_______________________________________________
|
|
| |
|
|
|_______________________________________________|
ON
Ujrzałem go pewnej bezsennej nocy, kiedy kr
ąż
yłem rozpaczliwie
ulicami, usiłuj
ą
c uchroni
ć
m
ą
dusz
ę
i wizj
ę
. Przyjazd do Nowego Jorku
okazał si
ę
pomyłk
ą
- poszukiwałem bowiem cudów, uroku i inspiracji,
które miałem nadziej
ę
znale
źć
w
ś
ród labiryntu starych uliczek
wij
ą
cych si
ę
bez ko
ń
ca od zapomnianych podwórców, placów i nabrze
ż
y
po równie zapomniane podwórza, place i nabrze
ż
a w cyklopowych,
nowoczesnych wie
ż
owcach i pinaklach wznosz
ą
cych si
ę
niczym czarne
wie
ż
e Babilonu pod bladym sierpem ksi
ęż
yca. Odnalazłem za
ś
jedynie
groz
ę
i uczucie osobliwego nacisku, które groziły mi zdominowaniem,
sparali
ż
owaniem i absolutnym unicestwieniem.
Rozczarowanie przychodziło stopniowo. Przybywaj
ą
c do miasta, ujrzałem
je po raz pierwszy z mostu wznosz
ą
cego si
ę
majestatycznie ponad
wodami rzeki, a niewiarygodne szczyty i piramidy podnosiły si
ę
delikatnie, niczym główki kwiatów z oparów fioletowej mgły, aby igra
ć
z rozpalonymi do czerwono
ś
ci chmurami i pierwszymi wieczornymi
gwiazdami. Pó
ź
niej ponad tocz
ą
cymi si
ę
leniwie falami zapłon
ę
ły
ś
wiatła w oknach, rozpalały si
ę
jedno po drugim, a poni
ż
ej, na wodzie
kiwały si
ę
i migotały latarnie, syreny mgielne zawodziły swe sm
ę
tne,
charakterystyczne melodie i ogólnie widok ten przywiódł mi na my
ś
l
rozgwie
ż
d
ż
ony firmament snów przesycony niebia
ń
sk
ą
muzyk
ą
,
dorównuj
ą
cy swym majestatem tudom Carcassonne, Samarkandy, Eldorado i
innych wspaniałych, na wpół mitycznych miast. Niedługo potem
wyruszyłem owymi pradawnymi uliczkami tak drogimi mej wyobra
ź
ni -
w
ą
skimi, kr
ę
tymi alejkami i przesmykami, gdzie rz
ę
dy murów z
czerwonej, georgia
ń
skiej cegły mrugały małymi okienkami z drobnych
szybek ponad oflankowanymi kolumnami, drzwiami do domów, łypi
ą
cymi
wynio
ś
le na pozłacane karoce i panelowe powozy - wówczas po raz
pierwszy stwierdziłem,
ż
e skoro udało mi si
ę
urzeczywistni
ć
to z
dawna odczuwane pragnienie, nic nie stoi na przeszkodzie, abym w
swoim czasie stał si
ę
równie
ż
poet
ą
.
Sukces i szcz
ęś
cie nie były mi jednak dane. Jasny dzie
ń
ujawnił
jedynie brud, obco
ść
i dra
ż
liw
ą
obskurno
ść
wszechobecnych, pn
ą
cych
si
ę
jak najwy
ż
ej kamieni wsz
ę
dzie tam, gdzie ksi
ęż
yc zapowiadał
istnienie pi
ę
kna i starszej magii. Tłumy za
ś
, zaludniaj
ą
ce ciasne,
kr
ę
te uliczki, okazały si
ę
nale
ż
e
ć
do rasy
ś
niadych, kr
ę
pych
cudzoziemców o zhardziałych obliczach i w
ą
skich oczach, sprytnych,
inteligentnych, obcych, pozbawionych snów i wi
ę
zi z tym, co
rozgrywało si
ę
wokół nich, którzy nie mieli nic do zaoferowania
bł
ę
kitnookiemu potomkowi starego ludu, w którego sercu płon
ę
ło
umiłowanie czystych, zielonych plantów i białych dachów domów, jakie
widuje si
ę
na terenie Nowej Anglii.
Tak wi
ę
c zamiast weny, na któr
ą
liczyłem, doznałem jedynie uczuci a
niezmo
ż
onej samotno
ś
ci i przyprawiaj
ą
cej o zimny dreszcz ciemno
ś
ci
otaczaj
ą
cej mnie z wszystkich stron. Poznałem równie
ż
ostatni
ą
,
przera
ź
liw
ą
prawd
ę
, której nikt nigdy nie wa
ż
ył si
ę
wcze
ś
niej
wyjawi
ć
, niewysłowion
ą
tajemnic
ę
tajemnic, która brzmiała,
ż
e owo
miasto z kamieni i szkła nie stanowi przedłu
ż
enia
ż
ywota dawnego
miasta, które znajdowało si
ę
kiedy
ś
w tym miejscu, tak jak Londyn
jest Starym Londynem, a Pary
ż
Starym Pary
ż
em, ale
ż
e jest ono martwe,
a jego rozci
ą
gni
ę
te bezładnie cielsko zostało niedokładnie
zabalsamowane i zaroiło si
ę
, niczym robactwem, osobliwymi,
animowanymi istotami, które ma z nim tyle
ż
wspólnego, co ów nie
ż
ywy
twór z prawdziwym istnieniem. Dokonawszy tego odkrycia, nie mogłem
sypia
ć
spokojnie, w ko
ń
cu jednak osi
ą
gn
ą
łem stan pewnej (aczkolwiek
zrezygnowanej) równowagi, w miar
ę
jak wyrobiłem w sobie nawyk
unikania ulic za dnia i przemierzania ich wył
ą
cznie noc
ą
, która
wydobywa z zapomnienia t
ę
odrobin
ę
przeszło
ś
ci, jaka jeszcze w nich
pozostała, a stare bielone odrzwia przypominaj
ą
sobie skulone
sylwetki, które dawno temu prze
ś
lizgiwały si
ę
przez nie cichaczem.
Z pewn
ą
ulg
ą
napisałem kilka wierszy, ale wci
ąż
nie chciałem powróci
ć
do mego ludu, nie dopuszczaj
ą
c do siebie my
ś
li o pora
ż
ce.
I wtedy, pewnej bezsennej nocy, spotkałem tego m
ęż
czyzn
ę
. Stało si
ę
to na ukrytym podwórzu w dzielnicy Greenwich, gdzie zamieszkałem
wskutek mej ignorancji, gdy
ż
doszły mnie słuchy,
ż
e tu wła
ś
nie
znajduje si
ę
najwi
ę
ksze naturalne skupisko poetów i artystów.
Archaiczne alejki, domy i niespotykane nigdzie indziej podwórza oraz
dziedzi
ń
ce rzeczywi
ś
cie wywarły na mnie nader pozytywne wra
ż
enie,
lecz poeci i arty
ś
ci, których tam odnalazłem, okazali si
ę
jedynie
krzykliwymi oszustami, amatorami, sztucznymi jak tania błyskotka, ich
ż
ycie za
ś
pozbawione było (za ich przyzwoleniem) czystego pi
ę
kna
składaj
ą
cego si
ę
na poezj
ę
i sztuk
ę
, czyli tego wszystkiego, co w
gł
ę
bi serca ukochałem. Wyobra
ż
ałem sobie,
ż
e s
ą
tacy jak w czasach,
gdy wioska Greenwich t
ę
tniła samoistnym
ż
yciem, nie wchłoni
ę
ta
jeszcze przez wielkomiejsk
ą
metropoli
ę
, a w godzinach przed
ś
witu,
kiedy wszyscy birbanci i lumpy układali si
ę
na spoczynek, kroczyłem
samotnie po
ś
ród kr
ę
tych, tajemnych alejek, rozmy
ś
laj
ą
c o osobliwych
sekretach pozostawionych przez pokolenia zamieszkuj
ą
cych tu ludzi. To
utrzymywało m
ą
dusz
ę
przy
ż
yciu i obdarzało snami oraz wizjami,
które, aczkolwiek nieliczne, zaspokajały pragnienia tkwi
ą
cego we mnie
poety.
M
ęż
czyzna natkn
ą
ł si
ę
na mnie około drugiej pewnej chmurnej,
sierpniowej nocy, kiedy przemierzałem rz
ą
d rzadko ucz
ę
szczanych, na
wpół zapomnianych podwórzy, do których obecnie mo
ż
na było doj
ść
jedynie przez nie o
ś
wietlone przej
ś
cia dziel
ą
cych je budynków, a
które niegdy
ś
tworzyły cał
ą
sie
ć
uroczych, malowniczych alejek.
Usłyszałem o nich niejako przypadkiem i nie otrzymałem
ś
cisłych
informacji, okazało si
ę
bowiem,
ż
e nie ma ich na
ż
adnej współczesnej
mapie, niemniej fakt, i
ż
zostały zapomniane, tylko wzbudził moje
zainteresowanie i ze zdwojon
ą
gorliwo
ś
ci
ą
wyruszyłem na ich
poszukiwanie. Teraz, gdy je odnalazłem, o
ż
ywiłem si
ę
raz jeszcze,
gdy
ż
co
ś
w ich układzie niejasno sugerowało,
ż
e mogły stanowi
ć
ledwie
zacz
ą
tek całej sieci mrocznych, odrzuconych alejek i uliczek,
ogrodzonych i ograniczonych wysokimi murami,
ś
cianami domów czy nie
o
ś
wietlonymi przej
ś
ciami, do których nigdy nie zapuszczali si
ę
ś
niadzi cudzoziemcy i których strzegli skryci, małomówni arty
ś
ci
zajmuj
ą
cy si
ę
rzeczami nie przeznaczonymi dla szerokiej publiczno
ś
ci
i nie ogl
ą
daj
ą
cymi nigdy
ś
wiatła dziennego.
Odezwał si
ę
do mnie bez
ż
adnej zach
ę
ty z mojej strony, zwracaj
ą
c
uwag
ę
na mój nastrój i spojrzenia, jakimi obrzucałem pewne
zaopatrzone w kołatki odrzwia ponad otoczonymi balustrad
ą
schodami.
Blada po
ś
wiata z umieszczonych nad wej
ś
ciami okienek nie
ś
miało
o
ś
wietlała m
ą
twarz.
Jego oblicze ton
ę
ło w cieniu. Nosił na głowie szerokoskrzydły
kapelusz, który nadspodziewanie dobrze pasował do jego
staro
ś
wieckiego płaszcza. Zanim jednak odezwał si
ę
do mnie, poczułem
dziwny, niczym nie wytłumaczony niepokój. Był bardzo szczupły, wr
ę
cz
chudy, istna skóra i ko
ś
ci, głos miał niewiarygodnie mi
ę
kki i pusty,
ale nieszczególnie gł
ę
boki. Stwierdził,
ż
e widział mnie kilkakrotnie
podczas mych nocnych w
ę
drówek, i dodał,
ż
e przypominam mu jego samego
z przeszło
ś
ci, kiedy to wiedziony skrywanymi w gł
ę
bi ducha
pragnieniami odbywał podobne wycieczki. Czy nie zechciałbym
przewodnika, kogo
ś
, kto dłu
ż
ej ode mnie prowadził podobne
poszukiwania, a jego zasób informacji i wiedza o tutejszych
zakamarkach były du
ż
o wi
ę
ksze ni
ż
nowo przybyłego w
ę
drowca takiego
jak ja?
Kiedy mówił, przez mgnienie oka dostrzegłem jego twarz w strudze
ż
ółtego
ś
wiatła z pojedynczego okna na poddaszu. Było to przystojne,
niemłode ju
ż
oblicze zdradzaj
ą
ce szlachecki rodowód, które w tym
czasie i miejscu wydawało si
ę
wr
ę
cz absurdalne. Było w nim jednak co
ś
jeszcze, co zaniepokoiło mnie równie mocno, jak widok ostrych,
silnych rysów natchn
ą
ł mnie rado
ś
ci
ą
. By
ć
mo
ż
e było zbyt blade, zbyt
pozbawione wyrazu i zbyt ró
ż
ne od fizjonomii tutejszej społeczno
ś
ci i
wła
ś
nie dlatego poczułem si
ę
dziwnie nieswojo. Tak czy inaczej,
pod
ąż
yłem za nim, w tych ponurych dniach poszukiwanie tego, co stare,
pi
ę
kne i tajemnicze, było bowiem wszystkim, co pozwalało utrzyma
ć
m
ą
dusz
ę
przy
ż
yciu, i uznałem za rzadkie zrz
ą
dzenie losu spotkanie z
człowiekiem, który, podzielaj
ą
c w pełni me zainteresowania, uzyskał
rezultaty dalece przewy
ż
szaj
ą
ce moje skromne osi
ą
gni
ę
cia.
Co
ś
, by
ć
mo
ż
e sama noc, sprawiło,
ż
e otulony płaszczem m
ęż
czyzna
pogr
ąż
ył si
ę
w pos
ę
pnym milczeniu i przez dług
ą
godzin
ę
prowadził
mnie, nie wypowiedziawszy cho
ć
by jednego niepotrzebnego słowa; rzucał
jedynie zdawkowe komentarze dotycz
ą
ce prastarych nazw, dat i zmian, a
pełni
ą
c rol
ę
mego przewodnika, posługiwał si
ę
głównie gestami. W ten
oto sposób przeciskali
ś
my si
ę
przez w
ą
skie ł
ą
czniki, przemierzali
ś
my
ciasne, mroczne korytarze, pokonywali
ś
my ceglane murki, a raz nawet
przepełzli
ś
my na czworakach przez niskie, łukowato sklepione kamienne
przej
ś
cie, którego niesamowita długo
ść
i przyprawiaj
ą
ca o zawroty
głowy liczba zakr
ę
tów pozbawiła mnie do szcz
ę
tu resztek orientacji,
jakie do tej pory udało mi si
ę
zachowa
ć
. Rzeczy, które widzieli
ś
my,
były bardzo stare i przecudowne lub takie si
ę
wydawały, kiedy
postrzegałem je w słabym, blado
ż
ółtym
ś
wietle. Nigdy jednak nie
zapomn
ę
gigantycznych jo
ń
skich kolumn,
ż
łobkowanych pilastrów i
bogato zdobionych,
ż
elaznych ogrodze
ń
, o
ś
wietlonych okien o małych
szybkach i ozdobnych latarni, które stawały si
ę
coraz rzadsze i coraz
dziwniejsze, im gł
ę
biej zapuszczali
ś
my si
ę
w ten niewyczerpany
labirynt nieznanej i zapomnianej przeszło
ś
ci.
Nie spotkali
ś
my nikogo i w miar
ę
upływu czasu coraz mniej było
o
ś
wietlonych okien. Z pocz
ą
tku widzieli
ś
my tylko latarnie naftowe,
pó
ź
niej za
ś
pojawiły si
ę
latarnie ze
ś
wiecami, a
ż
w ko
ń
cu, pokonawszy
pewne przera
ź
liwe, nie o
ś
wietlone podwórze, gdzie mój przewodnik
musiał szuka
ć
w ciemno
ś
ci, po omacku sw
ą
osłoni
ę
t
ą
r
ę
kawic
ą
dłoni
ą
,
by odnale
źć
w
ą
sk
ą
, drewnian
ą
bram
ę
w wysokim murze, dotarli
ś
my do
fragmentu alejki, gdzie lampy paliły si
ę
przy co siódmym domu. Były
to - rzecz niesłychana - kolonialne, blaszane latarnie ze sto
ż
kowymi
nasadami i otworami w bocznych
ś
ciankach. Alejka ta wiodła stromo pod
gór
ę
- bardziej stromo ni
ż
wydawało mi si
ę
to mo
ż
liwe w tej cz
ęś
ci
Nowego Jorku - a jej górny koniec przegradzał poro
ś
ni
ę
ty bluszczem
mur prywatnej posesji, za którym mogłem dostrzec szczyt bladej kopuły
i wierzchołki drzew kołysz
ą
ce si
ę
na tle rozja
ś
niaj
ą
cego si
ę
nieba. W
murze tym znajdowała si
ę
mała, nisko sklepi ona brama z nabitego
ć
wiekami, czarnego d
ę
bu, któr
ą
m
ęż
czyzna otworzył olbrzymim kluczem.
Wprowadziwszy mnie do
ś
rodka, ruszył po
ś
ród kompletnych ciemno
ś
ci
wzdłu
ż
, jak mi si
ę
zdawało,
ż
wirowej
ś
cie
ż
ki i w ko
ń
cu po kilku
kamiennych stopniach do drzwi frontowych domu, które otworzył kluczem
i uchylił przede mn
ą
.
Weszli
ś
my i w tej samej chwili zrobiło mi si
ę
słabo, gdy
ż
poczułem
niesamowity fetor przesycaj
ą
cy powietrze, którego fala wypłyn
ę
ła nam
na spotkanie. Była to odra
ż
aj
ą
ca wo
ń
, której nagromadzenie
wytłumaczy
ć
mo
ż
na było jedynie trwaj
ą
cym od stuleci procesem
rozkładu.
Gospodarz mój zdawał si
ę
tego nie zauwa
ż
a
ć
, a ja z uwagi na swe dobre
wychowanie zachowałem stosowne milczenie, gdy przeprowadził mnie po
kr
ę
tych schodach na pi
ę
tro i korytarzem do pokoju, którego drzwi, jak
usłyszałem, skrz
ę
tnie zamkn
ą
ł za nami na klucz. Nast
ę
pnie ujrzałem,
jak zaci
ą
ga zasłony trzech okien o małych szybkach, które na tle
ja
ś
niejszego nieba wydawały si
ę
prawie niewidoczne. To uczyniwszy,
podszedł do obramowania kominka, by przy u
ż
yciu stali i krzesiwa
zapali
ć
dwie z licz
ą
cego dwana
ś
cie
ś
wiec kandelabru, po czym
stosownym gestem oraz miłym słowem zaprosił mnie, bym usiadł.
W słabym, migotliwym
ś
wietle ujrzałem,
ż
e znajdowali
ś
my si
ę
w
przestronnej, dobrze umeblowanej, wyło
ż
onej boazeri
ą
bibliotece
pochodz
ą
cej z pocz
ą
tku osiemnastego wieku, z przepysznymi pedymentami
przy wej
ś
ciu, wspaniałym doryckim karnesem i ozdobnym obramowaniem
kominka. Ponad półkami wypełnionymi ksi
ę
gami, w przerwach na
ś
cianach
wisiały udatne portrety rodzinne, wszystkie jednak zmatowiałe do
stanu enigmatycznej szaro
ś
ci i nosz
ą
ce
ś
lad wyra
ź
nego podobie
ń
stwa do
m
ęż
czyzny, który wskazał mi wła
ś
nie krzesło stoj
ą
ce obok zgrabnego
stołu chippendale. Zanim zasiadł po drugiej jego stronie, naprzeciw
mnie, gospodarz mój znieruchomiał na chwil
ę
, jakby zakłopotany, po
czym skrz
ę
tnie zdj
ą
ł r
ę
kawiczki, szerokoskrzydły kapelusz oraz
peleryn
ę
, staj
ą
c w teatralnej pozie, by ukaza
ć
strój, jaki miał na
sobie, pełny kostium z połowy okresu georgia
ń
skiego, pocz
ą
wszy od
utrefionej, upudrowanej peruki i kryzy, po si
ę
gaj
ą
ce kolan bryczesy,
jedwabne po
ń
czochy i buty ze sprz
ą
czkami, których wcze
ś
niej nie
zauwa
ż
yłem. M
ęż
czyzna osun
ą
ł si
ę
wolno na krzesło z oparciem w
kształcie liry, wbijaj
ą
c we mnie przenikliwy wzrok.
Bez kapelusza wydał mi si
ę
du
ż
o starszy, ni
ż
przypuszczałem, i
zastanawiałem si
ę
, czy owa ledwie dostrzegalna wcze
ś
niej oznaka
osobliwej długowieczno
ś
ci nie stanowiła zasadniczego
ź
ródła mego
zaniepokojenia. Kiedy w ko
ń
cu przemówił, jego mi
ę
kki, pusty i
starannie tłumiony głos cz
ę
sto si
ę
łamał. Od czasu do czasu miałem
wi
ę
c trudno
ś
ci, aby za nim nad
ąż
y
ć
, niemniej słuchałem go z
nieskrywanym zdumieniem i niejasnym niepokojem, który narastał we
mnie z minuty na minut
ę
.
- Macie przed sob
ą
, panie - zacz
ą
ł mój gospodarz - człowieka wielce
ekscentrycznych nawyków, za którego ubiór osoby o waszej
inteligencji, skłonno
ś
ciach i przekonaniach bynajmniej nie trzeba
przeprasza
ć
. Rozmy
ś
laj
ą
c o lepszych czasach, bez skrupułów przyj
ą
łem
tamtejszy styl ubierania oraz maniery; nawyk ów, je
ś
li nie nazbyt
ostentacyjny, nie powinien wyda
ć
si
ę
nikomu obra
ź
liwy. Miałem
szcz
ęś
cie utrzyma
ć
wiejsk
ą
posiadło
ść
moich przodków, pomimo i
ż
pochłon
ę
ły j
ą
a
ż
dwa miasta - najpierw Greenwich, które zbudowano tu
po roku 1800, a nast
ę
pnie Nowy Jork, przył
ą
czony około roku 1830.
Wiele było w mojej rodzinie powodów do zachowania tej posesji i
starałem si
ę
mo
ż
liwie jak najlepiej wypełnia
ć
spoczywaj
ą
ce na mnie
powinno
ś
ci. Dziedzic, który przej
ą
ł ten maj
ą
tek w 1768 roku,
studiował pewne sztuki i dokonał pewnych odkry
ć
, które wi
ą
zały si
ę
nierozerwalnie z moc
ą
zawart
ą
w tym szczególnym zak
ą
tku ziemi,
wymagaj
ą
cym stałego i wzmo
ż
onego nadzoru. Zamierzam ukaza
ć
wam pewne
osobliwe rezultaty owych sztuk i odkry
ć
, naturalnie w
ś
cisłej
tajemnicy, ufam jednak - a znam si
ę
troch
ę
na ludziach -
ż
e
zawierzaj
ą
c wam swe sekrety, z uwagi na wasze niezwykłe
zainteresowania, nie sprawicie mi, panie, zawodu.
Przerwał, a ja tylko skin
ą
łem głow
ą
. Wspomniałem ju
ż
,
ż
e byłem
zaniepokojony, lecz dla mojej duszy nie było nic bardziej zabójczego
ni
ż
Nowy Jork za dnia, a niezale
ż
nie od tego, czy człek ten był
niegro
ź
nym ekscentrykiem czy znawc
ą
ś
miertelnie niebezpiecznych
sztuk, nie miałem innego wyboru, jak tylko da
ć
si
ę
mu poprowadzi
ć
i
pozwoli
ć
, by zadziwił mnie swymi sekretnymi rewelacjami. Tak wi
ę
c
zamieniłem si
ę
w słuch.
- Dla mego przodka - ci
ą
gn
ą
ł łagodnym tonem - ludzka wola zdawała si
ę
posiada
ć
pewne wyj
ą
tkowe wła
ś
ciwo
ś
ci, wła
ś
ciwo
ś
ci z rzadka
podejrzewanej dominacji wywieraj
ą
cej wpływ nie tylko na poczynania
własne i innych osób, lecz na wszelkiego rodzaju siły i rzeczy
istniej
ą
ce w naturze, jak równie
ż
na rozliczne
ż
ywioły i wymiary
wydaj
ą
ce si
ę
jeszcze bardziej uniwersalne ni
ź
li sama natura. Czy mam
jeszcze doda
ć
, i
ż
blu
ź
nił on tak powszechnie uznanym
ś
wi
ę
to
ś
ciom, jak
czas i przestrze
ń
, przeprowadzaj
ą
c osobliwe rytuały pewnych półkrwi
Indian, którzy zamieszkiwali ongi
ś
na tym wzgórzu? Indianie ci stali
si
ę
istn
ą
plag
ą
, kiedy zbudowano t
ę
posiadło
ść
, i naprzykrzali si
ę
niepomiernie, domagaj
ą
c si
ę
, by zezwolono im na odwiedzanie tych
terenów podczas ka
ż
dej pełni ksi
ęż
yca. Przez całe lata, kiedy tylko
mogli, przekradali si
ę
w okre
ś
lone noce przez mur i w skryto
ś
ci
dokonywali okrutnych, mrocznych rytuałów. W 1868 roku nowy dziedzic
przyłapał ich podczas jednego z obrz
ę
dów i to, co ujrzał, wprawiło go
w osłupienie. Od tej pory handlował z nimi i zezwalał na odwiedzanie
posiadło
ś
ci, kiedy tylko tego zapragn
ę
li, w zamian za
ś
cisłe
informacje na temat tego, co robili. Dowiedział si
ę
,
ż
e obrz
ę
dy te
były po cz
ęś
ci spu
ś
cizn
ą
ich czerwonoskórych przodków, po cz
ęś
ci za
ś
pochodziły od starego Holendra z czasów Stanów Generalnych. Niech go
zaraza ze
ż
re. W tydzie
ń
po tym, jak poznał tajemnic
ę
Indian, dziedzic
- czy to celowo czy przypadkiem - pocz
ę
stował ich wyj
ą
tkowo
nie
ś
wie
ż
ym rumem, tak czy inaczej, pozostał jedynym człowiekiem
znaj
ą
cym tajemnic
ę
starego plemienia. Wy, panie, jeste
ś
cie pierwszym
człowiekiem z zewn
ą
trz, który poznał prawd
ę
o tym zdarzeniu i niech
mnie piekło pochłonie, gdybym miał ryzykowa
ć
jej ujawnienie, wiem
wszelako,
ż
e
ż
ywo interesujecie si
ę
tego typu sprawami - przeszło
ś
ci
ą
i z dawna zapomnianymi mocami.
Wzdrygn
ą
łem si
ę
, słysz
ą
c słowa i niezwykłe, pochodz
ą
ce z przeszło
ś
ci
akcenty w jego głosie. A mój gospodarz jak gdyby nigdy nic mówił
dalej.
- Musicie jednak wiedzie
ć
, panie,
ż
e to, czego ów dziedzic dowiedział
si
ę
od tych czerwonych dzikusów, stanowiło zaledwie drobn
ą
cz
ą
stk
ę
zdobytej przeze
ń
wiedzy. Nie na darmo ucz
ę
szczał do Oksfordu czy
wiódł długie dysputy z prastarym chemikiem i astrologiem w Pary
ż
u.
Stało si
ę
dla
ń
jasne - a teraz pragn
ą
ł to jedynie udowodni
ć
-
ż
e cały
ś
wiat jest jeno dymem naszych intelektów, który przepływa obok dla
wszystkich ignorantów i wulgarnych prostaków, a którymi ludzie
roztropni mog
ą
zaci
ą
ga
ć
si
ę
z lubo
ś
ci
ą
niczym dymem przedniego
wirgi
ń
skiego tytoniu. Jeste
ś
my w stanie urzeczywistni
ć
nasze
pragnienia, a to, czego nie chcemy, mo
ż
emy gładko odrzuci
ć
. Nie
powiem,
ż
e to wszystko jest w stu procentach prawd
ą
, niemniej jest
ni
ą
z pewno
ś
ci
ą
na tyle, aby od czasu do czasu do
ś
wiadczy
ć
udatnego
widowiska. Wy, jak mniemam, z zadowoleniem przyjmujecie krótki wgl
ą
d
w czasy, których ujrzenia nie dozwala wam wasza wyobra
ź
nia, przeto
postarajcie si
ę
stłumi
ć
w sobie l
ę
k przed drobnym pokazem, którego
b
ę
dziecie teraz
ś
wiadkiem. Podejd
ź
cie do okna i nie mówcie nic.
Gospodarz uj
ą
ł mnie za r
ę
k
ę
i podprowadził do jednego z dwóch okien w
dłu
ż
szej
ś
cianie odra
ż
aj
ą
co cuchn
ą
cego pokoju. Ju
ż
pierwsze
dotkni
ę
cie jego nie przyobleczonych w r
ę
kawiczk
ę
palców zmroziło mnie
do szpiku ko
ś
ci. Jego ciało, cho
ć
suche i twarde, było chłodne jak
lód, mało brakowało, a gwałtownie wyrwałbym r
ę
k
ę
z nieprzyjemnego
u
ś
cisku. Znów jednak pomy
ś
lałem o pustce i grozie rzeczywisto
ś
ci i
zebrawszy w sobie
ś
miało
ść
, wyruszyłem na spotkanie nieznanego.
Znalazłszy si
ę
przy oknie, m
ęż
czyzna rozsun
ą
ł
ż
ółte, jedwabne zasłony
i nakazał, bym wyjrzał na zewn
ą
trz. Przez chwil
ę
nie widziałem nic
oprócz miliarda drobnych, ta
ń
cz
ą
cych
ś
wietlnych punkcików, daleko,
bardzo daleko przede mn
ą
. Wtem, jakby w odpowiedzi na sekretny ruch
dłoni mego gospodarza, niebo przeci
ę
ła błyskawica, a ja ujrzałem
przed sob
ą
morze bujnej ro
ś
linno
ś
ci, ro
ś
linno
ś
ci nieskalanej wsz
ę
dzie
tam, gdzie ka
ż
dy normalny człowiek spodziewałby si
ę
zobaczy
ć
morze
dachów. Po mojej prawicy migotały zjadliwe fale Hudsonu, a w oddali,
na wprost, dostrzegłem niezdrowe l
ś
nienie rozległych, słonych
trz
ę
sawisk, nad którymi unosiły si
ę
chmary
ś
wietlików.
Ś
wiatło
błyskawicy dogasło i złowieszczy u
ś
miech rozja
ś
nił woskowe oblicze
starego nekromanty.
- To było przed moimi czasami - przed nastaniem nowego dziedzica.
Spróbujmy raz jeszcze.
Czułem si
ę
słabo, byłem w znacznie gorszym stanie ni
ż
ten, który
wywołała we mnie znienawidzona nowoczesno
ść
przekl
ę
tego miasta.
- Dobry Bo
ż
e! - wyszeptałem - czy mo
ż
ecie to czyni
ć
, kiedy zechcecie?
- A gdy skin
ą
ł głow
ą
i obna
ż
ył czarne pie
ń
ki tego, co było kiedy
ś
ż
ółtymi kłami, schwyciłem si
ę
mocno zasłony, by nie upa
ść
. On jednak
podtrzymał mnie zimnymi jak lód szponami palców i ponownie wykonał
zło
ż
ony, sekretny gest.
Znowu błysn
ę
ło - lecz tym razem obraz nie był ju
ż
tak obcy. Było to
Greenwich, takie jak w przeszło
ś
ci, tu i ówdzie wida
ć
było dachy
domów, przecudowne zielone alejki, pola i skrawki trawiastych
plantów. W oddali wci
ąż
skrzyły si
ę
moczary, lecz poza nimi ujrzałem
ju
ż
wierzchołki nowojorskich budowli - Trinity, St Paul i Brick
Church górowały nad innymi, a w powietrzu unosiła si
ę
mgiełka dymu
palonych drew. Oddychałem ci
ęż
ko, nie tyle wstrz
ąś
ni
ę
ty samym
widokiem, ile raczej mo
ż
liwo
ś
ci
ą
, i
ż
na m
ą
wyobra
ź
ni
ę
rzucony został
jaki
ś
straszliwy urok.
- Czy mo
ż
ecie - odwa
ż
ycie si
ę
- pój
ść
jeszcze dalej? - spytałem
zdj
ę
ty groz
ą
i przez chwil
ę
wydawało mi si
ę
,
ż
e podzielał moje
odczucia, lecz w ko
ń
cu znów u
ś
miechn
ą
ł si
ę
zjadliwie.
- Dalej? To, com widział, zmieniłoby was w szalony słup soli! Wstecz
i w przód, wstecz i w przód. Patrz, t
ę
paku, patrz!
I zmełłszy w ustach te słowa, wykonał jeszcze jeden gest - tym razem
błysk był znacznie silniejszy ni
ż
poprzednie. Przez pełne trzy
sekundy oczom mym ukazał si
ę
pandemoniczny widok, wizja, która od tej
pory ju
ż
zawsze prze
ś
ladowa
ć
mnie b
ę
dzie w snach. Ujrzałem niebiosa,
w których roiło si
ę
od osobliwych, lataj
ą
cych istot, a w dole
piekielne, czarne miasto z wielkimi, kamiennymi tarasami,
blu
ź
nierczymi piramidami mierz
ą
cymi wierzchołkami ku ksi
ęż
ycowi i
diabelskimi
ś
wiatłami gorej
ą
cymi w niezliczonych oknach. Na
napowietrznych galeriach za
ś
dostrzegłem odra
ż
aj
ą
ce kł
ę
bowisko
ż
ółtoskórych, sko
ś
nookich mieszka
ń
ców tego miasta przyodzianych w
przera
ź
liwe, pomara
ń
czo-woczerwone szaty i pl
ą
saj
ą
cych obł
ą
ka
ń
czo w
rytm wygrywany na groteskowych kotłach, obscenicznych krotalach i
zawodz
ą
cych upiornie rogach, których d
ź
wi
ę
ki wznosiły si
ę
i opadały
niby fale blu
ź
nierczego, bitumicznego oceanu.
Jak mówi
ę
, ujrzałem to wszystko i usłyszałem niejako w gł
ę
bi duszy
przera
ź
liw
ą
, blu
ź
niercz
ą
kakofoni
ę
, która towarzyszyła tym obrazom.
Ten wyj
ą
cy koszmar niepoj
ę
tej grozy, owo trupie miasto, którego widok
przepełnił m
ą
dusz
ę
dojmuj
ą
c
ą
groz
ą
, sprawiły,
ż
e zapomniałem o
nakazie zachowania bezwzgl
ę
dnej ciszy i zacz
ą
łem krzycze
ć
.
Krzyczałem, wyłem i ryczałem, wysiadły mi bowiem nerwy, a
ś
ciany
wokół mnie dygotały niczym galareta.
Wtem, kiedy
ś
wiatło pioruna przygasło, ujrzałem,
ż
e mój gospodarz
dr
ż
y równie
ż
- wyraz wywołanego szokiem przera
ż
enia na wpół wymazał z
jego oblicza grymas zjadliwego gniewu spowodowany mymi wrzaskami.
Zachwiał si
ę
i schwycił kotary, tak jak ja poprzednio, i jak
ś
cigane
zwierz
ę
j
ą
ł obraca
ć
głow
ą
z boku na bok. Bóg jeden wie,
ż
e miał po
temu powód, gdy
ż
kiedy ucichło echo mego krzyku, rozległ si
ę
kolejny
odgłos tak piekielnie sugestywny,
ż
e jedynie ogólne odr
ę
twienie i
przyt
ę
pienie odbieranych wra
ż
e
ń
pozwoliło mi zachowa
ć
ś
wiadomo
ść
oraz
zdrowe zmysły. Było to regularne, dziwnie ukradkowe skrzypienie
schodów za zamkni
ę
tymi drzwiami, jakby wspinała si
ę
po nich cała
horda bosonogich lub nosz
ą
cych mi
ę
kkie obuwie ludzi, a
ż
w ko
ń
cu
rozległo si
ę
ostro
ż
ne zrazu grzechotanie mosi
ęż
nej zasuwki,
błyszcz
ą
cej w w
ą
tłym
ś
wietle migocz
ą
cych
ś
wiec. Starzec zachwiał si
ę
na nogach i zamachn
ą
ł na mnie, zakrzywiaj
ą
c lodowate palce w szpony.
Z jego ust wraz z kropelkami
ś
liny popłyn
ę
ły warkliwe, jakby z oporem
wyrzucane słowa.
- Pełnia ksi
ęż
yca... b
ą
d
ź
przekl
ę
ty... ty... ty... skoml
ą
cy psie...
przywołałe
ś
ich... id
ą
po mnie! Stopy obute w mokasyny... umarli...
niech was piekło pochłonie, czerwone diabły, nie zatrułem waszego
rumu... czy
ż
nie strzegłem nale
ż
ycie sekretów magii, które mi
powierzyli
ś
cie?... przekl
ę
te
ś
winie, zaszkodził wam nadmiar alkoholu,
odejd
ź
cie, powiadam! Nie wi
ń
cie dziedzica za to, co si
ę
stało!
Odejd
ź
cie, nic tu po was! Zostawcie te drzwi...
W tej samej chwili trzy powolne i bardzo silne, nieprzypadkowe
uderzenia zadygotały grubymi drzwiami, a w k
ą
cikach ust
rozgor
ą
czkowanego czarownika pojawiła si
ę
piana. Jego przera
ż
enie
przerodziło si
ę
w depresj
ę
i znów poczuł przypływ w
ś
ciekło
ś
ci
wzgl
ę
dem mnie. Chwiejnie post
ą
pił w stron
ę
stołu, którego brzegu
kurczowo si
ę
przytrzymywałem. Zasłony, które
ś
ciskał w prawej r
ę
ce,
zamachuj
ą
c si
ę
lew
ą
, napr
ęż
yły si
ę
i ostatecznie run
ę
ły wraz z
wyrwanym karniszem, a wn
ę
trze pokoju zalał blask ksi
ęż
yca w pełni,
srebrzyste
ś
wiatło rozja
ś
niaj
ą
ce ciemno
ść
nieba. Migocz
ą
ce
ś
wiece
przygasły, a cuchn
ą
cy st
ę
chlizn
ą
pokój wydał mi si
ę
jeszcze bardziej
zapomniany ni
ż
dotychczas, pomieszczenie toczyła zgnilizna, boazeri
ę
z
ż
erały korniki, klepki podłogi były wypaczone, kominek
poobtłukiwany, meble stare i zniszczone, zasłony postrz
ę
pione.
Wra
ż
enie to nie omin
ę
ło równie
ż
starca, cho
ć
nie wiem, czy
ź
ródłem
była ksi
ęż
ycowa po
ś
wiata, czy mo
ż
e aura jego l
ę
ku i gor
ą
czkowej
pasji, faktem jest,
ż
e ujrzałem, jak czernieje i kurczy si
ę
,
podchodz
ą
c do mnie na uginaj
ą
cych si
ę
nogach, by ponownie spróbowa
ć
mnie dosi
ę
gn
ąć
zakrzywionymi niby szpony palcami. Tylko jego oczy
pozostały nie zmienione, emanuj
ą
c dodaj
ą
cy mu sił biały blask,
podczas gdy reszta oblicza wokół nich marszczyła si
ę
, zapadała i
przybierała barw
ę
zw
ę
glonego drewna.
Łomotanie narastało z minuty na minut
ę
, a
ż
w ko
ń
cu do odgłosów
głuchych uderze
ń
doł
ą
czył charakterystyczny zgrzyt metalu. Czarna
istota naprzeciw mnie zmieniła si
ę
teraz w sam
ą
głow
ę
z oczami, która
bezskutecznie usiłowała przepełzn
ąć
w moj
ą
stron
ę
po zapadaj
ą
cej si
ę
podłodze i raz po raz wyrzucała z siebie syk przepełniony
niezmierzon
ą
zjadliwo
ś
ci
ą
i nie
ś
mierteln
ą
nienawi
ś
ci
ą
. Teraz na mocno
ju
ż
naruszone odrzwia posypał si
ę
istny grad uderze
ń
, w szczelinach,
jakie si
ę
na nich pojawiły, raz po raz dostrzegałem złowró
ż
bny błysk
ostrza tomahawka.
Nie ruszyłem si
ę
z miejsca, bo nie byłem w stanie, patrzyłem jedynie
w niemym osłupieniu, jak drzwi rozsypuj
ą
si
ę
na kawałki, by wpu
ś
ci
ć
do
ś
rodka gigantyczn
ą
, bezkształtn
ą
mas
ę
atramentowej substancji
upstrzon
ą
niezliczonym mrowiem łypi
ą
cych złowrogo oczu. Przelewała
si
ę
szybko g
ę
st
ą
, oleist
ą
strug
ą
, jak strumie
ń
oleju przebijaj
ą
cy
przegniły bukszpryt. Rozlewaj
ą
c si
ę
coraz dalej, przewróciła krzesło,
a
ż
w ko
ń
cu przepłyn
ą
wszy pod stołem, dotarła na drugi koniec pokoju,
gdzie wci
ąż
łypała na mnie poczerniała głowa z oczami. Zamkn
ę
ła si
ę
wokół niej, zupełnie j
ą
pochłaniaj
ą
c, a w chwil
ę
pó
ź
niej zacz
ę
ła si
ę
wycofywa
ć
, zabieraj
ą
c swe niewidoczne brzemi
ę
, nawet mnie nie
dotkn
ą
wszy. Wypłyn
ę
ła przez poczerniałe wej
ś
cie i w dół niewidocznych
schodów, które zaskrzypiały jak poprzednio, tyle
ż
e dokładnie na
odwrót.
Wła
ś
nie wtedy run
ę
ła podłoga, a ja osun
ą
łem si
ę
, nawet nie
krzykn
ą
wszy, w gł
ą
b sypialni poni
ż
ej, dławi
ą
c si
ę
paj
ę
czynami i o
mało nie trac
ą
c przytomno
ś
ci z przera
ż
enia. Zielony ksi
ęż
yc,
ś
wiec
ą
c
przez powybijane okna, ukazał mi na wpół otwarte frontowe drzwi, a
gdy podniosłem si
ę
z usłanej gruzami podłogi i, odwracaj
ą
c si
ę
,
oderwałem wzrok od zapadni
ę
tego sufitu, ujrzałem przepływaj
ą
c
ą
opodal, odra
ż
aj
ą
c
ą
fal
ę
czerni z połyskuj
ą
cymi w niej dziesi
ą
tkami
złowrogich oczu. To szukało drzwi do piwnicy, a gdy je odnalazło,
znikło w jej mrocznym wn
ę
trzu. Jednocze
ś
nie poczułem,
ż
e równie
ż
podłoga tego pokoju, tak jak wcze
ś
niej biblioteki powy
ż
ej, zaczyna,
ust
ę
powa
ć
, a gdy z góry dobiegł przera
ź
liwy, głuchy łomot i co
ś
wielkiego przeleciało obok zachodniego okna, zrozumiałem,
ż
e musiały
to by
ć
szcz
ą
tki kopuły. Pospieszyłem czym pr
ę
dzej przez korytarz ku
frontowym drzwiom, a gdy okazało si
ę
,
ż
e nie mog
ę
ich otworzy
ć
,
schwyciłem za krzesło, wybiłem okno i jak oszalały wypełzłem przez
nie na zaro
ś
ni
ę
ty trawnik, gdzie
ś
wiatło ksi
ęż
yca ta
ń
czyło po
ś
ród
wysokich na jard chwastów i
ź
d
ź
beł traw. Mur był wysoki, a wszystkie
bramy zamkni
ę
te, lecz przystawiwszy sobie w rogu stert
ę
skrzy
ń
,
zdołałem wspi
ąć
si
ę
na gór
ę
i przywrze
ć
do znajduj
ą
cej si
ę
na
szczycie ogromnej, kamiennej urny. W stanie skrajnego wyczerpania, w
jakim si
ę
znalazłem, widziałem jedynie dziwne mury, okna i stare
dwuspadowe dachy. Nigdzie nie mogłem dostrzec stromej uliczki, któr
ą
tu przyszedłem, a to, co widziałem, przesłoniła niebawem g
ę
sta mgła,
która nadpłyn
ę
ła od rzeki pomimo
ś
wiec
ą
cego jasno ksi
ęż
yca. Nagle
urna, któr
ą
kurczowo
ś
ciskałem, zacz
ę
ła dygota
ć
, jakby udzieliło si
ę
jej moje roztrz
ę
sienie, i nie wytrzymała tak wielkiego napi
ę
cia, gdy
ż
w chwil
ę
potem run
ą
łem bezradnie w dół, ku niewiadomemu
przeznaczeniu.
M
ęż
czyzna, który mnie znalazł, stwierdził,
ż
e musiałem przepełzn
ąć
nielichy szmat drogi pomimo pogruchotanych ko
ś
ci, gdy
ż
ś
lady krwi
ci
ą
gn
ę
ły si
ę
tak daleko, jak odwa
ż
ył si
ę
si
ę
gn
ąć
wzrokiem. Ulewny
deszcz zmył niebawem szkarłatne pasma wiod
ą
ce ku miejscu, gdzie
prze
ż
yłem
ś
miertelnie niebezpieczn
ą
przygod
ę
, a w oficjalnym raporcie
stwierdzono jedynie,
ż
e do-czołgałem si
ę
z bli
ż
ej nie okre
ś
lonego
miejsca do wylotu niewielkiego, mrocznego podwórka w pobli
ż
u Perry
Street.
Nigdy nie próbowałem powróci
ć
do tego pos
ę
pnego labiryntu ani, gdybym
nawet mógł, nie skierowałbym tam
ż
adnego zdrowego na umy
ś
le
człowieka. Nie mam poj
ę
cia, kim lub te
ż
czym był ów pradawny stwór,
niemniej powtarzam,
ż
e to miasto jest martwe i pełno w nim
niemo
ż
liwych do przewidzenia koszmarów. Nie wiem, dok
ą
d on odszedł,
ja natomiast powróciłem w rodzinne strony do nieskalanych alejek
Nowej Anglii, które wieczorami omiata przesycona rozmaitymi zapachami
nadmorska bryza.