plik


��Rebecca Flanders DO TRZECH RAZY SZTUKA ROZDZIAA PIERWSZY Przystpujc do realizacji ka|dego nowego zadania, Dani zawsze si denerwowaBa, nie przypominaBa sobie jednak, aby kiedykolwiek wcze[niej miaBa a| tak trem. Nie potra- fiBa opdzi si od my[li, ile tym razem rzuca na szal: na pewno swoj opini; by mo|e swoj prac... ale nie tylko. MiaBa wra|enie, |e powodzenie bdz klska w tej konkretnej misji wpBynie powa|nie na jej poczucie warto[ci oraz wiar we wBasne zdolno[ci. A tu, jak na zBo[, los uwziB si na ni ju| od samego pocztku. PrzekonaBa si o tym, kiedy niespeBna pitna[cie kilometr�w za Chicago jej wierny samochodzik wyzionB ducha. Dwie i p�B godziny zajBo wezwanie pomocy drogowej i odholowanie go do caBodobowej stacji obsBugi, a nastpne p�B godziny mechanicy szukali przyczyny. Jedyna agencja wynajmu samochod�w czynna o tak wczesnej porze miaBa sw sie- dzib przy lotnisku, i tu czekaBa j druga denerwujca niespodzianka. OkazaBo si, |e firma nie dysponuje maBymi autami i Dani byBa zmuszona zadowoli si wielkim, paliwo|ernym cutlassem supreme. Manewrowanie tym monstrum kojarzyBo si Dani, przyzwyczajonej do maBego volkswagena garbusa, z prowadzeniem opancerzonego czoBgu. RuszaBa spod lotni- ska w caBodzienn drog do Indiany zmczona, zdenerwowana i z przygnbiajc [wiado- mo[ci, |e ma ju| za sob dwie wpadki. WiedziaBa, |e w takim stanie ducha najlepiej byBoby zamkn si na klucz w motelo- wym pokoju, zdj sBuchawk telefonu z wideBek i przeczeka t noc z nadziej, |e rano bdzie lepiej. Podejmujc si jednak ka|dego nowego zadania, miaBa w zwyczaju za- poznawa si ze specyfik terenu, w kt�rym przychodziBo jej dziaBa. MusiaBa wczu si w miejscow spoBeczno[, w kultur i ludzi, z kt�rymi bdzie miaBa do czynienia. ZakBadaBa, naturalnie, |e dojedzie tu wcze[niej i spokojnie, bez po[piechu spenetruje [rodowisko. A w tej sytuacji czasu pozostawaBo jej tylko na to, by przejecha si do Intercompu i wr�ci przed zmierzchem. Niewiele wyniosBa z tego wypadu. Niedzielne popoBudnie byBo chBodne i mgliste, a krajobraz pospny i przygnbiajcy. OkazaBo si, |e Indiana wcale nie jest tak malownicza, jak my[laBa. Kilometry tor�w kolejowych ze sBupami trakcji elektrycznej, przerywane co jaki[ czas peBnymi wagon�w to- warowych bocznicami i spBowiaBymi tablicami informacyjnymi. Pod koniec marca krajobraz S R ten prezentowaB si szaro i niego[cinnie. Samo Somerset byBo zbiorowiskiem betonowych blok�w mieszkalnych, rozrzuconych bezBadnie niczym tekturowe pudeBka po dziecinnym pokoju i wygldajcych tak, jakby za dBugo staBy na deszczu. Poza tym znajdowaB si tu jeszcze dom pogrzebowy, sklep wielobran|owy, obskurny bar, a w samym centrum budy- neczek dziewi na dwana[cie metr�w z pBaskim dachem, kt�ry, sdzc po wozie patrolo- wym zaparkowanym przed wej[ciem, stanowiB zapewne siedzib posterunku policji. Wik- szo[ z dw�ch tysicy sze[ciuset osiemnastu mieszkaDc�w Somerset utrzymywaBa si z pracy na roli. Po[rodku tego wyblakBego pejza|u, niczym klejnot na palcu szpetnej kobiety, skrzyB si kompleks zakBad�w Intercompu - otynkowane na biaBo, przeszklone fasady rozcigaBy si na niemal dw�ch hektarach Badnie urzdzonego terenu, ogrodzone wysok, prawie czte- rometrow siatk i chronione stosownym systemem alarmowym. Mimo p�znego niedziel- nego popoBudnia parking byB zatBoczony samochodami pracownik�w, a przy bramie peBniB sBu|b stra|nik i Dani wolaBa si nie zatrzymywa, |eby nie [cign na siebie niczyjej uwagi. Bdzie miaBa na to mn�stwo okazji jutro rano. Wybudowanie tego rodzaju obiektu przemysBowego w samym sercu umierajcej oko- licy wydawa by si mogBo szczytem nierozwagi, jednak wyja[nienie byBo dziecinnie proste. Zanim Intercomp otworzyB przed rokiem swoje podwoje, jedynym liczcym si pracodawc w caBym okrgu byB producent cz[ci zamiennych do traktor�w, kt�rego fabryczka znajdo- waBa si dwadzie[cia kilometr�w dalej. Niewykwalifikowanej siBy roboczej, jak Intercomp zamierzaB obsadzi swoje linie produkcyjne sprztu komputerowego, byBo wic na miejscu pod dostatkiem. Firma zatrudniaBa teraz ponad piset os�b i nosiBa si z zamiarem rozbu- dowy. Mo|e sobie na to pozwoli - pomy[laBa z sarkazmem Dani zawracajc do motelu, w kt�rym si zatrzymaBa - zwa|ywszy na fakt, |e osiemdziesit procent personelu pracuje za minimalne wynagrodzenie. Firma Intercomp zyskaBa prawo do u|ywania adresu Somerset tylko dziki temu, |e na jej lokalizacj wybrano teren, kt�ry cz[ciowo znajdowaB si w obrbie administracyj- nych granic miasteczka - to za[ staBo si mo|liwe tylko dlatego, |e jedynym bogactwem Somerset byB nadmiar wolnych teren�w pod zabudow. Nie zapowiadaBo si na to, by do- brobyt, na jaki liczyBo miasteczko w zwizku z wej[ciem na ten teren firmy Intercomp, na- stpiB szybko, i to nie tylko dlatego, |e firma przycigaBa chtnych do pracy z caBej okolicy, S R ale i dlatego, |e pBace, jakie proponowaBa, byBy zbyt niskie, by pracownikom starczaBo pie- nidzy na zbytki. Nie zbudowano wic ani jednego nowego hotelu, |adnej restauracji ani lokalu rozrywkowego; w promieniu paru kilometr�w nie byBo nawet kina czy baru McDo- nalda. Do motelu Dani trzeba byBo jecha dwadzie[cia kilometr�w. MiaB ju| trzydzie[ci lat, ale dziaBaBa przy nim maBa kawiarenka, byB czysty i Dani z rado[ci ujrzaBa go znowu. Z przyjemno[ci pomy[laBa o gorcej kpieli i wieczorze, kt�ry zamierzaBa spdzi w towa- rzystwie telewizora nad opracowaniami na temat charakterystyki miejscowych warunk�w. Nie bdzie nawet musiaBa wychodzi na kolacj, zakBadajc, |e w takiej zabitej deskami dziurze tego rodzaju luksusowe zachcianki daBoby si w og�le speBni. Wprowadzajc wielki w�z na wolne miejsce w samym naro|niku parkingu, przed ja- snozielonymi drzwiami do swojego pokoju, najechaBa przedni opon na kraw|nik. Klnc pod nosem wrzuciBa wsteczny bieg i zaczBa cofa, |eby spr�bowa jeszcze jednego podej- [cia. Najpierw usByszaBa za sob przerazliwy ryk klaksonu, a zaraz potem przyprawiajcy o ciarki chrzst metalu i samoch�d zatrzymaB si w miejscu. Dani zamarBa przy kierownicy - nie mogBa uwierzy w to, co zrobiBa. Modlc si w duchu, by to nie byBa prawda, odwa|yBa si na pBochliwy rzut okiem we wsteczne lusterko i gBo[no jknBa. Nie najechaBa na |aden sBupek ani nawet na [cian budynku. RbnBa w jaki[ samoch�d. Trzecia wpadka. ByBo ju| za p�zno na wyrzucanie sobie, |e nie spojrzaBa, gdzie jedzie, ani nie zwr�ciBa uwagi, |e kiedy ona manewrowaBa samochodem, tamten w�z wycofywaB si akurat ze sta- nowiska naprzeciwko. Zrzucanie winy za stBuczk na maBo zwrotny samoch�d czy na swoje roztargnienie nie miaBo sensu. Ale wysiadajc na mikkich nogach z wozu nie mogBa oprze si refleksji, |e musi j prze[ladowa niesamowity pech, skoro uderzyBa w jeden z czterech raptem pojazd�w stojcych na parkingu. To byB zBy znak. Bardzo zBy. Stanwszy niepewnie przy drzwiczkach samochodu, spojrzaBa na wysiadajcego kie- rowc tamtego wozu. No jasne, m|czyzna, pomy[laBa z obaw. Nie wygldaB na zadowo- lonego. Z rkoma wci[nitymi w kieszenie be|owego pBaszcza zmierzaB ku niej z oczyma skierowanymi na miejsce kolizji. - Nic si pani nie staBo? - spytaB, nie zaszczycajc jej nawet spojrzeniem, kiedy dzieliB ich ju| tylko metr. PokrciBa gBow. S R - A panu? ObejrzaB tyB swego samochodu i spojrzaB na ni. Wyraz twarzy miaB uprzejmy i spo- k�j, z jakim akceptowaB zaistniaB sytuacj, byB, zdaniem Dani, godny podziwu. Na oko miaB ze trzydzie[ci pi lat, ubrany byB zwyczajnie w sportowy pBaszcz i spodnie i wygldaB na komiwoja|era. Bo kt�| inny jezdziBby buickiem regalem i zatrzymywaB si w takim miej- scu? Kropelki unoszcej si w powietrzu wilgoci zaczynaBy osiada na jego kdzierzawych, ciemnobrzowych wBosach i tworzy bByszczc warstewk na gBadkiej, oliwkowej twarzy. ByBa mu wdziczna za Bagodny ton: - Nie spojrzaBa pani w lusterko. UsiBowaBem pani ostrzec. - M�gB si pan zatrzyma - burknBa. Rozwa|aBa ju| komplikacje prawne, jakie mog wynikn, gdyby facet uparB si robi z tego zaj[cia afer; sprawa mogBaby si cign miesicami, poniewa| oboje nie byli std. Nie takie wiadomo[ci chciaBa przekaza wieczorem przez telefon Joshowi. Jeszcze nigdy nie zdarzyBo si jej tak pechowo zaczyna misji. A na dodatek, podczas gdy tamtego kierowc chroniB przed wilgoci i chBodem pBaszcz, ona miaBa na sobie tylko cienki sweterek, kt�ry zarzuciBa na ramiona przed wypraw do kompleksu, i teraz dygotaBa z zimna. - ZatrzymaBem si - odparB spokojnie i odszedB, |eby obejrze uszkodzenia. To o[wiadczenie j dobiBo. Skoro zatrzymaB si, zanim w niego stuknBa, to caBa od- powiedzialno[ za stBuczk spada na ni. Po|aBowaBa teraz burkliwego tonu, jakiego u|yBa zwracajc si do niego przed chwil. To byBa przecie| jej wina, a on staraB si by dla niej miBy. - Przepraszam pana - rzekBa, podchodzc do m|czyzny. - To wynajty samoch�d. Nie jestem do niego przyzwyczajona. Na co dzieD je|d| mniejszym. Ja chyba rzeczywi[cie nie spojrzaBam w lusterko. To moja wina. Usta drgnBy mu lekko, ale nie oderwaB wzroku od dw�ch zderzak�w, kt�re, jak do- piero teraz z przera|eniem zauwa|yBa Dani, sczepiBy si z sob. - Pani towarzystwo ubezpieczeniowe musi pani uwielbia - mruknB. - Podstawowa zasada: nigdy nie przyznawa si do winy na miejscu wypadku. - Zderzaki si sczepiBy! - wykrzyknBa pBaczliwie. PosBaB jej ironiczne spojrzenie. - Zauwa|yBem. S R - Innych uszkodzeD chyba nie ma - zaryzykowaBa, a potem, ze stanowczo[ci kobiety, kt�ra ma dosy, wdrapaBa si na sczepione zderzaki i, rzucajc na szal caBe swoje pidzie- sit par kilogram�w, podjBa wysiBek rozkoBysania woz�w z zamiarem ich rozdzielenia. PrzygldaB si jej sceptycznie. - Co pani robi? - WidziaBam to mn�stwo razy na filmach - wysapaBa, zapierajc si o baga|nik swo- jego wozu. - Niech pan wBazi z drugiej strony. - Nie zwracaBa uwagi na wyraz rozbawienia w jego oczach, kiedy obchodziB sczepione samochody, |eby wypeBni jej polecenie, ani na to, jak idiotycznie musz wyglda podskakujc na zderzakach niczym dwoje dzieci ba- raszkujcych na hu[tawce, dop�ki nie poczuBa, |e zazbiony metal poddaje si i puszcza. Rozcignli si oboje na baga|nikach, ka|de swojego wozu, spogldajc na siebie z ko- micznym zaskoczeniem, Zmieszno[ sytuacji dotarBa do obojga jednocze[nie i wybuchnli [miechem. Kiedy si [miaB, oczy miaB bardziej czarne ni| brzowe, otoczone siateczk drobniutkich zmarsz- czek, kt�ra przydawaBa jego gBadkiej twarzy chBopicego wdziku. Jego zby poByskiwaBy ol[niewajc biel na tle [niadej cery, a [miech miaB serdeczny i dono[ny. Dani, zziajana po wysiBku, za[miewaBa si do rozpuku. Wreszcie nieznajomy zsunB si z baga|nika swego samochodu i wycignB rk, |eby pom�c si jej pozbiera. - Skoro nasze samochody zawarBy ju| swoj samochodzi znajomo[ - zaproponowaB m|czyzna, patrzc na ni roziskrzonymi wesoBo[ci oczami - to mo|e i nam wypadaBoby si przedstawi? StBumiBa kolejny napad chichotu. Tu naprawd nie byBo si z czego [mia. - Nazywam si Dani Miller - odparBa. - I pewnie chce pan obejrze moj polis ubez- pieczeniow. Odwracajc si, by wyj dokumenty ze schowka, nie zauwa|yBa wyrazu zdziwienia, jaki przemknB mu po twarzy. - To nie jest ko... - zaczB, ale w tym momencie zmieniB chyba zdanie, bo urwaB i bez opor�w wziB od niej kopert z papierami wystawionymi przez agencj wynajmu samocho- d�w. Marszczc w skupieniu ciemne brwi przeni�sB wzrok z dokument�w na stojc przed nim drobn, piegowat brunetk. Wyraznie straciB humor i Dani pomy[laBa: Och, nie, teraz S R pewnie zacznie si targowa o ka|dego centa. Spu[ciB znowu oczy na papiery, zupeBnie jak- by konstatowaB fakt, |e ma do czynienia z wymienion w nich osob, a po chwili spojrzaB na ni znowu, tym razem gniewnie i z nie skrywan niechci. - Osobi[cie - odezwaBa si Dani, kt�rej m|awka, zib i pogarszajcy si nastr�j nie- znajomego zaczBy si ju| dawa we znaki - nie widz, aby kt�ry[ z samochod�w doznaB najmniejszej szkody, ale je[li tak panu zale|y, to niech pan sobie wynotuje niezbdne in- formacje i oszacuje koszty naprawy. Bd tu co najmniej przez dwa tygodnie. ZmierzyB j ponownie taksujcym spojrzeniem i zmru|yB oczy. W butach na niskim obcasie miaBa raptem metr sze[dziesit i ledwie sigaBa mu do ramienia, ale wyprostowaBa si na caB wysoko[ i bez drgnienia powieki wytrzymaBa t lustracj. Jego wzrok zatrzy- mywaB si co chwil... ciemne, kr�tko przycite wBosy, mrowie pieg�w na nosie i policz- kach, krgBe piersi wypychajce obcisBy, mikki, niebieski golf, wcita talia i pBynna linia bioder rysujcych si pod weBnianymi spodniami. Potem szybko pobiegB spojrzeniem w d�B, wzdBu| n�g do czubk�w mokasyn�w w wielbBdzim kolorze, i wreszcie zatrzymaB wzrok na ozdobionych pier[cionkami palcach, kt�re zaciskaBa teraz na ramionach, przyjmujc wy- zywajc postaw. I nagle dotarBo do niej, dlaczego przyglda jej si w taki szczeg�lny spos�b. W dokumentach wynajtego samochodu widniaBo przecie| czarno na biaBym, kim jest i kto jest jej pracodawc, a wikszo[ os�b na wie[ o tym, czym zawodowo trudni si Dani, reagowaBa zdumieniem. DoszBa do wniosku, |e chyba mu to wybaczy. Odetchnwszy z ulg, |e za tym bezczelnym taksowaniem nie kryj si |adne osobiste podteksty, potrz- snBa gBow i przygotowaBa na odparowanie jego nastpnego komentarza. Ku jej zdziwieniu, |adnego komentarza nie wygBosiB. Co dziwniejsze, skBadajc do- kumenty i oddajc je wBa[cicielce, u[miechnB si. - Nie sdz, aby to byBo konieczne - powiedziaB. - Nic takiego si nie staBo. W najgor- szym przypadku nadali[my przed chwil nowe znaczenie porzekadBu  g�ra z g�r si nie zejdzie". Nazywam si Cavenaugh. Nick Cavenaugh. Czy mog postawi pani kaw? Dani roze[miaBa si troch nerwowo. - Czy przypadkiem nie powinno by na odwr�t? - spytaBa, odkBadajc kopert z do- kumentami do schowka i zatrzaskujc drzwiczki samochodu. - Mimo wszystko to ja na pana wpadBam. WzruszyB ramionami. S R - Nie ma sprawy, zgodny ze mnie go[. Skoro tak bardzo chce mnie pani zabra z tego deszczu do przytulnej kafejki, nie bd si opieraB. Dani nie od dzisiaj podr�|owaBa po kraju i a| za dobrze wiedziaBa, czym grozi ulega- nie pokusie zawierania znajomo[ci na parkingach stojcych w szczerym polu moteli. Ale tym razem byBo jej troch |al. ByB nawet przystojny. Te krcone wBosy, ta gBadka, miBa twarz... a spos�b, w jaki w jego oczach odbijaBa si wesoBo[, podsuwaB jej my[l, |e nic ta- kiego by si nie staBo, gdyby spdziBa deszczowy wiecz�r w obcym mie[cie w towarzystwie tego m|czyzny. ZreflektowaBa si jednak. WiedziaBa, |e z wygldu nic jeszcze nie wynika, a nie byB to pierwszy atrakcyjny m|czyzna, jakiego spotkaBa podczas swych sBu|bowych woja|y. Na og�B wymieniaBa z nimi tylko zdawkowe  dzieD dobry, do widzenia". - Mo|e innym razem - obiecaBa i, u[miechajc si z nie udawanym |alem, ponownie potrzsnBa gBow. Ten nawyk pozostaB jej po latach noszenia dBugich wBos�w. ObciBa je dopiero przed tygodniem i wci| zapominaBa, |e nie ma ju| grubego warkocza, kt�ry mo- gBaby przerzuci przez rami. Po|aBowaBa teraz, |e go [ciBa. Wikszo[ m|czyzn lubi dBu- gie wBosy. - Przykro mi - dorzuciBa. Kiedy jednak Nick znowu na ni spojrzaB, odgadBa z jego u[miechu, |e podoba mu si, jaka jest, i przeszedB j lekki dreszcz, bo u[wiadomiBa sobie naraz, |e to zainteresowanie jest wzajemne. - Szkoda - powiedziaB z |alem. MiaB bardzo szerokie ramiona. Odwr�ciB si, podszedB do swojego samochodu, usiadB za kierownic, przekrciB kluczyk w stacyjce, po|egnaB j u[miechem i uniesieniem rki, a potem, okr|ajc ostro|nie jej w�z, wyjechaB na szos. Do- piero wtedy zauwa|yBa, |e ma tablice rejestracyjne stanu Indiana. ZastanowiBo j, co tu robi, czy mieszka w motelu, czy jeszcze go spotka. OdpdziBa od siebie te my[li z takim samym rozdra|nieniem, z jakim strzsnBa kro- pelki wody, kt�re osiadBy na postrzpionych koDcach cieniowanej fryzury. WsiadBa znowu za kierownic i zaparkowaBa prawidBowo samoch�d. Bez tego ciemnookiego nieznajomego i tak miaBa dosy na gBowie, a ju| na pewno nie starczy jej czasu na zawieranie bli|szej zna- jomo[ci z komiwoja|erem. Kiedy z ponurego nieba odpBywaBy ostatnie bByski [wiatBa, Dani zmywaBa trudy ci|- kiego dnia w wannie z gorc wod. Potem, opatulona w dBugi, wBochaty szlafrok kpielo- wy, wBczyBa telewizor, wybraBa lokaln stacj nadajc do p�Bnocy powt�rki starych, czar- S R no-biaBych komedii sytuacyjnych, usadowiBa si na zadziwiajco solidnym B�|ku i nastpn godzin spdziBa nad papierami, |ujc krakersy z masBem orzechowym oraz batoniki kupio- ne w automacie. PamitaBa, |e musi zadzwoni do Josha i zBo|y pierwszy meldunek, ale celowo z tym zwlekaBa. Nie, nie miaBa dla niego |adnych niepomy[lnych wiadomo[ci. Sytuacja, jak tu zastaBa, nie odbiegaBa w zasadzie od tego, co zawieraBy opracowania wstpne, w kt�re wy- posa|ono j na drog - ale zwyczajnie nie miaBa ochoty z nim rozmawia. Podejmujc si tego zadania |ywiBa nadziej, |e wyjazd pozwoli jej szybciej zapo- mnie o Joshu, zapomnie o wszystkich dotychczasowych pomyBkach, i najchtniej na czas misji przerwaBaby wszelkie nici Bczce j z Chicago i problemami, jakie tam zostawiBa. Zwiadomo[, |e przydzielono jej to zadanie tylko dziki protekcji Josha, gnbiBa j bardziej, ni| byBaby skBonna przyzna. ZdawaBa sobie spraw, |e klska, jak poniosBa w Denver, mocno nadszarpnBa jej reputacj, i nie rozumiaBa, dlaczego teraz Josh w og�le ob- stawaB przy jej kandydaturze. Kiedy przed dwoma miesicami dobiegB koDca ich kr�tko- trwaBy romans, oboje uznali, |e byBoby najlepiej, gdyby zeszli sobie z drogi... co nie byBo takie proste, poniewa| Josh byB bezpo[rednim przeBo|onym Dani. Bez wikszego |alu, ale jednak ze smutkiem obserwowali, jak ich zwizek degraduje si powoli do czego[, co pew- nego dnia mo|e przerodzi si w luzn znajomo[, w kt�rej nie bdzie ju| miejsca na miBo[ i wzajemne zaufanie. PrzemknBo jej teraz przez my[l, czy to czasem nie poczucie winy albo lito[ kazaBy Joshowi interweniowa w jej sprawie, i poczuBa si ura|ona. MiaBa jednak na- dziej, |e po prostu chciaB w ten spos�b pozby si jej na jaki[ czas ze swojego otoczenia. ZmiBa w koDcu puste celofanowe opakowanie po krakersach, cisnBa je do kosza i biorc si w gar[ wykrciBa numer w Chicago. ZmarszczyBa czoBo, kiedy w sBuchawce roz- legBo si opryskliwe burknicie. - Nie przeszkadzam ci? - spytaBa oschle. - Dani! - WyobraziBa sobie te ostro zarysowane brwi [cigajce si nad pBoncymi niebieskimi oczami, wystpujcy na twarz rumieniec podenerwowania i zaciskajce si gniewnie usta. Ten czBowiek kierowaB losem tysicy; nie miaB cierpliwo[ci do babskich fo- ch�w. - Gdzie[ ty, u diabBa, przepadBa? MiaBa[ zadzwoni zaraz po przyjezdzie! To znaczy... - zawiesiB gBos, spogldajc chyba na zegarek - prawie dwana[cie godzin temu! Czy wiesz, |e miaBem ju| powiadomi policje stanow? S R Dani zamknBa oczy, zacisnBa zby i policzyBa do dziesiciu. Gdyby ich zwizek nie rozpadB si z bardziej osobistych przyczyn, to na pewno umarBby gwaBtown [mierci wBa- [nie z tego powodu. Josh bardzo dobrze wiedziaB, |e jest samodzielna. ByBa samodzielna, zanim si poznali, i tak pozostaBa mimo jego nad opiekuDczo[ci i nieustannego pouczania. Po prostu tracc j z oczu natychmiast przestawaB jej ufa. OdetchnBa gBboko, otworzyBa oczy i powiedziaBa jadowicie sBodkim tonem: - Przejdziemy wreszcie do rzeczy, czy mam odBo|y sBuchawk nie podajc ci mojego numeru telefonu? UsByszaBa syk wciganego przez zaci[nite zby powietrza i wyobraziBa sobie, jak Josh przeczesuje nerwowo palcami przedwcze[nie posiwiaBe wBosy. Teraz to on liczyB do dziesiciu. - Przepraszam, kochanie - odezwaB si w koDcu znacznie spokojniej. - Mamy tu dzi- siaj urwanie gBowy. A jak tam u ciebie? OpowiedziaBa mu o kBopotach z samochodem i podzieliBa si wra|eniami, jakie wy- niosBa z przeja|d|ki po okolicy. O incydencie na motelowym parkingu nie wspomniaBa. Sama nie wiedziaBa, dlaczego. - Nie przewiduj |adnych problem�w - podsumowaBa. - To miasteczko jest zabit de- chami dziur. Wikszo[ pracownik�w przedsibiorstwa mieszka w okolicznych okrgach, nie bdziemy si wic musieli martwi o negatywne reakcje czynnik�w zewntrznych. Bd rozmawiaBa bezpo[rednio z pracownikami Intercompu i to oni bd decydowali, jak po- winno by. - Jakiej reakcji si spodziewasz? - spytaB. Dani nie odpowiedziaBa od razu. Jedn z jej najwarto[ciowszych cech byBo wystrze- ganie si po[piechu w ocenach i dziaBaniach. Mo|na byBo jej ufa, |e przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu dokona dogBbnej i dokBadnej analizy sytuacji. - Mam, naturalnie, nadziej - odezwaBa si po chwili - |e opracowania wstpne s rzetelne i spotkam si z dobrym przyjciem. Warunki s z pewno[ci korzystne, ale prowin- cjonalna mentalno[ chadza wBasnymi [cie|kami. Mo|na liczy na ka|dego, kto ma ju| ja- kie[ wyrobione zdanie o zwizkach zawodowych, czyli jest zdecydowanie za albo zdecydo- wanie przeciw. A poniewa| kierujemy nasze wysiBki na |eDsk cz[ zaBogi Intercompu, trzeba si liczy z tym, |e na opinie tych kobiet bd miaBy silny wpByw opinie ich m|�w... S R - M�wiBa to z ci|kim sercem, wiedziaBa jednak, |e tak jest w istocie. - Josh, dobrze wiesz, |e dzisiaj nie mog ci jeszcze niczego powiedzie. Jutro porozmawiam z ludzmi i dopiero wtedy bd miaBa jakie[ zdanie. - Mnie interesuje to, co podpowiada ci instynkt - nie ustpowaB. - Nigdy mnie jeszcze nie zawi�dB. SkrzywiBa si, bo oboje wiedzieli, jak sromotnie zawi�dB j instynkt w Denver... a mo|e nie tyle instynkt, co umiejtno[ oceny sytuacji? ByBa wdziczna Joshowi, |e nie na- wizuje do tego nadal bolesnego tematu. - Co mi podpowiada instynkt? - spytaBa wesoBo. - To bdzie buBka z masBem. Mimo wszystko nie wchodz w ciemno w [rodowisko prymitywnych kopaczy doB�w. Te kobiety s dosy dobrze wyksztaBcone i na tyle inteligentne, by zdawa sobie spraw, co jest dla nich najkorzystniejsze. - Niemal tych samych sB�w u|yBa w Denver. ByBa tam taka pewna siebie... - Nie spodziewam si |adnych kBopot�w - zakoDczyBa z przekonaniem. - Nie byBa- bym nawet specjalnie zaskoczona, gdyby mi si tu udaBo. - Postaraj si, sBoneczko - powiedziaB Josh. - Wiesz, jakie to dla nas wa|ne. WBa[nie dlatego wysBali[my tam ciebie. U[miechnBa si czule do czarnej plastykowej sBuchawki. Czasami, kiedy niespodzie- wanie wyrwaBo mu si co[ takiego, przypominaBa sobie, dlaczego niemal go pokochaBa. Po- trzebowaBa rozpaczliwie odbudowania poczucia wBasnej warto[ci, a on wiedziaB, jak to ro- bi. Oczywi[cie, zdawaBa sobie doskonale spraw, |e to tylko przejaw jego wielkiego do- [wiadczenia w manipulowaniu ludzmi za pomoc subtelnych bodzc�w psychologicznych, ale i tak byBa mu wdziczna. - Spokojna gBowa, szefie. Zadzwoni jutro. I kiedy miaBa ju| odBo|y sBuchawk, nieoczekiwanie Bagodnym gBosem powiedziaB: - Wiesz co? Zaczyna mi ci brakowa. - A potem szybko, jakby za|enowany wBasny- mi sBowami, dorzuciB oficjalnym tonem: - Informuj mnie na bie|co. DzwoD codziennie i podaj mi sw�j numer. PodyktowaBa mu numer i na tym zakoDczyli rozmow. Dani odBo|yBa sBuchawk, opadBa na poduszki i zapatrzyBa si w migoczcy ekran te- lewizora, my[lc o Joshu. Ona nie mogBa powiedzie, |e odczuwa jego brak. MiaBa nadziej, |e Josh nie zacznie teraz uderza w sentymentalne tony i nie zaproponuje pojednania. S R To smutne, co si im przydarzyBo. Byli dwojgiem samotnych fanatyk�w pracy skaza- nych przez los na nieustanny kontakt. Nawizali romans, tylko tak mogBo si to skoDczy. DokBadnie sze[ tygodni zajBo im doj[cie do przekonania, |e nie ma w nim absolutnie ni- czego. PozostaBo im po tej przygodzie skrpowanie w stosunkach sBu|bowych, dwuznaczna sytuacja w |yciu towarzyskim i mn�stwo przykrych, wewntrznych refleksji, z kt�rych wszystkie zaczynaBy si od irytujcego: Gdyby tylko... Podw�jnym ciosem dla Dani byB fakt, |e klska w Denver zbiegBa si niemal dokBad- nie z jej klsk w |yciu uczuciowym. M�wi, |e do trzech razy sztuka. Ciekawe, co jeszcze szykuje jej los. Josh, widzc jej przygnbienie, zadecydowaB, |e bdzie dla niej najlepiej, je[li powr�- ci do pracy w terenie. WzdragaBa si przed przyjciem jakiegokolwiek zadania na tego ro- dzaju warunkach, musiaBa jednak przyzna, |e jest mu nawet wdziczna. WiedziaBa, |e nie- powodzenie w tej misji przewa|yBoby szal. Ale kto wie? Mo|e odniesie tu najwikszy w swej karierze sukces. ZgasiBa [wiatBo i uBo|yBa si do snu. ByBa przyzwyczajona do obcych motelowych pokoik�w i nie przeszkadzaB jej szum przeje|d|ajcych szos pojazd�w ani nieznajome B�|ko. ZapadBa niemal natychmiast w gBboki sen ze [wiadomo[ci, |e musi by wypoczta, by z energi stawi czoBo problemom, przed jakimi stanie jutro. S R ROZDZIAA DRUGI Nazajutrz o sz�stej rano Dani, z narczem ulotek, czekaBa przed bram Intercompu na pracownik�w koDczcych nocn zmian i tych, kt�rzy o si�dmej mieli zaj ich miejsca przy ta[mie. ObserwowaBa, jak para jej oddechu skrapla si w chBodnej porannej mgieBce, i chocia| miaBa na sobie weBniany pBaszcz, szalik, kapelusz i rkawiczki, dygotaBa z zimna. Pierwszym krokiem byBo zawarcie znajomo[ci ze stra|nikiem - za|ywnym, siwiej- cym m|czyzn w [rednim wieku, kt�ry siedziaB teraz w swoim ciepBym kantorku i, popija- jc z kubka parujc kaw, przebiegaB wzrokiem otrzyman od niej ulotk. Przejrzawszy pobie|nie jej tre[, oddaB karteczk Dani i rzekB obojtnie: - Nie pracuj w Intercompie. Jestem z prywatnej agencji. Wymarzona sytuacja. Neutralny, wynajty do ochrony obiektu facet, stojcy midzy ni a firm, nie bdzie ani zbyt skrupulatny, ani zBo[liwie opieszaBy w peBnieniu swych obowizk�w. Dziki temu przynajmniej z tej strony mo|e si nie obawia |adnych niepo- |danych konflikt�w z kierownictwem. Stra|nik spojrzaB na ni z zadum, mru|c lekko przekrwione, piwne oczy. - Od kiedy to zwizek wysyBa do mskiej roboty takie chude podlotki? - spytaB. Dani byBa przyzwyczajona do podobnych komentarzy. - Od kiedy Intercomp zaczB zatrudnia chude podlotki do mskiej roboty przy swoich ta[mach - odparowaBa z u[miechem. Stra|nik odchrzknB dyplomatycznie i przeni�sB wzrok na napBywajc ku bramie pierwsz fal pracownik�w rannej zmiany. - Niech pani stanie tam, z boku. - PoinstruowaB j ruchem gBowy. - Jak bdzie pani tamowa ruch, przegoni pani std. A jak spr�bujesz pani przesmykn si przez bram bez przepustki, to wyldujesz w pace. Takie s przepisy. Dani skinBa gBow i zajBa miejsce w stosownej odlegBo[ci od wej[cia na teren Inter- compu, skd miaBa przemieszczajce si masy ludzkie w zasigu rki, a jednocze[nie nie przeszkadzaBa w ich przepBywie. ZnaBa przepisy. StaBa tam przez nastpn godzin, mijana przez szeregi gwarzcych midzy sob pra- cownik�w zmierzajcych raznym krokiem w stron zakBadu i wychodzcych stamtd m|- czyzn i kobiety o ziemistych twarzach i podkr|onych z niewyspania oczach. S R RobiBa, co mogBa, by nawiza kontakt wzrokowy z ka|dym, komu wrczaBa ulotk, ale po pewnym czasie jej gBos zaczB przypomina nagranie z ta[my magnetofonowej;  DzieD dobry pani, mo|e zechciaBaby pani po[wici chwil na przeczytanie tego w prze- rwie na kaw?... Prosz to przeczyta w przerwie [niadaniowej... Bd tutaj pod koniec zmiany i w porze lunchu... Witam pana, prosz wzi to do domu i przejrze... Je[li zechce mi pan zada jakie[ pytania, to bd tu dzi[ po poBudniu... {ycz miBego dnia". Reakcje byBy mieszane i takie jak zwykle. Wiele kobiet obchodziBo si z ulotk tak samo, jak z reklam wciskan do rki w supermarkecie - nie zwalniajc kroku ani nie prze- rywajc prowadzonej rozmowy wpychaBy j automatycznie do kieszeni pBaszcza. Inne, naj- wyrazniej [wiadome, w czym rzecz, rzucaBy Dani podejrzliwe albo zaintrygowane spojrze- nia, je[li za[ chodzi o m|czyzn, to co jaki[ czas kt�ry[ mrugaB do niej porozumiewawczo bdz witaB niewybrednym komentarzem. Poniewa| wikszo[ m|czyzn schodziBa z nocnej zmiany, byli zbyt znu|eni, by zwraca na ni w og�le uwag, poranek wic minB raczej spokojnie. WiedziaBa jednak, |e zupeBnie inaczej bdzie wieczorem, kiedy wr�ci tu, by zBa- pa ich przed rozpoczciem nocnej zmiany. Pomimo braku zaczepek, ka|dy pierwszy poranek byB zawsze gorcy. MusiaBa by przez caBy czas w najwy|szym stopniu skoncentrowana i mie oczy szeroko otwarte, by pr�bujc wciska ulotki w rce jak najwikszej liczby os�b, unika jednocze[nie typ�w z kierownictwa i chBon ka|dy szczeg�B opBywajcego j, rozkoBysanego morza ludzi. Pr�- bowaBa wyBuskiwa z tBumu twarze zdradzajce ewentualne predyspozycje przyw�dcze i z my[l o przyszBo[ci ju| teraz klasyfikowa reakcje poszczeg�lnych os�b jako pozytywne bdz negatywne. Pr�bowaBa wyczu og�lny nastr�j zaBogi - czy ludzie s zadowoleni, czy zniechceni do swojej pracy, id do zakBadu z entuzjazmem, czy jak na [cicie, w jakim na- stroju schodz ze zmiany? NadstawiaBa uszu na strzpy rozm�w, z kt�rych mogBa wywnio- skowa, na co skar| si ludzie. Oczywi[cie, przy takiej masie ludzkiej niemo|liwe jest do- tarcie do ka|dego z osobna. Ten poranek traktowaBa wBa[ciwie jako rozgrzewk. Bdzie tu wracaBa przed rozpoczciem ka|dej zmiany i koncentrowaBa si na ludziach przybywajcych do pracy, wyBapywaBa ich z tBumu, kiedy umysB maj jeszcze [wie|y. Bd mieli potem dziewi godzin na przemy[lenie oraz przedyskutowanie midzy sob tego, co przeczytaj w ulotkach. Bdzie tutaj pod koniec ka|dej zmiany, |eby oszacowa reakcje i odpowiada na pytania. Potrwa to co najmniej tydzieD, a potem rozpocznie si wBa[ciwa robota. S R Zadanie uBatwiaB jej nieco fakt, |e wikszo[ personelu administracyjnego rozpoczy- naBa prac o �smej. Paru pracusi�w, kt�rzy przyszli na si�dm, Batwo byBo pozna po trzy- cz[ciowych garniturach. Na ich grozne spojrzenia odpowiadaBa promiennym, niewinnym u[miechem. PotwierdziBy si jej przypuszczenia, |e wszyscy ci biurali[ci to m|czyzni. Nie- liczne lepiej ubrane kobiety na pewno byBy sekretarkami. Brygadzi[ci stanowili klas sam w sobie i nie tak Batwo byBo ich rozpozna. W hie- rarchii zawodowej plasowali si gdzie[ pomidzy kadr kierownicz a zwykBymi robotni- kami i Dani wiedziaBa z do[wiadczenia, |e kiedy dochodzi do organizowania zwizku, bry- gadzi[ci, wypatrujcy wci| awansu, kt�ry pozwoli im wBo|y garnitur i zasi[ przy biur- ku, zawsze staj po stronie firmy. PrzekonaBa si o tym na wBasnej sk�rze tu| przed godzin si�dm, kiedy strumieD ludzi zaczynaB si ju| przerzedza. Kto[ nagle zBapaB j od tyBu za rami i wyrwaB z dBoni reszt ulotek. - A to co, u diabBa? - ryknB jej nad uchem czyj[ gBos. - {arty jakie[? Dani odwr�ciBa si na picie i stanBa twarz w twarz z olbrzymem o blond wBosach. WpatrywaB si w ni ze zBo[ci i niedowierzaniem spod przymru|onych powiek, a jego pal- ce wpijaBy jej si w Bokie. - Radz trzyma Bapy przy sobie - odparowaBa, wyrywajc rk z jego u[cisku. Tylko chwil zajBo mu zapoznanie si z tre[ci kartek, kt�re jej skonfiskowaB. Potem chwyciB j znowu za rami i pchnB lekko. - No, koteczku, zabieraj std swoj pupci. I to te|. - CisnB plik ulotek na ziemi i wdeptaB je obcasem w bBoto. - Nie chcemy tu |adnego zwizkowego g�wna. Dani nawet nie drgnBa. Oczy jej pociemniaBy i gotowa byBa walczy. - Chroni mnie prawo federalne... - Co ty powiesz? - Blondyn ze zBo[liwym u[mieszkiem zacisnB palce na jej ramieniu. BawiB si tak dobrze jak szkolny osiBek wymuszajcy pienidze na lunch od pierwszoklasi- st�w. - A kto ci ochroni przed tym? - I wykonaB ruch, w kt�rym Dani instynktownie wy- czuBa agresj. - Ja si tym zajm, Scott. Dani, chocia| wdziczna za interwencj temu chBodnemu gBosowi, kt�ry rozlegB si za jej plecami, nie odwa|yBa si jednak oderwa wzroku od napastnika. Wzrok blondyna po- wdrowaB ponad jej gBow i skupiB si na jakim[ punkcie. S R - Oczywi[cie, panie Cavenaugh - mruknB burkliwie, puszczajc j niechtnie i odst- piB krok do tyBu. Dopiero wtedy Dani odwa|yBa si odwr�ci. Scott oddaliB si mruczc co[ pod nosem o  tych cholernych zwizkach zawodowych" i  ich [wirnitym pomiocie", a Dani patrzyBa prosto w kawowoczarne oczy jedynego i nie- powtarzalnego Nicka Cavenaugha. Te same kdzierzawe, ciemne wBosy, gBadka, przystojna twarz i rozcignite w szczerym rozbawieniu usta. Dzielnie wytrzymaBa jego wzrok, poprawiBa odruchowo koBnierz pBaszcza i spytaBa Bagodnie: - Czy my[my przypadkiem ju| si gdzie[ nie spotkali? Uni�sB ciemne brwi z drwicym podziwem. - Widz, |e stawiBa si pani na wachcie. No c�|, ju| wczoraj, gdy patrzyBem, jak pod- skakuje pani na tym zderzaku, pomy[laBem sobie: No, ta dziewczyna ma gBow na karku i krzep w mi[niach. UmysB jak |yletka. PrzyjBa ten komplement skromnym skinieniem gBowy i dodaBa tym samym miBym tonem: - A wic chyba si nie myliBam podejrzewajc, |e to wczorajsze spotkanie nie byBo zupeBnie przypadkowe? PrzyjB niedbaB postaw rozstawiajc nogi i, koByszc si tam i z powrotem na pi- tach, odgarnB poBy pBaszcza i wepchnB rce w kieszenie granatowych spodni. MateriaB na- pr|yB si na jego pBaskim brzuchu, napiB na muskularnych udach uwypuklajc ich zarys i Dani musiaBa szybko odwr�ci wzrok. PrzemknBo jej przez my[l, czy czasem nie zrobiB te- go, aby zbi j z tropu. - No c�| - wycedziB powoli - to zale|y od tego, co pani rozumie pod sBowem  spotka- nie". Je[li mam by szczery, to jadc wczoraj do pani motelu nie miaBem zamiaru posuwa si do czego[ a| tak intymnego, jak samochodowa stBuczka, ale owszem, ostrze|ono nas o pani wizycie. - I zapewne pu[cili[cie ju| w ruch stosown machin propagandow? - spytaBa sucho. PokiwaB powa|nie gBow. - Ale| naturalnie - upewniB j. - Ona ju| si rozkrca. Kr| pogBoski o strajkach, za- mieszkach, zorganizowanej przestpczo[ci i snajperach na parkingu. Teraz z kolei ona uniosBa z podziwem brwi. S R - Dobra robota. Czy zechciaBby mi pan zdradzi, co pozwoliBo wam poczyni tak sta- ranne przygotowania? U[miechnB si p�Bgbkiem zaciskajc usta i w jego policzku, ku zachwytowi Dani, pojawiB si maBy doBeczek. - Och, wy macie swoich szpieg�w - odparB swobodnie - a my swoich. Nie bd ukry- waB - przyznaB - |e kiedy usByszaBem nazwisko Miller, spodziewaBem si, naturalnie, ujrze jakiego[ zwalistego kulturyst z wytatuowanymi na bicepsach smokami i paczk cameli za- tknit w kieszonk podkoszulka. Prosz sobie wyobrazi moje zaskoczenie, kiedy zoba- czyBem pani. Nie spodziewaBem si, |e przy[l kogo[ tak... - Kobiecego? - podpowiedziaBa ironicznie. Oczy Nicka omiotBy powoli od st�p do gB�w caB jej drobn posta i przekorne uzna- nie roz[wietliBo mu oczy tudzie| zaigraBo na jego wargach. - Niewyro[nitego - skorygowaB z kamienn twarz. Dani o maBo si nie u[miechnBa. - Mam prawo tu sta - przypomniaBa mu zawzicie. - Dop�ki nie jestem na terenie In- tercompu, mog robi i m�wi, co mi si |ywnie podoba. Nie pozwol sobie na |adne utrudnienia. - Ale|, panno Miller - zapewniB j z udawan szczero[ci - nie mamy najmniejszego zamiaru pogwaBca nale|nych pani praw. Prosz... - Zamaszystym gestem rki wskazaB na bram, w kt�rej poza stra|nikiem nie byBo ju| nikogo. - Zapraszam. Niech pani peBni sw powinno[. Dani u[miechnBa si do niego sBodko. - Nie omieszkam. ZmierzyB j jeszcze raz taksujcym spojrzeniem. Nagle wydaBo jej si, |e ciepBe odzienie mimo wszystko nie chroni jej dostatecznie przed zimnem. Z lekkim skinieniem gBowy, kt�re mogBo oznacza zar�wno aprobat, jak i dezaprobat, odwr�ciB si. - Niech si pani tylko nie wdaje w b�jki z moimi brygadzistami - ostrzegB. - Nie wolno nam tego robi - zapewniBa go, z trudem powstrzymujc u[miech. - No wie pan, zBa prasa. ObejrzaB si i niespodziewanie pu[ciB do niej perskie oko. PatrzyBa, jak odchodzi, i nie mogBa ju| powstrzyma u[miechu. S R ZaspiBa si jednak troch na my[l o przygotowaniach, jakie poczyniBa firma, uprze- dzona o jej przyjezdzie. WBa[ciwie nie byBo to a| tak wielkim zaskoczeniem, ale stawiaBo j ju| na starcie w troch niekorzystnej sytuacji. Zastosowane zawczasu przez firm metody prania m�zg�w, jak r�wnie| subtelne pogr�|ki i taktyka zastraszania mogBy okaza si bar- dzo skuteczne. Nikt nie lubi przeciwstawia si kierownictwu, zwBaszcza je[li ma na utrzy- maniu rodzin. Zadaniem Dani byBo trafienie do pracownik�w Intercompu z argumentami, przekonanie tych ludzi, |e zwizek ma do zaoferowania wicej, ni| zatrudniajca ich firma. Nick Cavenaugh. Tej komplikacji Dani nie przewidziaBa. Jak wBa[ciwie pozycj zajmuje w Intercompie? Dlaczego wczoraj wyjechaB jej na spotkanie i dlaczego odjechaB nie przedstawiajc si? I dlaczego, pomy[laBa z bezsiln zBo[ci, jest taki przystojny, taki atrak- cyjny, taki... seksowny. Ale co z tego, zadecydowaBa ze wzruszeniem ramion, skoro w tej walce stoj prawdopodobnie po przeciwnych stronach barykady. Tylko tego by brakowaBo, |eby daBa si teraz zwie[ powierzchowno[ci i czarowi jakiego[ m|czyzny. Intercomp prowadziB zakBadow stoB�wk dla pracownik�w i przerwa na lunch trwaBa tu tylko trzydzie[ci minut, wic Dani nie spodziewaBa si, by zbyt wiele os�b wychodziBo z zakBadu w poBudnie. ZajBa jednak swoje stanowisko pod bram i ju| po dziesiciu minutach jej wysiBki zostaBy nagrodzone. Tymczasem niebo si przetarBo, przybierajc barw jasnego bBkitu, i Dani musiaBa przymru|y oczy, by rozpozna w sBoDcu zbli|ajc si ku niej posta. Dziewczyna nad- chodziBa spacerowym, pewnym krokiem osoby, kt�ra wie, czego chce. Dani nastroiBa si na nieuniknion, ale nie wiadomo czy przyjazn, czy konfliktow wymian zdaD. ZrobiBo si troch cieplej, ale nie zdejmowaBa pBaszcza. Zauwa|yBa te|, |e chude przedramiona dziew- czyny, wystajce z podcignitych rkaw�w jej granatowej bluzy, pokrywa gsia sk�rka. Dziewczyna miaBa na gBowie zmierzwion szop jasnych lok�w, byBa wysoka i tak chuda, |e spBowiaBe d|insy zwisaBy jej na siedzeniu jak pusty worek. {ujc zapamitale gu- m i mru|c oczy przed refleksami [wiatBa odbijajcymi si od szyb samochod�w stojcych na parkingu, zatrzymaBa si przed Dani z kciukami wetknitymi w przednie kieszenie spodni. Dani czekaBa cierpliwie, a| nieznajoma dobrze j sobie obejrzy. Lustracja wypadBa chyba pomy[lnie, bo po chwili dziewczyna odezwaBa si z charakterystycznym nosowym, [rodkowozachodnim akcentem: - To ty jeste[ ta dziewczyna, kt�r przysBaB zwizek? S R - Tak. - Dani wiedziaBa, |e nawet gdyby wycignBa rk, nieznajoma i tak by jej nie u[cisnBa, trzymaBa wic rce w kieszeniach pBaszcza, patrzc dziewczynie prosto w oczy. - Nazywam si Dani Miller. Dziewczyna przygldaBa jej si przez chwil spod przymru|onych powiek. - Liza Ames - mruknBa wreszcie i odwr�ciBa wzrok. - PrzeczytaBa[ moj ulotk? - Tak. - Gdyby Liza |uBa nie gum, a tytoD, teraz byBby odpowiedni moment, |eby splun na ziemi. - M�j tata byB zwizkowcem - dorzuciBa nie patrzc na Dani. - O maBo nie zginB. I tak w Dani zgasBa nadzieja, |e zyskaBa sprzymierzeDca. Liza znowu spojrzaBa na ni z zaciekawieniem. - A wBa[ciwie, to dlaczego przysBali tu kobiet? - Poniewa| - odparBa Dani - siedemdziesit pi procent zaBogi Intercompu to kobiety. Pracujce kobiety maj specyficzne problemy, a ja je znam i rozumiem. Liza parsknBa [miechem. - Czy|by? No i co ty takiego wiesz o problemach kobiet pracujcych? - Po pierwsze - odparBa spokojnie Dani - wiem, |e prawdopodobnie mogByby[cie ko- rzysta z dobrego programu opieki zdrowotnej obejmujcego opiek nad matk i dzieckiem oraz przewidujcego do sze[ciu miesicy urlopu macierzyDskiego. Na Lizie nie wywarBo to chyba zbytniego wra|enia. - BroD mnie Panie Bo|e przed wpakowaniem si w to jeszcze raz. Do diabBa, wystar- czyBoby mi ubezpieczenie, |ebym mogBa zapBaci za szpital, jak zachoruj. Dani zapamitaBa sobie ten postulat. - ZaBo| si, |e mn�stwo pracownic byBoby zainteresowanych przyzakBadowym |Bob- kiem i przedszkolem. Teraz Liza nadstawiBa ucha. RzuciBa Dani baczne spojrzenie. - Fajnie by byBo zosta z chorym dzieckiem w domu i nie ba si, |e si straci prac. - W jedno[ci siBa, Lizo - powiedziaBa Dani. - Je[li nie bdziecie trzyma si razem, nie osignicie niczego. Blada twarz dziewczyny pozostaBa bez wyrazu, ale w jej oczach pojawiBa si czujno[. - A te banialuki o potrojeniu zarobk�w? S R - Przecitne wynagrodzenie os�b zatrudnionych w Intercompie przy ta[mach monta- |owych - wyja[niBa Dani - wynosi jedn trzeci tego, co przewiduj zwizkowe tabele pBac. Teraz rozumiesz, dlaczego to, co zarabiacie, nie starcza wam na |ycie. A nadgodziny? Nie chciaByby[cie, |eby wam za nie pBacono? Liza wzruszyBa ramionami. - Wikszo[ jest chyba szcz[liwa, |e w og�le ma robot. Wol nie podcina gaBzi, na kt�rej siedz. Dani u[miechnBa si porozumiewawczo. - Ale ty chyba do nich nie nale|ysz, co, Lizo? Mo|e sidziemy gdzie[ przy kawie? - Nie mog - odparBa Liza, zerkajc na zegarek, |eby ukry wyraz twarzy. - Przerwa mi si koDczy. - Krzywic si przetarBa palcami oczy i potarBa nos. - Chcesz zwr�ci na sie- bie uwag ludzi? Obiecaj im darmowe okulary. NiedBugo o[lepn od [lczenia przez osiem godzin nad tymi cholernymi, maciupkimi scalakami i [rubeczkami. - Tego nie mo|emy obieca - odparBa pogodnie Dani - ale na pewno mogliby[my wy- negocjowa wam jakie[ szkBa powikszajce do precyzyjnych prac monta|owych. Tylko |e w tym celu musimy dziaBa wsp�lnie, Lizo. Dziewczyna popatrzyBa na ni przecigle. Trudno byBo stwierdzi, co my[li, ale Dani odniosBa wra|enie, |e na jej bladych ustach dostrzega zal|ek niepewnego u[miechu. - Tak, znam ja te wasze zwizki - mruknBa. - Obiecujecie gruszki na wierzbie, gwiazdk z nieba, stek trzy razy w tygodniu, a wynikaj z tego tylko strajki, zwolnienia, i pensji nie starcza potem nawet na [wiadczenia. - Odwr�ciBa si. - Wracam do [rodka. Zimno tu jak w psiarni. - Powiedz mi jedno - zawoBaBa za ni Dani. - Dlaczego do mnie wyszBa[? Dziewczyna odwr�ciBa si z Bobuzerskim u[mieszkiem, kt�ry odmieniB jej pospolit twarz. - Tak sobie. Dziewczyny z czwartej ta[my nie wierzyBy, |e nie jeste[ podstawiona. To znaczy, nie mogBy uwierzy, |e zwizek przysBaB tu takie zabiedzone chucherko. - RuszyBa znowu w stron bramy, rzucajc po drodze przez rami: - {ycz szcz[cia, maBa. Bdzie ci potrzebne. S R Dani nie mogBa powstrzyma u[miechu satysfakcji, kiedy Liza zniknBa jej z oczu. WiedziaBa ju| na pewno, |e Liza Ames jest kim[, kogo chce mie po swojej stronie. Wie- dziaBa te|, |e przed koDcem tygodnia bdzie j miaBa. Wr�ciBa do motelu, zjadBa kanapk z Bykowatym befsztykiem i przywidB saBat, a przed trzeci byBa ju| z powrotem przy bramie. Nim jednak pojawili si pierwsi ludzie zd- |ajcy na drug zmian, stra|nik odsunB okienko swojej budki i zawoBaB: - Hej, tam! Panienko! PodeszBa ostro|nie do bramy. - Pani Miller? - zapytaB, a kiedy skinBa gBow, u[miechnB si. - No to chyba ma pani szcz[liwy dzieD. - OdBo|yB na wideBki sBuchawk wewntrznego telefonu i zaczB szuka czego[ na blacie biurka. - WBadza zaprasza pani na audiencj. - WskazaB gBow na prze- szklone wej[cie do portierni wznoszcego si przed nimi budynku administracyjnego. - Tam wska| pani drog. Prosz. - PodaB jej przez okienko czerwon, plastykow plakietk. - Niech pani to sobie przypnie do pBaszcza, bo mog pani postrzeli. Dani zawahaBa si. To byBa najwa|niejsza pora dnia. Je[li przegapi [rodkow zmian, powstanie luka w jej programie. Ci robotnicy nie bd mogli przekaza informacji nastpnej zmianie i strumieD wymiany pogld�w z zaBogami ze zmian porannej i nocnej ulegnie przerwaniu. Nie mogBa jednak zaprzepa[ci okazji do serdecznego powitania z kierownic- twem - je[li to tam j wzywano. Mo|na bdzie unikn wielu problem�w, je[li od pocztku wszyscy jasno okre[l swoje stanowiska. W koDcu z westchnieniem rezygnacji przypiBa plakietk do pBaszcza i przekroczyBa bram z nadziej, |e nie potrwa to dBugo. Portiernia Intercompu byBa elegancka i urzdzona ze smakiem. Wystr�j w odcieniach zieleni, pluszowa wykBadzina, |ywe ro[liny przed wysokimi od podBogi do sufitu oknami, wszystko to odpr|aBo i stwarzaBo przytuln atmosfer. Siedzca za biurkiem mBoda kobieta u[miechnBa si do niej ciepBo. - Witamy w Intercompie - powiedziaBa. - Czym mog sBu|y? Dani podeszBa do biurka. - Nazywam si Dani Miller. Podobno kto[ chce si ze mn spotka. S R - Tak, prosz. - Dziewczyna peBnym gracji ruchem rki wskazaBa na korytarz po lewej. - Gabinet wiceprezesa znajduje si po prawej, na koDcu tego korytarza. Du|e, dwuskrzy- dBowe drzwi. Na pewno pani trafi. Prosz od razu wej[. Jego sekretarka czeka na pani. Wiceprezes, pomy[laBa Dani unoszc brwi. No to idziemy na sam g�r. Ale doszedBszy do koDca korytarza zatrzymaBa si. Na jednej z tafli dwuskrzydBowych drzwi z matowego szkBa widniaBy wykaligrafowane sBowa: Nick Cavenaugh Wiceprezes/Dyrektor naczelny Czy byBa zaskoczona? Z westchnieniem rezygnacji przygotowaBa si do wkroczenia do jaskini lwa. Nie mu- siaBa si nawet przedstawia sekretarce, kt�ra podniosBa na ni wzrok znad maszyny do pi- sania, by zauwa|y tylko: - Panna Miller? Pan Cavenaugh czeka na pani. Dani ruszyBa w kierunku drzwi, kt�re wskazaBa jej wzrokiem kobieta i, zapukawszy na wszelki wypadek, weszBa do [rodka. Cokolwiek robiB Nick, to z pewno[ci na ni nie czekaB. Nad jego biurkiem pochylaBa si inna sekretarka podsuwajc mu pod pi�ro dokumenty jeden po drugim, na kt�rych szybko skBadaB sw�j podpis. Przyciskajc ramieniem do ucha sBuchawk telefonu, wertowaB woln rk ogromny plik komputerowych wydruk�w i z szybko[ci karabinu maszynowego rzucaB zwizBe dane do mikrofonu. Kiedy weszBa, byB odwr�cony bokiem do drzwi i nawet jej nie zauwa|yB. Po chwili sekretarka poskBadaBa podpisane dokumenty i mijajc Dani posBaBa jej za- ciekawione spojrzenie. Nick podni�sB wzrok; gdy j zobaczyB, przerwaB rozmow telefo- niczn tylko na moment, by rzuci z wBadcz obojtno[ci: - Prosz usi[. Dani skBoniBa si z udawan kurtuazj. - Tak, Wasza Wysoko[. Za pozwoleniem, Wasza Wysoko[. ZaszczyciB j przelotnym u[miechem, kt�ry pozostaB na dBu|ej w jego oczach i spra- wiB, i| zaczBa |aBowa, |e przed wej[ciem tutaj nie po[wiciBa troch czasu na przyczesanie rozwichrzonych wBos�w. Co[ po drugiej stronie linii telefonicznej przykuBo naraz jego uwag i znowu si od niej odwr�ciB. S R Dani usiadBa na czarnej sk�rzanej kanapie, stojcej pod du|ym oknem widokowym, i rozejrzaBa si z podziwem po pokoju. CaBo[ wystroju utrzymana byBa w zdumiewajcych barwach szkarBatu, czerni i ol[niewajcej bieli i [wiadczyBa o wBadczo[ci i energii lokatora. Nick, zasiadajcy za szerokim, dbowym biurkiem z chromowymi okuciami, zdawaB si uosobieniem tych cech, a przy tym tryskaB jeszcze jak[ zwierzc wprost |ywotno[ci, kt�ra zar�wno szokowaBa, jak i podniecaBa Dani. ByB bez marynarki i krawata, w samej tyl- ko bBkitnej koszuli z podwinitymi mankietami. KoBnierzyk miaB rozpity pod szyj, a na odsBonitym wycinku klatki piersiowej kBbiB si gszcz kdzierzawych, ciemnych wBos�w. Na opalonej na zBocisty brz twarzy malowaB si wyraz napicia, gdy dzieliB sw uwag midzy le|cy przed nim wydruk i zwizBe odpowiedzi, kt�re rzucaB do sBuchawki. Rozta- czaBa si wok�B niego jaka[ nieokre[lona aura czujno[ci stwarzajca na obserwatorze wra|e- nie, |e uwadze tego czBowieka nie ujdzie najmniejsze poruszenie czy to w tym pokoju, czy poza jego [cianami. Dani postanowiBa to sprawdzi. OparBa si wygodnie i zaBo|yBa nog na nog. Zgodnie z jej oczekiwaniami, oczy Nicka zarejestrowaBy ten ruch i niespodziewanie pozostaBy troch dBu|ej na ksztaBtnym za- rysie jej skrzy|owanych ud, by dopiero po chwili przenie[ si z powrotem na wydruk. Przy tym ani na chwil nie zgubiB si w rozmowie. ObserwowaBa go dalej wiedzc, |e tego te| jest [wiadomy. Silne, smukBe dBonie, ciemne wBosy porastajce odsBonite nadgarstki, spr|ysty ruch mi[nia w przedramieniu, kiedy wycigaB rk, by przerzuci kartk. Bicepsy miaB napite i wyraznie zarysowane pod mikkimi rkawami koszuli, ramiona rozro[nite, a klatk piersiow jeszcze szersz, ni| si jej wydawaBo wczoraj. PrzesunBa wzrok w g�r po jego mocnej szyi, lekkim wybrzuszeniu jabBka Adama, zarysie szczki i dalej, na twarz, kt�ra byBa zarazem interesujca i przystojna. Cer miaB gBadk i [niad, rysy regularne, a peBne usta, wski nos i gste brwi pod wyraznie zarysowan lini wBos�w przydawaBy surowo[ci tej skdind Bagodnej i niemal urodziwej twarzy. ByBa to twarz wyrazista, zdradzajca zar�wno wesoBe usposobienie, jak i bez- wzgldno[, a jej niespo|yta ruchliwo[ zafascynowaBa Dani. Nigdy jeszcze nie spotkaBa m|czyzny, kt�ry pocigaBby j wyBcznie z powodu sa- mego wygldu. I byBa przekonana, |e on to wyczuwa. S R Nick skoDczyB rozmow i obr�ciB si wraz z fotelem do niej, opierajc rce na blacie biurka, u[miechajc si niewymuszenie i szykujc do poddania jej takiej samej lustracji, ja- kiej ona przed chwil poddaBa jego. Nie daBa mu na ni czasu. - ChciaB si pan ze mn widzie w jakiej[ sprawie - przypomniaBa. - To nic wa|nego - odparB. - Pomy[laBem sobie tylko, |e skoro sterczy pani od rana na zimnie pod bram, to mo|e dojrzaBa pani do fili|anki kawy. - Nie staBam tam przez caBy czas - poinformowaBa go, kiedy podnosiB znowu sBuchaw- k. - WBa[ciwie przed chwil wr�ciBam z lunchu... - Jani! - rzuciB do sBuchawki Nick. - Mo|e zrobiBaby[ nam dwie fili|anki kawy? Z mlekiem? - spytaB zwracajc si do Dani. - Uszom nie wierz - jknBa Dani. - Pan naprawd zmusza swoj sekretark do pa- rzenia sobie kawy? - Bez mleka - zadecydowaB za ni i odBo|yB sBuchawk. Oczy bByszczaBy mu rozba- wieniem, w kt�rym byBo co[ z wyzwania. - Co gorsza, ona rzeczywi[cie mi j parzy - wy- znaB. - Jest jeszcze par kobiet, kt�re wiedz, gdzie ich miejsce. - Szowinista. - UtkwiBa w nim rozpBomieniony wzrok. PrzytaknB kpicym skinieniem gBowy. - Do usBug. - Po co mnie pan tu poprosiB? - spytaBa niecierpliwie. Nick opadB na oparcie fotela. - Mniej wicej z tego samego powodu, dla kt�rego wybraBem si wczoraj do pani mo- telu - odparB, ale za jego swobodnym tonem kryBa si powaga. - Celem nawizania dobrych stosunk�w. - Rozumiem - mruknBa refleksyjnie Dani, nie spuszczajc z niego oczu. - Sdzi pan, |e da si nawiza dobre stosunki z wrogiem, zwabiajc go do swojego obozu? WzruszyB ramionami, a jego bystre oczy chBonBy ka|dy szczeg�B jej drobnej postaci. - Podejrzewam, |e wszelkie podobieDstwo midzy pani a koniem trojaDskim jest czysto powierzchowne - odparB. - Poza tym, wBa[nie ten stereotyp chciaBbym zburzy. Nie jeste[my wrogami. S R OtwieraBa ju| usta, |eby co[ odpowiedzie, kiedy nagle rozlegBo si ciche pukanie i Nick podszedB do drzwi, by odebra z rk sekretarki dwie fili|anki kawy. UczyniB to z takim wrodzonym wdzikiem, |e obudziB w Dani jednocze[nie czujno[ i zaintrygowanie. PostawiB obie fili|anki na stoliczku obok jej Bokcia. - Niech pani zdejmie pBaszcz - zaproponowaB, wycigajc rce. - To troch potrwa. - Ja naprawd nie mog... - zaczBa Dani, ale Nick [cigaB ju| z niej pBaszcz i musiaBa wsta, |eby mu w tym pom�c. Chwila, kiedy stali obok siebie prawie si stykajc, wystar- czyBa jej, by poczu zapach wody koloDskiej i mu[nicie jego palc�w na swojej bluzce. Po- tem odszedB, |eby powiesi pBaszcz na wieszaku. Gdy wr�ciB, nie usiadB za biurkiem, lecz na obitym sk�r fotelu naprzeciwko kanapy. WziB swoj fili|ank kawy. Dani zerknBa na zegarek. - Ja nie mog zosta - zaprotestowaBa niezdecydowanie. - Ja musz... Nick odchyliB si na oparcie swojego krzesBa i upiB Byk kawy. - Nie pierwszy raz mam do czynienia z naciskiem zwizku, Dani - powiedziaB, po- dejmujc rozmow od miejsca, w kt�rym zostaBa przerwana przez sekretark. Na jego twa- rzy malowaBo si odpr|enie, z jego ciemnych oczu emanowaBy spok�j i pogoda, zupeBnie jakby znajdowali si na przyjciu i rozmawiali o wynikach mecz�w futbolowych. - Prze|y- Bem ju| kilka akcji protestacyjnych organizowanych przez zwizki i par strajk�w, o kt�rych wolaBbym zapomnie, i pewnie zaskoczy pani informacja, |e wystpowaBem w nich po obu stronach. - UniosBa ze zdziwieniem brwi, ale nie daB jej czasu na zabranie gBosu. - Dobrze wiem - cignB - |e te zabawy mog przybra bardzo nieprzyjemny obr�t i wydaje mi si, |e zwizane z nimi czasem akty przemocy maj swoje korzenie nie w czym innym, jak w na- stawieniu... obu stron. Nie prowadzimy tutaj wojny i nie ma potrzeby stwarza wra|enia, |e jeste[my |dni krwi. Od kierownictwa tej firmy mo|e pani oczekiwa obywatelskiej posta- wy i tego samego oczekujemy od pani. - ZamilkB na chwil, a potem dodaB nieco ostrzej- szym tonem: - Nie chc tu |adnych kBopot�w, Dani. I nie dopuszcz do tego. OtworzyBa szeroko oczy i rozrzuciBa rce w ge[cie niewinno[ci. - A czy ja wygldam na jak[ wichrzycielk? PrzebiegBy u[mieszek rozcignB jego usta dotykajce brzegu fili|anki. - PowiedziaBa Mata Hari tu| przed dobyciem no|a. Dani wziBa do rki swoj fili|ank. S R - Czy to ma znaczy - spytaBa ostro|nie - |e mog liczy na wsp�Bprac kierownictwa Intercompu? Nick roze[miaB si. ZnaBa ju| odpowiedz na swoje pytanie. - To znaczy - odparB z naciskiem - |e nie bdziemy pani wchodzi w drog, je[li pani nie bdzie wchodzi w drog nam. - I dzisiaj daje pan temu wyraz, zapraszajc mnie do biura i udzielajc audiencji. SkinB potakujco gBow i Dani u[miechnBa si unoszc brwi z podziwem, na kt�ry sobie w peBni zasBu|yB. - Naturalnie - podjB - wolaBbym, |eby pani wcale do nas nie przyje|d|aBa. Ale skoro pani ju| tu jest... - WzruszyB ramionami. - Pozostaje tylko zaBatwi to tak cicho i spokojnie, jak tylko si da. - SpojrzaB na ni i tonem nadal swobodnym i Bagodnym dodaB: - Niech mi wic pani zdradzi jedno. Dlaczego akurat nas wzili[cie na celownik? ZnaB odpowiedz tak samo dobrze jak ona. ZaczynaBa podejrzewa, |e niewiele jest spraw, o kt�rych ten czBowiek nie wie. Ale pr�bowaB nawiza dialog i w jej najlepszym in- teresie byBo go podj. UpiBa Byk kawy. - Dla stworzenia precedensu - odparBa. - Produkcja sprztu komputerowego jest w Stanach Zjednoczonych stosunkowo now gaBzi przemysBu, a wobec zapowiadanej przez Intercomp ekspansji firma ta ma wszelkie dane po temu, by sta si wkr�tce najwikszym pracodawc w tej dziedzinie. Chcieli[my wej[ w ni, p�ki jest jeszcze, |e si tak wyra|, w powijakach, i uznali[my Intercomp za idealn okazj. Nick siedziaB z kostk jednej nogi wspart na kolanie drugiej i napr|ony materiaB spodni opinaB jego tward jak skaBa Bydk. ObejmowaB dBugimi palcami fili|ank i obser- wowaB Dani ze swobod, niemal z nonszalancj. - I pomy[leli[cie sobie, |e wprowadzenie do zakBadu zwizk�w zawodowych jest naj- lepszym sposobem na problemy, z jakimi ten si boryka - skomentowaB. - Tak my[limy - poprawiBa go Dani. PochyliBa si nad stolikiem, by doda swym sBo- wom powagi. - Sp�jrzmy faktom w oczy, panie Cavenaugh... - Nick - wpadB jej Bagodnie w sBowo. ZignorowaBa to. - Wasi pracownicy s skandalicznie nisko opBacani. Udaje si wam to tylko dlatego, |e zakBad zlokalizowany jest na gBbokiej prowincji, gdzie wysoko[ wynagrodzeD nie musi S R dor�wnywa stawkom pBaconym w du|ych miastach, i dlatego - dodaBa troch zgryzliwiej ni| to byBo konieczne - |e zatrudniacie gB�wnie kobiety. - Spory odsetek zaBogi stanowi m|czyzni - przerwaB jej, unoszc brwi i parodiujc obruszenie. - Zatrudnieni w nadzorze - zauwa|yBa z triumfem Dani. - A to jeszcze jedna sprawa, kt�ra ulegnie zmianie, kiedy w firmie powstanie zwizek zawodowy. UsiBowaB stBumi u[miech. - Po pierwsze - zaczB wylicza - na produkcji zatrudnionych jest sporo m|czyzn, kt�rzy zarabiaj tyle samo co kobiety, a r�|nice w wysoko[ci pBac wynikaj tylko ze sta|u pracy i stopnia trudno[ci wykonywanych czynno[ci. Po drugie, przestrzegamy wszystkich przepis�w federalnych dotyczcych zakazu dyskryminowania... - Trybiki sprawiedliwo[ci wolno si z zasady obracaj - przerwaBa mu oschle. - Me- tody zwizkowe s o wiele bardziej skuteczne. Nick popatrzyB na ni przecigle. - ZastanawiaBa si pani kiedy[, dlaczego w Stanach Zjednoczonych dziaBa tak niewiele zakBad�w produkujcych sprzt komputerowy? - Nie czekajc na jej odpowiedz cignB: - Bo JapoDczycy mog produkowa kilka razy szybciej za pomoc robot�w, kt�re nie s opBacane wedBug zwizkowych tabel. Je[li Intercomp odniesie sukces, bdzie to ogromny bodziec ekonomiczny dla tej okolicy. Je[li splajtuje... - UrwaB i wzruszyB ramionami, uzna- jc chyba, |e to rozumie si samo przez si. - Gdzie pani patriotyzm? U[miechnBa si sBodko. - Wydaje mi si, |e tam, gdzie i paDski. W szufladce z napisem  wBasny interes". PokrciB ze smutkiem gBow. - Czy nie gryzie pani sumienie na my[l o wszystkich tych ludziach, kt�rzy zostan bez pracy, je[li Intercomp padnie z powodu nierealnych |daD zwizku? - Siebie te| ma pan na my[li? - rzuciBa wyzywajco i ze stanowczo[ci potrzsnBa gBow. - Ani troch. O maBo nie parsknB [miechem. - A wic spotkaBem wroga - mruknB - i to godnego siebie. Dani uniosBa palec, wyra|ajc w ten spos�b sw�j sprzeciw wobec u|ycia okre[lenia  wr�g". Nick wstaB i odstawiB fili|ank na stolik. S R - Mo|e chce pani zwiedzi nasze zakBady? Dani spojrzaBa na zegarek. ByBo dwadzie[cia po trzeciej. MogBa jeszcze zBapa paru pracownik�w zd|ajcych na drug zmian i wszystkich koDczcych porann. ChciaBa ku |elazo p�ki gorce i jeszcze raz porozmawia z Liz. Ale wizyta w hali monta|owej mo|e jej dostarczy bezcennych wskaz�wek, jaki rodzaj pomocy zwizek powinien zaoferowa pracownikom, nie wspominajc ju| o tym, |e pojawienie si tam w towarzystwie samego wiceprezesa mo|e tylko wzmocni jej pozycj. Decyzja nie byBa Batwa. ZerknBa na Nicka. Rozbawienie w jego oczach powiedziaBo jej, |e jest dumny ze sposobu, w jaki rozgrywa t parti. - Nie bd ukrywaBa, |e zamierzam mie pana na oku - powiedziaBa. - Wspaniale. - Nick wziB j pod rami i poprowadziB w stron drzwi. - Patrzc na mnie, nie bdzie pani miaBa czasu na nic innego. - Na pana miejscu nie byBabym zbyt pewna siebie - ostrzegBa go. Nick obrzuciB j peBnym kpicego podziwu spojrzeniem. - Prosz mi wierzy - zapewniB, kiedy przekraczali pr�g dwuskrzydBowych drzwi - |e jestem od tego jak najdalszy. Dani spBonBa rumieDcem. - Nie uwa|a pan, |e paDska obecno[ podczas tego obchodu spowoduje maBe zamie- szanie w[r�d pracownik�w? - spytaBa szybko. - Nie boi si pan, |e pokazanie si w moim towarzystwie zachwieje pana pozycja w firmie? Nick roze[miaB si. - A kto wezwie mnie za to na dywanik? M�j bezpo[redni przeBo|ony jest teraz dwa- dzie[cia tysicy kilometr�w std i zanim si dowie, bdzie po wszystkim. Kieruj tym za- kBadem w spos�b, jaki uwa|am za najlepszy - dodaB ju| powa|niej - a obecnie uwa|am, |e najlepiej bdzie, je[li ludzie z produkcji zobacz pani ze mn. - Mo|e pan straci wiarygodno[ - zasugerowaBa sarkastycznie - kiedy po caBej tej propagandowej nagonce, jak pan rozptaB, ludzie zobacz, |e wcale nie mam rog�w ani ogona. - Rog�w, nie - mruknB i rozw[cieczyB j, zostajc troch z tyBu, by omie[ wzrokiem tyln cz[ jej ciaBa - ale skoro poruszyBa pani ten temat... Dani odwr�ciBa si z przymilnym u[miechem. S R - Podoba si? - spytaBa, - Ujdzie - odparB z iskierkami rozbawienia w czarnych jak wgiel oczach. - I nawzajem - poinformowaBa go cofajc si i zapraszajc gestem, by ruszyB przodem. Z szerokim u[miechem otworzyB przed ni drzwi. Kiedy jednak znalezli si na korytarzu, natychmiast staB si oficjalny. - Orientuje si pani, |e nie mog pani pozwoli na rozmowy z pracownikami - po- wiedziaB - ani na dotykanie czegokolwiek, a je[li ma pani poupychane po kieszeniach te swoje urocze, maBe uloteczki, to lepiej niech mi je pani od razu odda. Dani posBaBa mu mia|d|ce spojrzenie. ZnaBa przepisy. - Wycieczka pierwszej klasy na warunkach firmy - burknBa zgryzliwie. - Obejrz so- bie wszystko, co zechce mi pan pokaza, i nic wicej. - Fakt - przyznaB Nick, otwierajc drzwi pierwszej hali produkcyjnej. ByBo tam mniej wicej tak, jak sobie wyobra|aBa. Jasna, czysta sala, praca monotonna i wymagajca skupienia. W stron Dani pobiegBo kilka zaciekawionych spojrzeD, ale Nick, oczywi[cie, ani my[laB jej komukolwiek przedstawia. PokazaB jej, gdzie jest stoB�wka, ale poniewa| przebywaBo w niej kilku pracownik�w, kt�rzy akurat mieli przerw, nie weszli do [rodka. Dani ciekawa byBa, czy jej przewodnik wie, i| przyznanie tym ludziom wicej ni| jednej dziesiciominutowej przerwy na kaw nie tylko odbiBoby si korzystnie na ich zdro- wiu, zwa|ywszy monotonny charakter pracy, jak tu wykonywali, ale r�wnie| poprawiBoby wyniki produkcyjne. ZatrzymaBa jednak ten komentarz dla siebie. SkoDczyli obch�d o czwartej po poBudniu i znalezli si z powrotem w gabinecie Nic- ka. - No i jak? - zagaiB, wspierajc si rkami o blat biurka i pochylajc do przodu. - Zro- biBy na pani wra|enie te wielkie szczury, ogBuszajcy haBas i zdezelowane instalacje? A co pani powie o trujcych wyziewach i zagra|ajcej [rodowisku gospodarce odpadami che- micznymi? Dani posBaBa mu spojrzenie, kt�re wyra|aBo peBn tolerancji wyrozumiaBo[. Natural- nie, |e w fabryce produkujcej podzespoBy do komputer�w musi panowa sterylna czysto[, a klimatyzacja pomieszczeD stanowi jeden z podstawowych wymog�w technologicznych. Jedynym zagro|eniem dla zdrowia pracownik�w, jakie zaobserwowaBa, byBo niebezpie- czeDstwo zanudzenia si na [mier. S R Dochodzc jednak do wniosku, |e nie zaszkodzi odrobina psychologii, wycignBa z kieszeni notes, w kt�rym zapisaBa sobie kilka maBo znaczcych spostrze|eD. Niech sobie my[li, |e ta zaimprowizowana wycieczka, kt�ra miaBa jej udowodni, |e nie ma tu nic do roboty, przyniosBa wicej korzy[ci jej ni| jemu. - Czy du|o macie skarg na zmczenie oczu? - spytaBa udajc, |e czyta z notesu. Nick zmarszczyB lekko czoBo i z satysfakcj zauwa|yBa, |e jest zaskoczony. - O ile wiem, to nie - odparB ostro|nie. - Hmmm. - Dani udaBa, |e zapisuje to sobie w notesie. - A czy stosujecie jak[ proce- dur rozpatrywania skarg pracownik�w? - spytaBa jakby mimochodem. Znowu zmarszczyB czoBo i tym razem nic nie odpowiedziaB. Wreszcie do niego dotar- Bo: byBa siB, z kt�r nale|y si liczy. Ale po chwili, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, czoBo mu si wygBadziBo, a na usta wypBynB swobodny u[miech. Najwyrazniej doceniB j i spra- wiBo mu to satysfakcj. Widocznie lubiB wyzwania. Dani te| si u[miechnBa. - Dzikuj za oprowadzenie po zakBadzie - powiedziaBa. - Bardzo mi to pomogBo - dodaBa, podkre[lajc ostatnie sBowo. Nick wstaB zza biurka i podszedB powoli do wieszaka po jej pBaszcz. ZarzuciB go jej na ramiona, ale nie cofaB rk. - Ciesz si, |e mogBem si na co[ przyda - odparB - ale nie chc pani dBu|ej odrywa od obowizk�w. Dani obejrzaBa si przez rami i z Bagodnej drwiny w jego oczach wywnioskowaBa, |e Nick dobrze wie, i| uniemo|liwiB jej dosy skutecznie wypeBnienie wa|nej cz[ci obowiz- k�w i |e wBa[ciwie wygraB t rund. Nie potrafiBa si powstrzyma i odpowiedziaBa na ten przejaw samozadowolenia spokojnym, porozumiewawczym u[miechem. - Prawd m�wic - odparBa - to na dzisiaj ju| skoDczyBam. Chyba p�jd co[ zje[, o ile znajd w okolicy jaki[ przyzwoity lokal. Nick poprawiB jej koBnierz i poczuBa na karku mu[nicie jego dBoni. Wra|enie, jakie odniosBa, byBo tak ciepBe i niespodziewane, |e odsunBa si od niego i odwr�ciBa. - O, nie bdzie z tym kBopotu - uspokoiB j. - Mamy tu par miejsc, w kt�rych dobrze karmi. Z tym, |e do najbli|szego jest ze trzydzie[ci kilometr�w. S R - WybraBam si ju| dalej - poinformowaBa go Dani - i nie natknBam si na nic poza budk z hamburgerami. W jego policzku pojawiB si znowu ujmujcy doBeczek, a w oczach szelmowski bBysk. - Jestem pewien, |e przy swojej diecie sBu|bowej sta pani na co[ wicej ni| ham- burger. MusiaBa pani pojecha w zBym kierunku. Przy szosie numer 20, tu| przed Evans, jest lokal, kt�ry m�gBby zaspokoi pani wymagania. Nazywa si  Carrie's Inn". ChciaBaby go pani obejrze wieczorem? - Czy mam przez to rozumie, |e zaprasza mnie pan na kolacj? - spytaBa zaskoczona i natychmiast zorientowaBa si, |e mimowolnie postawiBa go w sytuacji, w kt�rej nie m�gB raczej zaprzeczy, nawet gdyby chciaB. Spu[ciBa z zakBopotaniem wzrok. ZastanawiaB si przez chwil. - Czemu nie - przyznaB w koDcu. - Chyba tak. Dani przemknBo przez my[l, |e chyba po raz pierwszy w |yciu zostaBa zaproszona na kolacj przez wiceprezesa firmy, w kt�rej pr�bowaBa zaBo|y organizacj zwizkow, - Dlaczego pan to robi? - Nie mogBa nie zada tego pytania. Nick u[miechnB si szerzej i doBek w jego policzku pogBbiB si jeszcze bardziej. - No c�| - wyja[niB rzeczowo - to chyba logiczne, |e powinni[my lepiej si pozna, skoro mamy tak blisko ze sob wsp�Bpracowa. Nie sdzi pani? Brwi [cignBy jej si lekko, ale nie byBa pewna, czy to zacztki wypeBzajcego na czoBo marsa, czy walka z cisncym si na usta u[miechem. - Trudno to bdzie nazwa wsp�Bprac - zauwa|yBa - czy to blisk, czy jakkolwiek inn. - Wprost przeciwnie. - Nick poBo|yB jej dBoD na ramieniu i odprowadziB do drzwi. - Pani zadanie polega na przekonaniu pracownik�w tej firmy do zaBo|enia zwizku. Moim zadaniem jest zrobi wszystko, |eby pani w tym przeszkodzi. - Jego u[miech byB pra- wdziwie czarujcy. - Bdziemy si czsto widywali - obiecaB. - Od dzisiejszego wieczora poczynajc. Przyjad po pani o sz�stej. Dani wahaBa si przez chwil, zdajc sobie bardzo dobrze spraw, |e nie ma zamiaru odmawia. Postara si ju| o to, |eby wr�ci pod zakBad o dwudziestej trzeciej i zBapa ludzi ze zmiany, kt�r przegapiBa po poBudniu. Do tej godziny i tak jest wolna i nie miaBa wtpli- wo[ci, jak chce spdzi ten czas. S R - A wic do sz�stej - przystaBa i |eby da wyraz swojej niezale|no[ci, otworzyBa sama drzwi, zanim on zd|yB to zrobi. Wychodzc z biura, czuBa na sobie jego roziskrzony wzrok i stajc w chwil potem w popoBudniowym sBoDcu, u[miechaBa si. ROZDZIAA TRZECI Po raz pierwszy w |yciu byBa zadowolona ze swej skBonno[ci do zabierania w podr�| nadmiaru ciuch�w. Najlepiej czuBa si w d|insach, ale nie zaszkodziBo mie pod rk sp�dnicy czy Badnej sukienki - nie widziaBa niczego niestosownego w podkre[laniu swojej kobieco[ci, kiedy wymagaBa tego sytuacja - i dziki temu mogBa teraz przebiera w strojach. Tego wieczoru pracowaBa nad swoim wygldem ze szczeg�ln pieczoBowito[ci. UmyBa wBosy i wysuszyBa je suszark, ukBadajc w kr�tkie, Bagodne fale odpBywajce ku tyBowi gBowy. Staranniej ni| zwykle naBo|yBa makija|, nie czynic przy tym nic, by ukry piegi, kt�re przydawaBy jej twarzy chochlikowego wdziku, ale ze znawstwem podkre[lajc kciki oczu r�|owym cieniem i przedBu|ajc je pocigniciami pastelowo szarej kredki, do- pasowujc do l[nicych rumieDc�w na policzkach delikatny r�| szminki do ust. WybraBa blador�|ow, weBnian sukni, kt�ra nie tylko dobrze znosiBa podr�|, ale do perfekcji uwy- datniaBa krgBo[ci jej figury, i u[miechnBa si z satysfakcj do swojego odbicia w lustrze. Subtelna, ale prowokujca. Z zaskoczeniem stwierdziBa, jak bardzo zale|y jej na tym, by zrobi na Nicku wra|e- nie. NarastaBo w niej podniecenie na my[l o spodziewanej szermierce sBownej z jednym z najbardziej pocigajcych m|czyzn, jakich w |yciu spotkaBa, a [wiadomo[ wBasnej ko- bieco[ci mogBa jej tylko pom�c. Ciekawa byBa, czy Nick uzna j za atrakcyjn. Pukanie do drzwi rozlegBo si na kilka minut przed sz�st i w oczach Nicka odczytaBa odpowiedz na swoje pytanie. - Domy[laBem si, |e pod tym mundurkiem kryje si kobieta - zauwa|yB z uznaniem. - Bardzo Badna kobieta. - Co to wBa[ciwie ma znaczy? - spytaBa Bobuzersko, sigajc po pBaszcz. S R - To ma znaczy, |e od czasu do czasu lubi sobie popatrze na kobiece nogi. - Ode- braB od niej pBaszcz i pom�gB jej go wBo|y. - Powinna pani pokazywa nogi zdecydowanie cz[ciej. Dani u[miechnBa si sBodko. - Pochlebstwami niczego pan nie zwojuje. - Szkoda, |e mi to pani powiedziaBa - odparB, udajc rozczarowanie. - ZburzyBa mi pa- ni caBy plan konwersacji na ten wiecz�r. - No nie, panie Cavenaugh - zaprotestowaBa ze zdziwion min. - Nie powie mi pan chyba, |e zaprosiB mnie na kolacj tylko po to, |eby przez caBy wiecz�r prawi nieszczere komplementy. - Oczywi[cie, |e nie. - GBos miaB powa|ny, ale oczy wesoBe. - Przyznaj, kierowaBo mn kilka ukrytych zamiar�w. Ale |aden z nich nie bdzie miaB najmniejszych szans, je[li nie skoDczymy z tym  panem Cavenaugh". Mam na imi Nick, pamita pani jeszcze? - Po- Bo|yB jej rk na plecach i poprowadziB w kierunku drzwi. PrzebraB si na t okazj w szyte na miar szare spodnie, kt�re opinaBy mu biodra i uda, oraz w jasny golf i sportow marynark. WygldaB jeszcze bardziej atrakcyjnie ni| po poBudniu. M|czyzni z tak klatk piersiow powinni zawsze nosi swetry, pomy[laBa Dani, wsuwajc si na przednie siedzenie jego samochodu. Nick zatrzasnB za ni drzwiczki, obszedB w�z, zajB miejsce za kierownic i posBaB jej rozbawione spojrzenie. - Jedno pytanko, panno Miller. - Wym�wiB jej nazwisko z naciskiem, nawizujc do niedawnej rozmowy. SpojrzaBa na niego. - Czy to randka, czy oficjalne spotkanie? Oczy jej si rozszerzyBy. - No, je[li pan tego nie wie, to ja tym bardziej. ZerknB na ni znaczco. - Zazwyczaj na randkach ona nie wciska si tak w drzwi. Siedzi zwykle bli|ej mnie, |ebym m�gB sign do jej kolana. Roze[miaBa si. - Panie Cavenaugh, nie wydaje si panu, |e to troch szczeniackie? - Panno Miller, po to wBa[nie kupiBem samoch�d bez gBbokich foteli. S R Dani ogromn siB woli zdusiBa w sobie chichot, a potem, z determinacj, przesunBa si na [rodek fotela. Jego ciepBa rka natychmiast spoczBa na jej kolanie. ZignorowaBa przyjemne wra|enie, jakie wywoBaB ten |artobliwy gest i spojrzaBa naD z wyzwaniem w oczach. - Czyli randka? Twarz miaB skryt w mroku, nie byBa wic pewna, czy jego powaga jest udawana czy szczera. - Dzi[ wieczorem - odparB enigmatycznie - jest to by mo|e i jedno, i drugie. A po- tem... potem si zobaczy. Przez reszt drogi Nick prowadziB neutraln rozmow, opowiadajc jej o miejscowych warunkach i tutejszej spoBeczno[ci. RadziB, by udaBa si do najbli|szego du|ego miasta, je[li chce korzysta z takich zdobyczy cywilizacji, jak automatyczne pralnie i restauracje, kina i codzienna prasa. Nie zabieraB rki z kolana Dani, chyba |e chciaB wyregulowa ogrzewanie, ale zaraz kBadB j tam znowu i po jakim[ czasie wydaBo jej si to zupeBnie naturalnym ge- stem, zbyt przyjemnym, by protestowa. ZatrzymaB si przed drewnianym budynkiem wygldajcym na prywatny dom. Tylko dyskretna biaBa tabliczka nad wej[ciem i liczba zaparkowanych tu samochod�w [wiadczyBy, |e to naprawd restauracja. - To mi si wBa[nie podoba w maBych miasteczkach - oznajmiB Nick, otwierajc jej drzwiczki. - Ukryte restauracyjki. Wszystkie dania przyrzdzane domowym sposobem i ze [wie|ych skBadnik�w. Wtpi, czy znalazBaby pani co[ podobnego w Chicago. - Od jak dawna pan tu mieszka? - spytaBa, kiedy jego dBoD spoczBa na jej plecach i ruszyli |wirow alejk w kierunku drzwi. - Przeniesiono mnie tu, kiedy ruszaB Intercomp. Przedtem spdziBem kilka lat w Japo- nii. - A jeszcze wcze[niej? Nick zwlekaB z odpowiedzi, dop�ki kelnerka nie posadziBa ich przy maBym stoliku w rogu sali. ByB nakryty Badnym, bBkitnym obrusem, a po[rodku staB [wiecznik z grubymi, biaBymi [wiecami. ZasBony w oknach byBy tego samego koloru, co obrus, |aluzje za[ w nie- co ciemniejszym odcieniu. PanowaBa tu ujmujca atmosfera. Nick rozsiadB si wygodnie na S R krze[le i u[miechnB do niej czarujco, co miaBo oznacza, |e wymiana informacji mo|e by tylko obop�lna. - WychowaBem si na farmie w PoBudniowej Dakocie - zaczB. - UczyBem si i praco- waBem. Od sze[ciu lat dziaBam w przemy[le komputerowym. Przed trzema laty wysBano mnie do Japonii. Reszt pani zna. A teraz ja o co[ zapytam: Co skBoniBo tak Badn dziew- czyn jak pani do po[wicenia si takiemu wszawemu zajciu? - Hola, hola - parsknBa. - Nie, ja naprawd tak my[l. - Oczy Nicka byBy powa|ne, ale m�wiB swobodnie. - Rzeczywi[cie jest pani tak oddana zwizkowi, czy traktuje go po prostu jako front walki o prawa kobiet? - Bardzo wnikliwe pytanie - przyznaBa Dani i sama nie wiedziaBa, dlaczego poczuBa si zaskoczona. Stanowczo bdzie musiaBa uwa|a na tego faceta. - Chyba i jedno, i drugie. Na szcz[cie oba te motywy si nie wykluczaj. - Zdaje sobie pani chyba spraw, |e tym razem bdzie miaBa peBne rce roboty - po- wiedziaB z naciskiem. - Tutejszym kobietom ani w gBowie  wyzwalanie si". Wychowywano je na |ony i matki i dla nich najwa|niejsza jest rodzina. To dlatego pracuj zawodowo. Nie pragn wcale niezale|no[ci ani wykB�cania si na temat r�wno[ci pBci. Robi to, bo chc zasili swoj pensj bud|et domowy, |eby wystarczyBo na [wiadczenia i |ycie. Gdyby dano im wyb�r, te kobiety najchtniej siedziaByby w domu, piekc chleb i niaDczc dzieci. Nie s zainteresowane dziaBalno[ci zwizkow. One chc tylko zwiza koniec z koDcem. Dani na moment zatkaBo. GapiBa si na niego i nie mogBa si nadziwi, |e sprawia wra|enie caBkowicie powa|nego. - Bo|e! - wykrztusiBa w koDcu. - WBasnym uszom nie wierz. Te kobiety - cignBa jadowicie pewniejszym ju| gBosem - pracuj po osiem godzin dziennie, a potem wracaj do domu i piek chleb, niaDcz dzieci, pichc m|om skromny posiBek, pior, szoruj podBogi, a wszystko to za marn pensyjk, kt�rej ledwie starczyBoby na opBacenie opiekunki do dziecka - i robi tak, bo inaczej nie potrafi, bo od urodzenia wbijano im w gBowy, |e maj sBucha m|czyzn. Swoich m|�w, kt�rzy m�wi im, |e do obowizk�w |ony nale|y zaj- mowanie si domem, dziemi i B�|kiem bez wzgldu na to, czy pracuj zawodowo, czy nie. Maj sBucha swoich szef�w - wycedziBa ze szczeg�lnym naciskiem - kt�rzy m�wi im, |e albo bd wdziczne za to, co maj, albo mog sobie poszuka innej pracy. Niech mi pan S R nie opowiada o tych kobietach! Pewnie, |e nie chc walczy, ale tylko dlatego, |e nie wie- dz jak. Da im szans, wskaza drog, a zobaczy pan, do czego s zdolne! Nick pokrciB powoli gBow. Dani przemknBo przez my[l, |e naprawd pragnie wes- prze j swoj rad. - Prosz zauwa|y, |e to nie z kobietami bdzie tu pani miaBa do czynienia, ale z ich m|ami. Kiedy wszystko zostanie ju| powiedziane i zrobione, postpi dokBadnie tak, jak przez caBe |ycie wbijali im do gBowy m|czyzni. - Czy ja si aby nie przesByszaBam? - Dani odchyliBa si z kpicym u[mieszkiem na oparcie krzesBa. - Czy nie cytuje pan tu czasem historii Lizy straty? Nick zachichotaB. - A to ci dopiero - mruknB. - Mamy tu wic spoBeczno[ kobiet gotujcych si, ni mniej, ni wicej, tylko do przejcia wBadzy... - Ni mniej, ni wicej - przytaknBa oschle. - Zanosi si na waln bitw z odwiecznymi, zaprogramowanymi w genach zwyczaja- mi i prawami natury... - Jest pan naprawd niemo|liwy - wykrzyknBa Dani. - A najgorsze jest to, |e pan na- prawd w to wierzy! Prosz mi pokaza prawo, kt�re stanowi, |e kobiety musz by ule- gBymi, bezkrytycznymi istotami pod|ajcymi biernie wszdzie tam, dokd prowadz je m|czyzni, i do koDca |ycia maj pracowa za najni|sz pensj - wyrzuciBa z siebie. - Nie m�wiBem o wszystkich kobietach - odparB powa|nie. - MiaBem na my[li kobiety std. Bdzie pani miaBa przeciwko sobie silnie zakorzenione zwyczaje kulturowe. Ci ludzie to farmerzy, potomkowie pionier�w, i role pBci s tutaj [ci[le okre[lone. Lata osiemdziesite jeszcze tu nie dotarBy; wci| jeszcze czekamy na sze[dziesite. M�wi pani, |e one nie po- dejm walki. - Niech pan sobie oszczdzi tej propagandy dla swojej fabryki - odparowaBa Dani. - Na mnie ona nie dziaBa. Z rozbawieniem w oczach odchyliB si na oparcie krzesBa i otworzyB swoje menu. - Widz, |e nie - mruknB. Dani posBaBa mu triumfalne spojrzenie i r�wnie| zajBa si lektur karty daD. S R Po chwili bardzo o|ywionej dyskusji zam�wili filet z soli i kieBki szparag�w. Ku za- skoczeniu Dani, Nick zmieniB swoje zam�wienie i wybraB to samo, co ona. OdniosBa dziwne wra|enie, |e ten czBowiek lubi si spiera dla samego sporu - niewa|ne czy przedmiotem jest polityka, czy jedzenie. Ta cecha wydaBa jej si szczeg�lnie podniecajca. Kiedy kelnerka oddaliBa si, Nick postanowiB najwyrazniej przej[ od spraw publicz- nych do osobistych. PopatrzyB na jej dBonie, kt�re trzymaBa zBo|one wdzicznie na blacie stolika, i zauwa|yB: - SByszaBem o ludziach, kt�rzy nosz serce na dBoni, a pani, jak widz, nosi na palcach sw�j majtek, prawda? Dani spojrzaBa na swoje palce ozdobione co najmniej siedmioma pier[cionkami i roz- czapierzyBa je, |eby m�gB si im lepiej przyjrze. - Okazale to wyglda, nieprawda|? - Bardzo. Podarunki od adorator�w? - spytaB i ciemne brwi drgnBy mu lekko. Dani roze[miaBa si. - Nic z tych rzeczy. To trofea - wyja[niBa. - Takie symbole zwycistwa. Kiedy odnios jaki[ sukces, zamiast i[ w miasto albo sprawia sobie nowy ciuch, kupuj pier[cionek. Kiedy potem popadam w przygnbienie, wystarczy, |e zerkn na dBoD i od razu przypomi- nam sobie o wszystkim, z czego mog by dumna. ByBa to wBa[ciwie jej osobista sprawa i nie miaBa zamiaru tak mu si z niej zwierza, ale rzuciwszy okiem na twarz Nicka nie zauwa|yBa na niej cienia kpiny bdz rozbawienia. - Sukcesy osobiste czy zawodowe? - zapytaB. - P�B na p�B. Na przykBad ten - powiedziaBa swobodnie, dotykajc pier[cionka z kil- koma granatami na palcu wskazujcym - upamitnia m�j rozw�d. - A [ci[lej m�wic zdobycie aliment�w? - skomentowaB cynicznie Nick. Roze[miaBa si znowu, ale tym razem z pewnym przymusem. - NiezupeBnie. Nie ma co liczy na alimenty, kiedy student medycyny i ekspedientka sklepowa dziel si wBasno[ci spoBeczn. - Zainteresowanie w jego oczach zachciBo j do dalszych zwierzeD. - Byli[my mBodzi i gBupi - cignBa, wzruszajc ramionami. - To trwaBo zaledwie sze[ miesicy. - I na zawsze zraziBo pani do m|czyzn? S R SpojrzaBa na niego niepewna, co w jej zachowaniu sprawiBo, |e odni�sB takie wra|e- nie. - Niech pan posBucha - zaprotestowaBa gwaBtownie. - To, |e robi co[, co jest uzna- wane tradycyjnie za zajcie dla m|czyzn - i bez faBszywej skromno[ci dodam, |e robi to dobrze - oraz |e nie taj swojego stanowiska wzgldem praw kobiet, to jeszcze nie pow�d, by bra mnie za... - BezpBciowca? - podpowiedziaB z przekor Nick. Jego oczy przesunBy si po niej z doprowadzajc do furii poufaBo[ci. - Nic takiego - cignB - nie przeszBo mi nawet przez my[l. - A potem, zanim zd|yBa si zaczerwieni albo zmobilizowa siBy do nastpnego ataku, jak gdyby nigdy nic zainteresowaB si znowu jej dBoDmi. - A reszta? - zapytaB. - Mam nadziej, |e nie upamitniaj kolejnych rozwod�w. - UjB jej praw dBoD, dotykajc pier- [cionka na [rodkowym palcu. - Co, na przykBad, oznacza ten? Trudno byBo z nim walczy, kiedy poczucie blisko[ci wzniecone ciepBem jego palc�w powdrowaBo jej ramieniem i rozlaBo si po klatce piersiowej - zwBaszcza |e podejrzewaBa, i| to zainteresowanie jej pier[cionkami jest tylko pretekstem, by trzyma j za rk. Dani, chocia| doprowadzaBo j to do szewskiej pasji, nie byBa bynajmniej nieczuBa na urok Nicka. - Ten upamitnia ukoDczenie szkoBy [redniej - odparBa. WskazywaB ka|dy pier[cionek po kolei, a ona wymieniaBa odpowiadajce im decyzje, posunicia, sukcesy zawodowe, wydarzenia ze swego |ycia osobistego. Nick zauwa|yB, |e poza jedn nieoszlifowan akwamaryn i jednym maBym diamen- cikiem wszystkie oczka to granaty. - To pani kamieD? - zapytaB. - Nie, po prostu lubi granaty. Maj barw intensywniejsz od rubin�w i - roze[miaBa si - s taDsze. U[miechnB si i pu[ciB jej rk, bo w tym momencie do stolika podeszBa kelnerka z saBatkami. - Pasuj do pani - stwierdziB. - OgieD i blask z leciutk domieszk |dzy krwi. Dani spu[ciBa oczy bardziej zmieszana, ni|by to usprawiedliwiaB ten zdawkowy kom- plement. DBubnwszy kilka razy saBatk, Nick podjB rozmow: - Tak wic tylko jeden romantyczny zwrot w pani |yciu zasBu|yB sobie na pier[cionek, a byB to rozw�d. Zastanawiam si wBa[nie, czy to co[ m�wi o pani osobowo[ci? - mruknB. S R - Mo|e to - odparBa rzeczowo Dani - |e nie mam czasu na romanse. Nick wycignB do niej dBoD i po chwili wahania poBo|yBa na niej lew rk. PopatrzyB znaczco na pusty trzeci palec. - Wyglda tak, jakby czekaB. Rezerwuje pani bardzo szczeg�lne miejsce... - I z oczy- ma, w kt�rych odbijaB si blask [wiec, zasugerowaB: - Dla bardzo szczeg�lnej osoby? Dani chciaBa cofn rk, ale jego palce zacisnBy si na jej dBoni i przytrzymaBy j. Nie miaBa zamiaru wpada w puBapk, kt�r pr�bowaB zastawi, uderzajc nagle w roman- tyczny ton. - NiezupeBnie - odparBa obojtnie, upijajc Byk wody ze szklanki. - Nikt na pani nie czeka w Chicago? ZdradziBo j milczenie. - Czyli czeka - mruknB cicho, poluzniajc nieco sw�j u[cisk. Dani mogBa ju| cofn rk, ale nie uczyniBa tego. Patrzc na swoj maB, ozdobion pier[cionkami dBoD spoczywajc w lekkim u[cisku jego silnych, [niadych palc�w, zauwa- |yBa meszek wBosk�w porastajcych mu grzbiet dBoni i nadgarstek. - Nie - powiedziaBa cicho. - ByB taki kto[, ale ju| go nie ma. - ZerknBa na niego, pr�- bujc pokry za|enowanie niewyraznym u[miechem. - Dwa razy pr�bowaBam szcz[cia w miBo[ci i dwa razy bez powodzenia. Nick, opu[ciwszy powieki, gBadziB delikatnie kciukiem jej pozbawiony pier[cionka [rodkowy palec. - Mo|e uda si za trzecim razem - powiedziaB cicho. - Mam tak nadziej - westchnBa, ale my[li miaBa ju| zaprztnite czym innym. I kiedy spojrzaB na ni z nagBym bByskiem w ciemnych oczach, wyja[niBa szybko: - Nie w miBo[ci. My[laBam o czym[ innym. - Ja tu wychodz ze sk�ry, |eby uwie[ pani blaskiem [wiec i nastrojow muzyk - wykrzyknB Nick z oburzeniem, a jednocze[nie rozbawieniem i niedowierzaniem w oczach - a pani nic. - Wzni�sB oczy do sufitu. - Bo|e, czym sobie na to zasBu|yBem? SpojrzaBa na niego z u[miechem. - Co[ panu podpowiem, panie Cavenaugh. Trudno uwie[ kogo[ w restauracji midzy saBatk a daniem gB�wnym. Za maBo czasu i miejsca. Roze[miaB si, pu[ciB jej rk i wziB znowu widelec. S R - Zapamitam to sobie na przyszBo[. No nic - podjB, kiedy oboje zajli si z powro- tem saBatk - niech mi pani w takim razie zdradzi, o czym tak fascynujcym my[laBa, |e nie wywarB na pani wra|enia m�j sBynny nieodparty czar? - Nie chc pana zanudza. - Nie znudzi mnie nic - zapewniB j z galanteri - co ma zwizek z pani. Znad kieliszka z winem spojrzaBa w roziskrzone wyzywajc wesoBo[ci oczy Nicka. - My[laBam o swojej pracy - poinformowaBa go. - O tym, |e ostatnio zar�wno w miBo- [ci, jak i w pracy nie dopisuje mi szcz[cie. Uni�sB brwi, ale nie wygBosiB |adnej |artobliwej uwagi, jak spodziewaBa si usBysze. - Jestem dobrym sBuchaczem - zachciB j po chwili milczenia. Dani zd|yBa si ju| zorientowa, |e czasami trudno stwierdzi, gdzie koDczy si Nick Cavenaugh oficjalny, a zaczyna ten prywatny, zwBaszcza w [wietle wystpujcego midzy nimi konfliktu interes�w. Teraz jednak Nick nie byB ani jednym, ani drugim. Teraz byB m|czyzn siedzcym przy kolacji z kobiet, w kt�rej towarzystwie dobrze si czuje i z kt�r prowadzi swobodn rozmow. - PrzywykBam do wygrywania - zwierzyBa mu si po chwili wahania. - Z ostatnich dw�ch misji wr�ciBam na tarczy i teraz naprawd zale|y mi na powodzeniu, |eby przynajm- niej odzyska wiar w siebie. - Co si staBo? - zachciB j. Dani wzruszyBa ramionami. - W tej pierwszej nawet niezle mi szBo. Wtpi, czy kto[ inny dokonaBby tyle, co ja. ProwadziBam negocjacje w imieniu strajkujcej zaBogi zakBad�w przemysBowych w PoBu- dniowej Karolinie i wicej stracili[my ni| zyskali[my. Ale w Denver... PokrciBa wolno gBow. - Od pewnego czasu staramy si przekona pielgniarki do zaBo|enia wBasnego zwizku zawodowego. Co pewien czas, przy sprzyjajcych okoliczno[ciach, bierzemy na celownik jakie[ miasto albo szpital. Czasem si udaje, cz[ciej nie. Denver mogBo sta si punktem zwrotnym. Nie przychodzi mi do gBowy |aden inny zaw�d na [wiecie - cignBa z zaanga|owaniem - kt�ry potrzebowaBby ochrony zwizkowej bardziej ni| [rodowisko pie- lgniarskie. Te kobiety pracuj za [miesznie maBe pienidze, je[li wzi pod uwag ich kwa- lifikacje i odpowiedzialno[, jaka na nich ci|y. Czas pracy maj nie do przyjcia. Zdarza S R si, |e haruj dwa dy|ury pod rzd bez chwili na odpoczynek. Wymaga si od nich, by trzy- sta sze[dziesit pi dni w roku byBy przez okrgB dob na ka|de wezwanie, a je[li w Wi- gili nie stawi si w szpitalu p�B godziny po wezwaniu, mog straci prac. Wykonuj r�|ne prace pomocnicze nie wymagajce ich kwalifikacji i nie otrzymuj za to zapBaty, s zmuszane do wypeBniania poleceD bez |adnej dyskusji... och, mogBabym tak wylicza w nieskoDczono[. - PokrciBa bezsilnie gBow. - Chodzi o to, |e sytuacja w [rodowisku piel- gniarskim rzutuje na jako[ opieki zdrowotnej w og�le i nic si tu nie poprawi, dop�ki pie- lgniarki same nie zjednocz si w zwizek zawodowy i nie za|daj zmian. Teraz jest na to naprawd odpowiedni moment i byBam taka pewna, |e w Denver p�jdzie mi jak po ma[le. - Spu[ciBa ze smutkiem wzrok. - Mo|e zbyt osobi[cie si w to zaanga|owaBam i przesadziBam z t pewno[ci siebie. PrzegraBam, zanim zd|yBy[my rozpocz gr. - No i? - pocignB j za jzyk Nick, kiedy umilkBa. - No i tego ranka, kiedy miaB si odby marsz protestacyjny, do akcji wkroczyB los. NastpiB wybuch w zakBadach chemicznych i wszystkie trzy zmiany stawiBy si na dy|ur - ma si rozumie, dobrowolnie. Nie udaBo si potem zorganizowa wszystkiego od nowa. Dani podniosBa wzrok, oczekujc jakiej[ uszczypliwej uwagi i ze zdziwieniem ujrzaBa na jego twarzy powag. - Nie rozumiem, jak mo|e pani wini za to siebie - rzekB w koDcu. - W gr wchodziBy przecie| dosy zBo|one uwarunkowania. SkinBa gBow, wdziczna za zrozumienie. - Wszystko przez to, |e tak mi na tym zale|aBo. Nie cierpi przegrywa sprawy, kiedy widz, jak wielkie znaczenie ma ona dla dobra wszystkich zainteresowanych. W tym przy- padku zyskaByby nie tylko pielgniarki, ale i pacjenci, szpitale oraz jako[ |ycia w szerokim tego sBowa znaczeniu. I byBam tak pewna, |e tym razem dokonamy przeBomu, a skoDczyBo si nastpnym stanem zawieszenia. Na stoliku zjawiBo si gB�wne danie i oboje na chwil zamilkli. - No c�|... - podjBa rozmow swobodniejszym ju| tonem. - Mam nadziej, |e paDski ukryty magnetofon zarejestrowaB ka|dy szczeg�B mojej ponurej spowiedzi. Teraz pan wie, z jakim rodzajem nacisku ma do czynienia. Nick udaB oburzenie. S R - Moja panno, czy mo|e mnie pani podejrzewa o chwyty poni|ej pasa, o to, |e za- praszam kobiet na kolacj tylko z my[l o wycigniciu z niej tajemnic zwizku? - No, nie wiem - odparBa, unoszc widelec. - Ten chwyt, kt�rego u|yB pan po poBu- dniu, byB mimo wszystko poni|ej pasa. U[miechnB si. - Ma pani na my[li czas zmarnowany na zwiedzanie zakBad�w, przez co przegapiBa pani zmian od trzeciej do jedenastej? To nie byB wcale chwyt poni|ej pasa - oznajmiB bez- czelnie. - To byBo sprytne zagranie. Dani u[miechnBa si uprzejmie. - Nie takie znowu sprytne. Zapomina pan, |e ci sami pracownicy, kt�rzy weszli do zakBadu, w koDcu z niego wyjd. A ja bd na nich czekaBa. Nick odBo|yB widelec na talerz. Na jego twarzy nie byBo teraz cienia wesoBo[ci. - To nie jest najmdrzejszy pomysB - powiedziaB powa|nie. - Jestem pewien, |e ma pani na tyle rozsdku, by nie chodzi tam w nocy. - A to dlaczego? - OtworzyBa szeroko oczy, udajc przestrach, i konspiracyjnie zni|yBa gBos. - Czy na nocnej zmianie zatrudniacie same potwory? A mo|e prawdziwych, |ywych grabarzy? A mo|e, kiedy wschodzi ksi|yc, wszyscy zamieniaj si w wilkoBaki? - Niech pani sobie nie kpi - odparB z rozdra|nieniem Nick. - To po prostu nie jest bez- pieczne. Wikszo[ m|czyzn, jakich zatrudniamy, pracuje wBa[nie na dw�ch ostatnich zmianach i zdarzaj si w[r�d nich dosy nieprzyjemne typy. W najlepszym przypadku na- razi si pani na mn�stwo niewybrednych zaczepek, w najgorszym... - Nie dokoDczyB tego zdania. - To niemal odludzie - zaczB z innej beczki. - Po p�Bnocy lepiej nie jezdzi po tych pustych drogach. Co by pani zrobiBa, gdyby nawaliB pani samoch�d? - Pr�bowaB niezrcznie zmieni temat. - Nie wiadomo, co mogBoby si wydarzy, zanim kto[ zauwa|yBby pani nie- obecno[. Dani znowu sBodko si u[miechnBa. - Ten wzruszajcy przejaw troski o biedn, bezradn kobietk ani troch na mnie nie dziaBa - powiedziaBa. - Prawd m�wic, przekona si pan wkr�tce, |e nic nie wkurza mnie bardziej ni| traktowanie tak, jakbym nie nadawaBa si do pracy, kt�r wykonuj, z tej tylko racji, |e jestem kobiet. Je[li chce pan dalej ze mn rozmawia - dorzuciBa gBosem, kt�ry z ka|dym sBowem zatracaB sw�j przyjemny ton - prosz tego wicej nie robi. S R Nick westchnB, nie kryjc tBumionej irytacji. - Niech mi pani wierzy - odparB sarkastycznie - |e ostatnia rzecz, jakiej bym pr�bowaB, to wypominanie pani, |e jest kobiet. - Mo|e zainteresuje pana, panie Cavenaugh... - Je[li jeszcze raz nazwie mnie pani  panem Cavenaugh" - przerwaB jej Bagodnie - to chyba dzgn pani widelcem. Mam na imi Nick. Nick - powt�rzyB z naciskiem. - Nick, kochanie - zanuciBa [piewnie i nagrodziB j przebBysk rozbawienia w jego oczach - mo|e zainteresuje ci, |e przez ostatnie dziesi lat potrafiBam dba o siebie tak dobrze, jak wikszo[ m|czyzn, a czasem nawet lepiej. Nie sdzisz chyba, |e osig- nBabym tyle, chowajc gBow w piasek, gdy robi si niebezpiecznie? PatrzyBam ju| w lufy dubelt�wek - poinformowaBa go z powag - szturchano mnie w |ebra tpymi no|ami i przy- tykano do gardBa obtBuczone szyjki butelek. Rzucano we mnie kamieniami, puszkami po piwie i grudkami cementu. Gro|ono mi gwaBtem i zatBuczeniem na [mier kijami. Kiedy[ kto[ podBo|yB nawet w moim samochodzie bomb. MiaBam par razy podbite oczy, ale nig- dy, powtarzam, nigdy - podkre[liBa twardo Dani - nie zostaBam odwoBana z misji dlatego, |e byBa zbyt  niebezpieczna", albo dlatego, |e nie dawaBam sobie rady. Nie martw si o mnie. Nick sBuchaB jej monologu z rosncym skupieniem i teraz, kiedy odkBadaB widelec i odsuwaB od siebie talerz, jego twarz byBa caBkowicie powa|na. - Zdaje si - powiedziaB bezbarwnym tonem - |e zaczynam traci apetyt. - Robi ci si niedobrze, kiedy sByszysz o przemocy, co? - spytaBa zjadliwie, atakujc z zapaBem sw�j filet. - Owszem - odparB z powag Nick - kiedy w gr wchodz kobiety. ZwBaszcza... - i tu zn�w zmierzyB j taksujcym spojrzeniem - ... takie filigranowe, jak ty. - I nie dajc jej cza- su na odpowiedz, cignB: - W porzdku, rozumiem, dlaczego wysyBanie kobiet do takiej pracy ma sw�j sens, ale czemu nie wybrali kogo[ pot|niej zbudowanego? Nie powiesz mi - dorzuciB z naciskiem, kiedy otwieraBa ju| usta, |eby zaprotestowa - |e ty, metr pidziesit wzrostu i pidziesit kilogram�w... - Pidziesit dwa - skorygowaBa. - Pidziesit dwa kilogramy - poprawiB si - potrafisz sprosta dwumetrowemu dr- galowi, sto kilo |ywej wagi. Oczy Dani zabBysBy figlarnie. S R - To zale|y - przyznaBa - od zamiar�w tego drgala. Nick rozpogodziB si i podni�sB sw�j kieliszek w ge[cie toastu. - Punkt dla ciebie, Cudowna Kobieto - mruknB. PrzyjBa toast peBnym gracji przechyleniem gBowy i oboje wybuchnli [miechem. - ByBo cudownie - powiedziaBa Dani, dotykajc serwetk warg, kiedy dopili wino i zjawiBa si kelnerka z rachunkiem. - Mam jednak nadziej, |e nie zamierzasz tego wlicza w koszta reprezentacyjne. Nie jestem na tyle naiwna, |eby wyjawia strategi zwizku w za- mian za dobr kolacj i rozbrajajcy u[miech. - Nawet nie przeszBo mi to przez my[l - odparB Nick, obdarzajc j rozbrajajcym u[miechem. SpojrzaB na rachunek i wrczyB go Dani. - Nie chciaBbym, |eby[ pomy[laBa, |e lekce sobie wa| twoje poczucie r�wno[ci - wyja[niB z kamienn twarz. Mroczne spojrzenie, jakim obrzuciBa go Dani, powiedziaBo mu, co dziewczyna my[li o m|czyznach, kt�rzy zapraszaj kobiety na kolacj, a potem ka| im pBaci. Z trudem ha- mowaB [miech, kiedy nonszalanckim gestem rzucaBa kart kredytow na maB tack. - Musz jednak przyzna - powiedziaBa, kiedy wychodzili na parking - |e twoje me- tody s... pokrzepiajce. Czy nie pro[ciej byBoby uciec si do grozby, zastraszenia i pu- blicznego szkalowania mojej osoby, tak |eby nikt nie miaB wtpliwo[ci co do twojego sta- nowiska wobec zwizk�w zawodowych? - Nie musz posuwa si do gr�zb ani szkalowania - odparB poufale Nick, otwierajc przed ni drzwiczki samochodu. - Tym zajm si Scott i jego kumple. - Scott? - Ten wielki goryl, kt�ry potrzsaB tob dzi[ rano. - Ach, on - przypomniaBa sobie. - Ten tw�j boj�wkarz. Nick u[miechaB si, zatrzaskujc drzwiczki, ale kiedy wsiadaB za kierownic, byB ju| powa|ny. - Na twoim miejscu nie wchodziBbym mu w drog - poradziB jej. - To dobry brygadzi- sta, ale w miasteczku ma paskudn opini. SByszaBem, |e nie wzdraga si przed braniem prawa w swoje rce. - SpotykaBam ju| takich - zapewniBa go Dani. - W ka|dym mie[cie, do jakiego zda- rzyBo mi si zawita. Nie boj si go. S R W spojrzeniu, jakie jej posBaB, byBo tyle| zaintrygowania, co troski. Ale zaraz skiero- waB wzrok na drog. - Gdy przyjechaBem tutaj, przez trzy miesice, czyli zanim ukoDczono m�j dom, |y- Bem na walizkach - odezwaB si po paru minutach. - Skoro zbudowaBe[ tu sobie dom, to pewnie jeste[ pewien, |e zapu[cisz tu korzenie - skomentowaBa. - A przecie| wiele firm przenosi nieustannie swoich pracownik�w wedBug wBasnego widzimisi. - Nie wedBug widzimisi - poprawiB j z u[miechem Nick - a dla wymiany kadr i wpuszczenia nowej krwi. Ale Intercomp tak nie postpuje. Mam t posad zapewnion, je[li tylko zechc zosta, a podoba mi si tutaj. M�j dom stoi nad rzek. Czterna[cie hektar�w pag�rkowatego terenu, idealne miejsce na osiedlenie si i zaBo|enie rodziny. - ZerknB na ni. - CaBy dzieD czekam, kiedy wreszcie spytasz, czy jestem |onaty. Nie interesuje ci to? - Nie - odparBa szczerze Dani. Roze[miaB si. - Wspaniale. Moja |ona bdzie zachwycona. Zaskoczona [cignBa brwi. - Jeste[ |onaty? - Nie - powiedziaB z figlarnym bByskiem w oku. - Ale kiedy[ byBem. Podobnie jak wy byli[my bardzo mBodzi i bardzo gBupi. Nie trwaBo to dBugo. Ona mieszka teraz chyba w Ma- ine z przyzwoitym m|em i dw�jk dzieci. - Czy to ma znaczy, |e ty nie byBe[ przyzwoitym m|em? - zBapaBa go natychmiast za sBowo. - ByBem za mBody, |eby wiedzie, co to znaczy by m|em - przyznaB. - I miaBem zbyt wiele zaj, |eby si tego uczy. Dani nie mogBa mie mu tego za zBe. Z ni byBo tak samo. Kiedy zbli|ali si ju| do motelu, Nick nagle spytaB: - Nie masz czasem przy sobie jednej z tych wstrtnych ulotek, kt�re dzi[ rozdawaBa[? Nie miaBem dotd okazji, |eby to przeczyta. Dani wzruszyBa ramionami. S R - To standardowy tekst. Pewnie ju| go znasz. - A potem, u[wiadamiajc sobie, |e nic takiego si nie stanie, je[li da mu do przeczytania co[, co jutro rano bez trudu znajdzie w dowolnym koszu na [mieci w zakBadzie, dorzuciBa: - Dam ci w motelu. Nick wszedB za ni do pokoju. Jego bystry, czujny wzrok omi�tB wntrze natrafiajc na maszyn do pisania, przeno[n fotokopiark, ksi|ki o tematyce zwizkowej i stosy pa- pier�w, kt�re czyniBy z tego maBego, niepozornego pokoiku istne biuro. - Nie tak zle, jak my[laBem - skomentowaB. Dani skrzywiBa si i, rzucajc na B�|ko pBaszcz i torebk, ostrzegBa go: - Niczego nie dotykaj i oczy przy sobie. Reszt bdziesz m�gB przeczyta, kiedy wszyscy ju| si z tym zapoznaj. Nick przysunB sobie krzesBo, usiadB za biurkiem i obserwowaB, jak Dani szuka eg- zemplarza ulotki, kt�r rozdawaBa rano pracownikom zakBadu. W pewnej chwili wydaBo mu si, |e Dani nie patrzy, i nie mogc si powstrzyma odwr�ciB g�rny arkusz z le|cej przed nim sterty papier�w. Ale Dani wychwyciBa ten ruch kcikiem oka. - No, no! - zawoBaBa odwracajc si ku niemu na picie. Przy tym gwaBtownym ruchu stopa zapltaBa jej si w kabel maszyny do pisania. ZachwiaBa si i upadBa. Nick z rozbawie- niem w oczach chwyciB J w talii. Otrzsnwszy si z szoku stwierdziBa, |e opiera si o jego kolana, obejmujc go rkami za ramiona. - WiedziaBem, |e to tylko kwestia czasu, kiedy rzucisz si na mnie - mruknB. - Nie pochlebiaj sobie - odparowaBa Dani, z trudem chwytajc oddech. - Prdzej zmierzyBabym siBy z twoim boj�wkarzem. ChciaBa wsta, ale Nick poBo|yB jej dBoD na szyi i zmusiB, by spojrzaBa na niego. Poca- BowaB j z premedytacj. Koniuszek jego jzyka przesunB si po zarysie jej warg, rozchyliB je i zwil|yB. Jego silne palce przytrzymywaBy jej gBow od tyBu, a on tymczasem szerzej rozwarB swoimi ustami jej wargi i wsunB midzy nie jzyk. Bezczelnie i z rozmysBem badaB granice jej wra|liwo[ci, a potem, z tak sam naturaln swobod, z jak j caBowaB, odchyliB gBow do tyBu. - No, Badnie - mruknB i przymykajc powieki zsunB dBoD na jej biodro. - Niezle - wykrztusiBa wymijajco Dani, chocia| twarz miaBa caB w psach. - Jak na pocztek, chciaBa[ powiedzie? - spytaB, obracajc jednocze[nie jej twarz w swoj stron. S R - Nie my[l, |e nie wiem, co robisz - powiedziaBa troch zdyszana. Oczy Nicka roziskrzyBy si tBumion wesoBo[ci. Pu[ciB jej gBow i przesunB palcami po szyi. PoczuBa przyjemne mrowienie. - To chyba dosy oczywiste - powiedziaB. - Po pierwsze, caBuj Badn dziewczyn. Po drugie, nadal staram si ustali, czy to randka, czy wypowiedzenie wojny. - Po drugie - poprawiBa go Dani, nadaremnie czekajc, a| uspokoi si walce Jak mBotem serce - pr�bujesz mnie omota i uwie[, |ebym zapomniaBa, po co tu przyjechaBam. Tu| obok lewego kcika jego ust znowu pojawiB si wdziczny doBeczek. - ZgadBa[ - poddaB si. - No i jak mi idzie? Dani nie potrafiBa stBumi mimowolnego u[miechu. - Niezle. - M|czyzna zawsze spisuje si lepiej, je[li lubi swoj prac. - Palce Nicka gBadziBy jej biodro, a jego jzyk bBdziB po czubku jej brody. - Daj mi cho cieD szansy, a mo|e nawet polubisz moj strategi. - Taki dobry to ty nie jeste[. - U[miechnBa si i wstaBa. Odwr�ciBa si, by poda mu ulotk, o kt�r prosiB. - MiBej lektury - powiedziaBa. - To po|egnanie, tak? - Nick te| wstaB. Jego wargi drgaBy z rozbawienia. Dani podeszBa zdecydowanym krokiem do drzwi i otworzyBa je na o[cie|. - Owszem - powiedziaBa grzecznie, wypraszajc go gestem za pr�g. Nick zBo|yB ulotk i wepchnB j do kieszeni. W jego oczach malowaB si zabawny zaw�d. - Na pewno nie zmienisz zdania? - Na pewno. ZawahaB si w progu i obrzuciB j roziskrzonym wzrokiem. - Nie wiesz, co tracisz. Dani odczekaBa, a| wyjdzie, i dopiero wtedy zawoBaBa: - Ani ty! Zamykajc drzwi, sByszaBa jego [miech. S R ROZDZIAA CZWARTY Jeszcze przez dobre pi minut Dani staBa oparta o drzwi, u[miechajc si do siebie i my[lc o Nicku. ZdawaBa sobie oczywi[cie spraw, na jaki niebezpieczny grunt wkracza, ale byBa pewna, |e da sobie rad. ByBoby mo|e troch Batwiej, gdyby nie ta jego atrakcyjno[, jego... msko[. Tak, to najodpowiedniejsze sBowo. Czy spotkaBa ju| m|czyzn, kt�ry po tak kr�tkiej znajomo[ci tak bardzo by j pocigaB? Z pewno[ci trzeba bdzie na niego uwa|a, zar�wno w pracy, jak i w kontaktach osobistych. ByBa, naturalnie, za sprytna, by nie przejrze jego taktyki. Nick stanowi nieprzewidzian komplikacj, ale nie tak znowu straszn. Dobrze wiedziaBa, gdzie koDcz si obowizki, a zaczyna przyjemno[. Z tych rozwa|aD wyrwaB j [wiergot telefonu. DzwoniB Josh. Dani zBo|yBa mu zwi- zBy, poufny meldunek, pomijajc skrupulatnie milczeniem niezwykB strategi zastosowan przez wiceprezesa fabryki. To wezmie na siebie. Rozmowa trwaBa okoBo dwudziestu minut i dopiero kiedy si rozBczyli, Dani spoj- rzaBa na zegarek. ZaklBa gBo[no ze zBo[ci i rozpaczy. Kwadrans po jedenastej! WypadBa z pokoju, zdajc sobie doskonale spraw, |e nie zBapie ju| nikogo z ludzi zaczynajcych trze- ci zmian ani wikszo[ci tych, kt�rzy schodz wBa[nie z drugiej. Wyrzucajc sobie bez- my[lno[, pr�bowaBa z pocztku obarczy win Nicka, ale po chwili zastanowienia doszBa do wniosku, |e nie mo|e mu nic zarzuci. Odwi�zB j przecie| do motelu sporo przed jede- nast. Nie sp�zniBaby si, gdyby po jego wyj[ciu nie zaczBa buja w obBokach, a potem nie rozmawiaBa tak dBugo z Joshem. W[ciekBa na siebie, zBamaBa kilka razy nakaz ograniczenia szybko[ci, ale i tak pod bram zakBadu stanBa dopiero o jedenastej czterdzie[ci. Nie zastaBa tam nikogo pr�cz stra|nika i paru maruder�w z drugiej zmiany. Kobiety, oczywi[cie, po zakoDczeniu zmiany nie zwlekaBy z opuszczeniem zakBadu i z bramy wychodzili teraz przewa|nie m|czyzni: mBodzi kawalerowie, kt�rym do domu si nie [pieszyBo. Pierwszy gwizd u[wiadomiB Dani, |e nie zd|yBa si nawet przebra i nadal paraduje w powabnej weBnianej sukni, w butach na wysokim obcasie i z wieczorowym ma- kija|em. ZapiBa szybko pBaszcz, ale mijajcych j m|czyzn bardziej od papier�w, kt�re usiBowaBa im wciska w rce, interesowaBa ona sama. W zasadzie nie byli namolni, aczkol- wiek od grupki oderwaB si jaki[ mBody przystojniaczek i, ruszajc ku niej rozkoBysanym S R krokiem urodzonego chuligana, wyraznie szpanowaB przed kolegami. StanB przy niej, objB j rk w pasie i obrzuciB po|dliwym spojrzeniem. - Ile, maBa? Dani zmierzyBa go pogardliwym wzrokiem. - To nie na sprzeda|. - Hej, chBopaki! - zawoBaB mBodzian przez rami. - Ona daje za darmo! Grupka chBopc�w za jego plecami zaniosBa si nerwowym chichotem, a on jB wodzi dBoni po jej biodrze. - Jedyne, co mog ci da, je[li si ode mnie nie odczepisz i nie p�jdziesz w swoj stron - wycedziBa przez zby Dani - to wielki b�l, kt�rego nie zapomnisz do koDca |ycia. Kompani woBali, |eby si pospieszyB, ale chBopak zacisnB tylko niedwuznacznie dBoD na po[ladku Dani. ZdawaBa sobie spraw, |e je[li nie zareaguje, chBopak uzna, |e udaBo mu si j zastraszy i ju| nigdy nie bdzie tu bezpieczna. - Ostra jeste[, co? - wymruczaB prowokujco. Wida byBo, |e [wietnie si bawi. - A mo|e chcesz mi pokaza, jaka jeste[ ostra... - DBugo by[ nie wytrzymaB - u[miechnBa si sBodko i podsunBa mu pod nos ulotk. - Umiesz czyta? {eby odgarn sobie sprzed oczu ulotk, musiaB j na chwil pu[ci. WykorzystaBa ten moment i odstpiBa kilka krok�w do tyBu. WiedziaBa, |e czujc na sobie wzrok koleg�w, nie rzuci si za ni w obawie, |e mo|e jej nie zBapa. SpojrzaB spode Bba. - Jasne, |e umiem czyta. - ZmiB ulotk i wcisnB j Dani w pier[. - Ale i bez koDcze- nia szk�B mog ci powiedzie, |e nie chcemy tutaj tego g�wna. - Jego pociemniaBa z gniewu twarz byBa grozna. - Lepiej zabieraj std swoj maB seksown dupci i wracaj, skd ci przyniosBo. Sama si prosisz o kBopoty, panienko. I obrzuciwszy j ostatnim, znaczcym spojrzeniem, odwr�ciB si i odszedB. Ten wieczorny wypad przyni�sB bardzo mizerne efekty. Dani postanowiBa, |e rano to sobie powetuje. Ledwie jednak zaczBa wita pierwsz zmian, przerwaB jej stra|nik oznajmiajc, |e jest znowu proszona do biura. Zirytowana na Nicka, kt�ry wyobra|aB sobie zapewne, i| da ale drugi raz wcign w t sam puBapk, od- rzuciBa zaproszenie i powr�ciBa do pracy. Jednak rozmawiajc ze stra|nikiem, przegapiBa S R Liz, kt�ra w tym czasie przeszBa przez bram. ZawoBaBa j, ale Liza nie usByszaBa. Bdzie musiaBa zBapa j po poBudniu. Kiedy urwaBy si strumienie wchodzcych i wychodzcych pracownik�w i na parkin- gu zapanowaB spok�j, Dani doszBa do wniosku, |e nie zaszkodzi dowiedzie si, czego chce od niej Nick - zwBaszcza |e daBa mu jasno do zrozumienia, |e nie jest na ka|de jego zawoBa- nie. - Do pana Cavenaugh - oznajmiBa, podchodzc do bramy. Stra|nik skinB gBow i wrczyB jej czerwon plakietk. Z rosnc ciekawo[ci ruszyBa do gabinetu Nicka. Kiedy tam weszBa, Nick przechadzaB si tam i z powrotem. W mrocznym spojrzeniu, jakie jej rzuciB, czaiBa si furia. - Nic nie m�w - zagaiBa Dani, bez powodzenia walczc z cisncym si na usta u[mie- chem. - Sama zgadn. Nie nale|ysz do m|czyzn, kt�rzy lubi, kiedy ka|e im si czeka. - Wr�ciBa[ tu wczoraj wieczorem! - krzyknB zaciskajc pi[ci. - A ostrzegaBem ci, |eby[ tego nie robiBa! Szorstko[ jego gBosu i w[ciekBo[ pBonca w oczach zbiBa j z tropu. WstrzymaBa oddech, instynktownie je|c si na widok wrogo[ci, jaka emanowaBa z niego niczym iskry wyBadowaD elektrostatycznych. - Jedn chwileczk, panie Cavenaugh... - Nie bdzie |adnej chwileczki, panno Miller! - ByB to wBa[ciwie krzyk, w kt�rym kryBa si tak silnie kontrolowana w[ciekBo[, |e Dani a| podskoczyBa, kiedy ruszyB w jej stron. Po raz pierwszy w |yciu jaki[ m|czyzna wprawiB j na chwil w osBupienie. Oczy Nicka ciskaBy gromy, twarz miaB [cignit, mi[nie na policzkach drgaBy mu wyraznie. - OstrzegaBem ci - warknB, cedzc sBowa i usiBujc zapanowa nad gBosem. - M�wiBem, |e po zmroku jest tu niebezpiecznie. My[laBem, |e masz na tyle oleju w gBowie... - Nie masz prawa m�wi mi, co mam robi. - Dani odzyskaBa wreszcie gBos i chocia| m�wiBa spokojnie, z zaskoczeniem stwierdziBa, |e ma pewne trudno[ci ze zBapaniem tchu. - Twoje opinie zupeBnie mnie nie interesuj. Nie bdziesz mi rozkazywaB, kiedy i jak mam wypeBnia moje obowizki... - Do diabBa z twoimi obowizkami! - wybuchnB Nick. - Doigrasz si tego, |e pewne- go ranka znajd ci w krzakach pobit i zgwaBcon... S R - Ju| ci m�wiBam... - Teraz masz sBucha mnie. - Nick postpiB jeszcze jeden zBowieszczy krok w jej stro- n, ale zatrzymaB si. Jeszcze raz uczyniB wysiBek, by nada swemu gBosowi spokojne brzmienie. ale oczy miaB nadal mroczne i rozpBomienione. - To nie jest wielkomiejska dziel- nica przemysBowa. Z twojego motelu jest tu dwadzie[cia kilometr�w jazdy ciemnymi, bocznymi drogami, a nie musz ci u[wiadamia, jakie niebezpieczeDstwa czyhaj na sa- motn kobiet, je[li przydarzy jej si jaka[ awaria. Owszem, udaBo ci si dojecha tu bez przeszk�d, ale stanBa[ na kiepsko o[wietlonym parkingu, majc z trzech stron gste zaro- [la... - WBa[nie ten temat chciaBam poruszy - przerwaBa mu. Jej gBos ociekaB zawodow uprzejmo[ci. - Skoro zatrudniacie na nocnej zmianie tyle kobiet, powinni[cie naprawd zadba lepiej o ich bezpieczeDstwo. O[wietlenie, wicej stra|nik�w na sBu|bie, kt�rzy w ra- zie potrzeby odprowadzaliby kobiety do samochod�w, i tym podobne... Ciemne brwi [cigaBy si powoli, a| w koDcu zbiegBy w pojedyncz, zmierzwion krech nad oczami, kt�re pBonBy tBumion w[ciekBo[ci. DostrzegBa, jak pod rkawami ciemnej marynarki napinaj si mi[nie jego ramion i w tym momencie zdaBa sobie spraw, |e Nick miaBby ochot zBapa j i potrzsn. OdpowiedziaB jednak spokojnie, z ogromnym opanowaniem: - Zapewniamy bezpieczeDstwo zatrudnionym u nas kobietom. Ty jednak nie jeste[ naszym pracownikiem i nie bierzemy na siebie odpowiedzialno[ci... - No pewnie - przerwaBa mu cicho Dani ze zrozumieniem. - Jak by to wygldaBo, gdyby na oczach waszego stra|nika napadnito na parkingu na jak[ kobiet? Co by ludzie powiedzieli? Ciemny pBomieD rozgorzaB w oczach Nicka i przygasB. - To prawda - powiedziaB bardzo spokojnie. - Stra|nik nie m�gBby opu[ci posterunku, |eby ci pom�c. ByBaby[ zdana tylko na siebie. - I oczywi[cie fakt, |e jestem ze zwizku... - PotrzsnBa gBow z udawanym wsp�B- czuciem. - Bardzo zle by to o was [wiadczyBo. Bardzo zle. Nick patrzyB na ni. DrgaBy mu nozdrza. - UprzedzaBem ci, |e nie chc |adnych kBopot�w. Nie zamierzam sta z zaBo|onymi rkami i patrze, jak z rozmysBem prowokujesz awantur... S R - Pan, panie Cavenaugh - odparBa uprzejmie, przeszywajc go lodowatym spojrzeniem - nic tu nie poradzi. Wykonuje swoje obowizki tak, jak uwa|am za stosowne, a pan nie ma nade mn |adnej wBadzy, czy to w tym gabinecie, czy poza nim. A teraz, je[li to ju| wszystko...? Bezsilno[, z jak zaciskaB pi[ci, i mi[nie drgajce mu na policzku powiedziaBy jej, |e do Nicka dotarBo znaczenie jej sB�w. Przez chwil jeszcze mierzyB j rozpBomienionym wzrokiem, a potem odwr�ciB si do niej plecami. - Wyjdz std - warknB. - Mam du|o pracy. - To tak jak ja - odparBa uprzejmie Dani, nie zaprzepaszczajc okazji, by do niej nale- |aBo ostatnie sBowo. - {ycz miBego dnia. WyszBa nie ogldajc si i cicho zamknBa za sob drzwi, czujc na plecach jego morderczy wzrok. Je[li Nick spodziewaB si, |e to poranne spotkanie zdenerwuje j albo w jakikolwiek spos�b wyprowadzi z r�wnowagi i przeszkodzi w realizacji zadania, jakie miaBa tu wyko- na, to grubo si myliB. Dani byBa ulepiona z twardej gliny i sBowna utarczka z samego rana rozpaliBa w niej tylko entuzjazm na reszt rozpoczynajcego si dnia. PostanowiBa sobie, |e tym razem nie mo|e rozmin si z Liz. Na dBugo przed koD- cem zmiany byBa ju| pod bram i pech chciaB, aby szpaner z poprzedniego wieczoru wybraB sobie akurat ten dzieD na wcze[niejsze zjawienie si w pracy. Dopingowany obecno[ci ko- leg�w, znowu do niej podszedB. - Wci| na mnie czekasz, co, malutka? Co dzi[ dla mnie masz? Dani u[miechnBa si do niego. - Zdaje si, |e mamusia ci woBa. Lubie|ny u[mieszek nie znikaB z jego warg. - Wiecie, co mi si nie podoba u niekt�rych latawic? - zawoBaB przez rami do kumpli. - Nie wiedz, kiedy zbastowa! - PrzesunB po niej ponownie zuchwaBym wzrokiem i Dani, wzdychajc w duchu, zdaBa sobie spraw, |e postanowiB peBni obowizki jednoosobowego patrolu stra|y obywatelskiej. Tylko szcz[ciu zawdziczaBa, |e w tym momencie do bramy zbli|yBa si kolejna grupka pracownik�w. ChBopak zauwa|yB to i skrzywiB si z rozdra|nieniem. Nie spuszczajc S R z Dani wzroku, wycignB dwa brudne paluchy i z rozmysBem rozpiB g�rny guzik jej pBasz- cza. MrugnB do niej. - Niekt�rym latawicom - warknB - potrzebna czasem nauczka. Potem odwr�ciB si i odszedB, by doBczy do kole|k�w. Dani obserwowaBa ich przez chwil, jak zbijaj si w ciasn gromadk, pochylaj ku sobie gBowy, rechocz, zerkaj w jej stron, a nastpnie oddalaj si - nie w kierunku bramy, a parkingu. Potem byBa zbyt zaab- sorbowana, by sprawdzi, dokd poszli, a zreszt maBo j to obchodziBo. MiaBa szcz[cie. Tego dnia Liza wychodziBa z pracy sama. Dobrze te| wr�|yB fakt, |e dziewczyna nie zbyBa jej byle czym. - Jak minB dzieD? - przywitaBa j Dani. Liza wzruszyBa ramionami, wypltaBa perkalow opask z kdzierzawych wBos�w i wepchnBa j do kieszeni pBaszcza. - Stara bryndza. - SzBa dalej, |ujc zapamitale gum. Dani przyBczyBa si do niej. - SBuchaj, chciaBam z tob porozmawia. MogByby[my usi[ gdzie[ przy kawie? A mo|e zjemy razem kolacj? Liza spu[ciBa wzrok na wypchane czubki swoich znoszonych tenis�wek. SzBa dalej przygarbiona, z rkami wepchnitymi gBboko w kieszenie pBaszcza, a kciki ust rozcigaB jej gorzki u[miech. - A stawiasz? - Oczywi[cie. - To nie tra na mnie forsy, kochana. Wiem, o co ci chodzi. Dani lawirowaBa za ni midzy rzdami samochod�w. - Wiesz? - Jasne. Chcesz ode mnie czego[. - Zgadza si - przyznaBa bez wahania Dani. - Potrzebna mi twoja pomoc. - A skd wiesz, |e si zgodz? - Nos mi to m�wi. Liza stanBa przed nadgryzionym przez rdz, czterodrzwiowym samochodem. Odwr�- ciBa si, |eby spojrze na Dani. Wiatr targaB jej wBosy, a sBoDce odbijaBo si w oczach. Wyraz twarzy miaBa enigmatyczny. S R - Pewnie wiesz, |e to ja poszBam do facet�w z g�ry, |eby upomnie si o wolne dni na opiek nad chorymi dziemi. Mo|e wiesz te|, |e od p�B roku pr�buj co[ zdziaBa w sprawie lepszego o[wietlenia na czwartej ta[mie. Cholera, tyle czasu przesiaduj w tym [mierdz- cym biurze, |e powinni mi ju| wypBaca pensj sekretarki. - WzruszyBa ramionami. - I nic. Powiem ci co[, dziecko. Szkoda twojego czasu. - Co[ z tego wyniknie - powiedziaBa z lekkim naciskiem Dani - je[li bdziemy si trzymaBy razem. WsunBa[ ju| nog midzy drzwi, Lizo. Teraz wystarczy tylko, by stanBa za tob jaka[ siBa. Co masz do stracenia? - Robot - odparBa lakonicznie. - Nie mog ci wyla za dziaBalno[ zwizkow, je[li tylko prowadzisz j po godzi- nach pracy. Mo|esz ich pozwa do sdu. Liza roze[miaBa si gorzko. - O, tak. Bdziesz opowiadaBa mojemu gBodnemu dziecku o sdach, kiedy jego matka bdzie staBa w kolejce po zasiBek dla bezrobotnych. - Nie otwieraBa jednak drzwiczek samo- chodu. - Masz dziecko? - zapytaBa Dani, byle tylko zyska na czasie. - To ju| nie dziecko. Ma dziesi lat. - Nie wygldasz na matk dziesiciolatka. Liza znowu si roze[miaBa. - Matk to ja mogBam zosta w wieku jedenastu lat. B�g daB mi jeszcze trzy lata wol- no[ci, zanim straciBam rozum na tylnym siedzeniu pewnego chevroleta i... - wzruszyBa ra- mionami - w dziewi miesicy p�zniej, hokus-pokus, zjawia si Mary. {eby zaj[ w ci|, nie trzeba by dorosB. Wystarczy by gBupi. Dani nie mogBa powstrzyma u[miechu, sByszc to |yciowe podsumowanie. - Tym bardziej masz powody, by d|y do polepszenia swojej sytuacji materialnej. Chcesz dla Mary jak najlepiej, prawda? A ile mo|esz jej da, pracujc przez reszt |ycia za grosze? Liza u[miechnBa si i |ujc gum odwr�ciBa wzrok. - Wygadana jeste[, nie ma co. To dlatego zaBapaBa[ si do tej pokrtnej roboty? - Chtnie ci o niej opowiem - Dani odwzajemniBa jej u[miech. - Przy kolacji. Liza zawahaBa si przez mgnienie oka i signBa do klamki. S R - Nie mog - powiedziaBa. - Musz odebra dziecko. Zwykle zostawiam maB u mamy, ale mamie dokucza ostatnio krgosBup i le|y w B�|ku. Musz wynajmowa opiekunk. PBac jej od godziny. - Mo|esz zabra dziecko ze sob - nalegaBa Dani. Liza wsiadBa do samochodu i znowu si u[miechnBa. - Nie dajesz Batwo za wygran, co? Ciekawe, na ile darmowych kolacji mogBabym ci nacign? - Na tyle, ile trzeba - obiecaBa Dani. Liza przekrciBa kluczyk w stacyjce i zdezelowany grat zakrztusiB si, zakasBaB i obu- dziB z ociganiem do |ycia. - Zastanowi si jeszcze - mruknBa Liza ruszajc. Dani z satysfakcj odprowadziBa j wzrokiem. W koDcu nie od razu Rzym zbudowano i Dani uznaBa, |e osignBa spory postp. Gdyby udaBo jej si nawiza kontakt z kim[ na terenie zakBadu i mogBa rozpocz etap or- ganizacyjny, sprawy potoczyByby si o wiele szybciej. Wtedy dopiero wiedziaBaby, na czym stoi. Do koDca drugiej zmiany, czyli do dwudziestej trzeciej, nie miaBa tu ju| nic do roboty, postanowiBa zatem wr�ci do motelu i wykorzysta wiecz�r na dopracowanie taktyki akcji, kt�rej og�lne zarysy zaczynaBy si ju| krystalizowa w jej umy[le. Jej samoch�d staB w sa- mym koDcu parkingu, z dala od innych, bo tylko tam byBo wolne miejsce, kiedy tu przy- jechaBa. Gdy do niego doszBa, stanBa jak wryta. Wszystkie cztery opony byBy oklapnite. ZaklBa pod nosem i przystpiBa do ogldzin. Nie byBo tak zle. Po prostu kto[ spu[ciB powietrze. Przez my[l przemknBa jej natychmiast zBo[liwie u[miechnita gba maBolata spod bramy zakBadu i sBowa:  Niekt�rym latawicom potrzebna czasem nauczka". WysyczaBa dosadne przekleDstwo i kopnBa z w[ciekBo[ci rozpBaszczon przedni opon. Nie pomogBo to ani troch. PrzemaszerowaBa jeszcze raz przez caBy parking i poprosiBa stra|nika przy bramie o udostpnienie telefonu. PoinformowaB j, |e to aparat do rozm�w wewntrznych. Doskonale wiedziaBa, |e musi mie te| wyj[cie na zewntrz, konieczne chocia|by w nagBych wypad- kach, ale machnBa rk. S R - A m�gBby mi pan wystawi przepustk na teren zakBadu? Mo|e stamtd udaBoby mi si zadzwoni? PokrciB zdecydowanie gBow. - Nie da rady, kochana. Nie wolno mi. - Niech pan posBucha - wyja[niBa cierpliwie. - Chc tylko zadzwoni na stacj obsBugi. SiadBo mi powietrze w koBach i... - Nie ma pani zapasowego? SpojrzaBa na niego wielkimi oczami. - Mam, ale nie cztery. ZachichotaB pod nosem. - Jakie[ chBopaki od nas zrobiBy pani brzydki kawaB, co? - Tak sdz - odparBa oschle. - Wie pan mo|e, gdzie jest telefon, z kt�rego mogBabym skorzysta? M|czyzna przygldaB si jej przez chwil, a potem pokrciB powoli gBow. - Nie wiem - burknB i zamknB okienko. Dani odwr�ciBa si. RozsadzaBa j zBo[, stopniowo ogarniaBa te| rozpacz. Po raz pierwszy zmuszona byBa przyzna, |e Nick miaB racj, okre[lajc okolic jako odludn. I co ma teraz pocz? I[ na piechot? Nawet gdyby wiedziaBa, w kt�r stron si skierowa, to do najbli|szej stacji obsBugi jest zapewne wiele kilometr�w. Nie miaBa naprawd wyboru. PozostawaBo tylko sta tutaj i prosi przechodzcych, sprawiajcych co sympatyczniejsze wra|enie pracownik�w, |eby zatelefonowali w jej imieniu po pomoc drogow, albo czeka, a| stra|nik si nad ni zlituje i pozwoli skorzysta ze swojego telefonu. OkoBo siedemnastej z bramy zaczB si wysypywa personel administracyjny. Kilka kobiet, kt�re zagadnBa, grzecznie, ale stanowczo odm�wiBo wstawiennictwa u stra|nika. Nie, nie mo|e wej[ do biura. Kiedy Dani prosiBa, by zechciaBy zatelefonowa za ni, m�- wiBy, |e [piesz si do domu i odchodziBy. ZdarzaBy si i mniej uprzejme. Wikszo[ w og�le j ignorowaBa. Jej cierpliwo[ i optymizm byBy ju| na wyczerpaniu, kiedy naraz usBy- szaBa za plecami cichy gBos: - SByszaBem, |e masz kBopoty z samochodem. S R Nick. Elegancki i zadbany, pBaszcz przewieszony przez jedn rk, neseser w drugiej. Dani wyobraziBa sobie, z jak satysfakcj minBby j teraz obojtnie i zostawiB na pastw losu. OgarnBa j furia. - Dobrze sByszaBe[ - mruknBa lodowato i odwr�ciBa si do niego plecami. - To mo|e popatrzmy, co? - DotknB lekko jej ramienia, nie starajc si nawet ukry drwiny w oczach, kt�re pytaBy:  A nie m�wiBem?". ObrzuciBa go lekcewa|cym spojrzeniem. - Je[li rajcuje ci ogldanie oklapnitych opon, to idz sobie popatrze. Ja mam wa|- niejsze sprawy na gBowie. - Na przykBad dziesiciokilometrowy spacerek do najbli|szego warsztatu? - Oczy Nicka mierzyBy j kpico. - Bd||e powa|na. Dani wlepiBa w niego w[ciekBy wzrok. - A masz lepsze propozycje? Zwietnie si bawiB. Aagodnie ujB j za Bokie i pocignB na parking. PoddaBa si z ociganiem. - Jak, u licha, mogBa[ dopu[ci do tego, |eby siadBy ci cztery koBa naraz? - mruknB wsp�Bczujco. - Powinna[ zwraca wiksz uwag na zu|ycie bie|nika. - Zu|ycie bie|nika ma niewiele wsp�lnego z kim[, kto celowo spu[ciB mi powietrze - odburknBa. Nick cmoknB. - No, no, to mi wyglda na akt wandalizmu. Na pani miejscu poszedBbym na policj, panno Miller. RzuciBa mu ponure spojrzenie. - Nie zaskoczyBoby mnie wcale, gdyby si okazaBo, |e to pana sprawka. - To wcale nie jest zabawne - odparB powa|nie. Stanli przed jego brzowym buic- kiem. - Wsiadaj, odwioz ci do domu. - A co z moim samochodem? - nie dawaBa za wygran. Nick wydaB zniecierpliwione westchnienie. - Wezw do niego kogo[, w porzdku? - OtworzyB przed ni drzwiczki. - Wsiadasz, czy mam ci tu zostawi? - A wBa[nie |e zostan i poczekam na mechanika - odparBa z uporem. S R Grymas irytacji przemknB mu przez twarz. - Nie drocz si ze mn, Dani, dobrze? I tak ju| jestem wobec ciebie grzeczniejszy, ni| na to zasBugujesz. - WedBug ciebie wykonanie jednego telefonu, by ratowa dam z opresji, to grzecz- no[? - odparowaBa z sarkazmem. - To| to kwestia zwyczajnej przyzwoito[ci, rycerzu Ga- lahadzie! Mimowolny u[miech wygiB mu kciki ust i zaigraB w oczach. - Wsiadaj, dobrze? Troch to potrwa, zanim tu przyjad. Mo|emy w tym czasie wpa[ gdzie[ na kolacj. Ta propozycja rzeczywi[cie j zaskoczyBa. - Kolacj? - Wygldasz na gBodn. WsiadBa do samochodu i zaczekaBa, a| Nick zajmie miejsce za kierownic, a wtedy zapytaBa: - C�| takiego zaszBo od rana, |e moje towarzystwo znowu staBo si dla ciebie do znie- sienia? - Rano rozmawiali[my o interesach - odparB po prostu, przekrcajc kluczyk w sta- cyjce. - Teraz jest to spotkanie towarzyskie. - WstrzymaB si chwil z wrzuceniem biegu. - Na co masz apetyt? - Na konia z kopytami. Nie miaBam czasu na lunch. Dlaczego to robisz? Nick nie odpowiedziaB. - Co my[lisz o kuchni meksykaDskiej? - Taka sobie. - Dani obserwowaBa go bacznie. - Czy to ma by co[ w rodzaju nie- zrcznych przeprosin za ten poranny wybuch? - Moja droga - odparB bez zastanowienia, patrzc pustym wzrokiem w przestrzeD - nigdy nie przepraszam za sBowa prawdy. Czy masz co[ przeciwko spaghetti? - WBa[ciwie, to nie - odparBa, nie odrywajc oczu od jego twarzy. - Zwietnie. - WrzuciB wsteczny bieg i ruszyli. - Znam takie jedno miejsce. - Nie wiem, czy dobrze zrozumiaBam - podjBa niepewnie Dani, [ledzc oczami jego profil i wypatrujc tam jakiej[ wskaz�wki, kt�ra wyja[niBaby to zaskakujce zachowanie. S R Instynkt ostrzegaB j, |eby miaBa si na baczno[ci. - I nie jestem do koDca przekonana, czy mi si to podoba. Nick wyprowadziB samoch�d w milczeniu na autostrad i skrciB w kierunku prze- ciwnym do tego, w kt�rym znajdowaB si jej motel. Jechali odcinkiem szosy, kt�rego jesz- cze nie zbadaBa. - A co tu jest do podobania? - wzruszyB ramionami. - ZBapaBa[ gum, a ja byBem na tyle uprzejmy, |e zaproponowaBem ci pomoc, a na dodatek stawiam kolacj. Ciesz si z te- go. - Czy mam przez to rozumie - spytaBa sceptycznie - |e tym razem ty pBacisz? ZerknB na ni z ukosa i u[miechnB si. - Nazwijmy to rewan|em. Nie patrz na mnie tak podejrzliwie. Wyznaj mi szczerze, czy w obecnych okoliczno[ciach przychodzi ci do gBowy kto[, kogo wolaBaby[ teraz widzie na moim miejscu? - No c�| - odparBa cynicznie po chwili zastanowienia - jest jeden taki ajatollah, dw�ch dyktator�w z Bliskiego Wschodu, paru zbiegBych zbrodniarzy wojennych... Nick posBaB jej spojrzenie, w kt�rym uraza mieszaBa si z wyrozumiaBo[ci. - Proponuj rozejm - mruknB i skierowaB wzrok na drog. - Przykro mi z powodu te- go, co zaszBo dzi[ rano - podjB. - Nie |aBuj niczego, co powiedziaBem czy zrobiBem - spre- cyzowaB szybko - ale przykro mi z powodu caBego tego zaj[cia. - I wycignB do niej rk. Dani spojrzaBa na ni z wahaniem. - Randka? - spytaBa. - Randka - potwierdziB. PrzysunBa si do niego, a on poBo|yB z zadowoleniem dBoD na jej kolanie. Nie mogBa si powstrzyma i odwzajemniBa u[miech, kt�ry jej posBaB. Ku zaskoczeniu Dani, niespeBna dziesi minut p�zniej zjechali z autostrady w rzadko uczszczan, krt drog. Wkr�tce potem Nick zwolniB i skrciB w podjazd, na kt�rego koD- cu wznosiB si atrakcyjny, cedrowy dom otoczony niskimi, [wie|o zasadzonymi krzewami i drzewkami. - No, no - mruknBa niewinnie Dani - wyglda caBkiem jak prywatny dom. Nick otworzyB pilotem drzwi gara|u i wprowadziB samoch�d. S R - Tutejszy szef kuchni sBynie w trzech okrgach z najlepszego sosu do spaghetti - za- pewniB j. Gdy weszli do [rodka, rzuciB klucze na kuchenny blat i wprowadziB Dani do prze- stronnego, eleganckiego salonu o [cianach wyBo|onych sosnow boazeri. W jedn ze [cian, t naprzeciwko sigajcego od podBogi do sufitu okna, wbudowano wielki, kamienny komi- nek. Wystr�j tego wntrza utrzymany byB w Bagodnych odcieniach ziemi. Przed kominkiem i przed szafk ze sprztem stereofonicznym staBy kanapy i mikkie fotele. Na klocach suro- wego drewna pyszniBy si bujne paprocie i stylowe lampy. Swojsko[ci i przytulno[ci nada- waB wntrzu wielki, wbudowany w [cian regaB na ksi|ki. - No nie, Nick - powiedziaBa Dani szczerze poruszona. - Aadnie tu. - A czego si spodziewaBa[? - spytaB, rzucajc neseser na fotel. - No... sama nie wiem. - Zaciskajc z namysBem usta, Dani zaczBa si przechadza po pokoju. - Lustrzanych sufit�w, czerwonych atBas�w, [cian w chmary maBych tBustych cheru- bink�w i nagich kobiet... - OkrgBego Bo|a z futrzan narzut i elektronicznym sterowaniem? - podchwyciB jej ton. - WBa[nie. - W oczach Dani zabBysBy iskierki wesoBo[ci. - Mam nadziej, |e si zbytnio nie rozczarowaBa[. WzruszyBa ramionami. - Jako[ to prze|yj. Nick u[miechnB si i odwr�ciB, |eby wyj[. - Porozgldaj si tu troch, je[li chcesz. Czuj si jak u siebie. Ja id si przebra i za- dzwoni do tego warsztatu. Dani zdjBa pBaszcz, poBo|yBa go na fotelu obok nesesera Nicka i, korzystajc z przy- zwolenia gospodarza, ruszyBa na obch�d po nieskazitelnie czystej, utrzymanej w tonacji miedzi kuchni, po uroczej, maBej jadalni z trzema szklanymi [cianami i kompletem stoBo- wym z wi[niowego drewna, zajrzaBa do otwartego pokoju, kt�ry byB niewtpliwie jego ga- binetem, i zakoDczyBa zwiedzanie w wielkiej Bazience o [cianach i posadzce wyBo|onych ciemnoniebieskimi kafelkami, przepiknie kontrastujcymi z biel wpuszczonej w podBog wanny i srebrem bByszczcych kran�w. U[miechnBa si do siebie, bo byBo to wicej, ni|by S R si po nim spodziewaBa. Kiedy wr�ciB Nick, podpalaBa wBa[nie zapaBk stosik drewna, kt�ry uBo|yBa w kominku. - Prosz, prosz - pochwaliB jej sprawno[ w rozniecaniu ognia. - Dobrze mie w do- mu takie po|yteczne stworzonko. - Kompetentne - przyznaBa skromnie i odwr�ciBa si twarz do niego. Zbli|aB si przebrany w d|insy i baweBnian bluz, mierzc j zdradzajcym uznanie wzrokiem. Dani miaBa na sobie be|owy, sztruksowy spodnium ze [cigaczami w talii i pod bius- tem, a pod spodem kremowy p�Bgolf. Str�j ten powikszaB jej biodra i prowokacyjnie za- okrglaB piersi, lecz a| do chwili, kiedy poczuBa na sobie wzrok Nicka, nie uwa|aBa go za szczeg�lnie seksowny. - Wygldasz uroczo - powiedziaB, biorc j za rce. Na dzwik sBowa  uroczo" zmarszczyBa nos i cofnBa dBonie. - Jestem odporna na twoje obelgi - oznajmiBa. Ale kiedy nie odrywaB od niej wzroku, taksujc jej drobne, krgBe ksztaBty, poczuBa si nieswojo i zrobiBa krok do tyBu. - M�wiBe[ chyba, |e mo|na tu zje[ kolacj. Przez chwil wydawaBo jej si, |e nie zrozumiaB, lecz w koDcu poruszyB si. - Ju| si robi - rzekB pogodnie, odwracajc si. - DzwoniBem w sprawie twojego sa- mochodu - dorzuciB, kiedy wchodziBa za nim do kuchni. - Wszystko zaBatwione. - Dziki, Nick - powiedziaBa z nie udawan wdziczno[ci. ZdawaBa sobie spraw, |e w tych okoliczno[ciach akurat on miaB najmniejszy interes w spieszeniu jej z pomoc i do- ceniaBa ten gest. Nick wzruszyB obojtnie ramionami. - Ale nie oczekuj, |e popdz tam rozbraja bomb, kt�r by mo|e kto[ ci podBo|yB. Moja rycersko[ koDczy si na oklapnitych oponach. PrzysiadBa na stoBku i obserwowaBa go, jak kompletuje skBadniki sosu do spaghetti. - Chyba nie zamierzasz zaczyna od podstaw?! - zaprotestowaBa. - Na upichcenie do- brego sosu potrzeba caBego dnia. Nie da si tego zrobi w par godzin. - Bzdury - fuknaB, podcigajc rkawy szarej bluzy. - To przepis mojej babki i jeszcze nigdy mnie nie zawi�dB. S R - ZaBo| si. |e twojej babce zajmowaBo to caBy dzieD. Pomidory trzeba najpierw spa- rzy - upomniaBa go. RzuciB jej spojrzenie spode Bba, sBusznie podejrzewajc, |e to dopiero wstp do tego, co ma nastpi. Dani wygBaszaBa ochoczo rady, o kt�re nikt jej nie prosiB. KrytykowaBa jego spos�b przyrzdzania ciasta, krciBa gBow nad szczodrym szafowaniem oregano i czosnkiem, wy- gBosiBa wykBad na temat wBa[ciwego doboru win, a| w koDcu Nick zagroziB jej no|em do warzyw i zapdziB do robienia saBaty. Usiedli do posiBku w jadalni. St�B byB przykryty obrusem z prawdziwego lnu i przy- ozdobiony [wiecami - co jak na m|czyzn stanowiBo niezwykB dbaBo[ o szczeg�By - i Dani znowu stwierdziBa, |e jest pod wra|eniem. - Aadny pok�j - powiedziaBa. - Rzadko buduje si teraz domy z osobnymi jadalniami, a szkoda. Nick przyznaB jej racj. - Powinna[ zobaczy, jak to wyglda rano - powiedziaB. - Okno wychodzi na rzek ze wschodzcym nad ni sBoDcem. Jest naprawd przepiknie. - A ty siadasz co rano nad obfitym [niadaniem ze swoim srebrnym dzbankiem do ka- wy i  Wall Street Journal" w rku? - zakpiBa. W jej oczach poByskiwaBy refleksy pBomyk�w [wiec. - Nie tak czsto, jak bym chciaB - odparB i skrzywiB si. - U[wiadomiBem sobie wBa- [nie, jaki to przygnbiajcy obraz - mruknB. - Samotny stary kawaler, jedzcy [niadanie w towarzystwie gazety i wschodzcego sBoDca. Brakuje tylko kota, kt�ry le|aBby mi na kola- nach i skubaB okruchy grzanek. - Pies my[liwski - zawyrokowaBa. - Brakuje ci tutaj kBapouchego, chrapicego w nocy basseta. - Brakuje mi - poprawiB j Nick z przelotnym, figlarnym bByskiem w oku - Badnej, mBodej kobiety, kt�ra dodawaBaby blasku mojemu [niadaniowemu stoBowi. - ZamilkB na chwil, a potem dodaB: - Latem zamierzam kupi kilka koni. Pastwisko jest ju| ogrodzone. Jezdzisz konno, Dani? Roze[miaBa si. - W Chicago? Gdzie? S R Co[ w jej [miechu chyba go zafascynowaBo. PoczuBa si troch nieswojo, widzc Ba- godny blask, kt�ry pojawiB si w jego oczach. MusiaBa odwr�ci wzrok. - A wBa[ciwie jak dBugo zamierzasz tu zosta? - spytaB jak gdyby nigdy nic, wracajc do przerwanego posiBku. - Pod koniec drugiego tygodnia oszacuj swoje postpy - odparBa - i zBo| raport. Je[li uznamy, |e sytuacja zasBuguje na nasze dalsze zainteresowanie, prawdopodobnie zostan tu jeszcze przez miesic. DBu|ej nie powinno to potrwa. Nick spojrzaB na ni unoszc brwi. - Bardzo profesjonalne podej[cie. Nie przypuszczam, |eby[ fatygowaBa si z infor- mowaniem mnie, czy waszym zdaniem sytuacja bdzie zasBugiwaBa na dalsze zainteresowa- nie, czy nie. - Wykluczone - odparBa z u[miechem. ZaoferowaBa swoj pomoc w sprztniciu ze stoBu, ale Nick kazaB jej zostawi talerze i przenie[li si z winem do salonu. Nick dorzuciB do ognia jeszcze jedno polano i usiadB na stojcej przed kominkiem kanapie wyraznie oczekujc, |e Dani zajmie miejsce obok niego. Dani za[ przechadzaBa si po pokoju, sczc wino i demonstrujc nagBe zainteresowanie fi- gurynkami i antykami, zdobicymi stoliki i p�Bk nad kominkiem. CzuBa si coraz bardziej nieswojo, [wiadoma, |e Nick obserwuje j i czeka cierpliwie, zupeBnie jakby wiedziaB, co wywoBaBo ten niespodziewany atak zdenerwowania i przyjmowaB to z rozbawieniem. DotknBa li[cia paproci i wykrzyknBa z przesadnym zaskoczeniem: - Prawdziwa! ByBam przekonana, |e taki kawaler jak ty nie bdzie ryzykowaB z ni- czym po[ledniejszym od szczerego plastyku. Czy nie pomy[laBe[, |e je[li ta ro[lina zwid- nie, zrujnuje ci caBy wystr�j wntrza? - O tym nie ma mowy - zapewniB j, pocigajc Byk wina. - Wystarcza jej troch wody i klasycznej muzyki dwa razy w tygodniu. - Klasycznej muzyki? - Oczywi[cie. Moje ro[linki maj bardzo wyrafinowane gusta. U[miech Nicka byB tak czarujco zarazliwy, |e musiaBa odwr�ci wzrok i skupi si na podziwianiu ramy pejza|u, wiszcego na [cianie obok kominka. Kcikiem oka widziaBa Nicka rozpartego na kanapie w swobodnej pozie. SiedziaB z nog zaBo|on na nog, wyci- gnit rk poBo|yB na oparciu. WypBowiaBe d|insy uwypuklaBy ka|dy misieD, a spod pod- S R cignitych rkaw�w bluzy wystawaBy [niade, gsto owBosione przedramiona, kt�rych siB zdradzaBy nabrzmiaBe |yBy. PrzebieraB od niechcenia palcami, przygotowujc je jakby do pieszczot. Dani upiBa Byk wina. - Wiesz, co by pasowaBo do tej kolacji? - spytaBa. - Biszkoptowa babka na deser. Znam przepis na pyszn babk biszkoptow. - Na upieczenie dobrej babki biszkoptowej trzeba paru dni - zauwa|yB leniwie Nick i wycignB do niej rk. - Przyjdziesz tu wreszcie i usidziesz, czy mam ci do tego zmusi? O babce biszkoptowej porozmawiamy innym razem. Dani u[miechnBa si niepewnie i usiadBa przy nim. - A o czym bdziemy rozmawiali teraz? - O wszystkim i o niczym. - Jego palce zamknBy si na kosmyku jej wBos�w i zaczBy bada bez po[piechu ich jako[. Jego Bagodne, peBne ciepBa oczy przypominaBy aksamitn wy[ci�Bk pudeBeczka na klejnot. - To bardzo pojemny temat - za|artowaBa bez przekonania. U[miechnB si lekko. - Na pocztek chciaBbym znowu usBysze, jak wymawiasz moje imi. - Twoje imi? - spytaBa zaskoczona. - Tak, moje imi. DBugo musiaBem ci przekonywa, |e je posiadam i |e podoba mi si jego brzmienie. ZawahaBa si. - Nick? PrzesunB palcem wskazujcym po zarysie jej twarzy od ucha poczynajc, a na pod- br�dku koDczc. Wra|enie byBo hipnotyzujce i sprawiBo, |e ciarki przeszBy jej po sk�rze. - Nie. Powiedz to tak, jak wczoraj wieczorem: Nick, kochanie. Dani przeBknBa z trudem [lin. PoczuBa na szyi jego palec i przyspieszone bicie serca. - Nick... kochanie. - GBos troch jej si zaBamywaB. - Tak ju| lepiej - powiedziaB z u[miechem. UjB jej brod midzy kciuk a palec wskazujcy i nachyliB si ku niej. ByB to delikatny, lekki pocaBunek, bardziej obietnica ni| pieszczota. OblaBa j fala ciepBa i kiedy Nick odwr�- ciB si, |eby odstawi na stolik kieliszek z winem, rozchyliBa usta, chwytajc spazmatycznie oddech. S R - Daj mi sw�j kieliszek, kochanie - poprosiB cicho i nie pozostawaBo jej nie innego, jak tylko posBucha. Spr|yny kanapy zaskrzypiaBy pod ci|arem Nicka, kt�ry odwr�ciB si do niej z po- wrotem, zmieniajc jednocze[nie pozycj, by wsun rce pod jej ramiona i przycign do siebie. Jego silne palce spoczBy pewnie na jej plecach. PrzycignB j do swej szerokiej piersi, w kt�r ufnie si wtuliBa. Ponownie nachyliB si ku niej dra|nic jzykiem wargi, a potem powoli, z rozmysBem, coraz silniej przygarniajc j do siebie, przykryB jej usta wBa- snymi i wsunB midzy nie jzyk. NagBa lawina wra|eD odarBa Dani z wszystkiego, poza ostr [wiadomo[ci jego bli- sko[ci i uczu, jakie w niej wzniecaB. WygldaBo to tak, jakby raptownemu przerwaniu ule- gBa wiz pomidzy jej umysBem a wol, pozostawiajc j skoncentrowan wyBcznie na swym ciele i na tym, co robi Nick. ByBa niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, do my[lenia, do reakcji i szokowaBo j to, bo nikt jeszcze tak na ni nie dziaBaB. Nikt jeszcze tak szybko nie zawBadnB bez reszty jej zmysBami. Jeszcze wiksze zdumienie wywoBywaB w niej fakt, |e ponad wszystko pragnBa, by trwaBo to jak najdBu|ej. Kiedy si od niej odsunB, wydaBa tylko cichy, zduszony jk, instynktowny i nie kon- trolowany wyraz protestu, kt�ry, gdyby nie stan oszoBomienia, w jakim si znajdowaBa, za- |enowaBby j sam, bo tak wyraznie brzmiaB w nim ton zawodu. Nick palcem pogBadziB j po policzku, zmuszajc do otwarcia oczu. - Zr�b to dla mnie, Dani - wyszeptaB, wpatrujc si w ni ciemnymi, zamglonymi oczami. - PocaBuj mnie tak samo. - ChwyciB jej dBoD wczepion odruchowo w jego tali, uni�sB j do swojej twarzy i zaczB pociera grzbietem szorstk sk�r policzk�w. - Nie b�j si mnie dotyka. Serce waliBo Dani jak mBotem, a wargi wci| dr|aBy. Uczucie zawstydzenia zmieszane z dBawicym po|daniem i nieokre[lonym lkiem pozbawiBo j tchu. - Nie - wykrztusiBa ochryple. - Nie... nie powinni[my... Nick przycignB j Bagodnie do siebie i przykryB jej usta swoimi zmuszajc, by wsu- nBa mu jzyk midzy wargi. PBochliwie z pocztku, wodziBa jzykiem po jego wargach, tak jak on robiB to przed chwil, a potem napotkaBa jego zuchwaBy jzyk i nie stawiaBa oporu, kiedy powoli przechyliB j na kanap. PrzesunBa pieszczotliwie dBoni po jego twardym karku i wczepiBa palce w zadziwiajco mikkie wBosy. ObjBa go drug rk i pod mikk S R baweBnian koszulk wyczuBa napinajce si mi[nie plec�w. Lekki nacisk jego torsu na jej piersi podra|niB je i przycignBa go do siebie mocniej. JB obsypywa delikatnymi poca- Bunkami jej rozpalon twarz, a jego palce manipulowaBy ju| zrcznie przy guziku na szel- kach jej stroju. Serce podskoczyBo Dani w piersiach, wpadajc w ostrzegawczy rytm. - Nick, nie... - Ciii. - Jego ciepBy oddech owiaB jej ucho, pobudzajc w niej wszystkie nerwy. Szelki opadBy i jego dBoD zamknBa si na jej mikkich piersiach. Odwr�ciBa gBow, walczc o zachowanie jasno[ci umysBu, cho serce biBo jej jak oszalaBe. - Nick, nie, prosz. Nie mo|emy... - Wszystko bdzie dobrze. - PrzesunB pieszczotliwie ustami po jej twarzy. - Pozw�l mi si tylko dotyka... caBowa... WcisnB usta w jej pier[ poprzez okrywajcy j mikki materiaB sweterka. CiepBo, roz- pBywajce si od tego miejsca, odebraBo jej wBadz w koDczynach i wywoBaBo w dole brzu- cha pulsujcy b�l. Jego dBoD wkradBa si pod sweterek i, pozostawiajc za sob mrowicy [lad na nagiej sk�rze, jBa sun w g�r. NatrafiBa na zapink stanika i z wolna odsBoniBa jej nagie piersi przed jego wzrokiem. PoczuBa, |e powoli, nieodwoBalnie, z rosncym podniece- niem, ze [lep ulegBo[ci pogr|a si w otchBani rozkoszy. Uni�sB si lekko na Bokciu. Jego ciepBy oddech osuszaB wilgo na jej piersi i BaskotaB wra|liwe ciaBo. Oczy miaB zasnute mgieBk podniecenia i pociemniaBe z po|dania. ZsunB rk do guzik�w jej spodni. Dani odzyskaBa trzezwo[ my[lenia i poraziBa j [wiadomo[ celu, do kt�rego oboje zmierzali i tego, jak bardzo pragnBa go osign. To zaszBo ju| o wiele za daleko. ChwyciBa Nicka za rce. GBos miaBa nadal zdyszany, ale nie byBo w nim ju| cienia niezdecydowania, co najwy|ej nutka paniki i Nick j wychwyciB. - Nie, Nick - wyrzuciBa z siebie gwaBtownie. Oczy miaBa szeroko rozwarte i ciemne. - PrzestaD. Daj mi wsta. WyswobodziBa si z jego obj i pospiesznie poprawiBa na sobie ubranie. - Dlaczego? - spytaB ze zmieszaniem w oczach. - Co si staBo, kochanie? Dani rce dr|aBy tak, |e nie mogBa sobie poradzi z zapiciem stanika. DaBa sobie wreszcie z tym spok�j i obcignBa sweterek. S R - Nie m�w do mnie  kochanie" - wykrztusiBa zdBawionym gBosem. Nick usiBowaB si u[miechn. Jedn rk nadal obejmowaB j w talii. - To silniejsze ode mnie. Jeste[ kochana. - Nick, na miBo[ bosk, dasz mi wreszcie usi[? - GBos niemal jej si zaBamaB. Nick odsunB si i dostrzegBa w jego oczach bBysk urazy i zmieszania. Odwr�ciBa si do niego plecami i nieporadnymi, gorcymi palcami podjBa walk z zapink stanika. Nadal z trudem BapaBa powietrze, a od bijcego w przyspieszonym rytmie serca bolaBo j w pier- siach. - Nie jest ci troch gBupio? - spytaB oschle Nick. - WydawaBo mi si, |e jeste[my oboje zbyt starzy, by zachowywa si jak dzieci na pierwszej randce. Fakt, byBo jej gBupio. - Przepraszam - wybkaBa. - Nie chciaBam ci prowokowa. Powinnam byBa od razu to przerwa... - Dlaczego? - W gBosie Nicka byB chB�d. ZapiBa szelki spodni. ZapragnBa odsun si od niego. WstaBa, starajc si ochBon, uspokoi miarowe, bolesne bicie serca. - Zapomnieli[my si - powiedziaBa. - To wszystko poszBo za szybko, wymknBo si nam spod kontroli, troch z mojej winy. Dobrze wiesz, |e nie wolno nam nawizywa bli|- szych stosunk�w. Nick parsknB niecierpliwie i poprawiB si na kanapie. - A to co znowu? - spytaB sarkastycznie. - Jaka[ nowa wytyczna zwizkowa? Dani odwr�ciBa si i spojrzaBa na niego. ByBa rozbita. Piersi miaBa nienaturalnie uwra|liwione i obolaBe, gdzie[ w gBbi drczyB j b�l nie zaspokojonego po|dania. PragnBa go tak, |e jeszcze teraz czuBa mrowienie sk�ry na ramionach i nogach. Ale nie daBa niczego po sobie pozna. - Jestem pewna - powiedziaBa chBodno - |e spodziewaBe[ si innego zakoDczenia. Lekkie zaintrygowanie zBagodziBo wyraz powagi, malujcy si na twarzy Nicka. - Co przez to rozumiesz? - spytaB. - Sam przyznaBe[ - odparBa - |e zamierzasz u|y swego uroku i... swych mskich wdzik�w, |eby przeszkodzi mi w pracy. Na pewno nawet ci przez my[l nie przeszBo, |e S R stawi op�r. Je[li jednak wyobra|asz sobie, |e skoro prowadz taki niepospolity styl |ycia, to w ka|dym mie[cie mam jakiego[ faceta, z kt�rym id do B�|ka... Nie trzeba byBo wyrazu niesmaku, kt�ry na chwil wykrzywiB mu twarz, by Dani zo- rientowaBa si, ile s warte jej irracjonalne zarzuty. PojBa to, zanim jeszcze skoDczyBa m�- wi. Nick wstaB gwaBtownie i odszedB w gBb salonu, nie zni|ajc si do odpowiedzi. UniosBa dr|c dBoD do twarzy i powoli zwinBa j w pi[, zaciskajc przy tym moc- no usta. - Przepraszam - bknBa po chwili. - Wcale... wcale nie to chciaBam powiedzie. ChciaBam tylko... - Nie wiedziaBa, czego wBa[ciwie chciaBa. WiedziaBa tylko, |e znalazBa si nagle w beznadziejnej sytuacji, na kt�r nie byBa przygotowana, i potrzebuje czasu na za- stanowienie. Nick milczaB przez chwil. Dani odwr�ciBa si od niego i zapatrzyBa w roztaDczone pBomienie. Potem usByszaBa tBumione przez dywan kroki zbli|ajcego si do niej Nicka i po- czuBa na ramieniu jego dBoD. - Wszystko w porzdku - powiedziaB cicho. - Troch si zagalopowaBem i przepra- szam ci za to. - SpojrzaBa na niego. Twarz i gBos miaB powa|ne. - Ale nie oskar|aj mnie wicej o co[ takiego, Dani. To, co zaszBo midzy nami, nie ma nic wsp�lnego z tym, co ci tu sprowadziBo, ani z tym, co ci tu trzyma, i nie pozwolimy chyba, |eby obowizki sBu|- bowe rzdziBy naszym |yciem prywatnym. ZaBatwiajmy interesy w godzinach pracy, a resz- ta czasu niech nale|y do nas. Umowa stoi? Dani spojrzaBa na niego pospnie. - Nie jestem pewna, czy potrafisz jej dotrzyma - musiaBa przyzna. - Mam tylko nadziej, |e ty to potrafisz - odparB Nick. Zmieszana spu[ciBa oczy. Fizyczna reakcja, jak w niej wywoBywaB, nie pozwalaBa jej si skupi, zebra my[li. To szaleDstwo spodziewa si, |e mogBoby midzy nimi do czego[ doj[... musiaBa zwariowa pozwalajc, by sprawy zaszBy tak daleko. Co on sobie teraz o niej pomy[li? Nie chciaBa wiedzie. Dani nie nale|aBa do os�b impulsywnych. M|a od Josha dzieliBo siedem dBugich lat. ZnaBa Josha dwa lata, zanim w og�le przeszBo jej przez my[l, |e mog zosta czym[ wicej ni| przyjaci�Bmi. Nicka Cavenaugh znaBa od niespeBna czterdziestu o[miu godzin i ju| go- towa byBa p�j[ z nim do B�|ka. Zbyt gBboko ceniBa swe uczucia i emocje, by lekk rk S R obdarza nimi obcego m|czyzn. Dwa razy pr�bowaBa ju| kocha i dwa razy przegraBa. Po co naprasza si o katastrof, ryzykujc sponiewieraniem uczu po raz trzeci? Nie kocha Nicka Cavenaugh. Ledwie go zna. W co si pakuje? Z uczuciem nagBego znu|enia i zimna odwr�ciBa si i objBa swe ramiona rkami. DBoD Nicka nadal spoczywaBa na jej ramieniu, a grzbiety jego palc�w gBadziBy jej szyj w uspokajajcym, a mimo to dziwnie niestosownym ge[cie zrozumienia. ZabraB w koDcu rk, podszedB do stolika i wychyliB do dna kieliszek. - Napijesz si jeszcze? - spytaB po chwili, silc si na obojtny ton. - Nie - odparBa i wcignBa w pBuca powietrze. - Mo|e by[ mnie odwi�zB, p�ki jeszcze pozostaBy mi jakie[ resztki godno[ci? W drodze do motelu nie rozmawiali, a Dani nie zwracaBa wikszej uwagi na przesu- wajcy si za oknem krajobraz, dop�ki nie ujrzaBa |�Bto-zielonego neonu przed motelem. PoprawiBa si w fotelu. - Dokd jedziesz? ZapomniaBe[ o moim samochodzie. - Nie zapomniaBem. - Nick spojrzaB na ni spokojnie. - Wy[l tam kogo[ z samego ra- na, |eby zmieni ci opony. - Z samego...? - powt�rzyBa z niedowierzaniem. Nie od razu dotarBo do niej, co to oznacza. - Przecie| wiesz, |e samoch�d potrzebny mi jest dzi[ wieczorem. Specjalnie... - Bdziesz go miaBa rano - cignB Nick spokojnie. - A teraz... - ZatrzymaB si przed jej drzwiczkami - albo zostaniesz tutaj, albo wr�cisz do mnie. Nie bdziesz si nigdzie tBukBa po nocy. Dani gapiBa si na niego, nie rozumiejc swego zaskoczenia. - Ty sukinsynu - powiedziaBa cicho. StaB niewzruszony. - Przyjad po ciebie rano i podwioz ci do samochodu - powiedziaB. - OkoBo �smej. WiedziaB, |e powinna ju| o si�dmej sta pod bram. - Ty sukinsynu - powt�rzyBa mierzc go zimnym, nienawistnym spojrzeniem. Nick dalej staB niewzruszony. OtworzyBa gwaBtownie drzwiczki i wysiadBa w zimn noc. Inny m|czyzna zapadBby si pod ziemi na widok lodowatej wrogo[ci, kt�ra malowaBa si na jej twarzy, i zimnej fu- rii, wyzierajcej z oczu. Ale Nick patrzyB tylko na ni spokojnie i jakby ze smutkiem, a Dani S R nie przychodziBo do gBowy |adne dosadne sBowo, kt�re rozBadowaBoby jej w[ciekBo[. Za- trzasnBa za sob drzwiczki z tak siB, |e samoch�d zatrzsB si na koBach, i odeszBa z unie- sion gBow. Kiedy usByszaBa, |e odjechaB, oparBa gBow o drzwi i zamknBa oczy. CzuBa tylko zmczenie. ROZDZIAA PITY Nazajutrz, zgodnie z obietnic, Nick o �smej przyjechaB po Dani. Przez caB drog do fabryki nie odezwali si ani sBowem. Dani siedziaBa wtulona w drzwiczki samochodu i pa- trzyBa wynio[le przed siebie, ale wszystko si w niej gotowaBo, ilekro ktem oka dostrzegBa szczupB, spokojn sylwetk Nicka, wypocztego i nienagannie ubranego. Ukradkowe zerk- nicie na jego silne palce zaci[nite na kierownicy przywoBaBo wspomnienie dotyku tych dBoni. Niewyrazny zarys jego twarzy przypominaB smak jego ust i agresywn czuBo[ jzy- ka. ByBa sfrustrowana i zBa na niego. Nie daruje mu tego podstpu z samochodem. Zwyczaj- nie nie daruje. Nick zaparkowaB w�z na samym skraju parkingu i zwr�ciB si do niej jak gdyby nigdy nic: - Zdajesz sobie spraw, |e nie mo|emy si wicej widywa na tym terenie - powie- dziaB beznamitnie. - Dwa razy wystarczy. Nie chc przeciga struny i nara|a si na po- sdzenie o wsp�Bprac ze zwizkiem zawodowym. Wydaje mi si, |e najlepiej bdzie, je[li zaczniemy unika spotykania si tutaj... Dani signBa do klamki, rozw[cieczona jego tupetem. - A mnie si wydaje - warknBa, otwierajc ze zBo[ci drzwiczki - |e najlepiej bdzie, je[li zaczniemy unika spotykania si w og�le! MiBego dnia, panie Cavenaugh! - Doprowa- dzona do szewskiej pasji niewinnym u[miechem Nicka, trzasnBa z caBych siB drzwiczkami i odeszBa. Jedna rzecz ocaliBa ten katastrofalny pod innymi wzgldami dzieD. Po poBudniu do stojcej pod bram Dani zbli|yBa si schodzca ze swojej zmiany Liza. - SByszaBam, |e miaBa[ wczoraj maBy kBopot - zagaiBa z u[miechem, odwijajc ze sre- berka listek gumy do |ucia. S R - Jestem do tego przyzwyczajona - odparBa Dani i ju| wiedziaBa, |e dopiBa celu. Rozmawiajc z ni tak otwarcie na oczach kole|anek, Liza demonstrowaBa publicznie swoj sympati do zwizku. RobiBa to [wiadomie i wcale si z tym nie kryBa. - Czy ta kolacja jest nadal aktualna? - Naturalnie - u[miechnBa si Dani. - A co z twoj c�reczk? Liza wzruszyBa ramionami. - Mo|e jeszcze poczeka godzink. Przynios jej za to hamburgera. Dani u[miechnBa si i ruszyBy w kierunku jej samochodu. Dziki Nickowi, kt�ry obwi�zB j po okolicy, Dani nie miaBa trudno[ci ze znalezie- niem restauracji. SpdziBy tam trzy godziny. - Jeste[ pewna, |e wiesz, w co si anga|ujesz? - spytaBa na samym pocztku Dani. - Najpewniej w kBopoty - u[miechnBa si Liza i wzruszyBa ramionami. - Kochana, moje |ycie to jedno pasmo kBopot�w. Nie boj si ich. - To bdzie ci|ka praca - ostrzegBa j Dani. - Wiele godzin spdzonych na kopiowa- niu ulotek, wkBadaniu ich do kopert i werbowaniu ochotniczek. Na ciebie spadnie caBa dzia- Balno[ na terenie zakBadu, bo ja nie mam tam wstpu. To bdzie praktycznie twoja walka, Lizo. Ja jestem tu tylko po to, |eby sBu|y ci rad. Liza patrzyBa na ni bez zmru|enia powiek. - No to od czego zaczynamy? ZaczBy jeszcze tego wieczoru. Przy kolacji Liza zdaBa Dani relacj z bolczek i po- staw swoich kole|anek z pracy. ByBa zdania, |e uda jej si zebra grupk ochotniczek do pomocy przy papierkowej robocie. - KBopot bdzie z m|czyznami - cignBa. - Wiesz, my, kobiety mamy na tyle rozu- mu, |eby widzie, kiedy si nas kantuje, ale chBopy wol uwa|a, |e s g�r. Nawet ci, co pracuj z nami przy ta[mach, my[l, |e pozjadali wszystkie rozumy. I nie pozwol, |eby baba m�wiBa im, co maj robi. Ty jeste[ kobiet, pouczasz ich. Bd przeciwko tobie. - WzruszyBa ramionami. - Tak to wyglda. Dani dobrze rozumiaBa psychologiczny aspekt tej sytuacji i byBa na to przygotowana. Z m|czyznami zatrudnionymi przy ta[mach nie p�jdzie Batwo. M|czyzna byB gBow domu zmuszonym przez kryzys ekonomiczny do podjcia nisko pBatnej pracy obok kobiety, kt�r uwa|aB za istot drugiego gatunku - a co gorsza, w wielu przypadkach, musiaB pracowa S R obok swojej |ony, otrzymujcej takie samo, a czasem wy|sze wynagrodzenie. To godziBo w jego poczucie bezpieczeDstwa. Dani miaBa ju| do czynienia ze zrodzon z takiej frustracji wrogo[ci. - Zauwa| - powiedziaBa Lizie - |e w tej walce jest nas trzy na jednego m|czyzn. Mog si boczy i piekli, ale nic im to nie da. Kobiety maj tu decydujcy gBos. Ten argument trafiB chyba Lizie do przekonania. PojechaBy do motelu Dani i do dzie- sitej wieczorem wkBadaBy do kopert ulotki, kt�re Liza miaBa nazajutrz powtyka w prze- gr�dki kart obecno[ci przy zegarze. Dani stwierdziBa, |e znalazBa w niej niezmordowan i przekonan o sBuszno[ci swej sprawy ochotniczk. OdmBodzona i zadowolona, odwiozBa wreszcie Liz na parking. Liza odjechaBa, a ona zostaBa pod bram zakBadu, |eby zaczeka na ludzi idcych na nocn zmian. I tu szcz[cie zaczBo j opuszcza. Tak si zBo|yBo, |e jako jeden z pierw- szych napatoczyB si Scott. Ju| podczas pierwszego spotkania Dani uznaBa go za osobnika niebezpiecznego. Dopiero teraz zauwa|yBa, jak ciemno jest w miejscu, gdzie stoi, i jak da- leko od bramy wybraBa sobie stanowisko. A poza tym stary, siedemdziesiciopicioletni stra|nik i tak niewiele by jej pom�gB, gdyby przyszBo co do czego... - No i co? - wycedziB cicho Scott, podchodzc do niej z m[ciwym bByskiem w oku. - Wci| tu jeste[, dziwko? - UstawiB si tak, |e przesBoniB jej zupeBnie widok na parking i biurowiec. - Nie jeste[ taka cwana, na jak wygldasz. StaB tak blisko, |e czuBa ciepBo jego ciaBa i od�r cebuli buchajcy mu z ust. - Zgadza si - odparowaBa bez zmru|enia powiek. - Wci| tu jestem. I bd tu co wie- cz�r przez najbli|sze dwa tygodnie, mo|e si wic do mnie przyzwyczaisz. - Oj, nie wydaje mi si, |e pobdziesz tu tak dBugo - wysyczaB ze stalowym bByskiem w oku. CzuBa na policzku jego ciepBy, smrodliwy oddech. Nie dotknB jej. ZnaB bardziej skuteczne metody zastraszania. - Widzisz, nie wydaje mi si, |ebym m�gB si przyzwyczai do twojego widoku, a to, do czego nie mog si przyzwyczai, bardzo szybko znika. Dani odwzajemniBa jego chBodny u[mieszek. - No to teraz po raz pierwszy nie zniknie. Bo ja si nigdzie nie wybieram. Twarz mu st|aBa. WyczuBa raczej ni| zobaczyBa, |e napina muskuBy. - Uprzedzali mnie, |e jeste[ pyskata - powiedziaB cicho. - Nie lubi tego u kobiet. Po prawdzie, to kobiety podobaj mi si tylko w jednym przypadku - kiedy le| na plecach i S R jcz z zadowolenia. I tak skoDczysz, sBodziutka, jak dalej bdziesz si tu krci... skoDczysz pode mn. Wzrok Dani stwardniaB. - Wyglda mi na to, |e masz powa|ny problem, chBopcze. - Uhu. - OderwaB od niej wzrok i przeni�sB go na zbli|ajcych si ludzi. Potem znowu na ni spojrzaB. - To ty masz problem, maBa. Bo wiesz, czego jeszcze nie lubi? DziaBaczy zwizkowych. Pod|egaczy. Nie maj tu u nas |ycia. MijaBa ich wBa[nie kolejna grupa pracownik�w fabryki. Dani podeszBa do nich i za- czBa rozdawa ulotki. Scott nie przeszkadzaB jej wiedzc, |e kiedy intruzi przejd, i tak do niego wr�ci, bo nie ma wyboru. Kiedy ostatni z pracownik�w zniknB za bram, Scott wyjB z kieszeni wykaBaczk i zaczB j |u z namysBem. Do rozpoczcia zmiany pozostaBo niewiele czasu i musiaB si streszcza. - Pamitam, jak w sze[dziesitym dziewitym przydybaBem jednego zwizkowca - mruknB. To wspomnienie nadaBo jego metalicznym oczom wyraz sadystycznego zadowole- nia. - Taki maBy facio, co[ jak ty. NosiB przy pasku taki fajny, gruby BaDcuch. My[laB, |e wyglda z nim na twardziela. - UtkwiB w niej wzrok z przyprawiajc o dreszcz pewno[ci siebie. - Kiedy z nim skoDczyli[my, trzeba byBo chirurga, |eby uwolni go od tego BaDcucha. - Od bramy doszedB ich gwar opuszczajcej zakBad drugiej zmiany. - Jeszcze si zobaczymy, maBa - rzuciB Scott na odchodnym. Dani byBa bardziej wstrz[nita, ni| to przed sob przyznawaBa. PrzywykBa ju| do po- dobnych incydent�w, lecz nie oznaczaBo to wcale, |e Batwo przechodziBa nad nimi do po- rzdku dziennego. W takich chwilach |aBowaBa, |e nie wziBa si za jakie[ inne zajcie. Nie zd|yBa jeszcze ochBon po pierwszej zaczepce, kiedy staBa si ofiar nastpnej. Nie znaczy to, |e inni m|czyzni, a nawet kilka kobiet, oszczdzali jej wrogich spojrzeD al- bo niewybrednych uwag, ale tylko jeden - ten sam mBodzian, kt�ry zaczepiB j pierwszego wieczoru - postanowiB p�j[ na caBo[. Tak jak za pierwszym razem, oderwaB si od haBa[liwej grupki kole|k�w i podszedB do niej rozkoBysanym krokiem z min zBo[liwego chBopczyka, kt�ry odkryB wBa[nie, |e naj- lepszym sposobem na zabicie nudy jest wyrywanie muchom skrzydeBek albo krcenie mBynka nad gBow kotem trzymanym za ogon. S R - Prosz, prosz - u[miechnB si - Badnie dzi[ wygldasz, maBa. Wyznam szczerze, |e im dBu|ej na ciebie patrz, tym bardziej mi si podobasz. Z dwojga zBego wolaBa ju| taktyk tego szczeniaka. Aatwiej byBo j zignorowa. Ale nerwy miaBa jeszcze rozdygotane po rozmowie ze Scottem i z wysiBkiem zapanowaBa nad sob, kiedy chBopak, mierzc j po|dliwym wzrokiem, przysunB si bli|ej i otarB pro- wokacyjnie biodrem o jej biodro. Od grupki chBopc�w za jego plecami dobiegB zachcajcy rechot. Dani nie drgnBa ani nie spu[ciBa z niego wzroku. Kiedy indziej rozegraBaby to lepiej. Kiedy indziej jej city jzyk poszatkowaBby go na strzpy i rozbroiBaby go caBkowicie nie kiwnwszy nawet palcem. By mo|e spotkanie ze Scottem wyprowadziBo j z r�wnowagi bardziej, ni| sdziBa, by mo|e utkwiBy jej w pod- [wiadomo[ci powtarzane przez Nicka ostrze|enia o niebezpieczeDstwie. Tak czy owak, wy- leciaBy jej z gBowy wszystkie dosadne odzywki, jakie znaBa. Nie baBa si chBopaka - w ka|- dym razie nie tak jak Scotta - ale dBu|ej ni| zwykle mobilizowaBa siBy. Oczywi[cie w innych okoliczno[ciach chBopak, kt�ry zd|yB zaledwie unie[ rk, le- |aBby plackiem na ziemi zachodzc w gBow, co si staBo. Dani trenowaBa sztuk samoobro- ny i nie obawiaBa si jej stosowa. Ale w my[l zasad zwizkowych wolno si byBo ucieka do niej tylko w przypadku bezpo[redniego zagro|enia |ycia, a z wBasnego do[wiadczenia wiedziaBa, |e jeden agresywny ruch mo|e doprowadzi do katastrofy. W tej sytuacji miaBa praktycznie zwizane rce. MogBa broni si sBowami, ale nie fizycznie. Nie wolno jej byBo prowokowa fizycznej napa[ci. ZBamanie tej zasady mogBo si dla niej skoDczy w naj- lepszym przypadku odwoBaniem z misji, a w najgorszym spraw sdow. W taksujcych j oczach chBopca pojawiB si lubie|ny bBysk. - Prawd m�wic, to wygldasz tak rajcownie, |e samo patrzenie nie wystarczy. - WsunB jej rk midzy nogi. - Rozumiesz, o co mi chodzi, maBa? Dani poczuBa, |e wpada w szaB. Nie zareagowaBa tylko dziki dBugoletniemu do- [wiadczeniu i [wiadomo[ci wagi tej misji. PatrzyBa mu w oczy chBodnym, pogardliwym wzrokiem. TrwaBo to nie dBu|ej ni| par sekund i chBopak, albo spBoszony czyimi[ krokami, albo dochodzc do wniosku, |e lepiej nie przeciga struny, odszedB. DoBczyB do koleg�w i mrugnwszy jeszcze do niej przez rami, ruszyB wraz z nimi przez parking. Ledwie zd|yBa wcign w pBuca dwa Bapczywe hausty powietrza, kiedy kto[ chwy- ciB j obcesowo za rami i odwr�ciB do siebie. WpatrywaBa si w ni para czarnych oczu. S R - W porzdku, panno Miller. - GBos Nicka byB zBowieszczo spokojny. - Pani licencja na prowadzenie handlu obno[nego zostaBa wBa[nie zawieszona. To byBa kropla, kt�ra przepeBniBa czar. ChciaBa wyszarpn rami z jego u[cisku, ale zdziaBaBa tylko tyle, |e bole[nie je sobie nadwer|yBa. Nie poluzowujc |elaznego u[cisku, Nick popchnB j w kierunku parkingu. - Do domu, moja pani - warknB rozkazujco. W[ciekBo[ w jego gBosie podziaBaBa na ni niczym smagnicie stalow link. Nie zwracajc uwagi na fakt, |e mo|e przypBaci ten ruch wywichniciem ramienia, Dani odwr�ciBa si i spojrzaBa mu w twarz. Za[witaBa jej w gBowie histeryczna my[l: dwa razy otarBa si dzisiaj wieczorem o przemoc, tyle obelg i docink�w zniosBa przez ostatnie p�B godziny, a tym, kt�ry rzeczywi[cie zadawaB jej fizyczny b�l byB, o ironio, Nick. I patrzyB na ni teraz tak, jakby chciaB j zabi. Jej oczy wyra|aBy nie mniejsz grozb. PociemniaBe i roziskrzone tBumionymi uczu- ciami, zbyt silnymi, by da im upust, poByskiwaBy w mroku niczym trbki przed bitw. Tego byBo ju| za wiele. - Pu[ mnie, Cavenaugh, i idz do diabBa - wycedziBa przez zaci[nite zby - bo przy- sigam, |e spdzisz reszt nocy na lekturze napis�w ze [ciany aresztu. I lepiej m�dl si do Boga, |ebym po powrocie do domu nie znalazBa na sobie |adnego siniaka, bo je[li znajd, to dopilnuj ju|, |eby wpisano ci w akta odpowiedni notatk, kt�ra bdzie si za tob wlokBa do koDca |ycia. To nie byB blef. Nie byBo niczego udawanego w grozbie czajcej si w jej oczach ani we w[ciekBo[ci bijcej z gBosu i Nick zapewne wiedziaB tak samo dobrze, jak ona, |e w jej sytuacji najpewniejsz ochron zapewnia litera prawa. KorzystaBa z niej ju| wielokrotnie i nie zawahaBaby si skorzysta i teraz. Trudno powiedzie, czy to [wiadomo[ tego faktu, czy sp�zniona refleksja, |e naprawd sprawia jej b�l, kazaBa mu poluzni u[cisk, do[, |e Dani wykorzystaBa ten moment, wyrwaBa rami i odskoczyBa poza zasig jego rk. - Jak [miesz! - syknBa, a pBomieD w jej oczach wrcz przymiB w[ciekBo[ jego spoj- rzenia. - Uwa|asz si za takiego inteligentnego... a Bamiesz wszystkie zasady i bdziesz miaB szcz[cie, je[li... - Opu[ ten teren, Dani - przerwaB jej chBodno. Dani wybuchnBa kr�tkim, urywanym, niemal histerycznym [miechem. S R - Ani mi si [ni! Nie ty wydajesz tutaj rozkazy! Nie masz tu |adnej wBadzy! A je[li wydaje ci si, |e nie skorzystam zaraz z przysBugujcych mi praw, to spr�buj mnie tylko dotkn. Odegrajmy tu scenk z mn�stwem [wiadk�w. - GBowy przechodni�w ju| zwracaBy si w ich kierunku. - No, dalej, wa|niaku - judziBa Dani. - Na co czekasz? Twarz Nicka t|aBa i ciemniaBa, a| w koDcu upodobniBa si do |elaznej maski wojow- nika. WepchnB zaci[nite pi[ci w kieszenie marynarki, ale gest ten oznaczaB nie tyle kapi- tulacj wobec jej pogr�|ek, ile obaw przed tym, co m�gBby jej zrobi, gdyby j dotknB. Ich spojrzenia skrzy|owaBy si na moment w bezlitosnej walce siB woli, a potem, z niepokojc Batwo[ci, jego twarz wygBadziBa si. - Oczywi[cie, panno Miller. - GBos miaB cichy, lecz pobrzmiewaB w nim jaki[ niemal zBowieszczy ton, od kt�rego ciarki przeszBy jej po krzy|u. - Jak ju| pani zapewniaBem, nikt tutaj nie bdzie podwa|aB nale|nych pani praw. Niech pani kontynuuje swoj dziaBalno[. Dani u[wiadomiBa sobie teraz z przera|eniem, jak maBo brakowaBo, by straciBa pano- wanie nad sob. W |adnym przypadku nie mogBa sobie pozwoli na utrat zimnej krwi; tyl- ko zimna krew chroniBa j przed przemoc. Nie pozwoli wicej Nickowi wyprowadzi si z r�wnowagi. Nie odwiedzie jej ju| od celu, do kt�rego zmierzaBa, i nie o[mieszy na oczach tych, kt�rych zaufanie stara si pozyska. Wielkim wysiBkiem woli wziBa si w gar[, wymazaBa z pamici Nicka, Scotta i tego odra|ajcego mBodzieDca. SkupiBa caB sw uwag na pracy, kt�r miaBa do wykonania, i rozdygotane nerwy zaczBy si z wolna uspokaja. Zdecydowanym krokiem wyszBa naprze- ciw zbli|ajcej si grupie pracownik�w i nawizaBa z nimi rozmow. Nick staB dwa kroki za ni. StaB tam w swobodnej pozie z rkami w kieszeniach, ubrany na sportowo w d|insy i zamszow kurtk, i bujaB si na pitach. Nie odzywaB si, tylko staB. Dani zauwa|yBa, |e zainteresowanie, jakie udaje jej si wzbudzi w pracownikach fabryki, przenosi si zaraz na stojcego za ni m|czyzn, nastpuje moment rozpoznania i ludzie, spuszczajc z za|enowaniem oczy, po[piesznie odchodz. GotowaBa si ze zBo[ci, ale poprzysigBa sobie, |e nie da mu si sprowokowa. PrzeszBa na swoje poprzednie stanowisko, by zBapa gB�wny strumieD ludzi schodz- cych z drugiej zmiany, i Nick pod|yB za ni jak cieD. StaB obok niej jak gdyby nigdy nic, kiedy usiBowaBa zagadywa pracownik�w i wciska im w rce ulotki. Tych, kt�rych znaB, pozdrawiaB skinieniem gBowy i uprzejmym  dobranoc", ponaglajc ich jednocze[nie wzro- S R kiem, by si nie zatrzymywali i ignorowali wichrzycielk. Zreszt ludzi onie[mielaBa sama obecno[ Nicka. Przechodzili po[piesznie udajc, |e jej nie widz, gBusi na apele. Furia wezbraBa wreszcie w Dani do takiego stopnia, |e wybuch staB si tylko kwesti czasu, a po- tem poziom w[ciekBo[ci przekroczyB punkt krytyczny i ustaliB si na puBapie ciszy przed bu- rz, na chBodnym progu determinacji, wobec kt�rej nikt nie byB bezpieczny. Kiedy parking opustoszaB, Dani odwr�ciBa si do Nicka. - W porzdku, panie Cavenaugh. - M�wiBa cicho, zBowr�|bnie spokojnym tonem. Oczy miaBa jak dwa kawaBki lodu. - Chce pan wojny, bdzie j pan miaB. Co by pan powie- dziaB na sze[ciu krzepkich drab�w sterczcych pod t bram przez dwadzie[cia cztery go- dziny na dob? Co by pan powiedziaB na zablokowanie tego parkingu w porze rotacji zmian? ZakB�ciBoby to panu troch plan produkcji, prawda? A je[li to pana nie wzrusza, to mo|e zacznie si pan troch przejmowa, kiedy w wyniku jakiej[ nie wyja[nionej awarii stan panu ta[my monta|owe. - Nie wygBupiaj si, Dani - odburknB niecierpliwie Nick. ChBodne nocne powietrze, kiedy staB tak milczco obok niej, ostudziBo znacznie jego gniew. - Nie posuniesz si do ta- kich chwyt�w. Spr�bujmy poprowadzi t rozmow na odpowiednim poziomie, zgoda? Dani uniosBa brwi. - Najwyrazniej - powiedziaBa spokojnie - nie doceniBam pana. I z zaskoczeniem stwierdzam, |e pan nie doceniB mnie. Mo|e lepiej pogrzebaBby pan troch w mojej prze- szBo[ci i przekonaB si, z kim ma do czynienia. Jedno moje sBowo, i zleci si tu poBowa pBat- nych rewolwerowc�w z Chicago, i nic nie bdzie pan w stanie zdziaBa. Mo|emy zaBatwi to w Bagodny spos�b albo metod bardziej nieprzyjemn. A je[li jeszcze raz spr�buje pan utrudnia mi prac, przekona si pan na wBasnej sk�rze, na czym polega ten mniej przyjem- ny spos�b. Dani odwr�ciBa si na picie, |eby odej[. Nick zatrzymaB, j chwytajc za rami. Odwr�ciBa si i spojrzaBa znaczco na jego palce zaci[nite na swym rkawie, nie pu[ciB jej jednak. Mi[nie miaB napite, a twarz pospn. - W porzdku, maBy twardzielu - wymruczaB cicho. - Chcesz mnie wsadzi do aresztu, prosz bardzo, ale nie puszcz ci, dop�ki nie wyja[nimy sobie paru spraw. - Przeciga pan strun, panie Cavenaugh - warknBa. S R PrzysunB si bli|ej, ocierajc twardym udem o jej biodro i wepchnB siB jej rk pod swoje rami. Gdyby naprawd tego chciaBa, mogBa si wyrwa ze stalowego u[cisku jego palc�w, ale kosztowaBoby j to zbyt du|o energii. Zreszt i tak ju| na dzisiaj skoDczyBa i nie chciaBo jej si wdawa w szarpanin z Nickiem. I nagle zdaBa sobie spraw, |e uczucie, kt�- re ni miota, to nie gniew, lecz rozpacz. ZapragnBa po prostu wr�ci do domu i zapomnie o wszystkim, co si tu dzi[ wydarzyBo. - Chodz - rzuciB kr�tko, wyczuwajc chyba, |e miknie. - Odprowadz ci do samo- chodu. WydBu|ajc krok, Dani dostosowaBa si do jego rytmu. SzBa spita, z zadart buD- czucznie brod. I raptem dotarBo do niej, |e dBu|ej ju| nie wytrzyma. - Po co tu przyjechaBe[ po nocy? - spytaBa zaczepnie. - Nie masz tu o tej porze nic do roboty... - PrzyjechaBem ze wzgldu na ciebie - odparB kr�tko. - Nie jeste[ idiot - odburknBa. - WiedziaBe[, |e jak przyjedziesz, wpakujesz si w kBopoty. Nie masz prawa mi przeszkadza w peBnieniu obowizk�w, prawo ci tego zabra- nia... - Do diabBa z twoimi obowizkami i do diabBa z prawem! - wybuchnB, odwracajc j gwaBtownym szarpniciem i jednocze[nie puszczajc. Omal nie straciBa r�wnowagi. Twarz miaB mroczn, [cignit jakim[ prymitywnym grymasem, a oczy peBne przera|enia i nie- chci. - Co z ciebie za kobieta? - wycedziB cicho przez zaci[nite zby. - Gdzie podziaB si, u diabBa, tw�j zdrowy rozsdek? OstrzegaBem ci, zrobiBem wszystko, z wyjtkiem, zamkni- cia ci na klucz w motelu, |eby[ tu dzi[ wieczorem nie przyje|d|aBa, ale ty uparBa[ si nad- stawia karku. Co, wedBug ciebie, miaBem robi? Sta i patrze, co z tego wyniknie? W jego twarzy byBo co[ dziwnego, jakby dziki niepok�j, ogromne zatroskanie. Dani poczuBa zmieszanie i na chwil zabrakBo jej tchu. OdparowaBa w jedyny znany sobie spos�b, instynktownie i bez namysBu. - Nie wciskaj mi tego obBudnego kitu o kruchych kobietkach! Nie potrzebna mi ochrona; ani twoja, ani |adnego innego m|czyzny! Sama dam sobie rad... - O, tak - warknB zjadliwie - widziaBem przed chwil, jak dawaBa[ sobie rad! - I na- gle oczy mu pociemniaBy. - Jak mogBa[, Dani? - spytaB cicho. W Jego gBosie zabrzmiaBa S R nutka podziwu, a twarz wyra|aBa oburzenie i niedowierzanie. - Jak mogBa[ pozwoli temu chBopakowi si dotyka? Jak mogBa[ pozwoli mu si obBapia? StaBa[ i nic nie robiBa[... Dani zrobiBo si niedobrze na to wspomnienie i nogi ugiBy si pod ni na wie[, |e Nick byB [wiadkiem jej upokorzenia. CzuBa si zbrukana, bezbronna, zBa... bezsilna. - A co, wedBug ciebie, miaBam zrobi? - spytaBa sarkastycznie. MusiaBa zacisn pi- [ci, |eby ukry dygot ramion, a od tBumionych Bez [ciskaBa jej si bole[nie krtaD. - Kopn go w krocze, rozBo|y na Bopatki, |eby[ ty m�gB mnie potem oskar|y o czynn napa[ na swojego pracownika? Tylko na to pan czekaB, prawda, panie Cavenaugh!? ZostaBabym od- woBana z misji, a pan zBo|yBby pewnie za|alenie na zwizek, i o to chodzi! - Z gardBa wy- rwaB jej si mimowolny szloch, ale nie zwracaBa na to uwagi. - Nie pozbdzie si pan mnie tak Batwo! W odr�|nieniu od pana potrafi przestrzega zasad, mo|e wic pan wybi to so- bie z gBowy! Dr|enie jej gBosu i wzburzenie [ciskajce j za gardBo byBy tak wyrazne, |e Nick na- tychmiast to wykorzystaB. - A to co? - zadrwiB cicho. - Pocztki histerii? Pknicie w herodbabskiej fasadzie? Kiedy ju| wyczerpi si inne [rodki, doradzam Bzy, pani Miller. Gniew - bardziej na siebie sam ni| na niego - roz[wietliB bByszczc warstewk wil- goci, zasnuwajc jej oczy. Tylko Nick m�gB j do tego doprowadzi. Tylko on potrafiB zra- ni j i zarazem rozw[cieczy, i sprawi tym samym, by zapomniaBa o wpajanych na szko- leniu zasadach, o swoim zadaniu, o odwadze. - Odczep si ode mnie, Nick - wycedziBa, usiBujc nada gBosowi spokojne brzmienie. - Zwyczajnie... odczep si. WycignB rk, |eby j zatrzyma. WyczuBa z tego gestu, |e spu[ciB z tonu. - Dr|ysz. Mo|e gdzie[ tam w [rodku jest jeszcze kobieta - powiedziaB cicho. WyrwaBa rk z jego u[cisku i ruszyBa w stron samochodu. - Dani, zaczekaj. - Nick zastpiB jej drog. Zniecierpliwienie malujce si na jego twarzy mieszaBo si ze spokojem, pragnieniem rozsdku i zmczeniem walk. - My[laBem, |e si dogadamy - powiedziaB. - Zaczli[my od porozumienia. Nie dajmy teraz doj[ do gBosu rozwizaniom siBowym, skoro to my mamy najwicej zdrowego rozsdku, by do tego nie dopu[ci. S R Ten chBodny racjonalizm wpBynB na Dani kojco. Nie odejdzie teraz, bo w ten spos�b potwierdziBaby tylko zarzuty, jakie wobec niej wysuwaB. Nie odrzuci propozycji rokowaD, bo czynic to rzeczywi[cie zasBu|yBaby sobie na miano wichrzycielki. StaBa nieruchomo, zaciskajc rozdygotane dBonie w pi[ci. BaBa si odezwa, by dr|cy gBos nie zdradziB, jak bardzo jest zdenerwowana. - Nie przyszedBem tu, |eby zrobi ci na zBo[ - powiedziaB Nick. - Nie mam zamiaru przeszkadza ci w tym, co robisz. Znam prawo i bd go przestrzegaB. - Poprzestaniesz pewnie na o[mieszaniu mnie przed ludzmi - wytknBa mu hardo. SpojrzaB na ni spod oka. - No... troch si uniosBem. To si wicej nie powt�rzy. Nie bd ci ju| wchodziB w drog. Dani wziBa gBboki, nieco spazmatyczny oddech. Nie zBo|y swej dumy na oBtarzu misji, kt�r jej zlecono. Mo|e znosi docinki, obelgi, nawet rkoczyny ze strony innych m|czyzn, bo w tej pracy bez tego si nie obejdzie, ale nie chce walczy z Nickiem. SpojrzaBa mu w oczy najspokojniej, jak umiaBa. - Od pocztku podziwiam twoj postaw w obliczu caBej tej sytuacji - przyznaBa cicho. - Nie chc traci szacunku do ciebie przez jeden incydent. Nie mo|emy dopu[ci... |eby osobista niech szkodziBa naszym stosunkom sBu|bowym. Stawka jest za wysoka. Nick przyjB te przeprosiny ze spokojem, ale pospieszyB ze sprostowaniem: - Odwrotnie. Nie mo|emy dopu[ci do tego, |eby niech na gruncie zawodowym szkodziBa naszym stosunkom osobistym. Dlaczego po tym wszystkim, co dzisiaj wycierpiaBa, to zwyczajne o[wiadczenie spra- wiBo, |e serce zabiBo jej |ywiej? Odwr�ciBa oczy, |eby nie odczytaB z nich zmieszania i nie- pewno[ci, kt�re nagle ni zawBadnBy. - Nie ma midzy nami |adnych stosunk�w osobistych - powiedziaBa z o wiele mniej- szym przekonaniem, ni|by tego pragnBa. - S, ale nie dajesz im szansy, bo cigle zasBaniasz si swoj prac. - GBos miaB sta- nowczy, ale jej rkawa dotknB delikatnie. Natychmiast si odsunBa. - Naprawd nie wydaje mi si... - Masz racj - przerwaB jej. BaBa si spojrze mu w oczy, ale wyczuwaBa malujc si w nich Bagodno[, kt�ra stanowiBa taki kontrast z obojtno[ci, jak spodziewaBa si tam uj- S R rze, |e poczuBa wdziczno[. - To ani czas, ani miejsce. - CofnB si z rkaml w kiesze- niach. Spojrzawszy na niego stwierdziBa, |e si u[miecha, a w jego oczach igraj iskierki wesoBo[ci. - Powiedz prawd - podjB. - Chyba nie m�wiBa[ powa|nie o nasBaniu na mnie tych zbir�w, co? Dani odetchnBa gBboko i wytrzymaBa jego przekorne spojrzenie. - Nie - przyznaBa. - Ale nie dlatego, |e si boj, ani nie dlatego, |e nie mam takich mo|liwo[ci... dlatego, |e w najlepszym interesie nas obojga le|y przeprowadzenie tej spra- wy mo|liwie najspokojniej. Bd graBa czysto, dop�ki ty bdziesz graB czysto. - Masz na to moje sBowo - zapewniB j powa|nie i wiedziaBa, |e przynajmniej pod tym wzgldem mo|e mu ufa. - Nie bd ci w |aden spos�b przeszkadzaB w tym, co masz tutaj do zrobienia i oczekuj od ciebie tego samego. SkinBa potakujco gBow i odwr�ciBa si, |eby odej[. Nick ruszyB za ni. - Pozw�l mi si odwiez do domu - zaproponowaB. - Pojedziemy twoim samochodem, a wr�c taks�wk - sprecyzowaB szybko, kiedy posBaBa mu ostre spojrzenie. - Nie podoba mi si, |e jezdzisz noc po tych drogach sama, zwBaszcza w takim stanie jak teraz. Nawet je[li swoim zatroskaniem zaczynaB ju| kruszy jej nieprzejednanie, to ostatnie stwierdzenie wzburzyBo j znowu. - Co chciaBe[ przez to powiedzie... niby w jakim stanie j si znajduj? Czuj si [wietnie, dzikuj... - Jeste[ zdenerwowana - odparB. - Po tym, co przeszBa[, ka|da kobieta by byBa... - Ja nie jestem ka|d kobiet - przerwaBa mu. - Nie jestem zdenerwowana i nie potrzebuj twojej pomocy. Bardzo ci dzikuj. Nick zatrzymaB si. W jego oczach znowu pojawiBa si obojtno[, a twarz przybraBa enigmatyczny wyraz. PatrzyB na ni jeszcze przez chwil, a kiedy si odezwaB, w jego ci- chym gBosie brzmiaBa tylko uprzejmo[: - Oczywi[cie. Cigle zapominam. - Odwr�ciB si na picie. - Dobranoc, pani Miller. - Dobranoc - odpowiedziaBa troch niepewnie i zbyt cicho, |eby usByszaB. RuszyBa w kierunku swojego samochodu czujc, |e tak zmczona nie byBa jeszcze nigdy w |yciu... i modlc si w duchu, |eby jednak nie zostawiaB jej samej. S R ROZDZIAA SZ�STY Dwa tygodnie p�zniej Dani wyje|d|aBa z parkingu, zerkajc uwa|nie we wsteczne lu- sterko - na razie wszystko byBo w porzdku. Kiedy jednak przygotowywaBa si do skrtu na autostrad, w drugim koDcu parkingu rozbBysBy reflektory jakiego[ samochodu, kt�ry ruszyB powoli za ni. - Cholera! - zaklBa pod nosem. Wyjwszy ten jeden incydent, ostatnio wszystko przebiegaBo zgodnie z jej oczekiwa- niami. Pomoc Lizy okazaBa si bezcenna. Dziki jej kontaktom na terenie fabryki, sprawy posuwaBy si o wiele szybciej i Dani z Liz zaczynaBy si ju| przygotowywa do pierwszego zebrania organizacyjnego, kt�re zaplanowaBy na koniec tego tygodnia. Dani zBo|yBa telefoni- czny meldunek ze swoich dokonaD i Josh byB bardzo zadowolony. ZaproponowaB, |e przy[le jej kogo[ do pomocy, ale z dum podzikowaBa. Oczywi[cie, za wcze[nie jeszcze na feto- wanie zwycistwa, ale zaczynaBa dochodzi do wniosku, |e tu maj szans na sukces. Od dw�ch tygodni nie widziaBa si z Nickiem ani nie miaBa o nim |adnej wiadomo[ci. DotrzymywaB warunk�w ukBadu, jaki zawarli, ale nie byBa pewna, co o tym my[le. PowtarzaBa sobie w k�Bko, |e tylko tak mo|na to byBo rozegra. ByBa mu wdziczna za uczciwo[ i dojrzaBo[, kt�re wykazaB w tak delikatnej sytuacji, ale tu zaczynaBy si i koD- czyBy stosunki midzy nimi. Byli dow�dcami stojcych naprzeciwko siebie siB - dow�dcami, kt�rzy w czasie pokoju mogliby nawet zosta przyjaci�Bmi - i samo to stanowiBo niezwykBe do[wiadczenie. Nie miaBa prawa domaga si wicej. BrakowaBo jej jednak Nicka. BywaBo, |e zastanawiaBa si nad przewrotno[ci losu, kt�ry ich zetknB, i |aBowaBa wtedy, |e staBo si to w takich okoliczno[ciach. Ale na og�B zbyt byBa zajta, by oddawa si rozmy[laniom. Przed niespeBna tygodniem Dani zaczBa podejrzewa, |e nocami jest [ledzona. ByBo to niesamowite uczucie. Kiedy jechaBa po p�Bnocy ciemnymi, odludnymi drogami, we wstecznym lusterku widziaBa reflektory samochodu, kt�ry zawsze zachowywaB t sam od- legBo[ przy[pieszajc, kiedy ona przy[pieszaBa, zwalniajc, kiedy zwalniaBa ona. Nigdy nie zbli|yB si na tyle, by mogBa rozpozna mark. WygldaBo to tak, jakby tajemniczy kierowca bawiB si z ni w kotka i myszk, jakby uprawiaB wojn tylko psychologiczn, bo chocia| byBa na spotkanie z nim gotowa, nigdy nie wjechaB za ni na parking pod motelem i nie mo- gBa go zidentyfikowa. S R Przed dwoma dniami zauwa|yBa, |e jest r�wnie| [ledzona wieczorem w drodze z mo- telu pod zakBad, i wtedy naprawd si przestraszyBa. Od razu pomy[laBa o Scotcie, kt�ry, mijajc j pod bram fabryki, zawsze rzucaB jak[ prymitywn pogr�|k albo druzgocce spojrzenie. PrzyszedB jej te| na my[l �w mBodzian, ale ten byB chyba zbyt ograniczony, by wykombinowa co[ takiego, i wolaB widowiskowe zaczepki na oczach licznego audytorium. Ktokolwiek to byB, z pewno[ci udaBo mu si zasia w Dani lekki strach. ZaczBa si lka jazdy po nocy z tym upiornym towarzyszem za plecami i dzisiaj go- towa byBa poprosi Liz, |eby si z ni zabraBa. Ale dziewczyna musiaBa wsta jutro o wp�B do sz�stej, |eby zd|y na porann zmian, a i tak po[wicaBa ka|d woln chwil na prac organizacyjn. Dani uznaBa, |e sama sobie jako[ poradzi. Teraz zawahaBa si na wyjezdzie z parkingu. Samoch�d stanB za ni w takiej odle- gBo[ci, |e o[lepiaB j swoimi [wiatBami. I nagle przyszedB jej do gBowy pewien pomysB. SkrciBa niespodziewanie w stron przeciwn do tej, w kt�r skrcaBa wracajc do motelu. Nie miaBa pewno[ci, czy jej podejrzenia s sBuszne, wiedziaBa tylko, |e dzi[ wieczorem musi to wyja[ni. Kiedy po przejechaniu paru kilometr�w zerknBa znowu w lusterko, przekonaBa si, |e samoch�d, tak jak przypuszczaBa, nadal za ni pod|a. ZcisnBa mocniej kierownic; sBysza- Ba powolne, miarowe bicie swego serca. DBonie miaBa wilgotne i sigajc do regulatora, |eby przykrci ogrzewanie, zauwa|yBa, |e dr|. PrzeBknBa z trudem [lin i jechaBa dalej, raz po raz zerkajc we wsteczne lusterko. Dobrze pamitaBa drog do domu Nicka. Trzeba byBo tylko zjecha w odpowiednim miejscu z autostrady, a potem skrci jeszcze raz w alejk dojazdow. {�Bte [wiatBo przeni- kajce przez zacignite zasBony w oknach wydaBo jej si zapraszajce i zBowr�|bne zara- zem. Drzwi gara|u byBy zamknite, ale to o niczym nie [wiadczyBo. Zapalona lampa na ganku rozsiewaBa widmow po[wiat po kamiennej [cie|ce. PodjechaBa najbli|ej jak si daBo... tak na wszelki wypadek. ZatrzymaBa samoch�d, ale nie gasiBa silnika ani nie odblokowywaBa drzwiczek. Rk trzymaBa w pobli|u klaksonu... te| na wszelki wypadek. Jasne reflektory za jej plecami rozbBysBy i zgasBy. Napr|yBa si, sByszc trzask zamykanych drzwiczek i chrzst zbli|ajcych si po kamiennej [cie|ce kro- k�w. OgarnBo j poczucie absurdu, zmieszane ze [miertelnym strachem. S R W szyb zastukaB Nick i Dani wydaBa przecigBe, dBugo powstrzymywane westchnie- nie ulgi. Eufori, trwajca t kr�tk chwilk, kiedy gasiBa silnik i wyBczaBa reflektory, stBu- miBa jej gniew. Kiedy otwieraBa drzwiczki i gramoliBa si na rozdygotanych nogach z samo- chodu, dalej nie wiedziaBa, czy ma si [mia, czy pBaka. - A niech ci diabli - wycedziBa powoli, znacznie Bagodniej, ni| zamierzaBa, - Nie zaczynaj ze mn, Dani - ostrzegB j lojalnie Nick. ZamknBa na moment oczy i zaczerpnBa powietrza. Po chwili zebraBa si w sobie i znowu na niego spojrzaBa. Ubrany byB w d|insy i dBug kurtk bez rkaw�w, narzucon na obcisBy sweter. W bladym [wietle gwiazd wygldaB na uosobienie spokoju. Jego sk�ra miaBa aksamitny poBysk, a oczy byBy ciemne i czyste, jak niebo nad ich gBowami. Na ustach bBkaB mu si cieD swobodnego u[miechu, ale na twarzy go[ciB przezornie neutralny wyraz. CzekaB na jej reakcj. - Pr�bowaBe[ przestraszy mnie na [mier - wykrztusiBa oskar|ycielsko. - Moje gratu- lacje. A ja my[laBam, |e dotrzymasz obietnicy i bdziesz graB czysto. W oczach Nicka bBysnBa przekora. - Przestraszy ciebie? No c�|, moja droga, wydawaBo mi si, |e ty nie wiesz, co to strach. - SpojrzaB na ni uwa|niej i kpina w jego oczach ustpiBa miejsca powadze. - O co chodzi? Nie wiedziaBa[, |e to ja? Ton niedowierzania w jego gBosie sprawiB, |e Dani poczuBa si jak nastolatka i na- tychmiast przyjBa postaw obronn. - A skd, u diabBa, miaBam wiedzie!? - powiedziaBa przytrzymujc si drzwiczek sa- mochodu gB�wnie po to, by przyj[ z odsiecz nogom, do kt�rych powoli docieraB komuni- kat, |e niebezpieczeDstwo minBo. - To m�gB by ka|dy z tych zboczonych [wir�w, kt�rych zatrudniasz... - Jak mam to rozumie? - warknB Nick. Wzrok mu stwardniaB. - Czy kto[ ci groziB? - Wszyscy mi tu gro| - zbyBa go niecierpliwie, nadal nie mogc si pogodzi z fak- tem, |e przez wszystkie te noce peBne szalonych przypuszczeD i strachu, jej prze[ladowc byB tylko Nick. - A gdybym nawet wiedziaBa, |e to ty, to co? Czy jest jaki[ pow�d, dla kt�- rego mogBabym si ciebie nie ba? Masz w rkawie wicej sztuczek ni| cyrkowy klown i musz przyzna, |e ta jest najwstrtniejsza! Nie uprzedziBe[ mnie, |e podejmujesz wojn psychologiczn! Wymy[liBe[ sobie pewnie, |e bdziesz mi graB na nerwach dop�ty, dop�ki S R nie dam sobie spokoju z twoj trzeci zmian. Ale si nie udaBo. - Nuta triumfu, jak chciaBa okrasi ostatnie sBowa, zabrzmiaBa dosy mizernie, ale chyba nie zwr�ciB na to uwagi. WpatrywaB si w ni wci| spod przymru|onych powiek. - ObiecaBem, |e nie bd wchodziB ci w drog - powiedziaB - i dotrzymaBem sBowa. Nie obiecywaBem, |e pozwol ci jezdzi po nocy samej tymi drogami ani |e zostawi ci bez opieki na tym ciemnym parkingu, gdzie wszystko mo|e si zdarzy. - To ty... - SBowa uwizBy jej w krtani. - To ty siedziaBe[ tam co wiecz�r... i obserwo- waBe[ mnie? - Powiedzmy, |e byBem w pobli|u, na wypadek, gdyby[ miaBa kBopoty, z kt�rymi nie mogBaby[ sobie poradzi. PowiedziaB to spokojnie, z naciskiem, i Dani na chwil zabrakBo sB�w. Nie potrafiBa nawet okre[li uczu, jakie si w niej zrodziBy. ByBo w[r�d nich zakBopotanie, byBa uraza, byBy czuBo[ i wdziczno[. ByBa po prostu poruszona i nie wiedziaBa, jak ma zareagowa. - Wyglda na to, |e cierpisz na kompleks matki-kwoki - mruknBa w koDcu gderliwie. Nick pu[ciB t uwag mimo uszu. - Opowiedz mi o tych pogr�|kach. Dani potrzsnBa gBow i przeniosBa wzrok na pogr|ony w [nie i ciemno[ciach traw- nik. Smuga [wiatBa z okna kapaBa niczym topicy si tBuszcz na granatowoczarne zaro[la i wiejska cisza nie wydawaBa si ju| taka grozna. - Nie ma o czym m�wi - mruknBa. - Zreszt to moja sprawa. Nick obserwowaB j przez chwil w milczeniu. - Nie byBa[ pewna, czy to ja ci [ledz - powiedziaB w koDcu - ale miaBa[ na tyle roz- sdku, |eby przyjecha tutaj, bo wiedziaBa[, |e albo ci pomog, albo tw�j tajemniczy prze- [ladowca bdzie si baB wjecha za tob w prywatn drog... zwBaszcza kiedy zauwa|y na- zwisko na skrzynce pocztowej. Jestem pod wra|eniem. WzruszyBa ramionami. - Ja musz by przygotowana na ka|d ewentualno[. - Jeszcze jedno pytanie. Co by[ zrobiBa, gdyby nie byBo mnie w domu? Dani bez mrugnicia wytrzymaBa jego wzrok. - Przecie| ci nie byBo. NikBy u[mieszek zBagodziB kontur jego warg. S R - Ale czy sam fakt, |e tu przyjechaBa[, o czym[ nie [wiadczy, Dani? - zapytaB. - Na przykBad o czym? - rzuciBa wyzywajco. - Mo|e o tym - powiedziaB - |e ufasz mi bardziej, ni| si do tego przyznajesz. WzruszyBa bez przekonania ramionami. - To nigdy nie byBa kwestia zaufania. Wiem, co tob powoduje, i znam swoje mo|li- wo[ci. WiedziaBam, |e nie bdziesz staB z zaBo|onymi rkami, kiedy na trawniku przed twoim domem bd katowali jak[ kobiet. I wiedziaBam te| - zapewniBa go, mru|c chytrze oczy - |e istnieje pidziesit procent szans, |e to ty mnie [ledzisz. Moja decyzja byBa wic logiczna. Nick patrzyB na ni w zadumie. - Nie sdz - powiedziaB bardzo cicho - |eby[ znaBa moje motywy tak dobrze, jak ci si wydaje. - A kiedy odwr�ciBa si, |eby wsi[ do samochodu, wycignB rk i dotknB lekko jej ramienia. - My[l, |e powinni[my porozmawia. Dani spojrzaBa na niego z wahaniem. Z tej sylwetki, rysujcej si w mroku na tle drzew i Bki, biBa jaka[ nieprzeparta siBa. Nie mogBa te| nie odczu emanujcej zeD pierwot- nej msko[ci, nie zauwa|y Bagodnego blasku aksamitnych oczu, cieni przesuwajcych si pieszczotliwie po jego wyrazistej twarzy i byle jak odzianym ciele. CzuBa wok�B siebie cie- pBo i zapach Nicka i zapragnBa, by otoczyB j ramieniem, by z ni zostaB. WmawiaBa sobie jednak, |e zdecydowaBa si zosta wcale nie z tych powod�w. Naprawd musz porozma- wia, wyja[ni sobie t atmosfer wrogo[ci, jaka si midzy nimi wytworzyBa, i przywr�ci dawny, przyjazny styl wsp�Bpracy. SkinBa gBow. - Zgoda - powiedziaBa cicho. My[laBa, |e zaprosi j do [rodka. PamitaBa przytulne ciepBo tego domu, ogieD na ko- minku, styl, w jakim urzdziB wntrze, w kt�rym odbijaBa si jego osobowo[. Nie potrafiBa wic ukry rozczarowania, kiedy Nick uprzejmie dotknB jej ramienia i powiedziaB: - Aadna noc. Przejdzmy si. W porzdku. A wic z powrotem do interes�w. W chBodnym powietrzu nocy wyczuwaBo si zapowiedz wiosny. Inaczej pachniaBa trawa i ziemia. Nick wziB j za rk i zaczli schodzi Bagodnym zboczem w kierunku ogrodzonego pastwiska. S R - Patrz pod nogi - ostrzegB j. Palce miaB szorstkie, suche i ciepBe, i dopiero teraz Dani zdaBa sobie spraw, jak zimne s jej dBonie. Nagle, kiedy znalezli si na pBaskim terenie, pu- [ciB jej dBoD tak samo beznamitnie, jak wcze[niej j ujB. Dani stBumiBa w sobie irracjonalne poczucie osierocenia i wBo|yBa rce w kieszenie pBaszcza. Zatrzymali si przy drewnianym pBocie otaczajcym puste pastwisko. Kpa drzew na jego [rodku wygldaBa jak [witynia. Drzewa zaczynaBy wBa[nie kwitn i biB od nich sBod- ki, przypominajcy dziewczce perfumy zapach. Sceneria byBa jak z poczt�wki utrzymanej w tonacjach granatu i szaro[ci i Dani nie mogBa si powstrzyma od wygBoszenia cichego komentarza: - Teraz rozumiem, dlaczego postanowiBe[ si tu osiedli. - PoBo|yBa dBonie na chro- powatym drewnianym pBocie, oparBa si o niego i chBonBa krajobraz. - To tu zamierzasz trzyma swoje konie? - spytaBa. Nick, nie spogldajc na ni, mruknB potakujco, wsparB si Bokciami o pBot i posta- wiB nog na dolnej |erdzi. CzekaB, |eby zaczBa rozmow, a konie nie miaBy nic wsp�lnego z tym, o czym mieli m�wi. Odwr�ciBa si i nie patrzc na niego oparBa si o pBot plecami. - PowiedziaBe[ kiedy[, |e walczyBe[ po obu stronach barykady - zaczBa. - Co sprawi- Bo, |e zwr�ciBe[ si przeciw zwizkom? - Nic osobistego - odparB nieobecnym, prawie znudzonym tonem. ZdawaB si odmie- rza wzrokiem odlegBo[ do spadajcych gwiazd. - DziaBalno[ zwizk�w zawodowych jest proinflacyjna i antyprodukcyjna. Nie wydaje mi si, |eby[ miaBa nam tutaj co[ do zaofero- wania. Intercomp uczyniB wiele dobrego dla tego okrgu. DaB prac ludziom, kt�rzy, gdyby nie on, musieliby |y z zasiBku. Zwr�ciB im troch godno[ci. I - dodaB jakby od niechcenia, ale mimo to z nutk dumy - je[li tylko pozwolicie mu si rozwin, uczyni to samo w in- nych cz[ciach kraju. Dani pokrciBa gBow. StaraBa si nada swemu gBosowi t sam beznamitn barw. Ich rozmowa przypominaBa debat w izbie Senatu. - Oferujecie p�B[rodki. To, co pBacicie swoim pracownikom, to za du|o, |eby umrze z gBodu, ale za maBo na godne |ycie. Ograniczyli[cie ich podstawowe prawa do poprawy sytuacji ekonomicznej. Nie jeste[cie w niczym lepsi od feudalnych pan�w z dwunastego wieku i traktujecie swoich pracownik�w jak niewolnik�w. Odmawiacie im wolno[ci, na S R kt�rej zostaB zbudowany ten kraj, prawa do awansu spoBecznego. Wcale was nie wzrusza ich los. - Robi tylko to, co do mnie nale|y - odparB, patrzc na ni beznamitnie. - Nie zaj- muj si polityk ani ideologi. - WzruszyB ramionami. - Masz racj. Wcale mnie nie wzru- sza ich los. Dani westchnBa gBboko. Pr�bowaBa pozosta tak samo beznamitna i chBodna jak Nick. Ale nie potrafiBa. Te sprawy za bardzo j obchodziBy. - Ja te| robi, co do mnie nale|y - powiedziaBa. - Niech wic zwyci|y najlepszy. UznaBa, |e to ju| koniec rozmowy, i ruszyBa przed siebie. Ale Nick dalej staB oparty o pBot i przygldaB si jej z jakim[ bezstronnym zainteresowaniem. - Nie - odezwaB si. - Ty robisz wicej ni| do ciebie nale|y. Ty tym |yjesz. WBa[ciwie miaB racj. Dlaczego wic poczuBa si tak, jakby odkryB jak[ tajemnic, kt�r usilnie staraBa si ukry przed [wiatem? - Nie oczekuj po tobie zrozumienia dla takich rzeczy, jak po[wicenie i... ideologia - odparBa. PatrzyB na ni chBodnym, taksujcym wzrokiem. - Tw�j problem polega na tym - odezwaB si po chwili - |e nie nauczyBa[ si jeszcze, jak gospodarowa swoimi siBami. Wszystkie namitno[ci anga|ujesz w walk o swoje szla- chetne cele, przez co nie starcza ci ich ju| na to, by by kobiet. Dani odwr�ciBa si na picie z cit ripost na koDcu jzyka i znalazBa si pier[ w pier[ z nim. PBynnym ruchem uni�sB rk, zacisnB palce na jej ramieniu i przycignB j do siebie. Dotyk jego ust byB mikki i wyrachowany, a mimo to pod naporem wilgotnego jzyka prze- szBa j fala przyjemnego ciepBa. RozchyliB jej wargi z wpraw naukowca, kt�ry po raz ko- lejny przeprowadza ten sam eksperyment i jest pewny wyniku. CiaBo Dani zareagowaBo in- stynktownie. Serce omal nie wyskoczyBo jej z piersi, oddech uwizB w krtani, a nad sBodk woni nocy g�r wziB zapach jego sk�ry, smak jego ust, ciepBo i wilgo jzyka na przemian wsuwajcego si powoli midzy jej rozchylone wargi i wysuwajcego spomidzy nich. Za- cisnBa palce na jego ramionach i pod swetrem wyczuBa napinajce si mi[nie. Nie opieraBa si, kiedy przytuliB j mocno do siebie, a kiedy wreszcie odchyliB gBow i pu[ciB j, odwr�ci- Ba si zmieszana, zawstydzona i sfrustrowana. S R Stojc do niego plecami, poBo|yBa dBonie na szorstkiej |erdzi ogrodzenia, |eby po- wstrzyma ich dr|enie. Rozszerzonymi nozdrzami wcigaBa w pBuca dBugie, gBbokie hausty powietrza i nie chciaBa, |eby to widziaB. - Bardzo dobrze - odezwaBa si po dBu|szej chwili, z trudem panujc nad gBosem. - Czy byBby[ mi teraz Baskaw powiedzie, co pr�bowaBe[ w ten spos�b udowodni? PoczuBa na plecach pytajcy wzrok Nicka. - Sobie, nic - odparB. - A tobie chyba co[ bardzo wa|nego. Dani odwr�ciBa si do niego sztywno. W jej oczach pBonBy tBumione emocje, a twarz zdradzaBa wysiBek, z jakim pr�bowaBa je ukry. Pytanie, kt�re chciaBa zada, nie przeszBo jej przez usta. - Chyba ju| lepiej pojad - powiedziaBa. Nie musiaB jej dotyka, |eby mimo wszystko zostaBa. - W tobie jest kobieta, Dani - stwierdziB cicho. - Dlaczego nie dasz jej doj[ do gBosu? Odwr�ciBa si. DBonie wci[nite w kieszenie pBaszcza zwinBy si w pi[ci. - Naprawd nie wydaje mi si, |eby[my mieli jeszcze o czym rozmawia - powie- dziaBa najspokojniej jak umiaBa. OparB si znowu o ogrodzenie i rozchylajce si poBy kurtki odsBoniBy szerok klatk piersiow i pBaski brzuch. W mdBej po[wiacie gwiazd wida byBo, jak jego umi[niony tors wznosi si i opada w swobodnym, rytmicznym oddechu i ten widok zafascynowaB na chwil Dani. PrzypomniaBa sobie, jak to silne, ciepBe ciaBo tuliBo si do niej. Dobrze pamitaBa sw�j miarowy, pBytki oddech. OderwaBa oczy od jego piersi i przeniosBa wzrok na pogr|on w cieniu, skupion twarz. PatrzyB na ni. ZdaBa sobie spraw, |e Nick wyczuB jej spojrzenie i odgadB my[li. - WBa[ciwie, to nie poruszyli[my jeszcze najwa|niejszej kwestii - powiedziaB. - Co si z nami staBo przez te ostatnie dwa tygodnie? Zaczli[my dobrze, lubili[my si i wzajemnie szanowali[my. Teraz nie mo|emy spotka si na ulicy, |eby z miejsca nie chwyci za broD. Nie rozumiem, dlaczego. W jego powa|nym gBosie wyczuBa ch szukania rozwizaD. Dani odpr|yBa si ostro|nie. ChciaBa to wyja[ni tak samo jak on, dla dobra wszystkich zainteresowanych. S R - Masz racj - powiedziaBa. RozluzniBa si i odwa|nie spojrzaBa mu w oczy. - Bo nie ma tu czego rozumie. I tylko utrudnia nam to sytuacj, - Ale dlaczego tak si staBo? - spytaB Nick. - To proste. - Mimo skrpowania postanowiBa by szczera. Zarzut, kt�ry chciaBa mu postawi, byB przecie| prawdziwy. - ZaczBe[ mi przeszkadza w pracy. ZBamaBe[ zasady. Nie oczekiwaBe[ chyba, |e przejd nad tym do porzdku dziennego? Nick obrzuciB j przecigBym, peBnym namysBu spojrzeniem, W swobodnej pozie, w jakiej staB, wydaB jej si tak przystojny i mski, |e pod[wiadomie poczuBa znowu narastajcy gdzie[ w [rodku b�l, pragnienie, |eby byB blisko, |eby jej dotykaB. - To nie ma nic wsp�lnego z twoj prac - rzekB powoli. - To tylko wym�wka. - Nie spuszczaB z niej wzroku. - KBopoty zaczBy si tego wieczoru, kiedy omal nie poszedBem z tob do B�|ka i od tamtego czasu uciekasz wystraszona. Zawarli[my wtedy pewien ukBad, i to ty go zBamaBa[. - Jaki... ukBad? - Dani patrzyBa na niego ze zmieszaniem, kt�rego nie potrafiBa ukry. - {e sprawy zawodowe zaBatwia bdziemy w godzinach pracy - odparB troch znie- cierpliwionym tonem. - A dla ciebie ka|da godzina jest godzin pracy. Dopu[ciBa[ do tego, |e praca wypeBnia ci caBe |ycie, i nie znajdujesz miejsca na nic innego. - Zgoda - przyznaBa ostro|nie, nie patrzc na niego - to... jest jedna z przyczyn. Ale ju| ci kiedy[ m�wiBam, |e nie wolno nam anga|owa si osobi[cie... To, co si staBo, byBo niespodziewane, i wiesz tak samo dobrze jak ja, |e nie mogli[my tego cign. IstniaBo nie- bezpieczeDstwo... - Dlaczego? - zdziwiB si. Wzrok mu stwardniaB. - Co jest niebezpiecznego w tym, |e dwoje ludzi lubi si i pragnie? My[laBem, |e si rozumiemy. Odwr�ciBa si krcc powoli gBow. WprawiaB j w zakBopotanie, ujmujc w zbyt la- pidarne sBowa mk niezdecydowania, w kt�rej |yBa przez ostatnie dwa tygodnie. - Chyba jednak nie - powiedziaBa powoli. Nick milczaB przez dBu|sz chwil. Nagle zrobiBo jej si zimno. - P�zno si robi - odezwaB si w koDcu i gestem rki daB jej do zrozumienia, by ruszy- Ba przodem w kierunku podjazdu. ByBa przekonana, |e postpuje wBa[ciwie. Nie widziaBa innej mo|liwo[ci. Nieopatrz- nie daBa si oczarowa jego msko[ci i naturalnemu urokowi. A przecie| to tylko jeszcze S R jeden m|czyzna. Jeszcze jeden m|czyzna w dBugim szeregu przyw�dc�w opozycji. A skoro tak, to dlaczego, idc teraz obok niego, odczuwa wci| ten dziwny ucisk w |oBdku? Dlaczego czuje tak pustk? - Nick - odwa|yBa si odezwa po kilku krokach - ja... nie chc, |eby[ sobie pomy[laB, |e nie doceniam troski, jak mi ostatnio okazywaBe[... pilnowaBe[ mnie i w og�le. - ZerknBa na niego troch pBochliwie. Twarz miaB bez wyrazu. - Jestem ci wdziczna - podjBa bardziej oficjalnym tonem - ale nie musisz ju| tego robi. SkoDczyBam na jaki[ czas z nocn zmian. Nie skomentowaB jej sB�w. ZatrzymaBa si, kiedy otworzyB przed ni drzwiczki samo- chodu i spojrzaBa na niego. Twarz miaB nadal pozbawion wyrazu. - Nie musisz za mn jecha - powiedziaBa, wsiadajc za kierownic. - Nic mi nie gro- zi. - Pojad - odparB zwyczajnie i chciaB ju| zatrzasn drzwiczki. - Nick... - PrzystanB, gdy na niego spojrzaBa. Teraz, kiedy wreszcie got�w byB jej wy- sBucha, odniosBa wra|enie, |e to jej ostatnia szansa, ale zupeBnie nie wiedziaBa, co powie- dzie. - Wszystko dlatego... |e to zadanie jest dla mnie bardzo wa|ne. - PragnBa, by j zro- zumiaB i zarumieniBa si, widzc jego ostentacyjn obojtno[. - Nie mog dopu[ci do tego, by co[ mnie rozpraszaBo... - Roze[miaBa si troch nerwowo. - No... odnosz wra|enie, |e po raz trzeci przegrywam. Wiesz, co mam na my[li? Nick spojrzaB na ni powa|nie. - Wiem - przytaknB. - I by mo|e przegrywasz niejedno. ZatrzasnB drzwiczki. Nie zd|yBa zada pytania, kt�rego wBa[ciwie i tak nie miaBa potrzeby zadawa. WiedziaBa, co chciaB jej powiedzie. S R ROZDZIAA SI�DMY Przez reszt tygodnia Dani byBa pochBonita bez reszty przygotowywaniem zebrania organizacyjnego, kt�re miaBo si odby w niedziel po poBudniu. Ka|dego ranka i popoBu- dnia staBa pod bram i rozmawiaBa z wchodzcymi do fabryki i wychodzcymi z niej pra- cownikami. Czasami gromadziB si wok�B niej taki tBumek, |e zwykBa wymiana zdaD prze- radzaBa si w improwizowane wykBady. ZwracaBa wreszcie na siebie uwag - nie zawsze, co prawda, przychyln - ale przy- najmniej byBa pewna, |e w caBej fabryce nie ma czBowieka, kt�ry nie wiedziaBby, o co cho- dzi. Ten etap kampanii, kiedy rodz si emocje i entuzjazm, lubiBa najbardziej. Ka|da akcja wywoBywaBa teraz reakcj i wida byBo, |e co[ si dzieje. Liza meldowaBa o gorcych dys- kusjach w palarni, w stoB�wce i przy ta[mie, kiedy nie m�gB tego sBysze personel nadzoru. Na pierwszym zebraniu mo|na si byBo spodziewa wielkiego zwrotu. Liza meldowaBa r�wnie| o incydentach, jakie zdarzaBy si ostatnio na terenie zakBadu. Nic powa|nego, po prostu irytujce zaczepki i niewybredne uwagi pod adresem kobiet, o kt�rych wiadomo byBo, |e sprzyjaj zwizkowi. ZnikaBy karty obecno[ci, by odnajdywa si potem z jakimi[ wulgarnymi napisami, dochodziBo do przestoj�w spowodowanych awantu- rami przy ta[mach monta|owych, wBamywano si do szafek w szatni i padaBy pogr�|ki. Ale kobiety byBy twarde; wiedziaBy, jak sobie z tym radzi, i nieBatwo byBo je zastraszy. Dani byBa dumna z ich determinacji i optymistycznie patrzyBa w przyszBo[. PowielaBy wBa[nie z Liz ulotki, kt�re miaBy rozdawa na zebraniu, kiedy zadzwoniB telefon. Dani odebraBa go machinalnie. - Mo|e um�wiliby[my si na kolacj? - spytaB Nick. Na dzwik jego gBosu serce podskoczyBo jej w piersi. PoczuBa mrowienie w koniusz- kach palc�w i przezornie odBo|yBa oB�wek, kt�rym nanosiBa redakcyjne poprawki na orygi- naB tekstu. Na policzki wystpiB jej rumieniec. - Nick - wykrztusiBa. - Trafione za pierwszym razem. Znajdziesz dla mnie troch czasu? Przechwyciwszy zaciekawione spojrzenie Lizy, odwr�ciBa si do niej plecami. - No... wBa[ciwie to nie bardzo. - ZerknBa znowu na Liz i ta szybko powr�ciBa do przerwanego zajcia. - Mamy tu troch pracy... S R - Mamy? U[miechnBa si, wyBapujc w jego gBosie nieco ostrzejsz nutk. - Tak. Jest tu teraz ze mn jedna z kobiet. - Dla dobra Lizy wolaBa nie wymienia jej nazwiska. - Bdziemy zajte jeszcze przez co najmniej dwie godziny... Nick zamilkB, ale tylko na chwil. - Dobrze - zadecydowaB. - Za dwie godziny jestem u ciebie. - Nick... OdpowiedziaBa jej cisza. Dani odBo|yBa sBuchawk i rzuciBa Lizie ukradkowe spojrzenie. Twarz kobiety byBa bez wyrazu. - Cavenaugh? - spytaBa. Dani skinBa gBow. Nagle Liza u[miechnBa si. - WiedziaBam, |e co[ si kroi! Przed ludzmi nic si nie ukryje - wyja[niBa, widzc za- skoczenie w oczach Dani. - A swoj drog, to jak udaBo ci si nawiza z nim dobre stosun- ki? Dani podparBa rkami brod. - Nie jestem taka pewna, czy mi si udaBo. - No - zachciBa j wesoBo Liza - poderwaBa[ seksownego faceta, to go trzymaj. - Pu- [ciBa do niej oko. - Nie daj mu si tylko zacign na tylne siedzenie - poradziBa - a nie b- dzie problem�w. Dani nie mogBa powstrzyma [miechu. Je[li jednak do Lizy dotarBy plotki o zwizku szefa z wichrzycielk, to musiaBa si ju| od nich trz[ caBa fabryka. Ciekawe, czy Nick ma pojcie, w jakie kBopoty na wBasne |yczenie si pakuje? W dziesi minut po tym, jak wypchnBa Liz z narczem ulotek za drzwi, przyjechaB Nick. Nie miaBa nawet czasu si przebra. OtworzyBa mu za|enowana swoim ubiorem. Nick byB w d|insach i dopasowanej, rozpitej pod szyj, niebieskiej koszuli z podwi- nitymi rkawami. TrzymaB przed sob pudeBko z pizz. - Och - odetchnBa z ulg Dani. - My[laBam, |e gdzie[ wyjdziemy, a nie miaBam kiedy si przebra... Nick przesunB wzrokiem po jej d|insach i koszuli w krat, zwizanej rogami pod biustem. S R - No i bardzo dobrze - powiedziaB, a przekraczajc pr�g dorzuciB: - PrzyszBo mi do gBowy, |e je[li jeste[ tak samo zmczona jak ja, to te| nie bdzie ci si chciaBo nigdzie dzi- siaj wychodzi. - ObejrzaB zagracony, zasBany papierami pok�j. - Pracowity dzieD, co? Dani odebraBa od niego pizz. - Znasz zasady. Oczy przy sobie. - A na ciebie wolno mi patrze? - spytaB i w Jego ciemnych oczach zabBysBy znajome iskierki przekory. Dani rozluzniBa si. Nigdy by nie uwierzyBa, |e mo|na si tak ucieszy z czyjej[ wizyty. Nick wyszedB po co[ zimnego do picia, a Dani rzuciBa si do sprztania pokoju. Po- liczki miaBa zarumienione, oczy jej bByszczaBy. CzuBa si jak nastolatka przed pierwsz randk. ByBa podniecona, szcz[liwa i tylko troszeczk zdenerwowana." Biurko i st�B byBy zbyt zawalone papierami, by daBo si na nich wygospodarowa miejsce na talerze. Gdy wr�ciB Nick, [cignli poduszki z kanapy na podBog, postawili midzy nimi pudeBko z pizz i otworzyli je. - Mmmmm - mruknBa z uznaniem, zacigajc si aromatem. - Bez anchovies. To do- brze. - Nie wygldasz mi na tak, co daBaby si wzi na jedn maB rybk. No, wic co tam u ciebie? - spytaB Nick, sadowic si na poduszce obok niej i unoszc do ust plaster pizzy. Jego ruchliwe brwi wyra|aBy szczere zainteresowanie. - To co zwykle. - Dani odBamaBa z plasterka pizzy sam koniec i wsunBa go do ust. - Mn�stwo pracy. - Wygldasz na zmczon - skomentowaB, przesuwajc zatroskanym wzrokiem po jej twarzy. WzruszyBa ramionami. - Lubi to, co robi. - Czy ty nigdy nie dajesz sobie wolnego? - spytaB. Roze[miaBa si lekko. - Nie wiedziaBabym, co z sob pocz! - powiedziaBa i w obawie, by nie uwikBa si znowu w zagorzaB dyskusj o po[wiceniu, z jakim wykonuje swoj prac, wycelowaBa w niego palec. - Jedz! - rozkazaBa. S R Nick u[miechnB si i ugryzB du|y kawaBek pizzy. Przez chwil w pokoju panowaBa cisza. - To byB dobry pomysB - pogratulowaB sobie, odstawiajc w koDcu puste pudeBko. - UsnBbym chyba nad pierwszym daniem, gdyby[my wybrali si dzisiaj do kt�rej[ z tych skpo o[wietlonych, nastrojowych restauracyjek, kt�re tak wychwalaj w powie[ciach i piosenkach. - MiaBe[ ci|ki dzieD? - zapytaBa Dani. SpojrzaB na ni znaczco. - Powiedzmy, |e przez ostatnie kilka tygodni nie uBatwiasz mi |ycia. Przez te awantu- ry musieli[my dzisiaj dwa razy zatrzymywa ta[m. To troch wyczerpujce. Dani szybko spu[ciBa oczy. - Nie wiedziaBam, |e jest a| tak zle. - Nie m�wiBa caBej prawdy. WiedziaBa jedynie, |e nigdy dotd nie staraBa si spojrze na sytuacj oczami kierownictwa fabryki. Nick wzruszyB ramionami. - Zauwa|yBa[, jak dobrze sobie radz? Odkd tu szedBem, jeszcze ani razu nie pr�bo- waBem skrci ci karku. - ZaskoczyB j, gdy wycignB si na podBodze i zBo|yB gBow na jej kolanach. - Potrzeba mi tylko chwili wytchnienia. Co jest w telewizji? Dani roze[miaBa si i pod wpBywem impulsu dotknBa gstej grzywy jego krconych wBos�w. - Wykapany samiec domator! - za|artowaBa. - Teraz brakuje ci tylko butelki piwa na piersi i gazety przed nosem. - I pochrapujcego u boku basseta - podchwyciB. - Aadnej |ony, krztajcej si po kuchni, i dzieciak�w, buszujcych w gabinecie. Dotykanie jego krconych, spr|ynujcych, jedwabistych wBos�w sprawiaBo jej przy- jemno[. ZagBbiaBa w nie palce, gBaskaBa, machinalnie rozprostowywaBa loki i obserwowa- Ba, jak skrcaj si z powrotem. - OdpowiadaBoby ci takie |ycie, prawda? - W jej gBosie nadal pobrzmiewaBa nutka przekory. SpojrzaB na ni z rozmarzeniem w oczach. - A tobie nie? S R Opu[ciBa rk na podBog. OdniosBa wra|enie, |e Nick chce j podstpnie wcign w kolejny sBowny pojedynek. - Jestem kobiet pracujc - odparBa, unikajc jego wzroku. - Nie mam czasu na kuch- ni i dzieciaki. - Ja te| pracuj - przypomniaB jej Nick. - Ale zawsze mo|na wygospodarowa troch czasu na rzeczy, do kt�rych przywizuje si wag. - ChwyciB jej rk i uni�sB do swych wBos�w. - R�b tak dalej. To bardzo przyjemne. PrzymknB znowu oczy i Dani odpr|yBa si, pozwalajc swym palcom bBdzi po je- go wBosach. Dobrze byBo mie go tutaj, przyjemnie by z nim i jak dawniej rozkoszowa si z wzajemno[ci jego towarzystwem. Nie dociekaBa, czemu nagle zdobyB si na ten krok i przyjechaB do niej. Fizyczna obecno[ Nicka - widok jego silnego, smukBego ciaBa wycig- nitego przed ni na podBodze, regularnych, czystych rys�w jego twarzy, silnych palc�w splecionych niedbale na brzuchu - dziaBaBa na ni pobudzajco niczym Bagodny afrodyzjak. UsiBowaBa nie zwraca na ten efekt uwagi, ale Nick zawsze tak na ni dziaBaB. I po raz pierwszy nie czuBa si specjalnie zagro|ona. ByBo jej z nim dobrze, Ale, naturalnie, nie mogBo to trwa wiecznie. SpojrzaB na ni znowu pytajco ciem- nymi oczami. - Czy naprawd zamierzasz spdzi tak reszt |ycia, Dani? - spytaB, jakby kontynu- owali rozmow, kt�r przed chwil przerwali. - PaBtajc si od miasta do miasta i podbu- rzajc ludzi? Dani opu[ciBa ponownie rk i nachmurzyBa si. - Chcesz znowu kB�tni? - Raczej nie. - Le|c w niedbaBej pozie, Nick przeni�sB wzrok z niej na przeciwlegB [cian. - Intrygujesz mnie. Naprawd lubisz by sama? - Tego nie powiedziaBam - odparBa ostro|nie, czujc si tak, jakby szBa boso przez pole minowe. - A| tak zle ze mn nie jest. - Zrcznie odbiBa piBeczk w jego stron. - Powiniene[ to wiedzie. Sam jeste[ w podobnej sytuacji. PokrciB powoli spoczywajc na jej kolanach gBow. OdczuBa ten ruch jako delikatne, zmysBowe potarcie o uda i brzuch. ZmieniBa nieco pozycj, starajc si obmy[li jaki[ mniej osobisty temat, zanim rozmowa zboczy na grunt, na kt�ry wolaBa si nie zapuszcza. S R - To nie to samo - mruknB z zadum. - Podobnie jak wikszo[ ludzi wiem, czego mi w |yciu brakuje, i jestem otwarty na zmiany... na ulepszenia. Ty, jak sdz - znowu uni�sB na ni swe przenikliwe oczy - zamykasz si na wszystko, co jest te| wa|ne w |yciu. Nie dopuszczasz do gBosu uczu i potrzeb normalnej kobiety. Mo|e si ich boisz. - Wyglda na to, |e ponownie zakwestionowana zostaBa moja kobieco[ - powiedziaBa oschle Dani. ZepchnBa jego gBow z kolan. - WstaD. Jeste[ ci|ki. PrzetoczyB si na bok i tym samym pBynnym ruchem objB j w pasie, popychajc Ba- godnie na podBog, zanim zd|yBa si zorientowa, co si dzieje. Na jego twarzy, kt�ra za- wisBa tu| nad ni, malowaB si wyraz powagi, jakiej nie spodziewaBa si ujrze. - PocaBuj mnie, Dani - za|daB cicho. Serce waliBo jej jak mBotem. Jak mogBa da si tak zaskoczy? Jak mogBa nie przygo- towa si na tak ewentualno[? Odwr�ciBa gBow. Ucisk, jaki czuBa w |oBdku, spowodo- wany byB po cz[ci paniczn reakcj umysBu, a po cz[ci podnieceniem zdradzieckiego cia- Ba. - Nie, Nick, powiedziaBam ci... Nick ujB jej twarz w dBonie. Oczy miaB ciemne i bByszczce, wyraz twarzy zdetermi- nowany, ale wygldaBo to na co[ innego, ni| nagBy przypByw po|dania, i Dani nie wiedzia- Ba, co o tym my[le. Powr�ciBo to wyrachowane spojrzenie, spok�j naukowca roz- wa|ajcego problem, ale pewnego ju|, jak go rozwi|e. - Nie chc o tym sBysze - powiedziaB stanowczo. - Nie bdziemy teraz rozmawiali. PocaBuj mnie i kropka. Le|aBa pod nim bezradna, z szeroko rozwartymi oczami, a on opu[ciB powoli gBow i pocaBowaB j. ByB to dziwny pocaBunek, pozbawiony wBa[ciwej mu namitno[ci i zmysBo- wo[ci. Jego wargi nie poruszaBy si, nie prowokowaBy jej w jakikolwiek spos�b, a mimo to sam ich dotyk napeBniB j miBym ciepBem, a stru|ki po|dania, spBywajce z szorstkich ko- niuszk�w palc�w dotykajcych jej twarzy, poruszyBy w niej wszystkie zmysBy. Uni�sB gBow i popatrzyB na ni badawczo. Dani nie podobaBo si to spojrzenie. Od- niosBa wra|enie, |e jest poddawana ocenie, z kt�rej wynika, i| pragnie dalszego cigu. Jesz- cze nie patrzyB na ni w ten spos�b. Znowu odwr�ciBa gBow, usiBujc si spod niego wydo- sta. S R - Bardzo dziwna z ciebie kobieta - powiedziaB cicho, z namysBem. ZatrzymaB j, przy- suwajc Bokcie do jej ramion i biorc w dBonie jej twarz. PoczuBa si gBupio na my[l, |e wy- rywa si z takiego Bagodnego u[cisku. - W swoim |yciu zawodowym jeste[ agresywna, pra- wie wojownicza. Ale kiedy dochodzi do konfrontacji sam na sam, tracisz pewno[ siebie. Reagujesz na mnie... - PrzesunB dBoni po jej lewej piersi. DrgnBa, kiedy jego palce po- dra|niBy nabrzmiaB sutk. ZacisnB mocniej dBoD nad jej gwaBtownie bijcym sercem, jakby dla udokumentowania swego stwierdzenia. - Ale niczego nie zaczniesz sama. Boisz si od- trcenia? Dani skuliBa si pod jego pytajcym, badawczym wzrokiem. - Nick, to [mieszne. PowiedziaBam ci ju|, dlaczego... - A ja ci powiedziaBem, |e nie chc o tym sBysze. P�zniej bdziesz miaBa okazj si wygada. Teraz ja mam ci co[ do powiedzenia. Dani znieruchomiaBa, zaskoczona stanowczo[ci jego tonu i zdecydowaniem wyzie- rajcym z oczu. Jego dBoD wci| spoczywaBa na jej bijcym sercu, rejestrujc ka|de przy- spieszenie rytmu. Dominujca postawa Nicka, ciepBo jego ciaBa i siBa mi[ni, spokojna de- terminacja w jego gBosie napeBniaBy j zar�wno lkiem, jak i podnieceniem. CzuBa si poj- mana i okieBznana, prawie zahipnotyzowana. MiaB nad ni wBadz i pozostawaBo jej tylko ulec. ByBo to uczucie niepokojce i przyjemne zarazem. - Chc by z tob, Dani - powiedziaB cicho. - CiaBem i dusz. Chc od tamtego pierw- szego wieczoru, kt�ry spdzili[my razem. CaBkiem niezle wtedy zaczli[my. FlirtowaBa[ ze mn i przychodziBo ci to bez trudu, bo to byBa gra. Ale kiedy ta gra zaczBa si przeradza w co[ powa|niejszego, wycofaBa[ si, schowaBa[ w skorup. - Dani chciaBa zaprotestowa. UciszyB j, kBadc palce na jej ustach. - Du|o o tym my[laBem przez ostatnie tygodnie. By- Bem z pocztku zbyt natarczywy i mo|e tu tkwi przyczyna... ale wydaje mi si, |e teraz ci rozumiem. Wiesz, |e midzy nami zawizaBo si co[ szczeg�lnego, i wykrty, jakimi mnie raczysz, to tylko twoja obrona przed odkryciem, |e mogBoby to by co[ niezwykBego. Mo|e ty si tym nie przejmujesz, ale jednocze[nie mnie nie pozwalasz si o tym przekona, a to ju| jest nie fair. Musi istnie jaki[ kompromis. To dlatego chc ci prosi, |eby[ na ten je- den wiecz�r, na kr�tk chwil, zapomniaBa o wszystkim. Niech si stanie. Dajmy sobie szans. S R Bardzo powoli oderwaB palce od jej ust, got�w w ka|dej chwili j uciszy, gdyby znowu pr�bowaBa zaprotestowa. Ocierajc si lekko o jej piersi, wyczuB chyba, jak wzno- sz si i opadaj w rytm nier�wnego oddechu. Jak mogBa si z nim spiera? Jak mogBa za- przeczy choby jednemu z jego sB�w? Midzy nimi rzeczywi[cie istniaBo co[ szczeg�lnego, co[ tak szczeg�lnego, |e eksplodowaBo nie wiadomo kiedy, zupeBnie j zaskakujc. Co[ tak szybkiego, gwaBtownego i niewtpliwego, |e nie przypominaBo niczego, co do tej pory zda- rzyBo jej si prze|ywa. Nie mogBa bra na siebie caBej odpowiedzialno[ci za okoliczno[ci, kt�re ich zetknBy i nieuchronnie musz rozdzieli. Czemu on nie rozumie, |e midzy nimi nic nie jest mo|liwe? Czego od niej chce? Tylko tej chwili... - Chc, |eby[ mnie pocaBowaBa, Dani - powiedziaB. GBos miaB cichy, niewiele gBo- [niejszy od szeptu, oczy jak aksamit. - PocaBuj mnie tak, jak lubisz by caBowana, i dotykaj tak, jak zawsze chciaBa[ mnie dotyka, tylko do tej pory si baBa[... Nie. - ChwyciB j za r- k, dostrzegajc popBoch w jej oczach. - Nie musimy si posuwa dalej, ni| bdziesz chcia- Ba. Zr�b to po prostu dla siebie... dla mnie. Podni�sB jej rk do swojej twarzy i z t chwil op�r Dani stopniaB caBkowicie. Zare- agowaBa caBym ciaBem. ProsiB o tak niewiele, tyle w zamian obiecujc. Z pewno[ci mo|e sobie pozwoli na t odrobin przyjemno[ci... Przerwie to, zanim zajd za daleko. ChciaBa go tylko obj, dotkn, pocaBowa. Uwolni si na kr�tk chwil z wiz�w, kt�re krpo- waBy jej kobieco[, i przekona si na wBasnej sk�rze, co ma do zaoferowania |ycie. Jej dBoD zaczBa peBzn ku karkowi Nicka, badajc po drodze ciepBe ciaBo i twarde mi[nie, muskajc jego mikkie wBosy. PrzycignBa twarz Nicka do siebie. Koniuszkiem jzyka dotknBa najpierw kcika jego ust, a potem przecignBa powoli po policzku i bro- dzie. W odpowiedzi jego bByszczce niczym onyks oczy rozjarzyBy si zadowoleniem i czu- Bo[ci. RozchyliB usta pod jej niepewnymi zrazu pocaBunkami, a potem poddaB j mocy zmysBowej magii, kt�ra oblaBa ich niczym strumieD roztopionego zBota. OddaB jej caB ini- cjatyw i, upojona, zapomniaBa o swoich zahamowaniach. WyczuwaBa pod wargami pulsu- jc |yB na jego szyi, coraz silniejsze ciepBo bijce mu z twarzy i nieregularno[ oddechu. ZaczBa niezdarnie manipulowa przy guzikach jego koszuli i obna|yBa w koDcu zaro[nit klatk piersiow. PrzetoczyB si na bok, delikatnie usidlajc jej nogi midzy swoimi. DBoDmi bBdziB tymczasem po jej talii i odsBonitym odcinku plec�w midzy d|insami a koszul. S R Ruchy Nicka byBy pow[cigliwe i pozbawione natarczywo[ci, byBy bardziej odpowiedzi na pieszczoty Dani, ni| pr�b wymuszenia takiej odpowiedzi na niej. Kiedy koniuszek jej jzyka zatoczyB krg wok�B jego twardej, brzowej brodawki, wstrzymaB oddech, a jego palce powdrowaBy w d�B i zamknBy si na jej biodrach. DotknB ustami jej warg i leniwa rozkosz przeistoczyBa si nagle w nieopanowan namitno[, kt�ra niczym raca wystrzeliBa z gBbi Dani ograbiajc j z oddechu, rozpierajc z nieoczekiwan siB klatk piersiow, rozlewajc si fal ciepBa, kt�ra uaktywniBa na dotyk Nicka wszystkie zakoDczenia nerwowe. Natura i jej wBasne uczucia sprzysigBy si przeciwko niej i zapo- mniaBa, gdzie koDczy si przyjemno[, a zaczyna niebezpieczeDstwo - je[li taka granica w og�le istnieje. WiedziaBa tylko, |e chce by z nim coraz bli|ej i bli|ej, dzieli si z nim, po- zna go. Da mu pozna siebie. Nie zwracaBa uwagi na swobodny ruch jego palc�w, kt�re sunc po nagiej sk�rze jej talii zatrzymaBy si w koDcu na guziku d|ins�w. OcknBa si jak z gBbokiego snu, przeszyta uczuciem paniki. Nie zamierzaBa posuwa si tak daleko. ZapomniaBa dlaczego, ale nie za- mierzaBa. WiedziaBa, |e powinna go teraz powstrzyma, i zdawaBa sobie spraw, |e nie znajdzie w sobie do[ siBy. PragnBa go ka|d czstk swego ciaBa, rozsdek przymiewaBa jej namitno[, a reakcje zmysBowe tBumiBy instynkt samoobrony. Nie obchodziBa jej przy- szBo[, liczyBa si teraz tylko ta chwila. Wtem Nick uni�sB gBow i spojrzaB na ni. - Dani? - wyszeptaB. Oczy bByszczaBy mu po|daniem, twarz miaB rozpalon rumieDcem podniecenia. Jego ciepBy oddech BaskotaB jej policzek. ZamarB z palcami na guziku d|ins�w i patrzyB jej w oczy, szukajc w nich odpowiedzi. I zobaczyB j wreszcie. Chyba si tego spodziewaB, cho- cia| wida byBo, |e miaB jednak nadziej na przyzwolenie. Spu[ciB oczy, by ukry zaw�d, a Dani odwr�ciBa z przygnbieniem gBow. Zanim usiadB i pu[ciB j, musnB jeszcze palcami jej nag sk�r w ge[cie po|egnalnej pieszczoty. Dani odwr�ciBa si do niego plecami. Przybita, rozprostowaBa ramiona i na jej ustach pojawiB si znajomy wyraz zdecydowania. Stygncy |ar, kt�ry jeszcze przed chwil przeni- kaB ka|d kom�rk jej ciaBa, pozostawiB uczucie podra|nienia i b�lu. Bijce nier�wnym ryt- mem serce upokarzaBo j przypominajc, do czego omal nie doszBo, a zdyszany oddech zdradzaB, |e jej ciaBo wci| jeszcze sprzeniewierza si rozsdkowi. Nick pu[ciB j, by zada S R jej jedno pytanie, chocia| zdawaB sobie w peBni spraw, |e wybita z nastroju udzieli mu mo|e tylko jednej odpowiedzi. ZrobiB to z rozmysBem. Powinna mu by wdziczna za ten dow�d uczciwo[ci. Dlaczego wic czuBa tylko gniew i bolesny zaw�d? I na kogo wBa[ciwie byBa zBa - na siebie sam za okazan sBabo[, czy na niego za to, |e tej sBabo[ci nie wyko- rzystaB? - Dobrze - rozlegB si za jej plecami cichy gBos. - Porozmawiajmy. Spok�j Nicka oburzyB j. Wyre|yserowaB to wszystko. PanowaB nad sob, nie byB ani troch poruszony. PrzygryzBa na chwil doln warg, zdecydowana odpowiedzie mu pik- nym za nadobne. Odwr�ciBa si ju| opanowana. Jego twarz byBa spokojna, ale w oczach do- strzegBa tlcy si jeszcze zduszony ogieD i to podniosBo j na duchu. Nie byBo mu wcale tak Batwo. - Dlaczego to zrobiBe[? - zapytaBa spokojnie. Nick nie udawaB, |e nie rozumie pytania. - ChciaBem by wobec ciebie w porzdku - odparB bez zmru|enia powiek. - Nie zale|aBo ci jako[ na tym przed dwoma tygodniami. - Nie potrafiBa ukry zjadli- wej nutki w gBosie. Nick nie daB si sprowokowa, - Przed dwoma tygodniami wystarczyBoby mi, gdyby[ poszBa ze mn do B�|ka - odparB po prostu. - Teraz chodzi mi o co[ wicej. Chc ciebie caBej i chc to dosta dobrowolnie. Dani szybko wstaBa i podeszBa do okna. To nieoczekiwane o[wiadczenie poruszyBo ni r�wnie silnie, jak wcze[niej jego pieszczoty. PrzeraziBo za[ jeszcze bardziej. Ale Nick ma racj - teraz chodzi o co[ wicej. O tak du|o, |e baBa si ryzykowa. - A dlaczego ty przerwaBa[? - spytaB Nick. Przez my[l przemknBo jej z dziesi logicznych odpowiedzi; wszystkie byBy praw- dziwe, ale |adna nie nadawaBa si do powt�rzenia na gBos. MogBa zasBoni si nonszalancj albo zby go byle czym; mogBa poprosi, |eby ju| sobie poszedB. Ale jako[ nie potrafiBa. PostanowiBa, |e bdzie z nim szczera. - To nie jest takie proste - odparBa cicho, zwr�cona twarz do zasBonitego okna. - Po prostu nie umiem... bra sobie kochank�w, a potem rzuca ich ot tak sobie, kiedy przycho- dzi pora, |eby wyjecha. Ju| dawno przekonaBam si, |e nie starcza mi siB na przelotne ro- manse. S R - A kto powiedziaB, |e to ma by przelotny romans? - spytaB Nick. UsByszaBa w jego gBosie nutk zdumienia. Odwr�ciBa si do niego, z trudem kryjc zniecierpliwienie. OparBa si o parapet, ma- skujc swobodn poz napicie, kt�re ogarnBo jej caBe ciaBo. - A c�| innego? - odpowiedziaBa pytaniem na pytanie. SiedziaB nadal na podBodze z rk wspart niedbale na podcignitym kolanie, jednak pogoda widoczna na jego twarzy wygldaBa na troch wymuszon. WytrzymaB bez zmru|e- nia powiek jej wzrok. - To zale|y tylko od ciebie, czy| nie? - powiedziaB. - Nie. - To sBowo wyrwaBo jej si z ust bezwiednie. Spu[ciBa na moment oczy, a potem zmusiBa si, by zn�w spojrze na Nicka. - Moja praca utrudniaBaby mi |ycie osobiste - wy- ja[niBa rzeczowo, bardzo dumna z obojtno[ci w swoim gBosie. Cokolwiek czuBa, nie byBa to z pewno[ci obojtno[. MiotaBy ni mieszane uczucia i zmuszaBa si, by m�wi co[, czego w og�le nie chciaBa powiedzie. - Mo|e i miaBe[ racj m�wic, |e wkBadam w swoj prac caBe serce. Inaczej si nie da. Nick pokrciB powoli gBow. WpatrywaB si w ni z tak intensywno[ci, |e nie mogBa oderwa od niego oczu. - Nie caBe serce - powiedziaB cicho. - Jest w nim dosy miejsca, by[ mogBa pragn mnie. WestchnBa troch spazmatycznie. WpiBa palce w drewnian framug okna. - Nie mog sobie pozwoli... - UrwaBa i spr�bowaBa od pocztku. Co ka|e jej to m�- wi? - Masz racj - powiedziaBa sztywno. - Jest co[ midzy nami... co[, co by mo|e trudno bdzie przerwa, kiedy bd musiaBa wyjecha. Mam ci to przeliterowa? - NarastaBo w niej napicie, kt�re |elaznym chwytem zaciskaBo si na jej sercu. - Chc ci... to prawda. Pra- gnBam w swoim |yciu innych m|czyzn. Ty pragnBe[ innych kobiet. Oboje jeste[my w tym wieku, |e dostrzegamy r�|nic midzy tym, czego pragniemy, a tym, co mo|emy mie. Nie ma sensu... Pod koniec jej monologu Nick z zaskakujc zwinno[ci podni�sB si z podBogi i staB teraz przed ni z takim wyrazem oczu, |e urwaBa w p�B zdania. UwiziB j przy parapecie okna swoim ciaBem. StaB tak blisko, |e ich uda i piersi dzieliB uBamek milimetra. Nie dotknB jej jednak. S R - Nie wygBaszaj mi tu jakiej[ cholernej mowy agitacyjnej. - Melodyjny, niski tembr jego gBosu podra|niB jej zmysBy i sprawiB, |e zapragnBa si cofn, cho nie [miaBaby oka- za przed nim takiej sBabo[ci. - Nie przemawiaj do mnie tak, jak robiBa[ to na wiecach zwizkowych w kilkunastu miastach. - Uni�sB rce i ujB jej twarz. PrzygotowaBa si na mia|d|cy u[cisk, a tymczasem jego dotyk byB tak delikatny, |e zaparBo jej dech w pier- siach. Wgielki jego oczu wypatrywaBy jej duszy. - Bo - cignB bardzo cicho - nigdy nie pragnBa[ innego m|czyzny tak jak mnie. Nie byBo sensu zaprzecza. Nie spotkaBa jeszcze nikogo takiego jak Nick. Wiedzieli o tym od samego pocztku. Nick jednak wymagaB wicej od tamtych. Nick oferowaB co[ prawdziwego i trwaBego, gdyby jednak przystaBa na jego propozycj, ryzykowaBa utrat wszystkiego. Nick wyczuB pod palcami, jak sztywnieje jej szyja, i instynktownie zareagowaB gnie- wem i rosnc frustracj. - Tobie mo|e odpowiada zmiana kochanek bez ogldania si za siebie - powiedziaBa po prostu - ale to nie dla mnie. Mam prawo to przerwa, zanim bdzie za p�zno, bo potem bdzie mi jeszcze trudniej. Ja... - Dani, do cholery! - OderwaB rce od jej twarzy i odwr�ciB si gwaBtownie. UsByszaBa jego urywany oddech. Zmieniony gBos zdradzaB, jak usiBuje zapanowa nad uczuciami. Wo- laB na ni nie patrze. - ZaplanowaBa[ sobie to wszystko jak jak[ przeklt kampani agita- cyjn! Od pocztku do koDca wszystko przebiegaBo tak, jak zaprogramowaBa[. Dlaczego? - zapytaB, spogldajc wreszcie na ni. PatrzyB zw|onymi, pBoncymi oczami. - Dlaczego to musi si skoDczy, zanim si na dobre zaczBo? Zamykasz drzwi nie tylko sobie, ale i mnie, a to nie jest w porzdku! Dani staBa bez ruchu ze zBo|onymi jak do modlitwy dBoDmi. Gdyby wiedziaB, jak roz- paczliwie pragnie powiedzie mu co[ innego, gdyby wiedziaB, |e jej obojtno[ jest udawa- na! - Zostan tutaj jeszcze najwy|ej kilka tygodni - rzekBa chBodno. - Za miesic o tej po- rze bd ju| w innym mie[cie i niczego nie bd |aBowaBa... UrwaBa na widok wyrazu jego przymru|onych oczu. - Nie - warknB ochryple. - Nie bdziesz miaBa czego |aBowa, bo nic nie zrobiBa[. Je- ste[ dumna ze swego pustego |ycia, Dani? S R Celnie wymierzona strzaBa przebiBa pancerz i trafiBa w czuBe miejsce. Dani wzdrygnBa si. Nick zauwa|yB jej reakcj, zanim zd|yBa nad sob zapanowa. - Jestem dumna ze swojego |ycia - wyrzuciBa z siebie, a na jej policzki wypBynB lekki rumieniec gniewu. - Wiele dokonaBam i wiele jeszcze dokonam. Nie mam si czego wsty- dzi i nie masz prawa krytykowa ani mnie, ani tego, co robi. - Oczywi[cie, |e nie - powiedziaB cicho. PatrzyB jej prosto w oczy i ogarnBo j irra- cjonalne pragnienie, by czmychn std jak najdalej. - Jak m�gBbym krytykowa kobiet, kt�ra walczy o wszystkich, tylko nie o siebie? Ryzykujesz |yciem dla tysicy ludzi, kt�rych nawet nie znasz, ale co zrobisz, gdy przyjdzie pora zadba o wBasne interesy? - Ostr wy- mow sB�w Nicka BagodziB wyraz szczerej troski w jego oczach. - Czy twoje potrzeby si nie licz? - Doprawdy, nie widz sensu dyskutowania na ten temat, Nick - odparBa. ZorientowaB si, |e natrafiB na jej sBaby punkt. - Masz racj - zgodziB si. - Dyskusja nie jest |adnym wyj[ciem. Oboje jeste[my ludzmi czynu. Odwr�ciB si do niej bokiem i ten manewr skutecznie rozBadowaB narastajce midzy nimi napicie, kt�re w ka|dej chwili groziBo wybuchem. ZapinaB bez po[piechu koszul, jak gdyby wymiana zdaD sprzed chwili byBa jedynie dobrze odegran scenk bez |adnego zna- czenia. Zazdro[ciBa mu opanowania i nienawidziBa go za to. Ona sama powoli si rozklejaBa i nie mogBa da tego po sobie pozna. - My[l, |e je[li nie masz nic przeciwko temu, mogliby[my wybra si w sobot wie- czorem na prawdziw kolacj i dancing - zaproponowaB, sigajc palcami do trzeciego gu- zika. M�wiB tonem tak swobodnym, jak gdyby to zaproszenie byBo najnormalniejsz rzecz pod sBoDcem. - ZasBu|yli[my sobie chyba oboje przez te ostatnie dwa tygodnie na jaki[ wy- pad? A kiedy si zawahaBa, spojrzaB na ni prowokacyjnie. - A mo|e nie masz czasu? Gdyby teraz odm�wiBa, Nick odczytaBby to jako przyznanie si do zarzut�w, jakie jej stawiaB - |e boi si konfrontacji z wBasnymi uczuciami, |e nie ufa sobie. - Bd musiaBa wcze[nie wr�ci - mruknBa. Z lekkiego skrzywienia jego ust przebijaB cynizm. S R - Wiem. Niedziela to tw�j wielki dzieD, prawda? ZapiB ju| ostatni guzik i staB przez chwil, patrzc na ni. DzieliBa ich caBa dBugo[ pokoju i Dani stBumiBa w sobie irracjonaln pokus wycignicia do niego ramion. Nie mia- Ba pewno[ci, czy podszedBby do niej. I wolaBa tego nie sprawdza. - Walka, jak toczymy, koDczy si przy bramie fabryki. Powinna[ o tym pamita, Dani. Nie zamierzam walczy z tob i nie zamierzam walczy po twojej stronie. Czeka ci podjcie kilku trudnych decyzji i dokonanie wyboru, co te| nie bdzie Batwe... Mo|esz zro- bi to teraz albo dalej ucieka, ale kt�rego[ dnia znowu przed nim staniesz. Zrobisz to sama. Nie mog ci do niczego zmusza. Co najwy|ej mog tu by... i |ywi nadziej, |e kiedy si wreszcie zdecydujesz, przyjdziesz wBa[nie do mnie. - PatrzyB na ni przez chwil w milcze- niu i Dani nie miaBa ju| wtpliwo[ci, |e pragnie tak samo jak ona zmniejszy dzielc ich odlegBo[, wycign ramiona. Nie zrobiB jednak tego. PowiedziaB jedynie  dobranoc" i wy- szedB. S R ROZDZIAA �SMY Nim si obejrzaBa, nadszedB sobotni wiecz�r. OtworzyBa drzwi i wbiBa w[ciekBy wzrok w Nicka, usiBujc okaza mu, jak bardzo zostaBa zniewa|ona. Kloszowy brzeg ciemnobr- zowej sukni owinB si z szelestem wok�B Bydek, Bagodzc nieco jej wojowniczy nastr�j. Nick zauwa|yB zaczepn min i zw|one oczy Dani. WiedziaB ju|, co go czeka. - A niech ci cholera - wycedziBa powoli. - Zlicznie wygldasz - odparB uprzejmie. Na Nicka trudno si byBo dBugo gniewa; ostatnio staBo si to prawie niemo|liwe. StaB przed ni na tle r�|owego zachodu sBoDca w dopasowanych szarych spodniach i niebieskiej kurtce niczym symbol niewymuszonej elegancji. Mankiety bladoniebieskiej koszuli spinaBy skromne, zBote spinki, a materiaB, z jakiego byBa uszyta, wygldaB na mikki i przyjemny w dotyku. Do tego krawat z bByszczcego jedwabiu w kolorach bBkitu i be|u. Kr�tko m�wic, prezentowaB si bardzo wytwornie, jednak spod tej ukBadnej powierzchowno[ci przebijaBa znajoma, prawdziwa msko[, przejmujca Dani do szpiku ko[ci. - Zaraz kopn ci w kostk - warknBa. U[mieszek rozbawienia pogBbiB kciki jego ust. - A ja ci zaraz pocaBuj. PostpiB krok w prz�d i poBo|yB dBonie na jej biodrach, przycigajc j do siebie ru- chem zbyt pBynnym i Bagodnym, by uzna go za wpByw li tylko impulsu. PoczuBa jego uda na swoich i westchnienie protestu, jakie wydaBa, utonBo w jego ustach. Gdyby chciaB roz- broi j zmysBowo[ci, na pewno udaBoby mu si, ale nie byBo to jego zamiarem. Tsknota i czuBo[, jakie Dani odczytaBa w pocaBunku, przeBamaBy jej pow[cigliwo[. PoczuBa si wzruszona, osBabiona i... smutna. Kiedy Nick wyprostowaB si, wsparBa gBow na jego piersi i wsBuchaBa si w miarowe bicie serca. Jedwabi[cie mikki materiaB koszuli pie[ciB jej poli- czek, a usta Nicka muskaBy wBosy. ZastanawiaBa si, dlaczego ma ochot si rozpBaka. TrzymaBa dBonie na jego plecach, czuBa wok�B siebie jego rce, opasujce j z tak Bagodn siB, |e musiaBa w koDcu przyzna, i| pragnBaby trwa w tych objciach wiecznie. W azylu silnych ramion Nicka nic nie byBo w stanie jej przestraszy - nic z zewntrz, nic od we- wntrz. Nawet gBbia tego, co zaczynaBa do niego czu. Nawet niebezpieczeDstwo, |e j zdradzi. S R Nick gBadziB koniuszkami palc�w materiaB sukienki na jej plecach. ByB to gest nie tyle zmysBowy, co kojcy. Obejmowali si, oddychali w tym samym rytmie, o tym samym my- [leli. Dani tak bardzo si kiedy[ baBa, |e zabrnie zbyt daleko. Teraz byBo za p�zno. To zaszBo za daleko ju| wtedy, kiedy spojrzaBa na niego po raz pierwszy i teraz nie czuBa gniewu, tylko rozpacz i |al, |e nie mo|e tego mie. Ju| si nie baBa. ByBa jedynie smutna. Odwr�ciBa gBow i odsunBa si od niego. Nick nie zatrzymaB jej. PatrzyB na ni po- wa|nie i zwlekaB z oderwaniem dBoni od jej talii. - Nie powiniene[ byB tego robi - powiedziaBa cicho. ZerknBa na otwarte drzwi za je- go plecami, przez kt�re wida byBo parking i przebiegajc za nim szos. - Kto[ m�gB ci zobaczy. W og�le nie powinni widywa nas razem. - Wiem - odparB spokojnie. PoszukaBa wzrokiem jego oczu. - Kr| ju| rozmaite plotki, Nick. Mo|esz mie z tego powodu prawdziwe kBopoty. Nie chc ci nara|a na nieprzyjemno[ci ani... na utrat pracy. Aagodny u[miech roz[wietliB lekko jego twarz. - Warto zaryzykowa - zapewniB j cichym gBosem i dopiero teraz pu[ciB. Jego dBoD przygBadziBa delikatnie pasemko jej wBos�w, a maska przekory, kt�r pr�bowaB przywoBa na twarz, nie wygldaBa tym razem przekonujco. - No to mo|e - zaproponowaB - teraz ty speBnisz swoj grozb? Dani odwr�ciBa si po torebk, ale nagle ramiona jej opadBy i znieruchomiaBa, ogar- nita uczuciem pora|ki. - To absurdalne - mruknBa. - Dlaczego to robimy? - SpojrzaBa na niego. - Rano wbi- jasz mi n�| w plecy, a wieczorem zabierasz na kolacj. Czego pr�bujesz w ten spos�b do- wie[? - ChciaBa, |eby zabrzmiaBo to gniewnie, a wyszBo |aBo[nie. SzBa do tej bitwy dobrze uzbrojona, przynajmniej tak jej si wydawaBo. Nie przygotowaBa si na ogBupiajce wpBywy tego chaotycznego zwizku. Nie potrafiBa sobie z nimi poradzi. Powinni by albo wrogami, albo kochankami. Jej [cisBy, wojskowy umysB daBby sobie rad w ka|dej z tych sytuacji. Ale ta hu[tawka, ten brak zdecydowania wprowadzaBy zamt w jej uczuciach i nie wiedziaBa ju| sama, czego wBa[ciwie chce, co ni powoduje, ani jak si ma zachowa w sytuacji, kt�ra j czeka. S R - Pozw�l, |e zgadn - powiedziaB Nick. - Jeste[ na mnie w[ciekBa, bo zarzdziBem do- datkowy dzieD pracy w t niedziel. - Wyraz jego czarnych oczu byB enigmatyczny, ton gBosu Bagodny. - Jestem w[ciekBa, |e zaproponowaBe[ przyj[cie do pracy tylko zwolennikom zwizku, chocia| wiedziaBe[, |e wybieraj si na zebranie. I byBa to propozycja nie do odrzucenia! DaBe[ im wyraznie do zrozumienia, |e albo przyjd w niedziel do pracy, albo mog si tam wicej nie pokazywa, a ja ju| my[laBam, |e nie zni|asz si do taktyki zastraszania! A wBa[ciwie dlaczego tak si denerwuje? Czy naprawd sdziBa, |e Nick podda si bez walki? On miaB do wykonania swoje zadania, ona swoje, i nigdy nie daB jej do zrozu- mienia, |e ich osobiste zaanga|owanie wpBynie w jakikolwiek spos�b na jego decyzje po- dejmowane w interesie firmy. ByBa bardziej zBa na siebie ni| na Nicka. Dlaczego si teraz tak denerwuje? WykonaB ruch, kt�ry mo|na byBo Batwo przewidzie, ruch, na kt�ry powinna by przygotowana i przyj go ze spokojem, a ona, nie wiedzie czemu, czuje si osobi[cie przez niego zdradzona. Dlaczego tak trudno jej pamita, |e stoj po przeciwnych stronach barykady? CzekaBa niecierpliwie, jak zareaguje na jej irracjonalny wybuch, chocia| ju| si go wstydziBa. Nick pozostaB niewzruszony i jak zawsze opanowany. - W wyniku przestoj�w spowodowanych tymi zwizkowymi przepychankami straci- li[my w tym tygodniu mn�stwo czasu. Trzeba to odrobi. - I, naturalnie, do odrabiania zalegBo[ci w swoim planie produkcji wybraBe[ ludzi, kt�rzy mieli uczestniczy w moim zebraniu. - Naturalnie - odparB ze spokojem. PrychnBa ze zniecierpliwieniem, odwracajc si od niego gwaBtownie, i natychmiast po|aBowaBa tej impulsywnej demonstracji uczu. To ma by profesjonalizm? Co si staBo z t kobiet, kt�ra potrafiBa przyjmowa jego wredne zagrania ze spokojnym u[miechem i odwzajemnia mu si wBasnymi podstpnymi sztuczkami? SkarciBa si w duchu za nie- rozwag. OdetchnBa gBboko i odwr�ciBa si do niego, napinajc z determinacj mi[nie twarzy oraz zadzierajc buDczucznie brod. S R - To ci si nie uda, Nick - powiedziaBa. - Nic w ten spos�b nie osigniesz. Bez wzgl- du na to, czy przyjdzie osiem, czy osiemdziesit kobiet, zebranie odbdzie si i przystpimy do konkretnych dziaBaD. Na jego twarzy po raz pierwszy zamajaczyB cieD nieprzyjemnego marsa. - Ty ju| przystpiBa[ do konkretnych dziaBaD - odparB. - Posunicie i kontrposunicie, tak si nazywa ta gra, nieprawda|? SpojrzaBa na niego przenikliwie. - Wszystko podporzdkowane pracy zawodowej, prawda? - zapytaBa cicho. - Od teraz nie bdzie ju| w tym ani [ladu motywacji osobistych? - I tak, i nie - odparB z kamienn twarz. - Powiedzmy, |e jestem bardziej ni| kiedy- kolwiek zaanga|owany osobi[cie w swoj prac. - A je[li nie potrafisz mnie pobi na gruncie prywatnym, postarasz si dokona tego na zawodowym. - Nie zamierzaBa rzuca tego wyzwania; ugryzBa si w jzyk, ale byBo ju| za p�zno. Nie chciaBa sprawdza w ten spos�b prawdziwo[ci ich zwizku - teraz ani nigdy. Ale Nick przyjB to, jak zwykle zreszt, ze spokojem. - Nie jestem zainteresowany pobijaniem ci na |adnym gruncie, Dani - powiedziaB. W jego gBosie pobrzmiewaB cieD rozczarowania, niemal smutku. - Nie o to nam przecie| cho- dzi. - DotknB lekko jej ramienia i wyraz nieobecno[ci w jego oczach skojarzyB si Dani z chmur przesBaniajc sBoDce. - Lepiej ju| chodzmy, bo przepadnie nam rezerwacja. Chcia- Ba[ wcze[nie wr�ci, pamitasz? Dani wziBa swoj maB, wyszywan paciorkami torebk, zachodzc w gBow, czemu wdaj si oboje w t komedi. Rozsdna kobieta odwoBaBaby t randk |ywcem wyjt z farsy, i okopaBa si na pozycjach. Ona za[ nie miaBa na to odwagi. Czy tak rozpaczliwie za- le|aBo jej na jego towarzystwie, |e godziBa si na nie bez wzgldu na okoliczno[ci? Nick nie odzywaB si w drodze do samochodu. PrysB nastr�j, kt�ry skBoniB go do po- caBowania jej w progu, i nie byBo sposobu, by go odtworzy. Ten Nick byB inny od tamtego, kt�rego znaBa. KroczyB powa|ny i zamy[lony, nie pozostaBo [ladu po jego wesoBej przekorze i swobodnym stylu bycia. Mo|e |aBuje, |e j zaprosiB. U[wiadamiajc to sobie, Dani poczuBa przykry ucisk w |oBdku. To byBo chyba nieuniknione. Zbyt dBugo |yli pod presj wielkiego, niespeBnionego zauroczenia i z czasem wyczerpa si musiaBa nawet jego pogoda ducha. Dla S R obojga nadeszBa pora, by przerwa t gr pozor�w i spojrze faktom w oczy. Nie jej wina, |e nie podoba mu si to, co widzi. OstrzegaBa go wszak, |e to nie ma sensu... Dani usiadBa po[rodku fotela, w przyzwoitej odlegBo[ci od Nicka, ale nie za daleko. ByBa w peBni [wiadoma jego ciaBa, cho atmosfera wieczoru zawisBa gdzie[ w nieokre[lonej strefie pomidzy spotkaniem towarzyskim a spotkaniem w interesach. Nick trzymaB rce na kierownicy i nawet nie pr�bowaB jej dotyka. RozwiaB w ten spos�b wszelkie nadzieje, |e bdzie pr�bowaB zatrze przykre wra|enie, jakie pozostaBo po niedawnej wymianie pogl- d�w. SiedziaBa w fotelu i patrzyBa przed siebie, starajc si oswoi z uczuciem rozczarowa- nia. - Dokd jedziemy? - spytaBa po chwili z zamiarem skierowania rozmowy na neutralny grunt. - W jakie[ ustronne miejsce - odparB nieobecnym tonem. - MiBe. I ciche. Gdzie[, gdzie starszy kelner nie tylko groznym spojrzeniem zareaguje na podniesione w gniewie gBosy - cignB, rzucajc jej spojrzenie z ukosa. - W takim miejscu bdzie chyba najbezpieczniej na rozmow, kt�ra nas czeka. PostanowiBa przyj to filozoficznie. - A wic to nie randka? Nick nie odrywaB wzroku od drogi. - NiezupeBnie. - Dlaczego odnosz wra|enie, |e za chwil zepsujesz mi pierwszy od dw�ch tygodni przyzwoity posiBek? I dlaczego w krtani narastaBa jej gula, utrudniajca zachowanie lekko[ci tonu? ByBa na to przygotowana; byBa gotowa na wszystko. Od chwili przyjazdu do Somerset jej |ycie staBo si jednym pasmem trudnych spotkaD z Nickiem. Powinna si byBa do tego przyzwyczai. A wygldaBo na to, |e coraz trudniej zachowa jej wobec niego oficjaln postaw i zaczynaBa powoli zapomina o przyczynach, dla kt�rych powinna zachowywa si oficjalnie. Nick zerknB na ni. - Dlaczego zgodziBa[ si dzisiaj wyj[ ze mn? - spytaB niemal mimochodem. - Dla- czego mnie nie spBawiBa[, dowiedziawszy si, |e pokrzy|owaBem ci plany jutrzejszego ze- brania? - SpodziewaBe[ si tego? S R - Raczej nie. Nadal czekaB na odpowiedz na swoje pytanie i Dani z trudem przeBknBa [lin, bo nie wiedziaBa, co powiedzie. Bo chciaBam by z tob, i tyle. Bo pomy[laBam sobie, |e na jeden wiecz�r mog oddzieli sprawy zawodowe od |ycia osobistego, ale chyba nie potrafi... - Nie wiem, dlaczego - odparBa w koDcu, unikajc jego wzroku. - Chyba si nad tym nie zastanawiaBam. P�Bu[mieszek, kt�ry zago[ciB na wargach Nicka, rozBadowaB troch napicie panujce w samochodzie. - To mo|e jest jeszcze dla ciebie nadzieja - powiedziaB enigmatycznie. Przejechali kilka kilometr�w i Dani nadal usiBowaBa rozszyfrowa, co miaB na my[li, kiedy naraz odezwaB si powa|nym tonem: - Nie wiem, czy zdajesz sobie spraw z nastroj�w, jakie zapanowaBy w fabryce. Gdy- by[ wiedziaBa, zrozumiaBaby[, dlaczego podjBem dziaBania majce na celu zredukowanie liczby uczestnik�w twojego zebrania z osiemdziesiciu do o[miu. SpojrzaBa na niego ostro, ale Nick nie pozwoliB sobie przerwa. - Ludzie zaczynaj by agresywni, Dani - cignB, tak jak gdyby tego nie wiedziaBa. - Kr| pogBoski... - UrwaB, dochodzc chyba do wniosku, |e nie powinien si nimi z ni dzieli. Brwi miaB [cignite i patrzyB na drog. - Bezpieczniej byBo zmniejszy ci fre- kwencj - dokoDczyB po chwili. - Nie chc, |eby komu[ co[ si staBo. Dani czuBa si rozdarta. OburzyBa j jego interwencja, a jednocze[nie rozumiaBa jego postaw. MusiaBa sobie wci| przypomina, |e osobi[cie Nick nie ma nic przeciwko niej ani przeciwko zwizkowi, |e chodzi mu tylko o utrzymanie spokoju. Ta [wiadomo[ sprawiBa, |e odpowiedziaBa bez zgryzliwo[ci: - Umiem panowa nad tBumem. Pamitaj, |e nie jestem jakim[ tam |�Btodziobem, kt�ry ma pierwszy raz do czynienia z czym[ takim. - W jej gBos wkradB si cieD zniecierpli- wienia i poczucia zniewagi. - Czy m�gBby[, na miBo[ bosk, cho troch mi zaufa? Dla- czego nie chcesz uwierzy, |e wiem, co robi? Nick odpowiedziaB ostro, z trudem panujc nad gBosem. - Bo ty niczego nie wiesz. - Dani z zaskoczeniem obserwowaBa, jak zaciskaj si na kierownicy jego dBonie i jak napinaj mi[nie twarzy. ByB naprawd zdenerwowany i ta drobna sprzeczka w drzwiach miaBa niewiele wsp�lnego z przyczyn podBego nastroju, w S R jakim si znajdowaB. - Patrzysz na wszystko z zewntrz i nie mo|esz oceni skutk�w fal uderzeniowych, jakie rozchodz si po zrzucanych przez ciebie bombkach. Widzisz tylko wierzchoBek g�ry lodowej, a wydaje mi si, |e czasem nawet i tego nie. Ja tam jestem, ja widz, co si wyprawia. Do cholery, Dani, nie masz pojcia... - UrwaB, tBumic w zarodku wybuch. Kostki palc�w zaci[nitych na kierownicy miaB pobielaBe. DokoDczyB, usiBujc m�wi spokojnie, co zupeBnie nie przystawaBo do napitych mi[ni twarzy. - Ty po prostu nie masz zielonego pojcia, jak namieszaBa[. - ZamilkB w obawie, |e za du|o jej powie. Dani r�wnie| milczaBa przytBoczona |arem jego sB�w, napiciem, mrocznym pBomie- niem w oczach. U[wiadomiBa sobie nagle, w jak ogromnym stresie musiaB |y przez ostatnie dwa tygodnie, cho do tej pory jedyn emocj, jak okazywaB, byBa najbardziej neutralna w [wiecie troska o jej osob. NiepokoiBo j to i troch przera|aBo, bo wiedziaBa, |e Nick ma ra- cj... |e ona nie jest w stanie oceni nastroj�w zaBogi na terenie zakBadu. Wsp�Bpracownicz- ki relacjonowaBy jej tylko zwycistwa, klski pomijajc milczeniem. Tak ju| przywykBa do pogr�|ek Scotta i jego bandy, |e niemal nie zwracaBa na nie uwagi. I prawd m�wic, przez ostatnie tygodnie zbyt wiele miaBa na gBowie, by przejmowa si subtelno[ciami nastroj�w wok�B jej kampanii. ZaczynaBa zatraca t wra|liwo[ na ludzkie emocje, kt�ra dawniej byBa gwarancj jej bezpieczeDstwa... a to dlatego, |e jak idiotka daBa si uwikBa w osobisty kon- flikt. Taka nierozwaga mogBa j drogo kosztowa. - Co takiego sByszaBe[? - spytaBa powoli, bardzo spokojnie. Nick zerknB na Dani i zauwa|yB jej spit twarz, cho wiedziaB, |e stara si nada jej neutralny wyraz. Jeden po drugim, z widocznym wysiBkiem, rozluzniB obejmujce kierow- nic palce. Zel|aBo wyraznie napicie jego ramion, wygBadziBo si pocite zmarszczkami czoBo. M�wiB ju| normalnym gBosem, cho nie pr�bowaB ukry powagi. - To wymyka ci si z rk, Dani - powiedziaB. - Nie wiem, czego si spodziewasz, ale je[li Batwego zwycistwa, to jeste[ w wielkim kBopocie. SByszaBa[ o po|arze, kt�ry wczoraj w nocy wybuchB u Williams�w? - spytaB znienacka. Odwr�ciBa gwaBtownie gBow, by na niego spojrze. - Co? - wykrztusiBa bez tchu. Nick zorientowaB si, |e nic o tym nie wie, zanim jeszcze ujrzaB jej szeroko rozwarte oczy i zaskoczon min. PokiwaB pospnie gBow. S R - Grupa chBopak�w wtargnBa p�Bci|ar�wk na trawnik przed domem i wrzuciBa przez okno zapalone pochodnie. Szkody s niewielkie. WygldaBo to raczej na ostrze|enie. Dani z trudem przeBknBa [lin. Emily Williams byBa jedn z jej najbardziej wygada- nych zwolenniczek, jeszcze gBo[niejsz ni| Liza. ByBa du| kobiet i zwracaBa na siebie uwag. W fabryce pracowali te| jej brat i siostra, i chocia| oboje formalnie jeszcze si nie zdeklarowali, to najwyrazniej popierali ob�z siostry. Wszyscy troje mieszkali razem. - Czy... komu[ co[ si staBo? - spytaBa Dani nieco schrypnitym gBosem. Nick zerknB na ni tak, jakby dziwiBo go, |e w nawale zaj ma jeszcze czas trosz- czy si o czyje[ zdrowie. DotknBo j to bardziej, ni| jaka[ zgryzliwa uwaga czy zawoalo- wane wyzwanie. - Nie - odparB. - Ale mo|esz by pewna, |e to dopiero pocztek. Dani poprawiBa si w fotelu i zapatrzyBa przed siebie. Przez reszt drogi czuBa na sobie kilkakrotnie wzrok Nicka, ale z jego ust nie padBo ju| ani jedno sBowo. Czy|by pomy[laB, |e si tym nie przejBa? Chocia| od wielu lat staraBa si nie przejmowa, nie udaBo jej si dotd wyrobi w sobie niewra|liwo[ci na cierpienie innych. KrwawiBa za rannych, odczuwaBa gB�d za tych, kt�rzy stracili prac; tam, gdzie chodziBo o obron niewinnych, kt�rych jedynym przestpstwem byBo domaganie si przysBugujcych im praw, jej wBasne bezpieczeDstwo si nie liczyBo. Tak, wielu rzeczy w swej pracy nienawidziBa. Tak, wiele razy nie mogBa w nocy zasn. Ale jak dotd nikt nie odkryB sposobu, jak lepiej wykonywa t prac i przy |yciu trzymaBa Dani pewno[, |e nastpnym razem, w nastpnym mie[cie, p�jdzie Batwiej, znajd si pokojowe rozwizania i zysk bdzie wart poniesionych koszt�w. BudowaBa dla tych lu- dzi lepsze |ycie. Zmiany nigdy nie przychodz Batwo, nie ona winna jest przemocy... Dojechali w koDcu do klubu, kt�ry wybraB na dzisiejszy wiecz�r Nick. ByBo tu tak romantycznie, |e Dani dosBownie dech zaparBo w piersiach, i w balsamicznym, wieczornym powietrzu wyparowaBo w jednej chwili napicie, jakie narosBo midzy nimi podczas jazdy. Pomidzy pod[wietlonymi od tyBu dbami i kwitncymi drzewami przycupnB stary, drew- niany mByn na kamiennej podmur�wce, z mByDskim koBem i rwcym strumieniem. ZwiatBa taDczyBy na wodzie, [lizgaBy si po obBych, rzecznych kamieniach i zapuszczaBy w krte [cie|ynki wysadzane tropikalnymi pnczami i rododendronami. Skd[ napBywaBy subtelne tony melodii granej przez niewidoczn orkiestr. Po romantycznych [cie|kach przechadzaBy S R si pary, obserwujc swe odbicia w strumieniu. Pod obracajcym si koBem mByDskim plu- skaBa woda. Oczarowana Dani zerknBa na pomagajcego jej wysi[ z samochodu Nicka w na- dziei, |e pod wpBywem tej atmosfery zniknie mo|e jego powaga. - Uroczo tu - powiedziaBa cicho. - To prywatny klub - mruknB zdawkowo i poprowadziB j kamiennymi stopniami w stron kBadki przerzuconej nad strumieniem. Na Bokciu czuBa beznamitny dotyk jego dBoni. Najwyrazniej miaB na gBowie wa|niejsze od romantyki sprawy. Posadzono ich przy stoliku w rogu sali. Zza okna dobiegaB subtelny szept i plusk koBa, a pod nimi roztaczaB si przepikny widok na ogr�d. Ich sylwetki odbijaBy si w migotliwym blasku [wiec w szybie i taDczyBy na wodzie, nad kt�r znajdowaB si lokal. Na parkiecie tanecznym, w rytm zmysBowej ballady, koBysaBy si pary. W tle sBycha byBo przytBumiony gwar rozm�w i szczk sztuc�w. Dani czekaBa, kiedy Nick poprosi j wreszcie do taDca. On jednak siedziaB pochBonity studiowaniem menu i nie widzc innego wyj[cia, spu[ciBa wzrok na swoj kart daD. BBagaBa go w duchu, |eby nie niszczyB magii tego spokoju, kt�ry midzy nimi zapanowaB, ale nie zwracaB na ni uwagi. ZBo|yBa w koDcu swoje menu z poczuciem klski. - Po co mnie tu przywiozBe[? - spytaBa cicho. Nick zerknB na krccego si w pobli|u kelnera, a potem na ni. - Co zamawiasz? - spytaB uprzejmie. - Wszystko mi jedno - odburknBa. - Wybierz za mnie. Uni�sB brwi, ale nic nie powiedziaB. Nawet nie usByszaBa, co zam�wiB. Kiedy zostali sami, Nick przygldaB jej si przez dBu|sz chwil ciemnymi, powa|ny- mi oczami, kt�rych wyrazu nie potrafiBa rozszyfrowa. SmukBe dBonie zBo|yB na stole przed sob. CzekaBa z niecierpliwo[ci na jego odpowiedz, chocia| wiedziaBa, |e nie usByszy jej prdko. Wreszcie, po dBugim namy[le, rzekB: - Wydaje mi si, |e przywiozBem ci tutaj, bo miaBem nadziej cho na chwil zapo- mnie o otaczajcym nas [wiecie. Mo|e nawet wydawaBo mi si, |e zdoBam nakBoni ci do puszczenia w niepami rzeczy, kt�re nas dziel. Ale nie potrafi. A wic bdzie chyba naj- lepiej, je[li spr�buj ci zrozumie. S R Dani [cignBa zaintrygowana brwi, ale Nick nie dopu[ciB jej do gBosu. CignB mo- notonnym tonem, nie mrugnwszy nawet powiek: - Z pocztku nie miaBo to takiego znowu znaczenia. ByBa[ jak[ odmian, na pewno wyzwaniem, czasami cierniem w oku, cz[ciej kim[, o kim my[laBem wieczorami, popijajc brandy, i my[lc, potrzsaBem z u[miechem gBow. - Nick m�wiB z niemal hipnotyzujc pBynno[ci, zupeBnie jakby cytowaB jakie[ liczby albo rozpamitywaB drogie wspomnienia. W ciemnych zrenicach jego oczu odbijaBy si pBomyki [wiec, a jeszcze gBbiej Dani widziaBa wBasne odbicie. - Potem sytuacja zaczBa si zmienia szybciej ni| nale|aBo. WiedziaBem, |e bd kBopoty i byBem na nie przygotowany. Nie wiedziaBem natomiast, |e wicej czasu za- czn spdza martwic si o ciebie, ni| o to, co dzieje si w fabryce. Tak ryzykowaBa[, wy- dawaBa[ mi si taka bezbronna, |e... czuBem si za ciebie odpowiedzialny. DoprowadzaBa[ mnie te| do szewskiej pasji, a nie miaBem prawa si denerwowa. Wiem, |e zBo[ci ci moje wtrcanie si. Nic mnie to nie obchodzi, bo zamierzam si wtrca tak dBugo, jak dBugo b- dziesz si nara|aBa na niebezpieczeDstwo. Nic dobrego dla nas obojga z tego nie wyniknie, ani w |yciu zawodowym, ani w prywatnym. - Robi si coraz gorzej - cignB dalej. - Nie jestem kompletnym kretynem i zdaj so- bie spraw, jak idiotyczne jest to, co si nam przytrafiBo. Dop�ki mogBem, ograniczaBem na- sze kontakty do spraw zawodowych... OszukiwaBem si nawet, |e moje zainteresowanie to- b ma podBo|e czysto teoretyczne, jeszcze dBugo po tym, jak zaczBa[ pojawia si w moich snach i go[ci z tym swoim kpicym u[mieszkiem na moich wydrukach komputerowych. Dalej mnie denerwujesz. Dalej nie dosypiam, zamartwiajc si, kiedy spowodujesz kolejn eksplozj, i co si stanie, je[li nie zd|ysz na czas usun si na bezpieczn odlegBo[. A w tej chwili tak bardzo pragn ci pocaBowa, |e cierpi. W tej chwili siedz tutaj i my[l, |e tak naprawd to trzeba tob porzdnie potrzsn i zastanawiam si, ile zajBoby policzenie wszystkich tych pieg�w na twoim nosku... tych przekltych pieg�w. Oczy Nicka przesunBy si po niej i powdrowaBy w bok, jakby jego uwag przyci- gnBo co[ w drugim koDcu sali. Mikkie cienie kBadBy si na jego spit twarz i Dani czuBa, jak serce podchodzi jej do gardBa. ZBo|one na kolanach dBonie splataBa tak mocno, |e obrczki wgniataBy si w delikat- n sk�r palc�w. PrzygryzaBa doln warg, a piersi unosiBy si w rytm oddechu, nad kt�rym staraBa si zapanowa. Nie wa|yBa si odezwa. Nie wiedziaBa, co powiedzie. S R Nick znowu spojrzaB na ni. - Trzeba z tym skoDczy, Dani - powiedziaB cicho. - Pr�bowaBem by nonszalancki, ty robiBa[, co mogBa[, |eby utrzyma mnie na dystans, a tymczasem zaniedbali[my si oboje w swoich zawodowych obowizkach. Tylko mi nie m�w, |e nie powinni[my si ju| spotyka, bo dop�ki tu bdziesz, zamierzam spotyka si z tob... Nie w tym problem. Problemy za- czynaj si wtedy, kiedy ci nie widz. A ty? Mo|esz z rk na sercu powiedzie, |e widzisz jakie[ rozwizanie tej sytuacji? Tak ci denerwuje, |e wtrcam si do twojej pracy, ale ja nie mog si nie wtrca, skoro jeste[ z ni tak nierozerwalnie zwizana. - Nick pokrciB powoli gBow i spu[ciB oczy. - Wychodzi na to, |e uwikBali[my si po uszy. Dani odetchnBa powoli raz i drugi, po czym dyskretnie, pod stolikiem, wytarBa po- wilgotniaBe nagle dBonie o sukienk. - I co ja, wedBug ciebie, mam teraz zrobi? - spytaBa. Nick spojrzaB jej w oczy. - ChciaBbym - odparB - |eby[ si z tego wycofaBa. Dani nie mogBa przez chwil uwierzy, |e dobrze sByszy. PatrzyBa na niego szeroko rozwartymi oczami czekajc, a| odzyska oddech i bdzie mogBa odpowiedzie. - No pewnie, |e by[ chciaB! Tak, to do ciebie pasuje, prawda? - WzruszyBa ramionami, |eby utrzyma ton gBosu na dotychczasowym poziomie, i podkre[liBa swoje sBowa gwaB- townym gestem rki. Jej zdobne w pier[cionki palce o wBos zaledwie minBy szklank z wod. - Do tego zmierzaBo caBe to twoje ukBadne przem�wienie! - wykrztusiBa. - CaBa ta czu- Bo[ i troska, ta romantyczna kolacyjka... Naprawd wyobra|aBe[ sobie, |e jestem taka na- iwna? Tyle czasu, i jeszcze mnie nie znasz? - Zni|yBa gBos do syku, bo w tym momencie zjawiB si kelner z saBatkami. Nick zaczekaB, a| zostan sami, i dopiero wtedy odparB spokojnie: - PowiedziaBem, |e tego bym chciaB. Nie sdz, by[ si zgodziBa, ale te| nigdy bym tego od ciebie nie |daB. - Szczero[ jego tonu zupeBnie j rozbroiBa. - Szkoda, |e tu w og�le przyje|d|aBa[ - o[wiadczyB cicho, ale z naciskiem. - Szkoda, |e nie spotkali[my si na ko- [cielnym pikniku albo na prywatnym przyjciu, albo w zatBoczonym autobusie, gdziekol- wiek, byle nie tu. No, ale skoro ju| tu jeste[, pragnBbym, |eby[ daBa sobie spok�j, |eby zwizek przysBaB na twoje miejsce kogo[ innego, a my mogliby[my zaj si sob... ale pragnienia nigdy jeszcze niczego nie zmieniBy. Pozostaje nam wic tylko robi dobr min S R do zBej gry i stara si zrozumie. Stara si znalez jaki[ spos�b, |eby z tej awantury, jak szykujemy miasteczku, ocali co[ z nas. Dani nie wiedziaBa, co powiedzie. Spu[ciBa oczy na stojc przed ni saBatk, ale [ci- [nite gardBo nie pozwalaBo jej nawet my[le o jedzeniu. Niech ci diabli, miotaBa si w du- chu, wyginajc splecione na kolanach palce. Niech ci diabli za to, |e mnie tak omotaBe[... Po chwili zauwa|yBa, |e Nick bierze widelec i zaczyna machinalnie miesza saBat i jarzyny w miseczce. WziBa sztywn, lnian serwetk, rozBo|yBa j sobie na kolanach i z de- terminacj nadziaBa na widelec kawaBek letycji. SmakowaBa jak trawa. Od ton�w sentymen- talnej piosenki miBosnej granej przez orkiestr |oBdek podchodziB jej do gardBa. Chc do domu, pomy[laBa. Nie chc mie z tob do czynienia. Nie masz prawa mi tego robi... Ale byBo, oczywi[cie, za p�zno. Chyba caB wieczno[ trwaBo, zanim Nick odBo|yB widelec i mogBa wreszcie uczyni to samo. - Jak to si staBo, |e zajBa[ si t dziaBalno[ci? - spytaB niemal zdawkowo. UpiBa Byczek wina, |eby oczy[ci gardBo. ChciaBa wyglda tak samo nonszalancko i obojtnie jak on. - Tradycja rodzinna - odparBa. - W latach trzydziestych m�j dziadek jako jeden z pierwszych zorganizowaB doker�w. Ojciec byB kim[ w rodzaju zwizkowego bohatera. Zawsze chciaBam by taka jak m�j tata. WierzyBam w to, co robili. - WzruszyBa nieznacznie ramionami. - To byBa chyba naturalna zmiana warty. Nick pokiwaB gBow nie okazujc ani aprobaty, ani niechci, a jego nieobecny wzrok powdrowaB ku parkietowi. - I naprawd uwa|asz, |e to najlepsza droga? - spytaB po chwili. - Po[wiciBam temu |ycie - odparBa bez zajknienia. CzuBa, |e pod jego powa|nym, czujnym wzrokiem zaczyna opuszcza j pewno[ sie- bie. - Dlaczego? - spytaB. Dani wytrzymaBa jego spojrzenie. - A jak my[lisz? Nick nie musiaB si zastanawia nad odpowiedzi. S R - Patrz na ciebie - powiedziaB nie spuszczajc z niej oczu - i widz kobiet, kt�rej po[wicenie i odwag podziwiam. Widz kobiet, kt�ra nigdy nie pogodzi si z przegran. Widz warto[ciowego sprzymierzeDca i groznego wroga. Widz r�wnie| mBod bezbronn i przestraszon kobiet, chowajc si za okrzykiem wojennym kogo[ innego, by zagBuszy wBasne uczucia. CaBe swoje poczucie warto[ci masz skrztnie poszufladkowane, jak te pier- [cionki, kt�re nosisz... To szereg odniesionych sukces�w, kt�re mo|na oddzielnie zdejmo- wa i rozpamitywa, kiedy zaczynaj nachodzi ci wtpliwo[ci - co, jak sdz, zdarza ci si czsto. Organizujesz |ycie innym, |eby unikn uBo|enia sobie wBasnego. I wedBug mnie dlatego tym si zajmujesz. Z ka|dym jego sBowem co[ si w niej zwijaBo i napinaBo w reakcji obronnej, i chocia| chroniB j niezniszczalny pancerz, prawda zawarta w tym, co m�wiB, zdoBaBa przezeD prze- nikn. Czy naprawd taka jestem? - zastanawiaBa si z przera|eniem. Tak Batwo mnie przejrzaB? Dr|c rk uniosBa do ust kieliszek z winem. - A mnie si wydaje, |e widzisz to, co chcesz zobaczy - powiedziaBa, usiBujc zapa- nowa nad sob. - Oceniasz warto[ kobiety na podstawie takich cech, jak ulegBo[, doma- torstwo i... bezbronno[. Ja nie posiadam |adnej z nich, nie rozumiem wic, w czym pro- blem. Nie masz najmniejszego powodu, by interesowa si mn. Nie ma we mnie nic, co mogBoby ci pociga. Nick u[miechnB si z tak czuBo[ci, |e przytBumione pBomyki [wiec jakby rozgorza- By nagle ze zwielokrotnion siB i zalaBy sal sBonecznym blaskiem. Muzyka staBa si wyraz- niejsza, wino mocniejsze i Dani zrobiBo si znowu cieplej na duszy. Nick signB przez sto- lik i ujB jej rk. ZalaBa j fala ciepBa. ZdawaBo si, |e nic ju| nie uratuje tego |aBosnego wieczoru, a on jednak dokonaB tego swoim u[miechem. Nie mogBa uwierzy, jak Batwo mu ulega. - A mimo wszystko mnie pocigasz - powiedziaB, gBadzc machinalnie palcem wska- zujcym jej jedyny nie ozdobiony pier[cionkiem palec. W jego oczach byBa Bagodno[ i szczero[. - I interesujesz mnie na tyle, |e m�wi ci prawd nawet wtedy, kiedy wiem, |e ci si nie spodoba. Czy to na pocztek nie wystarczy? Dani odstawiBa ostro|nie kieliszek. Spu[ciBa wzrok na miejsce, gdzie jego dBoD przy- krywaBa jej wBasn, gdzie jego palec gBadziB delikatnie, pieszczotliwie jej serdeczny palec. Swoje o[wiadczenie wyrecytowaBa jak wyuczon na pami formuBk. Nie chciaBa tego S R m�wi, nie byBa nawet pewna, czy naprawd tak uwa|a, ale wiedziaBa, |e nie chce, aby byBo to prawd. - Nie ma sensu niczego zaczyna... - ByBa dumna, |e gBos jej nie zadr|aB. - I tak urwa- Boby si to samo z siebie za niecaBy miesic. Przecie| wyjad.... ZaskoczyB j nagBy bBysk w oczach Nicka. Jego palce gBadziBy czule jej dBoD. - Wiesz co? - odparB gawdziarskim tonem. - Nie chce mi si ju| tego sBucha. Za- czyna mi to wyglda nie na gBos rozsdku, a na wym�wk. W cigu miesica wszystko mo|e si zdarzy... mo|e wybuchn wojna, gB�d, zaraza... nikt nie mo|e by tak pewien przyszBo[ci, jak pr�bujesz to robi ty. To dlatego wikszo[ z nas |yje z dnia na dzieD. Za- taDczysz? WygBosiwszy to zaskakujce zaproszenie, Nick wstaB i nie czekajc na odpowiedz po- cignB Dani za rk. Obejmujc j opiekuDczo ramionami na [rodku parkietu, wymruczaB jej przekornie do ucha: - Tak wBa[nie lubi ocenia kobiety. - Jego lekki oddech rozwiewaB jej wBosy na po- liczku i BaskotaB sk�r. CzuBa na udach jego twarde uda, jego ciepBe ciaBo, tors na piersi. NiknBa w jego ramionach. ObejmowaB j niczym kochanek i chocia| instynkt nakazywaB jej odsun si od niego, przytuliBa policzek do jego ramienia, przesunBa rk pod jego Bok- ciem i oparBa j na plecach. Tak dobrze byBo jej z Nickiem. NapeBniaB j tak sprzecznymi uczuciami, wprawiaB w przygnbienie, zatracaBa przy nim caBkowicie zdolno[ rozumowa- nia, ale byBo jej z nim dobrze. Nie chciaBa si ju| z nim kB�ci, nie chciaBa wraca do [wiata istniejcego poza tym czarodziejskim mBynem, pragnBa tu zosta na zawsze. ZerknB na ni z g�ry zmuszajc, by zadarBa gBow i spojrzaBa w jego roze[miane oczy. - No wyznaj mi z rk na sercu - poprosiB. - Nie widzisz we mnie nic a nic atrakcyj- nego? PatrzyBa mu powa|nie w oczy. - Uwa|am... uwa|am, |e jeste[ seksowny - odparBa i roze[miaBa si cicho. Ruch jego ciaBa podra|niB jej piersi. - To rozumiem - powiedziaB i wykonaB peBen gracji obr�t, kt�ry zani�sB ich z powro- tem do stolika. S R Podczas kolacji nie m�wili wiele, ale w ich milczeniu nie byBo napicia. Milczenie zdawaBo si zbli|a ich do siebie bardziej ni| rozmowa. Nick piB sporo wina, Dani te|. Spo- tykaBy si ich oczy i nad stolikiem, niczym bbelki szampana, szybowaBy nie wy- powiedziane sBowa. Pragn ci. Wiem. Nie wiem, co z tym pocz. Ja te| nie. Nie sprawiaj mi b�lu, Nick. Nie chc ci sprawia b�lu, Dani. Ani sobie... Tak mnie ju| zmczyBa ta walka... Nigdy nie chciaBem z tob walczy. A kiedy znowu taDczyli, panowaBo ju| midzy nimi gBbokie porozumienie, przecho- dzce w niewypowiedziane odkrycia i kuszce obietnicami, kt�rych |adne z nich nie o[mie- liBo si wyrazi sBowami. Kiedy opu[cili restauracj i schodzili po kamiennych schodkach nad strumieD, Nick trzymaB j czule za rk. W powietrzu unosiB si zapach czystej, pluska- jcej wody i rozkwitBych kwiat�w. Nie byli sami, ale takie odnosili wra|enie. Inne pary byBy tylko cieniami snujcymi si jak duchy nad brzegiem poByskujcej wody. - {aBujesz, |e mnie jednak nie spBawiBa[? - spytaB po pewnym czasie Nick. Dani udawaBa, |e zastanawia si nad odpowiedzi obserwujc, jak ich sylwetki odbite w zmarszczonej powierzchni wody rozpadaj si na fragmenty niczym ukBadanka - kojarzy- Bo jej si to dziwnie z uczuciami, jakie |ywiBa wzgldem Nicka. Ilekro si z nim spotykaBa, odnosiBa wra|enie, |e rozpada si na kawaBki i |e jej caBe |ycie ma tyle samo sensu, co roz- rzucona po stole ukBadanka. - Chyba byBoby dla mnie lepiej, gdybym |aBowaBa - odparBa w koDcu zupeBnie szcze- rze. Nick wziB j za ramiona i odwr�ciB powoli twarz do siebie. Jego dBonie uniosBy si i zamknBy na mikkiej fali jej wBos�w odpBywajcej ku tyBowi gBowy. U[miechnB si do niej sBodko, z rozbawieniem. - Dani Miller, ty nigdy nie dbaBa[ o bezpieczeDstwo - zauwa|yB, parodiujc oskar|y- cielski ton. - WybraBa[ sobie najgorsz z mo|liwych por, |eby mnie pozna. S R Nie spu[ciBa oczu pod jego Bagodnym spojrzeniem, kt�re wyra|aBo o wiele wicej ni| sBowa. Jej wBasne oczy te| m�wiBy wicej, lecz zupeBnie co innego ni| sBowa. - A mnie si wydaje, |e wybraBam idealn por. U[miech Nicka pogBbiB si i wyra|aB teraz bardziej tsknot ni| rado[. PrzesunB lekko dBoDmi po jej wBosach i policzkach. Nie pocaBowaB jej. - Je[li o mnie chodzi... - zaczB cicho. SpojrzaBa mu zaintrygowana w oczy. - Tak? - Je[li o mnie chodzi, to wolaBbym, |eby[my poznali si w innych okoliczno[ciach, wolaBbym, |eby[ zajmowaBa si czym[ innym... - WyczuB, |e Dani chce zaprotestowa, i z uspokajajcym u[miechem dokoDczyB: - Ale teraz chc, |eby[ si przy mnie troch odpr- |yBa. Dani patrzyBa na niego, rozwa|ajc to, co usByszaBa. - Czy teraz to ju| randka? - To wci| zale|y od ciebie. Po chwili odsunBa si od niego, zdjBa sandaBy i bez ostrze|enia skoczyBa z wdzi- kiem gazeli na pBaski kamieD sterczcy po[rodku strumienia. Odwr�ciBa si zwinnie i z ro- ze[mianymi oczami rzuciBa Nickowi wyzwanie: - Czy to dla ciebie wystarczajcy dow�d odpr|enia? Nick staB na brzegu podparty pod boki i [miaB si zaskoczony i peBen uznania. - Je[li stracisz r�wnowag - ostrzegB - bdziesz dopiero miaBa problem! Jestem rycer- ski, ale nie na tyle, |eby moczy sobie nogi. Odwr�ciBa si, |eby przeskoczy na nastpny kamieD. - Nie, to ty masz problem! - zawoBaBa przez rami. - Jestem na drugim brzegu i je[li mnie chcesz, bdziesz tu musiaB przyj[! Nick nie daB si dBugo prosi. S R ROZDZIAA DZIEWITY Zmiejc si jak dzieci wr�cili do samochodu. Dani usiadBa blisko Nicka, a on wziB j za rk. W drodze powrotnej nie rozmawiali. Nie musieli. Wszystko, co mieli sobie do po- wiedzenia, zostaBo ju| powiedziane, a nawet gdyby to nie byBo wszystko, na razie musiaBo wystarczy. WizaBo ich teraz milczce porozumienie, poczucie blisko[ci, z kt�rym Dani zbyt dBugo ju| walczyBa i kt�rego teraz nie chciaBa zniszczy. Dobrze byBo jej z Nickiem, przynajmniej tego wieczoru. PragnBa si tym nacieszy. Kiedy Nick spytaB:  A mo|e wpadliby[my jeszcze gdzie[ na drinka?", nie wahaBa si ani przez chwil. ByBo jeszcze wcze[nie. Nie byBa zdumiona, kiedy wprowadziB samoch�d do wBasnego gara|u. Tylko dlaczego nagle poczuBa ucisk w |oBdku, a dBonie jej spotniaBy? - Aha - za|artowaBa, kiedy pomagaB jej wysi[ z samochodu - dom, w kt�rym podaj najlepszy w trzech okrgach sos do spaghetti. - Jak r�wnie| najlepsze krajowe wino w okolicy. - PrzekrciB klucz w zamku i wszedB za ni do [rodka. - Poza tym... - spojrzaB |aBo[nie na swoje mokre buty i mankiety - jedyne miejsce, gdzie mog si przebra. Wybaczysz, |e zostawi ci na chwil sam? Dani dobrze si tutaj czuBa. WiedziaBa, gdzie co stoi, nie czekajc wic na powr�t go- spodarza napeBniBa kieliszki winem. Nick doBczyB do niej przed kominkiem i u[miechajc si z uznaniem wziB sw�j kieliszek. ByB boso, szare spodnie zmieniB na d|insy, zdjB kurtk i krawat i nie zadaB sobie trudu, by upchn w spodnie pogniecione koDce niebieskiej je- dwabnej koszuli. ByB odpr|ony i pocigajcy. - Rozpali ogieD? PokrciBa gBow. - Lubi zapach wieczornego powietrza. A zreszt jest ciepBo. Nick zostawiB okno nieco uchylone i przez szpar wpBywaBa do pokoju woD [wie|ej ziemi. Aromaty natury uderzaBy do gBowy niemal tak samo silnie, jak wino i obecno[ Nic- ka. PoprowadziB Dani do kanapy. Kiedy usiedli, otoczyB j ramieniem i przycignB do siebie. Sczyli wolno wino. Nerwowo[, z kt�r wkroczyBa do tego domu, gdzie[ si ulotni- Ba. S R - Jest o wiele przyjemniej, kiedy nie musimy rozmawia - mruknBa. Jej kieliszek byB ju| prawie pusty. WtuliBa si ufnie w rami Nicka. Kiedy spojrzaB na ni z g�ry, w jego oczach igraBy iskierki wesoBo[ci. - Chyba ilekro wymienimy midzy sob wicej ni| dwa zdania, popadamy w tarapa- ty, prawda? - Drobniutkie zmarszczki, rozchodzce si promieni[cie od kcik�w jego u[miechnitych ust, a| si prosiBy, |eby ich dotkn. PamitaBa ich smak. - Jak my[lisz, co powinni[my robi, |eby nie gada? - I nie czekajc na odpowiedz pochyliB gBow, by poBa- skota wargami koniuszek jej nosa. Dani nie mogBa powstrzyma chichotu. Gest byB zabawny i podniecajcy. Jzyk Nicka pomknB do jej policzka i pozbawiB j tchu w piersiach. - Kiedy to robimy, te| popadamy w tarapaty - wydusiBa z siebie. Jzyk Nicka nie zaprzestawaB prowokacyjnych harc�w po jej twarzy, przesuwajc si to po powiekach, to po ustach, to po podbr�dku, to zn�w po nosie. Dani z trudem BapaBa powietrze. Nick pachniaB winem, biBo od niego ciepBo, jego jzyk i wargi rozbudzaBy w niej pragnienie jeszcze [mielszych pieszczot. - Nigdy nie caBowaBem piegowatej kobiety - mruknB Nick. Jego zmysBowy gBos wi- browaB tu| przy jej policzku. - Smakuj jak [wiatBo sBoDca. - Zaczyna pan wygadywa bzdury, Cavenaugh. - GBos miaBa zdyszany, urywany, tro- ch omdlewajcy od ciepBa i przedsmaku rozkoszy. - Wiem. - Nick odstawiB kieliszek nie patrzc na stolik i jego dBoD spoczBa na jej talii. - Chyba si upiBem. - Winem? - Nie. - ZmieniB pozycj i jego twarz znalazBa si nad jej twarz. Jego pociemniaBe oczy pBonce zmysBowym blaskiem byBy pikne. - Tob. PocaBunki Nicka osBabiBy Dani i nawet nie zauwa|yBa, kiedy wyjB jej kieliszek z dBo- ni. Zauwa|yBa jednak, jak jego usta znowu znalazBy si przy jej wargach, a potem przesun- By po twarzy chBodzc rumieDce, kt�re oblaBy jej policzki. Zby Nicka zacisnBy si lekko na pBatku jej ucha, a jzyk zapu[ciB do wntrza i Dani, wstrzymujc oddech, przywarBa do niego caBym ciaBem. Elektryzujce dreszcze przebiegaBy jej po rkach i nogach, by zla si w zdumiewajce, pulsujce uczucie rozkoszy midzy udami. S R BBdziBa dBoDmi po jego plecach wyczuwajc pod jedwabiem koszuli gBadkie, twarde mi[nie, kt�re pod jej dotykiem przechodziB dreszcz. Nie ma sensu dBu|ej si broni. To by- Ba beznadziejna sprawa. Nikt inny nie potrafiBby wyzwoli w niej takich doznaD. Nikt inny nie wiedziaBby tak dokBadnie, gdzie j dotyka, jak caBowa, nikt inny nie umiaBby z tak Ba- godn, bByskotliw precyzj... tak cierpliwie, tak czule, tak wspaniale, wzniecajc iskry ka|dym swym ruchem i oddechem, przeprowadzi misterium rozbudzania jej ciaBa. Nikt inny nie potrafiBby obudzi w niej takiej [wiadomo[ci siebie samej. Tak jak teraz nie bdzie si ju| czuBa z nikim i pragnBa tylko, by to trwaBo... je[li nie wiecznie, to przynajmniej przez ten jeden wiecz�r. OdrzuciBa w tyB gBow, wsparBa j na poduszkach kanapy i zamknBa oczy. CzuBa go- rcy, przyprawiajcy o zawr�t gBowy [lad pozostawiany przez usta Nicka sunce w d�B jej szyi. Jego jzyk zbadaB wgBbienie nad obojczykiem, a zby objBy delikatnie wystajc ko[. Jego gorcy oddech przeniknB przez cienk warstw materiaBu okrywajcego jej pier- si. Dani gBboko wcignBa powietrze, zacisnBa konwulsyjnie rce na jego plecach, a tym- czasem, gdzie[ w gBbi niej, narastaB ttnicy b�l. Pod zamknitymi powiekami pulsowaBa w rytm uderzeD serca r�|owa mgieBka i Dani przestraszyBa si, |e straci oddech. Mrowicymi palcami wymacaBa szorstki brzeg d|ins�w Nicka, a wy|ej gBadko[ jego nagich plec�w. Niecierpliwie, spragniona dalszych wra|eD, przesunBa palcami wok�B jego talii i odkryBa delikatn kpk jedwabistych wBosk�w niknc w d|insach. Odwr�ciB gBow i zBo|yB j na jej piersiach. OddychaB nier�wno, twarz miaB rozpalon, a kiedy przesunBa lekko pa- znokciami po jego brodawkach, z piersi wyrwaB mu si cichy jk. Dani znajdowaBa si teraz w pozycji p�Ble|cej i pogr|aBa si coraz gBbiej w otchBaD po|dania, a jej jedynym ratunkiem byBo twarde ciaBo Nicka, kt�re czuBa pod opuszkami palc�w. Kiedy jego rka wsunBa si pod jej sukienk i jBa pi si powoli, pieszczotliwie wzdBu| uda i biodra, Dani zamarBa. CzekaBa wstrzymujc oddech, kt�ry rozsadzaB jej pBuca, dop�ki jego palce nie zahaczyBy o gumk majteczek. UniosBa biodra, a on jednym zrcznym ruchem [cignB z nich bielizn. Dani byBa zbyt sBaba i rozkojarzona, |eby zdj buty. Schy- liB si, |eby j wyrczy, [cigajc jednocze[nie przez stopy intymn cz[ garderoby i upuszczajc j na podBog. Zwiat pulsowaB i Dani nie byBa [wiadoma niczego, pr�cz dziw- nego, zachwycajcego uczucia, |e oto le|y i nie ma nic pod sukienk, pr�cz niezno[nego S R wyczekiwania, co uczyni jego rka sunca znowu wzdBu| jej nogi, a potem, powoli i nie- [miaBo, dotykajca jej nagiego brzucha. PoczuBa na twarzy urywany oddech Nicka. - Przepraszam, kochanie - wyszeptaB. - Taki jestem niecierpliwy... ObjBa go za szyj i ukryBa twarz w jego ramieniu w ge[cie poddania i po|dania. ChciaBa tego. Tylko w ten spos�b umiaBa mu to powiedzie. Szybkim, spitym ruchem wsunB pod ni rce i podni�sB z kanapy. Kiedy otworzyBa oczy, le|aBa na jego B�|ku, a pod gBow miaBa mikk poduszk. Rysy twarzy pochylajcego si nad ni Nicka majaczyBy w Bagodnej po[wiacie, wpadajcej przez otwarte drzwi z o[wie- tlonego salonu. W jego oczach malowaBa si gBboka czuBo[, pBonBo w nich pragnienie. Pod wpBywem impulsu przesunBa dr|cymi palcami po jego twarzy. ChwyciB jej dBoD i przycisnB do swych ust. WcisnB woln rk pod jej plecy i rozsunB zamek bByskawiczny sukienki. Balansujc obok niej na klczkach, chwyciB za ramiczka halki i rkawy sukienki, i zsunB obie warstwy materiaBu przez jej biodra. Le|aBa teraz przed nim prawie naga. Tylko piersi okrywaB jeszcze skrawek koronkowego stanika. I wtedy, zamiast go zerwa, Nick zaskoczyB j opuszczajc gBow i nasycajc j ciepBem swych ust, smakujc j przez materiaB. Dani zadygotaBa. Wplo- tBa palce w jego wBosy, tBumic okrzyk ekstazy. UsunB wreszcie t ostatni barier i zamknB dBonie na jej nagich piersiach. PrzesunB po nich jzykiem i ustami, a potem, znaczc [lad pocaBunkami, zsunB si ni|ej i zagBbiB jzyk w jej ppku. Wreszcie, zmysBowym ruchem, wsunB sobie do ust jej palec wskazujcy, by go zwil|y. ZaczB [ciga z niego pier[cionek. - Chc ci mie zupeBnie nag - wyja[niB dostrzegajc w spojrzeniu Dani zmieszanie. - Niech dzi[ nie bdzie midzy nami |adnych barier... niczego, co przypomina dawne sukce- sy. Jeden po drugim jej pier[cionki wyldowaBy z metalicznym brzkiem na nocnym sto- liku. Wtedy dopiero Nick rozebraB si. Jego dBugie smukBe ciaBo wycignBo si obok niej. - Dani, kochana - wyszeptaB. - Nie b�j si. Dotknij mnie... - Ja si... nie boj - wyjkaBa niemal szeptem. W jej gBosie brzmiaBo za|enowanie, po- |danie i wielkie pragnienie dania mu siebie, pewno[, |e to potrafi. - Ja tylko... nie mam takiego do[wiadczenia... jak ci si wydaje... S R WydaB nieartykuBowany, stBumiony dzwik i przycignB j do siebie z adoracj i czu- Bo[ci. - Po prostu kochaj mnie... - wyszeptaB zmienionym gBosem. Kocha go? Nie znaBa dotd znaczenia tego sBowa. CzuBo[ci i Bagodnymi gestami uczyB j rado[ci dzielenia si z inn istot, cudu ule- gBo[ci, ekstazy wsp�lnoty. DoprowadziB j do samych granic rozdzierajcego po|dania i obiecaB jedyne w swoim rodzaju speBnienie. A kiedy si z ni zBczyB, przeni�sB j w sfery, kt�re nie maj nic wsp�lnego z fizyczn miBo[ci; pokazaB jej siebie odbit w nim jak w lu- strze, odkryB przed ni cudowno[ nale|enia do kogo[. Nick pokazaB jej miBo[. GBboko poruszona, zachwycona i zdezorientowana dryfowaBa poprzez mgieBk, kt�- rej granice wyznaczaBy ruchy jego ramion i n�g oraz punkty, w kt�rych stykaBy si ich ciaBa. Reakcja ka|dej kom�rki przypominaBa jej, |e jedno nadal jest czstk drugiego. OsBaniaB j, tuliB z zaborczym uwielbieniem, czuBa pod palcami jego sk�r, kt�r znaBa ju| tak samo do- brze, jak wBasn. CzuBa jego ciepBy, miarowy oddech, owiewajcy jej twarz i muskajcy wBosy. Nawet ich serca biBy teraz zgodnym rytmem. OgarnBa ich sBodka oci|aBo[, rado[ ze stoczonej i wygranej bitwy, przeniknB oszaBamiajcy, niemal nabo|ny zachwyt nad tym, co osignli. To nie powinno byBo si jej przytrafi. Gdzie[ gBboko w [wiadomo[ci Dani narastaB sprzeciw i budziBy si od dawna hoBubione zasady, by przyj[ jej z odsiecz. Nie chciaBa te- raz tej odsieczy; jedyne, czego pragnBa, to pozosta na zawsze w ramionach tego delikat- nego m|czyzny, by przezeD chronion, podziwian i kochan. ChciaBa cho przez t jedn noc cieszy si miBo[ci. WiedziaBa, |e to wszystko, o co mo|e prosi. Tylko na tyle mo|e sobie pozwoli. Dlaczego wic odnosi wra|enie, |e ten epizod zmienia caBe jej |ycie? Nick zacisnB rce na jej biodrach i poBo|yB j na sobie. SpojrzaBa w u[miechajce si z czuBo[ci oczy, poczuBa jego palce, Bagodnie odgarniajce pasemko wBos�w, kt�re przy- kleiBo jej si do wilgotnego policzka. Nie mogBa si powstrzyma i odwzajemniBa ten u[miech wyra|ajcy rozleniwienie i zachwyt, peBen blasku promieniujcego niczym iskra w krysztaBku fosforu, rzucajca swe subtelne [wiatBo na odlegBo[ wielu mil. {artobliwym ge- stem zaBo|yB jej wBosy za uszy. - No i co? - spytaB Bobuzersko. GBos miaB nadal zmieniony. - yle byBo? S R ZacisnBa usta i z bByskiem w oku przecignBa palcem wskazujcym po konturze jego warg. - Niezle - przyznaBa. Nie potrafiBa si oprze pokusie mu[nicia jeszcze raz ustami jego warg. Z gBbokim westchnieniem zadowolenia Nick przycignB jej gBow na swoje rami i przytuliB j. CiaBo miaB jeszcze ciepBe i wilgotne. ZnaBa jego mikkie i twarde miejsca, gBad- ko[ i szorstko[ wBos�w i podobaBo jej si to wszystko. Je[li nawet w tym, co teraz czuBa, tkwiBo jakie[ niebezpieczeDstwo, to na razie nie chciaBa o tym my[le. - Chc tak z tob spa - wymruczaB sennie Nick. Jego dBoD bBdziBa po jej plecach, jakby szukaBa tam miejsca, kt�rego jeszcze nie odkryBa. - Noc po nocy... Dani czuBa miarowe bicie jego serca i pr�bowaBa odpdzi cienie smutku, usiBujce wedrze si w jej bBogi [wiat. Jeszcze nie teraz. Nie pora o tym my[le. Niech ta chwila po- trwa troch dBu|ej... Ale nie byBo to jej pisane. PoczuBa na twarzy dBonie Nicka. Uni�sB jej gBow chcc, |eby na niego spojrzaBa. W jego oczach pBonBo wci| to samo Bagodne [wiatBo, a gBboka rado[ nadal zmieniaBa mu gBos. U[miech miaB Bagodny i peBen uwielbienia. - Teraz rozumiesz, dlaczego nie martwiBem si o przyszBo[? Ona potrafi si zmieni w jedn noc. Lk spBynB powoli na Dani i nie potrafiBa si z niego wyzwoli. Gdzie[ w okolicy serca usadowiB si zimny kamieD i groziB podej[ciem do gardBa. OparBa si na Bokciach po obu stronach gBowy Nicka i musiaB poczu, jak caBa sztywnieje. Nie zdawaB sobie sprawy, jak bardzo chciaBa dotkn tego wra|liwego miejsca po lewej stronie jego ust. Kiedy si jednak odezwaBa, gBos miaBa spokojny, niemal beznamitny. - Co chciaBe[ przez to powiedzie? - Po pierwsze... - Jego palce przesuwaBy si zaborczo po jej biodrach. - Nie [cigamy si ju| z czasem. Nie wyparujesz z mojego |ycia pod koniec miesica. - Nie wiem, skd u ciebie ta pewno[. - To byBy najtwardsze sBowa, jakie kiedykol- wiek wypowiedziaBa. Prawdziwy cud, |e udaBo jej si ukry dr|enie gBosu. - Przecie| nie rzuciBam pracy. BBoga senno[ opu[ciBa ciaBo Nicka, [wiatBo w jego oczach zgasBo. DBonie znierucho- miaBy. S R - Nie chcesz chyba powiedzie - wykrztusiB powoli - |e wyjedziesz. {e teraz, kiedy... Dani nie mogBa ju| tego znie[. StoczyBa si z niego sztywno, nacignBa na siebie prze[cieradBo i usiadBa. ByBa to [miechu warta osBona. - Nic si nie zmieniBo. - Jej gBos brzmiaB znacznie bardziej szorstko, ni|by sobie tego |yczyBa. - PoszBam z tob do B�|ka. ByBo dobrze. Nie |aBuj. Ale ja mam jeszcze wiele do zrobienia. CzuBa, jak Nick drtwieje, jak cierpi. MusiaBa na niego spojrze i wtedy wszystko si w niej zaBamaBo. Tyle jeszcze miaBa do powiedzenia, miotaBo ni tyle sprzecznych uczu. BBagaBa go oczami, |eby j zrozumiaB. - Mam swoj prac - podjBa cicho. - To, co zaszBo midzy nami, nie mo|e... nie mo- |e... niczego zmieni. Nie mo|e na nic wpByn... Oczy Nicka staBy si martwe. Twarz [cignBa mu si powoli, usta spowa|niaBy. Na jej oczach jakby obracaB si w kamieD i patrzc na to miaBa wra|enie, |e martwieje. - Rozumiem - powiedziaB chBodno po dBu|szej chwili. Nic nie rozumiaB. Dani chciaBa mu to wykrzycze w twarz, ale jak miaBa to powie- dzie? To jest jej |ycie, jej los, jej po[wicenie - przecie| wiedziaB o tym wcze[niej, dlacze- go wic teraz nie chce si z tym pogodzi? Nigdy nie skBadaBa mu |adnych obietnic. Nie mogBa obieca tego, co pragnB usBysze... I dlaczego to musi tak bole? Nick usiadB sztywno i spu[ciB nogi z B�|ka. SiedziaB plecami do Dani; olbrzymia pust- ka wypeBniaBa dzielc ich przestrzeD. Mieli wra|enie, |e zatrzasnBy si midzy nimi sta- lowe drzwi, rozcinajc to, co nawizaBo si podczas jednego aktu zbli|enia, i piecztujc rozdziaB tego, co mogliby mie, od tego, co musi nastpi. Dani nigdy jeszcze nie do[wiad- czyBa takiej pustki, takiego tpego b�lu, takiej samotno[ci. Jej gBos przerywajcy cisz zabrzmiaB gBucho. - Chyba lepiej bdzie, je[li odwieziesz mnie do domu. Nick wstaB i zaczB si ubiera. Dani wcigaBa na siebie cz[ci garderoby, pr�bujc zachowa pozory kobiety skomplikowanej, za jak Nick j uwa|aB. Nie chciaBa, |eby to tak zabrzmiaBo. Nie chciaBa, |eby sobie pomy[laB, |e to, co zaszBo midzy nimi, nic dla niej nie znaczy, |e co[ takiego przytrafia si jej codziennie. Przecie| wie, |e tak nie jest! OpieraBa mu si tak dBugo, bo zdawaBa sobie spraw, ile to bdzie dla niej znaczyBo... czym to bdzie S R jej grozi. Czy|by nie widziaB, jak cierpi? Czy nie mo|e u[mierzy jako[ tego b�lu? A mo|e mu nie zale|y... Palce miaBa spuchnite i bolaBo, kiedy pr�bowaBa nasun na nie pier[cionki. WcisnBa je jednak na siB, mrugajc gniewnie powiekami, by powstrzyma Bzy. Nick wiedziaB, czym si to skoDczy. WiedziaB, |e midzy nimi nie mo|e by nic trwaBego... Dlaczego pozwoliB jej, by tak sam siebie zdradziBa? I dlaczego teraz j o to obwinia? Szli w milczeniu do samochodu. Nick nie dotknB jej ani razu. PrzeraziBa si, widzc jego chB�d i nienawi[. PoczuBa si bardzo samotna i usiadBa przy samych drzwiczkach. Ra- niBa j nawet jego blisko[. Przed zapuszczeniem silnika Nick rzuciB jej jedno, ironiczne spojrzenie. - Czy nie za p�zno troch na udawanie, |e mnie nie znasz? - Jego gBos ociekaB sarka- zmem. SByszc ten ton, kt�rym nigdy dotd si do niej nie zwracaB, niemal si zaBamaBa. Zwr�ciBa twarz w jego stron, nie pr�bujc nawet ukry, jak j rani. - Prosz ci, Nick - wyszeptaBa. - Nie chc w tej chwili rozmawia. - A to ci dopiero. - MierzyB przeszywajcym wzrokiem jej profil. W jego spojrzeniu byB jad. - Czy to mo|liwe - zadrwiB cicho - |eby taka niezale|na kobieta jak ty miaBa jakie[ okropne babskie podej[cie do miBo[ci i wizania si z m|czyzn? Azy bez ostrze|enia napBynBy jej do oczu. Tak, my[laBa o miBo[ci. Tak, zle jej byBo samej. ObawiaBa si, |e to, co tutaj znalazBa, nigdy ju| si jej nie przydarzy, i |e rezygnacja z tej miBo[ci chyba j dobije, ale nic na to nie mogBa poradzi... Ona musi wyjecha, ona i Nick nie maj |adnej szansy. - Nie przejmuj si. - Nick poklepaB jej dBoD w kpicym ge[cie pojednania. - Wszystkie kobiety staj si po tym troch sentymentalne. NiedBugo ci przejdzie. Dani zaniosBa si szlochem i Nick drgnB. RozumiaBa, |e chciaB j zrani, bo ona go wcze[niej zraniBa. Nie spodziewaBa si jednak takiego wyrachowanego okrucieDstwa, tym dotkliwszego, |e byBo bezmy[lne. PrzesunB si w jej stron, ale cofnBa si, zagryzajc dol- n warg, by stBumi pBacz. Nie zdoBaBa jednak powstrzyma potoku Bez, kt�ry wypBynB spod kurczowo zaci[nitych powiek. Nick dotknB lekko jej ramienia i opu[ciB rk. S R - Przepraszam, Dani. - GBos miaB cichy i przygnbiony. - Nie chciaBem tego. Sp�jrz na mnie, kochana. Dani nie potrafiBa si na to zdoby. Jednak, odetchnwszy spazmatycznie, otworzyBa oczy i zapatrzyBa si przed siebie, sztywna i gotowa na wszystko. Broda nadal jej dr|aBa. - Dani - podjB cicho Nick. - Wiem, |e nie poszBaby[ ze mn do B�|ka, gdyby[ czego[ do mnie nie czuBa. - W jego gBosie pobrzmiewaBo bBaganie i zrozumienie, a tak|e b�l. - Wcale nie uwa|am ci za Batw zdobycz. Za dobrze ci znam. Przede mn byBo tylko dw�ch, prawda? Tw�j m| i ten, co zostaB w Chicago. Dani? - W jego gBosie byBo oczeki- wanie na odpowiedz. - Czy to prawda? ZdobyBa si na kiwnicie gBow. Azy znowu napBynBy jej do oczu i nie zdoBaBa ich powstrzyma. W gardle czuBa palcy, dBawicy b�l. DBoD Nicka zawisBa nad jej ramieniem. ChciaB jej dotkn, ale si rozmy[liB. ByB tak blisko, |e ich uda prawie si stykaBy. Oddech miaB ciepBy, wyczuBa w nim lekki zapach wina. PrzeraziBa si, |e wspomnienie ich przytulonych ciaB rozklei j do reszty. - Czy z nimi byBo ci tak jak dzi[? - zapytaB Bagodnie. - Czy prze|ywaBa[ to samo, co ze mn? Dani zagryzBa doln warg tak mocno, |e w ka|dej chwili spodziewaBa si poczu na jzyku smak krwi. PotrzsnBa lekko gBow. Westchnienie Nicka musnBo jej twarz. WycignB rk. - Dani, nie r�b nam tego... SiB dodaB jej instynkt samozachowawczy. - Nie. - GBos miaBa schrypnity, troch stBumiony. ZmuszaBa si do m�wienia, nie pa- trzc na Nicka. - Nie chc, |eby tak byBo, ale nic na to nie poradz. M�wiBam ci... |e nie mog si wiza... z nikim. Musz mie swobod ruchu. S w moim |yciu wa|niejsze sprawy... Pr�bowaBam ci to wyja[ni... ZawisBo nad nimi dBugie milczenie. Nick siedziaB nieruchomo. Dani nie wiedziaBa, czy miaBo to wyra|a gniew, zniecierpliwienie czy wybaczenie. BaBa si nad tym zastanawia. Wreszcie nie wytrzymaBa i dodaBa Bamicym si gBosem: - Nie gniewaj si na mnie. Po dBugiej chwili Nick ci|ko westchnB. - Pr�buj zrozumie - powiedziaB spokojnie. - Naprawd. S R PrzesunB si za kierownic, ale zastygB z rk na kluczyku. - ZostaD dzi[ ze mn - wyrzuciB z siebie, patrzc w przestrzeD. Bo|e, to ju| byBo niemal ponad Jej siBy. Niemal... PokrciBa gBow. - Nie mog - szepnBa. Droga do motelu dBu|yBa si bez koDca. Noc byBa tak samo ciemna i pusta, jak uczucia przepeBniajce Dani. Ale w miar pokonywanych w milczeniu kilometr�w zdoBaBa wzi si w gar[. SiB czerpaBa z wiedzy o sobie. Otrz[nie si z tego. Potrafi sprosta wszystkiemu. Jako[ przez to przebrnie. Musi, bo czeka j jeszcze wiele bitew, wielu ludzi potrzebuje jej pomocy... Kiedy zatrzymali si przed motelem, signBa rk do klamki. ChciaBa znalez si czym prdzej w swoim sanktuarium, uciec od Nicka, zanim ten powie lub zrobi co[, co ostatecznie zachwieje jej postanowieniem. Niespodziewanie poczuBa na przegubie |elazny u[cisk jego dBoni i drgnBa. - Nie ruszaj si - powiedziaB p�BgBosem. SpojrzaBa na niego zBa i zdezorientowana. Tego byBo ju| za wiele. Ale Nick patrzyB przed siebie, niemal pod[wiadomie [ciskaB jej rk, a| wreszcie spytaB: - ZostawiBa[ drzwi otwarte? Troch zmieszana poszBa za jego wzrokiem i wyzwoliBa powoli rk. - Nie, oczywi[cie, |e nie... - Ale majaczce w mroku drzwi do jej pokoju staBy otwo- rem. ByBa w tej scenie niesamowito[ i groza. - ZostaD w samochodzie - rzuciB Nick. WysiadB, a serce Dani biBo jak szalone. Nowe wyzwanie zatarBo stary b�l, szybko po- wracaBa energia. RuszyBa za Nickiem. - Cholera - syknB, kiedy dogoniBa go przed otwartymi drzwiami. - M�wiBem, |eby[ zostaBa! - Nie bdz idiot - rzuciBa Dani. W zetkniciu z realnym, fizycznym zagro|eniem bu- dziB si do |ycia ka|dy jej nerw. - Co dobrego wyniknie z tego, |e wejdziesz tam sam i oberwiesz po gBowie? Bohaterowie nie robi na mnie wra|enia. Zreszt, i tak ju| sobie chy- ba poszli - dorzuciBa sensownie, kiedy Nick spojrzaB na ni ze zBo[ci i zniecierpliwieniem. PostpiBa krok w stron drzwi, ale Nick pchnB j do tyBu. WsunB ostro|nie rk za framug i zapaliB [wiatBo. S R Kiedy nic si nie staBo, Dani wydaBa westchnienie ulgi. Nick pchnB drzwi. OtworzyBy si szerzej i kiedy zerknBa mu przez rami, westchnienie przeszBo w stBumiony okrzyk roz- paczy. W pokoju panowaBo istne pobojowisko. PotBuczone lampy, porwane i porozrzucane wszdzie papiery, podarte ubrania, rozprute poduszki, kt�rych zawarto[ pokrywaBa do- sBownie wszystko. Materac [cignito z B�|ka, pocito na pasy i wypatroszono ostrym na- rzdziem. Maszyna, kalkulator i kopiarka le|aBy na podBodze, kable zasilajce byBy pocite na kawaBki, pokrywy roztrzaskane. Nick zbli|yB si ostro|nie do [ciennej szafy, potem zajrzaB do Bazienki i dopiero po dokonaniu inspekcji wr�ciB do pokoju. Dani patrzyBa na to wszystko otpiaBa, a fakt zama- chu na jej prywatno[ napeBniaB j uczuciem przera|enia i odrazy. WzdrygnBa si na my[l, |e obce rce dotykaBy i szarpaBy jej bielizn, darBy nale|ce do niej papiery, m[ciBy si na jej rzeczach osobistych, upatrujc w nich namiastki jej samej. SzacowaBa z rozpacz, ile pracy j czeka, |eby doprowadzi to wszystko do porzdku. WalczyBa z obezwBadniajcym stra- chem, kt�ry ogarnB j, kiedy chBonBa wzrokiem ten ohydny obraz zniszczenia. StaraBa si nie my[le, co by si staBo, gdyby tu byBa. - Mam jeszcze jedn zB wiadomo[ - odezwaB si Nick za jej plecami. - Pocili ci wszystkie opony. Dani odwr�ciBa si do niego z przera|eniem i rozpacz w oczach i desperacko pr�bo- waBa wzi si w gar[. MogBa temu zapobiec. Powinna byBa to przewidzie. Powinna, ale... Nick zbli|yB si i ujB j delikatnie pod rami. - Chodz - powiedziaB. - Jedzmy do domu. Dzisiaj niczego ju| tutaj nie zdziaBasz. SpojrzaBa na niego p�Bprzytomnie. Jej umysB ukBadaB w szalonym tempie list dziaBaD, jakie bdzie musiaBa podj, plan�w, kt�re trzeba bdzie poczyni, konsekwencji, jakie mo- |e mie ten gBupi akt wandalizmu dla jej kampanii. - Nie - odparBa niemal nieobecnym tonem. - Musz zabra si do sprztania. Cz[ tych papier�w... Bd je musiaBa odtworzy. CieD zniecierpliwienia przemknB po twarzy Nicka. - Bdz powa|na, Dani, nie mo|esz tu dzisiaj zosta. Gdzie bdziesz spaBa? ZerknBa nieprzytomnie na B�|ko. S R - Nie jest tak zle, jak wyglda. Zarzuc na nie prze[cieradBo, a rano wezw kierowni- ka. Nick zacisnB palce na jej ramieniu i pocignB j lekko. - Nie zostaniesz tu dzisiaj - oznajmiB. - Chodz. Dani wyrwaBa mu si ze zBo[ci. - PowiedziaBam ci, |e zostaj! O to im wBa[nie chodziBo... chcieli zobaczy, jak zmy- kam z podkulonym ogonem. Nie dam im si wykurzy! SByszc jej o[wiadczenie, Nick zacisnB gwaBtownie usta. Zauwa|yBa, jak jego nozdrza rozdBy si na moment. - Niech ci bdzie - powiedziaB w koDcu. - Zostan z tob. - Nie! - Nie, nie, tylko nie to. Nie mo|e dopu[ci, by byB tu w chwili jej pora|ki i ochraniaB j, uspokajaB... kochaB. Nick [cignB brwi. - Nie zostawi ci samej. OdskoczyBa od niego z gniewem. - Chc by sama! Nie chc ci tutaj! - Jednym gwaBtownym gestem zatoczyBa rk Buk, obejmujcy otaczajce ich pobojowisko. - Twoi ludzie to zrobili, panie Cavenaugh! - zarzuciBa mu z furi. - Zrobili to twoi ludzie, a ty w tym czasie trzymaBe[ mnie bezpiecznie w swoim B�|ku! Do czego jeste[ mi tu potrzebny? Nick drgnB i Dani natychmiast po|aBowaBa swych pochopnych oskar|eD. Wcale tak nie my[laBa. Wargi mu pobielaBy, oczy stwardniaBy. - Przecie| wiesz, |e ja... - Wiem - wyrzuciBa z siebie i odwr�ciBa si od niego przybita. - Wiem - powt�rzyBa ledwie dosByszalnie do przeciwlegBej [ciany. - To nie twoja walka... CzuBa si pusta i wykoDczona, ka|da jej czstka osignBa kres wytrzymaBo[ci. Z nad- ludzkim wysiBkiem wyprostowaBa ramiona i zadarBa do g�ry brod. - Wracaj do domu, Nick. - Odwr�ciBa si do niego z trudem i Bagodniejszym ju| tonem dodaBa: - Dam sobie rad. Naprawd. Nick patrzyB na ni przez dBu|sz chwil, a w jego oczach pojawiaBy si kolejno zro- zumienie, |al i rezygnacja. W koDcu odwr�ciB si i ruszyB do drzwi. S R W progu zatrzymaB si. Smutek, malujcy si na jego twarzy, [cisnB Dani za serce, od- bierajc jej ch do |ycia. - ByBoby mi du|o Batwiej ci kocha - rzekB cicho - gdyby[ chocia| troszk mnie po- trzebowaBa. Kiedy wyszedB, Dani zbli|yBa si do okna i zaciskajc kurczowo dBonie na parapecie patrzyBa, jak zapalaj si reflektory, samoch�d zawraca i odje|d|a. Dopiero wtedy wybuch- nBa pBaczem. ROZDZIAA DZIESITY - Chyba jeste[my gotowi do gBosowania. Dani bawiBa si machinalnie sznurem telefonu, sBuchajc do[ obojtnie m|czyzny, kt�ry m�wiB do niej z odlegBo[ci tysica kilometr�w. - Tak - przyznaBa bezbarwnie. - Wszystko przebiega o wiele szybciej, ni| zakBadaBam. Sdz, |e powinni[my je przeprowadzi, dop�ki nastroje s gorce. - Wspaniale. Jak zwykle spisujesz si [wietnie. - Josh znaczco zawiesiB gBos. - No wic co jest nie tak? Co? Wszystko. PrzegrywaBa, traciBa zapaB, ducha, poczucie walki w sBusznej sprawie, z kt�rym stawaBa ochoczo do ka|dej bitwy. Nie potrafiBa zapomnie posiniaczonej twarzy mBodej kobiety, kt�ra dzi[ po poBudniu przyszBa na zebranie. - Nie wiD si za to - szepnBa jej do ucha Liza. - Po prostu m| lubi jej czasem doBo- |y. Zwizki to tylko pretekst. Ale ten widok poruszyB Dani do gBbi. Jej dziaBalno[ rozbijaBa rodziny, wystawiaBa na szwank bezpieczeDstwo niewinnych ludzi i chocia| wiele razy pr�bowaBa sobie tBumaczy, |e cel jest tego wart, chocia| tak bardzo pr�bowaBa podbudowa si dum z tych kobiet, kt�re potrafiBy dzielnie stawia czoBo przeciwno[ciom i |da swoich praw - Dani zaczynaBy nachodzi wtpliwo[ci. Nigdy dotd nie wtpiBa w moralny aspekt swej misji. Nicka nie widziaBa od dw�ch tygodni. RozumiaBa, |e byBoby nieroztropnie z jego strony, gdyby si z ni pokazywaB. Prawd powiedziawszy sdziBa, |e go ju| w og�le nie zobaczy. ByBoby najlepiej przerwa to wBa[nie teraz. Co daBa mu bole[nie do zrozumienia owego wieczoru, kiedy spotkali si po raz ostatni. Nadal jednak cierpiaBa. Wci| go pragn- S R Ba. Wieczorami, kiedy nie mogBa pogr|y si w pracy ani dBu|ej rozkoszowa dum ze szlachetno[ci swej sprawy, tuliBa do piersi poduszk i tskniBa za nim. ChciaBa z nim roz- mawia. PragnBa znowu sBucha spokojnych, rzeczowych wywod�w Nicka, krytykujcego jej prac i starajcego si zgBbi powody, dla kt�rych j wykonywaBa. ChciaBa, |eby po- m�gB jej si odnalez. I pragnBa, |eby j obejmowaB. Radykalizacja nastroj�w w fabryce postpowaBa z dnia na dzieD. ZdarzaBo si coraz wicej incydent�w - wybite szyby, napisy na [cianach i samochodach, wyzwiska pod adre- sem kobiet, przechodzcych przez bram zakBad�w. W pracy gro|ono im i prze[ladowano. Dani pr�bowaBa by dumna z ich odwagi i determinacji, ale czy mogBa? Kt�| nie daBby si skusi na lep obietnic, jakie im skBadaBa? ByBa w swej pracy dobra - przekonujca, cha- ryzmatyczna, zdecydowana. UmiaBa kierowa masami. UmiaBa przyciga uwag ludzi. Ale czy po kobiecie, kt�rej w zamian za niklowego centa oferuje si srebrnego dolara, mo|na oczekiwa, |e nie uchwyci si skwapliwie tej szansy? Nie byBo w tym |adnych czar�w. To rutynowa procedura obliczona na wywoBanie po|danej reakcji, a Dani peBni w tym wszy- stkim rol kluczowej postaci. Teraz, po raz pierwszy, zaczynaBa si zastanawia, czy w og�- le sBusznie postpuje. Nie byBo czym si chwali. Wszystko obracaBo si szybko w pyrrusowe zwycistwo. WestchnBa. - Sama nie wiem, Josh. To chyba nic takiego. Jest du|o szumu. Atmosfera si pod- grzewa. M�wiBam ci ju| o incydentach. Zaczynam si po prostu niepokoi, to wszystko. Josh milczaB przez chwil. - Przylec pod koniec tygodnia. - Nie, ja... - Tylko nie wciskaj mi oburzonych formuBek w rodzaju  Mamo, prosz, sama to za- Batwi" - wpadB jej w sBowo. - Nie kwestionuj twoich kompetencji. PojechaBa[ do Somerset sama, i to byB najlepszy pomysB. Gdyby krciBy si tam gromady naszych chBopak�w, roz- r�by byByby jeszcze wiksze, A ty odwaliBa[ kawaB wspaniaBej roboty, tak jak si zreszt spodziewali[my. Ale teraz, przed samym gBosowaniem, pora na dosBanie posiBk�w. To taka taktyka, kochanie. Przecie| dobrze wiesz. Dani wcignBa powietrze w pBuca. S R - Tak, chyba tak. - Poza tym dobrze by jej zrobiB widok Josha. Dobrze by jej zrobiBo przypomnienie dawnych bBd�w, a przerwany romans z Joshem byB jednym z najwikszych. Gdyby przyjechaB, przestaBaby si mo|e drczy rozmy[laniami o tym, co mogBoby by midzy ni a Nickiem. Bo midzy nimi nic nie mogBo by. Jedynie powt�rka z caBego jej |ycia emocjonalnego... jeszcze jedna klska. I mo|e Josh zdoBa jej nawet przypomnie, po co tu przyjechaBa. RozBczyli si, umawiajc na jeszcze jeden telefon przed jego wyjazdem, i Dani za- czBa kr|y po pokoju. CzuBa si zmczona i dziwnie rozkojarzona. ZapadaB zmierzch i la- Bo. Zza okna dobiegaB gBuchy, jkliwy plusk kropel deszczu rozbijajcych si o chodnik. Prze[ladowaBo j spojrzenie czarnych oczu. Dlaczego nie potrafi zapomnie o tym m|- czyznie? Jego sBowa, jego spojrzenia - wszystko to powracaBo teraz nieustannie, by za- chwia jej pewno[ci siebie i spokojem ducha. PostpiBa wBa[ciwie. WBa[ciwie. Inaczej nie byBo mo|na. W koDcu, sfrustrowana i zBa na siebie, weszBa do Bazienki, by wzi prysznic. Woda byBa letnia i nie poprawiBa jej zbytnio nastroju. Opatulona w wypBowiaBy, niebieski szlafrok usiadBa, |eby wyszczotkowa wBosy. Pr�bowaBa zaj my[li planami na wiecz�r. A| podskoczyBa na dzwik telefonu. Tak byBo od dw�ch tygodni. Za ka|dym razem my[laBa, |e to Nick. Nick jednak nie dzwoniB. GBos po tamtej stronie linii z pewno[ci nie nale|aB do niego. ByB tak wyrazny i cha- rakterystyczny, |e ciarki przeszBy jej po plecach. Przez kilka ostatnich dni Scott zachowywaB zBowieszcze milczenie i wyraznie si przyczaiB. Dani, oczywi[cie, nie szukaBa z nim kontaktu, ale nawet kiedy ich drogi przypad- kowo si zeszBy, rzadko zaszczycaB j czym[ wicej ponad ponure Bypnicie okiem albo obel|yw uwag. I nagle, dzisiejszego popoBudnia, popeBniBa bBd wpadajc do miejscowego baru na lunch. NatknBa si tam na m|czyzn zatrudnionych w fabryce. Atmosfera byBa ci|ka i nieprzyjemna. Pod jej adresem padaBy niewybredne uwagi, czuBa na sobie nieprzy- jazne spojrzenia i w koDcu wyszBa nie dojadBszy kanapki. W progu wpadBa na Scotta. Jego zwalista posta zatarasowaBa jej drog, w miejscu osadziB j jego wredny u[mie- szek, a twarz owiaB nie[wie|y oddech. S R - Cholernie rajcownie wygldasz, dziwko - warknB. - To chyba od szlajania si z sze- fem. Ja bym na twoim miejscu tak nie podskakiwaB. Co[ mi m�wi, |e tw�j nowy chBopta[ znajdzie ju| spos�b, |eby si zmy, jak bdziesz go najbardziej potrzebowaBa. Dani przestraszyBa si nie na |arty. I teraz ten strach powr�ciB. - Twoje dni s policzone, suko - usByszaBa w sBuchawce. - Na twoim miejscu klepaB- bym ju| paciorki. I to byBo wszystko. PoBczenie zostaBo przerwane. Dani odBo|yBa powoli sBuchawk w nadziei, |e opanowanie zawarte w tym ruchu uspokoi jej roztrzsione nerwy. Nieraz ju| gro|ono jej [mierci. Wielka mi rzecz. Nieprawda. Nawet po setnym, po tysicznym razie i tak by si przestraszyBa. Bardzo nie chciaBa by teraz sama. Nie odrywaBa wzroku od czarnego telefonu, stojcego na biurku. Mo|e zadzwoni do Nicka? Ale co mu powie? OdwoBaj swoich zbir�w, Cavenaugh? Odwr�ciBa si, prychajc ze zniecierpliwieniem. Nicka to nic a nic nie obchodzi. To nie jego walka. Nagle usByszaBa gBo[ne, zdecydowane pukanie i serce znowu podskoczyBo jej do gar- dBa. UchyliBa ostro|nie drzwi na szeroko[ BaDcucha i kiedy w wskiej szparze ujrzaBa twarz Nicka, omal nie zemdlaBa. ZmikBy pod ni kolana, a w brzuchu poczuBa jak[ dziwn pust- k, kt�ra na moment odessaBa powietrze z pBuc. PatrzyBa na niego dobre pitna[cie sekund, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Fakt, |e pojawiB si w chwili, kiedy byB jej potrzebny, zupeBnie jakby za spraw telepatii, zaszokowaB j i zaskoczyB. OpamitaBa si, zamknBa szybko drzwi, ale zanim odpiBa BaDcuch, wziBa najpierw gBboki oddech, |eby opanowa dr|enie rk i zebra my[li. Nie zwlekaBa jednak zbyt dBugo. BaBa si, |e Nick mo|e znikn. OtworzyBa szeroko drzwi i byBa dumna ze spokoju, z jakim go przywitaBa. - Cze[, Nick. Co ci sprowadza? OdwzajemniB si jej r�wnie beznamitnym spojrzeniem. - Mog wej[? - zapytaB chBodno. ZawahaBa si, ale tylko przez chwil. Zapraszajcym gestem wskazaBa pok�j i Nick wszedB do [rodka. S R Deszcz przeszedB w ciepB m|awk i granatow wiatr�wk Nicka pokrywaBy drob- niutkie kropelki wody. Ubrany byB poza tym w biaBe szorty i biaBe trampki. Na widok jego odkrytych n�g Dani przypomniaBa sobie ten ostatni raz, kiedy byli razem... Odwr�ciBa si szybko, przeBykajc [lin. ZacisnBa mocniej pasek niebieskiego szla- froka. Serce waliBo jej jak mBotem, na twarz wystpiB rumieniec. - Co ci tu sprowadza? - powt�rzyBa, silc si na obojtno[. - Musz z tob porozmawia. - GBos miaB bardzo powa|ny i odwracajc si stwierdzi- Ba, |e taka sama powaga maluje si na jego twarzy. To pomogBo jej odzyska spok�j. Jak zwykle, interesy. Z tym potrafi sobie poradzi. WskazaBa mu krzesBo przy biurku, a sama usiadBa na brzegu B�|ka. PatrzyBa, jak roz- pina zmoczon kurtk i wiesza j na oparciu krzesBa. Pod spodem miaB nie pierwszej ju| [wie|o[ci niebiesk koszulk z biaBym numerem na piersiach. Jak|e jej si podobaB. UsiadB na krze[le twarz do niej, wycignB przed siebie dBugie nogi i przejechaB pal- cami po wilgotnych wBosach. Dopiero teraz Dani zauwa|yBa, |e jest bardzo zmczony. Oczy miaB podkr|one, zmarszczki wok�B ust wyrazniejsze ni| zazwyczaj. W ka|dym jego ruchu wyczuwaBo si napicie. OdniosBa wra|enie, |e to napicie udziela si i jej. SiedziaBa sztywno z rkami splecionymi na kolanach i czekaBa, a| Nick si odezwie. SpojrzaB na ni zaspiony. - MiaBem dzi[ po poBudniu telefon - zaczB. - ChciaBem si upewni, czy u ciebie wszystko w porzdku. UsiadBa prosto, jakby poBknBa kij, i spojrzaBa na niego przenikliwie. - Pogr�|ki? - Serce biBo jej jak szalone. Tego wBa[nie si obawiaBa. Tego, |e przez ni Nick narazi si na niebezpieczeDstwo... ZaschBo jej w gardle. ZdawaB si zwleka z odpowiedzi caB wieczno[. - Nie pod moim adresem - odparB wreszcie z namysBem, obserwujc j. Dani ode- tchnBa z ulg. - Nie chodziBo o mnie - sprecyzowaB i znowu zesztywniaBa. - Bardziej oba- wiaBem si o ciebie. - Nie powiniene[ tu przychodzi - powiedziaBa. WyszBo to bardziej opryskliwie, ni| zamierzaBa. - Nara|asz si. - Bardziej ni| ty, siedzc tu sama? - spytaB ostro i Dani zauwa|yBa, |e napinaj mu si odruchowo mi[nie ramion. S R - CaBe |ycie jestem sama - odparowaBa i zaraz tego po|aBowaBa, ale byBo ju| za p�zno. Jego twarz [cignBa si na chwil b�lem, lecz zaraz potem dostrzegBa w niej wyraz cynizmu. Gdyby[ chocia| troszk mnie potrzebowaBa... Nie mo|e si za nic dowiedzie, jak bardzo go potrzebuje. ByBby to dla niej koniec wszystkiego, nie potrafiBaby ju| si mu oprze... - Ja te| miaBam telefon - dorzuciBa szybko, o wiele spokojniejszym tonem. - Nie boj si. To nic nadzwyczajnego. Nick patrzyB przed siebie ponuro. Najwyrazniej staraB si rozmawia rzeczowo. - W porzdku - rzekB zrezygnowany. - Mo|e masz racj. Ale zdajesz sobie chyba spraw, |e to nie s szczeniackie dowcipy. Ten facet podchodzi do sprawy serio. PodjBa[ jakie[ [rodki ostro|no[ci? Dani umknBa wzrokiem w bok. ByBa zaniepokojona i gBbiej, ni|by sobie tego |y- czyBa, poruszona wyrazem troski na jego twarzy. - Nic mi nie bdzie - o[wiadczyBa sztywno. - Dam sobie rad. ZapadBa cisza. Siedzieli przygnieceni ci|arem sB�w, kt�rych Nick staraB si nie wy- powiedzie. Pok�j skurczyB si nagle dziki jego obecno[ci i Dani staraBa si odegna natar- czywe wspomnienia. Tytko spok�j. Nie my[le o tym. Wkr�tce on sobie p�jdzie i bdzie po wszystkim... Zachowuj si naturalnie. Nie daj mu pozna, |e kiedy przestpiB ten pr�g, two- je serce po raz pierwszy od dw�ch tygodni zabiBo |ywiej. Nie dopu[, by si domy[liB, |e jedyn rzecz, jakiej teraz pragniesz, s jego usta, |e palce [wierzbi ci, by go dotkn, i |e gdyby znienacka otoczyB ci ramionami, zapewne nigdy nie pozwoliBaby[ mu odej[... Nie daj mu pozna, jak wiele znaczy dla ciebie jego obecno[, ani jak ci|ko ci bdzie, kiedy odejdzie. Szukajc neutralnego tematu rozmowy, nerwowo wodziBa wzrokiem po pokoju. Jej spojrzenie przycigaBy co chwila jego nagie nogi, mikkie krcone wBoski na Bydkach i umi[nionych udach... OpaliB si troch. Grajc w tenisa? W golfa? Z kim? Czy wygraB? Czy przez te dwa tygodnie o niej nie my[laB? A skoro tak, to co tu teraz robi? - Wracasz z tenisa? - wyrzuciBa z siebie niespodziewanie i wskazaBa na jego str�j. Nick [cignB zaskoczony brwi. - Co? Nie. - Spu[ciB wzrok na swoje buty i szorty, jakby dopiero teraz zauwa|yB, co ma na sobie. - Nie. Dop�ki nie zaczBo pada, pracowaBem na podw�rku za domem. - Spoj- S R rzaB na ni uwa|niej. - Dani, martwi si o ciebie. - Nie potrafiB tego dBu|ej skrywa. Oczy miaB ciemne, a mi[nie napr|one. - TrzymaBem si od ciebie z dala, bo nie chciaBem naro- bi ci jeszcze wikszych kBopot�w. To byBo piekBo. Dani, sytuacja wymknBa ci si spod kontroli, nie bdziemy ju| w stanie nad ni zapanowa... NieBatwo byBo stwierdzi, czy m�wi o ich |yciu zawodowym, czy osobistym. I jedno, i drugie wymknBo si im spod kontroli. Dani pokrciBa gBow i wstaBa. Nie chciaBa tego sBucha. I tak miaBa ju| wystarczajcy mtlik w gBowie. Nick w mgnieniu oka znalazB si przy niej. ChwyciB j za rk i zmusiB, by usiadBa z powrotem na B�|ku. Sam przysiadB obok niej. - PosBuchaj - powiedziaB. - Wiem, ile to dla ciebie znaczy. Wiem, jak bardzo chcesz tu odnie[ zwycistwo... ale, kochanie, zdarza si czasem, |e zwycistwo jest r�wnoznaczne z samounicestwieniem, a to, o co walczysz, nie jest tego warte. Ludziom dzieje si tu krzyw- da, to fakt. Ale zanim si poprawi, bdzie gorzej. Nie mogBaby[ porozmawia ze swoimi szefami, nakBoni ich, |eby spu[cili z tonu... PokrciBa gwaBtownie gBow i chciaBa si od niego odsun. MiaBa dosy tej rozmowy. - Wybij to sobie z gBowy, Cavenaugh - powiedziaBa gniewnie. - Twoje osiBki mnie nie zastrasz, a ty nic u mnie nie wsk�rasz sBodkimi sB�wkami... - Dani, do cholery! - wybuchnB i zacisnB palce na jej rce tak mocno, |e syknBa z b�lu. Na jego twarzy malowaBa si w[ciekBo[. - Ile razy mam ci powtarza, |e to nie moja walka? Te pienidze nie pByn z mojej kieszeni! Ze zwizkiem czy bez mam prac, a nawet gdybym j straciB, przyjmie mnie z otwartymi rkami dziesi najwikszych firm na caBym [wiecie. Ja z tob nie walcz! Nie mam w tym |adnego interesu! Chocia| na minut prze- staD si na mnie boczy i posBuchaj, co m�wi. Nie obchodzi mnie, czym si to skoDczy, nie obchodzi mnie, czy wygrasz, czy nie, cholera, obchodzi mnie tylko to, co si do tej pory stanie... z tymi ludzmi, z tob. Nie zastanowisz si, co robisz? Czy wreszcie zrozumiesz, ja- kie to niebezpieczne? Ale Dani zamknBa powoli oczy i odwr�ciBa gBow. Pr�bowaBa si uspokoi, zmobili- zowa siBy i nie przyjmowa do wiadomo[ci tego, co m�wiB, odtrci jego samego... i nie potrafiBa. - Ja... wiem, Nick - udaBo jej si w koDcu wykrztusi. ZabrzmiaBo to dosy spokojnie, cho w [rodku dygotaBa. - Nie jestem caBkowicie pozbawiona uczu. Ja te| si martwi. - S R Odwr�ciBa si do niego, bBagajc jeszcze raz wzrokiem, by zrozumiaB. - Ale musimy to do- prowadzi do koDca. Te| mi si to wszystko nie podoba... Nie chc niczyjej krzywdy. Ale mam swoje zobowizania, dobrze wiesz, |e nie mo|emy tego tak nagle przerwa... Nie utrudniaj mi, prosz... - Dani. - Wym�wiB jej imi tak cicho, |e ledwie je usByszaBa. CzuBo[ mieszaBa si w jego oczach z b�lem, zBagodniaBy rysy twarzy. TrzymaB j teraz lekko za rce. - Dani, ja wiem. Znam wszystkie fakty, znam zasady, wiem, |e moje sBowa niczego nie zmieni... Ale boj si o ciebie. Dani... - Czasami i ja si boj - wyszeptaBa, nie zdajc sobie sprawy, co m�wi. Nick przymknB powieki, |eby ukry uczucie, kt�re nagle rozbBysBo w jego oczach. Bardzo powoli pochyliB si nad ni. DotknB ustami jej czoBa. ByBa w tym ge[cie skrywana tsknota i trzymane na wodzy po|danie, byB to jakby symbol bezsilno[ci wobec spraw, nad kt�rymi i tak nie s w stanie zapanowa. I wtedy co[ w niej pkBo. OtoczyBa go ramionami i zaciskajc je konwulsyjnie przywarBa doD caBym ciaBem. PragnBa tuli si do niego i by przytulana, pragnBa, by j pocieszaB i wspieraB rad. PragnBa, by uwolniB j od cierpienia. Nick, doskonale j rozumiejc, z rezygnacj uznaB jej racje i odwzajemniB ten u[cisk bardziej z rozpacz ni| po|daniem. Uczucia, kt�re ich ogarnBo, nie mo|na byBo nazwa namitno[ci. Rozpacz - to wBa[ciwe sBowo. Kiedy dBoDmi szukaB pod szlafrokiem jej ciaBa, ona dotarBa ju| do jego intymnego miejsca. Poddawali si jedno drugiemu bezwarunkowo, na r�wnych prawach, |adne nie byBo tu zwycizc, |adne pokonanym. Kochali si bardziej psychicznie ni| fizycznie, z pasj, z wyzwaniem, niszczco. Akt ten wstrzsaB podstawami wszystkiego, co ka|de z nich pragnBo uzna za prawd, momentami napeBniaB rozkosz, by zaraz gwaBtownie rozdzieli. Byli wstrz[nici, poruszeni, zjednoczeni w jaki[ przedziwny, niewytBumaczalny spos�b, zrozumiaBy jedynie dla najgBbszych zakamark�w ich dusz. Byli wobec siebie brutalni. Zadawali jedno drugiemu b�l. Pocieszali si. Kochali w ciszy i w po- czuciu beznadziei. Le|eli potem w zmitej po[cieli, zalani powodzi jasnego [wiatBa, a w rynnach szu- miaBa woda, ustanawiajc kontrapunkt dla ich spazmatycznego oddechu. Kiedy Dani zady- gotaBa, Nick signB po prze[cieradBo i nacignB je na oboje, a potem przygarnB J do sie- bie. WtuliBa si w niego, szukajc tam ciepBa i siBy. CzuBa, jak jego mi[nie nadal dr| po fizycznym wysiBku. OdnosiBa wra|enie, |e jej wBasne ciaBo ju| do niej nie nale|y. MrowiBo, S R byBo zdrtwiaBe, wyczerpane i wra|liwe, reagowaBo na ka|d jego czstk nasycone, a mimo to wygBodniaBe. Nie potrafiBa zbli|y si do niego tak, jakby chciaBa. Wci| go pragnBa. A przecie| nie mogBa sobie na to pozwoli. Po pewnym czasie Nick zgasiB jedn z lamp i pok�j spowiBa Bagodna po[wiata barwy piasku. GBadziB nieobecnym ruchem jej wBosy. OddychaB ju| r�wno, pot na sk�rze wysychaB. ObejmowaB j, a ona cierpiaBa w duchu, bo nic midzy nimi nie zostaBo rozwizane. Nic si nie zmieniBo. I on te| o tym wiedziaB. - Nie przyszedBem tutaj z tym zamiarem - odezwaB si cicho. - Wiem - wyszeptaBa, ale nie potrafiBa na niego spojrze. Ona te| do tego nie d|yBa i teraz nie wiedziaBa, czy ma si cieszy, czy |aBowa. - ChciaBbym pozosta w tobie na zawsze, bo tylko wtedy naprawd jestem z tob. Chc si tob opiekowa i tuli ci... chc, |eby[ si na mnie wspieraBa. - Jego dBoD znieru- chomiaBa. GBos miaB gBuchy. - Ale wBa[ciwie nic si nie zmieniBo, prawda? Owszem. Wszystko si zmieniBo. Wszystko z wyjtkiem tego, co ich dzieliBo. - Ja te| tego pragn, Nick - powiedziaBa z wysiBkiem. - Tak bym chciaBa... - GBos si jej zaBamaB. - Ju| za p�zno na wyra|anie |yczeD, Dani. - W gBosie Nicka zabrzmiaBa niespodzie- wanie twarda nuta. WyczuBa, jak sztywnieje na caBym ciele, a potem z wysiBkiem rozluznia. - Dani - podjB, przycigajc j mocniej do siebie. - Rozumiem, jak traktujesz swoj prac. Rozumiem twoje po[wicenie i szanuj je. Wiem, dlaczego to robisz i nawet ci za to po- dziwiam. Ale, kochana, na tym [wiat si nie koDczy. S inne r�wnie szlachetne zajcia, inne tak samo wielkie sprawy. Nie pozw�l, by twoja praca okradBa ci z |ycia. ZwinBa dBoD w pi[ i przycisnBa mu j do piersi. Pod nadgarstkiem czuBa, jak bije mu serce. - Nie m�w tak, Nick... - WysBuchaj mnie, kochana. Tylko wysBuchaj - m�wiB, starannie ukrywajc napicie. - Wiem, |e zmiany s konieczne. Pod tym wzgldem nigdy nie kwestionowaBem twoich racji, prawda? Tak samo jak ty, chc jak najlepiej. Dla wszystkich. I te zmiany nadejd, ale w swoim czasie. Mo|emy pracowa razem, by tego dopilnowa. Nie trzeba zaraz rewolucji, jak tu wzniecasz. Gdyby[ daBa nam szans, pozwoliBa mi pracowa nad przyspieszeniem zmian razem z tob, a nie przeciwko tobie, mogliby[my co[ osign. Tylko daj nam szans. S R Dani le|aBa bez ruchu u jego boku. Serce waliBo jej jak mBotem. Tak, dobrze wiedziaB, jak j podej[. ByB takim samym mistrzem swojej logiki, jak ona swojej. Nie mo|e si do- wiedzie, jak bardzo chciaBaby mu uwierzy. Jak|e Batwo byBoby teraz mu ustpi. Powie- dzie, |e ma racj, chocia| byBa przekonana, |e jest w bBdzie. ZBo|y w jego rce sw�j los, by pokierowaB nim uwalniajc j wreszcie od brzemienia, kt�re tak dBugo ju| dzwiga. Razem. To jedno sBowo uparcie koBataBo jej w my[lach. ChciaBa by z nim. Nie zro- zumiaBa wprawdzie, co miaB na my[li m�wic, |e mogliby pracowa razem... To jaki[ nie- dorzeczny pomysB. Z g�ry skazany na niepowodzenie. Ale by razem... O, Bo|e. Jak|e tego pragnBa. - Nick, ja... - wydusiBa z siebie. Ale Nick wyczuB jej odmow, zanim zd|yBa cokolwiek powiedzie. NapiB mi[nie, by zaraz je rozluzni. ByB znu|ony i przybity. Podni�sB powoli gBow, spojrzaB w sufit i za- klB pod nosem. - Poddaj si - powiedziaB po chwili gBucho, ale stanowczo. - Nie bd ju| do tego wracaB. - Nick... - Dani uniosBa si troszk i spojrzaBa na niego, ale uciekB wzrokiem w bok. - Ja nie mog ot tak sobie odej[. Nie mog zrezygnowa. - Jak m�gB znowu wciga j w walk? Jak mogBaby |y ze [wiadomo[ci, |e oddaBa punkty walkowerem? Niech|e to zro- zumie. - Nick... - Oddech, jaki zaczerpnBa w pBuca, byB symbolem wielkiej odwagi, na kt�r musiaBa si zdoby, |eby m�wi dalej. W jej gBosie pobrzmiewaBa jednak bBagalna nutka. - Pozw�l mi tylko skoDczy t spraw. Ja musz to wygra. Potem... jak ju| bdzie po wszystkim... zastanowi si. Obiecuj. Znowu zaklB, cicho i dosadnie. Dani skurczyBa si w sobie. Oczy Nicka bBdziBy bezmy[lnie po poplamionym suficie. MalowaBa si w nich zacito[ i pustka. - Nie wierz ci - wycedziB powoli. - SkoDczysz t robot, a potem ka|da nastpna b- dzie t najwa|niejsz. Jeszcze jedno miasto, kt�re nie bdzie si mogBo bez ciebie obej[, jeszcze jeden okrzyk wojenny, kt�remu nie bdziesz mogBa si oprze, a potem, zwyciska czy pokonana, ruszysz do kolejnego boju, a potem jeszcze jednego, bo bez tego nie wy- obra|asz sobie |ycia. UsiadB nagle na B�|ku i zaczB naciga szorty. Z ka|dego ruchu przebijaBa tBumiona w[ciekBo[, frustracja spowodowana pora|k. S R UklkBa, okrywajc sw nago[ prze[cieradBem. UBagodzi go jako[, nie pozwoli, by wyszedB std w gniewie, bo mo|e ju| nigdy nie wr�ci... - Nick, nie m�w tak. - GBos miaBa spity. - Wiesz, jak to jest. Potrzebuj troch czasu. Mo|emy to jako[ zaBatwi, wiesz, |e mo|emy, ale nie mo|esz ode mnie wymaga, |ebym spakowaBa swoje zabawki i wycofaBa si w samym [rodku bitwy! Mam swoje zobowiza- nia... - Zobowizania masz tylko wobec siebie samej - odpowiedziaB. WcignB koszulk przez gBow i usiadB na brzegu B�|ka, |eby zawiza buty. - Ja nie mog tak |y, Dani. Wszystko albo nic, i przykro mi, je[li zabrzmiaBo to okrutnie. Nigdy nie dasz niczego |ad- nemu m|czyznie, bo nie masz czego da. Cigle tylko jakie[ obietnice i... - Jego rozpBo- mieniony, drwicy wzrok padB na jej ozdobione pier[cionkami dBonie. - Zwycistwa! WstaB, porwaB z oparcia krzesBa kurtk i przerzuciB j sobie przez rami. - To nie w porzdku! - krzyknBa za nim. - Nie mo|esz tu przychodzi i oczekiwa... |e idc ze mn do B�|ka nakBonisz mnie do rezygnacji z walki! Nie mo|esz kocha si ze mn w jednej chwili, a w nastpnej pr�bowa mnie przekabaci! Nie zrzucaj winy na mnie, Cavenaugh, to ty nie daBe[ nam szansy! Nick odwr�ciB si do niej w progu. Wzrok miaB twardy, ale w jego gBosie wyczuwaBo si smutek. - Wmawiaj to sobie dalej, Dani - powiedziaB spokojnie. - Dalej tocz boje o innych lu- dzi i dalej wygrywaj... I je[li szcz[cie ci dopisze, to mo|e nigdy si nie dowiesz, co na- prawd przegraBa[. WyszedB, a Dani zwinBa si w kBbek na B�|ku i z caBych siB przycisnBa do piersi poduszk, jak gdyby jej mikko[ byBa w stanie u[mierzy rozsadzajcy j b�l. Czego on si po niej spodziewaB? Czego oczekiwaB? Le|aBa tak dBugo. Za oknem deszcz znowu zaczB wybija |aBobne werble. Dzwonek telefonu doszedB do niej jakby z wielkiej oddali. Mo|e to Nick. PrzekrciBa si oci|ale na B�|ku i signBa po sBuchawk. - Dani? - W gBosie Lizy brzmiaB niepok�j. - SBuchaj, caBy dzieD siedz i zastanawiam si, czy do ciebie zadzwoni... S R Dani nie miaBa ochoty rozmawia z Liz. Nie byBa w nastroju do sBuchania o cudzych problemach i niebezpieczeDstwach, jakie groziBy innym... UsiadBa. - Co[ si staBo? - No wic... chodzi o Nicka Cavenaugh. WezwaB mnie dzisiaj do siebie. Dani otrzsnBa si natychmiast z otpienia. - GroziB ci zwolnieniem z pracy? Po telefonicznym drucie ni�sB si sfrustrowany oddech Lizy. - Prawd m�wic, to nie wiem, czego chciaB. Dlatego pomy[laBam sobie, |e mo|e le- piej bdzie, je[li o tym porozmawiamy. ZadawaB mi mn�stwo r�|nych pytaD; czego chcemy i co nam obiecaBa[... Serce Dani zabiBo szybciej. - No i? - ChciaB si koniecznie dowiedzie, co by nas usatysfakcjonowaBo. Zrozumienie, kt�re nagle na ni spBynBo, Dani przyjBa z niemal filozoficznym spo- kojem. No jasne, Nick pr�buje przelicytowa zwizek. Przez caBy czas, kiedy byB tu z ni w B�|ku, tam obracaBy si trybiki maszyny, kt�r pu[ciB w ruch. Dlaczego nie ogarnia jej gniew? Dlaczego odczuwa t dziwn pokus zignorowania telefonu Lizy i pozostawienia Nickowi wolnej rki? - ChciaBabym pozna wicej szczeg�B�w - powiedziaBa ostro|nie. - Mo|e bdziemy musiaBy troch wszystko przyspieszy. - Przygotowuj wBa[nie kolacj. Wpadniesz? - Dobrze. Dziki. Ju| jad. Nie powinna by zaskoczona. Znajc Nicka, mogBa si tego spodziewa. To byBo wBa[nie jego pasywne rozwizanie. To miaB na my[li, proponujc jej, by pracowali razem. UbieraBa si pospiesznie. ZnaBa tego typu zagrywki. Puste deklaracje obliczone na po- wstrzymanie w ostatniej chwili wej[cia zwizku na teren zakBadu. Firma obiecuje wy|sze zarobki, dodatkowe premie, popraw warunk�w pracy, gwiazdki z nieba, byle tylko nakBo- ni skoBowanych ludzi do gBosowania przeciwko zwizkowi. A potem mija sze[ miesicy, rok i dwa lata, a pracownicy cigle czekaj na wywizanie si pracodawcy z podjtych zo- bowizaD. S R Dani zarzuciBa na gBow pBaszcz i wybiegBa w deszcz. Nie chciaBo jej si wychodzi. Nie chciaBo jej si teraz tym zajmowa. CzuBa si jak w letargu, a my[lami byBa przy Nicku. Ale musiaBa wygra t bitw, a czasu robiBo si coraz mniej... ChwytaBa ju| za klamk drzwiczek swojego samochodu, kiedy poczuBa silny cios w |ebra. B�l przeszyB jej pBuca i zatrzymaB oddech. Skrzce si kropelki deszczu wyczyniaBy szalone harce na tle nocnego nieba. OtworzyBa usta do krzyku, ale nie wydobyB si z nich |aden dzwik. Jak na zwolnionym filmie osunBa si na kolana. SByszaBa jakie[ gBosy. Agresywne, nienawistne. Asfalt raniB jej nogi. Nie byBo czasu na strach, na reakcj, nie byBo nawet czasu na wykrzyczenie tego jedynego sBowa, kt�re cisnBo si jej na usta, tego jedy- nego imienia, kt�re mogBo j obroni... Nick. Bo nagle gBowa eksplodowaBa jej bia- Bo-czerwonym wulkanem b�lu i poBknBa j noc. ROZDZIAA JEDENASTY W pierwszym przebBysku powracajcej [wiadomo[ci Dani stwierdziBa, |e jest w szpi- talu. Zaraz potem poczuBa, |e bdzie wymiotowa. Od jakiego[ czasu - mo|e od kilku godzin, a mo|e dni - jej |ycie skBadaBo si z kr�t- kich powrot�w do przytomno[ci, napad�w nudno[ci, b�lu, kt�ry przeszywaB j przy ka|dym oddechu, przemieszanych wspomnieD i sennych majak�w. Odziane w biel postacie dogl- daBy jej, gromadziBy si nad jej B�|kiem i udzielaBy niezrozumiaBych odpowiedzi, ilekro za- daBa jakie[ pytanie. Twarz Nicka nadpBywaBa, to zn�w odpBywaBa jak rozmazana plama, ale trudno jej byBo odr�|ni rzeczywisto[ od halucynacji. Raz pojawiB si te| Josh. PoklepaB j po dBoni i powiedziaB, |eby odpoczywaBa, |e wszystko jest pod kontrol. Niezbyt j to uspokoiBo, ale nie miaBa siBy si spiera. I w koDcu nadszedB czas, kiedy byBa ju| na tyle silna, by otworzy oczy i rozejrze si po pokoju. Separatka. A�|ko byBo twarde i odnosiBa wra|enie, |e ciaBo ma posiniaczone. W ramieniu tkwiBa rurka kropl�wki, lecz pulsujcy b�l w gBowie ju| nie o[lepiaB. NauczyBa si unika gBbokich oddech�w. WiedziaBa, |e nie jest w pokoju sama, ale dBugo zbieraBa si na odwag, by zapanowa nad rozdzierajcym b�lem, kt�ry pojawiaB si przy ka|dym ruchu gBowy. S R W fotelu przy jej B�|ku, z Bokciami wspartymi na wypychajcych d|insy kolanach, z brod na zBo|onych pi[ciach, siedziaB Nick. CzuwaB przy niej. CzekaB. - Cze[ - odezwaB si cicho. Nick. A jednak jest, kiedy go potrzebuje. Nick. Nie mogBa si na niego napatrze. Spokojny, powa|ny, opanowany. ChciaBa wycign do niego rk, ale przecie| wystarcza, |e jest przy niej. Kiedy tak na niego patrzyBa, przeszBo[ i terazniejszo[ zdawaBy si zlewa w jedno. - PrzebraBe[ si - wymruczaBa, [cigajc niepewnie brwi. U[miechnB si nieznacznie. - Nie raz. Jeszcze niezupeBnie si obudziBa[, prawda? ZmarszczyBa czoBo i pr�bowaBa pokrci gBow, ale b�l byB zbyt silny. WziB j za r- k. DBoD miaB ciepB, siln i such. W jego gBosie pobrzmiewaBa przekora: - Mam ci opisa, jak [licznie wygldasz w tej twarzowej szpitalnej koszulce i jak bar- dzo mi si podobasz, kiedy le|ysz taka bezradna, czy te| uznasz to za nietakt? PrzeBknBa z trudem [lin. - Nietakt - wychrypiaBa. PochyliB si i podsunB jej do ust szklank, z kt�rej sterczaBa wygita sBomka. - To lemoniada bez bbelk�w - wyja[niB. - Spr�buj troch wypi. Tylko powoli. ByBa tak spragniona, |e wypiBaby teraz cokolwiek, ale poszBa za jego rad i powolutku sczyBa nap�j. Kiedy miaBa ju| dosy, wziB od niej szklank. - Lepiej? - spytaB, przygldajc si jej uwa|nie. PrzesunBa rk po brzuchu i udaBo si jej skin gBow. - Chyba tak. Jak dBugo tu jestem? - Trzeci dzieD. OdzyskiwaBa[ kilka razy przytomno[ i znowu j traciBa[. Rozmawia- Ba[ ju| ze mn, nie pamitasz? Odwr�ciBa gBow, |eby na niego spojrze, i musiaBa na chwil zamkn oczy, bo pul- sujcy b�l w gBowie nasiliB si. - ByBe[ tu... caBy czas? Nick u[miechnB si Bagodnie. - ChodziBem do domu, |eby si przebra - za|artowaB. S R W istocie jednak nie ruszaB si ze szpitala. OdgadBa to instynktownie. Oczy miaB prze- krwione i podpuchnite, i chocia| jego twarz byBa gBadka, [wie|o ogolona, to jednak wida byBo na niej zmczenie. Jego opalenizna przybladBa. Opu[ciB j w gniewie, peBen nienawi[ci, ale nie odstpiB jej ani na krok, kiedy le|aBa nieprzytomna. Poczucie winy... czy troska? - Czy... zostaBam zgwaBcona? - spytaBa beznamitnie. Oczy mu stwardniaBy. ZacisnB zby. - Nie. Kierownik motelu wyszedB na dw�r i zobaczyB, co si [wici. Uciekli, ale ich rozpoznaB. To byli Scott i Colfield, ten chBopak, kt�ry napastowaB ci wtedy wieczorem pod bram... i dw�ch wsp�lnik�w, kt�rym mo|na zarzuci tylko tyle, |e nie zgBosili prze- stpstwa policji. - UrwaB na chwil, a potem cignB: - MiaBa[ kilka zBamanych |eber i wstrzs m�zgu. Wszyscy tu s zgodni co do tego, |e jeste[ zbyt uparta, by umrze. - A co si z nimi staBo? Ze Scottem... i z tym chBopakiem? - Siedz jeszcze w areszcie i czekaj na spraw. A poza tym s... bezrobotni. Nie potrafiBa si powstrzyma. MusiaBa to powiedzie. - Nie m�gBby[ tego zrobi... gdyby w zakBadzie dziaBaBy zwizki zawodowe. W jego oczach pojawiBo si zaskoczenie i zBo[. Po chwili westchnB przecigle. - A niech ci, Dani - mruknB cicho, z rezygnacj w gBosie. - Ty nigdy nie dasz za wy- gran, prawda? ZamknBa oczy. - Nie - wyszeptaBa. - Ale... - spr�bowaBa odetchn gBbiej, poczuBa przeszywajcy b�l. - Teraz jestem troch zmczona. - Wiem - powiedziaB cicho i pocaBowaB j delikatnie w czoBo. - To byBa dBuga walka, prawda? WydawaBo jej si, |e skinBa gBow i, zapadajc w sen, usByszaBa jeszcze, jak Nick m�wi: - To odpocznij... Po tej rozmowie zaczBa powoli wraca do zdrowia. Nastpnego ranka mogBa ju| utrzyma w dBoni szklank soku jabBkowego i salaterk z galaretk. Kropl�wka zostaBa odBczona. Z pomoc pielgniarek odbywaBa spacery po swojej sali. Lekarz zapewniB j, |e b�le gBowy za kilka dni min. PrzyszedB j przesBucha policjant. Liza przyniosBa bukiet [wie|ych kwiat�w, ale byBa jaka[ zdenerwowana i skrpowana i nie chciaBa rozmawia o S R niczym wa|nym. Od Josha dowiedziaBa si, |e o napadzie powiadomiB go Nick. Nick od- wiedzaB j przez nastpne kilka dni, ale nigdy nie zostawaB dBugo. TBumaczyB, |e lekarz za- broniB mu j mczy. On te| nie chciaB rozmawia o niczym wa|nym. A potem, w przeddzieD wypisania ze szpitala, przyszedB Josh z Liz i wyczuBa, |e otrzyma wreszcie odpowiedzi na pewne pytania. Po wymianie grzeczno[ciowych formuBek, dw�jka go[ci usiadBa - Josh na krawdzi biurka, Liza w nogach B�|ka. - No, ciesz si. |e m�j gB�wny szef i m�j gB�wny porucznik nareszcie si odnalezli - powiedziaBa wesoBo Dani. - Zdajcie mi teraz relacj z pola bitwy. - Nie ma ju| |adnej bitwy, Dani - mruknB cicho Josh. - Dzisiaj rano odbyBo si gBosowanie - wtrciBa Liza. - Ju| po wszystkim. - Zostali[my wymanewrowani - powiedziaB Josh. Dlaczego jej to nie zaskoczyBo? - Wczoraj dyrekcja zwoBaBa zabranie zaBogi - po[pieszyBa z wyja[nieniem Liza. - Do- stali[my podwy|ki... - wycignBa na dow�d czek z wypBat. - I ubezpieczenie na lepszych warunkach, i zapowiedzieli, |e w poniedziaBek bdzie drugie zebranie po[wicone organiza- cji przyzakBadowego |Bobka i przedszkola. Mamy teraz dwie przerwy na kaw zamiast jed- nej i pBatn przerw na lunch - cignBa z przejciem. - Wiem, |e to nie tyle, ile chciaBy[my wywalczy... ale jak kto[ przynosiB do domu sze[dziesit dolar�w na tydzieD, to mo|e si nie zgodzi na prawie dwa razy tyle? I m�wi si o powoBaniu komisji skarg i za|aleD, czy czego[ takiego, przez kt�r mo|na by zgBasza kierownictwu nasze problemy... - W jej oczach pojawiBy si naraz zakBopotanie i skrucha. - PosBuchaj, Dani, naprawd mi przykro, |e ci pobito, i to wBa[ciwie za nic. Nie chc, |eby[ uwa|aBa mnie za zdrajczyni, ale mu- siaBy[my bra, kiedy dawali, rozumiesz? A poza tym ludzie si przestraszyli, ka|dy si baB, |e on mo|e by nastpny... Wszyscy my[leli, |e lepszy wr�bel w gar[ci... Nie mogli[my od- rzuci takiej propozycji. - Stary chwyt Ojca Chrzestnego - za|artowaBa z przeksem Dani, ale prawd m�wic nie czuBa urazy. RozumiaBa to. Ona te| nie byBa ju| taka nieprzejednana. - Zdarza si, malutka - powiedziaB na odchodnym Josh, poklepujc j pocieszajco po rku. - To nie twoja wina. StoczyBa[ dobr walk. W tym musiaBa si z nim zgodzi. ZastanawiaBo j tylko, dlaczego ta klska specjalnie jej nie przygnbia. S R Tego wieczoru czekaBa na Nicka, stojc w oknie i wygldajc na parking. Kiedy wszedB do pokoju, odwr�ciBa si, spr�bowaBa u[miechn i przysiadBa na krawdzi B�|ka. - No - powiedziaBa swobodnie - wyglda na to, |e przegraBam. Nie usiadB. StaB nieruchomo po[rodku pokoju w szarym garniturze, kt�ry wkBadaB do biura. Krawat miaB poluzowany, a niebiesk koszul rozpit pod szyj. Jego twarz byBa enigmatyczna. Nie potrafiBa odgadn, jakie my[li kBbi mu si w gBowie. Po prostu staB i patrzyB na ni. - {aBuj tylko - odezwaB si nagle - |e to tak dBugo trwaBo. {e nie skoDczyBo si, zanim przytrafiB ci si ten wypadek. PatrzyBa na niego roztrzsiona i otpiaBa z b�lu. Co teraz bdzie? Co bdzie z nimi? Wszystko zale|aBo od niego. - Teraz zrozumiaBem, Dani - podjB cicho po chwili milczenia. - Chyba rozumiaBem od samego pocztku, ale nie chciaBem si do tego przed sob przyzna. Nie mam prawa ci prosi, |eby[ zrezygnowaBa z czego[, co tyle dla ciebie znaczy. To twoje |ycie, a je[li nawet oznacza to nadstawianie wBasnej gBowy i zu|ywanie wBasnej energii na sprawy innych, nie mam prawa ci tego broni. Ale nie widz w tym wszystkim miejsca dla siebie. Nie chc by tylko dodatkiem do twojej pracy. Ja chc by komu[ potrzebny. To wszystko, co mam ci do powiedzenia... - UrwaB i spuszczajc oczy odwr�ciB si. - Przykro mi - dodaB bardzo cicho. Po raz pierwszy w |yciu Dani poczuBa smak klski. Nastpnego dnia Josh spakowaB jej rzeczy i przyjechaB do szpitala. Lekarz powiedziaB, |e jest dostatecznie silna, by znie[ lot do Chicago. - PosBuchaj, nie bierz sobie tego tak do serca - m�wiB Josh, prowadzc przybit i blad Dani przez parking do swojego samochodu. - Przyjedziesz do domu, wypoczniesz... wez- miesz mo|e miesic urlopu. Nawet si nie obejrzysz, jak poczujesz si lepiej. Zobaczysz. - Nie - powiedziaBa, kiedy otwieraB baga|nik, |eby umie[ci w nim torb z rzeczami, kt�re miaBa w szpitalu. - Nie chc odpoczywa. Chc dosta od razu nastpny przydziaB. WBa[nie tego potrzebowaBa. Pracy. Nowego wyzwania, w kt�rym odnajdzie znowu sens |ycia. ChciaBa dziaBa. Josh posBaB jej skonsternowane spojrzenie i chciaB ju| zaoponowa, ale w tym mo- mencie co[ przykuBo jego uwag. Dani odgadBa, na kogo patrzy, jeszcze zanim si odwr�ci- Ba. HoBubiBa t nadziej w sercu, |yBa ni... S R - ChciaBem si tylko po|egna - rzekB Nick, podchodzc do niej. Twarz miaB bez wyrazu, w gBosie brzmiaBa tylko uprzejmo[. Z jego oczu te| nie po- trafiBa nic wyczyta. Dani oparBa si ci|ko o drzwiczki samochodu. Co[ si w niej kBbiBo, podpowiadaBo, by wycignBa do niego rce. CzekaBa z zapar- tym tchem, |eby zrobiB albo powiedziaB co[, co odmieni jej |ycie... I wiedziaBa instynktow- nie, |e tego nie uczyni. - Dokd jedziesz? - spytaB. - Wracasz do Chicago? SkinBa gBow. SBoDce, kt�re jeszcze przed chwil [wieciBo tak jasno, byBo teraz jakie[ przygaszone i rozmyte. Podmuch wiatru strciB Nickowi na czoBo kosmyk wBos�w. Dani omal nie wycignBa rki, |eby go odgarn. - Na kr�tko - odparBa. ZaschBo jej w gardle, z trudem wypowiadaBa sBowa. - Potem... - Nie musiaBa koDczy. PrzeniosBa wzrok na autostrad za parkingiem. DBuga, pusta droga, nastpne miasto, znowu obce i wrogie twarze... a potem jeszcze jedno miasto, nowa fabryka, nowy cel... ZmusiBa si, by spojrze na Nicka. Powiedz co[, bBagaBa w duchu. Zr�b co[... nie do- pu[ do tego. Zrozpaczona, przecigaBa rozmow. - Nie zawiedz tych ludzi. - Nie zawiod. Oczy miaB takie uczciwe, takie spokojne. Ten czBowiek nigdy by nikogo nie zawi�dB. MogBa na niego liczy... - Bdziesz kogo[ potrzebowaB - przedstawiciela zaBogi, czy kogo[ w tym rodzaju do nadzorowania zmian, jakie obiecaBe[. - GBos miaBa spity i nienaturalny. ZwilgotniaBy jej dBonie. - Do pilnowania interes�w pracownik�w. SkinB gBow. - Znajdziemy kogo[. Nie pozostawaBo jej nic innego, jak te| skin gBow. W gardle czuBa palcy b�l i z trudem powstrzymywaBa Bzy. - No c�|. - Nie potrafiBa ju| na niego spojrze. - To chyba si po|egnamy. - Chyba tak. S R Odwr�ciBa si. Josh czekaB na ni w samochodzie, ale czy rzeczywi[cie czekaB wBa[nie na ni? {ycie Josha potoczy si swoim torem i bez niej. Z ni czy bez niej wr�ci do Chica- go. Wr�ci do swego |ycia, do swojej pracy, bo dla niego byBa to tylko praca. Tym si wBa- [nie r�|nili. Dla Josha byBa to tylko praca, dla Dani - |ycie. Kto wie, czy Josh nie miaB racji. Bez niej i tak wszystko potoczy si dalej, a jedynym |yciem, jakie ma prawo zmienia, jest jej wBasne... Dwa kroki, jakie dzieliBy j od tylnych drzwiczek samochodu do przednich, byBy naj- dBu|szymi w jej |yciu. Mrugajc powiekami, usiBowaBa powstrzyma Bzy, by wyraznie wi- dzie, gdzie stawia stopy. Pr�bowaBa zaj my[li nastpn misj. Nick nie bdzie ju| o ni walczyB. Wyraznie jej to o[wiadczyB. Tym razem musi wal- czy o siebie sama. Odwr�ciBa si bardzo powoli. StaB tam, gdzie si rozstali, i czekaB. Azy skrzyBy si jej na rzsach. To byBa najtrudniejsza bitwa, jak kiedykolwiek staczaBa, ale wBa[nie tej nie mo- gBa przegra. - Potrzebuj ci, Nick - szepnBa. Jego u[miech byB Bagodny i peBen miBo[ci. WitaB j w domu. - Wiem - powiedziaB. RozBo|yB szeroko ramiona i padli sobie w objcia. Czas prze- pBywaB obok, a oni tulili si do siebie, napeBniali jedno drugie siB, wymieniali obietnice zbyt wielkie, by mo|na je uj w sBowa. A potem Nick odwr�ciB si, by poprowadzi j do ich domu. Dwa tygodnie p�zniej powietrze ogrzane p�znomajowym sBoDcem wypeBniaB aromat [wie|o [citych kwiat�w. Na skromnej, prywatnej uroczysto[ci Nick nasunB na trzeci palec jej lewej dBoni ostatnie i najwa|niejsze trofeum. Pier[cionek ten byB symbolem jego miBo[ci. PocaBunek, kt�rym uhonorowali ten moment, byB obietnic przyszBo[ci. I wtedy wreszcie Dani poznaBa smak zwycistwa. S R

Wyszukiwarka