background image

ANNA BRZEZIŃSKA

OPOWIEŚCI Z WILŻYŃSKIEJ DOLINY

background image

A KOCHAŁ JĄ, ŻE STRACH

Z Wilżyńskiej Doliny wszędzie było daleko. Gościniec omijał ją szerokim łukiem, tak że do 

cywilizacji  wiodły jedynie dwie  kręte,  porosłe trawą  dróżki. Wysoka ścieżka  wspinała  się 

pomiędzy trzema zawieszonymi nad doliną szczytami, Palem, Maczugą i Mnichem, aż do 
kupieckiego   traktu.   Niska   ścieżka   opadała   łagodnie   wzdłuż   Wilżyńskiego   Potoku   i   przez 

ziemie  starosty  prowadziła  ku odległym posiadłościom opactwa.  Co prawda,  była  jeszcze 
trzecia ścieżka, ale ona bynajmniej nie zmierzała w stronę cywilizacji. Raczej w kierunku 

zupełnie przeciwnym.

Szymek   jednak   nigdy   nie   powędrował   gdzieś   hen   przed   siebie   ani   wysoką,   ani   niską 

ścieżką - a w każdym razie nie dalej niźli na skraj pastwisk, gdzie zgodnie wypasano owce ze 
wszystkich trzech wiosek Wilżyńskiej Doliny. Raz tylko, nasłuchawszy się nieopatrznie gadek 

wędrownego kapłana, postanowił, że zostanie starościńskim pachołkiem. Zamarzyły mu się 
wojenna  sława,   gorzałka   w  karczmach  przy  trakcie  i  chętne  wojakom  dziewuchy.   Z tego 

rozmarzenia   wykradł   się   z   wioski   głęboką   nocą   i   pognał   w   dół   brzegiem   Wilżyńskiego 
Potoku.   Jednakże   jeszcze   nie   zaczęło   dnieć,   kiedy   dopadł   go   władyka,   dopadł,   po   czym 

wymłócił chłopakowi grzbiet i gwoli przestrogi wsadził w gąsior.

Gdyby szło o kogo innego, pewnie by władyka, człek bardzo nieprzychylny zbiegostwu, nie 

poprzestał na gąsiorze, ale Szymek naprawdę był personą w Wilżyńskiej Dolinie. Jego opiece 
powierzono   dworską   trzodę,   którą   wybornie   przyuczył   do   wyszukiwania   trufli.   Wkrótce 

jednak okazało się, że upartej nierogaciźnie wyrosły rogi - bez Szymka nie sposób ją było 
skłonić do współpracy. Nadąsane świnie nie chciały odstąpić gąsiora, a wielki ryży wieprz, 

który przewodził stadu, z czystej złośliwości poharatał ulubionego pańskiego ogara. Wreszcie 
zniechęcony władyka musiał chłopaka wypuścić.

I tak się skończyło Szymkowe wędrowanie. Czas mijał mu spokojnie, nie tyle biegł, ile 

pełznął niespiesznie i z godnością. Nowiny nie docierały, kupcy ani zbójcy do Wilżyńskiej 

Doliny nie zaglądali zbyt często. Zresztą i jedni, i drudzy nie mieli tu czego szukać. Okolica 
była nieurodzajna, a ludek ubogi, spokojny i tak płochliwy, że gdy tylko konie na trakcie 

usłyszał,   chwytał   na   gwałt   dobytek   i   zmykał   w   góry.   Zwłaszcza   jesienią,   kiedy   poborcy 
podatkowi ciągnęli.

Szymek był równie lękliwy, jak sąsiedzi i przeważnie siedział pospołu ze swymi świniami 

głęboko w lasach. Aż do przeszłego tygodnia. Gdyż ostatniej niedzieli, kiedy wedle zwyczaju 

zamiast słuchać kazania stał w gromadzie znajomych pod starą lipą i siarczyście spluwał na 
placyk przed kapliczką, zakochał się w Jarosławnie, córce Betki młynarza. I to zakochał się, 

background image

że strach.

Było to uczucie wielkie, obejmujące Jarosławnę razem z jej cudnymi niebieskimi oczami 

(szczególnie kochał lewe - zdawało mu się, że nieustannie zezuje w jego kierunku), czterema 

krowami posagu, puchową pierzyną, trzema haftowanymi poduchami, wypatrzonymi przez 
Szymka w komorze, i z czternastoma morgami gruntu, które Jarosławnie kiedyś przypadną 

w spadku. Ojca wybranki, Betkę młynarza, ogarniał swą miłością nader niepewnie, nie bez 
słuszności bowiem żywił obawę, iż jego głębokie uczucie może pozostać nieodwzajemnione.

Dlatego   chyłkiem   przekradał   się   właśnie   trzecią   ścieżką   do   chatki   Babuni   Jagódki, 

nazywanej przez miejscowych starą,  parszywą  wiedźmą.  Jednakże w owej chwili  Szymek 

starał się usilnie zapomnieć o jej przezwisku. Miał nadzieję, że Babunia będzie w sielskim, 
przyjaznym   ludziom   nastroju.   Pociągnął   nosem.   A   jak   nie   będzie,   to   i   tak   zdążę   uciec, 

pomyślał. Szczęście, że na wiosnę Babunię strasznie pokręciła podagra.

Chatka   Babuni,   ginekologicznej   znakomitości   dwóch   powiatów,   sprawiała   wrażenie 

stosowne do profesji właścicielki: była zaniedbana, brudna i cuchnęła kozimi odchodami. 
Jednakże   sława   gospodyni   niosła   się   znacznie   dalej   niźli   odór   inwentarza.   Wieśniacy 

powtarzali   szeptem,   że   Babunia   pokątnie   kuruje   poszczerbionych   zbójców   z   Przełęczy 
Zdechłej Krowy, a podobno zdarzało się również, że posyłano po nią z dworu władyki. Co to 

się na świecie porobiło, sarkali, kiedy w samo południe Babunia Jagódka kroczyła hardo 
przez wioskowy plac. Kiedyś wiedźmy znały swoje miejsce, ledwie nocką śmiały na świat 

wychodzić, a i wtedy pokornie u wrót stały, wedle szubienicy. A teraz?

Krzywym   okiem   spoglądano   też   na   hołubionego   przez   Babunię   capa,   gdyż,   jak 

powszechnie wiadomo, wiedźmy mają zwyczaj trzymać w obejściu rozmaite potwory i któż 
mógł wiedzieć, co się pod tą koźlą skórą kryło? Wieśniacy nieraz się na niego zasadzali, ale 

bydlę było sprytne i szybko uciekało. Nie gonili go, bo się po prostu bali - jak na wiedźmę, 
Babunia Jagódka była nad podziw rozumna i chyba nie do końca sprzyjała mieszkańcom 

Wilżyńskiej Doliny. Plotki o jej knowaniach ożywały szczególnie w czas nieurodzaju, że zaś 
ostatnio lata były suche i pomór owce straszliwie trzebił, miejscowy władyka coraz bardziej 

się niepokoił.

Po prawdzie to przemyśliwał, jak tu cichutko Babunię Jagódkę ogniem umorzyć. Przez 

ostrożność   odbył   najpierw   rozmowę   z   miejscowym   proboszczem,   który   jednakowoż   dał 
stanowczy odpór jego zamysłom, rozumiejąc, że jak świat światem, każda okolica miała, ma i 

mieć będzie swoją wiedźmę. Ponadto Babunia Jagódka kręciła niezwykle skuteczne czopki 
na   hemoroidy,   a   przypadłość   ta   od   dawna   nękała   czcigodnego   pasterza.   Myśl,   że 

zdumiewająca   tajemnica   owego   remedium   miałaby   spłonąć   wraz   z   babą,   napełniła 

background image

proboszcza śmiertelnym przerażeniem.

Wkrótce też wyszło na jaw, że zdrada zalęgła się w samym domostwie władyki. Spostrzegł 

bowiem, że nawet jego własna żona, Wisenka, spiskuje z Babunią. Władyka podejrzewał, że 

ma to coś wspólnego z napitkiem, który spragniona przychówka połowica wlewała w niego 
każdej niedzieli; cały dzień odbijało mu się potem czymś obrzydliwym. Ponieważ jednak bał 

się   Wisenki,   a   jeszcze   bardziej   jej   ojca,   osławionego   starosty   Wężyka,   pana   na 
Pomieszczenicy,   postanowił   trzymać   się   od   Babuni   z   daleka   -   na   razie,   bo   podglądając 

okoliczne niewiasty, władyka wykoncypował sobie, że najpóźniej przy czwartym bachorze 
Wisenka pożegna się z tym padołem i wówczas wiedźma odpowie za wszystko, włączywszy 

niedzielny kordiał.

Na   razie   jednak   praktyka   Babuni   rozwijała   się   znakomicie.   Szymek   dostrzegł,   jak   z 

wiedźmiej chatki wymyka się młoda żona sołtysa i przyciskając coś do podołka, pędzi co tchu 
w  las.   Zza  niedomkniętych   drzwi   dobiegał   szyderczy   rechot.  Stropiony  Szymek   nerwowo 

potarł nogą o nogę, ale wizja jasnej przyszłości u boku Jarosławny przeważyła nad strachem.

- Yhm, yhm - chrząknął uprzejmie.

Babunia otwarła drzwi energicznym pchnięciem kosturka. Przez chwilę wpatrywała się w 

świniopasa, żując pożółkły paznokieć kciuka, po czym wyskrzeczała:

- Olala!
Chłopak spłonął rumieńcem.

- Olala! - powtórzyła z cieniem podziwu i niedowierzania w głosie. - Aleś wyrósł, Szymek. 

Kto by się spodziewał. - Zachichotała.

Zebrał się w sobie i nieśmiało zagaił rozmowę:
- Wódeczki, Babuniu? - Słyszał, że wiedźma lubi sobie czasami popić i zaopatrzył się u 

karczmarza w porcję okowity.

-   Wódeczki?   -   spytała   z   politowaniem.   -   Nie   pijam   już   wódeczki.   Odkąd   Wisenka 

zapewniła stały zbyt na wyciąg z miłostki, pijam tylko skalmierskie wina z piwnicy jej męża. 
Ty mnie nie zagaduj, Szymek, tylko wykrztuś, czego chcesz. Która to?

- Jarosławna - wypalił i uśmiechnął się głupawo.
Babunia z dezaprobatą pokręciła głową.

- I czternaście mórg - burknęła pod nosem. - Czy wy się nigdy niczego nie nauczycie? Czy 

ty nie wiesz, że miłostka rośnie na bagnach? Czy ty myślisz, że ja lubię ganiać goło w pełnię 

księżyca? Czy ty nie możesz sobie znaleźć jakiejś miłej, roztropnej dziewuchy?

- Nie! - Szymek był pewny swojego uczucia. - Jarosławna albo żadna.

Babunia coś znowu zamruczała.

background image

- A masz czym zapłacić? - spytała podejrzliwie.

Całkiem zbiła go z tropu. Kilka lat temu władyka poswarzył się z dzierżawcą sąsiedniej 

doliny i w trakcie forsowania wrażego dworca ojciec Szymka padł na polu chwały (faktycznie 

w fosie chwały, skąd wyłowiono jego cuchnące jeszcze gorzałką ścierwo, ale władyka miał 
zacięcie krasomówcze). Odtąd nie powodziło im się z matką najlepiej. Zagon za chałupą nie 

rodził   dość  fasoli  na   zimę,   chatynka   z  każdym   rokiem   pochylała   się   coraz   niżej   i   nawet 
ocieniająca   podwórko   jabłonka   obdarowywała   ich   jedynie   maleńkimi   parszywkami. 

Wprawdzie Szymek miał dwa świniaki, podarowane przez władykę  w chwili słabości, ale 
prędzej rozstałby się z własnym życiem niż z nimi.

- No... widzicie - zaczął z ociąganiem.
- Co mam widzieć?! - zaperzyła się starowinka. - Czyś ty myślał, że ja tak z dobrego serca 

będę się po rosie włóczyć? Ja już nie młódka jestem, podagra mnie łamie, zda mi się raczej 
na   zapiecku   grzać   i   miód   popijać,   nie   goło   pod   księżycem   ganiać!   Nie   zapłacisz,   nie 

dostaniesz! I basta!

- A może by tak... w naturze, Babuniu?

Wiedźma łypnęła ciekawie, bez ceremonii obmacując go wzrokiem.
- No, no! - cmoknęła z zadowoleniem.

Szymek znowu spiekł raka (chociaż właściwie nie wiedział, dlaczego).
-   Myślałem,   że   posprzątam,   drew  narąbię   -  sprostował   szybko   (chociaż   właściwie  nie 

wiedział,   co).   -   Dach   załatam...   Toż   widzicie,   że   strasznie   dziurawy...   Gnój   rozrzucę   - 
dokończył w ostatnim, rozpaczliwym porywie.

Babunia Jagódka milczała wystarczająco długo, by łzy stanęły mu w oczach.
- Siedem dni służby - zadecydowała wreszcie sucho. - I ani dnia krócej.

- Jacy wy dobrzy jesteście - rozpromienił się Szymek. - To ja tu wpadnę jutro, jak tylko 

słonko zajdzie, i zrobię, co trzeba.

- Miałam na myśli służbę stacjonarną - skrzywiła się Babunia. - Znaczy się, ty i twoje 

świnie sprowadzicie się na tydzień do mnie. Wóz albo przewóz.

Przez   pokryty  słomianą  strzechą  kudłów łeb  Szymka   przemknęło  tragiczne  przeczucie 

drwin, jakich nie pożałują mu prześmiewcy. Wybąkał podziękowanie i markotny powlókł się, 

by oznajmić świniom wieść o przeprowadzce.

Wbrew   jego   obawom   Babunia   Jagódka   nie   nalegała,   by   zamieszkał   w   chacie   i 

zakwaterowała go całkiem przyzwoicie, w obórce.

-   Idę   do   dworu   -   oświadczyła.   -   Wisenka   ostatnio   zalega   z   zapłatą,   wino   już   na 

wyczerpaniu. Wrócę wieczorkiem, a ty chwyć się za robotę i załataj daszek. Ale do studni nie 

background image

zaglądaj. To bardzo szczególna studnia.

- Nic się, Babuniu, nie martwcie - zapewnił ją skwapliwie. - Ja nie z tych.
Starucha   uśmiechnęła   się   pod   nosem   (a   nos   miała   wielki   jak   czerwona   bulwa,   z 

nieodzowną   kapką   zawieszoną   na   końcu)   i   żwawo   oddaliła   się   ścieżynką.   Skoro   tylko 
zniknęła, Szymek odetchnął swobodniej. Koło wychodka znalazł pokaźną stertę trzciny do 

krycia dachu i bez zwłoki wdrapał się na drabinę. Myśl o Jarosławnie dodawała mu skrzydeł. 
Bo też kochał ją, że strach.

Kiedy w południe słońce przygrzało mocniej, uznał, że najwyższy czas odpocząć. Upewnił 

się, że świnie spokojnie ryją u podnóża trzech dębów ocieniających polankę, pogroził pięścią 

ulubionemu   capowi   Babuni,   splunął   na   płot,   łyknął   kwaśnego   mleka   -   ale   wciąż   coś   go 
dręczyło.   Wreszcie   powoli,   ostrożnie,   zbliżył   się   do   studni.   Cembrowina   wydała   mu   się 

całkiem   zwyczajna.   Czujnie   rozejrzał   się   wokół,   jednak   nic   nie   zwiastowało   rychłego 
nadejścia wiedźmy.

Co mi szkodzi, pomyślał, i usprawiedliwił się w duchu. Tylko rzucę okiem. W końcu, niby 

dlaczego mam nie zajrzeć? A może złoto tam Babunia chowa wyłudzone od Wisenki? No, raz 

kozie śmierć. Zaglądam.

I   zajrzał.   Zobaczył   wybałuszone   ze   strachu   swoje   niebieskie   ślepia   i   rozdziawioną 

zdumieniem gębę. Ale kiedy się tak gapił, w głębi studni coś zabulgotało, zaszumiało rzewnie 
i dobiegł go ukochany, słodki głosik Jarosławny.

- Co tak stoisz, leniu ty śmierdzący. - przemówiła młynarzówna, a za plecami Szymka - W 

studni pojawiło się jej wdzięczne ramię i zdzieliło go w łeb tłuczkiem do kartofli. - Znowu się 

obijasz? Ze zbożem przyjechali, migiem gnaj wóz rozładować, bo ojcu poskarżę! - zagroziła, a 
na powierzchni wody z bulgotem poczęła formować się postać Betki młynarza.

Szymek przezornie nie czekał, co zrobi Betka, który był znany z ciężkiej ręki i plugawego 

charakteru.   Odskoczył   od  studni,   nim   zdążył   sobie   przypomnieć,  że   to   tylko   obrazek   na 

wodzie, i do wieczora nie zlazł z dachu. Wszakże wizerunek Jarosławny wywołał burzę w jego 
sercu. Byli razem! Przemówiła do niego! Przekomarzała się z nim!

Robota wprost paliła mu się w rękach. Babunia Jagódka wróciła o zmierzchu.
- Aleś się uwinął, Szymek! - rzekła z podziwem, po czym poczęstowała go skalmierskim 

winem.

Napitek rozrzewnił chłopaka i jeszcze bardziej wzmógł tęsknotę za Jarosławną. W połowie 

drugiej flaszki gospodyni też najwidoczniej wpadła w dobry nastrój, bo zaczęła nachalnie 
zwoływać do flaszki nietopyrki; nieszczęsne stworzenia, które dotychczas spokojnie zwisały z 

belek   i   bynajmniej   nie   miały   ochoty   na  dworski   rarytas,   w  popłochu   furkotały   po   izbie. 

background image

Zachęcony swojską atmosferą biesiady chłopak zadał dręczące go od południa pytanie:

- A co takiego dziwnego z waszą studnią, Babuniu?
- Widzisz, Szymek - wiedźma czknęła i przyjaźnie klepnęła go po ramieniu - ta studnia 

czarowna jest i podstępna. Taka już tradycja w naszej profesji, że każda wiedźma musi mieć 
coś   czarownego   i   podstępnego,   czy   to   wrednego   demona   we   flaszce   po   porzeczkowej 

nalewce, czy kije - samobije, czy to osła, co raz sra złotem, a raz czystym gównem i nigdy nie 
wiadomo, na co mu ochota przyjdzie. Ja mam studnię. Znaczy się, jak ona kogoś polubi, to 

ładnie śpiewa i pokazuje mu przyszłość. Jeśli kogoś nie polubi, to starczy, żeby taki zajrzał do 
niej czy wody się napił, a stanie się coś strasznego.

- A coo... strasznego? - wyjąkał Szymek.
- No, różnie to bywa - wyjaśniła pogodnie Babunia. - Jedni się zmieniają w żaby, inni 

zasypiają na sto lat, a był też jeden taki, co tylko raz się przejrzał i z rykiem popędził w las. 
Wydawało mu się, że jest jeleniem. Podobno później naprawdę się w niego zmienił. Wisenka 

powiada,   że   ten  wieniec   przy  palenisku  w  starościńskim   dworcu   jest  po  nim,   ale   czy   to 
prawda, nie wiadomo. Wiesz, jak jest z Wisenką.

Szymek nie wiedział,  ale zimny dreszcz przebiegł  mu po kręgosłupie aż do lędźwi  i z 

powrotem. Pożegnał się pośpiesznie, życzył Babuni dobrej nocy i pognał do swojej obórki. 

Nietopyrki skorzystały z okazji i wypadły za nim przez niedomknięte drzwi, a zaczajony za 
rogiem chaty cap mocno tryknął go w zadek.

- Czarcie nasienie! - rozdarł się chłopak. - Rychło ty skończysz w kotle!
Spał źle. Śniło mu się, że znowu zajrzał do studni i zmienił się w kozła.

O poranku Babunia Jagódka obudziła go waleniem kostura w ścianę obórki i zagnała do 

wybierania szamba. Smród był taki, że nawet świnie uciekły, ale Szymek pracował wytrwale i 

marzył o ukochanej.

Marzył tak intensywnie, że pod wieczór znów zajrzał do studni.

Wprawdzie  w nic się nie zmienił,  lecz  trochę zdziwiło go to, co ujrzał.  Była  tam  jego 

Jarosławna.  Dostojna i obfita,  niczym pękata  dzieżka  do ciasta,  z dwoma zasmarkanymi 

dzieciakami uczepionymi spódnicy, wypędzała świnie z warzywnika. Chłopak popatrzył na 
nią podejrzliwie: nie, żeby mu się przestała podobać, ale była jakaś odmieniona, minę miała 

kwaśną i nie szczędziła nierogaciźnie kopniaków. Cóż, i tak kochał ją okrutnie, że strach. Ale 
najgorsze było to, że cudne lewe oko Jarosławny zezowało na niego jakoś złośliwie, zimno i 

nieprzychylnie.

Posmutniały powrócił do wybierania szamba.

- Coś ty taki markotny, Szymek? - spytała Babunia.

background image

- Śmierdzi strasznie - burknął.

- Przez ciernie dąży się do miłości - orzekła filozoficznie. - Tylko przez ciernie.
Potem znów urządzili  sobie popijawę.  Wiedźma  opowiadała  zamkowe  plotki,  ciągnęła 

gorzałę jak chłop i podtykała Szymkowi pod nos marynowane śledzie z cebulą. Uznał więc, że 
naprawdę niezła z niej babina. Wygrał w karty dwa sznury prawdziwych korali, a Babunia na 

koniec tak się spiła, że w kółko bełkotała:

- Przez ciernie, przez ciernie...

Jej stan zaniepokoił trochę Szymka, więc wyniósł się cichcem - nigdy nie wiadomo, czy po 

pijaku wiedźma nie rzuci jakimś paskudnym zaklęciem. Nim usnął, w jego głowie zakołatała 

myśl, że ze zmęczenia chyba coś mu się przywidziało. Niepodobna przecież, żeby Jarosławna 
krzywo na niego patrzyła. Postanowił sumiennie to nazajutrz sprawdzić.

Co też uczynił. Dziewczyna nie tylko krzywo na niego patrzyła, ale też głośno i soczyście 

klęła,   ku   uciesze   sąsiadów.   Z   desperacji   Szymek   -   W   -   Studni   poszedł   na   gorzałkę   do 

karczmy,   a   Jarosławna   mściwie   nie   wpuściła   go   na   noc   do   komory.   Ułożył   się   więc   w 
krzakach za młynem, z daleka od drogi, żeby się wieść o jego mężowskim pohańbieniu nie 

rozniosła po całej wsi. W krzyżu go łamało od targania worów z mąką, w brzuchu burczało z 
głodu, nawet studnia bulgotała jakoś... szyderczo.

Tak się zasmucił,  że pocieszyła  go dopiero dokładka  pierogów z jagodami. A Babunia 

Jagódka robiła wyśmienite pierogi.

Tego wieczoru nie powąchał wina, bo w zapale porządków uprzątnął był górę koziego 

łajna zalegającego pod płotem na tyłach chatki. Niestety, okazało się, że Babunia ma jakąś 

teorię   na   temat   użyteczności   kozich   odchodów.   Wrzeszczała   strasznie   i   wygrażała   mu 
kosturkiem, Szymek zaś, choć nie rozumiał słowa „destylacja”, pojął, że Babunia jest bardzo 

zła i lepiej nie wchodzić jej w drogę. Na wszelki wypadek przespał się przy świniach. Jakoś 
mu bydlątka dodawały odwagi.

Jeszcze   przed   świtem   pognał   do   studni,   jednak   nie   czekała   go   żadna   przyjemna 

niespodzianka. Jarosławna wybiła warząchwią ząb Szymkowi - W - Studni, a kiedy chciał jej 

mężowskim  prawem   złoić  skórę,  zagroziła,  że  niech  tylko  zakrzywi  na  nią  palec,  a  tatuś 
wywali go z domu na zbity pysk. Wykrzyczała też, że musiała całkiem zgłupieć, poślubiając 

świniopasa, spotwarzyła go od gołodupców, a na koniec skrupulatnie wyliczyła cztery krowy 
posagu, pierzynę, poduchy oraz morgi, które ma odziedziczyć. Potem pojawił  się Betka i 

zagnał go do roboty w młynie. Kątem oka Szymek - W - Studni dostrzegł, że jego ukochana 
śmieje się w kułak, a młynarczycy wtórują jej z zapałem.

Zacisnął zęby i postanowił, że nie będzie więcej zaglądać za cembrowinę. Wiedźma miała 

background image

rację. Studnia naprawdę była szczególna. Niebezpieczna, złośliwa i wredna.

Naprawił płot, Babunia zaś najpewniej mu wybaczyła, bo w południe nakazała odpocząć. 

Słoneczko przygrzewało, muchy bzyczały sennie i resztę dnia chłopak spokojnie przedrzemał 

pod dębem.

Na kolację była potrawka z zająca. Szymek nażarł się jak świnia.

- Skąd to macie, Babuniu? - zapytał z respektem.
- Ot, przypałętało się. - Wiedźma otarła z brody tłusty sos. - Chcesz jeszcze?

- Po was, Babuniu - odparł uprzejmie, podstawiając talerz. - A wy tak możecie? Znaczy 

się, w dworskim lesie na zwierza możecie kłusować?

- Kłusować? - obruszyła się Babunia Jagódka. - Ja mam na to przywileje. Jeszcze przez 

dziada Wisenki pieczętowane, jak ta wielka wojna w Górach Żmijowych nastała. Starosta na 

południe pociągnął. Wojaczki mu się zachciało, grzybowi staremu. A jak z tej wojaczki wrócił, 
to   i   bez   konia,   i   bez   siodła   paradnego,   nawet   szubę   z   niego   zdarli,   a   łeb   miał   tak 

poszczerbiony,   że   mu   rozum   szczerbami   wyciekał.   No,   to   akurat   nieduża   była   strata   - 
zachichotała - bo rozumu w czerepie nigdy za dużo nie miał. Tyle że bez mała przez dwie 

niedziele musiałam go kurować...

Szymek   stropił   się.   Właściwie   nie   miał   wcale   ochoty   wysłuchiwać   Babcinych   historii. 

Uważał, że od władyki i jego rodziny najlepiej trzymać się z daleka - z nieszczęściem jak z 
robactwem, starczy blisko podejść, a oblezie ze szczętem. Babcin brak szacunku dla porządku 

świata napełniał go niepokojem.

- A ty, Szymek, co chciałbyś robić? - zagadnęła z chytrą miną.

- Może chatę pobielę? - zaryzykował, nie czekając, aż wymyśli coś gorszego od wybierania 

szamba.

- Oj, Szymek - jęknęła Babunia. - Jutro piątek, żadna, szanująca się wiedźma w obejściu 

palcem nie ruszy. Co w życiu chciałbyś robić, pytałam.

- No... - Z namysłem podrapał się po głowie. - Chciałbym mieć spokój. Zupę na mięsie i 

słodki placek ze śliwkami co niedzielę. Parobka...

Babunia   dostrzegła,   że   wysiłek   intelektualny   staje   się   dla   Szymka   zbyt   bolesny   i 

oznajmiła:

- Dobrze, placek będzie jutro. Weźmiesz kawałek i zaniesiesz matce, lepiej, żebyś mi się tu 

nie pałętał. O świnie się nie martw, zadbam należycie.

Nazajutrz zwolniony ze służby i radosny Szymek zaczaił się w krzakach, by popatrzeć na 

krzątającą się w obejściu Jarosławnę. Jednakże ze zdziwieniem poczuł, że jego miłości jakby 

zaczęło   ubywać.   Mnóstwo   jej   ubyło   zwłaszcza   wtedy,   kiedy   młynarczycy   go   wypatrzyli   i 

background image

zaczęli pokpiwać, że Jarosławna ma nowego zalotnika. Dziewczyna zaperzyła się, krzyknęła:

- Wynoś się stąd, świniopasie jeden! Przestań za mną łazić! Przestań się na mnie gapić! 

Wynocha! - I uciekła z płaczem, przy wtórze szyderczego śmiechu młynarczyków.

Zdesperowany jej nieczułością powlókł się z powrotem do wiedźmiej chatki.
Och, Jarosławna!, myślał z wyrzutem, Jarosławna, moja słodka Jarosławna! I czternaście 

mórg, dopowiadał jakiś uparty głos w jego czaszce. Cztery krowy. Puchowa pierzyna... Ale to 
się zmieni, przekonywał się stanowczo. Jeszcze dwa dni, wywar z miłostki i wszystko się 

zmieni.

Tak się rozmarzył, że dopiero solidne bodnięcie ściągnęło go z powrotem na ziemię. Cap 

Babuni zabeczał bezczelnie i uciekł. Czemuś ten cap strasznie go nie cierpiał i trykał przy 
każdej okazji. Zeźlony chłopak ruszył za kozłem, który przemyślnie umknął do chaty. Jednak 

popychany słusznym gniewem Szymek nie zawahał się.

- Już jesteś? - zdziwiła  się Babunia  Jagódka, a gęba  Szymka  sama rozdziawiła  się ze 

zdumienia.

W   izbie   bowiem   siedziały   trzy   dorodne,   młode   dziewuchy,   a   jedna   z   nich   właśnie 

przemówiła   głosem   Babuni   (tylko   młodszym   i   mniej   piskliwym).   Miały   na   sobie 
rozchełstane, głęboko wycięte kiecki, jakie zwykła przywdziewać wioskowa ladacznica. Tylko 

gdzież było owej ladacznicy o wdzięcznym mianie Gronostaj do zaczarowanej wiedźmy!

- Ja tak... za capem... przepraszam - wybąkał przejęty Szymek i uciekł.

Z   wnętrza   chaty   dobiegł   go   zgodny   rechot   trzech   wiedźm.   Pokładały   się   ze   śmiechu. 

Przezornie zrezygnował więc z kolacji i wrócił do swoich świń.

Rano Babunia wyglądała całkiem zwyczajnie.
- Ty się mnie boisz, Szymek? - zagadnęła.

- No, nie... - skłamał niezdarnie. - Nie bardzo.
- Bo nie ma się co bać. - Pokiwała głową. - Rację mają dziewuchy, strasznie się ostatnimi 

czasy   rozleniwiłam.   Zepsułam   miotłę,   przestałam   się   odmieniać   zaklęciem   „młoda   -   i   - 
piękna”, nawet z nietopyrkami od dawna się nie włóczę. Ech, prowincja, stagnacja. Nie to, co 

kiedyś... - Zamyśliła się nad czymś posępnie. - Ale póki tu jesteś, nie będę czarować. Żebyś 
się zanadto nie spłoszył.

- E, mnie tam wszystko jedno - mruknął. - Zmieniajcie się, jako chcecie.
-   Tak?   -   rzuciła   zalotnie   Babunia.   Zamachała   chudziutkimi   ramionami,   odwinęła   się 

żwawo i znów przed Szymkiem stała czarnowłosa dziewoja, którą onegdaj widział w chacie. - 
Dzisiaj jarmark w Zielonkach. Wrócę wieczorem. - Wyrwała sztachetę z płotu, podkasała 

wysoko kieckę, usiadła okrakiem i odleciała.

background image

Szymek pobielił chatę, pozamiatał klepisko, wyczyścił piec, pożarł resztki pieczystego z 

wczorajszej wiedźmiej uczty, i kiedy już zupełnie nie wiedział co robić, poszedł gapić się w 
studnię.

Jarosławna kazała mężowi wynosić się do młyna, a potem zamknęła się w komorze i 

strasznie z kimś chichotała.  Szymek - W - Studni przytknął ucho do ściany i prawie był 

pewien, że rozpoznaje głos proboszcza. Jak dźgnięty ostrogą dokonał starannych oględzin 
potomstwa   (Jarosławna   ciągle   chichotała   w   komorze)   i   doszedł   do   wniosku,   że   jego 

najmłodszy syn wielce przypomina z gęby czcigodnego duszpasterza.

Ze   złości   Szymek   skopał   cembrowinę.   Żal   rozdzierał   mu   serce.   Studnia   zabulgotała   z 

oburzeniem i nic więcej nie zobaczył.

Słyszał, że Babunia wołała go po powrocie, ale się nie odezwał. Leżał skulony pomiędzy 

świniami   i   rozpaczał,   rozpaczał   tak   straszliwie,   że   usnął   dopiero   przed   świtem.   A   rano 
oświadczył, że w niedzielę robił nie będzie.

- Szanuję twoje uczucia religijne - zgodziła się Babunia. - Możemy wpaść do wioski, jak 

wszyscy pójdą na sumę.

Właściwie Szymek też miał ochotę pójść na sumę, ale uznał, że nie należy prowokować 

wiedźmy. Nadrabiając miną, usiadł za nią na sztachecie.

- Przytrzymaj się - poradziła Babunia.
Niepewnie   objął   ją   w   pasie.   Dziewuchy   zawsze   się   z   Szymka   wyśmiewały.   Nawet 

wioskowa ladacznica szydziła, że powinien siedzieć ze świniami w chlewie, a nie w karczmie. 
Jednak Babunia tylko otarła się o niego lubieżnie i wierciła nęcąco, póki nie znalazł sposobu, 

by ją chwycić naprawdę wygodnie.

Wylądowali na rynku, przed karczmą. Zza drzwi kaplicy po drugiej stronie placu dobiegał 

chrapliwy głos organisty, a żółty wioskowy kundelek, ujadając, wczepił się w kieckę Babuni.

Kopnęła psinę w wystające żebra i zamaszyście zebrała spódnicę.

- Sennie tu - powiedziała znudzona, rozglądając się dookoła. - Coś mi się zdaje, Szymek, 

że trzeba ich trochę rozruszać.

Najpierw śmignęli do młyna i wyczarowali robaki w całej mące. Potem zwarzyli piwo w 

karczmie, ochwacili  konia proboszcza,  złamali oś w powozie władyki i napuścili wszy do 

odświętnej peruki Wisenki. Szymek nie pamiętał, kiedy ostatnio tak dobrze się bawił. Wpadli 
też na obiad do pobliskiego miasteczka, gdzie w domu o złej reputacji kazali sobie podać 

sałatę, dzika w sosie myśliwskim, pasztet z truflami, a na deser pianki malinowe. Babunia 
zapłaciła  za wszystko bez zmrużenia oka srebrnymi groszami i kazała  jeszcze  dodać trzy 

butelki   czerwonego   wina   na   drogę.   O   północy   przemknęli   nad   osadą,   zataczając   się   na 

background image

sztachecie i strzelając błyskawicami. Na koniec Babunia wznieciła nad sadem władyki grad 

sztucznych ogni, a Szymek rżał z ukontentowania i obłapiał ją coraz mocniej.

Ranem obudził się w łóżku Babuni Jagódki. Miał mgliste odczucie, że spędził niedzielę 

niezupełnie po bożemu, jednak mimo wszystko uśmiechał się głupawo i z zadowoleniem.

Wstał,   wciągnął   portki,   przekąsił   owsianym   plackiem   i   twarogiem,   który   Babunia 

zostawiła   przy   łóżku,   zapił   piwkiem.   Z   podwórka   dobiegło   go   przeraźliwe   meczenie 
wiedźmiego capa.

- A, Szymek! - ucieszyła się na jego widok Babunia, wciąż w swej młodzieńczej postaci. - 

Strasznie już mi się znudził ten stary śmierdziel. Widziałeś gdzieś nóż do uboju?

- Leży w szopce. Zaraz naostrzę - zaofiarował się mściwie.
Kozioł najwyraźniej zrozumiał, co się święci, gdyż podjął ostatni, rozpaczliwy wysiłek. Ale 

Babunia trzymała mocno.

- Przykro mi, Kierełko - powiedziała nieco melancholijnie. - Strasznie zdziadziałeś, a ja 

przy tobie. Nawet jako kozioł jesteś do niczego, poza tym potrzebuję skóry na nowy bębenek. 
- I bardzo zgrabnie poddawszy gardło zwierzaka, zabrała się do sprawiania tuszy. - Jak to się 

można do gadziny przywiązać. - Pociągnęła nosem. - Tyle lat przeżyliśmy razem.

- Na każdego przychodzi koniec - podsumował sentencjonalnie Szymek.

- Aha - przytaknęła Babunia. - Twoja służba też się skończyła, chłopcze. Mam w chacie 

gotowy wywar z miłostki. Zadasz jej pięć kropli w napoju i młynarzówna twoja.

Podziękował uprzejmie, ale na myśl o powrocie do osady i funkcji dworskiego świniopasa 

ogarnęła go czemuś straszliwa melancholia. Dla pociechy pomyślał o Jarosławnie, jednakże 

nie pamiętał nic prócz tego, jak na niego wrzeszczała w studni i zabawiała się z proboszczem. 
I było mu coraz bardziej markotno.

- No to łyknijmy strzemiennego - rzekła Babunia, zapraszając go na pożegnalną szklanicę.
Z jednej zrobiły się dwie i trzy,  potem cała  butelka,  i jeszcze jedna. Nie wiedzieć jak 

zaplątał się pod pierzynę Babuni. W przebłysku stanowczości wlał do jej szklanki wywar z 
miłostki - i to nie pięć kropli, ale całą flaszeczkę.

- Oj, głupotoż ty moja! - zagruchała czule Babunia Jagódka i pogładziła go po splątanych 

płowych kudłach.

Jak można się domyślić, Szymek nie poślubił Jarosławny młynarzówny. Przeprowadził się 

za to na dobre do chatki Babuni Jagódki (strasznie zżymała się, kiedy ją tak nazywał i kazała 

się wołać zwyczajnie, Jagna) oraz, ku nieskrywanej wrogości władyki, zrezygnował z posady 
dworskiego świniopasa.

Babunia   skrupulatnie   dbała,   by   nigdy   nie   brakowało   mu   świeżego   mięsa   na   obiad, 

background image

ulubionej podpalanki i innych rozrywek. Na początku władyka nieco bruździł, ale uspokoił 

się po interwencji Babuni. Szymek był pewien, że żona Wisenka znacznie przyczyniła się do 
pokonania jego oporów: ostatecznie, dziedzic Wilżyńskiej Doliny zaczynał ją coraz mocniej 

kopać i chyba wszystkim zależało na szczęśliwym rozwiązaniu, prawda?

Nie obyło się jednakże bez walki z oszczerczymi jęzorami. Szymek nie rozumiał co prawda 

znaczenia słowa „przydupas”, ale po pierwszej samotnej wyprawie do karczmy był naprawdę 
przybity. Na szczęście Babunia obdarowała go wywarem o sile dziewięciu chłopa i swobodnie 

zdołał   połamać   żebra   Strugale   i   odbić   nerki   Myszy.   Odtąd   ludzie   darzyli   go   należnym 
szacunkiem i omijali z daleka.

Babunia Jagódka hojnie obdzielała go szczęściem we dnie i w nocy. Niemal nie widywał 

jej pod inną postacią, jak hożej i pięknej dziewoi. Jedynie nocami, gdy była pogrążona w 

szczególnie głębokim śnie, na powrót stawała się obmierzłą, zgrzybiałą staruchą. Czuł się 
wówczas   trochę   nieswojo,   ale   wystarczyło   dźgnąć   ją   łokciem   pod   żebro   i   Babunia 

natychmiast zmieniała się w kwitnącą młódkę.

Na początku martwił się odrobinę, że wiedźma zmusza go do biegania w skórze kozła, lecz 

powoli   przywykł.   Zresztą   ona   też   zmieniała   się   w   kozę   i   czasami   aż   żal   było   wracać   do 
ludzkiej postaci. Pasowali do siebie, jak ulał. Babunia popijała nawet herbatkę „zrób to bez 

obaw”, choć zważywszy na jej wiek, Szymek uważał, że stanowczo przesadza. Jednakże z 
wiedźmami nigdy nic nie wiadomo, i kto wie, o czym plotkowała z przyjaciółkami. Miały 

zwyczaj   zmieniać   się   w   nietopyrki   i   dołączać   do   stadka   u   powały.   Szymek   zgadywał,   że 
zabawiają   się   tak   z  czystej,   babskiej   złośliwości   -   cieszyło   je,   kiedy   stał   na  dole,   nic  nie 

rozumiał i rozdziawiwszy gębę, patrzył, jak wirują pod sufitem.

Ale i tak był szczęśliwy. Wiedział, że nie mógł trafić lepiej.

Zamyślał, żeby wreszcie powiedzieć jej, jak ją kocha. A kochał ją, że strach.

background image

CÓRKI GRABARZA

Grabarz Rękawka był człowiekiem krewkim i pochopnym w gniewie, szczególnie wobec 

własnych   córek.   Złośliwa   połowica   rodziła   je   bowiem   w   ilości   niezmiernej   i,   wokół 

grabarskiej   sadyby,   na   skraju   wilżyńskiego   smyntarza,   nieustannie   kręciło   się   całe 
świergoczące stadko niewieściego drobiazgu. Syna za to nie miał ni jednego. Ze zgryzoty całe 

dnie siedział w gospodzie, pijąc na umór i na pohybel przewrotnej kobiecie, która uparła się 
pozbawić go przyrodzonego dziedzica. Gdy zaś zamroczył się należycie, wlókł się na powrót 

do chałupy, gdzie, rozebrany gorzałką i rozgoryczony losem, prał babę trzonkiem grabarskiej 
łopaty i z desperacją brał się do płodzenia upragnionego dzieciaka. Niecały rok później, w 

zawieszonej u powały kołysce darła się kolejna dziewucha. Grabarz Rękawka zaś, ku uciesze 
karczmarza, powracał do wcześniejszych obyczajów.

Aż pewnego zimowego zmierzchu, wilżyński grabarz, znużony wielce biesiadowaniem w 

gospodzie,   przysiadł   sobie   na   pieńku   tuż   obok   mogiłki   piwowara.   I   tam   go   następnego 

poranka znalazło potomstwo, które z upodobaniem zwykło harcować pomiędzy kopczykami, 
skrywającymi   ziemskie   szczątki   wilżyńskich   obywateli.   Siedział   wsparty   wygodnie   o 

nagrobny kamień, z głową nakrytą peleryną z grubej skóry, twarzą, zsiniałą czy to od mrozu, 
czy pijaństwa i z grabarską łopatą w poprzek kolan. Łopatę ktoś ukradł jeszcze tego samego 

ranka.

Gronostaj nie przejęła się właściwie śmiercią rodziciela. Ponieważ nigdy wcześniej do ich 

niskiej,   okopconej   chałupki   nie   zawitała   podobna   ciżba   sąsiadów,   w   cichej   fascynacji 
obserwowała   z   kąta   zażywne   wieśniaczki   w   odświętnych   spódnicach   i   sztywno 

wykrochmalonych   bluzkach.   Baby   ściągnęły   z   całej   wioski,   by   użalić   się   nad   wdową   i 
rozwieść obszernie nad zaletami nieboszczyka, który spoczywał tuż za ścianą, w komorze, 

skąd   na   tę   okoliczność   przegnano   kury   nioski.   Matka   zawodziła,   zasłaniając   połatanym 
fartuchem twarz, której koloru dodawały fioletowe ślady mężowskich razów. Co chwila też z 

przeraźliwym skowytem rzucała się ku drzwiom komórki. Kumoszki przytrzymywały ją w 
ostatniej   chwili,   nieomal   odrywając   jej   palce   od   ościeżnicy,   i   wśród   rozdzierających 

lamentów usadzały na powrót przy stole. Jednak ich pobrużdżone, wyschnięte od słońca 
oblicza   wydawały   się   w   jakiś   sposób   zadowolone.   Bez   względu   na   wszelkie   przywary 

małżonka, w Wilżyńskiej Dolinie oczekiwano, by wdowa sumiennie wypełniała obowiązki 
płaczki.

Rozpacz matki jednak wydawała się szczera, choć Gronostaj zupełnie nie umiała pojąć jej 

powodów.   Dopiero   dwie   niedziele   później,   kiedy   pod   zmierzch   pachołkowie   władyki 

background image

załomotali w okiennice, z lekka rozjaśniło się jej w głowie.

Pachołków było czterech, wszyscy z berdyszami w dłoniach i wyraźnie podchmieleni, co 

wskazywało, że po drodze nie ominęli gospody. Wiedli jakiegoś postawnego, czarnobrodego 

człeka. Gronostaj nigdy wcześniej nie spotkała go w Wilżyńskiej Dolinie i aż cofnęła się na 
widok jego gęby, był bowiem szpetnie naznaczony na czole żelazem, a prawe oko, widać 

wyłupione   w  bójce,   czy   może  ręką   kata,   przysłonił   brudną,   czarną   szmatą.   Na   szyi   miał 
żelazną obrożę, ale szedł swobodnie, bez postronka nawet. I to on pierwszy wlazł do chałupy 

i bezczelnie przepatrywał kąty.

Jednak   naprawdę   Gronostaj   przeraziła   się   dopiero   wówczas,   kiedy   matka   z   głośnym 

szlochem padła na klepisko i wczepiła się w buty jednego z pachołków.

- Wstawaj, kobieto! - Chłopak niecierpliwie cofnął nogę. - Graty zbierajcie, a duchem, bo 

chałupa potrzebna.

- A dokąd ja pójdę, jaśnie panie? - wyłkała matka. - No, dokąd?

Gronostaj aż buzię otwarła ze zdumienia, bo nie był to żaden jaśnie pan, tylko kostropaty 

Gruda, który jeszcze parę lat temu zakradał się z koleżkami nocą do ich sadu i kradł gruszki, 

najsłodsze w całej okolicy. I nieraz się zdarzało, że jej tatko zaczaił się chytrze w bzowych 
zaroślach popod samym płotem i nieźle przetrzepał rabusiowi skórę.

Gruda zhardział bezmiernie, odkąd poszedł na służbę do dworu, i rzadko kiedy zachodził 

do osady bez kubraka w barwach władyki, z głową niedźwiedzia wyhaftowaną czarną nicią na 

piersi. Ale dziewczynka spotykała go w gospodzie, dokąd matka posyłała ją wraz z siostrami 
po   pochówku   co   zasobniejszego   kmiecia,   żeby   wyżebrały   od   ojca   kilka   miedziaków. 

Najczęściej bez skutku. Bo jeśli ojciec był jeszcze trzeźwy i miał grosz w sakiewce, to pędził je 
precz, wymyślając im przy tym okrutnie od bękarciąt, małych chytrych dziwek i świńskiego 

nasienia,   czym   zresztą   wywoływał   ogólną   a   szumną   wesołość.   Jeśli   zaś   spił   się   już 
doszczętnie,   to   chętnie   sadzał   je   sobie   na   kolanach   i   głaskał   po   płowych   główkach, 

wyrzekając na nieszczęsny los grabarskich córek, ale wówczas  nie miał już w trzosie ani 
złamanego   szeląga.   Bywało   też,   że   karczmarz   darł   się   na   nie   od   proga,   by   natychmiast 

zabierały z gospody to zarzygane ścierwo. I właśnie Gruda czasami pomagał im dźwignąć 
ojca z ławy i wyprowadzić na dziedziniec. Gronostaj szczerze go lubiła.  Zwłaszcza odkąd 

przydybał pijanego grabarza przy studni za gospodą, jak okładał pięściami najstarszą z córek, 
i przykładnie otłukł mu grzbiet trzonkiem jego własnej grabarskiej łopaty.

Teraz jednak Gruda ani spojrzał na skulone w kącie dziewuszki.
- A pod kościół, babo, albo do lasu - rzucił obojętnie. - Mnie tam za jedno. Byle prędko, 

nim   się   jaśnie   pan   do   reszty   zeźli.   Tak   bogami   a   prawdą,   dość   żeście   mu   już   kłopotów 

background image

przyczynili, z waszego chłopa też od dawna pożytku nie było. Więc pan nowego grabarza 

naznaczył,   bo   taka   jego   wola   i   prawo.   I   to   już   teraz   od   mości   Rufiana   -   kiwnął   na 
czarnobrodego - zależy, czyli mu się na niewiastę nadacie.

-   Ani   nawet   na   posługaczkę   się   nie   nada   -   ocenił   nowo   mianowany   grabarz,   widząc 

klepisko pokryte na wpół przegniłą słomą, koślawy stół obok paleniska, skrzynię z wiekiem 

rozrąbanym siekierą i barłóg w kącie chaty. - Toż świnie w pańskim chlewie lepsze mają 
oporządzenie niźli człek w tej chałupie.

- Albo mnisi więźniowie  w cuchthauzie  - syknął  przez zęby drugi z pachołków. - Nie 

podoba się, to droga wolna!

Przybysz rzucił mu posępne spojrzenie. Gronostaj nie wiedziała jeszcze, że bynajmniej nie 

z dobrej woli najął się na wilżyńskiego grabarza, a żelazny kołnierz na jego szyi był więcej niż 

ozdobą.   Dopiero   znacznie   później,   z   przebąkiwań   pachołków,   poskładała   sobie   w   jedno 
paskudną   historię   Rufiana,   niegdyś   grasanta   w   górskiej   bandzie,   a   jeszcze   wcześniej 

wywołańca,   przepędzonego   ze   Spichrzy   książęcym   rozkazem.   Nigdy   nie   doszła,   za   co   go 
dokładnie braciszkowie w tiurmie zamknęli, ani jakim sposobem im w ręce wpadł. Musiał 

mieć jednak znaczny rejestrzyk grzechów, kiedy go bowiem władyka spostrzegł zakutego w 
dyby pod murem opactwa i wystawionego na uciechę gawiedzi, dwa dni tylko pozostały mu 

do kaźni na wielkim placu przed świątynią.

Nie wiedzieć też, co tknęło władykę, człeka ostrożnego i nieskłonnego do szaleństw, że na 

widok czarnobrodego zbira, nie zwlekając, ruszył do opata i wymógł na nim ułaskawienie. 
Nie poszło łatwo, bo braciszkowie zrazu za nic nie chcieli ulec namowom władyki, podnosząc 

krzywdy   uczynione   przez   Rufiana   świątobliwym   pielgrzymom   pod   samym   opactwem. 
Dopiero   sakiewka   srebra,   rzucona   na   stół   przez   zeźlonego   władykę,   bezpowrotnie   ucięła 

płomienną dysputę o praworządności i pokucie za grzechy. Opat Ciecierka pochwycił trzosik, 
mamrocząc   podziękowania   za   szczodrobliwość   i   nabożną   troskę.   Władyka   tymczasem 

rozkazał nałożyć żelazną obrożę na szyję uratowanemu spod topora złoczyńcy, a następnie, 
przytroczywszy do niej solidny żelazny łańcuch, uwiązał go u końskiego łęgu i ruszył do dom.

Co myślał podczas tej wędrówki górskimi ścieżkami sam Rufian, trudno dociekać. Dość, 

że   władyka   ostro   popędzał   konia,   gdyż   nadojadła   mu   postna   mnisia   strawa,   zapijana 

źródlaną wodą. Wiedział też doskonale, że pozostawiona nazbyt długo Wisenka niepokoi się 
nadmiernie,   a   z   niepokoju   i   troski   różności   jej   do   głowiny   przychodzą.   Na   ten   przykład 

takowe, że się jej małżonek złajdaczył, zabradziażywszy nędznie w gospodzie przy trakcie ze 
spichrzańskimi   ladacznicami,   co   się   istotnie   zeszłej   wiosny   przydarzyło,   raz   jeden   i   ku 

szczerej   rozpaczy   władyki.   Kiedy   bowiem   do   dom   powrócił,   wnet   się   okazało,   że 

background image

przedłużająca się nieobecność małżonka odwiodła cokolwiek Wisenkę od cnót domowych.

Zamiast przykładnie siedzieć przy krośnie, pani najpierw zawodziła na pół wsi, wyzywając 

władykę takimi wyrazy, że aż wieśniaków podziw brał. Później zaś konie kazała przyprzęgać 

do karocy, a chyżo. Forysia biczyskiem przez pysk zdzieliła, bo jej głośno przedkładał, że 
jaśnie pan nie przyjmie mile podobnej samowoli. Chwyciła lejce i z rozwianymi włosami, 

jedynie   w   spodniej   sukni,   popędziła   gościńcem   ku   siedzibie   ojca,   sławetnego   starosty 
Wężyka. Cud boski, że jej gdzie po drodze wilcy nie zdybali, ani że karku od pośpiechu nie 

skręciła, bo na oślep gnała. A jeszcze większy cud, że starosta Wężyk władyce czerepu nie 
rozszczepił, kiedy ten popod dworcem stanął, by upomnieć się o krewką małżonkę.

Wisenka jeszcze ze dwie niedziele nie chciała z nim gadać po tym, jak ją wreszcie wybłagał 

od   urażonego   teścia.   Na   koniec,   dla   zadośćuczynienia   zażądała   dworskiej   małpki,   którą 

musiał   dla   niej   sprowadzić   aż   ze  Szczeżupin,   nowego  karła   i  czterech   łokci   szkarłatnego 
jedwabiu.   Władyka   zagryzł   zęby   i   wykonał   zamówienie,   Wężyk   bowiem   był   człekiem 

pamiętliwym i nader czułym na prawdziwe i domniemane zniewagi. Na przyszłość zaś dbał 
wielce, aby nigdy nie dawać małżonce powodów do obaw - zaniepokojona Wisenka bywała 

nazbyt kosztowna.

A   do   ladacznic   po   staremu   chadzał.   Tyle   że   trzymał   je   w   gospodzie   w   najbliższym 

targowym mieście, co było nader wygodne, bo przecież  jako dobry gospodarz raz po raz 
musiał barany na sprzedaż popędzić, albo własnym okiem doglądnąć, czy pachołkowie nie 

pokumali   się   z   handlarzami   i   nie   kontraktują   najmarniejszego   obroku.   Wisenka   mile 
przyjmowała podobną dbałość o folwarczne interesa, władyka zaś pamiętał, by zawsze jej z 

miasteczka przywieźć nowe wstążki do czepca lub inny drobiazg. A pachołkowie, których 
hojnie dopuszczał do komitywy z ladacznicami, ani słówkiem nie pisnęli o jego targowych 

rozrywkach.

Z dalszych podróży zwykł jednak władyka wracać skrupulatnie na czas, więc Rufian spocił 

się tamtego dnia niezmiernie i osłabł, bo solidna żelazna obroża i łańcuch zmuszały go do 
żywego kłusu po wilżyńskich pagórkach. Tuż za ogonem pańskiego siwka wpadł na dworski 

podwórzec i, wyczerpany, przewrócił się obok koryta do pojenia bydła. Wisenka już od progu 
przewiercała   go   wzrokiem.   Jej   oczy   bacznie   lustrowały   przybyłych,   szukając   w   obliczu   i 

przyodziewku małżonka śladów łajdactwa. Na darmo.

-   Grabarzam   nowego   przywiódł.   -   Władyka   udał,   że   nie   widzi   wykrzywionych 

niezadowoleniem ust połowicy.

- Grabarza? - prychnął od poidła Rufian, który pomimo biegu na krótkim postronku nie 

nawykł jeszcze do wilżyńskich obyczajów. - A to was paskudnie musieli mnisi okpić...

background image

-   A   właśnie   grabarza.   -   Władyka   bez   śladu   zniecierpliwienia   w   głosie   smagnął   go 

bykowcem po grzbiecie, ale tak, że grasant zatchnął się w pół słowa i począł gwałtownie 
chwytać powietrze. - Takem postanowił.

- Tyle że grabarz coś nie bardzo chętny - zauważyła zgryźliwie Wisenka.
-   Droczy   się   tylko.   -   Władyka   uśmiechnął   się   pod   wąsem   i   widząc,   że   Rufian   znów 

rozwiera gębę, przezornie walnął go przez plecy kańczugiem. - Wolno ciągnęlim, tedy zebrało 
mu się na zbytki. Ale wedle woli. Jak mu grabarka niezbyt miła, to jeszcze przed zmierzchem 

będzie   miał   kat   zajęcie.   A  kat   młody,   w  rzemiośle  nieobyty,   na  trzy   razy   człeka  wieszać 
potrafi, więc przyda mu się ćwiczenie... - znacząco zawiesił głos.

Rufian pobielał na twarzy.
- Z podziękowaniem  jaśnie  wielmożnemu panu - powiedział  nieco drżącym  głosem.  - 

Zawszem chciał jakiej spokojniejszej profesji, jeno się okazja nie trafiła. Z miłą chęcią będę 
grabarzował, toż ja z dawien dawna do trupów nawykły.

-   Ot   i   widzisz,   moja   duszko!   -   Władyka   rzucił   Wisence   triumfujące   spojrzenie.   -   Żal 

robotnego   pachołka   z   wioski   na   ścierwograbka   marnować.   A   jakem   to   bydlę   popod 

opactwem   w   dybach   ujrzał,   zrazu   wiedziałem,   że   się   nam   nada.   Trzeba   je   tylko   do 
obowiązków   wdrożyć   i   pokory   nauczyć.   Na   początek   -   przymrużył   ślepia,   szacując 

przygarbioną nagle sylwetkę Rufiana - wyliczy się mu przy pręgierzu ze dwa tuziny. Ale tak 
od serca. Niech wie, że w Wilżyńskiej Dolinie nie skąpim na nauce.

Grasant   nie   wzbraniał   się,   kiedy   słudzy   władyki   powlekli   go   przed   dworską   bramę   i 

przywiązali do słupka. Pachołkowie też nie szturchali go mocno, nie chcąc sobie zawczasu 

czynić nieprzyjaciela z tego, kto im kiedyś udzieli ostatniej ziemskiej posługi. Poradzili mu 
nawet ukradkiem, by darł się ile tchu w płucach i zawodził żałośnie, władyka bowiem wielce 

cenił podobne objawy skruchy. Na koniec stary Lusztyk, który miał pieczę nad stajennymi, 
poklepał Rufiana po plecach, dał mu dla pokrzepienia kilka łyków siwuchy, potem zaś bez 

złości i zniecierpliwienia począł czynić swoją powinność. A Lusztyk, choć biały jak gołąbek i 
wiekiem nieźle do ziemi przygięty, rękę wciąż  miał tak krzepką, że nawet się Rufian nie 

musiał zanadto do wrzasków zmuszać.

Darł   się   donośnie.   Aż   gawrony   podrywały   się   w   popłochu   z   dworskiego   sadu,   a 

zadowolony władyka wyszedł na ganek.

-   No,   już   dobrze,   dobrze,   nie   trzeba   -   odął   wargi,   kiedy   pachołkowie,   obeznani   z 

kaprysami jaśnie pana, pośpiesznie przygięli grasanta do ziemi. Potem cofnął się o krok, ale 
nie omieszkał podetknąć Rufianowi pod gębę ręki ozdobionej rodowym sygnetem w oprawie 

z poczerniałego srebra. - Godne pochwały - zwrócił się do przyszłego grabarza - że umiesz 

background image

miłosierdzie docenić i za łaskawość pokornie podziękować, ale czas ci się do chałupy zbierać. 

Szafarz wyliczy ci - spod nastroszonej brwi popatrzał uważnie na okrwawionego rzezimieszka 
- ze cztery chleby i połeć słoniny. Żeby ci się na nowym gospodarstwie szczęściło.

Rufian nie zrozumiał od razu, dlaczego oblicza pachołków rozjaśniły się na takie dictum, 

ale prędko przywdział koszulę, którą Lusztyk rozumnie kazał mu zwlec przed biczowaniem, i 

w   asyście   czterech   parobczaków   ruszył   ku   wiosce.   Wlókł   się   ociężale,   odburkując   na 
uprzejme zagadywania,  ale  na  widok  karczmy   rozpogodził  się nieco.  Ledwo  przysiedli  w 

piątkę   pod   lipą,   ocieniającą   wejście   do   wilżyńskiego   przybytku   rozpusty   i   wszelakich 
bezeceństw, oberżysta w wielkim skórzanych fartuchu przybiegł ku nim z dzbanem ciemnego 

piwa, i jeśli nawet zauważył żelazną obrożę na szyi Rufiana, to nie zdradził się ani jednym 
gestem. Gdy zaś pokrzepiony nieco trunkiem i oddaleniem od dworu władyki Rufian zaczął 

przepytywać ogródkiem pachołków na okoliczność owej niecodziennej ozdoby, ci objaśnili 
go, że jaśnie pan bynajmniej nie zamierza go rozkuwać. A w każdym razie nie pierwej, nim 

Rufian należycie udowodni swą przydatność i porzuci myśl o ucieczce.

Co gorsza, przy onych objaśnieniach  ani się chłop obejrzał, jak niebo pociemniało od 

zmierzchu, a głowie przyjemnie mu zaszumiało. Kiedy podnosili się z ławy, oberżysta przy 
dreptał szybciutko, nachalnie potrząsając wyciągniętą po należność prawicą. Z pachołków 

żaden   nie   miał   ani   miedziaka,   zresztą   bezczelnie   gadali,   że   to   Rufian   ich   zwołał   na 
poczęstunek,  dla   uczczenia  nowej  profesji.  Koniec  końców  musiał   zostawić  w  oberży  nie 

tylko cały gościniec władyki, ale i własne buty, których mu miłosierni mnisi nie odebrali, 
choć były z dobrej, świńskiej skóry.

Wszystko to nie wzmogło bynajmniej przychylności Rufiana względem grabarzowej i jej 

potomstwa.   Stał   w   progu   chaty,   potężny   i   groźny,   choć   w   łapciach   wyplatanych   z   łyka, 

przypatrując się wychudłej niewieście  i gromadce jasnowłosych dziewuszek w kącie  izby. 
Przyświecając sobie kagankiem, uczynił kilka kroków i wyciągnął na środek izby Bitunkę, 

najstarszą siostrę Gronostaj. Dziewczyna nie opierała się. Przywykła do ojcowskich razów, 
wcisnęła więc tylko głowę w ramiona i jeszcze bardziej skuliła się w sobie, kiedy Rufian 

począł obmacywać jej chude piersi, zaglądać w zęby i szczypać po tyłku.

- Ta mi się na niewiastę nada - oznajmił wreszcie pachołkom. - A reszta, won do chlewa! 

Nie chcę, żeby mi się bachory wedle posłania kręciły.

- Jakże tak? - zapytał niepewnie któryś ze sług władyki. - Proboszcza we wsi akuratnie nie 

ma, a przecie was z ambony wywoła, jak bez błogosławieństwa dziewkę weźmiecie.

- Błogosławieństwem później będziem się kłopotać. - Rufian wyszczerzył zęby. - Dzisiaj 

nam jeno do pokładzin pilno. A z braku księdza mości dobrodzieja, niech nas pani matka 

background image

pięknie   pobłogosławi.   Co   z   woli   szczerej   zaraz   uczyni.   Prawda,   dobra   kobieto?   -   Ujął 

grabarzową za łokieć i jednym szarpnięciem poderwał z polepy.

Kobieta zatoczyła się, oparła o pustą chlebową dzieżę i wymamrotała coś pod nosem, ale 

tak cicho, że nawet Gronostaj nie dosłyszała. Rufian jednak pokłonił się z nieskrywaną kpiną 
aż do ziemi, po czym bez ceremonii wypchnął ją za próg.

- No, dość tych jasełek! - powiedział. - Poszła won, pani matko, pókim dobry, a może na 

weselisko poproszę!

Jednak   weseliska   nie   wyprawiono   ani   tego   dnia,   ani   następnego,   ani   nawet   kiedy 

proboszcz powrócił wreszcie do wilżyńskiego kościółka z objazdu pasterskich szałasów, które 

nawiedzał   każdej   wiosny,   by   poświęcić   młode   owce.   Wprawdzie   w   pierwszą   niedzielę 
napomknął   coś   groźnie   o   jawnogrzesznicy,   bez   nijakiego   wstydu   pokładającej   się   z 

mężczyzną. Ale potomstwo Rękawki nie bywało zbyt często na nabożeństwach, nie potrafił 
więc sobie przypomnieć jej imienia i ciskał gromy całkiem bez zapału. Rychło też przestał 

czynić wstręty nowemu grabarzowi, bo Rufian, chłop wielki i bezczelny, głośno w karczmie 
gadał, że jak się coś proboszczowi nie widzi, to może sam za łopatę wedle pochówku chwytać.

W obejściu grabarzu nie było chlewika, więc Gronostaj spędziła tamtą pierwszą nockę w 

szopie   na   siano   razem   z   siwą   kozą   i   stadkiem   królików,   wielce   zafrapowanych   nowym 

towarzystwem. Nakryła się starą derką, którą rezolutnie zdążyła pochwycić w izbie, nie spała 
jednak,   bacznie   nasłuchując   odgłosów   z   chaty.   Pachołkowie   bawili   się   hucznie,   z   każdą 

godziną głośniej wyśpiewując pijackie piosenki, ale raz tylko, nad ranem, wydało się jej, że 
słyszy   głos   Bitunki.   Później   usnęła,   boleśnie   świadoma   płytkiego,   świszczącego   oddechu 

matki, która nie chciała wpełznąć pod derkę i aż po świt tkwiła na progu szopki.

I to właśnie ona nastręczyła Rufianowi pierwszej okazji do wypróbowania nowej profesji, 

tuż przed świtem bowiem powiesiła się na jabłonce przy studni, używając w tym bezbożnym 
celu wodzy jednego z pachołków. Co zresztą mieli oni nieboszczce za złe i głośno wypominali.

Gronostaj nie było dane zbyt długo dumać nad śmiercią rodzicielki, gdyż Rufian bardzo 

prędko   zapędził   dziewczynki   do   roboty,   nie   wyłączając   też   najmłodszych,   które   zostały 

posłane na wzgórza paść gęsi zasobniejszych wieśniaków. Gronostaj nawet sobie chwaliła tę 
odmianę. Chałupa została wyszorowana i obmyta ługiem, podwórko zamieciono i wysypano 

rzecznym piaskiem, a dach Rufian własnoręcznie załatał. Ale z tego ostatniego udogodnienia 
Gronostaj nie korzystała przesadnie, bo wciąż sypiała pospołu z inwentarzem w szopie.

Nowy  grabarz  nie  wydawał   się jej gorszy  od  ojca.  Przeciwnie.   Nawet  do  karczmy   nie 

chadzał co wieczór. Przeważnie siedział na ławeczce u progu, wygrzewając się na słonku i 

patrzył spod przymrużonych powiek, jak dziewczątka krzątają się w obejściu. Nie zagadywał 

background image

do nich, ale  też nimi nie poniewierał  i nie bił ich jak ojciec,  i pozwalał,  by pod wieczór 

Bitunka   obdzielała   je   pajdami   ciemnego   chleba   i   jaglaną   polewką.   Właściwie   Gronostaj 
polubiła to nowe życie i szybko nauczyła się ukrywać przed gospodarzem rzadkie chwile 

lenistwa. Ze wszystkich bowiem rzeczy próżniactwo najbardziej rozjuszało Rufiana.

O świcie budził dziewczynki donośnym waleniem w starą patelnię, zawieszoną na ganku. 

Duchem kazał wodę ze studni ciągnąć i żywiznę oporządzać, później ogród pielić i grządki 
podlewać, podwórko sprzątać i chrust z lasu nosić. Jak się trafiła okazja, bardzo chętnie 

posyłał je innym kmieciom albo nawet do dworu dla wyręki przy żniwach czy w zwykłych 
domowych robotach. Jednak Gronostaj, która była mała i chuda jak szczapa, nie zaprzęgano 

do najcięższych robót. Owszem, czasem grzbiet ją bolał okrutnie od pielenia warzywnika, a 
oczy piekły od dymu, w którym wędzono liny, wyławiane ze stawu tuż poniżej Belkowego 

młyna. Ale wciąż chodziła do lasu na grzyby czy jagody, przesiadywała nad stawem, albo 
biegała po okolicznych pagórkach pod pozorem pasania gęsi. Chyba nawet była szczęśliwa.

A potem nadeszła jesień.
Po strzyży Gronostaj z rzadka wychodziła z mrocznej izby, gdzie czesano i gręplowano 

owczą wełnę. Tamtego wieczoru wymknęła się na chwilę, rozciągnęła wygodnie na wyschłej 
jesiennej trawie pomiędzy kępami dziewanny i ostu. Zza chaty dochodziły jękliwe dźwięki 

piły i stukanie młotka. Gospodarz pracował pilnie, ciosając deski na wieczorny pogrzeb, i nie 
sądziła,   by   rychło   spostrzegł   jej   rejteradę.   Tymczasem   patrzyła   w  niebo,   okrwawione   od 

zachodzącego słońca, a smukłe, czarne wrzeciona jaskółek wirowały nad nią tak szybko, że aż 
się jej zawracało w głowie.

Może dlatego nie od razu posłyszała stukot drewnianych chodaków na ścieżce. Dopiero 

ostra woń gorzałki migiem poderwała ją z murawy. Przez chwilę znów wydawało się jej, że 

widzi w przyżołkłych ościstych badylach obszyty muszelkami kapelusz ojca, gdy wsparty na 
łopacie mozolnie pokonuje kolejne wzgórki. I że osikowy trzonek łopaty zaraz spadnie na jej 

grzbiet,   a   żylaste   ramię   powlecze   ją   aż   do   chaty   na   skraju   cmentarza.   Dopiero   później 
przypomniała   sobie,   że  przecież   widziała  go,   jak   leżał   w  sosnowej   trumience,   odziany   w 

najlepszą lnianą koszulę i skórzane portki, i że przysypali go ziemią pod jednym z jałowców 
przy cmentarnym płocie.

Podpełzła ostrożnie na skraj wybujałych krzaków dziewanny i aż zamarła ze zdumienia.
Środkiem wyschniętej, piaszczystej dróżki szła Bitunka. Kompletnie pijana, macała przed 

sobą na oślep rękoma i zataczała się, przydeptując sute fałdy zbyt długiej spódnicy. Na głowie 
nie miała  małżeńskiego  czepka,  tylko  wianek  spleciony z na wpół zwiędłych  rumianków, 

spod którego wymykały się długie pasma pszenicznych włosów. Sznurówki rozchełstanego 

background image

gorsetu   zwisały   smętnie,   a   koszula   była   podarta   i  pokryta   świeżymi   plamami.  Najgorsze 

jednak, że na widok Gronostaj uśmiechnęła się głupawo i nawet nie próbowała zebrać na 
piersi poszarpanego przyodziewku.

-   Kupce   we   wsi   stoją,   siostruchna   -   oznajmiła   pogodnie.   -   Jeden   w   drugiego   kupce, 

spopod samej Spichrzy. Naszyjnik mi dali, prawdziwy. - Rozchyliła jeszcze szerzej koszulę, 

pokazując   kilka   czerwonych   paciorków,   nanizanych   na   miedziany   łańcuszek.   -   A   chcesz 
chustkę   nową,   siostra?   To   wraz   jutro   z   gospody   przyniesę,   szafranną   albo   siwą,   wedle 

wyboru.

- Z gospody? - wytrzeszczyła oczy Gronostaj. - A Rufian? Toż on cię żywcem ze skóry 

obedrze!

- A sam mnie posłał. Rok już cały, gada, w izbie śpisz, a brzuch masz wciąż pusty. Pożytku 

z ciebie żadnego, tylko gęba do wykarmienia. To idź na strawę zarabiać, jak najlepiej umiesz. 
Do gospody.

Gronostaj cofnęła się dwa kroki, nie czując nawet, jak ostowe kolce kaleczą jej skórę.
- A coś ty myślała? - skrzywiła się cierpko Bitunka. - Że ten dach nad głową i strawa to za 

darmo? Że was z dobrego serca będzie przez zimę w obejściu chował? Pięcioro drobiazgu, 
wciąż niezdatnego do roboty w polu? Cudzego drobiazgu? Toś durna! - Zaniosła się pijackim 

śmiechem.

Zmierzwiła włosy Gronostaj, która mimowolnie wzdrygnęła się pod jej dotykiem.

- No, nie strachaj się, siostra - wybełkotała Bitunka i przyklękła chwiejnie na piaszczystej 

ścieżce.

Z   bliska   jej   twarz   była   wymięta   i   przyszarzała,   oczy   nabiegły   krwią.   Rumieńce 

wymalowane buraczanym sokiem rozlały się i przemieszały z potem, a ciemne smugi węgla 

na brwiach i w kącikach oczu nadawały  obliczu wygląd jarmarcznej maski, aż Gronostaj 
zlękła się tej dziwnej, odmienionej siostry.

- Głodnaś może? - Bitunka spytała chropawym od wódki głosem i sięgnęła do zawieszonej 

u pasa płóciennej torby, dobywając pajdę chleba i nadgryzioną gomółkę sera. - Naści, jedz na 

zdrowie, siostra. I to jeszcze masz. - Wygrzebała zza pazuchy kawałek cukru i wepchnęła 
dziewczynce prosto do ust.

Gronostaj przełknęła posłusznie, ale nie poczuła smaku. Siostra jednak nie patrzyła na 

nią. Kołysała się na piętach, przyciskając poły gorsetu do chudej piersi i mamrocząc pod 

nosem:

- A ja do miasta nie pójdę, jeszcze nie teraz. A co? Bo przecież inną sobie weźmie i na 

zarobek   do   gospody   pośle.   Młodszą   ode   mnie.   Przecie   widzę,   jakim   wzrokiem   patrzy. 

background image

Ukradkiem, zza węgła, bo wie, że go, starego capa, pilnuję. A niedoczekanie! Pierwej mu 

ślipia wypalę. Niech no zima przejdzie, a uciekniem precz z Wilżyńskiej Doliny. Powędrujem 
gościńcem daleko, hen, aż do wielkiego miasta. Wszystkie pospołu. I poradzimy se bez niego. 

Obaczysz, siostra. Poradzimy se.

Jednak nie poradziły sobie. Pośrodku zimy na Wilżyńską Dolinę spadła krwawa gorączka 

i w jeden wieczór wymiotła z króliczej komórki trzy najmłodsze siostry Gronostaj. Rufian 
wyniósł je za chatkę i położył obok szopki, w której zwykł zbijać trumienki. Ale że ziąb był 

okrutny,   nie kwapił   się nadmiernie  do grabarskiej  roboty.  Leżały  więc  sobie  sztywne  od 
mrozu   i   owinięte   w   derkę   pomiędzy   deskami.   Kiedy   kochanica   jęła   mu   czynić   wyrzuty, 

przegnał ją z chałupy prosto w zawieruchę i kazał nie wracać, póki nie nabierze rozumu. 
Bitunka bez słowa owinęła się wełnianą chustą i powlokła w dół ścieżką do wioski.

Jako się rzekło, proboszcz nie przepadał za progeniturą grabarza Rękawki, szczególnie 

odkąd najstarsza córka jęła się działalności zarobkowej w karczmie, nęcąc pachołków do 

grzechu i pozbawiając grosiwa statecznych ojców rodzin. Jednak był nader czuły na punkcie 
należytego pochówku, i wieść o trzech dziecięcych trupkach na tyłach grabarskiej chałupy 

rozjuszyła go tak dalece, że jeszcze tego samego wieczoru podreptał do władyki. Ten z kolei 
lekce   sobie   ważył   przyzwoitość   względem   zmarłych,   natomiast   żywotnie   interesowało   go 

okiełznanie   zarazy,   nim   poczyni   spustoszenie   wśród   okolicznego   chłopstwa.   Niedbałość 
Rufiana poczytał za osobistą obelgę i bez namysłu pchnął ku chacie czterech pachołków. Nie 

byli   przesadnie   szczęśliwi,   że   posłano   ich   w   siedzibę   pomorku.   Na   powitanie   otłukli 
grabarzowi pysk, by go do obowiązków zachęcić. Później zaś siedzieli popod studnią, sowicie 

racząc się gorzałką dla przemożenia zarazy i z daleka spoglądali, jak Rufian kopie płytki 
dołek na skraju cmentarza.

Bitunka jednak nie miała sposobności nacieszyć się zwycięstwem, bo gorączka dopadła ją 

w sionce gospody, gdzie przycupnęła dla nabrania sił przed powrotną wędrówką. I tam już 

została, ku rozpaczy karczmarza, który znalazł ją rankiem na poły przysypaną śniegiem i 
wedle rozkazania władyki  musiał własnym sumptem pogrzebać. O tym zresztą  Gronostaj 

dowiedziała się dopiero po pierwszej odwilży.

W króliczej  szopce zrobiło się nagle przestronnie i cicho,  gdyż jeszcze  tej samej zimy 

Rufian zabrał starszą z dwóch ocalałych sióstr do chałupy. Gronostaj przebiedowała jakoś 
zimę, choć grabarz nie zajmował się nią nadmiernie i nie pielęgnował w chorobie. Z wiosną 

wieśniacy znów widywali ją na wzgórzach, jak pasała gęsi albo zbierała chrust w zagajnikach 
na   skraju   pól,   chuda,   obdarta   i   poznaczona   na   twarzy   czerwonymi   dziobami,   śladem 

przebytej   zarazy.   Że   zaś   niejeden   właśnie   grabarzówny   winił   za   ową   dziwną   zarazę,   nie 

background image

zagadywano do niej i nie trwożono się jej losem, licząc zapewne w duchu, że sczeźnie w 

obejściu Rufiana.

Gronostaj  z  rzadka   tylko  wspominała   słowa  Bitunki   o  wyprawie   do  wielkiego  miasta. 

Robota przychodziła jej trudniej tego lata, słaba była, wyglądała jak szczur z mąki i długo 
jeszcze zanosiła się uporczywym, suchym kaszlem. Trzymała się więc na uboczu i nie pchała 

ludziom w oczy. Może dlatego nie spostrzegła z początku, że gdzieś około żniw jej siostra, 
Skrzeszka,   zaczęła   chodzić   z   brzuchem   odętym   płodem.   Zresztą   z   czasem   Gronostaj 

przywykła do wielu rzeczy - obojętności Rufiana, siostrzanych wypraw do gospody, a także 
sprośnych zaczepek wędrownych parobków, którzy nieomylnie rozpoznawali w niej młodsze, 

bliźniacze odbicie wioskowej ladacznicy.

Trawa   zżółkła   już   i   spłowiała   od   wczesnych   przymrozków,   kiedy   dziecko   zapragnęło 

przyjść na świat. Rufian poszedł do karczmy na gorzałkę, co była u niego rzecz nieczęsta, bo 
zwykle skąpił grosiwa i popijał jedynie cienkie wino, które sam pędził z porzeczek. Jednak 

Skrzeszka   darła   się   przeraźliwie   cały   wieczór,   ku   ledwie   skrywanej   wzgardzie   babek, 
wystarczająco obeznanych w połogach, by ją wspierać w miejsce akuszerki. Na razie roboty 

jednak nie było wiele. Siedziały więc tylko na niskiej ławie u paleniska, kiwając głowami w 
niemym potępieniu, gdyż w Wilżyńskiej Dolinie nieprzychylnie spoglądano, gdy położnica 

nadmiernie  się  nad sobą  roztkliwiała.   Szczególnie   zaś  na  taką,  która  nie  potrafiła   podać 
imienia ojca bękarta.

Babunię Jagódkę Rufian z całą mocą zabronił sprowadzać do obejścia, pokrzykiwał coś 

przy tym o bezbożnych gusłach i wiedźmich naparach, które zdrowego chłopa w mig zmamią 

i   owałaszą.   Gdy   jednak   z   każdą   godziną   krwi   na   prześcieradłach   przybywało,   Gronostaj 
przestała wierzyć, by jej siostra miała pożytek z milczącej odrazy wiejskich babek. Staruchy 

zresztą takoż męczyły się od wrzasków i jęków, więc dla poprawienia humoru jęły się raczyć 
sowicie grzanym winem z berberysu. Pociągały trunek tak ochoczo, że niewiele po zmierzchu 

legły na twardej kuchennej ławie i pospały się niczym susły.

Gronostaj   jeszcze   czas   jakiś   siedziała   przy   palenisku,   rozkoszując   się   błogim   ciepłem 

nagrzanych kamieni, gdyż w króliczej szopce nie przywykła do podobnych luksusów. Nie 
mogła zasnąć. Nawet nie za przyczyną jęków Skrzeszki, bo ta z każdą godziną odzywała się 

słabszym   głosem,   ale   ze   strachu   przed   Rufianem,   który   kazał   jej   bacznie   przyglądać   się 
siostrze i po pierwszym krzyku noworodka duchem gnać do karczmy. Jednak dziecko nie 

rodziło się, a w każdym razie tak wywnioskowała z krwawego kłębowiska szmat na posłaniu. 
Nie sądziła, aby Rufian okazał się pomocą: ostatecznie w króliczej szopce pozostała ostatnia z 

grabarzówien. Równie drobna, chuda i płowowłosa jak dziewczyna, która wykrwawiała się w 

background image

kuchennej izbie. I właśnie ta myśl wypchnęła Gronostaj w chłodny mrok lasu. Bo bardzo 

dobrze wiedziała, co Rufian uczyni następnego ranka.

Drzwi od chatki wiedźmy były uchylone, a Babunia Jagódka powitała ją nieprzyjaźnie. 

Stała przed kominkiem, ciemna na tle płomieni i skurczona pod grubą wełnianą chustą. Nie 
prosiła do środka. Nietopyrki trzepotały niespokojnie na belce u powały, wiedźma zaś po 

prostu tkwiła nieruchomo pośrodku izby, wsparta na kosturku i odpychająca. A Babunia 
Jagódka potrafiła być odpychająca, jak mało kto.

- Czego? - burknęła.
- Napar mi jaki dajcie, żeby mi było łatwiej! - wyrzuciła z siebie Gronostaj.

Własny głos wydał się jej dziwnie chrapliwy i niezdarny, ale też nie nawykła przesadnie do 

rozmów.

Wiedźma obróciła się bez słowa, wyjęła z kredensu flaszkę wódki i postawiła ją na stole 

przed Gronostaj.

- Ja nie... - Dziewczyna aż cofnęła się o krok. - Nie po to. Magicznego dekoktu chcę na 

Rufiana, na parobków spod młyna, na siostrę, co w chacie od bachora zdycha. Żeby...

-   Chyba   ci   się,   dziecko,   wiedźma   z   gospodą   pomyliła   -   przerwała   cierpko   Babunia 

Jagódka.   -   A   w   gospodzie   taniej,   nawet   jeśli   cię   potem   karczmarz   na   sianie   obmaca   i 

wykotłuje. Ja żalów nieciekawa, łez ocierać nie umiem. A za dekokty słono sobie liczę, i to w 
takiej monecie, co jej, dziecko, w życiu na oczy nie oglądałaś.

- Zapłacę! - wykrzyknęła piskliwie Gronostaj. - Wszystko wam zapłacę, co do szeląga, 

przysięgam! Byleście moją siostrę wyratowali, a jemu... - zatchnęła się. - A temu kurwiemu 

synowi...

Wiedźma postąpiła ku niej trzy szybkie kroki, uchwyciła ręką za brodę i uniosła twarz ku 

światłu. Palce miała zimne i mocne jak imadło.

- Twoja siostra właśnie zdycha i cała magia Gór Żmijowych nie zdoła jej wyratować - 

powiedziała,   zaglądając   jej   w   twarz   miodowymi   oczami   plugastwa.   -   A   z   ciebie   też, 
dziewczyno, nic nie będzie. Nic, prócz wioskowej dziwki.

Gronostaj nigdy później nie potrafiła pojąć, skąd wzięło się w niej dość śmiałości, żeby 

strącić rękę Babuni i odepchnąć wiedźmę tak mocno, że stojąca na stole flaszka przewróciła 

się z głuchym łoskotem. Wódka chlusnęła na grubą warstwę sitowia, obierek, zeschłych ziół, 
skrawków pergaminu i co tam jeszcze pokrywało podłogę wiedźmiej chatki.  Rudy kocur, 

miauknąwszy przeraźliwie, dał susa z zydla pod paleniskiem i z zadartym ogonem wyprysnął 
z izby. Dziewczyna najchętniej zrobiłaby to samo, ale z przerażenia nogi jej wrosły w ziemię.

Wiedźma uniosła brew i pierwszy raz spojrzała na nią z pobłażliwym zainteresowaniem. 

background image

Właśnie owa pobłażliwość bez reszty rozjuszyła Gronostaj.

- Nie wasza rzecz, co ze mnie będzie! - wysyczała, odsłaniając drobne, żółte zęby, a każdy 

mięsień jej szczupłego ciała naprężył się niczym rzemień. - I nie po radę do was przyszłam, 

tylko żebyście temu bydlakowi karę uczynili za mnie i za moje siostry!

- Piękna intencja. - Babunia skrzywiła się cierpko. - Ale ja jestem stara, uboga kobieta, w 

krzyżu mnie łupie i oczy już nie te, co dawniej, a magia rzecz trudna, niepewna...

- Zapłacę wam! - wykrzyknęła Gronostaj, czując, jak krew napływa jej do twarzy.

- A zapłacisz - dziwnie uśmiechnęła się wiedźma. - Zapłacisz, dziewczyno, zapłacisz co do 

joty, choć jeszcze ani to pojąć, ani przeczuć potrafisz.

Gronostaj  wydało  się,  że  oczy  Babuni  świecą  lekko,  jakby   w  głębi  źrenic obudziły  się 

drobne   wirujące   płomienie.   Przyszły   jej   na   myśl   wszystkie   legendy   o   wiedźmach,   które 

zwabiają   głupie   dzieci   na   uroczyska,   by   później   wypić   ich   krew,   a   ciała   rzucić   dzikim 
zwierzętom. Ale w chacie czekał Rufian i nie umiała rozstrzygnąć, które z nich było gorsze.

- I co z tego? - prychnęła ze złością.
- Wiele. Ale to zależy od ciebie. Jeśli chcesz, żebym spełniła życzenie...

- Chcę! - Gronostaj zacisnęła pięści tak mocno, aż paznokcie przebiły skórę.
- Z własnej woli?

- Tak!
- Życzenie za życzenie?

- Tak!
- Na ogień, na krew, na ślinę? - zapytała wiedźma, a ogień w kominie wystrzelił świeżym, 

jasnym płomieniem.

- Tak!

- Daj rękę.
Dopiero kiedy wiedźma rozprostowała jej dłoń, Gronostaj zauważyła na palcach krew. 

Babunia   Jagódka   popchnęła   dziewczynę   w   stronę   paleniska   i   w   jakiś   sposób   Gronostaj 
dokładnie wiedziała, co uczynić. Strząsnęła w ogień trzy krople krwi. Płomień buchnął jej w 

twarz gorącem, osmalił rzęsy i włosy. Nagle zapragnęła się cofnąć, uciec stąd i zapomnieć o 
Babuni   Jagódce,   ale   wciąż   była   zła,   wystarczająco   zła,   aby   splunąć   w   ogień   i   dopełnić 

obietnicy.

Płomień zasyczał raz jeden i zgasł bez śladu.

- Dobrze - powiedziała cicho wiedźma. - Życzenie za życzenie,  a póki się nie spełnią, 

będziesz wciąż powracać do Doliny. A teraz chodź! - Po czym złapała ją za przegub zimnymi 

starczymi palcami i wyprowadziła na zewnątrz.

background image

Dopiero kiedy chłodne nocne powietrze owionęło jej rozognioną twarz, Gronostaj pojęła, 

co naprawdę wydarzyło się w chacie wiedźmy. Jednak nie miała czasu rozmyślać. Babunia 
chwyciła mocno i dziewczynka musiała co chwilę podbiegać, by dotrzymać jej kroku. Przeszły 

przez podwórze, jasne od miesięcznego światła, minęły studnię, w której, jak powiadano, 
mieszkał   demon   odgadujący   życzenia   młodych   panien,   i   komórkę   wiedźmiego   capa,   co 

podobno był kiedyś wędrownym kramarzem albo zbójcą  z Przełęczy Zdechłej Krowy. Na 
skraju   lasu   Gronostaj   przystanęła   nagle.   Coś   delikatnie   trąciło   rąbek   jej   spódnicy, 

aksamitnym dotykiem musnęło nagie łydki. Zadygotała, przerażona tym nowym czarostwem, 
ale zobaczyła tylko rudego kocura Babuni. Podniósł głowę, spojrzał jej w twarz miodowymi 

oczami   i   miauknął   cicho.   Dziewczyna   pochyliła   się   i   pogłaskała   zmierzwione   futro.   Kot 
wygiął grzbiet pod pieszczotą i miauknął z wdzięcznością.

- Idziesz czy nie? - sarknęła wiedźma.
- Idę - burknęła bez przekonania dziewczyna.

Zrobiła kilka szybkich kroków w ciemności, czując tuż obok bezszelestną kocią obecność. 

Zachrzęściły grudki zmarzniętej ziemi, puchacz przeleciał tuż nad ich głowami, chrapliwie 

pohukując, a gałąź głogu smagnęła Gronostaj po twarzy. Pomyślała, że to dziwne, tak iść z 
wiedźmą   przez   nocny   las,   przeskakiwać   nad   smugami   księżycowego   światła   na   mchu,   i 

słyszeć,   jak   przebudzone   chrzęstem   gałązek   ptaki   krzyczą   niespokojnie   w   zaroślach.   Nic 
więcej   nie   zdążyła   pomyśleć,   ponieważ   drzewa   zniknęły   niespodziewanie   i   zdumiona 

dziewczyna zobaczyła, że stoją na skraju wilżyńskiego cmentarza, o krok od rozpadającego 
się płotka wokół grabarskiego obejścia. Dopiero teraz Babunia Jagódka wypuściła jej rękę.

Miał minąć prawie tuzin lat, nim znów wiedźma poprowadziła ją czarodziejską ścieżką 

poprzez lasy Wilżyńskiej Doliny. Owszem, wiedziała o jej istnieniu, ale ani sama Gronostaj, 

ani   żaden   spośród   wieśniaków,   ani   nawet   magik   sprowadzony   przez   władykę   z   dalekiej 
Spichrzy nie zdołali odnaleźć magicznej dróżki. Może dlatego, że Babunia zazwyczaj wolała 

podróżować   na   wyłamanej   z   płotu   sztachecie,   co   było   sposobem   starym   jak   świat, 
wypróbowanym i przynależnym wiedźmie, nikogo więc nie kłuło w oczy. A może dlatego, że 

tajemna   ścieżka   ożywała   jedynie   pod   stopami   Babuni   Jagódki   i   tylko   ona   potrafiła   ją 
przywołać spomiędzy głogów, jałowców i buczyny porastających dno lasu.

Jednak wtedy, przed gankiem, na którym stały popękane buty ze świńskiej skóry - znak, 

że Rufian skończył już świętować w karczmie narodziny potomka  i zawitał  do chałupy  - 

Gronostaj   nie  potrafiła   zadumać   się  nad   osobliwymi   mocami   wiedźmy.   Miała   ochotę   po 
prostu obrócić się na pięcie i uciec do króliczej szopki, zakopać się głęboko w sianie i nie 

pamiętać więcej ani o krwawych prześcieradłach w chacie grabarza, ani o tym, jak pluła w 

background image

ogień na kominie wiedźmy.

Babunia Jagódka trąciła kosturkiem drzwi. Otwarły się, skrzypiąc przeraźliwie.
W   bladym   świetle   ogarka   Gronostaj   nie   dostrzegła   żadnej   z   bab   towarzyszących 

położnicy, najwyraźniej spłoszył je powrót gospodarza. Sam Rufian siedział przy stole nad 
miską polewki z soczewicy. Na odgłos otwieranych drzwi niechętnie podniósł łeb. W jego 

przekrwionych   oczach   nie   było   nic   prócz   obojętności   i   Gronostaj   nie   wiedziała,   czy   ją 
rozpoznaje: zwykle nie pozwalał, by w jego przytomności wchodziła do chaty. Kot wiedźmy 

miauknął cicho i otarł się o jej kostki, więc wzięła go na ręce i przycisnęła do piersi. Ciepły, 
mruczący ciężar dodał jej odwagi. Wprawdzie Rufian nieraz przepędzał ją z izby grubym 

słowem, albo i kułakiem,  ale nie sądziła,  by zechciał  uderzyć kocura  wiedźmy, który był 
zwierzęciem potężnym, wrednym i tak zajadłym, że nawet władyka wolał go omijać z daleka, 

nadto zaś u wiedźmy na posadzie. Co jak co, ale Babunia Jagódka dbała o swój inwentarz i 
nie pozwalała go marnować.

- Posprzątać przyszły? - Rufian na powrót pochylił się nad polewką. - To niech się żywo 

biorą do roboty, bo trupem w izbie śmierdzi.

- Żadna to nowina - odparła Babunia Jagódka.
- A co ci do tego, babo? - Smyrgnął miskę, aż poleciała na drugi koniec stołu. - Na robotę 

cię   prosili,   nie   wesele.   Chcesz   jęzorem   po   próżnicy   kręcić,   to   poszła   won,   zanim   kości 
porachuję!

- Nie poznajesz mnie? - Wyprostowała się i ściągnęła z głowy chustkę.
Ramiona wiedźmy przesłonił płaszcz czarnych włosów. Znów była młoda i gładkolica. Jej 

oczy połyskiwały od dzikiej, bursztynowej magii.

Rufian   wykonał   dłonią   ruch   tak   szybki,   że   prawie   niezauważalny.   Gronostaj   jednak 

wystarczająco   długo   żyła   z   grabarzem   w   jednej   zagrodzie   i   wspomniała,   co   spotkało 
wędrownego kotlarza, który wdał się z nim w kosterkę i nieopatrznie zaczął wygrywać.

- Uważaj! - krzyknęła.
Wiedźma nieznacznie uniosła lewą brew i ciśnięte przez grabarza ostrze zatrzymało się o 

włos od jej szyi.

- Widzę, że pamiętasz - oznajmiła pogodnie, a nóż ze szczękiem upadł na klepisko. - 

Widzę też, że głupi byłeś za młodu i głupim na starość pozostałeś. Co łatwo można było 
przewidzieć, gdyby się chciał kto przewidywaniem trudzić.

- Ty...! - Grabarz wczepił się oburącz w krawędź stołu.
Na jego szyi nabrzmiały  purpurowe żyły.  Szarpał  koszulę na piersiach,  spazmatycznie 

chwytał powietrze, nie mogąc wydobyć głosu, a Gronostaj przez chwilę miała nadzieję, że 

background image

zaraz wyzionie ducha.

- Kto by się spodziewał? - Babunia uśmiechnęła się niemiło. - Spomiędzy wszystkich dolin 

Gór   Żmijowych   Rufian   musiał   wybrać   akuratnie   tę   jedną,   gdzie   go   dobrze   znają.   No, 

rozumiem   teraz,   dlaczego   ludziska   gadali,   że   grabarz   odludek   i   gbur,   że   cięgiem   z 
umarlakami na smyntarzu siedzi, a do gospody ledwie raz na pół roku zaglądnie. Rozumiem 

też, czemum się dotychczas jego sąsiedztwem nacieszyć nie miała okazji, bo jak mię jeno we 
wsi uwidział, to w łeb w ramiona chował i w dyrdy za kościół uciekał! No, widzi mi się, że nie 

z nieśmiałości...

- Idź precz, wiedźmo! - Rufian odzyskał głos i podniósł się z zydla, potężny i czarnobrody. 

Rozerwał troczki, wydobył zza koszuli szkaplerzyk z brunatnej skóry i potrząsnął nim przed 
wiedźmą. - Precz, plugastwo nieczyste! - ryknął, aż mech posypał się z belek pod powałą. - 

Nie myśl, że się znów twoich gusieł zlęknę, przeklętnico! Mam od mnichów kordiał i zioła 
świętym olejem pomazane, co wnet cię z mocy wyzują...

Wiedźma   pstryknęła   palcami,   uderzyła   paznokciem   o   paznokieć,   krzesząc   niewielką 

błękitnawą iskrę, która rozbłysła w mrocznej izbie i padła wprost na szkaplerzyk. Ten w 

jednej chwili zajął się ogniem, a Rufian targnął się do tyłu, nieopatrznie wypuszczając go z 
ręki i zaraz wrzasnął rozgłośnie, kiedy woreczek opadł mu na gołą pierś.

W chacie rozniósł się niemiły smród palonych włosów.
- Z czego wyzują? - zapytała z ciekawością, kiedy Rufian wreszcie zerwał z szyi płonący 

szkaplerz  i  począł  go  bosymi  stopami  zadeptywać  na   klepisku,  sycząc   przy  tym  z  bólu  i 
przeklinając plugawie. - A ty żeś się, Rufian, nic nie nauczył - ciągnęła, przymrużywszy nieco 

złe, żółte ślepia. - Bo przecież i w Spichrzy ci się wydawało, że wrzaskiem i pięścią wszystko 
przemożesz. Rufian, jedyny synalek i dziedzic kurwigospodyni, co pod murem, na Krzywej, 

miała zamtuz dla poganiaczy wołów i tragarzy, bo żaden przyzwoity człowiek by w podobnej 
norze stopy nie postawił. Rufian, który z matczynego poruczenia co młodsze z dziewek w 

zawodzie szkolił i przyuczał. I który za plecami matki pieniądze im kradł, kiedy już między 
innych chłopów poszły. A jak się któraś kłócić próbowała, albo do miejskich pachołków ze 

skargą poszła, wraz ją potem z fosy wyławiano. Ileż to już lat będzie, Rufian? - wyszczerzyła 
zęby.

Grabarz nie odpowiedział ni jednym słowem. Patrzył tylko spode łba na wiedźmę, ale 

takim wzrokiem, że Gronostaj głębiej wcisnęła się w kąt.

- Z pół tuzina albo i lepiej - odpowiedziała sobie Babunia. - Lecą latka, lecą, a pamięć 

coraz gorsza. Ale przecie pomnę bardzo dobrze, jaka tam była zabawa, kiedy się wreszcie 

matuli dobrodziejce z tego świata zeszło i kiedy Rufian na gospodarstwie nastał. Ho, ho! - 

background image

zacmokała. - Złaziło się tałatajstwo z całej Spichrzy i połowa grasantów z Gór Żmijowych dla 

towarzystwa, i sute były pohulanki, należyte. A że się przy okazji jakiejś dziwce pysk pocięło 
czy oko wyłupiło, któż by dbał, skoro sam gospodarz harcom przewodził i do coraz większych 

sprośności kompanów zachęcał? Czasem która baba chciała precz uciekać, ale pan baraśnik 
skumał się z pachołkami, co na bramie stali. I kiedy zbiegłą nazad do zamtuza przywiedli, 

zaraz ją Rufian kazał w komórce zawrzeć, za żelaznym zamkiem, skąd rzadko która na boże 
światło wychynęła bez pomieszania zmysłów.

- Łżesz, babo! - wycedził  Rufian. - Wszystko u mnie miały - wikt,  opierunek, zapłatę 

godziwą i od wszelkich napaści bezpieczeństwo. I nikt im odejść nie bronił, byle mi wcześniej 

po sprawiedliwości odpłaciły, co moje było!

- Tyle że się wasza sprawiedliwość dziwkom nie widziała. A skoro od pachołków pomocy 

nijakiej nie miały, ani od książęcej straży, co z wami po gospodach piła, inny sposób znalazły. 
Starszy   i   bardziej   przemożny.   Wiedźmę.   -   Uśmiechnęła   się   po   wilczemu.   -   Pomnisz   to 

jeszcze, czyli się pamięć wraz z profesją skończyła?

Rufian nic odpowiedział, ale z całej jego postawy biły nienawiść i odraza.

- Ech, piękne czasy... - Babunia uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. - Rajcowie byli ludzie 

zacni,   figliki   rozumiejący.   Jak   im   doniesiono,   że   dziwki   na   własnym   chlebodawcy   mają 

używanie, wiedźmi war mu zadawszy, wnet im przeszkadzać wzbronili. A baraśnik z zamtuza 
z gołym zadkiem wypadł i po placach hasał, wrzeszcząc, że mu wiedźma przyrodzenie odjęła. 

Wielka   między   ludźmi   wesołość   powstała.   Żaki   go   jeszcze   bardziej   szczuły,   że   owo 
przyrodzenie wiedźmy w książęcych ogrodach wieszać zwykły, na drzewie jednym, co popod 

samymi   oknami   księżnej   jaśnie   pani   pięknie   wyrosło,   a   wszystko   po   to,   żeby   we 
wdowieństwie swoim miała należyte pocieszenie. I zda mi się, że dałby radę na to drzewo 

wyleźć, choć słuszna stała topola, a i gołemu trudniej wspinaczka przychodzi. Ale nie trza 
było wrzeszczeć - łysnęła złośliwie  ślepiami - że nie będzie się księżna jaśnie pani twym 

przyrodzeniem pasła, bo jedna rzecz jest pijaństwo i urok pocieszny, a insza zgoła zdrada i 
przeciwko zwierzchności szczekanie. I tego już pachołkowie ścierpieć nie mogli...

- Będziesz ty, babo, na stosie skwierczeć za twoje niegodziwości! Będą cię jeszcze kołem 

łamać i końmi włóczyć! - dawał upust swej wściekłości Rufian.

- Nie zdaje mi się - odparła lekko Babunia. - Na pewno nie za przyczyną rajfura, który dał 

się zmamić trzema kroplami naparu tak straszliwie, że jeszcze trzy zimy później bał się gacie 

przed niewiastą opuścić, bo mu się wciąż zdawało, że jego kuśka pod okienkiem księżnej 
jaśnie pani na topoli zawieszona. Choć po prawdzie, to i wcześniej nie bardzo było czym się 

babom chwalić...

background image

Rufian posiniał na gębie, nozdrza mu chodziły jako chrapy siwkowi władyki.

- Alem na czas rozumu nabrał i więcej się waszych omamów nie zlęknę! - Sięgnął po 

grabarską łopatę, z którą nigdy się na dłużej nie rozstawał i która stała nieopodal, oparta o 

ścianę. - Nie pomógł kordyał zacny, może żelazo szczere pomoże.

- Tym razem nie na omamy mnie przysłano. - Wiedźma przekrzywiła głowę i przyglądała 

mu się z namysłem. - I inną monetą zapłacono, nie srebrem.

- Ona? - Rufian wypatrzył skuloną w kącie Gronostaj i mimo strachu zarechotał sprośnie. 

- Nie wiem, co wam w głowę nakładła i naobiecywała, ale ona nic nie ma. Ani garści słomy, 
co na niej sypia. Pole, świnie, chałupa - wszystko z woli władyki moje, moje co do joty!

- Krwią mi zapłacono. - Babunia uśmiechnęła się niemal tkliwie. - Krwią, śliną i obietnicą. 

I taka będzie zapłata. Chodź do mnie! - Kiwnęła palcem, na którego czubku pojawiła się 

drobna, czerwona iskierka.

Grabarz szarpnął się w tył, przerażony, jego ręce z całej mocy zacisnęły się na krawędzi 

stołu. Ale palec Babuni znów poruszył się nagląco i Gronostaj spostrzegła, jak dłonie Rufiana 
się rozginają się, a nogi zaczynają z wolna sunąć po klepisku. Szedł z mozołem, jakby każdy 

krok okupował jakimś potwornym cierpieniem, i w mrocznej izbie dziewczyna widziała w 
jego   twarzy   grozę   i   niezrozumienie.   Patrzyła   jednak   bez   żalu,   zanurzywszy   ręce   w 

zmierzwione futro kocura, i zastanawiała się, co też jeszcze wymyśli Babunia Jagódka dla 
pokarania grabarza. Ogarek zamigotał, dopalając się do cna, a Gronostaj wydało się, że z 

każdym krokiem Rufian staje się coraz mniejszy, że kurczy się i maleje wraz z ubywającym 
światłem.

Świeczka zaskwierczała ostatni raz i zgasła. W chałupie zrobiło się całkiem ciemno, tylko 

iskierka   na  wiedźmim  palcu  wirowała  coraz  szybciej,  czerwona   jak   krew i  przyzywająca. 

Rudy kocur zeskoczył z podołka dziewczyny, otarł się o łydki ciepłym, futrzastym bokiem i 
nagle Gronostaj pojęła, że to wcale nie jest złudzenie, że coś potwornego naprawdę dzieje się 

w tej izbie.

Kiedy grabarz minął stół, dwie skrzynie, których wieka nie pozwalał nikomu uchylać, i 

chlebową dzieżę z posagu jej matki, nie sięgał wyżej łokcia. Dziewczyna patrzyła, jak młóci 
powietrze   drobnymi   ramionkami,   jak   usiłuje   się   czepiać   popielnika,   szczap   u   paleniska, 

chruścianej miotły, ale urok na palcu Babuni przywoływał go nieprzeparcie i nęcił. Zatrzymał 
się tuż przed wiedźmimi trzewiczkami ze szkarłatnie barwionego safianu, nie większy już od 

kurzęcego jaja i na wpół ukryty pomiędzy drwami, rozsypanymi po klepisku.

Kocur znów otarł się o nogi Gronostaj i z jego gardła dobyło się głębokie mruczenie, które 

zaraz przeszło w przyciszony warkot.

background image

Wiedźma strzyknęła przez zęby śliną.

Rufian  pisnął  jeszcze  cienko,   usiłował  uskoczyć,  ukryć  się  pomiędzy  drwami,   lecz   nie 

zdążył.

Iskierka na palcu wiedźmy mrugnęła i znikła.
Dziewczyna krzyknęła mimo woli.

Kocisko wyprysnęło spod nóg Gronostaj,  pochwyciło grabarza  w pysk i przez otwarte 

drzwi wypadło na podwórze. Za płotem splecionym z drobnych gałązek, za króliczą szopką i 

rzędem   rachitycznych   jabłonek   na   skraju   wilżyńskiego   cmentarza   jaśniał   już   nikły   ślad 
brzasku.

-   Ech,   zaraz   kur   zapieje,   trzeba   się   do   łóżka   układać!   -   Babunia   Jagódka   ziewnęła 

rozgłośnie i zebrała sute spódnice. - Życzenie wypełnione, kocisko nakarmione, czas spać.

- A mnie co czeka? - Gronostaj ocknęła się w jednej chwili i przestraszona pochwyciła ją 

za kościsty łokieć.

- A co ma czekać? - Wiedźma wzruszyła ramionami. - Pewnikiem chłosta u pręgierza, bo 

na kimś się musi złość władyki skrupić, kiedy się wreszcie dowie o nagłym zawieruszeniu 

grabarza, którego za własne srebro nabył i zawłaszczył. A potem innego grasanta pan do 
chałupy ściągnie, żeby trupy chował. Ale to już nie moja rzecz.

Sięgnęła po grabarską łopatę, dokładnie obmacała trzonek, mrucząc coś do siebie pod 

nosem.

-   Bywaj,   dziewczyno!   -   powiedziała   na   koniec.   -   Spotkamy   się   jeszcze,   spotkamy 

niezawodnie.

Po czym usiadła okrakiem na łopacie i odleciała bez śladu.
Gronostaj również usiadła w otwartych drzwiach izby w oczekiwaniu na ranek, ostatnia 

już ze wszystkich córek grabarza Rękawki i bardzo samotna. A kiedy niebo poszarzało nad 
podwórzem i nocny mróz zelżał nieznacznie, weszła na powrót do izby i poczęła składać na 

stole   nóż   Rufiana,   krzesiwo,   garnek   i   zapasową   koszulę,   kilka   pasków   suszonego   mięsa, 
cztery   sparciałe   jabłka   i   kilka   podpłomyków.   Zebrała   to   wszystko   w   wełnianą   chustę, 

zawiązała solidnie, starając się nie spoglądać przez okno ku króliczej szopce. A potem ruszyła 
przez   cmentarz   i   wioskę,   czujnie   przemykając   się   pomiędzy   płotami,   ponieważ   kury 

poczynały już piać, a bała się, aby jej kto nie przydybał i nie zawlókł do dworu. Nie bardzo 
wiedziała, jak znaleźć ten wielki świat, o którym niegdyś mówiła Bitunka, ale nogi wiodły ją 

same na niską ścieżkę i w dół brzegiem Wilżyńskiego Potoku.

I nie chciała wracać.

background image

„RZYĆ NIEWIEŚCIA...”

Babunia Jagódka miała zmartwienie: do Wilżyńskiej Doliny przypałętał się kleryk.
Siedziała   w   karczmie   przy   swoim   ulubionym   stoliczku   w   ciemnym   kącie,   z   dala   od 

paleniska i zalewała robaka najpodlejszym piwem. Była naprawdę wściekła. Tak bardzo, że 
nawet nie chciało jej się odmienić zaklęciem „młoda - i - piękna”. Pojawiła się w osadzie jako 

sterana, pokręcona reumatyzmem baba. Wdziała zmierzwioną baranicę, a na nogi grube, 
filcowe buciska. Spod zamotanej na głowie chustki w czerwone róże ciskały pioruny wściekłe, 

żółte ślepia.

Kiedy  pukała  w stół czarnym,  poszczerbionym  paznokciem,  z  blatu  sypały  się drobne 

iskierki.

Utrapienia Babuni Jagódki rozpoczęły się wczesną wiosną, kiedy do Wilżyńskiej Doliny 

dotarły wieści, że miejscowy opat Ciecierka coraz zacieklej tropi przedksiężycowe plugastwo. 
Zrazu Babunia Jagódka nie zmartwiła się zbytnio. Tak to już było z opatami, że od czasu do 

czasu któryś lubił zapolować na wiedźmy. Pewnie nie mają nic innego do roboty, tłumaczyła 
sobie Babunia. Zresztą, jak krowę giez ukąsi, to też wierzga na oślep, i jak na bydlęcą, tak i na 

opacką głupotę nic nie można poradzić. Pozżyma się, pozłości i znów wszystko będzie po 
staremu, tak sobie myślała.

Można by rzec, że słusznie. Proboszcz ogłosił z ambony, iż do wiedźmy chodzić nie trza, 

parafianie   przytaknęli   mu   grzecznie.   A   jeszcze   tego   samego   wieczora   do   chatki   Babuni 

Jagódki   zastukała   Rozalka,   gospodyni   proboszcza,   prosząc   o   kolejną   porcję   czopków   na 
hemoroidy   dla   czcigodnego   pasterza.   Innymi   słowy:   wypełniwszy   obowiązki   wobec 

zwierzchności, Wilżyńska Dolina powróciła do starych przyzwyczajeń.

Ale kilka dni później, tuż przed sianokosami, do wioski ściągnął guślarz.

Babunia   Jagódka   wykrzywiła   się   wrednie,   dmuchnęła   w   podsunięty   przez   usłużnego 

karczmarza kufel. Piana przefrunęła przez izbę, rozpryskując się na twarzy Betki. Młynarz 

tylko wcisnął głowę w ramiona, wytarł się rękawem. Nie był na tyle głupi, żeby zadzierać z 
wiedźmą. Szczególnie kiedy była w takim nastroju.

Właściwie   najbardziej   zawinił   władyka,   pomyślała   Babunia.   Wynalazł   guślarza   na 

jarmarku   w   sąsiedniej   włości   i   ochoczo   przygarnął.   Miał   podobno   powiedzieć,   że   baba 

zanadto się rozwydrzyła i przyda się jej odrobina zdrowej konkurencji.

Babunia Jagódka wykrzywiła się jeszcze paskudniej. Ostatniej zimy prawowita małżonka 

władyki srodze zaniemogła, przedwcześnie utraciwszy upragnionego dziedzica, i prawie że 
nie opuszczała alkierza. Władyka zrazu rozpaczał okrutnie, później zaś szalał dla pociechy. 

background image

Już wcześniej nie przepuszczał dójkom i zagrodniczkom, ale teraz brykał jak młody i nocami 

coraz   śmielej   zapuszczał   się   do   okolicznych   posiadłości.   Powiadano,   że   ma   w   Spichrzy 
kamieniczkę i trzyma w niej co najmniej trzy ladacznice. A Babunia Jagódka wcale nie liczyła 

tanio za wzmacniające wywary.

Tym sposobem guślarz zamieszkał w dworskiej przybudówce. Babunia Jagódka musiała 

uczciwie przyznać, że korzeń lisich jajek, który serwował władyce dla „wzmożenia chciwości 
cielesnej”   był   równie   skuteczny,   jak   jej   własne   wywary.   Może   nawet   jeszcze   lepszy, 

pomyślała, przypomniawszy sobie, co podczas ostatniej pełni władyka wyprawiał z trzema 
wędrownymi   nierządnicami   w   stawie   Betki   młynarza.   Lisie   jajka,   pokręciła   głową   z 

zadziwienia. Kto by pomyślał?

Guślarz dotkliwie popsuł jej interesy. Co więcej, przynosił wstyd szlachetnej magicznej 

profesji. Nie zaglądał do karczmy, nie mamrotał tajemniczych formuł, nie miał kaprawego 
kociska, na jarmark zaś przybył nie na uczciwej sztachecie, tylko na zwyczajnej, tłustawej 

kobyłce. Nawet nie wyglądał na guślarza. Był zawsze schludnie ogolony, czysto odziany i 
wielce układny. Wieśniacy zaczynali zapraszać go na chrzciny i wesela. Słowem, hańba.

Szczęściem pozostawały czopki na hemoroidy. Ale wiedziała, że jeśli wkrótce czegoś nie 

wykoncypuje, proboszcz stanie się jedynym źródłem jej dochodów.

Na dodatek guślarz wtargnął do najgłębszego matecznika Babuni Jagódki: zaczął warzyć 

wywary  miłosne. Ale zabrał  się do rzeczy  tak  nieudolnie,  że  wiedźma  przemogła  urazę  i 

osobiście pofatygowała się do dworskiej przybudówki. Odmieniwszy się wcześniej bardzo 
starannie w hożą, rudowłosą dziewoję.

Guślarz skrobał coś na kawałku pergaminu. Babunia z satysfakcją stwierdziła, że w izbie 

jest lodowato zimno, a kaganek ledwo kopci. Widać, mimo lisich jajek, władyka nie był zbyt 

hojny dla konkurencji. I bardzo dobrze.

- Co najlepszego robicie? - sarknęła od progu. - Dlaczego daliście Jarosławnie wywar z 

lubczyka?

- Przecież prosiła - tłumaczył się guślarz.

- Wy nie jesteście od spełniania życzeń - ofuknęła go Babunia. - Co to by było, jakbyśmy 

wszyscy robili to, czego chcą?

- Ale to był naprawdę dobry pomysł - bronił się uparcie. - Zadurzyła się w synu sołtysa. 

Dorodny   chłopak,   a   Jarosławna   najbardziej   posażna   dziewucha   we   wsi.   Będą   do   siebie 

pasować.

Babunia   Jagódka   załamała   ręce.   W   ogóle   niczego   nie   pojmuje,   nie   rozumie   się   na 

swataniu, pomyślała. Jak to chłop.

background image

- I co? - spytała zgryźliwie. - Będą żyli długo i szczęśliwie, a o nas ani pomyślą. No, może 

poproszą akuszerki do kolejnego bachora. Ot, durniście.

Przyglądał się jej tępo. Może nie tyle jej, ile falbankom gorsetu wokół dekoltu Babuni. A 

dekolty Babunia nosiła głębsze niż wioskowa ladacznica.

- Durniście, powiadam - powtórzyła, dumnie wypinając wdzięki. - Bo tu nie o to idzie 

bynajmniej, by Jarosławna szczęśliwie dożywała swych dni z tym sołtysim zasmarkańcem. 
Idzie o to, aby interes się kręcił.

Guślarz nie odrywał od niej wzroku.
- A tak! - Babunia ujęła się pod boki. - Lubczyka trzeba zadać Jarosławnie i wioskowemu 

głuptakowi. Oczywista, jej ojciec przyleciałby w te pędy i nie żałowałby grosza, żebyście urok 
odczynili. I pozbywszy się głuptaka, ze szczęścia nie pisnąłby ani słowa, kiedy Jarosławna 

zakochałaby   się   w   wędrownym   parobku.   A   zakochałaby   się   niezawodnie,   bo   dziewuchy 
zawsze po żniwach tracą rozum dla wędrownych parobków, widać taki zwyczaj.

Guślarz słuchał w wielkim skupieniu.
- No, to byśmy ich pożenili! - Zaśmiała się szyderczo. - Wedle życzenia. Wiadomo, że 

piłby, biłby i łajdaczył się z posługaczkami, jak to wędrowny parobczak. Po paru miesiącach 
Jarosławna zmądrzałaby i przychylniej popatrzyła na syna sołtysa. A wtedy my byśmy dali 

wywar   z   miłostki   kaprawej   Doni   i   nim   się   miesiąc   odmieni,   proboszcz   pobłogosławiłby 
kolejne stadło. Donie z sołtysim chłopakiem.

- Ale to tak jakoś nie po bożemu - przemówił wreszcie, drapiąc się po głowie. Minę miał 

wielce zafrasowaną. - Toż to nikomu nie byłoby dobrze.

-   Nam   by   było!   -   prychnęła   wzgardliwie   Babunia.   -   Parobek   chciałby   czerwiowego 

proszku,   żeby   umorzyć   starego   Betkę   i   dobrać   się   wreszcie   do   posagu   młynarzówny. 

Jarosławna szukałaby trutki na męża i miłostki dla przymamienia sołtysiego syna. Kaprawa 
Donia prosiłaby o ziółka dla rychłego poczęcia i uwiązania męża we własnej, bezpiecznej 

komorze. Ledwo byśmy nadążali z warzeniem wywarów. A ja za flaszeczkę liczę sobie trzy 
srebrne grosze. No, rozjaśniłam wam we łbie?

I   wymaszerowała,   rozrzutnie   kołysząc   biodrami.   Nie   miała   nic   przeciwko   temu,   żeby 

guślarz   klepnął   ją   po   tyłku,   ale   ten   okazał   się   naprawdę   dobrze   wychowany.   Gamoń, 

pomyślała Babunia. Psuje się rasa, psuje coraz bardziej. Wszystko teraz jakieś głąbowate, 
dychawiczne, niezdałe.

Wychyliła kufel i smętnie zapatrzyła się w palenisko.
Guślarz sam w sobie był niezgorszym kłopotem. A teraz jeszcze ten kleryk...

* * *

background image

- Przeklęty kleryk - wymamrotał pod nosem pleban, łowiąc w nozdrza odległą, kuszącą 

woń.

Po   pieczonej   gęsi   został   tylko   zapach.   Sosisek,   jak   to   kleryk,   był   nadgorliwy,   pełen 

bezrozumnych przesądów i uprzedzeń. Na widok pieczystego oschle obwieścił, że w dzień 
świąteczny mięsa jeść się nie godzi. Ponieważ zaś oprócz uprzedzeń Sosisek miał wuja opata, 

chcąc nie chcąc, proboszcz kazał wynieść gęś do komory.

Więcej nam ta nadgorliwość szkód wyrządzi niż niejedna wiedźma, pomyślał. Dlaczego 

przysłali go właśnie do mnie?

Z bolesnym grymasem poprawił się na stołku. Sosisek węszył nieustannie i proboszcz nie 

śmiał posyłać do Babuni Jagódki po zbawienne czopki. Z każdym dniem siedziało mu się 
mniej wygodnie. Nie mógł nawet napić się gorzałki. Kleryk starannie opróżnił piwniczkę ze 

wszystkich   zapasów.   Nie   żeby   wypił   -   Sosisek   brzydził   się   gorzałką   jeszcze   bardziej   niż 
wiedźmami. Kleryk po prostu wylał cały trunek do dworskiej gnojówki. Na wspomnienie 

owej egzekucji oczy proboszcza nadal powlekały się łzami.

Doszło do tego, że Rozalka, księżowska gospodyni i od lat wierna jego towarzyszka, bała 

się przestąpić progu plebanii. Trzeba uczciwie przyznać, że Sosisek patrzył krzywym okiem 
nie tylko na Rozalkę. Sprawiedliwie nienawidził całego niewieściego rodzaju. Nawet samą 

szlachetną   panią   Wisenkę,   żonę   władyki,   nazywał   „stoczoną   suchotami   nierządnicą”.   Ni 
wiek, ni godność nie sprawiały mu żadnej różnicy. Sosisek zdawał się zupełnie nie rozumieć, 

że w tej odludnej okolicy żyli ludzie prości, lecz rozsądni, a proboszcz, który nie umie sobie 
znaleźć okazałej niewiasty, nigdy nie zyskałby ich szacunku. Ostatecznie, czy można polegać 

na kimś, na kogo nie połaszczy się nawet głupia baba?

Zresztą tutaj, wysoko w górach, ludzie nigdy do końca nie pojęli, o co chodziło w tych 

wszystkich   kapłańskich   subtelnościach.   Rozumieli   tyle,   że   był   kiedyś   bóg   w   Górach 
Żmijowych,   a   skoro   poszedł   precz,   to   pewnie   prędzej   czy   później   wróci,   gdy   obczyzna 

wystarczająco   mu   dopiecze.   Bo   kto   by   na   dobre   chciał   się   osiedlać   z   dala   od   górskich 
szczytów, Pala, Maczugi i Mnicha? No, chyba jaki ostatni pomyleniec! Więc bóg się wróci 

niezawodnie, tylko trzeba cierpliwie poczekać.

Czekali już od pokoleń, tedy przez wieśniaczą roztropność nie przepędzali mnichów w 

żółtych szatach, którzy pod nieobecność Kii Krindara Od Ognia uroili sobie nawracać górski 
ludek.   Wiadomo,   młodzi   się   żenią   i   dzieciska   rodzą   każdego   roku,   i   bydło   zdałoby   się 

poświęcić   dla   ochrony   przed   wiosennym   pomorkiem,   i   pola   od   chrabąszczów   okadzić 
należycie.   Pozwalali   więc,   by   słudzy   Jałmużnika   odprawiali   w   porzuconych   kościółkach 

nabożeństwa   i   nawet   płacili   odległemu   opactwu   dziesięcinę,   choć   oszukiwali   na   każdym 

background image

korcu ziarna i każdym połciu słoniny. Nie sądzili, aby Kii Krindar miał im za złe odstępstwo - 

ostatecznie musiał rozumieć, że kapłan w wiosce potrzebny, jak mało kto.

Pasterz Wilżyńskiej Doliny rozumiał to wszystko bardzo dobrze, starał się więc nie kłuć 

zanadto wieśniaków w oczy nowomodnym obyczajem i z każdym rokiem w górskiej głuszy 
było mu coraz bardziej obojętne, co tam znów wymyślił w opactwie świątobliwy Ciecierka. 

Proboszcz wiedział o pradawnych kapliczkach Kii Krindara Od Ognia, ukrytych w leśnych 
ostępach   przed   wścibskimi   mnichami,   o   ofiarach   składanych   w  noc  Żarów   u   domowego 

ogniska,   a   w   rzeźbie   Jałmużnika,   ustawionej   w   apsydzie   wilżyńskiej   świątyni,   wyraźnie 
rozpoznawał rysy starego boga. I nic go to nie obchodziło. Ani dudu. Wziął sobie miejscową 

kobietę, a potem zżył się z miejscowym ludkiem, schłopiał tak dalece, że czasem zapominał 
psalmów wyuczonych  w dalekiej scholi i cichcem  szeptał przed posągiem boga modlitwy 

zasłyszane od matki, która także była góralką i trzymała się dawnych zwyczajów. Nie sądził, 
aby Jałmużnik szukał za to pomsty, gdyż góry były wielkie, przeogromne i starczy w nich 

miejsca dla wszystkich bogów Krain Wewnętrznego Morza.

Ale kleryk to była zupełnie inna historia. O ile bowiem Jałmużnik, najmiłosierniejszy z 

bogów, mógł proboszczowi wybaczyć ludzkie ułomności, o tyle opat Ciecierka nigdy mu ich 
nie odpuści. A wilżyński  ksiądz bardzo dobrze pamiętał smród palonych na klasztornym 

dziedzińcu heretyków. Dlatego na wszelki wypadek wygnał z plebanii Rozalkę i bardzo pilnie 
baczył, by nieopatrznym słowem nie wydać się przed klerykiem z jakąś bezecnością, choć 

przychodziło mu to z coraz większym trudem.

I wszystko przez to, że Ciecierce zamarzyło się polowanie na wiedźmy, pomyślał z goryczą 

proboszcz.

Z początku opat zażądał jedynie spisu wszystkiego plugastwa. Pleban i władyka spędzili 

całą   nockę   na   posępnych   rozmyślaniach.   Żadnemu   nie   uśmiechała   się   włóczęga   po 
oczeretach,   a   wiedźmy   doprawdy   nie   lubiły,   kiedy   obcy   zaglądali   im   do   garnków.   O 

zadenuncjowaniu Babuni Jagódki ani ośmielali się przemyśliwać. Proboszcz aż dygotał na 
myśl,  że  cudowne  remedium  na hemoroidy  mogłoby  wraz   z  wiedźmą  opuścić  ten świat, 

władyka zaś nie bez słuszności podejrzewał, że Babunia dawno zwąchała pismo nosem i tylko 
czeka, by podłożyć ogień pod dworzyszcze.

Ponieważ jednak opat słynął z tego, że łatwo się zacietrzewiał, musieli coś postanowić. I 

postanowili. Przed świtem upichcili listę podejrzanych. Nie był długa: wioskowa ladacznica 

Gronostaj, głupawa niemowa i dwie posługaczki, które oparły się zalotom władyki. Później, w 
poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, oddali się pijaństwu. Mieli nadzieję, że cała sprawa 

rozejdzie się po kościach.

background image

Nie rozeszła się. Jakiś czas opat daremnie domagał się raportów z wiedźmobicia, a na 

koniec zniecierpliwiony przysłał na przeszpiegi swego siostrzeńca Sosiska.

Tylu dobrych i pobożnych ludzi zbójcy na Przełęczy  Zdechłej Krowy ubili, pomyślał z 

rozżaleniem pleban, a klerykowi musieli darować. Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Kleryk dotarł na plebanię pełen oburzenia: nie dość, że wioskowa ladacznica napadła go w 

bramie  osady  i zrazu  mu złożyła   szczodrą  propozycję,   to na  dodatek  spostrzegł   Babunię 
Jagódkę przelatującą nisko nad rynkiem na brzozowej sztachecie. Darmo proboszcz usiłował 

mu tłumaczyć, że z parafianami trzeba postępować spokojnie i rozważnie. Sosisek zaciął się 
w   świętym   gniewie.   Chciał   natychmiast   zbierać   chrust   na   stos.   Ledwo   go   z   władyką 

pohamowali.

A teraz zamierzał dobrać się i do guślarza, i do wiedźmy.

* * *

Babunia Jagódka nie zdziwiła się zanadto, kiedy do gospody wkroczył guślarz. Rozejrzał 

się   płochliwie   po   przybytku   nieprawości.   Wiedźmy   oczywiście   nie   rozpoznał   -   przecież 
zapamiętał ją w postaci hożej dziewoi - za to wioskowa ladacznica rzuciła się na niego niczym 

sęp na ścierwo.

- Co się tak gapicie? - spytała opryskliwie Babunia, kiedy po dobrej chwili, zadyszany i 

spocony, dotarł wreszcie do jej stołu.

- Bo wyglądacie tak jakoś inaczej - odparł niepewnie.

Babunia nabrała głęboko powietrza, odwinęła się leciutko. Coś chrupnęło jej w krzyżu. Za 

stara jestem na podobne bałamuctwo, pomyślała z niechęcią, za stara.

-   Teraz   lepiej?   -   Mimo   bólu   przywołała   na   odmienioną,   dwudziestoletnią   twarz 

zachęcający uśmiech.

Guślarz tylko rozdziawił gębę. Wiedźmy nieczęsto przemieniały się na oczach gapiów.
- Gadajcież - zniecierpliwiła się Babunia. - I nie sterczcie nade mną jak dyl w płocie.

- Mam problem - zagaił guślarz.
- Któż ich nie ma? - spytała filozoficznie wiedźma. - Ale to wasz problem. Mnie nic do 

niego. A im prędzej wyniesiecie się z Wilżyńskiej Doliny, tym lepiej. Psujecie mi interes.

- To nasz wspólny problem - wyjaśnił. - Bo Sosisek i na was, i na mnie równie zaciekły. 

Był u mnie przeszłego wieczoru i straszliwie przeciwko wam wygadywał.

- U mnie też był - skrzywiła się Babunia. - Niewyględny jakiś, dawniej oprawcy bywali 

okazalsi. Nie wiem, czego chciał. Z początku coś bełkotał o grzechu i plugastwie, a potem tak 
się zaperzył, że nic nie mogłam zrozumieć. Poszczułam go Szymkiem. Moim capem - dodała. 

- Wziął kleryka na rogi, tylko ta jego żółtawa sukmana furkotała. Aż miło było popatrzeć.

background image

- Na rogi? - powtórzył z trwożliwym podziwem guślarz.

-   A   co?   Wpakowało   mi   się,   chamidło,   do   izby   jak   do   klasztornego   wychodka,   to   go 

popędziłam. Trzeba uczyć poszanowania dla starszych. A od was czego chciał?

- Najbardziej chyba wysłać na stos. Władyka przykazał mu trzymać się z daleka, ale i tak 

ślepia mu się do mnie świecą, jak kotu do sperki.

-   Biedaczek   -   użaliła   się   kpiąco.   -   Was   władyka   broni,   za   mną   pleban   obstaje,   a 

nieszczęsny Sosisek tyle że jakąś jawnogrzesznicę u pręgierza może wysmagać. Poszłam w 

niedzielę na sumę, to się przypatrzyłam. Trzy przy kościelnych wrotach siedziały.

- Byliście w kościele?

- A co wam się zdaje? - żachnęła się wiedźma. - Że się święta ziemia rozstąpi i do środka 

mnie wciągnie? Często bywam w kościele. Trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy. A tamtej 

niedzieli   piszczało,   aż   miło.   -   Zachichotała.   -   Sosisek   miał   kazanie,   ale   nie   szło   go 
wyrozumieć, tak straszliwie bełkotał. Sporo było o mnie. Że do wiedźmy nie lza po pomoc 

przychodzić,   bo   jeno   sami   bogowie   chorobę   mogą   odjąć.   Bzdura!   Raz   tylko,   jeden   raz, 
widziałam, jak wędrowny braciszek paralityka uzdrowił, a tych, którym ja pomogłam, na całe 

miasteczko starczy. Gadał też, że capa w izbie dla sprośności trzymam. A czy ja rozpowiadam 
o jego życiu rodzinnym? - oburzyła się. - Był pełen zapału i zajadły straszliwie, dobrze, że 

wymowa szwankowała i wieśniacy niewiele zrozumieli. Choć podżegał ich, aż miło.

- Przeciwko wam?

- No, w szczególności przeciwko mnie - zgodziła się Babunia Jagódka - ale w ogólności 

przeciwko całemu światu. Że tyli czas głupiej wiedźmie za nos się pozwalają wodzić, miast 

precz  ją  popędzić.   Że w całych  Górach  Żmijowych  plugastwo   nieledwie  wytępione,  tylko 
sama Wilżyńska Dolina w tyle drepcze. Że czas i nam do wyścigu stanąć, dla pospólnego 

dobra   się   przyczynić.   Potem   zaczął   wieśniakom   kadzić.   Znaczy   się,   gadał,   żem   ich   niby 
omamiła. Niby sami z siebie ku szlachetności się skłaniają, zacni są i bogobojni, tylko bez 

rozmysłu.   Zdałoby   się   im   podsunąć   jaką   śmiałą   i   doniosłą   ideę.   No   to   im   podsunął. 
Wiedźmobicie.

- I?
- Widno go bardzo uważnie słuchali. Bo jak wychodziłam, to widziałam całą gromadę 

wyrostków   owładniętych   śmiałą   i   doniosłą   ideą,   iście,   jak   Sosisek   gadał   -   zarechotała 
Babunia  Jagódka.  - Stali pod starą  gruszą na kościelnym dziedzińcu i pluli do kotów za 

przyczyną, jak to Sosisek rzekł, odwiecznej męskiej rywalizacji. Ech, szkoda gadać. Biedny to 
człek, ten cały Sosisek. Wszędzie jakoweś spiski, sprośności i wszeteczeństwa wietrzy, aż we 

łbie mu z tej całej podejrzliwości wrze, jako w garze żuru. Zdałoby mu się do karczmy pójść, 

background image

gorzałki napić, babę jakąś znaleźć, może by trochę poweselał. Ale na razie nie ma się co lękać, 

bo z miejscowymi niczego nie dopnie.

- Może do klasztoru po pomoc posłać - mruknął guślarz. - Jego wuj tam opatuje, chętnie 

przyśle pomocników.

- Wtedy się będziemy martwić. - Wiedźma zgarnęła spódnice i ruszyła ku wyjściu, nie 

zaprzątając   sobie   głowy   płaceniem:   jak   słusznie   podejrzewała,   karczmarz   nie   śmiał   jej 
nagabywać. - A mnie czas do domu wracać.

- Odprowadzę was - zaofiarował się guślarz.
Babunia Jagódka zdmuchnęła z policzka lok i rzuciła guślarzowi kosę spojrzenie.

- A odprowadzajcie - przyzwoliła.
Kiedy zawadziła o próg, potknęła się i zatoczyła na ścianę, guślarz układnie podtrzymał ją 

za ramię. Wiedźma przycisnęła jego rękę do boku i uśmiechnęła się półgębkiem.

Zza kęp tataraku przy stawie Betki młynarza chciwie przyglądały im się utopce.

- Nie ten, nie ten - mamrotała pod nosem Babunia Jagódka. - Ten nie dla was.
- Co tam do siebie szepczecie?

- A, nic. Powiedzcie lepiej, co was przygnało do Wilżyńskiej Doliny. Jego świątobliwość 

opat i polowanie na czarownice?

- Poniekąd.
- No, nie bądźcież tacy tajemniczy. - Babunia bodnęła go łokciem pod żebro. - Przecie my 

tu siedzimy jak mysz pod miotłą, tośmy chciwi wieści z wielkiego świata. A po was widać, 
żeście nie po byle przysiółkach się obracali.

- Napisałem paszkwilus przeciwko księciu panu. A że był wierszowany i łatwo wpadał w 

ucho, wnet go pół miasta  powtarzało.  Na szczęście  miałem kilku przyjaciół przy dworze. 

Ostrzegli,   żebym   się   w   górach   przytaił,   póki   księciu   złość   nie   minie.   Com   niezwłocznie 
uczynił.

Babunia Jagódka skrzywiła się, nie miała bowiem zaufania do wierszopisów. Byli wedle 

niej podrzędną formą wędrownego parobka: też włóczyli się nieustannie w poszukiwaniu 

łatwego zarobku, pili i łajdaczyli się tak samo, jak oni i równie trudno było ich zapędzić do 
roboty.

Utopiec wychylił z tataraku wielką, bladą głowę i pytająco uniósł brew.
-   Nic   z   tego   -   wymamroliła   Babunia,   której   nieoczekiwanie   przyszła   do   głowy   zgoła 

odświeżająca myśl. - Opowiedzcie mi o książęcym dworze - powiedziała głośno i zatrzepotała 
rzęsami.

* * *

background image

Guślarz   wrócił   do   dworskiej   przybudówki   późną   nocką.   Szedł   środkiem   zapylonej 

wiejskiej   drogi,   uśmiechając   się   do   siebie   głupawo.   Szedł   i   śpiewał   starą   przyśpiewkę 
szkolarzy:

„Kukułka między ptakami,

Jewka między niewiastami:
Ta nie gardzi żadnym ptakiem,

Ta hajdukiem ani żakiem,
Sługą, panem; zgoła ona

Wystawi, kto chce, ogona.
U - ha!”.

Przed   oczyma  stały  mu  wdzięczne,   obfite  krągłości  Babuni   - oczywiście,  odmłodzonej 

czarami Babuni - w nozdrzach czuł jurny zapach miażdżonego tataraku.

Rozpalił kaganek, umoczył pióro w kałamarzu, postanowiwszy niezwłocznie przelać na 

pergamin swe miłosne uniesienia.

Nie, pomyślał nagle, nie tak. Bo choćbym był jako cymbał brzmiący, nikt mnie na tym 

zadupiu nie usłyszy, nie rozpozna. Sczezną moje rymy, sczezną razem ze mną, a pergamin 
pójdzie na podpałkę.

Coś mu we łbie chlupnęło, zaćmiło.
Chwycił kozik i płaską deszczułkę, na której rozcierał farby. Nie miał doświadczenia w 

rzeźbieniu drewna, ale litery same układały mu się przed oczyma.

Rzyć   niewieścia   wieloraka   jest  wyrezał   w   zachwycie   i   przystąpił   do   barwnego   opisu 

Babcinych   śliczności.   Pragnął,   by   cały   świat   poznał   jej   walory   i   zrozumiał,   jak   dalece 
wiedźma przewyższa dworki, mieszczanki i przygodne ladacznice. Był szczęśliwy.

Strużyny chwacko sypały się spod jego palców, gorąco biło na twarz.
Nim   władyka   skończył   łajdaczyć   się   z   dójkami,   pierwsza   matryca   drukarska   została 

prawie skończona.

Guślarz   przyjrzał   się   uważnie   swemu   dziełu,   a   potem,   nieświadomie   wyraziwszy 

najszczersze  uczucia  wszystkich  przeszłych  i przyszłych  wierszopisów, dodał  jeszcze  dwie 
linie:

„Niech nogami na szubienicy cieniutko zapląsa
Ten, kto by mi te wiersze złym zębem pokąsał”.

* * *

background image

- Wstawajcie! - Potężne szarpnięcie wyrwało proboszcza spod pierzyny.

Aż   zatrząsł   się   z   przerażenia.   Ogień,   pomyślał,   wiedźma   ogień   na   plebanii   zażegła. 

Odgarnął   opadającą   na   twarz   szlafmycę,   zmacał   przy   boku   puste   miejsce   po   Rozalce, 

gospodyni. Nie było jej, za to nad łóżkiem ujrzał rozsierdzone oblicze kleryka Sosinka.

- Patrzajcie! - Podsunął plebanowi pod nos pokaźny kartelusz.

Proboszcz zmrużył krótkowzroczne oczy, ale Sosisek już rozpalał kaganek.
- Co wy? - zaprotestował pleban. - Jakże tak? Po nocy?

- Bo tu zwlekać nie można! Toż to haniebne! - I jeszcze bliżej podsunął mu kartę.
Zrezygnowany   proboszcz   popatrzył   na   pergamin.   „Rzyć   niewieścia   wieloraka   jest”   - 

przeczytał  ze  zdumieniem  u  góry  karty.   Dalej  następował  szczegółowy   i  bardzo  zgrabnie 
wierszowany opis rozmaitości niewieścich wdzięków. Zdumiał go piękny krój liter: wszystkie 

były idealnie kształtne i bardzo krągłe, niczym rzeczony przedmiot rymowanej rozprawy. 
Ciekawe,   kto   tak   pisze,   pomyślał.   Przydałby   się   do   prowadzenia   ksiąg   parafialnych,   bo 

organista bazgrze jak kura pazurem.

W dole pergaminu pleban dostrzegł  nieco zamazany  rysunek. Przez  chwilę niepewnie 

obracał kartę, starając się wybrać właściwy kąt i odgadnąć znaczenie obrazka. Wreszcie z 
gąszczu   splątanych   kresek   wyłonił   się   zarys   golusieńkiej,   piersiastej   niewiasty   w   uścisku 

czegoś kosmatego i rogatego.

- Widzicie? - spytał oskarżycielsko kleryk.

-   A   widzę!   -   zachichotał   proboszcz.   Zdawało   mu   się,   że   niewiasta   mrugnęła   doń 

porozumiewawczo. - Kobita niby smok! Spójrzcie, jak krzepko tego kozła dzierży!

Kleryk posiniał na gębie z oburzenia.
-   Przeklęta   wiedźma!   -   bluznął   jadem.   Wyszarpnął   proboszczowi   kartę   i   zwinął   ją 

pośpiesznie.

- Jagódka? - zadziwił się proboszcz. - Ona to wszystko tak udatnie wymalowała?

- Jaka Jagódka? - żachnął się Sosisek. - Toż głupia jest, jak to baba, ani pomyślunku, ani 

rozwagi. To guślarz, świńskie nasienie.

- Też pięknie - zgodził się pleban, po czym ziewnął szeroko, bo wciąż nieznośnie chciało 

mu   się   spać.   -   Ja   was   rozumiem.   Wyście   człek   młody,   w   opactwie   chowany,   świata   nie 

poznaliście.  To   ja   wam   powiem,   że   u   nas   w   odpust,  popod   samą   farą   nie   takie   obrazki 
przekupnie sprzedają. Sprośność, całe nasze ziemskie bytowanie - sprośność i mizeria. Ale to 

nie powód, żeby człeka po nocy ze snu zrywać. Należało do rana poczekać, a później rejwach 
wszczynać.

- Ale cała wioska tym plugastwem oblepiona - wyjaśnił Sosisek. - Na każdej chałupie karty 

background image

rozwieszone.

- Widno guślarzowi samotność bardzo nadojadła - mruknął pobłażliwie proboszcz i począł 

znów mościć się wygodniej na poduchach. - Trzeba mu będzie jaką dziewuchę wyswatać i 

tyle. Porozmawiam z nim po sumie i wybiję ze łba bezecne malunki. To rozgarnięty człek. 
Zrozumie.

- To nie malunki - wyjaśnił Sosisek. - W tym cała sztuka. Guślarz to pisanie i rysunek 

pospołu   w   drewnie   wyciął.   Inkaustem   je   maże   i   jakąś   wiedźmią   sztuką   na   pergaminie 

odciska. Jedno za drugim. Całą stertę w chałupie naskładał. A to żem jeszcze usłyszał, jak 
pod nosem mamrolił, że zda się dla większej trwałości każdą literkę w metalu odlać i wedle 

zamysłu na karteluszu składać.

- Zadziwiające!  - Pleban splótł na podołku pulchne dłonie. - Cała  sterta,  powiadacie? 

Litery równiuśkie, jedna w drugą... Toż to prawdziwie boskie błogosławieństwo.

- Błogosławieństwo?!

- Ano tak - potwierdził spokojnie proboszcz. - Pomyślcie, jaki by z tego dla nas pożytek 

mógł być. Bo ninie mnisi ledwo nadążają z przepisywaniem świętych tekstów. Sam się nie 

mogę nowego brewiarza doprosić, choć przecie grosza nie pożałowałem. Księgi takie drogie, 
że rzadko w którym dworze uświadczysz co więcej niźli grubaśne tomisko romansów, które 

są bardziej wszeteczne i sprośne niż obrazki wiedźmy z capem, i z gruntu bezbożne. A z tych 
guślarskich liter - pokręcił głową z zadziwienia - wszystkie święte pisma będzie można złożyć 

i   na   pergaminie   odcisnąć.   Wystawiacie   sobie?   W   każdy   przysiółek,   pod   najnędzniejszą 
strzechę zawita słowo boże...

- Toż on nie święte pisma na chałupach lepi! - oburzył się Sosisek. - Jeno same plugastwa. 

Wiedźmę i capa.

-   Temu   nie   pismo   winne.   -   Pleban   wzruszył   ramionami.   -   Widno   wiedźma   guślarza 

zauroczyła,   że   mu   się   tak   po   nocy   z   capem   zwiduje.   Zwyczajna   rzecz.   Nowy   chłop   do 

Wilżyńskiej Doliny zawitał, więc się z nim Jagódka zabawiła, a że to guślarz i praktykę jej 
odbiera, to go na ludzki śmiech wystawia. Pofigluje i się znudzi, jak to Jagódka.

- Wiedziałem! - syknął kleryk.
- Coście wiedzieli? - zniecierpliwił się pleban.

- Wiedziałem, że w tym wiedźma palce macza.
- Kręte i niezbadane są wyroki losu, a złe się nieraz na dobre obraca - sentencjonalnie 

rzekł proboszcz. - Trzeba będzie wnet gońca z wiadomością pchnąć do opactwa.

- Ani się ważcie! - wrzasnął Sosisek. - Ani próbujcie! Trza to całe guślarskie pisanie jak 

najrychlej w ogień wrzucić, nim z niego jaka większa bieda przyjdzie. Pomyślcie, co to by 

background image

było, jakby każda, wiedźma swe plugawe zaklęcia po drzewach rozwieszała!

Proboszcz   uśmiechnął   się   błogo,   wyobraziwszy   sobie,   że   pewnego   dnia   znajduje   na 

brzózce przy ganku plebana przepis na Babcine remedium przeciwko hemoroidom.

- E, gdzie tam! - otrząsnął się z rozmarzenia. - Może i która wiedźma czytać potrafi, ale co 

do zapisywania zaklęć, to się nie obawiajcie. Takie ze szczętem durne to one nie są, tajniki 

wiedźmienia pieczołowicie trzymają w tajemnicy, ot co! Kto by wiedźmie płacił, jakby sobie 
sam mógł zaklęcia i przepisy wyczytać?

- Nic nie rozumiecie! - żachnął się kleryk. - Będą się z nas naśmiewać. Nic nie uszanują, 

jako dworskie błazny. Ale już nie same błazny będą błaznować, ale i wszyscy inni. Was też 

opiszą. Wasze wyprawy do wiedźmy po czopki, waszą gospodynię i nocne picie z władyką.

Proboszcz pokraśniał. Z przykrością dowiadywał się, że chytre oczka Sosiska wytropiły 

zbyt wiele tajemnic Wilżyńskiej Doliny.

- Bo to jest wszystko wasza wina - ciągnął zeźlony kleryk. - Wyście ich tak rozwydrzyli. To 

zamtuz jest, nie plebania. Wiedźma w biały dzień po wiosce łazi, władyka guślarza sobie 
sprowadza   dla   sprawniejszego   nierządu.   A   wy   ogon   pod   siebie,   ni   słowa   jednego   nie 

rzekniecie. Boście tchórz. Ale na ostatek trza wam zdecydować, z kim trzymacie.

Pleban w desperacji miętosił rąbek pierzyny, ale lęk przed Babunią Jagódką przeważył 

nad strachem przed opatem. Ostatecznie, wiedźma siedziała zaraz pod bokiem, a Ciecierka 
trochę dalej.

- Wy mnie nie będziecie w moim własnym łóżku pouczać - postawił się hardo. - Wy nie 

jesteście taka persona, żebym się przez was w nocy po oczeretach włóczył. Wy w ogóle nie 

jesteście   żadna   persona.   Wyście   ni   to,   ni   owo,   ani   mnich,   ani   człek   świecki.   Wyście 
zwyczajny, zawistny gołowąs.

- W takim razie dobrze! Sam pójdę. - Sosisek zacisnął wargi. - Ale będziecie żałować.
No i z bogiem, pomyślał pleban, odszukując pomiędzy poduchami zagubioną szlafmycę. 

Idź, łajzo, niech cię Babunia Jagódka rozumu nauczy. Idź, idź w czorty, może się wreszcie to 
całe stękanie skończy. Raz jeszcze zmacał tęsknie puste miejsce po Rozalce i usnął głębokim, 

sumiennym snem.

* * *

Wiedźma Jagódka takoż wyspała się należycie na swoim odludziu, natomiast pozostali 

mieszkańcy   Wilżyńskiej   Doliny   nie   zmrużyli   oka.   Obudziła   ich   bijąca   od   dworskich 

zabudowań   łuna.   Tych   zaś,   którzy   wciąż   nie   wychynęli   spod   piernatów,   poderwał   sam 
władyka, zapędzając całą wioskę do gaszenia pożaru, który w mig przerzucił się na sam dwór.

W zamieszaniu pachołkowie wynieśli na dziedziniec łoże szlachetnej Wisenki. Małżonka 

background image

władyki   przeleżała   w   sadzie   aż   do   świtu,   kiedy   zaś   ją   odszukano,   była   mokra   od   rosy   i 

wyziębła od porannego chłodu. Babunia Jagódka orzekła, że najpewniej nie pociągnie długo.

Sosiska znaleziono dopiero koło południa: ktoś wypatrzył jego goły zadek w kępie łoziny 

przy stawie Betki młynarza. Kiedy go docucono - co nie było łatwe, bo z zapachu wnoszono, 
że   musiał   nieźle   posmakować   okowity   -   nic   nie   potrafił   rzec   o   wypadkach   zeszłej   nocy. 

Głupkowato   się   uśmiechał,   a   na   wszelkie   pytania   odpowiadał   przyśpiewkami,   w   których 
proboszcz   ze   zdumieniem   rozpoznał   twórczość   uwędzonego   guślarza.   Najprzyzwoitsza 

brzmiała:

„Gdyby kogo zastano na jakim nierządzie,
W kłódkę mu jądra zamknąć, bo i ono głądzie.

Niechaj tak za pokutę chodzi tydzień z kłodką,
Żeby więcej nie igrał z nadobną Dorotką.

U - ha!”.

Po wieczerzy wiedźma i proboszcz siedzieli w kuchni na plebanii i moczyli nogi w dwóch 

bliźniaczych cebrzykach. Musieli się dzisiaj dużo nachodzić. Proboszcz pocieszał pogorzelców 

i pochował trzy ofiary pożaru, wiedźma zaś obeszła wszystkie chałupy, hojnie rozdzielając 
maści na poparzenia.

- A na odciski pomoże? - Proboszcz zachlupotał w swoim cebrzyku.
- Jak zapłacicie, to pomoże - odparła flegmatycznie wiedźma. - Tylko pogorzelcom daję na 

borg.

- Jakże tak? - zaśmiał się proboszcz. - Własnemu duszpasterzowi pożałujecie?

Wiedźma sięgnęła po kolejny kawałek sernika. Koło południa Rozalka znów wprowadziła 

się na plebanię, a Rozalka piekła wyśmienity sernik.

- Uuuch, jakie dobre - zamruczała łakomie Babunia.
- Nareszcie jest, jak dawniej. - Pleban pokiwał głową. - Ale wy mi tak po sprawiedliwości 

powiedzcie, jak to z tym guślarzem było. Zauroczyliście go?

Wiedźma uśmiechnęła się chytrze.

- Zauroczyliście - odpowiedział sobie pleban. - A łatwo wam poszło? Bo przecie i on z 

gusłami był obeznany.

-   Jak   po   maśle.   -   Babunia   Jagódka   oblizała   palce   z   resztek   sernika.   -   Z   wiedźmami 

żadnego rozeznania nie miał, jak to miastowy. Wcale się nie pilnował. Położyłam na nim łapę 

i już za nic się nie mógł wywinąć.

background image

- To wy tak z każdym możecie? - zafrasował się proboszcz.

- Nie lękajcie się. Wcale mnie do was nie nęci.
- Mnie suknia kościelna broni - odparł z godnością pleban.

- Nie suknia, ale Rozalka! - prychnęła. - Toć ja was swatałam.
- Nie może być! - Wielebny aż pokraśniał na wspomnienie pewnego wieczoru i szopy 

pełnej świeżo skoszonego siana.

- Może, może. - Babunia uspokajająco klepnęła go po ramieniu. - Rozalka w sam raz się 

dla was nadała. Jałowa jest, znaczy się, niepłodna, więc ją wam naraiłam. Bo kto by ją inny 
chciał?   To   zacna   dziewczyna,   ale   miała   tylko   dwa   wieprzki   posagu   i   żadnej   nadziei   na 

wydanie  się.  Teraz  każdy  kmieć wcześniej  do mnie posyła  z zapytaniem,  czy  narzeczona 
powije mu dzieciska. Na szczęście, akurat ściągnęliście do Wilżyńskiej Doliny. W sam czas 

dla Rozalki. I patrzajcie, żyjecie sobie szczęśliwie już drugi tuzin lat. Przecie nie będę tego 
niweczyć byle urokiem.

Proboszcz chrząknął i jeszcze bardziej poczerwieniał.
- A co zrobicie z Szymkiem? - spytał. - Widzicie, ludzie poczynają szemrać, a przecie i on 

nie może bez końca ganiać w koźlej skórze. To jakoś nie po bożemu.

-  I  tak   mi  się  znudził  -  rzekła   obojętnie  wiedźma.   -  Ale  w  Wilżyńskiej   Dolinie   długo 

miejsca   nie   zagrzeje.   Dawałam   mu   wywar   z   dziewięćsiła   i   ostatnimi   czasy   zbyt   wielu 
chłopakom gnaty policzył. Nie dadzą mu żyć. Zresztą, po tym, jak u mnie pomieszkał, nie 

spodoba mu się na dworskim wikcie, a i dola świniopasa pewnie go nie przynęci.

- Chciał się za żołnierza nająć, to niech w świat idzie - zdecydował pleban. - A wy też czas 

jakiś spokojniej siedźcie, bo nam jeszcze znów jakie ścierwo podeślą.

-   A   jak   już   o   ścierwach   mowa,   to   tak   po   ciekawości,   co   zrobiliście   ze   szlachetnym 

Sosiskiem?

-   Co   było   robić?   Wyciągnęliśmy   go   z   łoziny,   bo   Betka   narzekał,   że   mu   ryby   potruje. 

Zgorszenie straszliwe uczynił. Golusieńki tam leżał i jawne na nim ślady były sprośności, co 
je z utopcami wyprawiał.

Babunia   Jagódka   spuściła   oczy   i   wzięła   następny   kawałek   sernika.   Nie   zamierzała 

opowiadać plebanowi, jak zachęciła utopce, żeby zabawiły się z klerykiem.

- Kazałem go co rychlej wsadzić na osła i odwieźć do opactwa - ciągnął wielebny. - Bo jak 

my go w komórce zawarli, to łeb przez kraty wystawił i dalej ryczał jakieś przyśpiewki o 

niewieściej   rzyci   i   nijak   nie   dało   się   go   uciszyć.   Niech   sobie   tam   wuj   opat   z   nim   ładu 
dochodzi, dla mnie to on jest zwyczajny podpalacz i rozpustnik. Wszystko opatowi opisałem. 

I to, że guślarza uwędził, i to, co z utopcami wyprawiał.

background image

- Bardzo roztropnie - pochwaliła wiedźma. - Niech z nami więcej nie zadziera.

- Tylko tego guślarza trochę żal - mruknął pleban. - Poczciwy był chłopina.
- Bruździł mi - skrzywiła się Babunia. - Chłopów porozwydrzał. Przyłazi dzisiaj do mnie 

Betka młynarz, kładzie na okapie kominka półgroszówkę i gada: „Babuniu, dajcie mi maść na 
czyraki,   ale   nie   zwłóczcie,   bo   dwa   wozy   pod   młynem   stoją   i   mam   huk   roboty!”.   Butów 

porządnie nie wytarł, nie zagadnął Jak zdrowie, Babuniu?”, nie przyniósł okowitki. Nawet 
bał   się  jakoś   nie  za  bardzo,   nie  popłaszczył   się,  jak   należy,  tylko   pieniądze   wyjął   i   gębę 

rozpuścił. A czy ja kram prowadzę? Ja wiedźma jestem! Ja mu taką maść dałam, że on do 
jutra nie jeden, ale dziesięć czyraków mieć będzie.

Pleban pokręcił głową, udając oburzenie, ale po prawdzie nie zmartwił się zbytnio. Nie 

przepadał za Betką młynarzem.

-   A   te   kartelusze,   co   je   guślarz   nocką   po   wsi   porozwieszał?   -   spytał.   -   To   też   wasza 

sprawka?

- Nie, nie za bardzo - odparła skromnie Babunia Jagódka. - Jak by to składnie rzec? Ja go 

tylko odrobinę zachęciłam.

- „Rzyć niewieścia wieloraka jest”? - Pleban zaśmiał się filuternie. - Widać dobrzeście go 

zachęcili. A literki?

- Nie. - Babunia Jagódka podparła się na łokciu. - W literkach guślarza nie mam żadnego 

rozeznania. One już wcześniej musiały u niego w głowie siedzieć, a urok je tylko na sam 

wierzch wygrzebał.

- Szkoda ich - westchnął. - Kazałem chłopom łazić i pisania szukać, ale musiał je Sosisek z 

chałup pozdzierać i w ogień wrzucić pospołu z samym guślarzem. Szkoda, bo mnie Sosisek 
klarował, o co z tymi literkami chodziło, ale w środku nocy człek jest rozespany, nic nie 

zapamiętałem. Ja to do rzemiosła nigdy żem głowy nie miał.

- Urok to urok - mruknęła Babunia. - Ten był dla guślarza i jeśli nie chciał, żebyście go 

zapamiętali, to nie pamiętacie. Uroki są złośliwe.

-   Ale   rozważcie   -   proboszcza   tknęła   nagła   myśl.   -   Co   by   było,   jakby   guślarz   nie   o 

niewieściej dupie rymy składał, ale co nabożnego przepisywał? Sosisek by go ani nie obwołał 
plugastwem, ani nie uwędził. Do opactwa by go zawlókł i jeszcze po drodze o Sztuce, Poezji, 

Metaforze i Mistyce gadał.

- Ech, dajcie już pokój - uśmiechnęła się krzywo. - Gdzie nam obojgu do Mistyki? Jak się 

trafi jaka Poezja, to o niewieściej rzyci. A ze Sztuki, to ja znam tylko sztukę mięsa.

- Ano - przytaknął pleban. - Ale nas ni Sztuka, ni Metafora w ogień nie zapędzą.

- Wszystko przetrzymamy. - Wiedźma dolała gorącej wody do cebrzyka. - Wymoczymy 

background image

nogi, popijemy okowitki, a jak znowu będzie jakie zamieszanie, to je po bożemu prześpimy.

- Amen - powiedział proboszcz.

background image

ZAKLĘTA KSIĘŻNICZKA

Nieszczęście spadło na Wilżyńską Dolinę nagle, tuż przed świtem. Dzikie wrzaski i kwik 

zarzynanej chudoby wdarły się pod wilgotne od snu piernaty i dla większości kmieci były to 

ostatnie usłyszane przez nich dźwięki. Kmiece niewiasty usłyszały nieco więcej, napastnicy 
bowiem posortowali swą zdobycz nader prosto: chłopów, którzy nie zdążyli czmychnąć na 

czas do lasu, wyrżnęli i zwalili na kupę na placu przed kościołem, barany też zarżnęli i upiekli 
na rożnach na tymże samym placu, a wilżyńskie niewiasty starannie zerżnęli w pobliżu ich 

zarżniętych   mężów   i   równie   martwego   inwentarza.   Takim   to   niewymyślnym   sposobem 
zakończyli egzystencję osady.

A wszystko zdarzyło się dlatego, że Babunia Jagódka wyjątkowo lubiła śliwkowe powidła.
Mieszkańcy Wilżyńskiej Doliny, dobrze obeznani z wiedźmią słabością do przetworów, co 

rok znosili jej kosze wszelakiego owocu, od wczesnych truskawek, aż po późne, grudniowe 
jabłuszka. Jednak śliwki Babunia ceniła najbardziej, a tamtej jesieni miała nadzwyczaj dużo 

czasu,   by   w   spokojności   smażyć   nieoszacowany   ów   specjał.   Szymek,   pokątnie   zwany   w 
okolicy Wiedźmim Capem, ruszył w świat w poszukiwaniu szczęścia, którego Babunia życzyła 

mu z całego serca, nie żywiąc wszakże większych złudzeń co do jego losu. Po kilku wspólnych 
upojnych miesiącach wiedziała dobrze, że opatrzność obdarzyła Szymka wieloma darami, 

jednakowoż rozsądek z pewnością do nich nie należał. Nie, żeby ów brak jakoś szczególnie 
Babuni doskwierał, wręcz przeciwnie: Szymek znał swoje miejsce, wiedział, co ma robić i 

robił to z należytą starannością. Kiedy jednak coraz częściej przebąkiwał, że chciałby nieco 
poobracać się po wielkim świecie, Babunia z posępną miną uszyła mu dwie nowe koszule, 

obstalowała w kramie na jarmarku żółte buty, o których od dawna marzył, spakowała tobołek 
z wędzonką i solidną manierkę gorzałki, po czym wyprawiła niewdzięcznika w drogę. Była 

pewna,   że   w   pierwszej   przydrożnej   gospodzie   karczmarz   przyłoży   mu   w   pustą   łepetynę, 
obedrze z nóg buty ze świńskiej skóry, a z grzbietu koszulinę, i przykładnie zaszlachtuje. Ale 

sam chciał, myślała ze złością, przecież go nie przywiążę, głuptaka, za nogę do płotu.

Ponieważ śliwy obrodziły nader obficie, Babunia spędzała całe wieczory przy palenisku, aż 

po czubek nosa okutana kraciastymi kocami, bo z nadchodzącą jesienią stare kości dokuczały 
jej coraz bardziej. Na drzwiach do chatki przybiła kartelusz z wiadomością dla wieśniaków, 

nader zwięzłą, gdyż brzmiała „WON!”. Co prawda, w Wilżyńskiej Dolinie tylko proboszczowa 
Rozalka  i  organista   trochę  rozumieli  pisanie,  ale   owa  niedogodność w żaden  sposób nie 

przeszkadzała, tyle bowiem, ile trzeba, okoliczni rozumieli - że kiedy na drzwiach wisi kartka, 
to wiedźmy niepokoić nie Iza. Zostawiali więc pode drzwiami kosze ze śliwkami i ani myśleli 

background image

zakłócać jej odosobnienie.

Z braku towarzystwa Babunia Jagódka nie odmieniała się zaklęciem „młoda - i - piękna”, 

co wprawiało ją ustawicznie w dobry nastrój, bo bałamuctwo bałamuctwem, ale z czasem 

człowiek   zaczyna   ciążyć   ku   wygodzie,   a   jej   stara,   wysuszona   postać   wyśmienicie 
wpasowywała   się   w   fotel.   Było   jej   bardzo   dobrze,   nawet   za   Szymkiem   rychło   przestała 

tęsknić.  Nikt się nie pałętał po chałupie, nie mieszał rzeczy  w komorze i nie brał się do 
obłapki w najmniej oczekiwanych momentach (właściwie, Babunia Jagódka miała wrażenie, 

że Szymek nieustannie brał się do obłapki, nawet lubczyku nie musiała mu zadawać, bo sen i 
jedzenie były  dlań jedynie drobnymi niedogodnościami,  koniecznymi dla nabrania  sił do 

dalszej obłapki). W każdym razie, była nader zadowolona. Wreszcie mogła całymi godzinami 
siedzieć przy palenisku, zgłębiając opasłe, magiczne tomiszcza i mieszając perkoczącą z lekka 

zawartość kociołka.  Na koniec, wysmażywszy  kilka  tuzinów słojów powideł o rozmaitych 
posmakach, zapachach i konsystencji, wybrała się w odwiedziny do wioski.

Jakież było jej zdumienie, kiedy okazało się, że właściwie nie bardzo jest co odwiedzać. Z 

wioski  pozostało  jedynie kilka  okopconych  chałup pod samym lasem,  kościół  i plebania, 

którą maruderzy co prawda doszczętnie splądrowali, jednakowoż, jako ludzie pobożni, nie 
podłożyli pod nią ognia. Ocalał też dwór, ale samego władyki w nim nie było, ponoć ruszył w 

pościg   za   grasantami.   Babunia   uznała   to   za   nader   głupi  pomysł,   bo   grasanci   dawno   już 
zdążyli się zapaść gdzieś w głuche oczerety Gór Żmijowych.

W   wiosce   zapanowały   tedy   rozprzężenie   i   zamęt.   Nieliczni   bardziej   przedsiębiorczy 

parobkowie pod nieobecność władyki pokusili się o jego inwentarz i, odparci przez ekonoma, 

pod   groźbą   chłosty   wyemigrowali   do   włości   starosty   Wężyka,   który   z   nieskrywanym 
zadowoleniem   przypatrywał   się   dopustom,   spadającym   na   jego   eks   -   zięcia.   Resztki 

niedobitków znalazła Babunia na głównym placu wioski: pili na umór wśród spopielałych 
zgliszcz gospody. To, że pili, nie zdumiało Babuni Jagódki, ale to, że żaden nie splunął na jej 

widok, wzięła za objaw ostatecznej rozpaczy. Bez słowa - normalnie zadałaby im co najmniej 
kołtuna, ale przecież też była wrażliwa na ludzkie nieszczęście - pomaszerowała do osmalonej 

plebanii.   Była   nieco   zawstydzona.   Zazwyczaj   starała   się   przynajmniej   jednym   uchem 
nasłuchiwać odgłosów z wioski, ale tego roku śliwkowe powidła pochłonęły ją do cna. Cóż, co 

się stało, to się nie odstanie.

Proboszcz właśnie się pakował. Zapłakana Rozalka krzątała się przy kufrach, owijając w 

brudne szmaty jakieś skorupy tylko po to, by za chwilę w desperacji wywalić je na klepisko.

- Tedy wyjeżdżacie - powiedziała niezbyt mądrze Babunia Jagódka.

-   Ano   -   przytaknął   proboszcz.   -   Mam   krewniaka   w   Spichrzy,   z   początku   u   niego 

background image

przylgniemy, a potem się zobaczy. Ale czas taki niespokojny idzie, że i we mieściech co złego 

się człekowi nadarzy.

-   W   mieściech   o   nieszczęście   najłacniej   -   zgodziła   się   Babunia.   -   Na   odludziu   lepiej 

przycupnąć, przeczekać.

-   Toż   już   większego   odludzia,   niż   tutaj,   nie   da   się   znaleźć   -   żachnął   się   pleban   -   a 

patrzajcie, na co nam przyszło! Nie o mnie tu idzie - ściszywszy głos, pokazał na Rozalkę - ale 
o tę głupotę. Jakem jeno posłyszał, że się baby po wiosce drą, zrazu żem wiedział, że źle 

będzie... Ze Szrunika jestem, z wybrzeża, my tam niejeden pogrom przetrwali. Więc ja zaraz 
Rozalkę za łeb i do krypty ją zawlokłem, do świętej pamięci fundatora naszego kościółka... bo 

tak żem sobie pomyślał, że babie by maruderzy żywcem nie przepuścili, a już na pewno nie 
takiej, co by ją u plebana pod pierzyną zdybali. No, i tak się nam psim swędem udało wykpić. 

Potarmosili mię trochę, piwniczkę ze szczętem zmarnowali, obrazki w kościele z sukienek 
poobdzierali i poszli precz... jeszcze się taki łysy drab bardzo ładnie przed figurą przeżegnał i 

dał mi dwa srebrne grosze, pewnie z tych zrabowanych we wiosce, żeby mszę za jego duszę 
odprawić. - Splunął. - Taką ja mu mszę odprawię, że się, kurwi syn, do końca świata z ogni 

piekielnych nie wydobędzie.

- Ale jaka pobożność w narodzie - skwitowała przewrotnie Babunia Jagódka.

- Nie drwijcie, bo nie pora - ofuknął ją pleban. - Niewiasta mi od tamtych jatek słabuje, aż 

strach. Widzicie, uroiła sobie, że skoro ona w tejże krypcie żywcem pogrzebana była, to ją 

teraz nieboszczyk fundator za swoją ma i żywcem do grobu zawlec zamierza. Po nocach ze 
strachu nie śpi, a zajść ją znienacka w komorze, nie dajcie bogowie, jak wrzeszczeć zaczyna. 

Jam jej zrazu tłumaczył, że nieboszczyk jest nieboszczyk, znaczy się, truchło, i zabrać to on 
nikogo nie zabierze, a już najmniej babę jaką, bo mu własna dość nadojadła. Przedkładam 

Rozalce,   że   ślubna   wedle   niego   w   tej   kruchcie   leży.   A   powiadają,   że   zaraza   to   była 
niepoślednia  i zazdrośnica,  więc gdzieby  sobie  jeszcze  drugą  babę  na łeb  chciał  ściągać? 

Nawet na tamtym świecie spokój mącić? Ale, rozumiecie, że jak Rozalce się coś ubzdura, to 
nie poradzisz. Trza mi ją stąd wywieźć, nim do cna z umysłu zejdzie... zresztą i mnie zda się 

jaka  co tłustsza  prebenda. Zima idzie, a tu władyki  nie ma, żeby wioskę w karby wziąć. 
Ludziska cieniuchno przędą, nie wiedzieć, czy sami wiosny doczekają. I wedle tego prośbę do 

was mieć będę. - Poskrobał się z zafrasowaniem po głowie. - Wedle Jarosławny.

- Wedle Jarosławny? - powtórzyła tępo Babunia Jagódka. - A co mnie do Jarosławny?

- Wam nic - zgodził się pleban. - Ale moja Rozalka do chrztu ją trzymała i tamtej nocy 

obie je żem we krypcie zawarł.

- A co u was Jarosławna po nocce robiła? - zaciekawiła się wiedźma.

background image

-   Ano   -   pokraśniał   z   lekka   -   zgadało   się   przy   gorzałeczce,   a   potem   niesporo   było   ją 

wypędzać. Zwierzołaki się po zmroku kręcą i wypatrują, czy która dziewucha nieopatrznie z 
komory nie wynijdzie. A najbardziej panna jaka wstydliwa...

- Panna wstydliwa? - zarechotała Babunia Jagódka. - Toż my chyba nie o Jarosławnie, 

młynarzowej dziewce, rozprawiamy. Nie o tej, która przy zeszłym miesiączku goło na kobyle 

po gościńcu jeździła.

-   Wszyscy   to   jawnie   rozprawiali,   że   waszym   urokiem   omamiona   -   z   urazą   odparł 

proboszcz.

- To źle rozprawiali - odparowała wiedźma. - Bo jeśli ją kto omamił, to chyba ci czterej 

wędrowni parobcy, co u sołtysa przy zbożu robili, i nie urokiem bynajmniej. Tak się spiła, że 
ani pamięta, co na rżysku wyprawiali, ale dobrze będzie, jak od tego zmamienia za kilka 

miesięcy nie pogrubieje. A wam wstyd, proboszczu, bo jedną babę w alkierzu macie, ale i do 
drugiej, młodszej się bierzecie. Toż chyba nie przystoi, i ja wam do tego dopomagać nie będę.

- I nie o to rzecz idzie - wyjaśnił jeszcze bardziej urażony proboszcz. - Jeno o to, byście się 

Jarosławną zajęli. Byście jej trochę pomatkowali.

- Pomatkowali? - Babunia Jagódka oniemiała. - Ja?
-   Ano   właśnie   -   rozpromienił   się   proboszcz.   -   Bo   widzicie,   Betkę   pospołu   z   innymi 

grasanci   zarżnęli,   Kordelia   młynarzowa   gdzieś   się   zapodziała,   a   kiedy   my   z   Rozalką   do 
Spichrzy pojedziem, ostanie się Jarosławną samiuśka jako kołek w płocie.

- Skoroście tacy litościwi, tedy ją ze sobą weźcie - poradziła zgryźliwie wiedźma.
- Nie! - Pleban rzucił szybkie, spłoszone spojrzenie ku Rozalce, która starannie otulała 

gałganem niebieski wazonik. - Toż jak by to wyglądało? I tak się ludziska będą dziwować, że 
człek   duchowny,   a   z   babą   na   wozie   wędruje.   A   dwie   baby?   Ani   myśleć   -   dodał   z   lekka 

rozżalony. - A najgorsza, że tu się już przeciwko Jarosławnie po trochu zmawiać zaczynają. 
Bo   choć   młyn,   jako   i   cała   osada,   ogniem   wyniszczony,   przecie   się   grunta   ostały   i 

młynarzówna  wciąż  najzasobniejsza dziewka  w osadzie.  Przy tym jeszcze grasanci  jej nie 
popróbowali, co ninie we wiosce rzecz rzadka i czego jej reszta bab za nic darować nie może. 

Tedy się chłopy za łby poczynają brać, któremu najłacniej do Jarosławny w konkury uderzyć, 
że zaś władykę precz poniosło, sami rozumiecie, że iście zbójeckie to będą zaloty. Babiniec ją 

wziął na jęzory, że nie bez powodu całą rzeź w kruchcie przesiedziała, bo musi dobrze znała, 
kiedy oni grasanci na Wilżyńską Dolinę spadną. Jak tak dalej pójdzie, to albo ją kto rychło w 

krzakach   przydybie,   albo   ją   baby   kamieniami   przy   potoku   utłuką.   A   najpewniej   jedno   i 
drugie. Zlitujcież się, wy jedna tu pomóc możecie.

-   Jakżeż?   -   zdumiała   się   Babunia   Jagódka.   -   Toż   nie   będę   całej   wioski   pod   urokiem 

background image

trzymać.

- Jarosławnę do siebie weźcie! - Proboszcz splótł na brzuchu tłuste ręce. - Przyhołubcież 

ją. Przecie i wyście niewiasta, a w niewieścim rodzaju natura miękka, macierzyńska. Sami 

jako puchacz siedzicie, toż zda się wam czasami gębę do kogo rozewrzeć.

Babunia słuchała jego wywodu z rosnącym wzburzeniem.

- To jest rzecz niesłuszna i być nie może - oświadczyła twardo. - Ja wiedźma jestem, a nie 

jaka,   za   przeproszeniem,   księża   gamratka,   żeby   mi   się   u   spódnicy   bachory   wieszały. 

Macierzyńska natura, powiadacie? - Wykrzywiła się z niesmakiem. - To ja wam mówię, że 
rychlej się wasz zydel ocieli niźli ja. Ani mi lata po temu, ani ochota. Ja wam to w tajemnicy, 

księże proboszczu, po starej znajomości zwierzę, że jeszcze wasz dziad koszulinę w zębach 
nosił, kiedy ja się już ładnych parę tuzinów lat po świecie obracałam. Dość mi było czasu, by 

się o własne bękarcie postarać. A że się nie postarałam, znaczy się, nie miałam ochoty i 
nikomu nic do tego, pojmujecie? Wara! - dokończyła dobitnie.

- Tedy Jarosławnę baby ukamienują - powiedział cicho proboszcz. - Wasze szczęście, że 

wyście wiedźma, że w was im strach kamieniami ciskać.

Twarz Babuni Jagódki skurczyła się nagle, pobielała. Coś jej się przypomniało, coś bardzo 

odległego, a przecież wspomnienie było wyraźne, jakby z wczoraj.

Wiedźma, czartowskie nasienie, diabelski pomiot!
Zapatrzyła się nad ramieniem proboszcza na szarzejącą, wieczorną krawędź doliny. W 

powykręcanych podagrą, starczych palcach bezwiednie mięła rąbek spódnicy.

Wiedźma, czartowskie nasienie, diabelski pomiot!

* * *

I tymże sposobem Jarosławna zaległa w chacie Babuni Jagódki pospołu z rozwydrzonym 

kociskiem i stadkiem płochliwych nietopyrków. Wiedźma właściwie nie wiedziała, co z nią 
zrobić. Póki co powierzyła Jarosławnie nadzór nad chudobą, którą stanowiły gromadka kur, 

krowa (zdobyczna, bo po napadzie grasantów Babunia znalazła ją w lesie i bynajmniej nie 
zamierzała szukać poprzednich właścicieli) i cztery świnie, sama zaś spokojnie oddała się 

smażeniu   powideł.   Jak   rzekła   proboszczowi,   nie   miała   doświadczenia   w   opiece   nad 
maluczkimi, ale skoro zaświtała jej myśl, że dorobiła się posługi, postanowiła wykorzystać 

sytuację   z   całym   szacunkiem   dla   tradycji,   która   nakazuje   najemnym   dziewkom   tyrać   w 
obejściu niczym wołom. Jarosławna zresztą nie protestowała nadmiernie: dość, żeby na nią 

wiedźma spojrzała, a zaczynała dygotać ze strachu jak osika.

Ale już drugiego dnia z rana Babunia Jagódka pojęła, że z tyraniem w obejściu będzie 

raczej kiepsko. Obudziło ją mianowicie rozpaczliwe ryczenie Krasuli. Mamrocząc pod nosem 

background image

przekleństwa,   wiedźma   powlokła   się   do   obórki,   solennie   obiecawszy   sobie   otłuc   grzbiet 

leniwej   dziewusze.   Jednakowoż   na   miejscu   okazało   się,   że   Jarosławna   bynajmniej   nie 
zaspała, tylko ryczy równie rozpaczliwie, jak Krasula, acz nieco ciszej.

- Czego? - warknęła Babunia, która bardzo nie lubiła budzenia bez powodu, zwłaszcza o 

świcie.

- Kopnęła mnie! - Jarosławna rozpłakała się jeszcze żałośniej. - Od wczoraj mnie kopie, 

ani razu do niej podejść nie mogłam, a sińce jakie mam na ramieniu, sami popatrzcie.

- O, biedactwo moje maleńkie! - Wiedźma uspokajająco poklepała krowę po karku. - Od 

wczoraj nie dojona, nie dziwota, że ryczysz. Ale już zaraz będzie dobrze. - Podkasała spódnicę 

i usiadła przy skopku. - A ciebie nikt nie nauczył obchodzić się z bydlęciem? - spytała cierpko 
Jarosławny.

- Kobietę ojciec mieli. - Spuściła wzrok.
- Hm... - mruknęła Babunia Jagódka, badawczo patrząc na dziewczynę.

Chyba nigdy wcześniej nie przyglądała się Jarosławnie. Zresztą i bez patrzenia wszystko 

było   wiadomo:   młynarzówna   jest   najkraśniejszą   i   najbogatszą   dziewczyną   w   wiosce. 

Właściwie, pomyślała wiedźma, każda osada ma taką Jarosławnę, która w odpust wkłada 
czerwoną kieckę, kręci zadkiem, jak klacz na jarmarku i tarza się po sianie z wędrownymi 

parobkami,  a każdy wybryk  uchodzi jej na sucho. Co tam,  na sucho! Jeszcze wszyscy  w 
przysiółku   dumni  są,   że  mają  taką  Jarosławnę,   że  gładka,   zalotna  i  wystrojona.  Ot,  taki 

zwyczaj,  że choćby  golusieńka  przed ołtarzem  pośrodku sumy stanęła,  jeszcze  jej pleban 
pobłogosławi,   a   ojciec   po   główce   pogłaszcze.   I   nic   człek   nie   poradzi,   bo   to   jest   właśnie 

Jarosławna.

Tyle że teraz to już nie była Jarosławna, tylko niedomyta, obszarpana i półprzytomna ze 

strachu dziewczyna. Ręce miała podziobane do krwi, widać z kurami też się nie ułożyło, a 
rozmazane po spódnicy brunatne smugi łajna świadczyły, że i świniaki potraktowały ją nader 

niełaskawie. Niedobrze, pomyślała Babunia Jagódka, coś my się chyba razem za bardzo nie 
wywczasujemy...

- Umyj się - zarządziła oschle. - Umyj, ogarnij... Tylko aby do studni nie wpadnij, bo mi 

wodę zapaskudzisz. A potem do izby idź. Nic nie ruszaj, siądź na stołku i poczekaj.

Kiedy Babunia Jagódka wtaszczyła do izby skopki pełne mleka, sztywno wyprostowana 

Jarosławna siedziała na zydelku: ręce bardzo obyczajnie trzymała na podołku, kolana ciasno 

przy sobie, plecy wyprostowane. Twarz miała umytą, bladą ze strachu i bardzo urodziwą. 
Gęste   włosy   koloru   lipowego   miodu   opadały   jej   aż   do   ziemi,   a   wielkie   niebieskie   oczy 

wpatrywały się błagalnie w wiedźmę.

background image

- Nie chlip! - fuknęła Babunia Jagódka.

- Mam katar - wybąkała zestrachana Jarosławna. - Przeziębiłam się. Nocką w obórce jest 

strasznie zimno.

Wiedźma   melancholijnie   łypnęła   na   swoje   łoże:   było   wystarczająco   obszerne,   żeby 

pomieścić   z   pół   tuzina   chuderlawych   dzierlatek,   ale   Babunia   lubiła   sypiać   wygodnie. 

Wygodnie, to znaczy  bez żadnych kopiących  przez sen współlokatorów (no, może byłaby 
skłonna zrobić kilka wyjątków, ale na pewno nie dla zasmarkanej Jarosławny). Jednakże 

dziewczyna wyglądała naprawdę żałośnie, a noce robiły się coraz chłodniejsze.

- Dobrze - sapnęła przygnębiona wiedźma. - Będziesz spała w izbie.

Tylko co ja mam właściwie z tobą zrobić? - dodała w myślach.
Po tygodniu Babunia Jagódka wiedziała już na pewno, że z Jarosławną nic się nie da 

zrobić. Nie dość, że dziewczyna nie miała najmniejszego pojęcia o gospodarstwie, to jeszcze 
śmiertelnie   bała   się   poczciwej   Krasuli   (należy   tu   litościwie   zmilczeć   o   rozzuchwalonych 

wieprzkach, które nabrały zwyczaju gromadnego wypadania zza węgła pod nogi Jarosławny, 
co by zdradliwie przewracać ją wprost do gnojówki). A najgorsze było to, że Babunia Jagódka 

w żaden sposób nie mogła odmówić Jarosławnie zapału i dobrych chęci. Dziewczyna starała 
się ze wszystkich sił. Ale po tym, jak w amoku porządków - niestety, Jarosławna była bardzo 

schludna - uprzątnęła stertę zalegających za chatką kozich odchodów, z których wiedźma 
sporządzała   rozmaite   mikstury   i   maści,   Babunia   Jagódka   postanowiła   zadbać,   by   odtąd 

Jarosławnie nie wpadały do głowy podobne pomysły.

Nie   przypuszczała   jednak,   że   tak   ciężko   jest   wykoncypować   jakieś   zajęcie   na   tyle 

bezpieczne,   by   dziewczyna   nie   tylko   nie   zrobiła   sobie   krzywdy,   ale   też   nie   zrujnowała 
wiedźmiego dobytku.  W końcu kazała  jej wybierać groch z popiołu. Zajęcie  to nie miało 

większego   sensu,   ale   podopieczna   wiedźmy   oddawała  się   mu   całymi   godzinami,   głęboko 
przekonana,   że   uczestniczy   w   jakichś   tajemnych   magicznych   praktykach.   Natomiast 

gospodyni musiała tylko od czasu do czasu sprawdzać, czy pokłady grochopopiołu nie zostały 
całkowicie wyczerpane. Wówczas cichaczem wynosiła wory posortowanego grochu i popiołu 

do obórki, mieszała je na powrót i przez jakiś czas miała święty spokój. Tylko krzyże ją trochę 
bolały od taszczenia worków.

Niemniej,   wiedźma   czuła   się   srodze   uciśniona   w   swej   własnej   chatce.   Jarosławna 

powymiatała z kątów ogryzki i stare skórki chleba, wyczyściła piec, a nawet jakimś sposobem 

wygrzebała stare wronie truchło, które dawno temu kocur Babuni Jagódki zakopcował pod 
łóżkiem   na   wypadek   straszliwego   głodu.   Zamiast   swojskich   śmieci,   w   izbie   pełno   było 

osobliwie   pozszywanych   kawałków   płótna,   których   przeznaczenia   Babunia   Jagódka,   jako 

background image

żywo, nie potrafiła odgadnąć - być może dlatego, że nigdy nie uchodziła za najszykowniejszą 

dziewczynę   we   wsi.   Nawet   jeśli   miała   ochotę   zauroczyć   jakiegoś   chłopa,   nie   mogła 
sprowadzić   go  do  domu,   bo  na   łóżku   kuliła   się  przestraszona   i  zasmarkana   Jarosławna. 

Zresztą nie tylko o to szło. Kiedyś podpita Babunia Jagódka pojawiła się w izbie z równie 
podpitym leśniczym, który wszelako, mimo zadanego mu uroku, od proga napierał jurnie na 

Jarosławnę, co wielce skonsternowało obie mieszkanki chatki.

Upokorzona   wiedźma   postanowiła   zrazu   zamienić   dziewczynę   w   coś   wyjątkowo 

odrażającego, ale potem pomyślała sobie, że właściwie Jarosławna to Jarosławna - jak nagły 
pomorek, albo gradobicie. Ot, dopust boży.

Odtąd   swawoliła   wyłącznie   w   stodółce.   A   lata   naprawdę   miała   nie   po   temu,   żeby 

baraszkować na sianie.

Od   czasu   do   czasu   nieśmiało   próbowała   coś   wspomnieć   dziewczynie   o   powrocie   do 

wilżyńskiej wioski. Szczególnie po tym, jak przydybała Przemka, który, zaczajony wysoko na 

jabłonce,   podglądał   myjącą   się   u   studni   Jarosławnę.   Tymczasem   łagodna   zazwyczaj 
dziewczyna dała stanowczy odpór wszelkim małżeńskim konceptom.

-   Nie   pójdę   za   Przemka!   -   wykrzyczała   wśród   rozpaczliwego  szlochania.   -   Prędzej  do 

studni skoczę!

- Ale czemu? - zdziwiła się Babunia, która doskonale wiedziała, że oprócz wystających 

siekaczy Przemko niczym nie różnił się od innych wiejskich parobków. - Młody, silny i łazi za 

tobą jak pies. Czego jeszcze trzeba?

- Bo jemu nie o mnie idzie - załkała Jarosławna. - Tylko o te morgi po ojcu. O młyn, o 

cztery krowy, puchową pierzynę i garnek srebra, co ojciec w lesie zakopał.

Babunia   Jagódka   zdębiała.   Wiejskie   dziewczyny   nie   zastanawiały   się   nad   podobnymi 

rzeczami:   zazwyczaj   zachodziły   pośpiesznie   w   ciążę,   pozostawiając   ojcom   i   braciom 
uzgodnienie posagu.

- Bo wy myślicie, że ja jestem głupia - powiedziała z wyrzutem Jarosławna. - Wszyscy 

myślą, że jestem głupia i nic nie rozumiem. A ja właśnie rozumiem, i za Przemka nie pójdę. 

Bo ja go nic nie obchodzę.

- Ależ obchodzisz, Jarosławno - próbowała łagodnie perswadować Babunia Jagódka. - 

Przecież sama widziałam, że obchodzisz. Do samej zagrody za tobą przylazł, naprawdę. Nie 
dalej jak wczoraj podglądał cię z jabłonki.

- Świnia! Rozpustnik! - oburzyła się dziewczyna. - A wyście mi nic nie rzekli?
- Nie musiałam - odparła z godnością wiedźma. - Jak tylko mnie zobaczył, to spadł z 

jabłonki, niby ulęgałka, i rzyć sobie otłukł.

background image

-   I  dobrze   mu  tak,   capowi   sprośnemu!   -  skwitowała   mściwie   Jarosławna.   -  On   mnie 

zawsze w kościele w tyłek szczypał. Świętej pamięci tatulo w spichlerzu go przydybał i mordę 
mu pejczem otłukł. I wy myślicie, że on mi się po tym wszystkim nadaje na męża?

- Hm - mruknęła Babunia. - To może jaki inny ci się nada?
- A który? - Dziewczyna patrzyła pełnymi żalu, niebieskimi oczyma. - Może Waja, ten co 

nie ma przednich zębów i las władyce podpalił? Albo jednooki Szyrka? Sami się zagrodnicy 
we wsi ostali, a z tymi żywot prosty: dwie morgi kamieni, jedna dychawiczna krowa, bachor 

co rok i raz na dzień kartofle bez omasty.

Babunia Jagódka poskrobała się po głowie. Nie zastanawiała się nad tym nadmiernie, ale 

tak   właśnie   od   wieków   w   Wilżyńskiej   Dolinie   bywało:   dziewczyny   wychodziły   za   mąż,   a 
kamienie, krowa i bachory należały do ślubnej wyprawy.

- Przecież miało być zupełnie inaczej - wyłkała Jarosławna.
- Jak? - spytała bezmyślnie wiedźma.

- Miały być kosztowne stroje, przepiórcze jaja i dworek z ogrodem... - zaniosła się płaczem 

dziewczyna. - Przecież mi obiecał!

- Kto?
- Skabara. - Pociągnęła nosem. - Ten wysoki, smagławy, co u ojca we młynie łońskiego 

roku służył. Lada dzień po mnie wróci. Obiecał.

- A ty tak... - zaczęła ostrożnie Babunia Jagódka. - Ty tak w to wierzysz? Bo widzisz, 

wędrowni parobkowie to... rozmaite rzeczy dziewczynom gadają.

- Ale chyba nie wszyscy - jęknęła Jarosławna z nadzieją w głosie. - Wy nawet nie wiecie, 

Babuniu, jaka z tym wszystkim była niewygoda... bo to i po rosie trzeba było, byle jak, a pod 
moim oknem wielkie pokrzywy rosną. I ojciec się gniewał...

- Jarosławno! - Wiedźma załamała ręce.
- Bo ja chciałam, żeby mnie który stąd zabrał. - Dziewczyna rozpłakała się na nowo. - Żeby 

mnie   zabrał   z   tego   zadupia.   Bo   to   nie   jest   sprawiedliwe...   Powiedzcie   sami,   czy   to   jest 
sprawiedliwe, żebym gniła w Wilżyńskiej Dolinie? Ja chciałam zobaczyć wielki świat, zamki 

piękne i miasta ludne, jak to w księgach stoi. Jak bardowie śpiewali we dworze u władyki. Ja 
widziałam w karczmie makatkę z książęcymi dworkami. A w czym one lepsze ode mnie? 

Wszystkie rude i kaprawe! Czy nie jestem ładna? Czy nie gram na lutni, nie tańczę? Co mnie 
brakuje, że one przy księciu, a ja w Wilżyńskiej Dolinie? No, czy ja się nadaję na żonę dla 

kmiecia?

Wiedźma   powoli   pokiwała   głową,   rozejrzała   się   po   swoim   wysprzątanym   obejściu   i 

westchnęła smętnie.

background image

- Już dobrze - z zażenowaniem poklepała Jarosławnę po ramieniu. - Nie rycz. Coś... coś 

się wymyśli - dokończyła powoli.

Następnego dnia rano wyruszyła w drogę.

* * *

Poszukiwania   okazały   się   znacznie   trudniejsze,   niż   Babunia   zrazu   przypuszczała. 

Ponieważ   z   lotu   sztachety   niewiele   mogła   dostrzec,   z   niesmakiem   zdecydowała   się 
podróżować   na   piechotę   i,   przewędrowawszy   znaczny   kawał   pogórza,   uznała,   że   albo 

prześladuje ją wyjątkowy pech, albo w tym pokoleniu zwyczajnie królewicze nie obrodzili. 
Niby w każdym zameczku siedział jakiś panek, ale przeważnie mieli tylko kilka zagonów 

ziemi,   na   której   wypasano   flegmatyczne   dworskie   barany.   Trafiło   się   kilku   bogatszych 
feudałów, ale żaden nie spodobał się nadmiernie Babuni Jagódce. W zamczyskach panowały 

okropne przeciągi i, choć architekci nie omieszkali oszpecić rezydencji zupełnie zbędnymi 
wieżyczkami i fikuśnymi wykuszami, w większości brakowało kanalizacji. Chcąc nie chcąc, 

cały dwór biegał do wygódek dla służby, albo demokratycznie obsrywał parkowe rabatki, co 
straszliwie wiedźmę zniesmaczyło.

Zamkowa   kuchnia   też   była   podła.   Babunia   Jagódka   szczęśliwie   przetrwała   trzy 

skrytobójcze zapędy niewdzięcznych gospodarzy, którzy zupełnie bezzasadnie  usiłowali ją 

umorzyć,   i   na   wszelki   wypadek   zamierzała   obdarzyć   Jarosławnę   rogiem   jednorożca,   co 
wykrywa wszelki jad. Ale znacznie bardziej niźli trutki rozeźliły ją na wpół surowa dziczyzna i 

podła wódka z miejscowych gorzelni. Albowiem, jak wnet Babunię objaśniono, w obliczu 
nadchodzącej wojny każdy panek sam pędził bimber, a zacne skalmierskie wina, pod karą 

ćwiartowania, zabroniono sprowadzać.

Słowem,   wszystko   szło   ku   gorszemu.   Książętom   znacznie   bardziej   niż   żeniaczka 

zaprzątały głowę wojenne podboje. Odkąd szczuracy z Gór Sowich wyrżnęli całą okolicę, a 
spichrzański książę pokumał się z Servenedyjkami, w Górach Żmijowych kotłowało się cały 

czas.   Po   kraju   włóczyły   się   hordy   najemników   i   gromadki   północnych   kapłanów,   którzy 
sprytnie burzyli pospólstwo przeciw panu Spichrzy, książęta zaś pod wodzą nieocenionego 

Piorunka zawiązali antyspichrzańską ligę. Na razie kończyło się na wzajemnym podjudzaniu, 
bo właściwie nikogo nie korciło do zatargu z Servenedyjkami, ale tak czy inaczej, wojenne 

plany książąt nie podobały się Babuni Jagódce. Zrobi taki dziewczynie bachora, rozmyślała, a 
potem szukaj wiatru w polu. Albo się zaciągnie. Będzie się parę lat po okolicy włóczyć i 

łajdaczyć, z kim popadnie, albo go gdzie pośpiesznie ubiją, a przecie do tego nawet dobrej 
bitwy nie trzeba, starczy jeden celniej rzucony kamień. I znowu mi będzie siedzieć, idiotka, w 

obejściu i ryczeć...

background image

Tak więc, choć Babunia Jagódka naprawdę miała dość współlokatorki, musiała na koniec 

przyznać, że żaden z okolicznych kawalerów nie nadawał się dla Jarosławny.

Zresztą,   im   dłużej   się   włóczyła,   tym   bardziej   tęskniła   za   Wilżyńską   Doliną   i   swoim 

wygodnym łóżkiem. Ze złości i zniechęcenia zamieniła w świnie gromadkę zbójców, którzy 
nieopatrznie usiłowali zaczepiać ją na odludnej ścieżce, i powoli kierowała się ku domowi. 

Niech się dzieje wola nieba, myślała posępnie. Wyprawię Jarosławnę do Spichrzy.

- Przenieść was przez wodę, babciu?

Babunia   Jagódka   wychynęła   do   reszty   z   malinowych   zarośli   i   rozejrzała   się   ze 

zdziwieniem. Polankę istotnie przecinał strumyk, a nad nim, na pokaźnym głazie siedział 

młody   człek   w   szkarłatnym   birecie   i   wgapiał   się   w   nią   z   wyraźną   nadzieją.   Babunia   też 
pobieżnie   przyjrzała   się   jego   nogom,   opiętym   czerwonymi   nogawicami,   szykownemu 

kubrakowi z cielęcej skóry i butom z zadartymi noskami. Jego twarz coś Babuni Jagódce 
przypominała, coś nieokreślonego, z dawnych czasów, ale nawet nie wysilała się, żeby sobie 

przypomnieć.   Do   zabłąkanych   w   lesie   chłopców   wiedźma   miała   nastawienie   bardzo 
zdroworozsądkowe.   Ogólnie   rzecz   biorąc,   uważała,   że   pacholęta,   które   pochopnie 

zapuszczają się w leśne ostępy, powinny być przygotowane na mniej lub bardziej zaskakujący 
obrót   wydarzeń.   Ponieważ   zaś   chłopaczyna   wydał   się   jej   wcale   do   rzeczy,   w   innych 

okolicznościach   z   pewnością   poświęciłaby   mu   więcej   uwagi.   Tego   dnia   jednak   była 
szczególnie   zniecierpliwiona   i   chciała   jak   najszybciej   dotrzeć   do   własnego,   ukochanego 

domku i wymoczyć nogi w starym cebrzyku.

- A skąd ci to do głowy przyszło, synku? - spytała podejrzliwie. - I co tutaj, sam, robisz? 

Zgubiłeś się?

- E, nie. - Chłopak uśmiechnął się cokolwiek głupkowato. - Tak sobie siedzę i czekam.

- Tutaj? - zdumiała się Babunia. - Toż najwyżej łosia się doczekasz, albo jakiego innego 

bydlęcia. Tu nawet ścieżki marnej nie ma.

- Ale strumyk jest, jak należy - odparł z tajemniczą miną. - To decydujcie się, babciu, 

przenosić, czy nie, bo mnie czas się zbierać.

- A coś ty taki gorliwy, synku? - Babunia przyjrzała mu się jeszcze bardziej podejrzliwie. - 

Toć widzę, że strumień płytki, ani kolan zamoczę.

- W waszym wieku trzeba się szanować - pouczył ją chłopak - a nie brodzić, jak czapla, 

choćby  i   po  płyciźnie.  Mój   ojczulek   też   rad   się   po  lasach   wałęsał,   zamiast   w  cieple   pod 

dachem siedzieć, i patrzcie, co na niego przyszło. Siedemdziesiąt zim z okładem na grzbiecie, 
a uwidziało się staremu, że słowika nocką pójdzie słuchać. Zresztą, jak tylko słonko mocniej 

przygrzało, zawsze się po kniejach włóczył i żadnym sposobem nie można go było odwieść od 

background image

tego błazeństwa. I jak się to wszystko skończyło? Ano, posłuchał ojczulek słowika, przeziębił 

się przy tym okrutnie i ani trzy niedziele nie minęły, jak do cna ducha wyzionął. Zaś wedle 
mojej gorliwości, to na wiedźmę nad strumieniem czekam.

- Na wiedźmę? - Babunia Jagódka całkiem osłupiała. - A skąd wiesz, że tędy wiedźma iść 

będzie?

- A dlaczego nie? - zacietrzewił się chłopak. - A gdzie niby wiedźmę spotkać łacniej niż na 

odludziu? Na królewskim gościńcu?

- A po co ci wiedźma?
- Bo, widzicie, ludzie gadają - rzekł z namaszczeniem - że jak zacny człek spotka w lesie 

starowinkę, ulituje się nad jej wiekiem, pomoc ze szczerego serca ofiaruje i przez strugę na 
własnych plecach przeniesie, to się wtedy ta starowinka możną czarownicą okazuje i trzy 

życzenia zacnego człeka bezzwłocznie spełnia.

Babunia   skrzywiła   się   cierpko.   Że   też   naród   w   każdą   bujdę   uwierzy,   pomyślała   z 

niesmakiem.   Ot,   zamiast   gdzie   w   polu   robić,   siedzi   pachoł   nad   potokiem   i   wiedźmy 
wypatruje. A jak nikt nie widzi, to pewnie i ukradkiem żaby obcałowuje, bo przecie i o nich 

po   jarmarkach   gadają,   że   co   druga   to   królewna   zaklęta.   Żadnego   pomyślunku,   żadnej 
rozwagi!

Ale ponieważ spotkanie zaczynało ją coraz bardziej bawić, ukradkiem rzuciła na niego 

urok wielkiej rozmowności.

- I ty tak wszystkich przez strumyk przenosisz, synku?
- Nie, ja żem sobie taki strumyk wybrał, że mało kto tedy przechodzi - wyjaśnił z dumą 

chłopak. - Wyście od tygodnia pierwsza. Pomyślałem sobie, jak się ma wiedźma trafić, to 
trafi   się   niezawodnie,   a   przynajmniej   nie   będę   byle   zagrodniczkom   własnego   karku 

nadstawiać.

-   A   jakby  ci   się   iście   wiedźma  trafiła  -   ze  skrywanym   rozbawieniem  spytała   Babunia 

Jagódka - jakie miałbyś życzenia?

- Po pierwsze - chłopak aż się rozpromienił i zawadiacko nasunął biret na oczy - żeby 

niezwłocznie szlag trafił tego bydlaka regenta, mego wuja. Ja już swoje lata mam i sam się 
rządzić potrafię, ale tak się wuj z radą i mieszczaństwem pokumał, że najwyraźniej żadnym 

innym sposobem się go nie pozbędę. Po drugie, żeby wreszcie kapłani jątrzyć i o wojnie 
gadać przestali. A co mnie obchodzi, że się spichrzański pan z Servenedyjkami zmawia, kiedy 

u mnie po spichlerzach nawet myszy z głodu wyzdychały! Nam by się zdało każdego z tych 
klechów do wyrębu lasu zagnać, pola nigdy dosyć, a przynajmniej im się ozorami mielić po 

próżnicy odechce. A jak już się ich i wuja pozbędę - zapalał się coraz bardziej - to stare 

background image

hawernie pootwieram. Niech się tu jeno wojna jakaś rozpęta! Nasze żelazo dobre, ledwie 

będziemy nadążać grosze liczyć. Z Książęcymi Wiergami handlować zacznę...

Podczas   owej   przemowy   Babunia   Jagódka   popatrzyła   na   niego   z   większą   uwagą.   Nie 

wyglądał   nazbyt   dostojnie,   siedząc   na   omszałym   głazie,   ale   jego   buty   bardzo   porządnie 
wyczyszczono, nosił świeżą koszulę i był starannie ogolony, a trzeba wiedzieć, że Babunia 

Jagódka lubiła schludnych mężczyzn. Miał miłe, może trochę zbyt dziecinne oblicze i był 
chudy jak tyczka,  lecz  ostatecznie,  pomyślała  wiedźma,  można stworzenie odkarmić.  Nie 

wydawał  się co prawda  nazbyt rozsądny, skoro zamiast użerać się z wujem i kapłanami, 
siedział w lesie i wyglądał wiedźmy, ale jego życzenia wydawały się Babuni całkiem zmyślne, 

Jarosławna   zaś   też   przecież   nie   należała   do   najbystrzejszych.   Nada   się,   uznała   z 
zadowoleniem, nada się jak najbardziej.

- A trzecie życzenie? - przerwała, kiedy rozmarzony książę wypędził z królestwa większość 

zakonów i kończył budować nową, okazałą stolicę.

- Żona. - Wzruszył ramionami, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. - Żony 

potrzebuję,   ale   nie   takiej,   którą   mi   wuj   dobierze.   Nie   miejscowej   szlachcianki,   bo   z   tą 

przypałęta się kilka tuzinów pociotków, a pijawek we dworze dosyć. Zresztą, ludzie gadają, że 
wiedźmy wychowały wiele przyzwoitych księżniczek. Podobno wszystkie piękne, cnotliwe i 

hoże,   nie   to,   co   nasze   dworskie   chude   pokraki.   -   Uśmiechnął   się   z   rozmarzeniem.   - 
Rozumiecie,  zdrowe, chłopskie jadło,  świeże powietrze,  a ja muszę myśleć o następstwie 

tronu...

-   A  u   ciebie,   synku?   -   spytała   czujnie   Babunia   Jagódka,   która   z   trudem   podążała   za 

książęcą paplaniną. - Żadnych dziedzicznych chorób? Z głową wszystko w porządku?

- No, no, nie pozwalajcie  sobie zanadto - żachnął się książę.  - Jasne, że w porządku. 

Mówiła mi niańka, co mnie w kołysce przepowiedziano: że spotkam w kniei dobrą wiedźmę i 
poślubię jej wychowankę, zaklętą królewnę. Ale jak z tymi trzema życzeniami nic nie wyjdzie, 

to   ja   sobie   inaczej   poradzę.   Z   wujem   sprawa   będzie   prosta,   ot,   popatrzcie   -   pokazał   na 
dorodną   kanię.   -   Wybierzemy   się   na   polowanie,   jak   to   siostrzeńcowi   z   wujem   przystoi, 

nazbieram grzybków i tak mu gulasz przyprawię... - znacząco zawiesił głos. - I nie myślcie, że 
ja tu całymi dniami sterczę i wiedźmy wypatruję. Wuja zawczasu nie chcę niepokoić, więc jak 

się w radzie co nudniejszego trafi, to uciekam z dworu, jak to księciu za młodu wypada. Ot, 
dzisiaj mieliśmy omawiać nowy projekt kanalizacji, bo już zupełnie w zamczysku nie idzie od 

smrodu wytrzymać,  więc wymknąłem  się, jak  trzeba,  do zamtuza.  Ale ja nie jestem taki 
durny, żeby się na darmo francą zarazić. - Prychnął pogardliwie. - Płacę pięciu dziwkom, 

żeby rozpowiadały po placach o mojej jurności, niech się ludziska cieszą, ale wolę sobie w 

background image

spokojności   posiedzieć   w   lesie.   Kamień   znalazłem   wygodny,   a   jak   się   kto   ciekawy   do 

pogawędki trafi, to i pogwarzyć miło, jak z wami, babciu. Choć po prawdzie, to w spotkanie z 
wiedźmą coraz mniej chce mi się wierzyć.

-   To   twój   szczęśliwy   dzień,   synu.   -   Babunia   Jagódka   zakasała   spódnice,   odsłaniając 

zabłocone filcowe buty i pocerowane pończochy. - Przenoś!

- Co? - spytał nieprzytomnie książę.
-   Wstawaj,   złotko   -   rozkazała   Babunia.   -   Chciałeś   wiedźmy   i   masz   wiedźmę.   A   teraz 

ściągaj te fikuśne buty, i do wody.

- Wy nie możecie być wiedźmą - zaprotestował słabo książę.

-   A   niby   dlaczego   nie?   -   zaperzyła   się   Babunia,   która   bardzo   nie   lubiła,   kiedy 

kwestionowano jej profesjonalizm.

- Bo jakoś tak zwyczajnie wyglądacie - wyznał z zakłopotaniem. - Myślałem, że wiedźma 

będzie trochę szczególniejsza.

- Uwierz mi, synu, że jestem wystarczająco szczególna - zapewniła dobitnie Babunia. - I 

jak   się   zaraz   nie   zabierzesz   do   roboty,   zamienię   cię   w   coś   szczególnie   paskudnego, 

rozumiesz? Do wody, mówię, a chyżo, nim się rozmyślę!

Książę   z   ociąganiem   zzuł   trzewiki   i   pomógł   wiedźmie   wgramolić   się   na   plecy.   Nadal 

wyraźnie jej nie dowierzał, lecz Babunia Jagódka postanowiła dać mu chwilę wytchnienia. 
Była  zajęta  starannym  obwąchiwaniem  księcia.  A pachniał  doprawdy  bardzo przyjemnie. 

Babunia   uznała   to   za   pomyślny   znak:   większość   znanych   jej   książąt   capiła   gorzej   niż 
nieoceniony Szymek w zwierzęcej postaci.

- Dobra. - Klepnęła go po ramieniu, gdy dotarli na brzeg porośnięty wysoką trawą. - 

Starczy.

- I co teraz? - zasapał.
- Nic. Dalej pójdę sama.

- Ale co z moimi życzeniami? - zaniepokoił się książę.
- Załatwione.

- Jak to załatwione? - dociekał jeszcze bardziej niespokojny książę.
- Mam ci to dać na piśmie, synu? - powoli i nader wyraźnie spytała Babunia, a książę 

mimowolnie cofnął się dwa kroki do tyłu i widać było, że gwałtownie nabrał wiary w jej 
wiedźmie zdolności. - Gdy za trzy niedziele spotkamy się przy tym kamieniu, nie będzie cię 

już niepokoił ani wuj, ani nachalni kapłani. Oczywista, przyprowadzę też narzeczoną.

- I to wszystko? - Skonfundowany książę podrapał się po głowie. - Tak zwyczajnie?

-   A  jakżeś   to  sobie,   synu,  wyobrażał?  -   Babunia   popatrzyła   na   niego  przeciągle.   -  Że 

background image

dzwony zaczną we mieściech dzwonić, a leśne bydlątka będą ci sypać kwiatki pod nogi? Hę?

Książę zawstydził się odrobinę.
- Dobiliśmy targu i nie będę tu cały dzionek sterczeć - ciągnęła. - A i ty masz co robić, 

synu, zadbaj należycie o tę kanalizację. Jarosławnie należy się odrobina wygody.

- Jarosławna... - powtórzył w zamyśleniu książę. - Jaka jest ta Jarosławna?

-   Jak   należy   -   wyjaśniła   krótko   Babunia.   -   Dokładnie   taka,   jak   należy.   Poczekasz, 

zobaczysz. Zresztą, tu nie jarmark, tu się nie przebiera.

- A posag?
- Co? - Wiedźma aż potknęła się o korzeń.

- Posag - powtórzył śmielej. - Złoto, srebro, klejnoty, wedle wyboru. Chyba nie chcecie, 

żeby potem gadali, że wziąłem żonę, jak stała. Z gołym tyłkiem.

Babunia łypnęła wrogo. Nie podobała jej się ta rozmowa, wcale nie, ale książę tym razem 

wyraźnie nie zamierzał ustępować.

- To jak będzie?
- Ile? - warknęła, piorunując go wzrokiem. Bo trzeba wiedzieć, że Babunia Jagódka była 

osobą  bardzo,  ale to bardzo oszczędną  i nie cierpiała  rozstawać się ze swym dobytkiem. 
Natomiast   okrutnie   chciała   rozstać  się   z   Jarosławną   i   po  krótkiej   walce   zamiłowanie   do 

świętego spokoju przeważyło nad skąpstwem.

- Sześć worków złota.

Wiedźma bez słowa splunęła na dorodną kępę mchu, zebrała spódnice i odwróciła się na 

pięcie.

- Pięć?
- Trzy - odparła z niesmakiem. - Trzy, to wszystko.

- I nie będziecie mi się potem pętać po dworze - upewnił się książę. - Ludzie krzywo by 

patrzyli.

- Bez obawy, synku. - Wiedźma uśmiechnęła się paskudnie na wspomnienie rozlicznych 

kłopotów z Jarosławna. - Ja już swoje zrobiłam i nie będę was niepokoić.

* * *

Następne   trzy   tygodnie   minęły   Babuni   Jagódce   bardzo   pracowicie.   Pierwszy   tydzień 

spędziła jako pomywaczka w dworskiej kuchni, gdzie dokładnie zasięgnęła języka o majątku i 
rodzinnych koneksjach upatrzonego księcia, od dawna bowiem wiedziała, że kuchnia skłania 

ludzi   do   zwierzeń,   i   jedynie   nieznacznie   doprawiała   gorzałkę   ziółkiem   dla   rozwiązania 
języków. Okazało się, że oprócz nieocenionego wuja książę nie ma bliskiej rodziny, co wielce 

uradowało wiedźmę, bo krewni zazwyczaj krzywili się, kiedy następca tronu pojmował za 

background image

żonę nieznaną bliżej przybłędę. Wywiedziała się też, że służba uważa księcia za rozsądnego 

młodego człowieka, a koniuchy z pełnym aprobaty rechotem wymieniali sprośne uwagi o 
jego   wyczynach   w   miejscowym   lunaparze.   Widać   ladacznice   solennie   zapracowywały   na 

swoje pieniądze.

Po tygodniu doszła do wniosku, że czas zająć się wujem. Zrobiła nocną wycieczkę do jego 

komnaty, po czym wyłamała z zamkowego płotu okazałą sztachetę i pośpiesznie odleciała. 
Coraz bardziej martwiła się o Krasulę. Jarosławna zupełnie nie umiała się o nią zatroszczyć.

O poranku znaleziono książęcego wuja - utopionego w korycie na tyłach stajni. Ponieważ 

poprzedniego wieczoru biesiadował do późna z szambelanem, cały dwór uwierzył niezbicie, 

że   pijany   regent   wpadł   tam,   idąc   do   wychodka.   Sam   książę   żywił   co   prawda   pewne 
podejrzenia, ale postanowił zachować je dla siebie. Za to na wszelki wypadek żywo zakrzątnął 

się wokół projektu skanalizowania zamczyska.

Babunia   tymczasem   przemierzyła   Góry   Żmijowe   i   niczym   drapieżny   sęp   spadła   na 

uśpioną Spichrze. Proboszcz wydawał się nieco przestraszony, kiedy z hukiem wyskoczyła z 
komina, ale zaraz wyjął flaszeczkę porzeczkowej nalewki i resztę nocki spędzili, wyrzekając 

na   niedogodności   miejskiego   życia.   O   poranku   Babunia   Jagódka   odbyła   kilka   bardzo 
owocnych rozmów z Servenedyjkami - święcie wierzyła, że kobiety zawsze potrafią się ze 

sobą   dogadać   -   i   złożyła   parę   równie   owocnych   wizyt   na   zamku,   z   zadowoleniem   się 
przekonawszy,   że   nie   do   końca   zapomniano   czasy,   kiedy   spiskowała   z   księciem 

nieboszczykiem.   Następnie   wybrała   się   na   przechadzkę   po   targowisku,   odwiedziła   cztery 
najmodniejsze stragany i najkosztowniejszego złotnika, rozumiała bowiem, że przed ślubem 

Jarosławna będzie potrzebowała paru drobiazgów. Zakupy nie zajęły jej zbyt wiele czasu. 
Właściwie   nie   musiała   się   targować.   Zazwyczaj   wystarczało,   że   uważniej   przyjrzała   się 

przekupniowi,   a   cena   zaczynała   gwałtownie   spadać.   Niestety,   kiedy   dokończyła   wreszcie 
owego zbożnego dzieła, okazało się, że musi zamienić ulubioną sztachetę na solidny dyl z 

dworskiego ostrokołu, bo pod ciężarem nabytków jej środek lokomocji z głuchym trzaskiem 
pękł na połowę. Przed świtem, zmordowana lecz kontenta, wylądowała wreszcie na własnym 

podwórku.

Ku jej irytacji, wieść o małżeństwie wtrąciła Jarosławnę w otchłań rozpaczy.

-   Ale   ja   go   wcale   nie   znam   -   chlipała.   -   Jakże   wy   tak   możecie   obcemu   mnie 

przehandlować? Jak jałówkę na targu?

Wiedźma załamała ręce na podobną niewdzięczność. Ostatecznie, nie po to włóczyła się 

przez   parę   tygodni   po   okolicy,   żeby   teraz   znosić   fumy   rozpuszczonej   dziewuchy.   O   nie, 

gołąbeczko,   postanowiła   twardo.   Wyjdziesz   za   mąż,   wyjdziesz   niezawodnie,   choćbym   cię 

background image

osobiście miała zawlec przed ołtarz.

- Wielkie mi mecyje! - rzuciła przez zaciśnięte zęby. - Głupiaś ty, że nie idzie uwierzyć! Tu 

we   wiosce   prawie   że   każda   dziewka   z   wzdętym   brzuchem   pod   ołtarzem   ślubuje,   tedy 

wyrozumiewam,  że dobrze małżonka poznała. I co? Mniej niż gdzie indziej nieszczęścia? 
Mało to chłopów potem pije i swe baby bija? Mało bab mężom rogi przyprawia i jako kukułki 

cudzy   owoc   pod   własnym   dachem   chowa?   A   nie   targają   się   za   kudły   na   gościńcu,   nie 
przeklinają  nawzajem? Co, może nieprawdę gadam? Potem na wiedźmy to kładą, ale po 

prawdzie człek jest bydlę głupie i sam sobie najpierwej nieszczęście zgotuje, żadnego mu w 
tym pomocnika nie trza. Powiadam ci, chłopak jest jak należy, nic mu nie brakuje. Zresztą 

nie to ważne, jaki jest, ale jak ty go po ślubie urobisz.

- Księcia? - zawyła jeszcze głośniej Jarosławna. - Jak ja księcia urobię? Przecie ja po temu 

ani urodzenia, ani wykształcenia nie mam. Będą się ze mnie wyśmiewać!

-   I   słusznie,   boś   głupia   jak   gęś!   -   potwierdziła   bezlitośnie   wiedźma.   -   Po   co   ci   niby 

wykształcenie, ostatecznie nie wydaję cię za akademika! Co się zaś tyczy urodzenia, to ani mi 
się waż wspomnieć o Betce młynarzu i Wilżyńskiej Dolinie. Ty ninie jesteś księżniczka.

- Ja? - wytrzeszczyła oczy Jarosiawna.
- Właśnie - oświadczyła spokojnie Babunia. - A coś ty sobie myślała, że książę się na byle 

wieśniaczkę połaszczy? On wierzy, że ty jesteś księżniczka, co ją w środku lasu wiedźma 
naszła,   przyhołubiła   i   odchowała.   I  bardzo   dobrze,   niech   wierzy,   wiara   człekowi   na   tym 

paskudnym świecie bardzo potrzebna. - Uśmiechnęła się wrednie. - A ty się tylko odrobinę 
postaraj.

- A co ja bym tam, w pałacu, miała robić? - nie pojmowało dziewczę.
- Nic - odparła stanowczo Babunia. - Siedzieć w okienku, wzdychać, od czasu do czasu 

obrus na ołtarz złotem wyhaftować. Tyle potrafisz. Zresztą, już się książę postara, żebyś się za 
dziewięć miesięcy nie nudziła... - Zamyśliła się przelotnie. - No, a jak się nie postara, to dam 

ci taki specjalny wywar, że niech go tylko książę wypije, to się na żadne jego starania nie 
będziesz musiała oglądać. Poza tym, trzymaj się prosto, gęby za bardzo nie otwieraj i będzie 

dobrze.

- A jak mnie będą pytać? O rodzinę? O was?

- To powiedz, że nic nie pamiętasz - pouczyła zezłoszczona wiedźma, cedząc słowa. - Że 

cię   niemowlęciem   podli   ludzie   z   pałacu   kochającego   ojca   wykradli   i   w   lesie   dzikiemu 

zwierzowi   na   pożarcie   zostawili.   I   że   nad   tobą   zły   urok   wisi,   że   ani   kraju,   ani   języka 
rodzinnego   nie   pamiętasz.   No,   nie   wytrzeszczaj   oczu,   dość   tych   rycerskich   błazeństw 

przeczytałaś, więc rusz głową. Wymyśl coś, byle głupawo i łzawo. Im bardziej łzawo, tym 

background image

lepiej. Albo wracaj do Wilżyńskiej Doliny. Widziałam, że Przemko przypatruje ci się nader 

wnikliwie. Jak masz wolę za niego iść, ja cię przymusem nie będę więzić. Jeszcze Krasulę 
dam w posagu.

Jarosławnie   natychmiast   przeszły   wszelkie   spazmy.   Wyprostowała   się   na   krzesełku   i 

zwróciła się do Babuni całkiem innym, dziarskim głosem:

-   Więc   powiadacie,   Babuniu,   że   za   tydzień   ślub?   Będzie   mi   zatem   potrzebne   trochę 

nowych rzeczy.

Babunia Jagódka westchnęła. Bardzo głęboko.
Podczas najbliższego tygodnia jeszcze trzy razy wyprawiała się do Spichrzy - na pokaźnej 

drabinie   bagażowej,   bo,   jak   się   rychło   okazało,   zakupy   przestały   mieścić   się   na   dylu   z 
ostrokołu.   Jarosławna   na   przemian   wybrzydzała,   histeryzowała   ze   strachu   i   z   płaczem 

rzucała się Babuni na szyję. Raz nawet ni z tego, ni z owego pocałowała ją w rękę.

Wiedźma obiecała sobie solennie, że odtąd będzie łączyć w parki jedynie króliki. Kiedy 

wreszcie   dostarczyła   Jarosławnę   pod   umówiony   kamień,   nerwy   miała   doszczętnie 
zmarnowane.

Jak  poprzednio, książę  czekał  nad strumieniem. Wyglądał  nieszczególnie,  pod oczami 

miał ciemne sińce. Siedział na kamieniu i nerwowo obgryzał paznokcie.

- To wasza sprawa?! - ryknął na widok Babuni Jagódki.
- Co? - fałszywie zdziwiła się wiedźma.

- Wszystko! - wrzasnął książę. - Wszystko co do joty!
- Po kolei, synku - pouczyła go Babunia Jagódka. - Powoli, spokojnie. I z szacunkiem. Ja 

jestem stara, zmęczona kobieta i na mnie nie trzeba krzyczeć, bo się mogę zdenerwować. A 
jak się zdenerwuję, to potem nam obydwojgu będzie bardzo przykro. Więc nie rycz na mnie, 

jak nie przymierzając osioł, bo chyba byśmy nie chcieli, żeby jutro Jarosławna poślubiła osła. 
Z wielkimi, oklapłymi uszami.

- Servenedyjki - rzucił wściekle. - Jeszcze dobrze wujcio regent nie ostygł, pod murami 

zameczku zameldowały się trzy kompanie Servenedyjek. Za rok z góry opłacone, nijak ich 

odprawić nie mogłem, bo ta ich dowódczyni cięgiem tylko gadała, że „etyka zawodowa, że jak 
już   raz   pieniądz   wzięty,   to   one   w   żaden   sposób   pracodawcy   nie   odstąpią”.   Chyba   żeby 

pracodawca nagłą śmiercią ze świata zszedł. - Przełknął nerwowo ślinę. - I bardzo paskudnie 
się przy tym uśmiechała, jak to one potrafią. Rozpełzły się po całym księstwie, porozstawiały 

posterunki przy drogach. Porządku bronią.

- To bardzo dobrze. - Babunia Jagódka pokiwała głową. - Porządek musi być. I spokój.

- To by było bardzo dobrze - odparł z naciskiem - jakbym je sam zaprosił. Ale one mi jako 

background image

ulęgałki z drzewa na łeb spadły. Niechby się o tym, psiakrew, rozniosło!

- A nie rozniosło się? - Obdarzyła go uśmiechem.
- Czy wy mnie za ostatniego durnia macie? - Książę spoważniał nagle. - Cała okolica teraz 

portkami trzęsie. Oni się tu wszyscy spodziewali, że kiedy tylko wujaszek kopyta wyciągnie, 
jeden przez drugiego z posiadłości i dobytku mnie ograbią. A tu ani który zdążył kichnąć, a 

skaptowałem sobie zgrabny tabunik wojowniczek. Już zakłady w karczmach robią, dokąd 
najpierw moje Servenedyjki na rabunek poślę...

- Jak to się wszystko miło ułożyło. - Babunia Jagódka starannie złożyła ręce na podołku.
- Wcale się nie ułożyło! - Prychnął rozjuszony. - Servenedyjki przywiozły ze sobą pisanie 

od jaśnie wielmożnego księcia Spichrzy. Że my są stare krewniaki, a w tak niebezpieczny czas 
u kogo jak nie u rodziny oparcia a sprzymierzenia szukać! Że on ze szczerego serca tronu 

winszuje i wedle potrzeby radą i pomocą służyć może. Żeby się nie krępować i w razie czego 
śmiało do Spichrzy posyłać. I takie same pisania do wszystkich okolicznych panów posłał. A 

jaka   my   jesteśmy   rodzina!   Za   drobne   my   żuczki   do   pokrewieństwa   ze   spichrzańskimi 
książętami! Równie dobrze on mógłby własną chorągiew na moim zamku wywiesić, bo mnie 

teraz wszyscy za jego zausznika mają. Wuj nieboszczyk się z sąsiadami przeciw Spichrzy 
zmawiał, a teraz taka nowość i niespodzianka!

- Więc nie będzie wojny - przypomniała wiedźma. - Jakżeś sobie, synku, chciał.
- Ale sąsiedzi na mnie spoglądają jak na kocie gówno!

- Nie można mieć wszystkiego - pokrzepiająco rzekła Babunia. - Jakeś, złotko, chciał, żeby 

cię kochali, to trzeba się było do lunaparu nająć. A co z kapłanami?

-   Kapłanów   Servenedyjki   precz   popędziły.   -   Machnął   ręką.   -   Tylko   smród   i   kurz   na 

gościńcu został.

- Tedy życzenia wypełnione - uśmiechnęła się podstępnie wiedźma. - Co do joty.
Książę łypnął na nią spode łba. Nader nieprzyjaźnie.

Ale   w   tej   samej   chwili   zza   kępy   malin   wyłoniła   się   Jarosławna.   W   bladoniebieskiej 

sukience   z   najcieńszego   jedwabiu   -   Babunia   Jagódka   wciąż   zgrzytała   zębami   na 

wspomnienie, ile ją kosztowały szmatki Jarosławny - i wyszywanych srebrem safianowych 
pantofelkach   wyglądała   doprawdy   zachwycająco.   Przystanęła   na   skraju   polanki   i   spod 

opuszczonych rzęs rzuciła księciu nieśmiałe spojrzenie.

Książę   najpierw   znieruchomiał,   a   potem   jak   w   transie   ruszył   wolno   ku   dziewczynie. 

Oszołomiony i zachwycony.

Wiedźma   uśmiechnęła   się   chytrze.   W   chowie   królików   też   najważniejsze   było,   aby   w 

odpowiednim momencie zapędzić wybraną parkę do wspólnej klatki. Miała tylko nadzieję, że 

background image

książę nie okaże się mniej pojętny od królika.

Przez kilka kolejnych tygodni Babunia Jagódka oddawała się nieróbstwu i pijaństwu w 

ustronnych   pieleszach   swej   chatki.   Wreszcie   pewnego   dżdżystego   poranka   przypomniała 

sobie o Jarosławnie.  Nie zwlekając,  wybrała  ulubioną sztachetę  i z lekka zataczając się - 
gorzałka, którą pędziła, była naprawdę mocna - ruszyła ku zameczkowi swej podopiecznej. 

Bez trudu odnalazła właściwy parapet i, na dobre już otrzeźwiona mżawką, wślizgnęła się 
ukradkiem do sypialni Jarosławny.

Dziewczyna siedziała przed lustrem w bardzo skąpym peniuarku i czesała włosy srebrnym 

grzebieniem. Nawet ucieszyła się na widok Babuni Jagódki - po prawdzie, to ucałowała ją 

siarczyście w oba policzki, uścisnęła ją tak, że aż zachrzęściły suche kości starowinki, a na 
koniec   zwyczajnie   przypadła   do   kolan.   Aż   nienawykłą   do   podobnych   scen   wiedźmę   coś 

zapiekło pod powiekami. Odchrząknęła z zakłopotaniem, po czym zapytała:

- Jakże ci to, dziecko? Jak książę?

Jarosławna pokraśniała i znów rzuciła się obcałowywać Babunię po rękach.
- No, widzę, że dobrze - stwierdziła wiedźma. - Nie robi ci żadnych wstrętów? Wedle tego, 

żeś ty u wiedźmy chowana?

-   Nie,   nie   za   bardzo   -   odparła   wdzięcznie   Jarosławna.   -   Chyba   po   tym,   czegoście   z 

Servenedyjkami i spichrzańskim  księciem dokazali,  postanowił  mnie uratować z waszych 
szponów. Na razie ratuje, jak potrafi. - Skromnie obciągnęła peniuarek. - Jest bardzo miły.

- A inni?
- Kiedy mój pan ze mną, kto będzie przeciw mnie? - Uśmiechnęła się. - Tylko jak o was 

wspomnę, strasznie przeklinać zaczyna. Ale tak jakby z szacunkiem.

- Czemuż on mnie niby przeklina? - obruszyła się wiedźma. - Beze mnie by wciąż na tym 

kamieniu siedział i żaby całował.

- Jemu to właściwie o złoto idzie - wyjaśniła Jarosławna. - Pamiętacie te worki złota, 

coście za mnie w posagu dali?

Babunia Jagódka pamiętała aż za dobrze. Co do szeląga.

- No, więc jak oni worki otwarli - ciągnęła dziewczyna - to się okazało, że tam wszędzie 

monety ze szczerego złota, co je sam tutejszy książę nieboszczyk bił. A on je bardzo krótko 

bił,  ze  trzy  zimy,   nie  więcej,  i  dawno   okrutnie,  z   pół  wieku   temu,  zaraz   po  tym,  jak  na 
książęcym stolcu zasiadł. On się wtedy ponoć straszliwie zakochał - z przejęcia niebieskie 

oczy Jarosławny zrobiły się wielkie jak spodki - choć nikt nie potrafi powiedzieć w kim, bo 
oni   się   w   ten   czas   tylko   w   lesie,   chyłkiem   widywali.   Dlatego   ludzie   gadają,   że   to   jakaś 

dziwożona była, albo jeszcze co innego. Potem ona zniknęła albo ją krewni księcia starego 

background image

przepędzili. A książę bardzo długo jej szukał, szukał i nie znalazł, aż na koniec, stary już był, 

żonę sobie wziął i syna z nią spłodził. Ale tamtej nigdy nie zapomniał i do śmierci za nią po 
lasach łaził, a najbardziej, jak wiosną słonko mocniej przygrzało i słowiki zaczynały śpiewać. 

- Otarła załzawione oczęta. - Jakie to piękne i wzruszające. A księciu się chyba coś bardzo 
szczególnego uroiło wedle waszego złota...

- A ślub ładny miałaś? - spytała Babunia Jagódka aksamitnym głosem.
- A ślubu nie było! - wykrzyknęła Jarosławna. - Nie bez was! Taka niewdzięczna to ja nie 

jestem! Powiedziałam księciu, że poczekamy.

Potem wszystko  odbyło  się wedle zwyczaju.  Babunia  Jagódka  stała  sobie skromnie w 

nawie katedry, kiedy biskup uroczyście błogosławił książęce stadło i po trochu czuła się, jak 
dumna   rodzicielka   tej   urodziwej   pary.   Wprawdzie   kiedy   książę   zobaczył   ją   odmienioną 

zaklęciem   „młoda   -   i   -   piękna”,   zaczął   rzucać   jakieś   dziwne   spojrzenia,   ale   wiedźma 
wymownie pogroziła mu pięścią - ostatecznie, miała zamiar pozbyć się Jarosławny, a nie 

ściągać sobie na kark nowe nieszczęście. Ale i tak bawiła się świetnie. Nad ranem spoufaliło 
się z nią dwóch krzepkich wojaków i Babunia Jagódka rozhulała się na dobre. Jutro zajmę się 

odbudową wioski, pomyślała, kiedy kolejne spódnice zsuwały  się z jej ponętnych bioder, 
odnajdę władykę i sprowadzę z powrotem proboszcza. I zastanowię się, skąd wziąć zboże na 

wiosenne siewy - przypomniała sobie jeszcze, kiedy niewprawne, szorstkie palce rozpinały 
jedna po drugiej haftki jej gorsetu - i jak sprowadzić trochę bydła z Książęcych Wiergów. Ale 

dopiero jutro...

I nigdy, przenigdy nie zabiorę się znów do swatania.

background image

BALLADA

Z jesiennymi szarugami Babuni poczęło cnić się po trosze za Wilżyńską Doliną. Nie żeby 

źle jej było u Jarosławny, wcale nie. Przeciwnie. Komitywa zadzierzgnięta podczas weseliska 

z   dwoma   wojakami   z   książęcej   straży   rozkwitła   bujnie   z   pierwszymi   przymrozkami   i 
wyposzczona po odejściu Szymka Babunia uznała, że grzech byłby zmarnotrawić taką okazję. 

Książę też wykazał się należytym zrozumieniem, bo ani słowem nie wspominał o wyschłej 
starowince, pod której postacią wiedźma objawiła mu się nad strumieniem. Nic podobnego. 

Wielce  dwornie  nazywał  ją mateńką  i obdarował  komnatką  na szczycie  północnej wieży, 
gdzie mogła swawolić, nie gorsząc nadmiernie dworskiego kapelana.

Babunia Jagódka sarkała zrazu na sześć tuzinów stopni, po których należało się wspiąć do 

jej izdebki, rychło jednak nabrała zwyczaju podlatywania prosto do okna na swej ulubionej 

brzozowej sztachecie. O zalotników zaś nie zamierzała się frasować, gdyż wedle niej chłop 
powinien się namęczyć i nasapać, nim się go do poufałości przypuści, żeby owe poufałość 

tym bardziej mógł docenić. Nadto z okna miała zacny widok na kuchnie, stajnie, zamkowy 
podwórzec. A jak się bardziej wychyliła, to i do książęcej alkowy potrafiła zajrzeć. Co było 

istotne,   Babunia   bowiem   postanowiła   zadbać,   aby   Jarosławna   na   dobre   zagościła   w 
książęcym domiszczu.

Nie   zamierzała   uciekać   się   do   żadnych   staromodnych   zwyczajów,   kryształowych   kul, 

naparów miłosnych z szaleju albo pacynek nakłuwanych srebrną igłą, bo i księcia polubiła 

niezmiernie.   Zresztą   królowe   nie   miały   łatwego   życia   w   Górach   Żmijowych.   Te   miłe 
panowały   krótko   i   kończyły   na   zgrabnym   stosie,   ułożonym   przez   gromadkę 

przedsiębiorczych baronów, te niemiłe zaś były znacznie inteligentniejsze niż młynarzówna. 
Owszem,   Jarosławna   bardzo   ładnie   wyglądała   z   tamborkiem   w   ręku   na   tle   gobelinów   z 

białym jednorożcem na podołku panny, i nader wdzięcznie dziękowała minstrelom za nową 
balladę   o   jej   cudownym   odczarowaniu.   Lecz   po   kilku   dniach   Babunia   była   zmuszona 

przyznać, że zupełnie nie nadaje się na srogą władczynię. A kto jak kto, ale Babunia wiedziała 
najlepiej, że władczynie w Górach Żmijowych dzieliły się na srogie i martwe.

Pozostawał więc jedynie tradycyjny sposób. Następca tronu.
Niestety, młodzi zabierali się do sprawy wyjątkowo opieszale. Książę budził się o brzasku. 

Rześki i pogodny jak skowronek pożerał jajecznicę z półtuzina jajek i zapijał garncem piwa. 
Później wkładał wysokie buty, narzucał pelerynę od słoty i gnał na łąki, gdzie kopano rowy 

nawadniające,   albo   na   karczowiska   popod   Sinym   Lasem.   I   nie   było   go   aż   do   nocy. 
Jarosławna   zrazu   starała  się   mu   towarzyszyć,  ale   jej   wysiłki   spełzły   na   niczym.   Bała   się 

background image

bagiennych pijawek,  jej suknie nasiąkały  wodą, tak  że ledwie mogła chodzić, na wyrębie 

dostawała  spazmów, słysząc odgłosy spadających  drzew,  a na dodatek  w każdym drwalu 
wietrzyła rozbójnika, dybiącego na jej cześć oraz życie małżonka. Czas jakiś książę skrywał 

niecierpliwość, na koniec uroczyście przykazał, aby siedziała w zamczysku.

Jarosławna   trochę   popłakała   z   powodu   męskiej   tyranii   i   rozłąki   z   ukochanym,   lecz 

Babunia  widziała,  że w duchu była rada  z obrotu sprawy.  Mogła  wreszcie bez wyrzutów 
sumienia oddawać się temu, co naprawdę lubiła: jeść owoce smażone w cukrze, rozdawać 

jałmużnę pomiędzy ubogich, wyszywać na tamborku złotą nicią, stroić się w cudną nową 
suknię i słuchać skalmierskich pieśni o miłości przemożnej jak śmierć. Zwłaszcza to ostatnie 

wielce sobie upodobała, a jej oczy wydawały się jeszcze bardziej modre, kiedy zza długiej 
frędzli   rzęs   roniła   łezki   nad   losem   nieszczęśliwych   kochanków.   Natomiast   książę   był   do 

wzruszeń znacznie mniej skłonny. Na dźwięk luteńki mościł się wygodniej w krześle przy 
kominie, zwieszał  głowę i zasypiał spokojnym snem strudzonego człowieka.  Pochrapywał 

przy tym zdrowo, co nieodmiennie wytrącało z równowagi pieśniarza.

Minstrel był ponoć z dworu samego skalmierskiego doży. Książę tuż po ślubie sprowadził 

go do zameczku gwoli dogodzenia oblubienicy, aby ułożył jakąś zgrabną balladę o błękicie jej 
oczu, czy co tam się niewiastom podoba. Truwer z zadania wywiązał się nader udatnie, lecz 

bynajmniej nie kwapił się ruszać z zamku w drogę, i Babuni wnet się zaczęło wydawać, że rad 
by Jarosławnie dogodzić jeszcze na inne sposoby. Książę, chrapiący beztrosko z pucharem 

czerwonego   wińska   w   garści,   nie   dostrzegał   oczywiście   powłóczystych   spojrzeń 
przelatujących nad luteńką, ani pocałunków, którymi minstrel okrywał upierścienione palce 

Jarosławny. Babunia za to miała wzrok na podziw bystry. Zauważyła pakiecik, wetknięty 
ukradkiem   w   dłoń   minstrela,   gdy   ten   pochylił   się,   by   z   czcią   ucałować   rąbek   sukni 

Jarosławny.   Zeźlona   zaczaiła   się   w  kącie  za   kominem  i   odczekała,   aż   księżna   z   damami 
dworu uda się na spoczynek. Ledwie zaś ich kroki ścichły w zamkowych korytarzach, niczym 

jastrząb spadła na nieszczęsnego młodziana.

Minstrel   podskoczył   jak   oparzony,   kiedy   stuknęła   go   w   ramię   sękatym   kosturkiem. 

Zazwyczaj wolała przechadzać się po zamkowych pokojach pod postacią hożej czarnobrewej 
dziewoi. Zresztą coś w dworskim życiu sprawiało, że krew krążyła żywiej w jej odmłodzonych 

cudownymi   ekstraktami   żyłach,   policzki   nabierały   rumieńców,   a   oczy   szczególnie 
niepokojącego blasku. Tym razem jednak nie dopisywał jej zalotny nastrój, choć minstrel był 

gładysz i w żółtych rajtuzach, w kołpaczku zdobnym modrym piórkiem wydawał się podobny 
laleczkom, sprzedawanym na spichrzańskich kramach.

Na   widok   Babuni   spąsowiał   i   pośpiesznie   usiłował   wepchnąć   pakiecik   za   połę 

background image

szamerowanego srebrem kubraka, który był podarunkiem od księcia za szczególnie udaną 

balladę.   Nie   dość   jednak   prędko,   gdyż   Babunia   pochwyciła   go   za   nadgarstek   zimnymi, 
powykręcanymi od artretyzmu paluchami.

- A dokąd to, gołąbeczku? - zaskrzeczała, swym najbardziej profesjonalnym głosem.
Minstrel uczynił rozpaczliwy wysiłek, aby się wyrwać. Lecz, jak wielu przed nim i po nim, 

nie   docenił   siły   uścisku   wiedźmy,   wspomaganej   naparem   z   dziewięćsiła.   W   szarpaninie 
pakiecik wypadł mu z dłoni i potoczył się po kamiennej posadzce wprost pod nogi Babuni. 

Zanim chłopak zdążył choćby sapnąć, wiedźma już trzymała zawiniątko w garści.

- Nie poważycie się! - zapiszczał minstrel, z grymasem bólu rozmasowując nadgarstki.

-   A   nie   trza   się   było   szarpać,   gołąbeczku.   -   Babunia   uśmiechnęła   się   pobłażliwie   i 

uszczypnęła go w ramię szponiastymi paluchami. - Kosteczki chudziutkie niby u kurzęcia, 

jeszcze   je   sobie,   synu,   połamiesz,   na   luteńce   grać   nie   wydolisz.   A   książę   pan   srożyć   się 
zacznie, bo on cię tu nie dla lic kraśnych trzyma. Jak grać nie będziesz, jak mu twe służby 

obrzydną, to niczym żebraka gościńcem precz popędzi...

- Milcz, babo głupia! - syknął młodzian. - Mnie glejt chroni, od samego doży wystawiony. 

Są pakty podpisane, są traktaty stare, których byle książątko nie ośmieli się targać.

- No w życiu! Gdzieżby książę śmiał podobne pakta podeptać! - Babunia uniosła brwi. - 

Ale   są   w   Górach   Żmijowych   niedźwiedzie   i   wilki,   bardzo   niepolityczne   zwierzętach   w 
traktach i glejtach nieobeznane. A nie uwierzysz, jaki w nie czort wstępuje, kiedy jelenia w 

lesie wyczują. Zwłaszcza takowego, który chciał ich panu rogi przyprawić - dodała, rozwijając 
wreszcie przepasane szkarłatną wstążką zawiniątko.

Ze   środka   wypadło   pasmo   płowych   włosów,   przesycone   dusznym   zapachem 

południowego   pachnidła,   które   było   nazbyt   kosztowne,   by   używała   go   któraś   z   dworek. 

Zresztą Babunia Jagódka bardzo dobrze zapamiętała te włosy w kolorze lipowego miodu, 
długie na trzy łokcie i miękkie jak puch. Jarosławna każdego dnia czesała je w oknie książęcej 

alkowy.

- Ot, durna dziewka - mruknęła pod nosem i rzuciła kudły w trójnóg z żarzącymi się 

węglami.

Minstrel krzyknął słabo i skoczył ratować miłosne trofeum, ale cofnął się zaraz, kiedy 

Babunia podsyciła ogień zaklęciem. Wiedźma nawet się nań nie obejrzała. W rozświetlonej 
nagle   komnacie   poczęła   przeglądać   karty   zapisane   kształtnym,   wprawnym   pismem 

skalmierskiego minstrela.

- Nieuczona twa postać, niewymyślne słowa... blablabla... choć w ubraniu pasterki, widno, 

żeś   królowa   -   przeczytała.   -   Luba!   pamięć   niebieskiej   pieszczoty...   blablabla...   Trują   mi 

background image

okropnego rozmyślania chwile...

- Zostawcie! - wykrzyknął minstrel, gwałtownie pokraśniawszy na obliczu.
-   Skalmierskie   poezje.   -   Babunia   Jagódka   uśmiechnęła   się   pobłażliwie.   -   Jak   miło.   - 

Przymrużyła oczy. - Nasz książę pan może do poezyj nieprzesadnie wprawny, bo jego świętej 
pamięci dziadek kazał wszystkie wierszydła w czambuł popalić. Łaskawy był pan, cierpliwy i 

na obmowę głuchy, choć ludziska wiele gadali o nadmiernej konfidencji między księżną a 
wierszokletą, co się tutaj aż z samych Szczeżupin przypałętał. Ale książę był pan wielki a 

szlachetnego serca. W głowie mu nie postało, żeby się tam miało coś dziać między panią a 
rymopiścą, który był w swej sztuce zręczny, ale chudopachołek i człek z gminu. Lecz i nim 

zaraza trząść zaczęła, jak księżna jaśnie pani dziecię powiła. Bo książę był chłop słuszny, 
przetowłosy i na twarzy szeroki, a w kołysce mu pokazali szczurka, oczka niczym paciorki 

czarne, na główce wioski ciemne a kręcone. Wypisz, wymaluj wierszoklet. I tu już książę nie 
zdzierżył. Na dziedziniec zdrajcę wywleczono, choć skowytał niczym pies i czepiał się sukni 

pani, która ledwie z połogu wstawszy, własną piersią go zastawić przed mężowskim gniewem 
próbowała. A to się księciu jeszcze mniej spodobało. Panią kazał w wieży wraz z dziecięciem 

zamurować, wąską jej szparkę w murze zostawiwszy, aby mogła spoglądać, jak jej gaszka 
będą kleszczami na dziedzińcu szarpać...

- Zamurował ją żywcem? - oderwał się słabym głosem minstrel.
-   Bo   to,   wiecie,   kapłani   u   nas   rozwodom   bardzo   niechętni.   -   Babunia   zacmokała   w 

udanym   potępieniu.   -   A   rozszczepić   czekanem   własną   babę   grzech   okrutny   przeciwko 
bogom, tedy się na podobną śmiałość książę nie poważył, choć powiadają starzykowie, że 

bardzo go ręka świerzbiła.  Ale co innego za kratę  ją posłać,  by grzechy  odpokutowała.  - 
Uśmiechnęła się, szczerząc rzadkie pożółkłe zębiska. - Pokutowała więc srodze, na chlebie i 

wodzie, bogów o zmiłowanie za grzech prosząc. Z pół roku tak pokutowała, bo zajadła była 
niewiasta, za nic sczeznąć nie chciała.

Minstrel   cofnął   się,   przejęty   grozą,   ale  wiedźma   nie  zamierzała   zmilknąć.  Jeszcze   nie 

teraz.

- A kiedy jej bękarcie zdechło od niewygód, jęła przez tę szparę księcia jaśnie pana lżyć 

takimi   słowy,   że   słuchać   było   hadko.   Naród   się   z   podgrodzia   schodził,   bo   cudności 

opowiadała   o   jaśnie   pana   książęcym   przyrodzeniu   i   siłach   jego   mężczyńskich,   czy   też 
bezsiłach raczej, co ją do minstrela skłoniły. I znać było, że pokuta pani wymowy nie odjęła, 

rogaczem   małżonka   bowiem   zwała   po   wielokroć   uwieńczonym,   z   imienia   wszystkich 
wyliczając, co się z nią pokładali. Był tam i świniopas, i nadworny klecha, kat jeden, skryba i 

podsędek stary, i półtuzin strażników - jęła wyliczać na palcach Babunia - nawet grabarz na 

background image

koniec, co osobliwie księcia rozjątrzyło. I, patrzajcie ludziska, pewnego razu rankiem cisza na 

dziedzińcu! - Klasnęła w dłonie. - Nie masz księżnej. Oniemiała. Ze trzy niedziele przeszły, 
nim książę  pan kazał  mur rozwalić,  bo się już smród po krużgankach  niósł. A następna 

małżonka   bardzo   rozważnie   powiła   jasnowłose   pacholę,   ojca   naszego   księcia,   niech   mu 
bogowie będą łaskawi. I właśnie ci klaruję, gołąbeczku, że są przyczyny, dla których jego 

książęca mość na wierszokletów zaciekły. Szczególnie jak mu który babę złajdaczy.

- Jak śmiecie...? - Minstrel aż się zachłysnął z oburzenia. - Jak macie czelność podobną 

rzecz   suponować?   Księżnej   cześć   targać,   która   jest   pani   nie   tylko   cnoty   nieskalanej,   ale 
bardziej bogom nieśmiertelnym podobna niźli grubym ziemianom. Gdzieżbym śmiał równy 

cud śmiertelnymi rękoma dotykać? Toż ją z dala wielbić należy, w pokorze a zdumieniu na 
kolanach podziwiać...

- A tyś, chłopcze, może niezdrów? - przerwała trzeźwo Babunia, która przypomniała sobie 

dawniejsze wyczyny Jarosławny z wędrownymi parobkami. - Jakie z dala wielbienie? Jaki na 

kolanach podziw? Jak nie masz do bab śmiałości, to ci ziółek trza zaparzyć, gołąbeczku, i tyle 
ceremonii. Ale od tej jednej baby to się, powiadam, trzymaj z daleka, albo ci to kochanie, 

zdumienie   i   wielbienie   precz   książę   ze   łba   wybije.   Toporem   -   dodała   niemal   niedbale, 
wypuszczając z palców zapisane karty.

Magiczny   ogień   znów   zabuzował   w   trójnogu,   pochwycił   pergamin.   Minstrel   skoczył 

naprzód ze zdławionym okrzykiem. Babunia odsunęła się na bok, by mu nie przeszkadzać. 

Poza tym rozjątrzony młodzian wydał się jej nader miły dla oka - z potarganymi czarnymi 
lokami,   które   zaczął   drzeć   w   bezsilnym   gniewie,   i   ciemnymi   oczami,   co   rozżarzyły   się 

wściekle niczym ślepia kota. Zacisnął palce na rękojeści korda i przez chwilę Babunia miała 
nadzieję, że rzuci się na nią, co mogło być wstępem do znacznie milszych zapasów i raz na 

zawsze wybiłoby chłopczynie z głowy Jarosławnę. Minstrel pohamował się jednak. Wydął 
wargi, strzepnął sadzę z bufiastego rękawa, zadarł hardo głowę i wyrzekł jedno słowo:

- Podła! - Po czym odszedł, zostawiając Babunię przywaloną ciężarem jego wzgardy.
Wiedźma odprowadziła go uważnym wzrokiem, nie tyle dla minstrelowych wdzięków w 

ciasno   opiętych   rajtuzach,   ile   aby   się   upewnić,   że   nie   zmierza   chyłkiem   ku   książęcym 
pokojom.   Tak   się   bowiem   złożyło,   że   małżonek   Jarosławny   obradował   tego   wieczoru   w 

mieście nad podymnem i nie miał wrócić przed północą - a już na pewno nie trzeźwy, gdyż 
rajcy   też   mieli   swój   honor   i   gościnność   znali.   Nieszczęsny   poeta   powlókł   się   jednak   ku 

kuchennej izbie, skąd mimo nocnej pory dochodził rejwach, a dziewki krzątały się żywo przy 
wypieku   chlebów.   Wiedźma   dojrzała   jeszcze,   jak   wedle   gumna   obłapił   wpół   piersiastą 

posługaczkę, co uspokoiło ją po trochu, że mimo niewczesnych upałów miłości chłopak ma 

background image

dość zdrowego rozsądku, by bałamucić raczej podkuchenne niźli Jarosławnę.

Rychło się jednak miało okazać, że jej radość była cokolwiek przedwczesna.
Parę dni przeszło spokojnie. Z południa nadciągnął furgon kupców. Wystawiali w rynku 

towary i Jarosławna rozradowana jak dziecko przechadzała się pomiędzy wozami, mierząc 
pstrokate suknie i pojadając korzenne ciasteczka. Ale Babunia nie omieszkała dostrzec, że 

minstrel łaził za nią krok w krok, sakiewkę jej nosił, a na koniec nawet płaszcz w błoto rzucił, 
by księżna przeszła, nie zbrukawszy stóp wodą z rynsztoka. Książę wzruszył się zresztą tą 

delikatnością   uczuć   tak   dalece,   że   kazał   z   własnej   kiesy   wyszykować   minstrelowi   nową 
delijkę, żeby biedak na mrozie nie zmarniał. Babunia nie podzielała jego wielkoduszności. 

Wprawdzie na chwilę niebezpieczeństwo zostało zażegnane, jako że minstrel wyraźnie zląkł 
się opowieści  o przodku  księcia  i popatrywał  na  niego z  respektem.  Ale zamczysko  było 

obszerne i mroczne, więc wiedźma rozumiała, że pierwej czy później rymopiśca przydybie w 
jakim ciemnym korytarzu Jarosławnę.

Na szczęście, póki co, książę tkwił w zamku jak przyrośnięty. Mieszczanie bowiem okazali 

się   ludźmi   niewrażliwymi   na   perswazję   i   za   nic   mając   wojenne   potrzeby,   nie   chcieli 

podwyższyć podatków. Są w księstwie Servenedyjki, gadali, co je jaśnie pan bez narady z 
rajcami zaciągnął, to niech je teraz jaśnie pan bez rajców utrzyma. Zrazu książę wił się i 

dwoił,   w   wielkiej   sali   z   poddanymi   radził,   deliberował,   rachunki   okazował,   na   wydatki 
wielkie dla pospólnego bezpieczeństwa poniesione się skarżył. Nic nie pomogło. Jął się tedy 

innych sposobów. Pospraszał sztukmistrzów i trefnisiów, żeby panów rajców przychylniej 
usposobili.   Uczty   też   huczne   wyprawiał,   czemu   Jarosławna,   niechętna   przypuszczaniu 

chamstwa do zbytniej poufałości, niezmiernie się krzywiła. Nie śmiała otwarcie sprzeciwić 
się   małżonkowi,   więc   tylko   siedziała   z   kwaśną   miną   w   wielkiej   sali,   kiedy   rozochoceni 

piwskiem rajcy coraz głośniej deliberowali o świńskim pomorze, nowym prawie przeciwko 
nieczystościom wyrzucanym z okien na główne ulice i turzniańskich targach bydłem.

Mieszczanie   tymczasem   bardzo   pilnie   przypatrywali   się   młodej   pani,   choć   w 

przeciwieństwie do minstrela nie czynili tego z zachwytu nad jej oczyma modrymi niczym 

niezabudki i splotami, spływającymi aż do ziemi pasmami złotej przędzy. A umoszczo - na w 
wygodnym fotelu i ukryta przed wzrokiem gości za wypchanym ścierwem dzika, Babunia 

równie uważnie śledziła książęce rokowania z poddanymi. Nie omieszkała więc dostrzec, że 
panowie rajcy z wielką  rewerencją kłonili się przed Jarosławna  i obdarowywali  ją hojnie 

rozmaitymi   niewieścimi   drobiazgami   -   od   szylkretowego   grzebienia   wykładanego   macicą 
perłową i pół tuzina łabędzi do zamkowej sadzawki, aż po szczodrze inkrustowaną srebrem 

kołyskę.  Ten   ostatni   dar   sprawił,   że   Jarosławna   rozpłakała   się  donośnie   pod  łukowatym 

background image

sklepieniem wielkiej sali, po czym zasłoniła twarz jedwabną chustką i wypadła biegiem w 

krużganki. Zanim drzwi zatrzasnęły się na dobre za jej plecami, Babunia Jagódka zdołała 
jeszcze spostrzec,  że minstrel,  który stroił na dziedzińcu luteńkę, pomknął w ślad za nią 

niczym ogar, wyprzedziwszy cztery damy dworu i ochmistrzynię.

- Wybaczcie, waszmościowie. - Książę z lekkim zmieszaniem kiwnął dłonią w kierunku 

domykających się drzwi. - Księżna pani delikatna, jak to pospolicie między białogłowami.

- Delikatna, delikatna - wymamrotał pod nosem rzeźnik Skarłupa, który był już mocno 

podpity, więc mu się z nagła zebrało na szczerość. - Inne też delikatne, a co roku rodzą. Na 
ten przykład moja baba, też delikatna i pieszczona od urodzenia, bo jest aptekarska córka, 

bliźniaki łońskiego roku powiła, dwóch zdrowiuśkich chłopaków...

I byłby pewnie dalej perorował, gdyby mu kamraci gęby nie zatkali, podsunąwszy kawał 

baraniego mostku. Przy czym Skarłupa bynajmniej nie rzucił się na mięso, bardzo zacnie 
upieczone przez książęcego kuchmistrza, tylko wypatrzył krzywo przyciętą kość i rozwiódł się 

szeroko   nad   niekompetencją   partacza,   który   hańbi   rzeźnicze   rzemiosło,   podobnie 
rozebrawszy barana.

Szczęściem książę, pochłonięty bez reszty mową o wyższości miejscowej wełny nad runem 

merynosów, sprowadzanym ostatnio coraz chętniej z południowych księstw, nie ułowił ani 

jednego   słowa   połajanki.   Babunia   jednakowoż   zakonotowała   sobie   starannie   wyrzuty 
rzeźnika. Dostrzegła również, że od owego wieczora mieszczanie coraz częściej ściągali na 

uczty   z   całymi   rodzinami.   Zazwyczaj   przodem   dostojnie   sunął   pan   rajca   w   najlepszym 
kaftanie, za nim dreptała dorodna jejmość, niczym kokosz pusząc się i kołysząc kuprem, 

przybranym   w   pyszny   aksamit,   z   tyłu   zaś   podfruwało   liczne   stadko   rozświergotanych, 
płowowłosych i bardzo urodziwych panienek. Babuni wydawało się, że żadna nie przypadła 

zbytnio   do   gustu   gospodarzowi   zamku,   który   pozdrawiał   je   bez   zapału,   by   natychmiast 
rozpocząć niekończący się monolog o potrzebie nowych podatków i zimowego opatrzenia 

zaciężników. Z początku była więc cokolwiek rozbawiona daremnymi zachodami, ale wnet jej 
wesołość przeszła, kiedy pewnego wieczoru inny podpity mieszczanin wypalił księciu prosto 

w oczy:

- A przestańcież, jaśnie książę panie, nudzić, co jest nasz wedle ojczyzny obowiązek! Już 

wy się nie lękajcie, kiedy wy swój obowiązek domowy spełnicie, i my ze swoim zwlekać nie 
będziemy. Ale nie pierwej!

Tym   razem   Jarosławna   nie   zdołała   nawet   powstać.   Książę   pochwycił   ją   za   łokieć   i 

przemocą pociągnął na krzesło, zadana więc tylko hardo brodę, a na jej policzkach wystąpiły 

ceglaste   rumieńce.   Nikt   jednak   nie   spostrzegł   jej   zakłopotania,   gdyż   książę   uniósł   się 

background image

nieznacznie   z   tronu   i   gwar   w   wielkiej   sali   przycichł   bez   śladu.   Ostrza   zawieszonych   na 

ścianach   toporów   wydały   się   w   tej   minucie   ostrzejsze,   groty   pik   w   dłoniach   strażników 
zyskały  na połysku, a twarz  dziadunia - żonobójcy z portretu  przybrała  pożądliwy  wyraz 

oczekiwania. W bardzo głuchej ciszy dało się słyszeć jedynie pełne aprobaty chrząknięcie 
Babuni   Jagódki,   mile   zaskoczonej   przemianą   roztargnionego   zazwyczaj   i   nieco 

gamoniowatego księcia.

- Nie wasza rzecz rozstrzygać o moich domowych obowiązkach - rzekł książę, a jego rysy 

stały   się   nieoczekiwanie   podobne   do   wilczego   oblicza   władcy   z   portretu.   -   Wasza   rzecz 
milczeć, a łaskawość pana sławić, że was we własnych progach chlubnie podejmuje. Bo może 

was niechlubnie psami za progi wyszczuć, albo jeszcze lepiej wyrychtować. Na ten przykład w 
ciemnicy.

- Wolności nasze...! - Zapalczywy mieszczanin nadął się na gębie.
Siedząca obok jejmość w ciemnozielonej aksamitnej sukni przerwała perorę, z całej siły 

wraziwszy mu łokieć pod żebro.

- Wolności wasze - książę uśmiechnął się nieznacznie, a jego głos nabrał miękkości, od 

której Babunię mile ciarki przeszły po grzbiecie i pomyślała, że może niesłusznie miała go za 
niezgułę - to gnój za mury na taczkach wozić i świniom bukwę zbierać w pańskim lesie. I tyle. 

A moja wolność jest was za zelżenie obwiesić. Skastrowawszy pierwej wszystkich, niczym 
zapustne   knury,   jeśli   na   cześć   jaśnie   księżnej   pani   nastajecie.   Ale   możem   się   tylko 

przesłyszał. - Potoczył wzrokiem po oniemiałej od grozy sali. - Gwar tutaj i rejwach niby na 
jarmarku, kielichy szczękają, minstrelowie grają... - Skinął ku wierszopiścy, skulonemu na 

niskim karle tuż obok paleniska. - A właśnie, cóżeście tak zamilkli, szlachetny nasz mistrzu? 
Grajcież a donośnie, goście rozrywki żądni!

- Nie wiem, czyli się uczta z mą muzyką zgodzi - odparł śmiało minstrel.
- Grać, powiadam! - ryknął książę, ale tak, że i śpiewak, i karło podskoczyli pospołu.

Jarosławna   wzdrygnęła   się   lekko   u   szczytu   stoła,   podobnie   jak   półtora   tuzina   innych 

niewiast, które pobladły niczym książęce obrusy, żadna jednak nie ośmieliła się zemdleć. 

Minstrel   rozdygotaną   ręką   przesunął   po   strunach,   dobywając   kilka   słabych,   piskliwych 
dźwięków.

- A nie fałszować, bo nie za to płacę! - Ciśnięta przez księcia sarnia łopatka odbiła się od 

ściany o dwa palce od głowy minstrela. - I żadnych skalmierskich rzewności, księżna łaskawa 

pani rześką woli muzyczkę!

Minstrel  posłusznie przyśpieszył rytmu, tylko  powietrze ustami łowił,  jakby się czymś 

zatchnął. Kiedy melodia rozkołysała się na dobre, a ten czy ów spomiędzy mieszczan począł 

background image

trwożliwie sięgać po kielich, chcąc spłukać strach skalmierskim winem, książę powstał zza 

stoła   i   bez   słowa   podał   ramię   Jarosławnie.   Jasnowłosa   młynarzówna   zatrzepotała 
powiekami, lecz podniosła się posłusznie.

- Nie przerywajcież sobie, mistrzu - rzekł książę łaskawie. - Księżna jaśnie pani znużona, 

ale dzisiejszej nocy użyczym cię miłym gościom. Dla rozrywki.

Babunia Jagódka wymknęła się z wielkiej sali tuż za książęcą parą, by jej przytomność nie 

onieśmieliła   mieszczaństwa.   Zdążyła   tylko   dostrzec   przez   ramię,   że   jejmość   w   zielonym 

aksamicie chwyta ze stołu kopystkę do nakładania grochu z kapustą i z całej siły wali nią w 
łeb nazbyt elokwentnego i ufnego w miejskie przywileje pana małżonka. Już na krużganku 

skąpanym w miłym księżycowym blasku posłyszała, jak w sali wszczyna się coraz większy 
rumor. Nie nasłuchiwała wszakoż nazbyt bacznie, rozumiejąc, że najważniejsze zostało już 

uczynione, a po dzisiejszej uczcie nieprędko ktoś poważy się powtarzać plotki o Jarosławnie. 
Mieszczanie w mig pojęli lekcję. I to co do joty.

Przystanęła w cieniu piersiastej kariatydy, gdy przez rejwach dobiegający z wielkiej sali 

przebił się pojedynczy wizg i trzask rozbijanej luteńki. Wieczór był wciąż ciepły, choć liście 

na drzewach  w książęcym ogrodzie pożółkły i wyrudziały ze szczętem.  Przeciągnęła  się z 
lubością, aż coś chrupnęło w starych kościach. Od strony kuchni wicher przywiewał miłą woń 

pieczonego chleba, a na górze, w oknie książęcej alkowy wciąż migotał kaganek, ale tej nocy 
Babunia nie zamierzała zaprzątać sobie głowy kłopotami książęcej pary. Ech, w Wilżyńskiej 

Dolinie pewnie już rzepę na polach pieką, pomyślała, i coś ją ścisnęło w dołku, jakieś ulotne 
przeczucie, że nazbyt długo popasała w zamku. Zaraz jednak pomiędzy kępami berberysu 

mignęła jej postać znajomego wojaka i niepokój rozwiał się bez śladu. Wsunęła się jeszcze 
głębiej za posąg dziewoi przygiętej pod ciężarem kapitelu kolumny, wyszeptała kilka słów, a 

potem   pobiegła   ku   niemu   po   zwarzonej   pierwszym   przymrozkiem   trawie,   znów   gibka, 
czarnowłosa i roześmiana. I aż do świtu nie myślała więcej ani o Wilżyńskiej Dolinie, ani o 

Jarosławnie.

Rankiem dziewki służebne opowiedziały Babuni, jak panowie rajcy pospólnym wysiłkiem 

wygarbowali minstrelowi grzbiet jego własną luteńką, i to tak dotkliwie, że go zbrojni musieli 
na   koniec   salwować   z   rąk   rozjuszonych   zamsików.   Sam   pieśniarz   aż   do   zmierzchu   nie 

pokazał się ani w wielkiej sali, ani na dziedzińcu, choć Jarosławna długo przechadzała się w 
krużganku, od czasu do czasu rzucając ponad głowami dworek tęskne spojrzenia ku oknom 

jego   izdebki   na   strychu   zamkowych   stajni.   Kiedy   jednak   ochmistrzyni   próbowała   ją 
zagadnąć, pani przyłożyła tylko rękę do czoła i ze zbolałą miną schroniła się w niewieścich 

komnatach.

background image

-   A   książę  jaśnie   pan   przede   świtem   z   zamku   wypadł   -  objaśniła  Babunię   szczerbata 

pomywaczka.   -   I   to   tak,   że   ledwie   bramę   przed   nim   zdążyli   rozewrzeć.   Byłby   strażnika 
koniem stratował. Ponoć na polowanie, ale w koszarach od rana piją z radości, że teraz ani 

chybi książę pan wojsko na miasto wypuści.

- A wedle czego? - zdumiała się szczerze Babunia.

- Wedle zelżenia - wyjaśniła posługaczka. - Wyście nie stąd, więc nie wiecie, jak za starego 

księcia bywało. Bo bywało tak, że kiedy burmistrz przed książęcą karocą z traktu nazbyt 

późno   w   las   zjechał,   to   przed   wieczorem   książęce   wojsko   w   burmistrzowej   kamienicy 
pierzyny darło, a on sam przy pręgierzu popod zamkową bramą grzbiet pod razy nadstawiał. 

A jak się mieszczany z podatkami spóźniły, to też im książę jaśnie pan wojsko w gościnę 
posyłał.   Popiły   się   żołnierzyki   w   szynku,   pohulały   ździebełko   i   wnet   w   miasto   szły.   Z 

pochodniami. A wiecie, jak to jest, kiedy się chłopy gorzałki ożłopią. Niby książę pan mówił, 
kto tam w ratuszu najbardziej przeciwko  zwierzchności  gardłował,  ale jak się już wojacy 

rozochocili, to nieraz ćwierć miasta z dymem szło.

- Astrolog wczoraj pół nocy w gwiazdy patrzał. - Kostropata kucharka wyszczerzyła zęby. - 

A widzicie, jak się ludziska wokół jego wieży kłębią? Żołd prawie cały z koszar zagarnął, bo 
zakłady ścierwo przyjmuje, czy książę, nasz pan dobry, pierwej miasto spali, czy wierszokletę 

na pal nadziać każe.

- A księżna pani jaka smutna - rozrzewniła się pomywaczka. - Bladziuchna niby chusta z 

łóżka wstała. Nikomu ani słowa nie rzekła, bo nie żali się ona, gołąbeczka nasza. Ale patrzą 
panie, a ona przed zwierciadłem siedzi, i po obliczu jej łezki ciekną jedna za drugą niby 

perełki. Może niezdrowa?

- E tam, zaśby niezdrowa! - prychnęła kucharka. - Płodu donosić nie może, ot co, stąd się 

te   zabawy   z   minstrelem   wzięły   i   insze   brewerie!   Bo   już   trzeci   raz   roni   przez   to   całe 
czarodziejstwo! Toż powiadali ludzie mądrzy, żeby książę zwyczajną babę brał, spomiędzy 

naszych.   Nie   żadną   księżniczkę   zaklętą,   co   tylko   w   oknie   siedzi   jak   malowana   i   oczy 
wypłakuje. Na co mu ona? Ani z niej w domu jaka wyręka, ani w łożnicy uciecha, wciąż jeno 

wątła, płaczliwa i kwękająca.

Posługaczki jazgotały zawzięcie o amorach Jarosławny z minstrelem i o przekleństwie, 

którym zapieczętowano jej żywot, by nigdy nie powiła żywego dziecięcia. Babunia Jagódka w 
zadumie potarła rozłożystą brodawkę pośrodku brody. Nie podobały się jej te pogłoski, wcale 

nie.   Dobrze   wiedziała,   jak   blisko   od   durnej   obmowy   do   pospolitego   stosu,   na   którym 
morzono   wiedźmy   i   cudzołożnice.   A   nazbyt   się   utrudziła   swataniem   Jarosławny,   by   dla 

głupiego kaprysu pozwolić jej wszystko zmarnować.

background image

Aż do zmierzchu czaiła się przy kuchniach, wyglądając minstrela, ale nie zszedł z izdebki 

pod dachem stajni ani tego dnia, ani następnego. Wreszcie kucharka ulitowała się i kazała 
jednej z dziewcząt zanieść mu miskę zupy. Posługaczka długo pukała w drzwi. Nie otworzył 

jej. Żył jednak, gdyż na koniec odezwał się zduszonym głosem, każąc zostawić miskę pod 
drzwiami, a potem iść precz i nie niepokoić go więcej. Co też uczyniła wedle życzenia.

Czwartego   dnia   wierszopiśca   wychynął   ze   swej   izdebki.   Twarz   miał   posiniaczoną   i 

obrzmiałą od razów, usta rozbite, a czarne włosy, zazwyczaj utrefione starannie, opadały mu 

na ramiona w potarganych,  nierównych kosmykach, zupełne jakby kto je przyciął tępym 
nożem.   Powłócząc   nogą,   ruszył   przez   dziedziniec,   a   od   książęcych   obór,   kuchni,   stajni   i 

warzywnika pielonego pod czujnym okiem ochmistrzyni biegły ku niemu tuziny spojrzeń 
złaknionych rzewnych ballad. Pod okapem wędzarni rozczochrana pomywaczka podniosła 

głowę znad skubanego drobiu i jęła bredzić o miłości wielkiej a przemożnej, która wiedzie 
kochanków aż po grób i jeszcze dalej. Babunia wzdrygnęła się z niechęci. Nie tak to sobie 

wyobrażała, zupełnie nie tak.

Kiedy minstrel przysiadł w krużganku na schodach do kaplicy, wiedźma dostrzegła, że 

jego   kaftan   jest   podarty   i   poplamiony   zaschniętą   krwią.   W   wygniecionej   samodziałowej 
koszuli i prostych skórzanych pludrach nie wydawał się już jednym z pysznych skalmierskich 

bardów,  którzy  ufni w opiekę doży wygrażali  samemu spichrzańskiemu  księciu.  Babunia 
pomyślała,   że   właściwie   bez   biretu   ozdobionego   znakiem   profesji,   idiotycznych   żółtych 

rajtuzów i ciżem z wysoko zadartymi nosami wyglądał znacznie lepiej. Napił się zsiadłego 
mleka,   przyniesionego   przez   jedną   z   posługaczek,   a   kiedy   ta   przypatrywała   mu   się   z 

nabożnym   zachwytem,   odprawił   ją   grzecznym   podziękowaniem.   Jego   palce   przebiegały 
nerwowo   po   szarym   granicie   podstawy   kolumny   i   Babuni   prawie   zrobiło   się   go   szkoda. 

Wiedziała bardzo dobrze, ile warta była lutnia, którą mieszczaństwo roztrzaskało na jego 
grzbiecie niczym pałkę, wiedziała też, że żaden z panów nie przyjmie na zimę barda bez 

instrumentu.   Później   jednak   spojrzenie   minstrela   pobiegło   ku   zamkniętym   witrażowymi 
szybkami oknom Jarosławny i Babunia poczuła, jak wszelkie współczucie ulatnia się z niej w 

jednej chwili.

Traf chciał, że tego dnia pokojowe bardzo długo ubierały księżnę, która i zwykłego dnia 

nigdy nie wyburdała się z komnaty przed bitym południem. I kiedy wreszcie Jarosławna 
schodziła   na   dziedziniec   po   marmurowych   stopniach   w   pysznej   sukni   z   purpurowego 

aksamitu   i   włosami   opadającymi   jak   struga   złota,   Babunia   mimowolnie   pomyślała   o 
księżniczkach   z   baśni,   uśpionych   w   czarodziejskiej   wieży,   poza   kręgiem   dzikich   róż.   To 

właśnie   widziała   w   twarzy   młynarzówny   przez   wszystkie   dni   minionego   lata,   kiedy 

background image

przechadzała  się w krużganku z małym białym pieskiem, który książę specjalnie  dla niej 

sprowadził z południowych wysp, albo gdy wyszywała kapę przed ołtarz boga w mrocznym 
wnętrzu wielkiej sali posłuchań. Dziwny rodzaj sennego wyczekiwania, w które popadła kilka 

tygodni   po   szumnych   zaślubinach   i   które   nie   opuszczało   jej   w   żadnej   porze   dnia. 
Najwidoczniej książę nie umiał go rozproszyć.

Musiał je jednak wyczuwać, całe lato bowiem w zamku trwała barwna feeria turniejowych 

gier, festynów i pokazów wędrownych komediantów, których spraszano ze wszystkich stron 

dla rozweselenia milczącej Jarosławny. Księżna łaskawie przyjmowała te zabiegi. Całowała 
małżonka w rękę, czasem nawet dawnym zwyczajem padała mu do stóp. Jej umysł jednak 

wydawał   się   nieodmiennie   zamknięty   i   o   całe   wiorsty   odległy   od   zamku   pośrodku   Gór 
Żmijowych. Z rzadka tylko twarz księżnej rozjaśniała się nagle i nabierała życia - z powodu 

dzikiej róży, ofiarowanej jej przez minstrela, albo piosenki, którą napisał specjalnie dla niej. 
Jednak nie tego dnia.

W przeciwieństwie do kucharek i pomywaczek rozrzewniających się miłością księżnej i 

wierszopiścy, wojacy nie żywili większej atencji dla nieszczęśliwych kochanków. Przeciwnie, 

mieli im za złe, i to ile wlezie. Książę bowiem nie tylko nie wypuścił żołnierzy w miasto na 
grabież, ale na dodatek od pięciu dni wojacy musieli się za nim uganiać po puszczy i co 

bardziej podmokłych bagniskach. I nie zanosiło się, żeby miał prędko do zamku zjechać.

Wszyscy w dworzyszczu dobrze wiedzieli, albo przynajmniej sądzili, że wiedzą, dlaczego 

książę tłucze się po oczeretach i woli obozować pod gołym niebem, niźli powrócić do ślubnej 
małżonki. A ponieważ rzadko kto miał przystęp do Jarosławny, a jeszcze rzadziej ktoś śmiał z 

nią mówić, wojacy bez dłuższych deliberacji obrócili swój gniew ku osobie dla urodzenia i 
rangi znacznie łatwiej dostępnej. I kiedy Jarosławna znalazła się wreszcie na dole, nie czekał 

na nią ani książę z baśni, ani nawet kruczowłosy minstrel. Właściwie nie było tam nikogo. 
Tylko   od   strony   stajennego   dziedzińca   niosły   się   dzikie   wrzaski   oraz   dźwięki   drumli   i 

bębenka, na których dzielni wojacy przygrywali sobie przy zabawie.

Zabawa   zaś   była   przednia.   Z   obory   wytoczono   beczkę   z   gnojem,   żołnierze   ustawili  ją 

pośrodku dziedzińca i bez najmniejszego względu dla sztuki pławili w niej skalmierskiego 
minstrela.   Wcześniej   odbyła   się   też   ceremonia   ścigania   ofiary,   bo   ostrzeżony   przez 

posługaczkę wierszopiśca usiłował się wymknąć. Zanim jeszcze prześladowcy pokazali się na 
zamkowym   podwórcu,   rączo   jak   jeleń   pognał   krużgankiem,   przecisnął   się   pomiędzy 

świńskimi korytami, minął chlewik, wygódkę i oborę dla wołów, a potem chytrze klucząc w 
malinowych zaroślach, wpadł w warzywnik, opadający łagodnie po zboczu pagórka aż do 

fosy. I zdołałby pewnie uciec,  bo lato było upalne i woda w fosie wyschła  tak dalece, że 

background image

miejskie urwisy przerzuciły przez fosę kilka brzozowych gałęzi, by bez kłopotów zakradać się 

po śliwy z książęcego sadu. Jednak i nad fosą, w gęstym łopianowym gąszczu, czaiła  się 
kolejna   gromada   nieprzyjaciół.   Ani   się   minstrel   obejrzał,   jak   owinięto   mu   głowę   końską 

derką i wśród szyderstw powleczono z powrotem na dziedziniec.

Babunia   musiała   przyznać,   że   jak   na   człeka   postury   mizernej   i   nieobytego   z   bronią, 

minstrel   walczył   nad   podziw   zaciekle.   Co   nie   miało   jednak   żadnego   znaczenia,   bo   i   tak 
obdarto go z kaftana, wysmarowano dziegciem, otoczono pierzem, a na końcu wepchnięto do 

beczki z gnojówką. Żołnierze byli już naprawdę w dobrych humorach, po części za przyczyną 
piwa,  które wypito w intencji  rychłego powrotu księcia.  Minstrel stał  w beczce,  po szyję 

zanurzony w cuchnącej brei, a kilku żołnierzy raz po raz dźgało go i zbijało z nóg długimi 
tyczkami,   pilnując,   aby   się   nazbyt   wcześnie   nie   wybił   na   swobodę.   Nie   tłukli   go   nazbyt 

dotkliwie, ani ze szczególną złością, bo też nie o razy tu szło. Wachmistrz, człek w latach 
posunięty i doświadczony, kazał nawet minstrelowi nalać kubek piwa, żeby mu lżej było, ale 

nie próbował przerwać zabawy. Wszystkich zaś oficerów, urzędników i zamkowych oficjeli 
dziwnym   trafem   wymiotło   bez   śladu   Z   dziedzińca,   choć   Babunia   mogłaby   przysiąc,   że 

niejeden przypatruje się przez szpary w okiennicach, jak pospólstwo raz a dobrze załatwia 
sprawę nieszczęśliwej miłości minstrela i księżnej jaśnie pani.

Jarosławna   przez   chwilę   stała   na  samym   skraju   dziedzińca,   ponad   głowami   żołnierzy 

patrząc na beczkę z gnojówką i zanurzonego w niej mężczyznę, a krew powoli odpływała z jej 

policzków.   Potem   bez   jednego   słowa   czy   gestu   odwróciła   się   i,   sztywno   wyprostowana, 
powoli weszła po schodach ku książęcym komnatom.

Muzyczka nie umilkła ani na moment. I wszystko było skończone.
Wieczorem Babunia wybrała się jeszcze raz do książęcych stajni. Łupało ją w kościach i 

czuła nadchodzący deszcz, jesienną zawieruchę, co obedrze drzewa z resztek liści i spłucze z 
dziedzińca  ślady żołnierskiej  hulanki.  Konie parskały  lekko  i rozdymały  chrapy,  a  myszy 

szurgały w słomie, kiedy wiedźma wędrowała pomiędzy rzędem ciemnych boksów, aż na sam 
koniec stajni, gdzie minstrel nakrywał właśnie grzbiet swej kobyłki spłowiałym wojłokiem.

- Juki aby dobrze płótnem nakryjcie, bo burza idzie - powiedziała spokojnie.
Minstrel podskoczył jak dźgnięty szpikulcem. Białka jego oczu błysnęły w ciemności, i 

przez chwilę Babuni zdawało się, że pierzchnie przed nią precz. Pohamował się jednak.

-   Popatrzeć   przyszliście?   -   zapytał   schrypłym   głosem.   -   Nie   dziwota.   Wasza   praca   to 

wszystko, chcecie więc jeszcze do syta napaść oczy. Tedy patrzcie. I radujcie się - dodał, 
krzesząc nieudolnie ognia.

Babunia wykonała drobny gest i kaganek zapłonął nikłym, błękitnawym płomyczkiem, 

background image

dobywając z mroku chudą, poznaczoną świeżymi zadrapaniami twarz minstrela.

- Nie raduję się - odpowiedziała powoli, przenosząc wzrok na obwiązaną chustką dłoń 

chłopaka. - Ani wcześniej, ani teraz.

- Macie mnie za głupca! - Zaśmiał się cierpko. - Myślicie, że nie wiem, kto ją na zamek 

sprowadził?   Że   nie   mówiła   mi,   co   wam   jaśnie   książę   pan   winien,   i   jak   go   z   pomocą 

Servenedyjek na tron sadzaliście? Że nie rozumiem, po cóż rok prawie w zamku siedzicie, ócz 
z niej nie spuszczając?

- Po cóż? - spytała Babunia, choć zgadywała już odpowiedź i coś ją zakłuło boleśnie w 

piersi na podobną niewdzięczność.

-   Żeby   się   wam   z   garści   nie   wymknęła   i   precz   nie   poszła!   -   oznajmił   triumfalnie 

wierszopiśca. - A co! Mówiła mi, wszystko mi mówiła! O wiedźmie z lasu i księciu, co ją wciąż 

od zaklęcia otumanioną w zamek poprowadził i za żonę pojął. Sowicie żeście, babo, zapłacili 
księciu za łyżkę strawy i dach nad głową. A że przy tym jedno czy drugie życie niczym słomka 

i trzasło - furda my i te życia nasze jak plewy znad ziarna wymiatane!

Babunia cierpliwie przeczekała tyradę.

- Ale przecie teraz jej w wieży nie trzymam i pod szarmem nie duszę - rzekła wreszcie. - A 

nie zdaje mi się, byście dla dwojga konie siodłali.

- Bo już raz ją żeście z zamku rodziców w głuszę wywlekli. Na głód, na poniewierkę, na 

zatracenie. Wszystko żeście jej precz zabrali! Urodzenie, dostatek, imię nawet, bo przecież 

ani kraju, ani rodziny swojej pomnieć nie potrafi. To czego jeszcze chcecie? To niby dziw 
taki, że się was boi?

- Dziw,  że z wami uciec nie próbuje. Toż sami śpiewaliście,  że miłość mocarz  wielki, 

wszelkie przeszkody przemoże... A zdaje mi się, że wasza nie przemogła. I nie przemoże.

-   Bo   się   was   Jarosławna   boi!   Książę   precz   pojechał,  żebyście   nas   tutaj   mogli   z   cicha 

powyduszać, wy i to chamstwo uzbrojone.

- Głupiś, synku. Aniście z tą durną dziewką godni księciu do nóg paść i o przebaczenie 

prosić.

Chłopak targnął głową, lecz wiedźma uciszyła go niecierpliwie.
- Dość już, synku, rzekłeś, ale  zrozumiałeś niewiele.  O Jarosławnie,  o księciu.  Przede 

wszystkim o księciu. A skoroś nie zrozumiał, to milcz. I słuchaj. Bo dość było takich, co 
książęciu w głowę kładli, żeby dziewkę z zamku wygnał, albo gdzie po cichu umorzyć kazał. 

Przychodzili do zamku, wręcz się ofiarując kark jej skręcić, czy truciznę w placku zadać.

Zobaczyła, jak minstrel poszarzał jak popiół, ale była wściekła i nie zamierzała przerwać.

- Tak, synku. Bez wiedźmy z lasu, bez zaklęć żadnych. Wystarczyło rozkazać, czy nawet 

background image

milczeniem przyzwolić, bo przecież dość było takich, co dla książęcej łaski skręciliby kark 

cudzołożnicy.

- Łżecie! Łżecie podle!

-  ...a   prędzej  jeszcze  cudzoziemskiemu  gołodupcowi,   co  po  książęcą   własność  sięgał   - 

ciągnęła Babunia. - Właśnie tak, synku. Po książęcą własność.

- Jest jego żoną, nie koniem czy kawałkiem sukna!
- Nie wydarłbyś księciu ani kobyły ochwaconej, ani szmaty starej, co nią w zamku garnki 

czyszczą!   Ani   nic  innego.   Bo   taki   w  Górach   Żmijowych   obyczaj,   że   jak   ktoś   na   książęcy 
dobytek zanadto hardo napiera, to mu się rękę ucina, czasem razem z szyją. Więc pomyśl 

nad tym, synku, zanim dla pustej chwały znów zaczniesz jaką panią zwodzić.

- Żaden dla mnie zaszczyt przymamić sobie żonę księcia, co panuje nad przygarścią łysych 

szczytów i kierdelem sparszywiałych owiec. I który kazał mnie na dziedzińcu zadźgać, bo mu 
żona broni przystępu do łożnicy!

-   Tyś,   synku,   głupszy   jeszcze,   niż   sądziłam   -   skonstatowała   Babunia.   -   Trzeba   było 

służebnych pytać, czyli książę do niej w ogóle ostatnimi czasy chadzał. Zrozumiałbyś i to, 

czemu z zamku precz jechał.

-   Żeby   się   tym   łatwiej   brytany   z   łańcucha   zerwać   mogły   -   ciskał   słowa   pieśniarz, 

zaślepiony w złości.

- Żeby mogła wybrać. Sama, z nieprzymuszonej woli - powiedziała bardzo cicho Babunia. 

- Ta jego księżniczka zaklęta, co jej ze stuletniego snu obudzić nie potrafi. Bo zanim precz 
jechał, o to jedno mnie prosił. Żeby jej nie zatrzymywano. Żeby mogła konia osiodłać, ot tak, 

jako ty, synku, czynisz, i przejechać bramę. Wolna. Jeśli tylko zechce. Ale nie zechce. Będzie 
przez cały wieczór stała w oknie ponad krużgankiem i łzy jej z oczu ciec będą jedna za drugą. 

Ale nie zejdzie. Ot, i skończyła się ballada, synku. Jak było trzeba.

- Jak żeście chcieli.

- Tak ci się, synku, zdaje? - zapytała miękko Babunia.
Ognik   kaganka   przybladł,   koń   poderwał   się   i   chrapnął   z   trwogą.   Kiedy   zaś   płomyk 

rozbłysnął  na  nowo,  wiedźma  opierała  się o drewniany  słup, czarnowłosa  i czarnooka  w 
czerwonej sukni, z piersiami na wpół przysłoniętymi koronką i kibicią  wiotką jak łodyga 

kwiatu.   Zobaczyła,   że   minstrel   cofnął   się,   a   jego   źrenice   rozszerzyły   z   przestrachu,   choć 
spotykał   wcześniej   ją   w   obu   postaciach   w   salach   książęcego   zamku.   Nigdy   jednak   nie 

odmieniła się na jego oczach z łatwością, która zadawała kłam wszystkim opowieściom o 
magicznych wywarach sporządzonych z krwi niemowląt i kości nietoperza. I zaraz wiedziała, 

że nie powinna była tego robić. Nie poza Wilżyńską Doliną, gdzie ludzie przywykli do jej 

background image

mocy i rozumieli dobrze, kiedy odwrócić wzrok.

Bał się. Ludzie zazwyczaj bali się podobnej mocy, ale była zbyt zła, by dbać o jego strach. 

Zła i znużona.

- Była kiedyś dziewczyna, synku. Widziała z krużganku ojcowskiego pałacu, jak jedzie 

przez dziedziniec z lutnią na plecach i pojedynczym sztyletem u pasa. Bo właśnie tak jeździł 

po Górach Żmijowych. - Roześmiała się cierpko. - Bez puklerza, z odkrytą głową. Bez miecza 
nawet. Jak po własnym podwórcu. I kiedy ją zawołał, zbiegła do niego po schodach, których 

stopnie migotały wszystkimi odcieniami ognia pod jej stopami.

- Kim wy jesteście? Kim...?

- Wiedźmą z lasu. - Babunia Jagódka podniosła na niego oczy, które wydawały się odlane 

z   płynnego   złota.   -   A   co   ci   się   zdawało,   synku?   Ale   była   kiedyś   taka   dziewczyna,   która 

wybiegła   z   ojcowskiego   pałacu   dla   pojedynczej   śpiewki   i   śpiewka   porwała   ją,   poniosła 
gościńcem jak przygarść suchych liści - na oślep, na zatracenie. Dawno, dawno temu. Zanim 

upadły   rdzawe   mury  Stopnicy   i   dziki   bluszcz   zatańczył   w  salach   kopiennickich   zamków. 
Zanim   Thornvelin   powróciła   z   północy,   z   przekleństwem   bogini   wypisanym   na   czole.   A 

potem, synku - uśmiechnęła się, a w załamaniach i fałdach jej sukni żarzyły się i gasły drobne 
złote iskierki - potem było już po prostu za późno, bo świat zatrzasnął się wokół niej i żadna 

powrotna   ścieżka   nie   prowadziła   do   pałacu   ojca.   Ani   jedna   ścieżka   w   całej   połaci   Gór 
Żmijowych, ponieważ ogień wygasł, a ściany wypaliły się aż po fundamenty.

Minstrel cofnął się o krok i wiedziała, że musiał znać tę legendę. Wszyscy ludzie w Górach 

Żmijowych, i dalej jeszcze, aż po północne krańce Wewnętrznego Morza, znali legendę o 

pałacu utkanym z żywego ognia, a on był bardem.

- Więc nie mów mi, synku, o tym czego chciałam - dokończyła bardzo cicho. - Ani co było 

trzeba. Nie masz o tym pojęcia, synku.

- Jesteś jego córką? Jesteś córką...?

- Nie! - Położyła mu dłoń na wargach. - Nie wymawiaj jego imienia, nie tutaj.
- Opowiedz mi! - Palce minstrela zacisnęły się na jej nadgarstku. - O pałacu z żywego 

ognia, o mieście Vadiloneda, zanim obróciło się w ruinę.

- Po co?

- Bo pamiętasz.
- Pamiętam wiele rzeczy, synku. - Uśmiechnęła się do niego oczami z płynnego ognia. - 

Głos ojca, kiedy zbiegam z krużganku, a iskry rozwijają się pod moimi stopami jak kaczeńce. 
I srebrne głosy dzwonów nad murami Stopnicy. A także ramiona mężczyzny, który obejmuje 

mnie wpół, gdy siedzę przed nim w siodle, a podkowy dźwięczą po kamiennym bruku jak 

background image

kamienie rzucane na szczęście w morze. Pamiętam każde słowo ballady, którą zaśpiewał dla 

mnie pierwszej nocy. Wiedział, kim jestem, więc nie wyrzekł ani słowa, kiedy rozpaliłam 
ogień   pojedynczą   sosnową   igłą,   rzuconą  na   stos  chrustu.  Pamiętam  granie   świerszczy   w 

wyschniętych trawach i miękkość mchu, kiedy leżałam z głową na jego kolanach, bo tamtej 
nocy żadne z nas nie potrafiło usnąć. Umiałabym odnaleźć pień sosny, o którą się opierał, i 

ślad ognia na kamieniach. Ale nie pamiętam jego imienia. Miałam dość mocy, aby spopielać 
zamki aż do litej skały i skierować nurt rzeki na obozowisko jego wujów...

- Pustułka! - Minstrel ze świstem wciągnął powietrze. - Znam cię! Ty jesteś Pustułka!
- Nie pamiętam jego imienia! - wykrzyknęła w udręce wiedźma, a pochodnie na ścianach 

stajni wybuchły ostrym płomieniem. - Nie pamiętam zupełnie nic! Nic, prócz tego, jak ona 
wjeżdża na dziedziniec przed stopnicką cytadelą. Thornvelin. Jej włosy powiewają na wietrze 

niczym srebrzyste babie lato, a myśli są kruche jak pajęcza  nić. Ale gdzieś głęboko, pod 
przerażeniem, rozpaczą i wszystkim, co wydarzyło się na północnym morzu, wyczuwam jej 

umysł, jak  pajęczą  nicią  opleciony klątwą  Fei Flisyon. Jasny, doskonały umysł uścieskiej 
alchemiczki, która ośmieliła się rzucić wyzwanie bogini w jej własnym żywiole.

- Thornvelin - wyszeptał minstrel.
- Thornvelin. Thornvelin, która już wie. Doskonale wie, co się wydarzy, kiedy tylko jej syn 

spojrzy na nią pierwszy raz, ale siedzi sztywno wyprostowana w siodle, a kniaź prowadzi za 
uzdę jej konia pomiędzy szpalerem pachołków z rozpalonymi pochodniami. I przez chwilę ja 

również wiem. I przez chwilę pragnę, żebym nigdy nie wyszła poza ściany pałacu mojego 
ojca, ściany utkane z żywego ognia, gdzie nie sięga klątwa Zaraźnicy, ani dźwięk lutni, ani 

jego głos. Tyle że podkowy jej konia wciąż stukają po bruku. Tap, tap, tap! - Roześmiała się. - 
Coraz bliżej, synku, coraz bliżej!

Płomienie pochodni zdawały się pulsować każdym jej słowem.
- A potem? Co dzieje się potem?

- A potem ognie pochodni ciemnieją jeden za drugim i nie potrafię przywołać ich mocy. 

Pierwszy raz w życiu, choć jestem przecież jego córką i ogień odpowiada na moje wezwanie. 

Jestem ślepa, synku. Właśnie tak. - Uczyniła nieznaczny gest, a w stajni zrobiło się znów 
zupełnie ciemno, i tylko pochodnie syczały, jakby zanurzono je w chłodnej wodzie. - Pierwszy 

raz, synku! Właśnie tak skończyła się ballada. Na tamtym dziedzińcu pośrodku Stopnicy o 
rdzawych  murach.   Wybrzmiała,   wyśpiewała   się  do  ostatniego  słowa.   Co  ci   jeszcze   mam, 

synku, opowiedzieć? O tym, jak klątwa pędziła go dalej i dalej poprzez Góry Żmijowe aż na 
sam  kraj  Wewnętrznego  Morza?  A  może  o  tym,  jak   zdołał   wreszcie  odnaleźć  ścieżkę   do 

pałacu mojego ojca? On, nie ja, chociaż mam w sobie moc, moc wysnutą z żywego i zrodzoną 

background image

z boga, najpotężniejszego z bogów Krain Wewnętrznego Morza.

Koń targnął się w ciemności i chrapnął z przestrachem.
- Ale pamiętasz go? - W głosie minstrela nie było już nic, prócz zdumienia.

- Pamiętam ich obu, synku. Mojego ojca, jak ostrzega mnie, abym nie biegła za balladą, 

ponieważ świat jest wielki i obcy dla takich jak ja, a moce rozmywają się i nikną z dala od 

swego źródła. I jego palce. Jego palce na strunach lutni, tamtej pierwszej nocy. Jego palce 
zaciśnięte na mojej dłoni w ostatniej chwili, kiedy jest jeszcze sobą, a srebrne podkowy konia 

Thornvelin stukają po bruku. Tap, tap, tap. Ostatnie echo ballady...

- Tyle że to nie jest pałac utkany z żywego ognia.

- I nie wieża na szczycie kryształowej góry. Ani zamek czarowny na dnie morza. A tobie 

czas ruszać, synku, bo burza idzie...

- Nie wasza rzecz! - Minstrel podrzucił głową. - Niestraszne mi góry.
- A pewnie! Znać po tobie, synku, żeś człek doświadczony, taki, co się z niedźwiedziem za 

bary   weźmie,   a   zbójców...   -   Skrzywiła   się,   omiatając   spojrzeniem   jego   strój   i   trzewiki   z 
noskami zawiniętymi tak wysoko, że ledwie we strzemię wejść mogły. - Nie, zbójcę sami się 

ze śmiechu rozpękną.  Chyba  że wcześniej  śnieżyca  przełęcz  zasypie. Bo wówczas,  synku, 
będziesz się musiał przez Góry Sowie między szczurakami przemykać...

Strzepnęła   pyłek   z   koronek,   nie   przeoczywszy   jednak   nagłego   przestrachu   na   obliczu 

minstrela.

Ludzie   zawsze   obawiali   się   szczuraków,   ale   ostatnimi   czasy   wokół   traktu   rozgorzała 

nieledwie wojna. Rozjątrzony napaścią spichrzański książę raz po raz wysyłał w Góry Sowie 

zbrojne wycieczki, choć nie najlepiej szło mu wojowanie. Zwierzołacy bronili się zajadle w 
ruinach   kopiennickich   siedzib,   przyparci   zaś   do   muru   i   okrążeni   przybierali   znienacka 

szczurzą postać i kryli się w podziemnych jamach, gdzie żaden człek nie śmiał ich ścigać. 
Jednak wielki kupiecki szlak pustoszał nieodwołalnie, wysoko w górach bowiem to szczuracy 

polowali na zapóźnionych podróżnych. Do zameczku księcia ze dwa razy zawitały kupieckie 
karawany, które cudem wyrwały się z podobnej napaści. Tam jednak szły wysokie wozy z całą 

gromadą zaciężników, nie pojedynczy koń, a i minstrel miał o wojaczce pojęcie mizerne.

- No, chyba że ich, synku, grą swoją do łagodności natchniesz. - Babunia uśmiechnęła się 

wrednie. - Był niegdyś minstrel, co pono dopiął tej sztuki ze zwierzem dzikim, bodajże na 
cytrze grając, nie pomnę...

- Na harfie! - syknął przez zaciśnięte zęby minstrel.
- Tako i mówię, że na czymś starym! - Babunia zbyła go niecierpliwym machnięciem ręki. 

- Ale zda mi się, synku, że choćbyś sobie nawet fujarkę z wierzbiny wyrzezał, to zeżrą cię 

background image

szczuracy, do ostatniej kostki ogryzą. Wierzbiną takoż nie pogardzą, bo to naród ciemny i 

prosty,   za   nic   sztukę   mający.   Piękna   romantyczna   śmierć.   -   Zmarszczyła   brwi,   udając 
namysł. - Tragiczna. Zobaczysz, będą jeszcze konfratrzy piosnki składać i o miłości twardszej 

niźli stal złowroga, co cię zawiodła do beczki z gnojów... Co ja gadam! Co cię pomiędzy bestie 
okrutne pchnęła, na zatracenie, zwodna miłości, cierpieniem zbyt droga...

- Starczy. Musicie się naigrawać, tedy prozą, bo rymy wasze od razów gorsze.
- ...Grunt, żebyś się zabić dał, synku - ciągnęła niestropiona Babunia. - Bez tego ani rusz. 

Zabić i zeżreć bez śladu najlepiej. Bo będą ci mieli konfratrzy za złe, jak się wieść rozniesie, że 
zamiast z miłości tragicznej konać, siedzisz kędyś w cieple na książęcym dworzyszczu, wino 

żłopiąc bez opamiętania. No, ale jakbyś jednak do opamiętania przyszedł, to dam ci prezent 
na  drogę,  wedle tych  zbójców i dzikiego zwierza!  - Odpięła  z  pleców sakwę  i cisnęła  ku 

niemu.

Minstrel machinalnie pochwycił pakunek. Ale kiedy przez grubą warstwę szmat wyczuł 

kształty podarunku, jego twarz posiniała nagle od obrazy.

- Książę wam kazał? - zapytał chrapliwym, urywanym głosem. - Zapragnął okupić się 

pachołkowi?   Powetować,   co   mi   z   waszą   pomocą   wydarł?   -   Dygoczącymi   rękoma   zaczął 
rozsupływac troki sakwy. - A skądże ma pewność, że onego hojnego podarunku o kamienie 

nie potrzaskam? Tak właśnie! - Pochwycił lutnię za grot i z całej siły uderzył nią w drewniany 
słup.

Stuknęła głucho, a z góry, spomiędzy desek strychu posypało się im na głowy próchno, 

źdźbła trawy i piach. Wiedźma przyklękła, podjęła delikatnie instrument, otrząsnęła słomę. 

W świetle kaganka drewno wydawało się lśnić w jej dłoniach.

-   To   istotnie   hojny   podarunek,   synku.   -   Przesunęła   palcami   po   wysmukłym   gryfie.   - 

Wykuty przez boga dawno, dawno temu i podarowany komuś, kto nie ma już imienia. Dar 
ode mnie, nie od księcia.

- Zamiast niej? Zamiast Jarosławny?
- Nie, synku. - Babunia odrzuciła z twarzy krucze loki i popatrzyła mu prosto w oczy. - Ją 

ci także podaruję, skoro się napierasz. Jarosławnę, tę odartą z ballady, obłupioną z marzenia. 
Sam   zobaczysz.   Jest   taka   dolina,   nieznaczna   i   niezbyt   zasobna.   Poza   Palem,   Maczugą   i 

Mnichem,   wysoko  w górach.  I  jeśli  ci,  synku,  Jarosławna  taka   droga,  jeśli   naprawdę   jej 
chcesz, to odnajdź tę dolinę przyszłej wiosny, czy później jeszcze. Strumień znajdź, i wioskę, i 

młyn stary, a potem pytaj ludzi o Jarosławnę, niechże ci prawdę rzekną o tym zaczarowaniu, 
co twoją księżniczkę odmieniło i do pałacu zawiodło.

- Zdradzicie mi zaklęcie, które ją więzi? - Jego głos był napięty jak struna. - I opowiecie o 

background image

pałacu z żywego ognia?

- Może. Jeśli naprawdę będziesz chciał wiedzieć. Albo jeśli zapragniesz oddać mi lutnię.
W wyciągniętych  dłoniach  wciąż  trzymała  instrument i minstrel  wziął  ją jak  we  śnie, 

delikatnie przejechał palcami po wypolerowanym drewnie.

- Dlaczego to robicie? - zapytał bardzo cicho. - To skarb więcej wart złota, niźli go wasz 

książę na oczy oglądał.

Wiedźma zdjęła z fałd sukni pojedyncze źdźbło siana, które rozwinęło się w jej palcach w 

długi, smukły pęd, później zaś poczęło kurczyć się i tężeć.

- Po cóż mi złoto? - Obróciła w palcach łodyżkę, a światło połyskiwało na złotych listkach, 

pokrytych delikatnym żyłkowaniem. - Jestem córką mojego ojca, czy sądzisz, że mogłabym 
potrzebować złota?

Dmuchnęła w dłoń, łodyżka uniosła się i zawirowała w powietrzu. A kiedy opadła tuż przy 

wywiniętych noskach butów minstrela, znów była jedynie zeschłym, przyszarzałym źdźbłem 

siana. Chłopak jednak cofnął się z przestrachem, jakby się mogła odmienić w jadowitą żmiję.

-   Więc   to   prawda,   że   życzenia   nie   można   kupić   złotem,   ani   ostrzem,   ani   obietnicą, 

ponieważ w każdym darze wiedźmy drzemie cząstka Annyonne, pożeraczki dusz. I zanim 
powrócę do was po zaklęcie i po opowieść o pałacu z żywego złota, wasza lutnia pochłonie 

mnie kawałek po kawałku, melodia po melodii, aż na końcu nie będzie zupełnie nic.

-  Bywaj   zdrów,  synku.  - Babunia  Jagódka  roześmiała  się z  cicha  i  położyła  lutnię   na 

klepisku. - Zobaczymy się jeszcze. Albo i nie.

Przeszła pomiędzy dwoma rzędami koni, które stukały kopytami w ziemię i poparskiwały, 

kiedy je mijała. Przez chwilę stała jeszcze na niskim dziedzińcu, nasłuchując w chłodnym 
powietrzu miarowego skrzypienia żurawia, bo świt był już blisko i dziewki zaczęły czerpać 

wodę, później zaś ruszyła ku marmurowym schodkom. I nie obejrzała się za siebie, kiedy na 
podwórcu zatętniły końskie kopyta.

W niszy krużganka, szczelnie okutani wełnianym płaszczem paziowie Jarosławny spali 

smacznie,   ale   w   sieni   wiodącej   do   komnat   księżnej   zastąpiła   jej   drogę   krzepka,   zaspana 

matrona w barwach fraucymeru. Na widok Babuni Jagódki zasępiła się wyraźnie.

- Wybaczcie, kazano mi wzbronić wam przystępu - rzekła z zakłopotaniem.  - Księżna 

niezdrowa, nikogo widzieć nie chce.

- Ja w lekach obeznana - odparła z jawną kpiną Babunia. - Tedy i medyka wołać nie trza 

będzie.

- Nie mogę... - Kobieta zastąpiła drzwi, lecz wiedźma odsunęła ją na bok niczym niesforne 

dziecko.

background image

Jarosławna siedziała w oknie. Miała na sobie tę samą suknię, którą nosiła popołudniem, 

kiedy   na   wysokim   dziedzińcu   pławiono   w  beczce   wierszopiścę,   a   jej   rozpuszczone   włosy 
spływały aż do posadzki z czarnego kamienia. Nie odwracała spojrzenia od książęcego traktu, 

choć niewiele mogła dojrzeć, bo noc zaledwie zaczynała jaśnieć ponad polami. Na kolanach 
miała plik pergaminów zapisanych czerwonym atramentem. Pojedyncza karta spłynęła po 

aksamitnej  sukni   na  posadzkę.  Jarosławna  sięgnęła   po  nią  i   bez  słowa   cisnęła   w żar  na 
żelaznym trójnogu.

Ogień   pochwycił   pergamin   i   przez   chwilę   wiedźmie   wydawało   się,   że   widzi   na 

pociemniałej  karcie  ogniste  kształty  liter,  wytwornym  skalmierskim   duktem złożonych  w 

kształt ballady. Później w powietrzu zawirowały drobne płatki sadzy, a Jarosławna sięgnęła 
po kolejną kartę.

- Czy jesteście zadowoleni, mateczko? - zapytała martwym, płaskim głosem. - Będę miała 

dziecko. Czy to wystarczy?

Wiedźma podeszła bliżej do okna zwieńczonego rozetą z drobnych, bladoróżowych szybek 

w   ołowianych   obejmach.   Poniżej,   poza   pierścieniem   wewnętrznych   murów   opuszczano 

właśnie zwodzony most. Łuczywa u bramy wciąż płonęły i oświetlały okutanego w płaszcz 
minstrela,   który   stał   u   bramy,   czekając,   aż   pachołkowie   dokończą   dzieła.   Koń   drobił 

kopytami w miejscu, wiatr  rozwiewał  ciemne włosy chłopaka,  a wiedźmie  wydało się, że 
widzi przytroczony u siodła znajomy pakunek.

- Powiedziałaś mu?
- Nie. - Jarosławna zaprzeczyła ruchem głowy. - Żadnemu z nich.

Minstrel   wjechał   na   most.   Sztywno   wyprostowany   w   siodle,   bardzo   wolno   minął 

wartowników. Żołnierz w spłowiałej karmazynowej przeszywanicy uczynił gest, jakby chciał 

klepnąć w zad konia, ponaglając go do szybszego chodu, ale opuścił rękę i splunął tylko z 
pogardą pod kopyta. Drugi z wartowników pociągnął go w bok, zaczął coś pilnie klarować, a 

potem ruszył biegiem ku stajniom.

Wiedźma potrząsnęła głową i jej myśli pobiegły ku innemu mężczyźnie, który również nie 

spał tego poranka. Umiała go wypatrzyć w bladej szarości świtu, jak jedzie powoli wąską 
groblą   pomiędzy   trzęsawiskami,   koń   stąpa   ostrożnie   po   namokłej   ziemi,   a   żaden   ze 

zbrojnych nie śmie podjechać bliżej i zagadnąć pana choćby jednym słowem. Zastanawiała 
się,   jak   powita  go   posłaniec,   który,   z   nagła   wyrwany   ze  snu   przez   wartownika,   zaczynał 

właśnie siodłać konia. Ale nie umiała odgadnąć, co uczyni książę.

- Co żeście mu ofiarowali, żeby mnie zostawił? - zapytała nagle Jarosławna.

- Nową lutnię.

background image

- Zaczarowaną lutnię z wężowego drzewa? - Roześmiała się cierpko, rzucając w ogień 

ostatnią z kart. - Wykutą w ogniach Kii Krindara lutnię, która pamięta wszystkie melodie 
świata?

- Zwyczajną lutnię. - Wiedźma wzruszyła ramionami. - Dwa tuziny podobnych znajdziesz 

na kupieckim straganie.

- Tylko tyle?
- Dosyć, by uwierzył w legendy o wiedźmim podarunku, który uczarował go, odpędził od 

ukochanej. Od księżniczki spętanej zaklęciem wiedźmy z lasu.

Minstrel  przejechał  most.  Babunia   widziała  ciemny  zarys  jego  konia,  gdy  przy  murze 

strażnicy skręcił ku miastu, a potem wydało się jej, że słyszy nikłe plaskanie kopyt w błocie 
gościńca.   Ale   może   to   był   zupełnie   inny   koń,   czarny   książęcy   rumak   na   odległej   grobli 

pomiędzy zalanymi jesiennym deszczem polami.

-  Więc  wiedzieliście,  mateczko?   - Jarosławna  odwróciła   się  wreszcie,  a   jej  twarz  była 

czerwona i opuchnięta od płaczu. - Cały czas wiedzieliście?

- O twoich powiastkach, dziewczyno? - Wiedźma ze znużeniem przymknęła powieki. - O 

wiedźmie z lasu, która cię porwała z zamku rodzicielów i pod okrutnym zaklęciem trzyma? 
Czy może o śnie stuletnim i o tym, dlaczego wrzeciona w rękę wziąć nie śmiesz? Wiedziałam. 

Ale nie wiem, co powiesz księciu, kiedy spyta, czyje dziecko nosisz.

Miała ochotę zapytać jeszcze o coś, ale młynarzówna odwróciła się do okna. Jej dłonie 

spoczywały nieruchomo na fałdach sukni, a oczy były znów suche, i Babunia zrozumiała, że 
dworki z fraucymeru nie zdołają jej nakłonić, aby wstała z krzesła, na którego oparciu dziwną 

snycerską   sztuką   wyrzeźbiony   pelikan   rozrywał   sobie   pierś.   Może   i   dobrze,   pomyślała. 
Niechże tam siedzi w tej sukni purpurowej, złotą nicią naszywanej i z włosami, co spływają 

do ziemi jak złota przędza, i niechże ją książę zobaczy, kiedy będzie jechał po moście, tę 
swoją zaklętą księżniczkę, która zagubiła się we własnym czarze.

- To nie potrwa już długo - powiedziała Jarosławna, niemal niedosłyszalnie.
I było coś takiego w jej głosie, że Babunia przelękła się, pierwszy raz tej nocy.

- Co ty wygadujesz, dziewczyno?
- Ale wy zaopiekujecie się moim dzieckiem - mówiła z namysłem młynarzówna, bardziej 

do siebie niż do Babuni Jagódki. - Tak samo jak zaopiekowaliście się mną. Więc może kiedyś, 
może kiedyś czar pryśnie... Ale nie dzisiaj...

- Jest zmęczona. - Dworka delikatnie dotknęła ramienia Babuni. - Dzień cały przy oknie 

siedzi, nic do ust nie wzięła. Jutro z nią pomówicie.

- Jutro - powtórzyła bezmyślnie wiedźma.

background image

Pozwoliła   się   poprowadzić   przez   komnatę   o   ścianach   zawieszonych   gobelinami,   na 

których gromada myśliwych ścigała białą łanię. Wyszła na krużganek. Paziowie budzili się 
właśnie,  przecierając zaspane oczy, choć na dziedzińcu  było wciąż  cicho.  Jednak kominy 

kuchni   dymiły   rześko,   na   tylnych   podwórcach   uwijały   się   dziewki,   a   od   stajni   słyszała 
pokrzykiwania  pachołków.  Coś odmieniło się w zamku,  czuła  to bardzo  wyraźnie,  zanim 

jeszcze   grupa   wartowników   minęła   ją   u   podnóża   wieży,   radośnie   podśpiewując   sprośną 
piosenkę.   Książę   miał   wrócić,   a   wieść   o   dziecku   przed   zmierzchem   rozejdzie   się   po 

podwórcach i zamkowych salach. I jeśli nawet później zacznie kto nad kołyską wspominać 
poufałość księżnej pani z minstrelem, Babunia Jagódka nie wątpiła ni chwili, że książę wnet 

znajdzie sposób, by oszczerców po cichutku umorzyć.

Nie potrafiła tylko nazwać, czego jej właściwie było żal.

Postała jeszcze chwilę, popatrzyła na zębate blanki wieży, gdzie mieszkała przez ostatnie 

miesiące, na okno książęcego alkierza,  w którym widziała  szczupłą, nieruchomą sylwetkę 

Jarosławny, na beczkę wreszcie z resztką gnojówki, porzuconą bezładnie przy stajniach. A 
potem szybkim krokiem ruszyła przez dziedziniec, unosząc dół pysznej karmazynowej sukni, 

by   nie   poplamiła   się   błotem   i   nieczystościami.   Zatrzymała   się   przed   warzywnikiem   i 
wyłamała jeden z kijów, podpierających pleciony chruściany płotek. Nie była to wprawdzie 

jej   ulubiona   sztacheta,   ale   właściwie   nie   miało   to   żadnego   znaczenia,   bo   nie   zamierzała 
czekać ani chwili dłużej. Ani jednej parszywej chwili.

Podciągnęła   wysoko   suknię   i   usiadła   okrakiem   na   kiju.   Dwóch   pastuchów,   którzy 

przerzucali gnój na pryzmę przy warzywniku, przyglądało się jej z nieskrywaną uciechą, ale 

Babunia nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi.

- Do domu - powiedziała cicho. - Wracamy do domu.

Posługaczki mówiły później, że odmieniła się w kruka i przepadła bez śladu nad lasem.
Tego samego dnia minstrel zatrzymał konia w głębi lasu, rozpalił ogień, a potem siedział 

długo bez ruchu, wpatrując się w żar. A jeszcze później sięgnął do sakwy i odwinął spomiędzy 
koców lutnię, która połyskiwała w jego dłoniach jak płynny bursztyn, a na gryfie cienką żyłką 

srebra miała wypisane imię boga.

background image

GRASANCI Z KAMIENNEGO LASU

Babunia   Jagódka   stała   na   środku   trzęsawiska   przed   bramą   do   wilżyńskiej   wioski   i 

lodowata, cuchnąca woda wlewała się jej do trzewików. Pociągnęła nosem, ale nie poczuła 

dymu. Nawet nutki smakowitego zapachu grochówki czy flaczków sowicie przyprawionych 
majerankiem. Nic. Ani śladu cierpkiej woni jabłek wędzonych na kominie albo otrębowego 

chleba, do którego w uboższych domostwach obficie dosypywano zmielonych kasztanów. Po 
prostu nic. Jakby w Wilżyńskiej Dolinie wygasły wszystkie paleniska.

Pokręciła z niedowierzaniem głową, przygryzła róg chustki w czerwone róże. Ze złością. 

Mieszkała tutaj od co najmniej trzech pokoleń i nigdy jeszcze nie zlekceważono jej w równie 

upokarzający  sposób.  Nigdy.   Owszem,   bywało,  że  na   plebana   nastał  szczególnie   zjadliwy 
proboszcz albo powadziła się ze dworem o cenę wywaru z miłostki i zeźlony władyka zakazał 

konszachtów z wiedźmą. Ale dała się poznać wieśniakom wystarczająco dobrze, by nawet w 
najbardziej parszywych czasach pamiętali, kogo należy się bać bardziej niźli pana, wójta i 

plebana.   I   kiedy   szła   środkiem   wioskowej   ulicy,   rozjazgotane   baby   milkły   w   pół   słowa, 
zajadłe kundle umykały z podkulonymi ogonami, a matki spiesznie wpychały dzieciaki do 

izb, żeby nie spoczęły na nich kaprawe  oczka Babuni. Zawsze  ktoś ją śledził, choćby zza 
szczelnie zawartych okiennic albo z bzowych chaszczy nieopodal kapliczki, i nawet samotna 

na środku wioskowego placu czuła, jak wieśniaczy strach mile łechce jej serce.

A   dzisiaj   nic.   Nikt   nie   cisnął   zza   uchylonych   wrót   kamieniem   ani   nie   poszczuł   na 

powitanie psami. Sapnęła ze złości i posłała ku wiosce spojrzenie zdolne rozszczepić dębowy 
pień na dwoje. Potem zakasała spódnicę, wymierzyła bramie solidne kopnięcie i wkroczyła 

do wioski. Nie musiała brnąć przez bagno, wrota bowiem rozpadły się na tuzin zgrabnych 
desek, tworząc pomost ponad rozlewiskiem błotnistej mazi. Babunia weszła nań dumnie i... 

zamarła, róg odświętnej chustki wypadł jej z zębów, a oblicze pokryła trupia bladość.

Wioski nie było.

Tak po prostu.
Jeszcze dobrą chwilę stała z rozdziawioną gębą, co nie zdarzyło się jej od czasów wczesnej 

młodości, kiedy to przydybała dziada władyki szarżującego z siekierą przez żyto na czarnego 
odyńca, postrach okolicy, który nieopatrznie zapędził się na folwark i czynił spustoszenie w 

pańskich   zasiewach.   Powoli   do   jej   zamroczonego   wściekłością   umysłu   przebijało   się 
zrozumienie, co naprawdę zaszło podczas owego roku, kiedy ona żyła dostatnio w książęcym 

zamczysku.

Ktoś ukradł jej wioskę. Zrobił to na tyle dawno, że w powietrzu ni na ziemi nie wyczuwała 

background image

żadnych śladów obcych. A potem uciekł precz. Nazbyt daleko, aby dopaść go i obedrzeć ze 

skóry.

Nie mogła uwierzyć, że śmiał to uczynić.

Z   osady   pozostały   jedynie   zgliszcza   po   obu   stronach   placu   i   dalej,   wzdłuż   drogi 

prowadzącej ku domostwu władyki. Krępe, osmalone fragmenty ścian z drewnianych bali, 

połamane   ościeżnice,   kamienne  schodki   o  trzech   stopniach,   okopcone   cegły   na   kominie, 
gdzieniegdzie   kawały   poczerniałej   od   dymu   strzechy,   zwisające   nad   wyschłymi   badylami 

chaszczy. Nic więcej.

Potrzaskane   koło   Betkowego   młyna   leżało   na   wpół   zagrzebane   w   mule   i   przegniłym 

sitowiu.   Babunia   przypomniała   sobie,   jak   z   dziadkiem   Betki   poszli   kiedyś   nocą   ścinać 
drzewo, grabinę, bo ma drewno najtęższe i najzdatniejsze. Grabowe listki spadały na nich, 

całe srebrne od miesięcznego światła, i... Ech!, Babunia uśmiechnęła się do siebie, siarczysty 
był chłop. Jak mu się uwidziało w Wilżyńskiej Dolinie młyn stawiać, to pół tuzina lat chodził 

po Górach Żmijowych, najmował się za młynarczyka, fachu uczył. Aż pewnego ranka stanął 
na   progu   Babcinej   chatki.   Pamiętała   jak   dziś.   Prawy   but   miał   przetarty   i   przez   dziurę 

wystawały owinięte brudną onucą palce, a w garści miętosił sakiewkę z czerwonej skóry. Tak 
kurczowo, że niemal słyszała pisk monet w zaciśniętych palcach.

A jeszcze dalej - gruzowisko pomiędzy brzózkami, w miejscu gdzie dawniej stała chałupa 

Werteba. Był to niski zezowaty pachoł, który po śmierci rodzicieli rozpił się okrutnie i całą 

ojcowiznę przetrącił na spichrzańską gorzałkę, kupowaną od wędrownych kramarzy, bo w 
końcu pleban zakazał wpuszczać go do gospody, żeby się ze szczętem nie zmarnował. Miał 

też zwyczaj podkradania jajek z okolicznych kurników, a i kurom nie przepuścił, jeśli jakaś 
zawędrowała   na   jego   podwórze,   więc   kiedyś   rozeźlone   baby   otłukły   go   kijankami   tak 

dotkliwie, że dwie niedziele przeleżał jak nieżywy. Babunia westchnęła z rozrzewnieniem. 
Wspaniałe były czasy, naprawdę wspaniałe.

Tylko wieża dzwonnicy stała po staremu, ale przez wywalone drzwi widziała, że kościół 

ogołocono i zrujnowano doszczętnie, nie oszczędziwszy nawet figury Cion Cerena, której ktoś 

pałaszem odrąbał głowę. Posąg ufundowano za życia pradziada władyki, który choć dziwkarz 
i pijanica, dziwnie był przy tym nabożny. Zwykle w połowie zimy nachodziła go skrucha 

straszliwa, zwłaszcza jak sobie łeb zaprószył. Kazał wówczas golić dworskie ladacznice i w 
dyby je kłaść, w karczmie siekierą rąbał beczki z gorzałką i słał pachołków w las, aby spalili 

wiedźmie   domostwo.  Na  darmo,   słudzy   bowiem   byli   rozumni   i   wiedzieli,   że  pierwej   czy 
później pan wytrzeźwieje, a jeśli nie, to najwyżej każe ich za nieposłuszeństwo oćwiczyć przy 

pręgierzu. Rozjuszona Babunia była bardziej niebezpieczna, dlatego po prostu zapadali na 

background image

pół   dnia   w   zaroślach,   ani   myśląc   zachodzić   do   jej   obejścia.   A   jak   im   się   przypadkiem 

napatoczyła, to pozdrawiali ją grzecznie, po czym co prędzej leźli głębiej w krzaki.

Podczas   jednego   z   corocznych   napadów   szału   stary   władyka   postanowił   ściągnąć   od 

mieszkańców   Wilżyńskiej  Doliny   nowe  pogłówne,   by,   jako   gadał,   wystawić   kapliczkę   dla 
ulżenia duszyczkom w piekle się smażącym. Łeb mu przy tym dymił od jałowcówki niczym 

pochodnia, więc ani się śmieli chłopi przeciwić, kiedy kazał zegnać na podwórze plebanii 
wiejskie   owce   i   bydło,   żeby   je   z   wiosną   ksiądz   dobrodziej   w   nabożnej   intencji   sprzedał 

wiergowskim kupcom. Proboszcz przypatrywał się temu bezradnie i ręce łamał, bo nie miał 
paszy   dla   wyżywienia   takiej   mnogości   żywizny.   Z   braku   zagrody   pachołkowie   zapędzili 

stadko owiec do kościoła, gdzie co śmielsze zaczynały już z wolna nadgryzać sukienki ze 
świętych obrazów, a wszystkie srały gdzie popadnie. Sam dziedzic trzy dni leżał krzyżem 

przed wejściem do świątyni, pokrzykując od czasu do czasu, że niegodnym bydlęciem będąc, 
niewart spoglądać w boskie oblicze (czemu też w skrytości ducha proboszcz nie przeczył).

Potem wytrzeźwiał, jak to zwykle bywało. Ogórcowego kwasu popił, pojadł żuru. Owce 

kazał oddać wieśniakom, ku czemu czas był najwyższy, bo ich głodne beczenie niosło się aż 

do sąsiedniej doliny. Plebanowi pierścień rzucił z własnego palca zdjęty, a sam wodę sobie na 
łeb lać kazał, potem zasię do karczmy poszedł. Jak po sznurku. Bo, jak gadał, okrutnie mu w 

gębie  od pokutowania   zaschło.  A za  pierścień  figurę  wystawiono,  w lipowym drewnie  ją 
mistrz wyrzezał z samej Spichrzy sprowadzony. Babunia pamiętała go - jak po wzgórzach 

łaził w kabaciku pstrym, pończochach żółcieńkich i kołpaczku z piórkiem modrym. Wzdychał 
przy tym i jęczał, że mu dłutka do żywego nadojadły i od kadziła prześmiardł straszliwie. Co 

nie   była   rzecz   błaha,   bo   miał   smak   raczej   do   dziewek   niźli   nabożnego   rzemiosła.   W 
bałamuceniu zaś młódek kadzidło było niemałą przeszkodą. Zwłaszcza gdy nocką próbował 

ukradkiem zakraść się do którejś komory, bo sam pleban też nie sroce spod ogona wypadł i 
ojcowie w Wilżyńskiej Dolinie mieli węch nieźle na kadzidło wyczulony.

Aż wreszcie pewnego poranka mistrz Babunię nad stawem przy dybał, jak z utopcami 

wśród   trzciny   figlowała.   I   już   za   nic   w   kruchcie   nie   chciał   siedzieć,   jeno   na   wiedźmim 

podwórcu   się   zalągł,   choć   go   kozioł   Kierełko   bódł   i   inszym   sposobem   do   konfidencji 
zniechęcał. Rzeźbiarz jednak był uparty. Farby sobie kręcił rozliczne, sztalugi rozkładał, a 

osobliwie kiedy Babunia spraszała koleżanki i szykowała kąpiel w wielkiej srebrnej kadzi, co 
ją zbójcy z Przełęczy Zdechłej Krowy ongiś zrabowali z kupieckiego konwoju. Nic się nie bał. 

Cięgiem wedle kadzi biegał, wino im lał w roztruchany i nogi mydlił. Wraz z przyległościami, 
co je wiedźmy jedna przez drugą, chichocząc, nadstawiały.

Miły   był   pachołek,   westchnęła   Babunia,   choć   po   miejskiemu   miękki   i   do   bab 

background image

niezgułowaty. Pod wieczór, jak pod pierzynę wleźli, zamiast brać się do obłapki, coś tam 

popod nosem mamrolił o oczach niby dyament i piersi łabędziej bieli, i inszych różnościach, 
co ich Babunia ani słuchać,  ani rozumieć chciała. Trza mu było gorzałki zadać, najlepiej 

podwójnie syconej, żeby chłopina śmiałości nabrał. Co gorsza, jak już pohulali ździebełko, to 
zamiast się obrócić na bok i zachrapać, jak zwykł czynić każdy porządny chłop w Wilżyńskiej 

Dolinie,   zbójców   i   wędrownych   parobków   nie   wyłączając,   na   nowo   zaczynał   ględzić   o 
włosach niby skrzydło krucze i skórze jak kość słoniowa białej. Czasem aż do bladego świtu.

Nim nastała zima, mistrz poczuł się w jej domostwie jak u siebie. Snuł się po obejściu 

niczym smród po gaciach.  Od robót domowych Babunia  go pędziła  po tym, jak podczas 

czerpania wody naszedł go zachwyt nad słońcem kłoniącym się wieczornic po połoninach. Z 
zachwycenia cebrzyk mu precz za cembrowinę spadł, przez co potem trzy niedziele przyszło 

jej dźwigać wiadra z ruczaju, bo studnia była wredna, magiczna i podobnych nieuprzejmości 
nie puszczała płazem, więc zamiast wody dobywali jeno żaby a zaskrońce. Najgorsze zasię 

było owo nocne brzęczenie. Póki do siebie gadał, dało się jeszcze ścierpieć, bo też oprócz 
brody   miękkiej   a   króciuchnej,   co   bardzo   mile   Babunię   łaskotała,   miał   jeszcze   rzeźbiarz 

pomysłów kilka zmyślnych z miniatur w księgach ze skalmierską poezją podpatrzonych, choć 
mu się dopiero pod koniec drugiego antałka spichrzańskiej siwuchy przypominały. Ale jak 

pewnej nocy łokciem Babunię znienacka popod ziobro bodnął, że to mu niby nie odpowiada 
jak należy, to go po omacku przemieniła w nietopyrka. Zdawało się jej potem, że kiedy w 

balii staje i deszczówką majową się polewa dla konserwacji urody - rozpoznaje w piskach od 
komina znajomą nutę zachwytu. Rzeźbiarz, choć gaduła, umiał kobiece śliczności doceniać i 

nawet jej bardzo twórczo pomógł udoskonalić zaklęcie „Młoda - i - piękna”.

Dwa dodatkowe sążnie koronki poszły u gorseciarki na owe udoskonalenia, westchnęła 

nostalgicznie Babunia. Ale było warto, ech!, było warto...

Od wspominków zrobiło się jej jakoś rzewnie i smętnie. Przysiadła na podmurówce - 

pozostałości   karczmy   -   pociągnęła   solidnie   z   manierki,   co   ją   zawsze   nosiła   głęboko   pod 
stanikiem.  I jeszcze kilka  łyków,  bo od kamienia  ziąb ciągnął  po krzyżu,  a nie masz nic 

lepszego na wiosenną chorobę jak sowita gorzałka. I dwa następne, żeby się dobrze do dom 
wędrowało.

Smarknęła donośnie, płosząc stadko wron z pobliskiej topoli, i wyjęła drugą manierkę. Z 

cholewki  buta.  Babunia  zawsze  miała  zapas gorzałki  ukryty  w złogach  przyodziewku.  Na 

wszelki wypadek. Toć nie wiedzieć, co może spotkać samotną, słabowitą niewiastę.

Błocko   z   chlupotem   przelewało   się   w   jej   trzewikach,   a   spichrzańska   siwucha   mile 

szczypała w gardło. Choć kudy jej było do napitku pędzonego z cmentarnych mirabelek przez 

background image

proboszczową   Rozalkę,   która   jako   przykładna   wiejska   gospodyni   uważała,   że   grzechem 

byłoby owoc marnować. Babunia Jagódka święcie się z nią zgadzała, a śliwowica udawała się 
zacna jak rzadko. Z rozrzewnienia wydobyła trzecią flaszeczkę. Tym razem zza podwiązki.

Nie ocknęła się nawet na odgłos łamanych gałęzi.
- Babuniu! - Ktoś rzucił się jej na szyję, lecz poprzez opary gorzałki wiedźma dostrzegła 

tylko spłowiałą wełnianą chustkę ciasno zamotaną na głowie i bezkształtne okrycie, które nie 
przysłaniało wszakoż gołych, odrapanych łydek. - Nareszcie jesteście! Myśmy już nadzieję 

poczęli tracić, że w zdrowiu wrócicie. Alem ja zawsze powtarzała, że nie może być, Babuniu, 
żebyście nas i Wilżyńskiej Doliny odstąpili! - Tutaj wiedźma poczuła na wyschłych policzkach 

dwa ciepłe wilgotne pocałunki i mocarnie powstrzymała pragnienie, by odtrącić intruza i 
przegnać, najlepiej aż za resztki ostrokołu.

Przetarła kułakiem oczy i z wysiłkiem skupiła spojrzenie. Postać w burej opończy ciągle 

trzęsła   się   i   chybotała,   ale   już   po   chwili   Babunia   wiedziała,   że   na   pewno   zna   to   tępe 

spojrzenie niebieskich oczu. Zmarszczyła brwi, mozolnie przekopując się przez stogi pamięci. 
Bez skutku.

- Bo jak was, Babuniu, nie stało, to nas bogowie z nieszczęścia w nieszczęście wiedli. - 

Postać bardzo po niewieściemu siąknęła nosem. - Jakby się uwzięli, psia ich mać. Pomnicie, 

jak   tutaj   zeszłej   jesieni   pierwsza   banda   zawitała?   I   żeby   jeszcze   porządne   zbójcę,   co 
gospodarzom parę świniaków ukradną i nad ogniem upieką, a dziewki w sianie poobracają, 

od czego ani gospodarzom, ani dziewkom niczego zanadto nie ubywa...

-   No,   niektórym   dziewkom   nawet   przybywa   -   zauważyła   pogodnie   Babunia, 

wspomniawszy stare dobre czasy, kiedy na Przełęczy Zdechłej Krowy siedziała jeszcze szajka 
Twardokęska.

- Ale krzywdy nijakiej nam zbójcę nie uczynili! - pisnęła z oburzeniem rozmówczyni. - 

Dopiero jak się to żołdactwo parszywe po górach rozpełzło. Żeby chociaż zwyczajnie grabili! 

Przetrzymali my władykę, starostę, plebana, zbójców, to i dezerterów by my przetrzymali. 
Ale nie! Ci od razu musieli pół wioski spalić, a chłopów i inwentarz wyrżnąć nieomal do nogi! 

No przecież tak się nie godzi! - Zaszlochała. - A jak was, Babuniu, nie stało, to oni całą zimę 
wracali.   Raz   za   razem,   chociaż   po   trzecim   razie   i   ukraść   nie   było   czego.   Nawet   wróble 

wyłapali! Na lep!

- Wróbliki wielce zacne są - odezwała się z namysłem Babunia - jak je na żerdkę nadziać i 

nad ogniem smażyć. Miodem można do smaku pomazać. Albo w glinie opiekać, jak człeka 
głód zmoże straszliwy...

- Głód! - zawyła postać. - Jaki głód? Niby z głodu ludzi ogniem męczyli, jak im się po 

background image

pijaku uwidziało, że pod dworem gotowizna w lochach zakopana? A skąd my mieli wiedzieć, 

choćby i górę złota władyka pochował? Napletli im chłopi z męki, że mię pan w komorze za 
nałożnicę   trzymał,   to   patrzajcie,  co   mi  jeden   kurwi   syn  uczynił!   -  Szarpnęła   za   chustkę, 

odsłaniając purpurowe blizny na policzku, które mimo zamroczenia Babunia rozpoznała w 
jednej chwili, bo i ją kiedyś przypalano rozżarzonym ostrzem. - Trupy z kaplicy wywlekli, 

żeby   się   rozpatrzeć,   czy   który   kosztownościami   nieprzystrojony.   Niczego   nie   oszczędzili. 
Nawet na cmentarzu ryli jak świnie pod dębem!

- Gronostaj? - zapytała niepewnie Babunia. - To ty, Gronostaj, dziewczyno?
Włoskowa   ladacznica   zamarła   z   rozdziawionymi   ustami.   Jej   oczy   były   olbrzymie   w 

wychudłej twarzy, skórę na szyi i czole miała poszarzałą, pokrytą łuszczącymi się liszajami. 
Potem znów się rozpłakała.  Miaukliwym,  bezradnym łkaniem,  od którego Babuni  aż  coś 

strzyknęło w krzyżu. Karcąco dźgnęła ją w bok kościstym paluchem, co jednak nie speszyło 
Gronostaj. Wręcz przeciwnie. Zarzuciła Babuni na szyję chude ramiona i zacisnęła z całej 

siły. Nie było to przyjemne. Śmierdziała dymem, potem i brudem. I desperacją.

- Popatrzcie - mówiła, rozmazując na twarzy smugi brudu. - Kto mię teraz zechce? No 

kto? Chyba ślepy!

- A władyka gdzie? - przerwała niecierpliwie Babunia.

- Jakby pod ziemię się zapadł, kurewnik! - chlipnęła ladacznica. - Dawniej to się od niego 

opędzić nie można było, cięgiem tylko w gospodzie siedział i dziewki miętosił. A ledwie się 

żołdactwo pokazało, to precz poleciał jak pies z zadartym chwostem. Bodajby mu ten chwost 
sczerniał, kozojebcy! Po co my jemu grosiwo przez te wszystkie lata płacili, jak nie po to, żeby 

nas bronił? To ja się pytam, gdzie on teraz jest?! - wrzasnęła na całe gardło, płosząc stadko 
wychudłych wron, które przysłuchiwały się owej rozmowie, obsiadłszy kościelną dzwonnicę. 

- Wszyscy uciekli. Władyka, pleban, starosta. Co do jednego. Z chłopów się tylko stary Kulas, 
Mysza i Trzypion zostali. I białek przygarść, ale wszystkie w lesie pochowane, w ziemiankach 

pospołu z dzieciskami siedzą i jeno łzy leją, zimy wyglądając, bo niech mrozy nastaną, to się 
nam te ziemianki prosto w groby obrócą. Wszędzie w okolicy tak samo, więc i uchodzić nie 

ma dokąd, pomrzeć pewnie przyjdzie... - Jej głos przeszedł w jękliwe zawodzenie.

Babunia Jagódka z rezygnacją wsparła się mocniej na kosturku, rozumiejąc, że tak czy 

siak przyjdzie jej wysłuchać żalów zbieranych przez długie miesiące.

- A starosta?

- Wężyka wataha najemników na gościńcu zdybała, nie więcej jak stajanie od dwora, bo 

tak się rozbestwili, że dzionkiem i bez nijakiego strachu po książęcym trakcie hulają. Starosta 

podchmielony z karczmy jechał z dwoma pachołami jeno, więc ani się spostrzegł, jak mu 

background image

sługi   z   wierzchowców   zdjęto   i   bez   zwlekania   na   gałęziach   wywieszano.   Jego   samego   na 

postronek wzięli i za końmi powlekli popod dwór, a że się pani małżonka za wrotami zawarła 
i razem z czeladzią broniła przystępu, to go na jej oczach jęli ogniem przypiekać i nożami 

kroić!

Wiedźma obojętnie przebierała palcami w mokrych butach. Starosta Wężyk nie cieszył się 

dobrą sławą w Wilżyńskiej Dolinie, dokąd za życia swej pierworodnej córy Wisenki zwykł 
kilka razy w roku zajeżdżać z wizytą. Sam władyka szczerze nienawidził tych odwiedzin, jako 

że   starosta   nigdy   nie   omieszkał   mu   wypomnieć   ani   posagu   córki,   ani   jej   szlachetnych 
paranteli, ani nikczemności wilżyńskiego dworu. Nic jednak nie mógł poradzić, bo mimo lat 

Wężyk był w szabli wielki praktyk, przy tym raptus okrutny i jeno czekał okazji do zwady. 
Kiedy przez wioskę szedł, dość było, że który chłop popatrzał krzywo, a już się Wężyk brał do 

bicia. Przy tym nie potrzebował nadmiernie wyręki pachołków, bo sam też razy wymierzał 
szczodrze,   bez   względu   na   wiek   podeszły  albo   płeć  niewieścią.   Tyle   że   dziewki   po  gębie 

praskał, a parobków od razu do pręgierza wiązał. No, chyba że któraś dziewka odpysknęła 
mu   bezczelnie   czy,   bogowie   uchowajcie,   uszczypnięta   znienacka   w   zadek   odwinęła   się   i 

trzasnęła starostę w pysk, co zdarzyło się niegdyś wioskowej ladacznicy. Wówczas krótka 
była   ceremonia.   Ani   się   obejrzała,   jak   ją   w   dyby   zakuli   tuż   pod   gospodą   i   ku   uciesze 

chłopstwa wybiczował po tychże wdziękach, których staroście poskąpiła.

Gronostaj   musiała   dobrze   pamiętać   tamto   popołudnie,   bowiem   ciągnęła   z   wyraźną 

lubością:

- Nawet chłopów z wioski korbaczami spędzono, żeby się widowisku dobrze przyjrzeli. A 

było na co popatrzeć,  kiedy następnego dnia wreszcie  grasanci  dworzec wzięli.  Panią  na 
dziedziniec powlekli, tyle że była od szabli ranna i razem z krwią im przez palce przeciekła. 

Ale panienki obie trzy dni w stajniach...

- Starczy - przerwała wiedźma. - Długo we dworze siedzieli?

Wprawdzie nie przepadała za Wężykiem i jego progeniturą, siostrami Wisenki, dwiema 

postawnymi dziewojami o napuchłych, czerwonych gębach i bezmyślnych rybich oczach, ale 

dość się napatrzyła żołdackiej swawoli.

- Ze dwie niedziele - odparła obojętnie ladacznica. - Póki ognia w oborze nie zaprószyli. A 

że wszyscy pokotem leżeli, pijani od starościńskich miodów, więc się ze szczętem dwór spalił 
i całe obejście. Paru grasantów zgorzało razem z dworem, reszta zasię polazła do wioski rany 

lizać. I tu się wnet zdziwili. - Ściągnęła usta jak do gwizdania.

- Servenedyjki książę pan ze Spichrzy przysłał?

- E, gdzieżby! Toż sami wiecie, że nawet w spokojniejszych czasach książę pan nierad w tę 

background image

okolicę wojsko pchał, a co dopiero teraz. Dlatego tak sobie grasanci w okolicy poczynają, 

rozumiejąc,  że pies z kulawą nogą nas tu bronić nie będzie. No, ale wtenczas  trocha się 
zawiodły.   -   Zaniosła   się   suchym,   świszczącym   śmiechem.   -   Ludzie   u   nas,   sami   wiecie, 

zaciekłe, i łatwo krzywdy nieprzebaczające. Więc zasadzili się chłopy w opłotkach, i kupą 
wypadli, ledwie grasanci z koni zsiedli. Ze dwa tuziny wyrżnęli na miejscu. Niedobitki tylko 

w lasy zemknęły.

- To trza było w krzakach przydybać i jak wszy wydusić! - sarknęła niecierpliwie wiedźma.

- Bo, widzicie, chłopi jęli Wiktorię świętować - Gronostaj wydawała się nieco zakłopotana 

- o co było tym łatwiej, że oberżysta ze strachu przed napaścią na wozie uszedł. Ale nim do 

reszty osuszono beczki z karczmarskiej piwnicy, a muzyczka ucichła wedle studni, hurmem 
wrócili grasanci z leśnego obozowiska z całą zgrają kamratów. Wioskę w pierwszej złości w 

pień wycięli, a potem rozjechali się podjazdami po okolicy, nie dla grabieży nawet, bo też do 
zrabowania niewiele zostało, ale dla pomsty i prostej grasanckiej fantazji...

Wiedźma w milczeniu pokręciła głową.
-   To   cośmy   mieli   czynić?   -   ciągnęła   płaczliwie   ladacznica.   -   Przylgnęlim   ciszkiem   na 

uroczyskach, bo tamci niechętnie w gęstwę lezą. I drugi miesiąc tak siedzim, zmiłowania 
czekając. Myśleli my zrazu, że przed zimą w ludniejsze okolice pójdą, bo tutaj ani strawy nie 

masz dla podobnej gromady, ani obroku. Ale gdzie tam! Ot, zeszłej niedzieli pono klasztor 
złupili wedle Bażanciej Strugi. Solidny klasztor, z kamienia wystawiony i zapasów w nim 

dosyć, więc gadają ludziska, że do wiosny w nim posiedzą...

- A do Ciecierki próbowaliście posyłać?

- To nie wiecie? Będzie już szmat czasu, jak Ciecierka z opactwa zniknął, podobno go sam 

bóg precz popędził za liczne niegodziwości.

- No, nareszcie - zauważyła mściwie wiedźma.
Babunia nie żywiła nadmiernej atencji ani dla mnichów, ani tym bardziej dla przeora, 

który   nie   raz,   nie   dwa   słał   misjonarzy   w   górskie   wioski,   za   nic   sobie   mając   plebana, 
zapewniającego   o   prawowierności   górskiego   ludku.   Za   każdym   zaś   misjonarzem   szli 

zaciężnicy sowicie opłacani z klasztornej szkatuły i wielce wprawni w naginaniu heretyckich 
karków.   Niby   tropili   plugastwo   po   lasach   ukryte   -   wszystkie   te   mechszyce,   wiedźmy   i 

zwierzołaki - które przepędzone z ludnych dolin na nowo pieniło się po leśnych uroczyskach. 
Ale   z   większą   zaciekłością   przetrząsali   domostwa   co   zasobniejszych   mieszczan   w 

poszukiwaniu   zakazanych   ksiąg,   z   tego   zysk   bowiem   był   znacznie   pewniejszy   niźli   ze 
spławienia jakiejś biednej babiny w stawie. Kiedy bowiem szło o majętnego rajcę, zausznicy 

opata nie rwali się też do sądów bożych, rozumiejąc, że więcej sławy przyczynia nawrócenie 

background image

grzesznika niźli kara okrutna. Zwłaszcza jeśli grzesznik postraszony szczególną misjonarską 

aparaturą, a to cążkami, a to wiedźmim pazurkiem do rwania skóry, aż nogami przebierał, by 
się od onej kary wykupić szczerym srebrem.

Czasem misjonarze zapędzali się nawet i w szlacheckie progi, szczególnie zaś do szlachty 

zalegającej   z   dziesięciną.   Wprawdzie   ofiara   na   klasztor   była   dobrowolna   i   w   żadnych 

statutach o niej nie pisano, ale przeor dzierżył okolicę żelazną ręką i jeśli komu zbywało na 
pobożności,   wnet   się   w   okolicy   pojawiał   zbrojny   zagon   z   opactwa.   Nie,   żeby   mieli   kogo 

żelazem prześladować, wcale nie. Po prostu siedzieli w wiosce albo na podgrodziu, żrąc i 
pijąc na koszt nieszczęsnego dłużnika ile wlezie, póki skruszony nie poszedł po rozum do 

głowy i nie wypłacił należności co do szeląga. A wszystko wedle prawa, które stanowiło, że się 
opactwu   należy   od   szlachty   opieka   nad   misjonarzami   w   słusznej   misji   nawracania 

zbłąkanych   duszyczek.   A   że   czasy   były   niespokojne,   i   misjonarze   z   dawien   dawna   nie 
wędrowali po Górach Żmijowych samojedni, w baraniej skórze przewiązanej powrósłem i 

kalecząc bose stopy na kamieniach...

Wiedźma pamiętała, jak podobna czereda zawitała niegdyś do Wilżyńskiej Doliny i ku 

zgrozie władyki rozbiła  obozowisko tuż przy fosie dworzyszcza. Oczywiście zanim jeszcze 
zdążyli postawić namioty, posłano im dwa jagniątka i kur dwa tuziny, a władyka dołożył 

hojną   ręką   niemały   antałek   winka   z   własnej   piwniczki.   Misjonarze   wielce   układnie 
dziękowali za szczodrość, ale ani tego, ani następnego wieczora żaden z nich nie zaszedł do 

dwora. Owszem, włóczyli się po okolicy, zaglądali chłopom w obejścia, godzinami radzili z 
plebanem, a dwóch chudych mnichów w nędznym przyodziewku rozsiadło się na ławce pod 

gospodą, ku rozpaczy jej właściciela, który ze strachu przed świątobliwymi osobami nie śmiał 
nawet odszpuntować beczułki z piwskiem. Władyka takoż rozpaczał, za zapartymi drzwiami 

alkierza przepowiadając w myślach grzechy. Wśród tych poczesne miejsce zajmowały nocne 
wyprawy do chatki Babuni Jagódki po kolejną flaszkę wywaru z miłostki, nader zyskowna 

spółka   z   plebanem   cokolwiek   niedbale   zbierającym   dziesięcinę,   oraz   nieprzesadna 
staranność w kurowaniu nieboszczki Wisenki, której ojca skrycie podejrzewał o podszczucie 

nań siepaczy z opactwa.

Ech, były czasy, pomyślała tęsknie Babunia Jagódka, wspominając, jak na koniec władyka 

przywlókł się nocką do jej chatki, spotniały ze strachu jak mysz i bardzo układny, prosząc, by 
jakimś zmyślnym sposobem przegnała mnichów z Doliny.

- Grzeszycie! - żachnęła się wioskowa ladacznica, którą kiedyś z rozkazania jednego ze 

świątobliwych mnichów postrzyżono do gołej skóry i przez trzy dni trzymano w dybach przed 

świątynią. - Porządek za Ciecierki był! Nie włóczyli się grasanci po górach, wiosek nie grabili!

background image

- Bo jak kto grabił, to jeno on sam - wydęła wargi Babunia. - Pamiętam, pamiętam. A kto 

teraz w opactwie siedzi?

- A kto to odgadnie? - Gronostaj ze złością potrząsnęła głową i skudłacone włosy opadły 

jej na twarz. - Od zeszłego roku ni jednego mnicha do nas nie posłali. Co ja gadam, mnicha! 
Toż ani kramarza, ani nawet żebraka parszywego na oczy my nie oglądali! A wiecie dlaczego? 

Bo grasanckie ścierwa wszystkich równo łupią, a jak zrabować nie ma czego, to chociaż dla 
rozrywki na śmierć korbaczami zasieką. Wiecie, co było, jak się cztery niedziele temu dwie 

białki do klasztoru wybrały, żeby o kąt jaki na zimę prosić? Kładli my im wszyscy w głowę po 
kolei,   że   nie   wiedzieć,   czy   klasztor   jeszcze   stoi,   a   jeśli   nawet   oszczędziło   go   wojsko,   to 

przecież nie tylko one ruszą do mnichów na żebry. Tymczasem trakty niebezpieczne, jako 
nigdy wcześniej nie bywało. Ale nie! Naparły się baby jako głupie. Wózek skądeś wywlokły 

połamany, dzieciska na niego powsadzały, szmatami je na drogę okręciwszy. Konia żadnego 
ni wołu w Dolinie nie zostało, więc jedna się do dyszla przyprzęgła, druga tyłem pchała. I 

dokąd zapchały? Ano nie dalej, jak do tej kapliczki, co za wioską stoi, bo tam je właśnie 
grasanci   przydybali   na   środku   traktu,   z   tym   wózkiem   durnym   i   dzieci   kupą!   Pół   tuzina 

bachorów było, a tylko jeden wrócił.  Cały, ale krwią  na koszulinie umazany i ze strachu 
ledwie żywy. Do tej pory jak matkę jego wspomnieć, to się na całym ciele trząść zaczyna i ani 

słowa powiedzieć nie potrafi, co się tam wedle tej figury przydarzyło. Ale mnie się zdaje...

Tutaj Babunia Jagódka całkiem straciła cierpliwość.

- Znużonam - burknęła poirytowana,  po czym wyszarpnęła  kosturek z gęstego błota  i 

energicznie ruszyła przez trzęsawisko, które niegdyś było wioskowym placem.

Ku   jej   konsternacji   Gronostaj   nie   dała   się   zrazić   znaczącym   pochrząkiwaniem   i 

opryskliwym   tonem.   Poprawiła   na   ramionach   bury   łachman,   służący   jej   za   płaszcz,   i 

podążyła za wiedźmą.

- To ja was po drodze objaśnię - rzekła, a potem ufnie zacisnęła na dłoni wiedźmy drobne, 

szorstkie palce i poczłapały razem przez bagnisty dziedziniec.

Babunia   westchnęła   ciężko,   macając   kosturkiem   pomiędzy   przegniłymi   jesiennymi 

trawami w poszukiwaniu magicznej ścieżki. Miała nadzieję, że horda pijanych dezerterów nie 
odnalazła   jej   chatki   i   nie   splądrowała   doszczętnie   obejścia.   Albo,   co   gorsza,   horda 

wygłodzonych wieśniaków.

* * *

Gronostaj leżała na posłaniu z baranich skór, wiercąc się i popiskując przez sen jak psiak. 

Nie ocknęła się, kiedy wiedźma o poranku zwlokła się z łóżka i wyszła na pokryte nocnym 

szronem   podwórze.   Grasanci   nie   zdołali   odnaleźć   sadyby   Babuni,   więc   na   płotku   z 

background image

porządnych sosnowych sztachet i brzozowych pieńków dorodny kogut o złotorudym ogonie i 

purpurowym   grzebieniu   darł   się   ile   sił   do   wschodzącego   słońca.   Babunia   skrzywiła   się 
niechętnie.   Łeb   ją   bolał   niezmiernie   i   w   uszach   dzwoniło   od   znużenia,   gdyż   Gronostaj 

przypięła się niczym kleszcz do dzbana z nalewką, własnoręcznie przez wiedźmę syconą z 
malinowego miodu. Ladacznica wychłeptała cały trunek, wyrzekając przy tym ciągle i żaląc 

się tak głośno, że Babunia zaczęła rozważać nawet, czy nie lepiej przypadkiem zakląć ją w 
miłe, nieme gospodarskie bydlę.

Wiedźma przeszła pomiędzy stadkiem nakrapianych kur, które dziobały ospale w ziemi, 

nieświadome pogromu, zgotowanego w wilżyńskiej wiosce ich krewniaczkom. Choć wiało już 

późnojesiennym chłodem, czarodziejska jabłonka wyciągała ku niej ciężkie od owocu gałęzie, 
więc zerwała jedno z jabłek, soczyste i rumiane. Przysiadła na cembrowinie studni, która 

odezwała  się z głębiny  przyjaznym  dudnieniem, i dumała  przez chwilę,  smakując słodki, 
wonny miąższ. Potem otrzepała spódnicę, pogroziła pięścią dzikim gęsiom, przelatującym 

zgrabnym kluczem ponad jej siedliskiem, a na koniec chwyciła chruścianą miotłę, opartą o 
wrota stodoły, i zamaszystymi ruchami jęła zamiatać podwórze.

- A jak posprzątać trzeba  - mamrotała  przy  tym ze złością  - to żadnego nie ma! Ani 

władyki, ani starosty, ani plebana. Nie, jak trwoga, to do wiedźmy!

Nawet nie podniosła głowy, kiedy nietopyrki wyprysły z chaty przez uchylone okiennice i 

jak  strzępki   czarnej  sadzy  pofrunęły w kierunku   lasu.  Wydoiła  krowę,  pogadała  ze  starą 

sową, mieszkanką zrujnowanej obórki, niegdyś należącej do Szymka - świniopasa, starannie 
obejrzała  wszystkie  drzewka  w sadzie, choć po prawdzie nie wierzyła, aby w Wilżyńskiej 

Dolinie znalazł się zając na tyle bezczelny, by obgryzać ich pieńki, i właśnie miała się zabrać 
do grabienia zeschłych liści, kiedy od strony drzew dało się słyszeć jękliwe zawodzenie.

Baby schodziły się cały ranek, spędzane z najprzeróżniejszych leśnych zakamarków przez 

wiedźmie   nietopyrki   i   ich   puszczańskich   pobratymców.   Szły   pojedynczo   i   w   grupkach, 

przygięte   pod   ciężarem   tobołków,   kobiałek   i   chruścianych   koszyków,   z   zasmarkanymi 
dzieciakami   uczepionymi   spódnic,   albo   z   pojedynczą,   przerażoną   kozą   na   postronku. 

Przemykały   się   chyłkiem,   klucząc   pomiędzy   drzewami   sadu   i   czujnie   popatrując   wokół. 
Jednak im więcej ich było, tym bardziej nabierały odwagi i tym dotkliwszy stawał się rejwach 

na   podwórzu.   Niewiasty   przysiadły   pod   płotem,   okutane   od   chłodu   w   wielkie   połatane 
płaszcze, spod których wystawały rąbki spłowiałych pasiastych spódnic. Tkwiły tam jak stado 

nastroszonych   kokoszy,   gdy   zaś   kolejna   sąsiadka   wychylała   się   spomiędzy   porastającej 
krawędź lasu krzewiny, podrywały się wszystkie, łopocząc spódnicami. Witały się rozgłośnie, 

przeklinając grasantów i płaczliwie przepowiadając sobie imiona pomordowanych ziomków. 

background image

Ku   Babuni   Jagódce,   która   w   posępnym   milczeniu   przycinała   nożykiem   wybujałe   różane 

pnącza,   ledwie   odważały   się   zerkać.   Pozdrawiały   ją   tylko   trwożliwie   i   z   dala,   ale   w   ich 
twarzach dawał się dostrzec niepewny ślad ulgi. Wiedźma wróciła. Znaczy się, rzeczy szły ku 

lepszemu.

Do południa nazbierało się ich dobre trzy tuziny, nie licząc dzieciaków, kóz oraz drobnych 

wiejskich kundelków, które psim swędem zdołały się uchować w głuszy i teraz zbiegały się 
zewsząd ku zgromadzonym ludziom. Za nimi nieśmiało przywlokło się kilku niedobitków: 

najpierw stary Kulas ze szpotawą stopą, później głupawy, jąkający się Trzypion, a za nimi 
jeszcze   z   pół   tuzina   innych   chłopów,   zmizerniałych   i   wylękłych   straszliwie,   ale   przecież 

żywych.

Nagle z głębi kniei rozległy się głuche pokrzykiwania i łoskot gałęzi łamanych z ogromną 

siłą, jakby rozsierdzony odyniec przedzierał się ku nim poprzez gęstwinę. Baby poderwały się 
spod płota i rozpierzchły po obejściu w poszukiwaniu schronienia. Dzieciaki jęły ryczeć, kozy 

meczeć, a kury biegać pomiędzy strwożonym babińcem, gdacząc gromko dla dodania sobie 
animuszu.

Jedna Babunia stała spokojnie z kozikiem w ręku, czekając leśnej potwory. I nie zdziwiła 

się nadmiernie, kiedy na podwórzec wypadła wreszcie zziajana i umorusana Kordelia. Kilka 

nietopyrków   wirowało   radośnie   wokół   jej   głowy,   bowiem,   nawet   kłusując   przez   zarośla, 
młynarzowa usiłowała osłaniać włosy przed potworami, które mogłyby się w nie podstępnie 

wkręcić.   Może   dlatego   nie   dostrzegła   wiedźmy,  tylko   przemknęła   obok   niej   z   donośnym 
sapaniem,   tratując   grządkę   cebuli   i   chruściany   płotek   chroniący   warzywnik   przed 

zachłannym  ptactwem.  Dopiero u studni zatrzymała  się i,  zadyszana,  czerwona  na gębie 
niczym indor, opadła na cembrowinę.

- No, proszę! - sarknęła  zgryźliwie  Babunia.  - I kogóż tu mamy? Toć my już was po 

trzykroć opłakali i sosnową kołderką nakryli. Tymczasem patrzajcie, kogo moje nietopyrki z 

lasu pędzą. No, nie może być! Kordelię młynarzowa!

- Wyście to? - odezwała się trwożliwie jedna z niewiast.

Kordelia   wyprostowała   się   i   podniosła   głowę.   Jej   twarz   ciągle   płonęła,   a   obfita   pierś 

falowała gwałtownie pod granatowym aksamitnym stanem, ale kobieta patrzyła śmiele i ze 

złością. Miała na sobie suto marszczoną spódnicę z niebieskiej materii, całą powalaną ziemią 
i   upstrzoną   liśćmi,   a   jej   ufarbowane   na   żółto   warkocze   podtrzymywał   na   czubku   głowy 

szylkretowy grzebień.

- A gdzieżeście się podziewali w ten nieszczęsny czas? - Wiedźma złośliwie zmrużyła oczy, 

szacując  przyodziewek  młynarzowej,   jej rumiane  policzki  i  pulchne  ramiona  rysujące  się 

background image

wyraźnie pod rękawami koszuli z cienkiego białego płótna. - Ścieżki do domu zabyliście, czyli 

was co może w drodze opóźniło?

- Nie wasza rzecz! - żachnęła się Kordelia.

-   Może  i   moja   -  flegmatycznie   odparła   Babunia   -  bom  dziewkę   waszą   do   dom  wziąć 

musiała i wyswatać przyzwoicie. Nie ciekawiście, komu?

- Grzech i obraza boska! - syknęła Kordelia. - I na złe się niezawodnie obróci, boście 

najpewniej czarem księcia do podobnej durnoty przywiedli, żeby moją Jarosławnę pojął.

- A wam niby o tej obrazie boskiej wilcy w lesie wyli? - rzuciła zaczepnie wiedźma. - Czy 

niedźwiedzie   nowiny   rzekły?   I  one   też   was   niezawodnie  przystroiły   w  aksamit  i   pańskie 

pontały, aby się jaśnie książęca świekra nie sromała, gdy ją tam znienacka na wygonie szarak 
najdzie albo jeleń na rozłogach przydybie?

- Nie wasza rzecz! - powtórzyła Kordelia.
- A nie moja, nie moja! - przytaknęła Babunia. - Waszych sąsiadek pierwej, ale i to nie 

moja rzecz, jak się im objaśnicie.

Młynarzowa zrazu chciała się odciąć, ale zamilkła, popatrzawszy na twarze otaczających ją 

wieśniaczek. Te ochłonęły już z pierwszego lęku i rozpoznały w rzekomej potworze małżonkę 
Betki   młynarza,   która   wprawdzie   była   niewiastą   swarliwą   i   wredną,   ale   znacznie 

bezpieczniejszą   od   dzikiego   zwierza,   by   już   o   grasantach   nie   wspomnieć.   Stały   kręgiem, 
gapiąc się na jej strój, który, choć brudny i zmięty, wciąż łyskał spod warstwy zaschniętego 

błota niebieskim aksamitem, na jej rumiane policzki i srebrne pierścionki na palcach. Ich 
wybałuszone ślepia były pełne niedowierzania.

Jedna Gronostaj przepchnęła się pomiędzy babami, z profesjonalną biegłością oszacowała 

suknię oraz ozdoby młynarzowej i jej oczy stwardniały. Jako niewiasta bywała i w swym 

rzemiośle nader doświadczona, rozumiała, że w całych Górach Żmijowych są nie więcej niż 
trzy   jesienne   jarmarki,   na   których   można   znaleźć   równie   kosztowną   materię.   Kupcy   nie 

wykładali takich specjałów na wiejskich targach, miejscowy ludek bowiem był niezasobny i 
skąpił grosiwa na zbytki. Owcze sery i runo wymieniano raczej na igły, sznurki czy miedziane 

patelnie,   a   nie   srebrne   pierścionki.   Aksamitne   suknie   zaś   były   tak   kosztowne,   że   nawet 
szlachcianki przywdziewały je tylko od wielkiego święta i żadna nie biegałaby w podobnym 

stroju po wygonach.

Poza tym, od wielu miesięcy nikt w Wilżyńskiej Dolinie nie słyszał turkotu kupieckich 

wozów.

- Ścierwo! - Gronostaj strzyknęła śliną i plwocina opadła na skraj sukni młynarzowej. - 

Wnet   żeście   się   po   starym   pocieszyli,   jeszcze   ostygnąć   nie   zdążył.   I   to   z   kim?   Z   męża 

background image

własnego mordercami! To pytam was, warto chociaż było dla tych paru łokci sukna?

Kordelia hardo zadana głowę. Na policzkach miała dwie ceglaste plamy.
Gdzieś   za   plecami   Babuni   Jagódki   padło   przekleństwo   wypowiedziane   zajadłym, 

chłopskim głosem. Ktoś pochylił się ukradkiem i podniósł dorodny, wygładzony w górskim 
potoku kamień, jeden z wielu kamieni, które okalały rabatki jej ogrodu.

- A grządek mi nie ruszać! - zasyczała gniewnie.
Nim   zdążyła   się   obrócić,   upuszczony   kamień   głucho   stuknął   w   ziemię   i   potoczył   się 

leniwie pomiędzy kępami cykuty, rdestu, kosaćca, pokrzyka i ciemiężycy, a czyjeś ręce jak 
oparzone cofnęły się w fałdy pasiastej spódnicy.

- Zima idzie. - Wiedźma melancholijnie zapatrzyła się w niebo, nie zahaczywszy nawet 

spojrzeniem o rozjątrzone wieśniaczki. - Pierwszych śniegów ledwo patrzeć, tedy na rozrywki 

później czas przyjdzie - rzuciła znacząco ku Kordelii. - Ot, siędziem sobie zimą przy ogarku i 
pogwarzym, uczciwie, jak niewiasta z niewiastą, co tam którą od grasantów spotkało. Ale nie 

teraz. Bo teraz trzeba się do roboty brać, a chyżo!

- Niby do czego, Babuniu? - zapytał ktoś nieśmiało.

- Wioskę odbudować. - Wzruszyła ramionami. - To chyba jasne.
Odpowiedziało jej głuche, pełne grozy milczenie.

* * *

Przez cztery dni ocalałych z pogromu mieszkańców Wilżyńskiej Doliny nie niepokoił nikt, 

prócz zdziczałych psów i gawronów. Te ostatnie przypatrywały się wysiłkom ludzi z koron 
okolicznych topól, pokrzykując prześmiewcze i wrednie. Wieśniaczki zaś zgodnie uznały, że 

wiedźma musiała się opić szaleju, albo włóczęga po pańskich dworach do reszty pomieszała 
jej w głowie. Jednak nie zdradzały się przed Babunią Jagódką ani z owymi przemyśleniami, 

ani z przerażeniem, kiedy jednym machnięciem ręki zwalała potężną sosnę i ociosywała ją z 
konarów.  Nie pytały  też, skąd nagle w zgliszczach  Wilżyńskiej  wioski pojawiły  się cztery 

zaprzęgi wołów i para dorodnych bułanych koników, którymi ściągano bale z poręby. Dość, 
że chałupy rosły jak drożdżowe baby, a powietrze wokół Babuni Jagódki aż trzeszczało od 

magii.

Ostatecznie grasanci byli daleko, a wiedźma blisko.

Po  cichu  liczyły,  że  skoro w całej   Wilżyńskiej  Dolinie  nie zostało  już  nic zrabowania, 

dezerterzy nie będą mieli powodu, by wałęsać się po okolicy.

I,   jak   to   zwykle   w   podobnych   razach   bywa,   przeliczyły   się   niezmiernie.   Łupieżcy 

podciągnęli   pod   wioskę   ciszkiem   i   popod   wieczór,   kiedy   ogniska   ćmiły   się   leniwie,   a 

objedzone   wiedźmimi   zapasami   dzieci   układały   się   do   snu   w   ruinach   splądrowanego 

background image

kościółka, który obrócono na wspólną siedzibę.

Wiedźma podniosła głowę znad obgryzanego kurzęcego udka i ponad dymem z suchych 

liści wietrzyła chwilę jak posokowiec. Potem odrzuciła kość w ogień, a płomienie natychmiast 

chwyciły ją, zlizały resztki tłuszczu i znów przygasły.

- Uciekajcie! - rzuciła krótko.

Wystraszone   kobiety   jęły   się   podrywać   kolejno,   rozpierzchać   między   resztkami 

popalonych sadyb i jasnymi zrębami nowych budowli, aż wreszcie przy ogniu nie został nikt, 

prócz   Babuni   Jagódki,   drobnej   i   przykurczonej   w   swoim   ciemnym   płaszczu   i   chustce   w 
czerwone róże. Grzała nad ogniskiem pokrzywione artretyzmem palce i mamrotała coś do 

siebie po cichu, kiedy grasanci jechali główną ulicą wilżyńskiej wioski pomiędzy kadłubkami 
chałup.   Wiatr   przycichł,   gawrony   przylgnęły   w   koronach   drzew,   obdartych   już   jesienną 

zawieruchą   z   listowia.   Tylko   konie   stukały   kopytami   po   zamarzniętej   grudzie   i   parskały 
niespokojnie.

Wiedźma zerwała leszczynowy pręt i zakreśliła nim krąg nad ogniskiem. Liście zwinęły się 

i uleciały ku górze, a przygasające polana buchnęły rzęsistym światłem. Przymrużyła ślepia, 

żółte   i   rozjarzone   od   magii,   gdyż   grasanci   zaczynali   już   wjeżdżać   na   wioskowy   plac. 
Prowadził ich rosły chłop, z gęby jeszcze niestary, ale w jego brodzie, zwajeckim zwyczajem 

splecionej w dwa warkocze, widać było pasma siwizny. Strój miał zbytkowny, kołpaczek z 
czerwonego sukna obszyły rysim futrem i ozdobiony zapinką z rubinem wielkim jak gołębie 

jaje;   złote   guzy   u   jego   kubraka   więcej   były   warte   niźli   cały   folwark   władyki   wraz   z 
przyległościami.   Jechał   śmiele,   nie   rozglądając   się   zanadto   na   boki,   a   wierzchowiec, 

wspaniały   turzniański   siwek,   potrząsał   grzywą,   jak   na   wesele   przystrojoną   szkarłatnymi 
wstążkami.

Tuż za nimi ciągnęli następni, zgrabnym komunikiem i czujniejsi krzynę, z prawicami na 

jelcach   szarszunów   bądź   zakrzywionych   szabelek,   które   ostatnimi   czasy   za   przyczyną 

Servenedyjek   coraz   częściej   noszono   w   Górach   Żmijowych.   Skoro   dostrzegli   szopy, 
majaczące w mroku dopiero co ściętym drewnem, i podstawy świeżych chałup, jęli wodzić 

podejrzliwie wzrokiem po zaroślach wokół drogi i zgliszczach, nad którymi z wolna unosił się 
siny   opar.   Jeden   z   grasantów,   młody   chłopak   w   łosiowej   kurcie,   zobaczył   pojedyncze 

pasemko, które jak bluszcz pełzło i owijało się wokół węgła starej gospody. Ścisnął kolanami 
konia, by podjechać bliżej i lepiej obejrzeć to dziwo. Jednak kiedy smużka mgły sięgnęła 

pęcin, krępy górski konik kwiknął przerażony i uskoczył w bok jak przed żmiją, nieledwie 
zrzucając jeźdźca.

Wśród grasantów przebiegł szmer, a konie zbiły się w ciaśniejszą gromadę. Przywódca 

background image

obejrzał się przez ramię i krzyknął coś, machnąwszy ręką w kierunku ruin kościółka. Pięciu 

łupieżców  z ociąganiem  odłączyło   od  towarzyszy   i ruszyło  ku  wilżyńskiemu  cmentarzowi 
między   szeregiem   jałowców,   które   wydawały   się   zanurzone   w   półprzeźroczystym   oparze. 

Reszta  zmierzała  jednak ku wiedźmie, a ich dowódca  znacznie  się wysforował  i Babunia 
słyszała   już   dźwięk   dzwonków,   zawieszonych   u   czapraka.   Turzniański   konik   tańczył   na 

ścieżce, dzwoneczki pobrzękiwały raźno, grasant gwizdał przez zęby wesołą piosenkę. Że zaś 
mgła zatrzymała się na progach chałup wokół placu, jego ludzie otrzeźwieli z pierwszego 

przestrachu i zaczęli się znowu prostować w siodłach.

- Fo - fu - fe - fi, czuję zapach ludzkiej krwi! - rzuciła od niechcenia Babunia, kiedy grasant 

podjechał tak blisko, że mogła zajrzeć mu w oczy, siwe i zaciekłe w ogorzałej od wichru 
twarzy, i czuła ostry pot wierzchowca, który bił niespokojnie kopytami w zamarzniętą ziemię.

-  Węch cię   nie zawodzi,  wiedźmo! -  Mężczyzna  jednym ruchem  wyciągnął   szabelkę  z 

pochwy. Błysnęły osadzone w jelcu rubiny, zakrzywiona klinga pojaśniała odbiciem ognia, 

kiedy wysunął ją w przód, nieledwie zahaczając piórem o twarz Babuni. - A to chcesz może 
poniuchać,   stara?   Bośmy   zeszłej   nocki   podobną   tobie   w   leszczynie   zdybali,   jak   wedle 

obozowiska   szpiegowała.   Takoż   nam  zrazu   śmierć   okrutną   wieszczyła,   wiedźmieniem   się 
przechwalała. I co ci powiem? Na psie jaje się jej wiedźmienie zdało, kiedy my ją we trzech 

ucapili i kindżał jej gołą stalą na gardzieli kładli.

Ktoś za jego plecami zarechotał sprośnie.

- I wiecie, co jeszcze? - ciągnął szyderczo grasant. - Wnet na jaw wyszło, że pode chłopem 

jak każda inna białka piszczy i nogami wierzga. Tedy powierzgała sobie do syta, do białego 

ranka. Aż się nią każdy nasycił, kto chciał. - Uśmiechnął się lisio. - A potem się babie łeb 
urżnęło, jako kurze czarnej, i powiadam wam, taka sama krew ciekła jak u każdej innej.

- Przeklęła  was! - Wiedźma odezwała  się starczym,  skrzekliwym  głosem. - Przeklęła  i 

naznaczyła jako psów!

- A co by miała nie przekląć? - Skrzywił się. - Noc długa, tedy nakrzyczała się baba, aż 

schrypła z wysiłku. Jeno że młoda była i kraśna, a wyście grzyb stary i paskudny, tedy nikt się 

wrzaskom waszym przysłuchiwać nie będzie.

- Naprawdę? - Babunia uniosła ramiona i rozwiązała chustkę w czerwone róże.

Kruczoczarne włosy rozsypały się po plecach i w pojedynczym rozbłysku płomieni twarz 

wiedźmy wygładziła się, usta nabiegły karminem, cała zaś postać wyprostowała się nagle i 

urosła   o   łokieć.   Zdmuchnęła   z   policzka   niesforny   pukiel,   nie   dbając   o   grasantów, 
skonfudowanych i wylękłych tą przemianą. Ale ich przywódca tylko uniósł się w siodle i 

objechał wiedźmę wokół, cmokając z ukontentowania.

background image

- Lepiej? - spytała cierpko.

- Znacznie lepiej...
Mężczyzna   pochylił   się,   chwycił   ją   wpół   i   przyciągnął   do   siebie,   a   potem   pocałował 

siarczyście w usta.

- Jednak nie wystarczająco dobrze! - Odepchnął ją od siebie. - Co wiedźma, to wiedźma!

- Łeb babie trza ukręcić! - potaknął zapalczywie któryś z jego ludzi. - Nim co uknuje!
- Z tamtych,  co zeszłej  nocy  wiedźmę ryćkali  - objaśnił lekko  dowódca  - trzech  baba 

pazurem   przeorała   i   wszyscy   trzej   przede   świtem   od   martwicy   sczeźli.   Ot,   jaka   nagroda 
człeka spotyka, gdy politycznie chce do wiedźmy podejść, zabawić ździebko, zamiast od razu 

szyję ścinać... - Pokiwał głową z udanym zafrasowaniem. - Ale co ja wam będę długo gadał, 
sami rozumiecie, że po zeszłej nocy ludzie moi wielce komitywie z wiedźmami niechętni.

- A juści! - wrzasnął piskliwie młokos w kubraku krytym szkarłatną kitajką. - Łeb skręcić, 

nie gadać! Niewiast po chaszczach pochowanych dosyć, nie będziemy stratni!

- O, ty akurat, synku - wiedźma z roztargnieniem strzepnęła z mankietu źdźbło trawy - 

stratny nie będziesz. Bo takeś był wedle niewiast doświadczony, że je czasem w skryptorium 

na obrazku za plecami mnichów oglądałeś, i takim pozostaniesz!

- Leż! - wykrzyknął chłopak. - Leż plugawa!

Wiedźma tylko roześmiała się perliście.
Grasanci jęli coś mamrotać między sobą. Strachliwsi czynili znak odpędzający złe albo 

wyjmowali  zza pazuch szkaplerzyki,  pospolicie  kupowane wedle klasztoru Cion Cerena, i 
zasłaniali się przed urocznym okiem. Babunia uśmiechnęła się wrednie. Grasanci bowiem 

nie wzdrygali  się łupić wiejskich  kościółków,  a i pomniejszy  klasztorek  potrafili  puścić  z 
dymem, jednak najwyraźniej w obliczu plugastwa ogarniała ich przedziwna pobożność. I lęk.

- Widzicie? - odezwał się miękko dowódca. - Coś wdzięki wasze ludzi moich nie nęcą. A 

szkoda, boście nadobna niewiasta, choć wiedźma, i będzie z was ścierwo nadobne, krukom 

na ucztowanie. Nam zasię, nieboraczkom, przyjdzie się pospolitym babińcem zadowolić. A 
zda mi się - zatoczył ręką w krąg po ruinach wioski - że tutaj po chaszczach niejedna baba 

schowana.

Jakby w odpowiedzi od strony ruin kościółka poniósł się krzyk przeciągły a pełen iście 

zwierzęcej trwogi, i zmilkł wnet w zduszonym charkocie.

- A może też być, że baby waszym zalotom niechętne - rzuciła drwiąco Babunia.

Kilku grasantów cofnęło się z przestrachem, ale ich przywódca zaśmiał się beztrosko.
- Nie strasz, wiedźmo, nie dokazuj! - Pogroził żartobliwie palcem, a dzwoneczki u jego 

siodła znów odezwały się prześmiewczo. - Przecie nie ty nas pierwsza babską gadką raczysz i 

background image

nie tobie pierwszej klątwy w gardziel się wepchnie, pospółek z magią twoją plugawą. A nie 

zechcesz gęby z własnej woli rozewrzeć, to ci się drugą na szyi wytnie. Kozikiem! - Popychał 
wierzchowca   do   przodu,   aż   przy   ostatnim   słowie   Babunia   zachwiała   się,   trącona   końską 

piersią.

- Pomiłujcież, wielmożny panie! - Uczepiła się jego nogi, zawodząc niby płaczliwie, ale 

przecież z nutą szyderstwa w głosie. - Toż nie stratujecie mnie, biednej sieroty!

- Byłoby żal! - Rozbójnik potrząsnął głową. - Oj, byłaby szkoda okrutna, bo myśmy dla cię, 

babo, inny los zgotowali.

Na jego znak jeden z jeźdźców, ukryty wcześniej w ciżbie i z gębą przesłoniętą kapturem, 

wysunął   się   nieco   ku   przodowi.   Kiedy   odsłonił   twarz,   oczom   wiedźmy   pokazała   się   łysa 
czaszka i twarz poznaczona bliznami, które w świetle migocących płomieni wydawały się 

niemal czarne. Ze świstem wciągnęła powietrze. Któryś z grabieżców zaświergolił gardłowo, 
jakby przywoływał drapieżnego ptaka, inni odpowiedzieli mu rechotem.

- A cóżeś myślała? - zakpił dowódca. - Że nie doszła nas wieść o wiedźmie, co w Dolinie 

siedzi, niby kleszcz na ścierwie? Że jak w sak wiezieni, bezbronni, i będziem tańczyć, jako 

nam zagracie? Toś się przeliczyła!

Sięgnął po zatknięty za pasem korbacz, rozprostował go w palcach i z trzaskiem strzelił w 

powietrzu tuż przed czołem Babuni.

- Bo powiadam, że tej nocy wy pląsać będziecie. - Wyszczerzył zęby. - Drobniutko nogami 

przebierać   wedle   melodyjki,   co   ją   wam   będę   biczykiem   po   łydkach   wygrywał,   póki   mię 
podobna zabawa nie zmierzi! Ot, tak! - Z zamachem trzasnął w ziemię tuż przy skraju jej 

spódnicy, aż poczuła na twarzy ukłucia zamarzniętych grudek ziemi.

- Z jego powodu? - prychnęła Babunia Jagódka, kiwając palcem ku pobliźnionemu. - Z 

powodu tego wypędka kapłańskiego, co się własnej bogini wyrzekł? Tego zaprzańca?

- Nie będziesz mi, babo, o bogach gdakać! - suchym, trzeszczącym głosem odezwał się 

grasant. - Ani sobie gęby moją panią wycierać!

- Twoja pani! - zaśmiała się wiedźma. - Twoja pani, klecho, dawno zdechła i tuzin lat już 

będzie, jak czerw jej ścierwo toczy głęboko popod rdestnicką świątynią.

- Łżesz!

- A po co mnie przed tobą kłamać, klecho? - Babunia odrzuciła w tył głowę. - I takiego 

wysiłku mi szkoda, żeby ci w gębę napluć, w te blizny, coś je sobie własnym nożem wyrzezał, 

dawnym przysięgom na urągowisko! A wiesz, dlaczego? Boś ślepy jako kocię i na moc bogów 
tak   głuchy,   że   cię   własna   pani   w   godzinie   śmierci   precz   odrzuciła   i   przeklęła,   żebyś   się 

samojeden po świecie błąkał z hańbą swoją na gębie wypisaną, póki nie sczeźniesz, jako ona 

background image

zdechła!

Blizny w twarzy kapłana nabiegły krwią i odbijały się od sinej skóry niczym wybroczyny.
- Nie kracz, wiedźmo! - Przywódca grasantów zamierzył się na nią biczem. - Nie tobie o 

bogini gadać, imię jej święte pyskiem plugawym kalać. Nad własnym się, lepiej narodem 
natrząsaj i szydź, że go Kii Krindar precz porzucił, żeby was mogła każda moc bić i z dobytku 

łupić.

- Nie każda, głupcze! - Babunia Jagódka wyprostowała się, a jej głos spotężniał i nabrał 

głębi. - I nie zostawił nas niestrzeżonymi! Precz! - Wygięła się jak kot i strzeliła palcami ku 
gromadzie łupieżców.

Z jej rozcapierzonych dłoni posypały się gorejące iskry. Turzniański siwek stanął dęba, 

jeździec   zaś   nieledwie   wypadł   z   siodła,   bo   zamiast   zrazu   pochwycić   wodze,   był   zajęty 

gaszeniem własnej brody. Babunia roześmiała się rzęsiście, gdy grasanci na gwałt zrywali 
tlące   się   szmatki,   bo   ogniki   pełgały   po   ich   przyodziewku,   zachłannie   wczepiając   się   w 

koszule,   końskie   grzywy   i   wodze   przystrojone   pozłocistymi   guzami.   Ale   zanim   panika 
wybuchła na dobre, poharatany na gębie spiął konia i jął w galopie objeżdżać plac, tuż przy 

skraju mgły.

Zdezorientowana   wiedźma   umilkła;   w   nocnej   ciszy   dało   się   słyszeć   jedynie   odległe 

pohukiwanie sowy i osobliwy przyciszony syk. Mgła się cofała. Powoli, jakby z ociąganiem, 
języki mlecznego oparu odpełzały w mrok, aż zupełnie zniknęły i tylko na skraju lasu widać 

było cieniutką, jasną smużkę pomiędzy pniami drzew.

Kapłan zatrzymał się tuż obok dowódcy. W ręce dzierżył wór z koźlej skóry, wiotki już 

teraz i opróżniony do dna. Triumfalnie wytrząsnął zeń ostatnie krople nieomal na suknię 
wiedźmy. Babunia Jagódka cofnęła się gwałtownie.

Cały wioskowy plac był opasany ciemnym kręgiem rozlanej wody.
- A co! - wykrzyknął  kapłan. - Jarzmo czujesz, tedy mniejsza ochota do gardłowania, 

babo? I słusznie! Bo my cię pod to jarzmo tak nagniem, że ci grzbiet pęknie!

-   Mówiłem,   żeśmy   nieostrzeżeni   nie   przyszli   -   cicho   i   jakby   przepraszająco   wtrącił 

dowódca. - A powiadają ludziska mądrzy, że w wiedźmobiciu największa pomoc to woda ze 
świętego źródełka zaczerpnięta i zioła mocne. Wrotycz, tymianek i wilcze łyko. - Spoglądał 

bacznie, jak twarz Babuni chmurzy się z każdym wypowiedzianym przez niego słowem. - 
Wiedźmibicz,  kozłek  i czarna  jagoda.  Jaskółcze  ziele,  czarcimęt  i szalej  wedle szubienicy 

rwany. Dość, by się twoja moc w niwecz obróciła i sczezła, tedy nie gadaj więcej, jeno na 
kolanach o łaskę proś, a może być uprosisz. Może nagrodzimy cię lekką, czystą śmiercią. - 

Wyciągnął rękę ku jej włosom, ale wiedźma cofnęła się, sycząc i prychając niby żbik.

background image

- Nie parskaj,  babo - odezwał  się zgrzytliwie  kapłan.  - Bo woda poświęcona u źródła 

bogini i taka w niej moc, że nie pomogą dąsy ani wyklinania. Krąg cię trzyma, moc twoją 
niwecząc, i ani się nad nim ptakiem przemkniesz, ani spodem wywiniesz.

-   Takem   sobie   umyślił   -   wódź   grasantów   przypatrywał   się   Babuni   spod   zmrużonych 

powiek - że nie dozwolę cię, wiedźmo, z dala strzałą ubić, ani podpalić we śnie, jak czasem 

chłopstwo   po   przysiółkach   czyni,   kiedy   mu   się   plugastwo   w   stodole   zalęgnie.   Bom 
postanowił, że trzeba ciebie przed zgonem z mocy wszelakiej obłupić i jak z łupiny obrać. A 

potem powoluśku na pal nizać, ale tak, żeby się wieśniacy napatrzyli do woli, jak zdychasz. 
Żebyś czas miała odpokutować i za te pogróżki puste, i za przeklętnicę, co ludzi moich zeszłej 

nocy umorzyła.

- Wiedźmij teraz, głupia! - zawołał triumfalnie kapłan, a na jego znak grasanci poczęli z 

obu stron okrążać Babunię, stojącą pośrodku wodnego kręgu. - Obaczym, na co się dekokty 
twoje zdadzą i zaklinania! Ile wydolisz przeciwko mocy bogini!

- Ano zobaczym, panie!
Pokłoniła   się  przed  wodzem   grasantów   tak  nisko,   że   jej  spódnice   rozłożyły   się   wokół 

niczym   szkarłatne   płatki   maku,   a   palce   wsparły   o   ziemię.   Później   wyprostowała   się 
gwałtownie, wyrzucając przed siebie dłonie pełne popiołu i piasku. Wicher poderwał się znad 

ziemi, pochwycił pył i uniósł go niczym złowrogą czarną chmurę.

- Jeno mnie musicie pierwej ułapić! - wykrzyczała wiedźma, lecz jej głos niknął w świście 

wichury.

Tuman   uderzył   w   grasantów,   smagnął   ich   po   twarzach,   wdarł   się   w   szczeliny 

przyodziewku, wycisnął łzy z oczu. Ognisko zgasło, zmiecione ostrym podmuchem, a popiół 
zawirował i uniósł się ku górze gęstym kłębem, tworząc brunatny wał między wiedźmą i 

zbójcami, którzy kręcili się po omacku, niepewni, co czynić.

- Łapcie liszkę! - Dowódca spiął konia. - To omam jeno i ułuda. Nie może się baba z 

pułapki wymknąć, tedy chce zmamić i do strachu przywieść.

-   Wyczha!   -   wrzasnął   ktoś,   może   kapłan,   a   może   niedorostek,   któremu   Babunia 

wypomniała klasztorną edukację.

Gromada zbójców bez namysłu runęła w ciemność, tratując końskimi kopytami resztki 

wiedźmiego ogniska.

Wiatr pochwycił ich, targając brody i płaszcze.

Wiedźma zaśmiała się jeszcze raz we ćmie. A może tylko im się uwidziało w zawierusze, 

która  z  nagła   podniosła  się  w Wilżyńskiej  Dolinie.   Wioskowy  plac  zdawał   się  rozszerzać 

niezmiernie i rozciągać przez całą Dolinę i dalej jeszcze, aż przez pola i rozłogi na skraju 

background image

wioski.

- Wyczha!  - pohukiwali  grasanci,  a grudki  zamarzniętej  ziemi  tryskały  spod końskich 

kopyt.

Z bezmiernej dali odpowiadał im poszum wichru i śmiech wiedźmy, więc gnali za jej 

głosem nawet wówczas, kiedy ogarnął ich lodowy chłód puszczy. Jodłowe gałęzie smagały ich 

po twarzach, trzaskały tratowane krze, szaraki przypadały do bruzdy i kryły się w wykrotach 
przed rozhulaną pogonią, a z końskich pysków spadały białe płaty piany. Chmury zasłoniły 

księżyc, wygasły ognie przed pasterskimi szałasami i żar w kominach w nielicznych siołach, 
których nie spustoszyły zbójeckie podjazdy. Nad Górami Żmijowymi nie widać było tamtej 

nocy   nawet   pojedynczej   gwiazdy.   Grasanci   pędzili   jednak   wciąż   naprzód   z   zajadłością 
wilczego stada, jakby chcieli się przebić na drugą stronę kłębu pyłu, ciemności i wichru, który 

ich spowijał.

Biegli długo. A w każdym razie tak później mówiono.

Droga pięła się w górę i skręcała ostro pod kopytami ich koni, szeroka jak podwórzec 

wilżyńskiej wioski i opustoszała jak pogorzelisko.

Biegli całą noc, bez chwili zwłoki czy wypoczynku. Żaden z nich nie odłączył się od pogoni.
W wysokich wioskach mówili potem, że słyszano tętent ich koni i krzyki „wyczha”, i świst 

magicznego wichru, i śmiech wiedźmy, niosący się ponad górskimi szczytami.

Biegli, aż w przydrożnych bzach i tarninach obdartych z ostatnich liści jęły się odzywać 

ptaki. Aż po kres puszczy.

A potem tuman opadł i rozwiał się bez śladu. Stali na wysokiej górskiej polanie. Powietrze 

było ostre i czyste. Potężne pnie jodeł majaczyły słabo w ciemności, a niebo ponad nimi 
zasnuwały ciężkie chmury.

Wiedźma stała pośrodku polany, dysząc ciężko i z głową zwieszoną na piersi.
Wokół niej, na spłacheci nędznej zmarzniętej trawy, wciąż widniał krąg nakreślony wodą 

bogini.

-   A   jednak   zgoniliśmy   cię,   babo!   -   wykrzyknął   triumfalnie   przywódca   grasantów.   - 

Zgoniliśmy cię jako liszkę, a ninie sprawiać będziem!

Zeskoczył z siwka, który drżał jeszcze ze zmęczenia, i ruszył ku wiedźmie poprzez łan 

trawy. Inni zbójcy podążyli tuż za nim, zbitą, zaciekłą gromadą.

- Ano zgoniliście! - Babunia Jagódka uniosła głowę. Jej oczy wciąż żarzyły się od magii jak 

dwa węgle. - Głupcy! - Podniosła dłoń. - Nie trzeba wierzyć w byle głupstwo, które kuglarz na 
jarmarku powie, ani w cudowną wodę z rynsztoka czerpaną, ani moc bogini, której dawno 

nie ma. Patrzcie!

background image

Chmury w górze rozsuwały się z wolna na boki, ginęły poza krawędzią jodłowych gałęzi. 

Nadchodził świt.

- Ejże, babo! - zaśmiał się zbójca. - Nie dość ci jeszcze sztuczek? Nie...? - urwał z wyrazem 

zdumienia na twarzy.

Szarpnął   się   wprzód   całym   ciałem,   ale   jego   stopy   w  wysokich   skórzanych   butach  nie 

przesunęły się ni o jedno źdźbło trawy. Wciąż nie rozumiejąc, obejrzał się, jedynie po to, by 
spostrzec, jak kamraci szamocą się bezradnie, niezdolni postąpić choćby krok naprzód.

- Nie ma w tym żadnych sztuczek. - Wiedźma obracała w palcach pojedynczy nagi pęd. - 

Powinieneś już zrozumieć, głupcze!

Lekko przestąpiła krąg nakreślony na trawie, smukła i wyprostowana w swej szkarłatnej 

sukni,   i  smagnęła   go  witką  po  twarzy.  Zbójca  szarpnął  głową,   jego  usta   rozwarły  się  do 

krzyku, lecz nie dobył się z nich żaden dźwięk.

- Cicho. - Babunia Jagódka położyła mu palec na wargach. - Noc dobiegła kresu i teraz 

będziesz już cicho. Bardzo długo będziesz cicho.

-   Powinieneś   mnie   rozpoznać.   -   Podeszła   do   kapłana,   który,   spurpurowiały   na   gębie, 

wciąż walczył z czarem, przykuwającym jego nogi do zamarzniętej ziemi. - Powinieneś był 
uciec precz, daleko od mojego władztwa.

Dotknęła go zieloną gałązką. Kapłan zamarł i oniemiał jako inni, wiedźma zaś jeszcze 

dobrą chwilę chodziła między grasantami, niedbale muskając ich różdżką.

Wysoko w gałęziach jodeł śpiewały kosy.
Było   już   zupełnie   jasno,   kiedy   Babunia   Jagódka   dokończyła   dzieła.   Pliszka   o   długim 

płowym ogonie sfrunęła z drzewa i przysiadła na głowie przywódcy grasantów, przypatrując 
mu się ciekawie.

Na   polanie   stało   ze   dwa   tuziny   głazów:   grasanci   zastygli   w   najdziwniejszych   pozach 

powykręcani grozą i rozpaczą. Gdzieniegdzie spod szarej skały przeświecały jeszcze złoty guz, 

rękojeść szabli czy bogaty szamerunek u kurty, lecz kształty postaci zaczynały się z wolna 
zacierać i pokrywać kamieniem.

- A teraz będziesz czekał. - Wiedźma wpięła we włosy różany pęd, który pod jej palcami 

rozkwitł   krwistoczerwonym   kwieciem,   i   z   zadowoleniem   pogładziła   skałę,   co   kiedyś   była 

przywódcą grasantów z Gór Żmijowych. - Zdradzę ci tajemnicę - szepnęła mu do ucha. - Jest 
moc, co czar odmienia i wniwecz obraca, dla każdego czaru osobna i inna. Naznaczę więc 

sposób, aby was między żywych przywrócić i spod mocy zaklęcia wyzwolić. Pomnisz te zioła, 
co mnie okiełznać miały?  Wrotycz,  tymianek  i wilcze  łyko. Wiedźmibicz,  kozłek i czarna 

jagoda. Jaskółcze ziele, czarcimęt i szalej wedle szubienicy rwany. Niech więc tak będzie. - 

background image

Uśmiechnęła się paskudnie. - A żeście noc całą za niewiastą gnali, niech was teraz niewiasta z 

mojej  paści  zbawi.   Jeśli  któregoś  z  was  zechce  niewiasta  ocalić,  musi   ziół  dziewięć  przy 
miesiącu   pełnym   zebrać,   nitką   pojedynczą   w   pęk   spętać   i   w   wodzie   źródlanej   zanurzyć. 

Potem zasię miotełką głaz cały obmyć, póki się księżyc ze świtem nie schowa. Czekajcie więc 
pilnie i baby wszelkie do komitywy wabcie, jak się która w te strony za drwami czy grzybem 

zapędzi.   Ale   po   prawdzie   głusza   tutaj   dzika   i   pewnie   szmat   czasu   przejdzie,   zanim   się 
jakowaś białogłowa pokaże... - dodała z powątpiewaniem. - No, ale może się mylę...

W oczach kamiennego posągu odbiło się nieme błaganie, ale wiedźma już się odwróciła i 

podśpiewując pod nosem, ruszyła ścieżką w dół, ku dolinom.

* * *

W dwa dni później na polankę w Kamiennym Lesie podtoczyła się chłopska dwukółka 

zaprzężona w ciężką bułaną kobyłkę. Za wózkiem szedł krępy, rozrośnięty w barach chłopek 
w skórzanej opończy i kapeluszu naszywanym  muszelkami,  obok zaś dreptał  pucołowaty 

wyrostek w koszulinie i spodniach z niebielonego płótna.

- Patrzajcie, ojciec, jakie dziwowisko! - Chłopiec pociągnął go za rękaw i pokazał krąg 

kamiennych głazów. - Toć prawdę gadała babulina! Sute kamienie, jeden w drugi, jakby je 
ktoś tutaj specjalnie wytaszczył.

-   A   co   za   różnica?   -   Ojciec   wzruszył   ramionami   i   jął   rozsupływać   zawiniątko   z 

nasączonych tłuszczem szmat. - Wytaszczył, nie wytaszczył, grunt, że je precz zostawił, nam 

nieboraczkom   na   pożytek.   Bo   skała   skale   nierówna   i   nie   jest   rzecz   łatwa   dobry   kamień 
znaleźć, choćby w najwyższych  górach. Ta się za bardzo kruszy, ta od środka pęka, a ta 

jeszcze zwodnicza, niby z wierzchu gładka, ale czerw ją toczy... - Zważył w ręku młotek i 
stuknął   nim   lekko   jeden   z   głazów.   Rozległ   się   stłumiony,   jękliwy   pogłos   i   starszy   z 

zadowoleniem   pokiwał   głową.   -   Sute   kamienie!   -   Pogładził   pieszczotliwie   dłonią   grzbiet 
jednego ze zbójców, który zamarł na wpół pochylony, usiłując rękoma oderwać oporne nogi 

od ziemi. - Rychtyk w rychtyk się nadadzą. Przyjdzie trochę ociosać, ale będzie z nich kamień 
młyński i żarna nowe, i nagrobek dla matki nieboszczki, co ją te grasanckie ścierwa zarżnęły.

- A mnie się to wszystko jakieś dziwne widzi, ojciec - chłopak zawahał się. - I ta babina, co 

na nas przy brodzie jakby czekała, a jeszczeście dobrze nie rzekli, po co w góry ciągniem, już 

radę miała dobrą. I te głazy, co jak lepiej spojrzeć, to prawie na ludzki kształt podobne.

- A tobie, Ziemuś, wszędy się jeno dziwy i cudactwa roją! - Ojciec splunął z niechęcią na 

kamień.  - Kliny lepiej chwytaj  i pod głazy  podkładaj.  Toć trza  je przede zmierzchem do 
chałupy zwozić i ciosać, ciosać...

background image

GRZYBOBRANIE

Jako   się   rzekło,   wojna   przeszła   przez   Wilżyńską   Dolinę   tylko   raz,   ale   jak   huragan. 

Gromada maruderów obróciła osadę w zgliszcza, teraz wystygłe już i spopielałe. Po lasach 

pałętały  się zaryczane  niewiasty,  wespół ze stadkiem równie zestrachanego  drobiu, który 
podczas rzezi zdołał zbiec w okoliczne krzaki. Słowem, trzeba było całe to tałatajstwo spędzić 

na powrót do Doliny, ochędożyć, odchuchać i z przerażenia otrząsnąć. Oczywiście miejscowi 
notable za nic sobie mieli wilżyńskie wypadki. Władyka beztrosko bujał gdzieś po świecie w 

poszukiwaniu rycerskiej chwały, albo może raczej zdobycznego dobra i równie zdobycznej 
francy.   Proboszcz   zaś   załadował   na   wóz   resztki   dobytku   oraz   Rozalkę   i   z   podkulonym 

ogonem uciekł do Spichrzy. Odbudowa osady spadła tedy na Babunię Jagódkę, która ów 
obrót zdarzeń uznała za wyjątkowo ohydną niesprawiedliwość. Owszem, samą wojnę nawet 

skrycie ceniła, jak każdą inną szumną i niezwykłą awanturę. I gdyby wojna przydybała ją 
gdzieś w mieście, nad brzegiem morza, albo chociaż na książęcym trakcie, nie rzekłaby ani 

słowa. Może nawet przyłączyłaby się do rabunku czy pohulała ździebełko z wojakami, bo 
zazwyczaj były to chłopy wesołe, skore do gorzałki, sprośności i rozlicznych uciech. Ale co 

innego swawole w wielkim świecie, co innego zaś pospolite domowe nieporządki!

Szczęśliwe wytępienie grasantów i innego plugastwa przyniosło jej wprawdzie odrobinę 

radości, rychło jednak musiała się zabrać do ciesielstwa, murarki i kopcowania brukwi. A do 
gospodarskich   zajęć   nigdy   nie   miała   serca.   Z   ciosaniem   desek   na   chaty   trzeba   się   było 

śpieszyć,   bo   jesienna   szaruga   szła   już   ku   końcowi   i   po   łupaniu   w   kolanach   Babunia 
rozpoznawała niechybnie, że zima nastanie mroźna i dotkliwa. Wszystko to nie wprawiało 

wiedźmy   w   szampański   humor.   Prawdę   powiedziawszy,   snuła   się   po   wiosce   w   takim 
nastroju, że co wrażliwsze niewiasty zaczynały rozważać ponowną ucieczkę do lasu. Ludziom 

miękły   kolana,   kiedy   zwalała   sosny   jednym   uniesieniem   brwi.   Niby   miała   wymówkę: 
potrzebowali  drewna,  by przed pierwszym śniegiem wznieść osadę  i wyposażyć  ją jakoś. 

Robota   szła   jednak   niesporo,   aż   wiedźma   pojęła,   że   trzeba   do   Doliny   spędzić   nowych 
wieśniaków. I to jak najprędzej.

Rychło w północnej części Gór Żmijowych zdarzyło się kilka bardzo dziwnych wypadków. 

Paru  wędrownych handlarzy  ciągnących  z wyładowanymi  wozami ku swym domostwom, 

nigdy do nich nie dojechało. Z okolicznych dworów gwałtownie znikali parobkowie. Dwóch 
statecznych, zasiedziałych gospodarzy osobliwym trafem przepadło w leśnej gęstwinie, gdyż 

Babunia Jagódka uznała, nie bez racji zresztą, że, prócz młodzieńczego zapału, wiosce przyda 
się też nieco rozwagi i doświadczenia. Zresztą, czas naglił, a wiedźma nie była drobiazgowa. 

background image

Zgarnęła więc z gościńca niewielki oddziałek koniuchów, którzy ze zrabowanym tabunem 

koni   zmierzali   na   południe.   Nie   pogardziła   też   wędrownym   żebrakiem   ani   wiejskim 
głupkiem. Przydybany na trakcie nieopodal Mnicha utrzymywał wprawdzie, że jest księciem 

w   podróży   do  źródła   uzdrawiającej   wody,   lecz   zdaniem   Babuni   owe   wyjaśnienia   jedynie 
potwierdzały jego kwalifikacje na wioskowego idiotę.

Co tu ukrywać, w wilżyńskiej okolicy najłatwiej było o pasterzy, najemników i zbójców. Ci 

ostatni o gospodarce niewielkie mieli pojęcie, byli jednak dorodni, w trudach zaprawieni i 

obrotni jak mało kto. Babunia żałowała, że szajka z Przełęczy Zdechłej Krowy rozpadła się 
bezpowrotnie po niecnej ucieczce zbójcy Twardokęska, człeka rozlicznych zalet i chytrego 

niezmiernie,  choć sobka  i  lenia  po  trochu.  Zastanawiała  się  nawet,   czyby  go  czarem  nie 
ściągnąć na powrót w Góry Żmijowe, lecz już tak głęboko w polityce siedział, że poniechała 

go   z   żalem.   Szczęściem,   podczas   wojny   ulęgło   się   mrowie   świeżych   łupieżców,   którzy 
doświadczeniem   nie   mogli   się   mierzyć   z   osławionym   zbójeckim   hetmanem,   choć 

zapamiętaniem w pracy przewyższali go nawet.

Babunia zasadzała się na nich bardzo prostym sposobem. Brała naręcze chrustu, który 

oczywiście  nie był do niczego potrzebny,  ale  bez wiąchy  gałęzi  jakoś się głupio czuła  na 
trakcie, i dreptała wprost do kryjówki zbójców. Tam zgrabnym zaklęciem tak im we łbach 

mąciła, że już sami z siebie szli do Wilżyńskiej Doliny. Oprzytomniawszy z uroku, zbójcy 
pomstowali   strasznie,   chcieli   gardła   podrzynać   i   chałupy   palić,   lecz   bardzo   trudno 

zbytkować, kiedy się ostrze miecza od dotyku rozmaśla i na ziemię ścieka, a solidna pałka 
obraca się w rękach jak żywa i właściciela po grzbiecie wali. Co gorsza, szybko wyszło na jaw, 

że żadnym się sposobem nie potrafią z Wilżyńskiej Doliny wyrwać na swobodę. Ścieżki wiły 
się i splatały, nikły wśród sosen, póki nie wywiodły ich na koniec w znajome wiejskie opłotki. 

Po   tygodniach   takich   zmagań   i   najtęższym   zbójcom   ubywało   hardości,   wpadali   w 
melancholię i pili na umór. Jeden się nawet obwiesił na wilżyńskim cmentarzu.

Babunia była nieugięta.
Wkrótce powiało tęższym chłodem i wymiotło im z głowy włóczęgę po oczeretach czy 

chaszczach.   Zgłodniali   i   zziębnięci   brańcy   spokornieli   na   tyle,   że   jęli   się   najmować   do 
gospodarskich posług za miejsce suche pod dachem i garstkę strawy. Co sprytniejsi brali za 

żony   miejscowe   wieśniaczki,   wykańczali   domy,   stawiane   na   zgliszczach   starych   chat   i, 
pogodzeni z losem, kisili kapustę.

Wiedźma   przyglądała   się   temu   z   nieskrywaną   dumą   i   pewnym   rozrzewnieniem. 

Postanowiła twardo, że książęce wojenki nie będą jej odtąd wchodzić w paradę i czynić pod 

samym płotem zamieszania. Może Wilżyńska Dolina była jedynie zapyziałą wioską na krańcu 

background image

świata, ale była to jej wioska i jej kraniec świata. I z nikim nie zamierzała się nim dzielić.

Wreszcie mogła odpocząć.
Babunia Jagódka zazwyczaj odpoczywała w tradycyjny sposób. Do pełnej satysfakcji był 

jej   potrzebny   spory   bukłak   miodu,   ze   trzy   pieczone   półgęski   i   dorodny   parobczak.   Nim 
jednak przeszła niedziela, miód jej się przepił do cna, a na pieczoną gęsinę nie mogła już 

patrzeć. Parobczaka też przegnała z komory na cztery wiatry po tym, jak począł myszkować w 
obejściu, grzebać po kufrach i zaglądać do komina w poszukiwaniu skarbów, co może nie 

było dziwne u niedawnego grasanta, ale Babunia nie zamierzała przyzwalać na podobny brak 
manier. Została sama. Spędzała całe dnie, wygrzewając się przy palenisku, z wielkim, ryżym 

kociskiem, wygodnie umoszczonym na jej kolanach. Czytała stare manuskrypty, zaśmiewając 
się   z   przedwiecznych   przepowiedni,   aż   trzaskały   deski   w   podłodze,   bez   umiaru   piła 

spichrzańską okowitę i od czasu do czasu na chybił trafił rzucała jakieś wredne zaklęcie - 
wyłącznie po to, żeby nie wyjść z wprawy.

Wreszcie   obudziła   się   pewnego   pochmurnego   ranka   z   potwornym   bólem   głowy   oraz 

mętnym wspomnieniem zeszłonocnej pijatyki. Potoczyła niepewnym wzrokiem po chatynce, 

usiłując   sobie   przypomnieć,   co   się   stało   z   dwoma   wędrownymi   kapłanami,   których 
przyodziewek,   kostury   i   chodaki   wciąż   wyraźnie   widziała   obok   komina.   Być   może   ich 

zniknięcie miało coś wspólnego z parą szarych ropuch, z wyrzutem popatrującymi ku niej z 
popielnika, ale na razie Babunia nie miała ochoty zajmować się ową tajemnicą. I kiedy tak 

sobie   siedziała   w  przybrudzonej   pościeli,   bezmyślnie   machając   nogami   w  przydeptanych 
filcowych kapciach, przeszło jej przez głowę, że tego roku nie była jeszcze na rydzach.

Mlasnęła łapczywie, bowiem na samą myśl ślina napłynęła jej do gęby. Uwielbiała rydze. 

Wprawdzie pora była już późna, bo po lasach i trawa wymarzła ze szczętem, a wyżej w górach 

śnieg leżał po kostki, ale Babunia naprawdę lubiła rydze i nie trapiły jej odmiany pór roku. 
Zwłaszcza że nieopodal miała przytulną piaszczystą dolinkę, gdzie w sosnowym młodniku 

rydze rosły tak piękne, że przebiegła wiedźma osnuła ich siedlisko zaklęciem. Odtąd dolinka 
drzemała z dala od nawiedzanych traktów, pod kapą bukowych liści, zawsze sucha i złocista, 

ustrojona   pasmami   babiego   lata,   kołyszącego   się   sennie   na   sosnowych   gałązkach   nawet 
wówczas, gdy w całej reszcie Gór Żmijowych trzymał mróz tak srogi, że drzewa pękały w 

lasach. A rydze rosły i dojrzewały w błogim spokoju, nietrapione przez żadnych pazernych 
wieśniaków.

Niewiele   myśląc,   Babunia   Jagódka   ochlapała   twarz   wodą,   przetarła   gębę   i   łyknęła 

serwatki. Potem zaś sięgnęła po sakiewkę i wiklinowy kosz i bez zwłoki, nie zmieniając nawet 

filcowych kapci, wsiadła na ulubioną sztachetę. Jak zawsze zatoczyła trzy koła nad wioską, by 

background image

sprawdzić,   czy   nic   nie   zagraża   jej   świeżo   odbudowanej   dziedzinie,   i   pomknęła   na 

grzybobranie.

Rydze były, i owszem. Wychylały się zalotnie spod nawisów trawy, połyskiwały rudymi 

kapeluszami, nieomal same wybiegały wiedźmie na spotkanie. Cięła je całymi naręczami i 
wnet wiklinowy kosz wypełnił się po brzegi. Że zaś ranek był chłodny i rześki, przysiadła na 

zwalonym buczku pośrodku polanki i wyjęła zza cholewy znajomą flaszeczkę. Słonko świeciło 
jej prosto w twarz znad sosen, zmrużyła więc oczy i pociągnęła potężny łyk okowitki.

Wysoko w koronach drzew kląskało coś tkliwie, zielonosiny dzięcioł stukał mozolnie w 

pień sosny, a trunek był mocny, jak wiedźmiej okowitce przystoi. Z każdą kroplą Babunia 

przychylniej  rozglądała  się po zaklętej  dolinie.  Powolutku  sen zaczynał  wiedźmę morzyć, 
kiedy na skraju polany pod leszczynowym krzakiem dostrzegła rydza wielkiego jak misa.

Co więcej, wydało się jej, że grzyb również popatrzał na nią z namysłem.
Zamrugała ze zdumienia, omal nie wypuściwszy flaszeczki z dłoni.

Rydz aż sapnął, chyba przerażony, że podobne dobro mogłoby się zmarnować.
Babunia pochwyciła bezcenne naczynie tuż nad warstwą złocistych liści, a tak zgrabnie, że 

nie uroniła z niego nawet kropelki.

Rydz wydał zduszone westchnienie ulgi.

-   A   dalibyście   gorzałeczki   popróbować,   dobra   kobieto   -   odezwał   się   przymilnym 

barytonem.

Wiedźma przetarła oczy. Rydz wciąż tkwił pod leszczyną, tylko mu się kapelusz odrobinę 

przekrzywił na trzonku. I nader łakomie spozierał ku wiedźmie piwnymi oczkami.

- Chłód od ziemi ciągnie - usprawiedliwił prośbę. - I gęby nie ma do kogo otworzyć.
-   Ale   spokój   jaki!   -   prychnęła   wiedźma,   której   trochę   nadojadła   wrzawa,   czyniona   w 

wilżyńskiej wiosce przez nowych osadników. - Powietrze świeże, ptaszki śpiewają...

- Ptak to mi tylko na głowę nasrał - fuknął. - A od tej ćwierkającej hałastry we łbie mi się 

mąci. Hej, dajcież gorzałki, babo, nie bądźcie nieużytek!

Babunia Jagódka aż rozwarła szerzej oczy. W Górach Żmijowych mało co ośmielało się 

odzywać do niej podobnym tonem. A już na pewno po grzybie nie spodziewała się równej 
bezczelności.

- No, babciu moja kochana, wstańcie wreszcie z pieńka! - ponaglił ją niespeszony. - Co się 

tam tak modlicie? Miejcie boga w sercu, suszy mnie okrutnie! Zliczyć nie potrafię, ile tu 

tkwię bezczynnie, sam jeden pośrodku głuszy.

- No, to jest rzecz zwyczajna - zaryzykowała wiedźma. - Dla twego rodzaju...

- Hej, wypraszam sobie! - obruszył się. - Niech ci się, babo, nie zdaje, że ci wszystko 

background image

wolno! Toć o gorzałkę proszę, nie na pogawędkę.

- Patrzajcie, jaki łakomy! - Wzięła się pod boki. - Na kapelusz ci nalać, czy prosto na 

trzonek?

Rydz, przekrzywiwszy głowę, spojrzał na nią bacznie.
- A wyście, moja babciu, pijani jak zając - orzekł wreszcie z niesmakiem. - Wyśpijcie się 

lepiej w rowie, bo jeszcze was zbój jaki na trakcie przydybie, kobiałkę ukradnie, grzbiet kijem 
wygrzmoci. Czasy takie nastały, że strach się babom samopas po ostępach włóczyć, nawet 

tym co brzydszym i wiekiem steranym, bo pod każdym krzakiem  rabuś siedzi, maruder, 
morderca albo zwyczajny grasant...

- Grasantów więcej nie masz - wyjaśniła Babunia, którą elokwentny grzyb poczynał coraz 

bardziej dziwić. - Wiedźma ich w kamień zaklęła.

- Czarnego Piastuna szajkę? - uradował się rydz. - A to mi nowina pyszna, rad bym was za 

nią uściskać, babciu!

- To trudno będzie. - Zmrużywszy oczy, przyjrzała się baczniej rdzawemu kapeluszowi, 

który łypał na nią zza łanu gęstej trawy. Właściwie nie była pewna, czy to rydz. Wyglądał 

raczej na zwykłego muchotrutka, starego przy tym i obeschniętego od słońca. Ale może się jej 
tylko od gorzałki w oczach ćmiło.

- I w kamień go, szubrawca, zaklęła? - entuzjazmował się dalej grzyb. - No, jest jeszcze w 

niebiesiech sprawiedliwość i racja!

Babunia Jagódka zmilczała roztropnie, bo nijak jej było tłumaczyć, że akurat niebiosa nie 

miały ze zniknięciem grasantów nic wspólnego.

- Ale czy aby na pewno Piastuna? - chciał się upewnić. - Piastun to był chłop słuszny, 

rozrośnięty   w   barach,   choć   siwy   już   po   trochu.   Zwajeckim   zwyczajem   brodę   w   warkocz 

splatał, w świecidełkach się kochał, osobliwie rubinach. Pomyślcież, babciu?

- Ano, tak mi się zdaje, że siwy był. - Wiedźma poskrobała się po głowie nakrytej chustką 

malowaną w czerwone róże. - I guzy miał przy kubraku krasne, może rubiny...

- To on, to on! - Grzyb nieomal podskoczył z ukontentowania.

- Znaszli obwiesia? - zdziwiła się Babunia.
- Ot, zdarzyło się raz czy drugi spotkać - zakłopotał się rydz, czy też raczej muchotrutek. - 

Jak to w lesie.

Wiedźma pytająco uniosła brew.

- No, może w gospodzie ze dwa razy - wyznał niechętnie. - Powadzilim się ździebko, bo 

łotr był i arcypies. Tym większą mi radość jego niedola sprawi, gadajcież tedy śmiało. Kiedyż 

to było, babciu, i jak go wiedźma okpiła?

background image

- Będzie z siedm niedzieli - obrachowała na palcach Babunia. - Albo trocha dłużej.

- Tyli szmat czasu? - posmutniał grzyb. - I tak sam tutaj siedzę...
- Taki los twój, niebożę - użaliła się nad nim Babunia.

- Nie los winien,  jeno starosta!  Postronek się na dusienicy  zerwał,  to miał mnie, syn 

kurwi, wedle obyczaju luzem puścić. Ale gdzie tam! Niby książę pan łaski udzielił, kapłani 

pobłogosławili, a ludziska z zadziwienia w głowy zachodzili. A potem mię starosta na powrót 
w tiurmę poprowadził, bo to, powiada, trza podobną okazję kusztyczką miodu uczcić. Tom 

poszedł! Co miałem nie iść, jak wkoło tuzin zbrojnych stało!

Babunia   Jagódka   znów   zamrugała   oczyma,   gdyż   opowieść   rydza   stawała   się   coraz 

osobliwsza.

- Ale w cuchthauzie insza była rozmowa - ciągnął z irytacją. - Jeszczem w próg dobrze nie 

wszedł, jak mnie w łeb zdzielili, a potem do muru przykuli, bo to, gada starosta, kazał mię 
książę puścić,  to oni mnie puszczą, ajuści. Ale tak po swojemu. Bez łańcuchów nijakich, 

wolnego jak ptaszę. Wedle rozkazania.  Tom się na duchu podniósł i uradował  ździebko. 
Myślę sobie, w łeb dadzą, ale takie jest prawo i obyczaj stary, że w zjimaniach biją. Sami 

rozumiecie.

Wiedźma pokiwała głową.

- I wiecie, co on mię wtenczas pyta, kurewnik przeklęty?! - parsknął złością. - Czy pomnę 

lasek dębowy od zamku o dwa stajania i dworek w lasku owym, mały, modrzewiowy, co 

żeśmy go dwie niedziele pierwej do ziemi gołej spalili. Mówię więc, że pamiętam. Niedawna 
była sprawa, cobym miał zapomnieć? A dziewkę czy pamiętam, co w onym dworku stała. To 

po co się wypierać? Była tam dziewka, urodziwa, nie powiem, ale pod brzemieniem, to nikt 
jej nawet nie szarpał, ani nie turbował. A jak się dworek już płomieniem po całości zajął, tom 

kazał dziewczynę do choiny przywiązać, bo darła się straszliwie i w ogień skakać chciała. 
Jeszcze mi potem Piastun ludzkość moje wyrzucał. I wiecie, na co mi się miłosierdzie zdało? 

- Grzyb aż podskoczył z oburzenia, przekrzywiając sobie czerwonawy kapelusz.

Babunia nie wiedziała.

-   Ano,   na   psie   jaje!   Nie   dość,   że   Piastun   chłopów   na   mnie   poszczuł   i   z   kompanii 

przepędził, bo to, powiada, za miękkim do grasantki, skoro mnie byle baba rozrzewnić zdoła, 

to jeszcze w tym cuchthauzie prędko wyszło na jaw, że jaśnie pan starosta ni mniej ni więcej, 
ale dziewki onej ojciec dobrodziej! I wcale mnie nie zamierzał za dobre serce chwalić, jeno 

zrazu   w   gębę   strzelił   i   mocniej   jeszcze   poprawił.   Jakem   ze   szczętem   zgłupiał,   to   mnie, 
psubrat, objaśnił, żeśmy pannie we dworku męża zgrabnie usiekli, z którym po zamążpójściu 

nieledwie   rok   była.   I   tak   się   dziewka   przejęła,   że   nim   się   kto   obejrzał,   na   buczku   się 

background image

obwiesiła. Ot, jaka słabowita - dodał z pretensją w głosie. - Starosta ani chciał słuchać, żem ja 

panny nie tknął, tylko mnie czekanikiem po czerepie zdzielił, i koniec był rozmowy.

Babunia pokiwała głową, udając głębokie zasmucenie.

- Wywlekli mnie popod wieczór z tiurmy. Darmo się motłoch cieszył, że książę miłosierny, 

że wisielec się zerwał, to go wolno puszczą! Chciałem im cosik krzyknąć o tej pańskiej lasce, 

ale mi pan starosta gałgan w gębę wraził. Anim mógł pisnąć! Za mury mię wywiedli, za fosę 
nawet. Oj, myślę sobie, niedobrze, jak psa mnie tu zadźgają, nawet się ślad nie zostanie. I 

wiecie, co?

Wiedźma, która pomimo wypitej gorzałki zaczęła już domyślać się zwieńczenia opowieści, 

powstała z pieńka i, podpierając się na kijaszku, ruszyła przez polankę w kierunku grzyba, bo 
chciała się z bliska przypatrzeć owemu dziwu.

- Wielka jest w ludziach niegodziwość - westchnął. - Nieprzebrana.
Ostrożnie   trąciła   kijaszkiem   kapelusz   muchotrutka,   który   potoczył   się   pod   najbliższą 

sosenkę.

I gęba się jej rozwarła ze zdumienia.

- No, dajcież łyka, babciu, i nie bądźcie zołza! Toć język mi skołowaciał od tego gadania! - 

usłyszała spoza wiechcia trawy.

Przykucnęła więc, nie dowierzając własnym oczom.
- No, co się tak gapicie! Przecie wam tłumaczę! Pognali mnie jako wołu gościńcem za 

miasto. Aż do tejże dolinki. Bo tutaj pan starosta konie kazał zatrzymać. Ustronnie, cicho, 
gada,   od   traktu   daleko,   kupców   nie   masz   nijakich,   ani   się   baba   durna   z   przysiółka   nie 

przywlecze. Tędy będziesz się tutaj swą wolnością cieszyć. Dokładnie wedle rozkazu, jak ci 
książę obiecał. Ot, kurwi syn! - Wypluł zeschłe sosnowe igły, które przykleiły mu się do warg.

Babunia rozdziawiła gębę z zadziwienia. Pod dorodnym kapeluszem muchomora tkwił 

opryszek, czy raczej jego głowa, aż po szyję bowiem zakopany był w ziemi.

- No, osądźcie sami! - prychnął. - Jak onych kozojebców nazwać, co mnie tu zasadzili? Toż 

lepiej człeka zarżnąć albo cichcem obwiesić. A tak siedzę sam jeden, we łbie mi się mąci, 

ptaki na mnie srają, wiatr piaskiem w oczy miecie. I nic. Zdechnąć się nie udaje, mówię wam, 
żadnym sposobem - dodał smętnie. - Już sam zrachować nie poradzę, jak długo tutaj gniję, 

bo wszystko wokół jednakie - słonko i gwiazdy nocą, i dzięcioła stukanie, i leśne myszy. Ale 
nic oprócz tego. Ani żywej duszy. Dopiero was, moja babciu, pierwszą na oczy oglądam.

Wiedźma uśmiechnęła się półgębkiem na owo wyrzekanie. W samej rzeczy, miał biedny 

rzezimieszek straszliwego pecha, że go akuratnie w tej kotlince żywcem zechcieli pogrzebać. 

A może nie miał, dodała w myślach. W każdej innej dolinie byłby go zwierz rozszarpał, albo z 

background image

głodu by zdechnął w jedną niedzielę. Ale nie tutaj.

- No, powiadam wam, swołocz - żołądkował się dalej rabuś. - Jeszcze mi muchomora na 

głowę nadziali dla większego wstydu i kwiatków w brodę natkali niby chochołowi. Mówię 

wam, jakie teraz ludzie nieużyte a wredne, po prostu zgroza bierze. Mogli przecie zabić! I tak 
mi się zdaje, że pewnie sam książę na zatratę mnie posłał, bo niby on łaskawy i ludzkie 

panisko, ale ostatnim czasem niewesoły chodził.

- Spichrzański książę? - zainteresowała się wiedźma.

- E, gdzieby tam spichrzański! - obruszył się. - Nasz tutejszy. W grodku się nieopodal 

gnieździ i chyba mu się zdaje, że nad inszych lepszy, odkąd sobie tabunek Servenedyjek 

ściągnął.

Babunia baczniej nadstawiła ucha, bo w całych Górach Żmijowych jeden tylko książę miał 

na służbie wojowniczki z południa.

- Wiecie, babciu, ja tom zawsze kamratom prawił, że od bab trza się jak najdalej trzymać, 

bo baby jeno nieszczęście,  niezgoda i zaraza  duszna.  Jedna w drugą,  wredne, do zdrady 
prędkie, kłótliwe i skąpe... A właśnie - zamrugał szybko oczami - w gardle mi zaschło od 

kurzu, nie bądźcie więc, babciu, zołza...

Wiedźma bez słowa przyłożyła mu do gęby flaszeczkę, zbójca zaś przyssał się do trunku 

jako pijawka.

- Uch, siarczysta! - sapnął, kiedy Babunia nieledwie oderwała mu naczynie od pyska. - 

Choć jakby troszki zwietrzała... - dodał po chwili. - Nie zdaje się wam aby?

Wiedźma pohamowała wredny uśmiech.

- E, nie zdaje mi się - rzekła,  łyknąwszy zdrowo na próbę. - A może jednak? - udała 

namysł i znów pociągnęła haust. - Nie, chyba jednak nie - stwierdziła, odstawiając pustą 

flaszkę.

Rabuś pomarkotniał, grzybowy kapelusz zsunął mu się na czoło.

- To coście tam o księciu jaśnie panu gadali? - zagadnęła go Babunia. - My tutaj w głuszy 

żyjemy, wieści ze świata nie mamy.

- At, smutna będzie opowieść. I niekrótka całkiem, więc tak zachodzę w głowę, czyli tam 

jeszcze czego, babciu, w koszu nie macie. Bom zgłodniał ździebko.

Wiedźma   aż   poweselała   na   podobną   bezczelność,   bo   ją   czarnobrody   opryszek   coraz 

bardziej bawił. Bez dalszych targów sięgnęła po pęto dobrze obwędzonej jałowcowej kiełbasy, 

którą zawsze przy sobie miała na wypadek, jakby ją co zatrzymało z dala od chałupy w porze 
podkurka.

- Sam nie wiem, jak zacząć... - Kiełbasa jak słomka trzaskała w jego mocnych szczękach. - 

background image

No   sam,   powiadam   wam...   -   reszta   słów   zginęła   w   łapczywym   odgłosie   mlaskania   i 

przełykania.

- Najlepiej po kolei - podpowiedziała zgryźliwie Babunia, odsuwając o łokieć kiełbasę. - Z 

początku do końca, innymi słowy.

Rabuś   wyciągnął   szyję   niczym   gąsior,   ale   nic   mu   to   nie   pomogło,   łypnął   więc   tylko 

nieprzyjaźnie na wiedźmę.

- Z początku to weselisko było wielkie, radość i w całym księstwie zadziwienie. Księżna 

piękna, posażna i rozumna, książę pan w niej rozmiłowany, z rąk wiedźmy okrutnej wyrwał i 
przyhołubił. Ale mądrzy ludzie prawili, że musi być w tym kwiatku czerw jaki przytajony. I 

był, wedle zwyczaju. Najpierw się jedna gadka między narodem wykluła, cichutka jeszcze, o 
grajku,   co   księżnej   nader   zażarcie   na   luteńce   przygrywał,   osobliwie   zasię,   jak   się   spać 

układała. - Uśmiechnął się obleśnie. - Książę pan się rozsierdził, szarpistrunka przegnał, a 
rychło się potem dzieciątek dwoje w książęcej alkowie uległo...

- Naprawdę? - Babunia Jagódka złożyła ręce z uciechy. - Aż dwoje?
- Ajuści! Jedno małe, czarniawe i na gębie suche, a drugie płowe, rumiane, pulchniutkie. 

Ot, śmiali się ludziska aż po gór kraniec ostatni z owego potomstwa, książę takoż po trochu 
serce do żony stracił, że go na osławę i śmiech ludzki wystawiła. Szeptali mu pono, żeby babę 

w las pognał i przepędził, skąd przyszła, ale nie chciał. A baba, że jej za kudły z zamczyska nie 
wywlekli i grzbietu nie obili, na powrót wnet zbezczelniała i to bardziej jeszcze. Wojna wtedy 

nastała,   bo   się   żalnicki   wygnaniec   z   Pomortem   jął   wadzić,   więc   dużo   się   wszelakiego 
żołnierstwa   po   dworach   włóczyło,   najemników   i   panków,   rebeliantów,   zwykłych   ciur, 

żołdactwa, grasantów. Słowem, wszystkiego po trochu. A pani nudziła się... - zawiesił głos.

Wiedźma w milczeniu pokiwała głową. Zaczynała się z wolna domyślać, dokąd zmierza 

opowieść rabusia.  Tak się składało, że doskonale pamiętała  wyczyny młynarzówny,  która 
dawno temu postanowiła odmienić swoją egzystencję przy pomocy wędrownych parobków.

- No, kto to był? - spytała bezceremonialnie. - Wykrzuścież wreszcie.
- Najemnik - wyjawił czarnobrody ze szczerym zadowoleniem. - Ja żem natenczas już w 

tiurmie siedział, tedym go nawet oglądał, jak przez dziedziniec lezie. W szyszaku, w płaszczu 
czerwonym, co nim gnój z podwórca zamiatał. I puszył się, dokładnie jak kurak na stercie 

gnoju. Ani się kto obejrzał, jak z panią w wielkiej komitywie byli. Coś tam ciszkiem gwarzyli, 
śmiali się na uboczu i wspominali sobie. Bo wojak był pono jej ziomek, chociaż we świecie 

bywały  i sławą  wojenną prześwietny. Wiela o nim gadali  - skrzywił się niechętnie - jako 
Pomorców bijał pod Koźlarzową komendą i bunty chamstwa tłumił aż nad północną granicą, 

ale może to tylko kłamstwo wierutne było. A jest tam jeszcze gorzałeczki krzyna? - zapytał 

background image

niespodzianie. - W gardle mi zaschło i pamięć też szwankuje.

Wiedźma bez słowa wyjęła zza pazuchy kolejną flaszkę.
- Tyle wam rzeknę, że silny był chłop okrutnie - rozgadał się znowu po chwili wypełnionej 

intensywnym gulgotaniem. - Taką nieludzką mocą, że ani chybi z plugastwem się musiał 
skumać,   bo   raz   przez   kratę   widziałem,   jak   kamień   młyński   wielki   sam   jeden   u   studni 

podnosił. Ranny był, powiadali, gdy do zamku przyjechał, i wojowaniem znużony. Choć mnie 
się cosik zdaje, że z łakomości się łajdak  aż w nasze strony zapędził, bo mu za wojenną 

wysługę spichrzański książę ziemię raczył nadać. Kamieni spłacheć mały, wysoko gdzieś w 
górach. - Rozejrzał się, co nie była rzecz łatwa, zważywszy że jako kołek tkwił w gruncie. - 

Wiecie, co? Może niedaleko waszego zadupia, babciu, ludzie narwę gadali, dziwaczna jakaś, 
nie pomnę... - Zamyślił się. - No, mniejsza z nią. A wiecie co jeszcze, babciu, mnie po głowie 

chodzi? - podjął przymilnie. - Nie macie gdzie na podorędziu łopaty jakiej, szpadelka, czy 
choćby gracy małej?

Wiedźma popatrzyła na niego przeciągle.
- No, tak mi się zdawało - sarknął czarnobrody. - A było wziąć, było wziąć, babciu! Nie 

wiedzieć nigdy, co się człekowi w lesie przyda, a wy się tak wybraliście nieprzygotowani! O 
czym to ja mówiłem? - podjął pod twardym spojrzeniem Babuni. - O najemniku onym? Ot, 

nakładł księżnie w łeb głupot, przypochlebił się z lechka, co jest rzecz nietrudna, bo niewiasty 
na pochlebstwo łase. No, i pewnego ranka patrzą ludzie po dworcu, dzieci w kolebce płaczą, 

to czarne, i to jasnawe, a po księżnie ni śladu.

- Uciekła? - wysapała oburzona Babunia Jagódka.

W jednej chwili zrachowała raz jeszcze koszt zamążpójścia Jarosławny i aż ją w gardle 

ścisnęło na podobną niewdzięczność.

- Ajuści. - Obwieś splunął. - Tylko pisanie zostawiła, że sobie oni z tym najemnikiem 

przeznaczeni   byli.   Że   się   niby   za   młodu   zmówili,   a   potem   rozłączeni   zostali   poprzez 

knowania   złej   wiedźmy.   Że   ona   jego   w   capa   zaklęła,   otumaniła   i   do   bezecnej   służby 
przywiodła, a ją w najdalszy kraniec świata na zatracenie zesłała. I że się przez te wszystkie 

lata po Krainach Wewnętrznego Morza na darmo szukali i odnaleźć nie mogli. Ale skoro się 
wreszcie naszli, tedy już ich ani książęca, ani wiedźmia moc rozłączyć nie zdoła. No, i tyle ich 

widzieli.

Przez chwilę nad polaną zaległa bardzo ciężka cisza.

- A jakże na tego najemnika wołali? - Babunię coś tknęło nagle i bardzo nieprzyjemnie.
- Jakoś tak po chamsku i nazbyt pospolicie, żeby mi się miało bez gorzałki przypomnieć - 

oznajmił bezwstydnie rabuś. - Znajdziecie jeszcze kapkę, babciu?

background image

- Nie znajdę! - Dobry humor Babuni prysnął już bez śladu.

- A jakbyście tak kijaszkiem w ziemi podłubali? - zaproponował niezrażony. - Nogi mi 

ścierpły od tego stania  i kamień mam jakiś pod bokiem. No, nie bądźcie  zołza,  co wam 

szkodzi!

- A ten dobry będzie? - Babunia złapała za sztachetę i z szerokim zamachem wyrżnęła nią 

w   pieniek   najbliższego   drzewka,   strącając   przy   okazji   z   głowy   zbójca   muchomorowy 
kapelusz.

Czarnobrody   wtulił   głowę   w   ramiona,   kiedy   z   góry   posypał   się   nań   deszcz   drzazg   i 

próchna.

- To o czym ja mówiłem? - odezwał się znacznie pokorniejszym tonem. - O najemniku, co 

z   księżną   naszą   panią   z   zamku   ubieżał?   Niby   gadali   ludzie,   że   wojownik   to   wielki,   we 

wszelkich   Krainach   Wewnętrznego   Morza   sławetny.   Ale   jakem   bliżej   w   te   jego   głupawe, 
niebieskie ślepia zajrzał, a okoliczność była, bo go dziesiętnik po lochu oprowadził, to zrazu 

rozumiałem, że to zwyczajny prostak i nieokrzesaniec. Nic nie mówił z pańska, strażników 
nie rugał, w katownię ledwie zajrzał, powiadam wam, dziwak. - Skrzywił się z niesmakiem.

- Wysoki, z gęby głupawy, oczy niebieskie jak chabry - jęła wyliczać na palcach Babunia. - 

I włosy nastroszone, słomiaste na kształt chochoła...

- Ten, ten! - uradował się czarnobrody. - Na gębie ma szramę aż do samej skroni, pono 

mu ją w bitwie pomorccy wycięli. I tak mi się, babciu, zdaje, że Szymek go wołali albo cosik 

podobnie... Hej, no co wy! - ryknął ostrzegawczo, kiedy kopnięta przez wiedźmę szyszka o 
włos minęła jego ucho. - No co wy?

Babunia Jagódka zamyśliła się.
- I napisała wam Jarosławna, że ją z nim wiedźmia moc rozłączyła? - spytała wreszcie 

bardzo powoli i bardzo złowieszczo. - Ot, dziwowisko.

- Ja wam po prawdzie wyznam, że narodowi te bajki ze szczętem obojętne. I te amory 

księżnej, zaklęcia niecne i z chamem poufałość. Zresztą widzi mi się, że byłby książę może 
oczy nieco przymknął, jakby tylko wojak gdzie księżnę wyonacył zacnie. Ale się bez dania 

racji, bez wymówki żadnej z dworzyszcza zebrała i za zwyczajnym żołdakiem się powlokła, 
niczym ladacznica! Toż to jest rzecz niesłychana! I przecie nie dziewka od obory, ale księżna! 

Na zamku pani! Matka dzieciom! Wstyd i sromota!

- No, jak się wieść rozniosła po Górach Żmijowych, wstyd musiał być niezawodnie.

- A skąd! Książę niegłupi, nie będzie powrozu sobie na szyję kręcić. Przecie by go po 

górach rogaczem nazwali albo i gorzej jeszcze.

- Ale rzec chyba coś musiał, jak księżna precz poszła?

background image

- I rzekł, i rzekł! A zgadnijcie, co, babciu!

Spojrzała nań koso.
- No, rzekł im, że zła wiedźma Jarosławnę w kamień lity zaklęła, życia ją pozbawiwszy. 

Słyszałem,  jak  to starosta  wartownikom  tłumaczył,  co  w tamte  noc na warcie  stali,  tedy 
widzieli dobrze, jak księżna pani z zamczyska uciekała. Racja stanu.

- Co proszę?
- Racja  stanu - zarechotał.  - Sam książę pan im prawił,  że lepiej, aby  wieść poszła  o 

wiedźmie, co księżnę wykradła, niżby się z nas mieli wszyscy dokoła wyśmiewać. I bardzo 
pięknie wywodził  o pospolitym dobrze i prawdzie,  co tylko złudzeniem. Aż popłakały  się 

chłopy, wierność mu przysięgając i że po grób będą milczeć. I dotrzymali pewnie, sam książę 
im dopomógł, jeszcze tej samej nocy starostę do nich posławszy, żeby im gardła poderżnął. 

Tom natenczas zrozumiał, że trza się od racji stanu jak najdalej trzymać, alem siedział w 
łańcuchach. Zgadnijcie jeszcze, co książę powiedział,  jak się rankiem między strażnikami 

rwetes podniósł, że ktoś kamratom gardła popodcinał zgrabnie?

Babunia Jagódka milczała wrogo, co bynajmniej nie speszyło rabusia.

- Że wiedźma  z lasu! - wykrzyknął  z triumfem. - Wiedźma w lesie siedzi, zła,  stara  i 

wredna okrutnie, co księżnę im porwała, a wiernych książęcych pachołków, gdy pani bronić 

chcieli, ze szczętem wymordowała.

- Tak powiedział? - zgrzytnęła zębami.

- Ajuści! I więcej jeszcze gadał - że ona taka przewrotna, że księżnę pod szarmem trzymała 

przez półtora roku, w głowie jej mącąc straszliwie i do zguby wiodąc. Stąd te brewerie były, w 

zamku domowa niezgoda, amory płoche i rozdźwięk pomiędzy małżonkami. Na koniec zasię 
wiedźma nowego się jęła sposobu i dzieci chciała zadusić, co je księżna powiła...

- Dosyć! - Babunia ze złością postukiwała sztachetą w wystające korzenie. - Toż brednie, 

wszystko brednie, głupstwa i bezeceństwa!

- Samiście pytali, to powtarzam, a z pretensjami do księcia idźcie.
- Może i pójdę - wycedziła. - Może i pójdę zapytać, czyli za bardzo zhardział, by swatkę na 

chrzciny prosić. Ale nie dzisiaj. - Zebrała w garść spódnice i zaczęła się sadowić na swojej 
brzozowej sztachecie. - Dziękuję za nowiny i bywaj zdrów.

- Hej, no nie bądźcie tacy! - obruszył się. - Wykopcie mnie!
Babunia sarkastycznie uniosła brew.

- A to niby czemu?
- Bo co wam szkodzi! Toż rąk nie pobrudzicie!

Wiedźma zamarła w pół kroku.

background image

- Że co, proszę?

-   No,   zróbcie   coś   -   ciągnął   poirytowany   rabuś.   -   Rękami   zamachajcie,   co   trzeba 

wymamroczcie, ja się tam nie znam. No przecie mnie nie zostawicie, żebym tu siedział!

Oczy Babuni ściągnęły się w dwie wąskie szparki, a na twarzy pokazał się wyraz głębokiej 

podejrzliwości.

- Chybaście nie myśleli, że się nie poznam! Przecież dobry miesiąc już w tej jamie siedzę, 

głód mi nie doskwiera, pragnienie nie dręczy. Słoneczko ciągle świeci, ptaszęta podśpiewują. 

Czasem mię deszczyk zmoczy, czasem wietrzyk owieje... Ale poza tym nuda! No powiadam 
wam, aż wścik człowieka bierze. Nic się nie dzieje! Przeschnie deszczyk i znów słoneczko 

świeci, dzionek w dzionek to samo. I nic się nie odmienia, nic nie marnieje, nie żółknie. No 
przecież   tak   być   nie   może!   Przecież   to   wbrew   naturze!   -   żołądkował   się   rabuś.   -   Tom 

wyrozumiał, że musiał kto tę dolinę czarem podstępnie przekląć. I kogo na koniec widzę? A 
wiedźmę! - dokończył z triumfem.

Babunia   Jagódka   podrapała   się   ciemnym   pazurem   po   nosie,   na   którym   wisiała 

nieodzowna kapka.

- No, bardzo zmyślnie, kochaneczku. A ty kto jesteś?
- Tom się z nieuwagi zapomniał! Waligóra, do usług.

- Złodziej i morderca. Słyszałam, i to niejedno.
- Ale uczciwy! Bo jakbyście naprawdę zwykła baba byli i jakbym was na porębie gdzie z 

worem   chrustu   zdybał,   to   może   bym   wam   nawet   gardło   kozikiem   poderżnął,   boście,   za 
przeproszeniem, brzydka jako nieszczęście i w obejściu plugawa. Ale bym wszem nie gadał, 

żeście się na mnie z motyką zasadzali i w grzyba mię podstępnie zamienić chcieli. Ja swoje 
rzemiosło cenię! I nie łżę bez potrzeby!

- Brzydka jako nieszczęście? - wysyczała jadowicie wiedźma. - Plugawa?
Nim   pobladły   na   gębie   Waligóra,   który   dopiero   teraz   spostrzegł   ogrom   swej 

nieopatrzności, zdołał cokolwiek powiedzieć, jej oczy rozżarzyły się nagle niczym węgle. W 
koronach   drzew   rozhulał   się   wicher,   na   głowę   niedoszłego   wisielca   posypały   się   gęsto 

sosnowe igły. Po chwili stała przed nim młoda, kruczowłosa dziewoja w purpurowej, głęboko 
wydekoltowanej sukni. I zapalczywie potrząsała sztachetą.

- Brzydka?!
Oniemiały   Waligóra   nerwowo   przełknął   ślinę,   wpatrując   się   w   obnażone   niewieście 

krągłości.

- Wybaczcie, ja żem nie wiedział... - wybąkał wreszcie. - Dorodna z was niewiasta, jak 

rzepa. Ale skąd było poznać?

background image

Przez   chwilę   mierzyli   się   wzrokiem,   przy   czym   żółte   ślepia   wiedźmy   połyskiwały   od 

wściekłości,  a zbójca starał  się uprzejmie omijać spojrzeniem kuszące wdzięki  Babuni.  A 
potem oboje wybuchli śmiechem.

- No, uwolnijcie mnie wreszcie - zagadnął Waligóra, kiedy odeszła ich pierwsza wesołość. 

- Bardzo was proszę.

- A czemuż mam to uczynić?
- Bo jestem miły - oznajmił bezwstydnie rabuś. - Miły, dobry, spokojny. Na pewno się 

wam przydam. I wdzięczny będę.

Wiedźma zaśmiała się tylko pogodnie.

- Daj mi jeden powód!
- Zróbcie to bez powodu, nie bądźcież sekutnica! - Waligóra rozdarł się tak, że gawrony 

poderwały się z drzew. - Dla fantazji to zróbcie, dla krwie rozruszania! No, nie bądźcie celnik!

- A niech tam! - machnęła ręką nieporuszona Babunia i poklepała sztachetę za sobą. - 

Wsiadaj.

- Wolne żarty - obruszył się rabuś.

- A co, mam cię podsadzić? - rzuciła cierpko. - Bierz koszyk i jazda, bo ja nie z cierpliwych.
- Mam wyleźć? - Na twarzy Waligóry odbił się wyraz forsownego wysiłku myślowego. - 

Tak sobie?

- Tak sobie albo z mozołem, jak wolisz. Byle prędko.

Waligóra chciał jeszcze rzec coś, ale wiedźma nagląco stukała już bucikiem w igliwie, więc 

zamilkł. Potem ziemia wokół niego zaczęła nagle pęcznieć, spulchniać się i wybrzuszać, aż 

wreszcie wynurzył się spod niej potężny mężczyzna w powalanym odzieniu. Rozejrzał się z 
niedowierzaniem, obmacał dokładnie rękami, czy go przypadkiem wiedźma nie zmieniła w 

jakieś leśne dziwo. Uspokojony, otrząsnął się jak pies, przeczesał palcami brodę, przytupnął 
dla   pewności,   a   ponieważ   Babunia   przestępowała   nerwowo   z   nogi   na   nogę,   pośpiesznie 

chwycił ją w pasie i przysiadł na sztachecie.

- Tylko nie mówcie mi, że cały ten czas mogłem sam z dołu wyleźć - rzekł z wyrzutem. - 

Nawet nie chcę wiedzieć!

Wiedźma zaśmiała się szyderczo. I polecieli.

Rabuś   niewiele   mówił.   Rozejrzał   się   bacznie   po   obejściu,   rydze   zeżarł   ze   smakiem, 

pieczonym   kurzęciem   zakąsił   i   piwem   popił.   Pod   wieczór   zaś   bez   protestów   owinął   się 

baranicą  i wyszykował  sobie leże przed paleniskiem. Babunia  nie wiedziała,  co myśleć o 
takiej   układności,   ale   obżarła   się   jako   prosię,   więc   wpełzła   pod   piernaty   i   zachrapała 

smacznie.

background image

Spała  czujnie,  a że słuch miała  jak nietoperz, ocknęła się tuż nad ranem na pierwszy 

szelest w chacie. Sprężyła się do ataku, póki obca ręka nie wsunęła się ostrożnie pod jej 
puchową pierzynę. Zamierzała właśnie ciepnąć w intruza zaklęciem, kiedy czyjś ostry łokieć 

dźgnął ją nagle pod żebro.

- Posuńcież się wreszcie!

Babunię z lekka zatchło na podobną bezczelność.
- Wiesz, co ci mogę zrobić?

- A róbcie, co wam wola - szepnął jej prosto w ucho zbójca Waligóra. - Słyszałem, że 

wiedźmy z niewiast najgorętsze, tom ciekaw.

Babunia   także   była   ciekawa,   choć   z   innych   zgoła   powodów,   lecz   kiedy   się   rankiem 

ocknęła, w chacie nie było ni śladu Waligóry. Co dziwne, zniknęły też pęto kiełbasy z komory, 

garniec miodu i nowiuśka kapota.

Mruknęła coś do siebie i zajęła się topieniem łoju.

Zbój przylazł dopiero pod wieczór, obdarty, wymęczony i utaplany po uszy w jesiennym 

błocie. I wściekły.

Kiedy usiadł przy stole, smyrgnęła mu po stole miskę z soczewicą i garniec piwa.
Zbój gapił się na nią wrogo, a potem bez słowa rzucił się na strawę.

Wiedźma  czekała  cierpliwie.  Nie  pierwszy  Waligóra  usiłował   wymknąć  się chyłkiem  z 

Doliny.

- Co wyście uczynili? - wybuchnął wreszcie. - Ja wam chyba kark skręcę! Dzionek cały bez 

mała się wałęsałem po lasach i po wyrajach, i co? I kudy zalazłem? Ano dokładnie tutaj!

- Nie może być - pokręciła głową Babunia Jagódka.
- Może, może - kipiał złością rabuś. - Już dobrze wiecie, że może.

- Przecież ja was nie trzymam, na postronku nie wiążę. - Wiedźma wzruszyła ramionami. 

- Samiście mi się wepchnęli do domu i pod pierzynę, to nie śmiejcie narzekać, bo za późno na 

to.

- A nie narzekam - odezwał się Waligóra łagodniejszym głosem. - A może byście tak... 

ździebełko... no, sami wiecie...

- Łój topię! - oświadczyła z godnością wiedźma.

- Z nietoperzych sadeł? - Zbójca roześmiał się i chwyciwszy ją wpół, poniósł ku wielkiemu 

łożu z baldachimem. - Później utopicie, a jak trzeba będzie, to sam wam nietoperzy nałapię.

Jednak   następnego   ranka   znów   go   nie   było   w   chacie,   bo   dzień   cały   się   włóczył   po 

ścieżkach, szukając wyjścia z zaklętej doliny. Wrócił ciemną nocką, głodny nielicho i wściekły 

na wiedźmę i jej czary, ale niepokonany. Ze świtem wylazł z chałupy i w lodowatym deszczu 

background image

poczłapał szukać traktu jedynie po to, by o zmroku znów zastukać w Babcine okienko. I tak 

się to ustaliło. Waligóra zrywał się z pierwszym kurem, co tchu wdziewał kapotę i bieżał w 
las, jakby mu tuzin czartów następował na pięty, a wieczorem wracał, sterany i z kwaśną 

miną. Wyprawiał się tak cały miesiąc. Potem trochę odpuścił i zaczęło się zdarzać, że pokręcił 
się po obejściu, drew narąbał z nudów, czy siana krowom podrzucił. Ale nie przestał się 

włóczyć  i  próbować   ucieczki,   chociaż  zamiast  wyjścia  z  doliny  odnalazł  tylko  karczmę  w 
wilżyńskiej wiosce.

- A nie znudziłeś się jeszcze? - spytała kiedyś Babunia.
Siedzieli pod pierzyną, bo pora była późna, nadto zbój przemarzł okrutnie na codziennej 

włóczędze.

-   Co   bym   tam   miał   się   znudzić?   -   odparł   pogodnie   Waligóra.   -   Ot,   chłodno   trochę   i 

niewygoda większa niż latem. Zimą tak bywa, że trzeba się więcej potrudzić. Ale do wiosny 
żaden czar mnie tutaj nie utrzyma.

Wiedźma zaśmiała się cichutko.
- No, jasne, jasne. Tylko chodnik podstempluj, nim się wam na łeb zwali.

Zbójca podniósł się na łokciu.
- Skąd o podkopie wiecie?

- O nim wie nawet Marcha, co u niej stary Ortyl za parobka siedzi - wycedziła pogardliwie 

Babunia.  -  Przywlokła  się  onegdaj,  od  złości   aż  cała  sina,   i  gada,  że  chłop  jej  cięgiem  z 

kamratami w oberży przesiaduje. Ale, co jest rzecz niezwyczajna, nie napity wraca! I tak się 
zatroskała, czy zdrów aby na ciele i umyśle, że sama za nim polazła. A wiecie, co usłyszała?

- Mówiłem, żeby się napić po skończonej robocie - mruknął Waligóra - bo się babiniec 

pozna. Ale nie posłuchali.

-   Więc   wywiedziała   się   Marcha,   że   umyśliły   chłopy   zaklęciu   się   sprytnie   wymknąć   i 

podkop szykują na drugą stronę doliny - ciągnęła Babunia. - I zaraz tu przyleciała, żeby ich w 

mig zatrzymać, bo przecież tak być nie może, żeby nas przechytrzyła gromada zbójców. A ja 
jej mówię - niech kopią! Chłop musi mieć zajęcie i w przemyślności swojej na nowo się wciąż 

utwierdzać.  No to niech im się zdaje, że wiedźmę wywiedli  w pole! Zima nam przejdzie 
spokojnie, bo od owego kopania wymęczą się okrutnie i czasu na zbytki im zbraknie. Gór 

przecież nie przewiercą, najwyżej się z karczmarzowej piwnicy do studni czyjejś przekopią, 
albo w kościelną kruchtę. I tyle. - Przeciągnęła się leniwie.

- Niedobra z was kobieta. - Waligóra bez złości poprawił się na poduszce. - Niedobra i 

nieroztropna, bo nie zdołacie nas tutaj na całą wieczność przytrzymać.

W chałupie jakby powiało chłodem. Wiedźma posmutniała.

background image

- Na wieczność nie - odparła powoli. - Ale czasami i krócej starcza.

Podniosła się, dorzuciła drew do komina i ogień rozgorzał jasnym płomieniem.
- Jest w moich stronach legenda - zaczął  z namysłem rabuś,  rozlewając muszkatel  w 

srebrne kubki - o córce Kii Krindara, która się przed wiekiem wymknęła w Góry Żmijowe z 
pałacu   ojca,   a   bóg   ją   za   to   przeklął   i   skazał   na   wieczne   pielgrzymowanie   pomiędzy 

śmiertelnymi.

- Wiele ludzie gadają - Babunia zapatrzyła się w płomienie - choć niewiele wiedzą. Kiedyś 

miał bóg córkę w pałacu z żywych płomieni i jednego dnia uciekła od niego. Z córkami tak 
bywa. A potem on wszedł w ogień, głęboko popod skały i zniknął. I więcej go nie widziała.

- Czy wróci?
- Skąd mam wiedzieć?

Ogień na palenisku załopotał żywiej, sypnął iskrami.
Kot Wiedźmy ocknęła się i przez uchylone okno smyknęła w ciemność.

Wiedźma wyciągnęła ręce do ognia.
- Czasami słyszę go w płomieniu. Jak szepcze o mieczu, koronie i harfie, przekutych już na 

nowo i nasączonych mocą. O wojnie, co się dopala, hen w północnej stronie, daleko stąd.

- Co będzie potem?

- Dla was gówno będzie! - Babunia Jagódka odwróciła się od komina, ściągając wargi w 

brzydkim  grymasie.   - Powadzą   się książęta,  do gardeł  sobie  skoczą,  a  potem do domów 

pojadą. A kto po nich posprząta? - Ze złością potrząsnęła głową. Płomienie za jej plecami 
rozbłysły   ostrzej.   -   No   przecież   wiedźma!   A   wiesz,   co   wtedy   nastąpi?   Zaraz   się   nowy 

proboszcz na plebanii zagnieździ, przyślą świeżego władykę, starostę i z tuzin pachołków. I 
będzie jak dawniej.

- To chodźcie stąd - powiedział miękko Waligóra. - Do Spichrzy, albo w dół południowym 

traktem, nad morze i jeszcze dalej.

- Po co? - Odrzuciła z twarzy czarne włosy. - Wszędzie jest tak samo, a tutaj... - Podeszła 

do zbója i pochyliła się nad nim, tak że z bliska widział płomienistą magię w jej oczach. - 

Słyszę płatki śniegu opadające na drzewa, szum wichru wokół grani Mnicha, oddech misia w 
gawrze  i nocny okrzyk sowy, gdy spada  z nieba na zajęcze  grzbiety.  Słyszę przekleństwa 

kupca, prowadzącego konie poprzez śniegowe zaspy, sny posługaczki z gospody, gdy śpi, 
kuląc   się   z   zimna   pod   przetartym   kocem,   i   popiskiwania   szczuraków,   przyczajonych   w 

bruździe, którzy zagryzą kupca, zanim dojedzie do karczmy. To także słyszę. - Skłoniła głowę 
na ramię i w jednej chwili znów stała się znów pomarszczoną starowiną z dwoma krzywymi 

zębami i haczykowatym nosem. - Czemu się mnie nie boisz?

background image

- Bo się nie staracie - szorstko odparł Waligóra. - Powiadam, czysta fuszerka. Dwa zęby 

jednym razem, a potem znowu cztery, paznokcie żółte, czarniawe, raz chyba siny się trafił. 
Nos nawet wam się zmienia, to wydłuża, to skraca. A na dodatek ta koza, co po obejściu łazi! 

- Pociągnął ją na łoże i przygarnął niezgrabnie. - Bawicie się w wiejską wiedźmę, to wam nie 
przeszkadzam. Ale jak tu się bać?

Babunia roześmiała się. Przez łzy.
I nie mówili więcej.

Kiedy   ocknęła   się   rano,   grasant   siedział   na   stołku   w   swojej   skórzanej   kapocie,   obok 

położył tobołek.

- Dlaczego? - Wiedźma uniosła się na łokciu.
- Sam nie wiem! - Kopnął jabłkową obierzynę, aż myszy pod ścianami rozpierzchły się, 

popiskując. - Sam, psiakrew, nie wiem! - Wiecie, jest w moich stronach powiastka taka - 
zaczął pod naglącym spojrzeniem Babuni. - O zbójcy, co się grasantką na gościńcu trudził, 

póki go wiedźma straszna  w jasyr nie pojmała. Kiedy byłem berbeć, to mnie jego losem 
niewiasty straszyły. Będziesz jako Kierełko, to cię wiedźma zabierze, tak mi babka mówiła, i 

w kozła sprośnego zamieni, i będzie pod czarem trzymać, póki nie zechce zarżnąć i na skórę 
wyprawić. Ale to nie dlatego! - Poderwał się i zaczął chodzić po izbie.

- Nie trzymam cię pod szarmem - powiedziała cicho wiedźma.
- A trzeba było trzymać! - Waligóra kopnął stołek. - Trza było uczarować, blekotu jakiego 

zadać! Cobym nie myślał!

Szarpnięta wichrem okiennica otwarła się z trzaskiem, wpuszczając kłęby śniegu. Żadne z 

nich nie spojrzało w jej stronę.

- Ja nie chciałem baśni - odezwał się wreszcie rabuś. - A tutaj w każdym kącie otwierają 

się ścieżki prosto w bajkę, w legendę. Prosto w zatracenie. A mnie ciepła pierzyna, żur tłusty, 
barszcz,   polewka,   nie   wasze   baśnie   potrzebne.   Ja   nie   jestem   Vadiloned,   ja   was   nie 

zatrzymam. - Umknął w bok spojrzeniem i podniósł z ziemi tobołek. - Bywajcie zdrowi.

Zamknął za sobą drzwi pobielonej śniegiem izby. Bardzo cicho.

- On też mnie nie zatrzymał - wyszeptała wiedźma.
W górze huczał wicher.

background image

KOT WIEDŹMY

Kot Wiedźmy z lubością wygrzewała się w wiosennym słonku na brzozowych polanach, 

narąbanych onegdaj przez wioskowego głupka i ułożonych w zgrabny stosik za tylną ścianą 

drewutni.   Drwa   na   opał   były   jednym   ze   zwyczajowych   serwitutów   Babuni   Jagódki   i 
wieśniacy nie pozwalali sobie w tym względzie na żadną opieszałość, zziębnięta wiedźma 

stawała się bowiem nader popędliwa i potrafiła zesłać mszyce na kapustę albo paskudne 
liszaje, nim jeszcze żar na palenisku ostygł na dobre. Jednak Kot Wiedźmy bardziej ceniła 

sobie   świeżą   śmietankę,   która   cudownym   sposobem   pojawiała   się   przed   brzaskiem   na 
przyzbie w czyściutkim skopku. Tutaj Kot Wiedźmy oblizała się na wspomnienie kremowej 

pyszności,   wzbudzając   nie   lada   popłoch   wśród   podwórzowego   ptactwa.   Stadko   kurek 
pierzchło   ze  ścieżki  z  donośnym  gdakaniem,  kogut zaś   o cokolwiek   wyskubanym   ogonie 

(Babunia   czasem   potrzebowała   czarnego   pierza   do   rozmaitych   czarownych   receptur) 
podfrunął na szczyt gumna i począł nieobowiązująco skubać dziobem pióra.

Kot Wiedźmy nawet nie drgnęła. Szczękanie zębami na ptactwo było poniżej jej godności, 

szczególnie że ostatnimi czasy Babunia zrobiła się okrutnie popędliwa i oblała Kota Wiedźmy 

wodą ze studni za zaduszenie gęsi. A Kot Wiedźmy bardzo nie lubiła wody, postanowiła więc 
trzymać się z daleka od domowego drobiu, póki Babunia nie popadnie w przychylniejszy 

nastrój. Zresztą zawsze mogła się wybrać w gościnę do wioski. Z lubością wspomniała sobie 
gromadkę  zdziczałych  zielononóżek,  co wciąż   gnieździły  się  w  ruinach  folwarku  władyki, 

cudem uniknąwszy garnków wygłodzonego chłopstwa. Na razie jednak zwinęła się ciaśniej i z 
gracją   ułożyła   pyszczek   na   tylnej   łapie.   Po   zmierzchu   wioska   wydawała   się   jej   o   wiele 

ciekawsza, a i wieśniacy wrzeszczeli donośniej, kiedy skakała im znienacka na karki z gałęzi 
przydrożnych gruszy. A najgłośniej darła się piegowata dojarka, która co rano przychodziła 

do obejścia Babuni Jagódki ze skopkiem śmietanki.

Co   tu   dużo   kryć,   Kot   Wiedźmy   była   zwierzątkiem   dorodnym   i   obdarzonym   łajdacką 

fizjonomią. Z daleka wyglądała jak kłąb skołtunionego ryżego futra - coś w rodzaju mocno 
wyświechtanych resztek starej koźlej skóry, którą od lat wymiatano brudy z kątów chaty. 

Kiedy człek  jednak podszedł bliżej,  w owym kłębie futra  otwierało  się dwoje wściekłych, 
czerwonawych ślepi, a pojedyncze fuknięcie potrafiło osadzić intruza w pół kroku. Nie, Kot 

Wiedźmy nie należała do tych licznych przyjaznych zwierzątek, które pieszczono na pańskich 
dworach i wyczesywano starannie srebrnymi grzebykami.

Zwyczaj wymagał, aby wiedźma miała swojego pomocnika, więc Babunia Jagódka dbała, 

żeby w domu gnieździło się kocisko. Tak się jednak złożyło, że jakiś czas temu jej dawny 

background image

kocur - wielka wyliniała bestia o pożółkłych ze starości kłach - zakradł się nieopatrznie do 

obozowiska   grasantów,   co   obozowali   chyłkiem   w  dolince   nieopodal.   Niestety,   zbójcy   nie 
mieli   należytego   szacunku   dla   miejscowych   znakomitości   i   przydybawszy   kocura   przy 

resztkach wędzonego baraniego udźca, utłukli go na miejscu halabardą. Babunia Jagódka 
zadbała wprawdzie, aby złoczyńcom jeszcze tego samego wieczora łby się porozpękały jako 

gliniane garnczki, ale kocurze ścierwo żadnym sposobem nie dawało się ożywić - co Babunia 
uznała poniekąd za wyraz pośmiertnej złośliwości, bo nie lubiła zmian i przywykła do ryżego 

kocura   tak  dalece,  że  nie  szczędziła  mu przywracających  młodość eliksirów.  Nim jednak 
przeszedł miesiąc, wybrała się do targowego miasta gwoli odnowienia zapasu jałowcówki. Że 

zaś czasy były szumne i burzliwe, postanowiła przylgnąć na popas w klasztornych stajniach. 
Spokojnie przeszła przez dziedziniec, cokolwiek zdziwiona, że nie widzi nigdzie pachołków, 

zwinęła kilka ulęgałek, ułożonych równiutko w starym koszu. Zamierzała się właśnie umościć 
wygodnie   pod   końską   derką,   kiedy   z   poprzecznej   belki   spadło   nań   kudłate,   prychające 

wściekle stworzenie - i, nim Babunia zdołała sklecić najprostszy czar, przeorało jej pazurami 
policzek.

Chwilę później przypatrywały się sobie uważnie: Babunia z krwią spływającą po twarzy 

drobnymi strużkami i Kot Wiedźmy, która wiła się i prychała zaciekle w jej uścisku. Wreszcie 

Babunia fuknęła, jeden raz, ale tak, że Kot Wiedźmy, która miała swój rozum, ucichła w 
jednej chwili. Łysnęła na boki czerwonawymi ślepiami, kiedy twarz Babuni przybliżyła się 

tak blisko, że nos z nieodzowną kapką niemal dotknął jej pyszczka. Kot Wiedźmy poczuła 
przelotną ochotę, żeby zasyczeć prosto w to pomarszczone oblicze, ale coś podpowiadało jej, 

że nie jest to najlepszy pomysł. Oblizała się tylko nerwowo i napięła mięśnie, zdecydowana 
jak   najszybciej   uciekać   od   tego   dziwacznego   rodzaju   koniucha,   który   kpił   sobie   z   jej 

wściekłości.

Babunia   Jagódka   spod   przymrużonych   powiek   przypatrywała   się   zdobyczy,   szacując 

wściekłe, łyskające po bokach ślepia, rysie kępki włosia na stulonych gniewnie uszach i ciche 
warczenie, które dobywało się z gardła zwierzęcia. Potem ostrożnie zwolniła uścisk. Zamiast 

uciekać, kocica z wyraźną uciechą zatopiła kły w Babcinym kciuku. Nie była rzecz łatwa, bo 
Babunia ruszała się zwinnie jak jaszczurka, lecz teraz zdołała pochwycić jedynie koniuszek 

ryżego ogona. Kot Wiedźmy zasyczała gniewnie na podobną zniewagę, smyrgnęła w bok, 
wygięła się w powietrzu i odwróciła niby fryga z rozcapierzonymi pazurami; jej skołtunione, 

marchewkowe   futerko   stanęło   dęba,   z   oczu   strzelały   iskry.   Zazwyczaj   tylko   straszyła 
pachołków   i   obsikiwała   im   przyodziewek,   kiedy   swawolili   po   stodołach   z   dziewkami 

kuchennymi, ale teraz mierzyła prosto w gardło. Chciała zabić, chciała poczuć krew tego 

background image

bezczelnego stworzenia, które ośmieliło się wyzwać kocicę w jej własnej stajni.

Tamtego wieczoru Kot Wiedźmy nauczyła się jednej rzeczy - wiedźmy nie należy irytować 

bez względu na to, jak krucho, staro i niezgrabnie wygląda. Konkretnie przekonała się o tym 

w chwili, kiedy Babunia, która przytomnie nie wypuściła z dłoni kociego ogona, wyrżnęła nią 
potężnie   w   podtrzymującą   strop   belkę.   Zakończywszy   zwycięsko  utarczkę,   bez   ceremonii 

zapakowała  zwierzę  do wiklinowego   koszyka,  dla  pewności  obwiązując  wieko  sznurkiem. 
Potem   ułożyła   się   wygodnie   na   sianie,   okręciła   końską   derką   i   zasnęła,   ukołysana 

dobywającymi się z koszyka pełnymi furii pomrukami. Była zadowolona jako rzadko. Wśród 
wymizerowanych wioskowych kocurów nie trafiał się podobny szatański pomiot i zazwyczaj 

musiała niemało czasu zmitrężyć, nim zwierzak nabył dość sprytu i złośliwości, by pełnić 
trudną służbę wiedźmiego pomocnika. A tamtej jesieni Babunia miała dość innych zajęć.

Kot   Wiedźmy   nigdy   więcej   nie   rzuciła   się   na   Babunię   Jagódkę.   Nawet   wówczas,   gdy 

odkryła, że urok nie pozwala jej uciec z Wilżyńskiej Doliny i choćby całymi nocami włóczyła 

się po górach, o świcie nieodmiennie powróci złachana na próg Babcinej chatki. Wiedziała, 
że   wiedźma   jest   od   niej   większa,   silniejsza   i   bardziej   złośliwa.   Nauczyła   się   darzyć   ją 

rodzajem niechętnego szacunku i zazwyczaj nie wchodziły sobie w drogę. Za to wszelkie inne 
stworzenia, nie wyłączając wieśniaków i kozłów, które od czasu do czasu pojawiały się w 

obejściu,   prześladowała   i   dręczyła   bez   żadnego   miłosierdzia.   Ostatecznie   była   Kotem 
Wiedźmy i znała swoje obowiązki.

Siadywały z Babunią Jagódką w przeciwległych kątach izby - wiedźma na wilklinowym 

fotelu   wyłożonym   poduszką   ze   spłowiałego   szkarłatnego   aksamitu,   kocica   na   piecu,   na 

dywaniku splecionym z wełnianych gałganków. Ogień trzaskał w palenisku, a ich czujne, 
przymrużone ślepia spotykały się czasem nad płomieniami i szacowały bacznie. W pewien 

sposób były do siebie podobne, obie brudne, wredne i niechętne obcym. Babunia czuła nawet 
swoistą dumę, kiedy odkrywała w piwniczce ścierwo kolejnego bazyliszka zakopcowanego na 

okoliczność   srogiej   zimy   albo   potykała   się   o   trzy   ogniowe   koboldy   z   ukręconymi   łbami, 
niczym myszy ułożone na progu w zgrabnym rzędzie. Lubiła, gdy pośrodku nocy budził ją 

płaczliwy skowyt wioskowego psa, czy wrzask złodzieja, który nieopatrznie zapędził się na 
wiedźmie   podwórko.   Tylko   w   wilgotne   wieczory   przypominała   sobie   niekiedy   o   starym 

kocurze, który sypiał grzecznie w nogach łóżka, aby mogła ogrzewać on zziębnięte stopy - a 
po  odmienieniu   do  człowieczej   postaci   i  inne   sztuki   wyczyniał   pod  pierzyną,   na   których 

wspomnienie Babuni Jagódce krew biła na gębę, choć była niewiasta doświadczona. Kot 
Wiedźmy pozostawała całkowicie nieświadoma babcinych wspominek i tęsknot.

Zmierzała właśnie ku wiosce wąską ścieżką pomiędzy rdestem, łopianem i nader bujnie 

background image

rozkrzewionymi   pokrzywami,   wzbudzając   popłoch   wśród   wróbli,   które   zwykły   zażywać 

kąpieli w nagrzanym piachu ścieżyny. Nawet wielki, pręgowany kocur młynarzowej prysnął 
rączo niby jeleń na jej widok z rosochatej wierzby, gdzie zaczaił się chytrze na osobliwie 

wrzaskliwego skowronka. Zresztą żaden z wiejskich kotów nie mógł się z Kotem Wiedźmy 
równać, bo na magicznych nalewkach Babuni upasła się i wyrosła niezmiernie, tak że sięgała 

wieśniakom do połowy uda, kły zaś miała niby żbik. I choć wokół Kota Wiedźmy unosił się 
zachęcający,   romantyczny   zapach,   a   słoneczko   przygrzewało   błogo,   kocurowi   nawet   nie 

postała w głowie myśl o amorach. Owszem, był to zabijaka straszny, lewe ucho stracił w 
nocnych   bójkach   i   zanim   grasanci   spustoszyli   Dolinę,   nie   przepuszczał   nawet   koteczce 

Wisenki, drobnemu złotookiemu stworzeniu o długiej popielatej sierści, którego we dworze 
strzeżono niczym drogocennej relikwii, bo kosztowało nieledwie tyle co rozpłodowa jałowica. 

Jednak z Kotem Wiedźmy inna była sprawa. Prawdę powiedziawszy, chętniej poszedłby w 
zaloty do samej Babuni Jagódki.

Jego rejterada pochlebiła cokolwiek Kotu Wiedźmy. Pochwyciła od niechcenia młodego 

szpaka, wątłe kostki strzeliły w potężnych zębiszczach. Nie zwalniając kroku, Kot Wiedźmy 

otrząsnęła   z   wąsów   ciemne   piórka,   przeciągnęła   się   leniwie.   W   wyschniętych   trawach 
świerszcze grały jak szalone, gdzieś w oddali owce pobekiwały melancholijnie, a powietrze aż 

falowało od upału. Przed wioskową bramą kocica zatrzymała się i skrupulatnie naostrzyła 
pazury   o   pień   pokrzywionej   iwy,   na   której   chłopstwo   zawiesiło   niewielką   kapliczkę   o 

łagodnym daszku, ulubione miejsce wypoczynku wioskowych kotów. Właściwie nie chciało 
się jej ścigać zielononóżek, nie przed wieczorem, kiedy gorąco zelżeje trochę, a kury do reszty 

zgłupieją od mroku. Zgoniła dwa łaciate kociaki z wiosennych miotów, nazbyt głupie, by 
rozumieć,  że  powinny bez  zwlekania  ustąpić miejsca   podobnej  znakomitości,   i wygodnie 

ułożyła  się na daszku kapliczki.  Miała  stąd świetny  widok na gościniec i wioskowy plac, 
upstrzony parą dzikich gruszek i trzema oparszywiałymi śliwami.

Przed wejściem do świątyni  gromadka  bab jazgotała  rozgłośnie, ale  Kot Wiedźmy nie 

przysłuchiwała się im z uwagą. Wioskowe spory nie obchodziły jej nadmiernie, jak długo 

świeża śmietanka cudownym sposobem pojawiała się o świcie na progu wiedźmiej chaty i 
było komu skakać na grzbiet z przydrożnej wierzbiny. Nie, żeby Kot Wiedźmy nie rozumiała, 

jak wiele trudu kosztowało Babunię Jagódkę spędzenie na nowo wieśniaków po ostatnim 
najeździe grasantów. Owszem, pamiętała bardzo dobrze, jak wyłuskiwały z lasu zaszyte w 

chaszczach   i   nieledwie   jednym   głosem   beczące   niedobitki   bab   i   owiec.   A   także,   jak   się 
zasadzały pospołu na górskich ścieżkach, wyczekując pojedynczych grasantów, wędrownych 

handlarzy i wszelakiego luźnego motłochu, co go można było czarownym sposobem zwabić 

background image

do Wilżyńskiej Doliny i zaprząc do wieśniaczego rzemiosła. Nawet teraz, wygodnie rozparta 

na   daszku   kapliczki,   Kot   Wiedźmy   rozpoznawała   czarnobrodego   chłopa   z   siekierą   na 
ramieniu. Do niedawna znano go w dolinach poniżej opactwa Cion Cerena pod imieniem 

Waligóry, miał tam bowiem zwyczaj zasadzać się na kupców z potężną, nabijaną kamieniami 
maczugą i gruchotać kości tym, którzy nie chcieli sowicie opłacić się na przejście przez jego 

most. I nikt nie wiedział, jakim sposobem Babunia Jagódka zdołała go oczarować i zawlec do 
Wilżyńskiej Doliny.

Ponieważ wszystko zdawało się iść utartym torem, Kot Wiedźmy przysnęła na słonku, 

ostrożnie,   z   lewym   okiem   czujnie   uchylonym,   nasłuchując,   czy   nie   szykuje   się   jakaś 

sposobność do burdy.  Bo Kot Wiedźmy bardzo  lubiła,  jak się wieśniacy  brali  za  łby,  i z 
zapałem rzucała się w sam środek bitki, drapiąc i kąsając po równo, co się jej nawinęło. 

Jednak   chłopstwo   też   dobrze   poznało   obyczaje   wiedźmiego   domowika   i   miało   się   na 
baczności   -   kiedy   dostrzeżono   ją   rozpartą   na  daszku   kapliczki,   baby   pośpiesznie   zebrały 

spódnice i z piskiem rzuciły się do świątyni, zaparłszy dla pewności drzwi solidną deską. 
Dopiero pod wieczór, kiedy chłopi wracali z sianokosów, Kot Wiedźmy ożywiła się cokolwiek 

i, przyczajona w cieniu konaru, wypatrywała stosownej ofiary. Ogromnie lubiła wczepiać się 
pazurami w kędzierzawą czuprynę Osłucha, szczerbatego dezertera z wojska jaśnie księcia 

pana,   którego   Babunia   Jagódka   zdybała,   jak   podbierał   jajca   z   wiejskich   kurników.   Już 
zaczęła się sprężać do skoku na owego nieszczęśnika, kiedy zza pagórka dobiegło ją raźne 

turkotanie   kół.   Kot   Wiedźmy   zasyczała   niechętnie:   nie   znała   tego   zapachu,   a   i   żaden   z 
chłopskich   wózków   nie   terkotał   podobnie.   Nie   podobało   się   jej   to   skrzypienie,   ani   woń 

powożącego, ani głupawe parskanie konia. I kiedy wóz podtoczył się wreszcie pod iwę, Kot 
Wiedźmy z radosnym wrzaskiem i pazurami wysuniętymi niczym rząd sierpów zeskoczyła 

prosto na grzbiet woźnicy.

* * *

Wrzask   Kaniuka   było   słychać   aż   w   wiedźmiej   chatce   pośrodku   lasu,   gdzie   Babunia 

Jagódka,   która   w   szopce   z   sianem   przekonywała   zwajeckiego   najemnika   do   uroków 

wiejskiego życia, uniosła głowę i westchnęła z uciechy, co Zwajca niezupełnie słusznie wziął 
za   uznanie   dla   swego   miłosnego   kunsztu.   Stado   wron   poderwało   się   w   popłochu   z 

porastających smyntarz buków, niwecząc polowanie ryżego kocura młynarza, czającego się 
na nie cierpliwie od południa. W gospodzie Osłuch aż zachłysnął się piwem i na wszelki 

wypadek   oburącz   nakrył   czuprynę,   po   raz   kolejny   rozważając   tchórzliwe,   acz   roztropne 
wygolenie czerepu na łyso. Także wśród babińca, zabarykadowanego na głucho w świątyni, 

uczyniło się wielkie poruszenie. Najodważniejsza z niewiast, wioskowa ladacznica, ostrożnie 

background image

odsunęła deskę i wyjrzała na podwórzec.

Od traktu gnał ku nim rozpędzony wóz, zaprzężony do bardzo porządnego kasztanka; za 

wozem,   rycząc   rozpaczliwie,   bieżała   łaciata   jałowica   i   dwie   kozy,   wszystko   przywiązane 

solidnymi postronkami do pojazdu. Woźnica pędził za całą menażerią, drąc się pod niebiosa i 
wymachując   bezładnie   rękoma.   Na   jego   karku,   wczepiony   czterema   łapami   w   ciemną 

opończę, siedział potężny ryży kot, który o dziwo wydawał się całkiem spokojny, by nie rzec: 
zadowolony z siebie. Kiedy wóz wpadł za dziedziniec i zakręcił  koło studni, kot z gracją 

zeskoczył   i   bez   pośpiechu,   z   zadartym   ogonem   pomaszerował   w   dół,   ku   strumieniowi. 
Mężczyzna nie spostrzegł tego od razu i biegł jeszcze bez opamiętania, wzywając wszystkich 

bogów na pomoc i kreśląc w powietrzu znaki odpędzające złego. Wreszcie zatrzymał się u 
studziennego kołowrotu, dysząc ciężko i tocząc wokół nabiegłymi krwią oczami.

Wioskowa ladacznica tymczasem pochwyciła kasztanka i jęła go uspokajająco klepać po 

szyi, otaksowawszy przybysza jednym zawodowym spojrzeniem zza końskiego grzbietu. Był 

wysoki, po miastowemu chuderlawy, ale uznała, że na wiejskim wikcie rychło się odpasie i 
nabierze tężyzny, młody, lecz nieprzesadnie, co też ją ucieszyło, bo z młokosami zawsze było 

za dużo zamętu. Rysów twarzy nie umiała dobrze ocenić, bo pokrywała ją krew rozmazana w 
walce z Kotem Wiedźmy. Jednak był naprawdę po pańsku ogolony, gładziuchno, i wydało jej 

się tylko, że widzi cztery potężne cięcia przez lewy policzek, gdzie kocie pazury omsknęły się 
cokolwiek. No, ale co to za chłop, co na gębie szramy ni jednej nie ma, pomyślała, wciąż 

gapiąc się bezwstydnie, jak obcy odwiązuje z szyi troczki potarganego płaszcza. Miał jasne 
włosy,   w   nieładzie   i   okrwawione,   ale   bujne   i   bez   kołtuna,   piwne   oczy,   które   z   takim 

przerażeniem łyskały na boki, że wioskową ladacznicę ogarnęło niespodziane pragnienie, aby 
przygarnąć go i pocieszyć - najlepiej na łące za ruinami młyna Betki, gdzie chłopy kończyły 

układać w stosy świeżo skoszone siano.

Wreszcie przybysz zerwał opończę. Wiejska ladacznica zmrużyła oczy, a jej wargi uniosły 

się,   prawie   jak   u   kotki,   odsłaniając   ostre   zęby.   Nieznajomy   nosił   kapicę,   obszytą   żółtą 
lamówką szatę kapłana Cion Cerena. A wiejska ladacznica miała o kapłanach dokładnie takie 

samo mniemanie, jak Babunia Jagódka.

Po przeciwnej stronie dziedzińca chłopy wysypywały się raźnie z gospody.

-   Dziękuję   wam,   dobra   kobieto.   -   Kaniuk   wyprostował   się   i,   najwyraźniej   nieco 

okrzepnąwszy po napaści Kota Wiedźmy, wyjął lejce z ręki wiejskiej ladacznicy.

- E, to nie żadna dobra kobieta - wtrącił myszaty chłopek, mimo wczesnej pory niemal 

zupełnie zamroczony, gdyż do niedawna prowadził bujny żywot koniokrada i nie do końca 

przywykł   do   trudów   pracy   na   roli.   -   Przecie   to   Gronostaj,   wasza   wielebność.   Gronostaj, 

background image

znaczy się, kurwa. Dziwka nasza wioskowa.

Palce Kaniuka poruszyły się nerwowo, jakby chciał uczynić kolejny znak złe odpędzający, 

ale pohamował się w porę.

- A wyście, wasza wielebność - dociekał myszaty - z przeproszeniem na koźle z gorąca 

przysnęli i czerepem w gałąź jaką zahaczyli? Bo nie wierę, żeby was miał kto na przywitanie 

podobnież poturbować. Toż zbójców u nas nie masz.

- Ani dudu! - przytaknął Ortyl, który wespółek z Waligórą kupców popod opactwem bijał.

- Bestyja! - ryknął donośnie Kaniuk. - Bestyja wstrętna i cuchnąca a jako smok zajadła u 

bramy mnie zdybała. Ani chybi czując, piekielnica, że ja ze świętymi olejami jadę, przystępu 

mi do świątyni broniła. Drapieżca przebrzydły chciał mnie wystraszyć i odpędzić, abyście 
dalej bez pociechy duchowej w grzechu a nędzy gnuśnieli. I ledwie tchu ostatniego ze mnie 

nie wydarł, przeklętnik, pazurami a kłami gardła samego sięgał, a moc w nim takowa była, że 
mnie nawet szkaplerzyk ze świętymi zaklęciami, od samego opata poświęcony, obronić nie 

mógł. Dopiero kiedy my na grunt święty weszli, popod samą świątynią pierzchnął i w dym się 
rozwiał, jako podobne demony we zwyczaju mają. Czuję go, bezbożnika, jak krąży, jak się 

czai, na życie moje nastając. - Potoczył wzrokiem po chłopach, którzy słuchali tej perory 
nieledwie z rozdziawionymi gębami. - Ale mnie stąd nie wypłoszą byle piekielne sztuczki, ani 

demony podstępne, ani nawet sam zły!

Tłum   wieśniaków   trwał   jeszcze   chwilę   w   głuchym   milczeniu   Wioskowa   ladacznica 

zaśmiała się pierwsza. Głosem piskliwym jak zgrzyt metalu po szkle i pełnym szyderstwa. 
Myszaty koniokrad dołączył do niej ciemnym basem, Ortyl skrzekliwym falsetem. Babiny w 

odświętnych spódnicach kolejno zanosiły się dobrodusznym gdakliwym rechotem niczym 
stado   barwnych   kokoszy.   Chłopi   z   uciechy   bili   się   rękoma   po   kolanach   i   podrzucali 

kapelusze, a karczmarz, korzystając z pospólnej wesołości, chyżo napełniał kufle. Kaniuk 
przypatrywał się temu wybuchowi ze szczerą grozą w oczach. A oczy, jak słusznie zauważyła 

wioskowa ladacznica, miał piwne i bardzo ładne.

-   Kot   to   był,   nijaka   demonica!   -   zlitował   się   wreszcie   jednooki   chłopina   ze   śladami 

katowskiego żelaza na czole. - Kot wiedźmy, wasza wielebność, zwyczajny, choć po mojemu 
bestyja z niego takowa, że z niejednym upierem może iść w zawody.

-   Młody   kot   jeszcze   -   rzuciła   pośpiesznie   jedna   z   bab,   rozglądając   się   z   trwogą,   czy 

Babunia Jagódka nie przysłuchuje się wygadywaniom na jej domowika. - Tedy biszkunci, 

psotnik, jak to między młodymi we zwyczaju.

- Kot wiedźmy? - powtórzył Kaniuk. - Wiedźmi kot, domowik pospolity? To i wiedźmę 

macie, pomiot piekielny, nasienie plugawe? - jego głos spotężniał. - Oj, dobrze ojciec opat 

background image

gadali, że niełatwa będzie siejba i plon niepewny, skoro się tutaj złe równie silnie zalęgło i 

zakorzeniło. No, ale teraz przyjdzie kres wiedźmim zbytkom. Niech ona jeno moją obecność 
obaczy, niech święte oleje poczuje i obrazy cudowne, co od wszelakiej złej mocy chronią, 

sama precz pójdzie na zatracenie. A iść nie będzie chciała, to się ją biczem popędzi albo w 
ogień palący wrzuci niby chwast pospolity.

Chłopi   pospuszczali   głowy   i   jęli   się   z   natężeniem   wpatrywać   we   własne   chodaki   i 

zapiaszczony podwórzec.

-   W  ogień?   -  spytał   ostrożnie   łysy   Kowlik,   który   też   zdezerterował   z   wojska   i   dobrze 

pomniał,   jak   Babunia   Jagódka   krzesała   kuliste   pioruny,   przeganiając   precz   książęcych 

łapaczy, co zapędzili się za nim aż do Wilżyńskiej Doliny. - Ogniem to, z przeproszeniem 
waszej wielebności, trudno będzie.

- Wiedźma pożyteczna - przytaknął mu karczmarz, ongiś spichrzański browarnik, co po 

sławetnym buncie musiał wraz z rodziną w lasy uchodzić. - My, wasza wielebność, w dziczy 

żyjemy, a wiedźma jest kobieta bywała, jak choroba nastanie, to ziołami człekowi zdrowia 
przyczyni, jak baba zlegnie, to dzieciaka odbierze. Tutaj byle kramarz z rzadka zagląda, a 

przecie sami wiecie, wasza wielebność. Powiedzcież, ludziska, ile czasu przeszło, jak się tu 
ostatni wędrowny balwierz pokazał?

- Z pół tuzina lat będzie - odezwała się piskliwie któraś z białek. - A jak mojemu chłopu 

zęby rwał, to ledwie go potem Babunia odratowali, bo opuchł jako bania i cały na gębie od 

zgnilizny sczerniał.

- A ile w lasach się wilkołków ostatnimi czasy nalęgło od tego wojowania! - rozdarła się 

inna. - A upierów ile i wiaduchów! To kto nas niby bronić będzie, jak wy wiedźmę w ogień 
rzucicie?

- Starowinkę - dodał z niesmakiem Włokita, który nie dalej jak dwie noce wcześniej spił 

się z Babunią Jagódką skalmierskim winem zaprawionym lubystką tak okrutnie, że aż po 

świt biegali goło po południowych zboczach, czyniąc tam wszelakie możliwe sprośności. - Toż 
wstyd.

Kaniuk pokraśniał z lekka na tę uwagę i zakłopotał się.
- Toć ja jej nie chcę, dobrzy ludzie, zrazu morzyć - począł się tłumaczyć - ani ogniem bez 

dania racji prześladować. Was takoż nie winie, bo was samopas zostawiono, bez wsparcia 
nijakiego   i   opieki   duchownej,   nie   dziwota   tedy,   żeście   pobłądzili.   Skoro   powiadacie,   że 

nijakiej   krzywdy   nie   czyni,   trzeba   ją   będzie   z   początku   łagodnymi   słowy   napomnieć   i 
przestrzec.   Bo   może   prawdziwie   ona   jeno   niewiasta   słaba,   co   z   ułomności   natury   swej 

upadła, jako się często dzieje. Rzecz to pospolicie znana, że jak białogłowie od starości rozum 

background image

szwankować   poczyna,   a   krew   ją   wciąż   upałami   dręczy   niby   młodą,   to   myśli   ją   dziwne, 

bezrozumne nachodzą - jak się niby z demonami brata i pospolituje, po powietrzu lata, a 
czary szkodliwe odprawuje. Z takowymi łagodnie trzeba, troską a perswazyją...

- To wy jej perswadujcie! - krzyknął zapalczywie karczmarz, któremu Babunia onegdaj 

napluła   na   sam   środek   łysiny,   kiedy   latała   nad   osadą   na   swej   ulubionej   sztachecie.   - 

Perswadujcie jej, wasza wielebność, ile wlezie. Ale nas do tego nie mieszajcie.

Kilkoro wieśniaków przytaknęło mu posępnie.

- A wedle wilków zda się z sołtysem naradzić - ciągnął Kaniuk - żeby straże wokół wioski 

naznaczył. Który z was jest sołtysem?

Myszaty koniokrad wcisnął głębiej ręce w kieszenie, Ortyl splunął niechętnie na beczkę z 

nieczystościami, a łysy Kowlik kopnął palik do przywiązywania koni i zaklął paskudnie.

- Jak to? - zdumiał się Kaniuk. - Wiedźmę macie, a sołtysa zbrakło? Trzeba się będzie 

zejść co prędzej i wybrać męża jakiego godniejszego a statecznego i sołtysem naznaczyć. Toż 

mus, żeby kto osadzie przewodził.

- Żaden mus! - rozdarła się zza pleców babińca Kordelia, wdowa po młynarzu, niewiasta 

potężna i w barach tak rozrośnięta, że jeszcze za życia starego Betki potrafiła sama dwa wory 
z mąką z wozu zdjąć i do młyna wtaszczyć. - Żaden mus, wasza wielebność! A niby jakim 

prawem?! - Przepchnęła się do przodu i pogroziła Ortylowi pięścią, bo się na nią zanadto 
śmiele popatrzał. - Jakim prawem, ja się pytam, mają nam oni przewodzić? Toż oni nawet 

nietutejsze, roku jeszcze nie będzie, jak ich Babunia do Doliny ze świata zegnała. I mają się 
teraz   te   gołodupce,   zbóje   i   koniokrady   do   rządzenia   brać?   A   niedoczekanie,   wasza 

wielebność! A skądże mnie wiedzieć, czy oni już tutaj na dobre zostaną, czy jeno z wiosną 
jako kukawki precz polecą, dobytku jeszcze nakradłszy?

- Święta racja! - kilka niewieścich głosów potaknęło zapalczywie. - Święta racja!
-   I   tyle   ja   wam,   wasza   wielebność,   powiadam,   że   mnie   nikt   przewodził   nie   będzie   - 

ciągnęła krewka wdowa. - Bo tutaj i grunta moje, i bydło moje, i młyn, i gotowizna. Mnie pod 
spódnicą   nie   świerzbi,   żebym   miała   sobie   własnego   parobczaka   za   gospodarza   brać.   - 

Spojrzała na baby, z których kilka zmieszało się wyraźnie. - I niech się jednemu z drugim nie 
zdaje, że jak w izbie mieszka, to rychło do sołtysowania przyjdzie, bo jeno z naszej łaski tutaj 

żywią! - Stała naprzeciw Kaniuka, czerwona na gębie ze złości i potężna w swej czarnej sukni 
i wdowim welonie. - A wasza wielebność niech nie słucha, co tam po próżnicy ozorem mielą. 

Plebaniję   żeśmy   wyszykowały,   jak   się   patrzy,   żur   nagotowany,   a   i   pora   na   wieczerzę 
sposobna. - Wyszarpnęła mu z ręki lejce, a kasztanek ruszył za nią posłusznie.

Chcąc nie chcąc, Kaniuk uczynił to samo.

background image

* * *

Kiedy nakarmiony i wymyty Kaniuk spoczął wreszcie pod puchową pierzyną, użyczoną 

łaskawie przez młynarzową Kordelię, dumną posiadaczkę jednej z dwóch puchowych pierzyn 

w   osadzie,   Kot   Wiedźmy   wychynęła   z   chaszczy   porastających   resztki   dworzyszcza. 
Niespiesznie, z zadartym ogonem przeszła główną ulicą wioski ku domkowi przybysza. Była 

to maleńka  chatynka  przytulona  do tylnej ściany  świątyni  i tak świeża,  że drewno wciąż 
zdawało   się   świecić   w   ciemności.   Kot   Wiedźmy   pojedynczym   prychnięciem   ostrzegła 

drobnego kundelka, którego z niewiadomych powodów uwiązano tuż przy samym wejściu, i 
wskoczyła na ganek. Drzwi były co prawda zaparte na skobel, ale Kot Wiedźmy nie darmo od 

lat   mieszkała   w   obejściu   Babuni   Jagódki.   Miesięczne   światło   zatańczyło   na   sosnowych 
deskach,   skobel   odskoczył   z   głuchym   stuknięciem.   Kot   Wiedźmy   ziewnęła   wdzięcznie   i 

przeszła przez próg.

Obcy poruszył się lekko na stosie poduch w poszewkach z wykrochmalonego płótna, a 

przyczajona   na   szczycie   łóżka   nocnica   zaklekotała   gniewnie,   ale   ledwo   Kot   Wiedźmy 
podeszła   bliżej,   czmychnęła   bez   zwlekania   przez   komin.   Ryża   kocica   stąpała   po   ścieżce 

światła   tak   delikatnie,   że   słomiane   zabawki   zawieszone   u   powały   dla   odstraszenia   złego 
nawet nie drgnęły. Wskoczyła na wysoki zagłówek, przechyliła łeb i popatrzała z góry na 

przybysza. Miał na twarzy cztery głębokie, nabiegłe krwią szramy, które poznawała bardzo 
dobrze. Oddychał jednak tak spokojnie, że nawet trochę go pożałowała. Trąciła łapką jego 

włosy, jasne i spotniałe od snu, a on coś zamamrotał i otarł się policzkiem o jej futerko. 
Pachniał   miodem   i   chmielowymi   szyszkami,   zupełnie   inaczej   niż   parobkowie,   którzy 

odwiedzali nocami Babunię Jagódkę. I był zupełnie bezbronny, albo głupi jak szalony Kuflik, 
który pasał wioskowe świnie w dębowym lasku za dworem władyki.

Rozejrzała   się   po   izdebce.   Nocnica   wciąż   krążyła   ponad   kominem,   powrzaskując   z 

niechęcią, że odpędzono ją od zdobyczy. Kot Wiedźmy rozumiała bardzo dobrze, że nocnica 

nie odstąpi tak łatwo, skoro komina nie omotano nawet najmarniejszą czerwoną nicią dla 
odstraszenia złego, a w oknach i na progu poskąpiono gałązek wilczomlecza. Była to rzecz 

nader dziwna, bo w Wilżyńskiej Dolinie nawet najdurniejsza baba nie zaniedbałaby zakopać 
przed bramą piętki poświęconego chleba i nie ułożyłaby się do snu równie lekkomyślnie. Nie 

widziała ani krzyny soli w kątach chaty, nie nakreślono choćby najmarniejszego zaklęcia na 
belce stropowej. I zdumiewało ją to ogromnie.

Z   wahaniem   dotknęła   łapką   przybysza   i   powąchała   jego   czoło.   Ostrożnie,   bo   nieraz 

widziała, jak czarownice pod postacią nietopyrków zlatują się do chatki Babuni Jagódki i 

bała się, aby się nagle w coś pokracznego nie przemienił. Ale on tylko zmarszczył się lekko, 

background image

kiedy kocie wąsy połaskotały go w nos, i uśmiechnął przez sen, zupełnie jakby nie widział 

mamunów, które majaczyły za przesłaniającymi okno błonami. Kot Wiedźmy w zamyśleniu 
zaczęła wylizywać sobie łapkę, wciąż czując na pazurkach jego krew. Wiedziała, że mamuny 

dopadną go przed świtem - jeśli nocnica nie uczyni tego wcześniej. A jeżeli mary już raz 
zakosztują   jego   żywota,   będą   co   noc   obsysać   go   z   sił,   póki   nie   zemrze   z   wyczerpania   i 

udręczenia.

Nie, właściwie nie miała zamiaru do tego dopuścić. Wrzeszczał tak zabawnie, kiedy spadła 

mu na grzbiet z dachu kapliczki. A poza tym bardzo ładnie pachniał.

Następne dwie godziny Kot Wiedźmy spędziła nader pracowicie. Najpierw przepędziła 

mamuny.   Na   nocnicę   nie   mogła   wiele   poradzić,   póki   nie   przysiadła   gdzie   na   gruncie. 
Obfukała   ją  tylko  starannie   i zawlokła  do komina  kilka   gałązek   wilczomlecza,  zebranego 

naprędce z przyświątynnych mogiłek. Potem pobiegła rysią aż nad rzekę, w ruiny spalonego 
przez   grasantów   młyna,   gdzie   gnieździło   się   stadko   osieroconych   koboldziąt.   Spędziła   je 

zgrabnie w gromadkę, choć najstarszy z koboldów stawiał się i mruczał pod nosem, że nie 
pójdzie   na   służbę   na   plebanię,   bo   żaden   z   jego   przodków   nigdy   nie   parał   się   równie 

haniebnym rzemiosłem. Dopiero kiedy Kot Wiedźmy wyszczerzyła ostrzegawczo kły, koboldy 
ruszyły   rządkiem   w   kierunku   plebanii,   ale   nadal   sarkały   pod   nosem.   Wolałaby   kilka 

skrzatów, które były stwory porządniejsze i bardziej posłuszne, ale te ostatnimi czasy nie 
mnożyły się nazbyt ochoczo w Wilżyńskiej Dolinie. Zresztą wszystkie spały teraz spokojnie w 

popielnikach, pod własną strzechą.

Na szczęście koboldy mimo żalów i utyskiwań dość miały obozowania pod gołym niebem, 

więc   zakrzątnęły   się   żywo   wedle   gospodarstwa.   Kot   Wiedźmy   przypatrywała   się   temu 
uważnie  przez chwilę  i znów podeszła  do łóżka.  Obcy  wciąż  spał  na wznak,  a jego pierś 

poruszała się przez sen łagodnym, miarowym rytmem. Nader zachęcająco. Kot Wiedźmy 
ziewnęła, przeciągnęła się i ostrożnie, bardzo ostrożnie położyła na pierzynie jedną, potem 

drugą łapkę. Nic się nie stało. Podumała jeszcze chwilkę, usadowiła się na samym środku 
jego piersi i zaczęła mruczeć.

Od dawna miała na to ochotę.

* * *

To był straszliwy majak. Śniło mu się, że zmora usiadła na jego piersi, wielka i spęczniała 

od posoki, ściskała za gardło i wysysała oddech. Dusił się pod jej ciężarem, jęczał przez sen, 

lecz nie potrafił się uwolnić, poruszyć lub sięgnąć po święte oleje. Nie mógł nawet uczynić 
znaku odpędzającego piekielne widziadła. Męczył się tylko daremnie, póki słońce nie weszło 

wysoko   na   niebo.   Wówczas   ocknął   się,   a   jego   spojrzenie   padło   wprost   na   wielką   ryżą 

background image

potworę, która rozpierała się na jego piersi.

Kolejny   wrzask   poderwał   wrony   znad   okalającej   żalnik   krzewiny.   Wrzask   był   zresztą 

podwójny, bo wyrwana znienacka ze snu Kot Wiedźmy też rozdarła się okrutnie, skoczyła w 

górę na trzy łokcie i wypadła przez okienną błonę, jakby jej pięć czartów siedziało na ogonie.

Tego dnia mieszkańcy Wilżyńskiej Doliny nie pogwarzyli ze swoim plebanem, bo cały 

dzionek przeleżał krzyżem przed figurą Cion Cerena. Wielce podobało się to białogłowom, 
najbardziej Kordelii młynarzowej, która już wcześniej swarzyła się z poprzednim plebanem o 

rozpustne życie i pijaństwo nieprzystojne osobie duchownej. Wprawdzie Kaniuk mamrotał 
coś   nieskładnie   o   sukkubie,   nawiedzającym   go   nocną   porą,   grzesznej   niemocy   oraz 

dyabelskich znakach i driakwiach, którymi obwieszono izbę. Ale Kordelia od lat tęskniła do 
duchowej opieki i nie zamierzała łatwo poddać się zwątpieniu.

-   No   i   dobra   rzecz,   że   pobożny!   -   ofuknęła   co   bardziej   płoche   z   dziewcząt,   które 

podglądały  nowego proboszcza,  chytrze podsunąwszy sobie ławkę  pod witrażowe  okno. - 

Przynajmniej dziewuch nie będzie bałamucić i z chłopami w gospodzie pić. A że z wolna do 
nowego miejsca przywyka, też nie dziwota. Widać przecie, że człek miastowy, pewnikiem w 

klasztorze chowany.

- Albo na umyśle słaby! - zarechotał  Ortyl; sprawy duchowe mu były zgoła  obojętne, 

natomiast prawdziwie nienawidził młynarzowej, która nigdy nie przepuściła okazji, by go 
zwyzywać od grabieżców, złodziei i morderców. - Słyszeliśta, jak o wiedźmie powiadał? No, 

chciałbym ja widzieć, jak on pójdzie Babuni Jagódce gadać, że jest niewiasta  w rozumie 
ułomna i jeno z urojenia popo niebie jeździ.

- A czas byłby wielki! - odezwała się zjadliwie jedna z niewiast. - Zanadto się ostatnimi 

czasy rozbisurmaniła, bezwstydnica, zdałoby jej nieco swobody ukrócić a wędzidło w pysk 

włożyć. Bo do czego to podobne, żeby ona co nockę goła po polu latała, jeszcze się chytrze w 
młódkę odmieniwszy. A cięgiem z innym chłopem!

- Ano gadają ludzie, że się onegdaj z waszym Kowlikiem w stawach rybnych pławiła i w 

tataraku pospołu okrutnie zbytkowali. - Ortyl uśmiechnął się wrednie. - Może stąd właśnie 

wasza na Babunię zaciekłość, żeście swego chłopa upilnować nie potrafili.

- A żeby cię, ścierwo, nagła zaraza sparła! - rozdarła się kobieta. - Żebyś oparszywiał, 

kozojebco! Żeby ci się chwost w supeł zawiązał!

- Dosyć! - Kordelia nie życzyła sobie wrzasków na świątynnym dziedzińcu i nie zamierzała 

dopuścić, aby przeszkadzano proboszczowi w nabożnym skupieniu. - Trzeba się było pierwej 
zastanowić, potem przybłędę pod pierzynę brać. A jakeście chcieli zwyczajnego drapichrusta 

w   dom   wprowadzić   i   bez   ślubu,   bez   błogosławieństwa   kapłana   z   nim   żyć,   jakoby   z 

background image

prawowitym małżonkiem, to się teraz nie dziwujcie, że za innymi gania. Co łatwo przychodzi, 

tego i postradać nie żal.  Insza rzecz  zgoła, jak się z rodziców namowy i przyzwolenia  w 
pokrewieństwo wejdzie z mężem uczciwym a pobożnym. Bo ja wam powiadam, że ze świętej 

pamięci małżonkiem mym przeżyłam w spokojności nieledwie trzy tuziny lat i ani razu nie 
zhańbił mnie choćby cień podejrzenia w jego małżeńską uczciwość i ku mnie przychylność. - 

Uniosła w górę palec i ciągnęła z namaszczeniem: - Nie chadzał do wiedźmiej chaty i nie 
szukał niegodziwego towarzystwa ladacznic. Dnie wiódł na pracy, wieczory na modlitwie i 

rozmowach   pobożnych,   uciech   lekkich   nie   pożądając.   Nawet   wiedźma   znała   stałość   jego 
umysłu i nie próbowała go uwieść czartowskimi sztuczkami.

Niewiasty popatrzyły po sobie i spuściły wzrok. Żadna nie śmiała przerwać Kordelii, ani 

też napomknąć, że może Betka młynarz istotnie świecił wzorem cnót małżeńskich, ale był to 

człek gruby, mrukliwy, stroniący od łaźni i nazbyt brzydki, by go Babunia miała zachęcać do 
wiarołomności. Bo Babunia wielce sobie ceniła cielesne uciechy, by nie rzec, że chuciom 

folgowała, jednak z czymś, co cuchnęło niby cap, sypiała jedynie pod postacią kozy.

- A co z Babunią będzie, to się jeszcze pokaże - rozprawiała Kordelia. - Bo mnie się widzi, 

że   nasz   proboszcz,   może   człek   po   miastowemu   miękki   i   cokolwiek   młody,   ale   przecie 
rozumny. Niech jeno przed Babunią o ogniu bardzo nie gada, jak ów kleryk Sosisek, co go 

jeszcze dawnymi czasy z opactwa przysłali, to się jakoś po trochu utrzęsie. Może będą po 
staremu,   jedno   w   lesie,   drugie   we   świątyni   siedzieć.   Przecie   Babunia   jest   niewiasta 

przemyślna,  wiedząca,  że  nam  tutaj  duchowna   osoba  potrzebna.  Byle   pleban  z  początku 
czym jej nie uraził...

-   O   co   łatwo   być   może   -   mruknął   Ortyl.   -   Wykładacie   sobie,   jak   on   będzie   Babunię 

modlitwą a świętymi olejami do pobożności nakłaniać?  A może się na jej progu położy? 

Przecie on od poranka krzyżem leży, pośniadać nawet zapomniawszy.

- No, zawdy jakaś odmiana, bo dawniejszy proboszcz to raczej na Rozalce zwykł polegiwać 

- mruknęła któraś z bab.

-   Nie   gadajcie!   -   Kordelia   rozeźliła   się   na   dobre.   -   Miał   proboszcz   swoje   ułomności, 

pierwsza mu to w oczy gadałam, jak między nami mieszkał. Ale był człek z kośćmi dobry i 
nikt go z Rozalką w grzechu nie przydybał.

-   Bo   plebania   była   na   noc   żelazną   kłódką   zawarta!   -   Babina   w   pasiastym   fartuchu 

rozciągnęła usta w uśmiechu, ukazując bezzębną szczękę.

- A nawet jeśli! - Kordelia aż posiniała z oburzenia. - Cóż stąd? Lepiej z Rozalką żył niźli 

niejeden chłop, co przed ołtarzem i bogami ślubował. Bo ja pomnę, jak wasz chłop, upiwszy 

się jako wieprz, do naszej Jarosławny w zaloty chadzał i nocami popod młynem wył niby 

background image

pies. Ale nie dla psa kiełbasa i oskoma podobna, nie dla niego Jarosławna przeznaczona, 

jeno dla...

- Tego księcia,  coście nam o nim do znudzenia prawili?  - zarechotała niewiasta. - To 

powiedzcież  nam jeszcze,  cna Kordelio, czemuż wasza  Jarosławna,  ta czysta  i szlachetna 
dziewica w rok potem od owego księcia uciekła, dwoje dziatek precz porzuciwszy? I to z kim 

jeszcze? Z najemnikiem pospolitym, chłopem grubym a sprośnym, co ją pewnikiem do tejże 
pory zdążył zostawić gdzie pode płotem z bachorem nowym.

- Oż, ty małpo! - ryknęła Kordelia. - Ja ci ten jęzor parszywy własnymi rękoma wydrę, 

abyś nim więcej oszczerstw nie kłapała, przeklętnico!

I wzięły się za łby, jako było we zwyczaju u bab z Wilżyńskiej Doliny. Kaniuk zaś, który od 

dłuższej chwili przysłuchiwał się ich wrzaskom, szczelniej przylgnął do chropawej podłogi 

świątyni. Rozumiał bowiem, że jego misja będzie trudniejsza, niż się spodziewał - i to nie 
tylko dla popędliwości wiejskich bab.

* * *

Podczas następnego tygodnia Kaniuka z wolna ogarniało straszliwe podejrzenie. Nie, żeby 

doświadczał szczególnych trudności za przyczyną wieśniaków, bo ludek Wilżyńskiej Doliny 
obserwował go bacznie, ale z należnym szacunkiem. Jednak rzeczy nie szły, jak iść powinny. 

O zmroku z kątów chaty dobiegały go dziwne szmery i chroboty; zrazu podejrzewał myszy, 
które i w kościele czyniły harce straszliwe podczas najświętszych ceremonii, ale nigdy nie 

zdołał ich w izbie przydybać. Co gorsza, kiedy z kagankiem w ręku zaglądał pod skrzynie i 
inne   statki,   zdawało   mu   się,   że   w   cieniach   przy   ścianie   coś   smyrga   przy   samej   ziemi   i 

chichocze złośliwie z jego wysiłków.

A nie były to jedyne znaki złej mocy, która nocami szalała po jego obejściu. Rankami 

znajdował   swą   izbę   uprzątniętą   do   czysta,   zamiecioną   starannie,   z   posadzką   wysypaną 
czyściutkim   piaskiem   i   świeżym   tatarakiem.   Z   początku   łudził   się   nadzieją,   że   któraś   z 

białogłów zakrada się we ćmie na plebanię i czyni babską posługę - której nie życzył sobie 
bynajmniej,   podobnie   jak   niewieściej   kompanii,   gdyż   w   klasztorze   przywykł   sam   dbać   o 

swoje   potrzeby,   a   nie   były   one   wielkie.   Zwierzył   się   nawet   z   tego   podejrzenia   Kordelii 
młynarzowej, która wydawała mu się kobietą zacną i stateczną, choć słyszał, że córka jej 

pobłądziła straszliwie, porzuciwszy ślubnego małżonka. Kordelia z początku wydęła wargi i 
poczęła   rozwodzić   się   nad   wszetecznością   niewiast,   pozbawionych   mężowskiej   troski   i 

nadzoru.   Rychło   też   wyłożyła   Kaniukowi   bardzo   dobitnie,   acz   wbrew   jego   intencji   i 
napominaniu,   która   z   bab   wzięła   sobie   za   kochanka   jednego   ze   sprowadzonych   przez 

wiedźmę huncwotów, na jego strapienie jednak nic poradzić nie potrafiła.

background image

Jednej nocki Kaniuk osobiście zasadził się w ocieniającej plebanię brzezinie, chcąc na 

gorącym uczynku przyłapać wszeteczną zalotnicę. Nic jednak nie pomogło. Noc całą dygotał 
w chłodzie, przepowiadając pod nosem modlitwy dla odstraszenia złej mocy, jednak rankiem 

izba   była   po   staremu   wysprzątana,   malowane   talerze   na   ścianach   omiecione   z   kurzu,   a 
poduchy   na   łóżku   wytrzepane   starannie   i   ułożone   w   zgrabny   stosik.   Na   stole   świeżo 

upieczony drożdżowy placek z jagodami pachniał tak wspaniale, że ukroił sobie kawałek. Nie 
trzeba dodawać, że wszystkie garnki i misy lśniły jakby ich nikt nigdy na ogniu nie kładł, 

drew nie  ubyło nawet  o marną  szczapę,  a  popielnik  połyskiwał   czystością.  Dobrą  chwilę 
siedział przy stole z czereśniowego drewna, głowę nisko zwiesiwszy, i rozpaczał nad swymi 

grzechami i ułomnościami, co doń moce przeklęte zwabiają. I nic, zupełnie nic nie umiał 
poradzić.

W   stajence   nie   lepiej   się   działo.   Krowa   i   kozy,   podarunek   starego   ojca   opata,   który 

rozumiał   dobrze,   że   ziemie   w   Górach   Żmijowych   straszliwie   splądrowano,   były   zawsze 

wydojone przed świtem, a mleko czekało na Kaniuka w pięknie malowanych dzbanach. Pić 
go   nie   śmiał,   lękając   się   jakowejś   zdrady   piekielnej,   więc   niósł   je   co   rano   do   świątyni   i 

błogosławił  uroczyście. Że zaś zdawało mu się grzechem dary bogów marnować,  kazał je 
szalonemu Kuflikowi, który czasem przychodził na plebanię do cięższej posługi, rozdzielać 

pomiędzy najbiedniejsze białki. A przecież na mleku się nie kończyło. Jego kasztanek zawsze 
był pięknie zgrzebłem wyczyszczony, nawet czerwone wstążki mu ktoś we grzywę wplatał. W 

ogródku za plebanią kapusta i rzepa rosły jak oszalałe, zdziczałe róże, co je własnymi rękoma 
szczepił   i   piastował,   przed   czasem   pokryły   się   kwieciem   tak   wonnym,   że   z   całej   wioski 

niewiasty zbiegały się je podziwiać.

Ludek   Wilżyńskiej   Doliny   zaczynał   gadać,   że   z   jakichś   powodów   Babunia   Jagódka 

osobliwie sprzyja nowemu plebanowi. Posądzenie owo okrutnie Kaniuka bolało.

Ale najgorsze były koszmary, co go nieledwie każdej nocy nawiedzały, cisnąc i gniotąc 

niby   młyński   kamień.   Oprócz   tamtej   pierwszej   nocy   nigdy   nie   udało   mu   się   zmory 
przydybać,  ale  pomniał  ślepia gorejące  niby piekielne  węgliki  i głos niski,  chropawy,  jak 

szepcze mu do ucha plugawe zaklęcia. Odurzony sennym majakiem czuł, jak doń podchodzi, 
dotyka   powoli,   ostrożnie,   łaskocze   oddechem   w   gardło   i   szyję.   A,   co   przerażało   go 

najbardziej, we śnie jej dotyk nie był mu niemiłym. I kusiło go, aby przygarnąć mocniej ową 
miękką, delikatną obecność, która pochylała się nad nim każdej nocy.

Budził się ze świtem, z pierwszym pianiem wioskowych kurów i widział na poduszkach 

zgnieciony odcisk jej ciała, wciąż ciepły i zapraszający. Rozglądał się po izbie, wysprzątanej i 

jasnej od porannego słońca, co wpadało przez uchylone okiennice, choć pamiętał bardzo 

background image

dobrze, że zamykał je na skobel przede zmierzchem. I chwytał go jakiś żal dojmujący za 

własną słabość i skłonność ku mocy nieczystej. Z wolna zaczynał się też zastanawiać, czy 
ojciec opat nie przecenił aby jego świątobliwości i czy nie powinien wrócić do klasztoru, gdzie 

dźwięk   świętych   dzwonów   i   modły   pospólne   mnichów   oczyszczą   go   i   wyzwolą   spod 
omamienia.

Aż razu jednego ocknął się Kaniuk w izbie posrebrzonej miesięcznym światłem i w pełnej 

krasie   ujrzał   swą   prześladowczynię.   Mara   siedziała   na   kufrze   z   nogą   założoną   na   nogę, 

zalotnie   odsłaniając   rąbek   jedwabnej   pończochy.   Wijące   się,   kruczoczarne   włosy   upięła 
pojedynczym   srebrnym   grzebieniem   i   luźno   puściła   na   plecach,   usta   ukarminowała 

paskudnie,   rzęsy   ani   chybi   podkręciła   i   węglikiem   pomalowała,   a   jej   ślepia   skrzyły   się   i 
połyskiwały prześmiewczo. Suknię z czerwonej kitajki miała na gorsie przybraną falbanką i 

tak wyciętą, że Kaniuk, który czegoś podobnego nie oglądał nawet na obrazach ze świętymi, 
co   poskramiają   pogańskie   ladacznice,   aż   pokraśniał   ze   wzburzenia.   Zmora   niezawodnie 

dostrzegła   jego   spojrzenie,   bo   uśmiechnęła   się   z   rozbawieniem   i   oblizała   wargi   ostrym 
języczkiem. Tego było już za wiele.

- Idź precz, maro przeklęta! - krzyknął, czyniąc znak odstraszający złe. - W imię Cion 

Cerena wzywam cię, odstąp, siło nieczysta!

- Co wy tak wszyscy z tą czystością? - Zmora skrzywiła się nieznacznie, lecz w żaden 

sposób nie okazała strachu czy zawstydzenia. - Myją się mnisi najtężej na rok cztery razy, a i 

to jak słonko mocniej przypiecze, ale drzeć się o czystości to zawdy pierwsi. A nie wstyd tak 
obcym przyganiać, hę? A czy ja się pytam, czemu deszczówka na kąpiel tak się wara w beczce 

zastała, że się w niej żaby poległy?

Kaniuk  na   podobną  bezczelność  zaniemówił  ze   szczętem.   Zresztą  i  tak  nie  bardzo   by 

wiedział, co dalej gadać. W przypowieściach sukkuby pierzchały co sił, kiedy tylko mnich 
ocknął się i wezwał świętego imienia, nie był więc przygotowany na dłuższą konwersację.

- No, nie gapcie się na mnie niby bazyliszek. - Sukkub wzruszył ramionami. - Toż was nie 

zeżrę i w capa nie zaklnę. Rozmówić się z wami przyszłam. Tak po sąsiedzku, wedle obyczaju.

Kaniuk poprawił się lepiej na poduszkach, usiłując przybrać godniejszą pozę. Co nie było 

łatwe, zważywszy że zmora przypatrywała mu się nader nieoględnie.

-   Wyście   tutejsza   niewiasta?   -   zapytał   ostrożnie.   -   Wybaczcież,   ale   imienia   waszego 

wspomnieć nie potrafię i chyba wcześniej was w świątyni nie oglądałem...

Tutaj   Kaniuk   wspomniał   przytomnie   wioskową   ladacznicę   o   wdzięcznym   mianie 

Gronostaj, która takoż nie zaglądała w poświęcone progi, na rozmaite sposoby okazując mu 

swoją   niechęć.   Nieznajoma   była   co   prawda   bogaciej   przyodziana,   lecz   gapiła   się 

background image

nieprzystojnie i przygadywała świątobliwej personie równie bezczelnie jak Gronostaj, a jej 

suknia była nad wyraz nieskromna i wyuzdana.

-   Pora   wprawdzie   cokolwiek   niestosowna   -   napomknął   delikatnie,   nie   chcąc   urazić 

nieszczęsnej   grzesznicy  -  ale   ja  ci   jestem  wielce   rad,   moje  dziecko.  Ogromnie.  A  jeszcze 
bardziej rad będę, jeśli się zechcesz do nas w modlitwie przyłączyć. I nie lękaj się, że ci w 

świątyni   kto   krzyw   będzie,   albo   słowem   nieopatrznym   przykrość   wyrządzi,   bo   ludzie   w 
Dolinie   dobrzy   i   pobożni...   -   Zawahał   się   cokolwiek,   wspomniawszy,   jak   onegdaj, 

przechodząc   obok   gospody,   posłyszał,   jak   się   Ortyl   z   Waligórą   przechwalali   dawnymi 
przewagami, co je wedle mostku na Krtynie świadczyli, kupców łupiąc i mordując. Jak się na 

jego widok porwali ze stołków i pozdrowili z uszanowaniem, kryjąc za plecami kości do gry i 
kufle z piwskiem, dla większej mocy spichrzańską gorzałką przyprawionym. - No, w każdym 

razie natura ich ku pobożności skłania, choć ciała wciąż mdłe i do grzechu nawykłe - dodał 
niechętnie, gdyż był człowiekiem prawdomównym i uczciwym, jak rzadko. - Ale własnym 

słowem ręczę, że nie będą ci przeciwni. Dość, byś się występku wyrzekła plugawego i do 
niewieściej poczciwości powróciła. Rychło się dla ciebie jakie zajęcie znajdzie i dach nad 

głową, i strawa. I między ludźmi sława dobra. Jest też w Wilżyńskiej Dolinie ziemi dość, co 
od ostatniego najazdu ugorem leży, chwastem i tarniną porasta. Dość, żeby dla ciebie zagon 

jaki wykroić. A jesteś młoda i nadobna, wnet i męża sobie poczciwego znajdziesz, dziatki mu 
rodzić będziesz, jadło warzyć, bydlątka oporządzać...

Niewiasta przysłuchiwała się jego perorze z głową przekrzywioną na ramię i dziwnym 

wyrazem twarzy. Potem roześmiała się. Bez złości, ciepłym, gardłowym głosem. A jeszcze 

później pochyliła się nad Kaniukiem, który w swej wykrochmalonej, zapiętej pod samą szyję 
nocnej koszuli tkwił pod puchową pierzyną, sztywno oparty o stos poduch, i nim cokolwiek 

zdołał uczynić, pocałowała go prosto w usta.

-   A   to   się   nam   dziwo   w   Wilżyńskiej   Dolinie   trafiło!   -   powiedziała,   rozbawiona   jego 

konfuzją. - Od jednorożca  rzadsze i bardziej płochliwe.  Uczciwy  a nabożny pleban. Choć 
nierozgarnięty i w świecie nieobyty. Przyznać trzeba, żeście jedno dobrze zgadli. Wedle mego 

bydlątka przyszłam.

- Bydlątka? - powtórzył ogłupiały Kaniuk.

- Ano bydlątka. - Niewiasta znów uśmiechnęła się ślicznie. - Kota konkretnie. Kota mi, 

wasza wielebność bałamucicie, ot co! Ostatnimi czasy ledwie ją oglądam, może przed świtem 

nażreć się przychodzi, ale po nocy, to już ze szczętem u was na zapiecku siedzi. Dobytku nie 
pilnuje, ludzi nie tumani, złego nie odstrasza. Mamuny tak się rozzuchwaliły, że mi przeszłej 

niedzieli pół nocy w ogrodzie tańcowały, lulek i piołun ze szczętem zadeptawszy. Chłopstwo 

background image

rozbestwione,   nie   dalej   jak   wczoraj   sama   jakiegoś   pachoła   naszłam,   jak   mnie   w   kąpieli 

podglądał w tataraku ukryty. No, ten sobie prędko na baby nie popatrzy - dodała mściwie, aż 
Kaniuka   ciarki   przeszły  -  chyba   że  mu  jaskrę  z  oczu   przed   figurą  wymodlicie.   Toż  sami 

rozumiecie, że tak dalej być nie może!

- Wybaczcież, dobra kobieto - zdołał wreszcie wtrącić Kaniuk - ale ja waszego kota w życiu 

nie oglądałem.

- A jak wam się wydaje? - Czarnowłosa aż się żachnęła i jęła wyliczać na palcach. - Kto 

wam nocnicę zadusił, co się tutaj na dachu nieomal zalęgła? Kto koboldy ze starego młyna 
sprowadził, żeby wam w gospodarstwie pomoc czyniły? Kto skrzaty moje, i to moje własne, w 

kominie hodowane - rzuciła z pasją - na wasz łaskawy chleb przynęcił, żeby koniom grzywy 
plotły,  a mleko od kwaśnienia  chroniły? Kto was  tutaj  co noc strzeże  i od uroku broni? 

Przecie  nie opat z klasztoru  i nie figury wasze, jeno mój kot! Mój własny,  na likworach 
magicznych wypasiony i zbezczelniały, bo kot wiedźmy to nie może być byle pachruście, ale 

bestia   potężna,   groźna   i   zajadła!   -   Podrzuciła   głową,   a   srebrne   kolczyki   zadzwoniły 
dźwięcznie.

Kaniuk odczekał jeszcze chwilę, by upewnić się, że wybuch wściekłości minął na dobre, a 

potem uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu - w żaden inny sposób nie potrafił okazać 

swego zatroskania. Teraz już rozumiał dobrze, dlaczego wcześniej nie oglądał jej w świątyni, 
jednak nie mógł nic więcej uczynić dla nieszczęsnej, szalonej niewiasty. Musiała nocką z lasu 

przyjść, pomyślał ze smutkiem. Wojna bowiem srożyła się okrutnie w Górach Żmijowych i 
wciąż jeszcze we kniei kryło się sporo luda, zbiegłego z wiosek albo i dworców szlacheckich 

przed podjazdami rozswawolonego żołdactwa. Było między nimi niemało niewiast, choćby i 
szlachetnego rodu, które poszalały od oglądanych mordów i okrucieństw; Kaniuk własnymi 

rękoma   wynosił   im   pożywienie   popod   mur   opactwa,   ale   żadnej   nie   udało   się   na   długo 
zatrzymać,   ani   tym   bardziej   do   rozumu   przywieść.   Wciąż   dźwięczały   mu   w   uszach 

przeraźliwe  krzyki  jasnowłosej dziewki,  która przywlokła  się ku nim zeszłej zimy. Brnęła 
przez świeży śnieg, nieledwie naga, w poszarpanym gieźle, nawołując kogoś - męża, syna, czy 

brata,   nigdy   się   nie   dowiedział.   Podobnie   jak   ani   zgadnąć   potrafił,   czy   ta   kruczowłosa 
niewiasta tylko bredzi o jakimś zwierzaku.

- Kota twojego jutro poszukamy - powiedział miękko. - Na razie prześpij się trochę i 

wypocznij. We ćmie go nie znajdziemy. - I począł się gramolić z łóżka, bo w izbie było tylko 

jedno posłanie: nie wydało mu się stosownym dłużej w jej kompanii przestawać i zamierzał 
się przespać w stodółce.

- Że też z wami zawsze tak samo! - Niewiasta wzięła się pod boki. - Darmo język sobie 

background image

strzępić, bo jak grochem o ścianę! Żaden nie słucha po dobroci! - Tutaj zwinęła się jakoś 

dziwnie, skurczyła w sobie.

W izbie zafurgotało coś, zaszurało w kątach. Cienie przemknęły po posadzce, okiennica 

szarpnęła się i rozwarła z głuchym stukotem.

Na   niskim   stołeczku   przed   łóżkiem   babina,   o   twarzy   pomarszczonej   i   wyschłej   niby 

gruszka   suszona   na   zimę   w   kominie,   gniewliwie   owinęła   się   chustą;   jej   dłonie   były 
pokrzywione   ze   starości   i   pokryte   niebieskim   żyłkowaniem.   Kaniuk   jęknął   bezgłośnie   i 

uczynił znak odpędzający złe, ale starucha zbyła go machnięciem ręki i wygładziła ciemną 
spódnicę, która sterczała dobre pół łokcia od ziemi na warstwie nakrochmalonych halek. 

Spod chustki, ciasno zakutanej i związanej pod brodą na solidny węzeł, łysnęły ku niemu 
przejrzyste, bursztynowe ślepia wiedźmy.

- Ot, tak to jest, jak się człek z wizytą wyszykuje - sarknęła, skrobiąc się obcasem po łydce. 

- Jeno ziół dla was namarnowałam za dobrych parę groszy. I po co, skoro żeście się okazali 

zwyczajny   niedowiarek   nieużyty?   No,   przestańcież!   -   mruknęła,   widząc,   że   sięga   do 
szkaplerzyka. - Toć gadam, że po sąsiedzku przyszłam, bez złej myśli, i krzywdy wam żadnej 

też uczynić nie zamyślam. Jeno kota mojego chcę.

- Ale ja wam wedle sprawiedliwości obiecuję - odezwał się słabo Kaniuk - że waszego kota 

w izbie nie trzymam.

- Przecie wiem. - Uśmiechnęła się bardzo niemiło. - Jakbyście go umyślnie przynęcili, 

inna byłaby rozmowa. Jestem niewiasta słabowita i zgodna, że do rany przyłóż, ale swojego 
dobytku   rozkradać   nie   pozwolę.   Co   to,   to   nie!   A   tak,   po   dobroci   do   ładu   z   wami   dojść 

próbuję. Bo wy i tak pożytku żadnego z podobnej bestii mieć nie będziecie. Aby sobie nie 
myślcie, że jej się u mnie jaka krzywda dzieje. - Wyciągnęła ku niemu sękaty paluch, a kapka 

na czubku jej nosa zachybotała się niebezpiecznie. - Legowisko ma na zapiecku postrojone, 
myszy w piwnicy dość i śmietankę z porannego udoju co dzień świeżą. Z pustoty tylko i na 

złość podobne brewerie wyczynia, na osławę mnie wystawia. Bo, wykładacie sobie, jaki by był 
między ludźmi  śmiech  a  szyderstwo,  gdyby się o tym wieść rozeszła,  że wiedźmi  kot na 

plebanię gania jakby mu kto soli na ogon nasypał?

- Ale czegóż on tu szukać może? - Kaniuk bezradnie pokręcił głową. - Toż ja nic nie mam, 

ani złota, dobytku żadnego, ani strojów paradnych. Sam w chacie żyję, w spokojności, czas 
na modlitwie i nabożnej lekturze trawiąc...

- A skądże wiedzieć, co to zwierzynie do łba strzeli? - rzekła filozoficznie wiedźma. - Dość, 

żeście jej wielce miłym. Czemu ja przeciwna nie jestem, bo powiadają ludzie, że człek z was 

dobry i z kośćmi poczciwy. Jako mówiłam, w szkodę wam wchodzić nie zamierzam, ale też 

background image

sobie bruździć nie pozwolę. Wy wedle obyczaju w świątyni modły odprawiajcie, wieśniaków 

przed   grzechem   napominajcie,   bo   ludek   w   Wilżyńskiej   Dolinie   mamy   niespokojny,   do 
pijaństwa,   łupiestwa   i   poróbstwa   nawykły.   Pola   trza   będzie   od   chrabąszczów   poświęcić, 

utopce na strudze kadzidłem postraszyć, niewiasty z kazalnicy napomnieć, aby, skoro już 
pobożne być nie potrafią, niechaj się chociaż łajdaczą ostrożnie a rozważnie.

Kaniuk   aż   oklapł   na   posłaniu,   słuchając   podsumowania   swej   duchowej   posługi   dla 

wilżyńskiego ludku, jednak nic nie powiedział. Po prostu zabrakło mu sił.

-   Sami   zaś   w   las   za   daleko   nie   łaźcie   -   pouczała   go   wiedźma   -   bo   tutaj   głusza 

nieprzetrzebiona,   bobołaki   w  ostępie   siedzą,   a   zbójcy   przy   traktach   łupią.   I   nie   kładźcie 

ludziom do głów żadnych bredni o ogniu i wiedźmobiciu, bo rychło się moja cierpliwość 
okończy. No, pogwarzyli my, jak się patrzy - powstała i znów wygładziła spódnice - a na mnie 

czas.   Bywajcie,   a   jak   mojego   kota   obaczycie,   to   go   wedle   waszego   bezpieczeństwa   precz 
popędźcie. Kamieniem. Byłabym zapomniała! - rzuciła na odchodne. - Jak się z sianokosami 

uporacie, to pogońcie wieśniaków, żeby dachy reperowali, bo nam zima wcześnie nastanie i 
nieprędko   puści.   Zanadto   się   tutaj   ludziska   rozprzęgli,   kiedy   dawniejszego   proboszcza 

zbrakło.

Kaniuk   w   otępieniu   skinął   głową,   ale   wiedźma   była   już   w   drzwiach.   Nad   progiem 

odwinęła się raz jeszcze w smudze miesięcznego światła i na nowo przemieniła w piękną, 
czarnowłosą niewiastę. Widział, jak kołysząc biodrami, idzie pomiędzy rzędami jabłonek, aż 

do solidnej sztachety opartej o ścianę stajenki. Po czym usiadła na niej okrakiem, wysoko, 
bardzo wysoko zadzierając spódnicę.

Jej podwiązki też były w kolorze ciemnego burgunda.
Kaniuk zaś do świtu obracał się bezsennie, puchowe piernaty gryzły go i kłuły, na sercu 

było   ciężko.   Wiedźma   w   czerwonej   sukni,   niewidzialny   kot,   skrzaty   przyczajone   pod 
kominem   -   za   dużo   tego   było   na   jego   skołataną   głowę.   Potrzebował   mądrej   rady.   I   to 

potrzebował   jej   przed   jesienią,   zanim   śnieg   na   dobre   zasypie   przełęcze   i   uwięzi   go   w 
Wilżyńskiej Dolinie, razem z jej koboldami, mamunami i kotem wiedźmy.

* * *

Kot   Wiedźmy   nie   omieszkała   zauważyć   wizyty   Babuni,   zanadto   dobrze   znała   ów 

szczególny   poświst   wichru   i   zapach   różanego   pachnidła.   Przytaiła   się   tylko,   przylgnęła 
szczelniej do gałęzi jabłonki i bacznie śledziła każdy ruch Babuni Jagódki. Była zbyt daleko, 

aby   ją   słyszeć,   ale   słowami   nie   zaprzątała   sobie   głowy:   i   tak   wiedziała,   po   co   wiedźma 
przyszła. I wcale się jej to nie podobało. Nawet kiedy Babunia Jagódka odleciała wreszcie na 

swej ulubionej sztachecie, Kot Wiedźmy wciąż koniuszkiem ogona wybijała na korze jabłonki 

background image

swe niezadowolenie, a jej futerko było nastroszone niczym szczotka do czyszczenia kominów. 

Żaden z koboldów nie śmiał bliżej podejść, pokłoniły się tylko z daleka i zniknęły w małej 
jamce pod studzienną cembrowiną, gdzie zwykły przysypiać większość dnia, aby pleban nie 

natknął się na nie przypadkiem.

Sam Kaniuk wynurzył się z chaty o świcie, ale też nie miał zwyczaju długo sypiać. Tego 

ranka przyklęknął tylko na krótko przed figurą Cion Cerena i przywołał jednego z wiejskich 
dzieciaków nieodmiennie w przydługich, umorusanych koszulinach. Z owym dziwacznym 

roztargnieniem, które sprawiało, że Kot Wiedźmy miała ochotę otrzeć się o skraj jego sukni, 
położył mu rękę na głowie i poprosił, aby przywołał Kordelię. Dzieciak, ogorzały chłopiec z 

brzydką   blizną   na   buzi,   który   stracił   oboje   rodziców   w   najeździe   grasantów   i   służył   w 
gospodzie za kąt do spania i miskę pożywienia, aż pojaśniał i wyprostował się pod dotykiem 

proboszczowej   dłoni,   ale   Kaniuk   nie   spostrzegł   niczego.   Podobnie   jak   nie   widział,   że 
gospodynie   w   jego   przytomności   urywają   w   pół   słowa   zwyczajowy   jazgot   i   skwapliwiej 

napełniają miski sierotom, które chowały się na łaskawym chlebie po wiejskich chatach. Ani 
tego,   że  grasanci,   obróceni  Babcinym  sprytem  w wieśniaków,  mocniej  pochylają   się  nad 

pługiem, kiedy padnie na nich łagodny wzrok proboszcza, karczmarz zaś chowa fałszywe 
kości i skrupulatnie wylicza resztę, choćby najbardziej pijanym bywalcom.

Kaniuk   był   tego   wszystkiego   doskonale   nieświadomy.   Jego   łagodne   niebieskie   oczy 

prześlizgiwały się po strzechach krytych świeżą słomą i rumianych obliczach wieśniaków, 

kiedy ładował na dwukółkę kilka pośpiesznie związanych tobołków - świeżą kapicę, kożuch 
na nocne chłody i przygarść pogruchotanych sucharów. Kordelia aż załamała pulchne ręce na 

owo ochędostwo i jęła go rozgłośnie przekonywać, że drogi niebezpieczne, a pora roku nie 
sprzyja wędrówce. Kaniuk wysłuchał jej z nikłym uśmiechem na twarzy,  nie przerywając 

roboty. Przyprzągł do wózka kasztanka, wypasionego i wyczesanego przez skrzaty, aż mu się 
boki świeciły w jesiennym słonku, drzwi zaparł na prosty kołek, bo się kłódkami brzydził, i na 

koniec nawet pobłogosławił Kordelię, prosząc ją, aby kładła pod figurą świeże kwiaty i nie 
zaniedbywała jałmużny.

Na podobną rzecz młynarzowa popłakała się po trochu i przypadła mu całować dłonie, bo 

na swój sposób pokochała  tego milkliwego,  nieśmiałego księżyka.  I tylko  zdawało  się jej 

dziwnym,  że posłano go gwoli  duchowej opieki nad ludkiem Wilżyńskiej Doliny, gdyż ją 
nieodmiennie zdejmowała ochota, aby po matczynemu przygarnąć go do obfitego łona. Była 

jednak  niewiastą   rozsądną  i wiedziała,   kiedy nic nie  wskóra.   Wetknęła  mu  tylko  w  rękę 
solidny chłopski nóż dla obrony przed złą przygodą na trakcie, ale była pewna, że w potrzebie 

nie będzie wiedział, jak go w palcach obrócić. I znów zachciało się jej płakać, kiedy tak jechał 

background image

na chłopskim wózku, wzbudzając na ścieżce siny tuman pyłu i kurzu.

Kot Wiedźmy wślizgnęła się niepostrzeżenie pomiędzy worki z obrokiem. Koła toczyły się 

równo po piasku, a słoneczny żar rozleniwiał i skłaniał do snu. Drzemała czujnie, z jednym 

okiem uchylonym i pazurami mocno wczepionymi w deski wózka. Nic się jednak nie działo, 
tylko świerszcze grały rozgłośnie w przydrożnej chachmęci, w wysokich obeschłych trawach, 

rdeście i lebiodzie, aż w końcu Kot Wiedźmy przysnęła na dobre. Śniły się jej kamienne 
miejsca pod łukowymi sklepieniami, gdzie mnisi stali w bezruchu przed wysokimi pulpitami, 

i   chłodne   świątynne   zacisza,   które   wibrowały   dźwiękami   modlitewnych   psalmów.   Był   to 
dziwaczny, niespokojny sen, lecz brnęła przezeń czujnie, na łapkach tak miękkich, że ich 

stąpnięcia   nie   płoszyły   nawet   cieni   martwych   mnichów,   co   przemykały   się   trwożliwie   w 
mrocznych kątach.

Obudził ją kwik kasztanka i gwałtowne szarpnięcie wózkiem. Czuła zapach, obcy zapach 

na ścieżce, woń niewyprawnych skór, brudnego przyodziewku, zaschniętej krwi. Kaniuk leżał 

na boku pośrodku ścieżki, drobny ciemny kształt w kapicy pokrytej kurzem i pyłem. Strużki 
krwi   ściekały   mu  wzdłuż   ramienia,  żłobiły   rowki   w  piasku.   Jeden  ze   zbójców  kopnął   go 

wysokim czarnym butem z podkutą podeszwą, inny krzyczał coś o dukatach ukrytych na 
wozie, trzeci rachował na palcach wysokość okupu, który wyłudzą od opata z klasztoru w 

wiele dni po tym, jak ścierwo Kaniuka wilki obiorą aż do białych kości.

Pod   kolejnym   kopniakiem   Kaniuk   zwinął   się   jeszcze   ciaśniej,   jak   pędrak   znienacka 

wywleczony z bruzdy przez gawrona. Wysoki, łysy zbój w brudnym półkożuszku poprawił 
ciosem   potężnej   maczugi,   a   Kot   Wiedźmy   poczuła,   jak   moc   zaczyna   burzyć   się   w   niej   i 

pulsować   -   nazbyt   długo   mieszkała   w   domostwie   Babuni   Jagódki,   by   nie   poznać   kilku 
drobnych magicznych sposobów, ale tym razem było to coś innego. Czysta, żywa nienawiść, 

która   osiadała   iskierkami   ognia   na   jej   futerku,   od   grubych   nastroszonych   wąsów   aż   po 
czubek ryżego ogona. Kaniuk należał do niej, tylko do niej, i nie miała zamiaru pozwolić, aby 

kilku grasantów zakłuło go na gościńcu niczym świnię.

Rozdarła pierwszemu gardło, zanim zdołali ją chociażby dostrzec.

- Zwierzoooołaaaaaak!  - zaskowytał  ktoś przeciągle,  i Kot Wiedźmy skoczyła  ku temu 

krzykowi jak ruda rozmazana smuga futra, pazurów i zębów.

Wczepiła się w kubrak płowowłosego pachoła, przeorała pazurami twarz. Słyszała, jak 

powietrze wokół trzeszczy od magii, od tuzinów drobnych sinych iskierek, które z sykiem 

strzelają z jej rozkudłanego futra. Łysy herszt odwrócił się ku niej z rozdziawioną gębą i 
wyrazem zdumienia na czerwonym, nalanym obliczu. Kot Wiedźmy zasyczała wściekle, kiedy 

maczuga   opadła   tuż   obok   jej   grzbietu.   Nisko   przy   ziemi   przemknęła   za   jasnowłosego 

background image

pachołka, który klęczał na zapylonym gościńcu z rękoma przyciśniętymi do ziemi, skowycząc 

przeraźliwie i niezrozumiale; spomiędzy palców ciekły mu drobniutkie strumyki krwi. Herszt 
ryknął nań ze złością i grzmotnął nabijaną kamieniami maczugą, tak wszakoż nieszczęśliwie, 

że zamiast kota trafił w grzbiet oślepionego kamrata.

- Czary! - Czwarty z grasantów, podstarzały chłopina o twarzy poznaczonej dziobami po 

ospie,   nie   namyślał   się   dłużej.   Zarzucił   na   ramię   trzy   z   Kaniukowych   sakw   i   zaczął 
pośpiesznie odpinać od wozu kasztanka. - Przeklęte czartowskie nasienie... - złorzeczył przy 

tym pod nosem. - Wiedźmi pomiot nieczysty... Co za czasy nastały na tym bożym świecie, 
żeby się mnich postrzyżony po gościńcu z wiedźmim pomocnikiem wałęsał a ludzie poczciwe 

mamił   i   bałamucił?   Niczego   już   pewnym   być   nie   można.   Książę   pan   z   Servenedyjkami 
biesiaduje, we wsiach sołtysi potuczeni jako panowie w radach siedzą, a na gościńcu mnisi 

się z wiedźmami bratają... - Wgramolił się wreszcie na oklep na kasztanka, choć konik stawał 
dęba i niespokojnie drobił w miejscu, nienawykły do obcej ręki i smrodu posoki.

Kot Wiedźmy zaświeciła ku niemu miodowymi ślepiami. Siedziała na grzbiecie martwego 

pachołka, z ogonem okręconym zgrabnie wokół łapek, a łysy herszt lazł na czworakach po 

gościńcu, usiłując zmacać maczugi. Na darmo jednak, gdyż w miejscu prawego oka miał 
rozorany,   krwawiący   oczodół,   lewe   zalała   mu   krew.   Kot   Wiedźmy   przez   chwilę   jeszcze 

przyglądała się jego wysiłkom. Bez większej emocji, gdyż wiedziała dobrze, że po zmierzchu 
na trakt wyjdą inni grasanci - stada zdziczałych psów, które rozpleniły się niezmiernie po 

Górach   Żmijowych   od   ostatniej   wojny,   szczuracy   albo   zbiegłe   chłopstwo   -   którzy   bez 
większego skrupułu zabiją zbójcę choćby dla skórzanego półkożuszka.

Ospowaty   dziadek   podrygiwał   śmiesznie,   konik   zaś   tańczył,   przebierał   nogami.   Kot 

Wiedźmy   zrazu   przypatrywała   się   temu   obojętnie,   potem   zaś   uniosła   tylną   łapkę   i   jęła 

wylizywać   zakrwawione   futerko.   Dopiero   kiedy   w   ostatecznej   desperacji   dziad   dobył 
kordelasa i chciał dźgnąć konika w łopatkę, miauknęła jeden, jedyny raz - ostatecznie była 

Kotem Wiedźmy i nie darmo od lat żyła pod jednym dachem z Babunią Jagódką. Dziadyga 
omsknął się z końskiego grzbietu, klapnął tyłkiem w piach. Sakwy potoczyły się w różne 

strony, lecz on tylko mocniej ścisnął w garści rozdarte pludry i popędził ku kępie brzeziny na 
szczycie najbliższego wzgórza.

Kot   Wiedźmy   powoli   podeszła   do   Kaniuka.   Leżał   na   boku,   mucha  o   ciemnozielonym 

odwłoku przechadzała się po jego policzku. Oddychał jednak, płytkim, urywanym rytmem. 

Kocica  niepewnie zaszła  go z drugiej strony, polizała  po policzku.  Nie poruszył się, więc 
obwąchała   bardzo   starannie   płytkie   rany   na   przedramionach   -   zbójcy   nacinali   go 

kordelasem, żeby wyjawił, gdzie ukrył złocisze - i szerokie cięcie na żebrach. Wciąż krwawił. 

background image

Nie sądziła, aby te rany miały przyschnąć same z siebie, ale była Kotem Wiedźmy i nie darmo 

przysłuchiwała się uzdrawiającym zaklęciom Babuni Jagódki. Zwinęła się z brodą opartą o 
jego bok i zaczęła mruczeć inkantacje, jedną po drugiej, póki słońce nie opadło i nie zniknęło 

za szczytem pagórka. Wówczas przysunęła się, ciaśniej przywarła do jego boku, czując, jak z 
każdym   wymruczanym   zaklęciem   jego   serce   bije   coraz   mocniej   i   równiej.   Leżała   więc 

cichutko i nieruchomo, kiedy nad traktem przelatywała wędrowna nocnica i zmory, co pod 
postacią   nietoperzy   wysysają   krew   ze   śpiących.   Mięła   w   pazurach   rękaw   Kaniukowego 

kubraka i powtarzała zaklęcia, bez końca i wciąż od nowa, póki nie nastał poranny chłód.

Pierwszą   rzeczą,   którą   Kaniuk   zobaczył,   było   dwoje   ślepi.   Wpatrywały   się   weń   z 

natężeniem,   wielkie   i   bursztynowe.   Gardło   miał   suche   jak   wiór,   w   ustach   smak   krwi. 
Poruszył się słabo, a potężna ruda bestia o zmierzwionym natrze delikatnie polizała go po 

policzku. Język miała wilgotny i bardzo szorstki.

* * *

W trzy dni później dowlekli się do Wilżyńskiej Doliny. Mnich w poszarpanej kapicy rękę 

miał na temblaku, wóz ze szczętem ogołocono z dobytku. Koń był brudny i sterany, ale szedł 

równo, poganiany gniewnymi prychnięciami rozpartej na mnisich kolanach Kota Wiedźmy. 
Pod drzewem z kapliczką Cion Cerena zwierzę zeskoczyło zgrabnie z kozła i niespiesznie, z 

ogonem dumnie zadartym, pomaszerowało ku siedzibie Babuni Jagódki. Ku Kaniukowi zaś 
rzuciło   się   stadko   bab,   zdumionych   tym   dziwnym   obrotem   podróży   do   opactwa   i   nader 

ciekawych wypadków, które pchnęły go ku podobnej komitywie z wiedźmim pomocnikiem.

W   miarę   jak   ubywało   ścieżki   do   domostwa   Babuni,   pewność   i   buta   Kota   Wiedźmy 

ulatniały się po trochu - zamiast nich zaś nachodziły ją wielce niemile wspominki z owej 
stajenki, gdzie miała okoliczność poznakomić się z Babunią. Bała się. Wiedźma nie miała 

zwyczaju dawać za wygraną, ani tym bardziej wypuszczać z rąk tego, co z dawien dawna 
uważała za swoją własność.

- Proszę, proszę - powitał ją od proga zgryźliwy głos Babuni, która od ładnych paru godzin 

raczyła się jałowcówką i była już na tyle zamroczona, że nietopyrki trwożliwie pochowały się 

za poprzeczną belką pod samym dachem. - Kogo my tu widzimy? Znudziło się nam łajdactwo 
na gościńcu? Czary pokradzione uzdrawiać przestały? Czy może z tęsknoty na stare śmieci 

wracamy? Bośmy się, widzę, na tej włóczędze zanadto nie upaśli. - Omiotła spojrzeniem jej 
zapadnięte boki.

Kot  Wiedźmy   oblizała   się  nerwowo.   Zazwyczaj   na   widok   pijanej   Babuni   szła   spać  do 

szopki z sianem.

- Oj, głupiaś ty! - Babunia czknęła i pokiwała smętnie głową. - Głupłaś rychtyk jako baba, 

background image

choć   kocica.   Żeby   tak   za   chłopem   leźć,   futrem   kąty   wycierać...   I   dla   kogo   jeszcze?   - 

Pociągnęła z roztruchana potężny łyk jałowcówki. - Dla klechy postrzyżonego. Myślisz, że on 
za  tobą płakać będzie?  Ani dudu, obróci się i precz pójdzie.  Młodszą sobie znajdzie, dla 

zagonu kapusty i pierzyn puchowych cię na pośmiewisko wystawi, taka z nimi uczciwość i 
poszanowanie. - Tutaj Babunia Jagódka siąknęła posępnie nosem. - Żeby chociaż dla młodej, 

mniejszy byłby wstyd i między ludźmi pośmiewisko! - rzuciła z nagłą pasją. - Ale nie, musiał 
się na młynarzową połaszczyć, na ten grób pobielany. Dla nędznych paru mórg i srebrnych 

groszy, co je stara maciora ma popod jabłonką zakopane. No, jeszcze się pokaże, czy we dwie 
niedziele nie będzie on tutaj nocką biegał... Niedoczekanie! - zgrzytnęła zębami, aż iskry na 

kominie wyżej podskoczyły. - Zachciało się uczciwości małżeńskiej, młyna i srebrników pod 
jabłonką zakopanych? No, to fora ze dwora! Koniec z lubystką pod miesięcznym światłem 

rwaną, koniec z książęcym muszkatelem i pasztetem z opackich gęsi. Z nami też koniec, a co! 
Jeszcze   mu   urok   na   odchodne   podaruję,   do   portek   ślubnych   uczepię,   skoro   mu   tak   do 

wdzięków młynarzowej pilno. I to taki, co go na resztę życia w tej wytęsknionej małżeńskiej 
uczciwości   utrzyma.   Ano   taki,   żeby   choćby   miał   jako   pies   wyć   i   skomlić,   żadnej   innej 

niewieście oprócz ślubnej połowicy nie wygodzi. - Oczy Babuni Jagódki błysnęły wściekle. - 
Ani niewieście, ani kozie, ani nawet dziurze w płocie, gdyby go taka ochota sparła. No, co się 

tak   gapisz?   -   syknęła,   choć   Kot   Wiedźmy   bynajmniej   nie   zamierzała   ku   niej   spoglądać, 
rozumiejąc, że w podobnym nastroju Babunia potrafi trzasnąć na oślep czarem. - Idź sobie 

precz,   wolna   droga,  jeśli   ci   plebańskie   progi   milsze,   ja  zatrzymywać   nie   będę.   Mogę   cię 
jeszcze naparem obdarować, żebyś mu się mogła co nocy w jaką dziewę odmieniać, żadna to 

sztuka.

Kot   Wiedźmy   fuknęła   tylko   pogardliwie.   Wprawdzie   rozumiała,   że   rozjuszona   zdradą 

jednego   ze   swych   licznych   kochanków   Babunia   ma   słuszne   powody   do   goryczy,   ale 
bynajmniej nie zamierzała próbować żadnych magicznych przemian. Zanadto się napatrzyła 

na Babunię, ganiającą pod postacią kozy, aby przystać na coś równie upokarzającego.

- Nie, to nie. - Babunia uczyniła dłonią drobny, niemal niedbały gest.

Powietrze wokół Kota Wiedźmy zamigotało magicznie, ogień na kominie przygasł i zaraz 

wybuchł świeżym płomieniem.

Pierwszy   raz   od   bardzo   dawna,   od   owego   spotkania   w   odległej   stajni,   kiedy   ujrzała 

Babunię   Jagódkę,   Kot   Wiedźmy   była   wolna.   Całkowicie,   cudownie   wolna.   Oblizała   się 

niepewnie, przestąpiła z łapki na łapkę. Wciąż była olbrzymim, wykarmionym magicznymi 
wywarami kociskiem o skołtunionej ryżej sierści, i ślepiach, co połyskiwały na czerwono w 

półmroku   izby,   ale   więzy   znikły.   Mogła   iść   precz,   mogła   jeszcze   dzisiaj   wywędrować   z 

background image

Wilżyńskiej Doliny. Z uciechy miała ochotę gnać przed siebie, tańczyć wokół własnego ogona 

i w odpłacie za długie lata niewoli wbić pazury prosto w twarz Babuni. Zamiast tego jednak 
zadarła sztywno ogon i wymaszerowała z izby. Ostatecznie była Kotem Wiedźmy i zamierzała 

zachowywać się godnie, nawet jeśli sama wiedźma była pijana w sztok z powodu zdrady 
kochanka.

- A wedle tej odmiany - zarechotała  sprośnie Babunia  - to pewnie i na nią z czasem 

przyjdzie.

Nie  przyszło,   ani  wówczas,  ani   później.   Kiedy  minął   tuzin  lat  i   Kaniuka  wezwano  do 

opactwa, aby wspierał postarzałego opata, Kot Wiedźmy wywędrowała wraz z nim - oraz całą 

hałastrą koboldów, gnomiąt i domowików, które tak przywiązały się do plebana Wilżyńskiej 
Doliny, że postanowiły towarzyszyć mu w przeprowadzce.  Wprawdzie  magiczny drobiazg 

przytaił się w tyle wozu i nie lazł zanadto Kaniukowi przed oczy, Kot Wiedźmy podejrzewała 
jednak, że pleban był świadom jego obecności. Zresztą Kaniuk nabrał z czasem wiejskich 

obyczajów i zwykł nawet mimochodem strącać kilka kropel piwa dla domowych ubożąt, a 
przy piecu stały miseczki z solą i okruchami chleba. Nie przeszło wiele lat, a niegdysiejszy 

pleban   Wilżyńskiej   Doliny   został   opatem  potężnego  klasztoru  Cion  Cerena,   a  sława   jego 
świątobliwości sięgała aż najdalszych krańców Gór Żmijowych. Pielgrzymi ze zdumieniem 

opowiadali  o wielkim  ryżym kocisku,  które chodziło  za nim wiernie  jak pies - niektórzy 
utrzymywali, że był to prawdziwy wiedźmi zwierzołak, pokutujący za przeszłe niegodziwości, 

inni, że demon zaklęty w bestii, który uległ przed mocą świętego opata.

Jakkolwiek   było,  kiedy  nastał  czas  Kurzawy  Birghidyo,  Kaniuk  wyprawił  mnichów na 

południe, sam zaś pozostał w wyludnionym klasztorze. Nie chciał odstąpić świętych obrazów, 
ani grobów współbraci, a był już tak sędziwy i słaby, że w żaden sposób nie zniósłby trudów 

podróży. Wieśniacy opowiadali później, że widzieli go na murach, chudego i przygiętego do 
ziemi,   jak   śpiewał   poranne   hymny   ku   czci   Cion   Cerena,   jego   biała   świątynna   suknia 

błyszczała w słońcu, a obok stało rude kocisko. Bramy opactwa pozostawiono otwarte - bo też 
nigdy nie zamykano ich przed żadnym z jałmużników - i wojsko norhemnów nadciągnęło ku 

nim pewnego jesiennego poranka jak niezmierzone ciemne mrowie. Wieśniacy obawiali się, 
że klasztor spłonie, podobnie jak płonęły pozostałe przybytki bogów Krain Wewnętrznego 

Morza, jednak najeźdźcy uciekli tej samej nocy i nigdy później żaden z nich nie pojawił się w 
pobliżu opactwa.

Kiedy   zaś   wiejski   ludek   ośmielił   się   wreszcie   na   tyle,   aby   wejść   do   klasztoru,   w 

najdalszym, najświętszym przybytku leżał Kaniuk, przygwożdżony południową włócznią u 

stóp   posągu   boga.   Nie   zdziwiło   ich   to   nadmiernie:   Kurzawa   nie   słynęła   miłosierdziem. 

background image

Jednak,   nim   jeszcze   znaleźli   martwego   opata,   musieli   przebić   się   przez   zwały 

pomordowanych norhemnów - poszarpanych na strzępy przez dzikie zwierzęta, spalonych 
wiedźmim ogniem tak, że nawet posadzka zeszkliła się od gorąca, poczerniałych od krzyku 

nocnicy i skrzacich ukąszeń. Wieśniacy nazbyt dobrze znali magiczny ludek Gór Żmijowych, 
aby szukać po kątach ogniowych koboldów, skrzatów i mamunów, które pomściły śmierć ich 

opata. Jednak tuż przy Kaniuku, pod trupem wojownika z rozszarpanym gardłem, znaleźli 
martwego rudego kota i pogrzebali go w nogach mogiłki opata, którego z czasem zaczęto 

czcić jako świętego męczennika i osobliwego patrona Gór Żmijowych.

Na  świętych  obrazach  Kaniuk  jest siwiuteńkim  starcem,  który  klęczy  pod figurą  Cion 

Cerena w oczekiwaniu na swych morderców. Nieodmiennie towarzyszy mu rudy kot.

background image

SZCZUR I PANNA

Co   tu   ukrywać,   Gronostaj   przynosiła   hańbę   swojej   profesji   nawet   w   starych   dobrych 

czasach. Nie z braku zapału. Po prostu miała wyjątkowego pecha. Kiedy w gospodzie ktoś 

uszczypnął ją znienacka w tyłek, a zaskoczona dziewka odwinęła się, by trzasnąć w pysk 
natręta, usiłującego skorzystać z jej wdzięków przed uiszczeniem stosownej opłaty, okazywał 

się nim starosta Wężyk. Gdy przy dybała u wioskowej bramy podróżnego o nader zasobnym 
wyglądzie i roztoczyła  przed nim hojną panoramę swych zalet,  wędrowiec wnet odrzucał 

płaszcz i odsłaniał mnisią szatę. Gdy zaś przez całe lato nieroztropnie kredytowała któregoś z 
wędrownych parobków, zdrajca tuż po żniwach umykał chyłkiem z Wilżyńskiej Doliny i nie 

zostawiał   jej   ani   miedziaka.   Nawet   kiedy,   durna   i   młoda,   wybrała   się   do   Spichrzy   w 
poszukiwaniu   szczęśliwszej   odmiany   losu   i   wreszcie   trafiła   na   kurwigospodynię 

wystarczająco   zdesperowaną,   aby   zatrudnić   nieokrzesaną   góralkę   o   twarzy   poszarzałej   z 
brudu i włosach przyciętych nożycami do strzyżenia owiec, jej pierwszy zamtuz zbankrutował 

w dwa tygodnie później. Po prostu miała pecha, wyjątkowego pecha.

Odkąd grasanci oszpecili jej twarz, wszystko układało się jeszcze gorzej. Nawet nie za 

sprawą uszczerbku na urodzie, bo na tej Gronostaj nigdy nie zbywało. Zresztą z Wilżyńskiej 
Doliny   daleko   było   do   zgniłych   rozkoszy   cywilizowanego   świata,   więc   od   wioskowej 

ladacznicy nie wymagano szczególnych powabów, tylko szczerych chęci. Tych dziewczyna 
miała   aż   nadto,   a   gromada   rozmaitych   rabusiów   i   złoczyńców,   spędzonych   ostatnio   do 

Wilżyńskiej Doliny przez Babunię Jagódkę, zachęcała ją do jeszcze żarliwszych wysiłków. Z 
początku więc wiodło się jej wcale dobrze. Zbóje mieli dość srebra, by opłacać jej usługi, a 

karczmarz nie dość, że nie przepędzał ladacznicy z gospody, ale i czasami podsuwał darmowe 
piwo w nadziei, że jej wdzięki przysporzą mu dodatkowej klienteli.

Kres sielanki nastąpił, gdy nowi osadnicy zorientowali się, że Wilżyńska Dolina obfituje w 

niewiasty, które nie tylko nie każą opłacać swej przychylności, ale wręcz potrafią przyczynić 

dobytku, bo każda z nich odziedziczyła po zaszlachtowanym mężu, ojcu, czy bracie pokaźny 
kawał gruntu. Wnet skończyły się nocne hulanki w karczmie i darmowe piwo dla Gronostaj. 

Zbóje   zaskakująco   prędko   otrzeźwieli   i   nader   przytomnie   poczęli   smalić   cholewki   do   co 
zasobniejszych wdów i sierot. Na widok wioskowej ladacznicy spluwali tylko z pogardą, albo i 

popędzili, rzucając grubym słowem, a zdarzało się, że i kamieniem. No, w każdym razie tak 
właśnie czynili za dnia i na oczach wybranek. Bo nocą już rozmaicie bywało. Nieraz ją któryś 

ze   świeżo   nawróconych   złoczyńców   pociągnął   ukradkiem   w  stóg   siana,   albo   sitowie   nad 
stawem, przy ruinach młyna starego Betki. Nie działo się to jednak zbyt często i w żaden 

background image

sposób nie rekompensowało dotkliwszej z każdym dniem wrogości niewiast.

Gronostaj siąknęła rozbitym nosem i bez przekonania wytarła twarz z brudu zmieszanego 

z krwią. Wilżyńskie niewiasty nie były jej szczególnie przychylne, nawet za życia grabarza 

Rękawki. Nie nabrały też gwałtownie szacunku, gdy Gronostaj dorosła na tyle, by jąć się 
szlachetnej profesji wioskowej ladacznicy. Dopiero kiedy pospołu kryły się po lasach przed 

rozzuchwalonymi grasantami i gdy uczyła je rozpoznawać zielsko zdatne na polewkę - w 
sztuce   warzenia   głodowej   polewki   rzadko   kto   jej   dorównywał   -   stała   się   z   nagła   „drogą 

sąsiadką”  i   „towarzyszką   niedoli”.   Ale   wraz   z   niedolą   skończyła   się  zażyłość.   Z   początku 
jeszcze   co   łaskawsza   z   gospodyń   odpowiadała   na   jej   pozdrowienie   oziębłym   skinieniem 

głowy. Później i tego zbrakło. Gronostaj znów sunęła jedyną ulicą wioski spowita w głuche 
milczenie, z rzadka przerywane rześkim dźwiękiem zatrzaskiwanych okiennic.

Dzisiejszego poranka było jednak inaczej. Zupełnie inaczej.
Obudziła się zesztywniała z zimna. Palenisko wystygło i przymrozek, pierwszy tej jesieni, 

pokrył ściany lepianki cienką warstwą szronu. Na oślep sięgnęła po sosnowe szczapy, ale jej 
zgrabiałe  palce  nie napotkały  nawet  drobnej drzazgi.  Z żalem  odpędziła  myśl o kawałku 

rzepy   pieczonej   w   popiele   i   wypełzła   spod   baranich   skór,   wyniesionych   chyłkiem   ze 
splądrowanego   domostwa   starosty   Wężyka.   Zresztą   rzepy   też   nie   było   wiele,   bo   w 

Wilżyńskiej  Dolinie  skrzętnie  pilnowano  zapasów,   a  baby   coraz   skrupulatniej   baczyły   na 
ledwie co poślubionych małżonków, więc od dawna nikt nie zachodził do lepianki Gronostaj. 

Nie miała na co czekać. Przeczesała palcami włosy, wplotła w nie kilka szkarłatnych wstążek, 
a potem wzuła chodaki, wyrzezane z lipowego drewna, i melancholijnie poczłapała namokłą 

ścieżką ku karczmie.

Nie wierzyła, że to będzie dobry dzień.

Jesienny wicher na wylot przewiewał jej połataną spódnicę i szaroburą wełnianą chustkę. 

Nawet półkwaterka piwa, bez słowa podana przez karczmarza, nie poprawiła jej humoru. 

Piwo było słabe i kwaśne. A na dodatek nie miała czym zapłacić. Wprawdzie dla zmylenia 
oberżysty   nakładła   drobnych   kamyków   do   sakiewki,   miejskim   zwyczajem   zawieszonej   u 

pasa,   ale   wiedziała,   że   rychło   przejrzy   jej   fortel   i   wyszczuje   precz   z   gospody   żółtymi 
spichrzańskimi   brytanami.   A   tych   brytanów   Gronostaj   bała   się   bardziej   niż   grasantów   i 

starościńskich   pachołków   pospołu.   Dobrze   zapamiętała,   jak   przydybały   żebraka   na 
podbieraniu jajek i w pół pacierza rozerwały mu gardło.

Rozejrzała   się   gorączkowo   za   zarobkiem.   W   gospodzie   jednak   nie   było   nikogo,   prócz 

wędrownego   jałmużnika,   który   pogroził   jej   kosturem,   zanim   jeszcze   zdążyła   złożyć   mu 

zwyczajową propozycję, oraz na wpół obłąkanego Myszy, który zawsze ochoczo korzystał z jej 

background image

wdzięków,   ale   dobytku   miał   tyle,   co   na   grzbiecie.   Kiedy   więc   oberżysta   zanurkował   do 

komory, prędko odstawiła kubek i wymknęła się na podwórzec, unosząc w garści dwie skórki 
chleba, wypatrzone obok miski z resztką wczorajszej polewki.

Duł lodowaty wicher, ale każda, profesja ma swoje wymagania, więc odrzuciła wełnianą 

chustę   z   głębokiego   dekoltu,   a   potem,   kołysząc   biodrami,   ruszyła   przez   wioskę   ku 

cmentarzowi.

Właściwie nie miała nic przeciwko swojemu zajęciu i wykonywała je doprawdy rzetelnie, a 

czasem i nie bez uciechy. Niegdyś lubiła gorące letnie wieczory, kiedy władyka barykadował 
się na głucho za ostrokołem, bo przez wioskę ciągnęli zbójcy, schodzący do ladacznicy aż z 

Przełęczy Zdechłej Krowy. Albo jarmarki w pobliskim miasteczku, pełne beczenia owiec i 
pokrzykiwania pasterzy, którzy złazili na tę okazję z okolicznych połonin w poszukiwaniu 

kupca na sery, masło i owcze runo. Nawet odpusty pod kościołem, choć stary proboszcz 
krzywił   się   wielce,   kiedy   stawała   obok   niewiast   w   bocznej   nawie,   odziana   w   czerwoną 

sukienkę i z rozpuszczonymi włosami, a wręcz krzyczał z ambony, jeśli zauważył, że sprytnie 
przymamiwszy któregoś z nabożnych słuchaczy, chyłkiem wymykała się bocznym wyjściem 

w zacisze wilżyńskiego cmentarza. Mówiąc prawdę, czy to na targowisku, czy w gospodzie, 
czy w świątyni - wszędzie było dość chłopów spragnionych niewieściej kompanii i Gronostaj 

nie narzekała, nawet jeśli potem, za poduszczeniem proboszcza, władyka kazał ją oćwiczyć u 
pręgierza. Zresztą pachołkowie znali dziewczynę bardzo dobrze i tylko udawali, że mocno 

biją.

Ale dzisiaj była głodna i zmęczona.

Od   strony   okolonego   bzami,   zeschłymi   teraz   i   odartymi   z   liści   domostwa   niosła   się 

rozkoszna   woń   żuru   i   kapusty   z   grochem.   W   otwartych   drzwiach   drewutni   Gronostaj 

zobaczyła Ortyla i ogarnęła ją na chwilę desperacka nadzieja, ale potężny ekszbójca popatrzał 
tylko tęsknie i nawet nie zmylił rytmu siekiery. Przyczyna jego powściągliwości, wdowa po 

kołodzieju, a od niedawna małżonka Ortyla, niewiasta wredna, kłótliwa i nader zazdrosna, 
stała   pośrodku   podwórza   z   misą   karmy   dla   kacząt   i   dużą   drewnianą   kopystką   w   ręku. 

Gronostaj z niezadowoleniem potrząsnęła głową i szkarłatne wstążki zawirowały na wietrze. 
Liczyła na Ortyla, naprawdę na niego liczyła.

Spotkała   jeszcze   trzech   świeżo   udomowionych   łupieżców   i   łysego   Kowlika,   który 

poszczypał ją w ramię i nawet pogwarzył chwilę przyjaźnie, ale pierzchnął jak niepyszny, 

kiedy zza niedomkniętych okiennic rozległo się jazgotanie jego połowicy. Przy cmentarzu 
ladacznica całkiem straciła nadzieję. W najgorszej nędzy mogła jeszcze liczyć na miskę zupy i 

kawałek czerstwego chleba na plebanii, ale Kaniuk właśnie objeżdżał wysokie pastwiska i 

background image

wiedziała,   że   dobrych   parę   dni   minie,   nim   wróci   do   Wilżyńskiej   Doliny.   Zrezygnowana 

wcisnęła   się   między   rozkrzewione   jałowce,   by   przysiąść   na   grobie   dziada   Kordelii 
młynarzowej. Pamiętała starego, który był sprośny cap i pijak, ale jałowcowe gałęzie chroniły 

od wichru i nie sądziła, aby nieboszczyk miał jej za złe, że się do niego na chwilę przytuli. 
Wyjęła zza dekoltu skórkę chleba i zaczęła ją żuć, gdy znienacka ogarnęły ją czyjeś ramiona. 

Pisnęła   cienko   i   po   myszemu,   mimowolnie   oglądając   się   na   mogiłkę,   czy   też   dziad 
młynarzowej nie wyrwał się nagle z zaświatów, spragniony czysto ziemskich uciech.

Zbój Waligóra zaśmiał się tylko, tchnąć jej w twarz przemieszanym aromatem gorzałki i 

jałowcowej kiełbasy, od którego wioskowej ladacznicy zakręciło się w głowie.

- Nie kręć się, dziewczyno! - zarechotał, pośpiesznie rozsupłując troczki od jej gorsetu.
-   Myślałam,   że   już   nie   przyjdziesz!   -   poskarżyła   się   Gronostaj,   z   równym   zapałem 

przetrząsając zawartość sakwy zawieszonej u pasa mężczyzny.

- Bo starą cholera trzęsie - zbójca bez ceremonii pchnął ją na zapadłą mogiłkę - odkąd nas 

zeszłej niedzieli w stodole przydybała. Pół nocy się darła, że do wiedźmy po napar pójdzie, a 
taki, że jak po inną babę sięgnę, to mi w niej przyrodzenie po wiek wieków zostanie.

- Akurat! - Gronostaj prychnęła ustami pełnymi kiełbasy, wydobytej z trzosa Waligóry. - 

Babunia tej starej małpie nieprzychylna, akurat będzie jej napary warzyć!

Jednak po trosze zdjął ją strach. Wiedźma nie lubiła Kordelii, ale bardziej jeszcze była 

cięta   na   Waligórę,   który   ją   dla   młynarzowej   porzucił.   A   Babunia   Jagódka   nie   puszczała 

podobnych zelżywości płazem.

- A tom babie rzekł - prychnął pogardliwie Waligóra - żeby napój mocny był. Bo jak ją 

choć raz jeden na konszachtach z wiedźmą nakryję, to od razu kark skręcę, a potem już 
żadne czarostwa i wywary nie pomogą.

- I usłuchała? - Dziewczyna zmacała flaszkę i pociągnęła potężny łyk gorzałki, czując jak 

miłe ciepło rozchodzi się jej po gardle.

- E, co by miała zaraz usłuchać! - Waligóra wyrwał jej naczynie.
Przez chwilę widziała, jak jego grdyka porusza się z okrutnym pośpiechem w tę i nazad, i 

tylko kilka  kropel trunku skapnęło na jej obnażone piersi. Nie śmiała  jednak przerywać, 
wiedząc, że małżonek Kordelii jest człowiekiem łapczywym i wielce gwałtownym.

-   Dopiero   jakem   jej   grzbiet   kijem   otłukł,   wtedy   posłuchała!   -   Roześmiał   się,   oburącz 

przygarniając ladacznicę. - Jeszcze do nóg upadła i pod kolana podjęła, bo znać, że kocha 

chłop, skoro bije! Trzy dni potem krwią pluła, a gęba jej zasiniała i tak opuchła, że ani żreć, 
ani gadać nie mogła. Co był w rzeczy samej godziwy pożytek i tak mi się zdaje, że trza będzie 

znów babę obić, zanim na nowo zbezczelnieje.

background image

- A jeśli prawdziwie do wiedźmy pójdzie? - spytała zaniepokojona Gronostaj.

W ustach wciąż miała smak kiełbasy, gorzałka też poczynała ją po trochu rozbierać, a od 

palców Waligóry, myszkujących pod szkarłatną spódnicą, zrobiło się jej tak ckliwie i miękko, 

że nie potrafiła kłopotać się pomstą Kordelii młynarzowej.

- Niby po co? - Chłop pogardliwie odął wargi. - Żeby na progu stanąć z tą gębą krwią 

podeszłą i o pomoc skomlić, o wybawienie od tego samego dręczyciela, którego ona pierwej 
wiedźmie  spod  pierzyny wykradła?   Toć by  się Babunia   Jagódka  ze  śmiechu  rozpękła  na 

podobne dziwo, Kordelia takoż zbyt harda, by zratowania prosić. Gdyby mnich był w osadzie 
- o, wtedy pierwsza by z płaczem po pomoc do świątyni biegła! Ale nie do wiedźmy!

Gronostaj   wzdrygnęła   się   nagle   od   chłodu,   kiedy   zbój   bez   ceremonii   zdarł   z   niej 

płomienisty gorset i koszulinę.

- Ziąb siarczysty, po skórze psiajucha kąsa - rzucił, a potem podetknął jej do ust flaszkę z 

resztkami trunku.

Pochwyciła   naczynie   i   jęła   pić   zachłannie.   Waligóra   przyglądał   się   temu   nieledwie   z 

tkliwością, gładząc ją po nagiej skórze.

- Nie lękaj się, dziewczyno - powiedział miękko. - Nie zginiesz ty ze mną, nie. A będzie 

znów stara gębą kłapać i baby na cię judzić, to jeszcze lepiej pysk jej obiję, piekielnicy. Bo po 

prawdzie ani z niej w łożu pociecha, ani w gospodarstwie wyręka. I zanadto też wrzaskliwa, 
żeby   się   miała   długo   uchować.   Ot,   przyjdzie   zima,   wnet  zacznie   niewiasta   od  wichrów   i 

mrozów słabować, a że stara, tedy się nikt dziwić nie będzie. Niech mi jeno rzeknie, gdzie ten 
skarb Betki zakopany, a potem...

Gronostaj miała przymknięte oczy, zrazu więc posłyszała tylko, że Waligóra zatchnął się 

dziwnie w pół słowa, zaciskając boleśnie palce na jej ramionach.

- A bodajby cię nagła niemoc sparła! - rozległ się nad nimi piekielny wrzask młynarzowej.
Wioskowa ladacznica w jednej chwili otrzeźwiała ze szczętem i jęła się szamotać, usiłując 

wypełznąć spod na wpół obnażonego chłopa.

- Bodajbyś zdechł i sczerniał! - pomstowała Kordelia, a każdemu słowu towarzyszył cios 

łopaty do wygarniania chlebów z pieca.

Razy   spadały   gęsto   na   obnażone   plecy   i   zadek   Waligóry,   który   wydał   się   ogłuszony 

pierwszym potężnym ciosem w czerep. Jego twarz wyrażała jedynie bezgraniczne zdumienie. 
Strużka   krwi   spływała   ciemną   wąską   nitką   wzdłuż   jego   skroni,   potem   skrajem   ucha,   by 

wreszcie zniknąć w gęstwinie czarniawej brody. Obejrzał się przez ramię na rozsierdzoną 
połowicę i kolejny cios ugodził go prosto w czoło. Waligóra jęknął i całym ciężarem runął na 

ladacznicę,   która   ponad   jego   plecami   dostrzegła   co   najmniej   pół   tuzina   wilżyńskich 

background image

gospodyń.

Stały   kręgiem   wokół   grobu  dziada   młynarzowej,   w  pasiastych   fartuchach   i   z  włosami 

skromnie   przysłoniętymi   białymi   podwikami.   Krzepkie,   czerwone   na   gębach   wieśniaczki, 

które po roku dobrobytu zaczynały się z wolna zaokrąglać i nabierać ciała pod obszernymi, 
suto marszczonymi sukniami. Przypatrywały się jej z zaciekłością, a twarz niejednej z nich 

nosiła ślady porachunków ze świeżo poślubionym zbójeckim małżonkiem.

- Dam ja ci skarb Betki, kurwi synu! - darła się młynarzowa, każdym zamachem żylastego 

ramienia zadając kłam małżonkowym supozycjom o słabujących zimą starowinach. - Pokażę 
łajdactwa na dziadusiowej mogiłce!

Waligóra dźwignął się z wysiłkiem na łokciach, pochwycił kraj łopaty i szarpnął, obalając 

młynarzowa,   która   z   impetem   klapnęła   rozłożystym   zadem   na   zmarznięte   grudy.   Jej 

spódnica podwinęła się na poznaczonych sinymi zaciekami łydkach, a wysoki kornet zsunął 
się,   odsłoniwszy   siwawe   kosmyki   zebrane   w   ciasny   warkocz.   Gronostaj,   która   dobrze 

pamiętała, jak młynarzowa w szumnym przyodziewku i z farbowanym warkoczem przygnała 
z obozowiska grasantów, poczuła przemożną ochotę, aby roześmiać się głośno, nie dbając o 

nabożną grozę w twarzach pozostałych kumoszek. Jednak to Waligóra zarechotał pierwszy, 
wymierzając połowicy niemal dobrotliwego kuksańca trzonkiem zdobycznej łopaty. Kordelia 

zwinęła się w sobie i poczerwieniała na twarzy, oburącz zasłoniła kałdun, ale w tejże samej 
chwili reszta bab rzuciła się na jej ślubnego małżonka z grackami, kijankami, pogrzebaczami 

i co tam jeszcze która trzymała w garści.

Dawny herszt zbójecki lewą ręką pochwycił Gronostaj wpół i bardzo zgrabnie postawił na 

nogi, w prawej zaś dzierżył  wciąż  łopatę  do wygarniania  chleba.  Niespodziewana  napaść 
widać wprawiła go w dobry humor, bez gniewu bowiem oganiał się łopatą przed babińcem, 

raczej zresztą płazując niźli wymierzając ciosy. Jedynie Kordelię młócił siarczyście i obalał za 
każdym   razem,   gdy   próbowała   stanąć   na   nogi.   Bezpiecznie   przytulona   do   jego   pleców 

ladacznica patrzyła przez moment, jak młynarzowa, kobieta słusznej postury i gruba niczym 
beczka śledzi, grzebie się w stosie nakrochmalonych spódnic i zapiera nogami o zamarzniętą 

ziemię, daremnie usiłując się podźwignąć.

Waligóra   ciaśniej   przygarnął   Gronostaj,   uniósł   na   ręku   tak,   że   zamajtała   nogami   w 

powietrzu, i pocałował mocno w usta.

- Uciekaj,  dziewczyno! - Odwrócił  się, zasłaniając dziwkę przed kamieniem, ciśniętym 

przez jakąś wyjątkowo krewką gospodynię. - No już! - Wcisnął jej w garść tobołek i kłąb 
ubrań, po czym klepnął w tyłek z taką mocą, że prawie przewróciła się obok Kordelii.

Ponieważ kamienie sypały się coraz gęściej, Gronostaj pomknęła niczym zając pomiędzy 

background image

jałowcami,   nie   zważając   na   bolesne   pokwikiwanie   Kordelii,   zapalczywe   okrzyki   kobiet   i 

rechot Waligóry, górujący ponad wrzawą czynioną przez babiniec. Kiedy wreszcie zasapana 
odważyła się zatrzymać i przysiąść na zwalonym pniu nieopodal strumienia, za opłotkami 

wioski, wcale jej nie było do śmiechu. O ile łajdaczenie małżonka Kordelia mogła jeszcze 
puścić   płazem,   bo   wszyscy   wiedzieli,   że   Waligóra   nie   darzy   zbytnią   estymą   podstarzałej 

połowicy i zdążył się spoufalić z tuzinem okolicznych niewiast, o tyle figle na dziadusiowej 
mogiłce nie pójdą łatwo w zapomnienie. Przez dobrych kilka dni nie miała po co pokazywać 

się w Wilżyńskiej Dolinie. A może nawet kilka tygodni.

Ze   złością   kopnęła   kępę   pożółkłej,   wyschniętej   trawy,   otarła   krew   z   rozbitego   nosa. 

Ramiona   jej   drżały   od   chłodu,   bo   wełnianą   chustkę   zgubiła   gdzieś   na   wioskowym 
cmentarzyku, a w sakwie Waligóry znalazła tylko kilka podpłomyków, gomółkę sera i pół 

bochenka czerstwego chleba. Zaklęła szpetnie. Że też to musiało się przytrafić właśnie jej. Że 
też   zawsze   przytrafiały   się   jej   podobne   rzeczy.   Że   też   musiała   być   to   akurat   mogiłka 

dziadunia Kordelii, baby w całej Wilżyńskiej Dolinie najbardziej mściwej i zaciekłej.

Nieopodal stadko wron przysiadło na zamarzniętej bruździe. Gronostaj przymrużyła oczy, 

by dostrzec, ku czemu przyskakują z chrapliwym krakaniem, i ostrożnie podeszła bliżej. Nie 
lubiła posępnych ptaszysk i innego dnia nie sięgnęłaby po ich zdobycz, ale dziś była głodna i 

wiedziała, że podarunek Waligóry nie starczy na długo. Ślina napłynęła jej do ust na myśl o 
zajączku albo chociaż jakimś zabłąkanym kaczęciu. To wciąż mógł być jeszcze całkiem niezły 

dzień. Nie dobry, ale naprawdę wcale niezły dzień.

Jednak na dnie bruzdy nie było nic, prócz wychudzonego szarawego szczura, który leżał 

na boku, dysząc ciężko przez uchylony pyszczek i niemrawo przebierając łapkami.

Gronostaj rozryczała się głośno na ten widok. Najbliższa  z wron przekrzywiła  głowę i 

przypatrywała się jej oczyma jak szklane paciorki. Nastroszyła się, musnęła dziobem czarne, 
oleiste pióra, a potem zakrakała krótko, z szyderstwem. Ladacznicy przez chwilę wydawało 

się,   że   poza   nieruchomym,   bezmyślnym   spojrzeniem   ptaszyska   dostrzega   twarze 
wieśniaczek,   jak   zza   chruścianych   płotków   patrzą,   kiedy   powłócząc   nogami,   idzie   przez 

wilżyńską wioskę w swojej wydekoltowanej szkarłatnej sukni, brudna i rozczochrana.

Bez   namysłu   chwyciła   kamień   i   wyrżnęła   nim   w   najbliższego   ptaka.   Chybiła.   Wrona 

odskoczyła niezgrabnie, ale bez strachu. Jej towarzyszka, dobrze wypasiona i przysiwiała na 
czubku łepka, popatrzyła badawczo, jakby chciała wybadać, co kobieta uczyni, po czym znów 

dźgnęła dziobem szczura. Zwierzak wygiął grzbiet i wydał przeraźliwy wibrujący pisk, od 
którego ladacznicy łzy napłynęły do oczu.

Nie   lubiła   szczurów.   Właściwie   nawet   nie   z   powodu   szczuraków,   którzy   lęgli   się   we 

background image

wnętrzu Gór Sowich i nigdy nie oglądano ich w Wilżyńskiej Dolinie, choć słuchy o pogromku 

zgotowanym przez nich osadom w górze kupieckiego traktu rozeszły się szeroko po Górach 
Żmijowych. Ale nawet zwyczajne wioskowe szczury mierziły Gronostaj niezmiernie, odkąd 

jeden z nich obgryzł jej nocką warkocz tuż przy skórze, a tak udatnie, że nie poczuła ani 
najlżejszego muśnięcia. Miała wówczas nie więcej niźli tuzin lat, a ojciec zdzielił ją kułakiem 

w twarz,  kiedy płacząc przybiegła  do niego z warkoczem w ręku, i zaczął  coś po pijacku 
wywodzić o niewieściej modestii i wstydzie. Nie, Gronostaj naprawdę nie lubiła szczurów.

Ale jeszcze bardziej nie lubiła wron o spojrzeniu bogobojnych wilżyńskich gospodyń.
Niewiele myśląc, zagarnęła w spódnicę kilka kamieni i zmarzniętych grud ziemi. Wrony 

jednak poderwały się w mig i kracząc rozpierzchły po szarym, jesiennym niebie. Zdążyła 
trafić jedynie siwawe  ptaszysko, acz  z takim  impetem, że wrona pokuśtykała  przez pole, 

wrzeszcząc   przeraźliwie   i   wlokąc   za   sobą   zranione   widać   skrzydło.   Po   chwili   nad 
strumieniem została już tylko rozjuszona Gronostaj z kamieniem w zaciśniętej garści. Miała 

ochotę pobiec za siwą wroną i skręcić jej kark, ale znużenie wnet przeważyło nad złością. 
Stała głodna i przemarznięta w podmuchach jesiennego wichru, kiedy usłyszała dochodzący 

od bruzdy słaby szmer.

Podeszła bliżej. Szczur usiłował wpełznąć głębiej, pod nawis zeschłej trawy, ale nie zdołał 

się unieść na przednich łapkach. Zapadłe boki zwierzątka falowały od wysiłku i Gronostaj 
widziała wyraźnie grudki krwi, krzepnącej na krótkiej sierści, bo nadchodził zmierzch i mróz 

trzymał   już   krzepko.   Przykucnęła   i   trąciła   czubkiem   palca   dziwnie   jedwabiste   futerko. 
Zwierzątko z wyraźnym wysiłkiem przekręciło łepek i wydało się jej, że dostrzegła w jego 

oczach   dziwny,   zupełnie   niezwierzęcy   wyraz   namysłu.   Nie   próbowało   nawet   uciekać.   Po 
prostu na nią patrzyło.

Podniosła   szczura   delikatnie   i   próbowała   rozetrzeć,   ale   drobne   ranki   na   jego   bokach 

zaczęły znowu krwawić. Leżał jednak cierpliwie w jej dłoni i dziewczynie zrobiło się jakoś 

głupio.

- Musisz się ruszać  - pouczyła  go głosem chropawym  od gorzałki  Waligóry.  - Inaczej 

zamarzniesz. Na śmierć.

Szczur nie odpowiedział. Co zresztą łacno można było przewidzieć.

- Zresztą pewnie i tak zamarzniesz. Oboje zamarzniemy - dodała, użaliwszy się nagle nad 

własnym   losem.   -   Rozdziobią   nas   wrony,   ludzie   zamorzą   ze   szczętem.   Albo   po   prostu 

pozwolą gdzie sczeznąć po cichutku...

Czarne oczy zwierzęcia wciąż były utkwione w jej twarzy. I jakoś się czuła nieswojo pod 

tym spojrzeniem.

background image

- No, co się tak  gapisz?  - sarknęła  niecierpliwie,  trąc wolną ręką  paskudną bliznę na 

policzku. - Grasanci od wron gorsi, wnet by cię na szpikulec nawlekli i nad ogniem uwędzili. 
Szczur z ogniska nie jest zły, jak człekowi głód mocniej dopiecze... - Ślina napłynęła jej do ust 

na wspomnienie.

Zwierzak nagle skurczył się w sobie i zmarniał, a jego wąski pyszczek nabrał szczególnie 

wynędzniałego wyrazu.

- Pomnę, jak je sobie nad ogniskiem wyrywały, nieomal po gębach się piorąc - ciągnęła 

Gronostaj.   -   Te   same   gospodarskie   córki,   co   teraz   nie   spojrzą   nawet   na   podpłomyki,   a 
skwaśniałą jęczmienną polewkę świniom leją, bo niby niegodna ich zacnych gospodarskich 

gardeł. Trza je było oglądać, jak się przed grasantami po lasach chowały, całe przelękłe i 
wymizerowane. No, prędko zapomniały, jak to było w wykrocie siedzieć, a z głodu trawę żreć 

i żołędziem zagryzać... Bo wtedy inakszej głowy nosiły, niżej i bardziej pokornie, i insza też 
była z pospolitym człowiekiem komitywa...

Szczur polizał jej palec. A może tylko jej się przywidziało.
- A co ty, nędzo, możesz wiedzieć? - Siąknęła nosem, rozrzewniwszy się już na dobre 

wspomnieniem własnych nieszczęść. - Co tobie trzeba? Ziarna ćwierć miarki na zimę i wody 
naparstek... A ja co zrobię? Zęby w pień wbiję? Nawet na żebry iść nie ma dokąd, bo kościół 

pusty stoi, a przy gościńcu  zbójców więcej niźli wilków w lesie. Przecie  rozszarpią  mnie, 
rozwłóczą na strzępy...

Zawahała   się,   bo   przez   chwilę   wyprawa   do   książęcego   grodu   wydała   się   jej   bardziej 

kusząca   niźli   mozolne   głodowanie   w   Wilżyńskiej   Dolinie.   Zaraz   jednak   usłużna   pamięć 

podsunęła   jej   wspomnienie   kolejnego   spichrzańskiego   zamtuza   i   kurwigospodyni,   która 
pewnego letniego ranka przepadła wraz z jej zarobkiem. Miasto też nie sprzyjało przesadnie 

Gronostaj. Właściwie nie sprzyjało jej żadne miejsce.

Poczuła przelotną chęć, aby opowiedzieć o tym wszystkim szczurowi, który leżał w jej 

dłoni i zdawał się wszystko rozumieć. Bo od razu zgadła, że to szczur - nie wiedzieć czemu, 
ale samce zawsze były bardziej przyjazne względem Gronostaj i nie sądziła, aby szczurzy 

rodzaj miał się okazać wyjątkiem. Zapadał jednak zmierzch i psy coraz głośniej szczekały w 
opłotkach, a nie wątpiła, że mściwe gospodynie rychło puszczą je luzem i poszczują w stronę 

cmentarza, którędy biegła jedyna ścieżka do jej lepianki. Zresztą dziwnie jej było stać tak na 
pustym polu i przemawiać do szczura. Nawet jeśli w całej Wilżyńskiej Dolinie tylko on chciał 

wysłuchać historii wioskowej ladacznicy.

Nie zastanawiając się, wsunęła go za dekolt. Drobne pazurki połaskotały ją po skórze, gdy 

mościł się wygodniej. Był ciepły i jakoś tak jedwabiście miękki. No, przelotnie pomyślała też 

background image

o szczurzych zębach, które mogły poczynić pewne spustoszenia w koronce, a nie miała grosza 

na drugą suknię. Jednak przyjemnie było mieć wreszcie coś własnego. Choćby szczura.

Po omacku wymościła mu legowisko ze starej halki tuż obok swego barłogu. Na wszelki 

wypadek   pokruszyła   kęs   podpłomyka   i   nalała   odrobinę   gorzałki   w   łupinę   orzecha.   Nie 
wyznawała się przesadnie na szczurach, ale rozumiała, że łyk gorzałki zawsze się przyda ku 

pokrzepieniu. A potem w spokojności ducha usnęła.

Rankiem szczur wciąż był w chacie. Nie wyglądał najlepiej. Rany na bokach zaogniły się 

mocno   i   ciekła   z   nich   brzydka,   brunatna   posoka,   gorzałka   jednak   znikła   bez   śladu,   co 
Gronostaj uznała za nieomylny znak rychłego ozdrowienia. Na wszelki jednak wypadek - a 

także   dlatego,   że   za   młodu   zdarzało   się   jej   zawrzeć   komitywę   z   pasterzami   i   wiele   się 
nasłuchała   o   poranionych   owcach,   które   były   głupie   i   aż   nazbyt   słabowite   -   odżałowała 

jeszcze łyk gorzałki i bardzo starannie przemyła wszystkie skaleczenia. Szczur zniósł operację 
godnie.   Kręcił   się   wprawdzie   i   popiskiwał   z   cicha,   ale   nie   próbował   gryźć,   co   do   reszty 

upewniło Gronostaj o zacności zwierzątka.

Właściwie   zaczynała   dochodzić   do   wniosku,   że   nie   bez   powodu   wyratowała   go   spod 

wronich dziobów. Widziała kiedyś tresowane szczury w jarmarcznej budzie, które na rozkaz 
sztukmistrza   tańczyły   na   tylnych   łapkach   i   bardzo   zgrabnie   znajdowały   w   tłumie   ukryte 

ziarna bobu czy kawałki koziego sera. A kiedy tylko odpust się skończył i kuglarz razem ze 
swoimi szczurami spiesznie wyjechał precz z Wilżyńskiej Doliny, wyszło na jaw, że szczury 

jeszcze   inne   rzeczy   wyszukiwały   w   ciżbie   wieśniaków.   Osobliwie   zaś   w   ich   sakiewkach. 
Zasobniejsi gospodarze nie mogli się doliczyć kilku tuzinów srebrnych monet, pasterzom zaś 

poginęły całe garście miedziaków, które zamierzali sumiennie przepić po wieczornej sumie. 
Odtąd   Gronostaj   wierzyła   święcie,   że   pogłoski   o   osobliwej   szczurzej   inteligencji   nie   są 

bynajmniej przesadzone.

Zastanawiała   się,   czy   po   wydobrzeniu   szczur   mógłby   jej   jakoś,   cichaczem,   przyczynić 

dobytku.   Karczmarz   miał   na   nią   baczenie   i   nie  pozwalał,   aby   przysiadała   się  do  spitych 
biesiadników, ale szczurów w gospodzie było zatrzęsienie...

Na razie jednak nie bardzo miała po co iść do wioski, bo Kordelia nieprędko zapomni 

wczorajsze   figliki   na   mogiłce   dziadunia.   Skrupulatnie   wysączyła   więc   resztę   gorzałki   za 

zdrowie szczurzego ozdrowieńca. Po porannych zabiegach wyglądał naprawdę lepiej - albo 
usilnie   czynił   dobre   wrażenie   gwoli   uniknięcia   dalszej   kuracji.   Ponieważ   prawdziwie   go 

polubiła, a gorzałka była mocna okrutnie, poczuła jeszcze większą tkliwość dla drobnego 
zwierzątka, które spało w bieliźnianym kłębie jej halki, i wydobyła ze skrytki chowany na 

czarną   godzinę   antałek   spichrzańskiego   ciemnego   piwska.   Zamierzała   wychylić   kubek, 

background image

najwyżej dwa. Naprawdę jej zależało na szczurzym ozdrowieniu.

Następnego   dnia   szczur   wprawdzie   wyglądał   całkiem   nieźle,   za   to   Gronostaj   ledwie 

starczyło sił, by zwlec się z posłania. Sięgnęła na oślep ku antałkowi, lecz naczynie było puste 

i otwarte, choć przysięgłaby, że wcale sporo napitku bulgotało jeszcze na dnie, kiedy je przed 
snem szpuntowała. Co gorsza, nie została też ani odrobina przyniesionych przez Waligórę 

zapasów. Znikły nawet trzy zeschłe jabłka, które trzymała ukryte w barłogu.

Popatrzyła   badawczo   na   szczura,   ten   jednak   spał   niewinnie   z   ogonem   wplątanym   w 

przyżółkłą   koronkę.   Wydawał   się   równie   chudy,   jak   wcześniej   i   zawstydziła   się   swej 
podejrzliwości, zwierzak był bowiem z gruntu niepozorny i przy najszczerszych chęciach nie 

zdołałby   zeżreć   jej   zapasów.   Ani   chybi,   uznała   na   koniec,   gorzałka   natchnęła   ją   taką 
łapczywością, że sama wszystko pochłonęła, na dodatek smaku żadnego nie poczuwszy. W 

istocie,  było  jej  coś  ciężko  na  żołądku  i  nieswojo,  a   dzionek  nastał  szary,  posępny,  więc 
naciągnęła na powrót derkę i uznała, że drzemka najlepiej pomoże na niemoc.

Szczur   za   to   wydawał   się  zdrowszy   i   radośniejszy,   popatrywał   ku  niej   bystro  i   nawet 

ostrożnie   przeszedł   kilka   kroków   po   posłaniu.   Okruszki   chleba   znikły   z   legowiska,   więc 

Gronostaj   próbowała   go   lepiej   jeszcze   ugościć,   podtykając   pod   pyszczek   zeschłą   skórkę 
słoniny,   ale   jeść   nie   chciał.   Pokręcił   się   trochę   po   jej   dłoni,   połaskotał   wąsiskami,   aż 

rozchichotała  się niczym młódka, a potem bardzo prędko wbiegł  jej po ręce na ramię, a 
stamtąd skoczył w dekolt i umościł się wygodnie pomiędzy piersiami. Gronostaj aż pokręciła 

głową z zadziwienia nad zmyślnością zwierzątka, które małe było i nikczemnego sortu, ale 
przecie rozumiało, co dobre. Ułożyła się ostrożnie, by go nie urazić nieopatrznym ruchem, i 

usnęła, ukołysana głodem i miarowym szczurzym oddechem.

W   nocy   przydarzył   jej   się   sen,   dziwny   i   niepojęty.   Pośrodku   ziemianki,   w   plamie 

księżycowego   światła,   bo   wejście   było   rozwarte   na   oścież,   siedział   mężczyzna.   To   nie 
zdumiało   jej   nadmiernie.   Niemało   chłopów   zachodziło   do   niej   ciemną   nocką   z   leśnych 

szałasów, choć nie sądziła, aby któryś znał to ukrycie. Gość jednak wydał jej się obcy i zgoła 
do innych niepodobny. I nie dlatego wcale, że był od innych mniejszy i przybrany w dziwną 

szatę   z   szarego   krótkiego   futra,   Gronostaj   bowiem   szanowała   swą   profesję   i   nie   czyniła 
chłopom   wstrętów,   traktując   wszystkich   jednako,   bez   względu   na   rozmiar,   zajęcie   i 

pochodzenie. Ale ten po prostu siedział w miesięcznym blasku i gapił się na nią niczym sroka 
w   kość,   aż   się   zaczęła   wiercić   na   posłaniu   i   obracać   niespokojnie.   Wówczas   mężczyzna 

sięgnął  za   pazuchę  i  ze   skórzanej  tulejki  wyjął  pęk  zwyczajnych   drewnianych  piszczałek. 
Popłynęła   melodia   niepodobna   do   żadnej   innej,   słodka   i   rześka   zarazem,   jak   łyk   wody 

zaczerpniętej ze strumienia w największy letni skwar. I pośrodku snu Gronostaj znów była 

background image

dziewuszką, która biega za białymi gęśmi po zielonych stokach pagórków, rozgrzana słońcem 

i po dziecinnemu szczęśliwa, nieświadoma wszystkiego, co się rychło miało wydarzyć.

A później mężczyzna odłożył piszczałkę i patrzył na nią jeszcze chwilę. Jego źrenice były 

jak płynny ogień. I nic więcej nie zdołała zapamiętać.

Rozbudziła   się,   kiedy   słońce   stało   już   wysoko.   Przetarła   oczy,   odsunęła   zakrywającą 

wejście plecionkę z cienkich gałązek zarzuconych końską skórą. Drobiny pyłu wirowały w 
powietrzu,   szczur   spoczywał   na   skraju   posłania   i   spał   smacznie.   Zranienia   na   bokach 

zabliźniały się z wolna, sierść lśniła, a wąsiska sterczały dumnie. Wydawał się zdrowszy i 
bezpieczniejszy, co natchnęło ją jakąś dziwną radością. Ponieważ zaś w brzuchu kruczało jej 

okrutnie, wychyliła z ziemianki rozczochraną głowę i rozejrzała się bacznie po okolicznych 
krzakach,  dla  upewnienia,  czy jakiś złodziej nie podgląda  podle jej kryjówki.  Nikogo nie 

spostrzegła, a szczur śnił dalej, zwinięty w kłębek i niemal srebrny w promieniach słońca.

Wiedziała dobrze, że nie powinna tego czynić, bo zima w Górach Żmijowych była surowa i 

nie   kończyła   się   prędko,   ale   głód   doskwierał   jej   straszliwie   i   bez   miłosierdzia   skręcał 
wnętrzności. Sięgnęła więc ostrożnie w róg ziemianki, odgarnęła na bok zbutwiałe szmaty i 

resztki starego siennika, którymi zwykła zasłaniać klapkę do jamy z zapasami na zimę, a 
potem   prędko   sięgnęła   w   ciemną   gardziel   loszku.   I   zaraz   rozdarła   się   zduszonym, 

rozpaczliwym krzykiem.

Nic nie zmacała. W jamie nie było ani połcia słoniny zwędzonej sprytnie w gospodzie 

pewnego wieczora, kiedy oberżysta zanadto gorliwie pił z pachołkami władyki, ani dwóch 
wianków   cebuli,   które   jeszcze   zeszłej   niedzieli   suszyły   się   bezwstydnie   na   płocie 

młynarzowej,   ani   trzech   dzbanów   fasoli   uzbieranej   ukradkiem   na   okolicznych   polach. 
Niczego nie było. Ani soczewicy i kaszy, wytargowanych na jarmarku, ani śliwek wędzonych 

w dymie, ani suszonej ryby, ani grzybów, zbieranych  pracowicie przez całe  lato. Złodziej 
wymiótł wszystko do ostatniego okruszka i na darmo obmacywała pustą kryjówkę. Dzbany, 

owszem,   stały   na   miejscu,   ale   kaszę   wybrano   co   do   ziarenka,   a   po  słoninie   został   tylko 
kawałek sznurka, na którym kiedyś wisiała nad szynkwasem.

Nie   rozumiała,   jak   to   w   ogóle   możliwe.   Że   tyle   dobra   mogło   zniknąć   bez   śladu.   Bez 

najdrobniejszego szelestu nawet, bo ten posłyszałaby przecież, sen mając czujny jak mało kto 

i   wyćwiczony  w   nieprzebranych   izbach,   dokąd   zakradała   się   skrycie   tuż   po  zmierzchu,   i 
niezliczonych posłaniach, gdzie sen nazbyt głęboki wnet mógł stać się przyczyną nie tylko 

utraty sakiewki, ale i żywota. Właściwie złodziej, kimkolwiek był, mógł jej równie dobrze 
gardło poderżnąć, nie sądziła bowiem, aby przed śniegiem mogła skądś dobyć choć połowę 

zapasów koniecznych do przeczekania zimy. A najgorsze, że nie pojmowała zupełnie, jakim 

background image

sposobem dokonał podobnej kradzieży - zasłona u wejścia wyglądała jak wczoraj i wszystkie 

drobne śmieci tkwiły w swych kątach, nieporuszone i obojętne.

Rozpłakała się. Przykucnąwszy pośrodku posłania, zanosiła się przyciszonym łkaniem i 

kołysała na piętach jak dziecko. Szczur, gwałtownie wyrwany ze snu, przypatrywał się jej 
oczami jak połyskliwe krople smoły i drżał na całym ciele.

- Już dobrze - powiedziała, gładząc go czubkiem palca po miękkim szarym futerku. - 

Będzie dobrze. Zobaczysz. Będzie dobrze.

Jednak nie wierzyła w to ani trochę.
Obmyła   twarz   w   strumieniu,   wplotła   we   włosy   pojedynczą   wstążkę,   której   szkarłat 

wyblakł mocno tego lata, i powlokła się do wioski w nadziei, że ktoś jednak ulituje się nad jej 
niedolą.

Na   skraju   lasu   dojrzała   Ortyla,   który   wędrował   ścieżką   z   siekierą   na   ramieniu, 

pogwizdując skoczną  piosenkę. Jednak kiedy zobaczył  wioskową  ladacznicę,  jego twarz  z 

nagła   spochmurniała.   Pośpiesznie   pociągnął   ją   w   zarośla,   choć   bynajmniej   nie   gwoli 
zmysłowych uciech, na co Gronostaj niepomału liczyła.

- Dokąd, głupia, leziesz?! - syknął niemal ze złością. - Toż w wiosce babiniec się kłębi 

niczym stado szerszeniów, jeno czekając okazji, żeby cię dopaść.

- A bo mnie się takie nieszczęście przydarzyło! - rozryczała się na nowo Gronostaj. - Takie 

nieszczęście...!

- Tobie się zawsze  nieszczęścia  przydarzają  - burknął  Ortyl,  ale  po głosie poznała,  że 

wzburzenie zaczyna mu mijać, bo nie był człowiekiem gniewliwym i nieodmiennie ją lubił. - 

Nie trza się było z Waligórą pokładać, przecie każdy rozumie, że Kordelia jest baba wredna i 
złośliwa. A wyście jeszcze, tfu! - splunął potężnie - musieli akuratnie na jej dziaduniu!

- Przeciem nie pomyślała, że się młynarzowa w sam raz na smyntarz przypałęta! - jęła się 

niezręcznie   bronić   Gronostaj.   -   Nieboszczykowi   teżżem   nijakiego   despektu   nie   chciała 

uczynić... tylko jakoś tak wyszło...

- Ale Kordelia desperuje i baby judzi. Gospodynie większe co do jednej w ową zmowę 

wprowadzone,   pastuszków   przy   ścieżce   wystawiły.   Mają   je   wołać,   jak   się   wedle   wioski 
pokażesz. Jest plan, żeby cię najpierw gnojem mazać dla przestrogi i widowiska, potem zasię 

na   ośle  okrakiem  gołą  wozić   i   trzy   tuziny   kijów  wyliczywszy,  gościńcem   precz   popędzić. 
Strasznie   są   baby   rozwścieczone   -   dodał   już   z   jawną   troską   w   głosie   i   pogłaskał   ją   po 

okaleczonym policzku. - Z dobrego serca radzę i przestrzegam, nie idź ty, dziewczyno, do 
wioski, póki się to wszystko nie utrzęsie i nie uspokoi.

-   Kiedy   głodna   jestem!   -   rozdarła   się   płaczliwie   Gronostaj,   ale   zaraz   zatkała   gębę, 

background image

przerażona, by jej wybuch nie ściągnął z wioski jakiej mściwej babiny. - Złodziej mi się nocą 

w dom zakradł, z zapasów wszelkich chytrze ogołocił. I co ja teraz pocznę? Zęby w kamień 
wbiję?

-   No,   cichaj,   cichaj,   dziewczyno.   -   Ortyl   oparł   siekierę   o   pień   sosny   i   niezgrabnie 

przygarnął ladacznicę. - Nie trza desperować...

-   Łatwo   wam   gadać.   -  Siąknęła   nosem.  -   A  mnie   ten   kurwi   syn  z   ostatniego   ziarnka 

soczewicy obrał i nawet łupiny cebulowe precz wymiótł. Nic się nie ostało, ani krzynka! A 

śladu wedle chaty żadnego nie znać, jakby się kozojebca dymem rozwiał albo na łopacie 
przyleciał. Co może być prawda - dodała gorzko. - Może na mnie Babunia Jagódka krzywa za 

to z Waligórą spoufalenie? Ale czy ja winna, że ją dla ciepłej pierzyny rzucił, młyna i garnka 
srebra, co go Kordelia po starym Betce chowa?

- Kto by tam wyrozumiał, co się wiedźmie we łbie kroi? - rzucił lekko łupieżca. - Ale ona 

od dwóch niedziel do wioski nie zagląda. Pewnikiem nowe czarostwo plugawe szykuje, bies 

ją tam wie, przeklętnicę. Ty się na wiedźmę, dziewczyno, nie oglądaj, niewiele ci ona pomoże.

-   A   niby   inni   do   pomocy   chętni?   Wszyscy   mnie   odstąpili.   -   Potarła   nerwowo   twarz, 

rozmazując grubą warstwę brudu. - Bogowie, ludzie, nawet bydlęta nieme. Czwarty dzień 
będzie,   jak   mi   się   w   sidła   nic   nie   złapało,   choć   po   lesie   zająców   więcej   niż   mrówek,   a 

zielononóżki potłuściały jak zapustne gęsi. Ale nie, żadna w potrzask nie wejdzie, tylko groch 
wydłubują. I tak się wycwaniły, że nawet gniazda wysoko wiją, psiejuchy, nie sposób jajec 

sięgnąć.

Gdzieś   od   strony   łąki   trzasnęła   sucha   gałązka   i   Ortyl   odskoczył   od   ladacznicy   tak 

gwałtownie, że aż się zachwiała. Grasant nie czekał, nie pytał, kto idzie. Porwał spod pniaka 
siekierę, pośpiesznie wcisnął w rękę Gronostaj płócienne zawiniątko, a potem pchnął ją z 

całej siły między wybujałe jałowce, byle dalej od ścieżki. Upadła, boleśnie tłukąc kolano o 
spróchniały konar, ale zaraz przywarowała czujnie przy ziemi, z dróżki bowiem dobiegły ją 

znajome głosy wiejskich bab. Niewiasty najpierw ołajały Ortyla grubymi słowy, że posłany w 
karczowisko   drewno   rąbać,   na   ścieżce   czas   mitręży,   później   zasię   z   wielką   zajadłością 

przepytały go na okoliczność wioskowej ladacznicy. Przycupnięta za konarem dziewczyna 
wnet wyrozumiała, że ostrzeżenia rabusia nie były bynajmniej przesadne, gdyż wilżyńskie 

zacne białogłowy nie omieszkały powiadomić Ortyla i o tym, dlaczego z równą pilnością w 
wiosce wyglądano jego powrotu z poręby. Ano dla tej przyczyny, że Kordelia, własną złością 

wciąż   się   jątrząc   i   podjudzając,   na   nowy   pomysł   wpadła.   Mianowicie,   aby   przykładnie 
ladacznicę   pokarać   za   wszeteczeństwo   obmierzłe   z   cudzym   chłopem   i   pokładanie   się   na 

mogiłkach. Najlepiej na stosie.

background image

Ponieważ nie było pewności, jak Babunia Jagódka przyjmie ową twórczą innowację w 

dziedzinie   miejscowych   obyczajów,   postanowiono   rzecz   całą   uczynić   cichaczem   i   jak 
najszybciej, póki spokojnie w chacie siedzi i ani dba o zwykłe ludzkie porachunki. Wiedźma 

bowiem z łatwych do odgadnięcia powodów była cięta na wszelkie niebezpieczne ogniowe 
zabawy.   Dbała   też   wielce,   aby   wilżyńscy   wieśniacy   nie   nabywali   zbędnej   eksperiencji   w 

rozpalaniu   stosów   i   pieczeniu   na   nich   przebrzydłych   grzeszników.   A   zeźlona,   potrafiła 
niezadowolenie   okazać   pomorkiem   bydła   albo   gradobiciem.   Dlatego   stos   miał   być 

sporządzony w najdalszym krańcu wioski, nad stawem wedle ruin młyna Betki, by nawet 
odległy  zapach  spalenizny  nie doleciał  do chaty  Babuni  Jagódki.  I to jak  najszybciej,  bo 

Kaniuk   mógł   lada   dzień   wrócić   z   wyprawy   na   pastwiska,   a   wilżyńskie   gospodynie   nie 
wiedziały, czy pleban dobrodziej uraduje się z rozwiązania problemu grzesznicy.

Pozostawał wszakże jeden kłopot - uparta nierządnica drugi dzień nie pokazywała się w 

gospodzie,   widać   zawczasu   zwietrzywszy   pismo   nosem.   Ale   ani   Kordelia,   ani   jej   liczne 

zauszniczki nie wątpiły, że głód wygna rychło Gronostaj do wioski. Na wszelki wypadek, i 
gdyby się wredna dziewka chciała wymknąć z obławy w daleki świat, rozstawiono czujki 

wzdłuż   obu   ścieżek,   wiodących   do   wyjścia   z   Doliny.   Gdzieś   się   przecież   musi   wreszcie 
pokazać, gadały na ścieżce babiny. A wówczas nim miną dwa pacierze, przywiąże się ją do 

dyla i ogień roznieci.  Po prawdzie,  to w Wilżyńskiej  Dolinie okrutnie długo nie popasali 
komedianci, ani nawet byle wędrownego handlarza nie oglądano za przyczyną domowych 

niepokojów, więc się obywatele niemało cieszyli na podobną rozrywkę.

Gronostaj wysłuchała tych wiadomości, dygocząc i kuląc się za konarem niczym borsuk w 

norze. Później rączo pomknęła leśnymi traktami ku swej ziemiance. Ale nawet w środku, 
bezpieczna od napaści i zadyszana po biegu, nie potrafiła zatrzymać opętańczego kołatania 

serca. Nigdy wcześniej cała wioska nie polowała na nią z równą zajadłością, nigdy też jawnie 
nie   rozprawiano   o   stosie.   Bała   się.   W   spokojniejszy   czas,   pomimo   obławy   próbowałaby 

przemknąć się gościńcem ku miastom, w których nikt nie znał  jej twarzy  i nie słyszał  o 
Wilżyńskiej Dolinie. Może znaleźć jakiś statek płynący do Szczeżupin, albo jeszcze dalej, ku 

stepom Turzni i południowym pustyniom, z których przybywały Servenedyjki o twarzach 
naznaczonych sinym tatuażem. Właściwie nawet z blizną na policzku nie była szpetniejszą od 

Servenedyjek, nie sądziła więc, by podobny uszczerbek na urodzie mógł żywotnie zaszkodzić 
jej interesom. Zresztą było aż nazbyt jasne, że w rodzinnej osadzie nie ma już czego szukać.

Pomimo tych wszystkich nieszczęść obecność szczura w jakiś sposób dodawała jej otuchy. 

Zwierzak   ożywił   się   wyraźnie,   gdy   rozpakowała   węzełek   Ortyla,   wydobywając   spomiędzy 

zwojów   sukna   gomółkę   przywędzanego   sera,   kilka   drobnych   czerwonych   cebulek   i   pół 

background image

bochenka   chleba.   Jadł   łapczywie,   co   uznała   za   nieomylny   znak   ozdrowienia.   Nalała   mu 

jeszcze   odrobinę   wody   w   łupinę   orzecha   i   położyła   się   spać,   podkładając   pod   głowę 
zawiniątko z Ortylowymi zapasami. Tej nocy nie zamierzała utracić ani kęsa.

Srodze się miała zawieść.
Noc   była   ciepła   i   dziwnie   jak   na   tę   porę   bezwietrzna,   ale   Gronostaj   spała   płytko   i 

niespokojnie. A później znów usłyszała dźwięk piszczałki. Sosnowe igły, zeschłe liście, drobne 
gałązki i źdźbła trawy uniosły się z klepiska i zaczęły wirować w powietrzu w rytm melodii, 

kiedy mężczyzna o źrenicach jak płynny ogień grał dla niej w lepiance na zboczu Wilżyńskiej 
Doliny. Aż w głębi dusznego omamu przypomniała sobie, że już wcześniej widziała podobne 

oczy, utkane z czystej magii i płomieni. Wiele lat temu, tak dawno, że niemal zapomniała o 
tamtej chudej dziewuszce, córce grabarza Rękawki, która niegdyś wyprawiła się do chatki 

Babuni Jagódki i wypowiedziała życzenie. We śnie jednak wiedźma znów trzymała ją za rękę 
zimnymi starczymi palcami i wiodła czarowną ścieżką przez mroczny, jesienny las. Wielkie 

srebrzyste ćmy tańczyły wokół nich niczym płatki śniegu.

Chciała się obudzić, ale piosenka spętała ją dotkliwiej niż powróz. Nie potrafiła spojrzeć w 

twarz mężczyzny, kiedy wstał wreszcie i ruszył ku jej posłaniu. Wiedziała tylko, że jest w tym 
śnie i melodii magia potężna i stara jak Góry Żmijowe. Była przerażona. I nic nie mogła 

zrobić. Nie mogła się nawet poruszyć.

Przed świtem chwycił mróz i ocknęła się na rozkopanym, zmierzwionym posłaniu. Derka 

leżała pod ścianą, a po Ortylowym podarunku nie został ani ślad. Właściwie Gronostaj nie 
zdziwiła się zbytnio. Po prostu wdziała chodaki, okręciła się starą opończą i wybiegła na 

ścieżkę. Była tak rozeźlona, że nie zastanowiła się, co też nastąpi, jeśli wieśniacy przydybią ją 
na   podobnej   nieostrożności.   Gnała   przed   siebie,   póki   nie   odnalazła   znajomych   krzaków 

leszczyny i czarnego bzu, a zaraz za nimi rozszczepionej piorunem sosny, która rosła tuż na 
skraju dróżki wiodącej do obejścia wiedźmy.

Dwa   siwki   uwiązane   na   podwórzu   u   studni   zwiastowały   gości,   kogoś   zasobnego   i 

wysokiego rodu, sądząc z rzędu i wyglądu wierzchowców, ale Gronostaj nie zamierzała nad 

tym rozmyślać. Z wściekłością kopnęła drzwi, które rozwarły się przed nią z pełnym protestu 
skrzypnięciem, a Babunia Jagódka odwróciła się od komina i sarkastycznie uniosła brew. 

Jednak naprawdę Gronostaj stropiła się widokiem obcych. Wysoka jasnowłosa kobieta w 
błękitnej,   podbitej   futrem   podróżnej   sukni   stalą   tuż   obok   paleniska,   grzejąc   dłonie   nad 

płomieniami; jej twarz była blada, wynędzniała i dziwnie znajoma. Mężczyzna siedział przy 
stole,   trzymając   na   kolanach   długi   miecz.   Po   sutym   aksamitnym   płaszczu   i   kubraku 

szamerowanym srebrem, ladacznica rozpoznawała w nim kogoś znacznego, może żalnickiego 

background image

szlachcica, albo jednego z wolnych zaciężników, których namnożyło się ostatnimi czasy w 

Krainach Wewnętrznego Morza i którzy teraz rozjeżdżali się z wolna do domów po ostatniej 
wielkiej bitwie na kamienistych plażach Rankoru. Oboje patrzyli na nią ciekawie, lecz ich 

oczy były niebieskie i ze szczętem ludzkie.

- A myślałby kto, że człek na uboczu mieszka - sarknęła Babunia Jagódka. - I że ludziska 

wedle wiedźm nieśmiałe, bojące. I co? Gówno prawda!

- A kto was do wiedźmienia najął i na życie moje nastaje? - wykrzyknęła Gronostaj, która 

zazwyczaj była spokojną niewiastą i nad wyraz tchórzliwą, jednak w gniewie odmieniała się 
do cna i każdemu skakała do oczu. - I nie łżyjcie mi, bom niegłupia!

Wiedźma zmierzyła ją spode łba posępnym spojrzeniem. Jasnowłosa kobieta podniosła 

dłoń do ust, by ukryć uśmiech, a jej towarzysz uprzejmie wpatrzył się w stołowe deski. Ani 

jeden muskuł nie drgnął mu na twarzy, przeciętej na policzku brzydką, szkarłatną blizną, ale 
Gronostaj była pewna, że skrycie weseli się jej kosztem.

- Widziałam was w nocy! - wykrzyknęła, rozjątrzona.
- Nie może być? - zdziwiła się fałszywie gospodyni. - To takie mnie ze starości partactwo 

ogarnęło, że nie wydolę ukradkiem do izby wleźć? Ani chybi, czas się wieszać!

Ladacznica poczuła niemiłe ukłucie wątpliwości. Jednak jasnowłosa kobieta patrzyła na 

nią wyczekująco, a mężczyzna przy stole uśmiechał się nieznacznie. Nie zamierzała pozwolić 
się przy nich ośmieszyć. Zresztą była pewna, że w Wilżyńskiej Dolinie nikt prócz Babuni 

Jagódki nie zdołałby się niepostrzeżenie wemknąć nocą do jej chaty.  Nawet młynarzowa 
Kordelia nie dopięłaby podobnej sztuki.

- Bo mię nastraszyć chcecie! - syknęła przez zęby Gronostaj. - Wszystko to zamysł wasz, z 

dawien dawna, żebym z Wilżyńskiej Doliny precz poszła. Kordelia was namówiła!

- Do czegóż? - spytała pobłażliwie wiedźma. - Żebym ci z serca szczerego poradziła w 

Spichrzy zarobku szukać? Toż każdy widzi, że tutaj się nie uchowasz, dziewczyno. No, póki 

jeszcze siedziały zbójcę na Przełęczy Zdechłej Krowy, była w tem wszystkiem nadzieja, że z 
głodu nie zdechniesz. Ale teraz grasanty rozpędzone, kupców na szlaku ani widu, ani słychu, 

więc zdaje mi się, że do wiosny ze szczętem zmarniejesz.

- A nie wasza to rzecz! Ja was nie pytam, czemu w głuszy samojedna z kozłem siedzicie!

- A nie. Tyle że ja nie kradnę karczmarzowej rzepy i nie żebrzę między wieśniakami o 

ćwierć bochenka chleba. Ale nawet to nie potrwa wiele dłużej, dziewczyno, jak będziesz w 

szkodę   innym   babom   leźć   i   wilżyńskich   gospodarzów   bałamucić,   to   wnet   cię   w   stawie 
utopią...

- Chyba że mię pierwej ze wszystkich zapasów ograbicie! Nic nie gadajcie, wiem dobrze, 

background image

com   w   nocy   widziała.   Nikt   inny   w   Dolinie   takich   ślepi   nie   ma,   wściekłych   i   jak   ogień 

gorejących. A że się pod postacią chłopa do mnie zakradacie, to tylko sztuczka chytra, żeby 
mnie zwieść i omamić!

- Pod postacią chłopa?
- Toż sami wiecie! Mały, drobny, myszawy. Ale furda to! Grunt, że mi spiże kradniecie i to 

jak wam powiadam, że jak was przyszłej nocy na tym złodziejstwie nakryję...

- To co?

Gronostaj stropiła się nagle.
-   Jak   wam   nie   wstyd?!   -   rozdarła   się   płaczliwie,   gdyż   rozmowa   przybrała   zgoła 

nieoczekiwany obrót.

- A zwyczajnie - bez skrępowania oznajmiła wiedźma. - Co ja ci niby ukradnę? Rzepy pół 

worka?   Kaszy   garsteczkę?   Dwa   zeschłe   jabłka?   A   co   to   dla   mnie   za   zysk?   -   Potoczyła 
wzrokiem po wnętrzu izby, suto obstawionej wszelakim dobrem, po omszałych dzbanach 

wina na kredensie i szklanej misie zamorskich fruktów tuż obok, po miedzianym kociołku z 
myśliwską  polewką,  która  bulgotała  zachęcająco  na kominie, i wielkim  bochnie chleba o 

skórce wypieczonej na brązowo i polanej masłem. - Coś ci się przywidziało z głodu, albo 
jeszcze prędzej od gorzałki. Ot, cała tajemnica!

Gronostaj pokraśniała na gębie i chciała wybuchnąć nowym stekiem złorzeczeń i wyzwisk, 

ale   Babunia   już   odwróciła   się   do   niej   plecami,   machnąwszy   tylko   dłonią,   jakby   chciała 

odpędzić natrętną muchę.

- Zajętam! - rzuciła przez ramię. - Gości mam, nie widać? Władyka we dworze nastał 

nowy, trza nam trochę pomówić, stare czasy wspomnieć. Jutro z wieczora przyjdź, to się w 
tym twoim nieszczęściu rozpatrzymy.

Pstryknęła palcami, a Gronostaj ani się spostrzegła, jak stała na progu Babcinej chatki, 

gapiąc   się   bezmyślnie   w   wytarty   kamienny   próg.   Szarpnęła   za   klamkę,   ale   drzwi   były 

zatrzaśnięte   na   głucho   i   zaparte   na   skobel,   spod   okiennic   zaś   nie   przesączała   się   nawet 
najdrobniejsza smużka światła. Tylko komin dymił z animuszem, a wokół chatki unosiła się 

przejmująca   woń   myśliwskiej   polewki,   świeżego   chleba   i   pieczonych   w   popiele   jabłek. 
Gronostaj wiedziała, że żadnym sposobem nie wejdzie znów do środka - czasami Babunia 

pozwalała   się   znienacka   zaskoczyć   nieproszonym   gościom,   ale   nigdy   dwa   razy   z   rzędu. 
Kopnęła więc tylko w drzwi. Niezbyt mocno, aby wiedźmy niepotrzebnie nie rozjuszać.

Dopiero koło studni pofolgowała sobie trochę. Złapała za długi dyl, który stał oparty o 

cembrowinę, i z wściekłością otłukła nim pień rosnącej pośrodku podwórca jabłonki. Wydało 

jej się, że drzewo zaszeleściło z urazą listowiem, nadzwyczaj bujnym i zielonym pomimo 

background image

jesiennej   pory,   i  wnet   na  głowę  ladacznicy   posypał   się  istny   grad   dorodnych   rumianych 

jabłek. Pierwsze ugodziło ją w nasadę nosa, drugie prosto w czoło, ale z takim impetem, że 
pociemniało jej przed oczami i klapnęła tyłkiem w trawę. Drzewo mściwie sieknęło ją po 

grzbiecie   i   ramionach   owocami.   Gałęzie   kołysały   się   tuż   nad   ziemią,   jakby   chciały   ją 
pochwycić, listowie szumiało wrednie i prześmiewczo, kiedy Gronostaj w popłochu usiłowała 

odpełznąć na bok, co wszelako trwało dobrą chwilę, bo jabłonka była bujna i rozłożysta.

Wreszcie, otłuczona i z rozbitym nosem, schowała się za cembrowiną. Drzewo zasyczało 

coś jeszcze, prychnęło ku niej drobinami kory i zeschłymi liśćmi, po czym uspokoiło się na 
dobre. Gronostaj wyjrzała ostrożnie, na wszelki wypadek osłaniając głowę cebrzykiem, i z 

daleka pogroziła mu pięścią. Właściwie jednak nie była szczególnie zdziwiona, bo w obejściu 
Babuni  Jagódki  rzeczy  tylko   z  rzadka  były  tym,  czym   się  wydawały.  W  księżycowe   noce 

studnia pohukiwała i zawodziła w cembrowinie, a gdy kto w nią nieopatrznie spojrzał, to 
spełniała   życzenia   -   zwłaszcza   te   co   głupsze.   Kozioł,   który   koźlim   zwyczajem   biegał   za 

dziewczynami,   a   urodziwszym   nawet   spódnice   rogami   podnosił,   potrafił   się   znienacka 
przemienić w chłopa, zresztą równie sprośnego jak cap, więc niewielka to była odmiana. 

Nawet sztachety w płocie klekotały jak żywe i unosiły się w podmuchach wiatru na pół łokcia, 
a czasem walnęły jakiego natręta w łeb, jeśli zakradał się do domostwa Babuni od strony 

lasu, zamiast po bożemu przejść przez furtkę.

Zawziętość jabłonki nie zdumiała więc Gronostaj zbytnio i właściwie nie miała drzewu 

złośliwości za złe. Przeciwnie. Kiedy już ochłonęła trochę z pierwszej trwogi, sięgnęła po kij i 
ostrożnie wygarnęła spod gałęzi najbliższy owoc. Jabłko było wielkie, krągłe i rumiane od 

słońca.   Poobracała   je   w   dłoniach,   szukając   robaków,   parchów   czy   innych   utajonych 
niebezpieczeństw, ale nic nie znalazła, a zapach nęcił przemożnie. Ugryzła drobny kęs, a 

potem jeszcze jeden, i ani się spostrzegła, jak w garści został jej tylko mały brązowy ogonek. 
Wytarła  sok z brody i na  wszelki  wypadek  obmacała  się dokładnie  po gębie,  pamiętając 

opowieść o pewnym nieszczęsnym młodzianie, który dawno temu nieproszony zaczerpnął 
wody z Babcinej studni i przemienił się w jelenia. Jednak wszystko zostało na miejscu - i nos 

zadarty jak kartofel, i strąki bladożółtych włosów, które luźno opadały na ramiona, i nawet 
blizna, pamiątka po nożu grasantów. Wygarnęła więc ze dwa tuziny jabłek, zawinęła je w 

spódnicę i nawet wcale zadowolona powędrowała do swojej ziemianki.

Przemykała się leśną gęstwiną, byle dalej od ścieżek, którymi wieśniacy przepędzali bydło 

z leśnych pastwisk, i choć dobrze znała okolicę, rychło zabrnęła po pas w splątane krzewy 
dzikich róż. Długie kolce szarpały jej suknię, wiotkie gałązki czepiały się włosów, aż do krwi 

smagały po twarzy. Zasępiona przystanęła, by wyplątać z szala zeschnięty pęd, bo kramarze 

background image

od   dawna   nie   zaglądali   do   Wilżyńskiej   Doliny   i   nie   zostało   jej   wiele   przyodziewku   do 

zmarnowania. Oczywiście kolec zaraz wbił się w jej dłoń, ale też nie spodziewała się czegoś 
innego. Przytknęła palec do ust, żeby wyssać rankę, gdy nagle przyszła jej do głowy pewna 

myśl. Uśmiechnęła się do siebie szelmowsko, po czym zaczęła delikatnie obrywać różane 
kolce i chować je do zawieszonej u pasa sakiewki, póki nie zebrały się dobre dwie garście.

Szczur   stanął   słupka   i   bardzo   starannie   obwąchał   jej   palce.   Wzięła   go   na   podołek, 

pogłaskała   po  miękkim   futerku,   ledwie  wyczuwając   pod   opuszkami   zabliźnione   ślady   po 

dziobnięciach.   Dała   mu   kawałek   jabłka,   a   potem   drugi   i   trzeci.   Sama   zresztą   też   nie 
próżnowała,   ostatnie  dni  bowiem  nie  obfitowały   w strawę.  I  ani  się  obejrzała,   jak   oboje 

znaleźli się na posłaniu, nażarci, szczęśliwi i senni.

We śnie jednak Gronostaj czuła tylko zapach sarniej pieczeni w gospodzie, krwawej kiszki 

osmażanej   na   wielkiej   miedzianej   patelni,   świeżego   chleba,   i   jabłkowego   ciasta.   Ogień 
buzował na kominie, skrzypeczki przygrywały wesoło do tańca, a jej było miło i bezpiecznie w 

ciżbie  parobków. Krążyła po izbie w pięknej czerwonej sukni, w której stan na szczęście 
wpięto rząd wspaniałych, srebrnych igieł, bo we śnie była bogata, bardzo bogata i nie musiała 

się lękać, że karczmarz odmówi jej darmowej miski polewki. Śmiała się głośno i w tańcu 
omiatała podłogę rozpuszczonymi włosami, by zaraz przysiąść znów na kolanach któregoś z 

wieśniaków i pić chłodne piwo prosto z jego kubka. Gospodarz kiwał ku niej zachęcająco zza 
szynkwasu   i   sam   władyka   uśmiechnął   się   łaskawie,   kiedy   zziajana   i   rozgrzana   tańcem 

przepychała się ku wyjściu. Przystanęła przed karczmą. Rozgrzane powietrze niosło od pól 
zapach kwitnącej macierzanki i szałwi, i świerszcze grały w wyschniętych trawach, a spod 

schodów   wtórował   im   basem   spity   pachołek.   Gronostaj   chwyciła   jedną   rękę   słup 
podtrzymujący daszek, przymknęła powieki i zaczęła się kołysać w rytm dobiegającej z izby 

melodii.

Nie spostrzegła, kiedy piosenka zmieniła się, a wibrujący dźwięk drewnianych piszczałek 

zagłuszył  skrzypce  i  bębenki.  I zaraz  znajoma melodia otoczyła  ją niczym  gęsta  mleczna 
mgła. Świerszcze umilkły jak zaklęte, ścichły karczemne pokrzykiwania i piski służebnych 

dziewek. Nawet pijany pachołek przewrócił się wreszcie na drugi bok, zasypiając cichym, 
spokojnym snem strudzonego żniwiarza.

Wiedziała, że nie powinna słuchać. Ani jednej nutki, bo spęta ją i zniewoli. A jednak stała 

ciągle przy słupie, kołysząc się w rytm muzyki. I nic nie mogła zrobić, kiedy fletnista szedł ku 

niej po wilgotnej od rosy trawie, choć w jej uśpionym umyśle kołatała się natrętna myśl, że o 
czymś zapomniała. Że coś powinno być całkiem inaczej. Tyle że zupełnie nie potrafiła sobie 

przypomnieć. Sięgnęła po zwisającą u koszuli tasiemkę i wyczuła pod palcami rząd ostrych 

background image

igieł. I teraz już bardzo dobrze widziała, co należy uczynić.

Pod poduszką miała pełno różanych kolców i obudziła się z dłonią pokaleczoną do krwi. 

Ale   się   obudziła.   Rychtyk   w   czas,   żeby   zobaczyć   drobnego   myszawego   człowieka,   który 

właśnie   przetrząsał   jej   schowek,   zapewne   w   poszukiwaniu   resztek   zapasów.   Złapała 
naszykowany   zawczasu   kamień   i   po   omacku   wyrżnęła   złodzieja   w   łeb.   Nie   ogłuszyła   go 

jednak, otrząsnął się tylko jak pies, pisnąwszy coś z cicha, więc skoczyła mu na plecy i jęła 
orać pazurami po karku, bo taka ją wściekłość zdjęła, że ani dbała, czy rabuś nie ma jakiegoś 

noża ukrytego w kapocie.

Obcy zwinął się w sobie, wygiął grzbiet w pałąk, zrzucając ją na posłanie. Zobaczyła nad 

sobą wściekłe żółte ślepia, gorejące niczym oczy Babuni Jagódki. Ale to nie była wiedźma, co 
Gronostaj wnet zbadała, gdy jako niewiasta zaprawiona w karczemnych bitkach wymierzyła 

kolanem potężny cios w słabiznę. Złodziej sapnął, jak zupełnie zwyczajny chłop, i nieledwie 
skulił się na niej w kłębek.

- Puszczaj, czarcie nasienie! - wychrypiała, przeorując mu pazurami policzek. - A żeby ci 

się szpik w wodę zamienił! Żebyś owałaszał za moją krzywdę!

Temu ostatniemu życzeniu usiłowała zgrabnie dopomóc kolanem, ale rabuś chyba wyczuł 

intencję, bo tylko mocniej przydusił ją do barłogu. I to tak, że powietrze ze świstem uciekło 

jej z piersi, a w oczach pociemniało. Wierzgnęła jeszcze ze dwa razy bez przekonania, bo była 
wystarczająco   długo   ladacznicą,   by   wiedzieć,   że   czasami   po   prostu   nie   opłaca   się   dłużej 

szamotać.

W szarpaninie miękka poła jego kubraka opadła Gronostaj na twarz i nie mogła przyjrzeć 

mu się dokładniej, ale była pewna, że to żaden z okolicznych wieśniaków. Wilżyńscy chłopi 
nie   przywdziewali   strojów   z   równie   delikatnej   materii,   nadto   złodziej   nie   cuchnął   po 

tutejszemu,   swoistą   mieszaniną   odoru   gorzałki,   brudu,   dymu   i   inwentarza,   która 
nieodmiennie   przesycała   kapoty   bywalców   gospody.   I   dopiero   to   odkrycie   naprawdę   ją 

przeraziło.

Bo jeśli nawet któryś z wilżyńskich kmieci w pijackim widzie zabłąkał się do jej ziemianki, 

albo przydybał ją chytrze za gospodą w wygódce, to robił owe podchody w celu jasnym i 
powszechnie zrozumiałym. Dla świętego spokoju niekiedy pozwalała na drobne poufałości na 

kredyt - ostatecznie znała tu wszystkich i wszyscy ją znali, więc można było poczekać na parę 
miedziaków.   Ale   podpity   sąsiad   był   niczym   w   porównaniu   ze   starostą   Wężykiem,   albo 

innymi   szlachetnymi   gośćmi,   którzy   czasem   zjeżdżali   do   władyki   i   kazali   pachołkom 
sprowadzać   do   dwora   Gronostaj   dla,   jak   to   mówili,   zakosztowania   prostych,   wiejskich 

uciech.

background image

Uratował   ją   wieśniaczy   spryt   i   nóż   do   skrobania   ryb,   ukryty   w   betach   na   posłaniu. 

Sięgnęła   po  niego   ukradkiem   i   błyskawicznym   ruchem   przycisnęła   złodziejowi   ostrze   do 
podbrzusza.

-   A   teraz   złaź   ze   mnie,   kurwi   synu!   -   zażądała   głosem   stłumionym   przez   materię 

przykrywającą twarz. - Ale wolno i z ostrożna, żeby mi się ręka nie omskła. I szmatę mi z 

gęby zabieraj, nim cię wykleśnię jak świątecznego knura!

Rabuś drgnął, więc dla przestrogi dźgnęła go lekko czubkiem noża.

- Uważaj, głupia! - żachnął się.
Jednak nie wyczuła w jego głosie należytego przestrachu, co gorsza nie kwapił się też do 

ucieczki. Przypomniała sobie opowieści spichrzańskich ladacznic o bogatych rajcach, co dla 
wzmożenia  zmysłowych  rozkoszy kazali  się zawczasu  smagać bykowcem.  Aż jej się mdło 

zrobiło od owych cudacznych miejskich sprośności i na wszelki wypadek znów kolnęła go 
nożem. Mocniej.

-  Mówię  ci,  niewiasto,  uważaj!   - Tym  razem  lekko  syknął   z  bólu,  sprawiając  niemałą 

przyjemność ladacznicy.

- Trza było nie kraść! - rozdarła się piskliwie. - Trza było po mój dobytek nie sięgać! 

Widzicie go, jak to się zdążył moją krzywdą napaść, aż mu się kałdun trzęsie.

- To ze śmiechu - wyjaśnił niefrasobliwie rabuś.
I tego już było wioskowej ladacznicy zbyt wiele.

- Ja ci zaraz flaki wypruję!
Dźgnęła na oślep, ale z całej siły, nie dbając, czy jej potem złodziej kark skręci, czy też kat 

ją powiesi za zamordowanie podróżnego. Niby wiedziała dobrze, że władyka nie przyjmie na 
wiarę opowieści o opryszku, który podstępnie wtargnął do jej ziemianki i skradł rzepę i kaszę 

jaglaną. Przecież sama też by nie uwierzyła - w Wilżyńskiej Dolinie, mimo że ją ostatnimi 
czasy bezwstydnie złupiono z wszelkiego dobytku, wciąż były domostwa bardziej dostatnie 

niż kryjówka wioskowej ladacznicy. A już w pewnością nikt nie da wiary, że ktokolwiek z 
magicznej   konfraterni   śmiał   ukradkiem   kłusować   na   terytorium   Babuni   Jagódki.   Los 

guślarza,   sprowadzonego   kilka   lat   temu   dla   warzenia   amorycznych   dekoktów,   stanowił 
wystarczającą przestrogę. Nie była pewna, czy zdoła plugastwo zabić od razu, ale nóż był z 

zacnego żelaza, odziedziczony po grabarzu Rufianie. Miała nadzieję, że oprych naprawdę 
poczuje...

Ostrze jednak wyprysnęło w górę, nie napotykając żadnego oporu. W izbie coś zaszurało, 

zafurkotało   i   zaszeleściło   nieznacznie.   Aksamitna   materia   zsunęła   się   nagle   z   twarzy 

Gronostaj, zniknął ciężar przyciskający ją do posłania. Dojrzała niewielką plamę cienia na 

background image

skraju derki i bez namysłu cisnęła w niego ostrzem. A w rzucaniu nożami była, góralskim 

zwyczajem, nieźle zaprawiona.. Coś pisnęło cienko, żałośnie.

Jak żbik skoczyła ku zdobyczy. I w jednej chwili wszystko zrozumiała.

- Odmieniaj się! - krzyknęła, triumfalnie podnosząc szczura za nasadę ogona.
Trzymała mocno. Poczuła na palcach krew, a zwierzę wiło się rozpaczliwie i usiłowało 

capnąć ją zębami.

- Odmieniaj się zaraz, pchlarzu, albo ci łeb o kamienie roztłukę! - zagroziła.

Na te słowa szczur zjeżył się, syknął ostrzegawczo, a chwilę potem na skraju posłania 

siedział mężczyzna o oczach koloru płynnego ognia.

- I co teraz? - rzucił kwaśno.
W mroku nie widziała go dobrze, ale wydało się jej, że obmacywał zraniony tyłek. Już 

prawie chwyciła nóż, gdy z łatwością go jej wytrącił i przytrzymał ręce.

- Raz się mogła podobna sztuczka udać, nie więcej - powiedział pogodnie.

- Ty łajdaku! - rozszlochała się Gronostaj, niespodzianie ogarnięta wielką żałością. - Ja ci 

życie  uratowałam,   spod  wronich  dziobów  cię  wyrwałam,   a  jak   mi się  odpłacasz?   Czarną 

niewdzięcznością i złodziejstwem!

Uścisk na jej nadgarstkach wyraźnie zelżał.

-   A  jakem  miał  inaczej   zdrowieć?   -   burknął   pod   nosem.   -  Co,   tobie  się   zdaje,   że   łyk 

gorzałki i kęs razowca wystarczą?

- A ja? - wrzasnęła przez łzy Gronostaj. - Zima idzie! Ciebie twoi popod Sowimi Górami 

przygarną, a ze mną co będzie? Mam z głodu zdechnąć?

- Koza by na tej strawie nie wyżyła przez zimę, a co dopiero niewiasta!
-   Było   nie   żreć!   Widzicie   go,   smakosza!   Dość   w   wiosce   zasobniejszych   gospodyń   i   w 

zapasy obfltszych, czemuś się tam na złodziejstwo nie wybrał?

- Bo mnie żadna w gościnę nie prosiła - odparł zwierzołak szczerze.

- Samemu trza było wleźć! Było uczarować jakąś majętną babinę i u niej się w komorze 

zalęgnąć.

- Kiedy... bo mnie się bardziej tutaj podoba. Spokojnie, na uboczu. Nikt się nie wypytuje, 

nikt za widły nie chwyta. Tyle że wedle jadła mogłabyś się, dziewczyno, lepiej zakrzątnąć.

- Sam się zakrzątnij! - Gronostaj oswobodziła dłonie z jego uścisku, odsunęła się nieco i 

jęła rozcierać nadgarstki. - Widzicie go, jaki obrotny! Chcesz żreć, to jazda do wioski! Jeszcze 

koszyk dam, żebyś miał gdzie zbierać te półgęski, golonki i połcie wędzone, co ci je będą 
gospodynie jedna przez drugą w łapy pchać. - Cisnęła w niego steraną wiklinową kobiałką.

-   Czy   wy,   ludzie,   zawsze   musicie   być   tacy   nieuprzejmi?   -   sarknął   szczurzy,   zgrabnie 

background image

uchylając się przed pociskiem.

- Ty złodzieju! - wrzasnęła  zacietrzewiona.  - Nie będziesz ty mnie uprzejmości  uczyć, 

okradłszy pierwej! Co się tobie zdaje, że ja jestem głupia? Że nie spostrzegłam, jak się nocką 

we zmorę przemieniasz i dech ze mnie wyduszasz...?

- Brednie i zabobon - westchnął ciężko szczurak. - Jak zwykle między wami.

- Aha, i to też mi się pewnie jeno przywidziało, jak tu dokazujesz, a na fleciku grasz, by 

jeszcze mię bardziej stumanić i zauroczyć? - szydziła Gronostaj.

- Ciebie to w ogóle, babo, trudno zauroczyć - odparł cierpko zwierzołak. - I jak cię tak 

słucham, to coraz lepiej rozumiem, że nie warto.

Aż oniemiała na podobną bezczelność.
- To trza  się było pierwszej  nocy  zabierać!  - wykrztusiła  wreszcie,  bo głos dławiła  jej 

wściekłość. - Nikt drogi nie zagradzał!

- Kiedy tak cicho we śnie leżysz, to całkiem gładka z ciebie niewiasta i aż się prosi oko 

dłużej zawiesić - wyjaśnił pogodnie zwierzołak. - Ale po przebudzeniu znać, żeś kłótliwa i 
pyskata, a na dodatek zabobonna i ciemna niczym grabarz.

- Tak? - zaśmiała się piskliwie Gronostaj, sięgając znienacka pod posłanie, do skórzanego 

pęcherza,   gdzie   zwykła   trzymać   niektóre   ze   swych   zdobyczy.   Wreszcie   zmacała   szklaną 

flaszeczkę,   pośpiesznie   wyrwała   korek.   -   A   to,   że   was   woda   ze   świętego   źródła   z   mocy 
obdziera, to też zabobon? - Chlusnęła mu w twarz.

Szczurak wrzasnął rozdzierająco i zasłonił ręką oczy. Ladacznica tymczasem zerwała się z 

posłania i co prędzej nakreśliła resztką wody krąg wokół legowiska, dokładnie tak, jak jej 

kiedyś   opowiadał   kapłan   Jałmużnika,   z   którym   się   zadawala   w   przydrożnej   gospodzie 
podczas   jednej   z   licznych   wypraw   w   poszukiwaniu   lepszego   losu.   Wprawdzie   nie 

przywiązywała   wówczas   większej   wagi   do   jego   paplaniny,   gdyż   wędrowni   braciszkowie 
wszędy  byli  jednacy,  przechery,  w gębie mocni i pełni najdziwniejszych  opowieści,  które 

nieodmiennie okazywały się jedynie zmyśleniem. Nie miała też większego pożytku ze sługi 
Jałmużnika, bo przez pół wieczora obmacywał ją czule, odpędzając innych zalotników, potem 

zaś   ku   uciesze   współbiesiadników   upił   się   nikczemnie   jałowcówką,   zwymiotował   jej   na 
spódnicę,   a   na   koniec   zwalił   się   gębą   prosto   w   półmisek   z   nóżkami   w   galarecie.   A 

przetrząsnęła mu sakiewkę i juki, to wyszło na jaw, że, mimo butnych zapewnień, braciszek 
w żebraniu nie miał szczególnych osiągnięć. Zanim karczmarz pojął, że wędrowny mnich pół 

nocy   żarł   i   pił   za   trzech   na   jego   koszt,   i   bezbożnie   wykopał   go   na   słotę,   rozgoryczona 
ladacznica   zdołała   tylko   ukradkiem   wykraść   mu   garść   miedziaków   i   buteleczkę   wody 

zaczerpniętej podobno u świętego źródła. Mnich dobre dwa pacierze zachwalał jej zalety, a 

background image

miała   pono   czar   wszelki   wniwecz   obracać,   zdrowie   pomnażać,   a   zmieszana   z   zielem 

dziewięćsiła   okrutnie   wzmacniać   siły   mężczyńskie.   Ale   w   gospodzie   pełnej   zbójców, 
poborców   podatkowych   i   najemników   z   książęcego   garnizonu,   który   pustoszył   właśnie 

okoliczne sioła, nie znalazł się nabywca ufny w jej cudowną moc. Po prawdzie to Gronostaj 
też nie bardzo ufała w poświęcane źródła, bo póki co bogowie nie wydawali się nadmiernie 

zainteresowani jej istnieniem, a flaszkę kapłanowi ukradła z czystej złośliwości i nie liczyła, 
aby woda miała szczególnie szczurzemu zaszkodzić.

Tym milej była zaskoczona jego przerażeniem.
Zwierzołak   zaskowytał   przeraźliwie,   zwinął   się   w   sobie   i   sądziła,   że   odmieni   się   i 

pierzchnie pod ziemię. Skulony na posłaniu dygotał i popiskiwał czas jakiś, a zmartwiała 
ladacznica przytaiła się w najodleglejszym krańcu ziemianki. Niewiele w mroku widziała, ale 

po chwili dreszcze ustały, na baranicy leżał bardzo zwyczajny chudy człeczyna.

A jednak dobrze kapłan prawił, przemknęło jej przez głowę. Nie odmienił się, ścierwo!

Wreszcie po długiej chwili szczurzy odezwał się:
- Co ty, niewiasto, zrobiła?

- A co ci się zdawało? - prychnęła Gronostaj. - Że się psim swędem wykręcisz?
- Od czego?

Ladacznica zwalczyła mężnie chęć nakrycia go własną opończą, bo teraz wyglądał równie 

nędznie i mizernie, jak wówczas, gdy wrony usiłowały go rozszarpać na zamarzniętym polu.

- Od moich życzeń! - rzuciła ze złością. - A co ci się zdaje? Że jak my tu w głuszy żyjemy, to 

nas   można   wedle   woli   oszukać   i   ograbić?   A   niedoczekanie!   Zratowałam   ci   życie? 

Zratowałam!   To   trzy   życzenia   się   należą,   i   ani   jednego   mniej!   Wszystkie   opowieści   tak 
prawią!

- A tyś trochę nie za stara, żeby bajek słuchać?
Bez słowa pogroziła mu flaszeczką. Nie było w niej wprawdzie ani kropli poświęconej 

wody, ale zwierzołak nie musiał o tym wiedzieć.

- Dobrze już, dobrze! - wzdrygnął się z obrzydzeniem. - To co to ma być?

- Trzy życzenia! Ani jednego mniej!
- Że też wy nigdy rozumu nie nabywacie - zauważył cierpko. - Widzi mi się, że będziesz 

jeszcze tego żałować a gorzko!

- Ty mi nie groź! I nie wyrzekaj, bo mogę po chłopów pójść, a ci krótką będą mieli z tobą 

rozmowę. Ogniem a widłami!

- Dobrze już, dobrze... To co ma być?

Ladacznica   potrząsnęła   głową,   nagle   dziwnie   ociężałą   i   zamroczoną   jak   od   trunku. 

background image

Uszczypnęła się ukradkiem w wychudzoną łydkę, ale to nie był sen. Na pewno nie. Przecież 

widziała bursztynowe od magii oczy szczuraka, które wpatrywały się w nią bacznie ze skraju 
posłania.   Spętała   go,   pochwyciła   w   pułapkę,   jak   tamta   niewiasta,   która   niegdyś   śmierć 

własną w kości zanikła i pogrzebała.

Przelotnie przyszło jej na myśl, że to wszystko jeno kpina i żart plugawy wiedźmy, która 

wielce była do prześmiewek skora. Ale niby czemu miałaby Babunia Jagódka marnotrawić 
czas na nią, wioskową ladacznicę?

Przełknęła ślinę, nieomal czując, jak słowa zaczynają się z wolna formować i nabierać 

kształtów na jej języku.

- Chcę sakiewkę srebrnych groszy! - wyrzuciła z siebie. - I suknię nową z czerwonej kitajki 

i płaszcz sobolem podbity, buciki czarne z guzikami, koszulę nową i halkę koronką obszytą...

- Tylko tyle? - zakpił szczurzy.
- I jeszcze żeby mi z gęby szramy po nożu zniknęły, a lat ubyło! - wybuchła, odruchowo 

pocierając bliznę na policzku. - To też potrafisz?

- Potrafię - przytaknął spokojnie zwierzołak. - Taka moja natura, że pod przymusem wiele 

potrafię. Jeno zdaje mi się, dziewczyno, że nie nacieszysz się tymi życzeniami...

Gronostaj jednak nie słuchała  go, nazbyt zajęta  wdziewaniem  strojów, które w jednej 

chwili   pojawiły  się   tuż   przed   nią   na   legowisku.   W   lot  pochwyciła   sakiewkę   wetkniętą   w 
cholewkę   trzewika,   okręciła   się   na   pięcie   i   jak   strzała   pomknęła   ku   Wilżyńskiej   Dolinie. 

Zimny wicher porwał ją i uniósł przez ciemny las ku połyskującemu odblaskiem płomieni 
okienku gospody.

Pora była późna, więc karczmarz przysypiał już na ławie obok paleniska, a nad glinianą 

misą ze szczętem wyczyszczoną z sosu drzemało kilku bywalców. Dwaj unieśli głowy i wnet 

osłupieli na widok odmienionej Gronostaj.

Nie musiała nawet dotykać policzka, by wiedzieć, że szpetna blizna zniknęła bez śladu.

Bystro wypatrzyła  czterech  wiergowskich  kupców,  raczących się spichrzańskim  piwem 

przy   wysokim   stole,   i   wielkie,   wyschłe   chłopisko   o   wyglądzie   książęcego   poborcy 

podatkowego.   Kupcy   byli   jeden   w   drugiego   rośli   i   rumiani   na   gębach,   a   nad   pasami   z 
szerokich   srebrnych  ogniw  zwieszały   im  się  zasobne  brzuszyska   powleczone  kaftanami   z 

granatowej kitajki. W świetle łuczywa mieniły się pozłociste guzy na ich kołpakach, lśniły 
łańcuchy   na   grubych   karkach,   a   oczy   Gronostaj   też   rozbłysły   jak   dwie   nowiutkie,   złote 

monety. Szarpnęła sznurówkę u gorsetu, który rozchylił się niebezpiecznie, odsłoniwszy jej 
obfite wdzięki, i ruszyła ku biesiadnikom leniwym, rozkołysanym krokiem, uśmiechając się 

do przybyszów niczym szakal nad ścierwem.

background image

Najmłodszy z kupców zachłysnął się piwną polewką, posiniał na gębie i jął gwałtownie 

chwytać powietrze.

Gronostaj uśmiechnęła się jeszcze szerzej, teraz już całkowicie pewna, że szczurak dobrze 

wykonał swoją robotę.

- Hej tam, gospodarzu! - wykrzyknęła. - Więcej piwa dla moich przyjaciół!

- Ajuści! - zeźlił się karczmarz. - Widzicie ją, małpę, jak to się wyszczerza a zadkiem kręci! 

Tyleś już piwa bez zapłaty wyżłopała, że wstyd ci tu leźć, cholero! Nic nie dam! - zastrzegł się, 

gdy posłała mu całusa. - Ani kropelki, psiakrew! Póki mi nie zapłacisz!

- Nie sarkaj, stary! - Ladacznica rozluźniła węzeł i cisnęła na szynkwas ciężką kaletkę.

Po gładkich, wypolerowanych deskach potoczył się strumień złota.
Karczmarz sapnął, a gęba rozwarła mu się w bezmiernym zdumieniu.

Przy   wysokim  stole  jeden  z  kupców poderwał  się,  strącając  dzban   z  piwem,  po czym 

zamarł z wyciągniętą rękę, poruszając bezgłośnie ustami.

Przez głowę Gronostaj przemknęło podejrzenie, że może szczurak postarał się nawet za 

bardzo. W Górach Żmijowych z rzadka oglądano złoto, a za podobny mieszek można było 

kupić całą Wilżyńską Dolinę razem z przyległymi siołami, czterema kierdelami owiec, świeżo 
odbudowanym młynem, karczmą i połacią lasu. A może jeszcze więcej.

W głębokiej ciszy, która zapadła w karczmie, Ortyl próbował się podnieść, bełkocząc coś 

niewyraźnie, ale jeden z kamratów pochwycił go za kapotę i na powrót pociągnął na ławę.

Każdej   innej   nocy   Gronostaj   byłaby   wystarczająco   roztropna,   aby   na   widok 

wybałuszonych,   nabiegłych   krwią   oczu   oberżysty   pochwycić   mieszek   i   umykać   chyżo   a 

daleko. Albo jeszcze lepiej, nabrać w garść złota i cisnąć je pomiędzy biesiadników, żeby im w 
pogoni   przeszkodzić,   potem   zaś   zaszyć   się   we   kniei   i   przesiedzieć,   póki   ludziska   nie 

opamiętają się w łapczywości. Tak, każdej innej nocy w mig wyczułaby trwożliwe zdumienie 
Ortyla, zasępienie karczmarza i chciwe drżenie rąk kupców u wysokiego stoła. Ale nie dzisiaj. 

Dzisiaj była głodna, przemarznięta i nade wszystko rozjątrzona obławą, rozstawioną wokół 
wioski   przez   mściwą   Kordelię.   Chciała   się   wreszcie   najeść   pieczonej   jagnięciny,   ożłopać 

piwska, aż jej będzie po brodzie ściekać, i napatrzeć do syta na zwilgotniałe od chciwości 
ślepia sąsiadów. I zamierzała się tym radować, aż do bladego świtu.

-   No,   dawaj   napitek,   stary!   -   Nonszalancko   szurnęła   ku   oberżyście   pojedynczą   złotą 

monetę.   -   A   dla   mnie   misę   kaszy   jaglanej,   zraziki   i   pieczyste.   Byle   migiem!   -   dodała, 

wskazując palcem skorupy glinianego dzbana. - Zda mi się, że moi przyjaciele w wielkiej 
potrzebie!

Zebrała   pozostałe   fundusze   do   sakiewki   i   bezceremonialnie   wepchnęła   się   na   ławę 

background image

pomiędzy poborcę podatkowego i szpakowatego kupca, który zajrzawszy z bliska w jej dekolt, 

jeszcze bardziej pokraśniał na gębie i wydawał się bliski apopleksji.

- Nie jesteśmy twoimi przyjaciółmi, dziewczyno - rzekł szorstko najmłodszy z kupców.

Szpakowaty dźgnął go łokciem pod żebro, aż się biedak zatchnął.
- Ale widzi mi się, że przede świtem będziemy! - Siwy kupiec roześmiał się jowialnie. - Bo 

to grzech się zaprzyjaźnić, kiedy piękna panna chętna do znajomości?

- Do kompanii prosim - dodał inny - z nadzieją, że się nam panna pozwoli za szczodrość 

wywdzięczyć! Noc przecie jeszcze młoda, nie nasycim się jednym dzbańcem piwa, a nadobnej 
pannie raczej wino przystoi. - Przywołał skinięciem karczmarza. - Pchnijcie no gospodarzu 

pachołka, bo mamy na wozie beczułeczkę trunku wielkiej zacności, w samym Skalmierzu 
syconego. Już, już! - Rozkazująco strzepnął palcami, kiedy oberżysta nazbyt długo zwlekał, 

dziwnym wzrokiem wpatrując się w ladacznicę.

Gronostaj zaśmiała się, gdy gospodarz wybiegł na podwórzec, mało co nie pogubiwszy 

klekoczących drewnianych chodaków. Jednym haustem opróżniła gliniany kubek i zrobiło 
się   jej   jeszcze   weselej.   Chichotała   głośno,   kiedy   umorusana   sadzą   kuchenna   dziewka 

wynurzyła się z komory, rozespana, ze źdźbłami słomy we włosach, i zakrzątnęła się żywo, by 
odgrzać   resztki   wieczerzy.   Posiwiały   kupiec   uprzejmie   dolał   ladacznicy   trunku,   a   potem 

jeszcze raz i znowu, tak że śmiała się już na całe gardło i głaskała go po brodzie, zanim 
karczmarz powrócił z obiecaną beczułeczką.

Wino było mocne, słodkie i sycące.
Kiedy odśpiewała swoją ulubioną balladę o pijanym wieśniaku, który wlazł po omacku w 

gawrę i wziął misia za własną połowicę, najstarszy z kupców otarł załzawione od rechotu oczy 
i ucałował ją w dłoń. Z szacunkiem, jak prawdziwą damę. A potem pokłonił się przed nią do 

samej ziemi.

Żałowała, że wredna młynarzowa nie może tego zobaczyć.

Kupcy kazali obudzić rudego, kaprawego pachołka, który czasami przygrywał gościom na 

skrzypeczkach,   ale   dopiero   nad   ranem,   gdy   wszyscy   leżeli   pokotem,   bo   czynił   to   tak 

fałszywie, że co wrażliwsi ciskali w niego baranimi kośćmi albo i miskami. Jednak tej nocy 
jego rzępolenie brzmiało w uszach Gronostaj niczym granie książęcych muzykantów, których 

słyszała kiedyś i tylko raz jeden na spichrzańskim rynku. Pląsała więc kolejno z kupcami, 
przytupując, aż się kurz podnosił z polepy. I śmiała się do utraty tchu, kiedy Ortyl próbował 

zagadać do niej w tańcu, ale żylasty chłopina, którego wciąż zwała poborcą podatkowym, bo 
jego imię jakoś uleciało jej z pamięci, walnął go pięścią w gębę aż jucha poszła.

Ogień na palenisku trzaskał przyjaźnie, a wino kołysało ją lepiej od melodii skrzypiec. 

background image

Najmłodszy kupiec coś mówił, uśmiechając się układnie, jednak nie dosłyszała słów. Dla 

podtrzymania   zabawy   wylała   mu   na   głowę   resztki   trunku   z   dzbanka   i   zaśmiewała   się 
perliście, kiedy krople piwa ściekały z włosów i brody na klepisko. Poborca podatkowy znów 

mówił, przygarniając ją mocno do siebie, a cała izba wirowała wokół w obłąkańczym tańcu. 
Skinęła   przyzwalająco   głową,   kiedy   poprowadził   ją   ku   drzwiczkom   do   alkierza.   Miała 

wprawdzie  mieszek pełen złota i nie potrzebowała  zarobku,  ale przecież naprawdę lubiła 
swoje zajęcie.

Zastanawiała   się,   czy   zwierzołackie   monety   o   poranku   zamienią   się   w   garść   słomy. 

Słyszała, że tak właśnie się dzieje z magicznym złotem, ale na razie jakoś nie potrafiła się tym 

martwić.

Cios spadł niespodziewanie, wymierzony prosto w żołądek i tak mocny, że wypite wino 

wyrwało się przez usta na swobodę. Jęknęła słabo, bardziej nad zrujnowaną szkarłatną sukni 
niż z bólu. Nie miała jednak zbyt długo ubolewać, bo szarpnięcie za włosy bez miłosierdzia 

poderwało ją do góry.

Chciała wrzasnąć, ale poczuła przyłożone do gardła ostrze.

- Gadaj, ścierwo, skąd złoto!
- Skarb... lesie... - wydukała, przytomniejąc w jednej chwili.

- Ja ci dam w lesie skarb, głupia dziewko! - Drugi cios był jeszcze mocniejszy i byłaby 

upadła, gdyby jej nie przytrzymał. - Komuś ukradła, co?

Poczuła,   jak   odrywa   jej   sakiewkę   od   paska.   Monety   zabrzęczały   dźwięcznie,   gdy 

potrząsnął mieszkiem tuż przed jej oczami.

- Nikomu - zaskomliła, kiedy potężny kułak znów przysunął się do jej twarzy. - Nikomu, 

panie! - poprawiła się spiesznie.

- Pomiłujcież, panie! - usłyszała inny głos. Przez splatane włosy dostrzegła karczmarza, 

który chyłkiem odemknąwszy drzwi, stał na progu alkierza.

- Prawdę dziewka gada. Był tutaj w lesie skarb ogromny, co kiedyś stary Betka zakopał, 

nie wiedzieć, kędy. A dziewka w lesie żyje, samojedna, musiała go przez trafunek spomiędzy 

korzeni wydłubać.

-   Prawda   li   to,   gamratko?   -   Poborca   uszczypnął   ją   boleśnie   w   ramię.   -   Znalazłaś   w 

chaszczach młynarzowe złoto?

Gronostaj rozpaczliwie pokręciła głową.

- Nie powiesz? - Opacznie  odczytał  jej gest. - A to się jeszcze, ścierwo,  obaczy,  kiedy 

zaczniem cię kleszczykami szarpać. Masz tu pewnie, gospodarzu - odwrócił się nieznacznie 

ku oberżyście - loszek jakiś do świń szlachtowania? Bo tutaj się podłoga zapaskudzi...

background image

- Ajuści, jest piwnica... - gorliwie zaczął karczmarz, ale wnet dotarł do niego prawdziwy 

sens indagacji. - Ale jakże tak, panie! Toż nie godzi się człeka niby bydlęcia... Nawet pan 
starosta...

- Tyle że, powiadają, nie masz już pana starosty. A wiecie, czemu, mój dobry człowieku? - 

Zawiesił głos, aż karczmarz cofnął się i przywarł grzbietem do futryny. - Bo za miękki był! Za 

miękki był dla was, hałastry przeklętej. Na łeb żeście mu wleźli, a potem jeszcze ten łeb 
zdradziecko urżnęli!

- Grasanci... - ośmielił się wtrącić oberżysta.
-   Jacy   grasanci?   Wszyscy   tylko   o   grasantach   prawią.   Grasanci   dworzyszcze   spalili, 

grasanci pana ubili, grasanci jelenie książęce po lasach wyłapali. Psiakrew, gorsi ci grasanci 
od gradobicia, nawet gruszki po sadach z owoców obrali. Tylko wiecie, co? - Uśmiechnął się 

zimno. - Dwie niedziele po okolicy jeżdżę, a jeszczem ni jednego grasanta nie oglądał. Ani 
chybi, musieli się skądeś wywiedzieć, że ich zdybać chcę, bo pokryli się jak zające w bruździe 

i żaden nie śmie nosa wychylić!

- Toć jeszcze łońskiego roku precz przepadli - zdziwił się szczerze gospodarz. - Wiedźma 

ich, panie, precz wywiodła, zaklęciem omotała...

- Tak, tak. Słyszałem. Wiedźma okrutna tu w lesie mieszka, a moc w niej większa buzuje 

niźli w tej Pustułce, co przed wiekiem Góry Żmijowe ogniem prześladowała i wciąż jeszcze po 
niej   zgliszcza   świeżym   lasem   nie   porosły.   Ale   wiecie   co,   mości   karczmarzu?   -   Obcy 

wyszczerzył zęby. - Wiedźmy takoż nikt nie oglądał! Chodzę, pytam, nagrodę sutą obiecuję. I 
nic! Jakby się wespół z grasantami pod ziemię zapadła!

Gronostaj skuliła się, pojmując to, co wcześniej przeoczyła pospołu z resztą bywalców 

oberży.

To nie był poborca podatkowy.
To był ktoś znacznie, znacznie gorszy.

Podobna myśl musiała rodzić się z wolna również w małym, chytrym umyśle karczmarza, 

bo zsunął na tył czapkę i podrapał się w czoło, a potem zapytał podejrzliwie:

- A czemu wy, panie, wiedźmy szukacie?
- A to nie jest twoja rzecz, kmiocie - skrzywił się tamten. - Ale ci rzeknę, chamie, żebyś 

swoje miejsce lepiej wyrozumiał.

Karczmarz oblizał wargi.

- Sprzedał was jaśnie pan książę! Sprzedał co do joty, do ostatniego zakutego góralskiego 

łba! Sprzedał was z kapustą waszą kiszoną i wolim łojem, co nim nawet dziewki cuchną w tej 

okolicy plugawej, i z tymi baranami, co się po wygonach trykają.

background image

- Ale my są wolna okolica! - sprzeciwił się oberżysta, który wprawdzie dopiero zeszłego 

roku przywędrował z wielkiego świata do Wilżyńskiej Doliny, ale tym bardziej ją sobie cenił, 
że była od owego wielkiego świata o mnogość wiorst i dali odległa. - Z dziada pradziada 

wolna! I nic do nas księciu jaśnie panu, jako i my się w jego dzieła nie wtrącamy. A władyka 
nasz...

- Władyka wasz ziemię gryzie. - Przybysz przerwał szorstko. - Tedy się o swoje upominać 

nie   będzie.   A   książę   jaśnie   pan   wojska   potrzebuje,   kmiocie,   bo   takowa   nam   wojna   w 

Krainach Wewnętrznego Morza była z Pomortem, żeście ją i na waszym zapiecku musieli 
posłyszeć. A nie przycichło to wszystko, nie wypaliło się do cna. Jest jeszcze rebelia, co ją na 

północy   prorok   szalony   rozpętał,   i   jest   żalnicka   kniahini,   brzemienna   pono,   albo   już   z 
plugastwem małym na ręku, którą chłopstwo w uścieskiej cytadeli w oblężeniu trzyma.

- Jakże tak, panie? - Oberżysta wytarł nerwowo spotniałe dłonie w kraj poplamionego 

fartucha, nieprzesadnie wzruszony wieścią o żalnickich niepokojach. - Skoro nikt trupa nie 

widział, to pewnie się jeszcze we świecie nasz pan władyka obraca! Nie może przecie książę 
pan ot tak sobie nowego dzierżawcy naznaczyć na jego miejsce...

- Oj, głupiś, kmiocie! Jakiego dzierżawcę? Przecież mówiłem, po wiek wieków was książę 

pan sprzedał, cały wielki szmat ziemi aż po Pal, Maczugę i Mnicha, i za szczere złocisze, co 

ich mu wiergowscy rajcowie nie żałowali.

- Jak to, sprzedał?

- Ano zwyczajnie! Pergaminus skreślił, opieczętował, piaskiem posypał i wio! Jużeście w 

wiergowskim władztwie.

-   To   się   wiedźmie   nie   spodoba   -   oznajmił   z   naglą   pewnością   w   głosie   gospodarz.   - 

Zobaczycie.

- A chętnie zobaczę. Bo to widzicie, mój dobry człowieku, ja jestem jaśnie wiergowskich 

rajców   burgrabia.   Pospółek   nowe   włości   objeżdżamy,   by   prawo   na   nich   a   porządek 

zaprowadzić, więc rad się z tą straszliwą wiedźmą personą poznakomię. Gadali ludzie, że się 
niecnota pod dziewczyńską postacią nockami do wiosek zakrada, tedy mnie może właśnie los 

łaskawy z nią zetknął. - Potrząsnął Gronostaj tak mocno, że aż jej zęby zagrzechotały.

- E, gdzieżby tam! - Karczmarz nie strzymał uśmiechu. - Przecie to Gronostaj, ladacznica 

nasza włoskowa. Zwyczajna baba, znaczy się, jeno od inszych głupsza i, z przeproszeniem 
waszej wielmożności, pechowa jakaś.

- Ano właśnie. - Burgrabia przyciągnął ją bliżej do siebie. - My sobie gwarzym, pannę z 

rozmowy wyłączywszy. A to nieuprzejmie i zwyczajnie paskudna rzecz podobnie damy nie 

uszanować. Zwłaszcza takiej, co nocką do gospody przybiega z mieszkiem pełnym dobytku. 

background image

To ja się teraz miłej panny grzecznie zapytuję, skąd u niej podobny majątek? Bo przecie ze 

słomy go nie wyprzędła.

Gronostaj wydało się, że widzi, jak karczmarz czyni ku niej porozumiewawczy znak, ale 

złośliwe wargi odrętwiały ze szczętem i nie mogła z siebie wydusić ani słowa.

- Dziwnie nasza piękna panna nierozmowna - zakpił burgrabia. - Ale nic to, znajdzie się 

sposób, by jaśnie pannie gębusię rozewrzeć. Widziałem kiedyś, jak babie w dziób ołów lać 
mieli - dodał z namysłem. - Heretyczka była plugawa, na mękach się jeno oprawcom w twarz 

śmiała,   imię   przeklęte   Annyonne   im   powtarzając.   A   jak   kociołek   jej   pokazali,   to   nie 
uwierzycie, jak spokorniała baba, jakim cieniuśkim głosem grzechy swoje wyznawać jęła, 

kiedy roztopiony ołów przy gardzieli poczuła. Jeno że zbyt późno!

- Wykopałam! - wykrzyczała nagle Gronostaj, która bardzo dobrze pojęła, że nie ma co 

opowiadać burgrabiemu o szczuraku cudem wyratowanym i jego zapłacie za miłosierdzie. - 
Pod olszyną wykopałam. Puśćcie mnie jeno wolno, a miejsce wam pokażę i dół, przez dzikie 

psy wygrzebany. Garnek chciałam mieć, żeby rosół na gawronach uwarzyć, tom się ucieszyła. 
Ale   w   garncu   glinianym   złoto   było,   a   garniec   woskiem   zapieczętowany,   co   w   nim   znak 

starego Betki odciśnięto.

Wydało się jej, że w twarzy karczmarza widzi dziwną ulgę.

- W olszynie - powtórzył z namysłem burgrabia. - A suknia też na olszynie wisiała? Z 

trzewiczkami do kompletu? Tak było?

Gronostaj zaszlochała tylko donośnie.
- Może i było - miękko zgodził się burgrabia. - To się rankiem okaże. Ale mnie się co 

inszego   zdaje.   Coś   mi   się   widzi,   że   się   panna   wczoraj   do   wozów   naszych   zakradła   i 
pobuszowała   ździebko.   Ot,   gadał   mi   pan   Kotewka,   że   tutaj   nieopodal   zeszłej   nocy 

szczeżupińscy   kupce   obozowali  i   ktoś   ich   znienacka   nocką   napadł,   i   dobytek   na   postoju 
rozgrabił. To zdaje się mnie, że nas w tym rabunku zdoła piękna panna objaśnić? - Nawinął 

na przegub włosy Gronostaj, aż zapiszczała. - A może znajdą się i ci zbójcę, co o nich tyle 
rozprawiano? Może zechce nam do nich piękna panna drogę pokazać?

- Pokażę! - potwierdziła gorliwie, bo podczas całej rozmowy zdążyła się już otrząsnąć z 

trunku i wylęknąć do reszty. - Wszystko wam pokażę, panie! Co zechcecie!

- A to może później... - zawiesił głos wiergowski sługa. - Na razie mnie zbójcę potrzebne, 

potem   przyjdzie   czas   poswawolić.   To   jak   będzie,   dziewko?   Pójdziem   za   gospodę,   do 

pachołków, co przy wozach stoją, a ty po drodze objaśnisz pięknie, gdzie zbójcę pochowani?

- Tak, panie - odparła słabym głosem.

Zakręciło się jej w głowie, kiedy mężczyzna wypchnął ją na podwórzec. Za lasem wstawał 

background image

świt, powietrze było suche i zimne jak ostrze noża, który burgrabia przyłożył jej do gardła. 

Nie śmiała więc skręcić szyją i rozejrzeć się po dziedzińcu, ale słyszała, jak na kilka krótkich 
wyrazów, wyszczekanych przez jej ciemiężyciela, z wozów poderwał się z tuzin zbrojnych. 

Stała pokornie, ze zwieszoną głową, póki od strony stajenki nie rozległ się jakiś rejwach. Jej 
prześladowca obejrzał się na moment, by zobaczyć Ortyla, który, jak pijany zając, właśnie 

wpadł   łbem   w   koryto   do   pojenia   bydła,   ustawione   podstępnie   na   ścieżce   do   wychodka. 
Czując, że uścisk na ramionach zelżał odrobinę, Gronostaj szarpnęła się ile sił i zostawiwszy 

burgrabiemu   w  garści   kawał   czerwonego   sukna,   czmychnęła   najpierw   pomiędzy   wozy,   a 
potem jeszcze dalej, w przyjazne wykroty karczmarzego sadu. Gnała co tchu, nie oglądając 

się   nawet   ku   gospodzie,   od   której   dolatywało   ją   wściekłe   ujadanie   brytanów   i   krzyki 
rozjuszonych wiergowskich rajców.

Kiedy wreszcie wpadła do ziemianki, brudna jak nieboskie stworzenie, w sukni podartej i 

powalanej   ziemią,   zapuchnięta   od   płaczu   i   obita   na   gębie,   a   na   dodatek   ze   szczętem 

otrzeźwiała, szczurak powitał ją cierpkim:

- A nie mówiłem?

Z kwaśną miną siedział na posłaniu, wciąż uwięziony przez krąg cudownej wody, żując w 

zębach drobną brzozową gałązkę.

- Teraz mnie wypuścisz? - zapytał po chwili. - Mówiłem, że z tych życzeń nic dobrego nie 

będzie.

Gronostaj pogroziła mu od progu kijem, przezornie nie podchodząc bliżej, aby kręgu nie 

przerwać i aby nie mógł jej znienacka zębami capnąć.

-   Pierwej   ci   kark   przetrącę,   paskudo!   -   warknęła,   ocierając   twarz   z   brudu   strzępami 

rękawa. - Co ci się sprawiedliwie należy, żeś mię na zatracenie posłał, pomiędzy wiergowskie 

siepacze.

- A czemuż się tutaj wiergowscy rajcy kręcą? - zainteresował się szczurak.

-   Gadają,   że   im   książę   jaśnie   pan   Wilżyńską   Dolinę   sprzedał!   -   odparła   dobitnie 

Gronostaj. - Pono grosz mu potrzebny, więc cały szmat ziemi im puścił,  hen, aż po Pal, 

Maczugę i Mnicha. Ale jakeś dla pustej psoty tych zbirów na nas sprowadził, to będziesz miał 
z wiedźmą sprawę, a ona sroższa od mieszczańskich pachołów.

- Sprzedał? - Zwierzołak z uciechy bił się po kolanach. - Wilżyńską Dolinę też sprzedał? 

Oj, nie może być! Patrzajcie, jakie chytre książątko! Wie, że ze Spichrzy już więcej złota nie 

wyciśnie, jeśli nie chce z pierwszym śniegiem nowego buntu gromić, tedy cichcem począł 
ziemię wiergowskim kutwom wyprzedawać. Kęsek po kęsku. Tu dolinka mała, tam łąki połać 

spora,   tutaj   wygon   leszczyną   porośnięty.   A   wiergowscy   pankowie   jeżdżą,   sioła   oglądają, 

background image

nioski liczą, targują się, o krzywdzie swojej jęczą, że ich niby spichrzański książę w żebraków 

obraca, ale przecież na koniec do kiesy sięgają. I coraz ich w Górach Żmijowych więcej. A 
wiesz, moja piękna, co to znaczy? Że idzie nowe! Nowe idzie, mościa panno, kolibie się już ku 

nam   po   pagórkach   na   tych   wiergowskich   wozach   drabiniastych,   pichci,   kotłuje   w   ich 
garbarniach smrodliwych, w fabryczkach parska, warczy i pohukuje.

- Jak na gryzonia to niezłe masz o książęcej polityce wyrozumienie - zauważyła kąśliwie 

Gronostaj. - Może być, że i do was to nowe trafiło, dokolibało się jakoś i w Góry Sowie.

Szczurak sposępniał.
- A jak ci się, dziewczyno, zdaje - spytał ponuro - skąd ja się taki poturbowany tutaj 

przywlokłem? Z samego początku jaśnie wielmożne bydlę Góry Sowie sprzedało, za bezcen, a 
jeszcze się własną chytrością szczyciło, że kupce durnowate, że złotem za skały gołe płacą, co 

w nich plugastwo siedzi. A kupce ani okiem mrugnęli. Złoto wypłacili, pergaminy podpisali i 
precz się z miasta wynieśli, nawet na uczcie nie popasawszy, co ją po ubiciu interesu książę 

wyprawił,   więc   ich   okrutnie   na   spichrzańskim   dworze   wyśmiewano   za   chamstwo   i 
niepolityczność.

Gronostaj   przysłuchiwała   się   temu   wywodowi   z   rosnącym   zdumieniem   i   nieledwie 

rozdziawioną gębą.

-  A  co potem  na  jaw wyszło?   - Szczurak   skrzywił   się boleśnie.  - Że  mały  wiergowski 

narodek miał już plan naszykowany i srodze jaśnie pana okpił. Musieli się wcześniej jakimś 

cudem zwiedzieć o srebrze w starych sztolniach pochowanym. Tyle że się do niego dobrać nie 
potrafili,   bo   przecież   naszym   kopalniom   nawet   Servenedyjki   rady   nie   dały   -   wyszczerzył 

drobne, ostre jak igiełki zęby. - Ale chytrym kupczykom ani w głowie stało zbrojnych w Góry 
Sowie wysyłać, bo to i koszt, i kłopot znaczny, jak się który z zaciężników pobuntuje i zechce 

sobie przytulną włość z ich dobytku wykroić. Co się już zdarzało...

- U nas? - zdumiała się Gronostaj. - Niepodobna!

- Podobna, podobna. - Szczurak wzruszył ramionami. - A jak ci się zdaje, dziewczyno, 

skąd się u was grasanci wzięli? Książę pan na zimę zaciąg rozpuścił, bo mu grosza nie stało, a 

rozumiał dobrze, że się wojsko z rabunku wyżywi. Jęło tedy wojsko rabować ile wlezie i wnet 
się znalazł między dowódcami człek mądry, co wyrozumiał, że lepsza wojenka z chłopami po 

przysiółkach niźli z całą pomorcką potęgą. Ot, dużo się teraz takich po górach kręci, szlachty, 
co przed żalnicką rebelią zbiegła, najemników, wojska wszelakiego, zbójców nawet, którym 

się własna dolinka zamarzyła, czy zameczek mały. Książę pan zrazu oczy przymykał, ale kiedy 
łby   zanadto   wysoko   zaczęli   zdzierać,   to   im   te   łby   kolejno   ucinać   próbuje.   Wciąż   nowe 

Servenedyjki   z   południa   ściąga,   że   zaś   one   za   szczere   srebro   służą,   więc   w   wielkiej 

background image

spichrzański   pan   potrzebie,   i   na   mamonę   chciwy.   I   dla   tej   przyczyny   poszczuł   na   nas 

wiergowskich mieszczanków.

- Ale jakim sposobem...? - zaczęła niepewnie dziewczyna, znająca, jak wszyscy w Górach 

Żmijowych,   złowrogą   reputację   Gór   Sowich,   które   spichrzańscy   książęta   z   tuzin   razy 
próbowali dobywać.

-   Prosto.   -   Szczurak   skrzywił   się   niechętnie.   -   Mieli   tam   takiego   mądralę,   aptekarza, 

felczera   albo   inne   ścierwo,   który   im   trutkę   uwarzył,   a   mocną.   I   drugiego   mądralę, 

różdżkarza, co się jakimś sposobem wywiedział, z którego źródła strumyk w pieczary płynie. 
I nie trza było zbrojnych, zaciężników żadnych, tylko dwóch chytrusków, co się do źródła 

zakradli i trutkę rzucili.

- I tak was wszystkich wytruli? - Gronostaj z przejęcia przyłożyła dłonie do policzków. - 

Olaboga!

- No, tak im się wydawało. - Wydął wargi. - Ale wiergowscy mieszczankowie to są ludzie 

przezorne i ostrożne, więc jak już magik jeden z drugim dał znak, że można w pieczary 
schodzić, bo się tam ni żywa noga nie ostała, to jęli w dół smołę lać roztopioną i alchemików 

ogień.

- Rety! - Ladacznica tak była pochłonięta opowieścią, że ze szczętem zapomniała własnego 

nieszczęścia. - Nie może być!

- Może. - Szczurak rzucił jej posępne spojrzenie żółtych ślepi. - My są ludek twardy, i choć 

nam te jady i alchemiczne ognie nadojadły trochę, to przecież niewystarczająco, żeby nas ze 
sztolni szuflą wygarnęli. Ale tyłem zbrojni szli i nie zaciężni żadni, nie najemnicza hałastra, 

jeno ichnia milicja. Mieszczankowie - wyjaśnił ogłupiałej dziewusze - zbrojnych nie najmują, 
bo każdy wiergowski obywatel albo w potrzebie sam staje, albo kogoś z rodziny swej, czy 

czeladnika uzbraja i wyposaża należycie. Piechotą walczą, lub z wozów wysoko drewnem 
obudowanych,   za   przykład   wziąwszy   owych   rebeliantów,   co   im   zbójca   z   Lipnickiego 

Półwyspu hetmanił. A zaciekłe są ścierwa, jako rzadko, i po chłopsku mściwe...

- Więc was ze szczętem pobili - dokończyła Gronostaj.

- O nie, dziewko! Są popod Górami Sowimi sztolnie głębokie, że ich nigdy ludzkie oko nie 

widziało, i źródła pod ziemią ukryte, których nie da się trupim jadem zakazić. Ale prawda, 

ucapili nas za gardło jako nikt pierwej. I dlatego mnie tutaj posłano pomocy szukać.

- Co jest dziwna rzecz - odezwała się z namysłem ladacznica. - Skoro macie dość mocy, 

aby  złoto  z  powietrza   wyprząść,   a  na życzenie  cuda  -  dziwy  uczynić,  czemuście   ich tedy 
czarownym sposobem precz nie wygnali?

- Bo się życzenia dziwnym prawem karmią. Bo nie wedle zachcianki własnej czary moje 

background image

plotę,   ale   jak   mnie   ktoś   chytrą   sztuczką   omota,   życia   wcześniej   zbawiwszy.   Ale   i   wtedy 

życzenie rzecz śliska, niepewna a groźna. I rzadko komu ono pożytku przyczynia. Tobie nie 
przyczyniło, dziewczyno. Czy teraz mnie wypuścisz?

- Tylko po to całe gadanie było? - zeźliła się Gronostaj. - Żeby mnie zbałamucić niby 

wiejską kwoczkę? Niedoczekanie! Mam życzenie!

- Zawsze macie. - Szczurak był wyraźnie znużony. - Dużo złota, gładkie liczko, krasną 

suknię, blablabla. A potem lezie jedna z drugą w gospodę, ludziom przed oczy złotem błyska, 

kuprem   w   jedwab   przybranym   kręci,   kryguje   się   niby   kokosz,   aż   jej   ktoś   wreszcie   kark 
przetrąci. Zawsze to samo. Do znudzenia. To co ma być tym razem? Baryłka złota? Powóz 

safianem kryty? Buciki z kryształu górskiego?

- Niby po co komu podobne trzewiki? - zdziwiła się szczerze Gronostaj.

- A bo to się idzie w ludzkiej durnocie wyrozumieć? Będzie ze cztery tuziny lat, jak się 

pomywaczce do Spichrzy na bal wybrać uroiło i z samym księciem zatańczyć. Kazała sobie 

karocę z dyni nagotować, suknię szczerozłotą i buciki z kryształu. I pojechała!

- I co? Zatańczył z nią książę, pokochał od pierwszego wejrzenia, a potem żyli sobie w 

szczęściu wielkim.

Szczurak popatrzył na nią, jakby z rozumu zeszła.

-   Wyśmiał   ją   tylko,   jak   w   progu   stanęła   w   tej   sukni   szczerozłotej   i   pantofelkach   z 

kryształu, przez które stopy przezierały, w odciskach i po chłopsku czerwone. Ubawił się 

książę   pan   serdecznie,   księżna   się   ze   śmiechu   pokładała,   bo   pomywaczka   durna   nie 
sprawdziła, że książę już dobrych lat parę z połowicą mieszkał, rechotali dworzanie i goście 

pospraszani   z   okolicznych   dworów,   nawet   grajkowie   nie   mogli   z   wesołości   smyczków   w 
dłoniach utrzymać. A karzeł, co im błaznował, aż się od radości w portki zeszczał, jak toto 

cudowisko zobaczył.

- A dziewka? - spytała Gronostaj, a gardło jej się ścisnęło od żałości.

- Dziewka się potem z rozpaczy na pasku szczerozłotym powiesiła, ot co!
Gronostaj zacisnęła pięści ze złości.

- Nie dam się zastraszyć! Życzenie mam! I albo mi je zaraz spełnisz, albo będziesz w tym 

kręgu siedzieć, póki z głodu nie zdechniesz!

- Głupiaś, dziewczyno.
W jego głosie nie było złości ani drwiny i ladacznica pomyślała przelotnie, że może jest w 

jego przestrogach coś więcej niż tylko przekora złapanego w pułapkę zwierzołaka. Jednak 
otrząsnęła się szybko.

- Dom chcę mieć! Chałupę porządną na zimę, komorę zasobną, krowy dwie, gruntu kawał, 

background image

sad jabłoniowy  i spichlerz  pełen zboża. I żeby mi się nikt w gospodarstwo  nie wtrącał  - 

zastrzegła się szybko, wyobraziwszy sobie wiergowskich kupców, którzy pędzą ją kijami z jej 
własnej zagrody.

- Wedle życzenia tedy. - Szczurak zgarbił się i jakby zmalał na posłaniu. - O świcie ścieżkę 

znajdziesz koło kapliczki, w kępie leszczyny. Ona cię doprowadzi do twojego domostwa.

- Kiedy już dnieje!
- Tedy się śpiesz, dziewczyno. Śpiesz się.

Gronostaj przemknęła między bukowymi pniami, które zaczynały już z wolna pokazywać 

się w porannej mgle. Słońce wstawało szybko, jak to w Wilżyńskiej Dolinie. Biegła więc co 

tchu, nie myśląc nawet, czy w skwapliwości szczuraka i tym razem nie kryje się podstęp.

Mgły podniosły się prawie, kiedy odnalazła wąską ścieżynę, ukrytą pod nawisem wyschłej, 

oszronionej trawy i ledwie widoczną w oparze. Skoczyła ponad mlecznym kłębem, podkówki 
jej   nowych   bucików   zastukały   raźno   na   zmarzniętej   ziemi   i   już   biegła   między   gęstymi 

zaroślami, nie śmiejąc obejrzeć się, by nie widzieć, jak drożyna rozwiewa się i niknie za jej 
plecami.  Nadchodziła  pora rannego udoju, bo bydło zaczynało  ryczeć gdzieś za gęstwiną 

krzewów i wydawało się jej, że słyszy dzwonek u studziennego żurawia. Ale dopiero kiedy 
zarośla zaczęły się przerzedzać po obu stronach dróżki, zawahała się, niepewna, co czeka na 

nią w wilżyńskiej wiosce, niepewna właściwie niczego, bo zwierzołaki bywały podstępne i 
wredne, a magia... Babunia Jagódka zadbała, aby każdy w Wilżyńskiej Dolinie wiedział o 

cenie, którą płaci się magię.

Nagle zlękła się, czy dobrze uczyniła, wypowiadając życzenie.

Ostatecznie niejedną zimę przegłodowała jakoś w Wilżyńskiej Dolinie. Wciąż mogła uciec, 

zaszyć   się   w   lesie,   przytaić   i   przeczekać,   aż   Kaniuk   wróci   z   wysokich   pastwisk   i   wybije 

Kordelii z głowy myśl o rozpalaniu stosów. Mogła po prostu wpełznąć do ziemianki, głęboko 
w barłogu okręcić się szmatami, nakryć derką i usnąć, przeczekując głód i ból w kościach 

obitych przez bur - grabiego. Mogła też do cna wyzyskać moc cudownej wody i nie uwolnić 
szczuraka, póki nie dokończy opowieści.

Właściwie   była   jej   ciekawa,   tej   dziwnej   baśni   o   wiergowskich   kupcach   i   szczurakach, 

strutych w swym tajemnym mateczniku, w sercu Gór Sowich.

Wtedy ktoś krzyknął gdzieś obok i mgła rozwiała się bez śladu.
Stała w sadzie, po kolana w nieskoszonej trawie, wśród jabłoni.

Rozejrzała   się   czujnie,   ale   nie   rozpoznawała   tego   miejsca,   podobnie   jak   nie   widziała 

wcześniej   chaty   na   skraju   sadu,   obszernej,   zasobnej   chaty   o   okiennicach   pomalowanych 

niebieską   farbką,   stojącej   na   podwórcu   wysypanym   jasnym   piaskiem.   Nie   znała   też 

background image

umorusanego dzieciaka, który biegł ku niej z długą rózeczką w ręku, pędząc stadko pstrych 

gęsi. Zanim jeszcze zdążyła się zdziwić, czy przerazić, ogarnął ją kłąb rozgęganego pierza, 
syku i szczypiących dziobów.

-   Zajadłe   szczypulce!   -   Chłopak   roześmiał   się   nie   bez   dumy,   kiedy   drób   został   już 

poskromiony i przegnany pod płot.

Gronostaj mimowolnie roztarła udo, sponiewierane przez dziób wyjątkowo bezczelnego 

ptaszyska. Pod palcami poczuła grubą, szorstką materię, która w niczym nie przypominała 

czerwonej jedwabnej sukni, daru od szczuraka. Jej wzrok napotkał solidne skórzane trzewiki 
o czubkach pociemniałych od wilgoci, sutą, szeroką spódnicę z ciężkiego brązowego płótna, 

przepasaną   żółtym   fartuchem,   a   także   sito   -   trzymała   je   na   podołku   -   pełne   sflaczałej 
posiekanej zieleniny.

Bez   zastanowienia   sypnęła   ją   ptactwu,   ruchem   zapamiętanym   z   czasów,   kiedy   była 

bosonogą gęsiarką i pasała cudze stada na błoniach za plebanią.

- A toż nieszczęście na nas spadło nowe, pani Gronostaj! - wykrzyknął gęsiarczyk. - Takie 

nieszczęście!

Ladacznica, pierwszy raz w życiu nazwana „panią Gronostaj”, oniemiała z wrażenia.
- Krosta precz uciekł! - Chłopiec najwyraźniej źle zrozumiał jej milczenie. - Nad ranem ze 

stajni się wymknął, jeszcze płaszcz ukradł, co był na kołku powieszony. I teraz u Kordelii w 
komorze siedzi a bezeceństwa o was straszliwe opowiada. Że was niby zeszłej nocy widział, 

jakeście strzygą przez komin wylecieli. W krzakach, powiada, siedział, ale jak was zoczył, to 
krzyku strzymać nie mógł, a wyście mu do gardła  z pazurami skoczyli,  pierś podrapali i 

ledwie się w stodole przed wami schronił. Widział jeszcze przez szpary, jak wokół dachu 
długo krążyliście, a ślepia się wam od wściekłości, niby węgle czerwone, żarzyły...

Potrząsnęła   głową,   przepatrując   w   myślach   imiona   pachołków,   zbójców,   grasantów, 

chłopów i wędrownych mnichów, których trafiło się jej przypuścić do poufałości, ale nie 

umiała sobie przypomnieć żadnego Krosty.

-  Ja   tom  od  razu   wiedział,   że  Krosta   tchórz  i   zaprzaniec  plugawy.   - Chłopak   splunął 

niewprawnie, nieomal na własne portki. - I nie on jeden, pani gospodyni, bo przede świtem 
wszystkie  pachołki precz pouciekały.  Nawet stara  Klukwa  z kuchni się wymknęła,  bo to, 

gada,  nie będzie czekać,  aż nam chrust pod ściany podłożą. Wszyscy precz poszli, co do 
jednego, pani gospodyni! W całym obejściu jeno się dwoje nas ostało!

Ladacznica   nerwowo   mięła   w   palcach   rąbek   fartucha.   Nie   umiała   pojąć   tego   nowego 

czarostwa, ale najwyraźniej znów coś poszło nie tak. Zupełnie nie tak.

- A wszystko to jest nic innego - gadał podniecony dzieciak - jeno sprawka Kordelii. Bo 

background image

ona z dawien dawna przeciwko wam knuje, chłopów podjudza a jątrzy i takie im rzeczy o was 

gada, że aż wstyd powtarzać. A ninie to sobie w łeb wbiła, że pod postacią strzygi w noc do 
komory zachodzicie, coby jej dzieciakowi na piersi siedzieć a dech z niego dusić. I to jeszcze 

rozpowiada, że wy się z zemsty na bachora zasadzacie.

Gronostaj skrzywiła się boleśnie, czując, jak w skroniach narastają drobne gruzełki bólu. 

Cokolwiek   czary   szczuraka   zdołały   w   Wilżyńskiej   Dolinie   odmienić,   Kordelia   pozostała 
dokładnie   taka,   jak  przedtem   -   wredna,  mściwa   i   zajadła.   I   nadal   zamierzała   ladacznicę 

ukatrupić.

- I to jest prawda - ciągnął z przejęciem chłopiec - że słabuje jej dzieciak, drugą niedzielę 

w gorętwie leży... Ale nie za przyczyną strzygi ani zaklęć żadnych, jeno dlatego, że Kordelia 
jest baba stara i do rodzenia mało zdatna, ale jej tego nikt w gębę nie rzeknie. Z dawien 

dawna   krzywo   na   was   gada   i   pomstuje,   bo   to   niby,   powiada,   chłopa   jej   zbałamucić 
próbowaliście, a jak was precz zostawił, toście go strzygą nawiedzać jęli i męczyć, póki nie 

zmarniał i nie skapcaniał. I to jeszcze gada, że póki do was łazić nie zaczął, potężny był chłop 
i jako dąb krzepki, a wyście go do zguby przywiedli, rozum opętali, sił wszelkich pozbawili i 

urokiem zmogli.

Słuchała spokojnie, ze wszystkich sił starając się pojąć tę dziwną opowieść.

- My wam, pani gospodyni, nie śmieli gadać o tych bezeceństwach. Boć i psy do księżyca 

wyją, a nie ukąszą go przecie. Tyle że wcześniej Kordelię chłop w złości hamował, ale jak jego 

dwie   niedziele   temu   na   porębie   drzewo   przywaliło,   to   się   babie   ze   szczętem   we   łbie 
pomieszało.   Po   chałupach   chodzi   i   jawnie   rozgłasza,   że   to   wszystko   wasza   wina,   żeście 

strzyga, wiedźma i plugastwo nieczyste. - Oblizał spieczone wargi. - To ja was proszę, pani 
gospodyni, nie jedźcie  wy dzisiaj na sumę. Niech pierwej do opamiętania  przyjdą,  niech 

odczadzieją krzynę...

Nic nie odpowiedziała. Tylko gęsi rozgęgały się donośniej.

- Tak chłopów pobuntowała, że przed świątynią na was czekają z kłonicami, drągami a 

żelazem - dokończył niemal szeptem gęsiarek. - Gada, że strzydze trza prawo uczynić, nim 

nas tu wszystkich powydusza. To ja wam mówię, pani gospodyni - dodał jeszcze ciszej - 
zostańcie w domu, bo taka w nich zajadłość, że rozszarpią was na sztuki, nim jeszcze słowo 

powiecie...

- A konie zaprzężone? - zapytała znienacka Gronostaj.

Cokolwiek wymyśliła Kordelia, nie zamierzała dać się zastraszyć. Nie tym razem.
Chłopiec aż się wzdrygnął.

- Jak kazaliście, pani gospodyni. - Opuścił głowę. - Ale wyście zawdy dla mnie dobrzy 

background image

byli... To ja was proszę, nie jedźcie...

Ladacznica   zmierzwiła   mu   płowe   włosy   i   szybkim   krokiem   ruszyła   przed   dom, 

pozwoliwszy sobie tylko na kilka tęsknych spojrzeń ku odległym oknom izby, spichrzowi i 

obórce, z której raźno porykiwały krowy, na lśniące polewą garnki, zatknięte na sztachetach 
płotu, na wysokie pędy malw, obeschłych już teraz i poczerniałych od mrozu, na syte czarne 

kocisko, wylegujące się w koszyku na ganku, na dwa krągłe, wyczesane pięknie siwki, które 
przyprzęgnięto do wozu. To wszystko moje, pomyślała z bezbrzeżnym zdumieniem.

Chłopiec wytarł rękawem gębę i podał jej lejce, a potem odwrócił się od niej pośpiesznie, 

żeby nie zobaczyła, że płacze.

Kiedy jechała w dół po zboczu pagórka, Wilżyńska Dolina wyglądała tak samo jak zawsze, 

i nie było w niej nic magicznego. Psy jazgotały rozgłośnie, sroki skrzeczały w koronach lip, 

którymi obsadzono skraj drogi, czasem gdzieś w oddali zarżał koń. Tylko ludzi nie widać było 
na polach, jak to w niedzielę.

Na   wielkim   placu   zobaczyła   ich   wszystkich.   Nie   przed   kościołem,   najwyraźniej 

postanowili nie mieszać w tę sprawę ani świątobliwego Kaniuka, ani samego Cion Cerena. 

Stali pod karczmą. Stłoczona, czujna ciżba chłopów i białek uzbrojonych w kosy, kije, grabie i 
koszyki nawet,  choć nie umiała  zgadnąć,  w czym te akurat miałyby  okazać się pomocne 

przeciwko strzydze.

Byli   tu   chyba   wszyscy,   nie   licząc   plebana,   Babuni   Jagódki   i   garści   najdrobniejszych 

dzieciaków.

Z wrażenia ściągnęła lejce. Wózek zaterkotał na wybojach i zatrzymał się. Akuratnie na 

czas, aby Gronostaj poznała tajemnicę koszy i kobiałek w garściach wilżyńskich gospodyń.

Pierwsza   gomółka   łajna  rozprysła   się na   twarzy   ladacznicy  i  w  tej  samej  chwili  ciżba 

ruszyła na nią z wrzaskiem, miotając kozie bobki, zeschłe krowie placki, garście końskiej 
mierzwy, zbuki, przegniłe ulęgałki i wiązki cuchnącej naci. Ktoś wrzeszczał coś o strzydze, 

ktoś inny wył niczym wietrzyca, ktoś skowytał potępieńczym głosem. Na wpół oślepiona, nie 
dostrzegła, jak trzech wieśniaków, jeden z rohatyną, drugi z kiścieniem z końskiej szczęki, a 

trzeci z prostą pałką nabijaną żelaznymi gwoździami, zaszło ją z boku, prawie sięgając koni. 
Targnęła się gwałtownie, wypuszczając lejce, i niemal spadła z kozła, gdy rohatyna o włos 

minęła jej ramię.

Oszalałe   ze   strachu   siwki   tylko   czekały   na   podobną   okazję.   Poniosły   jak   wicher,   a 

wieśniacy pierzchali z krzykiem spod rozhulanego zaprzęgu. Wczepiona w kozioł Gronostaj 
nawet się nie obejrzała na swych dręczycieli. Z łoskotem minęła gospodę, lecz nie zauważyła 

jej przez gęstą warstwę krowiego łajna na twarzy. Następnie stratowała kilka porzuconych 

background image

koszy, grabie i motykę, śmiertelnie przeraziła wieprzka, dostojnie przechadzającego się koło 

plebana,   wywróciła   dwa   płotki,   rozjechała   dwie   kwoki,   nazbyt   zapasione,   by   umknąć. 
Wrzeszcząc pod niebiosa i przeklinając wszystkich bogów pospołu, minęła ostatnie chałupy, 

lecz siwki bynajmniej nie zamierzały się zatrzymać, tylko na złamanie karku pognały drogą 
ku leśnym pastwiskom.

Gronostaj jednak nie dotarła do nich tamtego poranka, bo spadła z kozła w wykrot tuż 

obok zwalonej sosny, walnęła się głową o korzeń i omdlała.

Ocknęła   się   popod   zmierzch,   otrzepała   kapotę   z   łajna   i   powlokła   ścieżką   do   własnej 

ziemianki.

Tym razem szczurołak milczał. Po prostu patrzył na nią bezczelnie czarnymi ślepiami.
- Zadowolony? - wydarła się od progu. - Dobrześ się zabawił, ścierwojadzie?

- Przecież ostrzegałem. Nie moja wina, żeś łapczywa i durna. Wypuścisz mnie teraz? Dwa 

razy się wykpiłaś, głowę szczęśliwie uniosłaś i starczy może tych zabaw, zanim kark ci ktoś 

skręci...

- Akurat! Widzicie go, obesrańca, jak to troskę udaje! Niedoczekanie twoje! Mam jeszcze 

jedno życzenie...

- Nie masz - rozległ się za nią zgrzytliwy głos Babuni Jagódki.

Gronostaj i szczurołak podskoczyli zgodnie.
- Takem się zastanawiała, kto w Dolinie zbytkuje - rzekła cierpko wiedźma. - Na chwilę 

was, psiakrew, z oczu spuścić nie można, bo zaraz psoty, harce. Kordelia stosik szykuje, 
spichrzański książę kupców nam stręczy, a szczurak mi się spełnianiem życzeń zabawia. No, 

wyłaź stamtąd!

Szczurzy wzdrygnął się lekko, ale posłusznie przestąpił krąg cudownej wody.

Gronostaj ze zdumienia wytrzeszczyła oczy.
- No, niespiesznie ci było posłanie przekazać - zauważyła kąśliwie wiedźma.

- Wyście mi takoż na spotkanie nie szli - odpysknął szczurak.
- Bom zajęta była!

- Na miotle lataniem? - Błysnął wściekle oczami. - Posyłali po was starsi, posyłali nieraz, i 

z niczym wracali pośli, choć wiedzieliście dobrze, że nas kupiecka swołocz za gardło trzyma. 

To ani chybi poważna musiała być rzecz i namysłu godna, skoroście ni o krok ruszyć nie 
raczyli.

- Com robiła, moja rzecz - flegmatycznie odparła wiedźma. - Dość, żem w drodze nie 

popasała na darmo, by dziewkom pod spódnicę zaglądać.

Gronostaj wydało się, że po tych słowach szczurak stropił się nieco i pokraśniał na gębie.

background image

- Toż chory był! - rzuciła obronnym tonem. - Ledwo dychał, jakem go z bruzdy podniesła.

Szczurak jednak nie przyłączył się do jej protestów.
- No no! - Babunia zacmokała w jakiś wyjątkowo wredny sposób. - Patrzajcie, ludziska.

- Cudowną wodą go spętałam - brnęła dalej ladacznica. - Dla życzeń.
Zwierzołak   uczynił   dłonią   gest,   jakby   ją   próbował   uciszyć,   ale   wiedźma   parsknęła 

śmiechem, aż jej z oczu łzy pociekły. Szczurzy za to z posępną miną wpatrzył się w klepisko.

- Uratowałam mu życie, więc mam jeszcze jedno życzenie! - Gronostaj wodziła wzrokiem 

od jednego do drugiego. - Z prawa mi przynależne! Moje trzecie życzenie!

- Prawda to? - spytała wreszcie wiedźma.

- Prawda - burknął. - Od jadu żem otępiał, jak mnie wrony dopadły na skraju doliny.
- Straszliwy jad to być musiał, skoroś w tę wodę uwierzył...

- Widzicie? - przerwała jej triumfalnie Gronostaj. - Moje życzenie...
-   Moje   życzenie!   -   poprawiła   ją   z   mocą   wiedźma.   -   Moje   życzenie,   coś   mi   je   kiedyś, 

smarkulo,   obiecała   za   życie   Rufiana.   To   ja   je   sobie   teraz   z   nawiązką   odbiorę   od   tego 
szczuraka.

Zwierzołak rzucił Gronostaj przerażone spojrzenie.
- To prawda? Obiecałaś życzenie wiedźmie?

W milczeniu skinęła głową. Łzy leciały jej po policzkach jak groch.
Wszystko było stracone.

- Ty durna! - Szczurak chwycił ją za łokcie i potrząsnął z całej siły. - Nigdy, przenigdy nie 

obiecuj nic wiedźmie! A szczególnie wtedy, gdy nie wiesz, czego zażąda!

- Nie możecie mi tego zrobić - zaprotestowała słabo ladacznica. - Tyle lat przeszło.
-  Mogę i  zrobię.  - Babunia  była   nieugięta.   - Nie  trza  się  czarami  bawić  dla  płochych 

żartów. Oboje żeście pospołu winne, mnie przyjdzie sprzątać, czary odczyniać, ludziom we 
łbach  mieszać. Jakby nam innych nieszczęść za mało było, książę pan, kupce, pomorcka 

wojna, jeszcze się innych pannie zabaw zachciewa! A szczurak na to? A szczurak zdumiał!

Gronostaj rozszlochała się na dobre.

- Och, nie gadajcie już - zeźlił się szczurak, przygarniając dziewczynę obronnym gestem a 

stając pomiędzy nią i Babunią Jagódką. - Bierzecie, co wasze, i idźcie precz, ale tyle wam 

powiem,   że   nieużyta   z   was   baba   i   wredna   wielce.   Siedzicie   tu   na   zadupiu,   nic   was   nie 
obchodzi.   Powadzą   się   gdzieś   panowie,   krainy   połowę   spustoszą?   Furda   to,   póki   wam 

żołdactwo na podwórze nie wlezie! Ściągnie spichrzański książę Servenedyjki, żeby się po 
całej gór połaci rozlazły jak kleszcze? A co wam za krzywda, jeszcze je znajomkowi na służbę 

podeślecie! Zaczną kupczykowie ziemię wykupywać, a przedksiężycowe plemię mordować i 

background image

nękać? Ani się obejrzycie na naszą prośbę o pomoc, przecie nie wasza sprawa! To ja wam 

wreszcie w oczy wygarnę, że sobek jesteście wstrętny i nieużyty. Bo nie po to was ojciec w 
Górach Żmijowych zostawił, żebyście się z pachołami łajdaczyć mogli na sianie i tyłkiem kąty 

wycierać, gorzałkę chlać i figle duchownym czynić...

- Ojca mojego nie tykaj! - niebezpiecznym głosem powiedziała wiedźma.

- Wyrodziliście się ojcu, aż zadziwienie bierze! - Szczurzy splunął jej pod nogi. - I wiecie, 

co wam powiem? Jużem się waszą doliną nacieszył i towarzystwem napasł, kończcie więc 

pogwarki i gadajcie życzenie. To co mam zrobić? Jaki psikus wredny? Jaka będzie kara za to, 
że się spełnianiem życzeń śmiał w dolinie ktoś trudzić? Mam dziewkę w gronostaja odmienić 

czy   oszpecić   ją   znowu,   gębę   nożem   pochlastać?   A   mnie   co   uczynicie?   Zwołacie   kupę 
chłopstwa,   by   mnie   gdzieś   widłami   ukatrupić   mogła,   czy   ogniem   porazicie?   Czy   może 

lepszego coś jeszcze w zanadrzu chowacie? - urwał, dysząc ciężko.

Wczepiona w jego ramię Gronostaj płakała bezdźwięcznie, nie śmiejąc spojrzeć w twarz 

obruganej wiedźmy. Bała się nawet pomyśleć, co się teraz wydarzy.

Babunia milczała. Długo.

-   Zaopiekuj   się   nią   -   rzekła   wreszcie   miękko.   -   I   zabierz   ją   stąd   jak   najdalej.   Bo   w 

Wilżyńskiej Dolinie długo nie wyżyje, za głupia na to. Za głupia nawet, by zgadnąć, czemu w 

jej chacie siedzisz.

Po czym obróciła się na pięcie i poszła sobie.

- A moje życzenie?! - wykrzyknęła przez łzy ladacznica. - Ukradła mi moje życzenie!
- Ale zgadła moje - odparł bezmiernie zdumionym głosem szczurak.

Przez jedną krótką chwilę Gronostaj rozmyślała o grabarzu Rufianie i wszystkich swoich 

siostrach   z   króliczej   szopki,   o   nocnych   hulankach   w   gospodzie,   grasantach   i   wiejskich 

parobkach, którzy obiecywali pokazać jej cały wielki świat i nieodmiennie umykali przed 
pierwszym śniegiem, o chłoście u pręgierza i stosie, na który próbowała ją zawlec Kordelia, 

młynarzowa.

A potem odpowiedziała.

I nikt już nigdy nie widział ich w Wilżyńskiej Dolinie.

background image

EPILOG

Babunia   Jagódka   tkwiła   na   głazie   z   rękoma   wspartymi   na   brzozowej   sztachecie   i 

nieodłączną   flaszeczką   jałowcówki   na   podołku,   bo   w   Wilżyńskiej   Dolinie   śniegi   zaczęły 

topnieć,   ale   rankiem   mróz   trzymał   nadal   krzepko.   Od   południa   doleciał   ją   jasny   głos 
skowronka,   który,   najpewniej   z   głodu,   darł   się   rozgłośnie   ponad   polem,   i   rześki   stukot 

siekier. Dwór stanął zeszłej jesieni tuż obok spopielałych resztek siedziby władyki, a teraz w 
folwarku   pośpiesznie   szykowano   stajnię   dla   stada   turzniańskich   wierzchowców,   sześć 

miesięcy temu zakontraktowanych przez nowego władykę u południowych kupców. Babunia 
Jagódka potrząsnęła głową. Przez zimę wiele się nasłychała o wojennych przewagach Szymka 

i pewnie niektóre były prawdziwe, zważywszy że krzepę zawdzięczał nieocenionym dekoktom 
z dziewięćsiła. Ale najwyraźniej żadne czarodziejskie napary nie wbiły mu do łba ni krzyny 

rozumu. W gospodarskich zajęciach nie wiodło mu się wcale, przy tym groszem tak szastał, 
że wiedźma nie była pewna, czy może cichaczem nie zaczął po kawałku zastawiać folwarczku. 

Co tu dużo kryć, nie najlepiej działo się w wilżyńskim dworze. Jarosławna wyprawiała się na 
długie przejażdżki po łąkach i oczeretach. Wilżyńską wioskę jednak omijała z daleka, a już 

najbardziej chałupę Kordelii młynarzowej i jej nowego męża, zbójcy Waligóry. Szymek zaś pił 
na umór z niewiadomych powodów i wiedźma bała się czasem, że przyszłość wywróżona 

kiedyś dla psoty przez czarodziejską studnię zdoła się jednak dla tych dwojga spełnić.

Nie próbowała zgadywać, jak będzie. Nie chciała również wiedzieć, co uczyni minstrel, 

choć tego ranka  w czystym  i skrzącym  się mrozem górskim  powietrzu  wyraźnie  słyszała 
wygrywaną przez niego melodię. Minstrel obozował samotnie, co nie była w Wilżyńskich 

Górach rzecz  częsta  ni rozważna.  Wojna się niby skończyła,  ale na pogórzu wciąż  hulali 
gransanci,   a   z   dala   od   głównych   traktów   srożyli   się   szczuracy.   Także   kupiecka   milicja 

zapuszczała się zbrojnie w odległe górskie doliny za przyczyną księcia, który chytrze ogłosił, 
że pakta i traktamenty z wiergowskim narodem zawarł pod urokiem, nieważne są tedy ze 

szczętem. Złota jednak nie oddał. Kupcy zeźlili się wielce na podobne okpienie, zwłaszcza że 
ich książę o czary niecne oskarżył i że się ze zwierzołactwem na jego zgubę zmawiali. Nie 

mieli wszakże dość siły do wojenki z całą Spichrza, poprzestawali na małe, pustosząc, paląc i 
grabiąc pograniczne włości.

Babunia   nie   przypuszczała,   aby   bard   miał   choć   pojęcie   o   miejscowych   swarach,   lecz 

żalnicka   wojna   i   jego   naznaczyła,   kiedy   smocze   łodzie   piratów   spadły   znienacka   na 

Skalmierz, obracając w perzynę miasto z białego kamienia i sam pałac doży.

Żar wygasi. Minstrel podniósł się z pieńka, roztarł zranione kolano i pokuśtykał ku olsze, 

background image

u której sobie uwiązał bułanego konika. Wsparł głowę o jego szyję i podumał chwilę nad 

wiedźmią obietnicą i nad zaklętą księżniczką, której nie zdołał znaleźć w zameczku jej męża. 
A   później   spomiędzy   buczyny,   olchy   i   głogu   wybiegła   mu   na   spotkanie   ścieżka,   wąska, 

zarosła trawą i kręta. Tuż przy wyjściu z doliny rozdzielała się w dwie odnogi, prowadzące na 
północ,   ku   wiergowskim   siedzibom,   i   na   zachód,   ku   odległym   szczytom   Pala,   Maczugi   i 

Mnicha.   Lecz   tylko   mały   czyżyk,   który   siedział   na   głazie   u   rozwidlenia   dróżek   zobaczył, 
dokąd pojechał minstrel.

Tuż nad brzegiem Modrej dwa  wędrowne szczury przemykały  się rączo  w komyszach 

oszronionej tarniny. Mniejszy kluczył trochę, wyskakiwał na boki i wiedźmie się wydawało, 

że   widzi   na   jego   pysku   znajomy   odblask   niebieściuchnych   ślepi   ladacznicy   Gronostaj. 
Nieopodal, w osłoniętym sosnami zakolu gościńca dopalały się resztki kupieckiego wozu, 

który tego samego rana turkotał z animuszem po bruzdach i wybojach. Właściciel leżał na 
boku, z kamieniem niczym poduszka podłożonym pod głowę. Na jego rozszarpanym gardle 

widać było wyraźnie ślad zwierzołackich zębów.

Trochę   dalej,   u   wejścia   do   jaskini,   gdzie   gnieździli   się   szczurzy,   cztery   płowe   koty 

przywarowały czujnie w rumowisku głazów, wypatrując zdobyczy.

A w maleńkim górskim zameczku książę odłożył pergamin i zapatrzył się w ogień. W liście 

książę Piorunek zaklinał go boskim imieniem, by wygnał Servenedyjki i przystąpił do ligi 
przeciw zwierzchności Spichrzy. Tymczasem zamek nie przebudził się jeszcze i w komnacie 

na wieży dwoje małych dzieci, płowe i czarnowłose, obracało się we śnie.

Wiedźma   przymknęła   oczy   i   przez   dobrą   chwilę   wygładzała   w   myślach   te   wszystkie 

opowieści, które przylatywały do niej jak pasma pajęczyny, by zaraz zniknąć na dobre. Potem 
schowała flaszeczkę i, przytrzymując za krzyże, ciężko dźwignęła się na nogi. Jak to wiosenną 

porą, podagra jej doskwierała, w plecach łupało niezmiernie, odbierając jej wszelkie lubieżne 
chęci   i   do   psot   zniechęcając.   Była   stara.   Nawet   w   młodzieńczej   postaci.   I   rozumiała 

dokładnie,   że jej  czas  w Wilżyńskiej   Dolinie  przemija  z  wolna  i  że niezadługo   zapragnie 
odejść w ogień - wedle woli boga odmienić się i odmłodnieć, albo wypalić bez reszty.

- Już wkrótce, ojcze - wyszeptała, gładząc szorstką powierzchnię głazu.
Lecz   była   jeszcze   opowieść,   od   wszystkich   innych   osobna   i   pierwsza,   podniosła   więc 

naręcze chrustu i niechętnie dosiadła brzozowej sztachety. A potem poleciała. Na północ.

* * *

Polana   była   niewielka   i   mroczna,   ale   samym   jej   środkiem   płynął   obficie   strumyk, 

wezbrawszy   wiosennym   śniegiem.   A   jeźdźców   było   trzech.   Przystanęli   grzecznie,   kiedy 

wiedźma wynurzyła się z chaszczy.

background image

- O, nie ma mowy! - zastrzegł się prędko mężczyzna w sutym błękitnym żupanie i czapce 

rysiem obszytej. - Ja prosty grasant jestem i tylko się przypadkiem w kompanii zaplątałem, a 
jak się tu zasadzacie na zbójeckiego hetmana, to wiedzcie...

- ...że nie znajdziecie go, babko! - dokończył śmiało najmłodszy, jasnowłosy chłopak w 

srebrzystym, północnym szłomie. - Tuż po rankorskiej bitwie jakoby w ziemię się zapadł i nie 

widzieliśmy go więcej. Może nie żyje. A szkoda wielka, bo on do wiedźm był prędki, przez 
strumień by was przeniósł, a może i przyhołubił na dobre.

- Et, niewielka strata - zaskrzeczała wiedźma. - Ty mi się lepiej nadasz - młody, gładki, 

zasobny i wysokiego rodu. Chwytaj i przenoś, mój słodki, a wynagrodzę cię hojnie życzeniem, 

dobrym słowem, a może i całusem! - I wyszczerzyła oba nadpróchniałe zęby.

- A zabieraj tę gębę, bo inaczej ci, babo, kijem grzbiet wymłócę...! - zamiast młodzieńca 

obruszył się grasant w błękitnym żupanie, nader wymownie sięgając ku rękojeści zgrabnej 
żalnickiej szabelki.

- Zostaw, Bogoria! - Trzeci z jeźdźców, wysoki mąż w zwyczajnym ciemnym kaftanie i 

gładkiej srebrnej opasce na czole, zeskoczył z siodła. - Ja was, babciu, przeniosę.

- Jesteście pewni, panie? - zaniepokoił się grasant. - Przecie to jest, z przeproszeniem, 

wiedźma. Po stroju widać, że obca, i nie wiadomo nawet, czy jej kto od pomorckiej strony na 

nieszczęście nie nasłał.

Człek w srebrnej opasce na czole nie słuchał go jednak. Zdjął z ramion płaszcz, pyszny, 

podbity sobolem, i z wielką starannością owinął weń Babunię, a potem ujął mocno, że nie 
mogła się ruszyć, i przeniósł przez strumyk.

- Wcale nie chciałam cię dotknąć - zarechotała wiedźma. - Nie chciałam cię uczarować. 

Daremne   zresztą   zachody,   bo   tobie   już   niewiele   zostało   do   odebrania.   Jeśli   cokolwiek, 

kniaziu.

Na przeciwnym brzegu grasant w rysiowej czapce pobielał nagle na twarzy i uczynił gest, 

jakby chciał pchnąć konia w strumień i stratować wiedźmę.

- Skoro tak mówicie. - Mężczyzna nader ostrożnie postawił ją na brzegu i cofnął się ze dwa 

kroki, w sam nurt potoku. - Znam wiedźmy. Bywajcie zdrowa, babciu.

- A życzenie, kniaziu? - Babunia zmrużyła oczy. - Jakże wam mogę dogodzić za tę dla 

starej łaskawość?

- Nie mam żadnego życzenia - odpowiedział oschle z samego środka potoku.

-   Czy   naprawdę,   kniaziu?   -   Wiedźma   uśmiechnęła   się   i   w   tej   samej   chwili   jej   oczy 

nabrzmiały magią,  płomienistą jak ogień. - Więc skoro prosić nie chcesz, to dam ci je z 

wolnej woli. Ścieżka cię poprowadzi w dół z wartkim nurtem strumienia, ale na lasu skraju 

background image

rozwidli się w trzy różne strony - na zachód, północ i na wschód. Na krańcu zachodniej - 

zagląda, nieprędka, lecz nieuchronna, bo pustynna kurzawa zaczyna się już podnosić wśród 
piasków   Birghidyo.   Na   krańcu   zaś   północnej   -   bogactwo   i   sława   nieśmiertelna,   a   dla 

królestwa spokojność długa jeszcze niezmiernie. Na krańcu zaś wschodniej - zaniosła się 
skrzekliwym śmiechem - jest skała pośrodku morza, daleko od wszystkich brzegów, i jest na 

skale dziewczyna, co pieśni morzu śpiewa. Jej włosy - garść wodorostów, jej oczy - wody dwie 
krople, jej umysł - jak pusta muszla. Sam wybierz, kniaziu.

Uniosła w górę ramiona i, zanim zdążyli choćby mrugnąć powieką, odmieniła się w kruka 

i kracząc, pofrunęła nad lasem.

I później nie widzieli jej więcej.