background image

4030664

4030664

background image

4030664

 

 

 
 

 

Miłość  

na  

Gwiazdkę  

 

 
 

MONIKA HOŁYK-ARORA 

4030664

background image

4030664

Copyright © 2014 Monika Hołyk-Arora 

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub 

części niniejszej publikacji jest zabronione 

bez pisemnej zgody autora. 

Zabrania się publicznego udostępniania w 

Internecie oraz odsprzedaży. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydanie I 

ISBN: 978-83-935701-9-5 

 

4030664

background image

4030664

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 
 
 

 
 

Dla wszystkich ludzi,  

w sercach których tli się miłość…

4030664

background image

4030664

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ I 

 

 

  Prychnęła  niezadowolona.  Dźwięk  ten  stanowił 

odpowiedź na niemal szyderczy śmiech towarzyszącego 
jej  mężczyzny.  Nie.  Problemu  nie  stanowiła  jego  płeć. 
To raczej charakter był tu kwestią dyskusyjną. Mimo, iż 
w  jej  oczach  był  on  bardziej  starszym  bratem,  niż 
mężczyzną,  nie  zawsze  potrafił  wcielić  się  w  rolę 
doskonałego słuchacza. 

–  Jak  babcię  kocham,  już  do  niego  nie  wrócę!  - 

zaczęła zarzekać się po raz kolejny, uderzając przy tym 
rytmicznie pięścią w klatkę piersiową – Nie po „królowej 
różu”,  z  którą  zdradzał  mnie  przez  ostatni  miesiąc, 
kłamiąc,  iż  musi  pracować  wieczorami,  by  dopiąć  jakiś 
tam wydumany kontrakt. 

– Uwierzę jak zobaczę – rzekł w końcu – czuję się w 

obowiązku  przypomnieć  ci,  iż  podobną  obietnicę 
wygłosiłaś  również  przy  ostatniej  jego  dziewczynie. 
Przypomnij mi, kim była? Treserką słoni? 

4030664

background image

4030664

 

 

–  Treserką  węży  –  poprawiła  go machinalnie Łucja, 

zanim zdążyła zorientować się, iż pytanie miało na celu 
uzmysłowienie jej pewnego faktu. 

Zadzierając 

głowę, 

próbowała 

podchwycić 

spojrzenie niebieskoszarych oczu Bartosza wpatrzonych 
w  horyzont  rozpościerający  się  za  oknem,  przy  którym 
usadowili się oboje po ciężkim dniu. 

– A wiesz, że znowu próbował zwalić winę na mnie? 

Twierdził,  że  zdradzam  go  z  tobą!  -  rzekła  po  chwili, 
wypowiadając  te  słowa  jak  najlepszy  żart,  jaki 
kiedykolwiek zdarzyło się jej słyszeć. 

Westchnienie,  które  dobyło  się  z  ust  mężczyzny, 

można  było  zinterpretować  zarówno  jako  ironiczny 
śmiech, jak i ostentacyjny, chociaż niemy, protest. 

–  Znowu  kazał  ci  wywalić  mnie  z  mieszkania?  - 

spytał  przyzwyczajony,  iż  prawdopodobnie  były  już 
chłopak  Łucji  próbował  go  wyeksmitować  z  jego 
własnych czterech kątów. 

–  Tak  –  przyznała  niechętnie,  wstydząc  się,  z  jakim 

beznadziejnym głupkiem umawiała się ostatnio – ale to 
już przeszłość. Jeśli odbiorę chociażby jeden telefon od 
tego debila, masz prawo kopnąć mnie solidnie w mojej 
cztery  litery,  albo  zdzielić  łopatą  w  głowę,  zależnie,  co 
wyda ci się bardziej stosowne do sytuacji  – upoważniła 
go uroczyście. 

–  Nie  obiecuj  zbyt  wiele,  bo  mogę  wcielić  takową 

karę w życie – odpowiedział, drażniąc się z nią nieco. 

– Proszę cię bardzo. Chyba będzie dla mnie dotkliwa, 

niż ponowne zaufanie temu padalcowi... 

Bartosz  pierwszy  raz  w  czasie  tej  rozmowy  spojrzał 

4030664

background image

4030664

 

na nią, a w jego źrenicach można było dostrzec smutek, 
ale  i  troskę  o  przyszłość  dziewczyny  siedzącej  na  sofie 
tuż koło niego. 

–  Chodź  –  zachęcił,  otwierając  ramiona  –  należy  ci 

się pocieszycielski uścisk, a potem niestety ja znikam w 
swojej  pracowni,  bo  muszę  popracować  nad  pewnym 
projektem. 

Łucja  wpadła  w  jego  ramiona,  ocierając  dyskretnie 

resztki łez czających się w kącikach jej oczu. Wiedziała, 
że  wieloletni  przyjaciel  nie  tylko  zrozumie  ją,  ale  i 
pocieszy  w  tym  trudnym  dla  niej  momencie.  Był 
jedynym  facetem  w  całym  jej  trzydziestoletnim  życiu, 
który nie zdradził jej, ani nie wykorzystał. Zaoferował jej 
natomiast  nie  tylko  lokum,  ale  też  najlepszą  pod 
słońcem  przyjaźń,  która  potrafi  przetrwać  największe 
życiowe zawirowania. 

– Nad czym pracujesz? – spytała, podchwytując jego 

ostatnie słowa tylko po to, by zmienić temat wieczornej 
rozmowy. 

– Domek letniskowy, w którym pomieści się pół elity 

naszej drogiej stolicy.  

Wysuwając się z jego misiowatego uścisku, przysiadła 

na  rogu  kanapy  i  zdezorientowana  spojrzała  w  jego 
kierunku, zastanawiając się nad czymś, co nie dawało jej 
spokoju. 

–  Z  tego,  co  pamiętam,  zaproponowałeś  im  już 

chyba  cztery  różne  wersje  tego  budynku  –  rzekła  po 
chwili ciszy, nie bardzo rozumiejąc jak można pracować 
tak długo nad tym samym zleceniem. 

–  Pięć  –  poprawił  ją  z  wisielczym  uśmiechem  na 

4030664

background image

4030664

 

 

ustach  –  ale  teraz  wprowadzam  już  ostatnie  sugestie  i 
jeśli  szczęście  mi  dopisze,  to  wreszcie  projekt  zyska 
akceptację, a ja będę mógł nieco odpocząć. 

–  A  może  tak  zabierzesz  mnie  na  spotkanie,  bym 

mogła  oczarować  tego  twojego  słynnego  aktora  i 
poprosić,  by  wreszcie  zgodził  się  na  twoją  wizję  – 
zaproponowała. 

–  A  przy  okazji  wkręcisz  się  na  parę  przyjęć,  kilka 

ścianek i może jakąś inscenizowaną sesję z warszawskimi 
paparazzi?  Chyba  jednak  postawię  na  profesjonalizm  i 
ciężką pracę – rzucił, podnosząc się z kanapy – co dziś 
będzie na kolację? 

Łucja  spojrzała  na  niego  pełnym  oburzenia 

wzrokiem,  jakby  nie  mogąc  uwierzyć  w  zadane  przed 
chwilą pytanie. 

– Nie wiem. Może znajdziesz jakąś żonę i zaczniesz 

zrzucać tego typu dylematy na jej głowę? - zasugerowała 
Łucja  –  ja,  jako  zaprzysiężona  singielka,  zadowolę  się 
byle jaką mrożonką odgrzaną w piekarniku! 

– Jak dla mnie brzmi świetnie, podgrzej i dla mnie – 

dobiegł ją głos z holu – Zresztą, po co mi żona? Mam 
ciebie! – dodał. 

Następnym  dźwiękiem,  jaki  dotarł  do  jej  uszu  było 

głośne, 

nieco 

ostentacyjne, 

zamknięcie 

drzwi 

oddzielających  pracownię  od  reszty  przestronnego 
mieszkania,  urządzonego  w  minimalistycznym  z 
założenia  stylu.  Niestety  tylko  z  założenia,  bowiem  z 
biegiem  czasu  został  zagracony  milionem  bibelotów 
należących do Łucji. 

Dziewczyna  została  sama.  Ściskając  w  dłoniach 

4030664

background image

4030664

 

kubek z gorącą herbatą siadła na kanapie i zapatrzyła się 
na  miasto,  którego  panoramę  mogła  bez  przeszkód 
podziwiać.  Zmrok,  który  dawno  pokrył  całą  ziemię, 
zdawał  się  uciekać  w  popłochu  przed  wielkomiejskimi 
światłami,  które  za  wszelką  cenę  próbowały  przejąć 
kontrolę nad Warszawą. 

 
  Kiedy  wyjmowała  Lasagne  z  piekarnika,  rzucił  jej 

się w oczy kalendarz wiszący na drzwiach lodówki. 

 

30 Listopad 

Imieniny Andrzeja oraz Konstantego 

 
Ta krótka notatka przypomniała jej czasy domowych 

prywatek,  podczas  których  wraz  z  koleżankami  lała 
wosk,  doszukując  się  później  w  jego  cieniu 
szczątkowych  wiadomości  dotyczących  świetlanej 
przyszłości. 

  Zaśmiała  się  cicho,  acz  nieprzyjemnie.  Marzenia 

nastoletnich lat zbladły w obliczu dorosłości. U jej boku 
nie było kochającego męża ani wyimaginowanej dwójki 
dzieci.  Zamiast  we  własnej  firmie,  pracowała  jako 
doradca  turystyczny  w  jednej  z  dużych  firm.  Ot,  szara 
codzienność  w  korporacji,  która  zaszufladkowała  ją  na 
dobre, nie dając szans na jakąkolwiek zmianę.  

  Pod  wpływem  niemal  dziecięcego  impulsu, 

odstawiła gorącą blachę z kolacją na żaroodporny blat i 
ruszyła  w  stronę  schowka  w  holu,  mając  nadzieję  na 
znalezienie w nim odpowiednio dużego klucza.  

  Szperając  między  upchniętymi  na  chybił  trafił 

4030664

background image

4030664

 

 

szpargałami, próbowała odnaleźć coś, co mogło jej dać 
chociażby  złudną  szansę  na  obietnicę  świetlanej 
przyszłości.  Nie  mogąc  znaleźć  poszukiwanego 
przedmiotu,  zaczęła  w  przypływie  desperacji  wyrzucać 
kolejne  rzeczy  na  podłogę,  bez  specjalnej  troski  o  to 
gdzie i w jakim stanie zalegną.  

– Co robisz? - zapytał w pewnym momencie Bartosz, 

wynurzając się z czeluści swojej pracowni – kompletnie 
ci odbiło? 

Łucja  spojrzała  na  niego  nieco  zdezorientowanym 

wzrokiem, jakby nie rozumiejąc powodu tego słownego 
ataku na jej osobę. 

–  Jest  trzydziesty  listopada  –  rzekła,  jakby  podanie 

daty miało uczynić wszystko jasnym i bez chwili zwłoki 
powróciła do przerwanych poszukiwań. 

–  Dziękuję,  ale  wydaje  mi  się,  iż  ta  informacja  nie 

wzbogaciła zbytnio mego dnia – mruknął, obserwując z 
przerażeniem jak ciężkie obcęgi, których nie używał od 
lat, lądują z łoskotem na mahoniowych panelach. 

Popatrzyła  na  niego,  jak  na  wioskowego  głupka, 

który niczego nie potrafi zrozumieć i plecie trzy po trzy 
na lewo i prawo. 

–  Andrzejki!  -  oznajmiła  triumfalnie  –  po  kolacji 

będziemy lali wosk! 

Tym  razem  to  Bartosz  rzucił  jej  spojrzenie  należne 

osobie,  która  bez  wyraźnego  powodu  straciła  resztki 
rozumu. 

– Nie wiem czy pamiętasz, ale niecałe dwa miesiące 

temu świętowaliśmy twoje trzydzieste urodziny. 

– I co z tego? 

4030664

background image

4030664

 

11 

Westchnął  ciężko,  zamykając  za  sobą  drzwi 

pracowni.  Nie  miał  zamiaru  odpowiadać  na  to  pytanie. 
Doszedł jednak do wniosku, iż skoro nie może pokonać 
szaleńca  buszującego  w  jego  schowku,  to  być  może 
powinien się do niego przyłączyć. 

– Szukasz świec czy klucza? – spytał, stając tuż obok 

niej i zanurzając głowę w czeluściach szafki. 

Łucja  zdenerwowana,  iż  odgrodzono  jej  drogę  do 

usytuowanych  w  dole  szuflad,  wyjawiła  w  końcu, 
niezadowolona, co stanowiło obiekt jej poszukiwań. Po 
czym  fuknęła  ze  złością  na  widok  męskiej  dłoni 
unoszącej  w  geście  triumfu  ogromnych  rozmiarów 
klucz, 

który 

prawdopodobnie 

otwierał 

jakiś 

przedwojenny,  skomplikowany  zamek.  Już  chciała  go 
pochwycić,  jednak  górujący  nad  nią  Bartosz  uniósł  go 
wysoko, ponad jej głowę i zasięg ramion. 

– Po kolacji! - przypomniał – najpierw musisz mnie 

nakarmić! Ma być dużo i smacznie – zażyczył sobie. 

–  Zrobiłam  Lasagne,  jeśli  tylko  znajdziemy  jakieś 

wino... 

– Żartujesz sobie? Oczywiście, że z okazji Andrzejek 

musimy  sobie  wychylić  po  kieliszeczku!  Inaczej  takie 
świętowanie należałoby uznać za nieważne. 

Chociaż  zwykli  jadać  wieczorny  posiłek  w  kuchni, 

tym razem Bartosz nakrył do stołu w pokoju dziennym, 
by  mogli  cieszyć  się  widokiem  oświetlonego  miasta, 
które  mimo  wieczornej  pory  tętniło  życiem.  Zapalił 
nawet świece i kadzidełka, by uprzyjemnić tę, na pozór 
zwykłą, kolację. 

 

4030664

background image

4030664

 

 

– Uważaj, bo za moment się poparzysz! - przestrzegł 

ją,  gdy  kilka  kropli  rozpuszczonego  wosku  skapnęło  z 
niefortunnie  przechylonego  rondelka  na  jej  puchate 
bambosze. 

– Tylko, jeśli będziesz zbyt dużo gadał! - odcięła się 

natychmiast, balansując nad balią pełną zimnej wody. 

Chwyciła  klucz  i  pozwoliła  woskowi  płynąć 

jednostajną  stróżką  przez  otwór.  Minęło  dobrych 
kilkanaście  sekund,  zanim  zdecydowała,  iż  wystarczy. 
Odczekała chwilę i ujęła woskową formę w dłonie. 

– Patrz, przypomina hula-hop! – rzekła, śmiejąc się w 

najlepsze – prawdopodobnie to sugestia dotycząca mojej 
słabej kondycji fizycznej. 

–  Bzdury  gadasz  –  zganił  ją  natychmiast  –  zresztą, 

powinnaś  sprawdzić,  co  przedstawi  cień  rzucony  przez 
tę  formę  na  ścianę.  Inaczej  nie  możesz  zanalizować  jej 
kształtu, zapomniałaś? 

Zdawała sobie sprawę, iż ma rację, jednak z jakiegoś 

bliżej  nieokreślonego  powodu  całe  to  lanie  wosku 
przestało ją bawić. Miała ochotę zamknąć się w swoim 
pokoju i płakać dopóki starczy łez w oczach. Być może 
powodem takich odczuć było nagłe wspomnienie Darka 
obściskującego  się  czule  z  treserką  węży  w  obwoźnym 
cyrku  lub  „królową  różu”.  Nie  chcąc  jednak  psuć 
wieczoru  zainicjowanego  przez  nią  samą,  starała  się 
robić dobrą minę do przysłowiowej złej gry. Posłusznie 
podeszła  do  lampy  i  obracając  woskową  formą  na 
wszystkie  strony  próbowała  odczytać  znaczenie  jej 
cienia. 

–  Nadal  twierdzę,  że  to  hula-hop  –  mruknęła  – 

4030664

background image

4030664

 

13 

powinnam w końcu zapisać się do siłowni, z którą moja 
korpo podpisała umowę na następny rok. 

– A mi to wygląda bardziej na... 
Nie  dane  mu  było  jednak  wypowiedzieć  do  końca 

zamierzonych  słów,  bowiem  zostały  one  przerwane 
przez  dzwonek  telefonu  stojącego  na  komodzie  przy 
ścianie.  Stwierdzając,  iż  Łucja  nie  ma  zamiaru  odebrać, 
chciał  już  wstać  z  kanapy,  by  zlitować  się  nad  duszą, 
która  postanowiła  zakłócić  późny  wieczór  ich 
domowych  pieleszy  i  odebrać,  jednak  automatyczna 
sekretarka uprzedziła go. 

– Łucja? - odezwał się całkiem znajomy głos – wiem, 

że tam jesteś i słuchasz! Odbierz w tej chwili  – polecił 
rozkazującym tonem mężczyzna inicjujący połączenie – 
źle zinterpretowałaś sytuację! 

Przeciągłe  „piiiii”  zagłuszyło  resztę  jego  słów  - 

automatyczna 

sekretarka 

przerwała 

rozmowę 

oznajmiając  koniec  nagrania.  Cisza,  która  zaległa  po 
przebrzmieniu  ostatniego  tonu,  z  powodzeniem 
powinna była zostać określona mianem grobowej. 

–  „Pan  Przystojny  Jestem”  nie  daje  za  wygraną  – 

stwierdził  kąśliwie  Bartosz,  próbując  wybadać  uczucia 
przyjaciółki – czemu nie odebrałaś? 

–  Z  tego  samego  powodu,  dla  którego  wyłączyłam 

swoją  komórkę.  Nie  mam  ochoty  więcej  z  nim 
rozmawiać.  Wystarczająco  długo  wierzyłam  w  brednie 
wyssane z palca. 

Zaskoczyła  go  owymi  słowami  i  to  bardzo. 

Spodziewał  się,  bowiem,  iż  ruszy  sprintem  w  stronę 
telefonu, by jak najszybciej nawiązać nić porozumienia z 

4030664

background image

4030664

 

 

Dariuszem,  który  od  kilku  miesięcy  bawił  się  z  nią  w 
kotka i myszkę.  

  Chyba wreszcie zrozumiała, że młodszy manager w 

agencji  reklamowej  nie  jest  najlepszym  kandydatem  do 
jej  ręki,  bądź  serca.  Pozostawało  mieć  jedynie  nadzieję, 
iż Łucja wytrwa w tym słusznym przekonaniu.  

–  W  takim  razie  jutro  zablokujemy  jego  numer  – 

rzekł,  chcąc  jak  najszybciej  zakończyć  ten  temat  –  a 
wracając do twojego odlewu, to sądzę, iż to obrączka. 

Łucja,  z  obrażoną  miną,  zakładając  ręce  na 

wysokości piersi w geście protestu, rzuciła się na miękkie 
poduszki  sofy.  W  milczeniu  spoglądała  na  Aleje 
Jerozolimskie,  po  których  mknęły  rozpędzone 
samochody. 

–  Jasne!  Może  powinnam  zaręczyć  się  z  „Panem 

Przystojny Jestem”, jak zwykłeś nazywać Darka. 

Bartosz  wydał  z  siebie  dźwięk,  który  był  na  wpół 

westchnieniem,  na  wpół  sarkastycznym  prychnięciem 
wyrażającym dezaprobatę dla jej wypowiedzi. 

– Wiesz, nie wszyscy faceci są zapatrzonymi w siebie 

dupkami. 

– Ale też nie każdy jest tak cudowny jak ty – rzekła, 

zaskakując  go  ponownie  –  tylko  czekam,  kiedy  jakaś 
blond  nimfa  cię  upoluje  i  z  jej  polecenia  wręczysz  mi 
nakaz  eksmisji.  Wystarczająco  długo  niańczysz  mnie  w 
naszej stolicy, staruszku. 

– Wiesz ile lat się znamy? Pamiętam jak jeździłaś na 

swoim  trzykołowym  rowerku,  ścigając  mnie  i  twojego 
brata! Prawie zmieniałem ci pieluchy! 

Kiedy  tylko  wypowiedział  te  słowa,  zdał  sobie 

4030664

background image

4030664

 

15 

sprawę,  iż  posunął  się  o  jeden  krok  za  daleko.  Nie 
powinien był jej wypominać różnicy wieku, która zawsze 
doprowadzała ją do furii. 

– Jasne, staruszku, ale wiesz – karma wraca, może się 

okazać,  że  jak  już  przejdziesz  na  emeryturkę  i  twoja 
blond  nimfa  ucieknie  w  siną  dal,  to  ja  będę  zmieniać 
pieluchy tobie! 

– 

Jeśli 

tylko 

obydwoje 

dożyjemy 

tak 

zaawansowanego  wieku.  Sądzę  jednak,  iż  szybciej 
wykończysz  mnie  psychicznie,  jeśli  na  czas  nie 
znajdziesz sobie jakiegoś porządnego faceta do pary!  

Zachichotali  oboje  wiedząc,  iż  wszystkie  jej  krótsze 

czy  dłuższe  związki  kończyły  się  z  wielkim  hukiem. 
Najczęściej  na  skutek  niezgodności  charakterów  i 
podglądów  na  życie  prezentowanych  zarówno  przez 
Łucję, jak i jej kolejnych wybranków. 

–  Teraz  twoja  kolej;  zobaczymy,  co  przeznaczenie 

szykuje 

dla 

szanowanego 

architekta 

niedowartościowanych celebrytów. 

–  Moja  droga  –  zaczął  oficjalnym  tonem  –  chyba 

zatarły  ci  się  w  pamięci  nasze  staropolskie  tradycje. 
Andrzejki  są  dla  panien  na  wydaniu,  dla  kawalerów 
wymyślono Katarzynki, które miały miejsce, jeśli się nie 
mylę, pięć dni temu. 

– Czepiasz się szczegółów – zrugała go natychmiast, 

podrywając się z kanapy – chociaż spróbuj! 

– Nie będę wywoływał licha z lasu... 
–  Wilka  –  poprawiła  go  natychmiast  –  z  lasu 

wywołuje się wilka... 

– Wilk mi nic nie zrobi, ale licho? Kto go tam wie!? 

4030664

background image

4030664

 

 

Zresztą, nie jestem nazbyt ciekawski, co ma się stać, to i 
tak  się  stanie...  A  ty  lepiej  skup  się  na  tej  obrączce, 
chociaż  –  tu  zawiesił  na  chwilę  głos,  uśmiechając  się 
przy  tym  złośliwie  –  kto  wie,  może  to  faktycznie  hula-
hop! 

Kiedy tylko wypowiedział te słowa, jedna z poduszek 

zdobiących  do  tej  pory  sofę  poszybowała  w  kierunku 
jego  głowy  z  zawrotną  prędkością  i  zanim  zdążył  się 
przed nią uchylić, trafiła go prosto w twarz. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

4030664

background image

4030664

 

17 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ II 

 
 

  Pierwszy  grudnia  powitał  ją  śniegiem,  mrozem  i 

ogromnym  bólem  głowy,  który  nie  ustał  nawet  po 
drugiej  kawie.  Na  wpół  śpiąc  siedziała,  zatem,  przy 
biurku  obłożonym  katalogami  turystycznymi,  próbując 
prowadzić sensowną rozmowę z klientem, który sam nie 
wiedział,  gdzie  tak  naprawdę  chciałby  się  wybrać  z 
rodziną na przerwę świąteczną. 

–  Wspominał  pan  o  dzieciach  w  wieku  siedmiu  i 

dwunastu  lat,  zatem  być  może  zainteresuje  Państwa 
Tajlandia.  Piękne  plaże,  ciepłe  morze,  wyśmienite 
jedzenie i luksusowy hotel zapewnią doskonałe warunki 
do wypoczynku. Z dala od gorączkowych przygotowań, 
ale  jednocześnie  w  atmosferze  Bożego  Narodzenia. 
Większość resortów organizuje dla swych gości specjalną 
kolację wigilijną. 

4030664

background image

4030664

 

 

–  Czy  ja  wiem...  –  mruknął  niezdecydowany 

mężczyzna  –  rzeczywiście  chcielibyśmy  uciec  gdzieś  z 
dala  od  śniegu,  ale  chyba  wolałbym  jakiś  katolicki  kraj. 
Wie pani, kościół, prawdziwa choinka... 

Śnieg, mróz, ale tak, by nie były uciążliwe – dodała w 

myślach Łucja, mając nadzieję, iż nie wymamrotała tego 
głośno. 

– Zatem Meksyk, zaciszny hotel w Playa del Carmen. 

W  centrum  miasteczka  znajduje  się  mały  kościółek...  – 
zaczęła  wyliczać,  ale  zanim  przeszła  do  kolejnego 
punktu, została uciszona gestem dłoni. 

– To już brzmi lepiej – stwierdził zadowolony – ale 

czy ksiądz prowadzący mszę będzie mówił po polsku?  

Łucja  szybko  nabrała  powietrza,  jednocześnie  licząc 

w  myślach  od  jednego  do  dziesięciu.  To  ćwiczenie 
relaksacyjne  pomagało  jej  z  reguły  nabrać  dystansu  i 
niwelowało narastający w niej poziom stresu. 

–  Niestety,  nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  –  rzekła 

cierpliwie  –  msza  prawdopodobnie  będzie  prowadzona 
po hiszpańsku. Mogę jedynie skontaktować się z naszym 
rezydentem,  celem  uzyskania  informacji  czy  istnieje 
szansa na angielskojęzyczne nabożeństwo. 

Mężczyzna  mruczał  coś  niezadowolony,  jednak 

Łucja  mimo  chęci  nie  mogła  nic  z  tego  zrozumieć.  Po 
kilku  sekundach  poddała  się  i  cierpliwie  czekała  na 
bardziej wyraźną artykulację jego potrzeb. 

–  Ten  Meksyk  brzmiał  obiecująco,  ale  msza  bez 

polskiego  księdza?  Muszę  to  skonsultować  z  żoną  – 
stwierdził, nagle wstając – wezmę ten katalog i będziemy 
w kontakcie. 

4030664

background image

4030664

 

19 

Nie  powiedział  nawet  „do  widzenia”.  Po  prostu 

odwrócił się na pięcie i zakładając płaszcz wiszący do tej 
pory na poręczy fotela, ruszył w kierunku wyjścia.  

Rozejrzała się dookoła. Kilka koleżanek rozmawiało 

w  klientami,  inne  przeglądały  internetowe  oferty  Last 
Minute,  celem  zapoznania  się  z  najnowszymi 
promocjami. Z braku innych zajęć, otworzyła służbowy 
mail i zagłębiła się w lekturze służbowych informacji. 

 
  Wyczołgała  się  z  metra  i  brnąc  wśród  błota 

pośniegowego  zalegającego  na  chodniku  ruszyła  w 
kierunku  domu.  Uśmiechając  się  pod  nosem,  po  raz 
chyba setny uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie ma 
domu.  Bartosz  prawdopodobnie  z  grzeczności 
zaoferował  młodszej  siostrze  swego  dawnego  kolegi 
pokój,  gdy  poprzedni  wynajemca  wyrzucił  ją  niemal  z 
dnia na dzień z wynajmowanego mieszkania. Z biegiem 
czasu  zaprzyjaźnili  się  i  mieszkali  tak  razem  już  od 
przeszło  czterech  lat,  jak  przyszywane  rodzeństwo.  Ba, 
zabrał  ją  nawet  ze  sobą,  gdy  zmieniał  apartament  na 
większy!  W  zamian  za  pokój  i  wsparcie  starała  się 
opiekować  oderwanym  od  realiów  życia  architektem, 
który w nawale pracy zapominał o jedzeniu, praniu czy 
innych codziennych sprawach.  

  Winda  zatrzymała  się  na  wybranym  przez  nią 

piętrze. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, wypuszczając 
Łucję  na  korytarz.  Z  westchnieniem  radości  i  nowym 
zastrzykiem  energii  ruszyła  przed  siebie  wiedząc,  że  za 
kilkanaście  metrów  będzie  mogła  zaparkować  swoje 
umęczone ciało w jednym z foteli ustawionych w pokoju 

4030664

background image

4030664

 

 

dziennym. Boże, jak ona uwielbiała te krótkie momenty, 
które  mogła  spędzić  w  samotności,  wpatrując  się  w 
tętniącą  życiem  Warszawę.  Zdawała  sobie  sprawę,  że 
późnym  wieczorem  powinna  wstawić  pranie,  ale  to 
mogła zrobić nawet tuż przed pójściem spać. 

  Wyciągając  niemal  na  oślep  klucz  schowany  w 

kieszeni  płaszcza,  wycelowała  go  prosto  w  kierunku 
zamka  i  potknęła  się  o  coś,  co  najspokojniej  w  świecie 
leżało  na  wycieraczce  mieszkania  Bartosza.  Spojrzała 
pod  nogi  i  spostrzegła  małą  paczuszkę  opakowaną  w 
czerwony  metaliczny  papier,  przewiązaną  złotą 
wstążeczką.  Do  kokardki  przyczepiona  była  mała  karta 
prezentowa.  

Nie  byłaby  kobietą,  gdyby  nie  zaciekawiła  się  tak 

intrygującą  formą  dostarczenia  przesyłki,  zresztą, 
musiała wiedzieć, dla kogo była ona przeznaczona. 

  Zapominając  o  cały  czas  tlącym  się  bólu  głowy  i 

strzykaniu w kręgosłupie, schyliła się chwytając w dłoń 
małe  cudeńko.  Na  karcie  dostrzegła  dwa  pięknie 
wykaligrafowane słowa: 

 

„Dla Łucji” 

 
Nie  miała  zbyt  dużo  znajomych  w  stolicy,  a 

przyjaciele  z  czasów  dzieciństwa  nie  wiedzieli  gdzie 
mieszka,  zatem  darczyńca  zadał  sobie  dużo  trudu,  by 
dostarczyć  tajemniczą  paczuszkę  pod  właściwy  adres. 
Nie wypuszczając prezentu z dłoni, przekręciła klucz w 
zamku  i  weszła  do  pustego  mieszkania.  Zapaliła 
wszystkie  światła  i,  zrzucając  w  pośpiechu  płaszcz, 

4030664

background image

4030664

 

21 

ruszyła w kierunku ulubionego fotela. 

  Ostrożnie,  jakby  miała  w  rękach  bombę,  która 

mogła  eksplodować  przy  najmniejszym  wstrząsie, 
rozwiązała  ozdobną  tasiemkę  i  powoli  zaczęła 
odpakowywać  paczuszkę.  Kiedy  usunęła  czerwony 
metaliczny papier, ujrzała niewielką, elegancką szkatułkę 
wykonaną z polerowanego drewna. 

  „Już  opakowanie  samo  w  sobie  jest  drogie”  – 

pomyślała,  przerywając  na  chwilę  odkrywanie  tajemnic 
niezwykłego  podarunku  -  „może  na  naszym  piętrze 
mieszka  jakaś  inna  Łucja  i  to  jest  prezent  dla  niej”  - 
zaczęła  fantazjować,  nie  mogąc  znaleźć  racjonalnego 
powodu,  dlaczego  ktoś  obcy  miałby  sprawić  taką 
niespodziankę właśnie jej! 

  Przez chwilę gładziła lśniące wieczko, aż  w końcu 

zniecierpliwione palce nacisnęły mechanizm otwierający 
szkatułkę. Do jej uszu dotarł cichy dźwięk sygnalizujący 
ustąpienie  delikatnego  zameczka.  Jej  oczom  ukazała się 
para  kryształowych  gołąbków,  leżąca  na  czerwonej, 
jedwabnej  poduszce.  Były  niemal  mikroskopijne,  ale 
wykonane  z  największą  precyzją.  Nawet  niewielkie 
piórka  na  ich  rozpostartych  skrzydełkach  były 
wyrzeźbione  z  dbałością  o  detale,  podobnie  jak  ich 
dziobki stykające się w czymś, co ona sama określiłaby 
mianem ptasiego pocałunku.  

  Trzymając na dłoni kruchy podarunek, przyglądała 

mu się z zaciekawieniem i rosnącą ciekawością, kto mógł 
jej coś takiego podarować. Niestety, mózg zdecydowanie 
odmówił  współpracy  i  odmawiał  podania  chociażby 
personaliów potencjalnego darczyńcy.  

4030664

background image

4030664

 

 

  Trudno  powiedzieć,  jak  długo  siedziała  na  swoim 

ulubionym fotelu, wpatrując się w lśniące w świetle lamp 
kryształowe gołąbki, gdy drzwi wejściowe otworzyły się, 
a  na  ich  progu  stanął  Bartosz.  Już  miał  wypowiedzieć 
słowa  powitania,  gdy  dostrzegł  porzucony  płaszcz  i 
Łucję  zatopioną  w  świecie  marzeń.  Wpatrywała  się 
nieobecnym  wzrokiem  w  coś,  co  znajdowało  się  w  jej 
dłoniach.  Zdjął  buty  i  zakradł  się  po  cichu,  by  poznać 
powód jej niecodziennego zachowania. 

–  Co  tam  masz?  -  wyszeptał  tuż  ponad  jej  lewym 

uchem. 

Dziewczyna  podskoczyła  przestraszona,  odruchowo 

zaciskając w dłoni trzymany przez siebie skarb. Po czym 
spojrzała  na  niego  z  wyrzutem,  a  może  nawet 
pretensjami,  dlaczego  zakradł  się  do  niej  bez  słowa, 
zamiast przywitać się jak każdy cywilizowany człowiek. 

–  Zachowujesz  się  jak  smarkacz!  –  zagrzmiała, 

podrywając  się  z  fotela  –  pomyślałby  ktoś,  że  masz 
trzynaście lat, a nie trzydzieści siedem! 

–  Jestem  młody  duchem  –  odparł  niezrażony  –  a 

teraz powiedz, co tam masz. 

– Wracając do domu znalazłam na wycieraczce małą 

paczuszkę.  Była  zaadresowana  do  mnie,  a  w  środku 
znalazłam to – odpowiedziała otwierając dłoń, w której 
ukryła kryształowe gołąbki. 

Bartosz  poprawił  okulary,  które  w  międzyczasie 

nieco  zsunęły  mu  się  z  nosa  i  pochylając  się  nieco, 
zaczął  oględziny  małego  arcydzieła,  trzymanego  przez 
jego  współlokatorkę.  Na  pierwszy  rzut  oka  mógł 
stwierdzić,  że  prezent  należał  do  podarunków  z 

4030664

background image

4030664

 

23 

najwyższej półki, zarówno cenowej, jak i jakościowej. 

–  Wnioskuję,  że  były  zapakowane  w  tą  piękną 

szkatułkę?  -  spytał  po  chwili,  wskazując  na  drewniany 
przedmiot, leżący na pobliskim stoliku do kawy. 

– Zgadza się! Skąd wiedziałeś? 
–  Miałem  już  okazję  podziwiać  takie  kryształowe 

cudeńka.  Jesteś  pewna,  że  to  leżało  pod  naszymi 
drzwiami i było przeznaczone dla ciebie? Nie obraź się, 
ale to raczej dość kosztowny prezent.  

Słowa  Bartosza  jedynie  potwierdziły  jej  domysły. 

Mimo,  iż  kryształowy  przedmiot  był  niewielkich 
rozmiarów, na pewno reprezentował sobą markę, która 
stawiała  go  wysoko  ponad  bibelotami  gromadzonymi 
przez nią do tej pory.  

  Podeszła  do  stolika  i  wzięła  kartę  prezentową, 

która  nadal  doczepiona  była  do  dekoracyjnej  kokardy, 
zdobiącej resztki wierzchniego opakowania prezentu. 

– Sam zobacz, wyraźnie napisano tu „Dla Łucji”. 

Mężczyzna ujął bilecik w dłoń i przyjrzał się jego treści. 

– Faktycznie. Nie może być mowy o pomyłce. Moja 

droga, masz, zatem, tajemniczego wielbiciela! - oznajmił 
zadowolonym tonem. 

Jej serce i dusza miały ochotę głośno zaprotestować, 

wykrzykując  jedno  pojedyncze  słowo:  „Bzdura”.  Nie 
mogła  jednak  zaprzeczać  faktom  –  ktoś  zadał  sobie 
wiele trudu, by wywołać dziś uśmiech na jej twarzy. 

–  Prawdopodobnie  –  rzekła  dyplomatycznie,  nie 

chcąc  okazywać  podekscytowania  całą  sprawą  –  chyba 
zabiorę  swoje  zabawki  i  zaniosę  je  do  swojej  sypialni. 
Dziś  na  kolację  przygotuję  coś  tajskiego,  piszesz  się?  – 

4030664

background image

4030664

 

 

spytała, sięgając w stronę szkatułki. 

Bartosz okazał się jednak szybszy, zgrabnym ruchem 

ramienia  poderwał  drewniany  przedmiot  w  powietrze, 
unosząc go wysoko ponad jej głowę. Zupełnie tak samo, 
jak woskowy odlew wczorajszego wieczora. 

–  Nieuczciwie  wykorzystujesz  przewagę  daną  ci 

przez wzrost – poskarżyła się niczym pięciolatka. 

–  Jak  będziesz  grzeczna,  to  może  jeszcze  trochę 

urośniesz  –  odpowiedział  jej  natychmiast,  śmiejąc  się 
przy tym uroczo. 

Nagle męski chichot zamilkł, a jego sprawca zaczął z 

uwagą  przyglądać  się  spodowi  drewnianej  szkatułki. 
Odwrócił  ją  w  stronę  światła  padającego  z  lampy  i 
przybliżył do swoich oczu. 

–  Widziałaś  tą  małą  wyrzeźbioną  w  drewnie  liczbę? 

Nie  jest  pokryta  lakierem,  co  oznacza,  że  została 
wykonana  później,  kiedy  to  cacuszko  przeszło  cały 
proces twórczy. 

– Jaką liczbę? O czym ty mówisz? 
–  Zobacz  tutaj  –  rzekł,  wskazując  palcem  małe 

żłobienia  w  jednym  z  rogów,  składające  się  w  symbol 
„24”. 

–  Faktycznie,  nieco  dziwne,  ale  może  to  jakieś 

oznaczenie zrobione w magazynie... 

–  Nie  sądzę,  zdaniem  sprzedawcy  obniżałoby 

wartość produktu – upierał się w tym czasie Bartosz. 

– Nie wiem i raczej się nie dowiem – ucięła w końcu 

temat Łucja – jeśli masz ochotę mi pomóc w gotowaniu, 
to za dziesięć minut widzimy się w kuchni. 

Nie  było  lepszego  sposobu,  by  szybko  i  skutecznie 

4030664

background image

4030664

 

25 

pozbyć się Bartosza, który zaczął zbytnio węszyć wokół 
jej tajemniczego prezentu. W ułamku sekundy mruknął, 
iż ma coś do zrobienia i zanim zdążyła cokolwiek na to 
odpowiedzieć,  usłyszała  dźwięk  zamykanych  drzwi  od 
pracowni. 

  Z  jakiegoś  powodu  poczuła  się  jak  matka 

nieposłusznego  nastolatka,  albo  raczej  starsza  siostra 
wiecznie  niedojrzałego  młodzieńca.  Sprzątając  mały 
bałagan  ze  stolika,  uśmiechała  się  do  siebie  i  swoich 
myśli.  Ktokolwiek  podarował  jej  kryształowe  gołąbki, 
poprawił  jej  tym  kiepski  humor,  wywołując  miłe 
poczucie  ważności.  Była  dla  kogoś  ważna  i  to  nie  jako 
przyjaciółka,  kucharka  czy  Bóg  wie,  kto  jeszcze.  Była 
ważna po prostu, jako kobieta, jako człowiek.  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAL III 

 
 

Przerwę  na  lunch  spędziła  w  służbowej  kantynie, 

przysłuchując  się  bezmyślnej  paplaninie  zebranych  tam 
kobiet.  Jednym  uchem  słuchając,  z  kim  ostatnio 
widziany był ich przystojny szef, a kogo zdradził jeden z 
managerów  firmy,  zatopiła  się  we  własnych  myślach. 
Ostatnimi  czasy,  bowiem,  coraz  więcej  myślała  o 
przyszłości.  Tej,  która  z  jakiegoś  powodu  jeszcze  nie 
nadeszła. Zdawała sobie sprawę, iż od czterech lat żyje 
w zawieszeniu. Cały czas planuje znaleźć własne lokum, 
chociaż  nigdy  tak  naprawdę  nie  zaczęła  go  szukać. 
Powinna  wreszcie  pozwolić  Bartoszowi  funkcjonować 
tak,  jakby  sobie  tego  życzył.  Rozumiała,  że  marnowała 
czas  na  facetów,  takich  jak  „Pan  Przystojny  Jestem”  i 
jego poprzednicy, którym w głowie była jedynie zabawa 
i niezobowiązujące znajomości na kilka tygodni. Przecież 

4030664

background image

4030664

 

27 

pragnęła kogoś, do kogo mogłaby co wieczór, wracać z 
pracy  i,  marudząc  na  bolący  od  wiecznego  siedzenia 
przed komputerem kręgosłup, wtulać się na wymarzonej 
fioletowej  kanapie,  którą  widziała  jakiś  rok  temu  na 
wystawie jednego ze sklepów meblowych. 

– Łucja, mówię do ciebie! 
Piskliwy głos należący do Alicji przedarł się wreszcie 

przez kurtynę marzeń siedzącej na niewygodnym krześle 
Łucji. 

– Tak, tak – odpowiedziała nieco nieprzytomnie – co 

mówiłaś? 

–  O  nie,  nie,  nie!  -  zaprotestowała  koleżanka  –  nie 

będę  opowiadać  tego  jeszcze  raz,  lepiej  ty  nam  zdradź, 
co tak pochłonęło cię bez reszty! 

Dziewczyna  uśmiechnęła  się  z  tak  ogromnym 

zadowoleniem,  iż  przypominała  kota,  który  właśnie 
dobrał się do miseczki ze śmietanką. 

–  Nic.  Myślałam  o  kilku  mało  ważnych  rzeczach  – 

odpowiedziała  niepewnie,  nie  wiedząc,  iż  jej  oblicze 
zdradzało zbyt wiele. 

–  Kochana,  nie  z  nami  te  numery  –  odpowiedziała, 

parafrazując  słynny  cytat  z  Klossa  –  błogi  uśmiech, 
który  pojawił  się  na  twej  buzi,  zdradza  nam  niemal 
wszystko.  Mów  natychmiast,  kto  to,  bo  z  tego,  co 
słyszałam, Dariusz przeszedł już do historii... 

–  Tak,  z  trenerką  węży  i  „królową  różu”  –  dodała 

uczynnie Dominika. 

– Zatem?  
Pytanie  to,  być  może  przez  swoją  prostotę 

konstrukcji,  zabrzmiało  groźnie,  niemal  złowrogo. 

4030664

background image

4030664

 

 

Spojrzenia obydwu kobiet uważnie obserwowały każdą, 
nawet  najmniejszą,  reakcję  zachodzącą  na  twarzy 
osaczonej Łucji. 

– Nie wiem. 
Ta  szczera  odpowiedź  nie  zadowoliła  jednak 

koleżanek  z  pracy,  które  w  poszukiwaniu  sensacji 
mogącej  ożywić  nieco  nudną  atmosferę  panującą  w 
firmowym  salonie  sprzedaży,  potrzebowały  nowego 
tematu do plotek. 

– Myślałam, że jesteśmy koleżankami – rzekła Alicja, 

wyciągając z arsenału najcięższą artylerię. 

– Naprawdę, nie mam pojęcia, kim on jest – rzekła 

Łucja  urażona  nieco  niedowierzaniem  towarzyszących 
jej kobiet – wczoraj znalazłam pod drzwiami mieszkania 
dość  kosztowny  prezent  –  wyznała  w  końcu  swoją 
największą tajemnicę. 

–  Może  to  był  podarunek  dla  Bartosza  – 

zasugerowała  Dominika  –  nie  obraź  się,  ale  to  on  jest 
głównym lokatorem, a ty tylko tam pomieszkujesz. 

W  tym  momencie  dziewczyna  powinna  była  się 

obrazić na tak powierzchowne przedstawienie jej sytuacji 
mieszkaniowej,  jednak  doszła  do  wniosku,  iż  koleżanki 
mogą  wnieść  jakąś  świeżą  opinię  dotyczącą  całej  tej 
tajemniczej sprawy. 

–  Niemożliwe.  Do  paczki  dołączony  był  bilecik,  na 

którym  widniało  moje  imię  –  ucięła  szybko  ich 
spekulacje. 

–  Opowiedz,  zatem,  wszystko  od  początku  – 

poprosiła Alicja – może razem coś wymyślimy. 

Zachęcona  taką  wypowiedzią,  Łucja  streściła  im 

4030664

background image

4030664

 

29 

wszystko  ze  szczegółami,  starając  się  nie  pominąć 
żadnego ważnego elementu 

–  …  a  na  końcu  Bartosz  znalazł  wyrzeźbiona  na 

spodzie szkatułki „24” – zakończyła. 

–  Drogi,  elegancki  prezent,  pięknie  zapakowany  w 

pudełko  z  polerowanego  drewna,  które  ktoś  celowo 
uszkodził  –  podsumowała  Dominika  –  ciekawe, 
ciekawe. 

– Jakieś pomysły? - spytała bohaterka rozmowy, a w 

jej głosie pobrzmiewała nutka nadziei. 

Obie jej słuchaczki przecząco pokręciły głowami, nie 

próbując  nawet  snuć  jakichkolwiek  domysłów. 
Tajemniczy  darczyńca  nadal  miał  pozostać  nieznanym. 
Przynajmniej one nie potrafiły go zdemaskować. 

 
  Wracając  do  domu,  wstąpiła  na  małe  zakupy  do 

lokalnego  sklepiku,  bowiem  w  lodówce  światło  powoli 
zaczynało  zyskiwać  przewagę  liczebną  nad  produktami 
spożywczymi.  Ściskając  w  dłoniach  rączki  wypchanych 
po  brzegi  siatek,  próbowała  uzyskać  równowagę  na 
szybko  zamarzającym  śnieżnym  błocie,  pokrywającym 
alejkę. Niestety, zaledwie trzy metry od wejścia przegrała 
tę  nierówną  walkę  i  jak  długa  wywaliła  się  na  ziemię, 
przy  okazji  rozrzucając  zawartość  trzymanych  toreb  na 
okoliczny  trawnik,  pokryty  o  tej  porze  roku  białym 
puchem. 

  Mamrocząc  pod  nosem,  co  gorsze  przekleństwa, 

próbowała  odzyskać  swoje  zakupy  rozrzucone  na 
przestrzeni  kilku  metrów.  Brnąc  w  śniegu,  wyzywała 
sobie od skończonych idiotek, które nie potrafią przejść 

4030664

background image

4030664

 

 

kilkunastu  metrów  bez  spektakularnej  wywrotki.  Kiedy 
ostatnia z rzeczy znalazła się na powrót w torbie, zła na 
cały świat Łucja ruszyła przed siebie. 

  Dotarła  do  domu  i,  nie  zwracając  uwagi  na 

zapalone  wszędzie  światła,  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi 
wejściowe  z  takim  hukiem,  iż  był  on  prawdopodobnie 
słyszalny  na  sąsiednich  trzech  piętrach.  Wpadając  do 
pokoju  dziennego  połączonego  z  otwartą  kuchnią, 
zderzyła się z jakimś mężczyzną, który właśnie kierował 
się w stronę wejściowego holu. 

  Nadmiar  emocji  skumulowanych  w  przeciągu 

ostatnich  kilkunastu  minut  zaowocował  siarczystym 
przekleństwem,  jakiego  nie  powstydziłby  się  żaden 
przysłowiowy szewc. 

–  Takie  słowa  z  ust  urodziwej  damy  –  rzekł 

nieznajomy,  unosząc  w  zdziwieniu  brew  –  nie 
spodziewałbym się. 

– Proszę wybaczyć mojej współlokatorce. Zdaje się, 

iż nie widziała, że mamy dziś gości – zagrzmiał Bartosz 
stojący za plecami nieznajomego jegomościa. 

Łucja  niemal  siadła  na  podłodze,  odkrywszy,  z  kim 

właśnie  się  zderzyła,  a  następnie  obraziła  najbardziej 
wyszukanymi  imperatywami,  jakie  znajdowały  się  w  jej 
prywatnym słowniku.  

  Tuż  przed  nią  stał  jeden  z  czołowych  amantów 

współczesnego kina polskiego. I chociaż nie przepadała 
za  rodzimą  kinematografią,  to  z  zapałem  nastoletniej 
panienki,  biegała  na  każdy  film  z  udziałem  stojącego 
przed  nią  aktora.  Nie  śmiała  nawet  marzyć,  iż 
kiedykolwiek  będzie  miała  okazję  zobaczyć  go  z  tak 

4030664

background image

4030664

 

31 

bliska,  a  tu  nagle  znalazła  go  na  przysłowiowym  progu 
mieszkania Bartosza.  

  Chcąc  zatrzeć  niekorzystne  pierwsze  wrażenie, 

zaczęła  nieskładnie  mamrotać  jakieś  słowa,  które  w  jej 
odczuciu  mogły  uchodzić  za  przeprosiny,  jednak  dla 
pośredniego 

słuchacza 

były 

tylko 

zlepkiem 

niezrozumiałych monosylab.  

–  Moja  przyjaciółka,  jak  zrozumiałem,  wita  pana 

serdecznie w naszym domu i pyta czy ma pan ochotę się 
czegoś napić – rzekł gospodarz domu, przychodząc jej z 
pomocą  i  tłumacząc  na  ogólnie  zrozumiały  język  jej 
chaotyczną paplaninę. 

Aktor,  zerkając  to  na  swego  architekta,  który  ze 

stoickim  spokojem  spogląda  w  jego  oczy,  to  na 
dziewczynę  siedzącą  wśród  toreb  pełnych  artykułów 
spożywczych,  niespodziewanie  wybuchnął  radosnym 
śmiechem. 

– Co prawda miałem już wyjść, ale chyba nie wypada 

odmówić zaproszeniu tak miłej młodej damy. Odrobina 
czarnej kawy na pewno mi się przyda. 

Zanim  przebrzmiały  jego  ostatnie  słowa,  Łucja 

zerwała się z podłogi i jak strzała pomknęła w kierunku 
kuchni,  zabierając  ze  sobą  również  siatki,  które  na  oko 
ważyły dobrych kilka kilo. 

 
 
– Nadal nie mogę uwierzyć, iż nie uprzedziłeś mnie o 

JEGO  przyjściu  –  rzekła  z  urazą,  po  raz  kolejny 
wypominając mu to niedopatrzenie. 

–  A  skąd  miałem  wiedzieć,  iż  wpadniesz  tu  jak  po 

4030664

background image

4030664

 

 

ogień,  trzaskając  drzwiami  i  wymyślając  wszystkim 
dookoła  bez  wyraźnej  przyczyny?  -  spytał  rzeczowo 
Bartosz. 

–  Wiesz  jak  bardzo  go  kocham!  Sądziłam,  że  jesteś 

moim  przyjacielem!  -  stwierdziła  z  wyrzutem  –  za  karę 
nie  upiekę  w  weekend  twojego  ulubionego  ciasta,  a  już 
kupiłam jabłka! 

– Przecież koniec końców nie tylko go poznałaś, ale 

nawet  wypiłaś  z  nim  kawę!  Myślałaś,  że  kiedyś  cię  to 
spotka? 

Łucja westchnęła ciężko, stwierdzając, iż ta utarczka 

słowna  między  nimi  będzie  długa  i  męcząca.  Z  jednej 
strony  miał  rację.  Poznała  ukochanego  aktora,  chociaż 
nigdy  nie  miała  na  to  nadziei,  jednak  z  drugiej  strony, 
jeśli Bartosz uprzedziłby ją o jego obecności, na pewno 
postarałaby się o bardziej efektowne wejście. 

–  Wierz  mi,  bardziej  spektakularne  nie  mogło  ono 

być – odpowiedział jej współlokator, wykorzystując fakt, 
iż wymruczała cicho swoje własne przemyślenia. 

To było ponad siły zmęczonej dziewczyny. Mrucząc 

pod  nosem  kolejne  tego  dnia  przekleństwa,  ruszyła  w 
kierunku swojej sypialni. 

– Poczekaj – zawołał za nią Bartosz, zatrzymując ją 

w ten sposób w pół kroku – kiedy wróciłem do domu, 
pod drzwiami leżała jakaś paczka do ciebie, postawiłem 
ją na stoliku w pokoju dziennym. 

–  I  dopiero  teraz  mi  to  mówisz?  –  spytała,  niemal 

rzucając się we wskazanym przez niego kierunku. 

–  Wcześniej  wydawałaś  się  wyraźnie  zaaferowana 

obecnością naszego…, jak to ich wszystkich określałaś? 

4030664

background image

4030664

 

33 

Niedowartościowanego celebryty! – rzekł, idąc za nią. 

– Przestań! – zaprotestowała, podchodząc do stolika 

- Dobrze wiesz, że on nie zalicza się do tej całej bandy 
darmozjadów pozujących na ściankach za nowa torebkę 
jakiejś  znanej  marki  czy  bilet  na  przyjęcie  w  Dubaju!  – 
stwierdziła,  chwytając  paczkę  zapakowaną  w  znajomy 
czerwony 

metaliczny 

papier 

udekorowaną 

charakterystyczna złotą tasiemką. 

Biegiem  ruszyła  w  stronę  swojego  pokoju  i 

zatrzaskując  za  sobą  drzwi,  dla  pewności  oparła  się  o 
nie, ciężko przy tym oddychając. Kilkanaście minionych 
minut  znacznie  przyśpieszyło  jej  akcję  serca,  a  nadal 
czekała na nią jeszcze jedna niespodzianka. 

  Usiadła po turecku na podłodze, chyba najbardziej 

zagraconego  pokoju  na  świecie.  Wszelkie  wolne 
przestrzenie  szafek,  biurka,  a  nawet  stolika  zapełnione 
były,  bowiem,  książkami.  Te  natomiast  bardzo  często 
używane  były  również  jako  podesty  prezentujące 
bibeloty  przywiezione  z  licznych,  również  służbowych, 
podróży.  Spoglądając  na  siedzącego  w  rogu  jej  łóżka 
ogromnego  białego  misia  będącego  prezentem  od 
Bartosza na jej trzydzieste urodziny, doszła do wniosku, 
iż powinna skupić się na nowym podarunku. 

  Tym  razem  nie  rozpakowała  go  tak  szybko. 

Przyglądała  mu  się  uważnie,  podziwiając  kunsztownie 
owinięty  papier  z  idealnie  umiejscowioną  tasiemką 
zdobiącą cały pakunek. Przyglądając się poszczególnym 
literom składającym się na jej imię, doszła do wniosku, 
iż  to  robota  zawodowca!  Ktokolwiek  zdecydował  się 
podarować jej te prezenty, zlecił realizację całego planu 

4030664

background image

4030664

 

 

profesjonalistom. Trudno, bowiem, o  mężczyznę, który 
tak  idealnie  potrafiłby  zapakować  niewielki  prezent  i 
pięknie ozdobić pismo dołączonego do niego bileciku. 

  Obracając paczkę w dłoniach, rozkoszowała się jej 

kształtem,  wielkością,  ciężkością  oraz  barwą.  Stanowiła 
dla  niej  zagadkę,  ale  i  powód  radości.  Czując  pod 
palcami  twardą  powierzchnię  ukrytą  pod  miękkim 
papierem prezentowym, fantazjowała na temat tego, co 
może  znajdować  się  w  środku.  W  końcu  jednak 
zmęczyły ją te domysły, dlatego też powoli odpakowała 
zawartość  i  dostrzegła  identyczną,  jak  dnia 
poprzedniego,  szkatułkę  wykonaną  z  polerowanego 
drewna. Wiedziona instynktem odwróciła ją spodem do 
góry  i  dostrzegła  niewielką  liczbę  „23”  wyrzeźbioną  w 
jednym z jej rogów.  

–  Zatem  Bartosz  miał  prawdopodobnie  rację  – 

stwierdziła,  mówiąc  do  siebie  –  cyfry  na  pudełkach 
raczej  nie  są  przypadkowe.  Ciekawe  tylko  ile  ich 
wszystkich  jest  –  mruknęła,  cały  czas  gładząc  gładką 
powierzchnię pięknego przedmiotu. 

W  pewnym  momencie  palce  same  odnalazły 

delikatny  zameczek  zabezpieczający  szkatułkę  przed 
otwarciem. Nacisnęła małe bolce, aby uchylić wieczko i 
odkryć, co kryje się w jej środku. 

  Na jedwabnej, czerwonej poduszeczce, leżała mała 

drewniana 

marionetka, 

przedstawiająca 

kogoś 

przypominającego  w  swym  wyglądzie  żołnierza  sprzed 
kilkunastu  dekad.  W  wyglądzie  laleczki  było  coś 
znajomego.  Niestety,  jej  zestresowany  mózg  odmówił 
współpracy  i  użycia  chociażby  kilkunastu  komórek, 

4030664

background image

4030664

 

35 

celem znalezienia zapomnianej informacji.  

  Ujęła  niewielką  zabawkę  w  dłonie  i,  przyglądając 

się jej uważnie, podziwiała każdy detal, wykonany wręcz 
z jubilerską precyzją. Nawet guziki stroju małego ludzika 
były  idealnymi  kopiami  prawdziwych  metalowych 
przedmiotów używanych dawno temu. 

  Rozważając  czy  powinna  zapytać  Bartosza,  co 

może  oznaczać  taka  marionetka,  usłyszała  delikatne 
pukanie do drzwi. 

– Proszę – rzekła cicho, odsuwając się nieco tak, by 

zrobić miejsce dla mężczyzny, który już za moment miał 
wejść do jej prywatnego królestwa. 

– Chciałem tylko za... - urwał w połowie, rozglądając 

się  w  koło  i  z  podziwem  zerkając  na  wszystkie 
zgromadzone we wnętrzu książki, figurki i inne pamiątki 
– Wow! Zdaje się, że powinienem sprezentować ci jakiś 
regał. Kiedy to wszystko zgromadziłaś? 

–  Czy  to  pytanie  jest  powodem  twojej  wizyty?  – 

prychnęła, patrząc na niego z podłogi.  

W  dłoniach  ściskała  prezent  od  tajemniczego 

darczyńcy. 

–  Nie.  Chciałem  zapytać,  co  tym  razem  skrywała 

czerwona  paczuszka...  Ale  wiesz,  nie  sądziłem,  że  tyle 
tego  wszystkiego  nazbierałaś!  -  odpowiedział,  nadal 
będąc  pod  wrażeniem  wyglądu  pomieszczenia 
wypełnionego  przedmiotami  kolekcjonowanymi  przez 
Łucję. 

Młoda kobieta poderwała się z dywanu i, przyjmując 

nieco  przepraszającą  postawę,  skuliła  się  w  sobie,  nie 
bardzo wiedząc, co powinna powiedzieć. 

4030664

background image

4030664

 

 

– Przepraszam – zaczęła cicho – jadąc do domu na 

święta zabiorę część rzeczy ze sobą... 

– Czyś ty zwariowała? - przerwał jej ostrym tonem – 

nie  o  to  mi  chodziło!  To  twój  pokój  i  możesz  z  nim 
zrobić, co ci się żywnie podoba. Mam na myśli tylko to, 
iż mogłaś mi zasygnalizować, że nie masz dość miejsca 
na swoje książki. Znaleźlibyśmy na to jakieś rozwiązanie! 

Po  raz  kolejny  Bartosz  udowodnił  jej,  jak 

wspaniałym jest przyjacielem. Nie przeszkadzało mu, że 
przekształciła pokój  w  zagraconą  do  granic możliwości 
bibliotekę.  Ubolewał  jedynie  nad  faktem,  iż  nie 
powiedziała mu o tym! 

– Dostałam dziwną, drewnianą laleczkę – stwierdziła 

bez  związku  z  tematem,  który  stał  się  niespodziewanie 
przewodnim motywem rozmowy. 

–  Mogę  zobaczyć?  -  spytał,  chociaż  z  reguły 

ograniczał się do zwykłego „pokaż”. 

Podała  mu  trzymany  w  rękach  podarunek.  Ujął  go 

delikatnie  i  przyglądając  się  mu  przez  kilka  chwil, 
stwierdził wreszcie z zadowoleniem: 

– To Dziadek do Orzechów! 
– Słucham? 
–  Dziadek  do  Orzechów  –  powtórzył  –  postać  z 

baletu, do którego muzykę napisał sam Czajkowski.  

–  Aaaa,  to  to  przedstawienie  dziejące  się  w  czasie 

przyjęcia  bożonarodzeniowego?  Niechciana  zabawka, 
wielkie myszy i kraina słodkości? 

Bartosz  z  uśmiechem  na  ustach  pokiwał  głową, 

przyznając  jej  tym  samym  rację.  Cały  czas  przyglądając 
się zabawce, spytał nagle: 

4030664

background image

4030664

 

37 

– Podoba ci się? 
–  Jasne,  to  niezwykły  prezent  –  odpowiedziała 

niemal natychmiast – chciałabym jedynie wiedzieć, co te 
prezenty  oznaczają  i  kto  postanowił  mi  je  dać.  A 
właśnie!  Wiesz,  że  na  pudełku  jest  wyrzeźbiona  mała 
liczba „23”? 

Informacja ta wyraźnie zainteresowała jej przyjaciela, 

który,  podając  jej  w  dłonie  misternie  wykonaną 
podobiznę  Dziadka  do  Orzechów,  schylił  się  celem 
podniesienia szkatułki. 

–  Identyczna!  -  stwierdził  po  chwili  –  ten  sam 

rozmiar, waga, wykonanie. 

– Też zwróciłam na to uwagę... 
Dzwonek telefonu zagłuszył resztę wypowiedzianych 

przez  nią  słów.  Po  kilku  sygnałach  włączyła  się 
automatyczna  sekretarka,  a  prywatną,  niemal  intymną 
atmosferę sytuacji zburzył skrzeczący męski głos: 

– Lucuś! Odbierz, to ja, twój Daruś-Czaruś! 
Żadne z nich nie wykonało żadnego ruchu, czekając, 

aż  automat  sam  przerwie  połączenie.  Stali  tak  w  ciszy 
kilka  chwil,  aż  w  końcu  Bartosz  odważył  się  zadać 
nurtujące go pytanie. 

–  Wróciłaś  do  niego?  -  spytał  od  niechcenia, 

odstawiając szkatułkę na najbliższą wolną powierzchnię 
szafki. 

Jeszcze  dziesięć  sekund  wcześniej  nie  sądziła,  iż 

cokolwiek  będzie  jeszcze  w  stanie  ją  dziś  zaskoczyć, 
jednak  słysząc  te  kilka  prostych  słów,  zweryfikowała 
zbyt wcześnie postawioną tezę. 

–  Zwariowałeś?  Nawet  nie  odbieram  telefonów  od 

4030664

background image

4030664

 

 

tego imbecyla! 

Na twarzy przyjaciela dostrzegła wyraźną ulgę, która 

niemal natychmiast zastąpiła wcześniejsze strapienie. 

– Bałem się, że znowu cię omamił. To nie materiał 

na poważnego partnera, zasługujesz na kogoś lepszego... 

–  Zupełnie  jakbym  słyszała  Mariusza  – 

odpowiedziała, wspominając swojego starszego brata. 

–  Wiesz,  przyjaźnię  się  z  nim  od  przedszkola  – 

przypomniał  jej  Bartosz  –  więc  zarówno  system 
wartości,  jak  i  opinie,  musimy  mieć  chociażby  w 
pewnym procencie zbieżne. 

Odwrócił  się  i,  przemykając  między  leżącymi  na 

podłodze  stosikami  książek,  wyszedł  z  pokoju, 
pozostawiając  Łucję  sam  na  sam  z  Dziadkiem  do 
Orzechów,  podarowanym  jej  przez  tajemniczego 
nieznajomego. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

39 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ IV 

 
 

Wracając  w  czwartek  z  pracy,  marzyła  jedynie  o 

kubku  gorącego  kakao,  ciepłym  puchatym  kocu, 
wygodnym  fotelu  i  dobrej  książce.  Odczuwała  pokusę 
ucieczki  w  świat  fikcji,  leżący  jak  najdalej  od  szarej 
rzeczywistości.  Miała  dość  męczących  klientów, 
natrętnego  Dariusza,  wścibskich  koleżanek  z  pracy. 
Przede  wszystkim  jednak  nie  wiedziała,  jak  powinna 
rozumieć  dziwne  prezenty  umieszczane  na  progu 
mieszkania  od  poniedziałkowego  popołudnia.  Wczoraj 
otrzymała  malusieńką,  emaliowaną  figurkę  śmiesznego 
renifera,  który,  siedząc  zupełnie  jak  psiak,  szczerzył  w 
szerokim uśmiechu zęby, wywołując podobny odruch w 
niej  samej.  Intrygowała  ją  również  niezrozumiała 
numeracja  umieszczona  na  spodzie  szkatułek  z 
polerowanego drewna. Miała ochotę krzyczeć, chociaż z 

4030664

background image

4030664

 

 

pewnością  była  to  dość  niezwykła  reakcja  na  piękne  i 
wyjątkowe prezenty. 

  Podchodząc  pod  drzwi  do  mieszkania,  złapała  się 

na  tym,  iż  wygląda  paczuszki  opakowanej  w  czerwony 
metaliczny  papier.  Niestety  zawiodła  się.  Wycieraczka 
była zupełnie pusta! 

– Nie ma się, co przejmować. Pewnie Bartosz już ją 

znalazł  i  postawił  na  stoliku  w  pokoju  dziennym  – 
mruknęła do siebie, nieco zawiedziona. 

Włożyła  klucz  w  zamek,  przekręciła  dwa  razy  i 

otwierając  wrota  do  warowni  swego  przyjaciela,  jak 
lubiła  określać  jego  mieszkanie,  wkroczyła  do 
pogrążonego w mroku holu. Zanim zdążyła zdjąć swoją 
zimową kurtkę, usłyszała stłumiony chichot dochodzący 
z  pokoju  dziennego.  Czyżby  mieli  gości?  Raczej 
niemożliwe,  ponieważ  wszystkie  światła  zostały 
przygaszone do minimum. 

  Stanęła na progu, nie bardzo wiedząc, co powinna 

zrobić. Na kanapie ustawionej przodem do ogromnego 
okna, przez które z reguły podziwiała panoramę miasta, 
siedział Bartosz, a obok niego wdzięczyła się Alicja! Tak, 
dokładnie!  Jej  własna  koleżanka  z  pracy  raczyła  się 
winem  podczas  romantycznej  schadzki  z  mężczyzną, 
którego ona – Łucja uważała za najlepszego przyjaciela! 

  Postanowiła  uciekać,  dopóki  jeszcze  nie  została 

zauważona.  Krok  po  kroku,  wycofywała  się  w  stronę 
holu. Gdy już niemal dotarła już do wieszaka, na którym 
kilka  chwil  wcześniej  powiesiła  swoje  wierzchnie 
okrycie, potknęła się o męskie buty i runęła jak długa na 
piękną,  lśniącą  mahoniową  podłogę  holu.  Starając  się 

4030664

background image

4030664

 

41 

uczynić  przy  tym  tak  mało  hałasu,  jak  to  tylko  było 
możliwe.  Niestety,  upadła  na  tyle  głośno,  by  przerwać 
słodkie  tete-a-tete,  odbywające  się  zaledwie  kilkanaście 
metrów od niej. 

  Dosłownie  kilka  sekund  po  jej  upadku,  światła  w 

całym domu zaświeciły pełną skalą swoich możliwości, a 
w drzwiach ukazał się mocno zdziwiony Bartosz. 

–  Już  wróciłaś?  -  spytał  zdezorientowany  –  i  jeśli 

można wiedzieć to, co robisz na tej podłodze? 

Łucja,  wiedziona  instynktem,  przetarła  rękawem 

bluzki niewielki fragment podłogi i z zupełnie szczerym 
uśmiechem oznajmiła: 

–  Dostrzegłam  plamkę  i  chciałam  ją  jak  najszybciej 

usunąć.  Po  prostu  musiałam  zejść  do  możliwie 
najniższego poziomu! 

Bartosz przybrał dobrze jej znany wyraz twarzy. Jego 

oczy wyrażały nie tylko zwątpienie w szczerość jej słów, 
a  prześmiewczy  uśmiech  mówił,  iż  została  właśnie 
przyłapana na kłamstwie. 

– I dlatego tak nagle runęłaś na podłogę? 
– Tak było najszybciej – odparła, próbując się z niej 

podnieść. 

W  tym  momencie  owa  scenka  rodzajowa 

rozgrywająca  się  w  bartoszowym  przedpokoju 
wzbogaciła  się  o  jeszcze  jednego  uczestnika.  Alicja, 
stojąca  do  tej  pory  za  plecami  mężczyzny,  wyszła  z 
cienia i śmiejąc się, próbowała rozeznać się w zaistniałej 
sytuacji. 

–  Cała  nasza  Łucja!  Potrafisz  zagwarantować  sobie 

efektowne wejście! 

4030664

background image

4030664

 

 

– Staram się jak mogę, ale życie stawia mi poprzeczkę 

coraz wyżej! 

–  To  może  ja  już  pójdę  –  rzekł  speszonym  tonem 

gość gospodarza mieszkania – do zobaczenia przy innej 
okazji – dodała, całując go przelotnie w policzek. 

Ten,  z  pozoru  niewinny,  gest  wprawił Łucję  w  stan 

tak głębokiego szoku, iż na kilka dłuższych chwil straciła 
możliwość dobycia z gardła jakiegokolwiek dźwięku. Po 
prostu  stała  oniemiała,  spoglądając,  jak  koleżanka  z 
pracy  zakłada  swój  elegancki  płaszcz  i  otwiera  drzwi 
prowadzące  na  korytarz  budynku.  Jej  świadomość 
zarejestrowała  również  fakt,  iż  Alicja  przystanęła  i 
pochylając  się  podniosła  z  wycieraczki  czerwony 
pakunek, którego jeszcze kilkanaście minut temu tam nie 
było!  Odwracając  się  w  kierunku  wnętrza  apartamentu, 
wyciągnęła  rękę  z  prezentem  zapakowanym  w 
metaliczny papier.  

  Wszystko  to  wyglądało  tak  nierealnie,  iż  w 

pierwszym  momencie  obserwująca  całą  scenę  Łucja 
miała  wrażenie,  że  jest  to  jedynie  fikcja  odtwarzana  na 
ekranie  niewyobrażalnie  dużego  teleodbiornika.  Dłoń 
kobiety stojącej w drzwiach trzymająca pakunek zawisła 
w oczekiwaniu na kogoś, kto go przejmie. 

– Zdaje się, że twój prezent właśnie przybył – rzekła, 

wybudzając  koleżankę  ze  snu  na  jawie  –  jutro  mi 
opowiesz,  co  znalazłaś  w  środku.  Do  zobaczenia  w 
pracy. 

Tymi słowami pożegnała się szybko i niemal biegiem 

ruszyła  w  kierunku  windy,  pozostawiając  dwójkę 
przyjaciół samych sobie. 

4030664

background image

4030664

 

43 

–  Co  ona  tu  robiła?  -  spytała  Łucja,  gdy  Bartosz 

zamknął drzwi wejściowe. 

– Wpadła do ciebie na kawę... 
–  Dobrze  wiedziała,  że  jestem  w  pracy!  Zresztą  jak 

JA  zamieniłam  się  w  ciebie,  a  kawa  w  wino?  Czyżby 
działy się tu jakieś cuda? 

Bartosz  nie  bardzo  wiedział,  jak  odpowiedzieć  na 

wszystkie zarzuty zawarte w trzech brzmiących z pozoru 
niewinnie pytaniach, dlatego postanowił zmienić temat. 

– Lepiej rozpakuj paczuszkę. Jestem ciekaw, co dziś 

dostałaś!  –  rzekł,  próbując  zwrócić  jej  uwagę  na  coś 
innego. 

–  Skoro  tak  cię  to  interesuje,  to  się  nie  dowiesz! 

Przynajmniej póki nie zdradzisz mi, co cię łączy z Alicją! 
–  rzekła,  przyciskając  niewielkich  rozmiarów  pakunek 
do piersi – do zobaczenia na kolacji, ty dziś gotujesz – 
dodała na odchodne, znikając w swojej sypialni. 

Przez  drzwi  dotarły  do  niej  ciche  słowa 

niezadowolenia  wypowiedziane  przez  Bartosza,  jednak 
zupełnie  je  zignorowała.  Jej  cała  uwaga  skupiła  się  na 
złotej tasiemce i czerwonym papierze kryjącym w sobie 
kolejną  zagadkę.  Powoli  zdjęła  dekoracje  i  zanim 
otworzyła szkatułkę sprawdziła jej spód. Odnalazła tam 
wyrzeźbioną liczbę „21”. 

–  Czyli  słusznie  podejrzewałam,  że  numeracja 

pudełek  przyjęła  formę  malejącą  –  mruknęła  zerkając 
jednocześnie na wiszący na ścianie kalendarz. 

Licząc  szybko  kolejne  dni  ustaliła,  iż  liczba  jeden 

powinna  trafić  w  jej  ręce  dwudziestego  czwartego 
grudnia – w Wigilię Bożego Narodzenia. Było jej niemal 

4030664

background image

4030664

 

 

przykro,  że  będzie  musiała  poczekać  z  odpakowaniem 
ostatniego  prezentu  aż  do  dwudziestego  ósmego  dnia 
miesiąca, kiedy planowała powrócić z rodzinnego domu 
do Warszawy. 

–  Co  w  sobie  kryjesz  tym  razem?  -  wyszeptała  w 

kierunku  polerowanego  drewna,  przeciągając  w 
nieskończoność moment otwarcia. 

Fantazjowała  na  temat  pięknego  naszyjnika,  albo 

pary  diamentowych  kolczyków,  chociaż  nie  miała 
przekutych  uszu,  ani  nie  lubiła  błyskotek.  Oczyma 
wyobraźni widziała kluczyki do czerwonego BMW albo 
super  szybkiego  Lamborghini.  Śmiejąc  się  z 
absurdalnych pomysłów, otworzyła w końcu zameczek i 
uchyliła wieczko. 

  Z  czerwonej,  jedwabnej  poduszeczki  zerkała  do 

niej  para  oczu  ciemnych  jak  węgielki.  Należały  one  do 
emaliowanego  bałwanka,  który  ubrany  w  elegancki 
czarny  cylinder  i  biało  czerwony  szalik,  szelmowsko 
uśmiechał się do niej spod swego marchewkowego nosa. 
Był po prostu słodki i mistrzowsko wykończony.  

  Wzięła  go  delikatnie  w  palce  i  stawiając  sobie  na 

dłoni,  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Dwie  śnieżnobiałe 
kulki składające się na jego korpus były niemal idealnie 
okrągłe, a szalik zdobiący nieistniejącą szyję, pysznił się 
delikatnym  wzorkiem,  naśladującym  sploty  mogące 
pochodzić  spod  babcinych  drutów.  Chociaż  był 
niewielki, stanowił majstersztyk wykonania. 

  Podeszła  do  regału,  na  którym  zrobiła  małe 

przemeblowanie,  mające  na  celu  znalezienie  wolnej 
przestrzeni  na  niezwykłe  prezenty.  Tam  nowy  członek 

4030664

background image

4030664

 

45 

figurkowej 

rodziny 

dołączył 

do 

pozostałych 

otrzymanych przez nią precjozów. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ V 

 
 

  Mimo,  iż  sobotni  poranek  powitał  świat  nową 

porcją  śniegu,  Łucja  musiała  się  ubrać  i  wymknąć  do 
pracy  o  wczesnej  porze.  Nigdy  nie  mogła  pojąć,  kto  o 
zdrowych  zmysłach  porzuci  ciepło  domowego  zacisza, 
by  niemal  zimowym  świtem  pędzić  do  biura  podróży 
celem  wykupienia  wczasów.  Ona  osobiście  takich  ludzi 
nie  znała,  ale  jej  szefostwo  prawdopodobnie  miało 
trochę inny pogląd na tę sprawę, dlatego też, chcąc czy 
nie chcąc, musiała stawić się punktualnie o dziewiątej w 
biurze. 

  Nieco  przed  czasem,  z  kubkiem  gorącej,  jeszcze 

parującej kawy, zasiadła przy swoim biurku i zerknęła w 
kierunku  drzwi,  które  za  moment  miały  zostać  otwarte 
dla  pierwszych  klientów.  Ku  swemu  własnemu 
zaskoczeniu  dostrzegła  mężczyznę  nerwowo  kręcącego 

4030664

background image

4030664

 

47 

się przed wejściem, próbującego prawdopodobnie w ten 
sposób  rozgrzać  się  nieco  na  siarczystym  mrozie.  Co 
prawda  zostało  jeszcze  pięć  minut,  które  powinna, 
razem z pozostałymi trzema dyżurującymi koleżankami, 
poświęcić na sprawdzenie nowych ofert Last Minute, ale 
zrobiło się jej żal nieznajomego. Podeszła do szklanych 
drzwi  i,  przekręcając  klucz,  otworzyła  je  szeroko, 
wpuszczając  nieco  mroźnego  powietrza  do  ciepłego 
pomieszczenia. 

–  Co  prawda  otwieramy  za  kilka  minut,  ale  proszę 

wejść i się ogrzać. Za moment pana przyjmiemy. 

–  Dziękuję  pani.  Mówiłem  żonie,  że  jest  pani 

aniołem  –  wysapał  starszy  mężczyzna,  ochoczo 
wchodząc do środka. 

Łucja  momentalnie  go  rozpoznała.  Kilka  dni  temu 

próbował  znaleźć  ofertę  świąteczną  w  jakimś  ciepłym 
zakątku 

świata. 

Wymagał 

jednak 

obecności 

polskojęzycznego księdza. Mimowolnie jęknęła wiedząc, 
iż  nadchodzące  przedpołudnie  zapowiadało  się  na 
niezwykle długie i męczące. 

 
  Alicja  dopadła  ją  na  przerwie  obiadowej  w 

firmowej kantynie i bez pytania, zajmując krzesło stojące 
naprzeciwko niej, rozpoczęła swoje małe przesłuchanie. 

–  I  jak?  Dalej  dostajesz  te  piękne  czerwone 

paczuszki? 

Łucja  nie  miała  ochoty  na  rozmowę.  Zwłaszcza  z 

koleżanką, którą zastała w nieco dwuznacznej sytuacji z 
Bartoszem. Nie, nie była zazdrosna, bo to przecież był 
absurd!  Po  prostu  czuła  się  niezręcznie,  wiedząc  o 

4030664

background image

4030664

 

 

romansie  młodszej  koleżanki,  która  co  tydzień  biegała 
na  imprezy,  koncerty  i  potańcówki,  ze  starszym 
zrównoważonym architektem domatorem. 

– Tak – mruknęła w końcu, widząc, iż nie pozbędzie 

się tak łatwo ciekawskiej współpracowniczki. 

– Opowiadaj – poprosiła nieco autorytarnym tonem 

– co znalazłaś w ostatnich dniach? 

– Nie uważasz, iż być może te prezenty są dla mnie 

zbyt  osobiste,  by  o  nich  opowiadać?  -  spytała  Łucja, 
mając  cichą  nadzieję,  iż  Alicja  zrozumie  wiadomość, 
subtelnie ukrytą między wypowiedzianymi słowami. 

–  Bzdury,  znamy  się  tyle  czasu,  że  mi  możesz 

powiedzieć. 

–  Wczoraj  były  to  pięknie  zdobione  sanie,  a  w 

czwartek  słodki  bałwanek...  A  właśnie,  skoro  już 
jesteśmy  przy  tym  temacie  –  zaczęła  Łucja  zupełnie 
innym tonem – znamy się tyle czasu, że chyba powinnaś 
mi była powiedzieć, że spotykasz się z Bartoszem? 

Chyba pierwszy raz w życiu podstawiona pod ścianą 

młoda  kobieta,  nie  miała  nic  do  powodzenia.  Mrucząc 
coś niepewnie pod nosem i jąkając się przy tym, zaczęła 
nieskładnie coś tłumaczyć. 

– A bo wiesz, chciałam od ciebie pożyczyć tą nową 

książkę,  tej  no  wiesz...  Tej  laski  ze  Szwecji,  co  to 
romanse...  A  nie,  kryminały  chyba  pisze...  Ale  cię  nie 
było, więc... 

– Oczywiście, że mnie nie było – weszła jej w słowo 

Łucja czując, iż za moment powie jej kilka słów prawdy, 
która kontrastowała z kłamstwami koleżanki – przecież, 
kiedy wychodziłaś z pracy, ja w najlepsze obsługiwałam 

4030664

background image

4030664

 

49 

klienta! 

– Coś mi się, zatem, pomyliło... 
– Wiesz, sądziłam, iż będzie cię stać na szczerość  – 

rzekła zawiedziona – mogłaś mi po prostu powiedzieć, 
że  spotykasz  się  z  Bartoszem  –  mówiąc  to  wstała  i, 
zabierając talerz oraz sztućce, chciała odejść jak najdalej 
od nieszczerej współpracowniczki. 

–  A  nawet,  jeśli?  Skoro  nie  wykorzystałaś  okazji 

przez  niemal  cztery  lata,  to  powinnaś  pozwolić  innym 
wykorzystać  tę  szansę...  -  odpowiedziała  jej  zaczepnie 
Alicja. 

Zamarła.  Tego  typu  rozmowa  nie  powinna  mieć 

miejsca  w  służbowym  pomieszczeniu,  wypełnionym 
ciekawskimi  i  zawsze  skorymi  do  plotek  ludźmi, 
czekającymi  jak  sępy  na  świeżą  dostawę  padliny,  którą 
mogliby się pożywić. 

–  Bartosz  jest  dla  mnie  jak  starszy  brat!  Jeśli  tylko 

myślisz o nim poważnie, to życzę wam dużo szczęścia. 

Odwróciła się i, nie patrząc za siebie, odeszła w kąt 

sali, gdzie znajdowała się zmywarka do naczyń. Słyszała 
za plecami zarówno lekceważące prychnięcie Alicji, jak i 
pierwsze  rozmowy  koleżanek  i  kolegów  z  pracy. 
Zdawała sobie sprawę, iż za moment wszyscy w firmie 
zaczną dyskutować o szczegółach zdarzenia za pomocą 
firmowych  komunikatorów.  Nie  obchodziło  jej  to. 
Powoli zaczynała mieć dość życia w kieracie korporacji, 
która  wykorzystując  ludzi  jak  roboty,  czasami  tylko 
rzucała  im  ochłapy  cudownego  życia,  będące  tak 
naprawdę  wyjazdami  szkoleniowymi  do  najróżniejszych 
destynacji. Oczywiście tylko tych znajdujących się w ich 

4030664

background image

4030664

 

 

stale zwiększającej się ofercie wycieczkowej. 

 
  Biegnąc 

ze 

stacji 

metra 

kierunku 

apartamentowca,  w  którym  mieszkała,  usłyszała 
nieśmiertelny  przebój  „Last  Christmas”  i  chociaż 
nienawidziła  go  równie  mocno,  jak  większość  ludzi 
zmęczonych  corocznie  przypominanym  hitem,  zaczęła 
nucić go pod nosem. Jeszcze w windzie wjeżdżającej na 
jedną z wyższych partii budynku śpiewała cichutko: 

–  „This  year  to  save  me  from  tears  I'll  give  it  to 

someone special...” 

Nie  znając  dalszej  części  tekstu,  zaczęła 

improwizować, aż dotarła do celu swego przeznaczenia.  

  Na wycieraczce nie było żadnej paczuszki. Czyżby 

Święty  Mikołaj  o  niej  zapomniał?  W  końcu  szóstego 
grudnia nawet te niegrzeczne dzieci otrzymują chociażby 
rózgę 

osłodzoną 

niewielką 

czekoladą. 

Lekko 

rozczarowana,  weszła  do  domu  i  od  progu  zawołała 
swego  współlokatora,  dla  którego  miała  niewielki 
prezent. 

– Idę, idę – odpowiedział jej krzykiem, dochodzącym 

z kuchni – pali się czy co? 

–  Nie  marudź  tylko  chodź!  Spotkałam  po  drodze 

zachodnią,  prawdopodobnie  skomercjalizowaną,  wersję 
Dziadka Mroza. Stwierdził biedak, że czasu nie ma i dał 
mi dla ciebie prezent, skoro i tak się wybierałam pod ten 
adres. 

W  drzwiach  ukazała  się  głowa  wysokiego  szatyna, 

której  ciemne  pasma  naznaczone  zostały  już  srebrem 
czasu.  Za  nią  pojawiła się  również  reszta  jego  sylwetki, 

4030664

background image

4030664

 

51 

którą wypełnił całą przestrzeń. 

– A nie jestem przypadkiem za stary na takie rzeczy? 
–  Nie  wiem.  Zapytaj  jego,  jak  go  kiedyś  spotkasz  – 

odpowiedziała  niezrażona  jego  nastawieniem  Łucja, 
wzruszając  przy  tym  lekceważąco  ramionami  –  ja  tylko 
wypełniam  obietnicę  daną  starszemu  znajomemu 
nieznajomemu. 

Mówiąc  to,  wyjęła  z  przepastnego  plecaczka  małą 

paczuszkę  oraz specjalną  torbę  prezentową  na  butelki  i 
wręczyła je nieco zaskoczonemu mężczyźnie. 

–  Aż  tyle?  Sądziłem,  że  byłem  w  tym  roku  niezbyt 

grzecznym chłopcem! 

– Oczywiście, że broiłeś, co niemiara! - uświadomiła 

go  natychmiast  –  ale  nawet  rozwydrzonym  bachorom 
coś się od życia należy! 

–  Zatem  zostałem  rozwydrzonym  bachorem?  – 

spytał,  powtarzając  słowo  w  słowo  jej  wypowiedź, 
zaglądając  przy  tym  do  torby  zawierającej  z  pewnością 
jakiś wysokoprocentowy trunek. 

Zanim  Łucja  zdążyła  odpowiedzieć  na  tą  jawną 

prowokację ze strony przyjaciela, usłyszała jego radosny 
okrzyk. 

–  Macallan!  Mój  ulubiony!  Dziękuję!  A  co  znajduje 

się  w  drugiej  paczuszce?  Diamentowe  spinki  do 
mankietów?  

– No, nie zupełnie... 
–  Nieważne,  Macallan  to  dopiero  coś!  A  skoro  już 

jesteśmy przy prezentach... Wolisz najpierw podarek od 
starego,  dobrego  przyjaciela  czy  od  tajemniczego 
wielbiciela,  który  obsypuje  cię  luksusowymi,  lecz 

4030664

background image

4030664

 

 

zbędnymi drobiazgami? 

Uśmiechnęła się z satysfakcją, słysząc, iż tajemniczy 

mężczyzna  o  niej  nie  zapomniał.  Zżerała  ją  ciekawość, 
co  dziś  znajdzie  w  szkatułce,  jednak  zdawała  sobie 
sprawę,  iż  nie  powinna  ranić  uczuć  Bartosza,  który 
również  przygotował  dla  niej  podarek  z  okazji 
Mikołajek. 

–  Sądzę,  że  czerwona  paczuszka  może  poczekać. 

Chodźmy  do  pokoju  dziennego.  Przygotuję  herbatę  i 
kiedy  już  odpakujesz  drugi  z  prezentów  –  wskazała  na 
niebieski  pakunek  trzymany  przez  mężczyznę  –  to  i  ja 
rzucę okiem na to, co podrzucił mi starszy brat Bartosz. 

– Brzmi rozsądnie  – rzekł z nieco skwaszoną miną, 

chociaż w jej odczuciu nie powinien być taki zgaszony, 
zwłaszcza  po  niedawnym  wybuchu  radości  na  widok 
ulubionej whisky. 

 
  Tak  właśnie  wyglądał  jej  wymarzony  grudniowy 

wieczór.  Kubek  ciepłej  herbaty,  cynamonowe  świece 
roztaczające  wkoło  aromat  i  magię  nadchodzących 
świąt,  piękny  zimowy  krajobraz  za  oknem  i  miłe 
towarzystwo. 

– Wow, krawat – jęknął skrzywiony jeszcze bardziej 

niż  klika  chwil  temu  –  naprawdę  uważasz,  że 
powinienem  go  nosić?  –  spytał,  przykładając  do  siebie 
czarny,  ręcznie  zdobiony  jedwabny  krawat,  który 
przywiozła dla niego z Tajlandii. 

–  Jeśli  zamierzasz  przyjmować  takie  sławy,  jak 

ostatnio, to zdecydowanie tak! 

–  Znasz  moją  awersję  do  sztywniactwa!  Nie  wiem 

4030664

background image

4030664

 

53 

czy ci mówiłem, ale dwa lata temu krawat został wpisany 
na listę rzeczy zakazanych  w mojej pracowni  – wyjawił 
jej swój największy sekret. 

Chociaż  egzystował  w  jej  życiu  od  najdawniejszych 

czasów,  najpierw  jako  przyjaciel  jej  starszego  brata,  a 
później  jej  własny,  to  nadal  potrafił  ją  czymś  zupełnie 
zaskoczyć.  Nigdy  nie  sądziła,  że  jego  niechęć  do 
sztywnych, oficjalnych reguł i konwenansów jest aż tak 
zaawansowana. 

– Przepraszam... Nie wiedziałam... 
Dopiero  wyraz  jej  oczu,  do  których  powoli 

napływały łzy, uzmysłowił mu, że postąpił niewłaściwie, 
zdobywając  się  na  zbyteczną  szczerość.  Powinien  był 
podziękować  za  piękny  i  z  pewnością  wybrany  pod 
wpływem ciepłych uczuć prezent. 

–  To  ja  przepraszam.  Zachowałem  się  jak 

gruboskórny idiota, ale to dlatego, że nie mam obycia z 
tak pięknymi i delikatnymi rzeczami. Wiesz, że bawię się 
głównie  cegłą,  belkami  stropowymi  i  innymi  tego  typu 
męskimi rzeczami. 

– Jasne, na papierze! - przypomniała mu na wypadek 

gdyby  zapomniał  o  istocie  swojej  pracy  –  ale,  ale 
wspominałeś coś o jakimś prezencie od ciebie. 

– Jeszcze go nie zauważyłaś?  
Pokręciła  przecząco  głową,  rozglądając  się  w  koło. 

Dopiero  po  chwili  zrozumiała,  że  ogromne  pudło 
opakowane  w  fioletowy  papier,  stojące  niedaleko  lady 
oddzielającej  część  dzienną  od  kuchennej,  jest 
przeznaczone dla niej. 

– Matko i córko! - westchnęła zaskoczona – a cóż to 

4030664

background image

4030664

 

 

takiego? 

– Będziesz się musiała sama o tym przekonać! Ja nie 

szepnę  ani  słówka  –  rzekł,  wygodniej  sadowiąc  się  na 
kanapie. 

– Bartosz! Przecież zapakowanie tego zajęło ci chyba 

pół dnia! 

–  Eeeetam!  Prezent  musi  jakoś  wyglądać.  Zresztą, 

zleciłem  to  zadanie  praktykantom  w  biurze,  uwinęli  się 
w pół godziny, więc nie zaprzątaj tym sobie głowy.  

– Ty bezduszny wyzyskiwaczu! - krzyknęła oburzona 

– jak mogłeś tak wykorzystać biednych studentów? 

– Spokojnie, obrończyni uciśnionych, zapłaciłem im 

za tę robotę ekstra – uciszył ją z sobie właściwym, nieco 
szyderczym, uśmieszkiem – lepiej zobacz, co to. 

Łucja,  nie  mogąc  odgadnąć,  co  kryje  w  sobie 

ogromne  pudło,  podeszła  do  niego  szybko  i  zrywając 
papier odkryła, iż chyba pierwszy raz w życiu otrzymała 
od  kogokolwiek  tak  przyziemny,  ale  jednocześnie 
użyteczny prezent. 

–  Regał?  -  spytała  wprost,  nie  wierząc  własnym 

oczom. 

– Nie masz gdzie trzymać wszystkich swoich książek. 

Pomyślałem,  że  może  ci  się  przydać.  Jeśli  chcesz, 
zmontujemy  go  jutro  –  dodał  szybko,  uprzedzając  jej 
wszelkie pytania. 

–  Dałeś  mi  regał  w  prezencie  mikołajkowym?  - 

powtórzyła  swoje  pytanie,  jakby  nie  słyszała  ostatnich 
wypowiedzianych  przez  niego  zdań  –  jesteś  najbardziej 
pragmatycznym  człowiekiem,  jakiego  znam!  Ale  masz 
rację,  na  pewno  mi  się  przyda.  Mój  księgozbiór  jest  ci 

4030664

background image

4030664

 

55 

niezwykle wdzięczny! 

Bartosz,  oceniając  całą  sytuację  jako  bezstronny 

obserwator,  dostrzegł  ukryty  komizm  całego  zdarzenia. 
Każde z nich podarowało drugiemu prezent właściwy z 
ich własnego punktu widzenia. 

–  Wybacz,  na  gwiazdkę  wymyślę  coś  bardziej 

odpowiedniego – wyszeptał w końcu zakłopotany – nie 
jestem  tak  pomysłowy,  jak  twój  tajemniczy  wielbiciel. 
Jego  prezent  leży  na  stoliku,  tuż  obok  ciebie  –  dodał, 
kierując się w stronę swojej pracowni. 

–  Bartosz,  poczekaj  –  poprosiła,  próbując  go 

zatrzymać  –  doceniam  twój  prezent,  tylko  ty  mogłeś 
zdać sobie sprawę, czego tak naprawdę potrzebuję… 

Wysłuchał  do  końca  jej  słów,  ale  nie  skomentował 

ich w żaden sposób, po czym na cały wieczór zamknął 
się w swojej samotni, do której na podstawie niepisanej 
reguły Łucja nie miała prawa wstępu. 

  Siedząc na kanapie, zerkała na samochody pędzące 

w  dole,  tuż  pod  oknem.  Jeden  za  drugim,  śpiesząc  się, 
rozjaśniały  kolejne  odcinki  jednej  z  głównych  ulic 
miasta.  Czerwony  pakunek  stojący  na  stoliku  wołał  do 
niej cicho: 

– Odpakuj mnie! Czekam na to! Zobacz, co dzisiaj w 

sobie kryję! 

Z jednej strony chciała zignorować niemy głosik, by 

w  pełni  cieszyć  się  regałem,  który  z  pewnością  wniesie 
więcej  ładu  w  jej  osobistą  przestrzeń,  z  drugiej  zaś 
pragnęła  poczuć  ponownie  ten  dreszczyk  emocji 
związany  z  odkrywaniem  pięknego,  chociaż  zupełnie 
bezużytecznego  przedmiotu,  wykonanego  z  troską  o 

4030664

background image

4030664

 

 

każdy jego szczegół.  

  Stawiało  ją  to  przed  odwiecznym  dylematem, 

rozważającym celowość pięknego podarunku radującego 
oczy swym wyglądem oraz radością, bądź też jej brakiem 
z  posiadającego  zastosowanie  w  życiu  codziennym 
prezentu. 

  Dłonie  same  powędrowały  w  kierunku  szkatułki 

zapakowanej  w  czerwony,  metaliczny  papier.  Palce 
zwinnie  odwiązały  złotą  wstążeczkę  i  odsłoniły  piękne 
polerowane  drewno,  którego  powierzchnia  na  spodniej 
stronie  została  zakłócona  poprzez  wyrycie  niewielkiej 
liczby „19”. 

  Wieczko ustąpiło bez problemu, a jej oczom ukazał 

się  cudowny  emaliowany  Mikołaj.  Jego  czerwone 
wdzianko lśniło w świetle lamp, a wykończenie ubrania, 
jak  i  innych  elementów  figurki,  zdawało  się  błyszczeć, 
jakby  wykonane  zostały  ze  złota.  Nieprzyzwoicie 
niebieskie oczka zdawały się patrzeć na nią przenikliwie, 
badając czy była wystarczająco grzeczną dziewczynką w 
mijającym roku i zasłużyła na te wszystkie podarowane 
jej prezenty. Dobrotliwy uśmiech staruszka wprawiał ją 
w dobry nastrój, który przywodził na myśl nadchodzące 
Święta Bożego Narodzenia. 

  Postawiła  niewielkiego  Świętego  Mikołaja  na 

stoliku  obok  kanapy  i,  rozkoszując  się  łykiem  lekko 
przestudzonej  herbaty,  obserwowała  go  spod 
wpółprzymkniętych  powiek.  Za  sprawą  coraz  bardziej 
ogarniającej  jej  senności,  z  każdą  chwilą  wyraźniej 
słyszała radosny śmiech staruszka i dźwięk sań skrytych 
na półeczce w jej sypialni. 

4030664

background image

4030664

 

57 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ VI 

 
 

  Telefon  dzwonił  raz  za  razem,  przyprawiając  ją 

niemal  o  ataki  histerii.  Z  jakiegoś  niewytłumaczalnego 
powodu,  Dariusz  postanowił  zepsuć  jej  całe  wolne 
popołudnie, które zamierzała poświęcić na odpoczynek. 

  Zakopała  się  w  końcu  pod  koc,  zdobiący  zwykle 

kanapę  w  pokoju  dziennym  i  wśród  miliona  miękkich 
poduszek udawała, że świdrujący uszy dźwięk wcale nie 
pochodzi  z  niewielkiego  aparatu  ustawionego  na 
komodzie pod ścianą. 

–  Czemu  ten  telefon  dzwoni  niemal  bez  przerwy?  - 

zagrzmiał  głośno  Bartosz,  wchodząc  do  mieszkania  – 
przysięgam, że słyszałem go już na parterze! 

– Bardzo możliwe – wyskrzeczała Łucja, wychylając 

głowę  spośród  morza  poduszek  –  Darek  sobie  o  mnie 
przypomniał i próbuje nawiązać kontakt. 

4030664

background image

4030664

 

 

Jakby  na  potwierdzenie  właśnie  wypowiedzianych 

słów,  telefon  ponownie  wydał  z  siebie  dźwięk 
oznajmiający rozmowę przychodzącą. 

– Odbierz i rozpraw się z tym idiotą raz na zawsze! 

Miałem  ciężki  dzień  w  pracy  i  zasługuję  na  chwilę 
odpoczynku.  A  właśnie,  znalazłem  pod  drzwiami 
kolejną  paczuszkę.  Swoją  drogą,  to  już  się  staje  nudne. 
Dlaczego ten facet jeszcze się do ciebie nie odezwał? 

– A skąd ja mam wiedzieć? - rzekła Łucja, niechętnie 

podchodząc do „wrzeszczącego” wniebogłosy aparatu. 

Kiedy tylko wcisnęła przycisk odbierający rozmowę, 

na moment w pokoju zaległa przyjemna dla ucha cisza. 
Niestety, nie trwała ona zbyt długo. 

– Łucja? Jesteś tam? - odezwał się poddenerwowany 

męski głos – dzwonię do ciebie od wieków, czemu nie 
odpowiadałaś? 

–  Bo  nie  mam  przyjemności  z  tobą  dyskutować. 

Przestań do mnie dzwonić... A te prezenty, które ciągle 
mi przysyłasz... 

– On nie przysyła ci żadnych prezentów, to ktoś inny 

–  wrzasnął  Bartosz,  włączając  się  niespodziewanie  do 
rozmowy. 

–  Właśnie,  że  przysyłam!  -  zaprotestował 

natychmiast Darek – chcę cię odzyskać! 

– Tak? - upewnił się przyjaciel Łucji, stając tuż przy 

aparacie  telefonicznym  –  to  proszę  mi  powiedzieć,  co 
dziś dostarczył jej posłaniec? 

Dziewczyna już chciała zaprotestować i mruknąć coś 

o  nieistniejącym  doręczycielu,  ale  wysoki  mężczyzna 
powstrzymał ją ruchem dłoni, nakazując jej milczenie. 

4030664

background image

4030664

 

59 

–  Białe  róże,  Łucja  je  uwielbia!  -  odpowiedź  padła 

niemal natychmiast. 

Zarówno  Bartosz,  jak  i  towarzysząca  mu  kobieta 

popatrzyli  na  siebie  szczerze  zaskoczeni  tupetem,  z 
jakim ich rozmówca próbował kłamać im w żywe oczy. 

– Po pierwsze, nie było żadnego posłańca. Po drugie, 

to  nie  kwiaty...  -  zaczął  wyliczać  zmęczony  całą  tą 
dyskusją architekt. 

– ...A po trzecie, nie lubię białych róż – dokończyła z 

niemałą satysfakcją Łucja. 

– Zatem radzę panu więcej tutaj nie dzwonić, inaczej 

mój  adwokat  dostarczy  panu  pozew  w  sprawie  o 
nękanie! - zakończył gładko Bartosz. 

–  Phi.  Dzwonię  do  swojej  dziewczyny!  - 

zaprotestował natychmiast telefoniczny natręt. 

–  Dzwoni  pan  na  numer,  którego  ja  jestem 

właścicielem.  Poza  tym  Łucja  zerwała  z  panem  jeszcze 
w  listopadzie.  W  obliczu  tych  faktów,  lepiej,  by 
wykasował pan ten telefon ze swojej książki adresowej... 

– Wiedziałem! Wiedziałem, że między wami coś jest, 

to oczywiste skoro tak długo... 

Bartosz  przerwał  połączenie,  nie  chcąc  dłużej 

słuchać 

insynuacji 

prawdopodobnie 

lekko 

niezrównoważonego  mężczyzny.  Po  czym  wyciągnął 
wtyczkę  z  gniazdka,  gwarantując  tym  samym  ciszę, 
której nie mógł zakłócić już żaden dźwięk wydany przez 
machinę, której prototyp został stworzony dawno temu 
przez Aleksandra Bella. 

– Twoja paczuszka – przypomniał jej Bartosz, kładąc 

prezent na sofie i kierując się w stronę swojego pokoju. 

4030664

background image

4030664

 

 

– Słuchaj... - zaczęła niepewnie, próbując przełamać 

ciche  dni,  które  panowały  między  nimi  od  ostatniej 
soboty. 

– Tak? 
–  Pomożesz  mi  z  prezentem  mikołajkowym?  Nie 

mam pojęcie jak go zmontować. 

– Nie wiem, czy... 
Łucja miała ochotę eksplodować i przypomnieć mu, 

iż  również  nie  był  zachwycony  ręcznie  malowanym 
krawatem,  który  przeleciał  pół  świata  tylko  po  to,  by 
trafić właśnie do niego. Wiedziała jednak, że agresja ani 
stawianie sprawy na ostrzu noża nie polepszy sytuacji. 

–  Dobrze  wiesz,  że  nie  poradzę  sobie  bez  ciebie  – 

skłamała gładko, by poczuł się kimś niezbędnym. 

– Byłaś szczęśliwa i bez regału... 
– Nie sądziłam, że pozwolisz wstawić coś ekstra do 

twojego  wymuskanego,  minimalistycznego  wnętrza  – 
odparowała natychmiast, mając nadzieję, iż uwierzy w jej 
wymówkę  –  inaczej  sama  bym  coś  podobnego  kupiła 
wieki temu. 

Bartosz  przystanął  niezdecydowany,  jakby  ważył  w 

myślach każde z wypowiedzianych przez nią słów. 

– W obrębie swojego pokoju możesz robić, co ci się 

żywnie podoba! 

–  Tak?  -  zainteresowała  się  natychmiast,  niemal 

podrywając z sofy – a graffiti na ścianie? 

Odpowiedział  jej  szczery,  niezwykle  spontaniczny 

śmiech,  jakiego  nie  słyszała  z  jego  ust  od  dzieciństwa. 
Dzięki temu miała wrażenie, że czas nie tylko stanął, ale 
cofnął  się  nieco,  przenosząc  ich  oboje  w  szczęśliwszy 

4030664

background image

4030664

 

61 

okres ich życia. 

– Tak daleko bym się na twoim miejscu nie posuwał, 

chyba  że  zamówisz  ekipę  malującą  wnętrza,  zanim 
wyprowadzisz  się  do  swojego  prezentowego  księcia  z 
bajki. 

–  Aha!  -  wrzasnęła  Łucja  na  całe  gardło  –  już 

planujesz  mnie  stąd  wykopsać!  Mam  zacząć  przeglądać 
ogłoszenia i chodzić na te całe castingi? 

–  Jakie  znowu  castingi,  profesje  chcesz  zmienić?  – 

spytał, nie bardzo rozumiejąc, co ma na myśli, używając 
tego sformowania. 

–  Nie...  Nie  wiesz?  Jeśli  chcesz  coś  wynająć,  to 

musisz  przejść  wielopoziomową  rekrutację.  Właściwy 
wygląd,  praca  w  odpowiednim  miejscu  oraz  milion 
pięćset  sto  dziewięćset  innych  wydumanych  wymogów. 
Nie tak łatwo wynająć dziś coś w naszej pięknej stolicy.  

– A skąd niby to wiesz? Szukałaś czegoś po kryjomu? 
–  Nieee.  Dominika  zmieniała  pokój  i  opowiadała, 

jaką gehennę przeszła, zanim coś znalazła. Zresztą, to ty 
wspomniałeś właśnie coś o mojej przeprowadzce! 

– Do prezentowego księcia z bajki! - przypomniał jej 

–  lada  chwila  zjawi  się  tu  na  białym  rumaku,  chociaż 
pewnie  w  dwudziestym  pierwszym  wieku  zamienił  go 
raczej  na  czerwone  Ferrari,  i  zabierze  cię  w  stronę 
zachodzącego słońca... 

–  Tak  robili  na  westernach,  a  nie  w  bajkach  dla 

grzecznych  dziewczynek  –  zakpiła  –  zresztą,  popatrz  – 
dodała, ujmując w dłonie czerwony pakunek – już ósmy 
dzień  z  rzędu  coś  dostaję,  a  poza  karteczką  z  moim 
imieniem nie ma tu żadnej informacji od prezentowego 

4030664

background image

4030664

 

 

księcia  z  bajki.  Może  on  nie  istnieje,  a  te  prezenty  są 
formą  jakiegoś  zbiorowego  złudzenia,  powstałego  na 
skutek wdychania jakieś zakazanej substancji, którą ktoś 
rozpylił za pomocą klimatyzacji w naszym budynku! 

Bartosz  uniósł  ramiona  w  geście  poddania.  W 

obliczu tak niezwykłej teorii spiskowej, nie miał nic do 
powiedzenia,  dlatego  też  wolał  zrezygnować  z  dalszych 
dyskusji. 

–  Dobrze,  pomogę  ci  złożyć  regał,  zastanowię  się 

nawet  nad  graffiti  w  twojej  sypialni,  ale  najpierw  może 
otworzymy  dzisiejszą  paczuszkę,  będącą  naszym 
wspólnym  urojeniem,  bo  i  tak  przegapiłem  już  dwa 
prezenty! 

Jego  słowa  wprawiły  ją  w  osłupienie.  Nie 

spodziewała  się,  iż  cała  ta  tajemnicza  sprawa 
zainteresowała go aż do tego stopnia. 

–  W  sobotę  dostałam  emaliowanego  Mikołaja,  a 

wczoraj  mały  hmmm  wianuszek  ze  słodyczy  –  wiesz, 
laski cukrowe, pierniczki i tego typu bajerki. 

– Zabrzmiało smacznie... 
– Też emaliowane, skusisz się? 
– Chyba jednak spasuję i poczekam na twoje słynne 

pierniczki. 

–  Upiekę  je  w  najbliższy  weekend,  zgoda?  A  teraz 

czas na odpakowywanie najnowszego prezentu.  

Wzięła  do  ręki  cudeńko  zapakowane  w  czerwony 

papier  i  sprawnie  go  zdjęła,  tak  jak  poprzednie  siedem 
razy.  Drewniana  szkatułka  nie  była  dla  niej  również 
zaskoczeniem,  tak  samo,  jak  i  niewielka  liczba  „17” 
wyryta na jej spodzie. 

4030664

background image

4030664

 

63 

  Bawiąc  się  niewielkim  zamknięciem,  broniącym 

wieko przed otworzeniem, zaczęła marzyć, co też dzisiaj 
kryje  się  w  środku.  Trwało  to  odrobinę  za  długo, 
wywołując tym samym jawny sprzeciw Bartosza. 

– Zlituj się i wreszcie to otwórz. Regał nie złoży się 

sam i to jeszcze w przeciągu oka mgnienia! 

–  Zaraz!  -  uciszyła  go  –  daj  mi  się  nacieszyć  tym 

momentem  niepewności.  Lubię  fantazjować,  co  jest  w 
środku,  a  potem  przeżyć  zupełne  zaskoczenie,  gdy 
przedmiot  usytuowany  na  jedwabnej  poduszeczce, 
okazuje się być zupełnie czymś innym. 

Nie odpowiedział. Po prostu patrzył jak Łucja błogo 

się  uśmiecha,  gładząc  polerowane  wieczko  szkatułki  i 
delikatnie  naciska  zameczek,  zwalniając  blokadę 
broniącą  dostępu  do  środka.  Obserwował,  jak  z 
niezwykłą  gracją  zagląda  do  środka,  podczas  gdy  jej 
źrenice  rozszerzają  się  z  niedowierzaniem  na  widok 
drobiazgu kryjącego się wewnątrz ozdobnego pudełka. 

– Jaki piękny! - okrzyk zachwytu wyrwał się z jej ust 

już w chwili, gdy dostrzegła drobne kryształki lśniące w 
ostatnich promieniach mijającego dnia. 

–  Co  tam  znalazłaś?  -  spytał  z  zainteresowaniem 

Bartosz,  podchodząc  bliżej,  by  samemu  móc  przyjrzeć 
się tajemniczemu drobiazgowi. 

–  Śnieżynka!  Cudna  mała  śnieżynka  na  srebrnym 

łańcuszku!  –  szeptała,  zachwycona  jak  mała 
dziewczynka,  która  właśnie  otrzymała  swoją  pierwszą 
sztukę biżuterii przeznaczonej dla dorosłych. 

Na jej dłoni dostrzegł mistrzowsko wykonany płatek 

śniegu,  który  delikatnością  swego  wykonania  mógł 

4030664

background image

4030664

 

 

zachwycić  nie  jednego  miłośnika  sztuki  jubilerskiej. 
Jednak coś w wyglądzie wisiorka go zaintrygowało. Coś, 
co wydawało mu się zupełnie nieprawdopodobne. 

–  Mogę  go  na  chwilę  zobaczyć?  –  spytał, 

jednocześnie  wyciągając  silną,  męską  dłoń,  która  w 
jaskrawy  sposób  kontrastowała  z  drobnym,  kobiecym 
drobiazgiem. 

–  Jasne.  Czy  coś  nie  tak?  -  zaniepokoiła  się  w  tym 

czasie  Łucja,  nie  wiedząc,  dlaczego  tak  nagle  Bartosz 
odczuwał  potrzebę  obejrzenia  z  bliska  prezentu 
przeznaczonego dla niej. 

Kiedy  tylko  drobna  śnieżynka  symbolizująca 

wszystko, co najpiękniejsze w zimie, znalazła się w jego 
dłoni,  poszybowała  w  górę  i  została  poddana 
szczegółowym  oględzinom.  Mężczyzna  kilka  razy 
mruknął  coś  pod  nosem,  a  potem  z  tajemniczym 
uśmiechem na ustach oddał przyjaciółce jej własność. 

–  Mogę  wiedzieć,  co  to  wszystko  miało  znaczyć?  - 

spytała,  gdy  w  milczeniu  podszedł  do  pudeł 
składających się na jej nowy regał i zaczął je przesuwać. 

– Łańcuszek nie jest wcale srebrny... 
– Nawet zwykły metal obleczony w tak piękną formę 

może  sprawić  radość...  –  zaprotestowała,  stając  w 
obronie tajemniczego darczyńcy. 

– To białe złoto!  - rzekł cicho Bartosz – zgodnie z 

próbą,  osiemnastokaratowe.  Nie  zdziwiłbym  się 
również, gdyby te kamyki okazały się diamentami. Mało, 
kto  oprawia  teraz  cyrkonie w  tak  wysoką  próbę  owego 
cennego kruszcu. 

Jego dogłębna analiza niewielkiego wisiorka odebrała 

4030664

background image

4030664

 

65 

Łucji mowę. Nie mogła uwierzyć, iż ktoś zupełnie obcy 
mógł jej podarować coś, co zapewne kosztowało całą jej 
miesięczną  pensję!  A  kto  wie,  może  jeszcze  więcej! 
Drobne  figurki…,  czemu  nie,  ale  diamenty?  Jak  mogła 
przyjąć  coś  tak  drogiego?  Jak  miała  zwrócić  zbyt 
ekstrawagancki  prezent,  jeśli  nie  znała  osoby,  która  go 
jej podarowała?  

–  Ale...  Ja  muszę  to  oddać,  nie  mogę  przyjąć 

prawdziwych  diamentów...  Bartosz  musisz  mi  pomóc, 
musimy  się  zaczaić  na  tego  kogoś  i  odkryć  jego 
tożsamość!  -  zaczęła  szeptać  w  panice,  chodząc 
nerwowo wokół sofy. 

–  Nie  wiem  na  pewno  czy  to  są  diamenty  – 

powtórzył  swoją  wcześniejszą  wypowiedź  w  nieco 
bardziej  dosadny  sposób  –  przykro  mi,  ale  nie 
zamierzam  zawalać  pracy  ze  względu  na  polowanie  na 
jakiegoś  prezentowego  księcia  z  bajki.  Pomyśl!  Jeśli 
zrobił  ci  taki  prezent,  to  prawdopodobnie  go  na  niego 
stać!  Więc  daj  sobie  spokój  z  samoudręczaniem  się  i 
ciesz  się  pięknym  drobiazgiem!  –  nakazał,  otwierając 
pierwsze z ogromnych pudeł i wyjmując z niego torebkę 
pełną śrubek, gwoździ i Bóg jeden wie czego jeszcze. 

Łucja już miała otworzyć usta, by coś powiedzieć, ale 

w ostatniej chwili zrezygnowała, dochodząc do wniosku, 
iż Bartosz po prostu przedstawił męski punkt widzenia 
na  całą  tę  sprawę.  Ona  natomiast  musiała  zastanowić 
się, jaki mężczyzna z jej otoczenia mógł sobie pozwolić 
na  kupienie  złotego  wisiorka,  który  mógł  potencjalnie 
być wysadzany diamentami.  

  Znała  tylko  jednego,  ale  on,  ze  śrubokrętem  w 

4030664

background image

4030664

 

 

dłoni,  właśnie  zabierał  się  za  składanie  zupełnie 
nieromantycznego  regału  na  książki.  Zresztą,  był  jej 
przyjacielem, niemal starszym bratem i na dodatek kręcił 
coś  na  boku  z  Alicją!  Nie,  jego  kandydaturę  mogła 
odrzucić w przedbiegach. Musiał być ktoś jeszcze!  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

67 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ VII 

 
 

  „Stan  przedzawałowy!  Tak  to  się  chyba  nazywa!” 

Pomyślała  w  panice,  czując  kłujący  ból  w  klatce 
piersiowej.  Na  dodatek  kręciło  się  jej  w  głowie  i  z 
trudem łapała oddech dostarczający jej cennego tlenu do 
mózgu. 

–  Jak  to  pracuję  w  Wigilię?  -  wrzasnęła  na 

kierowniczkę  działu,  która  zaledwie  chwilę  temu 
poinformowała ją o tym fakcie. 

–  Losowaliśmy,  by  uniknąć  stronniczości  i  wypadło 

na ciebie oraz dwie inne dziewczyny. Zmiana kończy się 
o  szesnastej  trzydzieści,  więc  bez  problemu  dojedziecie 
wszystkie  do  domu  na  uroczystą  kolację  –  odrzekła  z 
uśmiechem  na  ustach,  dobitnie  podkreślającym  fakt,  iż 
firma zawsze myśli o swoich pracownikach. 

– Dojadę? Na kolację wigilijną? Do Jeleniej Góry?  - 

4030664

background image

4030664

 

 

wyrzuciła z siebie, dopytując się o szczegóły Łucja.  

Dawała tym samym upust swojej złości odczuwanej 

nie  tylko  względem  bezmyślnej  kierowniczki,  ale 
również  innych  osób,  które  przyczyniły  się  do  tej 
bezsensownej decyzji. 

Kobieta  przez  chwilę  milczała,  szukając  jakieś 

stosownej 

odpowiedzi, 

mogącej 

spacyfikować 

niebezpiecznie  poddenerwowaną  pracownicę.  Niestety, 
żadna  z  stosownych  formułek  nie  miała  rzeczywistego 
odniesienia do zaistniałej sytuacji. 

–  Braliśmy  pod  uwagę  adres  zamieszkania,  a  nie 

prywatne  preferencje  i  plany  poszczególnych  osób  – 
rzekła  w  końcu,  w  pełni  usatysfakcjonowana  swoją 
błyskotliwością. 

–  Naprawdę?  Mieszkam  kątem  u  wieloletniego 

przyjaciela rodziny – wyjaśniła naprędce – mój dom jest 
tam, gdzie znajduje się moja mama, ojciec i brat, czyli w 
Jeleniej  Górze,  mieście  oddalonym  o  całe  lata  świetlne 
od Warszawy! I nie ma nawet cienia szansy na to, bym 
pracując  do  szesnastej  trzydzieści  znalazła  się  w  domu 
na kolacji wigilijnej! 

–  Znajdź,  zatem,  kogoś,  kto  zgodzi  się  wziąć  twoją 

zmianę. Wtedy rozważę z szefostwem taką zamianę. 

Łucja  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Pani  Barbara 

była tak bezdennie głupia, by wierzyć, że ktoś z własnej, 
nieprzymuszonej  woli  zgodzi  się  pracować  do  późnego 
wigilijnego  popołudnia?  A  może  sądziła,  iż  to  ona  jest 
na  tyle  bezmyślna,  by  dać  się  zbyć  takim  idiotycznym 
stwierdzeniem. 

–  A  może  pani  zgodzi  się  ze  mną  zamienić?  Zdąży 

4030664

background image

4030664

 

69 

pani  jeszcze  na  kolację  z  rodziną  –  rzekła  Łucja, 
uśmiechając  się  przy  tym  słodko,  chociaż  była  to  tylko 
poza, kryjąca ironię. 

– Niestety, mam już inne plany... 
–  Ach  tak...  No  cóż,  ja  też  miałam!  Ale 

najwidoczniej, jako szeregowy pracownik nie powinnam 
była ich czynić.  

Spodziewała  się  usłyszeć  jakąś  gładką,  korporacyjną 

gadkę,  która  miałaby  zmotywować  ją  do  pracy  w  tak 
wyjątkowym  dniu,  jednak  zamiast  tego  do  jej  uszu 
dotarło  głośne  zamknięcie  drzwi.  Pani  Barbara 
salwowała  się  ucieczką,  która  zagwarantowała  jej  nie 
tylko  spokojne  popołudnie,  ale  też  koniec  dalszych 
wyrzutów  ze  strony  niezadowolonej  podwładnej, 
zdolnej do posiadania swojego własnego zdania. 

  Łucja  nie  miała  złudzeń.  Nie  zamierzała  nawet 

narażać się na kpiny ze strony współpracowników, które 
z  pewnością  towarzyszyłyby  jej  bezsensownym 
poszukiwaniom  zastępstwa.  Będzie  musiała  zadzwonić 
do  domu  i  uprzedzić  o  swojej  nieobecności  przy 
familijnym 

świątecznym 

stole. 

Bartosz, 

po 

niespodziewanej  i  przedwczesnej  śmierci  rodziców, 
wszystkie  Święta  Bożego  Narodzenia  spędzał  gdzieś  w 
Alpach na nartach, więc prawdopodobnie zostanie sama 
i  będzie  miała  cały  dom  dla  siebie.  To  był  jedyny 
pozytyw zaistniałej sytuacji!  

  Odpocznie  w  ciszy  i  spokoju!  Może  coś  takiego 

wyjdzie jej nawet na zdrowie?  

 
  Do  świąt  pozostało  niecałe  dwa  tygodnie,  a  ona 

4030664

background image

4030664

 

 

właśnie  dowiedziała  się,  iż  będzie  zmuszona  spędzić 
Wigilię samotnie, z dala od rodziny i ukochanych osób. 
Idąc  smętnym  krokiem  i  pokonując  ostatnie  metry 
dzielące  stację  metra  od  eleganckiego  budynku,  w 
którym  mieściło  się  mieszkanie  Bartosza,  zaczęła 
rozważać,  co  strasznego  może  ją  jeszcze  tego  dnia 
spotkać. Owszem, miała pracę, ale poza nią w jej życiu 
działo się niewiele. Gdyby nie przyszywany starszy brat, 
u którego mieszkała kątem, to pewnie nie miałaby żywej 
duszy,  do  której  mogłaby  się  odezwać  słowem. 
Owszem,  zarabiała  pieniądze,  ale  dokładnie  tyle,  by 
przeżyć z miesiąca na miesiąc i nic ponadto.  

  Nie  tak  wyobrażała  sobie  swoją  przyszłość  jako 

dziecko. Niestety, marzenia wieku szczenięcego zderzyły 
się  ze  ścianą  szarej  rzeczywistości.  Ku  jej  bezgłośnej 
rozpaczy,  poległy  i  zostały  pogrzebane  pod  grubą 
warstwą nieprzyjemnej codzienności.  

  Wstukała  kod  otwierający  drzwi  do  budynku  i 

skierowała się w kierunku machiny mającej zawieźć ją do 
schronienia,  w  którym  chciała  przeczekać do kolejnego 
poranka.  Oczywiście  tylko  po  to,  by  powędrować  w 
kierunku  swojej  ukochanej  korporacji,  gdzie  bez 
większych szans na awans, ze sztucznym uśmiechem na 
ustach, będzie spełniać marzenia innych.  

  Charakterystyczny  dźwięk  zwiastujący  pojawienie 

się windy wyrwał ją ze świata ponurych myśli.  

– O, cześć Łucja  – usłyszała radosny głos, należący 

do kolegi z działu księgowości – mieszkasz tutaj?  

Zaskoczona,  uniosła  głowę  i  spojrzała  prosto  w 

przystojną,  brytyjską  do  granic  możliwości  twarz 

4030664

background image

4030664

 

71 

Thomasa,  który  wyglądał  na  nieco  zmieszanego,  ale  i 
zadowolonego ze spotkania. 

–  Tak  –  odpowiedziała  nieco  automatycznie  – 

czyżbyśmy byli sąsiadami? 

Mężczyzna  milczał  chwilę,  wywołując  tym 

współczujący wzrok napotkanej kobiety, która doszła do 
wniosku,  iż  prawdopodobnie  dłuższa  wypowiedź  w 
języku polskim stanowiła dla niego nadal zaporę nie do 
przebycia. 

–  Nie,  nie  –  odparł  w  końcu  niepewnie  – 

odwiedzałem akurat kolegę ze szkoły językowej... 

–  To  świetnie,  że  podjąłeś  naukę  –  rzekła  ze  źle 

udawanym  entuzjazmem  –  przepraszam,  ale  jestem 
zmęczona i śpieszę się do domu. Do zobaczenia w pracy 
– dodała, wsiadając do windy. 

Drzwi zasunęły się za nią, przysłaniając widok nadal 

stojącego  na  zewnątrz  Thomasa.  Dochodząc  do 
wniosku, iż praca zamierza chyba prześladować ją nawet 
w  czasie  od  niej  wolnym,  pragnęła  jak  najszybciej 
dobrnąć  do  domu  i  zakotwiczyć  się  na  najbliższe  kilka 
godzin 

wygodnym 

fotelu, 

gwarantującym 

bezpieczeństwo i święty spokój. 

  Podchodząc  do  mieszkania,  dostrzegła  na 

wycieraczce  dobrze  znany  czerwony  papier,  tym  razem 
jednak  został  on  owinięty  wokół  czegoś  znacznie 
przekraczającego  rozmiary  standardowej  szkatułki  z 
polerowanego  drewna,  skrywającej  z  reguły  kolejne 
prezenty. Przekręcając klucz w zamku, zastanawiała się, 
cóż  to  jest  i  jak  ktoś  mógł  przytaszczyć  ten  ogromny 
pakunek  bez  zwracania  na  siebie  powszechnej  uwagi.  I 

4030664

background image

4030664

 

 

wtedy właśnie ją olśniło! 

  Thomas wydawał się zmieszany ich spotkaniem, ale 

jednocześnie  uśmiechał  się  życzliwie.  Kręcił  coś  na 
temat  wizyty  u  kolegi  ze  szkoły  językowej,  a  tak 
naprawdę  pewnie  przypadkiem  przyłapała  go  na 
podrzucaniu dzisiejszego prezentu! 

  Chwytając  w  ramiona  ogromną,  chociaż  dosyć 

lekką  paczkę,  wbiegła  do  domu,  wołając  Bartosza.  Jej 
głos  okazał  się  na  tyle  donośny,  iż  pojawił  się  on  na 
progu swej pracowni w przeciągu kilku sekund. 

– Pali się? 
–  Prawie!  Wiem  kto  jest  prezentowym  księciem  z 

bajki!  –  oznajmiła,  stawiając  plecak  oraz  prezent  na 
mahoniowej podłodze holu. 

Bartosz  otworzył  szeroko  oczy,  jakby  to  miało  mu 

pomóc zrozumieć całą sytuację i ze zdziwieniem zaczął 
spoglądać  to  na  nią,  to  na  czerwony  pakunek  niemal 
dorównujący jej wielkością. 

– Ale jak to? Skąd? 
– Właśnie go spotkałam!  
–  Prezentowego  księcia  z  bajki?  -  upewnił  się,  nie 

bardzo  wiedząc  czy  właściwie  interpretuje  jej  nieco 
emocjonalną przemowę. 

–  Tak!  Wysiadał  z  windy,  kiedy  czekałam  na  nią  na 

parterze! Powiedział, że był u kolegi, ale nie zabrzmiało 
to  szczerze,  a  w  dodatku  chwilę  milczał,  zanim  to  z 
siebie wykrztusił. 

– A może faktycznie było tak, jak powiedział? 
Łucja  pokręciła  głową,  jakby  miała  do  czynienia  z 

małym  dzieckiem  nieznającym  realiów  dzisiejszego 

4030664

background image

4030664

 

73 

świata. 

– Pomyśl – poprosiła w końcu – Raz – rzekła licząc 

na palcach - gdyby miał tu kolegę, to już bym go kiedyś 
widziała w naszym budynku. Dwa. Był nieco zmieszany 
na  mój  widok  -  dokładnie  tak,  jakby  ktoś  przyłapał  go 
na  gorącym  uczynku.  Trzy.  Pochodzi  z  bogatej 
brytyjskiej  rodziny,  a  i  nasz  mały  grajdołek  również 
dobrze mu płaci za sprawowanie kontroli nad finansami, 
więc mógł mi sprezentować diamentową śnieżynkę! 

–  Skoro  tak  ujmujesz  sprawę,  to  z  pewnością  twoja 

teoria  ma  sens  –  odrzekł,  chociaż  jakaś  nuta  w  jego 
głosie  świadczyła  dobitnie  o  tym,  iż  jej  słowa  go  nie 
przekonały – a na razie chodź, rozpakujemy tego giganta 
i zastanowimy się, gdzie to coś ustawić. 

Łucja roześmiała się radośnie, pojmując, dlaczego nie 

był zbytnio zadowolony. 

–  Rozumiem.  Coś  dużego  może  zakłócić  harmonię 

twojego  minimalistycznego  wnętrza!  Nie  martw  się, 
cokolwiek to jest, zabiorę to do sypialni! 

–  Mam  nadzieję!  Z  pewnością  będzie  pasowało  do 

graffiti, które planujesz tam wykonać! 

Zignorowała jego uszczypliwą odpowiedź, chwytając 

czerwonego  giganta  w  obie  dłonie  i  wnosząc  go  na 
środek  pokoju  dziennego.  Chyba  pierwszy  raz,  nie 
zważając na ozdobny papier i piękną tasiemkę, rwała je 
obie, by jak najszybciej dostać się do ich zawartości. Po 
kilku  minutach  walki  z  metrami  ozdób,  udało  się  jej 
dokopać  do  ogromnego  białego,  pluszowego  misia 
odzianego w strój świętego Mikołaja!  

–  Tym  razem  poszedł  chłopak  w  rozmiar,  a  nie 

4030664

background image

4030664

 

 

jakość  –  skomentował  nieco  uszczypliwie  Bartosz, 
podchodząc  bliżej  do  nowego  mieszkańca  domu  – 
zresztą,  był  mało  oryginalny.  Ten  misiek  to  chyba  brat 
bliźniak tego, którego dostałaś ode mnie na urodziny. 

– Zazdrościsz i tyle – burknęła w odpowiedzi. 
– Dobrze wiedzieć! 
Na  poparcie  swych  słów  chciała  uchwycić  i 

wyściskać  pluszowego  białego  misia,  gdy  nagle  z  jego 
łapek wypadł dobrze im znany mały, czerwony pakunek. 

– Tradycjonalista – mruknął z uznaniem. 
–  I  co?  Głupio  ci  teraz?  –  spytała  zaczepnie  Łucja, 

chwytając  paczuszkę  w  obie  dłonie  tylko  po  to,  by 
rozpakować ją niemal z prędkością światła.  

Dobrze im znana szkatułka z polerowanego drewna, 

z  wyrzeźbioną  na  spodzie  liczbą  „14”,  kryła  w  sobie 
emaliowaną figurkę przedstawiającą dorodne, czerwone, 
kandyzowane jabłko.  

–  Trochę  za  małe,  by  mógł  je  wszamać  misio  – 

zakpił  Bartosz  –  wracam  do  przerwanej  pracy  i 
zostawiam  cię  sam  na  sam  z  posłańcem  twojego 
brytyjskiego prezentowego księcia z bajki! 

Łucja,  ściskając  pięknie  zdobiony  mały  owoc  w 

dłoni,  siadła  na  kanapie  i,  zapatrzona  w  panoramę 
miasta o zmroku, pogrążyła się w myślach. 

  Pytaniem  wieczoru  stała  się  ciężka  do  rozważenie 

kwestia:  „Czy  mogła  wykrzesać  z  siebie  jakieś  ciepłe 
uczucia  względem  Thomasa?”  Owszem,  lubiła  go,  był 
miły,  szarmancki,  przystojny,  ale  też  pełen  rezerwy, 
nieco  chłodny  i  zupełnie  daleki.  Przytuliwszy  się  do 
białego  misia  wyszeptała  słowa  błagalnej  modlitwy 

4030664

background image

4030664

 

75 

skierowanej do Boga: 

– Proszę, niech to jednak nie będzie Thomas! 
 
  Niestety,  jej  cicha  prośba  prawdopodobnie  nie 

została  usłyszana  przez  niebiosa,  bowiem  już 
następnego  poranka,  tuż  po  rozpoczęciu  pracy,  wpadła 
na  managera  z  księgowości,  który  z  uśmiechem  na 
ustach powitał ją serdecznie. 

– Dzień dobry Łucjo! Znowu się spotykamy! 
–  Witaj!  Faktycznie  ostatnio  często  na  siebie 

wpadamy  –  mruknęła  w  odpowiedzi,  powtarzając  w 
myślach słowa wczorajszej modlitwy. 

–  Pięknie  dziś  wyglądasz  –  skomplementował  ją, 

spoglądając w jej błękitne oczy. 

Ślepy  czy  co?  Nie  widzi  tych  kilku  zbędnych 

kilogramów  ulokowanych  w  okolicach  talii  i  bioder?  A 
może  lubi  lekko  pulchne  niewielkie  szatynki?  - 
pomyślała w panice, próbując nie zwerbalizować swoich 
myśli w słyszalny dla niego sposób. 

– Dziękuję – szepnęła nieśmiało – ty też świetnie się 

prezentujesz. 

Thomas  przyjrzał  się  jej  dokładnie,  a  jego  wzrok 

spoczął  nad  łańcuszku  i  małej  śnieżynce  zdobiącej  jej 
szyję. 

– Śliczny drobiazg, nowy? 
–  Tak,  dostałam  go  w  prezencie  –  rzekła,  testując 

jego reakcję. 

Mężczyzna uśmiechnął się z uznaniem. 
– Musi cię bardzo kochać. 
– Prawdopodobnie tak... 

4030664

background image

4030664

 

 

–  Szczęściarz!  No  nic,  muszę  już  lecieć,  do 

zobaczenia. 

Zanim  zdążyła  cokolwiek  odpowiedzieć,  już  go  nie 

było.  Jego  dziwne  zachowanie  dało  jej  sporo  do 
myślenia,  a  najbardziej  do  jej  wyobraźni  przemawiało 
zdanie  wypowiedziane  pod  koniec  tej  nietypowej 
rozmowy: „Musi cię bardzo kochać”... Skąd on mógł to 
wiedzieć? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

4030664

background image

4030664

 

77 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ VIII 

 
 

  Sobota!  Jak  to  pojedyncze  słowo  potrafi  pięknie 

brzmieć, gdy nie trzeba bladym świtem pędzić do pracy! 
Sobota!  Cisza,  spokój,  po  prostu  błogostan,  który  bez 
problemu  może  ciągnąć  się  w  nieskończoność,  a 
przynajmniej do niedzielnego wieczora! Sobota! Czas dla 
samej siebie i fikcyjnych światów wyczarowanych przez 
umysły  utalentowanych  pisarzy  z  różnych  zakątków 
globu. Tak prozaiczne sprawy jak śniadanie, schodzą w 
takich  chwilach  na  dalszy  plan,  bo  po  co  komu  jakaś 
jajecznica,  gdy  może  poleżeć  sobie  w  wygodnym  i 
ciepłym łóżku do południa? 

  Uśmiechając  się,  zapadła  ponownie  w  sen, 

zakopując  się  głębiej  pod  kołdrę.  Niestety,  pukanie  do 
drzwi  wyrwało  ją  z  prywatnego  raju  przywołując  do 
rzeczywistości. 

4030664

background image

4030664

 

 

– Łucja, idziesz dzisiaj na zakupy świąteczne? 
–  Nie!  -  wrzasnęła  w  odpowiedzi,  wychylając  tylko 

czubek głowy znad pościeli. 

– Chyba nie będziesz wybierać podarków na ostatnią 

chwilę w drodze na pociąg! - upomniał ją rzeczowo. 

–  Nie  jadę  na  Święta  do  Jeleniej  Góry!  - 

odpowiedziała dużo cichszym głosem, jakby niechętnie. 

–  Jak  to  nie  jedziesz?  A  co  na  to  twoja  mama, 

pichcąca  tonę  jedzenia  mogącego  wyżywić  pułk  wojska 
polskiego?  Tata,  który  zapewne  już  zaczyna  polowanie 
na  właściwą  choinkę?  Nie  mówiąc  o  Mariuszu,  który 
chociaż na chwilkę powinien przejąć ode mnie pałeczkę 
obrońcy  jego  młodszej  siostrzyczki?  -  spytał  Bartosz, 
wchodząc bez ostrzeżenia do jej sypialni.  

Łucja  nakryła  głowę  kołdrą  i  dopiero  wtedy 

zdecydowała  się  odpowiedzieć  na  to  niezwykle  długie 
pytanie. 

–  Nic  nie  wiedzą.  Powiem  im  w  ostatnim 

momencie... Zresztą, to nie jest mój wybór. Mam dyżur 
w pracy do szesnastej trzydzieści w Wigilię! 

–  Pracujesz  w  Wigilię?  -  zagrzmiał  tak  głośno,  iż  w 

odczuciu Łucji ściany pokoju się zatrzęsły. 

– Tak. Podobno było losowanie i padło na mnie... 
–  Przecież  to  bzdura!  Kto  w  Wigilię,  tuż  przed 

uroczystą  kolacją,  wybierze  się  na  zakupy  do  biura 
podróży? 

–  Hmmm  ciężko  powiedzieć.  Może  singiel  w 

depresji, 

albo 

ojciec 

rodziny, 

który 

jakimś 

niewytłumaczalnym  cudem  zapomniał,  że  mamy 
grudzień! 

4030664

background image

4030664

 

79 

Milczenie,  które  nagle  wypełniło  mały  pokój,  stało 

się  odzwierciedleniem  ich  bezsilności  względem 
bezdusznego systemu i reguł, którym poddała się Łucja, 
podejmując  zatrudnienie  w  dużej  międzynarodowej 
firmie  turystycznej,  dla  której  liczy  się  tylko  zysk. 
Uzyskany 

nawet 

kosztem 

wykorzystywanych 

pracowników. 

– Głowa do góry! – rzekł, próbując nieco poprawić 

atmosferę – zabieram cię na brunch, w końcu masz dziś 
imieniny! 

Dziewczyna 

spojrzała 

na 

niego 

lekko 

zdezorientowana  sponad  skłębionej  pościeli,  po  czym 
doznała  nagłego  olśnienia,  przypominając  sobie,  iż 
faktycznie  trzynastego  grudnia  od  lat  był  dniem 
przypisanym świętej Łucji. 

–  Skoro  tak  uprzejmie  mnie  zapraszasz,  jak 

mogłabym  odmówić?  -  zakpiła  –  a  teraz  wyjdź  z  łaski 
swojej,  bo  muszę  zlokalizować  swój  szlafrok  –  dodała, 
rzucając w niego niewielką poduszką. 

Bartosz  chwycił  ją  sprawnym  ruchem,  po  czym 

śmiejąc się serdecznie, odrzucił w kierunku łóżka. 

–  Masz  pół  godziny  –  zaznaczył  –  później  oferta 

ulega przedawnieniu. 

– Obiecanki cacanki. To raczej ty nie wystroisz się w 

tak krótkim czasie – odcięła się szybko, zanim przyjaciel 
zdążył wyjść z jej pokoju. 

 
  Właśnie  zbierali  się  do  wyjścia,  chociaż  plany 

brunchu  zostały  zmienione  na  lunch  w  pobliskich 
Złotych  Tarasach,  gdy  Łucja,  otwierając  drzwi 

4030664

background image

4030664

 

 

wejściowe, natknęła się na znajomy czerwony pakunek. 

– O! Wcześnie dziś kawaler zaczyna – skomentował 

Bartosz  –  jak  tak  dalej  pójdzie,  to  uda  nam  się  wyjść 
dopiero przed kolacją! 

– Zazdrośnik! – rzuciła w jego kierunku, dochodząc 

do  wniosku,  iż  ostatnimi  czasy  zbyt  często  określa  go 
tym mianem. 

– Odpakowuj szybko tą paczkę – polecił, chwytając 

ją w rękę i zamykając drzwi.  

–  Nie,  żebym  czuła  presję,  ale  zdaje  mi  się,  że  te 

prezenty traktujesz bardzo osobiście. 

– Przez Mariusza czuję się za ciebie odpowiedzialny, 

więc  muszę  wiedzieć,  kto  chce  cię  dorwać  w  swoje 
łapska. 

–  A  skoro  już  o  łapskach  mowa  –  przerwała  mu, 

wyrywając  pakunek  z  dłoni  –  wczoraj  spotkałam  w 
pracy  Thomasa.  Skomplementował  mnie  i  moją 
diamentową śnieżynkę, a facet z reguły... 

–  …nie  zauważa  takich  drobnostek  w  wyglądzie 

kobiety  –  dopowiedział  za  nią  uczynnie  Bartosz  – 
rozumiem, 

iż 

nadal 

rozważasz 

kandydaturę 

pompatycznego  księgowego  na  prezentowego  księcia  z 
bajki?  

Już  miała  wyłożyć  mu  wszystkie  argumenty 

przemawiające  za  słusznością  tej  teorii,  gdy  nagle  do 
głowy  przyszedł  jej  wręcz podły  w  swych  insynuacjach 
plan.  Postanowiła  wcielić  go  w  życie,  mimo  wszystko, 
tylko po to, by mu nieco dokuczyć. 

–  Albo  on  –  rzekła  opanowanym  tonem, 

odpakowując  papier  prezentowy  –  albo  ty!  Innej 

4030664

background image

4030664

 

81 

możliwości  nie  ma  –  dodała  obracając  w  dłoniach 
drewnianą szkatułkę z niewielkim numerem „12”. 

Usłyszała  jak  Bartosz  gwałtownie  się  żachnął, 

zupełnie jakby oburzenie zabulgotało w jego krtani, nie 
znajdując ujścia na zewnątrz. 

– Słucham?! - wycharczał w końcu, nadal spoglądając 

na nią z niedowierzaniem. 

–  Pomyśl!  Kto  inny  z  wyjątkiem  ciebie  i  dzianego 

księgowego, może sobie pozwolić na diamenty? 

– Ale... 
– Spokojnie – przerwała litując się w końcu nad nim 

– wiem, że to nie ty. Przecież kręcisz z Alicją.. 

Odetchnął  niejako  z  ulgą,  niejako  z  lekkim 

zmieszaniem,  czując  ulgę,  iż  niezręczny  temat  został 
zakończony. 

– Patrz! - szepnęła w tym czasie zaskoczona Łucja – 

to 

coś 

nowego! 

Dostałam 

jakaś 

bułeczkę! 

Najprawdziwszą bułeczkę! 

–  Chłopak  potrafi  zaskoczyć.  Sugeruje,  że  chce  cię 

wyciągnąć na śniadanie? 

–  Nie  wiem,  nigdy  w  życiu  nie  widziałam  takiego 

pieczywa  –  rzekła,  odwracając  szkatułkę  w  jego 
kierunku. 

Na 

jedwabnej 

poduszeczce 

leżała 

pięknie 

wypieczona  bułeczka,  której  końce  wywinięte  w 
przeciwstawne strony ozdobione były rodzynkami. 

–  Ja  już  gdzieś  coś  takiego  widziałem.  Ale  nie 

pamiętam gdzie... 

–  Przypomnij  sobie,  staruszku  –  poprosiła 

przymilnie, wąchając jednocześnie niecodzienny prezent. 

4030664

background image

4030664

 

 

Bartosz,  przywołując  w  myślach  swoje  zagraniczne 

podróże  służbowe,  próbował  zrobić  podświadomy 
przegląd stołów i posiłków, które kiedyś mu serwowano. 

–  Już  wiem!  To  bułeczka  szafranowa  będąca 

specjalnością szwedzką... 

–  Brawo,  zdajesz  już  sobie  sprawę,  że  dzwony  biją, 

nie  wiesz  jeszcze  tylko,  w  którym  kościele.  Dlaczego 
ktoś  miałby  mi  jednego  dnia  podarować  diamenty,  a 
drugiego  bułeczkę,  która  z  pewnością  kosztuje  ułamek 
sumy,  jaką  przyszło  mu  zapłacić  za  to  drewniane 
pudełko? 

–  Serwowano  mi  je  w  grudniu...  -  szeptał,  próbując 

przypomnieć  sobie  więcej  szczegółów  –  nie,  poczekaj, 
na  początku  grudnia.  Björn  opowiadał  mi,  że  pieką  te 
bułeczki specjalnie na dzień... Hmmm, nie pamiętam. 

Łucja, której emocje sięgnęły szczytu, wspięła się na 

czubki swoich palców i z całej siły złapała rękawy jego 
kurtki,  w  których  oczywiście  znajdowały  się  jego 
ramiona i zaczęła nimi potrząsać z całej siły. 

–  Nie  rób  mi  tego!  -  prosiła  niemal  błagalnie  –  nie 

teraz! Przypomnij sobie. 

– Pamiętam jakąś dziewczynkę z wiankiem ze świec 

na  głowie,  w  białej  długiej  sukience.  To  było  jakieś 
święto  światła,  przełamania  nocy...  Czekaj  to  była...  - 
urwał, jakby nagle porządkując pewne fakty w pamięci – 
Święta Łucja! - stwierdził w końcu z zadowoleniem. 

–  Więc  prezentowy  książę  przysłał  mi  bułeczkę 

wypiekaną  specjalnie  na  moje  imieniny?  Zresztą,  czy 
faktycznie może istnieć aż tak wielki zbieg okoliczności? 

–  Wpisz  w  wyszukiwarkę  Lussekatter,  bo  taka  jest 

4030664

background image

4030664

 

83 

nazwa tej bułeczki, a sama się przekonasz! 

Miała  ochotę  go  wyściskać!  Dzięki  niemu  i  jego 

ogromnej wiedzy, mogła w pełni docenić znaczenie tego 
niecodziennego prezentu. Chęć zjedzenia go walczyła w 
niej  z  pragnieniem  zachowania  i  zasuszenia  jako 
pamiątki. 

– Chodźmy lepiej już na ten lunch – szepnęła z lekką 

paniką w głosie – bo zrobiłam się strasznie głodna. 

– Jak pani sobie życzy – odparł szarmancko Bartosz, 

podając jej swe ramię – pozwoli pani ze mną... 

Żartując  w  najlepsze,  zostawili  niezwykłą  szwedzką 

bułeczkę  na  stoliku  w  pokoju  dziennym  i  ruszyli,  by 
wspólnie  spędzić  sobotnie  popołudnie.  Wbrew  ich 
oczekiwaniom,  nie  zakończyło  się  ono  na  wspólnym 
lunchu. Wręcz odwrotnie, stał się on niespodziewanym 
wstępem  do  szaleńczego  rajdu  po  sklepach  w 
poszukiwaniu prezentów świątecznych. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ IX 

 
 

  Przez  kilka  następnych  dni  jej  prywatna  kolekcja 

prezentów  związanych  tematycznie  z  nadchodzącymi 
Świętami  Bożego  Narodzenia  wzbogaciła  się  o  srebrną 
szyszkę;  piękne  dzwoneczki,  które  faktycznie  przy 
każdym, 

chociażby 

najmniejszym 

potrząśnięciu 

wydawały  delikatny,  miły  dla  uszu  dźwięk;  emaliowaną 
figurkę  zapakowanego  prezentu,  do  złudzenia 
przypominającą  podarunki  znajdowane  przez  nią 
codziennie  pod  drzwiami  mieszkania;  serce  z  piernika, 
które prawdopodobnie pochodziło ze słynnej cukierni w 
Toruniu, a także małą choinkę, której każda gałązka czy 
zdobiąca ją bombka wykonana była z jubilerską precyzją. 
Dzisiejszym  prezentem  był  wisiorek  przedstawiający 
Gwiazdę  Betlejemską,  która  lśniąc  w  najdrobniejszych 
promieniach  światła,  zdawała  się  być  klejnotem 

4030664

background image

4030664

 

85 

ściągniętym  wprost  z  nieboskłonu  i  schowanym  do 
niewielkiego prezentowego pudełeczka. 

  Wszystkie  szkatułki  i  prezenty,  z  wyjątkiem 

szwedzkiej  Lussekatter  oraz  piernikowego  serca,  które 
zostały  skonsumowane  w  przypływie  wieczornego 
smutku  i  ataku  paniki  przez  wyznaniem  rodzicom 
prawdy  na  temat  jej  nieobecności  podczas  obchodów 
Bożego  Narodzenia,  zostały  ustawione  w  honorowym 
miejscu  –  na  środkowej  półce  regału  będącego 
prezentem od Bartosza.  

  Stojąc  i  podziwiając  dziewiętnaście  pudełeczek  z 

polerowanego  drewna  i  siedemnaście  prezentów 
zastanawiała  się,  jaki  cel  przyświeca  tajemniczemu 
darczyńcy. Oczekiwała, iż w którymś z pudełek znajdzie 
liścik z zaproszeniem na kawę, a kto wie może i kolację. 
Chciała poznać osobę, która zadała sobie tyle trudu, by 
uczynić  te  dni  poprzedzające  Wigilię  najbardziej 
wyjątkowymi w jej trzydziestoletnim życiu. 

  „Dość tego dobrego” - nakazała sobie - „w planach 

na  dzisiejszy  wieczór  masz  firmową  imprezę,  na  której 
będziesz musiała uśmiechać się do wszystkich, wliczając 
w  to  bezdennie  głupią  Barbarę,  która  sądzi,  że  można 
zdążyć  na  Wigilię  w  Jeleniej  Górze,  kończąc  pracę  o 
szesnastej trzydzieści w Warszawie.” 

  Otwierając  szafę,  zerknęła  na  kilka  dyżurnych 

małych  czarnych,  które  zawsze  zakładała  w  takich 
sytuacjach.  Wszystkie  wydały  się  jej  mdłe  i  w  jakiś 
niezrozumiały racjonalnie sposób szare i nudne. 

  „Pewnie  znowu  nie  dodałam  do  prania  płynu 

‘Super  Czerń’”  pomyślała  sarkastycznie,  wyjmując 

4030664

background image

4030664

 

 

kolejne wieszaki z kreacjami i rzucając je bezwładnie na 
łóżko  stojące  nieopodal.  Kiedy  już  zdążyła  dokonać 
przeglądu  ponad  połowy  rzeczy  znajdujących  się  w 
zakamarkach  szafy  stwierdziła,  jak  większość  kobiet, 
które  kiedykolwiek  znalazły  się  w  podobnej  sytuacji,  iż 
nie ma co na siebie włożyć!  

  Po  kolejnych  kilku  chwilach,  przerzucając  dawno 

zapomniane  fatałaszki,  trafiła  na  elegancką  sukienkę  z 
aksamitu,  w  odcieniu  szlachetnego  burgunda,  która 
zdawała  się  świetnie  pasować  do  świątecznej  imprezy 
firmowej. 

  „Nic lepszego na pewno nie znajdę, więc nie warto 

marnować  więcej  czasu,  zwłaszcza,  że  moje  włosy 
przypominają siano, którego dawno nikt nie przerzucał 
w stodole!” – pomyślała, przeglądając się w lustrze. 

  Otwierając  drzwi  od  sypialni,  miała  zamiar  jak 

najszybciej  dostać  się  do  łazienki.  Niestety,  jak  zwykle 
życie  pokrzyżowało  jej  plany.  Do  jej  uszu  dotarł, 
bowiem,  męski  szept,  któremu  akompaniował  kobiecy, 
stłumiony nieco chichot.  

  Wychyliła  głowę  i  dostrzegła  Bartosza  siedzącego 

zdecydowanie  zbyt  blisko  kobiety  o  bujnej  blond 
czuprynie.  Coś  w  jej  fryzurze  zmusiło  Łucję  do 
przyjrzenia  się  jej  bliżej.  Po  chwili  rozpoznała  w  niej 
swoją koleżankę z pracy. 

  Ku  swemu  zaskoczeniu,  poczuła  nieprzyjemne 

ukłucie  w  okolicach  serca,  ale  wytłumaczyła  je  sobie 
szybko,  a  może  nazbyt  szybko,  zgagą  męczącą  ją  od 
kilku dni. Miała ochotę przysiąść się do nich i przekonać 
na własne uszy, co ich tak szczerze rozbawiło. Udało się 

4030664

background image

4030664

 

87 

jej  jednak  zachować  resztki  zdrowego  rozsądku, 
nakazującego  wycofać  się,  zanim  zostanie  zauważona. 
Dlatego  też  przemknęła  do  łazienki,  by  zająć  się 
przygotowaniami do wieczornego przyjęcia.  

  Stojąc pod zimnym prysznicem, starała się uciszyć 

rozgorączkowane  myśli,  wędrujące  nieustannie  w 
kierunku pokoju dziennego. Podejmowała bezskuteczne 
próby  skupienia  się  na  czymś  innym,  wliczając  w  to 
fantazjowanie  na  temat  prezentu,  który  powinna  jutro 
otrzymać, jednak nie przynosiło to oczekiwanego przez 
nią skutku.  

  Wcierając we włosy balsam doszła do wniosku, że 

przecież  ostatecznie  może  do  nich  zajrzeć  i  przywitać 
się, 

jak 

przystało 

każdemu 

cywilizowanemu 

człowiekowi.  Najwidoczniej  Alicja  zamierzała  pojawiać 
się  tu  w  przyszłości  częściej,  więc  lepiej  byłoby 
zaakceptować  ten  stan  rzeczy,  zamiast  kryć  się  po 
kątach.  

  Owijając  włosy  ręcznikiem  i  okrywając  ciało 

puchatym, pachnącym różami szlafrokiem, zdecydowała 
podejść  do  całej  tej  sprawy  na  luzie  i  okazać 
zadowolenie ze szczęścia swego przyjaciela i koleżanki z 
pracy.  

–  O!  Mamy  gości!  -  rzekła  stając  obok  sofy  – 

Bartoszu  mam  nadzieję,  iż  właściwie  zadbałeś  o 
potrzeby Alicji!  

Kobieta siedząca na sofie zachichotała w odpowiedzi 

jak pensjonarka. 

–  Za  wcześnie,  by  o  tym  mówić,  ale  wydaje  się,  że 

jest  na  jak  najlepszej  drodze  ku  temu  –  odpowiedziała 

4030664

background image

4030664

 

 

dwuznacznie,  uśmiechając  się  przy  tym  jak  kot,  który 
właśnie  chwycił  w  swe  pazurki  naprawdę  tłuściutkiego 
wróbla. 

– Nie zdradzaj zbyt wielu szczegółów – zawtórował 

jej  mężczyzna,  spoglądający  teraz  na  obydwie  kobiety 
znajdujące się w pokoju dziennym. 

Nieświadomie zaczął je ze sobą porównywać. Jedna 

elegancko ubrana wykazywała zamiłowanie do dbałości 
o szczegóły i nienaganny wygląd, druga owinięta w stary, 
zbyt duży szlafrok ponad wszystko ceniła sobie komfort 
i  wygodę.  Były  jak  niebo  i  ziemia,  jak  ogień  i  woda.  I 
właśnie jedna z nich wzbudzała w jego sercu wyjątkowe 
uczucia.  

 
  Uśmiechała  się  do  kolejnej  mijanej  osoby,  po  raz 

Bóg wie który. Nie miała na to najmniejszej ochoty. Po 
prostu  posłusznie  wypełniała  nakazy  dobrego 
wychowania,  marząc  w  skrytości  ducha,  by  znaleźć  się 
jak  najdalej  od  służbowego  przyjęcia,  na  którym  po 
prostu musiała być.  

  Następny  człowiek,  którego  imienia  nawet  nie 

potrafiła  wymienić,  obdarowany  został  sztucznym 
‘uśmiechem  numer  pięć’,  wyćwiczonym  specjalnie  na 
takie  okazje,  jak  ta.  Zamieniła  z  nim  kilka 
grzecznościowych  słów,  wyrażając  nadzieję,  iż 
nadchodzący  rok  będzie  równie  udany  dla  interesów 
firmy,  jak  ten  dobiegający  końca.  Upiła  kolejny  łyk 
szampana  z  prawie  całkowicie  opróżnionego  kieliszka  i 
ruszyła  przed  siebie,  ku  spotkaniu  kolejnych  równie 
interesujących osób. 

4030664

background image

4030664

 

89 

–  Łucja?  Prawie  cię  nie  poznałem.  Wyglądasz 

bombowo – głos za jej plecami rozległ się dokładnie w 
momencie, gdy zamierzała wymknąć się do holu, celem 
odetchnięcia od tej całej korporacyjnej grupy wzajemnej 
adoracji. 

Nie  musiała  nawet  się  odwracać,  by  przekonać  się, 

kto  za  nią  stoi.  Niezwykle  miękki  sposób  wymawiania 
poszczególnych  wyrazów  i  zupełnie  odmienne  ich 
akcentowanie zdradzało tożsamość Thomasa. 

– Witaj – rzekła, okręcając się na jednym z obcasów i 

wyczarowując na twarzy tym razem zupełnie prawdziwy 
uśmiech,  jakiego  do  tej  pory  na  próżno  można  było 
doszukiwać się na jej twarzy. 

–  Wow!  –  rzekł,  przyglądając  się  jej  oczom, 

podkreślonym przez wieczorowy makijaż. 

– Tak? 
– You are hot as hell! - wymruczał, zapominając tak 

o manierach, jak i o podstawach języka polskiego, jakie 
przyswoił sobie w ostatnim czasie. 

Łucja  poczuła,  że  czerwieni  się  jak  pensjonarka, 

która  pierwszy  raz  w  życiu  usłyszała  komplement 
dotyczący jej urody. 

– Bardzo miło z twojej strony... 
– Może skoczymy do barku?  – spytał, wchodząc jej 

w słowo – i załatwimy ci coś do picia? 

W  pierwszej  chwili  miała  odruchowo  odmówić,  ale 

po krótkiej chwili doszła do wniosku, że być może w ten 
sposób  Thomas  chce  z  nią  spędzić  trochę  czasu  i 
wyznać,  że  czerwone  paczuszki  pojawiające  się  pod  jej 
drzwiami od pierwszego grudnia pochodzą od niego. 

4030664

background image

4030664

 

 

– Z wielką przyjemnością. 
   
  Popijając  jakiś  kolorowy  koktajl,  który  mimo  całej 

swej słodyczy zawierał w sobie całkiem sporo alkoholu, 
dyskutowała  z  Thomasem  o  wszystkim  i  o  niczym. 
Niestety, z każdym wypowiadanym przez niego zdaniem 
dochodziła  do  przykrego  wniosku,  iż  jest  on 
kompletnym nudziarzem, w dodatku skoncentrowanym 
jedynie na sobie.  

  Kiedy  już  zdołała  dotrwać  do  końca  jego 

opowieści,  która  powinna  zostać  zatytułowana 
„Wspaniały ja i cała marna reszta świata”, miała ochotę 
wstać  i  uciec  gdzie  pieprz  rośnie.  Niestety  czuła,  iż  tak 
nie postąpiłaby żadna szanująca się dama, pochodząca z 
wyższych  sfer.  Dlatego  trzymając  fason,  potakiwała 
swemu  rozmówcy  od  czasu  do  czasu,  myśląc  w  tym 
czasie  o  niebieskich  migdałach.  W  połowie  drugiego 
monologu  wygłaszanego  przez  Thomasa,  zaczęła  w 
myślach modlić się po raz nie wiadomo który, by to nie 
on  okazał  się  prezentowym  księciem  z  bajki.  Chyba 
wolałaby  już  nawet  tego  starszego  dziadka  z  zarządu, 
który  nazywany  był  firmowym  zboczeńcem.  A  co  tam! 
Każdy byłby lepszy od Thomasa zakochanego w samym 
sobie. 

–  I  wiesz,  pomyślałem  sobie,  że  jako  przyjaciółka 

mogłabyś mi pomóc w tej delikatnej sprawie... - zaczął z 
nutą lekkiej nieśmiałości. 

Nagle  mózg  Łucji  przeszedł  ze  stanu  hibernacji  do 

wzmożonej aktywności.  

„’Przyjaciółka’, ‘pomóc’! Udało się! On po prostu się 

4030664

background image

4030664

 

91 

do  mnie  przymila,  ponieważ  najnormalniej  w  świecie 
czegoś ode mnie chce! Nie jest prezentowym księciem z 
bajki! Po prostu wciąga mnie, i to w dodatku w białych 
rękawiczkach,  w  których  zapewne  urodził  się  w  tym 
swoim  arystokratycznym  domu,  w  firmowe  bagienko 
pełne intryg, półprawd i kłamstw!” - pomyślała z ulgą. 

– Tak? Co mogę dla ciebie zrobić, Thomasie? 
Ulga, jaka w jednej sekundzie odmalowała się na jego 

przystojnej twarzy, była wręcz nie do opisania. 

– Słuchaj, może zainscenizowałabyś jakieś spotkanie, 

poza firmą, w czasie, którego miałbym szansę prywatnie 
porozmawiać  nieco  z  Alicją?  Wiesz,  chciałbym,  aby  to 
wyszło zupełnie naturalnie... 

Łucja  przestała  słuchać,  bowiem  jej  myśli 

powędrowały zupełnie w innym kierunku.  

  Przywołała obraz koleżanki siedzącej na kanapie w 

pokoju  dziennym  Bartosza.  Była  posągowo  piękna. 
Długie  blond  włosy,  które  od  wczesnych  godzin 
porannych,  aż  do  momentu  położenia  się  w  łóżku 
wyglądały tak, jakby dopiero co opuściła salon fryzjerski. 
Nienaganny,  delikatny  makijaż,  uwydatniający  jej 
naturalne  rysy  twarzy,  dodawał  jej  niewinnego,  niemal 
dziewczęcego  uroku.  Idealna  figura,  na  której  nawet 
pospolity worek po kartoflach prezentowałby się równie 
dobrze, co kreacje od światowej sławy projektantów.  

  „Gdzie  też  równać  mi  się  z  nią.  To  oczywiste,  że 

wzbudzała pożądanie w większości dorosłych, a pewni i 
nastoletnich  mężczyzn.”  –  pomyślała,  podchodząc  do 
całej  sprawy  z  chłodną  rezerwą  -  „a  jednak  i  ja 
znalazłam  jakiegoś  amatora  moich  wdzięków,  tylko 

4030664

background image

4030664

 

 

znowu nie wiem, kto nim może być!” 

–  Nie  wiem  czy  Alicja  będzie  zainteresowała  – 

odpowiedziała wracając do rzeczywistości i czekającego 
na jej reakcję mężczyzny.  

Cały entuzjazm, który jeszcze przed chwilą malował 

się  w  jego  oczach,  nagle  zniknął,  a  zastąpiło  go 
zwątpienie i niedowierzanie. 

– Ma kogoś? 
– Tak jakby. Zresztą, nie wiem na ile poważna jest to 

sprawa – rzekła, naciągając nieco fakty. 

Czuła  się  wewnętrznie  rozdarta  i  przez  to  nie  była 

zdolna  do  jasnej  oceny  zaistniałej  sytuacji.  Z  jednej 
strony  winna  była  lojalność  Bartoszowi,  który 
najwyraźniej poczuł „miętę” do jej koleżanki z pracy, z 
drugiej  zaś  strony,  podświadomie  czuła,  iż  nie  jest  ona 
odpowiednim  materiałem  na  towarzyszkę  życia  jej 
przyjaciela.  Nie  chciała  mieszać  w  ich  dopiero  co 
rodzącym  się  prawdopodobnie  związku,  ale  z  drugiej 
strony  nie  wiedziała,  co  powinna  począć  ze  szczenięco 
zapatrzonym w Alicję Thomasem. 

–  Może  podpytaj  ją  dyskretnie.  Wiesz,  jak  kobieta 

kobietę... – zasugerował, chwytając się tej propozycji, jak 
tonący brzytwy. 

Łucja 

uśmiechnęła 

się 

ciepło, 

podziwiając 

niezłomność swego rozmówcy. 

– To mogę zrobić – zgodziła się – daj mi parę dni, a 

być może jeszcze przed Nowym Rokiem uda mi się coś 
z niej wyciągnąć – obiecała. 

Mężczyzna chwycił w dłonie dwa kieliszki i podał jej 

jeden z nich.  

4030664

background image

4030664

 

93 

– Za powodzenie naszej wspólnej misji! 
– Za powodzenie! - powtórzyła za nim. 
Kiedy  tylko  słowa  toastu  przebrzmiały  w  gwarze 

baru, 

wielkie 

ramiona 

objęły 

ich 

oboje. 

Zdezorientowana  Łucja,  odwracając  lekko  głowę, 
dostrzegła  jednego  z  ich  głównych  przełożonych,  od 
którego  tego  wieczora  dało  się  wyczuć  niemal  całą 
zawartość barku! 

– To się nazywa duch współpracy – zagrzmiał w tym 

czasie zadowolony mężczyzna – dział sprzedaży wraz z 
księgowością  opijają  nasz  wspólny  sukces  i  życzą  nam 
wszystkim powodzenia! - rzekł z szerokim uśmiechem – 
tak trzymać! 

Po  czym,  nie  czekając  nawet  na  ich  odpowiedź, 

wypuścił  ich  ze  swego  niedźwiedziego  uścisku  i 
pomaszerował w stronę kolejnej grupki pracowników. 

  Thomas  popatrzył  na Łucję  i,  już  nic nie  mówiąc, 

jeszcze raz uniósł lekko kieliszek i, śmiejąc się przy tym 
cicho, wzniósł kolejny toast, tym razem za szefa i firmę. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ X 

 
 

  W  niedzielny  poranek,  zanim  dzień  na  dobre 

przegonił  ciemność  nocy  i  mrok  poranka,  Łucja 
wymknęła się z domu i poszła do jednego z okolicznych 
kościołów.  Przed  nadchodzącymi  Świętami  Bożego 
Narodzenia odczuwała wyjątkową tęsknotę za rodziną i 
bliskimi.  Czując  się  zupełnie  wyobcowaną  wśród 
wielkomiejskiej  dżungli,  zakradła  się  do  jednej  z 
bocznych naw świątyni i siedząc w ciszy, kontemplowała 
cud, którego pamiątkę świat zamierzał celebrować już za 
kilka dni.  

  Jeszcze  wczoraj,  kiedy  doszła  do  siebie  po 

piątkowym  przyjęciu  firmowym,  wysłała  wszystkie 
prezenty  do  domu,  by  z  pomocą  posłańca  dotarły  do 
rodziców  i  brata,  jeszcze  zanim  ta  wyjątkowa,  pierwsza 
gwiazdka zabłyśnie na wigilijnym niebie. Zdawała sobie 

4030664

background image

4030664

 

95 

sprawę,  iż  żadne  podarki  nie  wynagrodzą  im  jej 
nieobecności.  Spoglądając  na  jeden  ze  świętych 
obrazów,  obiecała  sobie,  że  przyszłe  święta  spędzi  z 
bliskimi, nawet, jeśli miałaby z tej okazji wziąć urlop na 
całą końcówkę grudnia! 

  W kościele, z dala od wszystkich znanych jej ludzi, 

przyznała  się  do  emocji,  które  od  kilkunastu  godzin 
buzowały  w  jej  sercu,  tylko  czekając  na  możliwość 
wydostania się na światło dzienne.  

  Analizując  je  dokładnie,  doszła  do  wniosku,  że  z 

jakiegoś  trudnego  do  pojęcia  powodu  czuje  się 
zazdrosna  o  Bartosza,  który  pierwszy  raz  od 
niepamiętnych  czasów  zaprosił  kobietę  do  ich,  a  raczej 
do  swego,  domu.  I  to  nie  byle  jaką  kobietę!  Wybrał 
idealny  egzemplarz,  reprezentujący  sobą  to  wszystko, 
czego  brakowało  jej  –  najlepszej,  ale  niewidzialnej  jako 
kobieta – przyjaciółce.  

  Poczuła  się  również  zagrożona.  Świetnie  zdawała 

sobie sprawę z faktu, iż na  jednym z kolejnych etapów 
znajomości  z  Alicją,  Bartosz  dojdzie  do  wniosku,  iż 
siostrzyczka  jego  starego  przyjaciela  powinna  się 
wyprowadzić, ustępując miejsca kobiecie jego życia!  

  Zdecydowanie  nie  podobały  się  jej  wszystkie  te 

uczucia,  które  zdawały  się  być  niewłaściwe  z  punktu 
widzenia  łączącej  ich  relacji,  zdefiniowanej  jako 
przyjaźń. Zresztą. czy to ważne? W wigilijne popołudnie, 
jeszcze zanim ona wróci z pracy, Bartosz leci na narty do 
Austrii. Kto wie, może nawet z Alicją w roli towarzyszki 
podróży!  

  Cóż, o ile prezentowy książę z bajki nie zdecyduje 

4030664

background image

4030664

 

 

się  wyjawić  swojej  tajemniczej  tożsamości,  ona  sama 
spędzi te wyjątkowe dni na kanapie przed telewizorem, 
oglądając  „Przeminęło  z  wiatrem”  i  jedząc  wszystkie 
niezdrowe  rzeczy,  jakie  uda  się  jej  na  tę  okazję 
zgromadzić w lodówce. 

  Pogodzona  z  losem,  który skazał  ją  na  samotność 

w  tych  wyjątkowych  dniach,  przeżegnała  się  i  wolnym 
krokiem ruszyła w stronę wyjścia, dziękując w skrytości 
duszy  za  tę  chwilę  refleksji,  pomocnej  w 
uporządkowaniu nie tylko myśli, ale i uczuć.  

  Przy  drzwiach  do  nawy  bocznej  dostrzegła 

dziewczynkę w zielonej czapce, klęczącą przed obrazem 
Świętej  Rodziny.  Mała,  chociaż  ubrana  bardziej  niż 
skromnie,  wyglądała  na  zadbane  dziecko.  Szczegółem, 
który  przykuł  uwagę  Łucji,  był  fakt,  iż  pogrążona  w 
modlitwie  dziewczynka  roniła  łzy  przy  każdym  cicho 
szeptanym  słowie.  Nie  mogąc  przejść  obojętnie  wobec 
czegoś  takiego,  wyszła  przed  kościół  i  postanowiła 
cierpliwie  poczekać,  aż  wzruszająca  rozmowa  małej 
nieznajomej z Bogiem dobiegnie końca. 

  Zanim  zdążyła  porządnie  zmarznąć,  ujrzała  w 

ogromnych, 

drewnianych 

wrotach 

niewielkich 

rozmiarów dziecko, które, ocierając piąstkami zapłakane 
oczy,  wyszło  na  zewnątrz, gotowe  stawić  czoła  całemu 
światu.  

– Czy wszystko w porządku? – spytała, przyklękając 

obok dziewczynki. 

Odpowiedziało  jej  jedynie  niewielkie  wzruszenie 

ramion,  które  można  było  potraktować  zarówno  jako 
zaprzeczenie, jak i potwierdzenie. 

4030664

background image

4030664

 

97 

–  Potrzebujesz  pomocy?  -  spytała  Łucja,  próbując 

zrozumieć powód łez wylewanych w domu bożym. 

–  Nie,  ja  nie  –  odezwała  się  cichutkim  głosem 

dziewczynka. 

Smutek  w  jej  głosie  ścisnął  serce  kobiety, 

utwierdzając  ją  w  przekonaniu,  iż  właściwie  postąpiła 
czekając  na  dziecko,  które  samotnie  przyszło  do 
kościoła w niedzielny wczesny poranek. 

– W takim razie, kto potrzebuje pomocy? 
– Mój braciszek... - wyjąkała mała ledwo słyszalnym 

tonem  –  on  jest  bardzo  chory,  a  mama  nie  ma  już 
pieniążków, by wykupić nową receptę. 

Ostatkiem sił Łucja powstrzymała się od łez. Dobrze 

wiedziała,  że  płacz  nie  jest  w  tej  chwili  żadnym 
rozwiązaniem. 

– A gdzie jest teraz twoja mama? Dlaczego pozwoliła 

ci wyjść samej z domu? 

–  Mama  wzięła  dodatkową  pracę  w  markecie,  żeby 

zarobić  na  lekarstwa  Piotrusia  –  wytłumaczyło  szybko 
dziecko,  jakby  usprawiedliwiając  swoją  rodzicielkę  – 
miałam go pilnować... 

– Ty? 
–  Tak,  mam  już  całe  siedem  lat!  -  wytłumaczyła  z 

dumą  dziewczynka  –  ale  Piotruś  jeszcze  śpi,  dlatego 
wymknęłam  się  tutaj,  by  poprosić  małego  Jezuska  o 
pomoc dla mojego brata! 

Te  słowa  przesądziły.  Łucja  wiedziała  już,  że  nie 

może  zostawić  tej  małej  dziewczynki  samej  sobie  i 
chociaż  kwota  pozostała  na  jej  koncie  nie  była 
imponująca,  postanowiła  pomóc  w  miarę  swoich 

4030664

background image

4030664

 

 

możliwości. 

– Wiesz, jakich leków potrzebuje Piotruś? – spytała, 

spodziewając się odpowiedzi, zważywszy jak rezolutnym 
dzieckiem okazała się ta siedmiolatka. 

–  Tak!  Mam  recepty,  przyniosłam  pokazać  je  Panu 

Bogu... 

– Zrobimy tak – zadecydowała Łucja natychmiast – 

pójdziesz  teraz  do  domu  sprawdzić  jak  się  ma  twój 
braciszek,  a  ja  pobiegnę  do  apteki  i  wykupię  jego  leki, 
dobrze?  Spotkamy  się  tutaj,  za  powiedzmy  czterdzieści 
minut,  dobrze?  -  zaproponowała,  mając  nadzieję,  iż 
dziecko w swej prostocie przystanie na taką propozycję. 

Mała  przestała  chlipać  i,  otwierając  szeroko  oczy, 

przyjrzała  się  kobiecie,  która  od  kilku  minut  z  nią 
rozmawiała. 

–  Mama  mówiła,  by  nigdy  nic  nie  brać  od 

nieznajomych!  -  oświadczyła  dumnie,  chociaż  widać 
było,  iż  bezwzględny  nakaz  wpojony  jej  od 
najmłodszych lat walczył z chęcią pomocy bratu. 

– Mama miała stu procentową rację – zgodziła się z 

nią  Łucja  –  ale  ten  jeden,  jedyny  raz  możemy  zrobić 
wyjątek.  Nie  musisz  mi  zdradzać  jak  się  nazywasz,  ani 
gdzie  mieszkasz.  Umówmy  się,  że  jestem  po  prostu 
posłańcem 

dostarczającym 

leki, 

które 

zostały 

zamówione przez mamę. 

Dziewczynka  nadal  wyglądała  na  niezdecydowaną, 

ale  w  końcu  kiwnęła  energicznie  główką,  wyrażając  w 
ten sposób zgodę na takie wyjście z sytuacji. Wręczyła jej 
recepty i niemal biegiem ruszyła przed siebie, co chwila 
oglądając  się  na  nieznajomą,  która  nadal  stała  przed 

4030664

background image

4030664

 

99 

starym kościołem. 

 
  Łucja wykupiła antybiotyki i inne lekki zapisane na 

receptach w aptece całodobowej, a w drodze powrotnej 
wstąpiła  jeszcze  na  zakupy,  wkładając  do  przepastnej 
torby niezbędne rzeczy, których z pewnością brakowało 
w domu małego Piotrusia i jego dzielnej siostry.  

  Codziennie  czytała  o  ludziach,  którzy  pomimo 

posiadanej  pracy  z  trudem  wiązali  koniec  z  końcem, 
jednak  anonimowe  postacie  z  gazet  nijak  miały  się  do 
żywego  dziecka,  którego  łzy  przelewane  były  wśród 
mroków  pustego  kościoła.  Chciałaby  zrobić  dużo 
więcej,  ale  niestety  w  chwili  obecnej  nie  mogła.  Miała 
nadzieję,  że  to,  chociaż  chwilowo,  pokryje  potrzeby  tej 
nieznanej jej rodziny. 

  Dziewczynka  już  na  nią  czekała,  rozglądając  się 

niepewnie  i  prawdopodobnie  zastanawiając  się  czy 
postąpiła  właściwie.  Kiedy  dostrzegła  nadchodzącą  z 
naprzeciwka  kobietę,  uśmiechnęła  się  nieśmiało  na  jej 
widok. 

– Cześć! Jak braciszek? 
–  Nadal  jest  w  łóżeczku,  ale  powinnam  do  niego 

szybko wracać, bo już się obudził. 

– Dobrze – rzekła Łucja, przyklękając obok małej – 

w  tej  reklamówce  są  wszystkie  leki  zapisane  przez 
lekarza  –  a  w  drugiej  małe  zakupy,  o  których 
przekazanie ci prosił mnie napotkany Mikołaj. 

– Ale Mikołaje nie istnieją! 
Te słowa po raz kolejny ścisnęły serce kobiety, która 

jeszcze  kilkanaście  chwil  temu  sądziła,  iż  praca  w 

4030664

background image

4030664

 

 

wigilijne  popołudnie  jest  największym  problemem 
świata.  Teraz  przekonała  się  na  własne  oczy,  że  bieda 
potrafi odebrać nawet dziecięce ideały oraz marzenia. 

– Mikołaje nie! Ale ten jeden, jedyny, najprawdziwszy 

tak! I właśnie jego spotkałam po drodze tutaj. 

– Słowo? 
–  Tak!  -  odparła  bez  zająknięcia  się  Łucja  –  jeśli 

chcesz, pomogę ci nieść tę siatkę. 

Dziecko  skinęło  głową  i  bez  słowa  wskazało  jej 

niewielkie,  skromne drzwi w  kamienicy  na  końcu  ulicy. 
Podeszły  tam  razem,  śpiesząc  się  nieco,  a  gdy 
dziewczynka  już  miała  zniknąć  we  wnętrzu,  stanęła  na 
moment i niepewnym głosem spytała. 

–  Mogłaby  pani  wnieść  tę  torbę  na  trzecie  piętro? 

Boję  się  zostawić  tutaj  rzeczy,  których  nie  zdołam 
unieść... 

W  pytaniu  tym  krył  się  strach  przed  utratą 

niespodziewanie  otrzymanych  artykułów  spożywczych, 
ale  też  troska  o  właściwe  ich  potraktowanie.  Ta 
niezwykła dla dziecka postawa ostatecznie podbiła serce 
Łucji. 

  Ruszyła  za  dziewczynką  i,  pokonując  po  dwa 

schodki, wbiegła niemal na skrzydłach na podest, gdzie 
zobaczyła  dwie  pary  starych,  wyszczerbionych  drzwi. 
Nie  sądziła,  że  takie  miejsca  istnieją  w  centrum 
Warszawy,  w  całkiem  bliskiej  odległości  od 
nowoczesnego  metra,  opływających  w  bogactwo 
Złotych  Tarasów  i  eleganckiego  apartamentu  Bartosza. 
Zdała sobie sprawę, iż jedne z tych drzwi prowadzą do 
zapewne  skromnego,  ale  czystego  mieszkanka,  gdzie 

4030664

background image

4030664

 

101 

bezimienna  kobieta  walczyła  o  byt  dla  siebie  i  swoich 
dzieci.  Ktoś,  kto  tak  dobrze  wychował  tę  małą 
dziewczynkę, nie mógł być złym człowiekiem. 

  Pożegnała się cicho z małą i ze ściśniętym sercem 

zeszła po schodach, a potem, zapisawszy adres budynku, 
wyszła  na  ulicę.  W  pierwszej  chwili  chciała  wrócić  do 
domu, jeśli tak można było nazwać pokój w mieszkaniu 
starego  przyjaciela  rodziny.  Z  jakiegoś  powodu,  odkąd 
spotkała w nim Alicję, nie lubiła go już tak, jak dawniej. 
Zatęskniła  za  mamą,  ojcem  i  bratem,  którzy  stanowili 
prawdziwe oparcie w trudnych chwilach. 

 
  Przekręciła  cicho  klucz  w  zamku  i  weszła  do 

pogrążonego w mroku holu. Zdjęła powoli płaszcz i jak 
odrętwiała  zaczęła  rozsznurowywać  wysokie  zimowe 
buty, które od porannych godzin krępowały jej stopy. 

  Nagle  ktoś,  najprawdopodobniej  Bartosz,  zapalił 

światło  i  wszedł  do  elegancko  urządzonego 
przedpokoju. 

– Gdzie ty się podziewałaś? Martwiłem się o ciebie! 
Łucja spojrzała na niego nieco obojętnym wzrokiem 

i, uśmiechając się ponuro, mruknęła tylko: 

– A w ogóle zauważyłeś, że zniknęłam? 
– Co masz na myśli? 
–  Nie,  nic.  Nieważne  –  rzekła,  mijając  go  w 

drzwiach. 

Przecież nie mogła mu powiedzieć, że nie powinien 

zajmować się młodszą siostrą przyjaciela, a raczej winny 
był  uwagę  Alicji,  która  pewnie  wkrótce  zostanie  panią 
tego domu. 

4030664

background image

4030664

 

 

– Co się stało? – spytał, idąc za nią. 
– Nic – odparła nieco zbyt ostro, odczuwając mętlik 

w głowie i w sercu – chcę zostać sama! Zresztą, jak mi 
się wydaje, powinieneś chyba zajmować się pakowaniem 
przed wyjazdem na narty! 

Zapanowała cisza, ustały też kroki, które do tej pory 

śledziły każdy jej ruch. 

–  Widzę,  że  jesteś  nie  w  sosie,  więc  nie  będę  cię 

męczyć.  Na  łóżku  położyłem  ci  dzisiejszą  paczuszkę, 
którą  jakąś  godzinę  temu  znalazłem  pod  naszymi 
drzwiami.  

Nie skomentowała jego słów. Po prostu zatrzasnęła 

za sobą drzwi sypialni i rzuciła się na pościel. Tuż przy 
jej twarzy znalazło się pudełko opakowane w czerwony, 
metaliczny  papier.  Popatrzyła  na  nie  smutno, 
uświadamiając  sobie,  że  pewnie  za  jego  równowartość 
mała  dziewczynka  i  jej  brat  mieliby  piękne  prezenty 
gwiazdkowe, o których nawet nie marzyli. 

  W  pierwszej  chwili  chciała odrzucić  je  jak  najdalej 

od  siebie.  Roztrzaskać  o  ścianę  i  zapomnieć  o  jakimś 
dziwnym  darczyńcy,  który  nawet  nie  miał  odwagi  się 
ujawnić.  W  drugim  momencie  myślała  o  zapakowaniu 
wszystkich  szkatułek  i  wystawieniu  przed  drzwi,  by  ich 
ofiarodawca  odebrał  je  jutro,  gdy  przyjdzie  zostawić 
kolejny podarunek. Na samym końcu zaś uznała, iż nie 
powinna  karać  niewinnego  człowieka  za  głupotę 
Bartosza 

niesprawiedliwość 

otaczającej 

ich 

rzeczywistości. 

  Zerwała  czerwony  metaliczny  papier  i  otworzyła 

szkatułkę,  w  której  wnętrzu  krył  się  najpiękniejszy 

4030664

background image

4030664

 

103 

aniołek, jakiego kiedykolwiek widziała! Jego szarozielone 
oczy przypominały jej dziewczynkę poznaną o poranku, 
a  złote  loczki  otaczające  delikatną  twarzyczkę  figurki 
stanowiły  niemal  kopię  złoto-rudych  pukli,  wystających 
spod  zielonej  jak  trawa  czapki,  którą  miała  na  sobie  w 
kościele.  

  Łucja  uśmiechnęła  się  do  swoich  myśli  i  gładząc 

skrzydełka  małego,  emaliowanego  posążka  obmyślała 
pewien  plan.  Postanowiła,  iż  być  może  nie  uda  jej  się 
przeżyć najpiękniejszej Gwiazdki w życiu, ale zadba o to, 
by ktoś właśnie taką tego roku miał!  

  Otarła  łzy  i  postanowiła  przeprosić  Bartosza  za 

swoje zachowanie. Zdawała sobie sprawę, iż zachowuje 
się  dziecinnie,  będąc  zazdrosną  o  Alicję.  Powinna 
zrozumieć,  że  pojawienie  się  kobiety  w  jego  życiu  nie 
musi oznaczać końca ich przyjaźni. 

  Znalazła  go  w  kuchni,  gdzie  właśnie  próbował 

przecisnąć ząbek czosnku przez praskę, jednak nie szło 
mu to zbyt sprawnie. 

– Hej – zagaiła cicho – potrzebujesz pomocy? 

Obejrzał się, zaskoczony jej obecnością. 

– A przeszły ci już humory? 
–  Tak,  przepraszam  –  mruknęła  cicho  –  po  prostu 

jestem  poddenerwowana  świętami,  pracą  w  Wigilię, 
wizją  samotności,  milczącym  prezentowym  księciem  z 
bajki.  W  dodatku  dziś  rano  spotkałam  małą 
dziewczynkę,  która  płacząc  w  kościele,  modliła  się  do 
małego Jezuska o leki dla swojego braciszka. 

–  Zaraz,  zaraz  –  uciszył  ją  ruchem  dłoni  –  a  skąd 

wiesz, o co modliła się ta mała? 

4030664

background image

4030664

 

 

– Przecież to oczywiste, że zaczepiłam ją po wyjściu 

z kościoła! 

– Kupiłaś jej te leki? 
– Tak. Widać było, że jest czysta i zadbana, chociaż 

bardzo  biedna.  Z  opowieści  wywnioskowałam,  że  jej 
mama po prostu zbyt mało zarabia, by utrzymać swoje 
dzieci.  Bierze  nadgodziny,  ale  to  nie  zawsze  wystarcza, 
dlatego też oprócz leków kupiłam im trochę jedzenia... 

– Nie naprawisz całego świata... 
–  Ale  mogę  polepszyć  przynajmniej  jeden  lub  dwa 

dziecięce  byty.  Już  postanowiłam,  że  zamiast  jakiegoś 
super  żarcia  na  święta,  które  i  tak  spędzę  sama,  kupię 
kilka przydatnych prezentów i podrzucę pod drzwi tych 
dzieciaczków.  

–  Masz  moje  wsparcie!  -  rzekł  niespodziewanie 

Bartosz, wręczając jej jednocześnie praskę do czosnku i 
dwa  ząbki,  które  lada  chwila  powinny  wylądować  w 
postaci miazgi na rozgrzanej oliwie z oliwek skwierczącej 
na patelni – Dwie stówki wystarczą? 

– Jasne! Kupię małej jakieś przybory szkolne, takich 

rzeczy nigdy za dużo. Obojgu jakieś zabawki i słodycze, 
może jakąś szynkę, by mieli co zjeść w Święta. 

Bartosz  zrobił  krok  do  tyłu  i  przyjrzał  jej  się  tak 

dokładnie, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu. 

– Wszystko sobie dokładnie obmyśliłaś, co? 
–  Wiesz,  te  czerwone  paczuszki  znajdowane 

codziennie  pod  drzwiami  uzmysłowiły  mi,  że  czasami 
prezent  od  nieznajomego  może  wnieść  w  nasze  życie 
uśmiech, nawet w najtrudniejszych chwilach. Powinnam, 
więc, odwdzięczyć się tym samym tej małej dziewczynce 

4030664

background image

4030664

 

105 

z zielonej czapce, która tak żarliwie modliła się o pomoc 
dla braciszka. 

Mężczyzna  przysiadł  na  kuchennym  krześle  i, 

popadając  w  zadumę,  uśmiechnął  się  lekko  i  tylko 
wprawny  obserwator  mógł  dostrzec  smutek  czający  się 
w jego oczach. 

–  Moja  mama  pewnie  zrobiłaby  to  samo  –  rzekł  w 

końcu,  odwracając  się  w  stronę  lodówki,  by  samotnie 
spływająca łza została niezauważona. 

Łucja  dostrzegła  ją  bez  trudu,  jednak  taktownie  nie 

skomentowała, zajmując się siekaniem kolejnych rzeczy 
leżących  na  blacie  i  przygotowywaniem  wieczornego 
posiłku. 

–  A  właśnie!  Co  to  za  okazja,  że  postanowiłeś  sam 

przygotować  jedzenie?  -  zagaiła  gdzieś  w  połowie 
smażenia. 

– Alicja przychodzi na kolację  – rzekł z uśmiechem 

Bartosz. 

Łyżka,  która  do  tej  pory  rytmicznie  mieszała 

warzywa i mięso, nagle zatrzymała się w połowie swojej 
czynności.  Dziewczyna  poczuła  się  zupełnie  tak,  jakby 
ktoś  nagle  uderzył  ją  pięścią  w  splot  słoneczny. 
Przywołała sztuczny uśmiech numer cztery, stosowany z 
reguły na potrzeby rodzinnych waśni, które zdarzały się 
dosyć  rzadko  i,  odwracając  się  w  stronę  przyjaciela, 
przekazała mu ściskany w ręce przyrząd kuchenny. 

–  W  takim  razie,  staruszku,  sam  powinieneś  ją  dla 

niej przyrządzić! 

Bartosz niechętnie przejął łyżkę i energicznie zaczął 

mieszać wszystkie składniki, ratując je przed spaleniem. 

4030664

background image

4030664

 

 

–  Musisz  przyznać,  prawie  mi  się  udało!  –  rzekł, 

wskazując na w większości przygotowany posiłek. 

– Prawie – odrzekła, kiwając głową – ale, jak kiedyś 

głosiła  pewna  reklama,  prawie  robi  wielką  różnicę  – 
dodała, sadowiąc się na krześle, by stamtąd obserwować 
jego  wysiłki  mające  na  celu  przygotowanie  jadalnej 
potrawy. 

–  Wiesz,  liczyłem,  że  mi  pomożesz  –  poskarżył  się 

cicho. 

– Zrobiłam więcej, niż należało. O której przychodzi 

Alicja? 

Zadając to pytanie, Łucja spojrzała na zegar wiszący 

nad lodówką. Wskazywał siedemnastą trzydzieści trzy. 

– Powinna tu być za niecałą godzinę – wymruczał z 

satysfakcją mężczyzna. 

–  Zatem  za  jakieś  czterdzieści  minut  ulotnię  się 

zostawiając  was  samych.  Wrócę  koło  dziewiątej 
wieczorem  i  lepiej  byście  tańczyli  rumbę  w  pozycji 
horyzontalnej  poza  ogólnie  dostępną  przestrzenią  tego 
mieszkania! – rzekła, zeskakując z wysokiego, barowego 
krzesła. 

–  No  wiesz  co!  -  wrzasnął  urażony  Bartosz,  a  jego 

pisk osiągną rzadko spotykaną, wysoką tonację  – jak  w 
ogóle możesz... 

–  Spokojnie,  staruszku  –  uciszyła  go  w  połowie 

zdania – może i jestem młodszą siostrą twojego kumpla, 
ale od kilkunastu lat wiem skąd się biorą dzieci i jak się 
zabezpieczać  przed  ich  nieopatrznym  poczęciem.  Jeśli 
chcesz,  przed  wyjściem  udzielę  ci  kilku  wskazówek!  – 
dodała,  próbując  jednocześnie  wybadać  czy  sprawy 

4030664

background image

4030664

 

107 

między nim a Alicją zaszły już tak daleko.  

Niestety,  zamiast  odpowiedzi,  otrzymała  jedynie 

ścierkę, która niespodziewanie wylądowała na jej twarzy. 
Oburzona  chwyciła  ją  w  dłoń  i  już  zamierzała  odesłać 
skrawek  materiału  w  kierunku  stojącego  przy  kuchni 
mężczyzny,  gdy  zrozumiała,  iż  prawdopodobnie 
posunęła się za daleko, a Bartosz w ten niezbyt taktowny 
sposób jej o tym przypomniał. 

–  O.K.,  O.K.  –  rzekła  porozumiewawczo  – 

ostrzegałam cię tylko, jakby coś. 

–  Niepotrzebnie,  smarkulo,  niepotrzebnie  – 

stwierdził, nazywając ją jak za jej młodzieńczych lat. 

Zaśmiali  się  oboje,  ale  wśród  radosnych  tonów 

rozbrzmiewała  również  dobrze  skrywana  gorycz,  która 
nie  powinna  pojawić  się  w  kontaktach  między  dwójka 
starych przyjaciół. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ XI 

 
 

  Łucja,  marząc  o  niebieskich  migdałach,  a  raczej  o 

świątecznych  zakupach  dla  dwójki  nieznanych 
dzieciaków,  dłubała  bezmyślnie  w  talerzu,  spoglądając 
na  ludzi  skupionych  w  firmowej  jadalni.  Do  jej 
świadomości docierały strzępki rozmów, żarty, śmiechy i 
podekscytowane nadchodzącymi Świętami głosy. 

  W  pewnej  chwili  dostrzegła  Alicję,  która  w  kącie 

sali  wdzięczyła  się  do  Thomasa,  chichocząc  przy  tym 
radośnie,  niczym spłonione  dziewczę.  Wydawali  się  tak 
bardzo zajęci sobą, iż przestały się dla nich liczyć nawet 
osoby  przemykające  w  ich  pobliżu.  Napięcie  iskrzące 
między nimi było wyczuwalne z daleka. 

  Przyjacielska  lojalność  wzięła  górę  nad  wszelkimi 

innymi  uczuciami  i  zaowocowała  złością,  która  nie 
znalazłszy  ujścia,  kumulowała  się  przez  kolejne 

4030664

background image

4030664

 

109 

dwadzieścia  minut.  Łucja  określała  koleżankę  z  pracy 
najgorszymi znanymi jej epitetami, próbując zrozumieć, 
co  nią  kierowało.  Zrobiło  się  jej  również  żal  Bartosza, 
który  prawdopodobnie  bardzo  zaangażował  się  w  ten 
związek.  Najlepszym  na  to  dowodem  był  fakt,  iż  dwa 
dni  wcześniej,  właśnie  dla  niej,  podjął  się  wykonania 
misji  niemal  niewykonalnej!  Ugotował,  może  z  jej 
niewielką  pomocą,  kolację  dla  Alicji,  która  teraz 
wdzięczyła się do miękkoakcentowca z księgowości. 

  Kolejne  godziny  spędzone  w  pracy  nie  przyniosły 

ze sobą zbyt wielu klientów, dlatego Łucja, przeglądając 
najnowsze  oferty  Last  Minute  oraz  firmową 
korespondencję, nadal myślała o niewiernej Alicji i tym, 
iż powinna coś z tą sprawą zrobić. 

  Okazja nadarzyła się tuż przed końcem pracy, gdy 

natknęła się na Alicję w łazience. 

–  Ala,  mogę  cię  o  coś  zapytać?  -  zaczepiła  ją  Łucja 

cichym  tonem,  próbując  nie  zwracać  na  siebie  uwagi 
innej koleżanki z pracy obecnej również w toalecie. 

– Tak, jasne. 
–  Czemu  to  robisz  Bartoszowi?  -  spytała  bez 

ogródek  Łucja,  przechodząc  od  razu  do  meritum 
sprawy. 

Alicja  prawdopodobnie  nie  zrozumiała,  o  co  jej 

chodzi, bowiem spojrzała na nią pytającym wzrokiem. 

– Słucham? 
– Dlaczego bawisz się uczuciami mojego najlepszego 

przyjaciela, skoro jednocześnie flirtujesz z Thomasem? 

– To, co robię, jest tylko i wyłącznie moją sprawą – 

odpowiedziała  jej  koleżanka  bardzo  nieprzyjemnym 

4030664

background image

4030664

 

 

tonem – zresztą, mój związek z Bartoszem lub też jego 
brak  nie  powinien  znajdować  się  w  centrum  twojego 
zainteresowania! – rzekła, kierując się do drzwi. 

–  Uczucia  mojego  przyjaciela  są  też  moją  kwestią  – 

zaoponowała natychmiast Łucja. 

–  Lepiej  nie  wścibiaj  swojego  małego  noska  w 

nieswoje  sprawy  –  poradziła  jej  Alicja  i  z  właściwym 
sobie wdziękiem opuściła służbową łazienkę.  

Zdenerwowana  kobieta  popatrzyła  w  swoje  odbicie 

w lustrze i stwierdziła, iż powinna przestrzec przyjaciela 
przed  niewierną  ukochaną,  która  nawet  nie  próbowała 
kryć swojego zainteresowania innym mężczyzną. 

 
  Droga  do  domu  wydawała  się  tego  wtorkowego 

wieczora  nie  tyle  długa,  co  ciężka.  Prezenty  zakupione 
dla  małej  dziewczynki  w  zielonej  czapce  i  jej  braciszka 
ważyły  znacznie  więcej,  niż  przypuszczała.  Mimo 
wszystko,  każdy  z  tych  nadprogramowych  kilogramów 
wydawał  się  jej  słodką  przyjemnością.  Wierzyła,  iż 
prezenty  i  świąteczne  smakołyki  wywołają  uśmiech 
dzieciaków,  a  może  również  i  ich  zmęczonej 
codziennością mamy. 

  Otworzyła  drzwi  windy  niewielkim  kopniakiem  i, 

przemierzając  ostatnie  metry  dzielące  ją  od  mieszkania, 
zastanawiała  się,  jak  powinna  ująć  w  słowa  prawdę, 
którą zamierzała wyjawić Bartoszowi. 

  Dostrzegła  kolejną  czerwoną  paczuszkę  leżącą  na 

wycieraczce.  Jej  obecność  w  tym  miejscu  mogła 
oznaczać  tylko  jedno  –  jej  przyjaciel  jeszcze  nie  wrócił 
do  domu  z  pracy.  Odruchowo  zerknęła  na  niewielki 

4030664

background image

4030664

 

111 

zegarek  zdobiący  jej  lewy  nadgarstek.  Dochodziła 
godzina  dziewiętnasta,  więc  nieobecność  Bartosza 
wydawała się przynajmniej niezwykła. 

  Ostrożnie odstawiła torby z zakupami na posadzkę 

i  zaczęła  szukać  w  plecaku  kluczy  od  mieszkania. 
Zmęczona  długim  dniem,  zajęła  się  pakowaniem 
prezentów  i  przygotowywaniem  ich  na  jutrzejsze 
popołudnie.  Co  chwila  z  zaciekawieniem  zerkała  na 
czerwony  pakunek  stojący  na  samym  rogu  stołu,  który 
zdawał  się  ją  przyzywać  i  namawiać  do  rozpakowania. 
Zgodnie z numeracją poprzednich szkatułek, ta powinna 
mieć numer „2”, a Łucję zastanawiało coraz bardziej, co 
będzie kryć w sobie pudełeczko numer jeden! 

  Zegar  w  kuchni  cicho  wybił  godzinę  dwudziestą 

pierwszą,  kiedy  ostatnia  torba  dla  dzieciaków  została 
zapakowana.  Nadeszła,  więc  pora,  by  i  ona  otworzyła 
prezent przesłany jej przez prezentowego księcia z bajki, 
jak nazywał tajemniczego darczyńcę Bartosz. 

  Odwinęła delikatnie papier, zdając sobie sprawę, iż 

czyni to przedostatni raz. Zerknęła do środka szkatułki z 
polerowanego  drewna  i  na  czerwonej  jedwabnej 
poduszeczce  odnalazła  grupę  postaci  wyglądających  jak 
kolędnicy  z  opowieści  spisanych  w  dziewiętnastym 
stuleciu. Figurki w dawnych strojach, wyglądające jakby 
zostały  wyjęte  z  kart  „Opowieści  Wigilijnej”  Dickensa, 
zdawały  się  żyć  swoim  własnym  życiem.  Wykonane  z 
precyzją detale sprawiały, iż w jej oczach ożywały, cicho 
intonując  melodię  jednej  z  jej  ulubionych  kolęd. 
Uśmiechając  się  do  swoich  marzeń,  obiecała  sobie 
odśpiewać ją jutrzejszego wieczora, kiedy zasiądzie sama 

4030664

background image

4030664

 

 

do skromnej kolacji, podziwiając panoramę Warszawy.  

  Drzwi  wejściowe  niespodziewanie  otworzyły  się  i 

pojawił się w nich szczęśliwy Bartosz. 

–  Dobry  wieczór  –  krzyknął  od  progu,  zrzucając 

szybko płaszcz. 

Łucja  poderwała  się  z  zajmowanego  przez  nią 

krzesła przy kuchennym stole i ruszyła mu na spotkanie. 
Wiedziała,  że  wkrótce,  za  sprawą  wiadomości,  które 
zamierzała  mu  przekazać,  zadowolony  wyraz  twarzy 
zniknie  z  jego  oblicza.  Czuła  się  strasznie  z  tą 
świadomością,  jednak  doszła  do  wniosku,  że  najgorsza 
prawda jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa. 

–  Musimy  porozmawiać  –  rzekła,  stając  na  środku 

pokoju dziennego. 

–  Cokolwiek  to  jest,  może  chwilę  poczekać  – 

przerwał  jej  wciąż  radosny  do  granic  możliwości 
przyjaciel  –  pokaż  mi  najpierw  paczkę  dla  dzieciaków, 
potem  ja  przekażę  ci  najnowsze  wieści,  a  potem 
porozmawiamy tak, jak tego chcesz. 

Łucja  z  niezadowoleniem  potrząsnęła  przecząco 

głową,  nie  mając  ochoty  wysłuchiwać  wieści,  które 
będzie  musiała  potem  zdementować,  wdeptując  jego 
marzenia w ziemię. 

– Prezenty stoją w kuchni. Wyszło ich nieco więcej, 

niż  pierwotnie  zakładałam,  ale  trafiłam  na  kilka 
promocji... 

– …i wykorzystałaś debet na swojej karcie?  - spytał 

domyślnie,  przechodząc  do  wskazanego  pomieszczenia 
w mieszkaniu. 

–  Coś  w  tym  stylu,  ale  akurat  to  nie  jest  teraz 

4030664

background image

4030664

 

113 

najważniejsze. Powinnam dostać świąteczną premię pod 
koniec  miesiąca.  Co  innego  mnie  męczy  i  nie  wiem,  w 
jaki  sposób  powinnam  ci  to  powiedzieć  –  wyrzuciła  z 
siebie, podążając za nim. 

Stanął  na  progu  i,  omiatając  wzrokiem  elegancko 

zapakowane paczki, odwrócił się w jej kierunku. 

–  Dobrze  –  zgodził  się  niechętnie  –  zaczniemy  od 

twojego  problemu  –  stwierdził,  przysiadając  na 
pierwszym wolnym krześle. 

Jego  lekkie  podejście  do  sprawy  pewnie  w  innych 

okolicznościach by ją rozbawiło, jednak teraz wywołało 
atak rozdrażnienia. 

–  To  jest  raczej  twój  problem  –  sprostowała 

natychmiast  –  tylko  ja  się  o  nim  dowiedziałam  jako 
pierwsza. 

– Zaintrygowałaś mnie! Opowiadaj! 
„Łatwo  powiedzieć,  znacznie  trudnej  zrobić”  - 

stwierdziła  w  myślach  Łucja,  zastanawiając  się,  jak 
powiedzieć  mu  prawdę,  oszczędzając  przy  tym  jego 
biedne serce. 

– Wiem, że to nie moja sprawa, ale powiedz mi, czy 

to, co łączy cię z Alicją jest czymś poważnym? 

Zaskoczyła  go  tym  pytaniem,  była  tego  pewna. 

Niekontrolowany grymas, który na chwilę pojawił się na 
jego twarzy, powiedział jej niemal wszystko. 

–  Skoro  to  nie  twoja  sprawa,  jak  zdążyłaś  sama 

zauważyć,  to  z  jakiego  powodu  o  to  pytasz?  - 
odpowiedział jej pytaniem na pytanie. 

Takiej  reakcji  zdecydowanie  się  nie  spodziewała. 

Nigdy dotąd żadne z nich nie odcinało w tak oczywisty 

4030664

background image

4030664

 

 

sposób drugiego z nich od swoich prywatnych spraw. 

–  Alicja  co  najmniej  flirtuje,  a  może  nawet  spotyka 

się,  z  kimś  i  nie  mam  tu  na  myśli  ciebie!  – 
odpowiedziała, chcąc to mieć wreszcie za sobą. 

– Cóż – zaczął nadspodziewanie lekkim tonem – to 

znaczy,  że  następną  kolację  powinienem  jednak 
ugotować  dla  kogoś  innego  –  stwierdził,  siląc  się  na 
uśmiech. 

Łucja  chciała  go  jakoś  pocieszyć,  ale  zanim  zdążyła 

cokolwiek  zrobić,  mężczyzna  poderwał  się  z 
zajmowanego  krzesła  i  ruszył  w  kierunku  swojej 
pracowni. 

–  Przepraszam  –  krzyknęła  wiedząc,  iż  to  za  mało, 

by wynagrodzić ból, który świadomie mu zadała. 

Wiedziała  z  własnego  doświadczenia  z  Darkiem,  iż 

zdrada  ukochanej  osoby  potrafi  być  bolesna,  ale  jej 
ujawnienie  z  biegiem  czasu  wychodzi  oszukanej  osobie 
na  zdrowie.  Zdawała  sobie  sprawę,  iż  lepiej  jest 
zakończyć niezdrową relację, niż pozostawać ślepym na 
oszustwa.  Miała  tylko  nadzieję,  iż  Bartosz  dojdzie  do 
podobnych  wniosków  w  czasie  wyjazdu  na  narty. 
Odczuwała ulgę wiedząc, że przez kilka najbliższych dni 
się nie spotkają. 

 
 
 
 
 
 
 

4030664

background image

4030664

 

115 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ XII 

 
 

  W  wigilijny  poranek  obudziła  się  wcześniej,  niż 

zwykle. Wzięła ekspresowy prysznic i, zabierając ze sobą 
wszystkie  paczki  przeznaczone  dla  dziewczynki  w 
zielonej czapce i jej małego braciszka, wybiegła z domu 
jeszcze  przed  siódmą  rano,  mimo,  iż  zaczynała  pracę 
dopiero  o  dziesiątej.  Zamierzała  zjeść  szybkie,  lekkie 
śniadanie  na  mieście,  mając  dzięki  temu  gwarancję 
uniknięcia  spotkania  ze  zranionym  jej  słowami 
Bartoszem.  

  Dopijając  drugą  tego  poranka  kawę,  planowała  w 

myślach  cały  dzień.  Po  pracy  zamierzała  skierować  się 
wprost  do  kamienicy,  w  której  mieszkały  dzieciaki. 
Podrzuciwszy prezenty pod drzwi, zamierzała w ukryciu 
poczekać,  aż  je  odnajdą.  Dopiero  wtedy  wróci  do 
pustego  mieszkania  i  rozpocznie  obchody  Bożego 

4030664

background image

4030664

 

 

Narodzenia, które w tym roku już zdążyło przekonać ją 
o swej wyjątkowości.  

  Wszystkie  produkty  spożywcze  znajdujące  się  w 

torbach  schowała  w  pracy  do  lodówki  ustawionej  w 
służbowej  stołówce,  a  resztę  prezentów  upchnęła  pod 
swoim biurkiem oraz w szafce na prywatne rzeczy. 

–  Skąd  tyle  prezentów?  -  zainteresowała  się 

Dominika  –  spoglądając  na  poukrywane  wszędzie 
mniejsze  i  większe  paczuszki  –  zrobiłaś  dodatkową 
gwiazdkę pracownikom naszej firmy? 

–  To  podarki  dla  dwójki  wyjątkowych  dzieciaków  – 

wytłumaczyła  Łucja,  nie  chcąc  zbytnio  wdawać  się  w 
szczegóły. 

– Ale aż tyle? To twoje chrześniaki, czy co? - drążyła 

dalej  koleżanka  z  pracy,  nie  dając  się  zbyć  byle 
wytłumaczeniem, 

wzbudzając 

tym 

samym 

zainteresowanie innych. 

–  Też  się  zastanawiałam,  po  co  ci  tyle  paczek  – 

włączyła  się  do  rozmowy  Anna,  siedząca  biurko  w 
biurko z Łucją. 

– Więc jak będzie? Wytłumaczysz nam, z jakiej okazji 

dajesz tyle prezentów dwójce dzieci? - spytała ponownie 
Dominika,  przysiadając  na  rogu  biurka  przepytywanej 
kobiety. 

Dziewczyna  zrozumiała,  iż  niestety  nie  uda  się  jej 

zachować  tajemnicy  dziewczynki  w  zielonej  czapce. 
Dlatego  cicho,  by  nie  zwrócić  uwagi  pozostałych 
pracownic  salonu  firmowego,  opowiedziała  im  o 
spotkaniu  w  niedzielny  poranek.  Kiedy  skończyła, 
zarówno Anna, jak i Dominika ukradkiem ocierały łzy. 

4030664

background image

4030664

 

117 

–  Postąpiłabym  tak  samo  –  wyznała  jedna  z 

dziewczyn – myślisz, że mogę dołożyć się do tej twojej 
akcji? 

W  pierwszym  momencie  miała  się  zgodzić,  ale  po 

chwili zastanowienia doszła do wniosku, iż na pewno w 
Warszawie  jest  całe  mnóstwo  dzieci,  które  potrzebują 
takiej  samej  pomocy,  jak  jej  dziewczynka  w  zielonej 
czapce i jej braciszek Piotruś. 

–  Jeśli  chcesz  –  rzekła  w  końcu  bez  przekonania  – 

ale  pomyśl,  może  w  twoim  sąsiedztwie  też  jest  jakieś 
dziecko, które ucieszyłoby się z prezentu gwiazdowego, 
którego miało w ogóle nie dostać? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  zaczęła  pisać  służbową 

wiadomość,  którą  powinna  była  wysłać  zaraz  po 
rozpoczęciu  pracy.  Dała  tym  samym  Annie  czas  na 
zastanowienie  się  nad  pytaniem,  które  zawisło  między 
nimi i domagało się odpowiedzi. 

 
  Przedarcie  się  metrem  do  centrum,  zwłaszcza  z 

tyloma  pakunkami  w  dłoniach  w  wigilijne  popołudnie, 
graniczyło z cudem. Łucja nie poddawała się zbyt łatwo, 
dlatego  uparcie  parła  przed  siebie,  dopóki  nie  znalazła 
się  w  jednym  z  wagonów  mknących  w  kierunku  stacji 
Metro Centrum. 

  Minęła  już  godzina  siedemnasta,  dlatego  Aleje 

Jerozolimskie  powoli  zaczęły  pustoszeć,  pozwalając 
Łucji  z  większą  łatwością  mijać  śpieszących  się 
przechodniów.  Skręciła  w  jedną  z  bocznych  ulic  i, 
mijając  znajomy  kościół,  odnalazła  kamienicę,  w  której 
mieszkała dzielna siedmiolatka modląca się o pomoc dla 

4030664

background image

4030664

 

 

swego braciszka. 

  „Jeszcze  tylko  kilkanaście  schodów  i  będziesz  na 

miejscu”  -  mamrotała  w  myślach,  wspinając  się  po 
stromych  stopniach  prowadzących  na  trzecie  piętro. 
Drzwi,  w  których  parę  dni  temu  zniknęła  mała 
dziewczynka,  ozdobione  zostały  niewielką  jodłową 
gałązką. Nawet tu dotarł duch Bożego Narodzenia. 

  Starannie  poukładała  wszystkie  paczki  pod 

drzwiami,  tak  by  prezentowały  się  jak  najlepiej. 
Następnie  nacisnęła  dzwonek  u  drzwi  i  zbiegła  szybko 
po  schodach  na  półpiętro,  chowając  się  za  wyłomem 
muru.  Po  chwili  usłyszała  skrzypnięcie  otwieranego 
zamka  i  zaskoczony  okrzyk  kobiety  przywołującej  do 
siebie córkę. 

– Marysiu! Co to wszystko ma znaczyć? Dlaczego do 

tych  wszystkich  rzeczy  dołączony  jest  bilecik  „Dla 
Piotrusia i dziewczynki w zielonej czapce'? 

Po  chwili  ciszy,  która  zdawała  się  trwać  wieczność, 

Łucja  usłyszała  cichutki  głosik  należący  do  dzielnego 
dziecka poznanego w niedzielę. 

– Nie wiem mamusiu, po prostu nie wiem. Może ta 

pani,  która  w  niedzielę  kupiła  lekarstwa,  miała  rację. 
Może ten jeden, prawdziwy Mikołaj naprawdę istnieje? 

Kobieta  stojąca  na  półpiętrze  wychyliła  nieznacznie 

głowę,  by  spojrzeć  na  małą  dziewczynkę  tulącą  się  do 
zaskoczonej  rodzicielki,  która  nadal  z  niedowierzaniem 
przyglądała się stercie prezentów. 

– Jeśli tak, to zadbał, by nie zabrakło nam niczego w 

te  Święta  –  rzekła  matka,  całując  Marysię  w  czubek 
głowy. 

4030664

background image

4030664

 

119 

Łucja  uśmiechnęła  się  na  widok  tej  pięknej  sceny  i 

dwóch  istot,  które  uwierzyły  w  Świętego  Mikołaja.  Dla 
nich rozpoczął się czas radości. 

– Wesołych Świąt – szepnęła na odchodne, po czym 

powolutku  zaczęła  kierować  się  w  stronę  wyjścia  z 
kamienicy. 

Z  uśmiechem  na  ustach  wyszła  na  ulicę  i, 

przeskakując  śniegowe  zaspy,  czuła,  że  postąpiła 
właściwie.  W  duchu  obiecała  sobie  zadzwonić  do 
rodziców,  by  również  im  sprawić  chociażby  namiastkę 
radości.  

  Mijając  świątynię  konsumpcjonizmu  –  centrum 

handlowe, pyszniące się feerią kolorowych świątecznych 
światełek, uświadomiła sobie, iż dziś powinna otrzymać 
szkatułkę  oznaczoną  cyfrą  jeden.  Miała  nadzieję,  iż  jej 
zawartość ujawni tożsamość darczyńcy.  

  Była  mu  winna  ogromne  podziękowania,  bowiem 

to  on  pośrednio  udowodnił  jej,  że  czasami  dawanie 
sprawia  większość  radość,  niż  otrzymywanie  chociażby 
najwspanialszych  darów.  To  właśnie  on  podsunął  jej 
pomysł,  w  jaki  sposób  powinna  podarować  Marysi 
rzeczy,  których  jej  rodzina  z  całą  pewnością 
potrzebowała.  Prezent  na  progu  domu  okazał  się 
najlepszym rozwiązaniem. 

 
  Oniemiała!  Pod  drzwiami  nie  było  żadnej 

paczuszki!  Czerwony  prezent,  jeśli  został  dziś 
podłożony pod drzwi, wyparował stamtąd w tajemniczy 
sposób.  Bartosz  miał  wylecieć  w  Alpy  koło  jedenastej 
rano,  by  dojechać  do  celu  przed  kolacją,  więc  nie  miał 

4030664

background image

4030664

 

 

okazji przechować go dla niej w domu. 

  Zresztą,  czy  to  takie  ważne?  Przed  kilkunastoma 

minutami uświadomiła sobie, co tak naprawdę jest istotą 
świąt Bożego Narodzenia. To nie prezenty, które ludzie 
otrzymują,  ale  uczucia  stanowiące  część  daru  są 
najcenniejszym dobrem. 

  Przekręciła klucz w zamku, który delikatnie ustąpił. 

Naciskając  klamkę,  otworzyła  drzwi  i  weszła  do 
pogrążonego  w  mroku  mieszkania.  Z  jakiegoś  powodu 
wszechobecna  ciemność  jej  odpowiadała.  Lubiła 
podziwiać  delikatną  poświatę  roztaczającą  się  nad 
miastem, wdzierającą się przez ogromne okno w pokoju 
dziennym. Teraz dodatkowo cała przestrzeń oświetlana 
była  przez  lampki  zawieszone  na  strojnie  ozdobionej 
choince, ustawionej w rogu pokoju. 

  Zrzuciła  szybko  kurtkę,  która  poszybowała 

natychmiast  w  stronę  wieszaka.  Nie  bawiąc  się  w 
eleganckie  rozsznurowywanie  butów,  ściągnęła  je  i 
kopniakiem wysłała w kąt. 

  Potykając  się  o  coś,  co  leżało  na  mahoniowej 

podłodze,  prawie  wpadła  do  pokoju  dziennego,  który 
wyglądał,  jakby  ktoś  nagle  przekształcił  go  w  zimowe 
cudo, rodem z najpiękniejszej bajki o Świętym Mikołaju. 
Tak  prawdopodobnie  mógł  wyglądać  Zimowy  Ogród 
Carów! 

  Szyby  ogromnego  okna  zostały  udekorowane 

czymś, co do złudzenia przypominało śnieg. Jakiś artysta 
stworzył piękne srebrne mozaiki, przypominające wzory 
malowane  przez  mróz  na  oknach  starych  domów.  Ta 
niezwykła  dekoracja  sprawiła,  iż  nawet  światła  miasta 

4030664

background image

4030664

 

121 

widoczne  w  oddali  stanowiły  tło  tego  bajkowego 
otoczenia.  

  Rozejrzała się w koło i odkryła, iż cały pokój został 

wykończony  jodłowymi  gałązkami  udekorowanymi 
czerwonymi  kokardami,  dzwoneczkami  i  innymi 
elementami nadającymi wnętrzu świątecznej atmosfery.  

  Przymknęła  oczy,  by  sprawdzić  czy  to  magiczne 

wnętrze nie zniknie, gdy otworzy je ponownie. I właśnie 
wtedy  wyczuła  lekki  aromat  pomarańczy,  goździków  i 
cynamonu,  który  unosił  się  w  pokoju,  wprawiając  ją  w 
doskonały nastrój. 

  Sądząc  nieco  na  wyrost,  że  nic  już  jej  nie  zdziwi  i 

będzie  mogła  w  spokoju  siąść  oraz  zastanowić  się,  z 
jakiego  powodu  ktoś  dokonał  rewolucji  w  pokoju 
dziennym  należącym  do  Bartosza,  dostrzegła  pięknie 
nakryty  stół.  Biały,  idealnie  wyprasowany  lniany  obrus, 
udekorowany został maleńkimi świątecznymi stroikami. 
Delikatna,  ale  elegancka,  kremowa  porcelana  stanowiła 
ozdobę sama w sobie, zaś srebrne sztućce i kandelabry 
połyskiwały w blasku wąskich białych świec.  

– Wesołych Świąt! 
Głos,  który  wypowiedział  te  słowa,  dochodził  ze 

strony  kuchni.  Łucja,  nadal  znajdując  się  w  wielkim 
szoku  spowodowanym  niespodzianką,  odwróciła  się  w 
tamtym kierunku i ujrzała Bartosza. Po prostu stał tam, 
oparty o futrynę, trzymając w dłoniach dwa kryształowe 
kieliszki z czerwonym winem. Jego barwa kontrastowała 
z eleganckim czarnym garniturem, który mężczyzna miał 
na sobie. 

  Chciała  zasypać  go  milionem  pytań,  których 

4030664

background image

4030664

 

 

większość  z  pewnością  powinna  zaczynać  się  od  tak 
powszechnych  pytajników,  jak:  „dlaczego?”,  „jak  to?, 
„kiedy?”,  ale  w  decydującym  momencie  po  prostu 
zabrakło jej słów. 

  Widząc  jej  zaskoczenie,  Bartosz  podał  jej  jeden  z 

kieliszków, po czym wolnym krokiem podszedł do stołu 
i,  odsuwając  jedno  z  ozdobnych  krzeseł,  poprosił,  by 
spoczęła.  Spełniła  jego  prośbę  niemal  jak  automat. 
Nadal rozglądając się w koło, próbowała zrozumieć, co 
tak naprawdę się dzieje. 

– Zaskoczona? 
„To  mało  powiedziane”  -  miała  ochotę 

odpowiedzieć,  ale  zamiast  tego  skinęła  jedynie  głową, 
przyznając mu rację w ten  bezgłośny sposób. Nagle jej 
szare  komórki  zaczęły  pracować  z  niesamowitą 
prędkością,  kojarząc  wszystkie  dostępne  jej  dane. 
Wniosek  był  tylko  jeden.  Przerażona,  przysłoniła  usta 
dłonią i wyszeptała cicho: 

–  Bartosz,  ja  cię  przepraszam,  strasznie,  strasznie 

przepraszam. Nie wiedziałam! Dlaczego nie uprzedziłeś 
mnie,  że  zostajesz  w  Warszawie  i  organizujesz  kolację 
dla Alicji? - spytała w końcu, źle interpretując fakty. 

–  Głuptasie  – rzekł,  lekko się  śmiejąc  –  ta  kolacja  i 

cały ten wieczór jest dla ciebie! A może raczej dla nas.  

Zaskoczona, otworzyła oczy, jakby ten gest mógł jej 

pomóc  we  właściwym  zrozumieniu  wypowiadanych 
przez niego słów. Miała wrażenie, że to słuch po prostu 
ją zawodzi. 

–  Jak  to?  -  spytała  w  końcu,  oczekując  szerszego 

rozwinięcia tematu. 

4030664

background image

4030664

 

123 

–  Twoja  mama  przekonała  mnie,  że  w  końcu 

powinienem  ci  coś  powiedzieć.  Mariusz  i  wasz  ojciec 
poparli jej propozycję... 

„Zaraz, zaraz, cała jej rodzina wiedziała coś, czego jej 

umysł  nadal  nie mógł  ogarnąć?”  - pomyślała  w  panice, 
patrząc  jak  Bartosz  podchodzi  do  niej  z  niewielkim 
spodkiem,  na  którym  leżał  malutki,  śnieżnobiały 
opłatek. 

–  Niechaj  te  nadchodzące  Święta  obfitują  w radość, 

szczęście  i  miłość...  –  wyszeptał,  składając  jej  życzenia 
tonem tak głębokim i męskim, iż nie była pewna czy to 
na pewno on je wypowiada. 

Wybąkała jakieś standardowe formułki wypowiadane 

przy  dzieleniu  się  świątecznym  opłatkiem,  nadal  nie 
bardzo  rozumiejąc  lub  nie  chcąc  pojąć,  co  się  właśnie 
dzieje przed jej oczami. 

–  Siądźmy  do  kolacji,  a  wszystko  ci  wytłumaczę. 

Śledzika? 

Przez moment dostrzegła w nim dobrze jej znanego, 

lekko  fajtłapowatego  przyjaciela,  który,  chyba  również 
zakłopotany  całą  sytuacją,  próbował  nadrabiać  miną, 
mimo iż był całkowicie przerażony. 

  Podał  jej  półmisek  wypełniony  marynowanymi  w 

suszonych owocach koreczkami śledziowymi i poczekał 
cierpliwie, aż nabierze kilka na swój talerz. 

– Nie jestem zbyt dobrym mówcą, więc powiem nie 

owijając  niczego  w  bawełnę  –  zastrzegł,  gdy  wzięła 
pierwszy  kęs  do  ust  –  Kocham  cię.  Kocham  cię  tak 
długo,  że  nawet  trudno  mi  jest  powiedzieć,  kiedy  to 
uczucie się we mnie zrodziło! 

4030664

background image

4030664

 

 

Łucja  zamrugała  powiekami,  jakby  nie  wierząc,  że 

słowa  owe  padają  z  ust  siedzącego  naprzeciw  niej 
mężczyzny. 

–  I  cała  moja  rodzina  o  tym  wie?  –  spytała, 

nawiązując do jego wcześniejszych słów. 

Kiwnął lekko głową, potwierdzając jej domysły. 
–  Dlaczego  zatem  nie  powiedziałeś  mi  wcześniej? 

Dlaczego  przez  tyle  lat  utrzymywałeś,  że  jesteś  moim 
przyjacielem? Nazywałeś mnie nawet smarkulą! 

– Miałem nadzieję, że sama się zorientujesz, a może 

z biegiem czasu sama również zaczniesz mnie kochać – 
odpowiedział z taką prostotą, jakby dyskutował o jednej 
z przystawek znajdujących się na stole – ale niestety, tak 
się nie stało. 

Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  bolała  ją  obecność 

Alicji w tym domu. Jak zadręczała się, iż będzie musiała 
ustąpić jej miejsca. Zrozumiała, iż nie chodziło o samo 
mieszkanie,  chodziło  raczej  o  utratę  Bartosza  i  jego 
przyjaźni, a może czegoś więcej... 

– Byłam strasznie zazdrosna... – wyznała, odwracając 

nieśmiało wzrok, który utkwiła w jednej z choinkowych 
lampek. 

–  Kiedy?  -  spytał  zaskoczony,  zawierając  w  tym 

jednym  słowie  całą  nadzieję,  która  nagle  się  w  nim 
zrodziła. 

–  Dla  mnie  nigdy  nie  przygotowałeś  własnoręcznie 

ugotowanej  kolacji!  -  odpowiedziała  oskarżycielsko, 
nawiązując do ostatniej niedzieli. 

Mężczyzna  zaśmiał  się  cicho,  a  na  jego  twarzy 

pojawił się lekki uśmiech. 

4030664

background image

4030664

 

125 

– Zatem mój plan odniósł niewielki sukces. 
– Zrobiłeś to z premedytacją? 
–  Musiałem.  Mijały  kolejne  miesiące,  które 

marnowałaś na Dariusza i jemu podobnych, a ja byłem 
niewidzialny. 

Stanowiłem 

wyjście 

awaryjne, 

wykorzystywane  w  momentach  kryzysowych.  To  twoja 
mama zaproponowała, bym zaczął się z kimś spotykać. 
Stwierdziła, że czasami prawdziwe uczucia dochodzą do 
głosu, gdy istnieje zagrożenie ich utraty. 

– Wiesz, że mam ochotę cię udusić? 
– Rozumiem, że jesteś w niezręcznej sytuacji, ale... 
– Mam ochotę cię udusić za to, że poinformowałeś o 

tym całą moją rodzinę, a mnie, osobie chyba najbardziej 
zainteresowanej, nie szepnąłeś nawet słówka! 

– Mariusz wie od wielu lat, sam to zauważył. 
Łucja  wzięła  łyk  wina,  który  nerwowo  przełknęła. 

Nie mogła uwierzyć, że przez całe miesiące jej najbliżsi 
ukrywali  przed  nią  fakt,  iż  ktoś,  kto  zawsze  był  mile 
widzianym  gościem,  niemal  domownikiem,  darzy  ją 
wyjątkowym uczuciem. 

–  Kiedy  się  domyślił?  –  spytała,  mając  nadzieję 

poznać prawdę. 

– Tuż przed twoim balem maturalnym. Miałem cichą 

nadzieję, że mnie na niego zaprosisz. Naiwne, prawda? - 
zaśmiał  się  nerwowo,  jakby  właśnie  powiedział  jakiś 
niezbyt udany żart. 

Policzyła szybko w myślach lata, a otrzymana liczba 

przyprawiła ją o zawrót głowy. 

–  Od  dwunastu  lat  niczego  nie  powiedziałeś? 

Zresztą,  skąd  mogłam  wiedzieć,  że  poważny  absolwent 

4030664

background image

4030664

 

 

architektury  ma  ochotę  przetańczyć  pewien  sobotni 
wieczór w sali gimnastycznej swojego dawnego liceum z 
niezgrabną osiemnastolatką? 

–  Fakt  –  zgodził  się  niechętnie  –  to  było  raczej 

trudne do przewidzenia. Ale kiedy wprowadziłaś się do 
mnie,  nie  wydało  ci  się  dziwne,  że  nie  spotykam  się  z 
nikim? Albo, gdy kupując to mieszkanie, zabrałem cię ze 
sobą  ze  starego,  nawet  nie  napomykając,  byś  sobie 
czegoś poszukała? 

Patrząc  na  całą  sytuację  z  nowej  perspektywy, 

musiała przyznać, że powinna była zwrócić na to uwagę. 
Jednak  przedtem  traktowała  to  wszystko  jako  coś 
oczywistego,  zawierającego  się  w  ich  przyjaźni.  Ona 
dbała o niego, a on o nią... 

– Bo tak właśnie było – stwierdził, jakby czytając w 

jej myślach – robiłem, co mogłem, byś czuła się dobrze i 
byłem  wdzięczny  za  każdy  obiad,  uprzątnięty  bałagan 
czy nastawione pranie. W oczu wielu ludzi uchodziliśmy 
od lat za stare dobre małżeństwo. 

– Podobnie twierdziły koleżanki z mojej pracy… 
–  Dlatego  też  Alicja  zgodziła  się  mi  pomóc,  nawet 

poddała  kilka  pomysłów  –  wyjawił  w  końcu  Bartosz, 
nakładając sobie nieco wigilijnego bigosu. 

–  A  to  obściskiwanie  się  na  sofie?  Miałam  ochotę 

wywlec ją stąd za włosy! 

Jej niewinna uwaga wywołała jego szeroki uśmiech. 
– Zatem nie jestem ci tak zupełnie obojętny? 
– Bartosz... 
– Wiem, wiem; za wcześnie, by o tym mówić – uciął 

jej słowa - obściskiwania były jedynie grą, mającą na celu 

4030664

background image

4030664

 

127 

uzmysłowienie  ci  kilku  rzeczy  –  na  przykład  tego,  że 
ktoś kiedyś może faktycznie stanąć między nami…  

–  Co  jeszcze  było  częścią  tej  gry?  –  spytała,  chcąc 

odciągnąć go od tematu, który niebezpiecznie zahaczał o 
jej  uczucia.  Uczucia,  których  nie  chciała  nazywać  po 
imieniu,  chociaż  podświadomie  wiedziała,  że  w  końcu 
będzie musiała to uczynić.  

Bartosz  w  tym  czasie  wsparł  się  o  miękkie  oparcie 

krzesła  i  odetchnął  głęboko,  jakby  próbując  ukoić 
rozszalałe emocje kontrolujące jego słowa i czyny. 

– Prezenty... 
– To byłeś ty? 
–  Oczywiście,  że  tak.  A  ty  myślałaś,  że  kto?  Ten 

sztywniak z księgowości, za którym szaleje Alicja? 

Nagle  Łucja  poczuła  się  jak  skończona  idiotka. 

Mądrzyła  się  przed  koleżanką,  która  tak  naprawdę 
próbowała  jej  pomóc.  Oceniała  ją,  nie  mając  ku  temu 
żadnych praw, a koniec końców, być może przekreśliła 
jej szanse u Thomasa. Chociaż zważywszy na to, jak się 
do  siebie  uśmiechali  wczoraj  w  stołówce,  to  istniała 
nadzieja, że chociaż tego nie zniszczyła. 

–  Zatem  ciebie  powinnam  zapytać  o  szkatułkę  z 

numerem jeden? 

–  Zachłanna  istoto!  -  uciszył  ją  –  myślałem,  że  od 

niedzieli wolisz dawać, niż brać. 

–  Bo  to  prawda,  ale  musisz  wiedzieć  o  istnieniu 

czegoś takiego, jak babska ciekawość... 

–  Moja  męska  ciekawość  natomiast  chciałaby 

wiedzieć, jak ci poszło w domu dziewczynki w zielonej 
czapce. 

4030664

background image

4030664

 

 

–  Marysia była  nie  mniej  zaskoczona,  niż  jej  mama, 

ale dzięki temu uwierzyły w istnienie Świętego Mikołaja 
–  rzekła  z  uśmiechem  –  ta  biedna  kobieta  chyba 
zapracowuje  się  na  śmierć,  by  zapewnić  byt  swoim 
dzieciom.  Była  niemal  chodzącym,  przepracowanym 
ludzkim szkieletem. 

–  Zatem  będziemy  musieli  jakoś  temu  zaradzić. 

Sprawdzę, może przyda nam się jakaś dodatkowa pomoc 
w biurze projektów? 

– Jesteś kochany, wiesz? 
–  Niestety,  nikt  mi  tego  jeszcze  nie  powiedział,  ale 

nie tracę nadziei... 

Te  słowa  przeważyły.  Łucja  uniosła  się  z  krzesła  i 

wyciągnąwszy dłoń w kierunku Bartosza, pociągnęła go 
w  kierunku  ukochanej  sofy  z  widokiem  na  panoramę 
Warszawy.  Siadł  sztywno,  nie  bardzo  wiedząc,  czego 
powinien się po niej spodziewać.  

– Zamknij oczy – poprosiła, nadal nie będąc pewną, 

czy postępuje słusznie. 

– Ale... 
–  Po  prostu  uwierz  w  magię  świąt,  którą  sam 

przywołałeś w tym pokoju i zamknij oczy! 

  Pochyliła  się  nad  nim  i  delikatnie  ucałowała  jego 

usta.  Wolała  w  ten  sposób  wyjawić  mu,  że  nie  jest  jej 
obojętny,  niż  spróbować  ubrać  w  słowa  uczucie,  które 
dopiero co w sobie odkryła.  

  Już miała się odsunąć, gdy ramiona Bartosza objęły 

ją, zaborczo przyciągając jej ciało do swego. W ułamku 
sekundy  przejął  kontrolę  nad  pocałunkiem,  pogłębiając 
go. Jego wargi były delikatne, ale jednocześnie zaborcze. 

4030664

background image

4030664

 

129 

Dawały,  ale  też  i  spijały  rozkosz  z  jej  ust.  Jakiś  cichy 
głosik w jej sercu szepnął, iż tego właśnie brakowało w 
ich dotychczasowej relacji, która zawsze wydawała się jej 
niepełna.  Nagle  wszystkie  elementy  życiowej  układanki 
znalazły się na przynależnych im miejscach. 

 
  Drzemała, wtulona w jego ramiona, słuchając kolęd 

dobiegających  z  głośników  rozlokowanych  w  całym 
pokoju i rozmyślała o miłości, która zakwitła w środku 
zimy,  dosłownie  na  gwiazdkę.  Podziwiając  panoramę 
miasta, skupiła się na ostatnich minionych chwilach.  

  Mimo, iż w ostatnich dniach Bartosz podarował jej 

wiele  pięknych  prezentów,  to  życie  dało  jej 
najpiękniejszy  z  możliwych  podarunków.  Otrzymała 
szansę  naprawienia  swojego  przeznaczenia  i  uczynienia 
przyszłości  lepszą.  Nie  tylko  rozstała  się  z  Darkiem, 
który bawił się jedynie jej uczuciami, ale też zrozumiała, 
iż  oczekuje  od  swojego  kolejnego  mężczyzny  dużo 
więcej. To symboliczne przejrzenie na oczy pozwoliło jej 
odkryć,  iż  przyjaźń  i  miłość  oddzielone  są  wąską  linią, 
która z biegiem czasu zatarła się, dając najwspanialsze z 
możliwych  uczyć.  Bartosz  pokazał  jej,  iż  szczęście 
niekiedy  jest  na  wyciągnięcie  ręki.  Wystarczy  wiedzieć, 
gdzie go szukać. 

–  Śpiąca  królewno  –  mruknął  czule,  trzymając  ją  w 

ramionach  -  Została  nam  jeszcze  jedna  rzecz,  która 
powinna  zostać  wyjaśniona,  zanim  ta  niezwykła  Wigilia 
dobiegnie końca. 

–  Tak?  Czyżbyś  chciał  teraz  dzwonić  do  moich 

rodziców,  by  przyznać  się,  iż  wreszcie  udało  ci  się 

4030664

background image

4030664

 

 

zbałamucić ich jedyną, ukochaną córeczkę? 

Zachichotał  cichutko,  potwierdzając  tym  samym,  iż 

faktycznie taka myśl pojawiła się w jego głowie, jednak 
uznał,  iż  może  to  zrobić  jutro,  dzwoniąc  ze 
świątecznymi życzeniami. 

– Szkatułka numer jeden... 

Łucja  poderwała  się  z  kanapy  i,  odwracając  się  w  jego 
kierunku, spojrzała mu prosto w oczy. 

–  Czyli  ten  mistyczny  przedmiot  istnieje  w 

rzeczywistości? 

– Oczywiście, czeka na ciebie pod choinką – szepnął, 

przyciągając ją do siebie i całując delikatnie. 

–  Kiedy  mogę  zobaczysz  zawartość  pudełeczka?  – 

spytała, wtulając się w jego ciało. 

– Nawet teraz, jeśli jest ci tu niewygodnie... 
–  Jest  mi  jak  w  niebie,  nie  mniej  jednak  chyba 

sprawdzę, co znajduje się w tajemniczej szkatułce. 

– Babska ciekawość? - spytał domyślnie. 
– Zdecydowanie tak. 
Podbiegła  do  świątecznego  drzewka  i  odnalazła 

znajomą  czerwoną  paczuszkę.  Niecierpliwie  zerwała  z 
niej  dekoracyjne  opakowanie  i  szybciutko  otworzyła 
zameczek. 

  Bartosz  nie  mógł  zobaczyć  jej  wyrazu  twarzy, 

bowiem przysłaniały go jej włosy, opadające na ramiona, 
jednak usłyszał ciche westchnienie zachwytu. Odetchnął 
z  ulgą  stwierdzając,  iż  prawdopodobnie  prezent 
przypadł jej do gustu. 

–  Jest  śliczny!  -  wyszeptała  odwracając  się  w  jego 

kierunku – po prostu śliczny! 

4030664

background image

4030664

 

131 

–  Więc  chodź  tutaj  i  pozwól,  bym  umieścił  go  na 

właściwym miejscu. 

Pierścionek  z  białego  złota  leżący  na  jedwabnej 

poduszeczce skrzył się jednym, pojedynczym diamentem 
zatopionym  w  skromnej,  pozbawionej  zbytecznych 
zdobień obrączce. 

–  Czy...  -  wyszeptał  łamiącym  się  głosem,  zbierając 

się na odwagę, by zadać to ważne pytanie. 

–  Tak!  –  odpowiedziała,  nie  czekając  na 

niewypowiedziane jeszcze pytanie. 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

4030664

background image

4030664

 

 

POZOSTAŁE POWIEŚCI AUTORKI: 

 

•  „Sześć rajskich nocy” 

•  „Takie Tam Babskie Zapiski” 

•  „Niepokorna dziedziczka”  

•  „Fotografia z wakacji”  

•  „Winiąc pełnię księżyca”  

•  „W cieniu pełni księżyca”  

 

PRZEWODNIKI TURYSTYCZNE: 

 

•  „Phuket dla początkujących”  

•  „Jukatan opowiedziany fotografiami…”  

 

KSIĄŻKA O POZYTYWNYM 

MYŚLENIU: 

•  Układanka szczęścia” 

 

 

KONTAKT: 

• www.monikasjourney.com 

• www.facebook.com/MonikaHolykArora 

• twitter.com/monikasjourney 

4030664