background image

Kay Gregory

O ślubie nie ma mowy

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bronwen, zmęczona długim lotem, spala przez prawie pół dnia, nie mając najmniejszego 

pojęcia o tym, że uznano ją za zmarłą. 

Dopiero po południu obudziły ją jakieś krzyki dobiegające z ulicy. Gdy jej wzrok padł na 

poobdzierane tapety, skrzywiła się i czym prędzej ponownie zamknęła oczy. 

W  nocy była zbyt wykończona, by zwracać  uwagę  na to,  gdzie odpocznie.  Zależało jej 

tylko na niewygórowanej cenie. Teraz dopiero zdała sobie sprawę z tego, że wybrała strasznie 
tandetny hotelik. 

Westchnęła, z niechęcią wstała z łóżka, ubrała się i zeszła na wyjątkowo późne śniadanie. 

Usiadła  przy  brudnym  stoliku  w  obskurnej  kawiarence  i  z  roztargnieniem  spojrzała  na 
pozostawioną przez kogoś gazetę. Jedna z notatek na ostatniej stronie nosiła tytuł „Śmierć w 
taksówce”. 

Wzrok  Bronwen  machinalnie  przesunął  się  po  tekście,  który  informował,  że  turystka  z 

Wielkiej Brytanii zginęła wczoraj w Vancouver, gdy jej taksówka zderzyła się z autobusem. 
Pasażerowie  autobusu  i  kierowca  taksówki  nie  doznali  obrażeń.  Natomiast  pasażerkę 
taksówki przewieziono ambulansem do szpitala, gdzie zmarła kilka godzin później. Nazywała 
się Bronwen Evans. 

Kanapka wypadła z dłoni Bronwen. 
– Przecież ja żyję!
– Miło  to  słyszeć,  moja  droga – zauważyła  nieco  uszczypliwie,  zaniedbana  kobieta  w 

średnim  wieku.  – Nie  da  się  tego  powiedzieć  o  wszystkich  moich  klientach.  – Obrzuciła 
zdegustowanym  spojrzeniem  mężczyznę,  który  ze  zwieszoną  głową  drzemał  obok  nad 
talerzem zupy. 

– Och, miałam na myśli... – Bronwen pokazała artykuł. – Chodziło mi o tę informację w 

gazecie. Myślę, że  napisali o mnie, ponieważ rzeczywiście taksówka, którą jechałam, miała 
wypadek. Nie wpadliśmy jednak na autobus, tylko na inny samochód. 

Kelnerka pobieżnie przejrzała notatkę. 
– Faktycznie,  trochę  to  bez  sensu – przyznała.  – Najpierw  powinni  chyba  zawiadomić 

najbliższych. No cóż, przynajmniej zawiadomili nieboszczkę. 

Bronwen aż się zakrztusiła. 
– Najbliższych... Och! Jeśli Michael przeczyta gazetę... – skoczyła na równe nogi, mało 

brakowało, by wylała kawę, której nawet nie tknęła. 

Rzuciła na stół pieniądze i pobiegła do drzwi. 
– Proszę pani! – usłyszała głos kelnerki. – Proszę wziąć resztę!
Bronwen  nie  słuchała.  Musiała  jak  najszybciej  wrócić  do  szpitala,  do  Michaela. 

Wystarczy, że jest ranny, należy mu oszczędzić wstrząsającej wiadomości o śmierci siostry. 
Trudno  uwierzyć,  że  to  już  osiem  łat  temu  Michael  i  Slade  opuścili  rodzinny  Pontglas  w 
Walii,  pomyślała  w  autobusie.  Rodziców  załamało  to  kompletnie,  postarzeli  się  bardzo 
szybko  i  trzy  lata  później  zmarli,  jedno  po  drugim.  Bronwen  została  jedyną  właścicielką 

background image

sklepu, który tak bardzo chcieli przekazać synowi. 

Przed  ich  śmiercią  Michael  napisał  z  Kanady  raz  czy  dwa,  że  u  niego  wszystko  w 

porządku.  Przez  następne  pięć  lat  w  ogóle  nie  dawał  znaku  życia,  co  zbytnio  nie  dziwiło 
Bronwen.  Zawsze  był  nieodpowiedzialny,  nie  liczył  się  z  uczuciami  innych.  Trzeba  jednak 
przyznać, że nigdy nie ranił nikogo celowo. 

Nie zaskoczyło jej również, gdy nieznajomy głos powiadomił ją przez telefon, że jej brat 

został  pchnięty nożem  w ulicznej  bójce i  leży w szpitalu. Bez wahania zostawiła  sklep pod 
opieką  zaprzyjaźnionych  starszych  ludzi  wsiadła  do  pierwszego  samolotu  lecącego  do 
Vancouver. 

Autobus zatrzymał się ponownie. Bronwen nerwowo spojrzała na zegarek. Musi zdążyć 

przyjechać do brata, zanim on przeczyta o jej wypadku!

Michael  siedział  na  łóżku  z  termometrem  pod  pachą i  wodził  wzrokiem  za  śliczną 

ciemnowłosą pielęgniarką. 

Na ten widok Bronwen z ogromną ulgą oparła się o framugę drzwi. Nawet on nie byłby 

zdolny  uwodzić  wzrokiem  jakąś  dziewczynę,  gdyby  się  właśnie  dowiedział,  że  jego  siostra 
nie żyje. 

– Bron! – krzyknął, gdy ją zauważył. – Co się stało? Wyglądasz gorzej niż ja. 
– Po prostu przeżyłam mały wstrząs, to wszystko. – Opadła na krzesło i opowiedziała o 

artykule. 

Gdy skończyła, Michael roześmiał się. 
– Do licha – skrzywił się, gdyż od śmiechu zabolały go jeszcze świeże szwy. – Ciekawe, 

skąd wzięli tę historyjkę. 

– Nie mam pojęcia. Myślę, że zejdę do izby przyjęć, to chyba tam musieli coś poplątać. 
– No,  to  zabijesz  im  ćwieka – powiedział  z  uciechą  Michael.  – Założę  się,  że 

niecodziennie przychodzą do nich jakieś truposzczaki, żeby ich straszyć. 

– Mhm – zgodziła się Bronwen, choć myśl o własnym zgonie nie wydawała jej się taka 

zabawna.  Wołała  zmienić  temat.  – Wyglądasz  dziś  znacznie  lepiej.  Chyba  cię  wkrótce 
wypiszą. 

– Mam nadzieję. Spojrzała na niego surowo. 
– I żadnych więcej głupich bójek. 
– Oczywiście, że nie – odparł z urazą. – Przecież wiesz, że to nie była moja wina. 
– Jasne – powiedziała  sucho.  – Nigdy  nie  jest.  Odkąd  pamiętała,  Michael,  gdy  miał 

kłopoty,  zawsze  zrzucał  winę  na  kogoś  innego,  zazwyczaj  na  Slade’a,  Potem  się  dziwił, 
dlaczego rodzice nie aprobują jego przyjaciela. 

Posiedziała jeszcze chwilę, po czym pożegnała się. 
– Wpadnę wieczorem – dodała i zastanowiła się, dlaczego zadaje sobie tyle trudu. Jej brat 

i tak już się wpatrywał w kolejną pielęgniarkę, przechodzącą korytarzem. 

Westchnęła. Miał dwadzieścia dziewięć lat, trzy lata więcej niż ona, a ciągle zachowywał 

się jak nastolatek. Odrzuciła do tyłu spadający na oczy kosmyk rudych włosów i skierowała 
się  do  wyjścia.  Po  przejściu  kilku  kroków  zorientowała  się,  że  idący  z  naprzeciwka 

background image

mężczyzna przystanął nagle, blokując przejście. 

– Przepraszam – powiedziała, nie patrząc na niego. 
– Bronwen? – usłyszała znajomy, niski i zmysłowy głos. 
Powoli podniosła wzrok. 
– Slade – szepnęła i poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. 
Gdy spojrzała w jego szafirowe oczy, zauważyła, że on również pobladł tak wyraźnie, iż 

dało się to zauważyć mimo śniadej cery. 

– Bronwen Evans! – Jego głos zabrzmiał nieco ochryple. Wyciągnął rękę, jakby chciał jej 

dotknąć i upewnić się, czy naprawdę przed nim stoi. – Ale przecież ty... 

Już się otrząsnęła z pierwszego szoku. Poczuła oburzenie. 
– Nic  z  tego – „ucięła.  – Chociaż,  może  bym  nawet  chciała,  żeby  tak  się  stało,  pod 

warunkiem, że i ty zniknąłbyś z życia Michaela. 

– Mogę  cię  zapewnić,  że  nie  zniknąłem – odparł  normalnym  już  głosem.  – A  ty  nie 

umarłaś. 

– Dzięki. Też mi się tak wydawało, ale dobrze, że ktoś mnie upewnił. 
Chciała  go  wyminąć,  lecz  natychmiast  chwycił  ją  za  ramię.  Niebieskie  oczy  zalśniły 

niebezpiecznie.  Bronwen  nie  mogła  się  powstrzymać  od  myśli,  że  jego  jasne  włosy, 
przypominające  lwią  grzywę  wikinga,  idealnie  pasują  do  tych  niezwykłych  oczu  o  kolorze 
czystej ultramaryny. 

Cofnęła się, gdy tylko ją puścił. Uśmiechnął się lekko. 
– Mała, nieśmiała Bronwen – mruknął. – Ludzie się rzeczywiście zmieniają. Kiedyś nie 

miałaś takiego ciętego języka – cedził powoli, jednak nagle jego głos stwardniał. – Dlaczego, 
Bronwen?

– Co „dlaczego”?
– Dlaczego  nie  jesteś  zadowolona  z  naszego  spotkania?  Myślałem,  że  byliśmy 

przyjaciółmi. 

Przyjaciółmi?  Nigdy  nimi  nie  byli.  Zaledwie  znajomymi.  Nie  podobała  jej  się  jego 

ogromna  pewność  siebie  i  to,  że  lubił  być  zawsze  w  centrum  uwagi.  Wolała  towarzystwo 
cichego i spokojnego Lloyda Morgana. Ponadto jej rodzice uważali, że to pod złym wpływem 
Slade’a  ich  syn  stracił  zainteresowanie  rodziną  i  sklepem.  Nie  chciała  im  przysparzać 
dodatkowych zmartwień i trzymała się od niego z daleka. 

– Nie byliśmy przyjaciółmi – powiedziała w końcu. – I nie jestem specjalnie  ucieszona 

twoim  widokiem,  jeśli  chcesz  wiedzieć.  Ale  to  chyba  i  tak  nie  ma  znaczenia,  prawda? 
Przyszedłeś zobaczyć się z moim bratem, a nie ze mną. 

– Przyszedłem powiedzieć mu, że nie żyjesz. Zanim zrobi to ktoś inny. – Teraz jego oczy 

przypominały kawałki lodu. – Jak widać, nie ma takiej potrzeby. Tylko nie mogę zrozumieć, 
dlaczego stoisz tu przede mną w tych swoich jak zwykle porządnych i praktycznych butach, 
zamiast leżeć boso w mniej przyjemnym miejscu, jak to donoszą gazety. 

– Przykro mi,  że  tak  cię rozczarowałam.  – Zirytował  ją  nie  tylko jego  ton,  ale  również 

niepochlebna uwaga o jej butach. W dodatku rozdrażniło ją odkrycie, że jednak troszczył się 
o uczucia Michaela. 

background image

– Wcale mnie nie rozczarowałaś. – Objął ją chłodnym, taksującym spojrzeniem. 
Miała okropne wrażenie, że rozbierają wzrokiem. Zrobiło jej się gorąco. 
– Muszę iść – powiedziała gwałtownie. – Michael pewnie na ciebie czeka. 
– Widzi mnie dwa razy dziennie od chwili, gdy tu wylądował, więc raczej nie zdążył się 

za  mną  stęsknić.  Zajrzę  do  niego  za  godzinę  czy  dwie,  a  tymczasem  pójdziemy  gdzieś 
pogadać. 

– Ale  ja  muszę  wyjaśnić  sprawę  tego  artykułu – zaprotestowała  i  odsunęła  się,  gdy 

poczuła, jak silne, długie palce obejmują jej ramię. 

– Załatwisz to później. 
– Nie... 
Slade zacisnął usta. 
– Słuchaj,  moja  cierpliwość  zaczyna  się  wyczerpywać.  Miałem  w  pracy  sądny  dzień,  a 

kiedy  chciałem  dla  odprężenia  poczytać  gazetę,  dowiedziałem  się,  że  siostra  mojego 
przyjaciela  właśnie  była  uprzejma  zginąć.  Potem  okazało  się,  że  żyje,  jednak  jest  bardziej 
kwaśna niż ocet siedmiu złodziei... 

– Dobrze, ja jednak muszę iść do izby przyjęć. – Nie spodobała jej się ta ostatnia uwaga. 
– Moja  droga,  jeśli  musisz  coś  zrobić,  to  iść  ze  mną  na  kawę  i  pogadać.  A  jak  nadal 

będziesz się opierać, to obiecuję, że na pewno znajdziesz się w izbie przyjęć. Czy wyrażam 
się jasno?

Słysząc  pogróżkę,  Bronwen  uznała,  że  sprawę  artykułu  można  wyjaśnić  później,  gdyż 

niezależnie od tego, co jest napisane w gazecie, i tak nie ma jeszcze skrzydełek i aureoli. A 
może raczej ogona i rogów?

Wsiedli do windy. Slade spojrzał na płomienne włosy Bronwen. Zawsze mu się podobały. 

Tak samo, jak jej piegi i ogromne szare oczy. Miała taką słodką twarzyczkę. Nie tyle piękną, 
co ujmująco niewinną. Szkoda,  że  w ciągu tych lat, kiedy się  nie widzieli, jej usposobienie 
zmieniło  się  na  gorsze.  Zjadliwość  nie  pasowała  do  delikatnych  rysów.  W  zamyśleniu 
zabębnił palcami o udo. Musi coś z tym zrobić. Przekonać Bronwen, że taki sposób bycia nie 
popłaca. Tak, Slade myślał perspektywicznie. 

Weszli do gwarnej kawiarni. 
– Czy Michael widział gazety, zanim przyszłaś?
– Nie, zdążyłam wcześniej. 
– To dobrze. Przynajmniej nie doznał szoku. – Zaprowadził ją do narożnego stolika. 
– Nie  to,  co  ty – rzuciła  sarkastycznie,  podejrzewając,  że  dla  Slade’a  nie  był  to  żaden 

szok. 

– Nie to, co ja – przytaknął spokojnie. – Jednak wynagrodziła mi to przyjemność, kiedy 

zobaczyłem nie ducha, ale żywą osobę. Zwłaszcza jej język okazał się wyjątkowo żywy.

Zachmurzyła się nieco. 
– To naprawdę była przyjemność? – Chciała, by zabrzmiało to nieco pogardliwie, jednak 

wyglądało tak, jakby domagała się potwierdzenia. 

Uśmiechnął się szeroko, lecz jego oczy pozostały chłodne. 
– Wtedy tak. Ale czy nadal tak będzie... – Wzruszył ramionami. – Wątpię. 

background image

Zanim zdążyła odparować, Slade wstał i odszedł od stolika. 
– Zaczekaj tutaj – rzucił jej przez ramię. – Chcesz kawę czy herbatę?
– Herbatę – odpowiedziała Bronwen, która uwielbiała kawę. 
Wiedziała,  że  Slade  zna  jej  upodobanie  i  nie  mogła  się  oprzeć  pokusie,  żeby  go 

zaskoczyć. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że po wstrząsie, jaki dziś przeszedł, nawet 
nie zwróci uwagi na taki drobiazg. 

– Teraz powiedz, skąd wzięły się te bzdury w gazecie – zażądał po powrocie. 
– To nie moja wina – zaprotestowała, urażona jego tonem. 
– Nauczyłaś się tego od twojego braciszka?
Jej  uraza  wzrosła.  Niezależnie  od  wszystkiego,  Slade  nie  miał  prawa  krytykować  jej 

brata. Nie po tym, co sam narobił. Gdyby nie on, Michael nie wyjechałby osiem lat temu do 
Kanady, zupełnie zmieniając życie rodziców i jej własne. 

– Potrafię mówić sama za siebie – odparła, unosząc dumnie brodę. 
– Naprawdę? Kiedyś nie umiałaś. 
– Może po prostu nie miałam ochoty rozmawiać z tobą. 
Zamieszała łyżeczką herbatę. Wolała nie patrzeć na Slade’a. Przez tych kilka lat stał się 

jeszcze  bardziej  atrakcyjny  niż  kiedyś.  Zawsze  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  jego  nieco 
drapieżne rysy pod blond  grzywą doprowadzały dziewczyny z  Pontglas do szaleństwa. Ona 
była wtedy na to dość odporna, ale nie miała pewności, czy będzie tak nadal. Wiedziała tylko, 
że jeżeli już ma dla kogoś stracić głowę, to na pewno nie dla Slade’a. 

Zabębnił  palcami  o  blat  stolika,  a  Bronwen  podniosła  wzrok.  Było  w  nim  coś 

niebezpiecznego, wyglądał jak drapieżnik szykujący się do ataku. 

– Jasne. Nie rozmawiałaś ze mną, bo byłaś zajęta robieniem maślanych oczu do Lloyda 

Morgana. 

Krew  napłynęła  jej  do  twarzy.  Bronwen  zaniknęła  z  rozpaczą  oczy,  świadoma,  że  z 

rumieńcem  wygląda  jak  ugotowana  marchewka.  A  więc  wiedział.  Wszyscy  wiedzieli.  Jeśli 
celowo chciał  ją zranić,  a z  pewnością o to  mu  chodziło, to  nie mógł wybrać nic  lepszego. 
Znów  się  poczuła  naiwną,  głupią  smarkulą.  Ciągle  nie  mogła  myśleć  o  Lloydzie  tak,  żeby 
ponownie nie przeżywać tych okropnych dni, gdy chciała się skryć w mysią dziurę, żeby już 
nikt się z niej nie śmiał. 

– Dobra, chciałbym wreszcie usłyszeć, jakim cudem ten artykuł znalazł się w gazecie. 
Z tym tematem mogła sobie poradzić. 
– Też bym. chciała wiedzieć – odparła bezbarwnym głosem. 
– To znaczy, że nie wiesz?
– Oczywiście,  że  nie.  Z  lotniska  pojechałam  prosto  do  szpitala,  aby  zobaczyć  się  z 

bratem.  Potem  złapałam  taksówkę,  która  chwilę  później  miała  wypadek.  Znalazłam  się  z 
powrotem w szpitalu, jeszcze szybciej, niż z niego wyszłam. 

– Czy coś ci się stało? – spytał gwałtownie. 
– Och,  nie.  Mam  parę  sińców  i  drobne  skaleczenie  na  szyi,  które  na  szczęście  włosy 

zakrywają. – Zauważyła ponury wyraz jego twarzy. – Przestań” tak na mnie patrzeć, jakbyś 
żałował, że ten artykuł nie mówił prawdy – dodała kwaśno. 

background image

Gwałtownie odstawił filiżankę na spodek. Dziwne, że się nie stłukła. 
– Nie  życzę  ci,  Bronwen,  niczego  złego.  Żałuję  tylko,  że  znajdujemy  się  w  miejscu 

publicznym. 

– Dlaczego?
– Prowokuj mnie dalej, a zrozumiesz, dlaczego. 
– Coś takiego! – parsknęła drwiąco. – Jeśli sądzisz, że zachowywanie się jak jaskiniowiec 

robi na mnie jakieś wrażenie, to się mylisz!

Jednak  zdradliwa  wyobraźnia  od  razu  podsunęła  jej  przed  oczy  wizję  jego  silnego 

muskularnego ciała, jego rąk, które dotykały jej tam, gdzie nie powinny... 

Gdy  spojrzała  na  niego,  zobaczyła  na  jego  twarzy  sceptyczny  uśmiech,  który  nie 

pozostawiał żadnych wątpliwości. Slade odgadł jej myśli. 

– Naprawdę? Ale ja „nie jestem pewien, czy chcę wywrzeć na tobie wrażenie. 
– To świetnie, bo nie wywierasz – odparła cierpko. 
– Właśnie widzę. 
Przyjrzała  mu  się  uważniej.  Kącik  jego  ust  drgał  leciutko.  Wielkie  nieba,  ten  człowiek 

śmiał się z niej, chód nie robił tego głośno. 

Może  ona  też  powinna znaleźć  w  tej sytuacji coś  zabawnego?  W  sumie spotkali  się  po 

ośmiu  latach  dość  nieoczekiwanie,  a  ona  powitała  go  jak  wroga.  Przecież  nigdy  nie  byli 
wrogami. Poczuła do niego niechęć dopiero wtedy, gdy po jego wyjeździe dowiedziała się, co 
zrobił.  Proszę  bardzo,  Slade  może  się  z  niej  śmiać  do  woli,  ona  jednak  nie  zapomni  mu 
przeszłości. Skrzywdził zbyt wiele niewinnych osób. 

– Chciałabym wiedzieć, jak mój brat wpakował się w tarapaty. Nie powiedział mi, jak do 

tego doszło. On przecież nie ma zwyczaju wdawać się w bójki... – Skoro już musi znosić jego 
towarzystwo, to spróbuje przynajmniej wyciągnąć z tego jakąś korzyść dla siebie. 

– Nie było mnie przy tym, ale postarałem się dowiedzieć, jak to wyglądało. Otóż Michael 

wychodził z kolegami z pubu, kiedy zauważył... – Slade zawahał się, szukając słów – pewną 
młodą  damę,  której  zachowanie  i  wygląd  były  niedwuznaczne.  Michael  uznał  to  za 
zaproszenie, – A nie było nim?

– Owszem, było, ale nie dla. niego. Zrozumiał to dość szybko, gdy pojawił się jej chłopak 

z bandą uzbrojonych kumpli. Zrobiła się niezła rozróba, której kres położyła dopiero policja. 
Napastnicy trafili do aresztu, a Michael do szpitala. 

– Och! – Bronwen  była  wstrząśnięta.  – W  Pontglas  nie  zdarzają  się  takie  rzeczy.  No... 

Może z wyjątkiem tego jednego razu, gdy pani Jones ścigała z nożem po ulicy panią Griffiths, 
dlatego że ta nazwała jej męża obleśnym starym capem, którym zresztą był. 

– Pamiętam. Rzeczywiście, podobna sytuacja. 
Ich rozbawione spojrzenia spotkały się i wspólne wspomnienie na chwilę zbliżyło ich do 

siebie. 

– Powiedziałeś, że  nie byłeś  przy tym – przypomniała Bronwen, starając  się zakończyć 

ów  moment  bliskości  oraz  próbując  nie  zwracać  uwagi  na  kolano  Slade’a,  które  przez 
moment dotykało jej nogi. 

– Powinna ci sprawić ulgę wiadomość, że ostatnio starałem się zniknąć z życia Michaela, 

background image

dokładnie  tak,  jak  chciałaś.  Podróżowaliśmy  kiedyś  razem  po  kraju.  Kiedy  przyjechaliśmy 
tutaj,  uznałem  jednak,  że  czas  zapuścić  korzenie.  Oczywiście,  gdy  Michael  zgłosił  się  do 
pracy w firmie, którą właśnie rozkręcałem, dałem mu tę robotę z przyjemnością. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
– Naprawdę?
– Cokolwiek  o  mnie  myślisz,  nie  zwykłem  zostawiać  przyjaciół  na  lodzie.  Ponadto 

zawsze  uważałem,  że  twój  nieudolny  braciszek  ma  ukryte  zdolności,  którym  powinien  dać 
szansę. Może dlatego tak długo trzymaliśmy się razem, że ciągle w niego wierzyłem. Michael 
jednak  nie  zamierzał  się  przepracowywać  i  wkrótce  rzucił  tę  robotę.  Zatrudnił  się  w  barze, 
znalazł sobie innych przyjaciół. Powiedział, że doskonale sobie poradzi beze mnie. Przyjąłem 
to z ulgą. 

– I potrafił?
Slade  wzruszył  ramionami.  Bronwen  nie  mogła  oderwać  oczu  od  silnych  mięśni 

napinających się pod cienką koszulą. 

– Jeśli oberwanie nożem w ulicznej bójce można nazwać radzeniem sobie, to potrafił. 
– Czyli jednak zostawiłeś go na lodzie. Ale to nie pierwszy raz, prawda?
– Do czego zmierzasz? – Zacisnął dłonie na filiżance i pochylił się ku Bronwen, jakby to 

ją chciał trzymać” teraz w rękach, bynajmniej nie z nadmiaru uczuć. 

Spochmurniała.  W  jej  oczach  stracił  jeszcze  bardziej.  Czy  nie  ma  nawet  tyle 

przyzwoitości, by się przyznać?

– Myślę,  że  wiesz,  do  czego  zmierzam.  – Odwróciła  głowę  i  z  udawanym 

zainteresowaniem zaczęła się przyglądać przystojnemu studentowi, który właśnie usiadł przy 
sąsiednim stoliku. 

– Nie potrafię czytać w myślach – warknął. – Może zechciałabyś mnie oświecić?
Był  wyraźnie  wściekły.  Bez  wątpienia  zalazła  mu  teraz  za  skórę.  Przyzwyczaił  się 

przecież do tego, że może traktować ludzi, jak mu się podoba, nie poczuwając się do żadnej 
odpowiedzialności. 

– Wydaje mi się, że wszelkie wyjaśnienia są zbędne. – Ręce jej nieco drżały, niechcący 

wylała trochę herbaty na stolik. 

– Rozkojarzona widokiem? – Slade spojrzał znacząco na studenta. 
Bronwen postanowiła zignorować jego uwagę. 
– Wracając do Michaela... 
– Nie jestem zainteresowany wracaniem do tego tematu. 
– Ale ja jestem. To mój brat. 
– To dorosły facet i sam o sobie decyduje. 
Teoretycznie  miał  rację.  Jednak  Michael  często  podejmował  decyzje,  powodując  się 

nagłym  impulsem,  a  nie  rozsądkiem.  Najlepszym  przykładem  był  ten  nagły  wyjazd  do 
Kanady. Nawet nie pomyślał, że rodzicom zależało na tym, żeby przejął po nich sklep. Córka, 
choć kochali ją bardzo, nie była dla nich tym samym. Bronwen długo miała do nich o to żal. 
Jednak  z  drugiej strony  dzięki  temu stała się niezależna, chciała bowiem  udowodnić i  im, i 
sobie, że potrafi to robić równie dobrze, jak syn. Rzeczywiście, spisała się całkiem nieźle. Od 

background image

czasu gdy została właścicielką sklepu, zaczął on przynosić większe zyski niż przedtem. 

– Jeśli byłabyś w stanie przestać myśleć o tym, żeby się dobrać do tego słodkiego gogusia 

przy sąsiednim stole, to moglibyśmy wyjść – rzucił Slade. – Mam jeszcze masę do zrobienia. 

Spiorunowała go wzrokiem. 
– Nie mam ochoty do nikogo się dobierać. Z wyjątkiem ciebie. Jednak nie w taki sposób, 

w jaki mógłbyś sobie życzyć. 

– Ciekawe, jakoś wcale mnie to nie dziwi. 
– Czy to wszystko, co masz do powiedzenia? – Z trudem udało jej się nie podnieść głosu. 
– Nie.  – Wstał  gwałtownie.  – Ponieważ  jednak  nie  zamierzam  tego  powiedzieć  tutaj, 

proponuję,  żebyśmy  najpierw  wyjaśnili  sprawę  twojego  zejścia  z  tego  świata.  Potem 
wprowadzisz się do odpowiedniego miejsca... 

– Już się wprowadziłam... 
– Spieraj  się  ze  mną  dalej,  a  zobaczysz,  gdzie  trafisz. Potem  postawię  ci  obiad  i 

pogadamy. Wtedy  dopiero  zrozumiesz,  że  mam ci znacznie  więcej do powiedzenia, niż  był
się kiedykolwiek mogła domyślać. – Zdecydowanym ruchem chwycił Bronwen za nadgarstek 
i zmusił do wstania. – Gdzie jest twój bagaż?

Powiedziała mu. 
– Żartujesz! Naprawdę wykazałaś się taką głupotą?
– Co masz na myśli? – spytała słodkim tonem, jednocześnie zdołała przy tym przydepnąć 

jego lśniące półbuty. 

Zaklął. 
– To, że nie mogłaś już znaleźć gorszej dzielnicy! Tym razem on, i to celowo, przydepnął 

jej stopę. Zrobił to tak, by jej nie zabolało, ale zarazem tak, żeby nie mogła się ruszyć. 

– Tam jest tanio – wykrztusiła. Cofnął nogę. 
– Nic mnie to nie obchodzi, nawet gdyby to oni tobie płacili, żebyś u nich wynajmowała 

pokój. 

– Taak? A co w takim razie proponujesz?
– To  nie  jest  żadna  propozycja.  – Ujął  ją  pod  ramię  i  skierował  do  wyjścia.  –

Wprowadzisz się do mnie i koniec! – Zauważył, że Bronwen z oburzeniem otwiera usta, więc 
dodał: – Jeśli zaczniesz się ze mną kłócić, to ostrzegam, że nie cofnę się przed zachowaniem 
jaskiniowca, o którym wspomniałaś. Chociaż, przy moim obecnym nastroju, wcale nie jestem 
pewien, czy właśnie to nie okazałoby się najlepsze. Dla nas obojga. 

background image

ROZDZIAŁU DRUGI

Bronwen  milczała  wyniośle,  dopóki  nie  wyszli  na  ulicę.  Dopiero  wtedy,  odezwała  się 

lodowato:

– Rozumiem, że nawet nie mam po co pytać, dokąd idziemy?
– Czemu nie? Do samochodu. 
– Ach,  tak – teraz  z  kolei  jej  glos  byt  pełen  słodyczy.  – Ponieważ  jednak  izba  przyjęć 

znajduje się tuż za nami, nie jest to chyba zbyt sensowne?

Zatrzymał  się  gwałtownie  i  po  raz  drugi  w  ciągu  zaledwie  kilku  minut  Bronwen  miała 

możliwość  usłyszeć,  z  jaką  biegłością  Slade  posługuje  się  tą  odmianą  języka,  której 
zazwyczaj nie używa się w dobrym towarzystwie. Zawrócił i pociągnął ją za sobą w stronę 
szpitala. 

Zerknęła na niego, tłumiąc rozbawienie. Wyglądał jak chmura gradowa. Bardzo mu tak 

dobrze, pomyślała, zasłuży! sobie na to. 

Godzinę zajęło im rozwikłanie tego, co Bronwen określiła jako dziwaczną pomyłkę, zaś

Slade  nazwał  bez  ogródek  cholerną  niekompetencją.  W  izbie  przyjęć  zareagowano  z 
oszołomieniem  i  pewnym  niezadowoleniem,  po  czym  skierowano  ich  do  działu 
administracyjnego. Tam z kolei potężna i wyraźnie nieżyczliwie nastawiona kobieta w ogóle 
nie chciała uwierzyć w  całą historię. W końcu spojrzała na nich  groźnie sponad okularów i 
poszła się z kimś naradzić. 

– Jest  wściekła – Bronwen  rzuciła  figlarne  spojrzenie  na  kamienną  twarz  Slade’a.  –

Sądzę, że wolałaby raczej nie być świadkiem mego zmartwychwstania. 

– Wcale nie jest do końca przekonana, że zmartwychwstałaś – odparł sucho. Na chwilę 

jego twarz straciła nieprzenikniony wyraz, pochylił głowę i dodał w zamyśleniu: – Zastanów 
się może jeszcze nad tym. Jesteś pewna... ?

– Najzupełniej – znów z trudem powstrzymała się od śmiechu. 
Jeśli  Slade  sądził,  że  prezentując  twarz  pokerzysty,  łatwiej  sobie  z  nią  poradzi,  to  się 

mylił. 

Urzędniczka wróciła i z ociąganiem przyznała, że Bronwen Evans rzeczywiście pozostaje 

przy życiu. Natomiast siedemdziesięciodwuletnia Barbara Evans, która również przyleciała z 
Wielkiej  Brytanii,  faktycznie  nie  żyje.  Nie  wiadomo,  kto  pomylił  osoby,  jednak  z  całą 
pewnością nie jest to wina personelu szpitalnego. 

– W takim razie czyja? – dopytywał się Slade z groźnym błyskiem w niebieskich oczach. 
– To nieistotne – powiedziała pośpiesznie Bronwen. – Najważniejsze, iż zostało oficjalnie 

potwierdzone, że żyje. Nie chciała dać się wplątać w walkę między zawziętym  Slade’em, a 
równie  nieprzejednaną  kobietą,  gotową  do  upadłego  bronić  dobrego  imienia  szpitala,  więc 
podniosła się szybko. 

– Czy moglibyśmy już iść? – Starała się, by ton  jej głosu poruszył go. – Jestem bardzo 

zmęczona... 

Slade wstał. 

background image

– Jeśli czujesz się usatysfakcjonowana... 
– Całkowicie. 
Widząc  jego  niezdecydowanie,  przytrzymała  się  jego  ramienia,  jakby  potrzebowała 

oparcia. 

Spojrzał na nią, zmarszczył brwi, ujął ją pod rękę i wyszli. 
Gdy tylko znaleźli się na ulicy zalanej blaskiem majowego słońca, Bronwen spróbowała 

się odsunąć. 

– Nie zostanę z tobą ani chwili dłużej. Nie boję się twoich pogróżek. 
Milczał. 
– Powiedziałam,  że  nie  zamierzam  z  tobą  zostać.  Nadal  milczał,  jednak  jego  uścisk 

wzmocnił się. Zmusił ją do przejścia na drugą stronę ulicy. 

– Slade... – Wiedziała, że w jej głosie pobrzmiewa nieco błagalna nuta, jednak nie mogła 

na to nic poradzić. – Slade, odpowiedz mi. 

– Podobno byłaś zmęczona. – Otworzył drzwiczki czerwonego porsche. – Wsiadaj więc. 
– Nie pojadę z tobą – poinformowała z największym przekonaniem, na jakie było ją stać. 
Jednocześnie  przypomniała  sobie,  jaki  okropny  jest  ten  jej  hotelik  i  że  jest  straszliwie 

głodna. O ileż łatwiej byłoby ustąpić i dać mu się sobą zaopiekować. Gdyby to nie był Slade... 

Ale  to  był  Slade.  I  właśnie  dlatego  w  ciągu  pięciu  sekund  została  wzięta  na  ręce  i 

posadzona na fotelu. 

– Nawet nie próbuj – ostrzegł, gdy usiadł na swoim miejscu. 
Jej dłoń, która ukradkiem sięgała ku klamce, znieruchomiała. Slade pochylił się i zapiął 

jej pas. Owionął ją jego ekscytujący zapach, a  gdy nacisnął  pedał  gazu, nie mogła oderwać 
wzroku od napinającego się muskularnego uda... 

– Niech  ja  skonam!  Naprawdę  musiałaś  wybrać  takie  slumsy? – Pomógł  jej  wysiąść  i 

wskazał na poprzewracane pojemniki ze śmieciami oraz chrapiącego w przejściu pijaka. 

– Powiedziałam ci, że szukałam czegoś niedrogiego. Nie wszyscy są tacy zamożni, jak ty. 

Zapewniam cię, że ludzie rzadko mieszkają w takich miejscach dlatego, że to lubią. 

– O,  jaka  reformatorka.  Bardzo  to  chwalebne.  Przy  okazji,  dlaczego  sądzisz,  że  jestem 

taki zamożny?

– To, że się wychowałam w maleńkiej mieścinie nie oznacza, że nie potrafię rozpoznać 

ani jedwabnej koszuli, ani luksusowego porsche. 

– Nie podoba ci się mój samochód?
– Miłe cacko – zauważyła wyrozumiale. 
– Odpowiednia zabawka dla wyrośniętego chłopca? To miałaś na myśli?
Rzuciła  ukradkowe  spojrzenie  na  idącego  obok  niej  szybkim  krokiem  mężczyznę  o 

zdecydowanych ruchach. Nie, ten człowiek z pewnością nie był chłopcem. 

– Nie – powiedziała z namysłem. – Ten samochód pasuje do ciebie. 
Wyraz jego twarzy zmienił się. 
– To  brzmi  prawie  jak  komplement.  Nie  powinienem  jednak  popadać  w 

samozadowolenie,  biorąc  pod  uwagę,  co  mogą  w  twoich  ustach  oznaczać  takie  pozorne 
komplementy. 

background image

Powstrzymała  się  od  uśmiechu.  Kiedy  mówił  w  ten  sposób,  drocząc  się  z  nią  z 

rozbawieniem, czuła, że mogłaby go nawet polubić. Gdyby nie pamiętała, co zrobił. 

– Myślę, że zawsze byłeś zadowolony z siebie – zauważyła chłodno, starając się dłużej 

nie  myśleć  o  polubieniu  go.  – Miałeś  zresztą  ku  temu  powody.  Wszystkie  dziewczyny  z 
Pontglas zakochały się  w tobie  po uszy,  kiedy tylko  przyjechałeś, żeby zamieszkać z  twoją 
ciotką i wujem. Chłopcy także zabiegali o twoją przyjaźń, chociaż ci zazdrościli. 

Znaleźli się przed zniszczonymi drzwiami jej hotelu. Oczy Slade’a pociemniały. 
– Nie  było  czego  zazdrościć – oznajmił  szorstko.  – Miałem  piętnaście  lat,  nagle 

znalazłem  się  w  obcym,  zamkniętym  środowisku,  gdzie  wszyscy  znali  się  od  urodzenia. 
Desperacko  próbowałem  wyglądać  jak  światowy  młody  człowiek.  Naprawdę  byłem  tylko 
zagubionym  dzieciakiem,  którego  rodzice  zginęli  w  płonącym  domu,  bo  jak  zwykle  pijany 
ojciec zasnął z zapalonym papierosem. Znam lepsze powody do zadowolenia. 

Bronwen  poczuła  się  niezręcznie.  Oczywiście  znała  historię  o  tym,  jak  Slade  wrócił  z 

kina i znalazł już tylko zgliszcza swojego domu, jednak nigdy nie słyszała, żeby sam o tym 
opowiadał.  Sądziła,  że  oczekuje  jej  współczucia,  ale  gdy  spojrzała  na  niego,  doszła  do 
wniosku, że po prostu ją sprawdzał. Chciał wiedzieć, jak zareaguje, a ponadto zbić ją z tropu, 
żeby przestała się z nim wreszcie spierać w kwestii przeprowadzki, – Ale odniosłeś sukces –
podkreśliła. 

– Sukces? – wyglądał na zdziwionego. 
– Większość z nas uważała, że jesteś niezwykle interesującym, światowym facetem. 
– Większość  z  was? – powtórzył  i  przystanął  pod  drzwiami  oznaczonymi  numerem 

szóstym. – Ale oczywiście nie Bronwen Evans – musnął dłonią jej policzek. 

Zaśmiała się, nieco skrępowana. 
– Ja uważałam, że jesteś nadmiernie pewny siebie. I bardzo przystojny – powiedziała, nie 

patrząc na niego. 

– Co wcale nie robiło na tobie wrażenia. 
– Wcale – westchnęła. – Slade, co my tu robimy? Dlaczego po prostu nie pójdziesz sobie 

i nie zostawisz mnie... 

– Co  tu  robimy?  Przeprowadzamy  cię  z  tej  zapchlonej  dziury.  Nie  zamierzam  cię 

zostawić kompletnie samej w obcym mieście, gdzie nikogo nie znasz. 

– Znam Michaela. 
– Który obecnie leży w szpitalu, za co zresztą w dużym stopniu czuję się odpowiedzialny. 

To jednak nikomu w niczym nie pomoże. 

– Slade, posłuchaj. Nie potrzebuję żadnej pomocy. I nie mogę się do ciebie wprowadzić.
– Czemu  nie?  Obawiasz  się,  że  skorzystam  z  okazji,  gdy  będę  miał  pod  ręką  taką 

czarującą ślicznotkę? – Powiedział to dość lekkim tonem, jednak Bronwen miała wrażenie, że 
rozgniewał się. 

– Owszem, pomyślałam o tym – odparła sucho, żałując, że nie potrafi wymyślić jakiejś 

miażdżącej odpowiedzi. 

– To  lepiej  przestań  myśleć.  Nie  mam  zwyczaju  uwodzić  sióstr  moich  przyjaciół.  Z 

jakichś powodów przyjaciele tego nie lubią. Z drugiej jednak strony, jeśli siostry decydują się 

background image

uwieść mnie... – spojrzał na nią z wyzwaniem w szafirowych oczach. 

– Nic  z  tego – Bronwen  zacisnęła  usta  i  otworzyła  drzwi.  Jeśli  Slade  sądzi,  że  ona 

zamierza podjąć takie, wyzwanie, to się nieźle oszuka. 

– Obawiałem się, że tak właśnie powiesz – mruknął, schylając się nieco, żeby wejść do 

skąpo umeblowanego pokoju. – No nie! Bronwen, chyba nie sądzisz, że uwierzę, że udało ci 
się zasnąć wśród tych koszmarnych tapet! Wygląda na to, że jakiemuś obłąkańcowi zależało 
na tym, aby wynaleźć słoneczniki-ludojady. 

Zachichotała, a jej irytacja zniknęła bez śladu. 
– Okropne, prawda?
– To  jeszcze  za  mało  powiedziane.  Czy  możemy  zabrać  stąd  twoje  walizki,  zanim  te 

cholerne  kwiatki  rzucą  się  na  nas?  Tamten  w  rogu  wygląda  tak,  jakby  myślał,  że  jestem 
obiadem. 

Bronwen  znowu  chciała  zaprotestować  przeciw  przeprowadzce,  jednak  ten  kpiący, 

beztroski Slade miał znacznie większą siłę przekonywania, niż wtedy gdy zachowywał się jak 
tyran.  Takiemu  Slade’owi  mogła  nawet  zaufać.  Ponadto  rzeczywiście  miał  rację,  co  do 
słoneczników. Ten, który znajdował się nad rozklekotanym stolikiem, wydawał się patrzeć na 
nią wyraźnie nieżyczliwie. 

Dwie  minuty  później  schodziła  po  schodach  za  Slade’em  niosącym  jej  rzeczy  i 

zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  udało  mu  się  dokonać  tego,  by  zrobiła  dokładnie  to,  czego 
chciał. Po pięciu latach radzenia sobie z prowadzeniem własnego interesu wydawało jej się, 
że bez trudu potrafi postawić na swoim. 

Gdy  wyszli  na  ulicę,  okazało  się,  że  grupa  niechlujnie  ubranych  małych  uliczników 

otacza samochód Slade’a. Stojący w środku nastolatek z  kilkudniowym  zarostem na twarzy 
manipulował przy zamku. 

Bronwen  na  chwilę  zamknęła  oczy.  Slade  co  prawda  powiedział,  że  nie  ma  zwyczaju 

wszczynać  bójek,  jednak  nie  wyglądał  na  człowieka,  który  będzie  potulnie  stał  z  boku  i 
pozwalał niszczyć swoją własność. 

Ku jej zdziwieniu, Slade spokojnie odsunął stojących mu na drodze chłopców i odezwał 

się głosem, w którym nie było nawet śladu pogróżki, a jedynie odrobina ironii. 

– Jeśli  nie masz  nic  przeciw temu,  wolałbym użyć  kluczyka,  gdyż  tak  się  składa,  że  to 

mój samochód. A może mógłbym cię gdzieś podwieźć? Na przykład na policję. 

Chłopcy  parsknęli  śmiechem,  a  nastolatek  miał  taką  minę,  jakby  mu  znienacka  spadła 

cegła na głowę. 

– Niech pan lepiej nie próbuje – zaczął się odgrażać. 
– Ty  również  nie  próbuj,  bo  pożałujesz.  Jednak,  jeśli  zdecydujesz  się  wybrać  uczciwą 

drogę zarobkowania, to  masz  moją wizytówkę.  Może  się u mnie znaleźć praca dla kogoś  o 
zręcznych  rękach.  A  takie  bez  wątpienia  posiadasz – wskazał  na  drzwiczki  porsche,  które 
tamtemu udało się przed sekundą otworzyć. 

Chłopak, przedtem zaczerwieniony, teraz zbladł i potrząsnął głową, jakby miał kłopoty ze 

słuchem. 

– Pan zwariował? – spytał i spojrzał na Slade’a podejrzliwie. 

background image

– Być może. A teraz, jeśli raczycie się odsunąć, będę mógł odwieźć panią do domu. 
Z  głupimi  minami  patrzyli,  jak  Slade  podaje  dłoń  Bron  wen  i  ostentacyjnie 

przeprowadzają przez milczący tłumek. 

Gdy  ruszyli,  zauważyła  we  wstecznym  lusterku,  że  cała  banda  razem  z  pijaczkiem  z 

bramy odprowadza ich takim wzrokiem, jakby byli przybyszami z obcej planety. W pewnym 
sensie  byli  nimi,  pomyślała,  jeszcze  nieco  oszołomiona.  Nie  wyobrażała  sobie,  żeby  Slade 
kiedykolwiek zgodził się zostawić wóz w takiej dzielnicy. Dziś zrobił to wyjątkowo, tylko ze 
względu na nią. 

– Myślę, że ten chłopak miał rację – powiedziała w końcu. – Zwariowałeś. 
– Dzięki. Miło, że to mówisz. 
– Och,  poradziłeś  sobie  wspaniale,  jednak  nie  rozumiem,  dlaczego  zaproponowałeś  mu 

pracę? I dlaczego tak ryzykowałeś, zostawiając tam samochód? Mogłam pojechać autobusem.

– Bez  wątpienia  mogłaś.  I  przeprowadziłabyś  się  do  innego,  równie  nieodpowiedniego 

hoteliku,  który  różniłby  się  od  poprzedniego  tylko  tym,  że  na  ścianach  tym  razem  byłyby 
maki. – Zacisnął palce na kierownicy. – Nie mogłem na to pozwolić. Oczywiście wiedziałem, 
że dobry wóz nie postoi za długo w takim miejscu, ale przecież zamierzałem tam zostawać 
najkrócej, jak to było możliwe. Skinęła głową. 

– No dobrze, to ma sens. Ale oferowanie włamywaczowi pracy?
– Może  tak,  może  nie.  Kiedyś  byłem  w  takiej  sytuacji  jak  on.  Bez  celu  w  życiu, 

sfrustrowany,  zagubiony,  a  rodzice  byli  zazwyczaj  zbyt  pijani,  by  się  mną  przejmować. 
Gdyby  nie  zginęli  i  gdyby  ciotka  Nerys  nie  przygarnęła  niesfornego  siostrzeńca,  mógłbym 
skończyć jako drobny złodziejaszek. 

Popatrzyła na wyraźnie zarysowaną linię jego ust i zdecydowanie potrząsnęła głową. 
. – Nie. Nie skończyłbyś. Posiadasz zbyt wielką siłę wewnętrzną, żeby tak się stało. Jesteś 

wyniosły,  ale  silny.  – Nie  odpowiedział,  więc  dodała  z  nieco  ponurym  uśmieszkiem: – A 
gdybyś  jednak  został  przestępcą,  to  na  pewno  dużego  kalibru.  Nie  byłbyś  byle 
złodziejaszkiem. 

Slade rzucił jej drwiące spojrzenie. 
– Tak myślałem, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. 
– O co ci chodzi?
– Prawie powiedziałaś mi komplement. Na szczęście udało ci się z tego jakoś wybrnąć. 
– Wyniosły i arogancki – odcięła się. 
– No, tak lepiej. Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. 
Zobaczyła, jak jego usta rozciągają się w niezwykle zadowolonym uśmiechu, odwróciła 

więc  głowę  i  milczała  z  chmurną  miną.  Odezwała  się  dopiero  wtedy,  gdy  wjechali  do 
podziemnego garażu pod eleganckim wysokościowcem na Point Gray Road. 

– Ciemno tutaj – wyrwało jej się niechcący. 
– Pod ziemią zazwyczaj jest ciemno. Dlatego używamy czegoś, co się nazywa światło. 
– Tak, ale... – zamilkła. 
Właściwie  miał  rację,  garaż  był  odpowiednio  oświetlony.  Bronwen  po  prostu 

nienawidziła mrocznych wnętrz od czasu, gdy Michael zamknął ją dla żartu w szafie, a potem 

background image

o  niej  zapomniał.  Została  uwięziona  na  ponad  godzinę  i  od  tej  pory  panicznie  bała  się 
ciemności.  Nie  był  to  jednak  powód,  żeby  się  zachowywać  jak  wystraszona  pensjonarka, 
zwłaszcza w obecności Slade’a, który ją obserwował i uśmiechał się dziwnie. 

– Chodźmy – powiedział. – Tam jest winda. 
Tym razem poczuła zadowolenie, gdy ujął ją pod ramię. Ich kroki rozbrzmiewały głucho* 

i  posępnie na betonowej  posadzce, jednak nie można  się było niczego obawiać, mając  przy 
sobie  takiego  towarzysza.  Nawet  przypadkowy  dotyk  jego  uda  napawał  zaufaniem, 
jakkolwiek z drugiej strony niósł ze sobą pewne niebezpieczeństwo... 

– Co za elegancja. – Bronwen oglądała szeroko  otwartymi oczami  wyłożoną dywanem, 

luksusową windę, która bezszelestnie mknęła do góry. 

– Naprawdę tak uważasz? – uśmiechnął się, a ona poczuła się, jakby była straszną gąską. 
Jednak, gdy Slade wprowadził ją do najpiękniejszego pokoju, jaki w życiu widziała, nie 

była w stanie powstrzymać okrzyku zachwytu. 

– Podoba ci się?
– To... To niewiarygodne!
Ogromne okno na jednej ze ścian wychodziło na szeroki balkon, z którego roztaczał się 

widok  na  rozmigotany  ocean.  Kolor  wody  znakomicie  harmonizował  z  wystrojem  wnętrza, 
utrzymanym w odcieniach błękitu i zieleni. Znajdujący się wysoko sufit potęgował wrażenie 
przestrzeni.  Na  podłodze  nie  było  dywanu,  a  posadzka  została  ułożona  z  zielonobiałych 
płytek.  Wiszące  na  ścianach  obrazy  bez  wątpienia  nie  wyszły  spod  pędzla  byle  artystów 
malarzy. 

– W jakim sensie niewiarygodne? – spytał sucho Slade. 
– Rozumiem,  że  masz  na  myśli,  iż  jest  tu  goło  i  zimno,  zupełnie  inaczej  niż  w  twoim 

przytulnym domku?

– Rzeczywiście, nie przypomina to mojego domu. 
– Przyszły jej na myśl staroświeckie abażury z  frędzlami  i  setki innych rzeczy, których 

nie zmieniła od śmierci rodziców. – To wnętrze nie jest jednak gołe ani zimne. Jest wyważone 
i dzięki temu przestronne. 

– Czyli aprobujesz je? – Ujął jeden z jej rudych loków i założył go za jej ucho. – Cieszy 

mnie to. 

Jakaś nuta w jego głosie spowodowała, że Bronwen spojrzała na niego uważnie, jednak 

nie mogła niczego wyczytać z przystojnej, lekko uśmiechniętej twarzy. 

– Gdzie są sypialnie? – wyrwało jej się. Miała ochotę samą siebie wytargać za uszy za to 

pytanie. 

Tak, jak przewidziała, jego uśmiech stał się szeroki. 
– Sypialnia – poprawił. – Jest tylko jedna. Poczuła, że zaczyna się rumienić i odwróciła 

się szybko. 

Slade roześmiał się cicho. 
– Nie jestem Don Juanem. 
– Nie jesteś? To raczej dyskusyjne. Ale... 
– Ale  nie  planujesz  dzielić  ze  mną  łóżka?  Nie  obawiaj  się,  jakoś  przeżyję  to  straszne 

background image

rozczarowanie. 

Oczywiście, że przeżyjesz, i to bez najmniejszego trudu, pomyślała Bronwen. Ponieważ 

to dla ciebie żadne rozczarowanie. Po prostu śmiejesz się ze mnie. 

Głośno jednak powiedziała co innego. 
– To już druga wielka ulga, jakiej dzisiaj doświadczam. Czy mogę spytać, gdzie w takim 

razie mam spać?

– W moim łóżku. 
Tego było już nadto. Od jakiegoś czasu musiała nie być przy zdrowych zmysłach, skoro 

pozwalała mu na takie zachowanie, ale teraz natychmiast wszystko wróci do normy. 

Slade dogonił ją, zanim zdążyła dojść do drzwi. 
– Nie uciekaj! – Chwycił ją za ramię i odwrócił do siebie. – Wiesz, że cię nie puszczę. 
– Nie  masz  prawa  mnie  zatrzymać! – Zauważyła  cyniczny  błysk  w  jego  oczach.  –

Najwyżej... 

– Najwyżej  mogę  próbować,  ale  masz  nadzieję,  że  tego  nie  zrobię – dokończył  za  nią, 

podniósł wolną rękę i położył dłoń na jej karku. – Przykro mi, że muszę tę nadzieję rozwiać, 
ale z pewnością cię tu zatrzymam. 

Po raz pierwszy, od chwili gdy spotkali się na szpitalnym korytarzu, Bronwen zaczęła się 

Slade’a  obawiać.  Do  tej  pory  czuła  irytację  i  złość,  czasem  onieśmielenie.  Teraz  poczuła 
strach. 

Musiało to znaleźć odbicie w jej oczach, gdyż Slade uwolnił ją gwałtownie i odezwał się 

dość niecierpliwie:

– Do licha, za kogo ty mnie uważasz? Zamierzam spać w tym pokoju na kanapie. Oddaję 

sypialnię do twojej wyłącznej dyspozycji. 

– Och! – Znowu  poczuła  się  jak  idiotka.  Przecież  w  sumie  przyszła  tu  z  własnej  woli. 

Nikt jej nie ciągnął siłą. 

– To chyba jawnie panią satysfakcjonuje? – spytał zjadliwie. 
Miała  co  do  tego  wątpliwości,  jednak  było  już  za  późno,  żeby  się  wycofać.  Zresztą 

musiała gdzieś mieszkać, ponadto przekonała się, że  Slade dziś  nie wykorzysta okazji, no i 
lepiej było spędzić tę jedną noc tutaj w zgodzie. 

– Satysfakcjonuje – odpowiedziała sztywno. 
– Świetnie.  Cieszę  się,  że  w  końcu  wyraziłaś  aprobatę  – w  przesadzonym  geście  ulgi 

wytarł czoło chusteczką. 

– Skoro to już zostało ustalone, zdecyduj, czy chcesz zjeść tutaj, czy gdzieś na mieście?
– Umiesz gotować? – Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. 
– Oczywiście, że nie. Ty umiesz. Zatkało ją na chwilę.
– Ze  wszystkich  dwuznacznych  zaproszeń,  jakie  kiedykolwiek  otrzymałam,  to  jest 

najbardziej egoistyczne... 

– Moja gospodyni, pani Doyle, akurat wyjechała na wakacje, jednak zostawiła lodówkę 

pełną już przygotowanych dań, z których podaniem nawet ja mogę sobie poradzić. 

– Och... 
– „Och” to nie jest odpowiedź. 

background image

– Odpowiedź?
– Bronwen,  nie  uważam  cię  za  głupią,  przynajmniej  kiedyś taka  nie  byłaś.  Chcesz  jeść 

tutaj, czy gdzieś indziej?

Miała ochotę go uderzyć. 
– Tutaj. Tak będzie wygodniej. 
Wcale nie o to jej chodziło. Po prostu nie chciała, by Slade fundował jej posiłek. 
– Znakomicie. – Schylił się, by podnieść walizki. – Pokażę ci twój pokój. 
Przez  pomalowane  na  niebiesko  drzwi  zaprowadził  ją  do  małej  sypialni,  utrzymanej  w 

odcieniach  brązu  i  złota,  co  zaskakująco  kontrastowało  z  resztą  mieszkania.  Bronwen  nie 
udało się ukryć zachwytu. 

– Lubię, jak mi ciepło i przytulnie w łóżku – wyjaśnił Slade. Spojrzał na nią przy tym z 

ukosa, jednak umknęła przed jego wzrokiem. 

Łoże było ogromne, dwie osoby mogły się w nim zmieścić z łatwością... 
– Sam  to  wszystko  urządzałeś? – spytała,  mniej  z  ciekawości,  a  bardziej  po  to,  by 

oderwać myśli od łóżka i tego, do czego ono może służyć. 

– Nie, od tego ma się ludzi, którzy dla ciebie pracują. Powiedziałem im, czego chcę, a oni 

zrobili resztę. 

Bronwen spochmurniała i zaczęła powoli otwierać walizki, które Slade rzucił na łóżko. 
– Pracują dla ciebie? – powtórzyła. – Co ty właściwie robisz?
Westchnął. 
– Nie patrz na mnie tak, jakbyś podejrzewała, że mam na własność tabun niewolników. 

Prawda jest znacznie mniej interesująca. 

– To znaczy?
– Prowadzę własną  firmę. Projektujemy różnego  rodzaju przyczepy  kempingowe i  tego 

typu  rzeczy.  – Jak  tego  dokonałeś? – Bronwen  zawsze  widziała  praktyczną  stronę  każdego 
przedsięwzięcia. – Najpierw przecież trzeba zgromadzić pewien kapitał. 

– Znalazłem  ludzi,  których  przekonały  moje  pomysły,  zainwestowali  więc  w  moje 

przedsięwzięcie – wyjaśnił jakby z zaskoczeniem. No pewnie, że jest zaskoczony, pomyślała 
z  urazą.  Przecięż  Slade  zawsze  oczekiwał,  że  dostanie  wszystko,  czego chce  i  nawet  nie 
dopuszczał do siebie myśli, że coś mogłoby mu się nie udać. 

– I oczywiście twojej firmie powiodło się – powiedziała z uśmieszkiem. 
– Można tak powiedzieć. Popatrzyła na luksusowo urządzony pokój, przypomniała sobie 

porsche  i  jedwabną  koszulę.  Nieźle,  jak  na  dzieciaka,  który  pochodził  z  marginesu 
społecznego, a potem trafił do maleńkiej miejscowości na prowincji. Całkiem nieźle. 

– Obiad.  – Prawie  podskoczyła,  gdy  Slade  dotknął  jej  ramienia.  – Rozpakować  się 

możesz później. 

Objął ją nonszalancko i wprowadził z powrotem do dużego pokoju. Gdy doszli do wnęki 

kuchennej,  puścił  ją  i  Bronwen  poczuła  ukłucie  żalu.  Przeszło  jej  to  jednak  błyskawicznie, 
gdy usłyszała jego słowa. 

– Tam masz lodówkę – powiedział, wyraźnie oczekując, że Bronwen zaraz  rzuci się do 

roboty. 

background image

– To miło – patrzyła uważnie na taflę wody za oknem. 
– Jest w niej jedzenie. 
– Bardzo mnie to cieszy. Westchnął z rozdrażnieniem. 
– Jeśli ją otworzysz, moja droga, to będziemy mogli coś zjeść. 
– Wydawało  mi  się,  że  słyszałam,  iż  nawet  ty  dajesz  sobie  radę  z  odgrzewaniem 

gotowych dań. – Śledziła wzrokiem płynącą powoli łódkę z czerwonymi żaglami. 

– Mogło  mi  się  coś  takiego  wyrwać  w  chwili  słabości,  ale  naprawdę  jestem  fatalnym 

kucharzem. Chyba nie zależy ci na tym, żebym przypalił twój obiad?

Spojrzała na niego. Kołysał się na piętach, z dłońmi w kieszeniach, uśmiechając się przy 

tym rozbrajająco. Widać było, że nie ustąpi. 

Co za atrakcyjny facet, przemknęło jej przez głowę. Dziwne, że przedtem nie uległa jego 

urokowi. Teraz też nie ulegam, pośpiesznie upomniała siebie. A obiad mogła ugotować i tak. 
Uwielbiała  gotować  i  naprawdę  świetnie  jej  to  wychodziło.  Slade’owi  z  tego  co  mówił, 
udawało się. to 

znacznie  gorzej.  Jeśli  więc  nie  chce  nabawić  się  niestrawności,  lepiej  będzie,  jak  sama 

wszystko zrobi. Ponadto  Slade zaoferował jej gościnę. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, 
że zmusił ją do zamieszkania u niego, niemniej jednak korzystała z jego pomocy. 

Wzruszyła lekceważąco ramionami, żeby nie miał poczucia wygranej. 
– Dobrze, gdzie są warzywa?
– Warzywa? – powtórzył dość bezmyślnie. – Chyba nie ma żadnych. Chociaż... Czekaj, 

widziałem któregoś dnia coś zielonego, ukrytego gdzieś na dole lodówki, ale kiedy to było? 
We wtorek. A może w poniedziałek?

Wzniosła  oczy  do  nieba.  Przygotowanie  posiłku  okazywało  się  trudniejsze,  niż 

przypuszczała. 

Zielone „coś” wyglądało tak obrzydliwie, że błyskawicznie wylądowało w koszu. Oprócz 

tego  Bronwen  odkryła  brązową  papkę,  która  kiedyś  pewnie  była  sałatą.  Na  szczęście 
marchewka zachowała się w znacznie lepszym stanie. Zaczęła ją obierać, podczas gdy Slade 
kręcił  się po  pokoju,  wyraźnie  zadowolony  z  siebie.  Gdy  Bronwen  podgrzała  jedną  z 
przygotowanych przez panią Doyle potraw, usiedli przy lśniącym stole z sosnowego drzewa, 
który oddzielał  aneks  kuchenny od  pokoju.  Nie  odzywali  się  do  siebie.  Slade  wyczuwał jej 
niezadowolenie i wyraźnie był ciekaw, ile czasu wytrzyma w milczeniu. 

Wytrzymała pięć minut. 
– Słuchaj, skoro jesteś tak fatalnym kucharzem, to jak udało ci się przetrwać te wszystkie 

lata, kiedy włóczyłeś się z Michaelem po kraju? Z całą pewnością nie głodowałeś. 

Uśmiechnął się leciutko i odłożył widelec. 
– Twój  brat  całkiem  nieźle  gotuje,  jeśli  tylko  zechce  się  do  tego  przyłożyć –

zaimprowizował  na  poczekaniu.  – Bywa to  też,  że  razem  z  pracą  mieliśmy  zapewnione 
wyżywienie. Czy odpowiedziałem na twoje pytanie?

– Tak by wyglądało. 
– Ale za cholerę w to nie wierzysz, co?
– Właśnie. 

background image

Uśmiechnął się nieco złośliwie. 
– Tak myślałem. No cóż, przykro ci będzie to usłyszeć, ale rzeczywiście, kiedy jestem do 

tego zmuszony, potrafię sobie poradzić. 

– Rozumiem – powiedziała lodowatym tonem. – Udawałeś bezradnego mężczyznę tylko 

po to, żeby mnie zmusić do pracy. 

Wzruszył ramionami. 
– Nigdy nie jestem bezradny, Bronwen. Po prostu nie lubię gotować. 
– Za to lubisz zawsze stawiać na swoim. Mogłam to przewidzieć. 
– Mogłaś – zgodził  się.  – Ale  nie  przewidziałaś.  A  tak  poza  tym,  to  jest  naprawdę 

świetne. 

Wolała odstawić szklankę z winem, zanim ulegnie pokusie rzucenia mu nią w twarz. 
– Powinno takie być. Nie wątpię, że zatrudniasz tylko najlepszych. 
– Ciekawe, dlaczego mam wrażenie, że to nie było pochlebne? – Przymknął jedno oko i 

oglądał swoją szklaneczkę pod światło. 

– Bo nie było – odcięła się. Postawił szklankę na stole. 
– Dobra, Bronwen – warknął, przestając wreszcie udawać obojętność. – Skończmy z tym. 

Mam dość tego, że traktujesz mnie jak najgorszego wroga. O ile sobie przypominam, nigdy 
nie wyrządziłem ci najmniejszej krzywdy. 

– Mnie nie. 
Patrzyła na jego przymrużone oczy i zaciśnięte usta. Z trudem ukryła lekki dreszcz, jaki ją 

przeszedł. 

– A komu, jeśli mogę wiedzieć? – spytał niebezpiecznie niskim głosem. 
Bronwen zacisnęła w dłoni serwetkę, jednak rozumiała, że przecież sama to zaczęła. 
– Jenny Price – powiedziała w końcu. 
– Jenny  Price? – W  tym  momencie  Slade  przypominał  jej  orła,  który  lada  moment  ma 

spaść na swoją zdobycz. – Co Jenny Price ma wspólnego z tobą? I co ja mam do tego?

Bronwen nie wierzyła własnym uszom. 
– Jak możesz o to pytać? – wbrew sobie podniosła głos. 
– Właśnie,  dobre  pytanie,  też  mam  ochotę  je  zadać.  Nie  ufasz  mi,  traktujesz  mnie,  jak 

jakiegoś potwora, a gdy chcę się dowiedzieć, czemu, ty wtedy mówisz „Jenny Price”. 

– Dobrze – odezwała  się  zimno  i  dobitnie.  – Jeśli  chcesz,  żeby  zostało  to  powiedziane 

głośno,  to  śpieszę  ci  przypomnieć,  że  zaszła  z  tobą  w  ciążę,  chociaż  była  zaręczona  z 
Brice’em Barkerem. Załamała się i  wyznała mu  prawdę, a on wtedy zagroził, że cię zabije. 
Zwiewałeś z miasta tak szybko, że tylko się za tobą kurzyło. Dlatego nie mam najmniejszego 
powodu, żeby ci ufać. Nie chcę skończyć tak, jak biedna Jenny. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Bronwen wpatrywała się w pusty talerz i przypominała sobie, jak w osadzie dowiedziano 

się, że Slade. umknął przed słusznym gniewem Brice’a Barkera. Niedługo potem zadzwonił 
Michael. 

Przebywali  we  dwóch  w  Londynie  i  właśnie  stamtąd  jej  brat  raczył  poinformować 

rodzinę, że już nie wrócą do Pontglas. 

– A dokąd jedziecie? – spytała płaczliwym tonem matka. 
– Do Kanady. 
Bronwen do tej pory pamiętała wyraz jej twarzy, gdy usłyszała odpowiedź syna. Nigdy 

też nie zapomniała rozpaczy Jenny, trwającej jeszcze przez wiele miesięcy... 

Ostry głos Slade’a brutalnie wdarł się w jej wspomnienia. 
– Ciekawe,  skąd  wzięłaś  tę  interesującą  historyjkę?  I  dlaczego  sądzisz,  że  miałabyś  się 

znaleźć w sytuacji Jenny?

Spojrzała na niego. Jego twarz o napiętych rysach wyglądała jak maska. Zbladł, jednak ta 

bladość wynikała z ledwo hamowanego gniewu. 

– Nie pamiętam, od kogo to słyszałam – wyznała, nerwowo mnąc pod stołem serwetkę. –

Brice nigdy o tym nie wspominał, a nikt nie odważył się go pytać, żeby nie oberwać. Ale i tak 
wszyscy o tym mówili, a on i Jenny nigdy nie zaprzeczyli tym pogłoskom. W końcu ożenił 
się z nią i dał dziecku swoje nazwisko – wygładziła serwetkę na kolanach. – Myślę, że mimo 
wszystko byli szczęśliwi, aż do jego śmierci. Zginął w kopalni dwa lata temu. 

– Ach, tak – wyraz twarzy Slade’a nie zmienił się ani na jotę. – A to dziecko... to chłopiec 

czy dziewczynka?

Bronwen nawet nie próbowała ukryć potępienia. 
– Do tego stopnia miałeś to w nosie, że nawet się nie dowiedziałeś? Bobby jest już dużym 

chłopcem, za kilka miesięcy skończy osiem lat. 

– Ach, tak – powtórzył. Wstał i podszedł do okna. Blask słońca rozświetlił jego złociste 

włosy. – To dlatego... – przerwał na moment. – Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje drugie 
pytanie. Czemu się boisz, że skończysz jak Jenny?

– Ja... Właściwie nie miałam tego na myśli. 
– Naprawdę? To ciekawe. Sądzisz, że się poprawiłem? A może uważasz, że w łóżku wolę 

inne kobiety... nie takie, jak ty?

– Ani  jedno,  ani  drugie – zająknęła  się.  Gdyby  tylko  mogła  znajdować  się  teraz 

gdziekolwiek indziej, wszystko byłoby lepsze od tej jaskini lwa!

Slade odwrócił się do niej. Jego wysoka sylwetka rysowała się wyraźnie na tle nieba. 
– Odpowiedź  jest  w  takim  razie  tylko  jedna.  Nie  ufasz  samej  sobie.  Nie  wierzysz,  że 

mogłabyś  mi  się  oprzeć.  W  takim  razie  przede  mną  szczęśliwa  noc – postąpił  krok  w  jej 
kierunku, a w niebieskich oczach zamigotał złośliwy błysk. 

– Co robisz?! – krzyknęła i zacisnęła palce na kancie stołu. – Slade, nie możesz... 
– Owszem, mogę – odparł spokojnie. 

background image

– Nie możesz. Obiecałeś. 
Roześmiał się tak, że Bronwen aż zadrżała. 
– Chyba  nie  sądzisz,  że  facet,  który  uwiódł  biedną  Jenny,  ma  zwyczaj  dotrzymywać 

obietnic?

Nagle  przestała  się  bać  i  poczuła  gniew.  Jak  on  śmie  drwić  z  kogoś,  komu  niemal 

zrujnował życie? Jednak nie miała po co zwracać mu na to uwagi. Pokazał aż nadto wyraźnie, 
że wyrzuty sumienia są mu najzupełniej obce. Na szczęście istniał sposób, w jaki można było 
położyć kres tej scenie. 

– Owszem,  oczekuję,  że  tym  razem  dotrzymasz  słowa.  Gdybyś  o  tym  zapomniał,  to 

przypominam, że jestem siostrą Michaela. 

– Ach, tak, Michael. Nie, nie zapomniałem. – Chłód i okrucieństwo zniknęły z jego głosu, 

który był teraz lekko zdławiony. – Kochasz go, prawda?

– Oczywiście – powiedziała niecierpliwie. – Przecież to mój brat. 
– W takim razie, jeśli chcesz się jeszcze raz dzisiaj z nim zobaczyć, lepiej się zbierajmy –

jego ton znów brzmiał neutralnie, prawie obojętnie. – Aha, jedno musimy ustalić. Ponieważ 
tak długo, jak zostaniesz w Vancouver, będziesz mieszkać ze mną... 

– Nie! Przeprowadzę się do Michaela, kiedy tylko da mi adres. – Bronwen miała nadzieję, 

że nie wygląda na tak wystraszoną, jaką była w rzeczywistości. 

– To nie jest odpowiednie miejsce dla ciebie. 
– Oczywiście, że jest... 
– Nie  kłóć  się  ze  mną.  Nie  po  to  zabrałem  cię  z  deszczu,  żebyś  się  pchała  pod  rynnę. 

Uwierz mi na słowo, że nie powinnaś tam mieszkać. 

Ku  swojemu  największemu  zdziwieniu,  Bronwen  poczuła,  że  mu  wierzy.  Jakiś 

wewnętrzny  głos  podpowiadał  jej,  że  Slade  nie  kłamie.  Zresztą,  rzeczywiście  było  wysoce 
prawdopodobne,  że  Michael  wynajął  sobie  takie  mieszkanie,  którego  nie  mógłby  pokazać 
swojej siostrze. 

– Dobrze – powiedziała z godnością, przynajmniej miała nadzieję, że tak to zabrzmiało. –

Co więc mamy w związku z tym ustalić?

– Nie zamierzam  dzielić  domu  z  sekutnicą, która  przy każdej  okazji  krytykuje mój  styl 

życia,  charakter,  zasady  moralne...  Której  wszystko  się  we  mnie  nie  podoba,  może  z 
wyjątkiem gustu przy urządzaniu wnętrz. 

Nie  tylko  gust  jest  w  porządku,  pomyślała,  gdy  stanął  przed  nią.  Żadna  kobieta  przy 

zdrowych zmysłach nie krytykowałaby tak wspaniałego ciała... 

Slade ujął Bronwen mocno za ramiona, pochylił się i spojrzał jej prosto w twarz. 
– Jak  już  powiedziałem,  nie  zamierzam  tego  znosić.  Możesz  myśleć  o  mnie,  co  ci  się 

tylko podoba, jesteśmy w wolnym kraju. Jednak tak długo, jak długo tu zostaniesz, masz się
powstrzymać od wytykania mi przeszłości i zachowywać się wobec mnie przyzwoicie. 

– A może raczej służalczo? – spytała ze słodyczą. Silniej zacisnął palce na jej ramionach, 

a w jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie. 

– Proszę, nie przeciągaj struny. Szybko tracę cierpliwość. 
– Ale  się  boję – prychnęła.  – A  co,  jeśli  przeciągnę  strunę?  Szafirowe  oczy  zalśniły 

background image

niebezpiecznie. 

– Naprawdę chcesz wiedzieć? Dobra, też mam ochotę ci to pokazać. Chodź – obrócił ją i 

popchnął w kierunku turkusowej kanapy. 

– Hej, co ty robisz?
– Myślałem, że chciałaś się dowiedzieć. Odwróciła się gwałtownie, niemal wpadając na 

jego szeroką pierś. 

– Och, skończ wreszcie z tymi prymitywnymi wygłupami! Jeśli sądzisz, że pozwolę ci się 

ze mną kochać... 

– Nie  sądzę.  Istnieją  inne  sposoby,  żeby  rozładować  męską  frustrację.  I  żeby 

zdenerwować kobietę. 

– Jeśli chodzi o denerwowanie kogoś, to jesteś w tym bezkonkurencyjny. 
– Wątpię.  Ktoś  jest  w  tym  lepszy – ujął  jej  drobną  twarz  w  dłonie.  – A  teraz,  moja 

marcheweczko, przestańmy się kłócić i zawrzyjmy rozsądną umowę. 

W  zasadzie  nie  jest  to  zły  pomysł,  pomyślała  ponuro.  Też  miała  dość  tej  nieustannej 

walki. Ponadto rzeczywiście nadal mogła o nim myśleć, co tylko zechce. 

– Jaką umowę? – spytała ostrożnie. Opuścił ręce. 
– Zapewnię  ci  mieszkanie  i  jedzenie.  W  zamian  oczekuję  jedynie  jakiegoś 

cywilizowanego zachowania.  Przestań ostrzyć na mnie swoje ząbki i pazurki, bo nie jestem 
kawałkiem drewna i nie lubię tego. 

To prawda, nie była dla  niego zbyt  miła. Osiem lat temu skrzywdził kilka osób, jednak 

dzisiaj  starał się jej pomóc. W  dodatku cały czas  pozostał  lojalny w stosunku  do Michaela, 
którego przecież czasami było tak trudno znieść. 

– Zgadzam się – powiedziała w końcu. 
Ponieważ Slade nie odpowiedział, wyciągnęła do niego rękę. Uścisnął ją. 
– Znam  lepszy  sposób  na  przypieczętowanie  zgody – powiedział  miękko,  a  jego  oczy 

przybrały dziwny wyraz. Wyglądał, jakby coś sprawiało mu ból. 

– Co masz na myśli? – spytała niepewnie. 
– To. – Zanim zdążyła się zorientować, przyciągnął ją do siebie i lekko przesunął ustami 

po jej wargach. 

Zamarła  na  moment,  oszołomiona  przede  wszystkim  pozytywną  reakcją  własnego  ciała 

na ten tak krótki pocałunek, który nawet nie wiadomo, czy był naprawdę pocałunkiem. 

– Czy to nie lepsze, niż podanie ręki? – spytał prowokacyjnie. 
– Nie. Tak. Ja... To ma się więcej nie powtórzyć – powiedziała nieswoim głosem. 
– Skoro sobie tego życzysz... Obiecuję, że cię więcej nie dotknę. Chodź, musimy iść do 

Michaela. 

W szpitalu zabawili niedługo, gdyż okazało się, że Michael, prawdopodobnie zmęczony 

nieustannym  flirtowaniem,  prawie  już  zasypia.  Nie  pozostało  im  nic  innego,  jak  tylko 
obiecać, że przyjdą następnego dnia i zostawić go samego. 

– Myślę,  że  możesz  się  o  niego  nie  martwić – zauważył  Slade,  gdy  jechali  windą.  –

Wychodzi z tego błyskawicznie. 

– Aha – westchnęła. – I robi przy tym oko do każdej ślicznotki, jaka się pojawi. Tak bym 

background image

chciała, żeby znalazł sobie jakąś odpowiednią dziewczynę i wreszcie się ustatkował. 

– Jest o rok młodszy ode mnie – zadumał się Slade. 
– Czy  sądzisz,  że  ja  też  powinienem  się  ustatkować?  Przy  pomocy  jakiejś  wyjątkowo 

odpowiedniej młodej damy?

Zignorowała prowokacyjny błysk w jego oczach. 
– Na szczęście nie jestem odpowiedzialna za ciebie – odparła, sznurując usta. Ponieważ 

nie  zareagował  na  jej  słowa,  nie  mogła  się  powstrzymać  od  dodania: – Ale  kobietę,  która 
zrobiłaby z tobą porządek, darzyłabym ogromnym podziwem. 

Winda zjechała na parter i Slade ujął Bronwen pod ramię. 
– Uważasz, że trzeba zrobić ze mną porządek?
– Owszem, ale obawiam się, że to niewykonalne zada – , nie – potrząsnęła głową, a rude 

loki miękko musnęły jego ramię. 

Slade popatrzył na nią z wyrazem twarzy, który wprawiłby Bronwen w zdumienie, gdyby 

teraz na niego spojrzała. 

– Nie  byłbym  tego  taki  pewien.  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Może  w  rękach  właściwej 

kobiety stałbym się miękki jak wosk?

– Zgadza  się,  byłbyś  w  jej  rękach.  Ale  daję  głowę,  że  na  pewno  nie  stałbyś  się  wtedy 

miękki jak wosk. 

Usłyszała stłumiony śmiech i zorientowała się, co powiedziała. Na szczęście zapadł już 

zmierzch  i  Siądę  nie  mógł  dojrzeć  koloru  jej  policzków.  W  dodatku  ta  myśl  była  taka 
kusząca... Czuć  pod rękoma  jego muskularne  ciało, przesunąć  dłońmi  po szerokim  torsie, a 
potem w dół po plecach... 

Wsiadła  do samochodu i postarała się przywołać do porządku niesforne myśli. Pożądać 

Slade’a było równie bezpiecznie, jak bawić się z grzechotnikiem, Jenny Price drogo zapłaciła 
za tę wiedzę. 

Pół godziny później w apartamencie na szczycie wieżowca Bronwen znalazła się sam na 

sam z tym niebezpiecznym mężczyzną, który w dodatku rozpiął koszulę i zdjąwszy ją, rzucił 
niedbale na krzesło. 

– Co ty robisz? – Próbowała panować nad głosem, a przede wszystkim nie spoglądać na 

kusząco nagi tors Slade’a. 

– A jak myślisz?
– Wygląda... jakbyś się rozbierał. 
– Tylko  częściowo.  Mamy  bardzo  ciepłą  noc.  – Jego  dłonie  powędrowały  w  kierunku 

paska od spodni. 

– Slade! – krzyknęła,  tym  razem  rezygnując  z  wszelkich  niedomówień.  – Nie  możesz 

zdjąć spodni. To jest, to jest... 

– Zachowanie niegodne  dżentelmena. Chyba że  zamierza kogoś uwieść – dopowiedział 

gładko.  – Nie  obawiaj  się.  Rzadko  poddaję  się  pokusie.  Chciałem  jedynie  zobaczyć  wyraz 
oburzenia w tych wielkich szarych oczach. Uwielbiam to. Ta przyjemność wynagradza mi z 
nawiązką wszelkie przykrości – uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie. 

Bronwen  zupełnie  nie  wiedziała,  czy  ma  się  roześmiać,  czy  obrazić,  czy  może  raczej 

background image

rzucić  w  niego  pierwszą  lepszą  poduszką.  W  końcu  bez  słowa  usiadła  na  kanapie.  Slade 
błyskawicznie usiadł obok i niedbale położył rękę na oparciu. Odniosła wrażenie, że dotyka 
palcami jej włosów. Znów poczuła słaby zapach wody kolońskiej i rozgrzanej, złocistej skóry. 
Zastanowiła się, jak sobie poradzi przez resztę wieczoru. W sumie miała mało doświadczenia, 
jeśli chodzi o mężczyzn. Oczywiście, spotykała się z różnymi chłopcami, jednak od paru lat 
prowadzenie sklepu zostawiało jej na to niewiele czasu. Ponadto zawód, jaki sprawił jej Lloyd 
Morgan, spowodował, że nie miała zamiaru dać się tak zranić po raz drugi. Nie angażowała 
się więc w żadne poważniejsze związki. 

Lloyd. Nie wolno jej o nim zapominać. Zbyt łatwo jest nie pamiętać, że rzeczy nie zawsze 

są takie, na jakie wyglądają. A czasami są właśnie dokładnie takie, na jakie wyglądają. 

Slade  obserwował  zmarszczkę  przecinającą  jej  czoło.  Zastanawiał  się,  co  też  ten 

zwariowany,  wyraźnie  rozdrażniony  rudzielec  knuje.  Pewnie  myśli,  jak  by  mu  dokuczyć. 
Nieźle  byłoby  móc  czytać  w  myślach  tej  dziewczyny.  Z  uśmiechem  położył  dłoń  na  jej 
ramieniu. 

Bronwen nie zwróciła na to uwagi. Z bólem myślała o Lloydzie, który zamiast zostać z 

nią na stałe, jak wyobrażała  to  sobie w marzeniach, zniknął  nagle z  miasta, i  to  wywołując 
potworny skandal. Okazało się, że był związany nie z jedną, lecz aż z trzema dziewczynami, a 
ponadto w jego biurze zginęła spora suma. 

– O czym myślisz? – Slade łagodnie przerwał rozmyślania Bronwen. 
Zawahała się. Przecież i tak wszyscy wiedzieli o tym fatalnym zauroczeniu. 
– O Lloydzie Morganie. 
– Coś  takiego! – Była to  ostatnia  rzecz,  jakiej  Slade  się  spodziewał.  – Nie  powiesz  mi 

chyba, że ciągle... 

– Och, nie – zaprzeczyła szybko i w końcu spojrzała na niego. – Uważam po prostu, że 

lepiej o tym nie zapominać. 

– Dlaczego? Wiem, że się w nim durzyłaś, ale to był obrzydliwy złodziejaszek, który w 

dodatku bez pamięci uganiał się za spódniczkami. 

– I kto to mówi? Dobrze, zgadza się, ale nie o to chodzi. 
– A o co? – spytał niecierpliwie. 
– Po prostu należy pamiętać, że lepiej nie oddawać serca bez zastanowienia, bo można się 

bardzo boleśnie oszukać – tkwiło w tym niedwuznaczne oskarżenie. 

– Zwłaszcza komuś, kogo się nie zna – dodał ponuro. 
– Byłam młoda i głupia. 
– I zadziwiająco niedoświadczona, jak na swój wiek – odezwał się tonem, którego jeszcze 

nigdy u niego nie słyszała. 

– Dlatego wszyscy się śmiali. Wiedzieli, że Lloyd to straszny podrywacz. 
– Nie wszyscy się śmiali. 
– To prawda. Na pewno nie moi rodzice. I ty też nie – dodała zaskoczona. Dopiero teraz 

zdała  sobie  z  tego  sprawę.  Dziwne.  Slade  miał  przecież  wtedy  zwyczaj  śmiać  się  ze 
wszystkiego i wszystkich. 

– Nie uważałem tego za zabawne. Tak samo, jak nie uważam, że powinnaś przez resztę 

background image

życia  unikać  bliskich  związków  z  facetami,  tylko  dlatego,  że  ktoś  mógłby  cię  znowu 
skrzywdzić. 

– Po  prostu  stałam  się  ostrożna.  Zresztą,  na  razie  nie  mam  na  to  czasu.  A  w  dodatku 

liczba  interesujących  mężczyzn  nie  zwiększyła  się  w  Pontglas  od  czasu,  gdy  wyjechałeś. 
Wręcz przeciwnie. 

– Hmm,  rozumiem,  że  nie  mam  się  co  łudzić,  iż  było  to  coś  więcej,  niż  zwykłe 

stwierdzenie faktu?

Roześmiał się. Usłyszała w tym śmiechu coś niepokojącego, chciała się odsunąć, ale nie 

zdążyła.  W  ułamku  sekundy  znalazła  się  w  jego  ramionach.  Próbowała  zaprotestować,  ale 
nagle  jej  usta  zostały  zamknięte  pocałunkiem,  lecz  nie  tak  delikatnym  i  nierealnym  jak 
poprzednio.  Tym  razem  Slade  całował  ją  gwałtownie,  z  pasją,  wyglądało  to  tak,  jakby 
drapieżnik wreszcie dopadł swoją ofiarę... 

Jednak czy aby na pewno  jest się ofiarą,  gdy nie ma się nic przeciw napaści?  Bronwen 

wiedziała, że powinna go odepchnąć, ale nie mogła tego zrobić. Nikt nigdy nie całował jej w 
laki  sposób.  Ogarnął  ją  płomień  pożądania,  tak  potężny,  jak  jedynie  Slade  był  w  stanie 
wzniecić. 

Gdy w końcu wypuścił ją z objęć, opadła ciężko na oparcie kanapy i spojrzała na niego. 

Pomyślała, że pewnie takim wzrokiem patrzy na jastrzębia królik, ogarnięty mrożącym krew 
w  żyłach  strachem.  Z  tym,  że  ona  wciąż  jeszcze  płonęła  z  pożądania.  Nie  jestem  żadnym 
królikiem, pomyślała, odzyskując panowanie nad sobą, i wyprostowała się. 

– Dlaczego to zrobiłeś? – Było jej strasznie gorąco. Miała ogromną ochotę zdjąć sweter. 
– Nie podobało ci się?
Spojrzała na niego. Wiedział, że jej się podobało, więc nie było sensu kłamać. 
– Owszem, było miło – powiedziała z wymuszonym uśmieszkiem. – Jednak podobno nic 

nie chciałeś w zamian zamieszkanie... 

– To  prawda,  ale  kiedy  powiedziałaś,  że  mój  wyjazd  przerzedził  szeregi  kawalerów  w 

Pontglas,  musiałem  to  choć  częściowo  naprawić – zrobił  skromną  minę.  – Czy  naprawdę 
uważasz, że jestem dobrą partią?

– Och! Ze wszystkich najbardziej aroganckich, zarozumiałych, protekcjonalnych... 
– Łajdaków? – podpowiedział. 
– Miałam powiedzieć „kanalii” albo „szczurów”. – Wstała gwałtownie. 
– A ty dokąd się wybierasz?
– Do łóżka. 
– O, kobieta, jaką lubię – podniósł się również. 
– Nie pójdziesz ze mną – zaprotestowała gorąco i cofnęła się. – Obiecałeś... 
– Och, już przerabialiśmy tę lekcję o obiecankach. Kanalie nie dotrzymują obietnic. – W 

oczach Slade’a błysnęło coś, jakby chęć zemsty. Objął Bronwen mocno, zanim zdołała uciec. 

Tym razem szarpnęła się bez wahania. 
– Slade, puść mnie – zażądała. 
– O, nie. Kanalie tak nie postępują. – Ignorując jej daremne próby oswobodzenia, wziął ją 

na ręce, kopnięciem otworzył drzwi i zaniósł do sypialni. 

background image

Gwałtownie  położył  Bronwen  na  łóżku  i  jedną  dłonią  przycisnął  jej  szczupłe  ręce  do 

pościeli. Przez chwilę jeszcze szamotała się z nim i próbowała wyrwać, jednak bezskutecznie. 
W końcu zaczęła krzyczeć. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Slade pochylił się nad nią. 
– Nadal jestem kanalią?
Z  niedowierzaniem  patrzyła  na  jego  szeroki,  przekorny  uśmiech.  Aż  osłabła  z  ulgi. 

Jednak nie tylko ulgę poczuła w tym momencie, lecz również pewne rozczarowanie. Szybko 
stłumiła w sobie to uczucie. 

– Tak się tylko ze mną droczysz, prawda? – wykrztusiła. Jej serce wciąż biło jak szalone. 
– Nie.  Zgodnie  z  obietnicą  musiałem  cię  ukarać  za  złamanie  naszej  umowy.  Przecież 

przyrzekłaś, że będziesz się zachowywać przyzwoicie i unikać obelżywych słów. – Uwolnił 
jej ręce i usiadł obok na łóżku. 

Bronwen spojrzała na jego szeroki tors. Jeśli Slade nadal zamierza tak tu siedzieć, półnagi 

i diabelnie seksowny, to lada moment kara, o jakiej mówił, wyda się jej wynagrodzeniem, a 
wtedy zrobi wszystko, by tę nagrodę dostać. Oczywiście później będzie tego gorzko żałować. 

– Pytałem cię o coś. Nadal jestem kanalią? Nadal jestem szczurem? – Położył dłoń na jej 

biodrze. 

Popatrzyła w niebieskie oczy, ciekawa, co by się stało, gdyby odpowiedziała twierdząco. 
– Nie – odezwała  się  po  chwili.  – Teraz  przypominasz  mi  raczej  wilka.  Ale  ty  też 

złamałeś umowę... 

– Już lepiej, ale jeszcze nie dość potulnie. Próbuj dalej. 
– Nic z tego! I tak jesteś tak zadowolony z siebie, że mało nie pękniesz. 
– Niczego się nie nauczyłaś? – mruknął i znów sięgnął do jej rąk. 
Nagle  poczuła  strach.  Nie  bała  się  jego,  lecz  siebie,  swoich  pragnień.  Był  blisko,  zbyt 

blisko. Czytała kiedyś o dotyku, który parzy, lecz uważała to za literacki wymysł. Teraz na 
własnej skórze doświadczała tego uczucia. Jej  ciało płonęło pod jego palcami. Zupełnie nie 
potrafiła zapanować nad  swoimi  reakcjami.  Instynktownie wiedziała, że nie powinna się go 
obawiać,  gdyż  nigdy  by  jej  rozmyślnie  nie  skrzywdził.  Wystarczyłoby  jednak,  żeby 
wyciągnęła dłoń i dotknę ja złocistych włosów... 

Nie dotknęła jego włosów. Zamiast tego położyła dłoń na szerokim torsie. 
Oczy Slade’a zwęziły się błyskawicznie. Syknął i gwałtownym ruchem odsunął jej rękę. 
– Ja... O co chodzi? – zająknęła się Bronwen, zmieszana i niepewna. 
Wstał szybko. 
– Pozostałaś małą niewinną panienką, prawda? – warknął, patrząc na nią z góry z irytacją 

i niedowierzaniem. 

Wtuliła  głowę  w  poduszkę,  żeby  nie  widzieć  jego  pogardliwie  skrzywionych  ust.  Nie 

odpowiedziała. Wcale nie była taka niewinna  i  doskonale wiedziała, jak odczytać to, co się 
między nimi dzieje. Ona go nie lubiła, a on uważał ją za głupią i naiwną, jednak oboje wpadli 
w pułapkę zastawioną przez pożądanie i namiętność. A może Slade wcale w nią nie wpadł? 
Nigdy nie było wiadomo, co tak naprawdę myślał. 

Przez  chwilę  panowało  milczenie.  Nagle  Bronwen  poczuła  delikatny  dotyk  dłoni,  która 

background image

odgarnęła jej włosy z policzka. 

– Dobranoc, siostro Michaela – jego głos brzmiał jakby nieco chrapliwie. – Śpij dobrze. 

Duży zły wilk jeszcze cię nie ugryzł. 

– Wystarczy mu tylko dać możliwość – odcięła się, z uporem nie patrząc na niego, tylko 

na kremową ścianę. 

– Nie igraj z ogniem – ostrzegł i cicho zamknął za sobą drzwi. 
Kanalia. Jednak miała rację. 
Rozdrażniona  i  wściekła  wstała  z  łóżka  i  wywróciła  całą  walizkę  do  góry  nogami  w 

poszukiwaniu  nocnej  koszuli.  Przebrała  się  i  wsunęła  pod  kołdrę.  Luksusowa,  jedwabna 
pościel  jeszcze  zwiększyła  jej  irytację.  No  tak,  Slade  miał  w  ręku  najlepsze  karty,  cała 
przewaga  była  po  jego  stronie,  we  wszystkim  udawało  mu  się  lepiej  niż  jej.  Przypomniała 
sobie jednak, że przecież najważniejsze jest dobro Michaela. Muszą więc jakoś się dogadać i 
uda im się to, o ile ona powstrzyma swój język, a Slade swoje ręce. Problem w tym, że wcale 
ich nie trzymał z daleka od niej. Już miała zasnąć, gdy jakiś wewnętrzny głos szepnął jej, że 
przecież nie była dotykowi tych silnych rąk aż tak bardzo przeciwna... 

Odwróciła się gniewnie na bok i przestała o tym myśleć. 

– Dobra, leniuchu – jakiś głos z trudem przebijał się do jej świadomości. – Pozwoliłem ci 

odespać zaległości, ale dość już tego. Wstawaj. 

– Mnim... Zaległości? – spytała półprzytomnie. 
– Nieważne. Wyskakuj z łóżka – rozkazał głos. Wreszcie dotarło do niej, gdzie jest. W 

łóżku Slade’a. 

Na szczęście sama. 
– Nadal jestem zmęczona – mruknęła, mając nadzieję, że zostawi ją w spokoju. 
– Z  pewnością.  Ale  najlepszy  sposób,  żeby  uporać  się  ze  zmianą  czasu,  to  stawić  jej 

czoło. Tu, w Vancouver, jest już dziesiąta rano. 

– To dlaczego nie jesteś w pracy? – spytała. 
– Ku twojemu niechybnemu niezadowoleniu dałem sobie wolne. 
Rozbudziła się już zupełnie. Rzeczywiście, nie ma sensu dłużej marnować czasu w łóżku. 
– Wstanę, jeśli raczysz opuścić pokój. 
Jednak  nie było tak łatwo  pozbyć się Slade’a, zwłaszcza  że  Bronwen znajdowała się  w 

gorszej sytuacji. Leżała w łóżku w nocnej bieliźnie, a on stał nad nią w eleganckiej koszuli i 
beżowych spodniach. Ten kosztowny strój zirytował ją nieco, ale musiała przyznać, że było 
mu  w  nim  do  twarzy.  Zresztą,  w  swetrze  i  spłowiałych  dżinsach  wyglądałby  równie 
pociągająco. 

– Nie wiem, czy raczę – otaksował wzrokiem rysującą się pod kołdrą szczupłą sylwetkę. 

– Mam  ochotę  zobaczyć  resztę.  W  tej  koszuli  przypominasz  moją  prababkę.  Przynajmniej 
twoja górna połowa. 

– Wygląd dolnej połowy pozostawię twojej chorej wyobraźni. 
– No,  dobra.  Słuchaj,  ponieważ  mamy  cały  dzień  przed  sobą,  proponuję,  żebyśmy  go 

spędzili na zakupach. Trzeba ci skompletować jakąś garderobę. 

background image

– Nie ma mowy – usiadła gwałtownie. – Już ją mam. 
– Tweedowa  spódnica,  którą  miałaś  wczoraj  na  sobie,  nie  jest  raczej  odpowiednia  w 

maju.  A  twoja  koszula  nocna  nadaje  się  wyłącznie  do  muzeum.  Ciekawe,  co  jeszcze 
przywiozłaś? – Nie czekając na odpowiedź, przejrzał jej schludne i praktyczne ubrania. 

– Tak, jak myślałem – podsumował. – Nic się nie nadaje. 
– Wszystko się nadaje – spojrzała na niego z wściekłością. 
Elegancki  i  seksowny,  wyglądał  jak  bogaty  hrabia,  zamierzający  obsypać  prezentami 

swoją kochankę. Ponieważ nadal z dezaprobatą wpatrywał się w jej ubrania, powiedziała bez 
zastanowienia:

– Może masz zwyczaj stroić swoje kobiety niczym lalki, ale ja nie jestem jedną z twoich 

kobiet... 

– I z pewnością nie jesteś laleczką – dokończył za nią. 
– Nie obawiaj się, odpowiednie ubrania na pewno nie zrobią z ciebie lalki. Tak samo, jak 

nie zrobią z ciebie mojej kobiety. – Oparł się o drzwi i patrzył na nią uważnie, gdy leżała z 
kołdrą podciągniętą pod samą brodę. 

Nagle oczami  wyobraźni zobaczyła Jenny, leżącą  w takiej samej pozycji i młodszego o 

osiem  lat  Slade’a,  spoglądającego  na  nią  z  góry.  Zrobiło  jej  się  gorąco.  Poczuła  lęk,  że  jej 
ciało może mimowolnie wysłać jakiś zdradziecki sygnał. Musiała temu zapobiec. 

– Wyjdź – powiedziała  gniewnie.  – Nie  chcę  twoich  prezentów  i  nie  chcę  być  twoją 

kobietą. 

– Tego  możesz  się  nie  obawiać – stwierdził  lodowato  i  podszedł  do  łóżka.  – Przestań 

mnie obrażać i wstawaj – rozkazał władczo. 

Gdy nie odpowiedziała, zerwał z niej kołdrę, chwycił za rękę i postawił na nogi. 
– Tak właśnie  przypuszczałem – przyglądał  się  długiej bawełnianej  koszuli  z  malutkim 

koronkowym kołnierzykiem. – Czy do kompletu jest jeszcze pas cnoty?

– A żebyś wiedział – odcięła się. – Czy zawsze tak traktujesz swoich gości? Wyciągasz 

ich z łóżka, krytykujesz ubrania... 

– Zdarza mi się krytykować ubrania – przerwał z kpiącym uśmiechem. – Ale przyznaję, 

że po raz pierwszy miałem okazję wyciągnąć mojego gościa z łóżka. 

– Rozumiem, że zazwyczaj wciągasz do niego... Myślę o gościach płci żeńskiej. 
– Od czasu do czasu. Ale tylko wtedy, gdy mają na to ochotę – szafirowe oczy błysnęły. –

A  ty,  Bronwen,  masz  ochotę?  Możemy  odłożyć  zakupy  na  później...  – Tak  szybko  i  lekko 
przesunął dłonią po jej pośladkach, że nie była pewna, czy rzeczywiście ich dotknął. 

– Nie  mam – odparła,  wiedząc,  że  gdyby  zrobił  to  ponownie,  pozwoliłaby  mu  się 

zaciągnąć nawet na sam koniec świata, nie tylko do łóżka. Cofnęła się pośpiesznie. – Chcę, 
żebyś wyszedł. Natychmiast. – Gdy nawet nie drgnął, zacisnęła zęby i dodała: – Proszę. 

Z nieodgadnionym wyrazem twarzy skinął głową. 
– Ponieważ mnie tak ładnie prosisz... Dobrze, siostro Michaela, wygrałaś. Przynajmniej 

na chwilę. I pośpiesz się, śniadanie czeka. 

Dopiero  gdy  wyszedł,  Bronwen  zauważyła  stojącą  obok  łóżka  tacę  z  dzbankiem  kawy, 

mlekiem, cukiernicą i filiżanką. Zamrugała oczami. A jednak wziął pod uwagę jej zmęczenie. 

background image

Co za przedziwny, pełen sprzeczności człowiek!

Napiła  się  i  ponuro  popatrzyła  na  przywiezione  z  Pontglas  ubrania.  Nawet  ulubiona 

bladozielona  sukienka  ze  złotymi  guzikami  wydawała  jej  się  po  uwagach  Slade’a  jakaś 
wyblakła. 

– Dzień  dobry – powiedział  uprzejmie  na  widok  Bronwen,  odrywając  się  od  papierów, 

które przeglądał. 

– Chyba się już dziś widzieliśmy?
– Ponieważ  za  pierwszym  razem  nie  byłaś  zbyt  zadowolona  z  mojego  towarzystwa, 

postanowiłem zacząć jeszcze raz – przyglądał się uważnie zielonej sukience. 

Bronwen  zesztywniała,  ale  Slade  nie  wygłosił  żadnego  komentarza.  Skinął  głową  w 

stronę kuchni. 

– Zrobiłem naleśniki. Poczęstuj się – powiedział, i wrócił do czytania. 
Na talerzu rzeczywiście znalazła trzy niedbale rzucone, kompletnie już zimne naleśniki. 

Uśmiechnęła  się,  gdy  zauważyła  otwarte  pudełko  po  gotowym  cieście  naleśnikowym  w 
proszku oraz stertę brudnych naczyń w zlewie. Slade nie kłamał, naprawdę nie lubił gotować. 
Z podgrzanymi naleśnikami usiadła przy stole. 

– Dziękuję – powiedziała,  próbując  przywrócić  między  nimi  dobre  stosunki.  – Za 

przygotowanie mi kawy i... i śniadania. 

– Które, jak widzę, nie wywarło na tobie specjalnego wrażenia. To dobrze, bo nie mam 

zwyczaju tego robić. Za to ty możesz mi jutro usmażyć jajecznicę na bekonie. Z frytkami. 

– Tego z kolei ja nie mam zwyczaju robić, – No, to musisz zacząć się przyzwyczajać –

odwrócił kolejną stronę. 

– Slade, nie wiem, po co mnie tu ściągnąłeś, ale jeśli po to, żeby mieć bezpłatną służącą, 

to ci się nie udało. 

Powoli odłożył papiery. 
– A wiesz, to mi nie przyszło do głowy – powiedział z udawanym zaskoczeniem. – Ale 

rzeczywiście, skoro już tu jesteś... – spoważniał. – Sprowadziłem cię tutaj, ponieważ byłem to 
winien  siostrze  Michaela,  uroczej  dziewczynie,  której  słodki  uśmiech  potrafił  kiedyś 
wynagrodzić mi wszelkie kłopoty. Jednak teraz widzę, że tamtej cudownej osoby już nie ma –
spojrzał  na  nią  jakoś  dziwnie.  – W  każdym  razie,  ponieważ  mam  masę  pracy,  nie  widzę 
powodu,  dla  którego  nie  miałabyś  mi  trochę  pomóc  w  różnych  domowych  zajęciach.  Czy 
naprawdę proszę o tak wiele?

Oczywiście,  że  nie,  tylko  trzeba  to  uprzejmie  powiedzieć,  pomyślała.  Slade  miał 

wyjątkowy  talent  do  budzenia  w  niej  oporu  przeciw  wszystkiemu,  co  proponował.  Waśnie 
dlatego, że nie proponował, tylko żądał!

– Dobrze, tym razem ty wygrałeś. Zrobię ci jutro śniadanie. 
– Wiedziałem, że zrobisz – odpowiedział i spokojnie wrócił do lektury. 
Zastanowiła  się,  czy  dodawanie  arszeniku  do  jedzenia  jest  jeszcze  w  modzie.  No, 

ostatecznie może zadowolić się dosypaniem Slade’owi soli do kawy. 

Nie  zwracał  na  nią  najmniejszej  uwagi,  gdy sprzątała  ze  stołu  i  zmywała.  Bronwen nie 

miała nic przeciw pracy, złościło ją jednak, że Slade uważał za zupełnie naturalne, iż to ona 

background image

się tym zajmuje. 

– Nieźle – z  aprobatą  pokiwał  głową,  gdy kuchnia  lśniła,  a  Bronwen  wycierała  ręce.  –

Mógłbym cię zatrzymać na dłużej. 

– Nie ma mowy. 
– Nie  bądź  tego  taka  pewna.  – Wstał  od  stołu  z  niedbałym,  jakby  kocim  wdziękiem  i 

Bronwen  momentalnie  zapragnęła  dotknąć  jego  ciała.  – A  teraz,  skoro  już  uporałaś  się  ze 
swoimi obowiązkami, możemy zrealizować nasz program na dzisiaj. 

– Jaki  program? – Była  gotowa  przeciwstawić  się  wszystkiemu,  co  zaproponuje.  Jej 

obowiązki, też coś! Przecież to jego kuchnię sprzątała, a nie swoją. 

– Zobaczysz – już  stał  przy  drzwiach.  – Dobra,  weź  jakiś  sweter  i  idziemy. 

Zmarnowaliśmy już dosyć czasu. 

Specjalnie wybrała najgorszy sweter, jaki mogła znaleźć. Jeśli Slade nalega, żeby spędziła 

z  nim  ten  dzień,  to  proszę  bardzo.  Nie  ma  nic  lepszego  do  roboty.  Ale  nie  pozwoli  sobie 
dyktować, jak ma się ubrać. 

Skrzywił  się,  gdy  wróciła  v/  granatowym,  porozciąganym  kardiganie,  ale  nic  nie 

powiedział. 

– Nie zapominaj, że mamy odwiedzić mojego brata – przypomniała, gdy zjechali windą 

na parking. 

– Nie zapomnę. Ale najpierw załatwimy to, co najważniejsze. 
– Najważniejszy jest Michael. 
– Może dla ciebie. Dla mnie nie. 
Spojrzała na niego, zdziwiona szorstkim tonem. Co go znowu ugryzło? Byli z Michaelem 

przyjaciółmi, ale czasem Slade mówił o jej bracie w taki sposób, jakby czuł  do niego jakąś 
głęboką urazę. 

Po  kilku  minutach  jazdy  czerwony  porsche  zatrzymał  się  przed  sklepem  z  niezwykle 

ekskluzywnymi ubraniami na wystawie. 

– Powiedziałam  ci,  że  nie  będziesz  mi  kupował  żadnych  ciuchów – przypomniała 

ostrzegawczym tonem. 

– Pamiętam.  Przestań  się  powtarzać,  to  nudne – bezceremonialnie  wyciągnął  ją  z 

samochodu. 

– Slade, nie możesz... 
– Mogę. Przynajmniej tyle mogę zrobić. – Jego twarz przybrała nieco pogardliwy wyraz. 

– To,  że  nie  potrafiłem  odpowiednio  zająć  się  Jenny,  nie  oznacza,  że  nie  zajmę  się 
odpowiednio tobą. 

Dla Bronwen te słowa zabrzmiały fałszywie. Mimo że wspaniałomyślnie zaoferował jej 

dach  nad  głową,  nie  zrobił  nic,  by  się  czuła  dobrze  i  bezpiecznie.  Wręcz  przeciwnie. 
Wydawało  się,  że  największą  przyjemność  sprawia  mu  dręczenie  jej  na  wszelkie  sposoby, 
robienie z niej idiotki oraz ignorowanie jej jako kobiety. Zacisnęła pięści. Świetnie! Jeszcze 
mu pokaże. W takim razie sprawi jej największą przyjemność wydawanie jego pieniędzy. I to 
w takich ilościach, żeby mu w pięty poszło. Zdecydowanym krokiem weszła do sklepu. 

background image

Rutynowy uśmiech wysokiej,  eleganckiej kobiety  ‘  w  czerni  zmienił  się  w  niezwykle 

przyjazny, gdy ujrzała Slade’a. 

– Slade – mruknęła przeciągle. – Kochanie, to już tyle czasu... 
– Raptem dwa tygodnie – przerwał. – I, o ile dobrze pamiętam, zaistniały wtedy pewne 

kłopoty z twoim mężem. 

Kobieta zachichotała. 
– Ach, tak. Może jednak następnym razem... 
– Może jednak nie – uciął Slade. – Yalerie, panna Evans potrzebuje odpowiednich ubrań. 
Valerie pobieżnie otaksowała wzrokiem skromną sukienkę z Pontglas. 
– Rozumiem,  co  masz  na  myśli – spojrzała  na  Bronwen  z  wyższością,  jakby  chciała 

pognębić potencjalną rywalkę. 

– To musi być coś prostego, o perfekcyjnym kroju. Nic obcisłego. Nic zielonego. 
– Ale ja zawsze chodzę w zielonym. 
– To oczywiste – Valerie lekceważąco machnęła ręką. 
– Wszystkie rudowłose upierają się przy zieleni. Ale teraz, panno Evans, włoży pani coś 

kremowego, najlepiej ze złotymi akcentami. Albo fiołkowego – wskazała sukienkę, o jakiej 
Bronwen nigdy by nawet nie marzyła, żeby ją przymierzyć, nie mówiąc już o kupowaniu. 

– Ale to nie mój... – zaczęła, lecz Slade przerwał jej. 
– Skoro Valerie tak mówi, to uwierz jej na słowo. Wie, co robi, jest naprawdę najlepsza. 
Bez wątpienia, pytanie tylko, w czym jest najlepsza, pomyślała Bronwen, przypominając 

sobie wzmiankę o zazdrosnym mężu. Szare oczy dziewczyny przybrały wyraz, który zawsze 
ostrzegał znajomych Bronwen, że powinni mieć się na baczności. 

– Świetnie,  Slade – powiedziała  słodko  i  ruszyła  w  stronę  przymierzalni.  – Jak  sobie 

życzysz. 

Ze ściągniętymi brwiami odprowadził ją wzrokiem. W tej nieoczekiwanej kapitulacji było 

coś niepokojącego. Pamiętał Bronwen jako słodkie, posłuszne maleństwo, jednak zmieniła się 
prawie  nie  do  poznania.  Nie  dawała  mu  spokoju  od  chwili, gdy  spotkali  się  na  szpitalnym 
korytarzu.  Szczerze  mówiąc,  sam  też  miał  sobie  sporo  do  zarzucenia,  również  nie 
zachowywał się odpowiednio. Bronwen jednak mogłaby trochę powściągnąć swój języczek. 
Z  drugiej  strony  to  właśnie  jej  buntowniczość  spowodowała,  że  stała  się  dla  Slade’a  takim 
wyzwaniem. 

W luksusowej przymierzalni Bronwen wkładała kolejne eleganckie ubrania, jakie Valerie 

jej proponowała, po czym nonszalancko stwierdziła, że bierze wszystko. 

Jako  ostatni  przymierzyła  doskonale  skrojony  kremowy  kostium  ze  złotymi  dodatkami, 

Valerie rzeczywiście wiedziała, co mówi. Idealnie pasował do urody Bronwen. 

– Niech się pani pokaże Slade’owi. Skoro już tak panią wynagradza, niech przynajmniej 

rzuci okiem na to, za co płaci. 

– Za nic mnie nie wynagradza – zaprzeczyła ostro Bronwen. Nie przeoczyła aluzji/
– Oczywiście – Valerie zgodziła się w taki sposób, iż nie było wątpliwości, że w to nie 

wierzy. 

– Tak dobrze zna pani Slade’a? Przyjaźnicie się?

background image

– Można tak powiedzieć. Slade ma wielu przyjaciół – odparła Valerie ze śmiechem. – No, 

niechże pani idzie. Slade ma świetny gust, jeśli chodzi o ubrania. 

Ale  nie  zawsze,  jeśli  chodzi  o  kobiety,  to  chciała  mi  powiedzieć,  pomyślała  Bronwen. 

Nieważne.  Miłosne  perypetie  Slade’a  nic  a  nic  jej  nie  obchodzą.  Na  razie  najbardziej  ją 
interesuje, jaką będzie miał minę, gdy zobaczy ten stos pakunków. 

Przywołała na twarz chłodny uśmieszek, wyszła z przymierzalni i obróciła się na palcach 

przed rozciągniętym wygodnie w fotelu Slade’em. 

– Co ty na to?
– Nie ruszaj się – zażądał. 
Usłyszała w jego głosie jakąś dziwną nutę, która spowodowała, że bez sprzeciwu spełniła 

polecenie. Slade wolno przesunął wzrokiem po jej figurze. 

– Pytałam, czy ci się podoba? – powtórzyła, gdy nic nie mówił. 
– Tak – jego baryton brzmiał  niezwykle  miękko  i  głęboko.  – Takiemu  opakowaniu nie 

można się oprzeć. Nie mogę się doczekać, by je rozpakować. 

– Niedoczekanie  twoje – zaprotestowała  gwałtownie,  po  czym  z  wyszukaną  godnością 

wskazała  dłonią  na  stos  pudeł,  które  właśnie  przyniosła  Valerie.  – Wybrałam  jeszcze  parę 
rzeczy w tym stylu – niecierpliwie czekała na reakcję. 

Oczekiwany  wybuch  nie  nastąpił.  Brwi  Slade’a  uniosły  się  odrobinę,  a  po  jego  twarzy 

przemknął lekki uśmiech. 

– Szybko się uczysz. To dobrze. Dziękuję, Valerie, weźmiemy to. 
– Panna Evans ma figurę jak nastolatka, a nie jak kobieta – mruknęła Valerie. – Zrobiłam 

co mogłam, przyznasz chyba, że nieźle mi wyszło. 

– Zawsze wszystko wychodzi ci świetnie i wiesz o tym – potwierdził nieco szorstko. – A 

figura panny Evans jest akurat w moim guście. 

– Przede  wszystkim  jest  w  moim – zauważyła  z  irytacją  Bronwen.  – Czy  uprzejmie 

moglibyście  nie  rozważać  moich  cech  w  taki  sposób,  jakbym  była  jakąś  jałówką  albo 
prosiakiem na wiejskim targu?

Slade popatrzył na nią uważnie i jakby z namysłem. W jego oczach lśniło rozbawienie. 
– Nie, chyba jednak nie ciebie bym wybrał, gdybym szukał na targu prosiątka. 
Uśmiechnął się przy tym do niej tak zabójczo, a zarazem zabawnie, że Bronwen omal nie 

parsknęła śmiechem. Udało jej się jednak zachować wystudiowany chłód i godność. Wyniośle 
potrząsnęła głową i poszła się przebrać w swoją zieloną sukienkę. 

To było słodkie i naprawdę czarujące, pomyślał Slade. 
Parę  minut  później  wsiadali  do  samochodu,  odprowadzani  wzrokiem  przez  stojącą  w 

drzwiach Valerie. 

– Do zobaczenia, kochani. Życzę wspaniałej nocy!
– zawołała ze złośliwym uśmieszkiem i wróciła do sklepu. 
– O co jej chodziło? – spytała niemądrze Bronwen. 
– Dokładnie  o  to,  o  czym  myślisz.  Że  zamierzamy  spędzić  upojną  noc  w  moim 

królewskim  łożu.  Muszę  przyznać,  że  to  kusząca  wizja.  Spanie  na  kanapie  niezbyt  mi 
odpowiada. 

background image

– Taak? – spytała  przez  zaciśnięte  zęby.  – Słuchaj,  mam  już  naprawdę  dosyć.  Odwieź 

mnie z powrotem do twojego mieszkania. Zabieram moje rzeczy i wyprowadzam się. 

– Jeśli tak nalegasz, to oczywiście pojedziemy do mnie – odparł spokojnie. – Ale nigdzie 

się nie wyprowadzisz. 

– Tylko wtedy, gdy mnie zatrzymasz siłą. 
– Niewykluczone, że tak właśnie zrobię. 
Przemknęło jej przez głowę, że może złapać za  kierownicę i zmusić go do zatrzymania 

samochodu. Na ulicy panował jednak spory ruch, przecież nie będzie ryzykować życiem!

– Dlaczego? – głos Bronwen drżał wyraźnie. – Dlaczego to robisz? Nie jestem Jenny. Nie 

będę też twoją kolejną Valerie, jeśli właśnie w tym celu kupiłeś mi te ciuchy. 

– Nie będziemy więcej rozmawiać o Jenny – powiedział tak ostro i surowo, że Bronwen 

niemal  podskoczyła  z  wrażenia.  – A  co  miało  oznaczać  następne  zdanie? – Silna  dłoń  w 
skórzanej rękawiczce mocno zacisnęła się na kierownicy. 

– To  chyba  oczywiste?  Valerie  była  twoją  kochanką,  dopóki  nie  przeszkodził  wam  jej 

mąż. Nie zmieniłeś się ani trochę, prawda? – zauważyła, że rysy Slade’a stwardniały. 

– Nie,  nie  zmieniłem  się.  Ale  jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  Valerie nie  była  dla  mnie  kimś, 

kogo określiłaś  staroświeckim  mianem  kochanki.  Łączyła  nas  raczej  luźna  znajomość.  Parę 
tygodni temu umówiliśmy się na mieście, zresztą z jej inicjatywy. Przypadkiem natknęliśmy 
się  na  męża  Valerie,  o  którego  istnieniu  nie  miałem  najmniejszego  pojęcia – gwałtownie 
skręcił  w  prawo.  – Może  cię  to  rozczaruje,  ale  wolę,  gdy  moja  przyjaciółka  jest  kobietą 
wolną. 

– Tak, jak Jenny? – rzuciła zjadliwie. Nienawidziła tej jego potwornej nieczułości. Ręce 

na  kierownicy  drgnęły,  porsche  zboczył  na  środek  ulicy  i  w  ostatniej  sekundzie  ominęli 
jadący z naprzeciwka samochód. 

– Nie – odpowiedział  lodowato.  – Nie  tak,  jak  Jenny.  Ona  była  naprawdę  słodką 

dziewczyną. Wbrew twojej wspaniałej opinii o mnie, życzę Jenny jak najlepiej. 

– Jak  to  miło  z  twojej  strony,  zwłaszcza  w  świetle  minionych  wydarzeń – nawet  nie 

próbowała ukryć pogardy. 

Oczekiwała, że Slade odpowie na atak jakąś miażdżącą repliką, jednak ku jej zdumieniu 

odezwał się kompletnie obojętnym tonem:

– Jeśli nie masz nic przeciw temu, porzucimy teraz ten fascynujący temat, jakim jest moje 

życie osobiste, które zresztą nie jest twoją sprawą, i skupimy się na urodzie Vancouver. 

Tak  postawi!  sprawę,  jakby  to  ona  była  nie  w  porządku,  chociaż  właśnie  on  do  tego 

wszystkiego  doprowadził.  A  w  ogóle  musi  pamiętać,  by  przy  pierwszej  okazji  odesłać  te 
paczki do Valerie. Chyba upadła na głowę, że je wzięła. 

W głębi duszy nurtowało ją jednak niepokojące przekonanie, że musiała upaść na głowę 

już w chwili, gdy Slade znowu pojawił się w jej życiu. 

Przez resztę dnia Slade pokazywał jej miasto i nawet uprzejmie nie okazywał znużenia tą, 

dla niego zapewne nudną, czynnością. 

– Myślę, że teraz chciałabyś zobaczyć wiszący most – powiedział, gdy wracali późnym 

popołudniem znad ogromnej tamy Capilano Dam. 

background image

– A powinnam?
– Jeśli masz ochotę porządnie się przestraszyć, to tak. Jego protekcjonalny ton zirytował 

ją. 

– Nie mam lęku wysokości – zapewniła. Gdy spojrzał na nią z niedowierzaniem, dodała 

ostro: – Pomyliłeś mnie z Jenny. To ona cierpiała na tę przypadłość. 

Slade przystanął gwałtownie na skraju parkingu. Bronwen przestraszył wyraz jego oczu. 

Przez chwilę sądziła, że widzi w nich ból, ale po chwili zorientowała się, że to gniew, a raczej 
furia. Zacisnął pięści, a mięśnie jego szyi napięły się wyraźnie. Bronwen cofnęła się. 

– Nie chciałam... – urwała, gdy bez słowa ruszył do samochodu. 
Potulnie  zajęła  swoje  miejsce,  kiedy Slade  gwałtownie  otworzył jej  drzwi.  Rzut  oka  na 

jego  twarz  wystarczył,  by  zrozumiała,  że  milczenie  będzie  lepsze  od  jakichkolwiek 
przeprosin. Ale przecież nie miała za co przepraszać, zganiła w myślach samą siebie. Slade 
zasługiwał na tego rodzaju uwagi, po tym, co zrobił osiem lat temu. Z drugiej jednak strony 
obiecała  mu,  że  zatrzyma  swoje  opinie  dla  siebie.  W  dodatku,  w  jego  reakcji  było  coś,  co 
zupełnie nie pasowało do tego, co o nim wiedziała. Coś tu nie grało... 

Pięć minut później weszli na teren zalesionego rezerwatu. 
– To kawał drogi – Bronwen objęła wzrokiem otwierający się przed nimi skalisty kanion, 

którego brzegi łączył wiszący na linach most.

– Nie musisz tam iść, jak nie chcesz – Slade nawet na nią nie spojrzał. 
– Oczywiście, że pójdę – skierowała się ku prowadzącym w dół stopniom, nie zważając, 

czy Slade idzie za nią. Chwilowo mogła się obyć bez jego towarzystwa. Przystanęła dopiero 
na środku mostu i popatrzyła na rzekę, która z tej wysokości wyglądała jak strumyk. Zerknęła 
do tyłu, ale nie zauważyła nikogo. Widocznie on też ma ochotę uwolnić się od niej na trochę. 
Przeszła więc na drugą stronę i blisko pół godziny chodziła po lesie, potem zawróciła, nadal 
spacerowym krokiem. Gdy w końcu wróciła na górę, jej towarzysza tam nie było. 

Nie  znalazła  go  również  w  sklepie  z  pamiątkami.  Pewnie  mnie  zostawił,  pomyślała. 

Nagle  perspektywa,  że  Slade  nie  chce  mieć  z  nią  więcej  do  czynienia,  przestała  być  taka 
pociągająca. 

– Gdzie  byłaś,  do  cholery? – usłyszała  gniewny  głos  i  poczuła,  że  Slade  gwałtownie 

odwraca ją twarzą do siebie. – Szukam cię wszędzie od godziny!

– Dlaczego? Spacerowałam sobie, nic mi nie było. 
– Tak? A skąd miałem to wiedzieć? Zobaczyłem tylko, jak przechodzisz na drugą stronę 

mostu, a potem zniknęłaś mi z oczu. Czy nie zdajesz sobie sprawy, ilu już ludzi spadło z tych 
skał?

– Szlaki są świetnie oznakowane – przerwała. – Nie jestem kompletną idiotką. 
– Ty  nie.  To  ja  jestem  idiotą.  Moje  życie  stałoby  się  znacznie  mniej  skomplikowane, 

gdybyś sobie skręciła tę śliczną szyjkę – wytarł czoło chusteczką. 

Dopiero teraz Bronwen zauważyła niezwykłą bladość jego twarzy. 
– Slade – odezwała się cicho. – Nie rozumiem. 
– Oczywiście,  że  nie – chwycił  ją  za  łokieć  i  wyprowadził  ze  sklepu.  – Jeden  raz  mi 

wystarczył – warknął. 

background image

– O czym ty mówisz?
– O  tym,  że  przeczytanie  o  twojej  śmierci  w  gazecie  zdenerwowało  mnie  porządnie. 

Wiesz,  jak  się  czułem,  gdy jechałem  do  szpitala,  by  powiedzieć  o  tym  Michaelowi? – Ton 
jego głosu nadal brzmiał szorstko, jednak już znacznie mniej agresywnie niż przed chwilą. 

– Ach, tak – powiedziała. 
Jasne. Slade przejmował się jej bratem i swoją dramatyczną misją. Jak mogła choć przez 

chwilę sądzić, że to o nią martwił się do tego stopnia?

– Przykro mi, że się denerwowałeś – z trudem zdobyła się na coś w rodzaju przeprosin. 
– Nie chodzi o zdenerwowanie. Po prostu jestem za ciebie odpowiedzialny, to wszystko. 
Pomyślała, że odpowiada sama za siebie, ale przemilczała to. 
– Dokąd jedziemy? – spytała, gdy zjeżdżali ze wzgórza ku miastu. 
– Tam, dokąd się zawsze udaję, gdy moja dusza potrzebuje ukojenia – brzmiało to bardzo 

lirycznie, jednak zostało wypowiedziane ciągle jeszcze gorzkim tonem. 

– Slade... Ja naprawdę nie miałam pojęcia, że zaniepokoi cię moja nieobecność. 
– Kiedyś wynająłem się do tak zwanej pracy na wysokości – powiedział, nie patrząc na 

nią. – Któregoś razu kumpel spadł i zginął na miejscu. 

– Och,  nie  wiedziałam...  – szepnęła  Bronwen,  wstrząśnięta  brakiem  jakiegokolwiek 

uczucia w jego głosie. 

– Skąd miałaś wiedzieć? Po prostu masz się ode mnie nie oddalać, jasne?
W innych okolicznościach poinformowałaby go, że nie jest psem, którego należy trzymać 

na smyczy. Teraz jednak nie powiedziała nic. Jakiś czas potem wysiedli z samochodu przed 
białym murem zwieńczonym dziwnie wygiętą osłoną. Napis nad bramą głosił, iż przybyli do 
chińskiego  ogrodu  w  stylu  klasycznym.  Slade  wprowadził  zaskoczoną  Bronwen  na 
dziedziniec,  wyłożony  mozaiką  o  skomplikowanym  wzorze.  Nad  pobliskim  jeziorkiem  o 
cudownie  szmaragdowym  odcieniu  wznosiła  się  sztuczna  wysepka,  utworzona  z  wapienia, 
któremu nadano niezwykłe kształty. 

– Dziwne – mruknęła  Bronwen.  – Te  kamienie  wyglądają  jak  smoki,  konie,  ryby...  W 

sumie można znaleźć w nich podobieństwo do wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić. 

– Właśnie  o  to  chodzi – potwierdził  Slade,  którego  rysy  wyraźnie  złagodniały.  – Ten 

ogród został utworzony na wzór prywatnych klasycznych ogrodów z czasów dynastii Ming i 
jest jedynym tego typu poza granicami Chin. 

– Jest cudowny. 
Slade popatrzył na malujący się na jej twarzy zachwyt. 
– Czy wiesz, że w filozofii taoistycznej wszystko jest oparte na zasadzie przeciwstawnych 

sił jin i jang?

– Jin i jang?
– To  dwie  siły,  które  razem  tworzą  całość,  które  budują  harmonię  kosmosu.  Zobacz, 

niewzruszona skała, a obok niej kołyszący się na wietrze bambus, tu słońce, a tu cień, światło 
równoważone  przez  ciemność – położył  dłoń  na  ramieniu  Bronwen.  – Mężczyzna  przez 
kobietę. Taka jest harmonia natury. Ci starzy taoistyczni mędrcy wiedzieli, co mówią. 

– Może – powiedziała, ale pomyślała przy tym, że między nią a Slade’em nie dałoby się 

background image

doszukać nawet śladu tej harmonii. Popatrzyła na odbijające się w nieruchomej tafli drzewa i 
krzewy, wsłuchała się w cichy szmer małego wodospadu. – Tak tu spokojnie... 

– Mhm. Gdy tu przychodzisz, czujesz, że twój sposób widzenia świata zmienia się, jak za 

dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Tu nie  czujesz  strachu  ani  znużenia.  Tutaj  twoje  serce 
prawdziwie wypoczywa. Wszyscy tego czasem potrzebujemy. 

Bronwen  słuchała  go  zaskoczona.  Zadumany,  snujący  refleksje  Slade  zupełnie  nie 

przypominał  dynamicznego  i  czasem  bezwzględnego  mężczyzny,  jakim  przywykła  go 
widzieć. Bez wątpienia był to niezwykle złożony człowiek. 

Gdy  po  długiej  wizycie  u  Michaela  powrócili  do  mieszkania  Slade’a,  Bron  wen 

pomyślała, że być może zabrał ją do chińskiego ogrodu nie tylko po to, by ukoić rozdygotane 
nerwy. Co on wtedy powiedział?

Mężczyzna i kobieta, zupełne przeciwieństwa tworzące harmonijną i skończoną całość. 
Po drugiej stronie pokoju Slade zaczął otwierać szampana... 
– Co ty robisz?
– Zamierzam  świętować  dzień,  który,  mam  nadzieję,  okaże  się  tego  godny – odparł 

beztroskim tonem. 

– A co ma się stać powodem tego świętowania? – spytała podejrzliwie. 
Już nauczyła się rozpoznawać ten szczególny wyraz jego twarzy, który dawał jej poznać, 

że zadała niewłaściwe pytanie. 

– Słuchaj, mam dość tego> że traktujesz mnie tak, jakbym był królem Henrykiem VIII, 

który  właśnie  rozgląda  się  za  siódmą  żoną,  żeby  ją  najpierw  zaciągnąć  do  łóżka,  a  potem 
skrócić o głowę... 

– Pomyliłeś go z cesarzem Kali gulą – przerwała. – Henryk kazał ściąć tylko dwie żony. 
– Co za wyrozumiały facet! Chyba zaczynam biednemu staremu Heniowi współczuć. Te 

baby musiały mu nieźle zaleźć za skórę. – Podał jej kieliszek z szampanem. – Za Henia!

Bronwen  aż  się  zakrztusiła  ze  śmiechu  i  musiała  bardzo  uważać,  żeby  nie  wylać 

zawartości kieliszka na podłogę. 

– Nie – zaprzeczyła,  gdy  doszła  do  siebie.  – Za  Michaela  i  jego  szybki  powrót  do 

zdrowia. 

– Hm – mruknął Slade. Ponieważ jednak przymknął oczy, Bronwen nie mogła nic z nich 

wyczytać. – Skoro chcesz... – W jego głosie brzmiał jakby ślad zrezygnowania. 

Przyjęła  z  ulgą,  że  Slade  nie  dolewał  im  szampana,  nie  czynił  też  żadnych  aluzji 

dotyczących  spraw  intymnych.  Zamiast tego  zrzucił  buty i  usiadł  nad  krzyżówką.  Bronwen 
odetchnęła, jednak niemal natychmiast poczuła jakby lekkie rozczarowanie. Zganiła się za to 
w myślach. 

Resztę  wieczoru  spędzili,  siedząc  na  kanapie  i  przeglądając  czasopisma.  W  pewnym 

momencie  Bronwen  zdecydowała  się  przerwać  milczenie  i  poruszyć  nurtujący  ją  temat. 
Wspomniała, że nie może przyjąć kupionych jej ubrań. Slade nie zareagował. Próbowała więc 
dalej.  Po  czwartej  wzmiance  o  odesłaniu  rzeczy  do  butiku  Slade  gwałtownie  odłożył 
krzyżówkę. 

– Dobra, czemu nie?

background image

– O czym ty mówisz? – Przestraszyła się, gdy położył dłoń na jej kolanie. 
– Wygląda na to, że masz ogromną ochotę odwdzięczyć mi się za te ciuchy. Nie możesz 

się tego doczekać. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Co takiego? – Bronwen odsunęła się na kanapie tak daleko, jak tylko mogła i patrzyła 

na Slade’a szeroko otwartymi oczami. – O co ci chodzi?

– O  to,  że  masz  okropny  zwyczaj  roztrząsania  każdego  drobiazgu,  w  tym  przypadku 

chodzi o kilka ubrań, których i tak nie nosisz. 

Westchnęła i postanowiła wyznać prawdę. 
– Pozwoliłam ci je kupić tylko dlatego, że chciałam się na tobie odegrać za to, że się ze 

mną  nie  Uczysz  i  wiecznie  mnie  do  czegoś  zmuszasz.  Przyznaję,  to  było  dziecinne.  Nie 
powinnam była tego zrobić. 

– Skoro  jednak  zrobiłaś  i  skoro  zanudzasz  mnie  swoimi  skrupułami,  to  dopiero  teraz 

zobaczysz, do jakiego stopnia potrafię kogoś do czegoś zmusić. 

– Co masz na myśli? – nerwowo odsunęła włosy z czoła. Wolałaby, żeby zabrał dłoń z jej 

kolana. Strasznie ją to rozpraszało. 

– To, że zapłacisz mi za te ciuchy – cofnął rękę i wyciągnął się wygodnie na kanapie. –

Pocałuj mnie. 

Bronwen zesztywniała. 
– Nie ma mowy. 
– Powiedziałem,  żebyś  mnie  pocałowała.  – Slade  uśmiechnął  się  zmysłowo.  – Ale 

chciałabyś, prawda?

– Oczywiście, że nie. 
– Na pewno? – Delikatnie przesunął bosą stopą po jej udzie. 
Na chwilę Bronwen aż straciła oddech. 
– Slade, przestań... 
– W takim razie rób, co ci mówię. 
Nie potrafiła normalnie myśleć, gdy tak przed nią leżał, szczupły, a przy tym muskularny 

i szalenie męski. Patrzyła na jego ciało i miała ochotę, żeby... 

– Bronwen, skarbie, nie zmuszaj mnie do tego, bym ci udowodnił, jak nie bardzo potrafię 

liczyć się z czyimś zdaniem. 

Miękki, kuszący głos spowodował, że Bronwen, nie do końca wiedząc, co robi, położyła 

dłoń na kolanie Slade’a. 

– Tak lepiej – mruknął cicho. – Teraz przysuń się trochę bliżej... 
– Powiedział pająk do muchy – szepnęła drżącym głosem. 
Slade uśmiechnął się. 
– Nie jestem pewien, czy podoba mi się to porównanie, ale można to tak ująć... – Znów 

potarł stopą jej udo. 

Bronwen mimowolnie  jęknęła cichutko i  poddała się. Gdy pochyliła  się nad  nim, Slade 

wyciągnął  ramiona  i  przycisnął  ją  mocno  do  siebie.  Poprzez  cienki  jedwab  koszuli  mogła 
wyczuć bicie jego serca. 

– Pocałuj mnie – powtórzył nieco chrapliwym głosem i Bronwen pocałowała go prosto w 

background image

usta. 

Znieruchomiał  na  chwilę,  a  potem  pieszczotliwie  powiódł  po  jej  plecach  dłońmi, 

następnie zsunął je w dół, poniżej talii. 

– Och, Slade – szepnęła, podnosząc głowę. – Proszę, nie... 
– Nie przestawaj – zażądał. 
Wcale nie musiał  jej do  tego zachęcać. Tym  razem,  gdy dotknęła wargami  ust  Slade’a, 

odpowiedział  z  niepohamowaną  namiętnością.  Kiedy  poczuła  podniecający  dotyk  jego 
języka, zupełnie straciła głowę. Drżącą dłonią zaczęła niezręcznie rozpinać guziki jedwabnej 
koszuli... 

– Niech to diabli!
Nawet nie zdążyła się zorientować, kiedy ją od siebie odepchnął. Sam też usiadł, z takim 

wyrazem  twarzy,  jakby  go  trafił  piorun  z  jasnego  nieba.  Oparł  łokcie  na  kolanach  i  objął 
głowę dłońmi. 

– Co ty, do cholery, chciałaś zrobić? – jęknął, nie patrząc na nią. 
Sama nie wiedziała, lecz cokolwiek miało to być, Slade ją do tego sprowokował i teraz 

nie miał prawa rzucać oskarżeń. 

– Nie  mam  pojęcia,  ale  chyba  przez  chwilę  nie  byłam  sobą.  Mnie  zresztą  bardziej 

interesuje odpowiedź na inne pytanie. Dlaczego złamałeś obietnicę, że mnie nie dotkniesz?

– Nie dotknąłem. Zaskoczona, zakryła usta dłonią. 
– Jak możesz tak kłamać?
– Nie  kłamię – usiadł  prosto  i  spojrzał  na  nią.  – Chciałem  tylko  położyć  kres  ciągłym 

jękom na temat ubrań i powiedziałem, że mi za nie zapłacisz. Nie dotknąłem cię. To ty mnie 
dotknęłaś. 

Teoretycznie  to  była  prawda.  Tylko  że...  która  kobieta  mogłaby  się  oprzeć  urokowi 

Slade’a, gdy ten robił wszystko, by złamać jej opór?

– Świetnie. Udowodniłeś więc, że zawsze dostajesz to, czego chcesz. Ale nie do końca. 
– Czyżby?
– Myślałam... – nerwowo zwilżyła usta. – Mam uwierzyć, że wydałeś tyle pieniędzy tylko 

po to, żeby dostać jedynie pocałunek?

– Jedynie...  ?  Ach,  tak.  Co  za  cyniczna  z  ciebie  osóbka  – musnął  dłonią  jej  policzek  i 

wstał.  – A  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  kupiłem  te  rzeczy  po  to,  żebyś  ładnie  wyglądała  i 
miała odpowiednie ubrania na długie, gorące lato?

– Nie – odparła  zdecydowanie.  – Zawsze  myślisz  tylko  o  sobie,  Slade.  Nie  umiem 

zapomnieć o twoim zachowaniu się w przeszłości. 

– Do cholery z moją przeszłością – odezwał się ostro. 
– Co ty w ogóle o niej wiesz, ty prowincjonalna gąsko?
.  Z  furią  chwycił  ją  za  ramię  i  patrzył  na  nią  tak,  jakby  chciał  ją  rozszarpać.  Bronwen 

drgnęła z bólu, gdy silne palce boleśnie wpiły się w jej ciało. 

Na  twarzy  Slade’a  odbiło  się  nagle  zmieszanie  i  bezradność.  Zabrał  rękę,  mrucząc  coś 

pod nosem, na szczęście Bronwen nie rozróżniła słów. 

– Och, idź spać – rozkazał szorstko. Nawet nie drgnęła. 

background image

– No, już. Idź sobie. Mam jeszcze masę roboty. A rano nie zapomnij o jajecznicy. 
– Na bekonie – dopowiedziała nieco bezmyślnie, ciągle zbyt oszołomiona, by go ostrzec, 

że z większą przyjemnością poda mu truciznę. 

Rzeczywiście,  najlepiej  będzie,  jak  pójdzie  do  łóżka.  Pod  warunkiem,  że  Slade  nie 

zamierza udać się tam również. 

Popatrzyła na niego nieufnie. 
– Nie – bez trudu odgadł jej myśli. – Nic ci nie grozi, jak długo nie wspomnisz  o tych 

nieszczęsnych ciuchach. 

Nic mi nie grozi, akurat, pomyślała już w sypialni. Jak można czuć się bezpiecznie, gdy w 

sąsiednim pokoju Slade bez wątpienia znowu coś przeciw niej knuje? A najgorsze, że ma przy 
tym wspólnika w jej własnym ciele. ‘

Jeśli ma być naprawdę bezpieczna, to musi znaleźć się jak najdalej od źródła zagrożenia. 

Nie  będzie  to  łatwe,  gdyż  nie  chciała opuszczać  Vancouver,  zanim  Michael  nie  wyjdzie  ze 
szpitala. Jedynym wyjściem było zniknąć z mieszkania Slade’a. Jutro. Jak tylko wyjdzie do 
pracy. 

O szóstej  rano w sąsiednim  pokoju  zadzwonił  budzik. Bronwen postanowiła  nie budzić 

jego  podejrzeń  i  potulnie  zrobić  obiecane  śniadanie.  Szybko  wyskoczyła  z  łóżka.  Zbyt 
szybko. Slade paradował po pokoju jedynie w skąpej bieliźnie. 

– Och,  przepraszam – zaczerwieniła  się  i  cofnęła  do  drzwi  sypialni.  – Chciałam  zrobić 

śniadanie, ale... 

– W takim razie nie pozwolę ci uciec – powiedział wesoło. – No, śmiało. 
Nawet nie próbował się niczym osłonić, gdy Bronwen mijała go pośpiesznie, starając się 

patrzeć w inną stronę. 

– Aż tak źle? – usłyszała za plecami kpiący głos. – Wiedziałem, że rano nie wyglądam 

najlepiej, ale żeby aż tak... – roześmiał się, gdy Bronwen z takim impetem postawiła patelnię 
na kuchence, że omal nie przygniotła sobie palca. 

Coś  takiego,  nie  wygląda  najlepiej,  myślała  z  furią.  Wygląda  tak  apetycznie,  że  nic, 

tylko... W dodatku wie o tym i celowo pokazuje jej się w takim negliżu. To nieuczciwe!

Starała sienie zwracać na niego uwagi, dopóki nie usiadł przy stole w eleganckim szarym 

garniturze, wyraźnie czekając, aż zostanie obsłużony. 

– Aha, nie próbuj przypadkiem stąd zniknąć, gdy tylko cię spuszczę z oka, dobrze? Znam 

już personel szpitalny i nie miałbym najmniejszego problemu ze znalezieniem cię... Na twoim 
miejscu  nie  robiłbym  tego – ostrzegawczo  podniósł  rękę,  gdy  Bronwen  chwyciła  talerz  z 
jajkami,  bez  wątpienia  zamierzając  rzucić  nim  w  Slade’a.  – Zawsze  oddaję  każdy  cios. 
Nawet, gdy mnie ktoś nietypowo zaatakuje... jajecznicą. 

Gdy ze złością postawiła talerz na stole, Slade roześmiał się i chwycił ją za rękę. 
– Przestań się dąsać – powiedział łagodnie. – Naprawdę się o ciebie troszczę. Hotele w 

Vancouver nie należą do najtańszych. 

– Nie jestem goła jak święty turecki – odparła sztywno. 
– Nie  wątpię,  ale  lepiej  na  wszelki  wypadek  oszczędzaj  fundusze.  A  jeśli  na  przykład 

Michaelowi się pogorszy, to co wtedy?

background image

Nie pomyślała o tym. Rzeczywiście, miał  rację.  I był  teraz  naprawdę miły.  Mógłby już 

taki zostać, zamiast popisywać się swoją siłą i przewagą, a co gorsza, atrakcyjnością. 

– Obiecaj,  że  nie  sprawisz  mi  kłopotu  i  nie  uciekniesz  stąd – uśmiechnął  się  tak 

przekonująco, że wyleciały jej z głowy wszelkie powody, dla których miałaby stąd uciekać. –
I że nie powiesz już ani słowa o tych ubraniach. 

– Obiecuję. 
– Dobrze – pogłaskał ją machinalnie po głowie i zajął się śniadaniem. 
Szybko uciekła do kuchni. 
– Cholerny facet – powiedziała głośno, gdy wreszcie zamknął za sobą drzwi. 
Rzadko przeklinała, a w dodatku dziś rano Slade wcale nie był taki okropny, ale Bronwen 

miała zupełny mętlik  w  głowie. Spojrzała  na  zegarek, który  wskazywał dopiero  ósmą rano. 
Jeszcze za wcześnie na wizytę w szpitalu. Wzięła się więc za rozpakowywanie wczorajszych 
zakupów. 

Wybrała  błękitny  kombinezon.  Valerie  przekonywała,  że  Slade  będzie  zachwycony. 

Bronwen zupełnie zapomniała, że sprawianie Slade’owi przyjemności zupełnie nie leży w jej 
zamiarach. Przebrała  się  i  spojrzała w lustro.  Z pewnym zdumieniem  ujrzała w nim  bardzo 
elegancką kobietę z klasą. 

Nadal czuła się trochę nie w porządku. Powinna jakoś okazać Slade’owi wdzięczność za 

te  ubrania, czy  on  tego  chce, czy nie.  Zrobi to  nie  tyle dla  niego,  co  dla  spokoju  własnego 
sumienia. 

Szukając jakiegoś zajęcia, zajrzała do łazienki. Mimo że w pokojach panował względny 

porządek,  tutaj  wyglądało  już  znacznie  gorzej.  W  dodatku  znajdująca  się  nad  kafelkami 
prążkowana tapeta zaczęła się przecierać, a także odklejać pod wpływem wilgoci i  w wielu 
miejscach zwisała smętnie. 

– No, tak – mruknęła Bronwen w zamyśleniu. – Ciekawe, czy... 

Godzinę  później  na  stole  w  kuchni  leżały  rolki  nowej  tapety.  Bronwen,  zaopatrzona  w 

ołówek, linijkę i nożyczki, zabrała się do dzieła. Gdy do oklejenia został już tylko kawałek 
ściany, spojrzała na zegarek. Późno. Robota nie zając, nie ucieknie, a Michael pewnie już na 
nią czeka. 

Zadzwoniła po  taksówkę,  korzystając  z  numeru,  który na  wszelki  wypadek  zostawił  jej 

Slade. Gdy dojechała do szpitala, sięgnęła po portmonetkę, ale kierowca poinformował ją, że 
kurs został  już  opłacony. Bronwen nie  wiedziała, czy ma  być Slade’owi  wdzięczna za  jego 
hojność, czy raczej czuć się nią urażona. 

– O rany! – powitał ją Michael z podziwem. – Co się stało, Bron? Wyglądasz bosko!
– Dziękuję – uśmiechnęła się skromnie. – Ty też nie najgorzej. Nawet ci do twarzy z tymi 

bandażami. 

– Też na to wpadłem. Wywołują w kobietach bardzo opiekuńcze uczucia. 
– Michael – odezwała się surowym tonem Bronwen. – Najwyższy czas, żebyś wreszcie 

skończył z tymi podrywkami i pomyślał o poważnym związku. Jesteś trochę za stary na to, 
żeby  zachowywać  się  jak  postrzelony  nastolatek.  Chociaż  wątpię,  czy  w  ogóle  jakaś 

background image

dziewczyna cię zechce. 

– Jedna kiedyś chciała – wyznał nieoczekiwanie. 
– Naprawdę? – spytała zaskoczona. 
– Mhm. Dawno temu. 
– Ale wystraszyłeś się i dałeś nogę? – podpowiedziała Bronwen. 
– Nie. Postanowiła wyjść za innego. 
Jakiś  ton  w  głosie  Michaela  zdradzał,  że  jej  brat  ciągle  cierpi  z  powodu  odrzuconego 

uczucia. Być może nie był tak lekkomyślny i powierzchowny, jak sądziła. 

Ale Michael zmienił temat. 
– Skąd takie ciuchy? Czyżby sklep w końcu zaczął przynosić dochody?
– Owszem, ale nie aż takie. Właściwie to... Slade mi je kupił. 
Oczy Michaela zwęziły się nagle. 
– W co ty się dałaś wciągnąć, siostrzyczko?
– W nic. Slade jest po prostu miły, to wszystko. 
– Co to znaczy miły? – spytał podejrzliwie. 
– No... Pozwolił mi u siebie zamieszkać, pokazał mi miasto. A kupił mi parę rzeczy tylko 

dlatego, że nie miałam nic odpowiedniego na tak ciepłą pogodę. 

– Bron, czy wiesz, w co ty się pakujesz? Westchnęła. 
– Chyba  nie  bardzo...  Michael,  czy  Slade  to  po  prostu  zwykły  podrywacz? – spytała 

Bronwen, ale nie była do końca pewna, czy chce znać odpowiedź na to pytanie. 

– Nie  wiem,  czy  akurat  tak  bym  go  nazwał.  Cholerny  szczęściarz,  zawsze  miał 

powodzenie  u  kobiet,  latały  za  nim  nieustannie.  Ale  zdaje  się,  że  jemu  akurat  na  tym  nie 
zależy. Muszę przyznać, że gdy już miał jakąś dziewczynę, to zawsze był w stosunku do niej 
uczciwy. 

– Czyżby? – wyrwało jej się, jednak umilkła. 
A co z uczciwością w stosunku do Jenny? Może Michael nie zna tej historii, więc lepiej 

mu o tym nie opowiadać. Po co ma mieć złe zdanie o przyjacielu?

Rozmowa  zeszła  na  inny  temat.  Dopiero,  gdy Bronwen  wychodziła,  Michael  ponownie 

ostrzegł ją przed Slade’em. 

– Uważaj, siostrzyczko. Mój przyjaciel złamał już wiele kobiecych serc. 
– Mojego  nie  złamie,  nie  ma  obawy.  Michael  tylko  mruknął  coś  z  powątpiewaniem. 

Bronwen  opuściła  szpital  zachmurzona,  zdecydowanie  odmówiła  powrotu  czekającą  na  nią 
taksówką  i  wsiadła  do  autobusu. Do  domu  wchodziła  tak  pogrążona  w  myślach,  że  nie 
zauważyła drobnej kobiety, podlewającej w korytarzu kwiaty, i wpadła na nią. 

– Och, przepraszam najmocniej!
– Nic  się  nie  stało,  kochanie.  – Małe,  bystre  oczy  nieznajomej  obrzuciły  ją  taksującym 

spojrzeniem. 

Bronwen  skierowała  się  do  windy,  jednak  kobieta  szybko  zastąpiła  jej  drogę  i  nie 

pozwoliła uciec. 

– Pani jest nową damą serca pana Slade’a, prawda?
– Nie, tylko znajomą. Skąd pani wie, że tu mieszkam?

background image

– Jestem  Bickersley  i  wiem  o  wszystkim,  co  się  dzieje  w  tym  domu.  Ludzie  są  tacy 

interesujący, nieprawdaż?

Powiedziała to takim tonem, jakby wręcz oczekiwała pochwały, a może i nawet medalu, 

za wtrącanie się w cudze sprawy. 

– Pewnie się pani śpieszy? Pan Slade już na panią czeka, co, kochanie?
– Nie sądzę. – Bronwen nagle znieruchomiała z ręką na przycisku od windy. – Jak pani 

powiedziała? Pan Slade?

– Przecież tak się nazywa. Oczywiście pani zwraca się do ukochanego mężczyzny jakoś 

bardziej pieszczotliwie?

– Nie – zaprzeczyła zdecydowanie, czując przy tym mętlik w głowie. Slade. Ale co poza 

tym? Jak ma na imię? Zadziwiające, nigdy o tym nie pomyślała. Zawsze był tylko Slade’em. 
Musi go zapytać... 

Winda  wreszcie  nadjechała  i  Bronwen  weszła  do  niej  szybko.  Zdążyła  jednak  jeszcze 

usłyszeć głos pani Bickersley:

– Bawcie się dobrze, drogie dzieci!
Bronwen była tak wściekła, że wychodząc z windy, trzasnęła z całej siły drzwiami. 
– Co  za  wstrętne  babsko!  Jak  ona  śmie? – warknęła  i  z  furią  chwyciła  kolejną  rolkę 

tapety. 

– Co tu się, do diabła, dzieje? – Slade postawił teczkę na stole i z osłupieniem spojrzał na 

zaścielające kuchenną podłogę ścinki. – Bronwen, gdzie jesteś?

– Tutaj – odpowiedziała z łazienki. 
Od  razu  zauważył,  że  w  jej  zazwyczaj  miękkim  i  łagodnym  głosie  pobrzmiewa  jakaś 

gwałtowna nuta. 

Bronwen  stała  na  krześle  i  starannie  wygładzała  gąbką  tapetę,  na  której  staroświeckie 

statki i żaglowce przemierzały zielone morze. 

– Co ty wyrabiasz? – spytał surowo Slade. 
– Tapetuję – wyjaśniła, nie przerywając pracy. 
– Widzę.  Czy  mógłbym  spytać,  czemu  zastąpiłaś  tapetę,  którą  osobiście  wybrałem, 

dziecinnymi wzorkami?

Bronwen  zachwiała  się  i  pewnie  spadłaby  z  krzesła,  gdyby  Slade  błyskawicznie  nie 

przytrzymał jej. 

– Nie  podoba  ci  się? – Złapała  równowagę  i  wysunęła  się  z  jego  objęć.  – W  twojej 

biblioteczce jest tyle książek o żeglarstwie, myślałam, że... 

– To, że lubię żeglarstwo, nie oznacza, że lubię, jak mi ktoś zmienia wystrój mieszkania. 
Bronwen poczuła, że rozpierająca ją przez cały dzień energia zaczyna pod wpływem tych 

słów uciekać z niej jak z przekłutego balona. 

– Wiem, powinnam była o tym pomyśleć. Ale widzisz, chciałam ci się jakoś odwdzięczyć 

za te ubrania. 

– Rzeczywiście, świetnie mi się odwdzięczyłaś. Bronwen jakoś opanowała wybuch. 
– Ta stara tapeta była już naprawdę w fatalnym stanie, a ponieważ zauważyłam wczoraj 

na rogu sklep... 

background image

– To  znaczy,  że  musiałaś  być  wściekła – głos  Slade’a  nadal  był  surowy  i  pełen 

dezaprobaty. 

Bronwen  nie  zaprzeczyła.  Całe  Pontglas  wiedziało,  że  kiedy  Bronwen  Evans  wpada  w 

furię,  co  na  szczęście  nie  przydarzało  się  często,  to  wyżywa  się  w  dość  osobliwy  sposób. 
Wydaje pieniądze na tapety i odnawia mieszkanie. 

– Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego ten kawałek jest do góry nogami? –

spytał Slade, nadal oschłym głosem. 

– Wcale nie jest... Och, rzeczywiście!
Bronwen spojrzała na ścianę, a potem na Slade’a, po raz pierwszy od chwili, gdy wszedł 

do  łazienki.  Na  jego  twarzy  wcale  nie  malowało  się  niezadowolenie,  lecz  pobłażliwe 
rozbawienie. Tego było jut nadto. Zupełnie bezinteresownie chciała mu zrobić przysługę, a on 
z  niej  kpi.  Po  ostrzeżeniach  Michaela  i  obrzydliwych  insynuacjach  pani  Bickersley,  kpiny 
Slade’a stały się nie do zniesienia. 

– Przepraszam – zeskoczyła na podłogę i pośpieszyła do drzwi. 
Slade błyskawicznie zagrodził jej drogę ramieniem. 
– A dokąd to?
– Nie wiem. Gdziekolwiek. Byle dalej stąd. 
– Z powodu moich niewinnych żartów na temat tapety?
– Nie tylko. – Z uporem patrzyła na drzwi, a nie na niego. 
– Domyślam się. Powiedz więc, co poza tym tak cię wyprowadziło z równowagi?
Tego  nie  mogła  powiedzieć,  gdyż  to  właśnie  on  wyprowadził  ją  z  równowagi 

pocałunkami,  pieszczotami,  swoim  cudownym  ciałem,  tak  złocistym  w  świetle  poranka. 
Ciałem,  które  nigdy  nie  będzie  należało  do  niej,  gdyż  Slade’owi  nie  można  się  poddać.
Ponieważ nie można mu zaufać. 

– Mój  brat – zdecydowała  się  wyznać  część  prawdy – i  ta  głupia  kobieta.  Oni  oboje 

myślą, że jestem twoją... No, żerny... 

– Zaczekaj – Slade lekko położył dłoń na jej ustach. – Przede wszystkim usiądź i odpręż 

się. Naleję ci drinka i pogadamy. A potem to ja będę musiał się zrelaksować, żeby właściwie 
zakończyć uroczy dzionek. 

Gdzieś znikł rozkazujący ton, a Bronwen dopiero teraz dostrzegła rysujące się na twarzy 

Slade’a zmęczenie. 

– Miałeś ciężki dzień?
– Musiałem  wylać  dwóch  pracowników,  którzy  skorzystali  z  tego,  że  wczoraj  nie 

pojawiłem się w pracy i też wzięli sobie wolne. Oczywiście inni mieli przez to więcej roboty. 

– Naprawdę trzeba było ich wyrzucać? Nie mogłeś im dać jeszcze jednej szansy?
Zaprowadził ją do kanapy.
– Nie. Firma nie może sobie pozwolić na trzymanie niekompetentnych pracowników, Ale 

już ich zastąpiłem i to kimś, kogo znasz. 

– Nie znam nikogo w Vancouver. 
– Pamiętasz  tego  wyrostka,  który  chciał  się  włamać  do  mojego  samochodu?  Wyobraź

sobie, że jednak zgłosił się do mnie. Myślę, że całkiem nieźle sobie u nas poradzi. 

background image

Bronwen  z  niedowierzaniem  potrząsnęła  głową.  Wiedziała,  jak  Slade  potrafi  być 

bezwzględny i nie umiała tego pogodzić z obrazem człowieka, który dzieci z ulicy nawracał 
na dobrą drogę. Zadziwiał ją nieustannie. 

– Usiądź,  zaraz  wrócę.  Aha,  a  jeśli  chodzi  o  trudności  w  pracy,  to  w  dużym  stopniu 

zostały  one  zrekompensowane  widokiem  twojego  ubrania.  Czy wiesz,  że  wyglądasz  w  nim 
bardzo ponętnie?

– Wcale nie po to je włożyłam. 
– Obawiałem się tego. 
Obrzucił  jej  figurę  niezwykle  wymownym  spojrzeniem,  po  czym  zniknął  w  kuchni. 

Wrócił  po  chwili  z  dwiema  szklaneczkami  czegoś,  czego  Bronwen  jeszcze  nigdy  nie  pila. 
Niezależnie od tego, co to było, rzeczywiście pomogło jej trochę się rozluźnić. 

Slade rozsiadł się wygodnie w fotelu i niedbale założył nogę na nogę. 
– Wściekłaś się, więc zaczęłaś tapetować... 
– Mniej więcej. 
– A  potem  zdenerwowałaś  się  z  kolei  tym,  że  nie  wpadłem  w  zachwyt  z  powodu 

przewrócenia mi całej łazienki do góry nogami. 

– Wcale nie jest przewrócona do góry nogami. 
– Rzeczywiście. Tylko ten kawałek koło okna. 
Bronwen  przyjrzała  mu  się  uważniej.  Siedział  w  nonszalanckiej  pozie  i  wyglądał  tak, 

jakby miał wszystko w nosie. Co gorsza, widać było, że z trudem powstrzymuje śmiech. 

– Przepraszam, kupię taką tapetę, jak miałeś poprzednio i zmienię to. 
– Ale ja wcale nie chcę. Podobają mi się te twoje statki. 
– Przecież powiedziałeś, że są dziecinne. 
– Bo  są.  W  dodatku  nie  lubię,  gdy  jakiś  zwariowany  rudzielec  urządza  mój  dom  po 

swojemu  i  bez  pytania  mnie  o  zgodę.  Ale  z  drugiej  strony  dzięki  temu  będę  mógł 
powspominać słodkie dzieciństwo. Dobra, skończyliśmy rozmowę na ten temat. Powiedz mi 
teraz, o co ci chodziło, gdy mówiłaś o Michaelu i jakiejś głupiej kobiecie. 

Bronwen wcale nie miała ochoty tego wyjaśniać, jednak nie było sensu chować głowy w 

piasek i udawać, że nic to ją nie obeszło. 

– Michael  uważa,  że  nie  powinnam  tu  mieszkać – poinformowała,  nerwowo  splatając 

palce. – A na korytarzu spotkałam wścibską babę... 

– Coś takiego! Wpadłaś na panią Bickersley?
– Skąd wiesz?
– Wszyscy  w  tym  domu  ją  znają.  Jeśli  nie  uda  jej  się  wywęszyć  jakiegoś  skandalu, 

najlepiej erotycznego, i obmówić któregoś z sąsiadów, to jest po prostu chora. 

Bronwen poczuła się lepiej, ale po chwili przypomniały jej się ostrzeżenia brata. 
– To nie tylko przez  tę  plotkarkę – wyznała. – Mówiłam już, że  Michael nie pochwala 

mojego pobytu u ciebie. Muszę się stąd wyprowadzić, Slade. 

– Jedyne,  co  musisz  zrobić,  maleńka,  to  przestać  się  przejmować  tym,  co  myślą  inni  i 

skończyć drinka. A potem pójść ze mną na obiad. 

– A jeśli nie zechcę? – spytała buntowniczo. 

background image

– Spróbuj, to się przekonasz. 
Powiedział  to  bardzo  uprzejmym  tonem,  wyglądał  jednak  przy  tym  tak,  że  Bronwen 

zdecydowała, iż lepiej zrobi, jak nie spróbuje. 

Pojechali  więc  do  restauracji  i  nieoczekiwanie  spędzili  naprawdę  miły  wieczór  w 

przyjaznej  atmosferze.  Bronwen  nie  miała  siły  się  kłócić,  a  Slade  ze  swojej  strony  robił 
wszystko, by okazać się czarującym towarzyszem. 

Gdy  wrócili  do  domu,  łagodnie  skierował  ją  w  stronę  sypialni,  tym  razem  jednak  nie 

próbując  jej  przestraszyć  ani  niczego  nie  sugerując.  Bronwen  pomyślała  melancholijnie,  że 
nawet  mogłaby  go  polubić.  Gdyby  nie...  Ale  to  były  tylko  mrzonki.  Nie  da  się  zmienić 
przeszłości. 

Zamknęła za sobą drzwi i nagle coś jej się przypomniało. Wróciła do pokoju. 
– Slade, jak ty się właściwie nazywasz?
– Słucham? – Odstawił  karafkę  z  whisky  z  powrotem  do  barku  i  spojrzał  na  Bronwen 

takim  wzrokiem,  jakby  wątpił  w  jej  zdrowe  zmysły.  – Czy  przypadkiem  nie  wypiłaś  zbyt 
dużo wina do kolacji?

– Oczywiście, że nie. Po prostu pani Bickersley... 
– Do diabła z nią!
– Zgadzam się całkowicie – przytaknęła. – Sądzę, że właśnie taki los ją spotka. Chodziło 

mi o to, że nazwała cię panem Slade’em. 

– Och,  niektórzy  nazywają  mnie  gorzej.  Na  przykład  jeden  z  tych  facetów,  których 

wylałem... 

– Przestań. Ta baba, która wszystko wie, nie znała twojego imienia. Czy ty w ogóle masz 

jakieś imię?

– Niestety,  tak – gwałtownie  zatrzasnął  drzwiczki  barku  i  westchnął.  – Emlyn.  Ale  nie 

znoszę  go.  Jeśli  spróbujesz  kiedykolwiek  nazwać  mnie  inaczej  niż  Slade,  to  sama  będziesz 
sobie winna. 

– Rozumiem, że spotka mnie coś niemiłego?
– Jak najbardziej. Nie zapominaj, że to wysoki  budynek, za to balustrada przy balkonie 

jest raczej niska, co może się okazać bardzo pożyteczne. 

– Postaram  się  o  tym  pamiętać.  Dobranoc,  Emlyn – powiedziała  słodkim  głosem  i  z 

figlarnym uśmiechem szybko zamknęła za sobą drzwi sypialni. 

– Otwórz te drzwi, moja młoda damo, a z całą pewnością nie będzie to dla ciebie dobra 

noc – dobiegł pozornie gniewny głos z drugiego pokoju, a Bronwen roześmiała się głośno. 

Następnego  dnia  Slade  obserwował  ją  z  głębokim  namysłem,  gdy  wstała  rano,  by 

przygotować mu śniadanie. 

– Cały czas nie mogę zdecydować, czy mam się za ciebie zabrać teraz czy może później –

powiedział na powitanie. 

– Zabrać za mnie? – powtórzyła ze zdumieniem. 
– Aha. Przecież obiecałem, że poniesiesz konsekwencje, gdy nazwiesz mnie inaczej niż 

Slade. 

– Chyba  lepiej  później – podsunęła  beztrosko  Bronwen.  – Jeśli  wyrzucisz  mnie  przez 

background image

okno teraz, to będziesz musiał sam zrobić śniadanie. 

– Słuszna  uwaga.  Muszę  to  więc  jeszcze  przemyśleć.  Sądzę,  że  zaczekam  z 

wymierzeniem ci kary do powrotu pani Doyle. 

– Co za ulga – postawiła przed nim talerz i na wszelki wypadek cofnęła się szybko. 
– Hej! – Slade  zdołał  chwycić  ją  za  rękę  i  posadził  Bronwen  na  swoim  kolanie.  –

Przydałoby się przetrzepać ci skórę. 

– Ale  z  ciebie  brutal – uwolniła  się  i  uciekła  do  kuchni.  – Pani  Bickersley  byłaby 

szczęśliwa, gdyby to usłyszała. 

Jakieś  dwadzieścia  minut  później  Slade  wyszedł  do  pracy,  na  pożegnanie  całując  ją 

nieoczekiwanie  w  usta.  Bronwen  została  sama,  niepewna,  czy  naprawdę  zamierza  ją  jakoś 
ukarać, czy tylko się z nią droczył. 

Spędziła  dzień  pracowicie.  Uprała  cały  stos  brudnych  ubrań  Slade’a,  uporządkowała 

mieszkanie,  zastąpiła  odwrócony  kawałek  tapety  nowym.  Potem  trochę  odpoczęła, 
podziwiając zapierający dech w piersiach widok na zatokę. 

Kiedy jechała do szpitala, poczuła, że powietrze zrobiło się duszne i ciężkie. Po wizycie u 

Michaela  wróciła  do  domu,  gdzie  Slade  już  na  nią  czekał,  niedbale  rozparty  w  fotelu. 
Pierwszy piorun uderzy akurat wtedy, gdy wchodziła do mieszkania. 

– Boisz się? – spytał Slade, ujrzawszy jej dość gwałtowną reakcję. 
– Ależ  skąd,  po  prostu  zaskoczyło  mnie  to...  – Bronwen  zerknęła  za  okno.  – Robi  się 

strasznie ciemno. 

– To normalne, gdy zbliża się burza. 
Miała ochotę kopnąć go za ten beztroski ton. Nie miała nic przeciw burzy, chodziło jej o 

to, że naprawdę było bardzo ciemno. 

– Zapalę światło. – Slade patrzył na nią uważnie. Odczuła ulgę. Z wdzięcznością przyjęła 

również to, że nie zaproponował żadnego wyjścia dziś wieczorem. Nawet nie musiał prosić, 
żeby podgrzała któreś z  gotowych dań na kolację. Była zadowolona, że  ma się czym zająć. 
Gromy odzywały się coraz bliżej, a błyskawice oświetlały mieszkanie upiornym blaskiem. 

Posiłek zjedli w milczeniu. Slade zdawał sobie sprawę ze złego samopoczucia Bronwen, 

jak również z jego przyczyn, gdyż w końcu wstał i starannie zaciągnął zasłony. 

– Myślałam, że nigdy nie zasłaniasz okien – zauważyła. 
– Robię to, gdy ktoś jest tak rozkojarzony, że zapomina o zrobieniu mi kawy. 
Ta uwaga spowodowała, że Bronwen zdenerwowała się jeszcze bardziej. 
– Twoja kolej. Ja przygotowałam obiad. 
– Tylko  podgrzałaś:  Zresztą,  chyba  poczujesz  się  lepiej,  jeśli  będziesz  miała  jakieś 

zajęcie, prawda? – Usiadł i z bezczelnym uśmiechem skrzyżował ręce. 

Spojrzała  na  niego  takim  wzrokiem,  że  każdy  inny  na  jego  miejscu  zapadłby  się  pod 

ziemię, ale oczywiście nie Slade. 

Gdy  wróciła  z  kawą,  w  pokoju  paliły  się”  wszystkie  światła.  We  wnętrzu  zrobiło  się 

przytulnie, nie na długo jednak. W pewnym momencie uderzył piorun, jakby tuż obok nich i 
w całym budynku zgasło światło. 

background image

Bronwen  wydała  zduszony  okrzyk,  a  Slade  pośpieszył  do  kuchni,  skąd  po  chwili 

przyniósł latarkę. 

– Myślę,  że  powinnaś  iść  do  łóżka.  Przykryjesz  się  kołdrą  aż  po  sam  czubek  głowy  i 

będziesz udawać, że to zwyczajna noc. Tak zawsze robisz, prawda?

– Nic  mi  nie  jest – upierała  się  Bronwen,  zaciskając  przy  tym  kurczowo  dłonie  na 

krawędzi stołu. 

– Bzdury. Jesteś kompletnie przerażona. 
– Wcale nie... 
– Nie kłóć się ze  mną. Doskonale wiem, jaki głupi  kawał spłatał ci Michael, gdy byłaś 

mała. Właśnie, przypomnij mi, żebym mu za to łeb ukręcił... oczywiście, jak już wyzdrowieje. 
Na razie jednak zajmiemy się tobą. Wskakuj do łóżka, tam poczujesz się bezpiecznie. No, już. 

– Nie. Przestań mnie wiecznie do czegoś zmuszać. 
– Dobrze, nie będę cię zmuszać. Ostrzegam tylko, że jeśli zaraz nie pójdziesz do sypialni, 

to sam cię rozbiorę i położę spać. 

Spojrzała  na niego w popłochu. Wyraz jego twarzy przekonał  ją, że  Slade spełni swoją 

groźbę. Już nie wiedziała, czy bardziej boi się ciemności, czy jego. 

Gdy  wyciągnął  dłoń  i  rozpiął  jej  guzik  pod  szyją,  Bronwen  błyskawicznie  podjęła 

decyzję. 

– Ręce przy sobie – powiedziała pośpiesznie i ruszyła do sypialni. 
– Jasne, skarbie. Zaraz przyjdę i otulę cię kołderką. 
– Nie jestem dzieckiem, a ty nie jesteś moim tatusiem – odcięła się. 
– Co do tego drugiego, to masz rację. Czekaj, weź latarkę. 
– A ty?
– Ja nie potrzebuję. Widzę w ciemności. 
Bronwen przeszło przez myśl, że w tym mężczyźnie rzeczywiście jest coś kociego. 
Bez  słowa  wzięła  latarkę,  prawie  wbiegła  go  sypialni,  zrzuciła  ubranie  i  wskoczyła  do 

łóżka, chowając głowę pod kołdrę. Dziwne, że Slade wiedział o tym, jak się zachowuje, gdy 
przestraszy ją nieoczekiwana ciemność. Pewnie Michael mu powiedział. 

Kiedy trochę się uspokoiła, zdała sobie sprawę, że zapomniała o włożeniu nocnej koszuli. 

Wysunęła  głowę  spod  kołdry  i  sięgnęła  po  latarkę,  ale  nie  mogła  jej  znaleźć.  Nie  zdołała 
powstrzymać okrzyku przestrachu. 

Slade stał przed odsłoniętym oknem i z zachwytem wpatrywał się w noc. Potężna burza 

rozjaśniała nagłymi błyskami  ciemne wody zatoki.  Nagle usłyszał krzyk  Bronwen.  Z żalem 
rzucił ostatnie spojrzenie na rozszalałe żywioły, szybko podszedł do drzwi sypialni i zastukał. 

– Co się stało?
– Nic – dobiegł go stłumiony głos Bronwen. 
– Nadal się boisz?
– Nnnie... 
Oczywiście, pomyślał Slade, tak samo, jak zagnana w kąt mysz nie boi się kota. Nacisnął 

klamkę i wszedł do środka. 

– Naprawdę wszystko w porządku – zapewniła Bronwen, gdy usiadł przy niej. 

background image

– Waśnie widzę – cierpliwie rozprostował jej palce, kurczowo zaciśnięte na brzegu łóżka. 

Przytrzymał  dłonie  Bronwen  w  swoich.  – Nie  ma  powodu,  żeby  się  bać.  Jesteś  zupełnie 
bezpieczna. 

– Wiem – szepnęła. – Przepraszam za to wszystko. Widzisz, nie mogłam znaleźć latarki. 
– Leży tutaj – sięgnął na blat nocnej szafki i zapalił latarkę. W jej świetle zauważył nagie 

ramiona Bronwen. Zmarszczył brwi i gwałtownie puścił jej dłonie. – A teraz już śpij. 

– Slade, proszę... 
– Co znowu?
Jego głos brzmiał szorstko i niecierpliwie, zupełnie inaczej niż przed chwilą. Wyglądało, 

jakby  pragnął  uciec  od  niej  jak  najszybciej,  lecz  Bronwen  nie  chciała,  żeby  wychodził. 
Zupełnie  nieoczekiwanie  poczuła,  że  już  się  nie  boi  ciemności.  Ale  nie  z  powodu  latarki, 
tylko  z  powodu  Slade’a.  Jego  obecność  napawała  ją  poczuciem  bezgranicznego 
bezpieczeństwa. 

Czy ona zwariowała? Slade siedzi na łóżku, ona nie ma nic na sobie... Jak może czuć się 

bezpiecznie w takiej sytuacji i z takim mężczyzną? Slade wstał i podszedł do drzwi. Bronwen 
wiedziała jednak, że nie zniesie jego nieobecności. 

– Nie odchodź – szepnęła. – Proszę, nie odchodź. Zamarł z dłonią na klamce. 
– Czy zdajesz  sobie  sprawę z  tego,  co  mówisz? – spytał,  ale  nie  odwrócił  się  w  stronę 

łóżka. 

– Ja...  – zawahała  się.  – Po  prostu  chcę,  żebyś  dotrzymał  mi  towarzystwa.  Przy  tobie 

czuję się taka bezpieczna. 

– Bezpieczna! – krzyknął  i  wreszcie  spojrzał  na  Bronwen.  Nagła  błyskawica  oświetliła 

jego zdumioną  twarz.  – Jeśli  jeszcze  nie  zauważyłaś,  to  uprzejmie  cię  informuję,  że  jestem 
mężczyzną, a ty, o ile się nie mylę, nie masz na sobie nawet figowego listka. W dodatku w 
tym pokoju znajduje się tylko jedno łóżko. A może oczekujesz, że będę spał na podłodze?

– Zauważyłam, że jesteś mężczyzną... Nie miałam na myśli... 
Slade zaklął. 
– A co miałaś na myśli? Że grzecznie spędzę z tobą noc w łóżku w trosce o to, żebyś nie 

bała  się  ciemności? – Jego  głos  przybrał  lekko  pogardliwy  ton.  – Czy  nie  zdajesz  sobie 
sprawy... ?

Bronwen  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  jeśli  szalenie  męski  i  atrakcyjny  Slade 

przystanie  na  jej  prośbę,  to  nie  tyle  ciemności  powinna  się  obawiać, ile  czegoś  znacznie 
poważniejszego. Najdziwniejsze było to, że przestała się tego bać. Wręcz przeciwnie. 

Kolejna błyskawica rozdarła czerń nocy. 
– Nie chcę, żebyś odchodził, Slade. Zostań ze mną. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Slade  zaniemówił  na  chwilę.  Stał  przy  drzwiach  nieruchomy  niczym  posąg,  wreszcie 

odwrócił się i ruszył z powrotem. Bronwen wyciągnęła do niego ręce. Ujął je i usiadł tuż przy 
niej. 

– Czy ty nie rozumiesz, czym to grozi? – zapytał zdławionym głosem. – A może jesteś 

tak niewinna, że nie potrafisz się zorientować, kiedy pakujesz się w kłopoty?

– Nie wtedy, gdy ten kłopot ma długie nogi, niebieskie oczy i zniewalający uśmiech, za 

który każda dziewczyna dałaby się zabić – odparła z uczuciem. – Tak, doskonale wiem, co 
robię. 

– Ale dlaczego?
– Już ci powiedziałam. Przy tobie czuję się bezpiecznie. 
Jęknął  i  z  desperacją  oparł  brodę  na  zaciśniętych  pięściach.  Ich  oczy  spotkały  się  w 

półmroku i po chwili Slade pochylił się wolno i dotknął wargami jej ust. 

Spodziewała się po nim zupełnie innego pocałunku. Niedbałego albo gwałtownego, jedno 

z  dwojga – Tymczasem  on  całował  ją  tak  czule  i  delikatnie,  jakby  składał  obietnicę,  że  to 
początek czegoś cudownego, co będzie trwało aż do końca świata. 

W rzeczywistości trwało około pół minuty. Po upływie tego czasu Slade jęknął ponownie 

i chciał się podnieść. 

– Dobranoc, Bronwen. 
– Nie – tym razem ona chwyciła go za rękę. – Nie idź. 
– Jeśli  nie  pójdę,  oboje  będziemy  tego  żałować.  Jakoś  to  niebezpieczeństwo  nie 

wydawało  jej  się  teraz  ważne.  Liczyła  się  tylko  kojąca  obecność  Slade’a  i  jego  ciało 
pochylające się nad nią w ciemności. 

– Obejmij mnie – szepnęła. – Proszę. Choć na chwilę. 
– Nie jestem z kamienia – warknął. – Żądasz zbyt wiele. 
– Zbyt wiele? Aż tak trudno po prostu mnie przytulić?
Slade sięgnął po latarkę i oświetlił twarz Bronwen. Zobaczył błagalne spojrzenie wielkich 

szarych  oczu  i  potrząsnął  głową  z  niedowierzaniem.  Przecież  to  niemożliwe,  żeby  w 
dzisiejszych  czasach  młoda  kobieta  była  ciągle  tak  niewinna!  Wahał  się  przez  chwilę. 
Nonsens.  Czyżby  dwudziestosześcioletnia  dziewczyna  mogła  być  jeszcze  zupełnie 
niedoświadczona?  Z  całą  pewnością  nie!  Jego  nieśmiała  przyjaciółka  z  małego  miasteczka 
musiała już to mieć za sobą... 

Na  tę  myśl  ogarnął  go gniew.  Już  bez  wahania położył się  na  łóżku  i  dość  gwałtownie 

przyciągnął Bronwen do siebie. 

Ogarnęło ją obezwładniające gorąco, które stopniowo przeradzało się w coraz silniejszą 

potrzebę  zbliżenia.  Wysunęła  ramiona  spod  okrywającego  ją  cieniutkiego  prześcieradła  i 
oplotła nimi szyję Slade’a, przytulając policzek do jego barku. 

Natychmiast rozluźnił jej uścisk i odsunął ją nieco od siebie. 
– Obiecałem  przecież,  że  cię  nie  tknę – warknął  gniewnie.  – Wiem,  że  nie  zawsze 

background image

udawało mi  się tego  dotrzymać,  ale być  może  dlatego, że  tak naprawdę  wcale nie  chciałaś, 
żebym trzymał ręce przy sobie. 

– Chciałam... 
– Taak? A teraz?
Teraz  nie  istniała  żadna  przeszłość  ani  przyszłość,  jedynie  ta  chwila,  wypełniona 

obecnością Slade’a. Był taki inny niż zawsze, ciepły i w jakiś przedziwny sposób czuły. Do 
tego dochodził ów kuszący, korzenny zapach... Bronwen uśmiechnęła się i ponownie uniosła 
ręce, by go objąć. 

Przy tym ruchu śliskie, jedwabne prześcieradło zsunęło jej się aż do talii. 
Slade mruknął coś niezrozumiale i gwałtownie przygarnął ją do siebie. Bronwen poczuła 

dotyk guzików jego koszuli na swojej nagiej skórze. Niewiele myśląc, zaczęła je rozpinać. 

– Nie  masz  w  tym  zbyt  dużego  doświadczenia,  prawda? – mruknął,  gdy  po  jakiejś 

minucie ciągle nie mogła się uporać z pierwszym guzikiem. 

– Zbyt dużego? Nie, nie mam – szepnęła. 
– Ale wystarczające? – W jego głosie odezwała się ostra nuta. 
Bronwen nie odpowiedziała, zajęta jego koszulą, która jakiś czas później ześlizgnęła się 

miękko z łóżka na podłogę. Slade zręcznie nakierował jej dłonie na pasek od spodni. Wkrótce 
również one wylądowały na podłodze. 

– Jesteś  dokładnie  taki,  jak  myślałam...  – szepnęła  pronwen,  z  rosnącym  zachwytem 

dokonując kolejnych odkryć. 

– To  znaczy? – roześmiał  się  i  zaczął  delikatnie  całować  te  miejsca  na  jej  ciele,  co  do 

których nigdy nie miała pojęcia, że są przeznaczone do pocałunków. 

– Taki silny i twardy, ale w pewnych miejscach tak apetycznie zaokrąglony... 
– W jakich miejscach? – W jego głosie dźwięczało rozbawienie. 
Roześmiała się, zadowolona z udanego figla i wskazała mu dotykiem. Slade’a na chwilę 

zamurowało. 

– Coś takiego! A ja myślałem... 
Nie mógł inaczej stłumić jej śmiechu, jak tylko kolejnymi pocałunkami. 
– Slade – szepnęła prawie bez tchu, gdy wreszcie podniósł głowę. – Chcę... 
– Wiem. Ja też tego chcę, Bronwen. Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo. 
Już  ani  nie  przerażała  jej  ciemność,  ani  nie  słyszała  grzmotów,  jedynie  bicie  swojego 

serca. A może jego serca? Nie wiedziała, nie chciała wiedzieć, nie dbała o to. Najważniejsze, 
żeby Slade nie przestał, niech robi z nią, co chce, niech się stanie, co ma się stać. 

Lecz Slade nagle przestał. 
– Bronwen, na pewno wiesz, co robisz?
Niczego  już  nie  wiedziała,  ale  skinęła  głową.  Czuła,  że  to,  co  się  zaczęło,  musi  zostać 

dokończone. Nie byłaby w stanie tego znieść, gdyby zatrzymała się w drodze, nie dochodząc 
do celu. 

Gdzieś  daleko  uderzył  kolejny  piorun,  lecz  to  nie  błyskawica  rozjaśniła  nagle  świat 

Bronwen.  Tym  cudownym  światłem  na  jej  niebie  stał  się  Slade.  Chociaż  nie  zdołała 
powstrzymać okrzyku bólu, wiedziała, że warto było, i że dla niej nic już nie będzie takie, jak 

background image

przedtem. Niezależnie od tego, co się z nią stanie, będzie już znała smak miłości... 

– Bronwen? A niech to!... 
Slade leżał  obok niej w jakiejś nienaturalnie sztywnej pozie, Bronwen wyciągnęła więc 

rękę i dotknęła jego policzka. Odsunął się gwałtownie. 

– O co chodzi? – spytała ze zdziwieniem. 
Czuła  się  szczęśliwa  i  zupełnie  spokojna.  Mimo  że  pokój  nadal  pogrążony  był  w 

ciemności, już się nie bała. To, czego doświadczyła przed chwilą pod osłoną mroku, raz na 
zawsze wyleczyło ją z dawnego strachu. 

Szkoda, że Slade nie podzielał jej uczuć. 
– Niech cię diabli! – rzucił wściekle. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– O czym?
– Że  jestem  twoim  pierwszym  facetem!  Do  diabła,  czy  sądzisz,  że  tknąłbym  cię  choć 

palcem, gdybym zdawał sobie z tego sprawę?

Bronwen wiedziała doskonale, że by jej nie tknął. A wcale nie o to jej chodziło... 
– Ale ja chciałam, żebyś to zrobił – wyznała spokojnie. Zaklął. 
– Nie masz chyba powodów, żeby kląć – zauważyła nieco ostrzej. 
– Owszem, mam. 
– Och. Czy to znaczy, że nie byłam... 
– Byłaś wspaniała. Niewiarygodnie cudowna – przelotnie dotknął jej włosów. 
– To dlaczego... ?
– Słuchaj, jeszcze przed chwilą byłaś cnotliwą panienką i to wyjątkowo głupią! Gdybym 

przypuszczał... Czy nikt ci, do licha ciężkiego, nie powiedział, jak się robi dzieci?

Pogarda w jego głosie dotknęła ją do żywego. Nagle powróciło bolesne wspomnienie. 
– Owszem. Niejaka Jenny Price. Slade zacisnął pałce na prześcieradle. 
– No, tak – odezwał się matowym głosem. – Na chwilę wyleciało mi to z głowy. 
Bronwen  również  o  tym  zapomniała.  Na  kilka  cudownych  chwil  przeszłość  przestała 

istnieć. Ale te chwile minęły. 

Slade miał rację. Rzeczywiście, okazała się strasznie głupia. Zaprosiła faceta do łóżka, nie

podjąwszy  żadnych  środków  ostrożności!  Nie  przyszło  jej  przedtem  do  głowy,  że  będzie 
mogła ich potrzebować. Slade byt zaś przekonany, że ona o tym pomyślała, przecież pytał ją, 
czy aby na pewno wie, co robi. 

Teraz musi sama ponieść konsekwencje własnej decyzji. 
– Wszystko w porządku – zapewniła. – Nie przejmuj się tak. Wcale nie musisz czuć się 

odpowiedzialny. 

– Nie  muszę,  ale  tak  się  właśnie  czuję,  siostro  Michaela.  Pod  drzwiami  pojawiła  się 

smuga światła. 

– Włączyli prąd. – Slade wstał, włożył spodnie i przekręcił kontakt. 
– Teraz już nie mam się czego obawiać, dziękuję ci, Slade. 
– Proszę,  istna  księżniczka – zakpił.  – Ale  ponieważ  tak  się  składa,  że  nie  jestem 

służącym, to wyjdę wtedy, gdy sam będę miał na to ochotę. 

background image

Co  się  między  nami  dzieje? – pomyślała.  Przed  chwilą  byli  kochankami,  a  teraz 

zachowują się tak, jakby się nienawidzili. Jednak po tym, co się stało, Bronwen nie potrafiła 
dłużej żywić do niego żadnych nieprzyjaznych uczuć. Nawet gdy wspominała Jenny. Jęknęła
mimowolnie i zamknęła oczy. Wiedziała, co to oznacza. Skoro wybaczyła mu to, jak postąpił 
w stosunku do Jenny, to znaczy, że wybaczy mu wszystko. Dlatego, że go kocha. Być może 
zawsze go kochała, tylko nie zdawała sobie z tego sprawy. 

– Pobierzemy się tak szybko, jak to możliwe – poinformował bezbarwnym głosem Slade. 
Bronwen spojrzała na niego z oszołomieniem. 
– Co takiego?
– Pobierzemy  się – schylił  się  po  koszulę.  – Jutro  załatwię  formalności.  A  na  razie 

pozwól, że prześpię się jak zwykle na kanapie. Sądzę, że dzisiaj już spełniłem swoje zadanie. 

– Ale... – przez moment nie wiedziała, co powiedzieć. – Nie bądź śmieszny. Wcale nie 

oczekuję, że mnie poślubisz. 

– I tak to zrobię. 
– Nie zrobisz! – usiadła gwałtownie na łóżku. – Ja wcale nie chcę za ciebie wychodzić!
– Jaka szkoda. – Slade odwrócił się i podszedł do drzwi. 
Bronwen wreszcie przestała walczyć z pokusą, jaką odczuwała od pierwszej chwili, gdy 

się spotkali  w szpitalu. Chwyciła najbliższą  poduszkę  i  cisnęła nią prosto w głowę Slade’a. 
Ku swemu zadowoleniu trafiła bezbłędnie. 

– Lepiej ci teraz? – spytał nonszalancko, podniósł poduszkę i odrzucił ją z powrotem. 
Czy przez przypadek, czy celowo, wylądowała ona na twarzy Bronwen. 
– Niech cię diabli! – warknęła i sięgnęła po nocną koszulę. 
Stało  się.  Pokochała  go,  mimo  przekonania,  że  to  absolutnie  niemożliwe,  by  mogła 

kochać  takiego  człowieka,  jak  Slade.  Właśnie  z  tego  powodu  wbrew  swoim  zasadom 
wprowadziła się do mężczyzny, któremu nie ufała. Z tego powodu zaprosiła go dziś do łóżka. 
Wcale nie dlatego, że bała się ciemności... 

Nie miała wątpliwości, że on nie odwzajemniał tych uczuć. Powiedział, że się z nią ożeni, 

ale uczynił to tylko po to, żeby uspokoić swoje sumienie. 

Kolejny  raz  przewróciła  się  z  boku  na  bok.  Dziwne.  W  stosunku  do  Jenny,  która  była 

przecież matką jego dziecka, nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia. A może wcale nie 
takie  dziwne?  Znowu  nazwał  ją  siostrą  Michaela,  więc  pewnie  czuł  się  zobowiązany  w 
stosunku do przyjaciela. 

To bez znaczenia, zdecydowała Bronwen.  I tak  za  nic na świecie za  niego nie wyjdzie. 

Małżeństwo bez miłości? Nigdy. Nie może się na to zgodzić, to by złamało jej życie. 

Przez całą noc biła się z myślami. Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem, tylko po to, by 

i tak śnić o ramionach i pocałunkach Slade’a... 

Obudziła się koło południa. W kuchni czekały na nią w zlewie brudne naczynia i pełno 

okruchów z  przypalonych tostów.  Bronwen uśmiechnęła się niewesoło. Rzeczywiście Slade 
nie był tak dobrym kucharzem, jak kochankiem. Na szczęście miał tyle przyzwoitości, by jej 
nie  budzić  z  samego  rana  i  nie  domagać  się  przygotowania  posiłku.  Usłyszała,  że  na  ich 
piętrze zatrzymuje się winda. Chwilę później do mieszkania wpadł Slade. Nie spodziewała się 

background image

go o tej porze, myślała, że poszedł do pracy. 

– Cześć. Wszystko już załatwiłem – skinął jej głową na powitanie. 
– Co załatwiłeś? – spytała, mimo że domyślała się odpowiedzi. 
– Ślub. Zamówiłem na piątek. 
– Ale ja za ciebie nie wychodzę, Slade – warknęła z furią przez zaciśnięte zęby. 
Beztrosko rzucił kurtkę na krzesło. 
– Już to słyszałem. Jeśli zastanowisz się nad tym spokojnie, dojdziesz do wniosku, że to 

jedyne sensowne rozwiązanie. 

– Już się zastanowiłam. Nie widzę w tym sensu za grosz. 
Rozwiązał krawat. 
– A powinnaś. Ma to swoje dobre strony. 
– Na przykład? – Ujęła się pod boki i spojrzała na niego groźnie. Jednak trudno było się 

na niego gniewać, gdy uśmiechał się do niej i wyraźnie rozbierał ją wzrokiem. 

– Na przykład łóżko. Nie wiem, jak tobie się to podobało, ale mnie było całkiem nieźle. 
Oczywiście,  że  wiedział,  jak  jej  się  podobało,  pomyślała  ze  złością.  Nie  miał 

najmniejszych wątpliwości, że dla niej było to wspaniałe przeżycie. 

– Małżeństwo to znacznie więcej – zauważyła wyniośle. 
– Też tak słyszałem. Nie mogę się doczekać, żeby samemu się o tym przekonać. 
– Będziesz musiał na to poczekać. 
– Aha. Do piątku. Bronwen aż zgrzytnęła zębami. 
– Czy nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Nie wyszłabym za ciebie, nawet... 
–  ...  gdybym  był  jedynym  mężczyzną  na  świecie,  tak?  Dlaczego?  Ostatniej  nocy  nie 

miałaś nic przeciwko mojemu towarzystwu. 

– Ale to było co innego. 
– Tak? Mam rozumieć, że wolisz zmieniać facetów jak rękawiczki?
– Doskonale wiesz, że nie – zaprzeczyła gniewnie. 
– Ach, nie? – Podszedł do okna. – Uważasz, że to ja mam zwyczaj skakać z kwiatka na 

kwiatek?

– Owszem. Przecież rzuciłeś Jenny. Jego rysy wyostrzyły się. 
– Ja ją rzuciłem?
– A kto? Przecież nie chciałeś jej poślubić. 
– Tak samo, jak ona mnie. Za to ożenię się z tobą. 
– Ale czemu? Przecież mnie nie kochasz. 
– Nie  kocham? – Jego  głos  brzmiał  ponuro.  Bronwen  nie  mogła  zrozumieć,  jak  Slade 

mógł zadać takie pytanie. 

– Oczywiście,  że  nie – odparła  z  trudem,  choć  z  całego  serca  pragnęła,  by  to  nie  była 

prawda. 

– A  gdybym  ci  powiedział,  że  cię  kocham? – spytał,  strzepując  niewidoczny  pyłek  z 

rękawa. 

– Nie uwierzyłabym. 
– Tak myślałem. Skoro tak, to nie będę strzępił języka na darmo. A jeśli chodzi o piątek... 

background image

Dała  za  wygraną.  Zawsze  taki  był.  Jak  coś  sobie  wbił  do  głowy,  nic  do  niego  nie 

docierało. Najlepiej  zrobi,  gdy uda, że  zgadza się  na wszystko, a po cichu  będzie myślała i 
robiła swoje. 

Potulnie wysłuchała, w którym kościele odbędzie się ceremonia, który pastor udzieli im 

ślubu oraz że wyprawią przyjęcie, gdy tylko wrócą z podróży poślubnej. 

– Z podróży poślubnej? – spytała słabym głosem. 
– Mhm.  Co  myślisz  o  wyjeździe  do  Grecji?  Obojętnie  skinęła  głową.  Mógł  nawet 

zaproponować lot na Marsa. I tak nigdzie się z nim nie wybierała. 

– Muszę  wracać  do  pracy.  Wieczorem  ustalimy  dalsze  szczegóły.  Gdybym  o  czymś 

zapomniał, to masz mi przypomnieć. 

Ponieważ nie odpowiedziała, przyjrzał się jej uważniej. 
– Jakoś tak nagle przycichłaś... 
– Ogłuszyłeś mnie – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Uśmiechnął się. 
– No i dobrze. Sprawiasz znacznie mniej kłopotów, gdy ci się zamknie  buzię – objął ją 

ramieniem i pocałował mocno. 

Bronwen  nieoczekiwanie  dla  samej  siebie  odwzajemniła  uścisk.  Własna  reakcja 

przestraszyła ją. 

– Zachowuj się grzecznie, jak mnie nie będzie – przesunął dłonią po jej policzku, ubrał 

się i wyszedł, pogwizdując. 

Bronwen  wróciła  do  sypialni  i  automatycznie  pościeliła  łóżko.  Następnie,  nadal  nie 

myśląc ó niczym, włożyła spódnicę i sweter, w których przyjechała do Kanady. Przez chwilę 
stała  i  bezradnie  rozglądała  się  po  pokoju,  w  którym  nieoczekiwanie  zaznała  czegoś
najwspanialszego na świecie. Jej wzrok padł na stojące pod oknem puste walizki. Pół godziny 
później  leżały  spakowane  na  łóżku.  Bronwen  wzięła  jedynie  swoje  stare  rzeczy,  zostawiła 
wszystkie  ubrania,  które  kupił  Slade.  Zawahała  się  tylko  nad  kremowo-złotym  kostiumem, 
który tak mu się podobał, jednak w końcu zdecydowanym ruchem zamknęła drzwi szafy, a po 
twarzy  spływały  jej  łzy.  Już  dłużej  nie  mogła  ich  powstrzymać.  Życie  ze  Slade’em  było 
niemożliwe, jednak życie bez niego będzie puste. 

Otarła dłonią łzy i wyprostowała się. Wcale nie będzie puste. Zanim wyjechała z Walii, 

wszystko układało  się szczęśliwie  i  tak też  ułoży się dalej. Żaden facet nawet  o najbardziej 
zniewalającym uśmiechu nie będzie łamał jej serca i rujnował życia. Nie pozwoli na to. 

Wzięła walizki i opuściła apartament Slade’a, nie oglądając się za siebie. Gdy wyszła z 

windy, ujrzała na środku korytarza panią Bickersley z konewką w ręku. 

– Och, kochanie – zaszczebiotała. – Właśnie o pani myślałam. 
Bronwen jęknęła w duchu. 
– Podlewa pani podłogę? – spytała zjadliwie. 
– Co? Nie, przyszłam podlać kwiatki. 
– Przecież zabrano je wczoraj – przypomniała sucho Bronwen. 
– Coś takiego! Proszę sobie wyobrazić, że nie zauważyłam. Pani wyjeżdża? Pan Słade na 

pewno będzie rozczarowany. Wie o tym?

Bez wątpienia dowie się szybciej, niż przeczyta kartkę, którą mu zostawiła, pomyślała. Z 

background image

pewnością ten wścibski babiszon powiadomi go pierwszy. 

– Sądzę, że tak – odparła wymijająco. Ruchliwe oczy pani Bickersley zalśniły. 
– Pokłóciliście się, prawda? Od razu wyczułam, znam się na ludziach. Wie pani, kiedyś 

jako ochotniczka doradzałam ludziom, którzy mieli kłopoty. Wszystko było świetnie, aż nagle 
któryś  z  pracujących  w  poradni  psychologów  powiedział,  że  mnie  zabije,  jak  dalej  będę  to 
robić. I wie pani, co za niesprawiedliwość? To ja musiałam odejść, a nie on! Podobno nawet 
dali mu podwyżkę – westchnęła. – A tak lubiłam tę pracę. 

W  innej  sytuacji  Bronwen  z  trudem  powstrzymałaby  się  od  śmiechu,  teraz  jednak  nie 

miała do tego głowy. Musiała stąd zniknąć jak najprędzej. 

– To przykre – powiedziała i pośpieszyła do drzwi. 
– Nie  odpowiedziała  mi  pani – pani  Bickersly  nie  dawała  się  zbyć  byle  czym.  –

Pokłóciliście się?

– Tak. Do widzenia. 
– Ale... 
Bronwen  nie  słuchała,  z  trudem  przecisnęła  się  z  walizkami  przez  niezwykle  ciężkie 

szklane  drzwi  i  wsiadła  do  pierwszego  autobusu,  jaki  nadjechał.  W  centrum  bez  trudu 
znalazła dobry hotel. Oczywiście, drogi, ale nie było wyboru. Slade miał rację, nie powinna 
mieszkać w tanich hotelikach w podejrzanych dzielnicach. 

Na  razie  zapłaciła  za  jedną  dobę,  gdyż jeszcze  nie  wiedziała,  co  zrobi  dalej.  Chwilowo 

postanowiła wziąć kąpiel. 

Leżała w wannie i ponuro wpatrywała się w potężny siniec na kolanie, który nabiła sobie 

ciężką  walizką.  Nagle  zadzwonił  telefon,  ale  Bronwen  nie  zareagowała.  Nikt  nie  znał  jej 
miejsca  pobytu,  więc  to  na  pewno  nie  do  niej.  Telefon  zamilkł,  ale  niedługo  odezwał  się 
ponownie,  a  potem  jeszcze  raz,  co  prawie doprowadziło  ją  do  furii. Człowiek nie  może  się 
pozbierać,  nie  potrafi  podjąć  najprostszej  decyzji,  bo  nagle  wszystko  straciło  dla  niego 
znaczenie, a tu jeszcze ten cholerny telefon, który dzwoni prawie w nieskończoność. W końcu 
ucichł. 

Kwadrans  później,  akurat  gdy  Bronwen  zdążyła  włożyć  sukienkę,  ktoś  gwałtownie 

zapukał do drzwi. 

– Kto tam? – spytała ze znużeniem. 
– Porzucony pan młody – dobiegł z korytarza ostry głos. – Otwieraj natychmiast albo sam 

to zrobię. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Bronwen zamknęła oczy. 
– Czego chcesz? – spytała opryskliwie. 
– Między  innymi  ciebie.  Powiedziałem,  żebyś  otworzyła.  Zdaję  sobie  sprawę,  że 

administracja hotelu nie pochwali mnie za rozwalanie im drzwi, ale to mnie nie powstrzyma. 

Na pewno nie. Nic nie potrafi powstrzymać Slade’a, gdy sobie wbije coś do głowy. Ale 

nawet on nie może zmusić do małżeństwa kobiety, która nie chce się na to zgodzić. 

Bez pośpiechu podeszła do drzwi i otworzyła je. 
– Czy ty zawsze musisz stawiać na swoim? – spytała, symulując znudzenie i obojętność. 
– Owszem – wszedł do pokoju i mocno chwycił ją za ramiona. – A czy ty zawsze musisz 

sprawiać tyle kłopotu? Mam lepsze rzeczy do roboty, niż ścigać cię przez pół miasta – głos 
Slade’a był ostry i surowy, a niebieskie oczy patrzyły lodowato. 

Bezwiednie zadrżała pod jego dotykiem, ale gdy wzmocnił uścisk, gniewnie potrząsnęła 

głową. 

– To dlaczego ich nie robisz? Wcale cię nie prosiłam, żebyś mnie ścigał. A w ogóle, jak 

mnie tu znalazłeś?

– Dzięki pani Bickersley. Uwolniła się z jego objęć. 
– Przecież ona nie wiedziała... 
– Musiała  się  więc  dowiedzieć.  Gdy  już  raz  wsadzi  swój  nos  w  czyjeś  sprawy,  to  nie 

popuści. Rozbudziłaś jej ciekawość i pojechała za tobą. Jej wścibstwo przynajmniej raz się na 
coś  przydało,  zaoszczędziło  mi  masę  czasu.  A  teraz  wrócisz  do  mnie  i  będziesz  miała 
szczęście, jeśli cię nie zapakuję w resztki tej twojej cholernej tapety i nie odeślę do Pontglas. 

– Och, można by znaleźć dużo gorszą karę – skomentowała. 
– Zgadza się, więc mnie nie prowokuj. 
– Slade, ani nie wrócę do twojego mieszkania, ani za ciebie nie wyjdę... 
– Rozumiem.  To  właśnie  moje  towarzystwo  jest  dla  ciebie  tą  dużo  gorszą  karą –

podpowiedział. 

– Nie. Tak. Och, nie wiem... 
– To się wreszcie zastanów. 
– Już  dawno  się  zastanowiłam.  Nie  wyjdę  za  ciebie.  Przynajmniej  ten  jeden  raz  nie 

dopniesz swego. 

^ Zobaczymy. A na razie wracasz do mnie. Czeka tam na ciebie Michael, którego właśnie 

wypisano  za  szpitala.  Zabrałem  go  do  mnie,  żeby  podczas  rekonwalescencji  miał 
odpowiednią opiekę. To znaczy ciebie. Przecież chyba po to przyjechałaś do Vancouver?

Błysk niebieskich oczu zdradzał, że Slade jest pewien, iż teraz postawi na swoim. 
Nie mylił się. 
– W porządku – zgodziła się ze znużeniem. – Tylko ze względu na dobro Michaela udało 

ci się wygrać. 

– Co było zresztą do przewidzenia – stwierdził z przekonaniem. 

background image

Wracali  do  jego  mieszkania  w  milczeniu.  Bronwen  miała  uczucie,  jakby  złapano  ją  na 

wagarach i  błyskawicznie odstawiano z  powrotem do szkoły. Nie mogła  wiedzieć, co czuje 
Slade, lecz jego mina zdradzała  ogromne zadowolenie  z  siebie, co w najmniejszym  stopniu 
nie poprawiało złego nastroju Bronwen. 

– Wypuszczono mnie z więzienia – powitał ją Michael, jednak nie wyglądał na zbytnio 

zadowolonego. 

– Wyrazy współczucia – odpowiedziała. 
– Dlaczego?
– Różne ślicznotki już nie będą zaspokajały twoich potrzeb – wyjaśniła. 
Jej brat uśmiechnął się szeroko. 
– Mam nadzieję, że teraz ty się mną zaopiekujesz. Przynajmniej do czasu, gdy znów stanę 

na nogach. 

Za jej plecami Slade parsknął jakoś dziwnie. 
– Życzę powodzenia – powiedział zagadkowo. Bronwen odwróciła się do niego. 
– Tak ci było źle ze mną? Przygotowywałam ci posiłki, prałam twoje rzeczy i jeszcze... –

urwała nagle, gdy jego brwi uniosły się wysoko. 

– Słucham? Co jeszcze? – spytał wyczekująco. Michael odchrząknął z dezaprobatą. 
– Słuchaj, Slade, Bron jest moją siostrą i jeśli ty... 
– Ja zamierzam się z nią ożenić. 
– Ty się chcesz żenić? – Michael złapał się za głowę. – Z Bron? Mówisz poważnie czy 

może raczej... 

– Mówię poważnie. Aczkolwiek niewykluczone, że upadłem na głowę. 
– Jeśli  już  skończyliście  rozmawiać  o  mnie – odezwała  się  Bronwen – to  moglibyśmy 

wreszcie ustalić pewne rzeczy. 

Slade wsadził ręce do kieszeni i oparł się o ścianę. 
– Jakie, kochanie?
– Co ze spaniem? – spytała, wpatrując się w podłogę. 
– No cóż. Michael utrzymuje, że będzie mu wygodnie na kanapie, co oznacza, że dla nas 

zostaje... 

– Nie ma mowy – opadła na najbliższe krzesło. Jej brat spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
– Myślałem, że skoro bierzecie ślub... – powiedział z wahaniem. 
– Slade i ja nie bierzemy żadnego ślubu – powiedziała dobitnie, akcentując każde słowo. 
– Oczywiście,  że  bierzemy,  Ale  skoro  tak  lubisz  wszystko  komplikować,  to  uszanuję 

twoje panieńskie fochy i przeprowadzę się tymczasowo do pani Bickersiey. To ci odpowiada?
– zakończył kpiąco. 

– Przestań  się  wygłupiać.  – Bronwen  miała  już  tak  dosyć,  że  nawet  nie  przejęła  się 

ironicznym tonem, jakim wypowiedział słowo „panieńskie”. 

– W takim razie chyba przeniosę się do mojej posiadłości na wsi. Oczywiście, tylko do 

naszego ślubu. 

– Nie masz żadnej posiadłości. 

background image

– Ma – wtrącił  Michael.  – Całkiem  spory  kawałek  ziemi  nad  jeziorem  Alouette  plus 

chałupka, w której jest piętnaście pokoi. Aha, zapomniałbym o basenie. 

Bronwen popatrzyła na Slade’a podejrzliwie. 
– Nigdy o tym nie wspomniałeś. 
– Nie sądziłem, że to cię zainteresuje. 
– Taak? Przecież mogłam tam mieszkać... 
– Z dala od złego wilka? Ale jakie to by było nudne. I niewygodne. 
– Dla mnie czy dla ciebie? – zaatakowała. 
– Dla  obojga,  jak  sądzę.  Pomijając  wszystko  inne,  .  nie  jestem  pani  szoferem,  panno 

Evans. 

– Nie rozumiem. 
– Stamtąd  jest  diabelnie  daleko  do  szpitala.  A  może  oczekiwałaś,  że  wynajmę  ci 

limuzynę?

– Oczywiście, że nie. Słuchaj, skoro to jest tak daleko, czemu chcesz się tam przenieść?
Wzruszył ramionami. 
– Wychodzi  na  to,  że  jeśli  tego  nie  zrobię,  to  pewnie  zamorduję  moją  wstydliwą 

narzeczoną jeszcze przed dniem ślubu albo zrobię jej jeszcze coś gorszego. 

– O to bym się akurat nie martwiła, ponieważ nie będzie żadnego ślubu. 
– Powtarzasz się. Daję słowo, to zaczyna być nudne – wycedził Slade i wygodniej oparł 

się o ścianę, jakby zamierzał tak spędzić cały wieczór. 

Nagle odezwał się Michael, który dotąd tylko wodził  oczami od jednego do drugiego z 

rosnącym zainteresowaniem:

– Na twoim miejscu, Bron, poddałbym się. On nie zrezygnuje. 
Slade z powagą skinął głową. 
– Dziękuję.  Doceniam  twoją  wiarę  we  mnie.  Bronwen  pomyślała,  że  rada  o  ustąpieniu 

może okazać się całkiem niezła. Przynajmniej chwilowo. 

– Świetnie – powiedziała chłodno. – Zgadzam się. 
– Na małżeństwo? – Uśmiech Slade’a zdradzał, że on doskonale wie, co Bronwen ma na 

myśli. 

– Oczywiście, że nie – zirytowała się. – Na to, żebyś się wyprowadził do tego twojego... 
– Domu  uciech,  tak?  Nic  z  tych  rzeczy,  kochana.  To  zwykła  wiejska  posiadłość,  nic 

ponadto. 

Bronwen wcale nie zamierzała się przyznać, iż rzeczywiście żywiła takie podejrzenia. 
– Wcale nie miałam tego na myśli – starała się powiedzieć to wyniośle, jednak zamiast 

tego w jej głosie zabrzmiała nuta rozczarowania. 

Michael roześmiał się. 
– On mówi prawdę. Nigdy nie słyszałem, żeby tam zabrał jakąś kobietę. 
– No, to niech teraz zabierze tam samego siebie. Najlepiej od razu. 
– Mógłbym to zrobić. Pod warunkiem, że najpierw odpowiednio mnie do tego zachęcisz. 
– Byłabym ci niesłychanie wdzięczna – Bronwen starała się powiedzieć to najuprzejmiej, 

jak  tylko  potrafiła.  W  rzeczywistości  miała  ogromną  ochotę  rzucić  w  Slade’a  czymś  albo 

background image

machnąć na to wszystko ręką i kochać się z nim... 

Slade patrzył na nią i również walczył z pokusą. Miał ogromną ochotę ją pocałować. Albo 

machnąć na to ręką i zamiast tego mocno nią potrząsnąć... 

– No, to okaż mi tę wdzięczność – wyciągnął do niej ręce. – Pocałuj mnie, Bronwen. 
Nerwowo i  bezradnie  zwilżyła  usta  końcem  języka.  Slade  wyglądał  tak  niewiarygodnie 

pociągająco,  że  gdyby  nie  obecność  Michaela, z  pewnością  nie  skończyłoby  się  tylko  na 
pocałunku. 

Podniosła się wolno i podeszła do niego. Nawet nie drgnął, więc położyła lekko dłonie na 

jego barkach i z premedytacją pocałowała go tak niedbale i nonszalancko, jak tylko umiała. 

Natychmiast  porwał  ją  w  objęcia,  obrócił  i  przyparł  do  ściany,  zasłaniając  przed 

wzrokiem  Michaela.  Teraz  zupełnie  bezkarnie  obsypał  ją  namiętnymi  pieszczotami,  które 
podsyciły zarazem pożądanie, jak i wściekłość Bronwen. 

– To mi na razie wystarczy. Następną porcję wdzięczności możesz mi okazać w piątek. 

Wpadnę po ciebie koło południa. 

Nie odpowiedziała, gdyż jeszcze nie mogła dojść do siebie. Slade zarzucił marynarkę na 

ramię i skierował się do drzwi. 

– Życzę ci miłych snów – rzekł lekkim tonem. – I nie zapomnij opiekować się bratem. 
Zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, Slade’a już nie było. 
– Wstrętny,  samolubny,  arogancki  facet – warknęła.  – Jak  w  ogóle  możesz  się  z  kimś 

takim przyjaźnić?

– Wydawało  mi  się,  że  ty  też  się  z  nim  dość  blisko  przyjaźnisz – zauważył  łagodnie 

Michael. – Zaskakujesz mnie, siostrzyczko. 

– Jest taki atrakcyjny – nerwowo kręciła guzikiem u sukienki – ale zupełnie niemożliwy. 
– To znaczy, że nie wychodzisz za niego?
Dziwne, jej beztroski zazwyczaj brat był wyraźnie przejęty sytuacją. 
– A wygląda na to, że zamierzam?
– Nie.  Ale  jeszcze  nigdy  nie  widziałem,  żebyś  była  do  tego  stopnia  wytrącona  z 

równowagi. 

– To  chyba  nie  jest  typowa  cecha  szczęśliwej  panny  młodej? – prychnęła  z 

rozdrażnieniem, usiadła na poręczy kanapy i z przygnębieniem popatrzyła na spacerującą po 
balustradzie mewę. 

Michael  obserwował  siostrę  ze  zmarszczonym  czołem,  co  nie  pasowało  do  jego 

chłopięcych rysów. 

– Co  masz  przeciw  Slade’owi?  Wcale  nie  jest  taki  samolubny.  Przez  te  wszystkie  lata 

zrobił dla mnie naprawdę dużo. Teraz też zachował się niezwykle uprzejmie, zostawiając nam 
swoje  mieszkanie,  a  sam  przenosząc  się  na  wieś,  co  na  pewno  sprawi  mu  kłopot.  Przecież 
musi dojeżdżać do pracy. 

– To wyrachowana uprzejmość. Postępuje tak tylko dlatego, że chce czegoś w zamian. 
– Owszem, ciebie, sam przecież powiedział. 
– On wcale mnie nie chce. 
– Uwierz mi, dziecinko, że Slade nigdy nie robi tego, na co nie ma ochoty, a już na pewno 

background image

nie zmuszałby się do poślubienia upartego, piegowatego rudzielca. 

– Po prostu chce postawić na swoim, to wszystko. – Nieszczęsny guzik, którym kręciła, 

urwał się w końcu. 

– Nie bądź niemądra. Po co miałby się żenić z takiego głupiego powodu?
– Nie wiem – Bronwen śledziła wzrokiem mewę, która rozpostarła skrzydła i wzbiła się 

w niebo. 

– Kochasz go, prawda? Dam głowę, że tak jest. 
– A skąd ty możesz to wiedzieć? W życiu nie byłeś zakochany. 
Ku jej zdziwieniu, Michael nie roześmiał się, jak tego oczekiwała. 
– To  było  tyle  lat  temu...  – powiedział  powoli.  – Od  tamtej  pory  rzeczywiście  nie 

myślałem o nikim poważnie. 

– Czyli żaden z ciebie ekspert. Przynajmniej, jeśli chodzi o miłość. 
– Być może. Ale i tak sądzę, że chcesz poślubić Slade’a. 
– Może  i  chcę – zgodziła  się  niechętnie.  – Ale  to  niemożliwe.  To  nie  jest  mężczyzna, 

którego można poślubić. 

– On chyba ma odmienne zdanie na ten temat. A skoro już podjął decyzję... 
– Michael! – Bronwen straciła cierpliwość i zerwała się z kanapy. – Nie wyjdę za niego 

tylko dlatego, że  podjął  taką decyzję! Ja  też  podjęłam. Uważam, że  Slade nie jest dla mnie
odpowiedni. 

– Wielkie nieba. Bron czeka chyba na Onassisa – zakpił brat. 
– On  nie  żyje – przypomniała  kąśliwie.  ,  – Ty  też,  przynajmniej  tak  jest  napisane  w 

gazetach. 

– Już nie. 
– Świetnie, czy to znaczy, że możesz mi zrobić coś do jedzenia?
Zerknęła na zegarek. Rzeczywiście, najwyższy czas, żeby usiedli do kolacji. 
Zaczęła  przygotowywać  posiłek,  jednak  jej  myśli  błądziły  wokół  tego,  co  powiedział 

Michael. Znał Slade’a tak dobrze, jak nikt inny. Twierdził, że jego przyjaciel wcale nie jest 
samolubem  i  że  skoro  się z  nią  żeni, to  naprawdę tego chce.  Co  i  tak  niczego nie  zmienia, 
pomyślała  Bronwen  i  gwałtownie  rozbiła  nad  miską  kolejne  jajko.  Nie  może  wyjść  za 
człowieka,  który  porzucił  dziewczynę  w  ciąży.  Niezależnie  od  tego,  że  go  kocha  i  że  być 
może teraz Slade postąpiłby inaczej. Myśl o Jenny i dziecku zawsze stałaby między nią a nim. 
Ziarno nieufności zostało zasiane, a to, co z niego wyrosło, zagłuszało miłość Bronwen. 

W  dodatku nie miała najmniejszych wątpliwości, że  Slade czuje do  niej  jedynie pociąg 

fizyczny, nic więcej. To przesądzało sprawę. 

– Nie wiem, czy nie wrócę do szpitala, żeby mnie nakarmili... 
Bronwen z trudem wróciła do rzeczywistości i zdumiona popatrzyła na kilkanaście żółtek, 

starannie wbitych do zlewu... 

Przez  następnych  kilka  dni  doglądała  Michaela,  biegała  na  zakupy,  sprzątała,  prała  i 

starała się nie myśleć o piątku. 

Sama  już  nie  wiedziała,  czy  jest  przerażona  perspektywą  powrotu  Slade’a,  czy  też  nie 

może  się  tego  doczekać.  Jego  nieobecność  okazała  się  nie  do  zniesienia.  Nie  dzwonił,  nie 

background image

kontaktował  się  z  nimi  w  żaden  sposób  i  Bronwen  czuła,  że  jej  tęsknota  rośnie  z  każdą 
chwilą. 

Może, wreszcie do niego dotarło, co mówiła i zrezygnował ze ślubu? Przecież właśnie o 

to chyba jej chodziło? Ale czy aby na pewno?

W piątek lało jak z cebra, co z pewnością nie stanowiło dobrej wróżby. Bronwen wróciła 

ze  sklepu  niedługo  po  dwunastej.  Slade  już  czekał,  ubrany  w  ciemny  garnitur  i  pąsowy 
krawat. 

– Jesteś spóźniona. 
– Na co? – Zdjęła ociekający wodą płaszcz i powiesiła przy drzwiach. 
– Nie wmawiaj mi, że masz tak krótką pamięć – powiedział urągliwie. – Dziś bierzemy 

ślub, pamiętasz? – Wskazał na fotel inwalidzki, który stał obok kanapy. – Załatwiłem to dla 
Michaela. 

– Jestem  waszym  drużbą – wyjaśnił  jej  brat.  Bronwen  oparła  się  o  ścianę  i  z  rozpaczą 

wczepiła dłoń w wilgotne włosy. 

– Slade – powiedziała  niezwykle  wolno.  – Nie  wiem,  co  mam  zrobić,  żeby  do  ciebie 

dotarło... 

– Słyszałem już milion razy i tak mnie to znudziło, że musiałem przez parę dni od tego 

odpocząć – wstał i podszedł do niej. – Obawiam się, że domowy strój, jaki masz na sobie, nie 
jest odpowiedni na taką okazję. Najlepszy będzie ten kremowo-złoty kostium. Idź i przebierz 
się. 

Bronwen patrzyła na niego z niedowierzaniem. Zanim zdążyła się zorientować, obrócił ją, 

klepnął w siedzenie i wskazał drzwi sypialni. 

Stała  tyłem  do  niego,  z  zaciśniętymi  pięściami  i  z  całej  siły  próbowała  trzymać  swój 

temperament na wodzy. Chociaż, po co? Może właśnie zrobienie niezłej sceny zachwiałoby 
wreszcie  tą  jego  nieznośną  pewnością  siebie.  Ponieważ  nie  miała  nic  innego  pod  ręką, 
chwyciła pierwszą z brzegu poduszkę. 

– Nie radzę. Wychodzi mi to znacznie lepiej niż tobie – zauważył natychmiast Slade. 
To prawda, przypomniała sobie. Zresztą, to i tak nie było zachowanie w jej stylu. Rzuciła 

poduszkę z powrotem na krzesło. 

– Co mam zrobić, żebyś zrozumiał, o co mi chodzi?
– Ależ ja doskonale rozumiem, o co ci chodzi. Albo raczej tylko ci się wydaje, że właśnie 

o to. 

Z desperacją potrząsnęła głową. 
– Slade, nie mogę cię powstrzymać przed zabraniem mnie stąd siłą i zaciągnięciem przed 

ołtarz. Lecz z całą pewnością mogę zrobić jedno. Odmówić powiedzenia tego małego słówka 
„tak”, kiedy już tam będę – spojrzała prosto w lodowato niebieskie oczy, z których nie mogła 
nic  wyczytać.  – Jeśli  nie  chcesz  skandalu  w  kościele,  uwierz  mi  na  słowo,  że  tak  właśnie 
zrobię. 

Jego reakcja zaskoczyła Bronwen. Nie spróbował zastosować wobec niej siły, choć przez 

moment wydawało się, że ma na to ogromną ochotę. Zamknął tylko na chwilę oczy, a gdy je 
otworzył,  widniała  w  nich  udręka  i  bezradność.  Jednak  zniknęły  błyskawicznie,  zastąpione 

background image

wyrazem chłodnej uprzejmości. 

– Uparty z ciebie koziołek, co? – skomentował. 
– Zawsze taka była. Wygląda słodko jak aniołek, za to charakterek... – wtrącił Michael. 
– Właśnie to do mnie dotarło. Jak już się zaprze, to nie sposób jej ruszyć. Nawet wtedy, 

gdy tak byłoby dla niej najlepiej. 

– Czy przestaniecie wreszcie o mnie rozprawiać tak, jakbym była nie tylko kozłem, ale w 

dodatku  kompletnie  głuchym  kozłem? – przerwała  im  z  oburzeniem.  – Slade,  lepiej  idź  i 
odwołaj ceremonię. 

Spojrzał na nią twardo, miała wrażenie, jakby przeszywał ją wzrokiem na wylot. 
– Nie  mam  zwyczaju  błagać – powiedział  cicho.  – Jeśli  o  to  ci  właśnie  chodzi,  to  się 

rozczarujesz. Ale nie dlatego tak się opierasz, prawda?

Przecząco potrząsnęła głową. 
– Michael, przepraszam, ale twoja siostra i  ja udajemy się do sypialni – łagodnie wziął 

Bronwen pod ramię. – Muszę z nią porozmawiać w cztery oczy. 

– Michael! – zawołała Bronwen. – Nie pozwól mu!
– Nie mogę tego zrobić – zaprotestował jej brat. – Idź, przecież cię nie zje. 
Slade zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie, krzyżując ramiona. 
– Chciałbym, żebyś odpowiedziała na moje pytanie. Ale szczerze. 
Nie spodziewała się tego. 
– A o co chodzi? – spytała ostrożnie. 
– Czy ty mnie nienawidzisz?
– Nnie... Oczywiście, że nie. 
– Ale też mnie nie kochasz?
Spuściła  wzrok,  gdyż  nie  mogła  znieść  jego  badawczego  spojrzenia.  Nie  mogła  mu 

odpowiedzieć. Gdyby wyznała prawdę, niechybnie zaciągnąłby ją do ołtarza. 

– Rozumiem – powiedział wolno. – Teraz już wszystko wiem. 
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Na jego wargach błąkał się cyniczny uśmieszek. 
– Wcale nie o to chodzi, prawda? Nie chcesz mnie poślubić, gdyż wiele lat temu zdarzyło 

się coś, za co, według ciebie, ja jestem odpowiedzialny. 

– A nie jesteś? – Gdyby zaprzeczył, być może poślubiłaby go, nawet jeśli jej nie kocha. 

Jej miłość starczyłaby dla nich dwojga. 

Slade  nie  zaprzeczył.  Podniósł  jedynie  rękę  i  owinął  sobie  na  palcu  pasmo  jej  rudych 

włosów. 

– Nie  możesz  mi  zaufać,  Bronwen?  Dzieliłaś  ze  mną  dom  i  łóżko, znamy  się  od  wielu 

lat... 

Nie patrzyła mu w oczy, wpatrywała się w jego pąsowy krawat. 
– Jak mogę ci ufać? Nie zaprzeczyłeś oskarżeniu. 
– Dobrze  więc – odezwał  się  niezwykle  szorstko.  – A  co,  jeśli  przyjmiemy,  że  jestem 

winny? To się zdarzyło wiele lat temu. To było kiedyś. A ja chcę cię poślubić teraz. 

– Dlaczego? – spojrzała prosto na niego. 
– Wielkie nieba, kobieto, jak możesz o to pytać? Bronwen otworzyła szeroko oczy. 

background image

– Chyba nie zamierzasz powiedzieć, że mnie kochasz?
– Nie. Nie zamierzam, ponieważ kiedyś stwierdziłaś, że i tak w to nie uwierzysz. 
Westchnęła i uważnie zbadała wzrokiem jego twarz, szukając tego, czego tam nie było. 

Odpowiedzi  na swoje pytanie.  Zobaczyła jednak  tylko zaciśnięte  szczęki, ostre rysy i  oczy, 
które nie zdradzały niczego. 

– To niemożliwe, Slade – Bronwen przerwała w końcu ciszę. – Przykro mi. Dziękuję ci 

za...  Za  wszystko – wykonała  nieokreślony  ruch  ręką.  – Wyprowadzimy  się  z  Michaelem 
natychmiast... 

– Nie ma mowy. Tu mu będzie najlepiej, zapewniam cię. A ty masz się nim opiekować –

znów  był  opanowany  i  rzeczowy,  jak  zawsze.  W  najmniejszym  stopniu  nie  przypominał 
człowieka, który przez chwilę wydawał się być głęboko zraniony. 

– Wiem, że mnie potrzebuje. Nie mogę jednak nadal korzystać z twojej gościnności po 

tym, jak... 

– Owszem, możesz i tak właśnie zrobisz. Za kilka tygodni Michael stanie na nogi i wtedy 

spokojnie wrócisz do domu. Do niezwykle ekscytującego prowadzenia sklepu w Pontglas. 

– Przestań. Nie kpij ze mnie, Slade. Nie jestem w stanie tego znieść. 
Położył  dłoń  na  karku  Bronwen  i  przycisnął  jej  twarz  do  swego  ramienia.  Po  chwili 

łagodnie uniósł palcem jej brodę. 

Bronwen bez słowa wpatrywała się w niewiarygodnie niebieskie i błyszczące oczy: Slade 

uśmiechnął się leciutko i delikatnie musnął wargami jej usta. 

– Ostrz  swoje  pazurki,  na  czym  chcesz,  uparte  kociątko.  Nie  będę  ci  w  tym  więcej 

przeszkadzał.  Jedynie  wpadnę  tu  od  czasu  do  czasu,  zobaczyć,  jak  się  miewa  Michael. 
Zostawiam go w dobrych rękach. 

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi, jakby doskonale rozumiał, że chce zostać sama. 

– Bronwen, przestań wiecznie przesiadywać w łazience. Wyjdź, popatrz na niebo... 
– Widziałam je milion razy. I wcale tu nie przesiaduję. Niedobrze mi. 
– Ale  dlaczego? – Posłuchał  odgłosów  dobiegających  z  łazienki  i  zastanowi!  się,  co 

powinien zrobić. – Słyszałem, że choruje się z miłości, ale nie w ten sposób... 

– Nie  jestem  chora z  miłości – wpadła  do  pokoju,  bladozielona  na  twarzy.  – Po  prostu 

trochę mi niedobrze. 

– To już drugi raz dzisiaj. Opadła bezsilnie na krzesło. 
– Wczoraj było to samo – przypomniała. 
– Zrobię ci herbaty. Może  powinnaś iść do doktora? – Podniósł się i  wolno poszedł  do 

kuchni. 

Przez  ostatnie  cztery  tygodnie  jego  stan  poprawił  się  znacznie.  Kiedy  wypisano  go  ze 

szpitala,  poruszał  się  z  najwyższym  trudem,  a  teraz  mógł  w  miarę  swobodnie  chodzić  po 
mieszkaniu.  Za  to  Bronwen  czuła  się  coraz  gorzej.  Od  kilku  dni  dokuczało  jej  ogromne 
zmęczenie, chorowała też na żołądek. Uśmiechnęła się blado. Rzeczywiście, bardzo tęskniła 
za  Slade’em.  Mimo  pewności,  że  podjęła  słuszną  decyzję,  nie  potrafiła  pozbyć  się  uczucia 
żalu za tym, co w ten sposób straciła. Z pewnością jednak to nie miłość przyczyniła się do jej 

background image

obecnego stanu. Wywoływała smutek i zobojętnienie, ale przecież nie chorobę. 

– Dziś wieczorem wpadnie tu Slade. – Michael podał jej szklankę z herbatą. – Może on 

poleci nam jakiegoś doktora?

– Nie potrzebuję żadnego doktora. 
– Potrzebujesz. Z tą trupią bladością jakoś nie bardzo ci do twarzy. 
– Tu się akurat zgadzam – przyznała, ale myślała o czymś innym. Skoro Slade zamierza 

przyjechać, powinna zbierać się do wyjścia, żeby jej nie zastał. Chwilowo jednak nie czuła się 
na siłach, by gdziekolwiek wychodzić. 

Pojawił się u nich kilkakrotnie, zgodnie z obietnicą. Gdy tylko Bronwen wiedziała o jego 

wizycie, wymykała  się do  miasta. Dwa  czy trzy  razy przyjechał  bez  uprzedzenia, nie miała 
wtedy innego wyjścia, jak dotrzymywać mu towarzystwa. 

Sądziła,  że  ilekroć  dojdzie  do  ich  spotkania,  nieuchronnie  będą  się  czuć  niezręcznie. 

Wyglądało jednak na to, że tylko Bronwen czuje się spięta. Slade zachowywał się swobodnie 
i uprzejmie, zupełnie tak, jakby była po prostu siostrą jego przyjaciela, nikim więcej. 

Jeden jedyny raz nie udało mu się zachować nieprzeniknionego wyrazu twarzy. Stało się 

to  wtedy,  gdy  Bronwen  podawała  mu  filiżankę  herbaty  i  ich  palce  zetknęły  się.  W 
pociemniałych nagle oczach Slade’a ujrzała jakby rozdzierającą udrękę i żal. Chwilę później 
jego twarz ponownie przybrała chłodny, obojętny wyraz. 

– Lepiej będzie, jak wyjdę – powiedziała z ociąganiem, gdy już wypiła herbatę. 
– Lepiej będzie, jak zostaniesz – sprzeciwił się brat. – Nie wyglądasz zbyt dobrze. 
W myślach przyznała mu rację. 
Gdy  koło  piątej  zjawił  się  Slade,  czuła  się  znacznie  lepiej.  Dlatego  szybko 

zaprotestowała, kiedy brat przywitał przyjaciela słowami, że Bronwen jest chora i potrzebuje 
lekarza. Slade podszedł i dotknął dłonią jej czoła. 

– Gorączki nie ma. 
– Pewnie, że nie mam. Nic mi nie jest. 
– Bzdura – zareplikował Michael. – Rano była zupełnie zielona na twarzy i bardzo źle się 

czuła. 

Slade natychmiast podniósł słuchawkę i wykręcił numer. 
– Co robisz? – spytała. 
Odpowiedział dopiero wtedy, gdy załatwił to, co chciał. 
– Jedziemy do doktora Swale’a. 
– Ale ja... O tej porze żaden lekarz nie przyjmuje. Chyba że pacjent jest naprawdę chory. 

A ja nie jestem!

Slade rzucił okiem na zegarek. 
– Będziemy  z  powrotem  za  jakieś  trzy  kwadranse – poinformował,  zupełnie  jakby  nie 

słyszał, co powiedziała i zwrócił się do Michaela. – Jak się czujesz? Chyba coraz lepiej, jak 
widzę. 

Bronwen  opadła  na  oparcie  krzesła.  No  tak,  znowu  zaczynał  nią  rządzić,  a  ona  dzisiaj 

naprawdę nie ma sity, żeby mu się przeciwstawić. 

Nie zrobiła nic, nawet gdy wziął ją na ręce i zaniósł do drzwi. 

background image

– Ależ poczekaj... – jęknęła tylko słabo i już była w windzie. 
Bez  najmniejszego  wysiłku  przeniósł  ją  następnie  przez  korytarz,  mijając  po  drodze 

zdumioną panią Bickersley. 

– Ta kobieta jest lepsza niż fotokomórka i podsłuch razem wzięte – mruknął Slade. 
Bronwen po raz pierwszy od paru tygodni miała ochotę roześmiać się. Nie dbała o to, że 

była zielona  na  twarzy,  że  jej żołądek  spisywał  się  fatalnie,  najważniejsze,  że  w ramionach 
Slade’a  czuła  się  dobrze  i  bezpiecznie.  Posadził  ją  w  samochodzie,  a  gdy  otulał  kocem  jej 
nogi, miała wrażenie, jakby wreszcie znalazła się w domu. 

Oczywiście to tylko chwila, która zaraz minie, przywołała się do porządku. Ale przecież... 

Slade dbał o nią tak troskliwie. Czy jest  możliwe, że  to  ten sam bezlitosny człowiek, który 
porzucił Jenny i dziecko?

Gdy  przyjechali  na  miejsce,  Bronwen  chciała  wysiąść  z  samochodu,  jednak  Slade  był 

szybszy. Ostrożnie wziął ją na ręce i wniósł po schodach. 

Doktor  Swale  okazał  się  niedużym  pulchnym  człowiekiem  o  ciepłym  spojrzeniu. 

Starannie zbadał Bronwen, doszedł do wniosku, że nie cierpi ona na żadną poważną chorobę i 
z namysłem przesunął palcami po brodzie. 

– Czy istnieje możliwość, że jest pani w ciąży? – spytał i zerknął znacząco w kierunku 

drzwi, za którymi słychać było, jak Slade niecierpliwie bębni palcami po poręczy fotela. 

– Och – Bronwen poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. – Doktorze, nie!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Rozumiem, że potwierdza pani moje przypuszczenie?
– Ale to się zdarzyło tylko raz – szepnęła Bronwen. 
– Wystarczy,  moja  droga.  Na  wszelki  wypadek  zrobimy  pani  testy – usiadł  i  wypisał 

skierowanie. 

– No i co? – spytał Slade, gdy tylko wrócili do samochodu. 
– Muszę jeszcze przejść pewne badania – odparła wykrętnie. 
– Kiedy? Jutro? Zawiozę cię. 
Skinęła  głową  i  nie  rozmawiali  już  więcej.  Wiedziała,  że  Slade  co  chwila  rzuca  na  nią 

szybkie spojrzenia. Wyglądało, jakby chciał o coś spytać, jednak powstrzymywał się od tego. 

Bronwen  spędziła  bezsenną  noc,  przewracając  się  z  boku  na  bok  i  nasłuchując 

przygnębiającego  bębnienia  deszczu  o  szyby.  Gdyby  sprawy  ułożyły  się  inaczej,  byłaby 
szczęśliwa,  że  nosi  dziecko  Slade’a,  pomyślała  ze  smutkiem.  Ale  tak...  Zacisnęła  mocno 
powieki. Może niepotrzebnie panikuje?  Może to nie ciąża, tylko jakaś zwykła dolegliwość? 
Jednak,  kiedy  rano  sam  zapach  kawy  wystarczył,  żeby  znów  zrobiło  jej  się  niedobrze, 
wiedziała, że nie ma sensu dalej się oszukiwać. Starannie policzyła dni. 

Zgadzało się. 
Co ona ma teraz zrobić? Głowiła się nad tym problemem aż do przyjazdu Slade’a. 
Gdy wracali po badaniach do domu, Bronwen doszła do wniosku, że istnieje tylko jedno 

rozwiązanie. Slade odprowadził ją na górę. 

– Powinnaś iść do łóżka – powiedział. 
– Tobie tylko jedno w głowie – odparła, zanim zdążyła pomyśleć, co mówi. 
Mruknął pod nosem coś, czego nie zrozumiała. 
– Nawet ja mam jakieś zasady – zauważył zjadliwie. 
– Nie  gustuję  w  nekrofilii,  a  tym  właśnie  byłoby  dobieranie  się  teraz  do  ciebie. 

Wyglądasz, jakbyś miała trzy ćwierci do śmierci. 

– Dzięki  za  pocieszające  słowa – chciała  z  kpiną  złożyć  głęboki  ukłon  przed  nim,  ale 

potknęła się, straciła równowagę i wpadła wprost w jego ramiona. – Michael? – rozejrzała się 
dookoła w popłochu. 

– Pojechał na badanie kontrolne, nie pamiętasz? Ach, tak, prawda. Uparł się, że weźmie 

taksówkę i doskonale da sobie radę sam. 

Slade nie wypuszczał jej z objęć, lecz nie próbował w żaden sposób wykorzystać słabości 

Bronwen. 

– Chodź, powinnaś się położyć – skierował ją do sypialni. 
– Nie. Słuchaj, nie dzieje się ze mną nic złego, mój stan polepszy się po... po... – zasłoniła 

usta dłonią, zanim wykrztusiła: – po dziewięciu miesiącach. 

– Równie dobrze mogłaś to wprost mi powiedzieć – Slade posadził ją na kanapie. 
– Nie rozumiem... 
– Czy nie miałaś na myśli tego, że twój stan poprawi się dopiero wówczas, kiedy całkiem 

background image

zniknę z twojego życia?

– Nie! Ja... 
Co  robić?  Czy  naprawdę  powinna  go  poślubić,  mimo  wszystko?  I  czy  on  nadal  tego 

pragnął? Nie ożenił się z Jenny, gdy zaszła z nim w ciążę. 

Nie zdawała sobie sprawy, iż jej delikatne rysy niespodziewanie stwardniały. Nie będzie 

w porządku, gdy Slade wykpi się od odpowiedzialności już drugi raz. Ale... Małżeństwo bez 
miłości  też  nie  jest  w  porządku.  Bezradnie  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Ledwo  zauważyła,  że 
Slade usiadł obok, – O co chodzi, Bronwen?

Miał prawo wiedzieć. Tak samo, jak dziecko – miało prawo znać ojca. W takiej sytuacji 

jej własne uczucia już się nie liczyły. 

Podniosła głowę. Wyglądała jak skazaniec idący na ścięcie. 
– Jestem w ciąży – poinformowała beznamiętnym tonem. – Wiem to, chociaż nie znam 

wyników badań. Słusznie zarzuciłeś mi głupotę. Teraz muszę za nią zapłacić. 

Twarz  Slade’a  nie  zdradzała  śladu  żadnych  emocji,  tylko  pod  zaciśniętymi  szczękami 

pulsowała jedna żyłka. 

– Rozumiem – odezwał się w końcu, przerywając pełną napięcia ciszę. – Ślub ze mną ma 

być  częścią  tej  zapłaty?  To  mi  właśnie  proponujesz,  wiedząc,  że  nie  mam  zwyczaju  cofać 
danego słowa?

Wpatrywała się bezradnie w jego nieprzeniknioną twarz. No tak, nie był zadowolony. Nie 

zmienił jednak zdania co do małżeństwa. 

– Tak – powiedziała drżącym głosem. – Wyjdę za ciebie, Slade. Dla dobra dziecka. 
Skinął głową. 
– Dla dobra dziecka. Oczywiście. Załatwię to. 
Ani  śladu  emocji,  ani  siadu  podobieństwa  do  mężczyzny,  który  ją  kochał  tamtej 

niezapomnianej nocy. Obcy człowiek, świetny w załatwianiu różnych spraw, to wszystko. 

Ponownie  oparła  głowę  na  dłoniach  i  próbowała  powstrzymać  drżenie  ramion.  Przez 

moment  sądziła,  że  Slade  dotknął  jej  lekko,  lecz  to  z  pewnością  było  złudzenie.  Tyle  już 
złudzeń straciła w ciągu minionych kilku tygodni... 

– Nie obawiaj się – dobiegł ją chłodny głos. – Pobierzemy się, ale nie będziemy żyli jak 

prawdziwe małżeństwo. Chociaż, swego czasu wierzyłem, że ty i ja... – przerwał i Bronwen 
pomyślała,  że  słyszy  westchnienie.  Nie,  znowu  jej  się  coś  wydawało.  Gdy  odezwał  się 
ponownie, jego głos brzmiał zimniej niż kiedykolwiek. – Nieważne. W każdym razie możesz 
być pewna, że nie będę ci się naprzykrzał. 

– Naprzykrzał?
Spojrzała na niego, ale on już zmierzał do drzwi. 
– Uważaj  na  siebie... Do  zobaczenia – pożegnał  się  uprzejmie.  – Zawiadomię  cię,  gdy 

wszystko załatwię. 

Wyszedł,  a  Bronwen  siedziała  na  kanapie  i  przez  długą  chwilę  wpatrywała  się  pustym 

wzrokiem  w  podłogę.  Potem  przeszła  do  sypialni,  położyła  się  na  łóżku  i  dla  odmiany  nie 
widzący wzrok utkwiła w suficie. 

Czyli  jednak  ślub.  Jedna  i  druga  strona  zdecydowała  się  na  to  tylko  ze  względu  na 

background image

dziecko.  Slade  stał  się  dojrzałym  mężczyzną,  nie  jest  już  beztroskim  młodzieńcem  sprzed 
ośmiu lat. Tym razem czuje się odpowiedzialny. Ale nie jest szczęśliwy. To oczywiste, jeśli 
wziąć pod uwagę ton, jakim powiedział, że to nie będzie prawdziwe małżeństwo. 

Zakryła  twarz  dłońmi.  Czy  on  nie  rozumie,  że  Bronwen  zależy  tylko  na  prawdziwym 

związku? Że chwile, które spowodowały obecną sytuację, były najszczęśliwsze w jej życiu? 
Westchnęła. Jeśli nawet to wiedział, chyba nie miało dla niego znaczenia. 

Do sąsiedniego pokoju wszedł Michael, pogwizdując wesoło. Wstała, żeby przekazać mu 

najświeższe wiadomości. 

Pięć dni później Bronwen i Slade pobrali się. Michael, prawie zupełnie zdrowy, był ich 

świadkiem. Bronwen nie znała tu żadnej kobiety, którą mogłaby poprosić na druhnę, dlatego 
ucieszyła  się,  gdy  nieoczekiwanie  bardzo  miła  sekretarka  Slade’a  zaproponowała  swoją 
osobę.  Krótka  ceremonia  odbyła  się  w  maleńkiej  kaplicy  tonącej  w  kwiatach.  Wybrał  ją 
Slade, Bronwen przyjęła jego decyzję z doskonałą obojętnością. 

Podczas ślubu zawahała się przez chwilę. 
– Tak – powiedziała w końcu bardzo cicho. 
Slade udzielił odpowiedzi wyraźnie i zdecydowanie. Po uroczystości zaprowadził pannę 

młodą do samochodu, podziękował świadkom i szybko odjechał. 

– Gdzie  jedziemy? – spytała  Bronwen, która przedtem  nawet nie zainteresowała się, co 

zrobią po ślubie. 

– Do  mojego  domu  na  wsi,  na  kilka  dni.  Sądzę,  że  w  obecnych  warunkach  Grecję 

możemy sobie darować. – Jego glos brzmiał sucho i bezosobowo. – Pani Doyle wróciła już z 
wakacji  i  przygotowała  wszystko  na  nasz  przyjazd.  Do  czasu  naszego  powrotu  do  miasta 
Michael zdąży wyprowadzić się do siebie. 

– Wiem – powiedziała Bronwen. Tak bardzo chciała, żeby Slade nie był taki oziębły. –

Wspominał mi o tym. 

– Czy  mówił  ci  również,  że  wraca  do  Walii,  gdy  tylko  skończy  się  proces  jego 

napastnika?

– Tak, ale tylko po to, żeby sprzedać mój sklep. Nie zostanie tam. 
– Nie byłbym tego taki pewien. – Pokonał ostry zakręt i dodał pozornie bez związku: –

Michael nie wiedział o śmierci Brice’a Barkera, dopóki go o tym nie poinformowałem. 

– Tak? Musiałam zapomnieć mu o tym powiedzieć. – Nie rozumiała, co maż Jenny mógł

mieć wspólnego z jej bratem. 

– Tak właśnie przypuszczałem. 
Spojrzała  na  Sladę’a,  lecz  nie  potrafiła  niczego  wyczytać  z  nieprzeniknionego  wyrazu 

jego przystojnej twarzy. 

Po  dwóch  godzinach  jazdy,  w  czasie  której  padały  jedynie  luźne  uwagi  o  pogodzie  i 

krajobrazie,  wjechali  w  krętą  polną  drogę.  Na  jej  końcu,  między  drzewami,  stał  duży 
drewniany dom, stylowy i starannie dopasowany do otoczenia. 

– Podoba ci się? – spytał niedbale Slade, kiedy zauważył zdumioną twarz Bronwen. 
– Jest uroczy. Spodziewałam się czegoś... czegoś zupełnie innego. 

background image

– Gotyckiego  zamczyska  z  duchami,  łańcuchami,  sekretnymi  przejściami  i  ponurym 

ogrodem, gdzie wśród róż zakopuję swoje ofiary?

– Może – odparła  ze  znużeniem.  Te  kpiny  raniły  ją,  jednak  zmęczenie  utrudniało 

wymyślenie ciętej repliki. 

– Było  to  pewnie  wspaniałe  w  tamtych  czasach,  ale  niestety  nigdy  nie  leżało  w  moim 

guście. – Zatrzymał samochód. – W dodatku zamiast róż wolę nieokiełznaną przyrodę. 

– I nieokiełznane kobiety – wyrwało jej się, zanim zdążyła ugryźć się w język. 
– To też było właściwe, ale w tamtych czasach – przytaknął sucho Slade. 
Z trudem powstrzymała się, żeby go nie trze pnąc. A może powinna to zrobić? Oddałby 

bez wątpienia, ale wszystko byłoby lepsze od tej chłodnej obojętności, z jaką traktował ją od
chwili, gdy powiedziała mu o dziecku. 

W  drzwiach  stanęła  potężna  kobieta  o  zaczerwienionych  policzkach.  Ciemnofioletowy 

dres w zestawieniu z kolorem jej twarzy powodował, że wyglądała niczym ogromny burak. 
Uśmiechnęła się na ich widok. 

– Witam szczęśliwą młodą parę. Najwyższy czas, żeby ktoś wreszcie zrobił porządnego 

człowieka z tego młodego hulaki. 

Hulaki? Bronwen rzuciła szybkie spojrzenie na Slade’a, ale na nim słowa gospodyni nie 

wywarły najmniejszego wrażenia. 

– Żona nie uważa, żebym miał zadatki na porządnego człowieka – poinformował panią 

Doyle beznamiętnie. 

Masywna  kobieta  zwróciła  się  w  stronę  Bronwen  i  spojrzała  na  nią  spod  ciężkich, 

wpółprzymkniętych powiek. 

– Nie wierzę – stwierdziła po chwili. – Ładna dziewczyna przy zdrowych zmysłach nie 

poślubiłaby takiego wcielonego diabła, gdyby mu nie ufała. 

Bronwen poczuła, że się czerwieni. 
– Po prostu Slade nie jest przekonany, że jestem przy zdrowych zmysłach – wyjaśniła. 
– Bo głupi. Zawsze to podejrzewałam. Ale to drobiazg, ważne, że mi płaci – uśmiechnęła 

się  do  niego.  – Chodźcie,  przygotowałam  kolację.  Rozumiem,  że  wolicie  zostać  sami –
odwróciła się i podążyła w głąb korytarza. 

Posiłek czekał na nich w jasnym, przestronnym pokoju, za którego oknami kołysały się 

wysokie naparstnice. 

– Zostawiam  was,  zakochane  gołąbki,  zjedzcie  sobie.  Niczego  więcej  nie  będziecie 

potrzebować* – raczej stwierdziła, niż spytała gospodyni i poszła. 

– Lepiej zróbmy, co powiedziała – zaproponował lekkim tonem Slade i wskazał Bronwen 

krzesło. – Pani Doyle nie toleruje nieposłuszeństwa Bagaż mogę przynieść później. 

Bronwen, ciągle w kremowo-złotym kostiumie, usiadła z ociąganiem. 
– Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek robił to, co ci się mówi. Pani Doyle jest miła, ale... ale 

taka gospodyni nie pasuje do ciebie. 

– Pasuje idealnie. Wspaniale gotuje, mówi, co myśli, a jak coś obieca, zrobi to na pewno. 

Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o moich pracownikach – podał jej sól i pieprz. – Pani 
Doyle ma tylko jedną wadę. Okropnie się ubiera. Oczy bolą od patrzenia. 

background image

Bronwen uśmiechnęła  się lekko. Czuła  się bardzo  nieswojo przez  cały dzień, jednak ze 

Slade’em,  który  prezentował  żartobliwy  nastrój,  już  łatwiej  było  sobie  poradzić.  To  tamten 
chłodny i obcy mężczyzna był nie do zniesienia. Podtrzymywał lekką pogawędkę przez cały 
czas trwania posiłku. Gdy wypili kawę, odstawił filiżankę i oznajmił, że idzie po bagaż. 

– Pomogę ci – zaoferowała Bronwen. 
– Nie ma mowy. Mojemu synowi i spadkobiercy z pewnością by się to nie spodobało. 
– Nie jestem przecież z morskiej pianki! – zawołała. 
– Dziś przez cały dzień nie chorowałam. A w dodatku... Skąd wiesz, że syn, a nie córka?

– wpatrywała się w talerz. 

Pierwszy raz Slade sam podjął ten temat. 
– Jeśli  tak,  mam  nadzieję,  że  odziedziczy  po  tobie  piegi  – brzmiała  zaskakująca 

odpowiedź. 

Podniosła wzrok, jednak on już wyszedł. 
Wrócił po jakimś czasie i poprowadził ją dokądś szerokim korytarzem. W jednej ze ścian 

umieszczono  rząd  wysokich  okien,  za  którymi  trawiaste  zbocze  opadało  łagodnie  ku 
strumykowi, oddzielającemu elegancki ogród od gąszczu rosnących dziko traw i krzewów. 

Weszli  do  dużej  sypialni  z  sosnowymi  meblami.  Lśniącą  podłogę  zaścielały  zielone 

dywany. 

– Odpowiada ci? Może wolisz obejrzeć najpierw inne pokoje?
Popatrzyła na ogromne podwójne łoże, przykryte szmaragdową narzutą. 
– Mówisz  jak  właściciel  kiepskiego  hoteliku,  któremu  chwilowo  udało  się  przegonić 

myszy do innego pomieszczenia – zauważyła ponuro. – Odpowiada mi. 

Skinął głową, ignorując jej kpiny. 
– Świetnie. Mój pokój znajduje się na końcu korytarza. 
– Jak to? Przecież... 
– O ile pamiętam, pobraliśmy się dla dobra dziecka – przypomniał z kamienną twarzą. 
– Oczywiście. Jednak... 
– Chyba  nie  jestem  ci  potrzebny  jako  ktoś  więcej  niż  ojciec  dziecka? – spytał 

uszczypliwym tonem. – Zwłaszcza że mi nie ufasz. 

– Ufam ci. 
Dziwne. Naprawdę mu ufała. Wydawało jej się, że przeszłość przestała mieć jakiekolwiek 

znaczenie. 

– Doprawdy? – skrzywił się w sposób, jakiego Bronwen bardzo nie lubiła. – Ale nadal nie 

masz zbyt wysokiego mniemania o moich zasadach moralnych?

– Nie wiem – wyznała bezradnie. 
– Nie  wiesz – powtórzył Slade. – Cóż, zawsze  to  jakiś postęp – nagle  jego  głos  zaczął 

zdradzać zmęczenie. – Śpij dobrze, moja droga – delikatnie dotknął dłonią jej policzka. 

– Spróbuję. Nos da – szepnęła po walijsku. 
Na krótką chwilę spojrzenie błękitnych oczu złagodniało. 
– Nos da – odpowiedział cicho. – Dobranoc, Bronwen. Kiedy wyszedł, usiadła w fotelu 

przy oknie, gdyż była dopiero dziewiąta, za wcześnie, aby iść spać. 

background image

Miała więc spędzić noc poślubną zupełnie sama w tej pięknej sypialni? Ale dlaczego? Nie 

mogła uwierzyć, że Slade już jej nie pragnie. Skąd ten idiotyczny pomysł, żeby ich miodowy 
miesiąc okazał się tylko fikcją? Dlatego że kiedyś powiedziała, iż mu nie ufa i uraziła jego 
dumę?  Czy  też  dlatego,  że  sądził,  iż  w  ten  sposób  wyświadcza  jej  przysługę?  Nie, 
zdecydowanie przyczyna jego decyzji nie mogła mieć nic wspólnego z brakiem pożądania ze 
strony Slade’a. Chociaż, ostatnio zachowywał się tak ozięble... 

Poczuła,  że  musi  zaczerpnąć  świeżego  powietrza.  Wieczór  był  ciepły,  a  miękka  trawa 

przyjemnie chłodziła bose stopy Bronwen. Usiadła nad strumieniem, zupełnie nie dbając, że 
poplami swój wytworny kostium. Siedziała tak dość długo i wpatrywała się w płynącą wodę. 

– Przeziębisz się – aż podskoczyła, gdy nieoczekiwanie usłyszała głos Slade’a. 
Wstała. 
– Dużo myślałam – oznajmiła i przyjęła ramię, które jej podał. Ruszyli w kierunku domu. 
– O czym? Zdobyła się na odwagę. 
– O nas. O tym, że to nasza noc poślubna. Nie chcę jej spędzić samotnie. 
– Wiem, że nie chcesz. Jeśli mam być szczery, ja też nie. Bronwen aż przystanęła. 
– To dlaczego... ?
– Ponieważ nie jesteś jeszcze gotowa zaakceptować mnie takiego, jakim jestem. Nie masz 

zielonego  pojęcia,  jaki  jestem  naprawdę.  Gdy  to  w  końcu  zrozumiesz...  – wzruszył 
ramionami. – Wtedy zobaczymy. 

Tak bardzo chciała mu powiedzieć, że go akceptuje, że wie, jaki jest i że kocha go mimo 

to. Slade jednak szedł już w kierunku domu, znowu obcy i obojętny. W najmniejszym stopniu 
nie przypominał pana młodego, któremu spieszno do świeżo poślubionej żony. Gdy weszli do 
wnętrza,  Bronwen  uścisnęła  dłoń  Slade’a,  z  nadzieją,  że  dotyk  wyrazi  to,  czego  nie 
wypowiedziała słowami. Odtrącił jej rękę. Zrozumiała, że jeśli go nie powstrzyma, uda się do 
swojego pokoju i zatrzaśnie jej drzwi przed nosem. 

– Slade, akceptuję cię. To, co zrobiłeś... Nie ma już znaczenia. 
Podniósł brwi. 
– A co ja zrobiłem?
– Nie poślubiłeś Jenny... 
– Opuszczenie matki mojego dziecka nie ma znaczenia? Zadziwiasz mnie, Bronwen. 
Nienawidziła  cynicznego  tonu,  jakim  mówił,  nienawidziła  sposobu,  w  jaki  teraz  na  nią 

patrzył. Nienawidziłaby go całego, gdyby nie kochała go tak bardzo. 

– Chodzi mi o to – podjęła mężnie – że przeszłość minęła nieodwołalnie. Sam to kiedyś 

powiedziałeś. Teraz poślubiłeś mnie. Czy nie moglibyśmy zacząć wszystkiego do nowa?

– Ach, tak – odezwał się lodowatym tonem. – Rozumiem, że mi przebaczasz?
Skąd ten gniew w jego głosie? Dlaczego mówi tak, jakby to właśnie Bronwen była osobą, 

która powinna prosić o przebaczenie?

– Tak – potwierdziła,  choć  wiedziała,  że  takie  postawienie  sprawy  tylko  pogorszy 

sytuację. – A czy ty mi przebaczysz to... to, że ja ci przebaczam?

Zaśmiał się pogardliwie. 
– Nie próbuj mnie wziąć na takie psychologiczne zagrywki. 

background image

– Wcale  nie  próbuję – patrzyła  na  niego  zdesperowana.  – Jedyne,  czego  chcę,  to  cię 

kochać. Wiem... Wiem, że już nie jesteś taki, jak osiem lat temu. 

– Jestem dokładnie taki sam – uciął. – Tylko trochę starszy i znacznie mądrzejszy. Cała 

reszta nie zmieniła się ani na jotę – odwrócił się. 

Chwyciła go za ramię i zmusiła, by spojrzał na nią. Kiedy jednak popatrzyła w niebieskie 

oczy, niemal pożałowała, że nie pozwoliła mu odejść. Były kompletnie puste, jak u manekina. 

Z rozpaczą dotknęła dłonią jego policzka. 
Slade zamknął oczy, wydawało się, że skorupa, którą się otoczył, zaczyna pękać. 
Bronwen  powoli  objęła  ramionami  jego  szyję.  Stał  nieruchomo  i  pozwalał,  by  gładziła 

palcami jego kark, potem policzki, wreszcie usta... 

Nagłym  ruchem  przyciągnął  Bronwen  do  siebie  i  pocałował  tak  żarliwie,  że  z 

mimowolnym  jękiem  przylgnęła  do  jego  silnego  ciała.  Odpowiedział  jeszcze  bardziej 
namiętnym pocałunkiem  i  cofnął się nieco, pociągając  ją  w stronę swojego  pokoju. Sięgnął 
dłonią do klamki, a nie znalazłszy jej, podniósł na chwilę głowę. Gdy spojrzał na Bronwen, 
zauważyła, że jego twarz ponownie przybiera wyraz nieprzeniknionej maski. 

– Nie – powiedział ostro i odsunął się. – Przepraszam. Nie powinienem był pozwolić ci 

mnie dotknąć. 

– Pozwolić mi? Slade, o czym ty mówisz? Zapomniałeś, że jestem twoją żoną?
– Nie zapomniałem – odparł tak ponuro, że Bronwen nie miała wątpliwości, iż przegrała. 
Na  korytarzu  pojawiła  się  pani  Doyle  we  wściekle  różowej  nocnej  koszuli.  Przystanęła 

zdegustowana. 

– Do  czego  to  dochodzi,  że  młoda  para  nie  potrafi  dojść  do  sypialni,  żeby  się  nie 

pokłócić! – Minęła ich i weszła do swojego pokoju. 

– Ona ma rację – powiedział Slade. – Nie chcę się z tobą kłócić. 
– Ja też nie. Skinął głową. 
– Wiem. Dlatego proszę, żebyś wróciła do siebie. Śpij dobrze. 
Poczuła  się  jak  balonik,  z  którego  wypuszczono  powietrze.  Nie  była  w  stanie  więcej 

znieść. Odwróciła się i noga za nogą powlokła się do pustego pokoju. Dawniej, gdy szła do 
sypialni, Slade nieodmiennie proponował jej swoje towarzystwo. Ale nie dzisiaj... 

Spędzana  samotnie  noc  poślubna  dłużyła  się  w  nieskończoność.  Bronwen  zastanawiała 

się,  czy  Slade’owi  również,  ale  biorąc  pod  uwagę  sposób,  w  jaki  odrzucił  jej  miłość,  na 
pewno spał smacznie i głęboko. 

Zagryzła wargi. Jakoś udało jej się powstrzymać łzy. 

Następne dni były podobne do siebie jak krople wody. Mimo obecności męża Bronwen 

czuła się opuszczona i samotna, chociaż Slade troszczył się o nią. Doglądał, by prawidłowo 
się  odżywiała,  towarzyszył  jej  na  przechadzkach,  lecz  jego  chłodna  uprzejmość  stawała  się 
nie do zniesienia. Bronwen zaczynała tęsknić za dawnym Slade’em, który doprowadzał ją na 
zmianę do szewskiej pasji i do śmiechu. 

– Co się z wami dzieje? W życiu nie widziałam czegoś takiego! – Szykownie ubrana w 

zielonoczerwony  dres  pani  Doyle  zagadnęła  któregoś  ranka  Bronwen,  kiedy  Slade  poszedł 

background image

wziąć prysznic. 

– Co pani ma na myśli? – Otwartość gospodyni ciągle jeszcze szokowała Bronwen, choć 

zaczynała doceniać tę cechę. 

– To ma być miodowy miesiąc? Z osobnymi sypialniami?
– No właśnie – przytaknęła Bronwen. Pani Doyle potrząsnęła głową. 
– Niech się pani na to nie godzi. Przecież on szaleje za panią! To jasne jak słońce. 
– Och, nie – zaprzeczyła szybko. – Nie sądzę. On... on twierdzi, że nawet go nie znam. 
– A zna go pani?
Bronwen popatrzyła uważnie na potężną kobietę. Nagle poczuła, jakby trafił ją piorun z 

jasnego nieba. 

– Tak, sądzę, że tak. Przepraszam, muszę coś zrobić. 
– Najwyższy czas – fuknęła pani Doyle. 
Bronwen pośpieszyła do sypialni i opadła na krzesło. Przede wszystkim musiała wszystko 

jeszcze raz porządnie przemyśleć. 

Stopniowo fragmenty tej łamigłówki zaczęły układać się w logiczną całość. Nareszcie w 

pełni zrozumiała to, co przeczuwała już od kilku tygodni. Slade na pewno bywał arogancki, 
nawet trochę bezwzględny, ale w żadnym wypadku nie był nieodpowiedzialny i samolubny. 
Wręcz  przeciwnie.  Okazał  się  niezwykle  prawym  i  honorowym  człowiekiem.  Nigdy, 
przenigdy nie porzuciłby matki swojego dziecka. 

Uwierzyła  plotkom.  Zwykłym,  oszczerczym  plotkom.  Slade  nie  był  ojcem  Bobby’ego. 

Przez  łzy  patrzyła  na  stokrotki  za  oknem.  Nic  więc  dziwnego,  że  nie  chciał  kochać  się  z 
kobietą,  która  oskarżała  go  o  coś,  co  było  całkowicie  sprzeczne  z  jego  zasadami!  Powinna 
była zrozumieć, z jakim człowiekiem ma do czynienia, już wtedy, gdy powiedział jej o mężu 
Valerie, o którego istnieniu nie wiedział, i o tym, że wybiera tylko kobiety wolne... 

Bron  wen  nerwowo  kręciła  w  palcach  pasek  jedwabnego  szlafroka.  No  dobrze,  ale 

dlaczego Slade nigdy wprost nie odrzucił oskarżenia?

Stokrotki kołysały się na wietrze. Bronwen utkwiła w nich zamyślony wzrok. Po chwili 

znała  odpowiedź.  Powód,  dla  którego  Slade  milczał,  mógł  być  tylko  jeden.  Lojalność. 
Lojalność w stosunku do osoby, z której uczuciami się liczył. 

Bronwen  już  się  domyślała,  kto  jest  ojcem  dziecka  Jenny.  Być  może  podświadomie 

wiedziała to od dawna i właśnie dlatego wolała obarczyć winą Slade’a. 

Zamknęła oczy i jęknęła boleśnie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Pobiegła szukać Slade’a, jednak nigdzie nie mogła go znaleźć. 
– Wyjechał – poinformowała  ją  w  końcu  pani  Doyle.  – Powiedział,  że  ma  coś  do 

załatwienia, patrzył przy tym takim wzrokiem, jakby szukał kogoś, komu mógłby przyłożyć –
gospodyni jak zwykle mówiła prosto z mostu. 

– Kiedy wróci?
– Może na obiad, ale nie wiadomo. Uważam jednak, że lepiej będzie dla nas wszystkich, 

jak nie przyjedzie zbyt szybko. 

Bronwen miała inne zdanie. Musiała jak najszybciej z nim porozmawiać, niezależnie od 

jego nastroju. Teraz nic nie może zrobić. Z wyjątkiem jednej rzeczy. Pośpieszyła do telefonu. 

– Słucham – usłyszała wesoły głos Michaela. 
– Cześć, to ja. 
– Cześć! Rany, masz taki głos, jakby ktoś cię właśnie dusił. Gdzie Slade?
– Nie dusi mnie w tej chwili, jeśli o to ci chodzi. Gospodyni utrzymuje, że pojechał kogoś 

pobić. Kogokolwiek. 

– Co się stało, Bron? – W głosie jej brata brzmiało zdziwienie. 
Okręciła sobie wokół dłoni sznur telefonu. 
– Michael... 
– No, wyduś to z siebie. 
– Słuchaj...  Czy  to  ty...  Czy  ty  jesteś  ojcem  Bobby’ego  Barkera? – spytała  nieswoim 

głosem. 

– Tak – okazał mniej wahania, niż się spodziewała. – Myślałem, że może wiesz. Jenny ci 

powiedziała?

Bronwen oparła się o ścianę. 
– Właśnie sama na to wpadłam. Zawsze myślałam, że to Slade. Wszyscy tak mówili. 
– Slade? – krzyknął ze zdumieniem Michael. – On? Rety, Bron, ten facet mało mi łba nie 

urwał,  gdy  się  o  tym  dowiedział!  Wstyd  mi  przyznać,  ale  on  w  życiu  nie  wpędziłby 
dziewczyny w takie kłopoty. Chyba żeby był absolutnie pewien, że się pobiorą. 

– Wiem. Powinnam była wcześniej to zrozumieć. Milczeli przez chwilę oboje, zbierając 

myśli. 

– To  dlatego  nie  układało  się  między  wami?  Nie  miałem  pojęcia,  że  ktoś  mógłby  go 

podejrzewać.  Wyjechałem  z  Pontglas,  bo  nie  chciałem  zranić  mamy.  Miałem  nadzieję,  że 
sienie dowie... 

– Przede wszystkim powinieneś mieć choć tyle przyzwoitości, żeby trzymać się z dala od 

dziewczyny  zaręczonej  z  kimś  innym – powiedziała  ostro  Bronwen.  Jej  brat  zawsze  był 
nieodpowiedzialny, ale to już przekraczało wszelkie granice. 

– Jenny wcale nie chciała być jego narzeczoną – zaprotestował Michael. – Wolała mnie, 

ale jej rodzice nie aprobowali naszego związku... 

– Wcale się im nie dziwię – Bronwen straciła cierpliwość. 

background image

– Nie  rozumiesz.  Wiem,  że  nie  zachowywałem  się  jak  aniołek,  wręcz  przeciwnie,  ale 

kochałem Jenny. Byłaby ze mną szczęśliwa, postarałbym się o to. Jej rodzice woleli Brice’a 
tylko dlatego, że był starszy i bogatszy, a ojciec Jenny ubiegał się wtedy o urząd burmistrza. 

To prawda. Bronwen pamiętała, jak bardzo chlubili się zaręczynami córki. 
– Przecież i tak nie mogli zmusić Jenny do małżeństwa z Brice’em – zauważyła. 
– Owszem. Zmusili. Po prostu przekonali ją, że ze mną nigdy nie będzie szczęśliwa. Nie 

wiem,  jaka  jest  teraz,  ale  wtedy  łatwo  ulegała  wszelkim  wpływom.  Była  taka  słodka  i 
łagodna... Nie zapominaj, że miała wówczas tylko siedemnaście lat. 

– I dlatego udało ci się spowodować, że zaszła w ciążę? – Bronwen przejęła zwyczaj pani 

Doyle, by niczego nie owijać w bawełnę. 

– Bron!  Wcale  nie!  Naprawdę  się  kochaliśmy.  Zresztą  powiem  ci  prawdę...  Ja  nadal  ją 

kocham. Teraz,  gdy wiem  o śmierci Brice’a, wracam do domu,  żeby...  Żeby się przekonać, 
czy Jenny mnie zechce. 

– Skoro darzyłeś ją  takim  uczuciem, to  dlaczego  wyjechałeś?  I dlaczego  Slade ci na  to 

pozwolił?

– Wcale  mi  nie  pozwolił.  Wyjechałem  do  Londynu  i  dopiero  stamtąd  do  niego 

zadzwoniłem.  Najpierw  mnie  strasznie  zwymyślał,  a  w  końcu,  gdy  zrozumiał,  że  i  tak  nie 
mam po co wracać, obiecał mi pomóc. 

– Już  nawet  rozumiem,  dlaczego – powiedziała  z  zadumą.  – To  po  prostu  taki  rodzaj 

człowieka.  Nie  zostawiłby  cię  samego:  No,  dobrze,  ale  nada!  nie  pojmuję,  czemu  nie 
walczyłeś o Jenny?

– Zorientowaliśmy  się,  że  jest  w  ciąży,  już  po  jej  zaręczynach  z  Barkerem,  a  facet 

strasznie  się  w  niej  zakochał.  Zagroził,  że  mi  kości  poprzetrąca,  a  jeśli  Jenny  mnie  nie 
przekona  do  wyjazdu,  to  zrobi  coś jeszcze  gorszego.  Była  przerażona,  nie  wiedziała  nawet, 
czy nadal mnie kocha i sama błagała, żebym wyjechał i nigdy się z nią nie kontaktował. Nie 
sądzę,  żeby  Brice  umiał  spełnić  swoje  pogróżki.  Chciał  ją  mieć  dla  siebie  i  za  nic  by  nie 
ustąpił. 

Bronwen  westchnęła.  Może  teraz,  po  ośmiu  latach,  Michael  będzie  w  stanie  sprostać 

zadaniu i zacznie się wreszcie zachowywać jak prawdziwy mężczyzna. 

– Życzę wam obojgu dużo’ szczęścia. – Odłożyła słuchawkę i pomyślała, że ona będzie 

potrzebować go jeszcze więcej. Slade nie miał zwyczaju miłosiernie przebaczać bliźnim ich 
błędów. 

Wrócił na obiad, ponury niczym chmura gradowa. Bronwen i pani Doyle obserwowały go 

przez kuchenne okno. 

– Najwyraźniej nie znalazł osoby, na której mógłby się wyładować. 
– Obawiam się, że zostanę nią ja – zauważyła cicho Bronwen. 
– Prawdopodobnie. Lecz będzie miał ze mną do czynienia, jeśli tylko tknie panią palcem

– gospodyni chwyciła wałek i pomachała nim wojowniczo. – Ale on tego nie zrobi – dodała 
niemal z żalem. – To nie w jego stylu. 

Bronwen, przed chwilą bliska łez, roześmiała się. 
– Pani działa jak balsam na moje rany. Dziękuję – powiedziała i poszła szukać Slade’a. 

background image

który zniknął za rogiem. 

Za jej plecami pani Doyle mruknęła zjadliwie:
– Balsam? A nie jak ocet siedmiu złodziei?
Slade, oparty o rosnący nad strumieniem dąb, wpatrywał się w gąszcz na drugim brzegu z 

tak kamiennym wyrazem twarzy, że Bronwen z trudem powstrzymała się od płaczu. 

– Slade, chciałam cię przeprosić – szepnęła za jego plecami. 
Odwrócił się do niej, jednak rysy jego twarzy nawet nie drgnęły. 
– Za co? – spytał tak obojętnym tonem, że aż pobladła. 
– Za to, że ci nie ufałam. Chodzi mi o Jenny. Odwrócił się plecami. 
– Rozumiem. Rozmawiałaś z Michaelem. 
– Tak, ale wcale nie musiałam. 
– Doprawdy?  Chcesz  powiedzieć,  że  nagle  cię  oświeciło?  A  może  jakiś  głos  z  niebios 

oznajmił ci o mojej niewinności? – pytał z gorzką drwiną. 

– Po  prostu  w  końcu  wszystko  przemyślałam – wyjaśniła  najłagodniej,  jak  potrafiła.  –

Przedtem zaślepiała mnie miłość do brata. 

– Jedyna rzecz, jaka może tu człowieka oślepić, to dresy pani Doyle – stwierdził ponuro. 
Bronwen spojrzała na niego uważnie. Czy Slade próbuje ukryć swoje uczucia pod maską 

nonszalancji?  A  może  tylko  się  z  nią  droczy,  jak  kiedyś,  w  dawnych  dobrych  czasach?  Z 
pewnością nie. Głębokie bruzdy wokół ust zdradzały, że nie ma ochoty na żarty. 

– Slade, próbuję ci powiedzieć, jak bardzo mi przykro... 
– Świetnie. Już mi powiedziałaś. 
– Slade... 
Oderwał się wreszcie od drzewa i popatrzył na nią. 
– Przeprosiłaś. Przyjąłem przeprosiny. Wystarczy. 
– Ale jesteś zły! Oczywiście nie winię cię za to. Powinnam była wcześniej zrozumieć, że 

jesteś  ostatnim  człowiekiem  na  świecie,  który  mógłby  tak  potraktować  Jenny.  Lecz  jak 
mogłam podejrzewać własnego brata? Nie miałam pojęcia... 

– Dopóki ci nie powiedział. 
– Nie!  Sama  do  tego  doszłam! – Okręciła  płomiennie  rudy  lok  wokół  palca.  – Ja... 

Kocham cię, Slade. Sądzę... Mam nadzieję... Czy istnieje możliwość, że ty też mógłbyś mnie 
pokochać? – Wyciągnęła dłoń, lecz Slade cofnął się, jak przed jadowitą żmiją. 

– Oczywiście, że cię kocham – odparł niezwykle ostro. 
– Jak myślisz, dlaczego miałem ochotę wytargać cię za uszy tego dnia, gdy balem się, że 

spadłaś ze skał w rezerwacie? A niby dlaczego chciałem się z tobą ożenić? Czy wiesz, że po 
twojej  odmowie  zacząłem  liczyć  na  to,  że  może  zaszłaś  w  ciążę?  Wiedziałem,  że  wtedy 
będziesz  musiała  zmienić  zdanie.  Sądziłem  też,  że  w  końcu  zrozumiesz,  że  nie  jestem 
podrywaczem,  który  wszędzie  zostawia  za  sobą  nieślubne  dzieci – mówił  gorzkim  tonem, 
który  sprawiał  jej  ból.  – Nie  mogłem  przecież  podważać  twojego  zaufania  do  brata.  A 
ponadto, co byś sobie o mnie pomyślała? Że próbuję bezczelnie zwalić na niego winę. 

Bronwen była kompletnie porażona szorstkością, z jaką ją traktował. Rozumiała teraz, jak 

bardzo  musiał  cierpieć  przez  jej  oskarżenia,  ale  przecież...  Nagle  dotarło  do  niej,  co 

background image

powiedział. Czy cokolwiek innego miało jeszcze jakieś znaczenie?

– Powiedziałeś,  że  mnie  kochasz – szepnęła.  – Proszę,  czy  nie  moglibyśmy  zacząć  od 

nowa?

– Też  tak  kiedyś  myślałem – odparł  lodowato.  – Sądziłem,  że  gdy  wyjdziesz  za  mnie, 

pokochasz mnie całego... moją duszę, mój charakter...  a nie tylko moje  ciało – skrzywił się 
cynicznie. – Z tym ostatnim nie miałaś specjalnych kłopotów. 

– Ależ ja naprawdę kocham... 
– Tak twierdzisz. Domyślam się, że to rewelacje, jakie usłyszałaś od brata, zmieniły twój 

stosunek do mnie. 

– Slade,  kochałam  cię  niemal  od  pierwszej  chwili.  A  Michael  tylko  potwierdził  to,  co 

zrozumiałam  już  wcześniej...  – Przestała  się  tłumaczyć,  gdyż  bezlitosna  twarz  Slade’a 
przybrała lekko drwiący wyraz. 

Stał z wysoko uniesioną głową, z rękoma w kieszeniach, a łagodny wiatr rozwiewał jego 

złociste  włosy.  Wyglądał  tak  kusząco...  Bronwen  patrzyła  na  niego  bezradnie.  Tak  bardzo 
chciała go dotknąć, zatopić palce w tej jasnej grzywie, przesunąć dłońmi po jego ciele. Jednak 
wiedziała,  że  jeśli  spróbuje  to  zrobić,  odrzuci  ją  ponownie.  Nagle  poczuła,  że  dłużej  nie 
zniesie jego obojętności. 

Jęknęła boleśnie i na oślep pobiegła przed siebie po trawie, byle dalej od niego. 
Łzy przesłoniły jej oczy i nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Dopiero po Chwili dotarło 

do  niej,  że  pod  stopami  nie  czuje  już  miękkiej  trawy,  tylko  jakąś  twardą  nawierzchnię. 
Przypadkiem trafiła na biegnącą nie opodal szosę, wzdłuż której płynął ten sam strumień, co 
na posiadłości Slade’a. 

Przystanęła wreszcie i otarła dłonią łzy. Nagle kątem oka spostrzegła, że zbliża się do mej 

coś wielkiego. 

Autobus! To coś, co sunęło wprost na nią z wizgiem opon i włączonym klaksonem, to był 

autobus!

W ostatniej chwili szarpnęła się do tyłu, uderzył ją silny podmuch, silnik zawył tuż przy 

jej twarzy, straciła równowagę i spadła z nasypu wprost do strumienia. 

Woda była taka chłodna i przyjemnie kojąca, a przed oczami Bronwen wirowały dziwne, 

kolorowe  plamy.  Wpatrywała  się  w  nie  z  ciekawością,  nie  dbając  o  to,  że  kompletnie 
przemoczona leży w potoku. Było jej już zupełnie wszystko jedno... 

– Bronwen, skarbie, obudź się. 
Nadal  czuła  wilgoć,  lecz  już  nie  spoczywała  w  strumieniu.  Głos  Slade’a  brzmiał 

zadziwiająco  blisko.  Ociężale  uniosła  powieki.  Ach,  tak,  dlatego  słyszała  go  tak  blisko. 
Przecież to właśnie on niósł ją na rękach. Ociekał wodą, a z niebieskich oczu wyzierała troska 
i uczucie. Chłód i drwina zniknęły z nich bez śladu. Czyżby umarła i znalazła się w niebie? 
Bronwen  zdecydowała,  że  niezależnie  od  tego,  co  się  stało,  i  tak  znalazła  się  tam,  gdzie 
pragnęła być – w ramionach Slade’a. Z pomrukiem zadowolenia zamknęła oczy... 

– Bronwen,  powiedziałem,  obudź  się!  Uświadomiła  sobie,  że  leży  w  łóżku,  starannie 

otulona kołdrą i zupełnie naga. Natarczywy głos Slade’a rozbrzmiewał tuż przy jej uchu. 

– Strasznie krzyczysz – mruknęła sennie. 

background image

– Zrobię coś znacznie gorszego, jeśli natychmiast nie otworzysz oczu. Bronwen, musisz 

być teraz przytomna, nie wolno ci zasnąć. Uderzyłaś się w głowę. 

– Wiem. To było takie, przyjemne. Usłyszała rozpaczliwy jęk. 
– Zobaczysz, że jak zacznę cię budzić siłą, to już nie będzie takie przyjemne – zagroził. 
– Naprawdę? – poczuła silną dłoń na swoim udzie. – A mnie się podoba. 
– Zaraz  przestanie  ci  się  podobać.  Otwórz  oczy.  Natychmiast – domagał  się  tak 

nieustępliwie, że Bronwen dla świętego spokoju podniosła ciężkie powieki. 

– Tak lepiej – zmarszczka między jego brwiami wygładziła się. – Czy masz pojęcie, na 

jak ciężką próbę mnie wystawiłaś, Bronwen Slade?

– Bronwen  Slade?  Ale  ja  się  nazywam...  Och,  nie.  Już  się  nie  nazywam  jak  przedtem, 

prawda?

Uśmiechnął się z taką czułością, że serce Bronwen stopniało jak wosk. 
– Już nie, najdroższa. Odwzajemniła uśmiech. 
– Nazwałeś mnie najdroższą. I skarbem. 
– Bo nim jesteś. Dlatego proszę cię, nie próbuj się znowu zabić. 
– Wcale nie próbowałam... – uśmiech zniknął z jej twarzy. Zmarszczyła brwi, bo poczuła 

lekki ból głowy. – Zachowujesz się wreszcie jak człowiek. 

– Wydawało  mi  się,  że  zawsze  nim  byłem.  Twoja  ciąża  jest  zresztą  doskonałym  tego 

dowodem. 

– Miałam  na  myśli,  że  podczas  rozmowy  nad  strumieniem  traktowałeś  mnie  z  takim 

chłodem... , Delikatnie odsunął jej włosy z twarzy. 

– Wiem.  Po  kilku  dniach  małżeństwa  z  kobietą,  z  którą  nie  mogłem  dać  sobie  rady, 

znajdowałem się w takim stanie, że przeprosiny nie mogły już mnie ułagodzić – uśmiechnął 
się  z  żalem.  – Widzisz,  kocham  cię  od  tak  dawna...  Osiem  lat  temu  byłem  zbyt 
niedoświadczonym  młokosem,  żeby  przyznać  się  do  tego  uczucia  nawet  sam  przed  sobą. 
Kiedy  cię  spotkałem  ponownie,  od  razu  podjąłem  decyzję.  Jak  idiota  sądziłem,  że  gdy  cię 
poślubię, wszystko się jakoś ułoży. Ale nie chciało się ułożyć – spojrzał na nią wymownym 
wzrokiem. – Pragnąłem cię równie mocno, jak ty mnie, ale nie mogłem kochać się z kobietą, 
która mną pogardzała. Sam siebie zapędziłem w kozi róg. 

Skinęła głową, lecz natychmiast tego pożałowała, gdyż ból odezwał się ze zdwojoną siłą. 
– Rozumiem. W takim razie co cię w końcu ułagodziło, skoro nie moje przeprosiny?
– I  tak  wreszcie  by  do  mnie  przemówiły,  zapewniam  cię.  Jednak  wszystko  dotarto  do 

mnie  znacznie  szybciej,  gdy  moja  żona  próbowała  się  zabić  na  moich  oczach – czule 
pocałował Bronwen w czubek nosa. – Bałem się, że początek może okazać się końcem. Że 
wydarzenia zatoczyły pełne kolo i naprawdę zginiesz pod kolami autobusu, jak przed paroma 
tygodniami  doniosły  gazety.  Tym  razem  jednak  z  mojej  winy.  A  ja  nie  chciałbym  żyć  na 
świecie, gdzie nie byłoby pewnej rudej kobiety, która doprowadza mnie do szaleństwa. 

– Och, Slade – dotknęła dłonią jego wilgotnego ramienia. – Tak mi przykro. 
Ujął wąską dłoń i pocałował ją. 
– Oboje  zawiniliśmy.  W  końcu  nic  dziwnego,  że  siostra  nieugięcie  wierzy  w  swojego 

brata. Zwłaszcza że ani razu nie zaprzeczyłem pomówieniom. Po prostu byłem zbyt dumny, 

background image

żeby cię przekonywać o swojej niewinności. 

Bronwen  dotknęła  muskularnej  piersi,  na  której  opinała  się  mokra  koszula.  Dawne 

pragnienie odezwało się w niej z całą mocą. 

– Skrzywdziłam cię. A duma nie jest niczym złym. Gdyby Michael miał jej tyle, co ty, 

pewnie teraz cala nasza trójka nadal mieszkałaby w Pontglas. 

– Wątpię, czy zostałbym w miasteczku, niezależnie od sprawy Michaela. I tak chciałem 

gdzieś wyjechać, szukać... 

– Szukać czego?
– Miłości.  Jedynej  rzeczy,  której  zawsze  mi  brakowało.  Najpierw  walczyłem  o  miłość 

rodziców, ale im bardziej zależało na pełnej butelce niż na synu, potem zabiegałem o miłość 
ciotki Nerys, lecz ona miała własne dzieci do kochania. Wreszcie o twoją, cudowny rudzielcu. 
Stałaś się największym wyzwaniem ze wszystkich. 

– I wygrałeś – powiedziała miękko. – Pokonałeś mnie, Slade. 
– Nie – pochylił  się  i  pocałował  ją.  – Nigdy  nie  chciałem  cię  pokonać,  moja  słodka. 

Myślę, że nasze potyczki zbyt nam się podobają, by któreś chciało wygrać i w ten sposób je 
zakończyć. 

Roześmiała się. 
– Nigdy nie myślałam o sobie jak o walecznej Amazonce. 
Potrząsnął głową. 
– Ty  nie  walczysz  jak  Amazonka.  Ty  załazisz  podstępnie  za  skórę  niczym  zadra  i  nie 

sposób  uwolnić  się  od  myśli  o  tobie.  Jedyny  sposób  na  tę  zadrę...  Ale  to  wtedy,  jak  ty 
będziesz gotowa. 

– Jestem gotowa – objęła go za szyję. 
Slade ze śmiechem wyciągnął się na łóżku i uważnie położył głowę Bronwen na swoim 

ramieniu. 

– Pamiętasz chiński ogród? – spytał nieoczekiwanie. 
– Oczywiście. 
– Widzisz, znalazłem inne miejsce, w którym mogę ukoić moje serce. 
– Gdzie? – pieszczotliwie przesunęła palcami po jego policzku. 
– Tutaj. Wszędzie tam, gdzie jestem z tobą. 
– Moje  serce  mówi  dokładnie  to  samo.  Czy  wiesz,  że  jesteś  zupełnie  mokry? – dodała 

pozornie bez związku. 

– A ty jesteś zupełnie naga. Czyli jest dokładnie tak, jak powinno być. 
Parę minut później przechodząca korytarzem pani Doyle usłyszała dobiegające z sypialni 

odgłosy, które spowodowały, że głośno wyraziła swoje myśli:

– No, wreszcie nowożeńcy ruszyli z martwego punktu. 
Gdyby którekolwiek z nich usłyszało słowa gospodyni, niechybnie zapewniłoby ją, że nie 

tylko ruszyli, ale od razu wzlecieli do siódmego nieba. 

– Pani Bickersley ma kłopot – szepnęła Bronwen do Slade’a. 
Ujął kieliszek z szampanem i uśmiechnął się cierpko. 

background image

– To inni mają kłopot z panią Bickersley. A wszystko dzięki tobie, kochanie. 
Roześmiała  się  i  zerknęła  na  drugi  kraniec  rozświetlonego  słońcem  pokoju,  który  dziś 

wypełniał tłum  rozbawionych  gości. Pod  jednym z  okien pani Bickersley wpatrywała się w 
kartkę papieru i czatowała na każdego, kto nieopatrznie przechodził w pobliżu. 

Sześć  tygodni  minęło  od  dnia,  gdy  Bronwen  wpadła  do  strumienia  i  Slade  wreszcie 

odkrył,  że  życie  bez  piegowatej  małżonki  byłoby  kompletnie  niemożliwe.  Dziś  wyprawiali 
przyjęcie, gdyż następnego ranka odlatywali do Grecji. 

Większość  gości  stanowili  oczywiście  znajomi  Slade’a  i  z  tego  powodu  Bronwen  z 

rozbawieniem nalegała, by zaprosić panią Bickersley, gdyż oprócz sekretarki męża nie znała 
w Vancouver nikogo. 

Ku jej żalowi Michael opuścił Kanadę przed tygodniem. Po zakończeniu procesu swojego 

napastnika wsiadł do najbliższego samolotu lecącego do Londynu. Załatwił swoje sprawy w 
iście rekordowym tempie, ponieważ już dwa dni temu zadzwonił z  wiadomością, iż  pobrali 
się  z  Jenny,  a  Bobby  jest  najwspanialszym  synem, jakiego mógłby sobie  wymarzyć.  Kiedy 
dodał, że nie sprzedaje rodzinnego sklepu, tylko sam go dalej poprowadzi, Bronwen musiała 
szybko poszukać chusteczki. 

Nie miała wątpliwości,  że  ich rodzice,  gdziekolwiek się teraz  znajdowali, byli wreszcie 

szczęśliwi. 

– Co  to  za  kartka,  którą  ona  tak  wymachuje? – Pytanie  S  ladę’a  przy  wróciło  ją  do 

rzeczywistości. 

Bronwen zachichotała i schowała nos w kieliszku. 
– Szampan należy pić, a nie wąchać – szepnął. – Co w tym takiego zabawnego?
Postarała się opanować. 
– Niedawno  odwiedziła  dom  starców,  przecież  wiesz,  jaka  z  niej  szalenie  towarzyska 

osoba. Właśnie przysłali list, że nie akceptują jej wyjaśnienia, iż rozwaliła czyjeś ogrodzenie, 
ponieważ  zastawił  ją  inny  samochód  i  nie  mogła  inaczej  wyjechać.  Czuje  się  śmiertelnie 
obrażona,  gdyż zawiadomili  ją. że  nawet jeśli  samochód zostanie  zablokowany, to  i  tak nie 
ma prawa przejeżdżać przez czyjąś posiadłość i niszczyć ogrodzenia. 

Slade pośpiesznie odstawił kieliszek. 
– Wyrazy współczucia dla tych biedaków – mruknął, a jego ramiona drżały podejrzanie. 
Pani Doyle, której zielono-pomarańczowa sukienka z ogromnym dekoltem wywoływała u 

Bronwen dziwne reakcje, ilekroć na nią spojrzała, podeszła do nich dumnym krokiem. 

– Ktoś, kto przygotowywał potrawy, nie znał się na tym kompletnie. Jak można mieszać 

kawior  z  awokado? – w  jej  głosie  brzmiała  uraza.  – Albo  podawać  wędzonego  węgorza  z
oliwkami? Takie zestawienie kolorów strasznie się ze sobą gryzie. Panie Slade, to po prostu 
skandaliczne. Skandaliczne! – podkreśliła dobitnie. – Trzeba było mnie poprosić, zrobiłabym 
to znacznie lepiej. 

Slade  nie  wytrzymał  i  po  prostu  uciekł  z  pokoju.  – Gdy  przyjęcie  dobiegło  końca  i 

wszyscy  goście już  wyszli,  Bronwen w  rozmarzeniu  wyglądała przez  okno.  Slade  stanął  za 
nią. 

– Nareszcie sami. 

background image

– Z wyjątkiem pani Doyle. 
– I małego Slade’a – położył dłoń na jej brzuchu. 
– A jeśli to mała Bronwen?
– Mam przeczucie, że to chłopiec. Cala następna piątka to będą dziewczynki. 
– Piątka! – wykrzyknęła.  – Jeśli  zamierzasz  zakładać  dynastię,  to  zapewniam  cię,  że 

urodzę ci samych synów. I daję słowo, każdego nazwę Emlyn. 

– Oj, chyba się prosisz o kłopot! Uśmiechnęła się łobuzersko. 
– Zależy, jakiego rodzaju kłopot. 
Slade objął jej zgrabną figurę, która zaczynała się już lekko zaokrąglać. 
– Pani Doyle będzie zajęta w kuchni jeszcze długo – szepnął w zamyśleniu. 
– Też tak myślę. – Odwróciła się i zatopiła palce w złocistych włosach Slade’a. – Zobacz, 

jakie to  szczęście, że  w  gazetach nie  zawsze  są  prawdziwe wiadomości.  Inaczej nie byłoby 
mnie tutaj. 

– Największe szczęście, że jednak nie wpadłaś pod autobus. Błagam, nie kuś losu po raz 

trzeci, bo w przeciwnym razie będę musiał zamknąć cię na klucz w sypialni. 

– Znakomicie! Pod warunkiem, że ty też tam będziesz – mrugnęła do niego i przesunęła 

dłonią po zewnętrznej stronie muskularnego uda. – Pamiętasz, jak się spotkaliśmy w szpitalu?

– Naprawdę prosisz  się  o  kłopoty.  Owszem,  pamiętam.  Byłaś  na  mnie  tak  cięta,  że  nie 

wiedziałem, czy mam się śmiać, czy raczej mocno tobą potrząsnąć. 

– Nie zrobiłeś ani tego, ani tego. Nieoczekiwanie porwał ją na ręce. 
– Zrobiłem coś znacznie bardziej sensownego. 
– Aha – przytaknęła, gdy niósł ją korytarzem. – Ożeniłeś się ze mną. Ale czy to naprawdę 

było takie sensowne?

– Nie  wiem – odparł  szczerze,  gwałtownym  kopnięciem  otwierając  drzwi  sypialni.  –

Wygląda raczej na to, że udało ci się wywrócić moje życie do góry nogami. 

– Tym niemniej,  to  chyba  ja  z  nas  dwojga  zachowałam  poczucie  zdrowego  rozsądku –

zerknęła ponad jego ramieniem. – I nie sądzę, by to było odpowiednie miejsce i czas... 

– Zawsze  jest  odpowiednie  miejsce  i  czas...  – Urwał,  gdy  jego  spojrzenie  padło  na 

szkarłatną  narzutę  ozdobioną  srebrnymi  i  złotymi  frędzlami.  W  otwartej  szafie  widniały 
bajecznie kolorowe dresy. – Och, nie! Wiedziałem, że tracę przez ciebie głowę, ale... 

– Ale nie sądziłeś, że aż na tyle, by wdzierać się do buduaru pani Doyle?
Slade potrząsnął głową. 
– Przy  tobie  wszystko  jest  możliwe – wycofał  się  szybko  z  pokoju.  – Zaraz  ci  to 

udowodnię. 

Tym  razem  otworzył  właściwe  drzwi,  położył  Bronwen  na  łóżku  i  zgodnie  z  obietnicą 

udowodnił jej, że kompletnie traci przez nią głowę.