804

Czy wessie nas muł? Zastanawiałam się poważnie jak zatytułować ten artykuł. Zasadniczo najbardziej by pasowało nazwać go „zapaść cywilizacji”. Ale to już było parę lat temu. A czy to, o czym chcę teraz mówić, jest jeszcze zapaścią czy nie już śmiercią cywilizacji? Staram się poniżej wyjaśnić, dlaczego wybrałam powyższy tytuł. Mam wrażenie, że doszliśmy do samego dna. Głębiej już nie można. A dno wydaje się muliste i nas wciąga. Nie ma jak się odbić. Jednak jednocześnie mam nadzieję, że jest jeszcze szansa, szansa na wyjście z tej zapaści. Dopóki Matka Boża jest Królową Polski, dopóki nie odrzucono Jej królowania, dopóty jest nadzieja. Dlatego właśnie stawiam znak zapytania – czy wessie? Może jednak jeszcze jest szansa, że nie wciągnie nas do końca muliste dno! Zaplanowano w Warszawie, jak wszyscy wiedzą, występ piosenkarki zwącej siebie „Madonną”. Nie ma sensu za długo rozpisywać się na jej temat. Wszyscy wiedzą kim ona jest. Kiedyś pozowała do zdjęć erotycznych, potem, dzięki bluźnierczej postawie i śpiewaniu pieśni urągających Kościołowi, Chrystusowi Panu i Jego Matce, wypłynęła na szczyty muzyki pop. Obecnie podstarzała mocno aktoreczka jeździ po świecie ze swoimi bluźnierstwami, do których świat już się przyzwyczaił i które światu – wydaje się – są obojętne. Aktoreczka zbiera laury, mówi się o „najbardziej kasowym tournée”, ludzie albo są obojętni, albo w zachwycie rozkupują bilety i szykują się na „przeżycie artystyczne”, tylko niewielka grupka osób próbuje coś zrobić – chociażby zaprotestować. No cóż – Pismo Święte mówi o tym, że Bóg pozostawi sobie „Świętą Resztkę”, być może to już właśnie ten czas, być może to właśnie ta „Święta Resztka”. Resztka, proszę zauważyć, a nie reszta.
Oczywiście nie warto by było zajmować się piosenkarką, jednak dla porządku przypomnijmy kilka faktów z jej kariery „artystycznej”. Wybrałam je z informacji podanych na internetowej Wikipedii, czyli są dostępne dla wszystkich. Cytuję je, by pokazać, że nie jesteśmy „oszołomami” o „urażonych uczuciach religijnych”, co nam zarzucają niektórzy. Jesteśmy trzeźwymi obrońcami nie tylko Kościoła przed bluźnierstwami, ale i elementarnej kultury.
1984 –W czasie wykonywania utworu Like a Virgin (Jak dziewica) ubrana w suknię ślubną wywołała skandal namiętnie tarzając się po scenie w trakcie występu.
1989 - W marcu wydała piosenkę Like a Prayer (Jak modlitwa) ze skandalizującym teledyskiem do niej. Wideoklip, w którym roznegliżowana Madonna tańczy na tle płonących krzyży oraz całuje czarnoskórego Jezusa został potępiony przez Watykan za mieszanie symboli religijnych i erotyki. Piosenka Like a Prayer była wykorzystana również w reklamie Pepsi, z którą Madonna podpisała wówczas kontrakt. Również owa reklama została potępiona przez Watykan, a firma Pepsi natychmiast zdecydowała się wycofać z kampanii z Madonną.
1990 – Podczas koncertów w Toronto próbowała aresztować ją policja, która nie chciała dopuścić do występu, w trakcie którego piosenkarka odgrywała scenę masturbacji. W Rzymie z tego powodu koncert musiał zostać odwołany. W grudniu wywołała kontrowersje prezentując klip, uznany przez MTV (popularnej stacji muzycznej, nadającej głownie muzykę pop) za obsceniczny. Stacje MTV u VH1 (popularny w USA kanał telewizyjny) odmówiły emisji klipu.
1991 – W maju miała miejsce premiera szokującego filmu dokumentującego trasę Blond Ambition Tour zatytułowanego Truth or Dare. Piosenkarka nie tylko utrwaliła w nim najbardziej kontrowersyjne momenty swojej ostatniej trasy koncertowej, ale także pokazała się w nim w łóżku ze swoimi tancerzami.
1993 – Piosenkarka wyruszyła w trasę koncertową The Girlie Show Tour, określaną jako najbardziej wulgarną i naładowaną seksualnie z dotychczasowych jej tras oraz zagrała w filmie erotycznym pt. Body of Evidence (Sidła miłości).
2003 – W atmosferze skandalu w kwietniu został wydany album American Life. Kontrowersje wzbudził teledysk do tytułowej kompozycji, który przedstawiał wojnę. Teledysk został wycofany.
2006 - Koncertom towarzyszyły duże kontrowersje w związku z wykonywanym przez Madonnę utworem Live to Tell (Powiedzieć żywym), w trakcie którego była przytwierdzona do ogromnego lustrzanego krzyża mając na głowie koronę cierniową
. (wszystkie podkreślenia moje)
Takie migawki z kariery piosenkarki dają nam obraz czemu służy jej „twórczość” i komu ona sama służy. Co do tego ostatniego chyba nikt nie ma wątpliwości. Służy ona bowiem bezpośrednio wrogowi ludzkości, czyli szatanowi. Przytoczone fakty pozwalają zorientować się, że nie chodzi tu o "niewinne wygłupy" aktorki, ale o dobrze zaplanowaną i prowadzoną z rozmysłem i przy dużych pieniądzach akcję nie tylko obrażania Boga, a również o systematyczną deprawację ludzi, szczególnie młodych. Sam pseudonim aktorki dobrany jest wyjątkowo starannie. Jedyny cel tego pseudonimu – to ubliżanie Matce Bożej. Przypomnijmy zresztą, że ona wprowadziła świętokradczą modę na noszenie krzyżyków w uszach, moda ta u nas bardzo dobrze swego czasu się przyjęła. Te migawki również przypominają nam, że nie zawsze i nie wszyscy godzili się z „występami artystycznymi” Luizy Ciccone. Policja w Toronto nie chciała dopuścić do jej występów, Watykan ją potępił, w Rzymie zakazano jej występów, a co ciekawe, potępieniem Watykanu przyjęła się firma Pepsi – światowy magnat, który dobrze zna swoje interesy – i zrezygnowała ze współpracy z aktoreczką. Stacje radiowe i telewizyjne odmówiły nadawania jej najbardziej rażących utworów. A my? A w Polsce? W Królestwie Matki Najświętszej? Okazuje się, że jesteśmy w stanie się z tym pogodzić. Mało tego, nie reagujemy (poza małymi wyjątkami!). Planowany koncert „Madonny” na kilka sposobów jest obraźliwy i świętokradczy. Spróbuję to pokazać po kolei, patrząc na zagadnienie pod różnymi kątami:
Najpierw – elementarna kultura wymaga, by nie dopuszczać do brzydoty, by nie prezentować wulgaryzmów i obsceniczności. Wymaga by wydarzenia artystyczne uczyły dobrego smaku, nie prowadziły do wdrażania upodobań do wulgaryzmów, ani do deprawacji. Elementarna kultura u nas jest od dawna zapomniana. Mamy na to wiele dowodów, jak chociażby przykład promowania książek niejakiej Masłowskiej, książek bez żadnej wartości literackiej, za to przesyconych wulgaryzmami i brzydotą. Podobnie jak i wynurzenia okultystyczne i fizjologiczne Gretkowskiej, zwanej symbolem rozwichrzenia oraz intelektualnej swobody. Jeśli stać nas tylko na promocje takich „twórców” – nie możemy już mówić o istnieniu kultury, powtarzam – elementarnej kultury. Chyba rzeczywiście w tej materii osiągnęliśmy same muliste dno.
Po drugie – wystąpienie w Polsce, w samej Stolicy, w dniu 15 sierpnia nie jest zwykłą prowokacją. Jest obrzydliwym poniewieraniem Narodu Polskiego! Rok temu pisałam artykuł pod tytułem Upominam się… Zaczynał się on tak: Upominam się o Warszawę! Upominam się o Polskę! Upominam się o polskość! Upominam się o przyszłość!
Chodziło wtedy o sponiewieranie pamięci Powstania Warszawskiego przez zorganizowanie koncertu zespołu Apokaliptyca w ramach obchodów 64 rocznicy Powstania. Rok temu wydawało się, że gorzej już być nie może. Ale widać, że może. Bo w dalszym ciągu można poniewierać pamięcią bohaterów, tym razem w pierwszym rzędzie tych, co zginęli by obronić Europę przed zalewem komunizmu. Można poniewierać Święto Państwowe, Święto Wojska Polskiego! Przypominam, Święto to obchodzimy właśnie 15 sierpnia! Można ubliżać historii, ubliżać żołnierzom i oficerom. Ubliżać samej Polsce, która krwią swoich synów znaczyła swoje dzieje. Miejsce tego „koncertu” wybrano też starannie – proszę zwrócić na to uwagę! Lotnisko Bemowo, pamiętajmy, było kiedyś lotniskiem wojskowym. Teraz ma stać się świadkiem poniewierania Polską i Jej Wojskiem.
Panie Prezydencie Rzeczpospolitej! Naczelny Wodzu Wojska Polskiego! Czy Pan tego nie widzi? Czy Pan się godzi na to, by odebrać uroczystą odprawę wart przed Pomnikiem Nieznanego Żołnierza, przemówić na temat bohaterstwa oręża polskiego i pójść spokojnie na popołudniową kawę, wiedząc, że poniewierany jest Naród i Oręż Polski?
Dochodzę teraz do trzeciego wątku – wątku najistotniejszego, religijnego. Specjalnie zwróciłam najpierw uwagę na inne – nazwijmy je „ogólne” przesłanki, ukazujące jak bardzo ten koncert jest nie na miejscu. Teraz czas na ukazanie powiązania koncertu z ubliżaniem Bogu. Koncert jest zaplanowany (to nie żaden przypadek, nie żadna pomyłka, to stanowcze i zaplanowane działanie), koncert ten, powtarzam, jest zaplanowany jako akt bluźnierczy przeciwko Kościołowi. Nie chodzi tu o „obrazę uczuć religijnych”. Co za pokrętne określenie! Obraza uczuć! Wprowadzili to określenie sprytni manipulatorzy, a my daliśmy się temu nabrać. Uczucia – to sprawa prywatna. Sprawa indywidualna. Ktoś mnie obraża, ale to jeszcze nie oznacza, że obiektywnie wykonuje zły czyn. Być może jestem nadwrażliwa? Być może jestem oszołomem, taki „moherowy beret, który wszędzie dopatruje się obrażania”? Nie! Tu nie może być mowy o uczuciach religijnych. Tu chodzi o obiektywne świętokradcze działanie osoby, która jest w całej swej działalności oddana szatanowi i która poświęca swoje życie temu, by Kościołowi, Chrystusowi Panu i Jego Matce bluźnić. Nad taką osobą można się litować, można się modlić o dobrą śmierć dla niej i dla tych, którzy ją "promują" (nawet należy się modlić), ale nie wolno jej dopuszczać do głosu. Bo każdy kto się godzi na jej występy, przykłada rękę do złego. Godzi się bowiem na to, by ona poniewierała Kościołem. W tym miejscu wypada zadać pytanie; komu w Polsce zależało na zorganizowaniu tych występów, szczególnie w takim terminie?
Panie Prezydencie Rzeczpospolitej! Czy Pan dopuści do tego, by taka osoba skalała ziemię, która wydala Jana Pawła II? Co Panu stoi na przeszkodzie zakazać jej wjazdu do Polski? Czy Pan pójdzie rano spokojnie na mszę świętą, by spełnić obowiązek katolika, a potem przyjrzy się Pan spokojnie jak poniewierana jest Matka Chrystusa Pana?
Pani Prezydent Warszawy! Czy Pani, jako katoliczka, dawniej członkini Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, jako osoba, która głosiła rekolekcje wielkopostne u oo. dominikanów zgodzi się na to, by Matka Pana była wyśmiewana przez przyjazd do Stolicy osoby, która poniewiera Jej Święte Imię? Bywała Pani na nabożeństwach w dniu gdy Kościół obchodzi wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. Nie zaboli Pani serce, gdy na Bemowie osoba, gorsza od zwykłej ulicznicy, będzie prezentowała się Jej imieniem? Co Pani przeszkadza nie dopuścić do tego występu na terenie Stolicy? Kto podpisał na to zgodę?
Panowie i Panie Parlamentarzyści i Parlamentarzystki, którzy tak chętnie modlicie się publicznie na Jasnej Górze – co Wy na to? Pozwolicie na ten koncert, a potem pojedziecie na Jasną Górę z czystym sumieniem?
Dnia 15 sierpnia roku 1920, Królowa Polski ukazała się by wspomóc walczących. Dokonał się Cud nad Wisłą i nawałnica bolszewicka została zatrzymana na przedpolu Warszawy. Dzień wcześnie, z krzyżem w ręku i stułą na szyi, ks. Ignacy Skorupka przodował walczącym oddziałom. Zginął śmiercią bohaterską. Zginęło wielu. Ale oręż polski zwyciężył, bolszewicy nie zdobyli Warszawy. Europa została obroniona przed zarazą. Podobnie jak pod Wiedniem, z pomocą Maryi, król Jan III Sobieski zatrzymał Turków. Naród wzniósł świątynię Matki Bożej Zwycięskiej jako votum za zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 1920 r. Król Jan III złożył swe insygnia królewskie jako votum Matce Bożej w Jej sanktuarium na Jasnej Górze. Czy zapomnieliśmy o tym? Czy zapomnieliśmy komu zawdzięczamy swoje zwycięstwa? Czy pamiętamy dlaczego Matka Boża nam pomagała i jeszcze pomaga? 1 kwietnia 1656 korząc się przed Majestatem Bożym, król Jan Kazimierz Najświętszą Maryję Pannę „za Królową państw swoich obrał”. Od tego czasu Maryja jest faktyczną Królową Polski. Nie tylko w sensie duchowym, jak się ostatnio nam wmawia. Jest Królową Rządzącą i będzie tak długo, jak w pełni nie odwrócimy się od Niej. Zwycięstwo, mówił kardynał August Hlond, a za Nim powtarzał to Prymas Tysiąclecia, kiedy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję! Mieli oni na myśli całkiem konkretne zwycięstwo nad wrogami Narodu. Totus Tuus, napisał w swym herbie papieskim Jan Paweł II. Oddal się Jej całkowicie, a w ostatniej swej pielgrzymce do Polski, przed Jej obrazem w Piekarach zawierzył Jej, Królowej Polski umiłowaną Ojczyznę! Dlaczego odwracamy się od swojej Królowej? Czy nie dawała nam dowodów swego królowania i swej łaskawości? Czy nie wspomagała wojska i królów? Nie ma teraz panującego króla, ale jest Interrex!

Księże Kardynale Prymasie! Czy Wasza Eminencja pozwoli na poniewieranie Matki Bożej? Czy słodkie Imię Maryja, czy słowo Madonna, zarezerwowane tylko dla Najświętszej Panienki będzie poniewierane w Ojczyźnie Jana Pawła II? W Ojczyźnie św. Faustyny Kowalskiej, św. Stanisława biskupa, św. Alberta Chmielowskiego, św. Rafała Kalinowskiego, św. Maksymiliana Kolbego? W dniu Wniebowzięcia? W tym największym ze świąt Maryjnych?
Księża Biskupi! Czy Wasz głos nie ma znaczenia w tej sytuacji? Dlaczego godzicie się na poniewieranie Matki Pana naszego? Wasza interwencja na pewno będzie usłyszana i w Pałacu Prezydenckim i w siedzibie Premiera. Jeśli firma Pepsi posłuchała Watykan, tym bardziej Prezydent, Premier i Władze Stolicy wysłuchają Was! Czy my, zwykli świeccy, zostaniemy sami?

Boję się! Boję się, że czara mogła się już przepełnić. Boję się, że przyszedł dzień, kiedy Matka Boża stanowczo wymaga od nas, byśmy pokazali swoją wierność. Być może ktoś mi powie, że jest to sprawa błaha – co tam jeden koncert jakieś tam piosenkarki. Ale nie chodzi o koncert. Chodzi o zaplanowane bluźnierstwo, chodzi o zamierzone świętokradztwo. Chodzi o obrażanie samego Boga. Chodzi o to, czy my teraz, jako Naród, jako żołnierze Maryi, Jej rycerze (jakimi jesteśmy od Ślubów Lwowskich), wreszcie – jako katolicy, staniemy w obronie Matki i Królowej, w obronie Tej, która tyle razy stawała w naszej obronie. Więc boję się, że nasza Królowa może odsunąć się od nas na czas długi, tak długo, aż Naród się nie opamięta. Ona kierowała naszymi dziejami, Ona była nam obroną – pod Jasną Góra i nad Wisłą, pod Beresteczkiem i pod Wiedniem. Jej to nasz Naród złożył Śluby Jasnogórskie. Czy okażemy się niegodnymi swojej Królowej? Czy zapomnieliśmy o swoich ślubach? Być może ktoś mi powie, że przesadzam. Że taki koncert to zwykła komercja, a na dodatek ludzie chcą się bawić, maja dość podniosłych uroczystości narodowych (taka teza ostatnio jest modna i szeroko rozpowszechniana). Być może ktoś mi powie, że nie muszę słuchać piosenkarki, która mi się nie podoba. Ależ nie! Nie przesadzam! Jeszcze raz powtarzam – tym razem dobitnie: Nie wpuszcza się do katolickiego kraju (wszak 95% narodu deklaruje wiarę katolicką) bluźnierczyni! Nie robi się w Święta Narodowe koncertów, ubliżających treści tych Świąt! Nie poniewiera się Imieniem Maryi, a staje się w Jego obronie! Nawet jeśli ma to kosztować stanowiska czy wszelakich przywilejów i korzyści. Wszak nic jest warte nawet złamanego grosza, gdy na przeciwnej szali wagi jest obrona godności Maryi, Królowej Polski i honor Jej Narodu. Maria K. Kominek OPs

A ja chcę wiedzieć! Trzy lata temu napisałam artykuł pt. „Czy wessie nas muł?” (można znaleźć na www.krajski.com.pl w dziale „artykuły” pod moim nazwiskiem). Rok później na podobny temat napisałam artykuł „Koncert”(znajduje się też na stronie krajski.com.pl w dziale „artykuły”). Pierwszy z nich dotyczył bluźnierczego występu tzw. „Madonny” 15 sierpnia 2009 r., drugi – żałosnego uczestnictwa niektórych dominikanów w koncercie zespołu satanistycznego Metallica w 2010 r. Dziś znowu muszę się wypowiedzieć na ten temat. Po trzech latach wydaje się nie ulegać wątpliwości, że osiągnęliśmy dno. I nie mamy szans odbić się od tego dna, bo ono okazało się muliste, a ten muł jest głęboki i wsysa nas powoli, ale skutecznie. Zaplanowano na 1 sierpnia 2012 koncert bluźnierczyni „Madonny” na Stadionie Narodowym. Trzy lata temu sponiewierano (za zgodą lub przyzwoleniem wszystkich władz państwowych i kościelnych) Święto Matki Bożej i Oręża Polskiego, teraz ma dojść do profanacji Rocznicy Powstania Warszawskiego. Najpierw dwa słowa o Stadionie Narodowym. Wybudowany za około 2 mld złotych należy do najdroższych na świecie i fundowany jest z kieszeni podatnika. Z tej samej kieszeni teraz będzie zafundowane usunięcie kolejnej murawy z płyty stadionu, ponieważ „koncert zagra Madonna i obiekt trzeba przywrócić więc do standardowego układu z betonową płytą”. Tak informuje przedstawicielka Narodowego Centrum Sportu. Więc dla występu bluźnierczyni musimy znowu wejść w koszta. To bardzo przyziemne widzenie sprawy, ale ostatecznie ważne, bo za chwile okaże się, że znowu zabiorą nam jakąś ulgę albo podwyższą nam kolejne opłaty, by zrekompensować wydatki na następne imprezy. No i jeszcze sam fakt, że Stadion został nazwany „Narodowy” i tam odbywać się ma profanacja Powstania Warszawskiego jest bardzo wymowny. Bowiem Powstanie Warszawskie nie tylko jest ważne dla Warszawy, nie tylko dla Polski, ale również ma i wymiar ponadnarodowy – było przecież walką z bolszewizmem, próba zatrzymania zarazy komunistycznej, próba owszem nieudaną, bo już karty były rozdane i tzw. Wielkie Siły podzieliły Europę pomiędzy sobą. Więc w Rocznicę Powstania bluźniercza piosenkarka będzie mogła pokazać światu, że Warszawa, Miasto, które nigdy nie uległo, zostało splugawione jej występami. Za zgodą lub milczącym przyzwoleniem wszelkich władz państwowych i kościelnych! W Rosji Cerkiew Prawosławna protestuje przeciw Występom „Madonny”. U nas protestów prawie nie ma. Bardzo nieśmiało odzywają się kombatanci. Nieśmiało – to nie to słowo. Raczej trzeba by było powiedzieć – groteskowo. Otóż czytam, że płk. Edmund Baranowski, wiceprzewodniczący Związku Powstańców Warszawy, stwierdza, że koncert w dniu 1 sierpnia to duży nietakt, dlatego chcemy by przed koncertem odbył się pokaz kronik powstańczych i minuta ciszy.  Tylko „nietakt”? Czyżby płk. Baranowski uważał, że osoby decydujące o terminie koncertu popełniły faux-pas, że to jest po prostu taka zwykła pomyłka, niezręczność, bez żadnego podtekstu. Ależ oczywiście, że  nie! Ten termin był dokładnie i starannie wybrany. Tak samo jak trzy lata temu wybrano 15 sierpnia, wtedy przekonano się, że można bezkarnie poniewierać Polską, ale na wszelki wypadek jeszcze raz zdecydowano sprawdzić jak daleko można się posunąć. Nie, to nie jest nietakt – to jest dobrze przemyślana prowokacja! Propozycja pokazu Kronik Powstańczych i minuty ciszy przed koncertem bluźnierców jest co najmniej dziwna. Najlepiej moim zdaniem skomentował to pewien internauta. Napisał:

Powiedzcie, że to żart, proooszę! To dopiero będzie kpina z Powstańców i Powstania. No właśnie – powiedzcie, że to żart! Ale nikt tak nie powie! Skąd taki pomysł u niektórych Powstańców? Nie wiem. Być może chcą jakoś załagodzić sprawę, może wydaje się niektórym, że taki pokaz pomoże fanom „Madonny” nauczyć się coś o Powstaniu, zrozumieć jego sens. Ale to tylko złudzenie. Większość fanów to młodzi, którzy demonstracyjnie się opowiadają przeciw patriotyzmowi, kpią z obchodów Świąt Narodowych, kpią z polskości. Więc przykro czytać, że powstańcy spotykają się z miejskimi urzędnikami i organizatorami koncertu z nadzieją usłyszeć o pewnych kompromisowych propozycjach, jak zapewnia nas płk. Baranowski.

Panie Pułkowniku, to nie Wy macie prosić o „kompromisowe propozycje” tych, co Wam do pięt nie dorastają! Wy staliście w obronie Warszawy, Wy walczyliście o wolność! Oni Wami poniewierają! Nie poddawajcie się manipulacji! Nie poniżajcie się do rozmów z nimi! Jest jeszcze jeden protest. (Jak na razie tylko jeden!) Organizuje go Krucjata Młodych przy instytucie im. Ks. Piotra Skargi. Jest to protest internetowy pod hasłem „Nie idę na koncert Madonny”. Organizatorzy mają nadzieję zebrać 100 000 podpisów i wysłać je do organizatorów koncertu, Hanny Gronkiewicz–Waltz i właściciela Stadionu. Mam nadzieję, że uda się zebrać tyle podpisów. Ale niestety jest oczywiste, że nie poruszy to sumienia ani H. Gronkiewicz-Waltz, ani innych. Jednak ten protest pokaże, że są tacy ludzie, którzy nie mogą się zgodzić z występami bluźnierczyni. I tylko tyle. Lub aż tyle! Rozpędzonej maszyny się nie da zatrzymać. Jednak dobrze, że Krucjata Młodych organizuje ten protest. Chwała Instytutowi im. Piotra Skargi za to! No i co dalej. Zaprotestujemy, porozmawiamy, stadion wypełni się fanami, będą wyć i skakać do późnej nocy, swoim uczestnictwem będą bluźnić Bogu i wielu z nich, być może nawet większość, nie będzie tego świadoma! Bo między fanami jest wielu katolików – może niedzielnych, może trochę letnich, ale jednak. Oto mały przykład: znajomi dostali jako prezent ślubny bilety na koncert „Madonny”. Ślub katolicki, wszyscy regularnie chodzą w niedziele do kościoła, a gdy im powiedziałam, że pójście na ten koncert to grzech – wyśmiali mnie! Grzech – dlaczego? Pytali i nie mogli zrozumieć, w końcu z uśmieszkiem pobłażania odeszli. Uśmieszek wyraźnie mówił – starsza pani przesadza!

A jest to grzech. Kodeks Prawa Kanonicznego wyraźnie mówi:

Kan. 1369 – Kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą.

Sprawiedliwa kara – więc ekskomunika. No, ale – powie ktoś – to „Madonna” bluźni, ja nie bluźnię, ja tylko słucham. I wraz z nią podśpiewuję, ale to po angielsku.

Kan. 1399 – Poza wypadkami przewidzianymi w tej lub w innych ustawach, zewnętrzne naruszenie prawa Bożego lub kanonicznego, tylko wtedy może być ukarane sprawiedliwa karą, gdy domaga się tego szczególna ciężkość przekroczenia i przynagla konieczność zapobieżenia zgorszeniom lub ich naprawienia. No właśnie – zgorszenie! Ilu zostanie zgorszonych po takim występie? Czy nie jest chrześcijańskim obowiązkiem zapobiegać zgorszeniom, by ludzie nie stawali się gorszymi.

Więc ja chcę wiedzieć! Chcę wiedzieć kiedy kościół hierarchiczny się włączy w protesty! Kiedy z ambony usłyszę, że uczęszczanie na koncerty satanistyczne, bluźniercze, takie jak koncerty „Madonny” też jest grzechem i to ciężkim. Bo ten, kto się włącza w publiczne zgorszenie staje się gorszycielem też. A Pan Jezus mówi:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. (Mt 18, 6-7)

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze zaczną nam pomagać i prowadzić do dobra. Nie tylko słowami o miłości bliźniego, a przez czynną miłość bliźniego. Bo ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło płynie z koncertów „Madonny” i innych tego typu. Ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło popełniono w stosunku do Ojczyzny przez pozwolenie na przyjazd osoby zajmującej się kabałą żydowską i obrażająca Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki. Miłość bliźniego domaga się, by bliźni nie był pozostawiony na pastwę gorszycieli.

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze staną w obronie Matki Bożej, Królowej Polski! Kiedy powiedzą otwartym tekstem, że osoba która używa pseudonimu „Madonna” nie ma prawa wstępu do katolickiego kraju. Kiedy powiedzą, że katolik nie ma prawa swoimi pieniędzmi utrzymywać nierządnicę i bluźnierczyni. I że idąc na jej występy przyczynia się do szerzenia bluźnierstw. Przecież każdy bilet, to zarobek dla niej i dla jej protektorów, którzy są również wrodzy Kościołowi świętemu.

Chcę wiedzieć kiedy usłyszę z ambony, że ci, którzy organizują i dają koncerty różnych „madon”, „metalików”, techno itp. są zasadniczo w ekskomunice, bo przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiadają bluźnierstwo, poważnie naruszają dobre obyczaje albo znieważają religię lub Kościół bądź wywołują nienawiść lub pogardę.

I chcę wiedzieć kiedy usłyszę imiennie kto za tym stoi. Bo taka sobie nierządnica staje się aktorką nie z powodu talentu. Ktoś robi z niej aktorkę, ktoś na tym korzysta i materialnie i ideowo. Ten „ktoś” – to odwieczny wróg człowieka, wróg Kościoła, zły duch, czyli szatan, który podburza uległych sobie ludzi.

Mam nadzieję, że usłyszę. Gdy z ambony zaczną odważnie padać słowa wyjaśnienia i gdy duszpasterze zajmą się opieka nad duszami, to może się okazać, że już nie znajdą się naiwni urzędnicy, którzy się podpiszą pod zgodą na taki czy inny koncert tego typu. Może się okazać, że gorszyciele zostaną osamotnieni i będą musieli szukać gdzie indziej miejsca dla swoich bluźnierstw. Ale jak na razie nic się nie zmienia. Muł wsysa nas powoli, lecz jeszcze jest nadzieja.  Możemy i musimy publicznie wyrażać swoje protesty, nawet jeśli wiemy, że są skazane na niepowodzenie. Możemy i musimy stawać w obronie historii, uczyć młodych patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Możemy i musimy ofiarować akty ekspiacji za obrażanie Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki!

No więc ja chcę wiedzieć czy będziemy dalej sami, jak owce bez pasterza. Bo jeśli tak – to ten muł może nas wessać i już nie puścić. Ale jeśli z nami będą pasterze – może wyprowadzą na brzeg, pomogą przedostać się przez bagna i zaprowadzą na zielone pastwiska. Maria Kominek OPs

Platforma Obywatelska ceni RAŚ ponad wszystko! Gdy rok temu w Bielsku-Białej zarzuciłem publicznie Marszałkowi Woj. Śl. Adamowi Matusiewiczowi z P.O., że wspiera RAŚ, zostałem zaatakowany przez trzech funkcjonariuszy B.O.R., którzy bronili Bronisława Komorowskiego przed trudnymi pytaniami. Platforma Obywatelska jest najwierniejszym sojusznikiem RAŚ i wspiera Jerzego Gorzelika gdzie tylko może. Ekscesy w postaci tzw. „marszy autonomistów” i „prareferendów” w niektórych miastach, są nie tylko tolerowane przez koalicję P.O.-PSL na Górnym Śląsku, ale nawet angażuje się państwową Policję do ochrony tych antypolskich wybryków  ! Lider RAŚ nie uszanował nawet rocznicy 90-lecia powrotu Śląska do Rzeczypospolitej, pisząc list do największego przyjaciela Platformy Obywatelskiej, jakim jest niewątpliwie Prezydent Komorowski. Wicemarszałek Jerzy Gorzelik tak oto napisał do Głowy Państwa:

- „Nie ulega wątpliwości, że w oczach wielu Ślązaków państwo polskie utraciło wiarygodność – wyczerpał się udzielony przez naszych przodków kredyt zaufania”. Sam fakt, że Państwo Polskie zostało napisane z małej litery już budzi oburzenie, ale stwierdzenie o utracie wiarygodności jest już skrajną zniewagą! Każdy człowiek honoru i kochający Ojczyznę Polak powinien ostro zaprotestować na takie kalumnie! Tym bardziej powinni zaprotestować przedstawiciele władz państwowych i samorządowych! Jednak władza w Polsce jest obecnie w rękach koalicji P.O.-PSL, która gorąco i ze wszystkich sił wspiera RAŚ, więc nie zaprotestowała! Jedną z organizacji, która najwcześniej zareagowała na tę potwarz była Solidarna Polska, która podjęła uchwałę wzywającą do… odwołania działaczy Ruchu Autonomii Śląska z Zarządu Województwa Śląskiego! Jak zareagowała Platforma Obywatelska?

P.O. stanęła murem w obronie RAŚ! Marszałek Województwa Śląskiego z P.O. –Adam Matusiewicz udzielił wywiadu, popierającemu RAŚ „Dziennikowi Zachodniemu”, w którym oznajmił:

„”Rozmawiałem z panem marszałkiem na ten temat i to sobie wyjaśniliśmy. (…) Natomiast to jest chyba zbyt błahy powód, żebym miał odwoływać bardzo dobrego członka zarządu województwa. Apel Solidarnej Polski traktuję w kategoriach polityczno-anegdotycznych”. Zatem czołowy dygnitarz Platformy Obywatelskiej kpi sobie ze wszystkich Polaków zamieszkujących od wieków na Śląsku, którzy nie chcą autonomii i nie chcą, aby RAŚ współrządził województwem śląskim! Najważniejszym dla P.O. jest Jerzy Gorzelik lider RAŚ i każdy, kto zgłasza postulat usunięcia autonomistów z Zarządu Województwa jest traktowany przez jednego z liderów P.O. w kategoriach …”polityczno anegdotycznych”! Szkoda, że radni PiS w Sejmiku Województwa Śląskiego nie mieli dość odwagi, aby zgłosić  na Sesji Sejmiku Województwa Śląskiego oficjalnego wniosku o dymisję wicemarszałka Jerzego Gorzelika. Mam nadzieję, że radni PiS przestaną unikać trudnego tematu oraz poprą radnego Michała Wójcika z Solidarnej Polski i na najbliższą Sesję Sejmiku Województwa Śląskiego wspólnie wypracują oficjalny wniosek o odwołania z Zarządu wicemarszałka Jerzego Gorzelika!Rajmund Pollak

Kryzys prowadzi do wojny (III W.Ś.?) Kiedy przeanalizujemy obecny kryzys, skupiając się na ekonomicznych posunięciach kilku ostatnich lat, odkryjemy historię wraz z kontekstem niezbędnym do właściwego zrozumienia przyczyn tego co się w tej chwili dzieje. To, czego obecnie doświadczamy nie jest skutkiem nieprzewidzianego załamania gospodarczego, które wyszło na jaw wskutek załamania rynku mieszkaniowego. Z całą pewnością przyczyną nie byli ludzie, którzy zakupili domy, na które ich nie było stać. Aby zrozumieć istotę sprawy tego kryzysu, trzeba odłożyć na bok dyskusję na temat teorii ekonomicznej, a także przestać oskarżać o kryzys chciwych bankierów. Kryzys jest bezpośrednim wynikiem strategicznego ekonomicznego ataku skierowanego przeciwko klasie średniej i demokracji na całym świecie. Giełdy i rynki finansowe stały się bronią masowego ucisku, manipulowane przez imperialny kartel bankowy do narzucenia porządku i wykorzystywania mas. Kryzys ten pokazuje oczywisty rozwój ducha faszyzmu – powtórnie odradzającej się ideologii. Jakieś bajkowe pojęcia, że Stany Zjednoczone są republiką demokratyczną, zbudowaną na prawie, zostały całkowicie rozwiane. Jako naród zostaliśmy tak wyhodowani i uwarunkowani, aby nie wierzyć że istnieją ciemne siły działające za kurtyną, nie będące w centrum zainteresowania mediów głównego nurtu. Mamy być ślepi na to, co się dzieje na całym świecie. Imperializm gospodarczy, który obecnie uderza w USA i Europę, rozwija się od lat i być może początki jego sięgają końca II wojny światowej – narodzin CIA, Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i Banku Światowego. Dla tych, którzy zwracając uwagę na działania ekonomiczne imperialistów, przeprowadzane we wszystkich krajach na całym świecie, wygląda to znajomo. MFW i globalni bankierzy zdobyli już kraje drugiego i trzeciego świata, a teraz przenieśli się z działaniami do krajów „pierwszego” świata. Na celowniku są teraz zachodnioeuropejska i amerykańska klasa pracująca. Wskaźniki ekonomiczne i społeczne , wraz z ostatnimi decyzjami politycznymi G-20, wyraźnie pokazują, że przeprowadzane i eskalowane są ataki na system ekonomiczny Europy gospodarczej i USA. Używając języka technicznego, rząd Stanów Zjednoczonych został przejęty przez siatkę terrorystów finansowych. Siatka „kupiła” już przywódców obu partii – Republikanów i Demokratów, ustanowiła dominującą rolę we wszystkich trzech gałęzi władzy i poprzez media. Ma pełną kontrolę nad gospodarką, giełdą, Departamentem Skarbu Stanów Zjednoczonych, Rezerwą Federalną, Bankiem Światowym, MFW i światowym systemem bankowym. Wolny rynek kapitałowy załamał się, teraz jest w przygotowaniu rynek globalny. Jest to zorganizowana zbrodnicza operacja, imperialny ruch faszystowski, zdeterminowany, aby zniszczyć nasz sposób życia. Wojna przeciwko nam już się rozpoczęła. W ciągu ostatnich trzech lat utraciliśmy na niespotykaną wcześniej skalę olbrzymią ilość majątku narodowego, biliony dolarów z naszych podatków zostały zrabowane przez Wall Street, niekończące się wojny, ogromne dotacje dla najbardziej dochodowych globalnych korporacji globalnych i obniżki podatków dla najbogatszych, którzy stanowią jeden procent ludności. Nigdy wcześniej w historii cywilizacji, narody nie były tak dokładnie i systematycznie „strzyżone”. Jest to wynik skoordynowanego ataku ekonomicznego na 99 % populacji USA przez globalny kartel bankowy. Dopóki nie staniemy się politycznie na tyle inteligentni, aby zobaczyć rzeczywistość i przyczyny naszego obecnego kryzysu, nie będziemy w stanie go pokonać, poziom naszego życia będzie nadal się obniżał, a my będziemy skazani na powolną śmierć w neo-feudalnym systemie opartym na niewoli zadłużenia. Przeciętny Amerykanin jest strasznie naiwny, aby zobaczyć jak jest uzależniony od zdeprawowanego i skorumpowanego kartelu bankowego. Poprzez kontrolę i dominację mediów, trzymają swoje przestępcze działania przeciw ludzkości poza publiczną świadomością. Zostaliśmy odgrodzeni od tego, prawdy o globalnej dewastacji, którą się przeprowadza. W rezultacie niczego nie podejrzewająca populacja zdezorientowanych i pasywnych ludzi nie stawia oporu wobec zbrodniczych działań, jakie są podejmowane na jej oczach.

Przemoc na horyzoncie Ponieważ głęboko zakorzeniony globalny kartel bankowy w dalszym ciągu kontroluje politykę wewnętrzną , następna faza kryzysu z pewnością będzie eskalacją przemocy wobec mas. Jak Army War College oznajmił , Pentagon przygotowuje się do “gwałtownych, strategicznych przemieszczeń na terenie Stanów Zjednoczonych” i “powszechnego użycia siły wobec obywateli” ze względu na “rosnący ruch oporu.” Wyraźne oznaki tego co nastąpi, zamieszki i przemoc w wyniku zawirowań gospodarczych, już mają miejsce w wielu krajach na całym świecie. Jednak w USA niepokoje społeczne na większą skalę jeszcze nie wystąpiły. Istnieje wiele teorii, dlaczego do tej pory tak mały opór stawia ludność Stanów Zjednoczonych. Kilka czynników odgrywa tu kluczowe role. Najważniejszym z nich jest są programy społeczne, tworzące swoiste sieci bezpieczeństwa w zapobieganiu przed uciekaniem się do radykalnych metod przez obywateli. Obecnie oszałamiającą liczba 52 mln Amerykanów, otrzymuje życiodajną pomoc od rządu poprzez programy “walki z ubóstwem”, takie jak kartki żywnościowe, zasiłki dla bezrobotnych, Medicaid i Medicare. Ten system jest już maksymalnie rozciągnięty, przeznaczony do obsługi znaczniej mniejszej ilości ludzi. W ciągu ostatnich dwóch lat system został wydrenowany z wszystkich zasobów rezerwowych i nie jest zrównoważony w obecnych warunkach polityczno gospodarczych. Ponieważ programy społeczne zostały wydrenowane z rezerw, wielu obywateli USA też traci swoje osobiste oszczędności. W ciągu ostatnich kilku lat zdecydowanie wzrósł odsetek Amerykanów żyjących od wypłaty do wypłaty. W 2007 roku było ich 43 procent w 2008 r. 49 proc. W 2009 r. liczba ta gwałtownie wzrosła do 61 proc. Najnowsza liczba w 2010 r. to szokujące 77 proc. Oznacza to, że w naszym 310 milionowym kraju, 239 milionów Amerykanów, jest o krok od ruiny finansowej, a przetrwanie milionów jest uzależnione od pomocy rządowej. Tak więc przedłużający się kryzys ekonomiczny, będzie miał wpływ na to, że coraz większą liczbę osób będą musiały wspierać sieci bezpieczeństwa – czyli programy socjalne – które są już w tej chwili tak obłożone, że nieuchronnie będą musiały się załamać. Tak jak już zaczynamy obserwować, cięcia budżetowe niezbędnych programów społecznych na szczeblach stanowych i federalnym, staną się coraz dotkliwsze w momencie, gdy wiele więcej Amerykanów będzie ich potrzebować. Jeśli 52 miliony Amerykanów, obecnie żyjących z programów “walki z ubóstwem”, które są stopniowo odcinane od pomocy rządowej – i 239 milionów ludzi żyjących od wypłaty do wypłaty, zatopionych w długach, zestresowanych, ledwie wiążących koniec z końcem, zda sobie sprawę że sprawy nie idą coraz lepiej, ale zanosi się na to że będzie gorzej – nieuniknione będą niepokoje społeczne i wybuchy społeczne, aż w końcu bańka pęknie i elity rządzące nie będą już w stanie utrzymać władzy dzięki propagandzie i oszukiwaniu mas przez masmedia. Gdy zdecydowana większość ludności bezpośrednio odczuwa negatywne wpływy na standard życia, załamuje się system propagandy. Złudzenia pryskają, a ludzie w końcu zaczynają dostrzegać przerażające przekręty, których stali się ofiarami. Kiedy obudzą się w końcu z wykreowanego przez media amerykańskiego snu, uświadomią sobie że żyją w koszmarze, i nawet jeśli to zabrzmi szalenie, przestaną głosować przeciw im własnym interesom. Apatyczna większość niegłosujących, uaktywni system samoobrony nastawiony na przetrwanie. Widać czarno na białym, z czego klasa rządząca musi zdać sobie sprawę, że do roku 2012 ich marionetkowi politycy będą wybierani z urzędu albo ich głowy potoczą się. Dosłownie. Patrząc na to z punktu widzenia czysto technokratyczno-socjologicznego, uniknięcie masowych zamieszek i przemocy kiedy masy zdesperowanych ludzi traci środki do życia wydaje się niemożliwe, a biorąc pod uwagę nasze obecne środowisko gospodarcze i polityczne tego wydaje się nieuniknione. W artykule ” A Planet at the Brink: Will Economic Brushfires Prove Too Virulent to Contain?” Michael T. Klare wyjaśnia:

“Gdy ludzie tracą zaufanie, możliwości rynkowe i możliwości rządów w rozwiązaniu kryzysu, mogą wybuchać gwałtowne protesty lub ataki na tych, których uznają za odpowiedzialnych za własny los, w tym na urzędników państwowych, szefów przedsiębiorstw, właścicieli, imigrantów i mniejszości etnicznych (Lista może w przyszłości okazać się długa i niepokojąca.) Jeżeli obecna katastrofa gospodarcza staje się, jak prezydent Obama ją nazwał “straconą dekadą”, rezultatem może być globalny krajobraz pełen napędzających się wstrząsów ekonomicznych “.

Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński wyraził obawy:

“Niepokoję się, bo będziemy mieć miliony bezrobotnych, ludzi stojących naprawdę na krawędzi trudnych sytuacji. I będziemy przechodzić przez to przez jakiś czas, zanim mam nadzieję sprawy się poprawią. I równocześnie istnieje globalna świadomość tego, że bogactwa zostały przeniesione zaledwie do kliku osób jakiego nie było precedensu wcześniej w Ameryce… I jakby to powiedzieć: co wydarzy się w tym społeczeństwie ludzi bez pracy, okaleczonych rodzinach tracących swoje domy i tak dalej “? Ogniska niepokojów społecznych są czymś, czego rząd USA i Pentagon się spodziewa i do czego się przygotowuje. Były amerykański Dyrektor Wywiadu Dennis Blair oświadczył przed senacką komisją wywiadu, że największym zagrożeniem w USA nie jest terroryzm, ale obecny kryzys gospodarczy:

“Głównym zagrożeniem w najbliższej przyszłości dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych jest światowy kryzys gospodarczy i jego konsekwencje geopolityczne. Kryzys trwa …. Oczywiście, wszyscy pamiętamy dramatyczne konsekwencje polityczne z powodu zawirowań gospodarczych w latach 20 i 30-stych w Europie, niestabilności, i wysoki poziom gwałtownego ekstremizmu “. Wiceprzewodniczący Komisji Wywiadu Christopher Bondpowiedział, że obecnie kryzys gospodarczy “koncentruje się przede wszystkim na wywiadzie.” Army War College ostrzega, że odpowiedź na nadchodzącą fazę kryzysu gospodarczego “może obejmować użycie siły militarnej przeciwko wrogim grupom na terenie Stanów Zjednoczonych. Ponadto, DoD [Departament Obrony] będzie, w razie konieczności, podejmować niezbędne środki, umożliwiające utrzymanie ciągłości władzy politycznej w wielu stanach lub całym kraju w razie konfliktów lub niepokojów społecznych “. Dziennikarz Chris Hedges podsumował ten raport:

“Widmo niepokojów społecznych było omawiane w listopadzie w US Army War College w monografii „Known Unknowns: Unconventional ‘Strategic Shocks’ in Defense Strategy Development.”

“Powszechne niepokoje społeczne” o czym mowa w dokumencie: “zmusiłyby do przeorientowania priorytetów w sytuacjach ekstremalnych w celu obrony porządku i bezpieczeństwa ludności”.

“Rząd Amerykański instytucje obronne uśpiły spokój ducha krajowym nakazem bezpieczeństwa, który zmusi do szybkiego pozbycia się niektórych lub większości zewnętrznych zobowiązań obronnych w celu gwałtownego skierowania sił na obronność wewnętrzną … Mówiąc najprościej, jeżeli urzędnicy i wojsko wydają się być niezdolni do działania, wtedy przekłada się to na wprowadzenie stanu wojennego i rząd de facto zostanie pozbawiony Departamentu Obrony.Oni to rozważają. Więc ty też powinieneś “.

Zamieszki MFW, Krok 3.5 Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje “eksplozję społeczną ” z powodu kryzysu. MFW i Bank Światowy mają długą historię w kreowaniu zaburzeń społecznych. Dokumenty Leaked, dotyczące Banku Światowego, odnoszą się do kolejnej fazy kryzysu “riot MFW”. Dziennikarz Greg Palast dotarł do niejawnych dokumentów i planów, które rzucają światło na tajne operacje ekonomiczne, Programy Strukturalne, z których wynika, że MFW, Bank Światowy i Departament Skarbu USA, były wykorzystywane w przeszłości jako playbook do destabilizacji i podbijania innych narodów. W brytyjskiej gazecie The Observer, Palast przeprowadził wywiad z laureatem Nagrody Nobla ekonomistą Joseph Stiglitz, byłym wiceprezesem i jednym z głównych ekonomistów Banku Światowego, który został informatorem. Dokumenty ujawniły program 4 kroków MFW. Mimo, że strategia jest nieco zmodyfikowana, opiera się zaatakowaniu narodu. Tutaj W USA wchodzimy w fazę 3-go kroku, który jest obecnie wprowadzany w całej Europie.Ten krok nieuchronnie doprowadzi znaczną część ludności do uzyskania nie podstawowych potrzeb niezbędnych dla przetrwania. Kiedy to nastąpi, zamieszki z pewnością się pojawią, lub zaczną realizować krok 3,5.

Oto jak Palast i Stiglitz to podsumowali:

“W tym momencie, według Stiglitza, MFW ciągnie bez thu naród do kroku trzeciego: ceny rynkowe – fantastyczny okres do podnoszenia cen na żywność, wodę i … gaz. Prowadzi to przewidywalnie do kroku 3,5 , do co Stiglitz nazywa “buntem przeciw MFW”. Bunt przeciw MFW jest boleśnie przewidywalny. Jeśli [MFW] wyciśnie z narodów ostatnią kroplę krwi, oni z kolei podkręcą gorąco, aż wreszcie cały kocioł wybuchnie”… To czego Stiglitz nie wiedział, to to że Newsnight uzyskał kilka dokumentów wewnątrz Banku Światowego. W jednym z ubiegłorocznych Planów strategii pomocy dla Ekwadoru, Bank kilka razy sugeruje – z zimną dokładnością – że plany te mogą zaiskrzyć „niepokoje społeczne”. Podsumowując, połączone siły MFW i Banku Światowego, stworzą warunki do “niepokojów społecznych”, a kiedy to nastąpi przejdą do kroku czwartego, który będzie ostatecznie kapitalizmem katastroficznym- czerpaniem zysków z ludności cywilnej i nędzy, i który następnie zostanie pogrzebany przez system neo-feudalny – system olbrzymich długów i ubóstwa. Co więc teraz MFW mówi o naszej sytuacji w Europie i USA? W niedawnym komunikacie w Telegraph czytamy:

” MFW obawia się eksplozji społecznej” z powodu światowego kryzysu na rynkach pracy… Ameryka i Europa stoją wobec największego kryzysu bezrobocia od lat 1930-tych i ryzyka “wybuchu niepokojów społecznych”, jeżeli nie zostanie zachowana ostrożność Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzega… Olivier Blanchard, jeden z głównych ekonomistów MFW, powiedział, że odsetek pozostających długo bez pracy rośnie z każdym dniem recesji od dziesięcioleci, ale dane liczbowe wzrosły tym razem katastrofalnie. “Długotrwałe bezrobocie jest niepokojąco wysokie: w USA, połowa bezrobotnych bez pracy przez ponad sześć miesięcy, to coś czego nie widzieliśmy od czasów Wielkiego Kryzysu”, powiedział…

MFW stwierdził, że może istnieć związek między wzrostem nierówności w zachodnich gospodarkach a popytem deflacyjnym. Historycy twierdzą, że ostatni raz, takie różnice zamożności i wypaczone skrajności był obserwowane w latach 1928-1929 … ” Aby pokazać jak podstępnie działa MFW, to niedawno MFI rozpoczął kampanię propagandową, publicznie potępiając cięcia w budżecie deficytowym i środkach oszczędnościowych – jednak za kulisami MFW wymuszał ich realizację i domagał się cięć w budżetach socjalnych i wydatkach publicznych, jeżeli będą cięcia – z pewnością spowodują zamieszki. Ostatni raport w Waszyngton Post:

“MFW wzywa do ostrożności w finansach USA: Cięcia w Ubezpieczeniach Społecznych. Wydrenować odliczenia odsetek od kredytów mieszkaniowych. Podatek od paliwa. Stany Zjednoczone niedawno otworzyły się na najbardziej intensywne kontrole przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w czwartek musiały przełknąć gorzką pigułkę, gdy agencja krytykowała niektóre dobrze bronione aspekty amerykańskiej kultury – tanie paliwo, dotowane mieszkania i czeki emerytalne …” Ekonomista Dean Baker pisze:

“Banki centralne i ich wspólnicy w MFW dyktują politykę demokratycznie wybranym rządom. Ich program wydaje się być wszędzie taki sam, redukcje świadczeń emerytalnych, ograniczenie pomocy publicznej na ochronę zdrowia, osłabienie związków zawodowych i cięcia płac. ” W innym raporcie Baker dodaje:

“Program MFW wzywa do redukcji wsparcia rządowego dla służby zdrowia, emerytur oraz szerokiej gamy innych wydatków publicznych. Wzywa również do osłabienia regulacji rynku pracy, które do tej pory zapewniały pracownikom bezpieczeństwo pracy. Zalecenia te są podane w sytuacji, gdy gospodarka światowa cierpi na ogromny niedobór popytu. Innymi słowy, dziesiątki milionów ludzi nie ma pracy już teraz, ponieważ nie ma wystarczająco dużo środków na ich utrzymanie w pracy. Jest prawie pewne, że programu MFW ma na celu ograniczenie wydatków, które będzie prowadzić do dalszych jeszcze większych niedoborów popytu i większego bezrobocia …. MFW daje nam powód nie tylko aby zakwestionować kompetencje tej instytucji, ale także jej motywacje… Można to zobaczyć w najnowszym zestawie zaleceń MFW dotyczącym polityki związanej z kryzysem gospodarczym. ” W artykule “Attack of the Black Gang Real Helicopter: MFW Is Coming do Social Security,” Baker kontynuuje:

“W zeszłym tygodniu, MFW oświadczył, że Stany Zjednoczone powinny rozpocząć redukcję deficytu budżetowego . Przede wszystkim przez cięcie Ubezpieczeń Społecznych. To jest skandaliczne z dwóch powodów … Podczas gdy MFW dostrzega problem i ostrzega przed za dużymi świadczeniami dla emerytowanych pracowników, to najwyraźniej nie mógł dostrzec i zabrać głosu, podczas problemów z papierami o wartości śmieci Goldman Sachs i City group, które przyczyniły się do pęknięcia bańki na rynku mieszkaniowym. Pęknięcie tej bańki nie tylko miało wpływ na pogrążenie się w kryzysie światowej gospodarki, zabrało również większość oszczędności ludziom w wieku przed – i emerytalnym, którym MFW chce obcinać zapracowane emerytury. Zdecydowana większość emerytów o średnich dochodach ma większość swojego majątku w oszczędnościach, które się roztopiły po pęknięciu bańki “. A więc MFW wraz z międzynarodowym kartelem bankowym przygotowują warunki do niepokojów społecznych, naciskając na politykę, którą prowokują, a Pentagon przygotowuje się do reakcji wojskowej. Jak straszne i niewiarygodne to wszystko może się wydawać, ale jesteśmy na szybkiej drodze do realizacji tego scenariusza.

Podsumowując Amerykańska i światowa gospodarka są już tak splądrowane i zniszczone, że nie jest do naprawienia. Najpoważniejsi ekonomiści przyznają, że rządy wyczerpały już kapitał ratując banki i zadłużając się na niespotykaną wcześniej skalę. Dofinansowanie i ostatni powrót do wysokich zysków był tylko końcową fazą grabieży i dalszą konsolidacją bogactwa na niespotykaną dotąd skalę. Są jeszcze dziesiątki bilionów dolarów długu ukryte poza księgami rachunkowymi i setki bilionów dolarów w ciemnych funduszach wtórnego zadłużenia. Jeśli kryzys się utrzyma, nie zostało nic do ożywienia gospodarki rezerwy stopniały. Nasz system polityczny i gospodarczy jest opanowane przez zorganizowaną korupcję i kradzież. Razem z mass mediami ukrywa się wszystko przed ludnością, marginalizując problemy i izolując większość od prawdy. Tymczasem pod powierzchnią już wrze, uzbrojona ludność tworzy ruch milicji obywatelskiej, który powiększył się dwukrotnie w ciągu ostatnich lat, a liczba członków wciąż rośnie. Bez koniecznego ogólnego porozumienia i infrastruktury, aby skutecznie zorganizować konieczną obronę bez przemocy, jesteśmy na drodze samo-napędzania się do wybuchów spontanicznych zamieszek i zbrojnego powstania. Innymi słowy, jeżeli ten kryzys gospodarczy utrzyma się , to wśród dotąd biernego i zdezorientowanego społeczeństwa wybuchnie przemoc. Bez spójnego ruchu, który by zapewnił realną alternatywę, bez „wylotu”, który dałby upust negatywnym emocjom i uzasadnionym pretensjom, który stanowiłby szanse na dokonanie zmian politycznych bez przemocy, ludzie będą uciekać się do przemocy, jako ostatniego aktu rozpaczliwej zemsty i frustracji. W miarę upływu czasu, ci zapomniani odizolowani ludzie, dziesiątki milionów ludzi, szybko uciekną od innej alternatywy, i będą działać tak jak zawsze eksploatowani ludzie na całym świecie. Człowiek, który wystąpił przeciwko kartelowi bankowemu, który spowodował kryzys, opisał ogólne nastawienie wśród ludności, które z pewnością zbuntuje się poprzez powstanie zbrojne:

“Ludzie są zmęczeni są uciskiem, prześladowaniami i wykorzystywaniem do maksimum. Są zmęczeni, nieszczęśliwi sprzedając się jako siła robocza dzień po dniu (stojący w obliczu strachu przed dołączeniem do ogromnej masy bezrobotnych) gdzie wykorzystuje się człowieka maksymalnie aby wycisnąć z niego największy zysk, który następnie marnują w orgiach mistrzowie kapitału…. Chęć buntu będzie rosła każdego dnia wśród ludzi, którzy są w różnym stopni wykorzystywani, aby uzyskać przez siłę prawa, których pojedynczo nie zdobędą.” Niezależnie od twojej opinii o człowieku który to powiedział, słowa Che Guevara są zrozumiałe i padają na podatny grunt w całych w Stanach Zjednoczonych. Już teraz, wbrew intensywnej propagandzie, oszałamiające 80 procent obywateli Stanów Zjednoczonych uważa, że rząd ich zawiódł. System opieki zdrowotnej i reformy finansowe dowiodły, że nasi politycy są bardziej skupieni na krótkowzrocznych działaniach skierowanych przypodobaniu się elitom gospodarczym i pozyskiwaniem funduszy na kampanie, niż zrozumieniu skutków polityki, która doprowadza do tego że przetrwanie milionów Amerykanów, staje pod znakiem zapytania. W systemie, gdzie większość wybieranych polityków to milionerzy, brak perspektyw i zrozumienia przyczyni się w końcu do przemocy. Czy to jest arogancja, czy niewiedza, a może jedno i drugie, ale wydaje się, że nasz klasa rządząca ma tendencje samobójcze. Jeżeli szybko nie rozpoznają rosnącego zagrożenia ze strony niezadowolonych mas, sami znajdą się w niebezpieczeństwie. Aby pokazać, jak bardzo są oderwani od rzeczywistości i jakie nastawienie panuje na Kapitolu, Washington Post podsumował ich odpowiedź na ostatnie dane o rekordowej liczbie Amerykanów żyjących w ubóstwie.

“Niechęć przywódców politycznych obu stron do bezpośredniego zmierzenia się z faktem, ,że coraz większa liczba Amerykanów popada w ubóstwo, odzwierciedla oporną rzeczywistość na problem ubogich : Biedni nie są politycznie zaangażowani w wyborach

“Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi na Kapitolu, którzy nie wierzą, że ubóstwo jest ważnym problem i złem w naszym narodzie, ale także panuje ogólne przekonanie że w większości biedni ludzie nie głosują i nie wnoszą nic do kampanii.

Jak można podsumować aktualny kryzys ? “Biedni ludzie nie głosują” i nie dają “wkładów do kampanii”.

Zagraj na bębnach wojennych W jaki sposób ten imperialistyczny faszystowski kartel bankowy zareaguje na bunt? W jaki sposób chcą utrzymać władzę nad coraz bardziej radykalną i wrogo nastawioną populacją USA? Chcąc zażegnać zorganizowany bunt, podejmują propagandowe wysiłki próby dzielenia i odwracania uwagi społeczeństwa. Strategia rządź i dziel ukazała się w pełnej krasie. Media głównego nurtu koncentrują się na retoryce podziału przy takich kwestiach spornych jak imigracja, rasizm, fanatyzm religijny, „leniwych bezrobotnych”, „uprawnieniach do zasiłków społecznych”, małżeństwach homoseksualnych,rozpraszając ludność i zapobiegając organizowaniu się mas przeciw prawdziwym prześladowcom.Ale te propagandowe działania są tylko środkiem tymczasowym i nie wystarcza na dłuższą metę. Gospodarka coraz bardziej pogrąża się w kryzysie, elity bankowe mogą zostać zniszczone przez własną chciwość. Wtedy na bazie wojskowej zwrócą się ku przemocy fizycznej w celu powstrzymania tych, którzy nie są już kontrolowani za pomocą propagandy o przymusu gospodarczego. Parafrazując politycznego analityka Anatol Lievena, klasyczna strategia zagrożonej oligarchii, polega na kierowaniu niezadowolenia w stronę nacjonalistycznego militaryzmu. Po raz kolejny nadszedł czas, aby zagrać na wojennych bębnach Nadszedł czas, po raz kolejny uderza w bębny wojny i ” smagnąć biczem obywateli aby wzbudzić patriotyczny zapał” Źródło następnego cytatu jest nieznane, ale widać w nim mądrość i to czego doświadczamy obecnie:

“Strzeż się przywódców, którzy uderzają w bęben wojenny, aby wzbudzić w obywatelach patriotyczny zapał, w rzeczywistości jest to miecz obosieczny, który powoduje, że krew zaczyna wrzeć, ale umysł się zawęża. A kiedy bębny wojenne dostają gorączki, krew gotuje się z nienawiści a umysł jest zamknięty, przywódcy nie mają potrzeby zajmowania się prawami obywateli. Raczej wystraszeni obywatele zaślepieni patriotyzmem, będą oddawać wszystkie swoje prawa przywódcom.” Wzrost zagrożenia zewnętrznego będzie prowadzić do zwiększenia represji wewnętrznych, co stwarza pretekst i warunki do powstania państwa policyjnego. Już jesteśmy świadkami pierwszej fazy ograniczania swobód obywatelskich z powodu “wojny z terroryzmem”, kiedy rozpoczną się bunty i zamieszki, znów zostanie zaprezentowane zagrożenie zewnętrzne, prawdziwe czy wymyślone, w celu użycia wyjątkowych środku do powstrzymania wewnętrznego buntu. Bez zewnętrznego wroga, nie da się pociągnąć ludzi za sobą.

Chiński kozioł ofiarny : wojna handlu i walut Zarówno miliony Amerykanów, jak i większość światowej populacj,i szuka zemsty na odpowiedzialnych za poważnie osłabienie poziomu ich życia, ale międzynarodowy kartel bankowy nie będzie skłonny do przyznania się do winy, więc będzie starał się zwrócić uwagę na Chiny – najwygodniejszy cel. W wyniku kryzysu wahają się notowania zarówno walut narodowych jak i dolara, chociaż jest obecnie jedną z najsilniejszych walut, traci wartość z powodu zaostrzania się kryzysu. MFW pracuje nad tym, aby zastąpić dolara jako światową rezerwę walutową i możliwości dokonywania specjalnych praw ciągnienia (SDR) nową walutą rezerwową świata. Gwałtownie osłabienie dolara, spowoduje dalszy kryzys i desperacką sytuację społeczeństwa a międzynarodowy kartel bankowy z siedzibą w USA, będzie potrzebował pretekstu, aby usprawiedliwić skierowanie w jakąś stronę politycznego oporu.Chiny są już gotowe, aby zastąpić USA w roli supermocarstwa, więc mają doskonałego kozła ofiarnego.

Globalne korporacje z siedzibą w USA poprzenosiły swoje produkcje do innych krajów, głównie do Chin ze względu na tanią siłę roboczą, przyczyniając się tym samym do ograniczenia liczby miejsc pracy w USA. W związku z tym Amerykanie są skłonni obwiniać Chiny, zamiast korporacje wykorzystujące tanią siłę roboczą, a amerykańscy politycy próbując zrzucić winę z siebie za bezrobocie, pokazują palcem na Chiny. Tymczasem Chiny posiadają także znaczną część amerykańskiego długu publicznego. Admirał Mike Mullen, przewodniczący Kolegium Szefów Połączonych Sztabów USA, niedawno stwierdził, że dług publiczny jest zagrożeniem numer jeden dla bezpieczeństwa państwa. Oświadczył on: “Podatnicy będą musieli zapłacić około 600 miliardów dolarów z tytułu odsetek od długu publicznego w 2012 roku.” Znaczna część tych odsetek będzie przetransferowana do Chin. Rządy narodowe za wszelką cenę próbuje przetrwać w coraz to bardziej wrogiej globalnej gospodarce, wśród eskalacji wojen walutowych i gospodarczych. Chiny zajmują chyba pozycję najsilniejszego gracza. Japonia i Chiny są zaangażowane w krwawą wojnę walutową, próbują przetrwać w coraz bardziej wrogie globalnej gospodarce, handlu i wojen walutowych. Chiny mają chyba najsilniejszą pozycję do wygrania tych konfliktów. Chiny i Japonia są tylko zaangażowane w krwawej bitwie waluty. Ta wojna walut chyba jest niedoceniona. Przecież mówimy o drugiej i trzeciej gospodarce zaraz po USA na świecie. Chiny właśnie wyprzedziły Japonię i uplasowały się na drugim miejscu. Co doprowadziło do eskalacji konfliktu gospodarczego pomiędzy tymi krajami. Reakcja amerykańskich polityków była szybka, określając Chiny „manipulatorem walutowym” i nakładając nowe taryfy celne i handlowe oraz kary. Sprawozdawca ekonomiczny Barry Grey niedawno podsumował sytuację w artykule “Economic crisis threatens to unleash global currency wars:”

“Wybuch obecnego konfliktu walutowego wykazuje oznaki, że światowy kryzys gospodarczy jest systemowy, a nie tylko koniunkturalny i rosną obawy, że nie należy oczekiwać poprawy. Europejskie zadłużenie i wzrost kryzysu gospodarczego w USA, powodują sytuację, że rządy na całym świecie dążą do zapewnienia większego udziału w rynkach eksportowych. W warunkach spowolnienia wzrostu gospodarczego i stagnacji rynkowej , nieuchronnie potęguje to konflikty handlowe pomiędzy konkurującymi ze sobą krajami kapitalistycznymi. W szczególności, USA i Unii Europejskiej na czele z najsilniejszym eksporterem Niemcamirealizowana jest agresywna polityka taniej waluty, w celu uzyskania jak największych korzyści handlowych. kierowanej przez eksport energii Niemiec, agresywnie realizowane taniej polityki monetarnej w celu uzyskania korzyści handlowych z rywalami. Jedna z największych potęg gospodarczych świata – Japonia najbardziej straciła na tej polityce kiedy inwestorzy i spekulanci przesunęli się od dolara i denominowanego EURO w kierunku jena, co zwiększa kursy wymiany walut. To spowodowało napięcia między Japonią, USA i Unią Europejską. Japonia również potępiła Chiny za sztuczne utrzymywanie waluty na niskim poziomie podczas sztucznie utrzymując waluty niski podczas licytowania się jena, zwiększając zakupy japońskich obligacji.” Marionetki światowego kartelu bankowego na Kapitolu senatorowie Chris Dodd, Chuck Schumer i Richard Shelby szybko zaatakowały Chiny. Barry Grey mówi:

“Podczas przesłuchania w senackiej Komisji Bankowości, Christopher Dodd ogłosił Chiny jako manipulatora walutowego i zapowiedział przedstawienie ” polityki gospodarczej i handlowej “, czyli zastosowanie blokad do naprawy sytuacji.

Oskarżył Chiny o kradzież własności intelektualnej, naruszanie międzynarodowych umów handlowych oraz dumping . Potępił również Chiny pozyskiwania surowców w krajach rozwijających się i rozbudowę armii. W swoim oświadczeniu w komisji o wszczęciu republikanin Richard Shelby Alabama, oświadczył:

“Nie ma wątpliwości, że Chiny manipulują walutą w celu subsydiowania chińskiego eksportu. Pytanie tylko: Dlaczego administracja chroni Chiny odmawiając uznania ich za walutowego manipulatora? Senator Charles Schumer, demokrata z Nowego Jorku, powiedział:

“Chińskie manipulowanie walutą jest jak pętla na szyi naszych zysków, dlaczego administracja nie stara się aby usunąć tą pętlę?” Do tego wszystkiego Chiny wyprzedziły USA jako największy konsument energii. Michael T. Klare mówi o tym:

“Głównym punktem jest to, że Chiny stając się wiodącym na świecie konsumentem energii, staną się również coraz bardziej dominującym podmiotem na arenie międzynarodowej, ustanawiając tempo kształtowania naszej globalnej przyszłości. Ponieważ energia jest związana z tak wieloma aspektami światowej gospodarki i rosną wątpliwości co do dostępności ropy naftowej i innych paliw w przyszłości, decyzje jakie podejmą Chiny w sprawie energii będą miały dalekosiężne konsekwencje. Jako główny gracz na globalnym rynku energetycznym, Chiny zaczną określać nie tylko ceny jakie, ale również na jaki rodzaj energii będziemy zdani. Co ważniejsze, od decyzji Chin w sprawie energii w dużej mierze będzie zależało, czy Chiny i Stany Zjednoczone mogą uniknąć uwikłania się w globalną walkę dotyczącą importu ropy i czy świat ucieknie od katastrofalnych zmian klimatycznych “. Chiny urosły w siłę, podczas gdy gospodarki zachodnie zaczęły gwałtownie upadać, potrzeba znalezienia zewnętrznego kozła ofiarnego przygotowuje się do globalnego zderzenia i nieuchronnej konfrontacji między mocarstwami. Wojna na polu walut i handlu jest prawdopodobnie preludium do konfrontacji militarnej.

Ruchy na światowej szachownicy Bazując na wcześniejszych manewrach, jest oczywiste że mistrzowie wojny już ustawili się na pozycjach. Sojusz USA, Izrael i NATO postawili już na celowniku Iran, Liban, Syrię, Koreę Północną, Wenezuelę, Rosję, Kazachstan, Białoruś i Chiny. A “wycofanie” z Iraku i regionu Afg-Pak są tylko szumem medialnym. Na razie nie widać końca okupacji. Tak naprawdę nie wycofano się, a jedynie przesunięto siły, przygotowując się do eskalacji konfliktu. Faktycznie nie wycofano się tylko przepozycjonowano do ogromnych baz w kluczowych miejscach geostrategicznych. Operacje wojskowe w tych regionach były zaledwie rozgrzewką, przed działaniami o szerszym zasięgu. Podczas gdy większość amerykanów jest gra w warcaby, widząc w wojnach w Iraku I Afganistanie jednorazowe bitwy, światowy kartel bankowy jest gra w szachy, traktując te wojny jako rozgrzewkę w wielkiej strategii w kierunku dominacji nad całym światem. Intensywność aktualnych wojskowych jest alarmująca, świadczą o tym najnowsze doniesienia wyciągnięte z bazy danych AmpedStatus, z ostatnich kilku tygodni. Wszystko wskazuje na to, że są przygotowania do III WŚ.

http://prawda2.info/viewtopic.php?t=20685

236 lat demokracji w USA: chory ustrój, chorych ludzi chorego boga 19 lat temu, w chwilach wolnych od pracy przy badaniach sejsmicznych w górach Szwajcarii, napisałem w języku angielskim poniższy, lekko satyryczny program „Deklaracji Praw Człowieka Embrionalnego”. Podobał się on wtedy moim szwajcarskim znajomym, nawet jego tekst przetłumaczyłem na język polski, ale gdzieś mi on zaginął. Niedawno, z okazji rocznicy „236 wojen na 236 lat istnienia USA” o tym tekście, publikowanym kilkanaście lat temu m.in. w „Zielonych Brygadach” w Krakowie, sobie przypomniałem i rozesłałem go moim – internetowym tym razem – korespondentom. Spodobał się on wielu z nich, Izrael Szamir rozesłał go dalej swoim korespondentom, Gerhard Drekonia z Wiednia oraz Tom Mysiewicz z Kanady nadesłali mi doń ciekawe komentarze.Pomyślałem, ze warto ten stary tekst po raz wtóry przełożyć na język polski, zwłaszcza, że pasuje on świetnie jako uzupełnienie ostatniego 4 rozdziału pt. („Zakłamanie świata nauką o życiu-bez-życia”) szerszego opracowania pt. „’Bóg’ umysłowo chory i jego globalne nowotwory”, przygotowywanego z okazji 41 rocznicy mej pierwszej publikacji w paryskiej „Kulturze” („Wolność na autostradzie”, nr. 7/8, 1971).MG 

DEKLARACJA PRAW LUDZKIEGO SPOŁECZEŃSTWA EMBRIONALNEGO (1993)

oraz

PREZENTACJA INTENCJIŚWIATOWEGO RUCHU UMYSŁOWEGO “PRECZ Z ROZUMEM”

My, Ludzie Embrionalni wszystkich Ras oraz Płci, deklarujemy co następuje:

1. Będąc w pełni świadomymi, że nasze ideały są w pełnej sprzeczności z Rozumem i Biologią, deklarujemy że jest to oczywistą prawdą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi. Twierdzimy zatem, że Kain jest równy Ablowi, idiota jest równy geniuszowi a zwykły gangster ma te same prawa jak osoba święta. Co więcej, zgodnie z nauką Nowego Katolickiego Kościoła, deklarujemy że ludzki embrion ma te same prawa do życia i do dążenia do szczęścia, jak osoba dorosła. Mówiąc krótko, stwierdzamy ze (ZAPŁODNIONE) JAJO JEST RÓWNE KURZE – i to jest nasza Nowa, Promienna Myśl, która przyświeca wszystkim naszym dążeniom oraz poczynaniom.

2. Deklarujemy, że nasz Bóg, Stwórca Równości, wyposażył nas – w przeciwieństwie do innych bezdusznych zwierząt – w naturalne prawo do życia w bezpieczeństwie, bycia wolnym i szczęśliwym. Zamierzamy zatem egzekwować to nasze boskie prawo na poziomie zrozumienia świata przez niewinne dziecko, czy nawet przez jeszcze nie zróżnicowany embrion. Mamy prawo robić to, gdyż jest to prawdą oczywistą, że każdy dorosły człowiek był kiedyś w embrionalnym stanie osobowości. I to jest jego własna wina że porzucił – wbrew woli Stwórcy Równości – ten blogosławiony stan pierwotnego szczęścia oraz zidiocenia.

3. W celu zaprowadzenia boskich praw Zinfantylizowanego Człowieka zamierzamy odtworzyć na Ziemi warunki bezpieczeństwa oraz szczęścia które są charakterystyczne dla Macicy. Pokryjemy zatem Ziemię naszymi klimatyzowanymi budowlami, które będą nas izolowały od przeciwieństw złej pogody i zabezpieczymy ludności nie przerwaną dostawę żywności, ubrań i środków transportu. Przbudujemy także nasze Społeczeństwo w taki sposób, że nikt nie będzie zmuszony wykonywać jakikolwiek niszczących go wysiłków. Zapewnimy także, że nikt nie będzie śmiał zmuszać nas do jakiegokolwiek wysiłku poznawczego – który to wysiłek mógłby ewentualnie odwieść nas od naszego, błogosławionego przez Boga, stanu wiecznotrwałego szczęścia oraz zidiocenia.

4. Deklarujemy też, ze w celu realizacji tego Wspaniałego Projektu Permanentnej Infantylizacji (lub nawet Embrionalizacji) nasz Bóg, Stwórca Równości, dał nam prawo do wykorzystania, zgodnie z naszymi pożądaniami, wszelkich bogactw naturalnych Ziemi. Mamy też prawo do eksterminacji (względnie do uwięzienia w klatkach i rezerwatach) wszystkich innych gatunków zwierząt, włączając w to plugawy gatunek Homo sapiens, który mógłby zagrozić realizacji naszych agresywnie zdziecinniałych projektów totalnego udomowienia Ziemi.

5. Ogłaszamy zatem, że Ludzkie Embrionalne Społeczeństwo ma prawo organizować się w polityczno-ekonomiczne bandy zwane partiami, mafiami i korporacjami. By ułatwić działalność tych błogosławionych przez Boga band, koniecznym się stała likwidacja – lub przekształceniw w odpowiedni sposób – wszystkich wcześniej istniejących zrzeszeń dążących do społecznej sprawiedliwości, do piękna oraz prawdy o otaczającym nas świecie. Ich zbrodnia polegała na pobudzaniu w ludziach potrzeb oraz poczynań sprzecznych z obowiązkowym w naszym społeczeństwie, charakterystycznym dla noworodków pożądaniem komfortu, bezpieczeństwa oraz debilnego szczęścia.

6. Deklarujemy zatem, że Wrogiem Ludzkości nr 1 są zwolennicy Karola Marksa, którego program w sposób skuteczny ograniczył produkcję błogosławionych przez Boga maszyn, czyli urządzeń które w bezwysiłkowy sposób dają ludziom poczucie wolności, szczęścia oraz panowania nad otoczeniem.

7. Deklarujemy, że Wrogiem nr 2 Ludzkości są zwolennicy Sokratesa, którego starożytne nauczania podkopały w przeszłości idiotyczne, infantylne zauroczenie się obywateli demokracją oraz równością.

8. Deklarujemy także, że Wrogiem nr 3 Ludzkości są szczerzy i rozumni zwolennicy nauk Jezusa Chrystusa. Ten sukinsyn potrafił, przez blisko dwa tysiące lat, oszukiwać ludzi twierdząc że (trwałego) szczęścia możemy oczekiwać ewentualnie tylko po śmierci, oraz że nie należy dbać ani o jedzenie, ani o ubranie, ani o biznes, ani nawet o własną rodzinę.

9. Zamierzamy także wyzwolić Ludzkość od nie mających litości nauczycieli, którzy psują naszą młodzież deklarując że nie da się przeskoczyć własnego cienia, że dwa plus dwa równa się cztery i że akcja powoduje reakcję. Uczniowie naszych szkół, zamiast uczyć się nudnej logiki, matematyki i fizyki, będą z radością grać w gry komputerowe oraz poznawać przygody Myszki Miki.

10. Mówiąc krótko, po wyzwoleniu się spod tyranii naszych historycznych Ciemiężycieli My, Zuniformizowane Społeczeństwo Niezróżnicowanych Ludzkich Embrionów, zamierzamy „mnożyć się i panować nad Ziemią” – tak jak nasz Bóg, Stwórca Równości, przemawiający już z pierwszej karty Biblii, nauczał nas się zachowywać. Jest zatem oczywistym, że zamierzamy się zachowywać jak agresywnie rosnący LUDZKI PLANETARNY NOWOTWÓR.

 (Tekst wzorowany na „Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych” z 1776, oraz na encyklice „Laborem exercens” z 1981.)

Rosja i globalna agenda USA

WASZYNGTON WYRAŹNIE CHCE OBALIĆ PUTINA W ROSJI Hillary Clinton i jej mocodawcy najwyraźniej zdecydowali, że perspektywa Putina, jako następnego prezydenta Rosji, jest potężną przeszkodą w ich planach. Niewielu jednak rozumie dlaczego. Dzisiejsza Rosja, w parze z Chinami i do pewnego stopnia Iranem, tworzą kręgosłup jedynej obecnie efektywnej osi oporu przeciwko światu zdominowanemu przez jedno supermocarstwo. 8 grudnia, kilka dni po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych w Rosji, pokazujących gwałtowny spadek popularności partii Jedna Rosja premiera Putina, Putin oskarżył Stany Zjednoczone, a w szczególności sekretarz stanu Hillary Clinton, o sponsorowanie rosyjskich demonstrantów opozycyjnych i ich protestów wyborczych. Putin stwierdził:
(Amerykańska) sekretarz stanu szybko oceniła wybory, mówiąc, że są nieuczciwe i niesprawiedliwe, jeszcze zanim otrzymała materiały obserwatorów z Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (OBWE – międzynarodowej instytucji monitorowania wyborów). Putin kontynuował uznając, że przedwczesne komentarze Clinton były sygnałem dla grup opozycyjnych, że rząd Stanów Zjednoczonych poprze ich protesty. Komentarze Clinton były „sygnałem dla działaczy, którzy prowadzą aktywną współpracę z Departamentem Stanu USA”, oświadczył Putin, doświadczony oficer rosyjskiego wywiadu. Największe zachodnie media albo zbagatelizowały oświadczenie Putina, albo prawie całkowicie skupiły się na materiałach o powstawaniu ruchu rosyjskiej opozycji. Szybkie zbadanie sprawy wskazuje, że Putin zbagatelizował stopień bezczelnej ingerencji amerykańskiego rządu w procesy polityczne jego kraju. Mówimy tu o kraju, który nie jest Tunezją, Jemenem czy nawet Egiptem. Mówimy o drugim na świecie supermocarstwie jądrowym, nawet jeśli gospodarczo nadal może być mniejszą potęgą. Hillary igra z termojądrowym ogniem.

DEMOKRACJA CZY COŚ INNEGO? Putin bez dwóch zdań nie jest mistrzem świata w praktykowaniu tego, co większość uważa za demokrację. Jego zapowiedź sprzed kilku miesięcy, że on i obecny prezydent Miedwiediew uzgodnili zamienić się miejscami po wyborach prezydenckich 4 marca, zszokowała nawet wielu Rosjan, uznających to jako brudną politykę siły i zawieranie układów za kulisami. Jednakże to co Waszyngton robi, ingerując w tę zmianę reżimu, jest bardziej niż nachalne i interwencjonistyczne. Ta sama administracja Obamy, która właśnie podpisała ustawę wprowadzającą w życie środki skutecznie drące na strzępy Kartę Praw Konstytucji Amerykańskiej pozuje na najwyższego światowego arbitra przestrzegania tego, co określa demokracją. Przyjrzyjmy się bliżej oskarżeniom Putina o wtrącanie się USA w proces wyborczy Rosji. Jeśli spojrzymy, zobaczymy otwarte przyznanie się we własnym sprawozdaniu rocznym z sierpnia 2011 roku, że waszyngtońska organizacja pozarządowa o nieszkodliwej nazwie Narodowy Dar dla Demokracji (NED), znajduje się wszędzie na terenie Rosji. Narodowy Dar dla Demokracji (NED) finansuje Międzynarodowe Centrum Prasowe w Moskwie, gdzie około 80 międzynarodowych organizacji pozarządowych może odbywać konferencje prasowe na dowolny temat, jaki chcą. NED finansuje liczne „rzecznictwa młodzieży” i warsztaty przywódcze, aby „pomóc młodzieży zaangażować się w działalność polityczną”. W rzeczywistości, oficjalnie w 2010 roku wydali ponad 2.783.000 dolarów na dziesiątki takich programów w całej Rosji. Wydatki za rok 2011 nie zostaną opublikowane, aż do drugiej połowy 2012 roku. NED finansuje także kluczowe rosyjskie „niezależne” sondaże opinii publicznej i monitorowania wyborów, kluczowe elementy na podstawie których może potem twierdzić, że dokonano oszustw wyborczych. NED finansuje także częściowo Regionalną Organizację Społeczną w Obronie Praw i Swobód Demokratycznych „GOLOS.” Według rocznego raportu NED fundusze zostały wydane „na przeprowadzenie szczegółowej analizy cykli wyborczych w Rosji jesienią 2010 i wiosną 2011 roku, które obejmują monitorowanie prasy, agitacji politycznej, aktywności komisji wyborczych i innych aspektów stosowania ustawodawstwa wyborczego w długoterminowych przygotowaniach do wyborów”. We wrześniu 2011, na kilka tygodni przed grudniowymi wyborami, NED sfinansował konferencję w Waszyngtonie, na którą zaproszono „niezależną” rosyjską organizację badania opinii publicznej, Centrum Levada. Jak podaje własna strona internetowa NED, Levada (kolejny odbiorca pieniędzy NED-u), przeprowadził serię sondaży – standardowe metody stosowane na Zachodzie do analizy odczuć obywateli. Sondaże przedstawiły „nastroje wyborców w okresie przed wyborami do Dumy i wyborami prezydenckimi, odbiór kandydatów i partii oraz zaufanie wyborców do systemu «sterowanej demokracji», który został ustanowiony w ostatniej dekadzie”. Jednym z prelegentów konferencji w Waszyngtonie był Władimir Kara-Murza, członek krajowej rady Solidarnost („Solidarność”), ruchu demokratycznej opozycji w Rosji. Według NED, jest on także „doradcą do Dumy lidera opozycji Borysa Niemcowa”. Inny mówca pochodził z prawicowego neo-konserwatywnego Hudson Institute. Niemcow, jedna z najbardziej znanych postaci opozycji anty-Putinowskiej, jest obecnie także współprzewodniczącym Solidarnosti, której nazwa imituje polską „Solidarność” z czasów Zimnej Wojny, gdy CIA finansowała opozycję robotników z Lechem Wałęsą na czele. Więcej o Niemcowie za chwilę. 15 grudnia 2011, znów w Waszyngtonie, dokładnie wtedy kiedy wzniecona została seria wspieranych przez USA protestów przeciwko Putinowi dowodzonych przez Solidarnost i inne organizacje, NED odbył kolejną konferencję pod tytułem „Aktywność młodzieży w Rosji: Czy Nowa Generacja stanowi różnicę?” Jednym z głównych mówców był Tamirlan Kurbanov, który według NED, „ostatnio pracował jako oficer programu w biurze moskiewskiego Narodowego Demokratycznego Instytutu Spraw Międzynarodowych, gdzie był zaangażowany w rozwój i rozszerzanie możliwości organizacji politycznych i obywatelskich, promowanie uczestnictwa obywateli w życiu publicznym, a w szczególności zaangażowanie młodzieży”. Narodowy Instytut Demokratyczny jest ramieniem NED.

CIEMNA HISTORIA NARODOWEGO DARU DLA DEMOKRACJI (NED) Pomaganie młodzieży w zaangażowaniu w działalność polityczną jest dokładnie tym, co NED robił w ciągu ostatnich kilku lat w Egipcie, aż do obalenia Mubaraka. Ten sam NED służył pomocą w czasie wspieranych przez USA „kolorowych rewolucji” na Ukrainie i w Gruzji w latach 2003-2004, które wyniosły do władzy wspierane przez USA pro-NATO-wskie marionetki. Ten sam NED aktywnie promował „prawa człowieka” w Birmie, Tybecie i bogatej w ropę prowincji Xinjiang w Chinach. Jak odkryli uważni analitycy „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie w 2004 roku i wielu innych kolorowych rewolucji finansowanych przez reżim amerykański, kontrola nad sondażami i zdominowanie międzynarodowych mediów, zwłaszcza głównych stacji telewizyjnych, takich jak CNN czy BBC, jest zasadniczym elementem agendy destabilizacyjnej Waszyngtonu. Levada Center będzie prawdopodobnie odgrywać kluczową rolę w tym względzie, poprzez publikowanie sondaży wskazujących na niezadowolenie z reżimu. Według swego własnego opisu, Narodowy Dar dla Demokracji (NED) jest „prywatną fundacją non-profit, poświęconą wzrostowi i umacnianiu instytucji demokratycznych na całym świecie. Każdego roku, dzięki finansowaniu przez Kongres Amerykański, NED wspiera za granicą ponad 1000 projektów grup pozarządowych, które pracują na rzecz demokratycznych celów w ponad 90 krajach.” Bardziej szlachetnie i wspaniałomyślnie to już brzmieć nie może. Wolą jednak nie wspominać o swojej prawdziwej historii. Na początku lat 1980 dyrektor CIA, Bill Casey, przekonał prezydenta Ronalda Reagana do stworzenia wiarygodnej prywatnej organizacji pozarządowej, NED, w celu wspierania globalnej agendy Waszyngtonu za pomocą innych środków niż bezpośrednie akcje CIA. Było to częścią procesu „prywatyzacji” wywiadu USA, aby jego praca stała się bardziej „skuteczna”. Allen Weinstein, który pomógł napisać projekt ustawodawstwa ustanawiającego NED, powiedział w wywiadzie dla Washington Post w 1991 roku, że „wiele z tego co robimy dzisiaj jawnie, było 25 lat temu wykonywane potajemnie przez CIA”. Interesujące. Większość funduszy dla NED-u pochodzi, poprzez Kongres USA , od amerykańskich podatników. NED jest pod każdym względem, kształtu i formy, narzędziem amerykańskiego wywiadu. NED został stworzony za czasów administracji Reagana, aby funkcjonować jako de facto CIA, sprywatyzowane tak, aby umożliwić jej większą swobodę działania. Członkowie zarządu NED są zazwyczaj wybierani ze społeczności Pentagonu i amerykańskiego wywiadu. Pośród nich był emerytowany generał NATO Wesley Clark, człowiek który przeprowadził bombardowanie Serbii przez USA w 1999 roku. Kluczowe osoby powiązane z tajnymi działaniami CIA, które zasiadały w zarządzie NED, to Otto Reich, John Negroponte, Henry Cisneros i Elliot Abrams. Przewodniczącym Zarządu NED w 2008 roku był Vin Weber, twórca ultrakonserwatywnej organizacji Empower America i pozyskiwacz funduszy na kampanię George’a W. Busha. Aktualnym prezesem NED jest John Bohn, były prezes kontrowersyjnej agencji ratingowej Moody’s, która odegrała nikczemną rolę we wciąż rozwijającym się upadku rynku nieruchomości w USA. Wśród członków obecnego zarządu NED jest także Zalmay Khalilzad, neo-konserwatywny ambasador USA w Iraku i w Afganistanie za czasów Busha.

DOBRZE PRZESZKOLONA OPOZYCJA WOBEC PUTINA Pouczające jest również spojrzenie na czołowe postacie opozycji w Rosji, które zdają się w ostatnich dniach wysuwać do przodu. Aktualnym „chłopcem z plakatu” rosyjskiej opozycji, ulubieńcem młodzieży, a zwłaszcza zachodnich mediów, jest rosyjski bloger Aleksiej Nawalny, którego blog nosi tytuł LiveJournal. Nawalny ma poczesne miejsce jako quasi-męczennik ruchu protestów, po spędzeniu 15 dni w więzieniu Putina za uczestnictwo w zakazanej demonstracji. W dużym proteście ulicznym w Boże Narodzenie 25 grudnia w Moskwie, Navalny, być może z powodu zbyt częstego oglądania romantycznych filmów Siergieja Eisenstein’a o rosyjskiej rewolucji 1917 roku, powiedział do tłumu: „Widzę wystarczająco ludzi tutaj, żeby zająć Kreml i Biały Dom, [Dom Prezydenta Rosji] właśnie teraz…” Zachodnie media korporacyjne są zauroczone Nawalnym. Angielskie BBC opisało Nawalnego jako „prawdopodobnie jedyną większą postać opozycji, jaka pojawiła się w Rosji w ciągu ostatnich pięciu lat”, a amerykański magazyn „Time” nazwał go „rosyjskim Erinem Brockovichem”, interesujące odniesienie do hollywoodzkiego filmu z udziałem Julii Roberts o badaczu i aktywiście. Jednak bardziej istotny jest fakt, że Nawalny uczęszczał do elitarnego amerykańskiego East Coast Yale University, będącego również domem rodziny Bush-ów, w którym był „Członkiem Świata Yale”. Charyzmatyczny Nawalny jest także jednak (lub był) na liście płac NED-u, organizacji powołanej przez Waszyngton do destabilizacji reżimów. Zgodnie z postem na własnym blogu Nawalny’ego LiveJournal, był on wspierany przez NED w latach 2007-2008. Obok Nawalny’ego, kluczowe postacie ruchu protestów antyputinowskich skupione są wokół Solidarnosti, która została założona w grudniu 2008 przez Borysa Niemcowa, Władimira Ryżkowa i innych. Niemcow jest ostatnim człowiekiem, który się nadaje do protestów przeciwko korupcji. Według wydania czasopisma Business Week Russia z 23 września 2007, Niemcow przedstawił rosyjskiego bankiera Borisa Brewnowa Gretchen Wilson, obywatelce USA i pracownicy International Finance Corporation, finansowego ramienia Banku Światowego. Wilson i Brewnow pobrali się. Z pomocą Niemcowa Wilson udało się sprywatyzować zakłady celulozowo-papiernicze Bałachna za groszową cenę 7 milionów dolarów. Przedsiębiorstwo zostało potem wydrenowane do cna, a następnie sprzedane szwajcarsko-bostońskiemu bankowi inwestycyjnemu z Wall Street, CS First Boston Bank. Roczne obroty zakładów wynosiły około 250 milionów dolarów. CS First Boston Bank opłacał także kosztowne wycieczki Niemcowa na bardzo drogie Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Kiedy Niemcow został członkiem gabinetu, jego protegowany, Brewnow, został mianowany przewodniczącym Zjednoczonego Systemu Energetycznego Rosji, JSC. Dwa lata później, w 2009 roku, Borys Niemcow, dzisiejszy „Pan Antykorupcja”, używał swoich wpływów, aby oczyścić Brewnowa z zarzutów o defraudację miliardów aktywów JSC. Niemcow brał również pieniądze od uwięzionego rosyjskiego oligarchy Michaiła Chodorkowskiego, gdy ten w 1999 roku przy pomocy swoich miliardów próbował kupić rosyjski parlament i Dumę. W 2004 roku Niemcow spotkał się z wygnanym z Rosji miliarderem-oligarchą Borysem Bieriezowskim na tajnym zebraniu z innymi wygnanymi rosyjskimi potentatami. Kiedy Niemcow został szczegółowo przepytany przez władze rosyjskie w sprawie zarzutów o zagraniczne finansowanie swojej nowej partii politycznej „Dla Rosji – Bez Bezprawia i Korupcji”, amerykańscy senatorowie John McCain, Joe Liberman oraz Mike Hammer z Rady Bezpieczeństwa Narodowego ruszyli Niemcowowi w sukurs. Bliski koleżka Niemcowa, Władimir Ryżkow z Solidarnosti, jest również ściśle związany ze szwajcarskimi kręgami Davos, założył nawet Syberyjskie Davos. Według danych rosyjskiej prasy z kwietnia 2005 r., Ryżkow powołał w 2003 roku „Komitet 2008” dla „wyciągnięcia” funduszy uwięzionego Michaiła Chodorkowskiego wraz błagania o środki zbiegłych oligarchów, takich jak Borys Berezowski i zachodnich fundacji, takich jak Fundacja Sorosa. Celem tego wysiłku miało być zmobilizowanie „demokratycznych” sił przeciwko Putinowi. 23 maja 2011 Ryżkow, Niemcow i kilku innych złożyło dokumenty, aby zarejestrować nową „Partię Wolności”, pod pretekstem wystawienia kandydata na prezydenta przeciwko Putinowi w 2012 r.

Inną prominentną twarzą ostatnich antyputinowskich demonstracji jest były mistrz świata w szachach, Garri Kasparow, przedzierzgnięty w prawicowego polityka, kolejny twórca Solidarnosti. Kasparow został zidentyfikowany kilka lat temu jako członek zarządu neokonserwatywnego waszyngtońskiego think-tanku wojskowego. W kwietniu 2007 roku Kasparow przyznał, że był członkiem Zarządu Rady Bezpieczeństwa Narodowego Centrum ds. Polityki Bezpieczeństwa, „bezpartyjnej organizacji non-profit, specjalizującej się w polityce, identyfikacji, działaniach, potrzebach i zasobach, które są niezbędne dla amerykańskiego bezpieczeństwa”. W Rosji Kasparow jest bardziej zniesławiony z powodu swych wcześniejszych powiązań finansowych z Leonidem Newzlinem, byłym wiceprezesem Jukosu i partnerem Chodorkowskiego. Newzlin uciekł do Izraela, po oskarżeniu w Rosji o morderstwo i zatrudnianie zabójców w celu wyeliminowania „przeszkadzających ludzi”, w czasie kiedy był wiceprezesem Jukosu. W 2009 roku Kasparow i Niemcow spotkali się z ni mniej ni więcej jak samym prezydentem Barackiem Obamą, na jego osobiste zaproszenie w Hotelu Ritz Carlton w Waszyngtonie, w celu omówienia opozycji przeciwko Putinowi w Rosji. Niemcow wezwał Obamę do spotkania się z siłami opozycji w Rosji: „Jeśli Biały Dom przystanie na sugestię Putina, aby rozmawiać tylko z proputinowskimi organizacjami, będzie to oznaczać, że Putin wygrał, ale nie tylko to: Putin będzie miał pewność, że Obama jest słaby”, powiedział wtedy. Podczas tej samej amerykańskiej wyprawy w 2009 roku Niemcow został zaproszony do wystąpienia w nowojorskiej Radzie Stosunków Zagranicznych, najbardziej wpływowego think-tanku amerykańskiej polityki zagranicznej. Co istotne, nie tylko więc amerykański Departament Stanu i wspierane przez USA polityczne organizacje pozarządowe, takie jak NED, przelewają miliony na budowanie anty-putinowskiej koalicji na terenie Rosji. Prezydent USA osobiście zaangażował się w ten proces. Ryżkow, Niemcow, Navalny i były minister finansów Putina Aleksiej Kudrin, wszyscy byli zaangażowani w organizację anty-putinowskiej bożonarodzeniowej demonstracji w Moskiwie 25 grudnia, która przyciągnęła około 120.000 ludzi.

DLACZEGO PUTIN? Nasuwa się pytanie: dlaczego Putin w tym momencie? Odpowiedzi nie musimy szukać daleko.

Waszyngtonu, a zwłaszcza reżimu Obamy, w najmniejszym stopniu nie obchodzi, czy Rosja jest demokratyczna, czy nie. Ich problemem jest przeszkoda, jaką prezydentura Putina stanowi dla planów Waszyngtonu osiągnięcia całkowitej dominacji nad naszą planetą. Zgodnie z rosyjską konstytucją, prezydent Federacji Rosyjskiej jest głową państwa, najwyższym dowódcą wojskowym i posiadaczem najwyższego urzędu w Federacji Rosyjskiej. Obejmuje więc bezpośrednią kontrolę nad polityką obrony i polityką zagraniczną. Musimy zatem zapytać, jakiego rodzaju będzie to polityka? Wysoko w agendzie Putina będą silne środki zaradcze przeciw jawnemu okrążeniu Rosji przez NATO, z niebezpiecznymi instalacjami pocisków rakietowych Waszyngtonu dookoła Rosji. „Reset” stosunków Hillary Clinton znajdzie się w śmietniku, o ile już nie jest. Możemy też spodziewać się bardziej agresywnego wykorzystywania karty energetycznej Rosji, z dyplomacją „rurociągową” stosowaną do pogłębiania więzi gospodarczych pomiędzy europejskimi członkami NATO, takimi jak Niemcy, Francja i Włochy, ostatecznie osłabiających wsparcie Unii Europejskiej dla agresywnych środków NATO przeciw Rosji. Możemy spodziewać się pogłębienia zwrotu Rosji w stronę Eurazji, zwłaszcza w stronę Chin, Iranu i być może Indii, w celu wzmocnienia wątłego kręgosłupa oporu wobec planów Waszyngtonu ustanowienia Nowego Porządku Światowego. Wykolejenie Rosji będzie jednak wymagało więcej niż kilku demonstracji w Moskwie i Petersburgu zorganizowanych w lodowatej pogodzie przez stado skorumpowanych i podejrzanych figur, jak Niemcow czy Kasparow. Jasne jest, że Waszyngton napiera na wszystkich frontach – na Iran i Syrię, gdzie Rosja ma ważną bazę marynarki wojennej, na Chiny, na kraje strefy euro przewodzone przez Niemcy, a teraz na Rosję. Wygląda to na ostateczny atak upadającego supermocarstwa. Stany Zjednoczone są de facto zbankrutowanym supermocarstwem nuklearnym. Rola dolara jako waluty rezerwowej jest obecnie podważana, jak nigdy dotąd, od czasu ustanowienia systemu z Bretton Woods w 1944 roku. Ta rola dolara wraz z utrzymywaniem przez Stany Zjednoczone pozycji niekwestionowanej największej światowej potęgi militarnej były podstawą amerykańskiej hegemonii od 1945 roku.

Osłabiając rolę dolara w handlu międzynarodowym i ostatecznie jako światowej waluty rezerwowej, Chiny rozliczają obecnie handel dwustronny z Japonią we własnych walutach, odstawiając dolara na bok. Rosja realizuje podobne kroki ze swoimi głównymi partnerami handlowymi. Głównym powodem, dla którego Waszyngton rozpoczął wojnę walutową na pełną skalę przeciwko euro pod koniec 2009 roku, była próba oddalenia coraz większego zagrożenia, że Chiny i inne kraje mogą odwrócić się od dolara w kierunku euro jako waluty rezerwowej. To nie jest drobna sprawa. Waszyngton finansuje swoje zagraniczne wojny w Iraku, Afganistanie, Syrii, Libii i innych krajach poprzez fakt, że Chiny i inne kraje swoją nadwyżkę handlową inwestują w obligacje skarbowe USA. Jeśli to ulegnie zmianie, stopy procentowe w USA wzrosną znacząco i presja finansowa na Waszyngton stanie się ogromna. W obliczu rosnącej erozji swego dotąd niepodważalnego statusu jedynego globalnego supermocarstwa, Waszyngton w coraz większym stopniu zwraca się ku surowej sile militarnej dla podtrzymania tego statusu. Aby to się udało, Rosja musi zostać zneutralizowana wraz z Chinami i Iranem. Będzie to główną agendą następnego prezydenta USA, ktokolwiek nim będzie. –

www.narodowiec.com

Rok 1410 – Grunwald Bitwa pod Grunwaldem (w literaturze niemieckiej pierwsza bitwa pod Tannenbergiem) – jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy (pod względem liczby uczestników)[3], stoczona na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410, w czasie trwania wielkiej wojny, między siłami zakonu krzyżackiego wspomaganego przez rycerstwo zachodnioeuropejskie (głównie z Czech, z wielu państewek na Śląsku, z Pomorza Zachodniego i z pozostałych państewek Rzeszy), pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi (złożonymi głównie z Polaków, Litwinów i Rusinów) wspieranymi lennikami obu tych krajów (Hospodarstwo Mołdawskie, Księstwo Mazowieckie, Księstwo Płockie, Księstwo Bełskie, Podole i litewskie lenna na Rusi) oraz najemnikami z Czech, Moraw i z państewek ze Śląska oraz uciekinierami ze Złotej Ordy[4] i chorągwiami prywatnymi (między innymi chorągiew z Nowogrodu Wielkiego księcia Lingwena Semena), pod dowództwem króla Polski Władysława II Jagiełły. Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana dla całkowitego zniszczenia zakonu. Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź[17]. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski, zajęły Ziemię Dobrzyńską i najechały Kujawy i Wielkopolskę. Jagiełło szybko odzyskał Kujawy i odbił Bydgoszcz, ale działania militarne kampanii 1409 roku na tym zakończono. 8 października 1409 roku pod zamkiem bydgoskim zawarto rozejm, który miał obowiązywać “do dnia św. Jana”[18] – 24 czerwca 1410 roku. W umowie pośredniczyli książęta śląscy przysłani przez króla czeskiego Wacława: wrocławski, świdnicki i oleśnicki. Na mocy rozejmu Ziemia dobrzyńska pozostała w rękach krzyżackich, a spór miał rozstrzygnąć król czeski. Zapisy rozejmu, z pozoru bardzo korzystne dla strony krzyżackiej, dawały Jagielle czas na zorganizowanie wyprawy wojennej w roku następnym. W Krakowie i Malborku rozpoczęto przygotowania do decydującego starcia. Obie strony położyły nacisk na działania dyplomatyczne. Krzyżacy już w grudniu 1409 roku zawarli sojusz z królem węgierskim, Zygmuntem Luksemburskim, który usiłował rozbić unię polsko-litewską. Po stronie Zakonu opowiedzieli się książęta Pomorza Zachodniego. Pospieszyli też liczni rycerze z zachodniej Europy. Państwa Unii zawarły pokój z Wielkim Księstwem Moskiewskim oraz przymierze z Mołdawią. Gotowość pomocy zaoferował pretendent do tronu tatarskiego, lennik Wielkiego Księcia Witolda, chan Złotej Ordy Dżalal ad-Din, syn Tochtamysza. Wszystkie strony dokonały zaciągu rycerzy. Polacy prowadzili werbunek w Czechach (stąd przybyło niemal 3000 zaciężnych pod wodzą Jana Sokoła) Szczegółowy polski plan wojenny kampanii 1410 roku zaplanowano prawdopodobnie w Brześciu Litewskim w grudniu 1409, podczas narady króla Jagiełły z Witoldem, z udziałem podkanclerzego koronnego Mikołaja Trąby. Główne natarcie postanowiono skierować na Malbork z zamiarem zmuszenia Zakonu do podjęcia walnej rozprawy. Jako miejsce ostatecznej koncentracji wojsk wybrano Czerwińsk nad Wisłą Zakon był świadom przygotowań strony polsko-litewskiej i spodziewał się dwukierunkowego ataku – Polaków na Pomorze Gdańskie i Litwinów w kierunku Żmudzi. By odeprzeć to zagrożenie, Ulrich von Jungingen skoncentrował część swych sił pod Świeciem, pozostawiając jednocześnie znaczną część swej armii w zamkach na wschodzie – w Ragnecie w pobliżu Giżycka i Memelu (Kłajpeda)[20]. Polacy i Litwini nadal ukrywali swoje intencje, organizując kilka rajdów głęboko na terytorium wroga. Ulrich von Jungingen poprosił o przedłużenie rozejmu do 4 lipca, by mogli przybyć zaciężni z zachodniej Europy. Strona polsko-litewska miała wystarczająco dużo czasu, żeby zebrać siły. 30 czerwca 1410 oddziały z Wielkopolski i Małopolski przekroczyły pod Czerwińskiem Wisłę, po moście pontonowym, i 2 lipca połączyły się z siłami z Mazowsza i Litwy[21]. Połączone wojska dzień później podjęły marsz, pozorując atak na zajętą przez Krzyżaków w roku poprzednim ziemię dobrzyńską, ale po tygodniu wkroczyły na terytorium zakonu krzyżackiego, kierując się wprost na stolicę zakonu w Malborku. Krzyżacy zostali całkowicie zaskoczeni. 5 lipca doszło do potyczki wojska pod dowództwem Janusza Brzozogłowego, który pokonał krzyżacką załogę Świecia. Następnie do Jagiełły przybyli posłowie Zygmunta Luksemburczyka, którzy proponowali przeprowadzenie sądu polubownego z udziałem króla Węgier. Jagiełło postawił jednak twarde warunki w przewidywaniu, że Krzyżacy je odrzucą. (W obecności posłańców węgierskich, 6 lipca, Witold przeprowadził przegląd wojsk.) Ulrich von Jungingen odpowiedział, że uczyni wszystko, by zniszczyć siły przeciwnika. 7 lipca wojska polsko-litewskie zajęły Bądzyn, ujawniając tym samym, iż zmierzają w głąb terytorium państwa krzyżackiego. Pod Bądzynem zatrzymały się na dwa dni, po czym kontynuowały marsz i, 9 lipca, weszły na terytorium Prus. Po przebyciu granicy po raz pierwszy podniesiono wszystkie chorągwie i odśpiewano Bogurodzicę. 10 lipca sprzymierzeni wyruszyli ze swojego obozu pod Lidzbarkiem, pozostawiając w nim część sił. Po dwóch milach marszu podjazd polski natknął się na spore siły nieprzyjaciela, które obsadziły przeprawę nad Drwęcą. Okazało się, że Ulrich von Jungingen rozpoczął pospieszną koncentrację swoich wojsk przez wycofanie ich spod Świecia i zdecydował się zorganizować linię obrony na rzece Drwęcy[22][23][24]. Brody przez rzekę były ufortyfikowane przy pomocy palisad, a pobliski zamek w Kurzętniku wzmocniony. Po naradzie z powołaną radą wojenną Jagiełło postanowił ominąć zastawioną pułapkę i obejść wojska zakonne od wschodu. Wojska unii wycofały się 11 lipca spod Kurzętnika[25] i następnie przez Lidzbark Welski i Działdowo (a ich część, prawdopodobnie oddziały litewskie i tatarskie, również przez Nidzicę) kontynuowały marsz w kierunku Malborka. 13 lipca siły sprzymierzonych dotarły do miasta (i zamku) Dąbrówna, które zostało zdobyte, splądrowane i spalone. Po jednodniowym postoju pod Dąbrównem wojska polsko-litewskie ruszyły, przed świtem 15 lipca, wszystkimi drogami w kierunku Ulnowa i jeziora Lubień na wschód od Grunwaldu, gdzie rozłożyły się obozami. Tymczasem wojska krzyżackie, po odejściu wojsk polsko-litewskich znad Drwęcy, pomaszerowały przez Bratian i Lubawę w kierunku Grunwaldu i Stębarka, z zamiarem przecięcia drogi wojskom królewskim[Okolice wiosek Grunwald, Łodwigowo i Stębark to teren pofałdowany, przecięty sporym strumieniem i obfitujący w jeziora, o wzgórzach sięgających nawet 200 m, ale łagodnych w spadku i przedzielonych rozległymi dolinami. Teren był częściowo zalesiony, a wzdłuż dróg ze Stębarku do Łodwigowa rosły rozłożyste dęby. Szata roślinna, w roku 1410 znacznie bogatsza niż obecnie, jak również uformowanie terenu, nie pozwalało zorientować się co do jakości i ilości wojsk przeciwnika, których po prostu nie było widać[27]. Ulrich von Jungingen wybrał więc pole bitwy dobrze, gdyż znakomicie nadawało się ono do przygotowywania zasadzek i niespodziewanych manewrów. Jednak teren nieprzejrzysty dla Polaków i Litwinów nie stawał się przejrzystszym dla Krzyżaków – pojął to również Jagiełło, który z Witoldem i towarzyszącymi im rycerzami objeżdżał okolicę rankiem 15 lipca Rankiem 15 lipca 1410 roku obie armie stanęły naprzeciw siebie. Wojska polskie i litewskie rozlokowane były na wschód od Łodwigowa i Stębarka, na skraju i częściowo w lasach, w pobliżu jeziora Lubień. Lewe skrzydło tworzyły główne siły polskie, pod dowództwem marszałka Zbigniewa z Brzezia, i składały się w większości z ciężkiej jazdy. Prawe skrzydło wojsk koalicji tworzyło rycerstwo z Wielkiego Księstwa Litewskiego, pod dowództwem wielkiego księcia Witolda, składające się w większości z lekkiej kawalerii. Wśród sił prawego skrzydła były chorągwie z całej Litwy, jak również posiłkowe oddziały Tatarów, prowadzone przez chana Dżalal ad-Dina, oddziały mołdawskie przysłane przez hospodara Aleksandra Dobrego oraz prawdopodobnie oddziały serbskie. Centrum stanowiły zaciężne rycerstwo z Czech i Śląska oraz trzy chorągwie smoleńskie. Całością wojsk unii dowodził król Władysław Jagiełło. Jak podaje Jan Długosz, przed rozpoczęciem batalii trzystu najemnych żołnierzy czeskich wycofało się bez wiedzy króla z pola bitwy. Zawrócili jednak, gdy podkanclerzy Królestwa Polskiego, Mikołaj Trąba, napotykając ich na swojej drodze, wypomniał im strach przed wojskami zakonnymi[18]. Mimo to podczas bitwy najemnicy z Czech i Moraw z chorągwi św. Jerzego prawdopodobnie ponownie opuścili plac boju, za namową swojego chorążego Jana Sarnowskiego. Również tym razem dostrzegł ich Mikołaj Trąba i oskarżył Jana o zdradę. Bitwa rozpoczęła się około południa. Naprzeciw wojsk wielkiego mistrza – …a dzieliła ich nawzajem od siebie odległość jednej strzały[18] – stały ukryte w lasach armie sprzymierzonych. Długie wyczekiwanie w pełnym słońcu sprowokowało wielkiego mistrza do wysłania emisariuszy z prowokacyjnym podarunkiem: dwoma nagimi mieczami. Długosz tak opisuje ten fakt: Wielki mistrz pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu… dwa miecze, ku pomocy, byś z nim i z jego wojskiem mniej się ociągał i odważniej, niż to okazujesz, walczył, a także żebyś dalej się nie chował i, pozostając w lasach i gajach, nie odwlekał walki[18]. Niedługo potem całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń Bogurodzicę, a potem wznosząc kopie rzuciło się do walki[18]. Aby w ferworze walki można było rozpoznać się na polu bitwy, ustalono hasła, które brzmiały: Kraków, Wilno[17].W przebiegu bitwy można wyróżnić pięć faz:
na początku bitwy lekka jazda litewska i tatarska uderzyła na artylerię i piechotę krzyżacką. Artyleria zakonu zdołała oddać dwie salwy i nie wzięła udziału w dalszej części bitwy.
II faza bitwy rozpoczęła się atakiem jazdy krzyżackiej na prawe i lewe skrzydło armii polsko-litewskiej i zderzeniem się ciężkiej jazdy obu stron. W efekcie powstały dwa ośrodki walki: prawe skrzydło wojsk litewsko-rusko-tatarskich przeciwko Krzyżakom w okolicach Stębarku i lewe skrzydło wojsk polskich i zaciężnych przeciw krzyżackim siłom głównym. Ta faza bitwy trwała około godziny.
III faza bitwy powstała, kiedy jazda krzyżacka odepchnęła w zażartej walce wojska litewskie (40 chorągwi) pod wodzą księcia Witolda w kierunku lasu i w efekcie nastąpiło załamanie się skrzydła litewskiego. Ta tzw. ucieczka Litwinów (według niektórych źródeł początkowo pozorowana) związała w pościgu poważne siły zakonne. Oddziały te wróciły na główne pole bitwy, przekonane o zwycięstwie zakonu, gdy wojska polskie na lewym skrzydle brały górę nad zakonnymi. W tej fazie bitwy Krzyżacy nieomal zdobyli wielką chorągiew królestwa i zaczęli nawet śpiewać pieśń zwycięstwa (“Chrystus zmartwychwstał”, niem. Christ ist erstanden). Wówczas …walczący pod nią rycerze podnieśli ją natychmiast… i pragnąc zetrzeć haniebną zniewagę, w najzaciętszy sposób atakują wrogów i rozbijają ich kompletnie[18]. Faza ta trwała 2-3 godziny.
w IV fazie nastąpił atak odwodu 16 chorągwi wielkiego mistrza oraz walka w centrum i na lewym skrzydle polskim. Z kolei atak odwodów polskiej jazdy rozerwał zasadniczy korpus sił krzyżackich oraz umożliwił przeprowadzenie decydującego ataku odwodów lekkiej jazdy ukrytej w zaroślach. Nastąpiło okrążenie i klęska wojsk krzyżackich. Faza ta trwała od 1 do 2 godzin.
V fazą było zdobycie taborów i obozu krzyżackiego oraz pościg wyniszczający za uciekającymi wojskami krzyżackimi.

Bój trwał ponad sześć godzin i skończył się przed zachodem słońca. Przewagę na placu boju miały praktycznie cały czas (oprócz fazy III, kiedy nieco zaskoczone siły polsko-litewskie dały się zepchnąć do defensywy) wojska dowodzone przez króla Polski. Wiele bywało w owych czasach na świecie bitew i spotkań, ale nikt z żywych ludzi nie pamiętał tak straszliwego pogromu. Padł pod stopami wielkiego króla nie tylko zakon krzyżacki, ale i całe Niemcy, które najświetniejszym rycerstwem wspomagały oną “przednią straż” teutońską, wżerającą się coraz głębiej w ciało słowiańskie[Wynik bitwy miał zasadniczy wpływ na stosunki polityczne w ówczesnej Europie. Nie tylko załamał potęgę zakonu, ale również wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych na kontynencie. Według niektórych badaczy (np. Stefan Maria Kuczyński, Paweł Jasienica) – fenomenalny i dość niespodziewany generalny sukces odniesiony głównie siłami polskimi, spowodował poważny kryzys w stosunkach polsko-litewskich i zadecydował o kunktatorskiej postawie króla, który obawiając się nazbyt mocnego wzrostu znaczenia Polski w unii (która i tak była stroną silniejszą) opóźnił pościg za niedobitkami wojsk krzyżackich i ostatecznie nie zdobył osłabionego Malborka. Sama bitwa nie wniosła żadnych istotnych nowinek taktycznych (nie licząc użytego w przeprawie przez Wisłę mostu pontonowego). Po bitwie natomiast nastąpił powolny upadek znaczenia zagranicznych wojsk zaciężnych (wielu zaproszonych przez zakon znamienitych rycerzy z Europy Zachodniej widząc dysproporcję sił i przeczuwając klęskę nie przyjechało na pole bitwy). Rzeczą bez precedensu był natomiast wspaniałomyślny gest króla, który kazał odnaleźć zwłoki wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena i co ważniejszych braci oraz odesłać je z honorami do Malborka.Trofeami wojennymi było przede wszystkim 51 chorągwi krzyżackich. Szczegółowy ich opis wraz z ilustracjami podał Jan Długosz w swoim dziele Banderia Prutenorum, spisanym w XV wieku. Część z nich została przyznana księciu Witoldowi, te które trafiły do wawelskiej katedry zostały w 1797 wywiezione przez Austriaków do Wiednia i ślad po nich zaginął. W 1937, na podstawie opisów z dzieła Długosza, chorągwie zostały zrekonstruowane[31] i umieszczone na Wawelu. Podczas okupacji niemieckiej hitlerowcy wywieźli je do zamku malborskiego[31]. Kolejnym trofeum były dwa słynne nagie miecze ofiarowane Jagielle przez Krzyżaków (przechowywane były w wawelskim skarbcu, później trafiły do kolekcji Izabeli Czartoryskiej w Puławach lecz w 1853 zostały wywiezione do Rosji i ślad po nich zaginął).W bibliografii niemieckiej bitwa pod Grunwaldem występuje jako bitwa pod Tannenbergiem (Schlacht bei Tannenberg). Obecna nazwa tej miejscowości to Stębark. Pole bitwy dotychczas nie doczekało się systematycznego przebadania pod względem archeologicznym. Istnieją dziewiętnastowieczne doniesienia o różnych przypadkowych odkryciach – np. w kościele w Stębarku przechowywano kilka kamiennych kul armatnich i elementy zbroi, a w zamku w Dąbrównie znaleziono siekierę bitewną i inne fragmenty zbroi. Polskie badania archeologiczne rozpoczęły się w 1958 i trwały do lat 90., lecz objęły niewielką część pobojowiska, m.in. nie odnaleziono wspomnianego przez kronikarzy miejsca pochówku kilkuset znaczniejszych rycerzy obu stron w okolicach stębarskiego drewnianego kościoła i nie przebadano pobliskich bagien, gdzie podobno zginęło wielu uciekinierów z pola walki. Odnaleziono kilka zbiorowych mogił w pobliżu ruin kaplicy wzniesionej przez Krzyżaków po bitwie. Szkielety nosiły ślady po ciosach zadanych mieczem, toporem czy po trafieniach bełtami z kuszy.

Rycerstwo polskie zorganizowane było w 50 chorągwiach, wśród których znajdowali się także zaciężni Czesi (Jan Žižka), Morawianie, Ślązacy, Szwajcarzy i lennicy polscy (Hospodarstwo Mołdawskie, Księstwo Mazowieckie, Księstwo Płockie, Księstwo Bełskie, Podole). Spośród tych wojsk szczególnie wyróżniła się Chorągiew Białego Niedźwiedzia z Chełma, która miała znaczący udział w bitwie (została za to wyróżniona przez Króla Polski Władysława Jagiełłę, który ufundował kościół pw. Rozesłania Apostołów w tym mieście). Litwa przysłała 40 chorągwi, które składały się z oddziałów litewskich i lenników litewskich na Rusi. W ramach wojsk litewskich walczyły także chorągwie złożone z Tatarów, którzy uciekli ze Złotej Ordy oraz oddziały przyprowadzone przez Lingwena z Republiki Nowogrodu oraz z Republiki Pskowskiej. Wśród uczestników tej bitwy, po stronie Królestwa wymieniani są m.in. rycerze: Zyndram z Maszkowic, oboźny wojsk polskich i dowódca wielkiej chorągwi ziemi krakowskiej, Marcin z Wrocimowic, chorąży chorągwi ziemi krakowskiej, Zawisza Czarny i jego brat Jan Farurej z Garbowa, wojewoda krakowski Jan z Tarnowa, Florian z Korytnicy, Paweł Złodziej z Biskupic, Mikołaj Powała z Taczewa, Jarand z Grabia, Dobiesław z Oleśnicy, Spytek I Jarosławski oraz Lingwen Olgierdowicz, Zygmunt Korybut, Jerzy Mścisławski, Petulin z Zimnej Wódki. Zakon krzyżacki wystawił 51 chorągwi (w tym dwie wielkiego mistrza), wśród których znajdowali się również goście zakonu z Niemiec, Szwajcarii, Śląska, Pomorza, Czech, Moraw oraz Inflant. Udział w bitwie po stronie zakonnej wzięli m.in. Frideric von Wallenrode, Konrad Lichtenstein, Thomas von Morheim, Wilhelm von Helfenstein, Heinrich von Schwelborn, Godfryd von Hatzlfeld, Burchard Wobeke, Arnold von Baden i Werner Tettingen. Według niektórych badaczy samych braci-rycerzy krzyżackich było pod Grunwaldem tylko około 250, resztę stanowili goście i zaciężni. Według najnowszych badań, po stronie krzyżackiej walczyli również Polacy (z Prus, Pomorza oraz Śląska m.in. książę oleśnicki Konrad VII Biały), a także Prusowie i Litwini zamieszkali na terenie Prus Zakonnych

Pamięć grunwaldzkiego triumfu Święto Rozesłania Apostołów A. D. MCDX, czyli dzień zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem, zajmuje wyjątkowe miejsce w kulturze polskiego rycerstwa: miejsce krynicy tradycji, z której przez stulecia czerpała najpierw szlachta, a następnie cały naród. Tryumf bitewny – choć jego skala stanowiła zaskoczenie dla wszystkich – nie był dziełem przypadku. Nie postawił też zwycięzców w sytuacji bezradnych arywistów, którzy nie wiedzą, jak go dziś celebrować i jutro wspominać. W owym czasie rycerstwo polskie nie tylko nie ustępowało pod względem obyczajowości swoim zachodnioeuropejskim odpowiednikom, lecz jego przedstawiciele wyróżniali się aktywnością we wszystkich sferach składających się na wizerunek doskonałego chrześcijańskiego rycerza. Etos rycerski służył mu do samookreślenia i wyróżnienia. Fundamentem pierwszej funkcji była służba Bogu, królowi i ojczyźnie, realizacji zaś drugiej posłużyła pamięć o czynach dokonanych na grunwaldzkim polu. Wiek XIV był okresem dynamicznego rozwoju obyczaju rycerskiego w Polsce. Na Zachodzie rycerstwo przeżywało instytucjonalny kryzys, traciło dominującą rolę militarną i przewagę ekonomiczną nad resztą społeczeństwa, w Europie Środkowej zaś najbardziej skorzystało z przemian ustrojowych i gospodarczego wzrostu. Odrodzenie zjednoczonego Królestwa Polskiego, jego konsolidacja i ekspansja w stronę Rusi stworzyły stabilne podstawy prawne i ekonomiczne pod rozkwit kultury rycerskiej. Koncepcja rycerza Chrystusowego przestała być wtedy tylko ­niedoścignionym wzorcem, a dla wielu stała się sednem bądź istotną częścią życia. Znacząco liczniej i częściej niż w poprzednich stuleciach Polacy brali udział w ruchu krucjatowym i zaznaczyli swą obecność na każdym odcinku frontu walki o wiarę – od Półwyspu Iberyjskiego i Maroka po Bałkany, Ruś i Litwę. Nobilów znad Wisły coraz łatwiej było spotkać w szeregach innych chrześcijańskich armii, na szlakach pielgrzymich i w turniejowych szrankach. Gdy w roku 1390 francuscy rycerze organizowali wielki turniej w Saint-Ingelvert, nie zapomnieli zaadresować swego wyzwania-zaproszenia także do Polaków. Kultura rycerska nie pozostawała bez wpływu na codzienne życie dobrze urodzonych. Stymulowała rozwój heraldyki, wznoszenie prywatnych zamków, upowszechnienie się ceremonii rycerskiego pasowania i dwornych form towarzyskich. Kształtowała gusta i wyznaczała aspiracje. Dowodem szerszej znajomości związanych z nią dzieł literackich była recepcja imion bohaterów epiki rycerskiej. Do rangi symbolu urasta tu Roland, syn kasztelana wyszogrodzkiego, poległy w 1399 roku nad Worsklą w antytatarskiej krucjacie księcia Witolda.

Obyczaj i dworność Unia krewska zakończyła krótkotrwały, acz intensywny, udział polskiego rycerstwa w krzyżackich rejzach na Litwę. W zamian jednak dała mu nadzwyczaj silny impuls do kultywowania rycerskich ideałów. Za panowania Władysława Jagiełły obyczaj rycerski stał się bowiem jednym z pól walki propagandowej i środkiem politycznej konfrontacji z Zakonem. Jego krzewienie i pielęgnowanie urosło do rangi polskiej racji stanu. Monarchę wspierały w tym dziele wszystkie warstwy stanu rycerskiego. Zarówno dlatego, iż szlachetnie urodzeni dojrzeli w tym szansę awansu w hierarchiach władzy, prestiżu i bogactwa, jak i ponieważ byli już głęboko przesiąknięci rycerskimi ideami. „Upolitycznienie” etosu przyniosło znakomite efekty. To właśnie wtedy Królestwo Polskie doczekało się instytucji swojego herolda, polscy rycerze często i z powodzeniem walczyli w turniejowych szrankach ku chwale króla i ojczyzny, honorowe spory rozstrzygano na tzw. sądzie rycerskim albo przez pojedynki organizowane z całą rozbudowaną oprawą na królewskich i książęcych dworach. Zdobywający międzynarodową sławę i uznanie rycerscy poddani Jagiełły własnymi czynami i słowami potwierdzali, iż ich monarcha jest doskonałym królem-rycerzem. Oprócz dawania odporu i zadawania kłamu oczerniającej Litwina-neofitę krzyżackiej propagandzie, wytrącało to zakonowi z ręki inny oręż – oczarowanie. W dyplomatycznych i towarzyskich kontaktach braciom zakonnym trudniej było zadziwić partnerów z Polski, a odkrycie, że podzielają oni te same wartości i pasje nie prowadziło do zbliżenia stanowisk lub ich ustępstw w spornych kwestiach. Na przykład, dworny wiersz O chlebowym stole powstał w otoczeniu starosty generalnego Wielkopolski, Tomasza z Węgleszyna, który był zwolennikiem nieustępliwej polityki wobec Zakonu. Wielka wojna z lat 1409-1411 obfitowała, i to po obu stronach, w zachowania i gesty zgodne z najbardziej wyszukanymi wymogami obyczajowości rycerskiej. Z licznych przykładów warto wymienić używanie herolda do przekazywania wyzwań i rozkazów, opatrywanie rannych i częstowanie przeciwników winem podczas przerw w starciu pod Koronowem, posługiwanie się sądem rycerskim w celu rozstrzygnięcia, czy dany rycerz został rzeczywiście pojmany, uwalnianie jeńców na rycerskie słowo honoru, okazywanie szacunku i branie w opiekę niewiast oraz surowe karanie rabusiów. Co zrozumiałe, nagromadzenie rycerskich rytuałów, takich jak dozbrojenie przeciwnika i ustąpienie mu pola do walki czy dokonanie masowej promocji rycerskiej w obliczu wroga, towarzyszyło największej bitwie wojny i sprawiło, że dobrze mieściła się ona w konwencji szlachetnej rycerskiej walki. Przeciwnicy byli świadomi, że dzieli ich polityka, lecz nie obyczaje. Armia zakonna i polska miały bardzo podobną strukturę organizacyjną, a ich najważniejsze jednostki taktyczne – chorągwie rycerskie – walczyły w ten sam sposób, w tzw. szyku klinowo-kolumnowym. Podobne uzbrojenie, taktyka i znaki bojowe sprawiły, że podstawową troską królewskich dowódców było odróżnienie się od wrogów. Stąd słomiane powrósła, jakie rycerze zawiązali na ramionach i ułatwiające rozpoznanie hasła („Wilno” oraz „Kraków”), a także bezprecedensowa zmiana barw banderii (chorągwi) św. Jerzego, pod którą zwyczajowo walczyli najemnicy. Jej godłem był czerwony krzyż w polu białym, lecz, aby nie pomylono jej z krzyżackim odpowiednikiem, strona polska odwróciła barwy i umieściła biały krzyż w czerwonym polu. ­Sprzymierzeni mieli przewagę liczebną, ale była ona tylko jednym z czynników wpływających na wynik zmagań. Większe znaczenie miała wytrzymałość fizyczna i psychiczna odporność kopijników. Zwycięstwo zawdzięczali Polacy samym sobie, a nie sprzyjającym okolicznościom lub przypadkowi. O ile sama walka była zacięta i krwawa, a rycerzom-braciom raczej nie okazywano litości, to po jej zakończeniu znów nadszedł czas na kurtuazję wobec pokonanych. Szacunek dla przeciwnika, rządzący się regułą wzajemności, stanowił przecież fundament etosu rycerskiego. Dochowując wierności jego zasadom sprzymierzeni przez trzy dni pozostali na polu bitwy. W ten sposób nie tylko potwierdzili, że do nich należało zwycięstwo, lecz przede wszystkim zyskali czas, by należycie zadbać o pokonanych wrogów. W dniach tych uhonorowano wszystkich poległych, bez względu na to, po której stronie walczyli. Zwłoki wielkiego mistrza okryto purpurą i odesłano do Malborka, ciała krzyżackich dostojników złożono w pojedynczych mogiłach, a tym, którym przyszło spocząć w masowych grobach zapewniono posługę religijną i modlitwę. Równie troskliwie zaopiekowano się tysiącami jeńców. Rannych opatrywano i leczono, zdrowych zapraszano do stołów wraz ze zwycięzcami, gdzie dzielili się posiłkiem i opowieściami. Wszystkich spisano, z podziałem na kraje pochodzenia, a ustaliwszy wysokość okupu, większość z nich zwolniono na słowo honoru. Zachowanie polskiego rycerstwa przed, w trakcie i po grunwaldzkiej bitwie potwierdza, iż dobrze zdało ono swój pierwszy masowy sprawdzian z obyczajowości rycerskiej.

Pamięć i tożsamość W średniowieczu pamięć o Grunwaldzie podtrzymywana była dwutorowo: odgórnie, przez dynastię jagiellońską, oraz oddolnie, przez rycerzy uczestniczących w bitwie, a następnie ich potomków oraz ogół stanu rycerskiego. Te dwie tradycje przenikały się i uzupełniały. Jeszcze na polu bitwy, zanoszący dziękczynne modły Jagiełło postanowił uczynić dzień Rozesłania Apostołów świętem państwowym i dynastycznym. Nakazał, by każdego roku jego poddani wspominali otrzymane od Boga zwycięstwo, biorąc udział w uroczystych nabożeństwach i procesjach. Aby wesprzeć pamięć o tym dniu, szczodrze obdarował kościoły i klasztory sprzętami i szatami liturgicznymi, relikwiarzami i księgami zdobytymi podczas wielkiej wojny. Dla wiernych to właśnie one stanowiły najbardziej widoczny dowód zwycięstwa. Podobnemu celowi służyło rozpowszechnianie i częste powtarzanie opowieści o szczegółach bitwy. Ich adresatami byli zagraniczni władcy i duchowni, rodzina oraz poddani Jagiełły. Na przykład, wzmianka o dwóch mieczach przysłanych przed walką przez heroldów jako o dowodzie krzyżackiej pychy znalazła się już w wysłanych spod Grunwaldu listach do królowej i Jana Husa. Z kolei napisana w celu kolportowania na obcych dworach Kronika konfliktu Władysława króla polskiego z krzyżakami w Roku Pańskim 1410 raz jeszcze zwalczała tezy zakonnej propagandy i kreowała monarchę na doskonałego chrześcijańskiego władcę-rycerza. Nie cofała się przy tym przed przeinaczaniem prawdy – twierdziła, na przykład, iż Jagiełło pokonał szarżującego Dypolda von Köckeritz, gdy w istocie uczynił to uzbrojony tylko w ułomek kopii królewski sekretarz Zbigniew Oleśnicki. Oczywiście, opowieści owe z największym oddźwiękiem spotykały się w kraju. Symptomatyczne, że Kronika konfliktu nie zachowała się w obcym archiwum, lecz w odpisie, który służył polskim duchownym do przygotowywania tekstów rocznicowych kazań! Nie mniej ważny był dynastyczny aspekt tryumfu. Dotąd Jagiełło był królem przede wszystkim jako mąż potomkiń Piastów: Jadwigi Andegaweńskiej i Anny Cylejskiej (wnuczki Kazimierza Wielkiego). Choć panował już prawie ćwierć wieku, w roku 1410 nie była rozstrzygnięta ani kwestia następstwa tronu (władca miał tylko dwuletnią córkę Jadwigę), ani przyszłości unii z Litwą. Grunwaldzka wiktoria tak umocniła pozycję monarchy, że wybierając sobie dwie następne żony nie kierował się już ich pokrewieństwem z Piastami, a jego synowie bez przeszkód odziedziczyli krakowski tron. Co prawda, żyli jeszcze liczni Piastowie mazowieccy i śląscy, a wielu obcych ­władców (na przykład cesarza Zygmunta Luksemburskiego) łączyły więzy bliskiego pokrewieństwa z tą dynastią, jednak nikt w Polsce nie dopuszczał myśli, iż korona może przypaść któremuś z nich zamiast potomkom zwycięzcy spod Grunwaldu. Miejscem, w którym w którym szczególnie celebrowano pamięć o bitwie, była katedra krakowska. 25 listopada 1411 roku zawieszono tam część zdobytych pod Grunwaldem chorągwi. Z czasem zbiór uzupełniano o kolejne trofea – znaki bojowe odbierane Krzyżakom, Wołochom, Tatarom, Moskwie. Każdy odwiedzający świątynię mógł je obejrzeć, a także poznać związane z nimi historie (niejednokrotnie prowadziło to do zabawnych przekłamań, jak w relacji podróżnika, który wziął tatarskie buńczuki za brody obcięte rycerzom-braciom). Wota złożone w specjalnym miejscu trofealnym nad sarkofagiem świętego Stanisława dla nieprzyjaciół stanowiły groźne memento, dla Jagiellonów fundament ich praw do tronu, dla ich poddanych zaś były pamiątką własnych chlubnych czynów, a później – dowodem zasług przodków, świadectwem rycerskich tradycji i zachętą do ich pielęgnowania. Nim minęło pół wieku od bitwy, chorągwie zostały opisane przez Jana Długosza i namalowane na kartach jego dzieła przez czołowego krakowskiego iluminatora Stanisława Durinka. Kronikarz sporządził ów rejestr nie tylko kierowany badawczą pasją, lecz również chęcią uwiecznienia dokonań ojca, który pod Grunwaldem wziął do niewoli komtura Pokarmina i zdobył jego chorągiew. Długosz znał więc okoliczności zdobycia banderii komturstwa pokarmińskiego z pierwszej ręki. W ten sam sposób pamięć o grunwaldzkiej wiktorii przekazywano w rodzinach innych uczestników bitwy. Zwycięstwo było dziełem walczącej ramię w ramię grupy, nie zaś rywalizujących jednostek, więc tytuł do chwały mieli wszyscy uczestnicy walki, niezależnie od wielkości osobistych dokonań. Znakomicie widać to na przykładzie chorążego krakowskiego Marcina z Wrocimowic. Pod Grunwaldem dzierżył on najważniejszą z polskich chorągwi – gonfanon z białym orłem – i dopuścił, by upadła ona w trakcie walki. Po zwycięstwie nikt tego jednak Marcinowi nie wypominał, a jego syn i wnuk z dumą nosili przydomek Chorążyc (syn chorążego). Najlepsi polscy rycerze utrwalili swe imiona właśnie dzięki bitwie pod Grunwaldem, gdzie walczyli jako przedchorągiewni, czyli stojący w pierwszych szeregach. Inni z dumą pokazywali bądź ofiarowywali świątyniom łupy przewiezione z wojny, wspominali, jak przed bitwą zostali pasowani na rycerzy lub skorzystali ze zwycięstwa (pod wrażeniem klęski wiele miast pomorskich i pruskich podporządkowało się Jagielle, a on ich komendantami uczynił wyróżniających się rycerzy). Równie istotny był fakt udziału w wojnie mieszkańców wszystkich ziem Królestwa. Zapobiegł on późniejszemu zawłaszczeniu zwycięstwa przez wąską grupę oraz stworzył warunki do objęcia mitem Grunwaldu każdego szlachetnie urodzonego, który dzięki temu mógł się czuć równy Zawiszy Czarnemu. Do tej wyidealizowanej wizji odwoływała się szlachta, przypominająca dawne zasługi i szermująca nimi jako argumentem za swym uprzywilejowaniem. Sięgali do niej też krytycy przeciwstawiający współczesnych sobie szlachciców ich zwycięskim przodkom.

Etos i literatura Rozkwit kultury rycerskiej w Polsce nie trwał długo. Zmiany w sztuce wojennej oraz rozwój gospodarczy, zmieniające dotychczasową społeczną i polityczną rolę rycerstwa, sprawiły, że już w drugiej połowie XV wieku rozpoczął się proces jego przekształcania się w szlachtę. Turnieje rycerskie stały się reliktem ożywianym z rzadka dla potrzeb uroczystości dworskich, uzyskanie rycerskiego pasa przestało być ważną biograficzną cezurą (dzięki czemu w XVII i XVIII wieku godnością tą mogli być obdarzani nobilitowani mieszczanie), a klęska wyprawy mołdawskiej w roku 1498 ostatecznie dowiodła nieprzydatności pospolitego ruszenia w kampaniach poza granicami kraju. Szlachetnie urodzeni przenosili więc swoją aktywność w stronę życia dworskiego. Ich etos nadal koncentrował się wokół obowiązku wierności władcy, zmieniła się jednak jego treść. Udział w wojnach spadł do rangi zaledwie jednej z powinności, cenionej na równi ze służbą dyplomatyczną, opłacaniem zaciężnych żołnierzy, wspieraniem monarchy radą i elokwencją. W XVI stuleciu rycerz przekształcił się w dworzanina. Ze względu na znaczny udział szlachty w społeczeństwie i relatywnie niewielką liczbę dworów (królewskich, magnackich, biskupich) ten model życia i kariery przez krócej niż stulecie stanowił konkurencję dla modelu, który zdominował kulturę szlachecką. Mowa oczywiście o szlachcicu-ziemianinie. Jego etos również wywodził się wprost z kultury rycerskiej, a przede wszystkim z tych jej elementów, które podkreślały odrębność i wyjątkowość szlachty, usprawiedliwiając tym samym jej uprzywilejowanie. Na przykład, herby, będące w średniowieczu wyznacznikami przynależności rodowej, stały się atrybutem szlachectwa – używania ich zabroniono prawnie plebejuszom. W ­sztuce natomiast, rycerski rynsztunek służył heroicyzacji szlachciców, podkreślając, że w pierwszej kolejności są oni żołnierzami, obrońcami ojczyzny. Jak silny był to stereotyp, świadczy fakt, że znamy zaledwie dwa szesnastowieczne szlacheckie nagrobki, na których zmarły nie został przedstawiony w zbroi! Rzeźbę uzupełniało malarstwo – popularna szczególnie w kręgach magnackich moda na portretowanie się w zbrojach przetrwała aż do końca I Rzeczypospolitej. Kultura materialna była nośnikiem kultury duchowej. Spadkobiercy rycerstwa wysoko cenili sobie honor i działanie dla dobra publicznego, gotowi byli do najwyższych poświęceń – zarówno dla zdobycia sławy i bogactw, jak i obrony chrześcijaństwa – wymagali od siebie dobrych manier, uczciwości i odwagi. Niestety, przejęli również niechęć do wiedzy teoretycznej i specjalistycznych umiejętności. W owych kolejnych wariantach etosu wojownika Grunwald wciąż był obecny, ale już się one wokół niego nie ogniskowały. Pamięć o bitwie wzmacniała mit równości wszystkich szlachetnie urodzonych. Wśród zwycięzców nie było przecież „lepszych” i „gorszych”, a ich wkład w końcowy sukces nie był wprost proporcjonalny do posiadanego majątku i urzędów (większość przedchorągiewnych, czyli elity rycerstwa nie posiadała żadnych godności ziemskich lub dworskich). Ze szczegółów starcia najchętniej i najczęściej wspominano te podkreślające krzyżacką pychę i jej surowe ukaranie. Motyw wodza i żołnierzy, którzy przed walką czuli się jej zwycięzcami, po czym przegrywali ją tracąc życie, był dla młodych bezcenną nauką, a dla starszych niekiedy osobistym doświadczeniem. Butnym, a przez to bezbożnym Krzyżakom przeciwstawiano pokornych, a więc pobożnych, Polaków, których przedstawiano jako narzędzie w ręku Najwyższego. Wokół tych wątków koncentrowały się pisane w XVI stuleciu poematy o grunwaldzkiej wiktorii: napisana na stulecie bitwy anonimowa Staroświecka pieśń o pruskiej porażce, która się stała za króla Jagiełła Władysława, Wojna pruska Jana z Wiślicy z roku 1516 czy opublikowany w roku 1582 wiersz Macieja Stryjkowskiego O sławnej wojnie i szczęśliwej bitwie Jagiełłowej i Witołdowej z Krzyżaki pruskimi i xiążęty Niemieckiej Rzesze roku 1410. Dość zacytować początek ostatniego ze wspomnianych utworów:

Zbroję i dzielność mężów wysławiam Sarmackich,

I potłumioną hardość wielkich sił Krzyżackich,

Hardość, którą Bóg niszczy, a pokorę lubi,

Cichych na stolce wsadza, pysznych z carstwy gubi.

 O zwycięstwie z roku 1410 pamiętano jako o praźródle odzyskania Pomorza i zhołdowania Prus. Choć w szeregach pokonanych walczyli rycerze z różnych krajów, w świadomości historycznej Polaków już XV wieku Krzyżaków zastąpili Niemcy. Od czasu bitwy pod Byczyną w roku 1588 niemal do końca swego istnienia Rzeczpospolita nie walczyła z innymi katolickimi państwami, co nie przeszkadzało, by wspomnienie Grunwaldu służyło bieżącym celom politycznym i wojennej mobilizacji społeczeństwa. Znamienne, że gdy w trudnym XVII stuleciu ku pokrzepieniu serc wspominano Jagiełłową wiktorię, to na malowidłach stroje krzyżackie do złudzenia przypominały tureckie. Do antyniemieckości powrócono dopiero w XIX wieku i ta wizja bitwy do dziś pozostaje obecna w polskiej pamięci historycznej.

Dariusz Piwowarczyk

Chwała zwycięzcom! Rankiem 15 lipca 1410 roku po kilkunastokilometrowym marszu oddziały polskie i litewskie zatrzymały się w pobliżu jeziora Lubień. Gdy król Władysław Jagiełło szykował się do wysłuchania Mszy Świętej, do polowej kaplicy przybyli gońcy z wiadomością, że od północnego zachodu napływają oddziały krzyżackie. Ogłoszono alarm. Król rozkazał marszałkowi królestwa, Zbigniewowi z Brzezia, aby przy pomocy kilku chorągwi zabezpieczył siły główne przed niespodziewanym atakiem nieprzyjaciela, a jednocześnie uchwycił dogodne dla nich pozycje. Podczas Mszy, w których król Władysław nabożnie uczestniczył, wojska polsko-litewskie zajmowały wyznaczone pozycje, klucząc w labiryncie pagórków i dolinek. Na szczęście Krzyżacy nie spieszyli się z atakiem, w przeciwnym wypadku bitwa na polach Grunwaldu mogłaby przejść do historii jako kolejna wygrana rycerzy z czarnym krzyżem na płaszczach. Obydwie strony oczekiwały, że bitwa, która za chwilę rozgorzeje, będzie ważnym, może nawet przełomowym punktem w historii stosunków polsko-litewsko-krzyżackich. Zamiarem Władysława Jagiełły było zatrzymanie ekspansji państwa zakonnego. Polska wzmocniona najpierw mądrą polityką gospodarczą Kazimierza Wielkiego, potem unią z Litwą, mogła wreszcie stanąć do równorzędnej walki z potęgą Zakonu Szpitala NMP Domu Niemieckiego. By nie zmarnować świetnej okazji, dyplomacja Polska unikała wszelkich kompromisów, które to zadanie dodatkowo ułatwiała jej pycha cechująca przywódców Zakonu. Wreszcie 6 sierpnia 1409 roku Wielki Mistrz Ulryk von Jungingen wypowiedział Polsce wojnę. Operacje kampanii 1409 roku ograniczały się głównie do wzajemnego pustoszenia ziem i walk o niektóre twierdze, z których największe znaczenia miała Bydgoszcz. Było to jednak tylko preludium do wielkiej konfrontacji roku następnego. Działania wojenne roku 1410 w zamyśle Jagiełły i jego doradców miały doprowadzić do rozstrzygającej bitwy. Nie było jednak pewne, czy Krzyżacy odważą się stawić czoła w polu dysponującej liczebną przewagą armii polsko-litewskiej. Gdyby skryli się za murami zamków i ufortyfikowanych miast, wojna zamieniłaby się w pasmo uciążliwych oblężeń. Aby zatem przeciwnika „wyprowadzić w pole” polski król postanowił skierować swą armię na stolicę państwa zakonnego – Malbork. Obawy okazały się płonne. Wielki Mistrz przyjął wyzwanie. Wiedział, że zamknięcie się w twierdzach oznacza wydanie na łup przeciwnika wspaniale zagospodarowanych ziem. Zapewne też do otwartej konfrontacji pchała go duma rycerska. Polska armia swój marsz na pola Grunwaldu zaczęła od imponującego osiągnięcia taktycznego i saperskiego – przeprawienia oddziałów przez Wisłę w okolicach Czerwińska po moście zbudowanym na łodziach. Nie było to wprawdzie militarne novum – konstrukcję podobną opisywał jeden z ówczesnych podręczników sztuki wojennej – mimo to manewr ów zaskoczył Wielkiego Mistrza, który nie był w stanie w żaden sposób mu przeciwdziałać. Koncentracja wojsk unii polsko-litewskiej została wiec przeprowadzona bez przeszkód. Połączone armie ruszyły na Malbork. Krzyżacy zastąpili im drogę dopiero w oparciu o umocnione brzegi rzeki Drwęcy i zamek w Kurzętniku, jednak dowództwo polskie nie zdecydowało się na forsowanie rzeki w tak niekorzystnych warunkach, postanawiając się wycofać i pomaszerować na stolicę państwa krzyżackiego inną drogą. Wrogie armie spotkały się ponownie w okolicy wsi Grunwald i Stębark. Koncentracja wojsk polskich ze względu na trudny do przebycia teren przeciągała się. W tej sytuacji Jagiełło nie spieszył się z rozpoczęciem bitwy. Po wysłuchaniu dwu Mszy pasował na rycerzy sporą grupę giermków. Niecierpliwili się za to stojący w otwartym terenie Krzyżacy. Lipcowe słońce dawało im się szczególnie we znaki. By zatem przyspieszyć bitwę, Ulryk von Jungingen wysłał do króla Jagiełły i księcia Witolda dwóch heroldów z nagimi mieczami. Pełna buty przemowa nie wyprowadziła jednak króla z równowagi. Przyjął podarunek w imię Boga, a jako że armia polsko-litewska kończyła już przygotowania, wkrótce dał rozkaz do rozpoczęcia bitwy. Na polach Grunwaldu stanęły naprzeciw siebie dwie armie konne. Obie posiadały tę samą liczbę chorągwi – pięćdziesiąt jeden. Jednak chorągiew chorągwi nierówna. Armia polsko-litewska, według szacunków historyków, dysponowała prawie dwukrotną przewagą liczebną nad przeciwnikiem. Nieżyjący już wybitny badacz tematu Andrzej Nadolski szacował liczebność armii krzyżackiej na ok. piętnaście tysięcy, podczas gdy pod rozkazami Jagiełły zebrała się dwudziestotysięczna armia Królestwa i liczące dziesięć tysięcy wojowników wojska Wielkiego Księstwa. Tak ogromna dysproporcja sił nie wróżyła Panom Pruskim niczego dobrego. Wbrew legendom Krzyżacy nie mogli liczyć na rzekomą wyższość techniczną swych wojsk. Rozpowszechniona między innymi przez film Aleksandra Forda pt. Krzyżacy wizja wojsk zakonnych jako masy zakutych w stal rycerzy w białych płaszczach ma niewiele wspólnego z piętnastowieczną rzeczywistością. Pomijając fakt, że na polach bitew bracia zakonni raczej nie używali płaszczy mogących krępować ruchy, należy podkreślić, że mnichów-rycerzy uprawnionych do noszenia strojów z czarnym krzyżem nie było wcale tak wielu. W okresie bitwy grunwaldzkiej w Prusach było ich blisko sześciuset, z czego na polu bitwy znalazło się zaledwie około dwustu pięćdziesięciu. Większość z pozostałych kilkunastu tysięcy walczących po stronie krzyżackiej stanowili świeccy poddani Zakonu zobowiązani prawnie do służby wojskowej, a więc: posiadacze ziemi na prawie rycerskim, sołtysi itp., a także rycerze z Zachodu wspierający Zakon w „wyprawach krzyżowych” oraz najemnicy. Uzbrojenie wojowników zależało głównie od ich zamożności. Obok zakutych w stal braci, gości Zakonu, kondotierów czy zamożnej szlachty, było wielu biedniejszych osłoniętych jedynie kolczugą, czasem uzupełnioną o stalowe płyty czy też kamizele z naszytymi (jedna przy drugiej) płytami stalowymi. Armia krzyżacka nie różniła się więc wiele od swych polskich przeciwników, nawet od wojowników litewskich – zniemczeni Prusowie nie stronili od zbroi i oręża typu wschodnioeuropejskiego, a pewne jego elementy (jak choćby lekkie włócznie) wykorzystywali nawet dostojnicy Zakonu. Należy zastrzec, że wojownik litewski czy ruski to nie ubrany w skóry i uzbrojony w maczugę dzikus, wprost z kart sienkiewiczowskich Krzyżaków, ale mąż zbrojny w miecz i lekką włócznię, nierzadko okryty zbroją łuskową, ze stożkowatym, odkrytym hełmem na głowie. W końcu, na rozkaz królewski do boju ruszyły chorągwie litewskie, a potem polskie. Uszykowane w głębokie kolumny, poprzedzane przez kilka rzędów najsprawniejszych i najlepiej uzbrojonych rycerzy, tworzących tzw. klin, z ogromnym impetem starły się z tak samo uformowanymi chorągwiami krzyżackimi. Środek kolumn zapełniali lżej uzbrojeni strzelcy zasypujący nieprzyjaciela gradem bełtów wypuszczanych z kusz. Zwarcie czołowe takich dwóch rozpędzonych taranów musiało być widokiem fascynującym. Towarzyszył mu huk rozbijanych pancerzy, łamanych kopii i tarcz. Gdy okazywało się, że zwarcie nie przynosi sukcesu, chorągwie wycofywano, porządkowano i szykowano do ponownej szarży. Zmagania rycerstwa w bitwie pod Grunwaldem odbiegały więc dość znacznie od pokutującego do dziś w potocznej wyobraźni obrazu dwóch armii uszykowanych „w płot” czyli w kilka równoległych szeregów rycerzy. Gdyby tak było, po szarży bitwa zamieniłaby się w szereg oderwanych od siebie pojedynków poszczególnych wojowników. Wszelki manewr byłby w takim wypadku niemożliwy. Badania ostatnich dziesięcioleci sfalsyfikowały jednak stare teorie. Chorągwie uformowane w kolumny dawało się łatwo wycofywać czy przerzucać na inny odcinek zmagań. Jako nieprawdopodobną należy także odrzucić opowieść o przygotowaniu przez Krzyżaków przed bitwą „wilczych dołów”, mających przetrzebić szarżującą ciężką jazdę polską. Po pierwsze, nie ma na ten temat wzmianek w źródłach z epoki, a po drugie, z relacji wynika, że do spotkania na polach Grunwaldu doszło dosyć przypadkowo. Obie armie zajęły stanowiska dopiero rankiem 15 lipca, nie miały zatem czasu na pracochłonne prace saperskie. Pierwszy etap bitwy zdawał się nie zapowiadać późniejszej katastrofy wojsk krzyżackich. Dzielnie stawiły one czoła siłom unii, a na swoim lewym skrzydle wkrótce zaczęły brać górę nad Litwinami. W pewnym momencie litewskie prawe skrzydło załamało się i uciekło z pola walki. Na szczęście pułki smoleńskie, wsparte posiłkami polskimi nie pozwoliły Krzyżakom na rozbicie reszty ugrupowania. By oddać sprawiedliwość Litwinom, należy podkreślić, że później spora część uciekinierów zawróciła na pole bitwy. Z czasem jednak przed oczami triumfujących początkowo Krzyżaków zamajaczyło widmo klęski. Mimo dzielnej postawy tracili siły. Przewaga liczebna wojsk unii pozwalała królowi na manewrowanie wojskami, na wycofywanie strudzonych walką chorągwi. Krzyżacy nie mieli rezerw. Uderzenie szesnastoma wyciągniętymi skąd się tylko dało chorągwiami na polskie prawe skrzydło nie powiodło się. Wkrótce wojska krzyżackie znalazły się w kotle, otoczone przez Polaków i powracających Litwinów. W tak rozpaczliwej sytuacji bracia zakonni mieli tylko dwa wyjścia: bronić się do ostatka bądź próbować wyrwać się z matni i uciekać. W zbiorowych mogiłach znalezionych na polach Grunwaldu odkryto wiele szkieletów, które nosiły ślady licznych obrażeń. Należały więc raczej do przegranych, którzy nie widzieli innego wyjścia, jak mimo wyciekających z krwią sił walczyć do końca. Mimo wszystko wielu Krzyżakom i ich żołnierzom udało się wyrwać z okrążenia. Nie oznaczało to wolności. Droga na północ zaścieliła się trupami uciekinierów dopadniętych przez polski pościg. Gdy padł ostatni punkt oporu – obóz krzyżacki – bitwa była skończona. Zginęła w niej prawie cała starszyzna krzyżacka z wielkim mistrzem Ulrykiem von Jungingen na czele. Do dziś nie jest jasne, w jakich okolicznościach padł zwierzchnik Zakonu. Rozpowszechniona między innymi przez wizję malarską Jana Matejki wersja o śmierci wielkiego mistrza z rąk piechoty chłopskiej jest nieprawdopodobna, jako że w tej bitwie piechota nie brała udziału. Nie wspominają o tym żadne źródła. Ponadto, zdrowy rozsądek mówi, że wysyłanie do walki luźnej, tzn. nieuformowanej w potężne czworoboki, piechoty chłopskiej, nie miało żadnego sensu. Nie tylko byłaby ona nieskuteczna, ale w dodatku sama miałaby spore problemy z przeżyciem. Niestety, porażającego zwycięstwa na polu bitwy nie udało się stronie polsko-litewskiej odpowiednio wykorzystać. Okazało się, że siła państwa krzyżackiego polega nie tyle na mocnej armii, co na sprawności organizacyjnej. Posuwająca się wolno w kierunku Malborka armia Władysława Jagiełły musiała zdobywać kolejne zamki, by stanąć bezradnie pod potężnymi murami stolicy państwa krzyżackiego i po niezbyt długim oblężeniu wycofać się do Polski i na Litwę. Adam Kowalik

Z wiadomości apokaliptycznych: Rozwalono mury Babilonu Jeżeli komuś się wydaje, że wojna XXI wieku nic nie niszczy, że te bomby amerykańskie latają inteligentnie uważając, aby w nic ważnego nie walnąć, że miejscowi wiedzą co uszanować, a remont zabytku zawsze idzie mu na dobre, to ten ktoś jest nieco w błędzie. Cóż oznaczały te mury niegdyś, czym są teraz i co symbolicznie oznacza ich rozwalenie?

Runął wielki Babilon Sprawa pewnie by się nie wydała, pokrył by ją pył, gdyby nie zainteresowało się nią biuro światowego dziedzictwa kultury UNESCO, na którego listę Irak stara się wpisać to miejsce, w oczekiwaniu na dotację na dalsze remonty. Odbyły się już dwa przetargi, na których dokładnie udokumentowano stan zabytków o których ochronę zabiegano, niestety UNESCO uznaje, że jest to już za bardzo rozwalone, żeby dało się to ratować i już nijakiego dziedzictwa nie stanowi. A przecież mury Babilonu uważane były przez Starożytnych Greków za jeden z siedmiu "cudów świata", są wielkim nadal symbolem religijnym i kulturowym, miały trwać wiecznie, a ich runięcie w wielu religiach symbolicznie zapowiada koniec świata

http://www.csmonitor.com/World/Middle-East/2012/0525/A-race-to-shore-up-the-ancient-walls-of-Babylon)

Fakty o Babilonie Nie było miasta na ziemi, które w starożytności miałoby sławę Babilonu. Babilon(gr. Βαβυλών Babylon z języka akadyjskiego: "Babilani" – brama bogów) to starożytne miasto położone w Mezopotamii, nad Eufratem, dawna stolica Babilonii. W Apokalipsie Świętego Jana – symbol wszelkiego zła; przeciwieństwo Syjonu, miejsce szatana i ucisku niewinnych. Izajasz nazwał go „perłą królestw” (Iz.13:19), a Jeremiasz „złotym kielichem upijającym ziemię” (Jer.51:7). Herodot, historyk grecki, napisał, że „jego splendor górował nad wszystkimi miastami świata”. Tę legendę zweryfikowano na początku XX wieku, podczas wykopalisk prowadzonych przez Niemców pod kierownictwem Roberta Koldeweya w latach 1889-1917, wówczas zlokalizowano zarys miasta i najważniejsze pałace, bezprecedensową liczba świątyń wielkich bóstw: Marduka, Isztar, Nergala i Hadada, oraz to co uznano za "cuda" starożytnego świata: "Wiszące Ogrody" czy "wieżę Etemenanki". W czasach króla Nabchodonozora (605-562 przed Chrystusem) Babilon mierzył 16 -17 km w obwodzie. Dla porównania Niniwa miała „tylko” 12 km, cesarski Rzym 10 km, zaś Ateny u szczytu potęgi 6.5 km. Rzeka Eufrat nawadniała ziemię uprawną wewnątrz murów i dostarczała świeżej wody do picia, perfekcyjnie robiono zapasy żywności, co pozwalało mieszkańcom przetrwać wieloletnie oblężenie. Babilon nazywano „wiecznym miastem”, a imię "Nabuchodonozor" symbolicznie oznaczało niepokonanego władcę, mszczącego się na Izraelu i jego potomkach, za jakich w sensie duchowym uważają się także chrześcijanie. Inni następujący po Nabuchodonozorze władcy przybierali jego imię, co miało ich magicznie wzmacniać, przez przypominanie o dziedzictwie. 

Zapowiedzi upadku Babilonu To częsty motyw pism apokaliptycznych prorockich Starego Testamentu, większość z tych zapowiedzi poczynił prorok Izajasz około 700 roku p.n.e., kiedy Babilon tętnił życiem, a lata największej świetności miał dopiero przed sobą. Podbicie Egiptu uczyniło królestwo babilońskie największym mocarstwem ówczesnego świata. Dwukrotnie uderzył na Judeę, a po 18-miesięcznym oblężeniu zburzył Jerozolimę, paląc świątynię i uwożąc jej skarby do siebie. "W owym czasie słudzy Nabuchodonozora, króla babilońskiego, wyruszyli przeciw Jerozolimie i oblegli miasto. Nabuchodonozor, król babiloński, stanął pod miastem, podczas gdy słudzy jego oblegali je. Wtedy Jojakin, król judzki, wyszedł ku królowi babilońskiemu wraz ze swoją matką, swymi sługami, książętami i dworzanami. A król babiloński pojmał go w ósmym roku swego panowania". (2Krn.24). Starożytny Babilon realnie upadł i to w ciągu zaledwie jednej nocy, po zwycięskich działaniach króla perskiego Cyrusa II, w 539 roku przed Chrystusem. Na jednej ze współczesnych temu zdarzeniu tabliczek klinowych zapisano: ‘26 dnia 12 miesiąca 37 roku Nabukadnezara, do miasta Borsippa dostał się szakal”. Szakal to zwierzę płochliwe, jeżeli gdzieś jest szakal, to znaczy że faktycznie jest to ruina. Zwycięzca zezwolił Żydom na powrót z "niewoli babilońskiej" i odbudowę Jerozolimy. Babilon upadł na znaczeniu, a jego budowle przysypał piasek pustyni. (Por. Sekrety Biblii, Alfred Palla,  http://www.kosciol.pl/article.php/20050103124407449/print)

 Czy da się odbudować Babilon i osobiście zyskać na przejęciu jego legendy? Niejeden już tego chciał, niemniej późniejsze próby odbudowy znaczenia „przeklętego” Babilonu nigdy nic nie dały, przyniosły natomiast osobiste nieszczęście władcom, których poniosła ta ambicja. W Babilonie zmarł w 323 roku p.n.e. Aleksander Wielki, który zamierzał uczynić  go stolicą swojej uniwersalnej monarchii, wkrótce po ogłoszeniu się „nowych Nabuchodonozorem” umarł Saddam Husajn, dyktator Iraku stracony w 2003 r. przez powieszenie. To zadziwiające, ale ten, którego wizerunek medialny był szkicowany jako bojującego wyznawcę Islamu w istocie był neopoganinem, wyznającym i propagującym własną mieszaninę Islamu ze starożytnymi religiami Babilonu. W młodości był niewątpliwie wychowany na muzułmanina sunnitę, jednak pod wpływem socjalistycznej ideologii partii Baas, bliższy stał mu się światopogląd materialistyczny. W okresie swoich rządów w Iraku na przemian akcentował swoje przywiązanie do islamu, bądź do areligijności, czy do starożytnej religii babilońskiej. W końcu w jego ideologii Islam zatryumfował, bo w momencie przed egzekucją wezwał Allacha. Nas interesuje to, że dużym elementem propagandy jego władzy było zbudowanie sobie pałacu na miejscu wykopalisk w Babilonie i umieszczenie na nim napisu informującego że uważa się za "syna Nabuchodonozora". Nakazał wykonanie 60 mln cegieł z napisem: "W erze prezydenta Saddama Husajna, niech Bóg ma go w swojej opiece, który odbudował Babilon, jako obrońca wielkiego Iraku i twórca cywilizacji". Z Nabuchodonozorem II, kazał się portretować na monetach i propagandowych portretach, na tym królewskim micie pragnął opierać legitymizację koncentracji swojej władzy i dla tego rozpoczął wielką odbudowę ruin Babilonu. http://www.wprost.pl/ar/92088/Brama-bogow/?I=1230)

Właśnie ta pycha Saddama stała się przyczyną ostatecznego, materialnego upadku prawdziwych materialnych resztek mitycznych murów. "Jeśli nie zrobimy dzisiaj czegoś skutecznego, w ciągu najbliższych 10 lat znikną całkowicie,"mówi o murach Thierry Grandin, konsultant Funduszu Światowego Zabytków nadzorujący w tych dniach wzniesienie drewnianego rusztowania dla robotników usiłujących destabilizować 2,6 tysiąc-letnią północną ścianę. Stolica imperium babilońskiego, jeden z cudów starożytnego świata, przeżywa teraz ciężkie czasy. Wprawdzie tylko jeden z zachowanych najstarszych, biblijnych, 4.000-letnich odcinków został wykopany na powierzchnię, lecz także to co pod nad ziemią zostało zniszczone przez wiatr i słoną wodę, uszkodzona została także rekonstrukcja dla turystów. Ingerencje Saddama Husaina na terenie wykopalisk, a w Babilonie niemal wszystko można nazwać terenem wykopalisk, to nie tylko rekonstrukcje, ale też budowa dla siebie pałacu „ala Nabuchodonozor”. Robił to bez zachowania konserwatorskich zasad wyraźnego oddzielania starych cegieł od nowych, cegły użyte "w erze Saddama Husajna" powtarzają oznakowania stosowane za panowanie biblijnego króla Nabuchodonozora. Puste przestrzenie w ścianach, mające swój konstrukcyjny sens, niefachowo uzupełniali również amerykańscy żołnierze później kontrolujący ten obszar, działania te nie były dokonywane pod kierunkiem fachowych archeologów, Saddam robił co chciał, bo był dyktatorem, także nikogo nie pytali o wskazówki żołnierze stacjonujący w wykopaliskach po upadku reżimu, bo działali prawem potrzeby wojennej.

Mury Babilonu Miasto otoczone było najlepszym system obronnym starożytności, opartym na fortyfikacji podwójnego muru, którego każda warstw miała około 8 m. Mur miał trzy podstawowe składniki: wielkie transportowane z daleka kamienie, cegłę glinianą wypalaną na słońcu i mułową zaprawę. Przestrzeń między nimi wypełniał gruz, a łączna grubość konstrukcji wynosiła ok. 24 m, tak że w przestrzeni na szczycie chodzili przechodnie i mogły się w pędzie wyminąć dwa czterokonne zaprzęgi. Fortyfikacja posiadała też oczywiście bramy, wieże służące do obserwacji i komunikacji, pomieszczenia dla wojska i składowania broni. Pomimo, że Babilon od tysiącleci nie był potężny, jego opuszczone budowle spokojnie trwały. Na terenie pustynnym, jeżeli systematycznie nie usuwa się piasku, zasypywanie następuje samoczynnie w bardzo szybkim tempie, poziom gruntu wszystkich pustynnych osad podnosi się szybko, przysypane budowle podwyższa się, tak że miasta stoją niejako jedne na drugich. Aby odkopać coś sprzed kilku tysiącleci, potrzeba nam jedynie cierpliwości w kopaniu i coś się zaraz znajdzie. Budowla mułowa odnaleziona po kilku tysiącach lat wymaga jedynie obmiecenia z piasku i jest ona praktycznie „jak nowa”, nie ma takiego czynnika jak w polskim klimacie, że drewno butwieje, deszcz niszczy, a gwoździe korodują, co powoduje samozniszczenie budowli. Dla tego to co odnalazło się w niemieckich wykopaliskach na początku XX wieku, było niemal doskonałymi murami Babilonu, naruszonymi jedynie w takim stopniu w jakim nieco naruszył je Cyrus Wielki. Nie odkopywano jednak wówczas całości zachowanych murów, jedynie jeden odcinek dla badaczy i turystów, nawiasem mówiąc to niemieckie zainteresowanie Babilonem, przywiezienie do Berlina fragmentów bramy Isztar

http://pl.wikipedia.org/wiki/Brama_Isztar

miało wpływ na ideologię Hitlera. Niemcy nie odbudowywali wprost Babilonu, lecz symbolicznie wzmacniali Berlin, przez zamontowanie w nim centralnego elementu murów niezdobytego miasta.

Runęły mury Babilonu Teraz kruche zwietrzałe mury starego miasta, pod zasypane czy te widoczne, są zgniatane przez cięższe nowoczesne cegły, ich struktura została chaotycznie wymieszana przez różne współczesne wykopy. Ciężar nowych betonowych budowli naciska na to co pod ziemią, zmieniając ukierunkowanie strumieni spiętrzonych wód gruntowych, woda napotykająca na beton z epoki Saddama Husajna, zmienia swój kierunek i bije prosto w tysiącletnią strukturę murów. Ciekawe, że dotychczas zachowane budowle konserwowały skrystalizowane warstewki soli, stopniowo pokrywające słoną polewą strukturę ściany. Trzymało się to świetnie w harmonijnej w całości soli z mułem, dopóki mury od środka nie zaczęły nasiąkać tą wybijającą ze spodu wodą gruntową. Rozmoczona sól przestaje utrzymywać całość i w szybkim tempie, to co kilka tysięcy lat samo bez konserwacji się trzymało, w tych dniach staje się jednolitym mokrym piaskiem. Obecny projekt ochrony obejmuje mapowanie szkód poprzez skanowanie trójwymiarowe, aby zobaczyć, jak ustabilizować grunt i zmienić strukturę kanalizacyjną na znośną, zmienić na znośną, bo tej przedwiecznej już przywrócić się nie da. 

Czy to nasi chłopcy rozwalili Babilon? Po zakończeniu II Wojny w Zatoce (2003-4) niedaleko częściowo zrekonstruowanych pozostałości Babilonu znajdowała się główna baza wojsk polskich w Iraku, tzw. "Camp Babilon". Stacjonowało tam w sumie ponad 2500 żołnierzy, obok Polaków znaczną część stanowili żołnierze armiiamerykańskiej, Ukrainy, Litwy, Łotwy oraz Salwadoru. Od stycznia 2004 r. w Camp Babilon rozpoczęła działalność wieloosobowa Narodowa Komórka Wywiadowcza (National Intelligence Cell, NIC), której trzon stanowili żołnierze WSI. W kwietniu 2004 roku Camp Babilon zlikwidowano, przenosząc Dowództwo MND CS do Ad Diwanijah (Camp Echo), przywracając miejscu rangę rezerwatu kultury materialnej. Galeria http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dzielo_zniszczenia_zabytkow_babilonu_101664-1-1-d-17-.html#galeria-miniatury "Baza wojskowa „Camp Babylon” pozostawiła po sobie zniszczenia, które można porównać tylko z plądrowaniem muzeum w Bagdadzie w 2003 r. (przez rok stacjonowali tam polscy żołnierze). Wozy opancerzone pokruszyły ceglane podłogi sprzed ponad 2600 lat, środek miasta szpeci kilkanaście rowów, a część stanowiska zniwelowano pod lądowisko dla helikopterów. Tysiące worków wypełniono ziemią i piaskiem wymieszanymi z fragmentami ceramiki i starożytnych cegieł. Gdy na skutek protestu archeologów wojskowi zaniechali tej praktyki, do „Camp Babylon” przywieziono piasek z innych stanowisk archeologicznych - badacze nie są w stanie oddzielić ich od lokalnych znalezisk." http://www.wprost.pl/ar/92088/Brama-bogow/?I=1230 Polacy w Babilonie. Najpierw Saddam Husajn jako "następca Nabuchodonozora" rekonstruował Babilon po swojemu, potem Amerykanie urządzili tam bazę i lądowisko dla helikopterów. To, co zostało, przejęli Polacy http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,6810569,UNESCO__Zolnierze_zniszczyli_Babilon.html)

Jak wygląda dzisiaj Babilon?  "Arabowie czują lęk przed miastem. Wolą budować tuż za murami. Współczesne miasteczko to typowe arabskie osiedle, niczym nieróżniące się od Hillah, Kut czy Quadisiji. Pełne orientalnego zgiełku i ostrych zapachów. Na każdym niemal kroku Europejczyk potyka się o historię. W Księdze Daniela czytamy, że „król kazał ustawić złoty posąg na równinie Dura, w prowincjibabilońskiej” (Dn 3,1). Nahr Dura to nazwa rzeki wpadającej w okolicach Hillah do Eufratu. Daniel opisuje ogniste piece, do których Nabuchodonozor kazał wrzucić trzech żydowskich młodzieńców. Tego rodzaju piece w tych okolicach płoną do dzisiaj. Oglądałem taki piec służący wtedy i teraz do wypalania cegieł. Przy wewnętrznych ścianach leżały ułożone w stosy surowe cegły. Robotnik na pół nagi i bez rękawic wlewał do jednego z otworów w wewnętrznej ścianie mieszaninę oleju i sieczki. Płomień buchał w palenisku pośrodku stożkowatej konstrukcji pieca. Kiedy doleje się do opału odpowiednią ilość oleju, można uzyskać temperaturę nawet tysiąca stopni. Dymy z tych pieców i dziś snują się po błękitnym irackim niebie." (Adolf Ruczyński, "W drodze do Babilonu").

Babilon a Apokalipsa Zagłada Babilonu w opisie Biblijnym 18 księgi Izajasza: "1 To mówi Pan: Oto sprowadzę na Babilon i na mieszkańców Chaldei niszczący wiatr. 2 Poślę do Babilonu tych, co przesiewają [zboże], i przesieją go, i spustoszą ziemię, bo się zewsząd zwrócą przeciw niemu w dniu klęski. 3 Niech żaden z łuczników nie napina swego łuku ani niech się nie przechwala swoim pancerzem! Nie oszczędzajcie jego młodzieży, zniszczcie całe jego wojsko! 4 Legną zabici w ziemi chaldejskiej, przebici na jej ulicach. 5 Bo nie owdowiał ani Izrael, ani Juda po swoim Bogu, Panu Zastępów. Kraj zaś ich jest przepełniony winą wobec Świętego Izraela. 6 Uciekajcie ze środka Babilonu! Każdy niech ratuje swe życie! Nie gińcie z powodu jego grzechu! Nastał bowiem czas odwetu u Pana, daje On mu zapłatę za to, co uczynił. 7 Babilon był w ręku Pana złotym kielichem, upajającym całą ziemię. Jego wino piły wszystkie narody, dlatego w szał popadły. 8 Niespodziewanie upadł i załamał się Babilon: podnieście nad nim lament! Weźcie balsam na jego ranę, może odzyska zdrowie. 9 Staraliśmy się Babilon uzdrowić, lecz się nie dał wyleczyć. Porzućmy go! Niech każdy idzie do swej ziemi! Albowiem sąd nad nim dosięga nieba i aż w obłoki się wznosi. 10 Ukazał Pan naszą sprawiedliwość. Chodźmy, głośmy na Syjonie dzieło Pana, Boga naszego! 11 Ostrzcie strzały, przygotowujcie tarcze! Pan pobudza ducha króla Medii, bo jego zamiary dotyczą zniszczenia Babilonu; jest to zemsta Pana, zemsta za Jego świątynię. 12 Podnieście znak przeciw murom Babilonu, wzmocnijcie straże! Postawcie posterunki, przygotujcie zasadzki! Jak bowiem postanowił Pan, tak wprowadza w czyn to, co ogłosił przeciw mieszkańcom Babilonu. 13 Ty, co mieszkasz nad wielkimi wodami, wielkie skarby posiadasz: nadszedł twój kres, dopełniła się twa miara. 14 Pan Zastępów przysiągł na swe imię: Nieuchronnie napełnię ciebie ludźmi jak szarańczą, i podniosą nad tobą okrzyk wojenny. 15 On uczynił ziemię swoją mocą, umocnił świat swoją mądrością i swoim rozumem rozpostarł niebo. 16 Na dźwięk Jego głosu uczą wody w niebie. On podnosi chmury z krańców ziemi, On czyni błyskawice, zapowiedzi deszczu, i wysyła wiatr z jego zbiorników. 17 Nierozumny pozostaje każdy człowiek bez wiedzy; wstydzić się musi bożka każdy złotnik, bo podobizny, jakie odlał, są kłamstwem i nie ma w nich tchnienia. 18 Są one nicością, tworem śmiesznym, zginą w czasie obrachunku z nimi. 19 Nie takim jest dziedzictwo Jakuba. Wszechświat bowiem On ukształtował. Izrael zaś jest szczepem Jego dziedzictwa, Pan Zastępów Jego imię. O młocie Bożym i górze zagłady 20 Byłeś dla mnie młotem - narzędziem wojny. Miażdżyłem tobą narody, burzyłem tobą królestwa. 21 Miażdżyłem tobą konia i jeźdźca, miażdżyłem tobą wóz i jego woźnicę. 22 Miażdżyłem tobą męża i kobietę, miażdżyłem tobą starca i dziecko, miażdżyłem tobą młodzieńca i dziewicę. 23 Miażdżyłem tobą pasterza i jego trzodę, miażdżyłem tobą rolnika i jego zaprzęg, miażdżyłem tobą rządców i kierowników. 24 Odpłacę Babilonowi i wszystkim mieszkańcom Chaldei za wszystko zło wyrządzone Syjonowi na waszych oczach - wyrocznia Pana. 25 Oto Ja na ciebie, góro zagłady - wyrocznia Pana - która wyniszczyłaś całą ziemię, wyciągnę na ciebie rękę i zepchnę cię ze skały, czyniąc cię górą płonącą. 26 Nie będą brać z ciebie kamienia węgielnego ani kamienia pod fundament, ale będziesz opuszczona na wieki, wyrocznia Pana. 27 Wznieście znaki w kraju! Dmijcie w trąby wśród narodów! Do świętej wojny z nim przygotujcie narody! Zwołajcie przeciw niemu królestwo Ararat, Minni i Aszkenaz! Ustanówcie przeciw niemu dowódcę, każcie sprowadzić konie, jak najeżoną szarańczę! 28 Do świętej wojny przeciw niemu przygotujcie narody, króla Medii, jego przywódców i wszystkich jego urzędników, całą ziemię, nad którą panuje. 29 Drży ziemia i dygoce, bo się wypełniły plany Pana na Babilonie, by obrócić ziemię babilońską w niezamieszkałe pustkowie. 30 Bohaterowie babilońscy odstąpili od walki, przebywają w warownych twierdzach. Wyczerpała się ich siła, stali się jak kobiety. Budynki jego uległy spaleniu, wyłamane zostały jego zasuwy. 31 Goniec zabiega drogę gońcowi, a posłaniec posłańcowi, by zawiadomić króla Babilonu, że zdobyte jest zewsząd jego miasto, 32 że przejścia są zajęte, umocnienia spalone ogniem, a wszyscy wojownicy porażeni strachem. 33 To bowiem mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Córa Babilonu jest jak klepisko, kiedy je ubijają; już niedługo przyjdzie na nią czas żniwa. Odwet Boży za zburzenie Jerozolimy i lamentacja 34 Pożarł mnie i wyniszczył Nabuchodonozor, król babiloński, następnie porzucił jak puste naczynie. Niby smok mnie pochłonął, wypełnił swe wnętrzności moimi rozkoszami, . 35 Mój ucisk i moja nędza - na Babilonie! - powie Mieszkanka Syjonu. Krew moja - na mieszkańcach Chaldei! - powie Jerozolima. 36 Dlatego to mówi Pan: Oto Ja będę bronił twej sprawy, dopełnię twojej zemsty: każę wyschnąć jego morzu, a źródłu jego zaniknąć. 37 Babilon stanie się polem gruzów, siedliskiem szakali, przedmiotem zgrozy i drwin, pozbawionym mieszkańców. 38 Ryczą oni jak lwy w gromadzie, pomrukują niby młode lwiątka. 39 Gdy będą rozgrzani, przygotuję im ucztę, upoję ich tak, że będą oszołomieni: zasną wiecznym snem, by się już nie przebudzić - wyrocznia Pana. 40 Sprowadzę ich na rzeź jak jagnięta, jak barany wraz z kozłami. 41 Jakże została zdobyta i wzięta chluba całej ziemi? Jak się stał przedmiotem zgrozy Babilon wśród narodów? 42 Wezbrało na Babilon morze, pokryła go nawałnica bałwanów. 43 Stały się jego miasta pustynią, ziemią bezwodną i stepem, gdzie nikt nie mieszka, ani nie przechodzi tamtędy żaden człowiek. Przeciw Belowi 44 Ukarzę Bela w Babilonie, wyrwę mu z paszczy, cokolwiek pochłonął. Narody nie będą napływać doń więcej, mur Babilonu musi upaść. 45 Wyjdź, mój narodzie, spośród niego! Każdy niech ratuje swe życie przed żarem gniewu Pana! 46 Nie upadajcie na duchu ani się lękajcie wieści roznoszonej po kraju. Jednego roku obiega ta wieść, po niej następnego roku wieść druga. Tymczasem w kraju gwałt panuje, władca zwraca się przeciw władcy. 47 Dlatego oto nadchodzą dni, kiedy ukarzę bożki Babilonu. Cały jego kraj okryje hańba, a wszyscy jego zabici będą leżeli pośrodku niego. 48 Wykrzykną radośnie nad Babilonem niebo i ziemia i wszystko, co jest w nich. Z północy bowiem ciągną przeciw niemu niszczyciele - wyrocznia Pana. Odwet Boży na Babilonie 49 Również Babilon musi upaść za poległych Izraela, tak jak padli za Babilon polegli z całego kraju. 50 W drogę, którzy ocaleliście od miecza, nie zatrzymujcie się! Choć oddaleni, wspominajcie Pana, a Jerozolima niech będzie w waszej pamięci! 51 "Zawstydzeni jesteśmy, bo usłyszeliśmy zniewagę, hańba okryła nasze oblicza, bo weszli obcy do świętych przybytków domu Pańskiego". 52 Dlatego oto nadchodzą dni - wyrocznia Pana - kiedy ukarzę jego bożki, a w całym kraju będą jęczeć ranni. 53 Bo gdyby nawet aż do nieba wynosił się Babilon  i gdyby niedostępną uczynił butną swą potęgę, mimo to wyjdą ode Mnie jego pustoszyciele - wyrocznia Pana.  54 Słuchaj! Krzyk się rozlega z Babilonu i wielkie nieszczęście - z ziemi chaldejskiej. 55 Bo Pan pustoszy Babilon, sprawia, że znika zeń głośne wołanie. Huczą ich fale jak wielkie wody, rozlega się łoskot ich głosu. 56 Albowiem niszczyciel ciągnie naBabilon: jego bohaterowie zostaną pojmani, połamane ich łuki. Tak, Pan jest Bogiem odpłaty,  odpłaca niezawodnie. 57 Upoję ich przywódców i mędrców, jego rządców, urzędników i bohaterów; zapadną w wieczny sen, tak że się nie zbudzą -wyrocznia Króla, na imię Mu Pan Zastępów. 58 To mówi Pan Zastępów:Obszerny mur Babilonu zwali się doszczętnie. Wysokie jego bramy spłoną w ogniu. Na próżno więc trudzą się narody, i z powodu ognia wysilają się ludy. 59 Polecenie, jakie powierzył prorok Jeremiasz Serajaszowi, synowi Neriasza, synowi Machsejasza, gdy się ten udawał z królem judzkim Sedecjaszem do Babilonu w czwartym roku jego panowania; Serajasz był głównym kwatermistrzem. 60 Opisał zaś Jeremiasz w jednej księdze całe nieszczęście, jakie miało przyjść na Babilon, mianowicie wszystkie przepowiednie spisane przeciw Babilonowi. 61 Jeremiasz powiedział do Serajasza: "Gdy przybędziesz do Babilonu, postaraj się przeczytać publicznie wszystkie te słowa. 62 Powiesz zaś: Panie, Ty zapowiedziałeś o tym miejscu, że je zniszczysz, tak że zostanie bez mieszkańców, bez ludzi i bez bydła; pozostanie pustkowiem na wieki. 63 Gdy skończysz czytać tę księgę, przymocujesz do niej kamień i wrzucisz ją do Eufratu, 64 mówiąc: Tak niech utonie Babilon, by już nie podniósł się z nieszczęścia, jakie na niego ześlę".

Apokalipsa św Jana "Potem ujrzałem innego anioła - zstępującego z nieba i mającego wielką władzę, a ziemia od chwały jego rozbłysła.  I głosem potężnym tak zawołał: "Upadł, upadł Babilon - stolica. I stała się siedliskiem demonów i kryjówką wszelkiego ducha nieczystego, i kryjówką wszelkiego ptaka nieczystego i budzącego wstręt, bo winem zapalczywości swojego nierządu napoiła wszystkie narody, i królowie ziemi dopuścili się z nią nierządu, a kupcy ziemi wzbogacili się ogromem jej przepychu". (Ap. 18, 1-3)

"Jah pomóż nam, bo przecież nie jestem tu samTo z apelem do Ciebie gra cała RaggafayaBabilon runął jak szałas, teraz wołamy jeszcze raz" zespół "Raggafaya, "Jah" - tekst piosenki.

Maria Patynowska

Terlikowski: Newsweek i luźny stosunek do prawdy, czyli jak zdehumanizować przeciwnika „Ortokatol”, czyli tekst o mnie w najnowszym numerze tygodnika „Newsweek” jest klasycznym przykładem dziennikarstwa tegoż periodyku. Stosunek do prawdy średni, za to dużo mocnych słów, popartych autorytetem ludzi, którzy sami przyznają, że mnie nie znają, albo nie mają ze mną kontaktu od wielu lat. I konsekwentne dehumanizacja przeciwnika, z którym nawet nie chce się polemizować. Swój stosunek do prawdy dziennikarze (Violletta Ozimkowski i Marcin Marczak) pokazują już na początku, gdy sugerują, że siedziba Frondy, w której byli i rozmawiali ze mną, mieści się na warszawskiej Woli. Z tego, co mi wiadomo ul. Marszałkowska obok placu Konstytucji jest w centrum, na Śródmieściu, ale zapewne dziennikarze Lisa wiedzą lepiej o zmianach, jakie szykuje Hanna Gronkiewicz-Waltz. Mieszkanie, w którym przyjmuje gości jest, a jakże, „nieco zawilgocone” (wiadomo, że ci katole, jak niegdyś Żydzi mieszkają jak szczury w zawilgoconych chałupach, i już samo to budzi obrzydzenie), i szokuje gości wielkim obrazem Chrystusa z „cytatem z Ewangelii: nie przyszedłem potępić, przyszedłem zbawić”. Moją wielką winą jest także to, że zamiast turbanu i noża mam koszulkę (którą rzekomo często wkładam, gdy przyjmuje gości, co jest zwyczajną bzdurą, bo poza latem chodzę zawsze w marynarce i koszuli) z – o zgrozo - „obrazkiem zarodka i napisem Wszyscy byliśmy embrionami”. I już samo to pokazuje wystarczająco mocno, jak złym i bezdusznym jestem człowiekiem, że ośmielam się przypominać prawdy dość oczywiste, że wszyscy kiedyś byliśmy na zarodkowym etapie rozwoju. Zabawnym akcentem jest sugestia, jakiegoś „znajomego najbardziej kontrowersyjnego katolickiego publicysty”, który „chce zachować anonimowość, choć szeregi fundamentalistów opuścił kilka lat temu” (nie mam pojęcia o jakie szeregi chodzi, bo, tak się składa, ja do żadnej organizacji nie należę i w żadnym szeregu nie maszeruje), który oznajmia, że „Tomek od lat szykuje się na wojnę. Ma ambicje stanąć na czele krucjaty fundamentalistów katolickich”. Cóż na wojnę rzeczywiście się szykuję, tyle, że nie ja ją wypowiedziałem, a wypowiedziano ją polskiemu społeczeństwu i Kościołowi. A na czele krucjaty stanąć nie zamierzam, z bardzo prostego powodu, nie nadaje się na przywódcę niczego, nie mam aspiracji wodzowskich i nie przepadam za organizowaniem czegokolwiek. Nie wątpię, że taki przywódca, by się nam przydał, ale ja – na ile siebie znam – zwyczajnie być nim nie potrafię. Ale mniejsza z przywództwem fundamentalistów (których zwyczajnie w Polsce nie ma), zwykłym kłamstwem jest także wypowiedź, że „na razie” nie myślałem o rozwodzie, za to często myślałem, żeby żonę udusić. Zawsze kiedy wypowiadam to zdanie mówię w ten sam sposób: o rozwodzie nie myślałem NIGDY (a nie „na razie”), o tym, żeby żonę udusić wielokrotnie. Ja rozumiem, że dziennikarzom i redaktorowi naczelnemu tygodnika „Newsweek” może nie mieścić się w głowie, że ktoś nie myślał o rozwodzie, i to nie myślał nigdy, ale zmiana kontekstu wypowiedzi z „nigdy” na „na razie” jest zwyczajnym chamstwem, bo sugeruje, że za jakiś czas, to wicie rozumicie, nawet Terlikowski musi pomyśleć o rozwodzie, bo każdy o tym myśli. Dziennikarze „Newsweeka” „zapomnieli” także dodać, że za facebookową wypowiedź w sprawie Janusza Palikota przeprosiłem i to kilkukrotnie. Dziennikarze, tak się jakoś składa, nie przytoczyli też w ogóle dowodów na to, że „obrażam coraz większe grupy ludzi” czy że „żartuje z orientacji seksualnej polityków” (choć nie bardzo rozumiem, dlaczego to miałoby być zakazane). Po co zresztą w tym tekście dowody, kiedy można zwyczajnie gnoić przeciwnika. Zabawne jest też wykreowanie Tomka Maćkowiaka na głównego eksperta od Tomasza Terlikowskiego. Wicenaczelny „Forum” spotkał się ze mną ostatnio z pięć lat temu, i od tego czasu nigdy nawet ze mną nie rozmawiał (poza kontaktem na Facebooku). Ale nie przeszkadza mu to sugerować, że odszedł z Kościoła przeze mnie. Tyle, że to bujda. Kilka lat temu, kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, poprosił mnie, żebym poszedł z nim i jego dzieckiem w niedzielę palmową do kościoła na liturgię, żeby dziecko mogło się dowiedzieć, po co w przedszkolu robi się palmy. I właśnie tam jego synek widząc ukrzyżowanego Jezusa zadał pytanie: kim jest ten facet z dziurą na brzuchu. Rozumiem, że wtedy Tomek jeszcze był w Kościele, ale zapomniał o tym poinformować swoje dziecko. A teraz już nie jest, bo ja go z niego wyrzuciłem. Charakterystyczny jest także język, w jakim „Newsweek” pisze o moich poglądach. Nie ma tam miejsca na jakiekolwiek niuanse. Wiadomo, że jestem fałszywy (to jakiś znajomy ze studiów, który kiedyś był blisko, ale „dziś nie chce mnie znać”, bo uważa, że jestem fałszywy. Skąd taka opinia, skoro się ze mną nie spotyka, nie jest wyjaśnione), antypatyczny, i nawet w prywatnych rozmowach tylko „ponoć” potrafię być sympatyczny. Jeśli coś robię, to rzecz jasna „z pasją inkwizytora”, a jeśli coś rozpoczynam, to jest to „brutalna walka o rząd dusz”. Jest też jasne, w środowiskach katolickich, że gdybym żył w czasach Jezusa, to na pewno rzuciłbym kamień w kierunku Marii Magdaleny. Ja i moje poglądy są też tak groźne, że jakiś znajomy musi zachować anonimowość, choć „szeregi fundamentalistów” już opuścił. Powód jest zapewne taki, że gdyby się ujawnił, to napadłbym go z koszulką z zarodkiem w zębach i sprał różańcem po plecach... Strach się bać takiego strasznego człowieka. Nie żebym był zaskoczony czy choćby zniesmaczony tym tekstem. Tego się spodziewałem, a rozmawiałem z dziennikarzami „Newsweeka”, bo w odróżnieniu od Magdaleny Środy rozmawiam z każdym, kto takiej rozmowy chce. Ale tekst ten pokazuje, i to jest istotne, że w procesie dehumanizacji przeciwnika, ich obrzydzania, „Newsweek” nie cofnie się przed niczym. Warto tylko przypomnieć, że w ten sam sposób wiele lat temu, o Żydach pisały nazistowskie, a o chrześcijanach bolszewickie gazetki. I nie sposób zapomnieć, czym się to skończyło. Wtedy to nie fundamentaliści zabijali, ale fundamentalistów zabijano. W Polsce – na razie – efektem wielkiej medialnej kampanii nienawiści wobec polityków prawicy – stało się zabójstwo Marka Rosiaka. Ale ono niczego nie nauczyło Lisa i jego kolegów. Oni nadal muszą nienawiść siać, oczywiście pod pozorem walki z fundamentalizmem. Tomasz P. Terlikowski

Nie są "Schlesier", ale "Polen" Z JEm. ks. kard. Stanisławem Nagim rozmawia Anna Bałaban Niedawno świętowaliśmy 90. rocznicę powrotu ziemi pszczyńskiej do Polski. Co skłoniło Waszą Eminencję, by objąć patronatem obchody tego wydarzenia? - Przede wszystkim coraz bardziej palący problem roszczeń dotyczących autonomii Śląska. A w Pszczynie już ten problem wychodzi. I gdyby poprzez mój udział w tym wydarzeniu udało się jakoś pomóc tej sprawie w dobrym sensie... - dlatego tam pojechałem. A prócz tego pochodzę dokładnie z tego rejonu - niegdyś wszystko rozgrywało się przez Pszczynę. Przedtem nie wyobrażałem sobie Bierunia bez Pszczyny. Pszczyna to był powiat, centrum. Tam rozegrały się bardzo ważne polskie sprawy. Korfanty tam był, również ks. Mateusz Bielok...
Polska młodzież zapewne już o tym nie usłyszy. Obecny kształt szkolnictwa zdaje się sprzyjać historycznej amnezji... - Oczywiście, że tak. Żyjemy w takim czasie, kiedy od historii się ucieka. Ton nadają media, ludzie, którzy nie mają historii. Oni nam zazdroszczą tak pięknych dziejów. A my musimy się trzymać, bo nasza historia to nasza wielkość. Kto miał Sobieskiego jak my? Kto miał Kościuszkę jak my? Kto miał Piłsudskiego jak my? A "Wyborcza" mówi: "Uciekajcie od tego! To jest fałszywe".
Na Śląsku również nie brakuje tytułów promujących tego rodzaju podejście. Tytułów z kapitałem nie polskim, ale niemieckim. - Nic dziwnego, że na Śląsku do głosu dochodzą takie tendencje. A kto to robi? Niemcom przecież zależy na tym, żeby ta więź między Śląskiem a polskością nie była zbyt silna. Ciągle im się wydaje, że Śląsk jest do wzięcia...
I pewnie, dlatego Ruch Autonomii Śląska współpracuje z Inicjatywą na rzecz Autonomii Śląska, organizacją z Bawarii. - I brata się z PO.
A współpraca działa na tyle sprawnie, że RAŚ odpowiada w województwie za kulturę...- Tylko kto z młodych o tym wie? Młodzi nie widzą tego. Nie interesuje ich polityka, nie wiedzą, co się dzieje. Dla nich liczy się Euro i nic poza tym. A Euro przeszło i co? Zostały firmy, które upadły, długi...
Skoro już o Euro mowa: przecież przez lata piłka nożna, drużyny piłkarskie na Śląsku były chlubą Polski. W Chorzowie mieliśmy wyremontowany stadion, gotowy do przyjęcia piłkarskich rozgrywek Euro, a mimo to okazało się, że kandydatura Górnego Śląska została pominięta... - No cóż - decydenci pochodzą z Gdańska, Wrocławia, więc nie dziwi, na jakie miasta padł wybór... Powstaje teraz pytanie, kto będzie na tych nowo wybudowanych stadionach grał. Będą puste... A ile kosztowały i ile jeszcze będą kosztować...?
Powrócę jeszcze raz do kwestii autonomii Śląska. Dlaczego, zdaniem Waszej Eminencji, wśród entuzjastów tego rodzaju idei jest tak wielu młodych? - Dlatego że młodzi nie znają historii!
Wasza Eminencjo, urodził się Ksiądz Kardynał w Bieruniu, na Śląsku, w 1921 r., tuż po zakończeniu trzeciego powstania śląskiego. W tamtym czasie temat walk o powrót Śląska do Macierzy oraz polskości Śląska był zapewne szeroko omawiany w śląskich domach? - Do mnie dochodziły już tylko odgłosy tego, co się działo. Zwłaszcza odgłosy powstań. Wydaje mi się, że nie da się rozwiązać obiektywnie kwestii polskości Śląska bez odwołania do powstań śląskich. Bo powstania śląskie są wylaną krwią śląską na potwierdzenie woli Ślązaków bycia Polakami. I tego nie da się odwrócić ani wymazać. I stąd też oczywiście rodziny, które tę krew wylały, nie mogą nie być rodzinami optującymi za Polską. Do takiej rodziny ja również należę. Mój najstarszy brat, Jan, bez woli ojca, bez jego zgody, uciekł z domu i dał się zmobilizować do powstańców. Walczył pod Górą św. Anny. To była jedna z najważniejszych bitew, jaką Korfanty przeprowadził na Opolszczyźnie. I stąd też to od powstań śląskich trzeba zacząć. Do mnie, małego szkraba, docierały już tylko echa tych wydarzeń, echa walk powstańczych. Ludzie o nich pamiętali, świadomie brali w nich udział, zwłaszcza powiaty pszczyński, skąd pochodzę, oraz rybnicki. Oba były zaangażowane po stronie polskiej. I stąd też, jeżeli dziś chce się dyskutować na temat polskości czy niepolskości Śląska, to nie można nie brać pod uwagę faktu wylanej krwi śląskiej za to, ażeby Śląsk należał do Polski. Ta krew wylana przez powstańców śląskich poprzedzona była tęsknotą i poczuciem związku Ślązaków z polskością.
W jaki sposób przejawiało się to poczucie przynależności Ślązaków do Polski? - Ślązacy i cały Śląsk żył po polsku, żył Polską: Krakowem, Kalwarią... Tym odniesieniem mniej do Polski centralnej, bardziej do galicyjskiej, ale zawsze do Polski, a zwłaszcza do Krakowa. To właśnie na gruncie tej tęsknoty za Polską zrodziła się potrzeba, ażeby dać odpór żywiołowi niemieckiemu, żywiołowi napływowemu, który nawet jeśli niekoniecznie dążył do tego, by Śląsk przyporządkować Niemcom, to z całą pewnością chodziło mu o oderwanie go od Polski zupełnie. I stąd moja młodość czy właściwie dzieciństwo przebiegało świadomie w tej atmosferze dopiero co odbytych powstań śląskich, w atmosferze przyłączenia Śląska do Polski jako naturalnego biegu rzeczy, które u nas, na ziemi śląskiej, się działy. Jak daleko sięgam pamięcią, życie Ślązaków to było życie śląskie, ale bardzo mocno nasycone polskością - polskimi zwyczajami, świętami, wyrażeniami, także wolą, ażeby do Polski się zbliżyć i z nią zjednoczyć. W takim klimacie wzrastałem. Dorośli poruszali te tematy nawet wtedy, kiedy nastała już Polska.
A co z tymi, którzy polegli w walce o to, by Śląsk na powrót był częścią Polski? Dziś próbuje się zatrzeć o nich pamięć, a wtedy? - To byli bohaterzy! Ci, którzy ponieśli śmierć, byli bardzo czczeni przez resztę Ślązaków. Na cmentarzu w Bieruniu przy kościele św. Walentego mieli specjalne miejsce...
To niesamowite, że pomimo wielowiekowego oderwania Śląska od Polski Ślązacy zdołali przechować w sercach polskość i autentyczną tęsknotę za Ojczyzną. Co pomagało im trwać w nadziei na powrót do Polski? - Polskość faktycznie była w nich cały czas żywa, a przejawiała się przede wszystkim w życiu religijnym. To było życie religijne po polsku: piękne pieśni, nabożeństwa, a wszystko w gwarze śląskiej, czyli de facto w języku polskim. Do dziś kościoły śląskie wyróżniają się pięknym śpiewem. Poza tym większość księży - przynamniej tych obsadzanych przez diecezję krakowską - to byli Polacy. Widać to było chociażby po polskich nazwiskach. Choć oczywiście trzeba wspomnieć, że w tym samym czasie był pewien nacisk ze strony władz niemieckich, żeby polszczenie życia nie odbywało się zanadto gwałtownie. Jedno jest jednak pewne: polskość przechowywana była w Kościele. To był jeden ze współczynników i to niewątpliwie bardzo istotny.
Nie można więc mówić o śląskości bez Kościoła, bez kapłanów oddanych sprawie Kościoła i Polski... - Kościół istotnie przyczyniał się do ratowania polskości, to dzięki niemu się zachowała. Zresztą to w ogóle jest kazus nie tylko Śląska, ale całej Polski. Świetnie ukazuje to książka Martyny Deszczyńskiej "Naród bez państwa". W okresie niewoli, zaborów Naród nie przestawał istnieć. A dzięki czemu? Ano dzięki temu, że istniał Kościół, że niestrudzenie podejmował działanie. Polska nie miała wówczas państwa, ale była Narodem, który miał polskość w postaci Kościoła. I to znaczenie Kościoła w dziejach Polski jest niezmiernie ważne, również w czasach przedrozbiorowych. Przecież cały okres Jagiellonów był czasem wielkiej działalności Kościoła, który tutaj, na Wawelu, współpracował ściśle z Jadwigą i Jagiełłą i był sterem państwa. A potem, jak już państwa zabrakło, to dalej funkcjonował jako nośnik polskości, jako jej wyraz. To samo działo się na Śląsku. Nie było państwa, ale w Narodzie tętniło śląskie życie nasycone religijnością. Jak nie można mówić o gwarze śląskiej bez języka polskiego (bo to jest język polski), tak nie można mówić o religijności śląskiej bez religijności polskiej. To wszystko ze sobą było powiązane i ku sobie ciążyło.
Jakie inne czynniki - prócz religijności i Kościoła - przyczyniły się do przetrwania polskiego ducha na Śląsku? - Bez wątpienia ta wspomniana już bliskość Śląska z Polską, z Galicją. Wystarczyło przecież przekroczyć Wisłę albo Przemszę i już było się w Polsce. I ludzie to robili, mieli na to sposoby. Sama świadomość, że na przeciwległym brzegu jest już Polska, Kraków ze swoją piękną historią, siedziba królów, katedra wawelska - to wszystko robiło wrażenie. Ludzie do tego lgnęli. To również podtrzymywało polskość.
Gwara śląska chyba także dawała Ślązakom poczucie więzi z Ojczyzną? - Jak najbardziej. Bo gwara śląska jest przecież odmianą języka polskiego. I to m.in. jej istnienie dezawuuje pojawiające się dziś tendencje autonomiczne. Nie jest ona odrębnym językiem, a jedynie jego odmianą, która pozostaje niezmienna, nie rozwija się. Język polski zaś stale się rozwijał, miał swoich Kochanowskich, Mickiewiczów, wielką poezję młodopolską... Oczywiście gwara ma swoje walory, należy ją kultywować i przekazywać, ale trzeba pamiętać, że jest to mowa zastygła.
Z której nie da się wyodrębnić nowego języka, nie da się stworzyć języka literackiego... - Nie można przecież cofać się do nierozwiniętej formy języka! Nie można robić z gwary kandydata na język oficjalny. Bo ta gwara jest nieadekwatna do dzisiejszej rzeczywistości, za jej pomocą szeregu rzeczy nie jesteśmy w stanie wyrazić. Ona jest częścią kultury mówionej, a nie pisanej. Na Śląsku ludzie bardzo długo posługiwali się jedynie gwarą, a ona nie miała swojego zapisu.
Dziś próbuje się go naprędce stworzyć, by uzasadnić z gruntu fałszywą tezę, jakoby mowa śląska mogła pretendować do rangi języka narodowego. Ale przyjrzyjmy się może jeszcze pozostałym okolicznościom, które umacniały w Ślązakach polską tożsamość. - Otóż z całą pewnością nie można tutaj pominąć tego fenomenu - choć niektórzy usiłują go dzisiaj zepchnąć na margines - jakim był fakt, że w XIX wieku ślązacy oficjalnie figurują w rejestrach Reichstagu jako Polacy. Ksiądz Jan Kapica, proboszcz z Tychów, i Wojciech Korfanty to są posłowie polscy! Polski nie ma, nie ma rządu... Ale jest Naród polski!
No właśnie, Naród polski, a nie śląski... - Otóż to, mieszkańcy Śląska nie są "Schlesier", ale "Polen". Ksiądz Kapica i Korfanty są uznani za Polaków, chociaż są Ślązakami. I jeszcze dalej idzie Korfanty. On walczy o polskość nie tylko Śląska, ale także Poznania. Jest dowódcą powstania poznańskiego, jedynego powstania, które się powiodło. I to z tym doświadczeniem powraca na Śląsk i doprowadza do jego ponownego złączenia z Polską. Bez Korfantego problem polskości Śląska jest nie do rozwiązania. On był Ślązakiem z krwi i kości, a jednocześnie Polakiem walczącym o polskość. Co więcej, jako polityk polski to on przecież razem z Witosem w gabinecie koalicyjnym ratuje Polskę podczas najazdu bolszewików. Już wtedy wybija się jako wielki patriota polski i mąż stanu. Korfanty miał bardzo oryginalną, pogłębioną koncepcję polskości i jasno mówił o tym, że sprawy Polski należy opierać o zasady katolickie. Był nie tylko Polakiem, ale do głębi chrześcijaninem.
Nic dziwnego zatem, że dziś próbuje się o nim zapominać. - Korfanty jest dzisiaj wyrzutem sumienia. Z jednej strony jest wielkim świadectwem tego, co Polacy robili na Śląsku, żeby przynależeć do Polski, a z drugiej strony tego, co Ślązacy robili dla Polski w Polsce (wówczas gdy Polska potrzebowała siły, żeby się obronić przed bolszewikami). Ale tu dotykamy jednej bolesnej myśli, gdy chodzi o stosunek Polski do Korfantego. Piłsudski dokonał zamachu na legalny rząd, a później z jego rozkazu patriotom wytoczono proces - Witosowi, Korfantemu, Dubois. Zasądzono ich na więzienie. Jedyną szansą dla nich była ucieczka z Polski. Korfanty udał się więc za granicę, ale kiedy zbliżała się wojna, mimo że odradzano mu powrót, powiedział: "moja Ojczyzna ginie. Muszę tam jechać". I pojechał. Tam go aresztowano i krótko potem zmarł. Korfanty jest wyrzutem sumienia dla Polski i dla tych wszystkich pseudo-Ślązaków, bo jest postacią związaną z walką o polskość Śląska, walką Ślązaka o polskość, w obronie polskich interesów. To był jeden z największych polityków - na miarę Dmowskiego i Piłsudskiego. I dlatego też tego człowieka usiłuje się dziś wymazać z pamięci, przekreślając jego idee przynależności Śląska do Ojczyzny. Dziękuję za rozmowę. Anna Bałaban

Węgry: Konflikty i konsolidacja Rząd Viktora Orbána dotarł właśnie do półmetka kadencji: rząd ten został sformowany po przełomowym zwycięstwie odniesionym w kwietniu 2010 roku, które zaowocowało uzyskaniem bezprecedensowej większości 2/3 w parlamencie; najbliższe wybory przypadają na wiosnę 2014 roku. Bezprecedensowe to trafne określenie nie tylko zwycięstwa z 2010 roku, ale także dwóch lat, które po nim nastąpiły. Centroprawicowy rząd złożony z partii Fidesz i Chrześcijańskich Demokratów uchwalił nową konstytucję oraz kilkaset nowych ustaw i poprawek. Prowadzona przez niego "konserwatywna rewolucja" (o której pisałem kilka miesięcy temu w "Naszym Dzienniku") może być postrzegana jako bezprecedensowy w postkomunistycznej historii Węgier proces reformatorski, mający na celu eliminację wad systemu ustanowionego w 1990 roku. Przyjęto już reformy w ordynacji wyborczej, wymiarze sprawiedliwości, systemie medialnym i emerytalnym, systemie szkolnictwa publicznego i wyższego, związkach wyznaniowych, systemie podatkowym, prawie pracy i w wielu innych obszarach, zaś obecnie rząd tworzy i dopracowuje nowe struktury.
Wzmocnienie klasy średniej W tym samym czasie podjęto również bezprecedensowe kroki w ramach polityki gospodarczej. Głównym celem było wzmocnienie klasy średniej: ludzi, którzy mają pracę i wychowują dzieci i prawdopodobnie, od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku, muszą ponosić ogromne koszty obsługi zadłużenia. Bezprecedensowe kroki oznaczały nałożenie podatku kryzysowego na sektor finansowy i inne gałęzie przemysłu usługowego; możliwość spłaty na preferencyjnych warunkach kredytów mieszkaniowych zaciągniętych w obcej walucie; działania w kierunku odzyskania niektórych przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym, jak na przykład wodociągów miejskich sprywatyzowanych przez lewicowe rządy na bardzo niekorzystnych warunkach; gruntowną rewizję "reformy emerytalnej" z lat 90., w ramach której wprowadzono jeden państwowy i jeden prywatny, dobrowolny filar.
Konflikt z Komisją Europejską Te i inne kroki skutkowały - że znów użyję tego słowa - bezprecedensowymi konfliktami z Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym, Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Radą Europy, międzynarodowymi firmami i rządami, które za nimi stoją. Konflikty miały podłoże polityczne, ponieważ przeciwnicy rządu Fideszu kwestionowali takie zasady, jak "wolność prasy" czy "mechanizmy gwarantujące demokratyczność władzy". W wielu wypadkach dyskusje prowadzone w zagranicznych gazetach charakteryzował brak stosownej wiedzy lub stronniczość podawanych informacji, zaczerpniętych od lewicowych węgierskich polityków i intelektualistów. Debaty na forum Parlamentu Europejskiego ujawniły wyraźne podziały polityczne - konserwatywni parlamentarzyści udzielali Węgrom wsparcia, podczas gdy socjaliści, Zieloni i liberałowie przypuszczali niesłabnące ataki. W  przemówieniu do parlamentu premier Viktor Orbán podsumował ten proces następująco: "Chcieliśmy, aby banki i wielkie firmy wzięły na swoje barki część obciążeń; chcieliśmy ratować z pułapki zadłużenia ludzi zmagających się z kredytami zaciągniętymi w obcej walucie i wprowadzić znaczne ulgi podatkowe, aby pomimo kryzysów wzmocnić klasę średnią. W ten sposób wywołaliśmy wielką międzynarodową wrzawę (...) i naraziliśmy się na nieustanne ataki".

Premier podkreślił jednak, że "inne kraje stopniowo przejmowały nasze rozwiązania" - na przykład podatek bankowy, który jest obecnie wprowadzany w kolejnych krajach UE. Jak zauważył premier Orbán, "kulminacyjny moment debaty nadszedł, gdy UE niesprawiedliwie zamroziła część funduszy spójności dla Węgier. Debata zakończyła się dziesięć dni temu, gdy gospodarczy i finansowi przywódcy Europy wyrazili uznanie dla osiągnięć Węgier na przestrzeni dwóch ubiegłych lat". Premier odniósł się w ten sposób do decyzji Ecofinu [Rady ds. gospodarczych i finansowych - przyp. tłum.] z 22 czerwca o odmrożeniu funduszy spójności. Jego zdaniem, jest to dowód na to, że droga, którą obrały Węgry, chociaż różna od europejskiej, okazała się dla nas korzystna i słuszna. Wyraźnie widać, że od marca 2012 roku polityczne ataki na rząd Orbána znacznie straciły na sile, a to z kilku powodów. Po pierwsze, styczniowy "pokojowy marsz" i prorządowy wiec w narodowe święto Węgier (15 marca) - w którym wzięło udział kilka tysięcy zwolenników z Polski - pokazały, że ataki nie osłabiają rządu, wręcz przeciwnie - nawet osoby krytycznie nastawione do pewnych rozwiązań chciały zademonstrować swoje poparcie dla "patriotycznego" Orbána. Ponadto w przypadku Austrii jasne stało się, że przedstawianie rządu węgierskiego w samych ciemnych barwach szkodziło jej własnym interesom, ponieważ austriackie banki były silnie zaangażowane w węgierski rynek.
95 proc. reform obronionych Z drugiej jednak strony sam rząd poczynił wiele kroków w celu przeprowadzenia konsolidacji zarówno na scenie międzynarodowej, jak i w kraju. Na przykład prawo o banku centralnym, które stało się zarzewiem konfliktu z UE i MFW, zostało poprawione w taki sposób, aby zapewnić niezależność banku i utorować drogę do negocjacji z wyżej wymienionymi organizacjami w sprawie otwarcia zapobiegawczej linii kredytowej. Nowy przewodniczący parlamentarnego klubu Fidesz Antal Rogán podkreśla konsolidację i naprawę błędów spowodowanych przyspieszonym trybem prac legislacyjnych prowadzonych przez pierwsze dwa lata. W niedawnym wywiadzie dla niemieckiego dziennika "Die Welt" przewodniczący stwierdził, że "zadaniem na drugą połowę kadencji rządu jest nie tylko przekonanie do własnych pomysłów, ale także naprawienie własnych błędów. (...) Nie mam zamiaru zaprzeczać, że w ciągu minionych dwóch lat węgierski parlament i rząd nie popełniały błędów. (...) W niektórych przypadkach nie było dostatecznie dużo czasu na koordynację. To wyjaśnia część krytyki ze strony Europy i tę krytykę należy uwzględnić".

Opierając się na tym samym sposobie myślenia, obecny prezydent Węgier János çder - w przeciwieństwie do swojego poprzednika Pála Schmitta, który ustąpił ze stanowiska w następstwie skandalu plagiatowego w kwietniu - bez wahania odsyła do parlamentu ustawy zawierające uchybienia, m.in. proceduralne. Sądzę, że dla organizacji międzynarodowych posunięcia rządu Orbána stały się idealną okazją do pokazania siły i wysłania sygnału ostrzegawczego dla innych rządów, które też mogłyby się skusić na "nieortodoksyjne" rozwiązania. To wyjaśnia zaciętość ataków, którą obserwowaliśmy podczas pierwszej połowy kadencji rządu Orbána. Wydaje mi się jednak, że obecnie Komisja Europejska i MFW bardzo chętnie "zamknęłyby sprawę Węgier" i zajęły się innymi, dużo ważniejszymi i fundamentalnymi problemami, takimi jak Grecja i Hiszpania. Ustępstwa, na które zgodziły się Węgry (na przykład w sprawie banku centralnego, ale także w kwestii niektórych zapisów w prawie medialnym i reformy wymiaru sprawiedliwości), oznaczały, że wspomniane organizacje mogły ogłosić sukces w "zdyscyplinowaniu" Orbána, podczas gdy Orbánowi udało się de facto obronić 95 proc. wprowadzonych reform. Jest to wielki sukces i wierzę, że przez tę "bitwę o suwerenność" rząd Orbána wejdzie na karty historii nie tylko węgierskiej, lecz także europejskiej.
Reforma a gospodarka Na chwilę obecną pytanie brzmi: jak zadziałają nowe systemy administracji publicznej, ochrony zdrowia i inne, czy podjęte zmiany okażą się warte wysiłków i sporów. Jest to kolejny powód, dla którego drugą połowę kadencji powinna charakteryzować bardziej ugodowa postawa. Jednak nawet zmiany systemowe mogą zupełnie stracić na znaczeniu, jeśli pogorszy się sytuacja ekonomiczna społeczeństwa, jeśli ludzie stracą pracę. Stopa bezrobocia utrzymuje się na stałym poziomie ok. 11 proc., a od momentu uformowania rządu liczba osób zatrudnionych wzrosła o kilkadziesiąt tysięcy. Powodem tego są jednak rządowe programy robót publicznych, ponieważ sektor prywatny nie wykazuje obecnie znaczącego wzrostu. W tym roku węgierski PKB prawdopodobnie spadnie lub w najlepszym przypadku utrzyma się na tym samym poziomie, a to może zagrażać pewnej liczbie miejsc pracy. Aby tego uniknąć, premier Orbán zaprezentował 2 kwietnia Plan Działań na rzecz Ochrony Miejsc Pracy. Plan ten wskazuje na to, że rząd chce wspierać niższą klasę średnią obok wyższej klasy średniej, która do tej pory była głównym beneficjentem podatku liniowego wprowadzonego w 2011 roku. Wyżej wymieniony program wpisuje się również w dotychczasowy kierunek polityki gospodarczej, ponieważ obniżki podatków zostaną sfinansowane wpływami z podatków od transakcji finansowych.
Ochrona miejsc pracy Opisywany plan przewiduje obniżenie składek na ubezpieczenie społeczne o 50 proc. w przypadku pracowników w wieku poniżej 25 i powyżej 55 lat oraz pracowników niewykwalifikowanych. W przypadku dwóch innych grup - osób trwale bezrobotnych oraz matek powracających z urlopów macierzyńskich - składka na ubezpieczenie społeczne będzie zniesiona na dwa lata, a w trzecim roku będzie wynosić 50 proc. obecnej stawki.

Kolejnym krokiem jest wprowadzenie uproszczonego opodatkowania mikro- i małych przedsiębiorstw. Mikroprzedsiębiorcy o dochodach nieprzekraczających rocznie 6 mln forintów (ok. 83 tys. zł) mogą zamiast obecnych obciążeń (podatku od osób prawnych, fizycznych i różnych składek) wybrać opłacanie jednego podatku w wysokości 50 tys. forintów (750 zł) w przypadku przedsiębiorcy prowadzącego wyłącznie firmę lub 25 tys. forintów (375 zł), jeśli jest to jego praca dodatkowa. Firmy zatrudniające nie więcej niż 25 pracowników zapłacą 16-procentowy podatek zamiast wszystkich innych dotychczasowych podatków dochodowych i składek ubezpieczeniowych nakładanych na wynagrodzenia.

Podstawę opodatkowania będzie stanowił dochód powiększony o sumę kosztów wynagrodzenia pracownika. Należy również podkreślić, że firmy osiągające dochód ze sprzedaży mniejszy niż 500 tys. euro będą musiały zapłacić VAT dopiero w chwili otrzymania zapłaty za dostarczone towary lub usługi. Powodzenie tego planu ma kluczowe znaczenie w utrzymaniu i umocnieniu powszechnego poparcia dla Fideszu. Spoglądając na wyniki sondaży, widzimy, że Fidesz pozostaje najpopularniejszą partią, jednak to poparcie znacznie stopniało od 2010 roku, kiedy jej wynik był najlepszy.

Według najnowszego sondażu przeprowadzonego w czerwcu przez Nézopont Intézet Fidesz cieszy się 28procentowym poparciem ogółu respondentów, w porównaniu z ponad 40-procentowym latem 2011 roku. Socjaliści uzyskali 16 proc., zdecydowanie prawicowy Jobbik - 9 procent. Jednak odsetek osób niezdecydowanych lub niegłosujących jest nadal bardzo wysoki i od kilku miesięcy oscyluje wokół 40 procent. To oznacza, że jeśli w nadchodzącym czasie Fideszowi uda się zrealizować plany i uniknąć poważniejszych konfliktów, to bez problemu wygra wybory w 2014 roku, nawet bez potrzeby zawiązywania koalicji - a znalezienie partnerów do niej mogłoby okazać się bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Gábor Takács tłum. Piotr Broniecki

Dziennikarz "Nowego Ekranu" wygrał w sądzie ze Zbigniewem Ziobro Leszek Szymowski nie popełnił przestępstwa zniesławienia, publikując w tygodnikach "Angora" i "Najwyższy Czas!" informacje o związkach Zbigniewa Ziobry z aferą wokół tajnych więzień CIA – stwierdził Sąd Rejonowy dla Warszawy - Śródmieścia. Sąd oddalił prywatny akt oskarżenia Zbigniewa Ziobry przeciwko znanemu dziennikarzowi, a całą sprawę umorzył z uwagi na brak znamion czynu zabronionego. Wyrok nie jest prawomocny. Ukarania dziennikarza chciał Zbigniew Ziobro, który osobiście stawił się dziś na posiedzeniu sądu. W lutym tego roku, Ziobro skierował do sądu prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kk. Artykuł ten przewiduje karę do dwóch lat więzienia dla tego, kto za pomocą środka masowego przekazu zniesławia inną osobę. Powodem wniesienia oskarżenia przez Ziobrę były dwa artykuły opublikowane przez Szymowskiego na temat tajnych więzień CIA. W pierwszym, opublikowanym w maju 2011 roku na łamach tygodnika "Angora", dziennikarz ujawnił, że Prokuratura Apelacyjna w Warszawie przygotowuje wniosek o uchylenie immunitetu europosłowi Ziobrze. "Śledczy chcą mu postawić zarzut w związku z funkcjonowaniem w Polsce tajnych więzień CIA" - ujawnił Szymowski w "Angorze". Dziennikarz opisał tajemnicze losy zawiadomienia o przestępstwie stosowania zakazanych prawem tortur, które w grudniu 2005 wysłał do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych Roman Giertych. Z zawiadomienia wynikało, że w Polsce, w tajnych ośrodkach Agencji Wywiadu, torturowani są muzułmańscy terroryści. Jednak Ziobro nie nadał sprawie biegu. Z artykułu Szymowskiego wynikało, że Ziobro zachował się tak dlatego, że tajne więzienia CIA istniały w Polsce jeszcze w pierwszych tygodniach rządów PiS-u. Dopiero w 2008 roku sprawą zajęła się warszawska prokuratura. Prowadzący sprawę prokurator planował postawić Ziobrze zarzut niedopełnienia obowiązku służbowego w związku ze stosowaniem zakazanych prawem tortur. Do tego jednak nie doszło, gdyż śledztwo w ostatniej chwili zostało przeniesione do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Pół roku później, Leszek Szymowski opublikował na łamach tygodnika "Najwyższy Czas" artykuł "Kluczowa rozgrywka", z którego wynikało, że Ziobro był szantażowany przez byłego oficera WSI sprawą tajnych więzień CIA. Oficer ten miał mu powiedzieć, że nie usłyszy zarzutów w sprawie tajnych więzień CIA jeśli doprowadzi do rozbicia Prawa i Sprawiedliwości. Po publikacjach Szymowskiego, Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wszczęła śledztwo w sprawie ujawnienia dziennikarzowi "Angory" tajemnicy państwowej i tajemnicy śledztwa. Szymowski, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską, odmówił ujawnienia danych osób, które udostępniły mu informacje z akt śledztwa w sprawie tajnych więzień CIA. Śledztwo zostało umorzone.

- Spodziewałem się, że takie właśnie będzie rozstrzygnięcie - mówi Leszek Szymowski. - Po raz kolejny niezawisły sąd pozytywnie zweryfikował prawdziwość moich artykułów. Do chwili obecnej Zbigniew Ziobro nie komentował wyroku.

Szymowski

Technologie łupkowe? Pięknie, ale nie tędy... Kolejny wybuch świetnych pomysłów na gaz łupkowy. Porozumienie między dwoma ciałami państwowymi na temat badań nad technologiami gazu łupkowego. NCBR i ARP będą finansowały badania gazu łupkowego. Pięknie. Ktoś się obudził i nareszcie się wziął za ten temat. I to nie byle kto, tylko sam pan minister Bodzanowski i pani minister Kudrycka. Dwa resorty - Skarbu i Nauki. Z tego wszystkiego nawet wspólnie artykuł do Wyborczej napisali: "Wydobywajmy gaz z łupków po polsku". Kierunek dobry, hasła szczytne, nagłośnienie świetne, tylko nic z tego nie będzie. Dlaczego? Po kolei.

Po pierwsze: świetnie. Nareszcie wiemy, że wydobycie łupków to sprawa technologii. Wiemy, to znaczy nie tylko mówimy o tym, ale i coś robimy. Bo to rzeczywiście sprawa technologii. Za te know-how mamy płacić słone rachunki, bo za to dzisiaj się płaci "jak za zboże". Jeśli poszukiwania by się udały (przypominam - nie ma ani jednego potwierdzonego komercjalnie złoża (tak potwierdzonego jak choćby ostatnio to w Azerbejdżanie) to przyszłoby nam płacić tak samo, jak płacimy za gaz z importu na wschód - tylko, że na zachód. I to nie za gaz, tylko za technologie. I nie wiem, czy nie więcej... Wtedy, bowiem, czy to polska czy nie polska firma wierci i wydobywa - pieniądze wypływają przez firmy oferujące usługi technologiczne. Więc ktoś zaczął coś robić, żeby było inaczej. Więc chwała ministrom!

Ale, ale...

Po drugie: trochę późno. Ciekawe, że nikt o takim ruchu nie pomyślał od sześciu lat, gdy wydawano setkę koncesji - za darmo. Nikt nie pomyślał, że może najpierw zdobyć technologię, a potem dopiero rozdać koncesje? A może potraktować koncesje, jako narzędzia nacisku na inwestorów zagranicznych, by się podzielili trochę, by wnieśli we wianie swoje osiągnięcia i by polskie firmy się od nich uczyły. Dokładnie tak robią Rosjanie z tymi samymi firmami zachodnimi, które goszczą u nas (albo już nas opuściły). A u nas ni składu ni ładu. Najpierw rozdajemy na prawo i lewo koncesje, a potem każemy polskim firmom szukać i rozwijać technologie. Nijak się to nie składa.

Po trzecie: nie tak szybko. Technologie to nie piekarnia. Z jednej strony "szybciej, szybciej", bo na wybory musi być gaz... A z drugiej - rozwijajmy polskie technologie. W biegu? W konkurencji z firmami, które już je mają? I jak mają koncesje, to już niczym się dzielić nie będą? Nie da się. Bez zastosowania modelu norweskiego nie ma najmniejszych szans. Oczywiście nie tego, który przedstawił poseł Naimski, a minister Woźniak chciał pokazać, jako rządowy - bo to karykatura, a nie model norweski.

Po czwarte: może lepiej to firmy zrobią? Nie rozumiem, po co te skomplikowane konstrukcje - państwowe instytucje, fundowanie, pożyczki, firmy maja kupować wynik... Wygląda mi to na kolejne pieniądze dla niedoinwestowanej polskiej nauki. Cel szczytny, tylko nie o rozwój nauki tutaj chyba chodzi, a o wprowadzenie przemysłowych technologii na nowym froncie wydobycia gazu z trudnych złóż. Tutaj naprawdę mogą zrobić to tylko firmy. We własnym interesie, dla zysku, własnymi siłami, płacąc naukowcom z uczelni wtedy, gdy jest im potrzebne rozwiązanie jakiegoś problemu. Jeśli już tak w tej Ameryce jesteśmy zakochani, to powinniśmy się też nauczyć tego, jak to tam działa. A to własnie tak - firmy są na froncie rozwoju technologicznego, one rozwijają technologie w codziennej walce z materią. One ją finansują i na niej zarabiają. Ale u nas jest trochę inaczej - polskie realia to zero wydatków na badania i rozwój. Prawie zero, bo jeśli w Unii Europejskiej wydaje się średnio 300 Euro na mieszkańca na badania i rozwój, to w Polsce zero, to znaczy 17 Euro. Nieźle, prawda? Ale jest jeszcze gorzej - jeszcze mniej niż zero inwestują przedsiębiorstwa. W Polsce - uwaga! - tylko 24% z tych 17 Euro na mieszkańca inwestują firmy. A w Unii 60% z 300 Euro. Przecież to jest przemysłowa przepaść cywilizacyjna. Nasuwa się pytanie - co to za firmy? W ogóle nie interesuje ich przyszły rozwój? Nie inwestują we własną przyszłość? Odpowiedź jest dwojaka. Duża część z nich to oddziały firm zagranicznych i w badania i rozwój inwestują u siebie. To oczywiste. Druga część odpowiedzi jest dużo bardziej przykra dla nas, a przede wszystkim dla Ministra Skarbu. Otóż polskie wielkie firmy z branży energii nie inwestują w ogóle w badania i rozwój. W ogóle. Niektóre z nich nie mają nawet takiej pozycji w sprawozdaniach. A to przecież wszystko firmy, które Minister Skarbu obdarowuje radami nadzorczymi i zarządami. Więc jak to jest? Nie wystarczy im zadać takiego punktu w mianowaniu, że mają rozwijać polską myśli techniczną? Dlaczego tak się dzieje? Rąbka tajemnicy może uchylić ostatnia decyzja Ministerstwa Skarbu. Otóż nieoceniony Aleksander Grad - poprzedni minister skarbu (ten, który podpisać tak "korzystny" dla nas kontrakt katarski) został szefem PGE Energia Jądrowa. Będzie nam budował energetykę atomową. Naprawdę można się zacząć bać. Ale dodatkowo, aby mianować kolejnego ministra, który "chce się sprawdzić w biznesie", wyrzucono ostatniego fachowca z zarządu PGE, który znał się i miał doświadczenie w energetyce. Za to nowy prezes, były poseł i minister, uczynił swojego zastępcę z ministerstwa - zastępcą w firmie. Że się nie znają na energetyce, a już jądrowej - w ogóle? Kto by się tym przejmował? Więc jak tu i kiedy zajmować się nakładami na badania i rozwój... Podsumowując. Kierunek słuszny, jak to u nas, ale wykonanie marne, też - jak to u nas. Więc nic z tego nie będzie.. Andrzej Szczęśniak

O kondycji polskiej prawicy. Czy mamy szansę na przejęcie władzy? W chwili obecnej Polska jest fenomenem europejskim, ponieważ posiada dwie partie prawicowe, Kongres Nowej Prawicy i Unię Polityki Realnej; na kontynencie europejskim jest takich partyj może jeszcze ze trzy… Ludzie myślący konserwatywnie pochowali się w mysie dziury, a konserwatywni liberałowie wyjechali do Ameryki, gdzie tworzą Partią Herbaty – mogącą liczyć na połowę elektoratu Republikanów, czyli 25% całości, (który to szacunek podaję od 20 lat). W Polsce Prawica może liczyć – góra – na 15%. To proste: jakieś 5% wyjechało z Polski i innych krajów europejskich do Ameryki… Jest oczywiste, że Prawica – grono ludzi myślących, wolnych i odpowiedzialnych – nigdy nie może zdobyć większości. Może tylko, w momencie kryzysu, przekonać do siebie niezadowolonych centrowców, a nawet lewicowców (tak!). W moim przekonaniu czas taki nadchodzi. Kongres Nowej Prawicy obrasta obecnie w mięso – i na jesieni powinien być zdolny do działań. Jaka jest kondycja UPR – nie wiem, bo o UPR nic w ogóle ostatnio nie słychać. Jest w każdym razie niesłychanie ważne, by w momencie nadciągającego kryzysu istniał ośrodek, który dysponowałby instrumentarium opanowania sytuacji, wyjaśnienia przyczyn krachu – i wskazania środków ratunku. Proszę zauważyć, że wyraźnie idziemy w gorę. Dzięki naszej niezmordowanej propagandzie już 68% Polaków (w opozycji do 17%) nie chce przejścia ze złotówki na €uro, a w trzech ostatnich sondażach prezydenckich uzyskałem odpowiednio 5%, 5%, 4,9%. Przypominam, że też od 20 lat tłumaczę, że oprócz nas, Betonowego Słupa Prawicy, istnieją trzy ugrupowania, będące odchyłką od tego modelu – nazywane „centro-prawicowymi”.

1) PO: odchyłka w stronę demo-liberalizmu. PO konsekwentnie coraz bardziej odsala się od Prawicy. Im bardziej się oddala, tym więcej przyjmuje ludzi o nastawieniu lewicowym… a więc w konsekwencji jeszcze bardziej się oddala. W tej chwili jest już w takim punkcie, że można ją określać, jako partię centro-lewicową. Nawet p.Jerzy Urban określił ją jako partię PRL-owską. Nie rozumiem, co tam jeszcze robi kilku b. UPRowców… jeśli chcieli ciągnąć tę partię w stronę klasycznego liberalizmu, to najwyraźniej im się to nie udaje.

2) PiS: odchyłka w stronę etatyzmu. Po odejściu lewactwa spod znaku p.Zbigniewa Ziobry, PiS wrócił do pozycji centrowej (nie „centro-prawicowej”!) Działa w nim jednak grupa pod przewodnictwem WCzc.Przemysława Wiplera, ciągnąca w prawo. Co z tego wyjdzie – nie wiadomo.

3) Narodowcy – odchyłka w stronę nacjonalizmu. Ta formacja jest rozbita na Narodowe Odrodzenie Polski, Młodzież Wszechpolską, kilka ONR-ów, kilka grup neo-pogańskich… Trudno nazwać ich pozycję „centrową” – bo tam w centrum wrze. Pewną przewagę mają elementy narodowo-socjalistyczne – ale też wielu jest narodowych liberałów czy narodowo myślących konserwatystów. Jeśli w momencie próby połowa narodowców opowie się za Prawicą, i poprze ją właściwa część PiS i (mniejsza) PO – mamy poważne szanse na przejęcie władzy. JKM

Szeremietiew: oczekuję publicznych przeprosin W lipcu 2001 roku w dzienniku „Rzeczpospolita" ukazał się artykuł pt. „Kasjer z Ministerstwa Obrony" autorstwa Bertolda Kittela i Anny Marszałek. Trzy lata później w tej samej gazecie zamieszczono tekst „Szeremietiew oskarżony o korupcję". Po latach okazało się, że zarzut korupcji wobec Romualda Szeremietiewa, ówczesnego wiceministra obrony, okazał się nieprawdziwy. Dzisiaj żąda on od dziennikarzy przeprosin i pieniędzy na cele charytatywne. Artykuł z 2001 r. głosił, iż dziennikarze trafili na trop korupcji, która ma miejsce w MON, a korzysta z niej właśnie Szeremietiew. Istotą tekstu było to, że łapownictwo wykryto w związku z programem zakupu armato-haubicę - Krab. - To miało poważne skutki, jeżeli chodzi o Hutę Stalowa Wola i program budowy haubicy. Mieliśmy również szansę na kontrakt dla Indii, które były zainteresowane działami. Namawiałem Hindusów na te rozwiązania. Kiedy wybuchła afera stało się to niemożliwe – informuje Szeremietiew.

JEST POZEW Po wielu latach wrócono do programu armato-haubica, a w 2010 roku Romuald Szeremietiew został uniewinniony. Rada Etyki Mediów wydała wówczas oświadczenie potępiające dziennikarzy śledczych – Annę Marszałek i Bertolda Kittela, za to, co zrobili. Wtedy autorzy artykułów zaskarżyli owe oświadczenie do sądu skarżąc się, że zostali oczernieni przez REM.

- W związku z wydarzeniami, jakie miały miejsce jakiś czas temu, 31 maja 2012 roku skierowałem do sądu okręgowego w Warszawie pozew przeciwko dziennikarzom i wydawcy dziennika „Rzeczpospolita” o ochronę dóbr osobistych – mówi były wiceminister. - Najpierw zwróciliśmy się o to, aby pozwani sami zamieścili stosowne przeprosimy, jednak oni to wezwanie zignorowali. Przygotowaliśmy, więc pozew, którego Anna Marszałek nie przyjęła – dodaje.

NA CELE CHARYTATYWNE Jak zaznacza Szeremietiew, oczekuje on stosownych przeprosin w określonej formie, zapłaty po 50 tys. zł na hospicjum i schronisko dla zwierząt oraz powielenia przeprosin w telewizji i innych gazetach, które zamieszczały taką informację. - Nie chcę nic dla siebie, a kwota, zważywszy na zarobki tej dwójki dziennikarzy, nie jest wygórowana – mówi. Zdaniem wiceministra redaktorzy uprawiali dziennikarstwo, które na miano rzetelnego nie zasługuje.

– W rezultacie tego, co zrobili dziennikarze straciłem zaufanie publiczne i około miliona złotych w utraconych zarobkach. To nie jest jednak najważniejsze. Istotne jest to, że dziennikarze podając nieprawdziwe informację, godzili w autorytet państwa. Opinia publiczna może, bowiem sądzić, że oni ujawnili aferę, a organy państwowe nie ukarały winnego. Dlatego zmuszenie ich do przeprosin, które dotrą do opinii publicznej ma istotne znaczenie dla autorytetu państwa – podsumowuje Romuald Szeremietiew.

Prawdziwa, katolicka Anglia

Politycznie poprawny obraz Wysp Brytyjskich jest dość osobliwy. W czasie, kiedy piszę ten artykuł, w mediach głównego nurtu głośno o „królewskim jubileuszu” żony grecko-duńskiego xięcia Filipa, gdy tymczasem o prawowitym królu Anglii, Szkocji i Irlandii Franciszku II pamiętają jedynie ludzie z jakobickiego podziemia. Franciszek II i „Elżbieta II” to personifikacje dwóch różnych ustrojów, dwóch biegunowo odmiennych wyobrażeń tego kraju – unii personalnej Anglii, Szkocji i Irlandii pod katolickim królem, potomkiem Stuartów, oraz „Zjednoczonego Królestwa”, na którego czele stanęli protestanccy uzurpatorzy z Hanoweru.

Prawdziwa Anglia, której jednym z symboli są średniowieczne katedry, jest zatem ukryta czy też uśpiona, niewidoczna dla zahipnotyzowanych przez demoliberalne środki masowego rażenia, żerujące na snobizmie tabloidy i kolorowe pisemka dla kobiet. Jej odkrywanie może być fascynującym wyzwaniem – przełamywaniem wdrukowanych nam od dziecka schematów. Dla myślących samodzielnie cennym nabytkiem będzie przepięknie wydany, dwujęzyczny album Katedry angielskie / English Cathedrals. Towarzyszył on wystawie zorganizowanej w 2011 r. we wrocławskim Muzeum Architektury.

Zdjęcia w albumie to efekt czterokrotnych podróży studyjnych p. Zygmunta Świechowskiego oraz ostrej selekcji zgromadzonego materiału – zaprezentowanych zostało dziewiętnaście świątyń zbudowanych po podboju normandzkim. Wcześniejszych katedr anglosaskich nie znamy, gdyż zostały zniszczone przez zdobywców, nowe kościoły nawiązywały natomiast do wzorów z drugiej strony kanału La Manche. Co ciekawe, normańscy twórcy nowego królestwa (czy może raczej późniejsi członkowie wywodzącej się spośród nich elity) przyjęli całkowicie odmienną metodę postępowania wobec stworzonych już przez siebie budowli. Autor pisze wręcz o specyficznym brytyjskim etosie. Te średniowieczne dzieła sztuki architektonicznej ocalały i cieszą do dziś odwiedzających swoim majestatem, gdyż nie padły ofiarą radykalnych przemian, nie burzono ich, aby postawić nowe, odpowiadające smakowi epoki i potrzebom rosnących rzesz wiernych, lecz rozbudowywano o nowe części (np. kolejne kaplice). Taka postawa sprzyjała też zachowaniu kultu lokalnych świętych, właściwie nieznanych poza kulturowym kręgiem Wysp Brytyjskich.

Doceniając w pełni walory tego wydawnictwa, nie mogę jednak pominąć pewnych niepokojących elementów w warstwie textowej. Pan Świechowski nie ukrywa, co dość oczywiste, przełomowej roli Henryka VIII w historii królestwa, czyni to jednak w sposób, który można nazwać „ekumenicznym”. O rewolucji anglikańskiej wspomina w taki sposób, jakby chodziło w niej o – cytuję dosłownie – reformy, a nie wynikłą z chuci schizmę, skażoną następnie brudem herezji. Z dosłownie odczytanego textu wynika wręcz ciągłość sukcesji biskupiej pomiędzy dawnymi biskupami katolickimi a ich anglikańskimi następcami, którzy w XVI wieku przejęli katedralne stolice (str. 13)! Dopiero na stronie 88 pojawia się (w dodatku w neutralnym kontekście) termin anglikański. Rzecz jasna, można z góry przyjąć, że informacje, o których braku piszę, są powszechnie znane i nie ma sensu do nich wracać, ale sposób podania tych szczątkowych wzmianek jest sam w sobie również interpretacją. Zdumiewającą interpretacją. Jeżeli bez słowa komentarza czy zdystansowania przekazuje się informację o heretyckim królu, który kościół klasztorny w Bristolu wyniósł rzekomo do rangi katedry (str. 40), trudno kolejne kontrowersyjne fragmenty złożyć na karb niefortunnego zbiegu okoliczności.

Tak więc przepiękny album p. Świechowskiego podziwiać trzeba z wyczulonym na modernizm aparatem krytycznym. Ponieważ jednak jest on przede wszystkim dziełem fachowym, wymagającym solidnego fundamentu kulturowego, przepełnionym szczegółowymi, specjalistycznymi opisami założeń architektonicznych, pozostaje nadzieja, że trafi w ręce odbiorców, dla których wyłapanie treści budzących wątpliwości nie będzie problemem. Adrian Nikiel

Jak Mosad próbował zabić amerykańskiego prezydenta W 1995 r. Viktor Ostrovsky, były pułkownik armii Izraelskiej i agent Mosadu opublikował wspomnienia. Oskarżył w niej Mosad o próbę zamachu na prezydenta USA Georga H. Busha w 1991 r.

Dwa tomy wspomnień Ostrovskiego stały się światowymi bestselerami. Izraelowi, mimo prób sądowych i innych nacisków nie udało się wstrzymać dystrybucji książki. Ostrovsky ujawnił we wspomnieniach wiele niewygodnych dla Izreala faktaów. M.in zabójstwo w 1987 r. przez Mosad byłego premiera Szlezwik-Holsztynu.

janpinski.nowyekran.pl/post/65973,jak-mossad-zamordowal-premiera-niemieckiego-landu-i-upozorowal-samobojstwo

Według Ostrovskiego jesienią 1991 r. Mosad planował zabić Busha, podczas jego wizyty w Madrycie. Winę za zamach zamierzano zwalić na Palestyńczyków.  Zespół zabójców Mosadu (tzw. Kidon) pojmał trzech palestyńskich ekstremistów Beijduna Salameha, Mohammeda Husseina i Husseina Shahina. Mosad zainspirował wysyłanie serii ostrzeżeń dla amerykańskich służb o grożącym Busowi zamachu. Mosad podawał nawet konkretnie frakcję (Abu Nidala), która miała stać za przygotowaniem zamachu. Na kilka dni przed wizytą Busha w Hiszpanii tamtejsza policja otrzymała ostrzeżeżenie, że komando palestyńskich zabójców planuje akcję w Madrycie. Mosad posiadał wówczas dostęp do planów madryckiego Royal Palace. Agenci tej służby planowali podprowadzenie zabójcow blisko Busha, zabicie ich w trakcie zamieszek, tuż po tym jak "dokonaliby" zamachu. W ten sposób nie tylko wykonano by zamach, ale także Mosad zyskałby kolejne punkty. Ostrzegł, bowiem sojusznika i zlikwidował zabójców. W konferencji brały udział przedstawiciele państw oskarżanych o wspieranie terroryzmu (Syria) i to na nich planowano zrzucić winę za ułatwienie wejścia na bezpieczny tereb zamachowcom. Do zamachu nie doszło m.in dzięki Ostrovskiemu, który po otrzymaniu przecieku z Mosadu przekazał otwarcie informację kanadyjskim politykom. Iż Mosad chcąc storpedować proces pokojowy może zabić amerykańskiego prezydenta, a winę zwalić na Palestyńczyków. Ostrzeżenie zostało przekazane także amerykańskiemu kongresmenowi z Kaliforni Pete'owi McCloskey'owi. 20 paździenik 1991 r. McCloskey przekazał ostrzeżenie amerykańskim służbom (Secret Service). Mimo głoszonych przez CIA informacji, że "zdrajcy Izraela" tj. Ostrovskiemu nie można ufać 24 paździenika agenci SS poprosili o spotkanie z Ostrovskym w Kanadzie. Planowany zamach został opisany przez amerykańską prasę (Jacka Anderson oraz Jane Hunter). Dlaczego Mosad chciał śmierci Busha? Otóż zamroził on za torpedowanie procesu pokojowego (przez rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzego) 10 mld USD kredytów dla Izraela. Było to szczególnie bolesne, bo rząd Ichchaka Szamira miał poważne kłopoty finansowe. Po decyzji Busha Izraelskie lobby ostro zaatakowało i walnie przyczyniło się, że mimo zwycięstwa w wojnie Iraku przegrał on walkę o kolejną kadencję. Izraelczycy ukuli wówczas powiedzenie o decyzji Busha Am-Bush (ang. zasadzka). Nie ma dowodów na to, że władze Izraela wiedziały o planach Mosadu. Pokazuje to jednak, że we współczesnej polityce, nawet między demokratycznymi krajami i to sojusznikami, możliwe są działania skrajnie wrogie, które niekoniecznie musi inspirować oficjalny rząd.

Poniżej biografia Ostrovskiego.

https://en.wikipedia.org/wiki/Victor_Ostrovsky

Piński

Prof. Jan Żaryn przypomina: Ekskomunika na komunistów nadal obowiązuje Dekret Świętego Oficjum z 1 lipca 1949 r. nakładający ekskomunikę komunistów był skierowany do katolików, w tym intelektualistów katolickich mieszkających w Europie Zachodniej. Zabraniał im jakiejkolwiek współpracy na poziomie ideowym i praktycznym z wyznawcami marksizmu, a zatem z lansowaniem teorii i praktyki antychrześcijańskiej i ludobójczej – mówi portalowi Fronda.pl prof. Jan Żaryn, historyk. Dekret Świętego Oficjum z 1 lipca 1949 r. nakładający ekskomunikę komunistów był skierowany do katolików, w tym intelektualistów katolickich mieszkających w Europie Zachodniej. Zabraniał im jakiejkolwiek współpracy na poziomie ideowym i praktycznym z wyznawcami marksizmu, a zatem z lansowaniem teorii i praktyki antychrześcijańskiej – ludobójczej. Stolica Apostolska patrzyła na marksizm ze strony nauki, w tym również nauki społecznej Kościoła Katolickiego i strony realizowania doktryny marksistowskiej od 1917 r., które to praktyki ludobójcze skierowane przeciwko Kościołowi i chrześcijaństwu zostały przeniesione już na grunt Europy Środkowo-Wschodniej. Brak wiedzy o tym co się dzieje za żelazną kurtyną, wytwarzał w inteligencji katolickiej pokusę by hasła o sprawiedliwości społecznej wytwarzane przez marksizm traktować jako współgrające i do pogodzenia z chrześcijaństwem. W Polsce, ten dekret miał jeszcze inne znaczenie. Komuniści posłużyli się nim, aby zmanipulować jego intencję i wymusić na hierarchach deklarację iż jego treść jest świadectwem nawołującym katolików żyjących w Polsce do zdrady państwa. To wprowadzało hierarchię w bardzo niewygodny wybór między lojalnością wobec państwa zarządzanego przez komunistów i lojalnością wobec Stolicy Apostolskiej. Od tego dekretu rozpoczyna się, w jakiejś mierze, okres represji wobec Kościoła. To była reakcja władz na rzekome mieszanie się Kościoła w rzeczywistość państwa. Tego dekretu nikt nigdy nie wycofał i nadal obowiązuje. Faktem jest, że gdy na II Soborze Watykańskim z inicjatywy polskiego episkopatu i prymasa Wyszyńskiego, próbowano potępić doktrynę komunistyczną i realny socjalizm, to nie zajęto się naszym wnioskiem. Jednak nie oznacza to anulowania dekretu z 1949 r. Koncesjonowane środowiska katolickie i komuniści uznali to jednak, jako rozchodzenie się linii politycznej Episkopatu Polski pod wodzą prymasa Wyszyńskiego i Stolicy Apostolskiej. Tworząc ten klin próbowano udowodnić, że II Sobór Watykański nie opowiedział się za polityką prymasa wobec PRL. To nie była jednak prawda – mówi Żaryn. Not. Jarosław Wróblewski

Spełnione proroctwa D&B Przez cały okres rządu obecnej antypolskiej kliki PO-PSL, co jakiś czas wybucha z premedytacją przeprowadzana propagandowa nagonka na opozycję. Oskarża się ją o faszyzm, próby wywołania zamieszek poprzez wyprowadzanie ludzi na ulicę czy też negowanie wyniku demokratycznych wyborów i legalności obecnej władzy. Podczas ubiegłorocznych obchodów Święta Niepodległości część naszych rodaków, ta rzeczywiście interesująca się tym, co się dzieje w ich ojczyźnie, mogła na własne oczy zobaczyć prowokacje władzy wymierzone przeciwko własnym obywatelom i opozycji. Jak wiadomo szereg ostatnich lat ukazuje nam, że polską specjalnością podczas demonstracji, szczególnie tych związkowych jest palenie opon, a nigdy samochodów. Jednak 11-go listopada 2011 roku zapłonął nie tylko policyjny radiowóz, ale i wóz transmisyjny TVN. Jak to się dzieje, że w stacji telewizyjnej, w której każde „złe spojrzenie” w kierunku jej dziennikarza czy reportera jest natychmiast przedstawiane, jako atak „moherów” na wolne media to jednak w sprawie podpalonego samochodu panuje kompletna cisza? Jak to się dzieje, że policja milczy na temat podpalonego radiowozu? Przecież lepszego pretekstu do demonstrowania swojej martyrologii oraz bezwzględności opozycji zarówno TVN, jaki i nadymany przez Wiertniczą Tusk nie znajdą? Otóż tak się złożyło, że w Internecie natychmiast ukazały się nakręcone przez obserwatorów tych wydarzeń filmiki, nie pozostawiające wątpliwości, że obu podpaleń dokonali prowokatorzy, a w przypadku policyjnego wozu zrobił to umundurowany funkcjonariusz. Mało tego, nakręcono film gdzie dziś już zidentyfikowany z imienia i nazwiska policjant występujący po cywilnemu częstuje gazem po oczach Bogu ducha winnego przechodnia z biało-czerwoną flagą, po czym kopie bezbronnego celując w brzuch i głowę. Następnie prowadzi swoja ofiarę przed oblicze sądu gdzie oskarża ją o napaść na policjanta. Zarówno za pobicie jak i składanie fałszywych zeznań grożą trzy lata pozbawienia wolności, ale nie łudźmy się, że zdemaskowany bandyta trafi za kratki. Ot zwykła wpadka czy wypadek przy pracy podczas zaplanowanej przez rządzących prowokacji przeprowadzonej tylko po to, aby jeszcze tego samego dnia Bul-Komorowski mógł zapowiedzieć wzorowane na ekipach Putina i Łukaszenki zmiany w prawie. Warto w tym miejscy przypomnieć sobie liczne, szczególnie w TVN24 prezentowane przykłady na brutalność policji w USA i wrażliwość dziennikarską na widok ofiar tamtejszej policji. Różnica jednak polega na tym, że tamtejsze media bezlitośnie nagłaśniają takie przypadki, a winni lądują za kratkami. Obojętność polskiego społeczeństwa na bandyckie rządy jest zawstydzająca i świadczy o postkolonialnej mentalności większości naszych rodaków. Jak to w życiu zwykle bywa bardzo szybko wszyscy odczujemy to na własnej skórze. Cofnijmy się teraz w czasie i przypomnijmy sobie, jak demokratyczne wyborcze decyzje Polaków szanował dzisiejszy premier. Oto, co powiedział w 2006 roku w wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej, swoim zagorzałym fankom, Agnieszce Kublik i Monice Olejnik: 

Tusk –Jeśli się ktoś wychował na podwórku, dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy

-Jeżeli prezydent rozwiąże parlament 1 lutego, to, co wtedy? Tusk - Rozmawialiśmy z konstytucjonalistami, z rzecznikiem praw obywatelskich. Wydaje się bezsporne, że niektóre działania PiS-u, na przykład blokowanie wyborów nowego prezydenta Warszawy, ustawa medialna, a przede wszystkim kuglowanie z terminami budżetowymi, to są wykroczenia bardzo poważne.

- Pójdziecie z tym do Trybunału Stanu? Tusk - Nie, to już są dużo poważniejsze sprawy.

- Czyli, co? Tusk - Czyli może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, czyli usunięcia prezydenta z urzędu. Natomiast prezydent, który pozwoliłby sobie na złamanie konstytucji po to, żeby jego partia wygrała wybory, stawiałby Platformę w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom.

- Czyli? Tusk - Trzy kropki postawcie

Dzisiaj po 10 kwietnia 2010 roku te trzy kropki zostały wypełnione treścią. Warto przytoczyć w tym miejscu proroczy fragment z felietonu śp. Macieja Rybińskiego, „Podwórko Donalda Tuska”, napisanego po ukazaniu się tego „historycznego” wywiadu:

„Jeśli się ktoś wychował na podwórku, dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy- wyznał Agnieszce Kublik i Monice Olejnik szef Platformy Donald Tusk w wywiadzie opublikowanym w sobotniej "Gazecie Wyborczej". Podwórkiem Tuska jest teraz Polska, a my - obywatele - nie mamy możliwości zabrania swoich zabawek i pójścia na sąsiednie podwórko. Musimy przyglądać się bójce i niewykluczone, że wszyscy dostaniemy po mordzie. Chyba, że ktoś wyrośnie wreszcie z krótkich portek. Ale nadzieja jest mała. Donald Tusk ogłosił w tym zdumiewającym wywiadzie, że ponieważ nie ma możliwości usunięcia prezydenta Kaczyńskiego z urzędu, nie wyklucza wypowiedzenia obywatelskiego posłuszeństwa. Ależ najnowsze dzieje Polski pokazują, że są, co najmniej dwa sposoby usunięcia prezydenta - albo na wzór Narutowicza, albo Wojciechowskiego. Trzeba być tylko albo Niewiadomskim, albo Piłsudskim, komu, do kogo bliżej.”

„Ale nie wiadomo dokładnie, na czym ma polegać nieposłuszeństwo, bo Tusk na prośbę o wyjaśnienie zalecił postawienie trzech kropek. Jeśli chodzi w tych kropkach o partyzantkę, to na mnie proszę nie liczyć - mieszkam za daleko od mostów i linii kolejowych. Oczywiście przeciwko złemu rządowi jest w tradycji polskiej jeszcze jedna metoda - oddanie się pod protekcję ościennego, życzliwego mocarstwa. Mężowie stanu z podwórka, niszczycie nie Trzecią, ani Czwartą, tylko po prostu Rzeczpospolitą. Naszą. Jedyną, jaką mamy.”

A teraz na sam koniec fragment zapomnianego, a z dzisiejszego punktu widzenia, wstrząsającego wywiadu, jakiego ówczesny marszałek sejmu, Bronisław Komorowski udzielił w grudniu 2009 roku Konradowi Piaseckiemu w RMF-FM. Stuprocentowym kandydatem PO na prezydenta był wtedy Donald Tusk.

Konrad Piasecki: Panie marszałku, pan mówi jak kandydat Platformy na prezydenta! Bronisław Komorowski: Nie miałem takiej intencji…

Konrad Piasecki:, Ale coś to zabrzmiało. Bronisław Komorowski: Ale uprzejmie dziękuję za ten prezent pod choinkę.

Konrad Piasecki: Słowo „modernizacja” też z Olechowskim macie ostatnio ulubione, bo obaj bardzo chętnie go używacie. Bronisław Komorowski:  Ale wie pan, to nie są słowa-klucze. Ja po prostu uważam, że modernizacja dzisiaj jest i potrzebna, i możliwa, dlatego zrobię wszystko, jako marszałek Sejmu, aby ona postępowała do przodu. Polska ma swoją szansę gigantyczną cywilizacyjną.

Konrad Piasecki: Pan, człowiek, który ogłosi datę wyborów prezydenckich uważa, że im szybciej się one odbędą, tym lepiej? Bronisław Komorowski: Generalnie tak.

Konrad Piasecki: Ale dlaczego? Bronisław Komorowski: Bo uważam, że jest coś złego w obszarze władzy wykonawczej. Jest taka zimna wojna między rządem a prezydentem. Prezydent nie wspiera reform, prezydent stara się utrudnić życie rządowi. Ten stan rzeczy byłoby dobrze skrócić.

Konrad Piasecki: Ale się nie skróci przecież datą wyborów prezydenckich! Bronisław Komorowski: Właśnie się skróci.

Konrad Piasecki: Jak się skróci? Bronisław Komorowski: Jeżeli się zrobi wcześniej wybory, to ten okres takiej zimnej wojny będzie trwał krócej.

Kiedy my Polacy w końcu zrozumiemy, że władze w Polsce dzierży oligarchiczna, pozbawiona skrupułów banda degeneratów, a jej tak zwany salon to najzwyklejszy moralno-etyczny chlew, w którym razem ze swoimi mediami tuczą się, parzą miedzy sobą, rozmnażają i tarzają we własnych cuchnących odchodach, przedstawiając to, jako kąpiel w szampanie?

http://wyborcza.pl/1,79853,3134878.html

http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-bronislaw-komorowski-wybory-prezydenckie-im-szybciej-tym,nId,207827

kokos26

Kownacki: Po umorzeniu wielu może spać spokojnie Możliwości pociągnięcia do odpowiedzialności urzędników przygotowujących wylot do Katynia będzie niezmiernie trudne. Jedyną nadzieją jest znalezienie nowych dowodów lub nowych świadków - mówi portalowi Stefczyk.info i wPolityce.pl mecenas Bartosz Kownacki, pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Stefczyk.info wPolityce.pl: W procedurze karnej obowiązuje zasada powagi rzeczy osądzonej. Raz oceniona sprawa nie może być ponownie badana przez śledczych. Co w tym kontekście oznacza umorzenie cywilnego wątku śledztwa smoleńskiego? Bartosz Kownacki: W związku z decyzją o umorzeniu tego śledztwa skierowanie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędników odpowiedzialnych za przygotowanie lotu do Smoleńska jest nieuzasadnione. Prokuratura odmówi z miejsca wszczęcia śledztwa w tej sprawie, uznając, że już raz ją oceniała. To wynika z zasady, o której Pan mówił. Prokuratura nie powinna dwa razy oceniać tej samej sprawy. Dziś losy śledztwa spoczywają na Prokuratorze Generalnym. Jeśli on nie podejmie decyzji o jego wznowieniu do ponownego jego wszczęcia mogą doprowadzić jedynie nowe dowody czy fakty w tej sprawie. Jeśli prokuratura może się powołać na wcześniejsze rozstrzygnięcie danej sprawy, z miejsca odmawia się ponownego wszczęcia śledztwa.
Zmiana władzy, powstanie rządu, który będzie chciał ponownie sprawdzić kwestie odpowiedzialności za przygotowanie wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu coś zmieni? W obecnym stanie prawnym, zmiana władzy nie ma znaczenia. Prokuratura bowiem jest formalnie niezależna od rządu. Zmiana rządu nie zmienia kierownictwa w Prokuraturze. Oznacza to, że przy obecnej ustawie nowa władze nie ma żadnego wpływu na te decyzje.
Decyzja o umorzeniu gwarantuje bezkarność urzędników, którzy dopuścili się nieprawidłowości? Wydaje się, że tak. W praktyce doprowadzenie do ponownego wszczęcia śledztwa wymagałoby poznania nowych dowodów w tej sprawie, albo przejęcia władzy, a potem zmiany ustawy o Prokuraturze. Dopiero wtedy rząd w nowych realiach mógłby się tą sprawą zająć od nowa.
Śledczy właśnie zapewnili urzędnikom spokojne lata w związku z katastrofą? Tak, to jest uprawniona opinia. Wszczęcie tego śledztwa będzie niezmiernie trudne. Decyzja prokuratury oznacza, że część funkcjonariuszy polskiego państwa może spać spokojnie. Znaleziono kozłów ofiarnych, oni będą ciągani po sądach. Cała reszta jest bezkarna. Takie są brutalne realia. To budzi moje oburzenie i sprzeciw. Jednak taka jest rzeczywistość. Umorzenie załatwiło sprawę na długie lata.
Prokuratorzy uznali, że w trakcie przygotowania do wizyty w Katyniu doszło do złamania zasad konstytucyjnych określających współpracę rządu i Prezydenta. Czy to argument do stawiania urzędników przed Trybunałem Stanu? Ustalenia śledczych, choć zakończone skandaliczną decyzją, były druzgoczące dla rządu. Urzędnicy powinni ponieść odpowiedzialność karną, dyscyplinarną i polityczną. Odpowiedzialność polityczna to również proces przed TS. W mojej ocenie m.in. premier Tusk przed Trybunałem powinien stanąć. Wiele ustaleń śledczych powinno się kończyć przed TS. Urzędnicy powinni odpowiedzieć za szereg nieprawidłowości. Jednak, aby do tego doprowadzić, należy wygrać wybory.
Pojawiają się głosy, że w śledztwie ustalono wszystkie okoliczności dotyczące przygotowania do wizyty śp. Lecha Kaczyńskiego. Wątpliwe, by udało się w tej sprawie ustalić coś nowego Istnieje nadzieja, że pojawią się nowe dowody w tej sprawie. Kluczowe mogą się okazać zeznania nowego świadka. Jeśliby się okazało, że ktoś zezna, że zaniedbania przed wylotem do Smoleńska nie wynikały z niechlujstwa, ale były celowe, to już jest powód do wznowienia śledztwa. Jestem przekonany, że działania rządu w tej sprawie były zamierzone i celowe. Gdyby ktoś powiedział o tym wprost, była by szansa na wznowienie postępowania. Wydaje się, że gdy obecna władza zacznie się sypać, znajdą się ludzie, którzy będą chcieli mówić prawdę. Rozmawiał KL

List otwarty prof. Szyszko do premiera Pan Donald Tusk, Premier Rządu RP. (list otwarty w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego – indolencja czy zdrada stanu?)

Szanowny Panie Premierze Podczas 16 posiedzenia Sejmu w dniu 15 czerwca 2012 roku w 5 punkcie porządku dziennego „Rozpatrzenie poselskiego wniosku o zarządzenie ogólnopolskiego referendum w sprawie renegocjacji pakietu klimatyczno- energetycznego głosowanie” zadałem Panu pytania cytuję:
„Po przyjęciu pakietu w grudniu 2008 r. powiedział Pan, że odniósł Pan sukces na miarę rządu Marcinkiewicza, czyli Polska otrzyma ponad 60 mld euro. Według analiz polskiego przemysłu prawda jest okrutna. Pakiet to niebotyczny wzrost cen energii, to blokada polskiego węgla, to uzależnianie Polski od gazu rosyjskiego i obcych technologii, to wzrost bezrobocia, to obraz indolencji lub zdrada racji Stanu. Kto ma rację i czy nadal uważa Pan, że pakiet to Pana sukces? Jeśli tak to dlaczego? Dlaczego woli Pan wpychać CO2 w pokłady geologiczne na kilkaset lat za 100 euro za tonę, a nie chce Pan, aby Polskie Lasy Państwowe dostawały za to pieniądze na tworzenie miejsc pracy na terenach wiejskich? Panie Premierze, czy dlatego chciał Pan rozpocząć proces prywatyzacji Polskich Lasów Państwowych a społeczeństwo powiedziało nie?” W odpowiedzi na moją wypowiedź powiedział Pan cytuję:
„Pan minister Szyszko dzisiaj po raz kolejny swoją bałamutną wypowiedź zakończył pytaniem, być może rzeczywiście nie retorycznym, tylko faktycznym. Postaramy się, być może wspólnie, odpowiedzieć na pytanie, mianowicie, czy pakiet klimatyczno-energetyczny to zdrada stanu, czy indolencja. Nigdy nie można wykluczyć jednego lub drugiego, lub obu rzeczy na raz. Mam nadzieję że Pan Poseł Szyszko będzie umiał nam jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mój rząd w poprzedniej kadencji musiał całymi miesiącami, organizując gigantyczną akcję dyplomatyczną niwelować fatalne dla Polski skutki umowy, jaką zawarł prezydent Lech Kaczyński w porozumieniu z premierem Jarosławem Kaczyńskim ? I dalej: „Mówiłem w imieniu polskiego rządu, że mamy prawo mówić o sukcesie, ponieważ wspólnie z ówczesnym prezydentem Francji Nicolas Sarkozym udało się doprowadzić do zbudowania bardzo poważnej koalicji państw europejskich, które przez wiele, wiele miesięcy pracowały nad tym, aby pakiet klimatyczno energetyczny, którego przyjecie zostało rozstrzygnięte przez moich poprzedników, miał dla Polski zdecydowanie łagodniejszy wymiar, który można wyliczyć na poziomie dziesiątków złotych. Precyzja tych wyliczeń oczywiście zawsze będzie zależała od koniunktury na rynku, w tym od cen. np. jednej tony CO2, a to jest zależne od koniunktury gospodarki globalnej, światowej i europejskiej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że pół roku ciężkiej pracy polskiej dyplomacji, także ministra Korolca, który z wrodzoną sobie delikatnością nie przypomina o czasami bulwersujących szczegółach tego zamieszania wokół pakietu klimatyczno-energetycznego, ale pół roku tej ciężkiej pracy polskiego rządu, a także innych rządów zagrożonych taką wersją pakietu, jaką zaakceptował ówczesny prezydent Lech Kaczyński, ta praca dała efekt, powiedziałbym ratunkowy. Czy jesteśmy w Polsce szczęśliwi, że pakiet w ogóle wszedł ? Oczywiście, że nie, bo jest on groźny dla każdej węglowej gospodarki. Czy udało się uratować Polskę od wymiaru dramatycznie gorszego? Tak, dzięki aktywności takich ludzi jak minister Korolec. Oczekuję, że pan minister Szyszko sam sobie zada to pytanie i sam na to pytanie uczciwie odpowie: Indolencja czy zdrada stanu ?”
Szanowny Panie PremierzeW swojej odpowiedzi na moje pytania, zadał mi Pan dwa razy to samo pytanie a mianowicie czy przyjęty pakiet klimatyczny to indolencja czy też zdrada stanu ? Podwójne pytanie na moje pytanie o tej samej treści. Niestety Pani Marszałek nie dała mi szans odpowiedzi. Gratuluje socjotechniki. W tej sytuacji nie pozostało mi nić innego jak udzielić Panu odpowiedzi na zadane przez Pana pytania w formie listu otwartego. Oto fakty, które winien Pan przyjąć do wiadomości:
W marcu 2007, a więc za rządów PiS, Polska przyjęła konkluzje dla energetycznego „3x20” mówiące aby do roku 2020 dokonać:
- zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych o 20%
- zwiększenia udziału energii ze źródeł odnawialnych w ogólnym bilansie energetycznym o 20%
- zwiększenia efektywności energetycznej o 20%
Zapis samych powyżej wymienionych konkluzji, mimo że nie poparty analizami gospodarczymi, był dość interesujący dla Polski gdyż:
1. Redukcja emisji o 20% nie budziła większych zastrzeżeń gdyż Polska dokonała już redukcji na poziomie 32%. Państwa „starej piętnastki” zobowiązane do redukcji na poziome 8% dokonały jej zaledwie na poziomie 0.9%. Wiele państw tej grupy miast dokonać redukcji na poziomie 8%, odwrotnie, dokonało wzrostu emisji nawet o kilkadziesiąt procent. Zgodnie z protokółem z Kioto państwa starej piętnastki powinny płacić za nie wykonanie redukcji emisji a Polska winna otrzymywać pieniądze za to, że dokonała znacznie wyższej redukcji od tej do której się zobowiązała, mając w liczbach wymiernych 500 mln ton nadwyżki redukcji w latach 2008- 2012.
2. Zwiększenie udziału energii z odnawialnych źródeł nie stwarzało również większych obaw. Polskie zasoby biomasy a szczególnie polskie zasoby geotermalne są przeogromne. Według polskich naukowców nasze zasoby geotermalne 150 razy przewyższają nasze potrzeby. Warto tu nadmienić, że według dostępnych informacji, tylko jeden otwór wydobywczy geotermii toruńskiej daje 700 m3 wody o temperaturze ponad 65 stopni na godzinę. Ten jeden otwór to zaspokojenie potrzeb na ciepłą wodę dla 200 tysięcznej aglomeracji toruńskiej, to zaspokojenia na ciepło dla 20 tyś osób w okresie zimowym, to tańsza energia cieplna od obecnie uzyskiwanej na bazie tradycyjnych paliw, to redukcja emisji CO2 w ilości 40 tyś. ton rocznie, to wielki sukces.
3. Zwiększenie efektywności energetycznej było wielkim wyzwaniem ale w świetle sukcesów Polski w zakresie redukcji jak też możliwości wykorzystania odnawialnych źródeł energii stwarzało realne szanse na rozwój gospodarczy i eksport polskiej myśli technicznej poza granice kraju. Powinien Pan również wiedzieć, iż po przejęciu władzy przez PiS jesienią 2005 roku:
1. Przystąpiono natychmiast do realizacji polityki w zakresie rozliczenia zobowiązań wynikających z Konwencji Klimatycznej i Protokółu z Kioto. PiS zdawało sobie sprawę z tego, że pierwszy rok rozliczeń protokółu z Kioto przypada na rok 2008 a pierwszy okres rozliczeń trwał będzie do roku 2012. To z tego powodu PiS już w 2005 roku rozpoczął działalność dyplomatyczną aby przejąć prezydenturę Konwencji Klimatycznej w roku 2008 i zorganizować 14 Konferencję Stron tej Konwencji w Polsce. Propozycję organizacji tej Konferencji Polska złożyła w roku 2006 podczas 12 Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w Nairobi i starania zakończyły się sukcesem. Polsce powierzono organizację czternastej Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej w Poznaniu w roku 2008.
2. Zgodnie z programem wyborczym, przedstawiono w Sejmie projekt ustawy o instrumentach wspomagających redukcję emisji do powietrza gazów cieplarnianych i innych substancji włączającej lasy do systemu handlu emisjami.
3. Zgodnie z dyrektywą 2003/87/WE Rząd PiS wystąpił do Komisji o przydział limitu emisji na II okres rozliczeniowy a więc na lata 2008-2012 zgodnie z KPRU w wysokości 284.6 mln ton. Komisja przydzieliła 208.5 mln ton. Rząd PiS zaskarżył tą decyzję do ETS jako niezgodną z procedurami a równocześnie niezwykle szkodliwą dla polskiej gospodarki, w tym, dla głównego polskiego nośnika energii jakim jest węgiel kamienny.
4. Wraz z osiąganymi sukcesami zaczęła rosnąć krytyka prowadzonej polityki klimatycznej PiS. Szczególną aktywność wykazała tu ówczesna opozycja sejmowa wspomagana przez brukową prasę polskojęzyczną. W październiku 2007 roku PiS przegrał wybory parlamentarne. Nowa koalicja natychmiast rewiduje politykę poprzedniego rządu w zakresie polityki klimatycznej i rząd PO-PSL:
1. Eliminuje natychmiast z toku prac parlamentarnych, przygotowany przez PiS, projekt ustawy o instrumentach wspomagających redukcję emisji do powietrza gazów cieplarnianych i innych substancji, włączającej polskie lasy do systemu handlu emisjami. Włączenie lasów miało spowodować napływ pieniędzy w terenach wiejskich na tworzenie tam miejsc pracy. Indolencja czy celowa działalność?2. W Ministerstwie Środowiska zwalnia się lub przenosi do innej pracy prawie wszystkich merytorycznie przygotowanych, z obyciem międzynarodowym, specjalistów w zakresie Konwencji Klimatycznej i Protokółu z Kioto. Indolencja czy celowa działalność?
3. Przestraszony brukową polskojęzyczną prasą polski minister środowiska PO-PSL jedzie w 2007 roku na 13 Konferencję Stron Konwencji Klimatycznej na Bali, jako pretendent do objęcia prezydentury, w towarzystwie chyba najmniejszej delegacji krajowej, złożonej z trzynastu osób i zgadza się na to aby rozliczenie protokółu z Kioto rozpocząć nie w roku 2008 w Poznaniu a w roku 2009 w Kopenhadze. Oddaje więc całą inicjatywę w ręce ówczesnej duńskiej minister środowiska a obecnej komisarz UE d.s. klimatu (czytaj energii) Connie Hedegaard. Indolencja czy celowa działalność? Na skutki prowadzonej bliżej nie zrozumiałej polityki klimatycznej rządu PO-PSL nie trzeba było długo czekać. Tego samego dnia a mianowicie w grudniu 2008 roku, podczas posiedzenia Komitetu Wysokiego Szczebla Konwencji Klimatycznej w Poznaniu, kiedy to do Polski zjechali Prezydenci Premierzy i Ministrowie z całego świata i zgodnie z Protokółem z Kioto miało się rozpocząć rozliczenia państw, szczególnie Aneksu II (państwa starej piętnastki), zostało zorganizowane w Brukseli Posiedzenie Rady Europy gdzie Pan Panie Premierze przyjął rzeczywiście pakiet klimatyczno energetyczny. Usankcjonował Pan wtedy następujące akty prawne opublikowane następnie w Dzienniku Urzędowym UE L 140 z dnia 5 czerwca 2009 roku. Są to:
1. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/29/WE z dnia 2009 r. zmieniająca dyrektywę 2003/ 87/WE w celu usprawnienia i rozszerzenia wspólnotowego systemu handlu emisjami do emisji gazów cieplarnianych (dyrektywa EU ETS), przyjmująca praktycznie dla liczenia 20% redukcji emisji gazów cieplarnianych dla Polski nie rok bazowy jakim był, zgodnie z protokółem z Kioto rok 1988, a rok 2005. Praktycznie bazowy, gdyż gros emisji dotyczy limitów dla takich działów produkcji jak energia elektryczna, ciepło, stal, cement, papier i szkło a limity te zatwierdza Komisja Europejska. Równocześnie rząd Polski PO-PSL rezygnuje z wygranego, wspomnianego powyżej procesu przed ETS, i zgadza się aby na lata 2008- 2012 limit emisji wynosił nie 284.6 mln ton a tak, jak proponowała KE czyli 208.5 mln ton CO2. Ogromny cios w polską gospodarkę przy świadomości że limitem produkcji przestały być zasoby energetyczne a stała się nim wielkość limitu emisji CO2 na lata 20013-2012, przyznawana praktycznie przez Komisję Europejską w latach 2008-2012 . Indolencja czy celowa działalność?
2. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/31/WE z dnia 23 kwietnia 2009 roku w sprawie geologicznego składowania dwutlenku węgla (tzw. dyrektywa CCS) zobowiązująca Polskę do składowania skroplonego CO2 w pokładach geologicznych przy kosztach, według informacji ministerstwa gospodarki, dochodzącymi do 100 euro za tonę. Indolencja czy celowa działalność?
3. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/28/WE z dnia 23 kwietnia 2009 r. w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych (tzw. Dyrektywa OZE). Powyższe dyrektywy zostały przyjęte przez Pana, Panie Premierze, bez jakichkolwiek analiz gospodarczych przy wielkim sprzeciwie opozycji wyrażanym na Sejmowej Komisji d.s. Unii Europejskiej w dniach 29.02, 7.03, 14.03 i 30.05 2008. i krytyce zawartej jedynie w prasie katolickiej a szczególnie w Naszym Dzienniku. Wraz z wprowadzaniem w życie pakietu klimatyczno energetycznego koalicja rządząca PO-PSL rozpoczęła intensywne prace nad destabilizacją Polskich Lasów Państwowych poprzez próbę włączenia ich do sektora finansów publicznych, przygotowując tym samym proces ich prywatyzacji. O przygotowywaniu do prywatyzacji wydaje się świadczyć przyjęta przez Sejm w roku 2009 Ustawa o systemie zarządzania emisjami gazów cieplarnianych i innych substancji gdzie w niewinnie brzmiącym artykule 18 czytamy: „Jednostki pochłaniania mogą być dodatkowo wykorzystywane do zamiany na jednostki redukcji emisji odpowiadające pochłanianiu dwutlenku węgla uzyskanemu w wyniku realizacji projektów wspólnych wdrożeń na  terytorium RP”. Pochłanianie w ramach wspólnych wdrożeń na terenie RP znaczy, że Polak nie ma prawa do jednostek pochłaniania. Prawo takie posiada natomiast obcokrajowiec, o ile zainwestuje w lasy na terytorium RP. Tego rodzaju zapis spowodował działalność firm, które rozpoczęły notarialnie skup prawa do pochłaniania CO2 przez drzewostany i ściółkę od prywatnych polskich właścicieli lasów. Indolencja czy celowa działalność? Kuriozalną sprawą było porozumienie Kopenhaskie z 2009 roku, gdzie Pan, Panie Premierze, całkowicie ignorując Konwencje Klimatyczną i Protokół z Kioto postanowił zachować się jak reprezentant państwa z aneksu II do Konwencji Klimatycznej i pokrywać koszty zalesień celem pochłaniania dwutlenku węgla w państwach rozwijających się w ramach tzw. „Fast start financing”. Zostało to usankcjonowane formalno prawnie, nowelizacją ustawy prawo ochrony środowiska w roku 2011, zmuszającą do wpłat na rzecz tego funduszu Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Pragnę Pana poinformować, że zgodnie z Konwencją Klimatyczną Polska była zwolniona od takich opłat i było to obowiązkiem państw Aneksu II a więc także „starej piętnastki”. Indolencja czy celowa działalność? Działalność rządu PO-PSL w roku 2008 stwarza wrażenie, że PO-PSL obejmując władzę w Polsce nie zdawało sobie całkowicie sprawy z tego co to jest Konwencja Klimatyczna i Protokół z Kioto i jakie są zobowiązania Polski jako państwa Aneksu I a jakie zobowiązania państw starej piętnastki, jako państw Aneksu II. Tym bardziej nie zdawał sobie sprawy z tego, co to jest pakiet klimatyczno energetyczny i jakimi reperkusjami gospodarczymi będzie to skutkować. O słuszności tej diagnozy wydaje się świadczyć fakt, że Pan, Panie Premierze, po podpisaniu pakietu klimatyczno energetycznego stwierdził na konferencji prasowej w Brukseli, że Polska odniosła sukces na skalę rządu Marcinkiewicza i otrzyma podobną sumę pieniędzy jak ON a więc, jakśmiem przypuszczać, ponad 60 mld euro. Po kliku tygodniach sprostował Pan tą wypowiedź i stwierdził, że jest to 60 mld zł a po kolejnych kilku tygodniach zaznaczył, że pakiet klimatyczno energetyczny jest wielkim sukcesem gdyż naprawiono błędy poprzedniego rządu i Polska nie będzie musiała takiej sumy zapłacić. Dostrzegając porażkę z dziecinną łatwością przestał Pan być autorem sukcesów, obciążając ewidentnymi Pana błędami śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A błędy są rzeczywiście ogromne, niosą bardzo dotkliwe skutki dla polskiej gospodarki, potęgowane przez biznesową nadgorliwość rządzącej koalicji PO-PSL. Mówiąc krótko pakiet klimatyczno energetyczny to zrzeczenie się Polski z sukcesów redukcyjnych wynikających z Protokółu z Kioto, to blokada polskich zasobów energetycznych takich jak węgiel kamienny, węgiel brunatny, zasoby geotermalne i potencjalnie również gaz łupkowy, to niebotyczny wzrost cen energii elektrycznej, ciepła, cementu, stali, szkła i papieru, to w efekcie ucieczka tych gałęzi poza granice UE, to w końcu dalszy wzrost bezrobocia. Pakiet klimatyczno energetyczny to zniszczenie polskiego bezpieczeństwa energetycznego i uzależnianie polskiej gospodarki od zewnętrznych dostaw energii i obcych technologii. Klasycznym takim przykładem, są powstające jak grzyby po deszczu, elektrownie wiatrowe, gdzie cena energii stymulowana dyrektywa pakietową OZE jest ponad dwukrotnie wyższa od cen energii produkowanej na bazie węgla. Produkcja tej energii nie stymuluje również miejsc pracy, budzi protesty społeczne i jest szkodliwa z punktu widzenia ochrony przyrody i sprzeczna z ratyfikowaną przez Polskę Europejską Konwencją Krajobrazowa. Dla przykładu przypomnę tu jeszcze raz sukces geotermii toruńskiej, która wręcz z premedytacją była niszczona przez Ministerstwo Środowiska. Przykładem tego może być również presja rządu PO-PSL na budowę elektrowni jądrowych jak przypuszczam, będąca efektem wspomnianej przez Pana Premiera poważnej koalicji państw europejskich z ówczesnym prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym na czele. Indolencja czy celowa działalność? Pakiet klimatyczno-energetyczny musi być natychmiast poddany renegocjacjom w duchu interesów Polski gdyż każdy dzień to nowe propozycje UE (to właśnie renegocjacje stanu istniejącego z pominięciem Polski) „zamydlające prawdę” i tworzące fakty dokonane przez tych, którzy nie wywiązali się ze zobowiązań wynikających z protokółu z Kioto, a więc ze strony „starej piętnastki”. Typowym przykładem zamydlania są tzw. darmowe przydziały emisji dla polskich producentów w latach 2013-2020 dawane przez Komisję Europejską, „wrzutka” typu propozycja redukcji emisji do 80 % do roku 2050, lub też informacja, że bez redukcji emisji w Chinach lub Indiach nie można mówić o skutecznej walce ze zmianami klimatycznymi. Darmowe przydziały emisji nie są darmowymi i w przypadku Polski kosztują bardzo dużo, będą wpływały na wzrost cen produktów w tym energii elektrycznej i ciepła. Chińczyk czy też Hindus emituje średnio kilka lub kilkanaście razy mniej CO2 w przeliczeniu na głowę mieszkańca niż przeciętny mieszkaniec UE a i w UE są również duże dysproporcje między poszczególnymi państwami, gdzie średnio na Polaka wypada zdecydowanie mniej emisji niż w wielu państwa „starej piętnastki”. Renegocjacje muszą być rozpoczęte zgodnie z duchem zrównoważonego rozwoju zawartym w Konwencji Klimatycznej i załączniku do niej jakim jest Protokół z Kioto. Skoro tak szkodliwy dla człowieka jest wzrost koncentracji CO 2 w atmosferze to winniśmy nagradzać tych, co najmniej emitują i dążyć do tego aby zmniejszyć tą koncentrację jak najszybciej i jak najbardziej efektywnie. Koszty winny również odgrywać tu ważną rolę. To z tych powodów PiS, chcąc pomóc rządowi, złożył 11 stycznia b.r. projekt uchwały sejmowej w sprawie rozpoczęcia przez Rząd RP renegocjacji pakietu klimatyczno energetycznego na szczeblu Unii Europejskiej z respektowaniem prawdy i zobowiązań Stron Konwencji Klimatycznej ONZ i Protokółu z Kioto. Leży to w interesie Polski i, śmiem przypuszczać, również Europy. Nie znalazło to akceptacji koalicji rządzącej PO-PSL i to z tego powodu PiS zdecydował się złożyć wniosek o referendum w sprawie renegocjacji pakietu klimatyczno-energetycznego z dwoma pytaniami pokazującymi jak absurdalnymi i szkodliwymi mogą być zapisy w dyrektywach nazwijmy to „pakietowych” przyjętych przez rząd PO-PSL. Każdy może to stwierdzić, że w dyrektywie CCS stosowanej na terenie Polski nie chodzi o żadną obronę klimatu o żadną przyrodę i bioróżnorodność czy też o dobro ludzi. Chodzi o brutalne interesy różnych grup nacisku, gdzie szczególną walkę wydano polskiej gospodarce, polskim zasobom energetycznym, polskim lasom państwowym i polskiej wsi. Koalicja rządowa odrzuciła w głosowaniu wniosek o referendum. Mam jednak nadzieję, że dotarliśmy do niektórych pokazując, że Polska, państwo o ogromnych sukcesach w zakresie rozwoju zrównoważonego, państwo o przebogatych zasobach energetycznych i przebogatych zasobach przyrodniczych o wspaniałej polskiej wsi, jest poważnie zagrożone. Być może zmusi to koalicję rządząca PO- PSL do rozpoczęcia działań naprawczych w pakiecie klimatyczno-energetycznym, będącym w wymowie gospodarczej zdradą polskiej racji stanu a mam nadzieję przyjętym ze względu na brak wiedzy. Prof. dr hab. Jan Szyszko

Zawieszony prezydent Rumunii wezwał wyborców, żeby przeciwstawili się "zamachowi stanu wymierzonemu przeciwko rządom prawa" Zawieszony w pełnieniu obowiązków prezydent Rumunii Traian Basescu wezwał w sobotę wyborców, żeby przeciwstawili się "zamachowi stanu wymierzonemu przeciwko rządom prawa". Kampanię, mającą na celu obalenie Basescu, prowadzi lewicowy premier Victor Ponta. Na 29 lipca wyznaczono referendum w sprawie odsunięcia Basescu od władzy. Ponta oskarża Basescu o blokowanie rządowych reform i wykorzystywanie najwyższego urzędu w państwie do wyświadczania przysług sojusznikom politycznym. Na wiecu w mieście Kluż-Napoka Basescu wzywał wyborców do udziału w referendum, wyrażając przekonanie, że sprzeciwią się "nadużyciom, zamachowi stanu przeciwko rządom prawa w Rumunii". Tydzień temu parlament Rumunii opowiedział się za wszczęciem procedury impeachmentu wobec Basescu. Centroprawicowy szef państwa został zawieszony w obowiązkach na 30 dni. Basescu czasowo przekazał władzę swojemu rywalowi, przewodniczącemu Senatu Crinowi Antonescu. Rozwojem wydarzeń w Rumunii zaniepokojona jest zarówno Komisja Europejska, jak i administracja USA. Szef KE Jose Manuel Barroso wezwał w czwartek premiera Pontę do przywrócenia kompetencji Trybunału Konstytucyjnego, odebranych niedawno dekretem rządowym, oraz do mianowania na stanowisko rzecznika praw obywatelskich osoby z ponadpartyjnym poparciem. Kierowana przez Pontę socjaldemokratyczno-liberalna koalicja przeforsowała dekrety ograniczające kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, wymieniła przewodniczących obu izb parlamentu, a także rzecznika praw obywatelskich, który jako jedyny mógł nowe dekrety zakwestionować. Rządząca Partia Socjaldemokratyczna (PSD) zamierza przedłużyć o jeden dzień głosowanie w referendum w sprawie impeachmentu Basescu, licząc na osiągnięcie frekwencji powyżej 50 proc. Ponta zamierza co prawda znieść to konstytucyjne uzależnienie ważności referendum od udziału co najmniej 50 proc. uprawnionych do głosowania, ale Unia Europejska jest temu zdecydowanie przeciwna. Zdominowany przez PSD parlament, ma się we wtorek i w środę zajmować aspektami prawnymi referendum. PAP/Sil

Czytanie ze zrozumieniem Musimy mieć dużo czasu na przemyślenie danej kwestii, aby nie włączyła się reakcja automatyczna. Czym mniej czasu, nawyku i potrzeby przemyślenia ważnych problemów, tym większy potencjał oddziaływania dla władców rezonansowych pudeł i producentów tańców z draniami
Gdy niedawno na korytarzu bloku mieszkalnego w Toruniu położyłem na kaloryferze egzemplarz „Gazety Polskiej Codziennie”, ktoś nie mógł się oprzeć i po chwili na gazecie pojawił się zrobiony pisakiem dużymi literami tekst: „Pisowski bełkot”. Zanim odniosę się do tego zdarzenia, odrobina wymądrzania się, czyli kilka słów o tym, co nauka mówi o ludzkim poznawaniu, przyswajaniu świata. Otóż ogromna większość pracy naszych umysłów to procesy nieświadome i zautomatyzowane. Nawet działania świadome przebiegają na podłożu nieświadomych procesów automatycznych. Podejmujemy np. świadomą decyzję, że przeczytamy tekst Zybertowicza w „Gazecie Polskiej” i wyrobimy sobie na jego temat jakiś pogląd. Brzmi to rozsądnie, prawda? Ale już w momencie, gdy rozpoczynamy lekturę, uruchamia się cała gama zjawisk nieświadomych i automatycznych, które kompletnie mogą pozbawić nas kontroli nad naszym dalszym postępowaniem.
Jak szybko składasz literki? Czytanie to bardzo ciekawy przykład splotu świadomego z nieświadomym. Także czytanie tego tekstu, który masz właśnie, Czytelniku, przed oczyma. Jesteś świadomy, że czytasz mój tekst, ale już proces składania literek w słowa, a słów w zdania przebiega automatycznie. Zazwyczaj. Chyba że pojawi się nowe, nieznane Ci wcześniej słowo (np. transsubstancjacja), które trzeba przeczytać ze dwa razy, lub też ze znanych słów zostało ułożone zdanie o skomplikowanej treści. Automatyzm czytania może zostać zaburzony także wtedy, gdy z poszczególnych – dość łatwo zrozumiałych – ciągów zdań wyłaniają się myśli tak złożone, że wymagają ich wielokrotnego przeczytania i przemyślenia. Słowem, wodzenie oczami po tekście to proces przedświadomego przetwarzania zdarzeń percepcyjnych (tak się mądrze mówi). I teraz dochodzimy do najciekawszego. Uczeni twierdzą (np. Michael S. Gazzaniga, autor wydanej także po polsku książki „Istota człowieczeństwa”), że podczas automatycznego przyswajania informacji postrzegane bodźce nie są traktowane jako neutralne. Nie, od razu są automatycznie wartościowane. Są odbierane jako negatywne (to pomieszczenie jest białe, a ja nie lubię bieli) bądź pozytywne (to pomieszczenie jest pomalowane w żywe kolory, a ja lubię takie barwy). Błyskawicznie wpływa to na nas, tworząc konkretne nastawienie do przekazu albo do jego autora.
Chcąc nie chcąc – oceniamy Oceniamy – często bardzo jednoznacznie – niezależnie od tego, czy dany tekst w ogóle poprawnie rozumiemy. Gdy czytamy bądź słuchamy w sposób naturalny (jeśli można tak powiedzieć), to często/zazwyczaj oceniamy, zanim w pełni zrozumiemy treść danej informacji. Stąd problemy z tak prostym wydawałoby się zadaniem jak czytanie ze zrozumieniem. Najpierw bowiem czytany tekst odkodowuje emocjonalna część naszego mózgu, a dopiero potem możemy (jeśli chcemy i jeśli potrafimy) podjąć zdystansowany namysł nad tym, co przeczytaliśmy. Ale emocjonalna część naszego mózgu często na samym początku wysyła nam silny sygnał blokujący korzystanie z możliwości części racjonalnej, zdolnej do logicznej analizy informacji z tekstu.
Zaporowe emocje Jeśli ktoś ma negatywny emocjonalny stosunek do analizowania katastrofy smoleńskiej: „To moherowa obsesja!”, to jego umysł automatycznie powstrzyma go przed spokojnym zapoznaniem się z wywodem, który pokazuje poważne nieprawidłowości w postępowaniu władz polskiego państwa w tej sprawie. Piszę to, by Państwu i sobie samemu lepiej objaśnić to, co dzieje się na internetowych blogach, forach, jak komentowane są materiały. Pouczające są dla mnie wpisy na portalu Niezależna.pl pod moim tekstem z poprzedniej „Gazety Polskiej” zatytułowanym „Raport z Tuskokraju” (o celowości posługiwania się określeniem „Tuskokraj” muszę napisać osobno, bo niektórzy komentatorzy wysuwają w tej sprawie rozsądne zastrzeżenia). Sporo komentarzy i dyskusji nie dotyczyło tematu. Albo trochę dokładniej: było na temat tego, co lektura tekstu wywołuje w głowie czytelnika. Wielu komentatorów nie odnosi się do tego, co napisałem, do tego, co z tekstu można faktycznie wyczytać, ale do tego, z czym w reakcję weszły ich emocjonalne radary, z czym się coś komuś luźno kojarzy. Prowadzą publicznie swoje wewnętrzne monologi (to zresztą przypadłość sporej grupy „zawodowych” blogerów). Na tematy, które ich bolą. Niektórych zabolał – jak się zdaje – obraz ich samych, jaki w „Raporcie” wyczytali. A ból, jak to ból, trzeba odreagować – np. krytykując nauczyciela, który te cytaty zebrał i upublicznił. Oto przykład: „Dziwi mnie, że nie czuje sie Pan w ogóle odpowiedzialny za stan edukacji w Polsce. Jest Pan częścią systemu edukacji (profesor, wykładowca). Jeśli jest niski poziom studentów (pewnie tak jest), to jest to po części odpowiedzialność Pana i Pańskich kolegów po fachu. Po prostu źle wykonujecie swoją pracę w źle zbudowanym systemie edukacji. Po trzecie, co Pan zrobił osobiście, żeby np. zlikwidować Kartę Nauczyciela, która jest jedną z przyczyn kiepskiego nauczania?”. Gdy rozróżniamy reakcje automatyczne/emocjonalne oraz merytoryczne/racjonalne to taki wpis nie dziwi. I wcale nie trzeba tłumaczyć go agresją. Ale jeśli w pozaemocjonalne reagowanie na rzeczywistość nie wykroczymy, to i Polski nie odmienimy. Dalej będziemy narodem bez państwa i państwem bez narodu.
Dużo czasu na przemyślenie Jak pisze wspomniany Gazzaniga, „Musimy mieć dużo czasu na przemyślenie danej kwestii, aby nie włączyła się reakcja automatyczna”. Czy mamy taki czas, gdy po internecie surfujemy z jednego tekstu do innego, często żadnego nie doczytując? Albo gdy skaczemy po telewizyjnych kanałach? Ale za każdym razem ugruntowujmy w sobie jakieś nastawienie. Piszę o zjawisku w komunikacji ludzkiej powszechnym. Nie piszę o internetowej agresji i chamstwie. Chodzi o coś innego. O mechaniczny odbiór sygnałów komunikacyjnych. Jeśli tego zjawiska nie uchwycimy, nie zrozumiemy, co w ostatnich latach wydarzyło się w Polsce z komunikacją publiczną. Czym mniej czasu, nawyku i potrzeby przemyślenia ważnych kwestii, tym większy potencjał odziaływania dla władców rezonansowych pudeł i producentów tańców z draniami. Andrzej Zybertowicz

15 lipca 2012 "Kościół nie może nigdy pozwolić na nadużywanie go w antyeuropejskiej demagogii oraz podsycanie antyeuropejskich nastrojów. Dla zjednoczonej Europy nie ma bowiem alternatywy”- powiedział w dniu 23.II 1997 roku, papież Jan Paweł II  w przemówieniu  do parlamentarzystów austriackich. To był rok 1997, właśnie naród Polski przyjmował socjalistyczną Konstytucję , skonstruowaną przez panów Aleksandra Kwaśniewskiego  i pana Ryszarda Kalisza. Co to może być za Konstytucja jak pisali ją dwaj wybitni socjaliści? Wystarczy ją uważnie przeczytać, i chwilę pomyśleć nad jej artykułami, a zobaczycie Państwo, że sprzeczna jest ona sama w sobie, sprzeczna z  sąsiednimi artykułami i sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem.  a na jej kanwie- Trybunał Konstytucyjny- czwarta Izba  Parlamentu, której orzeczenia  są  ostateczne- stwierdza zgodność setek ustaw uchwalanych bez ładu i składu- czy są zgodne z tą Konstytucją.(????) Czy może być coś bardziej zabawnego,  w demokratycznym państwie prawnym, niż stwierdzanie czy bałagan prawny  uchwalany demokratycznie i większościowo, jest zgodny z bałaganem zawartym w ustawie zasadniczej  skonstruowanej przez człowieka socjalistycznego, a przyjętą przez naród bez czytania? A jest! I na tym humorystycznym fenomenie opiera się nasze życie.. Bo kto- oprócz mnie i kilku moich kolegów z prawicy czytał Konstytucję, którą naród przyjął w referendum? No i oprócz tych, którzy ją napisali.. Jest oczywiście wiele zabawnych spraw w III Rzeczpospolitej prawnej i demokratycznej.. Na przykład wejście Polski do Unii Europejskiej w roku 2004, 1 maja- w” święto pracy” właśnie wtedy, kiedy jeszcze Unii Europejskiej nie było, bo powstała 1 grudnia 2009 roku, po wejściu w  życie Traktatu Lizbońskiego podpisanego przez pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który to Traktat w dużej mierze  zlikwidował  suwerenność Polski. W roku 2004 były jeszcze Wspólnoty Europejskie, a nie Unia Europejska- jako jedno państwo, powstała dopiero w roku 2009. To nad jaką formą sprawowania władzy i formą państwowości głosował naród pięć lat wcześniej? Przecież wyrażnie art. 46a mówi, że” Unia ma osobowość prawną”.. Czy li jest jednym państwem, ponad państwami narodowymi, będącymi w europie... Traktat o Unii Europejskiej daje możliwości podpisywania w imieniu państw członkowskich traktatów  z innymi państwami.(art.24). Czy artykuł 7 protokołu w sprawie stosowania zasad pomocniczości i proporcjonalności będący częścią Traktatu daje parlamentom jedynie prawo do wnoszenia skarg w spornych kwestiach( minimum 1/3 parlamentu). Traktat Lizboński powołał prezydenta i szefa  dyplomacji Unii Europejskiej. TO JEST JEDNO PAŃSTWO!!!! Nie wybudowane jeszcze do końca, ale w trakcie budowy. Wielka Brytania bardzo wyraźnie wyłamuje się z tego kołchozu.. I dobrze na tym  wychodzi i wyjdzie.. Jestem członkiem Kościoła Powszechnego, respektuję jego zasady dotyczące etyki i wiary, ale nie respektuję spraw politycznych Kościoła  Powszechnego w kwestii polskiej przynależności do państwa o nazwie Unia Europejska, państwa wrogiego chrześcijaństwu, wolnemu rynkowi i całej cywilizacji łacińskiej,  z której wyrosła potęga Białego Człowieka. Powiedzenie „ Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”- nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek sensem porównawczym.   Unia Lubelska od roku 1569 ustanawiała Rzeczpospolitą Obojga Narodów, pod wspólnym berłem, ze wspólną walutą- przeciw Rosji, w interesie  Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Unia Europejska jest państwem socjalistycznym, zorganizowanym przez Niemcy, w interesie Niemiec, a nie w interesie narodów przyłączonych do Unii Europejskiej.. Pełna jest regulacji, dyrektyw, podatków i biurokracji. Nie mamy żadnego interesu, żeby  przebywać w państwie o nazwie Unia Europejska. Powinniśmy z nim utrzymywać stosunki handlowe- jak najbardziej- co reguluje Traktat z Schengen, ale nie podlegać permanentnej biegunce legislacyjnej zalewającej nasze życie. Jedna dyrektywa dziennie- to chyba  gruba przesada.. Unia Lubelska to zupełnie inny model polityczny.. To Rzeczpospolita Obojga Narodów.. To partnerstwo we wspólnym interesie, jak na koniec XVI wieku..Niemcy, Bismarck dopiero zjednoczył w roku 1870.. Zagrożeniem wiało od Wschodu.. Teraz zagrożenie wieje od Zachodu.. Ale polityka Niemiecka robiona jest delikatnie w białych rękawiczkach.. Metodycznie, ale powoli.. Właśnie , jak donosi dziennik „ Rzeczpospolita”, wykonujemy kolejny rozkaz płynący z Unii Europejskiej, a wykonuje go pan minister Pracy i Polityki Społecznej, pan Władysław Kosiniak-Kamysz z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Pan Władysław Marcin Kosiniak -Kamysz jest synem pana Andrzeja Kosiniaka – Kamysza będącego ministrem zdrowia w rządzie pana Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego” niekomunistycznego premiera”, chociaż komunizm się tylko przepoczwarzył przybierając inną form Pan Władysław jest bratankiem pana Zenona Henryka Kosiniaka-Kamysza, który z niejednego pieca już urzędowy chleb jadał.. Ukończył studia w Dreźnie,, był wiceministrem obrony narodowej, podsekretarzem stanu, w MSZ- teraz jest ambasadorem w Kanadzie. Jest jeszcze pan  Kazimierz Kosiniak Kamysz- jest profesorem od rozrodu zwierząt, członkiem jakiejś rady w Szkolnictwie Wyższym, jakby od jakiejkolwiek rady miał się poprawić poziom nauczania. Pan Władysław Marcin Kosiniak- Kamysz,  podaję obydwa imiona, żeby nie pomylić o kogo chodzi rozpoczął tworzenie systemu monitorowania losów dziecka(???) Pan minister wykorzystał pretekst w postaci zamordowanego Szymona z Będzina i chce, żeby do niego mogły trafiać informacje o dzieciach, co do których istnieje podejrzenie, że mogą być ofiarami przemocy.. Minister niedawno spotkał się z panią Kluzik-Rostkowską z Platformy Obywatelskiej, była minister pracy imienia Jacka Kuronia, która podobną bazę chciała stworzyć w 2007 roku. „- Powstanie specjalny zespół, który opracuje koncepcję funkcjonowania takiego systemu” – zapewnia pan Janusz Sejmej, rzecznik resortu pracy. ”Sejmej”- ładne nazwisko- powinien, zamiast rzecznikować niedaleko Skweru Wolnego Słowa, rzecznikować w Sejmie- niedaleko.  Z takim nazwiskiem. Będzie jeszcze program pilotażowy.. Nie wiadomo jeszcze ile będzie kosztował, ale w socjalizmie biurokratycznym- to jest najmniej ważna sprawa.. Liczy się idea, idea monitorowania i zniewalania ludzi i ich dzieci.. Ta idea nie liczy się z kosztami.. Chodzi o panowanie człowieka nad człowiekiem. .Zdaniem pani Kluzik-Rostkowskiej powinien powstać centralny system, w którym zapisywane byłyby informacje na temat dzieci z rodzin’ wątpliwych”.  O tym oczywiście, która rodzina jest” wątpliwa”, a która nie jest” wątpliwa”- będzie decydował urzędnik ministerstwa  spraw socjalistycznych, oczywiście „niewątpliwy”.  Informacje  o dzieciach będą pochodziły  z kilku źródeł” niewątpliwych”.… Ze szkoły, z przedszkola,, lekarzy rodzinnych, opieki społecznej, kuratora, policji itp. Bo wkrótce rodziny składające się z dwóch mężczyzn  czy dwóch kobiet- to będą rodziny niewątpliwe.. ”Wątpliwe” to takie, które składają się z kobiety, mężczyzny i dzieci. Widzicie Państwo jaki system kontroli ci szaleńcy budują? W przyszłości informacje będą przekazywały tajne służby państwowe, których już jest siedem.. Tak nas wezmą za przysłowiowe jaja, że ani piśniemy,, Jeszcze jakiś czas.. Jeszcze trochę wysiłku i rozwalą  socjaliści rodzinę do reszty.. A przecież o to chodzi.. Dostęp do centralnego systemu rejestracji bydła, pardon dzieci z rodzin” wątpliwych” będzie miał sąd rodzinny, a gdyby pojawiło się w nim wiele niepokojących sygnałów, sąd musiałby się im przyjrzeć(????) Będą w większej liczbie odbierać dzieci rodzicom… I bierze w tym udział Polskie Stronnictwo Ludowe.. Na sztandarach mają Witosa, który z nimi nie chciałby mieć nic wspólnego.. Był wielkim Polakiem! A ONI są  mali, jak ON był wielki.. Dzięki jego agitacji wśród chłopów wygraliśmy Bitwę Warszawską.. Musiał uciekać przed Piłsudskim na emigrację do Pragi.. Taki los ludzi prawych- zawsze w kącie historii- na świeczniku najwięksi łajdacy! Hołubieni przez masy nie mające o niczym pojęcia, manipulowane i oszukiwane. Czy tak zawsze musi być? WJR

Sowieckie kłamstwo Premier przykrywa swoją odpowiedzialność za świadomą współpracę z Władimirem Putinem przeciwko prezydentowi RP kłamstwem najbardziej bezczelnym, zapierającym dech. Jest to prostym skutkiem tej współpracy. Skala odpowiedzialności za tragedię, jest tak wielka, że jedyną drogą zachowania władzy wydaje się ta właśnie, do której zaprasza Władimir Władimirowicz i zbudowany przez niego model rządów. Premier Donald Tusk 19 października 2011 r. złożył zeznania w Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga, która prowadziła śledztwo ws. „ewentualnych nieprawidłowości podczas organizacji wizyt premiera i prezydenta w Katyniu”. Prokuratura śledztwo umorzyła, wskutek czego mogliśmy poznać zeznania odtajnione na wniosek oskarżycieli. Premier zeznał, że o tym, iż Lech Kaczyński chce wziąć udział w uroczystościach katyńskich, dowiedział się z mediów – już po tym, jak „pojawiła się informacja o planowanym spotkaniu w Rosji szefa rządu z Władimirem Putinem” (czyli w lutym 2010 r.). Tymczasem, jak zauważyli nawet dziennikarze TVN-u, prokuratorzy z warszawskiej Pragi ustalili, że najbliżsi współpracownicy premiera znali plany prezydenta już w styczniu.
Kluczowa obecność Putina Prokuratorom nie udało się uzyskać od premiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego po rozmowie z Putinem w lutym nie skontaktował się z Lechem Kaczyńskim bądź nie polecił swoim współpracownikom, by uzgodnić wspólną politykę Polski ws. wizyty w Katyniu? Prokuratorzy uzyskali za to następujące dwie ważne deklaracje szefa polskiego rządu: „Moją intencją było uniknięcie przede wszystkim jakichkolwiek nieporozumień z tytułu uczestnictwa najwyższych przedstawicieli władz polskich podczas uroczystości 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Do dnia katastrofy nie miałem żadnego sygnału, aby prezydent bądź ktoś z jego kancelarii kwestionował sekwencję spotkań, tj. mojego spotkania z premierem Putinem, a następnie udziału prezydenta w uroczystościach”. I druga – w odpowiedzi na pytanie, czy premier przyjąłby zaproszenie Putina, wiedząc o tym, że w uroczystościach chciałby również wziąć udział prezydent Kaczyński: „Decyzję, aby przyjąć zaproszenie ze strony premiera Putina ja bym przyjął, niezależnie jaką miałbym wiedzę o udziale pana prezydenta. Kluczowa dla interesów Polski była obecność premiera Putina w Katyniu”. Na koniec premier wyraził przekonanie (podaję za TVN-em): „że pomiędzy nim a Lechem Kaczyńskim nie było konfliktu w sprawie odrębnych wizyt w Katyniu. Co więcej, zdaniem Tuska zaproszenie go przez Putina i ustalenie wspólnej wizyty na 7 kwietnia pomogło w przygotowaniach odrębnej wizyty prezydenta trzy dni później.
No, chyba pomogło.
Kłamstwo niezwyczajne Przepraszam, że raz jeszcze cytuję znane już dokumenty. Wciąż jednak trudno otrząsnąć się z wrażenia. Zetknięcie z kłamstwem tak jawnym, tak wyzywającym, tak pysznym w swojej bezkarności – jest poruszającym doświadczeniem. To nie jest „zwyczajne kłamstwo polityka, takie, jakiego przykładem może być hasło wyborcze współkierowanego przez Donalda Tuska Kongresu Liberalno-Demokratycznego, który w wyborach 1993 r. obiecywał „milion nowych miejsc pracy”. Tam była tylko bezczelna, kłamliwa obietnica. Tu mamy do czynienia z kłamstwem dotyczącym zdarzeń, które już nastąpiły. Były one obserwowane przez wszystkich tych, którzy interesują się choć w minimalnym stopniu polityką. Prezydent Kaczyński nie leciał pierwszy raz do Katynia. Pierwszy raz natomiast za jego kadencji, w kwietniu 2010 r., przypadała okrągła (70.) rocznica zbrodni na Polakach, której upamiętnieniu prezydent Kaczyński poświęcał zawsze – w odróżnieniu od premiera Tuska – uwagę. Udawać, że zamiar wyjazdu prezydenta na uroczystości katyńskie w kwietniu 2010 r. był jakąś niespodzianką, można tylko za cenę zaprzeczenia oczywistości. W istocie rzeczy już od grudnia 2009 r. najbliższy współpracownik Tuska, szef jego kancelarii Tomasz Arabski, prowadził rozmowy z przedstawicielami Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ministra Andrzeja Przewoźnika w sprawie przygotowań do wizyty w Katyniu, a jednym z głównych scenariuszy był wspólny w niej udział premiera i prezydenta. I już wtedy Arabski został ostrzeżony przez ministra prezydenckiego Mariusza Handzlika o próbie rozgrywania przez Putina konfliktu wewnątrzpolskiego organizacją wizyty w Katyniu. Ta gra była widoczna już wcześniej, podczas organizacji wizyty premiera Putina na Westerplatte w związku z uroczystościami 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Tak się złożyło, że miałem okazję w tym czasie przeprowadzić obszerną rozmowę z prezydentem Lechem Kaczyńskim (publikowaną później w „Arcanach. Warto przytoczyć jego komentarz do tamtej sytuacji: „Moskwa grała teraz wyraźnie w taki sposób, by nie było tego strasznego prezydenta Kaczyńskiego w czasie obchodów 1 września w Gdańsku: albo będzie Kaczyński, albo przyjedzie Putin. Na szczęście tego Tusk nie dał sobie narzucić, by Moskwa decydowała, gdzie w kraju wolno być prezydentowi, a gdzie nie. Tak to mogło być w 1944 czy 1945 r.”. Jakże prezydent naiwnie nie docenił Donalda Tuska… W 2010 r. szef polskiego rządu nie miał wątpliwości: „Kluczowa dla interesów Polski była obecność premiera Putina w Katyniu”. W samej rzeczy, to dla interesów imperialnej Rosji Putina kluczem do Warszawy była zgoda polskiego premiera, by uznać, że to oni dwaj – Putin z łaskawie dopuszczonym do konfidencji Tuskiem – lepiej rozumieją i realizują „polski interes” od demokratycznie wybranego prezydenta Rzeczypospolitej. Premier Tusk jasno stwierdził, że prezydent, konstytucyjnie odpowiedzialny za interesy polskiego państwa, nie ma w tej sprawie nic do gadania. I starał się to udowodnić sposobem (nie)przygotowań do tej drugiej, „gorszej” wizyty w Katyniu – tej z 10 kwietnia.
Poniżenie Przykrycie odpowiedzialności za świadomie wybrany scenariusz współpracy z Władimirem Putinem przeciwko prezydentowi RP – kłamstwem najbardziej bezczelnym, zapierającym dech (na chwilę) nawet dziennikarzom TVN-u – jest prostym skutkiem tej współpracy. Skala odpowiedzialności za tragedię, zapewne przez Donalda Tuska niezakładaną, jest tak wielka, że jedyną drogą zachowania władzy wydaje się ta właśnie, do której zaprasza Władimir Władimirowicz i zbudowany przez niego model rządów. Fundamentem tego modelu jest aksjomat: władzy nie możemy oddać za żadną cenę. Potencjalnie groźne dla systemu jednostki można wyeliminować. Dla reszty jest kłamstwo. Ale nie byle jakie, tylko takie, którego przyjęcie poniża, obezwładnia. Takie, jakie np. zaprezentowano Polakom na drugą rocznicę tragedii smoleńskiej: pokazano nam wypucowany wrak tupolewa. Czy staranne umycie wraku jest zgodne ze standardami dochodzenia w sprawie przyczyn katastrofy? Oczywiście nie jest. Jest skandalem, jeszcze jednym poniżeniem dla rodzin ofiar, dla państwa polskiego. Ale oto służące „pojednaniu” media i ich polskie ofiary są w stanie wykrztusić: no, nie, nic się nie stało; wrak nie ma już znaczenia dowodowego… Spotkałem nawet jeszcze lepszy przykład poniżającego zakłamania w tej sprawie: jeden z dziennikarzy sztandarowej gazety „pojednania” stwierdził po pokazie lśniącego bielą wraku, że on nie widzi, żeby został umyty… Zaprzeczyć oczywistości, zaprzeczyć świadectwu własnych zmysłów, własnej, najświeższej choćby pamięci, najbardziej elementarnej logice, najprostszym wymogom zdrowego rozsądku w kojarzeniu faktów – o to właśnie chodzi. To jest istota pedagogiki sowieckiego kłamstwa. Tak „wychowane” społeczeństwo czuje wstręt do samego siebie – z powodu gwałtu, jaki faktycznie musi zadawać swojej godności, przyjmując TAKIE kłamstwo. Trzeba społeczeństwo wtedy zachęcić, by ten wstręt przeniosło na tych, którzy są prawdziwymi ofiarami, na tych, którzy odważyli się myśleć inaczej.
Wina ofiar Nie trzeba było długo czekać. Zaraz po ujawnieniu szokujących zeznań premiera Tuska funkcjonariusz jego partii z Wrocławia podrzucił mediom nowy trop: to Lech Kaczyński jest oprawcą – on zmuszał ludzi, by wsiadali do jego samolotu i lecieli do Katynia na tę samobójczą (jednak, jak się okazuje, zabójczą) misję… Żadne dowody w tej sprawie już nie będą miały znaczenia. Ani to, że to marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zwracał się do Kancelarii Prezydenta z prośbą o udostępnienie miejsc w tupolewie posłom i senatorom, chcącym wziąć udział w tak wyjątkowej uroczystości patriotycznej, ani to, że dla dziesiątków osób ten lot, ta okazja była po prostu spełnieniem ich marzeń, albo – inaczej – elementarnego poczucia obowiązku patriotycznego. Tak, to ofiary są winne. Ofiara = morderca.
Gdyby ktoś myślał inaczej, to przecież mamy demokrację, wybory, będzie mógł się wypowiedzieć. Żeby jednak nie było wątpliwości, sztuki udanych wyborów będzie nas uczył Władimir Czurow, szef Centralnej Komisji Wyborczej Federacji Rosyjskiej, odznaczony właśnie przez prezydenta Putina Orderem Aleksandra Newskiego za sprawnie przeprowadzone akcje wyborcze w Rosji. W Moskwie po owych akcjach trudno szukać człowieka bardziej skompromitowanego niż Czurow – ale, rzecz jakże charakterystyczna, Polska zaprosiła tego właśnie specjalistę, by wyszkolił nasze komisje wyborcze. Edukacja polityczna przez poniżanie, przez obrażanie zdrowego rozsądku, przez systematyczną podłość – trwa. Dopóki nie poradzimy sobie z problemem odpowiedzialności za katastrofę smoleńską – będzie trwała.

Andrzej Nowak


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Instrukcja obsługi Nokia BH 804 PL
804
804
D 804
804
804
804
804
804
Bach Duet 804 moze byc
804 805
804
804
7 roz 804 818
804 Release Info
Instrukcja obsługi Nokia BH 804 PL
804 ac
804 Nora Roberts Błękitne wzgórza Minikolekcja Nory Roberts

więcej podobnych podstron