background image

Lilian Darcy

Blisko czy daleko

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego dnia doktor Christina Farrelli musiała tak naprawdę zrobić tylko jedną ważną rzecz. 
Powiedzieć Joemu, że ich związek dobiegł końca. 
Jechała   po   niego   na   lotnisko   w   ciepłym,   pachnącym   słodko   powietrzu   typowym   dla 

jesiennego wieczoru w Queenslandzie Północnym, i na samą myśl o tym czuła się chora. 

Samolot z Cairns miał sześciogodzinne opóźnienie. Znaczyło to, że zamiast porozmawiać 

z Joem przy kawie, będzie musiała zawieźć go do hotelu dla lekarzy, co najwyżej wyrzucając 
z siebie po drodze: „Wybacz, ale zorganizowałam ci tu pokój”. 

Nie, nie może rozstać się z Joem w taki sposób, zwłaszcza że wcale nie chce tego robić. 

Może opóźnienie samolotu to dobry pretekst, by to odłożyć?

Lotnisko znajdowało się tylko parę kilometrów od jej staromodnego piętrowego domu z 

otaczającą  go  werandą,  położonego  dwie  ulice  od  handlowego  centrum   Crocodile  Creek. 
Kilka lat temu odziedziczyła  go po babce. Między miastem a lotniskiem leniwym łukiem 
płynął   strumień,   zaś   jego   mniejszy   dopływ   zakręcał   równie   ospale   między   lotniskiem   a 
szpitalem, po czym łączył siły z Crocodile Creek sto metrów przed ujściem do oceanu. 

Główna droga przecinała szerokie koryto rzeki. Stary most wkrótce miał zostać zburzony. 

Sto   metrów   dalej   rozpoczęto   budowę   nowego.   Christina   myślała   o   tym   z   żalem,   bo 
przywiązywała się do wszystkiego bardziej, niż powinna. 

Tak, żadnego odkładania, po prostu musi to skończyć. 
Aby dostać się do pasażerskiego terminalu, musiała objechać główną siedzibę lotniczej 

służby ratunkowej i pas startowy z rzędami świateł, które patrzyły na nią złowrogo. O tej 
porze było tu prawie pusto. Lot Joego był ostatnim rejsem tego dnia. Widziała, jak samolot 
wylądował.   Joe   zbliżał   się   coraz   bardziej   do  kryzysu   emocjonalnego,   o   którym   nie   miał 
jeszcze pojęcia. 

Inni już coś podejrzewali. W minionym tygodniu Mike Poulos zgadł, że coś jest nie tak, 

kiedy   razem   z   Christina   leciał   śmigłowcem   po   pacjenta   z   zawałem.   Ale   nie   mówił   nic 
nikomu, gdyż nie miał zwyczaju plotkować, a także dlatego, że miał ważniejsze sprawy na 
głowie. 

Mike i Emily Morgan po osiemnastu miesiącach znajomości nagle odkryli, że są w sobie 

zakochani do szaleństwa, i że nieobca im jest myśl o małżeństwie. 

Skręcając   na   parking,   Christina   poczuła,   że   łzy   napływają   jej   do   oczu,   i   zamrugała 

powiekami. Jeśli rozpłacze się, zanim cokolwiek zrobi, to czy będzie w stanie przeprowadzić 
rozmowę z Joem?

I czy będzie bardzo źle, gdy wieść rozniesie się po szpitalu? A może już krążą plotki?
Próbując dystansować się wobec rzeczywistości, poprosiła Briana Simmonsa, szpitalnego 

administratora, by zorganizował dla Joego pokój w hotelu dla lekarzy. Był to ponadstuletni 
budynek,   niegdyś   szpitalny,   położony   na   terenie   obecnego,   o   wiele   nowocześniejszego 
kompleksu. Mieszkała w nim większość samotnych lekarzy, poza Christiną, która miała dom 
swojej babki. Z bujnym ogrodem, który chronił jej prywatność, z antykami, ciszą i spokojem. 

background image

A ponieważ jeden z pokoi w tym domu był wolny, a Joe spędzał w Crocodile Creek tylko 
jeden tydzień w miesiącu, przed dwoma laty został czasowym lokatorem Christiny. I niezbyt 
długo pozostał wyłącznie w tej roli. 

Dom lekarzy był głośnym i przyjaznym miejscem. Christiną często tam wpadała. Lubiła 

jego mieszkańców, ale nie życzyła sobie, by zadawali pytania za jej plecami, martwili się o 
nią, wyrażali niedowierzanie, ponieważ ona i Joe wydawali się być taką dobrą parą. 

Dwa minione tygodnie w Crocodile Creek obfitowały w dość dramatyczne wydarzenia, 

począwszy od tego, że kardiolog Simon i pacjentka Kirsty ukradkiem wymknęli się oglądać 
zachód słońca. Po rodeo odkryto porzuconego noworodka, zaś w osadzie Wygera na skutek 
czołowego zderzenia zginęła czwórka dzieci aborygenów, a pozostali uczestnicy wypadku 
wciąż pozostawali w szpitalu na południu. 

Ludzie   mają   własne   zmartwienia,   pomyślała   Christiną,   podkreślając   te   słowa 

zaciągnięciem hamulca. 

Noworodek miał się już całkiem nieźle. Znalazła się też jego matka, Megan Cooper, która 

omal nie zmarła po poważnych komplikacjach, na domiar złego przekonana, że jej dziecko 
urodziło się martwe. Przez kilka minionych dni Megan powoli dochodziła do siebie. Synowi 
dała na imię  Jackson. Nie znali jeszcze jego ojca. Megan nie poruszała  tego tematu,  nie 
wspominała też o dziadkach. 

Tak, wszyscy w Crocodile Creek mają o czym myśleć. 
Kiedy Christina dotarła  do niemal  pustej  hali  przylotów, pasażerowie właśnie zaczęli 

przechodzić przez bramkę. To lotnisko było skromnie wyposażone. Joe szedł po asfalcie pod 
gołym  niebem  razem z innymi  zmęczonymi  pasażerami,  podczas gdy wózek  z bagażami 
wyprzedzał ich zaledwie o minutę. 

Samolot   był  zapełniony   tylko  w  połowie,  a   więc  Christina  bez   problemu   wypatrzyła 

Joego. Przewyższał  o pół głowy najwyższego  z pozostałych  pasażerów, miał  ciemniejszą 
skórę i szerszy uśmiech... Zawsze wydawało jej się, że wszystkiego ma więcej. Serca, energii, 
a także pomysłów, by utrzymać ich związek w takim stanie, jaki mu odpowiadał, a którego 
ona coraz bardziej nie mogła znieść. 

– Cześć – powiedziała drżącym głosem. 
– Tink. – Wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, wdychając zapach jej włosów. – Och, Tink. 

– Był jedyną osobą, która nazywała ją Tink. Tak naprawdę Tunk, z silnym nowozelandzkim 
akcentem. – Do diabła, ale za tobą tęskniłem. Cudownie pachniesz. 

Był też jedyną osobą, która wywoływała w niej tak silne emocje, kiedy ją obejmował. 

Poczuła   jego   wargi   przyciśnięte   najpierw   do   jej   włosów,   potem   policzka   i   kącika   warg. 
Wygłodniałe pocałunki, które niczego nie obiecywały. 

– Jestem wykończony. Siedem godzin czekania w Cairns. 
– Masz bagaż?
– Wszystko jest tutaj. – Poklepał małą torbę podróżną przewieszoną przez ramię. Pod 

białym rękawem T-shirtu widać było niebiesko-czarny tatuaż, który wyglądał jak bransoleta i 
świadczył  o jego częściowo maoryskich korzeniach. To właśnie im zawdzięczał miodowy 
kolor skóry. – Chodźmy. Masz jutro dyżur?

background image

– Tak, muszę tu być z powrotem o siódmej. – Po drugiej stronie pasa startowego, czyli 

właściwie w tym samym miejscu. 

– Ja mam dyżur od ósmej. Ale możemy chyba spędzić trochę czasu razem? – Spojrzał na 

nią z absolutną pewnością, że ona pragnie dokładnie tego samego. 

Poruszyła się nerwowo. 
– Tak, mamy trochę czasu – odparła obojętnie. Mimo to powinien coś zauważyć. A może 

był zbyt zmęczony, żeby usłyszeć, co kryje się za jej słowami. 

Nie   zamierzała   jednak   zaczynać   poważnej   rozmowy   na   parkingu   lotniska   ani   przed 

hotelem dla lekarzy. Kiedy mijali szpital, Joe stwierdził:

– Sporo świateł dzisiaj w hotelu i w głównym budynku. 
–   Ostatnie   dwa   tygodnie   były   dosyć   ciężkie.   –   Przekazała   mu   kilka   szczegółów 

dotyczących spraw medycznych, a także ich kolegów. 

Cal   zaręczył   się   z   doktor   Giną   Lopez,   amerykańską   kardiolożką,   którą   poznał   w 

Townsville przed pięcioma laty i która, jak się okazało, urodziła mu syna. Chłopiec miał teraz 
cztery lata. Christina opowiedziała mu też o Kirsty i Simonie, Emily i Mike’u, wypadku 
samochodowym w osadzie Wygera i dzielnym maleńkim Jacksonie oraz jego matce. 

– Cierpi na chorobę von Willebranda, poza wszystkim innym – zakończyła. Tę rzadką 

chorobę krwi zdiagnozowano, kiedy w miejscu po odcięciu pępowiny dziecka nastąpiło silne 
krwawienie.   Udało   się   je   zatamować.   Teraz,   kiedy   znali   już   powód,   nie   powinno   to 
przysparzać dalszych problemów. 

– Więc matka też to ma? – spytał Joe. 
– Nie, ani rodzice matki, chociaż jej ojciec cierpi na wiele innych schorzeń, a zatem 

najwyraźniej nosicielem jest ojciec chłopca. Ale dotąd Megan nie zdradziła, kto to jest ani 
gdzie mieszka. Zresztą nie wiadomo, czy to jest zawsze dziedziczne. To może być zbieg 
okoliczności. 

Była zła, że musi przekazać mu tyle nowin w jednej dużej niestrawnej masie. Zawsze tak 

było, nawet kiedy wydarzenia w Crocodile Creek nie gnały naprzód tak szybko jak ostatnio. 
W końcu Joe spędzał trzy tygodnie w miesiącu w swoim nowozelandzkim domu, który był 
dla niej tak obcy, jak jakaś odległa galaktyka. 

Przez dwa lata, kiedy byli parą na pół etatu, wyrwało mu się kilka istotnych faktów na 

temat   jego   życia.   Mieszkał   w   Auckland.   Ukończył   studia   na   tamtejszym   uniwersytecie. 
Pracował w prywatnej przychodni. Nie był żonaty – ale mógł ją okłamywać. Miał matkę, 
młodszą siostrę przyrodnią i ojczyma. Oznajmił za to boleśnie jasno, że bardzo nie lubi o 
sobie mówić. Nigdy nie telefonował do niej z Nowej Zelandii. Podał jej co prawda swoje 
numery: prywatny i służbowy, tak na wszelki wypadek, ale kiedy wybrała je skwapliwie na 
początku ich znajomości, dał jej do zrozumienia, by nie dzwoniła. 

Zrobił to uprzejmie. Christina była przekonana, że Joe nie potrafi być nieuprzejmy. 
Powiedział wówczas ciepłym głosem:
– Tink, nie mogę teraz rozmawiać, okej?
Nie oddzwonił. Nie wspomniał o jej telefonach podczas kolejnego spotkania. Zaczęła się 

czuć jak jedna z dziewczyn marynarza. To prawda, Joe wracał do tego samego portu, i to 

background image

portu, który szczerze lubił. Ale to nie zmieniało podstawowego faktu: życie Christiny było dla 
Joego   jak   otwarta   książka.   Opowiadała   mu   anegdoty   ze   swego   dzieciństwa,   dzieliła   się 
marzeniami, mówiła, co jest dla niej ważne. W zamian była jego „odpoczynkiem i rozrywką”, 
jak mawiali o kobietach amerykańscy marynarze, którzy od czasu do czasu cumowali na 
południu w Townsville. I niczego więcej od niej nie oczekiwał. 

Co sugerowało, że mógł być żonaty. 
Nigdy nie przyłapała go na kłamstwie i nie chciała wszczynać paranoicznej konfrontacji. 

To nie było w jej stylu. Ale nie chodziło jej nawet o jego małżeństwo. Chodziło o to, że ten 
związek prowadził donikąd, podczas gdy jej biologiczny zegar brał już udział w wyścigu z 
czasem. 

Christina   skończyła   trzydzieści   trzy   lata.   Chciała   wyjść   za   mąż   i   założyć   rodzinę   z 

przyzwoitym   facetem.   Nie   zamierzała   zostać   jedną   z   wiecznie   młodych,   zakochanych   i 
bawiących się kobiet, z mężczyzną, którego widywała tylko kilkanaście godzin w miesiącu. 
Niezależnie od tego, jak miłe były te godziny. Joe o tym wiedział. Nie oznajmiła tego wprost, 
nie naciskała na niego, ale musiał to odgadnąć ze sposobu, w jaki opowiadała o dzieciach 
brata w Brisbane i o małżeństwie rodziców, które podziwiała. 

Gdyby Joe wykazał przynajmniej chęć głębszego zaangażowania, gdyby zaczął mówić 

coś   więcej   o   swoim   życiu   w   Nowej   Zelandii,   gdyby   rozumiała,   dlaczego   tak   stanowczo 
trzyma się pewnych granic, byłaby gotowa czekać o wiele dłużej. Nic takiego nie nastąpiło. 
Był od niej dwa lata młodszy, ale to niczego nie tłumaczy. 

Poza tym należała do osób, dla których liczy się wierność, i gdyby kiedykolwiek znalazła 

partnera, który dzieliłby jej pragnienia, pozbyłaby się Joego Barretta na zawsze. Tymczasem 
o   jedenastej   wieczór   w   niedzielę   zbliżała   się   do   starego   mostu   nad   Crocodile   Creek   ze 
wspaniałym mężczyzną, którego zamierzała rzucić. 

Nagle na drodze jakiś metr przed mostem dostrzegli leżącą postać. 
– To kangur – stwierdził Joe, unosząc się na siedzeniu, kiedy Christina zwolniła. – Leżał 

tu, jak jechałaś w tamtą stronę?

– Nie sądzę. – Wyminęła kangura. – Nie – dodała bardziej pewnym głosem. – Nie było 

go.   –   Co   prawda   myślała   wtedy   o   tym,   że   będzie   jej   żal   mostu,   gdy   go   zburzą.   Ale 
zauważyłaby zwierzę. 

– Powinniśmy się zatrzymać i odsunąć go z drogi. 
Christina zwolniła jeszcze bardziej, szukając miejsca, gdzie mogłaby zawrócić, co przy 

małym   natężeniu   ruchu   nie   było   trudne.   Kangur   nie   miał   szczęścia,   znalazł   się   w   złym 
miejscu o złym czasie. Christina zaparkowała. 

– To kangurzyca. Jeszcze ciepła – stwierdził Joe, kładąc rękę na jej szyi. – Ale nie żyje. 
Akurat w tym momencie kangurzyca się poruszyła. A w zasadzie nie matka, tylko malec 

w jej kieszeni. 

– O rany! – zawołał Joe. – Tu jest mały. 
Roześmiała się mimo woli. Jak na mężczyznę, który spędził jedenaście godzin w podróży 

po tygodniu ciężkiej pracy, dość szybko odzyskał energię i dobry humor. Zawsze taki był. 
Uwielbiał się śmiać. Nigdy długo nie narzekał. 

background image

– Bądź miły i powiedz mi, co zrobimy. 
– Cóż, nie możemy go zostawić, Tink. – Ostrożnie odciągnął ciało kangurzycy z drogi i 

odwrócił ją tak, by mieć dostęp do kieszeni. 

– Wiem. – Zebrała siły, skupiając się na tym, co najważniejsze. – Tam jest rezerwat, w 

stronę gór, to chyba najlepsze wyjście? Mają tam miejsce dla małych zwierząt. 

Po moście przetoczyła się ciężarówka z ładunkiem toreb ze śmieciami. Zwolniła na ich 

widok. 

– Co się stało? – spytał kierowca. 
Christina rozpoznała Billa Doyla, właściciela hotelu Czarna Kakadu. 
– Matka nie żyje, ale malec jest w porządku – streściła szybko Christina. – Cześć, Bill, to 

ja, Christina. 

– Witam, pani doktor. Przekwalifikowuje się pani na weterynarza?
– Coś w tym rodzaju. Chcemy przewieźć małego do parku narodowego. 
– Słusznie. – Skinął głową i odjechał, szczęśliwy, że zostawił im kłopot na głowie. 
Christina i Joe wspólnie zbadali małego kangura, który wcale nie wymachiwał nogami z 

przerażenia. Nie znaleźli żadnych urazów. Skulony w kieszeni kangur miał otwarte oczy i 
oddychał szybko. 

– Musimy jechać – rzekła Christina. – Nie możemy go karmić ani zaopiekować się nim 

sami. 

– Wezmę tylko koszulkę z torby. Owiniemy go. Oboje o mały włos nie zostali jednak 

podrapani ostrymi pazurami, lecz gdy Joe trzymał już zwierzę na kolanach w samochodzie, 
ciasno opatulone, wydawało się, że się uspokoiło. Droga prowadząca na południowy zachód 
była ciemna i pusta, tylko jedna ciężarówka przetoczyła się obok nich z hałasem. 

– Jak tam? – spytała Christina. 
– Dobrze. Jest spokojny, oddycha. 
Zerknęła w bok. Joe i mały kangur, obydwaj zdrowi, spokojni, i oddychają. 

Wielki samochód zahamował z trudem, a on pobiegł za nim, bo po raz pierwszy tego dnia 

dopisało mu szczęście. Niech tak będzie cały rok. Całe życie. 

To dobry znak. 
– Podwieźć cię gdzieś? – spytał kierowca. 
– Tak. Za to pasmo górskie. 
– No to wskakuj. 
Tak   dobrze   było   usiąść,   jechać.   Stał   tam   przez   bite   dwie   godziny   i   nikt   nawet   nie 

pomyślał, by go podwieźć. Czy wygląda jak nierób albo zbrodniarz? Niektórzy ludzie tak 
właśnie uważali. Na przykład jej ojciec. 

Ona, jego miłość, powód jego podróży. 
Kumple śmialiby się, gdyby wiedzieli, jak o niej myśli. Jak jakiś gwiazdor w operze 

mydlanej, który może mieć każdą dziewczynę, ale nie potrafi zapomnieć tej jedynej. Zresztą 
on nie mógł mieć każdej dziewczyny, tyle że wcale się tym nie przejmował. Pragnął tylko 
jednej. 

background image

Jej rodzice wyrzucili go z ich domu w tak gwałtownym wybuchu złości, że wylądował 

jakieś pięćset kilometrów dalej na północ. I naprawdę wierzył, że jej ojciec mógłby go zabić, 
gdyby tylko tam wrócił. Ale tracąc ją, stracił serce. Powinien był przeciwstawić się złości jej 
ojca.   Dlaczego   potrzebował   tyle   czasu,   by   to   zrozumieć?   Dlaczego   pozwolił,   by   inni 
podejmowali za niego decyzje?

Nie rozumiał człowieka, którym był wcześniej. Od tamtej pory stwardniał, i to bardzo, 

ponieważ minęło wiele miesięcy. Nikt by się nie domyślił, że był rozpieszczonym chłopcem z 
Sydney – prywatna szkoła, przeklęte lekcje gry na skrzypcach, oczywiście prywatne lekcje 
ujeżdżania, a nie jeździectwo, które miał we krwi. 

Więc gdyby teraz oszalały stary zabił go albo próbował zabić, niech tak będzie. Teraz 

będzie   walczył   o   wiele   zacieklej   niż   pół   roku   temu.   W   zeszłym   tygodniu   skończył 
dwadzieścia dwa lata. Zrzucił z siebie ciężar rodzicielskiej opieki. Teraz może jej pokazać, ile 
warta jest jego miłość. Może tym razem ona z nim wyjedzie, zostawi swoich rodziców i 
wszystko będzie dobrze. 

Siedząc wysoko w kabinie ciężarówki, czuł, że wszystko się uda, o ile tylko będzie miał 

szansę ją zobaczyć, zanim wyruszy z powrotem na północ, najpóźniej w południe, bo inaczej 
straci pracę i trzymiesięczną wypłatę, którą są mu winni. Szef nie chciał go puścić, ale udało 
się   w   końcu   znaleźć   te   dwa   dni   przed   wielkim   spędem   bydła.   Mieli   pędzić   bydło   setki 
kilometrów, począwszy od przyszłego tygodnia, a taki spęd poruszał coś w głębi jego duszy. 
Gdyby usłyszał z jej ust, że nadal go kocha, wracałby do roboty z uczuciem, że cały świat do 
niego należy. 

– Zawiozę cię do zakrętu do Mount Evelyn. Czy to ci wystarczy?
– Słucham?
– Powiedziałem, że jadę tylko do zakrętu do Mount Evelyn. 
– Dobrze. – Serce zgasło jak zużyty fajerwerk. Ten człowiek pokona tylko jedną dziesiątą 

drogi, którą on miał przed sobą, więc nie osiągnie celu przed ranem. W żołądku mu burczało, 
powinien był zatrzymać się na hamburgera w Crocodile Creek, ale nie chciał tracić czasu. Nie 
dotrze do niej tego wieczoru. Musi przełożyć to o kilka tygodni. Nie przemyślał wszystkiego 
jak należy. 

Była już prawie północ, kiedy Joe i Christina dojechali do parku. Brama była zamknięta, 

ale lekki samochód, jakim poruszała się Christina, mógł ją okrążyć, jeśli przesunęło się dwa 
na wpół zgniłe bale. 

– Gdybyś wzięła juniora... – zaczął Joe. 
– Nie, jato zrobię. Jest spokojny, nie przeszkadzajmy mu. – Wyskoczyła z samochodu. 

Miała na sobie dżinsy, T-shirt i sportowe buty, a o tej porze było zimno. 

Pięć minut później zastukali do domu strażnika. Otworzyła im jego żona. 
– Proszę się nie przejmować, i tak dziecko mi nie pozwoliło spać. Wspaniały malec – 

dodała, patrząc na kangura. – Tak, zaopiekujemy się nim, mamy dwa inne, więc nie będzie 
samotny. 

Zaproponowała   im   herbatę,   a   wtedy   pojawił   się   jej   mąż.   Joe   i   Christina   wymienili 

background image

spojrzenia i bez słów doszli do tego samego wniosku. Nie chcieli przeszkadzać tym ludziom 
w środku nocy. 

– Powinniśmy wracać – rzekł Joe. – Prawda, Tink? Oboje jutro pracujemy. 
Tym razem on prowadził, co dało Christinie sporo czasu na myślenie. Nie mogę tego 

dzisiaj zrobić, stwierdziła. Ale nie zasnę, jeśli tego nie zrobię. Och, tak czy owak nie zaśnie. 
Rano obydwoje będą spieszyć się do pracy. Nie mogła odkładać rozmowy, jeśli naprawdę 
zamierzała ją przeprowadzić. Więc może teraz, podczas jazdy?

Wzięła głęboki oddech, by powiedzieć: „Joe, musimy porozmawiać”. Ale zaraz potem 

stchórzyła. 

Dotarli do zakrętu. Joe skręcił gwałtownie, jakby nie całkiem panował nad kierownicą. 
– Coś nie tak – rzucił. 
– Co, Joe? – Instynktownie dotknęła jego ramienia. 
– Chyba złapaliśmy gumę. – Zwolnił ostrożnie i stanął na poboczu. 
Wybuchnęła cichym, nerwowym śmiechem. 
– Żartujesz? Powiedz mi, że to żart. 
– Nie. Tego już za wiele. 
– Święta racja. 
Gdyby wierzyła w znaki, zapamiętałaby sobie to ostrzeżenie. Ktoś tam na górze nie chce, 

by go dziś rzuciła. Ale ona nie była przesądna, więc tylko zacisnęła zęby i pomyślała: Może 
powiem mu to, kiedy będziemy zmieniać oponę?

Była   to   przednia   lewa   opona.   Tak   jak   w   przypadku   kangurka,   pracowali   razem   w 

milczącej harmonii. Joe ustawił światła ostrzegawcze, Christina wyjęła lewarek. Joe postawił 
stopę na kluczu francuskim, a Christina zdjęła zapasową oponę z tylnych drzwi. 

Joe był taki silny. Obserwując go, poczuła tęsknotę, trudno jej było oderwać od niego 

wzrok. Ale po tej nocy nie będzie już w stanie patrzeć na niego w taki sposób, straci do tego 
prawo. I za dużo by ją to kosztowało. 

Razem zdjęli przebite koło i założyli nowe, potem na zmianę dokręcali nakrętki. 
Na koniec Joe uśmiechnął się do niej. 
– Uwielbiam kobiety ze smarem na nosie – powiedział. – Bardzo seksowne. 
– Joe, musimy... 
Za późno. Już ją całował, a do tego pieścił ręką, która z pewnością zostawiła ślady smaru 

na jej skórze... Kiedy się odsunął, wciąż się uśmiechał, był tak wspaniały, pełny życia, że 
żadne brzemienne w skutki słowa nie przeszły jej przez gardło. Zresztą i tak nie mogła ich 
wypowiedzieć, bo nie byli już sami. 

– Cześć!
– Co do diabła?
– Cześć, zaczekajcie! – W ich stronę biegła jakaś zdyszana postać. Joe machnął ręką i 

mruknął:

– Nie nasz wieczór, co?
Odłożył lewarek i zamknął tylne drzwi samochodu. Stali razem z Christiną, patrząc na 

nieznajomego.  Był  to młody  mężczyzna,  nie  tak  wysoki  jak Joe, ale  dobrze zbudowany. 

background image

Zatrzymał się, a wtedy Joe zapytał ostro:

– Co się stało?
Christiną wiedziała, że myślał o wypadku. Kiedyś na tej drodze zdarzył się wypadek. 

Jako lekarze widzieli już więcej, niż powinni, a poza tym nie było wiele innych niewinnych 
powodów, dla których ten młody człowiek biegłby po pustej szosie w środku nocy. 

– Czy możecie mnie podwieźć? – Chłopak wyglądał co najwyżej na dwadzieścia jeden, 

dwadzieścia dwa lata. 

– Do miasta? Do domu? Jesteś z okolicy? – pytał Joe. 
– Nie, ale tak. Chcę się dostać do miasta. – Wyraźnie się plątał. 
Christina i Joe wymienili spojrzenia. Nie wyglądał groźnie. Ale co on tu robi?
– Wskakuj na tył – powiedział Joe, po czy dodał do Christiny: – Możesz prowadzić?
Skinęła   głową,   rozumiejąc,   co   Joe   ma   na   myśli.   Jeśli   ten   młodzieniec   zacznie   robić 

kłopoty, lepiej, żeby Joe miał wolne ręce. 

– Jak ci na imię? – spytał Joe. 
– Jack. 
– Zrobiliśmy dodatkową rundkę do parku narodowego, ale chyba nie mijaliśmy cię już, 

co?

– Ja mijałem was – odparł Jack. – W ciężarówce. Ale kierowca skręcił do Mount Evelyn. 

Myślał, że ktoś może jeszcze tędy jechać, ale nikogo nie było, a ja zmarzłem. 

– Więc zawróciłeś?
– Tak, a potem zobaczyłem wasze światła awaryjne między drzewami i zacząłem biec. 
– Dokąd chciałeś się dostać?
–   Na...   farmę   na   zachodzie.   Zobaczyć   się   z   przyjacielem.   Pracuję   na   farmie,   jestem 

oborowym,  i dostałem parę dni wolnych.  Myślałem,  że mi  się uda, ale szczęście  mi  nie 
dopisało. 

Jak na kogoś, kto na początku był powściągliwy, żeby nie powiedzieć nieufny, po pięciu 

minutach Jack się rozgadał. Rozważał swoje problemy z podróżą autostopem i brak deszczu. 
To   musiała   być   dla   niego   wielka   ulga,   kiedy   wreszcie   znalazł   transport.   Wydawał   się 
inteligentny, a w jego sposobie mówienia było coś takiego, co sugerowało, że celowo obniża 
swój status. 

– Powinienem był  wiedzieć, że nie dam rady w dwa dni. – Nagle, gdy pokazały się 

światła miasta, zabrzmiał jak przegrany. – Mój... mój kumpel pewnie byłby... Tak, pewnie i 
tak byłby zajęty. 

Dotarli do skrzyżowania dwieście metrów na południe od szpitala i powietrznej  bazy 

ratunkowej. 

– Gdzie mamy cię wysadzić? – spytał Joe pasażera. 
– Gdzieś tutaj będzie dobrze. – Znów był powściągliwy. 
– Masz gdzie pójść?
– Taa. Nie ma zmartwienia. 
– Możemy zabrać cię do miasta – dodał Joe. 
– Nie, tu jest w porządku. 

background image

Tutaj, na poziomie morza, temperatura była kilka stopni wyższa i nie padało. Kiedy Jack 

wysiadł, Christina zerknęła na niego w tylnym lusterku. Nie ruszył się z miejsca. W końcu 
zniknął im z widoku, gdyż droga do Crocodile Creek się obniżała. 

– Czy ktoś naprawdę z nami jechał? – spytała Joego. 
Czy został przysłany przez jakieś kosmiczne siły, by powstrzymać ją przed rozmową o 

zerwaniu? Jej męczące, natrętne myśli gwałtownie powróciły. Zostawi to do jutra. Ale jutro 
oboje cały dzień pracują. A jeśli ktoś w szpitalu wspomni o pokoju w hotelu lekarzy... 

Przejechali przez most i stanęli na światłach na głównej ulicy. Joe zerknął na zegarek. 
– Cholera, kwadrans po pierwszej. 
– A mnie wcale nie chce się spać. 
– Mnie też. I coś mi chodzi po głowie, Tink. – Uśmiechnął się do niej, a jej serce zamarło  

po raz setny tego wieczoru. – Na czym skończyliśmy, kiedy nam tak niegrzecznie przerwano?

Na skraju przepaści, Joe, pomyślała, ale zachowała to dla siebie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Wysiedli z samochodu. W domu Joe rzucił swoją torbę na środku dywanu w salonie, po 

czym objął Christinę. Jego ramiona były ciepłe. 

Christina poczuła znajome pożądanie. Zaczynało się zawsze w żołądku i promieniowało 

na zewnątrz niczym gorąco z rozżarzonych węgli. Nie zmniejszyło się w ciągu dwóch lat, 
wręcz   przeciwnie.   Czy   dlatego,   że   stale   towarzyszyła   jej   niepewność,   jak   długo   Joe 
pozostanie w jej życiu?

Pocałował ją. Och, nie powinna mu na to pozwalać, ale skoro to ostami raz... Swoją 

drogą, często zastanawiała  się, czy całują się po raz ostatni. Tym  razem wiedziała  to na 
pewno.   Joe   nie   był   mężczyzną,   który   robi   cokolwiek   połowicznie,   dotyczyło   to   między 
innymi pocałunków. A przecież ich związek był połowiczny, niekompletny. Joe nigdy nie 
robił nic połowicznie w danym momencie, poprawiła się. W pocałunek wkładał całą swoją 
duszę, całą energię i serce, a ona odpowiadała mu tym samym. 

Po raz ostatni uniosła ręce i wplotła palce w jego włosy, uwalniając zapach szamponu. 

Delektowała się smakiem jego warg, które budziły w niej pragnienie czegoś więcej. W tym 
momencie czas się zatrzymał, ale nie mógł tak stać wiecznie. Joe przerwał ten moment. 

– Muszę wziąć prysznic – mruknął, wciąż trzymając ją w objęciach. – Cuchnę samolotem 

i kangurem. Dziwię się, że pozwalasz mi się przytulać. 

Sama   była   tym   zaskoczona,   przerażona,   że   nawet   nie   poczuła   zapachów,   o   których 

wspomniał. 

– Ja też muszę wziąć prysznic – rzekła głośno. 
– To może razem... ? – Spojrzał na nią z żartobliwym, wyzywającym uśmiechem, celowo 

opuszczając powieki. Potarł brodą o jej policzek, a ona mimo woli odwróciła głowę, szukając 
jego warg. 

Christina, musisz być silniejsza, zganiła się. 
– Nie, idź pierwszy – odparła. Ciężko jej to przyszło, a jeszcze ciężej było wypuścić go z 

objęć. – Ja... Nie muszę zmywać z siebie zapachów sali tranzytowej w Cairns. 

– Mimo  wszystko  chciałbym  umyć  się z tobą. – Przyciągnął  ją do piersi, pewny jej 

odpowiedzi. 

– Joe, musimy porozmawiać  – wyrwało  jej się. Nadszedł moment krytyczny.  Chwila 

prawdy. 

– Tak?
W jego oczach dostrzegła zdumienie, ale nie niepokój. W dalszym ciągu nie spodziewał 

się   niczego   złego.   Zresztą   skąd   miał   wiedzieć?   Nie   wysyłała   żadnych   sygnałów,   nie 
uprzedziła go w żaden sposób. Sama dopiero jakiś tydzień temu doszła do wniosku, że już 
najwyższa pora. 

Musi zrobić to spokojnie, w cywilizowany sposób. 
– Jesteś głodny?  – spytała  wymijająco,  machając  ręką w stronę kuchni. Potem nagle 

zobaczyła zegar. Dochodziła pierwsza trzydzieści w nocy. A jednak nie zrezygnuje. 

background image

– Głodny?  Nie – odparł. – Dali nam talony na jedzenie i picie  w Cairns, żeby nam 

wynagrodzić opóźnienie. – Przyjrzał się uważnie jej twarzy, jego twarz złagodniała. – No, co 
jest? Nie powiedziałaś mi wszystkiego w samochodzie? Na co czekałaś?

Mówił ciszej, tym intymnym  tonem, który tak lubiła. Takim głosem mówił do niej w 

łóżku, takim głosem mówił miesiąc temu, kiedy miała rozstrój żołądka i musiała leżeć przez 
dwa ostatnie dni jego wizyty. 

– Nadal jesteś chora, Tink?
Kiedy   poleciał   do  domu,   ona   spędzała   wciąż   sporo   czasu   w  łazience   i   chyba   wtedy 

zaczęła   rozumieć,   że   potrzebuje   czegoś   więcej.   Nie   wystarczał   jej   mężczyzna,   którego 
widywała tylko przez tydzień w miesiącu, w przerwach, kiedy długie godziny ich pracy nie 
nakładały się na siebie. Czy powinna poprosić go, by usiadł? To jej trzęsły się nogi, ponieważ 
nie wiedziała, jak zacząć. 

– To do niczego nie prowadzi – wyrzuciła z siebie. 
– To znaczy my. 
– Do niczego nie prowadzi?
– Joe, nie udawaj. – Drżały jej nogi i drżał głos. 
– Nie utrudniaj, proszę. Pomyśl sekundę, a potem powiedz mi, że nie wiesz, o czym 

mówię. 

Odsunęła się od niego i zaczęła krążyć po pokoju, żałując, że nie jest większy, pragnąc, 

by Joe zamknął ją znowu w pułapce swoich ramion. Rozpaczliwie pragnęła, by ją uprzedził i 
sam powiedział to, co miał usłyszeć. 

Tymczasem on oparł ramiona o otwarty łuk między wypoczynkową i jadalną częścią 

pokoju. Wyglądał, jakby chciał jej dotknąć, ale doszedł do wniosku, że nie powinien tego 
robić. 

– Chcę, żebyś się wyprowadził – podjęła. – Jutro, jeśli możesz. Nie jestem w stanie tego 

ciągnąć, i nie wyobrażam sobie, że ty tego chcesz. Zorganizowałam ci pokój w hotelu. Nie 
umiem dalej tak żyć – ciągnęła. – Jesteśmy razem dwa lata, ale ja chcę czegoś więcej, Joe. 
Chcę wiedzieć, do czego to prowadzi. Chcę zobowiązania. Jakiegoś znaku, że to nie jest dla 
ciebie tylko rozrywka. Christina Farrelli, ośrodek wypoczynkowy z pełną obsługą. Ja... – Och, 
do diabła, powie mu już wszystko. – Kocham cię. Na pewno o tym wiesz, ale to, co dzieje się 
między nami, już mi nie wystarcza. 

Cisza. Jakieś trzy sekundy. 
– Ja też cię kocham – odparł powoli. – Czy o to chodzi? Że tego nie powiedziałem? 

Kocham cię, Tink. 

Język mu się plątał. Zaklął, co było dość niezwykłe. 
– Przykro mi, że nie jesteś szczęśliwa. – Wziął oddech. – Trochę mnie tym zaskoczyłaś. 

Jest środek nocy. Mieliśmy cholernie ciężki wieczór, a ty ni stąd, ni zowąd wyskakujesz z 
czymś takim. 

– Sądziłeś, że tego pragnę? Że to mnie zadowala?
– Było nam razem bardzo dobrze. 
– I przypuszczasz, że tego tylko chcę? Miło spędzać z tobą czas?

background image

– To chyba lepiej, niż źle się bawić. 
– Nie żartuj. 
– Nie lekceważę cię, zależy mi na tobie. Kocham cię. Jestem... no, trochę oszołomiony. 
Zamknęła oczy, po czym znowu je otworzyła. On także powiedział, że ją kocha. Trzy 

razy.   Ale   to   tylko   słowo.   Niektórzy   mężczyźni   chlapią   nim   jak   farbą.   Tak,   oczywiście, 
kocham cię, maleńka. Nie uważała Joego za jednego z nich. 

– Wybacz, ale nie nadążam – powiedziała ochrypłym głosem. – Zgadzasz się?
– A mam wyjście? Skoro tego chcesz. Skoro... – zaklął znowu i po raz pierwszy w jego 

głosie   zabrzmiała   złość   –   zorganizowałaś   mi   pokój.   Nie   mam   podstaw,   żeby   ci   się 
sprzeciwiać, skoro tak czujesz. Ale, do diabła, nie mogłaś mnie jakoś uprzedzić? Powiedzieć 
coś na lotnisku albo... 

– Nie przyszło mi do głowy, że nie dotrzemy od razu do domu. 
– Trzeba było zatelefonować do Auckland. 
– Nie lubisz, kiedy dzwonię. Ty nigdy do mnie nie dzwonisz. 
Nie zaprzeczył. Był zbyt zdenerwowany i zły. 
– Zorganizowałaś mi pokój. 
– To chyba najlepsze rozwiązanie, prawda? Będzie nam łatwiej, obojgu. 
– Rozumiem, że ty tak to postrzegasz. 
– Ale... – Dobra, pora pozbyć się dumy. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo liczyła na 

to, że pokój w hotelu dla lekarzy pozostanie mimo wszystko pusty. Liczyła na to, kiedy go 
zamawiała u Briana, kiedy podejmowała decyzję, i kiedy ich przyjazd do domu się opóźniał. 

– To znaczy, że nie zamierzasz obiecywać, że w przyszłości coś się zmieni? – zapytała. 
Joe wypuścił powietrze, szukając właściwych słów. 
– Nie wydaje mi się, żebym do tej pory obiecywał coś złego. To znaczy, spędzam tutaj 

tylko tydzień w miesiącu. Sama to powiedziałaś. Naprawdę bardzo lubię z tobą przebywać. 
Myślę, że do siebie pasujemy. Moje życie w domu... Wiem, że nigdy o tym nie opowiadam. 
Mówiąc   szczerze,   główny   powód,   z   którego   tu   przyjeżdżam,   to   nie   dodatkowy   zarobek, 
chociaż bardzo tego potrzebuję, ale fakt, że nie muszę myśleć o domu... – Urwał. – Jest 
ciężko. Moje życie w domu jest ciężkie. Tak dobrze jest mieć ciebie, i nie rozmawiać o tym, 
uciec... 

– To jest twój wypoczynek i rozrywka. Tak? Uchwycił się tego z wdzięcznością. 
– Tak. I to jest takie dobre!
– Nie dla mnie, Joe. – Dławiły ją łzy. 
– Nie? – spytał łagodnie. 
– Słowo  „miłość”  najwyraźniej   znaczy dla  ciebie  co  innego  niż  dla  mnie.   Chcę  być 

częścią twojego życia. Twojego całego życia. 

– Nie. – Tym razem nie zwlekał z odpowiedzią. 
– Więc nie powiesz mi nic o... 
– Nie. 
Okej, więc albo powinna oskarżyć go, że zdradza żonę, albo wybiec i trzasnąć drzwiami. 

Nie   zrobiła   ani   jednego,   ani   drugiego.   Trzęsła   się   tak   bardzo,   że   Joe   dostrzegłby   to   z 

background image

odległości trzystu metrów. Nie mógłby tego zignorować, chyba żeby mu na niej wcale nie 
zależało. A jemu zależało. Podszedł do niej, objął ją i podtrzymał, by nie osunęła się na 
dywan. 

– Bardzo przepraszam, Tink – szepnął. – Nie czułem, że to się zbliża. Teraz widzę... Czy 

nie moglibyśmy spróbować... 

– Tak?
Nie  dokończył,   tylko  trzymał  ją w objęciach.  Och,  do diabła,  tak  bardzo  lubiła   jego 

zapach,   nawet   teraz,   kiedy   mieszał   się   z   wonią   samolotu,   smaru   i   kangura.   Zawsze   tak 
pachniał, a ona zawsze uwielbiała ten zapach. Mogłaby w nim zatonąć. Mogłaby uratować się 
dzięki niemu. 

–   Nie,   nie   będę   się   sprzeczać   –   odparł   w   końcu.   –   Nie   mam   nic   do   zaoferowania. 

Przepraszam. Byłem idiotą, bo nie zauważyłem, że chcesz mieć jasną sytuację. Nie jestem 
zainteresowany czymś na dłużej, zobowiązaniami. Po prostu nie, mam tego dość. A poza tym 
naprawdę nie chciałabyś tego czegoś. 

– Ale nie pozwoliłeś mi zdecydować – powiedziała głosem, który był równocześnie ostry 

i niepewny. 

– Możemy teraz skończyć? Chyba musimy, bo nie ma sensu mówić nic więcej. – Stał 

wyprostowany, z ramionami splecionymi na piersi. 

Chciał się zdystansować, odsunąć emocje. Ona usiłowała zrobić to samo. On ma rację. 

Znaleźli się w impasie, i nie zostało nic do powiedzenia. 

– Chyba... nie spodziewają się mnie w hotelu o tej porze? – spytał. 
– Miałeś tam być, gdyby samolot się nie spóźnił, taki był plan. Ale wszyscy jesteśmy tu 

niewyspani  od tygodnia  albo dłużej. Nie chcę tupać po drewnianej podłodze  ani zapalać 
światła o drugiej nad ranem. 

– Moje rzeczy... – Przez dwa lata zebrało się tego parę walizek i pudeł. 
– Jutro pracuję poza miastem. Gdzie umieszczą cię w szpitalu?
– Jeszcze nie wiem. – Joe był zawsze wysyłany tam, gdzie akurat go potrzebowano. 
– Jeśli podrzucisz mnie do bazy,  możesz wziąć samochód – oznajmiła. – Wtedy, jak 

znajdziesz   chwilę   w   ciągu   dnia,   możesz   się   spakować   i   przenieść.   Ja...   nie   spakowałam 
twoich rzeczy, bo... – nie dokończyła. 

–   Nic   nie   szkodzi,   do   diabła,   nic   nie   szkodzi,   Tink.   Przez   sekundę   bym   się   nie 

spodziewał... 

– Weź prysznic. Ja idę do łóżka – powiedziała, nie czekając na niego. 
I, oczywiście, nie mogła zasnąć. 
O   drugiej   trzydzieści   przestała   słyszeć   kroki   Joego.   Najwyraźniej   też   się   położył.   O 

trzeciej porzuciła myśl, by pójść do jego pokoju i wejść do jego łóżka... i straciła nadzieję, że 
on   przyjdzie   do   niej.   O   wpół   do   czwartej   zrezygnowała   z   pomysłu,   by   zadzwonić   na 
położnictwo i pogadać z Georgią albo Grace. 

Zresztą nie miałyby czasu na rozmowę. A gdyby znalazły czas, Joe usłyszałby ją, jak 

szlocha do słuchawki. 

O czwartej poszła po szklankę wody do kuchni i wracając, spotkała Joego. Miał na sobie 

background image

tylko czarne spodnie od piżamy. Próbowali się wyminąć i zderzyli się trzy razy, gorąco się 
przepraszając. Ale to wcale nie było zabawne. 

– Jesteś żonaty, Joe? – zapytała. 
– Nie! – Jego protest zakończył się ochrypłym szeptem. – Nie mam żony. 
– Cóż, to już coś. – Zabrzmiało to bardzo gorzko. 
– Och, Tink, do diabła. Nie rób tego. 
– Czego?
– Nie szukaj powodów. 
– A są powody?
– Oczywiście, że tak. 
– To mi je podaj. 
Ale on nie odpowiedział, ponieważ już się obejmowali jak rozbitkowie z zatopionego 

statku na czarnym morzu. Jego ciało było rozgrzane od snu – a może bezsenności. Christina 
czuła   na   brzuchu   odciśnięty   pasek   jego   spodni.   Znała   to   tak   dobrze.   Jego   podniecenie. 
Łaskotanie włosów, pomrukiwanie. Nie chciała pozwolić, by to się dalej posunęło, ale kiedy 
szukał jej warg, zapomniała o dumie i pragnęła go tak samo jak zawsze. Nie pytał, jak daleko 
może  się posunąć,  ale jego ciało  zadawało  to pytanie  każdym  coraz  bardziej  namiętnym 
pocałunkiem, coraz bardziej intymnym dotykiem. Nie usłyszał odpowiedzi. Drzwi do jego 
pokoju były jakiś metr od nich, więc tam właśnie wylądowali, na jego łóżku. 

– Christina – szepnął. 
Gdy zdjął jej bluzę, zamknęła oczy, a potem wyciągnęła ręce i wplotła palce w jego 

włosy, przyciągnęła jego głowę i pocałowała go tak gorąco, że obydwoje z trudem łapali 
potem oddech. Joe wstał, zdjął jej spodnie od piżamy, a później swoje. Wiedziała, że będzie 
im tak dobrze jak zawsze. Zachowywał się, jakby robił inwentaryzację, zapisywał ją sobie w 
pamięci, równie jak ona świadomy, że kochają się po raz ostatni. 

–   Christina...   –   szepnął   znowu.   Jego   ręce   były   jeszcze   bardziej   delikatne,   ledwie   ją 

muskał, niczym szept. 

Nagle   ogarnęła   ją   złość.   Rzuciła   mu   wyzwanie,   a   on   go   nie   podjął.   Nie   stanął   na 

wysokości   zadania,   więc   dlaczego   ma   czelność   zachowywać   się   tak,   jakby   odgrywali 
współczesnych Romea i Julię?

Zróbmy to, Joe, pomyślała, zaspokójmy swoje pożądanie, przecież tylko tego zawsze ode 

mnie chciałeś. Chwyciła go za biodra, objęła nogami i poprowadziła, pospiesznie się unosząc. 
Robiła wszystko, aby poczuć tę wyjątkową jedność i spełnienie. Potem zaczęła się kołysać, 
wiedząc, jak to na niego działa, pragnęła oddać się mu i ukarać go równocześnie. Udowodnić 
mu, jak bardzo się myli. 

Zamknęła oczy. Miała wszystkie potrzebne informacje zjego ruchów, dźwięków, które 

wydobywały się gdzieś z głębi jego gardła, sposobu, w jaki zaciskał dłonie. Potem przestała 
się tym wszystkim przejmować, nie wiedziała już, gdzie kończy się jej ciało, a gdzie zaczyna 
jego, ale sekundy po tym, jak Joe skończył, znowu podupadła na duchu. Zastanawiała się, co 
na Boga właśnie zrobiła. 

Dała mu odprawę, której nigdy nie zapomni?

background image

Leżeli razem parę minut, zdyszani i nieruchomi, aż w końcu Christina uwolniła się spod 

ciężaru jego ciała. 

– Zostań. – Położył rękę na jej biodrze. 
– Nie mogę, Joe. 
– Dobrze, dobrze. 
Po raz drugi tej nocy zrezygnował z walki o nią. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Ranek  przyszedł  zbyt  szybko.   Christina  usłyszała,  że  Joe  wstał,  gdy  tylko  wyłączyła 

budzik. Przez kilka minut ukrywała się jeszcze w łóżku, ale nie mogła przeciągać tego w 
nieskończoność.   Podreptała   do   łazienki.   Zdołała   uniknąć   Joego   poza   pięciominutowym 
spotkaniem w kuchni, gdzie wypiła szklankę soku. Na myśl o bardziej pożywnym posiłku 
robiło jej się niedobrze, ale z pustym żołądkiem wcale nie czuła się lepiej. 

– Więc mam podrzucić cię do bazy? – spytał. 
– Tak. Możemy już iść, jeśli chcesz. 
– Dobra. Zdążę zerknąć na mój nowy pokój. Tego ranka obydwoje byli spięci. Już nie 

tworzyli zgranego zespołu, który poprzedniego wieczoru ratował małego kangura, wymieniał 
oponę i podwoził chłopaka do miasta. Joe był zły, że już nie jest miło, że Christina zmieniła 
zasady.  Ona była  zła, że on chciał tylko  zabawy,  nawet kiedy oświadczyła  mu jasno, że 
pragnie czegoś więcej. To bolało tak bardzo, że ktoś musi być winny. 

To nie moja wina, myślała Christina, i poczuła się kompletnie wykończona. 
Ona wygląda tak okropnie, jak ja się czuję, stwierdził Joe po drodze. 
Kiedy spisywał jej numer telefonu z tablicy w szpitalu dwa lata temu i zadzwonił do niej 

w   sprawie   pokoju   do   wynajęcia,   nie   przyszło   mu   do   głowy,   że   tak   się   to   skończy.   Na 
początku zamieszkał w hotelu dla lekarzy, ale szybko zrozumiał, że to nie dla niego. Nie 
szukał konfliktów wynikających z niezgodności charakterów ani imprez, na które nie miał 
ochoty, kiedy nie był w nastroju. Potrzebował prywatności. Przyjeżdżał tam zarobić pieniądze 
i trochę odetchnąć. Dom Christiny spełniał jego wymagania. 

Niecałe piętnaście minut po tym, jak ujrzał jej dom i ją samą, wiedział, że jej pragnie. 

Zawsze podobały mu się kobiety w tym typie. Atrakcyjne w sposób naturalny, szczupłe, ale 
nie   pozbawione   zaokrągleń,   o   brązowych   oczach,   które   potrafią   się   śmiać   i   tańczyć.   O 
ciemnych włosach związanych w koński ogon i uśmiechu, który jest bardziej tajemniczy niż 
uśmiech Mony Lizy. Emanowała zdrową energią, była inteligentna i dobra, a tego nie da się 
udawać. Dość szybko powiedział jej o swoich pragnieniach. Przyszło mu to łatwo, niczego 
specjalnie   nie   planował.   Pewnego   ranka   znaleźli   się   razem   w   kuchni,   przygotowując 
śniadanie. Ona stała obok tostera, czekając na grzankę. On podszedł do niej i położył dłoń na 
jej dłoni. Nie cofnęła ręki – nie obawiał się, że tak zrobi – i nie potrzebowali żadnych długich 
rozmów. Objęli się, ich wargi się spotkały, wymienili szeptem raptem kilka słów. 

Och, jak dobrze. Wiesz, że o tym marzyłem, prawda? Twoja grzanka chyba się spaliła. A 

dwa lata później... 

Przez ostatnie dwa miesiące nie zauważył, żeby była nieszczęśliwa, ale cienie pod jej 

oczami i napięte mięśnie twarzy tego ranka to były konkrety, które trudno przegapić. Jej ciało 
także mówiło wiele, sposób, w jaki przyciskała się do drzwi samochodu, skulone ramiona i 
odsunięte od niego nogi. 

Tak, był zły. Zły na nią i na siebie. 
W czasie spędzanym  z Christiną lubił właśnie to, że mógł się zrelaksować, wyjść do 

background image

miasta i się zabawić. Tutaj nie musiał czuć się zły, odpowiedzialny ani przytłoczony ciężarem 
obowiązków, tak jak w domu. 

Cóż,   iluzja,   że   Crocodile   Creek   to   świat   bezpieczniejszy,   szczęśliwszy   i   łatwiejszy, 

została mu właśnie odebrana. Kiedy zerkał na Christinę, nie widział już spokoju, tylko nowe 
kłopoty.  Chciał  chwycić  ją za  ramiona,  potrząsnąć   nią  i  krzyknąć:  Dlaczego   musiałaś   to 
zrobić, kiedy było tak dobrze?

Ale to nie byłoby fair. 
Kiedy dotarli do bazy, pielęgniarka Grace O’Riordan właśnie wjechała na parking swoim 

starym samochodem. Christiną westchnęła cicho i wyprostowała się na jej widok. Joe uznał, 
że się ucieszyła. Ona i Grace były przyjaciółkami. Pewnie teraz sobie porozmawiają. Prawdę 
mówiąc, wszyscy będą gadać. To taki szpital, takie miasto. 

Serce mu zamarło. Miał tego dość w domu, zwłaszcza gdy wychodził gdzieś z Amber. 

Mogła to być anonimowa uwaga, nie tak osobista jak tutaj, a jednak wywoływała to samo 
przykre poczucie, że wszyscy o tobie za plecami mówią. Amber świetnie sobie z tym radziła. 
Joe miał problemy. 

– Możemy pogadać o kluczach i tak dalej później w tygodniu? – zapytał. W niedzielę 

leciał do domu. Wydawało mu się, że ma mnóstwo czasu. 

Skinęła głową, próbowała się nawet uśmiechnąć, ale poddała się i wysiadła z samochodu. 

Patrzył, jak podchodzi do Grace, potem zawrócił i ruszył szybko do szpitala, pełen buntu 
przeciw temu, co się stało. 

W domu dla lekarzy aż huczało od porannych zajęć. Cal mieszkał tam ze swoją na nowo 

odkrytą miłością, doktor Giną Lopez, i ich małym synkiem CJem, ale szukali już jakiegoś 
lokum w mieście. Hamish McGregor snuł się po korytarzach, narzekając na pogodę. Jego 
kontrakt   wkrótce   się   kończył,   Hamish   wracał   do   Szkocji.   Kolejny   mieszkaniec   hotelu, 
Charles Wertherby, niemal legendarny administrator szpitala, miał w tej chwili problemy z 
personelem. 

– Nie gapcie się na mnie – mruknął pod nosem Joe, wchodząc z werandy do kuchni przez 

rozsuwane drzwi. 

W odpowiedzi usłyszał chór powitań. 
– Czy ktoś wie, który pokój jest dla mnie? Emily Morgan poderwała się od stołu:
– Pokażę ci, Joe. 
Plotąc   o   szalonych   hydraulikach   i   harmonogramie   zakupów,   prowadziła   go   ciemnym 

korytarzem, który w połowie drogi otwierał się na boczną werandę. Przeszklone drzwi w 
każdym pokoju ratowały to miejsce, zauważył Joe. Można było wchodzić i wychodzić tak, by 
nikt o tym nie wiedział. Pod warunkiem, że człowiek nauczył się, które deski nie skrzypią, 
pomyślał, słysząc porażający jęk drewnianej podłogi pod stopami. 

– Nikomu nie będzie przeszkadzać, jak postawisz sobie tutaj krzesło – rzekła Emily. – 

Kiedy nikogo tu nie ma, jest całkiem spokojnie. 

– A czy to się kiedykolwiek zdarza?
– Teoretycznie. – Zaśmiała się cicho. 
Hamish wyszedł w pośpiechu przez sąsiednie drzwi. 

background image

– Lucky – rzucił do kolegi. 
Emily odprowadzała go niespokojnym wzrokiem. 
–   Nie   czuję   się   w   tej   chwili   specjalnie   szczęśliwy.   Myślałem,   że   Christina   jest 

szczęśliwa... Tak. – Joe urwał nagle, kiedy zobaczył zakłopotanie w oczach Emily. 

– Och, Joe, on nie mówił o tobie... i wybacz, czy Christina nic ci nie mówiła?
– Mówiła? – powtórzył jak echo. – Oczywiście, że mi powiedziała. Dlatego tu jestem, 

prawda? – rzekł ponuro. 

– Chodzi o dziecko znalezione podczas rodeo – podjęła Emily, jąkając się w przypływie 

skruchy. – Na początku nie znaliśmy jego imienia, więc nazwaliśmy go Lucky i tak zostało, 
chociaż oficjalnie nazywa się Jackson Cooper. Trochę się zdenerwowałam, Hamish tak się 
spieszył. 

– Coś się stało?
– Nie wiem, a wszyscy tak się zaangażowaliśmy. Megan i jej synek mieli się już dobrze. 

Zostaną  wypisani,  kiedy stwierdzimy,  że  ich sytuacja  rodzinna  się poprawiła,  no i  kiedy 
wszystko będzie w porządku z karmieniem. W tej chwili rodzice Megan nie wiedzą nawet, że 
ich córka ma dziecko, a ona odmawia powrotu do domu. Ma dopiero dziewiętnaście lat. Jeśli 
coś jest nie tak... 

– Aha. – To wszystko, co był w stanie powiedzieć. Emily dotknęła jego ręki. 
– Jeśli chodzi o ciebie i Christinę, przykro mi. Ludzie będą gadać, oczywiście, i nie będą 

taktowni, ale tylko dlatego, że oboje jesteście nam bliscy. To nie nasza sprawa, wiem. 

– Nic nie szkodzi, to moja wina. 
Skinęła głową, wyglądała, jakby chciała coś dodać, ale ostatecznie się rozmyśliła. 
– Zostawię cię teraz. Pracujesz dzisiaj, prawda?
– Powinienem tam być za dwie minuty – odparł, żeby się jej pozbyć. Oboje wiedzieli, że 

wcale nie musi się tak spieszyć. 

Kiedy   wyszła,   rozejrzał   się   dokładnie   po   pokoju.   Christina   przygotowała   mu   łóżko, 

poznał pościel, w której czasami spał w jej domu. Na półce postawiła kilka książek. Wiedział, 
że nie były to tylko pozostałości po poprzednim lokatorze, ponieważ rozpoznał nazwiska 
autorów, których lubił. Nikt inny w Crocodile Creek nie znał go tak dobrze. 

Nikt inny nie wiedział, jakiej pasty do zębów używa, i że nie znosi zaschniętego kołnierza 

miętowej  pasty wokół  otworu tubki.  Nikt  inny  nie  miał   pojęcia,   jakiej   muzyki  słucha  w 
leniwe niedzielne poranki. Nikt nie znał głupiego głosu, którym rozmawiał z przyjaznymi 
kotami. 

To   nieprawda,   że   Christina   nie   stanowiła   części   jego   życia.   Nawet   jeśli   nigdy   nie 

rozmawiał z nią o swoim domu, znali się dobrze. A to, co ich łączyło, było ważne, choć 
spędzali razem niewiele czasu i skupiali się głównie na dniu dzisiejszym. 

Postawiła nawet kwiaty na stoliku przy łóżku, by złagodzić tę nieco spartańską atmosferę 

– jakieś kolorowe pnące rośliny z jej ogrodu. Wiedział to, ponieważ zawsze starała się mieć 
kwiaty w domu. Serce go zabolało i znienawidził siebie za to, że tak bardzo ją zranił. Bolało 
także dlatego, że spadło to na niego znienacka, i dlatego że wciąż nie wierzył, że mógłby 
ofiarować jej coś więcej. 

background image

W samolocie nie dało się rozmawiać. Bez słuchawek poziom hałasu był zbyt wysoki, a ze 

słuchawkami... Cóż, kto chciałby wyjawiać sekrety własnej duszy do plastikowego zestawu 
słuchawkowego? Podczas rutynowych działań poprzedzających lot Grace klepnęła ją w ramię 
i uśmiechnęła się ze współczuciem. To upewniło Christinę, że wiadomość ojej rozstaniu z 
Joem już się rozeszła. 

Tego dnia mieli tylko dwa przystanki. Pierwszy miał być krótszy, na farmie hodowlanej 

na   północnym   zachodzie,   której   właścicielem   była   potężna   spółka.   Około   jedenastej 
trzydzieści   przeskoczą   stamtąd   do   Gunyamurry,   małego   miasteczka   w   okolicy,   gdzie 
odbywało się rodeo, podczas którego jedenaście dni wcześniej znaleziono małego Jacksona. 

–   To   było   jak   jeden   z   tych   cudów,   które   zdarzają   się   podczas   trzęsienia   ziemi,   co, 

Christina? – powiedziała Grace do słuchawki. – Wiesz, kiedy to znajduje się żywe dziecko, 
które spędziło kilka dni pod gruzami?

– Chyba tak. 
Amity   Downs   było   spokojnym   miejscem,   gdzie   trafiały   się   głównie   podręcznikowe 

przypadki, jakie spotyka się na takich wyizolowanych terenach. Choroby wywołane stresem 
nasilonym  z powodu suszy,  drobne urazy,  którymi  nie zajęto się w porę i wywiązała się 
infekcja.   Poza   tym   przeprowadzali   tam   rutynowe   kontrole,   w   tym   kobiet   w   ciąży,   które 
czekała długa podróż do szpitala, kiedy przyjdzie termin porodu. 

Zostawili część sprzętu w niedużej sali Związku Kobiet Wiejskich, która pełniła też rolę 

gabinetu podczas ich wizyt. W budynku cuchnęło stęchlizną. Związek Kobiet prowadził małą 
bibliotekę, gdzie obok nowych romansów znajdował się spory wybór klasyki australijskiej: 
Mary   B.   Grant,   Bruce   Billabong   i   Ethel   Turner.   Były   to   piękne   powieści,   ale   rzadko 
wypożyczane, i pewnie pojawiły się w nich zarodniki pleśni. Christina otworzyła wszystkie 
okna. 

Potem przyszła pora na lunch, zanim przyjmą pierwszego pacjenta. Miasteczko nie miało 

kawiarni ani barku, więc przywozili ze sobą coś do jedzenia. 

– A ja mam termos gorącej wody na herbatę – wyznała Grace. 
Jej miłość do herbaty zdradzała jej irlandzkie pochodzenie – piła mocną słodką herbatę z 

mlekiem. Także jasna piegowata cera świadczyła ojej korzeniach. Poza tym miała niebieskie 
oczy   i   cudowny  śmiech.   Trzeba   by   być   naprawdę   w  fatalnym   stanie,   by   nie   zarazić   się 
śmiechem Grace. Wybuchał z jej nieco pulchnego ciała i spływał kaskadą niczym gama. A 
Grace znajdowała powód do śmiechu niemal we wszystkim. 

– Nie siedźmy w tym obskurnym budynku, pijąc  z  kubków, które pochodzą z czasów 

sprzed wynalezienia radia – powiedziała. 

– I pewnie nie były porządnie myte od tamtej pory. 
– No właśnie. Przycupnijmy sobie pod jakimś drzewem. I myślę, no wiesz, możemy... 
– Tak, Grace, chcę pogadać. 
Oczy Grace błyszczały i współczuły równocześnie. 
– Wyrzuć to wszystko z siebie, jak paskudny pasztet. 
Christina zaśmiała się, ale zakończyło się półszlochem. 

background image

– Och, cholerny świat, Grace, tak obrzydliwie się czuję. Jest gorzej, niż myślałam. 
– No wiesz, kiedy wyrzucasz idealnego faceta, który nie chce być wyrzucony, i to bez 

ważnego   powodu...   No,   powiedz   wszystko   cioci   Grace.   –   Zabrzmiało   to   absurdalnie, 
ponieważ Grace była młodsza od Christiny co najmniej o pięć lat. 

Usiadły w jedynym zacienionym miejscu, jakie znalazły w pobliżu, obok zbiornika na 

wodę   deszczową,   który   stał   na   tyłach   budynku,   gdzie   rosło   kilka   drzew   pieprzowych. 
Christina bawiła się ich listkami, zrywała je i pocierała w palcach, po czym wdychała gorzką 
woń. 

Normalnie bardzo lubiła przekraczać góry i lecieć na te odległe suche tereny, które tak 

bardzo różniły się od wilgotnego wybrzeża. Taki sam szeroki horyzont i bezkresne niebo, ale 
panowały tu cisza i bezruch, które jak nigdzie indziej zostawiały człowieka sam na sam ze 
sobą. 

Christina zaczęła opowiadać. Mówiła o wszystkim, co kocha w Joem, co przed nią ukrył, 

o swojej decyzji, o pokoju w hotelu, i swoim odczuciu, że ten pokój to błąd, ponieważ z tego 
powodu Joe był zły. 

– A fakt, że droga z lotniska do domu zabrała nam ponad dwie godziny, wcale nam nie 

pomógł. 

– A co, szliście na rękach?
Christina powiedziała Grace o serii fatalnych przypadków. 
– A jak zajechaliśmy do domu, nie potrafiłam dłużej tego odkładać, bo gdyby to wisiało 

nade mną do dzisiejszego wieczoru albo gdyby Joe dowiedział się od kogoś innego o tym 
pokoju... 

Zjadły kanapki i wypiły herbatę, i dalej rozmawiały. 
–   Myślałam   nawet,   że   może   jest   żonaty   –   przyznała   Christina   –   ale   nie   chce   mi 

powiedzieć ze względu na jakieś okoliczności. Chyba... próbowałabym go zrozumieć. 

– Tak? Wielki mit o żonatych mężczyznach. Niby co mogłoby go tłumaczyć?
– Na przykład to, że jego piękna żona w ciemności zamienia się w łabędzia. 
– Aha. 
–   A   jeśli   on   ją   zostawi,   klątwa   będzie   nieodwracalna   i   ona   zostanie   już   na   zawsze 

łabędziem. 

– Tak. – Grace cmoknęła. – Poznałam wielu mężczyzn, którzy mieli problem z żoną 

łabędzicą. 

– Dobra, dobra, więc nie byłam w stanie wymyślić powodu, który bym zaakceptowała. 
– A pytałaś go kiedyś?
– Czy jest żonaty?
– Tak, wprost. Joe, czy jesteś żonaty?
– Dzisiaj o czwartej rano – wyznała Christina. – Kiedy spotkaliśmy się w przedpokoju, bo 

żadne z nas nie mogło zasnąć. – Nie rozwijała, co stało się później. 

– I co on na to?
– Że nie jest. 
– Ale mógł kłamać. 

background image

– To by znaczyło, że nie znam się na ludziach – wybuchnęła Christina. Jak mogłaby się 

tego nie domyślić?

– Tysiące kobiet w historii nie miało pojęcia, że ich facet ma żonę. 
– Grace, a zaufanie?
– Wybacz, ale sama o tym pomyślałaś. 
– To prawda. 
– Zostało nam w termosie trochę wody. Wypijesz jeszcze filiżankę herbaty?
– Nie, dzięki. 
Raptem   usłyszały   jakiś   hałas   i   zobaczyły   kobietę   wychodzącą   zza   rogu   budynku. 

Prowadziła konia za uzdę. 

– Czy mogę go tutaj uwiązać? – spytała. – Przyjechałam do lekarza. Jestem za wcześnie?
–   Proszę   go   uwiązać   –   odparła   Christina.   –   Czy   zwykle   przyjeżdża   pani   konno   do 

miasteczka?

–   Zwykle   jeżdżę   samochodem.   I   nie   przyjeżdżam   często.   –   Wyglądała   na   zgrzaną   i 

zmęczoną. – Czy w środku jest jakieś wiadro? Muszę go napoić. 

Spojrzała na metalowy kran wystający ze zbiornika, a potem na sam zbiornik. W tej 

części kraju nie padało wiele. Uderzając dłonią w zardzewiałe żelazo, nasłuchiwała odgłosu. 

– Coś tam jeszcze zostało – stwierdziła. – Woda. Tego bym sobie zażyczyła, gdybym 

potrafiła czarować. Wszystko zamieniłabym w wodę. Złoto jest bezużyteczne. 

– W środku na pewno jest wiadro – powiedziała Grace. – Proszę zaczekać. 
Zniknęła za tylnymi drzwiami budynku. Kobieta, którą Christina oceniła na pięćdziesiąt 

lat,   oparła   czoło   o   satynowy   kark   konia.   To   było   trochę   dziwne,   że   Christina   jej   nie 
rozpoznała. Z pewnością mieszka tu od dawna, nie jest przyjezdna. Wiedziała, jak uderzyć w 
zbiornik   wody,   by   ocenić   poziom   wody   po   odgłosie,   co   sugerowało,   że   urodziła   się   i 
wychowała w buszu. Christina od kilku lat latała do tego miasteczka i nigdy jej nie spotkała. 

– Pracuje pani czasem w szpitalu, prawda? – spytała kobieta po chwili. – Ma pani tam 

kolegów?

– Tak, znam prawie wszystkich – odparła Christina. 
– A pacjentów? Moja córka leży tam w tej chwili. Megan Cooper. 
– Och, Megan. – Jedno się wyjaśniło. – Wszyscy znamy Megan i... – Christina urwała 

przerażona, że o mały włos się nie wygadała. 

Mały Lucky, szczęściarz, teraz oficjalnie Jackson Cooper. Christina opowiedziała Joemu 

dramatyczną  historię  narodzin   chłopca,  a  Grace   zastanawiała   się  głośno  nad  całą  sprawą 
podczas lotu tego ranka. 

Megan wciąż odmawiała zgody na przekazanie swoim rodzicom informacji o dziecku. Jej 

matka   – ta   zmęczona,   spragniona   deszczu  kobieta  –  myślała,   że  Megan poroniła.   Ojciec 
dziewczyny nawet tyle nie wiedział. Etyka lekarska nie pozwała nikomu z personelu szpitala 
nic zrobić w tym zakresie. Gdyby tylko rodzice Megan mogli pojechać do Crocodile Creek i 
odwiedzić  córkę,   wszystko  z   pewnością  by się  wyjaśniło.   Ale  farma  Cooperów  była   tak 
dotknięta przez suszę, że ani Honey, ani jej mąż nie brali dotąd pod uwagę długiej podróży na 
wybrzeże. Wybierali się po córkę dopiero, kiedy zostanie wypisana. 

background image

A jednak los chciał inaczej. 
– I... wiemy, że przeszła trudne chwile – podjęła Christina, modląc się, by pani Cooper 

nie zauważyła jej gafy. – Na pewno jest pani bardzo szczęśliwa, że córka ma się już dobrze. 

– Nawet jej nie widziałam. To jest... niemożliwe w tej chwili. 
– Chyba nie podróżuje pani często. 
– Tylko wtedy,  kiedy muszę. To dlatego przyjechałam na Buckleyu, chociaż to dwie 

godziny jazdy konno. Gdybym wzięła samochód, Jim zaraz chciałby wiedzieć, po co jadę, i 
by mnie  zatrzymał.  – Zobaczyła  minę  Christiny.  – Nie jestem więźniem.  – Zaśmiała  się 
zmęczona. – Cóż, może i tak, ale to nie Jim trzyma mnie w kajdanach, tylko susza. I praca. 
Proszę posłuchać... 

Christina najchętniej  od razu zaczęłaby leczyć  jej depresję i stres, nie mierząc  nawet 

ciśnienia. 

– Może wejdziemy do środka i zbadam panią, a potem powie mi pani całą resztę, dobrze? 

– powiedziała. 

– Och, nie chodzi o mnie, pani doktor – rzekła pani Cooper. – Chodzi o mojego męża 

Jima. 

Grace pojawiła się z wiadrem i trzeba było zająć się koniem. Jego potrzeby były o wiele 

prostsze niż potrzeby Honey Cooper. 

– Jim nie da się zbadać – rzekła Honey zmęczonym głosem. Siedziała teraz w małym 

biurze,   w   którym   Christina   i   Grace   przyjmowały   pacjentów.   –   Dostał   receptę   na   lek 
obniżający ciśnienie, ale już się skończył. Czy może mi pani wypisać drugą?

– Niestety, pani Cooper, przykro mi. Musi sam przyjechać. 
– Daję mniej soli, odkąd mi tak kazali w szpitalu po jego ataku serca. Ale on sobie dosala 

przy stole. Mówi, że za bardzo się poci, żeby nie jeść soli. A jeśli chodzi o stres... Pracuje za 
ciężko, jego serce jest w okropnym stanie. Powiedziano mu, że powinien dostać bypassy. Co 
ja mam zrobić, doktor Farrelly?

– Musi go pani przekonać, żeby do nas przyjechał. Naprawdę muszę go zbadać, zanim 

zalecę jakiekolwiek leczenie, nawet jeśli to tylko kwestia odnowienia recepty, którą dostał 
wcześniej. 

Honey   Cooper   zamknęła   oczy   i   wzruszyła   ramionami.   Wszędzie   i   nieprzerwanie 

dźwigała ze sobą swój krzyż. 

Minionego wieczoru Joe wspomniał o ciężarze, który zostawił w Nowej Zelandii i od 

którego   lubił   uciekać,   Christina   stanowiła   jego   tymczasowe   niebo.   Może   tego   właśnie 
potrzebował, może nawet na to zasługiwał, ale ona nie chciała już być wykorzystywana w 
taki sposób. 

Pomyślała, by przepisać Honey Cooper romans. Lekarstwo Joego Barretta. To naprawdę 

pozwoli   pani   zapomnieć   o   kłopotach,   pani   Cooper.   To   sprawi   cuda.   Pomysł   był   tak 
idiotyczny, że o mały włos się nie zaśmiała, a potem znowu ogarnęła ją złość na Joego. 

– Proszę pozwolić, że panią zbadam, skoro już pani tu jest – zwróciła się do Honey i 

stwierdziła, że jej ciśnienie krwi jest także podwyższone. 

Honey   ucieszyła   się   z   tej   wiadomości,   a   Christina   doskonale   wiedziała   dlaczego. 

background image

Lekarstwo, które jej przepisze, Honey da mężowi. 

– Niech pani spróbuje przywieźć go następnym razem – poprosiła, gdy kobieta wstała. – 

A może uda wam się przyjechać do miasta. Megan... – Zawahała się, rozdarta z powodu 
złożoności kłopotów tej rodziny – Ona potrzebuje pomocy, żeby sobie jakoś ułożyć życie – 
dokończyła, wiedząc, że powiedziała i tak za dużo. 

Ale   matka   Megan   była   zbyt   przygnieciona   innymi   zmartwieniami,   by   wychwycić 

jakiekolwiek subtelne aluzje. 

– Do miasta? – powtórzyła jak echo. – Tak, kiedy będzie gotowa wracać. 
Gdy   Christina   odprowadzała   Honey   do   większego   pomieszczenia,   które   służyło   za 

poczekalnię, przed budynkiem zaparkował samochód terenowy. 

– Wysiadajcie – usłyszała  męski głos. – Jesteśmy spóźnieni i będziemy czekać  dwie 

godziny. 

Honey wyjrzała przez okno i zamarła. Grace nie zauważyła jej reakcji. Właśnie poprosiła 

matkę z dzieckiem na badanie kontrolne i szczepienie. Dwójka czekających pacjentów jednak 
to spostrzegła. Odległości były tam spore, ale sąsiedzi to zawsze sąsiedzi, i znają nawzajem 
swoje sprawy. 

– Cześć, Philip. – Mężczyzna po pięćdziesiątce o skórze spalonej słońcem burknął jakieś 

pozdrowienie   i   wyciągnął   rękę,   gdy   właściciel   samochodu   wkroczył   pewny   siebie   do 
poczekalni. 

Christina   znała   nowo   przybyłego,   chociaż   spotkali   się   zaledwie   parę   razy.   Philip 

Wetherby,   młodszy   brat   Charlesa   Wetherby’ego,   liczący   około   czterdziestki,   prowadził 
ogromną farmę hodowlaną w okolicy. Bracia nie byli ze sobą blisko – ledwie rozmawiali, ale 
w mieście nikt nie wspominał, dlaczego tak się działo. 

– Cześć, Greg – rzucił Philip do mężczyzny, który go powitał. – Dobrze cię widzieć. 

Twoje matki utrzymują wysoką cenę?

– Spadają. Jeśli wkrótce nie będzie deszczu... Philip rozejrzał się po poczekalni. Honey 

odwróciła się plecami i studiowała plakaty na ścianie. Jego wzrok spoczął na niej. Rozpoznał 
ją, ale jej nie przywitał, i szybko uciekł wzrokiem. 

– To głupi system, że przyjmują według kolejności zgłoszeń – stwierdził. – Nie mam 

czasu siedzieć tu całe popołudnie. – Przeszył Christinę zniecierpliwionym wzrokiem. – Moja 
żona Lynley ma migrenę, a ja musiałem przywieźć tu tych ludzi. – Zniżył głos, przenosząc 
spojrzenie na trzech aborygenów, którzy mu towarzyszyli. Zapewne zatrudniał ich na farmie. 
– Trzeba ich traktować jak dzieci, sami się sobą nie zajmą. – Nie czekał na odpowiedź. – 
Gdybyśmy mogli wejść pierwsi... 

– Obawiam się, że to niemożliwe – odparła chłodno Christina. – Przyjmujemy według 

kolejności zgłoszeń, chyba że sprawa jest pilna. 

– Moje bydło pilnie mnie potrzebuje, ale pani mi powie, że to nie ma znaczenia. 
– Przepraszam. – Uśmiechnęła się uprzejmie, po czym odwróciła się i poprosiła kolejnego 

pacjenta. 

Wiedziała, że Philip Wetherby będzie wściekał się za jej plecami. Aż trudno uwierzyć, że 

to   brat   Charlesa.   Chociaż   Charles   miał   kłopoty   ze   zdrowiem   i   był   przykuty   do   wózka 

background image

inwalidzkiego,   to   Philip   sprawiał   wrażenie   słabszego.   Upokarzał   ludzi,   żeby   czuć   się 
silniejszym. Dzięki pracy fizycznej był mocnej budowy, ale siła fizyczna nie równała się u 
niego sile charakteru. 

Charles   patrzył   ze   współczuciem   prosto   w   serca   innych   ludzi,   Philip   zaś   patrzył 

krytycznie, widząc tylko to, co mógł wykorzystać przeciwko danej osobie. Jego wargi zwisały 
w kącikach, a górna była  zbyt  cienka. Nie zauważyłoby się tego u kogoś, kto często się 
uśmiecha, ale u Philipa ta cecha rzucała się w oczy. 

Burcząc coś pod nosem, usiadł z dala od swoich pracowników. A kiedy Honey wyśliznęła 

się przez drzwi, prychnął, co mogło znaczyć wszystko. 

Christina   nie   zamierzała   ulegać   temu   zadufanemu   człowiekowi,   a   jednak   za   każdym 

razem, gdy prosiła kolejnego pacjenta, była zdenerwowana. Ulżyło jej dopiero, gdy przyjęła 
trzech pracowników Wetherby’ego. 

– Proszę przyjść za dwa tygodnie na kontrolę – powiedziała ostatniemu z nich, wiedząc, 

że   Philip   nie   będzie   z   tego   zadowolony.   Może   następnym   razem   każe   temu   mężczyźnie 
przyjechać na własny koszt. 

Kiedy   skończyły   pracę,   minęła   czwarta   trzydzieści   po   południu.   Dwóch   pacjentów 

Christina  wysłała   na  dalsze   badania   w Crocodile   Creek.  Musiały  teraz  szybko  spakować 
sprzęt, bo ich pilot, Glenn Corcoran, chciał przed zmierzchem dotrzeć do domu. 

Grace miała ochotę na pogaduszki. A może była tylko miła i chciała, by Christina nie 

myślała o Joem?

– Pani Strachan rośnie na potęgę – powiedziała. – Moim zdaniem urodzi wcześniej, choć 

mówiła,   że   dwoje   poprzednich   dzieci   przyszło   na   świat   tydzień   po   terminie.   Jak   sobie 
poradziłaś z tym zarozumialcem z Wetherby Downs?

– Nie lubisz brata Charlesa?
– A ty? Jemu przydałby się sprzęt do wspinaczki jaskiniowej. Jestem pewna, że nasz 

Charles z radością by go dostarczył, razem z bardzo niedokładną mapą. 

Christina roześmiała się i poczuła, że ucisk w okolicy serca zelżał odrobinę. 
– Dobrze mi robi twoje towarzystwo, Grace. 
– I o to chodzi, Chrissie. Wybacz, nie lubisz, kiedy tak mówię. Powiedz mi o Honey 

Cooper. 

– Znasz ją?
– Kiedyś przyjechała do nas z mężem. Pewnie nie miałaś wtedy dyżuru. Cooperowie są 

ludźmi, którzy nie przechorowali ani jednego dnia, ale wpadli w kierat dwadzieścia lat za 
wcześnie. 

– Po tym podsumowaniu chyba nie muszę ci nic mówić o Honey Cooper?
– Więc po co przyjechała?
– Po poradę dla męża, który został w domu. Oboje mają wysokie ciśnienie. Jim nie bierze 

swoich problemów z sercem poważnie. Jego żona traktuje je serio, ale niewiele może zrobić. 

Grace wzruszyła ramionami. 
–   Mogłabym   książkę   napisać   na   temat   psychologii   mężczyzny   i   jego   partnerki   w 

australijskim buszu. – Zamknęła szafkę, gdzie przechowywały podstawowe leki. – Możemy 

background image

ruszać?

– Chyba tak. 
Pani   Considine,   wierna   członkini   Związku   Kobiet   Wiejskich,   która   prowadziła   małą 

pocztę i sklepik, zamknęła swój interes, by pomóc im zanieść rzeczy na pas startowy na 
skraju   miasteczka.   Glenn   marszczył   czoło,   patrząc   na   światełko   ostrzegawcze   na   tablicy 
przyrządów   kontrolno-pomiarowych,   które   nie   powinno   się   zapalić.   Sprawdził   wskaźnik 
paliwa i mruknął kilka złowieszczych zdań, po czym znalazł usterkę, którą szczęśliwie łatwo 
dało się usunąć. 

– Straciliśmy dwadzieścia minut – stwierdził, patrząc na zegarek. 
Był dobrym pilotem i potrafił wyprzedzać potrzeby personelu medycznego, który z nim 

leciał, ale, jak powiedziała kiedyś Grace, brakowało mu genu humoru. 

– Mógłby być najatrakcyjniejszym facetem na naszej planecie – a muszę przyznać, że 

wiele mu nie brakuje – ale jeśli chodzi o mnie, jest równie seksowny co paczka płatków 
kukurydzianych. 

Christina zgadzała się z nią. Spędzała z nim w pracy wiele godzin, ale nie zaprosiłaby go 

na swe wesele. 

– Co, twoja dziewczyna nie może czekać tak długo? – zażartowała Grace. 
Glenn  uniósł brwi  i  wzruszył  ramionami,   potem  zaśmiał  się  mechanicznie,   ponieważ 

iskierki  w oczach Grace dały mu  znak, że należy się zaśmiać.  No i zabrał  się za swoje 
rutynowe zajęcia. 

Christina założyła słuchawki na głowę i wyjrzała przez okno, czekając, aż wystartują. 

Popołudniowe   słońce   ciemnym   złotem   malowało   rdzawe   skały   i   wyschniętą   ziemię.   Za 
samochodem pędzącym z zachodu do Gunyamurry unosiła się smuga kurzu. W tej ogromnej 
przestrzeni   miasteczko   zawsze   wyglądało   na   malutkie,   jakby   jakiś   olbrzym   rzucił   garść 
pudełek od zapałek na pusty stół. 

Próbowała docenić majestat  tego wszystkiego,  powiedzieć  sobie, że jej nieskończenie 

małe   miejsce   we   wszechświecie   nie   uzasadnia   tak   wielkiego   bólu   serca   spowodowanego 
przez pewnego Nowozelandczyka, ale to nie zadziałało. 

Tymczasem zbliżała się do nich smuga kurzu za samochodem. Glenn zwiększył obroty 

silników i samolot zaczął kołować. Za kilka chwil zostawią pod sobą ziemię, a mniej więcej 
za godzinę dotkną jej znów w Crocodile Creek. 

Samochód i ciągnący się za nim parasol kurzu wciąż znajdowały się w centrum uwagi 

Christiny.   Równolegle   do   pasa   startowego   biegła   droga   dojazdowa.   Zdezelowany   pojazd 
mknął po niej, jakby ścigał się z samolotem. Szalony kierowca, czy nie słyszał o fatalnym 
wypadku w osadzie Wygera półtora tygodnia temu?

Potem Christina dojrzała kobietę za kierownicą, widziała jej przerażoną minę i szalone 

gesty, poznała ją i zrozumiała, że to wcale nie jest zwykły wyścig, ale wyścig o czyjeś życie. 

– Glenn! – zawołała do mikrofonu. – Odwołuję start. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Co myślisz, Joe? – spytał Hamish McGregor. Stali w maleńkim pokoju dla dzieci, który 

stanowił   część   oddziału   położniczo-ginekologicznego.   Była   tam   dwójka   dzieci.   Zdrowa 
dziewczynka, która przyszła na świat w terminie i miała tego dnia wyjść z mamą do domu. 
Marudziła   w   nocy,   więc   jej   mama   korzystała   z   chwili   drzemki.   Drugim   dzieckiem   był 
Jackson Cooper. 

Lucky. Czyli Szczęściarz. 
Joe   miał   mnóstwo   myśli.   Nie   wszystkie   dotyczyły   tego   małego   chłopca.   Nie   mógł 

zapomnieć rozmowy z Christiną, nie mógł uwierzyć, że ich związek naprawdę się skończył. 

Skupił   jednak   uwagę   na   chłopcu.   Niewysoka   gorączka,   niepokój,   brak   apetytu.   W 

przypadku niemowlaków wszystkie symptomy trzeba traktować poważnie. Tym bardziej że 
ten malec przeszedł już i tak zbyt wiele. 

– To musi być infekcja – oświadczył. – Blizna po przecięciu pępowiny wygląda bardzo 

dobrze. Pępowina jest ładna i sucha. Mówiłeś, że wyniki badania krwi i moczu też są dobre. 
To   jedna   z   tych   niespecyficznych   infekcji.   Trzeba   dać   kroplówkę,   coś   na   obniżenie 
temperatury i antybiotyk. Czy matka karmi go piersią?

– Próbuje. Nie zdziwię się, jeśli zrezygnuje. 
– Byłoby naprawdę źle, gdyby to zrobiła. 
– Ty masz nieodparty urok, Joe. Przekonaj ją. 
I tak Joe spotkał się z Megan i Jacksonem, pacjentami, o których mówił cały szpital. 
– Karmienie piersią to dla niego najlepsza rzecz, Megan – odezwał się do dziewczyny. 
– Chyba nie umiem tego robić. – Jej poczucie porażki wydawało się nałogowe. 
–   Ależ   umiesz.   –   Przykucnął   obok   krzesła,   na   którym   siedziała   z   dzieckiem.   –   Jest 

mnóstwo rzeczy, które znajdują się poza twoją kontrolą, ale karmienie piersią do nich nie 
należy. Powiem ci coś. Moja matka bardzo się starała, ale nie mogła karmić mojej siostry. 

Zdał sobie sprawę, że mówi za dużo. Emocje go poniosły. 
– Nie mogła? – spytała Megan. 
– Moja siostra ma kłopoty ze zdrowiem. – Machnął ręką, żałując, że zaczął ten temat. 

Prawie nigdy nie wspominał pacjentom o swojej rodzinie. – Rzecz w tym, że możesz zrobić 
to dla Jacksona, jeśli tylko  zdecydujesz,  że to ważne. A tu są ludzie, którzy ci pomogą, 
gdybyś tego potrzebowała. Wystarczy, że naciśniesz ten dzwonek. 

– Była taka miła lekarka... kobieta... 
– Doktor Farrelly?
– Nie, doktor Turner. Ona mi pokazała, co robić. I pielęgniarka też. Chyba nie ma dzisiaj 

dyżuru. Nie jestem głupia, nie musi pan mówić do mnie protekcjonalnie. 

– Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało. 
– Rozumiem, co pan mówi. Chcę dalej próbować, ale on dzisiaj nie jest zainteresowany, a 

mnie się zdaje, że źle go ułożyłam. 

Spojrzał na nią uważniej, i zobaczył, że ma rację. 

background image

–   Mały   ma   trochę   gorączki,   dlatego   nie   chce   jeść.   Damy   mu   coś   na   obniżenie 

temperatury.   Wyniki   badań   są   dobre,   ale   na   wszelki   wypadek   zastosujemy   antybiotyk. 
Możesz spróbować odciągnąć pokarm, przez smoczek ssie się łatwiej, a dzisiaj ssanie jest dla 
niego męczące. 

– Ktoś mi pomoże, tak?
– Tak. 
Uśmiechnęła się w końcu, a on zrozumiał, dlaczego cały szpitalny personel wstrzymał 

oddech przez tę dziewczynę i jej dziecko. 

Glenn walczył  z samolotem, by nie przekroczyć  prędkości, a koniec pasa startowego 

zbliżał się szybko. 

– Jeszcze dziesięć metrów i musielibyśmy startować, zdajesz sobie sprawę?
– Wiem. – Głos Christiny drżał. Nie bała się latać, ale obawiała się odwołania lotu w 

ostatniej chwili czy trudnego lądowania. 

– Więc lepiej, żeby to było coś ważnego. 
– Myślę, że tak jest. Za nami na drodze jest Honey Cooper, babka Lucky’ego, i nie sądzę, 

żeby chciała nas tylko pożegnać. 

Grace wyciągnęła szyję. 
– To Honey! – potwierdziła. – Jedzie w stronę bramy. Coś się musiało stać, i to zaraz po 

jej powrocie do domu. 

– Chce spotkać  się z nami  jak najbliżej  samolotu  – stwierdził  Glenn. On także  znał 

historię Lucky’ego. 

– Muszę zawiadomić bazę o zmianie planów. 
– Jest z nią Jim – zauważyła Grace. – Widzę go na siedzeniu pasażera. O Boże, to pewnie 

znowu zawał – dodała bardziej do siebie niż do kolegów. 

I tak też było. Honey zaparkowała przy końcu pasa startowego i otworzyła  drzwi od 

strony pasażera. Jim siedział sztywno, zbolały, siny na twarzy. Obficie się pocił i ledwo łapał 
oddech. 

– Jim? – odezwała się Christina. – Może pan mówić? Bardzo pana boli?
– Zabija mnie – jęknął. – Pomóżcie mi. 
– Położymy pana na ziemi. – Było tam pełno pyłu, ale za to płasko, a jeśli będą musieli 

go reanimować, robić masaż serca... 

– Po co? Co mu zrobicie? – pytała Honey.  Wyglądała, jakby przez minioną godzinę 

postarzała się o dziesięć lat. – Mam koc. 

– Niech go pani zwinie. – To im pomoże podtrzymać Jima w pozycji, w której łatwiej mu 

będzie oddychać. 

– Tak... tak... 
Glenn zawsze wiedział, kiedy jest potrzebny, i teraz stanął przy nich. 
– Pomóż mi położyć go na ziemi – poprosiła Christina, a on skinął głową. Potem spytała 

Jima:

– Może pan przełknąć aspirynę? To bardzo pomoże. Zajmiemy się panem i wszystko 

będzie dobrze. 

background image

– Mam aspirynę w torebce – oznajmiła Honey i zaczęła w panice grzebać w skórzanym 

worku, który pewnie Megan zrobiła dla niej podczas zajęć praktycznych w szkole. 

– Połknie ją pan, Jim? – powtórzyła Christina. 
– Proszę ją wziąć do ust i połknąć, dobrze?
Jim wydal z siebie dźwięk, który wzięła za „tak”. 
– Jaka to aspiryna? – Zastanawiała się, czy nie wyjąć lekarstwa z ich zapasów, ale jeśli to 

trzysta miligramów rozpuszczalnej aspiryny, a Honey ma ją pod ręką, to może zmniejszyć 
rozmiar zawału, zanim ich specjalistyczny sprzęt zostanie przyniesiony z samolotu. 

– Grace, tlen. – Urwała, szybko myśląc. Sprzęt do ssania? Może być potrzebny, gdyby 

stało się najgorsze. Może Grace powinna go na wszelki wypadek przynieść? Ale nie będzie w 
stanie nieść tego wszystkiego sama. – Glenn, pomóż jej. Tlen, torba z narzędziami i lekami, 
aparat do EKG. Szybko, bo Jim pomyśli, że z nas lenie. – Żartobliwy ton nic nie dał, ale 
koledzy zrozumieli. – Świetnie pan sobie radzi, Jim. Wszystko będzie w porządku. 

Złota reguła w stosunku do pacjentów z chorobami serca. Nie należy pozwolić im myśleć, 

że mają problem, nawet jeśli tak jest, ponieważ strach tylko pogarsza ich stan. 

Honey wyjęła aspirynę i poprosiła Jima, by ją połknął. Lekarstwo rozpuszczało się w jego 

ustach. Christina nie wyczuwała pulsu na nadgarstku mężczyzny. To niedobrze. W tej sytuacji 
nie mogła podać nitrogliceryny, ponieważ ta jeszcze obniżyłaby ciśnienie. 

Znalazła   słaby   puls   na   szyi.   Jim   był   prawie   nieprzytomny.   Zapewniła   go,   że   jest 

bezpieczny, po czym zwróciła się do Honey:

– Jak było poprzednim razem?
Streszczenie Honey było nerwowe i bezładne. To był lekki zawał, ale badania wykazały, 

że powinien mieć założone bypassy. Jeszcze nie miał zabiegu. Nie było okazji. 

– Co robił, kiedy zaczął się ból?
– Zajmował się koniem. Krzyczał na mnie, że pojechałam do miasteczka bez jego wiedzy. 

Okazało  się,  że   cały  dzień  czuł  się   źle,  ale  nic   mi  nie  powiedział.  Gdyby  to  zrobił,  nie 
zostawiłabym go. Nie pojechałabym do was w jego sprawie. – Zaszlochała gorzko z tej ironii 
losu. 

Grace  dotarła  do  nich   z  tlenem.   Butla   miała  tylko   około  pięćdziesięciu   centymetrów 

długości, ale była ciężka. 

– Chcesz, żebym go podłączyła?
– Tak. 
Przez moment Christina miała mroczki przed oczami. Do diabła, czy już robi się ciemno? 

Nie, to tylko cień chmury nisko na zachodzie. Gdy chmura zasłoniła słońce, niebo stało się 
ciemnoczerwone, jak ostrzeżenie o zbliżającym się zmierzchu. 

Glenn   przyniósł   torbę   z   narzędziami   i   lekami.   Christina   wysłała   go   z   powrotem   do 

samolotu po nosze, potem rozerwała koszulę Jima i przystawiła trzy elektrody do jego klatki 
piersiowej, po jednej pod obojczykami i jedną nisko po lewej stronie. Włączyła maszynę i 
ujrzała na ekranie najpierw linię, a potem rytm, ale taki, którego miała nadzieję nie zobaczyć, 
wskazujący na blok serca. 

Po założeniu maski tlenowej i podaniu tlenu Grace założyła mankiet na przedramieniu 

background image

Jima i próbowała zmierzyć  mu ciśnienie. Kiedy Christina spojrzała na nią pytająco, tylko 
pokręciła głową. 

Ten pacjent mógł umrzeć w każdej chwili. I wciąż cierpiał potworny ból. Podłączyli mu 

kroplówkę, żeby podać środek przeciwbólowy i leki ratujące życie w razie konieczności. Do 
morfiny Christina dodała słowa otuchy. 

– Ta  kroplówka  pomoże,  Jim,  wszystko  będzie   dobrze.  Ból  powinien   bardzo  szybko 

zelżeć. Teraz przeniesiemy pana do samolotu i zawieziemy do szpitala. 

Glenn pojawił się jak na zawołanie. Przełożyli Jima na nosze i popchali je po twardej, 

pokrytej pyłem suchej ziemi, podczas gdy Grace zajęła się sprzętem. 

– Czy mam iść do samolotu? – spytała Honey. 
– Tak, oczywiście. – Grace dotknęła jej ramienia. – Ale niech pani najpierw przestawi 

samochód, pani Cooper. 

– Tak, tak – odparła przerażonym tonem. – Nie lećcie beze mnie. – Teraz nikomu już nie 

ufała, co nie było racjonalne, ale bardzo ludzkie. 

Kilka minut później Glenn po raz drugi przygotowywał się do startu. Honey zostawiła 

samochód za pasem startowym. Nie miała przy sobie nic prócz śmiesznej torebki. 

– Jestem tu, Jim – szepnęła do męża. – Wszystko w porządku. 
Tym razem wystartowali bez przeszkód. Christina wiedziała, że ulga, którą poczuła, jest 

iluzoryczna,   bo   czekał   ich   godzinny   lot.   Prawie   nie   zdejmowała   wzroku   z   zapisu   EKG, 
pragnąc, by nie było pogorszenia. 

Czas mijał. Honey oparła głowę o okno i cicho płakała. Christina niemal czuła jej trzęsące 

się ramiona, nie patrząc nawet na nią. Grace pocieszała kobietę ukradkiem, bo nie chciała, by 
Jim ją usłyszał. Honey robiła wszystko, żeby ukryć panikę. 

–   Świetnie   sobie   pan   radzi,   Jim   –   powiedziała   Christina.   –   Jesteśmy   już   prawie   na 

miejscu. 

Byli   blisko,   ale   nie   dość   blisko.   Pojawiły   się   skurcze   dodatkowe   i   Jim   stracił 

przytomność. Jego serce się zatrzymało. 

– Glenn, musimy lądować – rzekła Christina do słuchawki. 
– Zaraz zaczniemy schodzić do lądowania, pani doktor. 
– Jak daleko jesteśmy? Nie widzę wybrzeża. 
– Dlatego, że robi się ciemno. 
Czy Honey ich słyszała? Czy zdawała sobie sprawę ze stanu męża?
– Mamy problem? – spytał Glenn. 
– Tak. – Nie wolno defibrylować ani intubować pacjenta podczas lotu. Stanowi to zbyt 

duże zagrożenie zarówno dla pacjenta, jak i dla personelu. 

Christina chciała wylądować na jakimś płaskim trawiastym terenie w ciągu minuty, by 

mogła   znowu   uruchomić   serce   Jima,   ale   rozumiała   opór   Glenna.   Robiło   się   ciemno, 
znajdowali się ledwie parę minut od Crocodile Creek, gdzie był szpital, sprzęt, personel, w 
tym kardiolog. 

– Znajdę jakieś miejsce, jak będzie trzeba – oznajmił Glenn. – Już prosiłem o możliwość 

natychmiastowego lądowania. Ale nie zyska pani wiele czasu, a w tym świetle ryzykujemy. 

background image

– Lecimy do końca – zdecydowała. – Powiedz im tylko, żeby zamknęli autostradę. Jak 

wylądujemy,   zatrzymaj   się   jak   najszybciej.   Chcę   natychmiast   karetkę.   Upewnij   się,   że 
wiedzą, co się stało. 

Chwilę później zaczęli schodzić do lądowania. Glenn potwierdził to przez słuchawki. 
– Tylko ciśnienie trochę się zmienia. 
Christina przełknęła, Grace zrobiła to samo. 
Zapowiadało   się   trudne   lądowanie.   Sekundy   mijały   w   zwolnionym   tempie,   a   serce 

Christiny  waliło   jak   oszalałe.   Na  ekranie   monitora   EKG   zygzaki   przypominały   wizualny 
zapis strzelaniny. Zaczęła uciskać pierś Jima. 

– Trzymaj go za rękę, Honey – rzuciła. – Niech wie, że tu jesteś. 
Ponieważ to może być pożegnanie, pomyślała. Zaraz potem dobiegł ją głuchy odgłos 

uderzenia, a chwilę później następny, jeszcze głośniejszy. Wstrzymała oddech przerażona. 
Ale w końcu, dzięki Bogu, koła dotknęły ziemi. Po paru kolejnych podskokach samolot sunął 
już gładko. Christina poczuła mdłości. Spod jej zamkniętych powiek wypłynęły łzy. 

– Twoje serduszko zaczęło znów bić normalnie? – spytała Grace. 
– Nie żartuj. Przed chwilą myślałam, że wszyscy zginiemy. – Śmiała się przez łzy. 
Samolot   zwalniał,   aż   wreszcie   się   zatrzymał.   Christina   nie   podniosła   wzroku,   by 

zobaczyć,   czy   przyjechała   karetka.   Niejasno   zdawała   sobie   sprawę,   że   Glenn   pominął 
większość końcowych procedur i wyskoczył na asfalt. 

Przyłożyła elektrody do klatki piersiowej Jima, jedną pod obojczykiem, drugą niżej po 

przeciwnej stronie. 

– Wszyscy gotowi?
Grace spojrzała na Honey. Podczas defibrylacji nikomu nie wolno dotykać pacjenta ani 

żadnego metalu. 

– Tak, gotowi – odparła. 
Christina   nacisnęła   przyciski   kciukami.   Ciałem   Jima   wstrząsnęło.   Wszyscy   patrzyli   i 

czekali. To było jak czekanie na ogłoszenie wyroku w sali sądowej. Christina szykowała się 
do   powtórzenia   elektrowstrząsów,   gdyby   okazało   się   to   konieczne.   Kiedy   na   monitorze 
pokazał się rytm, był nadal niedobry. 

Grace pomogła Honey zejść po schodkach do Glenna. Ktoś musiał być na ziemi, by się 

nią zająć. 

– Powtarzamy defibrylację – oznajmiła Christina, gdy tylko Honey wyszła. 
Żadnego rezultatu. 
– Jeszcze raz. – Znowu nic. 
Wtedy wydało jej się, że ktoś wszedł na pokład. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że 

tylny właz jest otwarty. 

– Jak długo jest zatrzymana akcja serca?
O Boże, to był Joe. Poznałaby go, nie słysząc nawet głosu, wystarczył jej jego zapach. 
Poczuła ulgę, fizyczną ulgę, niczym narkoman na głodzie, który dostaje działkę. 
– Za długo – odparła. – Przysłali cię karetką?
– Podkręciłaś do trzystu sześćdziesięciu? – Zbliżył się, otarł o jej ramię. Uczucie było 

background image

znajome, ale już zabronione. On już do niej nie należy. 

– Tak. – Nabrała powietrza. – Dam mu adrenalinę i intubuję go. 
– Potem znowu elektrowstrząsy. 
– Tak. – Trzeba próbować wszystkiego, przez trzydzieści lub czterdzieści minut, i czekać 

na cud, ale szanse na cud zmniejszały się z każdą chwilą. 

Grace już szykowała zastrzyk z adrenaliny. Joe zaczął masaż serca, przerywając tylko na 

chwilę, by Christina mogła intubować Jima przy pomocy Grace. 

– Dobra, teraz trzysta sześćdziesiąt. 
Ciałem Jima ponownie wstrząsnęło. Wykres był jednak najpierw linią prostą, a dopiero 

potem pojawił się rytm. 

– Rytm zatokowy – oznajmił Joe. 
– Dzięki Bogu. 
– Czterdzieści, za wolno. 
– Dam mu atropinę. 
– Mam nadzieję, że nie skoczy za wysoko, bo znajdziemy się w punkcie wyjścia. 
– My? – Każdy mięsień jej ciała był napięty. – Nie my, tylko Jim. Nie używaj tego słowa, 

proszę. 

Och, zachowuje się nieprofesjonalnie. I głupio. Chciała zapomnieć o osobistej aluzji, i 

żeby Joe ją zignorował. 

Wysłuchał   jej   niewypowiedzianej   prośby,   a   ona   starała   się   nad   sobą   panować. 

Przygotowała dawkę atropiny z nadzieją, że nie przyspieszy za bardzo rytmu serca. Niestety, 
nie zawsze da się przewidzieć reakcję pacjenta na lek. 

– Okej – rzekł Joe kilka minut później. – Wygląda lepiej. Wzrosło do sześćdziesięciu. 

Załóż mu maskę tlenową i zobaczymy. 

Przyglądali  się i czekali.  Jim poruszył  się i stęknął, powoli odzyskując  przytomność. 

Wkrótce będą mogli go ruszyć. 

– Kto jeszcze przyjechał? – spytała Christina. 
– Karetka i dwóch ludzi, jeden prowadzi, drugi jest z żoną chorego. Nick Brady. Znasz 

go, jest dobry. Ona wydaje się... 

Urwał, przekrzywił głowę w stronę włazu i nasłuchiwał. Christina słyszała głosy, ale nie 

zdejmowała wzroku z monitora. Joe wychylił się na zewnątrz, po czym zdał jej cicho relację. 

– Zemdlała na chwilę. 
Christina przestraszyła się. Wiedziała, że Honey jest na skraju kompletnego załamania 

nerwowego. 

– Nick nie sądzi, że to coś poważnego. – Te słowa były przeznaczone częściowo dla Jima, 

który mógł ich słyszeć. – Niski poziom cukru, wyczerpanie, stres. Wezwą drugą karetkę, żeby 
ją zbadać. Co my wiemy o tych dwojgu? – dodał ciszej. 

Znowu to powiedział. My. Takie krótkie słowo, ale jak boli, bo brzmi jak drwina z ich 

obecnej sytuacji. Christina zignorowała je i odpowiedziała:

– Pacjent to Jim Cooper, ojciec Megan. Pamiętasz, mówiłam ci wczoraj w nocy... 
– Tak. Zostałem przedstawiony Megan i małemu. Grace nachyliła się do Christiny. 

background image

– A skoro o nich mowa, szykuje się zjazd rodzinny. Myślałaś o tym, Christina?
– O Boże, nie. – Podczas paru minut, kiedy nie skupiała uwagi na Jimie,  myślała  o 

zupełnie innym spotkaniu. Spotkaniu z Joem, które było równie trudne. 

Grace   jednak   miała   rację.   Honey   zechce   widzieć   Megan   jak   najszybciej,   gdy   tylko 

odzyska siły i się przekona, że stan Jima jest stabilny. A kiedy Honey zobaczy córkę, ujrzy 
także swojego wnuka, chyba że zadzwonią wcześniej na oddział i Megan nie wpuści matki do 
pokoju. Czy dziewczyna posunie się tak daleko? Czy Honey coś zauważy?

– Nie wyprzedzajmy zdarzeń – odparła Christina. – Na razie najważniejszy jest Jim. 
– Tak sądzisz? To zamieńmy się – mruknęła Grace. 
– Ja zajmę się ratowaniem życia, a ty rozwiązywaniem rodzinnych konfliktów. 
– Chcesz powiedzieć, że to spadnie na ciebie?
– Chcę powiedzieć, że pielęgniarki mają czasami ciężko. Jeżeli coś się namiesza i oni na 

dobre ze sobą zerwą... 

– Wtedy wszyscy na tym stracą – wtrącił Joe, jakby coś o tym wiedział. 
– A ja będę się czuła winna – zakończyła Grace. 
– Nie jesteś winna. To się musiało zacząć wiele miesięcy temu, zanim ktokolwiek z tego 

szpitala został w to zaangażowany. 

Grace skinęła głową. 
– Racja. Ale uczuciami nie rządzi logika, prawda?
– Byłoby dużo lepiej, gdyby rządziła. – Nagle Joe zaczął sprawiać wrażenie zmęczonego 

i zestresowanego. 

Skóra wokół jego dużych ciemnych oczu była napięta, włosy sterczały mu z tyłu głowy, 

jakby bez przerwy przeczesywał je palcami. Christina zastanawiała się, jak minął mu dzień, 
jak minął mu miesiąc, który spędził w Nowej Zelandii, jak wyglądało jego tamtejsze życie, i 
ile pracy kosztowało go urządzenie się w nowym pokoju. 

Poprzedniego dnia zrobiła  tam,  co mogła:  posłała  łóżko, poukładała  książki,  ustawiła 

kwiaty. Czy starała się za bardzo? Czy tymi gestami zbyt wiele powiedziała?

– Puls sześćdziesiąt pięć, oddychanie też się poprawia – powiedziała. – Chyba możemy 

go już ruszyć. 

– Zmieniła nieco ton i odezwała się do Jima, nawet jeśli nie był całkiem przytomny. – 

Teraz   zawieziemy   pana   do   szpitala.   Mamy   tam   lepszy   sprzęt,   który   pokaże,   jak   pracuje 
pańskie serce. Zaraz damy panu coś przeciwbólowego. 

Mogli podać mu jeszcze jedną dawkę morfiny. Kiedy wtłoczyła ją do kroplówki, spytała 

Jima, jak się czuje. Zobaczyła ruch gałek ocznych pod jego zamkniętymi powiekami i bardzo 
słaby ruch głowy. 

Bez   większego   kłopotu   przenieśli   go  do   karetki.   Przypadkowi   gapie   nie   dostrzegliby 

żadnego  dramatu,  żadnego szalonego  pośpiechu.  Mimo  to zagrożenie  jeszcze nie minęło. 
Zapewne Jima czeka dalsza podróż na zachód na zabieg chirurgiczny, do którego nie mieli tu 
warunków. 

Kiedy wjechali na parking dla karetek, szpital wydawał się pogrążony w ciszy. Zerkając 

do poczekalni przed wejściem na oddział ratunkowy, Christina zobaczyła dwóch czy trzech 

background image

pacjentów.   W   oknach   głównego   budynku   paliły   się   światła.   Można   było   dostrzec   kilka 
migających ekranów telewizyjnych. 

Szybka   podróż   korytarzem   doprowadziła   ich   do   sali   reanimacyjnej.   Honey   została 

ulokowana   w   sąsiednim   pomieszczeniu.   Zaopiekowała   się   nią   pielęgniarka,   a   Christina 
dopilnowała, by podłączono jej kroplówkę. Dostała także filiżankę herbaty, ale jej nie piła. 

Gdy   tylko   ich   zobaczyła,   natychmiast   próbowała   usiąść   wyżej   i   wyrzuciła   z   siebie 

nerwowo:

– Przepraszam. To takie głupie. Jim, jestem tutaj, ale położyli mnie do łóżka. Czy mogę 

wstać i wziąć to ze sobą? – Zniecierpliwiona pokazała na stojak z kroplówką. 

Pielęgniarka uniosła pytająco brwi, a Christina i Joe skinęli głowami. Stan Honey mógłby 

się pogorszyć, gdyby pozostała z dala od męża. Grace pomogła jej wstać z łóżka. 

– Tędy, pani Cooper. 
– Położymy pana przy lepszym aparacie EKG, Jim – wyjaśniła Christina. – Wygląda 

trochę groźniej, ale ma więcej różnych kabli, które do pana podłączymy,  żebyśmy mogli 
stwierdzić, jaki rodzaj zawału pan przeszedł. Pobierzemy panu także krew i damy lekarstwa 
przez kroplówkę. Będziemy pana bardzo dokładnie monitorować. 

My. Tym razem ona to powiedziała. 
Personel medyczny często tak mówi. Ale do minionej nocy „my” znaczyło dla Christiny 

coś bardziej osobistego. Ona i Joe. Pracowali razem, a potem planowali wspólne wieczory. 
Czasami szalone biegi po plaży, po spienionych falach. Ognisko na tyłach ogrodu i pieczenie 
bananów i ananasów, a potem maczanie ich w rozpuszczonej czekoladzie. 

Kąpiel w dmuchanym basenie dla dzieci w gorącą letnią noc, połączona z oglądaniem 

filmów   na   wideo   ustawionym   na   werandzie.   Byli   naprawdę   pomysłowi,   jeśli   chodzi   o 
rozrywki. Świetnie się bawili. Tak jak chciał Joe. 

Ale teraz powinna się skupić. Muszą poznać skalę zawału Jima. W ciągu kilku minut 

otrzymają odpowiedź na pytanie, czy muszą przekazać Jima do Brisbane na zabieg, a także 
jakie leki podać mu w międzyczasie. 

Honey   obserwowała   ich   bacznie,   kiedy   ustawili   aparat   EKG   i   pobierali   krew.   Jim 

otworzył oczy podczas wkłucia igły. 

– No, jest pan z nami – zauważył Joe. – Jestem doktor Barrett. Znajduje się pan w szpitalu 

w Crocodile Creek. Zaopiekujemy się panem. 

– Jim, bardzo pana boli? – spytała Christina. Cienka plastikowa rurka zaczęła wypełniać 

się krwią. 

– Nie, już mniej – wydusił Jim cienkim głosem. 
– Och, Jim. – Honey ścisnęła jego dłoń. 
–   EKG   wygląda   dużo   lepiej   –   stwierdził   Joe   i   odciągnął   Christinę   na   bok.   –   Co 

zamierzasz? Technicznie to jest teraz mój pacjent, ale pewnie chcesz przy nim zostać. 

– Co sądzę? To mały zawał, ból mija. Zobaczymy, jaki jest poziom enzymów i zaczniemy 

trombolizę. Mam nadzieję, że zmiany ustąpią i nie będziemy musieli przewozić go na bardziej 
inwazyjne leczenie. Poprosimy doktor Lopez, żeby go zbadała... – Urwała. – Jestem zbyt 
zmęczona, żeby rozstrzygać dzisiaj ich problemy rodzinne i finansowe. 

background image

– Zbadam jego żonę, ale chyba najlepiej zatrzymać ją na noc – rzekł Joe. – Wygląda 

okropnie. 

– O której kończysz? – zapytała mimo woli. Zobaczyła, że Joe zesztywniał. 
– Hamish  ma  dyżur  w nocy.  Jest teraz  na pediatrii.  Lucky miał  dzisiaj rano wyższą 

temperaturę, ale jest już lepiej. Wyjdę, kiedy Hamish powie mi, że wszystko się uspokoiło. 
Będę pod telefonem. Czy chciałaś... ?

– Nic nie chciałam – rzuciła szybko. – Tylko pytałam. 
– Bo ja chcę pogadać. 
Pochylił głowę, zbliżając się w ten sposób ledwie o kilka centymetrów, ale jej wydało się, 

że odciął ją od reszty świata. Jak ona kiedykolwiek przywyknie do tego, że bliskość nie 
oznacza już dotyku, że jego głos to nie tylko słowa przeznaczone dla jej uszu? Jak zdoła 
udawać   przed   nim,   przed   sobą,   przed   innymi,   że   wszystko   jest   w   porządku?   Ze   są 
przyjaciółmi. 

– Dzisiaj wieczorem? – spytała, pragnąc tego i bojąc się równocześnie. 
Musiała spuścić wzrok, bo gdziekolwiek patrzyła, widziała tylko jego ciało, jego twarz, 

jego oczy. A nawet jeśli ich nie widziała, czuła je. 

– Wiem, że oboje jesteśmy zmęczeni. Może to błąd, ale jest parę rzeczy, które chciałbym 

ci powiedzieć. Które chyba powinienem ci powiedzieć. 

– Nie jestem pewna, Joe. 
– Będziesz w domu?
Skinęła głową, chociaż wcale nie chciała siedzieć sama w pustym domu. Och, do diabła!
– Więc jak skończę albo kiedy będę miał przerwę, wpadnę. 
Pragnęła zrobić to, co robiła wiele razy, przytulić ucho do jego piersi, czuć wibrację jego 

głosu. 

– To może być późno – dodał. 
– W porządku. 
– Chcę, żebyś zrozumiała pewne rzeczy, nawet jeśli to niczego nie zmieni. 
Zabrzmiało  to złowieszczo,  nie jak coś, na co by się oczekiwało.  Mimo  to, gdy Joe 

odwrócił się, by wrócić do pacjenta, a ona znów miała przed sobą jego postać, wiedziała, że 
nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie dała mu – nie dała sobie – jeszcze jednej szansy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Christina! Jak leci? – spytał Brian Simmons. 
– Cześć, Brian. 
Nie podobał jej się sposób, w jaki wypowiedział jej imię. Zostawiwszy Jima w o wiele 

bardziej stabilnym stanie, a odpoczywającą Honey pod opieką Joego i pielęgniarki z oddziału 
ratunkowego,   poszła   szukać   Grace.   Miała   nadzieję,   że   przy   okazji   znajdzie   też   Charlesa 
Wetherby’ego. Ale może oboje poszli już do domu. 

Chyba że Grace zajrzała jeszcze do Megan i jej dziecka. 
Ruszając   w   tamtą   stronę,   Christina   musiała   minąć   biuro   Briana,   a   ten   ją   niestety 

zauważył. Zawsze czuła się przy nim nieswojo. Na pozór wydawał się całkiem przyzwoitym 
człowiekiem, pomógł jej więcej, niż potrzebowała, kiedy organizowała pokój dla Joego w 
domu dla lekarzy. 

Nie było  powodu, by tak irytować  się jego nawykami.  Niewątpliwie  maskowały one 

niepewność i brak szczęścia w życiu osobistym. Tego dnia powinna go doskonale rozumieć. 

Dodała zatem cieplejszym tonem:
–   Co   tu   robisz   o  tej  porze?   Chyba   nie   przeprowadzasz   nagłej   operacji   na   teczce 

dokumentów?

– No widzisz, wszyscy tak właśnie myślą: że jeśli nie zajmuję się ratowaniem życia, 

mogę zmieścić się z robotą między dziesiątą a piątą – rzekł poważnie. 

– Tymczasem pociliśmy się z Jill nad kwestią personelu i budżetu przez dwie minione 

godziny. Trochę – dodał ciszej – ją też pocieszałem, ale nie powtarzaj tego nikomu. Jill nie 
lubi, kiedy ktoś rozmawia o jej prywatnych sprawach. 

– Oczywiście, Brian. 
Przez ramię Christina widziała przy biurku szefową pielęgniarek. Światło lampki padało 

na część jej twarzy, ale widać było, że jest zalana łzami. Nawet w tym niejednolitym świetle 
nie wyglądała na szczęśliwą. Brian powiódł wzrokiem za spojrzeniem Christiny. 

–   Cieszę   się,   że   mogę   na   ciebie   liczyć   –   stwierdził   w   końcu   cicho.   –   Jej   były   mąż 

powinien zostać zastrzelony i zalany betonem w tym nowym moście. Mówię ci. 

Wyglądał, jakby był gotowy zrobić to sam. 
Czyżby tych dwoje coś łączyło? Christina zawsze uważała Jill Shaw za osobę sztywną i 

surową, ale może  Brian dostrzegał w niej coś innego. Coś, co stanowiło odbicie ponurej 
prawdy o jej małżeństwie, które zakończyło się w minionym roku... 

Na swój sposób był dobrym człowiekiem. Christina poklepała go po ramieniu. Wiedziała, 

że żona Briana zostawiła go przed kilkoma laty. To musiało być bolesne. 

– No to lecę, nie przeszkadzam. 
–   Nie,   w   porządku,   już   skończyliśmy.   Jill?   –   zawołał.   –   Mówiłem   ci,   żebyś   poszła 

wreszcie do domu. Zostań chwilkę, Christina. Ilu pacjentów zostało dziś przyjętych?

Ale kiedy Jill wzięła torebkę, pozdrowiła Christinę na swój sztywny sposób i wyszła 

szybkim krokiem, Brian nie wydawał się w ogóle zainteresowany Jimem Cooperem. 

background image

–  Wiem,   że  masz   ciężki  tydzień   –  zaczął.  –  Sam  przez  to   przeszedłem,  i  wierz   mi, 

rozumiem. Ta pustka. Myśli krążą w kółko. Do głowy przychodzą wyłącznie złe rozwiązania. 
Nie powinnaś siedzieć sama w domu. Czy mogę cię wyciągnąć na kolację powiedzmy w 
środę albo czwartek?

– Och, Brian, ja nie... 
– Bardzo kameralną i skromną. Jak przyjaciel z przyjacielem. Jak koledzy z pracy, którzy 

mają więcej wspólnego niż tydzień temu. 

Nie miała ochoty z nim wychodzić. Ani z nim, ani z nikim. Ale on ma rację. Bała się dziś 

wracać sama do domu, bo wiedziała, że kiedy już się tam znajdzie, usiądzie i pozwoli swoim 
myślom krążyć. Ale czy zaczną jej przychodzić do głowy same „złe rozwiązania”?

Chociaż siedzenie w domu przez cały tydzień to złe rozwiązanie, prawda? Boże, czuła 

się, jakby łapała ją grypa, z takim trudem trzymała się na nogach. 

A Brian także przez to przeszedł. 
– Pod warunkiem, że będzie skromna – odparła. – Pizza albo burgery. Na to się zgadzam, 

nie jestem w nastroju na elegancką restaurację. 

– Czy ja mówiłem o eleganckiej restauracji? Przewińmy taśmę. – Udawał, że słucha. – 

Nic takiego. 

Musiała się roześmiać. 
– No to w porządku. Czwartek?
To da Joemu całe trzy dni, żeby zdał sobie sprawę ze swojego zaślepienia. A gdyby coś 

się zmieniło, odwoła kolację, a Brian oczywiście zrozumie. 

– Czwartek, świetnie. Już zapisane w kalendarzu. Przyjadę po ciebie o siódmej. 
– Dobrze. – Dobiegł ją jakiś głos zza dość cienkiej ściany, która dzieliła biuro Briana od 

biura Charlesa Wetherby’ego. – Czy Charles jeszcze jest? – spytała. 

– A czy jego kiedykolwiek nie ma?
– To prawda. Wykorzystam go, póki jest. 
– Zawsze z przyjemnością daję się wykorzystać – oświadczył szef do spraw medycznych 

kilka minut później, kiedy Christina przepraszała go za najście. 

Przeprosiła go jeszcze raz, starając się przedstawić w skrócie prośbę Honey Cooper, którą 

ta wyrzuciła z siebie nerwowo, gdy Christina wychodziła z oddziału. 

– Wiem, że to dodatkowa komplikacja. 
– Skontaktować się ze szwagrem siostrzeńca pani Considine ze sklepu w Gunyamurze, 

ponieważ siostrzeńca nie ma, ale pani Considine musi zadzwonić do szwagra, gdyż Honey nie 
zna jego numeru, a pani Considine grywa w karty w domu Fiony Donnelly w poniedziałkowe 
wieczory, więc trzeba ją tam łapać. Honey ma numer Donnellych – powtarzał jak papuga 
Charles,   przesuwając   się  na   swoim   wózku   inwalidzkim   w   stronę  półek.   –   Tylko   troszkę 
skomplikowane, jeśli w ogóle dobrze zapamiętałem. 

– Dlatego właśnie pomyślałam, że będzie o wiele prościej, jeśli zadzwonisz do Wetherby 

Downs i poprosisz kogoś stamtąd, żeby tam poszedł. 

– Racja – powiedział Charles, odwrócony do niej plecami. Jego plecy mówiły same za 

siebie. Po pierwsze wyrażały głęboko zakorzenioną niechęć. 

background image

Christina ponownie go przeprosiła. Wiedziała o wieloletnich rodzinnych waśniach, ale 

pamiętała  także, że Wetherby Downs to ogromna posiadłość. Jest tam menedżer.  Zresztą 
może   zadzwonić  sama  i  porozmawiać   z  nim,   jeśli  Charles  da  jej  numer.  Pewnie  sam  to 
zasugeruje, bo nie będzie miał ochoty rozmawiać z bratem. 

– Honey jest w kiepskim stanie – oznajmiła. – Odwodniona, ma niski poziom cukru, 

wysokie ciśnienie. Przede wszystkim to skutek wyczerpania. Przejmuje się, bo nie wie, czy 
Jim wypuścił krowę i cielaka, czy też są zamknięte bez wody i jedzenia. No i jeszcze psy.  
Obiecałam jej, że zrobię wszystko, żeby ktoś... 

– Szwagier Considine, którego numeru nie mamy. 
– Tak, albo ktokolwiek inny pojechał do Cooperów i sprawdził, co się tam dzieje. 
Charles w milczeniu okręcił się na wózku. Kiedyś dolna połowa jego ciała była zapewne 

równie silna co ramiona i tors, i pewnie znakomicie jeździł konno. 

– Nie, pora, żebym  porozmawiał z Philipem – odrzekł. – Dajmy sobie spokój z tym 

szwagrem i szukaniem wiatru w polu. Zadzwonię do brata, a on kogoś wyśle. Powiedz Honey 
i Jimowi, że sprawa załatwiona. 

– Dzięki, Charles. Wiem, że to dla ciebie kłopot. 
– Może parę osób potrzebuje tego kłopotu – mruknął i dodał: – Zmykaj do domu, jeśli 

jutro znowu latasz. 

– Czy on umrze, doktorze Barrett? – spytała przerażonym szeptem Honey i ścisnęła rękę 

Joego. Jim leżał parę metrów dalej za drzwiami salki reanimacyjnej. 

–   Nie,   nie   umrze   –   odrzekł   z   przekonaniem.   Przyszły   pierwsze   wyniki   badań,   które 

wyglądały nie najgorzej, podobnie jak wykres EKG. Najwyraźniej nie był to rozległy zawał, 
co można było podejrzewać. Jim dostał sporą dawkę leków, które zadziałały. 

– Co teraz będzie?
Joe przedstawił jej pozytywny scenariusz. 
– Zatrzymamy go na kilka dni, będziemy go monitorować i podawać leki. Jeśli wszystko 

pójdzie   dobrze,   wypiszemy   go,   a   nawet   będzie   mógł   dość   szybko   wrócić   do   normalnej 
aktywności, pod warunkiem, że będzie się czuł na siłach. Ale wymaga dalszego leczenia. 
Bypassy lub angioplastyka, na pewno już wam o tym wspominano. 

– Tak, tylko nie udało nam się tego zrobić. 
– No cóż, teraz trzeba będzie o tym poważnie pomyśleć. Ale z tego, co obserwuję do tej 

pory, widzę, że nie natychmiast. 

– Och, to cudownie. – Zamrugała, by powstrzymać łzy. – Czy on śpi?
– Drzemie. 
– Chciałabym zobaczyć córkę. Nie wiem, gdzie ona leży. To znaczy, na jakim oddziale. 
– Chce pani, żebym  sprawdził?  – spytał  Joe. Doskonale  wiedział,  że Megan leży na 

ginekologii i położnictwie razem z dzieckiem. Zdawał sobie także sprawę z tego, że nie chce 
widzieć swych rodziców. Miał wrażenie, że nic by się nie stało, gdyby Honey jakimś cudem 
dotarła tam sama, ale wolał się upewnić. 

Poszedł do telefonu w pokoju pielęgniarek i wybrał wewnętrzny oddziału położnictwa. 
Odebrała Christina. 

background image

– Tink? – powiedział automatycznie i poczuł skurcz w żołądku. – Co tam robisz?
– Joe? Co się stało? Ja, no wiesz, tak się kręcę. A ty jesteś dalej na ratownictwie?
– Tak. Wszystko w porządku. EKG się poprawiło. Wyniki badania krwi są dobre. – Podał 

jej dokładne liczby. – Ale pani Cooper chce zobaczyć się z córką. Damy radę?

Cisza. 
– Chyba nie – odrzekła w końcu. – Megan teraz odpoczywa, a Lucky jest w pokoju dla 

dzieci. A może jednak się uda – dodała po chwili. – Niech porozmawiają. Tak, powiedz 
Honey, że Megan jest w pokoju numer cztery. 

Grace uniosła brwi, gdy Christina odłożyła słuchawkę. 
– Pozwolimy na to?
– A jak możemy to powstrzymać? Honey nie jest typem, który grzecznie potakuje. Mam 

jej powiedzieć: „Przykro mi, ale pani córka prosiła, żebyśmy pani do niej nie wpuszczali”? To 
nie więzienie, a ona nie stanowi zagrożenia dla pacjentki. 

– Tego nie wiemy – stwierdziła złowieszczo Grace. 
– Wiem. Pozabijają się w tej rodzinie, ale nie nawzajem. – Poszła do łóżka Megan i 

dotknęła jej ramienia, wiedząc, że Grace obserwuje każdy jej ruch. – Masz gościa, kochanie – 
oznajmiła. 

Megan otworzyła szeroko senne oczy. 
– Czy to... ? – Urwała. – Kto to jest?
– Twoja mama. 
– Mama? Mama? Ona... 
– Porozmawiaj z nią, miała ciężki dzień. – Christina w skrócie opowiedziała Megan, co 

stało się z ojcem, podkreślając, że rokowania są optymistyczne. 

– Jackson jest na oddziale noworodków – zakończyła. 
– A ty zrobisz, co zechcesz. 
– Och, jest piękny, Megan. Po prostu śliczny. 
Po pełnej łez rozmowie z córką Honey trzymała w ramionach swojego śpiącego wnuka. 

Wciąż był maleńki i słaby po operacji serca, którą musiał przejść tuż po narodzinach. Tego 
ranka miał gorączkę, ale temperatura dzięki kroplówkom i lekom już spadła. 

– Nie jesteś zła? – spytała Megan. 
– Jak mogłabym być zła... 
– Tata był zły, pół roku temu. Bałam się, że zabije Jacka, a jeszcze wtedy nie wiedział o 

dziecku. 

– A czy Jack wie o dziecku, kochanie?
– Nie, wyjechał. Myślałam, że napisze, ale chyba wziął pogróżki taty na serio, a potem, 

kiedy wyrzucili go z Wetherby Downs... Nienawidzę Philipa Wetherby’ego. Nie powiemy 
tacie o dziecku, dobrze?

– Och, kochanie... 
Siedząc   w   pobliskim   pokoju   pielęgniarek,   Grace   i   Christina   wymieniły   spojrzenia. 

Trudno było nie słyszeć rozmowy. Matka i córka podnosiły głosy, kiedy emocje rosły, a na 
oddziale panowała cisza. Druga mama  z dzieckiem, która leżała z Megan, wyszła już do 

background image

domu, a dwie pacjentki doktor Turner po drugiej stronie korytarza miały na uszach słuchawki 
i oglądały telewizję. 

– Nie mów tak – rzekła Megan. – Nie mów, jakbym była nierozsądna, mamo. To ty 

powiedziałaś, że nie wolno denerwować taty, a co by go bardziej zdenerwowało?

– To dziecko jest takie śliczne... 
– Ale to niczego nie rozwiązuje – wybuchnęła dziewczyna. Dziecko na rękach Honey ani 

drgnęło. – Nie możesz się zachowywać, jakbyśmy byli teraz szczęśliwą rodziną. Ludzie nadal 
traktują mnie jak idiotkę. A ja nie jestem głupia. Stracimy farmę, bo ja tam z Jacksonem nie 
wrócę, tak daleko od lekarzy, kiedy on mało co nie umarł. Ty i tata nie dacie rady beze mnie. 
Chyba że jutro spadnie sto mililitrów deszczu. 

– Megan... 
– Tak. Moje dziecko to kropla, która przepełniła czarę. Mogłam je porzucić. Myślałam o 

tym. Ale podjęłam decyzję. Wybrałam dziecko, nie farmę. I nie sądzę, żeby tata kiedykolwiek 
mi to wybaczył. 

– Trzeba będzie mu powiedzieć. 
– Tak – zgodziła się gwałtownie Megan. – Oczywiście, że w końcu trzeba będzie mu 

powiedzieć. Ale pozwól, że najpierw wyjdę ze szpitala i znajdę sobie mieszkanie w mieście, 
zanim porozmawiamy z tatą. Niech jego serce trochę się zaleczy, nim znowu pęknie. 

Spojrzała   na   matkę,   gotowa   na   odparcie   ataku.   Ale   żaden   atak   nie   nastąpił.   Honey 

pochyliła lekko głowę nad dzieckiem. Dwie kroplówki stały za nimi jak strażnicy. 

– Jest zdenerwowana – mruknęła Grace, marszcząc czoło. – To niedobrze. Dzisiaj Honey 

ma być przede wszystkim pacjentką. 

– Zabiorę ją z powrotem. Na noc zatrzymali Jima na reanimacji, a ona chce być blisko. 

Nikt się nie sprzeciwiał, żeby z nim została. 

Wstała i podeszła do Honey. 
– Pora odpocząć, pani Cooper. 
Honey podniosła wzrok, jej policzki były mokre od łez. 
–   Megan,   czy   mogę   dać   ci   Jacksona?   –   spytała   Christina,   a   Megan   natychmiast 

wyciągnęła ręce. 

Przeniosły   dziecko   tak   delikatnie,   że   się   nie   przebudziło.   Honey   wstała,   a   Christina 

pomogła jej przestawić kroplówkę. 

– Jakoś to załatwimy – obiecała Honey córce, chociaż było oczywiste, że nie ma pojęcia, 

co zrobić. – Dwadzieścia sześć lat – westchnęła już na korytarzu. 

– To się zaczęło już dwadzieścia sześć lat temu, pani doktor. Kto by pomyślał, że tak się 

skończy?

– Nie znam tej historii – odparła Christina. 
– Oczywiście, bo się o tym nie mówiło. W końcu to był wypadek. Wszyscy trzej się z tym 

zgadzali. Nadal nie wie pani, o czy mówię?

– Nie, przykro mi. 
– To się stało tuż po tym, jak zaczęłam spotykać się z Jimem, ale on nie słuchał moich 

rad. Pojechali we trzech – Charles, Philip i mój Jim – na polowanie. Jim i Charles mieli po 

background image

osiemnaście  lat, ale Philip był  pięć lat młodszy,  jeszcze dzieciak.  Jim postrzelił  Charlesa 
przez pomyłkę, a stary Wetherby nigdy mu tego nie zapomniał. Nie chciał nawet uwierzyć, że 
to   był   wypadek,   ponieważ   kiedyś   Jim   i   Charles   interesowali   się   tą   samą   dziewczyną. 
Wetherby odciął nam dostęp do Gunyi. Cooperowie przez sześćdziesiąt lat mieli umowę z 
rodziną Wetherby w sprawie tego strumienia. Po śmierci starego Jim poszedł do Philipa, który 
wtedy rządził farmą – Charles kończył wówczas medycynę – i błagał go, żeby dał nam znów 
dostęp do wody. 

Philip odmówił. Od tamtej pory... – Potrząsnęła głową, zbyt zmęczona, by kontynuować. 
– To dlatego Charles jeździ na wózku? Bo Jim go postrzelił?
–   Tak.   Nigdy   od   żadnego   z   nich   nie   słyszałam   relacji,   która   trzymałaby   się   kupy. 

Wszyscy   byli   po   trosze   winni,   Charles   sam   to   przyznał.   Stary   Wetherby   uważał,   że   to 
zrujnowało życie Charlesa, ale on jest silny i do czegoś doszedł. Wetherby powinien być 
dumny ze swojego najstarszego syna,  ale to Philip był  zawsze dla niego ważniejszy.  Od 
tamtej pory Charles nie utrzymuje z nim kontaktów. 

Christina nie wiedziała, co powiedzieć. 
– Kto o tym wie? – zapytała w końcu. 
– Och, wiele osób. W Gunyamurze to nie tajemnica. Ale to stara historia. Jim potrafi 

czasami  być... trudny.  Jest zbyt  dumny.  Miał dość ciężkie dzieciństwo. Myślę, że jestem 
jedyną osobą, która widzi... Nawet Megan nie widzi... – Nie była w stanie dokończyć. 

Dotarły do salki reanimacyjnej. Jim na dźwięk ich kroków otworzył oczy. 
– Honey – szepnął, po czym opuścił powieki i natychmiast zasnął. 
Powietrze było wciąż ciepłe, chociaż od oceanu wiał orzeźwiający wiatr. 
Pora   wracać   do   domu,   pomyślała   Christina.   Weźmie   klucze   z   recepcji,   gdzie   Joe   je 

zostawił, wsiądzie do samochodu stojącego na parkingu i pojedzie do domu. 

Musi   coś   zjeść,   podlać   kwiaty,   sprawdzić,   czy   nie   ma   wiadomości   na   sekretarce. 

Otworzyć szafę i przesunąć wieszaki, by zapełnić pustą przestrzeń, którą zajmowały koszule 
Joego. Przy okazji zdecyduje, co włoży w czwartek wieczór na skromną kolację z Brianem. 
Przez ponad tydzień nie robiła prania i nie miała wielkiego wyboru. 

Nie,   nie   może   pójść   na   kolację   z   Brianem,   nawet   na   proponowanych   przez   niego 

warunkach. Nie może tego zrobić, bo na myśl o koszulach Joego ma wrażenie, jakby ktoś 
wbijał jej zardzewiały nóż prosto w serce. 

Powinna była odmówić. Zawróciła do szpitalnego holu i poszła w kierunku administracji 

szpitala. Jeśli Brian jeszcze jest z biurze, powie mu wprost. Jeśli go nie ma, zostawi mu 
kartkę. 

W jego pokoju nadal paliło się światło. Drzwi były otwarte. Najwyraźniej był gdzieś w 

budynku. Czekała, nie chciała jak tchórz naskrobać coś potajemnie na kartce i uciec. Raptem 
zdała sobie sprawę, że i Charles wciąż jest w szpitalu, za cienką ścianą gabinetu Briana... 

– Powiedz mi, dlaczego nie powinienem tobą gardzić, Philip – usłyszała. – Miałeś idealną 

okazję,   żeby   zakończyć   to   po   śmierci   taty.   Obiecałeś   mi,   że   tak   zrobisz,   myślałem,   że 
dotrzymałeś słowa. Nie miałem świadomości, że sytuacja stała się tak tragiczna. 

Na kilka sekund zapadła cisza. Christina nie wiedziała, co robić. Wyjrzała na korytarz. 

background image

Drzwi biura Charlesa były zamknięte. Oderwała jedną z samoprzylepnych kartek i napisała: 
„Drogi Brianie”, po czym stanęła z piórem nad żółtym kwadratem, z pustką w głowie. 

– Twoja pozycja w miejscowej społeczności? – powiedział Charles w przyległym pokoju. 

– To... – Znowu cisza, a potem: – Tak, oczywiście, ja też jestem winien. Dobry Boże, byliśmy 
smarkaczami.   Posłuchaj,   zrobimy   coś   z   tym   i   porozmawiamy.   Teraz   mówisz   mi,   że   nie 
mogłeś spłodzić tego dziecka, ale mówiąc szczerze, Philip, twoje słowo nie jest dla mnie 
wiarygodne. 

Christina zrozumiała, że nie może zostać tam ani chwili dłużej. Charles poruszał zbyt 

intymne tematy. Nigdy by nie rozmawiał w ten sposób, wiedząc, że ktoś go słyszy. Poza tym 
nie potrafiła napisać kartki do Briana. Właściwe słowa nie przychodziły jej do głowy, podczas 
gdy łzy – i niewłaściwe słowa – mogły pojawić się w każdej chwili. 

Drogi Brianie, zrozumiałam, że nie mogę iść z tobą na kolację. Nadal kocham Joego, to 

jest   jak   choroba.   Jestem   głodna,   ale   mój   żołądek   nie   przyjmuje   pożywienia.   Jestem 
wyczerpana, ale wiem, że nie zasnę całą noc. Tak będzie lepiej, choć wcale nie jest mi z tym 
łatwiej. Przepraszam. Umówimy się za trzy lata, jak się wyleczę. 

Zmięła kartkę i wsadziła ją do kieszeni spodni. Potem wymknęła się z biura, by jechać do 

pustego domu. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Okazało się, że dom wcale nie był pusty. A raczej jej weranda. Joe czekał na nią i wziął ją 

w ramiona. 

– Wybacz, jeśli cię przestraszyłem. 
– Nie przestraszyłeś mnie – odparła. – Spodziewałam się ciebie. – Odepchnęła go lekko, a 

on się nie sprzeciwił. Mimo to wciąż czuła jego ciepło. 

– Georgie Turner mnie podrzuciła. Zobaczyłem, że w domu pali się światło, ale nikt nie 

otwierał. 

–  Zostawiłam   światło   na   wypadek,   gdybym   wróciła   po  zmierzchu.   Joe,   wiesz,   gdzie 

trzymam zapasowe klucze. 

Cisza. 
– Uznałem, że to niewłaściwe – odrzekł w końcu. Tak, ma rację, przecież oddał jej już 

klucze. 

– No, to jestem – powiedziała lekko zdenerwowana. Otworzyła drzwi, po czym weszli do 

środka. Napięcie między nimi wyraźnie narastało. 

– Czy naprawdę mogłem wejść? – spytał ciszej. – Przecież już tu nie mieszkam. 
Krążył po salonie. Oboje chodzili tam i z powrotem, nie potrafili spokojnie usiąść ani 

zrobić niczego logicznego, na przykład zjeść coś czy nalać sobie drinka. Christina nie mogła 
już   podejść   do   niego   i   przytulić   się,   i   to   było   dziwne,   przykre,   niewiarygodne   uczucie. 
Kompletnie straciła pewność siebie. 

Należała do osób, które cenią sobie wierność. Koniec związku nie oznaczał dla niej, że 

natychmiast przenosi uczucia na kogoś innego. Wiedziała, że jeszcze przez długi czas będzie 
kochać Joego. 

– Jadłaś coś? – spytał ni stąd, ni zowąd. 
– Co?
– Bo jesteś blada. Ja też prawie nic nie jadłem, ale założę się, że i tak więcej niż ty. 

Znajdziemy coś do jedzenia? A może zamówimy pizzę?

– Nie mam ochoty na pizzę – odparła szybko.  Pizza miała  w sobie coś intymnego  i 

seksownego. 

Zbyt często zamawiali pizzę* kiedy byli zmęczeni. Pizzę je się palcami, pochylając się 

nad stolikiem, i oglądając razem film. Walcząc z ciągnącym się serem, nie można poruszać 
trudnych   tematów.   Uwielbiała   patrzeć,   jak   Joe   je   pizzę,   ponieważ   robił   to   z   idealnym 
połączeniem wdzięku i niezgrabności, ale tego wieczoru nie chciała tego oglądać. 

Tymczasem Joe zniknął w kuchni. Poszła tam za nim. 
– Co robisz?
– Jajka na grzance. Dorzucimy trochę bekonu, jeżeli mamy. 
Znowu mówi „my”. Miłe, zwyczajne my, które w przeszłości oznaczało improwizowane 

pikniki na dywanie albo wycieczki na ryby czy wylegiwanie się w łóżku. 

– O czym chcesz ze mną porozmawiać, Joe?

background image

– Najpierw musisz coś zjeść. – Wbijał jajka do miski. – Usiądź, dobrze? – Przystawił dla 

niej krzesło do stołu. 

Christina usiadła, ale tylko dlatego, że zaczęła się zastanawiać, jak długo jeszcze ustoi, i 

czy przestanie boleć ją żołądek. Czas zwolnił, a jej siła woli wyparowała. Siedziała i patrzyła 
na Joego, nawet nie próbując zapanować nad sytuacją. 

Zerkał na nią od czasu do czasu, jakby chciał sprawdzić, czy nie wpadła pod stół, ale 

milczał. Mieszał jajka, wrzucił pieczywo do tostera i kroił bekon. 

– Jak to się stało, że jesteś taki opiekuńczy? – wypaliła, kiedy posiłek był już prawie 

gotowy. 

– To mało męskie, co?
– Nie o to chodzi. Przeciwnie. Wielu mniej męskich mężczyzn nie potrafi zająć się nikim 

innym prócz siebie. Mój tata... – Jej rodzice mieszkali setki kilometrów na zachód, na Złotym 
Wybrzeżu.   Nie   znali   Joego,   co   było   dość   wymowne.   –   Kocham   go,   ale   według   niego 
wyrazem troski o mamę, kiedy jest zmęczona, jest powiedzenie jej, że nic się nie stało, kiedy 
kolacja pojawia się na stole dziesięć minut później. 

Wzruszył ramionami. 
– Inne pokolenie. 
– To nie tylko to. Ty nic nie mówisz. Ilekroć daję ci do zrozumienia, że chcę usłyszeć coś 

o tobie, o twoim dzieciństwie, uciekasz w uogólnienia. 

– Powiedziałem, że dziś wieczorem chcę z tobą porozmawiać, tak? – Postawił na stole 

dwa talerze, po czym przyniósł jeszcze dzbanek wody i karton soku pomarańczowego. 

– Tak – odparła dość agresywnie. – Więc mów. Joe odkroił kawałek grzanki i nabrał go 

na   widelec,   zyskując   na   czasie.   Wiedział,   że   nie   pójdzie   mu   łatwo.   Zbyt   długo   się 
przygotowywał. Nie wierzył, że rozmowa cokolwiek zmieni, a jednak to on ją zasugerował. 
Dlaczego stwierdził, że Christina powinna wiedzieć wszystko o jego życiu?

Życie  nie traktowało rodziny Barrettów sprawiedliwie,  ale to nie znaczy,  że on musi 

kontynuować rodzinną tradycję. 

–   Moja   siostra   cierpi   na   zespół   Treacher   Collinsa   –   oznajmił.   Nie   planował   tak 

dramatycznego początku, ale jakoś tak wyszło. 

–   Syndrom   Treacher   Collinsa   –   powtórzyła   Christina,   a   Joe   widział,   jak   kartkuje   w 

pamięci podręcznik medycyny. Czy znalazła właściwy rozdział? Owszem. 

Pomógł jej mimo wszystko. 
–   To   choroba   genetyczna.   Występuje   raz   na   dziesięć   tysięcy   urodzin.   Jeśli   jeden   z 

rodziców   jest   nosicielem   tego   genu,   a   jest   on   dominujący,   to   każde   jego   dziecko   ma 
pięćdziesiąt procent ryzyka, że zachoruje, co może mieć znaczenie dla Amber, jeśli zechce 
mieć dzieci. 

Christina słuchała, kiwając głową, mrużąc oczy, nie zdejmując wzroku z jego twarzy. 

Widział,   jak   bardzo   pragnęła,   by  jego   słowa   coś   rozwiązały,   znowu   ich   połączyły.   Miał 
jednak świadomość, że tak się nie stanie. Nagle wydała mu się taka krucha, że zapragnął ją 
przytulić. 

– Oczywiście, mogą pojawić się spontaniczne mutacje – podjął. 

background image

Chce ją przestraszyć? Tak, zdecydowanie tak. 
– W chromosomie piątym. Tak właśnie było w przypadku Amber. Nikt inny w rodzinie 

nie ma tego genu. 

Urwał, by nabrać powietrza, ale był gotowy mówić dalej, odpowiadać na jej pytania. Był 

niemal pewny, o co zapyta, i miał gotowe odpowiedzi. Tak, niestety, Amber urodziła się z 
charakterystycznymi   niedorozwiniętymi   uszami,   opadającymi   powiekami,   brakiem   kości 
policzkowych i małą opadającą szczęką. Tak, przeszła liczne operacje, i czekają ją następne. 
Mało nie umarła przy porodzie. Nie mogła normalnie oddychać ani jeść. 

Teraz Amber ma specjalny aparat słuchowy i rurkę tracheotomijną, która działa w nocy, a 

w dzień jest zamknięta, by mogła mówić. Niedługo czekają operacja szczęki, a potem jest 
nadzieja, że będzie mogła pozbyć się rurki. Może za kilka lat lekarze wszyją jej wewnętrzny 
aparat słuchowy. 

Poza tym to fantastyczna dziewczynka. Skończyła piętnaście lat, jest mądra, inteligentna i 

twórcza. Pogodziła się z chorobą, ale, oczywiście, ludzie się na nią gapią, zadają jej głupie 
pytania, więc on jest dumny z tego, jak ona sobie z tym radzi. Jeśli chodzi o to, jak radzi sobie 
z tym jego matka i ojczym... opowie o tym następnym razem. 

Christina poderwała się z krzesła, rzucając na talerz sztućce. Jej koński ogon zakołysał 

się, a oczy zapłonęły. 

– I coś takiego – zaczęła ze złością – ukrywałeś przede mną przez dwa lata... A teraz 

nagle opowiadasz mi wszystko, jakby to wyjaśniało, dlaczego nasz związek znalazł się w 
kryzysie? To niczego nie tłumaczy, Joe! Czytałam na temat tego zespołu, jestem lekarzem. 

– Więc wiesz, że to może być poważne. 
– Ukrywasz swoją siostrę dlatego, że ma zdeformowaną twarz? Tak jak inni ukrywają, że 

mają w rodzinie psychicznie chorego, bo wydaje im się, że przez to wszyscy się od nich 
odsuną? Nie do wiary! Nie rozumiem, dlaczego milczałeś przez dwa lata, i dlaczego teraz 
chcesz tym wytłumaczyć... 

Urwała, ale po kilku sekundach zaczęła na nowo:
– Nie, rozumiem. Ale to jeszcze gorzej. Dużo gorzej. 
Głos jej się załamał, wybiegła z kuchni. Joe widział, że nie mogła tego dłużej wytrzymać. 

Słyszał jej przyspieszony oddech, pełen złości szloch, i przez chwilę miał chęć zostawić ją w 
spokoju. Zostawić ją samą, skoro tego chciała. Pozwolić jej na złość. 

Ale potem się zbuntował. Do tej pory przystał na jej rozwiązanie, ponieważ czuł, że nie 

ma   prawa   do   niczego   więcej.   Skoro   nie   może   obiecać   jej   wspólnej   przyszłości,   ona   ma 
absolutne prawo wyrzucić go z domu. Jednak teraz wstał od stołu i nadstawił uszu, ale nie 
mógł   zgadnąć,   dokąd   Christina   pobiegła.   Dom   był   pogrążony   w   ciszy.   Potem   usłyszał 
uderzenie tylnych drzwi i poszedł w tamtą stronę. Stojąc na werandzie, zobaczył Christinę 
krążącą po ogrodzie, gdzie światło ulicznych latarni nadawało wszystkiemu niebiesko-białą 
księżycową poświatę. 

Zszedł ze schodków i przystanął naprzeciw niej. 
– Christino, to jest o wiele bardziej skomplikowane, niż myślisz. 
– Posłuchaj, co mówisz. Czyja to wina?

background image

– Moja, wiem. 
– Więc zmień to. – Zaśmiała się gorzko. 
– Nie mówiłem ci nic nie z tego powodu, że wstydzę się Amber. Nie, do diabła. Jestem z 

niej bardzo dumny. – Wymienił zabiegi, które przeszła, wspomniał o walce, która jeszcze ją 
czeka. – I nie dlatego, że uważałem, że ciebie to przerazi. Wiem, że nie jesteś taka. 

– Więc dlaczego?
Westchnął, szukając odpowiednich słów. 
– Narodziny Amber zrujnowały małżeństwo mojej matki z moim ojczymem – zaczął. 
– Myślałam, że wciąż są razem. 
– Są, ale tylko dlatego, że żadne z nich nie wierzy, że to drugie dobrze zajmie się Amber. 

Mój ojczym ma problem z alkoholem. Zawsze go miał, ale po narodzinach Amber to się 
pogorszyło. Każdy lekarz, który leczy Amber, jest jego wrogiem. Nie ufa mojej matce, że 
poradzi   sobie   z   lekarzami.   Czasami   ma   rację.   Zdarzyło   się,   że   podjęto   złe   decyzje,   na 
przykład, kiedy próbowali jej kiedyś wyjąć rurkę, i musieli ją włożyć z powrotem, ponieważ 
nie   mogła   swobodnie   oddychać.   W   Nowej   Zelandii   brakuje   lekarzy   z   odpowiednim 
doświadczeniem w tej dziedzinie. 

– Twoi rodzice nie mogli zawieźć jej gdzieś na konsultacje?
– Nie mają pieniędzy. Sporo im dokładam. 
– Ubezpieczenie zdrowotne w Nowej Zelandii nie pokrywa wszystkich kosztów?
– Kiedy w grę wchodzą drogie procedury,  jakich wymagała i nadal wymaga Amber, 

żaden   system   nie   pokrywa   wszystkich   kosztów.   Część   z   jej   zabiegów   uważa   się   za 
kosmetyczne. Niektóre koszty są niewymierne, na przykład fakt, że moja matka nie może 
utrzymać przyzwoitej pracy, bo opieka nad Amber zajmuje mnóstwo czasu. Wiem, że matka 
chciałaby zostawić ojczyma. Wyszła za niego, kiedy była rozbita po śmierci mojego ojca, bo 
wzięła jego chęć dominacji za siłę. Teraz sama jest silniejsza, ale wierzy, że powinna z nim 
zostać ze względu na Amber. Chce zachować ten związek, choć on w istocie nie istnieje. 

– A ty chciałeś tylko rozrywki i odpoczynku. Nie ufałeś mi na tyle, żeby powiedzieć mi o 

swoim życiu, bo myślałeś, że wtedy odmówię ci tej rozrywki. Wiesz, jak to boli?

– A nie odmówiłabyś, Tink? Każdy zaoszczędzony przeze mnie grosz idzie na Amber. 

Ona jest taka dzielna, nie mogę jej zawieść. Mieszkam w Auckland, i pewnie tam zostanę, 
przynajmniej dopóki Amber nie stanie się samodzielna. Nigdzie się nie przeprowadzę. Nie 
wierzę w dobre intencje ojczyma. Nie wierzę w siłę mojej matki. Ufam Amber, ale ona ma 
już dość na głowie. Gdybym wyjechał... – Potrząsnął głową. – I tak spędzam tu tydzień w 
miesiącu, a gdyby nie pieniądze... 

–   Pieniądze?   Ja   mam   pieniądze.   Dziadek   zostawił   mi   sześćdziesiąt   tysięcy   dolarów 

oprócz tego domu. 

Joe zaśmiał się. 
– Christino, kochana jesteś. Daj mi swój spadek, żebym mógł wydać go na swoją siostrę. 
– Kiedy ludzie się kochają, dzielą się problemami. Mój Boże, Joe, ty właśnie powinieneś 

to rozumieć. 

Dla Joego brzmiało to kusząco, słodko i... naiwnie, jak pieśń syreny, której hipnotyczny 

background image

wpływ trzeba zwalczyć, by nie stracić sił. 

– Nie chcę. – Starał się, by nie zabrzmiało to zbyt ostro, ale musiał być stanowczy. – Nie 

wiesz, o czym mówisz. 

– Więc musisz być bohaterem. 
– To nie tak. Twoje zaangażowanie tylko zwiększyłoby presję. A ja mam już dość presji, 

właśnie dlatego tak lubię być z tobą, że tutaj jej nie czuję. 

Christina zdenerwowana chodziła po ogrodzie, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę. 
– Idź sobie, dobrze? Jeśli zamierzasz tak dalej gadać, nie chcę tego słyszeć. Nigdy nie 

przypuszczałam, że będę na ciebie aż tak zła. Nie... nie mogę już nawet mówić. 

Joe spojrzał na nią i zobaczył, że nie przesadza. I oczywiście miała rację. Powiedział to, 

co musiał. Teraz powinien zostawić ją, by przetrawiła to w samotności, a potem doszła do 
tego samego wniosku co on. 

Miłość to nie wszystko, jeśli dwoje ludzi potrzebuje od siebie tak kompletnie różnych 

rzeczy.   Miłość   to   za   mało,   jeśli   dwoje   ludzi   ma   wobec   siebie   tak   kompletnie   różne 
oczekiwania.   Nigdy   nie   powinien   był   mówić   o   miłości,   ponieważ   dla   niej   znaczyła   ona 
przyszłość, a dla niego nie. On po prostu nie miał na to miejsca. 

Todd wyjechał do bramy, tak jak obiecał. Obiecał? To brzmiało bardziej jak groźba. 
– Weź sobie wolne, szczeniaku, ale jak mi tu nie wrócisz we wtorek punkt piąta, nie będę 

czekał. 

O czwartej czterdzieści pięć Jack wyskoczył z szoferki ciężarówki, która podrzuciła go 

ostatni kawałek drogi. 

– Kac? – powitał go radośnie Todd. Opuścił szybę, ale nie wysiadł z samochodu. 
– Łeb mi pęka – odparł Jack. 
Oczywiście skłamał. Australijczyk nie był taki zły, ale nie musi wszystkiego wiedzieć. 
– Chodź, głąbie, wskakuj – powiedział. 
– Najpierw chcę dostać zaległą zapłatę. Todd zaśmiał się. 
– Co, myślisz, że wożę ze sobą tyle kasy?
– Wiem, że tak. – Wskazał na tył samochodu. – Są przyklejone taśmą do opony. – W 

plastikowym worku, a taśma była mocna, płócienna. Był to bardzo oczywisty schowek. 

Todd zmrużył oczy, ale szybko się otrząsnął. 
– A ty gdzie będziesz je trzymał?
– Pożycz mi taśmę, a ja już znajdę jakieś miejsce. – Najprawdopodobniej na własnej 

piersi. 

–   Możesz   teraz   dostać   połowę.   Gest   dobrej   woli.   Jack   skinął   głową.   Nie   oczekiwał 

więcej. Mówiąc szczerze, nie wiedział, co zrobi, jaki będzie jego kolejny ruch, jeśli Todd nie 
da mu ani grosza. Ale najwyraźniej mężczyzna potrzebował go do tego stopnia, że Jack mógł 
go trochę przycisnąć. 

Todd z pewnością znajdzie nową kryjówkę dla pieniędzy, więc Jack musi poznać ją jak 

najszybciej, bo inaczej skończy z połową wypłaty. Powinien też kierować się instynktem i 
baczniej rozglądać wokół siebie. Dlaczego Todd wozi tyle gotówki? I te raporty, z którymi 

background image

wracał od szefa – czasami były nielogiczne. 

Podróż na zachód, nawet jeśli Jack nie dotarł do celu i nie zobaczył  tego, co chciał, 

wzmocniła   jego   ducha   i   oczyściła   głowę.   W   nocy,   którą   spędził   na   jakichś   wilgotnych 
fartuchach w szpitalu, prawie nie spał, za to dużo myślał, obserwując światła i cienie przez 
szpitalne okna. To nie była strata czasu, jak początkowo sądził. Jakoś go to pokrzepiło, a 
kiedy ruszył znów przed siebie, maszerując autostradą na północ tuż przed świtem, poczuł w 
sobie coś nowego i dobrego. 

Z marzeń, nadziei nie wynika nic pozytywnego. Trzeba mieć plan, i trzeba działać. 
Ona zobaczyła w nim coś, czego nikt inny nie dojrzał. 
Pora zacząć udowadniać, że się nie myliła. 

W środę przypadał jej dzień wolny.  Christina wiedziała, że będzie ciężko. Spanie do 

dziewiątej trzydzieści to tylko głupie zaprzeczanie rzeczywistości. Teraz miała ciężką głowę i 
czuła się ospała, dopiero za kwadrans dziesiąta usiadła do śniadania. Na dodatek dokuczały 
jej nudności, a dwie grzanki z masłem tego nie zmieniły. 

Poprzedniego dnia razem z Glennem i Grace polecieli  na wyspy.  To był  inny świat. 

Ocean zamiast  pustyni.  Turyści  zirytowani,  że choroba przerywa  ich kosztowne wakacje, 
zamiast   tubylców,   którzy   usiłują   pchać   do   przodu   swoje   życie.   Przypadki   były   dosyć 
rutynowe,   żadnych   dramatów,   żadnych   pacjentów,   którzy   nadawaliby   się   na   oddział 
ratunkowy. Nawet nie widziała Joego. 

Do domu wróciła przed zmierzchem, ale w pustych pokojach nie czuła się dużo lepiej za 

dnia niż w nocy. Umówiła się z dwójką znajomych na drinka w Czarnej Kakadu, lecz w 
końcu   wypiła   tylko   zagęszczony   sok   cytrynowy   i   wyszła   po   godzinie.   Zapach   piwa 
wywoływał w niej mdłości, a hałas ją irytował. 

Wiedziała, że będzie musiała czym prędzej poszukać nowego lokatora do pustego pokoju 

Joego, bo inaczej nabierze zbyt wielu złych nawyków. 

Na przykład przestanie jeść. W poniedziałek wieczór jajka na grzance wylądowały w 

kuble na śmieci, a ona zjadła czekoladowe herbatniki, popijając je herbatą. 

Nie będzie o siebie dbała, dopóki ktoś inny jej nie zawstydzi. Potrzebowała kogoś, kim 

mogłaby się opiekować, kto dałby jej motywację do tego, by kupiła składniki do sałatki, 
warzywa,   ser   i   mięso,   przyzwoite   pieczywo.   Żeby   myła   łazienkę   dwa   razy   w   tygodniu. 
Kogoś, przed kim nie będzie chciała pokazać się w piżamie w sobotę w południe. 

Megan Cooper. Megan i jej dziecko, coś szepnęło jej do ucha, a ona uchwyciła się tego 

pomysłu. Czy to by się udało? Czy Megan byłaby zainteresowana?

Wkrótce wypiszą ją ze szpitala. Trzymali ją tylko dlatego, że nie rozwiązała problemu z 

karmieniem i że jej sytuacja rodzinna była trudna. Jackson miał zostać na oddziale trochę 
dłużej, a Megan i tak pewnie spędzi większość czasu przy jego łóżeczku. 

– Zapytam ją – postanowiła, mówiąc głośno do filiżanki kawy. Był to kiepski partner do 

rozmowy, tak bardzo jej teraz potrzebnej. 

Co   jeszcze   musi   rozważyć?   Pieniądze   za   wynajem.   Nic   nie   weźmie   od   Megan, 

przynajmniej dopóki dziewczyna nie wy dobrzeje i nie stanie na nogi, a i wtedy tylko ze 

background image

względu na jej dumę. 

Dwa lata temu Joe upierał się, że zapłaci za swój pokój, ale było oczywiste, że chce 

zaoszczędzić jak najwięcej. Christina pokazała mu dwa cieknące krany, gdy tylko zdała sobie 
z tego sprawę. 

– Nie dam sobie z tym rady, Joe, i nie chcę się tego uczyć. Zawołam hydraulika, ale może 

ty potrafisz to naprawić? Możemy się umówić, że w zamian za pokój będziesz się zajmował 
różnymi naprawami?

Zgodził się, a ona nie miała już cieknących kranów, poluzowanych desek na werandzie, 

zacinających się drzwi ani przepalonych żarówek. 

Dlaczego znów wraca myślami do Joego? Odstawiła filiżankę na suszarkę. 
A więc pieniądze. Megan może nie być w stanie zaoferować jej żadnych praktycznych 

umiejętności.   Wychowała   się   na   farmie,   ale   była   młoda   i   nie   przygotowana   do 
macierzyństwa, a musi opiekować się dzieckiem. Mimo wszystko byłoby wspaniale mieć ich 
dwoje w domu. Zwłaszcza dziecko... 

Tik tak. Zegar biologiczny. A tu ani śladu tatusia. 

Do końca popołudnia uzgodniła wszystko z Megan. 
– Postawiłam karton w pokoju służbowym, Christino – oznajmiła Jiłl Shaw. – Na ubrania 

i   rzeczy   osobiste   dla   Megan,   Honey   i   dziecka.   Honey   nic   nie   miała,   kiedy   tu   z   tobą 
przyleciała. 

– To prawda, tylko torebkę. 
– Kupiła sobie jakąś bieliznę w mieście, ale nie chce inwestować w nową garderobę. 

Wiemy, że z pieniędzmi u nich krucho. 

– To bardzo życzliwie z twojej strony, Jill. 
– Tak. Cóż, niektóre potrzeby łatwo zaspokoić. 
Charles pojawił się w drzwiach, jak zwykle bezszelestnie. Potrafił też w magiczny sposób 

włączyć się do rozmowy w jej trakcie. 

– Chodzi o karton na dary dla Cooperów? – spytał. 
– Tak, doktorze Wetherby. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu. 
– Nie zgadzam się, żebyś mówiła do mnie doktorze Wetłierby, a poza tym się zgadzam. 

Są tam już trzy paczki pieluch. 

–   Och,   cudownie!   –   ucieszyła   się   Christina.   –   Będziemy   opróżniać   karton   trzy   razy 

dziennie. 

– Pomyślałam o tym. To duże pudlo – odparła Jill. I w końcu się uśmiechnęła. Christina 

dojrzała   minę   Charlesa,   zadowolonego   z   tej   zmiany.   Opryskliwa   Jill   powoli   łagodniała, 
poradziła sobie już ze swoim złym małżeństwem i rozwodem. Co dalej? Brian i Jill? A co z 
Charlesem? Czy kiedykolwiek brał pod uwagę małżeństwo?

Nie mogła zastanawiać się nad tym zbyt długo, bo Charles miał jej coś do powiedzenia. 
– Rozmawiałem z Glennem, jutro lecę z wami. 
– Będziesz oceniał naszą pracę?
– A chcecie tego?

background image

– Niekoniecznie. – Uśmiechnęła się. 
A Charles i tym razem zrobił zadowoloną minę. Dbał o nich wszystkich, na wszystkich 

mu zależało. Troszczył się o szpital i jego personel. Brian z kolei pozwalał Jill wypłakać się 
na jego ramieniu, a ją zaprosił na kolację tylko po to, by nie czuła się samotna. Wszystko jest 
w porządku... 

Poza tym, co działo się między nią i Joem. 
Ale w tym nikt nie mógł jej pomóc. 
– W tej chwili nie grozi wam inspekcja – rzekł Charles i nagle zmarszczył  czoło. – 

Podrzucicie mnie do Wetherby Downs. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

–   Jak   dzisiaj   poszło,   Christino?   –   spytał   Charles,   kiedy   wspinali   się   w   powietrze, 

oddalając się od Wetherby Downs. 

Christina czuła, że jego myśli krążą zupełnie gdzie indziej. Zadawał jej pytania, patrząc 

przez okno nieobecnym wzrokiem. 

– Dość rutynowo – odparła przez słuchawki. – Chociaż wzięłam kilka próbek krwi i 

tkanki. Może coś z tego będzie i przywieziemy dwie osoby na leczenie. 

– Uhm – mruknął, wciąż patrząc w dół. – Boże, ale sucho. Widziałem to już dziś rano, 

zieleń zamieniła się w brąz, jak tylko przelecieliśmy nad górami. 

Christina   spojrzała   przez   okno.   Pod   nimi   rozciągał   się   teren   przypominający   mapę. 

Widziała bydło idące w stronę szerokiej pętli strumienia i wiatrak leniwie kręcący się na tle 
suchej, czerwonej ziemi. 

– Jak tam w Wetherby Downs? – zapytała. Przed kwadransem w drodze powrotnej do 

Crocodile Creek zabrali Charlesa z prywatnego pasa startowego na ogromnej  farmie. Pas 
znajdował   się   dwa   kilometry   od   głównego   budynku   mieszkalnego,   który   można   było 
rozpoznać z góry dzięki grupom drzew. Charles siedział sam, w wózku zaparkowanym przy 
ogrodzeniu, patrząc na zbliżający się samolot. Z jakiegoś powodu nikt go nie odprowadził, 
wyglądał bardzo samotnie. Można by powiedzieć „bezradnie”, gdyby się go nie znało. 

– Wystawimy ją na sprzedaż – odparł, zaciskając zęby. 
– Tak źle?
Christina nie mogła w to uwierzyć. Wiedziała, że na tak wielkim areale powinna wciąż 

być woda. Strumień Gunya nigdy nie wysychał. Nawet gdyby młodszy brat Charlesa musiał 
sprzedać część stada, taka duża farma ma kapitał z dobrych lat zainwestowany gdzie indziej. 

– Bydło ma się dobrze – podjął Charles. – To ja zdecydowałem, żeby wystawić farmę na 

sprzedaż, bo jestem współwłaścicielem, i nie ma to nic wspólnego z suszą. Wkrótce wszyscy 
się o tym dowiedzą, więc nie ma powodu trzymać tego w tajemnicy. 

– Ale dlaczego? – zapytała wprost. 
– Ponieważ mój brat odmawia pomocy Cooperom, mimo że zwróciłem się do niego z tą 

sprawą osobiście. Nie chce dać im dostępu do wody, który mieli przez trzy pokolenia. A 
skoro mój ojciec nie napisał w testamencie, że nie można sprzedać rodzinnej posiadłości, ja to 
właśnie zrobię. Są już chętni, ponieważ wiedzą, że podczas tej suszy mogą kupić farmę za 
dobrą cenę. 

– Ale Charles... Zignorował ją. 
–   Spędziłem   wczoraj   wieczorem   trochę   czasu   z   Jimem   Cooperem.   Kiedyś   byliśmy 

dobrymi kumplami. Teraz to złamany człowiek. Jeśli istnieje jakaś szansa, żeby stanął na 
nogi, fizycznie i psychicznie... 

– A ty wiesz, jak to zrobić? – spytała Christina. Wszyscy w szpitalu życzyli rodzinie 

Cooperów jak najlepiej. 

Charles pokręcił głową. 

background image

– Próbowałem. Ale mój brat to napuszony idiota, co nie pozostawia mi wyboru. Jeśli 

Philip nie zamierza honorować swoich zobowiązań w stosunku do lokalnej społeczności, to ja 
przeznaczę moją część ze sprzedaży farmy,  żeby pomóc ludziom w inny sposób. Wygera 
potrzebuje basenu, Crocodile Creek potrzebuje lepszego tomografu.  W hotelu dla lekarzy 
przyda się nowa lodówka. Każda sugestia do listy zakupów jest mile widziana. 

Zszokował ich wszystkich. 
– To bardzo szlachetnie z twojej strony, Charles – powiedziała Christina. 
– Nie – warknął. – To szantaż. Do tej pory albo chroniłem Philipa, albo go ignorowałem. 

Żadna z tych strategii nie poskutkowała. Zobaczymy, co będzie teraz. 

– Czy to... ? – zaczęła Grace. – Powiedziałeś, że to nie sekret, ale... 
– Ale czy to znaczy, że chcę, żeby wieści rozeszły się jak błyskawica? Oczywiście, że 

nie, ale to nieuniknione. Możecie powiedzieć, komu chcecie. 

Czy ktoś widział kiedyś takiego Charlesa? Christina zastanawiała się, co właściwie zaszło 

między braćmi, i czy samotne oczekiwanie Charlesa na samolot było znaczące. Kto podwiózł 
go do pasa startowego? Dlaczego z nim nie został? Kto był bardziej zły, Charles czy Philip?

Po tych słowach nikt nie miał już ochoty na rozmowę, a Christina z radością zdała sobie 

sprawę, że lot do Crocodile Creek wkrótce dobiegnie końca. Tymczasem dostali przez radio 
wezwanie,   by   po   drodze   zabrać   pacjenta   z   Wygery.   Helikopter   ratunkowy   przewoził   do 
szpitala młodą kobietę, która rodziła przed terminem, i nie mógł zabrać pacjenta z osady. 

Wygera.   Joe   poleciał   tam   tego   dnia   z   pielęgniarką   na   rutynowe   wizyty.   Christina 

wiedziała o tym, i poczuła, jak na myśl o Joem jej ciało sztywnieje. Wróciły też mdłości. W 
poniedziałkowy wieczór nie rozstali się w zgodzie. Christina poczytała o zespole Treacher 
Collinsa   w   Internecie   i   umocniła   się   w   przekonaniu,   że   gdyby   Joemu   naprawdę   na   niej 
zależało, niczego by przed nią nie ukrywał. Był taki dumny ze swojej przyrodniej siostry. 
Christina bardzo chciałaby ją poznać, ale Joe najwyraźniej nie planował takiego spotkania. 

Była zła, czuła się zraniona. Ale czy jej uczucia są uzasadnione? Czy jest na tyle szalona, 

że   wciąż   szuka   jakiegoś   sposobu,   by   dać   Joemu   drugą   szansę?   Co   powinna   zrobić,   by 
udowodnić mu, że nie ma racji?

Joe i pielęgniarka Lindsay Palmer czekali na nich obok pasa startowego, w samochodzie, 

którym tego ranka wyjechali z Crocodile Creek. Na tylnym siedzeniu Christina zobaczyła 
chłopca, który tulił do siebie jakąś dziwną konstrukcję. 

–   Zapalenie   wyrostka   robaczkowego   –   oznajmił   Joe,   przekrzykując   hałas   silnika   i 

zerkając na Christinę. Oboje zapomnieli uśmiechnąć się czy przywitać, bo ich uczucia były 
zbyt skomplikowane. 

Lindsay powitała wszystkich krótko. 
– Nie wiem, ile usłyszeliście przez radio – podjął Joe. Zachowywał się z wymuszoną 

radością, w czym nie było nic dziwnego. – Porywam wasz samolot, ponieważ wydaje mi się, 
że wyrostek już pękł, a mamy jeszcze pacjentów. 

– Bardzo z nim źle? – zapytała Christina. 
– Nie tak źle, jak można by przypuszczać. Kiedy matka go przyprowadziła, chodził w 

charakterystyczny sposób. Miał bardzo czuły brzuch, kiedy położyłem go płasko i badałem. 

background image

Matka mówiła, że w nocy miał nudności, ale nie wymiotował. Kiedy zastanawiałem się, co z 
nim zrobić,  zaczął  mówić  nam,  że coś mu  pękło, ale  już tak nie boli i pytał,  czy może 
zatrzymać swój model. 

– Swój model?
–   To,   co   tak   czule   ściska.   To   model   nowego   basenu.   Swoją   drogą   dzieciak   ma 

fantastyczne pomysły. Powiedziałem, że może go zabrać, bo bez niego nie chciał jechać. – 
Podszedł bliżej samolotu i powiedział głośniej: – Charles, możemy zamienić się do końca 
dnia?

– Mam zająć się twoimi pacjentami? – zapytał Charles. – To ma sens. Chętnie spędzę tam 

trochę czasu. Ci ludzie tyle ostatnio przeszli. 

Wszyscy   wiedzieli,   że   na   wózku   Charles   nie   może   zrobić   nic   użytecznego   w   małej 

przestrzeni samolotu, i że Joe powinien być z powrotem w szpitalu na wypadek, gdyby trzeba 
było kogoś operować. 

– Glenn? – powiedział Charles. 
Pilot wiedział, co robić. Wyskoczył  na pas startowy,  by rozłożyć  wózek Charlesa na 

krótki  przejazd do samochodu.  Dzięki  silnym  rękom  Charles bez  kłopotu  przesiadł  się z 
wózka na siedzenie pasażera, a wózek został ponownie złożony i schowany z tyłu, razem ze 
sprzętem, którego nie potrzebowali już tego dnia. 

– Polecę samolotem? – spytał mały Shane. Wyglądał na jakieś dziesięć lat. Miał włosy 

jak siano, flanelową koszulę bez rękawów i duże oczy jak błyszczące guziki. Mógłby bez 
trudu zdobyć posadę stracha na wróble, i budził sympatię od pierwszego wejrzenia. 

– Tak, polecisz samolotem, i możesz wziąć ze sobą swój model – rzekł Joe. 
– Jest najlepszy odparł Shane. – Widział pan model Roddiego? Nie był taki dobry, ale on 

mówi, że zrobi lepszy. Wszyscy teraz robią modele. To był mój pomysł. 

– Zorganizujemy konkurs – oznajmił Charles z satysfakcją. Jego twarz była wciąż tak 

smutna jak wtedy, kiedy po niego przyjechali. – Wszystkie dzieciaki w Wygerze, każdy, kto 
tylko zechce, może wziąć w nim udział. Ten basen nie będzie tylko dużą cementową wanną 
otoczoną   ziemią.   Ma   być   naprawdę   atrakcyjny,   niemal   jak   park   wodny.   Nagrodą   dla 
najlepszego projektu są... talony do fastfoodu? Nie, to musi być coś lepszego. Masz pomysł, 
Lindsay?

–   Na   nagrodę?   –   Starsza   pielęgniarka   zrobiła   przestraszoną   minę.   Nie   wiedziała,   że 

Charles postanowił tego popołudnia wymusić sprzedaż rodzinnej posiadłości. 

– No dobra, jedźmy – powiedział Charles. 
–   Shane   –   odezwał   się   Joe.   –   Twoja   mama   przyjedzie   samochodem   z   doktorem 

Wetherbym, kiedy doktor skończy przyjmować pacjentów. Musi ci spakować trochę rzeczy. 

W samolocie, kiedy Charles i Lindsay odjechali, Chnstina szykowała kroplówkę. Chciała 

od razu podać chłopcu antybiotyk, nie czekając na potwierdzenie, że wyrostek faktycznie 
pękł. Shane nie wyglądał dobrze, chyba bolało go bardziej, niż chciał przyznać, ale wciąż był 
zajęty projektem basenu. 

– Jeśli będzie konkurs, powinna być nagroda dla tego, kto wymyślił robienie tych modeli, 

i dla najlepszego modelu – stwierdził. – Powiedzcie to tamtemu doktorowi. 

background image

– Doktorowi Wetherby’emu? Dobrze – obiecała Christina. – Ale nie w tej chwili. 
– On chce sprzedać posiadłość, Joe – włączyła  się Grace. – Dzisiaj nam powiedział. 

Wykorzystuje fakt, że jest współwłaścicielem. 

Joe zagwizdał. 
– Tak, dla mnie to też szok. 
Christina nie uczestniczyła w rozmowie. Podejrzewała, że Grace robi wszystko, by zająć 

czymś myśli jej i Joego. 

Dzięki, Grace. Tak, ciężko jej było tak blisko Joego na takiej małej powierzchni. Grace 

pewnie   chciałaby   usłyszeć,   o   czym   w   poniedziałek   wieczór   rozmawiali,   i   jak   się   to 
zakończyło. Nie znalazła dotąd okazji, by pogadać z przyjaciółką. A poza tym trudno jej było 
o tym mówić. Na samo wspomnienie bolał ją żołądek. 

Przetarła skórę Shane’a środkiem odkażającym i wkłuła igłę. Shane nawet nie drgnął. 

Ściskał swój model, zrobiony między innymi  z plastikowych pojemników po margarynie, 
tekturowego pudełka po płatkach oraz srebrnych i złotych folii z pudełek po papierosach. 

– Widzi pani, muszą być zjeżdżalnie... 
– Ta rurka zostanie tu chwilę, Shane, więc przykleję ci ją plastrem, dobrze?
– I płytka woda dla małych dzieci. Glenn przygotowywał się do startu. 
– I musi być trawa i cień, żeby wyglądało jak te, no wie pani, jak one się nazywają? Oa.. 
– Oazy?
– Tak. 
– Bardzo mi się podoba twój pomysł. 
–   Jak   będę   jechał   do   Wygery,   to   wezmę   ze   sobą   ręcznik   –   oznajmił   Joe.   –   Musisz 

zobaczyć, jak skaczę do wody. Dobra, teraz damy ci lekarstwo, Shane. Poleci tą rurką, więc 
nie musisz się martwić, że jest niesmaczne. 

– A skoro o tym mowa – wtrąciła Grace. – Jeśli będzie cię bolało, mogę ci dać coś 

takiego. To jest smaczne. 

Lot odbył się bez większych niespodzianek. Wylądowali gładko, a Glenn ani razu się nie 

uśmiechnął. 

– To dobry dzieciak – rzekł Joe do Christiny, gdy samolot kierował się w stronę karetki 

czekającej   obok   pasa   startowego.   Shane   leżał   spokojnie,   pewnie   wciąż   myślał   o   swym 
modelu. – I dobry pacjent – dodał Joe. 

– Podoba mi się ten projekt – oświadczyła Christina. 
– Tak, ale wolałbym nie znać budżetu. 
– Charles twierdzi, że to nie jest problem. 
– Myślisz, że naprawdę wymusi na bracie sprzedaż posiadłości? – Joe był sceptyczny. 
–   Cóż,   tak   powiedział,   kiedy   odbieraliśmy   go   z   Wetherby   Downs.   –   Instynktownie 

przysunęła się bliżej, ponieważ mówiła o dość drażliwych sprawach. 

Spojrzenie Joego padło na jej rękę, po czym przesunęło się jak pieszczota wzdłuż jej 

ciała. Christina wzięła oddech i kontynuowała:

– Ale nawet jak nie dojdzie do sprzedaży, mam wrażenie, że środki finansowe Wetherby 

Downs pozwolą na budowę basenu bez likwidowania największej nieruchomości. 

background image

– Wybierasz się na imprezę w hotelu lekarzy dziś wieczorem? – spytał Joe ciszej, jakby 

jej nie słyszał. 

Przyjęcie. Nie, ona wybiera się na kolację z Brianem. Ale nie chciała informować o tym  

Joego, ponieważ zabrzmiałoby to tak, jakby się na nim mściła. 

A przecież nie miała takiego zamiaru. 
– Przyjęcie? – powtórzyła jak echo. 
– Urodziny Dory, pomysł Cala. – Dora i jej mąż Walter byli oddanymi pracownikami 

szpitala. – Dora opiekowała się ostatnio synkiem Giny i Cala. Poza tym pomyśleli, że Georgie 
też dobrze zrobi miły wieczór, niedawno zmarła jej matka. Myślę, że powinnaś wpaść, Tink. 

– Niby po co?
Nie miał na to odpowiedzi. Pewnie dlatego, że w jej pytaniu było pełno złości. 
– Przepraszam – mruknęła. 
– Za to, że nie przyjdziesz? Zamknęła oczy. 
– Za to, że na ciebie warknęłam. To nie z powodu... – Machnęła ręką. – Zaproszenia na 

imprezę. 

– Ale jesteś na mnie zła. 
– Tak. 
– Pogadamy o tym dziś wieczorem. 
– Joe, przez dwa lata nie rozmawialiśmy o niczym ważnym. 
– Nie? – zdziwił się. 
– Nie. A nagle w tym tygodniu rozmowy mają być cudownym lekarstwem?
– Myślę, że powinniśmy porozmawiać o wielu istotnych kwestiach – rzekł spokojnie. 
– Rozmawialiśmy w poniedziałek. 
– Wiesz, nawet rozmowa o trawniku może być ważna, albo prośba o podanie mleka, albo 

pytanie, czy widziałaś ten gol w ostatniej minucie meczu. Ale rozmowa to nie wszystko. 
Liczy się działanie. I duch. Christina nie była  w nastroju do wysłuchiwania tego rodzaju 
filozofii. 

– A potem byliśmy tylko jeszcze bardziej źli i zdenerwowani – zakończyła, wracając 

myślą do poniedziałku. 

– Znowu na mnie burczysz, Tink. 
– Tym razem nie będzie przeprosin. Pojechała prosto do domu i nie słyszała nowych 

wiadomości na temat Shane’a, więc była szczęśliwa, że może usłyszeć je od Briana. 

– Wyrostek pękł, tak jak przypuszczał Joe – rzekł przy kolacji. – Nie dało się wykonać 

laparoskopii, trzeba było zrobić to metodą tradycyjną, naciąć powłokę brzuszną, ale chłopak 
wyzdrowieje. 

– Cieszę się, że to słyszę, Brian. 
Christina była o wiele mniej szczęśliwa z powodu miejsca, gdzie padły te słowa. Brian 

zaprosił ją do bardzo eleganckiej trzygwiazdkowej restauracji rodziców Mike’a Poulosa, która 
stanowiła część hotelu Athina. 

Próbowała protestować, chciała przypomnieć mu, że obiecał jej skromną kolację, pizzę 

albo burgery. Tylko dlatego się zgodziła. 

background image

Athina była  restauracją ze wspaniałym  widokiem na ocean, akwarium z tropikalnymi 

rybami   na   całej   ścianie,   zagranicznym   szefem   kuchni   i   odpowiednimi   cenami.   Nie   była 
skromna. Ale Brian nie udawał, że ją za taką uważa. Podjechał pod dom Christiny z tuzinem 
róż   i   przekonał   ją,   by   przebrała   się   w   coś   elegantszego.   Christina   jak   niepyszna   zdjęła 
dżinsową spódnicę i bawełnianą bluzkę i włożyła eleganckie czarne spodnie oraz połyskujący 
top na ramiączkach. Zaczesała włosy do góry, spinając je szpilkami. 

Brian zadzwonił wcześniej do restauracji, by zamówić jakieś specjalne danie z homara, 

którego nie było w menu. Wybrał jedno z najdroższych win i wciąż prosił grający na żywo 
zespół o piosenki o miłości. 

Christina   gotowała   się   ze   złości.   Ale   co   mogła   zrobić?   Jak   można   krzyczeć   na 

mężczyznę,   który  traktuje   kobietę   jak  królową?   Brian   zaprosił   ją   na  kolację   za   dwieście 
dolarów i nie szczędził jej uwagi, a przecież twierdził, że to tylko spotkanie koleżeńskie. 

Gdyby to był Joe, na pewno by zrobiła awanturę. Z Joem czuła się swobodnie. Ale nie 

mogła wrzeszczeć na Briana. Tylko dlaczego on nie widzi, że ten wieczór to fatalny pomysł?

– Zawsze uważałem cię za wyjątkową osobę, Christina – oznajmił Brian. 
Nie, nie, nie. Nie wysyłałam takich sygnałów. 
– No cóż. Zrobiłam przecież dyplom na uniwersytecie w Sydney, a moi profesorowie byli 

ze mnie zadowoleni – zażartowała. 

– Nie o tym mówię, dobrze wiesz. Tak, do diabła, wie. 
– To może zbyt szybko... – dodał. 
– Tak, potrzeba czasu, prawda? Myślę, że Jill dopiero poradziła sobie z rozwodem. To 

wspaniała   kobieta,   Brian.   Nie   widziałam   tego   wcześniej.   Ona   bardzo   sobie   ceni   twoje 
wsparcie – wyrzuciła z siebie zdesperowana. 

– Tak, oczywiście, cieszę się, że mogę jej pomóc, ale nie chcę teraz rozmawiać o Jill. 

Powiedz mi coś więcej o prawdziwej Christinie Farrelly. Czy jest taką fantastyczną kobietą, 
za jaką ją uważam?

Nie, jest straszną wiedźmą, pomyślała Christina. 
– W tej chwili jest dosyć zmęczona – odparła zgodnie z prawdą, by nie sprawiać mu 

przykrości. 

Podziękowała za deser i szybko wypiła wino, dzięki czemu skróciła ten wieczór. Brian 

zerknął na zegarek. 

– Odwiozę cię do domu, ale zajrzyjmy najpierw do szpitala. Mam coś do załatwienia. 
Natychmiast zdała sobie sprawę, że chciał tylko pochwalić się, że spędzili razem wieczór. 
Po   paru   kłopotliwych   spotkaniach   na   przykład   z   Calem   i   Georgie,   które   Brian   z 

pewnością zaaranżował, by pochwalić się randką, wpadli na Joego. Christina poczuła tak 
wielką ulgę, że nie potrafiła tego ukryć. 

Joe Barrett. Wolałaby sto razy spędzić z nim wieczór pełen awantur niż uprzejmy wieczór 

z Brianem. Czy mogłaby mu to powiedzieć? Czy to cokolwiek dla niego znaczy? Czy to 
pomoże? Czy Joe może ją teraz uratować z rąk Briana?

– Joe? – Chwyciła  go za rękę i pociągnęła  w stronę oddziału chirurgicznego,  robiąc 

wszystko, by wyglądało na to, że to on ją tam ciągnie. – Co nowego u Shane

r

a?

background image

– Jest z nim matka, mały dzielnie sobie poczyna. Na razie jest trochę nieprzytomny po 

narkozie. Często naciska guzik. 

– Co mu zaordynowano? Morfinę?
– Tak. Teraz dostał tlen, płyny, antybiotyki. Cal jak zwykle świetnie się spisał. Zabieg 

trwał krótko. 

– Więc wszystko w normie. 
– Jak dotąd. Za kilka dni powinien wrócić do swojego projektu basenu. 
– Mam nadzieję, że Charles nie zapomni o tym konkursie. 
– Czy Charles kiedykolwiek o czymkolwiek zapomniał?
– Racja – odrzekła Christina ze śmiechem. – Chciałabym zobaczyć Shane’a. Wrócisz tam 

ze mną, Joe? Teraz?

Odwróciła się w stronę Briana, który właśnie do nich podszedł. 
–   Brian,   dzięki   za   wspaniałą   kolację.   Nie   musisz   mnie   odwozić   do   domu,   pojadę 

autostopem. 

Brian zmarszczył czoło. 
– Christino, to niebezpieczne. 
–   Zanim   wsiądę,   zapytam   kierowcę   o   nazwisko   –   rzuciła,   ale   nie   czekała   na   jego 

odpowiedź. 

Znowu pociągnęła za sobą Joego, który stwierdził z zadowoleniem:
– Podoba mi się to ściskanie ręki. Nowa technika radzenia sobie ze złością?
– Och, Joe! – Zabrzmiało to jak szloch. 
– No... Tink!
– Nie rozśmieszaj mnie, kiedy tak podle się czuję. Kiedy Brian zniknął im z oczu, Joe i 

Christina zwolnili i przystanęli. 

– Wywoływanie śmiechu wbrew woli pacjenta – zażartował Joe. Christinie zdawało się, 

że cała reszta świata nie istnieje. 

– Przestań. – Przycisnęła dłonie do skroni. 
– Posłuchaj... – zaczął jeszcze ciszej. – Jeśli mogę powstrzymać twoją złość, zrobię to, 

uciekając się do wszelkich możliwych środków. Nigdy nie chciałem, żeby nasza znajomość 
tak się skończyła. Westchnęła bezradnie. 

– Wiesz, co zaczęłam myśleć? Że złość to wcale nie taka zła rzecz, zwłaszcza jeśli o niej 

rozmawiamy. – Dotknęła jego przedramienia. 

– Czy wciąż mamy o czym rozmawiać, Tink? – Jego ciemne oczy wędrowały po jej 

twarzy. Stali tak blisko siebie, że czuli ciepło swoich ciał. – Myślałem, że nie. 

–   Och,   mamy.   –   Jej   dłoń   zawisła   nad   jego   ramieniem.   Gdyby   dotknęła   jego   karku, 

pochyliłby się i pocałował ją. Była tego pewna. 

– O poważnych ranach, jeśli już o niczym innym?
– Tak? Ty też czujesz się zraniony?
–   Naprawdę   sądzisz,   że   ten   tydzień   gładko   mi   przeleciał?   Że   uganiam   się   za 

dziewczynami w Czarnej Kakadu?

– Czy możemy... pójść na to przyjęcie, Joe? – spytała, bo nie mogli przecież toczyć tak 

background image

osobistej rozmowy parę metrów od łóżek pacjentów. 

– Tak, chodźmy – zgodził się. 
W  milczeniu  opuścili  szpital  i   przeszli   spacerkiem   przez   ogród.  Nie  dotykali  się,  bo 

przecież już nie byli parą. 

Wielu gości odnotowało mimo to, że pojawili się razem. Jednak zaraz po wejściu zostali 

rozdzieleni przez grupy przyjaciół. 

–  I   co?   –  dopytywała   się  Grace   w  kącie   dużej   kuchni   chwilę   później.  –   Wyglądasz 

świetnie. Brian zabrał cię do Athiny, tak?

– Tak, ale to nie było... – Christina urwała. 
– Wiem,   to  nie  było   to,  czego  chciałaś.   Ale nie  opowiadaj   mi   o kolacji  z  Brianem, 

powiedz mi o Joem. Widziałam, jak szłaś z nim przez ogród. 

Ktoś nastawił głośniej muzykę. Dwójka dzieciaków tańczyła na trawniku, ktoś pływał w 

basenie.   Joe   wałęsał   się   tu   i   tam.   Brian   także   wpadł,   ale   nie   został   długo.   Pani   Grubb 
zignorowała swoją rolę gościa honorowego i zajmowała się jedzeniem. 

Grace, tak jak trzy dni wcześniej obok zbiornika na wodę w Gunyamurze, oczekiwała 

nowin na temat Joego. 

– A więc, Grace, to problem z żoną łabędzicą – oznajmiła Christina. 
– Tak? – Grace była zaintrygowana i zmartwiona. 
– Tak. Miałaś rację. Niewiarygodne, że nikt inny w mieście nie zauważył spadających 

charakterystycznych piór. 

– A poważnie? – Grace przekrzykiwała muzykę. 
–   Poważnie?   Dobra.   Problem   z   siostrą.   Kłopoty   rodzinne.   –   Nie   mogła   wchodzić   w 

szczegóły. Joe dał jej jasno do zrozumienia, że nie chce, by o tym rozpowiadać. – Nie może 
zostawić ani zawieść rodziny – dodała jedynie. 

– I nie powinien ciebie w to angażować. 
– Jego zdaniem. Zachowuje się jak Zosia Samosia z kompleksem bohatera tragicznego. 
– Przez co ty kochasz go jeszcze bardziej, nawet jeśli nie chcesz, ponieważ w naszej 

pracy spotykamy zbyt wielu mężczyzn, którzy nie biorą żadnego ciężaru na swoje barki. 

Tak. Właśnie tak. 
– Dlaczego tak się dzieje? – Tym razem Christina przekrzykiwała muzykę. – Kocham go 

i jestem na niego wściekła, i mam świadomość, że to mi nie służy. 

Grace przekrzywiła głowę i ściągnęła brwi. 
– Wiesz co?  Zaczynam  myśleć,  że można  na to spojrzeć  inaczej. Uważam,  że okres 

żałoby był przedwczesny. 

– Okej. – Christina zaśmiała się zmęczona. – Chcesz powiedzieć, że niebo jednak nie wali 

mi się na głowę? Nie tak mówiłaś w poniedziałek w Gunyamurze. 

– Daj mu drugą szansę. 
– Co?
– Czy nie oświadczyłaś mi, że gdybyś wiedziała, dlaczego tak się zachowywał, jakoś byś 

sobie z tym poradziła? Teraz wiesz dlaczego. Z powodu siostry. To o wiele lepiej, niż gdyby 
chodziło o żonę. Więc poczekaj chwilę, przekonaj się, jak będzie. 

background image

– Mam go przyjąć z powrotem do domu? Już wszystko uzgodniłam z Megan, wprowadza 

się do mnie z dzieckiem. 

– To dobrze. Ponieważ nie chcesz, żeby Joe znowu się wprowadził. Wolisz zachować 

pewien dystans. 

– Który miałby polegać na tym, że mieszkamy osobno w odległości trzech kilometrów od 

siebie, aleja otworzę przed nim swoje serce?

– Widzisz? Świetnie zrozumiałaś. 
– Grace!
– Oj, Christina. Wszystkim na tobie zależy, a ty jesteś kompletnie rozbita. Gdyby Joe 

zniknął, nie oglądając się za siebie, pierwsza bym cię błagała, żebyś nie zmieniała zdania. Ale 
spójrz na niego... 

– On jest.. ? – Christina okręciła się, szukając go wzrokiem. Nie zdawała sobie sprawy, że 

był  tak blisko.  Dziesięć  minut  temu  krążył  na  zewnątrz.  Dostrzegła  jego ramię  i czubek 
głowy, resztę zasłaniali koledzy, ale ona i tak patrzyła w jego stronę. 

– Taa – mruknęła Grace, wiodąc wzrokiem za jej spojrzeniem. – Wygląda, jakby nie 

wiedział, czego szuka. Jest tak samo rozbity jak ty. 

– A twoim zdaniem to dobrze. 
– Musi być dobrze, no nie? – Zatrzymała wzrok na Christinie. – Przemyśl to. 
Joe nie dał jej na to szansy. Stał właśnie obok lodówki z drinkami, kiedy ją dojrzał. 
– Tutaj jesteś – powiedział takim głosem, jakby znalazł ją pod przednim siedzeniem w 

samochodzie, jak zgubione CD. 

– Jestem gotowa rozważyć inne miejsca do parkowania. 
Nic nie mówiąc, chwycił ją za rękę. 
– Dokąd idziemy, Joe?
– Na plażę? Nie wiem. 
– Plaża jest w porządku. Czy nikt... 
–  Może   zauważą,   ale   wcale   się   tym   nie   przejmą.   Tego   wieczoru   na   niebie   nie   było 

księżyca, ale spienione grzbiety fal rzucały własny blask. Piasek był zimny i gąbczasty. Joe 
przystanął, by zdjąć buty i podwinąć spodnie. Christina także zrzuciła  pantofle, po czym 
ruszyli w stronę skalistej wychodni u stóp skarpy. Znaleźli tam spokojne miejsce, gdzie mogli 
usiąść i porozmawiać. 

– Cieszę się, że powiedziałem ci w poniedziałek o Amber – zaczął Joe. – Bałem się, że 

będę się potem źle czuł, ale nie. 

– Dlaczego tak sądziłeś?
– Bo pomieszałem moje osobne światy. 
Sięgnął po jej dłoń. W pierwszym odruchu Christina zamierzała go odepchnąć. Dlaczego 

chciał mieć dwa oddzielne światy? Dlaczego jej nie ufa, kiedy ona chce być częścią tego 
świata, w którym on żyje na co dzień, i to przez resztę życia? Potem przypomniała sobie, co 
mówił tego popołudnia. Nie była wówczas w nastroju, by go słuchać, a mimo to zapamiętała 
jego słowa. Jak można uważać, że rozmowa o tak banalnych rzeczach jak ogród czy sport w 
telewizji coś znaczy? Jak można twierdzić, że czyny mówią więcej niż słowa?

background image

Tymczasem przemawiała do niej jego ręka. Oparł grzbiet dłoni o skałę, podczas gdy jej 

dłoń spoczęła w ciepłej kołysce jego dłoni. Głaskał palcem jej skórę. 

Christina   spuściła   wzrok.   Tylko   jeden   punkt   kontaktu.   Dwie   dłonie.   Jedna   obsypana 

piegami i wymagająca kremu nawilżającego, druga zbudowana jak łapa niedźwiedzia, tyle że 
gładka i brązowa. Nie widziała jej dobrze w ciemności, ale wiedziała, że jest na niej stara 
blizna, poniżej kciuka. Przenosząc wzrok do góry, znalazła niebiesko-czarny tatuaż: wąską 
bransoletkę obejmującą silne ramię. 

– Ja też cieszę się, że powiedziałeś mi o Amber – rzekła w końcu. – Szkoda jednak, że nie 

zrobiłeś tego wcześniej. 

– Tylko nie opowiadaj o tym nikomu w Crocodile Creek, dobrze?
– Jasne. 
– Ona nie lubi, kiedy ludzie o niej mówią, nawet jeśli ma świadomość, że dobrze jej 

życzą. Nie lubi nawet, kiedy za często powtarzam jej, że jestem z niej dumny. 

– A jak sobie radzi z konfliktem rodziców?
– Chyba nie zdała sobie jeszcze sprawy, że powinno być maczej, że nie wszyscy ojcowie 

są   agresywni   i   gotowi   wysłać   córkę   na   wszystkie   możliwe   operacje   plastyczne,   żeby 
wyglądała normalnie. 

– A on tego chce? Żeby wyglądała normalnie?
– Bez względu na koszty. Amber pragnie tylko tych zabiegów, które są konieczne dla jej 

zdrowia, a to i tak sporo. Matka wie, że Amber nie marzy, by zostać supermodelką, ale udaje, 
że zgadza się z Geoffem, moim ojczymem. Zbyt wiele poświęca. – Potrząsnął głową. 

–   Ale   ty   stanowisz   inny   model   mężczyzny   dla   Amber   niż   jej   ojciec   –   stwierdziła 

Christina. 

– Jestem tylko bratem. 
– Pewnie uważa, że bracia są w porządku. 
– Mam nadzieję. Znowu zapadła cisza. 
Joe   zdjął   rękę   ze   skały.   Christina   odwróciła   ją   i   śledziła   czerwone,   odciśnięte   ślady 

kamienia. 

– Chyba cię boli – powiedziała, myśląc o radzie Grace, żeby dać mu drugą szansę. 
– Nie, skąd – odparł. 
– Cholerny bohater. Uśmiechnął się. 
– Tak, jestem nieznośny. 
– Jesteś. – Uśmiechnęła się, a potem westchnęła. Bohaterowie mają swoje dobre strony. 

Podjęła decyzję. – Czy pozwolisz, że cię pocałuję? Proszę... 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, Tink? – spytał Joe, choć miał wrażenie, że te 

słowa go zabiją. 

– To wspaniały pomysł. – Pochyliła się i dotknęła jego warg opuszkami palców. Już się 

nie uśmiechała. 

On też nie. Bał się, że jej pocałunek go zabije. Wiedział, że nie wolno mu się zgodzić, ale 

w tej chwili nie potrafił jej odmówić. Jej wargi były zimne i miękkie. Ujęła jego twarz w 
dłonie i przekrzywiła głowę, a potem znowu musnęła jego wargi swoimi. 

Później   usiadła   prosto   i   wyjęła   szpilki   z  włosów.  Uczesała   luźne   kosmyki   palcami   i 

potrząsnęła   głową,   roztaczając   słodki   zapach.   Joe   miał   ochotę   objąć   ją,   a   jednak   się 
powstrzymał. Czekał cały tydzień, myślał tylko o niej. Przypominał sobie niedzielną noc i 
cierpiał na myśl o tym, że już się nie powtórzy. 

A  teraz   ona,   słodka   i   przebiegła,   postanowiła   mu   się   oddać.   Czuł   się   zagubiony.   W 

niedzielną noc słuchał, jak dzieliła się z nim swoimi pragnieniami, i uszanował jej prawo do 
podjęcia decyzji o rozstaniu. Tymczasem w tej chwili mówiła znów co innego – wycofywała 
się ze swojej decyzji, oznajmiła, że doszła do wniosku, iż jednak mogą być razem na jego 
warunkach. 

Więc dlaczego stanowi to dla niego problem?
– No! – szepnęła Christina, delikatnie pieszcząc jego ucho. – Do tego potrzeba dwojga. – 

Wplotła palce w jego włosy i całowała jego kark. – Tak? Ona mówi „tak”, idioto, więc niech 
będzie. 

– Naprawdę tego chcesz?
Kiedy wziął ją w końcu w ramiona i zniósł ze skał na piasek, aż zapiszczała z radości. 
– Tak? – powtórzył. – Tutaj?
– Tak – odparła bez tchu. 
Leżała z głową wtuloną w jego piersi, a on głaskał jej jedwabiste włosy, dając jej ostatnią 

szansę, by zmieniła zdanie. Christina milczała. A zatem, z zamkniętymi oczami, przyciągnął 
jej twarz ku swojej. Ich pocałunek był namiętny, ich ciała drżały. Gdyby ktoś wybrał się tego 
wieczoru   na   spacer   plażą...   Cóż,   i   tak   nie   mogło   to   trwać   długo,   tak   bardzo   byli   siebie 
spragnieni. 

Joe   podniósł   powieki,   by   widzieć   Christinę:   jej   opadające   włosy,   twarz,   na   której 

malowała się rozkosz, pożądanie i piękno. Przesunął dłonią po jej udach, które go ściskały. 
Kochał w niej wszystko, świadomy równocześnie, że to za mało. Może w tym tkwi problem? 
Za bardzo była mu droga, by wciągał ją w meandry swojego życia. 

Zdjęła   przez   głowę   połyskujący   top.   Jej   piersi   zakrywał   ciemny   koronkowy   stanik. 

Zamknęła oczy,  dzięki czemu Joe mógł na nią bezkarnie patrzeć. A przyglądając się tak, 
dostrzegł jej emocjonalną nagość i jej bezgraniczną ufność. I wtedy zrozumiał, że muszą 
natychmiast przestać. 

Jego dłonie znieruchomiały. Christina lekko zmarszczyła czoło. Na jej twarzy błąkał się 

background image

uśmiech, czekała, by znowu przyciągnął ją do siebie. Pomyślała nawet, że Joe się z nią drażni. 

– Joe? Na co czekamy?
– Nie możemy tego zrobić – odparł po chwili milczenia, czując złość, że tak karze siebie i 

Christinę. 

Z wysiłkiem uniósł ją i posadził z boku na piasku, a następnie sam usiadł, oddychając z 

trudem. Christina wlepiała w niego zdumiony wzrok. 

– Zdawało mi się, że całkiem dobrze nam idzie – zażartowała. 
–   Ale   co   się   zmieniło,   Tink?   –   wybuchnął.   –   Co   się   dla   ciebie   zmieniło,   odkąd 

wyprowadziłem się do hotelu lekarzy, że tak nagle wszystko jest znów w porządku? Czy 
dlatego, że powiedziałem ci o Amber?

– Uznałam, że to dobry początek – odparła. 
Nie   dał   się   oszukać.   Wymyśliła   sobie,   że   zrobią   to   etapami,   krok   po   kroku.   Krok 

pierwszy:   Joe   opowiada   o   swojej   rodzinie   i   odkrywa,   że   to   nie   takie   trudne,   jak   się 
spodziewał. Krok drugi: Christina przyjeżdża do Nowej Zelandii na wakacje, poznaje Amber, 
ich matkę, ojca Amber, i oznajmia Joemu, że Amber jest wspaniała, a jego matka nadzwyczaj 
silna, choć tego nie widać na pierwszy rzut oka. Dostrzega nawet kilka zalet w jego ojczymie. 
Krok   trzeci:   Christina   całym   sercem   włącza   się   w   tę   rodzinną   sytuację,   a   Joe   jest   tak 
przyciśnięty do muru przez jej poświęcenie, że zaczyna brakować mu powietrza. 

Co oznacza krok czwarty: oboje się duszą. 
Był świadkiem, jak jego matka usiłowała zapełnić bezdenną studnię potrzeb innych ludzi. 

Mało sama się przez to nie wykończyła. Wcale nie uważał, że mężczyźni są silniejsi, ale jego 
zdaniem często lepiej się chronią. Posiadają ten niezbędny element egoizmu. 

Sam wykorzystywał go w związku z Christina. 
Od początku wiedział, że nie da jej wszystkiego, więc nawet nie próbował. Chronił siebie, 

dbał, by ich związek był przyjemną zabawą, ograniczoną do teraz i tutaj. Był pewien, że cały 
czas dawał jej jasno do zrozumienia, że istnieją pewne nieprzekraczalne granice. 

Christina by się nie chroniła, wskoczyłaby w jego życie obiema nogami. Należała do 

osób, które dają z siebie wszystko, więc nie mógł jej na to pozwolić. 

– To błąd – rzucił wprost. – To nie ma sensu, ponieważ nie tego pragniesz, i wiesz o tym. 

Miałaś rację w niedzielę,  twierdząc, że musimy skończyć  nasz związek. Teraz mówisz o 
dosyć dobrym początku, jakbym był rybą na wędce, którą ostrożnie przyciągasz do siebie. 

Nie dotykali się, a jednak czuł, że Christina zesztywniała ze złości. 
– To okropne... 
– Nie, nie to chciałem powiedzieć – rzekł szybko. 
– Wychodzi na to, że ja manipuluję z zimną krwią, a ty masz... rybi móżdżek? Mam 

nadzieję, że nie!

– Chciałem tylko zaznaczyć, że ty liczysz na coś więcej – rzekł. – Myślisz, że ja, że my,  

zrobiliśmy właśnie pierwszy krok, więc za dwa miesiące zrobimy następny. 

– Czy to byłoby takie straszne? – zapytała. 
– Gdybyśmy robili te kroki, mogłoby się to skończyć tylko w jeden sposób. A ja tego nie 

chcę. 

background image

– Więc czego chcesz, Joe? – Tym razem była bliska łez, ale nie zamierzała mu tego 

pokazać. Jej głos brzmiał nienaturalnie ostro. 

– Niczego – odparł. – Teraz chcę iść do domu. – Wstał. – Do hotelu lekarzy. 
Gdzie pościel na jego łóżku wciąż pachniała jej proszkiem do prania, a kwiaty, które 

wstawiła do wazonu na biurku, zaczynały więdnąć. 

Gdy włożyła z powrotem swój top, poczuła przyklejony do niego piasek, który sypał się 

też do jej spodni. Ruszyła za Joem, który szedł szybko, najwyraźniej zdenerwowany tak jak 
ona. Wyprzedzał ją o kilka kroków, ale ilekroć sobie to uświadamiał, przystawał i czekał na 
nią, co jeszcze bardziej ją złościło. 

Nie jesteś moim rycerzem, przestań się tak zachowywać, myślała. Ciągnęła nogę za nogą 

wyczerpana.   Nie   miała   ochoty   wracać   na   przyjęcie,   które   trwało   w   najlepsze,   choć   na 
parkingu stało już mniej samochodów. Muzyka grała ciszej, pewnie niektórzy chcieli już o tej 
porze spać. Minęła jedenasta, a większość personelu musiała rano wstać do pracy. 

– Wracam do domu, Joe – oznajmiła. Skinął głową. 
– Jak się tam dostaniesz? Brian cię tu przywiózł, tak?
Już prawie o tym zapomniała. 
– Pójdę piechotą. 
– Nie o tej porze. – Wrócił rycerz w lśniącej zbroi. – Zajrzę do środka i spytam, czy ktoś 

pożyczy mi samochód. 

– Nie trzeba. Jest tu samochód Grace. Poproszę, żeby mnie podwiozła. Mogę chwilę 

poczekać, jeśli nie jest jeszcze gotowa do wyjścia A ty idź spać, jeśli chcesz. – Spojrzał na nią 
bez słowa, a potem przeprosił za nich oboje. – Chyba jesteśmy zmęczeni. 

–   Chyba   tak.   –   Próbowała   powiedzieć   to   obojętnie,   ignorując   reakcję   swojego   ciała: 

miękkie nogi, nierówny oddech. 

Joe ruszył  prosto do swojego pokoju przez werandę, udając, że robi to bez wysiłku. 

Christina od razu znalazła Grace, która śmiała się głośno, stojąc z trójką kolegów. Mimo to 
chętnie opuściła przyjęcie, kiedy Christina poprosiła ją o podwiezienie. 

– Więc Joe... nie wraca? – spytała. – No wiesz, na przykład, żeby naprawić ogrodzenie?
Christina przygryzła wargi i westchnęła. 
– Myślę, że to była zła rada, Grace. 
– Och, do diabła, tak? – Grace wydawała się zaskoczona. – Jak mogła być zła? Sama 

widziałaś, że wyglądał jak duch, kiedy wisiał nad tymi drinkami. Emily twierdzi, że cały 
tydzień był taki, w totalnym dole. Bardzo mi przykro. Nie powinnam się wtrącać, prawda?

–   Kiedy   ja   chciałam   to   właśnie   usłyszeć,   Grace,   tyle   że   on   był   jakiś   taki   cholernie 

szlachetny i zdeterminowany,  żeby uratować mnie przed sobą, a ja jestem... – Urwała. – 
Wściekła?

Nie powinna być wściekła. 
– Nie, tylko otępiała – poprawiła się. 
– Może zostanę u ciebie na noc? Mogę spać na kanapie. Jak będziesz chciała z kimś 

pogadać... 

background image

– Grace, tak się o mnie martwisz?
– Trochę się martwię. Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie sypiała. Jakoś tak niewyraźnie. 
– Niewyraźnie?
– To fachowe określenie. Christina zaśmiała się. 
– Byłoby miło, gdybyś została. W domu nie będzie tak pusto. Ale możesz spać w pokoju 

Joego... – Urwała i poprawiła się: – W wolnym pokoju. Łóżko jest posłane. 

Poprzedniego dnia wyprała  pościel,  a potem przygotowała  pokój dla Megan, choć ta 

miała się wprowadzić dopiero za parę dni. 

– A czy mogę liczyć na gorącą czekoladę i herbatnika?
– Na wypadek, gdybym musiała się jeszcze raz wypłakać na ramieniu cioci Grace?
– Musisz przyznać, że moje ramię wspaniale się do tego nadaje. 
Grace spędziła noc u Christiny. Christina wstała w lepszym nastroju, ale gdy tylko dotarła 

do   łazienki   i   odkręciła   tubkę   z   pastą,   zaczęła   wymiotować.   Nie   zamknęła   nawet   drzwi 
łazienki. 

W   takich   małych   drewnianych   domkach   jak   jej   jest   doskonała   akustyka.   Christina 

wypłukała usta wodą, bo pasta miała dla niej zbyt mocny zapach. Wycierała właśnie twarz 
ręcznikiem, zastanawiając się, skąd te nudności, i dlaczego męczą ją od kilku dni, kiedy w 
drzwiach pojawiła się Grace. 

– Co się stało? Wszystko w porządku?
– Nie wiem – odparła, choć coś ją tknęło. 
– Dużo wczoraj piłaś?
– Pół szklanki wina z Brianem. Sok cytrynowy na przyjęciu. 
Grace zadała przyjaciółce jeszcze dwa pytania. 
– Jestem położną, a ty lekarzem – powiedziała potem. – Co myślisz?
Wymieniły spojrzenia. 
– Niemożliwe – stwierdziła Christina. 
– Nie?
Grace   zadała   kilka   kolejnych   pytań.   Christina   zaprzeczyła,   tym   razem   bardziej 

stanowczo. 

– Zrobimy test – zasugerowała Grace. – Lecę do apteki. – Spojrzała na zegarek. – Już 

otwarta. – W Crocodile Creek była tylko jedna apteka, więc pracowała od rana do wieczora. – 
Minęła siódma. O której masz być na lotnisku?

– O ósmej. Mamy przewieźć jednego pacjenta rano, a drugiego po południu. 
– Znowu będziesz wymiotować?
– No. 
– Kupię ci suchary. Czy owoce?
– Suchary. I wodę. 
Grace   przyniosła   z   kuchni   herbatniki   i   szklankę   wody,   po   czym   wyszła   z   domu. 

Herbatniki i woda pomogły. Christina poczuła się lepiej. Zdołała wziąć prysznic, wytarła się, 
zjadła jeszcze jednego herbatnika i spojrzała na siebie w lustrze. Wyglądała jak zwykle. Z 
twarzy nie mogła rozpoznać, czy jest w ciąży. Ale pewnie była w ciąży. 

background image

Miesiąc temu miała problemy z żołądkiem. Trwało to tak krótko, że nie sądziła, że może 

mieć to wpływ na działanie środków antykoncepcyjnych, a jednak... 

O Boże, o czym ona myślała przed miesiącem? Że wymusi coś na Joem, jeśli zajdzie w 

ciążę? Owszem, myślała, że zegar biologiczny tyka, ale nic więcej. 

Dotknęła piersi, przypominając sobie, że poprzedniego wieczoru Joe je obejmował. Czy 

były pełniejsze? Może trochę. Grace wróci za moment z testem, i już po paru minutach będą 
znać wynik. Ubrała się szybko, głowa pękała jej od pytań. 

Oczywiście musi poinformować o tym Joego, ale równocześnie powiedzieć mu jasno, że 

niczego od niego nie oczekuje. 

Na jej podjeździe zgasł silnik volkswagena, a pół minuty później otworzyły się drzwi 

frontowe. 

– Mam. – Grace wpadła do sypialni Christiny i podała jej papierową torebkę z apteki. – 

Przygotuję ci śniadanie. Grzanka i herbata. 

– Zupełnie jak na Boże Narodzenie. Grace policzyła miesiące na palcach. 
– No, wtedy już nie będę musiała cię pytać o wynik testu. 
Kiedy Christina wróciła z łazienki, Grace i tak nie musiała jej o nic pytać. Wszystko 

miała wypisane na twarzy. 

– O rety! No nie – przejęła się Grace. – Muszę cię uściskać. Och, to takie... wielka chwila. 
– Tak – przyznała Christina, drżąc. 
Nie miała pojęcia, co to dla niej znaczy, jak zmieni to jej plany. Nie była w stanie się  

skupić. Wydawało jej się, że to niemożliwe. Chociaż zawsze pragnęła zostać matką, inaczej to 
sobie wyobrażała. 

– Christina?
– Tak? – Była bardzo daleko. 
– Kiedy powiesz Joemu?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zawracamy?
Christina spojrzała na Jill i zobaczyła to samo pytanie na twarzy starszej pielęgniarki. To 

miał być rutynowy transport ze szpitala do domu. Na pokładzie mieli chłopca mieszkającego 
na odległej farmie bydła. 

Ben skończył dziewięć lat. Lekarze założyli mu gips od palców stopy do biodra. Chłopiec 

złamał sobie kość udową podczas upadku z konia. Powitał ich szerokim uśmiechem, tuż po 
lunchu, ponieważ był szczęśliwy, że opuszcza szpitalne łóżko i wraca do rodziny. Jego mama 
też wyglądała na szczęśliwą, ściskała go i pakowała prezenty, które otrzymał z życzeniami 
powrotu do zdrowia. 

– Tyle czekolady. Balony są piękne, ale... Co z tym wszystkim zrobić?
– Nie wolno brać balonów do samolotu – powiedziała jej Christina. 
Po   czterdziestu   minutach   lotu   Ben   Cartwell   przestał   się   uśmiechać,   a   Judy   Cartwell 

zapomniała o balonach. 

– Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje – powiedziała spiętym głosem, ściskając rękę 

syna. – Spróbuj normalnie oddychać, Ben, spróbuj się uspokoić. 

Atak astmy zaskoczył ich wszystkich. Kiedy lekarz w szpitalu pytał panią Cartwell o 

choroby syna, wspomniała o łagodnej astmie. Ale ten atak nie był łagodny. 

Szybko musieli dać chłopcu maskę i dawkę ventolinu, które co prawda pomogły, lecz 

niedostatecznie. 

– Tak jeszcze nigdy nie było – oznajmiła pani Cartwell. – Ben, nie bój się, kochanie. 
Turbulencja zakołysała samolotem. Christinie nie spodobał się ten niespodziewany ruch 

tak samo jak Benowi, i zaczęła żałować, że nie wzięła ze sobą zapasu herbatników, które 
Grace znalazła rano w spiżarni. 

Joe jeszcze nie miał pojęcia ojej ciąży. Nie wiedziała, kiedy znajdzie okazję, by go o niej 

poinformować, i czuła się z tym fatalnie. Miała za dużo czasu, by zaplanować sobie rozmowę, 
która   w   rzeczywistości   będzie   wyglądać   inaczej,   ponieważ   tak   zawsze   jest   z   ważnymi 
rozmowami. 

– Od tego się zaczęło – wyjaśniła cicho Jill. – Przestraszył się, strach wywołuje u niego 

ataki. 

– Glenn? – rzekła Christina do słuchawki. – Co się dzieje? Jakie warunki? Czeka nas 

jeszcze coś niemiłego?

– Chyba tak – odparł. – Spróbuję polecieć wyżej. Jill i Christina wymieniły spojrzenia. 
– Co się stało? – chciała wiedzieć matka Bena. Ogarnęła ją panika, chociaż starała się to 

przed synem ukryć. 

– Jak się czujesz, Ben? – spytała Jill. Jej głos zawsze łagodniał, kiedy zwracała się do 

dzieci.   –   Lepiej   ci   się   oddycha?   –   Jako   doświadczona   pielęgniarka,   a   także   szefowa 
pielęgniarek, rzadko latała, ale lubiła robić to od czasu do czasu, by trzymać rękę na pulsie, 
jak mówiła. 

background image

Grace miała wolne tego dnia, więc Jill zdecydowała, że sama zajmie się transportem 

dwóch pacjentów, zamiast wysyłać którąś z młodszych pielęgniarek. Teraz Christina była 
wdzięczna losowi, że tak się właśnie stało. 

Nikt nie chciał bez ważnego powodu zawracać, ponieważ mieli określony budżet, zwykle 

zbyt mały, a latanie jest kosztowne. Z drugiej strony... 

Ben pokręcił głową w odpowiedzi na pytanie Jill. Nie mógł mówić. Pani Cartwell jęknęła. 

Christina   przyłożyła   stetoskop do  klatki   piersiowej   Bena.  Cisza.  Można  by pomyśleć,  że 
świszczący oddech minął i stan chłopca się poprawia. Ale Christina wiedziała lepiej. 

–   Glenn,   zawracamy!   –   zawołała.   –   Natychmiast!   Ben,   kochanie,   dzisiaj   jeszcze   nie 

wrócisz do domu. Wiem, że jesteś rozczarowany. 

Ale w tej chwili chłopiec był zbyt zestresowany i przerażony, by się tym przejmować. 

Połowę twarzy zakrywała mu maska. Jego stan pogarszał się szybko. Walcząc z falą mdłości, 
Christina   zmierzyła  mu  tętno,  które   wynosiło  prawie  sto  czterdzieści  uderzeń  na  minutę. 
Coraz gorzej oddychał. Jill już przygotowywała ratującą życie adrenalinę. 

– W dole jest płasko, Glenn? – spytała zwyczajnym tonem, ale wszyscy wiedzieli, o co jej 

chodzi. 

Jeśli stan Bena się nie poprawi, będą musieli go intubować, a ten zabieg można wykonać 

bezpiecznie tylko na ziemi. 

– Płasko? Tak, głównie – odparł Glenn, poważnie jak zawsze. – To mój problem, nie 

twój. 

– Lądujemy? – spytała pani Cartwell. – Proszę mi powiedzieć, co zamierza pani zrobić z 

Benem. 

– Zawracamy – odparła Jill. 
I obyśmy nie lądowali w środku pustkowia, dodała w myślach Christina. Miała nadzieję, 

że to będzie normalny dzień, że na koniec dyżuru złoży podpis, pojedzie z bazy do szpitala, 
znajdzie Joego i czas, by z nim porozmawiać. Liczyła, że przynajmniej zdąży się do tego 
przygotować. A teraz, nawet jeśli z Benem wszystko dobrze się skończy, będzie roztrzęsiona i 
zmęczona bardziej niż kiedykolwiek. 

Jill zaaplikowała chłopcu adrenalinę, a Christina znowu posłuchała jego płuc i podała 

kolejną dawkę ventolinu. Turbulencja się zmniejszyła. 

Ben oddychał lepiej, ale nadal wyglądał na mocno przestraszonego. Wydawało się, że od 

celu dzielą ich jeszcze niezliczone kilometry. 

– Puls trochę niższy – poinformowała Jill. – Sto trzydzieści. Oddech trzydzieści pięć. – 

Zwróciła się głośniej do chłopca: – Ben, kochanie, jest dużo lepiej. Może jeszcze tego nie 
czujesz, ale twój stan się poprawił. Dzielny chłopak. 

W końcu samolot zaczął zniżać lot i jeszcze ich wytrzęsło. Ben wzdrygał się przy każdym 

wstrząsie, a Christina zdała sobie sprawę, że chłopiec boi się o swoją nogę. 

– Gips ją chroni – wytłumaczyła mu. – Nic złego się nie stanie. 
Nie była pewna, czyjej uwierzył. Zaciskał palce na dłoni matki, aż kłykcie mu pobielały, i 

sprawiał wrażenie chorego ze strachu. 

Po szczęśliwym  lądowaniu przenieśli  się z samolotu  – do karetki,  którą pojechali  na 

background image

oddział ratunkowy. 

Joe miał dyżur tego dnia, a pacjentów nie brakowało. Odwrócił się od starszej kobiety i 

zobaczył kolejny wózek, a za nim Christinę. Gestem dał jej znak, że zaraz do niej przyjdzie, 
ale nie tracił czasu na uśmiech. Moje dziecko będzie do niego podobne, pomyślała nagle 
Christina. Po chwili, posługując się lekarskim slangiem, wyjaśniła mu sytuację Bena. 

– Chłopak ma pecha – stwierdził, kręcąc głową. 
– Mama też się denerwuje. 
– To jasne. 
Joe   zbadał   Bena,   nie   znajdując   śladu   sinicy.   Ben   był   już   w   stanie   wypowiedzieć 

samodzielnie całe zdanie. Mimo wszystko należało podać mu doustnie sterydy i monitorować 
go co najmniej przez dobę. 

– Masz wreszcie święty spokój. Jesteś już wolna – powiedział Joe do Christiny. 
– Wiem... – odparła, świadoma, że nie jest już potrzebna, kiedy Benem zajął się personel. 
Musiała jednak powiedzieć Joemu, że chce z nim porozmawiać. Dojrzała nadchodzącego 

Hamisha i chwyciła się ostatniej okazji:

– Musimy pogadać, Joe. 
Spojrzał na nią i wreszcie się uśmiechnął. 
– Wpadamy w bardzo zły zwyczaj, Tink – mruknął. 
– Wiem, ale coś się dziś zmieniło. 
– Mam długą zmianę. Do północy. – Następnego dnia też miał pracować, a w sobotę rano 

leciał do Auckland. Christina z kolei miała być pod telefonem cały weekend. Jak znaleźć czas 
na rozmowę przy takim rozkładzie zajęć?

Przez kolejne trzy tygodnie nie będzie go widziała. Wiedziała z doświadczenia, że on do 

niej nie zadzwoni. Trzy tygodnie to szmat czasu, kiedy dowiadujesz się, że jesteś w ciąży i nie 
wiesz, co na to powie ojciec dziecka. 

Muszę działać, postanowiła. 
– Cześć, Ben – odezwał się Hamish za ich plecami. – To twoja mama? Jestem doktor 

McGregor. 

– Możesz do mnie zadzwonić do domu, Joe? – poprosiła Christina. – Daj mi znać, kiedy 

będziesz miał przerwę na kolację, podjadę do ciebie. 

– Zadzwonię z hotelu. Tam możemy się spotkać. 
Musiała przystać na jego propozycję, gdyż w zamieszaniu panującym na oddziale nie 

dostrzegła alternatywy. 

Przez kilka pełnych udręki godzin czekała w domu, aż o dziewiątej wieczorem doczekała 

się telefonu od Joego. Wiedziała, że to nie jego wina, ale to wcale nie poprawiło jej nastroju. 

– Jestem już u siebie. – Jakieś hałasy w tle niemal zagłuszały jego słowa. – Niestety, tu 

jest głośno. 

– Zaraz będę. 
– Wejdź przez werandę, bo jeśli wejdziesz przez kuchnię... – Wejście przez kuchnię 

groziło zaproszeniem na piwo albo na herbatę, od którego nie było ucieczki. 

background image

Joe   mówił   spiętym,   chyba   poirytowanym   głosem.   Być   może   zaczął   podejrzewać,   że 

Christina   należy   do   tego   rodzaju   kochanek,   które   po   rozstaniu   nie   dają   swoim   byłym 
mężczyznom spokoju. 

– Napijesz się czegoś? – spytał, kiedy dotarła na miejsce. 
– Nie, dzięki. 
– Kolacja jest w mikrofali. Nie mam dużo czasu, Tink. – Powiedział to uprzejmie, ale ona 

znowu poczuła się jak natręt, nawet gdy dotknął jej ramienia, jakby chciał przeprosić za swe 
słowa. – Najwyżej pół godziny. 

– W porządku. Weź sobie kolację. 
Skinął głową i wyszedł. Christina słyszała głosy w różnych częściach domu, ale miała 

nadzieję, że nikt nie wie ojej wizycie. Kiedy została sama, zdawało jej się, że pokój Joego 
nagle zmalał. Jej wzrok padł na kwiaty, które w niedzielę dla niego zerwała. Przywiędły już, a 
kiedy zobaczyła kolor wody w wazonie, żołądek podszedł jej do gardła. Odwróciła wzrok i 
spojrzała na łóżko, pościelone w pośpiechu. Wyobraziła sobie w pościeli rozgrzane ciało... 

– To okropne – oznajmił Joe, wchodząc do pokoju. 
– Jedzenie? – Na talerzu miał jakieś mrożone danie. Postawił je na biurku obok zwiędłych 

kwiatów i nawet nie próbował jeść. 

– Nie, jedzenie w twojej obecności, i to, że cię poganiam... 
– Ja... – Tak jak w niedzielny wieczór, musiała to oznajmić wprost. – Ja... – Nie powie 

przecież: „No wiesz, za trzy miesiące będę musiała kupić sobie nowe ciuchy”. – Jestem w 
ciąży, Joe. 

– Możesz to powtórzyć?
Wiedziała, że ją usłyszał. Najpierw wydał jakiś niski dźwięk, potem chwycił się krawędzi 

biurka. Trafił w talerz, który przechylił się i jego kolacja wylądowała na podłodze. Obydwoje 
spojrzeli na to w milczeniu. 

– Jeszcze się do tego nie zabrałem, a już wygląda niejadalnie – zażartował ponuro Joe. 
– Przepraszam. 
Nie mogła tego znieść. Nie kolacji czy wody w wazonie, czy nawet reakcji Joego. Po 

prostu zrobiło jej się niedobrze. Wybiegła na werandę, a potem do ogrodu ufundowanego 
przez jednego z przodków Charlesa Wetherby’ego. Wiedziała, że Joe za nią wyjdzie, i tak się 
właśnie stało. Po kilku głębokich wdechach zapanowała nad nudnościami, po czym zaczęła 
się zastanawiać, czy będzie się tak męczyła przez następne dwa miesiące ciąży, czy może to 
skutek stresu i zmęczenia. 

– Już w porządku? – spytał. 
– Chyba tak. 
Usłyszawszy ciężkie westchnienie Joego, odwróciła się do niego. Wolała zobaczyć, co 

jest wypisane na jego twarzy, zamiast wyobrażać sobie najgorsze. Nawet nie zauważył liści 
krzewu, które ocierały się o jego ramię, a na jego twarzy malował się szok. Był wstrząśnięty. 

To chyba lepsze, niż gdyby udawał, że jest szczęśliwy. 
– Powiedz coś – poprosiła. 
– Jestem trochę oszołomiony. 

background image

– Tak. I co jeszcze? – Zabrzmiało to wrogo, zbyt agresywnie. Nie czekając na odpowiedź, 

podjęła: – Ja też byłam oszołomiona. 

– Skoro tak, to pewnie nie... Wiedziała, co miał na myśli. 
– Nie zrobiłam tego celowo. 
– Niczego nie sugeruję, Christino. Czuła, że musi być szczera aż do bólu. 
– Masz prawo tak podejrzewać – powiedziała, widząc, że zmrużył oczy. – Pamiętasz, że 

miałam rozstrój żołądka? Gdybym była mądra, wzięłabym następnego ranka pigułkę po. 

– Myślałaś o tym? Pokiwała głową. 
– Wracając z lotniska. Ale uznałam, że ryzyko jest minimalne. – Nabrała powietrza. – A 

potem pomyślałam, że nawet gdyby tak się stało, to nie byłoby wcale takie straszne. 

Ale to jest straszne, prawda, Joe?
– Więc wiedziałaś o tym w niedzielę, kiedy po mnie przyjechałaś? – Zaczął drzeć liść z 

mechaniczną precyzją. 

– Niejasne, że nie. Ani kiedy ci powiedziałam, że załatwiłam ci pokój w hotelu. 
– Zostawiłaś to sobie na później?
– Zostawiłam na później? – powtórzyła, nie do razu rozumiejąc. – Och, na Boga. Niby 

jako co? Ostatnią deskę ratunku?

Joe znowu westchnął głośno. 
– Źle to zabrzmiało, co?
– Tak, bardzo. Jeśli naprawdę sądzisz, że ja.. 
– Chcesz manipulować? – wtrącił. – Nie. 
– To dlaczego tak mówisz?
– Ponieważ biorę to wprost, Tink. Nie sądzę, żebyś chciała, żebym udawał. Powiedz mi... 

co myślisz i czujesz. Czego się spodziewasz? – dodał niechętnie. 

–   Niczego   od   ciebie   nie   oczekuję.   Jedynie   wsparcia   mojej   decyzji,   żeby   urodzić   to 

dziecko. Ja nie musiałam się długo nad tym zastanawiać. 

– Wiesz dobrze, że ja walczę, żeby utrzymać się na powierzchni. 
– Wiem. Jesteś przerażony, nie chcesz tego. Wyrzucił porwane liście i zaczął chodzić tam 

i z powrotem. Christina podeszła do niego, po czym usiedli razem na ogrodowej ławce. Joe 
pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Z początku nic nie mówił. Christina zrozumiała, że 
musi uzbroić się w cierpliwość. 

– Kiedy urodziła się Amber, miałem szesnaście lat – zaczął w końcu. – Byłem dość 

dorosły, żeby zdać sobie sprawę, że coś jest nie tak. Amber była mała i miała taką dziwną, 
zabawną twarz. Miała już rurkę tracheotomiijną, i przypominała... – Potrząsnął głową. 

– Kiedy miałem siedem czy osiem lat – podjął – uratowałem małe ptaki, które wypadły z 

gniazda,   i   do   których   skradał   się   kot.   Były   różowe   i   bez   piór,   i   oczywiście   zdechły. 
Postanowiłem, że nie pozwolę, żeby to samo przytrafiło się Amber. Jej twarz przypominała 
mi tamte ptaki. Czułem, że muszę się nią zaopiekować. Jeden z moich najlepszych przyjaciół 
powiedział, że jest opóźniona w rozwoju, i oberwał za to ode mnie. Cztery razy w brzuch. To 
pewnie nie tłumaczy, dlaczego teraz tak zareagowałem. 

Obrócił się do niej, dotykając jej ramienia. 

background image

– Nie wiem  – odparła Christina  bliska  łez.  – Wiem  tylko,  że miałeś  dwa lata,  żeby 

opowiedzieć   mi   te   wszystkie   historie.   A   teraz   oczekujesz,   że   nadrobię   to   w   dwa   dni, 
zrozumiem ciebie, twoje życie i twoją przeszłość. Nigdy nie widziałam, gdzie żyjesz, nie 
znam twojej rodziny, nigdy dotąd o tym nie słyszałam. Zbyt wiele ode mnie wymagasz, Joe. 

– Tak, właśnie tego między innymi chciałem uniknąć. 
– A czego jeszcze?
– Strasznego małżeństwa, takiego jak mojej matki. Ciągłej gotowości, żeby dać sobie 

uciąć za kogoś rękę. 

Przez kilka pierwszych lat życia Amber co i rusz zastanawiałem się, czy to już dzisiaj?
– Uważasz, że musiałbyś dać sobie uciąć za mnie rękę? Za dziecko?
Długo jej nie odpowiadał. 
– Jestem zmęczony – rzekł w końcu. 
Poza tym musiał wracać do szpitala. Zdążył zjeść tylko kanapkę z masłem orzechowym, 

ponieważ jego kolacja wciąż leżała na podłodze. 

– Idź, ja posprzątam – powiedziała Christina. 
– Zostaw to. Będę zły, jak to zrobisz. A zatem nie posprzątała. 

Gdy wrócił do pokoju po północy, jego kolacja wciąż leżała na podłodze. Spojrzał na nią, 

odkleił   talerz   i   spróbował   sobie   przypomnieć,   jakie   składniki   były   wymienione   na 
opakowaniu gotowego dania. Nie pamiętał. Zebrał je papierowymi ręcznikami i wrzucił do 
kosza na śmieci. Potem kilka razy przejechał podłogę gąbką. 

Ten wieczór był na oddziale dość gorący. Między innymi pojawił się pijany mężczyzna o 

dość wybuchowym  temperamencie oraz chłopak, który przedawkował heroinę. Ben został 
umieszczony na oddziale pediatrycznym. Jego stan uległ co prawda znacznej poprawie, ale 
wciąż zastanawiano się, kiedy wypuścić go do domu. Na myśl o kolejnym locie bardzo się 
denerwował. 

Joe zajrzał też do Jima Coopera, chociaż teraz był on pacjentem Giny. Przytrafiła mu się 

drobna infekcja, która opóźniała jego powrót do zdrowia. Honey dzieliła swój czas między 
męża   i   córkę,   nie   wspominając   mężowi   na   razie   o   wnuku.   Bardzo   niepokoiła   się   też   o 
zwierzęta na farmie. 

Po długim dniu pracy Joe był głodny, ale nie miał już ochoty na gotowe danie. Poszedł do 

kuchni, gdzie akurat było cicho i pusto. Zajrzawszy do lodówki, znalazł w niej kawałek sera 
cheddar. Zostało nawet trochę chleba. Postanowił zrobić sobie grzankę z serem. 

Nie lubił takiego wspólnotowego życia, nawet jeśli szanowano tu swoją prywatność i 

respektowano pewne granice. Ale on potrzebował prywatności i samotności, której nie mógł 
znaleźć w takim miejscu. Chciał też mieć pewność, że jeśli zostawi trzy kawałki zimnej pizzy 
w lodówce, zastanie je tam następnego dnia, kiedy przyjdzie po długim dyżurze ze szpitala. 
Jego życie było trudne, a więc starał się ułatwiać je sobie, kiedy tylko mógł, nawet jeśli 
dotyczyło to drobiazgów, choćby kolejnego posiłku. 

Za   długo   wymagał   od   siebie   zbyt   wiele.   Podczas   studiów   już   pracował,   a   teraz   w 

Auckland w ciągu trzech tygodni przyjmował tylu pacjentów, co inni lekarze w miesiąc. 

background image

W czasie dwóch lat znajomości z Christiną udawał swobodę i beztroskę. I tak dobrze się z 

tym czuł. W swoim prawdziwym życiu nie znajdował miejsca na beztroskę, choć bardzo tego 
żałował. 

– Co tutaj tak pachnie? – usłyszał głos Mike’a. 
– Mogę zrobić więcej – zaproponował natychmiast Joe, nie przyznając, że woli jadać 

sam. 

–   Nie   trzeba,   przyszedłem   tylko   po   wodę.   –   Mike   znalazł   dzbanek   zimnej   wody   w 

lodówce i szybko wyszedł z kuchni. 

Za   trzydzieści   godzin   Joe   miał   lecieć   znów   do   Auckland.   W   poniedziałek   rano 

spodziewali   się   go   tam   pacjenci,   których   przyjmował   od   dziewiątej   rano   do   siódmej 
wieczorem. Pod koniec tygodnia Amber czekała wizyta lekarska w sprawie operacji szczęki. 

Wciąż istniała wątpliwość, czy równocześnie usunąć Amber rurkę tracheotomijną, a Joe 

przypuszczał, że Geoff będzie się przy tym upierał. A tu, w Crocodile Creek, jego dziecko 
będzie rosło w brzuchu Christiny. Czy będzie zdrowe? Musi w to wierzyć. Nie może żyć w 
strachu przez siedem miesięcy. 

Czuł się, jakby ktoś rozdzierał go na pół, i nienawidził losu za to, że tak się z nim obszedł. 

Znalazł się w takiej sytuacji, ponieważ tak bardzo pragnął czegoś, co będzie proste i dobre, 
relaksu i rozrywki, a tymczasem spadła na niego jeszcze większa odpowiedzialność. 

Nawet jeśli przestanie przyjeżdżać do Crocodile Creek i nigdy nie zobaczy Christiny ani 

dziecka, zawsze będzie o nich myślał. Będzie się zastanawiał, czy urodził się chłopiec czy 
dziewczynka. Czy zostanie artystą czy naukowcem. Zawsze będzie żył ze świadomością, że 
któregoś   dnia   Christina   albo   dziecko   mogą   zechcieć   nawiązać   z   nim   kontakt.   Nie   miał 
pojęcia, co robić. 

Był kompletnie zagubiony. 
Christina nie była w stanie zasnąć, niezależnie od zmęczenia. Znalazła w spiżarni paczkę 

solonych chipsów. Sól pomogła jej opanować mdłości, ale nie stres. 

Nie żartowała, rozmawiając z Joem. Ich sytuacji nie zmieniał fakt, że Joe tak wiele przed 

nią ukrył. 

A streszczenie jego dotychczasowego życia i parę anegdot jej nie wystarczały. 
Usiadła do komputera i zaczęła szukać w Internecie informacji na temat zespołu Treacher 

Collinsa.   Poprzednio   przeglądała   całą   sieć,   teraz   kliknęła   na   strony   z   Australii.   Nagle, 
przejrzawszy   kilka   stron,   ujrzała   na   ekranie   uśmiechniętą   twarz   Joego,   który   obejmował 
kilkunastoletnią dziewczynkę. 

To była Amber. Ona także się uśmiechała, a rurkę tracheotomijną przytrzymywał biały 

pasek, który wyglądał jak kołnierz. Christina miała wrażenie, że śni. Nie mogła uwierzyć, że 
trafiła   na   Joego  i   jego  siostrę   w  taki   sposób.   Dlaczego   nie   wspomniał   jej   o  tej   stronie? 
Dlaczego nie powiedział słowa na temat wiersza, który Amber napisała? Wiersz nosił tytuł: 
„Jestem trochę inna” i opisywał jej uczucia i codzienne zajęcia, które nie różniły się od uczuć 
i zajęć innych  nastolatek,  tylko  od czasu do czasu pojawiały się w nich elementy,  które 
zdecydowanie ją wyróżniały. 

„Kiedy budzę się w nocy z przerażającego snu, krzyczę. Ale mój krzyk jest niemy, mój 

background image

oddech nie porusza moich strun głosowych”. 

Christina   przeczytała   cały   wiersz   i   patrzyła   na   Joego   i   Amber,   aż   ekran   zgasł.   Nie 

wiedziała, jak długo by tak siedziała, gdyby miała wciąż przed oczami to zdjęcie. Całą noc? 
Wiedziała za to, co chce zrobić. Nie była pewna, w jakim stopniu pomoże jej w tym Charles 
Wetherby. Postanowiła spotkać się z nim z samego rana, jeśli tylko będzie wolny. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Ranek był o wiele bardziej świeży niż Joe, który szedł właśnie do szpitala po siedmiu 

godzinach przerwy. W jednej ręce trzymał kubek kawy, w drugiej kawałek starego ciasta. W 
kuchni hotelu lekarzy kręciło się zbyt dużo ludzi, którzy przygotowywali sobie śniadanie, a 
on chciał uciec od pytań tych wszystkich, którzy dobrze mu życzyli. 

W   cichy   sobotni   ranek   słyszał   szum   fal   w   zatoce   i   papugi   skrzeczące   na   gałęziach. 

Dobiegł go jeszcze jeden dźwięk, który rozpoznał dopiero po kilku sekundach. Był to niski 
warkot helikoptera ratunkowego. 

Zobaczył go, jak wznosi się nad budynkiem szpitala i kieruje się w stronę turkusowego 

oceanu. Helikopter wisiał na niebie w sposób, który przypomniał Joemu, jak bardzo cieszył 
się, że podczas dwóch lat  pracy w Crocodile  Creek musiał  nim lecieć  tylko  dwukrotnie. 
Christina łatała nim prawie każdego tygodnia. I pewnie teraz także. 

Jego problemem  nie był  strach, tylko  zaufanie.  Christina  miała  więcej zaufania  – do 

umiejętności innych ludzi, ich dobrych intencji, ich siły. Wierzyła też w niego bardziej niż on 
sam. Czasami myślał, że o wiele za bardzo. 

Tymczasem helikopter znalazł się już nad oceanem. Wielka Rafa Koralowa leżała jakieś 

trzydzieści kilometrów od brzegu. W mniej niż jednej trzeciej tej odległości znajdowała się 
wyspa  Wallaby,  jeden z najpopularniejszych  ośrodków turystycznych  regionu. Był  akurat 
szczyt sezonu, ludzie przyjeżdżali z południa, gdzie zima była o wiele sroższa. Być może tam 
właśnie leciał helikopter, lub na inną wyspę turystyczną dalej na północ albo południe. Kiedy 
Joe wszedł głównym wejściem do budynku, helikopter prawie zniknął mu z oczu. 

Zaczął   od   porannego   obchodu,   spodziewając   się,   że   spędzi   dzień   na   oddziale 

ratunkowym. Na pediatrii Cal Jamieson oglądał właśnie bliznę po wycięciu wyrostka. 

– Nie trzeba mu już podawać morfiny – powiedział pielęgniarce. – Wygląda dobrze. 
Ben   leżał   na   sąsiednim   łóżku;   oddychał   już   lepiej   niż   poprzedniego   popołudnia.   Joe 

poprosił jego matkę, by następnego dnia podała chłopcu środek uspokajający, zanim wspomni 
mu o locie do domu. 

Potem zobaczył dwoje starszych ludzi kierujących się w stronę oddziału ratunkowego. 

Georgie Turner dorwała go po drodze. Jej krótkie ciemne włosy błyszczały. Wyglądała na 
osobę,   która   ma   zadziwiająco   dużo   energii   jak   na   samotną   matkę,   która   jest   regularnie 
wzywana o różnych godzinach, by przyjąć na świat cudze dzieci. 

Na przykład dziecko Christiny za siedem i pół miesiąca?
Czy on przy tym będzie? Czy tego chce?
–   Joe,   posłuchaj.   Christina   miała   dziś   rano   pokazać   Megan   i   jej   matce   pokój   – 

powiedziała Georgie – ale musiała lecieć na wyspę. 

– Chyba nie Wallaby?
– Nie, jeszcze dalej. Nie wiemy, ile im to zajmie. 
– Widziałem helikopter – potwierdził Joe. – Nie tak dawno. 
–   Dzwoniła   i   zostawiła   dla   ciebie   wiadomość.   Podobno   wiesz,   gdzie   ona   trzyma 

background image

dodatkowe klucze?

– Tak – odparł z zaciśniętym gardłem. 
– Mógłbyś znaleźć chwilę i zabrać tam Megan i panią Cooper? Charles da ci kluczyki do 

szpitalnego samochodu. Trzeba zabrać dwa pudła z darami. To nie zajmie ci więcej jak pół 
godzinki. One chcą tylko rozejrzeć się i zobaczyć, czy im się podoba. A ty znasz dom. 

Skinął głową, a Georgie zrobiła przepraszającą minę. 
– Jest wspaniały – ciągnęła. – Jestem pewna, że Megan się spodoba. 
– Nie ma problemu. Czy mam zadzwonić na oddział, jak będę gotowy?
– Świetnie. Dzięki, Joe. – Żwawym krokiem odmaszerowała w stronę, z której przyszła. 
Na oddziale ratunkowym Joe zlecił prześwietlenie jednemu pacjentowi, a USG drugiemu. 

Kiedy   wspomniał   o   Megan   i   jej   matce,   Emily   wyjrzała   do   prawie   pustej   poczekalni   i 
zasugerowała:

– Jedź teraz. Spodziewamy się tylko pacjenta, który przyleci helikopterem, ale to za parę 

godzin. 

– Wiesz, dokąd polecieli?
– Na wyspę York, dość daleko. 
A zatem Christiny może nie być w szpitalu przez cały dzień. Zobaczą się dopiero po jej 

powrocie z pacjentem zaatakowanym przez rekina albo też niedoszłym topielcem. Wymieni z 
Christiną informacje, pytania, polecenia, i co najwyżej jedno czy dwa słowa prywatnie. 

A może nie zobaczą się do końca dnia. Może wezwą ją znowu wieczorem, a on będzie 

musiał asystować przy jakimś zabiegu. Nazajutrz o szóstej rano leciał do domu, co znaczyło, 
że musi wstać po ciemku i po cichu wynieść się z hotelu. Do diabła, mogą się w ogóle nie 
zobaczyć. A przecież musi jej powiedzieć... 

Co? Że nie jest sama? Przecież nie wie, ile może jej obiecać. I nie chce jej okłamywać. 
Poczuł na sobie zatroskany wzrok Emily. 
– Wszystko w porządku, Joe?
– Tak. Masz rację. Pojadę teraz z Megan, bo potem może nie być okazji. 
– To dobrze, bo Christinie bardzo zależy, żeby to dziś załatwić. 
Kiedy poszedł na oddział położniczy, okazało się, że Honey wciąż przegląda zawartość 

pudeł z darami, które przyniesiono z biura Jill. 

– Nie potrzebujesz tyle tego – powiedziała córce. 
– Może się przydać – odparła Megan. 
Wzięła do ręki maleńkie ubranko i uśmiechnęła się. Matka i córka wyglądały na dużo 

szczęśliwsze   i   spokojniejsze   niż   przed   paroma   dniami.   Jackson   spal   w   łóżeczku.   Megan 
spojrzała na niego, marszcząc czoło. 

– A jeśli zbudzi się i będzie chciał jeść?
– Jadł godzinę temu. 
–   Czasami   dłużej   nie   wytrzymuje,   mamo.   –   Jak   wszystkie   młode   mamy   wiedziała 

wszystko najlepiej. 

– Jest mleko w lodówce – zapewniła ją pielęgniarka. – Podamy mu. 
– Jesteście gotowe? – spytał Joe. Ale Honey nadal grzebała w pudle. 

background image

– Pięć minut?
Wiedział,   że   powinien   zadzwonić   na   oddział   ratunkowy,   by   sprawdzić,   czy   nie   jest 

potrzebny.  Czekając, aż Emily podniesie słuchawkę, dojrzał jakąś postać w szlafroku i z 
kroplówką, która powoli zbliżała się do drzwi. 

To był Jim Cooper. Nikt prócz niego jeszcze go nie spostrzegł. Joe usłyszał głos Emily w 

słuchawce:

– Jakiś problem?
– Jeszcze nie wyjechaliśmy. 
– Nie szkodzi. Nic się nie dzieje. 
– Dobra. Na razie. 
– Joe?
Ale   on   już   się   rozłączył,   zastanawiając   się,   czy   powinien   ingerować   i   zapobiec 

nieuchronnej konfrontacji. Jim już dojrzał swoją córkę. Uśmiechał się zadowolony, że dobrze 
wygląda. Wiedział, że była w jego pokoju dwa dni wcześniej, ale trzymała się na dystans, 
tłumacząc to faktem, że Jim był jeszcze bardzo słaby. 

– Przyjdzie do ciebie, jak nabierzesz sił – powiedziała mężowi Honey. 
– A ty mnie nie szukaj – poprosiła Megan. 
Ale   po   dwóch   dniach   Jim   poczuł   się   dość   silny,   by   wyruszyć   na   spacer   szpitalnym 

korytarzem. 

Honey w dalszym ciągu pochylała się nad pudłami. 
– Kochanie? – zawołał Jim. – Stwierdziłem, że pora zobaczyć moją córkę pod... – Urwał. 
Zobaczył dziecko w łóżeczku. Pięć osób zamarło. Honey pierwsza odzyskała głos. 
– Tylko się nie denerwuj, Jim. – Pospieszyła do niego. – Megan nie chciała ci nic mówić, 

mnie też. Urodziła go podczas rodeo, myślała, że urodził się martwy. To cud, że on żyje i ma 
się   dobrze.   Ona   go   zatrzyma.   A   my   jesteśmy   dziadkami.   Wiedziałam,   że   będziesz 
zachwycony. To chłopiec, Jim. – W jej tonie dało się słyszeć błaganie, by mąż postrzegał 
dziecko tak jak ona. – Mamy chłopaka w rodzinie. Tylko się nie denerwuj. 

Objęła go mocno, jakby bała się, że Jim upadnie. 
– Daj mi krzesło – poprosił. – To ten chłopak, tak?
– Jack? Tak, Jack jest ojcem. 
– Przegoniłem go, a jego wuj wylał go z pracy. Niech go szlag... 
– Panie Cooper, niech pan się stara zachować spokój, dobrze? – wtrącił Joe. 
Mężczyzna trząsł się, a jego oddech był płytki. Zacisnął pięść i przycisnął ją do serca. 
– Jim, boli pana? – spytał Joe. 
– Nie, tylko nie mogę złapać tchu. To nic. 
Joe nie czekał dłużej. W pokoju znajdowała się butla z tlenem. 
– Wózek – zaordynował, przygotowując maskę. – Trzeba go przewieźć do pokoju. 
Po minucie Jim siedział na wózku, a Joe stał obok. 
– Idę z tobą, Jim – rzekła Honey. – Megan – dodała ciszej. – Wizyta w tamtym domu 

musi poczekać. 

– Wiem. Nie szkodzi. 

background image

– Doktor Farrelly chciała to dzisiaj załatwić. 
– Nie szkodzi, mamo. 
– Dobrze ci mówić. 
Jim oddychał głośno przez maskę. 
– Czy on sobie zdaje sprawę – spytała Megan – czy on rozumie? Czy rozumie, że nie 

wracam do domu?

– Nawet nie zobaczyłem dobrze tego małego – skarżył się Jim kilka minut później, leżąc 

w swoim łóżku. 

– Jim... 
– Wiem. Słyszałem, wiem, że to koniec. Wiem, że nie damy sobie rady we dwójkę i 

wiem, że ona nie wróci, dopóki ten mały nie nabierze siły, a wtedy będzie za późno. 

–   Ona   uważa,   że   złamała   ci   serce.   Tak   bardzo   bała   się   powiedzieć   ci   prawdę.   Nie 

pozwoliła   mi,   żebym   cię   jakoś   przygotowała.   Dała   mu   na   imię   Jackson...   Ona   chyba 
naprawdę kocha tego chłopaka Ransomów. 

– Wiele dobrego jej z tego nie przyjdzie, skoro nie pokazał się od pół roku. 
Honey zamilkła, spuściła głowę. 
– Tak, to zawód. 
– Jak tylko będziemy mogli, wystawimy gospodarstwo na sprzedaż. Nie dostaniemy za 

nie dużo, ale osiedlimy się w mieście. Znajdę jakąś pracę. To nie koniec świata. Czy Megan o 
tym wie?

– Jim, ona myśli, że złamała ci serce. 
– Nie, Honey – odrzekł Jim zachrypniętym głosem. 
– Moje serce zostało złamane dawno temu. 
Joe kończył właśnie notatki na temat stanu zdrowia Jima, kiedy Charles wpadł zobaczyć 

się z przyjacielem z dzieciństwa. 

– Słyszałem, że znowu nieźle nas nastraszyłeś – zauważył. 
– Ktoś musi dbać, żebyście się nie nudzili, Charlie – odparł Jim. 
– Wierz mi, i tak nie brakuje nam zajęć. 
Jim uniósł kąciki ust w półuśmiechu. Zaraz potem Joe zobaczył, że twarz Jima pobladła. 
– Ty tutaj!
Charles odwrócił się, ale zanim zdążył zareagować, Philip Wetherby, który właśnie stanął 

w progu, zwrócił się do brata:

– Próbowałem dogonić cię na korytarzu, ale poruszałeś się na wózku za szybko, a ja 

jechałem tu pół nocy. Wołałem do ciebie, ale nie słyszałeś. 

– Czy Lynley cię wysłała?
– Nie, do diabła. Pomyślałem, że musimy pogadać. 
– Prawda. Innymi słowy, nie w obecności twojej żony?
– Tak. 
– Chcesz rozmawiać ze mną w biurze? Młodszy Wetherby zawahał się. 
– A zresztą, jeśli masz mi coś do powiedzenia, możesz to zrobić tutaj. 

background image

– Potem cię znajdę – rzekł szybko Joe, ale Charles chwycił go za rękę. 
– Zostań, jeśli możesz – poprosił. – Może nam się przydać świadek. 
– Jasne – zgodził się Joe. 
– Dzięki. – Charles przeniósł wzrok na brata. – Mów, Philip. 
Philip zacisnął swoje i tak wąskie wargi. 
– To proste. Przyjechałem ci powiedzieć, że wygrałeś. 
Charles tylko uniósł brwi. 
– Wiesz, o czym mówię. Nie ma potrzeby wymuszać sprzedaży domu. Zrobię to, co 

należy. 

– Słuchasz tego, Jim? – spytał Charles. 
– Tak, ale chcę to usłyszeć jeszcze raz głośno. 
– Dam ci dostęp do wody, Jim. – Odwrócił się do brata. – Ale nie powiem Lynley, że to 

nie Jim nacisnął spust. Ani nikomu innemu. Ty i Jim zawsze przyznawaliście, że też jesteście 
winni.   Wszyscy   jesteśmy   winni.   Miałem   trzynaście   lat!   I   nie   macie   racji,   uważając,   że 
należało to załatwić po śmierci taty. Wtedy to już była przeszłość. 

– Nie dla Cooperów. A ty nie odwołałeś kary, którą wymierzył im ojciec. Tak, przyznaję, 

że chroniliśmy także własne tyłki, ponieważ wiedzieliśmy,  że odwet taty może być  dużo 
gorszy, jeśli dowie się, że byliśmy tacy nierozsądni. Ojciec miał wybuchowy charakter. Ale 
kiedy zmarł, jego pozycja w społeczności nie była już wymówką, Philipie. 

– Czy musimy wciąż do tego wracać? Powiedziałem, że zrobię, czego chcesz, o ile moja 

żona się nie dowie. 

– Z powodu jej pozycji społecznej?
– Mniej więcej. 
– Dostęp do wody to nie wszystko. Dziesięć lat temu to by wystarczyło, ale teraz już nie. 

Wetherby Downs ofiarują Jimowi i Honey wszystko, czego będzie im trzeba, żeby znów 
stanęli na własnych nogach, albo uprę się przy sprzedaży farmy. Bydło, sprzęt i tak dalej, aż 
zaczną zarabiać. I jeszcze jedno. 

Philip przycisnął pałce do oczu. 
– Ciągle ci mało?
– To nie ma związku z twoim ego – obiecał Charles łagodnym tonem. – Chciałbym, 

żebyś się dowiedział, gdzie jest ten nasz krewniak. 

– Masz na myśli Jacka?
– Tak, chodzi o syna Celii – powiedział Jim. – Jacka Ransome’a. 
– Urodził się i wychował w Sydney – odparł Philip. – Celia wspomniała mi, że chciał 

zostać zaganiaczem bydła i pytała, czy mogę go przyuczyć. – Potrząsnął głową. – Nie możesz 
mnie obwiniać za to, co zrobił twojej córce, Cooper. Oboje mieli ponad osiemnaście lat. 

– Tak, a teraz oboje są rodzicami. – Oczy Jima zabłysły nadzieją. – Możesz nas nazwać 

naiwnymi, Philip, ale to wielka różnica. Chcemy, żeby wiedział o dziecku. 

Lecąc z powrotem do Crocodile Creek, Mike Poulos przekazał bazie informację na temat 

pacjentki,   którą   wieźli.   Była   to   trzydziestoczteroletnia   kobieta   w   pierwszych   tygodniach 

background image

ciąży, która spędzała wakacje z mężem. Kobieta przeszła niedawno zapalenie jajowodów. 
Mike otrzymał potwierdzenie, że doktor Turner będzie czekała na nich na chirurgii. 

Sądzili   bowiem,   że   to   ciąża   pozamaciczna.   Wszystkie   symptomy   na   to   wskazywały. 

Christina przekazała kobiecie złe wieści, a pacjentka i jej mąż bardzo się zmartwili, gdyż 
dziecko było upragnione i zaplanowane, a poza tym w takiej sytuacji każda kolejna ciąża 
stanowi ryzyko. 

Christina, myśląc o własnej ciąży, bardzo im współczuła, ale nie pomogłaby im, dzieląc 

się z nimi swoją historią. 

Podczas lotu możliwości leczenia są bardzo ograniczone, a zatem przede wszystkim zajęli 

się stanem psychicznym kobiety. Poza tym Christina podała jej tlen, środek przeciwbólowy i 
podłączyła kroplówkę. 

– Już niedługo – uspokajała pacjentkę, widząc znajomą linię brzegową. 
Joe, który pracował akurat na oddziale ratunkowym, usłyszał warkot helikoptera. 
– Wiemy, co się stało? – spytał Emily. Pielęgniarka nie podniosła wzroku znad notatek. 
– Pytasz  o helikopter, którym  leci Christina?  Okazało się, że to ciąża pozamaciczna. 

Georgie będzie operować, a Jill asystować. Nie wiem, kto jeszcze. 

Nagle cały świat zachwiał się pod jego stopami. Joemu zrobiło się ciemno przed oczami. 

Emily zamilkła, a on zdał sobie sprawę, że patrzy na niego z niepokojem. 

– Boże, nic ci nie jest? – Poderwała się na nogi. 
– Nic. – Odetchnął głęboko, żeby przestało mu się kręcić w głowie. – To nic. 
Na szczęście sytuacja wyjaśniła się w ciągu kilku sekund. To nie Christina jest w ciąży 

pozamacicznej, tylko jej pacjentka. Ale ten krótki moment, kiedy sobie wyobraził... 

– Wyglądasz, jakby ci całe życie przemknęło właśnie przed oczami – zauważyła Emily. 
– Bo tak było. Ale już minęło. – Zaczął zabawnie wymachiwać rękami. – Widzisz?
Nie   chciał   już   o   tym   mówić.   Przez   ten   skok   adrenaliny   czuł   się   rozdygotany   i 

rozdrażniony.   Podczas   dwóch   sekund,   kiedy   opacznie   zrozumiał   słowa   Emily,   w   myśli 
odwołał   lot   do   domu,   dzwonił   do   pracujących   z   nim   lekarzy,   by   go   zastąpili,   a   nawet 
postanowił   przesunąć   wizytę   Amber   w   sprawie   kolejnej   operacji.   Najważniejsza   jest 
Christina. A równocześnie poczuł ciężar odpowiedzialności. Czy jednak Christina pozwoli 
mu wziąć tę odpowiedzialność, skoro dał jej jasno do zrozumienia, że dla niego to tylko 
dodatkowy balast?

– Wyskoczę na dwie minuty na kawę – rzekł do Emily. 
– Na pewno nic ci nie jest?
– Wszystko będzie w porządku. – O ile znajdzie czas, żeby porozmawiać z Christina. 
– Jadłeś lunch?
– Jeszcze nie. 
– To zjedz, Joe. 
– Dobrze. 
– Ta pacjentka pojedzie prosto na stół. Jeśli chcesz pogadać z Christina, będzie wolna za 

parę minut. 

– Czemu sądzisz, że chcę pogadać z Christina? – O Boże, jeśli wszyscy już wiedzą, to 

background image

okropne. 

– Bo wołałeś ją, Joe. Nie słyszysz, co mówisz?
– Nie. 
– Przed chwilą, kiedy wspomniałam ci o tej pacjentce. Zabrzmiało to, jakby to było twoje 

ostatnie tchnienie. 

Jego ostatnie tchnienie. W ciągu kolejnych piętnastu godzin Joe nie mógł już doliczyć się 

tych ostatnich tchnień. Stwierdził, że to jakaś kara. Nie rozmawiał z Christina przez dwa lata, 
w każdym razie nie o tym, co chciała. A teraz niczego tak nie pragnął jak rozmowy, ale ich 
ścieżki po prostu się nie skrzyżowały. 

Został wezwany na oddział ratunkowy,  by zająć się poparzonym  mężczyzną,  a kiedy 

skończył, Christina leciała znów helikopterem. Liczył na wolny wieczór, ale Charles poprosił 
go, by został dłużej w szpitalu. 

– Mamy drobne zamieszanie. Nie będę cię zanudzał szczegółami – powiedział. 
– Nie ma sprawy, Charles – odparł Joe. 
Kiedy Christina wróciła z kierowcą ciężarówki, Joe był zajęty, a gdy pomyślał o niej w 

wolniejszej chwili, zastanawiając się, czy do niej zadzwonić, czy może pójść z pagerem w 
kieszeni, wydało mu się, że to nie ma sensu. 

O pierwszej w nocy? Na pewno już śpi. Nie budzi się kobiety o tej porze, by obiecać jej 

pomoc, kiedy nie potrafi się ukryć, jak wiele kosztuje ta obietnica. 

Czwarta trzydzieści rano... Honey nagle zdała sobie sprawę, że ktoś jest w pokoju. Spała 

obok Jima, a teraz się obudziła, trzymając go za rękę. Ale był tam ktoś jeszcze. Podniosła 
wzrok i ujrzała Megan. 

– Tylko sprawdzam – szepnęła Megan i uśmiechnęła się z wahaniem. – Doktor Wetherby 

mówi, że tata wyzdrowieje. 

– Tak, kochanie. I mamy dobre wieści. Nie chce mi się w to wierzyć, ale dostaniemy 

dostęp do strumienia. Koniec kłótni. Możemy jechać do domu. 

– Nie wiem... 
– Teraz będziemy mieć pieniądze na twoje studia – oznajmiła Honey, wyciągając rękę do 

córki. – Może trzeba będzie poczekać, aż Jackson trochę podrośnie, ale są kursy zaoczne. 
Możesz też studiować w domu. Jakoś to urządzimy. 

– Jasne. – Jim obudził się i patrzył na swoją żonę i córkę z radością. 
– Najważniejsze są bypassy, tato – rzekła Megan. 
– Najważniejsze jest twoje szczęście. Megan, tak mi przykro... Za dużo wymagaliśmy od 

ciebie. Teraz to nadrobimy, zobaczysz. 

– Wszystko dobrze, tato, wszystko dobrze. Honey nachyliła się i pocałowała męża w 

czoło. 

– Teraz będziemy prawdziwą rodziną. 
Megan spojrzała na swoich rodziców i zobaczyła, jak bardzo się kochają. Serce jej się 

ścisnęło. 

Gdzie jest Jack?
Na korytarzu rozległy się czyjeś kroki. Megan usłyszała cichą wymianę zdań, a kiedy się 

background image

obejrzała, ujrzała doktora Wetherby’ego i doktor Farrelly.  Charles przyciągnął Christinę i 
uściskał ją, a ona trzymała w ręku małą podróżną torbę. Megan zamknęła oczy. Pomyślała, że 
Christina jedzie do swojego ukochanego, tego nowozelandzkiego lekarza, który był dla niej 
taki miły. Wiedziała, że to jej ukochany. 

Któregoś dnia ja też do ciebie pojadę, Jack... 
Było wciąż ciemno, kiedy Joe wstał po trzech godzinach snu. Torbę spakował wcześniej, 

nie miał ochoty na śniadanie. Kwadrans po piątej dotarł na lotnisko, zesztywniały z bólu i 
zmęczenia. I nagle zobaczył Christinę – przyjechała, żeby go pożegnać. 

– Tink!
Hala była prawie pusta, więc dojrzał ją od razu. Stała przy stanowisku odprawy. Kiedy 

pomachała do niego z uśmiechem, ruszył ku niej. Wyglądała tak pięknie. Zawsze uważał, że 
jest lepsza, że ma więcej energii i piękniejszy uśmiech niż inne kobiety. 

– Cześć – powiedziała, kiedy się zbliżył. 
–  Tink  –  powtórzył.  Wtulił   twarz  w  jej   włosy.  –  Cudownie   pachniesz.   –  Tylko  ona 

wywoływała w nim taki dreszcz podniecenia, kiedy była blisko. 

Ogarnęła go wielka ulga i szczęście, nawet jeśli były tylko iluzoryczne, nawet jeśli za 

chwilę miał na niego znowu spaść jakiś ciężar. Przynajmniej ma okazję powiedzieć, że nie 
zostawi jej z dzieckiem samej. 

– Co tu robisz o tej porze? – spytał wreszcie. – Chciałaś mnie odprowadzić?
– Lecę z tobą – odparła. – Do Auckland, Joe. 
– To... niemożliwe. 
– Możliwe. Dzięki Charlesowi, który zwolnił mnie na ten tydzień, i liniom lotniczym, 

które znalazły wolne miejsce. 

– Ale... 
Patrzyła na niego z uśmiechem. Wyglądała na taką szczęśliwą i podnieconą, jak turystka 

podczas miesiąca miodowego. A obok niej stała torba podróżna. 

Joe poczuł dziwną radość, a przecież powinien się zmartwić. Jego serce powinno być 

ciężkie jak kamień. 

–   Sam   mówiłeś,   że   rozmowa   nic   nie   da.   Że   liczą   się   czyny.   –   Jej   oczy   błyszczały. 

Widziała, co czuł Joe. Widziała, że z radości uniósłby się w powietrze jak balon, gdyby tylko 
mógł. – Więc przestałam cię słuchać i zaczęłam myśleć o wszystkim, co zrobiłeś przez te dwa 
lata, kiedy byliśmy razem. Wiem, że mnie kochasz, i nie chcę tego stracić. Ale od tej pory 
będziesz się ze mną dzielić swoimi troskami. Spędzę tydzień w Nowej Zelandii z tobą i twoją 
rodziną. Zastanowimy się nad naszą przyszłością. Nie obchodzi mnie, czy będziemy mieszkać 
tu czy tam, czy wykorzystamy moje oszczędności czy je zachowamy, ale wszystko mamy 
uzgadniać wspólnie. Dobrze?

Zmrużyła oczy i uniosła głowę. Wtedy zobaczył, że nie jest taka pewna siebie, jak można 

by sądzić z jej słów. 

– Kocham cię – rzekł czym prędzej, bo jej niepewność była nie do zniesienia. – Kocham i 

pragnę, i masz rację. Nie pozwolę ci odejść. – Potrząsnął głową. – Nigdy nie myślałem, że 
zrobisz coś takiego. A nawet jeśli przemknęło mi przez myśl, że dziś rano cię tu zastanę, 

background image

sądziłem, że mnie to zdenerwuje. Że poczuję się przytłoczony i pociągnę cię za sobą w tę 
otchłań. Ale wczoraj coś się wydarzyło... Kiedy Emily wspomniała o ciąży pozamacicznej tej 
pacjentki, przez kilka sekund myślałem, że mówi o tobie. I wiedziałem, że porzucę wszystko, 
byle być z tobą. 

– Tak? – Przytknęła czubek nosa do jego nosa. 
– Byłem gotowy dać ci wszystko. Wreszcie mam okazję ci to powiedzieć. Och, Tink, jeśli 

naprawdę chcesz... 

– Czyny mówią głośniej niż słowa. – Pomachała mu paszportem przed nosem. 
Za oknami z wolna jaśniało niebo. Joe zaśmiał się głośno. 
– Jestem taki szczęśliwy. 
– Zawsze jesteśmy szczęśliwi, kiedy jesteśmy razem, Joe. I to się nie zmieni. 
– Tak sądzisz?
– Ja to wiem. Tylko ciebie nie mogłam o tym przekonać. W końcu zrozumiałam, że 

muszę ci to pokazać. Udowodnić. 

– Tak się cieszę. 
– A dziecko?
– Też bardzo się cieszę. Nigdy nie pozwolę ci odejść – szepnął. 
– Ale teraz musimy już iść do odprawy. 
Joe zarzucił swój bagaż na ramię i wziął torbę Christiny do ręki. 
– Och, Joe. – Ujęła go za drugą rękę i pół godziny później polecieli ku swojej wspólnej 

przyszłości. 


Document Outline