupił się na umyśle Telosianina.
– Mogą być. Wchodźcie.
– Mogą być. – rzekł strażnik – wchodźcie. Drzwi otworzyły się z sykiem i weszli do 

środka.

– Co to było? – spytał zaciekawiony Den
– Sztuczka Jedi – odpowiedział Qui-Gon. – Moc ma silny wpływ na słabe umysły.
– Jestem pod wrażeniem – rzekł Den, kręcąc z podziwem głową. – Wyobrażasz sobie, 

co   mógłbyś   z   tym   zrobić,   gdybyś   miał   w   sobie   odrobinę   ze   złodzieja?   Hej,   myślisz,   że 
świątynia Jedi przyjęłaby gości takiego jak ja?

– Nie – rzekł krótko Qui-Gon, wchodząc przez drzwi z napisem tajne akta.
Pomieszczenie było wypełnione komputerami i holografami. Den podszedł szybko do 

głównego terminala.

–   Włamię   się   do   systemu,   a   wy   dwaj   możecie   szukać   na   innych   monitorach   – 

powiedział,   machając   palcami   nad   klawiszami.   –   Zmienili   hasło,   ale   napisałem   program, 
który... i już! Nazwijcie mnie geniuszem a nie będę się z wami sprzeczał.

Qui-Gon siadł przy drugim terminalu i skierował Obi-Wana do sąsiedniego. Będzie 

szybciej, jeśli każdy z nich będzie szukał niezależnie.

Na ekranie wyświetliły się nazwy plików i numery. Wiele było oznaczonych nazwą 

święte baseny.

– Jest tu przynajmniej trzysta plików – powiedział po chwili Qui-Gon. – Podzielmy je. 

Den weź pierwszą setkę, Obi-Wan następną, ja przejrzę ostatnią. Przeglądajcie tak szybko jak 
się da. Szukajcie jakiejkolwiek wzmianki o OffWorld, kopalniach albo mapowaniu. Popatrzył 
na Dena. – I niczego nie próbuj.

Den mrugnął niewinnie 
– Na przykład czego?
– Nie chcę zgadywać – rzekł sucho Qui-Gon – Po prostu zrób co ci kazałem.
Obi-Wan otworzył pierwszy plik i szybko przeskanował. Był to zapis korespondencji 

pomiędzy  menadżerem  Świętych  Basenów  i  jego przełożonym  w UniFy.  Jak tylko  mógł 
dostrzec,   plik   odnosił   się   do   paliwa   i   jedzenia,   które   było   potrzebne   pracownikom.   Nic. 
Otworzył  następny plik. I jeszcze następny... Obi-Wan brnął przez każdy plik. Nigdy nie 
wyobrażał sobie, że praca w dużej korporacji może być taka nudna. Informacje były w kółko 
powtarzane i dwa razy sprawdzane. Nie zobaczył nic podejrzanego.

background image

– Szkoda, że nie ma tutaj Tahl – mruknął Qui-Gon – Byłaby w stanie rozgryźć operacje 

finansowe. One wszystko komplikują.

Nagle   Qui-Gon   przestał   mówić.   Obi-Wan   zauważył,   że   jego   monitor   zastygł   w 

bezruchu. Kiedy spojrzał z powrotem na swój, okazało się, że z jego monitorem stało się to 
samo.

– Den, co się dzieje? – spytał
– Nie wiem – powiedział z obawą Den. Próbował wyłączyć swój monitor, ale przycisk 

nie działał. – Jest szansa, że to tylko krótkotrwałe zakłócenia. Wyskoczył ze swojego krzesła i 
ruszył w kierunku drzwi. – Zaczekajcie chwilę.

– Dokąd idziesz? – zapytał Qui-Gon
– Idę trochę powęszyć, zobaczyć co się dzieje. Możecie na mnie polegać.
Den wyślizgnął się przez drzwi. Qui-Gon powoli wstał.
– Musimy się stąd wydostać, natychmiast – powiedział
Obi-Wan popatrzył na niego, zaskoczony.
– Ale nie możemy zostawić Dena.
Qui-Gon spojrzał ponuro.
– On już nas zostawił.
Obi-Wan usłyszał stukot kroków. Drzwi otworzyły się z sykiem.
– Nie wyciągaj miecza – polecił szybko Qui-Gon, tuż zanim weszła ochrona.
Obi-Wan   wiedział   dlaczego.   Qui-Gon   miał   nadzieję   uniknąć   odkrycia,   że   są 

poszukiwanymi przestępcami. Jeśli będą mieli szczęście, zostaną zatrzymani, pod zarzutem 
wejścia na teren zabroniony.

Ale i ta przelotna nadzieja została pogrzebana, kiedy krzepki szef ochrony wkroczył do 

pomieszczenia.

– Jesteście ścigani pod zarzutem pogwałcenia Telosiańskiego prawa jako galaktyczni 

przestępcy – powiedział im. – Jesteście aresztowani.

background image

ROZDZIAŁ 8

Obi-Wan   i   Qui-Gon  zostali   szybko   przetransporowani   do  Centrali   Policyjnej,   gdzie 

zostali rozpoznani jako galaktyczni przestępcy i wtrąceni do więzienia. Qui-Gon poprosił, aby 
skontaktowali się ze Świątynią, ale prośba została zignorowana.

– Telosiański wymiar sprawiedliwości jest zazwyczaj sprawiedliwy – powiedział do 

Obi-Wana,   kiedy   stał   w   wilgotnej   podziemnej   celi.   –   Powinni   nam   dać   okazję   do 
oczyszczenia się z zarzutów.

–   Nie   wiemy   nawet   jakie   są   zarzuty   –   rzekł   Obi-Wan   –   Myślisz,   że   odkryją,   że 

zostaliśmy wrobieni.

– Zawsze jest taka szansa – powiedział Qui-Gon – Nie mogą nas długo trzymać, jeśli 

nie   udowodnią,   że   zrobiliśmy   coś   złego.   Przynajmniej   nie   znaleźli   naszych   mieczy 
świetlnych.

Używając   Mocy,   Qui-Gon   zdołał   zapobiec   temu,   aby   strażnicy   dokładnie   ich 

przeszukali.

– Czemu po prostu nie wytniemy sobie przejścia przez te drzwi? – spytał Obi-Wan, 

opierając ręce o zbrojoną durastal.

– Ponieważ będzie na nas czekało pięćdziesięciu strażników, zanim byśmy gdzieś doszli 

– odrzekł Qui-Gon. – Poczekajmy na właściwy moment. Znajdziemy sposobność do ucieczki.

– Nie mogę uwierzyć, że Den zostawił nas na lodzie, tak po prostu. – powiedział Obi-

Wan zdegustowany – Musiał wiedzieć, że kiedy monitory się zawiesiły włączył się alarm.

– Tak, myślę, że wiedział – zgodził się Qui-Gon spokojnie – Ale lepiej jest skupić się na 

tym co zrobimy teraz.

– A co możemy zrobić? – spytał Obi-Wan – Jesteśmy zamknięci.
– Możemy pomyśleć o następnym kroku – rzekł Qui-Gon – Obwinianie Dena to strata 

czasu. Czego się dowiedzieliśmy kiedy byliśmy w UniFy?

–   Nie   dowiedziałem   się   niczego,   z   wyjątkiem   tego,   że   ludzie,   którzy   pracują   dla 

kompanii wysyłają zbyt wiele notatek – powiedział zniechęcony Obi-Wan.

– Było ich wiele, to prawda – zgodził się Qui-Gon – I większość z nich nie miała 

żadnego   znaczenia.   Większość   z   nich   potwierdzała   tylko   rozmowę   przez   komunikator. 
Zauważyłeś   to?   Myślę,   że   tyle   plików   miało   zniechęcić   potencjalnych   badaczy   do 
poszukiwań. Ciężko jest doszukać się prawdy, kiedy jest zakopana w morzu danych. Czy to ci 
czegoś nie przypomina?

Obi-Wan pomyślał przez chwilę.
– OffWorld – powiedział w końcu – Kompania ukrywa prawdziwe intencje i nawet 

siedzibę główną za innymi firmami. Wykorzystuje zamęt, aby się ukryć.

– Właśnie – powiedział Qui-Gon – W UniFy dowiedziałem się jeszcze czegoś. Kiedy 

monitory   przestały   działać,   zobaczyłem   co   robi   Den.   Nie   szukał   plików   OffWorld   albo 
Świętych Basenów. Szukał Katharsis.

– Ale czemu? – spytał Obi-Wan
– Nie znam odpowiedzi, ale też mnie to zastanawia. – rzekł Qui-Gon – UniFy zarządza 

funduszami z loterii, więc myślę, że powinni mieć też pliki dotyczące Katharsis. Ale dlaczego 
tak to interesowało Dena? Pomyśl, jaki ma charakter.

Obi-Wan przypomniał sobie słowa Andry.
– Musiał myśleć, że przyniesie mu to jakiś zysk.
– Dokładnie – zgodził się Qui-Gon – Myślę, że to jest powód, dla którego zgodził się 

nam pomóc. Więc kiedy stąd wyjdziemy, będziemy musieli przyjąć inne kryteria poszukiwań.

– Kiedy wyjdziemy? – spytał Obi-Wan, patrząc na zbrojone durastalowe drzwi.
– Wyjdziemy – rzekł Qui-Gon tym samym spokojnym tonem.

background image

Obi-Wan też chciał mieć tą pewność. Miał wrażenie, że są teraz tam, gdzie Xanatos 

chciał, aby byli i nie będzie on taki głupi, żeby ich wypuścić.

Spędzili   w   celi   zimną   noc.   Obi-Wan   obudził   się   przed   świtem.   Leżał   na   swoim 

materacu z otwartymi oczami. W celi nie było żadnych okien, więc nie był w stanie rozróżnić 
ścian od podłogi. Był otoczony przez czerń, zupełnie jakby był zawieszony w próżni. Być 
może ta dezorientacja była formą kary.

Jedyną oznaką nadchodzącego  poranka były  płonące światła. Na śniadanie dano im 

jakiś   czerstwy   chleb   i   słabą   herbatę.   Dzień   mijał   powoli.   Qui-Gon   regularnie   prosił   o 
rozmowę   z   kimś   z   władz.   Prośba   została   odrzucona.   Qui-Gon   i   Obi-Wan   zrobili   kilka 
ćwiczeń, aby być w gotowości. Potem zaczęli medytować. W niewoli, Jedi koncentrowali 
umysł,   oczyszczali   ducha   i   utrzymywali   ciało   w   formie.   Qui-Gon   siedział   na   twardej 
kamiennej podłodze medytując. Nagle westchnął i podniósł głowę.

– Przepraszam, Obi-Wan
Obi-Wan był zaskoczony.
– Przepraszasz? – spytał
– Powinieneś być teraz w świątyni. Nie powinienem był pozwolić ci mi towarzyszyć. 

Źle osądziłem sytuację.

– To ja podjąłem decyzję – rzekł Obi-Wan – Nie żałuję, że tu jestem.
Uśmiech Qui-Gon był tak niewyraźny jak światło.
– Mimo to jesteś wyziębiony i głodny.
– Jestem tam gdzie powinienem być – odpowiedział Obi-Wan – Przy twoim boku.
Qui-Gon wstał.
– Byłem dla ciebie surowy po tym co się stało na Melida/Daan
– Nie bardziej niż  na to zasłużyłem  – Obi-Wan był  zaskoczony widząc emocje  na 

twarzy Qui-Gona. To był pierwszy raz kiedy jego były mistrz podkreślał rozdźwięk między 
nimi bardziej ze smutkiem niż gniewem. Wydawało się, że walczy o każde słowo.

– Nie, Obi-Wan, to było więcej, niż zasługiwałeś. – poprawił go Qui-Gon – Dochodzę 

do wniosku, że powodem mojej reakcji były moje własne porażki a nie twoje. – Nie miałem 
szansy ci tego powiedzieć. Ja – Qui-Gon przerwał nagle – On tu jest – mruknął.

Nagle Obi-Wan też to poczuł. Zakłócenie Mocy było jak szept trującego gazu, który 

przenikał pod szczeliną w drzwiach i wypełniał pomieszczenie. Wstał i odwrócił się w stronę 
drzwi. Durastalowe drzwi niespodziewanie otworzyły się z sykiem. Xanatos stał w przejściu. 
Jego czarna peleryna leżała z boku a on stał w lekkim rozkroku i z rękami na biodrach.

– Dobrze się bawicie? – spytał, mrugając do nich i uśmiechając się.
Qui-Gon stanął naprzeciw niego, nic nie mówiąc.
– Ah tak, cisza – Powiedział Xanatos z westchnieniem – A ja miałem nadzieję, że 

utniemy sobie pogawędkę. Nie ma wiele czasu. Wasz los jest przesądzony.

– Ale nie mieliśmy procesu – rzekł cicho Qui-Gon
– Ależ będziecie go mieli – odpowiedział Xanatos – Uznano jednak, że jesteście zbyt 

niebezpieczni, aby wziąć w nim udział.

– Mamy prawo uczestniczyć we własnym procesie! To niesprawiedliwe! – zawołał Obi-

Wan.

Xanatos pokręcił głową.
– Ah, pamiętam, kiedy byłem młody. Kiedy jeszcze myślałem, że życie potraktuje mnie 

uczciwie. Zanim spotkałem Qui-Gona Jinna.

– Życie nie potraktowało cię ani sprawiedliwie ani nieuczciwie – powiedział Qui-Gon. 

Tak już jest. Zależy od każdego z nas, czy będziemy uczciwi czy nie.

– Nie jest nigdy za późno na trochę wielkiej mądrości Jedi – rzekł z pogardą Xanatos – I 

zawsze jest tak samo – nic tylko zagadki. Więc, rozgryź to Jedi – jako, że nie pojawiłeś się na 
swoim   procesie,   ja   zjawiłem   się   u   ciebie.   Byłem   głównym   świadkiem   przeciwko   tobie. 

background image

Miałem dowody twoich przestępstw, nagrania z wielu światów z zarzutami przeciwko tobie, 
opowieści o czasach, kiedy unikałeś wymiaru sprawiedliwości w całej galaktyce. I nareszcie 
sprawiedliwość dopadła cię na Telos. Pomogło również to że w sali sądowej był rozgniewany 
ojciec, oszalały z powodu śmierci swojego syna, którego zabił twój wspólnik. – Xanatos 
westchnął ciężko. – Biedny Bruck. Zawsze myślałem, że trzeba go pchnąć do sukcesu. Skąd 
mogłem wiedzieć, że zrobi to za mnie Obi-Wan Kenobi.

Xanatos podniósł rękę i uderzył nią w dłoń z ostrym trzaskiem. Było to niesamowicie 

blisko pęknięcia w czaszce Brucka, która uderzyła o skały pod wodospadem. Obi-Wan starał 
się nie skrzywić. Nie dał Xanatosowi tej satysfakcji. Ale wewnątrz poczuł szok. Bezradność i 
poczucie winy owiało go gdy przypomniał sobie pozbawiony życia, niewidzący wzrok, jego 
ramię machające w ostatniej desperackiej próbie ratunku.

– Sąd może i wysłucha twoich kłamstw – powiedział szybko Qui-Gon, wyczuwając 

rozpacz Obi-Wana i próbę odepchnięcia Xanatosa. – Ale kiedy dowie się o tym Świątynia...

Xanatos się roześmiał.
– Do czasu kiedy świątynia dowie się o waszym losie, będziecie już martwi. To jest 

wasza kara, Jedi. Zostaliście skazani na śmierć.

Nagle Xanatos pochylił się do przodu. Jego niebieskie oczy płonęły niczym najgorętszy 

ogień. Jego blada skóra wyglądała jakby naciągnęła się na kości, a jego twarz jak czaszka z 
ognistymi oczami.

– A ja tam będę, żeby zobaczyć jak umieracie – syknął w twarz Qui-Gonowi.

background image

ROZDZIAŁ 9

Nie mieli szansy powiedzieć nic więcej, albo wezwać pomoc. Xanatos upewnił się, że 

otoczył   ich   cały   oddział   strażników.   Poprowadzono   ich   przez   więzienne   korytarze   na 
dziedziniec.

Słońce było jeszcze nisko. Dwie sąsiadujące wieże więzienne rzucały na dziedzińcu 

dwa   długie   złowrogie   cienie.   Wypełnił   go   tłum   wylewający   się   z   ulic.   Kiedy   zobaczyli 
więźniów zaczęli gwizdać i szydzić.

– Kochają egzekucje – mruknął jeden strażnik do drugiego.
Qui-Gon   wyczuł   złowrogą   energię   emanującą   od   tłumu.   Na   Telos   nigdy   nie   było 

publicznych egzekucji. Takie pokazy zachowały się na bardziej prymitywnych światach. Co 
się stało z miłującym pokój Telos? Udało się go zmienić jednemu człowiekowi, przebiegłemu 
i potężnemu – Xanatosowi.

Qui-Gon   upewnił   się,   że   jego   miecz   świetlny   znajduje   się   na   miejscu.   Jednak   nie 

wiedział kiedy będzie miał okazję go użyć.

Szafot powoli rósł na repulsorach, dopóki nie uniósł się nad tłum. Dwóch krzepkich 

strażników stało obok dwóch zapadni. Zapadnia biegła od płyt  do krawędzi platformy.  O 
płyty stały oparte wibrosiekiery.  W jednej chwili Qui-Gon zrozumiał jak miała wyglądać 
egzekucja.   On   i   Obi-Wan   będą   zmuszeni   położyć   głowy   na   płytach.   Odetną   im   głowy 
wibrosiekierami, zapadnie opadną, a ich głowy potoczą się w dół i wpadną w ręce tłumu. 
Było to makabryczne, ale szybkie.

Qui-Gon zobaczył jak Obi-Wan przełyka ślinę. Po raz pierwszy na serio się martwił. 

Sądził, że w każdym momencie będzie możliwość ucieczki. Ale jak mogli się przebić przez 
ten   tłum?   Nawet   jeśli   weszliby   w   układ   ze   strażnikami   i   Xanatosem,   tłum   powstanie 
przeciwko nim.

Zostali   umieszczeni   w   klatce   energetycznej   zawieszonej   wysoko   nad   masą 

ludzi.Rozszalały tłum domagał się ich śmierci, bolesnej i powolnej. Xanatos stał na szczycie 
schodów, obserwując jak klatka unosi się w jego gorliwych oczach.

Obowiązkiem każdego Jedi było zaakceptowanie śmierci, kiedy nadejdzie. Jednak Qui-

Gon nie mógł być spokojny. To nie jego czas. I nie czas Obi-Wana. Widział jak Obi-Wan 
walczy z ogarniającym go strachem.

– Zabić ich! Zabić morderców – wrzeszczał tłum
Gniew zagościł również w sercu Qui-Gona. Xanatos to zrobił. To on podburzył tłum. 

On napełnił  ich umysły nienawiścią i kłamstwami.  Jeśli Qui-Gon umrze,  Xanatos wygra. 
Doprowadzi Telos do jeszcze większego zepsucia. Zniszczy go.

Qui-Gon nie mógł do tego dopuścić. Nie może walczyć z gniewem. Musi walczyć o 

sprawiedliwość.

–   Nie   możemy   się   poddać   –   powiedział   szybko   Qui-Gon   do   Obi-Wana   ponad 

wrzaskami tłumu. – Będą musieli otworzyć klatkę, żeby wpuścić katów. Wtedy ruszymy do 
walki. Nie wszystko stracone. Zachowaj spokój i bądź w pogotowiu.

Obi-Wan skinął głową. Qui-Gon zauważył spokojną stanowczość w jego oczach. Mieli 

marne szanse uniknięcia swojego losu, ale Obi-Wan zaakceptował go. Obi-Wan nigdy nie 
dało się zastraszyć, nawet kiedy szanse były przeciwko niemu.

Energetyczna klatka powoli opadała w kieunku szafotu. Policja na swoopach unosiła się 

blisko skrzyń, gdzie więźniowie mogliby uciec.

Qui-Gon   ledwie   słyszał   krzyki   tłumu.   Cała   jego   uwaga   była   teraz   skupiona   na 

strażnikach i szafocie. Był pewien, że razem z Obi-Wanem mogliby zająć się strażnikami. Ale 
co potem? Potem będą musieli skoczyć na ziemię, nawet jeśli będą do nich strzelać z góry i z 
dołu. Być może zaskoczenie zwiększy prawdopodobieństwo ucieczki. Być może tłum nie był 

background image

tak żądny krwi jak się wydawało. Ale Qui-Gonowi nie podobały się takie szanse. Nawet Den 
by na nich nie postawił, pomyślał Qui-Gon smutno.

Strażnicy stojący na szafocie wyszli do przodu. Qui-Gon czekał aż opadną energetyczne 

kraty. Jak tylko to się stanie, skoczą do przodu.

Kątem oka, zauważył nienaturalny ruch jednego ze swoopów. Spojrzał w tamtą stronę 

nie odwracając głowy. Jeździec był zakapturzony. Qui-Gon zerknął tylko ułamek sekundy, 
ale od razu rozpoznał, kim była postać. Był zaskoczony na całej linii, Andra.

– Za tobą, Obi-Wan – powiedział po cichu – Bądź przygotowany.
Energetyczne   kraty   opadły.   Strażnicy   ruszyli   w   ich   kierunku.   Qui-Gon   i   Obi-Wan 

zapalili miecze jednocześnie i skoczyli w ich kierunku.

Do Andry dołączył kolejny swoop. Dwa pojazdy zanurkowały z wyjącymi silnikami w 

ich kierunku.

– Skacz! – zawołał do Obi-Wana. Zeskoczył z szafotu w momencie kiedy w ich stronę 

nurkował  swoop aby ich zabrać.  Drugi zrobił  to samo  z Obi-Wanem.  Qui-Gon zobaczył 
przebłysk determinacji w oczach Dena.

Qui-Gon wylądował zwinnie. Złapał kierowcę za ramiona i pochylił się kiedy swoop 

zanurkował,   obracając   się,   wznosząc   i   obracając   znowu   aby   uniknąć   ścigających   ich 
strażników.

Qui-Gon nadal miał w ręku swój miecz świetlny.  Odbijał strzały z blasterów kiedy 

pojazd   umykał   strażnikom.   Zobaczył,   że   Obi-Wan   robi   to   samo.   Trudno   było   zachować 
równowagę na ruchliwym swoopie, ale dawał sobie radę.

Pędząc odważnie, swoopy kierowały się prosto na więzienne wieże. Qui-Gon widział 

jak wieże  rosną w  oczach,  tak że  mógł  już zobaczyć  rysy  i dziury na powierzchni.  I w 
ostatnim momencie Andra gwałtownie skręciła. Byli tak blisko, że Qui-Gon zdołał dotknąć 
ręką ściany. Dwa ze ścigających ich swoopów rozbiło się o wieże. Andra i Den przemknęli 
obok.

Qui-Gon rzucił okiem do tyłu. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył był Xanatos, stojący prosto 

i   nieruchomo,   obserwujący   jak   uciekają.   Nawet   z   tej   odległości   czuł   płonącą   od   niego 
nienawiść. Jeszcze się spotkają. Xanatos tego dopilnuje.

background image

ROZDZIAŁ 10

Kiedy Andra była pewna, że zostawili pościg daleko za sobą, zdjęła kaptur.
– Dzięki, że nie spadłeś – zawołała do Qui-Gona
– Dzięki, za ratunek – odpowiedział Qui-Gon – Już zaczynałem się martwić.
Uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła gaz. W ciągu kilku następnych minut wylądowali w 

alejce   blisko   domu.   Den   i   Andra   ukryli   swoopy   za   stertą   porzuconych   zardzewiałych 
platform.

– Wow! – krzyknął Den zdejmując kaptur – Czy my właśnie przechytrzyliśmy szanse 

czy jak? Następnym razem, kiedy będę uciekał policji, chce mieć Jedi za plecami!

Obi-Wan nie odpowiedział na przyjacielski uśmiech Dena.
–   Nie   musiałbyś   nas   ratować,   gdybyś   nas   w   porę   ostrzegł   w   siedzibie   UniFy   – 

powiedział

– Miałem to zrobić – zaprotestował Den – Ale nie miałem szansy. Ale i tak się w końcu 

zjawiłem.

– Tylko dlatego, że nalegałam – rzekła Andra – To ja zaproponowałam ratunek.
– Zabij mnie teraz, jeśli ja też nie zamierzałem tego zrobić! Po prostu nie dałaś mi 

szansy – protestował Den.

–  Sugeruje,  abyśmy   kontynuowali  w  środku –  powiedział   Qui-Gon,  lustrując  niebo 

wzrokiem. Z własnego doświadczenia wiem, że ochrona na Telos nie poddaje się łatwo.

Wspięli się po rynnie i weszli do przytulnego domu Andry. Andra zaczęła podgrzewać 

coś do picia i wystawiać talerze z chlebem i owocami. Głodny Obi-Wan szybko sięgnął po 
jedzenie.

– Nie wiem co teraz robić – powiedziała zmartwiona Andra – Nie możemy się znowu 

włamać do UniFy. Jestem pewna, że zacieśnili ochronę. Nigdy nie będziemy w stanie zdobyć 
dowodu na powiązania między UniFy a OffWorld.

– Jeśli byśmy mieli tylko więcej czasu – rzekł Den
Qui-Gon posłał mu surowe spojrzenie.
– Ale ty wcale nie szukałeś pilnie powiązań z OffWorld?
Den zaczął się wiercić w fotelu.
– Oczywiście, że szukałem. Było za dużo plików. Sam to powiedziałeś.
–   Spojrzałem   na   twój   ekran   –   rzekł   Qui-Gon   –   Nie   szukałeś   plików   dotyczących 

Świętych Basenów. Szukałeś Katharsis.

– Katharsis? – Andra odwróciła się – Dlaczego?
–   Nie   patrzcie   tak   na   mnie   wszyscy   –   zaprotestował   Den   –   Jestem   uczciwym 

człowiekiem!

Qui-Gon uniósł brew. Obi-Wan wyglądał na zdegustowanego. Andra wydała z siebie 

rozpaczliwe tchnienie.

– No dobrze, może nie jestem stuprocentowo uczciwy – przyznał Den – Ale jestem 

lojalny! 
Szukałem Katharsis. Kiedy tam pracowałem, przypadkiem znalazłem, bo włamałem się do 
pewnych plików, że UniFy kontroluje Katharsis.

Andra obróciła garnek w ręku.
– Twierdzisz, że to nie rząd ją kontroluje?
Den skinął głową.
–   Chcą,   żebyście   tak   myśleli.   Jeśli   każdy   dowie   się,   że   to   korporacja   kontroluje 

Katharsis, będą wiedzieli, że...

– UniFy decyduje jak są wydawane zyski z Katharsis – powiedziała szybko Andra – Co 

oznacza, że całkowicie kontrolują nasze ziemie.

background image

Den znowu pokiwał głową.
– To UniFy wyszła z pomysłem Katharsis. Przekupili kilku kluczowych polityków w 

rządzie, żeby go przeprowadzić. Zasadniczo rzecz biorąc, UniFy ma rząd w kieszeni.

Andra zatopiła się w krześle, oszołomiona.
– Myślisz, że UniFy celowo wymyśliło Katharsis tylko po to, aby odwrócić uwagę od 

swoich intencji? Zamierzają oddać wszystkie nasze parki światowe na cele przemysłowe. A 
my za to zapłacimy!

– To trochę diaboliczne – rzekł Den – Prawie musisz ich podziwiać. Jakiś geniusz zła 

musiał to wymyślić.

Qui-Gon i Obi-Wan wymienili spojrzenia.
–  Xanatos  –  powiedział   cicho.  Ten  plan  zalatuje   czystą  elegancją   i złem  a  to  cały 

Xanatos.

Ale Qui-Gon nie skończył jeszcze z Denem.
– Czemu szukałeś Katharsis drugi raz? – zapytał. – Jeśli już to wiedziałeś to nie było już 

wiele do odkrywania.

Wszyscy   odwrócili   się   w   stronę   Dena.   Z   jego   oczu   biła   spokojna   niewinność.   To 

znaczyło tylko tyle, że niewątpliwie skłamie, zgadywał Qui-Gon.

– Miałem nadzieję pomóc Andrze i partii POWER – zaczął. Andra mu przerwała.
– Przestań mnie nabierać, Den. Nie teraz. To jest zbyt ważne.
Popatrzył na nią przez dłuższą chwilę. Qui-Gon zobaczył wrażliwość w jego oczach. 

Zależało mu na niej, uświadomił sobie.

– Dobrze – powiedział – Miałem nadzieję pomóc tobie. Ale szukałem także sposobu na 

oszukanie loterii.

– Zawsze chronisz tylko na siebie, prawda? – powiedziała gorzko Andra
– Nie – rzekł cicho Den. – Chronię także ciebie. Tylko tego nie dostrzegasz.
– Więc znalazłeś jakiś sposób? – spytał Qui-Gon
– Niezupełnie – zaczął kręcić Den
– Znalazłeś cokolwiek? – zapytał Obi-Wan niecierpliwie
– Tak, znalazłem coś – przyznał Den – Loteria już jest ustawiana.

background image

ROZDZIAŁ 11

– To się dzieje trochę za szybko – powiedziała słabo Andra – Naleję herbaty.
Siedli   przy   stole   z  gorącymi   kubkami   herbaty   w   dłoniach.   Ogrom   planu   oszołomił 

Andrę. Spodziewała się konspiracji i korupcji, ale nie na aż taką skalę. Było oczywiste, że 
natknęli się na plan przejęcia bogactw naturalnych całej planety. Pytanie tylko jak złożyć 
kawałki układanki, i co mogą z nią zrobić.

Qui-Gon upił łyk herbaty.
–  Sugeruje  dwuczęściowy  plan   –  powiedział  –  Na  początku  Den  zinfiltruje  system 

loterii.

– Hej, zaczekaj – powiedział – Co znaczy, że zinfiltruje system loterii? Czemu sądzisz, 

że będę to potrafił?

– Mam przeczucie, że ty już wiesz jak – rzekł zimno Qui-Gon – Dlaczego inaczej 

miałbyś ryzykować dostanie się do UniFy? Dlaczego strażnicy zostali zawiadomieni? Byłeś w 
stanie włamać się do systemu.

Den upił trochę z kubka, a potem zakaszlał. Nikt nie ruszył, żeby mu pomóc.
– Dobrze, już dobrze – zacharczał – Myślę, że mogę go obejść, to znaczy myślę, że 

mogę obejść część, która jest już ustawiona.

– I wiesz jak upewnić się, że to ty wygrasz – rzekł Qui-Gon.
Den skinął głową niechętnie.
– Mogę ustawić to tak, że wygram loterię. Jednym ze zwycięzców jest zawsze ktoś 

wybrany   przez   UniFy   z   wyprzedzeniem.   Kiedy   rozpoczynają   się   zawody,   niektórzy 
uczestnicy dostają wadliwy sprzęt – nic co mogliby zauważyć, ale coś nieznacznie zmniejsza 
ich szanse na wygraną. Jeden z zawodników został wybrany przed zawodami i przekupiony. 
On lub ona zgadzają się oddawać pod stołem połowę pieniędzy kompanii. Mogę po prostu 
podstawić moje imię na miejsce następnego wygranego.

Andra pokręciła głową.
– Wiedziałam, że masz ukryty motyw w pomaganiu mi. Zamierzałeś zabrać pieniądze i 

uciec.

– Żart, prawda? – powiedział Den – Ponieważ nie mogę uwierzyć, że naprawdę tak 

myślisz. Po wygraniu pieniędzy, podzieliłbym się nimi. Częścią z nich.

– Nie chcę żadnych pieniędzy zarobionych na niszczeniu naszych świętych miejsc – 

powiedziała surowo Andra – I ty też nie powinieneś!

– Nie moja wina, że są wyzyskiwane – zaprotestował Den – A pieniądze to pieniądze.
– To twój problem – rzekła Andra – Naprawdę w to wierzysz.
– Czy ktoś chce usłyszeć drugą część mojego planu? – przerwał łagodnie Qui-Gon. – Po 

drugie, powinniśmy odwiedzić Święte Baseny, zgodnie z pierwotnym planem Andry. Musimy 
na nowo zgromadzić wszystkie dowody.

– To nie będzie łatwe – powiedziała Andra – Ochrona jest bardzo szczelna.
– Użyj po prostu jednej ze swych sztuczek ze zmienianiem umysłu – zasugerował Den
– Obawiam się, że będziemy potrzebować o wiele więcej – rzekł Qui-Gon. – Andra, czy 

możesz wezwać swoich stronników? Myślę, że najlepszym planem będzie infiltracja kilku 
punktów, żebyśmy nie musieli polegać tylko na jednym zespole.

Andra popatrzyła na swój kubek. Przetarła stół ręką.
– Andra? – szturchnął ją Qui-Gon.
Spojrzała na niego.
– Nie mogę tego zrobić – powiedziała – Nie byłam z wami całkowicie szczera. Nie 

mam żadnych stronników. To ja jestem partią POWER.

– Nie ma żadnej partii? – spytał Obi-Wan z niedowierzaniem.

background image

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się nieznacznie.
–   Tylko   ja.  Popierało   mnie   kilka   osób,  ale   wszyscy   się   rozeszli,   kiedy  członkowie 

zespołu dochodzeniowego zostali zabici. Nikt więcej nie chciał mnie już słuchać. Wszyscy 
myśleli, że jestem szalona, bo widzę ponurą przyszłość, z którą nikt nie chce się zmierzyć.

Nagle Den wybuchł śmiechem.
– Więc kapitan prawość cały czas kłamała – zachichotał. – To najlepsza wiadomość 

tego tysiąclecia!

–   Przestań,   Den   –   warknęła   Andra   –   Musiałam   udawać,   że   mam   poparcie. 

Potrzebowałam twojej pomocy.

– Prawda – rzekł Den kiwając głową – Tobie wolno kogoś oszukiwać, bo ratujesz 

planetę. Rozumiem. Dopóki masz szlachetny motyw, możesz robić co ci się podoba.

– To nie tak – odpowiedziała Andra ze złością – Gdyby zależało ci na czymkolwiek, 

poza sobą, zrozumiałbyś.

– Rozumiem, że zrobiłabyś wszystko, żeby dostać to czego chcesz – powiedział Den – 

Jesteśmy do siebie bardziej podobni niż chcesz przyznać, Andra.

Andra wpatrzyła się w niego.
– Wolałabym być porównywana do dinko.
–   Jasne,   czemu   nie?   –   rzekł   natychmiast   Den   –   Dinko   to   stworzenie   z   kłami   i 

paskudnym usposobieniem. Problem w tym jaka jest różnica? Niech zobaczę twoje zęby.

– Nie pozwalaj sobie, Den – ostrzegła Andra
– Dobrze, dosyć tego – uciął Qui-Gon – Mamy problem. Kto się włamie do Świętych 

Basenów.

– Ja – powiedziała Andra, patrząc wściekle na Dena.
– Ja pójdę z tobą – rzekł Obi-Wan
Qui-Gon pokręcił głową.
– Nie.
–   Ale   to   ma   sens   –   argumentował   Obi-Wan   –   Chłopak   podróżujący   z   kobietą   nie 

ściągnie tyle uwagi. Wyglądalibyśmy jak brat i siostra na wycieczce. Jeśli nas złapią, Andra i 
ja powiemy, że zabłądziliśmy.

– A ty powinieneś zostać tu i mieć oko na Dena – powiedziała Andra do Qui-Gona. 

Jeśli oszuka loterię, może wziąć pieniądze i odlecieć z planety.

– Dzięki za poparcie – rzekł Den sarkastycznie.
– Dałeś mi ostatnio jakiś powód, żeby ci zaufać? – zapytała chłodno Andra.
– Dinko – wyparował Den.
– Złodziej – odpowiedziała.
Qui-Gon przez moment ignorował ich sprzeczki. Czuł się zrozpaczony i zmartwiony. 

Nie chciał, żeby Obi-Wan jechał bez niego. Xanatos był na wolności, na własnej planecie i 
był   rozwścieczony   ich   ucieczką.   Ale   tok   myślenia   chłopca   był   rozsądny.   Musieli   podjąć 
ryzyko, jeśli chcieli obalić Xanatosa. Ale czy ryzyko nie było większe niż chciał podjąć?

Zobaczył, że Obi-Wan go obserwuje. Chłopiec zastanawiał się, dlaczego nie pozwala 

mu iść. Dla Obi-Wana, była to kwestia zaufania. Qui-Gon musiał pozwolić mu iść.

– W porządku – powiedział. – Obi-Wan i Andra zbiorą dowody. Den i ja zostaniemy 

tutaj. Teraz przygotujmy wszystko.

background image

ROZDZIAŁ 12

Obi-Wan i Qui-Gon stali obok swoopów, które miały zawieźć Obi-Wana i Andrę do 

Świętych Basenów. Andra stała w pobliżu razem z Denem, sprawdzając zestaw ratunkowy.

Obi-Wan spał tylko kilka godzin, ale czuł się rześko i był czujny. Rozrzucone gwiazdy 

migotały na nocnym  niebie. Do świtu była jeszcze godzina. Andra uważała, że najlepsze 
szanse, aby włamać się do Świętych Basenów mają wczesnym rankiem, zbiorą dowody i 
odlecą. Będą musieli  być  z powrotem w Thani przed południem, przed końcem ostatniej 
rundy Katharsis.

– Jeśli coś będzie wskazywało na kłopoty, po prostu uciekajcie – poinstruował ich cicho 

Qui-Gon. – Jeśli stwierdzicie, że nie będziecie mogli ominąć ochrony, nie próbujcie nawet 
wchodzić. Najpierw trochę poobserwujcie.

– Studiowałem trochę mapy – powiedział Obi-Wan – Andra zna sposób, aby wejść 

niezauważonym. Używała go, kiedy była dziewczynką. Myśli, że nadal jest bezpieczny.

– Studiowanie map to nie to samo co znajomość terenu – rzekł Qui-Gon – Nie ufaj im 

całkowicie. Upewnij się, że wyjdziesz tym samym sposobem co wszedłeś.

– Znam się na rzeczy – powiedział Obi-Wan. Czuł frustrację i był zawiedziony. Qui-

Gon   traktował   go   jak   czteroletniego   uczniaka   ze   Świątyni.   Wiedział,   że   jeśli   Qui-Gon 
przyjmie go z powrotem pod swoje skrzydła będzie musiał budować więź od nowa, ale czy 
Obi-Wan musiał stać się znowu dzieckiem?

– Qui-Gon skinął głową. – Nie wątpię. Niepokoję się i tyle. Ufam ci Obi-Wanie.
Słowa te przepłynęły przez Obi-Wana napełniając go ciepłem i otuchą.
– Nie zawiodę – powiedział
– Po prostu uważaj na siebie – odpowiedział Qui-Gon
Andra naciągnęła kaptur na głowę idąc w ich stronę.
– Jesteś gotów Obi-Wanie?
Przerzucił nogę nad swoopem. Qui-Gon udzielił mu wcześniej szybkiej lekcji. Nie był 

przyzwyczajony do tak zwrotnego transportu. Niewielki ruch do dołu mógł spowodować, że 
pojazd zanurkuje. Obi-Wan szybko się uczył, ale zajęło też trochę czasu zanim Qui-Gon był 
zadowolony z jego postępów.

Andra wcisnęła gaz i wystartowała. Obi-Wan ruszył za nią.
– Nie ryzykujcie zbytnio! – zawołał za nimi Den
– Zdaje się, że się martwi – zawołał Obi-Wan do Andry. Zacisnęła zęby.
– Po prostu stara się udawać dobrego człowieka. To dopiero odmiana.
Nocne niebo stało się szarawe, kiedy podróżowali przez peryferie miasta. Budynki rosły 

w oddali. Zaczęto uprawiać ziemię. Kiedy słońce już wzeszło, nie było już prawie żadnych 
mieszkań, jedynie gdzieniegdzie wioski usiane między głębokimi dolinami.

Obi-Wan zachwycał się pięknem krajobrazu. Pola lawendy i niebieskie kwiaty kołysały 

się w łagodny rytm  wiatru. Co kilka kilometrów  natykali  się na kolejne błękitne  jezioro 
mieniące się wśród fałd złocistych gór.

– Pięknie tu – zawołał do Andry gdy lecieli
–  Urodziłam  się  tu  –  powiedziała   – Niektórzy  proponują,  żeby  większą  część  tych 

terenów   przerobić   na   park   światowy.   Ale   teraz   zastanawiam   się   po   co?   Czy   to   też 
zagospodarują?

Uwaga   przypomniała   Obi-Wanowi   dlaczego   tu   jest.   Pochylił   się   nad   kierownicą, 

zdecydowany pokrzyżować Xanatosowi plany, cokolwiek ten szykował dla Telos.

Teren zaczął robić się górzysty, wzgórza były coraz wyższe i bardziej strome. Formacje 

skalne wznosiły się nad nimi, kiedy podążali drogą wyciętą w skalistych górach. Na graniach 
zaczął się pojawiać śnieg. Chociaż Obi-Wanowi było wcześniej ciepło, cieszył się, że poszedł 

background image

za radą Andry i założył kombinezon termiczny.

– Jesteśmy prawie na miejscu – zawołała Andra.
Obi-Wan podążył  za Andrą, kiedy zjechała z drogi na leśną polanę z tak wysokimi 

drzewami,   że   przesłaniały   niebo.   Andra   manewrowała   zwinnie   między   pniami.   Obi-Wan 
musiał się skoncentrować, aby dotrzymać jej kroku. W końcu zjechała na bok i zaczekała aż 
zatrzyma się obok niej.

–  Myślę,  że   powinniśmy  zostawić   tu  swoopy –  powiedziała.  –  Polana   przylega   do 

parku.   Znam   drogę   przez   Lustrzaną   Pieczarę.   Kiedy  przez   nią   przejdziemy,   będziemy   w 
Parku Świętych Basenów.

Przykryli swoopy gałęziami. Ich kroki wydawały miękki odgłos na dywanie liści, kiedy 

szli przez polanę. Dotarli do urwistej kamiennej ściany, a Andra zeszła po niej przez małe 
wybrzuszenie do wartkiego strumienia. Skakała ze skały na skałę w strumieniu, Obi-Wan 
szedł za nią. Strumień nagle się zatrzymał przy stromej ścianie z szarego kamienia.

– Myślę,  że dasz radę – powiedziała  Andra, zerkając na niego. – Ale możliwe,  że 

będziesz musiał się trochę nagimnastykować.

Obi-Wan zobaczył, że w ścianie znajduję się nieznaczna szczelina, prawie niewidoczna 

gołym okiem. Biegła z góry od strumienia aż do samego dołu. Na początku Andra spuściła 
swój zestaw ratunkowy a potem sama się ześlizgnęła. Andra była szczupła i z łatwością się 
ześlizgiwała, ale Obi-Wan miał z tym trochę więcej kłopotu. Starał się stać jak najbardziej 
szczupły   i   prawie   spadł.   Wyciągnął   ręce   żeby   zachować   równowagę   i   wyczuł   gładką, 
wypolerowaną powierzchnię.

Andra włączyła pręt jarzeniowy. Obi-Wan zobaczył, że znajduje się w pieczarze, której 

ściany zakrzywiają się w łuk nad jego głową. Kamień był czarny jak smoła i tak gładki, że 
widział w nim własne odbicie. Tutaj strumień sączył  się srebrzyście wijąc się po czarnej 
powierzchni. Światło prętu jarzeniowego odbijało się na ścianach, potęgując jego jasność.

Obi-Wan czuł jak kręci mu się w głowie, jakby stał pod niezliczonymi gwiazdami.
– Niesamowite – powiedział
– Tak – rzekła cicho Andra – Jest piękna, prawda? Nazywamy ten kamień malab. Jest 

wysoko ceniony w galaktyce  ze względu na swoją rzadkość. Chodź, musimy iść tędy do 
wyjścia. Idź ostrożnie, jest ślisko.

Poprowadziła   go   przez   kilka   zakrętów   aż   doszli   do   głównej   jaskini.   Przy   wejściu, 

pieczara się rozszerzała i z zewnątrz wpadało trochę światła oświetlając ściany. Andra cicho 
jęknęła. Podniosła jarzeniowy pręt, aby przyjrzeć się ścianom. Kamień został wyszczerbiony, 
pozostawiając głębokie bruzdy na gładkiej powierzchni. Próbki leżały na podłodze w kupkach 
obok urządzeń skanujących. Kawałki kamienia otaczały wydłubaną dziurę w wypolerowanej 
podłodze.

– Zamierzają przerobić ją na kopalnię – szepnęła do Obi-Wana z płonącymi oczami. – 

To jest święte miejsce dla każdego Telosianina. Popatrz co oni zrobili!

Trzęsącymi rękami wyciągnęła holograficzny rekorder z plecaka. Skierowała soczewki 

w   stronę   sterty   kamienia,   skupiając   potem   obraz   na   urządzeniach   skanujących   i   na 
wydłubanych dziurach. Obi-Wan wyjął urządzenie nagrywające ze swojego plecaka i zrobił 
to   samo.   Teraz   będą   mieli   kopie,   tak   na   wszelki   wypadek.   Mógł   ukryć   urządzenie   pod 
ubraniem.

– Chodź – naglił Obi-Wan
Ostrożnie wyszli z pieczary. Poranne słońce było gorące, ogrzewało chłodne skały i 

podświetlało złocisty piasek, który otaczał głębokie baseny gorącej ciemnej wody. Przed nimi 
pojawiło się czarne wzgórze. Błyszczało w świetle promieni słonecznych.

– To wzgórze jest zbudowane z malabu – rzekła z niedowierzaniem Andra – Muszą je 

eksploatować z poziomu jaskiń.

Obi-Wan   popatrzył   na   ciężki   sprzęt   i   grawisanie   otaczające   baseny.   Spędził   trochę 

background image

czasu na górniczej planecie Bandomeer i był obeznany ze sprzętem górniczym.

– To są górnicze krety – powiedział pokazując – Mogą wkopać się na setki kilometrów 

w głąb ziemi. Jeśli są krety, musi istnieć miejsce gdzie rozładowują surowce. Te pojazdy to 
KNP.

– KNP? zapytała Andra
–   Kroczące   neutronowe   pochodnie   –   wyjaśnił   Obi-Wan.   –   Mają   działa   miotające 

ogniste pociski które są w  stanie przebić  ścianę.  To w ten sposób są tworzone chodniki 
górnicze. Powiedziałbym, że mamy tu wydobycie na olbrzymią skalę.

Wyczuł, że Andra za nim sztywnieje.
– Baseny... – powiedziała. Kiedyś woda była w nich krystalicznie czysta.
Obi-Wan podszedł bliżej, żeby przyjrzeć się basenowi. Kiedy się pochylał pasek z jego 

zestawu ratunkowego wpadł do wody. Para uniosła się z sykiem i wyciągnął szybko torbę. 
Pasek jednak rozpuścił się.

Popatrzył na Andrę.
– Co się stało?
– Nie wiem – powiedziała – Basen musi być zanieczyszczony. Przyjrzyjmy się innym.
Zebrali kilka długich patyków i poszli zobaczyć resztę basenów. Kiedy zatopili kij w 

ciemnej wodzie od razu zostały pozbawione kory. Kiedy trzymali dłużej kij się rozpuszczał.

–   Podziemne   źródło,   które   zasila   baseny   musi   być   zanieczyszczone   jakimiś 

chemikaliami. – rzekła Andra. Jej głos był niski. – Mój tata zabierał mnie tu kiedy byłam 
jeszcze dziewczynką. Znaliśmy każdy cal tego parku i kąpaliśmy się w gorących basenach. Po 
jego śmierci było to ostatnie miejsce gdzie znajdywałam pocieszenie.

Kiedy podniosła wzrok, jej oczy w kolorze miodu lśniły od powstrzymywanych łez.
Obi-Wan nie wiedział jak ją pocieszyć. Co zrobiłby Qui-Gon?
Przypomniał sobie wypadek w Świątyni. Rycerz Jedi Tahl niedawno straciła wzrok. 

Czuła się bezradna i zła. Pamiętał jak Qui-Gon stopniowo łagodził jej ból, a potem dał jej coś 
na czym mogła się skupić.

– Przykro mi Andro – rzekł do niej – Jeśli ich zdemaskujemy, powstrzymamy ich.
– Jeszcze nie jest za późno.
Skinęła głową, przygryzając wargę, aby nie płakać.
– Zróbmy to.
Jej twarz wyrażała determinację, kiedy skierowała holograficzny rekorder w kierunku 

basenów. Obi-Wan użył swojego urządzenia nagrywającego, aby ogarnąć nim teren i nagrać 
sprzęt. Starał się uchwycić logo albo nazwę na rozmaitych elementach aby wskazać, że należą 
do OffWorld, ale nic nie znalazł.

Obi-Wan zmarszczył brwi ze zmartwieniem.
– Możemy z tym wrócić i pokazać mieszkańcom Thani, ale musimy mieć dowód, że to 

robota Xanatosa. Rząd może twierdzić, że nic nie wie na ten temat. Mogą obwinić UniFy a 
UniFy po prostu zamknie działalność. Ci, którzy są temu faktycznie winni uciekną.

– Nie możemy na to pozwolić – powiedziała Andra
W tym właśnie momencie usłyszeli jakiś hałas. Ktoś zmierzał w ich kierunku. Obi-Wan 

dał znak Andrze, i oboje szybko skryli się za grawisaniami.

Droidy strażnicze wtoczyły się na teren wokół basenów. W dłoniach miały wbudowane 

blastery. Ich głowy obracały się nieustannie, świecąc sensorami podczerwieni.

–   Czysto   –   zameldował   jeden   z   nich   przez   komunikator.   –   Zaczynam,   powtarzam 

zaczynam.

Nagle powietrze przeszył głośny hałas. Ziemia zadrżała.
– Co to jest? –zapytała Andra zasłaniając uszy dłońmi.
– Zobaczmy – rzekł Obi-Wan. Droidy zniknęły za krawędzią hałdy z maladu.
Stojąc w cieniu wzgórza, Obi-Wan i Andra ruszyli za nimi. Droidy nie były już w trybie 

background image

patrolowym, więc ich głowy się nie obracały. Kiedy ich śledzili, hałas narastał. Gdy okrążyli 
stos malabu, oczom ich ukazał się jeszcze jeden zdewastowany krajobraz. Przed nimi wyrósł 
kopiec z piasku. W ziemi była wykopana olbrzymia dziura. Źródłem hałasu był wciągany do 
gigantycznych   maszyn   złocisty   piasek.   Pracownicy   ubrani   w   uniformy   doglądali   całej 
operacji. Droidy kierowały się w kierunku pierścienia kopuł w oddali.

– Widać na piasku ślady minerału – wrzasnęła Andra próbując przekrzyczeć odgłos 

maszyn – Muszą go teraz wydobywać.

Pracownicy byli zajęci obsługą maszyn i nawet się nie odwrócili. Andra włączyła swój 

holograficzny rekorder a Obi-Wan swój.

Następna grupa droidów strażników opuściła kopułę i zaczęła obchód.
– Pośpiesz się – naglił Obi-Wan. – Mogą znowu być w trybie patrolowym.
Opuścił swoje urządzenie i wsunął do tuniki.
– Muszę się upewnić, że obraz jest wyraźny – mruknęła Andra
Obi-Wan zobaczył włączające się sensory podczerwieni.
– Przestań nagrywać! – szepnął. – Mogą cię zauważyć.
– Jeszcze tylko sekunda... – Andra wyłączyła rekorder w chwili kiedy sensory droidów 

zaczęły migać.

– Nie ruszaj się – mruknął Obi-Wan przez zęby.
Głowy droidów powoli obracały się, podczas gdy sensory omiatały każdy kwadrant.
– Nie wygląda to dobrze – mamrotał Obi-Wan – Coś ich zaalarmowało. Lepiej się stąd 

zabierajmy.

– Ale nie mamy jeszcze wystarczająco dowodów – zaprotestowała Andra
– To co mamy musi wystarczyć – rzekł nagląco Obi-Wan – Gorzej będzie jak damy się 

złapać. Obiecałem Qui-Gonowi, że nie będziemy ryzykować.

Pociągnął protestującą Andrę do tyłu. Droidy powoli się obróciły i skierowały prosto w 

ich kierunku. Obi-Wan i Andra przyśpieszyli kroku.

– Szybciej – powiedział
W jednej chwili znikli za wzgórzem i znaleźli się poza zasięgiem wzroku droidów. 

Zaczęli biec w kierunku wejścia do jaskini.

– Intruzi! Intruzi!
Strzały nagle trafiły w ziemię obok nich. Obi-Wan dobył miecza i obrócił się, żeby 

odbić następny strzał. Prawie byli u wejścia.

Brzęk brzęk brzęk! – Ogień z blasterów trafiał w ściany pieczary. Kawałki kamienia 

odleciały, rozcinając policzek Andry.

– Do środka! – krzyknął Obi-Wan
Andra schyliła się wbiegając do jaskini. Odbijając ostatni strzał Obi-Wan podążył za 

nią. Nie mogli się poruszać tak szybko w jaskini. Podłoże było zbyt śliskie. Kiedy ogarnęła 
ich ciemność, Obi-Wan się zatrzymał.

– Nic nie słyszę – powiedział
– Może wezwali posiłki – zasugerowała Andra – Chodź, wyjście jest niedaleko.
Obi-Wan słyszał nikły pomruk strumyku, kiedy ostrożnie szedł za Andrą. Przepychała 

się przez labirynt zakrętów, a potem zatrzymała przed stromą ścianą. Obi-Wan zobaczył jak 
przyciska się do ściany a potem wciska w szczelinę.

Weszli na strumień i przeskakiwali z kamienia na kamień. Musieli się śpieszyć. Inne 

patrole bez wątpienia wszczęły alarm.

Obi-Wan   pędził   za   Andrą   kiedy   mknęła   między   wysokimi   drzewami   w   kierunku 

polany. Zatrzymała się na chwilę przy kamiennej ścianie, a potem wyłoniła w miejscu gdzie 
zostawili swoje swoopy. Odrzucili gałęzie, które służyły za kamuflaż. Swoopy zniknęły.

Popatrzyli   na   siebie   oszołomieni.   Ktoś   nadepnął   na   gałąź   za   nimi   i   Obi-Wan   się 

odwrócił. Droidy patrolowe otoczyły ich w półokręgu z wyciągniętymi blasterami.

background image

ROZDZIAŁ 13

Obi-Wan wiedział, że jest w niebezpieczeństwie jeszcze zanim się odwrócił. Umyślnie 

odwrócił się tak, aby nie być w centrum, a ręką sięgnął po miecz z szybkością niezauważalną 
dla oka. Drugą ręką odepchnął Andrę na bok.

Strzały   trafiły   między   nich   zostawiając   podziurawioną   ścianę.   Andra   miała   szybki 

refleks. Upadła i zaczęła obracał się tyle razy aż schowała się za zwalonym pniem. Droidy 
miały nad Obi-Wanem znaczną przewagę liczebną. Lekcje Qui-Gona pojawiły się w jego 
umyśle w dokładnej kolejności.

Nie przestawaj się ruszać.
Zmieniaj kierunki – zaskocz ich.
Pracuj obiema rękami.
Podchodź ich z góry i z dołu.
Używaj podłoża.
Podłoże   było   nierówne.   Droidy   miały   problem   z   poruszaniem   się.   Obi-Wan   użył 

rozrzuconych kłód i miękkiego mchu aby nabrać wysokości i skoczyć. Rzucił się do tyłu i 
zniszczył jednego droida uderzeniem w głowę. Niesiony pędem swojego skoku, zanurkował i 
pozbawił nóg następnego.

Dwóch z głowy.
Kiedy  Obi-Wan   rozpołowił   trzeciego   droida,   Andra   podniosła   się   z   wibrostrzem   w 

dłoni. Zręcznie unikała ognia i wpiła droidowi ostrze w plecy.

Trzy rozwalone.
Czwarty droid obrócił się, aby zaatakować Andrę. Obi-Wan zablokował mieczem jego 

strzał a potem posłał kopniaka w kierunku droida nadchodzącego z prawej. Andra skoczyła i 
ucięła droidowi ramię. Straciwszy równowagę zachwiał się i Obi-Wan gładko przeciął go na 
pół. Droid upadł na ziemię.

Obi-Wan chwycił zwisającą znad głowy winorośl i wykorzystując ją rozbujał się, żeby 

powalić droida, który mierzył do Andry. Ogień z blastera wystrzelił ułamek sekundy, zanim 
zamachnął się przecinając droida na pół. Andra wydała pełen bólu okrzyk i upadła na ziemię.

Obi-Wan   wirował   w   walecznym   tańcu   jeszcze   szybciej,   odcinając   głowę   jednemu 

droidowi i odwracając się aby przewrócić następnego. Zagłębił  miecz  świetlny w panelu 
kontrolnym droida.

Potem ruszył w kierunku Andry. Pochylił się nad nią, sprawdzając czy żyje. Jej ręka 

powędrowała w górę, odtrącając słabo jego rękę.

– Nie martw się. Żyję. Na ziemię rzucił mnie podmuch wiatru.
Obi-Wan wstał, chwiejąc się na nogach.
– Jesteś pewna?
– Strzał trafił w mój plecak, tak sądzę. 
Ostrożnie   Andra   zdjęła   torbę   z   pleców.   Dziury   po   blasterze   wystrzępiły   materiał. 

Sięgnęła   do   środka   i   wyjęła   rekorder.   Był   podziurawiony   ogniem   z   blastera,   a   część 
wyglądała na stopioną.

– O nie! – wysapała. Włączyła odtwarzanie, ale rekorder zabuczał i się wyłączył.
– Nie martw się – rzekł Obi-Wan, klepiąc się po udzie. – Mam kopię zapasową.
Jego   umysł   przeszedł   już   do   następnego   punktu,   którego   uczył   go   Qui-Gon.   Nie 

rozważaj niefortunnych wypadków, dopóki nie będą one dla ciebie lekcjami.

–   Teraz   mamy   inny   kłopot   –   powiedział   –   Znasz   jakieś   miejsce   niedaleko,   gdzie 

moglibyśmy znaleźć szybki transport?

Andra zbladła.
– Nie. Będziemy musieli się wspinać godzinami. Nie mamy czasu. Katharsis ma się 

background image

zacząć za godzinę. Nigdy nie damy rady!

– Skontaktujmy się z Qui-Gonem i zobaczmy czy Den będzie w stanie ustawić wynik 

loterii. – zasugerował Obi-Wan. Włączył komunikator. Qui-Gon natychmiast odpowiedział.

–   Cieszę   się,   że   cię   słyszę,   Obi-Wan   –   powiedział   z   ulgą   w   głosie.   –   Zdobyliście 

dowody?

–   Nie   tyle,   ile   mieliśmy   nadzieję   –   rzekł   Obi-Wan   –   Park   zdecydowanie   jest 

zagospodarowany   pod   kopalnię,   ale   nie   mamy   dowodu,   że   jest   za   to   odpowiedzialny 
OffWorld.

Z komunikatora dobiegło westchnienie Qui-Gona.
– To będzie musiało wystarczyć. Nie chcę narażać ciebie i Andrę na jeszcze większe 

niebezpieczeństwo.

– Czy Den ustawił loterię?
– Tak – odpowiedział Qui-Gon – Będzie jednym z trzech mieszkańców dopuszczonych 

do   gry   finałowej.   Włamał   się   do   systemu   i   wie   kto   będzie   zwycięzcą.   Główną   nagrodę 
ufundował Xanatos.

Po tym nastąpiła krótka przerwa. Obi-Wan poczuł rozczarowanie. Jeśliby tylko mogli 

powiązać   to   co   nagrali   z   OffWorld.   Mogliby   zdemaskować   go   w   oczach   mieszkańców, 
których oszukał. Qui-Gon wyrwał go z rozmyślań.

– Obi-Wan, zrobiłeś co w twojej mocy. Czas wracać. Przynajmnie parki światowe na 

Telos ocaleją. Wracajcie.

Obi-Wan się zawahał. Jeśli powie Qui-Gonowi, że nie mają transportu, Qui-Gon nie 

będzie mógł  nic zrobić. Nie będzie miał  czasu aby do nich dotrzeć  i wrócić  na czas  na 
Katharsis.   Mówienie   mu   co   się   wydarzyło,   sprawi   tylko,   że   będzie   się   niepotrzebnie 
niepokoił.

– Niedługo będziemy – odpowiedział zamiast tego – Musimy jeszcze coś załatwić.
– W porządku – odrzekł Qui-Gon – Widzimy się w kopule. I uważajcie na siebie.
Andra się skrzywiła, Obi-Wan się rozłączył.
– Co o tym myślisz? – zapytała – Jak się dostaniemy do Thani?
– Mamy jedno wyjście – rzekł ponuro Obi-Wan – Mamy prawdopodobnie tylko kilka 

minut   zanim   będą   szukali   droidów.   Musimy   wkraść   się   tam   z   powrotem   i   ukraść   jakiś 
transport.

Andra wyglądała na zdenerwowaną, ale skinęła głową.
– To nasza jedyna szansa. Chodźmy. Wrócili szlakiem prowadzącym do jaskini. Czekali 

w środku w cieniu wyjścia 

dopóki nie przeszedł patrol. Jak tylko zniknęli za rogiem, wślizgnęli się na teren parku i 

omijali gorące baseny. Kucnęli za zakretem blisko sterty malabu.

– Co teraz? – spytała Andra
– Mam pomysł – powiedział jej Obi-Wan – Kiedy przekopywałem się przez dane w 

UniFy,   wiele   z   nich   dotyczyło   kopuły   technicznej   D.   Budowali   tam   lądowisko.   Ale   ja 
żadnego nie widzę, a Ty? Musi być ukryte wewnątrz, żeby nie było widoczne z powietrza. 
Biorąc   pod   uwagę   rozmiar   tej   operacji,   powiedziałbym,   że   planują   sprowadzić   barki   do 
transportu minerałów.

Andra skinęła głową. 
– Zgadza się. 
– A to oznacza OffWorld – rzekł Obi-Wan. Będą mieli flotę przewoźników. I będą 

potrzebowali wiele innych statków dla mniejszych robót. Jeśli dostaniemy się do hangaru 
technicznego D, znajdziemy dowody, że OffWorld macza w tym palce i uciekniemy.

–   Więc   musimy   znaleźć   ten   hangar,   dostać   się   do   środka,   nagrać   dowód,   ukraść 

transport, i zdążyć do Thani zanim rozpocznie się Katharsis. – powiedziała Andra

– Jakby to powiedział Den, zabij mnie teraz – uśmiechnął się szeroko Obi-Wan – Damy 

background image

radę.

Trzymając się cienia góry malabu i unikając droidów patrolowych, Obi-Wan i Andra 

dostali się do miejsca gdzie dostrzegli wcześniej hangary.

Obi-Wan wziął makrolornetkę i zaczął nią omiatać teren, aż znalazł hangar D. Przyjrzał 

się wejściu. Pracownicy nieustannie wchodzili i wychodzili, niektórzy pilotujący grawisanie a 
niektórzy niosący duratalowe kosze.

– Kiedy chcesz pozostać niezauważonym, wybieraj najbardziej uczęszczany punkt.
– Tam znajdziemy transport – powiedział do Andry
– Ale tam się roi od pracowników. I wszedł teraz patrol – mruknęła Andra – Droidy są 

wszędzie

– Szukają intruzów – rzekł Obi-Wan – Nie pracowników.
Obi-Wan   wskazał   na   wejście   dla   personelu   w   pobliskim   hangarze.   Zdjął   płaszcz   i 

poinstruował Andrę.

– Zaczekaj tutaj.
Przyczaił   się   za   rogiem   góry   malabu.   Tylko   kilka   metrów   dzieliło   go   od   hangaru. 

Musiał spróbować. Szybko, zaczął iść w jego kierunku. Dotarł do drzwi i wślizgnął się do 
środka. Na ławce siedzieli ubrani pracownicy naprzeciwko rzędu szafek. Popatrzyli na niego 
zaskoczeni.

Obi-Wan skinął głową na powitanie.
– Przyszedłem po mój uniform. Jest nowy. Spóźniłem się na zmianę – dodał, starając 

się uniknąć pytań. Pracownicy popatrzyli na niego podejrzliwie.

– Zmiana nie kończy się za dziesięć minut. A ty wyglądasz strasznie młodo.
Obi-Wan zebrał pokłady Mocy. Wbił wzrok w pracownika.
–   Ale   nie   będziesz   miał   nic   przeciwko   temu   abym   wziął   parę   kombinezonów   – 

powiedział.

– Czemu nie? – rzekł tępo pracownik
Obi-Wan   wziął   dwa   kombinezony   ze   sterty   wskazanej   przez   pracownika.   Mniejszy 

powinien pasować na Andrę.

– Do zobaczenia – rzekł
– Do zobaczenia – powtórzył pracownik
Obi-Wan   szybko   przywdział   strój   przed   wyjściem.   Drugi   przewiesił   przez   ramię   i 

wrócił do stojącej w cieniu Andry. Wręczył jej strój a ona szybko się ubrała.

Zmierzali w stronę hangaru technicznego D. Jak tylko byli bliżej, Obi-Wan zobaczył, że 

jest trzy razy większy od innych hangarów, rozciągając się na setki metrów. Razem z Andrą 
skierowali się w stronę dużych podwójnych drzwi i weszli do środka. Celowo szli boczną 
aleją, zastawioną koszami z zaopatrzeniem.

– Tutaj, weź ten – powiedział do Andry, wskazując durastalowy kosz.
– I co teraz? – mruknęła
–   Wygląda   na   zatłoczony   –   Obi-Wan   rozejrzał   się   po   terenie.   Koło   drzwi   było 

zaparkowanych   kilka   skoczków.   Hangar   był   wystarczająco   duży   aby   pomieścić   dużych 
rozmiarów barkę. OffWorld musiało być zaangażowane w tę operację. Obi-Wan przyjrzał się 
pojemnikom z zaopatrzeniem. Najwyraźniej składowali tutaj urządzenia wybuchowe. Widział 
skrzynię z detonatorami termicznymi.

– Zaczekaj chwilę – Obi-Wan pochylił się aby przeczytać napis na skrzyni. W duratali 

była wygrawerowana pęknięta obręcz.

– OffWorld – powiedział – Mamy ich!
Andra   rozglądała   się   w   poszukiwaniu   kłopotów,   kiedy   Obi-Wan   nagrywał 

skrzynie.Usłyszeli   hałas   nad   głową   i   dach   zaczął   się   chować.   Przez   moment   niebo 
rozświetliło   słońce,   a   potem   zostało   zasłonięte   olbrzymią   barką.   Masywny   statek   wleciał 
powoli na lądowisko. Moment później otworzyła się rampa i ze statku wyszli pracownicy 

background image

pośpiesznie rozładowując górnicze krety.

– Myślę, że mamy wystarczająco dużo dowodów – mruknął Obi-Wan do Andry
– Czemu? – spytała
Wskazał na bok statku. Był tam wypalony laserem napis OffWorld. Obi-Wan sfilmował 

litery a potem nagrał robotników rozładowujących krety górnicze. Rampa się schowała. Barka 
cały czas miała włączone silniki. Aktywowała repulsory i znowu uniosła się w górę.

– Ty tam! Możesz nam pomóc?
Dwóch robotników pracowicie ładowało dostawę na grawisanie. Jeden z nich pomachał 

ręką w stronę Obi-Wana i Andry.

– Czas ruszyć w stronę skoczków – mruknął Obi-Wan.
Obi-Wan pokazał rękę jakby nie usłyszał nic przez ryk silników barki. Potem razem z 

Andrą ruszyli w innym kierunku.

– Nie śpiesz się – powiedział do Andry, która przyśpieszyła kroku, ukazując niepokój. 

Szli w stronę skoczków. Jak tylko doszli włączył się alarm.

– Intruzi – rozległ się głos – Intruzi.
– Dobra, teraz możesz się śpieszyć – rzekł Obi-Wan.
Wskoczył do środka a za nim Andra. Siadł za urządzeniami kontrolnymi kiedy dach 

zaczynał się zamykać. Obi-Wan odpalił silniki. Pojazd uniósł się w powietrze. Strop zaczął 
się chować a szczelina malała. Obi-Wan dał pełną moc silników.

– Zdążymy! – krzyknęła Andra
Obi-Wan   szarpnął   kierownicę,   aby  przelecieć  bokiem..   Celował   w  małą   szczelinę  i 

wyleciał po drugiej stronie z zapasem dwóch centymetrów.

– Jesteśmy na zewnątrz? – spytała Andra z zamkniętymi oczami. Pot spływał jej po 

czole a ręce przykleiły się do siedzenia.

–   Jesteśmy   –   odpowiedział   Obi-Wan   ocierając   rękawem   pot   z   czoła.   –   Następny 

przystanek, Thani.

background image

ROZDZIAŁ 14

Qui-Gon   chodził   niespokojnie   blisko   centralnego   pierścienia   kopuły.   Pamiętał,   aby 

naciągnąć kaptur, żeby ukryć twarz. Właśnie trwała przerwa po pierwszej grze i większość 
tłumu skierowała się do stoisk z żywnością, ale nie mógł ryzykować, że ktoś go rozpozna. 
Jego podobizna została rozwieszona w całym Thani.

Obi-Wan i Andra powinni już wrócić. Co, jeśli coś stało się Obi-Wanowi? To już drugi 

raz, kiedy chłopak był w niebezpieczeństwie. Znowu, Qui-Gon dopuścił, aby się tak stało.

– Uspokój się, Qui-Gonie – powiedział Den – Sprawiasz, że robię się nerwowy
Ale Qui-Gon zauważył, że twarz Dena jest napięta z nerwów, i nieustannie obserwuje 

boczne przejście.

– Też się martwisz, o Andrę – rzekł Qui-Gon
– Kto, ja? – powiedział Den odwracając się – Nie martwię się o innych ludzi. Tylko o 

siebie. Jestem człowiekiem, który ma postawić oszczędności życiowe.

Jak tylko Den ustawił rezultat loterii, aby to on wygrał, musiał również zgromadzić 

zasoby, żeby obstawić wiarygodny zakład. Den wziął jedną z wielu dostępnych  na Telos 
pożyczek. Jeśli przegra, będzie na nim ciążył okropny dług.

– Jesteś pewien, że dobrze zinterpretowałeś grę – zapytał Qui-Gon – Jesteś pewien, że 

wiesz kto wygra?

– Niech połamię sobie nogi jeśli nie mam racji – rzekł Den – To będzie Kama Elias. 

Spokojnie.

– Pamiętaj, kiedy wygrasz, będę tu czekał – powiadomił go Qui-Gon.– Nie bierz nawet 

pod uwagę zabrania całej nagrody. Te pieniądze idą z powrotem do skarbu Telos.

–   Jasne,   że   tak   –   powiedział   Den   –   Zabij   mnie   teraz   jeśli   sądzisz,   że   oszukałbym 

przyjaciół.

– Nie prowokuj nie – rzekł sucho Qui-Gon.
Podium w centralnym pierścieniu zaczęło się unosić, sygnalizując początek następnej 

rundy. Qui-Gon i Den zajęli miejsca. Qui-Gon wypatrywał Obi-Wana. Po tym jak zwycięzcy 
loterii obstawią końcowe zawody, Xanatos zaprezentuje nagrodę. Na ekranie wyświetlą się 
sceny  tego   co  sponsoruje   Katharsis.  Zamiast   obrazów   nieskazitelnego   piękna,   tłum   ujrzy 
sceny dewastacji. Ale tylko wtedy, gdy Obi-Wan wróci na czas.

Druga runda się rozpoczęła. Obdarci zawodnicy rozpoczęli rundę zwaną Shock Ball. 

Brutalnych zawodników zachęcały ryki tłumu. Niepokój Qui-Gona się zwiększył. Gdzie się 
podziewał Obi-Wan?

Pamiętał okoliczności ich odjazdu ze Świątyni. Stali razem na lądowisku, gotowi wsiąść 

na prom do kosmoportu. Pożegnali się już z przyjaciółmi, z Tahl, Bant i Garenem. Pożegnali 
się z nie pochwalającym całego pomysłu Yodą.

– Jeszcze nie jest za późno, Obi-Wan – rzekł Qui-Gon – Nie będzie wstydem jeśli 

zostaniesz. To nie wpłynie na nasze późniejsze stosunki. Obiecuje ci to. Lepiej dla ciebie 
gdybyś został.

Pamiętał chłodne zdecydowanie w oczach Obi-Wana.
– Nie mówię, że mnie potrzebujesz, Qui-Gonie. Wiem, że sam też dałbyś radę. Ale 

pomogę ci.

Teraz Qui-Gon upomniał się w duchu. Pomyślał, że nie mógł zapobiec przyjazdowi 

Obi-Wana. Przypomniał sobie zdecydowanie w oczach Obi-Wan i zrozumiał, że nawet gdyby 
nalegał, Obi-Wan nie wróciłby do Świątyni i nie został.

Ale   czy   była   to   prawda?   Czy   jego   cicha   wdzięczność   była   w   tym   momencie 

najważniejsza? Znowu, targały nim emocje. Czy powinien być stanowczy i nalegać, aby Obi-
Wan został? Czy był samolubny?

background image

Qui-Gon o mało  nie jęknął.  Obi-Wan nie  był  znowu oficjalnie  jego padawanem,  a 

jednak ciągle był na dobrej drodze aby go zawieść. Niechętnie obarczał odpowiedzialnością 
swojego padawana. Ale potem się z tym pogodził. Wkrótce będzie czerpał przyjemność z tej 
odpowiedzialności. A teraz był  zupełnie zdezorientowany.  Był  zagubiony,  chciał postąpić 
właściwie, ale nie wiedział w jaki sposób. Był aż nadto świadom własnych uczuć i tego co 
mógł zrobić źle.

Mimo to Obi-Wan był pewny. Chłopak nadal mógł go wiele nauczyć o pewności. O 

zaufaniu. Jeśli by się tylko pojawił.

Uwagę Qui-Gona zwróciła znajoma postać szybko poruszająca się wśród tłumu. Obi-

Wan! Andra śpieszyła u jego boku, robiąc duże kroki, aby za nim nadążyć. Po minie Obi-
Wana wnioskował, że misja zakończyła się sukcesem.

Obi-Wan i Andra wślizgnęli się obok protestujących gapiów, aby dotrzeć do Dena i 

Qui-Gona. Obi-Wan wręczył rekorder Qui-Gonowi.

– Mamy wszystko! – powiedział
Qui-Gon   natychmiast   wstał   i   odszedł.   Odkrył   już   miejsce,   z   którego   technicy 

transmitowali obraz do tłumu podczas przerw.

Technik siedział przy konsoli, jedząc tłusty kawałek mięsa. Wokół niego znajdowały się 

niewielkie   ekrany,   które   pokazywały   co   oglądają   obecnie   tłumy.   Jedna   kamera   była 
skierowana   na   każdego   zawodnika,   jedna   obejmowała   pełen   widok,   kilka   pokazywała 
częściowy widok, a reszta wodziła po twarzach w tłumie. Podczas przerwy, wszystkie będą 
zastąpione obrazami parku światowego.

Technik spojrzał do góry.
– Kim jesteś?
Qui-Gon położył rekorder na konsoli.
– Te obrazy mają być nadane po przemówieniu Xanatosa. Rozkaz gubernatora.
Technik oblizał krople sosu z kciuka.
– Nic o tym nie słyszałem.
Qui-Gon skierował spojrzenie na człowieka, który kontynuował jedzenie.
– Powinieneś pokazać te obrazy po przemowie.
– Pokaże je po przemowie – powiedział technik z pełnymi ustami.
Qui-Gon przypatrzył się jego tłustym palcom.
– Ale najpierw umyjesz ręce.
– Najpierw umyję ręce – powiedział technik, jakby nagle o tym pomyślał.
Qui-Gon   odczekał   aż   technik   się   oddali   i   dokładnie   wytarł   palce.   A   potem   zaczął 

obserwować jak ładują się nowe obrazy. Kiedy był już pewien, że plan się powiódł, odszedł.

Ostatnia gra się zakończyła. Zostało tylko czterech zawodników.
Gubernator   ogłosił   nazwiska   zwycięzców.   Z   tłumu   wybuchła   mieszanka   jęków   i 

radości. Kiedy ogłosił imię Dena, Den zerwał się na równe nogi dziko wrzeszcząc. Obrócił się 
w ich stronę ze świecącymi oczami.

– Gotowi?
Wzrok Andry był miarowy.
– Nie zawiedź nas, Den.
Den pochylił się do niej.
– Musisz czasami komuś zaufać, wasza prawość – powiedział miękko.
– Wiem – powiedziała Andra – Ale dlaczego to musisz być ty?
Potem się uśmiechnęła, uśmiechem pełnym zaufania. Prawie dotknęła jego policzka. 

Powolny przyjemny uśmiech rozprzestrzenił się po ciele Dena. Nadal szczerząc zęby, zszedł z 
loży, aby dołączyć do  innych wygranych. Andra zacisnęła ręce.

– Też mu ufam – rzekł do niej Qui-Gon
Obi-Wan rzucił mu spojrzenie, które mówiło – Skąd możesz być pewien?

background image

Qui-Gon   chciał   mu   powiedzieć,   że   czasami   łatwiej   jest   odczytywać   intencje 

nieznajomych niż bliskich. Kiedy serce nie jest zaangażowane, jego instynkt mówi mu kto 
może go zawieść a kto nie. Miał nadzieję, że po tej misji, on i Obi-Wan będą mieli czas na 
rozmowę.

Obi-Wan pochylił się w jego stronę.
– Jesteś tego pewien?
Qui-Gon skinął głową.
– Tak, jestem. Ale trzymam też swoopy w pogotowiu, na wypadek gdyby nawiał. Przez 

tyle lat, nauczyłem się ubezpieczać swój instynkt.

Uczestnicy loterii stali przy małych konsolach. Postawili olbrzymie sumy na ostateczny 

wynik. Den zrobił pokaz niezdecydowania zanim obstawił zakład. Andra westchnęła.

– Nie może oprzeć się szansie zaistnienia – powiedziała, machając nerwowo rękami.
Rozpoczęła się finałowa runda. Była krótka powtórka wszystkich konkursowych gier. 

Zawodnicy   byli   spoceni,   pokryci   brudem   i   krwią.   Każdy   z   uczestników   loterii   siadł   na 
podium, obserwując akcję, wiedząc, że ich oszczędności życiowe zależą od tego wyniku. W 
tym czasie tłum nie przestawał ryczeć.

Gra zwana shock ball kończyła mecz. Kama Elias nagle wysunął się przed przeciwnika, 

który skręcił zbyt gwałtownie i stracił równowagę przewracając się. Kama zaliczył punkt. 
Dźwięczyk zadzwonił. Gra dobiegła końca.

Den wyskoczył z podium i wykonał szalony taniec na środku areny. Tłumowi się to 

spodobało, krzyczeli jego imię. Ekran wyświetlał den den den!!!!

A potem platforma powoli uniosła się znad centralnego pierścienia i Xanatos stanął, 

zdecydowana postać w czerni. Uniósł ręce w stronę tłumu a tłum zaczął skandować jego imię. 
Tysiące   stóp   uderzało   w   podłogę   dopóki   kopuła   się   nie   zatrzęsła.   XAN-A-TOS!   XA-N-
ATOS! XAN-A-TOS!

Uniósł dłoń by ich uciszyć. Powoli wiwaty ustały. Potem jego hipnotyczny głos
rozległ się w kopule.
– Katharsis nas ocali!
– TAK! – odpowiedział tłum
– Katharsis czyni nas bogatymi!
– TAK!
– Katharsis chroni nasze święte miejsca!
– TAK!
Qui-Gon popatrzył  na ekrany.  Zrób to teraz, ponaglił technika. Obrazy rozszalałego 

tłumu  zniknęły.  Jego miejsce zajęły obrazy Świętych  Basenów. Ale zamiast  krystalicznie 
czystej wody, pojawił się pieniący ciemny basen. Para leciała znad powierzchni.

Na   początku,   tłum   tego   nie   zauważył.   Potem   rozbłysł   następny   obraz,   i   następny. 

Wzgórza   kawałków   malabu.   Krety   górnicze.   Siatka   skanująca   leżąca   obok   rozbitego 
kamienia.   Gigantyczne   maszyny   ssące   złocisty   piasek.   Grawisanie   zaparkowane   na   tle 
nieskazitelnego krajobrazu.

Zaczęły się pomruki. Xanatos ich nie zauważył, Jego oczy były zwrócone na tłum, nie 

na olbrzymie ekrany.

–   Dzięki   Katharsis,   nasze   ukochane   Telos   zapewniło   ochronę   na   pokolenia   – 

powiedział. – Lud przemówił. Ocalił swoje dziedzictwo.

Ekran   wypełniło   teraz   logo   OffWorld.   Było   wypalone   na   skrzyni   z   detonatorami 

termicznymi. Pomruki niespokojnego tłumu zamieniły się w szum rozmów, który wypełnił 
kopułę   niczym   pomieszczenie   pełne   sfiksowanego   sprzętu   technicznego.   Na   następnym 
zdjęciu było widać kreta rozładowywanego z barki. Ekran wypełnił napis Offworld. Szum 
zamienił się w ryk niedowierzania i złości. Xanatos popatrzył wreszcie na ekran. Qui-Gon go 
obserwował. Ktoś inny okazałby zaskoczenie i złość. Xanatos stał niewzruszony.

background image

Kopułę   wypełniły   krzyki.   Wielu   wstało.   Krzyki   zaczęły   się   nasilać.   Ludzie   zaczęli 

stawać na krzesłach i pokazywać pięściami. Zaczęło się rytmiczne tupanie, żądanie bardziej 
przekonujące niż wykrzykiwane pytania.

Xanatos uniósł ręce, prosząc o ciszę. Zajęło mu kilka chwil aby uciszyć tłum.
– Czemu wierzycie w to co widzicie? – spytał cicho, rozkazującym tonem – Wierzcie w 

to co ja mówię. Ktoś próbuje was podburzyć. Ktoś próbuje was oszukać

Samotny głos podniósł się z tłumu.
– Czy to ty?
Tłum pochwycił pytanie.
– CZY TO TY? CZY TO TY?
– Żądamy odpowiedzi! – krzyknął ktoś inny
–   Odpowiadam   na   wasze   wątpliwości   –   wybuchł   Xanatos   –   Mówię   wam,   że   to 

oszustwo! I zapraszam  każdego z  was, żeby ze mną  wybrał  się do Świętych  Basenów  i 
przekonał się na własne oczy.  Ufam rządowi. Ufam korporacji UniFy. Gubernatorze, czy 
udostępnisz Święte Baseny dla publiczności, aby się sami przekonali?

W pierwszym rzędzie wstał srebrnowłosy mężczyzna.
– Ja pójdę.
Xanatos rozłożył ręce.
– Widzicie? Nie ma w tym żadnego krętactwa. Jest tylko otwartość. Będziemy górą, 

jeśli nie damy się oszukać. Tłum się uciszył. 

Zaufanie zwyciężyło nad gniewem.
– Teraz pozwócie mi doprowadzić tych, którzy skłamali do sprawiedliwości. – krzyknął 

Xanatos, a tłum ryknął z aprobatą.

Xanatos   zszedł   na   chwilę   z   platformy.   Qui-Gon   zobaczył   jak   rozmawia   szybko   z 

jednym   z   policjantów   okrążającym   arenę.   Zobaczył,   że   jeden   z   nich   rozmawia   przez 
komunikator.

Qui-Gona ogarnął strach.
– Nałóż kaptur Obi-Wan – rzekł szybko. Moment później twarze Qui-Gona i Obi-Wan 

wyświetliły się na ekranie.

– Widzieliście tych mężczyzn? – huknął Xanatos. Wskazał na ekran – Oni są wrogami 

Telos! Skazani na śmierć, uciekli a teraz dalej szerzą swoje zło! Są tutaj, na tej arenie. To oni 
zamienili taśmy z nagraniami. Popatrzcie na swoich sąsiadów. Widzicie ich? To oni was 
oszukali!

Andra wzięła głęboki oddech. Pochylił się do przodu aby zasłonić Obi-Wana i Qui-

Gona udając, że przeszukuje tłum wokół niej. Ale nie miało to sensu. Jeden z Telosian z 
przodu odwrócił się i przyjrzał się im. Zaskoczenie, że ich rozpoznał odjęło mu mowę. Potem 
stanął i zaczął krzyczeć.

– Tutaj! Tutaj są!
Nie mieli szansy się ruszyć, i nigdzie uciec. Policja rozlała się z podium a Obi-Wan i 

Qui-Gon byli w potrzasku.

background image

ROZDZIAŁ 15

Policja   zaciągnęła   Obi-Wan   i   Qui-Gona   na   podium   Otoczyli   ich   z   wymierzonymi 

blasterami. Dwóch trzymało Qui-Gona, dwóch innych Obi-Wana.

– Hej! – krzyknął Den ze sceny. – Dość tego. Wygrałem! Gdzie moja nagroda?
Tłum podniósł krzyk. To jest to na co czekali – żeby zobaczyć jak zwycięzca przyjmuje 

fortunę w kredytach i kryształach vertexu. Nawet policja chciała to zobaczyć. Chociaż ich 
blastery skierowane były na Jedi, ich oczy skierowane były na scenę.

Xanatos pośpiesznie wystąpił naprzód z przezroczystą skrzynką w dłoniach. Kryształy 

świeciły wewnątrz, na na górze były kredyty. Obi-Wan zauważył, że Xanatos był wyraźnie 
niespokojny z powodu zakończenia ceremonii.

Xanatos wręczył skrzynkę Denowi. Wszyscy zwrócili się w jego stronę. Tradycją było, 

aby zwycięzca powiedział kilka słów.

Den wstał, patrząc na skrzynkę. Nie odezwał się. Obi-Wan rzucił okiem na Qui-Gona. 

To była chwila próby. Sytuacja się zmieniła. Trzymali ich na muszce. Den zdawał sobie z 
tego sprawę. Andra nie mogła go powstrzymać w pojedynkę. Jeśli Den nie będzie postępował 
zgodnie z planem, zatrzyma wygraną. Ilość pieniędzy w tej skrzynce skusiłaby prawie każdą 
istotę, a zwłaszcza złodzieja.

Zamiast zwrócić się do tłumu, Den zwrócił się w stronę wysokiego, srebrnowłosego 

mężczyzny w pierwszym rzędzie. 

– Gubernatorze?
Gubernator Telos wstał.
–   Czy   przeczyta   pan   fragment   flimsiplastu,   który   dałem   panu   zanim   miał   miejsce 

finałowy konkurs?

Gubernator sięgnął do kieszeni swojej tuniki. Wstał i zaczął czytać przez mikrofon
– Zwycięzcą będzie Kama Elias z przewagą dwudziestu punktów. Deleta doświadczy 

problemów ze sterowaniem. Kama wyprzedzi go aby wygrać.

Tłum przyglądał mu się zdziwiony. Kama wygrał o dwadzieścia punktów. Ale skąd 

zwycięzca wiedział, że Deleta będzie miał problem ze sterowaniem?

– Mieszkańcy Telos, napisałem to zanim rozpoczęła się gra – ogłosił Den – Włamałem 

się komputera Katharsis. Każda loteria była ustawiona! Sprzęt zawodników był nieznacznie 
przerobiony na cele gry, żeby wcześniej wybrana osoba mogła wygrać. Nawet zwycięzca 
loterii został wybierany z wyprzedzeniem. Zwycięzca musiał wyrazić zgodę, aby podzielić się 
fortuną z UniFy. Wszystko to jest celowo pomyślane, aby wyciągnąć od was pieniądze.

Den sięgnął do skrzynki i wyjął pełne garście kredytów i kryształów vertex. Rzucił je w 

kierunku tłumu. Kredyty i kryształy poleciały na dół, a ludzie rzucili się aby je pozbierać.

Wokół nich ekrany wyświetlały obrazy zdewastowanych Świętych Basenów.
– Okłamali nas! – krzyknął – Popatrzcie na ekrany! To sponsorują wasze pieniądze! 

Rozejrzyjcie się – popatrzcie na siebie. Macie długi? Czy myślicie tylko o pieniądzach? To 
dobrze   bo   oni   właśnie   tego   chcą.   A   kiedy   my   planujemy   i   marzymy,   nasz   świat   jest 
niszczony.  Popatrzcie na logo na skrzynkach z ładunkami wybuchowymi,  logo na statku. 
UniFy   to   OffWorld!   Kiedy   my   robiliśmy   zakłady,   nasza   planeta   została   zaprzedana 
największej   korporacji   górniczej   w   galaktyce.   A   kto   rządzi   OffWorld?   Wszechmocny 
Xanatos!

Przez chwilę, całkowita cisza tłumu zdawała się wyssać całe powietrze z kopuły. A 

potem cisza przerodziła się w groźne ryki, potężne jak ocean. Policja trzymająca Obi-Wana 
była   tak   samo   poruszona   jak   tłum.   Tłum   wstał   jak   jeden   mąż,   skacząc   i   krzycząc   imię 
Xantosa. Ekran nadal wyświetlał obrazy zniszczonego parku.

– Aresztować go! – krzyczeli – Aresztować Xanatosa!

background image

Xanatos jeszcze raz wystąpił naprzód. Przeczekał krzyki i drwiny. Powoli, ludzie w 

tłumie   zaczęli   uciszać   pozostałych.   Wszyscy   spodziewali   się,  że   Xanatos   jeszcze   raz   ich 
uspokoi. Że powie im, że to co mówi Den to kłamstwo.

Xanatos   przyglądał   się   tłumowi   przez   długą   chwilę,   czekając   aż   ucichnie   ostatni 

pomruk,   aż   wszyscy   w   kopule   ucichną.   Potem   uśmiechnął   się   i   pokręcił   głową   niczym 
nauczyciel upominający klasę pełną uczniów.

– Wy żałośni głupcy.
Poruszając się zdumiewająco szybko, z płaszczem na plecach,  wskoczył  na swoopa 

zwycięzcy.   Uniósł   się   w   powietrze,   wyciskając   ze   swoopa   maksymalną   prędkość. 
Manewrując aby ominąć grawiboksy, skierował pojazd do wyjścia z kopuły.

– Nie tym razem Xanatosie – rzekł twardo Qui-Gon
Łatwo było się wyrwać rozproszonym strażnikom. Obi-Wan uderzył łokciem i kolanem, 

uwalniając się. Rozzłoszczeni policjanci bali się strzelać w tłumie. Qui-Gon ukrył ich swoopy 
za stosem gałęzi. Wskoczyli na nie i wystartowali w kierunku, w którym uciekł Xanatos.

background image

ROZDZIAŁ 16

Kiedy znaleźli  się na zewnątrz,  bulwar wydawał  się kompletnie  pusty.  Qui-Gon na 

moment zamknął oczy i skupił się, Kiedy otworzył je znowu, pochwycił okiem ruch po jego 
prawej stronie. Być może był to tylko cień. Ale Moc mówiła mu, że to Xanatos.

Qui-Gon wcisnął gaz do dechy jak tylko się dało. Słyszał, że Obi-Wan jest tuż za nim. 

Chłopak nadążał. Wiedział to. Determinacja naprężyła każdy jego mięsień. Tym razem nie 
zgubi   Xanatosa.   Bez   wątpienia   zmierzał   w   jakieś   bezpieczne   miejsce,   albo   w   kierunku 
transportu, który zabierze go z planety. Xanatos zawsze miał plan awaryjny. Ale teraz wzięli 
go przez zaskoczenie. Może bez drobnych szczegółów. Xanatos nie był na to przygotowany, 
Ku zaskoczeniu Qui-Gona, Xanatos wylatywał z miasta na otwartą przestrzeń.

– Myślę, że kieruje się do Świętych Basenów – krzyknął Obi-Wan – To tędy lecieliśmy.
– Musimy się trzymać tuż za nim – odpowiedział Qui-Gon – Wie, że za nim lecimy. 

Jeśli nie możemy go złapać, miejmy go na oku.

Silniki  swoopów  wytrzymywały  tylko  taką  prędkość. Xanatos  miał  szybszy pojazd, 

podobnie jak te używane w konkursach miał zmodyfikowany silnik. Jedi z trudem mieli go na 
oku, i były zakręty gdzie mogli go zgubić kompletnie.

Podczas jazdy Obi-Wan był  całkowicie skupiony. Oparł się o kierownicę, z oczami 

wbitymi   punkt   na   horyzoncie,   którym   był   Xanatos.   Twarz   Qui-Gona   przybrała   wyraz 
ponurego zdecydowania.

W końcu dotarli na drogę prowadzącą do parku. Pojechali nią w kierunku wejścia. 

Brama była zrobiona z elektroprętów. Na górze znajdowały się sensory, które miały porazić 
każdego, kto będzie próbował przelecieć nad bramą. 

Na   drodze   leżał   porzucony   swoop.   Nigdzie   nie   było   widać   Xanatosa.   Qui-Gon 

zatrzymał swojego swoopa. Przyjrzał się zostawionemu swoopowi. Brakowało mu paliwa.

– Musi być w parku – powiedział, patrząc na bramę.
– Znam inne wejście – zapewnił go Obi-Wan.
Obi-Wan poprowadził go boczną drogą obok drzew. Zostawił swojego swoopa i pobiegł 

przez strumień  w  kierunku szczeliny w ścianie groty.  Wcisnął  się do środka. Qui-Gon z 
trudem poszedł jego śladem. Był dużym człowiekiem a to była mała szczelina. Jednak jakoś 
się wcisnął. Szybko dotarli do wyjścia z jaskini i wypadli na otwartą przestrzeń. Xanatos 
szedł przez park, zmierzając do Hangaru Technicznego D.

– Jest tam lądowisko – powiedział Obi-Wan Qui-Gonowi – Bez wątpienia czeka tam na 

niego transport, który go zabierze z planety.

Qui-Gon zaczął biec. Xanatos nie może dotrzeć do hangaru. Poruszał się cicho, jego 

stopy nie wydawały najmniejszego szmeru odbijając się od miękkiego podłoża. Ale zanim 
dobiegł do Xanatosa, jego przeciwnik nagle wskoczył na grawisanie i odjechał.

Qui-Gon chwycił porzucone grawisanie i podążył za nim, wiedząc, że Obi-Wan będzie 

za kilka chwil za nim. Skręcił z stertą sprzętu i zdołał odciąć Xanatosa od hangaru. Warcząc 
gniewnie, Xantos skręcił ostro na prawo i przemknął obok niego. Qui-Gon siedział mu na 
ogonie.

W   oddali   widać   było   spustoszony   krajobraz.   Zachodzące   słońce   oświetlało   go 

krwistoczerwonymi promieniami. Gotujące baseny czarnego kwasu bulgotały i wydalały parę 
w powietrze. Cały teren pełen był zastygłej lawy i kleił się od smoły. Powietrze wydawało się 
gęste i żółte od chemikaliów. Od czasu do czasu ze szczelin w skałach wybuchały smugi pary.

Xanatos wyskoczył z grawisań. Wylądował pewnie z mieczem świetlnym w dłoniach, 

w pozycji do ataku. Pozbywając się ochroniarza, Qui-Gon skręcił saniami zbyt gwałtownie.

Pojazd prawie wywrócił się na drugą stronę, więc wyskoczył. Skok był nieudany, ale go 

ocalił. Poczuł przy uchu buczenie miecza świetlnego Xanatosa, kiedy rozrywał skałę obok. 

background image

Qui-Gon wylądował tracąc równowagę i na jednym kolanie, ale jego miecz był włączony i 
gotowy odeprzeć następny cios. Świetliste ostrza spotkały się, bucząc i wysyłając ładunki 
elektryczne w powietrze.

– Nie zabijesz mnie, Qui-Gonie – rzekł Xanatos, zbliżając twarz. Jego niebieskie oczy 

płonęły nienawiścią.

– Nie jestem tu aby cię zabić – powiedział Qui-Gon – Jestem tu aby doprowadzić cię 

przed oblicze sprawiedliwości.

Zrobił   salto   do   tyłu   w   odwrotnym   kierunku,   mając   nadzieję   wytrącić   miecz   z   ręki 

przeciwnika. Cios przyszedł z góry, ale Xanatos skutecznie go odparował.

– Powiedz mi prawdę choć raz, Qui-Gonie – uśmiechnął się szyderczo – Spędzasz tak 

dużo   czasu   karmiąc   się   mądrością   Jedi,   że   straciłeś   kontakt   ze   swoją   szczerością,   jeśli 
kiedykolwiek ją miałeś. Nie będziesz zadowolony, dopóki nie będę martwy. Patrz, idzie twoja 
młoda kukiełka.

Qui-Gon zobaczył niebieski blask miecza świetlnego Obi-Wana, kiedy chłopak ruszył 

ku nim. Wyczuł, że Obi-Wan pójdzie na prawo. Jeśli wezmą Xanatosa z dwóch stron, być 
może go rozbroją.

Przemieścili się w ułamku sekundy nawet na siebie nie patrząc. Qui-Gon wiedział kiedy 

i jak zada cios Obi-Wan, ruchem ku dołowi w kierunku rękojeści miecza. Qui-Gon upadł na 
kolano aby uderzyć z góry. Trudno będzie Xanatosowi sparować oba ciosy.

Ale Xanatos przewidział ich ruch. Obrócił się z dala od uderzenia Obi-Wana i skoczył 

w tył, używając Mocy aby zwiększyć zasięg skoku. Qui-Gon zadał cios górą, ale minął się z 
ostrzem miecza Xanatosa. Obok niego wybuchło coś ze szczeliny, z której kolumną do góry 
zaczęła ulatniać się para. Musiał odskoczyć na bok aby uniknąć poparzenia.

Kolumna pary oddzieliła Jedi od Xanatosa, który tylko się uśmiechnął.
–   Znowu   to   samo   –   rzekł   Xanatos.   –   Szlachetni   Jedi   udający,   że   przybyli   w   imię 

sprawiedliwości,   kiedy   naprawdę   przybyli   dla   krwi.   Pamiętasz,   Obi-Wan?   Ścigałeś 
trzynastoletniego chłopca a potem okazało się że nie żyje. Pamiętasz to spojrzenie w oczach 
Brucka kiedy go zabiłeś? Próbujesz przekonać siebie, że jest ci przykro, że twój rywal nie 
żyje? Bądź świadom swoich uczuć. Przyznaj, że się cieszysz! Przyznaj, że pragniesz zemsty.

Qui-Gon zobaczył rozpacz na twarzy Obi-Wan. Ręka, w której trzymał miecz zaczęła 

drżeć.

– Nie słuchaj go – powiedział cicho – Nie słuchaj, Obi-Wan
Para   została   wessana  z   powrotem  do  szczeliny.   W  tym  samym  momencie   Xanatos 

skoczył do przodu. Nadal się trzęsąc, Obi-Wan prawie zapomniał o obronie. Ledwo parował 
ciosy Xanatosa. Xanatos obrócił się, jedną nogą wymierzając kopniaka, posyłając Obi-Wana 
do tyłu.

A potem Xanatos skoczył za upadającym chłopcem.

background image

ROZDZIAŁ 17

–   Nie   –   krzyknął   Qui-Gon.   Sięgnął   do   skał   i   roślinności,   która   go   otaczała,   do 

strumienia, który łączył go ze wszystkimi rzecami, który łączył go z Obi-Wanem.

Zderzył się z Xanatosem w powietrzu. Ich ciała złączyły się niczym góry twardej skały. 

Zarówno Xanatos jak i Qui–Gon byli potężnymi ludźmi. Uderzenie było olbrzymie. Qui-Gon 
czuł szok nawet w kościach. Przez chwilę, Xanatos złapał ramię Qui-Gona zmuszając ich aby 
zostali w takiej pozycji.

– Ty mi to zrobiłeś – powiedział, z płonącymi nocą oczami.
Wylądowali kilka cali od siebie, z włączonymi mieczami. Lawa była śliska i Qui-Gon 

musiał omijać strumienie pary. Zobaczył, że Obi-Wan się podnosi.

– Więc uczeń uczy się od nauczyciela – ciągnął dalej Xanatos – Wyrzeknij się swoich 

uczuć, kiedy mówisz o honorze Jedi. Zapomnij o morderstwie.

– Ty jesteś odpowiedzialny za śmierć Brucka – powiedział mu Qui-Gon kiedy walczyli 

– Nie Obi-Wan. Sprowadziłeś chłopaka na złą drogę, ujawniając mu pokusy ciemnej strony. 
Poszedł ślepo za tobą.

Obi-Wan utykał lekko, kiedy szedł w ich stronę. Skręcił kostkę. Jego twarz wciąż była 

naga i młoda, jednak poparzona tym czym cisnął w niego Xanatos.

Qui-Gon myślał,  że Obi-Wan pogodził się z tym  co się stało.  Żałował i opłakiwał 

śmierć Brucka. Mimo że Bruck postąpił źle, była jeszcze nadzieja kiedy żył. Obi-Wan nie 
powinien się za to winić.

Mimo to gdzieś w środku to robił. Jedno życie się zakończyło. Była to strata, którą nie 

łatwo zaakceptować. Qui-Gon wiedział to dobrze. A Xanatos widział to wahanie w oczach 
Obi-Wana, i używał go aby sobie z niego drwić. Widział słabość tam gdzie Qui-Gon widział 
siłę. Taka już była natura zła.

Odwagi Obi-Wan. Trzymaj się swoich przekonań. To co wiesz jest prawdą. Nie pozwól 

mu się dosięgnąć.

–   Widzę,   że   moje   słowa   cię   dotknęły,   Obi-Wan   –   rzekł   Xanatos   jedwabistym, 

insynuującym tonem, którego używał żeby manipulować wszystkimi wokół niego. – Czy to 
dlatego, że mam rację?

–   Nie,   Xanatosie   –   powiedział   Obi-Wan   –   Czuję   smutek   po   tej   stracie.   I   dziękuję 

wszystkim, którzy nauczyli mnie tego smutku. Nie jestem przez to słabszy. Tylko silniejszy.

Nagle miecz Obi-Wan zawirował. Qui-Gon był zdumiony jak szybko i z gracją porusza 

się chłopiec, odbijając się od kopca lawy aby zaatakować Xanatosa. Xanatos zachwiał się pod 
gradem   ciosów.   Nagle   wybuchła   chmura   pary,   i   zatoczył   się   na   jedną   stronę,   tracąc 
równowagę i lądując na ręce.

– Silniejszy od ciebie – dodał zaciekle Obi-Wan, skacząc w ślad za nim.
Qui-Gon podążył za nimi, podziwiając skupienie Obi-Wana. Teraz dwóch walczyło jak 

jeden,   Xanatos   zaczął   słabnąć   i   wykorzystali   to   aby   zapędzić   go   do   tyłu,   w   kierunku 
ciemnego basenu. Jeśli by wykorzystali tą sytuację, byliby w stanie go rozbroić albo pokonać, 
byłby to jego wybór.

Dwa swoopy pojawiły się nagle za basenem. Andra i Den ich znaleźli. Wylądowali i 

pośpieszyli im na pomoc, z blasterami w ręku.

– Zapłacisz za to Xanatosie – wykrzyknęła Andra – Zabierzemy cię z powrotem do 

Thani na proces.

Xanatos stał na krawędzi basenu. Nie miał żadnych szans. Był otoczony, i nie miał 

dokąd uciec.  Jego spojrzenie  wędrowało od Dena na  Andrę,  na Obi-wana, aby w  końcu 
zatrzymać   się   na   Qui-Gonie.   Głębiny   jego   nienawiści,   zmieniły   jego   spojrzenie   w   czerń 
niczym basen za nim.

background image

– Nigdy nie będziesz miał satysfakcji z zabicia mnie, Qui-Gonie Jinnie – rzekł miękko. 

– I nigdy nie poddasz mnie pod żaden sąd. To nienawiść cię tu sprowadziła, tylko nie chcesz 
tego   przyznać.   Zniszczyłeś   mnie   bo   nie   mogłeś   mnie   ocalić.   Jestem   twoją   największą 
porażką. Musisz z tym żyć. I z tym też.

– Nie! – krzyknął Qui-Gon rzucając się do przodu.
Ale było za późno. Z okrutnym uśmiechem, który wykrzywił jego usta, Xanatos dał 

krok do tyłu i wskoczył do gotującego się basenu. Andra krzyknęła kiedy znikał.

– Nie przeżyje – szepnęła – Kwas rozpuści ciało.
Obi-Wan się wzdrygnął.  Widział  do czego zdolny jest basen. Xanatos  był  czystym 

złem.  Ale był  też żywą  istotą i spotkał go okropny los. Qui-Gon stał jak sparaliżowany, 
wpatrując się w mętny, cuchnący basen.

Powoli, coś poruszyło się w wodzie wypływając na wierzch. Była to czarna peleryna. 

Na ich oczach się rozpuściła. Xanatos był w końcu martwy.

background image

ROZDZIAŁ 18

– Den rozłożył ręce nad głową i uśmiechnął się. – Kto by pomyślał, że złodziej i dinko 

będą bohaterami Telos?

Andra cisnęła w niego poduszką.
– Cieszę się, że cała uwaga nie skupiła się na tobie.
Obi-Wan   i   Gui-Gon   uśmiechnęli   się   do   siebie,   przyzwyczajeni   do   ich   sprzeczek. 

Wiedzieli, że rodzi się między nimi głębokie uczucie.

Ich powrót na Telos przyniósł wszystko to, czego chciała od dłuższego czasu Andra. 

UniFy   zostało   zdemaskowane   jako   przykrywka   dla   OffWorld.   Ich   zdradzieckie   działania 
wyszły   na   światło   dzienne.   Rząd   przeprosił   ludzi,   a   potem   wezwał   do   specjalnego 
głosowania.   Rozpoczęły   się   dochodzenia   w   sprawie   korupcji   wysoko   postawionych 
urzędników. Gubernator, który przymykał na wszystko oko, zrzekł się swej funkcji. Skarbnik, 
Vox Chun znalazł się w więzieniu.

A Katharsis przestało istnieć. Mieszkańcy Telos byli przerażeni, że dali się tak omamić 

chciwości. Przyznali, że górę wzięło masowe delirium. Dziesiątki obywateli kontaktowało się 
z   Andrą,   mając   nadzieję   dołączyć   do   partii   POWER.   Na   Telos   narodził   się   patriotyzm, 
zbudowany na oddaniu i zaufaniu do ziemi, którą miłowali i prawie na zawsze stracili.

–   Więc   jakiego   gubernatora   powinienem   mianować   –   spytał   Den   –   Ludzie   mnie 

kochają.

– To dlatego, że nie znają cię tak jak my – rzekła Andra uśmiechając się szeroko – Nie 

jesteś politykiem Den.

–   Hej,   sama   przyznałaś,   że   jestem   dobrym   kłamcą   –   zaprotestował   Den,   udając 

urażonego.

– Już nikt nie będzie więcej kłamał w imieniu rządu na Telos – rzekła poważnie Andra.
– Przyjmuję zakład, ale nie podobają mi się szanse – dodał cynicznie Den.
Qui-Gon wstał.
– Życzę wam obojgu powodzenia. I dziękujemy wam, że oczyściliście nas z zarzutów,
– Możecie iść, ale czy naprawdę musicie? – spytała Andra – Bylibyśmy zachwyceni, 

jeślibyście zostali choć na kilka dni. Żebyśmy mogli wam pokazać piękno Telos. Minie trochę 
czasu zanim oczyszczą Święte Baseny, ale są też inne miejsca.

– Może innym razem. Musimy wracać do Świątyni.
Obi-Wan również wstał i podziękował Andrze i Denowi. Przykro było mu się żegnać. 

Podziwiał poświęcenie Adry. Był podejrzliwy w stosunku do Dena, ale jemu też podziękował. 
Wiedział,   że   różnymi   drogami,   mogą   pracować   aby   Telos   na   powrót   była   ruchliwym, 
pokojowym i kwitnącym światem jak niegdyś.

– Wiem, że zostawiamy Telos w dobrych rękach – powiedział im Obi-Wan. Uśmiechnął 

się do Dena. – Myślę, że szanse są całkowicie po waszej stronie.

Obi-Wan szedł z Qui-Gon przez bulwar w kierunku gwiezdnego liniowca, który miał 

ich zabrać na Coruscant.

– Czy Xanatos był twoją największą porażką? – spytał niepewnie – Czy jego śmierć 

będzie cię nawiedzać, tak jak miał nadzieję?

– Czy śmierć Brucka cię nawiedza? – zapytał łagodnie Qui – Gon.
– Nie – rzekł powoli Obi-Wan – Ale noszę ją tutaj. 
Dotknął swojej piersi.
– Myślę, że tak samo jest ze mną – powiedział Qui-Gon – Jego śmierć nie będzie mnie 

nawiedzać, nie w sposób jaki miał nadzieję Xanatos. Xanatos wybrał śmierć. Leżało w jego 
naturze, aby wybrać ścieżkę ciemności. Ale zajmie mi trochę czasu, aby się z tym uporać. Nie 
mogę pozbyć się uczucia, że gdybym był lepszym nauczycielem, nie przeszedłby na Ciemną 

background image

Stronę. Yoda powiedział mi kiedyś, że nie mogę zmusić padawana do sukcesu albo porażki. 
Mogę mu tylko wskazać właściwą drogę.

A mnie? – chciał spytać Obi-Wan. Jak mnie postrzegasz, Qui-Gonie – jako sukces czy 

porażkę?

Qui-Gon nie odzywał się przez kilka minut. Wydawał się poświęcać uwagę pięknu dnia, 

tak jakby potrzebował tego aby ukoić smutek.

– Dopiero zaczynasz swoją podróż, Obi-Wan – powiedział w końcu – Nie rozważaj 

siebie   w   kategoriach   sukcesu   czy   porażki.   Jeśli   postępujesz   właściwie,   te   słowa   tracą 
znaczenie. Istnieje tylko dobro, które czynisz.

– Ciężko jest nie myśleć o porażce, biorąc pod uwagę, że to okres próbny – rzekł Obi-

Wan

– To nie ma nic wspólnego z porażką – powiedział łagodnie Qui-Gon. Nie wolno ci tak 

myśleć. Ciężko jest kroczyć ścieżką Jedi. Rada wie o tym. Jeśli ktoś błądzi, zwłaszcza w 
młodym wieku, rozumieją to. Ale mimo to musisz być świadomy zobowiązania jakie nasiebie 
nakładasz. Będziesz musiał się z nimi spotkać, spędzić trochę czasu w świątyni, dać dowód 
swego oddania. Myślę, że będzie to dobre dla nas obu. Jest czas na misje, i jest też czas na 
medytację i naukę.

– Też będziesz w Świątyni? –spytał Obi-Wan
Qui-Gon skinął głową.
– Dla mnie to też będzie czas refleksji. I pomogę ci z Radą. Muszą zrozumieć dlaczego 

postanowiłeś odejść. Ja zrozumiałem.

– Naprawdę?
– Przyznaję, że przyszło to powoli – rzekł Qui-Gon – Ale tak, zrozumiałem. – Przerwał 

na chwilę. – Wiem że jesteś w okresie próby i nie możesz być oficjalnie moim padawanem. 
Ale nim jesteś, Obi-Wan. Nie potrzebuję, żeby powiedziała mi to Rada.

Obi-Wan wziął głęboki oddech.
– Więc przyjmiesz mnie z powrotem?
– Przyjmiemy się nawzajem – powiedział Qui-Gon
Obi-Wan miał  taką nadzieję.  Starał się hamować  swoją niecierpliwość.  A teraz nie 

wiedział co powiedzieć. Był zbyt poruszony, żeby wypowiedzieć jakieś słowa.

– Od początku starałem się odbudować naszą więź – rzekł Qui-Gon – Ale ty wiedziałeś 

coś czego ja nie wiedziałem. Wiedziałeś, że pewne rzeczy mają się stać. Teraz ja też to wiem. 
Będziesz   wspaniałym   rycerzem   Jedi.   Będę   dumny,   kontynuując   podróż,   która   razem 
rozpoczęliśmy.

Obi-Wan podniósł głowę. Teraz on także dostrzegł piękno dnia. Niebo było oślepiająco 

czyste. Po raz pierwszy od dłuższego czasu, przyszłość byłą przejrzysta jak nigdy.

– Nie mówię, że to będzie łatwa droga – dodał Qui-Gon – Mamy różne charaktery. Bez 

wątpienia dojdzie do następnego starcia. Jeszcze raz rzucisz mi wyzwanie.

– Będę się starał tego nie zrobić – powiedział mu szczerze Obi-Wan.
–   Nie   rozumiesz   mój   padawanie   –   Qui-Gon   obdarzył   go   rzadkim   uśmiechem, 

uśmiechem, który rozświetlił jego niebieskie oczy i sprawił, że zalśniły ciepłem. – Nie mogę 
się tego doczekać.