background image
background image

CZĘŚĆ I 

- Doprawdy, nie wiem, co pani odpowiedzieć... 
Stary, siwy onkolog spojrzał zza okularów na bezładnie rozrzucone 

dokumenty i zamilkł. Jeszcze raz przez jego usta, przyzwyczajone do 
układania się w eleganckie kłamstwa, muszą przetoczyć się słowa oznaj­
miające klęskę. Zawsze tak samo ciężkie i nieodwracalne. 

Przeniósł wzrok na swe piękne palce. Wciąż nie zdradzały oznak 

starości. Spojrzał wreszcie na Martę. 

- Musimy być dobrej myśli... Przecież pani wie - próbował zażarto­

wać - jak bardzo lubię jej książki. 

Stała odwrócona plecami. Ostatni guzik dżinsowej koszuli opierał 

się zbyt małej dziurce. A może to jej ręce, nagle obce, skłócone ze swą 
właścicielką, znienawidziły ów guzik i przekornie ześlizgiwały się z me­
talowej powierzchni. Błądziły po tkaninie zrozpaczonymi ruchami. 

Inaczej wyobrażała sobie przebieg wizyty. Nawet gdy tu szła, myśla­

ła o telefonie z kliniki, jak o telefonie od  d o m o w e g o lekarza, o zapro­
szeniu na kontrolną wizytę. I jeszcze przed chwilą, w poczekalni, współ­
czuła tym szepcącym suchym kobietom, ich tragicznym historiom 
i przewidywalnym finałom. Sama też się trochę bała. Tak. Bez wątpie­
nia. Ale bała się jakby innym straciłem, bo była inna. Wciąż jeszcze zdro­

wa, panowała nad sprawnym ciałem. Zaledwie nieco zmartwiona tym, 
że ją zawiodło, że od kilku miesięcy zmuszało do przychodzenia tutaj. 
Szybko jednak zaakceptowała ten adres, to miejsce, rodzące całe strony 
pomysłów na scenariusz lub opowiadanie. Pozornie obojętna na ota-

background image

czający ją szmer cierpienia, siedziała tu i czekając na swoją kolejkę, ukła­
dała dramatyczne dialogi, pełne grozy sceny, przypatrując się głównym 
bohaterkom ról. A  o n e o tym nie wiedziały. Uśmiechała się do nich po­
rozumiewawczo, jakby była jedną z nich. I one, te kobiety, zapewne tak 
myślały, że Marta jest jeszcze jedną ofiarą jakiegoś niedoskonałego ge­
nu, że przyszła tu, aby dzielić z nimi swój upiorny los, choć przecież też 
czuły tę subtelną różnicę między sobą a nią. Musiały ją odczuwać, bo 
w tym niemym filmie, który trwał w poczekalni, Marta dopiero wcho­
dziła na scenę, aby walczyć i wygrać, a dla innych, tak przynajmniej są­

dziła, pozostały tylko końcowe napisy. 

Teraz niezdarnie mocowała się z guzikiem i płakała. Reguła wyjąt­

kowości przestała obowiązywać, a ostentacja opadła z niej jak karnawa­
łowa maska po wielkim balu. Bo nagle Marta zrozumiała, że jest tylko 
przeszłość. Nic więcej. 

Nie patrzyła na profesora. Nie miała żadnych pytań. Może tylko to 

jedno. O czas. Ile go jeszcze zostało? Czy zdąży dokończyć powstającą 
„Kobietę grzechu" - powieść życia, jak zapowiadała niecierpliwym zna­
jomym. Na tę jej powieść życia czekało już wydawnictwo, krytycy, wro­
gowie i wierne czytelniczki: te inteligentne, czytające ją po kryjomu z ta­
ką samą przyjemnością jak życzliwe gospodynie domowe, które 
decydowały o sławie i tantiemach, wykupując w księgarniach całe na­
kłady kolejnego romansu. Co teraz? Trzeba mieć pecha, i to cholernego, 

żeby powieść życia stała się zwykłą ironią losu. 

- Przepraszam, nie usłyszałem. - Profesor delikatnie wychylił się 

z fotela, wręczając jej szklankę wody. 

- Mówię, że trzeba mieć cholernego pecha, panie profesorze. - Uni­

kała szarych, zatroskanych oczu profesora. - Nie wiem, co mam zrobić, 
jak stąd wyjdę, bogatsza o tych kilka papierków z moim nazwiskiem i... 
wyrokiem śmierci - wykrztusiła. Bezradna, dziecinna, nagle pomniej­
szona jak odbitka dawnej fotografii, siedziała nieruchomo na krześle, 
nie dbając o bezkarnie płynące po twarzy łzy. 

background image

- Niech pan mi tylko powie: co teraz? Czy mam umrzeć jak w kiep­

skim gniocie, w otoczeniu cierpiącej rodziny, dzielna i pocieszająca 
wszystkich, że tam na górze też odnajdę szczęście? - Płakała już głośno, 
nerwowo trąc kciukiem blat biurka. Obok szklanki pojawiła się tabletka. 

- Pani Marto, spokojnie. Proszę to zażyć. Zaraz poczujemy się lepiej. 

Bardzo panią proszę... 

- Poczujemy się?-Stanowczym gestem odsunęła tabletkę.  - P a n wy­

baczy, profesorze, ale ta liczba mnoga... - Zaczęła się śmiać. Nerwowo 
i cicho. - Ta liczba mnoga już nie obowiązuje. To beznadziejne i głupie, 

ale zostałam sama. Teraz już mogę, prawda? Znowu mogę robić sobie 
na złość. - Wprawnym ruchem otworzyła paczkę marlboro. Zachłannie 
zaciągając się dymem, patrzyła przed siebie, nagle nieobecna. - Teraz 
chyba wszystko już mogę? 

Lekarz milczał. Stary wyga. Przebiegły znawca umierających kobiet. 

Wiedział, że nie jego pytała. Wiedział też, że nie może ofiarować jej na­
wet cienia nadziei, i wiedział, że ona właśnie za to nienawidzi go w tej 
chwili najbardziej. 

- Wkrótce ponowimy badania. W medycynie, pani Marto, jeden Bóg 

pozostaje wciąż niekwestionowanym autorytetem. Nigdy nie można 
przewidzieć, co nam jest pisane... 

- Bóg, profesorze? - Marta próbowała powstrzymać drżenie głosu. 

- Dla mnie nie będzie sędzią sprawiedliwym. Rozstaliśmy się po jakiejś 

lekcji religii w małej kaszubskiej szkółce. Zupełnie go zaniedbałam. 
Podobnie jak pierś. - Uśmiechnęła się do swego skojarzenia. - Czyli po­
za Bogiem nie ma żadnej nadziei? 

- Ależ to nie tak - profesor powrócił do rzeczowego tonu racjonali­

sty. - Zakładam, że pomoże mi pani. Będziemy oczywiście walczyć. Pa­
ni przecież wie, że najlepszym lekarzem jest nasza... 

- Psychika - dokończyła z uśmiechem. - Tyle że moja przypomina 

bardziej sito niż lekarza. Zużyte sito, panie profesorze - dodała - prze­
puszczające wszystkie fusy, mętne  o d p a d y wyobrażeń, chore urojenia. 

background image

Wie pan, to, co nie pozwala poczuć się wystarczająco zmęczonym, by 
normalnie zasnąć. Zanudzam pana? 

- Pani Marto, przeciwnie, choć przyznaję, nie jest pani łatwą pacjent­

ką, i wiem, że już od tej chwili zawsze tak będzie. Ale i tak będziemy wal­
czyć. Pani z moim sceptycyzmem i z własną niewiarą, a ja z pani charak­
terkiem przekornej kobiety. Obym wygrał - westchnął. Bardziej chyba 
do siebie niż do Marty, manipulującej przy suwaku torby. 

Wstała lekko. Pewnym ruchem zgarnęła rozsypany popiół na talerzyk. 
- Zacznę przynosić z sobą popielniczkę - szepnęła konspiracyjnie. 
Uświadomiła sobie nagle, że od dłuższego czasu marzy tylko o tym, 

aby jak najprędzej opuścić zimny pokój, zbiec stromymi schodami, wy­
dostać się z tego miejsca, które nagle przywiodło jej na myśl prosektorium 
albo jego przedsionek. Gdy znalazła się w opustoszałym holu, zapragnę­
ła, aby wśród tej garstki czekających jeszcze osób zobaczyć Adama. 
Niechby siedział teraz na jednym z niewygodnych krzeseł ze swoją dyżur­
ną gazetą, ten jej gładki, przyjemny mąż, trochę stropiony, zawstydzony 
i zawsze niezwykle grzeczny. Z zafrasowaną miną opiekuńczego męża. 
„Męża swojej żony" - jak ironicznie mawiali o nim ich wspólni znajomi, 
wkładając w to jedno zdanie kilogramy męskiego współczucia i odrobi­
nę nieskrywanej sympatii do niego. To dziwne, że w ogóle o nim pomy­
ślała właśnie teraz. O najbliższym, ale i najmniej ważnym mężczyźnie jej 
życia. O mężczyźnie, do którego przyzwyczaiła się jak do wygodnego 
swetra, ciepłego, odpowiedniego na każdą porę roku. Był nudny z tą mi­
łością, ale zarazem potrzebny. Biedny Adam... Wiedział o niej mniej niż 
jej własna sekretarka. A jeżeli i ona, Marta, znała go mniej niż inni? Bzdu­
ra. Słynęła z umiejętności czytania w duszach ludzkich. Adam nigdy nie 
interesował jej jako obiekt godny wnikliwej, psychologicznej obserwacji. 
Wiedziała o nim wszystko po kilku miesiącach znajomości. Tak nieskom­
plikowany, tak nieprzyzwoicie czysty - nie był wdzięczną lekturą. Tylko 
dwa razy potrafił sprzeciwić się jej decyzji. Raz w sprawie dziecka, no 
i znacznie później, gdy żądała rozwodu. W obu wypadkach uratował jej 

background image

życie... i godność. Nie lubiła o tym myśleć. Minęło dużo czasu, zanim do­
ceniła upór, w jakim trwał. Ale gdzie jest teraz? 

Jestem niesprawiedliwa - myślała. Pochłonięta chowaniem wyników 

i recept, szukaniem kluczyków, nie zauważyła, że przemierza zielony 

trawnik, tonący w wiosennym słońcu, mokry jeszcze od rosy, zakwitają­
cy pączkami pierwszych stokrotek. - Niesprawiedliwa - powtarzała 
w myślach. - Mówię Adamowi cząstki prawdy, które złożone razem są 
zwykłym wyrafinowanym kłamstwem. Po raz kolejny wyznaczam mu 
granicę wiedzy na swój temat. Tylko dotąd. Dalej jestem własna i zam­
knięta jak kufer z kompromitującą rodzinną tajemnicą. Musi mieć spe­
cjalne zaproszenie, aby się znaleźć wśród moich problemów i radości. 

Jak ubogi krewny. A gdy spóźnia się na wielki finał, o którym nic nie wie, 

nienawidzę go za tę cholerną delikatność, za to bezpodstawne zaufanie 
i za to, że o nic nie pyta, gdy dzwonią do mnie obcy mężczyźni. 

Stanęła. Niespokojnie rozejrzała się wokół. Gonił ją pełen dezapro­

baty wzrok starca, obserwującego z pobliskiej ścieżki jej bezkarną rejte­
radę szlakiem trawnika. No tak. Szanuj zieleń. Co za fatalny dzień. Przy­

szło jej teraz do głowy, że za tą całą kurtuazją Adama może się kryć 
zwyczajna obojętność, a on sam prowadzi rodzaj skomplikowanej, ale 
rozsądnej gry, dzięki której spotykają się codziennie rano i wieczorem 
w łazience, przy wspólnym myciu zębów, obdarzając się miłym słowem 
i wykazując życzliwość dla siebie i świata. I dla niej, Marty, jest farsa 
sztucznej miłości, a dla innych - trochę zmęczony, ale prawdziwy Adam. 
Może samotny, zraniony, ale zawsze prawdziwy? Nie, to niemożliwe. 
Rozzłościły ją te podejrzenia. Adam nie może być inny, niż jest. I nie mo­
że jej nie kochać, bo... Stanęła ponownie. Bo co? Że niby jest sławna? 
Podziwiana? Że pisuje w renomowanym miesięczniku, którego on nig­
dy nie czyta? Zaraz, zaraz... Spokojnie... Kiedy ostatnio rozmawiali o so­
bie? Przy wigilijnym opłatku? Trudno to nazwać rozmową. Zimą, po ba­

lu dziennikarzy? Za dużo wówczas wypiła i rozmawiali o niej. To był 
karnawał. Teraz jest maj. A ona myślała o powieści i o chemii, przenika-

10 

background image

jącej jak zakonspirowany wróg ścieżkami żył do każdego zakamarka jej 
ciała. Po każdym powrocie z zabiegu snuli plany, ale to były jej plany. 
Adam mieścił się w nich w jakimś niesprecyzowanym zarysie i tylko dla­
tego, że należał do niej. Do wyposażenia jej drogiego mieszkania, do ad­
resu, do wczasów z Olgą, na które ona dojeżdżała tylko, aby ponarze­
kać na zmęczenie i naglące terminy... 

Wyjechała z parkingu. Napięcie wyniesione z gabinetu gdzieś się 

ulotniło. Pozostał tylko żal do Adama. Wprawdzie niezupełnie racjonal­
ny, ale żal. Zalęga się zdradliwie w duszy i rośnie, jeśli nie potrafi się za­
mienić go w słowa. 

Marta potrafiła sprawić, że mężczyźni niechętnie odrywali się od 

niej, by wracać do nudnych żon. Bo przy Marcie zapominało się o wszy­
stkim: o nadmiarze cholesterolu czy wizycie z dzieckiem u ortodonty. 
O worku psiego pokarmu, bo winda nigdy nie działa wtedy, gdy trzeba 
go wnieść na trzecie piętro. Dlatego ci wszyscy mężczyźni, z różnych 
biur, redakcji, zarządów, trzymali się kurczowo każdej minuty z Martą, 
jakby potem nie było już nic. 

Jestem jak dziwka. Oferuję chwile zapomnień, a zamiast pieniędzy bio­

rę grosze męskiego pożądania. - To porównanie sprawiło Marcie przy­
krość i miała żal do swej błyskotliwej inteligencji o tę przekorną analogię. 

Skręciła w Jesionową. Bez trudu znalazła miejsce na opustoszałym 

o tej porze placu. Wyłączyła silnik. Puste mieszkanie. Przez moment za­
stanawiała się, czy chce do niego wracać. Do beznadziejnej ciszy, 
o którą zajadle walczyła z Adamem, aż wreszcie kupiła mu ekskluzyw­
ne słuchawki. Nie znosił ich. Twierdził, że czuje się jak niemowlę z pie­
luchą na uszach. Westchnęła tylko. Dzisiaj wolałaby wrócić do pokoju 

rozsadzanego okrzykami piłkarzy. Zniosłaby całą reprezentację siedzą­

cą w fotelach, klnącą w głos i wypijającą ich ostatnią butelkę whisky. 
Wszystko, tylko nie ciszę. 

Sięgnęła do torebki po telefon. Chwila zastanowienia nad kolejno­

ścią cyfr. Sygnał. Adam był wyraźnie zaniepokojony. 

1 1 

background image

- Nie rozumiem, kochanie, co się stało? Ostatnim razem prosiłaś, że­

bym przyjechał, gdy byłaś w ciąży! - Nagle spoważniał. - Jeżeli to waż­
ne, natychmiast jestem. Jak to nieważne? Przecież nie dzwonisz bez po­
wodu... Jesteś tam? Marta! Czekaj na mnie w domu, dobrze? Marta, 
Martusiu... - Głos Adama zamarł. Ze złością odrzuciła telefon, oskarża­
jąc małą słuchawkę o prowokację. 

Umawiam się na spotkanie, na które nie jestem gotowa. I co mu te­

raz powiem? Bo przecież nie prawdę. Bała się wszelkich uzależnień, 
a przyznanie się do śmierci oznaczało absolutny koniec jej samodziel­
ności. Poza tym pozostawał problem Adama. Jak to przyjmie, pozbawio­
ny zdolności rozumienia spraw przekraczających rutynową sztukę ży­
cia? A może tu nie potrzeba żadnych zdolności - zastanawiała się - może 

wystarczy odwaga? Zła na siebie, sprawdziła zawartość skrzynki na li­
sty. Za drzwiami szalała Plama. Stara, kochana wyżlica - baba, ale z bro­
dą, jak mawiał Adam, skazany na same kobiety. Co to jest odwaga? - my­
ślała, przymierzając do zamka kolejny nie pasujący klucz. - Milczenie 
czy rozmowa? Nie dokończyła tej myśli, bo jak definiować odwagę, gdy 
w każdym słowie czai się strach. Muszę to zmienić - obiecywała sobie, 
patrząc z rozrzewnieniem na szalony taniec suczki, próbującej uwolnić 
się z fałd szerokiej spódnicy. Wreszcie pies obwąchał rzuconą torbę, za­
piszczał cichutko i sapiąc, usadowił się obok, na podłodze przestronne­
go korytarza. 

Kiedyś już przeżyłam podobną sytuację. Skąd ją znam? Z własnej 

książki? Jakże męczące było oddzielanie fikcji od zdarzeń sprzed lat. Nig­
dy nie wiedziała, co jest jej prywatnym przeżyciem, a co tworem literac­
kiego wysiłku. Papierowo żyję - myślała w takich chwilach, bogatsza od 
innych o wrażenia, ale biedniejsza o tożsamość. Znalazła wreszcie w pa­
mięci podobny epizod. Ten pies leżący teraz u jej nóg w pustych ścianach 
mieszkania to przecież jakby przeniesiony w czasie Ciapek. Jeszcze jeden 
kundel, którego matka przyniosła w mroźną zimę do ich pełnego zwie­
rząt domu. Skomlący z głodu prezent na siódme urodziny Marty. Pierw-

12 

background image

sza własność i poczucie wspólnoty. Tak. Ten sam Ciapek w dziesięć lat 
potem. W ciasnej poczekalni lecznicy. Wtedy też tak na nią patrzył ogrom­
nymi brązowymi oczami, a ona zapewniała go, że wszystko będzie w po­
rządku, że mu pomoże, że za chwilę wrócą razem i będą szaleć po starym 
podzamczu, po bagnistych łąkach, a zimą po stawie Mazura, gdzie łapy 
Ciapka śmiesznie rozjeżdżały się w cztery strony, gdy próbował biec lo­
dową dróżką za łyżwiarzami. Te jego wielkie brązowe oczy... Zgasły, za­
nim weterynarz znalazł ich, przytulonych do siebie, znieruchomiałych. Ta 
bezradność wobec sztywnego psiego ciała, jeszcze ciepłego, ta świado­
mość, że na zawsze opustoszał róg kanapy, ta dziecinna niezgoda na wy­
roki, kłótnia z matką, głośny płacz, wykrzywiona z bólu buzia... O Boże! 

- pomyślała - przecież ja potem nie potrafiłam z taką rozpaczą żegnać lu­
dzi. To był ich los. Ich problem, przypieczętowany wiekiem trumny. 
A Ciapek - to co innego. On odchodził tylko ode mnie. 

- Teraz już rozumiesz? - szepnęła do Plamy. - Rozumiesz, jaki ma­

my problem? Trzeba nam będzie rozstać się z godnością i to tak, aby tej, 
która zostaje, nie było potem ciężej, niż tej, która odchodzi. 

- Wytłumacz mi wszystko... Płakałaś? - Adam potrząsał jej smukły­

mi ramionami, wyraźnie zdenerwowany, przerażony na zapas tym, cze­
go się domyślał, co przeczuwał jakimś tajemniczym zmysłem zdrowego 
człowieka. - Mów... albo nie - rozmyślił się nagle - Poczekaj. Zrobię her­
batę. Wypijemy coś ciepłego. 

- Zrób kawę. Taką jak dawniej. Trzy łyżeczki. Trzy i pół. - Pozwoli­

ła podnieść się z podłogi. Usadowił ją w fotelu. Jak porcelanową lalkę. 
Delikatnie, ale stanowczo ujął za brodę i spojrzał w oczy. Przeraził się 
tej prawdy. 

Milczała. 
Kiedyś już była wobec niego taka bezbronna i uległa, gdy rozgrywa­

ła wielką partię o swój sukces, o przedłużenie wolności. W dwa lata po 
ślubie. Dostrzeżona, krytykowana, uwielbiana. Literacka gwiazda. To, 

13 

background image

do czego dążyła przez wszystkie lata, co obiecywała sobie, gdy zmarz­
nięta i głodna stukała ćwierć wieku temu do drzwi stolicy, przyszło do 
niej wreszcie w formie zachwytu, pieniędzy i sławy. Nie wiedziała, co cie­
szy bardziej, co z tego jest dla niej najważniejsze, ale z żadnej z tych rze­
czy nie umiałaby zrezygnować. I jak na złość właśnie wtedy ginekolog -
do dziś pamięta jego zachwyconą dobrą nowiną twarz - po raz trzeci po­
twierdził swe podejrzenia. 1 Marcie te podejrzenia wydały się najgorsze. 

Tak beznadziejne, że wróciła zapłakana i nieszczęśliwa. Jak dzisiaj. 

- Wszystko, tylko nie dziecko, nie teraz! - krzyczała do Adama. - Ty 

draniu, dlaczego mi to zrobiłeś, nie chcę, nieee... - Po raz pierwszy ba­
ła się go. Bała się spojrzeć mu w oczy. 

Milczał. Spoglądał jak jakiś cholerny sędzia od niebiańskiej spra­

wiedliwości. 

- Jasne - szydziła. - Nie o twoją karierę tu chodzi. Nie ty będziesz 

zrywał się po nocach i szamotał z gównem! 

A jednak zrywał się i szamotał - przypomniała sobie niechętnie, z za­

wstydzeniem, choć od tamtej chwili minęło osiemnaście lat. Przedtem 
nie powiedział prawie nic. Powiedział tylko: 

- Usuń, jeśli tego chcesz, ale zniszczysz wszystko: najpierw dziecko, 

potem nas, a na końcu siebie. Są rzeczy, których robić nie wolno. Po­
wiedz mi - targnął ją wtedy boleśnie - jak będziesz pisać te swoje zasra­
ne książki o miłości, jeżeli nie masz o niej pojęcia? 

Wybiegł wzburzony. Nie wrócił do domu następnego dnia i następ­

nego. A gdy przyszedł, śmierdział jeszcze wódką, imponująco męski, 

choć w wygniecionym prochowcu. Stał w kuchni nad jej pochylonymi 

plecami i drwiąco szydził: 

- Moja malutka Marteczka... Czy mam jeszcze powody, żeby cię ko­

chać? 

A ona wiedziała, że ma, ale milczała i znęcała się w ciszy nad jego za­

chwianym poczuciem ojcostwa, nienawidząc go za okazaną mu uległość 
i pokorę. Bo to Adam zadecydował, że któregoś dnia została matką. Nie ona. 

14 

background image

- Czy masz jeszcze powody, żeby mnie kochać? - zapytała, gdy ka­

wa stanęła na odległość ręki. 

- Znalazłbym kilka - uśmiechnął się. - Nie ukrywam, że ich poszu­

kiwanie to prawdziwa archeologia, ale czegóż nie robi się dla pięknych 
kobiet. - Zamyślił się. - Wiesz, kiedyś potrafiłem poradzić sobie z two­
im beczeniem. Kupowałem najdroższe pióro i najtańsze wino. Teraz 
musiałbym taszczyć twarde dyski albo rozglądać się za szampanem 
z Lombardii rocznik dwudziesty pierwszy. Coraz trudniej być mężem 

własnej żony - westchnął. 

Spojrzała na niego z niepokojem. 

- Sądziłaś, że nie wiem, co szepcą po kątach twoi półinteligenci od 

dobrej literatury w skarpetkach od Cardina? - Adam mocował się nie­
zdarnie ze słodzikiem, próbując wydostać z pudełka małe tabletki. -
Marteczko - usiadł koło niej i czule objął ją ramieniem. - Wiem o tym od 
czasu, kiedy pierwszy dupek próbował ci wmówić, że jego polonez jest 
szybszy od BMW i że on doskonale rozumie twoją małżeńską samotnię. 
Miał trochę racji. 

Marta niepewnie spoglądała na Adama. Kpił? 

- Miał rację mówiąc o twojej samotności - pośpieszył z wyjaśnie­

niem. - Nie wiedział tylko, że jej korzenie sięgają pewnego kaszubskie­
go miasteczka, które w chwili młodzieńczego buntu moja żona porzu­
ciła jak zraniona kochanka, która wie, że nigdy nie wyleczy się z tej 
miłości, ale jak zostanie, to przegra. Odrzucona, niedoceniona i nie­
chciana. Czy tak? 

Marta milczała. Dlaczego dzisiaj Adam powiedział jej więcej o sobie, 

o nich dwojgu, niż przez ponad dwadzieścia lat małżeństwa? Czy cier­
pliwie czekał na tę chwilę słabości Marty? Bo dzisiaj Marta była podob­
na do małej Marty, grającej w klasy i podtrzymującej opadające beżowe 
rajstopy po starszej siostrze. Na ulicy, gdzie nigdy nie świeciło słońce, 
wśród kurników i pajęczyny schnących prześcieradeł. Pamięta aż na­
zbyt dobrze wrośnięty w pierwsze wspomnienie pejzaż powojennych 

15 

background image

gruzów, uzbrojony w rozbieganą armię maszerującego donikąd drobiu. 
Tą armią, nieposłuszną i bezkarną, rządziły chude, płochliwe dzieci, co 
znały najwięcej brzydkich wyrazów w miasteczku i kradły po ogrodach. 
A Marta... Marta była wśród nich. Cienka, wysoka, z mysim warkoczy­
kiem. Była tam z nimi, osadzona w tej samej nędzy, choć nie wiedziała 

jeszcze, że jest coś niestosownego w mdłym zapachu karmy dla kur, 
w skwierczącej na patelni cebuli, w przerośniętych kawałkach słoniny, 
ukrytych sprytnie w gąszczu kartofli. Skąd mogła wtedy wiedzieć, że 
w jej zaledwie kilkuletnim życiu jest coś niestosownego? 

A teraz siedziała przed Adamem, tak bezradna w ocenie świata jak 

niegdyś. Zakłopotana, bo przeczuwała zmęczoną wrażliwością, że 
w umieraniu zawiera się nieokreślony element dawnej nędzy i że jej, 
zwłaszcza jej, Marcie, nie przystoi tak po prostu umierać. 

- Byłaś u profesora, prawda? - Adam nie spuszczał z niej oczu. 

Uciekła spłoszonym wzrokiem w błękitny wzór pledu. Szczelniej 

otuliła nogi. 

- Przestraszył cię. Powiedział coś niepocieszającego, coś... okrutne­

go, czy tak? 

Szlochała. Najpierw cicho, ukryta pod grzywką czarnych prostych 

włosów. Wreszcie głośno, niczym złapane w sidła małe, ale pełne god­
ności zwierzątko, czujące jeszcze smak wolności. 

Przytulił ją jeszcze mocniej. 

- Posłuchaj... - Czuła jego szept na mokrym policzku. Powoli uspa­

kajała się, jakby ciekawa, co może powiedzieć zdrowy mężczyzna 
śmiertelnie zranionej kobiecie. - Posłuchaj - powtórzył. - Przecież roz­
mawialiśmy o najgorszym, pamiętasz? I doszliśmy do wniosku, że trze­
ba walczyć o każdą stronę twojej nowej książki i każdy kolejny rozdział 

naszego życia. Masz lepszy pomysł i silniejszą motywację, żeby walczyć? 
Zresztą, to śmieszne, kochanie. - Odstawił pustą szklankę. - To śmie­
szne, że oto mały,  d o m o w y mysikrólik prosi lwicę, aby stanęła do boju. 
Nawet Kipling setnie by się ubawił całą tą sytuacją. 

16 

background image

On ma rację - pomyślała w przypływie jakiejś nagiej, dziwnej rado­

ści. -  J e s z c z e nic się nie stało. Koniec leczenia nie oznacza końca życia, 
a koniec życia nie oznacza końca świata. 

Minęło kilka dni. 

Powiedzieć koszmarnych to za mało" - zapisała w swoim kom­

puterowym pamiętniku. Plik, który niegdyś wypełniała tysiącem waż­
nych spraw, teraz niezwykle oszczędnie notował jej myśli. Przerywała 

w pół zdania. Nie mogła ująć żadnego z tematów z typową dla jej stylu 
gracją i lekkością słów. Stać ją było tylko na suche, pozbawione głębszej 
treści codzienne notatki, które dowodziły kronikarskich skłonności 
i troski o własne zdrowie. Niczego więcej. 

To minie - pocieszała się, przeglądając z niechęcią ostatnie strony 

dziennika. - Typowy brak weny. Cóż... Przytrafiał się i przedtem, gdy by­
ła jeszcze zdrowa. Zniechęcona, wyłączała komputer. Jedynym miej­
scem, gdzie czuła się bezpieczna i spokojna, pozostawał materac. Rano 
zrywała się z niego, ale gdy tylko milkły kroki ostatniego domownika, 
szybko wracała pod ciepły patchwork i nakryta aż pod brodę, zmuszała 
wyobraźnię do pracy nad nowymi scenami, nad postaciami, które miały 
towarzyszyć „kobiecie grzechu" w jej wędrówce po duszy czytelnika. 

W dni, gdy przychodziła Maryjka, Marta zdobywała się na  p e w n e 

ograniczenia. Zabierała na materac kilka przypadkowych książek, notat­
nik i pióro, udając, że pracuje. Maryjka taktownie omijała jej pokój. Za­
mykała masywne drzwi, żeby „pomysły po chałupie nie rozbiegli się", 
umożliwiając Marcie w ten sposób bezpieczny powrót do bezczynności. 

Ale i ta bezczynność, odmierzana prawie nieruchomymi wskazów­

kami zegarka, rozciągającego minuty w wiek, zaczynała doskwierać. 
Coraz częściej myślała też o ostatniej, niedokończonej rozmowie z Ada­
mem. Zabrakło im wówczas odwagi. Nie, nie „im". To Marcie zabrakło 
odwagi, aby skłonić Adama do szczerości. Bo ta szczerość mogła przy­
nieść nowy ból i Marta intuicyjnie unikała trudnych pytań, zręcznie ma-

17 

background image

newrowała uczuciami męża, aby znowu wziąć z nich tylko należną jej 
pulę z miłością. Wzięła, ale przecież nie odzyskała beznadziejnie utra­

conego poczucia bezpieczeństwa. Adam mógłby jej pomóc. Pomoże jej 
z pewnością, jeśli tylko Marta upora się z murem milczenia, z parawa­
n e m fałszywej ciszy, jaki sama rozstawiła między nimi z rozmysłem pro­
jektanta meblującego dobrze znane wnętrze. 

- Adam... - Przytuliła się do męża pewnego popołudnia, gdy jeszcze 

rysowała się szansa samotności we dwoje przed powrotem Olgi z angiel­
skiego. - Adam - powtórzyła, siadając tak, aby widzieć twarz męża. - Mu­

simy porozmawiać... Powinieneś wiedzieć, co powiedział profesor, gdy 
byłam u niego ostatnio. On... -Marta z trudem panowała nad rzeczowym 
tonem - on mi powiedział, że nie mam szans... Sytuacja jest beznadziej­
na i już nic nie można zrobić... Rozumiesz, co mam na myśli? Nie będzie 
operacji, ponownej terapii, dalszej chemii. I złudzeń - dokończyła z de­
terminacją. - Czy mam wymieniać, czego jeszcze nie będzie? 

Adam zapanował nad wyrazem twarzy, po której błądziły nerwowo 

przerażone oczy Marty. Skupił się w bolesnym namyśle, ale odpowie­
dział żonie jasnym spojrzeniem i spokojnie, jakby chodziło o kupno no­
wej filiżanki do kawy. 

- Nie, nie wymieniaj. Zauważ, że ja też mógłbym sporządzić ogrom­

ną listę spraw, uczynków, zdarzeń, których nigdy już nie będzie, które 
d a w n o usunąłem do archiwum marzeń. Jesteś zdziwiona? Sądziłaś, że 
tylko ty gonisz czas? Że tylko tobie jakiś cholerny pech przeszkadza wy­
grać ten maraton? Ty, bardziej niż ktokolwiek inny, dawno go wygrałaś. 
Zdążyłaś ze wszystkim, z popularnością, z urodą, z realizacją siebie... 

Wyprzedziłaś tych z pierwszego szeregu jeszcze na długo przed metą. 

Usiądź na murawie. Odpocznij. Przestań walczyć z sobą. Wygraj z cza­

sem. A wiesz jak? - Spojrzał przenikliwie na żonę. - Przechytrz go, za-
markuj, że ciebie nie ma. Sprawdź, co słychać u tych, którzy cię kocha­
li, którzy całe życie krzyczeli na twoim stadionie: Mar-ta, Mar-ta! Może 

18 

background image

trzeba by im podziękować, podzielić się sobą, zamiast biec po następ­
ne trofeum. Bo widzisz, kochanie...-Adam spoważniał jeszcze bardziej. 

Był w tym trochę wzniosły, ale nie śmieszny. - Bo widzisz, myślę czasa­
mi, że bardziej boli cię cena twojego sukcesu niż świadomość choroby... 

- Odchrząknął. Usiadł, trochę przerażony własną odwagą, ale gotowy 
w każdej chwili podjąć temat, dorzucić coś jeszcze do słów, które rosły 

między nimi niczym stos. 

Milczała. Trochę zdumiona śmiałością Adama, ale też wdzięczna, że 

potraktował ją tak surowo, tak normalnie, bez taryfy ulgowej, jaką się 
zwykle ma dla słabych i skazanych. No i miał rację. Przecież jej bieg po 
laury był od początku  o w o c e m zemsty i nienawiści. Pragnęła sukcesu, 
tak jak inne kobiety pragną dziecka, mężczyzny, miłości. Pragnęła go 
nie dla siebie i nie dla tych, których kochała, których należało kochać. 
Chciała go dla tamtych, pozostawionych na wrogim terytorium małego 
miasteczka, dla tych, którzy śmiali się z jej rosyjskiego akcentu, z majtek 
z klapą, noszonych po starszej siostrze, z jej wiecznie pijanego ojca wy­
rzucanego z baru. Pamięta do dziś, jak co drugi dzień znajdowała go 
obok dębowych drzwi, jak idąc po niego, brodziła w kałużach męskie­
go moczu i w smrodzie piwa. 

„Panie Jasieńku, córeczka przyszła" - mawiał zawsze trzeźwiejszy 

od ojca szewc Kopejko, a stary Wera, tapicer, wychylał się z długiego 
stoika, przecierał wierzchem dłoni czerwone wargi i próbował usidlić ją, 
łapiąc za kraciastą spódniczkę. Ojciec, beznadziejnie pijany, odstawiał 
w takich razach kufel, nawet pełen piwa, z godnością mówił: „Żegnam" 
i pozwalał ująć się za rękę. Takie były jej pierwsze triumfy. 

- Masz rację - zgodziła się cicho Marta. Wprawdzie nie bardzo wie­

działa, z czym się zgadza. Czy przyznaje teraz rację zatroskanemu Ada­
mowi, czy jeszcze śledzi w myślach chwiejne kroki ojca, wspierającego 
się na jej wątłym ramieniu. - Masz rację - powtórzyła i wyznała cicho, 
z poczuciem winy: - Musiałam zachorować, żeby wyzdrowieć... 

- Nie rozumiem. 

19 

background image

- Kiedyś uciekłam. Zostawiłam za sobą spalone miasto. Spaliłam je 

tak, jak inni palą mosty, aby tam nigdy nie wrócić. W żadnej mojej książ­
ce nie ma okruszyny autobiografii. A wiesz dlaczego? Bo ja jej nie mam. 
Mam za to na swoim koncie kilka niezłych świństw, morze łez i rzeki 
nienawiści. One płyną przeze mnie, żebym nie zapomniała. Mam pa­
mięć i boję się. Najbardziej się boję, że umrę, a pamięć zostanie... 

Jej szept Był prawie niedosłyszalny. Otulona wełnianą szarością pu­

lowera, siedziała nieruchomo i patrzyła na niego wielkimi przerażony­
mi oczami małego dziecka. Nagle odwróciła się, może zawstydzona 

własnymi słowami albo strachem, czającym się jeszcze w kącikach oczu, 
i Adam zrozumiał, że znowu próbuje uciec do swych obaw i niepoko­
jów. Że zostawia go tu samego, z wygniecioną płachtą gazety i jak ona 
niepotrzebnego w dalszej wyprawie w przeszłość. 

Znał to jej spojrzenie. Myślał o nim jeszcze następnego dnia, gdy po­

chylony nad projektem prawie zgubił myśl przewodnią, wpisaną przez 
zespół w plany nowego osiedla. Aż Jolka, która wspiąwszy się na palce, 
zerknęła nad jego ramieniem w papiery i zdumiona tym, co wyprawia, 
krzyknęła: „Ależ ty wszystko knocisz!" 

Wyszedł na papierosa. Tak. To było to samo spojrzenie, które trak­

tował jak swego sojusznika. Od zawsze nazywał je przyjacielem. Kie­
dyś, gdy leżeli obok siebie w małym akademickim pokoju, przychodzi­
ło do niego nocami, z niemą prośbą, aby wziął ją, Martę,  m o c n o 
w ramiona. Skwapliwie odpowiadał na tę smutną prośbę, a Marta w ta­
kich chwilach należała tylko do niego. Wiedział, czego pragnie, i potra­
fił oddać jej ten utracony na moment stan pewności siebie, ofiarowując 
wszystko, co miał: chłopięcą delikatność i męską stanowczość, pełną 
namiętności, o jaką sam nigdy siebie nie posądzał. Przyjmowała go ła­
komie i chciwie. 

„Ty wariatko - mawiał w tamtych chwilach, w tamtych obskurnych 

ścianach, oklejonych tanimi plakatami - ty szalona kotko"... 

20 

background image

Uspokajała się. Stracił odchodził i mogli już w intymnej samotności 

dziękować sobie za siebie, nocy za ciemność i koledze za to, że wyniósł 
się do swojej dziewczyny. 

Kiedy jeszcze tak na niego patrzyła? W szpitalu. Tym samym wzro­

kiem, w którym kryła się jedyna chyba prawdziwa cząstka jej natury. 
Przybiegł natychmiast. Nie słuchał lekarza. Gdy tylko ją zobaczył, skrę­
coną na łóżku, sparaliżowaną strachem, rzucił się jak idiota do metalo­
wych prętów. Klęczał przy łóżku, przytulał ją i płakał, póki gruba pielę­
gniarka z pomocą oddziałowej nie wyrzuciła go z sali. Nie pamięta już 
faceta, który leżał obok, w białych prześcieradłach, na wznak, z upięty­
mi wokół głowy kroplówkami. To z nim jechała, gdy zdarzył się wypa­
dek. Dopiero po pogrzebie tego anonimowego, nieruchomego sąsiada 
Marty ze szpitalnej sali zrozumiał, czego Marta bała się najbardziej leżąc 
na tym zimnym, metalowym łóżku i o co prosiły wtedy jej oczy. Już nie 
o miłość, a o wybaczenie. 

Wybaczył, tak jak wybacza się wszystko rozkapryszonemu dziecku

Nigdy potem nie wracali do sprawy wypadku. Tylko po pogrzebie oczy 

Marty zdradziły, że cierpi. Ale nie cierpiała z powodu tego, którego przy­
szła pożegnać, i nie z powodu tego, który był obok, śmiesznie zdradzo­
ny i oszukany. Cierpiała, bo w jej scenariuszu pojawiła się nowa postać. 
Ta drobniutka blondynka w czerni, podążająca za trumną, trzymająca 
rączkę innej malutkiej blondynki, w marynarskim ubranku - dziecka tak 

przejmująco smutnego, jakby rozumiało, co zaszło w dorosłym świecie 

jej matki i ojca. Marta płakała i Adam był pewny, że płakała szczerze. Ale 
i ten płacz nie wyszedł nigdy poza sekretne myśli Marty i nie trafił do 
żadnej z jej powieści. 

Adam starał się wracać wcześniej. Przynosił prasę, wychodził 

z psem na spacer. Czasami przesiadywał w pokoju Olgi, pomagając jej 
w angielskim. Wieczory rezerwował dla Marty. Siadała przy nim. Sta­
wiała na stole kieliszek na cienkiej nóżce wypełniony pachnącym wi­
nem. Obserwował ją, jak podejrzliwy lekarz spogląda na własne dziec-

21 

background image

ko, tropiąc w nim ślady najmniej prawdopodobnych zagrożeń choro­
bami występującymi tylko w medycznych podręcznikach i nabrał pew­
ności, że Marta coraz częściej w tajemnicy przed nim emigruje w rejo­
ny dawnych, obcych mu czasów i zdarzeń. To bardzo komplikowało 
jego prawdziwy stosunek do Marty. Wiedział o tym, ale czul się bezrad­
ny  w o b e c osaczającej go znowu zazdrości o tę dawną, zdrową jeszcze 
i nigdy do końca nieujarzmioną dziewczynę. Zupełnie inną od dzisiej­

szej Marty: bladej, jakiejś obcej, uwięzionej od tygodni w starym domo­
wym dresie. Unikającej go, ale też łaszącej się nagle z niezwykłą ener­
gią; jak głodna kotka, której  d u m ę łamie tylko przemożny apetyt. 

- O czym myślisz? - Marta jak cień wsunęła się do pokoju i spoglą­

dała z oskarżeniem, jakby myślenie o niej  p o d jej nieobecność było wy­
kroczeniem i  p o w o d e m do obrazy. 

- O tobie, kochanie. O tym, że musimy żyć, jakby się nic nie stało. 

A chyba nie bardzo się nam to udaje, nie sądzisz? - Spojrzał na nią smut­
no. - A właściwie - powiedział niespodziewanie dla samego siebie -
właściwie powiem ci, o czym tak naprawdę myślę. Kilka dni temu 
uświadomiłem sobie, że najbardziej lubię, gdy się boisz. Boisz się całą 
sobą. Trzeba być mężczyzną, żeby wiedzieć, jakie to rozbrajające... -
Uśmiechnął się znacząco. 

- I oto nadeszła chwila, gdy będziesz mnie zawsze lubił najbardziej 

- westchnęła pompatycznie. - Już nigdy nie przestanę się bać... 

Stara popielniczka w ich salonie z trudem dźwigała ciężar petów. 
- Spójrz, znowu pobojowisko. Zaraz wróci Olga i wiesz, co nam po­

wie? 

- Chyba wiem. - Marta zaśmiała się bez przymusu, ale myśl o córce 

nagle ją zaniepokoiła. - Adam, przez cały czas zastanawiam się... Cho­
dzi o Olgę... Czy myślałeś, jak powinnam to załatwić? 

- Co załatwić? - próbował nadać lekki ton swojemu głosowi. - No, 

chyba że zamierzasz spakować walizki i porzucić nas dla jakiegoś pol­
skiego Dalajlamy od literatury... 

22 

background image

- Pytam poważnie. Co mam z tym zrobić? 
- Zawierzyć własnej intuicji. - Próbował uśmiechem pokryć lekkie 

zmieszanie. Wiedział, z jakim trudem Marta uczyła się macierzyństwa 
i wiedział, że w tej sprawie nie może jej pomóc. Musiały przecież roz­
mawiać bez tłumacza. Musiały się poznać i zapragnąć. Nawet teraz, po 
osiemnastu latach, wierzył, że to możliwe. 

- Wiesz, jaka śmierć nam grozi? Głodowa. Dla pani pizza, dla pa­

nienki pizza, dla pana pizza i piwo, a dla psa kiełbasa - zażartował. 
Przed wyjściem cmoknął żonę w policzek. - Spróbuj się zdrzemnąć -
powiedział jeszcze. 

Suka radośnie skowycząc, pobiegła za nim do drzwi. Zgrzyt zamka. 

Została sama. 

Zasnąć? Roześmiała się w głos. Sen nieuchronnie się zbliża. Bezna­

dziejnie długi. Odbierze jej wszystko. Najpierw efektowne odbicie w lu­
strze, potem Adama, uosobienie dobroci i szlachetności. Bohaterowie jej 
książek nigdy nie są do niego podobni. Cieszył się, bo twierdził, że i tak 
sąsiadki przyglądają mu się podejrzliwie, a koledzy z pracy pytają przy 
każdej kolejnej powieści, czy robi za pierwowzór tych wszystkich sam-
ców-supermanów obsadzanych w akcji... No i Olgę.... Tę szczupłą, pło­

chą i nieco zakompleksioną Olgę. Cichą i beznadziejnie przeciętną, jak 
jej się zawsze zdawało. Sądziła nawet, że przeciętność Olgi to jej wina. 

Że nie chciała tego dziecka i nie potrafiła podzielić się z nim żadnym ze 

swych rozlicznych atrybutów. W efekcie urodziła się dziedziczka jej płci, 
ale pozbawiona i energii, i żądzy życia, z której słynęła matka, za to spad­
kobierczyni zadartego nosa Adama i jego skłonności do kompromisów. 
A przecież ostatnio jakby nie poznawała córki. Łagodność i wstydliwość 
Olgi osiągnęły wraz z nią pełnoletność. To już z całą pewnością nie były 
wady. Dawniej zastraszona, unikająca matki, odpowiadająca monosyla­
bami, co najbardziej Martę irytowało, stała się teraz pociągającym zjawi­
skiem. Świadoma swej wartości, zawsze wiedziała, jak się zachować. 
W tym, co mówiła, robiła, a nawet jak się uśmiechała, miała klasę i Mar-

23 

background image

ta zaczęła to zauważać już od ponad roku, od momentu, gdy skazane na 
siebie, spędziły wspólnie tydzień wakacji nad jeziorem. Zdolności orga­
nizacyjne Olgi, zawsze gotowej do załatwienia tysiąca nużących co­
dziennych obowiązków, doceniła dopiero wtedy, gdy z wysokości ha­
maka mogła wodzić oczami za córką nadskakującą jej z wdziękiem 

szlachetnej pielęgniarki. Pełna wyrzutów sumienia, zła w końcu na swo­
je lenistwo, pytała: „Czy ty nie lubisz bezruchu, Olgo, wiesz, tego bezna­
dziejnego tkwienia w jednym miejscu, lenistwa, które wypełnia człowie­
ka jak powietrze dmuchany materac? Takiego stanu totalnej 
skamieniałości, gdy wokół brzęczą pszczoły, a na ciebie lecą niedojrza­
łe szyszki z nieba..." 

Olga zamyśliła się wtedy. Siedziała obok hamaka z miną małej od­

powiedzialnej opiekunki, poprawiając co chwilę koc wysuwający się 
przez kraty ze sznura. 

- Pytasz, czy lubię się nudzić? Czasami tak. Jak każdy. - Uśmiechnę­

ła się nieśmiało, jakby wyznała wielką tajemnicę. - Ale nie jak jestem 
z tobą - dodała ciszej. 

- A co to zmienia? - zdziwiła się Marta. - Dlaczego obie nie możemy 

bezczelnie poleniuchować? 

- Bo po pierwsze: w towarzystwie nie można się nudzić, a po dru­

gie... - Olga mrugnęła do matki porozumiewawczo - po drugie: wolę 
patrzeć, jak ty odpoczywasz, i uwielbiam to przekonanie, że jestem ci 
potrzebna. 

- Ależ to ja powinnam czuć się potrzebna tobie! 
- W normalnych rodzinach to zrozumiałe, ale ty nie jesteś typową 

matką. To znaczy... - Olga niespokojnie podciągnęła nogi pod brodę. -
Chcę przez to powiedzieć, że z naszej trójki ty jedna masz dar wzrusza­
nia ludzi, dostarczania im pięknych przeżyć, sprawiania radości, a sko­
ro tak jest, należy ci się więcej od najbliższych. To chyba jasne? 

- Chcesz powiedzieć - badała dalej Marta - że przysługują mi jakieś 

specjalne prawa? A kto w takim razie jest matką w naszej rodzinie? 

24 

background image

- Ojciec - wyszeptała Olga z największym truciem, ale zaraz podnio­

sła głowę i śmiało spojrzała jej w oczy. - Nie zrozum mnie źle - popro­
siła łagodnie. - To nie ma nic wspólnego z miłością do ciebie. Chodzi 
wyłącznie o podział ról w naszym domu. 

Tkwiły potem długo w ciszy, obie pogrążone w tajemnicach swych 

myśli. Marta pamięta, że wyznanie córki wcale nie było wyzwaniem, 
a przecież mogło nim być. Wywiadówki w szkołach znała tylko z pognie­
cionych kartek z ocenami, przynoszonych przez Adama. Do przyjaciół­
ki Olgi, która bywała w ich domu częściej niż ona sama, zwracała się 

wszystkimi imionami z kalendarza i choć dziewczynki regularnie ją po­
prawiały, nie zadała sobie trudu, aby zapamiętać to jedno, tak ważne dla 
Olgi imię. Niby drobiazg, ale tych drobiazgów tam, na hamaku, pod da­
chem srebrnych sosen, przypominała sobie coraz więcej. Mogłaby mnie 
znienawidzić. -Marta leżała z zamkniętymi mocno oczami. - Gdyby mia­
ła mój charakter, zrobiłaby to, co ja kiedyś. Po prostu uciekłaby z domu. 
A może już uciekła? Oddaliła się tak, że Marta nie potrafi jej zatrzymać, 
skłonić do uczuciowego powrotu. Siedzi tu, koło niej, pełna oddania 
i dobrej woli, mała dojrzała kobietka, a ona, matka, prawie jej nie zna. 
Straszne. 

- Olgo? - Trochę bała się tego, co zamierzała jej powiedzieć. Zeszła 

z hamaka i objęła dziewczynę w prostym, serdecznym geście. - Trochę 
się mylisz - mówiła bardziej do siebie niż do córki. - To nie jest tak, że 
cokolwiek nas zwalnia z odpowiedzialności za najbliższych. Im więcej 
jest nam dane, tym bardziej powinniśmy być doskonali. 

- Szlachectwo zobowiązuje? - Uśmiechnęła się wtedy do matki. 
- Tak. Zobowiązuje. Wiesz, ja lubiłam udawać, że wszystko jest 

w porządku. Między nami - dodała. - Lubiłam myśleć, że się przyjaźni­
my. Zawsze bardzo cię kochałam. To zrozumiałe, ale był czas, że bar­
dziej zależało mi na sukcesach niż na tobie. Tak było, choć usprawiedli­
wiałam się, że to, co robię, robię dla ciebie. Ale to o mnie pisano, ze mną 
przeprowadzano wywiady... 

25 

background image

- ... ciebie chwalono i uwielbiano - dokończyła Olga. - Nie to mia­

łam ludziom i tobie za złe. Ja też cię uwielbiałam i kochałam. Ale... Bę­
dę szczera - zdecydowała nagle - ale nie mogłam ci wybaczyć, że po­
zwalasz, aby obcy tak nas okradali z najcenniejszego... 

- A co jest najcenniejsze? 
- Czas. Czas, mamo... Ten, którego nikt nam nie zwróci. Gdybyś 

choć jeden raz poszła ze mną na ślizgawkę albo na basen, na szkolną 
zabawę. Gdziekolwiek, byleby nas zobaczono razem. Wiesz, o czym 
rozmawiały koleżanki za moimi plecami, gdy jadłam śniadania kupowa­
ne w szkolnym sklepiku? Mówiły, że chrzanią znane nazwiska. Wolą 
swoje i kanapki zrobione przez matkę. Broniłam cię wtedy. - Olga za­
śmiała się cicho. - Krzyczałam, że mi zazdroszczą, że ciebie nie znają 
i nie wiedzą, jaka jesteś fantastyczna. „No właśnie, nie znamy" - odpo­

wiadały ironicznie i uśmiechały się znacząco. 

Marta z sympatią spojrzała na córkę. 

- O Boże! - westchnęła. - Przecież ty już dość dawno przestałaś być 

taką smarkulą, a ja to odkrywam dopiero tutaj, na tym pustkowiu, na ty­
lu hektarach przestrzeni, a nie dostrzegłam tego na stu metrach kwadra­
towych. Jak można pisać, nie będąc dobrym obserwatorem? 

- Ależ jesteś świetnym obserwatorem, mamo, nawet nie wiesz, jak 

cieszy mnie twoje dzisiejsze odkrycie! - Olga mocno przytuliła się do 
niej i tak już pozostały na długie chwile, przerywane szelestem wiatru. 

Podeszła do okna. Ileż zmieniło się od tego czasu. Teraz, gdy zaczy­

nała już rozumieć, co jest naprawdę ważne, o co trzeba walczyć, co 
zmienić, ktoś inny zadecydował za nią, że to niemożliwe, że za późno. 
Nie po raz pierwszy musiała odnaleźć w sobie pokorę, której tak niena­
widziła. Przywoływała ją i kiedyś. Ale przedtem pokora była maską skry­

wającą jej instynkt życia, jej pożądanie zwycięstwa i agresję, z jaką o nie 
walczyła. A teraz? Czym teraz była pokora? Klęską, przyznaniem się do 
słabości, tkwiącej w jej piersi jak zatruta strzała, wielką przegraną. Być 
może z samym Bogiem, w którego istnienie dawno przestała wierzyć. 

26 

background image

Szybkim krokiem przeszła do gabinetu. Przelotnie spojrzała w lustro. 

Niedobrze - stropiła się, oceniając bladość twarzy, podkreśloną kontra­
stem czarnych włosów. Postanowiła uciec od wspomnień. Czuję się tak, 
jakby od wieków spadał na mnie grad złych myśli i jakby z zakątków pa­
mięci powracały armią stare upiory, nawet te, które powaliłam, zmaga­
jąc się z własną wyobraźnią - myślała opadając na swój ulubiony fotel. -
Czy nie stworzyłam nigdy w życiu nic dobrego poza kawałkiem literatu­
ry? Wygląda na to, że urodziłam tylko fikcję, w której tkwi ziarno dobro­
ci, a przez rzeczywistość przemykam czarnymi myślami i jak duży ludz­
ki kret podkopuję uparcie korzonki. Miałam osiągnąć szczyty, a plądruję 
podziemia. Chciałam bujać w obłokach, a nie widzę nieba. 

-  O l g a ? 
W drzwiach gabinetu stała jej córka, lekko uśmiechała się do Marty, 

zasapana jeszcze, zmęczona rowerowymi ewolucjami. 

- A to co za zwyczaje, mamo? Komputer wyłączony, makijaż rozma­

zany, wyglądasz jak strajkujący anestezjolog. - Spoważniała nagle. -Ma­
mo, coś się stało? 

- A stało - Marta z trudem odtworzyła tajemniczy uśmiech i przecią­

gle demonstrowała go córce, szukając w popłochu rozsądnej, wiarygod­
nej odpowiedzi. I nagle zrozumiała, że jest taka odpowiedź. Wiarygod­
na i rozsądna, a jednocześnie jedyna i prawdziwa. 

- Stało się to, że prawdopodobnie wyjadę na parę dni. 
- Eeee, nic nowego - skrzywiła się Olga. - To jakiś objazd po gmin­

nych bibliotekach czy inne spotkanie z pisarzem? 

- Prawie zgadłaś. Będzie gminna biblioteka i spotkanie, ale tym ra­

zem: pisarza z rodziną. 

- Co? - Olga z niedowierzaniem przyglądała się matce. - To żart, 

prawda? 

Zamiast odpowiedzi spotkała poważne oczy Marty i przeczący ruch 

głową. 

27 

background image

- Nie, mówię serio. Chcę tam pojechać. Muszę to kiedyś zrobić, 

a dzisiaj zrozumiałam, że im prędzej, tym lepiej. Och, źle się wyraziłam, 
Olgo. - Poklepała córkę po policzku. - Powinnam ci powiedzieć, że mu­
szę tam pojechać jak najprędzej, bo już i tak jest o wiele za późno. Za 
p ó ź n o o całe lata... 

- Ale dlaczego chcesz to zrobić teraz? Czy coś się zmieniło? 
- Oczywiście, córeczko. To ,.coś" to ja. I to nie stało się wczoraj, doj­

rzewało od czasu, kiedy, jeszcze sepleniąc, prosiłaś, żebyśmy pojechali 
do „kaszubskich dziadków". No i widzisz - Marta zamyśliła się boleśnie 

- nigdy cię nie poznali ci twoi dziadkowie z Borowa... Nie wybaczyła­
byś mi, gdyby tak miało pozostać. Rozumiesz, o co mi chodzi? Gdyby 
zabrakło mi odwagi na ten powrót. Jakikolwiek by był. Z tarczą czy na 
tarczy... 

- To znaczy... - Olga skubała w zamyśleniu koniec warkoczyka - to 

znaczy, że po tylu latach wmawiania mi, że są miasta, do których nie wra­
ca się nawet pamięcią, chcesz teraz powiedzieć, że takich miast nie ma? 

- Tego dowodzi moje życie - zgodziła się poważnie. - A przynaj­

mniej nie powinno ich być - sprecyzowała po chwili. 

- Spodziewałem się takiego obrazka! - Adam walczył z suką o pierw­

szeństwo wejścia do pokoju. - Dwie baby rajcują, a ty, idioto, uganiaj się 
za żarciem. Cześć mała! - Machnął w stronę córki dwiema reklamówka­
mi. - Co w szkole? 

- Nie zgadniesz, co usłyszałam - wyraźnie ożywiona Olga poderwa­

ła się, biorąc jedną z siatek. - Mówiłaś już tacie? - zwróciła się z niepo­
kojem do matki. 

- Tobie pierwszej - Marta lekko wykonała gest harcerskiej przysię­

gi - i nikomu więcej. 

Tę rewelację przekazywała Olga ojcu, gdy z różnym powodzeniem 

próbował odgrzać przygotowanego przez Maryjkę kurczaka. Manewru­
jąc przy piekarniku, wyzywając drób od zarazy zesłanej za grzechy, bez­
myślnie kręcił kurkami rożna. Ale wreszcie odwrócił się w stronę Many 

28 

background image

i ona wiedziała, co czul. Pamiętała ten wyraz oczu Adama z ich rozko­
chanych spacerów po Łazienkach, z mrocznych korytarzy i klatek scho­
dowych, gdzie chowali się przed deszczem, mokrzy, głodni i spragnie­
ni siebie. Tak na nią patrzył, gdy oboje jeszcze wierzyli, że w gwarze 
wielkiego miasta są tylko oni, samotni jak Adam z Ewą, szczęśliwi, bo 
nieświadomi, co ich czeka. Teraz też tak na nią spoglądał. Z jakąś szcze­
niacką satysfakcją, jakby dostał prezent, o którym śnił całe życie. 

-  J a k i e ś świństwa latające po piekarniku wpadły mi do oka - tłuma­

czył nerwowo, manipulując przy brwiach. 

- Do obu? - Zaśmiała się Marta i zarzuciła mu ręce na szyję. 

Przeglądając stronę kalendarza z terminami badań, Marta z przera­

żeniem stwierdziła, że zbliża się dwudziesty. W torebce gorączkowo od­
szukała zwolnienie. 

- O cholera jasna - przysiadła z impetem na kuchennym stole - waż­

ne tylko do jutra. Profesor wspominał, że załatwienie renty nie przedsta­
wia w jej sytuacji żadnego problemu, ale widząc gwałtowne oburzenie 
Marty, dodał natychmiast, że takie osoby, jak ona, pełne energii i sił, po­
winny oczywiście pracować. I będzie pracowała. Gdy tylko minie kry­
zys. Wówczas zabierze się za powieść albo uporządkuje dziennikarskie 
zaległości: korespondencję, wywiad z księdzem-filozofem i artykuł 
o Umberto Eco. Teraz jednak potrzebuje miesięcznego urlopu. Czterech 
tygodni wyłącznie dla siebie. Zdecydowanie ujęła słuchawkę telefonu. 

- Nie rozumiem, pani Marto, czy zechciałaby pani choć trochę się 

wytłumaczyć? Przecież pani wie, co tu się teraz dzieje... Jak zawsze 
w maju... Zdrojewska rodzi, Gawronek też rodzi, z żoną ma się rozu­
mieć, bo to teraz taki zwyczaj, a pani mi tu wyjeżdża z wyjazdem. - Na­
czelny zamilkł na chwilę, zmieszany nieco tym redaktorskim lapsusem. 

- To tylko miesiąc, panie Bronisławie, cztery krótkie tygodnie. Wrócę 

z ciekawym materiałem, obiecuję panu... Poza tym, tak się ostatnio roz­
mnażamy, że lekkich piór nie zabraknie przez następnych dwadzieścia lat. 

29 

background image

- Czy pani sugeruje, no, że pani też... - chrząknął znacząco. - Bo 

mam nadzieję, że te ciąże to nie jakaś epidemia i... 

- Ja też mam taką nadzieję - westchnęła współczująco. - Ale na 

wszelki wypadek radziłabym spytać żonę... 

-  O c h ! - żachnął się z drugiej strony szef. - Niech pani trochę od­

pocznie, ale proszę wracać do nas jak najprędzej - padło ostatnie zda­
nie, przesycone łagodną prośbą. 

Jak już Gawronek rodzi, to widać każdy może - myślała z rozbawie­

niem, zaglądając do notesu. Zastanawiała się dłuższą chwilę, nim po­
nownie wykręciła numer. Długi sygnał trwał w nieskończoność. Gdy 
zdecydowała się odłożyć słuchawkę, zabrzmiało w niej krótkie „halo". 

- Cześć. Tu Marta. 
- Nie wierzę - odpowiedział jej znajomy męski głos. - To tak, jak­

bym usłyszał: Tu Demi Moore. A słychać cię tak kiepsko, jakbyś dzwo­
niła z Hollywood - odciął się natychmiast. - Szczerze mówiąc, toby mnie 
wcale nie zdziwiło. Nie przychodziłaś, więc sądziłem, że albo cię nie ma, 
albo, co gorsze, mój czar przestał działać i na to konto od tygodnia piję 
lodową wódkę w lodowatej pracowni... 

- Z gorącym kociakiem U boku, przekonanym, że przejdzie dzięki 

tobie do historii sztuki? 

- Mniej więcej. W każdym razie rozbiera się szybciej, niż to w tej zi-

mnicy jest możliwe. A jak już się rozbierze, nie wiem, co z nim robić. 

-  J a k to co? Rzeźbić! Jesteś w tym doskonały! 

Bawili się słowami jak para wyśmienitych graczy tenisową piłeczką. 

Pojedynek trwałby w nieskończoność, gdyby nie Marta, która pierwsza 
wróciła do poważnej rozmowy. 

- O siedemnastej. U ciebie. Mam w tym czasie wolną chwilę. Bę­

dziesz? 

- Królowo! Czekam, choćby w formie zwłok z dłutem w sercu. Spre­

cyzuj tylko tę chwilę. Przychodzisz nakarmić moje papugi czy pożywić 
mnie miłością? 

30 

background image

- Nakarmić papugi. Nie musisz się golić, smarować Fahrenheitem 

ani zmieniać skarpetek. 

Słuchawka wylądowała na widełkach i w tym samym momencie 

odezwał się przeciągły sygnał. 

- Do męża też mogłabyś zadzwonić - uskarżał się Adam. - Jest pro­

blem, kochanie. Miałem być dzisiaj na cmentarzu. Umówiłem się z ka­
mieniarzem. Chodzi o grób rodziców. Wiesz, rozmawialiśmy już na te­
mat tych zniszczonych napisów... 

- Tak, tak, pamiętam - skłamała szybko. 
- No więc dzisiaj ten facet ma odebrać zaliczkę i projekt. Włożyłem 

go do czarnej teczki z dokumentami... A tu jak na złość przyjechała do 
firmy jakaś norweska delegacja. Mówią po angielsku, więc stary mnie 
poprosił... - plątał się Adam. 

Słuchała go z przyjemnością. Nigdy nie potrafił się chwalić, a nawet, gdy 

musiał przypisać sobie odpowiedzialną rolę, nie bardzo wiedział, jak wytłu­
maczyć się ze swych umiejętności. Jakiż ona pod tym względem była inna. 

- Adam, godzina... - rzuciła do słuchawki. 
- Nie rozumiem - stwierdził zdezorientowany. 
- Godzina - powtórzyła. - O której godzinie umówiłeś się z tym go­

ściem? 

- Aaa, tak, o osiemnastej. Na głównej alei, zaraz za kaplicą. 
- Doskonale. Przećwicz rozmówki. Będę tam na pewno. Na cmen­

tarzu - ubiegła pytanie Adama. 

Przez moment zastanawiała się, czy to właściwe, że Adam wysyła ją 

na cmentarz. Uznała, że bardziej niż właściwe, bo naturalne. Bez pod­
tekstów, w których wyspecjalizowała się ostatnio jej wrażliwość. Chcia­
ła tam pójść. Czuła się trochę jak debiutant, który boi się pierwszego wy­
stępu, ale marzy o tym, aby pokonać tremę. Zamknęła z trzaskiem notes. 
Żadnych telefonów więcej. 

Zaczynam chyba cierpieć na domowe zniewolenie - pomyślała zdu­

miona zmianą swych upodobań. - Porzuciłam kocie ścieżki, a jeśli na nie 

31 

background image

wracam, to po to, by się pożegnać. Przemożna siła, wpychająca ją w śro­
dek domowego ogniska ujawniała nieznane dotąd instynkty. Potrzebę 
ocierania się o domowe zwyczaje, sprzęty. Poczuła też Zapach domu. Moc­
ną woń zakurzonych książek, starych kwiatów, a może bigosu, niezwykle 
tłustego, po którym zawsze zostają skwarki, sumiennie odkładane na brze­

gu talerza. I zapragnęła, aby tak już zostało. Żeby zawsze tak mogło być. 

Gdyby ktoś pół roku temu, przed całym tym horrorem, powiedział 

jej, że poczuje smak szczęścia w cichym porozumieniu z rodziną, śmia­
łaby się do łez. Jeszcze wczoraj nie wierzyłaby też w zbawienną moc do­
mowej sielanki. A teraz siedzi w swoim pokoju i najchętniej zostałaby 
w nim na zawsze. Załatwi to, co załatwić musi, i wróci tutaj... 

W jej myślach, nieuporządkowanych jak szuflada z notatkami, znów 

zagościł niepokój. Wróci, żeby umrzeć? Czy o tym przed chwilą pomy­
ślała? Czy taki ma być finisz wielkiej gwiazdy? 

Wzdrygnęła się, otuliła mocniej szlafrokiem. 

- Martusiu, toż to trzeba ściszyć, bo obie ogłuchniemy. - Dziarska star-

szka o poczciwej twarzy, na której jaśniało teraz święte oburzenie, znalazła 
się niebezpiecznie blisko odtwarzacza. - Która to gałka? Bożesz Ty mój, ja tu 
zaraz coś zepsuję. - Manipulowała przy sprzęcie, błądząc po srebrnych gu­
zikach. - Żeby to Oleńka nasza wyjca tego słuchała, to rozumiem - pochwa­
liła się swoją tolerancją - ale kto to widział dojrzału kobietu, jak dyskoteku 

w południe robi. Toż pies już nasłuchał się, na korytarzu uszy wylizuje. 

Wizja Plamy wylizującej uszy zrobiła swoje. Marta, już roześmiana, 

już zadowolona z głośnego wtargnięcia Maryjki, posłusznie wyłączyła 
płytę i zapytała: 

- Dzisiaj jest wtorek? 
- A jakżeż, i to nie byle wtorek, a jeden z majowych. Wtorek jakich 

mało - usłyszała w odpowiedzi. - Placuszki dziś piec będę i posprzątam 
trochę - planowała Maryjka gadatliwie - bo widzę, że jak tu mojej szma­
ty trzy dni nie ma, to istna grengolada się robi. 

32 

background image

- Co się robi? - Marta z trudem powstrzymywała nagły przypływ we­

sołości. 

- No jakżeż co, grengolada jakich mało - dodała Maria, ściągając let­

ni płaszczyk. - Zaraz też dziecina głodna ze szkoły przyleci na tym dia­
belskim rowerze. Żeby dwa auta w  d o m u byli, a dziecko pedałować mu­
siało, to już wstyd na całą okolicę - skarciła głośno i narzekając na 
zwyczaje pracodawców, podreptała do kuchni. 

Marta wróciła do leniwej pozy i wspomnień. Tyle lat, ile ma Olga, 

a nawet o rok więcej, Maryjka dreptała po ich kuchni. Najpierw była to 
niepokaźna kuchenka w mieszkaniu rodziców Adama, oddanym im 
w ślubnym prezencie. O takim prezencie marzyły wszystkie pary lat sie­
demdziesiątych. I pewnie marzą do dziś. 

Własne mieszkanie... Już tego nie mogli zrozumieć ich przyjaciele 

ze studiów, a do tego służąca. No, może nie służąca, bo nie tak trakto­
wali panią Marię, ale „kobieta do dziecka" w  d o m u świeżo upieczo­
nych magistrów. Tak. To już był komfort, którego należało się wsty­
dzić. Więc trochę się wstydzili, przedstawiając znajomym Maryjkę to 
jako babcię, to ciocię, to krewną z prowincji, która przemieszkuje 
u nich, lecząc się w stolicy. Zazdrość bladła, bo mieć własne mieszka­
nie i rodzinę na karku było gorsze niż nie mieć nic. Maryjka też szyb­
ko przywiązała się do nich. Sama zapominała, jaką rolę wyznaczyło jej 
życie. Grała własną, prawdziwą, wspartą potężnym filarem rzetelnego 
przywiązania i szczerej miłości. Pokochała ich wszystkich. Każdego 
z nich inaczej. Kierując się instynktem poczciwego serca, wiedziała, 
jak obdzielić ich tym, czego potrzebują. Dla Marty miała szczególny 
sentyment. To zresztą Marta uparła się, aby wybrać Maryjkę, aby to ona 
ze swoją białoruską energią zarządzała ich życiem, pełnym intymnych 
sekretów i ukrywanych, bolesnych ran. Adam szybko docenił ten wy­
bór. Uśmiechał się jednak, gdy Marta próbowała wmówić mu, że cho­
dzi tylko o spryt i zaradność starszej pani. Chodziło Marcie o coś wię­

cej i on dobrze o tym wiedział. 

2 — Głodna kotka 

33 

background image

- Świetnie się dogadujecie - stwierdził kiedyś, jeszcze w próbnym 

okresie Maryjkowego panowania. - Powiedz, Marto, potrafisz jeszcze 
tak zaciągać, jak Maria? Tak trochę z wileńska, zza Buga... - wyśpiewał 
przeciągle ostatnie zdanie. Gdy spojrzał na żonę, zrozumiał błąd. - Żar­
towałem tylko - natychmiast przeszedł na  o b r o n n e pozycje. - Przecież 
wiesz, że nie mam nic przeciw temu, ja... Ja lubię ten akcent, tę kresową 
śpiewność - brnął zaskoczony reakcją Marty. 

Płakała. Patrzyła na niego, a łzy toczyły się po śniadych policzkach w ja­

kimś zaplanowanym porządku, jak żołnierze opuszczający plac boju. 
Podbiegł do Marty. Próbował ją przytulić. Wyśliznęła się z jego rąk, zdecy­
dowanie, jakby chciała uciec mu na zawsze, i powiedziała cichym, pełnym 
nienawiści szeptem: „Nigdy więcej tak nie mów". I była w tym szepcie po­

gróżka, bo Marta nie umiała Adama o nic prosić. Umiała żądać. Wiedziała, 
że jest to niepisany przywilej, jedno z przysługujących jej praw, zupełnie nie­
racjonalnych, a przecież tyle razy ratujących ich związek przed zagładą. Ta 
słabość Adama do niej... Ileż to razy przez wspólne lata żądała od niego rze­
czy niemożliwych. A najdziwniejsze było to, że każda kolejna zdrada Marty 
stawała się coraz bardziej jawna. Tak jakby Marta celowo nie zabiegała 
o szczególną dyskrecję. W chwilach fascynacji innym mężczyzną zbliżała się 
do Adama. Może chciała podświadomie wynagrodzić mu ten przelotny brak 
wierności? A więc każda z tych zdrad, każde, choćby najkrótsze utonięcie 

w oceanach nowych uczuć, Adam rozpoznawał bolesnym, samozacho­
wawczym instynktem cierpiącego mężczyzny. Czekał wtedy na swoim brze­
gu marzeń, aż ona do niego wróci. Wracała zawsze. I zawsze tak samo zra­
niona i oszukana. Jego ramiona zamykały się ciasno i gorliwie wokół tej 
nieszczęśliwej kobiety. Wracała, aby powiedzieć mu - zbyt banalnie, jak na 
uznaną pisarkę - że tylko on jest mężczyzną jej życia. 

Bywało też, że sama porzucała swe łatwe zdobycze. Eleganckich, 

bezbarwnych facetów, zafascynowanych jej elokwencją czy „głębią", 
jak mawiali, miętosząc jej dłonie przy każdej nadarzającej się okazji: 
w półcieniu dansingowych sal, w drogich samochodach, w pustych biu-

3- I 

background image

rach i pokojach hotelowych. Marta dobrze rozpoznawała męską próż­
ność. Doskonale wiedziała, jak wydobyć z nich skarb całkowitego od­
dania. Często tylko dla zabawy, dla chwili babskiej satysfakcji prowadzi­
ła brudną grę, ciesząc się jak dziecko, że oto kolejny, odpowiedzialny 
i przez opinię publiczną szanowany pan oświadcza niespodziewanie, 
że pozostawienie żony z trojgiem dzieci jest zwykłą, czczą formalnością, 
problemem dla adwokata może, ale nie dla niego. Trafiony, zatopiony, 
podsumowywała Marta. 

Taaak... Zwiesiła głowę, zmęczona falą napływających wspomnień. 

1 gdzie też podziała się cała ta radość z powodzenia, z nieustannego za­
interesowania, jakie budziła wśród mężczyzn? Ogarnął ją wstyd. Wstyd 
i niepewność samej siebie. Spokojnie - myślała, mechanicznie przerzu­
cając w biurku stare papierzyska. - Spokojnie... Przecież nigdy nie zro­
biłam nic ostatecznego. Zimny seks zaledwie kilka razy stał się ważniej­
szy, niż powinien. I to także w końcu okazało się pomyłką. Tylko Adam 
liczył się naprawdę. 

Zaśmiała się w głos. Zaśmiała się do swych spekulacyjnych nadużyć 

moralnych. Jakże często ostatnio łapała się na próbach oszukania samej 
siebie, swojego przebiegłego sumienia. Na przykład to stwierdzenie 
sprzed chwili, że niby nie zrobiła nic ostatecznego... Owszem, zrobiła. 
Należała do innych i to już była jakaś ostateczność. Rzecz, której nie 
można cofnąć, coś o czym nie sposób zapomnieć. I w dodatku zdarzy­
ło się to nie raz. Natomiast Adam... To on nie zrobił nic ostatecznego, 
choć mógł. W chwili upokorzenia - a niejedną taką przeżył - mógł po­
łożyć kres jej bezkarnym gwałtom, zadawanym ich małżeństwu. Mógł 
przerwać ten zaklęty krąg narosłego bólu jednym krótkim słowem: od­
chodzę. Ale odchodził tylko w swoją ciszę, w bezpieczne kąty świętego 
spokoju. Aby nie wtargnęła tam prawda. Ona, Marta, i jej zła prawda nie 
miały dostępu do samotności Adama. Tylko tego nie pozwolił sobie 
odebrać. Jakby chodziło mu o zachowanie autonomii potężnej twier­
dzy. A chodziło przecież, tak naprawdę, tylko o zachowanie pozorów. 

35 

background image

Szum odkurzacza nieuchronnie zbliżał się do gabinetu. Marta lekko 

zatrzasnęła szufladę. Przecież nie będzie pracować. Siedzi tu i udaje przed 
sobą, że za chwilę wykona kilka ważnych notatek. Dokładniej zaplanuje 
akcję „Kobiety grzechu", obdzieli imionami dwie główne bohaterki. Czu­
ła się za nie odpowiedzialna. Była dla tych kobiet, w zależności od fabu­

larnych potrzeb, albo dobrą matką, albo przyjaciółką. Podszeptywała, co 
mają zrobić, jak postąpić. Bywało, że wyciągała je z opresji, aby już w na­
stępnym rozdziale znowu wyznaczyć im zadania, którym z trudem sama 
potrafiłaby sprostać. One potrafiły, i każdy fikcyjny bój, prowadzony rę­
ką Marty, natychmiast stawał się także sukcesem autorki, bezpiecznie pro­

wadzącej bohaterki po ścieżkach intryg, zasadzek i knowań. W trudnych 
wypadkach można też było wyciąć po prostu z życia fikcyjnych kobiet kil­
ka stron, wrzucając je lekką ręką do komputerowego kosza. 

W konfrontacji z prawdziwym życiem pisanie wydawało się Marcie 

czynnością banalną i łatwą. Może wkrótce pojawi się jakiś wirtualny 
specjalista od losu, potrafiący usuwać kilka ostatnich stron istnienia 
i zmieniać epilogi. Tyle że Marta nie miała już czasu, aby na niego cze­
kać. Nie miała czasu i nadziei. Dlatego wstydliwie, w rozbudzonej stra­
chem wyobraźni sama dopisywała  n o w e kwestie i zmieniała bieg wy­
darzeń. 

Wyobrażała sobie na przykład profesora, jak wybiega na jej widok 

radośnie uśmiechnięty, z szeroko otwartymi ramionami. 

„Marto, jest pani ulubienicą bogów! Wróg pokonany, a zwycięstwo 

w naszych rękach!" - krzyczy. Albo jeszcze inaczej. Ona wchodzi, profe­
sor stoi zapatrzony w okno, więc nie widzi jego twarzy. Milczenie. Napię­
cie narasta. Wreszcie ona, Matta, nie wytrzymuje i drżącym głosem przy­
pomina o swej obecności. On odwraca się jak na zwolnionym obrazie. Ma 
minę surowego, ale dobrego Boga. Długo patrzy jej w oczy i gdy ona już 
traci nadzieję na szczęśliwe życie, oświadcza krótko: Jest pani uratowana". 

Ta powieść o kobiecie grzechu, najlepszy pomysł, jaki kiedykolwiek 

przyszedł jej do głowy, nie miała jej dotyczyć. A teraz każda myśl o książ-

36 

background image

ce to myśl o niej samej, beznadziejnie chorej, skazanej w jeden z proza­
icznych ranków, w środku tętniącej Europy, u schyłku wieku na śmierć. 
Na śmierć tak pospolitą, tak odartą z dostojeństwa, z choćby iskry hero­
izmu, że tylko chce się rzygać. 

Sugestia była zawsze dobrą stroną Marty. Wybiegła do łazienki. Za­

nim szarpnęła klamkę i uwolniła uwięzioną w sznurze odkurzacza sto­
pę, stało się najgorsze. Na oczach przerażonej Maryjki chlusnęła z jej ust 
żółto-szara lawina wymiotów. 

- Zostawże to, dziecko kochane! - Maria nie pozwoliła jej sprzątnąć. 

Macierzyńskim gestem odsunęła z jej oczu grzywkę i badawczo wpa­
trzyła się w kredową twarz. - Z dziecka to nie wzięło się - zawyrokowa­
ła - znaczy się z ciąży, Panie ty mój. A jak nie z dziecka, to z nieszczę­
ścia jakiegoś, co mi Martusia powiedzieć nie chce. Na nic to ja nie 
zasłużyła, tyle lat uganiając się za zdrowiem Martusi? To już starej nic się 
nie należy? Żadnego zadufania, jak to mówią, Bożeż ty mój? Niech tylko 
nie opowiada, że kiszki nie strawili albo inne sensacje żołądkowe przy­
trafili się, bo niejedno ja w okupację widziała, nie mniej niż felczer, co 
kurze spod ogona na świat boży wypadł... 

Marta pozwalała starej narzekać. Zbierała myśli. Porządkowała je 

gorączkowo, zaskoczona tą manifestacją wroga, który w niej mie­
szkał i od  p e w n e g o czasu wygrywał. Nie od wczoraj przecież, od 
miesiąca już ujawniał swą siłę, zawsze przygotowany do tego, aby ją 
upokorzyć. 

- Należy się mojej kochanej Marii wszystko - szepnęła w końcu zre­

zygnowana - i zaufanie, i prawda. Nie mówiłam, bo myślałam, że sobie 
poradzę... 

- We dwie szybciej radzić będziemy, co się należy. Nie wolno ukry­

wać kłopotu, toż ten kto kocha i tak swoje wie. Martusia myślała, że ja 
wobec tych leków, co w łazienkowej półce leżą, tyłem chodziła? Niejed­
na łza mnie tam spadła, na tę półku cholernu. Od razu ja czuła, że nie­
szczęście zakradło się do nas. 

37 

background image

- A zakradło się, zakradło. - Marta odchyliła kołnierz szlafroka. Od je­

go czerni odcinała się piękna dojrzała pierś, wyraźnie zdeformowana 
krzywą wypukłością, w którą z przerażeniem wpatrywała się teraz Maria. 

- Martusiu, dziecko ty moje, nie takie  o n e teraz sztuki medyczne ro­

bią, żebyś ty miała się martwić... 

- Nic już nie zrobią. Za późno. - Uśmiechnęła się smętnie, starannie 

poprawiając szlafrok. - Za późno się zgłosiłam - dodała, widząc całko­
wity brak zrozumienia. 

- Toż nigdy nie jest za późno... 
- Też tak myślałam. - Marta powstrzymywała płaczliwy wybuch. -

Dlatego odkładałam wizytę aż do... śmierci - wykrztusiła, sama przera­
żona śmiałością tego wyznania. 

- Ani słuchać o tych bajaniach bezdurnych nie będę. - Maryjka wy­

prostowała się z godnością. Nos utopiła w wielkiej chustce i wytarła go 
głośno. Mogła już ratować swą ulubienicę, tysiącem magicznych sposo­
bów: wodami z Lourdes, rękoma znanego uzdrowiciela, płatkami dzi­
kiej róży, które trzymała na czarną godzinę i tym ogromem miłości, wy­

lewającym się z jej zdrowych obfitych piersi, do których teraz tuliła 
Martę, kołysząc jej uległym ciałem. 

-  J a k dobrze. - Marta zamknęła oczy. Poczuła zapach matki, troskli­

wie nachylonej nad jej łóżkiem, wyrzuconym na złom wraz z innymi 
wspomnieniami z dzieciństwa. - Chcę tam wrócić - powiedziała głośno. 

- Dokądże chcesz ty wracać, dziecko moje, toż ty u siebie! 
- Do domu. Chcę tam pojechać. Może na kilka dni? Tylko nie wiem 

jeszcze kiedy... 

Stara milczała. Skupiła się i potaknęła siwą głową. 
- A i chwała Bogu, że ty takiego zamiaru dostała... 

- No to postanowione. - Marta nachyliła się nad staruszką. Przytuli­

ła się do niej mocno, pocałowała serdecznie. 

38 

background image

Trzeba się ubrać jakoś stosownie, żeby potem nie wyglądać idiotycz­

nie na cmentarzu. Oczy Marty z rozmysłem penetrowały wnętrze garde­
roby, prześlizgując się po ulubionych popielach, oliwkach i granatach 
uwięzionych na wieszakach. 

Nie potrafiła przywiązywać się do kobiet, ale sukienki to co innego. 

Były jej drugą skórą. No i wiele im zawdzięczała. Na przykład te balo­

we, watowane, bezczelnie rozpychające ramiona. Towarzyszyły jej pod­
czas najbardziej upojnych nocy. Teraz wiszą tu, nieświadome, że ich 
czas dawno minął. Albo koktajlowe, lekkie, zaczepne, gotowe podkre­
ślić to, co w Marcie szlachetne, i ukryć defekty, które nigdy nie uchodzi­
ły jej bystremu krytycyzmowi. No i garsonki, trochę napuszone, dotyka­
ne nie przez byle kogo. Zjeździły z nią niemal całą Europę. 

Po lewej stronie wisiały pamiątki z Paryża, Londynu, a pod nimi w non­

szalanckiej pozie nudziły się hiszpańskie, włoskie pantofle... Marzenie 
większości kobiet, a ona mija je z obojętną miną, jakby się obraziła na te 
fasony, wzory, na delikatne tiule, wyrafinowane aksamity, miękkie wełny. 

Nie ma tu żadnej stosownej na okoliczność nowej sytuacji - pomy­

ślała, ciesząc się, że otula ją stary dres. Wolno, jakby działała na przekór 
sobie, zbliżyła się do kosztownej, klasycznej sukni. - Oto moje teraz. 
Trumienna mała czarna... - Dotyk zimnego materiału przejął ją dre­
szczem. - Nie. Tak nie można. To po prostu głupie. Tanie i melodrama-
tyczne - skarciła się w myśli. Sięgnęła zdecydowanie po dżinsy. Chwy­
ciła spodnie, flanelową koszulę. Jakiś sweter. Sweter po namyśle 
zamieniła na skórzaną marynarkę. Była gotowa do wyjścia. Jeszcze czar­
na teczka z projektem, słoneczne okulary. W maju można się za nimi 
ukryć... Kluczyki. 

Olgę spotkała na dole. Stała obok roweru i podekscytowana dysku­

towała głośno z jakimś pryszczatym wyrostkiem. Dopiero w ostatniej 
chwili spostrzegła matkę i podbiegła do niej. 

- To ktoś ważny? - spytała Marta cicho i wykonała porozumiewaw­

czy nich głową. 

39 

background image

- Najważniejszy - odpowiedziała Olga tym samym tonem. - Najlep­

szy matematyk. 

- Matematycy są najważniejsi? - kontynuowała Marta dialog szeptem. 
- Są - usłyszała cichą odpowiedź - na maturze. 
- Na jakiej maturze? 
- Na mojej, mamusiu. 
- Cholera, zapomniałam! - wyrwało się Marcie szczerzej, niż zamie­

rzała. Ale Olga stała radośnie uśmiechnięta i nic nie wskazywało na to, 
że zamierza to drobne przeoczenie matki wykorzystać przeciwko niej. 

- Nie przejmuj się. Sama o tym zapominam, choć już maj, a jeśli cho­

dzi o Plamę, zaraz pójdziemy zrobić siku. 

Dom, w którym mieściła się pracownia Jacka, stał na uboczu. Scho­

w a n y za kępą wybujałych grabów i bzu, omszałą dachówką zdradzał 
swoją obecność połyskującą w rozedrganym, ciepłym powietrzu. Wy­
służony ganek, obrośnięty konarami wyschłych winorośli, uginał się 
krzywo, jakby obecność starej gruszy zaczynała mu doskwierać po tylu 
latach nazbyt bliskiego sąsiedztwa. 

- Ależ to wszystko zaniedbał - westchnęła Marta, idąc ogrodową 

ścieżką, prowadzącą do tarasowych drzwi. Dawny salon, umieszczony 
po południowej stronie, gromadził najwięcej dziennego światła. Dlatego 
w nim powstawały niemal wszystkie rzeźby. Latem, gdy było upalnie, 
wystawiał je w ogrodzie. Marta nieraz przemierzała z lękiem ten kawa­
łek przestrzeni. Miała wrażenie, że znalazła się w jakimś urojonym świe­
cie Leśmianowskiego bezczasu, w miejscu, gdzie Bóg spędza popołud-
dnia, wycinając w mokrym gipsie całe serie Dusiołków, wołków i Bajdał. 

- A gdzie zapach Channel, subtelny tren powiewnej sukni i butelka 

szampana z toczącą się pianą? Taka duża dziewczynka i nie wie, z czym 
przychodzi się do artysty? - przywitał ją Jacek z wysokości drabiny. 
Schodził wolno, powalany odpryskami gipsu. Zanim podszedł do Mar­
ty, starannie wytarł ręce w szary, trochę za duży fartuch. 

40 

background image

- Do artysty przychodzi się z duszą. Do ciebie trzeba z duszą i z cia­

łem - wyrecytowała, jak dobrze opanowaną lekcję, gdy przytulił ją przy­
jacielsko, najwyraźniej szczęśliwy, że przyszła. 

Usadowiła się w swoim ulubionym kącie, obok Amazonki, której 

popiersie było nieustannie obwieszone brudnymi fartuchami. Z przy­
jemnością zaciągnęła się papierosem. 

- Dlaczego nie przychodziłaś? - spytał pogodnie, ale w pytaniu kry­

ła się wyraźna, choć cicha nuta pretensji, może żalu. 

Schlebiało jej to. Ten piękny, pięćdziesięcioletni mężczyzna, otoczony 

na wernisażach wiankiem wielbicielek, wielki cynik i samotnik, tęsknił wła­
śnie za nią, starzejącą się już i farbującą włosy pięknością z minionej epoki. 

- Nie przychodziłam, bo się bałam - wyznała krótko i szczerze. 
- Bałaś się? - Stanął przed nią zdumiony. - Czego się bałaś? A, tak! -

krzyknął domyślnie. - Wiem! Bałaś się, że oto nadeszło apogeum uczu­

cia do mnie i już sam zapach gipsu sprawi, że zostaniesz tu na zawsze. 
Szlag trafi najpierw twoją reputację, a potem męża... - śmiał się pewnie. 

Wtórowała mu, ale nieszczerze. To, z czym przyszła, wywołało 

sztuczną nutę, którą usłyszeli oboje, jak fałsz na partyturze wspólnie 
tworzonej przez wszystkie lata życia. 

- No dobra - spoważniał Jacek. - A teraz powiedz... Najpierw po­

wiedz, co wypijesz. 

- Wódkę - pokazała palcem na opróżnioną prawie butelkę. 
- Co się z wami dzieje, kobiety? - udawał pełnego niesmaku dżen­

telmena. -  J a , stary pijus, pociągam subtelne Martini, a damy nawalają 
się gorzałką. Z sokiem? 

-  B e z . 
- Bzu narwij sobie sama... 
Marta z przyjemnością uległa urokowi absurdalnych skojarzeń Jacka. 

Dawniej to przechodzenie z nastroju w nastrój, celne riposty, które na 
przemian cieszyły ją i gniewały, słówka-klucze i najbardziej wyrafinowa­
ne komplementy były afrodyzjakami. Teraz mogła zaledwie cieszyć się je-

41 

background image

go absurdalnym humorem, skwapliwie zbierając uciekające w popłochu, 
trudne słowa, które prędzej czy później musi przecież z siebie wydusić. 

Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co najbardziej przykuło ją do sta­

romodnej kanapy, pozostawionej wraz z domem i talentem jedynemu 

synowi przez państwa Modelskich. Ich spadek był imponujący, a mimo 
to Jacek zrobił prawie wszystko, żeby przewracali się w grobie. Tylko 
talent rozwinął bardziej jeszcze, niż życzyłby sobie ojciec, który prócz 
domu, talentu i kanapy zostawił synowi prawnicze, dobrze prosperują­
ce biuro adwokackie i cieple miejsce w Palestrze. 

Jacek usiadł naprzeciw Marty. 

- Schudłaś - zawyrokował, mierząc ją okiem znawcy. - Niepotrzeb­

nie. Przez to wyglądasz na chorą lub zmęczoną. 

Jego szczerość jak zwykle ułatwiała rozmowę. 

- Bo jestem chora i zmęczona - odpowiedziała po prostu. 
- Czy ty, kochanie, wiesz, że po tylu latach po raz pierwszy jesteś 

chora? Pomijając oczywiście tego potężnego kaca po mojej wystawie, 
z którego leczyłaś się koniakiem. Rozumiem, że rodzaj choroby się nie 
zmienił, tylko jej rozmiar... 

- Rodzaj też - nie siliła się na oryginalną odpowiedź. - No chyba że 

istnieje jakaś analogia pomiędzy kacem i nowotworem. 

Zapadła cisza. 

- Rakiem piersi - dodała, ale wyraz twarzy Jacka zdradzał, że to wy­

jaśnienie nie było mu potrzebne. - Po raz pierwszy nie bardzo wiesz, co 
powiedzieć? - Uśmiechnęła się, bo zdała sobie sprawę, w jak żałosnej 
sytuacji osiągnęła tę konwersacyjną przewagę. 

- Chcę się dowiedzieć, jakie są prognozy... Co się da zrobić, ile to 

będzie kosztowało i ile potrzebujesz forsy? - Spojrzał na nią tak, jakby 
mieli przystąpić do otwierania wspólnego interesu. 

- Mówiąc w telegraficznym skrócie: nic się nie da zrobić, koszty po­

grzebu poniesie mój mąż, a od ciebie oczekuję nagrobka. Ta moja Ama­
zonka się nada, nie sądzisz? 

42 

background image

Żartowała, ale po jej policzkach płynęły łzy. Tu, w pracowni Jacka, 

jeszcze mocniej zaczynała rozumieć całą beznadziejność swojej sytua­
cji. Siedziała koło mężczyzny, który szczerze ją kochał. Od lat niezmien­
nie trwali w niepisanym układzie brudnej miłości i czystej przyjaźni. 
Spotykali się rzadko. 

J e s t e m jak dziwka na telefon" - skarżył się i jak dziwka, czekał na 

u m ó w i o n e spotkanie. A gdy przychodziła, zaglądał w głąb jej sarnich 
oczu, bezbłędnie w nich odczytując, czego potrzebuje. Potrafili go­
dzinami rozmawiać, obojętni przez wiele wieczorów na wzajemną 
atrakcyjność. Kanapę ustawili w swoim dziwnym związku jakby na 
drugim, mniej ważnym planie, ale gdy już się na niej znaleźli, odkry­
wali zawsze tę samą tęsknotę za swymi ciałami, podsycaną smakiem 
występku i poczuciem bezpieczeństwa, zawsze łączącym wielkich sa­
motników. 

- Przyszłam się z tobą pożegnać. Myślałam, że już potrafię, ale... 
- Pożegnać? Nie rozumiem. - Wstał i kopnął metalową puszkę z za­

prawą. Potoczyła się hałaśliwie w głąb salonu. - Jak to sobie wyobra­
żasz? Przychodzisz tu i mówisz: żegnaj, spotkamy się po reinkarnacji. 
Będę podobna do konika i poznasz mnie po biało-czarnych paskach. 
Kochanie... - Z bliska jeszcze mocniej zabolała go jej kruchość. - Nie bę­
dziemy się żegnać. Masz problem. Rozumiem. Nie jest błahy i nie zamie­
rzam go banalizować, co nie oznacza, że ten problem upoważnia cię do 
odchodzenia z życia na własną prośbę. Śmierć to nie urlop, do cholery, 
na który planowo wyjeżdżasz, w ciemnych okularach i z lekką walizką 
grzechów, bo przedtem wysypiesz je do ucha jakiemuś uprzejmemu 
księdzu. Tak się nie umiera, rozumiesz?... 

- A jak? - zapytała cicho. 
- Nie wiem - odpowiedział bezradnie. - Nie wiem... 

Stary profesor zbierał się już do wyjścia, gdy Adam uchylił drzwi ga­

binetu. 

43 

background image

- Aaaa - ucieszył się dobrodusznie na jego widok. - Zdążył pan, bo 

już myślałem, że sobie dzisiaj nie porozmawiamy. - Serdecznie ściskając 
dłoń przybyłemu, wskazał krzesło. - Wiem, z czym pan przychodzi. 
I pewnie niełatwo panu zadać mi jakiekolwiek pytanie, choć ma ich pan 
tysiące. Doskonale pana rozumiem. Nie będę ukrywał - profesor prze­
szedł do konkretów i Adam natychmiast zatęsknił za jego jowialnym, cie­
płym gadulstwem - stan pana żony nie rokuje zbyt dużo nadziei... 

- Ale jakieś są? - wyrwało się Adamowi, choć już w następnej sekun­

dzie pożałował tego pytania. Stary lekarz pozostawił go bez złudzeń. 

- Według mnie, nie. Mówiąc „zbyt dużo", miałem na myśli kwestie 

zupełnie niezwiązane z naszą wiedzą medyczną. Widzi pan, medycy 
przepowiadają zgony i żyją krócej od swych pacjentów. Nikt tego nie 
potrafi wyjaśnić, ponieważ nie mieści się to w kryteriach naszych moż­
liwości naukowego rozstrzygania tego typu przypadków. A i pan za­
p e w n e nieraz słyszał o cudownych uzdrowieniach, o błędnych rozpo­

znaniach przy diagnozowaniu czy o niewytłumaczalnych zjawiskach 
odzyskiwania zdrowia przez osoby skazane na śmierć z  p o w o d u niewy-
leczalnych chorób. To też są, proszę pana, fakty, ale  o n e nie mają żad­
nego racjonalnego podłoża. A ja... ja jestem lekarzem, nie szarlatanem. 

- Wobec tego jaka jest pańska diagnoza? - Adam, widząc cichą zgo­

dę w oczach profesora, nerwowo zapalił papierosa. 

Profesor postawił przed nim talerzyk i położył trzy rentgenowskie 

zdjęcia. 

-  J e ś l i pan chce obejrzeć, podświetlimy, ale mogę panu powiedzieć, 

co na nich jest. To duże pokazuje wielkość guza w momencie, gdy pa­
ni Marta zgłosiła się do nas po raz pierwszy. Na podstawie szczegóło­
wych badań wykluczyliśmy możliwość przeprowadzenia na jej piersi 
operacji. Tłumaczyłem to już kiedyś panu, prawda? A to jest drugie zdję­
cie, zrobione po kuracji lekką chemią. Guz nie tylko nie zmalał, ale roz­
lał się niebezpiecznie. Mówiąc najprościej, w naszym zespole nie zna­
lazłby pan operatora, który zaryzykowałby zabieg. Na tym ostatnim 

44 

background image

zdjęciu, po silnej kuracji chemicznej, przerwanej, bo wyniki krwi pana 
żony wykluczyły jego kontynuację, widać wyraźnie, w jakim kierunku 
idą zmiany. Tu już nowotwór zaczyna szaleć. Zajmuje nie tylko po­
wierzchnię ośmiu centymetrów. Rozpanoszył się w organizmie, jakby 
chemia, zamiast go wstrzymać, pobudzała rozwój choroby. Powiem pa­
nu szczerze. W mojej wieloletniej praktyce, przy takich rokowaniach, 
nie spotkałem się z przypadkiem optymistycznego zakończeniem wal­
ki z chorobą. Nie mam prawa... moralnego prawa osładzać tej rozmo­

wy, szukać pocieszających argumentów, osłabiać pański niepokój. Mu­
si pan zrozumieć moją sytuację... Jestem tylko lekarzem. 

Zapadło milczenie. Ciężkie, przesycone ponurą, atmosferą, jak 

w czasie pogrzebu, kiedy się nie płacze, bo żałobnikom zaczyna brako­
wać łez, a ich zmęczenie staje się tak wielkie, tak bolesne, że powoli 
przerasta tę trochę już oswojoną śmierć. 

- Wyobrażam sobie, co pan czuje - profesor uznał, że tak czy ina­

czej trzeba skończyć to bolesne spotkanie. - Zastanówmy się wspólnie, 
jak najlepiej byłoby pomóc pana żonie. Co jeszcze możemy obaj dla niej 
zrobić... A zapewniam pana: możemy niejedno - dodał, poklepując 
Adama po ramieniu. - Czy jest pan gotów do takiej rozmowy? 

-  J e s t e m gotów - usłyszał cichą odpowiedź i Adam po raz pierwszy 

od dłuższego czasu utkwił w nim bolesne, pełne cichej prośby spojrzenie. 

Przed bramą miejskiego cmentarza stało więcej samochodów, niż 

kręciło się ich na ruchliwej ulicy. Majowe porządki - pomyślała Marta, 
Z trudem parkując auto. Po chwili wchodziła już w chłodną aleję 
drzew, chroniących skutecznie dróżki przed ostatnimi promieniami 
zachodzącego słońca. Znicze kupione w pobliskim sklepiku brzęcza­
ły wesoło kolorowym szkłem. Niosła je ostrożnie w koszu, drugą rękę 
rezerwując na bukiet róż i czarną teczkę z projektem. Kamieniarza wy­
typowała natychmiast, przyglądając się grupie rozmawiających przy 
kaplicy ludzi. 

45 

background image

- Się zrobi - odpowiedział, gdy wyjaśniła, z czym przychodzi. Skwa­

pliwie wziął pokaźną zaliczkę i już zamierzał odejść, gdy zawołała: 

- Proszę pana, a projekt? 
Wrócił trochę niezadowolony, jakby nie rozumiejąc, dlaczego je­

szcze zawraca mu głowę. 

- Się weźmie - odpowiedział lakonicznie i po krótkim namyśle do­

dał: - Ale pani wie, ja i tak zrobię po swojemu, no, to znaczy, tak jak 
umiem. Żebyście potem się mnie nie czepiali - spoufalił się nagle - bo 
ja tam nie jestem od żadnych projektów. Litera to litera. Trza wyciąć dla 
nieboszczyków jak najładniej i wszystko. 

Marta wolno przemierzała ukwiecone alejki. Zawsze bała się, że za­

błądzi w tej gęstwinie krzyży i nie znajdzie grobu teściów. Sama nie 
przychodziła tu prawie nigdy, choć przecież lubiła starych Koszyckich. 
Oni też ją akceptowali. Byli tak niekłopotliwi ze swoją starością, że Mar­

ta z niedowierzaniem słuchała historii o tym, jak inni staruszkowie za­
mieniali życie własnych dzieci w piekło. 

Początkowo prośba Adama, aby tu przyszła, trochę ją przeraziła. Ale 

już po chwili odkryła ze zdumieniem nowy, bardzo jej teraz potrzebny 
rodzaj przewagi nad spoczywającymi tu ludźmi, nad ich wiecznym, do 
końca dopowiedzianym losem. Po raz pierwszy od dawna poczuła pew­
ność siebie. Pewność osoby żyjącej, która idzie z pękiem pięknych róż, 

uśmiechnięta, bo na dobrą sprawę nie zdarzyło się nic złego. Nic, co zmu­
sza do poddania się ostatecznej woli natury albo Boga, albo innej siły. 

Pomnik ustawiony na grobie Koszyckich nie wyróżniał się niczym 

szczególnym: ani bogactwem, ani skromnością. Był bez wątpienia bar­
dzo zadbany. Usiadła na ławeczce stojącej nieopodal grobu teściów. Za­
paliła papierosa. 

- Dzień dobry. Proszę siedzieć. - Starsza, starannie ubrana pani 

uśmiechała się do niej zapraszająco. - Zmieścimy się na niej obie. - Tor­
bę z narzędziami i kilka sadzonek ulokowała na obrzeżach najbliższe­
go pomnika i jeszcze raz się uśmiechnęła. 

46 

background image

- To pewnie mąż? - Marta ufała, że nie zawiodła jej dziennikarska 

przenikliwość. Nagrobkowe daty sugerowały, że był to najbardziej 
prawdopodobny stopień pokrewieństwa, jaki mógł łączyć jej rozmów­
czynię ze spoczywającym tu sześćdziesięcioletnim mężczyzną. 

- Mąż? Ależ nie... - Starsza pani pogodnie się uśmiechnęła. - Ja mam 

proszę pani siedemdziesiąt sześć lat. On mógłby być... moim bratem -
odrzekła spokojnie. 

- Mógłby być? A nie jest? 

Kobieta pokręciła przecząco głową. 
Marta zamilkła trochę zdumiona doskonałą prezencją staruszki, dla 

której czas okazał się łaskawy. Wyglądała na krzepką, pięćdziesięciolet­
nią kobietę i Marta nie dodałaby jej ani jednego dnia więcej. Poza tym 
zaczynał ją intrygować nieodgadniony związek uczuciowy, jaki musiał 
niegdyś istnieć między tą zadbaną panią a człowiekiem, dla którego 

przyszła na cmentarz. 

Może kochanek? - przemknęło Marcie przez głowę i już czuła, że nie 

uwolni się od tego przypuszczenia. Świetny temat - pomyślała jeszcze 

- ponura tajemnica grobowca. Romans na cenzurowanym, rozgrywają­
cy się w przedwojennym, purytańskim domu pod osłoną nocy. Potem 
okupacja. Walczą razem w powstaniu. On cudem unika śmierci. Wraca 
do żony. Ona... - Kreślenie dalszego scenariusza przerwało rewanżowe 
pytanie nieznajomej. 

- A pani? Pani odwiedza grób Koszyckich? Widzę, że tam znicze 

płoną, to się domyśliłam - dodała, widząc zaskoczenie w oczach 
Marty. - Pewnie ten uroczy młody człowiek, z którym sobie tutaj flir­
tujemy - zaśmiała się wstydliwie - to pani mąż, a panienka to córecz­
ka? Często ich spotykam. Przemiłą ma pani rodzinę - dodała szcze­
rze, z jakimś  n a b o ż n y m uznaniem. - Dzisiaj to wszystkim tylko 
kariera w głowie, a pani mąż taki dobry syn. Przyjdzie tu, zadba, po­
sprząta. Mnie też  p o m o ż e : to  w o d ę przyniesie, to śmieci wrzuci do 
pojemnika. 

47 

background image

Marta spojrzała na nią z sympatią. Ta dziwna staruszka wcale jej nie 

przeszkadzała. Nie dość tego, Martę cieszyło, że siedzą tu obie, każda ze 
swoją tajemnicą. 

- A wie pani... - Kobieta splotła dłonie, zapatrzona w wypolerowa­

ną powierzchnię pomnika. - Wie pani... Ja go nigdy nie widziałam... 

- Kogo? - zainteresowała się Marta, trochę zawstydzona, że umknął 

jej jakiś ważny wątek rozmowy. 

- No, tego mojego Mieczysława, do którego tu przychodzę. 
- Więc to nie był nikt bliski? 
- Kiedyś nie, bo mówię pani, ja go wcale nie znałam, ale teraz stał 

się jakby mój. Nigdy nikt tu nie przyszedł i pomyślałam sobie, że on po­
za mną nikogo nie ma. - W uśmiechu pokazała Marcie doskonale wy­
konany garnitur zębów. 

Marta nadal milczała, przeczuwając, że jest to najskuteczniejszy spo­

sób, aby poznać skomplikowaną historię tej kobiety i tego miejsca. Hi­
storię tak doskonałą na reportaż... Natychmiast jednak skarciła się w my­
śli za ten nietakt wobec staruszki, która najwyraźniej postanowiła jej 
zaufać. 

- Nie uwierzy pani, ale było nas w domu ośmioro. I wszyscy urodzi­

liśmy się jeszcze tam, na Wileńszczyźnie. Potem przyszła wojna. Matka 
umarła. Pewnie ze zmartwienia i zgryzoty, bo moi bracia, a czterech ich 
było, nigdy nie wrócili z lasu. Wszyscy zginęli. Moje siostry... - Opo­
wieść przychodziła nieznajomej bez trudu, jakby wszystkie minione la­
ta poświęciła na oswajanie się z mroczną przeszłością. - Moje małe sio­
stry umierały, że tak powiem, głupio i jakby chętnie. Na szkarlatynę. 

Jedna po drugiej. Na moich rękach. Najstarszą wywieźli Rosjanie. No 

i tylko ja zostałam, samiutka jak palec... Ależ się rozgadałam, zanudzam 
pewnie panią, bo cóż młodym do tych losów wojennych, tak pogma­
twanych, że sam Bóg musiał się w nich pogubić. 

- Nie, nie, proszę mówić - zachęcająco ponagliła ją Marta. - Lubię 

wojenne opowieści. 

48 

background image

- Wojna się skończyła, a zmartwienia nie. Mój narzeczony pojechał 

na Mazury. Tylko na trzy dni. Utonął i nigdy go nie znaleziono. Człowiek 
jak mrówka, jak się zapłacze w naturze, to nikt go nie dojrzy. Prawda, 
że to aż dziwne, ile czasami nieszczęść przypada na jednego człowieka. 

- Pokiwała smutno głową i widząc szczere współczucie w oczach Mar­
ty, znowu zagłębiła się w minione, zagmatwane dzieje. - No, ale nie 

można być samotnym. Żebym miała tu chociaż jeden grób - myślałam 
sobie, gdy zapalałam pod krzyżem świece za swoich. I Bóg mnie wysłu­
chał. Znalazłam ten. To już dwadzieścia pięć lat mija, jak tu jestem. No 
i teraz ani on, ani ja nie możemy czuć się niepotrzebni. 

Ostatnie zdanie powiedziała prawie z dumą, z radością kogoś, kto 

po długich beznadziejnych latach zgryzot odnalazł przyjazną, bliską so­
bie duszę. 

- Cóż to jest śmierć? Bardziej milcząca i mniej wymagająca od życia. 

Wszyscy do niej zmierzamy. Tak czy inaczej. Po co więc robić jakieś róż­
nice między tymi, co tu leżą, a nami? 

- Trzeba być bardzo samotnym, żeby tak pomyśleć. - Marta badaw­

czo patrzyła na kobietę, która zabrała się już do porządkowania przy­
niesionych roślinek. 

- Może i tak. - Starsza pani wyprostowała się. - Może pani ma ra­

cję... Ale ja od dawna dzięki temu człowiekowi nie jestem samotna... 
a wciąż tak samo myślę - dokończyła, gorliwie chwytając za przyniesio­
ne narzędzia. 

- No, nie bądźże dzieckiem, stary! - Szymon, wyraźnie zły, krążył 

nerwowo po pracowni. - Trzeci raz zapraszam was na imprezę, a ty mi 
tu pierdoły opowiadasz jak dziewica na spowiedzi. Majka kupiła furę 
żarcia, ja wódę i fragmenty barana... Upieczemy, popijemy... Nie byłeś 
uprzejmy nawet zobaczyć mojego domku, a miejsce, kochany... wy-ma-
rzo-ne - zaakcentował głośno. - Architekt ci to mówi! - dodał. - Słuchaj! 

- Chwycił poręcz krzesła i przysiadł się do pochylonego nad planami 

49 

background image

Adama. - Jeśli chcesz, sam pogadam z Martą. Jestem pewien, że litera­
tura się nie zawali, jak odłoży pióro na dwa dni. 

- Dzwoń - krótko odrzekł Adam. - Marta powinna być teraz w do­

mu. Sam się przekonaj. 

- Daj spokój, Szymon. Nie chce być z nami, to nie - Jolka szkicowa­

ła zawzięcie północny odcinek osiedla. 

- Cicho! - uspokajał ich Szymon, trzymając już słuchawkę telefonu. 

- Marta? - odezwał się po dłuższej chwili. - Dobrze, że cię zastałem. Słu­
chaj, cała pracownia robi zakłady, czy dasz się porwać w plener, tak... 

na dwa dni. Adam zastawił samochód... uważa, że żadna siła... Ja wie­
działem, kochanie... - Uśmiech na twarzy Szymona nie pozostawiał wąt-
pliwości co do wyniku pertraktacji. 

Stary Wachowicz podniósł na chwilę głowę z koronkowej podu­

szki, ale charakterystyczny zgrzyt klucza w drzwiach sprawił, że poło­
żył ją z powrotem. Jego palce poprawiły siwe, niesforne kosmyki i już 
spokojny czekał na córkę. Cieszył się, że za chwilę rozniesie się w po­
koju aromat świeżo zaparzonej herbaty, a w kącie  p o d  o k n e m przyja­
cielsko zamruga włączone radio, aby utwierdzić go w przekonaniu, że 
jego łóżko jest jednym z niewielu bezpiecznych miejsc na ziemskim 

globie. 

- Joleńka? - jego piskliwy głos wypełnił pokój. To już od dawna nie 

był ten głos, który zarządzał renowacją starówki w powojennej Warsza­
wie i Wachowicz nawet trochę się wstydził mówić zbyt głośno. 

Jolka milczała. Coraz częściej po przekroczeniu progu mieszkania mil­

czała - agresywnie i z uporem, doskonale świadoma, że ojciec będzie cier­
pliwie czekał na potwierdzenie jej powrotu, że nie upewni się ponownym 
pytaniem: Joleńko, to ty?", ponieważ ma swoją dumę. W lustrze korytarza 
odbijała się jej twarz. Jeszcze młoda, ale krzycząca jakąś beznadziejnością 
losu, który przetoczył się po niej przez dziesięć ostatnich lat. Zdjęła lekki 
płaszcz, i, podobnie jak ojciec, zmierzwiła opadającą na oczy grzywkę. 

50 

background image

Przecież to nie jego wina, że jest jak jest - upomniała siebie nie wia­

d o m o który już raz i uzbrojona w cierpliwość, z udawaną niefrasobliwo­
ścią odkrzyknęła w stronę zamkniętego pokoju: 

- Hej, tato, wróciłam! 

Ruszyła do kuchni. Czajnik, kilka naprędce przygotowanych kana­

pek, dla ojca kasza manna. Mieszała dymiącą papkę i automatycznie 
wypełniała szklany kieliszek kolorowymi tabletkami. Jeszcze relanium. 
Na wszelki wypadek schowane przed ojcem w puszce po landrynkach. 
Gorąca herbata i biszkopty. Gotowe. Piętnaście minut i jest wszystko, 
czego staruszkowi potrzeba. Czy aby na  p e w n o wszystko? -  J o l k a zno­
wu złapała się na tym samym cichutkim kłamstewku. Aby uspokoić su­
mienie, postanowiła zagrać z ojcem w remika. Wspomni też o wypa­
dzie nad jezioro. Ojciec będzie jak zwykle udawał, że się cieszy, ale 
oczy mu posmutnieją i nic już nie uratuje tej krótkiej chwili radości z jej 
powrotu, na którą czekał cierpliwie cały dzień. 

- Za dużo pracujesz - mówił z pełnymi ustami, kiwając srebrną gło­

wą. - Powinnaś pomyśleć o sobie, no i o mnie - dodał, skarżąc się jak 
małe dziecko. 

- Nie narzekaj. - Jolka usiadła w kręgu pomarańczowego światła. 

Stary abażur rzucał jasne refleksy na jej rude włosy i bladą twarz. - Sam 
zasuwałeś całe życie. Nawet nie zauważyłeś, kiedy wyrosłam... Po kimś 
widać odziedziczyłam ten zapał. 

- Och, to były inne czasy - bronił się stary Wachowicz. Nieporadną 

ręką usunął kropelkę kaszy z brody. - My budowaliśmy Warszawę. Od 
podstaw. Cegła po cegle. Żeby moje wnuki miały gdzie mieszkać. 

- No widzisz. Niepotrzebnie. Wnuków nie ma, a tobie został reuma­

tyzm i problemy z dyskiem. 

- Wnuki jeszcze będą. - Miska z resztką kaszy stanęła na nocnym 

stoliku. - Ale same nie przyjdą, córeczko. Tylko że ty zamiast swoje ży­
cie układać, to starym musisz się zajmować, pielęgnować, podawać... 
Ale kto wie, kto wie... - Starcze usta rozchyliły się w uśmiechu. 

51 

background image

Jolka wstała, podeszła do radia i nastawiając ulubiony program sta­

rego, wzięła z półki talie kart. 

- Remiczka, staruszku? - zaproponowała z uśmiechem. 
- Och, jakbyśmy mieli Wigilie - ucieszył się Wachowicz. - Ale dla­

czego nie. Tylko pamiętaj, byłem najlepszy z chłopaków, jak po pracy 
na kocach przy budowie wyciągało się karty i grało. 

Gdy potem leżała w swoim łóżku, cieszyła się, że jeszcze czasami 

stać ją na okupienie łask starego ojca. Zupełnie dobrze przyjął wiado­
mość o wyjeździe. Puścił do niej perskie oko, jakby chciał powie­
dzieć:  J u ż ja, kochana, wiem, po co się jeździ na majówki nad jezio­
ro". Ale nie wiedział. Skąd zresztą mógł wiedzieć, że jedzie, aby 
utwierdzić się w przekonaniu, że samotność jest jej dana jak garb gar­
busowi, co to będzie go taszczył całe życie z dumą, a płakał nocą, 
przed lustrem, w opustoszałej łazience. Gdy zasypiała, nie wiadomo 

dlaczego zawirował przed jej oczami szkolny parkiet, biała sukienka 
z tafty, jej ciężki warkocz kręcący młynka i tańczące wokół zachwyco­
ne spojrzenia kolegów, a nad tym obrazem unosił się cichy, melodyj­
ny głos matematyka: „Świat należy do ciebie, Jolu, zobacz, wszyscy 
cię kochają.,.ają...ają..." 

Długo przeciskała się przez zatłoczone ulice, aby jeszcze przed po­

łudniem dotrzeć do redakcji. Na korytarzu dopadła ją Teresa. 

- Słyszałaś już? - zapytała konspiracyjnie, odciągając Martę na bok. 

- Słyszałaś, że stary odchodzi? 

- To jakaś bzdura - lekceważąco odparła Marta, ale Teresa nie wy­

glądała w tej chwili na sensatkę. 

- Wszystko przez Zielińskiego - mówiła półszeptem. - Ma kogoś 

w ministerstwie. Postraszył starego niewydolnością, resortem, spad­
kiem czytelniczym... Stary wygląda jak po zawale. Nic nie mówi, ręce 
mu się trzęsą, a ta szuja, Zieliński, chodzi za nim krok w krok i udupia... 
Wiesz, Zieliński ma swojego człowieka. Był tu zresztą. Co za dupek! -

52 

background image

Ładne usta Teresy wykrzywił grymas pogardy. - Od razu widać, że 

skończony gnój. Nikt z nim nie będzie pracował. Tego jestem pewna. 

- No więc właśnie - Marta intensywnie zastanawiała się nad czymś. 

- Czy on już o tym wie? 

- Kto? - spytała zaskoczona Teresa. - Ten dupek? 
- Nie dupek. Zieliński! Czy Zieliński wie, że z dupkiem nikt nie chce 

zasuwać... 

- Zwariowałaś? - Teraz koleżanka patrzyła na Martę z nieukrywa­

nym zdumieniem. - Nikt mu tego nie powie. Ktoś taki się jeszcze nie 
urodził. - Teresa sceptycznie pokiwała głową. 

- Ktoś taki właśnie przyjechał - powiedziała Marta, i ruszyła lekko 

przed siebie, jakby wybierała się na kieliszek wytrawnego wina do ja­
skini lwa. 

Plotka o jej akcie odwagi błyskawicznie obiegła cale piętro budyn­

ku. Na korytarzu, przed gabinetem Zielińskiego, do którego pół godzi­
ny wcześniej wkroczyła Marta, zebrał się imponujący tłum palaczy. By­
li wśród nich również bezwzględni przeciwnicy tego nałogu. Wszyscy 
stali w wyczekującej pozie. 

Za drzwiami gabinetu siedziała Marta. Niedbale, z nogą na nodze, 

z papierosem dymiącym prosto w twarz krzywiącego się Zielińskiego 
i niezrażona jego niechęcią, mówiła cicho, ale stanowczym tonem: 

- ... i nie wyobrażaj sobie, cwaniaku, że ci się to uda. Stary przyjął 

cię do tej roboty, choć od początku nam śmierdziałeś. Nikt w tym bu­
dynku nie stanie bliżej ciebie, niż muszli klozetowej, bądź tego pewien. 
Teraz mówię ja! - syknęła przez zaciśnięte usta, słusznie przewidując 
atak ze strony wroga. - Nie powiedziałam najważniejszego. Jest w mini­
sterstwie, sejmie, senacie, w sądzie najwyższym i w urzędzie miasta po 
kilku miłych panów, z którymi koneksje towarzyskie oceniam dobrze 
i wysoko. Mówiąc krótko, łączy nas coś więcej niż brydż. Ty masz do 
stracenia wszystko. Ja nic. Tak się składa, że długo nie pożyję. Mam ra­
ka... -wyjaśniła łaskawie, uznając, że nadeszła właściwa chwila, aby się-

53 

background image

gnąc po tę najcięższą i tajemnie skrywaną broń. - Sam rozumiesz, że ko­
bieta, która nie ma nic do stracenia, a nadarza się jeszcze możliwość ja­
kiejś walki, wykorzysta bez skrupułów każdy sposób, żeby wygrać. 
Zrób powtórkę z Makbeta - poleciła mu ironicznie, gdy dalej trwał 
w osłupieniu. 

Milczeli oboje, oceniając siły wroga. Marta zmieniła układ nóg. 

- Starego prawie załatwiłeś. Spróbuj mnie... Już widzę te sążniste ar­

tykuły z sensacyjnymi tytułami: „Winien śmierci znanej pisarki" albo: 
„Zieliński - morderca polskiej literatury kobiecej". Zadbam, żeby tak by­
ło, jeśli natychmiast nie pójdziesz do starego, aby odwołać to całe nie­
porozumienie... 

Uderzyła celnie. Zieliński mrugał swymi oczami albinosa, nerwowo 

szukając chustki. Znalazł ją. Wytarł lekko zroszone czoło i dopiero wtedy 
spojrzał na Martę wzrokiem pełnym nienawiści. Wytrzymała to spojrze­
nie. Była tu kimś i wiedziała o tym. Domyśliła się też, że w planach Zieliń­
skiego jej nagły urlop niezwykle sprzyjał misternie zaplanowanej intry­
dze. Wstała. Przechadzając się z nonszalancją po pokoju dodała jeszcze: 

- Nie zapomnij, że wydrukują mnie wszędzie, w każdej prasie, a z te­

go, co wiem, twój monopol na sukces ogranicza się tylko do naszej redak­
cji. Urodziłeś się w złych czasach, przyjacielu - uśmiechnęła się złośliwie 

- ale za to ciekawych. Dość tej farsy. Decyduj: odwołujesz wszystko? 

- Dzisiaj odwołam... - syknął złowieszczo. - Ale to dopiero począ­

tek. Będziesz tego żałowała. Miałem dla ciebie świetną propozycję. 

- Mam gdzieś twoje propozycje - odpowiedziała Marta w niewyszu­

kany sposób. - A co do naszego pojedynku, niech trwa, jeżeli walka 
z chorą kobietą daje ci satysfakcję. 

Otworzyła drzwi i spojrzała na ponury tłum, poważny, uroczysty, jak 

za dawnych walecznych lat. 

- O! - ucieszyła się, trochę zaskoczona. - Dobrze, że wpadliście na 

chwilę. Kolega Zieliński zamierzał właśnie zorganizować redakcyjne 
spotkanie. 

background image

Zieliński zmiażdżył Martę spojrzeniem i zwrócił się krótko do zebra­

nych: 

- Przepraszam państwa za to nieporozumienie. Myślę, że jest zbyt 

wcześnie na realizację planowanych zmian personalnych. Rezygnuję 
z mojego pomysłu. 

Marta spostrzegła ze zdumieniem, że zamiast oczekiwanego entu­

zjazmu, przywitała ją cisza, ale zanim to sobie uświadomiła, rozległy się 
oklaski. Słuchała ich jak urzeczona. Często jej klaskano, ale nie tak. I nie 
za przyjaźń. 

- Maj to jednak piękny miesiąc - szepnęła do obejmującej ją, zapła­

kanej Teresy. 

- Pamiętałeś o wszystkim? - Marta z trudem dopinała plecak wypeł­

niony po brzegi wałówką. 

-  J a s n e , popatrz, o czym jeszcze pamiętałem! - Adam z dumą wycią­

gnął zza pleców worek cukierków anyżowych, które w ich domu jadła 
tylko Marta. 

- To miło - ucieszyła się szczerze. 

Patrzył na nią spod przymrużonych powiek z wielką przyjemnością. 

Moja mała nowoczesna żonka - myślał, zadowolony, że nareszcie przepro­
siła się z topornymi martensami, starą dżinsową bluzą i prostym trykotem. 

- Czy przypadkowo nie zapomnieliście o dziecku? - Olga wsunęła 

głowę pod ramię ojca. - Tyle chcecie zjeść? - z niedowierzaniem oceni­
ła zawartość plecaka. - Tak wyjeżdżają emeryci na pielgrzymkę do Zie­
mi Świętej, a nie ludzie w waszym wieku na dwudniowe pijaństwo! 

- Oczywiście - przekomarzał się Adam - Ludzie w naszym wieku 

biorą tomik Stachury, gitarę, „maryśkę", kostkę smalcu. Podkradają cór­
ce kieszonkowe i z sucharami w kieszeni pędzą na odkrycie nowego. 
Najlepiej autostopem. 

Zaśmiali się wszyscy, a podekscytowana suka, wietrząca atmosferę 

sensacji, biegała wokół paczki z kabanosami. 

55 

background image

- Olgo... - Marta spoważniała. 
- Niech zgadnę. - Olga wyszczerzyła zęby i wyrecytowała z pamię­

ci: - „Zamykaj drzwi, nie wpuszczaj nikogo obcego, nie baw się zapał­
kami, gazem, prądem..." 

- Ale przede wszystkim, dzwoń, gdybyś nas potrzebowała. 
- Myślę, że pierwszy telefon wykonam na waszym trzecim kilome­

trze. Zapytam, jak się robi galaretkę z aronii. 

- Nie zadzwonisz - przebiegle uśmiechnął się Adam. - Będziesz się 

bala, że usłyszymy tenory i basy tych facetów z niemowlęcym zarostem, 

co się zatrzymali na półmetku matury. 

- Słusznie! - przytaknęła Marta. - Jedyna twoja nadzieja, że któryś 

z nich będzie wiedział, jak się robi taką galaretkę. 

- Kto wie? Jeśli na opakowaniu będzie przepis? - kpił Adam. 
- Ale któryś z nich musiałby umieć czytać! - uzupełniła Marta z uda­

ną powagą. 

- Dobra - skapitulowała Olga. - Tym razem  w a m wybaczam. Ale to 

tylko dlatego, że mam szacunek dla tradycji. 

- A co tradycja ma wspólnego z analfabetyzmem? - zdumiał się Adam. 
- A to - wpadła mu w słowo córka - że muszę przyśpieszyć pe­

wien doniosły fakt i nie wypada mi kłócić się o marchewkę. Zwła­
szcza z mamą. 

- O Boże. Ona wychodzi za mąż! - błaznował Adam, ale Marta pa­

trzyła z niedowierzaniem na wyciągniętą w jej stronę rękę córki. 

- To... dla mnie? - upewniła się jeszcze. 
- Nie będzie cię w Dniu Matki, więc... prezent dostaniesz już dzisiaj. 

Marta delikatnie wyjęła z rąk córki piękną, granitową figurkę. Wciąż 

milczała, zaskoczona niespodzianką. 

- Czarna kotka... - wyszeptała po chwili i wolną ręką przyciągnęła 

córkę do siebie. 

-  J e s t e ś c i e smutniejsze od zakończenia „Casablanki" - próbował żar­

tować Adam, który, choć był twardym mężczyzną, poczuł się trochę nie-

56 

background image

swojo, odgadując intuicyjnie, że w tej splątanej grupie Laokoona nie ma 
dla niego miejsca. 

- Ona jest z granitu. Tak jak ty, mamo. 

Marta skurczyła się jeszcze bardziej. Chciała coś powiedzieć, jedno 

jakieś ważne słowo, może „przepraszam", ale Olgi już przy niej nie by­
ło. Spojrzała pytająco na Adama. Powstrzymał ją delikatnie. 

- Zostaw ją - powiedział. - Długo czekała na takie wyznanie. Po­

zwól jej cieszyć się nim w samotności. 

Nikt nie zauważył wtargnięcia Maryjki, która sapiąc z oburzenia, 

wsunęła swą siwą głowę przez uchylone drzwi. 

- A Maryjce najlepiej nic nie mówić... Niebożątko nasze na łaskę pu­

stej lodówki zostawić, butli nabrać i zapomnieć, że dziecko spłodzili. Ot, 
czego nasza Olieńka doczekała. 

Maryjka niezgrabnie przechodziła przez paczki porozrzucane na 

podłodze, usuwając je spod nóg końcem parasola. 

- O, nasza Perełka - ucieszył się Adam. - Co to deszcz pada? - Prze­

straszył się widokiem Maryjkowego parasola. 

-  J a k i ż tam deszcz - ofuknęła go łagodniej, ujęta „Perełką". - Toż po­

goda piękna, jakich mało! 

- A Maryjka z parasolem! 
- A bo toż można wiedzieć, co nasz Pan najsłodszy na to grzeszne mia­

sto ześle, a wiele to dla Niego potopem dziwkarstwo i pijaństwo pokarać 
albo miłości brak do rodzonego dzieciątka? - No, ale na szczęście niebo-
żątku nic się nie stanie, póki stara niania rękę na plusie zatrzymała. 

- Gdzie Maryjka zatrzymała rękę? - chciał ustalić Adam, z przebiegle 

poważną miną. 

- No, jakże gdzie? Na tętnieniu znaczy się, jakich mało - z godnością 

wybrnęła Maryjka i obrażona ruszyła do kuchni. 

- Adam, nie tak szybko! - strofowała go Marta, pociągając delikatnie za 

rękaw trykotowej koszulki. - Jedziesz jak wariat, nawet suka spuściła uszy. 

57 

background image

- Nie widziałem wyżła z podniesionymi uszami. Pomyliłaś z Kubu-

siem Puchatkiem - odparował, zadowolony, że przyszedł mu do głowy 
taki literacki argument. Ale już zwalniał, delikatnie biorąc kolejny zakręt. 

- Mógłbyś przynajmniej w przybliżeniu powiedzieć mi, jaka jest idea 

tego spotkania i kto został zaproszony. 

- Cel - precyzował wesoło Adam - integracja zespołu architekto­

nicznego pod przewodnictwem Szymona Kordeja; skład: wspomniany 
zespół architektoniczny, Majka, konkubina Kordeja, żona Balickiego, 
znasz ją, moja żona i moja suka. Koniec kropka. 

- Konkubina, mówisz? - Marta przypomniała sobie cichą, delikatną 

blondynkę. Miła, uczynna. - Już wiem - ucieszyła się - pamiętam ją 
z imienin Szymona. Taka spokojna i nie wadzi nikomu... 

- Nie znasz jeszcze Grażki - kontynuował Adam. - Pracuje u nas od 

niedawna. Myślę, że ją polubisz. Jest sympatyczna. Przyjedzie też pew­
nie Węgrowski, kumpel Szymona. O tej ich niby przyjaźni mogłabyś na­
pisać książkę. Nie znam bardziej przykrego typa. Od lat zastanawiam 

się, co ich obu łączy. 

Adam zamilkł, zajęty wyprzedzaniem okazałej furgonetki. Marta za­

mknęła oczy. 

Ludzie Adama... - myślała, poddając się łagodnemu kołysaniu -

właściwie ich nie znam i nigdy dotąd mnie nie interesowali. Ich klęski, 
sukcesy, wygrane czy przegrane przetargi, wywiady w telewizji, arty­
kuły ganiące czy chwalące, te tony projektów robionych po nocach za 
psie pieniądze. Jakaś nieśmiała firma, sztywno trzymająca się starych 
zasad rozliczeniowych. Przeciwnicy nowoczesnego biznesu i prywa­
tyzacji. Tytani pracy... Tyle o nich na dobrą sprawę wiedziała. A prze­
cież Adam czasami przez tydzień nie wychodził z pracowni. Brał do 
biura szczoteczkę do zębów, ręcznik i pled. Jak na strajk okupacyjny. 
Dzwoniła, gdy był jej potrzebny. Ale nigdy nie nalegała, aby wcześniej 
wrócił, zostawił w cholerę jakieś projekty, bo tak naprawdę potrzeb­
ny jej nie był... 

58 

background image

- Spójrz na mapę. Gdzieś tu musimy skręcić w lewo. Znajdź czerwo­

ną kreskę. Zrobiłem ją flamastrem - poprosił, zwalniając. 

Marta z uwagą śledziła mapę. 

-  J e z i o r k o . . . to chyba tu - ucieszyła się. - A jesteśmy... tu. - Postawiła 

kształtny palec na mapce. - Druga w prawo - oświadczyła tonem pilota. 

Stali na cienistej drodze otoczonej niedojrzałymi krzakami jeżyn. 

- Bądź pewna, że na Safari z tobą nie pojadę. I daj tu babie mapę -

udawał zdenerwowanego, ciesząc się z zakłopotanej miny Marty. 

- Skoro wyprowadziłam cię na manowce, muszę to naprawić. Co 

powiesz o kanapkach Maryjki i kawie z termosu? 

- No proszę, moja sławna żona zarządziła piknik. Małe „sam na 

sam". Pamiętasz, kiedy ostatni raz jedliśmy pasztet pod gołym niebem? 

- Na koncercie Omegi albo... na meczu. Zaraz... Co to był za mecz... 
- Marta... - Spojrzał na nią z niemym  u p o m n i e n i e m . - Pytałem: 

„sami", a ty, że na meczu. To ostatnie miejsce, gdzie człowiek jest 
sam. 

- A nie zastanawia cię - Marta popijała aromatyczną kawę - co mo­

gła robić na meczu chluba filologii polskiej? Nie sądzisz chyba, że po­
szłam tam dla dwunastu zadziornych frajerów, taplających się bez sen­
su w biocie. Nie przymierzając, jak nasza suka. 

- Jedenastu - poprawił Adam, ale oświadczenie żony zrobiło mu 

wyraźną przyjemność. 

- W jednym się nie mylisz - podjęła Marta. - To było w jakiejś minio­

nej epoce. - Westchnęła Marta, wypatrując z utęsknieniem bardziej cie­
nistego miejsca. - Teraz trochę boję się lata. Upał mnie męczy. A pamię­
tasz?... Zawsze lubiłam taką pogodę. 

- Spójrz na mnie - Adam pokazał palcem lekko zroszone czoło. -

Też już nie wytrzymuję wysokich temperatur. Musimy pogrzebać 
w swoich metrykach, staruszko, i przestać się dziwić oznakom... dojrza­

łości! - znalazł właściwe słowo. Ale gdzieś w sobie skulił się i przeraził. 

Wiedział, że zaczyna kłamać. 

59 

background image

Z uśmiechem szperał w piknikowym koszu, ale wystarczyło jedno 

spojrzenie na Martę, aby zauważyć, jak bardzo ostatnio zmizerniała. Sie­
działa zamyślona, gryząc źdźbło trawy. Jej zwykle śniada, łaskawie 
przyjmująca opaleniznę skóra nabrała matowego odcienia. Wąskie ra­
miona ginęły w szerokiej przepaści bluzy, jakby nagle za dużej o kilka 
numerów. Jednak najbardziej niepokojąca była twarz Marty. Te oczy, 
większe niż zwykle, wpadające w pułapkę lekko wystających kości za­
różowionych policzków... 

- Coś nie tak? - spytała, zaniepokojona. 

Zamiast odpowiedzi zobaczyła wycelowany w siebie obiektyw. Na 

sprzeciwy było za późno. 

- No nie... Wiesz, że nie lubię - westchnęła cicho. Nie chciała burzyć 

swym niezadowoleniem panującej między nimi harmonii. 

-  J e s t e m fotografikiem artystą. Gdybyś była na moim miejscu, też by 

cię podkusiło. 

Ze śmiechem wyrwała mu aparat i utrwaliła zdziwioną twarz męża. 

- Wyglądasz jak idiota - cieszyła się. - Będę obnosić się z tym zdję­

ciem na dowód, że nie wszystko mi się w życiu udało. 

Wolno, niechętnie, jakby z obawą, że najmilsze chwile mają za so­

bą, ruszyli do porzuconego w cieniu samochodu. 

Przed  d o m Kordeja wysypał się tłumek wcześniej przybyłych gości. 

Witani serdecznymi okrzykami, nie musieli martwić się o plecaki i tor­
bę. Usłużne ręce chwytały ich bagaże, a miły harmider zwalniał z obo­
wiązku oficjalnych powitań. 

- Marta, chodź tu, Grażka chce cię poznać - Adam radośnie przed­

stawiał jej koleżankę, a sam ruszył ze słowami powitania w stronę Majki. 

Marta z Grażką szły obok siebie kamienistą ścieżką. 

-  J e s t e ś taka znana... i ładna - odezwała się onieśmielona Grażka. 

60 

background image

Martę ujęły te słowa. Były proste i szczere. 

- Dziękuję, ale jak mi się dobrze przyjrzysz, okaże się, że tylko tro­

chę znana. Zresztą, w ten dziwny anonimowy sposób. Ludzie bardziej 
niż mnie znają z okładek nazwisko Adama. - Uśmiechnęła się do idącej 
obok dziewczyny. 

- Zawsze chciałam cię poznać - Grażka była zafascynowana żoną 

kolegi. Nie wiedziała, na czym polegał urok Marty, bo Koszycka nie na­
leżała do klasycznych piękności i nie zewnętrzne walory sprawiały, że 
mogła się podobać. Wcześniejsze, zdawkowe uwagi Jolki o Marcie nie 
nastrajały przyjaźnie, ale budziły ciekawość. Teraz jej opinia wydawała 
się Grażce obraźliwa. Było w Marcie coś ważnego, coś, co trzeba uznać, 
przyjąć do wiadomości. To wystarczało, aby teraz iść obok niej i cieszyć 

się łatwą, dobrą rozmową, nie mającą nic wspólnego Z jakimś skompli­
kowanym światem intelektu, w którym, jak się Grażce przedtem wyda­
wało, Marta musiała ugrzęznąć na wieki. 

Marta mówiła z prostotą i wdziękiem o jedynaczce. 

- Obiecaliśmy sobie z Adamem, że imię „Olga" wykreślamy na dwa 

dni ze słownika. Ale sama widzisz - śmiała się - jak tylko znalazłam w to­
bie cierpliwego słuchacza i wiem, że Adam nie słyszy, zamieniam się 
błyskawicznie w histeryczną mamuśkę. 

- Nie jestem matką, ale nie sądzę, żebym była inna - Grażka odnio­

sła się ze zrozumieniem do tematu. 

- Ale wiesz, Grażko, ja cieszę się z tej histerii. To w pewnym sensie 

nowość w moim życiu. - A gdy spostrzegła brak zrozumienia w oczach 
dziewczyny, dodała: - Zdaje się, że dopiero teraz dorosłam do roli mat­
ki. Kiedyś byłam uboższa, niepełna. Albo po prostu: nazbyt zajęta sobą 

- dokończyła szczerze. 

To wyznanie sprawiło, że Grażka jeszcze serdeczniej spojrzała na 

Martę, jakby chciała ją zapewnić, że docenia tę samokrytykę, to zbliże­
nie, które pozwala osiągnąć stopień tajemniczego porozumienia 
w skomplikowanym języku kobiecych natur. 

61 

background image

- Zobacz, kto przyjechał - wykrzyknęła Grażka do stojącej na 

ganku Jolki. Marta wypuściła z ręki smycz, aby Plama, piszcząca 
z uciechy, mogła przywitać się ze starą znajomą. Suka nieporadnie 
pokonywała schody, obwieszczając swą radość niezwykle krótkim 
ogonem. Jolka,  o b e z w ł a d n i o n a  d o w o d a m i psiej miłości, patrzyła 
w kierunku nadchodzących. Z uśmiechem podeszła do Marty, wyj­
mując kosz z jej ręki. 

- A gdzie maszyna do pisania? - spytała, tak pół żartem, pół serio, 

wpatrując się w trochę zmęczoną twarz Marty. 

-  J e s z c z e w bagażniku. Razem z natchnieniem. Co u ciebie? Chyba 

ostatnio widziałyśmy się rok temu. Poczekaj, co to było... 

- Adama imieniny, przełożone na po świętach - przypomniała Jol­

ka uprzejmie. - Ale rok temu nie pytałaś mnie, co słychać, tylko wszy­
scy ciebie o to pytali. 

- Czy przynajmniej wymyśliłam jakąś inteligentną odpowiedź? 
-  J a k zawsze - odrzekła Jolka. 
- To teraz twoja kolej... 

Usiadły na schodach. Jolka wspomniała w kilku zdaniach o chorobie 

ojca, o służbowym wyjeździe do Norwegii, który zawdzięczała Adamowi. 

- Zrezygnował ze względu na ciebie - wyjaśniła, przyglądając się 

Marcie. 

- Ze względu na mnie? A niby dlaczego? Nawet nie wiedziałam, że 

miał taką propozycję... 

Zapadła chwila ciszy, którą szczęśliwie przerwał tubalny głos Szy­

mona: 

- Baby, marsz do kuchni z tym miechem! Jeszcze nikt nie ugotował 

kiełbasy na słońcu nawet w tak sprzyjających warunkach. No nie... -
udawał zrozpaczonego. - Zobacz, Adam, wódkę też grzeją! 

Obiecany małżeński pokój był już prawie umeblowany. Marta na­

tychmiast poczuła się w nim dobrze. Zsunęła buty i lamparcim skokiem 
rzuciła się na materac. Adam ze znawstwem przyglądał się wnętrzu. 

62 

background image

- Pionierska prostota, wdzięk delikatnej zgrzebności, klimat przytul-

ności i maksymalne wykorzystanie powierzchni - pochwalił. - Trzeba 
przyznać, że Szymon zrobił to z głową, no i w zupełnie przyzwoitym ter­
minie - dodał, obliczając, ile mniej więcej trwa budowa. 

- Półtora roku, słyszysz, Marta? Półtora roku od pierwszej cegły. 

No, ale miał ziemię. Część sprzedał, kupił za to materiały. Teraz taka 
działeczka pod Warszawą to gratka... - Wciąż coś kalkulował, doda­
wał i mnożył w pamięci. - Nie chciałabyś być jeszcze raz przenoszo­
na przez próg? - spytał po dłuższej chwili milczenia. Położył się obok 
materaca, na prostej sosnowej podłodze, podparł łokciem i spoglądał 
na żonę. 

- Owszem, ale dla urozmaicenia przez innego faceta. - Marta z roz­

bawieniem spojrzała na męża. - Nie myślisz chyba... 

- A właśnie, że pomyślałem. Zastanów się... Maleńka chatka, my oboje... 
- Chatka Puchatka - przerwała mu - babci i dziadka. Ty pierwszy 

wspomniałeś o naszych metrykach - dodała i pokręciła przecząco gło­
wą. - Nie, Adaśku, nie w tym życiu. Cieszmy się z każdego dnia. Ale już 
nie budujmy nowych murów. Raczej... - rozmarzyła się - pojedźmy 
gdzieś razem. Może trochę dalej niż zwykle, ale nie za daleko, i bliżej niż 
dotąd. Bliżej siebie... 

-  J e s t e ś kochana - szepnął jej Adam. - Nie zniósłbym myśli, że mam 

pazerną i łapczywą żonę, która mnie zmusza do budowania kolejnego 
gniazdka. 

Zaśmiali się cicho. 

- Mile panie, program jest taki... - Szymon przechadzał się dostojnie 

po kuchni, instalując kręcące się po niej koleżanki. - Zaraz, a gdzie Maj­
ka? - przerwał oburzony nieobecnością gospodyni. 

- Zajmuje się baranem i czyści ryby. - Jolka odgarnęła włosy 

z czoła. - Powiedz nam raczej, gdzie się ukryło pierwsze pióro War­
szawy? 

63 

background image

-  J o l k a - szepnął błagalnie - nie bądź złośliwa, proszę! Ona tu jest 

pierwszy raz. Na  p e w n o się nie wyłamie. Nie lubisz Marty, twoja spra­
wa. Ja znam ją dłużej i... 

- Uwielbiam to spojrzenie ranionej łani - dokończyła Jolka, mi­

zdrząc się w stronę kolegi. 

- Nawet nie miałaby co tu robić - Grażka postanowiła bronić nie­

obecnej. Rozejrzała się po kuchni, jakby szukając argumentów na obro­
nę Marty. Zamiast nich dostrzegła w drzwiach uśmiechniętą Koszycką. 

- Musiałam doprowadzić się do stanu jakiejś używalności. Ale już je­

stem i pomagam. - Była spokojna, zadowolona i nic nie wskazywało na 
to, że słyszała, o czym mówiono tu przed chwilą. Sięgnęła po chleb, 
przygotowany do krojenia. - Mam się nim zając? 

Grażka gorliwie pokiwała głową, a Marta, patrząc znacząco na Szy­

mona, mówiła z dozą powagi: 

- Tak, szczerze mówiąc, trzeba też zająć się Adamem. Kipi z zazdrości. 

Masz w nim, Szymon, wiecznego wroga. Powiedział, że jesteś obmierzły 
nuworysz i karierowicz. A dom spieprzyłeś całkowicie. Od piwnicy po 
strych. Leży teraz na górze i płacze. Musisz chyba uspokoić go drinkiem. 

- To cudownie! - Szymon, zachwycony pomysłem, znikł. 
- No i proszę, program imprezy uległ zmianie. Przyszedł z dyrekty­

wami, a wypadł z butelką. - Jolka kroiła mięso na szaszłyki z determi­
nacją godną prawdziwego rzeźnika. 

- Czy ktoś jeszcze przyjedzie? - Miękki chleb z trudnością poddawał 

się dzieleniu, ale Marta radziła sobie dzielnie, dbając, by kromki nie by­
ły za grube. 

- Na  p e w n o Balicki. Znasz go, ten od urbanizacji. Ma żonę Kryśkę, 

która prowadzi jakąś galerię, chyba na Powiślu. 

- A Węgrowski? - Grażka oderwała się od przecierania talerzy. - Czy 

Węgrowski też będzie?  P o d o b n o nie opuści żadnej okazji, żeby się na­
chlać za darmo i jeszcze nawrzucać fundatorowi. Jak znam życie, przy­
jedzie szybciej od Balickiego. 

64 

background image

- Wystarczyłaby jedna setna Węgrowskiego, żeby stworzyć imponu­

jący schwarzcharakter i obdzielić nim rodową sagę - dodała Jolka. 

- O mnie plotkujecie? - Adam cicho zakradł się do kuchni i Jolka po 

raz pierwszy szczerze się roześmiała. 

- Też nam temat - odburknęła ożywiona. - Są ciekawsi faceci! 
- Z ekscentryczną osobowością - dodała Marta. 
- I z bardziej intrygującym charakterem - nieśmiało dołożyła Grażka. 
Wszystkie trzy, na pozór poważne i skupione, spojrzały na siebie 

znacząco. 

- Joleńko - Adam udał zdruzgotanego. - To zwierzątko płacze pod 

twoimi paluszkami! Jak taka wrażliwa kobieta może tak bestialsko ob­
chodzić się ze świnką? Martusiu, a ten chlebek, to dla łabędzi? - Ze stosu 
przygotowanych kromek wyjął najokazalszą i prezentował ją z komicz­
nym wyrazem oburzenia. - Majkaa! - zawołał. - Pomocy! Te trucicielki 
nie mają pojęcia o kuchni! - Przegoniony celnym uderzeniem ścierki, 
z kawałkiem ukradzionej kiełbasy, pobiegł na dalsze oględziny domu. 

- Wariat - ciepło powiedziała Jolka. Myła ręce wysmarowane przy­

prawami, z ukosa spoglądając na Martę. - Wiesz - odezwała się do niej. 

-  J e ś l i czegoś ci zazdroszczę, to właśnie życia z Adamem. 

- Bo też niczego więcej zazdrościć mi nie ma sensu. - Marta kończy­

ła już krojenie. - Poza tą przyjemnością pozostaje świat zwykłych bab­
skich problemów: choroby, kompleksy i stresy. 

- Kiedyś miałam wrażenie... ee, nie ma o czym mówić - rozmyśliła się 

Jolka, ale Marta patrzyła na nią wyczekująco, więc dokończyła niechętnie. 

- Sądziłam, mówiąc szczerze, że Adam mieścił się raczej na półce z twoi­

mi problemami. To znaczy - zaplątała się - mogę się oczywiście mylić... 

- Chcesz mi koniecznie powiedzieć, że jestem złą, nie doceniającą 

swego szczęścia żoną - pomogła jej Marta. - I kto wie - zamyśliła się po-
ważnie-czy nie ma w tym racji... Z pewnością taka byłam... Może nie raz... 
Może nazbyt często... - To niespodziewane zwierzenie sprawiało Marcie 
wyraźną trudność, ale dzielnie brnęła dalej. - ... każde małżeństwo zaczy-

3 — Głodna kotka 

65 

background image

na się bajkowo. Potem fabułę pisze życie, obce, bezwzględne i prześmiew­
cze. Rzecz w tym, żeby w odpowiednim momencie przejąć inicjatywę nad 
głównymi wątkami. Wiesz, o co mi chodzi? Nie pozwolić bezwiednie, aby 
kontrolę nad twoim scenariuszem przejął zbieg okoliczności, kaprysy, 
mrzonki, cokolwiek, co w istocie jest niszczące i poza tobą. 

Usiadła na wysokim taborecie. Spuściła głowę. 

- Nam, jak i innym, przydarzyła się taka utrata kontroli w szaleńczej 

pogoni za szczęściem, no i było kilka kraks. Nie tak groźnych, ale z mo­
jej winy - dokończyła odważnie. - Teraz liżę rany, naprawiam szkody... 
Może jeszcze zdążę dopisać: „Żyli długo i szczęśliwie", a ty dodasz: „I ja 
tam byłam, miód i wino piłam". 

Podniosła głowę, sprawdzając, czy została zrozumiana. Jolka milcza­

ła i Marcie wydawało się, że trochę złagodniał wypisany na jej twarzy nie­
przejednany wyraz zaciętości, ale jego cień wciąż się błąkał w kącikach 
ust, trwających w niemym uporze. Jolka wyraźnie wolała pozostać przy 
swoim zdaniu. 

- Widzę, że nic z tego... - zrezygnowała Marta. - Trudno. Reszta 

niech będzie milczeniem, a my spróbujmy odpocząć od niemiłych te­
matów, bo Szymon przy całej swojej tolerancji nie wybaczy nam żad­
nych epistemologicznych rozważań. 

- Czy wszyscy już zeszli? - Szymon niecierpliwie stukał łyżeczką 

w szklankę z drinkiem. Uspokójcie się! - przekrzykiwał głośne rozmo­
wy. - Kierownik do was mówi! - Ogromny stół w kominkowym salonie 
tętnił własnym życiem. Nikt, poza Majką, miłośnie wpatrzoną w Szymo­
na, nie zauważał potężnego pana domu, dopraszającego się o uwagę. 

- ...Jakbym go widziała! -  J o l k a pokładała się ze śmiechu, gdy Adam 

sugestywnie naśladował wpływowego inwestora. Relacjonował spotka­
nie, od którego zależało  n o w e zlecenie dla firmy. 

- Najlepszy był, gdy zostaliśmy sami. Zaczął uprawiać partyzantkę. 

Mówił mi na ucho: „I miejsce na bideciki, kochaniutki inżynierku, mu-

66 

background image

szą być bideciki. Jak to gdzie? Gdzie pan uważa, kochaniutki. Pan robi 
bideciki, ja płacę". 

W drugim końcu stołu Balicka skarżyła się Marcie na klientów galerii. 
- To już nie są znawcy, jak dawniej. Wiesz, w jaki sposób kupują? Przy­

chodzą i pytają: „Który z tych obrazków jest najdroższy?" Tłumaczę na przy­
kład, że w tej ekspozycji "Struktura ciszy« Osińskiego, świetna rzecz, nawia­
sem mówiąc, i pytam, gdzie ma wisieć, kto będzie oglądał, jaką kolekcję chcą, 
a taki facet do mnie: „To już moja sprawa, pani niech pakuje. Tu jest czek, tu 
adres, proszę przesłać..." Marta, uwierz, rzygać się chce... Cały problem 

w tym, że jak ktoś wie, po co przyjść i o co zapytać, to nie śmierdzi złotówką. 

Marta słuchała z uśmiechem. Sugestywna opowieść Balickiej po­

zwoliła jej przenieść się do ciasnej galerii, pełnej niewybrednej kliente­
li, której obecność urzeczywistniała się w znakomitej charakterystyce 
nawet tu, przy dębowym, grubym stole. 

- Mów, mów! - Adam zachęcał Szymona, przekrzykując gwar. -

Przecież wszyscy słuchamy! 

- I nie wyobrażajcie sobie - Szymon nareszcie doszedł do głosu - że 

uchlejecie się tu bez zadania sobie trudu podpalenia ognia. Strzemien-
nego za spotkanie i do roboty! Ubrać się ciepło, brać michy z żarciem 
i wynocha na dwór! 

Marta usadowiła się blisko ognia. 
Prawie jak na urodzinach cioci Zuli - uśmiechnęła się do siebie -

i nawet nie trzeba grać w brydża. - Było jej tu dobrze. Wśród przyja­
znych, zaczerwienionych ogniem i alkoholem twarzy. Nikt nie walczył 
o dominację, nikt od niej nie wymagał konwersacyjnego trudu i pełnej 
gotowości do intelektualnych przepychanek. Błogie, słodkie, spokoj­
ne lenistwo - pomyślała, uświadamiając sobie, że wśród tych ludzi 

czuje się prawie tak dobrze, jak  p o d  d o m o w y m patchworkiem. 

- I proszę bardzo, kogóż tu widzimy... - obudził czujność Marty 

dźwięczny silny głos. Należał do wysokiego mężczyzny idącego raźnym 
krokiem w stronę ogniska. Nieco za nim podążała niewidoczna w półcieniu 

67 

background image

światła smukła postać, bez wątpienia dziewczyna, choć gdyby nie długie, 
opadające na ramiona włosy mogłaby uchodzić za chłopca; Stanęli blisko 
ognia, witani przez zebranych gromkim śmieciłem i krótkimi okrzykami. 

Węgrowski - pomyślała Marta. Oto i on. Bohater naszych czasów. 
Tymczasem bohater poklepywał Szymona, nie szczędząc mu kąśli­

wych uwag o nowych formach zawodowej integracji. 

- Przypatrz się, mała - mówił ironicznie do swojej towarzyszki. - Z ta­

kim harcerskim zapałem może się bawić tylko pracownia ostatnich 

w Polsce państwowych architektów. A ci ludzie - wodził ręką po całym 
towarzystwie - to beznadziejne przedłużenie gatunku stachanowców, 
którzy niegdyś śpiewali: „Zbudujemy nowy dom"... Witajcie ideowcy! 

Milcząca dziewczyna kiwnęła tylko głową. Usiadła, jakby obecność 

Węgrowskiego zwalniała ją z wszelkich funkcji życia, poza oddycha­
niem. Nikt, z wyjątkiem Szymona, nie kwapił się do rozmowy z nowo 
przybyłym, który nie zwracał na to najmniejszej uwagi. 

- A my się chyba nie znamy? - Rzucił w stronę Marty zainteresowa­

ne spojrzenie. 

- Koszycka - oświadczyła niezbyt głośno, ale w tym momencie roz­

mowy przycichły i głos Marty zabrzmiał wyraźnie, trochę jak wyzwanie. 

- Czy tak mam do ciebie mówić? - próbował zażartować Węgrowski. 
- Możesz - odparła obojętnie. 
- Ja jestem Węgrowski. Dla ciebie Michał. Gdybym wcześniej przy­

puszczał, że pisarki mogą być tak ładne, czytałbym nawet Harlekiny. 

Powrócono do przerwanej rozmowy. Ognisko dogasało, ale nikt już 

nie dorzucał drewna. Robiło się ciemno i zimno, dlatego gdy Szymon za­
rządził odwrót, jego pomysł przyjęto z głośnym aplauzem. Marta cicho 
zagwizdała na Plamę. Przekazała Adamowi swój pled i ruszyła w stronę 
jeziora na krótki spacer z psem. 

- Moje dziewczynki! - wykrzyknął Adam czule na widok Marty 

z psem. Trochę zaczerwieniony, radosny, odebrał od żony kurtkę, 
sprawdzając, w jakim wróciła nastroju. 

68 

background image

- Ty pijusie - żachnęła się wesoło, gdy próbował pocałować jej 

zmarznięty policzek. - Możesz pić, ale wara od seksu! 

Weszła w środek ogólnej wesołości, natychmiast dostrzeżona przez 

Węgrowskiego. 

- Marto - zwrócił się do niej szarmancko - tylko ja czekałem, aby 

wypić z tobą maleńkiego szczeniaczka - wyciągnął rękę z kieliszkiem. 

Z obojętnością osoby przywykłej do wódki wzięła kieliszek i prze­

chyliła prawie do dna. 

- Cudowna! - Węgrowski nie spuszczał z niej oczu... - Jeszcze? -

Podbiegł usłużnie z butelką. 

- Nie - odparła kategorycznie. - Po następnym mógłbyś mi się też 

spodobać, a po co mamy oboje przeżywać na trzeźwo rozczarowanie? 

-  J a k zwykle w centrum uwagi? - Przy niej chwiała się Jolka. - Nie chcesz 

ze mną rozmawiać? Masz rację. Zawsze masz rację i wszystko, co chcesz. 

Ona mnie wyjątkowo nie lubi - przemknęło Marcie przez myśl. -

Ciekawe, dlaczego? I chociaż rozmowa z Jolką była w tej chwili ostatnią 
rzeczą, która Marcie mogła zrobić przyjemność, powiedziała: 

- Chcę z tobą pogadać. Wezmę kawałek ryby i zastanowimy się nad 

tym, co cię trapi. 

Przesuwały się w głąb salonu, a za nimi podążało jak cień niespokojne 

spojrzenie Adama. Znał Jolkę i nie wróżył żonie miłych chwil w jej towarzy­
stwie. Ale też nie wstał, nie pobiegł w ich stronę, aby pod byle pretekstem 
zakłócić bliskość obu kobiet. Sięgnął po butelkę i spokojnie zapytał: 

- Szymon, a za strych już piliśmy? 

- Zniszczyłaś go - padło oskarżenie. - Zobacz, jak wygląda... Zesta­

rzał się, przestał się śmiać. Kiedyś był najbardziej pogodnym facetem, ja­
kiego znałam... - Wymierzony w Martę palec Jolki niepewnie się kiwał, 

wtórując każdemu jej zdaniu. 

Spojrzała na męża. Zaśmiewał się właśnie do łez. Lekko przerzedzo­

na, ale wciąż okazała czupryna, wieńcząca sportową sylwetkę Adama 

69 

background image

sprawiała, że wyróżniał się z grona mężczyzn nieuchwytnym chłopię­
cym wdziękiem. 

- Spójrz - powiedziała, przenosząc jej uwagę na męża. - Przyjrzyj 

mu się... Czy tak wygląda nieszczęśliwy, zaniedbany facet? Nie proszę 
cię o miłość, ale bądź sprawiedliwa. Doceń moje starania. Trudno ci 

uwierzyć, że go kocham, w tym problem, prawda? 

- Trudno mi uwierzyć, że kochasz kogoś poza sobą. - Ośmielona al­

koholem Jolka natychmiast pożałowała tej szczerości. 

Niezrażona tym Marta dokończyła: 

- ... A jednak tak jest. Niezależnie od twoich spekulacji na mój temat. 

Nie rozumiem, dlaczego wobec mnie jesteś taka agresywna. Ja ci prze­
cież nigdy nie dokuczyłam? 

Posmutniała i zamilkła. Jolce zrobiło się przykro. Trzeźwiej spojrza­

ła na Martę, ale w jej oczach, przed chwilą chorobliwie ożywionych, był 
już tylko dawny spokój. Jolce wydało się, że to nie Koszycka siedzi 
obok, że to jakiś cień Marty kładzie jej rękę na dłoni, że tu, przy kamien­
nym piecu wygrzewa się jakaś koszmarna prawda, i nagle pożałowała 
i siebie, i tej cichej Marty. 

-  J e d y n ą trzeźwą istotą jest mój pies. - Marta nie odrywała czujnych 

oczu od dogorywającego zespołu renomowanych architektów. Adam 
trzymał się świetnie, zważywszy, że pod specjalnym nadzorem Szymo­
na walczył z napływającymi wciąż butelkami wódki. Przy stole pusto­
szało. Ktoś się śmiał, ktoś inny był internowany, jeszcze inni wrócili do 
czasów licealnych i przeżywali na  n o w o „numery", które z każdym ro­
kiem traciły na komicznej atrakcyjności, aby stać się w końcu męczący­
mi rekwizytami z nieistniejącego teatru. 

To jest właśnie starość - uznała Marta, próbując wyobrazić sobie Zieliń­

skiego w pierwszej ławce, jak wkłada koleżance prezerwatywę do kalosza. 

- A gdyby usłyszeli - myślała - ciche, podstępne pulsowanie zgrubienia 

pod moją pachą, wiedzieliby, jak wygląda śmierć. Śmierć z Marty imieniem, 

70 

background image

z jej palcami, z których wczoraj zsunęła się obrączka, z jej pokłutymi grubą 
igłą żyłami. No i twarz. Ona też już należy do śmierci. A przecież nie jest ani 
młoda, ani stara. Zwyczajna twarz z pierwszą zmarszczką i uśmiechem na­
stolatki. Któregoś dnia ta zwyczajna twarz, teraz zawieszona na targowisku 
życia, zastygnie z utrwalonym grymasem nadziei albo żalu. 

Może to zdarzy się jesienią, gdy dojrzałe kasztany będą wystukiwa­

ły na chodniku jej ulubiony rytm. A może zimą, w kostniejącym mrozie, 
w kręgu białych śnieżynek wirujących wokół dziecinnych czerwonych 
policzków. 

Marta energicznie wstała. Zdecydowanym ruchem podeszła do Ada­

ma i nadstawiła swój pusty kieliszek. 

- Nie, nie włączaj światła. Tak jest dobrze. 

Leżeli ogarnięci atramentem nocy. W kącie pokoju z małego radia 

dobiegał głos Raya Charlesa, tłumiony krokami ostatnich niedobitków, 
opuszczających wyspę rozpusty. 

- Zmęczona? - Adam bawił się małą dłonią Marty, wdzięczny, że 

przyjechała tu z nim, że teraz leży obok i nic jej nie denerwuje. 

- Nieco. Nie bardziej, niż po obronie twojej pracy - dodała i oboje 

uśmiechnęli się na wspomnienie pamiętnego pijaństwa w ich pierw­
szym małym mieszkaniu. 

- Trochę boli mnie głowa, ale i tak dzielnie oszukiwałem - pochwa­

lił się jak mały chłopczyk oczekujący uznania. 

- Gdybyś nie oszukiwał, to byś nie żył - stwierdziła rzeczowo. 
- Zwłoki Węgrowskiego zawisły na umywalce. Jolka uwaliła się na 

niedźwiedziej skórze i zasnęła obok naszego psa, nawet Balicka... -
Marta zachichotała. - Balicka wystąpiła z inicjatywą kąpieli, ale skończy­
ło się na prezentacji bikini... 

Było im dobrze i sennie. Ray Charles śpiewał już drugą piosenkę, 

a na błyszczącej tarczy zegarka Adama duża wskazówka dawno prze­
kroczyła przyzwoitą porę snu. 

71 

background image

- Słyszałaś, co nawrzucał Węgrowski Kordejowi? Śmiał się, że gdy­

by nie ksiądz i nauczyciel, Szymon przesiedziałby młodość na zapiecku, 
bo jego rodzice mieli przedwojenne wyobrażenie o szkolnictwie. Były 
jeszcze opowieści o całej nędzy Kordejowej chałupy, pustych garach, 
brzuchach i kurze... 

- O kurze? 
- Tak,  p o n o ć całe Kordejowe gospodarstwo to ten jeden ptak i jego 

jajka... Inna sprawa - dodał ciszej Adam - że dzięki tym rewelacjom spoj­
rzałem na Kordeja inaczej. Zobacz, jaką drogę przebył od swojego za­
piecka... 

- Szkoda tylko, że z nieodłącznym Węgrowskim. Mógłby znaleźć ja­

kiegoś subtelniejszego biografa - odpowiedziała Marta i spostrzegła ze 
zdumieniem, że w tym samym momencie oddech Adama stał się na tyle 

wyraźny, że bez obrazy można go było określić męskim pochrapywaniem. 

Marta pozazdrościła mu tej łatwości, z jaką zasnął. Poza tym czuła się 

źle. To cena za udawanie, za kilka gramów wypitej wódki, za usilną wal­
kę o przynależność do świata zdrowych - pomyślała. 

Łazienka... Gdzie ja ją teraz po nocy znajdę? - zastanawiała się, nie­

chętnie opuszczając ciepły śpiwór. Drzwi lekko skrzypnęły i wysunęła 
się cicho na korytarz. Zatrzymała się przy schodach prowadzących na dół 
i trzeźwym spojrzeniem ogarnęła roztaczające się u jej stóp pobojowisko. 

Cholera, co ja tu robię - pomyślała rozbawiona. - Przydałby się ra­

czej współczesny Wyspiański: mieszczanie i chłopi w jednej pigułce, na­
ród uśpiony jak po LSD, jest i chochoł... - Spojrzała w owalne lustro i za­
śmiała się do siebie. Ruszyła w głąb salonu, a następnie wśliznęła się do 
łazienki. Przekręciwszy kontakt, zamarła. Z głębi wnętrza, jak w mister­
nym horrorze, patrzyły na nią dwie pary oczu. Stała obezwładniona sce­
ną, która nabierała sensu dopiero teraz, w świetle ostrej jarzeniówki, bi­
jącej po twarzy... Pierwsze oczy, oczy Węgrowskiego, były już spokojne 
i cyniczne, zblazowane, trochę zmęczone, ale obojętne. Jak patrzyły 
przed chwilą, tego Marta nie pamiętała. Ale zapamiętała te drugie, roze-

72 

background image

brane z fałszu, zupełnie nagie oczy. Obnażone tak samo dosadnie jak 
piękne piersi, na których w tej chwili spoczywała dłoń Węgrowskiego. 

To były oczy Majki: błagające, ale też wyzywające, oczy... głodnej kotki, 
w których widać było przerażenie. Światło zgasło. 

Marta myła zęby z taką energią, jakby ostatnio robiła to rok temu. Pa­

trząc w lustrzane odbicie, myślała o tym, że profesor położyłby ją dzisiaj 
na intensywnej terapii i powiedział: „Droga pani Marto, niestety, tego się 
spodziewałem. Pani właśnie nas opuszcza..." 

Makijaż robiła długo i starannie. Nie jestem w najgorszej sytuacji -

pocieszała się przed lustrem - Inni muszą więcej maskować i bardziej 
udawać. 

- Nieźle sobie wczoraj  d a ł a ś -  J o l k a patrzyła na Martę krytycznie, ale 

z rzadkim u niej uśmiechem sympatii. 

- A dałam - zgodziła się ochoczo Marta, sięgając po szklankę soku. 

Postanowiła za wszelką cenę uratować ten dzień. W drzwiach prawie 
zderzyła się z Majką. Nie mogła uciec przed jej niemym spojrzeniem. 
Prośbą? Krzykiem? Zapytała ją o papierosa, żeby cokolwiek powiedzieć. 
Szymon już wyciągał paczkę w jej stronę. 

- Majka nie pali - wyjaśnił. - Zabroniłem. 1 dziwię się Adamowi, że 

znosi w domu takiego kopciucha. 

Majka otarła się o Kordeja przymilnym spojrzeniem, a gdy odeszła, 

pozostał po niej odcień łagodności na dobrodusznym obliczu Szymona. 
1 Marcie zrobiło się przykro. Przykro i wstyd. Za nich wszystkich, ale nie 
tylko za nich. Było jej wstyd za siebie, za tamtą noc, gdy Adam wszedł do 
ogrodowej altany. A ona, w tamtą noc, była z mężczyzną, który na imię 
miał Robert... chyba Robert. Więc gdy Adam wszedł, Marta wiedziała, że 

wie. W dodatku wiedział o niej to najgorsze. Musiał dostrzec jej zwierzę­
ce pragnienie, bo pragnęła tego, jak tylko można pragnąć najbardziej. 

Kiedy miałam wszystko, nie miałam nic. Teraz, gdy nie jest mi dane 

mieć, wiem, co znaczy wszystko - myślała gorzko, zapatrzona w rozmy-

73 

background image

ty brzeg jeziora. Parada życiowych głupców. Nieświadomi swych kro­
ków, niepewnie balansują na twardym gruncie. Wieczna zabawa w ,.pie-
kło-niebo", ciuciubabka na wierzchołku góry lodowej. Dzieci grzechu... 
A ja... - poszukała właściwych słów - ja im tego zazdroszczę, bo sama 
nie mam już czasu. Ani nawet szansy, żeby wdrapać się na tę górę 
i krzyknąć: „W tym szaleństwie jest metoda!" I spaść, choćby na  d n o sza­

leństwa i choćby po to, żeby móc się jeszcze raz pozbierać. 

W czasie gdy Adam pakował śpiwory i doprowadzał do ładu pokój, 

Marta podążała obok Szymona wąską zieleniejącą ścieżką, ciągnącą się ka­
pryśnie między lasem a jeziorem. Szli wolno, nie męcząc się rozmową 
i wzajemną obecnością. Usiedli na pniu zwalonego drzewa, którego stary 
konar przytłaczał rachityczne suche zarośla leśnej dróżki, a nie istniejąca 
korona, niegdyś okazała i bujna, spoczywała w wodnej, mętnej mogile. 

- Zobacz, jak głupio umarło. - Marta poklepała zdrową jeszcze ko­

rę pnia. -  J a k b y nie mogło się zdecydować, po której zostać stronie: zie­
mi czy wody, któremu z żywiołów oddać się w pośmiertne władanie... 

- Ładnie to powiedziałaś - pochwalił Szymon. - Nawet głupi archi­

tekt od razu wie, że jest na spacerze z pisarką. 

- Skoro tak, dodam: z głupią pisarką. Z taką, która, jak większość 

twoich znajomych, nie może pojąć fenomenu cierpliwości, z jaką zno­
sisz towarzystwo Węgrowskiego, jego uszczypliwość. 

- I znowu ładnie rzecz całą nazwałaś - zaśmiał się cicho Kordej. -

Powiedziałaś „uszczypliwość", myśląc: „chamstwo". - Zaśmiał się z sa­
tysfakcją i jasnym wzrokiem objął poważną twarz Marty. - Masz rację. 
Moja odporność na Michała może dziwić, bulwersować, ale tylko dlate­
go, że nikt nie wie, w jakich okolicznościach poznałem Węgrowskiego, 
bo nikomu o tym nie mówię. On zresztą też nie. Widzisz ten cypel wbi­
jający się w jezioro? Tam dalej, za kępą tych starych lip? - Szymon mach­
nął ręką w kierunku odległego, prawego brzegu. - Tam zawsze kąpali­
śmy się latem, bo piasek był najbardziej żółty i ze starego pomostu 

74 

background image

można było skakać na główkę. A zimą... - Szymon nie patrzył na Martę. 
Mówił do siebie, szukał w sobie tego wspomnienia przesiąkniętego 

chłopięcym czarem jeszcze teraz, po tylu latach. - ... Zimą przychodzi­
liśmy na łyżwy. Przykręcało się je do butów, kaloszy, co tam kto na no­
gach miał, specjalnymi śrubami, które starsi chłopcy robili u kowala 
Świerka. No i po lodzie ślizgaliśmy się z tym samym szaleństwem, póki 
czerwone od mrozu łapy wytrzymywały w parcianych kieszeniach, 
a zimno nie zaczęło palić do bólu... Ojciec węgrowskiego bardzo o mnie 
dbał. Pomagałem najpierw na ich gospodarstwie. To nie było takie zwy­
czajne wiejskie gospodarstwo. Mieli duże stajnie, pełno koni, które sta­
ry sprzedawał i na których się znał. Lubiłem te konie. Pomagałem za dar­
mo, ale zawsze coś się od Węgrowskich przyniosło do domu. Szkoła 
była jedna. Choć  p ó ź n o mnie zapisali, tak się zaparłem do nauki, że mu­
sieli mnie przenieść do wyższej klasy. Michał był zdolny, ale leniwy. 
Matmy nie umiał, więc mu tłumaczyłem. No i znowu Węgrowski jakoś 
tam o mnie dbał. To był dobry, spokojny człowiek. Ale Michała wycho­
wywała matka... Gdybyś ją widziała! - Zaśmiał się na myśl o czymś, co 
wyłoniło się w jego pamięci, a dla Marty pozostało niedostępne. - Ona 
była jak z portretu. Tu wieś, konie, smród łajna, a Węgrowska w pięknej 
sukni, śmiertelnie blada wyłaniała się zza obór jak zraniona heroina, nie­
spokojna zawsze i podekscytowana. Ładna to była kobieta, ale nosiła 

w sobie jakiś smutek. W ogóle nie było w niej życia. Zamiast zawołać sy­
na, mówiła tylko zdumiona faktem, że go ma: „Michale? Michale"? Do­
piero kiedyś, już po wielu latach dowiedziałem się, że była morfinistką, 
że kosztowała Węgrowskiego majątek, ale to już inna historia. - Zamilkł. 

Marta patrzyła na jego otwartą, milą twarz z wielką sympatią. 

- Kiedyś, zimą, poszliśmy na ryby. Cypel był zmrożony jak kamień, 

a na lodzie więcej przerębli, niż płotek w jeziorze. Do dzisiaj nie wiem, 
jak to się stało. Byłem silny, więc to ja powiększałem otwór, przy którym 
najlepiej brało. I nagle cisza. Widziałem tylko nogi. Nogi uciekających 
chłopaków i wydawało mi się, że całe jezioro gdzieś się zapada, a jak 

75 

background image

otworzyłem oczy, nie było już tego nieba, co przed chwilą tkwiło nade 
mną i tego dnia, który zapowiadał dobry polów. Tylko Michał został. Nie 
bał się. Wrzeszczał i ciągnął mnie za rękę, którą uchwycił w tym jednym 
jedynym momencie nadziei. Nabrałem wtedy powietrza. Do dzisiaj nie 
wiem, jak wydostaliśmy się na brzeg. Leżeliśmy tam zasapani, zmęcze­
ni. Jak dwaj polarni badacze, którzy odkryli nową prawdę o sobie i o ży­
ciu. On nigdy o tym nie mówił. Nie powiedział ani słowa, jakby to była 

tylko nasza sprawa. I tak już zostało. Od tamtej pory zawsze myślałem 
i myślę o nim jak o przyjacielu. 1 to wszystko. Teraz ja mu pomagam. Wy­
ciągam go co chwila z życiowych lodów i topieli. Dobrze mi z tym. Nie 
chciałbym, żeby cierpiał. W takiej jednej sekundzie lęku, kiedy tracisz 
życie, nabierasz o nim dostatecznej wiedzy. Wiedzy, której nie mają ci, 
co nigdy nie leżeli pod lodem. I już wiesz, jak daleko może sięgać 
wdzięczność, ale żeby to pojąć, trzeba tam być, bliżej dna niż... - Szy­
m o n rozejrzał się wokół i nie dokończył. 

- Niestety, świetnie to rozumiem. - Marta zapatrzyła się na niknące 

słońce. - Ja też teraz leżę pod lodem, Szymon... - odpowiedziała cicho, 
ale wyraźnie na jego zdziwione spojrzenie. - Już od roku. A od miesią­
ca wiem, że lód będzie grubiał i że nie znajdzie się żaden Węgrowski, 
który wyciągnie rękę... 

- O czym ty mówisz, Marta? 
- O nowotworze. O tym, że za  p ó ź n o rozpoczęłam z nim walkę i że 

przegrywam na własną prośbę. Przypuszczam, że postawiłam cię tym 
zwierzeniem w kłopotliwej sytuacji, ale to jest cena przyjaźni, o czym 
starałeś się mnie przekonać. 

Szymon przytulił ją mocno i milczał. 

- Czy powinienem coś powiedzieć, o coś zapytać? - wyszeptał za­

troskany. 

- Nie. - Marta objęła go lekko i uścisnęła wielką, niezgrabną rękę. -

Nie, Szymon. Tak jest dobrze. 

76 

background image

Warszawa przywitała ich paradą świateł. W powietrzu unosił się 

oziębiony nadchodzącą nocą skwar ciasnych ulic, wciąż jeszcze prze­
pełnionych tłumem niedzielnych spacerowiczów. 

- Co powiesz o dobrym piwie? Może wyrwiemy się gdzieś na parę 

minut? Taka ładna niedziela... 

Adam jechał wolno, poddając się atmosferze letniego wieczoru. Jak­

by prowokował go uliczny ruch i przyciągały obiecujące półmroki, 
w których skrywały się parasole małych, ogrodowych knajpek. 

- Spałeś cale popołudnie i wyglądasz jak młody bóg, a ja? - W gło­

sie Marty zaczaiła się jakaś cicha pretensja. - Nie patrzę w lusterko, bo 
wiem, kogo w nim zobaczę, starą, zmęczoną kobietę albo jak wolisz: ko­
bietę bez jutra. Nie wymagaj ode mnie poświęceń ponad siły. Nie chcę 
już dzisiaj udawać... 

- Udawać? - zdziwił się. 
- A sądziłeś, że tego nie robię? Widać rola energicznej żony, upojo­

nej drugą młodością, leży w mojej dramatycznej naturze... Ale każdy 
spektakl kiedyś musi się skończyć. Ukłony i owacje już były. Teraz chcę 
jak najprędzej znaleźć się w łóżku. 

Romantyzm letniego wieczoru rozmył się nagle w świetle reflekto­

rów. Adam też poczuł się zmęczony. Zawstydził się. Zauważył, że od 
czasu choroby Marty wzrosła przerażająco jego witalność. Jakby jej sła­
bość pobudzała jego uśpione potrzeby. Czul się nieprzyzwoicie silny, 
dominujący. Momentami zdawało mu się, że dopiero teraz budzi się 
w nim mężczyzna. Bronił się przed tym zagrożeniem dla nich obojga. 
Wyciszał swoje fantazje, ale nie mógł im zaprzeczyć. Nie mógł uwolnić 
się od myśli, że gdy Marta gaśnie i chowa się pod kloszem domowej ci­

szy, w nim zaczyna płonąć światło. Budzi się potrzeba życia, nocy, ko­
biet... I jeszcze coś. Ta nieprzyzwoita ciekawość, zanurzająca się jak pe­
ryskop w głąb ludzkiej bezwstydności, którą przecież dotąd się brzydził. 

Tak - myślał, lawirując bezpiecznie między pędzącymi samochoda­

mi. - Nadszedł moment rozliczeń. Ona udaje ciepłe, czułe kociątko. Ja -

77 

background image

porządnego faceta. Ona jest kocicą. Ja - tygrysem, o którego istnieniu nikt 
nie wie. Szkoda, że nie chce znać prawdy... Nigdy zresztą nie chciała. Wo­
lała szukać bestii w obcych lasach, a we mnie widzieć tylko kupę oswo­
jonego mięsa, miłośnie zapatrzonego w swą panią. Zwykłego burego ko­
ta, mruczącego idiotyczne kołysanki o szczęściu. Dobrze, że przynajmniej 
w myślach jestem taki waleczny. - Uśmiechnął się do swej małżeńskiej 

odwagi i spojrzał na Martę. Wyglądała fatalnie i poczuł się jak zdrajca. 

- Co powiedziałabyś na kolację do łóżka? 

Postanowił wrócić na jej kolana jak oswojony kocur. 

- Czasami masz dobre pomysły - odrzekła, walcząc z ziewaniem. -

Ten jest prawie tak dobry, jak wybór żony. 

Przymrużyła dziecinnie oczy i pomyślała z ulgą, że przynajmniej te­

go faktu nigdy nie zmieni żadna diagnoza. Na zawsze już pozostanie żo­
ną Adama. I gdyby bardzo chciał, mogłaby także przynosić mu kolacje 
do łóżka. Zdziwiła się tylko, że nigdy przedtem o tym nie pomyślała. 

- Będziesz jeszcze czytała? - Adam sięgnął po nowy album Gdańska, 

podciągając kołdrę tak wysoko, że palce jego stóp wyłoniły się z ciepłe­
go okrycia i Marta pomyślała o nich z czułością, że musi im być zimno. 

- Nie. Poleżę sobie. 

Zwinęła się w kłębek. Dotknęła palcami chorej piersi, ale skarciła się 

za ten gest. Ułożyła się tak, aby widzieć profil czytającego męża. Obser­
wowała go spod przymrużonych powiek i próbowała ocenić, czy to 
właściwy moment na uporządkowanie swej wiedzy o Adamie. 

Sam pomysł dowodził  n o w e g o rodzaju słabości. Bo czy kiedykol­

wiek przedtem Adam zasługiwał na tyle zainteresowania? Zazdrość w ich 
małżeństwie była jednokierunkowa. Troska też. Gdyby Marta próbowa­
ła wnikać w te uporządkowane zasady ruchu małżeńskiego, bez wątpie­
nia doszłoby do kolizji. Ale dzisiaj... Dzisiaj wiedziała, że ma tylko jego. 
No, może niezupełnie tak. Dojrzała do przekonania, że najlepiej mieć 
właśnie Adama, i w tym wyrażała się zasadnicza różnica pomiędzy „kie-

78 

background image

dyś" a „dziś" ich małżeństwa. Najlepiej byłoby do tego „kiedyś" w ogóle 
nie wracać. Tym bardziej że powroty prowadziły przez las grzechów 
głównych Marty, a spacer po takim lesie, każda zjawa czy upiór z prze­
szłości osaczały ją bolesnym poczuciem winy. Ale była kobietą. Skłonną 
cierpieć, rozdrapywać własne rany, przeżyć upokorzenie. I wiedzieć. 

Potrzeba tej złej, nikomu niepotrzebnej wiedzy nurtowała ją ze 

szczególnym niepokojem od wczoraj. Bo dopiero w łazience Kordeja 
uświadomiła sobie, z jaką łatwością i ochotą ludzie są skłonni ryzyko­
wać wszystko. A potem, na spacerze, doszła do wniosku, że całe życie 
jest jak zamarznięte jezioro, po którym tańczy się w szalonym zapomnie­
niu. Ten cienki lód wyzwala wielkie poświęcenia i wielkie świństwa. 
Heroizm i upadek. Ale zawsze coś, co ma posmak niebezpiecznej przy­
gody. Z Adamem mogło być podobnie. 

Patrzyła teraz na niego badawczo, próbując odgadnąć, co przed nią 

ukrywa. A może nie ukrywa, tylko milczy, bo nikt nie pyta? 

- Adam, czy ty mnie zdradziłeś? 
Milczał. Zamknął tylko oczy. 
- Pytasz o prawdziwą zdradę? 
Poczuła się nagle niezdolna do prowadzenia dalszej rozmowy. 
- Chodzi o zdradę. Klasyczną. Ty i ona. Nie ma chyba nieprawdzi­

wych zdrad... 

Znowu zapadła cisza i Marta zrozumiała, co czuł Adam, ilekroć sama 

przynosiła taką ciszę. Ciekawe, czy dla Adama ta cisza też oznaczała jakieś 
zapachy, dotyki, jakiś szept... Namiętność wzbierającą poczuciem nieza­
spokojonego głodu, potrzebą brnięcia w cudze ciało aż do bólu, do niepo­
trzebnych słów o miłości, które same wymykały się wilgotnym ustom... 

Tak. Dla Adama ta cisza oznaczała to samo. 
- Spotykałem się z pewną... dziewczyną - odpowiedział cicho. - Za 

drugim razem poszliśmy do łóżka. 

- I jak było? - Tylko Marcie wydawało się, że pytanie zadała niefra­

sobliwie, jak przystało na nowoczesną żonę. Adam przyjął milczeniem 

79 

background image

ten najkrótszy manifest bólu. Bezbronny wobec niego i zły, że korzysta 
z okazji, by zrzucić dręczący go ciężar właśnie teraz, gdy Marta przesta­
ła być jego przeciwnikiem. 

Zapatrzył się w tamte wieczory. Nie szukał w nich usprawiedliwie­

nia. Nie musiał. Szukał wspomnienia delikatnej, inteligentnej kobiety, 
od której z trudem odrywał się nad ranem. 

- Nie było źle - odrzekł bezdźwięcznie, trochę złamanym głosem. 

W milczeniu bezradnie wzruszył ramionami. 

- Opowiedz o niej - zażądała. 
Przez moment poczuł się nieswojo. Jakby rozmawiał z cieniem Mar­

ty. Dlaczego o to wszystko nie zapytała go wtedy, gdy oszalała na punk­
cie trochę brudnego, bezczelnego studenta. Dlaczego rozlicza go dzisiaj 
z tych kilku chwil, dzięki którym przetrwał pobyt w piekle? 

-  J a k a była? - Zamyślił się. - Inteligentna, delikatna... Dobra - dodał 

niechętnie. 

- Kochałeś ją? 
- Nie. Nie potrafiłem. I dlatego cierpiałem. 
- A gdybyś potrafił? - Szept Marty ciął jak sztylet stare rany. 
- Chciałem - przyznał. - Ale kochałem ciebie. - Po chwili odezwał 

się nieswoim głosem, spoglądając na Martę z obcym, dziwnym smut­
kiem w oczach. - Nędzne to pocieszenie, prawda? - Delikatnie dotknął 
jej twarzy. - Szukałem zemsty, męskiej satysfakcji, kogoś bliskiego, 
wszystkiego jednocześnie. Znalazłem nad ranem rozczarowaną kobie­
tę, która z przyjaznym uśmiechem poradziła mi psychoanalityka i seler. 
Nie wiem, dlaczego seler. Może seler pobudza do uczuć? Zawstydziłem 
się i... uciekłem... Ale, przyznaję, tęskniłem do niej. 

- Znam ją? 
- Nie. Jest konserwatorem zabytków. Byliśmy razem na sympozjum. 

Kiedyś przypadkowo spotkałem ją w miejscu pozbawionym choćby cie­
nia romantyzmu. To był warsztat samochodowy. 

- A ja? Gdzie ja wówczas byłam? W Paryżu? 

80 

background image

- Nie. Nie w Paryżu i nie ze mną. Po prostu ciebie nie było. Przez ty­

dzień, miesiąc, potem dwa. Chciałaś ode mnie odejść, pamiętasz? Przycho­
dziłaś do domu tylko po notatki. I ciuchy. Patrzyłaś na mnie, jak patrzy się 
na ścianę, którą trzeba wybić do ostatniej cegły, żeby powiększyć komfort. 

Zapytał, czy to pamięta... Ileż by dała, żeby zapomnieć... Żadna ko­

bieta nie zapomni podobnego błędu. Raz w życiu zwariowała. Pozwoliła 
zasnąć kociemu instynktowi i o mały włos nie przypłaciła tego całą przy­
szłością, utratą resztki godności, rodziny i honoru. Dla zwykłego dupka... 

To był jeszcze student. Wprawdzie kończył dziennikarstwo, ale był 

gówniarzem i tego faktu nigdy nie da się usunąć z rodzinnej kroniki. My­
ślała, że tak wygląda prawdziwe uczucie. Nie potrafiła bez niego żyć. Bła­
gała. Błagała? Żebrała wtedy o miłość w obskurnej, wynajętej kawalerce. 
Próbowała mu gotować. Czekała pod uniwersytetem, gdy kończył zaję­
cia i śledziła go, robiąc potem awantury o rude i czarne dziewczyny, które 
wysypywały się za nim z uczelni. Nie chciała wierzyć, że to koleżanki. 
I o długonogie blondynki, poklepywane poufale przy pożegnaniu. 

Stała za murem, za drzewem. Spięta i czujna. Gotowa do skoku. Kto 

wie, jaki byłby koniec tej sprawy, gdyby po kolejnej scenie zazdrości, 
po łzach i gorących słowach przeprosin, nie uderzył jej w twarz. Nad ra­
nem. Raz, a potem drugi. I jeszcze raz. 

Tamtego dnia wróciła i lizała swoje rany, zamknięta przed światem, 

a Adam przynosił jej mleko. Jak kotce,  c u d e m odnalezionej w minach 
piramidy, po której nie przetrwał nawet fundament. 

- To boli, prawda? Bardzo boli. - Adam patrzył na nią spod przy­

mkniętych powiek. - Chyba coś o tym wiem - westchnął z goryczą. -
Poszedłem wtedy z tą kobietą, żeby... umieć wybaczyć tobie. Bo ilekroć 
cierpiałem, przypominałem sobie mój grzech. To nauczyło mnie poko­
ry i nie tylko... Prędzej od ciebie dowiedziałem się, kogo kocham. Przy­
znaję, żałowałem, że właśnie ciebie. Potem nie musiałem już tego 
sprawdzać. - Zamilkł i głośno przełknął ślinę. 

A wtedy ujrzał nad sobą Martę, jej twarz. Zapłakaną i uśmiechniętą. 

4 — Głodna kotka

 81 

background image

- Boli jak diabli - wyszeptała - ale już nigdy nie będzie bolało. Ani 

ciebie, ani mnie. 

- Dziękuję - odszepnął uszczęśliwiony, że ona stara się ratować 

tę noc, odnaleźć to, co razem z jego słowami uciekło otwartym 
oknem. - Wiesz, o czym pomyślałem? Pomyślałem, że warto było iść 
z tą kobietą. Choćby dlatego, żeby teraz przeżyć radość twojego 
przebaczenia. Bo to jest, Marto, szczególna radość. Tak jak przeba­
czenie jest samo w sobie wyjątkowym uczuciem. Najbardziej wysu­
blimowanym odcieniem miłości. Mógłbym się za to zakochać dzisiaj 

w tobie od nowa. 

Przytulił ją, delikatnie. 

Tydzień wydawał się Marcie za krótki. Jakby go nie było. Nie zrobi­

ła nic z zaplanowanych rzeczy. Poszła jedynie na badania, ale wróciła 
po nich przygnębiona i zła. Od dłuższego czasu spała fatalnie i nie mo­

gła usunąć ciemnych sińców pod oczami. Poza tym - schudła. 

Wchodziła na wagę co drugi dzień. Ubrana. Bez tego drobnego 

oszustwa nie ośmieliłaby się śledzić złośliwej strzałki. Coraz bardziej za­
wiedziona spadkiem wagi, wpadała do kuchni z silnym postanowie­
niem walki o odzyskanie bolesnych strat. Wyciągała najbardziej ape­
tyczne kąski, ale po chwili pozostawiała je na stole, zaledwie 
nadgryzione, i zniechęcona wracała na swoje stanowisko pod oknem al­
bo na materac. Nie mogła nic przełknąć. Nie mogła myśleć o jedzeniu 
bez wstrętu i smutniała na wspomnienie czasów, gdy wszyscy z zazdro­

ścią konfrontowali jej apetyt z nieskazitelną figurą. 

Granitowa kotka stała obok komputera. Marta siadała przy nim, ale 

nie miała odwagi spojrzeć na pusty ekran. Patrzyła na kotkę. Milczącą 
i wyniosłą, która zastygła na zawsze w kamiennej dumie. 

Nie odbierała telefonów. Do Adama dzwoniła sama, a Olga nie mia­

ła zwyczaju wydzwaniać do domu. 

Któregoś dnia Adam wniósł paczkę. 

82 

background image

- Wracani z poczty! - krzyczał od progu. - Tu jest coś dla ciebie, ja­

kaś przesyłka! 

Z zainteresowaniem oglądała karton. Nigdy nie dostawała paczek. 

Zwłaszcza z Warszawy. Ta miała wyraźną pieczątkę stołecznego urzędu 
pocztowego. Nie była ani lekka, ani ciężka i informowała krzykliwym 
napisem, że trzeba obchodzić się z nią ostrożnie. 

Zostawiła paczkę. Nie chciała tak szybko rozstać się z czymś, co po­

zwoliło jej oderwać się od codzienności. 

- Będziemy zgadywać, co jest w środku, a wieczorem sprawdzimy, 

kto miał rację - zadecydowała wesoło. 

- Albo nie sprawdzimy, jeżeli to wybuchnie. Przypuszczam, że do­

stałaś bombkę od koła różańcowego za scenę miłosną w „Kochanku pa­
ni M." - śmiał się Adam, zdziwiony tym nagłym powrotem dobrego hu­
moru Marty. Dawno jej nie widział tak ożywionej. Od pewnego czasu 
Marta przestała nawet wyglądać oknem. Tak jakby twierdza, której 
w dzień strzegła zatroskana Maryjka, a nocą patentowy zamek z najlep­
szymi referencjami, miała pozostać jedynym miejscem w jej nowym, peł­
nym niepokoju życiu. 

I nagle ten szary, pakunkowy papier zwiastujący istnienie zewnętrz­

nego świata ucieszył jego żonę, a nawet obudził pierwsze od dawna pra­
gnienie, aby zajrzeć i sprawdzić, co oferuje jej anonimowy dobroczyńca 
lub wróg, bo Marta stała się nagle ciekawa, nieufna i niecierpliwa, czyli 
taka, jaką w istocie była, jaką poznał na krótkiej prywatce, która dla oboj­
ga trwała dłużej, niż żywot tanich płyt z rockandrollowymi kawałkami. 

Paczka pozostała w korytarzu. 
Marta przechodziła obok niej pod byle pretekstem i zanurzała w nią 

oczy, jakby chciała prześwietlić nimi zawartość szarego kartonu. 

Wreszcie Adam znalazł nożyczki. Położył je na stole ze znaczącym 

uśmiechem. 

- Będzie rozsądniej, jak rozpakujesz to w gabinecie. Na wypadek, 

gdyby ten czarujący blondyn z „Życia" wysłał ci nową kolekcję miłosnej 

83 

background image

bielizny... Mogłaby mi się nie podobać - wyjaśnił żartobliwie i powrócił 
do gazety. 

Zręcznie przekroiła sznurki. Mocowała się ze sztywnym opakowa­

niem. W końcu zajrzała do środka. Jeszcze nie wszystko było jasne. 

Dopiero gdy delikatnie wyjęła niewielkie popiersie, miniaturę dobrze 

jej znanej amazonki, podniosła głowę znad paczki i zawołała Adama. 

- Dostałam piękny prezent. Zobacz. To amazonka. 
-  J a k a  a m a z o n k a ? -  A d a m z podziwem wpatrywał się w rzeźbiarskie 

arcydzieło. - Amazonki mają jedną pierś. 

Marta jeszcze raz przyjrzała się popiersiu. 
Miał rację. Rzeźbie nie brakowało żadnego anatomicznego szczegółu. 

Pomniejszona do rozmiaru pokojowej ozdoby, figurka zachowała zapa­
miętaną twarz oryginału, którą Marta tak lubiła za biel i smutek. Ale artysta-
-magik, zapewne z żalu i współczucia, a może kierowany miłością, przy­

wrócił jej utraconą kobiecość. Jakby chciał powiedzieć Marcie, że wszystko 
jest możliwe, że nic nie dzieje się w ostateczności, jeżeli dzieje się tu i teraz... 
Zamknęła oczy i zobaczyła twarz Jacka, zadowoloną z pięknego podstępu, 
z tego wdarcia się do jej twierdzy rozpaczy i beznadziei. Roześmiała się gło­
śno i Adam wyłowił z tego śmiechu dźwięczne nutki szczęścia. 

- No, no - powiedział, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Nigdy nie 

sądziłem, że kawałek pięknego gipsu, w postaci niezłej kobietki stano­
wi równowartość brylantowej kolii! - Zaraz, zaraz, Marta... - odkrył na­
gle ze zdziwieniem - Zobacz! Ona jest  p o d o b n a do ciebie! 

Marta śmiała się jeszcze, ale już ciszej i przez ten śmiech, szczery 

i prosty, Adam usłyszał zapewnienie, że nie ona była modelką, czego 
bardzo, bardzo żałuje. 

W gabinecie kosmetycznym na ceratowym łóżku, silnie nagrzewa­

nym lampami, leżało się Marcie niewygodnie. Paliła ją twarz, szczelnie 
teraz zasłonięta białą strukturą maseczki i rozgrzewana do temperatur, 
które źle wpływały na jej samopoczucie. Marta odliczała więc do stu, 

84 

background image

obiecując sobie, że przy kolejnym przekroczeniu tej granicy pojawi się 
pani Anna i uwolni ją od dobrowolnego cierpienia. O pani Annie myśla­
ła tak, jak się myśli o aniele z nakrochmalonymi skrzydłami. Dużym, do­
brotliwym, przelatującym nad przepaścią z gromadą dzieci uwięzionych 
pod obiema pachami. Pani Anna jednak nie nadchodziła, a Marta miała 
wrażenie, że jej twarz, kawałek po kawałku, rozpuszcza się pod masecz­
ką. Że skóra mięknie i rozpływa się wolno, niczym pergamin na rozża­
rzonych węglach albo jak słonina, potrząsana ręką matki na starej wypa­
lonej patelni. 

Potem zobaczyła przyjazny uśmiech. Pojawił się pod powiekami 

ukrytymi ciasno za warstwą  m o c n o przylegających płatków ligniny. 
1 Marcie przypomniał się stary dentysta, mieszkający obok ulicy jej dzie­
ciństwa, w poniemieckiej willi po doktorze Mullerze, tym samym, 
o którym było głośno w miasteczku, bo ponoć zabili go Rosjanie. 

Marta lubiła dentystę i myśl o nim kojąco wpływała na obolałą gło­

wę, unieruchomioną warstwą aloesów. 

Dentysta przyjechał z Bydgoszczy. Nikt nie wiedział, gdzie przedtem 

leczył zęby i komu pomagał pozbyć się spróchniałych szkieletów korzeni. 
Przyjmował w starym ośrodku zdrowia. Pojawiał się w nim rano. Zawsze 
z psem. Nosił melonik. Rudego spaniela odziedziczył po narzeczonej, 
która, jak się później okazało, uciekając z jakimś wojskowym, zapomniała 
lub nie chciała zabrać zwierzęcia. Zostawiła go, podobnie jak dentystę, 
w dwupokojowym mieszkaniu w Bydgoszczy. Marta znała te szczegóły od 
matki. Ta z kolei od pani Aurelki, sprzątającej w gabinecie doktora. 

Gdy Marta wychodziła z  d o m u do szkoły, często już spóźniona, do­

strzegała czarną, niską sylwetkę zatrzymującą się, ilekroć wymagała te­
go psia potrzeba. Biegła zwykle szybko i gdy znalazła się na linii melo­
nika, stary dentysta odwracał głowę w jej stronę i spoglądał na nią 
przyjaźnie. Ona dygała, mówiąc niewyraźnie „eń dobry", a on dotykał 
palcami swego melonika, jakby chciał go uchylić przed prawdziwą da­
mą. 1 wówczas się uśmiechał. Tym jedynym w swoim rodzaju, dziwnym 

85 

background image

uśmiechem, pełnym dobroci dla całego świata, a po chwili odpowiadał: 
„Witam uroczą sąsiadeczkę. Życzę miłego dnia". 

Marta biegła dalej, ale po tym spotkaniu wypełniała ją nieodmiennie 

ta sama dziecinna nienawiść do narzeczonej z Bydgoszczy i ciepła sym­
patia dla doktora, obejmująca również siusiającego z rozmysłem spanie­
la. Nigdy przedtem, a może i potem, nikt tak się do niej nie uśmiechał 
i nie witał jej tak pięknie. Zastanawiała się nawet, jak stary dentysta usu­
wa zęby. Wydawało jej się, że zadawanie ludziom bólu leżało poza gra­
nicą jego psychicznych możliwości i pozostawało w sprzeczności z po­

godną naturą dentysty. Pamiętała też pogrzeb. Któregoś zimowego dnia 
miasteczko obiegła sensacyjna wiadomość, że się powiesił. Okazało się 
to nieprawdą. Jeszcze jedną krzywdą, jaką ludzie wyrządzili dentyście, 
bo powiesić się w małym miasteczku było grzechem szczególnie długo 
pielęgnowanym w pamięci potomnych. 

Pani Aurelka opowiadała ze szczegółami, jak księgowa z ośrodka 

zdrowia znalazła martwego dentystę. Leżał obok roztrzaskanych skrzy­
piec na podłodze willi Mullera, a obok niego warował pies. Ten pies nie 
pozwalał nikomu podejść do dentysty. A w oczach ponoć też miał 
śmierć. Musiał ją mieć, bo nawet nie trzeba było go usypiać. 

Marta szła na końcu krótkiego konduktu i niosła ogrodowe róże. Że­

gnała pierwszego mężczyznę, który obudził w niej damę. Żegnała sta­
rego przyjaciela, któremu nie zdążyła powiedzieć, jak bardzo był jej bli­
ski i jak często zakradała się pod okna jego willi, aby posłuchać 
rzewnych melodii, płynących z jego skrzypiec. Z tych melodii uwalnia­
ły się tęsknota i smutek. Wypadały z balkonowego okna willi w parko­

we krzaki i odnajdywały ukrytą tam Martę. 

Dobry i miły człowiek. Wrażliwy i delikatny. Piękny człowiek... -

tak o nim pisała w swoim pamiętniku przez następne lata, gdy leżąc 
już w łóżku słyszała postękiwania pijanego ojca, jego bełkot, spluwa­
nie do zlewu, aż wreszcie rzężenie, świadczące o tym, że właśnie za­
snął. 

86 

background image

Głos pani Anny sfrunął z oddali gorącym oddechem na obnażone 

ramię Marty. 

- I już po cierpieniach - cieszyła się głośno, przesuwając parawan, 

aby ocenić rozmiar kosmetycznej egzekucji, bez skrupułów wykonanej 
na Marcie. - Bardzo ładnie, dobrze, prześlicznie - chwaliła swe osią­
gnięcia, wolno uwalniając kolejne partie twarzy spod maseczki. 

Biała kawa już czekała na Martę, przynaglając aromatem, ulatniają­

cym się z białej filiżanki. Spojrzała w lustro. 

- Dobrze - oceniła z zadowoleniem i gotowa na kolejne tortury, tym 

razem lżejsze, położyła dłoń na alabastrowym stoliku. 

- Zdradziłaby pani starej znajomej swoją dietę. Tak pani schudła. 

Może nawet za bardzo, bo nigdy nie było pani zbyt dużo... 

- Nie ma żadnej diety, pani Anno - odpowiedziała Marta spokojnym, 

zrównoważonym tonem. - Tylko literackie zaległości. Pracuję w takim 
stresie, że nie sposób tyć... 

- Och, jak pani zazdroszczę! - Kosmetyczka z zacięciem manewro­

wała pilnikiem. - Bo ja, kochana pani Marto, nawet gdybym nie spała 
przez tydzień... 

Skarżący się na tuszę głos dominowa! w ciszy gabinetu, zagłuszał 

szlochającą w radiu Whitney Houston i przemykał gdzieś obok Marty. 
Brzmiał jednostajną, niestrudzoną skargą, w którą Marta nie miała ocho­
ty się zagłębiać. Grzecznie uśmiechnięta obserwowała z zadowoleniem 
przeobrażenia, jakim ulegały jej paznokcie. 

Na ulicy cieplej niż pod lampą - pomyślała, szybko zmierzając 

w stronę centrum. Żegnana anielskim machaniem ramion pani Anny, 
wycofywała się z salonu, jak uratowane dusze opuszczają piekło. W po­
śpiechu i z ulgą. 

Co dalej? - zastanowiła się, przystając na ruchliwym chodniku. - Kil­

ka nowych, niezłych łaszków, jakieś kosmetyki i prezenty. Najważniej­
sze są prezenty, bo nie może tam pojechać z niczym. Niech to będą dro­
biazgi, ale ładne, przemyślane. 

87 

background image

Dla siostry i szwagra... Nic o nich nie wiedziała. Nie miała pojęcia, 

jak mieszkają, co lubią, w czym gustują. Trudno. Kupi to, z czego ucie­
szyłaby się sama. Z ich dziećmi sprawa jest prostsza... Chociaż nieko­
niecznie. Zabawki? Ciuchy? Książki? Najbezpieczniej byłoby kupić sło­

dycze, ale czy się ucieszą? Pozycja dobrze sytuowanej ciotki, która 
łaskawie zechciała po tylu latach być ciotką, do czegoś zobowiązuje. 
Poza tym coś dla Krzysztofa. Zawsze pragnął tylko jej, a tego ofiarować 
nigdy mu nie mogła. Zdaje się, że ma żonę. Od niedawna, od dwóch 
czy trzech lat. Więc także prezent dla żony. Koniecznie coś atrakcyjne­
go dla pani Krajniakowej. Da jej swoje książki, ale to za mało... 

Spojrzała na zegarek. Dzisiaj przypomniał jej o tym, że jest ważny i to 

był kolejny przyjemny akcent dnia. Ostatnio nie potrzebowała zegarka. 
Ciążył jej nawet jako przedmiot zbyt praktyczny i przypominający, że jej 
czas mierzony jest inaczej. 

Do spotkania z Adamem, na które umówili się w pobliskiej restau­

racji, pozostawało jeszcze dużo czasu. Zanim zjedzą wspólny obiad, ona 
zdąży rozejrzeć się po sklepach. Kupi, co uzna za niezbędne, a wątpli­

wości rozstrzygnie Adam. W sprawach zakupów mogła zawsze liczyć na 
jego cierpliwość. Poza tym dysponował dwiema cechami, które dla niej 
pozostały niedostępne: zdecydowaniem i praktycznością. 

Dlaczego teraz, gdy wszystko wydaje się takie łatwe i proste, gdy jest 

czerwiec i wkrótce zaczną się wakacje, ona słabnie i traci siły? Nosi przy 
sobie tabletki i kartkę z grupą krwi. Właśnie teraz, gdy nareszcie przy­
stanęła i odpoczywa, jak radził Adam, gdy z każdym podzieliłaby się 
sukcesem i oddała wszystko... Na tę niesprawiedliwość Marta nie mogła 
znaleźć odpowiednich słów. 

Nie znam ich - myślała z bólem - choć jestem pisarką... 

- Niech pani przechodzi, zielone! - krzyknął jakiś dzieciak, który jej 

niepewność wziął za niezdecydowanie, a strach za  o b a w ę przed auta­
mi nacierającymi na pasy z piskiem zdzieranych  o p o n . 

88 

background image

Robienie zakupów sprawiało Marcie przyjemność. A jednak po godzi­

nie bolały ją nogi. Po dwóch - również ręce, obciążone sporymi pakunka­
mi. W małej knajpce zamówiła sok pomarańczowy i sięgnęła do kupionej 
przed chwilą książki Olbartowskiej. Znała i ceniła Olbartowską, kobietę 

odważną w poglądach, niezwykle pracowitą, łączącą w swych utworach ta­
lent z niespotykaną erudycją. Być może z powodu tylu zalet nigdy nie mo­
gła polubić tego płodnego „babochłopa", jak zgryźliwie o niej myślała. Prze­
czytała wycinki recenzji na obwolucie. Zgromadzone tam pochwały ukłuły 
ją trochę i Marta musiała przyznać się przed sobą do zawodowej zazdrości. 
Spojrzała na tekst. Pierwsze zdanie zabrzmiało dobrze. Drugie jeszcze le­
piej. Z roztargnieniem odrzuciła książkę, ale wróciła do niej niemal natych­
miast, kontrolując spis treści. Zamyśliła się. Wystarczył rzut oka na ten ka­
wałek dobrej literackiej roboty, aby w domu uśmiercić „Kobietę grzechu". 

Nie mogę uśmiercić tego, czego nie ma - pomyślała rozgoryczona. 

- Dobrze, że nie włożyłam w tę powieść zbyt wiele pracy. Trzeba jeszcze 

raz rozważyć wszystko. Olbartowską zawsze czytało się dobrze, ale mnie 
też. - Wsunęła książkę do skórzanej torby. - Ją czytają mądrzy, ja jestem dla 
wszystkich. Tak kiedyś wybrałam... Albo musiałam wybrać - uzupełniła 
uczciwie w myślach. Bo tylko w myślach Marta uznawała przewagę innych. 

Postanowiła za wszelką cenę odzyskać humor. Zostawiła torby 

w szatni i weszła pewnym krokiem do najdroższego w tej okolicy buti­
ku. Właściciel z obsługą ukłonili jej się nisko i przyjaznym gestem zapro­
sili do wnętrza. 

- Nie pamiętam nawet, jak ich dzieci mają na imię, a ty wymagasz, 

żebym orientowała się w ich wieku. 

Wolno kończyli posiłek. 
- Mają przecież dwie córki i syna - wyliczał Adam. - Ewa już pracu­

je. Skończyła dwa lata temu technikum. Bartek jest mniej więcej w wie­
ku naszej Olgi, a Natalia, najmłodsza, chodzi do siódmej klasy. Chyba 
do siódmej - dodał prędko. Marta patrzyła z niedowierzaniem. 

89 

background image

- Skąd to wszystko wiesz? - spytała cicho. 
- Skąd? Nie wiem skąd. Z obliczeń, w których nigdy nie byłaś dobra 

- tłumaczył się niepewnie i pamiętając, że najlepszą formą obrony jest 
atak, odparował: - Policzyłem pi razy drzwi, żebyś się nie wygłupiła 
z cukierkami. 

Nagle roześmiał się głośno. Tak donośnie, że przyciągnął zacieka­

wione spojrzenia od sąsiedniego stolika. 

- I czego ryczysz? - strofowała go Marta, dziwnie zadowolona z tej 

wiedzy Adama o swojej rodzinie. - Przestań. Nie widzę w tym nic śmie­
sznego. 

- Jak to nie? - upierał się Adam. - Wyobraziłem sobie właśnie, jak 

wręczasz Ewie torebkę cukierków, a ona w ciąży, dostojna i wyższa od 
ciebie, dyga i mówi: „Dziękuję cioci". 

- To wcale nie jest śmieszne - odpowiedziała poważnie Marta, aby 

w tej samej chwili ulec zaraźliwej wesołości Adama, która zelektryzowa­
ła najbliższy stolik, a potem następne, wywołując na twarzach siedzą­
cych wokół ludzi uśmiech pełen zrozumienia. 

Trzymali się za ręce, wolno mijając kolejne stoiska. Kiedyś często 

chodzili po sklepach, po bazarach i targowych halach, szukając cieka­
wych drobiazgów, które sprawiały, że ich mieszkanie miało swój niepo­
wtarzalny styl. Podobnie było z małżeństwem. Na początku wymagało 
bezustannych korekt i poprawek i nagle stało się  p o d o b n e do mieszka­
nia: umeblowane, gotowe. Zniechęcające do dekoratorskich zabiegów, 
bo porządne aż do mdłości. I wspólne wypady do miasta, spacery, za­
kupy nagle straciły sens. Dopiero teraz obudził się w Marcie żal za uro­
kiem  d a w n o minionych, pierwszych miesięcy małżeństwa. Z jaką rado­
ścią potrafili wtedy cieszyć się ze zdobytej cudem książki czy 
reprodukcji. Świętowali takie wydarzenia w przytulnych ciastkarniach. 
Zjadali w nich tony napoleonek i serników wiedeńskich. A Marta za­

wsze jeszcze zamawiała rurkę z kremem. Taką samą, jaką w dzieciń-

90 

background image

stwie kupowała za dwa złote u Miodka. Pan Miodek był właścicielem 
piekarni. Latem sprzedawał też lody w wafelkach. Ale Marta myśląc 
„u Miodka", widziała zawsze senną sprzedawczynię w białym czepku 
i brzuchy dobrze wypieczonego chleba. Nikt nie kojarzył nazwiska pie­
karza z nim samym. Określenie „u Miodka" odnosiło się bowiem wy­
łącznie do drewnianych półek pachnącymi pieczywem nawet wtedy, 
gdy świeciły pustką. 

- Dla Wandy wybrałbym sweter. Tego nigdy nie jest za wiele - mówił 

Adam, który w przeciwieństwie do żony nie spuszczał oka ze sklepo­
wych witryn. - Zobacz. Ten popielaty z warkoczami. Może być za ob­

szerny, w końcu to sweter. 

Gdy Marta posłusznie pakowała do parcianej torby piękny pulower, 

Adam przechadzał się już po stoisku ze sprzętem technicznym. 

-  J e d z i e s z tam na dobrą sprawę po raz pierwszy. Kup Józkowi apa­

rat fotograficzny. Spójrz, tamta Practika z zoomem jest niezła. Sam 
chciałbym ją dostać. Co o tym myślisz, kochanie? 

- No, nie wiem... Trochę droga. Nadwerężę nasz budżet, a to tylko 

moja rodzina. 

- Nie tylko. Również moja - uciął Adam i poprosił o aparat. Oglądał 

go długo, starannie, jakby kupował dla siebie. 

Wracali o zmierzchu. Marta wtuliła się w wygodny fotel i z przyjem­

nością myślała o minionym dniu. Była szczęśliwa i podniecona tym nie­
codziennym wypadem. Wiozła w bagażniku piękne przeprosiny dla 
tych, których zawiodła. Odkryła w sobie nową niecierpliwość. Ach, gdy­
by mogła natychmiast podzielić te prezenty. Rozdać je wraz ze słowami 
skruchy, przeprosin, prośby o wybaczenie. I gdyby ci wszyscy, 
o których dzisiaj myślała, przyjęli ją bez potępienia i gniewu. Bez oczu 
zaokrąglonych zdumieniem i bez pytań. Najbardziej bała się pytań, bo 
prawdziwe odpowiedzi musiały boleć albo budzić złe wspomnienia. 

Jak dobrze, że mam Adama... - przemknęło jej przez głowę. -

W końcu to dzięki niemu nie obróciłam mojego miasta w popiół. 

91 

background image

Do starannie zaplanowanego wyjazdu zostały dwa dni. Życie Marty 

nabrało nowych znaczeń. Kręciła się po domu, najczęściej przemierza­
jąc odległość między łazienką a garderobą. Tę odległość wypełniał mdły 
zapach delikatnych perfum, a może mydła, i znaczyły w pośpiechu roz­
rzucone ubrania lub puste wieszaki. 

Nigdy tak nie wyjeżdżałam - dziwiła się sama swoim kapryśnym de­

cyzjom w sprawie degradacji bądź nobilitacji kolejnych strojów. 

Uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że dwutygodniowy pobyt w Pary­

żu nie był dla niej takim wyzwaniem, jak podróż do małego Borowa. -
Usiadła krzyżując nogi. „Cztery ulice na krzyż i cmentarz tyż" - mawiał 
o miasteczku Adam, a ona, chociaż śmiała się z tego ironicznego planu 
miasta, z trudem powstrzymała falę niechęci do męża, a przy okazji do 
wszystkich innych warszawiaków, w których raziła ją zbytnia pewność 
siebie, wynikająca z idiotycznego faktu, że urodzono ich w Warszawie. 

Zaczęła chorować na Borów, gdy skończyła piętnaście lat. W tej cho­

robie wyrażała się nienawiść nie do Borowa, tylko do ludzi, którzy przy­
jeżdżali tu z daleka i mieli w oczach ten specyficzny blask wielkiej aglome­
racji, jego śmiałość, dumę, język. Bo Marta bezbłędnie, po kilku zdaniach 

odczytywała wielkomiejskość obcych przybyszów. Nawet pochwała z ich 
ust, takie rzucone lekkim tonem: „Ładnie tu u was", było upokarzające. 

Bo co to znaczy „u was" - analizowała, nie zgadzając się na wyklu­

czenie również jej z tej innej rodzinnej przestrzeni. Zabudowanej beto­
nowymi kolosami, szumiącej kilometrami aut, zgrzytającej sznurem 
tramwajów. Tramwaje były dla Marty szczególnie ważne i z dumą nosi­
ła przy sobie, o ile to było możliwe, skasowany na jakiejś wycieczce bi­
let. Ten bilet oznaczał, że ona, Marta, też ma tramwaje i że  o n e jeżdżą 
również dla niej. A gdyby wtedy ktokolwiek chciał być z nią w takim 
tramwaju, usłyszałby zachwycony głos przyklejonej do szyby Marty. Po­
wiedziałaby na  p e w n o : „Łacinie tu u nas" i to byłoby w porządku. 

Wokół przynależności do Borowa narosło w dziecinnym życiu Marty 

wiele nieporozumień. Do pewnego czasu wszystko było proste i oczywi-

92 

background image

ste. Marta, odkąd pamięta, mieszkała na ciemnej, pełnej kurników ulicy, 
którą ktoś nie wiedzieć czemu nazwał Słoneczną. Ta nazwa rekompenso­
wała podstawowy, astronomiczny niedosyt biegających po kocich łbach 
dzieci. Marta biegała najszybciej i zdaje się była wtedy zupełnie szczęśli­
wa. Wspinała się na drzewa, jadła zielone jabłka wykradane z sadu apte­
karza i nic, ale to nic nie zapowiadało jej późniejszych niepokojów. 

Aż któregoś dnia wróciła zapłakana, urażona śmiertelnie i nieodwra­

calnie. 

- Mówią na mnie Ruska - wyjaśniła zmartwionej matce i zalała się 

łzami. 

-  J a k a ż ty Ruska! - pośpieszyła z pocieszeniem matka, wycierając jej 

umorusany policzek. - My większe Polaki od nich razem wziętych. Ale 
stamtąd przyjechali, gdzie ojczyzna dla nas się skończyła. Tęsknota tyl­
ko została i za kościółkiem naszym, i za Najświętszą Panienką z Ostrej 
Bramy. Toż wszystko tam polskie było, każdy pies i każde drzewo. 

- Ale po rusku mówimy i śmieją się! - nie ustępowała zrozpaczona 

Marta. 

- Mówimy jak umiemy, a czujemy... po polsku - podsumowała mat­

ka i posmutniała. - Wojna winna tej ludzkiej biedzie - narzekała, mie­
szając kapustę, jakby problem Marty, który okazał się nagle problemem 
całej Europy, a może i świata, pomniejszył się niespodziewanie do wiel­
kości garnka z kapustą. - Wojna to zrobiła, że ludzie ze swych gniazd 
jak ptaki bezdomne odfrunęli. Gniazda własne potracili, ale nowe zbu­
dowali. We własnym kraju, nie na obczyźnie. Ot, co. - I jakby się coś sta­
rej matce przypomniało, dodała: - A ty głupia! Cudzym bachorom wie­
rzysz. My tu musieli przyjechać, a Niemcy stąd w pośpiechu pakowali 
mienie swoje. Im też wojna wycieczku zrobiła, że pożal się Boże. Wsty­
dzić się nie ma i czego - dokończyła. - Twój ojciec porządny, choć pro­
sty człowiek, na niemieckich łzach on dorabiać się nie chciał. Szacunek 
dla tych biedaków miał i nic my od Niemca nie kupowali, szachrajstw 
nie robili, jak inne. 

93 

background image

Marta przez kilka dni nie wychodziła na podwórko. Miała czas, więc 

zaczęła czytać książki, zdziwiona, że choć były dla dzieci, ktoś je napi­
sał takim dostojnym, pięknym językiem. 

Przed powrotem Adama zdążyła uporać się z bałaganem. Pakowa­

nie odłożyła na następny dzień. Zobojętniała wobec zawartości do po­
łowy wypełnionej torby, z ulgą wynosząc ją do garderoby. 

- Telefon! - krzyczał od progu Adam. 
Marta już wcześniej usłyszała wibrujący sygnał, cierpliwie dobiega­

jący z gabinetu. 

- Koszycka - powiedziała do słuchawki, obwieszczając na migi ra­

dość z powrotu męża. - Jolka? - ucieszyła się i spoważniała niemal w tej 
samej chwili. - Oj, tak mi przykro... Kiedy to się stało? 

Adam już był obok i pytająco spoglądał na Martę. 
- Tak, oczywiście. Załatwimy to natychmiast... Mam taką nadzieję... 

Powiedz tylko, o który szpital chodzi. Dobrze. Czekaj na telefon i nie 
martw się, nie jesteś sama. 

-  J o l k a ? Nie było jej dziś w pracy. - Adam pocałował Martę w poli­

czek. 

- T a k . Ma problem. Nie chcą przyjąć jej ojca do szpitala. - Marta prze­

rzucała kartki terminarza. - Zaraz... gdzie ja upchnęłam ten numer do 
Kwiecińskiego... 

- Kto to jest Kwieciński? 
- Ciesz się, że nie wiesz. Sława od zawałów. O, zobacz... Tu zapisa­

łam. Do pracy i do domu.. 

- Miałaś jakieś kłopoty z sercem? 
- Nie kpij, bo ci powiem, że każda baba na sam jego widok może 

mieć takie kłopoty. Ja ich uniknęłam. Ale to doprawdy graniczyło z cu­
dem! - dodała przekornie. 

- Co się właściwie stało? 

94 

background image

- Ojciec Jolki jest po zawale. Znalazła go rano nieprzytomnego. 

W łóżku czy obok łóżka. Sama chyba nie wie. W jej głosie słychać tylko 
przerażenie i strach. 

Nie przeszkadzał żonie. Poczuł do Marty wdzięczność za to, że ener­

gicznie i bez komentarzy rozwiązywała teraz problem Jolki. Robiła to 
z troską i zaangażowaniem, jakby stary Wachowicz był dla niej kimś 
ważnym, a przecież nie widziała go nigdy na oczy. Patrzył na uśmiech­
niętą Martę, wyobrażając sobie, że walczy o niego. I to też było miłe. 

- Jolka? - Marta rzeczowo, bez cienia wyższości, tłumaczyła dość 

skomplikowaną procedurę umieszczenia emeryta na szpitalnym łóżku. 

- Zajmie ci to... - spojrzała na zegarek - no, może cztery godziny, czyli 
około dwudziestej nastawiam wodę na kawę i czekamy. Wpadnij... Od­

poczniesz trochę. 

-  J a k pomyślę o konkurencji, odechciewa mi się wszystkiego - wy­

znał Kuba, wpatrując się w warkoczyk, okalający jasną twarz Olgi. - Kie­
dyś chciałem być lekarzem. To fakt - mówił zamyślony. - W dzieciń­
stwie chorowałem na przewlekłe anginy i wiecznie dostawałem 
zastrzyki. Obiecałem sobie, że w przyszłości będę się mścił na całym na­
stępnym pokoleniu bachorów chorych na anginę. 

- Dosyć specyficzne podejście do idei zawodu, panie doktorze - za­

śmiała się Olga. 

- No właśnie. - Poklepał znoszone dżinsy. - Potem był okres wiel­

kiego altruizmu: chorzy na AIDS, narkomani, a po nim marzenie o nie­
śmiertelności. Mojej nieśmiertelności! - wskazał na siebie ręką i przyjął 
dumną postawę. - Jakaś szczepionka, lek na raka, a w najgorszym wy­
padku: zwycięstwo nad beznadziejnym przypadkiem cholery albo innej 
dżumy... A gdy już zwyczajnie, tak dorośle myślałem o medycynie, mia­
łem wrażenie, że to matka o niej myśli i że jej bardziej zależy na białym 
kitlu, niż mnie. To potworne, jak odkrywasz, że ktoś decyduje za ciebie 
i steruje twoimi marzeniami... 

95 

background image

- To nie tak, Kuba... Twoja mama po prostu wie, o czym marzysz. 

Uznała medycynę za słuszny wybór, więc go akceptuje. Podobnie jak 
nasza biologica. Ona tobie jednemu w całej klasie wróży sukces na eg­
zaminach, odsyłając pozostałych na pedagogikę albo... do diabła. 
Zdasz! To nie ulega wątpliwości. Gdybym w polowie była tak dobra jak 

ty... - dodała smutno. 

-  J e s t e ś lepsza, niż myślisz! Powtórzymy dziś anatomię. Genetykę 

zostawimy na jutro... 

Olgę ucieszyło to ożywienie kolegi. Ostatnio często ulegał nastrojom, 

które nie zachęcały ich do pracy. Włączali głośniej magnetofon, popijali 
czarną kawę, zjadali tony kanapek, a rozłożone skwapliwie notatki cierpli­

wie czekały. Oldze trudno było się skupić w surowym, prawie ascetycz­
nym wnętrzu, zdradzającym upodobanie kolegi do ładu i prostoty. Myśla­
ła częściej o Kubie niż o zawiłościach rozwoju komórki. Kuba na szczęście 
nie zauważał momentów, gdy jej uwaga przenosiła się z podręcznika 
w niebezpieczne rejony delikatnych dziewczęcych wyobrażeń. 

- Myślałam, że jest inaczej, że jak przez tyle lat mieszkasz pod jed­

nym dachem z chorobą i samotnością, to już wszystko o nich wiesz... - Jol­
ka prawie mechanicznie wypiła koniak. - Czasami, jak wracałam zmęczo­
na albo zła, modliłam się, żeby milczał... Żeby obraził się na mnie i zamilkł... 
A wczoraj rano, jak się nie odzywał i wiedziałam już, że stało się coś niedo­
brego... Przeraziłam się. On milczał, a już mi go brakowało. Leżał zwinięty 
z bólu w tej swojej pościeli, a ja poczułam, że już go tam nie ma. Okropne... 

- wzdrygnęła się, a Marta szybkim ruchem napełniła pusty kieliszek. 

- Myślę, że to rozumiem - powiedziała. - Ze mną też tak było. Z mo­

im ojcem... 

Spojrzenie Jolki wyrażało zdumienie, zdradzające, że Jolka nigdy nie 

myślała, że jest lub był ktoś taki, jak ojciec Marty. Bo dla Jolki Marta wzię­
ła się z doskonałości, z której wywodzą się kobiety, mające wszystko, co 
najlepsze. 

96 

background image

- Mój ojciec... - Marta zamknęła oczy, aby wywołać z zamierzchłych 

wspomnień obraz siwego, zgarbionego starca, pochylonego nad szero­
kim stołem z centymetrem wijącym się wokół chudej szyi. - Był kraw­
cem, a pił jak szewc! - Zaśmiała się z przymusem. - Baliśmy się jego po­
wrotów z bani. Chodził tam codziennie. Nie był wprawdzie 
awanturnikiem i nigdy nie zrobił nam krzywdy, ale matka tak rozpacza­
ła, gdy pijany stawał w drzwiach, że do dziś problem alkoholowy koja­
rzy mi się z trzeźwą, wrzeszczącą w niebogłosy kobietą. 

- Nie wiedziałam - wymamrotała zawstydzona Jolka. Poczuła się 

winna, jak uczennica, złapana na słodkiej niewiedzy. 

- Nikt tego nie wie. - Marta przyglądała się Jolce z sympatią. - Bo to 

jest temat na książkę, ale nie do zwierzeń. Książkom wystarczy wy­
obraźnia, a zwierzenia wymagają odwagi - westchnęła i opowiadała da­
lej tym samym, pozbawionym ekspresji głosem. - Mój ojciec umierał 
głupio, prawie w rynsztoku. Przynieśli go do domu kumple. Targali 
przez pól miasta, zamiast zaprowadzić od razu na pogotowie. Do szpi­
tala trafił za późno, ale on już miał takiego pecha. W jego życiu zawsze 
na wszystko było za późno. Wiesz, on na przykład świetnie grał. Mógł­
by zostać pianistą, ale spóźnił się o całą wojnę, a może nawet o cały 

wiek? Jak się rodziliśmy, był już schorowanym, przegranym starcem. Oj­
cem też został za późno, bo nie zdążył z miłością. Jego pierwsza narze­
czona miała nieszczęście urodzić się Żydówką. Grali ponoć piękne du­
ety. Bluma Perelmann na skrzypcach, on na pianinie. Potem ojciec żył 
bardziej pamięcią o tych duetach niż z moją matką. Dobrą z gruntu ko­
bietą, ale nie pasującą do niego. Jak toporny bucik na słoninie nie pasu­
je do delikatnego, męskiego lakierka. Kochałam go i nienawidziłam. Ale 
jak go zabrakło, zrozumiałam, że nikt taki już się w moim życiu nie po­
wtórzy... 

- I dlatego traktuje się mnie w tym  d o m u jak nędzną replikę teścia! 

- Adam wniósł dymiące miseczki z żurkiem i rozstawiał je na stole, a Jol­
ka poczuła się jak u siebie. Doszła do wniosku, że po raz pierwszy jest 

6 — Głodna kotka 

97 

background image

U

 obojga Koszyckich jednocześnie, a może nawet trochę bardziej u Mar­

ty, która teraz skupiła cale swe zainteresowanie na niestarannie pokro­
jonym pieczywie. Jakby to  o n o było tym szczególnym problemem, 
z którym zmierzyć się muszą szczęśliwi na ogół ludzie. 

Jolka bezradnie i z trwogą rozglądała się po szpitalnej sali. Rząd iden­

tycznych łóżek, cicho postękujących, szeleszczących białymi okryciami, 
trwał w logicznym porządku, jakby to nie były łóżka, a zdyscyplinowani 
żołnierze, śledzący nieufnie czającego się, niewidzialnego wroga. 

-  J o l e ń k a ? - dobiegł ją spod ściany cichy piskliwy głos. -  J o l e ń k o , to ty? 
- Hej, tato - szepnęła, tarmosząc dziecinnie suche ramię, ukryte 

w ciepłej flaneli. - Pewnie myślałeś, że o tobie zapomniałam, a ja błądzę 
po tym molochu już godzinę i klnę na wszystkich budowlańców świa­
ta. Tylko mi nie mów, że sam budowałeś to szkaradztwo! - Rozejrzała 
się po wnętrzu i już z uśmiechem spojrzała na ojca. - Przyniosłam tylko 
to, co lubisz - zastrzegła się, wyciągając z torby  o w o c e i sok. 

Zrezygnował z protestów, osłabiony jeszcze i zniewolony ciężarem 

nowego kłopotu. Patrzył na nią z miłością i dumą. Z niedowierzaniem, 
że w tym całym zamieszaniu, jakiego ostatnio był autorem, spełniło się 
jego największe marzenie i oto teraz córka, jedyna radość w nadwerężo­
nym pracą życiu, siedzi  o b o k i obiera mandarynkę. Poczuł się tak dobrze, 
że próbował usiąść, ale Jolka nie chciała nawet o tym słyszeć, widząc to, 

czego on nie mógł zobaczyć: zmizerowaną, wymęczoną przeżyciami 
twarz, zbyt kruche i bezwładne jeszcze ciało, niezdrowe rumieńce. Sła­
bość i bezbronność wyzierała z całej postaci Wachowicza i stanowiła wy­
starczający powód, aby tu leżał, pod czujnym okiem czarnej, ruchliwej 
pielęgniarki, która teraz kręciła się przy sąsiednim łóżku i sprawnie zmie­
niała kroplówkę. A przecież było jeszcze serce... To ono, zbuntowane 
i nieposłuszne, upomniało się o Jolki miłość. Bo przedtem Jolka nie my­
ślała o ojcu w kategoriach miłości. Był oczywistym podmiotem jej samot­
ności, do którego się wraca po całym dniu, z którym spędza się urlop al-

98 

background image

bo niedzielne popołudnia, je posiłki. W tych wszystkich dokonaniach 
miłość nie stanowiła niezbędnego uzupełnienia. Dopiero teraz, gdy zo­
stała poddana bolesnej próbie, objawiła się jako coś oczywistego. 

Przyjaznym gestem przywołała zwinną pielęgniarkę. 
- No, teraz już wiemy, co panu leży na serduszku. Piękne dziewczy­

ny... Nic dziwnego, że nie wytrzymało - uśmiechnęła się porozumie­
wawczo do Jolki. 

- To moja córka - tłumaczył się piskliwie Wachowicz. W jego głosie za­

brzmiała duma, która dla Jolki zawsze była krępująca. Dzisiaj jednak nie. 

- Sama chciałabym być pańską córką. Ojciec pani to nasz pupil - wy­

jaśniła Jolce, poprawiając pościel.  - T y l e w panu Wachowiczu ciepła, że 
przychodzimy się ogrzać! No i nie wypuścimy pana tak prędko. Jak już 
będzie narzekał i grymasił, wróci do domu, ale nie prędzej. 

- Oj, to nigdy nie wróci. Nie umie narzekać! -  J o l k a udawała bardzo 

zmartwioną. 

-  J a k to nie umiem? - Wachowicz wyraźnie przejął się swym losem. 

- Ty, Joleńko, przecież najlepiej wiesz, jaki bywam nieznośny... 

- Nie chcę  w a m przeszkadzać. - Matka Kuby stała w uchylonych 

drzwiach. - Ale zabrakło mi w mieście pieniędzy i nie kupiłam wszyst­
kiego. Załatw to, Kuba, szybciutko. 

Olga drugi już raz towarzyszyła pani Madeckiej w kuchni. Lubiła tę 

spokojną, zrównoważoną kobietę, która pasowała do jej wyobrażeń 
o idealnej matce. Była ciepła, łagodna, wyrozumiała i odczuwało się, że 
nie oszukuje, że po prostu taka jest. Z trudem radziła sobie z drożyzną 
i dlatego Kuba każdego lata pracował. Oddawał jej większość zaoszczę­
dzonych pieniędzy, tylko część przeznaczając na jakiś luksusowy ciuch 
lub sprzęt, o którym marzył. Potem zwierzał się Oldze ze swych wątpli­
wości, bo je miał i często przysłaniały mu radość ze zdobytych w takim 
trudzie rzeczy. Tylko Olga znała wstydliwe tajemnice Kuby. Schlebiała 
jej ta szczerość, wpisana w ich szkolne, koleżeńskie porozumienie. 

99 

background image

Dogadujemy się, bo oboje jesteśmy odmieńcami. Implantami samot­

ności na tym szkolnym podwórku - myślała, oceniając zgodność poglą­
dów swoich i Kuby we wszystkich niemal spornych kwestiach, jakie nie­
sie licealne doświadczenie. Ta zgodność jeszcze bardziej oddzielała ich 

od reszty klasy i oboje zdawali sobie z tego sprawę. 

- Lubisz kuchnię, Olgo? - Madecka życzliwie przyglądała się tej cichej 

i poważnej koleżance syna. Przypominała trochę ją samą z czasów matu­
ry. Myśl o tych szczęśliwych czasach od dawna nie odwiedzała małego 
mieszkania Madeckich. Nie było w nim miejsca na szczęście, które trwało 
zbyt krótko... Madecka uczyła matematyki i znała współczesne dziewczy­
ny. Najstarsze z jej uczennic miały zaledwie po piętnaście lat, ale większość 

z nich zdążyła już skutecznie zamaskować swą niepełnoletniość. Madec-
kiej jakoś specjalnie to nie przeszkadzało. Toteż przymykała oko na wy­
skubane brwi, farbowane włosy i krzykliwe paznokcie. Wymagała jednak 
bieglej orientacji w prawach rządzących rzeczywistością liczb. W tym jed­
nym nie przejawiała żadnych oznak tolerancji i kierowała się żelazną kon­
sekwencją. 

Mogłyby brać przykład z Olgi - myślała teraz, pełna podziwu dla jej 

dziewczęcej urody, jeszcze nienaruszonej żadnym szaleństwem. Zau­
ważyła z przyjemnością, że również w ubiorze Olga nie przejawia skłon­
ności do ekstrawagancji, konsekwentnie prezentując za obszerne o dwa 
numery flanelowe koszule albo trykotowe koszulki. 

- Z tą kuchnią jest różnie - mówiła Olga, płucząc ręce. - Bywają dni, 

że z niej nie wychodzę, bo to frajda przygotować jakąś niespodziankę. 
Mama prawie w ogóle nie gotuje, ale jest wielkim łakomczuchem i mu­
szę przyznać, że dobrze reaguje na to moje dożywianie. Ale zdarzają się 
cale tygodnie strajku. Wówczas nie wchodzę do kuchni. Nawet, gdyby­
śmy wszyscy musieli to przypłacić śmiercią głodową. 

- I w jaki sposób jej unikacie? - grzecznie zainteresowała się Madecka. 
- Ojciec przynosi pizzę. Gdy ją zjadamy, jest święcie przekonany, że 

sam ją upiekł. 

100 

background image

- Powiedz mi... - Madecka zamilkła, ale zachęcona spojrzeniem 

dziewczyny, podjęła rozmowę. - Powiedz, czy nie odnosisz wrażenia, 
że Kuba jest ostatnio wiecznie zdenerwowany, taki rozdrażniony, a na­

wet... niemiły? - zakończyła z ulgą, jakby pytała o coś bardzo nieprzy­
zwoitego i wstydziła się swej ciekawości. 

Olga nie od razu odpowiedziała. 

- Tak... - odrzekła w końcu.  - T e ż odnoszę takie wrażenie. Wprawdzie 

wobec mnie Kuba nigdy nie był niemiły... Jesteśmy tylko znajomymi i spo­
tykamy się niezbyt często, ale zgadzam się z panią. On się trochę zmienił. 
Myślę, a nawet jestem pewna, że przeżywa stres przed egzaminami. Wie, 
że powinien je zdać. Jest świetny i samodzielny. A jednak pozostaje nie­
pewność, obawa, że będą lepsi. On się boi... Boi się panią zawieść... 

- Wobec tego myślimy podobnie - szepnęła Madecka. - On się istot­

nie boi. Boi się zawieść nas obie... 

Olga znieruchomiała, a w jej oczach zapłonęła maleńka iskierka 

szczęścia. Zgasła jednak natychmiast, gdy gwałtownie trzasnęły wej­
ściowe drzwi, a z korytarza dobiegł głos Kuby z wyraźną pogróżką: 

- Mam nadzieję, że kawa już dymi! - krzyczał od progu. - Bo jeśli 

nie, to ostatni raz w życiu dałem się wykiwać! 

Uśmiechnęły się do siebie, jak dwie licealistki, które dozgonnie po­

łączyła wspólna tajemnica. 

- Lubię twoją mamę. - Olga włączała płytę z przebojami muzyki kla­

sycznej, jedyną w zbiorach Kuby, umożliwiającą naukowe skupienie. 

- Ona też ciebie lubi - odrzekł poważnie Kuba. - A nawet myśli... 

No... Wiesz... 

- Nie wiem - odpowiedziała bezwzględnie i wlepiła w Kubę migda­

łowe spojrzenie. 

Zmieszał się, zawstydził. 

- Myśli, że ja ciebie też, no i że ty... - spojrzał błagalnie na Olgę. 
- Ale to oczywiście nieprawda? - Jej oczy śmiały się prawie głośno. 

101 

background image

-  J a s n e , że nieprawda! - przytaknął skwapliwie i zaczaj w pośpiechu 

przerzucać porządnie ułożone notatki. 

- Późno dziś wróciłaś, a ja jutro wyjeżdżam - poskarżyła się Marta, 

patrząc z wymówką na córkę. - Nie zdążyłyśmy nawet wypić wspólnie 
herbaty... 

Dalsze pretensje utknęły gdzieś w drodze, bo Olga jednym susem 

znalazła się przy matce i roześmiana, uściskała ją mocno. Marta instynk­
townie wyczuła, że ten nagły przypływ czułości ma niewiele wspólne­
go z nią samą. 

- Wygląda na to, że jesteś szczęśliwa - zdecydowała poważnie, 

a rzut oka na roześmianą twarz Olgi potwierdzał w pełni tę uwagę. Za­
ufała macierzyńskim przeczuciom i dodała: - Wygląda na to, że jesteś 
zakochana. I byłabym głupia, nie domyślając się, że z wzajemnością. 
Czy tak? 

- Tak mamo, tak... - Olga nie przestawała się uśmiechać. - Cieszę 

się, że właśnie dzisiaj Kuba coś wspomniał... no... zasugerował... 

- Zasugerował, że się w tobie buchnął? - pomogła jej domyślnie Marta. 
- Mniej więcej - oceniła lapidarnie Olga. 
- Co mniej, a co więcej? Znowu mnie wkurzasz. Tak długo cię nie 

było, że mogłaś z nim ustalić, czy kocha mniej, czy więcej. To wbrew po­
zorom istotne! 

Śmiały się obie. W końcu Olga stwierdziła radośnie: 

- No to ci powiem, że więcej, a na herbatę nigdy nie jest za późno. 

Powtarzasz to prawie codziennie, a czasami nawet o czwartej nad ranem. 

Ruszyły obie do kuchni. Cicho, aby nie obudzić Adama, który stra­

cił kontrolę nad ilością goli w transmitowanym meczu, a biegający po 
ekranie piłkarze, mimo prezentowanej pracowicie wysokiej formy, 
d a w n o przestali go interesować. 

background image

CZĘŚĆ II 

- Czy coś się stało? 
Agnieszka z niepokojem podeszła do męża. Trzymał jeszcze przy 

uchu słuchawkę telefonu, ale milczał i widać było, że rozmowa już się 
skończyła. - Kto dzwonił? - pytała podenerwowana. - Proszę, uspokój 
mnie. Przecież widzę, że coś się stało... 

- Nic się, Agnieszko, nie stało. Dzwonią duchy przeszłości - odpo­

wiedział i uśmiechnął się tajemniczo. 

Wzruszyła ramionami. Nie zawsze umiała rozmawiać ze swoim dziw­

nym mężem. Trochę marzycielem, trochę filozofem. Sama, choć była po­
lonistką i miała wszelkie predyspozycje, żeby błądzić po światach urojo­
nych, nigdy nie pozwalała sobie na takie wędrówki. Lubiła jasne 
sytuacje, proste jedzenie i klarowną rzeczywistość. Była jeszcze młoda, 
znacznie młodsza od Krzysztofa i myślała czasami, że żyją na dwóch tro­
chę różnych planetach. Podczas gdy ona przyjmowała go na swojej, ob­
jaśniając każdy szczegół specyfiki życia na tym terytorium, on skwapli­
wie strzegł pewnych niewidzialnych granic, jakimi otoczył swój mały, 
wewnętrzny świat, i Agnieszce rzadko udawało się do niego dostać. A na­
wet, jak się w nim znalazła, czuła się trochę intruzem, a trochę znudzo­
nym pielgrzymem błądzącym po zawiłych, irytujących ścieżkach. 

Teraz też tak się poczuła. Wróciła do kuchni po kubek z mlekiem i po 

chwili minęła Krzysztofa, wnosząc po schodach, razem z mlekiem, do­
brze zagraną obojętność. 

- Agnieszko! - Głos Krzysztofa był spokojny. - Aguniu - dodał mięk­

ko. - Musimy porozmawiać. 

103 

background image

- Dobrze, ale teraz ty poczekaj. Mleko dla Pawia prawie wystygło. 
Porzuciła go jak zwykle bez skrupułów. I jak zwykle dla Pawła, dzię­

ki któremu trzy lata temu Krzysztof odkrył jeszcze jeden ważny rodzaj 
miłości, która w jego przypadku przychodziła albo za wcześnie, albo za 
późno, zawsze pozostawiając wyłom w duszy i zdziwienie, że miłość 
może z jednakową silą cieszyć i unieszczęśliwiać. 

Dochodziła dwudziesta druga. Zapowiadała się kolejna ciepła 

noc. Ogród nie spał. Trwały w nim uporczywe próby orkiestry świer­

szczy, lub przerywane odgłosami niewidzialnego życia, rodzącego 
się w ciemnościach starego, zarośniętego sadu. Wytrawne  u c h o Krzy­
sztofa doskonale odczytywało te dźwięki, szepty i szmery owadzich 
skrzydeł. Zatęsknił do skrzydlatych muzykantów, którym poświęcił 
się z pasją i oddaniem... Agnieszka domyśli się, że jest w ogrodzie. 
Wziął fajkę, ciepły sweter i otworzył na oścież drzwi przestronnej we­
randy. 

Wiklinowy fotel skrzypnął przyjaźnie na powitanie. Niby nic takie­

go się nie zdarzyło. Nie miało prawa się zdarzyć. A jednak teraz, w pół­
mroku czerwcowej nocy i w samotności, Krzysztof musiał przyznać, że 
się wydarzyło. Że gdy upewniał się, z kim rozmawia, coś niebezpiecz­
nie w nim drgnęło. 

Marta. Jego Marta. Wielka namiętność od zawsze. Od chwili, gdy zo­

baczył ją na rowerze, jak ścigała się ze starszymi chłopakami. I jak spa­
dla, tłukąc boleśnie kolana. Chciał jej pomóc, ale nie pozwoliła. Odrzu­
ciła buńczucznie czarny warkocz, spojrzała na niego z pogardą. Wytarła 
ręką krew i zdaje się, że nawet pokazała mu język. 

Chodzili wtedy do różnych szkól. Spotykali się jednak na jakichś 

konkursach, wieczornicach. Unikał wówczas jej wzroku. Bał się, że zno­
wu zobaczy wymierzoną w siebie pogardę. 

A jednak nic takiego się później nie zdarzyło. Gdy mieli po piętna­

ście lat, spotykali się często w bibliotece. Szybko okazało się, że czytają 
to samo i w takich samych ilościach, wzbudzając nieufność bibliotekar-

104 

background image

ki. Próbowała sprawdzać, czy znają treść książek. Uwielbiali wtedy po­
pisywać się przed nią, a może przed sobą, zapamiętanymi fragmentami 
tekstu. I wracali razem. Odprowadzał ją do sąsiedniej ulicy. Nigdy nie 
pozwalała mu podejść pod dom, w którym mieszkała. Wstydziła się. Te­
go był pewien. A im mocniej czegoś się wstydziła, tym bardziej stawała 
się obca i nieufna. Nawet wobec niego, Krzysztofa, choć przecież szyb­
ko się okazało, że zostali dla siebie stworzeni. 

- Tu uciekłeś przede mną? Nie jest ci zimno? 
- Tu na ciebie czekam, ciesząc się, że mamy tylko jednego synka -

uściślił. 

- Dowiem się, kto dzwonił? 
Agnieszka także zaopatrzyła się w sweter. Znała zwyczaje męża i nie 

zdziwiłaby ją żadna godzina powrotu do domu. W tym starym ogrodzie Pan 
Bóg wyłączał wszystkie zegarki i każdą upływającą sekundę czynił stosow­
ną porą na długie, leniwe wsłuchiwanie się w kroki nadchodzącego lata. 

- Dzwoniła do nas Marta. Marta Koszycka z Warszawy. 

Mógł nie wymawiać przynajmniej tego nazwiska. Agnieszka ze­

sztywniała i już buntowała się przeciwko wszystkiemu, co mogła usły­
szeć od Krzysztofa. Bo nie mogła usłyszeć nic kojącego i dobrego dla 
siebie. To było pewne. 

- Co sprawiło, że przypomniała sobie o Borowie? - Celowo powie­

działa „o Borowie", nie „o tobie"; nie zniosłaby myśli, że ta kobieta, 
wciąż w jakiś niezrozumiały sposób plącząca się po ich małżeństwie, za­
dzwoniła ze względu na Krzysztofa. Zresztą, zdaniem Agnieszki, nie 
miała prawa tu dzwonić. 

Krzysztof wypuszczał w mrok kłęby pachnącego dymu. Milczał. 

- Nie wiem, co się stało - odezwał się wreszcie do żony. - Nie rozu­

miem tego telefonu. Ona... jutro tu przyjeżdża. Zapytała, czy znajdziemy 
dla niej czas. 

- Domyślam się, że znajdziemy? - Agnieszka w napięciu czekała na 

odpowiedź. 

6 — Głodna kotka 

105 

background image

- Do jutra zdążysz podjąć decyzję w tej sprawie. Uważam, że ty po­

winnaś to zrobić. Jesteś moją żoną i nie chciałbym w żaden sposób cię 
dotknąć. Wiemy oboje, kim Marta dla mnie kiedyś była i tego nie da się 
zmienić, tak jak nic nie zmieni faktu, że jestem z tobą szczęśliwy, że przy 
tobie wyzdrowiałem. Uwierzyłem jeszcze raz w miłość. 

Krzysztof zawstydził się trochę tych spóźnionych wyznań. Nie miał 

zwyczaju analizować uczuć głośno. Czuł się w takich sytuacjach zakło­
potany. Powiedziałem jej więcej niż przez wszystkie lata małżeństwa -
zaniepokoił się, a głośno dokończył: - Ufam twojemu instynktowi. Dla­

tego proszę cię o decyzję w tej niełatwej dla ciebie sprawie. Jak posta­
nowisz, tak będzie. 

Agnieszka pomyślała ciepło o mężu. Chyba po raz pierwszy potrak­

tował ją dojrzale, nie jak jedną ze swych uczennic, nie odróżniających 
trzmiela od szerszenia, więc nie zasługujących na zaufanie. Tym razem 
dostrzegł w niej partnera, a skoro tak - ona nie może go zawieść. Postą­
pić lekkomyślnie. Głupio i dziecinnie. Im lepiej zda ten niespodziewa­
ny sprawdzian dorosłości, tym łatwiejsze będzie jej życie z tajemnicami 
Krzysztofa. A może nawet je zwycięży. Te nagłe zmiany nastrojów, apa­

tii, długie dni wypełnione chmurnym milczeniem... Westchnęła pod 
przygnębiającym ciężarem myśli. 

- Kocham cię, Krzysztof. W końcu to ja latałam za tobą, gdy ty ugania­

łeś się wyłącznie za motylkami. Jesteś jedynym interesującym mnie doj­
rzałym osobnikiem, jak sam byś to zdefiniował. Przez chwilę wydawało 
mi się, że los zadrwił ze mnie tym telefonem. Pięć lat walczę z kobietą, 
którą znam tylko z okładek książek. To nie jest łatwe i mnie też nie jest ła­

two. A teraz przyjeżdża przyczyna całego zła. Może nie zła. Może w każ­
dym małżeństwie jest jakiś próg nie do przekroczenia. Nie wiem. Pomy­
ślałam tylko, że jej przyjazd nie uczyni nam większej krzywdy, niż 
długoletnia nieobecność. Bo tak naprawdę, to  o n a tu z nami mieszka. 
Uwięziona na wieki w twoim sercu, od lat cynicznie spoglądająca na nasz 
związek. 

106 

background image

- Agnieszko! - Zdumiał i przeraził go ten wybuch gniewu. 
- Tak to widzę od dawna. Ma przewagę. Ja jestem tylko polonistką 

i niedługo być może zacznę podziwiać jej złożoną osobowość twórczą 
i mówić cytatami z jej książek. Przyznasz... nierówna to walka. Zwła­
szcza, że Goliat posiadł spryt Dawida i dla mnie nic nie zostało. Tylko to 

jedno. Wiara, że nic nie trwa wiecznie... 

Oboje byli już zmęczeni. Każde z nich inaczej i na własny dramatycz­

ny sposób. Agnieszka wstała. 

-  J e ś l i chce, może u nas nawet zamieszkać. Nie musisz się obawiać 

niegrzeczności z mojej strony. Kto wie... - Trzęsła się z zimna, choć wo­
kół dyszało parne powietrze. - Może ona tym przyjazdem zwróci nam 
wolność?... Tobie wolność - sprostowała. - A mnie to, co powinnam 
otrzymać od ciebie w ślubnym prezencie: pewność, że jest się bezgranicz­
nie kochaną i jedyną.- Otuliła się swetrem i odeszła w stronę światła. 

W ręce Krzysztofa już dawno zastygła wypalona fajka. Siedział prze­

rażony wyznaniem Agnieszki. Nigdy nie sądził, że on też potrafi tak bo­
leśnie krzywdzić. Tak samo bezwzględnie i głęboko jak... Marta. 

Górscy nie patrzyli na siebie. Ona nerwowo wykręcała róg sfatygo­

wanej ścierki, którą przed chwilą bez powodu wycierała lśniący stół. On 
podparł głowę łokciem, a złe spojrzenie utopił w resztkach osiadające­
go piwa. Między nimi leżał niemy  p o w ó d nieporozumienia. Niestaran­
nie rozdarta koperta i list. 

- Nie ma co! Zakpiła sobie z nas wszystkich ta twoja sławna siostrzycz­

ka - warknął Górski. - Na twoim miejscu zamknąłbym jej drzwi przed no­
sem. Do dawnego gacha przyjeżdża, nie do ciebie... Bo jak to jest! - mówił 
już głośniej, poirytowany własnymi słowami. - Zjawić się po tylu latach 
w Borowie, gdzie mieszka rodzina, i zatrzymać się u obcych? Ty wiesz, co 
powiedzą Mańkowicze albo ta twoja głupia Helka? Do końca życia się nie 
pozbierasz z plotami... Zapomniała, że ma siostrę, a jak sobie przypo­
mniała, to przyjdzie na audiencję. Pieprzona hrabina z... 

107 

background image

- A  g ó w n o to Mańkowiczów obchodzi, kto u mnie śpi, a kto nie. Ty 

tylko na ludzi patrzysz, jakbyś nie wiedział, że zawsze gadają. To moja 
siostra, rozumiesz? Możesz z nią nie rozmawiać, jak ci się nie podoba, 
ale krzywdy ci żadnej nie zrobiła, a opowiadasz o niej takie bzdury, że 
w ogóle nie powinna była tu przyjeżdżać... Czego ty właściwie od niej 
chcesz? - Wanda spojrzała na męża z pretensją. - A twój brat... - sięgnę­
ła po koronny argument. - Czy on się tu zjawia, jak na zawołanie? Sam 

też tyłka nie ruszyłeś od piętnastu lat. Nie pamiętam, żebyś z tęsknoty 
latał na Śląsk po braterskie pocałunki. 

- Śląsk jest daleko. - Górski żul zapałkę i oglądał paznokieć u małe­

go palca. Brudny i długi. - A z moim bratem to inna sprawa - uciął. 

- Inna sprawa! - prychnęła Górska. - Po prostu z nikim nie możesz 

żyć w zgodzie. Taka to inna sprawa! 

- Nie kłóćcie się - zabrzmiał błagalny głosik Natalii, stojącej dotąd 

cicho w kuchennych drzwiach. 

Zmieszali się oboje, trochę zawstydzeni obecnością tej najmłodszej, 

wrażliwej i chorowitej córki. 

- Nikt tu się nie kłóci, Nataluś. Tak tylko głośno rozmawiamy z tatu-

siem - uspokoiła dziewczynkę Górska, znacząco patrząc na męża. 

- Przyjeżdża ciocia Marta? 
- Przyjeżdża, przyjeżdża, tyle że nie do ciebie. - Górski wstał, uzna­

jąc dyskusję za skończoną. 

- A nieprawda! Bo i do ciebie. Tylko ciocia pisze, że u nas ciasno, 

więc żeby nie przeszkadzać, będzie spala gdzie indziej. Masz list. - Po­
dała go dziecku. - Sama przeczytaj. 

Natalia chwyciła kopertę niczym cenną zdobycz i wybiegła z kuchni. 

- Czy ty nie widzisz, jak ona się cieszy? Dlaczego psujesz każdą ra­

dość? Zawsze szukasz dziury w całym. Dobrze o nikim nie powiesz. Ty­
le lat z tobą przeżyłam... - Usiadła na taborecie i z łatwością zapłakała. 

- Tyle lat... I wciąż tylko pretensje twoje słyszę, wieczne niezadowole­

nie. Kiedy ty się nauczysz choć trochę lubić ludzi? 

108 

background image

Górskiemu zrobiło się przykro. Zamiast wyjść, podszedł do żony 

i delikatnie poklepał ją po ręce. 

-  J u ż nic ci powiedzieć nie można... A niech przyjeżdża, byle by ci 

z tym dobrze było. Bo jak na razie, to jeszcze jej nie ma, a ty już płaczesz. 
Co z niej za pożytek? - dodał filozoficznie. I nie czekając na odpowiedź, 
otworzył nową butelkę piwa. 

Natalia lubiła drzwi do dziecinnego pokoju. Były grube, z litego 

drewna, pomalowane ociekającą białą farbą i z łatwością odgradzały ją 
od krzykliwego świata rodziców. Zamknęła je za sobą szybko, może na­
wet za szybko, bo pęd powietrza targnął zasłoną i zatrząsł delikatną pa­
procią wiszącą przy oknie. 

Ten pokój, do niedawna z trudem mieszczący całą trójkę rodzeń­

stwa, teraz należał prawie wyłącznie do niej. Ewa pracowała w pobli­
skim Dembowie, w nowoczesnym zajeździe, i zaocznie uczyła się w stu­
dium hotelarskim. Planowała, że będzie jeszcze studiować, chociaż 
ojciec gorąco krytykował ten projekt. Zawsze coś krytykował, więc ni­
kogo to specjalnie nie dziwiło. Tylko matka niepotrzebnie dawała się 
prowokować i w ten sposób rodzice, choć rozstali się z Ewką, codzien­
nie przywoływali ją w niekończących się sporach. 

Ewa, nieświadoma wojny, jaką wywołała, najspokojniej zamieszki­

wała z koleżanką na stryszku zajazdu. Ten niewielki pokoik był ładnie 
urządzony, a co ważniejsze - panowała w nim atmosfera zgody i spo­

koju. Natalia bywała tam częstym gościem, zazdroszcząc siostrze wy­
łącznie ciszy i widoku na pobliski, stary las. 

Bartek też coraz rzadziej wracał do Borowa. Mieszkał w Słupsku, 

w internacie, i przyjeżdżał dwa razy w miesiącu. Wówczas pokój wypeł­
niał się światłem dużego miasta, pełnego ciekawych spraw, o których 

Natalii opowiadał, gdy już leżeli w łóżkach. Chętnie dzieliła się z bratem 
skromnym metrażem, bo Bartek otwierał jej drzwi do innego świata. 
I chronił Natalię przed krzykami dochodzącymi wieczorem ze stołowe-

109 

background image

go. Przy nim odpoczywała od atmosfery domowych spięć, coraz częst­
szych między wiecznie niezadowolonym ojcem i zmęczoną matką. 

O liście wiedziała pierwsza. To  o n a znalazła go w skrzynce i poło­

żyła na stole rodziców tak, żeby go szybko zauważyli. 

Natalia kochała ciotkę. Kochała ją tak, jak dziewczynki w jej wieku 

kochają twarze z ekranu i głosy z płyty. Miłość Natalii miała jednak pew­
ną przewagę nad innymi rodzajami uwielbienia, bo ciotka w pewnym 
sensie do niej należała. Nie aż tak, jakby Natalia sobie tego życzyła, bo 
pamiętała ją mgliście - piękną kobietę, otuloną futrem, trzymającą się na 

uboczu skromnego konduktu pogrzebowego. Żegnali wtedy babcię 
Nastkę i wszyscy między sobą szeptali, że ciotka pojawiła się za późno. 
A Natalia była zachwycona, że w ogóle się pojawiła. Tam, na cmentarzu 
i w jej dziecięcym życiu. W swoim dzienniczku na smutki zapisała: „Chcę 
być, ciociu, taka jak ty". I była. Z roku na rok coraz bardziej przypomi­
nała małą Martę. W kilka lat później to nieprawdopodobne podobień­

stwo dostrzegali wszyscy starzy borowianie. No i matka. Czasami wpa­
trywała się w córkę długo, z jakimś rozrzewnieniem w oczach, a potem 
cicho, żeby nie usłyszał ojciec, szeptała do ucha Natalii: „Nasza Martu-
sia z ciebie wyrasta. Jakbyś ty, córuś, jej dzieckiem była, nie moim..." 

- I kręciła z niedowierzaniem głową. 

A więc przyjedzie tu... - Natalia wpatrywała się radośnie w sufit, wy­

obrażając sobie powitanie z ciocią. Czekała na nie tak długo. Z wiarą 
i cierpliwością, jakie mają w sobie tylko małe dziewczynki, dla których 
odległość dzieląca ziemię od gwiazd bywa mniejsza niż droga do skle­
piku ze świeżym pieczywem. 

Ford dobrze trzymał się drogi. Bywały chwile, że Marta przystawa­

ła, osaczona zewsząd samochodami zmuszonymi do pokornego czeka­
nia. Uśmiechnęła się, myśląc, że doczekała czasów, w których zmienił 
się nawet charakter polskich kolejek. Jeszcze tak niedawno ci sami ro­
dacy, uwięzieni teraz w peugeotach, oplach, fiatach i mazdach, przysta­

n o 

background image

wali cierpliwie przed witrynami rzeźnika. Stali w kilometrowym ogon­
ku, często w szarych jesionkach i zeszłorocznych szalikach. W tych ko­
lejkach, niemal patriotycznych, żył duch narodu - pomyślała Marta. -
Ludzie mieli sobie tyle do powiedzenia. Dobrego i złego. Ale mówili. 
Nie oddzielały ich pancerne szyby ekskluzywnych samochodów, słu­
chawki telefonów komórkowych czy nawet fasony garniturów. 

Jechała już godzinę i wciąż była w pobliżu Warszawy. Borów leżał 

na końcu świata, choć Adam bez trudu przyłączył go czerwonym maza­
kiem do stolicy. 

- Pojedziesz tak - tłumaczył Marcie wieczorem. - Na Toruń, potem Świe­

cie, mijasz Tucholę i Chojnice... - Jeszcze jedna czerwona kreska na mapie 
i Marta ujrzała z uporem przez lata wyrzucaną z pamięci krainę jezior. 

Tu, gdzie pieśni kaszubskie mieszały się z dumkami, niespełna pół 

wieku temu ona, Marta, przyszła na świat jako trzecie dziecko Budziszów. 
Dziecko zdrowe, z początku tłuste, żyło przez dziesięć pierwszych lat 
w bezkarnej naiwności, że tylko w Borowie świat się kończy i zaczyna. 

Duży udział w rozpowszechnianiu tego poglądu miała matka Mar­

ty. Była w niej krewkość i energia, zdradzająca naturę kresów, wschod­
nią serdeczność, ale i temperament niezwykle pomocny w negocjacjach 
o przetrwanie. Dlatego podwórko, na którym wychowała się Marta, czę­
sto przemierzał ostry, kłótliwy głos Budziszowej, na dźwięk którego 
z hukiem zamykały się okna sąsiadów. Zmienne bywały sąsiedzkie 
przyjaźnie. Czasami matka piekła specjalnie ciasto, aby przyjąć starą Wa-
trachową, salową ze szpitala i jednocześnie praczkę. Jeśli obie panie nie 
rozwiązały przy tym cieście tak spornej kwestii jak kolejność korzysta­
nia ze sznura na bieliznę, między domami zapadała długotrwała cisza, 
podtrzymywana drobnymi, codziennymi złośliwościami, wpływający­
mi ożywczo na codzienną nudę. 

Marta lubiła matkę za jej miłość do zwierząt. Budziszowa pamiętała 

nawet o cudzych kotach i psach. W mroźne zimy wygrzewał się przy ich 
piecu cały sztab bezdomnych stworzeń, które tylko sobie znanym spo-

111 

background image

sobem odkrywały kaflowy azyl i miskę ze skromnym posiłkiem. Ojciec 
czasami wpadał w gniew. Mówił, że nie może szyć, bo czuć w chałupie 
kotem i że niedługo, jak za okupacji, wszyscy będą zapchleni, ale jego 
żona wyniośle milczała, ufając w skuteczność strategii ignorowania jego 
jaśniepańskich kaprysów. I ojciec powracał do szycia, godząc się z pchła­
mi, a nawet z kocim smrodem, bo naglące terminy nie pozwalały mu na 
zajmowanie się duperelami. Duperelami nazywał sprawy nie mające nic 

wspólnego ze sztuką kroju, szycia i gry na pianinie. Te trzy wąskie spe­
cjalizacje, uzupełniane wiedzą, która co wieczór płynęła z Londynu 
przez stary, skrzypiący głośnik, uznawał ojciec za jedyne ważne dziedzi­
ny życia. I czy jego stary singer stał w Borowie, czy jakimś cudem zna­
lazłby się wraz z ojcem w eleganckim salonie krawieckim stolicy, upodo­
bania Budzisza nie uległyby w najmniejszym stopniu zmianie. 

Marta zwolniła. Wspomnienia, choć miłe, utrudniały koncentrację, 

a samochodów wciąż przybywało, jakby cała Polska kierowała się 
w stronę Borowa. 

Letnie miasteczko ten mój Borów - pomyślała, przypominając sobie, 

jak senne, wąskie uliczki, po których biegało się przez dziesięć miesię­
cy bez obaw, nagle przed lipcem zapełniały się ludźmi, a nawet samo­
chodami. Jak gęstniało od gwaru i kolorów, namiotów, plecaków i ich 
właścicieli w śmiałych, za krótkich spodenkach. Najbardziej zmieniał się 
stromy brzeg jeziora, obrośnięty wysokimi trawami, który widać było 
z rogatek miasta. Jeśli ktoś nawet zapomniał, że to lato, wystarczało, aby 
poszedł na te rogatki i policzył rozkwitłe nocą brezentowe budki. Wy­
rastały jak grzyby po deszczu, poutykane w zieleni i wabiące odgłosem 
starych, fałszujących gitar. 

Mali borowianie, wśród nich i Marta, na widok obcych namiotów na­

tychmiast jednoczyli się w lokalną niezależną armię. Podchodzili nad brzeg 
całą gromadą, siadając nieufnie i z dala od wczasowiczów. A potem godzi­
nami gapili się na nich. Milcząc i żując trawę. Marta pamięta, że też milcza­
ła, żuła trawę i z innymi zastanawiała się, dlaczego ci ludzie, wyglądający 

112 

background image

całkiem inaczej niż oni z Borowa, rozgadani i weseli, wybrali sobie właśnie 
to jezioro. Najzwyklejsze przecież i wcale nie takie czyste jak za Niemca. 
Wówczas nie rozwiązała tego problemu. Musiało minąć dobrych dziesięć, 
piętnaście lat, gdy po debiucie poetyckim udzielała wywiadu dla jakiegoś 
harcerskiego dwutygodnika. Zapytana wtedy, czy jej nie tęskno do wielkie­
go świata, odpowiedziała szczerze: „Tylko trochę. Wielki świat przyjeżdża 
do mnie na wakacje. 1 ja nie muszę go szukać, bo on znajduje mnie". 

Postanowiła wypić kawę i odpocząć. Jechała wolno, wypatrując 

przyzwoitego zajazdu albo motelu, obiecującego swym wyglądem przy­
najmniej mydło i papierowy ręcznik. 

Krzysztof był pewien, że spóźni się do szkoły. Jeśli intuicja go nie za­

wiedzie i tak się rzeczywiście stanie, spóźni się do niej po raz drugi na 
przestrzeni dwudziestu lat. 

Poranek zaczął się koszmarnie i zapowiadał same nieszczęścia. Pa­

weł, rozpłakany, kapryśny, wyglądał niezdrowo i Agnieszka orzekła, że 
są to oznaki kolejnej zakaźnej choroby wieku dziecięcego. Trudno tyl­
ko było domyślić się jakiej, bo chorował już na wszystko, co przewidy­
wał dla jego wieku domowy poradnik zdrowia. 

Poza tym Krzysztof nie usłyszał od Agnieszki ani słowa. Zachowy­

wała się tak, jakby jej milczenie usprawiedliwiała wczorajsza rozmowa. 

Ubrała Pawła i nie zważając na Krzysztofa, miotającego się jeszcze 

w szlafroku, sama gotowa do wyjścia, przypomniała mu o przedszkolu. 

- Musisz dziś sam odwieźć Pawła, idę z maturzystami do biblioteki. 

Czekają tam na mnie od pięciu minut. Do zobaczenia w szkole. 

Świetny moment na zazdrość i złośliwość - myślał chmurnie, szuka­

jąc skarpetek. Paweł nie ułatwiał porannych przygotowań. Kleił się do 
ojca, ziewał i piskliwie dopominał się o jakieś zabawki. 

- Uspokój się, chłopie - strofował go Krzysztof. - Zachowujesz się 

jak rozmamłana baba. Wczoraj byłeś normalnym facetem, a dzisiaj ro­
bisz wszystko, żebym poczuł się za stary na ojca. 

113 

background image

Gdy zatrzymał samochód przed przedszkolem, dochodziła ósma. 

Sięgnął po ostatni argument: 

- Przyjadę po ciebie szybciutko. Kupimy autko, a potem obejrzymy 

motylki, dobra? 

Nawet przekupstwo nie przyniosło tego ranka oczekiwanych rezulta­

tów. Mały patrzył na Krzysztofa nieufnie. Pozwolił ojcu odprowadzić się 
do bramy przedszkola i samodzielnie, z rezygnacją przekroczył jego próg. 

- Przepraszam was bardzo! - Krzysztof z trudnością zgarniał rozpro­

szoną po holu klasę. - Wchodźcie do biologicznego. Zaraz tam będę. 

Dwie pierwsze lekcje ciągnęły się w nieskończoność. Nie mógł zna­

leźć potrzebnych plansz albo preparatów. Denerwowały go głupie py­
tania, sympatyczne teksty co śmielszych uczniów, próbujących skłonić 
go do pracy w szkolnym ogrodzie doświadczalnym, przyjmował z gro­
bową miną. Pozostawał nieczuły na prośby i niemiłosiernie rozwodził 

się nad przewodem pokarmowym ptaków. 

Natomiast Agnieszka promieniała. Jej ożywienie i głośny swobodny 

śmiech spotykały się z aprobatą stałych bywalców pokoju nauczyciel­
skiego. Wszyscy byli już zmęczeni ostatnimi upałami i żyli wyłącznie 
perspektywą zbliżającego się urlopu. 

Jedna setna tego jej entuzjazmu dzisiaj rano ocaliłaby mi życie - po­

myślał Krzysztof zgryźliwie. 

W szkole rzadko ze sobą rozmawiali, uznając, że wspólne miejsce 

pracy wymaga pewnych ograniczeń. Otwartą i bezpośrednią Agnieszkę 
grono darzyło większą sympatią niż jej trochę ponurego i zamkniętego 
w sobie męża. Ale uczniowie uwielbiali Krzysztofa. Choć nie zabiegał 
o ich względy i na ogól nie pobłażał wychowankom, nie dawali mu spo­
koju nawet na przerwach. Spotkania kola miłośników przyrody kończy­

ły się w prywatnym gabinecie profesora przy słynnej w szkole herbatce 
z dzikiej róży, a lekarze, studenci medycyny i przyrodnicy wywodzący 
się z borowskiego liceum przynajmniej raz w roku odwiedzali swego 
mistrza, nieodmiennie w nim zakochani. 

114 

background image

- Co się stało, Krzysiu? Chodzisz od rana zdenerwowany... 

Hanka znała go świetnie. Złośliwi twierdzili, że latami rozmrażała je­

go serce, mając nadzieję na późne zamążpójście, a los złośliwie zesłał rę­
kami kuratora młodą i energiczną Agnieszkę. Dla Krzysztofa Hanka by­
ła nie kobietą, a człowiekiem, sprawdzonym mądrym przyjacielem. 
Szanował Hankę i nikomu, nawet Agnieszce, nie pozwolił żartować na 
jej temat. 

- Mam zły dzień, ale niezłą nowinę. Wiesz, kto przyjeżdża? - zagad­

nął, zadowolony, że z Hanką może podzielić się ostatnią wiadomością 
bez obaw, że przeobrazi się w sensację. - Budziszówna vel Koszycka. 
Pamiętasz ją? 

- Oczywiście! - Hanka zaśmiała się trochę nienaturalnie. - Wszyscy 

ją znają. Nasza miss Wysokiego Brzegu... Była  o d e mnie młodsza o... 
cztery lata. Ale tak wyjątkowa, że pamiętają ją wszystkie roczniki. No 
i ciebie. Przy niej... Choć ty nazywasz się Król, to ona była królową. -
Spojrzała przenikliwie na kolegę. - A co na to Agnieszka? Zdaje się, że 
tu tkwi przyczyna twoich kłopotów - pokiwała domyślnie głową. 

-Tak, ale to nie wina Agnieszki. Ona ma wiele racji. Sam jestem przy­

czyną kłopotów: swoich, jej... 

- I nie tylko... - westchnęła Hanka, wędrując wzrokiem za szybę. 

W hurtowni ruch był dziś niewielki i Wanda mogła pozwolić sobie na 

rzadki luksus wypicia gorącej kawy. Jej codzienne obowiązki nie ograni­
czały się do papierkowej roboty. Wypisywała faktury, rachunki, kwity, 
ale też, gdy magazyn przeżywał oblężenie i klienci denerwowali się 
w długiej kolejce, ochoczo sortowała z koleżanką towary, przygotowy­
wała palety do transportu, a nawet pomagała je nosić, zwłaszcza gdy za­
kupów dokonywały samotne kobiety. Lubiła te kobiety, samodzielne, 
uśmiechnięte, choć wcale nie było im łatwo. Stali bywalcy hurtowni tak­
że Wandę lubili i rozpieszczali ją zawsze jakimś miłym słowem albo 
uśmiechem. Czasami paczką kawy, na którą zasługiwała jej życzliwość. 

115 

background image

Z lubością przetykała teraz wrzątek, delektując się bezruchem zwy­

kle gwarnego pomieszczenia. 

- Ale mamy dziś spokój. - Z magazynu wyłoniła się Irena. Młoda, za­

wsze pogodna dziewczyna. Pracowita i koleżeńska. Tylko spódniczki, 
zdaniem Wandy, nosiła trochę za krótkie. 

- Twoja kawa stygnie. Zrobiłam wczoraj ciasto. Spróbuj. - Wanda 

umieściła potężny kawałek jabłecznika na małym talerzu i uśmiechnęła 
się zachęcająco. 

- Mmhm... Pycha! - Irena jadła łapczywie i głośno. - Ależ ty pieczesz! 

Tylko dlaczego tak rzadko? 

- Bo nie zawsze przyjeżdża do mnie siostra. - Wanda zapatrzyła się 

w okno. 

- Siostra? - Jabłecznik niebezpiecznie zatrząsł się na talerzyku. - Ta 

znana, co pisze książki? 

- Mam tylko jedną siostrę - spokojnie, z odrobiną dumy, wyjaśniła 

Wanda. - Młodszą i... bardzo ładną. 

- Wiem... Dużo się o niej w mieście mówi... 

Dotąd Irena bezskutecznie pytała Wandę o tę jej popularną siostrę, 

którą widziała kilkakrotnie w telewizji. Wanda zbywała ją niechętnymi 
wzmiankami albo wręcz obruszała się na jej ciekawość i cały dzień cho­
dziła po magazynie chmurna i milcząca. Toteż Irena skapitulowała. 
Przestała dociekać interesujących ją faktów i śledziła karierę Marty, po­
legając na rzetelności prasy, radia i telewizyjnych programów. 

- Przyjedzie na parę dni - Wanda mówiła niepytana, uśmiechając się 

zadowolona. - Szkoda tylko, że u nas nie zamieszka, mamy małe mie­
szkanie i nie chce, jak pisze, zawracać nam głowy... 

- Napisała? 
- Ten jej list to tylko w ramki wstawić - zaśmiała się Górska. - Nic 

dziwnego, że książki drukuje, a ludzie je czytają. Napisała jakoś tak: „Do­
piero teraz wiem, jak może boleć tęsknota, a moje zaganiane serce mówi 
mi, że ty, Wandeczko, na tę tęsknotę znasz lek". I potem pisała o latach... 

116 

background image

Jak to było? - Wanda zamknęła oczy i nie otwierając ich, mówiła cichym 

głosem. - „...Te wszystkie lata z daleka od Was nie mogły być dla mnie 
dobre, bo cóż to za szczęście, jak człowiek żyje wyłącznie dla siebie..." 
Ach, dużo było w tym liście takich czułych miejsc. - Zarumieniła się na 
samo ich wspomnienie. - Aż się popłakałam... 

Irena łowiła każde słowo Wandy. Wreszcie zapytała wprost o spra­

wę najbardziej ją nurtującą. 

-  A l e powiedz, Wanda. Twoja siostra jest taka znana i... bogata, a ty 

pracujesz w hurtowni. Ja to co innego! - zastrzegła się natychmiast. -
U nas tylko Heniek skończył średnią szkołę... No więc tak sobie pomy­
ślałam, czy ona nie mogłaby ci załatwić jakiejś lepszej pracy... Albo two­
jemu Józkowi. Już tak długo jest w interwencyjnych... 

Pytanie zagniewało Wandę, ale wystarczyło spojrzeć na Irenę, że­

by wiedzieć, że podyktowała je zwykła ludzka życzliwość i troska 
o Wandę, pracującą ciężko, za dwoje, i nie rozpieszczaną przez męża. 

- To nie tak. Gdybym sobie nie radziła, na  p e w n o by mi pomogła. 

A ja pracę mam, zdrowie też. Zarabiam tyle, że jakoś starcza. Mój szwa­
gier, Adam, ten co tu czasami latem nas odwiedza z Oleńką, chciał dwa 
lata temu Józka do Warszawy zabrać. To się nie zgodziłam. Gdybym mia­
ła porządnego męża... proszę bardzo, niech jedzie, pomoże. Adam jest 
architektem, więc na budowie by go zaraz urządził. Ale trzeba znać Józ­
ka! Wiecznie mu źle. Wszyscy go oszukują. Po co mam szwagrowi kło­
pot robić. A praca przecież jest, tylko sama do Józka nie idzie... A nawet 
jakby przyszła, to wiesz, co by zrobił? Zamknąłby jej drzwi przed nosem 
i powiedział: „Przyjdź kochana jutro!" 

Roześmiały się obie z tej wizji. Weszli ostatni klienci, więc zerwały 

się z krzeseł i jeszcze się śmiejąc, ruszyły lekko między regały, pogania­
ne wesołymi męskimi okrzykami. 

Miejsce, które wybrała na odpoczynek, nie nastrajało do wspo­

mnień. Oczy Marty musiały czujnie śledzić sytuację, kontrolować niepo-

117 

background image

kojącą, bladą i nachalną twarz, która wychylała się ku niej od sąsiednie­
go stolika Od początku żałowała, że zamówiła tu kawę. Znowu dała się 
zwieść pozorom. Sala była niechlujna, obsługa męska i natarczywa. Nie 
znalazła też mydła w toalecie, co dopełniło kielicha goryczy. Teraz spi­
jała tę gorycz z niedomytej szklanki, tęskniąc za ruchliwą drogą i samot­
nością. Poza tym bolała ją pierś. 

Postanowiła szybko zapłacić i wyjść. 
Mężczyzna chyba zorientował się, jakie ma zamiary. Wstał i zdecy­

dowanym krokiem podszedł do stolika. Spojrzała z odcieniem oburze­
nia i niechęci, ale w jej oczach coś nagle zmiękło, złagodniało... 

- Marta?... - szepnął nieznajomy i wyczekująco wpatrywał się w jej 

twarz. 

- Tak... Oczywiście... Proszę mi pomóc... - zastanawiała się gorącz­

kowo, prawie pewna, że już wie, z kim rozmawia. 

- Wiktor. Na imię  m a m Wiktor. - Niepewny uśmiech zdradzał zde­

nerwowanie. 

- Przyjaciel Adama! Z liceum! Studiowałeś... prawo?... Nie, historię! 

- wykrzyknęła uradowana niezawodnością pamięci, tym razem ściąga­
jąc na siebie jawne zainteresowanie męskiej załogi baru. Znalazł się na­
wet poszukiwany dotąd bezskutecznie kelner. 

- Wypijemy coś? - spytała Wiktora, już rozpromieniona, już ciekawa 

jego losów i gotowa tropić minione lata, w których pojawił się ktoś taki 
jak Wiktor, odwiedzający z nią i Adamem kina, tanie knajpy, antykwa­
riaty, włóczący się po festiwalach, pchlich targach i dyskotekach. Nare­
szcie sobie przypomniała, że ktoś taki w ogóle istniał, sypiał w ich na­
miocie, robił doskonałe omlety i opowiadał całymi godzinami 
o marszałku Piłsudskim. 

- Może kawę? - Wiktor zwrócił się do cierpliwego kelnera. - Wpraw­

dzie jedną już piłem, ale przez ciebie zrobiłem to zupełnie bezwiednie. 

- Dwie kawy - zadysponowała Marta i kelner odszedł. - Zaraz ci wy­

nagrodzę tę stratę, choć podają tu paskudną lurę. 

118 

background image

Uśmiechnął się znowu. Teraz wydał się Marcie tym samym inteli­

gentnym, trochę wstydliwym Wiktorem. 

Zawsze był obok, aż któregoś dnia zniknął. Adam bardziej intereso­

wał się jego nieobecnością. Martę ta nieobecność początkowo dziwiła, 
może nawet irytowała, ale skład jej przybocznego orszaku rósł z miesią­
ca na miesiąc i po pewnym czasie nawet Adam nie odczuwał braku Wik­
tora, który przedtem nie odstępował ich na krok. 

- Zmieniłem się prawda? Nie do poznania... - Wyciągnął ze zgnie­

cionej paczki papierosa. Przytknął do niego ogień i zaciągnął się moc­
no, zachłannie, zapominając na moment o swej towarzyszce. 

- Ja też się zmieniłam... - Marta westchnęła i szybko dodała: - Nie 

protestuj! Ileż to lat minęło? Ponad dwadzieścia. Może więcej. Mam już 
dorosłą córkę. Pewnie ona wydałaby ci się bardziej znajoma niż ja. 

- Podobna do ciebie? 
- Trochę. - Marta zrobiła nieokreślony ruch ręką. - Może oczy? Fi­

gura?... Jest nieco wyższa... Dostrzegłbyś w niej dużo z Adama. Taka 
mieszanka firmowa. 

-  J e ś l i złożona z tego, co w was najlepsze, macie doskonałe dziec­

ko. - Wiktor zaśmiał się i spoważniał. Papieros sprawiał mu wielką przy­
jemność. - Piszesz, prawda? 

- Piszę - przytaknęła poważnie. - Pracuję w redakcji. Adam pozo­

stał w państwowej firmie. Wciąż ideowo buduje Warszawę. Mieszkamy 
na Jesionowej. Właściwie niewiele się zmieniło od czasu twojej dezer­
cji. Może tylko my... Teraz twoja kolej... 

Słuchał Marty uważnie albo sprawiał tylko takie wrażenie. Błądził 

oczami po jej twarzy tak intensywnie, że drgnęła zaniepokojona. Na­
tychmiast zareagował. 

- Moja kolej, Marto? Cóż... Z tych wszystkich lat spędzonych poza 

Warszawą można by zebrać imponujący materiał na tuzin romansów 

i kilka doktoratów. O walce z uzależnieniami - dodał i ponownie zato­
pił wzrok w oczach Marty. 

119 

background image

Nie znalazł w nich jednak potępienia, którego być może wypatry­

wał. Zachowała się tak, jakby to wyznanie dotyczyło ulubionego hobby 
Wiktora, któremu się poświęcił. 

-  W y j e c h a ł e m głupio. Po prostu uciekłem. Ty byłaś dziewczyną mo­

jego przyjaciela. Ciebie kochałem. Jego kochałem. Nie miałem wyboru. 
Rzuciłem studia i... 

-  A l e ż , Wiktor... 
- Nie przerywaj. Mogłem oczywiście powiedzieć wam o swoim nie­

szczęściu, ale po co? Tylko idiota pozwala sobie na komplikowanie wła­
snego i cudzego życia. Nie byłaś niczemu winna, chociaż wtedy myśla­
łem inaczej. Musiałem po prostu obarczyć kogoś odpowiedzialnością za 
tę szczeniacką miłość. W takich wypadkach winny jest obiekt uczuć. 

Ależ ja cię wtedy nienawidziłem... 

Przerwał, a w grymasie zaciśniętych ust Marta dostrzegła cień tam­

tego niedobrego uczucia. 

Wydawała się przerażona. Dotykała palcami szklanki z zimną już ka­

wą. Milczała. 

- Nienawidziłem cię jednak krótko. Znacznie uczciwiej było nie­

nawidzić siebie. Miałem ku temu coraz więcej  p o w o d ó w . Początkowo 
nic nie zapowiadało tragedii. Zaczepiłem się na historii w Gdańsku. 
Przestudiowałem ze trzy semestry. Zacząłem też dorabiać w stoczni 
i okazało się, że jestem dzieckiem biznesu. Takie to były czasy... Do­
brobyt nie sprzyja nauce. Wyleciałem z uczelni z wielkim hukiem. 
Zwłaszcza że moja prywatna wizyta u rektora przeszła do wstydliwej 
historii uniwersytetu. Czułem się wówczas bezkarny. Miałem pienią­
dze i wszystko gdzieś. Takim facetom zwykle się szczęści. Kobiety... 
poker... małe handelki i wielkie pijaństwa. Dalej uważałem, że jestem 
panem świata. Czasami nawet żałowałem, że nie widzisz, jak ludzkość 

mnie kocha... 

- Ludzkość kochała cię zawsze. W Warszawie też. I widziałam to na 

własne oczy. 

120 

background image

- Och, nie tak jak w Gdańsku. I nie za to samo... - Zachmurzył się. -

W Gdańsku byłem innym człowiekiem... - ciągnął swą opowieść, ner­
w o w o bawiąc się zapalniczką. - Pieniądze topniały, kobiety odchodzi­
ły. Nic to jednak dla mnie nie znaczyło. Aż kiedyś obudziłem się w ja­
kiejś spelunie, gdzie wylądowałem po kolejnym nieudanym interesie. 

I w tej spelunie nie było wódki. Rozumiesz?... Nie, na szczęście nie ro­
zumiesz, co to znaczy, gdy nad ranem brakuje wódki. - Splótł ręce i ner­

w o w o poruszał uwięzionymi palcami. Zaczął mówić o ton ciszej, a Mar­
cie wydawało się, że słyszą ich wszyscy na sali. - Trudno opowiedzieć, 
co czuje taki gość, który musi wypić, żeby ręce przestały mu drżeć, że­
by obudzić się do życia. To był koszmar. Trwałem w nim kilka lat. Pew­
na altruistka, też po przeżyciach, ale mocno już wyleczona, próbowała 
mi pomóc. Zrobiłem jej dziecko i piłem dalej... Sama widzisz, jak nie­
wielki był twój udział w tym koszmarze. Mógłbym oskarżyć cię tylko 
o nadmierne roztaczanie wdzięków w tamtych niespokojnych czasach. 

- Pokiwał głową i wyjął kolejnego papierosa. 

- Nie myślałam... - Marta próbowała powiedzieć coś na swoje uspra­

wiedliwienie - ... nie sądziłam, że mieliśmy cokolwiek wspólnego 
z twoim zniknięciem! 

- Nie przejmuj się. Widocznie musiałem tak żyć, aby znaleźć w koń­

cu swoje miejsce. Przypuszczam, że nawet ty nie miałabyś wpływu na 
tamte wybory. 

- A jakie jest, Wiktor, twoje miejsce, gdzie je znalazłeś? 
- Tu, niedaleko, w Kozidrach. Małe miasto z trzynastowiecznym 

zamkiem krzyżackim. Jestem tam kustoszem. Skończyłem historię. Już 
zaocznie. Najpierw byłem prymusem w poradni odwykowej, potem ter­
minowałem w ośrodku uzależnień. Edukacja głęboka i wszechstronna: 
od psychoanalizy po filozofię marginesu. Dostałem cenzurkę, terminy 
spotkań klubowiczów AA i zacząłem wszystko od nowa. To się tylko tak 
mówi, bo sama chyba wiesz, że nie można żyć od nowa jak się ma pra­
wie pięćdziesiąt lat. 

7 — Głodna kotka 

121 

background image

W oczach Marty dostrzegł smutek i zrozumienie. 
- Wiem, Wiktor, wiem... Też o tym myślę od pewnego czasu. Uwa­

żam jednak, że ty w jakimś  u m o w n y m sensie żyjesz od nowa. 1 spróbu­
ję cię o tym przekonać. Tak się składa, że mam kilka bolesnych atutów... 

Teraz on wpatrywał się w Martę z przerażeniem. Mówiła cicho. Nie 

spuszczała z niego oczu. Uśmiechała się nawet i w tych chwilach jej 
twarz nabierała dawnego blasku i urody. Długo jeszcze siedzieli przy 
krzywym, plastikowym stoliku, wspartym złożoną gazetą i mocno po­
plamionym przez poprzedniego konsumenta. Nie pili już zimnej kawy 
i nie zamawiali nic więcej. 

Rudy kelner, wyrostek z ołówkiem za uchem i sprytnymi oczkami 

małego liska, szturchnął swego starszego kolegę, obsługującego bar. 

- Spójrz, Lechu, na tych w kącie. Trzy minuty się na nią gapił i już ją 

ma. Myślałem, że to nie jest jakaś samochodowa, bo za stara... Jak to się 
można pomylić, co nie? 

Do Borowa pozostało jeszcze około dwustu kilometrów. Cóż to zna­

czyło  w o b e c spotkania sprzed chwili. 

Przez dwie godziny rozmowy przebyli z Wiktorem wielką podróż 

po tylu latach, że czuła się zmęczona. Marta kiedyś była próżna, ale nig­
dy aż tak, aby w zawadiackim zachowaniu Wiktora, uchodzącego 

wśród przyjaciół za prześmiewcę i kpiarza, dostrzec cokolwiek więcej, 
niż dobrotliwą ironię, z jaką odnosił się do jej pomysłów, kaprysów czy 
żądań. To raczej ona stawała się czasami zazdrosna o Adama, który 
przepadał za Wiktorem. Znali się od najmłodszych lat, ze ślizgawki czy 
z boiska. Mali chłopcy stworzeni do wielkich spraw, do przeprowadze­
nia staruszki przez ulicę, do nadstawiania wątłych piersi przeciwko 
dręczycielom małych dziewczynek i bezdomnych psów. A potem wiel­

cy chłopcy do małych spraw, gdy marzyło im się walczyć z reżimem 
i konspirować. 

122 

background image

Marta, która politykę wewnętrzną kraju traktowała w tamtych czasach 

jak zamknięty rozdział historii, nie była całkowicie obojętna ale odnosiła 
się do tych spraw powściągliwie, co denerwowało i Adama, i Wiktora, 
choć obaj szanowali ten jej dystans i starali się nie widzieć błysku rozba­
wienia w jej oczach, gdy przy winie prowadzili płomienne dyskusje, do 
których tematów dostarczały wszystkie niemal walki narodowowyzwo­
leńcze. Nad ranem, umęczeni stoczonymi bitwami i pełni nowego patrio­
tycznego zapału, spoglądali na Martę. A ona tylko przysłuchiwała się mo­
w o m współczesnych Demokrytów i z miną starego Sokratesa dolewała 
im wina... 

Nareszcie lasy. Widok grubych, drzew, wykrzywionych reumaty­

zmem czasu, przypomniał jej o ważnym spotkaniu, na które nie może 
się spóźnić. 

Nie tym razem - pomyślała i na wszelki wypadek mocniej nacisnę­

ła pedał gazu. 

- I co powiedział pan doktor? - Krzysztof wziął syna na kolana i wy­

jął z kieszeni obiecane autko. 

- „Na razie nie ma powodu do niepokoju. Lekko podwyższona tem­

peratura może być objawem równie lekkiego przeziębienia. Poza tym nic 
tu nie widzę", tak powiedział. Wypijesz kawę? - Agnieszka dopiero teraz 
spojrzała na męża, ale bez uśmiechu. Jakoś od wczoraj nie mogła pozbyć 
się wrażenia, że on czeka. Tylko czeka i denerwuje się tym przyjazdem 
Koszyckiej bardziej, niż powinien. Z drugiej strony współczuła Krzyszto­
fowi. Nie umiała mu pomóc. Nie wiedziała, jak się zachować, by ukryć 
własne rozdrażnienie i utwierdzić męża w przekonaniu, że w każdym ra­
zie dla niej wszystko jest po staremu. To krótkie „wypijesz kawę" miało 
być właśnie dowodem pokojowego nastawienia do problemu. 

- Obaj wypijemy! - radośnie krzyknął Krzysztof, potrząsając Paw­

łem, siedzącym sennie na kolanach ojca. - Prosimy o jedną kawę bez 
mleka i o jedno mleko bez kawy. 

123 

background image

Usiedli na werandzie. Stara leśniczówka Królów wciąż prezentowała 

się znakomicie. Był to swego czasu najpiękniejszy dom w Borowie, kryty 
i ozdobiony gontami, położony z dala od innych zabudowań i strzegący 
wzgórza, na którym pięły się zawsze zielone jałowce, jaśniały skamieliny, 

obmywane wodami małego strumyka. Za połacią białych ścian ceglano-
-drewnianego dworku rozciągał się ogród i sad - duma starego Króla, pa­
sjonującego się ogrodnictwem, samodzielnie szczepiącego drzewa i hodu­
jącego oryginalne odmiany owoców. Sąsiedzi mawiali często, że 
leśniczówka to prawdziwie „królewska siedziba" i dom Królów pokazywa­
no w Borowie jako jedną z nielicznych ciekawostek architektonicznych. 

Po śmierci ojca Krzysztof nie wprowadzał tu wielkich zmian. Korzy­

stał tylko z pomieszczeń na dole i z pokoju swego dzieciństwa, w którym 
chętnie spał. Leśniczówka zmieniła się dopiero, gdy zamieszkała z nim 
Agnieszka. To ona konsekwentnie i metodycznie zmuszała męża do nie­
zbędnych udoskonaleń i dzięki temu  d o m stopniowo odzyskiwał utra­

coną urodę. Piękniał z każdym rokiem. 

-  J a k sądzisz, kiedy ona tu się zjawi? - Agnieszka wyłożyła biszkop­

ty i gorliwie mieszała cukier. 

- Nie mam pojęcia. Może wieczorem? O nic jej nie zapytałem, a po­

winienem. Nie wiem, czy chce się zatrzymać u nas, czy u rodziny. Nic 
nie wiem. 

Przypominał dużego, zakłopotanego chłopca i Agnieszka mimo­

wolnie roześmiała się w głos. 

- Nie panikuj. Kupiliśmy z Pawłem coś na dobrą kolację. Z obiada­

mi też nie będzie problemu. Pościel w gościnnym pokoju aż piszczy z tę­
sknoty, więc nie ma się czym martwić... 

I znowu Krzysztof spojrzał na Agnieszkę z nieprzebraną czułością. 

-  J e s t e ś taka... kochana - wyszeptał tylko. A że szeptał na ten temat 

niezwykle rzadko i niechętnie, żona przestała nerwowo bawić się ły­
żeczką. Najpierw lekko pochyliła głowę, a potem pokraśniala z radości. 

124 

background image

Wanda nie wypuszczała jej z objęć. 

- Ach, Marta, Marta... - powtarzała tylko. - Tyle lat... No, ale jesteś... 

Odsuwała siostrę na długość swych silnych ramion, przypatrywała 

się jej ze Izami wzruszenia i macierzyńskim gestem znów przyciągała do 
siebie. 

Górski przyglądał się siostrom z badawczym, chłodnym zaintereso­

waniem. Może miał nadzieję, że ta nielubiana, nieznana szwagierka po­
wie coś, co ostudzi ten wybuch miłości jego skrytej żony. Bo Górski miał 
żonie za złe, że zapomniała o krzywdzie, jaką wyrządziła jej Marta. 

Jaka to krzywda, tego do końca nie wiedział. Przyzwyczaił się przez 

tyle lat do myśli, że Marta po trosze winna była wszystkim nieszczęściom 
Budziszów, a potem Górskich. Chętnie obarczał ją winą za śmierć te­
ściowej, której tak naprawdę nigdy nie lubił. Dopóki stara Budziszowa 
zajmowała się kolejnymi potomkami starszej córki, jej obecność w mie­
szkaniu na Słonecznej nie wydawała się taka uciążliwa, jak potem, gdy 
już schorowana i niedołężna, sama wymagała opieki. Wanda poświęca­
ła wówczas matce każdą wolną chwilę. Pracowała jeszcze wtedy w ma­
łej, przyszpitalnej stróżówce. Schodziła z nocnej zmiany i obejmowała 
dyżur przy chorej. Górski nie robił nic. Wiecznie tracił pracę lub jej po­
szukiwał, a swoje niezadowolenie sprawiedliwie rozdzielał między 
wszystkich członków rodziny. W tym czasie otrzymali mieszkanie. Cie­
plejsze i nowsze, ale z trudem mieszczące tyle osób. Górski niechętnie 
przesiadywał w domu, a jego powroty obfitowały w wieczne awantury. 
Wystarczyły dwa piwa, aby dyskusjom o wywiezieniu matki do Warsza­
wy nie było końca. Pod koniec życia Budziszowa słyszała od zięcia tyl­
ko złe słowa i oglądała łzy Wandy. Pozostało jej godnie odejść z tego 
krzykliwego świata, a, nie wiedzieć czemu, wciąż cicho i nierówno od­
dychała pod przepoconą pierzyną. Aż kiedyś zamilkła. Wanda jeszcze 
bardziej zawzięła się w sobie i jeśli Górski widział jej uśmiech, to wywo­
ływało go wspomnienie o matce albo dzieci. Do niego, Józka, nie uśmie­
chała się nigdy. Nie podzielała też mężowskich poglądów i gdy skarżył 

125 

background image

się na osobiste krzywdy, jakich codziennie niesłusznie doświadczał 
w Borowie, patrzyła na niego zmęczonymi i surowymi oczami. A potem 
kwitowała wszystko jednym zdaniem: „Obrałbyś przynajmniej kartofle". 

Od tamtych czasów upłynęło wiele lat. A teraz w progu zjawiła się przy­

czyna wszystkich nieszczęść. Ta bogata, rozpieszczona Marta, która nie 
chciała nawet poznać Górskiego, choć mogła rozwiązać jego kłopoty, 
a nawet go uszczęśliwić. Bo cóż to dla niej znaczyło załatwić mu dobrą pra­
cę. Na przykład w stolicy. Albo chociaż dać Górskim jakieś pieniądze. 

„Mogłaby przynajmniej zapłacić za matkę" - mawiał Górski, ilekroć 

powracał do swego ulubionego tematu. A Wanda, w końcu jego własna 
żona, odpowiadała wówczas dokuczliwie: „Najpierw zapłać za siebie". 
I spokój na długo opuszczał ich dom. 

-  W i t a j Józku. 
Podeszła do niego, jakby się nic nie stało. Pocałowała w policzek. 

Józek dostrzegł, że ma wilgotne oczy. Widać rodzinne mają to beczenie 

bez  p o w o d u - pomyślał, odpowiadając z przekąsem: 

- Witamy, witamy w skromnych progach. Co też sprowadza szwa-

gierkę po tylu latach? Bo przecież pogrzebu żadnego tu nie ma? 

Marta roześmiała się tylko. 
- Masz rację - stwierdziła pogodnie. - Zasłużyłam na surowe powita­

nie. Ale spróbuj mi wybaczyć. Przyjechałam, aby i ciebie przeprosić. Źle 
załatwiałam moje sprawy - westchnęła - obraziłam się na Borów, a krzyw­
dziłam bliskich. I siebie też - powiedziała ze smutkiem. - Siebie, Józku, też. 

Mocno potrząsnęła ręką Górskiego, który zdziwiony aktem samo-

oskarżenia, nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Zwłaszcza że w ra­
mionach Marty nagle znalazła się Natalka. Uszczęśliwiona i roześmiana. 
Tuliła się do niej tak, że oboje rodzice ze zdumieniem obserwowali to 
dziwne zachowanie wstydliwego na ogół dziecka. 

-  J a k a ty jesteś śliczna, Natalko! - Marta szczerze zachwycała się cy­

gańską urodą drobnej, wtulonej w nią dziewczynki. 

126 

background image

- Podobna do cioci. Co by nie mówił... - dostrzegł Józek i ku zdu­

mieniu Wandy, dodał cicho: - To sobie porozmawiajcie, a ja nastawię 

wodę na kawę albo herbatę, bo pewnie coś by wypiła ciepłego. 

Marta nie była głodna, ale jabłecznik Wandy pochłaniała łakomie, 

rozsypując wokół okruszki ciasta. 

Jak kiedyś - myślała Wanda, przyglądając się siostrze z rozrzewnie­

niem. - Jest taka jak kiedyś. Robiła wszystko, jakby miała jakiś inny niż 

wszyscy apetyt na życie. Zawsze tak jadła, czytała, pisała... Zachłannie, 
całą sobą. Przestraszona, że nie zdąży albo że ktoś ją wyprzedzi. Dzika 
jak kociaki matki, ukryte pod piecem. 

- Chcę tu zostać parę dni, dlatego nie mogę narażać was na ciasno­

tę i niewygodę. Dosyć się namęczyliście, mieszkając na sobie piętrami. 
Hotel niedaleko, więc po co komplikować życie. 

- Myśleliśmy, że przyjeżdżasz do Królów. A nas... tak tylko odwie­

dzisz, no... z przypadku - Wanda nieśmiało przyznawała się do podej­
rzeń, które i ją trochę bolały. Uwierały siostrzaną zazdrością. 

- Przyjechałam przede wszystkim do was. Nie pomyślałam nawet, 

że Krzysztof i jego żona mogą zatrzymać mnie na noc. Nie obawiaj się, 
Wandziu. - Już tuliła się do szczęśliwej siostry. - Wrócę grzecznie do 
hotelu i tak będzie dobrze. 

Józek wniósł herbatę. 

- A co to za gadanie? Jak mówi, że do nas przyjechała, to chyba starczy. 

Gdybyśmy mieli taki dom jak Król, to też nie poszłaby do hotelu. Jak zapro­
szą, trzeba zostać. Nam się przez to żadna krzywda nie stanie. Chyba że Mar­
ta już tu nie wróci, tylko prosto od obcych do Warszawy wyfrunie... 

Marta roześmiała się głośno i powtórzyła: 
- Do was, kochani, przyjechałam... No i do tych, do których się 

spóźniłam, co już na cmentarzu... Wreszcie, żeby odwiedzić przyjaciół: 
las, jezioro, ulicę Słoneczną... - wymieniała ze wzruszeniem ważne dla 
niej miejsca. Siedziała przy stole Górskich, ale już niecierpliwie zagląda­
ła do wszystkich kątów dzieciństwa. 

127 

background image

Ocknęła się z zamyślenia tak samo nagle, jak w nie popadła. 

- Nie wiem, dlaczego opuściłam jedyny kawałek świata, gdzie moż­

na postawić tabliczkę „teren prywatny." I tęskniłam za nim. 

Wanda dyskretnie wycierała oczy i patrzyła na nią z rozrzewnie­

niem. Na tę swoją małą Martusię, zawsze taką upartą i pewną siebie. A te­
raz ciepłą, serdeczną, bardziej bliską niż w chwilach trudnego dla obu 
sióstr dzieciństwa. 

- Gdyby Adam wiedział, że Natalia jeszcze nie dostała prezentu, a ja 

tu już siedzę dwie godziny, nie miałabym drogi odwrotu. - Marta zerwa­
ła się z uśmiechem i ruszyła do samochodu. 

Po pewnym czasie trochę o niej zapomniano. Stos prezentów piętrzył 

się przed nowymi właścicielami, oniemiałymi z hojności Marty, szczęśliwy­
mi jak dzieci. Wanda nie wiedziała, czy najpierw wypróbować nowe ko­
smetyki, czy mierzyć sweter, o którym marzyła od lat. Dotykała rzeczy, jak­
by obawiała się, że zaraz znikną. Podobne przeczucie ogarniało ją na widok 
Many. Wszystko mogło być przecież złośliwym snem, po którym szybko 
ulatnia się ciepło z serca i pozostaje niedosyt. Józek z niedowierzaniem krę­

cił głową. Oglądał aparat z każdej strony i pytająco spoglądał na Martę. 

- Teraz będziesz mógł założyć prawdziwy rodzinny album! - śmia­

ła się Marta. Nie sądziła, że aż tak się ucieszą. W ogólnym zamieszaniu 
gdzieś przepadła Natalia. Uciekła do swego pokoju. Dopiero tam pa­
trzyła przez łzy na swe skarby:  p i ę k n e pióro, papeterię, gruby zeszyt 
z napisem „Mój dziennik" i książki. W jej paczce były również specjal­
ne upominki od wujka Adama i Olgi. No i książki cioci Marty Z dedy­
kacją i podpisem. Gdy wróciła do pokoju rodziców z czerwonymi 

oczami, ciocia Marta śmiała się z niej głośno i powiedziała, że to je­
szcze nie koniec, że teraz musi zapragnąć czegoś dla ciała, a czy to bę­
dą dżinsy, buty, dres lub kurtka, to już tylko zależy od Natalii. I Nata­
lia musiała wziąć także pieniądze, bo wszelkie protesty, które trójka 
Górskich po raz pierwszy solidarnie zgłaszała, przerwał silny i roze­
śmiany głos Marty: 

128 

background image

- Chcę się tylko dowiedzieć, czy w tym domu został choć jeden, ma­

ły kawałek jabłecznika?.. 

-  J e s t e m pewna, że to ona. - Agnieszka stała przy firanie, obserwu­

jąc gasnące światła samochodu. - Wyjdź. A przynajmniej włącz lampę 
na ganku. Jest już ciemno. 

Włączył lampę, ale wrócił do pokoju. Po chwili odezwał się radosny 

gong. 

- Brzmi jak weselny dzwon! - zaśmiała się Agnieszka, świadoma, że 

to szansa na ostatnią złośliwość pod adresem męża. 

Patrzyła na nich, ukryta w ciemności korytarza. 
- Nie mów tylko do mnie „ty głupia babo"! - dobiegi z holu dźwięcz­

ny, spokojny glos. 

- A ty nie wyzywaj mnie od frajerów! - usłyszała odpowiedź Krzy­

sztofa. Potem był śmiech: długi, serdeczny, w którym uczestniczyli obo­
je z jakąś szczenięcą satysfakcją. 

Przeszli do pokoju i Agnieszka zauważyła tylko, że Marta jest bardzo 

zmęczona. Głębokie, sarnie oczy uśmiechały się jakby ostatkiem sił, 
a bladość twarzy nadawała jej chorobliwy wygląd. Poza tym Marta by­
ła... stara. To spostrzeżenie wydało się jednak Agnieszce nieeleganckie. 
Natychmiast więc z aprobatą pomyślała o sportowym, niewyszukanym 
ubiorze Marty, noszonym przez nią z jawną, fascynującą nonszalancją. 

- A to twoja śliczna żona... - Marta podeszła do Agnieszki, wyciąga­

jąc w jej stronę obie ręce. - Witaj, Agnieszko! - Uścisnęły się serdecznie 
i Marta ponownie zagłębiła w żonie przyjaciela spojrzenie pełne podzi­
wu i sympatii. - Gdzie ty znalazłeś taką dziewczynę? - zwróciła się ze 
śmiechem do Krzysztofa. - Przyznaj się, wpadła którejś wiosny do twej 
siatki na motyle... 

Stal zadowolony z jej uznania i uśmiechał się do obu pań. 
- Twój mąż - kontynuowała Marta - słynął kiedyś z tego, że gdy chłop­

cy z klasy gwizdem wyrażali aplauz dla jakiejś nastoletniej piękności, on też 

129 

background image

odwracał głowę, ale za krążącym nad nią chrząszczem i mówił: "Cudowne 
zjawisko! Melolontha z rodziny Scarabaeidae. Jakie piękne skrzydła!" 

Zaśmiały się obie. Agnieszka nie chciała być dłużna: 

- Wiem, że w tamtych czasach w kolekcji Krzysztofa był pewien nie­

zwykle rzadki i bezcenny okaz, na którym bardzo mu zależało. Teraz wca­
le się nie dziwię, że nie oglądał się za innymi... motylami! - dokończyła. 

To była mila rozmowa. Tak naturalna i niekrępująca, że Agnieszka 

z żalem ruszyła do kuchni, aby przygotować kolację. 

- Mieszka tu jeszcze z nami pewien mały królewicz, Paweł I - wyja­

śniła Marcie, idąc w stronę kuchni. - Ale o tej porze Jego Królewska 
Mość śpi, więc prezentacji dokonamy jutro. 

Krzysztof wiedział już, że od tej chwili Marta zyskała nową sojusznicz­

kę w osobie jego przekornej żony. I to w końcu jego oskarży Agnieszka, 
skłonna teraz widzieć w Marcie ofiarę miłosnych uniesień licealisty, o kło­
poty w budowaniu trwałych związków. A swoje pretensje gotowa będzie 

wesprzeć wszechstronną analizą własnych małżeńskich doświadczeń. 

Tymczasem Marta, nieświadoma zamieszania, jakie wywołała w życiu 

mieszkańców leśniczówki, wystukiwała długi numer domowego telefonu. 

Adam i Olga jednocześnie złapali za słuchawkę. Każdy sygnał mógł 

oznaczać jakieś kłopoty. Poza tym, choć minęło zaledwie kilka godzin 
od wyjazdu Marty, jej nieobecność w zupełnie inny niż dotąd sposób za­
ciążyła nad domownikami. Adam okazał się sprytniejszy. 

- Marta? 

Usłyszał jej daleki śmiech, wypływający z głębi borowskiej głuszy. 

Odetchnął i spojrzeniem uspokoił córkę. 

- Denerwowałem się - mówi! nieskładnie. - Hotel zarezerwowany, 

Marta... słyszysz mnie? 

Słyszała doskonale. Pod wpływem monologu Adama jej twarz zmie­

niała się, aż zagościł na niej wyraz zakłopotania. Zakłopotanie łagodnia­
ło. Wreszcie znów pojawił się uśmiech. Tkliwy i ciepły. 

130 

background image

- Zrozumiałam. Wszystko zrozumiałam. Tak. To miło, że sobie o tym 

przypomniałeś. Masz rację. Lepiej późno niż wcale... To chyba... - zasta­
nowiła się. - To sprawiło mi przyjemność. Tak, możesz być pewny... 
Olgo? Nie tłumacz się, ty przebrzydły wspólniku... Wybaczam, wyba­
czam. Dobrze... Jutro zadzwonię. 

- Konferencja skończona. - Odłożyła słuchawkę i chwilę milczała. 

Wreszcie przeniosła zdumione spojrzenie na Krzysztofa. 

- Kolejna sensacja W moim barwnym życiu. Czy wiesz, że oni tu 

przyjeżdżali przez te wszystkie lata, Adam i Olga? A ja nie miałam 
o tym pojęcia... Przyznali się dopiero teraz, gdy są nieosiągalni i nie 
mogę nic zrobić: ani się oburzyć, ani zachwycić ich związkami z Bo­
rowem. 

Krzysztof w milczeniu obserwował Martę. 

- A co byś zrobiła? 
- Wybrałabym to drugie - odparła bez wahania. 
- Znam twojego męża i córkę. Byli kiedyś w szkole. W lipcu albo 

sierpniu. Poznałem ich, gdy szukali twego zdjęcia na pamiątkowych ta­
blicach. Służyłem za przewodnika. Widywałem też Adama z Wandą 
w mieście na zakupach. Targał jej siatki i wyglądali jak para przyjaciół. 
Sądziłem, że przyjeżdżasz z nimi. 

- Skąd! Dzisiaj jest moja wielka premiera, jeśli nie liczyć pogrzebu, 

na który zresztą też się spóźniłam. 

Podczas kolacji upływającej w atmosferze miłych wspomnień, krzy­

żujących się nad stołem pytań i odpowiedzi, Marta jeszcze raz wróciła 
do ostatniej nowiny, szczegółowo wtajemniczając Agnieszkę w sprawę 
spisku Adama i Olgi. 

- A najzabawniejsze jest to, że gdy zastanawiałam się nad wiekiem 

dzieci Wandy, Adam zachowywał się jak położna, pamiętająca godziny 
i daty kolejnych porodów. 1 choć podejrzanie dużo wiedział o Górskich, 
do głowy mi nie przyszło, że regularnie bywa w Borowie... Ze ich 
odwiedza... - dodała z radosnym ożywieniem. - Teraz rozumiem poro-

131 

background image

zumiewawcze spojrzenia, jakie przelatywały za moimi plecami, ilekroć 
tatuś z córeczka startowali na Kaszuby. 

- To musi być miłe uczucie, dowiedzieć się, że bliski ci człowiek po­

kochał też twoją małą ojczyznę i tych, których w niej zostawiłaś. - Agnie­
szka z wyrzutem spojrzała na męża. Od dawna bezskutecznie toczyła 
z Krzysztofem wojnę o rodzinne zbliżenia. 

- W moim przypadku towarzyszy temu wstyd. Adam jeszcze raz 

okazał się mądrzejszy - westchnęła z rezygnacją. - Zawsze miał pecha... 
Musiał w naszym życiu być dobry za nas oboje. Tego wstydzę się chyba 
najbardziej. 

Oczy Marty błysnęły smutnym blaskiem pokory, a może bólu. 

W milczeniu pila herbatę. 

Agnieszka nie chciała słyszeć o żadnym hotelu. Gdy przygotowywa­

ła Marcie pokój na górze, z uznaniem myślała o doskonałych perfu­
mach, których kropla na przegubie dłoni wprawiała teraz Agnieszkę 
w eteryczne ożywienie. Perfumy były francuskie i ich tajemnicza nazwa 
z pewnością nie dotarła jeszcze do snobistycznych  u p o d o b a ń borow­

skich elegantek. Tak, lepszego prezentu nie wymyśliłaby nawet przyja­
ciółka Agnieszki. I ta apaszka. Dla kobiety „stąd" mógł to być zwykły ka­
wałek Milanówka. Ale Agnieszka nie była „stąd" i gdy przymierzała 
apaszkę, natychmiast przypomniała sobie niedaleką przeszłość, chętnie 
spędzaną w ciasnych, przytulnych butikach Wrocławia. I te wszystkie 
apaszki, niedbale oplatające szyje dumnych manekinów, których cena 
przekraczała wartość jej studenckich sukienek. Prezent od Marty nale­
żał bez wątpienia do rodziny tych arystokratycznych dodatków, a prze­

cież, gdy Marta wręczała go Agnieszce wraz z perfumami, powiedziała 
lekko: „To tylko drobiazgi. Mało praktyczne. Ale gdy mieszkałam w Bo­
rowie, właśnie do nich najbardziej tęskniłam". 

Na dole Krzysztof ze skupieniem przyglądał się swej nowej fajce. 

- Skąd wiedziałaś, że jest bardzo dobra? 

132 

background image

- Mam doświadczenie. 
Uśmiechnął się, gdy wyjaśniła, że jakiś poeta w Paryżu częstował ją 

wytrawnym tytoniem. 

- To jest fajka pokoju, Krzysztofie - dodała. 
- Pod warunkiem, że wypalę ją sam - droczył się Krzysztof. - Cóż, 

jestem biologiem, a nie francuskim poetą. 

- Pięknie urządziłaś swój dom, Agnieszko. - Marta ze znawstwem 

rozglądała się po zapamiętanym wnętrzu, urządzonym z widocznym 
gustem i pomysłowością. Mimo licznych przeobrażeń i niezbędnych 
udoskonaleń, ocalała dawna powaga domostwa. Każdy element, świad­
czący o historii leśniczówki, powleczony patyną niepowtarzalności, do­
czekał się fachowej opieki. Został wyeksponowany i podkreślony. 
Agnieszka nie uległa urokowi nowoczesnych mebli. Widać było, że bar­
dziej interesuje ją renowacja starych, które odwdzięczały się teraz nowej 
właścicielce politurowanym dostojeństwem, budząc zachwyt Marty. 

-  J e s t tu jeszcze wiele do zrobienia. Na początku nie wiedziałam, od 

czego zacząć. Krzysztof najchętniej nie zmieniałby niczego. Łącznie ze 
stanem cywilnym - dodała ze znaczącym uśmiechem. 

- Byłby idiotą, gdyby od tego nie zaczął remontu w swoim życiu. 

Zwłaszcza że cierpliwość została mu sowicie wynagrodzona. Jesteś nie 
tylko ozdobą męża, także tego miejsca, które musiało zmierzać ku rui­
nie. Podobnie jak życie naszego samotnika z wyboru. 

Agnieszka oparła się o framugę drzwi i poważnie spojrzała na Martę. 
-  J e s t e m szczęśliwa. I to dlatego, Marto, że zjawiłaś się w Borowie tak 

późno. On czekał na ciebie przez te wszystkie lata. Z kolei na jego „tak" 
czekała Hanka, matematyczka z naszej szkoły. Nigdy się o tym oficjalnie 
nie mówiło. Po prostu wszyscy poza Krzysiem znali jej sekret. No i zjawi­
łam się ja. Hania ma mi to za złe, że zdobyłam ostatni okaz dżentelmena 
w borowskim szkolnictwie. Rozumiem ją świetnie. Ja stanęłam na jej dro­
dze do szczęścia, ty na mojej. - Wciąż opierała się o drzwi. Milczała chwi­
lę i ponownie zaglądając w oczy Marty, dokończyła: -  J e g o życie nie zmie-

133 

background image

rzało do ruiny. Stal się minimalistą z wyboru i było mu z tym dobrze. Ale 
jeśli chodzi o leśniczówkę, masz rację. Uratowałam ją przed niechybnym 
unicestwieniem. Zawsze, gdy omawiam Kasprowiczowski sonet „Z cha­
łupy", nie mogę oprzeć się pewnym analogiom między wizją poety a re­

alizmem tego miejsca, gdy wprosiłam się do Krzysztofa na herbatę z róży. 

Marta zaśmiała się szczerze, a potem pokręciła przecząco głową, jak­

by chciała oddalić podejrzenia Agnieszki o trwałość sentymentów mło­
dości w pamięci jej męża. 

- Przypisujesz mi za duży udział w uczuciowym życiu Krzysztofa. To 

nie miłość kazała mu tak dobrze zapamiętać naszą przyjaźń. To zranio­
na duma i... nienawiść, a może bezradność wobec niesprawiedliwości, 
jaka go spotkała. Byłam ważna, jak ważne są niezrealizowane marzenia. 
Pamiętam przecież doskonale, że nasze szkolne zauroczenie weszło 

wówczas w fazę kryzysu. Krzyś myślał, że to miłość, ja też, ale tę nasza 
niby miłość podtrzymywaliśmy sztucznie przy życiu, przyozdabiając ją 
poezją, łzami, listami pełnymi namiętności. Ona była jak... 

Marta z błyszczącymi oczami szukała właściwego skojarzenia. Bły­

szczały też oczy Agnieszki, z nadzieją wpatrzone w zamyśloną Martę. 

- ... Jak grób! - triumfalnie wykrzyknęła Marta. - Jak mogiła pamię­

ci, w której złożyliśmy szczątki naszych wspólnych wyobrażeń o sile 
prawdziwego uczucia. 

- Co było jak grób? 

Krzysztof z niepewnym uśmiechem stanął w progu kuchni i pytają­

co spojrzał na Martę. 

- Nasza miłość - pośpieszyła z wyjaśnieniem. - Osiągnęliśmy w niej 

etap obustronnych zapewnień, które spoczywały już nie w naszych ser­
cach, a we wspólnej mogile. Trafiły do niej ze starości, z. przyzwyczajenia... 

- Coś w tym jest - zgodził się niechętnie. - Ale żeby od razu pierw­

sze poważne uczucie złożyć do trumny? Chyba przesadzasz... 

- Skąd! Każdy temat, z założenia nowy, kończył się kąśliwą uwagą: 

„Wiem, wiem... mówiliśmy o tym niedawno". 

134 

background image

- Kwestia jest sporna i na  p e w n o zdołacie ją rozważyć, ale na razie 

znajdujecie się na moim terenie i nie życzę sobie w kuchni żadnych 
awantur. - Agnieszka była w doskonałym nastroju. Śmiała się szczerze 
i głośno. 

Pili drinka prawie w milczeniu. Agnieszka taktownie zniknęła za 

drzwiami dziecięcego pokoju. W starym salonie, rozświetlonym jedną 
delikatną lampą, panował miły półmrok. Było już późno. 

- Nie mam prawa męczyć cię dzisiaj wspomnieniami. Jesteś na pew­

no zmęczona. 

- Tak - zgodziła się szczerze. - W każdym razie nazbyt zmęczona, 

aby kontynuować jakikolwiek spór. Ty z kolei jutro masz zajęcia. Nie 
mogę pozwolić, abyś z mojego powodu pomylił muchę z pantofelkiem. 
Teraz dzieci są bardziej spostrzegawcze niż my kiedyś. 

- Zupełnie inne! - ożywił się Krzysztof.- Są impertynenckie, inteligent­

ne, przebiegłe i odważne. Za wszystko je kocham. Nawet bezczelność tych 
smarkaczy dowodzi nie tyle braku dobrego tonu, co potrzeby szczerości. 

- Wyobrażasz sobie naszą potrzebę szczerości, zaprawioną choćby 

kroplą bezczelności na lekcji geografii? 

Roześmieli się cicho na samą myśl o reakcji geografa, majora w sta­

nie spoczynku, który opuścił szeregi armii, aby przejąć dowództwo nad 
światem map. Stary Globus. Łysy, czerwony, z twarzą na baczność... 
Przez godzinę w jego towarzystwie klasa czuła się jak na froncie. Był to 
front wschodni, okrutny, pełen niezrozumiałych komend i rozkazów. 

- Stary major... Wiesz, jak umarł? Pewnego dnia nie przyszedł do szko­

ły. Znaleźli go sąsiedzi. Wisiał na żołnierskim pasku. Miał na sobie galo­
wy mundur. Był też jakiś list. Prosił w nim, aby ktoś zajął się jego kotem. 
Nie podejrzewałem nigdy, że trzyma u siebie kota. Na pogrzebie zjawiła 
się starsza dostojna pani. Agnieszka zaprosiła ją na kolację. Wyglądała jak 
przywiędła gwiazda niemego filmu. Okazało się, że była narzeczoną Glo­
busa. Chciała ślubu kościelnego. On do końca nie. Oboje pozostali samot-

135 

background image

ni. Odwiedzali się raz do roku i zapewniali o swej konsekwencji. Zarów­
no w sferze uczuć, jak i obrządku ślubnego. Wyjechała stąd z jego kotem. 
Powiedziała nam ze łzami w oczach, że od kilkunastu lat stara się o jej rę­
kę pewien solidny, emerytowany lekarz. Dopiero teraz będzie mogła spo­

kojnie połączyć się z nim węzłem małżeńskim. 

- Dlaczego dopiero teraz? Chodziło o  d a n e w przeszłości słowo? 
- Nie. Chodziło o miłość. Kochała tylko Globusa. Czy ty możesz to 

sobie wyobrazić? 

Leżąc już w ciemnym pokoju, należącym niegdyś do starego leśni­

czego, Marta próbowała to sobie wyobrazić. Wyobrażała sobie Globu­
sa, jego narzeczoną i ich miłość. Ale zamiast tego widziała pod zmęczo­
nymi powiekami wielkie pole bitwy i nacierające na siebie pułki 
ołowianych żołnierzyków. Zasnęła dopiero nad ranem. 

Marta z uwagą przeglądała się w starym lustrze. Pomyślała, że po raz 

pierwszy wygląda na osobę starszą, niż jest nią w rzeczywistości. Na 
twarzy odnalazła ślady źle przespanej nocy i oznaki choroby, które 
przerażały ją każdego ranka, zanim zdołała je ukryć skutecznie pod war­

stwą dobrych kosmetyków. 

Od pewnego czasu poranny makijaż stał się przykrym obowiązkiem. 

Oznaczał spojrzenie prawdzie w oczy i Marta coraz rzadziej opuszczała ła­
zienkę z uczuciem zadowolenia. Dzisiaj było podobnie. Cieszyła się tylko 
myślą, że jest sama w tym dużym domu i zdąży przed powrotem mieszkań­

ców przygotować się do roli pewnej siebie, wciąż atrakcyjnej kobiety. 

Gdy wchodziła do kuchni, była już zupełnie kimś innym. Marta je­

szcze raz uwierzyła, że wszystko może skończyć się dobrze. Ta cała jej 
tragedia, którą udawało się zażegnać kilkoma ruchami wprawnej ręki 
i chwilą cierpliwego retuszu. 

Wypiła pól szklanki mleka, a gdy przyjaźnie zagwizdał czajnik, zro­

biła sobie mocną poranną kawę. Z kawą i telefonem ulokowała się na 
werandzie. 

136 

background image

Z Adamem rozmawiała krótko, zapewniając go o doskonałym samo­

poczuciu. Zmartwiona przeziębieniem Olgi i rozczulona tęsknotą mę­
ża, niechętnie zakończyła rozmowę. Potem, na prośbę Adama, skontak­

towała się z wydawcą, próbującym bezskutecznie dodzwonić się pod jej 
warszawski numer. 

- Ależ oczywiście, panie Marku, że nic się nie zmieniło. Poza wciąż 

rosnącą objętością książki - uspokajała go wesoło. - Nie rozumiem tyl­
ko pana zdenerwowania. Umawialiśmy się przecież na wrzesień, a nig­
dy dotąd... Ach, więc o to  c h o d z i ? - rzuciła nerwowo do słuchawki. - In­
teresujące... A kto, jeśli mogę wiedzieć, tak bardzo przejął się moim 
zdrowiem? Ależ nie, skądże nerwy! Uwielbiam być tematem stołecznych 
konwersacji. Plotki dowodzą tylko mojej wysokiej literackiej pozycji. 
Dlaczego powinnam się przejmować? Nikt z nas nie powinien! Zwła­

szcza pan! Im szybciej Warszawa złoży mnie w grobie, tym większy suk­
ces „Kobiety grzechu"... Nie, nie, proszę się nie martwić, proszę mi ra­
czej życzyć więcej odporności na ludzką złośliwość... Rozumiemy się 
świetnie. Tak. Cena sławy... Słusznie... Pozdrawiam serdecznie. 

Marta przełknęła kilka łyków kawy. Ale już nie czuła jej aromatycz­

nego zapachu. Nie dostrzegała także niedawnej świeżości poranka, 
który przywiódł ją tutaj, na werandę. Tak cieszyła się z drżenia listków 
brzozy, tańczących rozbieganymi witkami nad jej głową. I z powietrza. 
A teraz wszystko jej zabrano. Kilkoma zdaniami, w których wyrażała 
się cała filozofia ludzkiej ciekawości, strachu, raniącej dociekliwości. 
Słowem, tego wszystkiego, przed czym uciekła i co  d o p a d ł o ją na 
oszklonej werandzie. Wiadomości o jej chorobie mógł roznosić po re­
dakcjach i wydawnictwach tylko ktoś taki, jak Zieliński. Cóż... Mogła 

o tym pomyśleć, zanim sięgnęła po osobistą broń w ich ostatniej roz­
mowie. 

Nagle uświadomiła sobie, jak niewiele obchodzi ją Zieliński, wy­

dawnictwo, „Kobieta grzechu", terminy i złe szepty przy kawiarnianych 
stolikach. Zatęskniła za czasem, gdy wspinała się po wysuszonych ko-

137 

background image

narach drzew, aby na moment utonąć w cieniu starych gałęzi. I natych­
miast przypomniała sobie kasztan. 

Kasztan był drzewem granicznym. Stał na straży małego podwórka 

między ulicą Słoneczną a Górną. Mali mieszkańcy z obu ulic rościli so­
bie prawo do kasztana. Zwłaszcza jesienią, gdy nabrzmiewał rudymi 
owocami. Tak się szczęśliwie składało, że pień kasztana przylegał do 
płotu grodzącego dom Budziszów. Marcie to wystarczało, aby trakto­
wać drzewo jako rodzinną własność, niemal tak prywatną, jak maszyna 

ojca czy kufer matki, o którym zwykła mawiać „mój sunduk". 

Gdy wybuchały podwórkowe kłótnie o użytkowanie kasztana, 

wchodzenie nań lub rzucanie kijami w kolczaste kule, matka przywoły­
wała Martę z podwórka i łajała ją, wiecznie upominając: 

- Głupia ty, toż my kasztana nie przywozili ze Wschodu. On wszy­

stkich, to i twój! A że do nas przykleił się? Ot, widać taka jego wola by­
ła. Bezdomny to i przykleił się. Tyle co u niego liści, tyle i właścicieli mieć 
może. Tak widzisz. Twój on i nie twój. Bo i psy  p o d nim łapę podniosą 
i ludzie wypoczną. Skąd to, Marta, u ciebie egoizm taki? 

Oczy małej Marty robiły się wąziutkie. Kręciła nogą, milczała, a gdy tylko 

znalazła się na ulicy, przytulała policzek do mokrej kory i szeptała zawzięcie: 

- Mój ty, mój. Tylko nikomu o tym nie mów... 

Na kasztanie miała swój domek. Tak nazwała cztery deski, zbite 

przez poczciwego Watracha. Gdy wytłumaczyła mu, o co chodzi, poki­
wał ze zrozumieniem głową i już następnego dnia wszedł na rozłożyste 
drzewo z tym prowizorycznym siedziskiem, zamocował je tak, aby by­
ło bezpieczne i nawet splótł drabinkę ze starego sznura po bieliźnie. 

Od tego dnia Marta legalnie zamieszkała na kasztanie. W upalne dni 

wnosiła tam swoje książki, a gdy  p a d a ł deszcz, przykrywała się starą, 
brezentową kapotą i kasztan zamieniał się w wielką łódź, zalewaną 
oceanem szarego powietrza. Marzyła, że płynie w strugach deszczu 
i w burzy, rozrywającej zielony żagiel kasztana. A obok niej siedzi 
uśmiechnięty dentysta, chroniąc przed deszczem swoje skrzypce, i sta-

138 

background image

ry Watrach, milczący, z dobrymi, smutnymi oczami. 1 jej pies, Ciapek, 
utnie wpatrzony w swoją panią. 

Pójdzie tam wkrótce. Myśl, że z całej załogi pozostało tylko drzewo, 

była przykra. Na szczęście zadzwonił telefon i Marta niechętnie, w za­
stępstwie domowników ruszyła w głąb domu. 

- Cześć Marto! - krzyknęła Agnieszka, z impetem otwierając wejścio­

we drzwi. -  O d p o c z ę ł a ś w naszych piernatach czy zatęskniłaś za domem? 

- Agnieszka! - ucieszyła się Marta szczerze. - Nie spałam jak suseł, 

przyznaję, ale to z nadmiaru wrażeń. Przygotowałaś mi śniadanie, a te­
go w umowie nie było! - Pogroziła jej palcem. - Wiesz, tu jest jakaś in­
na gościnność niż w tej mojej Warszawie... Chodzi mi o to, że w Boro­
wie gość wciąż jest ważniejszy od pracy i własnych spraw... Pomyślałam 
z zawstydzeniem, że na twoim miejscu nie wykazałabym takiej troski 
o nowego domownika. 

Agnieszka zaśmiała się, zadowolona z uznania. 
- Nie wierzę, Marto, że więziłabyś mnie o głodzie i chłodzie. Ty po 

prostu zauważasz więcej niż inni. Jesteś wrażliwsza i dostrzegasz nie­
zwykłość nawet w zwykłych gestach. 

- Przyjedziesz do mnie, to sprawdzimy tę moją wrażliwość. Chociaż 

teraz być może czegoś się od ciebie nauczyłam... Mów, co w szkole? 

- Sensacja! - Agnieszka podtrzymywała żartobliwy ton dialogu. - Do 

Borowa przyjechała znana pisarka i wszyscy chcą robić z nią spotkania, 
wywiady, wspólne zdjęcia... Co ty na to? 

- Koszmar. Tylko współczuć znanej pisarce. Zwłaszcza że wiem nie­

jedno na temat znanych pisarek. One tak naprawdę są nudne. Uwielbia­
ją mówić o sobie, co wynika z wiary we własną nieprzeciętność. 

- I wszystkie są takie? 
- Tego nie wiem. Tak naprawdę znam tylko jedną... 
- To może mi uprzejmie powiesz, co znane pisarki jadają na obiad? 

Masz do wyboru... 

139 

background image

Marta pokręciła nieśmiało głową. 

-  J e ż e l i pozwolisz, dzisiaj wrócę wieczorem. Chciałabym spotkać się 

z siostrą. - Westchnęła głośno i posmutniała. - Dzwoniłam dzisiaj do 
swego wydawcy. To nie był miły telefon. Prawdopodobnie będę musia­
ła skrócić pielgrzymkę po rodzinnej ziemi. 

- A może niepotrzebnie dzwoniłaś? Kiedyś trzeba odpocząć. Trafi­

łaś na dobrą pogodę... Młodzież już od tygodnia nie wychodzi z jeziora. 
Zachowują się tak, jakby były wakacje. Spróbuj wziąć z nich przykład! 

Roześmiały się obie. Agnieszka zapatrzyła się w otwarte okno. 

- Powinnam ci powiedzieć... że bałam się twojego przyjazdu. Ze 

względu na Krzysztofa. Często myślałam o tobie jak o kimś, kto przewija 
się przez życie innych falą niszczącego huraganu. Dla Krzysia byłaś po­
wietrzną trąbą. Do dzisiaj mówią w Borowie o jego cierpieniach. Przerósł 

w nich Wertera, Gustawa, Kordianów... Kogo tylko chcesz. I do dzisiaj jest 
samotny. Wiem... Zabrzmiało paradoksalnie, ale to prawda. Wciąż odgry­
wa misterium własnych smutków. Widz i aktor w jednej osobie. Ja ze swo­
im realizmem nie mam prawa uczestniczyć w tych spektaklach. Na szczę­
ście pojawił się Paweł i nie było czasu na te prywatne premiery. Ale gdyby 
nie dziecko... Nasz związek miałby małą szansę przetrwania... 

Marta słuchała z uwagą. Nie pytała i nie przerywała. Dopiero gdy 

Agnieszka zamilkła, powiedziała cicho: 

- Przykro mi to słyszeć, ale może spójrz na problem inaczej. Gdy po­

znałaś Krzysztofa, łatwo było jego dziwne usposobienie tłumaczyć prze­
żytym miłosnym zawodem. Doszły inne zmartwienia: śmierć ojca, koniec 
marzeń o medycynie, poczucie osamotnienia.. Zastanawiam się, czy 
Krzyś nie uprościł swego problemu, obciążając mnie jednoznacznie winą 
za całokształt młodzieńczych rozczarowań. Ta jego miłość... Próbowałam 

już o tym mówić. Płomienne uniesienia nie przetrwały nawet do matury. 
Przyjaźniliśmy się, rozumieliśmy, ale gdyby wówczas zjechała do Borowa 
ekipa urodziwych studentek medycyny, Krzyś wycierałby im plecy na po­
moście, zamiast studiować z uwagą moje poetyckie wizje świata. Problem 

140 

background image

w rym, że studentek nie było, a na pomoście siedziałam ja ze swoim se­
kretnym zeszytem, pełnym nieudolnych rymów o miłości. Być może nie 
doceniłam uczuć Krzysztofa, ale istnieje też prawdopodobieństwo, że on 
je przecenił, i to w dniu, gdy rozżalona, obwiniająca siebie i cały świat za 
śmierć brata, odeszłam stąd, mając w kieszeni szkolną legitymację, 
a w sercu żal. 

Marta uśmiechnęła się do zasłuchanej Agnieszki. Spojrzała na zegarek. 

-  J a k myślisz, Agnieszko, a gdybym tak odwiedziła moją Wandę w jej 

hurtowni? Ostatecznie dlaczego ma dreptać dwa kilometry, jeżeli i tak 
się do niej wybieram? 

- Dzisiaj już zamykamy, przepraszam, już za późno... Ale... czy pa­

ni po towar? - Irena nachalnie wpatrywała się w błękitny dżinsowy kom­
binezon i misternie spleciony warkoczyk. 

- Po towar - odpowiedziała pogodnie nieznajoma. - Ten najlepsze­

go gatunku. O, proszę, towar sam do mnie leci! 

Wanda już biegła do siostry, zdumiona nie mniej od Ireny. 
- Martusia! - cieszyła się. - Jak mnie tu znalazłaś? Poznaj Irenkę, mo­

ją koleżankę... 

- To ja zrobię kawę - zaofiarowała się Irena po wstępnej prezenta­

cji, pochłaniając Martę po kawałeczku zachłannymi oczami. 

- A zrób, Irenko, to razem wypijemy. A może, Martusiu, jeszcze 

książkę jaką o naszej hurtowni napiszesz? 

- Najlepiej o Dąbku! - podsunęła Irena i obie z Wandą zaśmiały się 

szczerze. 

- A kto to jest Dąbek? Muszę koniecznie dowiedzieć się wszystkie­

go. Jak mam pisać książkę, to niech już będzie prawdziwa... 

Po magazynie, szczelnie wypełnionym artykułami spożywczymi, 

oprowadzały Martę z miną właścicielek, dumne, jak skrzętne gospody­

nie, których zasługą są uginające się półki spiżarni. 

- Wszystko tu mamy, Martusiu. 

141 

background image

-Tylko czasu brak, żeby to jeść - zaśmiała się Irena, wciąż onieśmie­

lona. 

- Czy wozicie te zgrzewki jakimś wózkiem? - zainteresowała się 

Marta, w której natychmiast ożył reporterski duch; 

- To zależy od zamówienia. Czasami, jak klient się śpieszy, chwyta­

my w ręce i szybko pod samochód. 

- Wózek co chwilę się psuje. 1 jakiś wywrotny. Parę razy musiałyśmy 

towar zbierać z podłogi - tłumaczyła siostrze Wanda. 

- I jesteście tu same? Nie ma żadnego pomagiera? - Marta z niedo­

wierzaniem patrzyła na te uśmiechnięte córy Syzyfa. W ich pracy widzia­
ła niedorzeczność. Zmęczenie i ból. 

- Był tu Bolek. Poszedł do wojska. Ale on taki jak nasz Bohdanek, 

wydelikacony. Powinien raczej wiklinę wyplatać, niż targać towar. 

- Raz musiałyśmy odkopywać Bolka. Z cukru. Cale worki na siebie 

wysypał. 

Wspomnienie wywołało ogólną wesołość. Nawet Marta, przejęta co­

dziennymi obowiązkami Wandy, uznała ten wypadek przy pracy za 
godny literackiego odnotowania. 

W biurze dymiła już kawa. Sama myśl o kolejnej porcji kofeiny prze­

rażała Martę, ale z pomocą śmietanki napój złagodniał i piła go teraz, 
przyjaźnie rozmawiając o klientach i ruchu w hurtowni. Nareszcie mia­
ła swój temat na artykuł: kobiety dźwigające ciężary życia. I to nie tylko 

w przenośni. 

- Lubisz, Wando, tę pracę? - Spojrzała na siostrę wnikliwie, ale twarz 

Wandy nie chciała niczego udawać. 

- Czy lubię? - Zamyśliła się krótko. - Może nie uwierzysz, bo się 

do takiej roboty nie nadajesz, ale ja tutaj czuję się bardziej kobietą niż 
w  d o m u . Klient przyjedzie. Grzecznie o wszystko zapyta, poprosi. Po­
wie miłe słowo. I pożartować można. A pożartuj przy Józku! Natych­
miast awantura. Tu mi mówią: „Pani Wandeczko, jak dobrze pani 
w niebieskim...". Albo, gdy widzą, że człowiek nie w sosie, pytają: „Co 

142 

background image

to się stało naszej królowej, zdrówko szwankuje?" A ja lubię się z ludź­
mi spotkać, pogadać, pomóc. Więcej od swoich zaznasz krzywdy, niż 
od obcego. 

- A pani Irenka? Taka jeszcze młoda. A tu zamknięta przed światem, 

ukryta za kartonami i puszkami z fasolką. Nie chciałaby pani wyjść z te­
go magazynu? Młodość przecież nie lubi piwnic... 

- Czasami tak myślę, że może bym i chciała. Ale, czy ja wiem? 
- A kto by klientów przyciągał! - Wanda udała oburzenie. - Irenka 

jest pracowita. Jeszcze się tu doczekamy jakiegoś ślubu. Taki jeden 
ostatnio coś często przyjeżdża i wcale nie dlatego, że szybko sprzedaje. 
Tylko Irenka nie chce go i koniec. 

- Dlaczego? Za stary? - zainteresowała się Marta. 
- Stary nie jest. - Irena wbiła oczy w podłogę. - Ale inny podejdzie, 

pomoże, kulturalnie podziękuje. A ten, jakby laskę robił, że stoi. Patrzy 
jak targam soki i ani drgnie. 

- Bo ma twoje nogi w oczach. Zawsze ci to mówię. 
W torbie Marty odezwał się przeciągły sygnał telefonu. Odeszła 

w głąb biura. 

- Nareszcie cię dopadłam, ty uciekinierko... 
-  J o l k a ! Jak dobrze, że dzwonisz. Nie spytałam Adama, jak się czuje 

twój ojciec i miałam wyrzuty sumienia. 

- A może tak zapytasz, jak ja się  c z u j ę ? -  J o l k a radośnie śmiała się do 

słuchawki. - Dzwonię, bo ci się to należy. Ojciec ma się świetnie. Go­
rzej ze mną. Mam kłopoty. - Głos Jolki, wciąż wesoły, zupełnie nie pa­
sował do tego oświadczenia. - I to są również, moja droga, kłopoty ser­
cowe! 

- Cudownie! Jak to się stało? 
- Masz w tym swój udział. Pewien doktor nazbyt intensywnie opie­

kował się ojcem. Podejrzewam, że brał dodatkowe dyżury, bo ilekroć 
tam byłam, siedział przy nim i trzymał go za rękę. I od kilku dni mnie też 
próbuje trzymać za rękę. Uznał, że mam przyśpieszone tętno. W ramach 

143 

background image

obserwacji klinicznej poszłam z nim do kina. To, że randka nie skończy­
ła się zawałem, dobrze świadczy o moim sercu... 

-  J o l k a . . . Ale to nie jest, mam nadzieję, Kwieciński... 
- Nie, nie... Żadnych romansów w moim wieku. Kardiolog ma z ko­

biet tylko matkę i papugę. Falistą. Na tym koniec. 

- Uff... - odetchnęła Marta do słuchawki. - To najważniejsze. Słuchaj 

- dodała. - Nie wiem jak kardiolog, ale znam faceta z papugą... Nieważ­

ne. Opowiem po powrocie. W każdym razie papuga - to niezwykle 
obiecujący szczegół... 

Jechały wolno. Wanda była dumna z Marty. Nawet z tego jej piszczą­

cego telefonu. Wszystko, co robiła Marta, wydawało się Wandzie ele­
ganckie. A teraz, gdy rozsiadła się wygodnie na przednim siedzeniu for­
da, miała wrażenie, że też uczestniczy w tej elegancji i nie jest Wandą 
Górską, tylko siostrą Marty Koszyckiej, chociaż ma na nogach ubiegło­
roczne buty, a w pasie spódnicę z poszerzonym klinem. Wanda zamknę­
ła na moment zmęczone oczy. Było jej dobrze i sennie. Jakby zmęczyła 
się od nadmiaru miłych wrażeń. 

Marta zerknęła na siostrę i uśmiechnęła się do siebie. Kochana, do­

bra, duża Wanda... Ona pierwsza musiała pomóc rodzicom. Finanso­
we sprawy Budziszów nigdy nie układały się dobrze. Przyczyną wie­
lu problemów była materialna bezradność matki i ojca. Nie potrafili 
zabiegać o należne im pieniądze. Matka pozostała na skromnej zapo­
modze. Ojciec ze swoją przedwojenną uczciwością zarabiał  n ę d z n e 

grosze, które już nie wystarczały, gdy zaczęły rodzić się dzieci. Wanda 
uczyła się dobrze, ale niechętnie. Za to w domu była nieoceniona. Wy­
chowywała najpierw niewiele młodszego Bohdanka, potem Martę. 
Miała co robić. Matka całymi dniami kręciła się po domu, ale z tego jej 
dreptania niewiele wynikało. W jakiś niezrozumiały sposób tam, gdzie 
się pojawiała, powstawał bałagan. Sprzątała, gotowała, męczyła się, 

144 

background image

a dom Budziszów wciąż przypominał zaniedbaną i pozbawioną reki 

gospodyni ruinę. 

"Wygląda tu jak na twojej ojcowiźnie"... - mawiał ojciec z niesma­

kiem, ale zaraz łagodniał, widząc, jaką przykrość sprawiały jego słowa 

wiecznie zapracowanej żonie. 

- Wiesz, o czym myślę? 
Wanda niechętnie zareagowała na pytanie siostry, wolno otwierając 

oczy. Tak jej było dobrze jechać w nieznane. 

- Przypomniałam sobie, jak codziennie kąpałaś Bohdanka 

i mnie... 

- Nie tyle kąpałam, co pilnowałam, żeby twoje nogi po lataniu na 

bosaka nie trafiły na białe prześcieradła. 

- No, ale grzałaś  w o d ę w tym wielkim saganie, pamiętasz? 
- Pamiętam, bo był ciężki jak diabli, i raz o mało co nie wylałam na 

siebie wrzątku. 

- Tego sagana zazdrościliśmy ci z Bohdankiem najbardziej. I jeszcze 

rozpalania pod kuchnią. 

- Ja też  w a m zazdrościłam, jak już spaliście sobie smacznie, a przede 

mną rosły te wszystkie stare gary, misy, po nas, po psach i kotach. A na 
końcu musiałam wyszorować podłogę w kuchni. Czego tam nie było, 
na tej podłodze. Wreszcie ją sama pomalowałam... 

- A ja? - Głos Marty zabrzmiał dziecinnie. - Powiedz, bardzo ci do­

kuczałam? 

- Bohdanek przy tobie to był anioł. Pewnie, że dokuczałaś. Kiedyś 

nie pozwoliłam ci pójść na podwórko. Za karę. Po tym jak Bohdankowi 
zniszczyłaś znaczki. Wstałaś wtedy w nocy. Pamiętasz? 

- Oczywiście! - Marta zaśmiewała się przy kierownicy. - Wyniosłam 

na kasztan twoje ubranie. Łącznie z butami... 

- A jak ojcu pocięłaś angielską wełnę na garnitur? 
- Tak! Było coś takiego... Czekaj... Dlaczego właściwie pocięłam mu 

ten materiał? 

145 

background image

- Podobał ci się i chciałaś uszyć z niego obrożę dla Ciapka. Odcię­

łaś malutki kawałeczek, ale krzywo. Zaczęłaś wyrównywać i nie zosta­
ło nawet na kamizelkę. Ojciec cię wtedy prał i płakał. 

- Aha... On nie umiał nas karać. 

Cmentarz leżał w tej części miasta, którą rozbudowano dopiero po 

wojnie. Zdobiła go duża brama wjazdowa z półokrągłym napisem 
„Cmentarz komunalny". Marta przechodziła obok tej bramy idąc do 
szkoły. Przymiotnik „komunalny" rozumiała wtedy jako „tylko dla ko­
munistów". Gdy zwierzyła się ojcu ze swych przypuszczeń, śmiał się 
z niej głośno, a na końcu powiedział: „Lepiej by pewnie było w naszej 
Polsce, gdyby oni wszyscy tam sobie spokojnie leżeli, ale śmierci nawet 
wrogom życzyć nie wolno". 

Samochód wtoczył się na bruk i widać już było pierwsze płyty beto­

n o w e g o płotu, a nad nimi stare potężne buki, lipy i klony, pamiętające 
jeszcze czasy, gdy zamiast dzisiejszych alejek, rozdzielających groby, 
wiodły tu spacerowe ścieżki, stały ogrodowe, wesołe altany. Co niedzie­
lę w bukowym parku spotykali się mieszkańcy miasta i okolic. Na festy­
nach, koncertach, uroczystościach czy odpustach. Ale też w zwykłe dni 
dróżki zapełniały się wózkami spacerowymi, rowerkami malców, eme­
rytami. Niedaleko parku rozkwitał raz w roku przejezdny cyrk. Wielki 
namiot gromadził wszystkie borowskie dzieci oprócz Marty. Nie lubiła 
przedstawień. Za to godzinami kręciła się wokół klatek ze zwierzętami 
i patrzyła na nie smutnymi oczami. Albo wesołe miasteczko. Też zatrzy­
mywało się właśnie tutaj. Kusiło karuzelami i cukrową watą na patyku. 

-  D a w n o tu nie byłam... - westchnęła Wanda i nagle przypomniała 

sobie o najważniejszym. - Kwiaty! - wykrzyknęła zawstydzona tym 
przeoczeniem. - Nie mamy kwiatów... 

- Wszystko mamy, Wandeczko. Przynajmniej raz ja pomyślałam 

o kwiatach. 

Ustawiły kwiaty i zapaliły znicze. 

146 

background image

Potem Wanda została przy grobie rodziców, a Marta wyruszyła 

ze storczykiem w  p o d r ó ż na drugi koniec cmentarza. Zdawało się 
jej, że między drzewami mignęła ciemna sylwetka dentysty i rudy 

o g o n spaniela. Wyszczerbioną płytę, obrosłą  m c h e m , bardziej już 
zieloną niż białą, widać było z daleka. Stanęła nad nią ze smutnym 
uśmiechem. 

- Eń dobry, panie doktorze. Mój wielki przyjacielu - wyszeptała. -

Czy pozwoli pan, że chwilę tu postoję i podumam? Dzisiaj mam czas. 
Nie spóźnię się do szkoły. - Stała długą chwilę, pochylona nad mogiłą. 

Zrobiło się już chłodniej, ale żadna z sióstr tego nie zauważyła. Sie­

działy na ławce stojącej obok grobu Bohdanka. Ten ich jedyny brat, 
który za wcześnie włożył ostatni garnitur, był obok. Jak kiedyś, gdy 
w trójkę leżeli cicho na starych łóżkach i porwanych materacach. 

- Bohdanek tak mało o sobie mówił, że prawie go nie znałam. - Mar­

ta zapatrzyła się w krzywe, niestarannie pozłacane litery imienia. 

- Bo ty byłaś gaduła za nas wszystkich - czule uśmiechnęła się Wan­

da. - A on cię bardzo kochał. 

- Kochał? - Marta zdziwiła się, bo to słowo jakoś nie pasowało do 

ich rodzinnej skali miłości. W domu na ogół nie mówiło się wiele na te­
mat wzajemnych uczuć, więc nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że 
Bohdanek którąkolwiek z nich kochał. 

- Kochał, kochał... Pamiętasz tę swoją wycieczkę do ZOO? O mało 

na nią nie pojechałaś, bo nie było pieniędzy... 

- Pamiętam... - Marta kojarzyła ten wyjazd z wielkimi łzami. Do koń­

ca nie wiedziała, czy rodzice pozwolą jej pojechać. Płakała tak skutecz­
nie, że wreszcie łzy okazały się najtrwalszym wspomnieniem. I może je­
szcze małpy, które pierwszy raz zobaczyła z bliska. Ale Bohdanek? 
Nigdy nie przyszło jej do głowy, że miał coś wspólnego z jej wycieczką. 

- No więc właśnie Bohdanek nazbierał ci tych pieniędzy - oświad­

czyła Wanda. 

- Żartujesz! - Marta wydawała się poruszona. 

147 

background image

- Żartuję? A kto kopal ogród aptekarza, a potem sprzątał w sadzie 

u Siwińskiej? Przez trzy dni harował, żebyś te swoje małpki mogła obej­
rzeć.. Tak, tak, Martusiu, czasami człowiek nie wie, jakie ma długi do 
spłacenia. Też mu wiele zawdzięczam. Jak czasami nie mogłam już ustać 
na nogach, przychodził do kuchni i mówił: „Siadaj koło ognia, teraz ja 
pozmywam". Niby nic wielkiego, a życie od razu wydawało się lepsze. 

- A ja? Pomogłam ci choć raz? 
- Ty byłaś inna, zdolna, taka mała mądralka. Kto by tam ciebie do 

roboty pędził... Ale jak napisałaś kiedyś Bohdankowi wiersz, on go przy 
sobie nosił. Wiem, bo prałam jego rzeczy. 

- Coś mi się wydaje, że rosłam na potwora... 
- Charakterek miałaś, to się zgadza. Ale na przykład... jak przeczy­

tałaś wiersz, to tak rzewnie, tak pięknie, jakby te słowa przez ciebie pły­
nęły. My z Bohdankiem wzruszaliśmy się, że aż tu... - pokazała na ser­
ce - tu kłuło i przejmowało dreszczem. Taka była z ciebie czarodziejka. 

A widziałaś kiedyś czarodziejkę przy naczyniach? 

Było im dobrze tu, wśród najbliższych. Siedziały wtulone w siebie. 

Powiązane supłami czasów i zdarzeń mocniej, niż odczuwały to każde­
go innego dnia. Zapuszczały się w swoje dzieciństwo i młodość ostroż­
nie, z ciekawością dziecka, niepewnie stawiającego pierwsze kroki. Bo 
też ich podróż na Słoneczną miała wiele wspólnego ze światem dzie­
cięcych obaw, zmartwień, lęków. Ze światem niewytłumaczalnych 
snów, tajemniczych gestów i zachowań. Z magią, którą upływający 

czas oswajał i kompromitował. Aż  p e w n e g o dnia, a dla każdej z nich 
był to inny dzień, okazywało się, że nie ma żadnej tajemnicy w ciężkich 
kłódkach, wiszących na drzwiach do przeszłości, żadnych szeptów, 
przeciskających się przez nieszczelne ramy okien. Nie ma duchów, 
uwięzionych w starej lakierni czy sekretnych przejść między piwnica­
mi podmokłych domów. Jedyne, co pozostało z tamtych lat, to nama­
calne i widziane z bliska prawa życia, tak surowe i bezwzględne, że aż 
nierzeczywiste. 

148 

background image

Bo czy rzeczywista była woskowa twarz Bohdanka i jego sztywna rę­

ka, wymykająca się z trumny? - myślała Marta, gdy wracały kamienną 
ścieżką. - Albo ciało jej Ciapka, drżące jeszcze oddechem, a już nierucho­
me? Świat magii odpływał wolno, jak wiara w duszki zamieszkujące ka­
sztan. A zniknął całkowicie z powodu Drogi Słońca. Drogą Słońca nazy­

wała Marta brzozową aleję, którą codziennie przeciskały się wesołe 
wozy, załadowane krowami, świniami i baranami, wozy pełne niecier­
pliwego ruchu i porykiwań. Marta witała i żegnała przejeżdżające zwie­
rzęta w ich języku. Ryczała, kwiczała, beczała, w zależności od towarzy­
stwa wędrującego słonecznym traktem. Lubiła wycieczki tych dziwnych 
podróżników. Często przyklejała się do tyłów wozów i przejeżdżała ka­
wałek piaszczystej drogi, dopóki nie sięgnął jej bat furmana. 

Kiedyś zapytała ojca, co jest na końcu jej ulubionej drogi. 

- Rzeźnia - odparł zdumiony, że jego córce nigdy nie przyszło to do 

głowy. - Przecież widzisz, że codziennie wożą tam zwierzęta. 

- Kiedyś myślałam, że świat jest pełen niezwykłych rzeczy, wypeł­

niony niesamowitościami jak nasze koszyki czarną jagodą. - Marta spoj­
rzała na idącą obok, zamyśloną Wandę. 

- A nie jest? 
- Chyba nie. Świat staje się niezwykły, gdy wymaga od nas akcepta­

cji śmierci. Tego, żebyśmy ją spokojnie przyjęli. Tak jak życie - wyjaśni­
ła szybko swą myśl. - A to przecież szczególne rozstanie. Wszystko in­
ne, poza śmiercią, może być dobrą albo złą zabawą. 

-  J a k to w życiu - westchnęła Wanda. 
-  J a k to w życiu - zgodziła się Marta. 

Kolejne dni, wypełnione licznymi obowiązkami towarzyskimi, mija­

ły za szybko. Marta zaledwie raz zdołała zasiąść do planowanego artyku­
łu o królewnach z hurtowni. Zrobiła nawet przyzwoity szkic, uwzględ­
niający realia. Niewiele więcej zdołała napisać, wciągana codziennie 
w wir spotkań, kończących się czasami nad ranem. Nie przyznawała się 

149 

background image

do zmęczenia. Tylko w rozmowach Z Adamem zwierzała się ze swych 
obaw. Bywała coraz częściej osłabiona i w takich momentach tęskniła do 

warszawskiego domu. 

Lubiła wieczory w leśniczówce Królów, gdy nie mieli gości. Agnie­

szka z zainteresowaniem przysłuchiwała się wspomnieniom Marty i mę­
ża, zawsze jednak pozwalała kończyć im wieczór we dwójkę. 

- Mam dziwne przeczucie, że gdy kładę się spać, Krzysztof przypo­

mina sobie o wiele więcej intymnych szczegółów - mówiła, zbierając się 
do wyjścia. Przygotowywała im jeszcze ciepłe napoje, niczym troskliwa 
pani domu, nie grająca w pokera, ale akceptująca hazard w czterech 

ścianach salonu. - Możecie ruszać z tą ruletką wspomnień - dodawała 
na pożegnanie, odchodząc chętnie do świata rodzinnych sag i roman­
sów, wstydliwie ukrytych  p o d poduszką. 

- Jak to właściwie było z tym nagłym wyjazdem w nieznane? Po mia­

steczku krążyły legendy, że twoja misja ma związek z najstarszym zawo­
d e m świata - zaśmiał się Krzysztof. - Teraz brzmi to jak dowcip, ale wte­
dy miałem ochotę strzelać do każdego, kto wymawiał twoje imię... 

- W obronie mojego honoru? - zapytała niewinnie Marta. 
- Nie. Własnego. W końcu byłaś moją dziewczyną... 
Roześmieli się, a Marta przywołała tamtą niemiłą chwilę. 
- Chciałam studiować. A tymczasem matka bez mojej wiedzy pole­

ciła mnie Korzeniowskiemu. Pamiętasz go? Miał sztuczną rękę, dorobił 
się na Niemcach i wszystkie okoliczne interesy  m o c n o trzymał w tej dru­
giej, lubieżnej łapie. Bardzo nieprzyjemny typ. Obraziłam się wtedy na 
cały świat. Spakowałam dokumenty, parę ciuchów. Wanda płakała, ale 

w największej tajemnicy dała mi parę złotych i wylądowałam w Gdań­
sku. U dalekiego wujostwa. 

- Faktycznie - przypomniał sobie Krzysztof. - Masz tam ciotkę le­

karkę, bo gdy mówiliśmy o medycynie... 

- Miałam - przerwała mu i spojrzała jakoś boleśnie. - Już odeszła. To 

była moja jedyna przyjaciółka i jej zawdzięczam aż nazbyt wiele. Gdy 

150 

background image

zjawiłam się na progu ich gdańskiej willi, ciotka była pewna, że jestem 
pacjentką. W gabinecie rozebrałam się prawie do polowy, zanim prze­
zwyciężyłam nieśmiałość. Stałam bez swetra, kurczowo trzymałam 
bluzkę i nieskładnie wyjaśniałam, kim naprawdę jestem. Jeszcze tego 
wieczora dostałam własny pokój, dobrą kolację, parę kuksańców od 
stukniętego kuzyna i tabletkę na sen. A ciotka do późna w nocy pisała 
list w mojej sprawie, tłumacząc, że jeśli nie powiedzie mi się na egzami­
nach, na  p e w n o wrócę do domu. Opiekowała się mną przez cały pierw­
szy rok studiów. Wujek też. Małomówny, inteligentny. Nie żałował mi 
słów krytyki, ale dzięki tej szczerości robiłam szybkie postępy. To u nich 
urodziłam się po raz drugi. 

- A Warszawa? - Krzysztof starannie nabijał fajkę, słuchając Marty z uwagą. 
- Warszawa... To był pomysł chorej ambicji. Chciałam się usamodziel­

nić, a nadopiekuńczość cioci wcale temu nie sprzyjała. Był jeszcze jeden 
powód... - dodała, ale już ciszej. - Borów wciąż leżał za blisko. Na stu­
diach nauczyłam się kłamać. Stworzyłam na własny użytek interesującą 
biografię, która mogła runąć w każdej chwili. Napracowałam się nad no­
wą wersją życia. Możesz mi wierzyć. Wyrzuciłam z niej wszystko, czego 
wstydziłam się przez całe dzieciństwo. W ten sposób przestała istnieć 
w mojej świadomości ulica Słoneczna. Byłam wolna i szczęśliwa. Tak 
przynajmniej sądziłam. A teraz siedzę i rekonstruuję ten prawdziwy pej­
zaż życia. Piękny nawet w brzydocie. I nie wiem, czy zdążę... 

- Przed następną ucieczką w fikcję? - W oczach Krzysztofa błysnęła 

iskierka drwiny. 

- Przed ostatnią ucieczką, której nie chcę i której się boję. Jestem 

chora, Krzysztof... 

Przeraził się. Nerwowo wypuścił z fajki szare kłęby dymu. 

- To jeszcze nie tragedia. Nie znam człowieka... 
- To już tragedia. Przecież nie rozmawiamy o hemoroidach... 

Gdy kończyła swe bolesne zwierzenie, patrzył na nią jak zaszczute, 

bezradne zwierzę, uwięzione w klatce milczenia. Dopiero potem, gdy 

151 

background image

wzięła jego dłonie w swoje palce i delikatnie poklepywała je pełnym 
czułości gestem, potrafił odnaleźć jej oczy. 

- Ty zawsze musisz wywinąć jakiś podły  n u m e r - mówił cicho, 

nie wstydząc się drżenia w glosie. - Musisz zawsze zrobić coś, co 
cholernie zaboli. Nie oczekujesz  o d e mnie,  m a m nadzieję, zgody na 
ten wyrok? 

- Nie, oczywiście że nie... Nigdy nie godziłeś się na moje ekstrawa­

gancje - przypomniała mu półgłosem. 

- Więc teraz tym bardziej ich sobie nie życzę. Nie będę ci wierzył, 

bo... bo nie umiałbym żyć z taką myślą... 

A po chwili milczenia, dodał: 
- Przecież dopiero wróciłaś. Nie można drwić sobie z ludzi. 
- Masz rację. Obiecuję ci, że duchowo nigdy już stąd nie ucieknę. Aż 

do końca - dodała. I położyła zmęczoną głowę na ramieniu przyjaciela. 

Agnieszka jeszcze nie spała. 
- Coś się stało? - przywitała męża, odkładając jeden z ulubionych to­

m ó w sagi o rodzinie Whiteoaków. 

- Agnisiu... - Głos Krzysztofa przynosił coś niedobrego i Agnieszka 

z niepokojem usiadła w pościeli. - Agnisiu... Ona jest chora... Marta. 

Jest... beznadziejnie chora, ale nie muszę w to wierzyć, prawda? - Usiadł 

obok żony, a ona przytuliła go mocno i delikatnie kołysząc, płakała ra­
zem z nim. Przerażona nie mniej od Krzysztofa. Za siebie i za niego. 

- Nie, nie będziemy w to wierzyć. Powiemy jej jutro, żeby się wypchała 

z tym straszeniem. Nie zrobi tego Pawłowi... Zauważyłeś, jak za nią przepada? 

Mówiła monotonnie i dużo, jakby słowa mogły cokolwiek zmienić. 

Krzysztof wciąż nie odrywał się od Agnieszki. Uśmiechnęła się przez łzy. 

A jednak myliłaś się, Marto. Bardzo myliłaś w sprawie tej waszej miłości 
- myślała, bez zawiści, serdecznie i uczciwie. - On zrobiłby dla ciebie 
wszystko, tylko nie dorósł do twych potrzeb. Zatrzymał się, jak my wszy­
scy tu, w Borowie. A ty poszybowałaś do gwiazd. 

152 

background image

- Paweł zostaje dziś ze mną - zapowiedziała Marta, gdy tylko Agnie­

szka, wyjątkowo spóźniona, znalazła się w kuchni. - Och, ta papla! -
wykrzyknęła pod adresem Krzysztofa. - Wyklepał wszystko jak wie­
czorny pacierz i ty się przeze mnie nie wyspałaś! 

Podkrążone oczy Agnieszki patrzyły na Martę z miłością. 

- Wyklepał, ale nie przyjmujemy tego do wiadomości... - Chciała je­

szcze coś dodać, ale wykrztusiła tylko: - „Nie mogę..." - I ciężko opadła 
na krzesło. Kilka łez przetoczyło się szybko po jej policzku. 

Paweł nie rozumiał, dlaczego, gdy on zostaje z ciotką „Matusią", 

wszyscy wokół płaczą. Pomyślał, że to z zazdrości, że też chcieliby ru­
szyć nad jezioro czerwonym autkiem, zamiast iść do tego ponurego 
gmachu, który nazywają szkołą. 

Fotelik na tylnym siedzeniu kiwał się wesoło i małe rączki klaskały 

w rytm wesołej melodii, gdy przemierzali wspólnie rozgrzane słońcem 
ulice. 

- Teraz jedziemy do cioci Wandy.  P o t e m  n a d jeziorko... A  p o ­

tem? 

- A potem na lody - usłyszała męską decyzję, powziętą prawdopo­

dobnie znacznie wcześniej. 

- Tak jest, szefie, potem będą lody. 
W hurtowni było gwarno. Marta dokonała szybkiej prezentacji mło­

dego „królewicza" i obiecała wpaść po Wandę o szesnastej. 

- Następnym razem przyprowadzę starszego kawalera! - Wycho­

dząc, uśmiechnęła się do rozkochanej w niej Irenki. 

- Ja nie chcę być kawalerem. Powiedziałem Darii, że będę żołnie­

rzem - wyjaśnił skwapliwie Paweł, sadowiąc się w swoim foteliku. 

Nad jeziorem aż roiło się od amatorów kąpieli. 

- Patrz, Pawełku, tu jest więcej młodzieży niż w szkole. Ciekawe, ko­

go mama i tatuś dziś uczą. 

Rozlokowali się na dzikiej plaży. Marta uwolniła Pawła z ubrania, 

a on z wdzięczności, że może biegać boso po ciepłym piasku, całkowi-

8 — Głodna kotka 

153 

background image

cie się usamodzielnił. Budował zamek i obiecał zgłosić się dopiero po 
ukończeniu podstawowych prac. 

Jezioro szumiało przyjaźnie. Była tu wczoraj i poprzedniego dnia, 

gnana niewytłumaczalną tęsknotą do stromego brzegu, fali, martwych 
wodorostów wyrzuconych przez wodę na piaszczystą plażę. Pływała do­
brze. Od dziecka. Gdy była mała, kręciła się na płyciźnie jak kijanka i po­
trafiła całymi godzinami nie wychodzić na ląd. Potem, świadoma szybko­

ści, jaką osiągała w wodzie, brała nawet udział w pływackich zawodach 
organizowanych nad jeziorem. Jej umiejętności spotykały się z uznaniem, 
poświadczonym kilkoma dyplomami za zajęcie czołowych miejsc. 

I nagle na studiach, gdy zapisała się do sekcji pływackiej, trener de­

likatnie zasugerował, że Marta nie pływa żadnym stylem. 

-  J a k to: żadnym? - denerwowała się, pamiętając o borowskich suk­

cesach. Nie chciał z nią dyskutować. Stwierdził tylko, że przypomina 
w wodzie ranną syrenę. Więc albo niech jeszcze nauczy się śpiewać, al­
bo zapomni o przeszłości i uczciwie popracuje nad krytą żabką. Ta su­
rowa krytyka przyniosła natychmiastowe efekty. Jeszcze przed końcem 
semestru Marta wygrała w doskonałym stylu jakiś ważny międzyuczel­
niany konkurs. Zaskoczonego trenera pozostawiła z lśniącym pucha­
rem i wstąpiła do klubu płetwonurków. 

Teraz, zapatrzona w wodę połyskującą modrymi cekinami, myślała 

o swoich porażkach. Przyjmowała je zawsze jak wyzwanie. Jeśli potrafiła 
sprostać temu wyzwaniu, długo rozpamiętywała z trudem odniesione 
zwycięstwo, upajała się tym kolejnym krokiem w stronę doskonałości. 
A jeśli porażka stawała się faktem i nic już tego faktu nie mogło zmienić, 
Marta zamykała się w sobie. I żyła tak, by stać się przyczyną porażek in­
nych ludzi. 

Co za wyrafinowanie - myślała. Od pewnego czasu próbowała pa­

trzeć na siebie z zupełnie niezależnej pozycji. Dociekliwymi i szczerymi 
oczami dostrzegała świat otoczony największą tajemnicą, skazany na 
zapomnienie, na całkowitą izolację. Nic dziwnego. Przecież by! to świat 

154 

background image

Znaczony cudzymi lizami, cierpieniem. A Marta rozdawała je ludziom, 
jak rozdaje się małym dzieciom cukierki z narkotykiem. 

Jednak jest chyba jakaś granica. Nie jestem do końca zła... - uznała, 

gdy ciepłe rączki Pawła głaskały ją po twarzy, a poważny dziecięcy gło­
sik szeptał jej czule do ucha: 

- Ciociu Matusiu, ty się nie smuć, bo już zbudowałem ci dom... - Wi­

dząc, że uśmiech Marty jeszcze niezupełnie wyraża radość, po głębokim 
namyśle i z pewną rezygnacją w głosie Paweł mężnie dodał: - No do­
brze, to już nie będę żołnierzem, tylko się z tobą ożenię... 

Martę przerażało tempo życia, jakiemu musiała się poddać w Borowie. 
Co za idiota wymyślił, że w małych miasteczkach nic się nie dzieje, 

a czas płynie wolniej! - mówiła do siebie, wciąż zmuszona kontrolować 
zegarek, wciąż zaganiana i spóźniająca się z wdziękiem na umówione 
spotkania. 

Teraz też musiała zrezygnować z relaksowej przejażdżki po mieście 

i karkołomnymi manewrami wymuszała pierwszeństwo, śpiesząc się do 
hurtowni. Kierowcy miękli, gdy przyjaźnie usprawiedliwiała swą winę 
machnięciem ręki i dziękowała im uśmiechem, aż wreszcie samochód 
z piskiem opon zajechał na pusty już plac i miękko zatrzymał się przed 
czekającą Wandą. 

-  J e ź d z i s z jak wariatka! - ganiła młodszą siostrę, radośnie zajmując 

miejsce obok niej. 

- Są randki, na które nie lubię się spóźniać. - Marta z uśmiechem po­

mogła Wandzie zapiąć pasy. - Panie po pięćdziesiątce bywają nerwowe 

- dokończyła. 

-  J a  c i dam randkę! 
- A nie obraża cię ta pięćdziesiątka? - zdumiała się Marta. 
- Cóż znowu! Piękny wiek. Doczekałam się wreszcie świętego spo­

koju - odpowiedziała na zdumione spojrzenie Marty. - Bo przedtem za­
wsze było czekanie i niepewność. 

155 

background image

-  J a k i e czekanie, Wandeczko? 
- Na to, że się coś wydarzy. Jak w filmie. Że albo obcy mi serce zia­

rnie, a ja rzucę to wszystko i z nim ucieknę... Albo że znowu w ciąży, no 
to trzeba rodzić, dzień z nocą mylić i myśleć, jak tu dzieciakowi coś na 
życie dać... Albo znowuż, że Józek zwariuje i pójdzie za jakąś zdzirą... 

A mało to takich przypadków po ludziach chodzi? Jak długo byłam mło­
da, tak długo się bałam... A teraz... - Uśmiechnęła się szeroko, radośnie, 
jakby posiadła jakąś tajemnicę, jakiś przepis na mądrość istnienia. 

- No to mi wreszcie powiedz, jak jest teraz - zniecierpliwiła się Marta. 
- Teraz, gołąbeczko, to ja mam wszystko w dupie! Dzieci już nie bę­

dzie - ciągnęła niezrażona swą śmiałością. - Chłop, gdyby do innej po­
leciał, to i chwała Bogu, bo dość się z nim namęczyłam... Pracy już też 
nie stracę, a zdrowie zawsze miałam, więc jak mi go zabraknie, to też 

się nie obrażę... Swoje przeżyłam. Dzieciaki wychowałam, a mieć wię­
cej nie chcę, bo kto ma za dużo, to i  d u ż o musi stracić. Zobacz, Martu­
siu, bo rano nawet nie zauważyłaś ... - Wanda wypięła pierś w nowym 
swetrze i zakręciła tułowiem, demonstrując z zadowoleniem austriac­
ką wełnę. 

Marta z trudem uchwyciła zmianę tematu. Tak bardzo rozważania 

natury egzystencjalnej splotły się z radością posiadania swetra. 

Chyba w tym właśnie tkwi fenomen niepojętego optymizmu Wandy 

- myślała Marta, z czułością przyglądając się pięćdziesięcioletniej sio­
strze, będącej już po tej stronie granicy, gdzie nie ma niepewności i stra­
chu,  o b a w i niepotrzebnych łez. A przecież wciąż jest życie. Jakże czę­
sto niewygodne i bolesne, uwierające niczym za ciasny but. 

- O czym ty właściwie myślisz? - Wanda nagle zrobiła się podejrzliwa. 
- Myślę, że świetnie wyglądasz w tym swetrze. Lepiej, niż sądziłam. 

Tylko... czy nie jest ci w nim za ciepło? 

- A pamiętasz - natychmiast odparowała Wanda - jak dostałaś białe 

długie kalosze pod choinkę? Powiedziałaś, że są piękne jak kozaki. Ca­
łą zimę w kaloszach chodziłaś, bo moda była na białe buty. 

156 

background image

Obie wybuchnęły gromkim śmiechem na to wspomnienie, tak prawdzi­

we, że Marta poczuta tamto zimno ogarniające palce, a potem cale stopy. 

- A wiesz, dlaczego jeszcze nosiłam te kalosze? - odezwała się kon­

spiracyjnie. - Bo podkochiwałam się w Pac-Pomarynackim. Facet uczył 
nas biologii. I kiedyś na dużej przerwie po raz pierwszy odezwał się do 
mnie prywatnie.,"- Budziszówna - powiedział - ty masz nogi jak antylo­
pa". Byłam wtedy w tych cholernie zimnych kaloszach. Pamiętam jak dziś. 

Natalia usłyszała głos Marty już na korytarzu. Wyskoczyła ze swego 

pokoju, gotowa na największe poświęcenia. Po chwili przygotowywa­
ła herbatę, również dla siebie, bo Marta powiedziała wyraźnie, że wypi­
ją sobie w trójkę, skoro tatuś śpi. 

Usiadły w kuchni. Na talerzyku pojawiły się łakocie, a Marta zsunę­

ła lekkie obuwie i wyciągnęła się na krześle w domowej luźnej pozie. 

Gdyby tak z nami została - marzyła Natalia, manipulując przy im­

bryczku. - Na dłużej, nawet na zawsze. Ona, Natalia, mogłaby jej doga­
dzać. Nosić jedzenie, robić zakupy. Tak, żeby cioci nie zabrakło czasu 
na pisanie pięknych książek 

Marta, nieświadoma poświęceń, do jakich była gotowa jej siostrzenica, 

obserwowała Natalię z przyjaznym uśmiechem. Widziała w niej siebie i to 
nadzwyczajne podobieństwo sprawiało jej jakąś szczególną przyjemność. 

-  J e s t taka jak ty kiedyś - odezwała się cicho Wanda, odgadując my­

śli siostry. - Też do nas nie pasuje... Do mnie i do Józka. 

Brązowe oczy Natalii badawczo wpatrywały się w matkę. 

- Dlaczego nie pasuję? - zapytała wprost, stawiając zaparzoną her­

batę na stole. 

- Uczysz się pięknie, masz piątki, ładne wierszyki piszesz... A my 

z tatusiem żadnych szkół porządnie nie skończyliśmy... - Wanda żało­
wała, że tak nieopatrznie poruszyła niewłaściwy temat. 

- No to co? Dziadkowie też nie skończyli, bo nie mogli, a przecież 

ciocia jest znaną pisarką... 

157 

background image

- Ale tak samo nie pasowała do swojej rodziny... Inna była, rozu­

miesz? Jakby lepiej urodzona... 

- Ja nie mogę być lepiej urodzona, niż mnie urodziłaś... 
Marta zaśmiewała się z tej niespodziewanej konfrontacji postaw. Za­

chwycona lojalnością dziewczynki, spytała tylko: 

- A jeśli kiedyś będziesz sławna? Można wtedy łatwo zapomnieć 

o bliskich. 

- Nie można - odrzekła kategorycznie Natalia. - Chyba że się bar­

dzo chce. 

Gdy Natalia na prośbę cioci poszła po zeszyt z wierszami, Marta 

szepnęła Wandzie coś bardzo ważnego. To jedno czy dwa zdania mu­
siały Wandę wzruszyć, bo zanim jeszcze dziewczynka znalazła swój 
wierszyk o głodnych ptakach, jej matka końcem nieśmiertelnej kuchen­
nej szmatki ocierała kąciki oczu. 

- Ciociu, czy ty wiesz, jaka to jest szmatka? - Wskazała Natalia na 

ścierkę w rękach Wandy. - Magiczna. I nigdy nie trzeba jej prać, bo ma­
ma w nią zbiera swoje Izy. O tym też napisałam wierszyk. - I rezygnu­
jąc z rymowanki o losie głodnych ptaków, zaczęła wertować kartki. 

- O, jest! - ucieszyła się. - Wiersz o słonej szmatce - przeczytała pół­

głosem. 

Walentyna Krajniakowa, jak zawsze o tej porze, siedziała przy sta­

rym odbiorniku. Z trzeszczącego radia płynęły dźwięki Szopenowskiej 
sonaty i choć jakość nie była dziś najlepsza, na twarzy starszej pani go­
ścił wyraz pełnego szczęścia. Stary aksamitny fotel wygodnie obejmo­

wał ją swymi szerokimi oparciami, a przez uchylone okno wpadał do 
pokoju mocny zapach maciejki. Miała wszystko, czego zapragnąć może 
ktoś tak stary i tak samotny jak ona. Myślała o tym zawsze, wdzięczna 
losowi, że zaoszczędził jej kłopotów i trosk, które inni ludzie nosili 
w swych sercach, którymi mieli wypchane myśli i sumienia, jak nie­
grzeczni chłopcy kieszenie kamykami. Jej życie dopełniało się w dźwię-

158 

background image

kach ukochanych koncertów, w rymach znanych na pamięć wierszy 
i w ojczyźnianym pejzażu, który przez wszystkie młode lata badała ni­
czym malarz. Ale za to teraz, gdy nie opuszczała już domu, wystarczyło 
zamknąć oczy, a drzewa, łąki, lasy, nawet całe wsie, przychodziły do 
niej w swym wyszukanym kolorycie. Jak żywe. 

Dla Walentyny Krajniakowej pieniądze mogły nie istnieć. Od kiedy 

kupiła sobie rower, a było to zaraz po wojnie, nawet nie miałaby czasu ich 

wydać. Tym rowerem zjeździła niemal całą Polskę. Kiedyś, gdy studiowa­
ła na Uniwersytecie Jagiellońskim, jej rodzina była pewna, że pozostanie 
na uczelni. Odnosiła sukcesy naukowe i profesorowie byli zainteresowa­
ni jej pracą nad monografią Krasickiego. Rewelacyjną na tamte czasy. 

I być może skończyłaby tę monografię, wyszła za mąż za przystoj­

nego doktora Weissmonda, zajmującego się wówczas falami elektrosta­
tycznymi. Z pewnością tak by się stało... Urodziłaby mu kilkoro dzieci, 
wychowała kilka pokoleń filologów, gdyby pewnej soboty nie zachoro­
wała na grypę. 

- To zwykła grypa - tłumaczyła doktorowi Ertelowi, który leczył 

państwa Krajniaków. 

- Bez wątpienia, bez wątpienia - powtarzał i skierował ją na szcze­

gółowe badania. 

- Białaczka - tak orzekło całe konsylium. 

Walentyna Krajniakowa nawet nie poinformowała doktora Weiss­

monda o swym kłopocie. Nie było na to czasu. Od razu ruszyła w Pol­
skę, przekonana, że nie zdąży jej poznać i umrze, mając tylko w pamię­
ci gmach uniwersytetu i Sukiennice. 

Potem wybuchła wojna. Wokół wszyscy umierali, tylko nie ona. 
To jakaś ironia losu - myślała, wożąc do lasu prowiant dla partyzan­

tów. I chociaż codziennie wkładała głowę w paszczę lwa, wyciągając 
z niej ofiary tych dramatycznych czasów, chociaż ukrywała Żydów, do­
karmiała uciekinierów z obozu i aż prosiła się o śmierć - ta jakby zupeł­
nie o niej zapomniała. 

159 

background image

Doktor Weissmond nie doczekał się potomków, kontynuujących je­

go pracę nad elektrostatyką. Doktor Ertel zginął w Oświęcimiu. Co tu 
d u ż o mówić. Wojna skończyła się dla niej tak, jak się zaczęła - komuni­
katem w radiu. Kupiła wtedy swój rower. Od jakiegoś pijanego Rosjani­
na i jeszcze raz wyruszyła w Polskę. 

Pracowała tylko w małych miasteczkach. Na ogół krótko. Rok. Dwa la­

ta. Nie chciała nikogo przyzwyczajać do siebie i sama także bała się przywią­
zania do ludzi czy miejsc. Była przecież chora. A nawet umierająca. Zwykle 
pojawiała się i znikała nagle. Pracy nie brakowało. Szczególnie w małych 
miejscowościach, tak nieatrakcyjnych dla wykształconych ludzi. Docierała 

do szkół, gdzie trzeba było w dzień uczyć dzieci, a wieczorem nauczycieli. 

Gdy po raz pierwszy dotarła do lasu smolarskiego i nad stromy 

brzeg, wiedziała już, że tu pozostanie do końca. Coraz częściej podej­
rzewała siebie o nieśmiertelność, ale niezależnie od pisanych jej wyro­
ków, chciała pozostać w Borowie. 1 została... 

Usłyszała pukanie do drzwi, najpierw nieśmiałe, potem mocniejsze, 

zdradzające stanowczość i siłę charakteru. Podniosła się z wygodnego 
fotela. Drobnymi kroczkami, wspomagając stare nogi wykwintną laską, 
dotarła na korytarz. Rozświetliła ganek i śmiałym ruchem, dość moc­
nym, pchnęła wejściowe drzwi. 

Długo wpatrywała się w kobietę, przesłoniętą bukietem rumian­

ków, stojącą bez słowa w progu. Stare usta Walentyny Krajniakowej naj­
pierw poruszyły się bezgłośnie. Potem zadrgała ręka, trzymająca laskę. 

- Marta - szepnęły wargi, a Marta już przypadła do staruszki, obsy­

pując ją niezdarnie rumiankami i ciepłą pieszczotą pocałunku. - Tyle lat 
na ciebie czekałam. Bałam się, że nie zdążysz. 

Siedziały przy okrągłym stoliku. Marta czuła w pokoju zapach jesien­

nych liści, jaśminu albo lawendy. Na porcelanowym talerzyku leżały 
herbatniki. Leżały tu i kiedyś. Marta wówczas zawsze częstowała się tyl­
ko jednym, choć przecież była głodna. W domu ze zdumieniem odkry­
wała pozostałe, wsunięte, nie  w i a d o m o kiedy, do kieszeni kurtki. 

160 

background image

- Nie mogłabym nie zdążyć. Nie do pani. 
- Zawsze martwiłam się o ciebie. Masz szczęście, że regularnie pisa­

łaś... I dziękuję ci za paczki - powiedziała ciszej, z jakimś zakłopota­
niem, spuszczając oczy. 

- Za jakie paczki? - Marta sięgnęła po herbatnika. - Nic nie wiem 

o żadnych paczkach. - Udała zdumienie. 

- A zatem nie ma o czym mówić. Tylko powiedz mi, Marto, kto je­

szcze oprócz ciebie posiadł moją wielką tajemnicę i wiedział, jak bardzo 
lubiłam przed wojną ostrygi i kawior? 

- Zawsze podejrzewałam, że jest ktoś taki. Przystojny, szpakowaty 

i że panią nieprzytomnie kocha. 

Śmiały się. 

- Muszę ci coś pokazać. - Walentyna Krajniakowa zrobiła uroczystą 

minę i niezdarnie podniosła się z fotela. Po chwili wróciła, niosąc duży 
zeszyt. - Na starość zrobiłam się nieprzyzwoicie sentymentalna - wytłu­
maczyła szybko swój pomysł. 

Marta przewracała wolno kartkę po kartce. Na początku były zdję­

cia ze wspólnych wycieczek. Pieszych i rowerowych. Przedstawiały 
Martę. Nigdy przedtem nie widziała tych zdjęć, a także tych z okresu li­
cealnego, poukładanych chronologicznie i starannie. Na kartce z napi­
sem „Rozstanie" widniała jedna tylko fotografia. Marta odjeżdżająca na 
swym rowerze w stronę lasu. Tutaj album zatracał swą prywatność. Da­
lej, zamiast zdjęć i krótkich komentarzy opisujących wspólne wyprawy, 
pojawiły się wycinki prasowe. Najpierw małe, krótkie recenzje, z cza­
sem coraz dłuższe, wreszcie całe artykuły, a nawet złożone w kopertę 
plakaty ze spotkań pisarskich. W kolumnie „Nagrody" cierpliwa ręka 
odnotowała każde wyróżnienie, każdy literacki sukces. Kolumna była 
długa i Marta pierwszy raz to sobie uświadomiła. Na końcu leżały nie-
wklejone jeszcze zdjęcia rodzinne, które czasami wkładała do listów. 
Adam z Olgą. Ona, trzymająca kijki nart na tle Kasprowego. Jakaś plaża 
na Costa Brava i czarujący Hiszpan u jej boku. 

161 

background image

Staruszka z satysfakcją obserwowała zdumienie Marty, jej wypełnio­

ne wzruszeniem oczy, prześlizgujące się po tym prostym, solidnym re­
jestrze życia. 

- Niesamowite... - przerwała milczenie Marta. - Zrobiła pani to, co 

ja zawsze chciałam zrobić. Od czasu, gdy panią poznałam, a to znaczy 
„od zawsze". Miałam taki pomysł, żeby napisać pani biografię. To doj­
rzewało i dojrzewało. Bałam się, że nie podołam takiemu wyzwaniu, że 
nie uchwycę tych subtelnych odcieni wielkomiejskiego, burzliwego 
życia, bo w moim życiu ich nigdy nie było. Ale mimo to chciałam o pa­
ni pisać. Pamiętam, jak w dniu ucieczki stałam na dworcu. Jeszcze by­
łam w Borowie, tak niedaleko pani domu, że czułam zapach maciejki 
i smak herbatników. A już tęskniłam za panią. I wiedziałam, że tę nie-

napisaną książkę odtąd  b ę d ę nosić w sobie. 1 nikt poza mną nigdy jej 
nie przeczyta. 

- Nie można o mnie pisać, dziecko drogie... Nie można. To by była fan­

tastyka. Fantazja na granicy grozy i absurdu. Jakże niewiele opowiadałam 
ci kiedyś o sobie. Cóż... Byłaś taka młodziutka... A potem, gdy się nawet 
chciało powspominać, zabrało mi ciebie wielkie miasto, zagarnęła sława. 

Jakby to była cena za to, że kiedyś ja uciekłam swemu przeznaczeniu. 

Z Krakowa, z uniwersytetu, zeszłam z drogi kariery na trakt, po którym 
wlokły się furmanki, łachmany i ludzka bieda. Tak to już w życiu jest. 

Za oknem robił się głęboki wieczór. Pozbawiony księżycowej pełni 

i jaśniejący nielicznymi, leniwymi gwiazdami. Z talerzyka znikły wszy­

stkie herbatniki. Rumianki, melancholijnie wychylające się z półmroku, 
świeciły żółtym zmęczonym okiem. Radio dawno przestało nadawać. 

A w pokoju Walentyny Krajniakowej, w tym samym, w którym przed la­
ty rozbrzmiewał nieskrępowany śmiech Marty, wciąż siedziały dwie bli­
skie sobie kobiety. I spokojnie rozmawiały o śmierci. 

- Chyba mam tremę, Agnieszko... A może... Odłóżmy to spotkanie? 

- Marta patrzyła błagalnie na Agnieszkę, która teraz taksowała ją wnikli-

162 

background image

wym spojrzeniem. Gdy oględziny dobiegły końca, spojrzała na Martę 
z wyrazem najwyższego uznania i powiedziała krótko: 

-  W y g l ą d a s z doskonale. Wszyscy zgłupieją. Ty nawet nie wiesz, jak 

oni na ciebie czekają. I młodzież, i pokój nauczycielski. Miałam ci tego 
nie mówić, ale niech tam! - Machnęła lekceważąco ręką. - Upiekli dla 
ciebie tort. Taaaki! 

Wysokość tortu była imponująca i Marta wiedziała, że to czubek góry 

lodowej, którą należy dziś zdobyć inteligentnie, miło i z uśmiechem. 

- Dziwna sprawa, Agnieszko... Wiesz, o czym pomyślałam? Było już 

tyle spotkań, były kamery i flesze, ale nigdy dotąd nie zależało mi spe­
cjalnie na słuchaczach i na ich opinii. Wytłumacz mi, dlaczego jestem 
przerażona, gdy idę, jak kiedyś, do własnej szkoły i dlaczego tak bardzo 
zależy mi na powodzeniu? 

Podczas jazdy Agnieszka tłumaczyła Marcie: 

- Bo z własną szkołą jest zupełnie inaczej. To jak z pięściarzem, który 

pierze każdego i nie uznaje żadnych autorytetów. Ale jego mała matuleń-
ka może mu przywalać do oporu. Będzie stał, patrzył, kornie przyjmo­
wał ciosy, a na końcu podziękuje. Szkoła nie pozwala ci być dzisiejszą 
Martą. Jedziesz tam i nieświadomie wkładasz ten sam szkolny fartuszek, 
który kiedyś ze złości spaliłaś. Nie możesz po prostu od niej uciec. Jakoś 
zafałszować siebie, udawać, że nie masz z nią, z tą szkołą, nic wspólne­
go. Mówiąc krótko: wracasz nie jako pisarka Koszycka, a jako Marta, ta, 
co miała problemy z przewrotem w przód i paliła papierosy na dużej 
przerwie... 

- O przepraszam - stanowczo zaoponowała Marta - w przewrotach 

byłam najlepsza w klasie. 

Zaśmiały się, ale Marta szybko spoważniała. 

- Co ja im powiem, na Boga? - przeraziła się znowu. 
- Właśnie to - odparła spokojnie Agnieszka. - No to, że robiłaś 

w klasie najlepsze fikołki - dokończyła, widząc, że Marta zupełnie za­
traciła się w nieudawanej tremie. 

163 

background image

Weszły do holu i Marta natychmiast przystanęła zdumiona. Młodzież 

stała w rzędach, jak niegdyś, gdy pojawiał się ktoś naprawdę ważny. 
Białe kołnierzyki, młodziutkie, uśmiechnięte twarze. Stali i bili brawo. 
Uśmiechnęła się nieśmiało, opuściła lekko głowę, ale już po chwili 

odzyskała odrobinę utraconej pewności siebie i śmiało powiodła ocza­
mi po dobrze znanym holu. 

Na środku stał stół. Wciąż przykrywany czerwonym aksamitem. Za­

pewne tym samym, na który kładła swą maturalną pracę, pełną niepoko­
ju o losy świata i Polski Ludowej. W pierwszym szeregu nauczyciele. Ale 
już nie ci sami. Nowe twarze. Niektóre poważne, jakby była co najmniej 
ministrem oświaty. Inne ciekawskie, pragnące wiedzieć jak najszybciej 
i jak najwięcej. Jeszcze inne prawie obojętne. Te z pewnością były mało 

sympatyczne i mogła zadowolić ich właścicieli jedynie jakąś pikantną hi­
storią ze swego życia. Obustronną lustrację zakończyła cisza. Młodzież 
usiadła, a Agnieszka, gospodyni spotkania, zaprosiła Martę do stołu. 

Przedstawiła krótko jej biografię. Wymieniła sukcesy i szybko za­

kończyła powitanie, świadoma, że nie jej chcą słuchać i nie ją pytać 
o drogę do kariery. 

-  J e s t e m zakłopotana. Wzruszona, zakłopotana i mam tremę - wy­

znała Marta w pierwszym zdaniu. 

To oświadczenie zjednało jej błyskawicznie przychylność całego au­

dytorium. Powoli, z każdą chwilą, atmosfera napięcia ustępowała nie­
skrępowanej żywiołowej dyskusji. Dopiero teraz Marta zrozumiała, 

o czym myślał Krzysztof, gdy mówił o szczerości, bezczelności i śmiało­
ści wychowanków. 

Niektóre z pytań najchętniej pozostawiłaby bez odpowiedzi. Ale nie 

zrobiła tego ani razu. 

- Nie chcę pani urazić. Ale będę szczera... - Wysoka okularnica, 

z mocnym głosem i świetną dykcją stukała palcem w okładkę jednej 
z książek Marty. - Pisze tu pani o kobiecie, która z absolutnej nędzy do­
chodzi do sukcesu, drogą, że się tak wyrażę, co najmniej nieprzyzwoi-

164 

background image

tą. Otóż ta kobieta, gdy już osiąga swój cel, przeobraża się w anioła do­
broci. Pani to przeobrażenie oczywiście akceptuje. Do tego stopnia, że 
uśmierca ją pani w najbardziej sakralny sposób. Brakuje tylko aniołów 
i towarzystwa równie szlachetnego hrabiego Rolanda. Czytelnik dowia­
duje się, że umarła najszlachetniejsza bodaj postać w polskiej literaturze. 

Jak pani to wytłumaczy? 

Marta tłumaczyła. Cierpliwie i łagodnie. Mówiła o czytelniczkach spra­

gnionych wciąż ideałów. Próbowała nakreślić miejsce literatury popularnej 
w życiu przeciętnego Polaka. Przypomniała, że Mickiewicza się kocha, a Ro-
dziewiczównę przeżywa. Wreszcie pogratulowała trafności zarzutu i prze­
powiedziała okularnicy wielką przyszłość w dziedzinie krytyki literackiej. 

- Pytacie o moje wpadki.. Też bym was o nie chętnie zapytała. Tak pu­

blicznie. - Sala zaśmiała się życzliwie. - Z życiowych wpadek na uwagę 
zasługuje dwója z matematyki. W moich czasach ta ocena nie miała żad­
nej konkurencji i była tym, czym dzisiejsza jedynka. Zdarzyło się też kie­
dyś, że na spotkaniu sławnych literatów witałam pewnego Amerykanina, 
który był jednym z ważniejszych gości. Nie znałam jego książek, bo też 
ich w Polsce nie drukowano, a panu wciąż było daleko do popularności 
Hemingwaya. Przez piętnaście minut łamaną angielszczyzną zapewnia­
łam go o naszej radości z jego przyjazdu do kraju, którego nie zna. Przez 
te piętnaście minut pan patrzył na mnie podejrzliwie, aż wreszcie, gdy 
skończyłam w mękach swój monolog, odezwał się najbardziej poprawną 
polszczyzną: „Pani wybaczy, ale nie rozumiem pani angielskiego. Czy by­
łaby pani uprzejma powtórzyć wszystko w języku Słowackiego?" Okaza­
ło się potem, że pan miał matkę Polkę. Angielski niestety znał również. 

- Polityka... No cóż. Stawiam na szczerość. - Marta była już zmęczo­

na, ale dzielnie to ukrywała. Częściej tylko sięgała po szklankę wody. -
Próbowałam zawsze stać obok wielkich dyskusji. Takiego dokonałam 
wyboru, gdy po pewnym czasie, niezależnie od moich poglądów, lu­
dzie, którzy zaczynali mną rządzić, przestawali mi się podobać. Nawet, 
jeśli reprezentowali tę samą opcję... 

165 

background image

- Bóg? Nie macie prawa! - broniła się wesoło, choć tego pytania ba­

ła się najbardziej. - Powiem może tak. Uczę się rozumieć i poznawać 
Boga. Przypominam sobie to, co stworzył. Odnajduję go czasem w mo­
ich przyjaciołach i w kwiatach, nawet tych doniczkowych, zwisających 
z warszawskich balkonów. Ale najwięcej, uwierzcie mi, jest Go tutaj. Je­

żeli On naprawdę jest. O to ostatnie zapytajcie samych siebie. 

Dopiero brawa, bukiety róż i  p o d s u w a n e z prośbą o autograf książ­

ki uświadomiły Marcie, że jest już wolna. Z uśmiechem rozdawała 
podpisy. 

- I co o tym powiesz? - Krzysztof bacznie obserwował Hankę, ba­

wiącą się bezwiednie długopisem. Zamyśloną. 

- To naprawdę królowa... Była... - Hanka szukała właściwego sło­

wa. - Była po prostu doskonała. I prawdziwa. 

W pokoju nauczycielskim stoły nakryto białymi obrusami. Agnie­

szka nie przesadziła w określeniu parametrów tortu. Był też szampan, 
stosy małych kanapek, kawa i herbata. 

Marta poczuła się tu dobrze, swobodnie. Rozmawiała z każdym, kto 

do niej podszedł. Z Hanką urządziły prawdziwą godzinę wspomnień. 
Padały imiona koleżanek i następowała rekonstrukcja ich losów. Wre­
szcie, gdy sięgnęła po zasłużoną kanapkę, zbliżył się do niej młody, 
sympatycznie wyglądający człowiek. 

- Czego pan może uczyć w tej szkole, skoro tu nie ma filozofii? -

Uśmiechnęła się, podając mu rękę. - Pan musi być filozofem i nie zga­

dzam się na żadne kompromisy. 

- Słusznie - odparł z uśmiechem. - Życzenie kobiety jest świętością, 

a ja filozofem. Wprawdzie teologii, ale to już nie jest takie istotne. 

- Przepraszam księdza - Marta wyraźnie się zawstydziła. - Nie sądzi­

łam... Zapomniałam, że przecież... 

- Ależ nie - bronił się wesoło. - Rozszyfrowała mnie pani doskona­

le. A tak szczerze mówiąc, po czym poznaje się filozofów? - spytał z bły­
skiem w oczach. 

166 

background image

- Po skupieniu, sceptycyzmie, wypisanym starannie na twarzy księ­

dza, po stoickim spokoju i... boskiej powadze! - dokończyła ze śmie­
chem. Zawtórował jej. 

- A dobre pisarki... po dobrych odpowiedziach - odwdzięczył się 

szarmancko. - Po dzisiejszym spotkaniu obiecałem sobie, że przeczy­
tam kilka pani książek... 

- Och, nie! - zaprotestowała Marta. - Proszę tego nie robić, bo się 

wyda, jak miernie w istocie poczynam sobie z literaturą. Jedno jest pew­
ne i pouczające. Nie piszę już dla tych młodych ludzi. A tak się dziwi­
łam, że córka nie czyta moich książek. Zazdroszczę pisarzom tworzą­
cym dla wszystkich roczników. Czy to grzech? - zainteresowała się 
natychmiast. 

- Taki malutki... Mówiła pani o Bogu.. Słuchałem uważnie... Mówi­

ła pani tak, jak ktoś, kto pragnąłby dowiedzieć się o Nim czegoś więcej. 
Ale odniosłem wrażenie, że pani... Że On jest dla pani wciąż nieosiągal­
ny. Że pani wyciąga do niego rękę i równie szybko chowa ją za plecy. 

To zaledwie domysły... 

- Ależ nie. Świetna uwaga. Proszę mi wierzyć. Nie sądziłam, że... że 

jestem taka czytelna... 

- Och. Nie dla każdego. Gdyby zechciała jeszcze pani wrócić do te­

go tematu, serdecznie zapraszam. Pamięta pani starą plebanię? 

- Tak, naturalnie... 
- Tam zawsze mnie pani znajdzie. Proszę pytać o księdza Jana. 
- Dziękuję, będę pamiętała... 
Wracali w trójkę. Agnieszka siedziała obok Marty, na przednim sie­

dzeniu. Tak wesołej Krzysztof dawno jej nie widział. 

- To było fantastyczne. Nie pamiętam ciekawszego spotkania. Na 

długo wyprzesz, Marto, dyżurny temat, jakim jest reforma oświaty! - cie­
szyła się szczerze. - Podobałaś się, nie ma co - zawyrokowała i wyzy­
wająco spojrzała na męża. - A ty co tak podejrzanie milczysz, jakbyś szy­
kował się do kolejnego ataku na Martę? 

167 

background image

- Do ataku? - Krzysztof wykonał obronny gest obiema rękami. - Nigdy! 

To groziłoby linczem, samosądem, ukamienowaniem, a w najlepszym razie 
wyrzucono by mnie z miasta... A milczę, bo czuję się jak idiota, którego dwie 
wyzwolone kobiety wrzuciły do bagażnika niczym komplet kijów do golfa. 

- Ile nam zostało czasu do uwolnienia Pawia? - spytała Marta, zwal­

niając. - Godzina? Dwie? 

- Dwie, a nawet dwie i pól - sprawdziła na zegarku Agnieszka. 

- Dzięki tobie mamy wagary. 

- A ja dzięki wam przeżyłam najtrudniejszą lekcję w szkole. Sami ro­

zumiecie, że trzeba to uczcić. Jedziemy na obiad. 

- Miałeś rację, Krzysztofie. Są zupełnie inni, niż my. Pewni siebie, 

odważni... - mówiła o licealistach Marta, gdy czekali na kelnera. - Ty, 
Agnieszko, masz prawo nie widzieć tych różnic, bo jesteś łącznikiem po­
koleń. Inne czasy, inna kindersztuba. Słowem: byliśmy chyba śmieszni, 
Krzysztof, z tym swoim ugłaskaniem i szacunkiem... 

- Nie do końca - zaoponowała Agnieszka. - To przecież wy, wasze 

pokolenie, święciło dziś swój wielki, artystyczny benefis. A odrobina 
kindersztuby przyniosłaby tylko korzyść dzisiejszym dyletantom 

w dziedzinie dobrych manier... 

Obiad był naprawdę uroczysty. Marta cieszyła się z bliskości obojga 

Królów. Od czasu, gdy podzieliła się z nimi swoim problemem, stali się 
jej bliżsi i, co odnotowała z przyjemnością, w ich zachowaniu nic się nie 
zmieniło. Traktowali ją bez tej kłopotliwej taryfy ulgowej, jaką z niezro­
zumiałych dla Marty  p o w o d ó w ustanowili zdrowi wobec chorych. Ich 

serdeczność trzymała się dawnych reguł i nie zdarzyło się, aby zastąpi­
ło ją niekontrolowane, litościwe spojrzenie. 

- Muszę powiedzieć  w a m o czymś ważnym. - Marta uśmiechała się 

teraz do miłej myśli, dalekiej chyba, bo jej nieobecne oczy utknęły nie­
ruchomo na zwitku stołowych serwetek. 

Ocknęła się nagle i uśmiechnęła przepraszająco za chwilę duchowej 

nieobecności. 

168 

background image

- Rozmawiałyśmy dzisiaj z Hanką. Ona mieszkała w internacie z mo­

ją najbliższą koleżanką. Nigdy nie miałam koleżanek. Tylko tę jedną... 

- Pamiętam ją - ożywił się Krzysztof. - Nazywała się tak śmiesznie. 

Mączka... Krystyna Mączka! - dodał triumfalnie. - Chyba starsza od nas? 

- Tak. Zaledwie o rok. 
- Nigdy nie zauważyłem w niej nic szczególnego. - Krzysztof spoj­

rzał na Martę pytająco. 

- A ja wszystko... - odrzekła z widocznym rozrzewnieniem. 
- Szczerze mówiąc - nie ustępował - miałem wrażenie, że ją kreo­

wałaś, stwarzałaś na swój własny użytek, jakby urzekła cię lektura „Pig-
maliona". W tym stwarzaniu wyrażała się cała twoja pycha. A ja współ­
czułem gorąco owej Krysi Mączce, która, jak mniemam, pozostała Krysią 
Mączką gdzieś na zadupiu. 

- Jak możesz, Krzysztof! - Agnieszka z oburzeniem zaatakowała 

męża. - Skąd się bierze w tobie tyle niechęci? Odnoszę wrażenie, że je­
szcze dzisiaj zazdrościsz Krysi Mączce zainteresowania, jakie potrafiła 
wzbudzić w Marcie. 

- Spokojnie, Agnieszko. - Marta przesłała jej znad stolika sojuszni­

czy uśmiech. - Krystyna wybroniła się sama. Znasz jej dalsze losy? -
zwróciła się z pytaniem do Krzysztofa. 

Nie znał. Wzruszył ramionami, ale nadal siedział z miną, która ozna­

czała, że jakiekolwiek by były, on swego zdania i tak nie zmieni. 

- Szukałam Krystyny. W kilka lat po maturze - opowiadała cicho 

Marta, nie patrząc na swych przyjaciół. - Przyjechałam do jej wsi, tam, 
gdzie spędzałyśmy razem najwięcej czasu, gdzie bywałam w soboty 
i niedziele, aby móc z nią rozmawiać do samego rana w wielkim łożu, 
usłanym pierzynami sięgającymi powały. Nie było jej. Kilka lat przed 
moim powrotem wyjechała do brata. Najstarszego. Choć miała ich chy­
ba ze czterech, opowiadała zawsze o Romku, tym nieobecnym, który 
został w kopalni i nie chciał z matką przenieść się na Kaszuby. Założył 
tam rodzinę. Miał potem niezłe domowe przedszkole, ale mimo to przy-

169 

background image

syłał Krystynie parę groszy co kilka miesięcy. Dzięki niemu mogła ku­
pić sobie buty, czasami jakiś sweter czy książkę. 

- Zgadza się - przytaknął Krzysztof. - Zawsze wyglądała biedniej 

od biednych. 

- Nawet się nie zdziwiłam, że wyruszyła w świat z tych swoich Kar-

win. Sądziłam, że brat chce jej pomóc w życiowym starcie. W Karwinach 
mogła pracować wyłącznie jako magazynierka w PGR-ach albo przystą­
pić do spółki w domowej produkcji bimbru. Więc gdy wyraziłam zrozu­
mienie dla tego jej wyjazdu, stara Mączkowa spojrzała na mnie krzywo 
i machnęła ręką. 

- Co też Marta wygaduje - denerwowała się. - A źle jej tu było? Syn 

żonę stracił. Sam został z dzieciakami, to zaraz do niej list pisał, żeby się 
wszystkim zajęła. Pięcioro drobiazgu żona mu w spadku zostawiła. A ta 

głupia nawet o sobie nie pomyślała, tylko szybko na południe. Samą 
mnie tu zostawiła, z kupą tych nierobów. Zobaczy jeszcze, że jej życie 
na wiecznych pretensjach minie i na koniec tu przyjedzie goła i wesoła, 
jak wtedy, gdy się stąd zabrała... 

Marta zamilkła, ale panująca cisza sprawiła, że podjęła swą opo­

wieść. 

- Dom Krystyny był najbardziej ponurym domem, jaki znałam. Jej 

matka pielęgnowała niechęć do najstarszego syna bez szczególnych po­
wodów. Krysi też specjalnie nie lubiła. Najmłodszych bliźniaków: Piotra 
i Pawia, prawie nie zauważała. Piła dużo. I dopiero przy szklance samo­

gonu wylewała swe wszystkie żale. Tylko o swym mężu, alkoholiku, 
którego zostawiła na południu, mówiła dobrze. Rzuciła go, ale nigdy nie 
przestała za nim tęsknić. 1 kochać. Gdy już była na dobre pijana, dzieci 
dowiadywały się, że to z ich winy pan Mączka, najprzystojniejszy niegdyś 
bywalec baru „wesoły Froncek", rozpił się jak świnia, co położyło kres 
małżeństwu, a także rodzinnemu szczęściu. Krystyna żyła jednak bez po­

czucia jakiejkolwiek winy za swe przyjście na świat. Była to dość niezwy­
kła umiejętność, zważywszy że miała wówczas dopiero siedemnaście lat 

170 

background image

i jak każda z nas chciała być kochana. Przynajmniej przez matkę. Po 

dwóch latach dokonała wyboru, świadczącego o jej pełnej dojrzałości. 

- Przyznaję. Nie znalem jej wcale - poddał się Krzysztof. - Ale wła­

ściwie dlaczego o niej rozmawiamy? 

- Bo wróciła - Marta uśmiechnęła się promiennie. - I mieszka nie­

daleko. Hanka spotkała ją kilka razy w Borowie. Poplotkowały sobie na 
ulicy. Jak to koleżanki z jednego pokoju... 

- Dzwonisz tak rzadko - skarżył się do słuchawki. - Przez ciebie nie 

mogę pracować, jak należy, i Szymon chce mnie wysłać na roboty. Tak! 
Z inwestycji do kielni... Znalazłaś ją? Tę swoją Krystynę? Jak to się stało? 

- W głosie Adama zabrzmiało ożywienie. - W czepku się urodziłaś. Wie­
działem o tym od czasu, jak mnie poznałaś! Oczywiście, że powinnaś ją 
odwiedzić - mówił już poważnie. - Tylko  p o d warunkiem, że to będą 
dwa ostatnie dni i wracasz... Ja ciebie też - szepnął jeszcze, niemal bez­
głośnie, do słuchawki i odłożył ją na widełki. 

Jechała przez dobrze znane lasy. Droga do Postomowa, w którym 

zamierzała odnaleźć Krystynę, wiodła dobrze jej znaną trasą. Postomo-
wo leżało zresztą niedaleko Karwiny. A Karwinę Marta znalazłaby na 
każdej mapie, nawet bez podpowiedzi Globusa. 

Krystyna była drobna i miała sympatyczną twarz. Inni twierdzili, że 

jest przeciętna i poza Martą być może nikt nie zauważył jej inteligent­
nych oczu, ukrytych za grubymi szkłami okularów. Okulary szpeciły 
Krystynę. Były toporne, bo przecież kiedyś nie wybierało się oprawek. 
A już z całą pewnością nie w Borowie, gdzie obowiązywały trzy fasony, 
uwzględniające wiek i pleć. Dlatego okulary Krystyny były takie same 
jak okulary odchodzącej na emeryturę rusycystki. Rogowe, z chropowa­
tej masy, miały tę zaletę, że  m o c n o trzymały się na nosie. Ta wątpliwa 
ozdoba sprawiała, że Krystyna wyglądała poważniej od innych i nikt nie 
podejrzewał jej o poczucie humoru. A przecież właśnie w nim przeja-

171 

background image

wiała się cała złożoność natury Krystyny. Marta nigdy potem nie spotka­
ła nikogo tak doskonale wyczulonego na każdy przejaw śmieszności. 
Nie dorównywała też koleżance w odkrywaniu groteskowości świata. 
Mistrzowskie osiągnięcia w karykaturze były, jak twierdziła Krystyna, 

smutnym doświadczeniem obcowania z nią na co dzień. 

„Urodziłam się w takim domu - mawiała - że nie miałam wyboru. 

Mogłam albo wyrosnąć na przedmiot kpin, albo stworzyć własny klimat 
dorastania w tej atmosferze wiecznego absurdu". 

Wieś nie akceptowała żadnej z nich. Były inne. Stworzone jakby wy­

łącznie dla siebie. 

Kiedyś Krystyna pokazała Marcie z daleka  d o m Nędznika. Tak nazy­

wali go we wsi niemal wszyscy. Może z wyjątkiem księdza, który jako 
jedyny pamiętał jego nazwisko. Krystyna też je pamiętała. Nędznik żył 
ze zbierania czarnych jagód i grzybów. Zarobione w lesie pieniądze i za­
siłek przeznaczał na swoje skromne potrzeby. 

- Lubię go. Czasami podrzucę mu kankę jagód, ale on czeka na 

książki. 

- Na książki? - zdumiała się wtedy Marta. - Na jakie książki? 
- O morzu. Był marynarzem. Cudem uratował się z tonącego statku. 

Przeżył szok i jakoś nieporadnie go leczyli, bo uraz przekształcił się 
w oceaniczną manię. Rodzina ze Słupska kupiła ten domek. Pewnie wy­
tłumaczyli mu, że jest na Wyspach Kanaryjskich. No i został na tych wy­

spach, sam jak palec. Marynarzowa pomachała mu etolą, otarła łzę i ty­
le ją zobaczył. Ma dzieci, ale też nie przyjeżdżają. 

- Świństwo - oceniła Marta krótko. - Czy on wie, że ma jakieś prawa? 
- Może wie, a może nie. Jest chory, ale niegroźny. Nikomu nie zrobił 

krzywdy. Ożywia się wiosną i jesienią. Chodzi wtedy po chałupach i py­
ta o książki... Każda wieś ma swego dziwaka, a nasz, karwiński, jest lepiej 
wykształcony od dyrektora PGR-u. No powiedz, Marta, czy to nie ironia? 

Nędznik szybko stał się ich ulubieńcem. W białym blaszanym dzba­

nie nosiły do niego gorącą herbatę. Zwykle biegły szybko, aby nie wy-

172 

background image

stygła i dzban po tym biegu nie zawsze był pełen. Przyjmował je w ma­
łym pokoiku, pełnym morskich map. Tak starych, że wyglądały jak speł­
zające ze ściany tapety. Wśród tych niebiesko-brudnych ścian czuły się 
dobrze. Bezpiecznie zapalały papierosa. Zaciągały się dymem, a Nędz­
nik popijał herbatę i uśmiechał się do nich dobrotliwie. Gdy przynosiły 
mu gazetę z jakimś marynistycznym tekstem, natychmiast zapominał 
o ich obecności. Odwracał się do okna i spragnionymi oczami pochła­
niał każde zdanie. Potem już spokojniej czytał jeszcze raz i jeszcze... Aż 
robiło się ciemno i litery przestawały być widoczne. 

- Pani Krystyna, niewysoka, w okularach... Nie znam jej nazwiska. 

Z domu nazywała się Mączka... - Marta stała w drzwiach pierwszego do­
mu w Postomowie, naprzeciw mile uśmiechniętej kobiety w fartuchu. 

- No to może żona pana leśniczego Karasia? - zastanawiała się gło­

śno kobieta, bez skrępowania oglądając Martę. Potem swe zaintereso­
wanie przerzuciła na samochód. - Tak, tak... - kiwała głową, oglądając 
auto. - To na pewno o nią się rozchodzi. 

Dom państwa Karasiów stał na końcu zabudowań. Samotnie. Dlate­

go Marta nie obawiała się pomyłki. Gdy zamaszyście wjechała na 
podwórko, nie otworzyły się okna, nie skrzypnęły drzwi. Stała na gan­
ku spięta, obawiając się trochę, że nikogo nie zastała i drzwi nigdy nie 
wpuszczą jej do środka. Uchyliły się jednak i Marta zobaczyła malutką 
Krystynę Mączkę, przyglądającą się jej z uwagą. 

- Cześć - powiedziała radośnie do małej. - Przyjechałam do twojej 

mamy... 

Witały się długo i serdecznie. Obie zaskoczone tą łatwością spotka­

nia i łatwością rozmowy. 

- Zamknij oczy i pomyśl: jedziemy autobusem. Mamy jeden bilet... 
- Za drugi kupiłyśmy fajki. 
- I „Lorda Jima" dla Nędznika. 
- I syrop dla twojej babci... 

173 

background image

Stały obie z zamkniętymi oczami. Trzymały się za ręce. Malutka Kry­

sia Mączka, wystraszona dziwnym zachowaniem, schowała się za mat­
kę i pociągała jej swetrem, a gdy usłyszała głośny śmiech obu kobiet, bli­
ska łez, przysiadła na kuchennym taborecie. 

Mąż Krystyny wrócił po południu, gdy zdążyły już odbyć swą 

podróż do panieńskich wspomnień. Marta ucieszyła się, że jest taki, ja­
ki powinien być mężczyzna, który poślubił Krystynę. Serdeczny, szcze­
ry i unikający wszelkich pozorów. 

Nie narzucał się, doskonale rozumiejąc, że te dwie kobiety i tak nie 

zdążą zadać sobie wszystkich pytań, a cóż dopiero na nie odpowie­
dzieć. Jeszcze bardziej doceniła jego delikatność, gdy mimo zmęczenia, 
wziął córeczkę na spacer. 

Krystyna niechętnie opowiadała o przeszłości. Jakby przed pozna­

niem Karasia w jej życiu nie zdarzyło się nic ważnego. Z trudem przy­
znawała się do ciężkiego, pełnego wyrzeczeń życia w rodzinie brata. 

- I  z a p e w n e do dziś wychowywałabym dzieciaki, gdyby któregoś 

dnia nie zjawił się z nową narzeczoną. Ona, też już nie pierwszej mło­
dości, przyprowadziła dwoje swoich dzieci i w ten sposób przypadał 
na mnie niepełny metr kwadratowy powierzchni. Wyjechałam stamtąd 
zadowolona. Tęskniłam tylko za dziećmi. Zatrzymałam się w Koszali­
nie i pracowałam w nadleśnictwie. Wciąż jeszcze miałam nadzieję, że 
może jakieś studia... Zamiast studiów, wyłowiłam największego Kara­

sia. Przyjechał kupować sadzonki świerka. Szef poprosił, abym się nim 
zaopiekowała, więc robię to, jak widzisz z niebywałą konsekwencją. 

Tak skutecznie, że już mamy narybek - uśmiechnęła się na myśl 
o córeczce. - I to wszystko, co wydarzyło się od czasu, gdy wsiadały­
śmy już samotnie do naszych autobusów. Opowiedz, dokąd twój cię 
zawiózł... 

Marta opowiadała. To, co najważniejsze, a o czym nigdy wcześniej 

nie zdołały porozmawiać. Nie chciała mówić o niczym. To nie pasowało 
do tego dnia. Wolała jak dawniej pomilczeć, świadoma, że Krystyna usły-

174 

background image

szy tę ciszę. I będzie wiedziała dużo więcej niż inni ludzie. Milczała więc, 
wsłuchana w powrót, jak w odzyskaną wiarę, że wśród tysiąca niepraw­
dopodobnych rzeczy, jakie się ludziom zdarzają, i jej może przytrafić się 
to, co Krystyna nazywała cudownością, nigdy jej nie definiując. 

Gdy się rozstawały, Krystyna trzymała okulary w ręce. Patrzyła na 

Martę długo. W końcu pokonana jej uśmiechem, uśmiechnęła się rów­
nież, ale z ociąganiem. Jakby została zmuszona do kłamstwa. 

- Nie wszystko sobie powiedziałyśmy, Marto... Nie brak nam bole­

snych tajemnic, o które można się skaleczyć... Ale właśnie na tym za­
wsze polegała nasza przyjaźń. Na dialogu, który potrafimy zawiesić do 
jutra. I czekać. A jutro może oznaczać nigdy... Obiecaj, że następnym ra­
zem skończymy tę rozmowę. I obiecaj, że będzie następny raz. 

- Będzie. Jeżeli ja będę. 

Krystyna zrobiła się jeszcze drobniejsza, szybko wsunęła okulary 

i przytrzymując rękę Marty, wstydliwie wyznała: 

- Dla mnie zawsze będziesz. Odnajdę cię nawet w ciszy, która po to­

bie zostanie. Zawsze po tobie zostawała cisza, a ja musiałam nauczyć się 
z nią żyć... 

W Borowie zdecydowała, że najpierw pożegna się z Wandą. 
Górski otworzył drzwi i szczerze ucieszył się z gościa. 
- Zobaczcie, kto przyszedł! - krzyknął w stronę gościnnego pokoju. 
-  J u t r o muszę wracać. - Marta całowała Wandę i wesoło witała się 

z Natalią. - Przyszłam umówić się z wami na następne spotkanie, ale... 
w Warszawie. 

- Jak to w Warszawie? - Trójka Górskich patrzyła na nią ze zdziwie­

niem. - Kiedy? 

- Zaraz to ustalimy, ale co to, chcecie mnie spławić tak bez kawy? 

Zaśmiali się, uradowani jej bezceremonialnością. 

- To rozumiem. Teraz mówisz jak w rodzinie - pochwalił Górski. 
Siedzieli przy dużym stole. Marta wesoło kreśliła projekt rewizyty. 

175 

background image

- Natalka musi zobaczyć stolice. Ja... mam dość długi urlop, nie bę­

dzie więc problemu, aby wyrwać się z wami do miasta. Adam też na 
p e w n o znajdzie czas. Połazimy sobie, pogadamy... 

- No, ale kiedy, bo teraz do dziesiątego lipca to nikt mnie w pracy 

nie zastąpi. Musiałabym wcześniej... - myślała głośno Wanda. 

- Zdążysz się zwolnić. A lipiec to dobry miesiąc. Olga też już będzie 

po egzaminach... To co? Umowa stoi? 

Serdeczność Marty sprawiła, że Górscy zaniemówili. 

- Szczegóły omówimy potem. Potrzebny jest wam tydzień lipca. Nic 

więcej. O pieniądze się nie martwcie. Przywiozłam parę groszy na no­
wy pomnik dla Bohdanka. Ale niepotrzebnie. Dbacie o jego grób, więc 
pieniądze są wasze. Wystarczy i na wyjazd. - Uśmiechnęła się do zdu­
mionej siostry. 

- Co to, to nie! - Wanda zaprotestowała, odsuwając białą kopertę. -

Pomnik niepotrzebny, więc i pieniądze niepotrzebne. Jak będziemy 

chcieli pojechać, to się wyskrobie... 

- Nie chcę nawet tego słuchać - Marta przerwała Wandzie głosem 

nie znoszącym sprzeciwu.  - T o mój dług, Wandeczko. Ciężki i palący su­
mienie. Zrób mi tę przyjemność i weź. Przyda się wam parę groszy, a ja 
będę mogła spokojniej wrócić. Bo ciężko się wraca, jeśli nie potrafimy 

załatwić swoich ważnych spraw. 

Było w Marcie coś takiego, że Wanda z westchnieniem podniosła 

grubą kopertę i odłożyła ją na telewizor. 

A potem rozmawiali. Długo w noc. I nawet jeszcze dłużej, jak już 

d a w n o umilkł za oknami samochód, którym Marta odjechała. 

-  J a k to są dla niej grosze - mówił do Wandy Górski, przeliczając za­

wartość koperty - to ja za takie grosze mógłbym Tatry przenosić. 

Ale Wanda go nie słuchała. Na jej twarzy widać było zadumę. I pew­

nie teraz przesuwał się przed jej oczami ten sam, co zawsze, gdy tęskni­
ła za Martą, zamknięty już rozdział życia. Gdy targała za rękaw szarej su­
kienki swą małą siostrę i tłumaczyła: „Nie płacz. Ciapuś był już taki stary. 

176 

background image

Kupimy ci nowego pieska". A ona, Marta, spojrzała wtedy na Wandę i ra­
zem ze łzami wyrzuciła to bolesne pytanie: 

- A jak ja umrę, to co? To kupisz sobie nową siostrę? 

Agnieszka wybiegła jej na spotkanie. 

- Przepraszam, że tak późno. Musiałam pożegnać Górskich. 

Marta już dawno nie czuła się tak zmęczona. 

- Musisz natychmiast się położyć. Przygotowałam ci mleko i kanap­

kę z miodem. Ale wygląda na to, że bardziej potrzebne ci łóżko. 

Po raz pierwszy Agnieszce nie udało ukryć się zaniepokojenia fatal­

nym wyglądem przyjaciółki. Ale Marta była jej za to wdzięczna. Marzy­
ła tylko o śnie. Dobrym, mocnym. Po którym powraca apetyt na białą 
kawę i gotowość do dalszej walki. 

O jakiej walce myślę? - strofowała się, gdy już leżała w ciemnym 

pokoju, pozostawiona tu na kilka samotnych godzin samej sobie. -  J a ­
ka to może być walka? Połknięcie kilku tabletek? Seria lamp po po­
wrocie? 

Jeżeli dotychczas udawało się Marcie bagatelizować niedobre obja­

wy, coraz natarczywiej przypominające o chorobie, to teraz, z każdą 
chwilą udawanie stawało się trudniejsze 

Przerażało ją jedno. Zauważyła już dawniej, że gdy tylko wstrzy­

mywała  o d d e c h i zamykała oczy, aby przybliżyć się do nieistnienia, 
natychmiast, śmiertelnie przerażona, rezygnowała z tego dziecinne­
go eksperymentu. W jej nieistnieniu nie było nic. Pustka. A pustki 
znieść nie mogła. I nie mogła tak nagle, ze zwykłego strachu zapełnić 
tej pustki Bogiem. Bóg nie jest do zapełniania pustki - myślała, wpa­
trując się w zarysy sufitu. - Jeżeli jest, musi pogardzać tymi, którzy 

chwytają jego szaty w ostatniej chwili. A jakie jest miejsce tych, co nie­
śmiało pytają o drogę, którą ominąć można pustkę? Więc jak to jest? -
Pytały senne oczy Marty i zamykały się, coraz mniej przerażone pust­
ką. A może zaczynały dostrzegać w tej pustce jakiś cień wolności lub 

177 

background image

e c h o wyzwolenia? Choćby od bólu, który coraz dotkliwiej przywierał 
do piersi. 

- Na  p e w n o się z tobą ożenię, Pawełku. - Marta przytulała ciepły po­

liczek chłopca do swojej twarzy i delikatnie przeczesywała ręką jasną 
czuprynkę. 

- Nie bądź naiwny, synu. Mnie też to obiecywała - stwierdził sceptycz­

nie Krzysztof, a Marta z Agnieszką odpowiedziały mu szczerym śmiechem. 

Paweł zlekceważył ojcowskie ostrzeżenie. Miał widać powody, aby 

w kwestii małżeństwa bezgranicznie Marcie zaufać. 

- A kiedy przyjedziesz? - podjął interesujący go temat. 
- Mhm.. Myślę, że niedługo. Musisz tylko trochę urosnąć, a więc sta­

raj się dużo jeść, bo co z nas będzie za para? 

- Będziemy tatą i mamą - wyjaśnił Marcie, zniecierpliwiony, że nie 

rozumie tak prostych praw rządzących mężem i żoną. 

Marta nie lubiła pożegnań. 

- Wrócę - mówiła. I żeby pozostać w zgodzie z sobą, dodała ciszej, 

niepewnie: - Jeżeli to tylko będzie możliwe. 

Można było nie usłyszeć tego, co chciała przekazać im Marta. Co 

ukryło się w kilku  p o z o r n i e obojętnych słowach. Ludzie żegnając się, 
mówią sobie różne rzeczy. Często niepotrzebne. Odwrócić się od 
tych słów, a najlepiej - uwierzyć, że nie padły. Patrzyli więc na sie­
bie, nie burząc tego, co zostało powiedziane. Wiedzieli, że wystarczy 

jedno pytanie, zaprzeczenie, jeden fałszywy gest, aby pękło i rozsy­
p a ł o się, aby rozbiło się o ciszę to, co próbowali ukryć nawet przed 
sobą. 

Jeżeli Marta wciąż lubiła ucieczki, to właśnie dlatego, że nie łamały 

gałęzi, na których znajdowała wciąż wygodne schronienie, jak kiedyś 
na swoim kasztanie. 

178 

background image

Ulica Słoneczna. Ciągnęła się jak dawniej, tym samym ukosem brud­

nych domków, kamienic i małych ogródków. Było jeszcze wcześnie. 
Cieszyła ją myśl o tym ostatnim spacerze. 

Najpierw mieszkanie Budziszów. Bez trudu znalazła pochylony do­

mek. Odnowiony, ale wciąż jeszcze najbrzydszy na ulicy. Spojrzała na 
ogródek, a właściwie na miejsce, które po nim zostało. Teraz leżały tu 
równo ułożone deski, jakieś faliste blachy i smoliste kawałki papy, okry­
wające ten prowizoryczny skład. Z dawnych lat pozostała tylko jabłoń. 
Skurczona, obsypana dzikimi liśćmi, powiewała jak samotna flaga, za­
tknięta rękami zwycięzców, których na tym kawałku zapomnianej zie­
mi dawno już nie było. 

Marta zadarła głowę. Kasztan przywitał ją cichym szelestem. Stał 

dumny, zupełnie obojętnie przyjmując jej obecność i rękę na chropowa­
tej korze. 

Dalej stał dom ciotki Gizeli. 
Ciotka Gizela nie była prawdziwą ciotką, ale wszystkie dzieci, jak­

by się umówiły, nazywały ją tylko w ten sposób. Marta lubiła słuchać 
o skomplikowanych losach ciotki. Ze wszystkich tych opowieści Mar­
ta złożyła najbardziej wiarygodną wersję, według której ciotka Gize­
la była pół-Polką, a pól-Niemką, chociaż do poczęcia Gizeli przyczy­
niło się wyłącznie małżeństwo niemieckich ogrodników. Po wojnie 
ciotka Gizela znalazła się w sierocińcu w Borowie i nie można było 
odnaleźć jej rodziców. W tym sierocińcu pracowała pani Gułakowa. 
Poczciwa wychowawczyni przedszkolna i matka Bernatki, dziew­
czynki w wieku ciotki Gizeli. Nikt nie rozumiał, dlaczego pani Guła­
kowa, mając Bernatkę, zabrała do siebie ciotkę Gizelę. Obie panien­
ki wychowywały się razem i były najlepszymi siostrami w Borowie. 
Potem Gułakowie umarli, a Gizelę odnalazła jej matka. Ludzie mówi­
li, że bardzo bogata. Robiła wszystko, żeby Gizelkę zabrać do Nie­
miec. Ciotka Gizela nawet tam była. Z Bernatką, z którą nie rozstawa­
ła się nawet na krok. Ale obie wróciły z powrotem. Żyły potem 

179 

background image

skromnie, choć mówiło się głośno o ich fortunie. Musiały mieć pie­
niądze, bo utrzymywały sierociniec. A gdy w Borowie  z b u d o w a n o 
drugi kościół, ojciec śmiał się, że to ciotka Gizela z Bernatką, we dwie, 
postawiły mury i ołtarz. 

Stanęła przed kościołem. Wolno, ale zdecydowanie weszła do środ­

ka. Poczuła się tu jak w pracowni Jacka. Nie wiedziała, co może łączyć 
jego pracownię z kościołem. Mogły to być zarówno nieruchome świę­
te figury, jak i pewien rodzaj atmosfery, wypełniającej wnętrze. Odna­
lazła wszystko, co w jej dziecięcej wyobraźni przemawiało za potęgą 
Boga: strzeliste filary, migotliwe witraże, ciężki lichtarz z grubą gromni­

cą. Tak. Bez wątpienia kościół był ten sam. Przetrwały w nim przedmio­
ty, zapachy. Nawet powietrze wiszące nad organami wydawało się tym 
samym dusznym powietrzem, łapanym przez szeroko otwarte usta 
chórzystów. 

Również kamienna misa ze święconą wodą, strzegąca wejścia, po­

została ta sama. Gdy jeszcze nie mogła do niej sięgnąć, ojciec podnosił 
ją lekko, aby zamoczyła końce palców. Potem, stojąc w gęstwinie nóg, 
ukryta przed wzrokiem dorosłych, podnosiła rękę do ust i oblizywała 
palce. I zdawało jej się, że wyczuwa tę subtelną różnicę pomiędzy wo­
dą z misy a tą zwykłą, z kranu. 

Usiadła w ławce. Nagle zmęczona ogromem wspomnień. 

- To miło, że znalazła pani czas. 

Podniosła głowę. Ksiądz Jan uśmiechnął się do niej jak do dobrej 

znajomej i usiadł obok. 

- Dzisiaj wyjeżdżam, więc... - Nie wiedziała, jak wytłumaczyć swą 

obecność w kościele, aby go nie oszukać. 

- Rozumiem. Trudno byłoby wyjechać bez wizyty u starych znajo­

mych. Czy ich lubiliśmy, czy nie, należą do naszego świata. 

- Ze wszystkich starych znajomych Boga  z a n i e d b a ł a m najbar­

dziej - powiedziała po chwili i sprawdziła, jak to przyjął jej roz­
m ó w c a . 

180 

background image

Zdziwiła się. Ksiądz Jan wyraźnie się ożywił. Wyszli razem. Martę 

przeraziło światło i zmrużyła oczy. 

-  J a k łatwo przyzwyczajamy się do mroku. Czyżby ciemność była 

nam bliższa? 

- Na ogół obcujemy z nią dłużej niż z jasnością - odparł filozo­

ficznie. - A ja wiedziałem... Wiedziałem, jak spotkaliśmy się pierw­
szym razem, że pani szuka... Szukanie to  d o b r e słowo, prawda? Nie 
narzuca wyłącznie religijnych skojarzeń, nie jest obciążone jedno­
znacznością. 

- Nie myli się ksiądz. Rzeczywiście szukam. A przynajmniej myślę 

o szukaniu. Tylko wciąż nie wiem, czy szukam tego, co utraciłam, czy 
czegoś zupełnie nieznanego. Mam wrażenie, że nawet w okresie dzie­
cięcej pobożności moja wiara nie należała do mnie. Była to raczej wia­
ra rodziców i innych dziewczynek, stojących przed ołtarzem w białych 
sukienkach. Był to również strach... Czy ksiądz wie, co czułam kiedyś 
na kazaniu, gdy słuchałam o grzeszniku, który przyjął komunię bez spo­

wiedzi i wracając od ołtarza padł martwy? Miałam wtedy dziesięć lat 

i każdej niedzieli umierałam z komunią w ustach, przekonana, że jest ja­
kiś grzech, którego zapomniałam wyznać. 

- Rozumiem. Wokół naszej religijności narasta tyle skomplikowa­

nych zdarzeń, pytań... Tyle zachowań, które musimy wiecznie konfron­
tować z dekalogiem i rzeczywistością... Nic dziwnego, że pozostają 
w nas koszmary, uprzedzenia. I jesteśmy jak ogród pełen chwastów. Ale 
wystarczy zrobić w nim porządek. Powyrywać złe ziele. I nagłe okaże 
się, że baliśmy się dobra, przyjaźni, miłości. 

- Proszę mi powiedzieć, co ksiądz myśli o takich ogrodnikach, 

którzy plewią złe ziele na chwilę przed końcem życia... Ta gorliwość wy­
nika przecież nie z potrzeby zbliżenia się do Boga, tylko ze strachu. Bo 
jeśli Bóg istnieje...? 

- Myślę, że nigdy nie jest za późno na porządkowanie duszy. I nie 

tylko ja tak myślę. On też. 

181 

background image

W mądrych oczach księdza Jana Marta dostrzegła jakąś szansę dla 

siebie. Może nie była to obietnica Królestwa Niebieskiego, tylko jakiś 
cień dobroci, ale za tym cieniem nie kryla się już pustka. 

Za tym cieniem rozciągały się kwitnące pola i łąki. Linia nieba, którą 

teraz, z okna samochodu, Marta widziała wyraźniej. Niczym kolorowy 
rysunek z Biblii dla dzieci - pomyślała. I przyśpieszyła, jakby chciała 
sprawdzić, co jest dalej, za linią łączącą dwa światy. 

- Manowce i polany zostawiam poetom - powiedziała głośno. -

A dla nas, głodnych kotek, niech będzie droga. My, kobiety, zawsze doj­
dziemy nią do domu. Czy będzie to dom niebieski, z chmury i mgły, czy 
zwykły, z przeciekającym dachem. W końcu ważne jest tylko to, żeby 
mieć swój parapet. Któregoś dnia pojawimy się na nim. Nieruchome jak 
figurki z granitu. 

background image

EPILOG 

Szczęśliwe nowiny na temat egzaminów wstępnych Olgi zbiegły się 

z pogrzebem starego profesora. Tak to już w życiu bywa - myślała Mar­
ta, idąc wolno cmentarną aleją w milczącej grupie przyjaciół onkologa. 

- Śmierć i radość maszerują w jednym orszaku. 

Nie miała czasu myśleć o pogrzebie. W domu czekały dobre nowi­

ny i szampan. Adam rozlewał go z dumą do czterech lampek. 

- Zdrowie pani psycholog i pana doktora - śmiał się, a Olga i Kuba 

z największą powagą przyjmowali toast i gratulacje. Również prezent. 
Marta kupiła im dwie drewniane papużki-nierozłączki i Kubę tak za­
chwycił ten pomysł, że z rozmachem pocałował ją w policzek. 

- Dziękuję pani - szepnął wzruszony. 
-  J e s t zupełnie przystojny - uznała, gdy już samotnie opróżniali z bu­

telki resztki szampana. 

- A ja? - zazdrośnie przypomniał się Adam. 
- Prawie tak przystojny, jak ty. 

Pod koniec września Jolka brała ślub. Marta nie przyszła. Cieszyła się 

ich radością następnego dnia, gdy zjawili się u niej, aby odegrać jeszcze 
raz rolę poślubianego męża i żony. 

- Bez ciebie nie byłoby ważne - mówił Eugeniusz, a ona śmiała się 

do łez. Uwielbiała tego poczciwego i oddanego jej lekarza. Ostatnio Eu­
geniusz spędzał z Martą dużo czasu. Ten czas był Marcie bardzo potrzeb­
ny i wszyscy o tym wiedzieli. 

Telegram o śmierci pani Krajniakowej nadszedł w połowie listopa­

da. Adam długo zastanawiał się, czy powiedzieć o tym żonie. 1 nie po­
wiedział. 

183 

background image

Grudzień zasypał Warszawę śniegiem. 
Adam brnął do szpitala po zlodowaciałej jezdni. Był ostatnio tak 

zmęczony, że Szymon zaproponował mu kilka dni urlopu. Nie zgodził 
się. Nie mógłby siedzieć w domu i patrzeć na Maryjkę. Nie mógł zresztą 
nigdzie siedzieć. Tylko przy szpitalnym łóżku odzyskiwał utracony spo­
kój i zdarzało się, że uśmiech wygładzał jego zmęczoną twarz. 

Dzisiaj zawoził Marcie korespondencję i wiedział, że ją ucieszy. 

Wśród listów była koperta z podpisem „ksiądz Jan". Zawsze, gdy pisał 
do niej ksiądz Jan, najpierw czytała jego list. 

Styczeń był mroźny. Tak mroźny, że słyszało się co chwilę o ludz­

kich tragediach. Ktoś zamarzł w mieszkaniu, ktoś inny na dworcowej 
ławce. Strach pomyśleć, ile bezpańskich psów, spóźnionych ptaków 
i bezdomnych kotek pochłonęła zima. 

Tylko że o tych sprawach mówiło się szeptem albo nie mówiło wcale.