XVII. Krowa jak urwie koniczynę, to żuje i połyka, a owca odwrotnie i
taka jest miedzy nimi różnica.

Chciałabym żeby czekolada nie tuczyła, papierosy nie uzależniały, przyjaźń była szczera, a miłość istniała.

Xellos przeciągnął się i uchylił oczy. „To się nazywa ironia losu” jęknął w duchu widząc leżącą obok niego smoczycę. Widocznie Wędrowny dom, uznawszy, że chyba się jednak lubią, w środku nocy zrobił im małe przemeblowanie. Zdaniem kapłana dom się bardzo, ale to bardzo przeliczył. Z racji paru niedorzecznych wydarzeń, które miały miejsce wczorajszej nocy, demon przed zaśnięciem długo rozkminiał zaistniałe procesy. I oczywiście udało mu się wszystko bardzo logicznie i poprawnie wytłumaczyć. Otóż, Filia nie była mu obojętna, bo się najzwyczajniej w świecie przyzwyczaił, ale to absolutnie nic nie znaczyło. Nie chciał żeby zginęła z tego samego powodu dla, którego nie chciał zaplamić swojej ulubionej koszuli herbatą. Nikt nie chce żeby jego koszula była pobrudzona herbatą, a dziewczyna, z którą dzieli się 25% mocy i kolejne 25% psychiki, była umarta. A przytulił ją, bo tak mu się chciało…a tak właściwie to, dlatego, że nie wiedział jak jej powiedzieć, że nie chce jej oblać herbatą. Dobra prawda była taka, że w pewnym sensie uważał ją za swoją własność(a jak każdy wie nikt nie lubi jak mu się jego własność niszczy), ale tego jakoś wolał jej nie mówić.

Westchnął patrząc na śpiącą dziewczynę…wbrew pozorom ten widok budził w nim niesamowity niepokój, przywodził na myśl rzeczy, które musiały się wydarzyć. Pokręcił głową nad własną głupotą. „Niektóre rzeczy muszą się wydarzyć.” Powiedział sobie i w jakiś sposób ta myśl go uspokoiła. Nagle Filia poruszyła się i przez sen zacisnęła dłoń na rękawie jego koszuli. Kapłan uśmiechnął się przebiegle.

Znowu w domu. Filia już znała tą scenerię, wszystko niby taki samo, ale inne. I nawet wiedziała, kto na nią czeka w kuchni. Poderwała się z fotela i pośpiesznie podążyła w stronę kuchni nie mogąc się doczekać chwili, gdy ujrzy Valla. Oczywiście był tam, z dwoma kubkami herbaty. Dziewczyna rozpromieniła się na jego widok i usiadła przy stole biorąc od niego jedną herbatę. Gdzieś tam w jej podświadomości kołatała myśl, że to nie do końca prawda, ale teraz nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Smok usiadł przed nią i przyjrzał się uważnie.

ŁUP!!!! Lina zerwała się z łóżka na dźwięk nieznanego hałasu. A może i znanego? Nieważne. Jedno było pewne.

Bogowie, co się dzieje?- Podrapała się po głowie i przeczesała palcami rude włosy. ŁUP!!! Podłoga się zatrzęsła

Lina podrapała się po głowie. Wczoraj się kłócili, dzisiaj się kłócą - o sprawę zgoła inną, ale zawsze. Cały sens ich życia to jedna wielka kłótnia. Kolejne łupnięcie przywołało ją z powrotem na ziemię.

Chwile później pojawił się Starzec i zaprosił ich na śniadanie. Po skończonym posiłku Filia i Xellos zostali oddelegowani do ich pokoju by naprawili to co zniszczyli. Reszta zajęła się sobą. Przeglądali stare książki, pili herbatę, jedli, gadali ze starcem…dosłownie hulaj dusza bez kontusza.

Gdy pili popołudniową herbatę ich uszu ponownie dobiegły jakieś dzikie wrzaski.

Dziewczyna powoli odwróciła głowę. Nad nią stali ramię w ramię, brudni, wściekli głodni smok i potwór. W dodatku smok i potwór, którzy przed chwilą usłyszeli, że jakoby zachowują się jak małżeństwo. A co najgorsze tym smokiem i potworem byli Filia i Xellos.

Wszyscy wyjrzeli przez okno. Przed nimi w odległości paru kilometrów unosiła się krwisto czerwona, wirująca, czerwona chmura. Gdzie niegdzie widać było rozbłyski piorunów, które jeszcze bardziej wzniecały wirujący pył.

Będziemy szli pod ziemią. Na powierzchni oszlifowałoby nas ze skóry.- Mruknął Xellos i rozejrzał się w poszukiwaniu swojej peleryny. - Będziemy się zbierali.- Poinformował ich. Reszta skinęła głowami i rozeszli się do swoich pokoi. Gdy ponownie zeszli na dół, czekał już na nich Starzec. Podziękowali mu za gościnę i uprzejmie poprosili o opiekę nad Psem, którego z oczywistych powodów nie mogli ze sobą zabrać.

Wszyscy podziękowali za wspaniałe dary i przygotowali się do opuszczenia wędrownego domu. Nim wyszli raz jeszcze spojrzeli w stronę Starca, który uśmiechnął się i pomachał im na pożegnanie.

Już po paru chwilach stali przed ogromną pustynią a po domu nie było ani śladu.

Gdy w końcu przestali się śmiać i nie mieli innych pytań ruszyli w stronę Ironsand.

Wiał zimny, przenikliwy wiatr, przewalając całe wydmy piasku, co sprawiało wrażenie brodzenia w krwawo czerwonym morzu. Wędrowcy otulili się płaszczami. I zaczęli przedzierać się przez wydmy. Undis raz po raz stawała dęba i wyrywała się Filii, Xellos zasłonił się peleryną i podszedł do dziewczyny próbując jej pomóc. Na zwierzęciu siła kapłana nie zrobiła najmniejszego wrażenia, Undis uspokoiła się dopiero, kiedy podszedł do niej Zelgadis. Zabrał wodze i odszedł, klacz szła posłusznie za nim chowając głowę za jego plecami. Xellos i Filia rzucili chimerze nieprzychylne spojrzenie.

W miejscu gdzie wiele rzek tworzyło krainę nazywaną Uroczyskami, pojawiła się dziwna bestia. Potwór wyglądał jak gęstniejący cień, i tylko jarzące się ślepia świadczyły o tym, że nie jest to jakiś obłok pary. Stworzenie zaczęło nabierać kształtów, gęstnieć…przytknęło nos do ziemi i jęło się rozglądać w miejscu gdzie urwał się ślad. Szukało zapachów, tropów, informacji. Nagle wiatr przyniósł ze sobą gnijący zapach a z mroków wyłoniła się postać… Gdy zniknęła bestia wiedziała gdzie ma szukać. Zadarła głowę do góry a z jej gardła dobiegł przeraźliwy, charczący wrzask…Zaczął się łów.