Wisienki świętego Piotra, LEGENDY CHRZEŚCIJAŃSKIE


Wisienki świętego Piotra
Stara legenda ormiańska

Jak z pewnością wiecie, Jezus i święty Piotr od czasu do czasu wracają na ziemię, by spędzić kilka dni wśród ludzi, a także, ale to tajemnica, ponieważ kochają naszą planetę najbardziej ze wszystkich.
I oto pewnego pięknego ranka nawiedzali wioski Nawarry, kiedy Jezus zobaczył coś leżącego w trawie.
Gdy przyjrzał się bliżej, stwierdził, że jest to podkowa, może nieco zardzewiała, ale ciągle wartościowa. Poprosił zatem Piotra, by schylił się i podniósł ją.
- Nigdy nie wiadomo - powiedział Jezus. - Nie jest powiedziane, że nam się nie przyda.
Piotr, zawsze gotowy do zwady, a także nieco leniwy, zastanawiał się, jaki pożytek mogą odnieść z tego starego kawałka żelaza; Nauczyciel czasami wydawał mu się doprawdy dziwny z tymi swoimi nielogicznymi życzeniami.
Z nonszalancją lekko kopnął podkowę, odsuwając ją na skraj drogi. Jezus sprawiał wrażenie, jakby nic się nie stało, ale kiedy Piotr z zapałem rozprawiał o ważnych kwestiach moralnych, schylił się i podniósł podkowę.
Szli tak, aż dotarli do wioski, gdzie chcieli się zatrzymać, żeby trochę odpocząć.
Kiedy Piotr włóczył się zaciekawiony, Jezus wypatrzył warsztat kowala, któremu postanowił zaoferować dopiero co znalezioną podkowę, w zamian za kilka groszy. Za te kilka monet kupił od wędrownego sprzedawcy garść dojrzałych soczystych wiśni, które natychmiast schował do kieszeni.
Nieco później dwaj podróżni spotkali się przy małej fontannie i usiedli na kamiennym murku, przez który spływała świeża i lśniąca woda. Piotr, jak zawsze, miał świeży zapas plotek zebranych wśród mieszkańców tej małej osady i zabawiał Jezusa, opowiadając nowiny.
Nadeszła pora ruszenia w dalszą drogę i dwaj przybysze zostawili wioskę, z zamiarem dotarcia do klasztoru, o którym dużo słyszeli od jednego gościa w raju, i chcieli w nim spędzić noc.
Dzień był gorący, nawet upalny. Wszystko wydawało się zrobione ze złota: słońce, niebo, pola pełne dojrzałych kłosów i nawet trawa przypominały żółtawy metal.
Piotr zaczął odczuwać nieprawdopodobną suchość i, jak to się często zdarza, ta myśl zaprzątała mu głowę do tego stopnia, że nic innego zdawało się go nie interesować.
- Co jest, Piotrze? Coś nie w porządku? - zapytał Jezus nagląco.
- Nic, Panie, rozmyślam - odpowiedział szybko Piotr, nie chcąc ujawniać tej swojej ludzkiej słabości.
Szli dalej w milczeniu, Jezus na przedzie, a Piotr za nim, aż z Jezusowej kieszeni wypadł na ziemię soczysty czerwony owoc. Może w kieszeni była dziura? Potoczył się prosto pod nogi Piotra, który podniósł go bez słowa, jak prawdziwą mannę z nieba.
Jaka świeżość, co za nektar, co za rozkosz obracać w ustach ten owoc i wyciskać z niego sok na wysuszonym podniebieniu! Kiedy po kilku krokach kolejna wisienka upadła na ziemię, Piotr nie dowierzał. Pośpiesznie schylił się, zerkając przed siebie, by sprawdzić, czy Nauczyciel go nie widzi. Ale Jezus szedł spokojnie bez słowa, jakby nic się nie stało. Jedna wisienka po drugiej, w końcu kieszeń była pusta, a Piotr posilił się smacznymi owocami, przez co ugasił pragnienie i odzyskał swoją zuchwałość.
Nagle Pan zwrócił się do niego:
- Zatrzymajmy się w cieniu tego drzewa: odpoczniemy co nieco. Jest tak gorąco!
Dopiero teraz Piotr zaczął zastanawiać się, co powie, kiedy Jezus zechce zjeść kilka wisienek. Zachował się jak głupiec, uległ pokusie ugaszenia pragnienia i łakomstwu, zobaczywszy te pyszne owoce, a teraz... jak się usprawiedliwić?
Próbował rozluźnić gardło, w którym zdawała się wznosić bariera nie przepuszczająca jakiegokolwiek słowa, i wymamrotał coś w rodzaju:
- Tak... zgoda... usiądźmy tutaj... właśnie, jest gorąco... ale nie jesteś spragniony?
Czuł się taki bezbronny, jak każdy człowiek przyłapany na gorącym uczynku.
- Usiądź tutaj, mój przyjacielu.
Serdeczne zaproszenie Nauczyciela sprawiło, że czuł się jeszcze bardziej winny. Ile razy wypowiadał już te słowa i dlaczego nie mógł pokonać tej granicy, która sprawiała, że kierował się impulsem, niepozostawiającym czasu na zastanowienie? Był niepoprawnym głupcem!
- Posłuchaj, Piotrze. - Jezus zawsze tak zaczynał, zwracając się do przyjaciela, gdyż dobrze widział, w jakim stanie ducha się znajduje: - Ile razy schylałeś się ukradkiem, żeby podnieść wiśnie, które wypadały mi z kieszeni? Czy nie mądrzej było posłuchać mojej prośby i schylić się tylko raz, żeby podnieść podkowę? Mógłbyś ty ją sprzedać w wiosce i delektowalibyśmy się spokojnie tymi smacznymi wiśniami. Ale nie musisz się smucić: już taki jesteś i pewnego dnia, kiedy nadejdzie właściwy moment, nauczysz się, że zawsze warto mi ufać.
Co powiedziawszy, Jezus klasnął trzy razy w dłonie i piękny kosz wiśni pojawił się przed nimi na łące.
- No już, nie rób takiej miny: skosztujmy razem tych owoców. Zasłużyliśmy na nie po tak długiej drodze.



Wyszukiwarka