background image

Dornberg Michaela 

 
 

Lena ze Słonecznego 

Wzgórza 14 

 
 
 

Niespodzianka

background image

W poprzednich tomach 
 
Lena pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny. Fahrenbachowie 

jednak tylko wydają się szczęśliwi. Matka dawno odeszła do 
innego  mężczyzny,  a  ojciec  właśnie  zmarł,  zostawiając  duży 
majątek.  Lena  ma  troje  rodzeństwa:  dwóch  braci,  Friedera  i 
]6rga, i  siostrę Grit. Wszyscy mają  już swoje rodziny. Mona 
jest żoną Friedera - odziedziczyli po ojcu dobrze prosperującą 
hurtownię  win.  Jórg  z  żoną  Doris  otrzymali  w  spadku 
wyremontowany  zamek  Dorleac  we  Francji  wraz  z 
przyległymi winnicami. Grit i jej mąż Holger dostali willę w 
mieście.  Lenie  przypadła  w  udziale  posiadłość  Słoneczne 
Wzgórze  w  miejscowości  Fahrenbach,  na  pierwszy  rzut  oka 
najmniej  intratna  część  spadku.  Za  dwa  lata  rodzina  ma  się 
ponownie  zebrać,  żeby  poznać  decyzje  w  sprawie  reszty 
majątku. 

Ze  wszystkich  obdarowanych  tylko  Lena  pozostaje  wierna 

tradycji  i  nie  sprzedaje  swojego  majątku.  Nie  zamierza 
dokonywać  także  żadnych  poważnych  rewolucji.  Tak  jak 
ojciec  planuje  się  zajmować  dystrybucją  alkoholi  i  dbać  o 
Słoneczne Wzgórze, żeby nie popadło w ruinę. Przeprowadza 
się  do  posiadłości  i  rozpoczyna  prace  remontowe  -  w 
przyległych do domu budynkach zamierza otworzyć pensjonat. 
Tymczasem  jej  rodzeństwo  podejmuje  kolejne  nieudane 
decyzje  finansowe.  Frieder  unowocześnia  hurtownię  i 
rezygnuje z dotychczasowych dostawców, ponosząc ogromne 
straty. Jórg wycofuje się z branży alkoholowej, a nowy pomysł 
na  agencję  eventową  pogrąża  go  finansowo.  Grit  sprzedaje 
willę, a uzyskane w ten sposób pieniądze inwestuje w siebie. 

Otrzymany spadek wydaje się całkowicie zmieniać kochającą 

się do tej pory rodzinę. Rozpada się związek Friedera i Mony, 
którzy  zaczynają  zaniedbywać  także  swojego  syna,  Linusa. 
Chłopiec  próbuje  popełnić  samobójstwo.  Jego  ojciec  wydaje 

background image

się jednak zupełnie tym nie przejmować. Ma nową, młodszą od 
żony  kobietę  i  wiedzie  dostatnie  życie,  w  którym  nie  ma 
miejsca  dla  rodziny.  Doris,  stęskniona  za  domem  i 
wyniszczona  nałogiem  alkoholowym  odchodzi  od  Jórga,  by 
zacząć  szczęśliwy  związek  z  innym  mężczyzną.  Małżeństwo 
Grit i Holgera też się nie układa. Holger ma dość rozrzutnej i 
egzaltowanej  żony,  która  zupełnie  zaniedbuje  dom  i  dzieci, 
Merit i Nielsa. Dlatego wyjeżdża do Kanady w nadziei, że żona 
wreszcie  się  opamięta.  Grit  jednak  nie  ma  najmniejszego 
zamiaru  rezygnować  z  atrakcyjnego  kochanka  i  wracać  do 
nudnego rodzinnego życia. Lena jako jedyna z Fahrenbachów 
nie porzuca dotychczasowych wartości, często odwiedza grób 
ojca i za żadne skarby nie zamierza sprzedawać ziemi, która od 
pokoleń należy do rodziny. W ten sposób zraża do siebie Frie-
dera, który stojąc  przed widmem bankructwa, liczy na  to, że 
ona odstąpi mu część odziedziczonych przez siebie gruntów. 

background image

Jeśli natomiast chodzi o samą Lenę... 
 
Jej największym, a wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest 

ślub  z  Thomasem,  miłością  jej  życia,  która  wbrew 
przeciwnościom  losu  znów  ich  odnalazła.  Jednak  mimo 
ciągłych  obietnic  i  zapewnień  deklarujący  wielkie  uczucie 
Thomas  wciąż  odkłada  kolejne  wizyty  na  Słonecznym 
Wzgórzu  i  nie  chce  rozmawiać  o  swojej  aktualnej  sytuacji 
życiowej. Zakochana Lena obdarza go zaufaniem i wierzy, że 
w  Ameryce,  gdzie  mieszka  na  stałe,  pozostaje  jej  wierny. 
Swoje  życie  zamienia  w  czekanie  na  kolejny  telefon  od 
ukochanego i najmniejszy choćby dowód miłości. W czekaniu 
pomaga  jej  wytrwać  piękna  bransoletka  z  romantycznym 
napisem LOVE FOREVER - dowód miłości od Thomasa. Gdy 
jednak  ten  odwodzi  Lenę  od  pomysłu  odwiedzenia  go  w 
Ameryce,  dziewczyna  zaczyna  coraz  bardziej  wątpić  w  jego 
miłość. Przyczynia się do tego także pojawienie się Jana van 
Dahlena,  dziennikarza,  który  bez  pamięci  zakochuje  się  w 
ślicznej Lenie. Jego pocałunek wpędza ją w wyrzuty sumienia, 
ale nie zniechęca do walki o związek z Thomasem. Wolny czas 
Lena  poświęca  na  ciężką  pracę,  która  pozwala  jej  w  końcu 
zaistnieć w branży alkoholowej. Odnosi coraz większe sukcesy 
i  podpisuje  kontrakty  z  kolejnymi  dystrybutorami.  Część 
odremontowanej posiadłości zamienia w pensjonat. Ma nawet 
pierwszych gości - doktor von Orthen, która okazuje się byłą 
narzeczoną jej zmarłego ojca, i znaną aktorkę Isabelle Wood. 
Stara  się  również  dbać  o  mieszkańców  posesji,  którzy 
otrzymali  od  zmarłego  gospodarza  prawo  dożywotniego 
zamieszkiwania. Nie jest to trudne, bo bardzo ich kocha. To oni 
po śmierci ojca stali się jej najbliższą rodziną. Nicola, Daniel i 
Aleks też starają się jej pomagać tak, jak tylko potrafią. Nicola 
zajmuje się kuchnią, Daniel odnawia posiadłość, a Aleks po-
maga  w  kwestii  kontraktów  z  dystrybutorami  alkoholi.  Lena 

background image

umie  się  odwdzięczyć.  Obiecała  sobie,  że  odnajdzie  córkę 
Nicoli, którą ta przed laty, z powodu braku środków do życia, 
oddała do adopcji. Wydaje się, że właśnie wpadła na właściwy 
trop. 

Jej najbliżsi przyjaciele z Fahrenbach, Sylvia i Martin, wrócili 

z  podróży  poślubnej.  Lena  ich  uwielbia  i  życzy  im  jak 
najlepiej, ale intuicja podpowiada jej, że coś złego czyha na ich 
związek.  Wciąż  poszukuje  także  receptury  Fahrenbachówki, 
likieru, którego skład był znany jedynie jej ojcu. Tymczasem 
Aleks  informuje  Lenę  o  dziwacznym  odkryciu.  W  starej 
skrzyni 

znajduje 

kilka 

obrazów, 

które  wydają  się 

bezwartościowymi bohomazami. Lena jest jednak całkowicie 
pochłonięta  problemami  rodzinnymi,  do  których  straciła  już 
dystans. 

background image

Lena wyszła z kąpieli i szykowała się do snu. Wytarła się do 

sucha i nasmarowała balsamem. Umyła zęby, nałożyła krem na 
twarz i wskoczyła w piżamę. 

O  myciu  i  szorowaniu  zębów  nigdy  nie  zapominała,  ale 

smarowanie  się  kremami  nie  było  jej  najmocniejszą  stroną. 
Czasem o tym zapominała. Nie wielbiła swojego ciała jak jej 
siostra  Grit  czy  tym  bardziej  bratowa  Mona.  Grit  używała 
zawsze  najdroższych  kosmetyków.  Botoks  też  był  niemal  na 
porządku  dziennym,  a  odkąd  związała  się  z  tym  młodym 
kochasiem,  chirurg  plastyczny  poprawił  jej  już  kilka 
niedoskonałości.  Ale  to  nic  w  porównaniu  z  Moną.  Ta  to 
prawdziwy  skład  części  zamiennych!  Poprawiła  sobie  chyba 
wszystko, co mogła, zoperowała, co tylko dało się zoperować. 
Nic jej to nie pomogło. W oczach Leny wyglądała potwornie, 
Friedera też nie zatrzymała 

 

background image

przy  sobie.  Rozglądał  się  za  innymi,  wprawdzie  w  typie 

Mony,  ale  dużo  młodszymi.  Kiedyś  widziała  go  z  kobietą, 
której piersi z pewnością były dziełem chirurga plastycznego. 

Lena nigdy nie zrozumie, dlaczego kobiety dobrowolnie tak 

się krzywdzą. 

Poszła  do  sypialni.  Podsunęła  pod  plecy  dwie  poduszki, 

ułożyła  się  wygodnie  i  sięgnęła  po  książkę  leżącą  na  nocnej 
szafce. 

Przeczytała może dwie, trzy strony, kiedy rozległ się dzwonek 

do drzwi. 

Kto to może być? Nie spodziewała się żadnej wizyty, nie było 

też gości w czworakach. 

Wstała  i  zeszła  na  dół.  Zatrzymała  się  pod  drzwiami  i 

nasłuchiwała  przez  moment.  Nic  nie  słyszała.  Zwykle  bez 
zastanowienia  otwierała  drzwi,  ale  od  napadu  zrobiła  się 
ostrożniej sza. Przestępczość nie znała granic. 

- Kto tam? - zapytała. 
- To ja, Doris - odezwała się bratowa. Doris? To niemożliwe. 

Przecież jest w drodze 

do Nowej Zelandii! 
- Doris? - powtórzyła. 
- Tak, wpuść mnie, Leno. Nie zabrałam ze sobą kluczy. 
 

background image

Kiedy otwierała drzwi, drżała jej ręka. Co to ma znaczyć? 
Doris  weszła  do  środka.  Odstawiła  plecak,  wzruszyła 

ramionami i powiedziała: 

- Wróciłam. 
Lena wpatrywała się w bratową, jakby zobaczyła ducha. Ale 

to nie był duch, tylko żywa Doris. 

- Doris... ty... ja - jąkała się. 
- To naprawdę ja - powiedziała Doris i zamknęła drzwi. 
- Możesz mi wyjaśnić... 
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię - obiecała Doris. - Ale najpierw 

muszę się napić wody. Zaraz umrę z pragnienia. 

Poszła do kuchni, a Lena wciąż stała na środku przedpokoju i 

wpatrywała  się  w  plecak  ciśnięty  w  kąt.  To  przecież  plecak 
Doris.  Ona  naprawdę  wróciła.  To  żadna  zjawa  czy 
przywidzenie. 

Lena poszła za bratową do kuchni. 
Doris nalała sobie dużą szklankę wody i łapczywie ją wypiła. 
- Doris... 
Lena wciąż nie mogła pojąć, jak to się stało. Nagle Doris się 

roześmiała, ale za chwilę spoważniała. 

background image

- Leno, to naprawdę ja... Rozmyśliłam się i nie poleciałam. 
Lena osunęła się na krzesło. Doris też usiadła. 
-  Dlaczego?  Przecież  chciałaś  podróżować  z  Jórgiem  po 

Nowej Zelandii. 

-  Tak,  ale  to  byłaby  moja  kolejna  ucieczka.  Jak  zawsze.  A 

przecież  nie  można  uciec  przed  samym  sobą.  Ciągle 
uciekałam,  zawsze  do  innego  mężczyzny.  Definiowałam  się 
przez mężczyznę, z którym akurat byłam. 

Napiła się jeszcze trochę wody i  wolnym ruchem odstawiła 

szklankę. 

-  Kiedy  trzymałam  bilet  i  stałam  w  kolejce  razem  z  innymi 

podróżującymi  do  Auckland,  byłam  tak  szczęśliwa,  że 
chciałam wszystkich uściskać. Ale im bliżej byłam odprawy, 
tym  mniej  miałam  pewności,  że  tego  naprawdę  chcę.  Kiedy 
wreszcie przyszła moja kolej, nie byłam w stanie podać biletu. 
Zrozumiałam, że to niewłaściwy ruch. 

- Nie rozumiem... 
- Leno, sama powiedziałaś, że z Jórgiem to nie potrwa długo, 

że  znowu  będę  emocjonalnie  roztrzęsiona...  Kocham  go, 
naprawdę... To znaczy, tak mi się wydaje... Ale wspólne życie 
z nim miałoby sens dopiero po wizycie w poradni małżeńskiej. 

background image

Teraz  powtarzalibyśmy  stare  błędy,  a  to  przecież  one 

doprowadziły do rozstania. 

- Brzmi rozsądnie. Doris, ale Jórg stoi teraz gdzieś na lotnisku 

i czeka na ciebie. 

Doris zaśmiała się. 
-  Nie,  gdybym  poleciała,  to  jeszcze  siedziałabym  w 

samolocie.  Lot  do  Nowej  Zelandii  jest  bardzo  długi...  Nie 
martw się. Zadzwoniłam do Jórga. Zrozumiał. Miałam nawet 
wrażenie, że trochę mu to na rękę, że euforia podróżowania ze 
mną  już  mu  przeszła.  Powiedział,  że  mam  zwrócić  bilet  i 
zatrzymać  pieniądze...  Już  to  zrobiłam  i  jestem  bogatsza  o 
cztery  tysiące  trzysta  dwadzieścia  euro  i  osiemdziesiąt  sześć 
centów. 

Lena  przyniosła  sobie  butelkę  z  wodą.  Nalała  trochę  do 

szklanki i spojrzała na bratową. 

- Ty też? 
Doris pokiwała głową. Lena nalała jej wody. 
- Markus się ucieszy - powiedziała. Doris pokręciła głową. 
- Nie sądzę. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? 
-  Najpierw  muszę  się  dowiedzieć,  kim  naprawdę  jestem  i 

czego właściwie chcę. Gdybym to 

 

background image

wiedziała,  nie  byłoby  tego  całego  zamieszania,  Jórg  nie 

zawróciłby  mi  w  głowie,  a  Markus  byłby  zwycięzcą.  Do  tej 
pory zachowywałam się jak niedojrzała panienka. Myślałam: 
nowy mężczyzna, nowe życie... A to wcale nie jest takie proste. 
Człowiek ciągnie za sobą stare problemy, z którymi się jeszcze 
nie uporał. Najpierw muszę zrobić rozrachunek z przeszłością i 
zakończyć  wszystkie  sprawy,  a  potem  mogę  szukać  nowego 
związku. 

Jej słowa brzmiały bardzo rozsądnie. Oby Doris wytrwała w 

tym postanowieniu. Zawsze miała dobre zamiary, ale realizacja 
jej planów zwykle nie dochodziła do skutku. 

-1 co teraz? 
-  Porozmawiam  z  Markusem  i  powiem,  że  potrzebuję 

przerwy...  Wiesz,  Leno,  jego  też  kocham,  naprawdę.  Ale 
najpierw  chcę...  dorosnąć.  Chcę  zupełnie  świadomie 
przeżywać  ten  związek.  Jeśli  Markus  się  zgodzi,  możemy 
malutkimi  kroczkami  zbliżać  się  do  siebie,  ale  zgodnie  z 
mottem - małżeństwo niewykluczone, a nie jak było do tej pory 
-  małżeństwo  ustalone.  W  pewnym  sensie  szaleństwem  było 
planować ślub, nie mając jeszcze papierów rozwodowych. Jeśli 
Markus  się  zgodzi  na  moją  propozycję,  możemy  się  dalej 
spotykać. 

 

background image

Lena  patrzyła  na  bratową  i  nie  mogła  się  nadziwić.  To 

rozumowanie  też  brzmiało  rozsądnie.  Oby  tylko  zostało 
urzeczywistnione. Faktycznie między nią a Markusem sprawy 
działy  się  jakoś  za  szybko.  Zapatrzyli  się  w  siebie  i  od  razu 
snuli plany małżeńskie, chociaż nie zdążyli się jeszcze poznać. 
Dobrze się razem bawili, ale zapomnieli, że życie nie polega 
jedynie  na  zabawie,  że  poza  nią  jest  zwykła,  szara 
rzeczywistość. 

- Na pewno jest dla was szansa. Nadal uważam, że świetnie do 

siebie  pasujecie,  ale  z  pewnością  będzie  lepiej,  gdy  się 
przekonacie,  czy  w  codziennym  życiu  też  stanowicie  taką 
zgraną parę. 

Doris pokiwała głową. 
-  Później...  Teraz  chciałabym  pobyć  sama.  Muszę  dojść  do 

ładu ze sobą... Wyprowadzę się stąd. Na szczęście mam jeszcze 
prawie  dwadzieścia  tysięcy,  które  przysłał  mi  Jörg,  do  tego 
pieniądze za bilet... Poszukam pracy... Normalnej pracy, takiej, 
w której będę pracować jak zwyczajni ludzie - od poniedziałku 
do piątku, od rana do wieczora. 

-  Tu  też  możesz  tak  pracować.  Mogę  ci  dać  etat  w  firmie. 

Mieszkanie  masz  za  darmo.  Sylvia  też  miałaby  dla  ciebie 
pracę. Niedługo bliźnięta przyjdą na świat i nie będzie mogła 
tyle pracować co teraz. 

background image

- To wszystko brzmi doskonale, ale niech to będzie opcja na 

potem.  Muszę  się  nauczyć  odpowiedzialności,  pod  każdym 
względem.  Skąd  wziąć  na  czynsz,  jakie  zrobić  zakupy,  co 
ugotować... Tu mam idealne warunki. Za nic nie płacę, siadam 
do nakrytego i zastawionego stołu, jeśli chcę, mam samochód 
do dyspozycji. Za to wszystko jestem ci wdzięczna, Leno, ale 
to mi nie pomoże. Muszę się nauczyć żyć na własny rachunek i 
nauczyć się niezależności. 

Doris doszła do tych wniosków w tak krótkim czasie? 
- Pewnie myślisz, że to jeden z moich szalonych pomysłów. 

Nie. Coś we mnie pękło. Zdaję sobie sprawę, że w moim życiu 
wiele rzeczy poszło nie tak. Teraz muszę spróbować odnaleźć 
swoją  drogę.  Nie  będzie  to  łatwe,  chociażby  w  kwestii 
zawodowej. Odkąd wyszłam za mąż, byłam tylko panią domu, 
a  przed  ślubem  też  nie  miałam  jakichś  szczególnych 
kwalifikacji.  Wprawdzie  z  zawodu  jestem  sekretarką,  ale 
uczyłam się tego wieki temu. W tym czasie wszystko poszło do 
przodu, nawet technika. 

-  Doris,  nie  spiesz  się,  przed  nikim  nie  uciekasz.  Jeśli 

naprawdę chcesz pracować zawodowo, 

 

background image

pomogę ci. Porozmawiam z moimi dostawcami. Przyszedł mi 

teraz do głowy Brodersen. On na pewno nam pomoże. 

- Byłoby fantastycznie. Dziękuję ci za wyrozumiałość i za to, 

że nie posłałaś mnie jeszcze do diabła. Sprawiłam ci już tyle 
problemów. Ktoś inny już dawno by mnie przegnał. 

Lena machnęła ręką. 
- Doris, lubię cię i zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Szczerze 

mówiąc, cieszę się, że nie poleciałaś. To by się nie udało. 

-  Ty  wiedziałaś  to  od  początku,  ja  na  szczęście  w  porę  się 

opamiętałam. Wiesz, Leno, to wspaniałe uczucie wiedzieć, że 
twoje  drzwi  zawsze  stoją  dla  mnie  otworem.  Myślę,  że  ta 
świadomość  bardzo  mi  pomogła i  nabrałam pewności siebie. 
Jesteś moją przystanią... Dziękuję. 

- Doris, przyjaciele sobie pomagają. Przecież to oczywiste. 
-  Dla  ciebie  tak,  bo  jesteś  dobra...  Jutro  porozmawiam  z 

Markusem.  Jest  wartościowym  człowiekiem.  Zasłużył  na 
kobietę, która pokocha go całym sercem i zawsze będzie przy 
nim, a nie taką, która łamie się przy najmniejszym powiewie 
wiatru. 

background image

- Doris, nie doceniasz siebie. Jestem pewna, że nie złamałaby 

cię  nawet  potężna  burza.  Ale  cieszę  się,  że  tak  mówisz  i  że 
wróciłaś...  Przynajmniej  na  jakiś  czas  -  dodała,  kiedy 
zobaczyła wyraz twarzy bratowej. 

Rozmawiały  jeszcze  chwilę  o  różnych  sprawach.  Kiedy 

godzinę później Lena wróciła do sypialni, padła na łóżko jak 
nieżywa. 

Co  za  dzień!  A  jakie  nieoczekiwane  zakończenie!  Doris 

znowu  jest  w  posiadłości.  Tego  się  nie  spodziewała.  Ale 
naprawdę szczerze się cieszyła, że tak wyszło. 

background image

Kolejne  dni  minęły  błyskawicznie.  Nie  spełniło  się  jej 

życzenie, żeby zadzwonił Richard Bellert i poinformował ją o 
przyznaniu  licencji.  Im  więcej  mijało  czasu,  tym  mniej 
prawdopodobne  było  dla  Leny,  że  sprawa  będzie  miała 
pomyślne zakończenie. 

Na  szczęście  inna  sprawa  przybrała  pomyślny  obrót.  Pan 

Brodersen,  wieloletni  partner  w  interesach  ojca  Leny,  który 
jako  pierwszy  powierzył  jej  dystrybucję  swoich  produktów  i 
polecał ją innym, od razu zgodził się zatrudnić Doris. Nie robił 
tego  tylko  po  to,  żeby  wyświadczyć  Lenie  przysługę. 
Naprawdę  potrzebował  nowego  pracownika,  bo  kobieta 
zatrudniona  w  centrali  telefonicznej  poszła  na  urlop 
macierzyński. 

Doris  od  razu  do  niego  pojechała.  Obawiała  się,  że  pan 

Brodersen  się  rozmyśli.  Na  początku  miała  zamieszkać  w 
pensjonacie,    a potem 

 

background image

niewykluczone,  że  wprowadzi  się  do  jednego  z 

umeblowanych apartamentów należących do firmy, które pan 
Brodersen  miał  dla  praktykantów  i  gości.  Rozmowa  z 
Markusem też poszła dobrze. Uszczęśliwiło go to, że Doris nie 
poleciała do Nowej Zelandii. Był gotów na nią zaczekać, a w 
tym  samym  czasie  małymi  kroczkami  zbliżyć  się  do  niej. 
Nowy początek. Markus też zrozumiał, że sprawy między nimi 
potoczyły  się  za  szybko.  Kochał  Doris  i  był  przekonany,  że 
kiedyś się pobiorą. Będzie na nią czekać. 

Lena  była  zadowolona  z  takiego  obrotu  sprawy.  Widocznie 

tak musiało być, a dobrze się stało, że obeszło się bez wielkich 
komplikacji. 

Z  Nicolą  w  ogóle  nie  dało  się  rozmawiać.  Całymi  dniami 

szyła,  robiła  na  drutach  i  haftowała.  Miała  teraz  podwójny 
stres.  Musiała  przygotować  rzeczy  nie  tylko  dla  Merit,  lecz 
również dla małej Amalii, której będzie matką chrzestną. 

Lena miała czasem wyrzuty sumienia. Ona też zostanie matką 

chrzestną, z  czego bardzo  się  cieszyła, ale nie dotrzymywała 
kroku Nicoli. 

Nicola,  wprawdzie  dyplomatycznie,  ale  wyprosiła  Lenę  z 

pokoju,  żeby  jej  nie  przeszkadzała.  Lena  poszła  do  szopy, 
gdzie Aleks w oddzielnym 

background image

i ogrzewanym pomieszczeniu zajmował się renowacją mebli. 

Poznosił je z budynków, z których nie korzystali. Niektóre były 
naprawdę ładne. Aleks był prawdziwym artystą. 

Lena oddała mu też do renowacji krzesła z jadalni. Należały 

jeszcze  do  jej  prababci,  która  wniosła  je  do  posiadłości  w 
posagu. 

Jak dla Leny, były całkiem w porządku, ale Aleks uparł się, 

żeby je odnowić i wymienić obicia. To też umiał zrobić. Był 
zagorzałym majsterkowiczem. Wszystko robił genialnie. 

Kiedy  Lena  weszła  do  jego  pracowni,  Aleks  odłożył 

narzędzia. 

- Cześć - powiedziała.   
-  Dzień  dobry,  Leno...  Przyszłaś  zobaczyć  krzesła?  Dwa  są 

już gotowe. Pracuję teraz nad trzecim. Chodź, pokażę ci. 

Pociągnął  ją  w  stronę  okna  i  zdjął  biały  materiał 

przykrywający krzesła. 

Lena wstrzymała oddech. 
Widok odrestaurowanych mebli zaparł jej dech w piersiach. 
- Mój Boże, Aleks! Są cudowne... Aż trudno uwierzyć, że to 

stare  krzesła.  Tak  się  cieszę,  że  wybraliśmy  na  obicia  ten 
stonowany brąz. Wygląda 

 

background image

tak szlachetnie... Dziękuję! - krzyknęła i rzuciła się Aleksowi 

na szyję. 

Zmieszał się, ale widać było, że cieszy go ta pochwała. Siłą 

rzeczy  Lena  miała  więcej  do czynienia  z  Danielem  i  Nicolą. 
Aleks wolał pracować w ciszy i spokoju, z daleka od ludzi. 

- Cieszę się, że ci się podobają. Mnie też przypadły do gustu... 

Teraz pracuję nad trzecim krzesłem. Potem zajmę się komodą 
do apartamentu numer sześć. Bardziej pasuje do niego niż na 
korytarz.  Jest  większa.  Tę  mniejszą  z  szóstki  przestawmy  na 
korytarz  na  piętrze.  Kiedy  skończę  z  komodą,  zajmę  się 
kolejnymi trzema krzesłami od ciebie. 

- Aleks, z krzesłami nie ma pośpiechu. I tak najczęściej jem u 

was albo siedzę u siebie w kuchni. Zresztą jedzenie w kuchni 
smakuje  najlepiej.  A  jak  przyjedzie  Holger  z  dziećmi  i  być 
może moja siostra, ale uwierzę w to dopiero, gdy ją zobaczę, to 
będą  musieli  się  zadowolić  krzesłami,  które  teraz  stoją  w 
jadalni. Też są ładne. 

-  To  prawda,  ale  po  renowacji  będą  jeszcze  ładniejsze. 

Odziedziczyłaś  po  rodzinie  wspaniałe  meble.  Handlarze 
antykami wyrywaliby je sobie z rąk. 

 

background image

- Nie mam zamiaru ich oddać. Zresztą będziemy potrzebować 

mebli  do  kolejnych  apartamentów.  Może  moje  dzieci, 
siostrzenica, siostrzeniec i bratanek będą jakieś chcieli. Mojego 
rodzeństwa nimi nie zachwycę. Wszystkie stare meble zamie-
nili  na  designerskie.  Nawet  w  hurtowni  wszystko  jest 
nowoczesne. 

- Kiedyś wreszcie zmądrzeją i będą tęsknić za tym, co mieli i 

czego  się  tak  bezsensownie  pozbyli.  Nie  wolno  lekceważyć 
tradycji. Co dzisiaj jest nowoczesne, jutro idzie w niepamięć. 
Meble  twoich  przodków  są  czymś  wyjątkowym  i  nigdy  nie 
stracą  na  wartości,  wręcz  przeciwnie,  ich  wartość  rośnie  z 
każdym dniem. Dzisiaj nie produkuje się już takich mebli. 

- Nie jestem pewna, czy Frieder i Grit to zrozumieją, ale co 

mnie  to  obchodzi.  Kocham  wszystko,  co  odziedziczyłam,  i 
czuję się z tym dobrze. Niektóre z tych mebli można połączyć z 
nowymi. Taka mieszanka stylów ma swój urok. 

- Cokolwiek zrobisz, będzie dobrze. Twój dom już wcześniej 

był piękny, ale ty zrobiłaś z niego coś wyjątkowego. 

- No co ty? Nie zrobiłam nic wielkiego. Zajęłam się jedynie 

kilkoma pomieszczeniami. 

 

background image

-  Zmiany  widać  gołym  okiem.  Chodź,  coś  ci  pokażę. 

Zrobiłem już witrynkę, którą chciałaś do siebie wstawić. 

Lena poszła za Aleksem. Po raz drugi nie mogła się nadziwić 

jego umiejętnościom. 

- Aleks! Witryna wygląda jak marzenie! - zachwycała się. 
Miała ochotę rzucić się mu na szyję. 
Witryna stała do tej pory w rogu jednego z pomieszczeń. Była 

dość mocno zniszczona i gdyby to od Leny zależało pewnie by 
ją wyrzuciła, chociaż niełatwo pozbywała się starych rzeczy. 

Gdyby  nie  Aleks,  witryna  już  dawno  by  wylądowała  w 

śmieciach. 

-  Rzeczywiście  wygląda  teraz  nieźle,  ale  jej  urok  widać  już 

było przedtem... No, to właśnie chciałem ci pokazać... Wracam 
do pracy, nie wolno marnować czasu, który dał nam Bóg. 

Lena  nie  wytrzymała.  Musiała  go  jeszcze  raz  uściskać,  czy 

mu się to podoba, czy nie. Jakoś to przeżyje. 

- Aleks, myślę, że Bóg nie miałby nic przeciwko, gdybyś od 

czasu do czasu poleniuchował. 

-  Kto  się  nie  rusza,  ten  rdzewieje  -  mruknął  pod  nosem  w 

odpowiedzi. 

 

background image

Lena  o  mało  się  nie  roześmiała.  Przecież  to  Nicola,  żona 

Aleksa,  na  wszystko  ma  jakieś  powiedzonko!  No  cóż,  kto  z 
kim przestaje, takim się staje. 

-  Już  idę  -  powiedziała.  -  Jeszcze  raz  dziękuję.  Zginęłabym 

bez ciebie i to nie tylko w przypadku mebli. Jesteś naprawdę 
niesamowity. Nie ma rzeczy, której byś nie umiał zrobić. Masz 
wrodzony talent. 

- Możesz już stąd wyjść? Chcesz, żebym zrobił się próżny? 
-  Tylko  głupcy  są  próżni,  ale  ty...  Ty  jesteś  skarbem, 

cudownym człowiekiem. Już mnie nie ma - zawołała w progu i 
wybiegła. 

background image

Kiedy  przyszła  do  destylarni,  Daniel  rzucił  na  .ziemię 

kartony, które właśnie poskładał. 

-  Leno,  odezwij  się  do  Bellerta.  Dzwoniła  jego  sekretarka. 

Zapisałem  jego  numer.  Na  pewno  chce  z  nami  podpisać 
kontrakt. 

Lena nie podzielała jego zdania. 
-  Gdyby chciał podpisać  kontrakt,  sam  by zadzwonił.  Znam 

go  od  dawna.  Był  przecież  przyjacielem  taty.  Nie,  to  nie  to. 
Sekretarka,  mówisz...  To  zły  znak...  Pewnie  jest  mu 
niezręcznie osobiście przekazać odmowę. 

- Była bardzo miła. 
- One już takie są, no może poza sekretarkami Friedera. Te są 

kapryśne  i  rozpuszczone,  zachowują  się  tak,  jakby  do  nich 
należała  hurtownia.  Musisz  się  umówić  na  audiencję,  żeby 
cokolwiek załatwić. 

- Chyba masz zły dzień. Jesteś taka marudna. 
 

background image

-  Marudna?  Nie,  po  prostu  trzeźwo  patrzę  na  świat.  Ale 

dobrze, zadzwonimy. 

A jednak  była trochę podenerwowana. Wprawdzie jej życie 

nie  zależy  od  zgody  czy  odmowy  Bellerta,  ale  fajnie  byłoby 
mieć  jego  licencję.  Utrzymanie  posiadłości  pochłania  dużo 
pieniędzy. Dzięki  prowizjom i wpływom z  czworaków jakoś 
sobie  dają  radę,  ale  nie  da  się  nic  odłożyć.  Większe  lub 
nieprzewidziane wydatki byłyby nie lada problemem. 

Za nic w świecie nie może doprowadzić do sytuacji, że będzie 

zmuszona sprzedać ziemię. Jeszcze nikt z Fahrenbachów nigdy 
nie sprzedał ani kawałka. Ona miałaby zapoczątkować tę nie-
chlubną tradycję? Nigdy! 

Wykręciła numer, który podyktował jej Daniel. 
Zgłosiła się niejaka pani Körber, bardzo miła i uprzejma. 
- Świetnie, że pani oddzwoniła, pani Fahrenbach. Pan Bellert 

chciałby panią odwiedzić i prosił mnie o ustalenie terminu. 

Lena czuła, że serce zaczyna jej mocniej bić. 
Nie liczyła na spotkanie z Bellertem. Wprawdzie nie jest to 

jeszcze  zgoda  na  współpracę,  ale  przynajmniej  mały  krok 
naprzód. 

 

background image

-  Chętnie  się  spotkam  z  panem  Bellertem.  Proszę 

zaproponować jakiś termin. 

Sekretarka podała datę. Akurat wtedy będzie u niej Holger z 

dziećmi, ale nie może się tym sugerować. 

- Zgoda - odpowiedziała. 
-  Świetnie,  w  takim  razie  poinformuję  pana  Bellerta  o 

terminie spotkania. Miłego dnia, pani Fahrenbach. 

Zakończyła rozmowę. 
- I co? - niecierpliwił się Daniel. 
- Pan Bellert przyjeżdża do nas w następny piątek. 
- Super! To znaczy, że chce obejrzeć naszą firmę. To dobry 

znak. Myślę, że przedstawicielstwo mamy w kieszeni. 

- Danielu, nie zapesz. Jakby to Nicola powiedziała, nie chwal 

dnia przed zachodem słońca. 

Daniel się roześmiał. 
- Nicola i te jej mądrości... 
- Hola, hola, Danielu, więcej szacunku! 
- No co? Co ja takiego powiedziałem? 
- No, nie poznaję cię po prostu... 
-  Jestem  szczęśliwy,  bo  sprawy  idą  coraz  lepiej.  Ale 

najbardziej cieszę się z przyjazdu dzieci, 

 

background image

zwłaszcza ze spotkania z Nielsem... Poza tym jestem dumny, 

że będę ojcem chrzestnym syna Sylvii. Dzieje się tyle dobrych 
rzeczy. Tyle radości naraz, ale stresu też. 

-  To  prawda.  Muszę  ci  powiedzieć,  że  pochwalam  decyzję 

Sylvii. Ty i Nicola jako rodzice chrzestni to doskonały wybór, 
zwłaszcza  jeśli  matka  dziecka  poważnie  traktuje  instytucję 
chrztu i rodziców chrzestnych. 

- A co z tobą i Markusem? 
- My też postaramy się być dobrymi rodzicami chrzestnymi. 

Markus na pewno będzie wzorowym ojcem chrzestnym, a ja 
zrobię wszystko, żeby być wzorową matką chrzestną. Tobie i 
Nicoli  nie  dorównamy,  nie  ma  mowy,  ale  damy  z  siebie 
wszystko. Danielu, Bellert zjawi się dokładnie tego dnia, kiedy 
przyjeżdżają dzieci. 

-  W  czym  problem?  Są  jeszcze  Nicola  i  Aleks.  Bellert  nie 

będzie  tu  przecież  nocował.  Przyszłość  firmy  jest 
najważniejsza. Musimy być na miejscu i pertraktować. 

-  Właśnie  chciałam  cię  prosić,  żebyś  był  przy  rozmowach. 

Zawsze jesteśmy razem i przy Bellercie też powinno tak być. 

- Dziękuję, Leno.   
 

background image

- Nie ma za co. To przecież jasne. 
- Już dobrze, wracam do pracy, do moich kartonów. Widzimy 

się później. 

- Oczywiście. 
Daniel wyszedł z biura. Lena oparła się wygodnie w fotelu. 
Gdyby się udało z Bellertem... 
Z  przedpłatą  za  dziesięć  nowych  produktów  nie  będzie 

problemu,  bo  na  dniach  wpłyną  przecież  pieniądze  ze 
sprzedaży obrazów. Co za ulga móc od razu opłacić rachunki i 
nie drżeć, że klienci nie płacą w terminie. 

Przed piątkiem koniecznie musi pójść do kapliczki i zapalić 

świeczkę  w  intencji  nowego  kontraktu.  Ale  teraz  czas 
najwyższy wziąć się do pracy. Jest dużo do zrobienia. 

Trzeba się też zastanowić, jak zorganizować lepsze obłożenie 

w czworakach. Sam wynajem nie wystarczy, chociaż czasem 
nie  jest  tak  źle.  Na  przykład  pobyt  słynnej  aktorki,  Isabelli 
Wood.  Wynajęła  na  kilka  tygodni  cały  budynek  i  to  za 
podwójną cenę. 

Kto by pomyślał, że pozostaną w kontakcie. 
Odwiedzili  Isabellę  na  planie  zdjęciowym,  a  dzięki 

przypadkowemu spotkaniu na przyjęciu 

 

background image

Lena  znalazła  się  nawet  na  okładkach  poczytnych 

magazynów. O tym nie chciała myśleć. Źle się czuła w błysku 
fleszy. Lena sposępniała. 

Tego  samego  wieczoru  widziała  się  z  matką.  Spotkanie  po 

latach.  Carla  Aranchez  de  Moreira  potraktowała  ją  okropnie, 
poniżyła ją. Nigdy więcej nie chce widzieć tej kobiety, która 
myśli jedynie o sobie. Wszystko zepsuła - odeszła do męża i 
dzieci, ohydną intrygą zniszczyła jej miłość od Thomasa! 

Miłość do Thomasa... Nie tylko matka ją zepsuła. Zepsuła ją 

też Nancy, żona Thomasa. 

Nagle  wewnętrzny  głos  podpowiedział  Lenie,  że  gdyby  nie 

było  intrygi  matki,  nie  byłoby  Nancy.  Nadal  byłaby  z 
Thomasem  i  pławiła  się  w  szczęściu.  Na  pewno  już  dawno 
byliby małżeństwem i mieli dzieci... 

Lena nie chciała się nad tym zastanawiać. Co to da? Nic, poza 

bólem... 

Wstała.  Nie  mogła  się  skupić  na  pracy.  Potrzebuje  słów 

otuchy, a tylko Nicola może ją pocieszyć. Trudno, na chwilę 
będzie musiała przestać szyć. Zrobi to zresztą bez przymusu, 
kiedy zobaczy Lenę nieszczęśliwą. Nicola ma dobre serce 

 

background image

i jest dla niej jak matka, nawet więcej, bo własna nigdy nie 

była dla niej prawdziwą matką. 

Kiedy myślała o Nicoli, zaraz przypomniała sobie Yvonne i 

nieudaną próbę pojednania matki i córki. Nie, nie pójdzie do 
Nicoli, to nie jest dobry pomysł. 

Pojedzie  do  Sylvii,  ale  nie  będzie  się  skarżyć.  Sylvia  ma 

własne  problemy,  dużo  poważniejsze  niż  ona.  Pojedzie  do 
Sylvii po prostu poplotkować. Nic więcej. 

Na dworze było wprawdzie chłodno, ale nie padało. Założyła 

kurtkę i wskoczyła na rower. Nie ma złej pogody, jest tylko złe 
ubranie.  Tę  zasadę  wzięła  sobie  do  serca,  odkąd  zaczęła 
mieszkać w posiadłości. 

Pedałowała  z  całych  sił,  żeby  jak  najszybciej  dojechać  do 

Sylvii. 

background image

Nadszedł dzień przyjazdu dzieci. Nicola i Daniel pojechali na 

lotnisko  po  Holgera,  Merit  i  Nielsa.  Lena  modliła  się,  żeby 
wrócili przed przyjazdem Bellerta. 

Nagle  zadzwonił  telefon.  Dzwoniła  pani  Kórber,  sekretarka 

Bellerta. 

- Pani  Fahrenbach  - powiedziała zdenerwowanym głosem.  - 

Musimy przełożyć spotkanie. 

„Świetnie. Czyżby Bellert stchórzył?", pomyślała. 
- Ciężarówka uderzyła w samochód szefa. 
-  Na  miłość  boską...  -  powiedziała  Lena,  a  po  jej  ciele 

przeszedł dreszcz. 

Kiedy  usłyszała  „wypadek  samochodowy",  natychmiast 

wywołało to ciąg złych skojarzeń. 

Martin  zmarł  wskutek  obrażeń  odniesionych  w  wypadku 

samochodowym.  Narzeczona  Daniela  popełniła  samobójstwo 
po tym, jak się okazało, że po wypadku jest sparaliżowana, a 
Boris 

 

background image

Adrimanow, uzdolniony skrzypek, ukochany Isabelli, zginął 

w wyniku zderzenia z drzewem... 

- Na szczęście nic mu się nie stało - dotarło do niej jakby przez 

ścianę.  -  Tylko  wgniecenia  w  karoserii.  Jeden  z  naszych 
kierowców już pojechał po pana Bellerta. Niestety, pan Bellert 
ma  po  południu  spotkanie  w  firmie,  którego  nie  da  się  prze-
sunąć. Gdyby teraz pojechał do pani, nie zdążyłby wrócić na 
umówioną  godzinę.  Proszę  się  nie  gniewać...  Dzwonię,  żeby 
ustalić jakiś inny termin. 

Lena odetchnęła z ulgą. 
- Co za szczęcie, że panu Bellertowi nic się nie stało. Proszę 

go ode mnie pozdrowić. 

-  Oczywiście,  dziękuję.  Jeszcze  raz  przepraszam  za  kłopot. 

Siła wyższa, na to nie ma rady. 

Pożegnały się. 
Lena nawet się ucieszyła, że Bellert nie przyjeżdża. Dobrze, 

że  nic  mu  się  nie  stało.  Teraz  może  skoncentrować  się  na 
wizycie szwagra i dzieci. Grit będzie dopiero jutro. 

Lena poszła do salonu. Na dużym stole poukładała prezenty 

dla dzieci. Było tego tyle jak na Boże Narodzenie. A do tego 
jeszcze słodycze, które dzieci zamówiły, bo w Kanadzie takich 
nie ma, a przynajmniej nie są takie dobre. 

 

background image

Lena nie mogła się doczekać. Ucieszyła się, kiedy przyszedł 

do niej Aleks, który też niecierpliwie czekał na przyjazd dzieci. 
Stwierdził, że razem szybciej minie im czas. 

Wreszcie  przyjechali!  Głośnym  trąbieniem  oznajmili  swój 

przyjazd.  Lena  i  Aleks  biegli  do  niech  jak  sportowcy  na 
zawodach. 

Merit  i  Niels  też  ruszyli  w  ich  stronę.  Wysiedli,  zanim 

samochód na dobre się zatrzymał. 

-  Ciociu!  -  zawołała  Merit  i  rzuciła  się  Lenie  w  ramiona,  a 

zaraz potem przytuliła do Aleksa. 

- Cześć, ciociu - przywitał się Niels. 
Nie protestował, kiedy Lena go przytuliła i ucałowała. 
- Świetnie wyglądasz w tej nowej fryzurze. 
- Chyba trochę za krótko, prawda? 
-  Nie,  wcale  nie.  Nasza  nauczycielka  od  wychowania 

fizycznego też ma taką fryzurę. 

To  komplement?  Lena  nie  miała  czasu  zastanowić  się  nad 

słowami  siostrzeńca,  bo  właśnie  nadszedł  Holger  i  chciał  się 
przywitać. 

Dobrze wyglądał. 
Zeszczuplał, miał bardzo krótko obcięte włosy, ale było mu w 

nich do twarzy. Ubrał się na sportowo. Kiedyś prezentował się 
zupełnie inaczej, 

 

background image

przywiązywał  wagę  do  nienagannego  stroju.  Ale  trzeba 

przyznać, że pasował mu ten bardziej swobodny styl. 

Lena  i  Holger  uściskali  się,  potem  on  trochę  ją  odsunął  i 

uważnie jej się przyjrzał. 

-  W  krótkich  włosach  wyglądasz  jakoś  inaczej.  Lena 

odruchowo przejechała ręką po swojej 

czuprynce. 
- Nie najlepszy pomysł, co? Cały czas ją obserwował. 
- Nie powiedziałbym... Po prostu trzeba się przyzwyczaić. 
- Ciociu, gdzie są Hektor i Lady? - zapytała Merit. - A gdzie 

prezenty? Nicola mówiła, że czekają na nas niespodzianki. 

- Myślisz tylko o prezentach  - powiedział Niels.  - To chyba 

nie  jest  najważniejsze.  Nie  umiesz  się  cieszyć  z  tego,  że  tu 
jesteśmy? 

-  Ty  też  czekasz  na  prezenty,  tylko  udajesz  twardziela  - 

odparowała Merit. 

- Zaraz zobaczycie Hektora i Lady. Najpierw wejdziemy do 

domu - wtrąciła się Lena. 

- Mogę spać u Nicoli? - dopytywała Merit. 
-  ja  śpię  u  Daniela,  jak  zawsze  -  powiedział  Niels  i  od  razu 

stanął przy nim. 

 

background image

- O tym jeszcze porozmawiamy. Najpierw idziemy do domu. 

Prezenty czekają - skończyła dyskusję Lena. 

Dzieciom  nie  trzeba  było  dwa  razy  powtarzać.  Pobiegły 

przodem, wymijając dorosłych. 

- Gdzie są prezenty? - wołała Merit. 
- Dostanę ten samolot, którego nigdzie nie można było kupić? 

- dopytywał Niels. 

Nicola  zaprowadziła  dzieci  do  salonu,  gdzie  czekały 

upragnione podarki. 

Aleks i Daniel poszli za nimi. Lena została ze szwagrem. 
- Chcesz być z dziećmi czy mogę cię uszczęśliwić kawą? 
- Nie tylko uszczęśliwić. Uratować - zaśmiał się Holger. - O 

niczym innym nie marzę. 

Poszedł za Leną do kuchni. Już po chwili siedzieli razem przy 

stole. 

-  Cieszę,  że  znowu  jesteśmy  razem  -  powiedziała  Lena.  - 

Stęskniłam się za wami. 

- A my za tobą. Dzieci często mówią o was i posiadłości. Ale 

muszę  przyznać,  że  zadziwiająco  szybko  zadomowiły  się  w 
Vancouver. Mają tam przyjaciół. Chodzą do międzynarodowej 
szkoły. Na szczęście francuski nie sprawia im problemów. 

 

background image

Angielski też nie. Mają przyjaciół z różnych krajów. 
- Kiedy wrócą do Niemiec, będzie im ciężko. Będą się czuły 

jak w klatce. 

Holger w zamyśleniu mieszał kawę. 
-  Leno,  wcale  nie  jest  pewne,  czy  wrócimy  do  Niemiec. 

Dostałem świetną propozycję. Zaproponowano mi stanowisko 
dyrektora naszej kanadyjskiej filii. 

- Brzmi całkiem nieźle. No i to dość duży skok w karierze. 
-  To akurat  nie  jest  takie  ważne.  Nie jestem  karierowiczem. 

Podoba  mi  się  życie  w  Kanadzie.  Ludzie  są  tam  bardziej 
otwarci, łatwiejsi w kontaktach. Symbole statusu społecznego 
nie grają nadrzędnej roli. Dzięki dzieciom zaprzyjaźniłem się z 
ludźmi, którzy są, jak się u nas mówi, obrzydliwie bogaci. Ale 
wcale się z tym nie afiszują. On biega w wytartych dżinsach, a 
ona bez problemu wychodzi w dresie na zakupy... To jeden z 
przykładów. Poza tym... - zawahał się. 

Lena dokończyła za niego. 
- Poza tym jest Irina. Spojrzał na nią zdziwiony. 
- Tak... Skąd wiesz? 
 

background image

- Kochany - zaśmiała się. - Nie trzeba być jasnowidzem, żeby 

to dostrzec. Nicola, moja kochana Nicola, wychwalała ją pod 
niebiosa. Dzieci też mówią o niej z zachwytem. Irina musi być 
cudownym człowiekiem. Następnym razem przyjedź razem z 
nią. Jest tu mile widziana. 

- Leno... Nie miałabyś... nie miałabyś nic przeciwko temu? 
- Skądże, dlaczego? 
„Co z nią? Jest taka naiwna i nie rozumie, kim dla mnie jest 

Irina?", zastanawiał się Holger. 

- Leno, ja... Irina i ja jesteśmy razem. Kiedy tylko rozwiodę 

się z Grit, poproszę ją o rękę. 

-  Mam  nadzieję...  Dzieci  muszą  dorastać  w  normalnych 

warunkach. 

- Leno, Grit jest twoją siostrą. 
-  Owszem.  Niczego  bardziej  nie  pragnęłam  niż  uratowania 

waszego małżeństwa. Choćby ze względu na dzieci. Ale z Grit 
taką,  jaka  jest  teraz,  nie  ma  dla  was  wspólnej  drogi.  Nie 
rozumiem  mojej  siostry.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  próbowałeś 
wszystkiego,  żeby  uratować  to  małżeństwo...  Ale  spadek  nie 
wyszedł  jej  na  dobre.  To  już  nie  jest  ta  sama  Grit...  Mam 
nadzieję, że kiedyś się wreszcie opamięta. 

 

background image

-  Dziękuję  ci  za  lojalność.  Wżeniłem  się  w  waszą  rodzinę. 

Kiedy ludzie  się  rozwodzą,  rodzina  zazwyczaj  trzyma  stronę 
bliskich i nie chce mieć nic wspólnego z, bądź co bądź, obcymi 
ludźmi. 

- Dla mnie liczy się człowiek i nic poza tym. Zawsze dobrze 

się rozumieliśmy. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Ja... 

Nie dokończyła zdania. Wpadła Merit z buzią pełną słodyczy 

i umorusana czekoladą. 

Na  dżinsy  i  bluzkę  włożyła  sukienkę,  którą  uszyła  dla  niej 

Nicola. 

-  Tatusiu,  zobacz,  Nicola  uszyła  dla  mnie  sukienkę 

księżniczki.  Zawsze  chciałam  taką  mieć.  -  Zrobiła  obrót  w 
miejscu. - Czy wyglądam jak księżniczka? 

- Kochanie, nie tylko wyglądasz jak księżniczka, ty nią jesteś. 

Podejdź bliżej, wytrę ci buzię z czekolady. Nie jestem pewien, 
czy księżniczki mogą być takie umorusane. 

Merit podskoczyła do taty. Lena wzruszyła się, kiedy Holger 

z czułością wytarł jej buzię serwetką. 

Nagle ogarnęła ją niepohamowana złość na siostrę. Co z niej 

za  matka?  Już  dawno  powinna  tu  być  i  czekać  na  przyjazd 
dzieci, żeby przywitać je stęskniona i kochająca. 

 

background image

Lena  była  ciekawa,  czy  Grit  przyjedzie  jutro  rano  tak,  jak 

uzgodniły. 

- Ciociu, a ty co powiesz? - Merit już z czystą buzią zwróciła 

się do Leny. 

-  Fantastycznie  -  powiedziała  Lena.  -  Jesteś  najpiękniejszą 

księżniczką jak okiem sięgnąć i to nie dlatego, że masz na sobie 
taką ładną sukienkę. 

Merit wdrapała się Lenie na kolana i przytuliła. Lena głaskała 

jasną główkę dziewczynki. Merit odziedziczyła kolor włosów 
po Fahrenbachach. 

-  Mam  jeszcze  więcej  sukienek  dla  księżniczki.  Wszystkie 

uszyła mi Nicola. Ona świetnie szyje i niedługo przyjedzie do 
nas do Kanady... Ciociu, ty też musisz przyjechać. Spodoba ci 
się Vancouver. Znasz francuski. Nicola też się uczy. Umie już 
policzyć  do  stu,  powiedzieć  „dzień  dobry",  „do  widzenia"  i 
dużo, dużo więcej... Ciociu, ja tak baaaar-dzo kocham Nicolę. 
Ciebie też. Pójdziesz ze mną obejrzeć prezenty? 

- Zaraz przyjdę. Dopiję tylko kawę. Merit, chichocząc, zeszła 

z kolan Leny. 

- Jesteś prawdziwą kawoszką - powiedziała i zniknęła. 
W  końcu  w  salonie  jest  ciekawiej.  To  nudne  siedzieć  na 

kolanach u cioci i przyglądać się, jak 

 

background image

razem z tatusiem piją kawę i rozmawiają. Żeby chociaż mieli 

ciasteczka  lub  jakieś  inne  słodycze,  to  może  by  została.  Ale 
tak? 

- Tatuś i ciocia zaraz przyjdą - usłyszeli jej głos dochodzący z 

salonu. 

A  później  szybkie  kroki  i  trzaśnięcie  drzwi.  Potem  zapadła 

cisza. 

-  Myślę,  że  musimy  dołączyć  do  reszty  -  stwierdziła  Lena  i 

szybko dopiła kawę. - Będzie jeszcze czas na rozmowę. Może 
wieczorem, przy lampce wina? 

- Świetnie - ucieszył się Holger. - Chodź, pójdziemy do nich. 

Nie chciałbym, żeby się na nas obrazili. 

Lena szybko sprzątnęła filiżanki, potem wyszli z kuchni. 
Już w przedpokoju słyszeli rozentuzjazmowane głosy dzieci i 

radosny  śmiech  Nicoli,  Aleksa  i  Daniela.  Przyjazd  dzieci 
sprawił im ogromną radość. Wcale tego nie ukrywali. Dzieci w 
domu  to  coś  cudownego.  Z  nimi  jest  tak  radośnie,  wesoło  i 
beztrosko. 

Czy  ona  też  będzie  miała  kiedyś  dzieci,  które  wypełnią  ten 

dom radosnym śmiechem? Tak bardzo chciała, żeby spełniło 
się jej marzenie, ale 

 

background image

chwilowo na to się nie zanosi. Lena odpędziła te myśli- Nie 

chce teraz o tym myśleć. 

Teraz są tu Merit i Niels, dwoje cudownych dzieciaków. Chce 

się  cieszyć ich pobytem, każdego dnia, w każdej godzinie, o 
każdej minucie... 

Nacisnęła klamkę i już po chwili razem z Holgerem znaleźli 

się w środku dobrej zabawy i jednocześnie wielkiego bałaganu. 
Na  podłodze  leżały  resztki  papieru  do  pakowania  i  były 
porozrzucane pudełka. Nicola właśnie zaczęła zbierać papier i 
pakować do worka na śmieci, który przezornie zabrała ze sobą. 

Niels  i  Merit  ścigali  się  w  pokazywaniu  ojcu  i  cioci 

prezentów. 

- Leno, zapomnieliśmy o Bellercie  - przestraszył się Daniel, 

kiedy przypadkowo spojrzał na zegarek. 

-  Dzisiaj  nie  przyjedzie  -  uspokoiła  go  Lena.  Krótko  mu 

opowiedziała, co się wydarzyło. 

Daniel też się ucieszył, że dzisiaj nie dojdzie do spotkania z 

Bellertem. 

background image

Nie  było  wspólnego  śniadania  z  Grit.  Po  prostu  nie 

przyjechała.  Nie  można  też  było  się  do  niej  dodzwonić,  bo 
przezornie komórkę wyłączyła. 

Na szczęście tylko dorośli zmartwili się tym faktem. Dzieci w 

ogóle nie pytały o matkę. Jak na wyścigi pochłaniały naleśniki 
Nicoli, a po śniadaniu razem z Aleksem i Danielem poszły do 
Bondadossa.  Daniel  nauczył  Nielsa,  jak  się  lonżuje  konie,  i 
chłopcu  wciąż  było  mało.  W  tym  czasie  Merit  bawiła  się  z 
psami. Hektor łaskawie służył nawet za konia dla lalki Merit. 

Lena z Holgerem poszli na długi spacer. Unikali rozmowy o 

Grit. Lena doceniła to, że szwagier nie porusza tego tematu. W 
końcu to on był umówiony z Grit. 

Miała nadzieję, że siostra przyjedzie chociaż na obiad. Ale na 

obiedzie też się nie pojawiła, a jej 

 

background image

komórka  nadal  była  wyłączona.  Nie  trzeba  było  być 

jasnowidzem, żeby wiedzieć, co się stało. 

Robertino... Jej kochanek to zwykły kombinator. Na pewno 

znalazł jakiś powód, żeby Grit nie przyjechała. 

Lena  gotowała  się  ze  złości,  a  dzieci  były  w  doskonałych 

humorach.  Wybierały  się  bowiem  z  M-colą,  Aleksem  i 
Danielem  do  cyrku.  Tylko  to  ich  teraz  interesowało.  Nie 
mówiły o niczym innym, tylko o klaunach, akrobatach, dzikich 
zwierzętach i wacie cukrowej, którą kupią w czasie przerwy. 

W końcu pojechali. Lena z Holgerem siedzieli przy kawie i 

rozmawiali. Lena poruszyła temat siostry. 

-  Holgerze,  uwierz  mi,  Grit  obiecała,  że  przyjedzie  na 

śniadanie. 

Wzruszył ramionami. 
-  Widocznie  zatrzymało  ją  coś  ważnego  -  stwierdził 

lakonicznie. 

- Jest coś ważniejszego niż własne dzieci? 
-  Leno,  nie  oszukujmy  się.  Dzieci  nie  są  dla  Grit 

najważniejsze. Jej kochanek... 

Nagle  rozległo  się  pukanie  do  drzwi,  prawie  równocześnie 

ktoś nacisnął dzwonek. To mogła być tylko Grit. 

 

background image

Lena poszła otworzyć. Nie myliła się. Przyjechała jej siostra. 
-  Nic  nie  mów.  Żadnych  wymówek.  I  tak  jestem 

wystarczająco  zdenerwowana  -  powiedziała  Grit  zamiast 
przywitania. 

- To  wyluzuj. Nikt cię  nie  ściga. Wejdź  i  przede wszystkim 

dzień dobry. 

Grit  nie  odpowiedziała,  minęła  Lenę,  podeszła  do  lustra  i 

nerwowo zaczęła poprawiać fryzurę. 

Włosy  jej  urosły.  Miała  teraz  fryzurę  typową  dla  aktorek  z 

telenowel. Ufarbowała je na miedziany kolor. Z ustami też coś 
zrobiła.  Na  jej  szczupłej  twarzy  wyglądały  jak  otwarta  rana. 
Strasznie  schudła,  była  jeszcze  szczuplejsza  niż  ostatnio, 
chociaż  trudno  sobie  wyobrazić,  że  można  było  jeszcze 
zeszczupleć. 

Nerwowo otworzyła torebkę. Przeszukała ją, wyjęła szminkę, 

pomalowała  i  tak  idealnie  umalowane  usta  i  spryskała  się 
perfumami. 

- Daj już spokój, Grit - upomniała ją Lena. 
Bała się, że jej siostra wyciągnie zaraz kosmetyczkę i zacznie 

się  malować.  Grit  wyglądała  na  speszoną,  może 
zdezorientowaną, jak ktoś, kto nie jest pewien swojego ciała, a 
bardzo mu zależy, żeby się pokazać. 

 

background image

-  Inaczej  się  umawiałyśmy.  Miałaś  być  na  śniadaniu. 

Zapomniałaś? Gdzie twój bagaż? 

Grit odwróciła się. 
- Ja... No wiesz... 
Kiedy tak się jąkała, Lena wszystko zrozumiała. 
-  Nie  wierzę.  Przyjechałaś  ze  swoim  kochasiem,  chociaż 

umawiałyśmy  się,  że  tego  nie  zrobisz.  I  jak  słusznie 
przypuszczam,  masz  zamiar  nocować  w  jakimś  luksusowym 
hotelu w Bad Helmbach. 

- Chciałam przyjechać sama, ale Robertino koniecznie chciał 

jechać ze mną. Pragnął zobaczyć Bad Helmbach. Tyle słyszał o 
tej ekskluzywnej miejscowości... 

- I kiedy ty wpadłaś tu jak po ogień, on szaleje z twoją kartą 

kredytową, tak? 

Grit  się  zaczerwieniła.  To  wystarczyło  Lenie,  żeby  się 

upewnić, że ma rację. 

Najchętniej dałaby siostrze w twarz, żeby wreszcie wybić jej z 

głowy te wszystkie głupoty. Dlaczego Grit robi z siebie taką 
idiotkę?  Gdyby  nie  dzieci,  które  od  miesięcy  nie  widziały 
matki, byłoby jej wszystko jedno. 

-  Dzieci  nie  ma.  Pojechały  z  Dunkelami  i  Danielem  do 

cyrku... Wychodzisz od razu czy może mam szansę na krótką 
rozmowę z tobą? Och, 

 

background image

przepraszam, jest tu Holger, twój - jeszcze - mąż. O ile cię to 

w ogóle interesuje... 

- Jeśli masz zamiar robić mi wyrzuty, to wychodzę - zagroziła 

Grit. 

-  Nie  będę.  I  tak  nie  można  ci  już  pomóc.  Sama  doskonale 

sobie radzisz z rujnowaniem swojego życia. Chodź. Holger jest 
w bibliotece. 

Grit nie mogła się powstrzymać od złośliwości pod adresem 

siostry. 

- Nigdy nie byłaś wcieleniem piękna, ale w tej fryzurze jesteś 

doskonałym  przykładem  tego,  jak  nie  powinna  wyglądać 
kobieta.  Wyglądasz  w  niej  jak  facet, ale  może to  się  podoba 
twoim wiejskim kawalerom. 

To  było  podłe. Jednak  Lena  była  pewna,  że  tym  złośliwym 

komentarzem Grit chce odwrócić uwagę do siebie. Dlatego nie 
zrobiło to na niej specjalnego wrażenia. Grit wprawdzie bardzo 
się zmieniła, ale aż tak złośliwa nigdy nie była. 

-  Tak,  siostrzyczko,  chłopcy  ze  wsi  lecą  na  mnie,  ale  na 

pewno  nie  miałabym  szans  u  żadnego  kelnera  roznoszącego 
sosy, na przykład twojego Robertino... 

Grit się zapowietrzyła. 
Lena nie dała jej dojść do głosu.   
 

background image

- Jesteśmy na miejscu - powiedziała i wprowadziła siostrę do 

przytulnej biblioteki. 

W kominku płonął ogień. Było ciepło i niezwykle nastrojowo. 
Holger  wstał,  kiedy  weszły  do  środka.  Z  przerażeniem 

spojrzał na Grit. A może raczej był wstrząśnięty jej wyglądem 
niż przerażony? 

- Dzień dobry, Grit - przywitał się. 
Widać było, że potrzebował kilku sekund, żeby się otrząsnąć. 
Chciał do niej podejść, ale zrobiła krok w tył. Holger opuścił 

ręce i spojrzał na nią ze smutkiem. 

-  Siadaj,  Grit  -  powiedziała  Lena.  -  Napijesz  się  czegoś? 

Kawa? Herbata? A może coś innego? 

Grit  usiadła,  założyła  nogę  na  nogę,  ręką  skubała  rąbek 

spódnicy.  Siedziała  sztywno  jak  świeca.  Musiało  jej  być 
bardzo niewygodnie. Już od samego patrzenia mogły rozboleć 
plecy. 

- Masz szampana? Pewnie nie... 
- Mam - odpowiedziała Lena. - Mam też białe wino musujące. 

Może wolisz wino? 

Grit machnęła ręką. Błysnęły oczka pierścionków i rozległ się 

brzęk ciężkich bransoletek. Jakie to groteskowe! 

Holger usiadł, a Grit powiedziała: - 
 

background image

-  Przynieś,  co  chcesz,  byle  było  chłodne.  Lena  wyszła  z 

biblioteki. Za drzwiami musiała 

się  oprzeć  o  framugę.  Grit  wyglądała  okropnie,  równie 

koszmarne było jej zachowanie. Uważa się za piękność, a jest 
taka sztuczna... 

Lena  wzięła  głęboki  oddech,  potem  szybkim  krokiem 

podeszła do lodówki. Musi szybko wracać, zanim w bibliotece 
dojdzie do katastrofy. Grit i Holger przecież nie mają sobie nic 
do powiedzenia. Dzieli ich przepaść. Mimo wszystko Grit nie 
chce dać mu rozwodu, nie dlatego, że go kocha, tylko dlatego, 
że nie chce zostać rozwódką. 

Lena wróciła do biblioteki w momencie, gdy Grit wyrzucała z 

siebie zgryźliwe słowa: 

-  Jeśli  nadal  się  upierasz  przy  rozwodzie,  bo  pewnie  chcesz 

ożenić  się  z  tą  ruską  zdzirą,  to  ostrzegam  cię,  będzie  cię  to 
słono kosztować. Bardzo drogo! 

-  Szampan  dla  ciebie  -  powiedziała  Lena  i  postawiła  przed 

siostrą piękny kryształowy kieliszek z musującym trunkiem. 

Grit sięgnęła po niego i upiła łyczek. 
- Może być - powiedziała. 
Co  za  bezczelność!  Lena  podała  jej  najlepszy  rocznik 

szampana. Takiego na pewno nie pija 

 

background image

codziennie  z  tym  swoim  Robertino.  Trudno  nawet 

skomentować tak głupią uwagę. 

- Chcecie zostać sami? - zapytała i zbierała się ¿0 wyjścia. 
-  Jak  dła  mnie,  możesz  zostać  -  powiedziała  Grit.  -  I  tak 

Holger  ci  potem  o  wszystkim  uprzejmie  doniesie.  Możesz 
posłuchać od razu. 

Wzięła  jeszcze  jednego  łyczka,  układając  swoje 

napompowane  usta  w  dzióbek.  Przypominały  teraz 
przyssawkę.  Może  inaczej  nie  mogła  pić?  W  każdym  razie 
wyglądało to dziwnie. 

Lena usiadła. 
Grit spojrzała na męża. 
-  Przejdźmy  do  rzeczy,  kochany.  Masz  dwie  możliwości. 

Albo  wycofasz  ten  śmieszny  pozew,  albo...  -  W  oczach  Grit 
czaiły się chłód i wyrachowane. Lena zatrzęsła się z zimna. - 
Albo oddasz mi dom - dokończyła Grit po krótkiej przerwie. 

Holger spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
-  Grit,  to  dom  moich  rodziców.  Byłem  jego  właścicielem, 

jeszcze zanim się pobraliśmy. 

-  Nie  interesuje  mnie  to...  Chcę  go  mieć  i  już!  Wiesz,  jakie 

masz możliwości. 

- Grit, ty chyba oszalałaś do reszty - wtrąciła się Lena. Zwykle 

trzyma się z daleka od takich 

 

background image

dyskusji, ale teraz nie mogła milczeć. Żądanie jej siostry było 

po  prostu  bezczelne.  -  Robisz  to  tylko  po  to,  żeby  dokuczyć 
Holgerowi. 

- Nie, przywiązałam się do tego domu. 
- Przywiązałaś się do domu? Zaraz pęknę ze śmiechu. Ty do 

niczego  się  nie  przywiązujesz.  To  dlaczego  sprzedałaś 
rodzinną  willę  zaraz  po  tym,  jak  ją  odziedziczyłaś?  Dom 
Holgera  też  sprzedasz,  jeszcze  zanim  wejdziesz  w  jego 
posiadanie. Chyba się nie mylę, prawda? 

Grit  wyraźnie  została  przyłapana  na  gorącym  uczynku. 

Zrobiła się purpurowa. 

-1  co  z  tego?  -  zapytała  uszczypliwie.  -  To  chyba  moja 

sprawa. 

Lena miała ochotę coś powiedzieć, ale powstrzymała się. To 

jej nie dotyczy. I tak za często się wtrącała w życie rodzeństwa. 

- Jeśli dzięki temu możesz zaznać spokoju ducha, to będziesz 

miała ten dom, a ja dostanę rozwód. Po roku separacji i tak nic 
nie wskórasz. Tylko ze względu na dzieci nie chcę prać brudów 
przed  sądem.  Chcę  się  rozstać  pokojowo  -  powiedział 
spokojnie Holger. 

- Nie masz wyjścia. Inaczej powiem o tej ruskiej zdzirze! 
 

background image

To  było  naprawdę  nie  na  miejscu.  Lena  podziwiała 

opanowanie szwagra. 

- Zostaw Irinę w spokoju. Po pierwsze, nie jest Rosjanką, co 

zresztą  nie  byłoby  wcale  wadą,  tylko  Kanadyjką  rosyjskiego 
pochodzenia.  Po  drugie,  nie  ma  z  tą  sprawą  nic  wspólnego. 
Pozwól,  że  ci  przypomnę,  że  ty  pierwsza  zaczęłaś  zmieniać 
kochanków jak rękawiczki, zanim wylądowałaś w ramionach 
tego Włocha, który jest dla ciebie ważniejszy niż własne dzieci. 
Dla niego zrezygnowałaś z rodziny. 

Grit  znowu napiła się odrobinę szampana, w zasadzie tylko 

umoczyła usta. 

- Opłaciło się. Robertino to prawdziwy klejnot, pod każdym 

względem, czego nie można powiedzieć o tobie. 

Holger  ze  smutkiem  pokręcił  głową.  Nie  był  w  stanie 

zrozumieć  kobiety,  która  przecież  była  jego  żoną  tyle  lat  i  z 
którą miał dwoje dzieci. 

Lena otworzyła buzię. Chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się 

w język. 

Zapadło milczenie. Grit poczuła się nieswojo. 
- Czyli dostanę dom? Przekaż adwokatom, żeby przygotowali 

akt notarialny. 

- Dobrze. 
 

background image

- Holgerze, nie możesz tego zrobić. - Lena nie wytrzymała. - 

Żądanie Grit jest sprzeczne z dobrym obyczajem i nieetyczne. 

Holger machnął ręką. 
- Leno, niech sobie bierze ten dom. To tylko cegły... 
Spojrzał  na  Grit,  kobietę,  którą  kiedyś  kochał  i  z  którą  był 

szczęśliwy.  Tak  mu  się  przynajmniej  wydawało.  Jak  ona  się 
zmieniła. Co się z nią stało?! 

- Masz  jeszcze jakieś żądania?  -  dopytywał.  -  Czy nie  masz 

już zastrzeżeń do naszego pozwu rozwodowego? 

-  Nie  mam  -  potwierdziła  i  nerwowo  spojrzała  na  zegarek 

wysadzany brylantami. 

Nigdy  wcześniej  nie  nosiła  takiej  biżuterii.  Wolała  rzeczy 

subtelniejsze, delikatniejsze i dużo szlachetniejsze. 

- Kiedy wrócą dzieci? - zapytała. 
- Za jakieś trzy godziny. 
- Nie mogę tak długo czekać... 
-  Grit,  skoro  już  omówiliście  wszystkie  niemiłe  rzeczy,  to 

może  po  prostu  porozmawiamy  jak  normalni  ludzie.  Kiedy 
ostatnio rozmawiałyśmy? Nie pamiętam... - próbowała jeszcze 
Lena. 

 

background image

Grit zaśmiała się szyderczo. 
- A niby o czym mamy rozmawiać? Holger i ja już od dawna 

nie  mamy  sobie  nic  do  powiedzenia.  A  ty  i  ja?  Przykro  mi, 
Leno, ale jakoś nie interesuje mnie twoja wiejska sielanka. I nie 
zaczynaj,  proszę,  że  pokażesz  mi  apartamenty  dla  gości.  Ob-
chodzi mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg. 

-  Jest  piękna  pogoda,  świeci  słońce,  możemy  pojechać  na 

grób taty... 

-  Sorry,  ale  to  już  przerabiałyśmy.  Nie  interesują  mnie 

cmentarze.  Jestem  przekonana,  że  grób  jest  w  najlepszym 
porządku. 

Czy to naprawdę jej siostra? 
-  Grit,  wszystko,  co  masz,  zawdzięczasz  tacie.  Mogłabyś 

przynajmniej  raz  w  roku  odwiedzić  jego  grób,  choćby  z 
wdzięczności. 

- Już to zrobiłam, na jego pogrzebie, jeszcze zanim wpadłaś 

na ten szalony pomysł, żeby przenieść jego grób... Kompletna 
głupota! Martwy to martwy, no, chyba że wierzysz, iż ojciec 
wie, że leży teraz na cmentarzu w Fahrenbach. 

- Leży tutaj, bo tu jest jego miejsce. Błędem było pochowanie 

go gdzie indziej. 

-  To  gdzie  indziej  to  miejsce,  gdzie  żył  przez  wiele  lat  i 

odnosił sukcesy. 

 

background image

-  Ale  tu  są  jego  korzenie.  W  przeciwieństwie  do  ciebie  i 

Friedera odwiedziny na jego grobie są dla mnie ważne. Nawet 
Jórg  poszedł  na  cmentarz,  kiedy  tu  był,  chociaż  nie 
przywiązuje do tego jakieś szczególnej wagi. 

- Jórg tu był? Po co? Żeby się spotkać ze swoją zalaną w trupa 

żoną? Czy stwarza mu jakieś problemy? 

-  Doris  już  nie  pije.  Nie  robi  mu  też  żadnych  problemów. 

Rozwód  odbył  się  bezproblemowo.  Jórg  chciał  nawet 
wyjechać z Doris do Nowej Zelandii, ale Doris się rozmyśliła. 

- Do Nowej Zelandii? Co on tam robi? 
- To pierwszy przystanek w jego podróży dookoła świata. 
- Dlaczego ja o tym nic nie wiem?! 
- Jórg jest dorosły. Może robić, co chce. 
- Ta Francuzka pojechała z nim? 
-  Nie,  rozstali  się.  Nie  będzie  też  więcej  żadnych  wydarzeń 

kulturalnych na zamku. 

- A co z Chateau? 
- Jórg zdecyduje po powrocie, ale nie nastąpi to szybko. 
-  Mam  nadzieję,  że  coś  zostawił,  to  znaczy  uregulował  na 

wypadek... No wiesz, w takiej podróży 

 

background image

przecież  wszystko  może  się  wydarzyć,  a  jego  majątek  jest 

duży... 

- Wszystko uregulował - uspokoiła ją Lena. 
- Frieder mógłby przejąć zamek. Jórg ustanowił go na pewno 

egzekutorem testamentu. 

Dlaczego Grit wpadła na taki pomysł? 
-  Grit,  Jórg  żyje,  a  z  podróży  wróci  cały  i  zdrowy.  Nie  jest 

pierwszym  i  ostatnim,  który  wyruszył  w  podróż  dookoła 
świata. A Frieder... - Lena sama nie wiedziała, co ją podkusiło, 
ale  powiedziała  prawdę.  -  Nie,  Frieder  nie  ma  z  tym  nic 
wspólnego,  ty  zresztą  też.  Gdyby  Jórgowi  coś  się  stało, 
uchowaj Boże, ja wszystko dziedziczę. 

Ani tornado, ani grom z jasnego nieba, ani też wybuch bomby 

nie  zrobiłyby  bardziej  piorunującego  wrażenia  na  Grit  niż 
słowa siostry. 

Zerwała się na równe nogi, strąciła przy tym kieliszek, który 

się stłukł, a szampan rozlał się na podłodze. Jednak dla Grit nie 
miało  to  najmniejszego  znaczenia.  Holger  szybko  pozbierał 
szkło i pobiegł do kuchni po ścierkę. 

Ty 

podstępna 

żmijo!  Swoim  świętoszkowatym 

zachowaniem nakłoniłaś tatę, żeby zapisał na ciebie najlepszą 
część spadku - cudowne, cholernie drogie działki budowlane... 
- wysyczała Grit. 

 

background image

- Jakie działki budowlane? Dopiero niedawno przekształcono 

ten teren  w  działki  budowlane...  Już  nie  pamiętasz, jak  mnie 
żałowaliście, że dostałam stare gospodarstwo wiejskie? 

Grit machnęła ręką. 
- Ten stary lis wiedział, że będą tu działki budowlane, i swojej 

ukochanej córeczce przepisał to, co najlepsze, warte miliony... 

-  Których  nigdy  nie  zarobię,  bo  nie  sprzedam  ani  kawałka 

gruntu! 

Ale Grit w ogóle jej nie słuchała. 
- A teraz jeszcze zamek Dorleac... 
Lena była wściekła, że jej o tym powiedziała, ale czy mogła 

przewidzieć taką reakcję? Zdecydowanie nie. 

- Grit, opanuj się, Jörg żyje. Ten testament sporządził tylko na 

wszelki wypadek. Dla mnie to jest bez znaczenia. 

-  Bez  znaczenia?  Ach  tak.  Ale  jeśli  nastąpi  ten  wszelki 

wypadek,  to  będziesz  zacierać  rączki.  Jak  Frieder  się  o  tym 
dowie... 

- Grit, nie histeryzuj... 
Wrócił Holger i powoli wytarł rozlanego szampana. 
- Grit, myślę... 
 

background image

Nie  zdążył  skończyć  zdania,  bo  Grit  przerwała  rnu 

opryskliwie: 

- A ty się nie wtrącaj! To rodzinna sprawa. Nie masz z tym nic 

wspólnego. 

- Przepraszam... 
Sytuacja  zrobiła  się  napięta.  Wiadomość  nie  powinna 

wywołać aż tak przesadnej reakcji Grit. Ta kobieta to po prostu 
kłębek nerwów, a przyczyną jej zachowania był wyłącznie jej 
kochanek, którego tak bardzo bała się stracić. 

Kolejne  słowa  Grit  tylko  potwierdziły  słuszność 

przypuszczeń Leny. 

-  Nie  mam  ochoty  tu  dłużej  zostać...  Przyjadę  jutro  około 

dziesiątej. Spotkanie z dziećmi po ich powrocie z cyrku nie ma 
sensu.  I  tak  nie  będą  o  niczym  innym  mówić  tylko  o  tym. 
Spotkanie  z  matką  nie  będzie  dla  nich  żadną  atrakcją.  Już 
utrzymanie ich przez pięć minut przy telefonie jest problemem. 

- Moja droga siostro, zastanów się, czyja to wina. 
Grit natychmiast odparowała atak. 
-  Nie  powinnaś  mówić  o  sprawach,  o  których  nie  masz 

pojęcia. A może masz już dzieci, a ja o tym nie wiem? 

 

background image

Ruszyła  w  stronę  drzwi.  Nie  był  to  jednak  normalny  chód, 

tylko  spacer  na  szczudłach.  Na  nogach  miała  niebotycznie 
wysokie szpilki. 

- Już mnie nie ma. Teraz możecie mnie do woli obgadywać. 
Lena pobiegła za siostrą, chcąc ją zatrzymać. 
- Grit, zostań jeszcze. Tak nie może być! Jesteśmy siostrami, a 

zachowujemy się  tak  wrogo wobec siebie... Porozmawiajmy, 
wyjaśnijmy wszystkie nieporozumienia. Kiedyś tak dobrze się 
rozumiałyśmy. 

-  Daruj  sobie!  Kiedyś  myślałyśmy  podobnie.  Teraz  każda  z 

nas  poszła  w  swoją  stronę.  Nic  nas  już  nie  łączy.  Cześć.  Do 
jutra. 

Lena miała wrażenie, że Grit się ucieszyła, że może już pójść. 

Dokąd? Nietrudno zgadnąć. 

Nie odwracając się, Grit kroczyła dumnie w stronę parkingu. 

Wsiadła do samochodu. Miała teraz nowe czarne porsche 911, 
podobnie jak Frieder, tylko jego samochód był srebrny. 

Odkąd  siostra  dostała  spadek,  miała  już  drugi  samochód. 

Pierwszy,  alfę  spiker,  podarowała  Robertino.  Czy  nowy 
samochód to jego pomysł? Ten model do Grit nie pasował. Ale 
co do niej pasuje? Nowa Grit była Lenie zupełnie obca. 

 

background image

Siostra ruszyła z wyciem silnika. 
Lena  nie  była  pewna,  czy  droga  ze  wzgórza  nadaje  się  do 

tego, by pędzić po niej samochodem z niskim zawieszeniem. 

Wróciła do szwagra. 
Siedział w fotelu i wpatrywał się w ogień. 
- Tak mi przykro, Holgerze - powiedziała i usiadła. 
Przeniósł na nią wzrok. 
- Nie musisz mnie przepraszać za zachowanie Grit. 
- Przykro mi, że cię zraniła. Machnął ręką. 
- Niedługo to się skończy. Już nie cierpię przez nią. Żal mi jej. 

To nie jest ta sama kobieta, z którą się ożeniłem. 

- Tak, bardzo się zmieniła. Nie musiałeś ustępować w sprawie 

domu. Teraz  pomyśli, że chamstwem wszystko osiągnie. Ma 
pieniądze. Nie jest skazana na mieszkanie w tym domu. 

-  Leno,  najważniejsze,  żebym  się  jak  najszybciej  rozwiódł  i 

żeby dzieci zostały ze mną. Są ze mną szczęśliwe. Im więcej 
mija  czasu,  tym  mniejszą  mają  ochotę  na  powrót  do  matki. 
Prawie o nią nie pytają. Powinny mieć szczęśliwe i beztroskie 

 

background image

dzieciństwo.  To  dużo  ważniejsze  niż  dom.  Mówię  zupełnie 

szczerze. 

- Wiem... Masz ochotę na spacer? 
-  Świetny  pomysł  -  powiedział  i  wstał.  Kiedy  zobaczył 

nieszczęśliwą minę Leny, położył jej rękę na ramieniu. 

-  Leno,  nie  bierz  sobie  tego  do serca.  Życie  nie  jest leniwie 

płynącą rzeką. 

Tak,  to  prawda,  ale  to  wszystko,  co  się  teraz  dzieje  w  jej 

rodzinie i co wydarzyło się ostatnio w jej życiu, to prawdziwy 
wir wodny. Musi bardzo uważać, żeby jej nie wciągnął. 

background image

Kiedy dzieci  wróciły do domu, jedynym tematem  rozmowy 

był cyrk. Wciąż ekscytowały się tym, co tam zobaczyły. Były 
do  tego  stopnia  zaaferowane,  że  zapomniały  o  spotkaniu  z 
matką. 

Dobrze, że Lena nie powiedziała wcześniej Merit i Nielsowi, 

że  mama  odwiedzi  ich  w  czasie  śniadania.  Byłyby  bardzo 
zawiedzone. 

Lena  i  Daniel  poszli  z  dziećmi  do  stajni.  Tam  pod  okiem 

dorosłych mogły wyszczotkować konia. Potem miała się odbyć 
obiecana przez Lenę lekcja jazdy. 

Dzieci  z  dumą  zajmowały  się  Bondim.  Na  szczęście  był 

łagodnym  koniem.  Kiedy  prowadziło  się  go  na  lonży,  szedł 
najpierw wolnym tempem, dopiero potem przechodził w kłus. 

-  Ciociu,  możemy  teraz  galopem?  -  spytał  z  radością  Niels, 

któremu wciąż było mało. 

Lena zatrzymała konia i podeszła do chłopca. 
 

background image

- Jazda konna to coś innego niż tylko gnanie jak najszybciej. 

Przy  ładnej  pogodzie  codziennie  mogę  cię  nauczyć  czegoś 
nowego. Nie mamy ujeżdżalni, więc jesteśmy zdani na pogodę. 
Żeby  być  dobrym  jeźdźcem,  trzeba  się  wiele  nauczyć,  po-
cząwszy  od  prawidłowego  siedzenia  w  siodle,  przez 
odpowiednie ściskanie konia udami, trzymanie lejców i wiele 
innych  rzeczy.  Proszę,  bądź  cierpliwy.  A  teraz  poćwiczymy 
właściwą  postawę  w  siodle.  Wisisz  na  tym  koniu  jak  worek 
kartofli. 

Niels się zaczerwienił, a Merit, która stała z Danielem przy 

ogrodzeniu, zrywała boki ze śmiechu. 

- Nie ma w tym nic śmiesznego, moja panno. Odechce ci się 

śmiać,  jak  sama  dosiądziesz  konia.  To  wcale  nie  jest  takie 
proste. Jak na pierwszy raz Niels świetnie sobie radzi. 

Merit  momentalnie  zamilkła.  Tym  razem  to  Niels 

wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

Przedpołudnie z dziećmi było dość męczące. Lena odetchnęła 

z ulgą, kiedy wreszcie przekazała Danielowi konia. Po jeździe 
trzeba było go jeszcze występować, żeby ostygł, i wytrzeć do 
sucha.  Dzieci  robiły  to  pod  okiem  Daniela  i  sprawiło  im  to 
większą frajdę niż sama jazda. 

Lena wróciła do domu. 
 

background image

Holger siedział w byłym gabinecie ojca i przygotowywał się 

do  oficjalnych  rozmów  w  firmie.  Lena  starała  się  mu  nie 
przeszkadzać. Skorzystała z łazienki na dole, żeby umyć ręce. 

Potem odsłuchała wiadomości na automatycznej sekretarce. 
Pierwsza była od Sylvii. Zapraszała wszystkich na kolację i 

prosiła  o  telefon.  Przy  drugiej  wiadomości  ktoś  od  razu  się 
rozłączył. Pewnie pomyłka. Trzecia wiadomość była od Grit. 

- Leno, przykro mi, ale ze spotkania z dziećmi nici. Muszę... 

muszę wracać. Może tak będzie nawet lepiej... Tak, na pewno 
lepiej...  Zadzwonię  jeszcze,  może...  -  W  tle  rozległ  się 
opryskliwy  głos  mężczyzny.  -  No  więc,  do  widzenia  - 
dokończyła Grit pośpiesznie, jakby się czegoś bała. 

Lena  aż  usiadła  z  wrażenia.  Nie  do  wiary,  to  niemożliwe, 

chyba  się  przesłyszała.  Czyżby  Robertino  zrobił  już 
upragnione  zakupy  i  chce  wracać?  A  może  się  pokłócili  i 
zagroził jej, że wyjedzie, a Grit biegnie za nim posłusznie jak 
piesek! 

Nieważne. Nie wolno jej tak postępować. 
Lena  zadzwoniła  do  siostry  na  komórkę.  Grit  miała 

wyłączony telefon. Nawet nie mogła jej zostawić wiadomości. 

 

background image

Ten mężczyzna krzywdzi jej siostrę. To, co ich łączy, nie ma 

nic  wspólnego  z  miłością.  Grit  jest  mu  posłuszna,  a  on 
prowadzi z nią jakąś nieczystą grę, manipuluje nią, pozwalając 
przy okazji, żeby  go utrzymywała. Jej siostra straciła rozum! 
Może kiedyś się opamięta... Ale kiedy się otrząśnie, zobaczy, 
że zrujnowała sobie życie. To będzie bolesne. Lenie zrobiło się 
żal siostry. 

Holger zszedł na dół. 
- Masz jakieś wieści od Grit? Znowu się spóźnia. 
- W ogóle nie przyjedzie - powiedziała Lena i przekazała mu 

wiadomość, którą Grit zostawiła na automatycznej sekretarce. 

-  Jeśli  dzieci  nie  zapytają  o  nią,  nie  poruszymy  wcale  tego 

tematu.  A  jeśli  zapytają,  powiemy,  że  się  rozchorowała. 
Skłamiemy w słusznej sprawie. 

I  takiego  wspaniałego  i  wyrozumiałego  mężczyznę  Grit 

zdradziła! Pozwoliła, żeby odszedł. Mógł wykorzystać szansę i 
podburzyć  dzieci  przeciwko  matce.  Nie  zrobił  tego,  wręcz 
przeciwnie, szukał dla niej usprawiedliwienia. Chciał, żeby syn 
i córka mieli o matce dobre zdanie. 

Lena zawsze lubiła szwagra. 
 

background image

Teraz polubiła go jeszcze bardziej. Z całego serca życzyła mu 

szczęścia, na które zasłużył w stu procentach. 

 

background image

To przerażające, ale  dzieci w ogóle nie pytały o matkę. Nie 

brakowało  im  jej  obecności.  Niels  raz  tylko  zapytał 
mimochodem,  czy  mama  nie  wspomniała  przypadkiem,  że 
zamierza przyjechać do posiadłości? Powiedział to właściwie 
od niechcenia i, nie czekając na odpowiedź, zajął się swoimi 
sprawami.  Jazda  na  Bondim  była  teraz  priorytetem.  Ojciec 
musiał  mu  obiecać,  że  znajdzie  w  Vancouver  jakąś  szkółkę 
konną. Marzeniem Nielsa było nauczyć się dobrze jeździć. 

Merit  nie  była  już  taka  pewna,  czy  nadal  chce  się  nauczyć 

jazdy  konnej.  Raz  Bondi  nieoczekiwanie  spuścił  łeb  i  Merit 
bardzo  się  wystraszyła.  Jej  euforia  szybko  minęła.  To  chyba 
jednak  nie  strach  odciągnął  ją  od  konia.  Winne  były  temu 
raczej kuszące propozycje Nicoli. 

Dzieci czuły się w posiadłości doskonale. Były szczęśliwe. A i 

dorośli promienieli, widząc ich 

background image

uśmiechnięte  twarze.  Za  to  przy  pożegnaniu  wszystkim  żal 

ściskał serce. 

Najbardziej smucili się Nicola i Daniel. 
Do posiadłości powróciła szara rzeczywistość. Lena zajęła się 

pracą. Miała dużo zaległości do nadrobienia. 

Właśnie  zabierała  się  za  kolejny  projekt,  kiedy  zadzwonił 

telefon. 

W słuchawce usłyszała pana Axendörfera, dyrektora banku. 
Czyżby  znowu  przekroczyła  limit?  Raczej  nie.  Za  dobrze 

wiedziała,  jaki  pan  Axendörfer  potrafi  być  nieubłagany  i  jak 
awanturuje  się  z  powodu  nieznacznego  przekroczenia  limitu. 
Starała się pilnować stanu konta. 

-  Dzień  dobry,  pani  Fahrenbach.  Tak  się  cieszę,  że  panią 

zastałem - powiedział niespokojnym głosem. 

- Czy coś się stało? 
-  Pani  Fahrenbach,  na  pani  konto  wpłynęła  pewna  kwota 

pieniędzy i... Chciałbym się upewnić, czy nie zaszła pomyłka. 

Co  to  ma  być?  To  chyba  nic  dziwnego,  że  na  jej  konto 

wpływają pieniądze, skoro klienci regulują rachunki. 

 

background image

Nie  skomentowała  jego  słów.  Zdaje  się,  że  wcale  tego  nie 

oczekiwał. 

Mówił z wielkim namaszczeniem, aż w końcu zaczął szeptać. 
- Pani Fahrenbach - zaczął, ale tak cichutko, że Lena ledwo go 

słyszała. - Na pani konto wpłynęła kwota powyżej... - jąkał się, 
jakby  miał  problemy  z  mówieniem.  -  Kwota  powyżej... 
powyżej... ośmiuset pięćdziesięciu tysięcy euro. 

Co  za  szczęście,  że  Dom  Aukcyjny  przelał  pieniądze  za 

obrazy. Koniec kłopotów finansowych! 

Wiedziała, że taka suma wpłynie, ale wiedzieć, a ją mieć, to 

zupełnie co innego. Taka fura pieniędzy za obrazy, które wieki 
przeleżały  w  starej  skrzyni  w  szopie!  Dalej  by  tam  leżały, 
gdyby nie znalazł ich Aleks. To on nalegał, że sprawdzić ich 
wartość. Lena miała ochotę komuś je podarować, ale nikt ich 
nie chciał. Skąd mogła wiedzieć, że Aegidius Patt był słynnym 
malarzem,  a  jego  obrazy  wiszą  w  muzeach.  Obrazy,  które 
sprzedała,  nie  pójdą  do  muzeum.  Kupił  je  prywatny 
kolekcjoner. I to jeszcze przed aukcją! Zapłacił za nie całkiem 
przyzwoitą sumę. A teraz te pieniądze są już na jej koncie. 

Pan Axendórfer źle odczytał jej milczenie. 
 

background image

- Wszystko sprawdziłem, pani Fahrenbach. Na przelewie jest 

pani nazwisko i pani numer konta. Ib przelew z zagranicy. 

- Panie Axendórfer, wszystko się zgadza. Te pieniądze są dla 

mnie. Sprzedałam kilka obrazów. 

Niemal słyszała, jak pracują jego zwoje mózgowe. Czuła też, 

że rośnie w oczach dyrektora. 

- Pani Fahrenbach... 
Axendórfer  był  oszołomiony.  Skoro  Lena  dostała  tyle 

pieniędzy za obrazy, to może ma coś jeszcze, na czym można 
nieźle zarobić. A to oznacza, że do jego banku wpłynie więcej 
pieniędzy i wzrośnie jego prestiż. Pieniądze muszą koniecznie 
zostać w banku! 

- Pani Fahrenbach, zastanawiała się już pani, jak ulokować te 

pieniądze?  Mamy  świetne  warunki.  Mogę  umówić  panią  z 
naszym doradcą. 

Niesamowite! Typowy finansista. Jak człowiek chce od nich 

pożyczyć  pieniądze,  nawet  na  krótki  termin,  to  nie  ułatwiają 
sprawy, tylko żądają wielu zabezpieczeń. Ale jak wpływy na 
konto  do  ich  banku  są  bardzo  duże,  obchodzą  się z  człowie-
kiem jak z jajkiem. 

Lena  tyle  razy  potrzebowała  jego  pomocy,  ale  od  kiedy 

rozgniewał się z powodu nieznacznego 

 

background image

przekroczenia limitu, nie miała odwagi zapytać o pożyczkę. 

Zaśmiała się. 

-  Panie  Axendórfer,  pieniądze  dopiero  wpłynęły  na  moje 

konto. Bardzo dziękuję, że mnie pan powiadomił. Poinformuję 
pana, jak zamierzam je ulokować. 

- Ale pieniądze zostają w naszym banku? - zapytał niepewnie. 
- Oczywiście. Nie musi się pan denerwować. Nie zamierzam 

zmieniać banku. 

Bo  i  po  co?  Wszystkie  są  takie  same.  Kiedy  świeci  słońce, 

proponują  człowiekowi  parasolkę,  a  kiedy  pada  deszcz, 
pozwalają, żeby 
człowiek zmókł. 

Zamienili za sobą jeszcze parę słów i pożegnali się. 
Lena pobiegła do biura Daniela. Siedział przy komputerze i 

drukował rachunki. 

- Danielu, wpłynęły pieniądze za obrazy. Teraz brakuje nam 

jeszcze kontraktu z Bellertem. Nie musimy się już martwić, jak 
zapłacimy  rachunki  za  jego  dziesięć  produktów.  Możesz  też 
uzupełnić zapasy w magazynie. Ale tak porządnie. Nie trzeba 
już tak brać trochę tego, trochę tamtego... 

 

background image

-  Dzwoniła  sekretarka  Bellerta.  U  ciebie  było  ciągle  zajęte, 

więc  dodzwoniła  się  do  mnie.  Pan  Bellert  chce  przyjechać 
pojutrze o jedenastej. Zgodziłem się. Nie masz nic przeciwko? 

- Oczywiście, że nie. Dziękuję, że załatwiłeś tę sprawę. Wciąż 

nie mogę uwierzyć, że to już koniec problemów finansowych. 
Muszę  jeszcze  spłacić  długi,  przeznaczyć  pewną  kwotę  na 
przebudowę szopy... Ale cieszę się, że nasi dostawcy nie będą 
już  musieli  czekać  na  pieniądze.  To  wspaniałe  uczucie.  Jak 
mówiłam,  możesz  zwiększyć  zapasy  i  wysłać  zamówienia. 
Lepiej  mieć  u  siebie  więcej  towaru  i  nie  martwić  się,  że 
dostawa  się  spóźnia.  Tobie  to  też  ułatwi  pracę,  a  dodatkowo 
zaoszczędzimy na kosztach transportu. 

- To prawda. Ale i tak świetnie dawaliśmy sobie radę... Leno, 

mogłabyś  część  tych  pieniędzy  przeznaczyć  na  własne 
przyjemności. 

- Niczego nie potrzebuję, wszystko mam. Jedno, co zrobię, to 

przekażę  pewną  kwotę  na  cele  dobroczynne.  Te  pieniądze 
spadły mi z nieba. Trzeba za to podziękować losowi. 

- Leno, ciągle kogoś obdarowujesz. 
- To tylko małe kwoty, ale tym razem chcę przekazać większą 

sumę. Muszę się zastanowić, 

 

background image

komu je dać. Coś wymyślę. Wiesz, Danielu, stały się dzisiaj 

dwie dobre rzeczy. Pierwsza to pieniądze za obrazy, a druga to 
Bellert. Coś mi się zdaje, że dostaniemy ten kontrakt. Inaczej 
nie zadawałby sobie tyle trudu i nie przyjeżdżał do nas. Jak to 
się  mówi?  Do  trzech  razy  sztuka.  Coś  jeszcze  musi  się 
wydarzyć.  Kto wie,  może  przyjdzie  jakieś  duże  zamówienie. 
Wracam do mojego biura.  - A ja idę do  magazynu. Na razie, 
Leno. 

background image

Lena pracowała wytrwale, jedynie zrobiła przerwę na posiłek. 

Przekąsiła coś u Dunkelów, a potem szczęśliwa i zadowolona 
poszła  do  domu.  Spędzi  miły  wieczór.  Może  będzie  jakiś 
ciekawy film w telewizji? Jeśli nie, obejrzy coś na DVD lub 
poczyta. 

Trzecie cudowne wydarzenie nie nastąpiło. Nic nie szkodzi. 

Wystarczy, że pieniądze są na koncie. Nie powiedziałaby, że 
jest szczęśliwa z tego powodu. Rzeczy materialne nie czynią 
człowieka szczęśliwym, ale dają poczucie bezpieczeństwa, to 
pewne. Była dobrej myśli. 

Poszła  zamknąć  drzwi  wejściowe  i  zobaczyła  leżącą  na 

komodzie  bąbelkową  kopertę.  Nicola  nic  o  niej  nie 
wspomniała. 

Zaciekawiona wzięła kopertę. Serce zaczęło jej szybciej bić. 

Od  razu  rozpoznała  zamaszyste  pismo  Jana  van  Dahlena! 
Miała wyrzuty sumienia. 

background image

Kiedy przypadkowo spotkała go na lotnisku, gdzie odbierała 

Sylvię, obiecała, że się do niego odezwie. Do dzisiaj tego nie 
zrobiła.  Nie  dlatego,  że  zapomniała  czy  o  nim  nie  myślała. 
Wręcz  przeciwnie,  wiele  razy  zaprzątał  jej  myśli.  Jan  jest 
przystojnym,  szarmanckim  mężczyzną,  który  się  w  niej 
zakochał, ale ona wciąż cierpi po rozstaniu z Thomasem. 

Zabrała kopertę i poszła do biblioteki. Usiadła w ulubionym 

fotelu. W kominku palił się ogień. Na pewno rozpalił go Aleks, 
kiedy ona rozmawiała z Nicolą. Prawdziwy z niego skarb. 

Gdy  rozrywała  kopertę,  drżała  jej  ręka.  Ostrożnie  wyjęła 

paczuszkę  owiniętą  w  bibułkę.  To  było  coś  twardego  i 
prostokątnego. Co to może być? 

Lena odwinęła bibułkę. Trzymała w ręce cudowną ramkę na 

zdjęcia.  Skromna  ramka  ze  srebra  sterling,  a  w  niej  wiersz 
napisany charakterystycznym pismem na pięknym papierze. 

Lena znała ten wiersz. To były „Stopnie" Hermanna Hessego. 

Bardzo go lubiła, ale ostatnio jakoś wyleciał jej z głowy. Nie 
może przecież pamiętać wszystkiego.   

Lena zaczęła czytać: 

background image

Jak więdnie każdy kwiat i każda młodość W starość się chyli, 

kwitnie każdy stopień Życia i kwitnie cnota, kwitnie mądrość O 
swojej  porze,  bo  nic  nie  trwa  wiecznie.  Serce  na  życia  zew 
niechaj ochotnie Żegna się z życiem, by je wszcząć od nowa, By 
się  odważnie,  bez  żalów  zbytecznych  Wdać  w  nowe  sprawy  i 
snuć inną nić. W każdym początku wielki czar się chowa, Co 
nas ochrania i pomaga żyć. 

Więc przemierzajmy pogodnie przestrzenie, Lecz żadna niech 

się ojczyzną nie stanie. Duch świata nie zna ciasnego spętania: 
Na każdym stopniu większe rozszerzenie. 

Ledwo  gdziekolwiek  się  zadomowimy,  A  już  ospałość  nas  i 

gnuśność  nuży,  Bo  nawyk  tego  jedynie  ominie,  Kto  co  dzień 
gotów do nowej podróży. A może nawet i godzina śmierci Nowy 
nam  obszar  młodości  otworzy,  Wołania  życia  i  śmierć  nie 
przemoże... Nuże więc, żegnaj i ozdrowiej, serce! 

 

background image

Trzymała ramkę i rozmyślała o tym pięknym i prawdziwym 

wierszu. 

„Nuże  więc,  żegnaj  i  ozdrowiej,  serce!"  -  pewnie  dla  tego 

ostatniego zdania Jan wybrał ten wiersz. To zdanie tak bardzo 
pasowało  do  jej  sytuacji.  Musi  porzucić  myśli  o  Thomasie, 
żeby  wyzdrowieć,  żeby  być  gotowa  na  nowe  życie,  nową 
miłość... 

Czy  Jan  ma  być  jej  nową  miłością?  Lena  rozmarzyła  się. 

Dopiero po jakimś czasie zauważyła małą karteczkę dołączoną 
do listu. 

„Witaj,  moja  piękna!  Gdzie  obiecany  telefon?  Czekam.  Na 

zawsze twój". 

Lena uśmiechnęła się. Znowu nazwał ją swoją piękną. 
Wcześniej  ją  to  denerwowało,  ale  kiedy  na  lotnisku  nie 

usłyszała  tych  słów,  nagle  zrobiło  się  jej  przykro.  Wtedy 
zwrócił się do niej po prostu po imieniu. Lena myślała, że to 
przez jej nową fryzurę, ale jej krótkie włosy nie miały z tym nic 
wspólnego... Co za głupota myśleć teraz o takich banałach. A 
jednak wspomnienie nadał ją nurtowało. 

Jan... 
Na  jej  ustach  zagościł  delikatny  uśmiech.  To  naprawdę 

wspaniały człowiek. Usunął się 

background image

w cień i czekał na swój czas. Tylko czy ten czas nadejdzie? 

Lubi  go,  nawet  bardzo.  Zgadzają  się 

w

  wielu  rzeczach,  mają 

nawet takie same upodobania filmowe... 

Jan  nie  urządza  spektakularnych  scen  jak  Thomas,  który 

zrzucił dla niej z helikoptera setki czerwonych róż. Jan wysyła 
wiersze,  jak  teraz. Zapamiętała  też  jedną  z  jego  wypowiedzi: 
„Dwie połówki tego samego jabłka zawsze się odnajdą". 

Jan od samego początku był pewien, że kiedyś będą razem. 

Wierzył w ich wspólne życie. Lena jakoś nie umiała sobie tego 
wyobrazić. Jeszcze nie. 

Rozstanie  z  Thomasem  ciągle  bardzo  ją  bolało.  Nie  potrafi 

zapełnić  pustki  w  sercu,  jaka  powstała  po  utracie  wielkiej 
miłości.  Czy kiedykolwiek  uda  się  jej to  zmienić? Tęskni  za 
bliskością, ciepłem drugiego człowieka. Jan daje jej poczucie 
własnej wartości. Ale to nie wystarczy... 

Rozum opowiada się za Janem, ale  serce za Thomasem, jej 

ukochanym  Tomem.  Pewnie  zachowuje  się  teraz  dziecinnie, 
ale...  Kiedyś  byli  w  sobie  bardzo  zakochani,  potem  przez 
dziesięć lat nie mieli ze sobą kontaktu. W tym czasie każde 
nich  dorosło  i  poszło  swoją  drogą.  Kiedy  się    w  końcu 
odnaleźli, połączyła ich wyidealizowana 

 

background image

miłość, która nie miała nic wspólnego z codziennym życiem. 
On był teraz Thomasem, a nie Tomem, a ona Leną, a nie jego 

dawną Lenką. Nie mieli ze sobą nic wspólnego. 

Lena wrzuciła do kominka bukowe polana. Jeszcze raz wzięła 

ramkę. Ponownie przeczytała wiersz. 

„Nuże  więc,  żegnaj  i  ozdrowiej,  serce!"  -  to  zdanie  to 

przesłanie Jana, wezwanie, żeby nie zamykała się na życie. 

Sięgnęła po telefon. 
Chciała  do  niego  zadzwonić.  Wybrała  kierunkowy,  ale 

zrezygnowała. 

Nie! Nie może, jeszcze nie. Potrzebuje czasu. Jan zasłużył na 

więcej niż tylko letnie uczucie. Zasłużył na płomienną miłość, 
ale do takiej Lena nie była jeszcze zdolna. 

Wstała,  podeszła  do  sekretarzyka  i  wyjęła  papier  listowy. 

Miała go sporo. Lubiła pisać listy. 

„Kochany Janie...". To nietrudno napisać, ale nie wiedziała, 

co dalej. Zwykle nie miała problemów z przelaniem myśli na 
papier.  Ale  teraz  przychodziło  jej  to  z  wielkim  trudem.  Z 
pisania też nici! 

 

background image

Nalała  sobie  kieliszek  czerwonego  wina.  Z  winnic  Jórga. 

Pomyślała  o  bracie.  Zamiast  doglądać  spadku,  wspaniałych 
winnic niedaleko Bordeaux, włóczy się gdzieś po świecie. 

Westchnęła  i  usiadła.  Piła  wino  i  patrzyła  na  płomienie  z 

wolna pożerające polana. 

Jan też lubi wpatrywać się w rozpalony kominek. Kiedyś jej 

tak  powiedział.  A  Thomas?  Tego  nie  wie.  Nigdy  o  tym  nie 
rozmawiali. Kiedy byli młodzi, nie bawiło ich siedzenie przy 
kominku. 

Dziwne,  ale  wie  o  Janie  więcej  niż  o  Thomasie,  a 

przynajmniej o jego zwyczajach, przyzwyczajeniach, co lubi, a 
czego nie... 

Każde  spotkanie  z  Thomasem  było  niczym  zamknięcie  w 

kokonie, który odgradzał ich od codziennych spraw. Byli tylko 
oni i ich miłość. 

Nie wolno jej porównywać Jana i Thomasa. Są zbyt różni. Nie 

wolno  jej  też  myśleć  o  Thomasie.  To  nic  nie  da.  Musi  go 
usunąć  ze  swojego  życia  raz  na  zawsze.  Okłamał  ją,  a  ona 
nigdy mu tego nie wybaczy. 

Wstała, wzięła komórkę i napisała SMS do Jana: „Dziękuję". 

Nic więcej. 

Czas  na  telefon  jeszcze  nie  nadszedł.  Wiadomość  wysłała  z 

czystej uprzejmości. 

 

background image

„Ach  ten  Jan",  pomyślała,  odkładając  komórkę.  Ciągle  ją 

zaskakuje. Dobrze wiedzieć, że ktoś taki jest na świecie. 

background image

Kiedy  następnego  ranka  Lena  -  z  ramką  w  ręku,  którą 

zamierzała postawić na biurku - szykowała się do wyjścia, do 
jej domu jak bomba wpadł Aleks. Był bardzo roztrzęsiony, co 
zupełnie nie pasowało do zazwyczaj rozważnego mężczyzny, 
ostoi spokoju. 

-  Aleks,  na  miłość  boską,  co  się  stało?  Wcisnął  jej  do  ręki 

pomiętą gazetę. 

- Czytaj! Musimy coś z tym zrobić. To już dzisiaj. 
- Wyjaśnij mi w kilku słowach, o co chodzi, i powiedz, co cię 

tak zdenerwowało. 

Aleks pokiwał głową. 
- W Neudorf jest targ źrebiąt. 
I to go tak zdenerwowało? Targ źrebiąt - wielkie rzeczy! 
- No... To znaczy, że jedni sprzedają źrebięta, a inni je kupują 

- stwierdziła Lena. 

background image

- Tak, to prawda, ale to nie są zwyczajne źrebaki. Sprzedają 

tam  źrebaki  własnego  chowu  przeznaczone  na  rzeź.  We 
Włoszech jest to powszechne, a u nas coraz bardziej popularne. 

- To okropne - powiedziała wstrząśnięta Lena. - Nigdy o tym 

nie słyszałam. 

- Ja tak - odezwał się Daniel, który przyszedł za Aleksem. - 

Był  o  tym  kiedyś  program  w  telewizji, ale  już  dość  dawno i 
jakoś  mi  to  potem  umknęło.  Neudorf  to  niedaleko  nas.  Pół 
godziny  drogi.  Leno,  musimy  tam  jechać  i  uratować  te 
zwierzęta. 

- Ale nie znamy się na tym i... Nie pozwolił jej dokończyć. 
-  Na  tym  nie  trzeba  się  znać.  Konie  są  prezentowane  i 

sprzedawane  temu,  kto  da  więcej.  Potem  lądują  w  rzeźni... 
Leno, mamy wolne boksy, pastwiska... Zajmę się nimi. Proszę 
cię, pojedźmy tam i uratujmy kilka sztuk! Dwa źrebaki wejdą 
do naszej przyczepki, a jeśli uratujemy więcej, to ty zostaniesz 
w  Neudorf  ze  źrebakami  i  zaczekasz  na  mnie,  a  ja  odwiozę 
pierwsze i wrócę po kolejne. 

Lena nie zastanawiała się długo. 
-  Zgoda  -  powiedziała.  -  Musimy  pojechać  twoim 

samochodem. Przy moim nie ma haka do przyczepki. 

background image

-  Przyczepka  jest  już  przy  moim  samochodzie  -  powiedział 

Daniel. 

- Musimy wziąć pieniądze. Na pewno biorą tylko gotówkę - 

rzuciła Lena. 

- Już wziąłem - powiedział Aleks. 
- Zaczekajcie! - krzyknęła Lena. 
Wbiegła schodami na górę i wzięła pieniądze z kasetki. 
- Ile może kosztować taki źrebak? - zapytała, kiedy zbiegła na 

dół. 

- Około pięciu stów - odpowiedział Aleks. 
Pięćset euro - tyle jej siostra wydaje na superkrem do twarzy, 

a można za to uratować życie zwierzęcia. 

-  Danielu,  gazu!  -  powiedziała,  kiedy  zajęła  miejsce  na 

siedzeniu pasażera. 

Danielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. W drodze do 

Neudorf opowiedział jej o targach źrebiąt. Dotarli do wioski. 
Niespecjalnie ciekawej. Tylko jedna droga prowadząca przez 
wieś, a po obydwu stronach nieładne domy. 

Targ odbywał się na łące przy wjeździe do Neudorf. 
Było  dużo  zainteresowanych.  Wokół  poustawiali  się  gapie, 

ale i tak najwięcej było handlarzy 

 

background image

i kupujących. Lena i Aleks wysiedli z samochodu. Tuż obok 

nich  ktoś  wypędzał  konia  z  dużej  przyczepy.  Mały  deresz 
opierał  się  i  rżał  ze  strachu.  Mało  sympatyczny,  dobrze 
zbudowany  mężczyzna  uderzył  konia  batem.  Wystraszone 
zwierzę  cofnęło  się  do  przyczepy.  Mężczyzna  szarpnął  za 
uzdę, uderzył konia jeszcze raz. Zwierzę było przerażone. 

Lena  podbiegła  do  mężczyzny  i  złapała  go  za  rękę,  gdy 

kolejny raz chciał uderzyć konia. 

- Niech pana przestanie! - krzyknęła. - Dręczy pan zwierzę. 
Wyrwał się i odepchnął Lenę tak, że aż się zatoczyła. 
- Niech się pani odsunie, bo i pani przyłożę. Spojrzał na nią 

gniewnie. Lena była prawie 

pewna, że nie zawaha się spełnić groźby. 
Chciał ponownie uderzyć konia i znowu Lena złapała go za 

rękę. 

- Niech pan przestanie! - krzyczała. - Niech pan przestanie... 

Kupuję tego konia. 

-Co? 
-  Dobrze  pan  słyszał,  kupuję.  Więc  niech  pan  przestanie  go 

bić. Ile pan za niego chce? 

Spojrzał na nią i zaczął się zastanawiać. 

background image

- Tysiaka - powiedział. 
Co  za  burak!  Myśli,  że  ma  przed  sobą  naiwną  dziewczynę, 

której wciśnie każdy kit. 

-  Chyba  się  pan  z  głupim  na  głowy  pozamieniał  - 

odpowiedziała.  Podobno  na  chamstwo  trzeba  reagować 
chamstwem.  -  Myśli  pan,  że  pieniądze  spadają  z  nieba?! 
Średnio taki źrebak kosztuje pięć stów i tyle płacę w gotówce. 

- Osiem - powiedział. - To jest bardzo ładny koń. 
-  Człowieku,  nie  sprzedajesz  zwierząt  rozpłodowych,  tylko 

takie, które od razu idą na rzeź. Uroda nie gra tu żadnej roli. 

- Siedem - powiedział. Podszedł do nich Aleks. 
Koń rżał ze strachu, nerwowo uderzał kopytami w przyczepę. 
- Sześć i pół. - Handlarz ponowił ofertę. 
Lena  nie  mogła  się  dłużej  przyglądać  męczarniom  konia. 

Facet  ma  duszę  handlarza.  Będzie  się  targować  do  upadłego. 
Ona  nie  zbiednieje  przez  sto  pięćdziesiąt  euro,  a  jemu  nie 
przyniosą  one  szczęścia.  Ten  człowiek  nie  ma  serca  dla 
zwierząt. Traktuje je jak przedmioty. 

- Niech będzie sześć i pół - zgodziła się. 
 

background image

Handlarz  wyciągnął  do  niej  swoją  wielką  łapę.  Przybiła 

piątkę. Dobili targu. Sprzedaż koni wciąż przypieczętowywano 
w taki sposób. 

Lena wyjęła pieniądze z torebki. Handlarz złapał je chciwie i 

schował do kieszeni marynarki. 

-  Ma  pani  dziesięć  minut  na  zabranie  szkapy  z  przyczepy. 

Potem odjeżdżam. Więc niech pani sobie daruje pieszczoty  - 
powiedział i odszedł zadowolony. 

Lena i Aleks próbowali wyciągnąć konia z przyczepy, ale był 

tak wystraszony, że już sam nie wiedział, kto jest dobry, a kto 
zły. 

- Wejdę do przyczepy - zaproponował Aleks. - Wezmę tylko z 

samochodu  kilka  marchewek.  Na  szczęście  zabrałem  je  ze 
sobą. 

- Ja to zrobię - powiedziała Lena i pobiegła do samochodu. 
Była zdenerwowana, ale jednocześnie szczęśliwa. Uratowała 

czyjeś życie! 

Kupiła deresza. Sama nie wie, czy jest ładny, czy nie, czy to 

ogier, czy klacz, a może wałach... Ale jakie to ma znaczenie? 

Podała  Aleksowi  marchewki.  Stał  już  na  przyczepie  i 

uspokajał  konia.  Dał  źrebakowi  marchewkę,  potem  jeszcze 
jedną i cały czas do niego 

background image

mówił.  W  końcu  odważył  się  podejść  bliżej.  Stanął  z  boku 

konia. Zwierzę wystraszyło się i cofnęło. W końcu Aleksowi 
udało się wyprowadzić konia z przyczepy. 

Lena  podeszła  do niego, pogłaskała go, poprowadziła przez 

chwilę, potem przekazała Aleksowi. Ten wprowadził konia do 
ich przyczepki. Młody deresz nie opierał się. 

- To klacz - powiedział. - Podejrzałem, jak ją prowadziłaś. 
-  Świetnie,  nazwiemy  ją...  Aleks!  Nie  dostaliśmy  żadnych 

dokumentów! 

-  Leno,  o  czym  tym  mówisz?  Te  konie  są  przeznaczone  na 

rzeź. Nikt ze sprzedawców nie prowadzi ksiąg hodowlanych... 

- Ale jestem głupia! 
- Wcale nie. Nie wszyscy tak postępują. A tak na marginesie... 

Moje  gratulacje,  świetnie  sobie  poradziłaś  z  tym  typem. 
Gdybyś  była  miła  i  uprzejma,  nic  byś  nie  wskórała.  Chodź, 
idziemy  zobaczyć,  czy  da  się  uratować  jeszcze  jakieś 
zwierzęta. Widzę, że handel idzie pełną parą. 

Wrócili na plac. Większość handlarzy i kupujących dobiła już 

targu. Mało kto miał jeszcze konie do sprzedania. 

background image

Nie  będzie  więc  potrzeby  odwożenia  do  posiadłości 

kupionych zwierząt i wracania po następne. W końcu na placu 
zostało  już  tylko  paru  sprzedających.  Zdecydowanie  więcej 
kręciło  się  kupujących.  Lenie  serce  pękało  z  bólu  na  widok 
koni  tak  źle  traktowanych  przez ludzi.  Nikt  nie  traktował  ich 
jak  istoty  żywe,  tylko  jak  towar,  który  musi  szybko  zmienić 
właściciela.  Próbowała  rozgryźć  system,  według  którego 
przebiegał  handel.  Poddała  się.  Nie  ma  chyba  żadnego 
systemu... Trzeba być po prostu szybkim. 

Bez  zastanowienia  podbiegła  do  małego  czarnego  konia. 

Wydał  jej  się  mniejszy  niż  pozostałe.  Był  wystraszony  i 
bezbronny. 

Chwyciła jakiegoś mężczyznę za rękaw.   
- Chcę kupić tego konia - powiedziała. Spojrzał na nią z góry i 

wyszczerzył zęby. 

  - Pani? 
- Tak, ja. 
Dalej szczerzył zęby. 
- Kobieto, wracaj do domu, do garnków. Nie masz tu czego 

szukać. 

Odsunął ją na bok i próbował utorować sobie drogę koniem. 

Zlekceważył Lenę. Nie potraktował jej poważnie. 

background image

-  Płacę  gotówką  -  próbowała  go  zachęcić,  ale  nie  był  to 

najlepszy pomysł. 

-  Każdy  tu  płaci  gotówką  -  odburknął.  -  Płacisz  i  masz. 

Rozumie pani, co mam na myśli? 

- Nie potrzebuję rachunku... Forsa do kieszeni. Rozumie pan, 

co mam na myśli? 

Zatrzymał się. 
- Po co pani ten koń? Chce mnie pani podejść, tak? Kontrola 

skarbowa? 

-  Nie,  mam  gospodarstwo  wiejskie,  ale  nie  uprawiam  roli. 

Mam wolne boksy dla koni, a w stajni tylko jednego, któremu 
brakuje towarzystwa... A tu na targu można kupić taniej. Pięć 
stów mogę dać. 

- O, łaskawa pani nawet zna ceny? Nieźle. Ale za pięć stów 

nie sprzedam. Osiem i sprzedany. 

Lena spojrzała na konia. 
- Ale to klacz - powiedziała. 
- I co z tego? Stek z klaczy smakuje tak samo jak z ogiera. 
Lena nie chciała tracić czasu na pertraktacje. 
- Człowieku, dopiero kupiłam pięknego konia za sześć i pół 

stówy.  W  porównaniu  z  tym  jest  piękny  jak  marzenie.  Daję 
sześć i pół i ani centa więcej. To jak? Tak czy nie?   

background image

 
- Ma pani przy sobie forsę? Lena poklepała torebkę. 
- To już - powiedział. 
Patrzył chciwie, jak Lena odlicza pieniądze. 
- Uzda jest pani - stwierdził i zniknął. Lena rozglądała się za 

Aleksem. 

Jeszcze  przed  chwilą  stał  w  tłumie.  Widziała,  jak  odchodzi 

zniechęcony. 

- Aleks! - zawołała. - Chodź tu... Mam konia. Zauważył ją i 

ruszył przez łąkę w jej stronę. 

-  Trzymaj  ją  -  poprosiła  Lena.  -  Rozejrzę  się  za  jeszcze 

jednym koniem. 

Aleks machnął ręką. 
- Daruj sobie. Już po targu. 
- Ale jeszcze są konie. 
-  Tak,  ale  wszystkie  kupił  jakiś  rzeźnik...  Zrobią  z  nich 

kiełbasę. 

Lenie napłynęły łzy do oczu. 
- Ale dwa uratowaliśmy... 
Aleks pogłaskał konia. Na szczęście miał w kieszeni jeszcze 

dwie marchewki. Udało mu się go przekupić. 

- Jesteś pewien, że już nic nie wskóramy? - zapytała Lena. - 

Może pogadamy z tym kupcem. Dam mu więcej, niż zapłacił. 

background image

-  Leno,  na  to  dają  się  złowić  tylko  drobni  handlarze,  tacy, 

którzy  przyszli  tu  z  jednym  koniem,  najwyżej  dwoma.  Ten 
kupiec ma forsy jak lodu. Kilka euro więcej nie zrobi na nim 
wrażenia. Zarobi dużo więcej na produktach z koniny. 

-  Za  późno  przyjechaliśmy  -  powiedziała  Lena  płaczliwym 

głosem. 

- Nie myśl tak. Nie uratujemy wszystkich zwierząt na świecie. 

I  tak  nie  kupilibyśmy  wszystkich.  Nie  mamy  nieskończenie 
wielu boksów... Nie, to musi się skończyć. To jakiś obłęd, żeby 
hodować konie na rzeź! 

Mały  czarny  źrebak  zarżał  i  trącił  Aleksa  pyskiem,  żądając 

marchewki.  Chyba  nie  był  aż  tak  źle  traktowany  jak  deresz, 
którego kupili chwilę wcześniej. 

- Musimy się zastanowić nad imionami - powiedział Aleks. 
Zaprowadził  konia  do  przyczepy.  Wszedł  bez  oporu.  Aleks 

starannie zamknął za nim drzwi. 

-  Co  powiesz  na  Mabelle  dla  deresza  i  Blacky  dla  czarnego 

malucha? 

Aleks zastanawiał się. 
- Zbyt wymyślne? 
- Nie, brzmi całkiem nieźle... Mabelle i Blacky. 
 

background image

W drodze powrotnej Aleks zapytał: 
- Ile zapłaciłaś za drugiego konia? Oddam ci pieniądze. 
- To nie wchodzi w grę. Wystarczy, że wydałeś na benzynę. 

Mam  już  pieniądze  za  obrazy,  więc  nie  jest  krucho  z  kasą. 
Zresztą nie uważam, żebym niepotrzebnie wydała te pieniądze. 
Wręcz przeciwnie, konie to doskonała lokata. Szkoda, że ura-
towaliśmy tylko dwa. 

-  Leno,  daj  spokój.  Dobrze,  że  choć  tyle...  Aleks  ma  rację. 

Gdyby nie przyszedł do niej 

z  gazetą,  w  ogóle  by  nie  wiedziała  o  tym,  że  zarówno 

Mabelle,  jak  i  Blacky  są  przeznaczone  na  rzeź.  Co  za 
potworność! 

W milczeniu wracali do domu. 
Jeden  z  koni  rozrabiał  w  przyczepce.  To  pewnie  Mabelle. 

Była  wystraszona  i  nieufna.  Minie  dużo  czasu,  zanim  się 
przekona, że nie wszyscy ludzie są źli. 

Lenie  przypomniał  się  handlarz,  który  brutalnie  bił  konia. 

Niestety, nie brakuje takich ludzi. 

Lena  ma  już  trzy  konie,  które  dziwnym  sposobem  do  niej 

trafiły.  Bondadosso,  szlachetny  koń  z  rodowodem,  też 
wylądowałby w rzeźni, gdyby nie Martin. To on go uratował. 

background image

Na myśl o Martinie Lena  posmutniała. Był  weterynarzem z 

powołania,  oddanym  swoim  pacjentom.  To  wielka  strata  dla 
całej gminy. 

Nowe konie trzeba przebadać. Do kogo ma teraz pójść? Kto 

jest  odpowiedzialny  za  ich  rejon?  Najlepiej  byłoby  znaleźć 
nowego  weterynarza.  W  Fahrenbach  jest  doskonale 
wyposażony  gabinet  weterynaryjny.  Należy  teraz  do  Sylvii. 
Ale ona nie jest jeszcze gotowa zadecydować, co dalej z nim 
zrobić. Nie zaglądała tam od śmierci swojego męża. 

Lena doskonale rozumiała przyjaciółkę. Po śmierci ojca długo 

nie  mogła  uprzątnąć  jego  rzeczy.  A  Martin  zginął  tak 
niedawno. 

Konie rżały w przyczepce. 
- Najpierw naszykuję dla nich boksy, potem dam im porządną 

porcję marchewek i jabłek. Prezent na powitanie - powiedział 
Aleks. 

- Pomogę ci - zaproponowała Lena. 
- Nie, sam to zrobię. Ty pójdziesz do fabryki likieru, żeby coś 

zarobić. Musisz odzyskać to, co wydałaś. 

-  Już  ci  mówiłam,  że  zarobiłam  na  obrazach.  Ale  dobrze, 

pójdę  do  biura.  Rzeczywiście  mam  trochę  pracy,  poza  tym 
jutro przyjeżdża Bellert. 

 

background image

Chciałabym  mu  przedstawić  profil  firmy  i  projekt 

wprowadzenia na rynek jego produktów. 

-  Sama  widzisz,  że  to  ważniejsze  niż  szykowanie  boksów. 

Przy trzech koniach muszę uzupełnić zapas paszy. Przydałoby 
się też więcej słomy. 

- Aleks, nie pójdziemy przez to z torbami. Które boksy chcesz 

dla nich przeznaczyć? 

- Jeszcze nie wiem. Zobaczymy, jak zareaguje Bondadosso. 
Dojechali  do  Fahrenbach.  Wjechali  na  prywatną  drogę 

prowadzącą do posiadłości. 

-  Nicola  padnie  z  wrażenia,  jak  zobaczy,  z  czym 

przyjeżdżamy. 

-  Przecież  lubi  konie...  Może  jedynie  narzekać,  że  nie 

kupiliśmy ich wcześniej, kiedy były tu jeszcze dzieci. 

- Ale miałyby radochę - powiedziała Lena. Od razu podjechali 

pod stajnię. 

Usłyszeli rżenie Bondadossa. Czyżby czuł, że już nie będzie 

sam? 

background image

Nowe konie wprowadziły niemałe zamieszanie w posiadłości. 

Przy Bondim było podobnie. Domownicy ciągle przychodzili 
do  stajni,  każdy  chciał  odwiedzić  nowych  mieszkańców 
posiadłości. 

Zwierzęta wytrąciły Lenę z rytmu. Nie mogła się skupić na 

koncepcji  współpracy,  jaką  chciała  przedstawić  panu 
Bellertowi.  Ciągle  coś  zmieniała,  poprawiała,  kreśliła, 
dopisywała.  Zupełnie  niepotrzebnie.  Przecież  przygotowała 
bardzo dobry projekt. 

Do ostatniej chwili siedziała przy biurku, aż wreszcie Daniel 

niemal  siłą  wyciągnął  ją  z  biura.  Punktualnie  o  umówionej 
godzinie przyjechał pan Bellert. Lena w myślach dziękowała 
Bogu, że Daniel jest przy niej. Oprowadzili gościa po firmie, 
pokazali  też  destylarnię,  w  której  do  śmierci  ojca  Leny 
produkowano Fahrenbachówkę. 

 

background image

-  Fantastyczne  -  powiedział  pan  Bellert.  Był  naprawdę  pod 

wrażeniem.  -  Więc  tu  powstaje  słynna  Fahrenbachówka...  A 
dlaczego  maszyny  stoją?  Najnowocześniejsze  urządzenia, 
świetna  linia  produkcyjna,  miedziane  kotły...  Chyba  nie 
przeniosła  pani,  pani  Fahrenbach,  produkcji  do  jednego  z 
krajów,  gdzie  jest  tania  siła  robocza?  Dzisiaj  to  powszechne 
zjawisko. 

Lena spojrzała na Daniela. W jej spojrzeniu było błaganie o 

pomoc.  Przecież  nie  może  powiedzieć,  że  nie  produkują 
Fahrenbachówki, bo nie mają receptury, ani że podejrzewa, że 
jej ojciec ją zniszczył. 

-  Nie,  skądże.  Pani  Fahrenbach  nigdy  nie  zrobiłaby  czegoś 

podobnego.  Fahrenbachówka  jest  niemieckim  produktem  z 
tradycją, a nie masową produkcją. Ze względu na skład - ponad 
sto  ziół,  przypraw  i  owoców  -  nie  nadaje  się  do  masowej 
produkcji.  To  wykluczone.  Na  jakiś  czas  zawiesiliśmy  jej 
wytwarzanie...  Po  śmierci  ojca  pani  Fahrenbach  przejęła 
posiadłość ze wszystkim, co dc niej należy. Brat praktycznie z 
dnia  na  dzień  wyrzucił  ją  z  pracy,  więc  musiała  zadbać  o 
utrzymanie. Przede wszystkim musiała się wdrożyć, poszukać 
dostawców... Gdyby miała jeszcze pilnować 

background image

produkcji Fahrenbachówki, zbyt dużo byłoby na jej głowie. 

Kiedy  już  rozkręcimy  dystrybucję  produktów  innych 
dostawców, zajmiemy się produkcją Fahrenbachówki. 

- Brzmi całkiem rozsądnie. Zdaje się, że jest pani ulepiona z 

innej gliny niż pani brat, który łapie się wszystkiego. 

-  Panie  Bellert  -  wtrąciła  Lena  -  jeśli  pan  chce,  możemy 

przejść  do  mojego  biura.  Przedstawię  panu  koncepcję 
dystrybucji, gdyby jednak zdecydował się pan podpisać z nami 
umowę. 

- Chętnie. Jestem niezmiernie ciekaw - powiedział i poszedł 

za Leną i Danielem. 

Usiedli przy stole. Przy kawie Lena przedstawiała Bellertowi 

swoją koncepcję. Od czasu do czasu zadawał jakieś pytania, ale 
mimo  to  zachowywał  kamienną  twarz.  Nie  dał  po  sobie 
poznać,  czy  projekt  mu  się  podoba,  czy  nie.  Kiedy  Lena 
skończyła,  Bellert  poprosił  Daniela  o  drugą  filiżankę  kawy, 
wsypał  do  niej  dwie  łyżeczki  cukru,  dolał  trochę  mleka, 
mieszał starannie wolnym ruchem, a potem podniósł filiżankę 
do ust i wziął łyczka. 

Lena  czekała  w  napięciu.  Daniel  niespokojnie  skubał 

koniuszek kołnierzyka. Z okazji wizyty 

 

background image

pana Bellerta założył białą koszulę i garnitur. Bez krawata. To 

byłaby lekka przesada. 

Bellert odstawił filiżankę. 
Dlaczego  nic  nie  mówi?  Dlaczego  trzeba  wyciągać  z  niego 

każde słowo? 

- W zasadzie przyrzekłem sobie, że raz na zawsze  kończę z 

Fahrenbachami.  Ale  nie  ponosi  pani  winy  za  posunięcia 
swojego brata. Podoba mi się pani koncepcja. Nawet bardzo mi 
się  podoba...  -  oznajmił  i  wreszcie  wydusił  z  siebie  długo 
oczekiwane słowa. - Przekonała mnie pani. Podpiszę z panią 
umowę na dystrybucję moich dziesięciu produktów. 

Daniel przestał skubać kołnierzyk. Zrobił się cały czerwony. 
Lena  czuła,  że  na  jej  czole  występują  kropelki  potu.  Miała 

ochotę  podbiec  do  Daniela  i  go  uścisnąć.  Ale  siedziała  na 
krześle jak wmurowana. 

Udało się! Mają licencję Bellerta! 
- Dziękuję, panie Bellert. Nie zawiodę pana. 
- Jestem o tym przekonany, moje dziecko... Jeszcze zanim tu 

przyjechałem,  zasięgnąłem  języka  u  wszystkich  pani 
dostawców, dużych i małych klientów. Wszyscy chwalili sobie 
współpracę z panią. Ma pani świetne referencje. 

background image

Lena  sama  mu  podpowiedziała,  żeby  porozmawiał  o  niej  z 

innymi. Skorzystał z tego. Miał do tego święte prawo. 

Bellert wziął jeszcze jednego łyka kawy. 
- Przywiozłem ze sobą projekt umowy. Proszę sprawdzić, czy 

odpowiadają pani warunki. Jeśli tak, możemy ją podpisać. 

Lena  podpisałaby  umowę  od  ręki,  bez  czytania,  ale  pan 

Bellert na pewno na to by się nie zgodził. Gość wstał. 

-  Niestety,  muszę  już  jechać.  Chętnie  obejrzałbym  pani 

wspaniałą  posiadłość.  Hermann  uwielbiał  tu  być.  Szkoda,  że 
nie mógł się tu cieszyć starością. Odszedł za szybko. 

- To prawda, tata chętnie tu przebywał. Ja też świetnie się tu 

czuję. 

- Ale przecież nie dorastała tu pani. 
- Nie, nie dorastałam. Przyjeżdżałam tu jedynie na wakacje, a 

sprowadziłam  się  na  dobre  już  po  śmierci  taty.  Ale  w  głębi 
serca czuję, że tu jest mój dom, że jestem właśnie stąd. 

- Hermann wiedział, komu przekazać posiadłość. Szkoda, że 

nie  przekazał  pani  hurtowni.  Pani  brat  do  niczego  się  nie 
nadaje,  dyskredytuje  jedynie  nazwisko  Fahrenbach  w  oczach 
ludzi z branży. 

 

background image

Dobrze, że Hermann  nie musi na  to  patrzeć.  Był uczciwym 

przedsiębiorcą.  Pani  brat  niszczy  wszystko,  co  Hermann 
stworzył... 

Lena nic nie powiedziała. Posmutniała. 
- Przepraszam, nie powinienem tego mówić. Sprawiłem tym 

pani ból, a to nie pani wina - dodał pan Bellert. 

Podał  jej  rękę,  potem  Danielowi.  Jego  uścisk  był  silny  i 

mocny. 

- Za dobrą współpracę. 
-  Za  dobrą  współpracę  -  powtórzyła  Lena.  Tym  samym 

przypieczętowali pomyślne załatwienie sprawy. 

Richard Bellert pożegnał się. Kiedy Lena zaproponowała, że 

odprowadzi go do samochodu, machnął ręką. 

- Dam sobie radę. Najpierw muszę zejść ze wzgórza, potem 

prosto przez dziedziniec i już jestem na parkingu. Proszę nie 
przerywać pracy. Czas to pieniądz. Następnym razem przyjadę 
na dłużej. Chciałabym pójść na grób Hermanna. 

Pomachał im jeszcze raz i zszedł schodami do wyjścia. 
Kiedy Daniel i Lena zobaczyli go idącego przez dziedziniec, 

padli sobie w ramiona. 

 

background image

-  Leno,  udało  się!  Mamy  dziesięć  produktów  więcej!  - 

radował się Daniel. 

- Jeszcze to do mnie nie dotarło - stwierdziła Lena. - Dziękuję, 

że  mnie  uratowałeś  z  Fahrenbachówką.  Nie  mogłam  mu 
powiedzieć,  że  nie  mamy  receptury  i  dlatego  nasza 
supernowoczesna destylarnia nie pracuje. 

-  Leno,  kiedyś  zacznie,  zobaczysz.  Jeszcze  będziemy 

produkować  Fahrenbachówkę!  Szef  nie  zniszczył  receptury. 
Znajdziemy ją, wierz mi. 

Daniel ciągle to powtarzał, ale Lena wiedziała lepiej. Przecież 

już wszystko przejrzała, każdy kąt. Pytała braci, czy nie mają 
receptury,  i  też  nic.  Wprawdzie  byłoby  to  dziwne,  gdyby 
Hermann  Fahrenbach  przekazał  recepturę  synom,  którzy 
jeszcze  za  życia  ojca  byli  za  wyrzuceniem  z  oferty  tej 
niemodnej Fahrenbachówki, ale nie takie całkiem niemożliwe. 
Ze względu na stanowisko jej braci ojciec przeniósł produkcję 
Fahrenbachówki 

do 

posiadłości. 

Wyremontował 

unowocześnił  dawną  fabrykę  likieru,  stworzył  nowoczesną 
linię  produkcyjną  i  potajemnie  produkował  rodzinny  trunek. 
Nikt  z  nich  nie  miał  o  tym  pojęcia.  Nawet  Lena  nic  nie 
wiedziała. Dowiedziała się dopiero wtedy, gdy zamieszkała w 
posiadłości. 

 

background image

Owszem,  szkoda,  że  nie  produkują  już  Fahrenbachówki. 

Trudno, nic na to nie poradzi. Dzisiejsze pertraktacje z panem 
Belłertem  to  duży  krok  naprzód.  Nie  chodzi  tu  jedynie  o 
pieniądze,  które  zarobi  dzięki  nowemu  kontraktowi  i  dzięki 
którym nie będzie musiała sprzedawać własnych gruntów. Nie, 
tu  chodzi  o  coś  więcej.  Lena  była  dumna,  że  udało  jej  się 
przekonać  pana  Bellerta,  że  nie  wszyscy  Fahrenbachowie  są 
tacy jak jej brat. Jej rodzeństwo śmieje się z niej, że poszła w 
ślady  ojca,  że  przejęła  jego  filozofię  życia  i  jest  wierna 
tradycji... Niech się śmieją. Ona jest z tego dumna. Czuje się 
Fahrenbachówną z krwi i kości i dzięki temu jest szczęśliwa. ; 

background image

Po  pomyślnym  załatwieniu  sprawy  z  Bellertem  Lena 

postanowiła  zrobić  sobie  wolne  do  końca  dnia i  pojechać  do 
Sylvii. 

Patrząc na Sylvię, można by pomyśleć, że wszystko u niej w 

porządku, że nauczyła się żyć bez Martina. Nie do końca tak 
było.  Narzuciła  sobie  po  prostu  dyscyplinę  i  tylko  z  pozoru 
wyglądała na pogodzoną z losem. Jednak nie mogła oszukać 
przyjaciółki.  Lena  była  jedyną  osobą,  której  Sylvia  czasem 
wypłakiwała się w mankiet i mówiła, jak jest jej ciężko. 

Kiedy  Lena  przyjechała  do  gospody,  Sylvia  rozmawiała 

właśnie z jednym z dostawców. 

Gdy tylko zauważyła przyjaciółkę, jej twarz pojaśniała. 
-  Daj  mi  jeszcze  tylko  pięć  minut  -  powiedziała.  -  Zaraz 

skończę. Weź sobie coś do picia i usiądź przy naszym stoliku. 

 

background image

Lena znała gospodę od dzieciństwa. Kiedy Fahrenbachowie 

jadali w gospodzie, siadali zawsze przy tym samym stoliku. 

Lena wzięła sok jabłkowy z wodą, przywitała się z kelnerką 

niosącą  pełną  tacę  i  zajęła  swoje  ulubione  miejsce  na  ławie 
przy piecu kaflowym. Chociaż w gospodzie było już centralne 
ogrzewanie, późną jesienią i zimą palono w piecu. Dzięki temu 
w w środku było przytulnie. 

Było  dużo  gości.  Większość  z  nich  to  przyjezdni. 

Prawdopodobnie  turyści  z  jakiejś  wycieczki.  Przystanek  w 
tradycyjnej gospodzie był zwykle stałym punktem programu. 

Przodkowie Sylvii nazwali gospodę „Pod lipami". Sylvia nie 

była z tej nazwy zadowolona i początkowo chciała ją zmienić. 
Potem  jednak  dała  sobie  spokój.  Gospoda  od  pokoleń  była 
znana właśnie pod tą nazwą, bo rosły przed nią stare lipy. 

Sylvia  przejęła  gospodę  po  rodzicach.  Bez  wybrzydzania 

pogodziła  się  z  faktem,  że  teraz  na  nią  przyszła  kolej 
kontynuowania wieloletniej tradycji. Nic dziwnego, tak została 
wychowana.  Już  od  dziecka  wiedziała,  że  kiedyś  przejmie 
spuściznę przodków. 

background image

Lena napiła się soku. 
Sylvia  spodziewa  się  bliźniaków.  Jedno  z  jej  dzieci 

odziedziczy to miejsce. Ale które? Amalia czy Fryderyk? Lena 
była  pewna,  że  niezależnie  od  tego,  które  z  dzieci  przejmie 
gospodę,  sumiennie  będzie  podtrzymywać  wieloletnią 
tradycję. 

Dlaczego  jej  rodzeństwo za  nic  ma  tradycję?  Grit  wszystko 

sprzedała.  Z  wyposażenia  willi  niczego  nie  zostawiła  na 
pamiątkę. Ani jednego krzesła, ani jednego obrazu. A przecież 
dorastała w tej willi. Jörg też się zastanawia, czy nie sprzedać 
zamku Dorleac. Zamek od niedawna był własnością rodziny. 
To  matka  naciskała,  żeby  ojciec  kupił  zamek,  bo  chciała  z 
niego  zrobić  centrum  spotkań  towarzyskich.  Kiedy  jednak 
odkryła,  że  do  zamku  należą  winnice  i  trzeba  tam  ciężko 
pracować,  straciła  zainteresowanie.  Ojciec  odrestaurował  za-
mek, a z winnic uczynił dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. 
Rozwinął też hurtownię Fahrenbach, nawiązał liczne kontakty 
handlowe,  wyrobił  sobie  markę  uczciwego  i  dobrego 
przedsiębiorcy.  A  teraz  co?  Frieder  wszystko  rujnuje. 
Najgorsze, że hańbi nazwisko Fahrenbach. 

Sylvia  podeszła  do  stolika.  Pożegnała  się  z  dostawcą  i 

przybiegła do przyjaciółki. 

 

background image

-  Leno,  co  się  stało?  -  zaniepokoiła  się.  Głos  Sylvii  wyrwał 

Lenę z zamyślenia. 

- Stało? Jak to? 
Sylvia powoli usiadła. Robiła to już trochę nieporadnie. Nic 

dziwnego, niedługo poród. 

- Masz minę jak siedem nieszczęść. 
- Przepraszam, myślałam o rodzeństwie... A to żaden powód 

do radości. 

Sylvia pokręciła głową. 
- Skończ z tym wreszcie. Niepotrzebnie się zadręczasz. Nie są 

warci  tego,  żeby  o  nich  myśleć.  Zwłaszcza  Frieder  i  Grit.  A 
Jörg...  Dobrze,  Jörg  nie  jest  taki  zły.  Ale  nie  ma  za  grosz 
poczucia odpowiedzialności. Pewnie nawet nie wie, jak się pi-
sze słowo „odpowiedzialność". Nie ma go w jego słowniku. 

- Teraz ty się denerwujesz - zaśmiała się Lena. 
- Nie denerwuję się, tylko jestem wściekła, kiedy widzę, jak 

cię traktują. Dobrze, nie rozmawiajmy o nich. Zaczekaj, coś ci 
pokażę. 

Wstała,  poszła  za  bar  i  wyjęła  z  szuflady  dużą  kopertę. 

Przyniosła szklankę wody i lekko zdyszana usiadła obok Leny. 

- Zajrzyj - poprosiła i podsunęła Lenie jakąś kopertę. 

background image

Lena wyjęła z niej trzy zdjęcia. Od razu rozpoznała bliźniaki 

przyjaciółki. 

-  Byłam  dzisiaj  na  badaniach  -  powiedziała  Sylvia.  -  Z 

dziećmi wszystko w porządku. Waga normalna, ale będą duże. 
Według tabeli przekraczają średnią długość. 

-  Ty  jesteś  wysoka  i  Martin...  -  przerwała,  bo  chciała 

powiedzieć, że on też był wysoki, ale nie przeszło jej to przez 
gardło. 

Martin tak bardzo się cieszył, że zostanie ojcem, a nigdy nie 

zobaczy swoich dzieci... 

-  Martin  też  nie  należał  do  niskich  -  dokończyła  Sylvia.  - 

Spójrz,  po  lewej  stronie  jest  Amalia.  Jest  taka  podobna  do 
Martina... W zasadzie obydwoje są do niego podobni. 

Na rozpoznanie podobieństwa dzieci do ojca czy matki było o 

wiele za wcześnie. Ale Lena rozumiała przyjaciółkę. 

Sylvia usilnie szuka czegoś, co da jej dowód na to, że Martin 

nie  odszedł  tak  zupełnie.  To  jego  dzieci,  to  oczywiste.  Ale 
Sylvia pragnie, żeby były do niego podobne. 

Lena  nie  wyprowadzała  przyjaciółki  z  błędu.  Wiedziała,  że 

Sylvia potrzebuje czegoś, co po prostu ją pocieszy. 

 

background image

- Tak, kształt głowy obydwoje mają po nim i nos... Tak, nos 

chyba też. 

Nie, dalej nie może. 
- Termin porodu ten sam? - szybko zmieniła temat. 
-  Tak,  prawdopodobnie  przyjdą  na  świat  w  wyznaczonym 

terminie.  Sama  się  dziwię,  że  nie  zaszkodził  im  mój  stres. 
Bardzo  się  z  tego  cieszę,  staram  się  być  spokojna  i  już  nie 
płakać.  Łzy  nie  zwrócą  mi  Martina,  a  mogą  zaszkodzić 
dzieciom.  To  jedyne,  co  mi  po  nim  zostało.  Nie  mogę  ryzy-
kować.  Byłam  z  Martinem  bezgranicznie  szczęśliwa.  W  tym 
krótkim  czasie,  jaki  był  nam  dany,  zaznaliśmy  więcej 
szczęścia,  miłości i  czułości  niż  inni  ludzie  przez całe  życie. 
Nie wolno mi o tym zapominać! Powinnam być wdzięczna za 
to,  co  z  nim  przeżyłam,  i  całą  moją  miłość  przelać  teraz  na 
dzieci. Jeśli nawet będę dorastać bez ojca, to mają matkę, której 
obowiązkiem jest zapewnić im szczęśliwe życie. 

- Sylvio, mają jeszcze nas. My też czekamy na twoje dzieci. 

Nicola  nie  może  się  już  doczekać,  kiedy  weźmie  je  na  ręce. 
Cały czas szyje, robi na drutach i wyszywa. Szykuje nie tylko 
ubranka, ale także piękne poduszeczki w wyhaftowanymi 

 

background image

imionami, cudowne przytulanki do spania i inne rzeczy. 
Sylvia uśmiechnęła się. 
-  Tak,  wiem.  Przyniosła  mi  już niemałą  wyprawkę.  Pewnie, 

żeby  mnie  pocieszyć.  Prosiłam  ją,  żeby  przystopowała,  bo 
mam już tego sporo, ale Nicoli nic nie powstrzyma. 

-  Nicola  ma  swoje  dziwactwa.  Jedno  jest  pewne,  będzie 

ubóstwiać twoje dzieci. Już teraz mi zapowiedziała, że trzeba 
zatrudnić kogoś do czworaków, bo ona będzie musiała się nimi 
zająć. 

- Na miłość boską, nie... Leno, wybij jej to z głowy. Nie chcę 

cię dodatkowo obciążać. 

-  Nigdy  w  życiu.  Nie  pozbawię  Nicoli  tego  szczęścia.  Już 

niejeden raz jej proponowałam, żebyśmy kogoś zatrudnili do 
czworaków, ale znasz Nicolę. Jak ona mówi „nie", to znaczy 
„nie". Sprzedałam obrazy i mam teraz niezłą sumkę na koncie. 
Mnie  też  zależy  na  tym,  żeby  moim  chrześniakom  było  jak 
najlepiej. 

Sylvia miała łzy w oczach. 
-  -  Co  ja  bym  bez  was  zrobiła?  Pomogliście  mi  po  śmierci 

Martina i nadal pomagacie. 

- Na tym polega przyjaźń - oznajmiła Lena. 
- Przyjaciele są na dobre i na złe. 
 

background image

Nie chciała być zbyt sentymentalna, więc zmieniła temat. 
-  Aleks  zrobił  dla  maluchów  pięknie  koniki  na  biegunach. 

Trzeba je jeszcze pomalować i będą gotowe. Teraz pracuje nad 
domkiem  dla  lalek,  a  Fryderyk  ma  dostać  chyba  wiejską 
zagrodę ze stajnią, oborą, no, ze wszystkim... A Daniel... Da-
niel kupuje samochodziki. Zupełnie oszalał. 

- Gdyby Martin to wiedział... - wyszeptała Sylvia. 
- Wie - powiedziała Lena. - Jestem pewna, że wie. Na pewno 

siedzi na jakimś obłoczku i pilnuje, żeby nic wam się nie stało. 

Sylvia machnęła ręką. 
- Brzmi nieźle, ale jakoś w to nie wierzę. 
- Spróbuj uwierzyć. Kiedy zmarł  mój  tata,  ta  myśl pomogła 

mi przetrwać jego brak. Pomogła. Naprawdę. 

- Sama nie wiem... 
Ich  rozmowa  została  nagle  przerwana.  Z  kuchni  wybiegł 

kucharz. Był wściekły. 

- Pani Gruber, tak dalej być nie może. Muszę mieć w kuchni 

kogoś innego do pomocy, a nie tę dziewuchę z dwoma lewymi 
rękami. Jestem już na skraju wytrzymania. Jak mam się zająć 
jedzeniem 

background image

dla czterdziestu osób, które przyjadą za dwie godziny, skoro 

muszę pilnować tej niezdary?! Sylvia wstała od stolika. 

- Leno, przykro mi... - powiedziała, a potem zwróciła się do 

zdenerwowanego  kucharza:  -  Zaraz  to  załatwię.  Hilda  panu 
pomoże. Z nią się pan dobrze dogaduje, ja też pomogę. Kähte 
nie  jest  taka  zła,  tylko  panicznie  się  pana  boi.  Chce  sprostać 
wymaganiom  i  ze  strachu,  że  będzie  pan  niezadowolony, 
popełnia błędy. Nie musi pan na nią od razu krzyczeć. 

- Ale... 
Sylvia machnęła ręką. 
- Zaraz wszystko wyjaśnimy. Proszę iść do kuchni. Zaraz tam 

przyjdę. 

Kucharz wyszedł, a Sylvia objęła przyjaciółkę na pożegnanie. 
- Kiedy byłam w Portugalii, zgrywał tu szefa. Wciąż do niego 

nie dotarło, kto tu rządzi. Albo się zmieni, albo fora ze dwora. 
Byłoby  szkoda,  bo  jest  bardzo  dobrym  kucharzem,  ale  nie 
pozwolę  na  krzyki  w  mojej  gospodzie.  Ja  nie  krzyczę.  Tym 
bardziej  mój  personel  nie  będzie  tego  robił...  Muszę  iść. 
Szkoda, bo chętnie bym z tobą dłużej pogadała. 

 

background image

-  Nie  ma  sprawy.  Nie  zamierzam  nigdzie  wybyć  na  dłużej. 

Zdzwonimy się. Nie przyszłam z  niczym ważnym. Chciałam 
cię tylko zobaczyć. Trzymaj się i nie bądź zbyt surowa. 

Lena wyszła z gospody. Sylvia świetnie sobie radzi w pracy, 

ale jej życie prywatne... Ból po stracie męża chyba nigdy nie 
minie. Nie tak łatwo z tym się pogodzić. Na to potrzeba dużo 
czasu. 

Lena wsiadła do samochodu. Zamierzała pojechać do domu, 

ale zmieniła zamiar. Skierowała się do kapliczki. 

Nie  zaszkodzi  zapalić  kilku  świeczek.  Jedną  za  pomyślne 

pertraktacje z Bellertem, drugą za pieniądze z obrazów, kolejną 
za Sylvię i jej dzieci, następną za to, że w zasadzie dobrze jej 
się powodzi, pomijając to, że straciła Thomasa. Nicola, Aleks i 
Daniel też zasłużyli na świeczkę. 

Zatrzymała  samochód.  Ostatni  kawałek  drogi  pokonała 

pieszo,  idąc  wzdłuż  strumyka.  Szemrał  wesoło  i  wśród 
gładkich kamieni torował sobie drogę w stronę wioski, gdzie 
łączył się z rzeką. 

Lena weszła do kapliczki. 
Zapaliła świeczki i usiadła na swoim ulubionym miejscu. Z tej 

ciemnej  ze  starości  ławki  miała  widok  na  płonące  świece, 
skromny ołtarz 

background image

z prostym, żelaznym krzyżem ozdobionym masą perłową. 
Lubiła to miejsce szczególnie latem, kiedy słońce zaglądało 

przez  kolorowe  witraże  i  malowało  na  posadzce  czarujące 
obrazy.  Ale  lato  już  dawno  minęło,  a  słońce,  nawet  jeśli 
świeciło, to już nie z taką siłą. 

Lena zmówiła krótką modlitwę, posiedziała jeszcze chwilę z 

zamkniętymi oczami, a potem wyszła z kapliczki. 

To miejsce dodawało jej siły i odwagi. Naprawdę je lubiła. 
Wolnym  krokiem  wróciła  do  samochodu  i  ruszyła  w  stronę 

posiadłości,  którą  kochała  ponad  wszystko.  Nigdy  jej  nie 
opuści.  Nie  ma  piękniejszego  miejsca  na  świecie  od  jej  raju, 
który tak bardzo pragnęła dzielić z Thomasem. 

Nie!  Tylko  nie  Thomas...  Nie  chce  o  nim  myśleć.  Dodała 

gazu.  Wbrew  własnym  zasadom  dość  szybko  wjeżdżała  na 
wzgórze. 

background image

Kiedy  dojechała  na  parking,  zauważyła  jakiś  nieznany 

samochód.  Dziwne.  Obcy  nigdy  tu  nie  wjeżdżają,  ponieważ 
prowadzi tutaj prywatna droga. Gości też się nie spodziewała. 

Nie  było  samochodu  Dunkelów,  ale  tym  się  nie  przejęła. 

Nicola  i  Aleks  wybierali  się  na  przyjęcie  urodzinowe  do 
znajomych. Daniel z kolei miał jechać po papier do drukarki. 

Może tak bardzo zainteresował ją ten nieznany samochód, bo 

tylko on stał na parkingu? 

Lena  ruszyła  w  stronę  domu.  Zauważyła  mężczyznę,  który 

szybkim krokiem przechadzał się w tę i z powrotem. 

Ręce skrzyżował na piersiach. Pewnie czekał już dość długo i 

po prostu zmarzł. 

Kiedy  dostrzegł  Lenę,  ruszył  w  jej  stronę.  Brunet,  wysoki, 

szczupły i dobrze ubrany. 

background image

-  Pani  Fahrenbach?  -  zapytał  podekscytowany.  -  Lena 

Fahrenbach? 

- Tak, to ja - potwierdziła Lena i spojrzała na niego zdziwiona. 
Dlaczego  jest  taki  zdenerwowany?  Mężczyzna  głęboko 

odetchnął i powiedział powoli: 

-  Mam  na  imię  Christian.  Jestem  pani  bratem...  Lena 

popatrzyła na niego jak na wariata. Jego 

słowa brzmiały tak absurdalnie, że zaczęła się głośno śmiać, 

choć słyszała już w życiu lepsze dowcipy. 

- Naprawdę jestem pani bratem... - powtórzył. 
-  Oczywiście.  Pan  jest  moim  bratem,  a  ja  jestem  królową 

Anglii - zażartowała. 

Ale nie rozśmieszyła go swoim żartem. 
- Wiem, że do dla pani dziwne, ale mówię prawdę. Mogę to 

pani udowodnić. 

Lenie  odechciało  się  śmiać.  Mężczyzna  mówił  śmiertelnie 

poważnie. 

- Wejdźmy do domu - wydusiła z siebie zdławionym głosem. 
Zaraz  wszystko  się  wyjaśni.  To  niemożliwe,  żeby  ten 

mężczyzna był jej bratem. To musi być jakaś pomyłka. 

background image

Wpuszczając  obcego  mężczyznę  do  domu,  Lena  nie 

zastanawiała  się  ani  przez  sekundę,  że  ta  zuchwałość  mogła 
mieć dla niej tragiczny finał. Jeżeli obcy chciałby zastawić na 
nią pułapkę, żeby na nią napaść, na pewno wybadał przedtem 
sytuację i zorientował się, że przebywa sama na Słonecznym 
Wzgórzu. 

Jej myśli krążyły wokół słowa „brat". Niespodziewany gość 

twierdził, że jest jej bratem! To nie mogła być prawda! Tata 
przecież  nie  miał  nieślubnego  dziecka!  Gdyby  tak  było, 
przyznałby  się  do  tego,  jeśli  nawet  matka  dziecka  z  różnych 
przyczyn nie zdecydowałaby się go poślubić. Zapewne zaszła 
jakaś pomyłka! Na szczęście zaraz wszystko się wyjaśni. 

Brat... Co za absurd! Miała dwóch braci. O trzecim nigdy nie 

było mowy. Także w testamencie nie było o nim wzmianki. 

background image

- Napije się pan czegoś? - zapytała uprzejmie, bacznie mu się 

przyglądając. Wyglądał na miłego. 

- Tak, dziękuję. 
- Przejdźmy więc do kuchni. - Przecież nie zostawi go samego 

w salonie albo bibliotece. Zresztą w kuchni  było przytulniej. 
Przy znajdującym się w niej drewnianym stole niejednokrotnie 
toczyły  się  burzliwe  dyskusje.  -  Zaparzyć  panu  kawy  czy 
herbaty? 

-  Jeśli  to  nie  problem,  poproszę  herbatę.  Lena  pokiwała 

głową. 

- OK, proszę usiąść. 
Zauważyła, że ją obserwował, ale nie natarczywie. Sprawiał 

raczej sympatyczne wrażenie. 

Usiedli naprzeciwko siebie. 
Lena  poczęstowała  go  czekoladowymi  ciasteczkami 

upieczonymi przez Nicolę. 

- Panie... 
- Berger. Christian Berger - dopowiedział. 
-  Panie  Berger  -  powtórzyła  jego  nazwisko.  -  Proszę 

skosztować tych pysznych ciasteczek, a potem opowie mi pan, 
na  jakiej  podstawie  wysnuł  pan  wniosek  o  naszym 
pokrewieństwie. 

Popatrzyła  na  niego.  Biło  od  niego  ciepło.  Wyglądał  na 

uczciwego człowieka. 

 

background image

-  Wie  pan,  nie  dawałbym  wiary  w  te...  przypuszczenia  - 

wyraziła  się  dość  delikatnie.  Starała  się  nie  wybuchnąć 
śmiechem,  bo  sytuacja  była  zbyt  poważna,  przynajmniej  dla 
niego.  - Znam bardzo  dokładnie moją rodzinę. Mam siostrę  i 
dwóch braci. 

Nie dał się zbić z tropu. 
- Ależ ja jestem pani bratem - upierał się przy swoim. - Mogę 

to udowodnić. Jeszcze niedawno sam o tym nie wiedziałem. 

I jak mu wytłumaczyć, że żadne dowody niczego nie zmienią? 

Ktoś naopowiadał mu jakichś bzdur i tyle. 

- Panie Berger, trafił pan pod niewłaściwy adres. Gdyby mój 

tata miał nieślubnego syna, uznałby go i nie ukrywałby przed 
nami  tak  ważnej  informacji.  On  nie  potrafił  kłamać.  Nie 
przemilczałby  przed  nami  faktu,  że  gdzieś  tam  na  świecie 
istnieje jego syn. Niestety, tatuś nie żyje i nie może potwierdzić 
pana hipotezy. Przykro mi, że pana wysiłek poszedł na marne. 

Mężczyzna  napił  się  herbaty  i  kolejny  raz  zanurzył  dłoń  w 

pojemniku z ciasteczkami. Nic dziwnego. Ich niebiański smak 
uzależniał także tych, którzy nie przepadali za słodyczami. 

background image

- Nie chodzi o pani tatę — stwierdził. Lena wybałuszyła oczy. 
- Słucham? 
- Nie mamy wspólnego ojca, lecz matkę. 
Lena poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją obuchem w głowę. 

W  życiu  nie  wpadłaby  na  to,  że  jej  matka  mogłaby  urodzić 
nieślubne dziecko. 

Wybuchła histerycznym śmiechem. 
- Proszę mi wybaczyć, ale... Ale chyba ktoś wprowadził pana 

w  błąd...  To  niemożliwe...  -  wyjąkała  bezradnie.  -  Pan  się 
myli... 

- Nie. Wszystko się zgadza. 
Wyciągnął z torby segregator z dokumentami i przesunął go 

po stole w jej stronę. 

Lena pobladła. Serce biło jej coraz mocniej i coraz szybciej. 

Nie  mogłam  zapanować  nad  drżeniem  dłoni.  Powoli  do  niej 
docierało, że Christian mówił prawdę. Okrutną prawdę! Matka 
miała dziecko jeszcze przed Friederem i ukryła przed nimi ten 
fakt.  Dopiero  dzięki  Christianowi  prawda  ujrzała  światło 
dzienne. 

Despotyczna,  egoistyczna  Carla  Aranchez  de  Moreira  i 

nieślubne dziecko? Paradoks! 

Chociaż przemilczenie istotnych rzeczy pasowało do niej w 

stu procentach. To straszne. 

 

background image

Wymazała  ze  swojego  życia  własne  dziecko.  Ślubne  dzieci 

też zresztą porzuciła dla milionera z Buenos Aires. 

- Nie przeczytam tego teraz. Nie jestem w stanie - wyszeptała 

przygnębiona. 

- Powinna pani. Żeby mi uwierzyć. 
-  Wierzę  panu...  Może  lepiej  będzie,  jeśli  opowie  mi  pan  tę 

historię. 

background image

Christianowi  Bergerowi  z  trudem  przychodziło  rozpoczęcie 

opowieści. Podobnie jak Lena był głęboko poruszony. 

Nie  naciskała.  Siedziała  spokojnie  na  krześle  i  starała  się 

równomiernie oddychać. 

Jej  matka  i  nieślubne  dziecko...  Przerażające,  że  nigdy  nie 

zatroszczyła się o syna, a on nie miał pojęcia, kim była jego 
biologiczna matka. 

- Moja mama chorowała przez długie lata - wydusił drżącym 

głosem. - Kiedy stało się dla niej jasne, że nieubłaganie zbliża 
się  koniec,  że  jej  dni  są  policzone,  straciła  wolę  walki. 
Wręczyła mi te dokumenty potwierdzające historię, którą opo-
wiedziała. Dała mi też zdjęcia... 

Znów sięgnął do torby. Wyciągnął zdjęcia, po czym przesunął 

je po stole. 

Lena patrzyła na niego jak na przybysza z innej planety. 
 

background image

Zdjęcia przedstawiały jej matkę w młodości. Nie wątpiła, że 

to właśnie ona. 

- To mama - powiedziała. 
Nie  skomentował  jej  słów.  Wyszukał  drugie  zdjęcie  i 

ponownie przesunął je po stole. 

„Co jest?", zastanawiała się Lena. Niby znowu matka, ale w 

innej  sukience.  Na  tym  zdjęciu  prezentowała  się  dużo 
skromniej i jakoś inaczej niż na pierwszym. 

- Hm, nie rozumiem... To mama, ale... Nie słyszał jej? Czy nie 

chciał słyszeć? Przewertował stos zdjęć. Wyjął kolejne i podał 

je Lenie. Tym razem ujrzała dwie identyczne kobiety. 
Wstrzymała oddech. 
Wzięła zdjęcie i wypuściła je bezwiednie. 
Kobiety  były  do  siebie  podobne  jak  dwie  krople  wody. 

Bliźniaczki! 

Jej  mama  miała  siostrę  bliźniaczkę.  Dlaczego  się  o  niej 

wcześniej nie wiedziała? Dlaczego matka nie powiedziała, że 
ma siostrę? 

Nawał  nieprawdopodobnych  informacji  przyprawił  Lenę  o 

zawrót  głowy.  Jej  mózg  pracował  na  najwyższych  obrotach. 
Bezskutecznie 

próbowała 

znaleźć 

jakieś 

racjonalne 

wytłumaczenie. 

 

background image

Christian Berger wskazał kobietę w skromnej sukience. 
- To jest Roberta, moja mama... To znaczy kobieta, o której 

myślałem, że jest moją mamą - poprawił się natychmiast. - A to 
jest Carla... Nasza matka... 

„Cała Carla - pomyślała Lena. - Już w młodości uwielbiała się 

stroić". Wstała. 

- Dolać panu herbaty? -Tak. 
Lena przyniosła dzbanek. 
-  Czy  to  będzie  nietakt,  jeśli  poczęstuję  się  jeszcze  jednym 

ciastkiem czekoladowym? Są pyszne... 

-  Proszę  się  nie  krępować.  Niech  pan  je,  ile  chce.  Mam  ich 

sporo. 

Sama  także  poczęstowała  się  dwoma  ciasteczkami. 

Czekolada ją uspokajała i dodawała jej energii, a teraz bardzo 
tego potrzebowała. 

- Roberta i Carla mimo różnicy charakterów nadawały na tych 

samych falach. Świetnie się uzupełniały. Łączyła ich zażyłość 
typowa  dla  bliźniąt  jednojajowych.  Roberta  była  nieśmiała, 
powściągliwa... Carla zaś nie przepuszczała żadnej okazji. Wie 
pani, co mam na myśli. Często obracała się 

 

background image

w  towarzystwie  mężczyzn.  Zmieniała  narzeczonych  jak 

rękawiczki. Niektórzy powiadali, że miała sporo zdobyczy na 
swoim koncie. Zawsze oglądała się za bogatymi kandydatami 
na  męża.  Aż  w  końcu  znalazła  pani  ojca.  Tyle  że  w  owym 
czasie zaszła w ciążę z innym mężczyzną, który z pewnością 
nie zapewniłby jej  takiego standardu życia, o jakim marzyła. 
Ze  względu  na  swój  zaawansowany  stan  błogosławiony  nie 
mogłaby, mówiąc kolokwialnie, wmówić potomka pani ojcu. 
Nie  było  to  wiarygodne.  Nie  wrobiłaby  go  tak  łatwo  w 
ojcostwo.  Kiedy  jej  brzuch  zaczął  mieć  pokaźne  rozmiary, 
skłamała  pani  ojcu,  że  musi  wyjechać  z  siostrą  na  kilka 
miesięcy do Anglii. Przez ten czas utrzymywała z nim kontakt i 
jakoś udawało  się jej za każdym razem odwieść go od chęci 
przyjazdu  do  niej.  Była  pewna  pani  ojca,  ponieważ  jej  się 
oświadczył. Nie chciała, żeby złota rybka zerwała się z wędki... 

Zrobił krótką przerwę. Napił się herbaty. 
Lenę przeszył zimny dreszcz. 
- Urodziła mnie, podając się za swoją siostrę. Lena zamknęła 

oczy. 

- Nikt się nie zorientował, ponieważ wyglądały identycznie, a 

nikt ich tam nie znał. 

 

background image

- Ale Roberta... Dlaczego zgodziła się na taki układ? 
-  Carla  szantażowała  ją  emocjonalnie.  Zagroziła,  że  popełni 

samobójstwo.  Roberta  nie  chciała  mieć  jej  na  sumieniu. 
Oswoiła się z perspektywą roli matki nieślubnego dziecka. 

- A Carla? 
-  Zniknęła  bez  śladu,  podpisując  jednak  uprzednio 

oświadczenie,  że  jest  moją  biologiczną  matką. Roberta  ją  do 
tego zmusiła. 

Lenie odebrało mowę. Była wstrząśnięta. 
Carla  bez  skrupułów  wykorzystała  słabą,  ba,  poddańczą 

naturę  siostry.  Zrujnowała  jej  życie.  Pokrzyżowała  plany  na 
przyszłość.  Bezczelnie  oszukiwała  jej  ojca.  Nie  powiedziała 
mu  o  dziecku.  Prawdopodobnie  też  nigdy  go  nie  kochała. 
Połaszczyła się na jego pieniądze. Wycisnęła go jak cytrynę, a 
potem  bez  mrugnięcia  okiem  odeszła  od  niego.  Zarzuciła 
przynętę na bogatszego mężczyznę. 

Zresztą z nią nie lepiej postąpiła. Zniszczyła jej "Szczęście. 

Przez  nią  rozstali  się  kiedyś  z  Thomasem.  Gdyby  Carla  nie 
namieszała między nimi, już dawno byliby małżeństwem. On 
nie ożeniłby się z Nancy... 

 

background image

Jak  Carla,  czyniąc  tyle  zła,  mogła  spać  spokojnie?  Kiedyś 

zapłaci za swoje. Życie odpłaci jej pięknym za nadobne. 

- Przykro mi, że akurat ja musiałem przekazać pani tę brutalną 

prawdę. 

Uśmiechnęła się mimo woli. 
- Dam radę. Przeboleję to jakoś, ale pan... Pan jest najbardziej 

poszkodowany... 

Potrząsnął głową. 
-  Nie.  Wcale  nie.  Miałem  cudowne  dzieciństwo  i  jeszcze 

lepszą  młodość.  Roberta  wspaniale  mi  matkowała.  Była 
serdeczna, wyrozumiała, kochała mnie i zawsze mogłem na nią 
liczyć.  Wspieraliśmy  się  na  każdym  kroku.  Byliśmy  sobie 
bardzo bliscy. 

-  Super  -  odparła  Lena.  -  Carla  natomiast  nie  była  dobrą 

matką.  Myślała  wyłącznie  o  sobie.  Wszystko  musiało  się 
kręcić  wokół  niej.  Dosłownie  pępek  świata.  Gdybyśmy  nie 
mieli naszego kochanego tatusia, marnie byśmy skończyli. 

- Och, przykro mi. 
-  To  nie  pana  wina.  Skoro  okazało  się,  że  jesteśmy 

rodzeństwem, mówmy sobie po imieniu, dobrze? 

Christian skwapliwie na to przystał. 

background image

-  Dziękuję,  Lena.  Bałem  się  potwornie,  że  mnie  wyrzucisz, 

odprawisz  mnie z  kwitkiem  jak  Frieder.  On  nawet  nie  raczył 
spojrzeć mi w twarz. Zbył mnie, wysługując się sekretarką. 

Cóż, Frieder wszystkich traktował z góry. Był opryskliwy do 

każdego.  Zarówno  do  rodziny,  jak  i  obcych.  Nie  oszczędził 
nawet swojego syna. Linus nie bez kozery uciekł od rodziców. 

- Powiedziałeś mu, że jesteś jego bratem? - spytała Lena. 
Potrząsnął głową. 
-  Nie,  ponieważ  nie  zdobył  się  na  rozmowę  ze  mną. 

Przekazałem  mu  tę  wiadomość  przez  jego  sekretarkę,  a  on 
wypędził mnie z biura i zagroził, że następnym razem wezwie 
policję. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść. 

Upił trochę herbaty. 
- Wiesz, Lena, nie przyjechałem z zamiarem upominania się o 

jakąkolwiek  część  spadku.  Chciałem  po  prostu  poznać 
rodzeństwo.  No  i  biologiczną  matkę.  Może  nas  ze  sobą 
skontaktujesz? 

- Chyba zwracasz się do nieodpowiedniej osoby - odparła. - 

Mama... Hm... Od dziesięciu lat unikamy się wzajemnie. Nasze 
ostatnie spotkanie było zupełną porażką... Uciekłam, bo była 
nie 

 

background image

do zniesienia. Przyrzekłam sobie, że nie będę utrzymywała z 

nią  kontaktu.  Nie  chcę  przeżywać  kolejnych  rozczarowań. 
Wprawdzie  nie  znam  jej  adresu,  ale  pewnie  nietrudno  go 
zdobyć.  Nazywa  się  teraz  Carla  Aranchez  de  Moreira  i 
przebywa  głównie  w  Buenos  Aires.  Poślubiła  bajecznie  bo-
gatego mężczyznę. 

- Więc osiągnęła swój cel. 
- O tak. Frieder... Jego poznałeś pośrednio przez sekretarkę. 

Między nami również nie układa się najlepiej. Nie odzywa się 
do  mnie.  Karze  mnie  pogardą,  ponieważ  nie  spełniłam  jego 
absurdalnego  życzenia.  Ach,  to  długa  historia.  Jeśli  chcesz, 
opowiem ci ją kiedyś. Jest jeszcze Jórg, ale wyjechał w daleką 
podróż.  Obecnie  jest  w  Nowej  Zelandii.  On  będzie  miał 
najmniejszy  problem  z  tym,  że  mamy  przyrodniego  brata. 
Pozostała  jeszcze  Grit.  Słyszałeś  o  niej?  Nasza  siostrunia  nie 
widzi nic poza czubkiem swojego nosa. Raczej nie znajdzie dla 
ciebie czasu. Przykro mi, ale taką mamy rodzinę. 

- Cieszę się, że trafiłem na ciebie. Wzruszyła ramionami. 
- Ja nie wrodziłam się w nich. Zdecydowanie odstaję od norm 

uznawanych przez Friedera 

background image

i  Grit.  Jestem  odmieńcem.  W  każdym  razie  cieszę  się  z 

nieoczekiwanego  powiększenia  naszej  rodzinki.  Mam 
nadzieję, że będziemy się trzymać razem. Gdzie mieszkasz? 

- Dość daleko stąd. W Hamburgu. 
- Co porabiasz zawodowo i prywatnie? Jesteś żonaty? Masz 

dzieci? 

Chwycił jej dłonie. 
- Nie, ani zaręczony, ani żonaty. Jestem lekarzem internistą i 

kardiologiem. Aktualnie pracuję w klinice uniwersyteckiej w 
Eppendorf. W przyszłości planuję osiąść w jakimś spokojnym 
miejscu,  otworzyć  gabinet  medycyny  ogólnej...  Trochę  czasu 
upłynie,  zanim  zrealizuję  swój  plan.  Otworzenie  gabinetu 
kosztuje mnóstwo pieniędzy, a w szpitalu zarabia się grosze. 
Na razie jednak nie łamię sobie tym głowy. Jest dobrze tak, jak 
jest.  Nie  narzekam.  Fajnie,  że  się  poznaliśmy.  Jesteś 
interesująca. 

- Dzięki i nawzajem. 
Zamienili ze sobą jeszcze kilka zdań i pożegnali się. Christian 

musiał jechać, ponieważ następnego ranka miał dyżur. 

Obiecali sobie, że będą do siebie dzwonić. 

background image

Po wyjeździe Christiana Bergera Lena pogrążyła się w swoich 

myślach.  Jeśli  nawet  będzie  musiała  przyzwyczaić  się  do 
nowych realiów, cieszyła się, że jej rodzina się powiększyła, a 
ona zyskała jeszcze jednego brata. Mierziła ją postawa matki, 
która  bezceremonialnie  i  bez  jakichkolwiek  wyrzutów 
sumienia  obarczyła  siostrę  wychowaniem  własnego  dziecka. 
Nie zasłużyła na określanie jej mianem mamy. Była wypraną z 
uczuć, wyrodną zołzą. Kto przy zdrowych zmysłach pozbywa 
się malutkiej istotki, która jest jej częścią. 

Do salonu weszła Nicola. 
- Lena, co się z tobą dzieje? - spytała. - Duch cię nawiedził czy 

co? 

Lena  uśmiechnęła  się  na  widok  Nicoli.  Wreszcie  mogła 

porozmawiać z kimś, kto jej wysłucha. 

- Duch? Nie - odpowiedziała.   
- Mój brat. 

background image

- Tylko nie mów, że Frieder się do ciebie pofatygował, żeby 

cię przeprosić? 

Lena potrząsnęła głową. 
- Nie, nie. Friedera tu nie było. 
- Jórg? Po nim można by się spodziewać, że się rozmyślił i... 
- Nie, Nicola. Jórg też nie. Odwiedził mnie Christian... 
- Lena! - krzyknęła zaniepokojona Nicola. 
- Czy ty... Hm... Piłaś coś? 
Lena wybuchła dźwięcznym śmiechem. 
-  O  Jezusie  Nazareński,  nie!  Mój  brat  Christian  istnieje 

naprawdę.  Nie  jest  wyimaginowanym  tworem  mojej 
wyobraźni. 

Opowiedziała  Nicoli,  czego  się  dowiedziała.  Nicola 

oniemiała. 

- Nie pojmuję - odezwała się po chwili ciszy. 
- Twoja matka, odkąd pamiętam, była egoistką zapatrzoną w 

siebie, ale w najśmielszych snach nie podejrzewałabym jej o 
taką  podłość  i  perfidię.  Zabawiła  się  twoim  ojcem.  Od 
początku go oszukiwała. 

Łzy napłynęły Lenie do oczu. 
-  I  to  właśnie  wytrąciło  mnie  z  równowagi.  Biedny  tatuś. 

Zabiegał o nią, płaszczył się przed 

 

background image

nią  i  wypruwał  sobie  żyły,  żeby  ją  uszczęśliwić.  Spełniał 

każdą jej zachciankę, no i widzisz, jak mu się odwdzięczyła. 
Nie zasłużył na bycie pionkiem w tej nieuczciwej grze. 

-  Lena,  proszę,  nie  denerwuj  się.  Nic  już  nie  zmienisz. 

Dobrze, że twój tata nie odkrył jej machiawelicznych planów. 
Serce by mu pękło. 

-  Zraniła  go  wystarczająco,  odchodząc  od  niego.  Podły 

babsztyl. Zawsze była wyrachowaną egocentryczką. 

-  Lena,  ona  prędzej  czy  później  słono  zapłaci  za  wszystkie 

podłości,  których  się  dopuściła.  Pan  Bóg  nie  rychliwy,  ale 
sprawiedliwy. 

-  Nie  wierzę  w  to.  Ludziom  jej  pokroju  zwykle  wszystko 

uchodzi  na  sucho,  ponieważ  nie  zważają  na  nic  i  na  nikogo. 
Sama  pomyśl,  po  Christianie  urodziła  czwórkę  kolejnych 
dzieci.  Przecież  przy  każdym  porodzie  musiała  przypominać 
sobie  o  tym  pierwszym...  Jejku,  ona  jest  przesiąknięta 
zgnilizną. 

- Twoja matka skrzętnie kryje się ze swoimi uczuciami. Nie 

okazuje ich. Przywdziewa żelazną maskę. Nikt z nas nie potrafi 
ocenić,  czy  kiedykolwiek  wspominała  pierworodnego  syna. 
On chce się z nią skontaktować? 

 

background image

-  Tak.  Chciałabym  być  przy  tym  spotkaniu.  Chętnie 

zmieniłabym się w małą myszkę... 

-  Może  ona  wcale  go  nie  przyjmie.  „Całkiem  możliwe", 

przeszło  Lenie  przez  myśl.  Sprawa  nowo  odkrytego  brata 
wycieńczyła 

Lenę emocjonalnie. Była skołowana. 
- Nicola, ja... Ja... 
- Kochana, potrzebna ci odrobina wódki - stwierdziła Nicola. 

-  No  i  mnie  też.  Mój  Boże,  co  za  nowiny!  Nic  dziwnego,  że 
siedzisz tu jak struta. 

Wstała. Przyniosła kieliszki i pierwszą lepszą butelkę. Lena 

zaś  kilka  razy  głęboko  odetchnęła.  Nie  mogła  ukoić 
skołatanych  nerwów.  Wiedziała,  że  wódka  też  jej  w  tym  nie 
pomoże. Tylko czas leczy rany... 

Miała brata, który wyłonił się z nicości. Frieder kompletnie go 

zignorował,  Jórg  był  chwilowo  nieosiągalny,  a  Grit...  Jak 
Nicola  wyjdzie,  zadzwoni  do  siostry  i  poinformuje  ją  o 
Christianie. Pewnie bardzo się zdziwi. 

background image

Lena  wykręciła  numer  do  siostry.  Ku  jej  zaskoczeniu  Grit 

odebrała po pierwszym sygnale i  była w świetnym humorze. 
Czyżby ona i Robertino zakopali topór wojenny? 

Lena  wprawdzie  nie  była  zadowolona  z  wyboru  siostry,  ale 

mimo to życzyła jej harmonijnego, szczęśliwego związku, jeśli 
nawet  Grit  musiała  go  systematycznie  kupować  niczym 
abonament. 

- Siedzisz? - spytała Lena po przywitaniu. - Mam porażające 

wieści. 

-  Wreszcie  odstąpisz  Friederowi  działki  nad  jeziorem  - 

wypaliła Grit bez zastanowienia. - Albo sprzedajesz dobytek i 
przeprowadzasz się znowu do miasta. A może wychodzisz za 
mąż!? 

- Pudło! Siostrzyczko, okazało się, że mamy jeszcze jednego 

brata! Nazywa się Christian Berger... 

Grit zaczęła się śmiać. 

background image

-  No  nie  gadaj,  że  nabrałaś  się  na  ckliwą  opowieść  tego 

hochsztaplera? No jasne, tobie można wcisnąć każdy kit. 

Skąd Grit o tym wiedziała? 
- Frieder kazał wyrzucić tego typka na zbity pysk. On się nie 

patyczkuje  z  nieudolnymi  kanciarzami.  Ale  o  ile  cię  znam, 
uraczyłaś go kawą i ciastem. 

- Grit, istnieją dowody potwierdzające jego prawdomówność. 

Mam je w ręku. On jest naszym bratem. 

-  Lena,  papier  przyjmie  wszystko.  Słyszałaś  kiedyś  o 

fałszerstwie?  Upadłaś  na  głowę?  Tata  i  nieślubne  dziecko, 
dobre sobie. On był zbyt porządny na takie numery. Nawet nie 
pocałowałby obcej kobiety, ponieważ w jego kodeksie moral-
nym równało się to zdradzie. 

-  Grit,  Christian  nie  jest  synem  tatusia.  On  jest  nieślubnym 

dzieckiem... mamy. 

Grit zamilkła. 
- Co ty pleciesz? - wycedziła. 
-  Nie  przesłyszałaś  się,  siostrzyczko.  Mama  przed  nami 

urodziła dziecko, właśnie Christiana. 

- Nie wierzę. Ten facet chce się wkraść w nasze łaski, żeby 

zagarnąć część majątku. 

 

background image

- Bzdura! On chce poznać mamę. 
- Przestań! Nie wierzę i tyle. 
- Mam tu dowody. 
- Nie chcę o tym słyszeć. To kłamstwo! 
- Grit, od ciebie zależy, czy poznasz Christiana, czy nie. Ale 

fakt,  że  mama  ma  nieślubne  dziecko  i  bezwstydnie  nas 
oszukiwała,  jest  niepodważalny.  Powinnaś  obejrzeć 
dokumenty.  Wiem,  że  ty  podziwiasz  ją  za  bezprecedensowe 
wkroczenie  w  świat  brylantów,  dolarów  i  suto  zakrapianych 
uczt.  Ta  kobieta  jest  egoistką,  zrozum.  Podrzuciła  dziecko 
siostrze  bliźniaczce  i  zwiała.  Owinęła  sobie  tatę  wokół 
paluszka,  dyrygowała  nim.  Chciała  bogatego  męża  i  dopięła 
swego.  Nie  kochała  tatusia,  lecz  jego  pieniądze.  Dlatego 
później bez najmniejszego problemu wymieniła go na lepszy 
model, czyli fabrykę pieniędzy. 

-  Przestań!  -  wrzasnęła  Grit.  -  Uszy  mi  więdną  od  tych 

bzdetów.  Nie  wierzę  w  nie  i  dlatego  się  rozłączam.  Powiedz 
mu,  temu  typkowi,  żeby  do  mnie  nie  przyjeżdżał,  bo  go 
wyrzucę na zbity pysk. Mam dwóch braci i basta! 

Rzuciła słuchawką. 
Zwykle  kiedy  brakowało  jej  argumentów,  wrzeszczała,  po 

czym się rozłączała. 

background image

Lena  położyła  przed  sobą  papiery,  które  zostawił  jej 

Christian. 

Wyciągnęła zdjęcia i wpatrywała się w nie uważnie. Najpierw 

w  to  Roberty,  a  potem  Carli.  Rzeczywiście  były  do  siebie 
łudząco  podobne,  co  ułatwiło  zmylenie  ludzi.  Tyle  że 
kłamstwo  ma  krótkie  nogi.  Zawsze  wyjdzie  na  jaw.  Carla 
pewnie nie liczyła się z tym, że jej syn kiedyś o nią zapyta. 

Kto  nadał  mu  imię?  Na  pewno  Roberta.  Przecież  Carla  nie 

zawracałby sobie głowy takimi drobiazgami. 

Lena  odłożyła  zdjęcia  na  bok  i  powędrowała  wzrokiem  na 

dokumenty. 

Czarno  na  białym  było  na  nich  widać,  że  Carla  była  matką 

Christana, co potwierdziło jego uczciwość. Chociaż Lena i tak 
mu wierzyła. Nie sprawiał wrażenia osoby chcącej za wszelką 
cenę uzyskać jakieś korzyści materialne. Poza tym jakie znowu 
korzyści? Przecież jemu nie należał się spadek Fahrenbachów. 

A majątek Carli? Lena nie sądziła, żeby mu na nim zależało, 

jej też nie interesowała zasobność portfela matki. Nic od niej 
nie chciała. Zresztą Carla wciąż żyła. 

 

background image

Współczuła Christianowi. Zapewne wiązał wielkie nadzieje z 

poznaniem nowej rodziny. A tylko ona go wysłuchała i uznała 
za brata. 

Rozczaruje  się  Carlą.  Ona  go  szybko  spławi,  jak  Frieder. 

Ewentualnie  porazi  swoją  bezdusznością  i  zaproponuje 
odpowiednią kwotę w zamian za to, żeby zniknął z jej życia. 

Nie obdarzy go miłością i sympatią. Nie okaże radości na jego 

widok. 

Żeby  to  przewidzieć,  nie  trzeba  być  prorokiem.  Powinna 

ostrzec Christiana, żeby zaoszczędzić mu rozczarowania. 

Lena  złościła  się  na  samą  siebie.  Znowu  angażowała  się 

emocjonalnie w nieswoje sprawy. 

Christian  zrobi,  co  zechce,  a  ona  go  przed  tym  nie 

powstrzyma. 

Jedyne, co mogła, to otworzyć się przed nim, zbudować z nim 

bliskie  relacje  i  łudzić  się,  że  zawiąże  się  między  nimi  więź 
typowa dla rodzeństwa. W tym względzie nie musiała stawiać 
wysoko  poprzeczki  ani  sobie,  ani  jemu.  Nietrudno  przebić 
rodzeństwo, które z niej drwiło. 

Lena spakowała wszystko z powrotem do teczki i zaniosła ją 

do pracowni, dawnego prywatnego pokoju jej taty. Zamknęła 
dokumenty na klucz 

 

background image

w jednej z szuflad. Obcy nie powinni mieć do nich wglądu. 
Rozsiadła  się  wygodnie  w  brązowym  skórzanym  fotelu  i 

wzięła ramkę ze zdjęciem taty. 

-  Na  szczęście  ominęły  cię  te  upokarzające  chwile,  tatusiu. 

Struchlałbyś  na  wieść  o  tym,  że  ona  ma  nieślubne  dziecko. 
Zdenerwowałbyś  się,  że  ukrywała  to  przed  tobą.  Och,  tatku, 
dobrze, że nie odkryłeś, iż ona wyszła za ciebie dla pieniędzy. 

Odstawiła zdjęcie. 
Tata  poznał  swoją  prawdziwą  wielką  miłość  -  doktor 

Christianę  von  Orthen.  Niestety,  zmarł,  zanim  rozpoczęli 
wspólne życie. 

Lenie pociekły łzy. Opłakiwała los ojca, który został perfidnie 

oszukany.  Tęskniła  za  nim.  Płakała  również  nad  sobą,  nad 
utraconą miłością, która nadal tliła się w jej sercu. Nigdy nie 
zapomni Thomasowi tego, że i on ją oszukał. Dlaczego nawet 
słowem nie wspomniał o swojej żonie Nancy? Pasował mu taki 
podwójny  układ?  Żona  w  Ameryce,  a  ta  druga,  kochanka, 
wychwalana przez niego pod niebiosa - w Niemczech. 

Było,  minęło!  Nie  mogła  i  nie  chciała  myśleć  o  Thomasie. 

Przypomniał się jej wiersz, który przesłał jej Jan van Dahlen. 

 

background image

„Nuże więc, żegnaj i ozdrowiej, serce!". 
Dlaczego  tak  trudno  jest  się  pożegnać?  Dlaczego  człowiek 

trzyma cię kurczowo czegoś, co sprawia mu ból? 

Lena otrząsnęła się i opuściła pokój. 
Pójdzie z psami na długi spacer i odetnie się od codzienności. 

Nie będzie rozmyślała o nowym bracie, Thomasie i Janie. On 
ją  kochał,  a  ona  go  lubiła,  lecz  lubienie  nie  wystarcza  do 
stworzenia prawdziwego związku. 

Chcąc  nie  chcąc,  Lena  cały  czas  miała  przed  oczami 

Christiana. Przypadli sobie do gustu. 

Cieszyła  się,  że  miała  swoje  ukochane  zwierzęta  i  trójkę 

współmieszkańców  Słonecznego  Wzgórza,  Nicolę,  Aleksa  i 
Daniela.  Ponadto  przyjaźniła  się  z  Sylvią.  Dawniej  mogła 
pojechać do niej do gospody, żeby porozmawiać o problemach. 
A teraz? Sylvia sama zmagała się z troskami. Przygotowywała 
się  do  narodzin  bliźniaków,  dzięki  czemu  nie  lamentowała 
nieustannie po śmierci męża. Musiała się szybko pozbierać, by 
nie  zaszkodzić  dzieciom.  Rzuciła  się  w  wir  pracy  i  rzadko 
poruszała  temat  tragicznego  wypadku  Martina.  Jednak  ci, 
którzy ją znali, wiedzieli, jak cierpiała. Aż serce się ściskało, 
gdy widziało się ją zasmuconą. 

 

background image

Swego  czasu  wszyscy  zazdrościli  Sylvii  i  Martinowi  ich 

związku przepełnionego niczym niezmąconą miłością. Czyżby 
Bóg  obdarował  ich  tak  niesamowitym  szczęściem,  ponieważ 
wiedział, że nie potrwa długo? 

Zaraz  odwiedzi  Sylvię,  ale  przedtem  wstąpi  do  sklepu 

wielobranżowego  pani  Lindner,  żeby  kupić  kilka  notesików. 
Nicola  i  ona  zwykle  zaopatrywały  się  w  tym  sklepie  we 
wszystko,  co  możliwe,  choć  niektóre  artykuły  były  dość 
drogie.  Nowy  supermarket  na  terenie  dawnej  posiadłości 
Hubera  przyczynił  się  znacznie  do  spadku  obrotu  u  pani 
Lindner. 

Kiedyś  była  bezkonkurencyjna.  Mieszkańcy  Fahrenbach 

kupowali  tylko  u  niej.  Teraz  większość  jeździła  do 
supermarketu. Tam mieli towar po niższej cenie. 

Smutne,  ale  prawdziwe.  Ich  okolice  przeszły  kompletną 

metamorfozę.  Starą,  piękną  posiadłość  przekształcono  w 
paskudny  obszar  budowlano-przemysłowy.  Bujną  roślinność 
zastąpił szereg - nudnych domków jednorodzinnych. 

Wiele  się  zmieniło.  Nagle  sprowadzili  się  tu  obcy.  Część  z 

nich była miła, ale sporo nie wpasowało się w klimat wiejskiej 
struktury. Lena 

 

background image

obawiała się, że rolnicy po kolei zaczną wyprzeda-wać swoje 

ziemie, że skuszą ich wielkie pieniądze. I nikt nie mógł tego 
powstrzymać. Rdzenni mieszkańcy Fahrenbach przestali liczyć 
się  z  tradycją,  łamali  zasady  i  wbrew  pierwotnym 
zapewnieniom byli gotowi zrezygnować z wiejskiej sielanki na 
rzecz  rozwoju  infrastruktury.  Cóż,  żądza  pieniądza.  Tylko 
pojedynczy mieszkańcy stanęli dzielnie w obronie natury. W 
tym  Lena.  Na  szczęście  ona  była  prawowitym  właścicielem 
rodzinnej  posiadłości  i  przysięgła  sobie,  że  nie  dopuści,  by 
Słoneczne Wzgórze i wioska Fahrenbach przeistoczyły się w 
centrum  biznesowe  jak  Bad  Helmbach.  Dobrze,  że  jezioro 
również należało do niej, bo inwestorzy mieli na nie chrapkę. 
Ale Lena im nie uległa. I nie ulegnie! 

Lena  odstawiła  rower.  Weszła  do  sklepu  pani  Lindner, 

usytuowanego  bezpośrednio  przy  rynku,  w  pobliżu  gabinetu 
Martina i naprzeciwko gospody „Pod lipą". 

W środku nie było klientów. 
- Dzień dobry, pani Lindner! 
- Dzień dobry, Leno! Miło cię widzieć. 
Lena uwielbiała ten sklep jeszcze wówczas, gdy przyjeżdżała 

do Fahrenbach na ferie. Kupowała 

 

background image

zawsze  laski  cukrowe  i  siadała  w  kąciku  z  książkami  dla 

dzieci i młodzieży. Zamierzchłe czasy. 

Słoiki, w których pani Lindner przechowywała laski cukrowe, 

stały puste. Trudno też było doszukać się jakichś książeczek. 
Na ladzie były wyłożone różne czasopisma, aczkolwiek mało 
znane. 

Lena  poczłapała  do  drewnianego  regału  z  artykułami 

biurowymi.  Na  półce  leżał  tylko  jeden  notesik.  Wzięła  go, 
obróciła się na pięcie i obeszła sklep. 

- Ma pani więcej takich w magazynie, pani Lindner? 
-  Niestety,  nie,  Leno.  Dostępne  jest  tylko  to,  co  widzisz  na 

półkach. 

- Ale zamówi je pani znowu? Pani Lindner potrząsnęła głową. 

Lena nic z tego nie rozumiała. 

- Rezygnuje pani z tego artykułu? Szkoda... 
- Leno, zamykam sklep... 
Lena szeroko otworzyła oczy i popatrzyła ze zdumieniem na 

panią Lindner. 

Przecież  ten  sklep  należał  do  Fahrenbach,  tak  jak  gospoda 

Sylvii i kapliczka na wzgórzu. Stał tu od zawsze. Co najmniej 
od dwóch pokoleń prowadzili go Lindnerowie. 

 

background image

- Pani Lindner... Ja... No, nie wierzę... 
- A jednak, Leno. I tak kiedyś bym go zlikwidowała. Nie mam 

następców. Jednak jeszcze kilka lat dałabym radę. Moja mama 
obsługiwała klientów do osiemdziesiątki. - Westchnęła. - Nie 
mam  szans  konkurować  z  supermarketem.  Dopłacam  do 
własnego  interesu.  Jak  to  powiadają,  lepszy  koniec  strachu 
aniżeli strach bez końca. 

Lena przełknęła ślinę. 
- I co pani zrobi, pani Lindner? Przez całe życie stała pani za 

ladą sklepową, od rana do wieczora. Nie wyobrażam sobie, że 
zasiądzie pani bezczynnie na kanapie. 

- Ja też nie. Coś się znajdzie. Sylvia urodzi dzieci. Może jej 

pomogę.  Biedaczyna,  będzie  musiała  zmierzyć  się  z  trudem 
macierzyństwa  w  pojedynkę.  Ją  los  bardziej  doświadczył. 
Pochowała  kochanego  męża.  Nie  było  dnia,  żeby  Martin  nie 
zajrzał do sklepu, żeby powiedzieć mi dzień dobry. Co Sylvia 
zrobi z gabinetem? Wynajmie? 

- Nie wiem... Wezmę ten notes. 
Zapłaciła  i  wyszła.  Nie  miała  ochoty  rozmawiać  o 

prywatnych sprawach Sylvii. Lubiła panią Lindner, ale trochę 
była  miasteczkową  plotkarką.  Pewnie  wynikało  to  z  racji  jej 
zawodu. Klienci 

 

background image

wyciągali od niej nowinki. Sklep stanowił giełdę informacji. 

Lena nigdy nie brała udziału w plotkarskich wyścigach. 

Poszła na przełaj do gospody. 
Sylvia  siedziała  przy  ich  stałym  stoliku,  pochylona  nad 

obliczeniami. 

-  Wow,  co  za  niespodzianka!  -  Od  razu  wypuściła  z  ręki 

długopis i odsunęła dokumenty na bok. 

Lena objęła przyjaciółkę, po czym przycupnęła na ławeczce 

przed kominkiem, jej ulubionym miejscem z dzieciństwa. 

-  Właśnie  byłam  u  pani  Lindner.  Wiedziałaś,  że  zamyka 

sklep? 

- Tak. Smutne, co? Znowu znika cząstka naszej wioski. 
-  Oby  nie  wynajęła  go  wypożyczalni  DVD  albo  czemuś 

podobnemu. 

-  Zastanawia  się  nad  sprzedażą  domu.  Markus  i  ja 

zarezerwowaliśmy u niej prawo pierwokupu. Tak na wszelki 
wypadek. 

-  Przykre,  że  ludzie  zaniedbują  tradycję  i  zamiast  wesprzeć 

panią Lindner, biegają na górę do supermarketu. 

- Musimy się z tym pogodzić. Minęły idylliczne czasy. Teraz 

większość żyje z przekonaniem, 

 

background image

że  każdy  sobie  rzepkę  skrobie.  Kiedyś  było  inaczej.  Nie 

zapobiegniemy wyprzedaży tutejszych ziem, choć początkowo 
łudziłam się, że naprawię ten świat. Dowiedziałam się ostatnio, 
że  część  moich  stałych  bywalców  przerzuciła  się  na  włoskie 
jedzenie. Stołują się u Włocha. Ot, takie życie. 

-  Ale  twój  lokal  nie  świeci  jeszcze  pustkami.  Poza  tym  ty  i 

Markus jesteście mieszkańcami Fahrenbach z krwi i kości. 

- Ku mojemu zadowoleniu jest tu spora grupka ludzi, którzy 

prędzej dadzą sobie przestrzelić kolano, niż pozwolą zniszczyć 
Fahrenbach.  Na  razie  nie  poniosłam  żadnych  strat,  wręcz 
przeciwnie,  wyszłam  na  plus,  bo  dogadałam  się  z  firmami 
przewozowymi i oni napędzają mi klientelę. Jednak denerwują 
mnie nowi mieszkańcy, bo wprowadzili mnóstwo zamieszania. 
No,  może  użyłam  złego  słowa.  W  każdym  razie  przez  nich 
zrobiło się jakoś inaczej. Spójrz na mnie. Moje życie też poszło 
w niespodziewanym kierunku. Martin i ja chcieliśmy się razem 
zestarzeć, lecz los okrutnie nas rozdzielił. Zabrał mi go. Wciąż 
pytam:  Dlaczego  akurat  on?  Dlaczego  musiał  wtedy  zastąpić 
kolegę?  Dlaczego  ten  samobójca  wjechał  w  samochód 
Martina? Odpowiesz mi na te pytania? 

 

background image

Lena  doskonale  rozumiała  rozterki  Sylvii.  Ją  samą 

niejednokrotnie gnębiło pytanie: Dlaczego Martin? 

Był  wspaniałym  człowiekiem,  znakomitym  weterynarzem, 

niezawodnym  przyjacielem  i  w  dodatku  nie  posiadał  się  z 
radości, że zostanie ojcem. 

Niezbadane  są wyroki  boskie. Gdzieś  tam  na  górze  spisano 

nasze losy. 

- Nie, Sylvia, nie odpowiem - odparła Lena. Sylvia otarła łzy 

spływające strumieniami 

po policzkach. 
-  Nie  przeboleję  śmierci  Martina  -  szepnęła.  -  Próbuję  się 

opanować, nie denerwować,  ponieważ stres może zaszkodzić 
maluchom,  ale  nie  radzę  sobie...  Dobija  mnie  myśl,  że  one 
nigdy nie poznają tatusia. 

-  Przeczytają  pamiętnik,  który  napisał  specjalnie  dla  nich. 

Opowiemy im o nim, pokażemy zdjęcia... 

- Przepraszam, Lena,  nie chciałam biadolić, ale to  silniejsze 

ode mnie. 

Lena położyła rękę na ramieniu Sylvii. 
-  Kotku,  jesteśmy  przyjaciółkami.  Jeśli  chcesz  się  wygadać, 

nie ma problemu, mów, jeśli chcesz płakać, płacz. Nie hamuj 
emocji. Trzeba je z siebie 

 

background image

wyrzucić, bo później odbiją się na twoim zdrowiu. Pamiętaj, 

na mnie zawsze możesz liczyć. 

- A ja? Co ze mną? - odezwał się ktoś. 
Nie  zauważyły,  że  przyszedł  Markus.  Przywitał  się  z  nimi 

serdecznie i usiadł na krześle. 

- Ty też uzyskasz nasze wsparcie, kochany - oznajmiła Lena. - 

I dobrze o tym wiesz. 

- Zgadza się, wiem. 
- Dlaczego zjawiasz się o tej porze? - spytała Lena. - Nie masz 

nic do roboty? 

-  Mam,  ale  chciałem  wstąpić  na  chwilkę  do  pani  Lindner, 

żeby  jej  przypomnieć  o  naszej  umowie.  Hieny,  czytajcie: 
rekiny  od  nieruchomości,  kręcą  się  po  okolicy. Pani  Lindner 
powiedziała  mi,  że  u  niej  byłaś  i  poszłaś  do  Sylvii,  więc 
pomyślałem, że wpadnę i ucałuję was na dzień dobry. 

- Świetny pomysł - stwierdziła Sylvia. - Napijesz się czegoś? 

Właśnie miałam do ciebie dzwonić. 

- Napiłbym się coli. Co mógłbym dla ciebie zrobić? 
Sylvia przywołała machnięciem ręki kelnerkę i zamówiła colę 

dla  Markusa.  Parę  miesięcy  temu  sama  by  ją  przyniosła,  ale 
zaawansowana  ciąża  i  fakt,  że  od  rana  do  wieczora  ciężko 
pracowała, szybko powodowały zmęczenie. 

 

background image

-  Zamontować  regał  w  pokoju  dziecinnym.  Nie  musisz 

zabierać się do tego od razu. Przy okazji. Nagromadziłam tyle 
rzeczy dla dzieci, że nie mieszczą się w moich szafkach. 

-  Regał?  Super.  Przyniosę  przy  okazji  elektryczną  kolejkę, 

którą kupiłem dla Fryderyka. 

- Markus, zwariowałeś? Dzieci jeszcze się nie ma na świecie! 

- zawołała Sylvia. 

-  Jestem  chrzestnym  -  powiedział  żartobliwie  Markus.  - 

Prezenty dla chrześniaka są wpisane w moje obowiązki. 

-  A  ja  znowu  kupiłam  dwa  małe  pluszowe  zwierzaki  - 

wtórowała  mu  Lena.  -  Przesłodkiego  słonika  i  śmiesznego 
zajączka  z  długimi  oklapniętymi  uszami.  Nie  mogłam  się 
oprzeć,  kiedy  przechodziłam  obok  wystawy.  Skoro  będziesz 
miała  regał,  przyniosę  ci  je...  Sylvia,  nie  krzyw  się,  jestem 
chrzestną. 

Sylvia potrząsnęła głową. 
-  Pogięło  was  oboje.  Przepraszam  za  kolokwializm,  ale 

inaczej nie da się tego określić. 

Markus dostał zamówioną colę. Wypił łyk, po czym zerknął 

na Lenę. Widać było, że coś mu leżało na sercu. 

- Lena... - wyjąkał i nie dokończył. 

 

 

background image

Domyśliła się, o co chciał zapytać. I nie pomyliła się. 
- Czy... Doris się odzywała? 
Nagle przypomniało  się  jej, że Doris milczała od kilku dni. 

Odkąd  była  już  szwagierka  zdecydowała  się  wyciszyć, 
odnaleźć własne „ja" i przyjęła pracę u Brodersena, dzwoniły 
do siebie średnio co dwa, trzy dni. 

-  Od  kilku  dni  nie  -  odpowiedziała  zgodnie  z  prawdą.  -  Nie 

kontaktowała się z tobą? 

Pokręcił głową. 
- Nie. Od ponad tygodnia nie. Nie rozumiem dlaczego. 
- Więc ty do niej zadzwoń - wtrąciła Sylvia. 
-  Próbowałem.  Wyłączyła  komórkę.  Prosiła,  żeby  nie 

dzwonić do niej do firmy, a w wynajmowanym od Brodersena 
apartamencie nie ma telefonu. 

Dziwne.  Lena  modliła  się  w  duchu,  żeby  Doris  znowu  nie 

zadurzyła  się  w  jakimś  mężczyźnie.  Odkąd  rozstała  się,  a  w 
konsekwencji rozwiodła z Jórgiem, była najpierw z wdowcem 
z dwiema córkami, a potem błyskawicznie przerzuciła się na 
Markusa.  Rzekomo  zapałała  do  niego  wielką  miłością, 
notabene odwzajemnioną. Może gdyby 

 

background image

Jörg  nie  pojawił  się  ponownie  na  horyzoncie,  nic  nie 

zburzyłoby ich sielanki. Kilka godzin z Jörgiem wystarczyło, 
by  Doris  zaczęła  wątpić  w  miłość  do  Markusa.  Lena 
odetchnęła  z  ulgą,  gdy  Doris  ostatecznie  nie  poleciała  do 
Nowej Zelandii, żeby podróżować po świecie z byłym mężem. 
Na  bank  zawiodłaby  się  na  nim.  Potem  przyjęła  pracę  u 
Brodersena, żeby oderwać się od przeszłości i poukładać życie 
na nowo. Na pewno chciała wrócić do Markusa. W takim razie 
co oznaczało to długie milczenie? 

- Wiesz co, Markus, odpuść ją sobie - zawołała Sylvia. - Lubię 

Doris,  ale  co  się  tyczy  uczuć  i  wierności,  u  niej  się  ich  nie 
doszukasz. 

- Sylvia, nie mów tak... 
-  Spójrz  prawdzie  w  oczy.  Takie  są  fakty.  Obrała  sobie 

taktykę:  trochę  z  tym,  trochę  z  tamtym.  Chciałabym,  ale  się 
boję.  Ludzie!  Albo  kogoś  kocham,  albo  nie.  A  jeśli  kogoś 
kocham,  robię  wszystko,  żeby  z  nim  być,  dzielić  z  nim 
codzienność. Krótko mówiąc, oddałabym całą siebie. Nie 

- dopuściłabym do sytuacji, że zjawia się mój były, a ja ni z 

gruszki,  ni  z  pietruszki  ulegam  jego  wątpliwemu  urokowi. 
Markus,  znamy  się  od  dzieciństwa.  Dobrze  wiesz,  że  jesteś 
fajnym facetem 

 

background image

i zasłużyłeś na kobietę, która będzie cię wielbić i dotrzyma ci 

danego słowa. 

- Ale ja kocham Doris. Sylvia zmarszczyła czoło. 
- Tak ci się wydaje. Ona do ciebie nie pasuje. Ty potrzebujesz 

uczciwej, wrażliwej  kobiety, a  nie rozchwianej emocjonalnie 
dziewczynki.  Nie  oceniam  Doris  jako  osoby,  bo  jako 
koleżanka jest OK. 

Markus bezradnie spojrzał na Lenę. 
- Zadzwonię do jej firmy - powiedziała. - ]a mogę. Brodersen 

jest  moim  partnerem  w interesach  i  to  ja  załatwiłam  Doris  tę 
posadę. 

- I dasz mi znać? - naciskał. Pokiwała głową. 
- Tak, obiecuję. 
- I nie okłamiesz mnie? 
- Nie. 
- Dzięki, Lena. Byłem pewien Doris. Świetnie się bawiliśmy 

w swoim towarzystwie. Dużo się śmialiśmy, rozmawialiśmy. 
Łączyły nas wspólne zainteresowania. Nie można tego ot tak 
wymazać z pamięci. 

-  Markus,  nie  chcę  sprawić  ci  bólu,  ponieważ  jesteś  moim 

przyjacielem.  Doris  od  początku  była  niepewną  kandydatką. 
Ona jest mieszczuchem. 

 

background image

Ciągle się zastanawiała, czy wytrzyma na wsi. Ona nie może 

się na nic zdecydować. Poza tym nie nauczy się życia na wsi, 
bo się tu nie urodziła i tego nie czuje. 

-  Ja  też  nie  zawsze  tu  mieszkałam.  Sprowadziłem  się  do 

Fahrenbach  po  tym,  jak  mój  ojciec  zapisał  mi  w  spadku 
posiadłość - przypomniała przyjaciółce Lena. 

Sylvia machnęła ręką. 
-  W  tobie  płynie  krew  Fahrenbachów.  Markus  dopił  resztkę 

coli i wstał. 

- OK, wracam do tartaku - stwierdził. - Może umówimy się na 

kolację? 

Sylvia  i  Lena  popatrzyły  na  siebie  wymownie.  Ich  ostatnia 

wspólna kolacja nie  doszła do skutku, ponieważ Martin  miał 
wypadek. Od tamtej  pory się nie  umawiali. Może najwyższy 
czas przywrócić stare zwyczaje? 

- Dobry pomysł - powiedziała Sylvia. - Nie zwlekajmy z tym, 

bo wkrótce będę rodziła. 

- Ej, ej, kochaneńka, poród dopiero za cztery -tygodnie. 
-  No,  z  bliźniakami  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Więc  kiedy  się 

spotkamy? 

- Pojutrze? - zaproponowała Lena. 
 

background image

-  Super,  pojutrze  o  dziewiętnastej.  Powiadom  swoich  trzech 

muszkieterów, oni również są zaproszeni. Chyba że masz coś 
przeciwko temu, Markus? 

-  Ależ  nie.  Lubię  tę  trójkę.  Zresztą  Nicola  i  Daniel  zostali 

wybrani na rodziców chrzestnych. 

- Właśnie. 
- Zatem do zobaczenia pojutrze. Cieszę się. Markus pożegnał 

się z Leną i Sylvią i szybkim 

krokiem opuścił gospodę. 
Sylvia z troską obejrzała się za nim. 
-  Taki  wartościowy  człowiek,  a  nie  może  sobie  znaleźć 

odpowiedniej  kobiety.  Dlaczego?  Przecież  spełnia  wszelkie 
możliwe warunki. Jest przystojny, ma wspaniały charakter, jest 
mądry, majętny... Zapewniłby żonie dostatnie życie. 

- Może dogadają się z Doris. Mnie się wydawało, że pasują do 

siebie. 

- I co? Przestało ci się wydawać? Lena pokręciła głową. 
- Podzielam twoje zdanie. Jeśli się kogoś kocha, to chce się z 

nim być. 

- Na miejscu Markusa odpuściłabym ją sobie. Stracili już do 

siebie zaufanie. Poza tym jeśli nawet się zejdą, nie wiadomo, 
jak zareaguje Doris, kiedy 

 

background image

znowu  zobaczy  Jörga  albo  innego  mężczyznę,  który  akurat 

stanie na jej drodze. 

- Hm, Sylvia, jesteś dość radykalna. Z Doris nie jest aż tak źle. 

Przez  wiele  lat  żyła  w  związku  małżeńskim  z  Jörgiem  i  nie 
rozglądała  się  na  prawo  i  lewo  za  innymi  mężczyznami. 
Prawdopodobnie  nie  rozwiedliby  się,  gdyby  Jörg  nie  odzie-
dziczył  Chäteau  Dorleac.  Życie  we  Francji  ją  przerosło.  Nie 
mówiła  po  francusku,  a  Jörg  zamiast  się  o  nią  zatroszczyć, 
zgrywał  wielkiego  organizatora  festiwali  muzycznych. 
Szczerze  mówiąc,  cieszę  się,  że  się  zebrała  na  odwagę  i 
uciekła, a przy okazji uwolniła się od nałogu... Wyciągnął ją z 
niego ten wdowiec. Szkoda, że nie dojrzał w niej kobiety, jaką 
jest w rzeczywistości. Traktował ją jako zastępczynię zmarłej 
żony. Ponadto teściowa i dwie córeczki zupełnie się z nią nie li-
czyły.  Ja  też  bym  od  nich  odeszła.  No,  a  potem  poznała 
Markusa. Czyli nie miała wielu mężczyzn. Mam nadzieję, że 
Markus i Doris dojdą jednak do porozumienia. 

Sylvia wzruszyła ramionami. 
- Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a dobrze wiesz, 

że odgrzewana miłość gorzko smakuje. 

 

background image

- Oni nie zerwali ze sobą. Mają przerwę, urlop... Ach, jak zwał 

tak zwał. Taka chwilowa separacja umacnia miłość. 

Sylvia zaśmiała się. 
- Mówisz tak, bo brakuje ci Doris. 
- W końcu jest częścią mojej rodziny. Lubię ją. 
-  Może  szczęście  się  do  ciebie  uśmiechnie,  jeśli  chodzi  o 

Christiana.  Z  tego,  co  opowiadałaś,  wydaje  się  być  miłym 
człowiekiem. 

- Uhm, zrobił na mnie dobre wrażenie. Charakteru i wyglądu 

zewnętrznego  z  całą  pewnością  nie  ma  po  naszej  matce,  co 
budzi nadzieję... 

Lena wstała. 
- OK, zostawiam cię samą z rozliczeniami. Na mnie też czeka 

stos  papierów  w  destylarni.  Zaniedbałam  moje  obowiązki 
przez  Christiana.  Takie  rzeczy  zdarzają  się  raczej  w 
powieściach, a nie w prawdziwym życiu. 

-  No  coś  ty!  Życie  składa  się  z  większej  ilości  barw  niż  w 

powieści.  Mogłybyśmy  dyskutować  o  tym  godzinami. 
Pozdrów  swoich  kompanów  i  nie  zapomnij  zaprosić  ich  w 
moim imieniu. Czy sama mam do nich zadzwonić? 

- Spokojnie, kochana, załatwię to za ciebie. Ucieszą się. Tylko 

się nie przepracuj. 

 

background image

 
Uściskały się, pomachały sobie na pożegnanie, po czym Lena 

wyszła z gospody i pobiegła przez rynek po swój rower. 

Szkoda,  wielka  szkoda,  że  wkrótce  nie  będzie  tego  sklepu, 

reliktu przeszłości, znaku dawnych czasów. 

Lena  unikała  patrzenia  w  stronę  gabinetu  weterynaryjnego, 

który od śmierci Martina stał pusty i zaniedbany. Sylvia będzie 
musiała coś z nim zrobić. 

Wskoczyła  na  rower  i  odjechała  w  stronę  Słonecznego 

Wzgórza. 

Stęskniła  się  za  posiadłością.  Zrezygnowała  nawet  z 

odwiedzin na cmentarzu. Nie skręciła również do kapliczki. 

background image

Nicola,  Aleks  i  Daniel  oczywiście  z  radością  przyjęli 

zaproszenie Sylvii. Lenie pozostało tylko zadzwonić do Doris, 
na co nie miała zbytniej ochoty, ale obiecała Markusowi i nie 
chciała złamać danego mu słowa. 

Na automatycznej sekretarce świeciła się czerwona dioda. To 

oznaczało, że ktoś próbował się z nią skontaktować. 

Dzwonił między innymi Christian. Ubolewał nad tym, że nie 

zastał  jej  w  domu.  W  jego  głosie  pobrzmiewała  nutka 
zdenerwowania. 

Jedno  połączenie  było  z  banku.  Dawniej  wzdrygnęłaby  się, 

ponieważ zwykle nie wróżyło to nic dobrego. Teraz mogła być 
spokojna.  Po  uzyskaniu  pokaźnych  dochodów  ze  sprzedaży 
obrazów  na  jej  koncie  spoczywała  zawrotna  suma  pieniędzy. 
Zatem bankowcom nie chodziło o przekroczenie limitu konta. 

 

background image

Poza  tym  ktoś  się  po  prostu  rozłączył.  Nie  nagrał  żadnej 

wiadomości.  Lenę  denerwowały  takie  telefony.  Nie  można 
najzwyczajniej w świecie przeprosić, że się pomyliło? 

No i jeszcze jedno połączenie. Prawdopodobnie nic ważnego. 
Myliła się. 
To była Isabella Wood, aktorka filmowa. 
-  Cześć,  Lena  -  odezwała  się  mocnym,  czystym  głosem.  - 

Szkoda,  że  cię  nie  zastałam.  Chciałabym  cię  zaprosić  na 
przyjęcie. W sobotę w Herrenburg, w hali miejskiej, odbędzie 
się bal charytatywny. Wystąpią interesujący artyści, grający od 
klasyki  do  rocka.  Pokoje  zarezerwowano  w  hotelu  Grand. 
Przepraszam,  że  wyskakuję  z  tym  w  ostatniej  chwili,  ale 
zastąpię chorego kolegę i wygłoszę laudację. Proszę, przyjedź, 
sprawisz mi tym przyjemność. Fajnie będzie cię znowu zoba-
czyć. Koncert zaczyna się o dziewiętnastej. Ja zamelduję się w 
hotelu już około szesnastej. Przyślij mi wiadomość, ale błagam 
- ma być z pozytywną -odpowiedzią. 

Hm,  Isabella.  Zaprosiła  ją  na  galę  rozdania  nagród.  Nicola, 

Aleks i Daniel odwiedzili ją także na planie, kiedy kręciła film 
w okolicy. 

 

background image

Lena nie zastanawiała  się  długo. Nie  przegapi takiej okazji. 

Trochę rozrywki dobrze jej zrobi. Wysłała SMS-a. 

Miała  nadzieję,  że  Christian  się  jeszcze  odezwie.  Nie  było 

sensu oddzwaniać. O tej godzinie na pewno pracował.   

Zadzwoni do Doris. 
Usadowiła  się  wygodnie  w  bibliotece  i  wykręciła  numer  na 

telefon komórkowy. Wyłączona. Zadzwoniła do firmy. Numer 
do Brodersena znała na pamięć. 

W słuchawce rozbrzmiał głos obcej kobiety. 
- Połączyć z panem Brodersenem? 
- Nie, dziękuję... Chciałabym rozmawiać z moją szwagierką, 

Doris Fahrenbach. Jest chora? 

- Nie, nie. Proszę się nie martwić. Pani Fahrenbach ma urlop. 
Urlop? 
Doris  pracowała  u  Brodersena  od  niedawna.  Nie 

przysługiwało jej jeszcze prawo do urlopu. 

- Jest na urlopie? 
- Tak. Jakoś tak nagle wyszło. Pan Brodersen natychmiast dał 

jej wolne. Poleciała do Dubaju. 

Do Dubaju? Lena nie wierzyła własnym uszom. Cu u diabła 

Doris robiła w Dubaju? I przede 

background image

wszystkim, z kim się tam wybrała? Sama by nie pojechała. 
-  Gdyby  pan  Hansen  mnie  poprosił,  też  bym  się  od  razu 

zgodziła - dodała sekretarka. 

Pan  Hansen?  Coś  tu  się  nie  trzyma  kupy.  To  raczej  nikt  z 

firmy. Brodersen nie sprzedaje swoich wódek w Dubaju. No, 
ale sekretarka najwyraźniej znała pana Hansena. 

-  Hansen...  Hansen...  -  powtórzyła  Lena.  -  Nie  kojarzę  tego 

nazwiska. Proszę mi pomóc... 

Kobieta zachichotała. 
-  Arne  Hansen  jest  bratankiem  pana  Brodersena  i  obecnie 

pracuje  nad  spektakularnym  projektem.  Na  sztucznie 
usypanych  wyspach  będą  budowane  gigantyczne  wieżowce  i 
pan  Hansen  upatrzył  tam  szansę  na...  W  każdym  razie  szejk 
zaprosił go do siebie, a on zabrał ze sobą panią Fahrenbach. 

„Tak po prostu?", pomyślała Lena. 
Podziękowała za rozmowę. 
Doris  była  niemożliwa.  To  nie  mogła  być  prawda.  Czyżby 

upatrzyła  sobie  kolejny  obiekt  zainteresowań?  Lena 
współczuła Markusowi. Co powinna mu powiedzieć? 

Zadzwoniła do niego. 
- No i? Rozmawiałaś z Doris? 
 

background image

-Nie. 
- O Boże, zachorowała? Masz smutny glos. 
- Nie, Markus, nie jest chora. Wyjechała w podróż służbową. 

Ale  nie  pytaj  o  nic  więcej,  bo  nie  znam  szczegółów. 
Dowiedziałam się tego od jej zastępczyni, nie chciałam w tej 
sprawie zawracać głowy Brodersenowi. Nie wypada. Odezwie 
się na pewno, jak wróci. A teraz wybacz mi, muszę wykonać 
jeszcze kilka telefonów. 

Źle się czuła z tym, że okłamała Markusa. Tylko co innego 

mogła  zrobić?  Powiedzieć  mu,  że  Doris  poleciała  z  jakimś 
panem Hansenem do Dubaju? Podróż służbowa! Taaa, dobre 
sobie. 

-  Jasne,  Lena,  już  ci  nie  przeszkadzam.  Dzięki,  że  do  mnie 

zadzwoniłaś.  Uspokoiłaś  mnie.  Normalne,  że  na  takim 
wyjeździe nie może sobie pozwalać na prywatne pogaduchy. 

Lena wściekła się na Doris i siebie. Nie byłoby lepiej, gdyby 

wyłożyła kawę na ławę i nie zwodziła Markusa? 

- Markus, muszę koń... 
-  OK  -  wszedł  jej  w  słowo.  -  Dzięki,  Lena.  Widzimy  się 

pojutrze i kto wie, może ona do tego czasu wróci z podróży i się 
odezwie... 

- Uhm, być może. Cześć, Markus. 

background image

Odłożyła słuchawkę. Nie będzie więcej kłamać przez Doris. 

Wstydziła się, że nie powiedziała Markusowi prawdy. 

Wbiegła  na  górę  do  sypialni,  otworzyła  szafę  z  ubraniami i 

zaczęła je przeglądać. 

Cóż,  że  wyglądała  w  króciutkich  włosach  jak  nieopierzona 

kura. Nadal była kobietą i chciała się ładnie zaprezentować na 
wieczorze w Herrenburg. Jakby nie patrzeć stanie obok sławnej 
Isabelli Wood. Nie może więc wyglądać jak Kopciuszek. 

Co  powinna  założyć  na  tę  uroczystość?  Głupio  pytać  o  to 

Isabellę. 

Nie  miała  zbyt  wielu  strojów  wieczorowych.  Zazwyczaj 

ubierała się w małą czarną. Ale ją miała na sobie poprzednim 
razem. 

Lena przesuwała wieszak za wieszakiem. 
- O, ta będzie super - szepnęła do siebie. 
Na  urlopie  na  Sri  Lance  kupiła  dwuczęściowy  kostium 

złożony  z  prostej  długiej  spódniczki  i  równie  prostej  góry  z 
jedwabiu w kolorze tabaki. Do tego świetnie pasował szeroki 
haftowany szal.    Lena miała komplet na sobie tylko dwa razy i 
złościła się, że w ogóle go kupiła. No, ale na tę okazję będzie 
idealny.  Pozostała  kwestia  biżuterii.  Wynajdzie  coś  w 
szkatułce z wisiorkami po prababci. 

 

background image

Gdyby miała choć trochę dłuższe włosy... 
Stanęła przed lusterkiem i przejechała palcami po delikatnej 

czuprynce, która odrosła jedynie ociupinkę. Co jej odbiło, żeby 
się tak oszpecić? Nic tym nie osiągnęła. Problemów nie da się 
tak rozwiązać, trzeba stawić im czoło. 

Odwróciła się na pięcie i zbiegła na dół. 
W tym momencie zabrzęczał telefon. 
-  Super,  że  jesteś  w  domu,  Leno  -  usłyszała  głos  Daniela.  - 

Przyjdź do destylarni. Mam dla ciebie niespodziankę. 

- Duże zlecenie? Daniel roześmiał się. 
-  Jedno?  Dziewczyno,  nie  dzwoniłbym  do  ciebie  z  powodu 

jednego zlecenia. No, ale nie zdradzę nic więcej. Przyjdź! 

Nie  trzeba  było  jej  tego  dwa  razy  powtarzać.  Sięgnęła  po 

kurtkę i co tchu pobiegła przez podwórko do destylarni. 

Z podekscytowania uginały się pod nią kolana. 

background image

Sprzedaż  obrazów  oraz  kilka  lukratywnych  zamówień 

podreperowały budżet Leny. Wreszcie nie musiała się martwić 
o finanse i o to, czy zdoła uregulować rachunki. Nie musiała 
też ciągle prosić dostawców, by szybko zapłacili za wykonaną 
usługę. Cudowne uczucie. 

Właśnie dostali kolejną porcję niezwykle opłacalnych zleceń, 

dlatego  mieli  ręce  pełne  roboty i  z  żalem  odwołali  kolację  u 
Sylvii. Na szczęście była wyrozumiała. 

Kiedy  wyekspediowali  w  piątek  ostatnią  przesyłkę, 

odetchnęli  z  ulgą.  Zmęczenie  dało  się  im  we  znaki.  Ledwie 
powłóczyli nogami. 

Aleks,  Daniel,  Nicola  i  Lena  razem  opuścili  -  biuro  i  aż 

zaniemówili  z  wrażenia.  Na  podwórzu  stały  dwa  zupełnie 
nowe,  błyszczące  samochody,  pasaty  kombi.  Jeden  srebrny, 
drugi antracytowy. Daniel stuknął Aleksa w ramię. 

 

background image

- Spójrz, nasze wymarzone modele. Ktoś je tu postawił, żeby 

nas zdenerwować? 

Oddzielili się od pań i podeszli bliżej do samochodów. 
- Kto zaparkował je na naszym podwórzu? 
- uskarżała się Nicola. - Od czego są parkingi? 
Rozejrzała się dookoła. 
-  Nikogo  tu  nie  ma.  Na  weekend  nie  spodziewamy  się 

żadnych gości. 

-  O  Boże,  Nicola,  ci  ludzie  zaraz  się  zjawią...  Skoro  mamy 

takie cacka w zasięgu ręki, przynajmniej je obejrzyjmy. 

Aleks  pogładził  z  namaszczeniem  błotnik  srebrnego 

samochodu. 

-  O  Jezusie,  właśnie  o  takim  marzyłem...  -  westchnął.  - 

Musiałbym wygrać na loterii, żeby go sobie sprawić. 

- Stoję obok mojego upragnionego modelu 
- wtórował mu Daniel. - W rzeczywistości jest ładniejszy niż 

w  katalogu.  Do  kogo  należy  ten  skarb?  I  dlaczego  ktoś 
zaparkował te auta akurat tutaj? Chyba rzeczywiście ktoś chce 
nas zdenerwować, jak w tej bajce z lisem i za wysoko powie-
szonymi winogronami. Hm, dla takiego samochodu opłaca się 
grać w lotto. Chodź, Aleks, 

background image

idziemy.  Nie  chcę  widzieć,  jak  właściciele  odjadą  nimi  z 

piskiem opon. 

Aleks  przykleił  nos  do  szyby  szarego  auta.  Palcami  gładził 

błyszczący lakier... 

- Moje marzenie - szeptał pod nosem. 
- Człowieku, ogarnij się! - wrzasnęła Nicola. - Czulej pieścisz 

obcy  samochód  niż  mnie.  Wyluzuj!  Samochody  tej  klasy 
pozostają nadal w sferze twoich marzeń. Na razie musisz się 
zadowolić tym, który mamy. 

- Masz rację, Nicola.   
- Chodź! - Lena pociągnęła go za rękaw. - A ty przestań robić 

maślane  oczy  -  zwróciła  się  do  Daniela,  który  non  stop  się 
oglądał.  -  Tak  się  patrzy  na  kobietę,  a  nie  na  pojazd 
mechaniczny. 

Daniel westchnął. 
- Kochana Leno, znasz się na różnych rzeczach, ale nie masz 

bladego pojęcia, ile dla mężczyzn znaczą takie cacka. 

-  Niech  ci  będzie.  Uważam  jednak,  że  wystarczy  wam  tej 

ekscytacji. No, moi drodzy, tempo, tempo, idziemy na kawę! - 
zawołała Nicola. 

- Te samochody nie mogą stać na terenie mojej posiadłości - 

zaprotestowała nagle Lena. - To nie jest parking. 

 

background image

- Nie miej do nas pretensji - stwierdził Daniel. - To nie myje tu 

zaparkowaliśmy. 

- Zgadza się, ale możecie je przestawić albo... urządzić sobie 

jazdę próbną. 

Panowie popatrzyli na nią, jakby mówiła do nich w suahili. 
-  Chłopcy,  nic  nie  rozumiecie?  Wiele  razy  widziałam,  jak 

przeglądaliście  różne  prospekty,  dyskutowaliście  o  wadach  i 
zaletach  poszczególnych  modeli...  Piszczeliście  przy  tym  jak 
dzieci... Proszę, tu stoją wasze upragnione auta. Kluczyki są w 
stacyjkach, a dokumenty w schowku podręcznym. 

-  Kupiłaś  samochody  do  firmy?  -  zapytała  Nicola.  -  Po  co 

dwa? 

Lena pokazała palcem srebrny samochód. 
-  AD  to  inicjały  Aleksa  Dunkela.  Potem  wskazała 

antracytowy. 

- A DG to Daniel Greiner. 
Panowie znowu wbili w nią zdumiony wzrok. 
- Chłopcy, samochody należą do was. Dokładnie takie kolory 

sobie życzyliście. 

- Oszalałaś?! - wrzasnęła Nicola. - Co to ma znaczyć? 
-  Chciałam  się  wam  odwdzięczyć  za  wszystko,  co  dla  mnie 

robicie. Aleks, gdybyś nie odnalazł 

background image

tych  obrazów  w  starej  skrzyni,  pewnie  by  tam  zgniły.  A 

gdybyś  się  nie  upierał,  żeby  ocenił  je  rzeczoznawca,  pewnie 
bym  je  wyrzuciła,  bo  mnie  one  w  ogóle  się  nie  podobały. 
Zainkasowałam  za  nie  pokaźną  sumę  i  uznałam,  że  i  wy 
powinniście na tym skorzystać. 

- Lena, te samochody są strasznie drogie - wyjąkał Aleks. 
- Nie możesz wydawać na nas tyle pieniędzy  - wymamrotał 

skołowany Daniel. 

- A kto mi zabroni? Stać mnie na taki wydatek. Zrobiłam to z 

potrzeby  serca.  Acha,  rozmówiłam  się  również  z  waszymi 
ubezpieczycielami.  Po  sprzedaży  starych  wozów  wasze 
umowy automatycznie zostaną przepisane na nowe. 

-  Lena,  ja...  nie  mogę  tego  przyjąć  -  wycedził  przez  zęby 

Aleks. 

Lena zaśmiała się. 
- Możesz, możesz. No, uściskacie mnie wreszcie czynie?! 
Uniósł ją do góry i przytulił do siebie z całej siły. 
- Dziękuję, Lena. Sfiksowałaś, dziewczyno. 
- Jedź już! - zawołała żartobliwie. Zwrócił się do Nicoli. 
 

background image

- Jedziesz ze mną? 
Machnęła ręką. Miała łzy w oczach. 
- Nie, jazda próbna to domena mężczyzn. Tylko nie pędź za 

szybko. Zachowaj resztki rozumu. Chcę cię z powrotem całego 
i zdrowego. 

- Nicola, znasz mnie przecież. Będę ostrożny. Słowo honoru. 
-  Oby  się  sprawdziło  to,  co  mówisz!  Aleks  wsiadł  do 

samochodu i odjechał. Daniel zaś podszedł do Leny i chwycił 
ją w ramiona. 

- Nie wiem... Ja chyba śnię - wyjąkał. 
- Danielu, nie śnisz - odparła Lena. - Spójrz, twojego kumpla 

już nie widać. Śmiga w kierunku wioski. 

-  Dziękuję,  Lena.  Sprawiłaś  mi  ogromną  radość.  Jednak  za 

dużo... 

- Nie, Danielu. Tego, co dla mnie robisz, nie da się przeliczyć 

na żadne pieniądze. Udanej jazdy! 

Pobiegł do samochodu i parę sekund później ruszył. 
- Jeśli będziesz bezmyślnie trwonić pieniądze, niedługo nic ci 

nie  zostanie  -  stwierdziła  Nicola,  pociągając  za  sobą  Lenę.  - 
Butelka wina w zupełności by ich zadowoliła. 

 

background image

Lena położyła rękę na ramieniu Nicoli. 
-  Coś  ty!  Głupi  pomysł  z  tym  winem.  Po  pierwsze,  mamy 

piwnicę  pełną  win,  a  po  drugie,  nasi  panowie  piją  chętniej 
zimne piwo. Widziałaś, jacy byli szczęśliwi? 

-  ]ak  mali  chłopcy  przy  choince.  Ach,  mężczyźni  nigdy  nie 

wydorośleją. Połechtałaś ich ego. 

- Chodź, zaparzymy sobie pyszną  kawę. Oni tak szybko nie 

wrócą. 

Nicola uśmiechnęła się. 
- Ano. Upiec gofry do kawy? 
-  Uhm,  aż  mi  ślinka  pociekła.  Ja  poproszę  z  dżemem 

wiśniowym.  W  tym  czasie  skoczę  na  minutkę  do  domu. 
Przyniosę coś. 

- Nie możesz później? -Nie. 
Pomachała Nicoli i wybiegła. 
„Lena wrodziła się w ojca. Jest równie dobroduszna, co on - 

pomyślała Nicola. - Spełniła największe marzenie chłopaków. 
Wydała na nich fortunę bez mrugnięcia okiem. Cieszyła się, że 
udała " się jej niespodzianka. Istny anioł". 

Nicola  bardzo  żałowała,  że  nie  miała  przy  sobie  aparatu 

fotograficznego.  Uwieczniłaby  radość  całej  czwórki.  Jedynie 
obawiała się, że Aleks 

 

background image

w najbliższych dniach będzie rozprawiał wyłącznie o swoim 

prezencie. 

Wstawiła wodę na kawę i zaczęła mieszać masę na gofry. 

background image

Lena ponownie przekroczyła próg kuchni Dunkelów. 
Nicola  zdążyła  już  nakryć  do  stołu  i  ozdobić  go  świecami 

zapachowymi. W całym domu unosił się aromat gofrów. 

Lena  nigdy  nie  potrafiła  się  oprzeć  wypiekom  Nicoli.  Z 

przyjemnością  usiadła  nad  talerzem  gofrów  posmarowanych 
dżemem wiśniowym i bitą śmietaną. 

- Jeszcze jednego? - spytała Nicola. 
-  Nie,  dziękuję.  Chciałabym  się  zmieścić  w  moją  obcisłą 

sukienkę, a po twoich pysznościach przytyło mi się co nieco. 

-  I  dobrze.  Przynajmniej  nie  jesteś  chuderlakiem.  Kotku, 

kobiety zazdroszczą ci figury. Może kawy? 

- Chętnie - odparła Lena, podsuwając Nicoli paczuszkę. - Dla 

ciebie. 

 

background image

Nicola odsunęła gofry na bok i sięgnęła po paczkę. 
- Piękny papier - oznajmiła, rozwiązując zieloną wstążkę. 
Jej oczom ukazało się czarne etui. Otworzyła je ostrożnie. 
Na ciemnoniebieskim aksamitnym płótnie leżała prześliczna 

kolia,  zwężający  się  ku  górze  złoty  naszyjnik  wysadzany 
perłami i brylantami. 

- Och, nie... Nie mogę go przyjąć. 
-  Ależ  możesz.  Pamiętasz,  jak  stałyśmy  przed  sklepem 

jubilerskim w centrum miasta? Nie mogłaś oderwać oczu od tej 
kolii. Szeptałaś wtedy: „Gdybym wygrała...".   

- Ale nie wygrałam. 
- Ty jesteś dla mnie największą wygraną i dlatego chciałabym, 

żebyś przyjęła ode mnie ten prezent. 

-  Lena,  on  jest  zbyt  kosztowny.  Co  ja  zrobię  z  tym 

naszyjnikiem? 

- Na przykład go założysz, kiedy następnym razem otrzymasz 

zaproszenie  od  Isabelli  Wood.  Tą  kolią  ozdobisz  każdą 
sukienkę. 

 

- Ona jest za droga... Ja... Lena jej przerwała. 
 

background image

-  Nicola,  będę  przeszczęśliwa,  jeśli  pozwolisz  mi  spełnić 

twoje  marzenie.  Błagam,  kobieto,  jesteś  moją  opoką, 
wsparciem,  aniołem  stróżem,  pocieszycielką,  ba,  rodziną. 
Zrobiłaś dla mnie więcej niż moja matka. Gdybym miała ci się 
odpłacić w gotówce za twoją łaskawość, musiałabym obrobić 
wszystkie banki świata. Proszę, weź tę kolię. Chciałaś ją. 

Nicola rozpłakała się. 
-  Śliczna...  Dziękuję,  Lena.  Szczerze?  Ja  jestem  prostą 

kobietą. Takie ozdoby do mnie nie pasują. 

- Kochana Nicolo, wylecz się z kompleksów. Do twarzy ci w 

tej eleganckiej kolii. 

-  O  Przenajświętsza  Panienko,  nigdy  nie  sądziłam,  że 

kiedykolwiek znajdę się w posiadaniu drogiej biżuterii. Lena, 
po tysiąckroć dzięki. 

- Załóż ją. 
- Tak po prostu? Chyba powinnam się najpierw przebrać. 
- Wcale nie. Przymierz ją. 
-  Skoro  nalegasz...  O  Boże,  nie  wierzę.  Panie,  pobłogosław 

dzisiejszy dzień. Aleks dostał upragniony samochód, a ja kolię 
hrabiny. 

-  Królowej  -  zachichotała  Lena,  wyjmując  kolię  z  etui  i 

zakładając ją Nicoli. - Wyglądasz 

 

background image

perfekcyjnie - westchnęła z zachwytem. - Jakby ktoś zrobił ją 

z  myślą  o  tobie.  Prosta,  szlachetna  i  stylowa.  Przejrzyj  się  w 
lustrze. 

Zaprowadziła  Nicolę  do  przedpokoju,  gdzie  wisiało  wielkie 

lustro. 

Nicola uważnie przyglądała się sobie, co chwila poprawiając 

ułożenie kolii. Uszczypnęła się, żeby się przekonać, że nie śni. 

Przełknęła  ślinę.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale  nie  mogła 

wydobyć z siebie ani słowa. 

Lena przytuliła się do niej. 
- Cudownie wyglądasz, królowo ludzkich serc... 
Nicola machnęła ręką. 
- Nie przesadzaj. Ten tytuł jest zarezerwowany dla Lady Di. 
-  W  Anglii,  nie  w  Niemczech  -  odparła  Lena.  -  W  naszej 

ojczyźnie jesteś bezkonkurencyjna. 

- Lena! - mruknęła speszona Nicola, po czym przybliżyła się 

do lustra. - Spójrz, jak brylanty błyszczą w świetle. 

-  Acha.  Jubiler  wykonał  kawał  dobrej  roboty.  Stworzył 

cudowne, niepowtarzalne dzieło. To jedyny okaz. Zwykle nie 
realizuje  prywatnych  zamówień.  Odstąpił  od  swoich  zasad, 
ponieważ 

background image

wytłumaczyłam  mu,  że  ta  biżuteria  zawiśnie  na  szyi 

wspaniałej kobiety. 

- Jedzie mi tu czołg? - spytała Nicola, odchylając powiekę. - 

Pieniądze go skusiły, kotku. Tak czy owak uszczęśliwiłaś mnie 
tym podarkiem. Targają mną mieszane uczucia. Z jednej strony 
potwornie  się  cieszę,  a  z  drugiej  zadaję  sobie  pytanie,  czy  ja 
potrzebuję  drogich,  ekskluzywnych  ozdób.  Czy  my  nie 
rzucamy pereł przed wieprze? 

- Sprzeciw! Pani Nicolo Dunkel, odbieram pani prawo głosu, 

ponieważ zaczyna pani bredzić. Koniec tematu. Widzimy się 
wieczorem. Nie zapomnij, że obiecałaś mi pstrąga. 

Po tych słowach wyszła na zewnątrz. W nadzwyczaj dobrym 

humorze maszerowała przez podwórze. Wywołała uśmiech na 
twarzach przyjaciół i tylko to się liczyło. 

Po  drodze  zastanawiała  się,  jakiej  instytucji  lub  osobie 

przekaże datek. Skoro los obdarował ją szczęściem, powinna 
się  nim  podzielić  z  innymi,  szczególnie  z  tymi,  którym  nie 
wiodło się najlepiej, których nie dosięgły promienie słoneczne. 

W  sumie  i  ona żyła  w  cieniu,  jeśli  by  wziąć  pod  uwagę jej 

życie prywatne. Rozpadł się jej związek, nie dogadywała się z 
rodzeństwem... 

 

background image

Stop! Smutki na bok! Raz na wozie, raz pod wozem. Przecież 

nie zawsze było źle. W sumie nie powinna narzekać. Oprócz 
bolesnych doświadczeń zgromadziła także masę pozytywnych 
wrażeń.  Odnalazł  ją  Christian,  przyrodni  brat,  serdeczny 
człowiek, miała adoratora Jana... 

O właśnie, niepotrzebnie zwlekała z telefonem do niego. Musi 

się  z  nim  koniecznie  skontaktować.  Nadużywała  jego 
cierpliwości. Oby nie był na nią zły. 

Przysłał jej w srebrnej ramce piękny wiersz „Stopnie". A jak 

ona mu podziękowała? Jednowyrazowym SMS-em: dziękuję. 
Wstydziła się. To nie w jej stylu. Tyle że przy Janie czuła się 
nieco skrępowana. Gubiła się, nie wiedziała, jak się zachować. 
A on nie wykorzystywał jej nieśmiałości, nie narzucał się ze 
swoimi uczuciami. Wykazał się niebywałym taktem. Zjawiał 
się  zawsze  we  właściwym  miejscu,  o  właściwej  porze  i  bez 
zbędnego szumu jej pomagał. 

Po  weekendzie  się  do  niego  odezwie.  Może  się  umówią? 

Zapyta  Isabellę,  czy  wie,  gdzie  obecnie  przebywa  Jan.  W 
końcu oboje przyjaźnili się od przedszkola. To Jan polecił jej 
Słoneczne Wzgórze, kiedy przechodziła załamanie. 

 

background image

Lenie  zdawało  się,  że  usłyszała  warkot  silników.  Szybko 

pobiegła na parking. Fałszywy alarm. Stały tam jedynie stare 
samochody Aleksa i Daniela. 

Panowie  nie  wrócili  jeszcze  z  jazdy  próbnej.  Zajmie  im  to 

zapewne co najmniej kilkadziesiąt minut. 

Faceci i samochody... 
Zachichotała i weszła do domu. 
-  Raz  na  dzień  jeden  dobry  uczynek...  -  powiedziała  pod 

nosem. 

Ciepło rozlało się po jej sercu. 
Miło jest coś dostać, ale milej jest dawać... 

background image

Naładowana pozytywną energią Lena wyruszyła w kierunku 

Herrenburga.  Aby  umilić  sobie  podróż,  włączyła  radio.  W 
jednej z rozgłośni trwało akurat słuchowisko. Wybitni aktorzy 
czytali trzymający w napięciu kryminał. 

Tuż po jego zakończeniu ściszyła radio i chwilę analizowała 

akcję  i  fabułę  powieści.  Błędnie  wytypowała  domniemanego 
sprawcę. Stawiała na łotra, a przestępcą okazała się na pozór 
delikatna Cordula. 

Zjechała  na  lewy  pas  i  wdepnęła  pedał  gazu.  Pół  godziny 

później dotarła do celu. 

Herrenburg było małym miasteczkiem, z którego utworzono 

znane i lubiane centrum kulturalno-rozrywkowe. 

Większość organizowanych tam imprez finansowano z dopłat 

oraz datków poważnych instytucji państwowych. 

 

background image

Hotel  Grand  był  niewielkim,  skromnym  i  dość  starym 

budyneczkiem 

charakterystycznej 

zabudowie 

architektonicznej.  Fasada  nie  powinna  nikogo  zmylić,  gdyż 
wystrój oraz aranżacja wnętrza przewyższały klasą większość 
nowoczesnych  budowli.  Atrakcją  tego  hotelu  była  strefa 
wellness, gdzie Lena miała zamiar spędzić jak najwięcej czasu. 

Zamierzała pójść do sauny, na masaż, popływać, poplotkować 

z  Isabellą,  zjeść  z  nią  kolację...  Po  prostu  potrzebowała 
wyciszenia i relaksu. Ostatnio za mało odpoczywała. 

Młody mężczyzna w szarej liberii odebrał od niej kluczyki do 

samochodu, żeby odprowadzić go do garażu, a inny sięgnął po 
jej torbę. 

Obchodzono  się  z  nią  szczególnie  troskliwie,  ponieważ 

przybyła na zaproszenie Isabelli Wood. 

Przydzielono jej piękny apartament, tuż obok suity Isabelli. 
Lena  rozejrzała  się  po  pokoju.  Przypominał  jej  nieco  pokój 

gościnny  w  Chateau,  zanim  Catherine  dokonała  w  nim  i 
pozostałych  pomieszczeniach  generalnego  remontu.  Lena 
westchnęła. Catherine zniknęła z życia Jórga, on zaś nosił się z 
zamiarem sprzedaży Chateau Dorleac. 

 

background image

Gdzie teraz był? Jeszcze w Nowej Zelandii? Zachciało mu się 

wędrówek  z  plecakiem  i  aparatem.  Chyba  postradał  zmysły. 
Porzucił  wszystko,  żeby  szukać  przygód.  Co  prawda  Marcel 
czuwał  i  zarządzał  winnicami,  jednak  to  Jórg  ponosił  za  nie 
odpowiedzialność, 

Lena  nie  wyobrażała  sobie,  żeby  mogła  ot  tak  wyjechać  na 

dłuższy  czas.  Odkąd  odziedziczyła  Słoneczne  Wzgórze, 
poświęciła  się  w  pełni  tej  posiadłości  i  dbała o  swój  spadek. 
Inwestowała w niego. Naturalnie mogłaby pójść na łatwiznę i 
sprzedać  działki,  dzięki  czemu  pozbyłaby  się  kłopotów 
finansowych,  ale  ona  nigdy  by  tego  nie  zrobiła.  Jeśli  nawet 
musiałaby harować dzień i noc i jadłaby tylko suchy chleb! 

Słoneczne Wzgórze od pokoleń znajdowało się w posiadaniu 

jej rodu. Żaden z jej przodków nie sprzedał ani skrawka ziemi i 
niech  tak  pozostanie.  Zatrzyma  ten  majątek  dla  kolejnego 
pokolenia. 

Kolejnego pokolenia? Przełknęła ślinę. Jakiego? Rozstała się 

ze  swoją  miłością,  Thomasem.  Na  zawsze.  Chciała  z  nim 
stworzyć rodzinę. Ale on już był żonaty. Zataił przed nią ten 
fakt. Jej oczy momentalnie napełniły się łzami. Błyskawicznie 
je otarła. 

 

background image

Dlaczego  wciąż  rozmyślała  o  Thomasie?  On  nie  był  tego 

wart. Oszukał ją, zdradził. Gdyby opowiedział jej o Nancy, nie 
miałaby do niego pretensji. Ale zwodził ją... 

Rozsunęła suwak torby podróżnej, wyjęła rzeczy i cisnęła je 

na wyściełane zieloną poszewką łóżko. 

Thomas Sibelius... 
Nie  chciała  o  nim  myśleć!  I  nie  chciała  z  nim  rozmawiać, 

chociaż on usilnie o to zabiegał. 

Brzydziła  się  kłamstwem.  Wściekała  się  na  siebie,  że  nie 

mogła go sobie wybić z głowy. 

Upchała  ubrania  w  przestronnej  szafie,  po  czym  wyjęła 

ręcznik i strój kąpielowy. 

Woda spłucze z niej wszystkie emocje. 

background image

Prosto  z  basenu  poszła  do  sauny  i  na  masaże.  Odprężona 

zatrzymała  się  na  chwilę  w  barze,  gdzie  wdała  się  w  krótką 
pogawędkę  z  zatrudnioną  w  hotelu  kosmetyczką,  która 
namówiła ją na mały zabieg. 

W  salonie  upiększającym  była  chyba  raz  lub  dwa  razy  i 

niekoniecznie  tym  się  zachwyciła.  No,  ale  skoro  ktoś  jej 
proponuje darmową kurację, dlaczego miałaby nie skorzystać. 

Niepotrzebnie  wygadała  się  przed  kosmetyczką,  że 

wieczorem wybiera się na uroczystość, ponieważ pani poczuła 
się w obowiązku i postanowiła nałożyć Lenie makijaż według 
najnowszych trendów. 

Kiedy dumna i podekscytowana pokazała Lenie jej odbicie w 

lusterku, ta zaniemówiła. Patrzyła na swoją twarz i nie mogła 
się rozpoznać. Perfekcyjnie wystylizowany make-up nie był w 
jej 

 

background image

guście.  Nie  znosiła  przesadnej  tapety  i  nie  zaliczała  się  do 

grupy  wypacykowanych  panienek,  w  przeciwieństwie  do 
swojej siostry Grit i szwagierki Mony, zwolenniczek operacji 
plastycznych i botoksu. 

- I jak się pani sobie podoba? Zupełnie inna kobieta, prawda? 

Ślicznie! 

Otóż  to,  jak  inna  kobieta,  a  Lena  wolałaby  pozostać  sobą, 

Leną Fahrenbach. Po co zakładać jakieś maski? 

Młoda kosmetyczka zachwalała swoje dzieło. 
-  Pięknie!  -  prawiła  Lenie  komplementy.  -  Stylowo, 

nowocześnie...  Dziś  wieczorem  będzie  pani  najpiękniejszą 
kobietą,  no,  może  zaraz  po  Isabelli  Wood.  -  Westchnęła.  - 
Chętnie  bym  ją  umalowała.  Ale  mnie  nikt  nie  dopuści  do 
gwiazdy  filmowej.  Sławni  ludzie  jeżdżą  ze  swoimi 
wizażystkami. 

Lena nie przyznała się, że znała Isabellę. 
-  Pani  jest  jeszcze  młoda.  Niewykluczone,  że  w  przyszłości 

będzie pani pracowała z gwiazdami. Ma pani talent. 

Nie skłamała. Kobieta rzeczywiście spisała się na medal. Grit 

piszczałaby z radości. Tyle że Lena nie lubiła się malować. 

- Serio? Panią rewelacyjnie się maluje. 
 

background image

Lena pospiesznie wyszła z salonu. Zostawiła wysoki napiwek 

i pobiegła do swojego pokoju. 

W  łazience  zmyła  z  twarzy  grubą  warstwę  pudru,  fluidu  i 

innych kosmetyków. 

Po kilku sekundach z zadowoleniem spojrzała w lustro. Taką 

siebie znała i właśnie tak chciała wyglądać. 

Podkreślała  urodę  wyłącznie  delikatną  szminką i  tuszem do 

rzęs. 

Usiadła  wygodnie  w  fotelu  i  zaczęła  przeglądać  kolorowe 

magazyny, które pokojówka  położyła na  okrągłym stoliczku. 
Jak zwykle nie znalazła w nich nic ciekawego. Jedynie bzdury. 
Same plotki i ploteczki. 

Aż tu nagle na pierwszej stronie jednego z czasopism ujrzała 

zdjęcie  Carli  Aranchez  de  Moreira,  obwieszonej  złotem  i 
brylantami  niczym  koń  cyrkowy,  prężącej  się  przed 
fotografami  w  zapierającej  dech  w  piersiach  sukni 
wieczorowej. 

Jej matka! 
Lena zamknęła czasopismo. 
Nie miała z nią najlepszych relacji. Wyrodna matka rozbiła jej 

związek  z  Thomasem  i  uciekła  z  południowoamerykańskim 
miliarderem. Niedawno wyszło na jaw, iż zataiła fakt, że miała 

 

background image

siostrę  bliźniaczkę,  której  bez  skrupułów  podrzuciła 

pierworodnego syna, Christiana. Co z niej za człowiek? 

Lata odrzutowcem po całym globie, każe sobie nadskakiwać, 

zalicza  mnóstwo  sesji  fotograficznych  i  zachowuje  się  jak 
gdyby nigdy nic. 

Zakłamana, bezduszna trzpiotka! 
Ciekawe, czy Christian nawiązał z  nią kontakt? Dotychczas 

wszelkie próby kończyły się fiaskiem. Carla nie oddzwaniała. 
Lena  doskonale  wiedziała,  że  tego  nie  zrobi.  Wyparła  się 
ślubnych dzieci, więc dlaczego miałaby się zmienić dla syna, 
którego pozbyła się zaraz po porodzie? 

Lenę dopadł podły nastrój. Włączyła telewizor, żeby skupić 

się  na  czymś  przyjemniejszym.  Jednak  poza  paroma 
programami  kulinarnymi  oraz  serialami  nie  było  czego 
oglądać.  Szybko  wyłączyła  gadające  pudło  i  sięgnęła  po 
książkę, którą przywiozła ze sobą. Momentalnie zatopiła się w 
interesującej lekturze.