szpiedzy nie znaja swiat









Asy wywiadu zdradzają tajemnice służby - Szpiedzy nie znają świąt







Dziennik - 25 grudnia 2007

 

Asy wywiadu zdradzają DZIENNIKOWI tajemnice służby

 
 

Szpiedzy nie znają świąt

 

Rozmówcy DZIENNIKA to wieloletni
oficerowie wywiadu, jedni z najlepszych w swoim pokoleniu. Brali udział w
kilkudziesięciu tajnych operacjach, pracowali na terytorium kilkunastu krajów.
Zgodzili się opowiedzieć o tajnikach szpiegowskiej kuchni. Nie pozwolili
jednak ujawnić swoich nazwisk. Z każdym DZIENNIK rozmawiał oddzielnie. X to
oficer wywiadu cywilnego, Y wojskowego. Dziś obaj są w rezerwie.

 


PAWEŁ RESZKA, MICHAŁ MAJEWSKI: Jak wywiad wybiera
kandydatów do pracy? Czy na uczelniach są rezydenci służb?
X: Najczęściej są to ludzie którzy wykładają
na uniwersytecie i jednocześnie współpracują ze służbami. "Nasi" na
uczelniach dostają charakterystyki osób potrzebnych w danym momencie
wywiadowi: jakie jest zapotrzebowanie na lingwistów, jakie na programistów
itd.
Y: My mamy łatwiej niż cywile. Szukamy na
uczelniach wojskowych. Każda wyższa szkoła wojskowa ma ochronę
kontrwywiadowczą. Jednym z zadań ludzi, którzy tam pracują, jest
znalezienie odpowiednich kandydatów dla służb wojskowych. Pamiętajcie o
jeszcze jednym. Na uczelniach wojskowych są już ludzie po wstępnym
przesiewie. Bez odchyłów psychicznych, zdrowi i w miarę zdolni. To ułatwia
typowanie.
Jacy ludzie są wybierani na kandydatów?
Y: W cenie są ci z gniewną inteligencją, nawet tacy
którzy trochę podpadają dowódcom. Liczą się dobre wyniki w nauce, czasem
szczególne predyspozycje techniczne czy wiedza z wąskich specjalności,
takich jak kryptografia i fizyka jądrowa. Większe szanse mają ci z
ustabilizowaną sytuacja rodzinną. Mówiąc wprost. Lepiej jest mieć kogoś
z żoną i dzieckiem niż kawalera, który potem powie, że chce się ożenić
z jakąś cudzoziemką.
Jakie specjalizacje są najbardziej pożądane?
X: To zależy m.in. od wielkości wywiadu. Jeśli wywiad
jest bogaty i rekrutuje 500 osób rocznie, może sobie pozwolić na szukanie
ludzi o wąskich specjalizacjach. Jeśli wywiad jest mały i rekrutuje ok. 20
osób, to szuka ludzi o bardziej uniwersalnym wykształceniu. Oczywiście nie
muszę dodawać, że polski wywiad należy do drugiej kategorii. Prawnika czy
ekonomistę można spróbować zatrudnić w interesującej nas firmie produkującej
nowe technologie na stanowisku menedżerskim.
Wiadomo, że kandydat musi być inteligentny i
przenikliwy. Załóżmy, że taki jest. Co może go zdyskwalifikować?
X: Typowanie to długi proces. Powinien zajmować rok
czy dwa lata. Już na wstępie organizuje się różne "sprawdziany". Na
przykład bada się reakcję na alkohol. Jeśli ktoś traci głowę po dwóch
kieliszkach, to raczej propozycji nie dostanie. Sprawdziany robi się prosto.
Z delikwentem umawia się pracujący dla nas człowiek. Pije i obserwuje.
Y: Podczas typowania mogą wyjść na jaw problemy
psychologiczne. Na przykład na wykrywaczu kłamstw chłopak dostaje pytanie,
czy brał kiedyś narkotyki. Odpowiada, że nie. A maszyna pokazuje, że brał.
Mniejsza o to, że brał. Problem w tym, że kłamał. Nie do zaakceptowania
jest też skłonność do konfabulacji.
X: Nie tolerujemy infantylności, braku odpowiedzialności,
a przede wszystkim nadmiernej chęci wykazania się.
Czyli jeśli ktoś jest nadgorliwy, odpada. Władimir
Putin sam zgłosił się do KGB, ale ci wygonili go i powiedzieli, że ma
czekać, aż oni po niego przyjdą. Znaczy nie zgłaszać się do was?
X: Nie, bez przesady, można się zgłosić. To niczego
nie przesądza.
Homoseksualistę przyjmiecie?
X: Nie.
Y: Raczej nie niż tak. Problemem nie jest orientacja
seksualna, ale to, czy potrafi się kontrolować.
X: Zresztą odrzuciłbym też faceta, który nie przepuści
żadnej kobiecie. Oficera wywiadu dyskwalifikuje każde odchylenie od szeroko
pojętej normy. To może być niebezpieczne. Może uwikłać w historię, która
uniemożliwia racjonalne działanie. Oczywiście nie twierdzę, że oficer ma
być aniołkiem. Alkohol i kobiety są OK, ale - powtarzam - w granicach
szeroko pojętej normy.
Suworow pisał, że do GRU nie przyjmują
superprzystojnych, bo taki wyróżnia się i trudno mu roztopić się w tłumie.
Z drugiej strony kiedy patrzy się na znanych polskich szpiegów
Dukaczewskiego, Jasika czy Czempińskiego to są to przystojni faceci. Gdzie
jest prawda?
X: Ech, Suworow. Nie ma jakichś szczególnych zasad
dotyczących wyglądu. Na pewno trudno przyjąć kogoś, kto jest odpychający.
Trzeba mieć w zanadrzu różne typy oficerów. Jeśli chcesz zwerbować kogoś,
kto jest brzydalem, to raczej nie posyłasz do niego Apollina, bo pierwszy
kontakt będzie trudny.
Po typowaniu czas na szkołę, czyli w wywiadzie
cywilnym, Kiejkuty. Ludzie uczący się na tym samym roku występują pod
swoimi nazwiskami?
X: Nie, mają wymyślone nazwiska. Wymagają tego
podstawowe wymogi konspiracji. Zresztą taka sytuacja od razu czegoś uczy
studentów.
Y: U nas czasem znają swoje nazwiska. Pamiętajcie, że
wielu znało się jeszcze z uczelni wojskowej. Ale to jest bez szczególnego
znaczenia, bo większość zadań jest wykonywana indywidualnie.
W PRL-u w Kiejkutach podobno było miasteczko urządzone
na wzór zachodni, żeby przyszli szpiedzy wiedzieli, jak żyje się za granicą.
X: Nieprawda. Ludzie, którzy trafiali do Kiejkut, w większości
poznali smak życia na Zachodzie.
Wywiad wojskowy ma też swoje Kiejkuty?
Y: Mamy swój ośrodek, ale jego nazwa nie jest
publicznie podawana, więc nie ma potrzeby jej wymieniać.
Czego uczą w szkole szpiegów?
X: Na przykład są zajęcia z obserwacji. Podstawowe ćwiczenie
to chodzenie po mieście i odkrywanie, ile osób i ile samochodów cię śledzi.
Wygrywa ten, kto odkryje najwięcej osób, które za nim łażą, i zapamięta
najwięcej szczegółów: numerów rejestracyjnych, ubiorów. Gra jest
skomplikowana. Wyobraźcie sobie, że musicie 2 - 3 godziny chodzić po mieście!
Trzeba ustalić trasę. Wymyślić teren, na którym trudno cię obserwować z
samochodu albo przy użyciu lornetki. No i wykazywać się inwencją. Cały
czas chodzi się spokojnym równym krokiem, każde odwrócenie głowy musi być
zalegendowane: oglądaniem wystawy albo rozmową z przygodnym człowiekiem.
Kto się miota, ten przegrywa.
Y: Ciekawostką jest, że doskonałą umiejętność
obserwacji mają kobiety, tak zwane oko do szczegółu. Kobieta zapamiętuje
makijaż innej kobiety, dłonie faceta, zwraca uwagę na buty, czyli detale,
których przeciętny mężczyzna nie dostrzega. I to pomaga. Na przykład w
knajpie siedzi elegancki facet. Dziewczyna nie patrzy na jego twarz, nie
zapamiętuje jej, zwraca uwagę jedynie na dłonie. I następnego dnia w
sklepie spotyka gościa ubranego na sportowo, z inną fryzurą i z wąsami.
Ale dłonie są te same. Obserwacja jest spalona. Kobiety to szczególary.
Rozumiemy, że uczyli was nie tylko unikania
obserwacji, ale i techniki śledzenia.
Y: Tak, zresztą opowiem o interesującym tricku. W dużym
ruchu miejskim, szczególnie po zmroku trudno jest śledzić auto, można je
łatwo zgubić. Co poradzić? Proste, wystarczy w tylnym reflektorze śledzonego
samochodu zrobić malutką dziurkę. Wtedy na tle czerwonego światła widać
wyraźną jasną plamę i jest dużo łatwiej. Dodam, że w szkole wywiadu
wojskowego bardzo dużo czasu zajmuje intensywna nauka co najmniej dwóch języków
obcych. Ważna jest też praca nad pamięcią.
Jak się pracuje nad pamięcią?
Y: Na przykład adept ma za zadanie wyuczyć się sześciu
wymyślonych życiorysów, z ogromną liczbą szczegółów. W jednym jest,
dajmy na to, starszym referentem w Ministerstwie Gospodarki do spraw
hutnictwa. Musi się nauczyć tej roli na wyrywki tak, żeby znał ją
obudzony w środku nocy. Musi wiedzieć, jaki jest układ pomieszczeń w
budynku ministerstwa, jakie są numery telefonów do resortu, czym zajmuje się
starszy referent do spraw hutnictwa, jak nazywa się jego szef i skąd
pochodzi, czy ma żonę, córkę, czy syna, o której kończy się praca, jaka
knajpa jest obok ministerstwa, za ile są tam obiady, jaką on sam kończył
szkołę w Sieradzu i czyje imię nosiła, przy jakiej ulicy się znajduje,
jaki jest numer kierunkowy do Sieradza i jak się nazywa główna ulica w tym
mieście. To są wprawki. Potem adepci są szczegółowo przepytywani z tych
legend. Chodzi o to, żeby obciążać pamięć jak największą liczbą
szczegółów, bo ma pracować na najwyższych obrotach. Sam z zawodowego
przyzwyczajenia i dla treningu głowy nie zapisuję wielu numerów telefonów.
Staram się je zapamiętać. Nigdy nie zapisuję też miejsc i godzin spotkań.
Zauważyliśmy, że nie zapisuje pan nic, gdy pod
spodem leży kartka, dlaczego?
Y: Bo na tej kartce, która jest pod spodem, można
przeczytać odciśnięte słowa, nawet zdania. Wystarczy ją posypać odrobiną
pyłu węglowego. Zresztą, jak widzę człowieka, który dostaje coś do
podpisania i automatycznie przekłada z podkładki na stół, to jest dla mnie
jasny sygnał - facet jest co najmniej przeszkolony.
A adeptów uczy się szczególnych umiejętności. Na
przykład, czy siedząc po drugiej stronie stołu umie pan odczytać, co ja
piszę w notatniku?
Y: Tak. Zresztą miałem przygodę związaną z tą
sprawą na początku drogi w wywiadzie. Byłem u wysokiego rangą oficera w
jego gabinecie. On za biurkiem, a ja naprzeciw. I zadzwonił telefon, ale nie
na biurku, tylko w pomieszczeniu obok. On wyszedł, zostawiając papiery na
stole. Ja te notatki, leżące do góry nogami, przeczytałem, starając się
jak najwięcej zapamiętać. On wrócił i wypalił do mnie, patrząc na
papiery: "Czytałeś?", "Czytałem", "Nadajesz się do tej
roboty". Zrozumiałem, że to był test.
Czego jeszcze można się nauczyć w szkole szpiegów?
X: Podstawowa sprawa to werbunek. Oficer wywiadu ma
werbować! Ciekawe jest to, że przez cały okres szkoły zachęca się młodych
ludzi, by poszerzali nie jakąś tajemną wiedzę, ale tę ogólna. Chodzi o
to, by byli zawsze przygotowani do rozmowy z człowiekiem każdej profesji i
każdych zainteresowań. W końcu nie wiadomo kogo i kiedy przyjdzie nam
werbować. W szkole przez cały czas przeprowadza się ćwiczenia z werbunku.
Na początku celem są starsi koledzy. Potem wyjeżdża się w teren. Ideałem
jest to, by szkolili ludzie, którzy przeszli całą hierarchię w świecie
wywiadu. Prawda jest taka, że czym więcej akcji masz za sobą, tym jesteś
lepszy.
Y: A propos werbunku. W wywiadzie trzeba umieć
zaryzykować, skorzystać z okazji, bo druga może się nie trafić. Jest taki
żart: "W garnizonie był stary rotmistrz, który zdobył wszystkie kobiety
w okolicy. Młodzi żołnierze przyszli do niego pytać o receptę na takie
powodzenie u pań. A rotmistrz mówi, że to proste: - Proszę dziewczynę do
tańca, potańczę trochę i pytam, czy nie poszłaby ze mną do łóżka?
- Ale rotmistrzu, to można po gębie dostać!
- Czasem dostaję...
A teraz przykład prawdziwy. Przyjęcie dyplomatyczne.
Nasz człowiek siedzi przy stole, obok niego attache wojskowy jednej z
ambasad. I ten cudzoziemiec wyciąga notes z kontaktami, kartkuje go, przegląda.
Nasz chłopak mówi: - O, dużo kontaktów, pewnie większość tajna?
- Tak.
- To by mnie interesowało.
I koniec. Poszło. Brylantowa akcja.
A ile procent szkolenia zajmują czysto Bondowskie
umiejętności: strzelanie, walka wręcz czy legendarne zabijanie ołówkiem?
X: Margines. Człowiek przechodzi oczywiście
przeszkolenie i potem może rozwijać te umiejętności. Jednak nie ma takiego
obowiązku. Nie jest to niezbędne do pracy.
Trzeba mieć szczęście w tym zawodzie? Można być
świetnym szpiegiem, ale nikogo nie zwerbować z braku fartu?
X: Szczęście tak, ale szczęściu pomaga praca. Jeśli
masz 20 kandydatów na agentów, to jesteś w lepszej sytuacji od oficera, który
ma 2 kandydatów. Masz większe szanse. Potem koledzy spotykają się na wódce
i mówią: "Ten to, kurwa, ma szczęście".
Po szkole od razu na szerokie wody?
X: Nie. Zawsze młody oficer dostaje doświadczonego
kolegę, który się nim opiekuje. Tak jak z lekarzem. Kończy Akademię
Medyczną i jest tylko teoretykiem. Praktykę zdobywa na specjalizacjach pod
okiem doświadczonych lekarzy.
Czy w waszym środowisku obowiązują jakieś zasady
etyczne?
X: Tak. Szczególnie, jeśli chodzi o traktowanie ludzi,
których pozyskałeś do współpracy. Od twojego zachowania przecież może
zależeć ich wolność a nawet życie.
Czyli nawet na mękach nie wydaję swojej agentury?
X: Tak.
A inne zasady etyczne?
X: Pamiętajcie, że wywiad to w pewnym sensie
organizacja przestępcza. Działamy wbrew prawu kraju, na terenie którego
prowadzimy operację. Stale popełniamy więc przestępstwa.
Y: Służby pewnego kraju europejskiego miały problem z
oficerem zagranicznej służby. Zależało im na odwróceniu tego człowieka,
tak by pracował dla nich. Przygotowano portret psychologiczny, z którego
wynikało, że oficer jest bardzo blisko związany z żoną i wiele by dla
niej poświecił. Służba lekko podtruła tę żonę, niegroźnie dla jej życia.
Oficer w środku dnia został wezwany do niej do pracy i zobaczył ją w opłakanym
stanie. Pojechali natychmiast do lekarza, który był podstawiony przez służby.
I ten lekarz wydał diagnozę: stan zdrowia jest zły, leczenie będzie długie
i kosztowne. Małżeństwo było załamane takim obrotem sprawy. I wtedy do
otwartej gry weszli werbownicy. Zaoferowali pomoc dobrych lekarzy i wsparcie
finansowe. Haczyk został złapany. Taka może być odpowiedź na pytanie o
zasady etyczne. Bywa, że nie ma łatwych rozwiązań.
Tu opowiem wam historię, która przeszła do legendy
wywiadów. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy mieli bardzo dobrego
agenta w Niemczech. Był to szanowany lekarz stamtąd, który dostarczał
bardzo dobre informacje Anglikom. Któregoś razu ten spokojny, niebudzący
podejrzeń Niemców medyk zdobył cenną wiadomość. Dowiedział się, w której
miejscowości wojska Rzeszy będą przełamywać natarcie aliantów. To było
ogromnie ważne, bo wywiad niemiecki od dawna prowadził grę, podawał fałszywe
miejsca tego przełamania, żeby wywieść w pole przeciwnika. Problem był
jeden. Lekarz nie miał jak przekazać tej wiadomości Anglikom. Spotkanie z
oficerem umówione było już po dacie kontrofensywy niemieckiej. Główkował
i wymyślił. Wziął książkę telefoniczną i odnalazł faceta o nazwisku
takim samym jak nazwa miejscowości, w której Niemcy zamierzali kontratakować.
Pojechał do tego gościa i zabił go z zimną krwią. Następnego dnia gazety
w Niemczech krzyczały tytułami, że stateczny, świetny lekarz bez powodu
zamordował nieznajomego mężczyznę. Dzienniki oczywiście dotarły do
Anglików, którzy zrobili szybką analizę. Od razu zrozumieli wiadomość od
swego agenta. No i czy to było etyczne? Zabił niewinnego człowieka, ale
uratował setki żołnierzy.
A są jakieś normy, których nie przekracza się
wobec kolegów z konkurencji?
X: Powiem tak, jeśli nie wymaga tego interes operacji,
to nie wbija się oficerowi z konkurencji siekiery w plecy. Jeśli interes
tego wymaga..., cóż nie ma o czym mówić.
Y: Po co wbijać siekierę w plecy? Lepiej obserwować,
przyglądać się, zdobywać informacje. Zawsze można postraszyć, i to działa.
Czasami dopuszczalne jest zwrócenie uwagi: "Wie pan, na tym tarasie
widokowym, po którym pan często chodzi jest ślisko. Można łatwo spaść".
Czy do obowiązków oficera wywiadu należy na przykład
uwodzenie i seks z kobietami, które mogą mieć cenne informacje? Co robi piękny
agent, gdy musi podejść brzydką, tłustą babę? Odmawia wykonania rozkazu?
X: Takich obowiązków nie ma w kontrakcie, ale niech
odpowiedzią na pytanie będzie przypomnienie operacji Stasi o kryptonimie
Romeo. Polegała ona na tym, że przystojni oficerowie wywiadu bałamucili
NATO-wskie sekretarki.
 
Operację
Romeo wymyślił słynny Marcus Wolf, szef wywiadu NRD. Przystojni agenci
Stasi rozkochiwali w sobie kobiety pracujące w Bonn. Celem były sekretarki z
ministerstw, tłumaczki zachodnich ambasad, czyli osoby mające dostęp do
tajnych dokumentów. Stasi najpierw typowało ofiarę, drobiazgowo zbierało o
niej informacje, potem wysyłało oficera. Często był to człowiek łudząco
podobny do dawnej niespełnionej miłości, który udawał zakochanego i
wiedział wszystko o przyzwyczajeniach i gustach dziewczyny, którą wziął
na celownik. Związki trwały czasem nawet kilka lat, niektóre kończyły się
małżeństwami. Stasi zdobyła dzięki tej operacji tysiące tajnych dokumentów.
Nie jest znany zasięg akcji Romeo. Wiadomo, że 40 kobiet odpowiadało przed
niemieckimi prokuratorami za związki z oficerami Stasi.
 
Y: Oficer musi zdobyć informację. Jeśli droga do tego
wiedzie przez czyjeś łóżko sam decyduje, czy jest w stanie wykonać
zadanie. Chociaż raczej unika się sytuacji, w których wojskowy oficer idzie
w romans.
Dlaczego?
Y: Bo istnieje zagrożenie, że mógłby się związać
emocjonalnie z kobietą i dla podbijania swojej wartości i pozycji zacząłby
jej zdradzać sekrety. Mieliśmy taką sytuację. Oficer zaczął właśnie
tak robić, na szczęście wychwyciliśmy to i były to jego ostatnie
zwierzenia jako żołnierza. Dla bezpieczeństwa lepiej korzystać przy takich
akcjach ze współpracowników, których wiedza o służbie jest bez porównania
mniejsza.
A zabijanie? Czasem przecież trzeba kogoś sprzątnąć...
X: Myślę, że każda służba ma specjalnych ludzi do
sprzątania.
Y: Nie robią tego oficerowie. Wynajmuję się ludzi
spoza służb. Jest bezpieczniej.
A kiedy rodzina jest wprowadzana w to, że ojciec, mąż
jest oficerem wywiadu?
X: Czasem nigdy. Są oficerowie, którzy nigdy, przez całą
karierę, nie kontaktują się z centralą. Nawet nie przechodzą zajęć w
Kiejkutach, tylko mają indywidualne szkolenie. Jednak w praktyce rodziny
dowiadują się po kilku latach, kiedy człowiek jedzie na placówkę
dyplomatyczną. Wtedy rodzina przechodzi coś w rodzaju szkolenia. To nie jest
nic nadzwyczajnego. Podobne szkolenie dotyczy rodzin zwykłych dyplomatów.
Y: Zdarza się, że rodzina nigdy się nie dowiaduje.
Bywa, że po 20 latach. Są przypadki, że bliscy dowiadują się szybko. To
indywidualne sprawy. Mówi się, gdy rodzina jedzie na oficjalną placówkę
zagraniczną. Jeśli oficer działa pod przykryciem, to się tego rodzinie nie
ujawnia. Ale są wyjątki. Dam przykład. Rodzina jest za granicą. Żona
liczy na wielkie zakupy, bo w sklepach zaczęły się atrakcyjne obniżki. A
tu nici z wyprzedaży, bo mąż wraz z nią musi pojechać gdzieś w góry na
spotkanie, chociaż siąpi deszcz i nie ma śniegu. Wtedy żona musi się
dowiedzieć, co jest grane, bo takie sytuacje mogą się skończyć kłopotami
rodzinnymi, na których służbie nie zależy. Zdarza się, że żony wpadają
we wściekłość, kiedy dowiadują się, że mąż ukrywał przed nimi prawdę
przez tyle lat. Pojawia się naturalne pytanie: "Czego jeszcze mi nie
powiedziałeś?". Bywa, że w zażegnaniu konfliktu musi pomagać szef służby,
który zaprasza małżonkę podwładnego na rozmowę.
Amerykanie z CIA stosują tortury, żeby wyciągać
informacje od ludzi podejrzanych o terroryzm. Czy to jest usprawiedliwione?
Y: Zależy, jaki mamy cel. Przykład. Wiemy, że jakiś
groźny terrorysta planuje atak, który może się skończyć śmiercią wielu
osób. Mamy w rękach kogoś mu bliskiego. Wtedy, moim zdaniem, można
wszystko. Uniknięcie ataku jest zbyt ważne, żeby respektować jakieś reguły.
X: Stosowanie takich metod brutalizuje służby. Łamie
to zasady moralne oficerów. Co innego szantażować człowieka, a co innego
torturować go lub przy pomocy tortur pozbawić życia. To pozostawia ślad w
psychice. Człowiek, który zabija lub torturuje to zupełnie inna jakość niż
normalny oficer wywiadu. To samo odnosi się do tak zwanych łagodnych tortur.
Czyli?
X: Na przykład słynny amerykański waterboarding,
czyli przytapianie. Okrywają delikwenta mokrymi ręcznikami i w ten sposób
przyduszają albo wręcz przywiązują do deski i spuszczają do basenu. Jest
zresztą lista kilkunastu pozycji łagodnych tortur: woda, zimno, małe
pomieszczenia, robactwo itd. Najpierw sprawdzają, które świństwo robi na
aresztowanym największe wrażenie, a potem jest już konkretna akcja.
Przyjeżdża się do kraju po wykonaniu misji i...
X: I od razu sadzają na wariograf, żeby upewnić się,
że nie zostałeś odwrócony przez przeciwnika.
To chyba głupie uczucie. Człowiek ryzykował, żył
w koszmarnym stresie, a tu jest sprawdzany "na dzień dobry"?
Y: To nie jest miłe. Ale każdy oficer wie, że takie są
reguły.
Wariograf można oszukać.
X: To nie jest takie proste. Można oszukać raz, ale
gdy badania robione są raz na pół roku i analizowane przez doświadczonego
człowieka, który porównuje wykresy z różnych okresów to zaczyna się
poważny problem.
Y: Można oszukać wariograf i są na to przykłady. W
1985 roku oficer KGB tylko udawał, że przeszedł na stronę USA, oszukał
amerykańskie wariografy i naraził Amerykanów na śmieszność.
 
Sprawa
Witalija Jurczenki to jedna z głośniejszych wpadek CIA. Wieloletni oficer
KGB, w latach 80. zastępcą szefa I Zarządu Głównego KGB był uważany
przez Stany Zjednoczone za jedną z kluczowych figur w sowieckich służbach.
W 1985 r. zgłosił się do ambasady amerykańskiej w Rzymie. Twierdził, że
chce zdezerterować. CIA, zanim uwierzyła w jego wersję, kilkakrotnie badała
Jurczenkę na wariografie. Wszystkie testy wychodziły pozytywnie. Jednak po
trzech miesiącach Jurczenko uciekł Amerykanom. Pojawił się w ambasadzie
sowieckiej. Na konferencji prasowej oświadczył, że został porwany przez służby
USA.
 
Rozumiemy, że zwerbować dobrego agenta to bingo,
ale zwerbować oficera konkurencji to jak bingo skumulowane?
X: Coś takiego.
Wywiad to fajna praca?
X: Na pewno. Kiedy człowiek zaczyna zdobywać
informacje, konkretną wiedzę wtedy robi się na prawdę sexy.
Z drugiej strony to niezłe szambo: szantaże,
namawianie ludzi do zdradzania własnego kraju...
X: Cóż taka robota. Pamiętajcie, że pracuje się nie
tylko ze źródłami. Można samemu zdobywac informacje. Zatrudniać się w różnych
miejscach, analizować... To gra, w której celem jest zdobycie informacji.
Gra o to kto jest lepszy. Ty czy służby przeciwnika. Powinniście to
zrozumieć. Nie piszecie tekstów, żeby je pisać, tylko żeby kiedyś zdobyć
nagrodę Pulitzera, prawda?
Czego pan nie lubi w tej robocie?
Y: Przykład. Mamy ewidentne wiadomości o wrogiej,
zagrażającej bezpieczeństwu państwa działalności jakiegoś oficera
obcego wywiadu na naszym terenie. Chciałoby mu się wyrwać serce, a tu
trzeba się z tym gościem spotykać, uśmiechać się do niego, rozmawiać z
nim wesoło. Nie można dam mu znać, że się coś wie. To jest wkurzające.
Czego oficer wywiadu się boi?
Y: Wpadki na łączności, czyli przyłapania w momencie
przekazywania albo odbierania tajnych materiałów. Najgorsza sytuacja jest,
gdy oficer działa pod przykryciem i nie ma immunitetu dyplomatycznego.
X: Aresztowania albo porwania przez terrorystów. W
Libanie porwano rezydenta wywiadu USA. Został żywcem odarty ze skóry. To były
długie męczarnie.
 
16
marca 1984 roku bojownicy islamskiego dżihadu porwali w Bejrucie, Williama
Buckleya, szefa miejscowej placówki CIA. Amerykańskie służby stanęły na
głowie, żeby odnaleźć oficera. Nie dało to jednak rezultatu. Po
potwornych torturach i przesłuchaniach trwających ponad rok, Buckley został
zamorodowany w czerwcu 1985 roku. Film z torturowania go został przekazany
mediom przez oprawców. Szczątki oficera zostały odnalezione dopiero w
grudniu 1991 roku, w plastikowej torbie obok lotniska w Bejrucie.
 
Czy to jest tak, że jakieś służby są dobre w
czymś konkretnym? Na przykład izrealeskie w technikach komputerowych,
francuskie w deszyfrarzu?
X: To się zmienia. Wywiad to ludzie. Każda służba ma
ambicje, żeby służyła w niej elita społeczeństwa, ale bywa z tym różnie.
Amerykanie mieli świetny wywiad do czasów wojny wietnamskiej. Była to
doskonała służba. Wszystko skończyło się w czasie tej wojny. Sytuacja
wymogła przyjmowanie ludzi na ilość nie na jakość. A metody? Amerykanie
kiedyś byli słynni z kontaktowania się z agentami przy pomocy skrzynek
ukrytych w rozkręcanych kamieniach, ale to historia lat 60. - 80.
Jak to z lat 60. - 80.? Przecież ostatnio w Rosji
wpadł wywiad angielski używający takich kamieni.
X: Dziwna historia, chyba musieliby te kamienie
sprowadzić z muzeum. Takich metod nie stosuje się od dawna.
Czy można rozpoznać po stylu działania konkretne
wywiady?
Y: Czasem tak. Amerykanie mają na przykład zwyczaj
umawiania się w hotelach amerykańskich sieci. Dla nich tam jest
bezpieczniej. Mają rozpracowane schematy tych budynków.
Które wywiady są najlepsze?
Y: Izraelczycy, niekwestionowana jest pozycja Rosjan. No
i jeszcze Amerykanie, którzy mają świetne rozpoznanie globalne. Jest
ciekawa historia mówiąca o pracy konkurencyjnych wywiadów. Otóż Francuzi
mieli problem z rezydentem rosyjskiego wywiadu w Paryżu. Facet, który tylko
oficjalnie był dyplomatą, sprawiał im duże kłopoty. Ważne informacje z
francuskich kół rządowych po kilku dniach były na biurkach decydentów w
Moskwie. Ale Rosjanin był nie do rozpracowania. Nie robił błędów, nie
podrywał dziewczyn, nie pił, nie wychodził sam z ambasady, nie prowadził
osobiście auta. W końcu do Francuzów, świetnych w deszyfrarzu wiadomości,
uśmiechnęło się szczęście. Odczytali ciekawą informację z Moskwy do
ambasady rosyjskiej w Paryżu. Wynikało z niej, że za kilka tygodni do
stolicy Francji przyjedzie szef oficera, z którym mieli tyle problemów.
Francuzi wspólnie z Amerykanami postanowili zagrać niekonwencjonalnie.
Znaleźli szybko faceta, który był łudząco podobny
do niechcianego we Francji "dyplomaty". I ten sobowtór zaczął
chodzić do najbardziej ekskluzywnych klubów i restauracji paryskich.
Przedstawiał się jako rosyjski dyplomata. Szastał pieniędzmi, zamawiał
najdroższe koniaki, szampany, podrywał najdroższe dziwki. W krótkim czasie
stał się ulubieńcem właścicieli knajp i ekskluzywnych prostytutek. W końcu
po tych kilku tygodniach w Paryżu zawitał rewizor z Moskwy. Agent (ten
prawdziwy), udający dyplomatę, zabrał swego pryncypała do bardzo dobrej
restauracji. W drzwiach powitał ich zachwycony właściciel: "Alosza,
jak się cieszę. Co dla was? To co zawsze? Claudia i Diana? Kawior astrachański?
Ten szampan za 300 euro, który zawsze bierzesz. Już się robi!". Po
trzech dniach Francuzi mieli niechcianego agenta-dyplomatę z głowy. Został
w trybie pilnym wezwany do Moskwy.
X: Żeby przeprowadzać finezyjne akcje, wywiad musi mieć
poparcie polityków. To oni dają pieniądze i to oni wykorzystują bądź nie
zdobyte informacje. Ciągle na topie są Izraelczycy, Brytyjczycy i
Amerykanie, ci ostatni ze względu na ogromne zaplecze techniczne. Jeśli
chodzi o pewną finezję, to Francuzi i Rosjanie. Nie zapominajmy także o
Pakistańczykach, Hindusach, Irańczykach czy Chińczykach. Polacy też kiedyś
byli w tym gronie.
A teraz?
X: Pytanie uważam za retoryczne.
Czego brakuje polskiemu wywiadowi?
X: Pieniędzy i stabilizacji.
Warto w was inwestować?
X: Warto. Jeśli mielibyśmy wartościowe informacje,
nie musielibyśmy wysyłać żołnierzy do Afganistanu, czy Iraku. Wystarczyłoby
przekazać dane wywiadowcze do USA, a oni uznaliby, że wypełniliśmy swoje
zobowiazania sojusznicze. Informacje wywiadowcze to cenny towar.
Y: Oczywiście, że warto. Spójrzmy choćby na nowe
technologie. Ich wynalezienie to ogromne pieniądze. Tymczasem wywiad
naukowo-techniczny jest w stanie zdobyć je za ułamek tych środków.
Co robi szpieg na emeryturze?
Y: Utrzymuje dobrą kondycję. Po pracy w wywiadzie już
zawsze myśli się trochę inaczej: ciągle nawet podświadomie analizuje się
informacje, ocenia określone sytuacje. Po odejściu ze służby można
wykorzystać swoje umiejętności do zarobienia pieniędzy. Banki, wywiadownie
gospodarcze, firmy analityczne potrzebują takich ludzi jak my. Zresztą w tym
fachu nie ma pojęcia emerytura.

 



Większa dawka top secret










Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Nie ludzki świat radzieckich obozów pracy Inny Świat~F6F
SWIAT NIE WIERZY LZOM
SWIAT NIE WIERZY LZOM
A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język
Swiat nie jest domem mym
SWIAT NIE WIERZY LZOM txt
Swiat nie jest domem mym
Świąt w tym roku nie będzie
swiat nie jest domem mym
Zbawiamy świat nie budząc go ze snu – permanentna promocja
Świat nie jest domem mym
Kościół nie mówi prawdy na temat Świąt Bożego Narodzenia
Ustanawianie swiat i dowody kosciola

więcej podobnych podstron