background image

JOANNA MANSELL 

 

Zatoka letnich snów 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Rose  zatrzymała  samochód  na  poboczu  pustej  polnej  drogi,  popatrzyła  na  leżącą  na 

siedzeniu obok mapę i głęboko westchnęła.  

– Chyba się zgubiłam –  mruknęła ponuro. Wyjrzała przez okno i znów westchnęła.  Ani 

jednego domu, wszędzie tylko drzewa, pola, ptaki i błękit nieba. Wijąca się droga prowadziła 
do zalanej słońcem leśnej doliny.  

Rose sama nie wierzyła, że od tętniącego życiem nadmorskiego miasteczka na wybrzeżu 

Północnego  Devonu,  gdzie  się  zatrzymała,  dzieliło  ją  zaledwie  kilka  kilometrów.  Miała 
wrażenie, iż jest na jakimś pustkowiu.  

–  Jadę  dalej  przed  siebie  –  postanowiła  w  końcu  i  skrzywiła  się  ironicznie.  Nie  miała 

wielkiego wyboru, bo droga była zbyt wąska, żeby zawrócić.  

Prowadziła powoli, uważając, czy  coś znienacka  nie wyjedzie z  naprzeciwka. Robiła to 

tylko na wszelki wypadek, bo do tej pory nie pojawił się jeszcze ani jeden samochód.  

Zbocza  nad  doliną  wznosiły  się  coraz  bardziej  stromo.  Panował  upał,  blask  słońca 

oślepiał.  Rose  przesunęła  dłonią  po  złotobrązowych  włosach  i  pomyślała  z  żalem  o  plaży  i 
chłodnej bryzie od morza. Właściwie mogła odłożyć ten wyjazd do jutra, a teraz korzystać z 
niespodziewanie pięknej pogody.  

Tylko  że  to  wykluczałoby  staranie  się  o  pracę,  na  której  jej  zależało.  Ktoś  mógłby  ją 

uprzedzić.  A  naprawdę  potrzebowała  pracy,  bo  pieniądze  kończyły  się  w  zastraszającym 
tempie.  

Zobaczyła  wyblakły  drogowskaz  i  zatrzymała  się,  by  go  odczytać.  Nierówne  litery 

układały się w napis: Lyncombe Manor. Rose uśmiechnęła się z prawdziwą ulgą. No, trafiła. 
Czyli informacje ze sklepiku, w którym widziała ogłoszenie, nie okazały się bezużyteczne.  

Ruszyła  dalej  z  nowym  zapałem.  Opuściła  szyby  i  wdychała  ciepłe  powietrze  o 

słodkawym zapachu. Jeszcze tylko jeden ostry zakręt i droga łagodnym łukiem poprowadziła 
ją pod dom; było to niewątpliwie Lyncombe Manor.  

Zatrzymała  samochód  i  spojrzała  z  podziwem.  Dom  był  piękny!  Bielone  ściany, 

witrażowe okna w szczytach, wysokie kominy, kryty łupkami dach, porośnięty gdzieniegdzie 
mchem, i orgia róż, które oplatały prawie wszystko. Ich płatki opadały na wysypany żużlem 

podjazd, układając się w pasma o przeróżnych odcieniach bieli, różu, czerwieni i żółci.  

Rose  zaparkowała  samochód  w  pewnej  odległości  od  domu,  żeby  podchodząc  bliżej, 

mogła nacieszyć oczy malowniczym, sielankowym widokiem.  

Drzwi frontowe i wszystkie okna były zamknięte, tak jakby wszyscy wyszli z domu. Rose 

nie  poczuła  się  rozczarowana.  Będzie  trochę  czasu,  by  rozejrzeć  się  przed  powrotem 
właściciela, pomyślała.  

Z  jednej  strony  domu  otwierała  się  łukiem  brama,  prowadząca  do  zarośniętego  ogrodu. 

Rzeczywiście,  w  ogłoszeniu  była  mowa  o ogrodniku!  Tylko,  czy  uznają  ją  za  odpowiednią 
osobę? Znała się nieźle na roślinach, była silna i zdrowa. Czy jednak fakt, że jest kobietą, nie 
zdyskwalifikuje  jej  w  oczach  właścicieli  Lyncombe  Manor,  zwłaszcza  jeżeli  są  to  osoby 

background image

myślące po staroświecku? 

Weszła w głąb ogrodu.  Na lewo zobaczyła  staw, w którym pluskały  się uszczęśliwione 

kaczki,  a  w  oddalonych  zaroślach  inne  ptaki  wodne  dreptały  tam  i  z  powrotem.  Trawnika 
najwyraźniej nie strzyżono od stu lat. Przypominał raczej łąkę, na której obrzeżu ciągnęły się 
zachwaszczone  kwietniki.  Sześć  ogromnych  drzew,  wśród  nich  wspaniały  czerwony  buk, 
rzucało upragniony cień na ten zaniedbany ogród. Rose oczami wyobraźni widziała już,  jak 
doprowadza go do porządku.  

–  Uspokój  się  –  upomniała  sama  siebie.  –  Przecież  jeszcze  nie  wiesz,  czy  w  ogóle 

dostaniesz tę pracę! 

Zastanawiała się, kiedy wróci któryś z domowników. Może już niedługo. Ale właściwie 

nie  zależało  jej  na  tym.  Z  przyjemnością  spacerowała  w  słońcu,  ciesząc  się  spokojem 
panującym dookoła.  

Zerknęła na zegarek  i ze zdumieniem stwierdziła, że to już późne popołudnie.  W takim 

razie  gospodarze  powinni  niebawem  wrócić  na  podwieczorek.  Weszła  na  małe  brukowane 
podwórko, tak samo urocze i skąpane w słońcu jak inne tutejsze zakątki. Nie potrafiła oprzeć 
się  pokusie  i  zajrzała  przez  jedno  z  okien,  ciekawa,  jak  też  dom  może  być  urządzony  w 
środku. Niewiele jednak zobaczyła, bo w szybach odbijało się słońce. Ruszyła więc w stronę 
ławeczki na końcu podwórka. Miała nadzieję, że gospodarze okażą się gościnni, podobnie jak 
pozostali mieszkańcy tej części kraju, i uznają, że to nic zdrożnego, iż tak się tu zadomowiła.  

Zamknęła  oczy  i  wystawiła  twarz  do  słońca.  Siedząc  tak,  nie  mogła  zauważyć,  że  po 

przeciwnej  stronie  podwórza  otwierają  się  drzwi.  Nie  mogła  też  dostrzec  mężczyzny,  który 
wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, ani usłyszeć, że podchodzi do niej, bo poruszał się 
cicho jak kot.  

Z jego obecności zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy na jej ramieniu spoczęła ciężka 

dłoń.  Rose  krzyknęła,  przerażona,  i  otworzyła  szeroko  oczy.  Przed  nią  stał  mężczyzna 
ogarnięty furią.  

– Wstawać! – rozkazał.  
Rose  była  tak  oszołomiona  tym  gwałtownym  zakończeniem  spokojnego  popołudnia,  że 

niemal bezwiednie wykonała rozkaz. Okręcił ją dookoła i zaczął popychać w stronę otwartych 
drzwi.  

– O co chodzi?! – zawołała, odzyskując wreszcie głos. – Co pan robi? 
– Zdaje się, że chciała pani zobaczyć, co jest w środku? – warknął. – Już nie będzie pani 

musiała zaglądać przez okno. Sam pokażę wszystko z bliska.  

– Wiem, że postąpiłam  niegrzecznie,  i  bardzo za to przepraszam... – wyjąkała,  łapiąc  z 

trudem oddech.  

– Nic mi tu po przeprosinach – przerwał ostro.  
– Tacy ludzie jak pani zasługują na nauczkę, którą długo popamiętają.  
Minęli  już drzwi, a teraz popychał  ją dalej przez kuchnię  i wąski korytarz o kamiennej 

podłodze.  

– Tacy ludzie jak ja? – powtórzyła, czując, że ogarniają panika. Co to za człowiek i co ma 

zamiar z nią zrobić? 

background image

–  Jesteście  pasożytami!  –  wrzasnął  pogardliwie.  –  Wykorzystujecie  innych  ludzi, 

wdzieracie się w czyjeś prywatne życie i nigdy nie dajecie za wygraną...  

– Byli już w połowie korytarza. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie i otworzył drzwi po 

prawej stronie.  

– To tutaj chciała pani wtargnąć, prawda? – rzucił wyzywająco, a w jego oczach pojawiły 

się znów przerażająco zimne błyski. – No więc udało się pani. Zapraszam! 

Rozluźnił twardy, bolesny uścisk ręki na jej ramieniu, ale zanim poczuła ulgę, pchnął ją 

brutalnie do środka. Potknęła się o schodki  i straciła równowagę.  Kiedy po chwili,  obolała  i 
przerażona,  podniosła  się  z  ziemi,  zobaczyła,  że  mężczyzna  nadal  stoi  w  drzwiach, 
przyglądając się jej ze złośliwą satysfakcją, która mroziła krew w żyłach.  

– Czy pan zupełnie oszalał? – Udało jej się jakoś odzyskać głos.  
–  Nie,  nie  oszalałem  –  odparł  ostro.  –  Po  prostu  mam  absolutnie  dość  intruzów 

wdzierających się w moje prywatne życie. Nie mam pojęcia, jak pani trafiła tu do mnie, ale 
skoro tak się zdarzyło, to skorzysta pani z przywileju, który powinna pani docenić. Jest pani 
pierwszą... i ostatnią dziennikarką, której noga postała w tym domu.  

– Ależ ja nie jestem żadną dziennikarką! – krzyknęła Rose, doprowadzona do szału.  
Było już jednak za późno. Mężczyzna zatrzasnął drzwi. Rose ogarnęła panika. Wdrapała 

się  na  strome  schodki,  zaczęła  walić  w  grube  drzwi  i  wrzeszczeć.  Krzyczała,  groziła,  że 
zaskarży  go  do  sądu  za  przetrzymywanie  jej  w  zamknięciu,  aż  w  końcu  błagała,  żeby  ją 
wypuścił. Wszystko to pozostało bez echa. Drzwi się nie otworzyły.  

Roztrzęsiona, cofnęła się i skuliła na najwyższym schodku.  
– Nie do wiary – szepnęła drżącym głosem. – Nie potrafię uwierzyć, że to rzeczywiście 

się wydarzyło.  

Ale  zimny  stopień,  na  którym  siedziała,  był  wystarczająco  rzeczywisty.  Podobnie  jak 

zamknięte na klucz drzwi.  

Drżąc z napięcia, rozejrzała się powoli. Była chyba w piwnicy. Świeciła się tu tylko jedna 

słaba żarówka, w kącie leżała sterta jakichś starych rupieci.  

Rose  znów  dostała  gęsiej  skórki,  ale  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  że  tym  razem  nie  z 

przerażenia,  lecz  po  prostu  z  zimna.  Trudno  było  uwierzyć,  że  na  zewnątrz  panował  upał  i 
świeciło słońce.  

Po  chwili,  która  wydawała  się  wiecznością,  poczuła  dopływ  sił.  Wstała,  chociaż  nogi 

nadal odrobinę jej drżały. Ogarnął ją gniew i strach.  Już wiedziała, co się stało. Mężczyzna 
oczywiście  pomyślał,  że  ona  jest  wścibską  dziennikarką,  a  dziennikarzy  najwyraźniej 
nienawidził!  Zareagował  jednak  zbyt  gwałtownie.  Jak  mógł  chwycić  ją  i  wepchnąć  do 
piwnicy? Nikt przy zdrowych zmysłach nie postąpiłby w ten sposób, niezależnie od tego, jak 
bardzo nienawidziłby prasy! 

A właściwie dlaczego reporter miałby się interesować tym miejscem? Czy ten człowiek to 

ktoś sławny? Rose nie rozpoznała w nim nikogo znanego. Nieważne, kim on jest, pomyślała. 
Najważniejsze, jak się stąd wydostać.  

Wyglądało na to, że nie będzie to takie proste. Właściwie już po chwili stwierdziła, że to 

całkiem niemożliwe. Będzie musiała tu siedzieć, dopóki nieznajomy nie oprzytomnieje i nie 

background image

zdecyduje się jej wypuścić.  

Jak długo to  będzie trwało? Nie  miała pojęcia.  Znów skuliła się  na schodku.  Szkoda, że 

ma na sobie tylko bawełnianą koszulkę. Przydałby się gruby sweter.  

– Nie pozwolił  mi  niczego wyjaśnić –  mruknęła  do siebie. – Chwycił  mnie  i  wepchnął 

tutaj. Nawet się nie upewnił, czy rzeczywiście jestem z prasy.  

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  od  mężczyzny  bił  zapach  alkoholu.  Aha!  –  domyśliła  się 

szybko.  Pewnie  wpadł  w  pijacki  szał.  W  takim  razie  będzie  nawet  bezpieczniejsza  za  tymi 
zamkniętymi drzwiami! 

Czas  mijał  nieprawdopodobnie  powoli.  Rose  w  końcu  zeszła  ze  schodów  i  zaczęła  się 

rozglądać  po  piwnicy.  Miała  nadzieję,  że  może  znajdzie  inne  drzwi,  jakąś  drogę  wyjścia. 
Niczego jednak nie znalazła – tylko brud i śmiecie.  

Między  rupieciami  dostrzegła  krzesło  ze  złamanym  oparciem.  Wyciągnęła  je  i  usiadła. 

Pluszowe obicie było brudne, ale jakie to miało znaczenie? I tak była już cała wybrudzona. 
Liczyło się jedynie to, kiedy ten człowiek wróci i otworzy drzwi. I co się stanie potem.  

Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, nadal więc siedziała, wpatrując się w ścianę. 

Ogarnął ją gniew, a zaraz potem strach. Wreszcie nie wytrzymała i zaczęła nerwowo chodzić 
tam i z powrotem.  

–  Dobrze  chociaż,  że  nie  cierpię  na  klaustrofobię.  Chodziłabym  już  po  ścianach  – 

powiedziała do siebie.  

Najbardziej nienawidziła uczucia zupełnej bezradności, tego, że jest absolutnie zdana na 

łaskę  mężczyzny  przebywającego  na  górze,  o  którym  nic  nie  wiedziała,  a  który  może  jest 
szaleńcem, gwałcicielem lub innym zboczeńcem.  

–  Trzeba  być  kompletną  wariatką,  żeby  przyjeżdżać  na  odludzie,  kierując  się  tylko 

ogłoszeniem w sklepiku – wymawiała sobie po raz setny. – Żeby nie sprawdzić, co to za dom 
i kim jest właściciel. Wpadłam tu roztańczona, jak na parkiet. A może ten facet właśnie na to 
liczył, że zwabi tutaj jakąś młodą idiotkę? 

Przemyślenia  te  niczego  właściwie  nie  wyjaśniały,  bo  przecież  mężczyzna  uznał  ją  za 

dziennikarkę i dlatego wpadł w taką wściekłość. Gdyby chciał z jakichś względów, o których 
lepiej  nie  myśleć,  po  prostu  zwabić  tu  kobietę,  nie  wykrzykiwałby,  że  wtargnęła  do  jego 
domu i że dziennikarze to pasożyty.  

Zerknęła na zegarek i ze zdumieniem stwierdziła, iż zrobił się już wczesny wieczór. Jak 

długo jeszcze ten mężczyzna ma zamiar ją tu trzymać? Przecież to idiotyczne.  

Weszła po schodkach i ponownie zaczęła walić w drzwi.  
–  Niech  pan  słucha!  Nie  jestem  żadną  dziennikarką!  –  wrzasnęła.  –  Przyjechałam  w 

sprawie pracy! Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

Nie dało to jednak żadnego rezultatu. Wiedziała, że tak będzie, ale spróbowała. Poza tym, 

pomyślała, drzwi na pewno są za grube, żeby mógł usłyszeć jej wołania.  

Czas płynął nieubłaganie, minął wieczór i zrobiła się północ. Rose nie mogła uwierzyć, że 

tak długo siedzi w piwnicy Lyncombe Manor. Ale był to niezbity fakt. Przerażała ją myśl, że 
mężczyzna przetrzyma ją w zamknięciu przez całą noc.  

–  Naprawdę  zupełnie  zwariował  –  szepnęła  do  siebie.  –  Trzeba  być  wariatem,  żeby 

background image

wymyślić coś takiego! 

Siedziała teraz na starych workach, które były wygodniejsze od złamanego krzesła. Czuła 

głód  i  chciało  jej  się  pić,  ale  co  tam!  Przestała  też  zważać  na  chłód.  Ważniejsze  były  inne 
problemy.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  obgryza  paznokcie.  Nie  robiła  tego  od  dzieciństwa, 
ale teraz jakoś nie potrafiła się pohamować. Przynosiło jej to pewne uspokojenie.  

Noc ciągnęła się w nieskończoność, chociaż do świtu pozostało już niewiele czasu. Rose 

skuliła się na workach i próbowała usnąć, ale ziąb panujący w piwnicy pozwolił jej jedynie na 
krótką drzemkę. W pewnym momencie pomyślała, że przecież mężczyzna może jej w ogóle 
nie wypuścić. Szybko jednak odepchnęła od siebie tę wizję.  

Wprawdzie  do  piwnicy  nie  dostawało  się  światło,  ale  Rose,  spojrzawszy  na  zegarek, 

zorientowała  się,  że  do  świtu  było  już  coraz  bliżej.  Przemogła  nastrój  apatii  i  wzięła  się  w 
garść, po czym weszła na schodki i znów zaczęła łomotać w drzwi. Jeżeli ten człowiek mnie 
nie wypuści, stwierdziła w duchu, załamię się na pewno.  

Po kilku minutach usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Sama myśl o tym, że może niedługo 

będzie uwolniona, dodała jej sił i odwagi. Ten szaleniec nie zastanie jej skulonej na podłodze 
i załamanej. O nie! Zdobyła się nawet na to, by doprowadzić do porządku swoje włosy.  

Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich mężczyzna. Wyraz jego twarzy nie mówił 

zbyt wiele.  

– Spędziła tu pani całą noc? – spytał jakby z niedowierzaniem.  
–  A  co?  Miałam  przeniknąć  przez  zamknięte  drzwi?  –  krzyknęła,  doprowadzona  do 

ostateczności.  

– Zupełnie zapomniałem, że pani tu jest.  
– Zapomniał pan?! – powtórzyła wściekłym tonem. – Jak, do licha, mógł pan zapomnieć, 

że zamknął pan kogoś w piwnicy? 

– Proszę nie krzyczeć – odparł znużonym głosem. – Mam okropnego kaca.  
– Och, doprawdy, bardzo panu współczuję – warknęła Rose. – Ogromnie mi przykro, że 

musi pan przeze mnie cierpieć.  

– Niech pani posłucha. Wiem, że jest pani tym wszystkim zdenerwowana...  
– Zdenerwowana?! Naprawdę nie znajduję słów... Spostrzegła, że aż zmrużył oczy od jej 

krzyku, i sprawiło jej to przyjemność. Przynajmniej w ten sposób mogła mu dopiec.  

– Sama jest pani sobie winna – powiedział. – Nie zapraszałem pani do siebie.  
– Wręcz przeciwnie – zaoponowała i z prawdziwą satysfakcją spostrzegła, że zmienił mu 

się wyraz twarzy.  

– Co to ma znaczyć? – spytał szorstko.  
Ale Rose zaczęła się tylko niespokojnie kręcić.  
– Muszę skorzystać z pana łazienki – stwierdziła prowokująco.  
Odniosła  wrażenie,  że  mężczyzna  wolałby  jej  odmówić.  Najchętniej  wypchnąłby  ją  za 

drzwi  i  zapomniał  o  całej  sprawie.  Nie  miała  zamiaru  na  to  pozwolić.  Nie  ma  mowy!  Nie 
pozwoli mu zapomnieć o tym, co jej zrobił.  

– Łazienka jest tam, na końcu – powiedział wreszcie, wskazując niedbale korytarz.  
Rose ruszyła we wskazanym kierunku. Łazienka okazała się mała, ale ładnie urządzona i 

background image

czysta.  Dziewczyna  nie  widziała  powodu  do  pośpiechu,  myła  się  więc  i  doprowadzała  do 
porządku nadzwyczaj długo.  

Niewiele udało jej się zrobić z ubraniem, z którego starła gąbką tylko odrobinę brudu, ale 

za to doprowadziła do porządku włosy.  

– Tak wygląda ktoś, kto spędził noc w piwnicy – powiedziała do siebie, patrząc w lustro. 

– Ale ten facet zapłaci jeszcze za swoje grubiaństwo! 

Kiedy wychodziła z  łazienki,  jej oczy ciskały  błyskawice. Nikt nie  ma prawa  bezkarnie 

traktować tak drugiego człowieka. Na korytarzu stwierdziła, że mężczyzna się ulotnił. Drzwi 
piwnicy nadal stały otworem, ale było to ostatnie miejsce, do którego chciałaby wrócić.  

W kuchni też go nie było. Wyszła przez tylne drzwi na małe podwórko.  
Zobaczyła go tam, więc podeszła stanowczym krokiem i stanęła na wprost niego. Spojrzał 

na dziewczynę bez specjalnego zainteresowania. Oczy miał ciemnoszare.  

– Myślałem, że pani sobie poszła – rzucił tonem, który świadczył o rozczarowaniu, że tak 

się nie stało.  

– Przykro mi, ale jeszcze tu jestem – odparła z naciskiem. – I zanim zniknę, chcę panu 

coś  powiedzieć.  Po  pierwsze,  nie  jestem  dziennikarką.  Po  drugie,  kiedy  stąd  odjadę, 
natychmiast pójdę na policję i złożę dokładny meldunek. Opowiem, co mnie tu spotkało.  

Spostrzegła, że pogróżka nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. 
– Po co więc pani się tu pojawiła, jeżeli nie jest pani dziennikarką? 
–  Przecież  w  sklepiku  w  miasteczku  wywiesił  pan  ogłoszenie,  że  poszukuje  pan 

ogrodnika. Przyjechałam w sprawie pracy.  

– Nie wygląda pani na ogrodnika. – Uniósł ze zdumieniem brwi.  
– Ogrodnikami niekoniecznie muszą być staruszkowie w płóciennych czapkach i z ziemią 

za  paznokciami  –  odparowała.  –  Znam  się  na  hodowli  roślin,  mam  dość  sił,  by  obsługiwać 
kosiarkę i okopywać grządki, a poza tym nie boję się ciężkiej pracy.  

Ku jej zdziwieniu w ciemnoszarych oczach mężczyzny pojawił się błysk rozbawienia.  
–  Odnoszę  wrażenie,  że  niewielu  rzeczy  się  pani  boi.  Niech  więc  będzie.  Ma  pani  tę 

pracę.  

Rose była tak zdumiona, że tylko stała, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.  
– Naprawdę uważa pan, że zależy mi jeszcze na tej zakichanej pracy u pana? – wypaliła 

w końcu.  –  Chyba  jest pan  niespełna rozumu.  Nikt przy zdrowych zmysłach  nie dopuściłby 
się  czegoś  podobnego,  jak  pan  wczoraj.  Niech  pan  nawet  nie  marzy  o  tym,  że  mogłabym 
pracować u kogoś takiego! 

Stał, absolutnie obojętny wobec jej wybuchu.  
– No to nie mam już nic więcej do powiedzenia. – Wzruszył ramionami.  
Rose wyprostowała się i popatrzyła wprost w jego pozbawione wyrazu oczy.  
– Och! – syknęła. – Obawiam się, że jednak powinien pan powiedzieć o wiele więcej. Pan 

mnie nie przeprosił.  

Nawet nie mrugnął.  
–  Już  wyjaśniłem,  że  popełniłem  okropny  błąd,  pozostawiając  panią  w  piwnicy  na  całą 

noc.  Chciałem zamknąć panią  na kilka godzin,  nie  na dłużej.  Ale trochę za dużo wypiłem  i 

background image

zasnąłem. Zupełnie o pani zapomniałem.  

– Gorzko pan tego pożałuje! 
–  Dobrze  więc  –  zaczął  z  westchnieniem  –  co  w  takim  razie  pomoże  pani  o  tym 

wszystkim  zapomnieć?  Pieniądze?  –  Wyciągnął  książeczkę  czekową  z  kieszeni.  –  Ile  to 
będzie kosztowało? 

– Dużo! – rzuciła przez zęby. – I nie wypłaci się pan za to czekiem na żadną sumę! 
Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  przez  podwórko.  Zerknęła  przez  ramię  tylko  raz,  by 

sprawdzić, czy przypadkiem za nią nie idzie, bo przestraszyła się, że może nie będzie chciał 
jej puścić. Ale stał nieporuszony, nadal na przeciwnym końcu podwórka. Był tak chudy, że 
wyglądał prawie jak szkielet. Ciemne włosy miał zmierzwione – już dawno przydałby im się 
fryzjer.  

Tylko  na  sekundę  ich  spojrzenia  się  spotkały  i  Rose  przebiegł  dreszcz,  jak  gdyby  coś 

ostrzegało ją przed tym mężczyzną. Nie ma obawy, stwierdziła w duchu, moje oko już nigdy 
na nim nie spocznie, chyba że na sali sądowej.  

Odwróciła  się,  minęła  szybciutko  narożnik  domu  i  pospieszyła  w  stronę  samochodu. 

Doznała  uczucia  ulgi,  kiedy  silnik  od  razu  zapalił.  Z  piskiem  opon  opuściła  Lyncombe 
Manor, nie mając najmniejszego zamiaru kiedykolwiek tam powrócić.  

 
Kwadrans  później  Rose  zatrzymała  samochód  pod  małym  pensjonatem,  w  którym 

wynajmowała pokój. Właścicielka, pani Rogers, stała już w drzwiach.  

–  Tak  się  o  panią  martwiłam  –  powiedziała  na  powitanie.  –  Kiedy  nie  wróciła  pani 

wczoraj  na  noc,  zupełnie  nie  wiedziałam,  co  robić.  Chciałam  już  powiadomić  policję,  ale 
pomyślałam  sobie,  że  może  spotkała  pani  kogoś...  no  i  postanowiła  spędzić  z  nim  trochę 
czasu  –  dokończyła  taktownie.  –  Naprawdę  tak  się  cieszę,  że  widzę  panią  całą  i  zdrową.  – 
Przyjrzała  się  jednak  Rose dokładniej  i  widząc,  w  jakim  stanie  jest  jej garderoba, spytała  z 
niepokojem: – Bo chyba nic się pani nie stało? 

– No cóż, prawda jest taka, że nikt mnie nie poturbował, ale stało się coś innego – odparła 

Rose, patrząc ponuro.  

– Proszę wejść. Zrobię herbaty i wszystka mi pani opowie.  
Weszły do kuchni. Dziewczyna była naprawdę wdzięczna, że pani Rogers tak jej matkuje, 

chociaż odkąd tu zamieszkała dwa tygodnie temu, często bywało to uciążliwe.  

–  No  więc,  gdzie  się  pani  podziewała?  Nie  żebym  chciała  wścibiać  nos  w  prywatne 

sprawy, ale martwię się o panią. Taka młoda kobieta i zupełnie sama. Pewnie pani rodzice nie 
mogą sypiać po nocach.  

– Wręcz przeciwnie, mają bardzo twardy sen – odparła Rose sucho. – Traktują mnie jak 

odpowiedzialną  osobę.  Ale  też  nigdy  nie  zdarzyło  mi  się  mieć  do  czynienia  z  takim 
mężczyzną jak wczoraj.  

– Z mężczyzną? – Oczy pani Rogers rozbłysły z ciekawości; uwielbiała plotki. – Tak też 

myślałam. Kłopoty prawie zawsze wiążą się z mężczyznami.  

– Tym razem zgadza się. Ten facet narobił mi dość kłopotów – stwierdziła Rose ponuro. 

– Wypiję tylko herbatę, wykąpię się i idę na policję.  

background image

– Na policję?! Wielkie nieba! A cóż on pani zrobił? 
– Zamknął mnie w piwnicy na całą noc! Pojechałam do Lyncombe Manor w sprawie tej 

pracy...  

–  Do  Lyncombe  Manor?  –  przerwała  pani  Rogers.  –  Właścicielem  posiadłości  jest  ten 

sympatyczny pan Hayward, prawda? 

– Zna pani to miejsce? – spytała zdumiona Rose.  
– Nigdy tam  nie  byłam,  ale  mój  brat... jest  hydraulikiem... kilka tygodni temu pojechał 

tam reperować bojler czy coś w tym rodzaju. Potem opowiadał mi o właścicielu tego domu. 
Prosił,  bym  nikomu  tego  nie  powtarzała.  Pan  Hayward  nie  lubi  rozgłosu.  Chyba  ma  dość 
dziennikarzy i w ogóle prasy.  

–  Nic  już  z  tego  nie  rozumiem  –  powiedziała  całkiem  zdezorientowana  Rose.  –  A 

właściwie  kim  jest  ten  „sympatyczny  pan  Hayward”?  Z  pewnością  to  nie  ten,  z  którym  się 
wczoraj zetknęłam! 

–  Pisze  piosenki  –  wyjaśniła  pani  Rogers.  –  Początkowo  jego  nazwisko  też  mi  nic  nie 

mówiło, ale kiedy brat wymienił mi kilka tytułów, okazało się, że wszystkie je znam. Znałam 
też, oczywiście, tę ładną blondynkę, dla której pisał, ale zerwali ze sobą jakiś rok temu. Prasa 
rozpisywała się o tym przez długie tygodnie, nic więc dziwnego, że pan Hayward miał tego 
dosyć i schronił się przed dziennikarzami.  

– Mówi pani o Nathanie Haywardzie? Tym, który pisze piosenki? 
–  A  o  kim  by  innym?  Myślałam,  że  zna  pani  jego  nazwisko.  Naprawdę  jest  sławny.  – 

Nagle gospodyni skrzywiła się. – Ale dlaczego zamknął panią w piwnicy? To zupełnie nie w 
jego stylu. Na moim bracie zrobił doskonałe wrażenie. Nie był specjalnie rozmowny, lecz nie 
wtrącał mu się do roboty i od razu zapłacił rachunek, co teraz nieczęsto się zdarza – dodała z 
przyganą w głosie.  

Rose  poczuła,  że  płoną  jej  policzki.  Była  winna  pani  Rogers  pieniądze  za  pokój  i 

wyżywienie, a tymczasem nie miała grosza przy duszy.  

–  Ależ,  naprawdę,  nie  miałam  pani  na  myśli  –  powiedziała  właścicielka  pensjonatu, 

widząc  zmieszanie  na  twarzy  Rose.  –  Wiem,  że  wszystko  mi  pani  zwróci,  jak  tylko  będzie 
pani mogła.  

– Szukam pracy, gdzie się da. Właśnie dlatego pojechałam do Lyncombe Manor. Ale pan 

Hayward...  jeżeli  to  rzeczywiście  był  on...  złapał  mnie,  kiedy  kręciłam  się  wokół  domu,  i 
wziął mnie za dziennikarkę.  

– No, jeżeli tak panią potraktował, to pewnie tak musiał pomyśleć. Prasa wypisywała o 

nim wiele złego. Na jego miejscu też nie byłabym grzeczna dla dziennikarzy.  

–  Ale  on  zamknął  mnie  w  piwnicy!  –  wykrzyknęła  Rose.  –  A  potem  całkiem  o  mnie 

zapomniał. Spędziłam tam całą noc! 

–  Faktycznie,  nieładnie  się  zachował  –  zgodziła  się  pani  Rogers.  –  Ale  tak  już  jest,  że 

kiedy ludzie mają kłopoty czy spotykają ich nieprzyjemności, postępują fatalnie.  

Rose pomyślała sobie, że pani Rogers nie byłaby tak wyrozumiała, gdyby to ją zamknięto 

w  piwnicy.  Niemniej  zobaczyła  całe  zdarzenie  z  nieco  innej  perspektywy.  Bynajmniej  nie 
wybaczyła Haywardowi jego postępowania, bo trudno było je czymkolwiek usprawiedliwić, 

background image

ale przynajmniej zrozumiała, dlaczego zachował się prawie jak psychopata.  

Nathan Hayward... Od pewnego czasu Rose niespecjalnie interesowała się muzyką, ale to 

nazwisko  brzmiało  zdecydowanie  znajomo.  Pisał  piękne  piosenki,  pozornie  błahe,  lecz  w 
istocie zawierające głębokie treści, a ich melodie przyprawiały Rose o dreszcz.  

Nie  poznała  go,  ale  to  nic  dziwnego,  bo  gdy  pracował  z  Jancis  Kendall,  „tą  ładną 

blondynką”,  odgrywał  rolę  drugoplanową.  On  –  kompozytor  piosenek  i  ona  –  piosenkarka, 
zbili niezły kapitał, koncertując na całym świecie. Rok temu się rozstali, o czym huczała cała 
prasa. On zniknął. A tymczasem okazuje się, że jest tutaj, w pobliżu...  

– Czy nadal ma pani zamiar iść na policję? – spytała pani Rogers lekko zaniepokojona, bo 

nie bardzo miała ochotę na nieprzyjemności z tego powodu.  

– Nie wiem. Muszę się jeszcze zastanowić. Najpierw się wykąpię.  
– Niech pani sobie poleży w wannie. To odpręża.  
Po gorącej kąpieli  i przebraniu się  Rose  bez wątpienia wyglądała o wiele  lepiej.  Wciąż 

jednak  biła  się  z  myślami.  Była  wściekła  na  tego  mężczyznę.  Chociaż  teraz  powinna 
właściwie mówić o nim po nazwisku. Niezwykle utalentowany facet, którego piosenki zawsze 
jej się podobały. Mimo to nie wybaczy  mu zamknięcia w piwnicy.  Ale czy powinna  iść  na 
policję? Nie uważała już, że to najlepszy pomysł. Co więc należało zrobić? 

W  końcu  doszła  do  wniosku,  że  tylko  jedno.  Musi  wrócić  i  zobaczyć  się  z  nim.  Może 

poczuje się lepiej, kiedy zostanie naprawdę przeproszona.  

Bez  trudu  udało  jej  się  zapomnieć,  że  przysięgła  sobie,  iż  nigdy  więcej  nie  przestąpi 

progu  Lyncombe  Manor.  Potrafiła  wszakże  przyznać  się  sama  przed  sobą  do  tego,  że 
chciałaby jeszcze choć raz zobaczyć Nathana Haywarda.  

Wpadnie tam na chwilkę. Tylko na tyle, by miał czas ją przeprosić. A potem wyjedzie i 

zapomni.  

I naprawdę wierzyła, że jej się to uda.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Rose  postanowiła  pojechać  do  Lyncombe  Manor  tego  samego  popołudnia,  kiedy  wciąż 

miała żywo w pamięci, jak bardzo rozgniewał ją grubiański postępek Nathana Haywarda. Po 
paru  dniach  ochłonęłaby  z  gniewu,  a  co  gorsza,  stojąc  przed  Haywardem,  mogłaby 
zachowywać się jak oszołomiona nastolatka. A tego już by nie zniosła! 

Wyruszyła  po  lunchu.  Co  prawda  w  ostatniej  chwili  omal  nie  zmieniła  decyzji;  coś  ją 

ostrzegało,  że  wyprawa  do  Lyncombe  Manor  to fatalny  pomysł.  Przez  jakiś  czas  biła  się  z 
myślami, aż w końcu definitywnie postanowiła pojechać, gdyż w przeciwnym razie Nathan 
Hayward pozostałby całkiem bezkarny.  

Wąska  i  kręta  droga  wiodąca  do  jego  pięknego  domu  była  tak  samo  pusta  jak 

poprzedniego dnia. Świeciło słońce i znów panował upał. Rose opuściła więc szyby i upajała 
się wiatrem, który targał jej włosy.  

Lyncombe Manor ponownie zrobiło na niej wielkie wrażenie. Była oczarowana widokiem 

posiadłości tonącej w różach, których słodki zapach oszałamiał.  

Wysiadła z samochodu. Dom wydawał się pusty, ale Rose nie dała się zwieść pozorom. 

Tym razem nie podeszła do niego od tyłu, lecz pomaszerowała wprost do frontowych drzwi. 
Zastukała mocno kołatką.  

Nikt nie otwierał. Z wnętrza domu też nie dochodziły żadne odgłosy. Zmarszczyła czoło. 

Może dzisiaj rzeczywiście nie było nikogo. Jeszcze raz zakołatała i cofnęła się od drzwi, żeby 
popatrzeć w okna.  

Mimo  upału  wszystkie  były  pozamykane,  podobnie  jak  wczoraj.  Wygląda  na  to, 

pomyślała,  że  ten  mężczyzna  nie  tylko  żyje  jak  odludek,  lecz  unika  nawet  świeżego 
powietrza! 

Rose powoli zbierała się do odjazdu. Czuła się rozczarowana. Wiedziała, że już nigdy tu 

nie wróci. Chyba że rzeczywiście poszłaby na policję...  

Jakiś odgłos przerwał jej rozmyślania. Przystanęła. Co to może być? Nasłuchiwała. Kiedy 

już doszła do wniosku, że pewnie tylko jej się wydawało, dźwięk się powtórzył. Nagle zdała 
sobie sprawę, że słyszy czyjeś wołanie.  

Dochodziło chyba z zaplecza domu. Nie, nigdy tam nie pójdzie. Przecież ten wariat może 

ją znów złapać, oskarżyć o wtargnięcie na prywatny teren i zamknąć w piwnicy! 

Po  raz  trzeci  ktoś  zawołał.  Rose  pomyślała,  że  nie  może,  ot  tak,  odejść  sobie,  nie 

sprawdziwszy, co to jest.  

Rozglądając  się,  czy  nie  widać  gdzieś  Nathana  Haywarda,  ruszyła  ostrożnie  w  stronę 

bramy  prowadzącej  do  ogrodu  na  tyłach  domu.  Ani  żywej  duszy.  Ani  szmeru.  Przed  nią 
rozciągał się zapuszczony, lecz piękny ogród, a za nią małe podwórze, tchnące spokojem.  

– Hej tam! – zagrzmiał nagle znajomy głos. – Potrzebna mi pomoc! 
Rose omal nie upadła z przerażenia. Podniosła odruchowo głowę i natychmiast zmrużyła 

oczy, bo oślepiło ją słońce. Na dachu ktoś stał.  

Opuściła wzrok i spojrzała na podwórko. Pod ścianą domu leżała drabina. Aha, zsunęła 

background image

się i upadła, a Nathan Hayward został na dachu! 

Cofnęła się kilka kroków, osłoniła dłonią oczy i znów spojrzała w górę. Hayward siedział 

na stromym dachu nad kuchnią.  

– A, to pani! – zawołał.  
– Tak, ja – potwierdziła z uśmiechem, bo zdała sobie sprawę, że ze strony Haywarda nie 

grozi jej teraz żadne niebezpieczeństwo. Powoli wycofała się w stronę drewnianej ławki,  na 
której  siedziała  poprzedniego  dnia,  i  wygodnie  się  na  niej  usadowiła.  –  Wygląda  na  to,  że 
potrzebuje pan pomocy.  

Spojrzał na nią niechętnie.  
–  Po  co  mówić  o  tym,  co  oczywiste?  Lepiej  podniosłaby  pani  drabinę  i  ustawiła  gdzie 

trzeba, żebym mógł stąd zejść.  

– Chyba nie powiedział pan „proszę”. – Rose coraz lepiej czuła się w tej sytuacji.  
– Nie chyba, ale na pewno! – warknął opryskliwie. Wyglądało jednak na to, że Hayward 

zaczyna  zdawać  sobie  sprawę  ze  swego  uzależnienia  od  dobrej  woli  Rose.  –  Byłbym 
wdzięczny,  gdyby  zechciała  pani  ustawić  tu  tę  drabinę  –  powiedział  tonem,  w  którym 
wyczuwało się napięcie i wielki wysiłek, żeby brzmiało to choć trochę jak prośba.  

– Postąpił pan bardzo niefrasobliwie, nie zabezpieczając drabiny – zauważyła Rose. – A 

właściwie co pan tam robi? 

– Chciałem naprawić łupki, które się poprzesuwały. Kiedy schodziłem, pośliznęła mi się 

noga, uderzyłem w drabinę, no i upadła.  

–  To  ci  dopiero  pech!  –  Rose  cmoknęła.  –  No  i  utknął  pan  tam  na  górze.  –  Oczy  jej 

rozbłysły. – Ma pan prawdziwe szczęście, że się tu zjawiłam. W przeciwnym razie mogły pan 
tam posiedzieć kilka godzin.  

–  Usłyszałem,  że  ktoś  puka  do  drzwi,  więc  zacząłem  krzyczeć  –  burknął.  –  Miałem 

nadzieję, że ten ktoś usłyszy, ale oczywiście nie przyszło mi do głowy, że to pani.  

– Nie sądził pan, że się jeszcze zobaczymy, prawda? 
– Zgadła pani! 
Rose wygodniej rozparła się na ławce. Sytuacja bawiła ją coraz bardziej.  
– Wie pan, po co tu znów przyjechałam? 
–  Nie  mam  pojęcia.  I,  szczerze  mówiąc,  wcale  mnie  to  nie  obchodzi.  Chcę  tylko  stąd 

zejść.  

–  Wróciłam,  bo  jest  mi  pan  winien  przeprosiny  –  powiedziała,  nie  zwracając  uwagi  na 

jego  bezczelność.  –  W  gruncie  rzeczy  jest  pan  winien  o  wiele  więcej,  ale  wystarczą  mi 
prawdziwe przeprosiny.  

Nathan Hayward rzucił jej nienawistne spojrzenie. Nawet z tak daleka dostrzegła, że jego 

oczy zrobiły  się stalowe. Doskonale. To przekraczało  jej  najśmielsze  marzenia. Nie sądziła, 
że znajdzie taką okazję do zemsty. I chciała ją wykorzystać do końca.  

– Czy mam to zrobić, zanim pomoże mi pani stąd zejść? – irytował się Hayward. – Czy 

mam paść na kolana tu, na dachu, i panią przepraszać? 

–  A  czy  w  ogóle  zastanawiał  się  pan  nad  tym,  czym  była  dla  mnie  wczorajsza  noc? 

Siedziałam zamknięta w piwnicy, nie mając pojęcia, kto mnie uwięził, ani nie wiedząc, czy 

background image

ten ktoś kiedykolwiek mnie wypuści. I co ze mną zrobi, jeżeli mnie wypuści! 

– Niech pani nie demonizuje całej sprawy – odparł gniewnie.  
– Demonizuje?! – powtórzyła z  niedowierzaniem. – Popełnił pan przestępstwo. Mógłby 

pan pójść za to do więzienia.  

– Dobrze więc. Rzeczywiście głupio postąpiłem. Przyznaję i przepraszam.  
W  tonie  jego  głosu  Rose  wyczuła  jednak  absolutną  obojętność.  Niczego  naprawdę  nie 

żałował.  Powiedział  to tylko  dlatego,  że ona  chciała  to  usłyszeć.  A  zależało  mu  jedynie  na 
tym, by zejść z dachu. W takim razie był ostatnią osobą na świecie, której chciałaby pomóc! 
Podniosła się z ławki.  

– Myślę – popatrzyła na niego zimno – że najwyższy czas, by ktoś panu powiedział, iż nie 

zawsze może pan robić to, co się panu żywnie podoba. Wczoraj wieczorem ja potrzebowałam 
pana,  by  się  wydostać  z  piwnicy,  a  pan  się  upił  i  nie  raczył  nawet  pamiętać,  że  mnie  tam 
zamknął! Teraz pan potrzebuje mojej pomocy, żeby zejść z tego dachu. Chce pan wiedzieć, 
co zrobię, panie Hayward? Odjadę sobie i na jakiś czas zapomnę o panu. Na godzinę, może na 
dwie...  a  może  aż  do  rana.  Miło  tam  panu  będzie?  –  spytała  słodko.  –  Jeśli  się  panu 
poszczęści,  to  noc  będzie  ciepła  i  pogodna.  A  może  zrobi  się  zimno  i  zacznie  padać?  Nie 
powiem, żeby mnie to zmartwiło. Tak czy owak, mam nadzieję, iż nie spędzi pan tam czasu w 

luksusowych warunkach. Potem zastanowię się, czy powinnam tu w ogóle wrócić.  

Rzucił kilka soczystych przekleństw. Odpowiedziała mu wrogim spojrzeniem.  
– Nie znoszę  mężczyzn,  którzy wyrażają się wulgarnie. Właściwie pan też zupełnie  nie 

przypadł  mi  do  gustu!  I  lepiej  niech  pan  nie  robi  już  nic  takiego,  co  mogłoby  mi  się  nie 
spodobać, bo wcale tu nie przyjadę.  

Ruszyła  dostojnym  krokiem  przez  podwórze,  nie  oglądając  się  ani  razu.  Decyzję,  by 

pozostawić Haywarda na dachu, podjęła pod wpływem impulsu. Miała dość jego chamstwa, a 
poza tym wciąż nie potrafiła otrząsnąć się z wrażenia, jakie pozostawiła upiorna noc spędzona 
w piwnicy.  

Rose  nie  miała  pojęcia,  jak  długo  powinna  przetrzymać  Haywarda  na  tym  dachu. 

Postraszyła go, że wcale nie wróci, ale nie była aż tak mściwa. W ogóle nie była mściwa. Po 
raz  pierwszy  w  życiu  zdarzyło  jej  się  tak  z  kimś  postąpić,  ale  też  nikt  nigdy  jej  tak  nie 
potraktował! Miała tylko nadzieję, że on nie domyśla się jej skrupułów.  

Wsiadła do samochodu i odjechała nie dalej niż kilometr. Nie, to nie dla niej. Zatrzymała 

się i westchnęła głęboko. Gniew zaczął mijać. Nigdy nie potrafiła długo się gniewać, a obecne 
wzburzenie ustąpiło miejsca poczuciu winy.  

Dlaczego  czuję  się  winna?  –  pomyślała.  Przecież  pozostawienie  Haywarda  na  dachu  w 

upalne, słoneczne popołudnie to nic takiego okropnego. Noc w zimnej i brudnej piwnicy była 
z całą pewnością gorsza! 

Przez  chwilę  zmagała  się  ze  sobą,  aż  w  końcu  –  co  było  do  przewidzenia  –  wyrzuty 

sumienia wzięły górę. Włączyła silnik i ruszyła z powrotem.  

Ociągając się  i  bijąc z  myślami, weszła  na podwórko. Nienawidziła siebie za to, że tak 

łatwo ustępuje, ale wiedziała, iż nie potrafi być zawzięta. Już sobie wyobrażała zadowoloną 
minę, z jaką na pewno ją powita... Rzuciła okiem na dach, ale nie dostrzegła Haywarda. Nie 

background image

było go tam. W każdym razie nie czekał w tym miejscu, w którym go zostawiła. Gdzie mógł 
się podziać? Obeszła dom ze wszystkich stron, ale na dachu nikogo nie zauważyła. Drabina 
nadal leżała pod ścianą. Nigdzie wokół nie było żywej duszy.  

Nagle Rose wstrzymała oddech. Zamarło w niej serce. Pod oknem kuchennym, w cieniu, 

leżała bez ruchu jakaś postać.  

– Głupiec. Co za głupiec! – szepnęła do siebie, zrywając się do biegu. Nie czekał na nią, 

próbował zejść z dachu bez drabiny.  

Dziewczyna przyklękła przy nim i nerwowo zaczęła szukać pulsu. Przeraziła się, bo nie 

mogła  go  wyczuć,  ale  w  końcu  –  co  za  ulga!  –  znalazła.  Hayward  żył!  Nie  miała  jednak 
pojęcia,  czy  odniósł  poważne  obrażenia.  Znała  zaledwie  podstawowe  zasady  niesienia 
pierwszej pomocy. A to była sprawa dla specjalistów.  

Zostawiła  Haywarda  na  bruku  i  wpadła  do  domu.  Pędem  przebiegła  przez  kuchnię  i 

korytarz, minęła dobrze sobie znane drzwi do znienawidzonej piwnicy,  aż w końcu znalazła 
się w wąskim holu o kamiennej posadzce. Stał w nim staroświecki wieszak i mały, ciężki stół. 
Ale nie było telefonu.  

Rose jęknęła. A może tu w ogóle nie ma telefonu? Pchnęła ciężkie drzwi na przeciwnym 

końcu  holu  i  weszła  do  dużego  pokoju  z  ogromnym  kominkiem,  ozdobną  boazerią  i 
belkowanym  sufitem.  Nie  zwracała  jednak  na  to  wszystko  uwagi.  Szukała  telefonu.  Nagle 
dostrzegła aparat na stoliku.  

Trzęsąc  się  ze  zdenerwowania,  wykręciła  numer  pogotowia.  Zduszonym  głosem 

poprosiła o karetkę, podała adres i opowiedziała krótko, co się stało. Chwilę później była już 
z powrotem na podwórku.  

Hayward nie zmienił pozycji. Leżał na boku, twarz miał przerażająco bladą. Bała się go 

poruszyć, bo może coś sobie złamał. Nie mogła mu w niczym pomóc, chodziła więc tylko w 
kółko, modląc się w duchu, by karetka przyjechała jak najszybciej.  

Zdawać  by  się  mogło, że upłynęła wieczność, zanim  Rose usłyszała donośny  sygnał.  Z 

karetki wysiadło dwóch sanitariuszy z noszami. Szybko poprowadziła ich na podwórko.  

–  Spadł  z  dachu?  –  spytał  sanitariusz,  pochylając  się  nad  Haywardem,  by  dokonać 

oględzin.  

– Coś tam naprawiał – odparła drżącym głosem.  
–  Takie  roboty  lepiej  pozostawić  tym,  którzy  się  na  nich  znają  –  zauważył  sanitariusz, 

wstał i skinął na kolegę.  

–  Czy  coś  mu  jest?  –  spytała  Rose  niepewnym  głosem.  –  To  znaczy,  czy  jest  ciężko 

ranny? 

– Nie sądzę – odparł sanitariusz. – Ale mógł doznać jakichś obrażeń wewnętrznych czy 

pęknięć. Trzeba zrobić rentgen. Wszystko okaże się w szpitalu. Pojedzie pani z nami karetką 
czy swoim samochodem? 

– Czy naprawdę muszę jechać? – spytała, skonsternowana. Weszła już w życie Haywarda 

o  wiele  dalej,  niżby  chciała.  Wcale  nie  była  pewna,  czy  pragnie  angażować  się  jeszcze 

bardziej.  

Układając mężczyznę na noszach, jeden z sanitariuszy spojrzał na Rose z dezaprobatą.  

background image

– Pani jest jego żoną? 
– Ależ nie.  
– To pewnie krewną? 
– Nie. Po prostu znajomą. I to nawet nie. Właściwie prawie się nie znamy.  
–  Ale  będzie kogoś potrzebował –  nalegał  sanitariusz. – Może  będzie trzeba przywieźć 

mu coś do I szpitala albo z kimś się skontaktować. A prócz pani nikogo tu nie ma.  

Rose  lekko  się  skrzywiła.  Pragnęła  jak  najszybciej  odjechać  z  Lyncombe  Manor  i 

zostawić  za  sobą  Haywarda  wraz  z  jego  problemami.  Ogromnie  żałowała,  że  tu  w  ogóle 
wróciła.  Czuła  się  jednak  winna.  Bo  przecież  to  ona  pozostawiła  go  na  dachu.  Gdyby 
podstawiła mu drabinę, nie doszłoby do wypadku. Ale z kolei, gdyby Hayward nie zamknął 
jej  w  piwnicy,  nigdy  by  z  nim  tak  nie  postąpiła.  Wszystko  to  wiec  jego  wina,  a  nie  jej. 
Odjeżdżając teraz, byłaby całkiem usprawiedliwiona. Tylko że nie potrafiła się na to zdobyć. 
Wiedziała, że nie powinna martwić się o kogoś, kto ją tak obrzydliwie potraktował, ale jakże 
bezradnie wyglądał Hayward ułożony na noszach. Jedynie ktoś bez serca odjechałby i tak go 
zostawił.  

– No cóż, w takim razie pojadę za wami samochodem – powiedziała z rezygnacją.  
Nosze ustawiono w karetce, która po chwili ruszyła na sygnale. Rose  jechała tuż za nią, 

wciąż nie mogąc uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wróciła do Lyncombe Manor 
po to, żeby Hayward ją przeprosił, a tymczasem znalazła się w absolutnie krytycznej sytuacji.  

W szpitalu  skierowano ją do poczekalni, w której spędziła zdenerwowana kilka godzin, 

czekając na wiadomości. Zrobiło się późne popołudnie, była zmęczona, głodna i poirytowana. 
Filiżanka  pozbawionej  smaku  kawy  bynajmniej  jej  nie  pomogła.  Rose  aż  podskoczyła,  gdy 
wreszcie otworzyły  się drzwi  na końcu korytarza  i  mężczyzna w  białym  fartuchu skierował 
się wyraźnie w jej stronę.  

– Pani przyjechała z panem Haywardem? 
– Tak. A jak on się czuje? – wykrztusiła. – Odzyskał przytomność? 
– Tak, zaraz, jak go tylko przywieźli. Miał wielkie szczęście. Jest  jednak poturbowany. 

Przez  kilka  dni  będzie  czuł  wszystkie  kości.  Chcielibyśmy  zatrzymać  go  do  jutra,  na 
obserwacji, ale on nie chce.  

Z tonu głosu lekarza Rose wywnioskowała, że Hayward jest trudnym pacjentem.  
– Pozwoli mu wiec pan wrócić do domu? 
–  Nie  mamy  wyboru.  Nie  możemy  go  zmusić,  żeby  został.  Ktoś  jednak  powinien  przy 

nim być przez następną dobę, bo mogą wystąpić symptomy powypadkowe.  

– Na przykład jakie? 
–  Ludzie  reagują  rozmaicie.  U  jednych  pojawiają  się  ostre  bóle  głowy  i  nudności,  u 

innych  chwilowa  utrata  wzroku.  Gdyby  coś  takiego  nastąpiło,  należy  natychmiast  go  tu 
przywieźć. Niech pani wtedy zadzwoni po karetkę.  

– Ale... – Chciała powiedzieć, że nie może zająć się Haywardem, bo przecież go nie zna, 

ale lekarz już odszedł, ponaglany przez pielęgniarkę, która dawała mu jakieś znaki. – Przecież 
to idiotyczne! – mruknęła Rose do siebie. – Jak ja mogłam się w to wszystko wplątać? 

Kilka  minut  później  drzwi  do  poczekalni  otworzyły  się  i  ukazał  się  w  nich  Nathan 

background image

Hayward. Siedział na wózku, popychanym przez rosłego, wesołego sanitariusza.  

– Przecież potrafię chodzić – warknął do niego Hayward.  
– Po wyjściu ze szpitala może pan nawet wziąć udział w maratonie, ale na razie jest pan 

pod naszą opieką, będzie więc pan łaskaw siedzieć – odparł niewzruszony sanitariusz. – Która 
to pani ma zabrać pana do domu? 

– To ja – powiedziała Rose obojętnym tonem i postąpiła krok naprzód.  
Nathan przeszył ją piorunującym spojrzeniem.  
– Nie chcę z nią jechać – burknął, patrząc na sanitariusza. – Chcę wrócić karetką.  
–  To  niemożliwe.  Nie  jesteśmy  przedsiębiorstwem  taksówkowym,  a  pana  ma  kto  stąd 

zabrać  –  odparł  grzecznie,  lecz  stanowczo  sanitariusz,  najwyraźniej  przyzwyczajony  do 
trudnych pacjentów.  

Hayward nadal patrzył na nią spod oka, ale zamilkł. Rose nie miała pojęcia, czy zrobiło 

mu się wstyd, czy też po prostu gorzej się poczuł. Był blady i z jego ruchów dało się odczytać 
cierpienie.  

Sanitariusz  wyprowadził  wózek  przed  szpital.  Rose  poprowadziła  go  do  swego 

samochodu. Otworzyła drzwi. Nathan sztywno podniósł się z wózka i usadowił na przednim 

siedzeniu, ze zniecierpliwieniem odtrącając pomoc sanitariusza.  

– Teraz powierzam pana opiece szanownej pani.  
– Olbrzym spojrzał na Rose ze współczuciem.  
– Bardzo dziękuję – rzuciła Rose, siadając obok Nathana.  
Hayward,  nieporuszony,  wbił  wzrok  w  przednią  szybę.  Wyglądało  na  to,  że  postanowił 

nie  zwracać  na  Rose  uwagi.  Miała  tego  wszystkiego  dosyć.  Całą  dobę  spędziła  w  napięciu 
wyłącznie z jego winy, a on zachowywał się jak ostatni gbur. To było nie do zniesienia.  

–  Nienawidzę  jednego:  ludzi,  którzy  nadymają  się  i  milczą  –  powiedziała,  a  w  jej 

fiołkowych oczach błysnął gniew. – Rozumiem, w porządku, spadł pan z dachu i potłukł się. 
Ale nikt panu nie kazał schodzić bez drabiny. To pana wina, a nie moja! 

– Właśnie myślałem o tym, że sprawiłem pani wiele kłopotu – odezwał się nagle.  
To niespodziewane oświadczenie ugłaskało ją, ale tylko na moment.  
– Pewnie, że sprawił mi pan wiele kłopotu! I całkiem nie pojmuję, dlaczego nagle zrobił 

się  pan  taki  uprzejmy.  Niespecjalnie  ucieszył  się  pan  na  mój  widok.  Całe  popołudnie 
czekałam  w  szpitalu  na  wiadomość,  w  jakim  jest  pan  stanie,  a  pana  było  tylko  stać  na 
grubiańskie zachowanie wobec mnie i tego sanitariusza.  

– Wiem. – Znów ją zaskoczył. – Może zbyt długo mieszkam sam i zapomniałem już, na 

czym  polega  uprzejmość.  A  na  dokładkę  nienawidzę  szpitali.  To  dziecinne,  ale  chyba  po 
prostu ich się boję.  

– I dlatego nie chciał pan zostać tam do jutra? 
– Gdybym był przytomny, kiedy przyjechała karetka, wcale nie pozwoliłbym się zabrać.  
– Czemu tak się pan boi? 
– Właściwie nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Wiele ludzi reaguje podobnie. I nic na to 

nie można poradzić. Najlepiej po prostu nie chorować.  

– I nie spadać z dachów – dorzuciła. Już nie była na niego wściekła. – Ale postąpi] pan 

background image

idiotycznie, schodząc bez tej drabiny. Nie miałam zamiaru zostawić tam pana na długo.  

– Widząc pani minę, mogłem sądzić, że na całą noc.  
– Korciło mnie, żeby tak zrobić, ale na pewno by do tego nie doszło.  
– Należało mi się – powiedział nadspodziewanie szczerze. – Zamknąłem panią w piwnicy 

i  całkiem  o  tym  zapomniałem.  Postąpiłem  okropnie.  Pewnie  mi  pani  nie  uwierzy,  ale 
zazwyczaj nie traktuję kobiet w podobny sposób.  

– Lepiej będzie, jeśli uwierzę – zgodziła się chętnie. – W przeciwnym razie nie czułabym 

się specjalnie bezpiecznie z panem w tym samochodzie.  

Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  nawiązała  się  między  nimi  całkiem  miła  rozmowa. 

Przedtem  nie  zamienili  ze  sobą  ani  jednego  grzecznego  słowa.  Hayward  zaczął  się 
zachowywać jak normalny człowiek. Zbijało ją to trochę z tropu, bo nagle uświadomiła sobie, 
że  ma  on  jakiś  niezwykły  urok.  Uważaj,  mówiła  sobie.  Pamiętaj,  że  to  dziwna  osobowość. 
Nie daj się omamić. To wilk w owczej skórze! 

Przyśpieszyła trochę, chociaż i tak od początku jechała bardzo uważnie, licząc się z tym, 

że  każdy  wstrząs  na  nierównościach  drogi  może  sprawiać  Nathanowi  ból.  Wprawdzie  nie 
poskarżył  się  ani  razu,  ale  przecież  był  poturbowany.  Kiedy  wreszcie  zatrzymali  się  na 
podjeździe przed domem, westchnął z ulgą.  

– Obym nigdy już nie musiał odbywać takiej podróży! – Otworzył drzwiczki i zwrócił się 

w stronę Rose. – Przepraszam... zapomniałem podziękować pani za podwiezienie. I za to, że 
tak długo czekała pani na mnie w szpitalu.  

–  Jeżeli  nadal  będzie  pan  taki  uprzejmy,  to  pomyślę,  że  może  upadek  z  dachu  miał 

również swoje pozytywne skutki! – zażartowała. – Szpital zupełnie pana odmienił!.  

– A może po prostu chcę, żeby poznała mnie pani również od lepszej strony? 
–  Mhm  –  mruknęła  Rose  z  niedowierzaniem.  Nie  pora  teraz  na  sprzeczki,  pomyślała. 

Wysiadła z samochodu i stanęła po stronie pasażera. – No, wysiadamy, pomogę panu wejść 
do domu. Musi pan odpocząć i wszystko będzie dobrze.  

Nathan nie ruszył się z miejsca. Nie chciał skorzystać z jej pomocy.  
– Dziękuję za wszystko, ale dam sobie radę. Może mnie pani tutaj zostawić. Sam potrafię 

się sobą zająć.  

–  Wiem  o  tym  doskonale.  Lekarz  twierdził  jednak,  że  przez  dobę  musi  przy  panu  ktoś 

być. Nie marzy mi się rola opiekunki, ale nie wygląda na to, by ktoś inny przejmował się pana 
losem.  

– A pani się przejmuje? – Utkwił w niej zaciekawione spojrzenie.  
–  Bynajmniej  –  rzuciła  odrobinę  za  szybko.  –  I  jeżeli  innych  ludzi  traktuje  pan  tak  jak 

mnie,  to  nic  dziwnego,  że  nie  ma  pan  przyjaciół.  Ale  przecież  nie  mogę  tak  po  prostu 
odjechać  i  zostawić  pana  samego.  Gdyby  coś  się  stało,  już  nigdy  nie  mogłabym  spokojnie 
spać.  

– Nic mi nie będzie – powiedział z przekonaniem. – I niepotrzebna mi pielęgniarka.  
–  Nie  mam  zamiaru  pana  pielęgnować.  Pozostanę  tylko  tak  długo,  jak  długo  mogą 

wystąpić  jakieś  symptomy  powypadkowe.  Przy  panu  musi  być  ktoś,  kto  wezwie  wtedy 
pomoc.  

background image

–  Nie  wystąpią  żadne  symptomy  –  warknął  zniecierpliwiony.  –  Położę  się  do  łóżka  na 

kilka godzin. Kiedy rano wstanę, jedynymi śladami po wypadku będą siniaki.  

–  Niekoniecznie  musi  mieć  pan  rację  –  upierała  się.  –  A  w  razie  czego,  co  pan  zrobi? 

Mieszka pan tutaj sam, prawda– Tak. – Nagle spojrzał na nią z lekka podejrzliwie. – I jestem 

z tego bardzo zadowolony – dodał ostrzegającym tonem.  

– Bynajmniej nie zamierzam się tu sprowadzać – odparła Rose z rozdrażnieniem. – Jest 

pan chyba ostatnią osobą na świecie, z którą ktoś chciałby mieszkać. Nie zostałabym tu nawet 
do jutra. Lekarz powiedział, że przez najbliższe godziny powinien przy panu ktoś być. Czuję 
się odpowiedzialna za pana wypadek, więc tym kimś chyba powinnam być ja.  

– Czuje się pani odpowiedzialna? Bo nie podstawiła mi pani drabiny? 
– Tak – przyznała z niechęcią. – Chociaż sama nie bardzo rozumiem dlaczego. Przecież 

to wszystko pana wina. Pan zamknął mnie w piwnicy i...  

– Czy musimy wracać do tego po raz setny? Przeprosiłem panią i wyjaśniłem, dlaczego 

tak  się  stało.  A  jeżeli  chodzi  o  pani  poczucie  winy,  to...  Nie  powinna  się  pani  czuć 
odpowiedzialna za mój wypadek. Po prostu pośliznąłem się i upadłem.  

– Może i tak. Ale to niczego nie zmienia. Na parę godzin ktoś musi zostać przy panu i 

wygląda na to, że jestem jedyną idiotką, która się tego podejmie.  

– Uparta z pani kobieta.  
– Czy ja wiem. – Rose wzruszyła ramionami.  
– Kiedy coś postanowię, na ogół się tego trzymam. Czy to oznacza, że jestem uparta? 
– Dla mnie tak – odparł krótko. – A gdyby została tu pani na noc, nikt by się nie martwił? 

Nikt na panią nie czeka w domu? 

– Jestem... jakby tu powiedzieć, na dłuższych wakacjach. Zatrzymałam się w pensjonacie 

w miasteczku. Bez trudu mogę zadzwonić do pani Rogers... to znaczy do gospodyni.  

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, po raz pierwszy z pewnym zainteresowaniem.  
– Dziwna z pani dziewczyna. Pojawia się tu pani  zupełnie  niespodzianie. Chce  mi pani 

pomóc,  chociaż  zachowałem  się  tak,  że  inne  dziewczyny  po  czymś  takim  pobiegłyby  z 
wrzaskiem  na  policję.  No  a  teraz  postanawia  pani  pozostać  na  noc  w  domu  nieznajomego 
mężczyzny, kiedy nikt nawet nie będzie się o panią martwił.  

– Myli Się pan. Mam bardzo liczną rodzinę i wielu przyjaciół, których obchodzi mój los. 

Ale po prostu są daleko stąd. Zdaje się,  że  myli  pan  moją osobę ze swoją. To pan żyje  jak 
odludek i nie chce z nikim przebywać.  

Zmierzyli się wzrokiem, ale po chwili Rose spuściła oczy.  
– Nie chcę już o tym rozmawiać – mruknął ponuro. – Rozbolała mnie głowa. Wejdźmy 

do domu.  

Rose zrozumiała. W końcu ona też miała dość tej rozmowy. Niepojęte! Po co to wszystko 

powiedziała,  skoro  prywatne  życie  Haywarda  naprawdę  jej  nie  interesowało.  Trzeba  tylko, 
pomyślała,  jakoś  przeżyć  tych  parę  godzin,  a  potem  zniknąć,  pozostawiając  tego 
uszczypliwego i gderliwego mężczyznę w jego samotni.  

Nathan  wysiadł  z  samochodu  i  sztywno  ruszył  w  stronę  domu.  Rose  szła  za  nim,  nie 

mogąc się opędzić od myśli, że popełnia drugi poważny błąd. Pierwszy polegał, oczywiście, 

background image

na  tym,  że  w  ogóle  tu  wróciła.  Drugi  –  na  tym,  że  coraz  bardziej  angażowała  się  w  życie 

Nathana  Haywarda,  choć  wcale  to  nie  było  konieczne.  Przecież  nawet  teraz  może  zmienić 
zdanie  i  wycofać  się.  Prawdopodobnie  Haywardowi  nie  przydarzy  się  nic  złego.  Gdyby 
jednak... Wtedy do końca życia nie mogłaby spać spokojnie.  

Westchnęła głęboko, powiedziała sobie, że to tylko na tę jedną noc, i weszła za nim do 

domu.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi  i  w  domu  panował  ciemnozłoty  półmrok.  Rose 

wiedziała,  że  gdyby  Lyncombe  Manor  było  jej  domem,  nigdy  nie  chciałaby  go  opuścić. 
Zauroczył ją już wtedy, gdy przybyła tu po raz pierwszy. Chyba w istocie głównie dlatego tu 
wróciła. Chciała go jeszcze raz zobaczyć.  

Nathan przeszedł ciężko przez hol i zatrzymał się u podnóża krętych schodów.  
– Idę położyć się do łóżka – powiedział.  
– A... a co ja mam robić? – spytała, nagle zdezorientowana.  
– Kuchnia jest tam – poinformował ją, wskazując na drzwi w końcu korytarza. – Jeśli jest 

pani głodna, proszę sobie coś wziąć. I jeżeli rzeczywiście zechce pani zostać tu na całą noc, 
na górze są dwie wolne sypialnie.  

Wszedł sztywno po schodach i zniknął jej z oczu. Stała na środku holu, zastanawiając się, 

po co właściwie tu została.  

Gdybyś miała odrobinę oleju w głowie, wróciłabyś do domu, pomyślała. Tylko że teraz 

dom  to  pensjonat  pani  Rogers  –  wygodny,  ale  niespecjalnie  piękny.  W  niczym  nie 
przypominał  Lyncombe  Manor  –  skąpanego  w  kwiatach,  otoczonego ogrodem,  z  pięknymi 
kamiennymi posadzkami, belkami pod sufitem i atmosferą tajemniczości.  

Zaczęła  rozglądać  się  po  parterze,  chcąc  poznać  dom  jak  najszybciej.  Pokoje  były 

przestronne, umeblowane po staroświecku. Stały tu dębowe krzesła i długie stoły. W wielkim 
salonie na ogromnym kominku można było nawet rozpalić ogień. Leżały w nim naszykowane 
już na zimę wielkie bierwiona.  

Wszędzie  panowała  absolutna  cisza,  zakłócana  jedynie  powolnym  tykaniem  dużego, 

stojącego w rogu zegara.  

Zbliżał  się  wieczór.  W  domu  panował  półmrok  Rose  zapaliła  więc  lampy.  Mimo  to 

mogłaby  się  czuć  dziwnie  w  tym  starym  domostwie,  ale  na  szczęście  ani  odrobinę  się  nie 
bała. Wręcz przeciwnie, czuła się tu jak u siebie. Było to trochę niepokojące, bo przecież pod 
dachem Nathana Haywarda powinna się czuć nieswojo.  

Nagle okropny głód zapędził ją do kuchni. Ku swojemu zdumieniu w szafkach i lodówce 

znalazła zapasy świeżej żywności, sałatki i warzywa. Samotnie mieszkający mężczyźni żywią 
się  na  ogół  konserwami  i  gotowymi  mrożonymi  daniami.  Najwyraźniej  Nathan  do  nich  nie 
należał.  

A może, pomyślała, popełniła podstawowy błąd zakładając, że on mieszka sam. Może ma 

przyjaciółkę,  która  go  odwiedza.  Może  nawet  nie  jedną.  Mógł  mieć  wielkie  powodzenie  u 
kobiet.  

Mimo wszystko odnosiła wrażenie,  że dawno  już w tym domu  nie gościła kobieta.  Nie 

było tu kwiatów ani ozdób, a w doborze sprzętów nie czuło się kobiecej ręki.  

W  końcu  Rose  wzruszyła  ramionami.  Co  ją  to  właściwie  mogło  obchodzić?  Niechby 

sobie  miał przyjaciółkę  czy  nawet cały  harem. I  tak poświęciła dość uwagi sposobowi  jego 
życia.  

background image

Szybko  coś  zjadła  i  pozmywała  po  sobie.  Na  dworze  było  już  zupełnie  ciemno.  Rose 

ziewnęła.  

– Pora spać – powiedziała do siebie. – Muszę tylko znaleźć wolną sypialnię.  
Wygasiła  na  dole  prawie  wszystkie  światła,  pozostawiając  tylko  jedną  małą  lampkę  w 

holu, by nie iść całkiem po ciemku na górę. Kiedy stanęła na pierwszym podeście schodów, 
krzyknęła z przerażenia – z mroku wyłoniła się czyjaś sylwetka.  

– Co tu się, do diabła, dzieje? – wrzasnął Nathan, stając w drzwiach.  
Dzięki światłu padającemu przez uchylone drzwi jego sypialni  Rose zorientowała się, że 

ma  przed  sobą  nie  włamywacza,  który  chciał  się  na  nią  rzucić,  lecz  tylko  masywną  zbroję 
rycerza.  

– Przepraszam – mruknęła, patrząc na Nathana potulnie. – Czy obudziłam pana? 
– Nie, nie spałem – rzucił krótko. – Dlaczego pani krzyknęła? 
'  –  Na  schodach  było  ciemno  i  nagle  coś  zamajaczyło  mi  przed  oczami.  –  Wskazała  na 

zbroję, czując się naprawdę głupio.  

– Nigdy  bym  się  nie zgodził, żeby pani  została  w tym domu, gdybym wiedział, że  jest 

pani taka nerwowa. Jest tu wiele kątów, w których straszy.  

– Przeciwnie, nigdy  się nie denerwuję... to znaczy, prawie  nigdy. – Przypomniała sobie 

kilka chwil takiego napięcia w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, że trudno je było 
znieść. – A dlaczego pan nie śpi? – postanowiła zmienić temat. – Chyba dobrze się pan czuje? 

– Tak jak można się czuć po upadku z dachu –  odparł sucho. – A nie śpię, bo w ogóle 

rzadko mi się zdarza spać nieprzerwanie dłużej niż trzy, cztery godziny.  

– Ale jest dopiero jedenasta. Co będzie pan robił przez całą noc? 
– Czy to naprawdę pani sprawa? 
– Nie sądzę – odparła rumieniąc się. – Ale ja chciałabym się przespać. W którym pokoju 

najlepiej? 

–  W  tamtym.  –  Wskazał  na  drzwi  dość  oddalone  od  jego  sypialni  i  ruszył  w  stronę 

schodów. – Do zobaczenia rano, chyba że jakiś duch wcześniej panią wypłoszy.  

– Duch? – Nagle zaschło jej w gardle. Siliła się jednak na obojętny ton.  
Nathan  uśmiechnął  się  i  w  jego  twarzy  Rose  zobaczyła  coś  wilczego.  Przeszedł  ją 

dreszcz.  

– Każdy taki stary dom musi mieć swojego ducha.  
– A czy pan... czy pan go widział? 
– Oczywiście, że nie – odparł ze spokojem. – Nie wierzę w duchy, więc jak mógłbym się 

z nimi widywać? 

– To skąd pan wie, że tu krąży jakiś duch? – dopytywała się Rose.  
–  Bo  poprzedni  właściciele  podobno  regularnie  go  widywali.  Ale  niech  się  pani  nie 

martwi. On nie jęczy, nie płacze ani nie pobrzękuje łańcuchami. Po prostu wędruje cichutko 

po domu, starając się nikogo nie przestraszyć.  

– Wszystko to specjalnie pan wymyśla! – krzyknęła. – Ale jeżeli w ten sposób chce mnie 

pan  stąd  wypłoszyć,  nie  uda  się  to  panu.  Nawet  defilada  duchów  nie  zrobiłaby  na  mnie 
najmniejszego wrażenia. Zostaję tu do jutra, a wyjadę dopiero wtedy, gdy się okaże, że już nic 

background image

panu nie jest! 

Odwróciła się na pięcie, ruszyła w stronę wskazanych jej przedtem drzwi i głośno je za 

sobą zamknęła.  

Zapaliła światło i nagle zamarła ze zdumienia. Miało się tu znajdować łóżko, a zobaczyła 

ogromne łoże z baldachimem.  

– To chyba zbyt wiele, nawet jak na taki dom – mruknęła.  
Usiadła  na  brzeżku  łoża  i  z  przyjemnością  stwierdziła,  że  jest  bardzo  wygodne. 

Zastanawiała się teraz, gdzie może być łazienka.  

Zdecydowanie  nie  chciała  pytać  o to  gospodarza,  wyszła  więc  na  korytarz  i  zaczęła  po 

kolei otwierać drzwi. Znalazła ją za trzecimi. Rozebrała się i weszła pod prysznic. Dom był 
wprawdzie stary, lecz wyposażony we wszystkie nowoczesne urządzenia.  

Wycierając  się  ręcznikiem,  pomyślała  z  niechęcią,  że  nie  ma  w  czym  spać.  Już  miała 

nałożyć swoje nieświeże ubranie, gdy nagle na drzwiach dostrzegła szlafrok Nathana. Miała 
wątpliwości, czy wypada go pożyczyć, ale stwierdziła, że lepsze to, niż spanie w dżinsach  i 
przepoconej bluzce. Przecież rano może szlafrok wyprać.  

Po  chwili  przyszło  jej  do  głowy,  że  to  trochę  dziwne  spać  w  czymś,  co  należy  do 

Nathana, ale zaraz odegnała tę myśl, tłumacząc sobie, że zaczyna przesadzać.  

Wróciła  do  sypialni,  zgasiła  światło  i  wyciągnęła  się  na  łożu  z  baldachimem.  Mimo 

zmęczenia nie mogła zasnąć. Dobrą godzinę przewracała się z boku na bok, aż w końcu dała 
za wygraną.  

– Co ty właściwie tu robisz? – pytała samą siebie, z roztargnieniem przesuwając palcami 

po włosach.  

– Opiekujesz się mężczyzną, który wcale tego nie potrzebuje. Nieważne, co mówił lekarz. 

Temu cholernemu Nathanowi nic nie będzie! 

Uświadomiła sobie, że chyba zwariowała nalegając, by zostać tu na całą noc. Przecież on 

tego  nie  chciał,  a  w  takim  razie  przebywanie  z  nim  pod  jednym  dachem  stawało  się 
nadzwyczaj  krępujące,  nawet  jeśli  Lyncombe  Manor  miało  tyle  uroku.  Przecież  na  dobrą 
sprawę  nawet  nie  znała  Haywarda.  W  każdym  razie  nie  w  takim  sensie,  jak  to  się 
powszechnie rozumie. Gdyby rodzice wiedzieli, iż spędza noc w domu mężczyzny poznanego 

ledwie przed dwudziestoma czterema godzinami, byliby przerażeni. Wiedziała już, że stać go 
na rzeczywiście dziwaczne zachowanie. Ale na co jeszcze? 

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej ją to rozstrajało. Decyzja, by pozostać tu na noc, 

wydawała  się  rozsądna  w  świetle  dnia,  ale  teraz,  po  północy,  wszystko  wyglądało  inaczej. 
Nagle  wydało  jej  się,  że  to  szaleństwo  przebywać  z  nieznajomym  w  domu  stojącym  na 
całkowitym pustkowiu. Kto przyjdzie jej z pomocą, gdyby coś się stało? Nikt! Najlepiej więc 
będzie, jeżeli natychmiast stąd się wyniesie.  

Zerknęła  na  zegarek.  Było  po  północy,  ale  pani  Rogers  bez  wątpienia  wpuści  ją  do 

pensjonatu  o  dowolnej  porze.  Podjąwszy  decyzję,  natychmiast  wyskoczyła  z  łóżka,  zdjęła 
szlafrok i zaczęła pośpiesznie się ubierać. Zajęło jej to ledwie kilka sekund. Wyszła z sypialni 
i zbiegła po schodach.  

W  korytarzu  prowadzącym  do  kuchni  panowały  ciemności,  ale  drzwi  kuchenne  były 

background image

uchylone  i  sączyła się przez  nie smuga  światła.  Czy Nathan  jest właśnie tam? Może zszedł 
zrobić  sobie  coś  ciepłego  do  picia?  Czy  powinna  mu  powiedzieć,  że  odjeżdża,  czy  ma  po 
prostu  zniknąć?  Postanowiła,  acz  niechętnie,  że  lepiej  będzie  mu  o  tym  powiedzieć,  bo 
wyjazd bez słowa byłby naprawdę w złym stylu.  

Otworzyła drzwi do kuchni. Nathan siedział przy stole. Aż zamarła z przerażenia, kiedy 

się zorientowała, co on ma zamiar zrobić.  

–  Zwariował  pan?!  –  Podbiegła  do  niego,  chwyciła  szklankę  whisky,  która  stała  przed 

nim  na  stole,  i  wylała  jej  zawartość  do  zlewu.  Zabrała  też  na  wpół  opróżnioną  butelkę, 
wstawiła  ją  do  szafki  i  zamknęła  drzwiczki.  –  Nie  wie  pan,  że  za  nic  w  świecie  nie  wolno 
teraz panu pić alkoholu? Oczywiście, że pan wie. Nie jest pan głupi, chociaż czasami głupio 
się pan zachowuje. Co to za pomysły? 

Jeszcze  nie  widziała  u  Haywarda  tak  gniewnego  spojrzenia.  W  ciemnoszarych  oczach 

zapaliły  się  tak  przerażające  błyski,  że  gdyby  sama  nie  była  na  niego  wściekła,  umarłaby 
chyba ze strachu.  

– Nie mogłem spać – odparł z przymusem . – A kiedy nie mogę spać, czasami popijam.  
–  Wtedy,  gdy  zamknął  mnie  pan  w  piwnicy,  też  o to  chodziło,  prawda?  Nie  mógł  pan 

spać, więc upił się pan do nieprzytomności i całkiem o mnie zapomniał? 

– Coś w tym rodzaju – przyznał, nieco zażenowany. Z jego oczu nie strzelały już iskry, 

spojrzenie nabrało łagodniejszego, zmęczonego wyrazu.  

–  Już  chciałam  się  stąd  wynieść  –  mruknęła  Rose,  opadając  na  krzesło  obok  niego.  – 

Przyszłam, żeby to panu powiedzieć.  

– Jest po północy. Dość dziwna pora jak na wyjazd.  
– Wydawało mi się, że już mnie pan nie potrzebuje. Ale teraz, kiedy widzę, co się dzieje, 

jak  mogłabym  odjechać?  Ledwie  zdążyłabym  zamknąć  za  sobą  drzwi,  pan  natychmiast  by 
wyciągnął butelkę i pił na umór! 

–  Zamierzałem  wypić  jednego  drinka,  najwyżej  dwa.  Żeby  łatwiej  zasnąć,  a  nie  – 

popełnić samobójstwo.  

– Nawet tylko  jeden to o jeden za dużo – stwierdziła  Rose surowo i zmrużywszy oczy, 

spojrzała  na  niego.  –  Jest  pan  pewien,  że  nie  ma  pan  ciągot  do  samozniszczenia?  Chyba 
niespecjalnie pan o siebie dba? 

–  Jak  na  kogoś,  kto  zna  mnie  tak  krótko,  zadaje  pani  mnóstwo  niezmiernie  osobistych 

pytań.  

– Ma pan rację. – Lekko się zaczerwieniła. –  Ale to dlatego, że od pana tak trudno się 

czegokolwiek dowiedzieć. O wszystko trzeba pytać.  

– Łatwo to jednak pani przychodzi.  
– Może mi się pan zrewanżować tym samym. Co chce pan wiedzieć? 
Rozparł  się  na  krześle  i  popatrzył  na  nią  badawczo.  Ciemne  włosy  miał  jak  zwykle  w 

nieładzie, był ciągle w tych samych dżinsach, zmienił tylko bluzę.  

Niespecjalnie  dba  o  swój  wygląd,  pomyślała  z  przekąsem.  Ale  właściwie  nie  ma  to 

znaczenia, bo i tak jest na swój sposób niezwykle atrakcyjny.  

– Chciałbym wiedzieć – zaczął, wciąż patrząc jej w oczy.  

background image

– Tak? – Chrząknęła nerwowo.  
– Przede wszystkim, dlaczego nagle postanowiła pani wymknąć się stąd w środku nocy? 
– Już to wyjaśniłam. Uznałam, że pan mnie nie potrzebuje, po co więc mam zostawać? 
–  Ale  można  było  poczekać  do  rana  –  zauważył,  a  po  chwili  cień  jakby  wilczego 

uśmiechu przemknął mu przez twarz. – Chyba że nie czuła się tu pani tu bezpiecznie.  

Oczywiście,  że  właśnie  o  to  chodziło,  ale  Rose  nigdy  by  się  przed  nim  do  tego  nie 

przyznała. Żeby dodać sobie pewności, wyprostowała się na krześle.  

–  Absurd!  Po  prostu  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  zrobiło  się  tak  późno.  Gdybym 

wiedziała, że jest po północy, nigdzie bym się nie wybierała.  

Nathan wciąż na nią patrzył.  
– Zanim pani zeszła, zegar w holu wybił właśnie dwunastą.  
– Nie słyszałam.  
– Może więc ma pani kłopoty ze słuchem, bo ten zegar bije tak głośno, że słychać go w 

całym domu.  

– Nie mam kłopotów ze słuchem! – wrzasnęła. – Za to mam dość tych pytań.  
– Przecież  sama  mnie pani do nich zachęcała. Próbuję tylko dociec, dlaczego tak nagle 

chciała się pani stąd wynieść. – Oczy mu zabłysły. – Chcę się upewnić, czy się pani mnie nie 
boi.  

– Może pan być pewien, że nie! – Usiłowała to powiedzieć przekonywającym tonem. – 

Dobrze jednak, że zeszłam, bo przez całą noc piłby pan do nieprzytomności.  

– Już pani mówiłem, że nie miałem takiego zamiaru. A gdyby nawet, to nie pani sprawa.  
– Racja – odpaliła. – I na pewno nigdy już nie będę się wtrącać. Niech pan tylko pamięta, 

że to pan nienawidzi szpitali, a nie ja. Po wypiciu połowy butelki whisky niewątpliwie znów 
się pan tam znajdzie.  

– To bardzo otrzeźwiające, co pani mówi.  
Ku  jej  zdumieniu  lekki  uśmiech  rozjaśnił  mu  twarz,  która  całkiem  się  odmieniła.  Rose 

niemal zapomniała, że jeszcze przed chwilą zamierzała uciekać z tego domu.  

– Pani nie chce rozmawiać o tym, dlaczego chciała stąd uciec, a ja mam dość mówienia o 

moim  piciu  –  ciągnął.  –  Może  więc  pójdziemy  na  kompromis  i  znajdziemy  jakiś 

bezpieczniejszy temat? 

– Na przykład? 
– Na początek mogłaby pani zdradzić mi swoje imię.  
– To pan go nie zna? – Aż zamrugała oczami ze zdumienia.  
– Nie powiedziała mi pani, a ja nie zapytałem.  
– Mam na imię Rose. Rose Caldwell.  
– Rose – powtórzył z namysłem. – Nie pasuje do pani.  
–  Wiem  –  przyznała  z  żalem.  –  Jako  dziecko  miałam  jaśniusieńkie  włosy  i  niebieskie 

oczy i wszyscy myśleli, że wyrosnę na blondynkę o cerze jasnej jak płatki róży angielskiej. 
Tymczasem  oczy  zrobiły  mi  się  fiołkowe,  a  włosy  pociemniały.  W  lecie  opalam  się  jak 
Cyganka, a poza tym jestem wysoka i niezręczna, a nie – opanowana i elegancka.  

–  Dobrze,  że  nie  jest  pani  blondynką  –  stwierdził.  I  zanim,  skonsternowana,  zdążyła 

background image

spytać,  dlaczego,  ciągnął  dalej:  –  Dziwne,  że  pojawiła  się  tu  pani  w  poszukiwaniu  pracy 
ogrodnika. Pani ręce nie świadczą o tym, by było to pani zajęcie.  

–  Bo  i  nie  jest  –  przyznała,  spoglądając  na  swoje  delikatne  dłonie.  –  I  pewnie  dlatego 

chciałam zostać ogrodnikiem. Żeby przez kilka tygodni robić coś innego niż zwykle. A znam 
się  na  uprawie  roślin.  Zawsze  uwielbiałam  ogrody  i  mam  dość  siły,  by  poradzić  sobie  z 
kosiarką i kopaniem.  

–  To  zupełnie  tak,  jakby  mi  pani  przedstawiała  swoje  referencje  –  zauważył,  unosząc 

brwi. – Czy nadal interesuje panią ta praca? 

– Nie... to znaczy, chyba nie... przynajmniej...  
– Zła na siebie za to, że się zmieszała, potrząsnęła głową. – Nie jestem przekonana, czy 

chcę pracować u kogoś takiego jak pan – dokończyła, stawiając kropkę nad „i”.  

– Takiego jak ja? – Brwi uniosły mu się jeszcze wyżej.  
– Doskonale pan wie, co mam na myśli! – krzyknęła ze złością.  
– Takiego, co zamyka dziewczyny w piwnicy? 
– podsunął. – Takiego, co za dużo pije i mieszka całkiem sam? 
–  Potrafię  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić  –  powiedziała  stanowczo.  –  Tylko  że  nie 

jestem pewna, czy chcę.  

– A  ja  nie  jestem pewien, czy  w ogóle zaproponuję pani tę pracę. Najpierw  muszę coś 

więcej  o  pani  wiedzieć.  W  dzisiejszych  czasach  trzeba  być  bardzo  ostrożnym,  zanim  się 
kogoś zatrudni.  

– Uważa mnie pan za osobę nieodpowiedzialną? – rzuciła ostro. – A może myśli pan, że 

nie potrafię pracować jako ogrodnik? 

– Chcę powiedzieć tylko tyle, że pojawiła się tu pani, jakby spadła z nieba, i dopiero od 

pięciu minut wiem, jak się pani nazywa. I nawet nie mogę być pewien, czy to prawda.  

Doskonale wyczuwała, że Nathan ją podpuszcza, ale to jej tylko pomagało panować nad 

sobą.  

– Mam dwadzieścia trzy lata, jestem niezamężna. Mój ojciec pracuje w dyplomacji, więc 

większą część życia spędziłam za granicą. Dlatego przyjechałam na lato do Anglii. Chciałam 
poznać bliżej kraj, w którym się urodziłam. Oszczędzałam, by spędzić tu kilka miesięcy, po 
prostu jeżdżąc i zwiedzając różne miejscowości. Tyle tylko, że wszystko okazało się droższe, 
niż  myślałam,  i  kończą  mi  się  pieniądze.  Dlatego  muszę  trochę  popracować.  –  Aż  się 
zadyszała. Popatrzyła na Nathana. – Jeszcze coś chce pan wiedzieć? 

– A kim pani jest z zawodu? 
– Przez ostatnie dwa lata pracowałam jako tłumaczka. Mówię płynnie czterema językami 

i w kilku innych też jakoś sobie radzę. Kiedy ojca przenoszono z jednej ambasady do drugiej, 
zawsze uczyłam się języka danego kraju. Przychodziło mi to bez trudu – mam chyba niezły 
słuch językowy.  

–  Nie  ma  co,  utalentowana  z  pani  osóbka.  Czy  chciałaby  mi  pani  jeszcze  coś  o  sobie 

powiedzieć? 

–  Już  nic  –  odparła  stanowczo.  –  Wystarczy  jak  na  jeden  dzień.  –  Ale  może  teraz  ja 

dowiem się czegoś o panu.  

background image

–  Jeżeli  dobrze  pamiętam,  wie  pani,  jak  się  nazywam  –  powiedział  ostrożnie.  –  A  to 

oznacza, że wie pani, kim jestem. I pewnie zna pani wiele szczegółów z mojego życia.  

– Wcale nie. Mówiłam już, że mieszkam za granicą. Oczywiście, że o panu słyszałam, i 

pani Rogers zdążyła mi opowiedzieć to i owo, ale tak naprawdę – niewiele wiem.  

– To dobrze. – Hayward uśmiechnął się dziwnie.  
– Jak na razie, to wszystko powinno nam wystarczyć.  
– Zerknął na zegarek. – Niedługo będzie świtać. Czy nadal chce pani uciekać? 
– Nie. – Westchnęła z rezygnacją. – Chyba będę musiała zostać. Przynajmniej do rana.  
– No to proszę wracać do łóżka i trochę się przespać. I niech się pani nie martwi – dodał z 

lekko ironicznym uśmiechem. – Nie zamierzam się upić zaraz po pani wyjściu.  

Rose  nie  miała  wprawdzie  najmniejszych  podstaw,  żeby  wierzyć  w  obietnice  tego 

mężczyzny,  lecz strasznie  już ziewała  i powieki  same  jej opadały,  musiała więc pozostawić 
go samego. Nie mogła tu siedzieć przez całą noc i pilnować, żeby nie robił głupstw.  

Wstała i ruszyła zmęczonym krokiem do drzwi.  
– Dobranoc – rzuciła, tłumiąc ziewnięcie.  
– Do zobaczenia rano.  
W tonie jego głosu było coś takiego, że aż się obejrzała i dreszcz przebiegł jej po plecach. 

Ale  Nathan  nawet  nie  patrzył  na  nią,  pomyślała  więc,  że  chyba  jej  się  wydawało.  Szybko 
wyszła z kuchni, a idąc schodami na górę, bez przerwy oglądała się do tyłu.  

 
Spała  o  wiele  lepiej,  niż  mogłaby  się  tego  spodziewać,  i  po  przebudzeniu  czuła  się 

naprawdę  wypoczęta.  Właściwie  sama  była  zdumiona  tym,  że  chciała  uciekać  z  Lyncombe 
Manor w środku nocy.  

Wielu  ludzi  ogarnia  dziwaczny  nastrój,  kiedy  zapadają  ciemności,  usprawiedliwiała  się 

sama  przed  sobą.  A  w  dodatku  wczorajszy  dzień  był  naprawdę  denerwujący.  Nic  więc 
dziwnego, że miałam wszystkiego dość.  

Umyła  się  szybko,  ubrała  i  żywo  zbiegła  na  dół.  W  świetle  dnia  zbroja,  która  tak  ją 

przeraziła w nocy, wcale nie wydawała się straszna. A dom, skąpany w słonecznej jasności, 
znów był pełen uroku.  

Przed  odjazdem  chciała  się  napić  kawy,  poszła  wiec  do  kuchni.  Zastała  tam  Nathana, 

który przygotowywał sobie śniadanie.  

– Rany boskie, chyba nie spędził tu pan całej nocy? 
– Nie, przespałem się kilka godzin... i to bez nadużywania alkoholu.  
– Czy mogę zrobić sobie kawę? 
– Proszę bardzo. A może coś pani zje? 
– Tylko grzankę.  
–  Nic  dziwnego,  że  jest  pani  taka  chuda  –  zauważył.  –  Chyba  nigdy  nie  jada  pani 

porządnych posiłków.  

– Przeciwnie, zawsze. Tylko że to nic nie zmienia.  
– A jakie ma pani plany na dzisiaj? – spytał, nakładając sobie fachowo na talerz sadzone 

jajko i plastry chrupkiego bekonu.  

background image

–  Wpadłam  na  dość  oczywisty  pomysł  –  wracam  do  domu.  To  znaczy,  niezupełnie  do 

domu.  Dom  mam  tam,  gdzie  przebywa  moja  rodzina,  a  teraz  wszyscy  są  w  Waszyngtonie. 
Ojciec  jest  tam  na  placówce  od  początku  roku.  Wracam  więc  do  pensjonatu  pani  Rogers, 
który chwilowo zastępuje mi dom.  

– Mogłaby pani zostać tutaj – rzucił jakby od niechcenia.  
– Nie, dziękuję. – Rose znieruchomiała.  
– Nie proponuję, żeby wprowadziła się pani do mojego łóżka – powiedział rozbawiony. – 

Po  prostu  myślałem,  że  może  zechce  pani  podjąć  tę  pracę,  a  wtedy  mogłaby  tu  pani 
zamieszkać. Pozwoliłoby to zaoszczędzić trochę grosza. Ale nie ma sprawy.  

Rose  wiedziała  jednak,  że  mogłaby  się  z  tego  zrobić  sprawa,  i  to  naprawdę  wielka.  Ich 

sypialnie  znajdowały  się  tak  blisko  siebie,  a  w  drzwiach  nie  zauważyła  zamka.  Wprawdzie 
Nathan  nie  wydawał  się  nią  specjalnie  zainteresowany,  lecz  skąd  można  wiedzieć,  co  mu 
przyjdzie do głowy w nocy? 

– To chyba nie najlepszy pomysł – odparła stanowczo.  
– Nie ufa mi pani? – Uśmiechnął się lekko.  
– Zrobiłabym bardzo głupio, gdybym się na to zdecydowała. Nieważne nawet, co mi się 

tu przydarzyło, ale przecież ja pana prawie nie znam. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach 
nie zdecydowałaby się na coś podobnego.  

Mogła się spodziewać, że zareaguje gniewem, lecz tylko przytaknął ruchem głowy.  
– Pewnie ma pani rację. Ale wschodnie skrzydło domu tworzy właściwie osobną całość. 

Jest tam sypialnia, mały salonik i łazienka. Wejście osobne. Musielibyśmy tylko korzystać ze 
wspólnej kuchni. Może się pani tam wprowadzić.  

– Skąd ta nagła gościnność? – spytała Rose podejrzliwie.  
– Chyba jestem coś pani winien – powiedział po chwili wahania. – I naprawdę potrzebuję 

ogrodnika.  

–  Uśmiechnął  się.  –  Ogłoszenie  w  sklepie  wisi  od  dwóch  tygodni,  a  zgłosiła  się  tylko 

pani. – Wyczuwał, że Rose się waha. – Proszę podjąć pracę na próbę – przekonywał ją. – Na 
przykład na tydzień. Jeżeli po kilku dniach uzna pani, że nie podoba się pani praca... albo ja, 
wymówi pani, a ja zapłacę za cały tydzień.  

Była to bardzo kusząca propozycja. Mogłabym, myślała Rose, zwrócić dług pani Rogers, 

a  ponadto  mieszkać  tu  bezpłatnie.  Trudno  jednak  było  nie  pamiętać,  że  z  tą  propozycją 
wystąpił człowiek, który jeszcze niedawno usiłował się jej pozbyć. Gdzie tu pułapka? 

– Sama nie wiem... – powiedziała niepewnie. Hayward uśmiechnął się. Było w nim teraz 

tyle uroku, że aż zawirowało jej w głowie.  

–  Oczywiście,  że  pani  wie.  Nam  obojgu  rozwiązałoby  to  problemy.  Pani  brakuje 

pieniędzy  i  musi  gdzieś  pani  mieszkać,  a  mnie  niezbędny  jest  ogrodnik,  bo  w  przeciwnym 
razie ogród zupełnie zarośnie.  

– Czy wschodnie skrzydło naprawdę tworzy osobną całość? – spytała, marszcząc nos.  
–  Może  się  pani  nawet  zamykać  przede  mną  w  nocy.  –  W  szarych  oczach  Nathana 

błysnęło rozbawienie.  

–  A  czy  będę  musiała?  –  rzuciła  wyzywająco,  nie  chcąc  dać  się  zwieść  tym 

background image

przekomarzaniom.  

– Nie sądzę. – Spoważniał. – Nie jest pani w moim typie. Oczywiście ma pani wdzięk... 

fiołkowe oczy, ciemne włosy i tak dalej... ale mnie to specjalnie nie bierze. A poza tym jest 
pani zbyt niewinna. Wolę pewne wyrafinowanie i... doświadczenie.  

Gdyby nie kpiący ton, taka deklaracja mogłaby być wręcz przerażająca.  
–  A  może  pan  miał  zbyt  wiele  doświadczeń?  –  powiedziała  to  spontanicznie,  zanim 

zdążyła ugryźć się w język.  

Przez chwilę patrzył na nią jakoś dziwnie.  
– Niewykluczone, że  ma pani rację  – rzekł wreszcie, wzruszając ramionami,  jak gdyby 

miał dość tej rozmowy. – To co, interesuje panią ta praca? 

– Tak – odparła i już w chwilę później zastanawiała się, dlaczego dała taką odpowiedź. 

Czuła  instynktownie, że podjęcie pracy u Nathana Haywarda nie  jest dobrym pomysłem.  A 
każdą kobietę, która zgodziłaby się zamieszkać z nim pod jednym dachem, należało poddać 
badaniom psychiatrycznym! 

Mimo to decyzji nie zmieniła. Zgodziła się przynieść swoje rzeczy z samochodu i zacząć 

pracę po południu.  

Postępujesz niemądrze, ostrzegała sama siebie. Ale spoglądając na Nathana, widząc jego 

wychudzenie  i  zmęczone  oczy,  pomyślała,  ze  przecież  on  kogoś  potrzebuje.  Zbyt  długo 
mieszkał sam. I wcale mu to nie służyło.  

Dlaczego jednak to właśnie ona miała tu zamieszkać? Może dlatego, że nikt inny się nie 

zjawił? Nikogo innego Nathan Hayward nie obchodzi. A czy ją obchodzi? Nie odpowiedziała 
sobie na to pytanie. Nie sądziła, że odpowie na nie kiedykolwiek.  

Wykona  pracę,  za  którą  otrzyma  zapłatę,  i  będzie  z  Nathanem  na  przyjaznej  stopie  – 

jeżeli on potrzebuje przyjaciela. To wszystko. A w nocy  nie zapomni się zamknąć! Pewnie 
mu  trochę  współczuje,  pewnie  trochę  go  czasami  lubi,  ale  w  tych  szarych  oczach  jest  coś 
takiego, co ostrzega, by mieć się na baczności.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Kiedy pani Rogers usłyszała, że Rose wprowadza się do Lyncombe Manor, była niemal 

wstrząśnięta.  

– Przecież pan Hayward sam zajmuje cały dom.  
–  Zgadza  się.  Ale  część,  z  której  będę  korzystała,  jest  całkiem  osobna.  A  poza  tym 

mówiła mi pani, że to sympatyczny człowiek. – Rose uśmiechnęła się.  

–  Nawet  najsympatyczniejsi  mężczyźni  potrafią  czasami  być  nieznośni.  –  Pani  Rogers 

ściągnęła  z  dezaprobatą  brwi.  –  Żadnemu  nie  można  ufać.  Nie  potrafią  zapanować  nad 
swoimi zachciankami.  

– Naprawdę będę bardzo ostrożna. – Rose z trudem hamowała śmiech.  
– Nie sądzę, by udało mi się panią powstrzymać – westchnęła pani Rogers. – Ale jeżeli 

wyprowadza  się  pani  z  powodu  braku  pieniędzy,  to  naprawdę  niepotrzebnie.  Może  pani 
zostać i zapłacić mi później.  

Rose podziękowała gospodyni, szczerze wzruszona jej propozycją.  
– Myślę jednak – powiedziała na pożegnanie – iż w Lyncombe Manor nie stanie mi się 

nic złego. A jeżeli pojawią się jakieś komplikacje, przynajmniej wiem, że mogę tu wrócić.  

Po  kilku  minutach  była  już  spakowana.  Cały  niewielki  bagaż  zmieścił  się  na  tylnym 

siedzeniu samochodu.  

Własny  samochód  w  Lyncombe  Manor  mógł  się  wydawać  zbytecznym  luksusem,  ale 

ponieważ wynajęła go do końca miesiąca, chyba nie było sensu oddawać go wcześniej. I tak, 
pomyślała,  nie  otrzymałaby  zwrotu  pieniędzy.  Zresztą,  może  się  przydać.  Z  posiadłości 
Haywarda nie dałoby się w razie czego szybko uciec inaczej niż samochodem.  

Najpewniej jednak do niczego złego nie dojdzie, bo przecież przez większość dnia będzie 

pracowała, prawie nie widując Nathana.  

Pojechała prosto do Lyncombe Manor. Wyjmując torby z samochodu, czuła się tak, jakby 

wróciła do domu. Nathan się nie pokazał, chwyciła więc swoje bagaże i zatargała je do holu.  

Panował tu przyjemny chłód, pozwalający zapomnieć o żarze lejącym się z nieba. Rzuciła 

bagaże na podłogę i przez chwilę stała niezdecydowana. Nie miała pojęcia, którędy idzie się 
do jej pokoi.  

Muszę znaleźć Haywarda, pomyślała. Ale gdzie on może być? Przeszukanie całego domu 

i okolicy potrwa wieki. Weszła do dużego pokoju i gdy przemierzała go bezszelestnie, ujrzała 

nagle Nathana, rozpartego w wielkim fotelu przy kominku. Spał jak zabity.  

Wiele  ludzi  wygląda  we  śnie  bardzo  bezradnie,  lecz  on  robił  wrażenie  człowieka 

wypoczywającego.  I  to  wydało  jej  się  czymś  nowym,  bo  nigdy  dotąd  nie  widziała  go 
odprężonego.  

Podeszła  bliżej  i  zaczęła  mu  się  przyglądać.  Znikło  napięcie  ust  i  zmarszczki  między 

brwiami – wyglądał całkiem inaczej, o wiele młodziej.  

Ile  mógł  mieć  lat?  Trudno  było  powiedzieć.  Dobiegał  trzydziestki  lub  ledwie  ją 

przekroczył.  Gdyby  naprawdę  jej  na  tym  zależało,  pewnie  mogłaby  się  tego  dowiedzieć  ze 

background image

starych numerów gazet. Nietrudno będzie je znaleźć.  

Ale  czy  rzeczywiście  chciała  wiedzieć  więcej?  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  tak.  To 

niedobrze. Nie powinna interesować się zbytnio tym mężczyzną. Instynkt znów ją ostrzegał, 
że nie wyjdzie jej to na dobre.  

Nathan  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Miał  nieprzytomne  spojrzenie,  ale  kiedy  w  końcu 

zauważył obecność Rose, wyglądał na rozczarowanego.  

– Ach, to pani – mruknął.  
W  tym  momencie  Rose  odniosła  wrażenie,  że  Nathan  jakby  oczekiwał  kogoś  innego, 

chociaż wiedział, że ten ktoś nigdy już nie pojawi się w jego życiu.  

– Tak, to ja – odparła bezbarwnym tonem.  
– Pewnie chce pani zobaczyć swoje mieszkanie? 
– Podniósł się sztywno. – Zaprowadzę tam panią.  
– A jak siniaki? – spytała, kiedy szli przez największy pokój.  
– Bolą.  
Nic  więcej  nie  powiedział.  Rose  domyśliła  się,  o  co  chodzi.  Nie  był  w  nastroju  do 

rozmowy. Poprowadził ją wąskimi, krętymi schodami w górę i na szczycie otworzył drzwi.  

– To najwyższe piętro we wschodnim skrzydle. Jest tu sypialnia, łazienka i jeszcze jeden 

pokój  tam  dalej.  Może  go  pani  używać  w  ciągu  dnia.  Nie  ma  kuchni,  będzie  więc  pani 
musiała korzystać z tej w głównej części domu. Jak mówiłem, tylko z niej będziemy musieli 
korzystać  wspólnie.  –  Jakby  trochę  się  rozluźnił,  a  w  jego  oczach  pojawiło  się  nawet 
rozbawienie.  

– W drzwiach do tego skrzydła jest całkiem solidny zamek. Kiedy będzie się pani kładła 

spać, wystarczy przekręcić klucz, a poczuje się pani bezpiecznie.  

–  Już  teraz  czuję  się  bezpiecznie.  Dziękuję  –  odparła.  Nie  była  to  jednak  prawda.  – 

Rozpakuję się, a pracę rozpocznę zaraz po lunchu.  

– Może pani poczekać do jutra. Nie jestem aż takim tyranem.  
– Wolałabym dzisiaj. Chcę jak najszybciej zacząć zarabiać.  
– Jak pani sobie życzy. – Wzruszył ramionami. – I proszę się nie krępować i korzystać z 

kuchni, kiedy tylko będzie pani potrzebowała.  

– A kiedy pan przygotowuje posiłki? Pytam po to, żebyśmy na siebie nie wpadali.  
Spojrzał na nią badawczo.  
– Czy mam przez to rozumieć, że wolałaby mnie pani oglądać jak najrzadziej? 
– Wcale  nie. Po prostu myślę, że to raczej pan  wolałby, abym  mu się  nie kręciła przed 

nosem.  

–  Kiedy  będę  miał  dosyć  pani  towarzystwa,  na  pewno  o  tym  powiem.  A  teraz  trudno 

wyznaczać sobie jakieś pory, bo ja jadam... i sypiam... o różnych porach. Nigdy regularnie.  

– Pewnie dlatego, że  jest pan twórcą – powiedziała żartobliwym tonem.  – Na przykład 

wstaje pan w środku nocy i pisze piosenki? 

–  Już  nie  piszę  –  rzucił  gwałtownie.  Zmieniła  mu  się  twarz  i  zanim  Rose  zdążyła 

cokolwiek odpowiedzieć, obrócił się na pięcie i wyszedł.  

Przez  kilka  chwil  patrzyła  za  nim  myśląc,  że  poruszyła  drażliwy  temat,  którego  w 

background image

przyszłości należy unikać.  

Zaczęła  się  rozglądać  po  pokojach,  które  w  najbliższym  czasie  miały  być  jej  domem. 

Umeblowanie  przeszło  jej  najśmielsze  oczekiwania.  W  sypialni  stało  następne  łoże  z 
baldachimem, ale było ono w stylu wiktoriańskim, z draperiami, nakryte ręcznie szytą kołdrą 
z kolorowych kwadratów. Znalazła tu też brzuchatą komodę, przepastną szafę i kilka krzeseł.  

Wyposażenie  łazienki  było  staroświeckie.  Nie  obudowana  wanna  stała  na  wielkich 

łapach.  Rose  odkręciła  kran  i  natychmiast  zaczęła  lecieć  gorąca  woda.  Ucieszyło  ją  to 
ogromnie;  wyobraziła  sobie,  jak  wspaniale  można  będzie  w  niej  odpoczywać  po  ciężkiej 
pracy w ogrodzie.  

Ostatni  pokój  był  salonikiem.  Stały  tu  stare  fotele  o  podniszczonej  tapicerce,  całkiem 

spory  stół,  biblioteczka  wypełniona  rzędami  poważnie  wyglądających  tomów  i  wysokie 
lampy  z  abażurami  wykończonymi  frędzlami.  Na  starym  biurku  Rose  zobaczyła  mały 
przenośny telewizor.  

Największym atutem tego pokoju był widok z okna wychodzącego na ogród. Rose przez 

chwilę wyobrażała sobie, jak zmieni się ogród, kiedy ona sama nieco go uporządkuje.  

Odeszła  wreszcie  od  okna  i  zaczęła  się  rozpakowywać.  Naraz  uświadomiła  sobie,  że 

dawno minęła pora lunchu. Poczuła okropny głód.  

Nathan  chyba  już  zjadł,  pomyślała,  idąc  do  kuchni,  pewna,  że  znajdzie  się  tam  sama. 

Otworzyła drzwi i aż jęknęła. Przy stole siedział Hayward. Spojrzał na nią bez słowa.  

– Wygląda na to, że spędza pan tutaj większość czasu.  
– To mój dom i chyba mam prawo spędzać czas tam, gdzie mi się podoba.  
Pomyślała, że właściwie ma rację.  
– W takim razie przepraszam, nie przeszkadzam. Później przyjdę coś zjeść – powiedziała, 

cofając się do drzwi.  

– Znów pani ode mnie ucieka? – Jego twarz rozjaśnił uśmiech.  
– Skądże. Po prostu nie znam panujących w tym domu zwyczajów. To znaczy, nie wiem, 

czy mam się panu usuwać z drogi, czy nie...  

– Już pani  powiedziałem, że w tym domu  nie panują  żadne zwyczaje. Może  mnie pani 

unikać albo kręcić się w pobliżu. To bez znaczenia. Jest mi wszystko jedno.  

A to ci dopiero wyszukany komplement, pomyślała  Rose. Wszystko jedno, czy ona jest, 

czy jej nie ma! Prawdę mówiąc, nie oczekiwała od Haywarda komplementów. Utwierdziła się 
tylko w przekonaniu, że lepiej będzie się tutaj czuła, jeżeli widywanie się z nim ograniczy do 

minimum.  

Doskwierał jej jednak głód i nie mogła czekać, aż Nathan wyjdzie z kuchni. Może zechce 

tu spędzić cały dzień! 

– Jeśli to panu nie przeszkadza, zrobię sobie parę kanapek.  
–  Niech  pani  wreszcie  przestanie  mnie  pytać,  czy  mi  coś  przeszkadza.  –  Wzruszył 

niecierpliwie  ramionami.  –  Niech  pani  robi  to,  na  co  ma  pani  ochotę.  Proszę  zjeść  kanapkę 
albo ugotować sobie cały obiad, do cholery! Mamy mnóstwo jedzenia. Proszę brać, co pani 
chce.  

Zaczęła szperać po szafkach. Szybko przygotowała kanapki z szynką, pomidorem i sałatą, 

background image

złapała szklankę soku i ruszyła do drzwi.  

– Zjem na dworze, na słońcu – mruknęła i pośpiesznie uciekła z kuchni.  
Na  podwórzu  poczuła,  że  jej  zdenerwowanie  mija.  Posilając  się  pomyślała  nawet,  że 

humory  Nathana  nie  powinny  jej  dziwić,  bo  przecież  cały  jest  potłuczony  i  obolały. 
Przeczuwała  jednak,  że  Nathan  miewa  napady  złego  humoru  nawet  wtedy,  kiedy  czuje  się 
doskonale! Prawdopodobnie taka była prawda.  

Resztę  popołudnia  Rose  spędziła  na  wędrówce  po  ogrodzie.  Sporządziła  bardzo  długą 

listę czynności do wykonania. Na znalezionej w domu kartce zrobiła ołówkiem szkic terenu, 
zaznaczając  zarośnięte  trawą  i  chwastami  grządki  kwiatowe  oraz  inne  miejsca,  które 
odkrywała  w  miarę  zagłębiania  się  w  zarośla.  Na  przykład  nieczynną  fontannę,  zapewne 
zatkaną  wodorostami,  rzeźby,  których  głowy  wystawały  zza  krzewów  wymagających 
przystrzyżenia,  kamienne  rynny  zarośnięte  skalnymi  roślinami,  niemal  zaduszonymi  przez 
chwasty.  

Pochyliła się nad skończonym szkicem i głęboko westchnęła. Przecież to praca na długie 

tygodnie! Czy aby nie podjęła się czegoś, czemu nie podoła? 

Nie! – powiedziała sobie stanowczo. Zacznie od jutra rana i nie spocznie, póki ten ogród 

jej  się  nie  podda.  Praca  będzie  ciężka,  ale  przyjemna,  bo  i  dom,  i  ogród  budzą  w  niej 
niezwykłe uczucia.  

Wieczorny posiłek zjadła samotnie – Nathan się nie pokazał – a potem w swoim pokoju 

na  górze  przez  pewien  czas  oglądała  telewizję.  Później  usiadła  przy  oknie.  Nad  ogrodem 
szybko  zapadał  zmierzch.  Wkrótce  już  tylko  białe  róże  wyłaniały  się  z  ciemności  ogrodu 
skąpanego w bladej poświacie księżyca. Rose położyła się spać w wiktoriańskim łożu i zanim 
zasnęła, wsłuchiwała się w dalekie, ponure pohukiwania sowy. Spała smacznie aż do rana.  

Przez  kilka  następnych  dni  pracowała  ciężko,  jak  nigdy  w  życiu.  Odkryła  starą  szopę 

pełną  przeróżnych  narzędzi  ogrodniczych  i  zaczęła  od  wyciągnięcia  największej  z  trzech 
kosiarek. Była ona rzeczywiście ogromna i niełatwo było ją uruchomić, lecz potem wjeżdżała 
już  w  wysoką  trawę  jak  w  masło.  Przed  końcem  dnia  Rose  udało  się  skosić  i  wygrabić 
większą część trawnika. Dziewczyna czuła się co prawda tak, jak gdyby wypociła w słońcu 
kilka  litrów  wody,  i  bolały  ją  wszystkie  mięśnie,  ale  też  miała  poczucie  zwycięstwa. 
Wymoczenie się w ogromnej wannie przyniosło ulgę jej zbolałemu ciału. Rzuciła się na łóżko 
i natychmiast zasnęła.  

Kiedy  pod  koniec  pierwszego  tygodnia  stanęła  w  oknie,  wdychając  chłodne,  słodkie 

powietrze,  popatrzyła  z  dumą,  jak  bardzo  posunęła  się  z  robotą.  Grządki  nabrały  kształtu, 
trawa była właściwie przycięta, a największe chwasty zostały powyrywane. Następnego dnia 
Rose miała zamiar oczyścić fontannę i otaczającą ją ozdobną sadzawkę.  

Odeszła  od okna  i  wdrapała  się  do  wanny.  Odpoczywała  w  niej  ponad  pół  godziny,  aż 

poczuła, że mięśnie przestają boleć. Wytarła się i włożyła cienką bawełnianą koszulę nocną. 
Nie poszła jednak prosto do łóżka, lecz wróciła do saloniku, żeby jeszcze raz rzucić okiem na 
ogród w świetle księżyca.  

Widok ten niezmiennie ją fascynował. Za dnia ogród wyglądał znajomo i przyjaźnie. W 

nocy  stawał  się  tajemniczy  i  mogłaby  przysiąc,  że  widzi  w  nim  duchy  ludzi,  którzy  przez 

background image

ubiegłe stulecia zamieszkiwali Lyncombe Manor.  

Nagle naprawdę zobaczyła coś białego. O mało nie umarła ze strachu. Krew uderzyła jej 

do głowy. Po chwili jednak roześmiała się z ulgą – był to tylko Nathan, ubrany w białą bluzę.  

W  ciągu  minionego  tygodnia  prawie  go  nie  widywała.  Czasem  miała  wrażenie,  że 

mieszka tu sama. Wcale jednak nie czuła się nieswojo w tym ogromnym starym domu. Wręcz 

przeciwnie,  czuła się  jak u siebie. Niepokoiło  j'ą  tylko,  że zaczyna kochać to domostwo.  Co 
będzie, kiedy nadejdzie czas wyjazdu? 

Postanowiła o tym nie myśleć. Chciała zobaczyć się z Nathanem. Musiała go zapytać o 

kilka  spraw.  W  ciągu  dnia  szukała  go  kilkakrotnie,  ale  nie  zdołała  znaleźć.  Musi  z  nim 
porozmawiać, zanim znowu zniknie.  

Zdjęła  szybko  koszulę,  wciągnęła  dżinsy  i  trykotową  bluzkę,  po  czym  zbiegła  po 

schodach i wypadła na podwórze. Przez ogród szła już spokojniej, rozmyślając o tym, gdzie 
całymi dniami podziewa się Nathan, jak spędza czas. Na pewno nie pilnował jej przy pracy. 
Pojawił  się  tylko  kilka  razy,  by  spytać,  czy  niczego  jej  nie  trzeba.  W  istocie  wszystko 
przebiegało  lepiej,  niż  się  spodziewała.  Bezkonfliktowo.  Po  prostu  dwoje  ludzi  mieszkało 
zgodnie w wielkim domu.  

Nagle  zobaczyła  Nathana.  Stał  przy  dużym  stawie,  na  przeciwległym  krańcu  ogrodu. 

Kaczki schowały się w zaroślach, a w gładkim lustrze wody przeglądał się księżyc.  

Rose nie skradała  się,  lecz szła tak cicho, że kiedy podeszła do Nathana  i dotknęła  jego 

ramienia, aż podskoczył. Oczy zaświeciły mu w blasku księżyca.  

– Co pani tu, do diabła, robi? 
– Chciałam porozmawiać.  
– Teraz? O tej porze? 
– Jest dopiero jedenasta. A pan chyba nie chodzi bardzo wcześnie spać.  
–  Po  co  kłaść  się  do  łóżka,  kiedy  i  tak  nie  można  zasnąć  –  mruknął  odrobinę  mniej 

gniewnym tonem.  

– Nic na to nie poradzę. Ale skoro pan nie śpi, chciałabym zadać kilka pytań.  
Nie  wyglądało  na  to,  żeby  miał  ochotę  z  nią  rozmawiać,  ale  Rose  nauczyła  się 

lekceważyć jego humory.  

–  Skończyłam  już  tę  najgorszą  robotę.  Skosiłam  trawę  i  usunęłam  prawie  wszystkie 

większe chwasty. Teraz muszę wiedzieć, co mam robić dalej. Jaki pan chce mieć ten ogród? 

– Ogród to ogród – odparł obojętnym tonem, patrząc na nią.  
– Myli się pan. Są różne ogrody – powiedziała z niecierpliwością w głosie. – Francuskie, 

w których wszystko musi  być pod linijkę,  i angielskie,  bardziej  improwizowane, gdzie róże 
pną się, jak im się podoba, stokrotki rosną w trawie, a inne kwiaty rozrastają się kępami.  

– Niech go pani urządzi, jak się pani podoba.  
– Ale to pana dom i pan powinien zdecydować.  
– A pani jaki by wolała? Chyba angielski? – dopowiedział, nie czekając na nią.  
– Jak pan to zgadł? – spytała zaciekawiona.  
– Wydaje  mi się to, po prostu, bardziej zgodne z pani osobowością – odparł sucho,  ale 

wyraz jego oczu się zmienił. Obojętność ustąpiła miejsca błyskowi zainteresowania. – O co 

background image

jeszcze chce mnie pani spytać? 

– Zaraz, co to było... – mruknęła spłoszona.  
– Zdaje się, że miała pani do mnie kilka pytań.  
– No tak... chyba tak... – jąkała się, nie pojmując, dlaczego, do diabła, nagle opuściła ją 

pewność  siebie.  –  No  cóż,  zapomniałam.  Robi  się  późno. Idę  spać,  bo  mam  zamiar  zacząć 
wcześnie rano. Chcę jak najlepiej wykorzystać tę piękną pogodę, zanim się skończy.  

Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  paple  bez  większego  sensu,  ale  nie  mogła  się 

powstrzymać.  Nie  wiedziała,  dlaczego  tak  się  zachowuje.  Wiedziała  tylko  tyle,  że  między 
nimi nagle coś się zmieniło, i była na to bardziej wyczulona.  

Ruszyła w stronę domu. Nathan podążył za nią.  
– Myślałam, że chce pan jeszcze trochę tu zostać.  
– Spojrzała na niego pytająco, zatrzymując się na chwilę.  
– Nic podobnego nie mówiłem.  
– Spacery pomagają na bezsenność.  
– Już się naspacerowałem. I wcale mi to nie pomogło. Mam dość samotnych spacerów.  
Co on chce przez to powiedzieć?  Że chce się przejść z  nią? O tej porze? O,  nie, ona  z 

pewnością nie przyjmie zaproszenia! 

Przyśpieszyła kroku, mając nadzieję, że Hayward zrozumie i pójdzie w swoją stronę. Ale 

nadal  szedł  obok  i  wyglądało  na  to,  że  chce  z  nią  wrócić  do  domu.  Zaszumiało  jej  w 
skroniach.  

Ten mężczyzna nie robi na mnie żadnego wrażenia, pomyślała. Dam sobie radę.  
Byli  już  na  podwórzu.  Rose  przystanęła.  W  świetle  księżyca  dom  wyglądał  niezwykle 

romantycznie. Srebrny blask otulał jego sylwetkę, na ścianach drżały blade, strzępiaste cienie 

paproci.  

– Dlaczego pan kupił ten dom? – spytała niespodzianie. Nie miała pojęcia, dlaczego o to 

pyta, ale nagie zapragnęła poznać odpowiedź.  

– Powiedziałem pośrednikowi, że szukam domu na uboczu, i wziąłem pierwszy, jaki mi 

zaproponował – odparł, wzruszając ramionami.  

–  Ale  gdyby  nawet  pokazał  panu  kilkanaście  podobnych  domów,  wybrałby  pan  ten, 

prawda? – nalegała. – Bo mnie wydaje się on wspaniały.  

– Szczerze mówiąc, wcale go nie oglądałem. Kupiłem w ciemno – odparł, a ona spojrzała 

na niego z niedowierzaniem. – Byłem wtedy za granicą. Nie mogłem przylatywać, by oglądać 

kolejne domy. Uznałem, ze ten mi odpowiada, i zdecydowałem się go kupić.  

– Pozazdrościć pośrednikowi. Idealny z pana klient! – rzuciła sucho.  
Zauważyła, że Nathan bacznie jej się przygląda.  
– Jakoś dziwnie pan na mnie patrzy.  
– Nie, tylko dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo pasuje pani do tego domu – powiedział 

powoli.  

– Co pan ma na myśli? 
– Jest tak, jakby to był od dawna pani dom.  
–  To  prawda.  Tak  właśnie  się  czuję  –  powiedziała  cicho.  –  Oiociaż  to  głupie,  bo  tak 

background image

niedawno zaczęłam tu mieszkać i niedługo już się wyprowadzę.  

– Może tak, może nie – rzucił tajemniczo.  
Już chciała zapytać, co ma znaczyć ta odpowiedź, ale postanowiła tego nie robić. Jakoś 

łatwiej się w tym domu rozmawiało w nocy niż w dzień. Miała też uczucie, że ich rozmowa 
może przybrać bardzo intymny charakter. To przez ten księżyc, pomyślała. Srebrna poświata 
pobudza zmysły.  

Każdą  zmianę  nastroju  Nathana  Rose  wyczuwała  teraz  całą  sobą.  Pozostało  tylko  mieć 

nadzieję, że on nie czyta równie łatwo w jej myślach ani nie wie, co ona czuje.  

Chciała  powiedzieć,  że  idzie  już  do  domu,  ale  nie  potrafiła  się  na  to  zdobyć.  A  sam 

Nathan jeszcze pogarszał sprawę: cały czas na nią patrzył. Jakby ją widział po raz pierwszy w 
życiu.  

–  Bardzo  proszę,  niech  pan  przestanie  tak  na  mnie  patrzeć  –  powiedziała  wreszcie, 

zniecierpliwiona, kiedy odzyskała mowę. – To bardzo...  

– Bardzo? – podsunął cicho.  
Już miała powiedzieć „niepokojące”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.  
– To bardzo... bardzo niegrzeczne! – wymamrotała wreszcie.  
– Nigdy nie udawałem kogoś szczególnie grzecznego – stwierdził lakonicznie.  
Rozmawiał  z  nią  o  wiele  swobodniej  niż  zwykle  i  był  w  zupełnie  innym  humorze  niż 

wtedy,  gdy  do  niego  podeszła  w  ogrodzie.  Popełniła  błąd!  Trzeba  było  siedzieć  w  domu,  a 
rozmowę przeprowadzić jutro.  

–  Po  prostu  nie  wiem,  dlaczego  pan  wciąż  tak  na  mnie  patrzy  –  powiedziała 

poirytowanym tonem.  

–  Może  dlatego,  że  teraz,  wieczorem,  wygląda  pani  inaczej.  Zupełnie  nie  rozumiem 

dlaczego.  

– Wieczorem każdy wygląda inaczej. Światło płata różne flgle. Rano znów będę tą samą 

nieciekawą osobą.  

– Może, ale w tej chwili bynajmniej nie wygląda pani nieciekawie.  
Jego głos był teraz miękki jak aksamit. To powinno było ją ostrzec. Niestety, ciekawość 

zwyciężyła.  

– Mówi pan, że nie wyglądam nieciekawie. Jak więc wyglądam? – spytała wbrew sobie.  
– Nie jest pani teraz podobna do żadnej kobiety, z którą byłem związany.  
– To komplement? 
– Nie – odparł spokojnie. – Po prostu stwierdzenie. Nie lubię mówić komplementów.  
– A co pan lubi? 
– Teraz? To... – powiedział miękko. Jego szare oczy nabrały srebrnego blasku.  
Dopiero później  Rose uświadomiła  sobie,  jaka  była  naiwna.  Nie powinna  była zadawać 

tego pytania. Dało mu ono szansę, na którą czekał. Ale ona nie spodziewała się takiej sytuacji. 
Przecież na początku tygodnia napomknął, że go nie interesuje. Że nie jest w jego typie.  

A tu nagle zaczął ją namiętnie całować. Usta miał ciepłe, zmuszające do odpowiedzi. To 

nie był przyjacielski ani letni pocałunek, którym okazuje się zainteresowanie. Nathan całował 
ją tak, jakby od dawna na to czekał.  

background image

Był to pocałunek  mężczyzny, który raptem zdał  sobie sprawę, że za długo już żyje  bez 

kobiety.  Mężczyzny,  który  pragnął  wziąć  o  wiele  więcej,  niż  Rose  była  gotowa  dać!  Ale 
usiłując mu to powiedzieć, niewiele zdziałała. Stłumił pocałunkiem jej słowa. Miała wrażenie, 
że zrobił to celowo. Krew uderzyła jej do głowy, ogarnęła ją fala gorąca.  

– Co pan robi? – rzekła z trudem, kiedy udało jej się na chwilę oswobodzić.  
– To chyba oczywiste! 
– Nie chcę, żeby mnie pan całował! – krzyknęła. – Właśnie pan! 
– Dlaczego? – spytał spokojnie. – Zdaje się, że umiem to robić. Nie podobało się pani? 
– Nie o to chodzi, czy mi się podobało! 
– Moim zdaniem zawsze o to chodzi. Przynajmniej w moim przypadku. Ludzie całują się 

dla przyjemności.  

Usiłował  ją  osaczyć,  a  na  to  nie  mogła  pozwolić.  Po  chwili  jednak  próba  rozmowy 

straciła sens, bo Nathan objął ją i znów zaczął całować.  

O ile pierwszy pocałunek zrobił na Rose ogromne wrażenie, to od następnych ugięły się 

pod nią kolana. Nathan przypuścił prawdziwy szturm. Już nie tylko całował ją namiętnie, lecz 
bez  wahania  sięgnął  do  jej  piersi.  Znieruchomiała  myśląc,  że  za  chwilę  zrezygnuje 
rozczarowany. Miała bowiem bardzo małe piersi i mężczyźni – choć nie było ich w jej życiu 

wielu – nie poświęcali im zbyt dużej uwagi.  

Ręce Nathana nie potrafiły się jednak od niej oderwać. Było to dla Rose taką nowością, 

że  przestała  się  bronić.  Koniuszkami  palców  pieścił  delikatnie  małe  wzgórki,  aż  nabrały 
niezwykłej twardości i spragnione dotyku podnosiły cienki materiał bluzki. W końcu zamknął 
je całe w swych dłoniach, nie bacząc na to, że brakuje im krągłości.  

Znów  zaczął  ją  całować.  Z  przerażeniem  stwierdziła,  że  niemal  zupełnie  przestaje  się 

bronić.  

Nie  możesz  pozwolić,  żeby  nad  tobą  zapanował,  powtarzała  sobie  Rose.  Przecież  dla 

niego  to  nic  nie  znaczy.  Ty  dla  niego  nic  nie  znaczysz.  Po  prostu  znalazłaś  się  tutaj,  jesteś 

kobietą, a on uznał, że może po ciebie sięgnąć. I tyle.  

Kiedy na chwilę oderwał od niej usta, żeby zaczerpnąć powietrza, wiedziała już, co ma 

robić. Jednym szybkim ruchem uwolniła się od jego rąk i cofnęła o kilka kroków.  

–  Wydawało  mi  się,  że  nie  jestem  w  pana  typie  –  powiedziała,  z  trudem  chwytając 

oddech.  

–  Też  mi  się  tak  wydawało  –  przytaknął  miękko,  ale  w  tonie  jego  głosu  było  coś 

ostrzegającego. Zrozumiała, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.  

– Podobają się panu kobiety wyrafinowane, doświadczone, prawda? 
Nagle uświadomiła sobie, że odczuwa z tego powodu pewną gorycz.  
– Teraz potrzebuję po prostu kobiety, która nie jest zimna. I nie jest blondynką. – Oczy 

mu błyszczały.  

Rose przypomniała sobie, że już kiedyś ucieszył  się, że ona nie jest blondynką. Szybko 

ochłonęła z gniewu. Patrzyła na jego usta, które wykrzywił grymas, i na oczy, które nabrały 
dziwnego wyrazu.  

– Nic panu nie jest? – spytała odruchowo.  

background image

– Nie, wszystko w porządku – odparł po chwili milczenia. – Chyba w końcu rzeczywiście 

wszystko wraca do normy. Niezbyt to jednak ładnie z mojej strony, że posłużyłem się panią, 
by się o tym przekonać.  

– Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym pan mówi. – Potrząsnęła niecierpliwie głową.  
– Pewnie, skąd miałaby pani wiedzieć? – Dziwnie się uśmiechnął. – Chyba lepiej będzie, 

jeśli pójdzie pani spać. Oboje mamy na dzisiaj dosyć.  

Odwrócił  się  i  odszedł.  Rose  odprowadziła  go  wzrokiem,  zastanawiając  się,  co  to 

wszystko ma znaczyć. Co za noc! Czuła, że drży, jakby wciąż jeszcze nie potrafiła otrząsnąć 
się  z  szoku.  Najpierw  te  pocałunki  –  i  to  właściwie  niezapomniane!  Potem  dotyk  jego  rąk 
wywołujący  doznania  całkiem  dla  niej  nowe.  I  w  końcu  te  zagadkowe  uwagi,  rzucone  tuż 
przed nagłym odejściem.  

Stała na podwórzu jeszcze parę chwil, aż powoli ruszyła do swojego pokoju. Kilka razy 

powtórzyła sobie, że  nie  ma najmniejszej ochoty, by sprawy posunęły  się dalej. Przecież to 
ona wszystko przerwała. A może to Nathan stracił na nią ochotę? Odsunęła jednak tę niemiłą 
myśl.  

Weszła  do  wschodniego  skrzydła  i  zamknęła  drzwi,  a  po  –  chwili  wahania  przekręciła 

klucz ze świadomością, że robi to niepotrzebnie. Przecież on i tak tu dzisiaj nie przyjdzie.  

Zaniepokoiło ją, że czuje się z tego powodu rozczarowana.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Rose  nie  od  razu  poszła  spać.  Niespodziewane  wydarzenia  wytrąciły  ją  z  równowagi. 

Musiała  ochłonąć  i  zastanowić  się,  co  właściwie  czuje  po  tej  nagłej  zmianie  stosunków 
między nią a Nathanem.  

Nie miała wątpliwości co do tego, jak powinna się czuć. Powinna natychmiast spakować 

się i rano wyjechać, niezmiernie oburzona, że się tak na nią rzucił. Przecież co zdarzyło się 
raz, może się z łatwością powtórzyć.  

Szczerze mówiąc, taka perspektywa wcale jej nie przerażała, a przynajmniej nie w takim 

stopniu,  w  jakim  powinna.  Nathan  budził  w  niej  wiele  uczuć,  ale  na  pewno  nie  strach. 
Mogłoby się to nawet wydawać nieco dziwne, zważywszy, że przebywali w tym domu tylko 
we dwoje. Taka sytuacja powinna napawać ją lękiem.  

Krążyła po pokoju, powoli zdejmując dżinsy i trykotową bluzkę. Koszula nocna leżała na 

łóżku,  tam  gdzie  rzuciła  ją  przed  wyjściem.  Nie  włożyła  jej  jednak,  tylko  stanęła  przed 
wielkim lustrem po drugiej strome pokoju.  

Nigdy nie zachwycała się swoim ciałem i rzadko kiedy mu się przyglądała. Była wysoką, 

kanciastą dziewczyną o małych piersiach, smukłej talii, płaskim brzuchu i wąskich biodrach. 
Ze wszystkiego chyba najbardziej udały się jej nogi. Były długie i zgrabne.  

Ojciec mawiał, że tańczy na nich niczym koń na wyścigach.  
Rose  pociągnęła  nosem.  Porównanie  do  konia  wyścigowego  nie  było  specjalnie 

pochlebne. Wolałaby być krągła i zmysłowa! 

Lekko  wzdychając,  wciągnęła  koszulę.  Postanowiła,  że  nową  sytuację  przemyśli  rano. 

Trzeba było podjąć decyzję, ale teraz nie miała siły. Ranek mądrzejszy bywa od wieczora, a 
poza tym wspomnienie niezwykłego dotyku rąk Nathana nie będzie już tak dojmujące.  

Wbrew przewidywaniom spała naprawdę dobrze, a po przebudzeniu zobaczyła to, co się 

zdarzyło  poprzedniego  wieczoru,  w  zupełnie  innym  świetle.  Nie  pamiętała  dotyku  dłoni 
Nathana, tylko fakt, że miał czelność doprowadzić do tak intymnej sytuacji.  

Z  narastającym  oburzeniem  przypominała  sobie  jego  namiętne  pocałunki  i  pewność 

siebie.  Jakim  prawem  tak  się  zachował!  Jakim  prawem  uznał,  że  jeśli  tylko  sobie  tego 
zażyczy, ona przestanie być sobą i odegra rolę anonimowego, kobiecego ciała, którego nagle 
zapragnął?  Rose  bardzo dobrze wiedziała, że  myśli  nierozsądnie  i celowo wzbudza w sobie 
fałszywy gniew. Nie miała jednak zamiaru tak od razu się uspokoić.  

Szybko umyła się, ubrała i zeszła na dół. Zobaczyła, że Nathana nie ma ani w kuchni, ani 

w dużym  pokoju,  i  jej gniew ostygł.  Dopiero kiedy zrozumiała,  że  być  może specjalnie  się 
przed nią chowa, znów ogarnęła ją furia.  

Wie,  że  wczoraj  wieczorem  postąpił  źle,  mówiła  sobie.  I  dlatego  nie  chce  konfrontacji, 

boi się, że ona zmusi go do przyznania się do winy.  

Gdyby nie zawiodły jej nerwy, z pewnością przyszłoby jej do głowy, że Nathan nie lęka 

się  żadnej  konfrontacji,  zwłaszcza  z  dwudziestotrzyletnią  dziewczyną.  Ponieważ  jednak  aż 
kipiała z oburzenia, postanowiła, że go znajdzie i doprowadzi do decydującej rozmowy.  

background image

Na parterze było kilka pokoi, zamierzała więc zajrzeć do każdego z  nich. Jeżeli go  nie 

znajdzie, przetrząśnie pierwsze piętro, a potem ogród.  

Poszukiwania  trwały  bardzo  krótko.  Idąc  wąskim  korytarzem,  trafiła  na  pokój  w  tylnej 

części  domu.  Zza  zamkniętych  drzwi  dobiegały  dźwięki  pianina.  Ktoś  bębnił  na  nim 
fałszywie.  Nacisnęła  klamkę  i  weszła  do  nie  znanego  sobie  pokoju.  Okna  były  otwarte  na 
oścież. Wonne ogrodowe powietrze mieszało się z wyraźnym zapachem mocnego alkoholu.  

Pianino  stało  w  kącie.  Siedział  przy  nim  Nathan.  Kiedy  ją  zobaczył,  jego  palce  na 

klawiszach znieruchomiały.  

–  Co  to?  Pijaństwo  od  samego  rana?  –  spytała  tonem,  w  którym  zabrzmiała  odraza  i 

niepewność. Przed Nathanem stała pusta butelka.  

– Oczywiście, że nie – odparł niewzruszony, jak zwykle, kiedy nie był całkiem trzeźwy. – 

Zacząłem wczoraj wieczorem, tuż po tym, jak się rozstaliśmy.  

– Nic dziwnego zatem, że pan siedzi, i nie radziłabym wstawać, bo na pewno runąłby pan 

na podłogę – zauważyła z dezaprobatą.  

–  Nigdy  się  nie  przewracam.  Bo  i  nigdy  tak  naprawdę  się  nie  upijam.  Nawet  jeśli  piję 

bardzo długo czy bardzo dużo. Alkohol pomaga tylko zamazać trochę kontury rzeczywistości, 
a czasami właśnie tego mi trzeba.  

Rose zdała sobie sprawę, że Nathan ją zagaduje.  
A przecież nie przyszła tutaj wysłuchiwać jego pijackich zwierzeń.  
– Pan chyba wie, dlaczego tu przyszłam – powiedziała.  
–  Oczywiście,  że  wiem.  Przyszła  pani  wygłosić  mi  kazanie  na  temat  mojego 

wczorajszego zachowania.  

– No właśnie! 
– I co chce pani usłyszeć? Że jest mi przykro? 
– Wzruszył ramionami. – Ale nie jest mi przykro. Po prostu miałem na to ochotę.  
– Pan miał ochotę i to wszystko? Nieważne, co ja czułam, prawda? 
– Odnosiłem wrażenie, że nie wywołuje to w pani zbyt wielkiego sprzeciwu. – Spojrzał 

jej w oczy.  

– Skąd ta pewność? Pytał mnie pan? Obchodziło to pana? 
Przesunął  palcami  po  ciemnych,  zmierzwionych  włosach,  jak  gdyby  nie  miał  ochoty 

przeciągać tej rozmowy.  

– Nie pytałem, bo nie musiałem – odparł w końcu.  
–  Wiem,  czy  kobieta  tego  chce...  czy  nie  chce.  A  czy  mnie  to  obchodziło?  –  Podniósł 

ramiona  w  geście  niezdecydowania.  –  Chyba  tak,  bo  w  przeciwnym  razie  bym.  pani  nie 
całował.  

Rose  nie  potrafiła  gniewać  się  dłużej  na  Nathana.  Byli  tak  blisko  siebie,  a  w  jego 

obecności sprawy zawsze zaczynały wyglądać inaczej, niż je sobie sama potrafiła wyobrazić.  

Podeszła  do  otwartego  okna  i  wyjrzała  na  ogród.  Zostało  jeszcze  mnóstwo  pracy,  ale 

rysowały  się  już  wyraźnie  linie  trawników  i  grządek,  w  oddali  połyskiwało  lustro  stawu  i 
widać było opielone, kolorowe kwiaty.  

Wreszcie znów odwróciła się twarzą do Nathana.  

background image

Uświadomiła sobie, że odkąd weszła do pokoju, nie spuszczał z niej wzroku. Ale to już 

jej nie krępowało. Przeciwnie – sprawiało przyjemność.  

– Co ma pani teraz zamiar zrobić? Spakować się i odjechać? 
– Gdybym była rozsądna, powinnam tak zrobić – odparła po zastanowieniu się i spojrzała 

na niego.  

– Co pan miał wczoraj na myśli mówiąc, że potrzebuje pan kobiety, która nie jest zimna i 

nie jest blondynką? 

– Chyba pani doskonale wie? – odparł po chwili. Oczywiście, że wiedziała. Miała dość 

czasu,  by  to  wszystko  przemyśleć.  Chodziło  o  Jancis  Kendall,  dziewczynę,  która  śpiewała 
jego piosenki i z którą koncertował. Ona była blondynką.  

Rose  lekko  westchnęła.  Pakowała  się  w  coś  głębokiego  i  skomplikowanego,  tego  była 

pewna. Czy jednak potrafi się łatwo wycofać, jeżeli zajdzie taka potrzeba? 

Wyjrzała  znowu  przez  okno.  Ogród,  skąpany  w  słonecznym  żarze  lejącym  się  z 

niebieskiego nieba, wydawał się oazą spokoju. Ptaki śpiewały ukryte w pobliskich drzewach, 
kaczki  kwakały  w  oddali,  a  od  krzewów  róż  pnących  się  po  ścianach  dobiegało  buczenie 
rojących się pszczół.  

– Chce pan, żebym została? – spytała, wciąż odwrócona plecami do Nathana.  
–  Kilka  dni  temu  odpowiedziałbym,  że  jest  mi  wszystko  jedno.  A  teraz  zaczynam 

rozumieć, że dzięki pani  moje życie  stało się  znów normalniejsze. Nie wiem,  jak pani tego 
dokonała, i chciałbym, żeby to trwało przez jakiś czas.  

Rose odwróciła się i spojrzała na niego.  
– Czy powiedziałby pan to samo, gdyby był pan trzeźwy? 
– Chyba nie. Ale czy to, że jestem na lekkiej bani, zmienia sprawę? 
Nie  miała  pojęcia.  Wiedziała  tylko,  że  może  upłynąć  sporo  czasu,  zanim  Nathan  znów 

nabierze  ochoty,  by  tak  z  nią  rozmawiać.  Jeżeli  więc  chce  się  czegoś  dowiedzieć  –  a 
przygotowała wiele pytań – musi spróbować teraz.  

– Jeśli mam zostać, muszę wiedzieć o panu więcej. Do wczoraj nie miało to znaczenia, bo 

nieczęsto  się  widywaliśmy.  Ale  coś  się  zmienia,  pora  więc,  żeby  przestał  pan  być  taki 
tajemniczy.  

– A co chciałaby pani wiedzieć? Poznać historię mojego życia? Zapewniam panią, nie jest 

ona zbyt interesująca.  

– Nie mogę w to uwierzyć! Tyle pan zrobił! Napisał tyle świetnych piosenek, podróżował 

niemal po całym świecie. Był pan sławny. Hm, nadal jest pan sławny. Pańskie piosenki zna 
cały świat. Dlaczego przestał pań pisać? 

–  Nie  widziałem  innej  możliwości  po  tym,  jak  się  rozstaliśmy  z  Jancis  –  odparł 

beznamiętnym tonem.  

Po raz pierwszy usłyszała z jego ust to imię. Miała wrażenie, że on sam po raz pierwszy 

od długiego czasu głośno je wypowiedział. Wycedził je wolno, jakby sprawdzał, jak sam na 
nie zareaguje.  

Rose  pomyślała,  że  nietaktem  byłoby  pytać  go  wprost o  Jancis.  Mógłby  znów  zamknąć 

się w swojej skorupie. Postanowiła więc prowadzić rozmowę delikatniej.  

background image

– Proszę mi opowiedzieć, jak pan zaczął pisać piosenki? Chyba trudno jest rozpocząć taką 

karierę? 

– Myślę, że miałem szczęście. Pisałem dla zespołu w moim mieście. Wysłali płytę jako 

ofertę  do  firmy  nagraniowej  i  skończyło  się  to  kontraktem.  Mieli  dobrego  menedżera  i 
znakomitą reklamę, w końcu więc dostali się na listę przebojów. Moje piosenki podobały się 
też  innym  zespołom.  Przez  kilka  lat  dostawałem  tyle  zamówień,  że  z  trudem  mogłem  im 
podołać. Potem poznałem Jancis.  

Tym  razem  jakby  z  większą  łatwością  wypowiedział  jej  imię.  Potrwało  jednak  chwilę, 

zanim zaczął opowiadać dalej.  

–  Miała  dobry  głos,  głęboki,  o  szerokiej  skali.  I,  co  równie  ważne,  po  prostu  miała 

wyczucie. Potrzebowała jeszcze wiele się nauczyć, ale była już profesjonalistką. Wiedziałem, 
że umiejętnie poprowadzona, zrobi olśniewającą karierę.  

–  Niewątpliwie  to  jej  się  udało.  Była  jedną  z  najpopularniejszych  piosenkarek. 

Tworzyliście idealną parę. Jakbyście byli dla siebie stworzeni.  

–  Owszem  –  przytaknął  cynicznie.  –  Przynajmniej  ja  dla  niej.  Po  to,  by  zaspokajać  jej 

potrzeby.  Pisałem  piosenki,  zawsze  byłem  na  zawołanie,  a  kiedy  tego  chciała,  tuliłem  ją  w 
łóżku.  

Rose usiłowała zachować spokojny wyraz twarzy.  
– Nie wydaje się pani specjalnie poruszona. – Nathan popatrzył na nią, robiąc zdziwioną 

minę.  

– Poruszona? Sądzi pan, że wyobrażałam sobie wasz związek jako czysto platoniczny? 
– Nie był platoniczny. Ale był w dużym stopniu jednostronny.  
Nalał sobie whisky i szybko wypił. Tym razem Rose rozsądnie go nie powstrzymywała. 

Przecież  jeżeli  zacznie  trzeźwieć,  może  przestać  mówić,  a  tak  bardzo  zapragnęła  nagle 
dowiedzieć się jak najwięcej o nim i Jancis.  

– Jednostronny? To znaczy, że...  
– To tylko ja miałem fioła na jej punkcie – powiedział szorstko. – To ja zjawiałem się, 

kiedy tylko zadzwoniła, trzymałem się  na uboczu, kiedy  mnie  nie chciała,  i tak urządzałem 
swoje życie, żeby dopasować się do niej. Zawsze była opanowana i nigdy nie traciła kontroli. 
A ja coraz bardziej zaczynałem nienawidzić tego, że nie panuję nad niczym.  

Rose patrzyła na niego z rosnącym zdumieniem.  
– Nie umiem wyobrazić sobie pana w tej roli – powiedziała w końcu.  
– Nikt nie potrafi sobie tego wyobrazić, póki sam czegoś podobnego nie przeżyje. Nigdy 

nie  myślałem,  że  mogę  popaść  w  takie  uzależnienie  –  powiedział  z  goryczą.  –  Ale  ona 
wiedziała  doskonale,  jak  podsycać  tę  moją  obsesję.  Kiedy  wyczuwała,  że  jestem  już  tak 
sfrustrowany,  że  mogę  wybuchnąć  czy  odejść,  znów  zapraszała  mnie  na  pewien  czas  do 
łóżka.  Nie  sądzę,  żeby  naprawdę  lubiła  ze  mną  sypiać.  Seks  chyba  w  ogóle  nie  był  jej 
specjalnie potrzebny. Ale to stanowiło dla mnie jakby jeszcze większe wyzwanie. Chciałem, 
żeby polubiła  seks. Ponawiałem próby  myśląc, że uda  mi  się wreszcie wydobyć z  niej taką 
reakcję, jakiej pragnąłem. Że kolejne zbliżenie da jej tyle, ile dawało mnie.  

Ponownie się napił, jakby chcąc stłumić wspomnienia. Rose zagryzła wargi. Idąc tu dziś 

background image

rano, nie spodziewała się,  że usłyszy coś podobnego. To wszystko było takie osobiste, takie 

prywatne.  Nathan  odkrywał  przed  nią  ciemniejszą  stronę  swojego  życia,  swoje  porażki  i 

najbardziej intymne wspomnienia. Nie wiedziała, dlaczego to robi.  

– Jak długo to trwało? – spytała stłumionym głosem.  
–  Od  dnia,  kiedy  się  poznaliśmy,  do  dnia  rozstania.  Prawie  dwa  lata.  Większość 

obsesyjnych  związków  wypala  się  po  kilku  miesiącach.  Mój  pewnie  był  głębszy,  więc 
wypalał się dłużej.  

– Kto w końcu odszedł? – spytała, nie wiedząc, dlaczego nagle stało się to dla niej bardzo 

ważne.  

– Pan czy Jancis? 
–  Ja.  Chociaż  ona  przyjęła  to  chyba  nawet  z  ulgą.  Nie  zatrzymywała  mnie.  Osiągnęła 

szczyt kariery i już mnie nie potrzebowała. Dookoła pełno było innych, którzy pisali piosenki. 
Z jej punktu widzenia mógł mnie zastąpić ktoś inny.  

– Dokąd pan pojechał? Co pan zrobił? 
– Co zrobiłem? – powtórzył. – Nic nie zrobiłem. Miałem dość uskładanych pieniędzy, a 

nowe  napływały  z  tantiem.  Dokąd  pojechałem?  Za  granicę  na  pewien  czas.  Właściwie  na 
kilka miesięcy. Po prostu jeździłem, nie zatrzymując się nigdzie na długo. W końcu zmęczyło 
mnie to życie na walizkach i postanowiłem wrócić do domu. Chciałem jednak żyć gdzieś na 
uboczu. Gdzieś, gdzie Jancis nie mogłaby mnie znaleźć, gdyby kiedykolwiek próbowała. No i 
pośrednik zaproponował mi ten dom.  

–  Myślę,  że  chciał  pan  też  schować  się  przed  dziennikarzami  –  powiedziała  powoli.  – 

Pewnie na pana polowali po waszym rozstaniu. Nawet w Ameryce gazety sporo o tym pisały. 
Nie czytałam tego jednak.  

–  To  ja  postanowiłem  odejść,  ale  Jancis  rozgłaszała  wokół,  że  to  ona  zdecydowała  o 

rozstaniu.  Opowiadała  też  prasie  dużo  innych  rzeczy.  Robiła  aluzje  do  problemów 

finansowych,  sugerowała  nawet  oszustwo.  Podała  prasie  brukowej  wiele  intymnych 
szczegółów naszego życia.  A resztę wymyślili dziennikarze. Jak  na tak zimną  i opanowaną 
damę – dokończył – Jancis za bardzo lubi rozgłos.  

–  A  co  się  z  nią  stało?  –  spytała  Rose.  –  To  znaczy,  jak  jej  się  powodzi?  Niestety  nie 

śledzę tego, co się aktualnie dzieje w muzyce estradowej.  

–  Nie  jest  już  na  szczycie  –  rzucił  krótko.  –  Rozgłos  związany  z  naszym  rozstaniem 

pomagał  jej  jeszcze  przez  pewien  czas  utrzymać  się  na  samej  górze,  ale  potem  nie  miała 
dobrych piosenek, które by pasowały do jej stylu. Nie takie to proste, jak myślała. – W głosie 
Nathana zabrzmiała ponura satysfakcja.  

–  Dlatego  nadal  się  pan  tu  ukrywa?  Sądzi  pan,  że  Jancis  Kendall  zechce  pana  kiedyś 

odnaleźć? 

– Nie mnie, lecz moje piosenki. Zrobi wszystko, żeby je dostać.  
– Boi się pan, że będzie chciała wskrzesić wasz związek? Że zadzwoni, a pan pobiegnie 

do niej jak dawniej? 

– Nigdy  już  nie pobiegnę  na  skinienie tej  suki!  Już się od niej uwolniłem. Sporo mi to 

zajęło czasu, aleją z siebie wyrzuciłem.  

background image

Rose spojrzała na prawie pustą butelkę, która stała na pianinie.  
– Bardzo łatwo wpaść z jednego nałogu w drugi – powiedziała z wahaniem.  
– Myśli pani, że wpadnę w alkoholizm? – Po raz pierwszy kąciki jego ust uniosły się w 

lekkim uśmiechu. – Ze teraz nie potrafię się obyć bez butelki, jak przedtem bez Jancis? 

– Po prostu sporo pan pije – powiedziała, nie całkiem pewna, czy może mówić do niego 

takim tonem.  

–  Czasami  sporo  piję  –  poprawił  ją.  –  Ale  też  całymi  tygodniami  potrafię  nie  tknąć 

alkoholu. Nie jestem alkoholikiem. Wiedziałbym, gdybym nim był.  

Do  diabła,  jeżeli  potrafię  się  przyznać  do  tego,  że  byłem  obsesyjnie  uzależniony  od 

Jancis, to przyznanie się do alkoholizmu byłoby igraszką.  

Rose podeszła bliżej, żeby widzieć wyraźniej jego twarz.  
– Dlaczego opowiedział mi pan o Jancis? – spytała zaintrygowana.  
– Nie wiem. Kiedy pojawiła się tu pani po raz pierwszy, wziąłem panią za intruza. Potem 

stopniowo zacząłem się do pani przyzwyczajać. A wczoraj wieczorem... – Nagle umilkł.  

– Co wczoraj wieczorem? 
– Mówiłem sobie, że mnie pani nie interesuje. Że nie jest w moim typie. I to była prawda. 

A  teraz...  Teraz  nie  jestem  już  tego taki  pewien.  –  Uśmiech  na  jego  ustach  stał  się  o  wiele 
wyraźniejszy.  –  Chcesz...  może  w  końcu  przejdziemy  na  ty...  chcesz  jeszcze  trochę  zostać, 
żeby się przekonać, co z tego wszystkiego będzie? – rzucił Rose wyzwanie, usiłując uchwycić 
jej spojrzenie.  

– Nie wiem.  
Odsunęła się, wytrącona nagle z równowagi. Nigdy ani przez moment nie podejrzewała, 

iż wypadki tak się potoczą. I wcale nie była pewna, że potrafi sprostać tej sytuacji.  

Nathan natychmiast zmienił temat.  
– Czy wiesz, od jak dawna nie tknąłem pianina? 
– Nie.  
– Od półtora roku... od rozstania z Jancis. A dziś rano nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła 

się w  mojej głowie  melodia.  Nic specjalnego, ale od długiego czasu to pierwszy pomysł  na 
piosenkę.  

– I myślisz, że to ma coś wspólnego ze mną? 
– Nie mam pojęcia. – Spojrzał na nią. – A tobie jak się wydaje? 
Miała  dość  tej  rozmowy,  nie  umiała  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić.  Musi  wiele 

rozważyć, i to z dala od tego mężczyzny, który celuje w robieniu jej niespodzianek.  

– Mnie się wydaje,  iż  mam tu  jeszcze dużo pracy. Myślę też, że  może  mimo wszystko 

będę  wolała  wyjechać  dodała  szczerze.  –  Nie  jestem  przekonana,  że  chcę  być  czymś  w 
rodzaju remedium na kłopoty.  

– Nie sądzę, Rose, byś potrafiła teraz mnie opuścić. „Jeszcze nie. – Uśmiechnął się i ten 

uśmiech go zdradził. Był jej pewien.  

A najgorsze zaś było to, że czuła, iż on ma rację.  
 

Resztę poranka spędziła w ogrodzie na wyciąganiu rzęsy, która zatkała fontannę, a także 

background image

zarosła  ozdobną  sadzawkę.  Słońce  świeciło  jasno  i  panował  tak  okropny  skwar,  że  Rose 
szybko się spociła i bardzo zmęczyła.  

Przyszła  tu,  by  na  świeżym  powietrzu,  z  dala  od  Nathana  przemyśleć  wszystko  to,  co 

niespodzianie opowiedział jej o swoim związku z Jancis Kendall.  

Musiała przyznać sama przed sobą, że wysłuchiwanie tych szczegółowych zwierzeń nie 

było  dla  niej  przyjemne.  Nie  chciała  wiedzieć  o  tym,  że  Nathan  był  w  Jancis  szaleńczo 
zakochany.  Wiele  z  tego,  czego  jej  nie  opowiedział,  mogła  przecież  sobie  łatwo  wyobrazić. 
Kłótnie,  wzajemne  oskarżenia,  gwałtowne  sceny...  i  Nathan  z  Jancis  w  łóżku.  On  – 
spragniony miłości i ona – łaskawie przyzwalająca na to, by robił, co chce, zimna lalka.  

Aż  nią  zatrzęsło.  Przestań  o  tym  myśleć!  –  powtarzała  sobie.  To  już  skończone... 

Powiedział, że to już skończone.  

Nie  przypuszczała  jednak,  żeby  taki  związek  mógł  się  naprawdę  zakończyć. 

Wspomnienia  będą  zbyt  żywe,  będą  wracały  i  prześladowały.  Nie  da  się  zapomnieć  tak 
intensywnych przeżyć. Każdy inny związek musi wydać się nudny i bez znaczenia.  

Wyciągnęła  resztki  rzęsy  z  sadzawki  i  wrzuciła  do  taczki.  Prostując  się,  pocierała 

zesztywniałe plecy. Miała ubłocone dżinsy, brudną bluzkę i spływała potem. Nie musiała tyle 
pracować, ale chciała zagłuszyć w sobie sprzeczne uczucia, które nią miotały.  

Kiedy  odwróciła  się,  zamierzając  ruszyć  do  domu  i  wykąpać  się  przed  lunchem, 

zobaczyła Nathana. Stał pośrodku podwórza, jakby czekając na nią.  

Nie zawahała się ani na chwilę. Natychmiast rzuciła się w przeciwnym kierunku i znikła 

mu z pola widzenia. Nie miała pojęcia, dlaczego nagle poczuła, że nie sprosta temu spotkaniu. 
Nie wiedziała też, dokąd biegnie.  

Oprzytomniała  na  granicy  posiadłości.  Nie  było  tu  ogrodzenia,  lecz  wyznaczał  tę  linię 

cienisty lasek, porastający całą środkową część doliny.  

Przez lasek biegła ścieżka. Rose poszła nią przed siebie, zaznając ulgi w cieniu drzew  i 

rozkoszując się ciszą. Słychać było jedynie świergot ptaków i delikatne brzęczenie owadów.  

Ścieżka wiła  się aż do przeciwnego skraju  lasku, skąd roztaczał się widok na pozostałą 

część doliny. Na zboczach pasły się owce, a dołem płynął strumyk. Rose ruszyła wzdłuż jego 
brzegu, znów wystawiona na żar słońca. Prawie nie odczuwała skwaru. Po prostu szła przed 

siebie. Po kwadransie dotarła do końca doliny, z której wyszła nad małą zatoczkę. Przed sobą 
miała morze.  

Nie zdawała sobie dotąd sprawy, że Lyncombe Manor położone jest niemal nad samym 

morzem.  

Zatoczkę  z  obu  stron  osłaniały  wysokie  skały,  dzięki  czemu  tworzyła  zupełnie 

odosobniony  zakątek.  Morze  zapraszało.  Rose  ruszyła  na  sam  brzeg,  zdejmując  w  biegu 
przepocone, umazane błotem ubranie. Weszła do wody w samych tylko bawełnianych figach.  

Aż krzyknęła, kiedy zimna fala obmyła jej gorącą skórę. Zanurzała się stopniowo, aż w 

końcu  zaczęła  płynąć.  Poruszała  się  powoli,  zmęczona  porannym  wysiłkiem  i  spacerem. 
Położyła się plecami  na wodzie  i pozwoliła unosić  się  falom. Odpoczynek ten przyniósł  jej 
ogromną ulgę. Po pewnym czasie, odświeżona, zamierzała wrócić na brzeg. Nagle zobaczyła, 
że do zatoczki wchodzi Nathan.  

background image

–  Och,  nie!  –  jęknęła,  cofając  się  na  głębszą  wodę.  Miała  nadzieję,  że  Nathan  jej  nie 

dostrzegł.  

Widział  ją  jednak  doskonale,  chociaż  był  jeszcze  dość  daleko.  Oderwał  od  niej  wzrok 

tylko po to, by zerknąć na ubranie leżące na brzegu.  

–  Hej!  Chyba  nie  wzięłaś  ręcznika?  –  zawołał.  Rose  popatrzyła  na  niego  niechętnie, 

huśtana przez chłodne fale.  

– Kostiumu też nie wzięłam.  
– To jak zamierzasz się osuszyć? Właściwie to mogłabyś przebiec się nago i wyschnąć na 

słońcu.  

– A ty będziesz stał i patrzył? 
– Nie wyglądasz na jakąś szczególnie nieśmiałą dziewczynę. – Rzucił jej jeden ze swych 

rzadkich uśmiechów.  

–  Ale  nie  jestem  nudystką!  –  Zziębła  już  na  dobre.  –  Czy  mógłbyś  odejść  lub 

przynajmniej się odwrócić? 

– Wolałbym zostać i popatrzeć na ciebie. Lubię patrzeć na ciebie.  
– Co masz na myśli? – Spojrzała na niego ostrożnie.  
– Często patrzę, jak pracujesz w ogrodzie. Świetnie się ruszasz... Wiedziałaś o tym? Jak 

na wysoką dziewczynę, poruszasz się z dużym wdziękiem.  

Wyobraziła  sobie,  jak  Nathan,  siedząc  w  mrocznym  domu,  obserwuje  ją,  i  z 

niewiadomego powodu sama myśl o tym wprawiła ją w zakłopotanie. Ale potrząsnęła głową 
– po co teraz o tym myśleć, kiedy ma problem: jak wyjść z wody i się ubrać! 

Dostała już gęsiej skórki, miała zupełnie dosyć tej sytuacji, podniosła więc wyzywająco 

głowę, odrzuciła do tyłu mokre włosy i ruszyła do brzegu.  

Zakryła rękami piersi, ale natychmiast pomyślała, że to bez sensu, skoro tak niewiele ma 

do  ukrycia!  Opuściła  więc  ramiona,  wyprostowała  się  i  pomaszerowała  prosto  tam,  gdzie 
leżało jej ubranie. Usiadła przy nim, by wyschnąć na słońcu.  

Nathan  usiadł  obok.  Patrzył  na  nią,  ale,  o  dziwo,  nie  wprawiało  jej  to  w  takie 

zakłopotanie,  jak  sobie  wyobrażała.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  w  obecności  mężczyzny  nie 
wstydziła się swojego ciała.  

– Miło na ciebie patrzeć – powiedział. – Ani grama tłuszczu.  
–  Chcesz  powiedzieć,  że  jestem  chuda?  –  Zrobiło  jej  się  nieprzyjemnie.  –  Mój  ojciec 

zawsze mówi, że jestem smukła jak źrebak. Długonoga i koścista.  

– Ale to dobrze być szczupłym.  
– Wielu mężczyzn uważa, że jestem za chuda – odparła zmieszana. Uderzył bowiem w jej 

czuły punkt.  

– A zwłaszcza jeden? – Spojrzał na nią ostrzej. Zdziwiło ją to, że natychmiast zrozumiał. 

Ale ociągała się przez chwilę z odpowiedzią.  

– Hm... właściwie to tak.  
– Ktoś szczególny? 
– Tak przez pewien czas myślałam.  
– A gdzie go poznałaś? W Ameryce? 

background image

– Pracował w ambasadzie. Dobrze nam było. Stawaliśmy się sobie coraz bliżsi.  
Nathan zmarszczył czoło, jak gdyby to napomknienie o innym mężczyźnie wcale mu się 

nie podobało.  

– A dlaczego nie wyszło? 
– Nie pasowałam do jego wyobrażenia kobiety idealnej. Nie podobałam mu się taka, jaka 

naprawdę jestem.  

– A o co mu chodziło? 
–  Chciał,  bym  poddała  się  operacji  plastycznej.  Miałam  sobie  powiększyć  piersi  przez 

wstrzyknięcie silikonu! – Parsknęła z odrazą. – Bo dzięki temu stałabym się jakoby bardziej 
kobieca! 

Nathan, oburzony, mruknął coś pod nosem.  
– Uważasz, że miałam rację, że się nie zgodziłam? 
– Uważam, że ktoś, kto chce zmienić drugiego człowieka choćby tylko o centymetr, musi 

być idiotą – stwierdził lakonicznie.  

Zaskoczył ją taką odpowiedzią. Spojrzała na siebie niezbyt pewnie.  
– Przyznasz chyba, że nie jestem specjalnie dorodna.  
– I małe może być piękne – odparł głosem, w którym pojawił się nowy ton. – A poza tym 

jesteś bardzo zgrabna.  

Na  twarzy  Rose  wykwitł  rumieniec,  który  wszakże  nie  wynikał  ze  zbyt  długiego 

przebywania na słońcu.  

– Nasza rozmowa nabiera  bardzo osobistego charakteru – zauważyła, uśmiechając się z 

zakłopotaniem.  

– A co w tym złego? – Barwa jego głosu jeszcze bardziej się zmieniła, a z oczu bił nowy 

blask. – Na temat twoich piersi chętnie bym jeszcze chwilę porozmawiał. –  Wyciągnął rękę, 

by  delikatnie  dotknąć  jednej  z  nich.  –  Śliczna  –  mruknął.  –  Lubię  cię  dotykać  i  patrzeć  na 

ciebie.  

Jej też sprawiało to przyjemność. Palce  miał ciepłe, pieściły  ją  łagodnie, choć z wielką 

pewnością, jak gdyby dobrze wiedziały, czego chcą. Rose bezwiednie westchnęła. Jej reakcja 
ogromnie  ucieszyła  Nathana.  Pochylił  głowę  i  wilgotnym  językiem  przemierzał  jej  ciało  w 
ślad za palcami.  

Czuła na skórze dotyk jego zmierzwionych włosów. Kiedy na niego spojrzała, ogarnęło ją 

nagle uczucie, które nie miało nic wspólnego z rozkoszą, jaką niosły jego pieszczoty.  

Ostrożnie! – upominała się w duchu. Jeszcze chwila, a trudno ci się będzie wycofać.  
Odsunęła się od niego, choć kosztowało ją to wiele. Nathan wydawał się zawiedziony, ale 

uszanował jej wolę, co przyjęła z uczuciem ulgi. Już nie ponawiał prób, by się do niej zbliżyć.  

Pośpiesznie wstała z ziemi.  
– Wracam do domu.  
– Pójdę z tobą.  
– Dam sobie radę – mruknęła skonsternowana. – Nie chcesz tu jeszcze trochę zostać? 
– Nie chcę – Uśmiechnął się dziwnie. – W wielu miejscach bywasz sama, a to nie zawsze 

jest rozsądne.  

background image

Pomyślała,  że  przebywanie  na  ustronnej  plaży  z  tym  właśnie  mężczyzną  też  nie  jest 

rozsądne. Uznała jednak, że zachowa to dla siebie.  

– No cóż, do Anglii przyjechałam zupełnie sama i, jak dotychczas, nic złego mi się nie 

stało.  

Pomijając to wszystko, co zdarzyło się przez ciebie, dodała w duchu.  
–  A  dlaczego  przyjechałaś  sama?  –  spytał  z  zaciekawieniem.  –  Mogłaś  przecież 

przyjechać  z  kimś  znajomym.  A  może  ma  to  coś  wspólnego  z  tym  twoim  facetem  z 
Waszyngtonu? 

– W pewnej mierze – przyznała. – Przez niego czułam się tak, jakbym do niczego się nie 

nadawała, a zarazem wiedziałam, że to nieprawda. Wybrałam się więc w samotną podróż, by 
sobie to poniekąd' udowodnić. Udowodnić, że potrafię sama dać sobie ze wszystkim radę.  

Uśmiechnął  się  do  niej.  Zawsze  ją  to  rozbrajało.  W  tych  uśmiechach  był  zniewalający 

czar. I zagrożenie.  

– Czy ja też jestem jednym z problemów, z którymi masz sobie poradzić? 
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, bo żadna odpowiedź  nie  była dobra. Nie odezwała się 

więc ani słowem i w milczeniu zaczęła strzepywać piach ze swoich rzeczy. Najwyższy czas 
się ubrać.  

– Nie wkładaj tego. Wszystko masz zapiaszczone i brudne. Włóż moją koszulę.  
W  mgnieniu  oka  zdjął  ją  i  podał  Rose.  Zawahała  się.  Mieć  na  sobie  coś,  co 

promieniowało jeszcze ciepłem jego ciała? Byłoby w tym chyba coś zbyt intymnego.  

–  Właściwie  to  wcale  nie  muszę  się  ubierać  –  rzuciła  z  zuchwałością,  która  prawie  ją 

przerastała.  –  Mogę  tak  wrócić  do  domu.  Oczywiście,  jeżeli  tobie  to  nie  przeszkadza  – 
zakończyła tonem o wiele bardziej wyzywającym, niżby tego chciała.  

– Jeżeli o mnie chodzi, to wręcz przeciwnie. – Oczy znów mu rozbłysły. – Nie mogę ci 

jednak przyrzec, że nie wpadniemy na kogoś, kto poczułby się zapewne odrobinę zgorszony. 

W  tej  okolicy  biegnie  sporo  szlaków turystycznych  i  jest  kilka  schronisk.  Zatoczka  stanowi 
ulubiony cel spacerów.  

Zrozumiała,  o  co  chodzi,  chwyciła  więc  jego  koszulę  i  włożyła  na  siebie.  Było  to 

naprawdę  niepokojące.  Kiedy  szli  w  gorącym  słońcu,  myślała  o  tym,  że  dobrze  by  zrobiła 
wyjeżdżając  stąd,  zanim  za  sprawą  Nathana  Haywarda  w  jej  uczuciach  zapanuje  absolutny 
zamęt.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Rose,  oczywiście,  nie  wyjechała.  Uwielbiała  Lyncombe  Manor.  Ilekroć  wchodziła  do 

tego domu, rzucał on na nią jakby nowy czar.  

A Nathan Hayward?  –  pytała sama siebie z niepokojem. Czyjego urokowi także zaczęła 

się poddawać? 

Z  pewnością  nie,  odpowiadała  sobie  stanowczo.  Po  prostu  trochę  się  zadurzyła.  Nigdy 

nikogo takiego nie znała.  

Czuła jednak, że musi oderwać się na chwilę i od tego domu, i od Nathana. Choćby na 

kilka godzin, które pomogłyby jej ustawić sobie wszystko we właściwej perspektywie.  

Nie spodziewała się, by Nathan robił jej jakieś wymówki, kiedy zauważy, że wzięła sobie 

wolne popołudnie. Przez kilka ostatnich dni pracowała prawie bez przerwy.  A gdyby nawet 
był temu przeciwny, ona i tak musi wydostać się stąd na trochę.  

Jej  samochód  stał  w  cieniu,  lecz  mimo  to  był  nagrzany  nie  do  wytrzymania.  Opuściła 

szyby,  uruchomiła  silnik  i  ruszyła.  Nie  bardzo  wiedziała,  dokąd  jechać,  ale  odruchowo 
skierowała się w stronę morza. Miała nadzieję, że tam będzie chłodniej.  

Zajechała  do  małego  nadmorskiego  miasteczka,  zaparkowała  pośród  wielu  innych 

samochodów i poszła na plażę. Roiło się na niej od dzieci korzystających z pięknej pogody. 
Biegały  poubierane  w  kostiumy  kąpielowe,  wrzeszczały,  wymachiwały  wiaderkami  i 
łopatkami, lizały lody kapiące im po rękach. Dorośli leżeli plackiem na gorącym piasku, zbyt 
otępiali, by wykonać choćby najmniejszy ruch.  

Rose opalała się przez chwilę w nieco mniej zatłoczonym miejscu, ale jakiś wewnętrzny 

niepokój i stamtąd szybko ją wygonił. Zebrała rzeczy i ruszyła w stronę deptaka. Zamierzała 
rozejrzeć się po sklepach.  

W połowie uliczki natknęła się na salon muzyczny. Przystanęła przed wystawą i niemal 

bezwiednie  weszła  do  środka.  Kasety  ułożone  były  w  porządku  alfabetycznym,  łatwo  więc 
odnalazła literę K . Przebiegła wzrokiem nazwiska i znalazła trzy kasety z piosenkami Jancis 
Kendall. Wyciągnęła rękę, zawahała sie, po czym stanowczym ruchem wyjęła z szeregu jedną 

z nich.  

Po chwili jednak pożałowała, że w ogóle weszła do tego sklepu. Na kasecie bowiem było 

fascynujące  zdjęcie  Jancis.  Doskonały  owal  twarzy,  gęste  jasne  włosy  –  tak  jasne,  że 
wydawały się niemal białe – i zimne niebieskie oczy.  

Była  to  twarz,  której  nie  można  było  łatwo  zapomnieć.  Rose  wiedziała,  że  Nathan  na 

pewno jej nie zapomniał. Podeszła do lady i zapłaciła za kasetę.  

W  samochodzie  wyjęła  ją  i  zaczęła  czytać  listę  utworów.  Pod  spodem  było  napisane: 

„Autorem wszystkich piosenek jest Nathan Hayward”.  

Przez  długą  chwilę  wpatrywała  się  w  to  proste  zdanie.  Wiedzieć,  że  napisał  wszystkie 

piosenki, jakie wykonywała Jancis, to jedno. A widzieć to napisane czarno na białym – to coś 
zupełnie innego. Zobaczyła Nathan a w nowym świetle. Już nie jako kogoś, kto zamknął ją w 
piwnicy,  kłócił  się  z  nią,  a  potem  nagle  chciał  się  z  nią  całować.  Zobaczyła  go  jako 

background image

nieznajomego,  który  pisał  piosenki  śpiewane  na  całym  świecie,  mężczyznę  do  szaleństwa 

zakochanego w ich wykonawczyni.  

Poczuła, że to wszystko ją rozstraja, chociaż nie bardzo chciała się do tego przyznać. Do 

tej  pory  udawało  jej  się  zagłuszyć  w  sobie  myśli  o  minionym  etapie  życia  Nathana.  A 
przynajmniej zepchnąć je gdzieś na margines. Lecz ta kaseta była faktem, który przywoływał 
ją  do  rzeczywistości.  Stanowiła  dowód,  że  Nathan  i  Jancis  byli  ze  sobą  związani.  Rose 
zmarszczyła czoło i rzuciła kasetę na półeczkę pod deską rozdzielczą, żeby na nią nie patrzeć. 
Ale  wracając  do  Lyncombe  Manor,  nie  potrafiła  przestać  o  niej  myśleć.  Kiedy  w  końcu 
zatrzymała się przed domem, wzięła kasetę i schowała ją do kieszeni dżinsów.  

Idąc  do  kuchni,  z  ulgą  stwierdziła,  że  Nathana  nie  ma  w  pobliżu.  Przyrządziła  sobie 

sałatę, pozmywała naczynia i ruszyła do małego saloniku w tylnej części domu. Zapamiętała, 
że tam, na biurku, stał mały przenośny magnetofon.  

I  rzeczywiście.  Teraz  już  nic  nie  mogło  jej  powstrzymać  od  wysłuchania  taśmy,  choć 

czuła się nieswojo.  

Nie  potrafiła  jej  słuchać  siedząc,  krążyła  więc  niespokojnie  po  pokoju,  a  głęboki, 

wyrazisty głos Jancis Kendall przenikał ją na wskroś.  

Kiedy skończyła się pierwsza strona kasety, Rose miała bardzo głupie uczucie. Niektóre 

piosenki  znała,  innych  nie,  ale  wszystkie  boleśnie  ją  dotykały.  Mimo  to  drżącą  ręką 
przełożyła kasetę na drugą stronę.  

I  znów  głos  Jancis  Kendall  wypełnił  pokój.  Rose  wyobraziła  sobie  jej  twarz  o  niemal 

idealnych  rysach  i  lśniące,  jasne  włosy.  Ta  dziewczyna  chyba  w  istocie  miała  wszystko... 
wszystko prócz duszy.  

Rose  przymknęła  oczy.  Frazy  napisane  przez  Nathana  rozbrzmiewały  niskim  głosem  o 

wspaniałej skali. Poczuła, że ściskają w gardle, że musi wyłączyć magnetofon. Już miała się 
podnieść,  by  to  zrobić,  gdy  drzwi  otworzyły  się  nagle  z  takim  impetem,  że  o  mało  nie 
wypadły z zawiasów. Do pokoju wpadł Nathan.  

Podskoczyła przerażona. A kiedy zobaczyła wyraz jego twarzy, serce jej zamarło.  
– Skąd, do diabła, masz tę taśmę? – wrzasnął. Nie była w stanie odpowiedzieć, bo zaschło 

jej  w  gardle.  Wydobyła  z  siebie  jakiś  nieartykułowany  dźwięk,  co  tylko  doprowadziło 
Nathana do jeszcze większej furii. Chwycił ją za ramiona.  

– Skąd to masz? – wrzasnął po raz drugi, potrząsając nią mocno.  
Udało jej się jakoś odzyskać głos.  
– Ku... kupiłam – wydusiła z siebie.  
Zdjął ręce z jej ramion i zamierzył się, jakby chciał ją uderzyć, ale nagle zrezygnował.  
– Dlaczego to zrobiłaś? – ryknął na nią.  
Rose  cofnęła  się  odruchowo  i  skurczyła  w  sobie.  Po  chwili  jednak  odzyskała  trochę 

pewności siebie i odparła jego okrutne spojrzenie.  

– Wydaję pieniądze, na co mi się podoba! Nie muszę cię prosić o pozwolenie.  
– Zgoda. Ale powinnaś mnie zapytać, czy wolno ci puszczać tę taśmę w moim domu.  
– A gdybym spytała? 
– Odpowiedziałbym, że nie! 

background image

– Dlaczego? Bo nie chcesz słuchać swojej muzyki? Czy może nie potrafisz znieść głosu 

Jancis Kendall? 

Sama była zdumiona, że zdobyła się na powiedzenie mu tego, i już po chwili żałowała, że 

tak się stało. Usta Nathana wykrzywił gniewny grymas, a jego oczy pociemniały z furii.  

– Nie muszę się przed tobą usprawiedliwiać i nie muszę słuchać tych bzdur! 
Chwycił magnetofon i wyrzucił go przez okno.  
Powoli, na trzęsących się nogach, Rose wyszła z pokoju. Dom wydawał się pusty, cichy i 

dziwnie spokojny. Jak gdyby ta krótka, gwałtowna scena między nimi nigdy się nie rozegrała. 
Złakniona świeżego powietrza, Rose usiadła przed domem. Słońce już zachodziło, ale nadal 
było gorąco i parno. Poczuła, że zaczyna ją boleć głowa. Potarła skronie i czoło – pulsował w 
nich ból.  

– Hm, nic dziwnego – mruknęła do siebie. – Co za dzień! 
Opuściła ręce na kolana i wdychała wonne powietrze. Zaczynało zmierzchać i wszystkie 

odmiany róż pachniały odurzająco. Ogarnął ją błogi nastrój, lecz nie miało to trwać długo. Na 
ławce obok niej usiadł Nathan. Zamarła w napięciu.  

– Powinienem cię chyba przeprosić – powiedział oschle.  
–  Skoro  tak  uważasz.  To  przecież  twój  dom.  I  jeżeli  przyjdzie  ci  ochota  wyrzucić 

magnetofon przez okno, masz prawo to zrobić.  

Wiedziała, że Nathan patrzy na nią. Nie chciała, aby ich spojrzenia się spotkały, patrzyła 

więc przed siebie.  

– Jesteś niezwykłą dziewczyną, Rose. Każda inna dawno spakowałaby manatki.  
–  Myślałam  o  tym  i  chciałam  się  już  wynieść,  lecz  doszłam  do  wniosku,  że  właściwie 

dlaczego mam stąd wyjeżdżać, skoro cały problem polega na tym, że to ty nie potrafisz nad 
sobą panować.  

– Możesz mi wierzyć lub nie, ale od kiedy tutaj zamieszkałem, nieczęsto zdarzało mi się 

stracić panowanie nad sobą. Niestety, zawsze miało to miejsce w twojej obecności. A może – 
dodał z namysłem – dzieje się tak właśnie przez ciebie? 

– Co za idiotyzm! 
–  Tak  sądzisz?  –  Wzruszył  ramionami.  –  Nie  wiem.  Od  twojego  przyjazdu  wszystko 

radykalnie się zmieniło. Może to i zbieg okoliczności... ale chyba nie.  

–  Co  mam  więc  zrobić?  –  spytała  cicho,  spoglądając  na  niego.  –  Chcesz,  żebym 

wyjechała? 

– Tego nie powiedziałem – odparł spokojnie.  
– Nie chciałem nawet powiedzieć, że te zmiany mi nie odpowiadają. Rzeczywiście często 

tracę nad sobą panowanie, ale przynajmniej czuję, że żyję.  

Rose trudno było zrozumieć, że po tej gwałtownej scenie nagle prowadzi z Nathanem tak 

przyjazną rozmowę.  

– Dlaczego nie byłeś taki rozsądny, kiedy usłyszałeś taśmę? – spytała, marszcząc brwi. – 

Mogłeś po prostu poprosić mnie, bym ją wyłączyła. Nie trzeba było koniecznie wyrzucać jej 
przez okno! 

–  Zrozum,  kiedy  usłyszałem  ten  głos,  coś  się  we  mnie  załamało.  Jancis  nigdy  w  żaden 

background image

sposób  nie  tknęła  tego  domu.  I  chciałem,  żeby  tak  pozostało.  Muszę  mieszkać  w  miejscu 
wolnym od jej obecności.  

– Nie możesz przecież unikać tej kobiety przez resztę swego życia.  
– Wcale nie mam takiego zamiaru. Ale wara jej od tego domu! 
Słowa Nathana bynajmniej nie przekonały  Rose. Gdyby naprawdę minęła mu szaleńcza 

miłość do Jancis, nie reagowałby tak ostro na dźwięk jej głosu.  

Nagle temat Jancis Kendall stał się dla Rose nie do zniesienia. Wolałaby nigdy więcej o 

niej nie słyszeć.  

–  Boli  mnie  głowa  –  powiedziała,  pocierając  czoło.  –  Wezmę  aspirynę  i  położę  się  do 

łóżka. – Pomyślała, że może będzie chciał ją jeszcze na chwilkę zatrzymać, ale kiedy wstała, 
nawet na nią nie spojrzał. – Dobranoc – mruknęła.  

–  Dobranoc...  Rose  –  odparł  nieprzytomnie,  jak  gdyby  był  myślami  zupełnie  gdzie 

indziej.  

Uciekła  do  swojego  pokoju,  połknęła  aspirynę  i  wskoczyła  do  łóżka.  Chciała  poleżeć 

przez  chwilę  z  zamkniętymi  oczami,  a  potem  zrobić  sobie  długą,  odprężającą  kąpiel,  ale 
natychmiast twardo zasnęła i obudziła się dopiero rano.  

Po nocy spędzonej w ubraniu czuła się cała lepka od potu. Jak na tak wczesną porę było 

już  niezwykle  gorąco,  słońce  świeciło  oślepiającym  blaskiem.  Rose  rozebrała  się,  zrobiła 
sobie chłodną kąpiel  i poczuła się odświeżona. Włożyła  szorty  i  najcieńszą z  bawełnianych 
bluzek, po czym zeszła na dół. Zamierzała zjeść szybko śniadanie i ruszyć do pracy.  

Wybrała zacienioną część ogrodu w pobliżu stawu. Ale nawet tam parne powietrze jakby 

stało.  Lubiła  słoneczną  pogodę,  lecz  teraz  miała  już  dość  upału.  Marzyła,  by  na  niebie 
pojawiła się choć jedna chmura.  

Kiedy  wróciła  na  lunch,  nigdzie  nie  było  śladu  Nathana.  Pomyślała  więc,  że  albo 

wyszedł, albo jest gdzieś w drugiej części domu. To jej odpowiadało. Po dramatycznej scenie, 
jaka rozegrała się między nimi poprzedniego wieczoru, wolała pobyć trochę sama. Być może 
dotychczas  żyła  jakby  pod  kloszem,  ale  z  całą  pewnością  nie  przywykła  do  ludzi,  którzy 
wyrzucają rzeczy przez okno! 

Po lunchu zrobiło się już tak gorąco, że nie sposób było pracować nawet w cieniu. Rose 

wróciła więc do domu i w jednym z saloników postanowiła napisać list do rodziców. Już raz 
pisała stąd do nich, by dać znać, gdzie jest i co robi. Teraz zorientowała się, że mimowolnie 
pisze im bardzo dużo o Nathanie. Wreszcie, na samym końcu, wyliczyła wszystkie powody, 
dla których jej zdaniem nie powinna jeszcze wyjeżdżać z Lyncombe Manor. Pominęła tylko 
jeden, ten najistotniejszy: że nie chce się rozstawać z Nathanem Haywardem.  

Skończyła pisać i westchnęła głęboko, a następnie podarła list na kawałki. Czegoś takiego 

nie  wolno  jej  było  wysłać.  Zamartwią  się  przecież  na  śmierć!  Sama  się  przeraziła,  kiedy 
uświadomiła sobie, do ilu rzeczy przyznała się w tym przelanym na papier wyznaniu.  

Zabrała się do pisania kolejnego listu, tym razem w zupełnie innym tonie. Miał być lekki, 

pełen swady i zabawny. O Nathanie ledwie wspomniała.  

Ale  i  ten  list  chciała  podrzeć.  W  końcu  jednak  wsunęła  go  do  koperty.  Niech  rodzice 

przeczytają przynajmniej taką relację.  

background image

Zerknęła przez okno. No, zapowiadało się, że to już koniec  fali upałów.  Na  horyzoncie 

zbierały się wielkie, ciężkie chmury. Panowała cisza, jaka zwykle poprzedza burzę.  

Ciągle było zbyt gorąco, by zabrać się do pracy. Rose postanowiła znów wziąć chłodną 

kąpiel, bo nawet włosy lepiły jej się od potu.  

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Nathan.  
– Szukałem cię – powiedział bez żadnych wstępów. – Umiesz śpiewać? 
– Śpiewać? – powtórzyła ze zdumieniem. – Chyba nie bardzo.  
– Na pewno umiesz. Każdy to potrafi. Chodź ze mną – rozkazał i wyszedł z pokoju, nie 

oglądając się nawet.  

Rose westchnęła z rezygnacją i podreptała za nim posłusznie. Prowadził ją do pokoju, w 

którym stało pianino. Usiadł na taborecie, przesunął dłońmi po klawiaturze i spojrzał na Rose.  

– Potrafisz czytać nuty? 
– Nie – odparła szybko.  
Chrząknął, poirytowany, i rzucił w nią kartką papieru.  
–  Przeczytaj  więc  tylko  słowa.  Zagram  kilka  razy  parę  pierwszych  taktów,  aż  złapiesz 

melodię.  

Zaczął grać, a ona usiłowała dopasować słowa do muzyki. W końcu uznała, że to o wiele 

łatwiejsze,  niż  sądziła.  A.  piosenka,  choć  prosta,  miała  ten  niepowtarzalny  urok,  który 
cechował  wszystkie  utwory  Nathana.  Obdarzona  była  subtelną  linią  melodyczną,  pełną 
niepospolitych przejść.  

– Chwyciłaś już, o co chodzi? – spytał, kiedy skończył grać po raz trzeci.  
– Chyba tak – odparła niepewnie. – Ale przecież mógłbyś to sobie sam zaśpiewać. Ja nie 

bardzo się nadaję.  

– To jest napisane na głos kobiecy – powiedział, zniecierpliwiony. – A oprócz ciebie nie 

ma tu innej kobiety. – Zagrał znowu pierwsze takty. – No, spróbujmy.  

Zaśpiewała pierwszą linijkę, ale sama wiedziała, że zabrzmiało to okropnie.  
– Śpiewasz za wysoko. – Ściągnął brwi. – Zacznij niżej.  
– Ale ja nie mogę śpiewać niżej.  
– No to ja zmienię tonację – mruknął rozdrażniony.  
Spróbowali ponownie, ale i tym razem nic z tego nie wyszło.  
– Mówiłam ci, że nie potrafię śpiewać – broniła się Rose.  
– Bo się nie starasz. Wydaje mi się, że gdybyś tylko chciała, potrafiłabyś zaśpiewać niżej. 

Wróćmy jeszcze raz do właściwej tonacji.  

Rose jednak zupełnie nie potrafiła sobie poradzić z niskimi tonami i w połowie piosenki 

zniecierpliwiony Nathan uderzył ze złością w klawiaturę.  

– Nie, nie i jeszcze raz nie! To powinno brzmieć tak, posłuchaj! 
I  zaczął  sam  śpiewać.  Wówczas,  mimo  nieznośnego  upału  panującego  w  pokoju,  Rose 

zrobiło  się  nagle  zimno.  Zrozumiała,  że  Nathan  usiłował  ją  skłonić  do  naśladowania 
konkretnej osoby.  

–  Dlaczego  to  robisz?  –  spytała  z  wyrzutem  i  rzuciła  na  podłogę  kartkę  z  tekstem 

piosenki. – Przecież to ty twierdziłeś, że ona nie ma prawa wstępu do tego domu! 

background image

Spojrzał na nią obojętnym wzrokiem.  
– O czym ty, na Boga, mówisz? 
–  Nawet  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z  tego,  że  to  robisz?  –  Potrząsnęła  głową  z 

niedowierzaniem.  

– A niby co ja takiego robię? 
– Usiłujesz zrobić ze mnie drugą Jancis Kendall! Nie uda ci się. Nie da rady. Nie jestem 

do niej podobna, nie śpiewam jak ona i, do diabła, nie chcę nią być! Pisz sobie dalej piosenki 

dla  niej,  jeżeli  nie  potrafisz  bez  tego  żyć,  ale  nigdy  mnie  nie  proś,  żebym  ,  je  śpiewała.  To 

twoja obsesja, nie moja! 

Patrzył  na  nią  z  wahaniem,  a  potem  ogarnęła  go  wściekłość.  Lecz  zanim  zdążył  coś 

powiedzieć,  Rose  wybiegła  z  pokoju,  trzaskając  drzwiami.  Przebiegła  przez  cały  dom  i 
wypadła do ogrodu, żeby Nathan nie mógł jej znaleźć, gdyby przypadkiem chciał ją dogonić.  

Słońce zniknęło za ogromnymi czarnymi chmurami. Niebo wyglądało złowieszczo. Rose 

jednak nie zwracała uwagi na pogodę. Chciała biec i biec coraz dalej, by pozostawić za sobą 
obraz kobiety, której nigdy nie widziała, a która stawała się koszmarem jej życia.  

Pierwsze wielkie krople deszczu spadły, kiedy obiegała staw, zmierzając w stronę dolnej 

części ogrodu.  

Rozłożyste gałęzie czerwonego buku mogły jej użyczyć schronienia, ale nie skorzystała z 

tego.  Deszcz  nagle  ustał,  lecz  po  chwili  lunęło  jak  z  cebra.  Ostra  błyskawica  przecięła 
pociemniałe  niebo.  Potem  rozległ  się  grzmot,  który  przetaczał  się  długo,  jakby  ostrzegając 
przed  jeszcze  gwałtowniejszym  natarciem  nawałnicy.  Rose  jednak  nie  bała  się  burzy. 
Uciekała przed czymś zupełnie innym.  

Napływało  coraz  więcej  czarnych  chmur,  deszcz  przemienił  się  w  szalejącą  ulewę.  W 

sekundę Rose była cała mokra. Lecz nawet przez chwilę nie pomyślała o powrocie do domu. 
Szła po omacku, szukając ścieżki prowadzącej do ustronnej zatoczki.  

Nagle ktoś chwycił ją gwałtownie za ramię i obrócił do siebie. Był to Nathan. Stał przed 

nią, oddychając ciężko, podobnie jak ona przemoknięty do suchej nitki.  

– Dokąd ty się, u diabła, wybierasz? 
–  Nie  twoja  sprawa!  –  odkrzyknęła.  –  Chodzę,  gdzie  mi  się  podoba.  A  nie  mam 

najmniejszej ochoty ani na twoje towarzystwo, ani na siedzenie w twoim domu.  

– Przez tę piosenkę? 
– Tak, przez tę piosenkę. I dlatego, że kazałeś mi ją śpiewać w taki sposób.  
– Nie napisałem jej dla Jancis. – Potrząsnął nią, zirytowany. – I wcale nie chciałem, żebyś 

śpiewała tak jak ona.  

Rose rzuciła  mu gniewne spojrzenie, pocieszając  się,  że w strugach deszczu Nathan  nie 

dostrzeże łez w jej oczach.  

–  Oczywiście,  że  łatwo  ci  przyszło  mnie  w  to  wmanewrować!  Kiedy  śpiewałam,  przez 

cały czas słyszałam  jej głos. Ta piosenka była dokładnie taka sama jak wszystkie, które dla 
niej pisałeś.  

Nathan niecierpliwym gestem odgarnął mokre włosy z oczu.  
– Nie mogę nagle pisać w innym stylu tylko dlatego, że Jancis przestała dla mnie istnieć. 

background image

Kiedy siadam do pianina, mam w głowie melodię, którą zapisuję tak, jak ją słyszę. Jest to po 

prostu moja muzyka. Rozumiesz? – Potrząsnął dziewczyną jeszcze raz, ale nie odpowiedziała 
ani  słowem.  –  Nie  potrafię  zmienić  stylu  –  powtórzył.  –  Ale  pisząc,  wcale  nie  myślę  o 
Jancis... Już o niej nie myślę! I tę nową piosenkę naprawdę nie dla niej napisałem.  

Rose  prawie  go  nie  słuchała.  Imię  tej  kobiety  paraliżowało  jej  myśli  i  uniemożliwiało 

przyjęcie jakichkolwiek wyjaśnień.  

– Naprawdę wszystko mi jedno, dla kogo piszesz piosenki – powiedziała wreszcie. – I daj 

mi spokój! Chcę stąd iść. – Spróbowała wyrwać rękę z jego uścisku, ale Nathan przytrzymał 
ją mocniej.  

– Nie możesz biegać po deszczu! – wrzasnął. – Jesteś cała mokra.  
– Nieważne. Zostaw mnie. Nic mi nie jest.  
– Gdyby ci nic nie było, nie strzeliłoby ci do głowy uciekać nie wiadomo gdzie w taką 

ulewę. Zabieram cię do domu! 

– Nie chcę! 
Najwyraźniej nic sobie nie robił z jej protestów, bo tylko chwycił ją mocno i ciągnął do 

domu.  

Oślepiające  błyskawice  przeszywały  niebo,  grzmiało  coraz  bliżej.  Mimo  że  był  dzień, 

zrobiło  się  mroczno  jak  o  zmierzchu.  Czarne  chmury  przetaczały  się  ciężko  po  niebie.  Co 
pewien  czas  w  świetle  błyskawic  Rose  widziała  twarz  Nathana  i  wówczas  czuła  dreszcze. 
Wydawał jej się niemal obcy. Twarz miał ściągniętą, usta wykrzywione.  

W końcu przecież jest dla mnie obcy, myślała w zapamiętaniu... choć dobrze wiedziała, 

że  to  nieprawda.  Od  samego  początku  wyczuwała  w  nim  przecież  coś  znajomego.  Coś,  co 
kazało  jej  zostać,  choć  była  przekonana,  że  powinna  uciekać;  coś,  co  sprawiało,  że  tak 
naprawdę wcale się nie bała, nawet teraz, choć nigdy jeszcze nie widziała go w takim stanie.  

W  oddali,  za  ścianą  deszczu  majaczyła  już  czarna  bryła  domu.  Jeszcze  kilka  kroków  i 

Nathan wciągnął  Rose kuchennymi drzwiami do środka. Panowały ciemności, burza szalała 
wprost nad Lyncombe Manor, aż trzęsły się ściany.  

Z kuchni Nathan pociągnął Rose przez korytarz do holu i w górę po schodach.  
– Dokąd idziemy? – spytała, ledwie łapiąc oddech.  
– Tam, gdzie będę ci mógł udowodnić raz na zawsze, że nie chcę, byś się upodobniła do 

Jancis Kendall.  

Byli już na szczycie schodów. Nathan otworzył jakieś drzwi i wepchnął Rose do środka, 

po czym zdecydowanie zamknął je za sobą.  

Znajdowali się w głównej sypialni. Pan tego domu przyprowadził ją do głównej sypialni.  
– Nie! – zaoponowała.  
– Tak – powiedział cicho, ale bardzo stanowczo.  
– Nie chcę! – Zabrzmiało to jednak niezbyt przekonywająco.  
Nathan,  nie  zwracając  uwagi  na  sprzeciwy  Rose,  zaczął  ściągać  z  niej  mokrą  bluzkę. 

Wiedziała,  że  powinna  mu  się  opierać,  a  tymczasem  posłusznie  podniosła  ręce  do  góry. 
Mruknął coś z aprobatą i szybko zdjął z niej resztę ubrania.  

W pokoju panował półmrok, rozświetlany tylko przez błyskawice. Rozlegały się grzmoty. 

background image

Rose miała wrażenie, że znalazła się w zupełnie nierealnym świecie.  

Kiedy jednak ręce Nathana odszukały jej małe piersi, odzyskała poczucie rzeczywistości. 

Miał podobnie  jak ona  mokrą skórę, ale  biło od niego ciepło. Czuła coraz większą  bliskość 
jego  ciała,  niecierpliwość,  żar  i  pośpiech,  z  jakim  ściągał  z  niej  bawełniane  figi.  Ukląkł  i 
pieścił ustami gładką wypukłość jej brzucha, wkrótce poczuła je na swoich udach.  

Rose zadrżała. Nikt nigdy nie dotykał jej w taki sposób. Dopiero teraz dowiadywała się, 

jak delikatne i subtelne mogą być usta i dłonie mężczyzny. Nathan wstał i nie przestając jej 
całować, zrzucił z siebie ubranie.  

W świetle błyskawicy Rose ujrzała jego smukłą sylwetkę i przez moment pożałowała, że 

znów zniknie jej w mroku. W tej grze światła i cieni było jednak coś dziwnie podniecającego.  

Szybki oddech Nathana  mieszał się teraz z jej westchnieniami.  Po raz pierwszy w życiu 

czuła  się  tak  pobudzona  i  przemknęło  jej  przez  myśl,  że  za  chwilę  będzie  miała  udział  w 
doznaniach,  o  jakich  nawet  nie  śniła.  Nagła  bliskość  Nathana,  który  naparł  na  nią  swoim 
ciałem, sprawiła, iż Rose przestała w ogóle myśleć.  

Wilgotna skóra przy wilgotnej skórze, rozkosz wzajemnej bliskości. Nie wiedzieć kiedy 

znaleźli  się  w  ogromnym  łóżku  z  baldachimem.  Boże,  jak  pięknie,  jak  romantycznie, 
pomyślała  Rose.  Wszyscy  powinni  się  kochać  w  takim  łożu.  Oprzytomniała  na  chwilę,  ale 
Nathan, rozgorączkowany, znów obezwładnił ją swoim ciałem.  

– Nie mogę dłużej czekać – szepnął. – Przepraszam.  
Rose  jednak  dała  się  porwać  wirowi  rozkoszy,  oślepiającej  jak  błyskawica,  i  choć 

wszystko  to  trwało  zaledwie  kilka  chwil,  w  całym  swoim  dotychczasowym  życiu  nie 
doświadczyła piękniejszych.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Przez chwilę oboje leżeli odpoczywając. Za oknem wciąż szalała burza, ale ta w pokoju 

też ucichła tylko na moment.  

Nathan poruszył się i położył rękę na biodrze Rose.  
– Inaczej to sobie wyobrażałem – powiedział zdławionym szeptem.  
– To znaczy jak? 
– Po prostu inaczej.  
– Inaczej niż co? – spytała z niepokojem.  
– Niż wszystko. – Uśmiechnął się niespodzianie i delikatnie przesunął dłoń.  
Rose  starała  się  dostrzec  wyraz  jego  twarzy,  bo  z  tonu  głosu  nie  potrafiła  niczego 

odgadnąć. Czarne chmury wciąż przewalały się po niebie i nadal było ciemno.  

Mimo tego, co zaszło między nimi, Rose czuła się niepewnie.  
– Zapalmy może światło, dobrze? – zaproponowała.  
Nathan sięgnął do włącznika lampy przy łóżku, ale światło nie rozbłysło.  
– Nie ma prądu. A poza tym – spojrzał na nią z zaciekawieniem – po co ci nagle światło? 
– Mógłbyś na mnie popatrzeć – szepnęła. – W ciemnościach wszystko jedno, kim jestem. 

Nie musisz nawet zamykać oczu, by sobie wyobrażać, że jestem kimś innym.  

Natychmiast pożałowała swoich słów. Nathan znów się rozgniewa i wszystko stracone.  
Lecz on oparł się na łokciu i popatrzył na nią spokojnie.  
–  Dobrze  wiem,  kim  jesteś  –  powiedział  łagodnie.  –  Ty  jesteś  Rose,  Rose  z  małymi 

piersiami i długimi, długimi nogami. Ani przez chwilę nie zapomniałem, z kim jestem. I nie 
czuję potrzeby udawać przed sobą, że jesteś kimś innym. Ani teraz, ani nigdy.  

Delikatnie pieścił ją opuszkami palców. Zadrżała z rozkoszy.  
– Lubisz mój dotyk, prawda? – spytał z zadowoleniem.  
– Tak – przyznała po prostu. I też chciała go dotknąć, ale nie pozwolił na to, chwytając ją 

za nadgarstki.  

–  Jeszcze  nie  –  zaprotestował  szeptem.  –  Jeśli  mnie  dotkniesz,  przestanę  nad  sobą 

panować.  

Trochę ją to wyznanie przeraziło. A zarazem poczuła się piękna, poczuła, że ma piękne 

ciało.  Że  nie  jest  koścista  i  za  chuda,  ale  gładka,  miękka,  kobieca.  Jakże  to  możliwe,  aby 
jeden mężczyzna tak wszystko odmienił? I dlaczego to właśnie on? 

Nie  zdążyła  odpowiedzieć  sobie  na  te  pytania.  Oddychała  coraz  szybciej,  gdy 

pocałunkami  i  pieszczotami  zawładnął  nią  całkowicie.  Nie  wzbraniał  się  już  przed  jej 
dotykiem, nie powstrzymywał jej, kiedy niemal z czcią pieściła jego smukłe ciało.  

Znów odnalazł ustami jej usta, lecz stawał się coraz bardziej natarczywy. Zrozumiała, że 

utracił panowanie nad sobą szybciej, niż zamierzał czy chciał. Ale nie miało to najmniejszego 
znaczenia. Nigdy nie będzie miało.  

Rozkosz zbliżenia była równie cudowna jak za pierwszym razem. Odpoczywali wspólnie, 

bardzo  wyczerpani.  Burza  odchodziła  znad  Lyncombe  Manor,  jakby  chciała  uszanować 

background image

spokój  kochanków.  Ale  żadne  z  nich  o  tym  nie  wiedziało.  Zasnęli  głęboko,  spleceni  w 
miłosnym uścisku.  

 

Rose  obudziła  się  pierwsza.  Ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  jest  ranek.  Spała  okropnie 

długo. To znaczy, oboje spali okropnie długo, pomyślała, patrząc na Nathana, który leżał u jej 
boku.  

W  jasnym  świetle  poranka  trudno  jej  było  uwierzyć,  że  to  wszystko  rzeczywiście  się 

wydarzyło. Nie  należała do dziewczyn,  które szybko  idą z kimś do  łóżka. Tak naprawdę to 
dotychczas spała tylko z jednym mężczyzną. I też nie od razu do tego doszło. Właściwie to 
zdecydowała  po  dłuższej  znajomości,  kiedy  uznała,  że  w  przeciwnym  razie  związek  się 
rozpadnie. Nie czuła wtedy niczego prócz braku akceptacji, a związek i tak się rozpadł.  

Nathan  natomiast,  zaakceptował  ją  bez  wahania.  Widziała,  że  budzi  w  nim  pożądanie. 

Łatwo i szybko. I że bycie z nią daje mu wielką satysfakcję i uczucie spełnienia. Co więc to 
wszystko miało oznaczać? 

W istocie wydawało jej się, że doskonale wie co, ale nie chciała się sama przed sobą do 

tego  przyznać.  Jeszcze  przez  pewien  czas  będzie  udawała,  że  wszystko  to  ją  zdumiewa. 
Niezbyt to może uczciwe, lecz pomoże jej zachować wewnętrzny spokój.  

Nathan się poruszył i  Rose natychmiast zapomniała o planowanej strategii samoobrony. 

Potrafiła tylko niecierpliwie czekać na jego reakcję.  

Nathan zamrugał sennie ale kiedy zatrzymał wzrok na niej, od razu oprzytomniał.  
–  Ale  wczoraj  mieliśmy  burzę...  Była  wspaniała,  prawda?  –  wypowiedziała  nerwowo 

pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy.  

– Sądzę, że cała noc była wspaniała – odparł leniwie.  
– Nie chcę – zająknęła się Rose – żebyś myślał... ja na ogół... to znaczy, ja nie...  
– Nie robisz tego przy byle okazji? – dokończył  za nią rozbawionym tonem. – Wiem o 

tym.  

– Skąd wiesz? – spytała, nagle się rozluźniając.  
– Ostatnio nie za wiele miałem z tym do czynienia, ale kiedyś robiłem te rzeczy bardzo 

często – odparł rzeczowo.  

– Zorientowałeś się więc, że nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, prawda? 
–  Tak.  Ale  nie  powinnaś  się  tego  wstydzić.  Nic  nie  szkodzi.  To  nie  ma  najmniejszego 

znaczenia,  a  właściwie...  wręcz  przeciwnie.  Podobało  mi  się  to.  –  Pociemniały  mu  oczy.  – 
Bardzo mi się podobało.  

Rose  zauważyła,  że  zmienia  mu  się  wyraz  twarzy...  i  ton  głosu,  przesunęła  się  wiec 

szybko na brzeg łóżka. Nie była jeszcze gotowa, by to przeżywać. Najpierw musiała dojść do 
ładu z własnymi uczuciami.  

Chwyciła  za  prześcieradło,  owinęła  się  nim,  wstała  z  łóżka  i  skierowała  się  w  stronę 

drzwi.  

– Chyba... chyba zrobię sobie kąpiel.  
– Świetny pomysł. – Odrzucił koce. – Zrobimy to razem.  
– Nie! – Szybko odwróciła wzrok, by nie patrzeć na nagiego Nathana, lecz po chwili jej 

background image

samej wydało się to idiotyczne.  

Nathan patrzył z rozbawieniem na jej zażenowaną minę.  
– No to ja wykąpię się później – powiedział, odwracając głowę.  
Rose  odetchnęła  z  ulgą.  Wyjść,  myślała  gorączkowo,  muszę  wyjść  z  tego  pokoju.  Po 

omacku szukała klamki.  

– Hm... no... idę i...  
– Idziesz do łazienki – podpowiedział. Spojrzała na niego spod oka. Wiedziała, że z niej 

żartuje. Mocniej owinęła się prześcieradłem, coś mruknęła i tyłem wyszła z pokoju. Nathan 
leżał na łóżku w bardzo swobodnej pozie, uśmiechając się od ucha do ucha. Zezłościło ją, że 
wygląda na takiego zadowolonego z siebie.  

– Przyjemniaczki! – mruknęła pod adresem wszystkich mężczyzn na świecie i pomknęła 

do łazienki. Na wszelki wypadek dobrze zamknęła drzwi.  

Wprawdzie  ranek  po  burzy  był  rześki,  lecz  w  głowie  Rose  nadal  panował  kompletny 

zamęt. Nie pomogła nawet orzeźwiająca kąpiel. Ilekroć myśli dziewczyny zaczynały krążyć 
wokół Nathana, ogarniała ją całkowita dezorientacja.  

Powinnaś uciekać wczoraj, nigdzie się nie zatrzymywać, powtarzała sobie raz po raz. Nie 

powinnaś dopuścić do zbliżenia.  

A przecież o tym, że tak się to musi skończyć,  wiedziała od pierwszej chwili, kiedy go 

zobaczyła.  Pewnie  dlatego  nigdy  naprawdę  nie  chciała  wyjechać  z  Lyncombe  Manor.  I 
dlatego wcale nie opierała się wczoraj.  

Głęboko  westchnęła.  Czekały  ją  kłopoty,  niezależnie  od  rozwoju  sytuacji.  Nathan  być 

może  pragnął  jej  teraz,  ale  nie  było  mowy  o  poważnym  związku.  Nie  miała  pojęcia,  co on 
czuje. Jeśli w ogóle coś czuje.  

Sama jednak coraz lepiej orientowała się we własnych uczuciach. Prawdę mówiąc, znała 

je dobrze już od pewnego czasu, ale nie miała odwagi się do nich przyznać. Czas stawić im 
czoło! 

Wytarła się szybko, ubrała i zeszła do kuchni. Nie chciało jej się jednak jeść. Wyszła więc 

na podwórze i usiadła na słońcu. Wszystkie wydarzenia dotarły do niej teraz z całą mocą.  

Po pół godzinie pojawił się Nathan i usiadł obok. Rose nerwowo odsunęła się od niego. 

Pewnie to spostrzegł, ale na szczęście nie skomentował.  

– Co masz zamiar dzisiaj robić? – spytał najzwyklejszym tonem.  
– Zabiorę się do kwietnika przy stawie.  
– Aha. Czyli będziesz udawała, że jest to dzień, który niczym nie różni się od innych.  
– No bo się nie różni – odparowała.  
Uniósł co prawda twarz z niemym pytaniem w oczach, lecz nie kontynuował tego tematu.  
– Ty zajmiesz się więc ogrodem, a ja pogram trochę na pianinie – powiedział po prostu.  
– Dobry pomysł.  
– A jak długo zamierzasz tak udawać? – Spojrzał jej w oczy.  
Poruszyła się nerwowo.  
– Udawać?... Co udawać? 
– Udawać, że nie było wczorajszej nocy.  

background image

– Doskonale wiem, że była! – wybuchnęła, nie panując już nad sobą.  
– To dlaczego tak się zachowujesz? 
Rose jednak nie chciała powiedzieć mu prawdy. Zyskałby nad nią zbyt wielką przewagę.  
–  To...  stało  się...  chyba  za  wcześnie  –  bąkała  niepewnie.  –  Nie  byłam  na  to 

przygotowana. Nie spodziewałam się.  

Spojrzał na nią, ale już bez rozbawienia.  
– Myślę, że spodziewałaś się tego od pierwszej chwili – powiedział cicho.  
Przeraził ją swoją spostrzegawczością. Co jeszcze mógł wiedzieć? 
– Jak możesz tak mówić? – rzuciła zaperzona.  
–  Kiedy  tylko  zaczęłam  tu  mieszkać,  powiedziałeś  mi,  że  nie  jestem  w  twoim  typie. 

Potem  musiałam  wysłuchiwać  zwierzeń  o  tym,  jaką  to  obsesyjną  miłością  darzyłeś  Jancis 
Kendall  i  jak  pragnąłeś  jej  w  łóżku.  Skąd  miałam  wiedzieć,  że  zechcesz,  bym  ją  zastąpiła, 
skoro tak ci jej brakuje? 

Nie  miała  zamiaru  tego  wszystkiego  powiedzieć,  słowa  same  popłynęły  potokiem.  I 

dopiero  kiedy  je  usłyszała,  uświadomiła  sobie,  że  przez  cały  czas  żyje  w  straszliwym  lęku 
przed Jancis. Gdyby ta kobieta go chciała, na nią by nawet nie spojrzał.  

Wydał jakiś gniewny pomruk.  
– Co mówiłeś? – spytała w napięciu.  
–  Zastanawiałem  się,  jak  taka  inteligentna  dziewczyna  może  być  zarazem  tak 

nieprawdopodobnie głupia! 

– To po prostu kwestia praktyki! –  rzuciła gniewnie. Już  miała odejść, kiedy on też się 

poderwał i położył jej rękę na ramieniu.  

– Nie chcę, żebyś tak odeszła.  
– Dlaczego nie? – spytała wyzywająco. – Naprawdę cię to obchodzi? 
– Rose, nie psuj wszystkiego. – Twarz mu pociemniała.  
– A co tu w ogóle jest do zepsucia? – krzyknęła.  
– Spędziliśmy razem miłą noc i tyle! Chyba żadne z nas nie powinno wyobrażać sobie, że 

to znaczy coś innego.  

Rozluźnił uścisk ręki na jej ramieniu, jak gdyby w końcu zrozumiał.  
– Naprawdę tak do tego podchodzisz? 
– Oczywiście! – skłamała. Lepiej, aby Nathan tak myślał, niżby miał wiedzieć, że zależy 

jej na nim coraz bardziej.  

–  Jeśli  tak,  to  rzeczywiście  lepiej  będzie,  jeśli  zajmiesz  się  pracą  –  powiedział, 

najwyraźniej dystansując się do niej. – Widać ogród interesuje cię bardziej niż moja osoba.  

Rose stała przez  chwilę  nieporuszona. Co ona właściwie robi?  Jeżeli  istnieje choć  jedna 

szansa  na  milion,  że  z  tej  znajomości  wyniknie  coś  dobrego,  to  czy  nie  lepiej  spróbować, 
zamiast  wszystko  psuć  ze  strachu  i  głupiej  dumy?  Ale  wystarczyło  jedno  spojrzenie  na 
Nathana, by zrozumieć, że szansa przepadła. Miał kamienną, obojętną twarz. Nie będą już ze 
sobą  żartowali  i  droczyli  się,  nie  będą  szeptali  do  siebie  w  ciemnościach.  Zniszczyła 
wszystko. Dlaczego? Dlatego, że ogarnęła ją obsesja na punkcie Jancis Kendall i nie potrafiła 
się  z  niej  wyzwolić,  podobnie  jak  kiedyś  Nathan.  Odeszła  powoli,  a  on  już  jej  nie 

background image

zatrzymywał.  

Reszta ponurego dnia mijała niemrawo. Nie do wiary, myślała Rose, że od nocy, którą tak 

cudownie spędzili, upłynęło zaledwie kilka godzin. Usiłowała pracować, ale nic jej nie szło. 
Wyrywała  kwiaty  zamiast  chwastów,  krzewy  okopywała  motyką  zamiast  je  przycinać.  Co 
pewien czas łzy kapały jej z oczu na przesiąkniętą deszczem ziemię.  

Co  za  idiotyzm!  –  powtarzała  sobie,  pociągając  nosem.  Jak  można  się  doprowadzić  do 

takiego stanu z powodu kogoś, kogo zna się tak krótko? 

Prawda była oczywista i bolesna, lecz Rose znów nie chciała jej uznać.  
W  ogrodzie  przebywała  aż  do  zmroku  –  tylko  raz  wpadła  po  południu  do  domu,  żeby 

zjeść kanapkę i czegoś się napić. Nie potrafiła jednak pozbyć się uczucia straszliwej pustki. 
Mimo posiłku aż ssało ją w żołądku.  

Wreszcie zrobiło się prawie zupełnie ciemno i dopiero wtedy Rose niechętnie wróciła do 

domu. Po raz pierwszy od przyjazdu nie miał dla niej tego cudownego uroku. Wzięła szybko 

prysznic, przebrała się i przełknęła trochę jedzenia, po czym uciekła do siebie, żeby uniknąć 

spotkania z Nathanem. Nie widziała go od rana, ale raz, kiedy podeszła bliżej domu, usłyszała 
muzykę. Najwyraźniej pracował nad nowymi piosenkami, a o niej całkiem zapomniał.  

Wchodziła ciężko po schodach prowadzących do lewego skrzydła. Było prawie ciemno, 

lecz nie zapaliła światła. Trafiłaby tu wszędzie z zamkniętymi oczami.  

Nagle w  mroku  na szczycie  schodów zamajaczyła postać Nathana. Rose drgnęła, kiedy 

mężczyzna zrobił krok w jej stronę. Najwyraźniej czekał na nią, a tego się nie spodziewała.  

– Co ty tu robisz? – spytała sucho.  
Nie widziała twarzy Nathana, trudno jej było odgadnąć jego intencje.  
– Pomyślałem, że spytam cię, gdzie masz zamiar dzisiaj spać. – Powiedział to swobodnie. 

Znalazł więc widać sposób na rozładowanie napięcia, jakie narosło między nimi rano.  

Rose przeszył dreszcz.  Nie przyszło  jej  do głowy,  że  będzie  na  nią czekał,  zaskoczył  ją 

tym.  

– We własnym łóżku – odparła stanowczo.  
– We wszystkich łóżkach w tym domu można spać we dwoje, i to całkiem wygodnie – 

zauważył.  

– Chyba zbyt wiele sobie wyobrażasz! 
– Na przykład co? 
– Na przykład to, że chętnie będę spała z tobą.  
–  Mimo  wszystko  myślę,  ze  chętnie  –  mruknął  pod  nosem,  a  potem  dodał  już  innym 

tonem:  –  Rose,  wczoraj  w  nocy  było  nam  ze  sobą  dobrze.  Jeżeli  potem  coś  się  stało,  to 
możemy to naprawić.  

Już  miała  ochotę  się  poddać,  gdy  nagle  Jancis  stanęła  jej  znów  przed  oczyma  niczym 

mara, której – mimo zapewnień Nathana – nie potrafiła traktować jak ducha z przeszłości. A 
może  dziś  w  nocy  znaleźlibyśmy  się  w  łóżku  we  troje?  Znów  przeszył  ją  dreszcz.  Miała 
świadomość, że postępuje zupełnie nierozsądnie, ale nie potrafiła inaczej. Ubiegłej nocy stało 
się  coś,  co  ją  odmieniło.  Teraz  już  nie  umiałaby  dzielić  się  Nathanem  z  nikim.  Jeśli  nie 
zapomniał jeszcze o tej blondynce bez serca, wolała nie mieć go wcale.  

background image

Nathan obserwował ją uważnie, choć nie widział dokładnie jej twarzy.  
– Dużo bym dał, żeby wiedzieć, o czym myślisz – powiedział.  
–  O  tym,  że  jestem  bardzo  zmęczona  i  senna  –  odparła  rwącym  się  głosem,  jak  gdyby 

kłamstwo nie chciało przecisnąć się jej przez usta.  

– Nie, to nieprawda – zaprzeczył z przekonaniem.  
– Znam cię, Rose. Wiem, kiedy kłamiesz.  
– Wcale mnie nie znasz – rozzłościła się. – Nie jestem nawet pewna, czybyś tego chciał.  
– Jak możesz tak mówić po wczorajszej nocy? 
– spytał z niedowierzaniem.  
– Owszem, spaliśmy ze sobą, ale to wcale nie znaczy, że' się kogoś zna! 
– Jeżeli naprawdę tak myślisz, to musisz się jeszcze wiele nauczyć. Jasne, że seks można 

uprawiać  jakby  bezosobowo.  Wiem  o  tym  lepiej  niż  ktokolwiek  inny!  Ale  to,  co  zaszło 
między nami, nie było bezosobowe. Byliśmy sobie bliscy. I odkrywaliśmy w sobie nawzajem 
takie rzeczy, jakich nigdy w innej sytuacji byśmy nie odkryli. W każdym razie ja nie żałuję, 
że to się stało.  

–  A  ja  tak!  –  powiedziała  bez  namysłu  i  w  tej  samej  chwili  zapragnęła  cofnąć  swoje 

słowa.  Oddałaby  dziesięć  lat  życia,  żeby  to  sprawić.  Za  późno.  I  za  późno  zapewniać,  że 
wcale tak nie myśli. Oczy Nathana rozbłysły od gniewu.  

– No to jeszcze czegoś pożałujesz! – rzucił przez zęby.  
Tym  razem  nie  miał  zamiaru  być  delikatny.  Jego  pocałunki  raniły  jej  usta,  a  ręce 

wędrowały  po  niej  bezwzględnie,  jakby  było  mu  wszystko  jedno,  kim  jest  kobieta,  której 
dotyka.  Jakby  nie była  nią  Rose  Caldwell, z którą  mieszkał w  jednym domu,  z którą spał w 
jednym  łóżku  i  która,  odkąd  zerwał  z  Jancis  Kendall,  stawała  się  najbliższym  mu 
człowiekiem.  

Natychmiast  poczuła,  że  nienawidzi  sposobu,  w  jaki  ją  traktuje.  Podniecał  ją,  owszem; 

przy  jego  doświadczeniu  trudno,  żeby  było  inaczej,  ale  jej  serce  pozostawało  jak  kamień. 
Kiedy pocierał palcami jej obolałe piersi, czuła coś, co trudno nazwać przyjemnością. Były to 
wyłącznie fizyczne doznania, rejestrowane przez końcówki nerwów.  

Sięgnął  ustami  niżej,  jak  gdyby  atakiem  dzikiego  pożądania  chciał  ją  sobie  zupełnie 

podporządkować. Zerwał z niej ubranie, a żar jego języka rozpalił jej ciało, którym wstrząsnął 
spazm.  Zarazem  jednak  Rose  kurczyła  się  w  sobie  i  uciekała  od  tego  mężczyzny,  który 
wydawał jej się kimś zupełnie obcym.  

Lecz  Nathan  nie  pozwalał  jej  uciec.  Przesunął  swoje  dłonie  na  uda  Rose.  Wstrząśnięta 

brutalną pieszczotą nie  mogła złapać oddechu, a jego ręka jeszcze bardziej stanowczo i  bez 
czułości powędrowała tam, dokąd ją prowadził.  

Pragnęła go aż do bólu, lecz było to tylko pożądanie. Próbowała odepchnąć Nathana, ale 

bezskutecznie. Znów zmiażdżył jej usta pocałunkiem, aż straciła oddech.  

Wreszcie przestał ją całować. Wciąż jednak dotykał jej w podobnie bezwzględny sposób. 

Nagle podniósł głowę.  

– Nienawidzisz tego, prawda? – spytał wyzywająco.  
– Tak – powiedziała z trudem.  

background image

– Chcesz mnie, ale nic nie czujesz? Pragniesz, ale nie ma w tym uczucia? 
Jeżeli o tym wie, dlaczego to robi? – pytała sama siebie z goryczą.  
Przysunął  się  jeszcze  bliżej,  całym  ciałem,  tak  że  poczuła  jego  twardość  i  ból 

oczekiwania.  

–  Mógłbym  cię  teraz  wziąć  do  łóżka  i  oboje  zaznalibyśmy  przyjemności  –  powiedział 

zdławionym głosem. – Byłaby krótkotrwała i nie byłoby w niej nic specjalnego, ot to, na co 
godzi się wielu ludzi. Właśnie coś takiego ci odpowiada? 

– Oczywiście, że nie! – krzyknęła stanowczo, choć głos jej się łamał.  
–  Mnie  też  nie  –  odparł  ponuro,  zupełnie  zbijając  ją  z  tropu.  –  Bo  taki  właśnie  jest 

bezosobowy seks. I tak by to wyglądało wczoraj wieczorem, gdyby kierowało mną wyłącznie 
pożądanie.  –  Nagle,  całkiem  niespodziewanie,  odsunął  się.  Odczuła  ulgę,  a  zarazem 
rozczarowanie. – Chciałem, żebyś zobaczyła,  na czym polega różnica. Pomyślałem, że może 
masz  zbyt  małe  doświadczenie,  by  sobie  z  niej  zdawać  sprawę.  Może  ty  po  prostu  nie 
rozumiesz, czym była wczorajsza noc? 

– Ja wiem, czym była, ale myślałam, że ty nie wiesz – powiedziała zdławionym głosem.  
Spojrzał na nią z rozbawieniem.  
– Ja  miałbym  nie wiedzieć? Po pierwsze,  jesteś  – od ponad roku – pierwszą kobietą, z 

którą spałem... z którą chciałem spać. Sądziłem już, że zawsze będę żył w celibacie! Miałem 
wrażenie, że nie potrafię odczuwać pożądania. Dzięki tobie ożyłem, znów jestem w formie i 
choćby tylko to sprawia, że jesteś dla mnie zupełnie wyjątkową kobietą.  

Cóż,  być  zupełnie  wyjątkową  kobietą  to  jeszcze  nie  wszystko.  Rose  zaczynała  sobie 

zdawać sprawę z tego, czego właściwie oczekuje. Chciała być kochana. Nathan miał dla niej 
dużo uczucia, lecz, być może, oczekiwała po nim zbyt wiele.  

–  Dokąd  więc  pójdziemy?  –  spytała  cicho.  Poczuła  się  nagle  bardzo  zmęczona  i 

wyczerpana.  

– Ty do siebie, a ja do swojego pokoju – odrzekł stanowczo. – Sama wiesz, że wolałbym, 

aby było inaczej! Ale trzeba podjąć rozmaite decyzje, a spanie dzisiaj razem mogłoby to tylko 
jeszcze  bardziej  skomplikować.  Chciałbym,  żebyś  się  nad  wszystkim  zastanowiła. 
Porozmawiamy, kiedy już będziesz wiedziała. I może wtedy uda nam się w końcu dogadać.  

Odwrócił się i chciał odejść, a wtedy ona odruchowo zrobiła krok naprzód.  
–  Naprawdę  idziesz  do  siebie?  –  wyrwało  jej  się  niemal  bezwiednie.  W  napięciu 

oczekiwała jego odpowiedzi.  

– Gdybyś chciała, mógłbym zostać. Nie musiałabyś mnie wcale namawiać.  
Rose  jednak  uświadomiła  sobie,  że  miał  rację  mówiąc,  iż  lepiej  będzie  się  rozdzielić  i 

wszystko przemyśleć.  

– Nie... nie, lepiej idź – wymamrotała.  
Nie ruszył się z miejsca, więc pomyślała, że wycofuje się ze wszystkiego, co powiedział, i 

po prostu wciągnie ją do sypialni, lecz w końcu z wyraźnym wysiłkiem odszedł.  

– Dobranoc – rzucił stłumionym głosem. – Do zobaczenia rano.  
Przez  chwilę  stała  w  miejscu,  a  kiedy  zdecydowała  się  pójść  do  pokoju,  nogi  niemal 

odmówiły jej posłuszeństwa. Miała przed sobą bardzo długą noc.  

background image

Prawie  nie  spała,  drzemała  i  ciągle  się  budziła,  miała  złe  sny,  było  jej  gorąco.  Z  ulgą 

powitała świt. Wstała, wzięła prysznic i ubrała się. Schodząc na dół, wiedziała jedynie, że nie 
podjęła jeszcze ostatecznej decyzji. Tylu rzeczy nie była pewna.  

Nie  jadła śniadania, bo  jedzenie wydało  jej  się czymś  bez  znaczenia. Poszła do salonu, 

gdzie natknęła się na Nathana. Stał przy oknie, jakby czekał na nią.  

Salon był zbyt obszerny, ale mimo to Rose zawsze czuła się tu dobrze. Wielki kominek, 

boazeria w ciepłym kolorze drewna, dębowe belki – panowała tu domowa atmosfera, dająca 
wielkie poczucie bezpieczeństwa.  

Teraz  jednak  w  powietrzu  wyczuwało  się  napięcie.  Rose  zrobiło  się  chłodno,  mimo  że 

przez  okna  wpadało  słońce,  rysując  wzorzyste  desenie  na  kamiennej  posadzce.  Chciała 
zawrócić i uciec. Nie była jeszcze przygotowana do rozmowy z Nathanem. Uczucia, jakie w 
niej  budził,  były zbyt świeże. Potrzebowała czasu, żeby zdobyć choćby  minimum dystansu, 
żeby przywyknąć do nowego związku.  

Nie  uciekła.  Podeszła  do  Nathana,  a  kiedy  się  do  niej  odwrócił,  pojęła,  że  też  niewiele 

spał. Mimo to uśmiechnął się i był odprężony.  

–  Wyglądasz,  jakbyś  przyszła  na  własną  egzekucję  –  zażartował.  –  A  ja  chcę  tylko 

porozmawiać o kilku sprawach.  

Spróbowała się uśmiechnąć, ale on i tak wiedział, że to wymuszony uśmiech.  
– Chodź, siadaj – zaprosił ją, sadowiąc się na jednym z wysokich krzeseł przy oknie.  
Z zadowoleniem przyjęła zaproszenie, bo czuła się niezbyt pewnie. Starała się nie patrzeć 

na Nathana.  

– Dobrze spałaś? 
– Nie bardzo.  
–  Ja  też.  Ale  to  nic  dziwnego  po  tym,  co  się  zdarzyło  wczoraj  wieczorem!  –  Usiadł 

wygodniej i patrzył na nią.  

Po chwili  Rose poczuła, że się czerwieni. Szare oczy przenikały ją na wskroś i widziały 

więcej, niżby tego chciała.  

–  Jeżeli  mamy  rozmawiać,  musimy  od  czegoś  zacząć  –  powiedział  w  końcu.  –  Jak 

myślisz, od czego? 

– Nie wiem – wymamrotała.  
– No więc dobrze, ja zacznę. Może od tematu, którego oboje, zdaje się, unikamy, a który 

chyba jest istotny. Od Jancis Kendall.  

Rose drgnęła.  
– Chciałabyś coś o niej powiedzieć? 
– To ty podsunąłeś ten temat, więc ty mów! – W jej oczach zapaliły się błyski.  
–  Mam  wrażenie,  że  kiedyś  już  o  tym  mówiłem...  i  to  dość  wyczerpująco.  W  każdym 

razie uważam, że uporałem się z większością problemów dotyczących Jancis. A ty chyba nie. 
Chciałbym wiedzieć, dlaczego.  

– Bo wiem, że ona istnieje! – wybuchnęła Rose.  
– I wiem, co do niej czujesz! Gdybyś mi o tym nie mówił, nie byłoby problemu. Szkoda, 

że mi powiedziałeś. Ale teraz wiem. I ciągle o tym pamiętam. Nie potrafię zapomnieć. Wciąż 

background image

myślę o was, o was razem.  

– Przecież to skończyło się dawno temu – stwierdził rzeczowo.  
– Skończyło się, ale to nie znaczy, że sprawa jest zakończona.  
– Chcesz powiedzieć, że kłamię? – Zmrużył oczy.  
– Że wciąż jej pragnę? Że się z nią widuję? 
– Wiem, że jej nie widujesz, ale to nie znaczy, że nie pragniesz. – Rose wydobyła z siebie 

tę prawdę z ogromnym wysiłkiem.  

–  Miałem  cię  za  zrównoważoną  dziewczynę.  Dlaczego  nie  możesz  przejść  nad  tym  do 

porządku? 

– Nie wiem. Sama nie chcę wciąż o tym myśleć – odparła z rozpaczą.  
– No to przestań. Nie zastanawiaj się nad przeszłością, myśl o przyszłości.  
– Próbowałam. Ale nie potrafię przestać myśleć o Jancis Kendall. Tyle znaczyła w twoim 

życiu. Chyba na zawsze gdzieś w nim pozostanie. Nie sądzę, żebym potrafiła z tym żyć.  

Wstał i zaczął chodzić po pokoju.  
– Nie wiem, co ci, do diabła, powiedzieć – wyrzucił w końcu z siebie.  
– Wiem, że idiotycznie się zachowuję. I wiem, że wszystko psuję. Nigdy taka nie byłam, i 

sama tego nie chcę, ale to jest silniejsze ode mnie. Czuję się tak, jakbyś naprawdę chciał jej, a 
mnie akceptował dlatego, że jej nie ma.  

– A jeżeli ci powiem, że to nieprawda? 
– Nieważne, co mówisz. Jancis gdzieś tu krąży i wszystko psuje.  
Zamruczał coś pod nosem i zaczął wyglądać przez okno. Rose wydawało się, że trwa to 

bardzo długo. Kiedy odwrócił się do niej, miał zmienioną twarz.  

– Wychodzę – powiedział stanowczo. – Mogę wrócić późno. Dasz sobie radę sama? 
Chciała zapytać, dokąd wychodzi, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.  
–  Tak,  oczywiście  –  odparła  potulnie.  Zawsze  da  sobie  radę  w  Lyncombe  Manor.  Ten 

dom  nie  nastręczał  żadnych  problemów.  Nastręczał  ich  jedynie  mężczyzna,  który  w  nim 
mieszkał.  

Nathan podszedł do drzwi. Przed wyjściem zatrzymał się jednak i odwrócił.  
– Ale mi nie uciekniesz? 
Zabrzmiało to bardziej jak rozkaz niż pytanie. Zresztą Rose wiedziała dobrze, że ucieczka 

niczego by nie rozwiązała. Nawet gdyby dzieliły ich setki, tysiące mil, i tak nie zapomniałaby 
nigdy Nathana Haywarda.  

– Nie, nie ucieknę – powiedziała spokojnie, a on skinął głową z zadowoleniem.  
Kiedy  odjechał,  dom  wydał  się  bardzo  pusty.  Przez  chwilę  Rose  myślała,  że  nie  zdoła 

dotrzymać  obietnicy.  Taka  okazja  może  się  już  nie  nadarzyć.  Wyjazd  bez  scen,  bez 
zamieszania.  Każda  kobieta  mająca  odrobinę  rozsądku  spakowałaby  się  i  wycofała  z 
godnością.  

Nawet  poszła  na  górę  zebrać  swoje  rzeczy,  ale  bez  specjalnego  przekonania. 

Kosztowałoby  to  ją  zbyt  wiele  wysiłku.  Była  za  słaba.  W  końcu  wyszła  do  ogrodu, 
wyciągnęła się w cieniu na trawie i przymknęła oczy.  

Drzemała  tak,  od  czasu  do  czasu  budząc  się  i  znów  zasypiając.  Później  patrzyła  w 

background image

niebieskie niebo. Nadal było ciepło, ale nie panował już taki upał jak przed burzą.  

Nie  chciała  jednak  myśleć  ani  o  burzy,  ani  o  tym,  co  nastąpiło  po  niej.  Ponownie 

zamknęła oczy i próbowała się zdrzemnąć. Po pewnym czasie zasnęła.  

Późnym  popołudniem  zjadła  lekki  posiłek,  bo  w  końcu  była  w  stanie  coś  przełknąć. 

Zastanawiała się, kiedy Nathan wróci. Nie powiedział przecież, dokąd jedzie ani po co.  

Może  po  prostu  chciał  pobyć  trochę  sam.  Pewnie,  myślała,  chodziło  mu  o  krótką 

przygodę,  a  tu  nagle  ona  wszystko  komplikuje.  Po  burzliwym  romansie  z  Jancis  akurat 
potrzebne mu takie zamieszanie! 

Rose potrząsnęła głową zniecierpliwiona.  Znów ten temat. Czy  nigdy  już  nie przestanie 

myśleć  o  tamtej  kobiecie?  Ale  coś  jej  podpowiadało,  że  duchy  byłych  kochanków  nigdy 
naprawdę  nie  odchodzą.  Zatkała  sobie  uszy,  żeby  nie  słyszeć  tego  głosu.  Było  to  jednak 
niemożliwe. Sama to przecież wymyśliła.  

Zapadał zmrok, a Nathana wciąż  nie  było. Przyszło  jej do głowy, że  może w ogóle  nie 

wróci.  Tam,  dokąd  pojechał,  mógł  zdać  sobie  sprawę,  że  życie  bez  niej  będzie  o  wiele 
prostsze.  

Szum  podjeżdżającego  pod  dom  samochodu  usłyszała  dopiero  wtedy,  gdy  było  już 

zupełne ciemno. Wybiegła nerwowo do holu i zobaczyła Nathana w drzwiach. Stali tak przez 
chwilę, po prostu patrząc na siebie.  

– Nie byłem pewien, czy cię zastanę – odezwał się wreszcie.  
– A co byś zrobił, gdybym uciekła? 
– Szukałbym cię.  
Znów  zapadło  długie  milczenie.  W  końcu  Nathan  podszedł  bliżej.  Patrzył  jej  w  oczy. 

Dostrzegła w jego wzroku coś niepokojącego. Nagle poczuła, że zaraz powie coś, o czym ona 
w ogóle nie chce usłyszeć.  

– Nie przyjechałem sam – oświadczył po chwili. Struchlała i serce zabiło jej szybciej.  
– A kogo... – przerwała, jakby na moment straciła głos. – A kogo przywiozłeś? 
– Myślę, że już wiesz.  
Ogarnął  ją paniczny strach, że rzeczywiście wie. Nie chciała wierzyć,  iż  mógłby zrobić 

coś równie szalonego.  

– Nie, nie wiem – odparła z zawziętością. Nathan uparcie patrzył na nią.  
– Przywiozłem Jancis – powiedział spokojnym tonem. – Myślę, że to jedyny sposób, by 

się uporać z naszymi problemami.  

– Nie chcę jej widzieć! – krzyknęła porywczo.  
– Ale nie masz wyboru. Jest w samochodzie i za chwilę ją tu przyprowadzę.  
Rose  zaczęła  się  cofać,  jak  gdyby  sposobiąc  się  do  ucieczki,  ale  szybko  chwycił  ją  za 

rękę.  

– Nigdzie nie pójdziesz. Zostaniesz tutaj, a ja przyprowadzę Jancis, żebyście się poznały. 

– Przygwoździł ją wzrokiem, puścił jej rękę i wyszedł.  

Rose  nie  mogła  uwierzyć,  że  wszystko  to  dzieje  się  naprawdę.  Ale  ponieważ  ledwie 

trzymała się na nogach, pomyślała, że to jednak nie może być senny koszmar.  

Już za moment miała stanąć oko w oko z Jancis Kendall.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

W chwilę później Nathan wrócił. Towarzyszył mu ktoś, kto wyglądał dziwnie znajomo, 

chociaż Rose widziała tę osobę po raz pierwszy w życiu.  

Była to dziewczyna,  nie,  nie dziewczyna, kobieta o wręcz doskonałej urodzie  i  figurze. 

Jancis Kendall wyglądała w rzeczywistości jeszcze bardziej frapująco niż na zdjęciach. Rose 
zobaczyła znajome jasne włosy, nieskazitelną cerę i jasnoniebieskie oczy. Jancis też z uwagą 
przyglądała się Rose. Na jej ślicznej twarzy malowało się zdumienie.  

– Myślałam, że mieszkasz tu sam – powiedziała, zwracając się do Nathana.  
– Ja ci tego nie mówiłem – odparł beznamiętnym tonem.  
Uderzyło to Rose. Nie powiedział Jancis o niej. Dlaczego? 
– Jancis od pewnego czasu usiłowała się ze mną skontaktować – wyjaśnił dziewczynie, 

podchodząc do niej. – Chce,  bym napisał dla niej kilka piosenek. Powiedziałem, że właśnie 
pracuję  nad  czymś  nowym  i  ona  chce  tego  posłuchać.  Ma  teraz  kilka  wolnych  dni,  mogła 
więc tu przyjechać.  

Rose  instynktownie  wyczuwała,  że  Jancis  chodzi  nie  tylko  o  piosenki.  Przyjechała  tu, 

oczekując zapewne czegoś więcej.  

–  Przepraszam,  zapomniałem  was  sobie  przedstawić  –  ciągnął.  –  Jancis,  to  jest  Rose 

Caldwell. A ty chyba wiesz, kto to jest Jancis? 

– Tak, wiem – odparła spokojnie.  
– A co pani Caldwell tu robi? – spytała ostrym tonem Jancis, patrząc na Nathana. Mówiła, 

jakby Rose nie stała obok.  

– Pracuje w ogrodzie.  
– To znaczy, że jest przez ciebie zatrudniona? 
– To znaczy wiele innych rzeczy. – I zanim Jancis zdołała coś powiedzieć, ciągnął dalej: 

– Wniosę bagaż i pokażę ci twój pokój. Pewnie jesteś zmęczona po podróży.  

–  W  ogóle  nie  jestem  zmęczona  –  odparła  swoim  srebrnym  głosikiem.  –  Chciałabym 

obejrzeć twój piękny dom.  

– Ja idę spać – wtrąciła szybko Rose. Miała już wszystkiego dosyć. – Przepraszam więc, 

dobranoc i do zobaczenia, do jutra.  

– Gdzie pani śpi? – spytała Jancis, po raz pierwszy zwracając się bezpośrednio do niej.  
– Mieszkam we wschodnim skrzydle. Proszę się nie martwić. Nie będę przeszkadzała.  
Nie  miała  pojęcia,  po  co  to  mówi.  Odpowiadała  mimowolnie  i  nie  wprost  na  ukryte 

pytanie, czy śpi w tym samym pokoju co Nathan. A jeśli nawet nie, to czy nie pojawi się ono 

w najmniej odpowiednim momencie? 

Odchodząc  w  stronę  schodów,  obejrzała  się,  ale  Jancis  nie  zwracała  już  na  nią 

najmniejszej  uwagi,  pochłonięta  Nathanem,  który  wracał  z  bagażem.  Rozmiar  walizki 
wskazywał na to, że pani Kendall zamierza pozostać w Lyncombe Manor jak najdłużej.  

Rose weszła  na górę. Gdzie Jancis  będzie dziś  spała?  Czy od razu zacznie prowokować 

swego  dawnego  kochanka,  czy  spokojnie  poczeka,  aż  on  zrobi  pierwszy  krok?  Jakkolwiek 

background image

będzie,  jedno  jest  pewne:  Jancis  nie  przyjechała  po  nowe  piosenki,  ale  po  to,  by  odzyskać 
Nathana.  

Rose nie miała pojęcia, dlaczego jest o tym tak głęboko przeświadczona. Podpowiadał jej 

to zapewne kobiecy instynkt, który obudził się natychmiast, jak tylko Jancis przestąpiła próg 

tego domu.  

W  nocy prawie nie zmrużyła oka.  Wydawało  jej  się, że od wieków porządnie  nie sypia. 

Rano wzięła szybką kąpiel, wciągnęła dżinsy i koszulkę i przejrzała się w lustrze. Trudno jej 
będzie konkurować z Jancis. Jakoś udało jej się rozczesać strzechę złotobrązowych włosów, 
umalowała sobie rzęsy, a usta pociągnęła błyszczykiem. To wystarczy. Taką właśnie widywał 
ją Nathan. Czy mu się to podobało czy nie, nic na to teraz nie poradzi.  

Ociągając  się,  zeszła  na  dół.  Z  ulgą  stwierdziła,  że  nigdzie  nie  widać  Jancis. 

Przygotowywała sobie kawę, gdy nagle ktoś nacisnął klamkę.  

Był  to  Nathan.  Patrzył  na  nią  od  progu  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem  zdecydowanie 

wszedł, zamykając za sobą drzwi.  

– Gniewasz się na mnie? – spytał.  
–  Tak  . – odparła  bez  namysłu  i  rzuciła  mu  złe  spojrzenie.  –  Dlaczego  to  zrobiłeś?  To 

ostatnia osoba na ziemi, jaką chciałabym widzieć! 

– Czasami najlepszym sposobem na to, by się z czymś uporać, jest stanąć z tym twarzą w 

twarz.  

– Usiadł i wyglądał na całkiem spokojnego.  
– Ale po co ją tutaj przywiozłeś? Właśnie tutaj? 
– Postawiła zamaszyście dwa kubki na stole. – Nienawidzę jej obecności w tym miejscu. 

Lyncombe Manor to nie miejsce dla niej.  

– Sądzi, że wręcz przeciwnie.  
– Zauważyłam. – Spojrzała na niego spod oka. – Patrzy na ciebie, jakby chciała cię zjeść.  
– Wszystko się odmieniło. Zawsze było na odwrót.  
– Jak ją odnalazłeś? – Rose chciała koniecznie zmienić temat.  
– Nie było to trudne. Po prostu zadzwoniłem do jej agenta. Od niego dowiedziałem się, 

gdzie Jancis mieszka. Powiedział mi też, iż ma ona teraz dużo wolnego czasu. Nie wiedzie się 

jej najlepiej. Traci popularność, niewiele nagrywa.  

Być może Rose powinna żałować Jancis, ale nie potrafiła się zdobyć na współczucie.  
– A więc to koniec wspaniałej kariery? – spytała z odrobiną ciekawości.  
–  Publiczność  jest  bezwzględna.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Ocenia  piosenkarza  na 

podstawie najnowszego recitalu czy najnowszej płyty. Odkąd się rozstaliśmy, Jancis nie miała 
dobrych  piosenek.  Nie  utrzymała  się  na  szczycie.  Sprzedaż  jej  płyt  spadla,  a  na  koncerty 

przychodził  mało  kto.  Kiedy  raz  coś  takiego  się  zacznie,  bardzo  trudno  jest  odzyskać 
popularność.  

– Uważała, że cię nie potrzebuje. Że da sobie radę sama. Ale nie udało się i chce, byś do 

niej wrócił.  

– Tak, jej agent mówił, że próbowała mnie znaleźć, lecz nikt nie wiedział, co się ze mną 

dzieje.  

background image

– Nie powiedziałeś nawet znajomym czy rodzinie? 
– Bliscy znajomi wiedzą, ale  nie daliby  jej  mojego adresu. A jeśli  chodzi o rodzinę...  – 

lekko  wzruszył  ramionami  –  to  nie  mam  żadnej.  Nie  mam  pojęcia,  kim  był  mój  ojciec,  a 
matka porzuciła mnie po urodzeniu. Pewnie miała ku temu powody, ale nigdy nie raczyła mi 
ich wyjaśnić. Zniknęła na zawsze. Mieszkałem w różnych domach dziecka, oddawano mnie 
do rozmaitych  rodzin  zastępczych.  Nigdzie  jednak  dłużej  nie  zagrzałem  miejsca.  Nie  winię 
nikogo. Byłem bardzo trudnym dzieckiem. Patrzyła na niego, zupełnie wstrząśnięta.  

– To straszne! Nikt nie powinien mieć takiego dzieciństwa.  
– Nie było aż tak źle – odparł szybko, widząc na jej twarzy smutek. – Pamiętam i miłe 

chwile.  Zawarłem  kilka  dobrych  przyjaźni,  bo  widzisz,  takie  dzieci  na  ogół  trzymają  się 

razem. Do dziś dnia utrzymujemy ze sobą kontakt.  

Rose była do głębi poruszona. Sama miała takie szczęśliwe dzieciństwo, że nie potrafiła 

znieść myśli o tym, że ktoś może nie mieć rodziny, nikogo, kto okazałby pomoc w potrzebie, 
nikogo, kto zatroszczyłby się tak, jak troszczą się tylko kochający rodzice.  

Dławiło  ją  w  gardle  i  przez  kilka  minut  nie  była  w  stanie  mówić.  Nathan  też  milczał, 

jakby domyślając się, że Rose potrzebuje trochę czasu, by ochłonąć. Chciała zadać mu kilka 
pytań, ale stało się to niemożliwe, bo nagle drzwi się otworzyły i do kuchni wpłynęła Jancis.  

Kiedy zobaczyła Rose, twarz natychmiast jej się zmieniła. Zimne niebieskie oczy nabrały 

twardego  wyrazu,  usta  się  zacisnęły.  Ale  Rose  była  w  takim  nastroju,  że  nie  chciała 

konfrontacji. Wstała i ruszyła w stronę drzwi wychodzących na ogród.  

–  Mam  dużo  pracy  –  powiedziała  szybko.  –  Do  zobaczenia.  –  I  uciekła  na  świeże 

powietrze.  Odczula  wielką  ulgę,  bo  Lyncombe  Manor  z  Jancis  Kendall  nie  było  już  tym 

samym domem.  

Poszła aż na sam koniec ogrodu. Rosło tam kilka zapuszczonych krzewów, które trzeba 

było  przystrzyc.  Zabrała  się  do  pracy,  ale  wciąż  myślała  o  Nathanie.  Nic  dziwnego,  że  tak 
szaleńczo  zakochał  się  w  Jancis.  Nie  zaznał  w  życiu  uczucia,  więc  desperacko  go  szukał. 
Prześladował  go  pech  i  wybrał  kobietę,  która  była  niezdolna  do  miłości.  Potrafiła  jedynie 
traktować ludzi instrumentalnie i manipulować nimi.  

Rose  westchnęła.  Hm,  znów  ta  Jancis.  A  więc  Nathan  pojechał  i  przywiózł  ją  tutaj  z 

własnej woli. Tylko czy naprawdę była to dla niego sprawa zakończona? A może skorzystał z 
pretekstu, bo pragnął, żeby Jancis wróciła? 

Rose nie znała odpowiedzi  na te pytania.  Wciąż  nękały  ją te same wątpliwości.  Zdrowy 

rozsądek  podpowiadał,  że  gdyby  Nathan  nie  był  pewien  swoich  uczuć,  nie  ryzykowałby 
ponownego  spotkania.  Lecz  kiedy  tylko  w  głowie  Rose  pojawiała  się  myśl  o  Jancis,  górę 
brało  jakieś  obłąkańcze  zamroczenie.  Jancis  –  była  kochanka  Nathana.  Jancis  –  która  tak 
pięknie  wykonywała  jego  piosenki.  Jancis  –  która  pragnęła  teraz  Nathana  bardziej  niż 
kiedykolwiek. Rose była w wielu sprawach niedoświadczona, lecz jedno wiedziała na pewno: 
jeżeli czujemy, że ktoś nas pragnie, to możemy w sobie obudzić podobnie silne pragnienie. Z 
całą pewnością wiedziała o tym również Jancis.  

Rose  z  nadmierną  gorliwością  przycinała  krzewy.  Prawie  zupełnie  wygoliła  forsycję. 

Kiedy zdała sobie z tego sprawę, rzuciła sekatory i zmęczona otarła czoło. To nie ma sensu. 

background image

Zostawi tę robotę, zanim wyrządzi więcej szkód. Nagle usłyszała kobiecy głos: 

– Nie znam się na ogrodnictwie, ale chyba tak się krzewów nie strzyże? 
Przymknęła oczy. Naprawdę nie miała ochoty patrzeć teraz na Jancis Kendall.  
– Możliwe – powiedziała obojętnie. – Czy pani czegoś sobie życzy? 
– Myślę, że powinnyśmy porozmawiać. Zamieniłyśmy tylko kilka słów.  
Jancis podeszła bliżej. Stała w pełnym słońcu, które połyskiwało w jej jasnych włosach. 

Miała  na  sobie  białą  sukienkę  z  miękkiego,  lejącego  się  materiału,  a  na  nogach  lekkie 
sandałki z pasków.  

Rose  wiedziała,  że  wygląda  przy  niej  na  okropnie  zaniedbaną.  Ubrana  była  bowiem  w 

spłowiałe  dżinsy,  koszulkę  miała  poplamioną,  spływała  potem  i  w  ogóle  prezentowała  się 
fatalnie.  

Jancis  taksowała  ją  wzrokiem,  jak  gdyby  usiłowała  dociec,  co'  Nathan  może  w  niej 

widzieć. Po chwili  jednak odprężyła się,  najwyraźniej uznając, że Rose nie stanowi dla niej 
żadnego zagrożenia.  

– Dziwne, że chce pani tu pracować – zauważyła. – To dość upiorne: zdać się tylko na 

towarzystwo Nathana.  

– Jeżeli uważa pani towarzystwo Nathana za upiorne, to co pani tu robi? 
Starannie wyskubane brwi Jancis leciutko się uniosły.  
– Bądźmy ze sobą szczere, dobrze? Nie udawajmy, że nie wiemy, co się dzieje, bo i po 

co. – Piosenkarka odrzuciła kosmyk jasnych włosów, który opadł jej na oczy. – Oczywiście, 
że  Nathan  nie  jest  upiorny.  Ani  w  łóżku,  ani  gdzie  indziej.  Obie  o  tym  wiemy...  a 
przynajmniej  zakładam,  że  wiemy  –  dodała,  patrząc  badawczo  na  Rose,  która  starała  się 
zachować kamienny wyraz twarzy, bowiem nie miała zamiaru pozwolić się sprowokować.  

– Owszem, udawałam, ze mi na nim nie zależy – ciągnęła Jancis. – Utrzymywałam go w 

ciągłym napięciu, a Nathan rozwścieczony to coś zupełnie specjalnego. – Przymknęła oczy, 
jak gdyby przypominając sobie pewne sceny.  

Rose zadrżała. To było nie do zniesienia.  
– Potem – mówiła piosenkarka – popełniłam błąd uważając, że dam sobie radę bez niego. 

Byłam u szczytu kariery, miałam wszystko: pieniądze, sławę, najlepsze płyty i otaczał mnie 
rój wielbicieli. Pytałam sama siebie: po co mi potrzebny Nathan? Musiałam dzielić się z nim 
zyskiem, nie było mi to na rękę. Zagrała chciwość. Chciałam mieć wszystko i postanowiłam 
go rzucić...  

– Nathan twierdzi, że to on panią rzucił – wycedziła Rose przez zaciśnięte zęby.  
Ta uwaga rozzłościła Jancis. Wolała, by ludzie przyjmowali wyłącznie jej wersję.  
–  Tak  czy  owak,  Nathan  odszedł  –  powiedziała  z  sarkazmem.  –  Bardzo  prędko 

uświadomiłam sobie, że popełniłam wielki błąd. Potrzebowałam go. Chciałam, by wrócił. Ale 
nie wiedziałam, gdzie jest. Jakby się rozpłynął. Nikt nie wiedział, co się z nim dzieje.  

– A może to on nie chciał, by wiedziano, co robi – odparowała Rose. – I jest pani pewna, 

że chodziło pani rzeczywiście o samego Nathana? Nie o jego piosenki? Bo – o ile się nie mylę 
– nie najlepiej sobie pani bez nich radzi, prawda? 

Rose  wiedziała,  że  jest  okrutna,  lecz  było  jej  wszystko  jedno.  Jancis  zadała  już  dość 

background image

cierpienia, i to z rozmysłem. Niech więc teraz sama cierpi.  

Twarz Jancis wykrzywił grymas. Nie była już taka piękna. Oczy jej się zwęziły.  
–  Tak,  chcę,  by  znów  dla  mnie  pisał  –  powiedziała  twardo.  –  I  chcę  znowu  z  nim 

występować. Postanowiłam wrócić do starego układu.  

– Nie zawsze człowiekowi udaje się mieć to, czego chce.  
– Ale mnie się uda – stwierdziła Jancis z przekonaniem. – Znam Nathana. Wiem, co go 

inspiruje,  co  lubi.  Tym  razem  na  pewno  zobaczy  mnie  inną.  Pokażę,  że  mnie  też  można 
zranić. Zawsze tego chciał. Chciał, bym się przed nim ugięła, bym okazała słabość. Wtedy nie 
potrafi mi się oprzeć.  

Rose odwróciła się, podniosła narzędzia ogrodnicze i powoli odeszła.  
– Może się pani pakować! – zawołała za nią Jancis. – Nathan nigdy nie będzie należał do 

pani. To mnie zawsze pragnął i mogę go odzyskać, kiedy tylko zechcę. Pani mu się tylko po 
prostu nawinęła pod rękę! 

Rose  zakręciło  się  w  głowie,  ale  nie  chciała  okazać  słabości.  Nie  zwracaj  uwagi  na  tę 

przeklętą babę, mówiła sobie. Po prostu idź przed siebie. Im dalej od niej, tym lepiej będziesz 
się czuła.  

Chociaż Jancis znikła jej z oczu, Rose nadal czuła dojmujący niepokój. Czy dlatego, że 

bała  się,  iż  jej  rywalka  ma  rację?  Jancis  powiedziała,  że  Nathan  obdarzył  ją,  Rose,  swoim 
zainteresowaniem tylko dlatego, że była pod ręką, a to potwierdzało jej najgorsze przeczucia. 
Może i podobała  się Nathanowi,  może  i pragnął  jej,  ale  jeżeli  jego uczucie do Jancis  miało 
okazać się silniejsze, nie mogłaby z tą świadomością żyć.  

Nie poszła do domu; resztę dnia spędziła w ogrodzie. Wpadała tylko na krótkie posiłki, 

kiedy  była  pewna,  że  żadne  z  nich  nie  kręci  się  w  pobliżu.  Wiedziała  jednak,  jak  Nathan 
spędził dzień – przez otwarte okna słychać było dźwięki muzyki. Ale czy była z nim Jancis? 
Rose  przeżywała  katusze  zazdrości.  Późnym  popołudniem  odkryła,  że  Jancis  też  jest  w 
ogrodzie i dokonuje cudów, by znajdować się jak najbliżej Nathana. Usadowiła się w ślicznej 
pozie w cieniu pod drzewem  naprzeciwko okien, tak by widział  ją  za każdym razem,  kiedy 
podnosił głowę znad klawiatury.  

Rose  wróciła  do  domu,  gdy  zrobiło  się  już  tak  ciemno,  że  dłużej  nie  można  było 

pracować.  Wróciła  niechętnie,  chociaż  padała  ze  zmęczenia  i  wszystko  ją  bolało.  Miała 
nadzieję,  że  może  dzięki  temu  szybko  zaśnie  i  wreszcie  będzie  spała  jak  zabita.  Czuła,  iż 
potrzebuje co najmniej kilkunastu godzin nieprzerwanego snu. W przeciwnym razie będzie z 
nią źle.  

Ledwie  starczyło  jej  sił,  by  przygotować  sobie  coś  do  jedzenia.  Zdążyła  przełknąć 

pierwszy kęs, kiedy drzwi się otworzyły i do kuchni wszedł Nathan.  

–  Dlaczego  sama  tu  siedzisz?  –  spytał  ze  zdziwieniem.  –  Jesteśmy  z  Jancis  w  salonie. 

Zabierz kolację i chodź do nas.  

– Służba zazwyczaj jada w kuchni. Patrzył na nią przez długą chwilę.  
– Ty chyba żartujesz? 
–  Czy  wyglądam  na  kogoś,  komu  jest  do  śmiechu?  Stał  jeszcze  przez  chwilę,  a  potem 

podszedł i usiadł naprzeciw niej. Rose przerwała jedzenie. Nagle straciła apetyt.  

background image

– Wyglądasz, jakbyś marzyła tylko o jednym: wykąpać się i położyć do łóżka...  
– Jednym słowem, okropnie! 
Niespodzianie wyciągnął rękę  i odgarnął kosmyk włosów, który opadł  jej  na oczy. Ten 

gest zupełnie ją rozstroił. Zapiekło ją pod powiekami i zamrugała, jakby całkiem nie w porę 
zbierało jej się na płacz.  

– Popełniłem wielki błąd, przywożąc tutaj Jancis? Nie spodziewała się, że Nathan powie 

coś podobnego, wiec nie wiedziała, jak zareagować.  

–  Uważałem,  że  to  nam  pomoże  rozwiązać  nasze  problemy.  Nie  miałem  zamiaru  ich 

pogłębiać.  

– Nie rozumiem, jak jej przyjazd może cokolwiek rozwiązać – mruknęła.  
– Najlepszym  sposobem  na unieszkodliwienie ducha  jest zobaczyć go na własne oczy  i 

stawić mu czoło. Nie chcę, by duch Jancis straszył nas przez resztę życia.  

–  Jesteś  pewien,  że  nie  przywiozłeś  jej  tutaj  tylko  dlatego,  że  miałeś  ochotę  znowu  ją 

widzieć? 

Nathan, ze zmienioną twarzą, cofnął rękę.  
– Już o tym rozmawialiśmy – powiedział stanowczo. – Nie chcę do tego wracać.  
– Nie rozumiem dlaczego – nastawała Rose. – Ja nie chciałam jej widzieć. Nie chciałam 

nic o niej wiedzieć. I oto zjawiła się, znów jest w twoim życiu. Jakim sposobem? Bo sam ją 
przywiozłeś! 

– Już ci wyjaśniałem, dlaczego to zrobiłem! – Spojrzał na nią gniewnie. – Jeżeli tego nie 

pojmujesz, to widać między nami nie jest tak dobrze, jak myślałem.  

Rose wstała od stołu.  
– Chyba zaczynam coraz lepiej rozumieć.  
– Dokąd idziesz? – spytał ostro.  
– Do siebie. Spędzenie wieczoru z tobą i Jancis przekracza moje możliwości! 
– Nie zjadłaś kolacji.  
– Ona może ją zjeść! – rzuciła, otwierając zamaszyście drzwi. – Chce mieć wszystko to, 

co, moim zdaniem, było moje. Niech więc zje też moją kolację.  

Wypadła z kuchni, trzaskając drzwiami. Wiedziała, że zachowuje się dziecinnie, ale było 

jej  wszystko  jedno.  Pozwoliła  sobie  na  ten  wybuch  i  od  razu  poczuła  się  lepiej  –  wreszcie 
minęły jej nudności.  

Ruszyła  prosto  do  wschodniego  skrzydła.  Zrobiła  sobie  długą  kąpiel,  umyła  włosy,  a 

potem usiadła i rozczesywała złotobrązowe loki, aż wyschły.  

Myślała...  miała  nadzieję?...  że  może  Nathan  przyjdzie  tu  do  niej,  lecz  na  schodach 

panowała cisza. Pewnie tak mu tam dobrze, że zupełnie o mnie zapomniał, pomyślała. Jedno 
było  absolutnie  pewne:  Jancis  niewątpliwie  zrobi  wszystko,  by  jak  najlepiej  wykorzystać 
każdą chwilę swojego sam na sam z Nathanem. Ciekawe, czy już odstawia scenę, która ma 
mu  uświadomić,  że  ją  też  można  zranić?  Opowiada  Nathanowi,  że  go  potrzebuje,  że 
naprawdę go kocha, że nie potrafi bez niego żyć? A on się na to daje nabrać? 

Rose odłożyła z rozmachem szczotkę, niewiele sobie robiąc z tego, że zarysowała politurę 

toaletki.  

background image

–  Mężczyźni  są  tacy  łatwowierni  –  mruknęła  do  siebie.  –  Zwłaszcza  kiedy  chodzi  o 

kobiety. Wszystkie te kłamstwa Nathan bierze pewnie za prawdę.  

Włożyła nocną koszulę, chociaż wiedziała, że nie pójdzie jeszcze spać. Zmęczenie jakby 

minęło, a w dodatku odezwał się głód. Postanowiła zejść do kuchni i zrobić sobie kanapkę, 
lecz najpierw musiała się upewnić, że nie wpadnie ani na Nathana, ani na Jancis.  

Wschodnie  skrzydło  zostało  dobudowane  pod  kątem  prostym,  widać  więc  z  niego  było 

główną  część  budynku.  Nigdzie  nie  paliło  się  światło,  z  czego  mogło  wynikać,  że  Jancis  i 
Nathan poszli spać. Rose nie chciała dopuścić do siebie myśli, że może poszli spać razem. Jak 
na jeden dzień miała dość przeżyć. Zeszła cichutko na dół i doszła aż do kuchni, nie zapalając 
światła. Szybko zrobiła sobie kanapkę, którą zamierzała zjeść w swoim pokoju. Wbiegła po 
schodach i już miała wejść do korytarza prowadzącego do wschodniego skrzydła, gdy nagle 
coś zaskrzypiało.  

– Jest tam ktoś?! – zawołała drżącym głosem.  
– Oczywiście – odezwał się Nathan. – A co, myślałaś, że to duch Lyncombe? 
Chwilę  później  stał  przy  niej.  Było  ciemno,  prawie  go  nie  widziała.  Poruszyła  się 

niespokojnie. Ostatnio w jego obecności czuła się niezręcznie, zwłaszcza gdy stali tak blisko 

siebie.  

– Uważaj, bo upuścisz kanapkę – ostrzegł ją rozbawionym głosem.  
– Skąd wiesz, że trzymam kanapkę? Obserwowałeś mnie? 
–  Właściwie  nie.  Siedziałem  po  prostu  w  dużym  pokoju  i  słyszałem,  że  schodzisz  do 

kuchni, domyśliłem się więc, że robisz sobie coś do jedzenia.  

– Ale wszędzie było ciemno.  
– Bo pogasiłem wszystkie światła.  
– Dlaczego? 
– Chciałem sobie posiedzieć i pomyśleć. A po ciemku myśli się lepiej.  
No,  przynajmniej  był  sam,  pomyślała  Rose  z  ulgą.  Okropne  sceny,  jakie  miała  jeszcze 

przed oczami, były jedynie wytworem jej własnej wyobraźni.  

– Dlaczego za mną idziesz? – spytała po chwili.  
– Chyba to oczywiste. Znudziło mnie własne towarzystwo. Chcę z kimś spędzić noc. A 

dokładniej mówiąc, chcę ją spędzić z tobą.  

– Nie! – zaoponowała gwałtownie. Nabrał powietrza w płuca.  
–  To  przynajmniej  jasno  i  wyraźnie  powiedziane  –  odparł  w  końcu,  ale  już  nie  tak 

swobodnie.  

– Przepraszam, jeśli cię uraziłam. Ale powiedziałam, co myślę – dodała szybko, czując, 

że Nathan zbliża się do niej.  

– Jesteś pewna? – spytał cichutko, przesuwając dłonią po jej plecach.  
Przez chwilę nie była w stanie mówić. Głos uwiązł jej w gardle. Zadrżała.  
Przesunął palcami wyżej i pieścił wrażliwą skórę na karku. Oddychał coraz szybciej. Tak 

odpowiadał na bliskość Rose, a kiedy pochylił się, szukając jej ust, poczuła, że jej pragnie.  

Wiedziała,  że  jeśli  pozwoli  mu  się  pocałować,  będzie  zgubiona.  W  ostatniej  chwili 

odwróciła głowę. Mruknął z niezadowoleniem i przysunął się bliżej, chcąc ją przyciągnąć do 

background image

siebie.  

– Proszę cię, nie! 
– Dlaczego? 
– Bo nie. Nie chcę, kiedy ona tu jest. Zdumiało go to, co powiedziała. Puścił ją, cofnął się 

i patrzył na nią w ciemności.  

– Jesteś pewna, że tylko dlatego? 
– Tak.  
–  W  takim  razie  będę  musiał  coś  z  tym  wszystkim  zrobić  –  powiedział  swobodnym,  a 

nawet  lekko  kpiącym  tonem.  –  Tak  dalej  być  nie  może,  nie  wytrzymam.  –  Delikatnie  ją 
odepchnął. – Wracaj więc teraz do siebie, zjedz kolację, śpij dobrze, a jutro rano postaramy 
się to wszystko jakoś rozwiązać.  

Powłócząc  nogami,  Rose  poszła  do  pokoju.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  odłożyła  na  bok 

kanapkę.  Nie  miała  już  apetytu,  pragnęła  czegoś  innego.  Uświadomiła  sobie;  że  wcale  nie 
chciała, żeby Nathan odszedł. Dlaczego więc na to pozwoliła? 

Powiedziała  mu  bowiem  prawdę  –  w  tym  domu  panoszyło  się  widmo  Jancis.  I  żadne 

egzorcyzmy na pewno go stąd nie przepędzą. A nawet najdłuższe kochanie się.  

Wczołgała  się  do  łóżka  i  próbowała  zasnąć,  ale  nie  mogła.  Kiedy  zegar  na  dole  wybił 

północ,  wstała  i  podeszła  do  okna.  W  pokoju  było  duszno,  otworzyła  więc  szerzej  okno. 
Nagle z dołu dobiegło ją skrzypienie otwieranych drzwi. Zamarła.  

Chwilę później usłyszała głos.  
–  Nathan,  chodź  –  mówiła  Jancis.  –  Będzie  cudownie.  Pamiętasz  ten  ostatni  raz,  kiedy 

pływaliśmy  razem  o  północy?  Na  Riwierze,  pod  koniec  naszego  tournee  po  Europie. 
Pamiętam też, jak to się zakończyło...  

Rozległ się stłumiony kobiecy śmiech.  
Rose ścierpła skóra. Nienawidziła tej kobiety. Po raz pierwszy w życiu tak bardzo kogoś 

nienawidziła. Lecz uczucie to było silniejsze od niej.  

Nie,  ta  niemożliwe,  Nathan  z  nią  nie  pójdzie,  myślała  gorączkowo.  Schowała  się  za 

firankę i czekała. Z pewnością Nathan zaraz odpowie Jancis, żeby poszła sama. Ku swojemu 
zdumieniu  zobaczyła,  że  spokojnie  ruszył  za  nią.  Wydawało  się  jej  to  czymś 
niewiarygodnym,  trudno  było  jednak,  nawet  w  ciemnościach,  nie  rozpoznać  jego  smukłej 

sylwetki.  

Rose zamknęła oczy. Nie chciała na to patrzeć! Ale po chwili oprzytomniała. Uznała, że 

lepiej jest wszystko zobaczyć, wiedzieć, co się właściwie dzieje. Znów powróciły nudności. 
Przecież dopiero co Nathan mówił jej, że rano postara się to wszystko jakoś rozwiązać. Może 
zrozumiała go opacznie? 

Wsunęła  na  stopy  miękkie  sandały,  lecz  pozostała  w  nocnej  koszuli.  Zbiegła  na  dół  i 

wypadła do ogrodu.  

Zniknęli  jej  z  oczu,  ale  już  wiedziała,  dokąd  poszli.  Do  zatoczki  u  wylotu  doliny.  Tej 

zatoczki, gdzie Nathan powiedział jej, że ma piękne piersi... Zmusiła się, by o tym nie myśleć. 
Przywiodłoby ją to do szaleństwa. Szła ścieżką prosto przed siebie i mimo ciemności ani razu 
się nie potknęła. Noc była ciepła i pełna zapachów, ale gdyby nawet szalała śnieżyca, Rose i 

background image

tak szłaby uparcie dalej, przerażona tym, co może zobaczyć, a jednak niezdolna zawrócić.  

Kiedy  wreszcie  dotarła  do  zatoczki,  zobaczyła,  że  Jan  cis  i  Nathan  już  tam  są.  Fale 

przybijały do brzegu, połyskując srebrnym światłem księżyca. Rose zatrzymała się u wejścia, 
za skałami. Wiedziała, że nikt jej nie dostrzeże, podczas gdy ona miała doskonały widok na 
całą plażę.  

Jancis  zaczynała  się  właśnie  rozbierać.  Bez  żadnych  zahamowań  zrzuciła  sukienkę  i 

koronkową halkę, a zaraz potem biustonosz i figi. Stała tak zupełnie naga w świetle księżyca. 
Miała piękną figurę. Pełne, strome piersi, wąską talię, szczupłe biodra. Rose niemal jęknęła. 
Przecież nie może z nią konkurować! 

Przez cały czas jednak tliła się w niej nadzieja, że Nathan opamięta się, odejdzie, zanim 

posuną się za daleko. Tymczasem on też zaczął się rozbierać. Rose objęła spojrzeniem jego 
ciało i zadrżała. Zbyt dobrze pamiętała, jak delikatnie budził w niej rozkosz.  

Pamiętała zbyt wiele rzeczy, których chyba nigdy, na pewno nigdy, nie zapomni.  
Jancis  była  już  w  wodzie.  Nathan  wskoczył  i  popłynął  w  morze,  zostawiając  ją  przy 

brzegu.  

Rose  wiedziała,  że  powinna  odejść.  Widziała  już  dostatecznie  dużo.  Lecz  coś  nie 

pozwalało  jej  ruszyć  się  z  miejsca  –  jakaś  przewrotna  siła,  która  kazała  zostać  i  zobaczyć 
jeszcze więcej.  

W  końcu  wyszli  z  wody.  Rose  modliła  się  o  to,  by  wszystkie  podejrzenia  okazały  się 

bezpodstawne. Mogli przecież po prostu przyjść tu popływać. No tak, ale wtedy wzięliby ze 
sobą kostiumy. Co z tego, że są nadzy? To jeszcze nic strasznego, przecież to para dawnych 
przyjaciół.  

Nie, nie przyjaciół, kochanków, poprawiła się zaraz. A to istotna różnica.  
Kiedy podeszli do swoich ubrań, marzyła, by zaczęli je szybko wkładać. Serce jej jednak 

stanęło, kiedy Jancis położyła dłoń na mokrym ramieniu Nathana i zaczęła je gładzić.  

Odwróć się od niej i odejdź, błagała go w myślach . Rose. Zrób to, proszę.  
Lecz  Nathan  stał  nieporuszony.  Nie  cofnął  się  również  wtedy,  kiedy  Jancis  przysunęła 

się, uniosła głowę i zaczęła szukać ustami jego ust, pieszcząc go coraz natarczywiej.  

Tego już było za wiele. Rose nie mogła na to patrzeć. Z jękiem rozpaczy odwróciła się i 

pomknęła jak strzała do domu. Nie wiedziała nawet, jak i kiedy znalazła się w swoim pokoju. 
Szaleńczy bieg wydał jej się nierealny. Zerwała z siebie koszulę, wciągnęła dżinsy i bluzę, po 
czym rzuciła się do szafy i szuflad i zaczęła wyciągać z nich swoje rzeczy.  

Wrzucając  wszystko  do  walizki,  mówiła  sobie,  że  niepotrzebnie  się  śpieszy  –  Nathan 

będzie jeszcze długo zajęty. Nie chciała zostać w tym domu ani chwili dłużej, lecz przysiadła 
na  łóżku,  by  ochłonąć.  Przecież  zaraz  będzie  prowadzić  samochód.  Kiedy  udało  jej  się 
odzyskać panowanie nad sobą, chwyciła bagaże i zniosła je na dół. Dopiero tam uprzytomniła 
sobie,  że  nie  wie,  gdzie  ma  kluczyki.  Przerażona,  zaczęła  przetrząsać  swoje  rzeczy. 
Wydawało jej się, że trwa to całe wieki. Musiała przecież odjechać przed powrotem Nathana i 
Jancis.  

Wreszcie  znalazła  kluczyki  w  torbie;  wsunęły  się  za  podszewkę.  Z  westchnieniem  ulgi 

ruszyła do samochodu, wrzuciła na tył bagaże i wskoczyła do środka.  

background image

Silnik  zapalił  od  razu  i  samochód  pomknął  drogą.  Lyncombe  Manor  znikało  w 

ciemnościach,  a  Rose  zastanawiała  się,  czy  Nathan  będzie  wiedział...  czy  kiedykolwiek  się 
domyśli, ile ją kosztowała ta ucieczka od niego.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Droga  wiodąca  z  Lyncombe  Manor  była  zupełnie  nie  oświetlona.  Rose  wiedziała,  że 

jedzie  o  wiele  za  szybko,  lecz  mimo  to  nie  przestawała  naciskać  nogą  na  pedał  gazu. 
Samochód zarzucał na zakrętach, modliła się więc tylko, żeby nic nie jechało z naprzeciwka. 
Tym bardziej że widziała jak przez mgłę, gdyż z oczu płynęły jej łzy. Ocierała je wierzchem 
dłoni, lecz niewiele to pomagało, bo nie potrafiła powstrzymać się od płaczu.  

Przed nią rozciągał się prosty odcinek drogi, przyśpieszyła więc jeszcze bardziej. Nagle 

zobaczyła  ostry  zakręt.  Wiedziała,  że  nie  da  rady,  że  go  nie  weźmie.  Wcisnęła  z  całej  siły 
pedał  hamulca.  Samochód  zaczął  tańczyć,  aż  wpadł  w  długi  poślizg.  Próbowała  z  niego 
wyjść,  ale  było  za  późno.  Wypadła  z  drogi  i  zdążyła  tylko  pomyśleć,  że  nic  już  nie  może 
zrobić. Katastrofa była nieunikniona.  

Samochód  uderzył  w  wał  z  jednej  strony  drogi,  odbił  się,  cofnął  i  wpadł  do  rowu  po 

przeciwnej stronie. Silnik zgasł, zapanowała dziwna cisza.  

Rose potłukła się, doznała wstrząsu, ale szybko uświadomiła sobie, że nie jest poważnie 

ranna.  Z  Lyncombe  Manor  odjeżdżała  co  prawda  w  szalonym  pośpiechu,  lecz  odruchowo 
zapięła pas. Uchroniło ją to przed poważnymi obrażeniami.  

Przez  długi  czas  siedziała  dygocząc.  Wstrząśnięta  wypadkiem,  który  był  jak  gdyby 

ukoronowaniem dramatycznych przeżyć tej nocy, nie mogła odzyskać równowagi. W końcu 
jednak  doszła  trochę  do  siebie,  rozluźniła  się,  usiadła  wygodniej  i  wciąż  lekko  drżącymi 
palcami przekręciła kluczyk i zapaliła silnik.  

Owszem,  silnik  pracował,  lecz  mimo  to  samochód  stał  w  miejscu.  Musiał  zostać 

poważnie uszkodzony. Rose patrzyła tępo w ciemność przed sobą. Co powinna teraz zrobić? 
Wrócić do Lyncombe Manor i zadzwonić do warsztatu w miasteczku? Nie, nigdy, przenigdy 
nie przestąpi już progu tego domu! 

Pozostało jej więc tylko pójść pieszo w przeciwną stronę. Wiedziała jednak, że niestety 

zdążyła  odjechać  niedaleko  od  Lyncombe  Manor,  a  to  oznaczało,  iż  do  najbliższego  domu 
musiałaby  maszerować ciemną drogą kilka kilometrów. Tymczasem  nie czuła się  na siłach, 
by przejść nawet kilka metrów.  

Siedziała więc nadal w samochodzie, najzupełniej bezradna. Ramiona jej opadły i czuła, 

że zaraz się rozpłacze. To wszystko, co się wydarzyło, załamało ją i przygniotło.  

Nagle  spostrzegła  z  tyłu  światła  na  drodze.  Jakiś  samochód?  Pomyślała  z  nadzieją,  że 

może ktoś się zatrzyma i udzieli jej pomocy.  

Tak,  był  to  samochód.  Zatrzymał  się.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  wreszcie  spotkało  ją  coś 

dobrego.  Zobaczyła  wysoką  postać  biegnącą  w  jej  stronę.  Och  nie!  Poczuła  ucisk  w  gardle. 
Niemożliwe! 

Nathan szarpnął drzwi i usiadł przy niej.  
– Co się, do diabła, stało?! Jesteś ranna? Cholera! Ciemno tu, nic nie widzę.  
Przycisnął włącznik lampki, która cudem się zapaliła. Rose zobaczyła bladą, przerażoną 

twarz Nathana i poczuła dotyk jego ręki, jakby chciał się upewnić, czy nic jej nie jest.  

background image

– Nie, daj spokój, nic mi się nie stało. – Cofnęła się odruchowo.  
– Jeżeli nic ci się nie stało, to dlaczego siedzisz w zepsutym samochodzie w środku nocy? 
– Chciałam się wynieść – odparła drżącym głosem. – Ale nawalił mi samochód.  
– Od kogo chciałaś się wynieść? Ode mnie? 
– Tak, od ciebie! – rzuciła wyzywająco. Oparł się o siedzenie i odsunął od Rose.  
–  Widziałaś,  co  się  tej  nocy  wydarzyło?  –  spytał  w  końcu  stanowczo.  –  To  znaczy  na 

plaży? 

Nie chciała o tym mówić. Nie chciała nawet o tym myśleć.  
–  Wiem,  że  poszłaś  za  nami  do  zatoczki  –  ciągnął  tym  samym  tonem.  –  Wracając  do 

domu, znalazłem na ścieżce twój sandałek.  

Nie pamiętała, że go zgubiła. Nic w tym dziwnego, skoro w ogóle nie pamiętała swego 

biegu do domu.  

– Co widziałaś? – spytał, patrząc jej w oczy z niepokojącym napięciem.  
– Wystarczająco dużo – mruknęła.  
– Nie sądzę.  
–  Widziałam  was  oboje  nago!  –  Podniosła  głowę  i  patrzyła  na  niego  wzburzona.  – 

Widziałam, jak cię dotykała! Widziałam, jak cię całowała! Co jeszcze miałam zobaczyć? 

– Gdybyś została chwilę dłużej, zobaczyłabyś, że do niczego więcej nie doszło! 
Spojrzała na niego z pogardą.  
– Naprawdę chcesz, żebym w to uwierzyła? Może i nie mam wielkiego doświadczenia... 

w każdym razie w porównaniu z nią... ale nie jestem kretynką! 

Nathan zaklął  cicho. Nagle chwycił  ją za ramiona  i  mocnym  szarpnięciem odwrócił  do 

siebie.  

– Zastanów się nad tym, co widziałaś! – rozkazał. – Owszem, byłem nagi. Ale czy byłem 

podniecony? Czy wyglądało na to, że jej pragnę? 

– Nie – przyznała czerwieniąc się. – Ale pozwoliłeś, by cię dotykała, żeby cię całowała.  
– No, a czy ja zachowywałem się podobnie? 
– Nie – odparła po dłuższej chwili.  
– I nic ci to nie mówi? 
Lecz Rose jeszcze nie potrafiła dopuścić głosu rozsądku.  
– Przede wszystkim po co poszedłeś z nią nad morze? Dlaczego pozwoliłeś jej tak się do 

siebie zbliżyć? 

Tym razem on się zawahał i zwlekał z jasną odpowiedzią.  
– Może musiałem coś sobie udowodnić – powiedział w końcu.  
– I dlatego musiałeś biegać z nią nago? – prychnęła pogardliwie.  
– Uznałem, że to równie dobry sposób jak każdy inny, żeby całkiem się upewnić, że już 

jej nie pragnę.  

Minęło kilka dobrych chwil, zanim Rose odezwała się znowu.  
– Ale przecież wciąż mi mówiłeś, że jesteś tego pewien – wydusiła z siebie wreszcie.  
– Byłem pewien na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Kiedy przez dłuższy czas jest się z 

kimś tak blisko, zawsze potem pozostaje lęk, że nie wszystko do końca się wypaliło. Że ten 

background image

ktoś nadal potrafi czymś cię do siebie przyciągnąć.  Dlatego tak długo nie chciałem widzieć 
Jancis. Jakaś cząstka mnie bała się tego spotkania.  

Rose przypomniała sobie, jak mówił, że oboje muszą się uporać ze swoimi problemami. 

Teraz zaczynała rozumieć, co miał na myśli.  

–  A  co  by  było,  gdyby  nadal  potrafiła  cię  do  siebie  przyciągnąć?  –  spytała  już  mniej 

wrogo.  

– Powiedziałbym ci o tym – odparł bez namysłu. – I musielibyśmy razem zdecydować, 

czy  damy  sobie  radę  z  tą  dodatkową  komplikacją.  Ale  ten  problem  nie  istnieje.  Jancis  już 
mnie nie pociąga. Udowodniłem to sobie ponad wszelką wątpliwość.  

Rose  powoli  nabierała  nadziei.  Odczuła  tak  wielką  ulgę,  że  aż  wydało  jej  się  to 

nieprawdopodobne.  

–  Jancis  musiała  być  niezbyt  zachwycona,  kiedy  nie  odpowiedziałeś  na  jej  zaloty?  – 

zauważyła z nutką radości w głosie.  

– Zgadza się – odparł lakonicznie.  
– Ona naprawdę miała na ciebie ochotę.  
–  Tak, tym  razem  naprawdę  mnie  pragnęła.  Ale  chyba  nie  włożyłaby  w  to tyle  zapału, 

gdyby nie chodziło jej również o moje piosenki. Ona chce znowu być gwiazdą. Marzy jej się 
nowy sukces i wszystko to, co jest z nim związane: dreszcz emocji, pieniądze, pochlebstwa, 
popularność. Uważała, że jestem mężczyzną, który jej w tym pomoże.  

Rose  potrafiła  sobie  wyobrazić,  jak  zareagowała  Jancis,  kiedy  pojęła  ostatecznie,  że  jej 

plan się nie powiódł.  

–  Ona  jest  w  domu?  –  spytała,  wzdrygnąwszy  się  na  samą  myśl,  że  znów  miałaby  ją 

zobaczyć.  

Nathan zauważył to i natychmiast objął ją ramieniem.  
– Chyba  już wyjechała.  Kiedy zrozumiała, że  nie uda  jej  się  mnie uwieść, okropnie  się 

wściekła.  W  domu  urządziła  mi  nawet  scenę.  Po  raz  pierwszy  pokazała  swoje  prawdziwe 
oblicze,  no  i...  Nie  powiem,  żeby  to  było  specjalnie  przyjemne  –  dodał  krzywiąc  się.  – 
Miałem jej już powyżej uszu. Zdałem sobie sprawę, że zrobiłem nie najlepiej, przywożąc ją 
tutaj. Sądziłem,  że rozwiąże to nasze problemy, a tak naprawdę to tylko odepchnęło cif ode 

mnie. Powiedziałem Jancis, żeby zadzwoniła po taksówkę i odjechała.  

– O pierwszej w nocy? 
– Było mi wszystko jedno. Chciałem, żeby raz na zawsze wyniosła się z mojego domu i z 

mojego  życia.  Pewnie  tego  nie  zauważyłaś,  ale  kilka  minut  temu  minął  nas  samochód. 
Musiała w nim być Jancis.  

Spojrzała na niego niepewnie.  
– To co teraz zrobimy? 
– Chyba wrócimy do domu.  
Dom...  Rose  delektowała  się  tym  słowem.  Lyncombe  Manor  zasługiwało  na  to  miano. 

Zwłaszcza teraz, kiedy nie było już tam Jancis.  

Nathan pomógł jej wysiąść z uszkodzonego samochodu i obejmując ją wpół, poprowadził 

do swojego, który stał kilka metrów dalej. Wzdychając z ulgą, opadła na siedzenie. Jechali z 

background image

powrotem  do  Lyncombe  Manor.  Ani  na  chwilę  nie  spuściła  wzroku  z  bladej,  majaczącej  w 

mroku twarzy Nathana.  

Wysiedli na podjeździe i trzymając się za ręce, ruszyli w stronę domu. Serce biło jej coraz 

mocniej. Wiedziała, że i on jest rozgorączkowany, bo palcami wyczuwała jego przyspieszony 

puls.  

Kiedy stanęli w holu, Nathan zwrócił się do niej.  
–  Wypędziliśmy  już  stąd  ducha  Jancis,  jak  więc  spędzimy  resztę  nocy?  –  spytał  cicho, 

lecz zanim zdążyła odpowiedzieć, podniósł głowę. – Czujesz ten zapach? – zaniepokoił się.  

Rzeczywiście, w powietrzu unosił się swąd, coraz bardziej intensywny.  
–  To  ta  dziwka!  Ostrzegała  mnie,  że  jeszcze  jej  zapłacę,  i  podpaliła  dom!  –  krzyknął 

Nathan i rzucił się biegiem naprzód. Rose oniemiała na chwilę, po czym pomknęła za nim.  

Pędził  do  wschodniego  skrzydła,  na  końcu  korytarza  raptownie  się  zatrzymał.  Już 

wiedział, gdzie się pali – dym, który wisiał w całym korytarzu,  wydobywał się szparą spod 
drzwi pokoju.  

–  W  dużym  pokoju  jest  gaśnica!  Pobiegnę  po  nią!  –  Chwycił  Rose  za  rękę.  –  A ty  leć 

zadzwonić do straży, potem weź gaśnicę z kuchni i przynieś ją tutaj.  

– Tylko uważaj! 
– Leć już! – Popchnął ją lekko.  
Nie trzeba jej było powtarzać dwa razy. Pomknęła do telefonu i drżąc z emocji, wykręciła 

numer.  Na  szczęście  natychmiast  podniesiono  słuchawkę.  Szybko  wyrzuciła  z  siebie 

odpowiedzi na wszystkie pytania. Kiedy już upewniła się, że straż zaraz przyjedzie, pobiegła 
do  kuchni  po  gaśnicę.  Gaśnica  okazała  się  jednak  strasznie  ciężka,  ciągnęła  więc  ją  po 
posadzce aż do korytarza, gdzie Nathan walczył z pożarem.  

Drzwi  do  pokoju,  z  którego  szedł  dym,  były  już  otwarte.  W  środku  buchały  płomienie. 

Rose stanęła oniemiała z przerażenia. Nie sposób okiełznać tego pożaru, pomyślała. Nie damy 

rady. Nie można ugasić płonącego lasu wiadrem wody.  

Gaśnica była już pusta. Nathan odrzucił ją na bok.  
– Nie  jest najgorzej. Udało  mi  się trochę z tym uporać, ale  nie wolno nam dopuścić do 

tego, żeby ogień przeniósł się dalej – powiedział, biorąc od Rose drugą gaśnicę.  

– Ale co robić? 
– Chcę stąd wynieść łatwo palne rzeczy.  
– Poparzysz się na śmierć! 
– Skądże! Będę je do ciebie rzucał. Uważaj tylko, czy coś się przypadkiem nie tli, żeby 

nie zaprószyć ognia w korytarzu.  

Ruszył do pokoju z drugą gaśnicą,  tłumiąc płomienie przed  sobą. Rose  nie  mogła  na to 

patrzeć. Nie przeżyłaby, gdyby mu się coś stało.  

Nathan zerwał ciężkie zasłony i rzucił je do korytarza. Zaczynały się już tlić na brzegach, 

Rose stłumiła ogień nogami. Wkrótce za drzwiami pokoju znalazły się poduszki, czasopisma, 
dwa małe stoliki. Nathan wyrzucił wszystko, co mogłoby podsycać płomienie. Była to jednak 
bitwa, której nie sposób było wygrać. Ogień się rozprzestrzeniał. Rose spostrzegła, że języki 
płomieni prawie dosięgają Nathana i serce w niej zamarło.  

background image

– Wychodź natychmiast! – krzyknęła.  
Nie  zareagował  na  jej  wezwanie,  wpadła  więc  do  pokoju  i  chwyciwszy  Nathana  za 

koszulę, zaczęła go stamtąd wyciągać. Chwilę później właśnie w tym miejscu wyrosła ściana 
płomieni.  Dopiero  wtedy  Nathan  zrozumiał,  w  jakim  niebezpieczeństwie  się  znajdował. 
Kaszlał od gryzącego dymu.  

– Czy w szopie z narzędziami jest wąż? – zwrócił się do niej, odzyskawszy równowagę. 

Nie pamiętała dokładnie.  

– Chyba tak – odparła dopiero po chwili.  
– Idź sprawdzić. Jeżeli jest, przykręć go do kranu w kuchni. Szybko! 
Nie  chciała  zostawiać  Nathana  samego.  Bała  się,  że  chcąc  ratować  dom,  zrobi  coś 

nierozsądnego. Opróżnili już drugą gaśnicę, a nie wiadomo było, kiedy przyjedzie straż.  

Wybiegła  z  domu,  przemknęła  przez  podwórze,  a  gdy  dopadła  do  szopy,  stanęła 

niezdecydowana. Było przecież zupełnie ciemno, a nie zabrała ze sobą latarki. Szkoda czasu, 
by wracać, pomyślała. Trzeba sobie poradzić po ciemku.  

Przedzierając  się  przez  pomieszczenie  wypełnione  kosiarkami,  łopatami,  grabiami  i 

sekatorami,  potknęła  się  o  taczkę,  skręciła  nogę  w  kostce  i  zahaczyła  o  miotłę.  Wzrok 
przywykł już trochę do ciemności, ale nadal dobrze nie widziała. W końcu stanęła i zaczęła 
po prostu szukać po omacku. Może natrafi  na coś, co jej opuchnięte, sztywne, pokaleczone 
palce uznają za gumowy wąż.  

Miała prawdziwe szczęście, bo znalazła go już po chwili, lecz pojawił się nowy problem 

–  wąż  był  długi  i  bardzo  ciężki.  Rose  przypomniała  sobie  o  taczce.  W  szaleńczym  tempie 
zaczęła wsuwać go na nią i skręcać. Aż wreszcie bez tchu, pchając taczkę, dotarła do kuchni.  

Na  szczęście  zaraz  pojawił  się  tam  Nathan.  Dość  szybko  udało  im  się  uporać  z 

podłączeniem  węża  do  kranu.  Wtedy  Nathan  zaczął  go  wciągać  na  górę.  Rose  została  w 
kuchni,  by  na  jego  polecenie  puścić  wodę.  W  końcu  pobiegła  za  nim.  Stanęła  przerażona, 
widząc, jak szybko rozprzestrzenił się ogień.  

Woda lejąca się z węża niewiele mogła już zdziałać. Ogień przygasał w jednym miejscu, 

lecz natychmiast wybuchał w drugim.  

– Wyjdź z domu! – nakazał Nathan,  jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że Rose stoi 

obok. – Wyjdź z domu, tu jest zbyt niebezpiecznie.  

– Bez ciebie nie wyjdę! 
– Tu jest niebezpiecznie! 
– To co! Nie zostawię cię tutaj! 
Miał  taki  wyraz  twarzy,  jakby  chciał  się  z  nią  zajadle  kłócić,  lecz  nagle  mocno  ją 

pocałował. W tym samym momencie usłyszeli syrenę nadjeżdżającego wozu straży pożarnej.  

W mgnieniu oka strażacy zajęli się wszystkim, bezceremonialnie odsuwając na bok Rose 

i Nathana. Sprawnie  i  szybko ugasili  pożar, a następnie  zaczęli przeszukiwać dom, żeby  się 
upewnić, czy nigdzie nic się nie tli.  

Kilka godzin później cała akcja została zakończona. Rose nie mogła uwierzyć, że ta długa 

noc  też  się  wreszcie  kończy,  że  oboje  są  zdrowi  i  cali  i  że  główna  część  domu  niewiele 
ucierpiała.  

background image

Jeden ze  strażaków zrobił  im wykład o tym,  jak  nie powinno się próbować gasić ognia 

bez  odpowiedniego  sprzętu.  Później  jednak  pozwolił  sobie  na  milszą  uwagę.  Stwierdził,  że 
tak  naprawdę  to  uchronili  dom  przed  wielkim  pożarem.  Ogień  zniszczył  głównie  pokój,  w 
którym został podłożony, oraz dwa pokoje nad nim. Poza tym we wschodnim skrzydle wiele 
szkód wyrządził dym. Lecz wszystko będzie można odnowić lub odbudować. Rose zdawała 
sobie sprawę, że mieli dużo szczęścia. Mógł przecież spłonąć cały dom.  

Strażak zalecił im także natychmiastowe badania w szpitalu, ale żadne z nich nie miało 

zamiaru się tam wybrać. Jedynym ich pragnieniem było pozostanie we dwójkę w Lyncombe 
Manor.  

Wreszcie  odjechał  ostatni  wóz  i  w  domu  zapanował  spokój.  Nathan  i  Rose  poszli  do 

dużego pokoju, który był nie tknięty przez ogień. Stali tam, patrząc długo na siebie.  

–  Uratowałaś  mi  życie  –  powiedział  Nathan  w  końcu.  –  Gdybyś  mnie  wtedy  nie 

wyciągnęła z pokoju, spłonąłbym jak wiór.  

Rose zadrżała.  
– Nie chcę o tym myśleć – rzekła niepewnie. – Nie teraz. – Spojrzała na niego uważnie. – 

A co zrobimy z Jancis? 

– Chyba nic. Oboje wiemy, że to ona podłożyła ogień, ale udowodnienie tego w sądzie 

byłoby prawie niemożliwe.  

– Więc. ujdzie jej to płazem? 
– Pożar?... Tak.  
– Myślisz, że to przypadek,  iż pożar zaczął  się  we wschodnim skrzydle? Tam, gdzie  ja 

mieszkałam? 

– Oczywiście, zenie. Jancis jest mściwa. Dzisiaj to dobitnie udowodniła. – Zacisnął usta. 

– Ale są sposoby, żeby za to zapłaciła.  

– Jakie? 
– Wciąż jeszcze mam bardzo wpływowych znajomych wśród muzyków. Koniec z karierą 

tej  pani!  Od  dzisiaj  nikt  nie  będzie  zapraszał  jej  na  przesłuchania,  żaden  z  najlepszych 
agentów  nie  zgodzi  się  jej  reprezentować.  Jancis  nie  otrzyma  też  propozycji  kontraktu  od 
żadnej wytwórni płyt. Dotychczas jej kariera była tylko zagrożona, lecz teraz to już koniec.  

–  Uważasz,  że  powinieneś  tak  postąpić?  Czy  to  uczciwie?  –  spytała  Rose,  zagryzając 

wargi.  

–  Po  dzisiejszej  nocy?  –  Spojrzał  na  nią  z  niedowierzaniem.  –  I ty  masz  jeszcze  jakieś 

skrupuły?  Przecież  jedno  z  nas,  czy  nawet  oboje,  mogło  zginąć.  Jancis  podłożyła  ogień 
celowo. Chciała, by ten dom przestał istnieć, a przy okazji my mogliśmy stracić życie.  

–  Wiesz...  –  Zawahała  się.  –  Myślę,  że  utrata  ciebie  i  twoich  piosenek  to  już 

wystarczająca kara.  

–  Jesteś  za  miękka  –  powiedział,  potrząsając  głową,  ale  nagle  uśmiechnął  się  lekko.  – 

Może również dlatego chcę z tobą być. Więc jeżeli i ty naprawdę tego chcesz...  

– Tak. Nienawidzę jej' – wyznała – i nie chcę być do niej w niczym podobna. Gdybyśmy 

zniszczyli  jej  i tak  już zachwianą karierę, oznaczałoby to, że jesteśmy tak samo  mściwi  jak 
ona.  

background image

Poddał się, wzruszywszy ramionami.  
– Nie będę więc nigdzie dzwonił. I spróbujmy do końca życia nie wymawiać jej imienia.  
Do  końca  życia...  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  miał  jakieś  bardzo  dalekosiężne  plany 

dotyczące ich dwojga. Po dzisiejszej nocy chciała wreszcie uwierzyć, że naprawdę mają przed 
sobą przyszłość.  

– Czy próbujesz mi powiedzieć, że chciałbyś, abym tu została? – spytała nieśmiało.  
–  Właściwie...  –  Nathan  przyjął  nonszalancką  pozę  –  to  chciałbym  ci  ofiarować 

Lyncombe Manor w prezencie ślubnym. Niestety, teraz to trochę uszkodzony prezent, ale za 
kilka tygodni będzie jak nowy.  

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.  
– Powiedziałeś... w prezencie ślubnym? 
– Jesteś dziewczyną, która potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. I chcę ci je dać.  
– Ale nawet mi nie powiedziałeś... no, nie powiedziałeś, że mnie kochasz – wymamrotała.  
– Nie, nie powiedziałem, lecz chyba w końcu poruszę i ten temat.  
– Nie wiedziałam... to znaczy nie spodziewałam się... nie wiedziałam, że myślisz o mnie 

w taki sposób – wydusiła wreszcie.  

– To znaczy w jaki? – spytał, drocząc się z nią.  
– No... jak o kimś, z kim chciałbyś spędzić życie.  
–  Myślałem,  że  wiesz.  –  Teraz  z  kolei  on  był  zdumiony.  –  Jakże  więc,  przeżywaliśmy 

całą tę hecę z Jancis tylko po to, byś nie była pewna, że właśnie ciebie pragnę? 

– Naprawdę nie byłam pewna – przyznała.  
– Wciąż mi się wydawało, że zaistniałam w twoim życiu tylko przypadkiem. Wiem, że to 

niemądre,  ale  nie  potrafiłam  pozbyć  się  tego  przekonania.  Problem  polegał  na  tym,  że 
chciałam, byś miał dla mnie takie uczucie, jakim obdarzyłeś Jancis.  

– A ja wprost przeciwnie, chciałem czuć coś zupełnie innego – odparł stanowczo. – Nie 

chcę przeżywać czegoś takiego po raz wtóry. To było jak szaleństwo. Pragnę tylko tego, co 
razem znaleźliśmy. Czegoś, na czym można budować. Czegoś bardzo stałego, prawdziwego i 
trwałego.  

– Kiedy tak mówisz, to brzmi nawet nudnawo.  
– Rose zrobiła kwaśną minę.  
Nathan chwycił  ją,  przyciągnął do siebie  i całował, całował długo  i  mocno,  aż zabrakło 

im tchu, a Rose zakręciło się w głowie.  

– To było nudnawe? – spytał gwałtownie. Potrząsnęła tylko głową, bo nie mogła wydusić 

słowa.  

– A ta noc, którą spędziliśmy razem, też była nudna? 
– Nie – odparła natychmiast, odzyskawszy głos.  
–  To  dobrze  –  powiedział  z  satysfakcją  i  uśmiechnął  się  przebiegle.  –  O  wiele  rzeczy 

mnie oskarżano, ale nie o to, że jestem nudny! 

– Skądże znowu! – krzyknęła z przekonaniem.  
–  Odkąd  cię  poznałam,  gdy  zamknąłeś  mnie  w  piwnicy,  życie  przynosi  mi  same 

niespodzianki! 

background image

– I śmiem twierdzić, że jeszcze kilka ci się przydarzy – ostrzegł ją i roziskrzyły mu się 

oczy, po czym znów spoważniał. – Chcę ci o czymś powiedzieć, żeby zostało to powiedziane 

raz na zawsze. Pragnąłem Jancis, ale było to czysto fizyczne pożądanie. Pokazałem ci, jak to 
wygląda, i nie bardzo ci się to podobało. Mnie też, ale długo nic nie mogłem na to poradzić. 
Nie  wiem  dlaczego.  Chyba  dlatego,  że  mężczyźni  kontrolują  swoje  popędy  słabiej  niż 

kobiety.  Nie  pożądam  już  Jancis  i  nigdy  nie  będę  jej  pożądał.  Pragnę  ciebie.  Więcej, 
potrzebuję cię. I kocham. Nie wiem, jak to się stało, ale nie bardzo bym chciał się nad tym 
zastanawiać.  Po  prostu  dziękuję  Bogu,  że  wpadłaś  z  hukiem  w  moje  życie  i  postanowiłaś 
chwilę odczekać. Chcesz więc wyjść za mnie, czy nie? 

– Chcę – powiedziała bez zastanowienia.  
– To dobrze. – Spojrzał na nią i uśmiechnął się. – Jesteś brudna.  
– Czyścioszek! – odparowała, wycierając mu sadzę z twarzy.  
Odwrócił głowę i pocałował jej palce, a potem lekko je ugryzł.  
–  Chyba  wykąpiemy  się...  razem  –  powiedział  z  namysłem.  –  I  będziemy  długo  spać... 

razem. A kiedy się obudzimy...  

– To co? – spytała bez tchu, bo zaczął delikatnie gładzić jej piersi.  
– Pomyślimy, jak by tu ciekawie spędzić resztę dnia.  
Rose uznała, że to fantastyczne plany na najbliższe dwadzieścia cztery godziny. W istocie 

jednak cała reszta jej życia miała się stać najzupełniej fantastyczna.