background image

Niezwykła historia, która wydarzyła się w Dolomita  
Przeżycie, które przedstawiam poniżej, miało miejsce się w lipcu 1968 roku i wywarło na mnie tak 
głębokie  wrażenie,  że  biorąc  również  pod  uwagę  szyderstwa,  z  jakimi  się  spotkałem,  kiedy 
usiłowałem opowiadać o nim ludziom, zamilkłem na prawie jedenaście lat. Milczenie to przerwałem 
w  roku  1979,  kiedy  otrzymałem  możliwość  opowiedzenia  swojej  przygody  na  falach  prywatnej 
stacji  radiowej  Radio  Nord  Bolzano  nadającej  w  południowej  części  włoskiego  Tyrolu.  
 
Moja relacja wzbudziła tak duże zainteresowanie, że zaproszono mnie następnie do Rzymu, abym 
opowiedział ją ponownie w audycji Italian International R.A.I. Network z udziałem sławnej aktorki 
Sandry  Milo,  która  mnie  zapowiedziała.  Również  ta  audycja  spotkała  się  z  ogromnym  odzewem  i 
wywołała  falę  próśb  o  bardziej  szczegółowe  dane,  której  rezultatem  jest  ten  opis.  W  roku  1968 
pracowałem w pewnej firmie z Bolzano jako jej przedstawiciel na Południowy Tyrol. Urodziwszy się 
w  Dolomitach  (w  Campitello  di  Fassa)  zawsze  z  wielką  przyjemnością  podróżowałem  po  tym 
regionie.  Właśnie  tam  pewnej  lipcowej  nocy  owego  roku  przeżyłem  przygodę  z  UFO.  Spędziwszy 
wieczór w towarzystwie młodej Holenderki przybywającej na urlopie w St. Kassian w dolinie Gader, 
pożegnałem  się  z  nią  o  północy  i  pojechałem  przez  przełęcz  Grödner  a  następnie  Sella  do 
Campitello, gdzie moja ciotka prowadzi hotel o profilu sportowym. Pogoda owej nocy nie była zbyt 
dobra. Niebo pokrywała gruba warstwa chmur i tylko z rzadka prześwitywały przez nie gwiazdy. Od 
czasu  do  czasu  drogę  okrywały  całuny  oparów  zasłaniających  widok  gór,  tak  że  musiałem  jechać 
bardzo  wolno  i  często  zatrzymywać  się  w  celu  sprawdzenia,  czy  jadę  we  właściwym  kierunku. 
Kilkakrotnie  byłem  o  włos  od  zjechania  z  drogi,  wobec  czego  postanowiłem  przy  pierwszej 
nadarzającej  się  okazji  zjechać  na  pobocze  i  zatrzymać  się,  a  następnie  trochę  się  przespać.  
 
Po  przejechaniu  przełęczy  Grödner  dojechałem  do  miejsca,  w  którym  obok  drogi  znajdował  się 
usypany kopiec piasku, i zatrzymałem się, po czym odchyliłem oparcie siedzenia do tyłu, aby móc 
się  wygodnie  ułożyć.  Było  około  pierwszej  w  nocy,  czułem  się  bardzo  zmęczony  i  senny.  Nagle 
ocknąłem się i poczułem silny odór, jak gdyby coś się paliło. W pierwszej chwili pomyślałem, że to 
pewnie pali się mój Fiat 600 na skutek jakiegoś zwarcia w instalacji elektrycznej. Chwyciłem latarkę 
i szybko wyskoczyłem z samochodu. Dokonałem szybkich oględzin i okazało się, że wszystko jest w 
idealnym porządku. Kiedy obchodziłem wokoło samochód dostrzegłem prześwitujące przez mgliste 
opary światło znajdujące się, jak mi się zdawało, po drugiej stronie drogi nieco niżej na zboczu w 
odległości  około  500  metrów.  Wyglądało,  jakby  pochodziło  z  tarasu  jakiegoś  hotelu,  co  mnie 
zaintrygowało,  gdyż  dobrze  wiedziałem,  że  w  tej  okolicy  nie  ma  żadnych  hoteli  ani  domów 
mieszkalnych. Cała ta okolica była zupełnie nie zamieszkana. Znałem te tereny jak własną kieszeń, 
gdyż  przejeżdżałem  tędy  co  najmniej  tysiąc  razy.  Po  niedługim  czasie  opary  mgły  rozwiały  się  i 
ujrzałem  ogromny  obiekt  z  bardzo  dziwnym  światłem.  Serce  waliło  mi  jak  młotem  i  nagle 
przypomniało  mi  się  spotkanie  z  dziwnym  pustelnikiem,  do  którego  doszło  w  roku  1942,  kiedy 
służyłem jeszcze w wojsku.  

W owym czasie przebywałem na lotnisku Gadurra na greckiej wyspie Rodos, gdzie pełniłem funkcję 
tłumacza  między  dowództwami  włoskiego  i  niemieckiego  lotnictwa.  Mieszkańcy  wyspy  cierpieli 
straszną biedę i prawie codziennie przychodziła do mnie mała grecka dziesięcioletnia dziewczynka 
prosić o kawałek chleba. Cieszyłem się względną swobodą, jako że zawsze towarzyszyłem wyższym 
oficerom,  i  praktycznie  nie  było  możliwości  ścisłego  kontrolowania  moich  ruchów,  ponieważ  raz 
znajdowałem się w niemieckim dowództwie, a kiedy indziej we włoskim. Dzięki temu miałem dość 
dużo wolnego czasu i mogłem poświęcać go na zdobywanie lepszej żywności z wojskowej stołówki 
dla  tej  małej  dziewczynki  o  twarzy  aniołka.  Pewnego  dnia  zapytałem  ją,  czy  zanosi  wszystko,  co 
dostaje,  do  domu,  oraz  ilu  ma  braci  i  sióstr.  Dziewczyna  powiedziała,  że  ma  tylko  rodziców  i  że 
połowę tego, co dostaje, oddaje Świętemu Człowiekowi, który mieszka w górach od ponad stu lat i 
nigdy  nie  schodzi  w  dolinę.  Powiedziała  również,  że  jest  jedyną  osobą,  której  wolno  zanosić  mu 
pożywienie i rozmawiać z nim. Wiele tygodni zajęło mi przekonanie jej, aby zabrała mnie z sobą do 
tego człowieka. Kiedy moje oczy po raz pierwszy spoczęły na jego sylwetce zaszokowała mnie jego 
chudość. Jego pomarszczona skóra wyglądała jak skórka upieczonego jabłka, był prawie nagi, miał 
długie  włosy  i  brodę,  zaś  oczy  czarne  jak  węgiel  i  błyszczące.  Nie  wyciągnął  do  mnie  ręki  na 

background image

powitanie, lecz uniósł ją do góry. Przeniknął mnie wzrokiem na wskroś i powiedział: “Esi kala” – co 
znaczyło: “Jesteś dobry”.  

Od  tego  czasu  zacząłem  spędzać  z  nim  dużo  czasu,  czasami  nawet  po  kilka  dni.  Aby  uniknąć 
dochodzenia,  co  się  ze  mną  dzieje,  we  włoskim  sztabie  oświadczałem,  że  udaję  się  do  Niemców, 
którzy  aktualnie  mnie  potrzebują,  po  czym  w  sztabie  niemieckim  oświadczyłem  coś  wręcz 
przeciwnego.  Tym  sposobem  udawało  mi  się  uniknąć  kłopotów.  Pustelnik  powiedział  mi,  że  ma 
ponad  sto  lat  i  nauczył  mnie  odczytywać  najważniejsze  znaki  na  ludzkiej  dłoni  oraz  jak  określać 
charakter  człowieka  na  podstawie  jego  twarzy.  Nauczył  mnie  również  modlitwy  w  starożytnym 
greckim, którą należy odmawiać zawsze dokładnie o tej samej porze dnia wchodząc w trans. Jest 
to,  jak  mi  wyjaśnił,  potrzebne  do  oczyszczenia  ducha  i  uzyskania  dodatniego  wpływu  ze  strony 
Kosmicznego  Pola  Magnetycznego.  Raz  w  miesiącu  pogrążał  się  w  samotności  i  nieruchomiał  na 
dwa  dni  upodabniając  się  do  pomnika.  Oświadczył  mi,  że  posiada  umiejętność  podróżowania  po 
wszechświecie, że istnieje niezliczona ilość planet położonych bardzo daleko od układu słonecznego 
zamieszkanych przez inne istoty. Przepowiedział, że pewnego dnia spotkam istoty z kosmosu, które 
będą na to dowodem. Poprosiłem go, aby powiedział mi coś więcej na temat mojej przyszłości, lecz 
oznajmił mi, że głos mojego sumienia już poszukuje Światłości i że jedyne, co powinienem zrobić, 
to  iść  dalej  tą  drogą,  którą  kroczę.  Powiedział  mi  także,  że  kiedy  już  uda  mi  się  osiągnąć 
odpowiedni stopień koncentracji w czasie modlitwy, której mnie nauczył, będzie mógł dać mi znak 
swojej obecności, który będzie bardzo silnym zapachem. Po kilku latach zaczęło mi się udawać raz 
na trzy lub cztery miesiące osiągnąć ten stopień koncentracji i wówczas bez względu na miejsce, w 
którym  się  w  tym  czasie  znajdowałem,  wokół  mnie  roztaczała  się  woń  róż  i  konwalii.  Wróćmy 
jednak do tego wielkiego obiektu.  

Szybko  zdałem  sobie  sprawę,  że  to  jest ten  moment,  który  przepowiedział  stary  pustelnik.  Grunt 
obniżał  się  wzdłuż  zbocza  wzgórza  i  ponieważ  było  bardzo  ciemno,  musiałem  wziąć  latarkę. 
Schodziłem  na  dół  w  kierunku  poziomo  ukształtowanego  terenu,  na  którym  stał  ten  obiekt.  W 
miarę  jak  się  do  niego  zbliżałem,  był  coraz  lepiej  widoczny.  Po  chwili  w  oparze  mgły  ukazała  się 
następna  przerwa  i  serce  gwałtownie  mi  zabiło.  Czułem,  jak  na  szyi  pęcznieją  mi  żyły,  ale  nie 
bałem się – nigdy nie bałem się niczego. Byłem po prostu niezwykle podekscytowany. Obiekt był 
piękny, wręcz cudowny. Miał srebrzysty kolor, około 80 metrów średnicy, stał na trzech podporach 
wysokości  około  2  metrów  zakończonych  łapami  o  mniej  więcej  takiej  średnicy.  Otoczony  był 
białym  światłem,  zaś  zapach  spalenizny,  który  mnie  rozbudził,  był  niezwykle  intensywny.  Kiedy 
zbliżyłem  się  do  niego  na  odległość  około  trzech  metrów,  poczułem,  że  coś  mnie  zatrzymuje.  W 
jednej  chwili  odniosłem  wrażenie,  że  moje  ciało  waży  1000  kilogramów.  Nie  mogłem  zrobić 
najmniejszego ruchu i z trudnością oddychałem.  

Przezroczysta  kopuła  na  szczycie  pojazdu  zajaśniała  jasnym  światłem  i dostrzegłem  pod  nią  dwie 
spoglądające  na  mnie  istoty.  Po  prawej  stronie  obiektu  znajdował  się  robot  wysokości  około  2,5 
metra,  który  stał  na  trzech  nogach  i  miał  cztery  ręce.  Trzymał  jakąś  zewnętrzną  część  pojazdu  i 
obracał nią. Po chwili ze środka pojazdu wystrzeliła wiązka światła o średnicy około dwóch metrów, 
której  barwa  zmieniała  się  od  fioletowej  do  pomarańczowej.  Wzdłuż  niej  w  moją  stronę 
przemieszczała  się  ubrana  w  obcisły  kombinezon  z  przezroczystym  hełmem  na  głowie  postać. 
Istota  miała  około  1,6  metra  wzrostu.  Podeszła  do  mnie  i  stanąwszy  w  odległości  około  jednego 
metra  ode  mnie  uniosła  rękę  do  góry,  pozdrawiając  mnie  dokładnie  tak  samo,  jak  ów  stary 
pustelnik. Mam trudności z dokładnym opisem uczuć, jakie mnie ogarnęły na widok tej istoty. Miała 
piękne niebieskie oczy, które sprawiały na mnie dziwne i zarazem przyjemne wrażenie. Czułem się 
lekki  i  wolny  jak  piórko  i  jednocześnie  byłem  bardzo  spokojny.  Przyglądałem  się  tej  istocie 
zachłannie. Była taka jak my. Przezroczysty hełm zaczynał się na ramionach i otaczał całą głowę.  
 
Zapytałem  po  włosku  tego  z  wyglądu  męskiego  osobnika,  skąd  przybywa,  i  zanim  zdążyłem 
wypowiedzieć  do  końca  to  pytanie,  otrzymałem  odpowiedź  skierowaną  bezpośrednio  do  mojego 
mózgu,  tak  jak  gdybym  zawsze  ją  znał.  Planeta,  z  której  przybył,  leży  bardzo  daleko  od  naszej 
galaktyki,  jest  dziesięciokrotnie  większa  od  Ziemi  i ma  dwa  słońca,  jedno  duże  i  jedno  małe.  Ich 
doba jest znacznie dłuższa od naszej. Jedna trzecia dnia jest mniej jasna od pozostałej jego części, 
zaś noc jest bardzo krótka. Roślinność na ich planecie przypomina naszą. Są tam bardzo wysokie 

background image

góry  i  niezmiernie  wysokie  drzewa.  Mają  tak  jak  my  dwa  lodowe  bieguny  i  bezludne  kamieniste 
obszary.  Mają  również  zwierzęta  przypominające  nasze,  lecz  innej  budowy  i  rozmiarów.  Potem 
zapytałem go, jak żyją i co jedzą. Odpowiedź była natychmiastowa. Jego usta poruszały się lekko, 
lecz  nie  słyszałem  jego  głosu.  Myślę,  że  swoje  odpowiedzi  przekazywał  mi  telepatycznie. 
Powiedział, że nie pracują, że wszystko wykonywane jest automatycznie. Wszyscy są równi sobie i 
każdy ma to, na co ma ochotę. Są u nich również istoty podobne do małp, które wykonują pewne 
prace, takie jak hodowla owoców i warzyw, zbieranie plonów itp. Potem, kiedy już przyjrzałem się 
mu  dokładnie  od  czubka  głowy  po  palce  u  nóg,  dał  mi  do  zrozumienia,  że  ten  typ  budowy 
najbardziej nadaje się do egzystowania na jego planecie. Górna część jego głowy była szersza niż u 
nas,  ponieważ  ich  mózgi  są  dwa  razy  większe  od  naszych  i  wykorzystują  cały  swój  potencjał.  Za 
pomocą samych myśli i emanacji fal energetycznych potrafią robić rzeczy, o których nam się nawet 
nie śniło.  

Dzięki temu że jego głowa i szyja były dobrze widoczne pod przezroczystym hełmem (z tyłu niego 
znajdowały się dwie gładkie rury), mogłem przyjrzeć się tej części jego ciała dokładnie. Włosy były 
dość  krótkie  i  kolorom  przypominały  lekko  przyciemnione  bobrowe  futro  –  wyglądały  jak  sierść. 
Oczy  miał  piękne  i  rozstawione  szerzej  od  naszych,  zewnętrznymi  końcami  lekko  odchylone  ku 
górze, tak że przypominały trochę oczy kota. Część oka, która u nas jest biała, była u niego koloru 
orzechowobrązowego,  to  znaczy  jasnobrązowa.  Źrenice  przypominały  nasze,  lecz  były  koloru 
zielonego  z  niebieskimi  refleksami.  W  ich  środku  znajdował  się  ciemny  punkt,  który  od  czasu  do 
czasu  zmieniał  kształt  wydłużając  się  lub  zwężając.  Na  początku,  przed  zmianą  kształtu,  czarny 
punkt był okrągły, a potem, po wydłużeniu, kształtu owalnego – jak u kota. Nos miał bardzo mały, 
podobny do kociego. Usta również były bardzo małe i bardzo wąskie. Ilekroć na nie spoglądałem, 
przychodziła mi na myśl Greta Garbo. Kiedy śmiał się, nie było widać poszczególnych zębów tylko 
dwa  bardzo,  bardzo  białe,  równe  rzędy.  Powiedział,  że  zęby  nie  są  im  potrzebne,  gdyż  nie  są 
mięsożerni,  podczas  gdy  nasze  ciała  przypominają  budową  ciała  zwierząt.  Ich  pożywieniem  są 
owoce,  warzywa  i  różne  ziarna.  Mają  urządzenia  do  magazynowania  energii  i  nigdy  nie  chorują. 
Jego skóra była gładka i miała jasnozielony, oliwkowy odcień. Wyglądała, jakby była z gumy. Kiedy 
odwracał  głowę  (potrafił  obrócić  ją  dokładnie  do  tyłu),  na  jego  szyi  nie  pojawiała  się  ani  jedna 
zmarszczka.  
 
Chciałem zapytać, dlaczego ich skóra ma jasnozieloną, oliwkową karnację. Odebrawszy moją myśl, 
powiedział, że kolor, który widzę, nie jest rzeczywistym kolorem, “ponieważ system magnetycznej 
zawartości koloru nie jest u nich taki sam”. Nie wiem, co miał na myśli. Był szeroki w barach, zaś 
tułów  miał  bardzo  szczupły.  Obejrzałem  uważnie  również  jego  stopy  i  ręce.  Różniły  się  trochę  od 
naszych.  Część  udowa  nóg  była  stosunkowo  dłuższa  od  części  znajdującej  się  poniżej  kolan. 
Odniosłem ponadto wrażenie, że ich stopa przypomina kształtem końskie kopyto. Górna część rąk 
była dłuższa od dolnej. Jeśli chodzi o dłonie, nie mogłem im się dokładnie przyjrzeć, ponieważ miał 
na  nich  rękawice.  Ich  palce  wyglądały  na  bardzo  długie.  Powiedział,  że  ich  organizm  jest  mniej 
skomplikowany od naszego. Mają tylko jeden przewód pokarmowy bez jelit, jakie my mamy. Za to 
ich  serce  i  płuca  są  większe,  ponieważ  muszą  dostarczać  dużo  powietrza  do  odżywiania  mózgu  i 
oczyszczania płynu, który płynie w ich żyłach i różni się składem od naszej krwi. Co więcej, są mają 
silnie  rozwinięte  mięśnie  niezbędne  do  pokonywania  olbrzymiego  ciśnienia  atmosferycznego 
panującego na ich planecie. To tłumaczy, dlaczego idąc w moim kierunku, niemal podskakiwał jak 
nasi  astronauci  na  Księżycu.  Wynikało  to  z  niższego  ciśnienia  panującego  na  naszej  planecie  i 
odpowiedniej  różnicy  w  budowie  ich  ciał.  Wciąż  fascynowały  mnie  jego  piękne  oczy  i  chciałem 
zapytać, jakiej jest płci – męskiej czy żeńskiej. Jego oczy zabłysły na moment żywiej i uśmiechnął 
się, dając mi do zrozumienia, że nie jest ani tym, ani tym, że kiedy chcą się rozmnażać, nie muszą 
łączyć się w pary, jak to czynią zwierzęta. Stojąc zaledwie metr od niego (mimo wyjaśnienia kwestii 
płci  nadal dla  łatwości  wypowiedzi  będę traktował  tę  istotę  jako  mężczyznę)  dwukrotnie  starałem 
się go dotknąć, lecz za każdym razem byłem przed tym powstrzymany. 

W czasie kiedy staliśmy i rozmawialiśmy, robot nieprzerwanie pracował po drugiej stronie obiektu. 
Było tam coś w rodzaju pierścienia wystającego na odległość dwóch metrów i takiej też wysokości. 
Co  chwilę  wyginało  się  to do  dołu  ku  ziemi  i  jego  środkowa  część  zwężała  się  ostro.  Kiedy  jedna 
część poruszała się w jedną stronę, druga przemieszczała się w przeciwną. Miałem zamiar zapytać 

background image

go,  czy  ta  część  robota  uformowała  ostre  zakończenie  w  celu  rozbijania  meteorytów  lecących  z 
niesamowitą prędkością w kierunku pojazdu. Odebrawszy moją myśl zaśmiał się ponownie i dał mi 
do  zrozumienia,  że  ich  sposób  na  meteoryty  nie  polega  na  ich  rozbijaniu.  Powiedział,  że 
dezintegrują je lub odpychają. Dodał, że zewnętrznego pierścienia używają tylko wtedy, gdy chcą 
wejść  w  atmosferę  planety,  aby  móc  przebywać  na  niej  przez  pewien  czas.  Powiedział,  że  przez 
kosmos  podróżują  w  statku-matce,  który  przebywa  obecnie  poza  polem  magnetycznym  Ziemi. 
Statek-matka napędzany jest innym rodzajem energii. Ma taki sam kształt jak ten, lecz jest dużo 
większy.  O  ile  dobrze  zrozumiałem  powiedział,  że  ma  średnicę  około 5  kilometrów.  Statek-matka 
mieści  w  sobie  wiele  mniejszych  pojazdów,  takich  jak  ten,  którym  tu  przylecieli,  a  także 
bezzałogowe  sondy,  które  służą  do  zbierania  informacji.  Są  napędzane  swego  rodzaju  napędem 
magnetycznym.  Kiedy  te  małe  pojazdy  poruszają  się  poza  atmosferą,  nie  mają  ograniczenia 
prędkości, poza tym są wolne od wpływu grawitacji, temperatury etc. Powiedział, że na pokładzie 
statku-matki  żyją  identycznie  jak  na  powierzchni  rodzinnej  planety.  Powiedział,  że  latają  wzdłuż 
“naturalnych  kanałów",  które  istnieją  w  całym  kosmosie.  Czynią  tak,  aby  uniknąć  wciągnięcia  w 
pola magnetyczne planet lub zderzenia z meteorytami bądź martwymi planetami. 

Na pytanie o środki obrony, jakimi dysponują, odrzekł, że potrafią dezintegrować wszystko, nawet 
z  dużej  odległości.  Powiedział,  abym  podniósł  kamień  leżący  dwa  metry  ode  mnie.  Gdy  go 
podniosłem, powiedział, żebym rzucił nim (ważył około kilograma) w kopułę statku. Obróciłem się 
dookoła,  aby  uzyskać  większą  siłę  wyrzutu  i  cisnąłem  nim  w  kopułę,  z  której  wystrzeliła  wiązka 
białoliliowego światła. Trafiony nią kamień rozprysł się z hukiem, lecz żaden jego okruch nie spadł 
na  ziemię.  POSŁANIE  Zapytałem  go,  dlaczego  nie  chcą  zostać  na  naszej  planecie  i  wspomóc  nas 
swoją  technologią,  a  także,  ile  czasu  upłynie,  zanim  osiągniemy  ich  poziom  technologiczny.  W 
odpowiedzi  dał  mi  do  zrozumienia,  że,  po  pierwsze,  nie  wolno  im  wtrącać  się  w  sprawy  rozwoju 
innych planet oraz że czas spędzony na naszej planecie powoduje u nich znacznie szybsze starzenie 
się.  Po  drugie,  stwierdził,  że  nigdy  nie  osiągniemy  ich  poziomu  ewolucyjnego,  ponieważ  skorupa 
naszej  planety  jest  zbyt  zmienna  i  w  najbliższej  przyszłości  nastąpi  przemieszczenie  naszych 
biegunów.  Proces  przemieszczania  biegunów  wywoła  na  Ziemi  wypiętrzenia,  które  zniszczą  80 
procent żywych istot, pozostawiając przy życiu garstkę rozbitków na nadającym się do zasiedlenia 
pasie  planety.  W  tym  momencie  zapytałem  go,  czy  wierzy  w  Boga.  Był  trochę  zdziwiony  tym 
pytaniem  i  dał  mi  do  zrozumienia,  że  w  rozumieniu  kosmicznym  wszystko  i  wszyscy  jesteśmy 
Bogiem, to znaczy my, przyroda, planety, skały, trawa – wszystko, co istnieje. Zapytałem go także, 
jak  umierają  i  jakiego  wieku  dożywają.  Odrzekł,  że  umierają,  gdy  ich  kosmiczna  energia  ulega 
wyczerpaniu,  oraz  że  żyją  sto  razy  dłużej  od  nas  biorąc  pod  uwagę  cykle  planetarne  Ziemi.  Po 
chwili robot przestał pracować. Cylinder zwęził się i zaczął posuwać się w kierunku środka pojazdu, 
skąd wystrzelił snop pomarańczowego światła, które spowiwszy robota, uniosło go do góry do jego 
wnętrza.  Zrozumiałem,  że  szykują  się  do  odlotu.  Zaraz  potem  istota  w  kopule  przesłała  mi  gest 
pożegnania. Przez cały czas naszej rozmowy obiekt otoczony był białym światłem, które nie rzucało 
cienia  i  nie  męczyło  wzroku.  Zapytałem  go  teraz,  czy  mógłby  mi  coś  dać.  Omówił,  twierdząc,  że 
byłoby to dla mnie szkodliwe.  

Byłem tak nim zafascynowany, że zapytałem, czy nie zabraliby mnie ze sobą, dodając, że jest mi 
wszystko jedno, czy kiedykolwiek wrócę, czy nie. Potem ogarnął mnie wielki smutek na myśl, że ich 
nigdy  więcej  nie  zobaczę,  i  wybuchnąłem  płaczem.  Ukląkłem  i  błagałem  go,  aby  zabrał  mnie  ze 
sobą; nawet próbowałem objąć go ramionami, ale za każdym razem byłem powstrzymywany. Dał 
mi znać, abym wstał. Jego oczy lśniły dziwnym blaskiem, który napełniał ciepłem całe moje ciało. 
Powiedział,  że  jestem  bardzo  odważny  i  że  miałem  podwójne  szczęście.  Raz  dlatego,  że  gdybym 
zbliżył  się  jeszcze  o  metr  do  statku,  to  znaczy  stanął  pod  nim,  zostałbym  zdezintegrowany.  Na 
szczęście  dzięki  kontroli  pierścienia  nie  pozwolili  rozszerzyć  się  wytwarzanemu  przezeń  polu 
magnetycznemu  poza  obrzeże  pojazdu.  Po  drugie  zaś  dlatego,  że  miałem  okazję  widzieć  ich  z 
bliska i rozmawiać z nimi. Jednak ani ja, ani nikt inny z Ziemi nie może przebywać razem z nimi, a 
tym  bardziej  podróżować  ich  statkiem  kosmicznym.  Po  tych  wyjaśnieniach  uniósł  rękę  do  góry 
pozdrawiając mnie tym samym gestem co na początku, po czym zostałem odrzucony daleko od ich 
statku  przez  jakąś  potężną  siłę,  zaś  wracająca  do  niego  istota  zniknęła  w  spowitym  jasnym 
światłem  pierścieniu.  Przebywająca  pod  kopułą  druga  istota  machała  do  mnie  swoimi  długimi 
rękoma. Jasne światło emanowane przez statek stopniowo ciemniało, zaś siła, która mnie odrzuciła, 

background image

nadal mnie odpychała, aż znalazłem się w odległości około 300 metrów, gdzie mogłem już poruszać 
się  swobodnie.  Światło  wydostające  się  z  kopuły  przybrało  barwę  fioletową,  podobnie  jak  cała 
zewnętrzna powłoka pojazdu, przechodząc chwilami w pomarańczową.  

W  tym  momencie  pojazd  wydał  dźwięk  podobny  do  odgłosu  piły  tarczowej  w  chwili  rozruchu, 
następnie wzniósł się na dwa lub trzy metry nad ziemię i schował kolejno swoje podpory. Fioletowe 
światło zaczęło stopniowo jaśnieć, aż przeszło w biel. Wówczas rozległ się ostry świst, który omal 
nie rozsadził mi głowy. Pojazd  zaczął  kołysać się na boki, jak gdyby przesyłając mi pożegnanie, i 
powoli wzniósł się na wysokość około 300 metrów, po czym z ogromną prędkością wystrzelił prosto 
w  górę  niknąc  w  ułamku  sekundy  z  pola  widzenia.  Czułem  się  jak  porażony  piorunem.  Ogarnęła 
mnie rozpacz, tak wielka, że aż z oczu pociekły mi łzy. Po raz pierwszy w życiu cały byłem zlany 
potem.  Powietrze  wydawało  się  ciepłe  i  kiedy  dotknąłem  ziemi,  poczułem,  że  ona  również.  Mgła 
rozwiała się. Było zupełnie ciemno, zaś jedynym źródłem światła były migoczące na niebie gwiazdy. 
Chciałem zapalić latarkę, ale nie działała, wobec czego musiałem wracać do swojego samochodu po 
omacku. Nie mogąc ochłonąć z wrażeń, jakich doznałem, ukłułem się szpilką, żeby sprawdzić, czy 
nie  śnię.  Po  niedługim  czasie  uspokoiłem  się,  wsiadłem  do  samochodu  i  przejechawszy  przez 
przełęcz Sella zatrzymałem się w dolinie Fassa przy hotelu mojej ciotki. Nazajutrz rano wykonałem 
szkice i rysunki przedstawiające to, co mi się przydarzyło. Usiłowałem również opowiedzieć o tym 
rodzinie, ale spotkał mnie z ich strony tylko śmiech i szyderstwa. Wtedy poszedłem z tą sprawą do, 
jak sądziłem, poważniejszych ludzi, ale ich reakcja była, delikatnie mówiąc, niezbyt zachęcająca, w 
związku  z  czym  postanowiłem  nikomu  więcej  o  tym  nie  mówić.  Zaraz  potem napisałem  do  córki, 
która  wyszła  za  mąż  za  Amerykanina  i  mieszka  w  Kalifornii,  i  poprosiłem  ją,  aby  skontaktowała 
mnie z osobami, które interesują się zjawiskiem UFO.  

Dwadzieścia  dni  po  tym  zdarzeniu  pojechałem  z  powrotem  w  tamto  miejsce,  aby  zrobić  zdjęcia 
śladów  pozostawionych  przez  ciężki  pojazd  (ślady  te  są  widoczne  do  dziś).  Co  ciekawe,  trawa 
rosnąca w miejscu, nad którym usytuowany był otwór w statku, z którego wychodził snop światła, 
urosła  trzy  razy  wyżej  od  trawy  obok.  Za  pomocą  śrubokręta  wykopałem  razem  z  korzeniami  i 
ziemią kilka jej kępek i włożyłem do nylonowego woreczka, aby zabrać je ze sobą do Ameryki. Dwa 
dni  potem  poleciałem  do  Kalifornii.  Na  lotnisku  w  San  Francisco  urzędnik  otworzył  moje  bagaże, 
sprawdził  mój  paszport  i  powiedział  ze  współczuciem:  “Och,  pan  jest  Włochem,  emigrantem?” 
Wyjaśniłem  mu  najlepiej, jak  potrafiłem,  że  nie  jestem  emigrantem  i  chcę  spędzić  urlop  z  córką, 
która jest żoną jednego z dyrektorów linii lotniczych Pan American. Urzędnik z miejsca zmienił ton i 
bardzo  grzecznie  zapytał,  czy  rośliny  w  woreczku  to  marihuana.  Odpowiedziałem,  że  nie,  że  to 
chryzantemy, które pragnę posadzić na grobie teścia mojej córki. Odrzekł: “Okay”  – i puścił mnie 
nie zabierając roślin do analizy. Przybywszy do Sacramento, pojechałem do córki, aby wziąć od niej 
kopie szkiców i rysunków, które wcześniej jej wysłałem, po czym spędziłem cały ranek na pisaniu 
listów do organizacji, których adresy zaczerpnąłem z publikacji na temat UFO. Nie otrzymawszy ani 
jednej odpowiedzi po raz kolejny postanowiłem zachować to przeżycie wyłącznie dla siebie. Od tego 
czasu zacząłem interesować się zjawiskiem UFO i często śmiałem się czytając artykuły propagujące 
kompletne bzdury. Wydaje mi się, że niewiele z nich zawierało prawdę. Po przemyśleniu całej tej 
sprawy muszę dodać, że jedynym efektem tego bliskiego spotkania było to, że mój zegarek zaczął 
późnić się dwie godziny na dobę. Zaniosłem go do zegarmistrza, ale nie udało mu się go naprawić, i 
musiałem kupić nowy.  

Przez około miesiąc czułem się bardzo zmęczony i wypadło mi dużo włosów. Leczyłem się świeżym 
miodem, kawą, żółtkami jaj i koniakiem – preparatem, którego przyrządzania nauczyła mnie moja 
babcia.  Kupiłem  również  pigułki  czosnkowe  i  brałem  je  trzy  razy  dziennie  po  dwie.  Po  niespełna 
dwóch  miesiącach  odzyskałem  dobrą  formę  i  zaczęły  odrastać  mi  włosy.  Zaraz  po  tym  przeżyciu 
kupiłem  lornetkę,  aparat  fotograficzny  oraz  kamerę  filmową,  mając  nadzieję,  że  być  może  będę 
miał jeszcze raz szczęście zobaczyć UFO i być może sfotografować je, a nawet sfilmować. Niestety, 
jak dotąd nie udało mi się to. Przeżycie to zmieniło bardzo mój charakter i wywarło głęboki wpływ 
na  mój  stosunek  do  religii  i  polityki.  Zdałem  sobie  sprawę,  że  my,  ludzie,  nadal  jesteśmy  bardzo 
prymitywni i mamy, jak powiedziała tamta istota, zwierzęce inklinacje.  

źródło

http://www.paranormalne.pl/index.php?showtopic=1058