background image

 

 

PEGGY MORELAND 

 

Anioł w za dużej 

sukience 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Jack  Cordell  wsypał  do  filiżanki  dragą  łyżeczkę  cukru.  Mieszał 

powoli. Miał dużo czasu. Nie wiedział, dokąd iść, a nawet gdyby wiedział, 

też by się nie spieszył. 

Wciąż był w drodze. Zatrzymał się tu tylko po to, żeby coś przekąsić. 

Miasteczko  było  małe,  jadłodajnia  przytulna,  a  domowy  obiad  całkiem 

niedrogi. 

Cena nie miała dla niego istotnego znaczenia, ale smak potraw tak. Po 

sześciu  miesiącach  spędzonych  w  samochodzie,  po  pół  roku  jedzenia byle 

czego i byle jak, zatęsknił wreszcie za normalną kuchnią. A tu rzeczywiście 

było prawie tak jak u mamy. 

Z  początku  w  jadłodajni  było  tłoczno,  ale  potem  lokal  opustoszał. 

Teraz  słychać  było  jedynie  brzęk  odstawianych  garnków  i  szuranie 

sandałów kelnerki sprzątającej stoliki. 

Kelnerka  była  kobietą  po  pięćdziesiątce.  Właściwie  można  by 

powiedzieć, że zbliżała się do sześćdziesiątki. Miała wielki biust i język co 

najmniej  tak  ostry  jak  zatknięty  za  jej  uchem  ołówek.  Pracowała  szybko  i 

sprawnie. 

Przez  brudne  okno  widać  było  pusty  o  tej  porze  parking,  bank  po 

drugiej  stronie  ulicy  i  znajdującą  się  za  nim  pocztę.  Wystarczyło  tylko 

trochę odwrócić głowę, żeby objąć wzrokiem całe centrum miasta. A było 

tego aż dwa budynki. 

Ostatnie  pięć  lat  życia  Jack  spędził  w  Houston.  Przywykł  do 

wieżowców  i  wiecznie  zakorkowanych  ulic,  ale  wciąż  pociągały  go  takie 

małe,  senne  miasteczka.  Wychował  się  w  jednym  z  nich,  dlatego  tylko  tu 

mógł znaleźć odrobinę spokoju. A spokoju potrzebował jak powietrza. 

RS

background image

 

Dopiero  teraz  poczuł,  jak  bardzo  jest  zmęczony.  Zmęczony 

nieustannym uciekaniem, spaniem w samochodzie i jedzeniem byle czego z 

papierowych opakowań. Był  zmęczony monotonią podążania za białą linią 

na drodze. 

Jedyną  towarzyszką  podróży  była  mu  butelka  whisky.  To  ona  mu 

pomagała  pozbyć  się  dręczącego  poczucia  winy,  głębokiego  żalu. 

Przynajmniej  próbowała.  Kiedy  w  żaden  sposób  nie  udało  się  uciec  od 

dręczącego  smutku,  Jack  topił  go  w  alkoholu.  Niestety,  ani  ucieczka,  ani 

topienie  nie  okazały  się  skuteczne.  Alkohol  ogłuszał  na  krótko.  Potem 

poczucie  winy  znów  ciążyło,  a  żal,  jak  nowotwór,  zjadał  to,  co  jeszcze 

pozostało mu z serca. 

Jack Cordell miał dom, do którego mógł wrócić w każdej chwili, miał 

firmę, którą powinien prowadzić. Ani podjęcie pracy, ani powrót do domu 

nie wydawały mu się pociągające. 

Zapatrzył  się  na  rosnący  przed  bankiem  wielki  dąb.  Zapatrzył  się, 

pogrążył w ponurych myślach. 

Nagle z banku wyszła kobieta. Była szczupła, wiotka i krucha. Gęste, 

sięgające do pasa jasne włosy potęgowały to wrażenie. Ubrana była w długą, 

niebieską sukienkę, jedną z tych, które dokładnie kryją całą postać. 

Jack mógł zauważyć drobne stopy tylko dlatego, że kobieta na nogach 

miała  sandały  z  wąskich  paseczków.  Na  tej  podstawie  wywnioskował,  że 

reszta ciała nieznajomej też jest proporcjonalna. 

Szła powoli, jak człowiek zatopiony w rozmyślaniach. 

Zwiesiła głowę,  więc Jack nie mógł  dostrzec jej twarzy.  Westchnęła, 

przygarbiła się i przyspieszyła kroku. Po chwili znalazła się tuż obok okna, 

przy którym siedział Jack. Wreszcie zobaczył jej twarz. 

RS

background image

 

Wyglądała jak anioł. Anioł pełen seksu, ale jednak anioł. Miała jasną 

cerę  i  delikatne  rysy.  Tak  delikatne,  że  prawie  nierealne.  Niebieskie  oczy, 

zmysłowe  usta  i  takiż  sposób  chodzenia  poruszyły  w  nim  te  części  ciała, 

które już dawno nie sprawiały mu kłopotów. 

Nieznajoma  weszła  na  schodki  prowadzące  do  jadłodajni.  Jack  na 

chwilę stracił ją z oczu. Przeniósł wzrok na drzwi i czekał. 

Otworzyła  drzwi,  weszła.  Za  nią  wpadł  powiew  gorącego  powietrza. 

Stanęła i rozejrzała się po lokalu. Jej oczy na ułamek sekundy zatrzymały się 

na Jacku. Uśmiechnęła się słodko i zaraz odwróciła do kontuaru. 

– Maudie, nie zostało ci trochę mrożonej herbaty? – spytała. 

– Nikt na świecie nie robi takiej mrożonej herbaty jak twoja. 

Kelnerka  wytarła  ręce  fartuchem.  Uśmiechnęła  się  do  przybyłej 

kobiety. 

– Pić ci się chce? 

– Usycham z pragnienia. 

Zmysłowy  anioł  –  tak  Jack nazwał  w  myślach  tę kobietę – usiadł  na 

stołku przy kontuarze. Za duża sukienka ułożyła się obok jej stóp jak wielki 

błękitny obłok. 

–  Jest  tak  gorąco,  że  można  by  smażyć  jajka  na  chodniku  – 

powiedziała. 

–  Słyszałeś,  Ed?  –  zawołała  Maudie,  nalewając  do  szklanki  porcję 

mrożonej  herbaty.  –  Alayna  mówi,  że  moglibyśmy  smażyć  jajka  na 

chodniku. Możesz  wyłączyć piecyk i przenieść się z gotowaniem na ulicę. 

Tu  zrobiłoby  się  trochę  chłodniej,  a  na  dodatek  zaoszczędzilibyśmy  na 

gazie. 

RS

background image

 

Jack  usłyszał  dochodzący  z  kuchni  męski  głos,  ale  nie  zrozumiał 

odpowiedzi.  Dzięki  Maudie  miał  teraz  imię,  które  mógł  dopasować  do 

swojego anioła. Alayna. 

– Och, Ed, już ty wiesz, jak zawrócić kobiecie w głowie – powiedziała 

Alayna z klasycznym południowym akcentem. Jakby kogoś parodiowała. 

Maudie wybuchnęła śmiechem. 

–  Jakbym  słyszała  twoją  matkę!  –  zawołała.  Wzięła  czystą  ścierkę  i 

zabrała się do polerowania szklanek. – Jak ona się miewa? 

– Daje ojcu popalić. W tej sprawie nic się nie zmieniło. 

–  Dobrze  mu  tak!  Po  co  uciekał  z  domu?  Po  co  brał  dziewczynę  z 

Południa? Mało to pięknych kobiet mamy w Teksasie? 

Maudie  potrząsnęła  głową.  Przysunęła  sobie  stołek,  usiadła  przy 

kontuarze  naprzeciwko  Alayny.  Najwyraźniej  miała  ochotę  trochę 

poplotkować. 

– Jak tam remont? – zapytała. 

– Marnie – westchnęła Alayna. – Frank zniknął. 

– Na pewno zapłaciłaś mu z góry! – zdenerwowała się Maudie, jakby 

chodziło o jej własne, ciężko zarobione pieniądze. – Ile mu dałaś? 

Jack  zauważył  że  Alayna  się  zaczerwieniła.  Podniosła  do  twarzy 

szklankę z herbatą. Może chciała się za nią schować? 

– Sporo – mruknęła. 

–  Przeklęty  naciągacz!  –  Maudie  uderzyła  pięścią  w  kontuar,  aż 

Alayna się wzdrygnęła. – Wiedziałam, że tak to się skończy. Mówiłam ci, że 

nie powinnaś mu ufać. 

– Mówiłaś, ale co miałam zrobić? W całym mieście nie ma drugiego 

człowieka, który umiałby przeprowadzić remont, i żadnego, który chciałby 

się tego podjąć. 

RS

background image

 

– Nic dziwnego, że chciał u ciebie pracować. Samo nazwisko mogło 

skusić  takiego  łajdusa  jak  Frank.  A  co  dopiero,  kiedy  McCloud  jest 

lekarzem!  O niczym innym nie myślał, tylko o tym, ile pieniędzy z ciebie 

wyciśnie. 

A więc ta kobieta jest lekarką i nazywa się McCloud, pomyślał Jack. 

Alayna  McCloud.  Ładnie.  Pasuje  do  niej.  Jej  imię  jest  takie  kobiece,  ale 

zawiera też pewien rodzaj siły. 

Przykro mu było, że ktoś ją oszukał, choć nie po raz pierwszy słyszał o 

fachowcu, który wziął zaliczkę i więcej się nie pojawił. 

–  Kuchnię  i  łazienkę  doprowadził  do  stanu  używalności!  –  Alayna 

broniła naciągacza. 

– Jak znam życie, zapłaciłaś mu za dużo więcej. 

– Bardzo potrzebował pieniędzy – tłumaczyła się Alayna. 

– Mówił, że musi zapłacić czynsz, bo inaczej gospodarz wyrzuci go na 

ulicę wraz z całą rodziną. 

–  Daj  spokój,  Alayno!  Frank  nie  ma  żadnej  rodziny.  Wziął  cię  na 

litość, zamiast zabrać się do remontowania twojego domu. No i co ty teraz 

zrobisz? – Maudie wreszcie się nad nią ulitowała. 

– Chyba dam ogłoszenie do gazety. – Alayna podniosła głowę. Miała 

niewinne,  pełne  nadziei  spojrzenie.  Jack  zapragnął  obić  tego  faceta,  który 

tak niecnie ją oszukał. – Może znajdzie się w okolicy choć jeden bezrobotny 

stolarz. 

Wzdrygnął się na dźwięk słowa „stolarz". Minęło wiele czasu, odkąd 

trzymał  w dłoni młotek, posługiwał się strugiem, czuł zapach poddającego 

się  jego  woli  drewna.  Był  stolarzem  z  zamiłowania,  chociaż  przez  kilka 

ostatnich  lat  zupełnie  o  tym  zapomniał.  Przekładał  papiery  z  kąta  w  kąt, 

dogadywał się z podwykonawcami i załatwiał kredyty w banku. Wcale mu 

RS

background image

 

się  nie  spieszyło,  żeby  wrócić.  I  na  pewno  nie  miał  ochoty  wrócić  do 

Houston. 

Wyjrzał  przez  okno.  Zobaczył  potężny  dąb,  sklepiki  po  obu  stronach 

cichej  ulicy.  W  takim  samym  mieście  dorastał,  zanim  przeniósł  się  do 

Houston. Małym, przyjaznym, gdzie wszyscy wszystkich znali i wszystko o 

sobie nawzajem wiedzieli. 

Odsunął  od  siebie  wspomnienia,  zanim  na  dobre  zdążyły  się 

uformować. Westchnął. Wielomiesięczna ucieczka bardzo go zmęczyła, ale 

jeszcze nie był gotów na powrót do Houston. Nie wiedział, czy w ogóle tam 

wróci. 

Wstał,  wygrzebał  z  kieszeni  kilka  dolarów  i  położył  je  na  stole.  Z 

rachunkiem w dłoni podszedł do kasy. 

Maudie podniosła  się  ze  stołka, poczłapała do kasy.  Uśmiechnęła  się 

do Jacka. 

– Smakowało panu? – zapytała, biorąc od niego zapłatę. 

– Bardzo – mruknął. – Dziękuję pani.  

Raz jeszcze spojrzał na Alaynę i wyszedł. 

Alayna zamknęła za sobą drzwi jadłodajni. Westchnęła. 

No  cóż,  pomyślała,  spodziewałam  się,  że  Maudie  powie  „A  nie 

mówiłam".  Gdyby  tylko  jej  krytyka  mogła  cokolwiek  zmienić...  Ale  nie 

powinnam  się  jej  dziwić.  Wydałam  kilka  tysięcy  dolarów,  a  dom  wciąż 

wymaga remontu. 

Schodząc  ze  schodków,  pomyślała,  że  mogło  być  jeszcze  gorzej.  Na 

przykład  gdyby  Frank  zniknął, nie  zrobiwszy  w  jej  domu  absolutnie nic.  I 

tak  była  wdzięczna  losowi  za  to,  że  nie  kapie  jej  na  głowę,  a  woda  leci  z 

kranów wyłącznie na żądanie. Mogła wreszcie spać i kąpać się we własnym 

RS

background image

 

domu,  co  jeszcze  niedawno  było  całkiem  niemożliwe.  Mogła  nawet  sama 

gotować sobie posiłki, nie narażając na kłopoty swoich kuzynek. 

Wprawdzie bardzo lubiła te obiady u Mandy, Samanty i Merideth, ale 

pochłaniały  one  strasznie  dużo  czasu.  Zwłaszcza  dojazdy.  Alayna  mogła 

wreszcie  wykorzystać  ten  czas  na  coś  innego.  Właściwie  miała  za  co 

dziękować niesumiennemu Frankowi. 

– Przepraszam panią. 

Wzdrygnęła  się.  Nie  zauważyła  tego  mężczyzny.  Widocznie  stał 

gdzieś pod ścianą i na nią czekał. 

– Przepraszam – mruknął, zdejmując z głowy czapkę. –Nie chciałem 

pani przestraszyć. 

–  Wcale  mnie  pan  nie  przestraszył  –  oznajmiła,  przyciskając  dłonią 

serce, które biło jak szalone. 

– Mało brakowało, a dałbym się nabrać. – Spojrzał wymownie na jej 

przyciśniętą do piersi dłoń. 

Alayna  opuściła  rękę.  Roześmiała  się.  Dopiero  teraz  przyjrzała  się 

mężczyźnie. Ulżyło jej, kiedy zobaczyła, że wcale nie jest groźny. 

– To pan był w jadłodajni Maudie. Dobrze mi się zdaje? 

– Tak jest. – Jack miął czapkę w dłoniach. – Przypadkiem słyszałem, o 

czym panie rozmawiały. 

– Słyszał pan kazanie Maudie! 

– Odniosłem wrażenie, że ma na uwadze jedynie pani dobro. 

– Chyba tak – westchnęła Alayna. – Trochę głupio się czuję. Maudie 

ostrzegała  mnie  przed  tym  człowiekiem.  Ale  pana  też  nigdy  przedtem  nie 

widziałam. Mieszka pan w Driftwood? 

–  Nie,  skądże  –  zaprzeczył  Jack  pośpiesznie.  –  Nie  pochodzę  z  tych 

okolic. 

RS

background image

 

– Jasne! – Alayna znów się roześmiała. – W takim małym miasteczku 

wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. 

Jack stał przed nią, nie wiedząc, jak jej powiedzieć to, co mu przyszło 

do  głowy,  kiedy  siedział  w  jadłodajni.  Patrzył  na  Alaynę  i  niemiłosiernie 

miął w rękach i tak już pogniecioną czapkę. 

–  Czy  mogę  panu  w  czymś  pomóc?  –  zapytała,  widząc  jego 

onieśmielenie. 

–  Tak  jest,  proszę  pani.  Niechcący  usłyszałem,  że  szuka  pani  kogoś, 

kto dokończy remont domu. Ja mógłbym się tego podjąć. Jeśli, oczywiście, 

nie ma pani nic przeciwko temu. 

– Naprawdę? Jest pan stolarzem? 

– Zgadza się. Większą część życia przepracowałem jako stolarz. Mój 

ojciec  był  stolarzem  i  nauczył  nas  tego  zawodu.  Mnie  i  mojego  brata. 

Właściwie  radzę  sobie  ze  wszystkim,  co  wiąże  się  z  remontami.  Potrafię 

poprowadzić  instalację  elektryczną,  znam  się  na  hydraulice  i  umiem 

malować. No, wie pani. Taka złota rączka. 

Alayna przyglądała mu się coraz bardziej zaciekawiona. Był prawie w 

jej wieku, może tylko odrobinę starszy. Miał potężne bary. Z całą pewnością 

nadawał się do pracy, jakiej chciał się podjąć. Alayna uważała, że zna się na 

ludziach  i  na  podstawie  krótkiej  obserwacji  potrafi  poznać  charakter  czło-

wieka.  Ten  mężczyzna  patrzył  jej  prosto  w  oczy,  więc  uznała,  że  jest 

uczciwy. 

A jednak było w jego spojrzeniu coś, co ją zaniepokoiło. 

A raczej brak czegoś. Jego oczy były smutne, prawie puste. Ten fakt 

nie  miał,  oczywiście,  żadnego  wpływu  na  decyzję  Alayny.  Tylko  ją 

zaintrygował. Na pewno coś się za tym kryje. Ciekawa była, czy jej o tym 

opowie, a jeśli tak, to czy ona potrafi mu pomóc. 

RS

background image

 

Otrząsnęła  się  z  niepotrzebnych  myśli.  Miała  się  zastanawiać  nad 

propozycją  tego  mężczyzny,  a  nie  nad  tym,  jak  mu  pomóc.  Wiedziała,  że 

Maudie  żyć  jej  nie  da,  kiedy  się  dowie,  że  zatrudniła  obcego  człowieka. 

Zwłaszcza po tym, co zrobił Frank. Ale przecież musiała znaleźć kogoś, kto 

dokończy remont jej ukochanego Domu nad Stawem. 

– Płacę za godzinę, a nie za wykonaną pracę – oświadczyła. 

Wymieniła sumę i czekała na reakcję. 

– Mnie to odpowiada. – Mężczyzna wzruszył ramionami. 

– Sama będę kupować wszystkie materiały. 

– Jeśli tak pani wygodniej. 

– Powiedział pan, że nie pochodzi z tych okolic, więc gdzie będzie pan 

mieszkał? 

– Nie zastanawiałem się nad tym. – Znów wzruszył ramionami. – Ale 

na pewno coś sobie znajdę. 

–  Koło  mojego  domu  jest  mała  chatka  –  wspomniała  Alayna.  – 

Mieszkałam w niej, kiedy Frank remontował dom. 

Nie  było  to  zaproszenie,  tylko  informacja  i  Jack  nie  wiedział,  jak 

zareagować. Milczał i czekał, co jeszcze Alayna mu zaproponuje. 

– Myślę, że mógłby pan tam zamieszkać. W chatce nie ma wygód, ale 

da się żyć. 

– Ja nie mam wielkich wymagań. 

– Ale czy mogę na panu polegać? 

Jack poczuł się urażony. 

–  Może  pani  polegać  na  moim  słowie  co  najmniej  tak  samo  jak  na 

umowie spisanej w obecności notariusza. 

– A obieca mi pan, że doprowadzi ten remont do końca? 

RS

background image

 

10 

– Obiecuję! – Jack dumnie uniósł głowę do góry. – Nie wyjadę, dopóki 

nie skończę remontu. 

– Kiedy mógłby pan zacząć? 

– To zależy od pani. 

– Czy ma pan jakieś plany na popołudnie? – spytała Alayna. 

– Nie mam żadnych planów. 

Alayna wyjęła z torebki długopis i kawałek papieru. 

–  Mam  jeszcze  parę  spraw  do  załatwienia  –  powiedziała,  rysując  na 

kartce drogę do swojego domu. – Ale o trzeciej powinnam wrócić. 

Podała  mu  kartkę.  Jack  czytał,  jednocześnie  podziwiając  jej  piękny 

charakter pisma. 

– Nazywam się Alayna McCloud. – Wyciągnęła do niego rękę. 

–  Jack  Cordell.  –  Z  ociąganiem  uścisnął  jej  dłoń.  Dopiero  z  bliska 

zobaczył,  że  ta  kobieta  oczy  ma  jeszcze  bardziej  niebieskie,  niż  mu  się  to 

wcześniej wydawało. Pomyślał sobie, że mężczyzna mógłby utonąć w tym 

błękicie, gdyby, oczywiście, chciało mu się dość długo w te niebezpieczne 

oczy patrzeć. Na szczęście Jack nie miał na to ochoty. 

– Bardzo mi miło! – Alayna uśmiechnęła się do niego. 

 Zrobiło mu się ciepło. I od uśmiechu, i od dotyku jej dłoni. 

– Mnie także – mruknął. 

Siedział na ganku i czekał. Powoli się roztapiał. Wycierał rękawem pot 

z  czoła.  Alayna  powiedziała,  że  wróci  o  trzeciej,  a  tymczasem  było  już 

prawie wpół do czwartej. 

Jack  westchnął,  przygarbił  się.  Zastanawiał  się,  czy  aby  na  pewno 

dobrze  zrobił.  Nie  wiedział,  czy  to  perspektywa  pracy  z  drewnem  tak  go 

kusiła, czy może raczej kobieta, która potrzebowała pomocy, Minęło wiele 

RS

background image

 

11 

czasu, odkąd jakakolwiek kobieta zainteresowała go na tyle, by chciało mu 

się drugi raz na nią spojrzeć. 

Pewnie  i  jedno,  i  drugie,  pomyślał.  Tak  czy  inaczej  mam  teraz 

zarówno pracę, jak i mieszkanie. No i na dodatek mogę sobie popatrzeć na 

ładną kobietę. Naprawdę nie ma na co narzekać. 

Z zamyślenia wyrwał go kot, który nie wiadomo skąd się wziął, a teraz 

ocierał  się  o  nogi  Jacka.  Jack  z  niechęcią  spojrzał  na  wychudzonego 

zwierzaka.  Delikatnie  odsunął  go  od  siebie  końcem  buta.  Właśnie  wtedy 

usłyszał nadjeżdżający samochód. Po chwili pod dom podjechał mikrobus i 

wysiadła z niego Alayna. 

Pochyliła  się,  żeby  wyjąć  z  auta  torbę  z  zakupami,  i  brzeg  sukienki 

uniósł się do góry. Oczom Jacka ukazała się zgrabna łydka. Zrobiło mu się 

gorąco. 

– Cześć! – zawołała radośnie Alayna. – Przepraszam za spóźnienie. 

– Nie ma sprawy – mruknął Jack. 

Nacisnął  czapkę  na  czoło,  żeby  Alayna  nie  dostrzegła,  w  co  z  takim 

zapamiętaniem wpatrują się jego oczy. 

–  Widzę,  że  już  poznałeś  Kapitana  Jinksa.  –  Alayna  pogłaskała 

witającego ją kota. 

– Na to wygląda. 

Jack  nie  mógł  się  nadziwić,  że  taka  piękna  kobieta  nie  brzydzi  się 

dotknąć takiego wyleniałego, zapchlonego kocura. 

– Nie lubisz kotów? – domyśliła się Alayna. 

Nie  potrzebowała  daru  jasnowidzenia.  Wyraz  twarzy  Jacka  nie 

pozostawiał w tej sprawie żadnych wątpliwości. 

– Nic do nich nie mam. – Wzruszył ramionami. 

RS

background image

 

12 

– Tak naprawdę to wcale nie jest mój kot. – Alayna się roześmiała. – 

Zjawił się tu któregoś dnia i został. 

– Dałaś mu jeść? 

– Jasne. 

–  Dlatego  został.  Kotom  więcej  do  szczęścia  nie  trzeba.  Alayna 

spojrzała  na  Jacka.  Jego  oczy  nadal  były  smutne,właściwie  całkiem 

pozbawione wyrazu. Nie wiedziała, co też mogło go doprowadzić do takiej 

rozpaczy. Nie miała pojęcia, czy jeśli zacznie go karmić, tak jak nakarmiła 

kota, to on też zostanie. Przynajmniej tak długo, jak długo będzie trwał re-

mont domu. A może jemu potrzeba do szczęścia czegoś więcej niż kotu? 

–  Co  chcesz  obejrzeć  najpierw?  –  zapytała  po  chwili.  –Chatkę,  w 

której zamieszkasz, czy dom? 

Jackowi  było  całkiem  obojętne,  gdzie  będzie  mieszkał,  za  to  dom 

zainteresował  go  od  pierwszego  wejrzenia.  Nieczęsto  spotyka  się  taką 

architekturę. 

– Wolałbym najpierw zobaczyć dom. 

– Wobec tego idziemy tam. – Alayna poszła przodem.  

Jack przyjrzał się jej uważnie, zanim podążył za nią. Jej bujne włosy 

falowały  przed  jego  oczami.  Czuł  ich  zapach  i  zastanawiał  się,  jakie  to 

uczucie, kiedy się ich dotyka. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, o 

czym  myśli.  Szybko  przywołał  się  do  porządku  i  wszedł  za  Alayną  do 

kuchni. 

Ona tymczasem już wypakowała zakupy. Wkładała je do lodówki. 

–  Chcesz  się  czegoś  napić?  –  zapytała.  –  Rano  zrobiłam  lemoniadę. 

Chyba że wolisz piwo? 

– Wolę lemoniadę. 

RS

background image

 

13 

Obejrzał  sobie  piękny  kredens  z  przeszklonymi  drzwiczkami,  potem 

podszedł  do  okna.  Przesunął  palcami  po  spłowiałej  tapecie.  Potrafił 

dotykiem odczytać historię domu. 

– Frank niewiele tu zrobił – powiedziała Alayna, spoglądając na niego 

spod oka. – Najpierw musiał naprawić kanalizację i doprowadzić do stanu 

używalności moją sypialnię. 

–  Co  jest  pod  tą  tapetą?  –  Jack  wyjął  z  kieszeni  scyzoryk,  ostrożnie 

odciął kawałek papieru. – Lite drewno. Rzeźbione. Okleili tapetą drewniane 

ściany! 

Alayna  podała  Jackowi  szklankę  z  lemoniadą.  Zajrzała  mu  przez 

ramię, żeby zobaczyć tę drewnianą ścianę. 

– Czy to źle? – zapytała. 

Ciepło przyciśniętego do jego pleców ciała sprawiło, że serce omal nie 

wyskoczyło mu z piersi. Musiał się odsunąć, żeby zrobić miejsce Alaynie, a 

sobie dać szansę na złapanie oddechu. 

– Dlaczego zaraz źle? Raczej głupio. 

Alaynie  śmiać  się  chciało  na  myśl  o  tym,  że  ktoś  miał  czelność 

powiedzieć  o  jej  przodkach:  głupi.  McCloudowie  byli  dumnym  rodem  i  z 

pewnością nie zachwyciliby się człowiekiem, który podawał w wątpliwość 

ich inteligencję. 

– Co wobec tego proponujesz? – zapytała. 

– To twój dom – powiedział Jack z wahaniem. – Ale gdyby to zależało 

ode  mnie,  odkryłbym  to  drewno  i  pozwolił  mu  oddychać.  Zaręczam,  że 

będzie pięknie wyglądało. 

Alayna  spojrzała  na  niego  zaskoczona.  Nie  spodziewała  się,  że  ten 

mężczyzna  o  pozbawionych  wyrazu  oczach  może  mówić  z  taką  pasją  o 

bezdusznej, drewnianej ścianie. 

RS

background image

 

14 

– Ile to będzie kosztowało? 

–  Trudno  powiedzieć.  –  Jack  wzruszył  ramionami.  Widocznie  był  to 

jego  ulubiony  sposób  komunikowania  się  z  otoczeniem.  –  Nigdy  nie 

wiadomo, co się znajdzie pod taką warstwą tapety. 

Alayna spojrzała na ścianę. Ona też zaczęła się zastanawiać, jak będzie 

wyglądała jadalnia bez tej spłowiałej tapety. Była także ciekawa, co jeszcze 

wywołuje w Jacku ekscytację. Postanowiła się tego dowiedzieć. Bo przecież 

nie  był  pozbawiony  wrażliwości,  skoro  potrafił  się  emocjonować  zwykłą 

ścianą. 

– Wobec tego zrobimy to – oznajmiła. 

– Teraz? – spytał zaskoczony. 

–  Nie  teraz!  –  Roześmiała  się.  –  To  znaczy:  nie  w  tej  chwili.  Ale 

uważam, że masz rację. To drewno powinno oddychać. 

Jack był jednocześnie zaskoczony i uradowany, że Alayna tak chętnie 

przystała na jego propozycję. 

Podczas wszystkich remontów, jakie w życiu przeprowadził, najwięcej 

kłopotów miał z właścicielami remontowanych domów. Nigdy nie wiedzieli, 

czego  chcą,  kwestionowali  jego  propozycje  i  we  wszystko  się  wtrącali. 

Czyżby tym razem miało być inaczej? Na razie na to się zanosiło. 

Jack prosił Boga w duchu, żeby się nie okazało, iż tapetę położono po 

to,  by  ukryć  jakieś  usterki  czy  defekty.  Na  przykład  zaciek  albo  efekt 

działalności korników. 

Poczuł na ramieniu delikatne muśnięcie. 

– Chodź, pokażę ci resztę domu – zaproponowała Alayna.  

Poszedł za nią, machinalnie rozcierając miejsce, którego dotknęła. 

–  Kominek  w  salonie  był  używany  wiele  lat  temu  –  opowiadała 

Alayna,  oprowadzając  Jacka  po  domu.  –  Ale  ja  bym  chciała,  żeby  znów 

RS

background image

 

15 

działał. Tylko nie wiem, czy podołam. Finansowo – dodała, jakby się bała, 

że  Jack  nie  zrozumie,  o  co  jej  chodzi.  –  To  luksus,  więc  pewnie  będę 

musiała z niego zrezygnować. 

Weszli  do  salonu.  Dusza  rzemieślnika  jęknęła  na  widok  wielkiego 

marmurowego kominka. Nad kominkiem znajdowała się cedrowa półeczka 

wypolerowana  przez  lata  troskliwego  wycierania  kurzu.  Niestety,  na 

palenisku, zamiast suchego drzewa, stał gazowy piecyk. 

Jack podszedł do kominka. Ukląkł przed nim i pochylił się. Zajrzał w 

głąb  komina.  Rzeczywiście,  tak  jak  powiedziała  Alayna,  ujście  komina 

przed laty zabito grubymi deskami. 

Zrobiło mu się smutno i przykro, że Alayna z powodów finansowych 

będzie musiała zrezygnować z uruchomienia tego pięknego kominka. 

– Mogę go doprowadzić do użytku – powiedział, nie patrząc na nią. – 

Oczywiście,  najpierw  sprawdzę,  czy  ten  komin  w  ogóle  jest  drożny.  Nie 

będziesz mi musiała dopłacać za nadgodziny. 

– To niemożliwe! – zaprotestowała Alayna. – Nie możesz pracować za 

darmo. 

Jack spojrzał na nią, ale zobaczył tylko błękit jej współczujących oczu. 

Dziwnie mu się zrobiło, kiedy zrozumiał, że ona myśli nie tylko o sobie, ale 

także o nim. Zawsze uważał – a spostrzeżenie to było oparte na wieloletnim 

doświadczeniu  –  że  przedstawicielki  płci  pięknej  to  wymagające  egoistki. 

Czy ta Alayna jest prawdziwa, zastanowił się nagle. 

Poczuł,  że  błękit  jej  oczu  coraz  bardziej  go  pochłania.  Musiał  się 

odsunąć. 

– Tu nie ma dużo roboty – zapewnił ją. – Któryś z właścicieli zmęczył 

się rąbaniem drzewa i postanowił użyć gazu do ogrzewania domu. Dlatego 

zamknął komin. Mogę obejrzeć resztę domu? 

RS

background image

 

16 

Na  szczęście  Alayna  zgodziła  się  zmienić  temat.  Bez  słowa 

poprowadziła  Jacka  w  głąb  domu.  Tylko  tak  jakoś  dziwnie  na  niego 

spojrzała. Jakby był wyjątkowo ciekawym i rzadko spotykanym okazem. 

–  Największa  sypialnia  jest  na  dole  –  objaśniała.  –  Frank  ją 

wyremontował, zanim sobie poszedł. Tobie pozostały pokoje na górze. 

Podeszwy jej sandałów skrzypiały cicho, gdy wchodziła po schodach z 

cedrowego drewna. Jack nie mógł oderwać oczu od jej kształtnych stóp. Stał 

na pierwszym schodku i patrzył. 

Im  wyżej  wchodziła,  im  większą  część  jej  nóg  mógł  widzieć,  tym 

cieplej mu się robiło. Modlił się w duchu, żeby miała na sobie majtki. Nie 

umiał powiedzieć, jak by się zachował, gdyby ich nie miała. Nie był pewien, 

czy potrafiłby się oprzeć takiemu widokowi. Minęło wiele czasu, odkąd był 

z kobietą, w biblijnym znaczeniu tego określenia. 

– Na górze są cztery sypialnie – mówiła Alayna nieświadoma tego, co 

się  z  nim  dzieje.  Odwróciła  się  i  dopiero  wtedy  zauważyła,  że  Jack  wciąż 

stoi na pierwszym schodku. –Idziesz czy nie? 

–  Idę  –  powiedział,  starając  się  nie  myśleć  o  tych  przeklętych 

majtkach. 

To, że w ogóle pomyślał o damskiej bieliźnie, było czymś nowym  w 

jego życiu uciekiniera. Świadczyło o tym, że pomału zaczyna dochodzić do 

siebie.  Ta  kobieta  potrafiła  wykrzesać  z  niego  to,  co  już  dawno  uznał  za 

wygasłe. Czyżby znalazł się u kresu swojej ucieczki? 

– Idę – powtórzył. Pomyślał, że może jakimś zrządzeniem losu udało 

mu  się  dotrzeć  do  nieba.  Chyba  że  w  końcu  to  miejsce  okazałoby  się 

piekłem, bo i tak mogło się zdarzyć. – Już idę. 

Alayna zaczekała, aż do niej podszedł. Otworzyła jedne drzwi. 

RS

background image

 

17 

–  Nie  planuję  tu  żadnych  wspaniałości  –  wyjaśniła.  –Chciałabym 

tylko,  żebyś  trochę  odświeżył  ten  pokój.  Trzeba  go  pomalować,  powiesić 

nowe zasłony. Może jeszcze zrobić jakieś półki na zabawki i książki. 

– Masz dzieci? – Jack tego się nie spodziewał.  

Posmutniała.  Zniknął  promienny  uśmiech,  który  dotąd  ani  na  chwilę 

nie opuszczał jej twarzy. Odwróciła głowę. 

–  Nie  –  powiedziała  jakby  zakłopotana.  Po  chwili  podniosła  głowę  i 

znów się uśmiechnęła. – To znaczy... Nie mam własnych dzieci. 

Jack zdrętwiał. Właśnie wtedy, kiedy w starym piecu zaczęło się tlić, 

ona musiała wspomnieć o dzieciach. 

Szkoda,  pomyślał.  Taka piękna  kobieta.  Pełna  seksu,  sympatyczna.  .. 

No i jest pod ręką. 

Pokręcił  głową,  jakby  sam  ze  sobą  o  coś  się  spierał.  W  żadnym 

wypadku  nie  chciał  się  wiązać  z  kobietą,  która  pragnęła  mieć  dzieci.  Nie 

miał zamiaru powtarzać dawnych błędów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

18 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Rozległ się dźwięk klaksonu. Alayna podbiegła do okna. 

– O, nie! – krzyknęła. Odwróciła się na pięcie, przebiegła obok Jacka i 

wypadła z pokoju. 

Zaciekawiony  Jack  wyjrzał  przez  okno.  Chciał  wiedzieć,  co  ją  tak 

przeraziło. 

Przed domem stał żółty autobus szkolny. Na widok przyklejonych do 

szyby  dziecięcych  twarzyczek  Jackowi  serce  podeszło  do  gardła.  Stał  jak 

wrośnięty w ziemię. Nie mógł się poruszyć. Potrafił tylko patrzeć. 

Najpierw  otworzyły  się  drzwi  autobusu,  potem  wyleciał  z  nich 

tornister.  Po  chwili  na  stopniach  pojawił  się  kierowca.  Trzymał  za  kark 

małego chłopca, który osłaniał się przed nim, jakby bał się ciosu. 

Jack  myślał  tylko  o  tym,  żeby  uciec.  Jak  najszybciej  i  jak  najdalej. 

Jednak  zanim  zdołał  się  poruszyć,  z  domu  wypadła  Alayna.  Biegła  do 

autobusu, a za duża sukienka plątała się jej między nogami. 

Jack  nie  słyszał,  co  mówił  kierowca  autobusu,  i  nawet  nie  chciał 

słyszeć. Pragnął stąd zniknąć. Zniknąć z tego domu, a nawet z tego miasta. 

Obiecuję. Nie wyjadę, dopóki nie skończę remontu, przypomniał sobie 

własne słowa. 

Jęknął. Oparł czoło o szybę, zamknął oczy. Dał słowo i zupełnie o tym 

zapomniał. A przecież Jack Cordell nigdy nie łamie danego słowa. 

Otworzył oczy. Zobaczył, że oprócz ciągnącego chłopca kierowcy na 

podjeździe  pojawiła  się  mała  dziewczynka.  Stała  ze  spuszczoną  głową,  z 

palcem w buzi i tuliła do siebie wytartego misia. 

RS

background image

 

19 

Chłopiec wierzgał, kopał i wrzeszczał, kierowca trzymał go mocno, a 

Alayna  próbowała  ich  rozłączyć.  Kierowca  odepchnął  ją  brutalnie,  aż  się 

przewróciła. 

Jack zacisnął pięści. To, że chciał uciec z tego domu, nagle przestało 

mieć  jakiekolwiek  znaczenie.  Czy  miał  tu  zostać,  czy  nie,  nie  mógł  stać z 

założonymi  rękami  i  patrzeć,  jak  mężczyzna  brutalnie  traktuje  kobietę. 

Wybiegł z domu. 

Alayna już wstała. Pędziła za kierowcą tak szybko, jak tylko pozwalała 

jej na to za duża sukienka. 

– Puść go. 

Wydane  przez  Jacka  polecenie  było  na  tyle  głośne  i  na  tyle 

kategoryczne,  że  chłopiec  przestał  kopać,  kierowca  się  zatrzymał,  a 

dziewczynka wyjęła palec z buzi. 

Wszyscy czworo, z Alayną włącznie, patrzyli na niego, zaskoczeni. 

– Kazałem ci go puścić. – Jack podszedł do kierowcy. 

– A niby kim ty jesteś, żebym cię musiał słuchać? 

–  Nieważne,  kim  jestem.  Ważne  jest  to,  co  do  ciebie  mówię.  Puść 

dzieciaka. 

– On mi ubliżał. 

– Kazałem ci go puścić. 

Kierowca  otaksował  Jacka,  jakby  sprawdzał,  czy  ma  jakieś  szanse, 

gdyby doszło do bijatyki. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że jeśli je ma, 

to są one niewielkie. 

Rzucił  chłopca  na  ziemię  tuż  pod  nogi  Jacka.  Malec  natychmiast 

zerwał się na równe nogi. Zacisnął pięści. Jack położył mu rękę na ramieniu 

i przytrzymał. 

RS

background image

 

20 

– Ten pyskaty gówniarz nie będzie więcej jeździł moim autobusem. – 

Kierowca  pogroził  palcem  Alaynie.  –  Powtarzam  ci  to  po  raz  ostatni.  Nie 

muszę znosić obelg smarkacza, który nawet matki nie ma. 

Powiedziawszy to, wrócił do autobusu i odjechał z piskiem opon. 

Jack ścisnął mocniej ramię chłopca. Odwrócił go twarzą do siebie. 

– Naprawdę mu naubliżałeś? – zapytał. 

– Jasne! – Nieustraszony chłopczyk patrzył Jackowi prosto w oczy. – 

Nazwałem go śmierdzącym tchórzem. Bo on jest śmierdzącym tchórzem – 

dodał z całkowitym przekonaniem. 

– Idź do swojego pokoju – polecił mu Jack. 

Nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział. Nie wiedział też, dlaczego w 

ogóle wdał się w sprawy, które z całą pewnością nie powinny go obchodzić. 

Skoro jednak stanął w obronie tego obcego dziecka, a potem okazało się, że 

ów dzieciak narozrabiał, należało go przynajmniej skarcić. 

Chłopiec nadął się, jakby chciał powiedzieć Jackowi, że nie ma prawa 

mu rozkazywać. Jednak zanim zdążył otworzyć usta, wtrąciła się Alayna. 

– Idź na górę, Billy – poleciła. –I zabierz ze sobą Molly. Zaraz do was 

przyjdę. 

Chłopiec,  który  pewnie  nie  wykonałby  polecenia  Jacka,  rozkazu 

Alayny posłuchał natychmiast. 

–  Chodź,  Molly  –  mruknął,  podnosząc  z  ziemi  tornister.  –Tu  też 

strasznie cuchnie – dodał, patrząc spode łba na Jacka. 

Molly przekradła się obok Jacka. Ani na chwilę nie spuściła go z oka. 

Na wszelki wypadek zasłoniła się misiem jak tarczą. Dopiero kiedy oddaliła 

się  na  tyle,  że  poczuła  się  bezpieczna,  przycisnęła  do  siebie  misia  i 

podbiegła  do  Billy'ego.  Na  ganku  schyliła  się,  żeby  pogłaskać  kota.  Raz 

jeszcze spojrzała na Jacka i dopiero wtedy weszła do domu. 

RS

background image

 

21 

– Przepraszam – powiedziała Alayna, kiedy drzwi domu zamknęły się 

za  dziećmi.  –  Obawiam  się,  że  moje  pociechy  nie  zrobiły  na  tobie 

najlepszego wrażenia. 

– To są twoje dzieci? – Jack nie posiadał się ze zdumienia. 

– Nie biologiczne. Jestem ich matką zastępczą. Widzę, że za dziećmi 

też nie przepadasz – zreflektowała się Alayna. – Tak samo jak za kotami. 

– Faktycznie. A temu chłopcu – Jack ruchem głowy wskazał drzwi, za 

którymi zniknęli Billy i Molly – należałoby porządnie przetrzepać spodnie. 

Jest strasznie pyskaty. 

–  Porozmawiam  z  nim  –  obiecała  Alayna,  choć  na  samą  myśl  o  tej 

rozmowie zrobiło jej się nieprzyjemnie. 

Jack  wzruszył  ramionami.  Był  pewien,  że  trzepanie  spodni 

przemówiłoby  chłopcu  do  rozsądku  znacznie  skuteczniej  niż  najostrzejsze 

nawet słowa. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  zmieniłeś  zdania  –  powiedziała  niepewnie 

Alayna. – Czy mimo wszystko wyremontujesz mi dom? 

Jack zerknął na swoją furgonetkę. Tak bardzo chciało mu się do niej 

wsiąść, że musiał się dobrze postarać, żeby pozostać na miejscu. 

– Dałem słowo – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie wyjadę, dopóki 

nie skończę remontu. 

Jack  obudził  się  o  świcie.  Taki  miał  zwyczaj.  Niebo  poróżowiało  na 

wschodzie, zapowiadając piękny dzień. Łóżko, na którym przyszło mu spać, 

było stare, ale wygodne. Na pewno wygodniejsze od śpiwora rozłożonego w 

naczepie  kempingowej  furgonetki,  w  którym  spał  przez  kilka  ostatnich 

miesięcy. 

Oparł  się  na  łokciu  i  wyjrzał  przez  okno.  Modlił  się  w  duchu,  żeby 

wydarzenia poprzedniego dnia okazały się nieprawdziwe. Miał nadzieję, że 

RS

background image

 

22 

za  chwilę  okaże  się,  że  to  był  jeszcze  jeden  koszmarny  sen.  Może  tylko 

trochę bardziej realistyczny od innych. 

Niestety,  to  nie  był  sen.  Najlepszym  tego  dowodem  był  widoczny  z 

okna chatki Dom nad Stawem. 

Usytuowano go tuż nad brzegiem dużego stawu. Zbudowany z białego 

marmuru i cedrowego drewna, wyposażony w duże okna, zapewniał swoim 

mieszkańcom wygodę, poczucie komfortu i wspaniały widok. Bo też trudno 

było  wyobrazić  sobie  lepsze  miejsce  na  wybudowanie  domu: nad  stawem, 

za  którym  rozciągały  się  bezkresne  pastwiska  i  nieregularne  wzgórza. 

Nazwa  też  idealnie  pasowała  do  tego  domu.  Była  zwyczajna  i  zarazem 

romantyczna. 

Stary  dom,  jego  otoczenie  i  nazwa  emanowały  spokojem.  Tym 

bardziej że wkoło panowała niczym niezmącona cisza. 

Jack  zmarszczył  czoło.  Przypomniał  sobie,  że  poprzedniego  dnia 

pobliskie  miasteczko  zrobiło  na  nim  takie  samo  wrażenie.  Wokół  cisza  i 

spokój. 

Niestety, Jack nie odczuwał spokoju, choć znalazł się  w samym jego 

centrum.  Zwłaszcza  gdy  pomyślał  o  mieszkających  w  Domu  nad  Stawem 

dzieciach i o kobiecie, która się nimi opiekowała. 

Spojrzał  na  stojącą  na  nocnym  stoliku  butelkę  whisky.  To  była  jego 

jedyna  przyjaciółka,  towarzyszka  podróży,  pocieszycielka  w  bólu,  który 

wciąż nie chciał go opuścić. 

Schował  ją  pod  łóżko.  Tym  razem  alkohol  nie  wydawał  mu  się  tak 

pociągający jak zwykle, nie gwarantował ukojenia. 

Sny,  które  dręczyły  Jacka  tej  nocy,  choć  nie  tak  straszne  jak 

zazwyczaj,  także  nie  były  spokojne.  Śnił  o  kobiecie  o  anielskiej  twarzy  i 

RS

background image

 

23 

oczach  tak  błękitnych,  że  przy  odrobinie  nieuwagi  można  się  było  w  nich 

utopić. 

Jakby  na  zawołanie  drzwi  domu  się  otworzyły.  Na  ganek  wyszła  ta 

sama  kobieta,  która  śniła  mu  się  w  nocy.  Alayna.  Miała  na  sobie  długi 

szlafrok,  równie  niebieski  jak  jej  oczy.  Szlafrok  powiewał  na  wietrze, 

tworząc  wokół  jej  nóg  coś  na  kształt  obłoku.  Zaspana,  wyglądała  młodo, 

niewinnie i tak, że chciałoby się ją schrupać. 

Jack  zobaczył,  że  wystawiła  twarz  do  wschodzącego  słońca  i 

uśmiechnęła się. Nawet z tej odległości widział, jak jej piersi falują, kiedy 

oddycha. Bardzo jej pragnął. 

Była  najpiękniejszą  i  najbardziej  seksowną  ze  wszystkich  kobiet,  z 

jakimi miał w życiu do czynienia. Nie mógł od niej oczu oderwać. Patrzył, 

jak poprawia poduszkę na trzcinowym fotelu, wyrywa chwast z doniczki z 

bluszczem. Szlafrok rozchylił się i oczom Jacka ukazała się długa, niesamo-

wicie zgrabna noga. 

Pomyślał, że taki widok może o wiele skuteczniej nakłonić do grzechu 

niż  jabłko,  którym  Ewa  skusiła  Adama.  Odwrócił  się  od  okna.  Miał 

nadzieję, że w ten sposób łatwiej pozbędzie się pożądania. Zmusił się, żeby 

patrzeć w sufit, żeby o niej nie myśleć. 

Dzieci, przypomniał sobie. Ta kobieta ma dzieci, a ja nie chcę mieć nic 

wspólnego z żadnymi dziećmi. Z nią zresztą także nie. 

– Dzień dobry. – Alayna wyszła z kuchni i uśmiechnęła się do Jacka. – 

Wcześnie wstałeś. 

Odwrócił głowę. Nie chciał na nią patrzeć, tym bardziej że wciąż miała 

na sobie ten sam niebieski szlafrok, w którym o świcie chodziła po ganku. 

– Nie ma sensu tracić czasu. Chcę jak najszybciej zacząć robotę. 

RS

background image

 

24 

–  Jadłeś  śniadanie?  –  zapytała  i  zaraz  wybuchnęła  śmiechem.  – 

Oczywiście, że nie. Przecież nie zdążyłeś jeszcze zrobić żadnych zakupów. 

Nie czekając na odpowiedź, wróciła do kuchni. Przez matową szybę w 

drzwiach Jack obserwował ruchy niebieskiej postaci. Pusty żołądek dawał o 

sobie  znać,  ale  rozum  kazał  mu  się  obawiać  ponownego  spotkania  z 

dziećmi. W końcu jednak wygrał żołądek. 

Jack powoli wszedł do kuchni. Od razu poczuł aromat świeżo parzonej 

kawy. Dopiero po chwili doleciał go zapach smażonego bekonu. 

– Gdzie dzieci? – zapytał niepewnie. 

–  Pojechały  do  szkoły.  Syn  mojej  kuzynki  je  odwiózł  –  westchnęła 

Alayna. – Od jakiegoś czasu mamy problemy z autobusem. Molly mówi, że 

pan Evert, ten kierowca, dokucza Billy'emu. 

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć – mruknął Jack.  

Ucieszył się, że Alayna nie zauważyła, jak bardzo mu ulżyło, kiedy się 

dowiedział, że dzieci nie ma w domu. 

–  Wiem,  że  Billy  nie  powinien  się  tak  zachowywać,  ale  to  przecież 

tylko dziecko – tłumaczyła chłopca Alayna. –Trudno mu się przyzwyczaić 

do  tych  wszystkich  zmian,  które  zaszły  w  jego  życiu.  A  pan  Evert  jest 

dorosły.  Mógłby  się  zdobyć  na  wyrozumiałość  i  okazać  choć  trochę 

współczucia. 

–  Dzieciak  powinien  wiedzieć,  że  nie  wolno  pyskować.  Trzeba 

szanować starszych. 

– Oczywiście masz rację, ale... – Alayna westchnęła. –Dziękuję, że mi 

wczoraj pomogłeś. Obecność mężczyzny  w naszym domu będzie miała na 

Billy'ego dobroczynny wpływ. 

Jack chciał jej powiedzieć, że nie ma zamiaru odgrywać żadnej roli w 

życiu  tych  dzieci,  ale  szlafrok  Alayny  się  rozchylił,  ukazując  dolinkę 

RS

background image

 

25 

pomiędzy  jej  piersiami.  Ten  widok  rozproszył  wszystkie  rozsądne  myśli. 

Jack chwycił czapkę i zaczaj ją miąć w dłoniach. Musiał znaleźć zajęcie dla 

rąk, jeśli nie miał ich położyć na piersiach tej kobiety. 

– Mogę ci w czymś pomóc? – zapytał, starając się nie patrzeć na nią. 

–  Nakryj  do  stołu.  Talerze  są  w  kredensie,  a  sztućce  w  pierwszej 

szufladzie od lewej. 

Jack rzucił czapkę na krzesło, podszedł do zlewu i umył ręce. 

– A  wiesz? –  Alayna klasnęła w  ręce. Roześmiała się, jakby  właśnie 

wpadł  jej  do  głowy  wspaniały  pomysł.  –  Nie  ma  sensu,  żebyś  sam  sobie 

gotował posiłki. To duży kłopot, a mnie wszystko jedno, czy przygotowuję 

jedzenie dla trzech, czy dla czterech osób. Możemy od razu postanowić, że 

będziesz jadał z nami. 

Jackowi  mydło  wypadło  z  ręki.  Stuknęło  o  porcelanowy  zlew. 

Usiłował  wymyślić  jakiś  pretekst,  który  pozwoliłby  mu  się  wyłgać  od 

wspólnych posiłków. 

– Nie chciałbym sprawiać ci kłopotu – burknął. 

– To żaden kłopot. – Alayna znów się do niego uśmiechnęła. 

Nie  miał  innych  argumentów.  Bez  słowa  wytarł  dłonie  papierowym 

ręcznikiem. Żałował, że dał się zaprosić na śniadanie, i już obmyślał sposób 

wykręcenia się od dzielenia posiłków z tą kobietą i jej przybranymi dziećmi. 

Podszedł  do  kredensu,  wyjął  talerze  i  sztućce,  rozłożył  je  na  stole. 

Ustawił wszystko tak, żeby siedzieć naprzeciwko Alayny. 

– Kawa gotowa – powiedziała. – Chyba że wolisz sok pomarańczowy. 

–  Wolę  kawę  –  mruknął.  Miał  nadzieję,  że  porcja  kofeiny  trochę  go 

uspokoi i pozwoli jaśniej myśleć. 

Nalał  kawę  do  kubków.  Alayna  postawiła  na  stole  półmisek  ze 

smażonym bekonem i talerz ze stertą złotych naleśników. 

RS

background image

 

26 

– Wiesz już, co będziesz dzisiaj robił? – zapytała, gdy usiedli do stołu. 

Jack  starał  się  na  nią  nie  patrzeć.  Nie  miał  zaufania  do  tego  jej 

szlafroka,  tym  bardziej  że  Alayna  przez  cały  czas  żywo  gestykulowała. 

Pewnie  by  nie  wytrzymał,  gdyby  raz  jeszcze  pokazała  mu  swoje  kuszące 

ciało. 

Postanowił sobie, że jak najprędzej dokończy remont i jeszcze szybciej 

stąd wyjedzie. 

–  Nie  powiedziałaś  mi,  jaki  zakres  robót  przewidujesz.  –  Jack 

natychmiast zaczął wprowadzać w czyn swoje postanowienie. 

– Frank uporał się z najgorszym, ale wciąż jeszcze pozostało dużo do 

zrobienia. Na górze są dwie łazienki. – Alayna machała rękami jak wiatrak. 

Widocznie nie umiała mówić bez pomocy rąk. – W jednej z nich przecieka 

prysznic, ale obydwie należałoby trochę zmodernizować. W sypialniach też 

chciałabym niektóre rzeczy zmienić. Trzeba powiększyć szafy, zrobić półki, 

pomalować  ściany  i  jeszcze  parę  innych  drobiazgów.  –  Alayna  wywijała 

widelcem na wszystkie strony. – Bardzo bym chciała, żebyś najpierw zajął 

się ścianą w jadalni. Jestem ciekawa, jak wygląda to drewno schowane pod 

tapetą. 

Jack  spojrzał  na  nią  i  natychmiast  tego  pożałował.  Policzki  miała 

zaróżowione, a w niebieskich oczach zobaczył oczekiwanie. Przyszła mu do 

głowy  idiotyczna  myśl,  żeby  ją  pocałować.  Był  ciekaw,  jak  wtedy  by 

wyglądała, jak by na niego patrzyła. 

–  Wobec  tego  zacznę  od  jadalni  –  powiedział,  spuszczając  wzrok  z 

powrotem na talerz. 

– Czego będziemy potrzebowali? 

– My? – Jacka mina zrzedła. – Masz zamiar mi pomagać? 

RS

background image

 

27 

– No, tak – bąknęła, jakby nagle się przestraszyła, że zrobiła coś złego. 

– Ale jeśli nie chcesz, to nie muszę. Pomyślałam sobie tylko, że jeśli choć 

trochę ci pomogę, to szybciej skończymy remont. 

Jack  stracił  apetyt.  Na  samą  myśl  o  tym,  że  Alayna  będzie  z  nim 

pracować, że całymi dniami będą blisko siebie, poczuł całkiem inny głód. 

Zdążył  już  oderwać  sporą  część  tapety,  kiedy  Alayna  przyszła  do 

jadalni.  Na  szczęście  nie  była  już  w  tym  niebieskim  szlafroku,  tylko  w 

luźnych spodniach i męskiej koszuli. Choć była zapięta pod samą szyję,  w 

jakiś niewytłumaczalny sposób wciąż wyglądała bardzo pociągająco. Jacka 

strasznie to zirytowało. 

Kątem  oka  zauważył,  jak  podwija  rękawy  koszuli.  Pomyślał,  że 

koniecznie musi jakoś wyperswadować jej to pomaganie. Obawiał się, że nie 

wytrzyma pokusy i w końcu zachowa się niewłaściwie. 

Ale ona była pełna entuzjazmu. 

–  Co  mam  robić?  –  zapytała  z  tym  swoim  zmysłowym,  anielskim 

uśmiechem na ustach. 

Jack  wskazał  leżące  wokół  drabiny  mokre  strzępy  papierowej  tapety. 

Był  pewien,  że  Alayna  nie  zechce  sobie  brudzić  rąk,  obrazi  się  i  pójdzie 

stąd. I właśnie o to mu chodziło. 

–  Możesz  pozbierać  z  podłogi  te  papiery  i  włożyć  je  do  worka  na 

śmieci – powiedział, nie odrywając oczu od ściany. 

– Tylko tyle? 

Jack był bardzo zadowolony, kiedy usłyszał w jej głosie nutkę zawodu. 

– Jeśli chcesz robić coś trudniejszego, to możesz naprawić prysznic. 

– Nie mam pojęcia o hydraulice. 

–  Wobec  tego  pozbieraj  papiery  –  polecił  tonem  człowieka,  który  za 

chwilę straci resztki cierpliwości. 

RS

background image

 

28 

Ku  jego  wielkiemu  zdziwieniu  i  jeszcze  większemu  niezadowoleniu, 

Alayna zaczęła zbierać z podłogi strzępy tapety. 

–  Co  będziemy  robić,  kiedy  już  zedrzesz  ze  ścian  cały  papier?  – 

zapytała. 

Jack patrzył na nią zaskoczony. Własnym oczom nie wierzył. Alayna 

zbierała kawałki mokrej tapety i nie kręciła nosem, nie sprzeczała się z nim. 

Nawet  nie  narzekała!  Po  prostu  robiła  to,  co  kazał  jej  zrobić.  Kobieta  z 

dobrej rodziny, lekarka, zniżała się do pracy fizycznej? Nie mógł tego pojąć. 

Ta  kobieta  była  wyjątkowa.  W  każdym  razie  zupełnie  inna  niż  jego  była 

żona. 

Jack  potrząsnął  głową,  jakby  w  ten  sposób  dało  się  wyrzucić  z  niej 

bolesne wspomnienia. 

–  Kiedy  zdejmę  tapetę,  trzeba  będzie  oczyścić  ścianę  z  kleju  i 

wszelkich pozostałości po papierze – mówił, nie odrywając się od pracy. – 

Potem  natrzemy  ją  porządnie  olejem  lnianym  wymieszanym  z  odrobiną 

terpentyny. Jeśli będzie ci się podobało, to polakierujemy ścianę, a jeśli nie, 

to pomalujemy ją bejcą, a dopiero potem polakierujemy. 

– Pozwolisz mi robić to wszystko z tobą? – zapytała Alayna z nadzieją, 

do jakiej uprawniała ją użyta przez Jacka liczba mnoga. 

Spojrzał  na  nią.  Zobaczył  w  jej  oczach  niemal  dziecięcą  radość.  Nie 

chciał dać się zawojować tej radości, więc z powrotem wbił wzrok w ścianę. 

– Zobaczymy – odparł. 

–  Fajnie!  Uwielbiam  malować  –  mówiła  Alayna,  wracając  do 

przerwanej  pracy.  –  Nie  wierzysz?  –  zapytała,  kiedy  Jack  prychnął  z 

niedowierzaniem.  –  Kiedy  otworzyłam  swój  pierwszy  gabinet,  miałam 

bardzo  mało  pieniędzy.  Lokal  był  ponury,  więc  koniecznie  trzeba  było  go 

jakoś  ożywić.  Przeprowadziłam  kapitalny  remont  i  wszystko  sama 

RS

background image

 

29 

wymalowałam. Zrobiłam nawet fresk. Była na nim dżungla, a spoza drzew i 

pnączy wyglądały zwierzęta. 

Fresk z dżunglą, pomyślał Jack. Czy ona jest weterynarzem? 

– Jaką masz specjalizację? – zapytał. 

– Jestem psychologiem dziecięcym. 

Jack  omal  nie  spadł  z  drabiny.  Najchętniej  by  uciekł,  ale  nie  mógł. 

Wobec tego ze zdwojoną energią zabrał się do pracy. 

–  Zajmuję  się  dziećmi  maltretowanymi  i  porzuconymi  –mówiła 

Alayna. Nie miała pojęcia, jak bardzo wystraszyła Jacka tą informacją. To 

był  jej  ukochany  zawód.  Nie  przypuszczała,  że  ktoś  może  się  bać 

psychologa  dziecięcego.  Zwłaszcza  duży  i  silny  dorosły  mężczyzna.  – 

Zwykle sąd przysyła mi pacjentów. 

Skończyła  zbierać  papiery.  Wepchnęła  je  do  dużego  plastikowego 

worka. Wstała i patrzyła, jak Jack oczyszcza ścianę z resztek tapety. 

– Mój mąż twierdził, że to nie ma sensu – odezwała się po chwili. – 

Nienawidził malowania. 

Posmutniała,  przypomniawszy  sobie  inne  sprawy  związane  z  osobą 

byłego  męża.  Przypatrywała  się  swoim  dłoniom,  machinalnie  pocierając 

palec, na którym kiedyś nosiła obrączkę. 

–  Nienawidził  mojego  gabinetu,  mojej  pracy  i  moich  pacjentów  – 

dodała cicho. – Nie znosił wszelkiej niedoskonałości. 

– Jesteś mężatką? – zapytał kompletnie zaskoczony Jack. 

– Byłam. Wzięliśmy rozwód. A ty jesteś żonaty? 

– Nie. Rozwiedziony. 

–  Długo  byłeś  żonaty?  –  zapytała.  Pomyślała,  że  ta  pustka  w  jego 

oczach ma pewnie jakiś związek z nieudanym małżeństwem. 

RS

background image

 

30 

–  Za  długo  –  burknął.  Musiał  natychmiast  zmienić  temat.  –  W 

skrzynce z narzędziami jest skrobaczka. Mogłabyś mi ją przynieść? 

Alayna od razu się zorientowała, że Jack nie chce rozmawiać o swojej 

byłej  żonie.  Rozumiała  go,  choć  wiedziała,  jak  nieskuteczna  jest  obrana 

przez Jacka taktyka uników. 

Posłusznie  otworzyła  skrzynkę  z  narzędziami,  wyjęła  skrobaczkę  i 

podała ją Jackowi. 

– Rozwód może być bardzo przykry – zauważyła. Miała nadzieję, że 

zdoła go namówić do rozmowy na temat, którego starał się unikać. 

Jedynym  dowodem  na  to,  że  w  ogóle  ją  usłyszał,  było  zgrzytanie 

zębów. Musiał je bardzo mocno zacisnąć. Udawał, że ściana pochłania całą 

jego uwagę. 

–  Czy  twój  rozwód  był  bardzo  przykry?  –  Alayna  nie  dawała  za 

wygraną. 

Jack  udał,  że  nie  słyszy  pytania.  Wściekle  walił  w  ścianę  mokrym 

pędzlem. Zdzierał tapetę z taką złością, jakby była jego osobistym wrogiem. 

To Alaynie wystarczyło. Już wiedziała to, czego nie chciał powiedzieć. 

Jego  rozwód  był  koszmarny.  Z  własnego  doświadczenia  wiedziała,  jak 

bardzo w takich sprawach pomaga rozmowa. 

– Powiedz, Jack – poprosiła. – Bardzo źle było? 

– Nie próbuj mi grzebać w mózgu, doktorku – warknął. 

– Mówisz tak, jakbyś już miał jakieś doświadczenia z psychologami. – 

Alayna wcale się nie obraziła. – Z tonu twojego głosu wnioskuję, że nie były 

to dobre doświadczenia. Mam rację? 

–  Bingo  –  mruknął.  –  Wydałem  fortunę.  Wypruwałem  z  siebie 

bebechy przed obcym facetem, który siedział w fotelu i od czasu do czasu 

mruczał „mhm". Kiedy to nie pomogło, wpakowałem jeszcze większą kupę 

RS

background image

 

31 

pieniędzy w honorarium adwokata. – Powoli odwrócił się od ściany. Uśmie-

chał  się  gorzko.  –  Znam  jednego  faceta...  Jemu  naprawdę  przydałaby  się 

solidna psychoanaliza. Polecam ci adwokata mojej byłej żony. Wydzierał mi 

serce, wypuszczał ze mnie krew i ani na chwilę nie przestał się uśmiechać. 

Badanie mózgu tej gnidy mogłoby się okazać pasjonujące. 

Alayna  słuchała  uważnie.  W  słowach  Jacka  była  gorycz,  złość  i 

rozpacz, ale najważniejsze, że w ogóle zaczął mówić. 

–  Koty,  dzieci,  adwokaci  –  wyliczyła  na  palcach,  jakby  sporządzała 

listę. Uśmiechnęła się do Jacka. – Czy jest jeszcze ktoś lub coś, czego nie 

lubisz? 

– Jest! – Jack nachmurzył się jeszcze bardziej, choć Alayna zaledwie 

przed chwilą mogłaby przysiąc, że to niemożliwe. Rzucił jej skrobaczkę. – 

Nie  znoszę  psychologów  o  anielskich  buziach.  Potrafią  nieźle  zajść 

człowiekowi za skórę. Masz zamiar tak gadać przez cały dzień, czy trochę 

mi pomożesz? 

– Zdziwisz się, ale potrafię mówić i pracować jednocześnie – odparła 

nie zrażona. – A ty? 

– Owszem. Pod warunkiem, że temat jest interesujący. Tak się złożyło, 

że ten temat śmiertelnie mnie nudzi. 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

32 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Maudie mi powiedziała, że wynajęłaś nowego fachowca. 

– Wyobrażam sobie, co ci nagadała! – Alayna podała Mandy szklankę 

mrożonej  herbaty.  Westchnęła  zrezygnowana  i  usiadła  na  fotelu 

naprzeciwko kuzynki. 

– Zaraz sobie przypomnę – Mandy udała, że przywołuje w pamięci to, 

co usłyszała od Maudie. – Mówiła coś o Franku, który cię naciągnął na kilka 

tysięcy dolarów, i o tym, jaka z ciebie idiotka i że masz za miękkie serce. 

Potem opowiadała o tym człowieku, który ci teraz remontuje dom. Maudie 

twierdzi, że to przystojniak i że wynajęłaś go tylko po to, żeby zaspokoić ten 

swój nienasycony apetyt na seks i... 

– Trafiła w dziesiątkę – prychnęła Alayna. – Właśnie o to mi chodziło. 

–  I  mówiła  także  –  ciągnęła  niewzruszona  Mandy  –  że  ten  facet 

ukradnie ci jeszcze więcej forsy. To chyba wszystko. W każdym razie ja nic 

więcej sobie nie przypominam. 

– Czyżby? – zapytała Alayna. 

– Masz rację! – Mandy się roześmiała. – Było tego jeszcze trochę, ale 

powtórzyłam ci tylko najciekawsze rzeczy. 

– Kocham Maudie jak rodzoną matkę, ale czasami miałabym ochotę ją 

udusić – westchnęła Alayna. 

– Nie denerwuj się – uspokajała ją Mandy. – Ona naprawdę dobrze ci 

życzy. 

–  Tylko  to  jedno  ją  usprawiedliwia!  –  Alayna  też  w  końcu  się 

roześmiała. 

Lubiła  tę  starszą  panią  o  sercu  kwoki  pilnującej  piskląt  i  manierach 

kaprala. 

RS

background image

 

33 

–  Gdzie  on  jest?  Myślałam,  że  wpadając  do  ciebie  bez  uprzedzenia, 

trafię na jakieś gorszące sceny. 

– Pojechał do miasta po materiały. 

– No cóż, wobec tego zobaczę go innym razem. Widzę, że sporo się tu 

zmieniło, odkąd byłam u ciebie po raz ostatni – zauważyła Mandy. 

Miała  rację.  Frank  doprowadził  dom  do  stanu  używalności,  a  Jack 

przez dziesięć dni wytężonej pracy zrobił jeszcze więcej. 

– To prawda – odrzekła Alayna. – Niestety, ciągle pozostaje mnóstwo 

do zrobienia – dodała z westchnieniem. 

–  Wszystko  w  swoim  czasie.  –  Mandy,  jak  zwykle,  była  pełna 

optymizmu. 

– To jest właśnie problem: czas – zasępiła się Alayna. 

– Nie wiem, ile czasu mi zostało. Co będzie, jeśli zadzwonią z sądu, że 

mają jakieś bezdomne dzieci? Teraz nie miałabym ich gdzie ulokować. 

–  Nie  martw  się,  zdążysz  –  zapewniła  ją  Mandy.  –  Mówiłam  ci  już, 

jaka jestem z ciebie dumna? 

–  Co  najmniej  tysiąc  razy.  –  Alayna  się  zarumieniła.  Była  naprawdę 

zakłopotana. 

– Przyzwyczaj się, że będę to powtarzać przy każdej okazji. Niewiele 

kobiet podjęłoby się tej pracy, a takie, które potrafiłyby ją dobrze wykonać, 

można policzyć na palcach jednej ręki. 

–  Tak  bardzo  bym  chciała  robić  to  naprawdę  dobrze  westchnęła 

Alayna. – Z Billym i Molly jakoś sobie radzę, ale i tak wciąż się boję. Co 

będzie,  jeśli  sprawię  tym  dzieciom  zawód?  Zrobiłabym  im  w  ten  sposób 

więcej krzywdy niż dobra. 

– Na pewno ich nie zawiedziesz! –  Mandy serdecznie uścisnęła dłoń 

kuzynki.  –  Masz  za  sobą  lata  doświadczeń  w  pracy  z  nieszczęśliwymi 

RS

background image

 

34 

dziećmi. A, co najważniejsze, naprawdę chcesz im pomóc. Niczego więcej 

ci nie potrzeba. Może jeszcze ogromu miłości, ale to też w sobie masz. W 

nadmiarze. 

– Dziękuję. – Alayna się wzruszyła. – Bardzo potrzebowałam dobrego 

słowa.  Zwłaszcza  po  tej  awanturze  z  kierowcą  autobusu.  Nie  udało  mi  się 

przekonać  go,  żeby  zmienił  swoją  decyzję.  W  wydziale  transportu  też  nic 

nie wskórałam. 

– Nie przejmuj się tym starym zrzędą. Jaime aż się pali do tego, żeby 

wozić dzieciaki do szkoły. Wiesz, że lubi być użyteczny. – Mandy pochyliła 

się  i  pocałowała  Alaynę  w  policzek.  –  Bardzo  jesteśmy  radzi,  że  tu 

zamieszkałaś  i  że  czujesz  się  na  Ranczu  Złamanego  Serca  jak  u  siebie  w 

domu. 

– Bo u was naprawdę jest jak w domu – westchnęła Alayna. Zamyśliła 

się  na  chwilę.  –  Pamiętasz,  jak  byłyśmy  małe  i  tatuś  nas  tutaj  przywoził? 

Rozkładałyśmy się obozem w jednym pokoju. 

– To były piękne czasy – zadumała się Mandy. – Sam zawsze miała 

jakieś szalone pomysły. Pamiętasz, jak natarłyśmy Merideth włosy papką z 

mąki i oliwki dla dzieci, kiedy spała? 

– Jak mogłabym zapomnieć! – roześmiała się Alayna. –Merideth była 

wściekła. Nienawidziła brudu. Zawsze musiała być czysta i pachnąca. 

–  Ani  trochę  się  nie  zmieniła  –  śmiała  się  Mandy.  –  Jest  tak  samo 

grymaśna i drobiazgowa jak kiedyś. 

– Przepraszam – odezwał się męski głos. 

Alaynie serce podeszło do gardła. Odwróciła się. Na skraju tarasu stał 

Jack. 

– Ależ mnie wystraszyłeś – powiedziała. 

RS

background image

 

35 

– Przepraszam. Chciałem ci pokazać próbki kolorów, ale skoro jesteś 

zajęta, to zaczekam. 

Odwrócił się i zamierzał odejść, ale Alayna mu nie pozwoliła. 

–  Zostań  –  poprosiła.  –  Chciałabym  cię  przedstawić  mojej  kuzynce, 

Mandy  McCloud  Barrister.  To  właśnie  jest  Jack  Cordell  –  zwróciła  się  do 

Mandy. 

Mandy  się  uśmiechnęła.  Jack  zauważył,  że  uśmiech  rozświetla  nie 

tylko  jej  twarz,  ale  i  oczy.  Tak  samo  uśmiechała  się  Alayna.  Jej  oczy  też 

rozjaśniały się od uśmiechu. 

– Witaj, Jack. Dużo o tobie słyszałam. – Mandy wyciągnęła do niego 

rękę. – Muszę przyznać, że Maudie miała rację. 

Jack doskonale pamiętał, co i w jaki sposób ta kobieta o ostrym języku 

mówiła o Franku. Mógł się tylko domyślać, co opowiadała o nim. 

– Dzień dobry – odrzekł i uścisnął dłoń Mandy. 

– Muszę jechać – powiedziała Mandy. – Jaime i Jesse wkrótce wrócą 

do  domu  i  będą  chcieli  coś  zjeść.  A  może  przyjedziecie  do  nas  na  obiad? 

Będziemy  bardzo  radzi.  Mój  mąż  i  syn  też  chcieliby  cię  poznać  –  Mandy 

zwróciła się do Jacka. – Co ty na to? 

Alayna zauważyła malujące się na twarzy Jacka przerażenie. Widziała, 

jak z całych sił zaciska palce na próbkach, które chciał jej pokazać. 

Uważała,  że  wieczór  spędzony  w  towarzystwie  szczęśliwej  rodziny 

mógłby  mu  dobrze  zrobić.  Jack  miał  jak  najgorsze  doświadczenia  z 

własnego  małżeństwa,  więc  pewnie  nawet  nie  wiedział,  że  istnieją  na 

świecie szczęśliwe pary. 

–  Dziękujemy  za  zaproszenie  –  powiedziała,  zanim  zdążył  się 

odezwać. – Bardzo chętnie odwiedzimy was na Ranczu Złamanego Serca. 

RS

background image

 

36 

–  Ty  i  dzieci  możecie  jechać,  ale  ja  zostanę  –  burknął  Jack.  –  Nie 

przepadam za spotkaniami towarzyskimi. Zresztą mam robotę. Przepraszam. 

Odwrócił się na pięcie i szybko odszedł. Jakby uciekał. 

– Czy ja coś złego powiedziałam? – zaniepokoiła się Mandy. 

– Skądże. – Alayna objęła kuzynkę. 

Zeszły z tarasu, Alayna odprowadziła Mandy do samochodu. 

–  Jack  jest  jakiś  taki...  –  mówiła  Alayna.  –  Sama  nie  wiem,  jak  to 

określić. Smutny? Zgorzkniały? Ale przede wszystkim uparty. 

– Nie jest niebezpieczny? 

Alayna się roześmiała. Zaraz jednak spoważniała. Mandy naprawdę się 

o nią niepokoiła. 

– Nie – zapewniła, choć nie bardzo wiedziała, skąd ma tę pewność. – 

Nie jest niebezpieczny, tylko wściekły. Jest zły na cały świat, ale na pewno 

nie jest niebezpieczny. 

– Ale przywieziesz do nas dzieciaki? – dopytywała się Mandy. 

– Jasne, że przywiozę. O której mamy przyjechać?  

Jack  zdjął  z  furgonetki  dziesięciolitrowy  pojemnik  z  farbą  i  postawił 

go  na  ziemi.  Musiał  chwilę  odpocząć.  Otarł  pot  z  czoła,  podparł  się  pod 

boki. Zerknął na podjazd. Mandy właśnie odjeżdżała. 

Powiedziała, że ma syna, myślał zdenerwowany. Chciała, żebym jadł 

obiad w towarzystwie jej syna. I tak ledwo mogę znieść te obiady z Alayną i 

dziećmi. Towarzystwa rodziny na pewno bym nie wytrzymał. 

Zimny pot wystąpił mu na czoło. Jack obawiał się, że nie tylko by nie 

wytrzymał. Mógłby nie przeżyć takiej konfrontacji. 

Alayna  wróciła  tuż  przed  zachodem  słońca.  Szybko  położyła  dzieci 

spać.  Pozbierała  porozrzucane  w  łazience  ubranka, powiesiła  rzucone  byle 

jak ręczniki. 

RS

background image

 

37 

Skończył  się  kolejny  pracowity  dzień.  Alayna  pomyślała,  że  zajrzy 

jeszcze na chwilę do dzieci, sprawdzi, czy śpią i czy się nie poodkrywały. 

Potem będzie się mogła położyć. 

Stanęła nad łóżeczkiem Molly. Uśmiechnęła się i poprawiła otulający 

dziewczynkę  kocyk.  Molly  westchnęła,  mocniej  przytuliła  do  siebie 

wyleniałego  misia  bez  oka.  Ten  miś  był  jedyną  rzeczą,  jaką  dziewczynka 

miała, kiedy przywieziono ją do Alayny. Misia i ubranie na grzbiecie. 

Jej historia była bardzo smutna i wcale nie  wyjątkowa. Matka Molly 

była  narkomanką.  Całymi  dniami uganiała  się  za  następną  działką  albo  za 

jakimś mężczyzną, który mógłby kupić jej porcję narkotyku. Czasem nawet 

na kilka dni z rzędu zostawiała Molly zupełnie samą, bez żadnej opieki i bez 

jedzenia. 

Wreszcie  sąsiedzi  z  bloku,  w  którym  Molly  mieszkała  z  matką, 

poinformowali  o  tej  sytuacji  pogotowie  opiekuńcze.  W  ten  sposób  Molly 

trafiła do Alayny. 

Fizycznie  Molly  nie  bardzo  ucierpiała,  ale  emocjonalne  rany  widać 

było  na  każdym  kroku.  Dziecko  nigdy  się  nie  uśmiechało,  mówiło  mało  i 

nawet na chwilę nie spuszczało z oczu swego misia. 

Alayna odgarnęła kosmyk włosów z twarzyczki Molly, pochyliła się i 

pocałowała małą w czółko. Dopiero od dwóch tygodni miała Molly w domu, 

a już ją pokochała. Nie rozumiała, dlaczego Bóg postanowił pobłogosławić 

dzieckiem  matkę  Molly,  dla  której  dziecko  było  tylko  ciężarem.  Dlaczego 

jej nie chciał dać dzieci? Alayna oddałaby wszystko, żeby tylko móc urodzić 

własne dziecko. 

Przecież  mam  dzieci,  przypomniała  sobie,  odganiając  ponure  myśli. 

Na razie dwoje, ale obiecali, że dadzą więcej. 

RS

background image

 

38 

Poszła do pokoju Billy'ego. Chłopczyk jak zwykle spał na brzuchu, a 

skopany  kocyk  leżał  obok  łóżka.  W  bezwładnej  rączce  Billy  trzymał 

samochodzik. 

Billy  nigdy  nie  zasypiał  normalnie,  jak  zwykłe  dziecko.  Walczył  ze 

snem, jakby to był potwór, który chce go pożreć. 

Alaynie  zależało  na  tym,  żeby  dzieci  przyzwyczaiły  się  do  stałego 

rozkładu  zajęć,  więc  codziennie  kładła  je  do  łóżka  o  ósmej.  Jednak  Billy 

zawsze brał ze sobą jakąś zabawkę. Bawił się, dopóki sen go nie zmorzył. 

Alayna wiedziała o przeszłości Billy'ego  znacznie mniej niż o losach 

Molly. Nie domyślała się, jakie straszne przeżycia sprawiły, że chłopiec tak 

bardzo  bał  się  zasnąć.  Gdy  go  o  to  pytała,  nie  odpowiadał,  tylko  zmieniał 

temat. Robił to po mistrzowsku. 

Alayna  wiedziała  tylko  tyle,  że  zanim  do  niej  trafił,  był  już  w  innej 

rodzinie zastępczej. Powiedziano jej, że w tamtym domu nie układało mu się 

najlepiej. 

Westchnęła.  Wyjęła  z  rączki  chłopczyka  samochodzik  i  postawiła  go 

na półeczce obok łóżka. Podniosła z podłogi koc, okryła nim chude plecki 

Billy'ego. 

Miała  nadzieję,  że  kiedyś  wreszcie  pozna  jego  tajemnicę,  dowie  się, 

jakie  koszmary  go  prześladowały.  Dopiero  wtedy  mogłaby  spróbować  mu 

pomóc. 

Pocałowała  Billy'ego  w  czoło.  Gdyby  nie  spał,  nie pozwoliłby  jej  na 

takie czułości. Uśmiechnęła się. 

Wyszła z pokoju zadowolona, że dzieci śpią spokojnie. Teraz pozostał 

jej już tylko Jack. 

RS

background image

 

39 

Schodziła ze schodów. Myślała o wizycie u Mandy. Miło spędziła ten 

dzień.  Z  radością  patrzyła,  jak  Billy  i  Molly  funkcjonują  w  normalnej 

rodzinie. Udawało im się to coraz lepiej. 

A jednak ani na chwilę nie przestała myśleć o Jacku. Jego przerażenie 

na  myśl  o  uczestniczeniu  w  rodzinnym  obiedzie  świadczyło  o  tym,  że 

nienawidzi spotkań towarzyskich, ale nie tylko. Alayna wiedziała, że to coś 

znacznie  poważniejszego.  Była  zdecydowana  dowiedzieć  się,  dlaczego  tak 

dziwnie zareagował na zaproszenie Mandy. 

Wyszła  na  ganek  i  spojrzała  na  chatkę.  Światło  się  nie  paliło.  Była 

pewna, że Jack znacznie później chodzi spać. 

Rozejrzała  się  dokoła.  W  zapadającym  zmierzchu  zauważyła  nad 

stawem  sylwetkę  mężczyzny.  Siedział  bez  ruchu na  starym  pomoście.  Był 

taki samotny, a jednocześnie niesłychanie pociągający. 

Takiemu mężczyźnie trudno się było oprzeć. 

Zeszła z ganku i poszła w stronę pomostu. Z każdą chwilą coraz lepiej 

widziała  muskularne  ramiona  Jacka.  Głowę  oparł  na  kolanach,  przygarbił 

się. Patrzył w lustrzaną taflę wody. 

Maudie  ma  rację,  pomyślała  Alayna.  On  naprawdę  jest  bardzo 

przystojny. 

Zaraz jednak przypomniała sobie, że nic jej z tego nie przyjdzie. Nie 

miała prawa myśleć o Jacku Cordellu jako obiekcie seksualnym. O żadnym 

mężczyźnie  nie  miała  prawa  myśleć  w  ten  sposób.  Jako  kobieta  nie  miała 

Jackowi nic do zaoferowania. Na szczęście mogła mu się przydać jako psy-

cholog. Była pewna, że potrafi wygnać z jego duszy demony, które ukradły 

mu uśmiech i sprawiły, że stał się zgorzkniałym wrakiem człowieka. 

Przypuszczała, że nie będzie zadowolony z jej towarzystwa, a mimo to 

weszła na pomost. 

RS

background image

 

40 

– Ominął cię świetny obiad – powiedziała. 

Mięśnie na plecach Jacka się napięły, ale nie odwrócił głowy. Nawet 

się nie odezwał. 

Alayna  ani  myślała  rezygnować  tylko  dlatego,  że  nie  okazał 

zainteresowania jej osobą. 

– Myślę że polubiłbyś i Jesse'a, męża Mandy, i ich syna Jaime'a. 

Jack  zmrużył  oczy.  Patrzył  na  czerwoną  słoneczną  kulę,  która  już 

prawie całkiem schowała się za wzniesieniem na drugim brzegu stawu. 

–  Nie  przepadam  za  spotkaniami  towarzyskimi  –  mruknął.  Alayna 

usiadła  obok  niego  na  pomoście.  Podciągnęła  kolana  do  góry  i  owinęła 

wokół nóg brzeg sukienki. 

– Już to mówiłeś. – Pochyliła głowę, chcąc dostrzec jego twarz. –  A 

mimo to uważam, że polubiłbyś Jesse'a i Jaime'a. Molly i Billy bardzo ich 

lubią, a oni niełatwo nawiązują kontakty z obcymi. 

Jack  milczał.  Alayna  westchnęła  i  także  zapatrzyła  się  w  zachodzące 

słońce.  Niebo  fascynowało  feerią  barw:  czerwienią,  delikatną  purpurą, 

fioletem i błękitem. 

–  Ależ  to  piękne!  –  szepnęła,  nieodmiennie  zachwycona  tym 

fantastycznym widokiem. 

Jack  tylko  mruknął  coś  pod  nosem.  Nie  było  to  wiele,  ale  Alayna 

ucieszyła  się,  że  jednak  udało  jej  się  osiągnąć  maleńki  sukces.  Nie  miała 

zamiaru się poddawać. W końcu nie musiała z nim rozmawiać. Mogła razem 

z nim podziwiać zachód słońca. 

Milczeli. W przedwieczornej ciszy słychać było kumkanie żab i granie 

świerszczy. Alaynie zebrało się na wspomnienia. 

–  Kiedy  byłam  mała,  zawsze  spędzałam  lato  na  Ranczu  Złamanego 

Serca – powiedziała właściwie do siebie. – Codziennie przychodziłyśmy na 

RS

background image

 

41 

pomost z kuzynkami, żeby podziwiać zachód słońca. To wspaniały widok. 

Kolorowo, dramatycznie i trochę smutno. 

–  Dlaczego  smutno?  –  Jack  wreszcie  na  nią  spojrzał.  Alayna 

uśmiechnęła  się  do  niego.  Była  bardzo  zadowolona,  że  zdołała  go 

sprowokować. 

– Właściwie sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami. Znów zapatrzyła 

się  w  zachodzące  za  wzgórzami  słońce.  –Zachód  słońca  oznaczał  koniec 

dnia.  Miałyśmy  o  jeden  dzień  wakacji  mniej,  jeden  dzień  zbliżał  nas  do 

chwili pożegnania. Właśnie dlatego robiło nam się smutno. 

Alayna objęła rękami kolana. Na chwilę wróciła myślami w świat lat 

dziecinnych. 

– Mieszkałyśmy setki kilometrów od siebie i właściwie spotykałyśmy 

się  tylko  w  czasie  wakacji,  a  mimo  to  byłyśmy  bardzo  zżyte  ze  sobą.  – 

Spojrzała na Jacka. – Czy ty masz jakąś rodzinę? 

– Mam – burknął, nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca. 

–  Brata?  Siostrę?  Rodziców?  –  wypytywała  go  Alayna.  Koniecznie 

chciała nakłonić Jacka do mówienia. 

– Każdego z wymienionych. Oprócz siostry. 

Sięgnął po butelkę. Stała za jego nogą i dlatego Alayna nie zauważyła 

jej wcześniej. Butelka była opróżniona do połowy. Jack przytknął butelkę do 

ust, przechylił. Zagulgotało. 

– Jesteś pijany? – zapytała Alayna. 

– Jeszcze nie – odparł i otarł usta wierzchem dłoni. 

– Masz zamiar się upić? 

Odwrócił się do niej.  Alayna mocno zacisnęła ręce na kolanach. Tak 

bardzo chciała wygładzić zmarszczki, jakie smutek wyżłobił wokół jego ust. 

RS

background image

 

42 

A przecież nie wolno jej było tego robić. Jack był obcym człowiekiem i  nie 

życzył sobie żadnej ingerencji w swoje prywatne sprawy. 

–  Może  –  mruknął  i  podał  jej  butelkę.  –  Nie  chciałabyś  się  ze  mną 

napić? 

Alayna  wiedziała,  że  ją  wypróbowuje.  Był  przekonany,  że  odmówi. 

Żeby mu zrobić na złość, wzięła butelkę, dokładnie wytarła szyjkę brzegiem 

sukienki i pociągnęła solidny łyk. 

Oczy omal nie wyszły jej z orbit. Wachlowała się dłonią, jakby w ten 

sposób dało się ochłodzić piekącą kulę, którą czuła w gardle. 

Jack zabrał jej butelkę. Bał się, żeby nie rozlała alkoholu. 

– Wygląda na to, że sam będę się musiał upić – powiedział. 

Wypił  łyczek,  odstawił  butelkę  i  spojrzał  na  Alaynę.  Zauważyła,  że 

jeden  kącik  jego  ust  uniósł  się  o  milimetr.  A  więc  jednak  się  uśmiechał. 

Przynajmniej w pewnym sensie. Ten półuśmiech zmienił twarz Jacka nie do 

poznania. Zniknął z niej wyraz niezadowolenia, oczy nabrały blasku, ożyły. 

Usta miał wilgotne od alkoholu i zaczerwienione od butelki, którą do 

nich przyciskał. Wyglądały kusząco, jakby zapraszały. 

Alayna  nie  mogła  myśleć  o  niczym  innym  jak  tylko  o  tym,  żeby 

przycisnąć do nich swoje wargi. 

Tymczasem  Jack  coraz  wyraźniej  się  uśmiechał.  Po  chwili  wyglądał 

jak normalny, pogodny człowiek. 

Nachylił  się  nad  Alayną.  Poczuła  jego  gorący,  pachnący  alkoholem 

oddech. 

Czyżby  chciał  mnie  pocałować,  pomyślała  i  serce  podeszło  jej  do 

gardła. 

Jack wyciągnął rękę. Dotknął policzka Alayny. 

RS

background image

 

43 

– Uśmiechnąłeś się – wyszeptała. – Nigdy dotąd nie widziałam, jak się 

uśmiechasz. 

–  Nie  miałem  powodu –  mruknął, patrząc jej prosto  w  oczy.  – Masz 

najpiękniejsze  oczy  na  świecie.  Niebieskie.  Chyba  nigdy  w  życiu  nie 

widziałem takich niebieskich oczu. Można by się w nich utopić. 

Alayna  się  nie  poruszała.  Chłonęła  komplementy  jak  gąbka.  Tak 

bardzo potrzebowała dobrego słowa. Jack przesunął palcem po jej ustach. 

– Mięciutkie – szepnął. –I takie słodkie. 

Jego  twarz  znalazła  się  tak  blisko  twarzy  Alayny,  że  ich  usta  się 

zetknęły. Raz. Potem drugi. Alayna poczuła, że zalewa ją gorąca fala. 

Jack przytulił ją do siebie. Dopiero wtedy się przestraszyła. 

W ostatniej chwili przypomniała sobie, że do niczego się nie nadaje, że 

jest  co  najwyżej  w  połowie  kobietą. Zimną,  zupełnie  niepociągającą. Były 

mąż bez przerwy jej to powtarzał. Niby wszystko miała w porządku, niczego 

jej nie brakowało, ale nie umiała złożyć tego  wszystkiego  w całość  w taki 

sposób, żeby zadowolić mężczyznę. 

Nie  mogła  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  znów  coś  się  jej  nie  udało. 

Zwłaszcza  teraz,  kiedy  powoli  zaczynała  nabierać  pewności  siebie,  kiedy 

była  o  krok  od  spełnienia  najskrytszych  marzeń.  Musiała  być  silna  i 

opanowana.  Gdyby  znów  się  załamała,  gdyby  stała  się  niezdolną  do  życia 

kupką nieszczęścia, nie zdołałaby pomóc żadnemu opuszczonemu dziecku. 

A  przecież  dwoje  malców  już  miała  w  domu,  a  następne  miały  wkrótce 

przyjechać. 

– Nie. – Z największym trudem odsunęła się od Jacka. Pod powiekami 

czuła piekące łzy. – Proszę. 

Patrzył  na  nią  oszołomiony.  Krew  pulsowała  mu  w  skroniach, 

pożądanie  paliło  żywym  ogniem.  Widział  opuszczoną  głowę  Alayny,  jej 

RS

background image

 

44 

uniesione  ramię.  Pomyślał,  że  wygląda, jakby  zasłaniała  się  przed  ciosem. 

Była przerażona. 

Co  mnie  napadło,  myślał  Jack.  Dlaczego  ośmieliłem  się  zrobić  coś 

takiego?  Przecież  nie  chciałem  się  wdawać  w  żaden  romans.  Nie  z  tą 

kobietą! Za nic na świecie nie chciałem jej skrzywdzić. To prawdziwy anioł. 

Zasługuje  na  mężczyznę,  który  zechce  dać  jej  dzieci.  Ona  tak  bardzo  ich 

pragnie. 

– Przepraszam – wymamrotał. – Ja... 

Nie  potrafił  znaleźć  słów.  Mógłby  jej  powiedzieć  jedynie  prawdę. 

Prawdą było zaś to, że bardzo jej pragnął. Potrzebował jej. Potrzebował jej 

ciepła,  jej  współczucia,  radości  życia,  jaka  promieniowała  z  każdego  jej 

ruchu. Niestety, nie miał niczego, co mógłby jej podarować w zamian za te 

wszystkie skarby. 

Jack  chwycił  butelkę  i  zerwał  się  na  równe  nogi.  Szedł  szybko  po 

starych deskach pomostu. Właściwie prawie biegł. Uciekał. Od Alayny, od 

pokusy. Od samego siebie. Od wspomnień, które go prześladowały. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

45 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Alayna  doskonale  znała  metodę  uników.  Zarówno  z  doświadczeń 

zawodowych,  jak  i  osobistych.  Bez  trudu  zauważyła,  że  Jack  także  ją 

stosuje. 

Miała nadzieję, że uda jej się przekonać go, że ta metoda do niczego 

nie prowadzi, nie rozwiązuje żadnych problemów. Znacznie lepszym, wręcz 

jedynym sposobem radzenia sobie w trudnych sytuacjach jest mówienie. 

Ale jak miała go przekonać, skoro sama też stosowała taktykę uników. 

I to wobec Jacka. 

Westchnęła i zabrała się do ścielenia łóżka. Przez okno sypialni widać 

było ukrytą w cieniu dębów chatkę, w której mieszkał Jack. 

Przecież  on  remontuje  mój  dom,  pomyślała.  Ciągle  kręci  mi  się  pod 

nogami, nieustannie muszę go widzieć. Nie zdołam go unikać. 

– Alayno! 

– Tu jestem, Billy! – zawołała, wychodząc z sypialni.  

Dzieci właśnie schodziły ze schodów. Alayna uśmiechnęła się do nich, 

choć wiele ją to kosztowało. 

– Gotowi do szkoły? – zapytała. 

Przykucnęła,  poprawiła  wstążkę,  którą  przedtem  wpięła  we  włoski 

Molly. 

Molly  skinęła  głową  i  na  dowód  wyciągnęła  przed  siebie  misia.  Ale 

tylko na chwilkę. Natychmiast z powrotem go do siebie przytuliła. 

Alayna pocałowała Molly w policzek. 

– Zapakowałeś przybory do matematyki? – zapytała Billy'ego. 

– Tak – westchnął i wzniósł oczy ku niebu. 

– Tak, przygotowałem – poprawiła go Alayna. 

RS

background image

 

46 

– Tak, przygotowałem – powtórzył bez entuzjazmu. 

Na  wszelki  wypadek  jednak  zajrzała  do  plecaka.  Wolała  sama 

sprawdzić,  czy  chłopiec  rzeczywiście  wszystko  zapakował.  Potem  szybko 

przytuliła go do siebie i nawet zdążyła pocałować. 

–  Udało  mi  się!  –  roześmiała  się,  kiedy  od  niej  odskoczył.  Billy 

starannie wycierał dłonią policzek. Minę miał niewesołą. 

– Wiem, że to uwielbiasz – kpiła z niego Alayna. Billy znów wzniósł 

oczy ku niebu, a Molly się roześmiała. 

Alayna puściła do niej oczko. 

Rozległ  się  klakson  i  Alayna  wyprowadziła  dzieci  na  ganek.  Przed 

domem stała furgonetka. Alayna pomachała ręką siedzącemu za kierownicą 

Jaime'owi. 

– Miłego dnia – zawołała do biegnących przez dziedziniec dzieci. 

Wróciła  do  pustego  i  cichego  domu.  Ale  ów  spokój  nie  miał  trwać 

długo. Za chwilę czekało ją spotkanie z Jackiem. Zawsze przychodził zaraz 

po tym, jak wyprawiła Molly i Billy'ego do szkoły. 

Alayna trochę się niepokoiła jego stosunkiem do dzieci. Nie chodzi o 

to, że był dla nich niedobry. Jack traktował je jak powietrze. Nawet wtedy, 

kiedy  jedli  razem  obiad,  otaczał  się  niewidzialną  ścianą,  żeby  dzieci,  broń 

Boże, nie mogły się do niego zbliżyć. 

Robił  to  chyba  bez  żadnego  konkretnego  powodu,  jakby  na  wszelki 

wypadek, bo spędzał w towarzystwie Billy'ego i Molly tak niewiele czasu, 

że o żadnym zbliżeniu i tak nie mogło być mowy. Zazwyczaj w pośpiechu 

połykał jedzenie, przepraszał i uciekał do chatki, jakby go ktoś gonił. Alayna 

nie  miała  wątpliwości,  że  ich  unikał.  Dokładnie  tak  samo  jak  ona  unikała 

Jacka. 

Znów westchnęła i poszła do kuchni. 

RS

background image

 

47 

Nienawidziła  siebie  za  to  tchórzostwo.  Wiedziała,  że  musi  widywać 

Jacka. Uważała, że to, co zaszło wieczorem na pomoście, zdarzyło się z jej 

winy, a nie z jego. W końcu Jack jest tylko mężczyzną. Mężczyzną z krwi i 

kości. Cóż w tym dziwnego, że miał ochotę na seks? 

Problem  polegał  na  tym,  że  Alayna  była  kobietą  tylko  w  połowie. 

Może  nie  aż  tak,  ale  na pewno  nie  była  stuprocentową  kobietą.  Wszystkie 

części  jej  ciała  były  na  właściwym  miejscu. Miała nawet  związane  z  nimi 

emocje  i  pragnienia,  lecz  to  wszystko  nie  było  ze  sobą  połączone  tak,  jak 

być powinno. W rezultacie jej kobiecość nie działała na mężczyzn. Alayna 

wolała  przyznać  się  do  tego  braku,  aniżeli  udawać,  że  wszystko  jest  w 

porządku. 

Już  dawno  doszła  do  tego  wniosku.  Gdy  tylko  uprawomocnił  się 

wyrok  sądowy  i  naprawdę  przestała  być  żoną  Aleksa.  Właśnie  wtedy 

zdecydowała  się  na  samotne  życie.  Mogła  i  chciała  być  szczęśliwa  bez 

mężczyzny, żyć pełnią życia. 

Wszystko  doskonale  sobie  zaplanowała.  Pogodziła  się  z  losem, 

niczego od niego nie chciała. Nie przewidziała tylko, że jej ciało – wbrew 

rozumowi  –  zapragnie  mężczyzny.  Wczorajsza  przygoda  dowiodła,  że  to 

możliwe. 

Boże wielki, pomyślała zrozpaczona. Jak ja się mogłam tak wygłupić? 

Jak ja teraz spojrzę Jackowi w oczy? 

Zacisnęła  pięści.  Postanowiła  go  przeprosić  go.  Uznała,  że  nie  ma 

innego wyjścia. Skoro musi się z nim spotkać... 

Wyjęła z lodówki jajka, bekon, masło i mleko. 

Postanowiła  przeprosić  Jacka  przy  śniadaniu.  Musiała  mu 

wytłumaczyć,  dlaczego  tak  głupio  się  wczoraj  zachowała,  choć  naprawdę 

marzyła o tym, żeby się z nim kochać. 

background image

 

48 

– Alayna? 

Karton z mlekiem wypadł jej z ręki. Potem na podłogę upadły jajka i 

napoczęta kostka masła. Alayna popatrzyła na leżący u jej stóp śmietnik, a 

potem powoli podniosła głowę. 

W drzwiach kuchni stał Jack. Zakłopotany, miął w dłoniach czapkę. 

Żadne  z  nich  nie  odezwało  się  ani  słowem,  ale  oboje  wiedzieli,  że 

chodzi  o  wczorajszy  wieczór.  Za  dnia  Alayna  czuła  się  jeszcze  bardziej 

upokorzona niż w porze zapadającego zmierzchu. 

Wiedziała, że Jack ma do niej żal. Poznała to po tym, że ciągle stał w 

drzwiach. Nie chciał nawet wejść do kuchni, nie chciał się do niej zbliżyć. 

Przykucnęła  i  gołymi  rękami  zaczęła  zbierać  z  podłogi  rozpaćkane 

produkty. 

Jak  mogła  w  tych  warunkach  nie  przyjąć  do  wiadomości  własnych 

ograniczeń i niedoskonałości? 

–  Przestraszyłeś  mnie  –  powiedziała.  –  Przepraszam  za  ten  bałagan. 

Zaraz zrobię śniadanie, tylko najpierw trochę tu posprzątam. 

Łzy  zakręciły  się  jej  w  oczach.  Otarła  je  wierzchem  dłoni.  Ze 

zdwojoną energią zabrała się do sprzątania. 

Poczuła, jak palce Jacka zaciskają się na przegubie jej dłoni. 

– To ja ciebie powinienem przeprosić. 

Pochyliła głowę i  zacisnęła powieki. Marzyła o tym,  żeby  zapaść się 

pod ziemię. Nie mogła znieść takiego upokorzenia. 

Nie zapadła się. W każdym razie nie sama. Kiedy otworzyła oczy, Jack 

wciąż jeszcze był przy niej. 

– To nie twoja wina. – Pociągnęła nosem. – Jestem taka niewydarzona. 

W każdej dziedzinie. 

– Nie chodzi o mleko. Przepraszam cię za wczoraj. Ja...  

RS

background image

 

49 

Alayna wstrzymała oddech. Wiedziała, że jeśli teraz, zaraz nie powie 

tego, co ma mu do powiedzenia, to już nigdy nie odważy się tego zrobić. 

–  To  również  nie  twoja  wina  –  Wyszarpnęła  rękę  i  odsunęła  się  od 

Jacka.  –  Nie  powinnam  była  dopuścić  do  tego,  żeby  sprawy  tak  daleko 

zaszły. 

Podeszła  do  zlewu,  oddarła  spory  kawałek  ręcznika  papierowego. 

Wzięła ze stołu miskę i tak uzbrojona wróciła do sprzątania bałaganu. I do 

Jacka.  Sprzątała  zawzięcie.  Przez  cały  czas  pamiętała  o  tym,  żeby  nie 

pokazywać Jackowi twarzy. 

– Dlaczego? 

Zamarła. Po chwili znów zbierała skorupy jajek. Tak zawzięcie, jakby 

od tego miało zależeć jej życie. 

– Ponieważ w sprawach seksu jestem do niczego. Wiedziałam o tym, 

ale... Po prostu się zapomniałam. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. 

Jack patrzył na nią oniemiały. Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. 

– W sprawach seksu jesteś do niczego? – powtórzył. Myślał, że może 

się przesłyszał. 

– Jestem beznadziejna. 

– Skąd to wiesz? 

Alayna przestała wycierać podłogę. Spojrzała na niego. 

– Z doświadczenia – odparła i wróciła do przerwanej pracy. 

Jack  wciąż  na  nią  patrzył.  Na  końcu  języka  miał  co  najmniej  tysiąc 

pytań, ale zanim zadał choćby jedno z nich, już o nich zapomniał. 

Nie mógł oderwać oczu od zgrabnej pupy Alayny. Poruszała się w tym 

samym rytmie, co wycierająca podłogę ręka. 

Na  szczęście  w  porę  się  otrząsnął.  Przypomniał  sobie  wczorajszy 

wieczór.  Doskonale  pamiętał,  jak  Alayna  zareagowała  na  jego  pocałunek. 

RS

background image

 

50 

Jak  spragniona  pieszczoty  kobieta,  czyli  zupełnie  normalnie.  Jack  nie 

zauważył, żeby jej czegoś brakowało. 

Skąd jej  przyszło  do  głowy,  że  jest  do  niczego,  pomyślał.  Na  pewno 

jakiś  facet  jej  to  wmówił.  Głowę  dam  sobie  uciąć,  że  w  łóżku  jest 

rewelacyjna. 

– Mało brakowało, a dałbym się nabrać – powiedział. 

– Ja nie żartuję. – Znów pociągnęła nosem. 

– A ja wcale tak nie uważam. Wprost przeciwnie.  

Alayna  się  wyprostowała.  Spojrzała  na  niego.  Nie  mogła  się 

powstrzymać. Ciekawość wzięła górę. 

– To znaczy: jak? – zapytała. 

– Niezła z ciebie laska. 

– Niezła laska? – powtórzyła Alayna. Nie wierzyła własnym uszom. 

– Ano tak! – Jack klepnął się w udo. – Fantastyczna laska. 

Alayna patrzyła na niego z niedowierzaniem. Tak bardzo chciała, żeby 

to była prawda, a jednak... 

Niemożliwe,  pomyślała.  Jack  się  pomylił.  Nic  w  tym  dziwnego. 

Przecież on mnie wcale nie zna. 

Roześmiała się gorzko, wrzuciła zużyte ręczniki do miski, zaniosła je 

do zlewu. 

– Co ci zrobić na śniadanie? – zapytała. 

Jack  miał  ochotę  porozmawiać  z  nią  dłużej  na  temat  walorów  jej 

kobiecości,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  lepiej  dać  sobie  spokój.  Dla 

własnego  dobra  i  dla  dobra  Alayny.  Nie  chciał  się  wiązać,  a  i  ona  nie 

potrzebowała komplikacji, jakie mogłyby wyniknąć z romansu z mężczyzną 

pokroju Jacka. 

– Może być ta jajecznica, którą zebrałaś z podłogi. 

RS

background image

 

51 

– Nie mogę zrobić jajecznicy z jajek... – zaczęła. 

Dopiero po chwili zorientowała się, że Jack z niej żartował. Przestała 

się  denerwować.  Była  szczęśliwa,  że  wydarzenia  poprzedniego  wieczoru 

niczego  między  nimi  nie  zepsuły,  że  nie  będzie  się  musiała  wstydzić  ani 

usprawiedliwiać. A do tego jeszcze okazało się, że pod ponurą powłoką Jack 

ukrywa poczucie humoru. Alayna miała się więc z czego cieszyć. 

–  Wobec  tego  robimy  jajecznicę  –  powiedziała.  –  Ale  ze  świeżych 

jajek. 

Alayna  weszła  na  strych.  Poruszone  jej  wejściem  drobinki  kurzu 

zatańczyły w promieniu wpadającego przez maleńkie okienko słońca. 

Podniosła  pokrowiec  osłaniający  duży  drewniany  stół.  Czule 

pogłaskała stare drewno. Uśmiechnęła się. Cała wielka rodzina mieściła się 

przy  tym  stole.  Wynoszono  go  do  ogrodu  i tam  jadano posiłki.  A  ile  przy 

tym było radości... 

Stół  musiał  mieć  co  najmniej  sześćdziesiąt  lat.  Ojciec  Alayny  mówił 

kiedyś, że należał do jego babki. Alayna nie pamiętała, kiedy wyniesiono go 

na  strych.  Zapewne  dwadzieścia  lat  temu,  gdy  jej  matka  robiła  generalny 

remont domu. 

Ofelia  McCloud nienawidziła  Rancza  Złamanego  Serca  i  corocznych 

rodzinnych spotkań. Bez przerwy narzekała na stary dom, na jego prostotę i 

brak miejskiej elegancji. Grymasiła, że na wsi nie ma nic do roboty: można 

co  najwyżej  patrzeć,  jak  trawa  rośnie.  Żeby  jakoś  ją  udobruchać,  ojciec 

Alayny  pozwolił  żonie  przebudować  Dom  nad  Stawem  zgodnie  z  jej 

własnymi upodobaniami. Przebudowa zajęła dwa lata i przez całe dwa lata 

matka Alayny prawie na nic nie narzekała. 

Pomimo  tego,  że  tak  się  od  siebie  różnili,  rodzice  Alayny  bardzo  się 

kochali i obdarzyli tą miłością swoje dziecko. 

RS

background image

 

52 

Alayna  pragnęła  kontynuować  rodzinną  tradycję.  A  ponieważ  nie 

miała własnych dzieci, przygarnęła cudze, takie, które nie zaznały miłości. 

Patrzyła  na  stół  i  już  wyobrażała  sobie  siedzącą  przy  nim  gromadę 

roześmianych i rozdokazywanych dzieciaków. Uśmiechnęła się do własnych 

myśli. 

– Alayno! 

– Jestem na strychu – zawołała. 

Poczuła  się  tak,  jakby  przyłapano  ją  na  wagarach.  Bo,  rzeczywiście, 

zamiast pomagać Jackowi w naprawianiu poręczy, wymknęła się na strych. 

Właściwie nie wiadomo po co. 

– Co ty tu robisz? – zapytał Jack. 

Stał  na  ostatnim  schodku  i  zaglądał  na  strych.  Alayna  nie  mogła  się 

dość  napatrzeć  na jego  potężne  bary.  Bardzo  się  jej  podobał  opadający  na 

czoło  kosmyk  włosów.  Wmawiała  sobie,  że  przemożna  chęć  odgarnięcia 

tych  włosów  z  jego  czoła  to  nic  innego,  jak  tylko  przejaw  instynktu 

macierzyńskiego. 

Na  szczęście  potrafiła  zdobyć  się  na  uczciwość  i  przyznać,  że  jej 

odruch  ma  niewiele  wspólnego  z  instynktem  macierzyńskim.  Nie  była  w 

stanie kochać się z mężczyznami, ale nie przeszkadzało jej to czuć do nich 

pociągu. Zwłaszcza do tego konkretnego mężczyzny. 

–  Szukam  skarbów.  –  Uśmiechnęła  się  do  Jacka.  –  A  konkretnie: 

mebli. Takich, które mogłabym jeszcze wykorzystać. 

– Skoro tak... – Jack wszedł na strych. Podszedł do stołu i zajrzał pod 

osłaniający  go  pokrowiec.  –  Fajny  stół.  Stary,  ale  jeszcze  niczego  sobie. 

Chcesz, żebym go zniósł na dół? 

– Chciałabym, tylko nie wiem, czy damy radę. 

RS

background image

 

53 

– Raczej nie. – Jack podniósł jeden koniec stołu. – Jest bardzo ciężki. 

Chyba że... Moglibyśmy odkręcić nogi. Łatwiej byłoby nim manewrować. 

Zrzucił  pokrowiec  z  mebla.  Alayna  aż  jęknęła  na  widok 

pokrywającego blat sporego zacieku. 

–  Dach  przecieka,  ale  tym  zajmiemy  się  później.  –  Jack  pochylił  się 

nad  stołem.  Uważnie  przyglądał  się  zniszczonej  desce.  –  Szkoda  takiego 

mebla. 

– Myślisz, że można go naprawić? – zapytała z nadzieją w głosie. 

Jack od razu się domyślił, że z tym stołem wiążą się drogie jej sercu 

wspomnienia. Przesunął dłonią po zniszczonym blacie. Modlił się w duchu, 

żeby zaciek okazał się płytszy, niż się to wydawało na pierwszy rzut oka. 

–  W  zasadzie  nie  zajmuję  się  meblami  –  powiedział  z  wahaniem.  – 

Obawiam się, że byłoby taniej kupić nowy stół, niż naprawiać ten. Ale jeśli 

chcesz, to mogę zawieźć go do miasta i zapytać o opinię fachowca. 

– Nie trzeba – westchnęła Alayna. – Wierzę ci na słowo. 

 Odwróciła  się.  Widocznie  patrzenie  na  zniszczony  stół  sprawiało  jej 

przykrość. Wyszła na schody. 

Jackowi zrobiło się smutno. Zapragnął przytulić do siebie Alaynę. Ale 

ona już była na dole. 

Jeszcze  raz  obejrzał  sobie  stół.  Pomyślał,  że  chciałby  wiedzieć,  co 

takiego  przypominał  Alaynie  ten  stary  mebel,  że  jego  strata  zdołała 

pozbawić  ją  radości  życia.  Na  szczęście  w  porę  się  opamiętał.  Wzruszył 

ramionami i zszedł ze strychu. 

Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  powtarzał  sobie  w  myślach.  Mam  własne 

kłopoty i naprawdę nie muszę brać sobie na głowę cudzych. 

RS

background image

 

54 

Jack  nasłuchiwał.  Kiedy  jednak  dźwięk  się  nie  powtórzył,  wrócił  do 

oczyszczania  stołu.  Nie  był  pewien,  czy  uda  mu  się  uratować  ukochany 

mebel Alayny, ale chciał przynajmniej spróbować. 

Razem  z  kierowcą  ciężarówki,  który  przywiózł  farbę  do  naprawy 

dachu,  znieśli  stół  ze  strychu.  Alayny  nie  było  wtedy  w  domu,  więc  o 

niczym  nie  wiedziała.  Jack  nie  miał  zamiaru  wtajemniczać  jej  w  swoje 

plany. Nie chciał rozbudzać nadziei, dopóki nie był pewien, że uda mu się 

doprowadzić mebel do stanu używalności. 

Starał  się  przekonać  samego  siebie,  że  nie  robi  tego  po  to,  żeby 

uszczęśliwić Alaynę. Kochał drewno i nie lubił, kiedy niszczało. 

– Nie oszukuj się, Cordell – mruknął do siebie, prostując grzbiet. – Nie 

możesz  znieść  widoku  smutnej  buzi.  Zwłaszcza  kiedy  ta  buzia  należy  do 

pięknej kobiety. Zawsze byłeś durniem i jak dotąd nic się w tej sprawie nie 

zmieniło. 

Mocniej docisnął do blatu papier ścierny. I wtedy znów rozległ się ten 

dźwięk.  Jakby  rozpaczliwe  miauczenie  kota.  Tym  razem  Jack  poszedł 

zobaczyć, co się dzieje. 

– Chodź tu, kotku. Kici, kici – usłyszał wołanie. Czyżby to była Molly, 

pomyślał zdziwiony. 

Wytężył  wzrok.  Próbował  dostrzec  coś  w  ciemności  nocy.  Tuż  obok 

ganku  Domu  nad  Stawem  zobaczył  jakiś  jasny  punkt.  Pośpieszył  w  tamtą 

stronę. 

Dziewczynka klęczała przy drewnianej kracie zamykającej przestrzeń 

pod gankiem. 

– Molly? 

Odskoczyła i przewróciła się na plecy. Była przerażona. 

RS

background image

 

55 

Przez  cały  czas  pobytu  Jacka  w  Domu  nad  Stawem  Molly  nie 

odezwała się do niego ani słowem. Tylko patrzyła. Obserwowała uważnie, 

gotowa uciec, gdyby zrobił niewłaściwy ruch. 

Jack  był  bliski  rozpaczy.  Nie  chciał,  żeby  dzieci  go  lubiły,  ale  nie 

pragnął też, żeby się go bały. Nie miał pojęcia, jak wybrnąć z tej idiotycznej 

sytuacji. 

Spojrzał  w  stronę  domu.  Chciał  zawołać  Alaynę,  żeby  zajęła  się  tą 

małą, ale kot zamiauczał znowu. 

Molly pisnęła. Z obawą patrzyła na Jacka, ale widocznie kot okazał się 

ważniejszy niż jej własny strach, bo nie uciekła. 

Jack westchnął i przykucnął obok dziewczynki. Miał nadzieję, że jak 

stanie się mniejszy, to ona choć trochę mniej będzie się bała. Nie udało się. 

Molly i tak była przerażona. 

– Co ty tu robisz po nocy? – zapytał. – Już dawno powinnaś spać. 

Nie  odezwała  się.  Nawet  powieka  jej  nie  drgnęła.  Patrzyła  na  niego, 

jakby Jack był strasznym potworem, zjadającym na kolację wyłącznie małe 

chude dziewczynki. 

– Czy Alayna wie, że tu jesteś? – zapytał. 

Molly  pokręciła  głową.  Wbiła  pięty  w  ziemię,  odrobinę  się  od  niego 

odsunęła.I znów rozległo się rozpaczliwe miauczenie. 

Molly przewróciła się na brzuch, podpełzła do kraty. 

Jack położył się obok niej, ale w ciemnościach niewiele widział. 

– Czy to Kapitan Jinx? – zapytał.  

Molly skinęła główką. 

–  Boli  go  –  powiedziała,  pokazując  paluszkiem  przestrzeń  pod 

gankiem. 

– Skąd wiesz? 

RS

background image

 

56 

Jack  był  zaszokowany  tym,  że  dziewczynka  w  ogóle  się  do  niego 

odezwała. Spróbował dostrzec coś w ciemnościach. 

– Płacze. Nie słyszysz? 

Jack  bardzo  się  starał,  lecz  nie  mógł  nic  zobaczyć.  Wyciągnął  z 

kieszeni  spodni  malutką  latarkę.  Ledwie  się  poruszył,  Molly  natychmiast 

znów od niego odskoczyła. 

–  To  latarka  –  wyjaśnił.  Kilka  razy  włączył  i  wyłączył  latarkę,  żeby 

zademonstrować dziewczynce, jak to działa. – Widzisz? 

Patrzyła na niego z obawą. Jack westchnął i ułożył się z powrotem na 

brzuchu.  Oświetlił  latarką  kratę.  Dopiero  teraz  zobaczył,  że  w  kracie  jest 

spora  dziura.  Z  tej  dziury  spoglądały  na  Jacka  dwa  wystraszone  kocie 

ślepka. 

Przesunął  latarkę  tak,  żeby  móc  przyjrzeć  się  kotu.  Już  przedtem 

brzydki  i  wyleniały,  teraz  wyglądał  jeszcze  gorzej.  Futerko  miał  we  krwi, 

jedno ucho wisiało na cienkim kawałku skóry. Kapitan Jinx musiał stoczyć 

walkę z innym bezdomnym kotem. 

Jack  wyłączył  latarkę.  Nie  chciał,  żeby  Molly  zobaczyła 

pokiereszowanego kota. 

– Posłuchaj, Molly – powiedział, podnosząc dziewczynkę z ziemi. 

Próbowała mu się wyrwać, ale trzymał ją mocno, choć malujące się w 

jej oczach przerażenie sprawiało mu niewypowiedzianą przykrość. 

– Kapitan Jinx jest ranny. 

Oczy  Molly  zrobiły  się  wielkie  jak  spodki.  Spojrzała  pod  ganek,  ale 

nic  nie  mogła  zobaczyć.  Usta  jej  zadrżały,  w  oczach  zakręciły  się  łzy. 

Jackowi serce omal nie pękło. 

–  Idź  po  Alaynę  –  poprosił.  –  Powiedz,  żeby  mi  przyniosła  ręcznik. 

Możesz to zrobić? 

RS

background image

 

57 

Molly skinęła głową. Wyrwała się Jackowi i pognała do domu. Nocna 

koszulka plątała jej się wokół nóżek. 

Jack  prędko  ściągnął  z  siebie  koszulę.  Chciał  wyciągnąć kota,  zanim 

Molly  wróci.  Wolał,  żeby  nie  widziała  Kapitana  Jinksa  w  takim  żałosnym 

stanie. 

Wsunął  dłoń  w  dziurę  w  kracie,  chwycił,  pociągnął  z  całej  siły. 

Nadpróchniałe drewno odskoczyło. Teraz już mógł się wczołgać pod ganek. 

–  Już  dobrze,  kocie  –  mówił,  zbliżając  się  do  pokaleczonego 

zwierzątka. – Postaraj się nie zapominać, że jestem tu po to, żeby ci pomóc. 

Zamiast odpowiedzieć, Kapitan Jinx nastroszył sierść. 

– No cóż, ja też za tobą nie przepadam – mruknął Jack, narzucając na 

kota własną koszulę. 

Owinął  zwierzaka  i  wsadził  sobie  pod  pachę.  Bardzo  się  starał,  żeby 

nie sprawić mu dodatkowego bólu. Powoli wycofywał się z wąskiej dziury, 

kiedy poczuł, jak ktoś dotyka jego stopy. 

– Jack? 

Odetchnął z ulgą. To była Alayna. 

– Mam kota – powiedział. – Gdzie Molly? 

– W domu. Kazałam jej zostać z Billym. 

– Dobry pomysł! 

Jack wypełznął spod ganku. Przewrócił się na plecy i nabrał w płuca 

świeżego  powietrza.  Musiał  zmrużyć  oczy,  bo  w  tym  czasie  ktoś  zapalił 

światło na ganku. 

Zobaczył pochyloną nad sobą twarz Alayny. 

– Skaleczyłeś się. – Dotknęła rany na jego brzuchu. 

– To tylko zadrapanie – mruknął. 

RS

background image

 

58 

Myślał, że teraz Alayna zabierze rękę, ale nie zrobiła tego. Przesuwała 

palcami  po  jego  skórze,  oczyszczając  zadrapanie  i  drażniąc  wszystkie 

zakończenia  nerwowe.  Dotykała  go  delikatnie,  współczująco,  a  jemu 

zdawało się, że to masaż erotyczny. 

Od tamtego wieczoru na pomoście ani razu go nie dotknęła. Jack także 

nie próbował się do niej zbliżyć. Po prostu nie śmiał. Tańczyli wokół siebie 

jak  bokserzy,  unikający  nawzajem  swych  ciosów.  Ale  teraz  Alayna  go 

dotykała. 

Jack  leżał  bez  ruchu.  Przeklinał  się  za  to,  że  nie  odsunął  jej  dłoni,  a 

jednocześnie modlił się, żeby broń Boże ona sama jej nie cofnęła. 

– Alayno – westchnął, zakrywając jej rękę swoją dłonią. 

„W  sprawach  seksu  jestem  do  niczego".  Odczytał  te  słowa  w  jej 

spojrzeniu tak dokładnie, jakby były wypisane dużymi literami. Doskonale 

pamiętał,  jak  mu  to  powiedziała.  Ona  widocznie  też  sobie  o  tym 

przypomniała, bo zaczerwieniła się i spuściła oczy. 

– Przepraszam! – Cofnęła dłoń i zacisnęła ją w pięść.  

Jack chciał jej powiedzieć, żeby go dotykała, że to bardzo przyjemne 

uczucie, ale się nie odważył. Ani jej, ani jemu dodatkowe komplikacje nie 

wyszłyby na zdrowie. 

– Co z Kapitanem Jinksem? – zapytała Alayna. 

–  Nie  znam  się  na  zwierzakach,  ale  na  oko  rzecz  biorąc,  jest  nieźle 

pokiereszowany – odparł Jack zadowolony ze zmiany tematu. 

–  Zadzwonię  po  Sam.  –  Alayna  podniosła  się  z  klęczek.  –  To  moja 

kuzynka. Jest weterynarzem. 

Jack  syknął.  Odwrócił  się  plecami  od  stołu,  na  którym  Samanta 

zaszywała rany Kapitana Jinksa. Kot był znieczulony i prawdopodobnie nic 

RS

background image

 

59 

nie czuł. Za to Jack czuł każde ukłucie igły, jakby wbijano ją w jego własne 

ciało. Bez znieczulenia. 

– Mandy jest twoją siostrą? – zapytał, chcąc oderwać myśli od tego, co 

działo się za jego plecami. 

– Tak. I Merideth. Mam wrażenie, że jeszcze jej nie znasz. 

Jack  zerknął przez  ramię,  ale  zaraz  z  powrotem  odwrócił  głowę.  Nie 

mógł patrzeć na to, co Samanta wyprawiała z nieszczęsnym kotem. 

– Tylko mi tu nie zemdlej. 

– Nie zemdleję – obiecał Jack. – Chyba że każesz sobie pomagać. 

– Wole pracować sama. 

–  Mam  nadzieję,  że  kot  się  z  tego  wyliże.  Alaynie  serce  by  pękło, 

gdyby nie przeżył. Dzieciakom zresztą też. 

–  Wyliże  się,  wyliże!  Będzie  miał  kilka  blizn  więcej,  ale  na  pewno 

przeżyje. 

Jackowi  kamień  spadł  z  serca.  Nie  przepadał  za  kotami,  ale  nie 

oznaczało  to,  że  lubił  patrzeć  na  ich  cierpienie.  No  i  na  cierpienie  ludzi, 

którzy koty kochają. Choćby Alayna... 

Przypomniał sobie, jak wspaniale się czuł, gdy jej dłoń wędrowała po 

jego brzuchu. Pamiętał, jak się zdenerwowała, kiedy przytrzymał jej dłoń o 

sekundę za długo. Zanim odwróciła głowę, zdążył jeszcze dostrzec malującą 

się  w  jej  oczach  tęsknotę.  Nie  chciał,  żeby  cierpiała,  ale  czuł,  że  tak  się 

dzieje. Jack podejrzewał, że za sprawą byłego męża. 

Spojrzał na Samantę. Pochylała się nad stołem i pracowicie cerowała 

poszarpane  futerko  Kapitana  Jinksa.  Jack  pomyślał,  że  być  może  ma 

niepowtarzalną okazję, żeby dowiedzieć się czegoś o przeszłości Alayny. 

– Alayna mi mówiła, że jest po rozwodzie – zaczął. 

– Aha. 

RS

background image

 

60 

– Znałaś jej męża? 

– No. 

Jack  uniósł  oczy  ku  niebu.  Wyciąganie  informacji  z  tej  kobiety  było 

gorsze niż wyrywanie zęba. 

– Wygląda na to, że wyszła z tego z nieźle pokiereszowaną psychiką. – 

Jack mimo wszystko nie dawał za wygraną. – Chodzi mi o to, że po tamtych 

przeżyciach straciła pewność siebie. Przynajmniej w niektórych sprawach. 

– Chcesz wiedzieć, czy jej mąż był  parszywym dupkiem? – Samanta 

nie myślała niczego owijać w bawełnę. – Jeszcze jakim! 

Jack spojrzał na nią. Natychmiast znów musiał się odwrócić plecami, 

bo Samanta właśnie czyściła ranę na kocim boku. 

Jackowi  zebrało  się  na  mdłości,  ale  jakoś  zdołał  się  opanować. 

Pomyślał sobie, że ta kobieta musi mieć nerwy ze stali. 

– Co on jej zrobił? – zapytał. 

Samanta  podniosła  głowę.  Spojrzała  na  Jacka  tak,  że  aż  go 

zamroczyło. Jakby uderzył głową w ścianę. 

– Po co ci to? 

– Po prostu jestem ciekaw. – Wzruszył ramionami. 

– Dlaczego nie zapytasz Alayny? – Samanta znów zajęła się wyłącznie 

kotem. 

– Nie chcę jej sprawiać przykrości. 

– Ja też. 

Jack sądził, że na tym rozmowa się skończyła, że już niczego więcej 

nie dowie się od Samanty. Nie docenił jej. 

– Widziałeś kiedyś pobitą kobietę? – zapytała po chwili milczenia. 

– No – skinął głową. – Na zdjęciach. 

RS

background image

 

61 

– To możesz sobie wyobrazić, jak Alayna wyglądała po rozwodzie. A 

ten gnój nawet palcem jej nie dotknął. – Popukała się palcem w czoło. – Tu 

jej  to  zrobił.  Zabawiał  się  jej  psychiką.  Wmówił  jej,  że  nie  jest  kobietą. 

Alayna  jest  najmądrzejszą,  najserdeczniejszą  i  najbardziej  współczującą 

kobietą na świecie. I w dodatku piękną. Ale ten drań sprawił, że ona w to nie 

wierzy. 

Następnego  dnia  Jack  pracował  sam.  Alayna  zostawiła  mu  kartkę  z 

wiadomością, że musi pojechać do miasta, ale on był prawie pewien, że to 

tylko unik. Nie chciała się z nim widzieć i kropka. 

Nie miał do niej o to żalu. Zapewne wstydziła się swojego zachowania. 

Jack  wciąż nie  mógł  przejść  do porządku  dziennego  nad tym,  co  mu 

powiedziała  Samanta.  Oczywiście,  wierzył  jej.  Jednak  trudno  mu  było 

zrozumieć,  że  taka  kobieta  jak  Alayna  mogłaby  paść  ofiarą  przemocy 

emocjonalnej.  Choć  z  drugiej  strony  nic  dziwnego,  że  stała  się  łatwym 

celem.  Jest  serdeczna,  kochająca  i  czuła.  Pewnie  robiła  wszystko,  co  w 

ludzkiej mocy, żeby zadowolić tego potwora, który się nad nią znęcał. 

Jack rozprostował plecy. Na chwilę przerwał naprawianie miedzianego 

dachu. 

Nie pozwól, żeby cię to obchodziło, powtarzał sobie po raz setny tego 

rana. Zrób, co do ciebie należy, i spływaj. Wzdłuż białej linii na szosie, jak 

najdalej stąd. 

Na  drodze  jakiś  pojazd  wzbił  chmurę  pyłu.  Nie  był  to  mikrobus 

Alayny, lecz furgonetka. Dzieci wróciły ze szkoły, a Alayny wciąż nie było 

w domu. 

Gdyby i jego nie było, dzieci po prostu zostałyby w domu same. Jack 

nie  musiałby  za  nie  odpowiadać.  Nie  chciał  brać  odpowiedzialności  za 

RS

background image

 

62 

nikogo.  Zwłaszcza  za  te  dzieci.  Nie  chciał  się  do  nich  zbliżać.  Za  nic  na 

świecie! 

Pośpiesznie  zbierał  narzędzia.  Miał  nadzieję,  że  zdąży  wrócić  do 

chatki, zanim dzieci pojawią się w domu. 

Nie  zdążył.  Furgonetka  podjechała  pod  ganek  właśnie  wtedy,  kiedy 

schodził z drabiny. 

Drzwi furgonetki otworzyły się, Billy i Molly wyskoczyli na ścieżkę, 

zaś  Jaime  natychmiast  odjechał,  wzbijając  tumany  kurzu  i  trąbiąc  jak 

opętany. 

Jack  poczuł  się  jak  schwytane  w  pułapkę  zwierzę.  Molly  już  pędziła 

przez  trawnik.  Mysie  ogonki  podskakiwały  razem  z  nią,  nieodłączny  miś 

tkwił pod jej pachą. Dziewczynka zatrzymała się przed Jackiem, podniosła 

główkę do góry. 

– Kotek? – Spojrzała na niego pytająco. 

Tego się nie spodziewał. Do głowy mu nie przyszło, że mała może do 

niego  nie  tylko  podejść,  ale  jeszcze  się  odezwać.  Ruchem  głowy  wskazał 

ustawione na ganku pudełko. 

Molly wbiegła na ganek, uklękła obok pudełka i zajrzała do środka. 

– Kotek! – szepnęła uradowana. – Koteczek! 

Spojrzała  na  Jacka  i  uśmiechnęła  się.  Zerwała  się  szybciutko, 

podbiegła do niego i chudziutkimi rączkami objęła go za nogi. 

Nie  wiedział,  co  ma  ze  sobą  zrobić.  Mało  brakowało,  a  byłby  się 

rozpłakał. 

Pochylił  się.  Bardzo  powoli.  Ostrożnie  podniósł  dłoń  i  położył  ją  na 

jasnej główce dziewczynki. 

– Nie martw się, on wyzdrowieje – mówił, głaszcząc Molly po głowie. 

– Sam opatrzyła mu rany i obiecała, że szybko się zagoją. 

RS

background image

 

63 

– Gdzie Alayna? – Billy stał obok i patrzył na nich spode łba. 

Jack  ostrożnie  odsunął  oplatające  jego  kolana  rączki  Molly. 

Dziewczynka natychmiast znów podbiegła do pudełka z kotem. 

– Pojechała do miasta. – Jack podniósł z ziemi skrzynkę z narzędziami. 

– Wróci? 

Usłyszał  w  głosie  chłopca  przestrach,  choć  jego  oczy  nie  wyrażały 

niczego poza głęboką niechęcią do Jacka. 

– Wróci – odparł. 

– Kiedy? 

– Nie wiem. 

Billy rzucił tornister na ziemię. 

Jack  niemal  usłyszał,  jak chłopcu kłębią  się  w  głowie  szalone  myśli. 

Chata  wolna,  nikogo  nie  ma  w  domu,  można  poszaleć.  Jack  mógł  sobie 

tylko wyobrazić, jak narozrabia Billy, zanim wróci Alayna. 

Ponieważ był w tym domu jedynym dorosłym, musiał coś zrobić, żeby 

nie dopuścić do żadnej rebelii. Przypomniał sobie, jak postępowała Alayna, 

kiedy dzieci wracały ze szkoły do domu. 

– Zanieś tornister do swojego pokoju – powiedział. –I zacznij odrabiać 

lekcje. 

– Nie muszę słuchać twoich poleceń! – Billy ani myślał się poddawać. 

– Owszem, musisz. 

– A niby dlaczego? 

– Bo jestem większy od ciebie. 

Billy  przyglądał  się  Jackowi,  jakby  rozważał,  jakie  ma  szanse. 

Wzruszył ramionami. 

–  Dobra  –  mruknął,  podnosząc  z  ziemi  tornister.  –Chodź,  Molly, 

idziemy. 

RS

background image

 

64 

Jack  patrzył,  jak  dzieci  znikają  za  drzwiami  domu.  Nie  dowierzał 

Billy'emu.  Chłopakowi  z  całą  pewnością  coś  chodziło  po  głowie.  Nie 

wiedział, co to takiego, ale był pewien, że nic dobrego. Gdyby było inaczej, 

wciąż  jeszcze  stałby  przed  nim,  kwestionując  jego  prawo  do  wydawania 

poleceń. Ten dzieciak był uparty jak osioł. 

Nie  było  sensu  wracać  do  chatki.  Skoro  już  wdał  się  w  rozmowę  z 

dziećmi, to równie dobrze mógł dokończyć naprawiania dachu. 

Jack  westchnął  i  wdrapał  się  na  drabinę.  Przeklinał  Alaynę  za  to,  że 

zostawiła go samego. Chciał, żeby wróciła, zanim Billy zdąży wypróbować 

na nim któryś ze swoich niezawodnych sposobów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

65 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jack usłyszał, że drzwi się otwierają. Wychylił się poza krawędź dachu 

i  zobaczył,  jak  Billy  przemyka  się  przez  taras.  Ze  swego  stanowiska  na 

drabinie  miał  doskonały  widok  na  całą  okolicę,  więc  mógł  swobodnie 

obserwować ruchy Billy'ego. 

Chłopiec rozejrzał się na wszystkie strony, a kiedy upewnił się, że nikt 

go nie widzi, pobiegł do stodoły. 

Teraz już Jack wiedział na pewno, że chłopiec chce coś zbroić. Ale w 

końcu co go to mogło obchodzić? Alayna wynajęła go do wyremontowania 

domu, a nie do opieki nad dziećmi. Wobec tego zajął się tym, co do niego 

należało – naprawianiem dachu. 

Jednak nie  mógł  się  powstrzymać,  żeby  co  jakiś  czas nie  zerknąć  na 

stodołę. 

Po co ten mały tam poszedł, myślał poirytowany. Powinien siedzieć w 

domu i odrabiać lekcje, jak mu kazałem. 

Po dwóch tygodniach życia obok Alayny i dzieci Jack znał na pamięć 

ich codzienny rozkład zajęć. Musiał się z nim zapoznać, jeśli nie chciał co 

chwila  wpadać  na  Billy'ego  czy  Molly.  Spotykał  się  z  nimi  tylko  podczas 

obiadu.  A  i  wtedy  prędko  połykał  swoją  porcję  i  natychmiast  uciekał  do 

chatki. 

Z porządku dnia wynikało, że w tej chwili dzieci powinny siedzieć w 

swoich  pokojach  i  odrabiać  lekcje,  zaś  Alayna  powinna  przygotowywać 

wieczorny posiłek. Ale Alayny nie było w domu. 

– A niech to wszyscy diabli! – zaklął pod nosem.  

RS

background image

 

66 

Znów  zerknął  w  stronę  stodoły.  Zaniepokoił  się  nie  na  żarty,  bo 

wydało mu się, że dostrzegł nikłą smużkę dymu. Po chwili był już zupełnie 

pewien, że to dym. 

Jack pospiesznie zszedł z drabiny. Pobiegł do stodoły. Zwolnił dopiero 

przy  samych  wrotach.  Chciał  złapać  Billy'ego  na  gorącym  uczynku.  No  i 

miał nadzieję, że uda mu się choć trochę go wystraszyć. 

Zadowolony z siebie stanął przy ścianie stodoły i zajrzał do środka. 

Billy siedział oparty plecami o stare deski i palił papierosa. Nadymając 

policzki jak balony, niezdarnie wydmuchiwał dym. Obok niego na klepisku 

leżała paczka papierosów i pudełko ściągniętych z kuchni zapałek. 

– Nie wiedziałem, że palisz – odezwał się Jack, stając przed chłopcem. 

Zanim zdążył do niego podejść, Billy zerwał się na równe nogi. Rękę z 

papierosem schował za plecami. 

– Kto ci powiedział, że palę? – zawołał, wyzywająco patrząc Jackowi 

w oczy. 

Jack omal się nie roześmiał. Chłopak miał tupet! Dym snuł mu się za 

plecami,  papierosy  i  zapałki  leżały  na  klepisku,  a  on  tymczasem  w  żywe 

oczy wszystkiemu zaprzeczał. 

Jack oparł się plecami o ścianę stodoły. Najpierw przykucnął, a potem 

usiadł, prostując przed sobą długie nogi. 

– Nikt. – Wziął pudełko z papierosami i obracał je na wszystkie strony. 

– Zobaczyłem papierosy i pomyślałem sobie, że są pewnie twoje. 

– Nie ukradłem ich, jeśli o to ci chodzi. 

– Czy powiedziałem, że je ukradłeś? 

Billy  zrobił  krok  w  jego  kierunku.  Jednak  przez  cały  czas  był 

przyczajony, gotów do ucieczki, gdyby sprawy przybrały niewłaściwy obrót. 

– Kupiłem je od jednego chłopaka w szkole. Za pieniądze na lunch. 

RS

background image

 

67 

– Ile zapłaciłeś? 

– Trzy dolce. 

– Sporo. – Jack pokręcił głową. Zajrzał do pudełka. Było tam mniej niż 

pół paczki. – Zdążyłeś wypalić połowę? 

Kiedy się okazało, że Jack nie ma zamiaru na niego wrzeszczeć ani go 

bić,  jak  zapewne  czynili  wszyscy  znani  Billy'emu  mężczyźni,  chłopiec 

odważył się usiąść obok niego. Ale nie za blisko. Na wszelki wypadek wolał 

zachować bezpieczny dystans. 

–  Coś  ty?  Ten  chłopak  miał  tylko  pół  paczki.  –  Billy  podetknął 

Jackowi pod nos nadpalony papieros. – To mój pierwszy – pochwalił się. 

–  Dzieci,  które  palą  papierosy,  przestają  rosnąć.  Wiesz  o  tym?  – 

zapytał Jack. 

– Wiem, wiem! – Billy machnął ręką. – Dorośli zawsze tak mówią o 

wszystkim, co fajne. 

– Mogę zapalić jednego? – zapytał Jack. Nie czekając na pozwolenie, 

wytrząsnął papierosa z paczki. 

– Jasne, czemu nie – zgodził się Billy. Zaraz poczuł się raźniej. Miał 

towarzystwo i to nie byle jakie. 

Jack włożył sobie papierosa do ust, wziął zapałki. Wyjął jedną z nich, 

potarł o paznokieć. Natychmiast buchnął jasny płomyk. 

– O rany! – Billy aż jęknął z podziwu. – Jak ty to robisz? 

– Nie mam pojęcia. – Jack przypalił sobie papierosa i wcisnął zapałkę 

w ziemię. – Gdzieś się tego nauczyłem. 

Wciągnął  dym  tak,  żeby  się  nie  zaciągnąć.  Nie  chciał  się  zakrztusić 

przy  dzieciaku.  Miał  zamiar  dać  chłopcu  nauczkę.  Zamierzał  to  zrobić  w 

taki sam sposób, jak uczynił to przed laty jego ojciec. 

– Zapalisz? – Wytrząsnął z pudełka kolejnego papierosa. 

RS

background image

 

68 

–  Jasne.  Czemu  nie?  –  Billy  się  do  niego  przysunął.  Wsunął  sobie 

papierosa w usta, a Jack mu go przypalił. 

Billy  się  zaciągnął.  Oczy  stanęły  mu  w  słup,  zgiął  się  wpół  i  zaczął 

strasznie kaszleć. 

– Co jest? Masz kość w tym papierosie, czy co? – kpił z niego Jack. 

Kilka razy mocno klepnął chłopca w plecy. 

–  Chyba  tak!  –  wyjąkał  Billy,  kiedy  udało  mu  się  złapać  oddech. 

Twarz miał zieloną, oczy mokre od łez, ale trzymał fason. 

Siedzieli obok siebie i w milczeniu palili papierosy. A właściwie Billy 

palił, bo  Jack nie przepadał  za papierosami.  W  młodości  ojciec  skutecznie 

zniechęcił go do tego nałogu. 

Papieros tlił się sam. Jack co jakiś czas wydmuchiwał dym, żeby Billy 

myślał, że on także pali. 

Ledwie  chłopiec  skończył  drugiego  papierosa,  Jack  podał  mu 

następnego. Billy wciąż jeszcze się uśmiechał. Coraz słabiej, ale jednak się 

uśmiechał. Był bardzo blady, lecz wziął papierosa i nawet podziękował, gdy 

Jack mu go przypalił. 

–  Alayna  byłaby  wściekła,  gdyby  się  dowiedziała,  że  tak  sobie  tutaj 

razem palimy – zauważył Billy. 

– Pewnie tak. – Jack od niechcenia skinął głową. 

– Dzieci nie powinny palić papierosów – dodał, jakby Jack o tym nie 

wiedział. 

Jack  zsunął  kapelusz  na  twarz,  żeby  chłopiec  nie  zauważył  jego 

uśmiechu. 

– Ale one i tak palą – mruknął. – Niektóre nawet mniejsze od ciebie. A 

w ogóle to ile ty masz lat? 

RS

background image

 

69 

–  Siedem  –  odparł  z  dumą  Billy.  Wyprostował  się  przy  tym,  żeby 

wydać się większym, niż był w rzeczywistości. – Niedługo skończę osiem. 

Jack  wyjął  z  paczki  następnego  papierosa.  Zapalił  go  i  podał 

Billy'emu.  Chłopiec  i  tego  przyjął,  choć  tym  razem  nie  tak  łapczywie  jak 

dwa poprzednie. Nawet nie zauważył, że Jack już nie pali. 

Twarz Billy'ego nabrała zielonkawego odcienia. 

– Dobrze się czujesz? – zapytał Jack. 

– Jasne – odparł Billy, choć zabrzmiało to trochę fałszywie. Spojrzał 

na Jacka. – Chyba nie powiesz Alaynie, że paliliśmy papierosy? 

– A niby po co miałbym jej mówić? – Jack wzruszył ramionami. 

Billy  całkiem  się  uspokoił.  Siedział  z  papierosem  w  zębach  i 

szklanymi oczami patrzył przed siebie. Jego twarz z zielonej stała się biała 

jak płótno. 

Jack  wiedział,  że  to  już  nie  potrwa  długo.  Żal  mu  było  chłopca. 

Wiedział,  jak  będzie  cierpiał,  ale  nie  znał  lepszego  sposobu  przekonania 

upartego  dziecka,  że  nie  powinno  palić  papierosów.  Wiedział  z  własnego 

doświadczenia, że dzieci rzadko słuchają rodziców. Uważają, że dorośli są 

głupi albo – w najlepszym  wypadku – staroświeccy. Jack kiedyś tak samo 

myślał o własnym ojcu. 

Od  tamtej  pory  świat  prawie  się  nie  zmienił.  Tylko  osobista 

perspektywa zmienia się, w miarę jak człowiek robi się coraz starszy. 

– Jack? 

– No? 

– Nie czuję się zbyt dobrze. 

Jack  spojrzał  na  chłopca.  Rozczochrane  i  trochę  za  długie  brązowe 

włosy.  Spłowiałe  luźne  dżinsy  z  plamami  od  trawy  na  kolanach.  Wysokie 

adidasy,  oczywiście  nie  zasznurowane.  Za  duża  koszulka  z  emblematem 

RS

background image

 

70 

Chicago  Bulls.  Billy  wyglądał  dokładnie  tak  samo  jak  setki  innych 

chłopców,  których  Jack  widywał  na  ulicach.  Wszyscy  oni  szukali  własnej 

osobowości i własnego miejsca na świecie. 

Mój syn nigdy tego wszystkiego nie doświadczy, pomyślał Jack. Zaraz 

jednak odpędził od siebie tę myśl. Sprawiała zbyt wiele bólu. 

– Coś cię boli? – zapytał. 

Nie chciał się zanadto spoufalać z tym dzieciakiem. I tak już na zbyt 

wiele sobie pozwolił. Billy oparł głowę na ramieniu Jacka. 

– Żołądek – jęknął. Rzucił na ziemię nadpalonego papierosa, chwycił 

się za brzuch. – Jakbym miał w środku pranie. Kręci się i pieni... 

– Będziesz wymiotował? 

– Ja... – Billy nachylił się do przodu, oparł się na rękach i zakrył usta 

dłonią. 

Jack  wstał.  Postawił  chłopca  na  nogi.  Jedną  ręką  objął  go  wpół,  a 

drugą podtrzymywał włosy, żeby nie spadały na twarz. Billy wymiotował. 

– Umieram – jęczał pomiędzy jednym skurczem żołądka a drugim. – 

Na pewno zaraz umrę. 

– Nie tak szybko, synku – pocieszał go Jack. – Na pewno nie umrzesz 

od  tego.  Ale  idę  o  zakład,  że  już  nigdy  w  życiu  nie  weźmiesz  do  ust 

papierosa. Mam rację? 

Na samo wspomnienie papierosów Billy'emu żołądek wywrócił się na 

lewą stronę. 

– W życiu! Nigdy więcej nie będę palił. Przysięgam – zaklinał się. 

Jack  pogłaskał  go  po  mokrym  od  potu  czole.  Chłopiec  miał  pod 

włosami bliznę. 

Odruchowo przyłożył rękę do serca Billego. Biło mocno, rytmicznie. 

A więc żył. A jego syn nie. 

RS

background image

 

71 

Szybko cofnął rękę. Zacisnął pięść. 

– Już dobrze? – zapytał. 

Billy  się  wyprostował.  Spróbował  nabrać  powietrza  w  płuca.  Udało 

się. 

– Tak – jęknął. – Chyba tak. 

– Billy! 

Jack i Billy jednocześnie spojrzeli na wrota. 

Alayna  stała  w  progu  stodoły  przerażona  i  oniemiała.  Patrzyła  to  na 

nich,  to  na  prawie  pustą  paczkę  papierosów  i  walające  się  po  klepisku 

niedopałki. Wreszcie wszystko zrozumiała. 

– Jak mogłeś? – szepnęła, patrząc z wyrzutem na Jacka. – Jak mogłeś! 

– krzyknęła. 

Podbiegła do Jacka, zabrała mu Billy'ego i przytuliła go do piersi. 

–  Ja...  –  Chłopiec  usiłował  coś  powiedzieć,  lecz  Alayna  mocno 

przyciskała go do siebie. 

–  Już  dobrze,  Billy  –  uspokajała  go,  trzymając  go  jak  najdalej  od 

Jacka. – Zaprowadzę cię do domu, umyję... 

Rzuciła  Jackowi  mordercze  spojrzenie,  po  czym  pomaszerowała  do 

Domu nad Stawem. Ani na chwilę nie wypuściła Billy'ego z objęć. 

Jack  patrzył,  jak  ciągnęła  za  sobą  nieszczęsnego  chłopca.  Jej  nieme 

oskarżenie bardzo go zabolało. A przecież nie powinno go to obchodzić. Ani 

trochę. 

Może to i lepiej, pomyślał w końcu. Lepiej, że się wścieka na mnie, niż 

miałaby się pieklić na małego. Billy zasługuje na jej miłość i na jej opiekę. 

Potrzebuje tego. A ja nie potrzebuję. 

Był zadowolony, że udało mu się nauczyć tego obcego chłopca czegoś, 

czego  on  sam  nauczył  się  od  swojego  ojca.  Czego  nie  zdoła  nauczyć 

RS

background image

 

72 

własnego  syna.  Czego  powinien  nauczyć  Billy'ego  rodzony  ojciec.  Ale 

ojciec  Billy'ego  przepadł  bez  wieści,  a  Jack  akurat  był  na  miejscu  we 

właściwej chwili. Dlatego właśnie on musiał przeprowadzić tę lekcję. Zrobił 

to tak samo spokojnie i tak samo starannie, jak kiedyś zrobił to jego własny 

ojciec. 

Jack był z siebie dumny. 

– Gdzie Jack? – spytała ponuro Molly. 

–  Nie  mam  pojęcia  –  odparła  Alayna.  Przez  cały  wieczór  bardzo  się 

starała nie patrzeć na puste miejsce przy stole. – Może nie jest głodny 

– Akurat – mruknął Billy. – Pewnie się schował. Po tym, jak na niego 

nawrzeszczałaś... A on przecież nic złego nie zrobił. 

– Billy! – Alayna przywołała chłopca do porządku. 

–  To  prawda  –  Billy  nie  ustępował.  –  On  naprawdę  nic  złego  nie 

zrobił.  Od  razu  chciałem  ci  to  powiedzieć,  ale  mi  nie  pozwoliłaś.  A  teraz 

siedzi sam w tej całej chatce... Na pewno boi się przyjść. Zobaczysz, że w 

końcu umrze z głodu. 

Alayna  westchnęła.  Billy  opowiedział  jej  przebieg  zdarzenia. 

Powiedział,  że  to  nie  Jack  poczęstował  go  papierosami,  że  sam  kupił 

papierosy od kolegi i że Jack się nim opiekował, kiedy Billy'emu zrobiło się 

niedobrze. 

Alayna tłumaczyła się sama przed sobą, że każdy, kto by zobaczył taką 

scenę,  pomyślałby  to,  co  ona  pomyślała.  I  na  pewno  tak  samo  by 

zareagował. 

–  Chcesz  jeszcze  trochę  ziemniaków,  kochanie?  –  zapytała, 

podsuwając Molly miskę. 

Dziewczynka  tak  zawzięcie  pokręciła  główką,  że  mysie  ogonki  obiły 

się o jej policzki. 

RS

background image

 

73 

–  Jak  Jack  nie  je,  to  ja  też  nic  nie  zjem.  I  miś  też  nie  będzie  jadł.  – 

Przycisnęła  do  siebie  pluszową  zabawkę,  która  podczas  posiłków  zwykle 

siedziała jej na kolanach. 

Alayna odstawiła miskę, w myślach policzyła do dziesięciu. Po chwili 

podniosła głowę i zobaczyła dwie pary wpatrzonych w siebie oczu. Dzieci 

najwyraźniej na coś czekały. 

–  Dobrze  –  powiedziała  zrezygnowana.  –  Pójdę  do  chatki  i 

porozmawiam z nim. 

– Przeprosisz go? – zapytał Billy, jakby się bał, że mogłaby zapomnieć 

o najważniejszym. 

– Przeproszę – obiecała. 

Pogłaskała  chłopca  po  głowie.  Zdziwiła  się,  bo  tym  razem  nie  zrobił 

uniku. 

Molly zeskoczyła z krzesełka i przytuliła się do Alayny. 

– Zaniesiesz mu kolację? – zapytała z nadzieją w głosie. 

– Zaniosę. – Alayna roześmiała się. 

–  To  zabierz  i  misia.  –  Dziewczynka  podała  jej  zabawkę.  –  Jack 

pewnie się boi. Jest w tej chatce zupełnie sam. Nawet w nocy. 

Alaynie  łzy  zakręciły  się  w  oczach.  Miś  był  jedyną  pociechą  Molly, 

kiedy całymi dniami siedziała w domu bez opieki. Oddanie go było dla tego 

dziecka ogromnym poświęceniem. 

Wzięła  misia,  posadziła  go  sobie  na  kolanach  i  mocno  przytuliła  do 

siebie dziewczynkę. 

–  Jackowi  na  pewno  będzie  przyjemniej  w  towarzystwie  twojego 

przyjaciela  –  powiedziała,  ocierając  oczy  wierzchem  dłoni.  –  A  teraz 

zmykajcie do swoich pokoi. Kiedy wrócę, lekcje mają być odrobione. 

– Tak jest – odpowiedziały dzieci zgodnym chórem.  

RS

background image

 

74 

Ani  nie  jęczały,  ani  nie  narzekały,  tylko  pomaszerowały  na  górę. 

Alayna usłyszała jeszcze, jak Billy mówi do Molly: 

– Jak się będziesz bała bez misia, to zawsze możesz przyjść do mnie. 

Alayna  obawiała  się  ponownego  spotkania  z  Jackiem.  Tak  samo 

zresztą bała się przeprosin, które obiecała dzieciom. 

Jak  tak  dalej  pójdzie,  to  codziennie  będę  musiała  go  za  coś 

przepraszać, pomyślała. 

Chciała to jak najszybciej mieć za sobą. Przyspieszyła kroku. 

Nie rozumiała, dlaczego ten obcy mężczyzna tak bardzo ją pociągał. A 

już zupełnie nie miała pojęcia, co ją napadło, żeby go dotykać. I to zaraz po 

tym, jak się wygłupiła na pomoście. 

A potem zrobiła jeszcze jedną rzecz, której miała już nigdy więcej nie 

robić:  uciekła.  Zostawiła  w  kuchni  wiadomość  dla  Jacka  i  pojechała  do 

miasta. Teraz poprzysięgła sobie, że już nigdy w ten sposób się nie zachowa. 

Nigdy  więcej  nie  będzie  uciekać  ani  od  Jacka,  ani  od  własnej 

niedoskonałości. 

Zapukała  do  drzwi  chatki.  Zdawało  jej  się,  że  minęło  sto  lat,  zanim 

Jack jej otworzył. Był bez koszuli, włosy miał mokre. 

Maudie ma rację, pomyślała po raz kolejny Alayna. On naprawdę jest 

bardzo przystojny. 

– W czym mogę ci pomóc? – zapytał. 

–  Przyniosłam  gałązkę  oliwną.  –  Wyciągnęła  przed  siebie  talerz  z 

kolacją,  wyjęła  spod  pachy  misia.  –  A  Molly  przysyła  ci  swojego 

przyjaciela. Uważa, że boisz się mieszkać sam w chatce i z misiem będzie ci 

raźniej. 

– Przysłała misia? – zapytał Jack, jakby przypuszczał, że Alayana nie 

mówi prawdy i sama go małej zabrała albo zrobiła coś jeszcze gorszego. 

RS

background image

 

75 

Wziął  od  niej  zabawkę  ostrożnie,  jakby  była  zrobiona  z  chińskiej 

porcelany, a nie z wytartego pluszu. Alayna skinęła głową. Bała się, że się 

rozpłacze. 

–  Przecież  Molly  nigdy  nie  wypuszcza  go  z  ręki.  –  Jack  wciąż  nie 

mógł uwierzyć w to, co się stało. 

– Wiem. – Alayna się rozpłakała. – Dlatego ten prezent jest taki cenny. 

Jack dopiero po chwili zauważył, co się dzieje. Wziął od Alayny talerz 

i w zamian dał jej ręcznik, który przedtem wisiał mu na szyi. Otworzył na 

oścież drzwi chatki. 

–  Dzięki  –  mruknęła  Alayna,  ocierając  łzy.  Wzięła  głęboki  oddech. 

Chciała  jak  najszybciej  załatwić  to,  po  co  przyszła.  –  Przepraszam,  że  na 

ciebie nakrzyczałam i że cię niesprawiedliwie oceniłam. Kiedy zobaczyłam 

Billy'ego i te papierosy... 

– On ma bliznę na czole. 

Dopiero  teraz  popatrzyła  na  Jacka.  Wciąż  stał  przy  zamkniętych  już 

drzwiach.  Przyglądał  się  misiowi.  Alayna  pomyślała  nawet,  że  mówi  o 

jakimś szczególe na łebku zabawki. Dopiero po chwili zrozumiała, że mówił 

o Billym. 

– Widziałam – powiedziała całkiem zbita z tropu. 

– Skąd to się wzięło? 

– Ojciec mu to zrobił. – Alayna usiadła na kanapie. Czuła się, jakby 

miała nie trzydzieści, ale co najmniej trzysta lat. – Właściwie dopiero dziś 

się o tym dowiedziałam. Pojechałam do pogotowia opiekuńczego i kazałam 

sobie pokazać dokumenty Billy'ego. 

– Dlaczego? 

– Jeśli mam mu pomóc, to muszę o nim jak najwięcej wiedzieć. 

RS

background image

 

76 

–  Ja  nie  o  tym.  –  Jack  zacisnął  palce  na  misiu.  –  Dlaczego  własny 

ojciec mu to zrobił? 

Jeszcze przed chwilą oczy Jacka były martwe, teraz – pełne życia. Jack 

był  oburzony  i  wściekły,  bo  dowiedział  się,  że  ktoś  skrzywdził  chłopca, 

którego on podobno nie lubił. 

–  Nie  mam  pojęcia  –  odparła.  –  Wiem  tylko  tyle,  że  często  go  bił. 

Billy'ego odebrano rodzicom, kiedy miał cztery lata. Przez ostatnie trzy lata 

tułał się po różnych domach. 

Jack postawił talerz na pniu, który mu służył za stolik do kawy. Usiadł 

obok Alayny, misia posadził sobie na kolanach. 

– A Molly? – zapytał. 

– W metryce napisano: ojciec nieznany. 

– Matkę ma? 

Alayna  spoglądała  to  na  Jacka,  to  na  pluszowego  misia.  Odniosła 

wrażenie,  że  ta  zniszczona  zabawka  odmieniła  Jacka:  nagle  zaczął  się 

interesować dziećmi. 

– Ma, tylko że nikt nie wie, gdzie ta kobieta się podziewa. – Alayna 

wzruszyła  ramionami.  –  Na  całe  dnie  zostawiała  Molly  samą.  Dlatego 

sąsiedzi w końcu zawiadomili pogotowie opiekuńcze. Molly zabrano, a jej 

matka dotąd się nie pojawiła. Zniknęła bez śladu. Nie wiadomo, co się z nią 

stało. 

– A co się stanie z Molly? 

– Zostanie w rodzinie zastępczej, dopóki matka się po nią nie zgłosi. 

– A jeśli nigdy się nie zgłosi? 

–  Sąd  pozbawi  ją  praw  rodzicielskich  i  Molly  zostanie  zgłoszona  do 

adopcji. 

– Adoptujesz ją? 

RS

background image

 

77 

–  Ja...  –  Alayna  spojrzała  na  misia.  Łzy  znów  zakręciły  się  jej  w 

oczach. – Nie wiem, czy mi pozwolą. Rodzicom zastępczym rzadko kiedy 

pozwala  się  adoptować  dzieci,  którymi  się  opiekowali.  W  pogotowiu 

opiekuńczym od razu mi to wyraźnie powiedzieli. Poza tym nie mam męża, 

a przy adopcji małżeństwa mają pierwszeństwo. 

Jack w milczeniu wpatrywał się w misia. 

–  Jak  ty  sobie  z  tym  poradzisz?  –  zapytał  po  chwili.  –Czy  możesz 

pozwolić im odejść? 

To był trudny problem. Alayna usiłowała nie zastanawiać się nad jego 

rozwiązaniem.  Wolała  w  ogóle  o  tym  nie  myśleć.  Zresztą  na  razie  jeszcze 

nie musiała. 

– Jeszcze nie wiem – szepnęła. – Molly i Billy są pierwszymi dziećmi, 

jakie mi dano pod opiekę. 

Westchnęła.  Najpierw  spróbowała  się  uśmiechnąć.  Udało  się,  więc 

podniosła głowę i spojrzała na Jacka. 

– Na pewno jakoś sobie poradzę – powiedziała. – Najważniejsze, żeby 

dzieci  były  szczęśliwe.  Dopóki  tu  będą,  postaram  się,  żeby  było  im  jak 

najlepiej. 

–  A  ty  całkiem  się  nie  liczysz?  –  spytał.  –  Twoje  szczęście,  twoje 

potrzeby wcale nie są ważne? 

–  Ja  jestem  dorosła.  –  Alayna  wciąż  jeszcze  się  uśmiechała,  choć 

stawało się to coraz trudniejsze. – Nikt nie musi się mną opiekować. 

– Będziesz za nimi tęskniła. 

Ukradkiem otarła łzę z oka. Miała nadzieję, że Jack tego nie zauważył. 

– Owszem – odparła z udanym spokojem. 

–  Masz  dobre  serce,  wiesz?  Dzieciaki  mają  szczęście,  że  do  ciebie 

trafiły. 

RS

background image

 

78 

Chciała  powiedzieć  coś  mądrego,  pokazać  mu,  jaka  jest  dzielna,  ale 

zamiast tego tylko się rozpłakała. 

– Nie płacz – poprosił. 

Spojrzała na niego. W jego oczach było tyle współczucia, że dałoby się 

nim obdzielić cały sierociniec. Całkiem ją tym zaskoczył. 

– Och, Jack! – Alayna przestała się wstydzić łez. – Tak bardzo pragnę 

im pomóc. Tak bym chciała, żeby znaleźli tu prawdziwy dom. 

– Doskonale sobie radzisz – zapewnił ją. 

– Naprawdę tak myślisz? Na pewno nie poradziłabym sobie z Billym 

tak  dobrze,  jak  ty  to  zrobiłeś.  W  ogóle  nie  mam  pojęcia,  jak  bym  się 

zachowała, gdybym to ja przyłapała go na paleniu papierosów. 

Jack ją przytulił. Przynajmniej tyle był w stanie jej dać: mocne ramię, 

w które mogła się wypłakać. Tulił ją do siebie, szeptał do ucha bezsensowne 

słowa,  które  miały  ją  pocieszyć.  Jak  nikt  na  świecie  rozumiał  jej  ból.  Na 

własnej skórze odczuł, co to znaczy stracić dziecko. 

Patrzył  na  złote  włosy  Alayny,  które  otaczały  jej  głowę  jak  aureola. 

Przypomniał sobie dzień, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Wtedy nazwał 

ją aniołem, zanim jeszcze dowiedział się, jak jej na imię. 

Im lepiej ją poznawał, tym bardziej był pewien, że ma do czynienia z 

aniołem. Troszczyła się o dzieci i o niego, choć z żadnym z nich nie łączyły 

jej więzy pokrewieństwa. I każdy dzień witała promiennym uśmiechem. 

Jack  delikatnie  pocałował  jasne  włosy  Alayny.  Nie  mógł  się 

powstrzymać. 

Jeszcze mocniej się do niego przytuliła. Poczuł, jak jej piersi wgniatają 

mu się w żebra. Ich serca biły wspólnym rytmem, połączone w jednym i tym 

samym bólu. 

RS

background image

 

79 

Jack siedział bez ruchu. Mięśnie mu zesztywniały, ale się nie poruszył. 

Tylko  raz  odważył  się  spojrzeć  na  Alaynę.  Okazało  się,  że  popełnił 

niewybaczalny błąd. 

Zapłakana,  wtulona  w  jego  ramię  wyglądała  jak  krucha  porcelanowa 

figurka,  której  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  zostawiać  bez  opieki.  Na 

domiar złego tak dobrze jej było w ramionach Jacka, jakby właśnie dla niej 

zostały stworzone. 

Ostrożnie,  żeby  jej  nie  spłoszyć,  podniósł  dłoń  i  położył  ją  na 

delikatnej dłoni Alayny. Przycisnął ją do piersi. Czuł, jaka jest krucha, jaka 

miękka  i  ciepła.  Tak  bardzo  pragnął  ukoić  jej  ból,  rozwiać  wszystkie 

wątpliwości i nasączyć nimi swoją i tak już obolałą duszę. 

– Naprawdę doskonale sobie radzisz – powtórzył. – Żadne dziecko nie 

mogłoby  sobie  wymarzyć  lepszej  matki  ani  lepszego  domu  niż  ten,  który 

stworzyłaś tym dzieciom. 

Alayna  podniosła  głowę  i  pociągnęła  nosem.  Oczy  miała  czerwone  i 

zapuchnięte od płaczu. A jednak Jack mógłby przysiąc, że nigdy w życiu nie 

widział piękniejszej od niej kobiety. 

– Tak bardzo bym chciała, żebyś miał rację – chlipała. – Tak bardzo 

się staram... Ale naprawdę nie wiem... 

–  Świetnie  sobie  radzisz.  Daję  ci  najświętsze  słowo  honoru.  Alayna 

jeszcze raz pociągnęła nosem, a potem się roześmiała. 

– Dzięki za dobre słowo – powiedziała. –I przepraszam. Nie chciałam 

się rozkleić. Nie jestem histeryczką. 

Nie  minęła  sekunda,  jak  się  od  niego  odsunęła,  a  Jack już  tęsknił  za 

ciepłem  jej  ciała.  Żałował,  że  nie  może  zatrzymać  Alayny  przy  sobie. 

Choćby  na  jedną  noc.  Pokazałby  jej  wtedy,  jaką  wspaniałą  jest  kobietą. 

RS

background image

 

80 

Może  nawet  udałoby  mu  się  uwolnić  ją  od  kompleksów,  w  które  wpędził 

Alaynę były mąż. 

– Ani przez chwilę tak o tobie nie pomyślałem. 

– Dziękuję. – Znów się roześmiała. Wstała. – Za wszystko. 

– Alayno... 

Zatrzymała się w pół kroku. Jack nie wiedział, czy była taka domyślna, 

czy  też  może  on  miał  to  wszystko  wypisane  na  twarzy.  W  każdym  razie 

wiedziała,  o  co  chciał  ją  prosić.  Nawet  się  zawahała.  Po  chwili  jednak 

pokręciła stanowczo głową, jakby po długiej walce udało jej się przekonać 

siebie, że nie zdoła zrobić tego, czego od niej oczekiwał. 

–  Jesteś  dobrym  człowiekiem,  Jack  –  powiedziała.  –  Najlepszym  na 

świecie. Chciałabym, ale nie mogę. Naprawdę. 

A  więc  wciąż  była  przekonana  o  swojej  niedoskonałości.  Jack 

wiedział, że to bzdura, ale... Znał tylko jeden sposób, żeby ją wyprowadzić z 

błędu. Musiał jej udowodnić, że jest wspaniałą, pociągającą kobietą. 

Nie  zdążył  wstać  z  kanapy,  bo  Alayna  jakby  się  domyśliła,  co  mu 

chodzi po głowie. Otworzyła drzwi chatki. 

–  Muszę  wracać  do  domu  –  oświadczyła,  wychodząc.  –Dobranoc, 

Jack. Do jutra. 

Opadł z powrotem na kanapę. Wbił palce we włosy. Szarpał je, żeby 

poczuć ból. Nigdy w życiu nie czuł się bardziej samotny, opuszczony przez 

Boga i ludzi niż w tej chwili. I wtedy spojrzał na wytartego misia. Chwycił 

go jak koło ratunkowe i przytulił do piersi. Czekał, aż opuści go to straszne 

uczucie. 

Nie doczekał się. Zasnął. 

 

 

RS

background image

 

81 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Obudził się w środku nocy zlany zimnym potem. Wciąż tulił do siebie 

misia.  Jęknął.  Odłożył  zabawkę  na  kanapę  i  ukrył  twarz  w  dłoniach. 

Natychmiast przypomniał sobie, co go tak przeraziło. 

Nie było to trudne. Wciąż miał ten sam sen. Jackowi przyśnił się syn. 

Wstał,  poszedł  do  kuchni,  ochlapał  twarz  lodowatą  wodą.  Chciał 

zapomnieć.  Zapomnieć  twarz  własnego  syna!  Niesforny  kosmyk  jasnych 

włosów  wiecznie  opadający  na  czoło.  Uśmiech...  Kiedy  się  uśmiechał, 

widać  było  szczerbę  po  przedwcześnie  utraconym  zębie.  Miał  takie  małe, 

sprawne rączki, zawsze czymś zajęte. Kiedy oplatały się wokół szyi Jacka, 

serce mu miękło jak wosk na słońcu. 

Jack  chciał  zapomnieć.  Wszystko.  To  był  jedyny  sposób,  żeby  do 

reszty nie zwariować. 

Oparty  rękami  o  kuchenny  zlew,  widział  przez  okno  majaczące  w 

mroku zarysy Domu nad Stawem. Światła były pogaszone. Wszyscy spali. 

To  przez  te  dzieci,  pomyślał.  To  one  przypomniały  mi  Josha, 

przywróciły  wspomnienia.  Molly,  mały  aniołek...  Oddała  mi  własnego 

misia!  I  udający  bohatera  Billy,  który  desperacko  poszukiwał  kogoś,  kto 

mógłby mu zastąpić ojca. Miałem ich nie zauważać. Na chwilę nawet mi się 

to udało. 

Co z tego, skoro w jakiś tylko sobie znany sposób zdołali dotrzeć do 

mojego serca? Oboje. 

Pomyślał  o  Alaynie.  Ona  też  miała  swój  udział  w  jego  cierpieniach. 

Ciepła,  współczująca  i  kochająca.  To  przez  nią  zaczął  tęsknić  za  tym,  co 

niemożliwe. 

RS

background image

 

82 

Ucieknę stąd, postanowił. Im szybciej, tym lepiej. Ale najpierw muszę 

skończyć remont. Obiecałem. 

Jack nie był ani troskliwy, ani bardzo hojny. Przynajmniej tak o sobie 

myślał. Na palcach jednej ręki mógł policzyć okazje, kiedy chciało mu się 

obdarować jakąś kobietę. Ale gdy rankiem szedł na śniadanie do Domu nad 

Stawem, nie myślał o niczym innym, tylko właśnie o prezencie. Wprawdzie 

to,  co  wymyślił,  nie  miało  żadnej  wartości  materialnej,  lecz  dla  Alayny 

byłoby bezcennym darem. 

Jack  postanowił,  że  zanim  wyjedzie,  podaruje  Alaynie  wiarę  w  jej 

kobiecość. 

Nie  bardzo  wiedział,  jak  to  zrobi,  ale  był  przekonany,  że  znajdzie 

sposób.  Musiał.  Alayna  zasługiwała  na  to  i  jeszcze  na  stokroć  więcej.  Na 

całe dobro świata. 

Miała złoty charakter, a życie tak paskudnie ją potraktowało. Gotowa 

była oddać serce każdemu przybłędzie, który zapukał do drzwi jej domu. Z 

Jackiem włącznie. 

Wiedział,  że  jej  największym  marzeniem  był  szczęśliwy  dom  pełen 

roześmianych dzieci.  Sama  mu  o  tym  powiedziała.  Ale  przecież  nigdy  nie 

będzie miała dzieci, jeśli wciąż będzie uważała, że w sprawach seksu jest do 

niczego. 

Tylko  trochę  się  obawiał.  Nie  wiedział,  czy  po  wczorajszej  chwili 

szczerości Alayna nie będzie się czuła skrępowana. 

Nic takiego się nie stało. Powitała go tym samym ciepłym uśmiechem, 

jakim witała go każdego ranka od dnia, w którym zamieszkał w chatce. 

–  Dzień  dobry  –  powiedziała,  otwierając  drzwi  na  oścież.  –  Piękną 

mamy dzisiaj pogodę. 

RS

background image

 

83 

Jack  nawet  tego  nie  zauważył.  Dopiero  teraz  spojrzał  w  niebo.  Było 

błękitne,  tylko  gdzieniegdzie  snuły  się  maleńkie  białe  obłoczki, 

przypominające byle jak porozrzucane kłębuszki waty. Od razu dostrzegł, że 

było  tak  samo  błękitne,  jak  oczy  Alayny.  Spojrzał  w  nie,  chcąc  się 

przekonać, czy aby się nie pomylił. 

– Owszem – potwierdził. – Rzeczywiście jest piękna. 

–  Wcześnie  dziś  przyszedłeś.  Dzieci  jeszcze  są  w  domu.  Aż  do  tej 

chwili  Jack  nie  miał  pojęcia,  że  Alayna  doskonale  wie  o  jego  taktyce 

unikania dzieci. 

– Pomyślałem sobie, że Molly zechce zabrać misia do szkoły – rzekł i 

wyciągnął przed siebie zniszczoną zabawkę. 

– O Boże, Jack! Tak się cieszę, że o tym pomyślałeś. Zaczekaj chwilę. 

– Stanęła u stóp schodów. – Molly! – zawołała. – Ktoś chciałby się z tobą 

zobaczyć. 

– Kto? – Molly już zbiegała ze schodów. Tuż za nią podążał Billy. 

Na widok Jacka zatrzymała się w pół kroku. Patrzyła na niego szeroko 

otwartymi oczkami. Tym razem jednak nie było w nich strachu. 

– Dziękuję, że mi pożyczyłaś misia. – Jack przykucnął. Wyciągnął do 

Molly rękę z zabawką. 

– Jeśli chcesz, możesz go sobie wziąć – powiedziała. Czule pogłaskała 

misia po wyleniałym łebku. 

Jackowi serce się ścisnęło. Wcisnął zabawkę w rączki Molly. 

– Dziękuję, ale nie mogę. Widzisz, mnie się wydaje, że twój przyjaciel 

bardzo za tobą tęsknił. 

–  Naprawdę?  –  Molly  uśmiechnęła  się  uszczęśliwiona.  Patrzyła  na 

misia z podziwem i uwielbieniem. 

Przed domem rozległ się klakson. 

RS

background image

 

84 

–  To  Jaime!  –  zawołała  Molly.  –  On  nie  lubi  czekać.  –Podeszła  do 

Jacka, objęła go za szyję, pocałowała w policzek i pobiegła do drzwi. – Do 

zobaczenia, Jack – zawołała. 

Billy zarzucił sobie tornister na ramię. 

– Cześć – powiedział. Przybili sobie z Jackiem piątkę. 

– Cześć – odpowiedział Jack. 

Wyprostował się. Patrzył, jak dzieci wybiegają z domu i wsiadają do 

furgonetki. 

– No – mruknął, pocierając dłonią policzek, który pocałowała Molly. – 

Do zobaczenia. 

Przez  cały  ranek  pracował  ramię  w  ramię  z  Alayną.  Obserwował  ją 

podczas  malowania  sypialni  na  piętrze.  Myślał  o  swoim  postanowieniu,  o 

swoim prezencie. 

Tylko jak to zrobić? 

Jedyny  sposób,  jaki  udało  mu  się  wymyślić,  to  uwieść  Alaynę,  a  tak 

daleko  nie  zamierzał  się  posuwać.  Zresztą  nawet  gdyby  on  chciał,  to  i  tak 

nic by z tego nie wyszło bez zgody Alayny. 

Alayna nie wyglądała na kobietę, która kocha się dla sportu, zaś Jack 

nie  chciał,  żeby  z  jego  postępowania  wyciągnęła  jakieś  fałszywe  wnioski. 

Nie  miał  zamiaru  zrobić  niczego,  co  mogłoby  jej  sprawić  ból,  kiedy 

nadejdzie pora rozstania. 

To, że opuści Dom nad Stawem, nie podlegało dyskusji. 

Musiał tylko skończyć remont i znaleźć jakiś sposób na przywrócenie 

Alaynie wiary w siebie. 

Nie było to  wcale łatwe. Przez cały  ranek opowiadała mu historie ze 

swego  dzieciństwa  przeplatane  cytowanymi  powiedzonkami  Billy'ego  i 

Molly. Im więcej mówiła, im częściej się uśmiechała, tym bardziej Jack się 

RS

background image

 

85 

złościł.  Nie  wiedział,  jak  zacząć  rozmowę  o  seksualności  z  kobietą,  która 

zachowuje się jak mała, roześmiana dziewczynka. Takie domowe słoneczko. 

W  końcu  nie  wytrzymał.  Po  trzech  godzinach  czekania  na  okazję, 

która nie miała zamiaru nadejść, wrzucił pędzel do puszki z farbą. 

– Stało się coś? – zapytała Alayna. 

–  Nie  –  odparł  opryskliwie.  –  Farba  zgęstniała.  Trzeba  dolać 

rozpuszczalnika. 

Nie rozumiał, dlaczego tak trudno mu zacząć rozmowę z Alayną i skąd 

w nim tyle złości na nią. Wreszcie wpadł na pomysł: to przez te jej ciuchy. 

Znów miała na sobie męską koszulę i luźne spodnie. 

Było gorąco jak wszyscy diabli. Jack już dawno zdjął koszulę, a i tak 

okropnie się pocił. Alayna tymczasem wciąż była zapięta po samą szyję. 

Zawsze wkładała na siebie mnóstwo ubrań. Stanowczo za dużo. Albo 

workowatą  sukienkę,  albo  koszulę  i  długie  spodnie.  Wszystko  było  tak 

pomyślane, żeby ukryć jej kobiece kształty. Może z wyjątkiem niebieskiego 

szlafroka, ale to się nie liczyło, ponieważ nie było przeznaczone dla niczyich 

oczu. Zresztą Jack tylko raz ją widział w tym szlafroku. 

A przecież mimo tego ubrania, mimo za dużych sukienek i zapiętych 

pod szyję koszul, bardzo go pociągała. 

I ona uważa, że jest do niczego w sprawach seksu, pomyślał Jack. 

–  Po  co  ty  nakładasz  na  siebie  tyle  ubrań?  –  zapytał  szybciej,  niż 

pomyślał. 

Zaskoczona  pytaniem,  przerwała  malowanie.  Spojrzała  na  niego, 

wzruszyła ramionami i wróciła do pracy. 

–  Po  co dawać  ogłoszenie,  jeśli  nie ma  się niczego  do  sprzedania?  – 

odparła. 

RS

background image

 

86 

– Czy ja coś mówiłem o ogłoszeniach i sprzedawaniu? – irytował się 

Jack. – Nie byłoby ci tak gorąco, gdybyś miała na sobie trochę mniej ubrań. 

No i wygodniej. 

– Mnie jest wygodnie. 

– Byłoby ci jeszcze wygodniej, gdybyś nie była taka uparta.  

Wziął ją za ramiona i okręcił. Alayna oparła dłonie na jego piersi, żeby 

się nie przewrócić. 

– Co ty wyprawiasz? – zawołała oburzona. 

– To, czego ty nie chciałaś zrobić. 

Szybko  rozpiął  guziki  jej  koszuli,  a  brzegi  zawiązał  pod  biustem. 

Cofnął  się  i  z  zadowoleniem  obejrzał  wynik  swoich  działań.  Wyciągnął  z 

kieszeni scyzoryk. 

Coraz bardziej wystraszona, Alayna patrzyła, jak otwiera ostrze. 

– Co ty... 

– Potrzebujesz powietrza. 

Nie  bacząc  na  jej  protesty,  przeciął  rękawy  koszuli  trochę  powyżej 

łokcia. Złożył scyzoryk i schował go z powrotem do kieszeni. 

Alayna  stała  jak  zahipnotyzowana.  Nie  śmiała  się  poruszyć.  Tylko 

dreszcz przebiegł jej po plecach. 

Jack  szarpnął  ucięte  rękawy  i  powoli,  bardzo  powoli  zsunął  je  z  rąk 

Alayny. Ani na chwilę nie przestał patrzeć jej w oczy. 

– Lepiej? – zapytał, rzucając na podłogę odcięte kawałki materiału. 

Alayna  pocierała  wyswobodzone  z  koszuli  ramiona.  Miała  ręce 

odkryte do łokci i duży dekolt, ale czuła się, jakby była zupełnie naga. Naga 

i  podniecona.  Nigdy  w  życiu  nic  nie  podnieciło  jej  tak  bardzo  jak  dotyk 

dłoni Jacka. 

– T.. .tak – wyjąkała. – Dziękuję. 

RS

background image

 

87 

–  Nie  możesz  udawać,  że  nie  jesteś  kobietą  –  powiedział  cicho, 

opierając ręce na jej ramionach. – Nie wolno ci tak postępować. 

Alayna  oczu  nie  mogła  od  niego  oderwać.  Chciała  coś  powiedzieć, 

zrobić  coś  całkiem  idiotycznego.  Może  nawet  przytulić  się  do  Jacka  i 

całować  do  utraty  tchu.  Ale  zanim  zdążyła  się  poruszyć,  on  się  od  niej 

odsunął. 

Okazja przepadła bezpowrotnie. 

Alayna  zamknęła  oczy,  przyłożyła  dłoń  do  serca.  Biło  jak  szalone. 

Może chciało wyskoczyć z piersi i pobiec za Jackiem? 

Boże  wielki, krzyczała  w myślach. Czy przysłałeś tego człowieka po 

to, żeby się wyśmiewał z mojej niedoskonałości? A może po to, żeby mnie 

nauczyć, jak ją zwalczyć? 

Jack  zakradł  się  do  szopy.  Zamknął  za  sobą  wrota.  Chwycił  stojącą 

przy  ścianie  łopatę  i  z  całej  siły  cisnął  ją  przed  siebie.  Grzmotnęła  o 

przeciwległą ścianę i z brzękiem upadła na klepisko. 

Nie pomogło. Jack nadal był wściekły. I zrozpaczony. Nie wiedział, co 

go napadło i dlaczego w ten sposób potraktował Alaynę. 

Usiadł na klepisku, oparł się plecami o ścianę stodoły. 

W  ostatniej  chwili  stamtąd  uciekłem,  myślał.  Mało  brakowało,  a 

zacząłbym ją całować, albo jeszcze co gorszego. 

Nie chciał jej zrobić krzywdy, pragnął jej pomóc, ale nie wiedział, jak. 

Było  to  tym  trudniejsze,  że  jak  tylko  na  nią  spojrzał,  miał  ochotę  ją  tulić, 

całować i kochać się z nią. 

Myśl, Cordell, myśl, nakazał sobie. Przecież musi być jakiś sposób! 

–  ..  .a  Merideth  naskarżyła  na  nas  ojcu  i  potem  wszystkie  miałyśmy 

kłopoty. 

RS

background image

 

88 

–  Wcale  nie  naskarżyłam  –  obruszyła  się  Merideth,  zirytowana 

słowami Mandy. 

– A właśnie że naskarżyłaś – upierała się Mandy. – Zawsze skarżyłaś, 

prawda, Alayno? 

Lecz  Alayna  nie  usłyszała  pytania.  Stała  przy  oknie  i  patrzyła  przed 

siebie. Myślami wciąż była w domu. Nie mogła zapomnieć spojrzenia Jacka, 

kiedy  obcinał  rękawy  jej  koszuli.  Nie  mogła  nie  pamiętać  cudownego 

uczucia, jakie ją ogarnęło, gdy jej dotykał, ani jego zmysłowego szeptu. 

– Alayno? – Mandy dotknęła jej ramienia. 

– Co? – Wystraszona odwróciła głowę. 

– Co ci jest? 

–  Nic.  Ja  tylko...  –  Alayna  spojrzała  na  Mandy,  potem  na  Samantę  i 

wreszcie na Merideth. Żadna z nich jej nie wierzyła. 

Alayna  zrozumiała,  że  nie  zdoła  oszukać  kuzynek.  Siostry  McCloud 

znały  ją  co  najmniej  tak  samo  dobrze,  jak  ona  siebie.  Zresztą  dlaczego 

miałaby  coś  przed  nimi  ukrywać,  skoro  przyjechała  po  to,  żeby  zasięgnąć 

ich rady. – Chodzi o Jacka. 

– Masz z nim kłopoty? 

– Właściwie nie. A raczej... Nie wiem – westchnęła, nie wiedząc, jak 

wyrazić  słowami  to,  co  jej  chodziło  po  głowie.  –  Chciałabym  się  z  nim 

kochać. 

– Maudie miała rację! – zawołała Merideth. – Zatrudniłaś go dlatego, 

że jest przystojny. 

–  Merideth!  –  Mandy  i  Sam  jednocześnie  przywołały  najmłodszą 

siostrę do porządku. 

– Mężczyźni płacą za seks, więc dlaczego kobiety nie mogłyby robić 

tak samo? – Merideth ani myślała się uciszyć. 

RS

background image

 

89 

– Chciałabym, żeby to było aż takie proste. – Alayna uśmiechnęła się 

smutno. – Niestety, jest znacznie bardziej skomplikowane. 

–  Mam  rozumieć,  że  coś  do  niego  czujesz?  –  spytała  jak  zwykle 

zatroskana Mandy. 

– Nie wiem – odparła Alayna po chwili namysłu. – Wiem że mi na nim 

zależy, i jestem pewna, że mam ochotę iść z nim do łóżka. To śmieszne, bo 

przecież prawie go nie znam. Właściwie nic o nim nie wiem. On w ogóle nie 

chce  mówić  o  tym,  co  go  spotkało.  Wiem  tylko  tyle,  co  zobaczyłam, 

pracując z nim. Jack Cordell to dobry i wrażliwy człowiek, chociaż bardzo 

się  stara,  żeby  nikt  tego  nie  zauważył.  Jest  uczciwy,  ma  dużą  wiedzę  i 

potrafi ciężko pracować. No i bardzo dobrze wygląda bez koszuli. 

Merideth się roześmiała, ale Mandy wciąż była zaniepokojona. 

–  Co  się  takiego  stało,  że  nagle  zapragnęłaś  iść  do  łóżka  z  obcym 

mężczyzną? – zapytała. 

– Dziś rano... – zaczęła Alayna. Zaraz jednak rozmyśliła się i zaczęła 

opowiadać o czymś innym. – Właściwie to się zaczęło kilka tygodni temu, 

kiedy mnie pocałował. 

– Pocałował cię? – Mandy nawet nie próbowała ukryć zdziwienia. 

–  To  było  tego  dnia,  kiedy  nas  zaprosiłaś  na  obiad.  Koniecznie 

chciałam  się  dowiedzieć,  dlaczego  Jack  nie  chciał  z  nami  jechać.  Kiedy 

dzieci  zasnęły,  poszłam  go  poszukać.  Siedział  na  pomoście,  więc  się  do 

niego  przysiadłam.  Rozmawialiśmy,  oglądaliśmy  zachód  słońca  i  wtedy 

mnie pocałował. 

– Zachód słońca i pocałunek to doskonały wstęp do seksu – oznajmiła 

Merideth tonem eksperta. 

– Pocałunek ma być wstępem do seksu? – Samanta pokręciła głową. – 

Może dla ciebie. 

RS

background image

 

90 

–  Czyżby?  Jeszcze  pamiętam,  jak  Nash  się  o  ciebie  starał. 

Przypadkiem  też  zaczął  od  pocałunku.  Wystarczyło,  żebyś  go  błagała  o 

więcej. 

– Nic nie pamiętasz. Nash... 

–  Uciszcie  się  wreszcie  –  zbeształa  siostry  Mandy.  –Alayna  nie 

przyjechała  tu  po  to,  żeby  wysłuchiwać  waszych  wspomnień.  No  dobrze, 

pocałował cię – zwróciła się do Alayny. –I co było dalej? 

– To było straszne. – Alayna ukryła twarz  w dłoniach. Jeszcze teraz, 

po tylu tygodniach, bardzo się wstydziła własnej reakcji. 

– Co było straszne? – wypytywała Merideth. – Jego pocałunek? 

– Pocałunek był wspaniały. Straszne było to, co się potem stało. 

– A co się stało? 

– Jack... On... położył rękę na mojej piersi i... Spanikowałam. 

–  Biedactwo...  –  Mandy  była  pełna  współczucia.  Alayna  mrugała 

powiekami. Nie chciała się rozpłakać. 

Przynajmniej dopóki wszystkiego nie opowie. 

–  Potem  odszedł.  Okropnie  się  wstydziłam.  Nie  powinnam  była 

pozwolić  na  to,  żeby  sprawy  zaszły  aż  tak  daleko.  No  i  musiałam  go 

przeprosić. 

–  Bzdura!  –  zawołała  Merideth,  gotowa  bronić  kuzynki  tak  samo 

zawzięcie,  jak  broniła  swych  sióstr.  –  Wcale  nie  musiałaś  go  przepraszać. 

Kobieta ma prawo powiedzieć „nie" kiedy tylko zechce. 

– Ale ja nie chciałam mówić „nie". W tym sęk. Rano próbowałam go 

przeprosić, a tymczasem on przeprosił mnie. Twierdził, że to była jego wina. 

– Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze polubię tego faceta! – Merideth była 

zadowolona. 

RS

background image

 

91 

–  A  wczoraj  wieczorem  poprosił,  żebym  z  nim  została  –  mówiła 

Alayna. – Właściwie nawet nie poprosił. Przynajmniej nie słowami. 

– No i co? Zostałaś? – dopytywała się Merideth. 

– Zwariowałaś? – oburzyła się Alayna. 

– Dlaczego? – chciała wiedzieć Merideth. 

– Bo to by była katastrofa. Tak samo jak wtedy, kiedy mnie pocałował. 

– A skąd wiesz, że tamto skończyłoby się katastrofą? 

–  Po  prostu  wiem.  –  Alayna  wzruszyła  ramionami.  –  Postanowiłam 

udawać, że nic się nie stało, bo przecież mamy mnóstwo pracy i musimy ją 

jak  najszybciej  skończyć.  No  i  pracujemy  razem...  Tymczasem  dziś  Jack 

nagle się wściekł. Zapytał, dlaczego noszę na sobie tyle ubrań. 

Siostry spojrzały po sobie. Kilka dni temu rozmawiały o tym samym, 

tyle że one znały odpowiedź na to pytanie. 

– No i obciął rękawy mojej koszuli. 

– Co takiego? 

–  To  tylko  tak  okropnie  brzmi  –  uspokoiła  kuzynki  Alayna. 

Rozmarzyła się, wspominając to wszystko, co czuła, kiedy Jack jej dotykał. 

–  Prawdę  mówiąc,  to  było  najbardziej  zmysłowe  uczucie,  jakie 

kiedykolwiek  przeżyłam.  Zapragnęłam  natychmiast  się  z  nim  kochać.  A 

przynajmniej  spróbować.  Ale  tylko  mu  podziękowałam.  Nic  innego  nie 

przyszło mi do głowy. 

Samanta się roześmiała. Mandy kopnęła ją pod stołem, lecz siostra nie 

pozostała jej dłużna. 

–  A  potem  –  ciągnęła  Alayna,  nieświadoma  toczącej  się  pod  stołem 

wojny – położył mi ręce na ramionach, spojrzał prosto w oczy i powiedział, 

że nie mogę udawać, że nie jestem kobietą. 

– A potem się kochaliście – stwierdziła Merideth. 

RS

background image

 

92 

– Nie. – Alayna spuściła głowę. – Nie wiedziałam, co zrobić ani nawet 

co powiedzieć. 

– Co w tym trudnego? – zirytowała się Merideth. – Bierzesz go za rękę 

i prowadzisz do sypialni. 

–  Dla  ciebie  to  proste  –  westchnęła  Alayna  –  ale  dla  mnie  nie.  W 

sprawach seksu jestem do niczego. 

– Czy ty kiedyś wreszcie zapomnisz o tym dupku? Alex to parszywy 

dupek! Przyjmij to wreszcie do wiadomości. 

Przynajmniej ten jeden raz ani Samanta, ani nawet Mandy nie uciszały 

najmłodszej siostry. Tak samo jak Merideth wiedziały, jak wielką krzywdę 

wyrządził Alaynie były mąż. 

–  To  nie  Alex  doprowadził  do  rozwodu  –  upierała  się  Alayna.  – 

Przynajmniej nie wyłącznie. Jasne, że nie był najlepszym mężem na świecie, 

ale to nie jego wina, że ja nie potrafię zadowolić mężczyzny. 

– Ja też przez wiele lat uważałam, że seks nie jest dla mnie – wtrąciła 

się Samanta. – A jednak Nash zdołał mi udowodnić, że to nieprawda. 

– Bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa – powiedziała Alayna. – Ten 

twój Nash to wspaniały człowiek. 

– Jesteś psychologiem, tak? – zapytała zirytowana Samanta. 

–  Przecież  wiesz.  –  Alayna  nie  domyślała  się,  do  czego  Samanta 

zmierza. 

–  No  to  powinnaś  się  znać na  wszelkiego  rodzaju  fobiach  i  maniach 

prześladowczych. Potrafisz wyprowadzać ludzi z takiego stanu? 

– Owszem, ale... 

–  Co  byś  poradziła  pacjentowi,  który  ma  fobię?  –  Samanta  nie 

pozwoliła sobie przerwać. – Jak byś mu pomogła się z nią uporać? 

RS

background image

 

93 

– Nie widzę potrzeby... – Alayna patrzyła błagalnie na dwie pozostałe 

kuzynki. Niestety, Merideth i Mandy też czekały na jej odpowiedź. Alayna 

westchnęła zrezygnowana. – Przede wszystkim trzeba skłonić pacjenta, żeby 

się przyznał do swojej fobii. 

– A co potem? – zapytała Samanta. 

– Potem wspólnie z pacjentem opracowuje się plan działania. Zaczyna 

się  od  małych  kroków,  żeby  pacjent  mógł  łatwiej  odnieść  sukces.  Im 

bardziej odważny staje się pacjent, tym śmielej może dążyć do założonego 

celu. 

– A twoim celem jest kochać się z Jackiem, tak? 

– Chyba... tak – przyznała Alayna. 

–  Wobec  tego  rozwiązałyśmy  problem.  –  Samanta  była  bardzo 

zadowolona z siebie. – Przyślę ci rachunek. 

–  Ale...  –  Alayna  wciąż  miała  wątpliwości.  –  Już  dwa  razy  mu 

odmówiłam. Jak mam mu dać do zrozumienia, że zmieniłam zdanie? 

– Uwiedziesz go. 

Merideth powiedziała to tak lekko, że Alayna musiała się roześmiać. 

–  Ja  miałabym  go  uwieść?  –  spytała  i  spojrzała  na  swoją  workowatą 

sukienkę. – Nie sądzę, żeby Jack uznał mnie za pociągającą. 

–  O  nic  się  nie  martw.  Uwodzenie  to  moja  specjalność.  –  Merideth 

wstała  i  wyciągnęła  rękę.  Zabrzęczały  złote  bransoletki.  –  Chodź,  moja 

droga. Na ciuchach też się trochę znam. 

– Nie idź z nią! – krzyczała Samanta. – Jak ona się za ciebie weźmie, 

to będziesz wyglądała jak kobieta lekkich obyczajów. 

–  Coś  ty  powiedziała?  –  Merideth  posłała  siostrze  mordercze 

spojrzenie. 

Mandy stanęła pomiędzy nimi. Na wszelki wypadek. 

RS

background image

 

94 

– Tylko nie przesadzaj, Merideth, dobrze? – poprosiła. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

95 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Alayna stała przed lustrem. Pośpiesznie szczotkowała włosy. 

Było  już  bardzo  późno,  bo  tego  ranka  wyprawienie  dzieci  do  szkoły 

trwało  całą  wieczność.  Przynajmniej  Alaynie  tak  się  wydawało.  Dopiero 

teraz miała dom wyłącznie dla siebie. 

No,  może  niezupełnie.  Słyszała,  że  Jack  kręci  się  na  dole,  a  to 

oznaczało, że powinna się pośpieszyć. 

Odłożyła  szczotkę,  jeszcze  raz  sprawdziła  w  lustrze,  jak  wygląda. 

Bardzo się denerwowała. 

Merideth  dała  jej  stare  dżinsy  Mandy.  Przedtem  jednak  obcięła 

nogawki  przy  samej  pupie.  Dlatego  Alayna  miała  teraz  na  sobie  bardzo 

krótkie szorty. I króciutką bluzkę, która kończyła się tuż pod biustem. Efekt 

był całkiem niezły. 

Alayna  nie  pamiętała,  kiedy  ostatni  raz  chodziła  w  szortach.  Alex 

ciągle jej powtarzał, że nie powinna nosić szortów, bo uda ma za grube, a 

nogi za długie. No i na pewno nigdy w życiu nie miała na sobie bluzki, która 

mniej zasłaniała, niż pokazywała. 

Wcale  nie  była  pewna,  czy  wypada  jej  chodzić  w  czymś  takim  w 

obecności Jacka. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to ubranie miało 

jej coś załatwić.   

Nie namyślając się dłużej, wyszła z łazienki i prawie zbiegła na dół do 

niczego nie podejrzewającego Jacka. 

Właśnie wieszał na ścianie półkę na talerze, którą Alayna znalazła na 

strychu. Doskonale pasowała do drewnianej ściany w jadalni. 

Alayna  stchórzyła.  Podeszła  do  lodówki  i  otworzyła  drzwi,  chcąc  się 

za nimi schować. 

RS

background image

 

96 

– Co mam ci zrobić na śniadanie? – zapytała. 

– Cokolwiek – mruknął, nie odwracając głowy. 

– Jest tak gorąco. Mogą być owoce i drożdżówki? 

–  Mogą.  –  Jack  wsunął  młotek  w  przegródkę  pasa  na  narzędzia. 

Odwrócił się w tej samej chwili, w której Alayna zamknęła drzwi lodówki. 

Bardzo się zdziwił. Powiedział pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy: 

– Ale ty masz nogi! 

Alayna starała się chodzić w taki sposób, żeby szorty wydawały się jak 

najdłuższe. Nic nie pomogło. Nie sięgały nawet do połowy uda. 

–  Zawsze  miałam  nogi,  tylko  ich  nie  widziałeś.  Miałeś  rację  z  tymi 

ubraniami. Rzeczywiście za dużo ich na siebie wkładałam. 

Jack przeklął w duchu swoje bezmyślne gadanie. Nie przypuszczał, że 

lżej ubrana Alayna zrobi na nim takie wrażenie. Jakby mało było tego, co do 

niej czuł, kiedy chodziła zapięta po samą szyję. 

Zauważył,  jak  obciąga  nogawki  króciutkich  szortów.  Dopiero  wtedy 

zorientował się, że jest zakłopotana. A jego niemądre komentarze na pewno 

nie ułatwiały jej niczego. 

Jack uznał, że  wreszcie ma okazję wprowadzić w czyn swój pomysł. 

Postanowił  obsypać  Alaynę  komplementami.  Miał  nadzieję,  że  w  taki 

sposób zdoła wyzwolić ją z idiotycznych kompleksów. 

Z  nieznanych  przyczyn  cały  plan  wydawał  mu  się  teraz  o  wiele 

trudniejszy, niż kiedy zastanawiał się nad nim w stodole. No tak, ale wtedy 

Alayna nie biegała wokół niego na wpół rozebrana. 

– Bardzo ładnie wyglądasz – powiedział. – Naprawdę.  

Wcale nie był z siebie zadowolony. Wiedział, że powinien powiedzieć 

coś  zupełnie  innego,  wiedział,  że  potrafi  to  powiedzieć,  tylko  nie  miał 

pojęcia, jakich słów powinien użyć. 

RS

background image

 

97 

– Dziękuję. – Alayna zaczerwieniła się. 

– Nie ma za co. Mogę ci w czymś pomóc? 

– Nie trzeba. – Uśmiechnęła się do niego. – Jedz śniadanie. 

 Jack  wcale  nie  był  pewien,  czy  uda  mu  się  cokolwiek  przełknąć. 

Jedyne, na co miał ochotę, to patrzeć na Alaynę. No, może nie tylko patrzeć. 

Ale nawet patrzeć nie miał prawa. 

–  Zrobię  dziś  tę  łazienkę  na  górze  –  odezwał  się.  Błądził  oczami  po 

całej kuchni, byleby tylko nie patrzeć na Alaynę. – No, wiesz, tę, w której 

prysznic przecieka. 

Nie  przykryte  workowatymi  spodniami  nogi  Alayny  wydawały  się 

Jackowi  długie  co  najmniej  na  kilometr.  Choć  bardzo  się  starał,  nie  udało 

mu się na nie nie gapić. 

– Świetnie – odparła Alayna. 

Usiadła  naprzeciwko  niego.  Stół  przesłonił  Jackowi  widok.  Niestety, 

niewiele mu to pomogło. Starał się nie myśleć o Alaynie, tylko o czekającej 

go tego dnia pracy. 

–  Jeśli  zaczniemy  zaraz  po  śniadaniu,  to  może  uda  nam  się  jeszcze 

dzisiaj ruszyć kominek – powiedział. 

– Naprawdę? – ucieszyła się Alayna. Ugryzła truskawkę. Kropla soku 

pociekła  jej  po  brodzie.  Zatrzymała  ją  koniuszkiem  palca,  podniosła  palec 

do ust i oblizała. – Czy mogę ci jakoś pomóc? 

Gdybyś  mi  pozwoliła,  tobym  zlizał  ten  sok  z  twojej  buzi,  pomyślał, 

choć wcale tego nie chciał. Na szczęście nie zdążył niczego powiedzieć. 

Przysunął  krzesło  do  stołu  tak  blisko,  że  ledwie  mógł  się  zmieścić. 

Wiedział, że musi brać się do rzeczy ostrożnie i broń Boże nie zbliżać się do 

Alayny. Wolał nie myśleć, co by się stało, gdyby dotknął jej prawie nagiego 

ciała. 

RS

background image

 

98 

– Nie wiem. – Jack uważnie kroił bułkę. Dzięki tej czynności udało mu 

się  choć  na chwilę  oderwać  wzrok  od biustu  Alayny.  –  Ale  na pewno  coś 

wymyślę. 

– Trzymaj prosto. 

Alayna  mocniej  chwyciła  rurę.  Wpatrywała  się  w  nagie  plecy  Jacka, 

który  przykucnął  w  staromodnej  wannie  na  nóżkach  i  naprawiał  prysznic. 

Pracował  bez  koszuli.  Pot  ściekał  mu  po  plecach,  zabarwiając  spłowiałe 

dżinsy na ciemnoniebieski kolor. 

Zerknęła  na  sam  dół  pleców  Jacka.  Spod  dżinsów  wystawała  biała 

gumka slipów. Alayna nerwowo przełknęła ślinę. Dużo by dała za to, żeby 

zobaczyć  Jacka  w  samych  tylko  slipach.  Albo  w  bokserkach.  Uważała,  że 

nie  ma  nic  bardziej  podniecającego  niż  mężczyzna  ubrany  wyłącznie  w 

bokserki. 

– Podaj mi klucz. 

Alayna  wzdrygnęła  się.  Zaraz  jednak  podniosła  z  podłogi  klucz 

francuski.  Kiedy  się  pochyliła,  przypadkiem  musnęła  piersią  plecy  Jacka. 

Przeszedł ją dreszcz. Wyprostowała się szybko i podała Jackowi klucz. Ich 

palce się spotkały. 

Zamiast  klucza  Jack  wziął  do  ręki  dłoń  Alayny.  Patrzył  na  nią  tak 

intensywnie, że Alaynie wydało się, że jego spojrzenie przepala na wylot nie 

tylko rękę, ale także duszę. 

Stała bez ruchu, bała się nawet odetchnąć. Jack nie puszczał jej dłoni. 

Wreszcie  kolana  odmówiły  Alaynie  posłuszeństwa.  Usiadła  na  obrzeżu 

wanny. 

Jack bardzo się starał nie patrzeć na nią i nawet nie myśleć o tym, co 

Alayna  ma  na  sobie.  Ale  wystarczyło  muśnięcie  jej  dłoni,  żeby  wszystkie 

dobre chęci diabli wzięli. Kiedy usiadła na wannie, całkiem stracił głowę. 

RS

background image

 

99 

Ostrożnie  wyjął  z  jej  dłoni  klucz,  rzucił  go  na  podłogę  i  pociągnął 

Alaynę za rękę. Jednym ruchem posadził ją sobie na kolanach. Pochylił się. 

Pocałował ją delikatnie, jakby próbował, jak smakują jej usta. Potem 

jeszcze raz. Długo i namiętnie. 

– Od rana o niczym innym nie marzyłem – mruknął. 

– Naprawdę? – zdumiała się Alayna. 

–  Słowo  honoru!  –  Dopiero  po  chwili  przypomniał  sobie,  że  ma  coś 

ważnego  do  zrobienia.  Postanowił  zacząć  od komplementów.  – Czy  już  ci 

mówiłem, że bardzo mi się podoba twoja bluzka? 

– Nie mówiłeś. 

Położył dłoń na piersi Alayny. Potem przesunął ją do tyłu, na okryty 

skąpymi szortami pośladek. 

– I szorty też masz ładne. 

– Naprawdę? 

–  Naprawdę.  –  Przesunął  palcem  wzdłuż  nogawki.  Patrzył,  jak  oczy 

Alayny zachodzą mgłą, jak zaczyna drżeć z pożądania. – W ogóle dużo mi 

się w tobie podoba. 

– Powiesz, co? 

– Lubię twój uśmiech i lubię patrzeć, jak oczy ci błyszczą, kiedy jesteś 

czymś  podekscytowana.  I  uwielbiam  przyglądać  się,  jak  chodzisz.  Uroczo 

kręcisz bioderkami. – Jack przesuwał dłonią po udzie Alayny. Coraz niżej, 

aż do kostki. – Lubię także twoje stopy. Są takie zgrabne, drobne i delikatne 

jak cała ty. 

Zdjął  jeden  sandał,  potem  drugi.  Podniósł  stopę  Alayny  do  ust. 

Pocałował. Alayna zadrżała. 

– Boże wielki! – szepnęła. 

– Łaskocze? 

RS

background image

 

100 

– Tak. To znaczy, nie. – Zamknęła oczy. – Sama nie wiem. 

Jack się roześmiał. Postawił jej stopę na krawędzi wanny. 

– A wiesz, co lubię najbardziej? Alayna pokręciła głową. 

–  Twoje  usta.  –  Pochylił  się,  pocałował  ją.  –I  twoje  oczy.  Są  takie 

błękitne. Jak tylko cię zobaczyłem, zaraz sobie pomyślałem, że można by się 

w nich utopić. 

– U Maudie w jadłodajni? 

– Aha. – Jack usiadł w wannie, posadził sobie Alaynę na kolanach w 

taki sposób, aby było jej wygodniej. – Pomyślałem sobie, że jesteś aniołem. 

Byłaś taka piękna i niewinna. A jednocześnie bardzo pociągająca. 

„Co w tym trudnego? Bierzesz go za rękę i prowadzisz do sypialni". 

Alayna usłyszał słowa Merideth tak dokładnie, jakby kuzynka stała tuż 

obok niej. 

Ale  moja  sypialnia  jest  na  parterze,  a  my  jesteśmy  na  piętrze, 

pomyślała.  Do  tego  w  wannie.  Gdybym  mu  zaproponowała  pójście  do 

sypialni,  musiałabym  wstać.  I  Jack  też.  Potem  musielibyśmy  zejść  ze 

schodów i przejść przez cały dom. W tym czasie dużo rzeczy mogłoby się 

zdarzyć. Czar pryśnie. Albo ja znów spanikuję. 

Nie będzie żadnej sypialni, postanowiła. Wanna musi wystarczyć. 

–  A  wiesz,  co  ja  w  tobie  najbardziej  lubię?  –  zapytała,  starając  się, 

żeby głos jej nie zadrżał. 

– Nie wiem. 

– Twój tors. – Alayna położyła dłoń na piersi Jacka. Poczuła miarowe 

bicie serca. – Jest taki szeroki i muskularny. Nie wiem, ile razy marzyłam o 

tym, żeby się do niego przytulić. Jak wtedy w chatce. 

– Nic nie stoi na przeszkodzie – oznajmił Jack. – Bardzo proszę. 

RS

background image

 

101 

Spojrzała na niego, uśmiechnęła się, a potem powoli wsunęła palce w 

gęstwinę włosów na piersi Jacka. 

– Nie wszystkie kobiety lubią mężczyzn z owłosionym torsem. 

– Ja lubię. – Żeby to udowodnić, przytuliła policzek do jego piersi. – 

Nie przypuszczałam, że są takie mięciutkie. 

Jack  westchnął.  To  było  bardzo  przyjemne.  Ale  Alayna  się 

przestraszyła. Odsunęła się od niego. 

– Przepraszam. Naprawdę nie chciałam... 

–  Nic  złego  nie  zrobiłaś.  Mężczyźni  reagują  podobnie  jak  kobiety.  – 

Położył  dłoń  na  piersi  Alayny.  Zadrżała.  –  Widzisz?  Twoje  ciało 

zareagowało tak samo. 

Nie przekonał jej. Poznał to po jej minie. 

–  Naprawdę  możesz  mnie  dotykać.  Możesz  robić,  na  co  tylko  masz 

ochotę. Wszystko, co wydaje ci się naturalne. 

Nie  poruszyła  się.  Wobec  tego  wziął  jej  rękę  i  położył  ją  na  swojej 

piersi. 

– Odezwij się do mnie – poprosił. – Powiedz, jakie marzenia kryją się 

w tej twojej ślicznej główce. A może ty się mnie boisz? 

– Nie! –  Alayna energicznie pokręciła głową. – Ja... Boję się, że coś 

zrobię źle. Że nie będzie ci przyjemnie. 

–  Wystarczy,  że  mnie  dotykasz  i  już  mi  jest  przyjemnie.  –  Objął  ją 

wpół.  Położył  się  w  wannie,  a  potem  ułożył  Alaynę  na  swoim  brzuchu. 

Twarzą  do  siebie.  –  Widzisz?  –  uśmiechnął  się  do  niej.  –  Mówiłaś  coś  o 

moich włosach. Nie przypuszczałaś, że są takie miękkie? 

–  Nie  przypuszczałam  –  szepnęła.  Modliła  się  w  duchu,  żeby 

przypadkiem czegoś nie zepsuć. 

– Jesteś rozczarowana? 

RS

background image

 

102 

– Nie – roześmiała się niepewnie. – A wiesz? Za każdym razem, kiedy 

podczas pracy zdejmujesz koszulę, muszę się bardzo starać, żeby na ciebie 

nie patrzeć. 

– Dlaczego? 

– Bo bardzo mnie podniecasz. 

Przewróciła się na bok, dotknęła palcem piersi Jacka. Zdobyła się na 

odwagę.  Przesunęła  palec  niżej.  Na  chwilę  zawahała  się  przy  pępku,  ale 

zaraz dotarła do guzika jego spodni. Rozpięła go powoli. Z drugim poszło 

łatwiej, a trzeci właściwie sam się rozpiął. 

Spojrzała  ukradkiem  na  Jacka.  Zobaczyła,  że  jest  podniecony.  Nie 

mogła uwierzyć własnym oczom. Ona, Alayna McCloud, zdołała podniecić 

mężczyznę. 

Jack  nie  mógł  się  poruszyć.  Nawet  myśleć  nie  mógł.  Czuł  się 

cudownie.  Nie  chciał,  żeby  sprawy  zaszły  aż  tak  daleko,  ale  skoro  zaszły, 

ani  myślał  czegokolwiek  zatrzymywać.  Nie  mógł  i  nie  chciał.  Chciał 

pocałować Alaynę. 

A kiedy to zrobił, zrozumiał, że przepadł z kretesem. Musiał się z nią 

kochać. Musiał jej udowodnić, że potrafi uszczęśliwić mężczyznę. 

– Wiesz, co jeszcze w tobie lubię? – mruknął, wsuwając dłonie pod jej 

króciutką bluzeczkę. 

– Skąd mam wiedzieć? 

– Twoje piersi. – Ściągnął jej bluzkę przez głowę i rozpiął stanik. 

–  Są  małe  –  powiedziała  Alayna  takim  tonem,  jakby  uważała  za 

stosowne przeprosić go za tę ułomność. Była czerwona jak burak. 

– Są doskonałe – mruknął, całując najpierw jedną, potem drugą pierś 

Alayny. 

RS

background image

 

103 

Z jakiegoś powodu mu uwierzyła. Może dlatego, że traktował jej piersi 

z uszanowaniem. A może dlatego, że tak delikatnie je całował. W każdym 

razie  po  raz  pierwszy  od  wieków  nie  czuła  się  ułomna.  W  tej  chwili  była 

stuprocentową kobietą. 

– Chcę się z tobą kochać – szepnęła. 

– Jesteś tego pewna? – Jack spojrzał jej głęboko w oczy. 

– Tak – westchnęła. 

– Ale... Ja nie mam zabezpieczenia. 

– Nie szkodzi. Nie mogę mieć dzieci. 

Nie  do  końca  pojął,  co  powiedziała.  Był  tak  podniecony,  że  nawet 

własnych myśli nie rozumiał. Dotarło do niego tylko tyle, że nie musi mieć 

zabezpieczenia, gdyż Alaynie nie robi to żadnej różnicy, i że on tak bardzo 

jej pragnie, iż za chwilę nie wytrzyma. 

Kochali  się  jak  wariaci.  Jack  nie  wiedział,  ile  czasu  upłynęło,  choć 

gdyby  go  ktoś  zapytał,  powiedziałby,  że  tylko  chwila.  A  może  cała 

wieczność... 

–  Co  ty  ze  mną  zrobiłaś?  –  wyszeptał.  –  Przecież  ja  nawet  nie  mam 

prawa  tego  pragnąć.  A  ty...  Jesteś  kobietą,  Alayno.  Prawdziwą  kobietą.  W 

każdym znaczeniu tego słowa. 

– Och, Jack! – Alayna się rozpłakała. 

Przytulił  ją  do  siebie,  pocałował,  wtulił  policzek  w  jasne,  anielskie 

włosy. 

Poczuł, jak spływa na niego spokój. 

 

 

 

 

RS

background image

 

104 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Uczucie spokoju, jakie owładnęło Jacka, trwało tylko trochę dłużej niż 

sen, który go zmorzył. 

W ciszę upalnego dnia wdarł się natarczywy dzwonek. Telefon! 

Alayna  zerwała  się  półprzytomna.  Rozejrzała  się.  Ujrzawszy  Jacka, 

uśmiechnęła się. Przytuliła się do niego i pocałowała go w usta. 

Znów rozległ się dzwonek telefonu. 

Z  widocznym  ociąganiem  Alayna  odsunęła  się  od  Jacka.  Wstała, 

wyszła z wanny i wzięła telefon komórkowy, który położyła na zamkniętej 

klapie sedesu. 

– Halo? – powiedziała. 

W  miarę  jak  słuchała,  jej  oczy  stawały  się  coraz  większe.  Chwyciła 

leżącą najbliżej koszulę Jacka i na oślep wpychała ręce w rękawy, jakby ten, 

kto do niej dzwonił, mógł ją w tej chwili zobaczyć. 

– Nie, oczywiście, że nie – zapewniała rozmówcę. –W niczym mi pani 

nie przeszkadza. 

Odsunęła  włosy  z  twarzy,  przytrzymała  je  dłonią  na  czubku  głowy. 

Spojrzała na Jacka. 

– Tak. Oczywiście, że jest miejsce. Po południu? To absolutnie żaden 

problem.  –  Okręciła  się  w  kółko,  jakby  tańczyła  taniec  wojenny.  Była 

uszczęśliwiona. – Dziękuję! Naprawdę bardzo dziękuję. 

Wyłączyła  telefon.  Ostrożnie  położyła  go  z  powrotem  na  klapie 

sedesu. 

– Dzidziuś! – zawołała. – Przywiozą nam dzidziusia!  

Pochyliła  się  nad  wanną,  pocałowała  Jacka  w  usta  i  zaraz  od  niego 

odskoczyła. 

RS

background image

 

105 

– Mam mnóstwo roboty! – wołała, wkładając szorty. –Muszę znieść ze 

strychu łóżeczko, poprać pościel i kocyki, wysterylizować butelki... 

Wybiegła  z  łazienki,  wyliczając,  co  jeszcze  musi  zrobić,  zanim 

przywiozą jej upragnionego dzidziusia. Nawet nie spojrzała na Jacka, który 

siedział w wannie goły jak go Pan Bóg stworzył. 

Jedyne,  o czym mogła myśleć  Alayna, to dziecko, które po południu 

mieli jej przywieźć pracownicy pogotowia opiekuńczego. 

Jedyne zaś, o czym mógł myśleć Jack, to to, że Alayna nie może mieć 

dzieci. 

Myślał  o  tym  także  wtedy,  gdy  przybijał  półeczkę  w  pokoju,  który 

przeznaczyła  dla  niemowlęcia.  Zastanawiał  się,  co  to  znaczy,  że  ona  nie 

może  mieć  dzieci.  Czyżby  używała  jakiegoś  wymyślnego  środka 

antykoncepcyjnego? A może ma jakiś defekt genetyczny? 

Zresztą  czy  to  ważne?  pomyślał.  Najważniejsze,  że  ona  chce  mieć 

dzieci, a ja ich nie chcę. Ani swoich, ani cudzych. 

Spojrzał  w  róg  pokoju,  gdzie  Alayna  mocowała  się  z  ramą  łóżeczka. 

Nawet się nie uczesała i wciąż miała na sobie jego koszulę. 

Jackowi  trudno  było  uwierzyć,  że  kochali  się  nie  dalej  niż  godzinę 

temu. I nie był to zwykły seks. Kochali się jak szaleni. A przecież jeszcze 

niedawno Alayna uważała, że nie jest do czegoś takiego zdolna. 

Właściwie  powinien  być  z  siebie  zadowolony.  Osiągnął  to,  co  sobie 

założył,  dał  Alaynie  prezent,  który  chciał  jej podarować.  Tymczasem  było 

mu bardzo smutno. Coraz smutniej. 

Alayna  podniosła  głowę.  Zorientowała  się,  że  Jack  się  jej  przygląda. 

Uśmiechnęła się do niego. 

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – zapytała. 

RS

background image

 

106 

–  Nie  wiem  –  odparł  i  wzruszył  ramionami.  –  Podoba  mi  się  twoja 

koszula. 

Wyjął  jej  z  ręki  klucz  i  w  dwie  sekundy  przykręcił  śrubę,  z  którą 

Alayna mocowała się od dziesięciu minut. 

– Mam ci ją oddać? – roześmiała się uszczęśliwiona.  

Jack miał wielką ochotę zerwać z niej tę koszulę i kochać się znów do 

utraty tchu. Choćby na podłodze dziecinnego pokoju. Opanował się. 

– Zapomniałaś, że po południu przylatuje bocian? –Schował klucz do 

pudełka z narzędziami. – No to co teraz robimy, szefowo? Pierzemy kocyki 

czy sterylizujemy butelki? 

Jack stał przy oknie dziecinnego pokoju i patrzył na rozgrywające się 

przed  domem  widowisko.  Na  dostawę  od  bociana  oczekiwał  cały  klan 

McCloudów. Alayna sprowadziła wszystkie trzy swoje kuzynki. 

Jack od razu poznał Mandy i Samantę. Merideth nie znał, ale domyślił 

się, że to ona przyjechała sportowym porschem. 

Gwizdnął  cicho,  kiedy  drzwi  samochodu  się  otworzyły  i  ukazała  się 

długa,  kształtna  noga.  Kobieta,  którą  zobaczył  chwilę  później,  była 

skończoną pięknością. 

Dopiero kiedy ją zobaczył, przypomniał sobie, skąd zna to nazwisko. 

Merideth McCloud była sławną na całe Stany gwiazdą filmową. Jack musiał 

przyznać,  że  w  rzeczywistości  była  jeszcze  piękniejsza  niż  na  ekranie 

telewizora. 

Merideth  przebiegła  przez  trawnik,  objęła  ramieniem  Alaynę,  która 

trzymała w ramionach niemowlę. 

Dwie  piękne  kobiety,  pomyślał  Jack.  Ale  ta  Merideth  nie  umywa  się 

nawet do Alayny. 

– Nie rozumiem, o co tyle hałasu. To tylko zwyczajny głupi dzidziuś. 

RS

background image

 

107 

Jack nie miał pojęcia, że Billy znalazł się obok niego. Chłopiec stał na 

lekko rozstawionych nogach, z założonymi rękami. Dokładnie w tej samej 

pozycji co Jack. 

– Nie lubisz małych dzieci? 

– Nie – prychnął Billy. – Ciągle tylko płaczą i sikają. 

– Ty też kiedyś byłeś taki – przypomniał mu Jack. 

–  No.  –  Billy  jeszcze  bardziej  się  nachmurzył.  –  Tylko  że  nikt  koło 

mnie nie skakał. Zresztą wcale mi na tym nie zależało – dodał szybko, żeby 

Jack,  broń  Boże,  nie  pomyślał  sobie,  że  zazdrości  czegoś  temu  małemu 

intruzowi. 

– Nie lubisz, jak cię przytulają i całują? 

– Jasne, że nie. To dobre dla maminsynków. 

– A ja lubię. 

– Naprawdę? – Billy spojrzał na Jacka z niedowierzaniem. 

– A po co miałbym cię oszukiwać? 

– Alayna czasem mnie przytula i całuje – przyznał trochę zawstydzony 

Billy.  –  To  chyba  jest  w  porządku,  co?  Ale  przy  tym  głupim  dzidziusiu 

całkiem o nas zapomni.  

Jack zrozumiał, że chłopczyk się boi. 

– Niemowlę na pewno zajmie jej dużo czasu, ale i o was nie zapomni – 

zapewnił  Billy'ego.  –  Ani  o  tobie,  ani  o  Molly.  Może  nawet  będzie 

potrzebowała waszej pomocy. 

– Nie mam zamiaru zmieniać śmierdzących pieluch. 

– O to raczej cię nie poprosi. – Jack się roześmiał. Poczuł, że Billy się 

do  niego  przysunął.  Stali  teraz  bardzo  blisko  siebie  i  patrzyli,  jak  siostry 

McCloud podają sobie niemowlę z rąk do rąk. Nawet z góry widać było ich 

wniebowzięte, rozradowane miny. 

RS

background image

 

108 

Za  to  Billy  minę  miał  nietęgą.  Jack  przypuszczał,  że  mały  boi  się 

stracić  swój  dopiero  co  uporządkowany  świat.  Nie  chciał  oddać  swojego 

miejsca w życiu jakiemuś obcemu dziecku. 

Postanowił odwrócić uwagę Billy'ego od małego intruza. 

– Zajmowałeś się kiedyś stolarką? – zapytał jak gdyby nigdy nic. 

–  Kiedy  miałem  się  tego  nauczyć?  –  Billy  wzruszył  ramionami.  – 

Dzieci się takimi sprawami nie zajmują. 

– Na naukę nigdy nie jest za wcześnie. 

– Na jaką znowu naukę? – Billy spoglądał na Jacka podejrzliwie. 

– Rzemiosła. Potrzebny mi pomocnik. Oczywiście nie może być byle 

jaki. Potrzebuję silnego pomocnika. 

Żaden chłopiec nie zignorowałby takiej prowokacji. Billy nie był w tej 

sprawie wyjątkiem. Podwinął rękaw, zgiął rękę w łokciu. 

– Zobacz, jakie mam duże muskuły – pochwalił się. 

–  No...  –  Jack  pomacał  maleńkie  zgrubienie  na  ramieniu  Billy'ego. 

Udało  mu  się  nie  uśmiechnąć.  –  Całkiem  nieźle.  Jak  myślisz,  dasz  radę 

podnieść młotek? 

– Jasne! 

– No to idziemy. – Jack klepnął go po plecach. – Musimy stąd szybko 

zmykać, bo jak sobie o nas przypomną, to każą nam zmieniać pieluchy. 

– Tutaj? 

Jack klęknął obok Billy'ego, przytrzymał kratę zamykającą przestrzeń 

pod gankiem. 

– Tutaj – potwierdził. – Po prostu uderz gwóźdź. Zobaczysz, że sam 

wejdzie w drewno. 

Billy  uderzył  w  gwóźdź,  tak  jak  mu  Jack  kazał.  Zamiast  posłusznie 

wejść w drewno, gwóźdź spadł na ziemię. Billy spojrzał na Jacka spode łba. 

RS

background image

 

109 

–  Jeszcze  raz!  –  Jack  podał  chłopcu  nieposłuszny  gwóźdź.  –  Tym 

razem uderz trochę mocniej. 

Billy  westchnął,  ustawił  gwóźdź  we  właściwym  miejscu.  Uderzył 

młotkiem. Nie trafił. 

– Jeszcze raz – polecił Jack. 

Billy uderzył mocniej. Ostrożnie puścił gwóźdź. Uśmiechnął się, gdy 

okazało się, że tym razem mu się udało. 

– Świetnie – pochwalił Jack. – Teraz możesz  go  wbić głębiej. Tylko 

powoli, żebyś nie skrzywił gwoździa. 

Billy wziął młotek w obie ręce, uderzył. Kilka razy udało mu się trafić 

w gwóźdź, ale zdarzyło się także uderzyć w drewno. 

Tych  kilka  zadrapań  na  desce  nie  miało  żadnego  znaczenia. 

Najważniejsze,  że  Billy  miał  zajęcie,  był  uszczęśliwiony  i  zupełnie 

zapomniał  o  niemowlęciu.  O  to  właśnie  Jackowi  chodziło,  kiedy 

proponował chłopcu, żeby mu pomógł. 

– Może być? – zapytał niepewny efektów swej pracy Billy. 

– Sam bym tego lepiej nie zrobił – pochwalił go Jack.  

Chłopiec był dumny jak paw. Wsunął młotek do tylnej kieszeni spodni 

takim  ruchem, jakim  Jack  wsuwał  go  do  przegródki  w  pasie na narzędzia. 

Niestety,  kieszeń  okazała  się  za  płytka  i  młotek  upadł  na  ziemię, 

niebezpiecznie blisko stopy Billy'ego. 

–  Trzeba  ci  będzie  sprawić  pas  na  narzędzia  –  powiedział  Jack, 

podnosząc młotek. 

– Naprawdę? Kiedy? – Billy już nie mógł się doczekać. 

– Jak tylko pojadę do miasta. – Jack umocował młotek w swoim pasie. 

– O rany! Ale będzie fajnie! 

– Jasne, że fajnie! – Jack zmierzwił małemu włosy na głowie. 

RS

background image

 

110 

Jack usłyszał płacz, zanim jeszcze wszedł do domu. Pomyślał sobie, że 

to dziecko ma płuca nie od parady. Wszedł do kuchni. 

Alayna  mieszała  coś  w  rondelku.  Na  lewym  ramieniu  trzymała 

wrzeszczące wniebogłosy niemowlę. Była nie uczesana i miała na sobie ten 

sam  niebieski  szlafrok,  w  którym  Jack  widział  ją  pierwszego  dnia  swego 

pobytu w Domu nad Stawem. 

Usłyszała, że ktoś otwiera drzwi, więc odwróciła się. 

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się do Jacka. 

 Właściwie  nie  był  to  uśmiech.  Przynajmniej  nie  taki  jak  zawsze.  Po 

raz pierwszy, odkąd się poznali, uśmiech Alayny nie wyrażał radości życia. I 

poruszała się inaczej niż zwykle. Była śmiertelnie zmęczona. 

– Dzień dobry – odparł Jack. 

–  Na  śniadanie  będzie  owsianka.  –  Alayna  starała  się  przekrzyczeć 

dziecko. 

–  Może  być  owsianka  –  zgodził  się  Jack,  tak  samo  podniesionym 

głosem. 

Alayna odłożyła łyżkę i podeszła do lodówki. Delikatnie poklepywała 

dziecko po pleckach, ale to w niczym nie pomagało. 

– Czy ty w ogóle dziś spałaś? – zapytał. 

–  Nie.  –  Postawiła  mleko  na  stole  i  usiadła  na  krześle.  Spojrzała  na 

wrzeszczące niemowlę. – Meggie całą noc płakała. 

– Jest chora, czy co? 

Alayna podniosła głowę. Miała podkrążone oczy. Łzy spływały jej po 

policzkach. 

– Pani Lindstrom z pogotowia opiekuńczego powiedziała, że to kolka. 

Dałam Meggie lekarstwo, ale chyba nie pomogło. 

– Daj, ja ją wezmę – zaproponował Jack, podchodząc do Alayny. 

RS

background image

 

111 

Nie  miał  pojęcia,  co  go  napadło,  dlaczego  nagle  zachciało  mu  się 

uczestniczyć w życiu tej kobiety. Wiedział, że będzie tego żałował, ale było 

już za późno, żeby się wycofać. 

– Dzięki. – Alayna była mu szczerze wdzięczna. – Zaraz ją od ciebie 

zabiorę. 

Wstała,  podeszła  do  kuchenki  i  wzięła  rondelek.  Przyniosła  go  do 

stołu. Chodziła, szurając nogami. Jak staruszka. Ziewnęła. 

– Przepraszam – mruknęła. 

– Mnie to nie przeszkadza. – Jack wzruszył ramionami. – Zresztą nie 

ma się czemu dziwić. 

Patrzył, jak nakłada owsiankę do talerzy, jak idzie do zlewu i wstawia 

do niego rondelek. Wszystko to robiła powoli, ociężale, jakby jej kończyny 

ważyły po sto kilogramów każda. 

– Już mogę ją wziąć – powiedziała, podchodząc do Jacka. 

–  Teraz  niech  trochę  powrzeszczy  do  mojego  ucha.  –  Ułożył  sobie 

dziewczynkę na lewym ramieniu, jak najdalej od Alayny. – Zjedz spokojnie 

śniadanie. 

Usiadła  na krześle.  Oparła  się  łokciami  o blat  stołu, podparła  rękami 

głowę. Mieszała owsiankę, ale nie miała siły podnieść łyżki do ust. 

– Nie miałam pojęcia, że dziecko może tak długo płakać. 

– To z pewnością ma płuca nie do zdarcia. 

Alayna  usiłowała  się  uśmiechnąć,  ale  nawet  to  wymagało  zbyt  wiele 

wysiłku.  Patrzyła,  jak  Jack  zajada  owsiankę.  Od  czasu do  czasu delikatnie 

poklepywał Meggie po pleckach. 

– Świetnie ci to idzie. – Alayna była zaskoczona, że Jack tak dobrze 

radzi sobie z niemowlęciem. 

RS

background image

 

112 

Zamarł.  Chwilę  trwało,  zanim  się  pozbierał.  Na  pewno  dobrze  sobie 

radził, bo robił to odruchowo. Nie chciał myśleć o tym, skąd ma te odruchy. 

– Każdy głupi to potrafi – mruknął. 

–  Chodziło  mi  o  to,  że  rzadko  widuje  się  mężczyzn,  którzy  tak 

swobodnie obchodzą się z niemowlęciem. Zwłaszcza płaczącym. 

Jack przestał jeść. Położył sobie Meggie na kolanach. 

Rozcierał  jej  plecki,  poklepując  od  czasu  do  czasu.  Mała  czknęła, 

odetchnęła głęboko i ucichła. 

– Jak tyś to zrobił? – zdziwiła się Alayna. 

Jack  patrzył  na  swoją  dłoń,  na  plecki  Meggie  i  myślał  o  tym,  jak 

kiedyś w taki sam sposób poradził sobie z innym niemowlęciem. 

–  Mój  syn  często  miewał  kolki  –  powiedział  tak  cicho,  że  Alayna 

ledwo go usłyszała. 

– Ty masz syna? 

– Miałem. Zginął w wypadku samochodowym. Pół roku temu. 

Wreszcie  zrozumiała,  dlaczego  oczy  Jacka  były  puste,  dlaczego  tak 

bardzo starał się unikać Billy'ego i Molly. 

– Tak mi przykro – westchnęła. 

Jack wziął dziecko w ramiona, wstał i nie patrząc na Alaynę, podał jej 

małą Meggie. 

–  Wracam  do  pracy  –  oświadczył.  Odwrócił  się  i  szybko  wyszedł  z 

kuchni. 

Alayna  zapięła  pieluszkę,  wciągnęła  różowe  śpioszki  na chude  nóżki 

Meggie. 

– Teraz jesteś suchutka. – Uśmiechnęła się do maleństwa. 

Meggie miała znacznie lepszy humor. Przynajmniej nie płakała. 

Podśpiewując, Alayna podeszła do okna. 

RS

background image

 

113 

Przed otwartymi na oścież wrotami stodoły stały dwa kozły. Na nich 

leżały frontowe drzwi Domu nad Stawem. Jack polerował je szlifierką. Stara 

farba  pryskała  spod  tarczy  na  wszystkie  strony.  Na  chwilę  przerwał  pracę, 

otarł  pot  z  czoła  i  sprawdził,  czy  powierzchnia  drewna  jest  dostatecznie 

gładka. 

Alayna westchnęła. Przypomniała sobie, jak ta sama dłoń głaskała jej 

ciało.  Była  szeroka,  silna,  stwardniała  od  pracy,  a  jednocześnie  delikatna. 

Bardzo delikatna. 

Odeszła  od  okna.  Usiadła  w  bujanym  fotelu,  przytuliła  do  siebie 

Meggie. Myślała o Jacku. 

A  więc  miał  syna,  myślała.  To  wszystko  wyjaśnia.  Pustkę  w  oczach, 

obojętność, niechęć do Billy'ego i Molly. Teraz rozumiem, dlaczego wtedy 

w chatce zapytał mnie, jak mogę pozwolić na to, żeby zabrano mi dzieci. 

Już wiedziała, że nie pytał z ciekawości, tylko z potrzeby serca. On nie 

mógł się pogodzić z utratą syna i chciał wiedzieć, jak inni sobie z tym radzą. 

Alayna uśmiechnęła się do niemowlęcia. Meggie wpatrywała się w nią 

błękitnymi jak wiosenne niebo oczkami. Alayna dotknęła opuszkiem palca 

kącika  ust  maleństwa.  Dziewczynka  odwróciła  główkę  w  stronę  palca, 

rozchyliła usteczka jak pisklę oczekujące na kolejną muchę. 

– A ty nikogo nie obchodzisz, nikogo serce nie boli z twojego powodu, 

– Pokręciła głową i westchnęła. – Tego naprawdę nie potrafię zrozumieć. 

Wzięła ze stolika butelkę i podała ją Meggie. Dziecko przyssało się do 

smoczka, jakby od dwóch dni nic nie jadło. 

Alayna  kołysała  się  w  fotelu,  patrzyła  na  Meggie  i  myślała  o 

niesprawiedliwości  tego  świata.  Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  tak  głupio  go 

urządzono.  Dlaczego  ludzie,  którzy  nie  chcą  mieć  dzieci,  mnożą  się  jak 

RS

background image

 

114 

króliki, a ci, którzy oddaliby wszystko, żeby mieć choć jedno dziecko, mieć 

ich nie mogą? 

– Dlaczego? – westchnęła. – Dlaczego na to pozwalasz, dobry Boże? 

Nie  otrzymała  odpowiedzi,  ale  też  nie  spodziewała  się,  że  ktoś  jej 

odpowie. 

Znów pomyślała o Jacku. Dostrzegła pewne podobieństwo jego losów 

do swojej sytuacji. Jack miał syna i go stracił. Alayna nigdy nie miała dzieci, 

ale  czuła  się  tak,  jakby  pochowała  kilkoro.  Jack  stracił  kawałek  serca  na 

jakiejś szosie. Ona – w gabinecie lekarza, który bez ogródek powiedział jej, 

że jest bezpłodna. 

Jednak Alayna znalazła sposób na podarowanie dziecku miłości, Jack 

natomiast zamknął swoje serce na kłódkę i nie chciał już niczego czuć. 

Nie, nie, to nieprawda, pomyślała. Może tak było, kiedy tu przyjechał, 

ale  teraz  wszystko  się  zmieniło.  Widziałam  uczucie  w  jego  oczach,  gdy 

oddawał Molly misia i kiedy ona go pocałowała. A jak wspaniale radzi sobie 

z  Billym!  Rodzony  ojciec  nie  mógłby  być  lepszym  wzorem  dla  tego 

chłopca. I ma tyle cierpliwości. A przecież twierdził, że go nie lubi. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Alayna  poczuła,  że  jej  techniki  pomagania 

ludziom  w  trudnych  sytuacjach  na  nic  się  tu  nie  zdadzą.  Billy,  Molly,  a 

nawet mała Meggie pomogli Jackowi wrócić do życia. Bez trudu dokonali 

tego, w co najlepszy psycholog musiałby włożyć kilka lat pracy. 

Billy pomagał Jackowi osadzić drzwi we framudze. Jack osadził je na 

zawiasach i stukał młotkiem, żeby zawiasy dokładnie się dopasowały. Billy 

miał tylko trzymać drzwi. Ale trzymać mocno takie ciężkie drzwi, chociaż 

już  wsparte  na  zawiasach,  to  także  ciężka  praca.  Zwłaszcza  dla  małego, 

chudego chłopczyka. 

– Całkiem nieźle sobie radzisz – pochwalił go Jack. 

RS

background image

 

115 

–  Tobie  to  wszystko  lepiej  wychodzi!  –  Chłopiec  spuścił  nos  na 

kwintę.  –  Wystarczy  że  raz  uderzysz  gwóźdź,  a  ja  muszę  zrobić  to  co 

najmniej cztery razy. 

–  Ale  ja  jestem  większy.  I  mam  większą  wprawę.  Billy  się 

rozchmurzył. 

– No to co teraz robimy? – zapytał. 

– Sprawdzimy, czy umiesz malować. 

– Pewnie, że umiem – pochwalił się Billy. – W szkole bez przerwy coś 

malujemy. 

– Wobec tego nie będę ci musiał tłumaczyć, na czym to polega. 

– A co będziemy malować? – dopytywał się Billy, podskakując wokół 

Jacka jak piłeczka. 

– Altankę. 

– Altankę? Tę, która jest nad stawem? 

– A co? Nie masz ochoty? 

– Jasne, że mam. Ścigamy się?  

Wystartował, zanim Jack zdążył się odezwać. 

Jack  zawahał  się  tylko  na ułamek  sekundy.  Dogonił  Billy'ego,  złapał 

go, wsadził sobie pod pachę i dalej biegł. 

Billy piszczał, śmiał się, wierzgał nogami. Był w siódmym niebie. 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

116 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Strasznie gorąco. 

– Gorąco – zgodził się Jack. Zanurzył pędzel w farbie, wyprostował się 

i zabrał do malowanie następnej kolumny. 

– Założę się, że w wodzie jest chłodniej. 

Jack zerknął na Billy'ego. Chłopiec patrzył pożądliwie na wodę. Farba 

z pędzla kapała na trawę. 

– Na pewno. – Jack uśmiechnął się pod nosem. – Jak chcesz, możesz 

sobie zrobić przerwę. Zasłużyłeś na odpoczynek. 

– Mogę popływać? – Oczy chłopca rozbłysły. 

– A umiesz? 

– Jasne. – Billy pokazał w uśmiechu wszystkie zęby. 

– No to leć. Tylko nie w ubraniu. Żebyś potem miał się w co przebrać. 

Zanim skończył mówić, Billy już siedział na trawie. Zdejmował buty i 

skarpety w takim pośpiechu, jakby od tego zależało jego życie. Koszulkę i 

spodnie zdjął w biegu. W samych majteczkach pognał na pomost. 

Jack śmiał się, patrząc, jak bardzo chłopiec się spieszy. 

– Zobacz! – wołał Billy. 

Stał na skraju pomostu i machał ręką. Jack też mu pomachał. 

Chłopiec wziął głęboki oddech, złapał się za nos i wskoczył do wody. 

Plasnął  brzuchem  w  jej  taflę.  Z  całą  pewnością  nie  był  to  najpiękniejszy 

skok. 

Jack pokręcił głową. Przypomniał sobie, jak razem z bratem urządzali 

sobie  zawody  w  skakaniu  z  chlapaniem.  Chodziło  o  to,  kto  bardziej 

nachlapie.  Zwykle  wygrywał  Travis.  Był  potężniejszy  i  bardziej  odważny. 

Pływał jak ryba, polował jak tygrys i miał stalowe nerwy. 

RS

background image

 

117 

Ciekawe,  jak  sobie  radzi  z  naszą  firmą,  pomyślał  Jack.  Nie 

powinienem był zostawiać go samego. 

Zaraz jednak przestał o tym myśleć. Popatrzył na staw. Fale zamilkły i 

tafla wody znów była gładka jak lustro. 

Jack  pomyślał,  że  Billy  powinien  już  wypłynąć  na  powierzchnię. 

Zrobił krok w stronę brzegu, potem następny. Za chwilę biegł jak szalony. 

W biegu zdarł z siebie koszulę, zrzucił buty. Skoczył w to samo miejsce, w 

którym zniknął Billy. Zanurkował. Niewiele widział w mulistej wodzie. 

Zaczynało  mu  brakować  powietrza.  Musiał  natychmiast  znaleźć 

chłopca. Poczuł, że coś otarło się o jego nogę. Zrobił gwałtowny zwrot. To 

był Billy! 

Jack chwycił chłopca, odbił się od dna i wypłynął na powierzchnię. 

Billy był blady jak śmierć, oczy miał zamknięte, z ust ciekła mu woda. 

– Nie waż mi się umierać, Billy – groził chłopcu, bo sam panicznie się 

bał. – Tylko nie umieraj! 

Jack  siedział  przy  łóżku.  Wpatrywał  się  w  monitor,  do  którego 

podłączono  śpiącego  chłopczyka.  Alayna  nie  rozumiała,  jak  on  może 

wytrzymać tyle godzin. Przesiedział przy Billym całą noc. 

– Jack – powiedziała cicho. 

Nawet się nie poruszył, więc do niego podeszła. Położyła mu dłoń na 

ramieniu. 

– Jack – powtórzyła. 

Wreszcie się odwrócił. Spojrzał na nią niezbyt przytomnie. Wstał. 

– Rozmawiałaś z lekarzem? – zapytał. 

–  Rozmawiałam.  –  Serce  jej  się  ścisnęło  na  widok  jego  zmęczonej 

twarzy. – Wydobrzeje. Badanie nie wykazało żadnych zmian w mózgu. 

Jack opuścił głowę. Westchnął z ulgą. 

RS

background image

 

118 

– Bogu niech będą dzięki – mruknął. 

– Może byś poszedł do domu i trochę się przespał. Ja zostanę z Billym. 

–  Nie  ma  mowy!  –  Znów  usiadł  na krześle.  Jak  wartownik,  któremu 

pod żadnym pozorem nie wolno opuścić posterunku. 

– Ale... 

–  Nie!  –  Nie  dał jej dojść  do słowa.  – Chcę przy  nim  być, kiedy  się 

obudzi. 

Alayna mogłaby się z nim sprzeczać, prosić, żeby jednak poszedł do 

domu, ale wiedziała, że to nic nie da. Jack nie odejdzie od Billy'ego, dopóki 

chłopiec się nie obudzi i on sam mu nie powie, że na pewno wyzdrowieje. 

Uważał, że to  on jest winien, bo odpowiada za wypadek i nikt ani nic nie 

zdołałoby go przekonać, że jest inaczej. 

Mogła  jedynie  spróbować  go  pocieszyć.  Ostrożnie  dotknęła  ramienia 

Jacka. Zadrżał. Nakrył dłoń Alayny swoją potężną ręką. 

– Gdyby coś mu się stało... Gdyby on... Ja... 

W  jego  głosie  było  tyle  bezdennej  rozpaczy,  że  Alaynie  chciało  się 

płakać. Nie miała zamiaru dopuścić do tego, żeby powiedział to, co chciał 

powiedzieć. Objęła go za szyję, przytuliła się do jego pleców. 

– To nie twoja wina, Jack. 

– Nie powinienem był mu pozwolić na kąpiel w stawie. 

– Przecież nie wiedziałeś, że Billy nie umie pływać. 

– Ale... 

Alayna przykucnęła przy nim, wzięła go za rękę. 

–  Nie  chodzi  tylko  o  Billy'ego,  prawda?  –  zapytała.  Jack  skulił  się, 

jakby dostał cios w żołądek. 

– Mam rację? – Mocniej ścisnęła jego dłoń. – To ma jakiś związek z 

twoim synem? 

RS

background image

 

119 

Jack wyszarpnął rękę z uścisku Alayny i zerwał się z krzesła. 

– Tylko mi nie próbuj grzebać w głowie, doktorku –ostrzegł, patrząc 

na nią z góry. – Tam nie ma nic ciekawego. 

–  Jack.  –  Alayna  wstała,  wyciągnęła  do  niego  rękę.  Cofnął  się, 

podniósł ręce do góry, chcąc uniknąć jej dotknięcia. Odwrócił się na pięcie i 

szybko podszedł do okna. 

Alayna  patrzyła  na  jego  pochylone  plecy.  Tak  bardzo  chciała  mu 

pomóc. Albo przynajmniej go pocieszyć. Ale jak miała to zrobić, skoro on 

nie chciał ani pomocy, ani pociechy? 

– To był mój tydzień opieki nad Joshem. 

Alayna  własnym  uszom  nie  wierzyła.  Nie  spodziewała  się,  że  się  do 

niej odezwie. Bała się poruszyć, żeby go nie spłoszyć. 

–  Dopiero  co  skończył  cztery  lata.  Razem  z  matką  wybierali  się  za 

miasto. Miałem go odwieźć do jej domu w piątek po południu. Kiedy tam 

jechaliśmy,  dostałem  wiadomość  z  biura.  Akurat  byliśmy  niedaleko,  więc 

pomyślałem sobie, że  wpadnę tam i sprawdzę, o co chodzi. Josh uwielbiał 

chodzić ze mną do biura. 

W szybie odbijała się twarz Jacka. Uśmiechał się. 

–  Zasiadał  przy  mojej  desce  kreślarskiej  i  rysował.  Bardzo  lubił 

budować  zamki  z  cegieł.  –  Jack  oparł  dłonie  o  szybę.  –  Poprosiłem 

sekretarkę, żeby zadzwoniła do Susie i uprzedziła ją, że się spóźnimy. Susie 

dostała szału. W kilka minut przyjechała do mojego biura. Wrzeszczała na 

mnie, krzyczała, że jestem złym ojcem i że byłem jeszcze gorszym mężem, 

a  mój  obecny  postępek  jest  najlepszym  dowodem  na  to,  ze  nie  można  na 

mnie polegać w żadnej sprawie. 

Zamilkł na chwilę. Alayna myślała, że już nic więcej nie powie, ale się 

pomyliła. 

RS

background image

 

120 

–  Josh  się  rozpłakał  –  ciągnął  Jack.  –  Zawsze  płakał,  kiedyśmy  się 

kłócili.  Ale  tym  razem  jego  łzy  wprawiły  Susie  w  jeszcze  większą  złość. 

Złapała go za rękę i wyprowadziła z biura. Wtedy po raz ostatni widziałem 

swojego syna żywego. W niecałą godzinę później oboje zginęli w wypadku 

samochodowym. 

– To nie była twoja wina, Jack. 

–  Wiem.  –  Wciąż  patrzył  w  okno.  –  To  znaczy  rozumem.  Ale  serce 

mówi  mi  co  innego.  Gdybym  nie  pojechał  do  biura,  tylko  zawiózł  Josha 

prosto  do  matki,  to  może  wszystko  potoczyłoby  się  inaczej.  Może  nie 

byłoby  ich  na  drodze  akurat  wtedy,  kiedy  kierowca  osiemnastokołowej 

ciężarówki stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w samochód Susie. 

Alayna była doświadczonym psychologiem. Wielokrotnie udało jej się 

pomóc  cierpiącym  psychiczne  męki  ludziom.  Powinna  bez  trudu  znaleźć 

słowa pocieszenia. Tym razem jednak nie zdołała nic wymyślić. 

Wiedziała, dlaczego. Kochała Jacka. Nie miała pojęcia, jak to się stało 

i  kiedy  jej  sympatia dla niego  przerodziła  się  w  miłość.  Tak  się  po  prostu 

stało i już. Kochała go, więc przestała być obiektywna. Dlatego nie umiała 

zaproponować mu nic innego, jak tylko pocieszenie. 

Zresztą wydawało się, że Jack nawet tego od niej nie przyjmie. 

Podeszła  do  niego.  Zauważył  to,  bo  się  odsunął.  Nie  chciał,  żeby  go 

dotykała. 

–  Wracaj  do  domu  –  powiedział,  nie  odrywając  wzroku  od  okna.  – 

Molly i Meggie cię potrzebują. Ja zostanę z Billym. Daję ci słowo honoru, 

że tym razem naprawdę nic mu się nie stanie. 

Alaynie łzy zakręciły się w oczach. 

Kocham cię, Jack, pomyślała. Wszyscy cię kochamy. 

Nie odważyła się powiedzieć tego głośno. 

RS

background image

 

121 

– Jack? 

Natychmiast się obudził. 

Billy leżał w łóżku. Oczy miał szeroko otwarte. Monitor, który w nocy 

bez przerwy  wydawał jakieś dźwięki, teraz milczał jak zaklęty.  Widocznie 

pielęgniarka go wyłączyła. 

Jack nie mógł sobie wybaczyć, że zasnął, zamiast pilnować Billy'ego. 

– Wszystko w porządku – powiedział, podchodząc do łóżka. Odgarnął 

Billy'emu włosy z czoła. – Nic się nie bój. Wyzdrowiejesz. 

– Bardzo jesteś na mnie zły? – Chłopiec był bliski płaczu.  

Jackowi  serce  omal  nie  pękło.  Usiadł  na  łóżku  i  przytulił  małego  do 

siebie. 

– Wcale nie jestem na ciebie zły, synku. 

–  Ale  ja  cię  okłamałem.  Powiedziałem,  że  umiem  pływać,  a  nie 

umiem. 

– Poszedłeś na dno jak kamień. – Jack się roześmiał. Był szczęśliwy, 

że  chłopiec  doszedł  do  siebie.  Przynajmniej  to  jedno  nie  ulegało 

wątpliwości. Bardziej się martwił o to, że skłamał, niż o własne zdrowie. 

–  Wiem!  –  Billy  przytulił  się  do  Jacka.  –  Bardzo  się  bałem. 

Próbowałem jakoś wrócić na powierzchnię, ale tam było ciemno. Chyba się 

zgubiłem. 

– Pewnie tak. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. 

Drzwi się otworzyły i do sali weszła Alayna. Uśmiechnęła się, widząc 

Billy'ego w objęciach Jacka. 

– Obudziłeś się wreszcie – powiedziała czule. 

– No. – Billy był bardzo zakłopotany. 

–  Ktoś  chciał  się  z  tobą  zobaczyć.  –  Alayna  odsunęła  się  i  zza  jej 

spódnicy wynurzyła się wystraszona Molly ze swoim nieodłącznym misiem. 

RS

background image

 

122 

–  Wszystko  w  porządku,  Molly  –  zapewnił  ją  Billy  pełnym  powagi 

głosem. – Nie bój się. Nie umarłem. W ogóle nic mi się nie stało. 

Molly podbiegła do łóżka, wdrapała się na nie i usiadła obok Billy'ego. 

– Ja już się wcale nie boję – szepnęła mu do ucha. – Ani trochę! Weź 

misia. – Podała mu zabawkę. – Nie będziesz się niczego bał w tym szpitalu. 

Jack  bardzo  się  wzruszył.  Nie  wiedział,  czy  dlatego,  że  Molly  znów 

chciała  obdarować  potrzebującego  swym  bezcennym  misiem,  czy  może 

dlatego, że przestała się bać. 

Alayna  także  miała  oczy  pełne  łez.  Stała  przy  łóżku  i  patrzyła  na  tę 

swoją pozbieraną po całym świecie rodzinę. 

Jack  nie  należał  do  tej  rodziny.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  nie 

chciał. Puścił Billy'ego i wstał. 

– Pojadę do domu – oznajmił. – Mam jeszcze sporo pracy. 

– Nie idź! – zawołał Billy. 

– Teraz Alayna z tobą zostanie. – Jack szybko pocałował go w czoło. – 

Zadzwoń po mnie, gdybyś czegoś potrzebowała – powiedział, przechodząc 

obok Alayny. 

Pracował  jak  szalony.  Ledwie  skończył  jedną  robotę,  już  się  brał  do 

następnej. Miał do spełnienia zadanie – musiał wyremontować dom i uciec z 

Rancza Złamanego Serca tak daleko, jak to tylko możliwe. 

W  ogóle  nie  powinienem  się  był  podejmować  tej  roboty,  myślał, 

układając podłogę w łazience. Nie należało nigdzie zbaczać, tylko trzymać 

się białej linii na drodze. 

Odbijał  deski  z  kominka  i  przeklinał  własną  głupotę.  A  kiedy 

zeskrobywał z okien starą farbę, modlił się, by udało mu się zdążyć, zanim 

znów zmieni postanowienie. 

RS

background image

 

123 

Bo przecież od początku postanowił sobie, że nie przywiąże się ani do 

Alayny, ani do dzieci. A jednak udało im się niepostrzeżenie zawładnąć jego 

sercem. 

Sądził,  że  umarł  razem  ze  swoim  synem  na  tamtej  szosie  ponad  pół 

roku  temu.  Na  pewno  umarło  wtedy  jego  serce.  Przynajmniej  tak  się 

Jackowi  zdawało.  Teraz  okazało  się,  że  serce  też  jeszcze  bije.  Wciąż 

potrafiło odczuwać ból i kochać. 

Jack nie pragnął nikogo kochać. Nie chciał już nigdy więcej odczuwać 

bólu. I nie mógł pozwolić na to, żeby ktoś cierpiał z jego powodu. 

W nocy, gdy Alayna i dzieci mocno spali, Jack wykradał się z chatki, 

szedł  do  stodoły  i  doprowadzał  do  porządku  stary  stół.  Chciał  podarować 

Alaynie ten stół, który tak wiele dla niej znaczył. 

Nic  innego  dać  jej  nie  mógł.  Po  prostu  dlatego,  że  nic  innego  nie 

posiadał. 

– Wyjeżdża. 

– Kto? Jack? – spytała Mandy, spoglądając na Alaynę. Skinęła głową. 

Mandy położyła sobie Meggie na ramieniu i podeszła do Alayny. 

Przez  okno  kuchni  było  widać,  jak  Jack  wrzuca  jakieś  graty  na 

skrzynię swojej furgonetki. 

– Moim zdaniem, on się nie pakuje, tylko robi porządki – powiedziała 

Mandy. 

– Właśnie o to mi chodzi. – Alayna odwróciła się od okna. Nie miała 

siły  patrzeć  na  Jacka.  –  Pracuje  bez  przerwy  od  świtu  do  nocy.  Nawet  na 

obiady przestał przychodzić. 

– Powiedział ci, że wyjeżdża? 

– Nic nie mówił. Ale ja czuję, że chce wyjechać. 

RS

background image

 

124 

–  To  dorosły  mężczyzna  i  może  zrobić,  co  zechce.  Gdyby  chciał 

wyjechać, to już by go tu nie było. 

– Nie znasz go. – Alayna energicznie pokręciła głową. 

–  Kiedy  zaczynał  pracę,  obiecał  mi,  że  nie  wyjedzie,  dopóki  nie 

skończy remontu. Dlatego właśnie tak ciężko pracuje. Chce jak najszybciej 

skończyć, żeby wreszcie móc wyjechać. 

Do kuchni weszła Merideth. 

– Niech teraz ktoś inny zajmie się Billym – powiedziała. 

Opadła  na  krzesło  jak  zmęczona  życiem  staruszka.  –  Ja  jestem 

wykończona! 

– Ja pójdę – zaofiarowała się Alayna. 

– Ty zostaniesz – zatrzymała ją Mandy. – Włączę Billy'emu jakiś film 

na wideo, położę Meggie do łóżeczka i zaraz wracam. Musimy się naradzić. 

A  ty  –  zwróciła  się  do  Merideth –  przygotujesz  nam dzbanek  margarity.  I 

zadzwońcie po Sam. Ona czasami miewa całkiem niezłe pomysły. 

Jack wśliznął się do domu. Słyszał dolatujące z kuchni głosy. 

A  więc  kobiety  nadal  tam  urzędowały.  Trochę  późno  jak  na  zwykłe 

plotki.  Zegar  w  holu  wskazywał  dziesiątą.  Zwykle  o  tej  porze  Alayna  już 

była w łóżku. 

Właściwie co mnie to obchodzi, pomyślał, wzruszywszy ramionami. 

Podziwiał  McCloudówny  za  to,  że  tak  ofiarnie  sobie  nawzajem 

pomagały.  Kiedy  Billy  był  w  szpitalu,  wszystkie  trzy  kuzynki  na  zmianę 

zajmowały się Molly i Meggie. Alayna mogła spokojnie zostać przy Billym. 

Teraz  codziennie  przyjeżdżały,  żeby  w  czymś  pomóc.  A  kiedy  taki  żywy 

chłopiec jak Billy przez cały tydzień nie może wstawać z łóżka, to i cztery 

dorosłe osoby nie mają za dużo pracy. 

RS

background image

 

125 

Jack  cichutko  wszedł  na  górę.  Rano  miał  wyjechać,  ale  najpierw 

musiał się pożegnać z dziećmi. 

Zaczął  od  Meggie.  Wszedł  do  tego  samego  pokoju,  który  jeszcze 

niedawno  urządzał  razem  z  Alayną.  Pochylił  się  nad  łóżeczkiem,  położył 

dłoń  na  chudych  pleckach  Meggie.  Czuł  pod  palcami  bicie  maleńkiego 

serduszka. 

Dziewczynka poruszyła się i przekręciła lekko główkę. 

W  świetle  nocnej  lampki  zobaczył  jej  drobną  twarzyczkę.  Delikatnie 

pocałował różowy policzek. 

– Do widzenia, Meggie – szepnął. – Śpij dobrze i duża rośnij. 

Z  worka,  który  ze  sobą  przyniósł,  wyjął  drewnianego  pajacyka. 

Posadził go na stoliku i szybko wyszedł z pokoju. 

Molly  spała  na  boku,  z  bródką  opartą  na  ukochanym  misiu.  Jack 

pogłaskał ją po policzku. 

Śliczna dziewczynka, pomyślał. I taka dzielna. Tyle nocy przesiedziała 

samotnie.  Za  jedynego  towarzysza  i  opiekuna  miała  tylko  tego  biednego 

misia. 

Przypomniał  sobie,  jak  Molly  przysłała  mu  tego  swojego  obrońcę, 

żeby  i  jego  bronił  w  trudnych  chwilach.  I  przypomniał  sobie,  jak  go 

pocałowała, kiedy rano oddał jej misia. Przypomniał sobie, jak się do niego 

przytuliła, jak chudymi łapkami objęła go za szyję. 

Wyjął  z  worka  wysokie  krzesełko  dla  misia,  takie  samo,  w  jakich 

sadza się niemowlęta. Postawił je obok łóżka Molly. 

–  Żebyś  zawsze  była  bezpieczna  –  szepnął,  całując  jasną  główkę 

dziewczynki. – Żebyś już nigdy nie musiała się bać. 

RS

background image

 

126 

Szybko  odwrócił  się  i  wyszedł  z  pokoju.  Bał  się,  że  jeśli  jeszcze  raz 

spojrzy na śpiącą Molly, to się rozpłacze. A przecież obiecał sobie, że nie 

będzie płakał. 

Zatrzymał  się  przed  drzwiami  pokoju  Billy'ego.  Wiedział,  że  to 

pożegnanie będzie dla niego najtrudniejsze. 

Ostrożnie otworzył drzwi, na palcach wszedł do pokoju i pochylił się 

nad łóżkiem. 

Billy zerwał się jak oparzony. Zderzyli się głowami. 

– O rany! – Jack masował obite czoło. – Z czego ty masz tę głowę? Z 

kamienia? 

– Nie z kamienia, tylko z rozumu – odparł z godnością Billy. 

Jack się roześmiał. Usiadł obok Billy'ego na łóżku. 

– Dlaczego nie śpisz? – zapytał. 

– Ja nigdy nie śpię. No, prawie nigdy – poprawił się zaraz. 

Zauważył worek, który Jack miał ze sobą. Wychylił się z łóżka. 

– Co tam masz? – zapytał. 

– Coś, co kupiłem w mieście. 

– Dla mnie? – zapytał z nadzieją w głosie Billy.  

Wychylił  się  jeszcze  bardziej.  Byłby  spadł,  ale  Jack  złapał  go  za 

kołnierz piżamy i wciągnął z powrotem na łóżko. 

– Jasne, że dla ciebie. 

– A co to? 

– Sam zobacz. – Jack podał chłopcu worek. 

– O rany! – jęknął Billy, wetknąwszy głowę do worka. 

– Ekstra! 

Wyjął  z  worka  głowę  i  zaraz  wsadził  tam  rękę.  Wyciągnął  prezent, 

który podniósł do góry. 

RS

background image

 

127 

– Prawdziwy pas z narzędziami! – Aż dech mu zaparło z wrażenia. – 

To naprawdę dla mnie? 

Jack  skinął  głową.  Bał  się,  że  nie  zapanuje  nad  głosem.  Nie  chciał, 

żeby Billy wiedział, jaki jest wzruszony. 

–  Ekstra!  –  Billy  stanął  na  łóżku,  owinął  sobie  pas  wokół  bioder. 

Uśmiechnął się od ucha do ucha. – Dzięki, Jack. 

– Wyciągnął do niego rękę. 

Jack przybił piątkę. 

– A teraz kładź się, bo jak Alayna nas przyłapie, to obedrze każdego ze 

skóry. I mnie, i ciebie. 

– Nie będzie się wściekać – zapewnił Billy, ale na wszelki wypadek się 

położył. Oczywiście ani myślał zdejmować z siebie pasa. – Umówiliśmy się, 

że  mogę  nie  spać,  pod  warunkiem,  że  nie  wyjdę  z  łóżka.  A  ja  przecież 

jestem w łóżku, no nie? 

– Ale ja nie jestem, więc pewnie tylko mnie obedrze ze skóry. – Jack 

się roześmiał. 

Zwichrzył Billy'emu i tak już potarganą czuprynę, przykrył go kocem. 

Zgasił nocną lampkę i już miał wyjść, ale Billy go zatrzymał. 

– Jack? 

– Tak? 

– Czy ty wyjeżdżasz? 

– Tak, Billy. Wyjeżdżam. 

– Dlaczego? 

– Skończyłem robotę. – Jack wzruszył ramionami. 

– Alayna na pewno pozwoliłaby ci zostać. Musisz ją tylko poprosić. 

– Wiem, ale na mnie już czas. Muszę jechać. 

– Wrócisz kiedyś do nas? 

RS

background image

 

128 

Jackowi zdawało się, że chłopiec powstrzymuje łzy. 

– Nie wiem, Billy. 

– Już nas nie lubisz? 

To było trudne pytanie. A jeszcze trudniej było na nie odpowiedzieć. 

– Lubię, ale... Po prostu przyszła pora, żebym wyjechał.  

Jack pochylił się nad chłopcem i wyciągnął rękę. Billy też wyciągnął 

dłoń,  ale  tym  razem  nie  przybił  piątki.  Wyskoczył  z  łóżka  jak  sprężynka, 

zarzucił Jackowi ręce na szyję i mocno się do niego przytulił. 

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżał – szlochał. – Chcę, żebyś został z nami. 

Jack omal się nie rozpłakał. Mocno tulił do siebie Billy'ego. Bał się, że 

tym razem serce naprawdę mu pęknie. 

Ostrożnie  położył  chłopczyka  z  powrotem  do  łóżka,  zdjął  z  szyi 

czepiające się go ręce. Pogłaskał Billy'ego po głowie. 

– Przykro mi, ale nie mogę zostać, synku – szepnął. – Naprawdę nie 

mogę. 

Odwrócił się, podszedł do drzwi. Zatrzymał się z ręką na klamce. 

– Tylko uważaj na siebie – przykazał. 

– Tak jest – chlipnął Billy. 

– I opiekuj się Alayną i dziewczynkami. Dobrze? 

– Dobrze. 

– Cześć, Billy – szepnął Jack, wychodząc z pokoju. 

– Cześć, Jack – odpowiedział również szeptem chłopczyk. 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

129 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Jack  otworzył  oczy.  Nie  wiedział,  co  go  obudziło.  Po  chwili 

zorientował się, że nie jest sam. Ktoś wszedł do chatki. 

Nasłuchiwał. Zastanawiał się, czy zdąży wyciągnąć spod łóżka butelkę 

whisky. Mógł jej użyć jako maczugi. 

Za plecami usłyszał ciche kroki. Przeklął  w myślach swój idiotyczny 

zwyczaj  spania  plecami  do  drzwi.  Teraz  już  wiedział  na  pewno,  że  gdyby 

przyszło  do  walki,  będzie  musiał  polegać  na  własnych  rękach.  Było  za 

późno, żeby sięgnąć po butelkę. 

Poczuł,  że  materac  się  ugina.  Odwrócił  się  z  wrzaskiem.  Zwinięta 

pięść  gotowa  była  do  ciosu.  Udało  mu  się  zatrzymać  pięść  centymetr  od 

zarysu aż nadto znajomej twarzy. 

– Alayna? 

– T...tak – wyjąkała zaskoczona tym niespodziewanym powitaniem. – 

To ja. 

– Co ci przyszło do głowy, żeby tak się podkradać do śpiącego faceta? 

– burknął Jack, opuszczając pięść. – Przecież mogłem ci złamać nos. 

–  Ale  nie  złamałeś  –  zauważyła  i  wsunęła  się  pod  koc.  Wpadająca 

przez  okno  poświata  księżyca  pozwoliła  mu  zobaczyć  jej  twarz. 

Niedokładnie, ale zauważył, że się uśmiechnęła. 

– Co ty wyprawiasz? – zapytał. 

–  Mam  zamiar  cię  uwieść.  –  Przysunęła  się  bliżej.  Położyła  dłoń  na 

nagim udzie Jacka. 

– Upiłaś się? – Jack odsunął się od niej. 

Alayna się roześmiała. Usiadła, odrzuciła włosy na plecy. 

– Jeszcze niedawno ja ciebie o to pytałam. 

RS

background image

 

130 

– Pamiętam – mruknął. – Ale ja wtedy nie byłem pijany. 

– Ja teraz też nie jestem pijana. 

– Na pewno? – Przyglądał jej się uważnie. W słabym blasku księżyca 

niewiele mógł dojrzeć. 

– Na pewno. Wypiłam tylko dwie margarity. 

–  Dwie  margarity...  –  Jack  pokiwał  głową.  –  Teraz  już  wiem,  coście 

robiły w kuchni niemal do północy. Piłyście margaritę. 

– I rozmawiałyśmy. 

– Już pojechały? 

– Merideth i Mandy pojechały, ale Sam została. 

– W Domu nad Stawem? 

– No. 

– Dlaczego? 

– Bo wyciągnęła najkrótszą słomkę. 

– Nie o to mi chodzi. – Jack westchnął. – Po co Sam została w twoim 

domu? 

– Przecież nie mogłam zostawić dzieci samych. 

Jack poczuł się, jakby skierowano na niego światła reflektorów, a na 

widowni siedziały trzy kobiety bardzo ciekawe tego, jak on się spisze. 

– Twoje kuzynki wiedzą, że przyszłaś mnie uwieść? 

 Miał nadzieję, że może  źle ją zrozumiał. Jeszcze bardziej się bał, że 

zrozumiał ją aż za dobrze. 

– To ich pomysł. – Alayna wzruszyła ramionami. 

Jack jęknął. Ukrył twarz w dłoniach. To było znacznie gorsze, niż się 

spodziewał. 

– Nie podoba ci się ten pomysł? – zdziwiła się Alayna. – Mnie się od 

razu spodobał. 

RS

background image

 

131 

– Ciekawe, co ci się w nim tak bardzo spodobało. 

 Alayna  wyskoczyła  z  łóżka,  rozłożyła  ręce  i  zakręciła  się  jak 

baletnica. 

– Jak to: co? Przecież nie mogłam cię zaprosić do siebie. W domu jest 

troje niewinnych dzieci, a dwoje z nich potrafi chodzić. A nawet biegać i w 

ogóle... – Zatrzymała się, machnęła ręką. – No, a samych też nie mogłam ich 

zostawić. To było idealne rozwiązanie. 

Jack pożałował, że nie została w łóżku. Gdyby nadal tam była, może 

by  nie  zauważył,  że  znów  ma  na  sobie  ten  niebieski  szlafrok,  który  tak 

doskonale  pasuje  do  koloru  jej  oczu.  Ten  sam,  w  którym  widział  ją 

pierwszego  dnia.  I  na  pewno  nie  zobaczyłby  w  rozchylonych  połach 

szlafroka jej długich nóg. 

Alayna  stała  na  środku  pokoju,  a  blask  księżyca  padał  wprost  na 

dekolt. Dokładnie widać było jej ponętny biust. Miała łzy w oczach. 

– Chciałam się z tobą kochać, zanim wyjedziesz, tylko nie wiedziałam, 

jak to zrobić i... 

–  Jak  to:  zanim  wyjadę?  –  przerwał  jej  Jack.  –  Wiedziałaś,  że 

wyjeżdżam? 

Alayna skinęła głową. 

– Miałem ci to powiedzieć rano – westchnął. 

– Nie musisz mi niczego tłumaczyć. Ja... 

– Chodź! – Znacząco poklepał swój materac. 

Z ociąganiem zbliżyła się do łóżka. Jack wyciągnął ręce i posadził ją 

obok siebie. 

–  Właśnie  że  powinienem  się  wytłumaczyć  –  mówił.  –Już  wcześniej 

powinienem  był  ci  to  powiedzieć,  ale  jakoś  nie  mogłem.  Muszę  jechać, 

Alayno. Najwyższy czas. 

RS

background image

 

132 

– Wiem – szepnęła. 

–  Nie  sądzę.  –  Jack  gorączkowo  szukał  właściwych  słów.  –  Nie 

chciałem  się  w  nic  angażować.  Sądziłem,  że  potrafię  zrobić,  co  mam  do 

zrobienia, nie przejmując się tym, co się dzieje dookoła. Niestety, nie udało 

mi się. Wiesz o tym, prawda? 

Alayna  skinęła  głową.  Łzy  toczyły  się  po  jej  ślicznych  policzkach. 

Jack udał, że tego nie widzi. 

– Billy, Molly, nawet Meggie... – Uścisnął dłoń Alayny. – To potem 

bardzo  boli.  A  ja  już  nie  mogę.  Nie  chcę,  żeby  mnie  jeszcze  kiedyś  tak 

bolało. 

–  Wiem.  –  Alayna  pogłaskała  go  po  policzku.  Nawet  nie  próbowała 

ocierać łez. – Wiem i rozumiem. Naprawdę! 

– Nie chodzi tylko o dzieci. – Jack przytulił policzek do jej dłoni. – Ty 

też nie jesteś mi obojętna. 

Alayna na dobre się rozpłakała. 

–  Zasługujesz  na  mężczyznę,  który  stanie  się  członkiem  twojej 

rodziny. Ja nie mogę. Bardzo bym chciał, ale nie mogę. Naprawdę. Nie chcę 

mieć już dzieci. 

–  Nic  nie  mów  –  chlipnęła  Alayna.  –  Chcę  się  z  tobą  kochać,  Jack. 

Ostatni raz. 

Przytuliła się do niego. 

– Zgadzasz się? – zapytała. – Będziesz się ze mną kochał? 

–  Będę.  –  Skopał  koc,  przyciągnął  Alaynę  do  siebie  i  położył  ją  na 

łóżku. – Będę się z tobą kochał i mam nadzieję, że Bóg mi to wybaczy. 

Alayna  westchnęła,  zamknęła  oczy.  Postanowiła  sobie  zapamiętać 

ciepło jego ust, dotyk jego dłoni, ich siłę i delikatność. 

RS

background image

 

133 

Jack  nie  odezwał  się  do  niej  ani  słowem.  Tylko  spojrzeniem  i 

dotykiem  mówił,  jak  bardzo  jest  mu  droga.  To  wyznanie  było  w  każdym 

jego dotknięciu, w każdym ruchu, w każdym pocałunku. Alayna nigdy nie 

czuła się bardziej kochana. 

Rozchylił jej szlafrok. 

– Jesteś taka piękna – szepnął, kładąc dłoń na płaskim brzuchu Alayny. 

– Żałuję, że nie mogę dać ci dziecka. Twojego  własnego.  Żeby nikt nigdy 

nie mógł ci go zabrać. 

Alaynie  znów  zachciało  się  płakać.  Ale  tym  razem  nie  z  żalu  za 

dzieckiem, którego mieć nie może, ale ze szczęścia. Tak, była szczęśliwa. A 

więc  Jackowi  zależało  na  niej  do  tego  stopnia,  że  chciał  spełnić  jej 

największe marzenie. 

– Kocham cię – szepnęła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham. 

Jack zdrętwiał. 

– Nie bój się – poprosiła. – To wcale nie znaczy, że ty też musisz mnie 

kochać. 

Odetchnął. Był jej wdzięczny za to, że potrafiła go zrozumieć, potrafiła 

zaakceptować jego ograniczenia. Nie potępiała go, nie miała do niego żalu. 

Prawdziwy anioł! 

Czule pocałował ją w czoło. 

– Zostań ze mną do rana – poprosił. 

Jack  obudził  się  przed  wschodem  słońca.  Wyciągnął  rękę,  chcąc 

przytulić Alaynę. Gest ten nie wydał mu się niczym nadzwyczajnym. Jakby 

robił to od zawsze. 

Alayny nie było. Otworzył oczy. Jęknął, gdy się okazało, że naprawdę 

nigdzie jej nie ma. A więc odeszła. 

On także miał odejść. Najlepiej zaraz. 

RS

background image

 

134 

Sprawdził, czy naczepa kempingowa, którą poprzedniej nocy doczepił 

do furgonetki, jest dobrze zabezpieczona. Jeszcze raz popatrzył na Dom nad 

Stawem. Zacisnął zęby, wsiadł do samochodu i włączył silnik. 

Gdy tylko wyjechał na drogę, wcisnął do podłogi pedał gazu. Uciekał. 

Nie  spuszczał  oczu  z  białej  linii  dzielącej  szosę  na  dwie  połowy. 

Obiecał sobie pojechać tam, dokąd go ta linia zaprowadzi. I za żadne skarby 

nie oglądać się za siebie. 

Alayna wyszła na ganek i spojrzała w niebo. Postanowiła, że to będzie 

cudowny dzień. 

Wiedziała,  że  Jack  wyjechał.  Nie  musiała  patrzeć  na  chatkę,  żeby  to 

wiedzieć.  Na  wszelki  wypadek  jednak  sprawdziła.  Furgonetki  nie  było. 

Naczepa kempingowa także zniknęła. 

Nie  będę  się  smucić,  przyrzekła  sobie.  Zostawił  mi  tyle  cudownych 

wspomnień. To i tak więcej, niż mogłam się spodziewać. 

Już chciała wrócić do domu, kiedy zauważyła na trawniku coś, czego 

tam być  nie  powinno.  Serce  podeszło  jej  do  gardła.  Tuż  pod  gankiem  stał 

stary  drewniany  stół.  Dębowy  blat  lśnił  w  promieniach  wschodzącego 

słońca. 

Alayna podeszła do niego powoli, jakby się bała, że może go spłoszyć. 

Dotknęła  dłonią  wypolerowanego  drewna.  Poczuła  ciepło  dłoni  Jacka, 

czułość, z jaką potraktował ten zwyczajny mebel. 

Łzy pociekły jej po twarzy. Wcale się ich nie wstydziła. Wiedziała, że 

Jack zrobił to dla niej. Zrobił to, ponieważ zorientował się, jak wiele znaczy 

dla niej ten wielki, stary stół. 

Ciekawe, ile ja dla niego znaczę, pomyślała. 

RS

background image

 

135 

Jack  jechał  bez  przerwy.  Oczy  go  piekły,  ręce  bolały,  ale  się  nie 

zatrzymał.  Dopiero  kiedy  wskazówka  poziomu  paliwa  niebezpiecznie 

zbliżyła się do zera, podjechał do stacji benzynowej. 

Wysiadł  z  samochodu,  przeciągnął  się,  roztarł  obolałe  dłonie. 

Przesiedział za kierownicą co najmniej pięć godzin. 

Wsunął  do  automatu  kartę  kredytową,  wybrał  kod  i  zdjął  wąż  z 

dystrybutora.  Pogwizdując,  włożył  końcówkę  do  wlewu  paliwa,  nacisnął 

dźwignię. 

Oparł  się  plecami  o  furgonetkę  i  rozejrzał  się.  Trafił  na  zwyczajną 

stację benzynową, taką samą jak setki innych, na których się zatrzymywał w 

ciągu swej sześciomiesięcznej wędrówki. 

Znów uciekał. Tym razem... 

Postanowił sobie, że nie będzie myślał o Domu nad Stawem ani o jego 

mieszkańcach. Postanowił... 

Odskoczył, kiedy poczuł, że furgonetka się poruszyła. Patrzył na nią, 

czekając,  czy  poruszy  się  jeszcze  raz.  Bał  się,  czy  aby  nie  postradał 

zmysłów. 

Omal  się  nie  roześmiał.  Oczywiście,  że  postradał  zmysły.  Jakiś  czas 

temu. Serce zresztą też stracił. 

Wydało  mu  się,  że  samochód  poruszył  się  jeszcze  raz.  Zatrzymał 

wypływ benzyny, zamocował wąż z powrotem na dystrybutorze. Na palcach 

obszedł  auto  dookoła.  Przez  chwilę  wpatrywał  się  w  zamknięte  drzwi 

naczepy  kempingowej.  Otworzył  je  gwałtownie,  chcąc  zaskoczyć 

przeciwnika. 

Na podłodze siedział Billy. Był porządnie wystraszony. 

– Cześć, Jack. – Uśmiechnął się nieśmiało. 

– Skąd ty się tu wziąłeś?! 

RS

background image

 

136 

Billy wygramolił się z naczepy. Podniósł głowę i popatrzył na Jacka. 

– Uciekam razem z tobą – odparł, mrużąc oczy. 

– Czy Alayna wie, gdzie jesteś? – denerwował się Jack. 

– Nie wie. 

–  A  czy  masz  pojęcie,  jak  ona  się  teraz  musi  martwić?  Billy  opuścił 

głowę. Czubkiem buta wiercił dziurę w asfaltowej nawierzchni. 

– Myślę, że bardzo się martwi – mruknął. 

– Odwiozę cię do domu. – Jack wziął chłopca za ramię. 

– Ale najpierw do niej zadzwonimy. Powiesz jej, że nic ci się nie stało 

i że jesteś ze mną. 

–  Nie,  Jack!  Błagam!  –  Billy  zaparł  się  jak  osioł. –  Ja chcę  jechać  z 

tobą. 

– Nigdzie ze mną nie pojedziesz! Jasne? Wrócisz do Alayny i basta. A 

teraz chodź. Musimy do niej zadzwonić. 

Nie czekając na chłopca, odwrócił się i energicznym krokiem poszedł 

do budki telefonicznej. Billy pobiegł za nim. 

– Nie, Jack! Proszę! – Chwycił go za koszulę i pociągnął. – Ja nie chcę 

tam wracać. Chcę zostać z tobą. 

Jack zatrzymał się, popatrzył na chłopczyka. Oczy Billy'ego były pełne 

łez. 

–  Będę  grzeczny.  Obiecuję!  –  błagał.  –  Mogę  z  tobą  pracować,  tak 

samo jak pracowałem u Alayny. Ja umiem ciężko pracować. Przekonasz się. 

I wcale dużo nie jem. Nie wydasz wiele na jedzenie. Proszę cię! 

Jack westchnął ciężko. Przykucnął obok Billy'ego. 

– Twój dom jest u Alayny – tłumaczył. – Ja nie mam domu. Nie mogę 

cię ze sobą zabrać. 

RS

background image

 

137 

–  Ja  wcale  nie  potrzebuję  domu  –  zapewnił  go  Billy.  –Mogę  spać  z 

tobą w kempingu. Tam jest dużo miejsca. 

– Alayna będzie za tobą tęskniła. 

– Nie będzie! – Chłopczyk zwiesił głowę. – No, może trochę. Ale na 

pewno niedługo. Mnie nikt nie chce. Nawet mama i tata mnie nie chcieli. I 

tamci  ludzie,  u  których  przedtem  mieszkałem,  też  mnie  nie  chcieli. 

Potrzymali  mnie  trochę  u  siebie, a potem  oddali.  Nikogo  nie  obchodzi,  co 

się ze mną stanie. – Na asfalt spadły dwie ogromne łzy. 

Jack zacisnął zęby. Przytulił Billy'ego. Posadził go sobie na kolanie. 

– Mnie obchodzi – powiedział drżącym z emocji głosem. –I Alaynę też 

obchodzi. 

–  N–no  to  m–mnie  za–zabierz  ze  sobą  –  łkał  Billy.  –  Proszę!  Jack 

znów poczuł, że ma serce. Bolało. Ale przecież nie 

mógł odwrócić się od tego dziecka, które tak bardzo go potrzebowało. 

Nie  wiedział,  ile  kawałków  serca  musi  jeszcze  zostawić  na  drodze, 

żeby  już  naprawdę  nic  w  piersi  nie  zostało.  Nie  miał  pojęcia,  jak  zdoła 

przeżyć  jeszcze  jedno  pożegnanie  z  Billym,  ani  jak  długo  będzie  musiał 

uciekać, zanim zrozumie, że nie można uciec od żalu. On zawsze jest gdzieś 

blisko i dopada, jak tylko człowiek się na chwilę zatrzyma. 

Jak to się stało, że opuściłem Alaynę, pomyślał. Przecież nie  zdołam 

przeżyć  ani  dnia  bez  jej  pięknej  twarzy,  bez  serdecznego  uśmiechu,  bez 

czułego dotyku. Potrzebuję jej. Chcę. Kocham Alaynę! 

Z  Billym  na  ręku  wstał  i  wrócił  do  samochodu.  Usadził  chłopca  w 

kabinie, przypiął go pasem. Billy patrzył na niego pełnymi łez oczami. 

– Dokąd idziesz? – zapytał, kiedy Jack chciał zamknąć drzwi. 

– Zadzwonię do Alayny. – Jack zwichrzył włosy na głowie Billy'ego. – 

Powiem jej, że wracamy do domu. 

RS

background image

 

138 

–  My?  –  zapytał  zdumiony  Billy.  –  To  znaczy,  że  ty  też  wracasz  do 

domu? 

– Jeśli Alayna mnie przyjmie. 

– Ekstra! – Billy wierzgał nogami z radości. – Na pewno cię przyjmie! 

Na pewno! 

Alayna  nerwowo  przechadzała  się  po  kuchni.  Co  chwila  wyglądał 

przez okno. 

– Już powinni tu być! – Niecierpliwie spojrzała na stary zegar. 

– Nie wiesz, jak to jest z dziećmi? Jack pewnie co chwila musi stawać, 

bo Billy albo jest głodny, albo chce mu się siusiu – pocieszała ją Mandy. 

– Nie wiem, jak to jest z dziećmi. – Alayna się roześmiała. – Dopiero 

się uczę. Ciężko mi to idzie. Och, Mandy! – Złapała się za głowę. – Co to 

będzie,  jeśli  się  okaże,  że  Billy  już  nie  chce  być  ze  mną?  Chybabym  nie 

przeżyła, gdybym musiała go teraz oddać. 

Mandy podeszła do Alayny, objęła ją i przytuliła. 

–  Rodzicielstwo  to  koszmarne  zajęcie  –  powiedziała.  –I  nigdy  nie 

wiadomo,  kiedy  się  skończy.  Na  przykład:  Jack.  Miał  syna  i  stracił  go  na 

długo  przed  tym,  zanim  był  gotów  do  jego  odejścia.  Mój  Jaime  ma 

siedemnaście  lat  i  też  już  się  wyrywa  na  wolność.  Chciałby,  żebyśmy  mu 

pozwolili  wyjechać  –  westchnęła.  –  A  ja  wciąż  nie  jestem  na  to  gotowa. 

Pragnę, żeby jeszcze trochę z nami został. 

Obie z Alayną wyszły na ganek. 

– Zresztą chyba nigdy nie będę gotowa – ciągnęła Mandy. 

–  To  jest  jak  przekleństwo.  Ciężko  pracujesz,  żeby  nauczyć  dziecko 

niezależności, a potem, kiedy staje się niezależne, płaczesz, bo cię opuszcza 

i rusza własną drogą. Dzieci trzeba kochać, dopóki z nami są. To najlepsze i 

chyba jedyne rozwiązanie. 

RS

background image

 

139 

Na  trawniku  przed  domem  Jaime  bawił  się  z  Molly  w  berka.  Jesse 

siedział  na  ganku  i  kołysał  Meggie.  Kapeluszem  zasłaniał  jej  twarzyczkę 

przed palącymi promieniami słońca. 

–  Jaime!  Jesse!  –  zawołała  do  nich  Mandy.  –  Pakujcie  dzieciaki  do 

samochodu. Wracamy do domu. 

Jaime chwycił Molly na ręce, posadził ją sobie na barana i pobiegł do 

auta.  Jesse  majestatycznie  podążył  za  nimi.  Tak  zręcznie  manewrował 

kapeluszem,  że  ani  jeden  promień  słońca  nie  padł  na  główkę  śpiącego 

niemowlęcia. 

– Zapewniam cię, że warto się pomęczyć. – Mandy uśmiechnęła się do 

Alayny. – Zresztą wkrótce sama się przekonasz. 

Alayna usłyszała warkot silnika. Podbiegła do okna, podniosła firankę 

i  przykleiła  nos  do  szyby.  Dwa  maleńkie  światełka  przebijające  ciemność 

nocy rosły w oczach. 

Kiedy  wyszła na ganek, Jack właśnie zatrzymał samochód. Wyłączył 

światła, zgasił silnik. Wysiadł i zatrzasnął za sobą drzwiczki auta. 

Popatrzył na nią. Alayna usiłowała dojrzeć jego twarz. Miała nadzieję 

z miny Jacka wywnioskować, co ją jeszcze czeka. 

Nie  zdążyła,  bo  obszedł  samochód,  otworzył  drzwiczki  od  strony 

pasażera i wsunął głowę do kabiny. Po chwili wychylił się stamtąd, niosąc 

na rękach Billy'ego. 

Alayna podbiegła do nich. 

– Czy coś mu się stało? – zawołała i położyła dłoń na zgiętym kolanie 

chłopca. 

– Nic. Zasnął. Musiał nie spać całą noc, żeby trafić na moment, kiedy 

będzie się mógł dostać do naczepy. 

RS

background image

 

140 

–  Bogu dzięki!  –  westchnęła  z  ulgą  Alayna.  Pobiegła  przodem,  żeby 

otworzyć Jackowi drzwi domu. Poszła za nim na górę do pokoju Billy'ego. 

Pomogła 

Jackowi  rozebrać  chłopca  i  położyć  go  do  łóżka.  Potem  oboje  stali 

przy nim z założonymi rękami i patrzyli na śpiące dziecko. Jakby się bali, że 

gdyby uwolnili ręce, to one mogłyby się przypadkiem zetknąć. 

Alayna  pierwsza  zdobyła  się  na  odwagę.  Położyła  dłoń  na  ramieniu 

Jacka. 

–  Dziękuję,  że  mi  go  przywiozłeś  –  szepnęła.  –  Bardzo  się  o  niego 

martwiłam. 

Objął ją i poprowadził do wyjścia. 

– Wyobrażam sobie – mruknął. 

Schodzili ze schodów objęci wpół. Alayna miała wielką ochotę błagać 

Jacka,  żeby  jednak  został,  ale  wiedziała,  że  nie  wolno  jej  tego  zrobić. 

Musiała być silna. Dla jego dobra. 

Zmusiła się do uśmiechu. Wolała nie przeciągać pożegnania. Ani jej, 

ani Jackowi nie wyszłoby to na zdrowie. 

– Naprawdę bardzo ci jestem wdzięczna za przywiezienie Billy'ego – 

powiedziała raz jeszcze. 

Jack zdjął czapkę. Miął ją w rękach, jakby już nie dosyć była pomięta. 

–  To  żaden  kłopot  –  mruknął.  Spojrzał  na  pomiętą  czapkę.  Staranie 

wygładził wszystkie zagniecenia. –Wczoraj wyznałaś mi coś, o czym przez 

cały czas nie mogę zapomnieć. Wyznałaś, że mnie kochasz. 

Alayna poczuła, że gorący rumieniec zabarwia jej policzki. 

– To prawda. Powiedziałam, że cię kocham i że ty nie masz obowiązku 

odwzajemniać tego uczucia... 

– Jeszcze nie skończyłem. – Jack usiłował zachować powagę. 

RS

background image

 

141 

–  Ach, tak.  Przepraszam!  –  Alayna  bardzo  się  zawstydziła.  –  Wobec 

tego kontynuuj. Co takiego powiedziałam, że nie możesz o tym zapomnieć? 

– Powiedziałaś, że ja nie muszę ci tego mówić. 

–  Tak  właśnie  uważam.  Ty  naprawdę  nie  musisz  mi  tego  mówić. 

Można żywić uczucia do jakiegoś człowieka, ale ten człowiek nie musi tych 

uczuć odwzajemniać. 

Jack potrząsnął głową, jakby chciał coś z niej zrzucić. 

– Niezły popis – pochwalił. – Tego cię nauczyli w tej twojej szkole na 

Wschodnim Wybrzeżu? 

– Nie rozumiem. 

– Tych wszystkich mądrości o człowieku i jego uczuciach. Jeśli tak, to 

będziesz mi to musiała powiedzieć jeszcze raz, ale tym razem po ludzku, bo 

przedtem nic nie zrozumiałem. 

–  Dobrze  –  zgodziła  się  Alayna.  – Mogę  powtórzyć  tak,  żeby  każdy 

głupi zrozumiał. Chodzi o to, że ja mogę kochać ciebie, ale ty nie musisz się 

czuć zobowiązany, żeby kochać mnie. 

– Ale ja tak się czuję. 

–  No  więc  dobrze!  Wobec  tego  może  byśmy...  –  zamilkła  w  pół 

zdania. Oczy zrobiły jej się wielkie jak talerze. – Coś ty powiedział? 

– Powiedziałem, ze się czuję zobowiązany. 

– Powtórz to? 

– Czuję się zobowiązany cię kochać. A mówiąc po ludzku, po prostu 

cię kocham. 

– Naprawdę? – Alayna patrzyła na niego oniemiała. 

 Jedną ręką zakryła sobie usta, drugą chwyciła się za brzuch. 

–  Będziesz  wymiotować?  –  zaniepokoił  się  Jack.  –  Jeśli  tak,  to 

przyniosę ci jakąś miskę. 

RS

background image

 

142 

Alayna  roześmiała  się,  choć  było  to  bardziej  podobne  do  szlochu, 

aniżeli  do  śmiechu.  Otarła  wierzchem  dłoni  łzy,  które  już  spłynęły  jej  na 

policzki. 

–  Nie  mam  zamiaru  wymiotować.  Ja  tylko...  jestem  całkiem 

zaskoczona. To wszystko. Och, Jack! Ja... 

Nie zauważyła, jak to się stało, że znalazła się w jego ramionach, nie 

wiedziała, kiedy zaczęli się całować. 

–  Alayno,  Alayno  –  powtarzał  Jack.  Tulił  ją  do  siebie,  grzał  się 

ciepłem jej cudownego ciała. – Ja już nie chcę dłużej uciekać. 

– Nie musisz. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Naprawdę nie musisz. 

Teraz tu będzie twój dom. 

Jack  zamknął  oczy.  Wtulił  twarz  w  jej  włosy.  Modlił  się,  żeby  to 

okazało się aż takie proste. 

– Boję się, Alayno. Boję się, że wszystko zepsuję – szepnął i odsunął 

się,  żeby  móc  patrzeć  jej  w  oczy.  –  Chciałbym  się  z  tobą  ożenić,  zostać 

ojcem  Billy'ego,  Molly  i  Meggie,  ale  bardzo  się  boję.  Boję  się,  że  nie 

będziesz ze mnie zadowolona, bo w jakiś sposób zawiodę i ciebie, i dzieci. 

– Jasne, że nie będę z ciebie zadowolona. – Alayna ujęła jego twarz w 

obie dłonie. – I ty ze mnie też nie będziesz zadowolony. I dzieci też nie raz i 

nie  dwa  nas  zawiodą.  Takie  jest  życie.  Ale  jeśli  będziemy  się  kochać,  to 

nasza miłość pozwoli nam przetrwać najgorsze burze. 

Jack westchnął, przytulił ją do siebie, całował złote włosy. 

– Kocham cię, Alayno. Tak bardzo cię kocham, że to aż boli. 

– Ja ciebie też bardzo kocham – szepnęła i przytuliła się do niego. 

Jack  ją  od  siebie  odsunął.  Przykucnął,  żeby  mieć  twarz  dokładnie na 

wysokości jej twarzy.  Koniecznie musiał ją widzieć. Musiał patrzeć prosto 

w jej błękitne oczy. Już się nie bał, że w nich utonie. Uwielbiał tak się topić. 

RS

background image

 

143 

– Chcę mieć dziecko – oświadczył. – Z tobą – dodał, żeby nie miała 

żadnych wątpliwości. – Chcę, żebyśmy mieli dziecko. Nasze własne. 

Alayna  pobladła.  Cała  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Jack  nie  miał 

pojęcia, dlaczego. Czyżby powiedział coś złego? 

– Ja nie mogę mieć dzieci – szepnęła tak cicho, że ledwie ją usłyszał. 

Pewnie  nawet  by  nie  zrozumiał,  gdyby  nie  to,  że  patrzył  na  jej  usta.  – 

Mówiłam ci o tym. 

– A ja myślałem... Zresztą, nieważne. – Znów ją do siebie przytulił. 

Ale Alayna była sztywna, jakby połknęła kij od szczotki. Nie zarzuciła 

mu rąk na szyję, nie przytuliła się, jak to ona potrafi. 

Zrozumiał,  że  palnął  głupstwo.  Puścił  ją,  ale  nie  całkiem.  Ujął  ją  za 

ręce. 

– To nie ma znaczenia – zapewnił ją z głębi serca. 

–  Owszem,  ma.  –  Alayna  zwiesiła  głowę.  –  Jeśli  nie  teraz,  to  potem 

będzie  miało.  Jesteś  młody  i  zdrowy.  Możesz  mieć  tyle  dzieci,  ile  tylko 

zechcesz. Ale nie ze mną. 

Jack puścił jedną jej rękę. Drugą wolał przytrzymać. Bał się, żeby mu 

Alayna  nie  uciekła.  Uniósł  jej  głowę  do  góry.  Chciał,  żeby  spojrzała  mu 

prosto w oczy. Bez tego mogłaby mu nie uwierzyć. 

–  To  nie  ma  żadnego  znaczenia  –  powtórzył  z  mocą.  –Nie  ma 

znaczenia  teraz  i  potem  też  nigdy  nie  będzie  go  miało.  Mam  ciebie  i  nic 

więcej  mi  do  szczęścia  nie  trzeba.  Jeśli  zechcesz  przyjąć  pod  swój  dach 

więcej  dzieci,  to  ja  się  na  to  zgadzam.  Będę  je  kochał  tak  samo  jak  ty. 

Wszystkie.  I  bardzo  się  będę  cieszył,  jeśli  zechcesz  kilkoro  z  nich 

adoptować. Wychowamy je najlepiej, jak potrafimy. 

RS

background image

 

144 

Znów  ją  do  siebie  przytulił.  Nie  mógł  znieść  malującej  się  w  jej 

spojrzeniu  rozpaczy.  Delikatnie  głaskał  ją  po  plecach.  Tak  bardzo  chciał, 

żeby mu uwierzyła i zaufała. 

–  A  o  naszym  dziecku  powiedziałem  tylko  dlatego,  że  wiem,  jak 

bardzo  tego  pragniesz  –  wytłumaczył  się  ze  swojej  gafy.  Bo  przecież  tak 

było naprawdę. Naprawdę chciał spełnić jej wielkie marzenie. – Uwierz mi, 

Alayno. Jestem szczęśliwy, że mogę mieć to, co mam. Daję ci najświętsze 

słowo honoru. 

Poczuł,  że  Alayna  powoli  się  odpręża.  Powoli,  bardzo  powoli 

podniosła ręce i przytuliła się do niego. Już po chwili ściskała go tak mocno, 

że omal się nie udusił. 

–  Ty  nigdy  nie  cofasz  danego  słowa,  prawda?  –  dopytywała  się 

podekscytowana jak mała dziewczynka. 

– Nigdy nie cofam danego słowa – potwierdził Jack. –Możesz polegać 

na moim słowie co najmniej tak samo jak na umowie spisanej u notariusza. 

–  I  dajesz  mi  słowo,  że  pozwolisz  mi  przyjąć  tyle  dzieci,  ile  tylko 

zechcę? 

– Tak jest. Daję ci na to moje słowo. 

– I będziemy mogli kilkoro adoptować? Oczywiście, jeśli będzie taka 

możliwość. 

– Tak jest! – Jack śmiał się z całego serca. – Adoptujemy tyle dzieci, 

ile tylko zechcesz. 

– Wobec tego pobierzmy się. 

– Doskonały pomysł. – Jack chwycił ją wpół i podniósł do góry. 

– Czy mogę być pierwszym dzieckiem, które adoptujecie? 

Jack zamarł, postawił Alaynę na podłodze i spojrzał w górę. U szczytu 

schodów siedział Billy. Pomiędzy słupkami balustrady dyndały jego nogi. 

RS

background image

 

145 

–  To  zależy.  –  Jack  przyglądał  się  chłopcu,  jakby  się  namyślał  i 

zastanawiał, czy będzie miał z niego jakiś pożytek. 

– Od czego? – zapytał Billy. 

– Od tego, jak szybko potrafisz wrócić do łóżka. 

Billy w mgnieniu oka zerwał się na równe nogi. Zniknął, zanim Jack 

zdążył dokończyć zdanie. 

– Już lecę! – krzyczał w biegu. – Zaraz będę w łóżku!  

Jack roześmiał się. Przytulił Alaynę do siebie. 

–  Naprawdę  chcesz,  żeby  w  tym  domu  było  więcej  takich  dzieci?  – 

zapytał  i  głową  wskazał  schody,  na  których  przed  chwilą  siedział  mały 

urwis. 

– Jasne! – Alayna też się śmiała. – Chciałabym, żeby były dokładnie 

takie same jak Billy. 

RS


Document Outline