DWUDZIESTOLECIE:

Literatura na wolności

Rozmowa z Jerzym Jarzębskim

Zdumiewające, ile w ostatnich dwudziestu latach napisano powieści

tradycyjnych, językiem sprzed wieku. Nowości szukać trzeba gdzie indziej.

Chyba nie mamy innego wyjścia

Z prof. JERZYM JARZĘBSKIM rozmawia TOMASZ FIAŁKOWSKI

TOMASZ FIAŁKOWSKI: Zabawmy się w porównanie literatury mijającego właśnie

dwudziestolecia z dwudziestoleciem międzywojennym. Nie zaczynajmy tylko, proszę, od

stwierdzenia, że nie ma sensu porównywać epok zupełnie różnych…

JERZY JARZĘBSKI: Skoro wszyscy to robią, sensowność prędzej czy później się pojawi…

Czy jednak takie porównania czemuś służą?

Porównanie dwóch okresów niepodległości pokazuje, co właściwie nowa sytuacja kultury

może wytworzyć w sensie literackim. Rzecz jest ciekawsza na obszarze prozy i nią

powinniśmy się tutaj zajmować.

Proza to opowiadanie historii: po 1989 roku prozaicy mogą nareszcie opowiedzieć historię

przeszłości i w miarę adekwatnie – tak by się przynajmniej wydawało – historię

teraźniejszości. Historię przewrotu i przemiany świadomościowej. Z tego jednak, że mogą,

wcale nie wynika, że to robią. Różnice między dwudziestoleciem międzywojennym

a obecnym wynikają przede wszystkim, jak mi się zdaje, z tego, że wtedy nastąpiła bardzo

istotna przemiana form literackich. Nową literaturę robiła wtedy awangarda – w tej chwili jest

inaczej, pojęcie awangardy czy awangardyzmu straciło na znaczeniu. Zdumiewające, jak

wiele w ostatnich latach pisze się powieści tradycyjnych, językiem sprzed wieku. Powraca na

przykład mowa pozornie zależna, angażowanie się narratora w emocjonalność postaci, charakterystyczne kiedyś choćby dla Kadena-Bandrowskiego. Nowości szukać trzeba gdzie

indziej.

Padło nazwisko Kadena; on właśnie jest przykładem, że w dwudziestoleciu

międzywojennym chciano natychmiast opisać zmieniającą się rzeczywistość. Próbowali

tego także pisarze starsi, przede wszystkim Żeromski w „Przedwiośniu”. A dzisiaj?

Powieści, która opowiedziałaby przełom, nie było.

Ten nasz przełom chyba za łatwo opowiedzieć za pomocą kategorii politycznych czy

ekonomicznych. Nim wykształcił się jakiś nurt, już popadł w schematyzm. Powieści

o raczkującym kapitalizmie, brutalnym i nieuznającym reguł moralnych, pisano wiele

dziesiątków lat temu. Dziś temat powrócił, ale ponieważ wzorce zostały już kiedyś stworzone,

wystarczy tylko je powielać. Dramatem jest brak oryginalności: najpierw mamy tezę, potem

wypełnianie gotowego schematu fabularnego. Dotyczy to nawet tych powieści, które zajmują

się problematyką nowoczesną czy postnowoczesną, na przykład gejowskich czy

feministycznych.

A czy źródła kłopotów naszego dwudziestolecia nie tkwią w dziesięcioleciu, które je

poprzedziło, w epoce stanu wojennego i politycznych wyzwań, które wtedy stanęły przed

kulturą?

Już kilka lat po stanie wojennym wiedzieliśmy, że literatura tamtego czasu, choć szlachetna,

nie jest, mówiąc oględnie, najwspanialsza. Znaleźć można pojedyncze ciekawe książki, ale

jako całość ta literatura gra na stereotypach. Bywa, że stereotypy zaczynają grać szczególnie

mocno. Tak było na przykład na początku II wojny światowej w poezji: wszyscy zaczęli pisać

poematy epickie w stylu postromantycznym, nawet Lechoń, który przecież cierpiał na niemoc

twórczą. Mógł ją przełamać, ponieważ miał pod ręką gotowy schemat. W latach

osiemdziesiątych było podobnie: istniały gotowe schematy i pisarze po nie sięgnęli.

A przełom roku 1989? Niektórzy próbowali o nim opowiedzieć, ale to są raczej książki

drugiego lub trzeciego rzutu i nie wzbudziły większego zainteresowania.

Nazwiska?

Najgorsze jest to, że ja nazwisk autorów miałkich powieści o teraźniejszości często nie

pamiętam. Warto raczej zająć się tym, co powstaje zamiast. Próbą odnalezienia pewnych

swoistości była literatura „prywatnych ojczyzn” – przepraszam, że sięgam znów po ten

okropny termin, ale chodzi o ważny nurt. Książki Stefana Chwina, Olgi Tokarczuk czy

Andrzeja Stasiuka próbowały z prywatnych losów wykuć prawdę o rzeczywistości, życiu,

egzystencji. Mają zakotwiczenie w jakiejś okolicy czy mieście, które odgrywa rolę bazy

materiałowej, natomiast historia opowiedziana na tej kanwie jest historią prywatną

i jednocześnie próbuje przerzucić most w kierunku ogólnej refleksji o życiu. To, co wiąże się

z przeżyciem społecznym, jest tam na drugim planie, mimo że oczywiście obecne. Weźmy

„Hanemanna”, dobry przykład literatury połowy lat dziewięćdziesiątych. Wydawałoby się, że

to rzecz o Polakach i Niemcach, ale tak naprawdę jest to historia o tym, dlaczego nie

popełniać samobójstwa, dlaczego w sytuacji granicznej raczej żyć niż nie żyć. To jest jej

punkt dojścia; po drodze są oczywiście przeżycia społeczności, ale nie stanowią stacji

końcowej.

Podobnie z książkami Olgi Tokarczuk, które mają zakotwiczenie osobiste równie wyraźne jak

proza Chwina. Nie mówię oczywiście o „Podróży Ludzi Księgi”, ale już „Prawiek”, „Dom

dzienny, dom nocny”, „Ostatnie historie” i oczywiście „Bieguni” to powieści mocno

osadzone w doświadczeniu osobistym autorki – a od niego prowadzi droga do refleksji natury

filozoficznej. Pytania, które tam się zadaje, nie są kierowane do społeczności Polaków tu

i teraz. Nie o tym są te książki i pewnie również dlatego cieszą się powodzeniem za granicą.

Z kolei Stasiuk odnalazł inny pomysł na tożsamość, znowu prywatny. Zawsze jest tam

narrator, podobny do Stasiuka lub po prostu będący Stasiukiem, natomiast to, o co on pyta, to

nie jest los narodu. Stasiuka naród specjalnie nie interesuje, interesuje go człowiek

w kontekście ponadnarodowym, geograficznym, historycznym. Także społecznym – ale

w mikroskali wsi, miasteczka czy Warszawy. Na pewno nie jest to Żeromski, nie ma nic

wspólnego z tamtym sposobem myślenia.

W „Opowieściach galicyjskich” Stasiuka pojawia się mocny akcent społeczny: problem

wykluczenia w epoce przemian.

Tak, i portrety wykluczonych nakreślone zostały bardzo sprawnie, prawie jak

w dziewiętnastowiecznych „szkicach fizjologicznych”. Ciekawe jednak, że autor-narrator

zawsze jest gdzie indziej, dystansuje się od portretowanych postaci poprzez język. Opowiada

o nich demonstracyjnie ozdobnym literackim językiem, który go stawia w zupełnie innej

sytuacji.

W podróżniczych narracjach Stasiuka też pojawia się mocny kontrast pomiędzy

wyrafinowaną narracją a światem, który jest przedmiotem opisu – to właściwie „świat

bez właściwości”.

Jakieś właściwości on ma – to świat ludzi, którzy nie załapali się na pociąg z nowoczesnością,

jakby przeczekujących istnienie. Najbardziej dramatyczna jest sytuacja mężczyzn,

przyzwyczajonych do roli macho, którzy nie mają teraz miejsca, gdzie mogliby się

realizować. Kobiety funkcjonują w miarę normalnie i sensownie, natomiast mężczyźni są

bezsensowni kompletnie.

Książka Chwina, Tokarczuk, Stasiuka to historie raczej „europejskie” niż „polskie”, inny

sposób widzenia świata, odkrycie, że istnieją inne niż polska perspektywy. „Mała ojczyzna”

stanowi punkt wyjścia, ale punktem dojścia nie jest Polska, a sytuacja współczesnego

człowieka.

Pojawiają się oczywiście złośliwcy, którzy mówią: Aha, piszecie takie książki, bo chcecie być

tłumaczeni. Dobrze, ale w rzeczach pisanych z perspektywy czysto „krajowej” jest coś

zwichniętego. Książki pisarzy prawicy, interwencyjne, z ideowym przesłaniem, są okropne

literacko. Zapoznałem się z „Doliną nicości” Bronisława Wildsteina – i znalazłem niestety

straszną grafomanię, a szkoda tematu. Jeśli jednak ktoś od pierwszego zdania wie, jakie jest

rozwiązanie, kto jest dobry, a kto zły – dobrej książki napisać nie może.

To właściwie typowa powieść tendencyjna.

Publicystyka ubrana w kostium prozy.

Prawica zawsze skłonna była do ideologizacji i instrumentalizacji sztuki. Nawet Roman

Dmowski popełnił powieść, choć pod pseudonimem…

Dmowski był politykiem, który bawił się piórem. Natomiast prawica polska miała jednak

dobry okres w literaturze – okres wojenny. Pisarze prawicowi zaczęli wtedy nadawać ton,

powstawały ciekawe utwory, choć raczej poetyckie niż prozatorskie. Dramat „Aby podnieść

różę…” Andrzeja Trzebińskiego to utwór dobry i ważny, nie bajeczka z tezą. Szanse były –

tylko że zostały zmarnowane, bo pisarze zginęli…

Pomówmy więc o lewicy…

Wrażliwość lewicowa była z reguły literacko płodniejsza. Dzisiaj jednak i po tej stronie

znajduję dużo opowiastek z tezą. Na przykład powieści o korporacjach: nawet jeżeli mam

ochotę zgodzić się w pełni z tezą autora, jak w przypadku „Biało-czerwonego” Dawida

Bieńkowskiego, to przeszkadza mi bardzo, że ta powieść nie proponuje zmiany w punkcie widzenia. Od pierwszej strony wiem, że bohater jest idiotą, autor nie daje mu żadnych szans.

Lepiej udają się takie powieści, jak „Lubiewo” Michała Witkowskiego, które nie próbują

przekonać nas do żadnej prawdy społecznej ani nie formułują tezy, tylko opisują konkretne

zjawisko. Jeżeli pisarz nie ma gotowego pomysłu na to, jak wygląda rzeczywistość, jego

teksty wyglądają lepiej. To przypadek Doroty Masłowskiej, która miała znakomite ucho…

Literatura przecież w dużej mierze opiera się na słuchu!

Słuch językowy jest dobry, jeśli pozostaje w jakimś sensie bezwiedny i nie kryje się za nim

wiedza natury teoretycznej. Dlatego „Wojna polsko-ruska…” jest książką świetną, natomiast

w najnowszej sztuce Masłowskiej, „Między nami dobrze jest”, opartej na prościutkim i do

końca wygranym pomyśle językowym, autorka zbyt dobrze wie, co chce z językiem począć –

i skutki nie są najlepsze.

Nie mówiliśmy dotąd o problemie stosunku do peerelowskiej przeszłości, o rozliczeniach,

ale i nostalgii. Analogia z dwudziestoleciem międzywojennym tutaj szwankuje – trudno

wtedy mówić o tęsknocie za epoką zaborów.

Choć pamiętam przedwojenny wiersz Gałczyńskiego „Zegarek z dewizką”, gdzie rodzina

zbiera się nad zegarkiem wygrywającym „Boże caria chrani”, i wszyscy płaczą: „To były

czasy…”.

Teraz chodzi o bezwiedną czasem obronę Peerelu jako czasów szczęśliwej, mimo

wszystko, młodości – a równocześnie o sprawiedliwy i pozbawiony ideologicznych

założeń osąd tamtych lat.

Obrazki z lat dawnych winkrustowane są często w powieści współczesne. W „Tequili”

Krzysztofa Vargi znajdziemy spory passus poświęcony karierze muzyków rockowych

w dawnych czasach, przeciwstawionej oczywiście temu, co się dzieje dzisiaj, czyli

wszechwładzy menedżerów. W „Bóg zapłacz” Włodzimierza Kowalewskiego mamy długi

opis rzeczywistości młodzieńczych lat bohatera – przy czym bardziej liczy się jego

młodzieńczość i doświadczenie generacyjne niż doświadczenie polityczne. Mam wrażenie, że

jeśli ktoś chce naprawdę opisać Peerel, musi zrezygnować z perspektywy stricte politycznej; inaczej powstaje rodzaj horroru. Niedawno ukazała się książka Doroty Zańko „Opowieści

z powielacza”, historia z lat osiemdziesiątych: bardzo prawdziwa, a równocześnie

nieprawdziwa w stężeniu grozy. Czasy stanu wojennego i bezpośrednio po jego zniesieniu

opisuje tak, jakby to była wojna czy okupacja. Zresztą wojnę i okupację również opisuje się

z wahnięciem w stronę nie tyle martyrologii, ile nasycenia elementami heroicznymi. A to tak

nie wyglądało, pomiędzy martyrologią i heroizmem toczyło się normalne życie.

Niektórzy pisarze próbują to pokazać; na przykład Janusz Anderman, tak skądinąd zanurzony

w przeszłość stanu wojennego. U niego jednak rozpuszczalnikiem heroiczności jest podłość,

nie udało mu się rozrzedzić heroiczności zwyczajnością życia. Mam wrażenie, że nie da się

stworzyć prawdziwego portretu tamtych czasów. By zobaczyć ówczesne życie, odwołujemy

się do filmów, często nie najmądrzejszych, szczególnie komedii.

Obiecującą próbą opisu Peerelu wydało mi się ostatnio „Bambino” Ingi Iwasiów.

To dobra książka, ale trochę o czymś innym: o traumie przeżywanej przez ludzi wyrwanych

ze swoich macierzystych środowisk i przeniesionych w rzeczywistość obcego miasta.

Temat traumy tkwi tu jednak w gęstym i wiarygodnym obrazie powojennego Szczecina.

Ten obraz jest wiarygodny może właśnie dlatego, że Inga Iwasiów pisze w zasadzie o czymś

innym – dlatego tło wypada tak prawdziwie.

Spójrzmy jednak choćby na jednego z bohaterów, ubeka; jego karierę pokazano

najpierw jako rodzaj awansu społecznego. Skutki jego działań są złe, on sam jednak nie

został zdemonizowany.

Przykładem przeciwstawnym byłby Sekretarz w „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak,

potwór zarówno w życiu politycznym, jak i w życiu prywatnym. Ubek w „Bambino” jest dość

dobrym ojcem i nie najgorszym (choć nie najlepszym) mężem.

Jaka jest prawda o tych czasach? Zaprzedanie się systemowi nie polegało na tym, że

przychodził diabeł, podpisywałeś cyrograf i od razu stawałeś się też diabłem. To były raczej

małe cyrografy, podsuwane niepostrzeżenie. Ci, co się zaprzedali, nie byli najczęściej

jednoznacznie i pod każdym względem źli, ani też nie mieli pełnej świadomości tego, co

robią. Troszkę tak, jak u „Pana Cogito” Herberta: zło pokazuje się tam w sytuacjach

zamazanych, niezbyt wyrazistych.

Mówimy o prozie; gdyby jednak zapytać o dominujący w minionym dwudziestoleciu

gatunek, byłaby nim poezja. Po 1918 roku los rozdzielił to bardziej sprawiedliwie.

Nie jestem tego do końca pewien. Owszem, poezję mamy dobrą i wysokiej klasy, kiedy

jednak rozmawiamy o tym, co się wydarzyło w ostatnich latach w literaturze, mówi się raczej

o prozie. Sytuacja przypomina bardziej lata trzydzieste niż lata dwudzieste. Pierwsze

dziesięciolecie po I wojnie to okres, kiedy poezja była okrętem flagowym literatury, ona

właśnie wzięła na siebie testowanie nowego języka. W latach trzydziestych tworzyli nadal

świetni poeci, skamandryci, awangardyści, pojawili się Miłosz, Czechowicz, Sebyła, jednak

to, co najistotniejsze, rozgrywało się na terenie prozy; myślę oczywiście o Schulzu

i Gombrowiczu.

A co z relacjami międzypokoleniowymi? Czy nie jest tak, że w okresie międzywojennym

młodzi zdecydowanie jednak dominowali, natomiast w minionym dwudziestoleciu

pozycja Miłosza, Różewicza czy Szymborskiej była zdecydowanie silniejsza i wyrazistsza

niż wtedy Staffa czy Leśmiana?

Rzeczywiście – ale równocześnie nastąpiło ostre odcięcie się od literatury wcześniejszej.

Początkowo wydawało się, że tak się nie stanie, pierwsze diagnozy po 1989 roku głosiły, że

w literaturze nic się w gruncie rzeczy nie zmieniło i mamy do czynienia z kontynuacją.

Tymczasem nie – w ciągu kilku lat setki nazwisk znikły z literatury i z półek księgarskich,

zostały niemal zanihilowane, na to miejsce weszli nowi pisarze. Owszem, Chwin, Pilch czy

Huelle zaczynali jeszcze przed przełomem, ale ich obecność zaznaczyła się mocno dopiero

w latach dziewięćdziesiątych.

Nie wszystkie nazwiska znikły; nie mówię już o wspomnianej trójce poetów czy o Julii

Hartwig, ale choćby o Wiesławie Myśliwskim…

Myśliwski to pisarz specyficzny, pisze we własnym rytmie, zupełnie się nie przejmując

przemianami politycznymi. Spójrz jednak na innych: Konwicki przestał w ogóle pisać, Lem

nie pisał już prozy, Odojewski najważniejsze swoje książki wydał wcześniej. W tamtym

dwudziestoleciu więcej chyba znajdziemy pisarzy ukształtowanych jeszcze w epoce Młodej

Polski, którzy przeskoczyli cezurę wojny i byli wyraźnie obecni: Żeromski, Strug,

Nałkowska… W latach ostatnich bardzo się zmienił garnitur nazwisk, jeśli idzie o prozę.

Poza tym pojawiły się już dwa pokolenia. Młodsi – z głośnym jękiem, że są niechciani, że

starszych kolegów witano biciem w dzwony, a oni muszą wchodzić bocznym wejściem.

Szybko się jednak okazało, że to nieprawda, że są wśród nich tacy, których zauważono

i doceniono, których się wydaje – Wojciech Kuczok, Michał Witkowski, oczywiście Dorota

Masłowska. Inni, jak Tomasz Małyszek, mieli mocne wejście pierwszą książką, później jakby

przycichli – ale tak czy inaczej było dla nich miejsce.

Szczególny przypadek to Jacek Dehnel, autor, który długo dobijał się o uznanie. Wysyłał

swoje manuskrypty na konkursy, odrzucano je, krytykując za stylizatorstwo – w końcu jednak

udowodnił, że tworzy literaturę ważną. Dlaczego jego wcześniejsze opowiadania tak

potraktowano? Jurorom i krytykom bardziej się podobała literatura „mówiąca prawdę

o rzeczywistości”, trochę mizerabilistyczna. Z Dehnelem wygrywali autorzy opisujący los

prostego człowieka i jego ciężkie życie. W pewnym momencie powstał niemal przemysł

produkujący utwory nie tyle nawet realistyczne, ile naturalistyczne, i to koło wciąż się kręci.

Koło literatury pesymistycznej, opiewającej odrzucenie – Marta Dzido, Sławomir Shuty,

Tomasz Piątek, Mariusz Sieniewicz. Odrzucenie, marginalizacja ma u nich różne źródła,

może być efektem działania korporacji, może wynikać z bycia kobietą, gejem, narkomanem.

W Peerelu istniało zjawisko literatury opiewającej margines – Marek Nowakowski, Andrzej

Brycht, wcześniej Marek Hłasko. Teraz odrodziło się ono w spotęgowanej postaci. Z jednej

strony opowiadanie o tym, że kapitalizm jest okropny i nie daje żadnych szans, z drugiej –

krytyka konserwatyzmu społeczeństwa, które nie chce zaakceptować odmieńców. Potężny

nurt, który nie zawsze niestety przynosi ciekawe książki, choć w jakimś stopniu należy do

niego także pisarka wybitna, jaką jest Magdalena Tulli. U niej jednak ta tematyka

przeniesiona zostaje na wyższy stopień uogólnienia, podlega metaforyzacji.

Istnieje też interesujące zjawisko książek realistycznych, w których pojawiają się elementy

fantastyki, jakby tylko w świecie fantastycznym można było załatwić pewne sprawy. Tak jest

w „Niehalo”, pierwszej książce Ignacego Karpowicza. Początek do bólu realistyczny –

a potem bohater wzywa fantastyczne potęgi, żeby rozliczyć się z wrogim światem, zaczynają

mu na przykład pomagać pomniki, rozpętuje się niesamowita machia. Delegowanie

w fantastykę rozmaitych problemów obserwujemy także w „Rebelii” Sieniewicza.

Z drugiej strony literatura fantasy zrodziła zjawisko tak dziwne i osobne, jak Jacek

Dukaj.

Jego proza to rzeczywiście bardzo interesujące zjawisko. Dukaj opowiada o świecie inaczej,

znajduje rozmaite formuły budowania świata alternatywnego sięgające nie tylko do historii czy polityki, ale także do natury rzeczywistości. To jednak też swego rodzaju eskapizm – to, co ciekawe, może się przydarzyć światu dopiero wtedy, kiedy się opuści jego realistyczną

dziedzinę.

Na początku lat dziewięćdziesiątych otwarła się śluza tamująca wcześniej napływ

zachodniej literatury popularnej, sensacyjnej czy obyczajowej. Wydawało się, że nie

będzie dla niej alternatywy, ktoś nawet postawił tezę, że w połączonym świecie

anglosaska proza popularna stanie się wręcz niższym piętrem naszej literatury. Minęło

dwadzieścia lat – tłumaczeń, owszem, nadal dużo, ale obok kwitnie polska powieść

obyczajowa, romans, kryminał, autorzy sypią się jak grzyby po deszczu, próbując iść

w ślady tych, którzy – jak Katarzyna Grochola czy Marek Krajewski – odnieśli sukces.

Są dwa powody, dla których tak się stało. Pierwszy to naturalna potrzeba czytelnika, żeby

takie książki działy się jednak w naszych realiach, żeby dało się odnaleźć w ich świecie.

Powód drugi jest czysto ekonomiczny: oficyna wydająca wyłącznie przekłady nie utrzyma się

długo, zniszczą ją opłaty licencyjne. Wydawnictwa zainteresowane są wykształceniem

własnej stajni pisarzy, z którymi można zawrzeć długoterminowe umowy na kolejne książki,

dyskontować ich popularność, ale i dbać o nią. Dotyczy to zresztą rozmaitych pięter

literatury, a uwiązanie kontraktem czasem pisarzowi szkodzi, zmusza go do oddawania do

druku rzeczy słabszych, pisanych na siłę…

To zjawisko w świecie powszechne. Odrodzenie polskiej literatury popularnej jest

jednak fenomenem, ten obszar za Peerelu poddany był silnej ideologizacji

i ograniczeniom, nie przypadkiem wśród ludzi krążyły powieści Mniszkówny przepisane na maszynie – bo zaspokajały pewien głód czytelniczy. Dziś o Mniszkównie prawie

zapomniano…

Czyta się za to Grocholę, Szwaję, Kalicińską. I bardzo dobrze, to powrót do normalności,

każdy powinien dostać książkę, na którą czeka. Nie można widzieć w literaturze wielkiej

szkoły, w której z jednej strony autorzy uczą się, jak pisać arcydzieła, a z drugiej czytelnicy –

jak je czytać. Tak nigdy nie było. W XVI wieku także istniała literatura straganowa, która

żyła sobie zresztą własnym życiem, niewspierana przez żadną krytykę literacką ani szkołę.

Szesnastowieczną „Historię o Magielonie” wznawiano do XX wieku i sprzedawano na

jarmarkach!

Kiedy mówimy o dwudziestoleciu międzywojennym, natychmiast przychodzą nam na

myśl nie tylko nazwiska, ale i konkretne tytuły, bez których nie byłoby naszej literatury

zeszłego wieku. Jak to jest teraz? Czy można wskazać książki, które na pewno zostaną?

Z takiego dystansu to niemożliwe. Czy najwięksi krytycy, jak Ludwik Fryde albo Kazimierz

Wyka, umieli w 1938 roku bezbłędnie wskazać, co w minionym dwudziestoleciu

najważniejsze? Przecież Wyka bardzo ostro potraktował Schulza, używając przy tym

argumentów wcale niegłupich – tyle że go nie rozumiał. Nie były też głupie argumenty

Ignacego Fika – ale skrytykowana przez niego „literatura choromaniaków” stanowi dla nas

jedno z najważniejszych zjawisk tamtej epoki.

Lepiej zastanowić się nad książkami, które w ostatnich latach wywołały szok poznawczy,

nawet odrzucenie, ale zmieniły naszą świadomość. Prawdę mówiąc, trudno byłoby mi je

wskazać – bo to nie jest problem „Wojny polsko-ruskiej…” czy „Lubiewa”. I jeszcze jedno –

czasem możemy ocenić wagę jakiejś książki dopiero z perspektywy kolejnych dzieł tego

samego autora, które będą rozwijać nowy temat, odsłaniać zupełnie nowy sposób widzenia.

To przypadek Gombrowicza.

Oczywiście. Trochę inaczej z Schulzem – jego po prostu nie umiano wtedy przeczytać,

kompletnie nie była widoczna głębinowa struktura jego prozy. Odsłaniano ją przez następne

dziesięciolecia, układając mozolnie fragmenty łamigłówki. Bardzo pomocne okazały się

uwagi samego Schulza, rozrzucone po różnych jego tekstach, w publikacjach prasowych – ale

współczesny pisarzowi krytyk właściwie nie mógł wykonać takiej pracy.

Możemy się więc zastanawiać, czy żyje wśród nas jakiś pisarz, którego dzieło zawiera zasób

niezrozumiałych dla nas dzisiaj treści. Na pewno istnieją pisarze niebanalni, zajmujący się

ważnymi tematami, a przez krytyków traktowani niechętnie, często z powodów

pozaliterackich. Tak jest na przykład z Chwinem. Pilch przeczytany w całości tworzy

wyraźny, odrębny świat. Rewelacją dla mnie była jego „Bezpowrotnie utracona

leworęczność”, książka autotematyczna, ukazująca jego strukturę myślenia o literaturze –

strukturę, w której, paradoksalnie, jest także miejsce na rzeczy nieudane. Osobnym światem

rządzącym się własnymi regułami jest proza Magdaleny Tulli – proza niełatwa, a w dodatku

sama autorka czyni wszystko, by zmylić tropy. Olgę Tokarczuk traktowano na początku –

niech to będzie przestroga! – jako pisarkę popularną, która tylko udaje głębię. Dzisiaj pewna

Niemka (Dörte Lütvogt) wydała książkę analityczną na temat jednego tylko „Prawieku”,

grubszą od samej powieści…

Są też tacy, w których prozie mimo najlepszych chęci zanurkować się nie da… W Shutym nie

zanurkujesz – chyba że się mylimy i następna generacja w nim właśnie odkryje głębinę.

Poczekajmy więc następne dziesięć lat.

Chyba nie mamy innego wyjścia.