background image

Ludzie UB - trzy pokolenia 

Toczy się już od kilku lat dyskusja o konieczności powrotu Polski do Europy. Zakłada ona 
milcząco, że dotychczas w tej Europie nie byliśmy. Z założenia tego wynika, że byliśmy poza nią w 
latach 1944-1989, czyli przez prawie pół wieku. O przyczynach tego stanu rzeczy też na ogół się 
nie mówi, bowiem głoszą ten pogląd głównie ci, którzy bezpośrednio bądź pośrednio do tego stanu 
się przyczynili.
Sens przemian polityczno-gospodarczych, zachodzących od kilku lat w Polsce, nie dla wszystkich 
jest zrozumiały. Powszechna krytyka poprzedniego stanu rzeczy objęła wszystko i całkowitą winą 
obarcza się siły starego porządku, ale na tej krytyce wszystko się kończy. Nie ma winnych. Nikt nie 
ponosi odpowiedzialności za okres tak zwanej dyktatury proletariatu
W minionym 45-leciu najbardziej charakterystyczną cechą było podejście do prawa, zarówno 
zastanego przez komunistów prawa II Rzeczpospolitej, jak też do prawa ustanowionego przez nich 
w trakcie realizacji dyktatury. Było ono bowiem bezwzględnie łamane wszędzie tam, gdzie wchodzi 
w grę interes klasowy, który w istocie sprowadza się zawsze do uchwał i zaleceń organów 
kierowniczych kompartii. Te zaś wynikały na ogół z dyrektyw instancji wyższej, czyli kompartii 
sowieckiej. 
Władza komunistów w Polsce od 1944 roku nie była władzą suwerenną. Nie zdobyli jej oni w 
wyniku narodowo-wyzwoleńczego powstania powszechnego, jak zakładały programy i 
wydawnictwa propagandowe PPR-u i Gwardii Ludowej w podziemiu (program wyzwolenia Polski 
spod ucisku zarówno okupacyjnego, jak klasowego). Nie zdobyli jej też w wyniku wolnych, 
powszechnych wyborów. 
PPR podczas okupacji była partią bardzo nieliczną, na wielu obszarach Polski nie miała żadnego 
znaczenia. Także i jej pion zbrojny, Gwardia Ludowa - Armia Ludowa była organizacja bardzo 
nieliczną i, wbrew opiniom powojennych hagiografów, nie odegrała takiej roli, jaką się jej 
przypisuje. Gwardia Ludowa, pion zbrojny komunistów, angażowała się natomiast na polecenie 
swoich mocodawców przede wszystkim, o czym dzisiaj już coraz więcej wiadomo, w zwalczanie 
niepodległościowych organizacji konspiracyjnych. 
Podziemie komunistyczne, oprócz zwalczania oddziałów zbrojnych organizacji 
niepodległościowych i likwidowania poszczególnych członków tych organizacji, stosowało również 
donosy do gestapo na swych przeciwników ideowych. Przykładem wręcz anegdotycznym może być 
donos w sprawie drukarni na ul. Ceglanej. Wywiad GL-AL. przekazał do sztabu informację o 
drukarni AK przy tej ulicy. Sztab AL. zdecydował powiadomić o tym Niemców listem 
anonimowym.
Poszły meldunki do gestapo, a cała sprawa jest nam dzisiaj znana tylko dlatego, że przez pomyłkę 
GL-owcy namierzyli własną drukarnię PPR-owska i było w PPR prowadzone wewnętrzne 
śledztwo, żeby ustalić, kto zrobił taki numer, że własną drukarnie wydano Niemcom. 
Władza komunistów pochodziła zatem wprost z nadania sowieckiego, była wolą Stalina, bo taki był 
sowiecki interes imperialny. Warto też przypomnieć, ze nawet wśród komunistów nie było 
jednomyślności w sprawie przyszłości Polski. Wielu z nich, szczególnie ci, którzy wywodzili się z 
KPP, uważało bowiem, że tworzenie państwa polskiego, nawet pod kuratelą sowiecką, jest zbędnym 
etapem w procesie opanowywania świata przez siły postępu.
Tylko zatem na skutek potęgi Armii Czerwonej i sprawności sowieckiego aparatu bezpieczeństwa 
było możliwe nadanie władzy tym, którzy stali się właścicielami Polski Ludowej. Przez pierwsze 
12 powojennych alt (1944-1956) istniała jednak (zapewne na wszelki wypadek) dwuwładza w 
postaci instytucji tak zwanych doradców sowieckich (którzy nawet w oficjalnych dokumentach 
nazywani byli Sowietnikami). Byli oni usytuowani we wszystkich newralgicznych miejscach: w 
szeroko pojętym aparacie bezpieczeństwa, w wojsku, w centralnych urzędach i instytucjach. 

background image

Wycofywano ich stopniowo, w marę umacniania się rodzimych kolaborantów. 
Umacnianie się i rozrastanie rodzimej komuny było możliwe na skutek bezwzględnego niszczenia 
wszelkiego oporu - realnego i potencjalnego. Kolejne fale represji objęły więc inteligencję, 
przedwojennych wojskowych, działaczy politycznych, księży, chłopów. Przeciwnikiem, a 
właściwie wrogiem klasowym był każdy, kto nie akceptował nowej, jedynie słusznej ideologii. Do 
deportacji na Sybir z lat 1940-41 doszły więc deportacje powojenne, które objęły kilkadziesiąt 
tysięcy ludzi. Represje sądowe i pozasądowe miały zasięg jeszcze większy, szczególnie te drugie - 
dużo mniej znane.
W sądach wojskowych w latach 1944-54 za przynależność do organizacji kontrrewolucyjnych, 
zamach gwałtowny, sabotaż, szpiegostwo i kontrrewolucyjną propagandę
, według niektórych 
danych, skazano na śmierć lub długoletnie wyroki więzienia około 40 tys. osób. Byli wśród nich 
prości chłopi i wybitni uczeni, osoby przypadkowe i bohaterowie podziemia. Skazywano tez 
członków ich rodzin, w tym niepełnoletnich, w ramach odpowiedzialności zbiorowej. Kodeks 
Karny Wojska Polskiego z 1944 roku przewidywał jako kary dodatkowe także utratę prawa 
wykonywania zawodu oraz przepadek mienia żony i dzieci skazanego.
Do tego należy jeszcze dodać tzw. obozy pracy, czyli odpowiednik sowieckich łagrów, 
funkcjonujące w Polsce w latach 1950-56, przez które przewinęły się kolejne dziesiątki tysięcy 
osób. 
Ideologicznym uzasadnieniem represji, a w wielu wypadkach zbrodni, była teoria walki klas
zaostrzającej się w trakcie budowy podstaw socjalizmu. Miała ona tłumaczyć politycznie, prawnie i 
moralnie wszystko to, co czyniono w imię partii komunistycznej. 
Polacy przeżyli w XX wieku inwazję dwóch zbrodniczych ideologii. W latach 1939-45 była to 
ideologia walki ras praktykowana w imię nacjonalistycznego socjalizmu. Ponieważ jednak dotknęła 
ona prawie całą Europę, świat rozprawił się z nią po wojnie bezwzględnie. W Norymberdze uznano 
nazizm za ideologię zbrodniczą, a jego dokonania za ludobójstwo. Z komunizmem (czyli z 
socjalizmem międzynarodowym) jest inaczej - nie poraził on swoją praktyką całej Europy, a jedynie 
jej wschodnią i środkową część. Mieliśmy to nieszczęście, iż wbrew swej woli, częściowo już w 
latach 1939-41, a od 1944 roku całkowicie dostaliśmy się w jego szpony. 
Zasięg jego zbrodni był ogromny. Straciliśmy w ich wyniku część przywódczej warstwy narodu, 
ludzi najbardziej aktywnych i przedsiębiorczych w różnych dziedzinach, polityków, uczonych, 
wojskowych, działaczy gospodarczych, księży. Stratą była także emigracja powojenna oraz brak 
możliwości powrotu szerokich rzesz Polaków, którzy w wyniku wojny znaleźli się poza krajem i 
już musieli tam pozostać. Ich miejsce ochoczo zajmowali najemnicy nowej władzy. Łatwo było 
wówczas zostać profesorem bez matury, generałem bez przeszkolenia wojskowego, politykiem bez 
ogłady i zdolności. Liczyła się dyspozycyjność i całkowita lojalność wobec komunistów. 
Przedwojenni szewcy czy krawcy z Komunistycznej partii Polski zostawali oficerami 
bezpieczeństwa, sędziami i prokuratorami. 
Między dawnymi a nowymi laty istniała bowiem ciągłość, działacze KPP (i jej partyjnych 
przybudówek ? Komunistycznych Partii Zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi, 
Komunistycznego Związku Młodzieży Polski, Międzynarodowej Organizacji Pomocy 
Rewolucjonistom), którzy przed wojną zwalczali niepodległe Państwo Polskie, twierdząc (np. w 
uchwale V Zjazdu KPP), iż rewolucja proletariacka wyrwie Polskę z systemu państw  
kapitalistycznych i włączy ją do systemu Socjalistycznych Republik Sowieckich
, stanęli na czele 
nowego systemu. Pokaźną grupę wśród nich stanowili tak zwani funkcjonariusze (funki, a także 
półfunki), czyli etatowi, najemni działacze partyjni. 
Funk otrzymywał przed wojną miesięcznie średnio 300 złotych (od 200 do 450 złotych), ponadto 
otrzymywał zwrot wszystkich wydatków poniesionych na działalność partyjną. Dla porównania 
warto dodać, iż robotnik zarabiał ok. 120 złp, a policjant ok. 140 złp. Pieniądze płynęły oczywiście 
z moskiewskiej centrali. 

background image

Ludzie ci po wojnie zacierali za sobą ślady. Powszechnym zjawiskiem było wówczas zmieniane 
nazwisk. Już w KPP większość z nich ukrywała się pod pseudonimami organizacyjnymi, niektóre 
nich stawały się po wojnie nazwiskami. Na użytek wewnętrzny tworzono nowe życiorysy. Kto dziś 
o tym wie? Ich dzieci, solidnie już wykształcone i przygotowane do przejęcia schedy we wszystkich 
dziedzinach, nie są zainteresowane ujawnianiem przeszłości. 
Wszelkie próby zdarcia grubej zasłony milczenia spotykają się natychmiast z zarzutem, iż jest to... 
polowanie na czarownice i nieeuropejskie grzebanie w życiorysach. Słynna już gruba kreska 
Mazowieckiego jest ważniejsza niż prawda. I wszystko tylko dlatego, iż dotyczy to części obecnych 
elit (szumnie samookreślających się jako klasa polityczna). 
Ich podstawowy argument przeciw ujawnianiu i rozliczaniu przeszłości brzmi: prawo nie może 
działać wstecz. Nie można więc pociągnąć do odpowiedzialności złodziei, kłamców czy wręcz 
zbrodniarzy, bo chronieni są swym własnym prawem. Pseudouczonym nie można odebrać tytułów 
naukowych, pseudobohaterom orderów Virtuti Militari, pseudowłaścicielom ich nielegalnie 
zgromadzonego majątku.
Tu przykład:
Po zabójstwie byłego premiera Jaroszewicza wyszło na jaw, jak wielki był jego majątek 
zgromadzony w dziełach sztuki i numizmatach. I nikt się tym nie zainteresował. Gdyby ktoś 
zechciał wyliczyć jego pensje (partyjną, rządową i wszelkie inne) pobrane przez całe życie, wątpię, 
by to starczyło na ułamek tych zbiorów, które posiadał. A to wszystko już się w tej chwili 
dziedziczy. Wysocy funkcjonariusze partyjni do dziś pobierają ogromne emerytury (przyznane im 
za zasługi dla PRL) i dożywają swych dni w zagrabionych swego czasu willach, których właściciele 
do dziś nie mogą odzyskać. Brak jest bowiem jakoby ku temu podstaw prawnych. 
Wszelkie próby penetracji tych środowisk i ujawniania ich przeszłości są uniemożliwiane, bowiem 
prasa - w większości przez nie kontrolowana - nie zamieści takich informacji. W bardziej 
drastycznych przypadkach, np. agentury, informacje tego typu chronione są enigmatycznym 
imperatywem... bezpieczeństwa państwa. 
Opinia publiczna ma jednak prawo wiedzieć, kto i jak rządził Polską w minionym półwieczu i kto 
odpowiada za jej stan dzisiejszy.
Dane z tego zakresu powinny być ujawnione. Mamy prawo wiedzieć, kto był wieloletnim 
funkcjonariuszem KPP, a później na przykład oficerem UB, MO, dyplomatą, ministrem i w dodatku 
zmienił po wojnie nazwisko. Wszak chodzi o tych, którzy zmieniali je nie z przyczyn osobistych, 
lecz politycznych, czy wręcz resortowych. Ujawnianie danych osób, które czynnie zaangażowały 
się w walkę o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej, to nie jest grzebanie w życiorysach. Pod 
tym eufemizmem kryła się bowiem walka o zniewolenie Polski.
Działania tego typu nie oznaczają jeszcze, że grozi komuś śmierć cywilna czy złamanie kariery. 
Być może, iż na wielu osobach ujawnienie tych danych nie zrobi większego, czy też żadnego, 
wrażenia. Ale trzeba je ujawniać, bo są ważne. 
Gdzie są ludzie z tamtych lat, z okresu komunistycznego ciemnogrodu, którzy maltretowali 
fizycznie i psychicznie nieprawomyślnych?
Niektórzy odeszli w nicość.
Agent NKWD i działacz KPP, Bolesław Bierut, bezpartyjny prezydent pierwocin PRL, leży do dziś 
w Alei Zasłużonych na Powązkach. 
Pułkownik Aleksander Warecki, szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, zmarły w 1986 
roku, otrzymał taką laurkę w nekrologu zamieszczonym w Życiu Warszawy: Odszedł prawy, 
ofiarny i skromny
. Słowo prawy, choćby przez wzgląd na jego ofiary, jest co najmniej niestosowne. 
Chorąży UB, Krystyna Poznańska-Gebert, organizatorka jednego z najokrutniejszych 
Wojewódzkich urzędów Bezpieczeństwa Publicznego (w Rzeszowie), w latach 1944-45 była 

background image

według nekrologu zamieszczonego w Gazecie Wyborczej Zawsze wierna ideałom lewicy 
społecznej
. Jeżeli zawsze, to wtedy zapewne też? Inni żyją pośród nas, utytułowani, obwieszeni 
orderami, dobrze sytuowani.
Jeden z najwyższych funkcją oficerów sądownictwa wojskowego, Stanisław Lax, oficer śledczy, 
później prokurator, wreszcie zastępca Naczelnego Prokuratora Wojaka Polskiego (generała 
Zarakowskiego) i I Zastępca Prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego pisał w życiorysie w 1946 
roku tak: ojciec mój (...) zaginął w czasie zawieruchy wojennej. Matka (...) we wrześniu 1944 roku  
wyjechała w stronę Warszawy i gdzie obecnie przebywa, tego nie wiem. Rodzeństwa żadnego nie  
mam

W związku z tym wysoka komisja w składzie: płk Henryk Holder, płk Stanisław Zarakowski i ppłk 
Henryk Podlaski mogła wnioskować: zamienić dokumenty i wyznaczyć go, pod nowym już 
nazwiskiem Majewski, na tak wysokie stanowiska w aparacie sprawiedliwości, a właściwie 
niesprawiedliwości, wojskowej.
Inni czynili to dopiero po przejściu na wielce zasłużoną emeryturę, lub przy przejściu z bezpieki do 
pracy cywilnej. Otrzymywali wówczas nowe dokumenty, a decyzjom o zmianie nazwisk nadawano 
rygor natychmiastowej wykonalności, ponieważ jest to niezbędne ze względu na wyjątkowo ważny  
interes strony.
 Dotyczyło to również członków najbliższej rodziny. 
Są również tacy, którzy w epokę świetlanej przyszłości wchodzili solidnie przygotowani, z 
gotowym życiorysem i nowym nazwiskiem, które w KPP mogło być jedynie pseudonimem.
Maksymilian Wolf, który prawie 10 lat odsiedział przed wojną w więzieniach za działalność 
skierowaną przeciwko suwerenności i niepodległości Polski, członek KPP od 1924 roku (po 
kursach w Moskwie, gdzie otrzymał tytuł magistra historii po kilkutygodniowej nauce w szkole 
leninowskiej), już jako Leszek Krzemień został kolejno: szefem Wydziału Wojskowego Związku 
Patriotów Polskich, szefem Gabinetu Wojskowego Bieruta, pełnomocnikiem do spraw pobytu 
wojsk sowieckich w PRL. Doszedł do stopnia generała brygady. Zmienił nawet dane rodziców.
Żona generała Wacława Komara, działacza międzynarodowego komunizmu, sama zresztą z tego 
aparatu, Maria Komar, poprzednio Riwa Cukierman, do dziś podaje fałszywą datę urodzenia. I to 
nie z kobiecej przekory, bowiem w jednej a ankiet napisała: będąc już na pracy w Komunistycznym 
Związku Młodzieży, zaczęłam używać daty Rewolucji Październikowej, jako dzień mego urodzenia 
(...). I tę datę mam w moich dokumentach oficjalnych po dzień dzisiejszy.
Ciekawa to zresztą rodzina. Jej ojciec (według danych córki z lat 50-tych) był członkiem KP Nowej 
Zelandii lub Australii.
 Mąż przed wojną był zawodowym rewolucjonistą. Ona sama zaś w latach 
1933-36 była łączniczką i szyfrantką przy Biurze Politycznym KC Komunistycznej Partii 
Zachodniej Ukrainy i oczywiście funkcjonariuszką partyjną, czyli pobierała pieniądze z centrali 
moskiewskiej. 
Ferdynand Chaber przed wojną 10 lat był funkiem KPP, był też więziony za działalność skierowaną 
przeciwko niepodległości Polski. Po wojnie wysoki działacz partyjny, doszedł do funkcji zastępcy 
kierownika wydziału KC PPR, a później PZPR. W KPP nosił pseudonim (nomen omen) "Bolek".
Artur Hajnicz przed wojną był działaczem komunistycznych struktur młodzieżowych we Lwowie, 
pseudonim "Grysza". Po wojnie zaś został oficerem politycznym Ludowego Wojska Polskiego. W 
1946 roku, jako stosunkowo młody człowiek, był kierownikiem grupy ochronno-propagandowej na 
woj. szczecińskie. Doszedł do stopnia pułkownika. Później przez wiele lat był zastępcą naczelnego 
redaktora "Życia Warszawy", a w roku 1981 wypłynął jako szczery demokrata w "Tygodniku 
Solidarność" jako zastępca Tadeusza Mazowieckiego. W roku 1989, przy odtworzeniu "TS" pod 
przewodem Tadeusza Mazowieckiego, pan Artur Hajnicz znowu był jego zastępcą. Następnie został 
zastępcą dyrektora senackiego Ośrodka Studiów Międzynarodowych.
Jerzy Wilker (po wojnie już Skalski) też był funkcjonariuszem KPP i był za to przed wojną 
więziony. Po wojnie zaś został szefem personalnym Komendy Wojewódzkiej MO w Krakowie. 

background image

Jego żona, Zofia Nimen w KPP działała od 1930 roku. Była między innymi sekretarzem techniczny, 
KC Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Po wojnie, już pod przybranym 
nazwiskiem męża, jako Skalska, również pracowała w tej samej Komendzie MO jako kierownik 
Wydziału Śledczego do walki z przestępczością nieletnich. 
Przez cały okres powojenny była albo sekretarzem POP PZPR, albo członkiem egzekutywy w 
miejscach pracy. W roku 1979, w rocznicę urodzin, towarzysz Alojzy Karkoszka [ W owym czasie I 
sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR. - przyp. autora] przesłał jej specjalny dyplom: Wasz 
udział w rewolucyjnym ruchu robotniczym, zaangażowanie i postawa ideowa stanowi dla członków  
naszej Partii wzór i przykład działacza-komunisty.
 Trudno było wówczas o lepszą rekomendację.
Regina Okrent od 1929 roku była w Komunistycznym Związku Młodzieży, od 1935 - w KPP. Jej 
mąż również był zawodowym rewolucjonistą. Zawód pani Reginy Okrent ? krawcowa. W latach 
1946-49 pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa w Łodzi, a później została dyrektorem Biura 
Kadr... w Radiokomitecie. Od 1948 roku w egzekutywach PZPR. Z wykształceniem podstawowym, 
takie były kariery.
Bliscy krewni tych osób, jakże często ich dzieci, odgrywają niepoślednią rolę w polskiej polityce, 
nauce, kulturze i w środkach masowego przekazu. Można odnaleźć całe ich skupiska w centralnych 
instytucjach i redakcjach popularnych gazet. Biorąc pod uwagę fakt, iż KPP była organizacją 
nieliczną (skupiała bowiem kilka tysięcy członków, a w tym funków było zaledwie kilkuset), a 
spełniała, i to szczególnie ci funkowie, w Poslce agenturalne zadanie na rzecz bolszewickich 
przełożonych, jest to zjawisko dające dużo do myślenia.
Dzieci tamtych komunistów nie są już jednak komunistami. Z ideologią zerwały te kręgi przed laty. 
Cezurą był na ogół rok 1968. Staranne wykształcenie i uzyskana ogłada uczyniły ich lewicą 
europejską
, bardzo często zaangażowaną w działalność opozycyjną lat 70-tych i 80-tych. Nadejście 
nowych czasów obwieszczał Jacek Kuroń w roku 1979: komunizm jako ideologia w Polsce już nie 
istnieje
 ("Krytyka" nr 1). Było w tym dużo prawdy. Komunizm bez ideowych komunistów, czyli 
bez zawodowych rewolucjonistów, nie maił już początkowej dynamiki. 
Trzeba jednak pamiętać, iż zerwanie z partią przez tych, którzy mieli ciągłość ideologiczną i 
organizacyjną jeszcze sprzed wojny, dokonało się głównie w wyniku walk frakcyjnych o władzę. 
Pozostały natomiast z jednej strony sentymenty, z drugiej zaś konkretne interesy. Przypominanie 
tamtych czasów i tamtych ludzi może te interesy naruszyć. 
Zbyt silne są bowiem więzi między starym i nowym, i zbyt wiele jest między nimi powiązań 
personalnych.
Jako przykład może posłużyć "Gazeta Wyborcza", największy opiniotwórczy dziennik w krajach 
postkomunistycznych, popularny także w kręgach liberalno-socjalistycznych Europy Zachodniej.
Szefem wydawnictwa [ Aktualne w 1993 roku. -przyp. autora] (spółki Agora) jest pani Helena 
Łuczywo, córka funka KPP Ferdynanda Chabera. 
Redaktorem naczelnym "Gazety Wyborczej" jest Adam Michnik, który jeszcze w 1988 roku potrafił 
szczerze o sobie powiedzieć: środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydo-komuna w 
sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną 
komunistami. 
Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii - to oznaczało przynależność 
do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. ("Powściągliwość i Praca", nr 6). Dwa 
lata później twierdził już coś innego. Pisał bowiem o własnym ojcu, iż miał on poglądy straszliwie 
antyreżimowe, antysowieckie, a w związku z tym także antykomunistyczne, chociaż on tego tak nie  
nazywał
 ("Polityka Polska" nr 3 (17), s. 34).
Zastępcą Adama Michnika, jako naczelnego redaktora, jest Ernest Skalski [ Od ponad roku w 
"Rzeczypospolitej"- przyp. autora]. , syn Jerzego Wilkera i Zofii Nimen-Skalskiej, tej apry z 
Komendy Wojewódzkeij Milicji Obywatelskiej w Krakowie, a przed wojną funków KPP.

background image

Jako publicyści pojawiają się w tej gazecie ludzie, których nazwiska już występowały w moim 
referacie.
Są zatem:
Edward Krzemień, syn generała Krzemienia, czyli Maksymiliana Wolfa;
Ludmiła Wujec (córka Reginy Okrent), jej mąż i syn;
Konstanty Gebert (Dawid Warszawski) - syn Ireny Poznańskiej-Gebert (nota bene pierwszej żony 
Artura Starewicza, wieloletniego członka Biura Politycznego KC PZPR) i Bolesława Geberta, 
współzałożyciela Komunistycznej partii USA, a po wojnie ambasadora PRL w Turcji w latach 
1960-67.
Pojawia się też Artur Hajnicz, co prawda sporadycznie, on teraz jest bardzo zajęty w senacie RP.
Czy to tylko przypadek zrządził, że jednoznaczne środowisko ludzi wywodzących się 
organizacyjnie i rodzinnie z KPP (i jej przybudówek), a po wojnie zorganizowanych w pionie 
bezpieczeństwa, wojsku i strukturach partyjnych - spotkało się w takiej właśnie gazecie, 
prezentowanej jako ponadpartyjny organ sił reformatorskich i demokratycznych
Jeśli nie, jeżeli to nie jest przypadek, to na naszych oczach toczy się walka o to, czy Polska znajdzie 
się trwale w ich rękach i czy zostanie gładko przekazana trzeciemu pokoleniu, które właśnie 
dorasta...
Demokracja wymaga jawności życia politycznego, jest to szczególnie potrzebne po tak długim 
okresie zakłamania, życia w fałszu i obłudzie. Człowiek, który nie ma nic do ukrycia, nie obawia 
się testu prawdy. Ci natomiast, którzy mają coś do ukrycia, niech odejdą w cień.
Leszek Żebrowski
(Artykuł opublikowany w tomie "Dekomunizacja i rzeczywistość", pokłosiu sejmowej konferencji  
pod tym samym tytułem (rok 1993). Wyd. Amarant, Warszawa 1993)


Document Outline