background image

 _______________________________________________                      

|

| | 
|

|

|_______________________________________________|

ON

Ujrzałem go pewnej bezsennej nocy, kiedy kr

ąż

yłem rozpaczliwie 

ulicami, usiłuj

ą

c uchroni

ć

 m

ą

 dusz

ę

 i wizj

ę

. Przyjazd do Nowego Jorku 

okazał si

ę

 pomyłk

ą

 - poszukiwałem bowiem cudów, uroku i inspiracji, 

które miałem nadziej

ę

 znale

źć

 w

ś

ród labiryntu starych uliczek 

wij

ą

cych si

ę

 bez ko

ń

ca od zapomnianych podwórców, placów i nabrze

ż

po równie zapomniane podwórza, place i nabrze

ż

a w cyklopowych, 

nowoczesnych wie

ż

owcach i pinaklach wznosz

ą

cych si

ę

 niczym czarne 

wie

ż

e Babilonu pod bladym sierpem ksi

ęż

yca. Odnalazłem za

ś

 jedynie 

groz

ę

 i uczucie osobliwego nacisku, które groziły mi zdominowaniem, 

sparali

ż

owaniem i absolutnym unicestwieniem.

Rozczarowanie przychodziło stopniowo. Przybywaj

ą

c do miasta, ujrzałem 

je po raz pierwszy z mostu wznosz

ą

cego si

ę

 majestatycznie ponad 

wodami rzeki, a niewiarygodne szczyty i piramidy podnosiły si

ę

 

delikatnie, niczym główki kwiatów z oparów fioletowej mgły, aby igra

ć

 

z rozpalonymi do czerwono

ś

ci chmurami i pierwszymi wieczornymi 

gwiazdami. Pó

ź

niej ponad tocz

ą

cymi si

ę

 leniwie falami zapłon

ę

ły 

ś

wiatła w oknach, rozpalały si

ę

 jedno po drugim, a poni

ż

ej, na wodzie 

kiwały si

ę

 i migotały latarnie, syreny mgielne zawodziły swe sm

ę

tne, 

charakterystyczne melodie i ogólnie widok ten przywiódł mi na my

ś

rozgwie

ż

d

ż

ony firmament snów przesycony niebia

ń

sk

ą

 muzyk

ą

dorównuj

ą

cy swym majestatem tudom Carcassonne, Samarkandy, Eldorado i 

innych wspaniałych, na wpół mitycznych miast. Niedługo potem 
wyruszyłem owymi pradawnymi uliczkami tak drogimi mej wyobra

ź

ni - 

w

ą

skimi, kr

ę

tymi alejkami i przesmykami, gdzie rz

ę

dy murów z 

czerwonej, georgia

ń

skiej cegły mrugały małymi okienkami z drobnych 

szybek ponad oflankowanymi kolumnami, drzwiami do domów, łypi

ą

cymi 

wynio

ś

le na pozłacane karoce i panelowe powozy - wówczas po raz 

pierwszy stwierdziłem, 

ż

e skoro udało mi si

ę

 urzeczywistni

ć

 to z 

dawna odczuwane pragnienie, nic nie stoi na przeszkodzie, abym w 
swoim czasie stał si

ę

 równie

ż

 poet

ą

.

Sukces i szcz

ęś

cie nie były mi jednak dane. Jasny dzie

ń

 ujawnił 

jedynie brud, obco

ść

 i dra

ż

liw

ą

 obskurno

ść

 wszechobecnych, pn

ą

cych 

si

ę

 jak najwy

ż

ej kamieni wsz

ę

dzie tam, gdzie ksi

ęż

yc zapowiadał 

istnienie pi

ę

kna i starszej magii. Tłumy za

ś

, zaludniaj

ą

ce ciasne, 

kr

ę

te uliczki, okazały si

ę

 nale

ż

e

ć

 do rasy 

ś

niadych, kr

ę

pych 

cudzoziemców o zhardziałych obliczach i w

ą

skich oczach, sprytnych, 

inteligentnych, obcych, pozbawionych snów i wi

ę

zi z tym, co 

rozgrywało si

ę

 wokół nich, którzy nie mieli nic do zaoferowania 

ę

kitnookiemu potomkowi starego ludu, w którego sercu płon

ę

ło 

umiłowanie czystych, zielonych plantów i białych dachów domów, jakie 
widuje si

ę

 na terenie Nowej Anglii.

Tak wi

ę

c zamiast weny, na któr

ą

 liczyłem, doznałem jedynie uczuci a 

niezmo

ż

onej samotno

ś

ci i przyprawiaj

ą

cej o zimny dreszcz ciemno

ś

ci 

otaczaj

ą

cej mnie z wszystkich stron. Poznałem równie

ż

 ostatni

ą

przera

ź

liw

ą

 prawd

ę

, której nikt nigdy nie wa

ż

ył si

ę

 wcze

ś

niej 

wyjawi

ć

, niewysłowion

ą

 tajemnic

ę

 tajemnic, która brzmiała, 

ż

e owo 

miasto z kamieni i szkła nie stanowi przedłu

ż

enia 

ż

ywota dawnego 

miasta, które znajdowało si

ę

 kiedy

ś

 w tym miejscu, tak jak Londyn 

jest Starym Londynem, a Pary

ż

 Starym Pary

ż

em, ale 

ż

e jest ono martwe, 

a jego rozci

ą

gni

ę

te bezładnie cielsko zostało niedokładnie 

zabalsamowane i zaroiło si

ę

, niczym robactwem, osobliwymi, 

animowanymi istotami, które ma z nim tyle

ż

 wspólnego, co ów nie

ż

ywy 

twór z prawdziwym istnieniem. Dokonawszy tego odkrycia, nie mogłem 
sypia

ć

 spokojnie, w ko

ń

cu jednak osi

ą

gn

ą

łem stan pewnej (aczkolwiek 

zrezygnowanej) równowagi, w miar

ę

 jak wyrobiłem w sobie nawyk 

background image

unikania ulic za dnia i przemierzania ich wył

ą

cznie noc

ą

, która 

wydobywa z zapomnienia t

ę

 odrobin

ę

 przeszło

ś

ci, jaka jeszcze w nich 

pozostała, a stare bielone odrzwia przypominaj

ą

 sobie skulone 

sylwetki, które dawno temu prze

ś

lizgiwały si

ę

 przez nie cichaczem.

Z pewn

ą

 ulg

ą

 napisałem kilka wierszy, ale wci

ąż

 nie chciałem powróci

ć

 

do mego ludu, nie dopuszczaj

ą

c do siebie my

ś

li o pora

ż

ce.

I wtedy, pewnej bezsennej nocy, spotkałem tego m

ęż

czyzn

ę

. Stało si

ę

 

to na ukrytym podwórzu w dzielnicy Greenwich, gdzie zamieszkałem 
wskutek mej ignorancji, gdy

ż

 doszły mnie słuchy, 

ż

e tu wła

ś

nie 

znajduje si

ę

 najwi

ę

ksze naturalne skupisko poetów i artystów. 

Archaiczne alejki, domy i niespotykane nigdzie indziej podwórza oraz 
dziedzi

ń

ce rzeczywi

ś

cie wywarły na mnie nader pozytywne wra

ż

enie, 

lecz poeci i arty

ś

ci, których tam odnalazłem, okazali si

ę

 jedynie 

krzykliwymi oszustami, amatorami, sztucznymi jak tania błyskotka, ich 

ż

ycie za

ś

 pozbawione było (za ich przyzwoleniem) czystego pi

ę

kna 

składaj

ą

cego si

ę

 na poezj

ę

 i sztuk

ę

, czyli tego wszystkiego, co w 

ę

bi serca ukochałem. Wyobra

ż

ałem sobie, 

ż

e s

ą

 tacy jak w czasach, 

gdy wioska Greenwich t

ę

tniła samoistnym 

ż

yciem, nie wchłoni

ę

ta 

jeszcze przez wielkomiejsk

ą

 metropoli

ę

, a w godzinach przed

ś

witu, 

kiedy wszyscy birbanci i lumpy układali si

ę

 na spoczynek, kroczyłem 

samotnie po

ś

ród kr

ę

tych, tajemnych alejek, rozmy

ś

laj

ą

c o osobliwych 

sekretach pozostawionych przez pokolenia zamieszkuj

ą

cych tu ludzi. To 

utrzymywało m

ą

 dusz

ę

 przy 

ż

yciu i obdarzało snami oraz wizjami, 

które, aczkolwiek nieliczne, zaspokajały pragnienia tkwi

ą

cego we mnie 

poety.
M

ęż

czyzna natkn

ą

ł si

ę

 na mnie około drugiej pewnej chmurnej, 

sierpniowej nocy, kiedy przemierzałem rz

ą

d rzadko ucz

ę

szczanych, na 

wpół zapomnianych podwórzy, do których obecnie mo

ż

na było doj

ść

 

jedynie przez nie o

ś

wietlone przej

ś

cia dziel

ą

cych je budynków, a 

które niegdy

ś

 tworzyły cał

ą

 sie

ć

 uroczych, malowniczych alejek. 

Usłyszałem o nich niejako przypadkiem i nie otrzymałem 

ś

cisłych 

informacji, okazało si

ę

 bowiem, 

ż

e nie ma ich na 

ż

adnej współczesnej 

mapie, niemniej fakt, i

ż

 zostały zapomniane, tylko wzbudził moje 

zainteresowanie i ze zdwojon

ą

 gorliwo

ś

ci

ą

 wyruszyłem na ich 

poszukiwanie. Teraz, gdy je odnalazłem, o

ż

ywiłem si

ę

 raz jeszcze, 

gdy

ż

 co

ś

 w ich układzie niejasno sugerowało, 

ż

e mogły stanowi

ć

 ledwie 

zacz

ą

tek całej sieci mrocznych, odrzuconych alejek i uliczek, 

ogrodzonych i ograniczonych wysokimi murami, 

ś

cianami domów czy nie 

o

ś

wietlonymi przej

ś

ciami, do których nigdy nie zapuszczali si

ę

 

ś

niadzi cudzoziemcy i których strzegli skryci, małomówni arty

ś

ci 

zajmuj

ą

cy si

ę

 rzeczami nie przeznaczonymi dla szerokiej publiczno

ś

ci 

i nie ogl

ą

daj

ą

cymi nigdy 

ś

wiatła dziennego.

Odezwał si

ę

 do mnie bez 

ż

adnej zach

ę

ty z mojej strony, zwracaj

ą

uwag

ę

 na mój nastrój i spojrzenia, jakimi obrzucałem pewne 

zaopatrzone w kołatki odrzwia ponad otoczonymi balustrad

ą

 schodami. 

Blada po

ś

wiata z umieszczonych nad wej

ś

ciami okienek nie

ś

miało 

o

ś

wietlała m

ą

 twarz.

Jego oblicze ton

ę

ło w cieniu. Nosił na głowie szerokoskrzydły 

kapelusz, który nadspodziewanie dobrze pasował do jego 
staro

ś

wieckiego płaszcza. Zanim jednak odezwał si

ę

 do mnie, poczułem 

dziwny, niczym nie wytłumaczony niepokój. Był bardzo szczupły, wr

ę

cz 

chudy, istna skóra i ko

ś

ci, głos miał niewiarygodnie mi

ę

kki i pusty, 

ale nieszczególnie gł

ę

boki. Stwierdził, 

ż

e widział mnie kilkakrotnie 

podczas mych nocnych w

ę

drówek, i dodał, 

ż

e przypominam mu jego samego 

z przeszło

ś

ci, kiedy to wiedziony skrywanymi w gł

ę

bi ducha 

pragnieniami odbywał podobne wycieczki. Czy nie zechciałbym 
przewodnika, kogo

ś

, kto dłu

ż

ej ode mnie prowadził podobne 

poszukiwania, a jego zasób informacji i wiedza o tutejszych 
zakamarkach były du

ż

o wi

ę

ksze ni

ż

 nowo przybyłego w

ę

drowca takiego 

jak ja?
Kiedy mówił, przez mgnienie oka dostrzegłem jego twarz w strudze 

ż

ółtego 

ś

wiatła z pojedynczego okna na poddaszu. Było to przystojne, 

niemłode ju

ż

 oblicze zdradzaj

ą

ce szlachecki rodowód, które w tym 

czasie i miejscu wydawało si

ę

 wr

ę

cz absurdalne. Było w nim jednak co

ś

 

background image

jeszcze, co zaniepokoiło mnie równie mocno, jak widok ostrych, 
silnych rysów natchn

ą

ł mnie rado

ś

ci

ą

. By

ć

 mo

ż

e było zbyt blade, zbyt 

pozbawione wyrazu i zbyt ró

ż

ne od fizjonomii tutejszej społeczno

ś

ci i 

wła

ś

nie dlatego poczułem si

ę

 dziwnie nieswojo. Tak czy inaczej, 

pod

ąż

yłem za nim, w tych ponurych dniach poszukiwanie tego, co stare, 

pi

ę

kne i tajemnicze, było bowiem wszystkim, co pozwalało utrzyma

ć

 m

ą

 

dusz

ę

 przy 

ż

yciu, i uznałem za rzadkie zrz

ą

dzenie losu spotkanie z 

człowiekiem, który, podzielaj

ą

c w pełni me zainteresowania, uzyskał 

rezultaty dalece przewy

ż

szaj

ą

ce moje skromne osi

ą

gni

ę

cia.

Co

ś

, by

ć

 mo

ż

e sama noc, sprawiło, 

ż

e otulony płaszczem m

ęż

czyzna 

pogr

ąż

ył si

ę

 w pos

ę

pnym milczeniu i przez dług

ą

 godzin

ę

 prowadził 

mnie, nie wypowiedziawszy cho

ć

by jednego niepotrzebnego słowa; rzucał 

jedynie zdawkowe komentarze dotycz

ą

ce prastarych nazw, dat i zmian, a 

pełni

ą

c rol

ę

 mego przewodnika, posługiwał si

ę

 głównie gestami. W ten 

oto sposób przeciskali

ś

my si

ę

 przez w

ą

skie ł

ą

czniki, przemierzali

ś

my 

ciasne, mroczne korytarze, pokonywali

ś

my ceglane murki, a raz nawet 

przepełzli

ś

my na czworakach przez niskie, łukowato sklepione kamienne 

przej

ś

cie, którego niesamowita długo

ść

 i przyprawiaj

ą

ca o zawroty 

głowy liczba zakr

ę

tów pozbawiła mnie do szcz

ę

tu resztek orientacji, 

jakie do tej pory udało mi si

ę

 zachowa

ć

. Rzeczy, które widzieli

ś

my, 

były bardzo stare i przecudowne lub takie si

ę

 wydawały, kiedy 

postrzegałem je w słabym, blado

ż

ółtym 

ś

wietle. Nigdy jednak nie 

zapomn

ę

 gigantycznych jo

ń

skich kolumn, 

ż

łobkowanych pilastrów i 

bogato zdobionych, 

ż

elaznych ogrodze

ń

, o

ś

wietlonych okien o małych 

szybkach i ozdobnych latarni, które stawały si

ę

 coraz rzadsze i coraz 

dziwniejsze, im gł

ę

biej zapuszczali

ś

my si

ę

 w ten niewyczerpany 

labirynt nieznanej i zapomnianej przeszło

ś

ci.

Nie spotkali

ś

my nikogo i w miar

ę

 upływu czasu coraz mniej było 

o

ś

wietlonych okien. Z pocz

ą

tku widzieli

ś

my tylko latarnie naftowe, 

ź

niej za

ś

 pojawiły si

ę

 latarnie ze 

ś

wiecami, a

ż

 w ko

ń

cu, pokonawszy 

pewne przera

ź

liwe, nie o

ś

wietlone podwórze, gdzie mój przewodnik 

musiał szuka

ć

 w ciemno

ś

ci, po omacku sw

ą

 osłoni

ę

t

ą

 r

ę

kawic

ą

 dłoni

ą

by odnale

źć

 w

ą

sk

ą

, drewnian

ą

 bram

ę

 w wysokim murze, dotarli

ś

my do 

fragmentu alejki, gdzie lampy paliły si

ę

 przy co siódmym domu. Były 

to - rzecz niesłychana - kolonialne, blaszane latarnie ze sto

ż

kowymi 

nasadami i otworami w bocznych 

ś

ciankach. Alejka ta wiodła stromo pod 

gór

ę

 - bardziej stromo ni

ż

 wydawało mi si

ę

 to mo

ż

liwe w tej cz

ęś

ci 

Nowego Jorku - a jej górny koniec przegradzał poro

ś

ni

ę

ty bluszczem 

mur prywatnej posesji, za którym mogłem dostrzec szczyt bladej kopuły 
i wierzchołki drzew kołysz

ą

ce si

ę

 na tle rozja

ś

niaj

ą

cego si

ę

 nieba. W 

murze tym znajdowała si

ę

 mała, nisko sklepi ona brama z nabitego 

ć

wiekami, czarnego d

ę

bu, któr

ą

 m

ęż

czyzna otworzył olbrzymim kluczem. 

Wprowadziwszy mnie do 

ś

rodka, ruszył po

ś

ród kompletnych ciemno

ś

ci 

wzdłu

ż

, jak mi si

ę

 zdawało, 

ż

wirowej 

ś

cie

ż

ki i w ko

ń

cu po kilku 

kamiennych stopniach do drzwi frontowych domu, które otworzył kluczem 
i uchylił przede mn

ą

.

Weszli

ś

my i w tej samej chwili zrobiło mi si

ę

 słabo, gdy

ż

 poczułem 

niesamowity fetor przesycaj

ą

cy powietrze, którego fala wypłyn

ę

ła nam 

na spotkanie. Była to odra

ż

aj

ą

ca wo

ń

, której nagromadzenie 

wytłumaczy

ć

 mo

ż

na było jedynie trwaj

ą

cym od stuleci procesem 

rozkładu.
Gospodarz mój zdawał si

ę

 tego nie zauwa

ż

a

ć

, a ja z uwagi na swe dobre 

wychowanie zachowałem stosowne milczenie, gdy przeprowadził mnie po 
kr

ę

tych schodach na pi

ę

tro i korytarzem do pokoju, którego drzwi, jak 

usłyszałem, skrz

ę

tnie zamkn

ą

ł za nami na klucz. Nast

ę

pnie ujrzałem, 

jak zaci

ą

ga zasłony trzech okien o małych szybkach, które na tle 

ja

ś

niejszego nieba wydawały si

ę

 prawie niewidoczne. To uczyniwszy, 

podszedł do obramowania kominka, by przy u

ż

yciu stali i krzesiwa 

zapali

ć

 dwie z licz

ą

cego dwana

ś

cie 

ś

wiec kandelabru, po czym 

stosownym gestem oraz miłym słowem zaprosił mnie, bym usiadł.
W słabym, migotliwym 

ś

wietle ujrzałem, 

ż

e znajdowali

ś

my si

ę

 w 

przestronnej, dobrze umeblowanej, wyło

ż

onej boazeri

ą

 bibliotece 

pochodz

ą

cej z pocz

ą

tku osiemnastego wieku, z przepysznymi pedymentami 

przy wej

ś

ciu, wspaniałym doryckim karnesem i ozdobnym obramowaniem 

background image

kominka. Ponad półkami wypełnionymi ksi

ę

gami, w przerwach na 

ś

cianach 

wisiały udatne portrety rodzinne, wszystkie jednak zmatowiałe do 
stanu enigmatycznej szaro

ś

ci i nosz

ą

ce 

ś

lad wyra

ź

nego podobie

ń

stwa do 

m

ęż

czyzny, który wskazał mi wła

ś

nie krzesło stoj

ą

ce obok zgrabnego 

stołu chippendale. Zanim zasiadł po drugiej jego stronie, naprzeciw 
mnie, gospodarz mój znieruchomiał na chwil

ę

, jakby zakłopotany, po 

czym skrz

ę

tnie zdj

ą

ł r

ę

kawiczki, szerokoskrzydły kapelusz oraz 

peleryn

ę

, staj

ą

c w teatralnej pozie, by ukaza

ć

 strój, jaki miał na 

sobie, pełny kostium z połowy okresu georgia

ń

skiego, pocz

ą

wszy od 

utrefionej, upudrowanej peruki i kryzy, po si

ę

gaj

ą

ce kolan bryczesy, 

jedwabne po

ń

czochy i buty ze sprz

ą

czkami, których wcze

ś

niej nie 

zauwa

ż

yłem. M

ęż

czyzna osun

ą

ł si

ę

 wolno na krzesło z oparciem w 

kształcie liry, wbijaj

ą

c we mnie przenikliwy wzrok.

Bez kapelusza wydał mi si

ę

 du

ż

o starszy, ni

ż

 przypuszczałem, i 

zastanawiałem si

ę

, czy owa ledwie dostrzegalna wcze

ś

niej oznaka 

osobliwej długowieczno

ś

ci nie stanowiła zasadniczego 

ź

ródła mego 

zaniepokojenia. Kiedy w ko

ń

cu przemówił, jego mi

ę

kki, pusty i 

starannie tłumiony głos cz

ę

sto si

ę

 łamał. Od czasu do czasu miałem 

wi

ę

c trudno

ś

ci, aby za nim nad

ąż

y

ć

, niemniej słuchałem go z 

nieskrywanym zdumieniem i niejasnym niepokojem, który narastał we 
mnie z minuty na minut

ę

.

- Macie przed sob

ą

, panie - zacz

ą

ł mój gospodarz - człowieka wielce 

ekscentrycznych nawyków, za którego ubiór osoby o waszej 
inteligencji, skłonno

ś

ciach i przekonaniach bynajmniej nie trzeba 

przeprasza

ć

. Rozmy

ś

laj

ą

c o lepszych czasach, bez skrupułów przyj

ą

łem 

tamtejszy styl ubierania oraz maniery; nawyk ów, je

ś

li nie nazbyt 

ostentacyjny, nie powinien wyda

ć

 si

ę

 nikomu obra

ź

liwy. Miałem 

szcz

ęś

cie utrzyma

ć

 wiejsk

ą

 posiadło

ść

 moich przodków, pomimo i

ż

 

pochłon

ę

ły j

ą

 a

ż

 dwa miasta - najpierw Greenwich, które zbudowano tu 

po roku 1800, a nast

ę

pnie Nowy Jork, przył

ą

czony około roku 1830. 

Wiele było w mojej rodzinie powodów do zachowania tej posesji i 
starałem si

ę

 mo

ż

liwie jak najlepiej wypełnia

ć

 spoczywaj

ą

ce na mnie 

powinno

ś

ci. Dziedzic, który przej

ą

ł ten maj

ą

tek w 1768 roku, 

studiował pewne sztuki i dokonał pewnych odkry

ć

, które wi

ą

zały si

ę

 

nierozerwalnie z moc

ą

 zawart

ą

 w tym szczególnym zak

ą

tku ziemi, 

wymagaj

ą

cym stałego i wzmo

ż

onego nadzoru. Zamierzam ukaza

ć

 wam pewne 

osobliwe rezultaty owych sztuk i odkry

ć

, naturalnie w 

ś

cisłej 

tajemnicy, ufam jednak - a znam si

ę

 troch

ę

 na ludziach - 

ż

zawierzaj

ą

c wam swe sekrety, z uwagi na wasze niezwykłe 

zainteresowania, nie sprawicie mi, panie, zawodu.
Przerwał, a ja tylko skin

ą

łem głow

ą

. Wspomniałem ju

ż

ż

e byłem 

zaniepokojony, lecz dla mojej duszy nie było nic bardziej zabójczego 
ni

ż

 Nowy Jork za dnia, a niezale

ż

nie od tego, czy człek ten był 

niegro

ź

nym ekscentrykiem czy znawc

ą

 

ś

miertelnie niebezpiecznych 

sztuk, nie miałem innego wyboru, jak tylko da

ć

 si

ę

 mu poprowadzi

ć

 i 

pozwoli

ć

, by zadziwił mnie swymi sekretnymi rewelacjami. Tak wi

ę

zamieniłem si

ę

 w słuch.

- Dla mego przodka - ci

ą

gn

ą

ł łagodnym tonem - ludzka wola zdawała si

ę

 

posiada

ć

 pewne wyj

ą

tkowe wła

ś

ciwo

ś

ci, wła

ś

ciwo

ś

ci z rzadka 

podejrzewanej dominacji wywieraj

ą

cej wpływ nie tylko na poczynania 

własne i innych osób, lecz na wszelkiego rodzaju siły i rzeczy 
istniej

ą

ce w naturze, jak równie

ż

 na rozliczne 

ż

ywioły i wymiary 

wydaj

ą

ce si

ę

 jeszcze bardziej uniwersalne ni

ź

li sama natura. Czy mam 

jeszcze doda

ć

, i

ż

 blu

ź

nił on tak powszechnie uznanym 

ś

wi

ę

to

ś

ciom, jak 

czas i przestrze

ń

, przeprowadzaj

ą

c osobliwe rytuały pewnych półkrwi 

Indian, którzy zamieszkiwali ongi

ś

 na tym wzgórzu? Indianie ci stali 

si

ę

 istn

ą

 plag

ą

, kiedy zbudowano t

ę

 posiadło

ść

, i naprzykrzali si

ę

 

niepomiernie, domagaj

ą

c si

ę

, by zezwolono im na odwiedzanie tych 

terenów podczas ka

ż

dej pełni ksi

ęż

yca. Przez całe lata, kiedy tylko 

mogli, przekradali si

ę

 w okre

ś

lone noce przez mur i w skryto

ś

ci 

dokonywali okrutnych, mrocznych rytuałów. W 1868 roku nowy dziedzic 
przyłapał ich podczas jednego z obrz

ę

dów i to, co ujrzał, wprawiło go 

w osłupienie. Od tej pory handlował z nimi i zezwalał na odwiedzanie 
posiadło

ś

ci, kiedy tylko tego zapragn

ę

li, w zamian za 

ś

cisłe 

background image

informacje na temat tego, co robili. Dowiedział si

ę

ż

e obrz

ę

dy te 

były po cz

ęś

ci spu

ś

cizn

ą

 ich czerwonoskórych przodków, po cz

ęś

ci za

ś

 

pochodziły od starego Holendra z czasów Stanów Generalnych. Niech go 
zaraza ze

ż

re. W tydzie

ń

 po tym, jak poznał tajemnic

ę

 Indian, dziedzic 

- czy to celowo czy przypadkiem - pocz

ę

stował ich wyj

ą

tkowo 

nie

ś

wie

ż

ym rumem, tak czy inaczej, pozostał jedynym człowiekiem 

znaj

ą

cym tajemnic

ę

 starego plemienia. Wy, panie, jeste

ś

cie pierwszym 

człowiekiem z zewn

ą

trz, który poznał prawd

ę

 o tym zdarzeniu i niech 

mnie piekło pochłonie, gdybym miał ryzykowa

ć

 jej ujawnienie, wiem 

wszelako, 

ż

ż

ywo interesujecie si

ę

 tego typu sprawami - przeszło

ś

ci

ą

 

i z dawna zapomnianymi mocami.
Wzdrygn

ą

łem si

ę

, słysz

ą

c słowa i niezwykłe, pochodz

ą

ce z przeszło

ś

ci 

akcenty w jego głosie. A mój gospodarz jak gdyby nigdy nic mówił 
dalej.
- Musicie jednak wiedzie

ć

, panie, 

ż

e to, czego ów dziedzic dowiedział 

si

ę

 od tych czerwonych dzikusów, stanowiło zaledwie drobn

ą

 cz

ą

stk

ę

 

zdobytej przeze

ń

 wiedzy. Nie na darmo ucz

ę

szczał do Oksfordu czy 

wiódł długie dysputy z prastarym chemikiem i astrologiem w Pary

ż

u. 

Stało si

ę

 dla

ń

 jasne - a teraz pragn

ą

ł to jedynie udowodni

ć

 - 

ż

e cały 

ś

wiat jest jeno dymem naszych intelektów, który przepływa obok dla 

wszystkich ignorantów i wulgarnych prostaków, a którymi ludzie 
roztropni mog

ą

 zaci

ą

ga

ć

 si

ę

 z lubo

ś

ci

ą

 niczym dymem przedniego 

wirgi

ń

skiego tytoniu. Jeste

ś

my w stanie urzeczywistni

ć

 nasze 

pragnienia, a to, czego nie chcemy, mo

ż

emy gładko odrzuci

ć

. Nie 

powiem, 

ż

e to wszystko jest w stu procentach prawd

ą

, niemniej jest 

ni

ą

 z pewno

ś

ci

ą

 na tyle, aby od czasu do czasu do

ś

wiadczy

ć

 udatnego 

widowiska. Wy, jak mniemam, z zadowoleniem przyjmujecie krótki wgl

ą

w czasy, których ujrzenia nie dozwala wam wasza wyobra

ź

nia, przeto 

postarajcie si

ę

 stłumi

ć

 w sobie l

ę

k przed drobnym pokazem, którego 

b

ę

dziecie teraz 

ś

wiadkiem. Podejd

ź

cie do okna i nie mówcie nic.

Gospodarz uj

ą

ł mnie za r

ę

k

ę

 i podprowadził do jednego z dwóch okien w 

dłu

ż

szej 

ś

cianie odra

ż

aj

ą

co cuchn

ą

cego pokoju. Ju

ż

 pierwsze 

dotkni

ę

cie jego nie przyobleczonych w r

ę

kawiczk

ę

 palców zmroziło mnie 

do szpiku ko

ś

ci. Jego ciało, cho

ć

 suche i twarde, było chłodne jak 

lód, mało brakowało, a gwałtownie wyrwałbym r

ę

k

ę

 z nieprzyjemnego 

u

ś

cisku. Znów jednak pomy

ś

lałem o pustce i grozie rzeczywisto

ś

ci i 

zebrawszy w sobie 

ś

miało

ść

, wyruszyłem na spotkanie nieznanego. 

Znalazłszy si

ę

 przy oknie, m

ęż

czyzna rozsun

ą

ł 

ż

ółte, jedwabne zasłony 

i nakazał, bym wyjrzał na zewn

ą

trz. Przez chwil

ę

 nie widziałem nic 

oprócz miliarda drobnych, ta

ń

cz

ą

cych 

ś

wietlnych punkcików, daleko, 

bardzo daleko przede mn

ą

. Wtem, jakby w odpowiedzi na sekretny ruch 

dłoni mego gospodarza, niebo przeci

ę

ła błyskawica, a ja ujrzałem 

przed sob

ą

 morze bujnej ro

ś

linno

ś

ci, ro

ś

linno

ś

ci nieskalanej wsz

ę

dzie 

tam, gdzie ka

ż

dy normalny człowiek spodziewałby si

ę

 zobaczy

ć

 morze 

dachów. Po mojej prawicy migotały zjadliwe fale Hudsonu, a w oddali, 
na wprost, dostrzegłem niezdrowe l

ś

nienie rozległych, słonych 

trz

ę

sawisk, nad którymi unosiły si

ę

 chmary 

ś

wietlików. 

Ś

wiatło 

błyskawicy dogasło i złowieszczy u

ś

miech rozja

ś

nił woskowe oblicze 

starego nekromanty.
- To było przed moimi czasami - przed nastaniem nowego dziedzica. 
Spróbujmy raz jeszcze.
Czułem si

ę

 słabo, byłem w znacznie gorszym stanie ni

ż

 ten, który 

wywołała we mnie znienawidzona nowoczesno

ść

 przekl

ę

tego miasta.

- Dobry Bo

ż

e! - wyszeptałem - czy mo

ż

ecie to czyni

ć

, kiedy zechcecie? 

- A gdy skin

ą

ł głow

ą

 i obna

ż

ył czarne pie

ń

ki tego, co było kiedy

ś

 

ż

ółtymi kłami, schwyciłem si

ę

 mocno zasłony, by nie upa

ść

. On jednak 

podtrzymał mnie zimnymi jak lód szponami palców i ponownie wykonał 
zło

ż

ony, sekretny gest.

Znowu błysn

ę

ło - lecz tym razem obraz nie był ju

ż

 tak obcy. Było to 

Greenwich, takie jak w przeszło

ś

ci, tu i ówdzie wida

ć

 było dachy 

domów, przecudowne zielone alejki, pola i skrawki trawiastych 
plantów. W oddali wci

ąż

 skrzyły si

ę

 moczary, lecz poza nimi ujrzałem 

ju

ż

 wierzchołki nowojorskich budowli - Trinity, St Paul i Brick 

Church górowały nad innymi, a w powietrzu unosiła si

ę

 mgiełka dymu 

background image

palonych drew. Oddychałem ci

ęż

ko, nie tyle wstrz

ąś

ni

ę

ty samym 

widokiem, ile raczej mo

ż

liwo

ś

ci

ą

, i

ż

 na m

ą

 wyobra

ź

ni

ę

 rzucony został 

jaki

ś

 straszliwy urok.

- Czy mo

ż

ecie - odwa

ż

ycie si

ę

 - pój

ść

 jeszcze dalej? - spytałem 

zdj

ę

ty groz

ą

 i przez chwil

ę

 wydawało mi si

ę

ż

e podzielał moje 

odczucia, lecz w ko

ń

cu znów u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zjadliwie.

- Dalej? To, com widział, zmieniłoby was w szalony słup soli! Wstecz 
i w przód, wstecz i w przód. Patrz, t

ę

paku, patrz!

I zmełłszy w ustach te słowa, wykonał jeszcze jeden gest - tym razem 
błysk był znacznie silniejszy ni

ż

 poprzednie. Przez pełne trzy 

sekundy oczom mym ukazał si

ę

 pandemoniczny widok, wizja, która od tej 

pory ju

ż

 zawsze prze

ś

ladowa

ć

 mnie b

ę

dzie w snach. Ujrzałem niebiosa, 

w których roiło si

ę

 od osobliwych, lataj

ą

cych istot, a w dole 

piekielne, czarne miasto z wielkimi, kamiennymi tarasami, 
blu

ź

nierczymi piramidami mierz

ą

cymi wierzchołkami ku ksi

ęż

ycowi i 

diabelskimi 

ś

wiatłami gorej

ą

cymi w niezliczonych oknach. Na 

napowietrznych galeriach za

ś

 dostrzegłem odra

ż

aj

ą

ce kł

ę

bowisko 

ż

ółtoskórych, sko

ś

nookich mieszka

ń

ców tego miasta przyodzianych w 

przera

ź

liwe, pomara

ń

czo-woczerwone szaty i pl

ą

saj

ą

cych obł

ą

ka

ń

czo w 

rytm wygrywany na groteskowych kotłach, obscenicznych krotalach i 
zawodz

ą

cych upiornie rogach, których d

ź

wi

ę

ki wznosiły si

ę

 i opadały 

niby fale blu

ź

nierczego, bitumicznego oceanu.

Jak mówi

ę

, ujrzałem to wszystko i usłyszałem niejako w gł

ę

bi duszy 

przera

ź

liw

ą

, blu

ź

niercz

ą

 kakofoni

ę

, która towarzyszyła tym obrazom. 

Ten wyj

ą

cy koszmar niepoj

ę

tej grozy, owo trupie miasto, którego widok 

przepełnił m

ą

 dusz

ę

 dojmuj

ą

c

ą

 groz

ą

, sprawiły, 

ż

e zapomniałem o 

nakazie zachowania bezwzgl

ę

dnej ciszy i zacz

ą

łem krzycze

ć

Krzyczałem, wyłem i ryczałem, wysiadły mi bowiem nerwy, a 

ś

ciany 

wokół mnie dygotały niczym galareta.
Wtem, kiedy 

ś

wiatło pioruna przygasło, ujrzałem, 

ż

e mój gospodarz 

dr

ż

y równie

ż

 - wyraz wywołanego szokiem przera

ż

enia na wpół wymazał z 

jego oblicza grymas zjadliwego gniewu spowodowany mymi wrzaskami. 
Zachwiał si

ę

 i schwycił kotary, tak jak ja poprzednio, i jak 

ś

cigane 

zwierz

ę

 j

ą

ł obraca

ć

 głow

ą

 z boku na bok. Bóg jeden wie, 

ż

e miał po 

temu powód, gdy

ż

 kiedy ucichło echo mego krzyku, rozległ si

ę

 kolejny 

odgłos tak piekielnie sugestywny, 

ż

e jedynie ogólne odr

ę

twienie i 

przyt

ę

pienie odbieranych wra

ż

e

ń

 pozwoliło mi zachowa

ć

 

ś

wiadomo

ść

 oraz 

zdrowe zmysły. Było to regularne, dziwnie ukradkowe skrzypienie 
schodów za zamkni

ę

tymi drzwiami, jakby wspinała si

ę

 po nich cała 

horda bosonogich lub nosz

ą

cych mi

ę

kkie obuwie ludzi, a

ż

 w ko

ń

cu 

rozległo si

ę

 ostro

ż

ne zrazu grzechotanie mosi

ęż

nej zasuwki, 

błyszcz

ą

cej w w

ą

tłym 

ś

wietle migocz

ą

cych 

ś

wiec. Starzec zachwiał si

ę

 

na nogach i zamachn

ą

ł na mnie, zakrzywiaj

ą

c lodowate palce w szpony. 

Z jego ust wraz z kropelkami 

ś

liny popłyn

ę

ły warkliwe, jakby z oporem 

wyrzucane słowa.
- Pełnia ksi

ęż

yca... b

ą

d

ź

 przekl

ę

ty... ty... ty... skoml

ą

cy psie... 

przywołałe

ś

 ich... id

ą

 po mnie! Stopy obute w mokasyny... umarli... 

niech was piekło pochłonie, czerwone diabły, nie zatrułem waszego 
rumu... czy

ż

 nie strzegłem nale

ż

ycie sekretów magii, które mi 

powierzyli

ś

cie?... przekl

ę

te 

ś

winie, zaszkodził wam nadmiar alkoholu, 

odejd

ź

cie, powiadam! Nie wi

ń

cie dziedzica za to, co si

ę

 stało! 

Odejd

ź

cie, nic tu po was! Zostawcie te drzwi...

W tej samej chwili trzy powolne i bardzo silne, nieprzypadkowe 
uderzenia zadygotały grubymi drzwiami, a w k

ą

cikach ust 

rozgor

ą

czkowanego czarownika pojawiła si

ę

 piana. Jego przera

ż

enie 

przerodziło si

ę

 w depresj

ę

 i znów poczuł przypływ w

ś

ciekło

ś

ci 

wzgl

ę

dem mnie. Chwiejnie post

ą

pił w stron

ę

 stołu, którego brzegu 

kurczowo si

ę

 przytrzymywałem. Zasłony, które 

ś

ciskał w prawej r

ę

ce, 

zamachuj

ą

c si

ę

 lew

ą

, napr

ęż

yły si

ę

 i ostatecznie run

ę

ły wraz z 

wyrwanym karniszem, a wn

ę

trze pokoju zalał blask ksi

ęż

yca w pełni, 

srebrzyste 

ś

wiatło rozja

ś

niaj

ą

ce ciemno

ść

 nieba. Migocz

ą

ce 

ś

wiece 

przygasły, a cuchn

ą

cy st

ę

chlizn

ą

 pokój wydał mi si

ę

 jeszcze bardziej 

zapomniany ni

ż

 dotychczas, pomieszczenie toczyła zgnilizna, boazeri

ę

 

z

ż

erały korniki, klepki podłogi były wypaczone, kominek 

background image

poobtłukiwany, meble stare i zniszczone, zasłony postrz

ę

pione. 

Wra

ż

enie to nie omin

ę

ło równie

ż

 starca, cho

ć

 nie wiem, czy 

ź

ródłem 

była ksi

ęż

ycowa po

ś

wiata, czy mo

ż

e aura jego l

ę

ku i gor

ą

czkowej 

pasji, faktem jest, 

ż

e ujrzałem, jak czernieje i kurczy si

ę

podchodz

ą

c do mnie na uginaj

ą

cych si

ę

 nogach, by ponownie spróbowa

ć

 

mnie dosi

ę

gn

ąć

 zakrzywionymi niby szpony palcami. Tylko jego oczy 

pozostały nie zmienione, emanuj

ą

c dodaj

ą

cy mu sił biały blask, 

podczas gdy reszta oblicza wokół nich marszczyła si

ę

, zapadała i 

przybierała barw

ę

 zw

ę

glonego drewna.

Łomotanie narastało z minuty na minut

ę

, a

ż

 w ko

ń

cu do odgłosów 

głuchych uderze

ń

 doł

ą

czył charakterystyczny zgrzyt metalu. Czarna 

istota naprzeciw mnie zmieniła si

ę

 teraz w sam

ą

 głow

ę

 z oczami, która 

bezskutecznie usiłowała przepełzn

ąć

 w moj

ą

 stron

ę

 po zapadaj

ą

cej si

ę

 

podłodze i raz po raz wyrzucała z siebie syk przepełniony 
niezmierzon

ą

 zjadliwo

ś

ci

ą

 i nie

ś

mierteln

ą

 nienawi

ś

ci

ą

. Teraz na mocno 

ju

ż

 naruszone odrzwia posypał si

ę

 istny grad uderze

ń

, w szczelinach, 

jakie si

ę

 na nich pojawiły, raz po raz dostrzegałem złowró

ż

bny błysk 

ostrza tomahawka.
Nie ruszyłem si

ę

 z miejsca, bo nie byłem w stanie, patrzyłem jedynie 

w niemym osłupieniu, jak drzwi rozsypuj

ą

 si

ę

 na kawałki, by wpu

ś

ci

ć

 

do 

ś

rodka gigantyczn

ą

, bezkształtn

ą

 mas

ę

 atramentowej substancji 

upstrzon

ą

 niezliczonym mrowiem łypi

ą

cych złowrogo oczu. Przelewała 

si

ę

 szybko g

ę

st

ą

, oleist

ą

 strug

ą

, jak strumie

ń

 oleju przebijaj

ą

cy 

przegniły bukszpryt. Rozlewaj

ą

c si

ę

 coraz dalej, przewróciła krzesło, 

a

ż

 w ko

ń

cu przepłyn

ą

wszy pod stołem, dotarła na drugi koniec pokoju, 

gdzie wci

ąż

 łypała na mnie poczerniała głowa z oczami. Zamkn

ę

ła si

ę

 

wokół niej, zupełnie j

ą

 pochłaniaj

ą

c, a w chwil

ę

 pó

ź

niej zacz

ę

ła si

ę

 

wycofywa

ć

, zabieraj

ą

c swe niewidoczne brzemi

ę

, nawet mnie nie 

dotkn

ą

wszy. Wypłyn

ę

ła przez poczerniałe wej

ś

cie i w dół niewidocznych 

schodów, które zaskrzypiały jak poprzednio, tyle 

ż

e dokładnie na 

odwrót.
Wła

ś

nie wtedy run

ę

ła podłoga, a ja osun

ą

łem si

ę

, nawet nie 

krzykn

ą

wszy, w gł

ą

b sypialni poni

ż

ej, dławi

ą

c si

ę

 paj

ę

czynami i o 

mało nie trac

ą

c przytomno

ś

ci z przera

ż

enia. Zielony ksi

ęż

yc, 

ś

wiec

ą

przez powybijane okna, ukazał mi na wpół otwarte frontowe drzwi, a 
gdy podniosłem si

ę

 z usłanej gruzami podłogi i, odwracaj

ą

c si

ę

oderwałem wzrok od zapadni

ę

tego sufitu, ujrzałem przepływaj

ą

c

ą

 

opodal, odra

ż

aj

ą

c

ą

 fal

ę

 czerni z połyskuj

ą

cymi w niej dziesi

ą

tkami 

złowrogich oczu. To szukało drzwi do piwnicy, a gdy je odnalazło, 
znikło w jej mrocznym wn

ę

trzu. Jednocze

ś

nie poczułem, 

ż

e równie

ż

 

podłoga tego pokoju, tak jak wcze

ś

niej biblioteki powy

ż

ej, zaczyna, 

ust

ę

powa

ć

, a gdy z góry dobiegł przera

ź

liwy, głuchy łomot i co

ś

 

wielkiego przeleciało obok zachodniego okna, zrozumiałem, 

ż

e musiały 

to by

ć

 szcz

ą

tki kopuły. Pospieszyłem czym pr

ę

dzej przez korytarz ku 

frontowym drzwiom, a gdy okazało si

ę

ż

e nie mog

ę

 ich otworzy

ć

schwyciłem za krzesło, wybiłem okno i jak oszalały wypełzłem przez 
nie na zaro

ś

ni

ę

ty trawnik, gdzie 

ś

wiatło ksi

ęż

yca ta

ń

czyło po

ś

ród 

wysokich na jard chwastów i 

ź

d

ź

beł traw. Mur był wysoki, a wszystkie 

bramy zamkni

ę

te, lecz przystawiwszy sobie w rogu stert

ę

 skrzy

ń

zdołałem wspi

ąć

 si

ę

 na gór

ę

 i przywrze

ć

 do znajduj

ą

cej si

ę

 na 

szczycie ogromnej, kamiennej urny. W stanie skrajnego wyczerpania, w 
jakim si

ę

 znalazłem, widziałem jedynie dziwne mury, okna i stare 

dwuspadowe dachy. Nigdzie nie mogłem dostrzec stromej uliczki, któr

ą

 

tu przyszedłem, a to, co widziałem, przesłoniła niebawem g

ę

sta mgła, 

która nadpłyn

ę

ła od rzeki pomimo 

ś

wiec

ą

cego jasno ksi

ęż

yca. Nagle 

urna, któr

ą

 kurczowo 

ś

ciskałem, zacz

ę

ła dygota

ć

, jakby udzieliło si

ę

 

jej moje roztrz

ę

sienie, i nie wytrzymała tak wielkiego napi

ę

cia, gdy

ż

 

w chwil

ę

 potem run

ą

łem bezradnie w dół, ku niewiadomemu 

przeznaczeniu.
M

ęż

czyzna, który mnie znalazł, stwierdził, 

ż

e musiałem przepełzn

ąć

 

nielichy szmat drogi pomimo pogruchotanych ko

ś

ci, gdy

ż

 

ś

lady krwi 

ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 tak daleko, jak odwa

ż

ył si

ę

 si

ę

gn

ąć

 wzrokiem. Ulewny 

deszcz zmył niebawem szkarłatne pasma wiod

ą

ce ku miejscu, gdzie 

prze

ż

yłem 

ś

miertelnie niebezpieczn

ą

 przygod

ę

, a w oficjalnym raporcie 

background image

stwierdzono jedynie, 

ż

e do-czołgałem si

ę

 z bli

ż

ej nie okre

ś

lonego 

miejsca do wylotu niewielkiego, mrocznego podwórka w pobli

ż

u Perry 

Street.
Nigdy nie próbowałem powróci

ć

 do tego pos

ę

pnego labiryntu ani, gdybym 

nawet mógł, nie skierowałbym tam 

ż

adnego zdrowego na umy

ś

le 

człowieka. Nie mam poj

ę

cia, kim lub te

ż

 czym był ów pradawny stwór, 

niemniej powtarzam, 

ż

e to miasto jest martwe i pełno w nim 

niemo

ż

liwych do przewidzenia koszmarów. Nie wiem, dok

ą

d on odszedł, 

ja natomiast powróciłem w rodzinne strony do nieskalanych alejek 
Nowej Anglii, które wieczorami omiata przesycona rozmaitymi zapachami 
nadmorska bryza.