��Rebecca Flanders
DO TRZECH RAZY
SZTUKA
ROZDZIAA PIERWSZY
Przystpujc do realizacji ka|dego nowego zadania, Dani zawsze si denerwowaBa,
nie przypominaBa sobie jednak, aby kiedykolwiek wcze[niej miaBa a| tak trem. Nie potra-
fiBa opdzi si od my[li, ile tym razem rzuca na szal: na pewno swoj opini; by mo|e
swoj prac... ale nie tylko. MiaBa wra|enie, |e powodzenie bdz klska w tej konkretnej
misji wpBynie powa|nie na jej poczucie warto[ci oraz wiar we wBasne zdolno[ci.
A tu, jak na zBo[, los uwziB si na ni ju| od samego pocztku. PrzekonaBa si o tym,
kiedy niespeBna pitna[cie kilometr�w za Chicago jej wierny samochodzik wyzionB ducha.
Dwie i p�B godziny zajBo wezwanie pomocy drogowej i odholowanie go do caBodobowej
stacji obsBugi, a nastpne p�B godziny mechanicy szukali przyczyny.
Jedyna agencja wynajmu samochod�w czynna o tak wczesnej porze miaBa sw sie-
dzib przy lotnisku, i tu czekaBa j druga denerwujca niespodzianka. OkazaBo si, |e firma
nie dysponuje maBymi autami i Dani byBa zmuszona zadowoli si wielkim, paliwo|ernym
cutlassem supreme. Manewrowanie tym monstrum kojarzyBo si Dani, przyzwyczajonej do
maBego volkswagena garbusa, z prowadzeniem opancerzonego czoBgu. RuszaBa spod lotni-
ska w caBodzienn drog do Indiany zmczona, zdenerwowana i z przygnbiajc [wiado-
mo[ci, |e ma ju| za sob dwie wpadki.
WiedziaBa, |e w takim stanie ducha najlepiej byBoby zamkn si na klucz w motelo-
wym pokoju, zdj sBuchawk telefonu z wideBek i przeczeka t noc z nadziej, |e rano
bdzie lepiej. Podejmujc si jednak ka|dego nowego zadania, miaBa w zwyczaju za-
poznawa si ze specyfik terenu, w kt�rym przychodziBo jej dziaBa. MusiaBa wczu si w
miejscow spoBeczno[, w kultur i ludzi, z kt�rymi bdzie miaBa do czynienia. ZakBadaBa,
naturalnie, |e dojedzie tu wcze[niej i spokojnie, bez po[piechu spenetruje [rodowisko. A w
tej sytuacji czasu pozostawaBo jej tylko na to, by przejecha si do Intercompu i wr�ci
przed zmierzchem.
Niewiele wyniosBa z tego wypadu. Niedzielne popoBudnie byBo chBodne i mgliste, a
krajobraz pospny i przygnbiajcy.
OkazaBo si, |e Indiana wcale nie jest tak malownicza, jak my[laBa. Kilometry tor�w
kolejowych ze sBupami trakcji elektrycznej, przerywane co jaki[ czas peBnymi wagon�w to-
warowych bocznicami i spBowiaBymi tablicami informacyjnymi. Pod koniec marca krajobraz
S
R
ten prezentowaB si szaro i niego[cinnie. Samo Somerset byBo zbiorowiskiem betonowych
blok�w mieszkalnych, rozrzuconych bezBadnie niczym tekturowe pudeBka po dziecinnym
pokoju i wygldajcych tak, jakby za dBugo staBy na deszczu. Poza tym znajdowaB si tu
jeszcze dom pogrzebowy, sklep wielobran|owy, obskurny bar, a w samym centrum budy-
neczek dziewi na dwana[cie metr�w z pBaskim dachem, kt�ry, sdzc po wozie patrolo-
wym zaparkowanym przed wej[ciem, stanowiB zapewne siedzib posterunku policji. Wik-
szo[ z dw�ch tysicy sze[ciuset osiemnastu mieszkaDc�w Somerset utrzymywaBa si z
pracy na roli.
Po[rodku tego wyblakBego pejza|u, niczym klejnot na palcu szpetnej kobiety, skrzyB
si kompleks zakBad�w Intercompu - otynkowane na biaBo, przeszklone fasady rozcigaBy
si na niemal dw�ch hektarach Badnie urzdzonego terenu, ogrodzone wysok, prawie czte-
rometrow siatk i chronione stosownym systemem alarmowym. Mimo p�znego niedziel-
nego popoBudnia parking byB zatBoczony samochodami pracownik�w, a przy bramie peBniB
sBu|b stra|nik i Dani wolaBa si nie zatrzymywa, |eby nie [cign na siebie niczyjej
uwagi. Bdzie miaBa na to mn�stwo okazji jutro rano.
Wybudowanie tego rodzaju obiektu przemysBowego w samym sercu umierajcej oko-
licy wydawa by si mogBo szczytem nierozwagi, jednak wyja[nienie byBo dziecinnie proste.
Zanim Intercomp otworzyB przed rokiem swoje podwoje, jedynym liczcym si pracodawc
w caBym okrgu byB producent cz[ci zamiennych do traktor�w, kt�rego fabryczka znajdo-
waBa si dwadzie[cia kilometr�w dalej. Niewykwalifikowanej siBy roboczej, jak Intercomp
zamierzaB obsadzi swoje linie produkcyjne sprztu komputerowego, byBo wic na miejscu
pod dostatkiem. Firma zatrudniaBa teraz ponad piset os�b i nosiBa si z zamiarem rozbu-
dowy. Mo|e sobie na to pozwoli - pomy[laBa z sarkazmem Dani zawracajc do motelu, w
kt�rym si zatrzymaBa - zwa|ywszy na fakt, |e osiemdziesit procent personelu pracuje za
minimalne wynagrodzenie.
Firma Intercomp zyskaBa prawo do u|ywania adresu Somerset tylko dziki temu, |e
na jej lokalizacj wybrano teren, kt�ry cz[ciowo znajdowaB si w obrbie administracyj-
nych granic miasteczka - to za[ staBo si mo|liwe tylko dlatego, |e jedynym bogactwem
Somerset byB nadmiar wolnych teren�w pod zabudow. Nie zapowiadaBo si na to, by do-
brobyt, na jaki liczyBo miasteczko w zwizku z wej[ciem na ten teren firmy Intercomp, na-
stpiB szybko, i to nie tylko dlatego, |e firma przycigaBa chtnych do pracy z caBej okolicy,
S
R
ale i dlatego, |e pBace, jakie proponowaBa, byBy zbyt niskie, by pracownikom starczaBo pie-
nidzy na zbytki. Nie zbudowano wic ani jednego nowego hotelu, |adnej restauracji ani
lokalu rozrywkowego; w promieniu paru kilometr�w nie byBo nawet kina czy baru McDo-
nalda. Do motelu Dani trzeba byBo jecha dwadzie[cia kilometr�w. MiaB ju| trzydzie[ci lat,
ale dziaBaBa przy nim maBa kawiarenka, byB czysty i Dani z rado[ci ujrzaBa go znowu. Z
przyjemno[ci pomy[laBa o gorcej kpieli i wieczorze, kt�ry zamierzaBa spdzi w towa-
rzystwie telewizora nad opracowaniami na temat charakterystyki miejscowych warunk�w.
Nie bdzie nawet musiaBa wychodzi na kolacj, zakBadajc, |e w takiej zabitej deskami
dziurze tego rodzaju luksusowe zachcianki daBoby si w og�le speBni.
Wprowadzajc wielki w�z na wolne miejsce w samym naro|niku parkingu, przed ja-
snozielonymi drzwiami do swojego pokoju, najechaBa przedni opon na kraw|nik. Klnc
pod nosem wrzuciBa wsteczny bieg i zaczBa cofa, |eby spr�bowa jeszcze jednego podej-
[cia.
Najpierw usByszaBa za sob przerazliwy ryk klaksonu, a zaraz potem przyprawiajcy o
ciarki chrzst metalu i samoch�d zatrzymaB si w miejscu. Dani zamarBa przy kierownicy -
nie mogBa uwierzy w to, co zrobiBa. Modlc si w duchu, by to nie byBa prawda, odwa|yBa
si na pBochliwy rzut okiem we wsteczne lusterko i gBo[no jknBa. Nie najechaBa na |aden
sBupek ani nawet na [cian budynku. RbnBa w jaki[ samoch�d. Trzecia wpadka.
ByBo ju| za p�zno na wyrzucanie sobie, |e nie spojrzaBa, gdzie jedzie, ani nie zwr�ciBa
uwagi, |e kiedy ona manewrowaBa samochodem, tamten w�z wycofywaB si akurat ze sta-
nowiska naprzeciwko. Zrzucanie winy za stBuczk na maBo zwrotny samoch�d czy na swoje
roztargnienie nie miaBo sensu. Ale wysiadajc na mikkich nogach z wozu nie mogBa oprze
si refleksji, |e musi j prze[ladowa niesamowity pech, skoro uderzyBa w jeden z czterech
raptem pojazd�w stojcych na parkingu. To byB zBy znak. Bardzo zBy.
Stanwszy niepewnie przy drzwiczkach samochodu, spojrzaBa na wysiadajcego kie-
rowc tamtego wozu. No jasne, m|czyzna, pomy[laBa z obaw. Nie wygldaB na zadowo-
lonego. Z rkoma wci[nitymi w kieszenie be|owego pBaszcza zmierzaB ku niej z oczyma
skierowanymi na miejsce kolizji.
- Nic si pani nie staBo? - spytaB, nie zaszczycajc jej nawet spojrzeniem, kiedy dzieliB
ich ju| tylko metr.
PokrciBa gBow.
S
R
- A panu?
ObejrzaB tyB swego samochodu i spojrzaB na ni. Wyraz twarzy miaB uprzejmy i spo-
k�j, z jakim akceptowaB zaistniaB sytuacj, byB, zdaniem Dani, godny podziwu. Na oko miaB
ze trzydzie[ci pi lat, ubrany byB zwyczajnie w sportowy pBaszcz i spodnie i wygldaB na
komiwoja|era. Bo kt�| inny jezdziBby buickiem regalem i zatrzymywaB si w takim miej-
scu? Kropelki unoszcej si w powietrzu wilgoci zaczynaBy osiada na jego kdzierzawych,
ciemnobrzowych wBosach i tworzy bByszczc warstewk na gBadkiej, oliwkowej twarzy.
ByBa mu wdziczna za Bagodny ton:
- Nie spojrzaBa pani w lusterko. UsiBowaBem pani ostrzec.
- M�gB si pan zatrzyma - burknBa.
Rozwa|aBa ju| komplikacje prawne, jakie mog wynikn, gdyby facet uparB si robi
z tego zaj[cia afer; sprawa mogBaby si cign miesicami, poniewa| oboje nie byli std.
Nie takie wiadomo[ci chciaBa przekaza wieczorem przez telefon Joshowi. Jeszcze nigdy nie
zdarzyBo si jej tak pechowo zaczyna misji. A na dodatek, podczas gdy tamtego kierowc
chroniB przed wilgoci i chBodem pBaszcz, ona miaBa na sobie tylko cienki sweterek, kt�ry
zarzuciBa na ramiona przed wypraw do kompleksu, i teraz dygotaBa z zimna.
- ZatrzymaBem si - odparB spokojnie i odszedB, |eby obejrze uszkodzenia.
To o[wiadczenie j dobiBo. Skoro zatrzymaB si, zanim w niego stuknBa, to caBa od-
powiedzialno[ za stBuczk spada na ni. Po|aBowaBa teraz burkliwego tonu, jakiego u|yBa
zwracajc si do niego przed chwil. To byBa przecie| jej wina, a on staraB si by dla niej
miBy.
- Przepraszam pana - rzekBa, podchodzc do m|czyzny. - To wynajty samoch�d.
Nie jestem do niego przyzwyczajona. Na co dzieD je|d| mniejszym. Ja chyba rzeczywi[cie
nie spojrzaBam w lusterko. To moja wina.
Usta drgnBy mu lekko, ale nie oderwaB wzroku od dw�ch zderzak�w, kt�re, jak do-
piero teraz z przera|eniem zauwa|yBa Dani, sczepiBy si z sob.
- Pani towarzystwo ubezpieczeniowe musi pani uwielbia - mruknB. - Podstawowa
zasada: nigdy nie przyznawa si do winy na miejscu wypadku.
- Zderzaki si sczepiBy! - wykrzyknBa pBaczliwie.
PosBaB jej ironiczne spojrzenie.
- Zauwa|yBem.
S
R
- Innych uszkodzeD chyba nie ma - zaryzykowaBa, a potem, ze stanowczo[ci kobiety,
kt�ra ma dosy, wdrapaBa si na sczepione zderzaki i, rzucajc na szal caBe swoje pidzie-
sit par kilogram�w, podjBa wysiBek rozkoBysania woz�w z zamiarem ich rozdzielenia.
PrzygldaB si jej sceptycznie.
- Co pani robi?
- WidziaBam to mn�stwo razy na filmach - wysapaBa, zapierajc si o baga|nik swo-
jego wozu. - Niech pan wBazi z drugiej strony. - Nie zwracaBa uwagi na wyraz rozbawienia
w jego oczach, kiedy obchodziB sczepione samochody, |eby wypeBni jej polecenie, ani na
to, jak idiotycznie musz wyglda podskakujc na zderzakach niczym dwoje dzieci ba-
raszkujcych na hu[tawce, dop�ki nie poczuBa, |e zazbiony metal poddaje si i puszcza.
Rozcignli si oboje na baga|nikach, ka|de swojego wozu, spogldajc na siebie z ko-
micznym zaskoczeniem,
Zmieszno[ sytuacji dotarBa do obojga jednocze[nie i wybuchnli [miechem. Kiedy
si [miaB, oczy miaB bardziej czarne ni| brzowe, otoczone siateczk drobniutkich zmarsz-
czek, kt�ra przydawaBa jego gBadkiej twarzy chBopicego wdziku. Jego zby poByskiwaBy
ol[niewajc biel na tle [niadej cery, a [miech miaB serdeczny i dono[ny. Dani, zziajana po
wysiBku, za[miewaBa si do rozpuku. Wreszcie nieznajomy zsunB si z baga|nika swego
samochodu i wycignB rk, |eby pom�c si jej pozbiera.
- Skoro nasze samochody zawarBy ju| swoj samochodzi znajomo[ - zaproponowaB
m|czyzna, patrzc na ni roziskrzonymi wesoBo[ci oczami - to mo|e i nam wypadaBoby
si przedstawi?
StBumiBa kolejny napad chichotu. Tu naprawd nie byBo si z czego [mia.
- Nazywam si Dani Miller - odparBa. - I pewnie chce pan obejrze moj polis ubez-
pieczeniow.
Odwracajc si, by wyj dokumenty ze schowka, nie zauwa|yBa wyrazu zdziwienia,
jaki przemknB mu po twarzy.
- To nie jest ko... - zaczB, ale w tym momencie zmieniB chyba zdanie, bo urwaB i bez
opor�w wziB od niej kopert z papierami wystawionymi przez agencj wynajmu samocho-
d�w.
Marszczc w skupieniu ciemne brwi przeni�sB wzrok z dokument�w na stojc przed
nim drobn, piegowat brunetk. Wyraznie straciB humor i Dani pomy[laBa: Och, nie, teraz
S
R
pewnie zacznie si targowa o ka|dego centa. Spu[ciB znowu oczy na papiery, zupeBnie jak-
by konstatowaB fakt, |e ma do czynienia z wymienion w nich osob, a po chwili spojrzaB na
ni znowu, tym razem gniewnie i z nie skrywan niechci.
- Osobi[cie - odezwaBa si Dani, kt�rej m|awka, zib i pogarszajcy si nastr�j nie-
znajomego zaczBy si ju| dawa we znaki - nie widz, aby kt�ry[ z samochod�w doznaB
najmniejszej szkody, ale je[li tak panu zale|y, to niech pan sobie wynotuje niezbdne in-
formacje i oszacuje koszty naprawy. Bd tu co najmniej przez dwa tygodnie.
ZmierzyB j ponownie taksujcym spojrzeniem i zmru|yB oczy. W butach na niskim
obcasie miaBa raptem metr sze[dziesit i ledwie sigaBa mu do ramienia, ale wyprostowaBa
si na caB wysoko[ i bez drgnienia powieki wytrzymaBa t lustracj. Jego wzrok zatrzy-
mywaB si co chwil... ciemne, kr�tko przycite wBosy, mrowie pieg�w na nosie i policz-
kach, krgBe piersi wypychajce obcisBy, mikki, niebieski golf, wcita talia i pBynna linia
bioder rysujcych si pod weBnianymi spodniami. Potem szybko pobiegB spojrzeniem w d�B,
wzdBu| n�g do czubk�w mokasyn�w w wielbBdzim kolorze, i wreszcie zatrzymaB wzrok na
ozdobionych pier[cionkami palcach, kt�re zaciskaBa teraz na ramionach, przyjmujc wy-
zywajc postaw. I nagle dotarBo do niej, dlaczego przyglda jej si w taki szczeg�lny
spos�b. W dokumentach wynajtego samochodu widniaBo przecie| czarno na biaBym, kim
jest i kto jest jej pracodawc, a wikszo[ os�b na wie[ o tym, czym zawodowo trudni si
Dani, reagowaBa zdumieniem. DoszBa do wniosku, |e chyba mu to wybaczy. Odetchnwszy
z ulg, |e za tym bezczelnym taksowaniem nie kryj si |adne osobiste podteksty, potrz-
snBa gBow i przygotowaBa na odparowanie jego nastpnego komentarza.
Ku jej zdziwieniu, |adnego komentarza nie wygBosiB. Co dziwniejsze, skBadajc do-
kumenty i oddajc je wBa[cicielce, u[miechnB si.
- Nie sdz, aby to byBo konieczne - powiedziaB. - Nic takiego si nie staBo. W najgor-
szym przypadku nadali[my przed chwil nowe znaczenie porzekadBu g�ra z g�r si nie
zejdzie". Nazywam si Cavenaugh. Nick Cavenaugh. Czy mog postawi pani kaw?
Dani roze[miaBa si troch nerwowo.
- Czy przypadkiem nie powinno by na odwr�t? - spytaBa, odkBadajc kopert z do-
kumentami do schowka i zatrzaskujc drzwiczki samochodu. - Mimo wszystko to ja na pana
wpadBam.
WzruszyB ramionami.
S
R
- Nie ma sprawy, zgodny ze mnie go[. Skoro tak bardzo chce mnie pani zabra z tego
deszczu do przytulnej kafejki, nie bd si opieraB.
Dani nie od dzisiaj podr�|owaBa po kraju i a| za dobrze wiedziaBa, czym grozi ulega-
nie pokusie zawierania znajomo[ci na parkingach stojcych w szczerym polu moteli. Ale
tym razem byBo jej troch |al. ByB nawet przystojny. Te krcone wBosy, ta gBadka, miBa
twarz... a spos�b, w jaki w jego oczach odbijaBa si wesoBo[, podsuwaB jej my[l, |e nic ta-
kiego by si nie staBo, gdyby spdziBa deszczowy wiecz�r w obcym mie[cie w towarzystwie
tego m|czyzny. ZreflektowaBa si jednak. WiedziaBa, |e z wygldu nic jeszcze nie wynika,
a nie byB to pierwszy atrakcyjny m|czyzna, jakiego spotkaBa podczas swych sBu|bowych
woja|y. Na og�B wymieniaBa z nimi tylko zdawkowe dzieD dobry, do widzenia".
- Mo|e innym razem - obiecaBa i, u[miechajc si z nie udawanym |alem, ponownie
potrzsnBa gBow. Ten nawyk pozostaB jej po latach noszenia dBugich wBos�w. ObciBa je
dopiero przed tygodniem i wci| zapominaBa, |e nie ma ju| grubego warkocza, kt�ry mo-
gBaby przerzuci przez rami. Po|aBowaBa teraz, |e go [ciBa. Wikszo[ m|czyzn lubi dBu-
gie wBosy. - Przykro mi - dorzuciBa.
Kiedy jednak Nick znowu na ni spojrzaB, odgadBa z jego u[miechu, |e podoba mu si,
jaka jest, i przeszedB j lekki dreszcz, bo u[wiadomiBa sobie naraz, |e to zainteresowanie jest
wzajemne.
- Szkoda - powiedziaB z |alem. MiaB bardzo szerokie ramiona. Odwr�ciB si, podszedB
do swojego samochodu, usiadB za kierownic, przekrciB kluczyk w stacyjce, po|egnaB j
u[miechem i uniesieniem rki, a potem, okr|ajc ostro|nie jej w�z, wyjechaB na szos. Do-
piero wtedy zauwa|yBa, |e ma tablice rejestracyjne stanu Indiana. ZastanowiBo j, co tu robi,
czy mieszka w motelu, czy jeszcze go spotka.
OdpdziBa od siebie te my[li z takim samym rozdra|nieniem, z jakim strzsnBa kro-
pelki wody, kt�re osiadBy na postrzpionych koDcach cieniowanej fryzury. WsiadBa znowu
za kierownic i zaparkowaBa prawidBowo samoch�d. Bez tego ciemnookiego nieznajomego i
tak miaBa dosy na gBowie, a ju| na pewno nie starczy jej czasu na zawieranie bli|szej zna-
jomo[ci z komiwoja|erem.
Kiedy z ponurego nieba odpBywaBy ostatnie bByski [wiatBa, Dani zmywaBa trudy ci|-
kiego dnia w wannie z gorc wod. Potem, opatulona w dBugi, wBochaty szlafrok kpielo-
wy, wBczyBa telewizor, wybraBa lokaln stacj nadajc do p�Bnocy powt�rki starych, czar-
S
R
no-biaBych komedii sytuacyjnych, usadowiBa si na zadziwiajco solidnym B�|ku i nastpn
godzin spdziBa nad papierami, |ujc krakersy z masBem orzechowym oraz batoniki kupio-
ne w automacie.
PamitaBa, |e musi zadzwoni do Josha i zBo|y pierwszy meldunek, ale celowo z tym
zwlekaBa. Nie, nie miaBa dla niego |adnych niepomy[lnych wiadomo[ci. Sytuacja, jak tu
zastaBa, nie odbiegaBa w zasadzie od tego, co zawieraBy opracowania wstpne, w kt�re wy-
posa|ono j na drog - ale zwyczajnie nie miaBa ochoty z nim rozmawia.
Podejmujc si tego zadania |ywiBa nadziej, |e wyjazd pozwoli jej szybciej zapo-
mnie o Joshu, zapomnie o wszystkich dotychczasowych pomyBkach, i najchtniej na czas
misji przerwaBaby wszelkie nici Bczce j z Chicago i problemami, jakie tam zostawiBa.
Zwiadomo[, |e przydzielono jej to zadanie tylko dziki protekcji Josha, gnbiBa j
bardziej, ni| byBaby skBonna przyzna. ZdawaBa sobie spraw, |e klska, jak poniosBa w
Denver, mocno nadszarpnBa jej reputacj, i nie rozumiaBa, dlaczego teraz Josh w og�le ob-
stawaB przy jej kandydaturze. Kiedy przed dwoma miesicami dobiegB koDca ich kr�tko-
trwaBy romans, oboje uznali, |e byBoby najlepiej, gdyby zeszli sobie z drogi... co nie byBo
takie proste, poniewa| Josh byB bezpo[rednim przeBo|onym Dani. Bez wikszego |alu, ale
jednak ze smutkiem obserwowali, jak ich zwizek degraduje si powoli do czego[, co pew-
nego dnia mo|e przerodzi si w luzn znajomo[, w kt�rej nie bdzie ju| miejsca na miBo[
i wzajemne zaufanie. PrzemknBo jej teraz przez my[l, czy to czasem nie poczucie winy albo
lito[ kazaBy Joshowi interweniowa w jej sprawie, i poczuBa si ura|ona. MiaBa jednak na-
dziej, |e po prostu chciaB w ten spos�b pozby si jej na jaki[ czas ze swojego otoczenia.
ZmiBa w koDcu puste celofanowe opakowanie po krakersach, cisnBa je do kosza i
biorc si w gar[ wykrciBa numer w Chicago. ZmarszczyBa czoBo, kiedy w sBuchawce roz-
legBo si opryskliwe burknicie.
- Nie przeszkadzam ci? - spytaBa oschle.
- Dani! - WyobraziBa sobie te ostro zarysowane brwi [cigajce si nad pBoncymi
niebieskimi oczami, wystpujcy na twarz rumieniec podenerwowania i zaciskajce si
gniewnie usta. Ten czBowiek kierowaB losem tysicy; nie miaB cierpliwo[ci do babskich fo-
ch�w. - Gdzie[ ty, u diabBa, przepadBa? MiaBa[ zadzwoni zaraz po przyjezdzie! To znaczy...
- zawiesiB gBos, spogldajc chyba na zegarek - prawie dwana[cie godzin temu! Czy wiesz,
|e miaBem ju| powiadomi policje stanow?
S
R
Dani zamknBa oczy, zacisnBa zby i policzyBa do dziesiciu. Gdyby ich zwizek nie
rozpadB si z bardziej osobistych przyczyn, to na pewno umarBby gwaBtown [mierci wBa-
[nie z tego powodu. Josh bardzo dobrze wiedziaB, |e jest samodzielna. ByBa samodzielna,
zanim si poznali, i tak pozostaBa mimo jego nad opiekuDczo[ci i nieustannego pouczania.
Po prostu tracc j z oczu natychmiast przestawaB jej ufa.
OdetchnBa gBboko, otworzyBa oczy i powiedziaBa jadowicie sBodkim tonem:
- Przejdziemy wreszcie do rzeczy, czy mam odBo|y sBuchawk nie podajc ci mojego
numeru telefonu?
UsByszaBa syk wciganego przez zaci[nite zby powietrza i wyobraziBa sobie, jak
Josh przeczesuje nerwowo palcami przedwcze[nie posiwiaBe wBosy. Teraz to on liczyB do
dziesiciu.
- Przepraszam, kochanie - odezwaB si w koDcu znacznie spokojniej. - Mamy tu dzi-
siaj urwanie gBowy. A jak tam u ciebie?
OpowiedziaBa mu o kBopotach z samochodem i podzieliBa si wra|eniami, jakie wy-
niosBa z przeja|d|ki po okolicy. O incydencie na motelowym parkingu nie wspomniaBa.
Sama nie wiedziaBa, dlaczego.
- Nie przewiduj |adnych problem�w - podsumowaBa. - To miasteczko jest zabit de-
chami dziur. Wikszo[ pracownik�w przedsibiorstwa mieszka w okolicznych okrgach,
nie bdziemy si wic musieli martwi o negatywne reakcje czynnik�w zewntrznych. Bd
rozmawiaBa bezpo[rednio z pracownikami Intercompu i to oni bd decydowali, jak po-
winno by.
- Jakiej reakcji si spodziewasz? - spytaB.
Dani nie odpowiedziaBa od razu. Jedn z jej najwarto[ciowszych cech byBo wystrze-
ganie si po[piechu w ocenach i dziaBaniach. Mo|na byBo jej ufa, |e przed wykonaniem
jakiegokolwiek ruchu dokona dogBbnej i dokBadnej analizy sytuacji.
- Mam, naturalnie, nadziej - odezwaBa si po chwili - |e opracowania wstpne s
rzetelne i spotkam si z dobrym przyjciem. Warunki s z pewno[ci korzystne, ale prowin-
cjonalna mentalno[ chadza wBasnymi [cie|kami. Mo|na liczy na ka|dego, kto ma ju| ja-
kie[ wyrobione zdanie o zwizkach zawodowych, czyli jest zdecydowanie za albo zdecydo-
wanie przeciw. A poniewa| kierujemy nasze wysiBki na |eDsk cz[ zaBogi Intercompu,
trzeba si liczy z tym, |e na opinie tych kobiet bd miaBy silny wpByw opinie ich m|�w...
S
R
- M�wiBa to z ci|kim sercem, wiedziaBa jednak, |e tak jest w istocie. - Josh, dobrze wiesz,
|e dzisiaj nie mog ci jeszcze niczego powiedzie. Jutro porozmawiam z ludzmi i dopiero
wtedy bd miaBa jakie[ zdanie.
- Mnie interesuje to, co podpowiada ci instynkt - nie ustpowaB. - Nigdy mnie jeszcze
nie zawi�dB.
SkrzywiBa si, bo oboje wiedzieli, jak sromotnie zawi�dB j instynkt w Denver... a
mo|e nie tyle instynkt, co umiejtno[ oceny sytuacji? ByBa wdziczna Joshowi, |e nie na-
wizuje do tego nadal bolesnego tematu.
- Co mi podpowiada instynkt? - spytaBa wesoBo. - To bdzie buBka z masBem. Mimo
wszystko nie wchodz w ciemno w [rodowisko prymitywnych kopaczy doB�w. Te kobiety
s dosy dobrze wyksztaBcone i na tyle inteligentne, by zdawa sobie spraw, co jest dla
nich najkorzystniejsze. - Niemal tych samych sB�w u|yBa w Denver. ByBa tam taka pewna
siebie... - Nie spodziewam si |adnych kBopot�w - zakoDczyBa z przekonaniem. - Nie byBa-
bym nawet specjalnie zaskoczona, gdyby mi si tu udaBo.
- Postaraj si, sBoneczko - powiedziaB Josh. - Wiesz, jakie to dla nas wa|ne. WBa[nie
dlatego wysBali[my tam ciebie.
U[miechnBa si czule do czarnej plastykowej sBuchawki. Czasami, kiedy niespodzie-
wanie wyrwaBo mu si co[ takiego, przypominaBa sobie, dlaczego niemal go pokochaBa. Po-
trzebowaBa rozpaczliwie odbudowania poczucia wBasnej warto[ci, a on wiedziaB, jak to ro-
bi. Oczywi[cie, zdawaBa sobie doskonale spraw, |e to tylko przejaw jego wielkiego do-
[wiadczenia w manipulowaniu ludzmi za pomoc subtelnych bodzc�w psychologicznych,
ale i tak byBa mu wdziczna.
- Spokojna gBowa, szefie. Zadzwoni jutro.
I kiedy miaBa ju| odBo|y sBuchawk, nieoczekiwanie Bagodnym gBosem powiedziaB:
- Wiesz co? Zaczyna mi ci brakowa. - A potem szybko, jakby za|enowany wBasny-
mi sBowami, dorzuciB oficjalnym tonem: - Informuj mnie na bie|co. DzwoD codziennie i
podaj mi sw�j numer.
PodyktowaBa mu numer i na tym zakoDczyli rozmow.
Dani odBo|yBa sBuchawk, opadBa na poduszki i zapatrzyBa si w migoczcy ekran te-
lewizora, my[lc o Joshu. Ona nie mogBa powiedzie, |e odczuwa jego brak. MiaBa nadziej,
|e Josh nie zacznie teraz uderza w sentymentalne tony i nie zaproponuje pojednania.
S
R
To smutne, co si im przydarzyBo. Byli dwojgiem samotnych fanatyk�w pracy skaza-
nych przez los na nieustanny kontakt. Nawizali romans, tylko tak mogBo si to skoDczy.
DokBadnie sze[ tygodni zajBo im doj[cie do przekonania, |e nie ma w nim absolutnie ni-
czego. PozostaBo im po tej przygodzie skrpowanie w stosunkach sBu|bowych, dwuznaczna
sytuacja w |yciu towarzyskim i mn�stwo przykrych, wewntrznych refleksji, z kt�rych
wszystkie zaczynaBy si od irytujcego: Gdyby tylko...
Podw�jnym ciosem dla Dani byB fakt, |e klska w Denver zbiegBa si niemal dokBad-
nie z jej klsk w |yciu uczuciowym. M�wi, |e do trzech razy sztuka. Ciekawe, co jeszcze
szykuje jej los.
Josh, widzc jej przygnbienie, zadecydowaB, |e bdzie dla niej najlepiej, je[li powr�-
ci do pracy w terenie. WzdragaBa si przed przyjciem jakiegokolwiek zadania na tego ro-
dzaju warunkach, musiaBa jednak przyzna, |e jest mu nawet wdziczna. WiedziaBa, |e nie-
powodzenie w tej misji przewa|yBoby szal. Ale kto wie? Mo|e odniesie tu najwikszy w
swej karierze sukces.
ZgasiBa [wiatBo i uBo|yBa si do snu. ByBa przyzwyczajona do obcych motelowych
pokoik�w i nie przeszkadzaB jej szum przeje|d|ajcych szos pojazd�w ani nieznajome
B�|ko. ZapadBa niemal natychmiast w gBboki sen ze [wiadomo[ci, |e musi by wypoczta,
by z energi stawi czoBo problemom, przed jakimi stanie jutro.
S
R
ROZDZIAA DRUGI
Nazajutrz o sz�stej rano Dani, z narczem ulotek, czekaBa przed bram Intercompu na
pracownik�w koDczcych nocn zmian i tych, kt�rzy o si�dmej mieli zaj ich miejsca
przy ta[mie. ObserwowaBa, jak para jej oddechu skrapla si w chBodnej porannej mgieBce, i
chocia| miaBa na sobie weBniany pBaszcz, szalik, kapelusz i rkawiczki, dygotaBa z zimna.
Pierwszym krokiem byBo zawarcie znajomo[ci ze stra|nikiem - za|ywnym, siwiej-
cym m|czyzn w [rednim wieku, kt�ry siedziaB teraz w swoim ciepBym kantorku i, popija-
jc z kubka parujc kaw, przebiegaB wzrokiem otrzyman od niej ulotk. Przejrzawszy
pobie|nie jej tre[, oddaB karteczk Dani i rzekB obojtnie:
- Nie pracuj w Intercompie. Jestem z prywatnej agencji.
Wymarzona sytuacja. Neutralny, wynajty do ochrony obiektu facet, stojcy midzy
ni a firm, nie bdzie ani zbyt skrupulatny, ani zBo[liwie opieszaBy w peBnieniu swych
obowizk�w. Dziki temu przynajmniej z tej strony mo|e si nie obawia |adnych niepo-
|danych konflikt�w z kierownictwem.
Stra|nik spojrzaB na ni z zadum, mru|c lekko przekrwione, piwne oczy.
- Od kiedy to zwizek wysyBa do mskiej roboty takie chude podlotki? - spytaB.
Dani byBa przyzwyczajona do podobnych komentarzy.
- Od kiedy Intercomp zaczB zatrudnia chude podlotki do mskiej roboty przy swoich
ta[mach - odparowaBa z u[miechem.
Stra|nik odchrzknB dyplomatycznie i przeni�sB wzrok na napBywajc ku bramie
pierwsz fal pracownik�w rannej zmiany.
- Niech pani stanie tam, z boku. - PoinstruowaB j ruchem gBowy. - Jak bdzie pani
tamowa ruch, przegoni pani std. A jak spr�bujesz pani przesmykn si przez bram
bez przepustki, to wyldujesz w pace. Takie s przepisy.
Dani skinBa gBow i zajBa miejsce w stosownej odlegBo[ci od wej[cia na teren Inter-
compu, skd miaBa przemieszczajce si masy ludzkie w zasigu rki, a jednocze[nie nie
przeszkadzaBa w ich przepBywie. ZnaBa przepisy.
StaBa tam przez nastpn godzin, mijana przez szeregi gwarzcych midzy sob pra-
cownik�w zmierzajcych raznym krokiem w stron zakBadu i wychodzcych stamtd m|-
czyzn i kobiety o ziemistych twarzach i podkr|onych z niewyspania oczach.
S
R
RobiBa, co mogBa, by nawiza kontakt wzrokowy z ka|dym, komu wrczaBa ulotk,
ale po pewnym czasie jej gBos zaczB przypomina nagranie z ta[my magnetofonowej;
DzieD dobry pani, mo|e zechciaBaby pani po[wici chwil na przeczytanie tego w prze-
rwie na kaw?... Prosz to przeczyta w przerwie [niadaniowej... Bd tutaj pod koniec
zmiany i w porze lunchu... Witam pana, prosz wzi to do domu i przejrze... Je[li zechce
mi pan zada jakie[ pytania, to bd tu dzi[ po poBudniu... {ycz miBego dnia".
Reakcje byBy mieszane i takie jak zwykle. Wiele kobiet obchodziBo si z ulotk tak
samo, jak z reklam wciskan do rki w supermarkecie - nie zwalniajc kroku ani nie prze-
rywajc prowadzonej rozmowy wpychaBy j automatycznie do kieszeni pBaszcza. Inne, naj-
wyrazniej [wiadome, w czym rzecz, rzucaBy Dani podejrzliwe albo zaintrygowane spojrze-
nia, je[li za[ chodzi o m|czyzn, to co jaki[ czas kt�ry[ mrugaB do niej porozumiewawczo
bdz witaB niewybrednym komentarzem. Poniewa| wikszo[ m|czyzn schodziBa z nocnej
zmiany, byli zbyt znu|eni, by zwraca na ni w og�le uwag, poranek wic minB raczej
spokojnie. WiedziaBa jednak, |e zupeBnie inaczej bdzie wieczorem, kiedy wr�ci tu, by zBa-
pa ich przed rozpoczciem nocnej zmiany.
Pomimo braku zaczepek, ka|dy pierwszy poranek byB zawsze gorcy. MusiaBa by
przez caBy czas w najwy|szym stopniu skoncentrowana i mie oczy szeroko otwarte, by
pr�bujc wciska ulotki w rce jak najwikszej liczby os�b, unika jednocze[nie typ�w z
kierownictwa i chBon ka|dy szczeg�B opBywajcego j, rozkoBysanego morza ludzi. Pr�-
bowaBa wyBuskiwa z tBumu twarze zdradzajce ewentualne predyspozycje przyw�dcze i z
my[l o przyszBo[ci ju| teraz klasyfikowa reakcje poszczeg�lnych os�b jako pozytywne
bdz negatywne. Pr�bowaBa wyczu og�lny nastr�j zaBogi - czy ludzie s zadowoleni, czy
zniechceni do swojej pracy, id do zakBadu z entuzjazmem, czy jak na [cicie, w jakim na-
stroju schodz ze zmiany? NadstawiaBa uszu na strzpy rozm�w, z kt�rych mogBa wywnio-
skowa, na co skar| si ludzie. Oczywi[cie, przy takiej masie ludzkiej niemo|liwe jest do-
tarcie do ka|dego z osobna. Ten poranek traktowaBa wBa[ciwie jako rozgrzewk. Bdzie tu
wracaBa przed rozpoczciem ka|dej zmiany i koncentrowaBa si na ludziach przybywajcych
do pracy, wyBapywaBa ich z tBumu, kiedy umysB maj jeszcze [wie|y. Bd mieli potem
dziewi godzin na przemy[lenie oraz przedyskutowanie midzy sob tego, co przeczytaj
w ulotkach. Bdzie tutaj pod koniec ka|dej zmiany, |eby oszacowa reakcje i odpowiada
na pytania. Potrwa to co najmniej tydzieD, a potem rozpocznie si wBa[ciwa robota.
S
R
Zadanie uBatwiaB jej nieco fakt, |e wikszo[ personelu administracyjnego rozpoczy-
naBa prac o �smej. Paru pracusi�w, kt�rzy przyszli na si�dm, Batwo byBo pozna po trzy-
cz[ciowych garniturach. Na ich grozne spojrzenia odpowiadaBa promiennym, niewinnym
u[miechem. PotwierdziBy si jej przypuszczenia, |e wszyscy ci biurali[ci to m|czyzni. Nie-
liczne lepiej ubrane kobiety na pewno byBy sekretarkami.
Brygadzi[ci stanowili klas sam w sobie i nie tak Batwo byBo ich rozpozna. W hie-
rarchii zawodowej plasowali si gdzie[ pomidzy kadr kierownicz a zwykBymi robotni-
kami i Dani wiedziaBa z do[wiadczenia, |e kiedy dochodzi do organizowania zwizku, bry-
gadzi[ci, wypatrujcy wci| awansu, kt�ry pozwoli im wBo|y garnitur i zasi[ przy biur-
ku, zawsze staj po stronie firmy. PrzekonaBa si o tym na wBasnej sk�rze tu| przed godzin
si�dm, kiedy strumieD ludzi zaczynaB si ju| przerzedza. Kto[ nagle zBapaB j od tyBu za
rami i wyrwaB z dBoni reszt ulotek.
- A to co, u diabBa? - ryknB jej nad uchem czyj[ gBos. - {arty jakie[?
Dani odwr�ciBa si na picie i stanBa twarz w twarz z olbrzymem o blond wBosach.
WpatrywaB si w ni ze zBo[ci i niedowierzaniem spod przymru|onych powiek, a jego pal-
ce wpijaBy jej si w Bokie.
- Radz trzyma Bapy przy sobie - odparowaBa, wyrywajc rk z jego u[cisku.
Tylko chwil zajBo mu zapoznanie si z tre[ci kartek, kt�re jej skonfiskowaB. Potem
chwyciB j znowu za rami i pchnB lekko.
- No, koteczku, zabieraj std swoj pupci. I to te|. - CisnB plik ulotek na ziemi i
wdeptaB je obcasem w bBoto. - Nie chcemy tu |adnego zwizkowego g�wna.
Dani nawet nie drgnBa. Oczy jej pociemniaBy i gotowa byBa walczy.
- Chroni mnie prawo federalne...
- Co ty powiesz? - Blondyn ze zBo[liwym u[mieszkiem zacisnB palce na jej ramieniu.
BawiB si tak dobrze jak szkolny osiBek wymuszajcy pienidze na lunch od pierwszoklasi-
st�w. - A kto ci ochroni przed tym? - I wykonaB ruch, w kt�rym Dani instynktownie wy-
czuBa agresj.
- Ja si tym zajm, Scott.
Dani, chocia| wdziczna za interwencj temu chBodnemu gBosowi, kt�ry rozlegB si za
jej plecami, nie odwa|yBa si jednak oderwa wzroku od napastnika. Wzrok blondyna po-
wdrowaB ponad jej gBow i skupiB si na jakim[ punkcie.
S
R
- Oczywi[cie, panie Cavenaugh - mruknB burkliwie, puszczajc j niechtnie i odst-
piB krok do tyBu. Dopiero wtedy Dani odwa|yBa si odwr�ci.
Scott oddaliB si mruczc co[ pod nosem o tych cholernych zwizkach zawodowych"
i ich [wirnitym pomiocie", a Dani patrzyBa prosto w kawowoczarne oczy jedynego i nie-
powtarzalnego Nicka Cavenaugha. Te same kdzierzawe, ciemne wBosy, gBadka, przystojna
twarz i rozcignite w szczerym rozbawieniu usta.
Dzielnie wytrzymaBa jego wzrok, poprawiBa odruchowo koBnierz pBaszcza i spytaBa
Bagodnie:
- Czy my[my przypadkiem ju| si gdzie[ nie spotkali?
Uni�sB ciemne brwi z drwicym podziwem.
- Widz, |e stawiBa si pani na wachcie. No c�|, ju| wczoraj, gdy patrzyBem, jak pod-
skakuje pani na tym zderzaku, pomy[laBem sobie: No, ta dziewczyna ma gBow na karku i
krzep w mi[niach. UmysB jak |yletka.
PrzyjBa ten komplement skromnym skinieniem gBowy i dodaBa tym samym miBym
tonem:
- A wic chyba si nie myliBam podejrzewajc, |e to wczorajsze spotkanie nie byBo
zupeBnie przypadkowe?
PrzyjB niedbaB postaw rozstawiajc nogi i, koByszc si tam i z powrotem na pi-
tach, odgarnB poBy pBaszcza i wepchnB rce w kieszenie granatowych spodni. MateriaB na-
pr|yB si na jego pBaskim brzuchu, napiB na muskularnych udach uwypuklajc ich zarys i
Dani musiaBa szybko odwr�ci wzrok. PrzemknBo jej przez my[l, czy czasem nie zrobiB te-
go, aby zbi j z tropu.
- No c�| - wycedziB powoli - to zale|y od tego, co pani rozumie pod sBowem spotka-
nie". Je[li mam by szczery, to jadc wczoraj do pani motelu nie miaBem zamiaru posuwa
si do czego[ a| tak intymnego, jak samochodowa stBuczka, ale owszem, ostrze|ono nas o
pani wizycie.
- I zapewne pu[cili[cie ju| w ruch stosown machin propagandow? - spytaBa sucho.
PokiwaB powa|nie gBow.
- Ale| naturalnie - upewniB j. - Ona ju| si rozkrca. Kr| pogBoski o strajkach, za-
mieszkach, zorganizowanej przestpczo[ci i snajperach na parkingu.
Teraz z kolei ona uniosBa z podziwem brwi.
S
R
- Dobra robota. Czy zechciaBby mi pan zdradzi, co pozwoliBo wam poczyni tak sta-
ranne przygotowania?
U[miechnB si p�Bgbkiem zaciskajc usta i w jego policzku, ku zachwytowi Dani,
pojawiB si maBy doBeczek.
- Och, wy macie swoich szpieg�w - odparB swobodnie - a my swoich. Nie bd ukry-
waB - przyznaB - |e kiedy usByszaBem nazwisko Miller, spodziewaBem si, naturalnie, ujrze
jakiego[ zwalistego kulturyst z wytatuowanymi na bicepsach smokami i paczk cameli za-
tknit w kieszonk podkoszulka. Prosz sobie wyobrazi moje zaskoczenie, kiedy zoba-
czyBem pani. Nie spodziewaBem si, |e przy[l kogo[ tak...
- Kobiecego? - podpowiedziaBa ironicznie.
Oczy Nicka omiotBy powoli od st�p do gB�w caB jej drobn posta i przekorne uzna-
nie roz[wietliBo mu oczy tudzie| zaigraBo na jego wargach.
- Niewyro[nitego - skorygowaB z kamienn twarz.
Dani o maBo si nie u[miechnBa.
- Mam prawo tu sta - przypomniaBa mu zawzicie. - Dop�ki nie jestem na terenie In-
tercompu, mog robi i m�wi, co mi si |ywnie podoba. Nie pozwol sobie na |adne
utrudnienia.
- Ale|, panno Miller - zapewniB j z udawan szczero[ci - nie mamy najmniejszego
zamiaru pogwaBca nale|nych pani praw. Prosz... - Zamaszystym gestem rki wskazaB na
bram, w kt�rej poza stra|nikiem nie byBo ju| nikogo. - Zapraszam. Niech pani peBni sw
powinno[.
Dani u[miechnBa si do niego sBodko.
- Nie omieszkam.
ZmierzyB j jeszcze raz taksujcym spojrzeniem. Nagle wydaBo jej si, |e ciepBe
odzienie mimo wszystko nie chroni jej dostatecznie przed zimnem. Z lekkim skinieniem
gBowy, kt�re mogBo oznacza zar�wno aprobat, jak i dezaprobat, odwr�ciB si.
- Niech si pani tylko nie wdaje w b�jki z moimi brygadzistami - ostrzegB.
- Nie wolno nam tego robi - zapewniBa go, z trudem powstrzymujc u[miech. - No
wie pan, zBa prasa.
ObejrzaB si i niespodziewanie pu[ciB do niej perskie oko. PatrzyBa, jak odchodzi, i nie
mogBa ju| powstrzyma u[miechu.
S
R
ZaspiBa si jednak troch na my[l o przygotowaniach, jakie poczyniBa firma, uprze-
dzona o jej przyjezdzie. WBa[ciwie nie byBo to a| tak wielkim zaskoczeniem, ale stawiaBo j
ju| na starcie w troch niekorzystnej sytuacji. Zastosowane zawczasu przez firm metody
prania m�zg�w, jak r�wnie| subtelne pogr�|ki i taktyka zastraszania mogBy okaza si bar-
dzo skuteczne. Nikt nie lubi przeciwstawia si kierownictwu, zwBaszcza je[li ma na utrzy-
maniu rodzin. Zadaniem Dani byBo trafienie do pracownik�w Intercompu z argumentami,
przekonanie tych ludzi, |e zwizek ma do zaoferowania wicej, ni| zatrudniajca ich firma.
Nick Cavenaugh. Tej komplikacji Dani nie przewidziaBa. Jak wBa[ciwie pozycj
zajmuje w Intercompie? Dlaczego wczoraj wyjechaB jej na spotkanie i dlaczego odjechaB nie
przedstawiajc si? I dlaczego, pomy[laBa z bezsiln zBo[ci, jest taki przystojny, taki atrak-
cyjny, taki... seksowny. Ale co z tego, zadecydowaBa ze wzruszeniem ramion, skoro w tej
walce stoj prawdopodobnie po przeciwnych stronach barykady. Tylko tego by brakowaBo,
|eby daBa si teraz zwie[ powierzchowno[ci i czarowi jakiego[ m|czyzny.
Intercomp prowadziB zakBadow stoB�wk dla pracownik�w i przerwa na lunch trwaBa
tu tylko trzydzie[ci minut, wic Dani nie spodziewaBa si, by zbyt wiele os�b wychodziBo z
zakBadu w poBudnie. ZajBa jednak swoje stanowisko pod bram i ju| po dziesiciu minutach
jej wysiBki zostaBy nagrodzone.
Tymczasem niebo si przetarBo, przybierajc barw jasnego bBkitu, i Dani musiaBa
przymru|y oczy, by rozpozna w sBoDcu zbli|ajc si ku niej posta. Dziewczyna nad-
chodziBa spacerowym, pewnym krokiem osoby, kt�ra wie, czego chce. Dani nastroiBa si na
nieuniknion, ale nie wiadomo czy przyjazn, czy konfliktow wymian zdaD. ZrobiBo si
troch cieplej, ale nie zdejmowaBa pBaszcza. Zauwa|yBa te|, |e chude przedramiona dziew-
czyny, wystajce z podcignitych rkaw�w jej granatowej bluzy, pokrywa gsia sk�rka.
Dziewczyna miaBa na gBowie zmierzwion szop jasnych lok�w, byBa wysoka i tak
chuda, |e spBowiaBe d|insy zwisaBy jej na siedzeniu jak pusty worek. {ujc zapamitale gu-
m i mru|c oczy przed refleksami [wiatBa odbijajcymi si od szyb samochod�w stojcych
na parkingu, zatrzymaBa si przed Dani z kciukami wetknitymi w przednie kieszenie
spodni. Dani czekaBa cierpliwie, a| nieznajoma dobrze j sobie obejrzy. Lustracja wypadBa
chyba pomy[lnie, bo po chwili dziewczyna odezwaBa si z charakterystycznym nosowym,
[rodkowozachodnim akcentem:
- To ty jeste[ ta dziewczyna, kt�r przysBaB zwizek?
S
R
- Tak. - Dani wiedziaBa, |e nawet gdyby wycignBa rk, nieznajoma i tak by jej nie
u[cisnBa, trzymaBa wic rce w kieszeniach pBaszcza, patrzc dziewczynie prosto w oczy. -
Nazywam si Dani Miller.
Dziewczyna przygldaBa jej si przez chwil spod przymru|onych powiek.
- Liza Ames - mruknBa wreszcie i odwr�ciBa wzrok.
- PrzeczytaBa[ moj ulotk?
- Tak. - Gdyby Liza |uBa nie gum, a tytoD, teraz byBby odpowiedni moment, |eby
splun na ziemi. - M�j tata byB zwizkowcem - dorzuciBa nie patrzc na Dani. - O maBo
nie zginB.
I tak w Dani zgasBa nadzieja, |e zyskaBa sprzymierzeDca. Liza znowu spojrzaBa na ni
z zaciekawieniem.
- A wBa[ciwie, to dlaczego przysBali tu kobiet?
- Poniewa| - odparBa Dani - siedemdziesit pi procent zaBogi Intercompu to kobiety.
Pracujce kobiety maj specyficzne problemy, a ja je znam i rozumiem.
Liza parsknBa [miechem.
- Czy|by? No i co ty takiego wiesz o problemach kobiet pracujcych?
- Po pierwsze - odparBa spokojnie Dani - wiem, |e prawdopodobnie mogByby[cie ko-
rzysta z dobrego programu opieki zdrowotnej obejmujcego opiek nad matk i dzieckiem
oraz przewidujcego do sze[ciu miesicy urlopu macierzyDskiego.
Na Lizie nie wywarBo to chyba zbytniego wra|enia.
- BroD mnie Panie Bo|e przed wpakowaniem si w to jeszcze raz. Do diabBa, wystar-
czyBoby mi ubezpieczenie, |ebym mogBa zapBaci za szpital, jak zachoruj.
Dani zapamitaBa sobie ten postulat.
- ZaBo| si, |e mn�stwo pracownic byBoby zainteresowanych przyzakBadowym |Bob-
kiem i przedszkolem.
Teraz Liza nadstawiBa ucha. RzuciBa Dani baczne spojrzenie.
- Fajnie by byBo zosta z chorym dzieckiem w domu i nie ba si, |e si straci prac.
- W jedno[ci siBa, Lizo - powiedziaBa Dani. - Je[li nie bdziecie trzyma si razem, nie
osignicie niczego.
Blada twarz dziewczyny pozostaBa bez wyrazu, ale w jej oczach pojawiBa si czujno[.
- A te banialuki o potrojeniu zarobk�w?
S
R
- Przecitne wynagrodzenie os�b zatrudnionych w Intercompie przy ta[mach monta-
|owych - wyja[niBa Dani - wynosi jedn trzeci tego, co przewiduj zwizkowe tabele pBac.
Teraz rozumiesz, dlaczego to, co zarabiacie, nie starcza wam na |ycie. A nadgodziny? Nie
chciaByby[cie, |eby wam za nie pBacono?
Liza wzruszyBa ramionami.
- Wikszo[ jest chyba szcz[liwa, |e w og�le ma robot. Wol nie podcina gaBzi,
na kt�rej siedz.
Dani u[miechnBa si porozumiewawczo.
- Ale ty chyba do nich nie nale|ysz, co, Lizo? Mo|e sidziemy gdzie[ przy kawie?
- Nie mog - odparBa Liza, zerkajc na zegarek, |eby ukry wyraz twarzy. - Przerwa
mi si koDczy. - Krzywic si przetarBa palcami oczy i potarBa nos. - Chcesz zwr�ci na sie-
bie uwag ludzi? Obiecaj im darmowe okulary. NiedBugo o[lepn od [lczenia przez osiem
godzin nad tymi cholernymi, maciupkimi scalakami i [rubeczkami.
- Tego nie mo|emy obieca - odparBa pogodnie Dani - ale na pewno mogliby[my wy-
negocjowa wam jakie[ szkBa powikszajce do precyzyjnych prac monta|owych. Tylko |e
w tym celu musimy dziaBa wsp�lnie, Lizo.
Dziewczyna popatrzyBa na ni przecigle. Trudno byBo stwierdzi, co my[li, ale Dani
odniosBa wra|enie, |e na jej bladych ustach dostrzega zal|ek niepewnego u[miechu.
- Tak, znam ja te wasze zwizki - mruknBa. - Obiecujecie gruszki na wierzbie,
gwiazdk z nieba, stek trzy razy w tygodniu, a wynikaj z tego tylko strajki, zwolnienia, i
pensji nie starcza potem nawet na [wiadczenia. - Odwr�ciBa si. - Wracam do [rodka. Zimno
tu jak w psiarni.
- Powiedz mi jedno - zawoBaBa za ni Dani. - Dlaczego do mnie wyszBa[?
Dziewczyna odwr�ciBa si z Bobuzerskim u[mieszkiem, kt�ry odmieniB jej pospolit
twarz.
- Tak sobie. Dziewczyny z czwartej ta[my nie wierzyBy, |e nie jeste[ podstawiona. To
znaczy, nie mogBy uwierzy, |e zwizek przysBaB tu takie zabiedzone chucherko. - RuszyBa
znowu w stron bramy, rzucajc po drodze przez rami: - {ycz szcz[cia, maBa. Bdzie ci
potrzebne.
S
R
Dani nie mogBa powstrzyma u[miechu satysfakcji, kiedy Liza zniknBa jej z oczu.
WiedziaBa ju| na pewno, |e Liza Ames jest kim[, kogo chce mie po swojej stronie. Wie-
dziaBa te|, |e przed koDcem tygodnia bdzie j miaBa.
Wr�ciBa do motelu, zjadBa kanapk z Bykowatym befsztykiem i przywidB saBat, a
przed trzeci byBa ju| z powrotem przy bramie. Nim jednak pojawili si pierwsi ludzie zd-
|ajcy na drug zmian, stra|nik odsunB okienko swojej budki i zawoBaB:
- Hej, tam! Panienko!
PodeszBa ostro|nie do bramy.
- Pani Miller? - zapytaB, a kiedy skinBa gBow, u[miechnB si. - No to chyba ma pani
szcz[liwy dzieD. - OdBo|yB na wideBki sBuchawk wewntrznego telefonu i zaczB szuka
czego[ na blacie biurka. - WBadza zaprasza pani na audiencj. - WskazaB gBow na prze-
szklone wej[cie do portierni wznoszcego si przed nimi budynku administracyjnego. - Tam
wska| pani drog. Prosz. - PodaB jej przez okienko czerwon, plastykow plakietk. -
Niech pani to sobie przypnie do pBaszcza, bo mog pani postrzeli.
Dani zawahaBa si. To byBa najwa|niejsza pora dnia. Je[li przegapi [rodkow zmian,
powstanie luka w jej programie. Ci robotnicy nie bd mogli przekaza informacji nastpnej
zmianie i strumieD wymiany pogld�w z zaBogami ze zmian porannej i nocnej ulegnie
przerwaniu. Nie mogBa jednak zaprzepa[ci okazji do serdecznego powitania z kierownic-
twem - je[li to tam j wzywano. Mo|na bdzie unikn wielu problem�w, je[li od pocztku
wszyscy jasno okre[l swoje stanowiska.
W koDcu z westchnieniem rezygnacji przypiBa plakietk do pBaszcza i przekroczyBa
bram z nadziej, |e nie potrwa to dBugo.
Portiernia Intercompu byBa elegancka i urzdzona ze smakiem. Wystr�j w odcieniach
zieleni, pluszowa wykBadzina, |ywe ro[liny przed wysokimi od podBogi do sufitu oknami,
wszystko to odpr|aBo i stwarzaBo przytuln atmosfer. Siedzca za biurkiem mBoda kobieta
u[miechnBa si do niej ciepBo.
- Witamy w Intercompie - powiedziaBa. - Czym mog sBu|y?
Dani podeszBa do biurka.
- Nazywam si Dani Miller. Podobno kto[ chce si ze mn spotka.
S
R
- Tak, prosz. - Dziewczyna peBnym gracji ruchem rki wskazaBa na korytarz po lewej.
- Gabinet wiceprezesa znajduje si po prawej, na koDcu tego korytarza. Du|e, dwuskrzy-
dBowe drzwi. Na pewno pani trafi. Prosz od razu wej[. Jego sekretarka czeka na pani.
Wiceprezes, pomy[laBa Dani unoszc brwi. No to idziemy na sam g�r.
Ale doszedBszy do koDca korytarza zatrzymaBa si. Na jednej z tafli dwuskrzydBowych
drzwi z matowego szkBa widniaBy wykaligrafowane sBowa:
Nick Cavenaugh Wiceprezes/Dyrektor naczelny
Czy byBa zaskoczona?
Z westchnieniem rezygnacji przygotowaBa si do wkroczenia do jaskini lwa. Nie mu-
siaBa si nawet przedstawia sekretarce, kt�ra podniosBa na ni wzrok znad maszyny do pi-
sania, by zauwa|y tylko:
- Panna Miller? Pan Cavenaugh czeka na pani.
Dani ruszyBa w kierunku drzwi, kt�re wskazaBa jej wzrokiem kobieta i, zapukawszy na
wszelki wypadek, weszBa do [rodka.
Cokolwiek robiB Nick, to z pewno[ci na ni nie czekaB. Nad jego biurkiem pochylaBa
si inna sekretarka podsuwajc mu pod pi�ro dokumenty jeden po drugim, na kt�rych
szybko skBadaB sw�j podpis. Przyciskajc ramieniem do ucha sBuchawk telefonu, wertowaB
woln rk ogromny plik komputerowych wydruk�w i z szybko[ci karabinu maszynowego
rzucaB zwizBe dane do mikrofonu. Kiedy weszBa, byB odwr�cony bokiem do drzwi i nawet
jej nie zauwa|yB.
Po chwili sekretarka poskBadaBa podpisane dokumenty i mijajc Dani posBaBa jej za-
ciekawione spojrzenie. Nick podni�sB wzrok; gdy j zobaczyB, przerwaB rozmow telefo-
niczn tylko na moment, by rzuci z wBadcz obojtno[ci:
- Prosz usi[.
Dani skBoniBa si z udawan kurtuazj.
- Tak, Wasza Wysoko[. Za pozwoleniem, Wasza Wysoko[.
ZaszczyciB j przelotnym u[miechem, kt�ry pozostaB na dBu|ej w jego oczach i spra-
wiB, i| zaczBa |aBowa, |e przed wej[ciem tutaj nie po[wiciBa troch czasu na przyczesanie
rozwichrzonych wBos�w. Co[ po drugiej stronie linii telefonicznej przykuBo naraz jego
uwag i znowu si od niej odwr�ciB.
S
R
Dani usiadBa na czarnej sk�rzanej kanapie, stojcej pod du|ym oknem widokowym, i
rozejrzaBa si z podziwem po pokoju. CaBo[ wystroju utrzymana byBa w zdumiewajcych
barwach szkarBatu, czerni i ol[niewajcej bieli i [wiadczyBa o wBadczo[ci i energii lokatora.
Nick, zasiadajcy za szerokim, dbowym biurkiem z chromowymi okuciami, zdawaB si
uosobieniem tych cech, a przy tym tryskaB jeszcze jak[ zwierzc wprost |ywotno[ci,
kt�ra zar�wno szokowaBa, jak i podniecaBa Dani. ByB bez marynarki i krawata, w samej tyl-
ko bBkitnej koszuli z podwinitymi mankietami. KoBnierzyk miaB rozpity pod szyj, a na
odsBonitym wycinku klatki piersiowej kBbiB si gszcz kdzierzawych, ciemnych wBos�w.
Na opalonej na zBocisty brz twarzy malowaB si wyraz napicia, gdy dzieliB sw uwag
midzy le|cy przed nim wydruk i zwizBe odpowiedzi, kt�re rzucaB do sBuchawki. Rozta-
czaBa si wok�B niego jaka[ nieokre[lona aura czujno[ci stwarzajca na obserwatorze wra|e-
nie, |e uwadze tego czBowieka nie ujdzie najmniejsze poruszenie czy to w tym pokoju, czy
poza jego [cianami. Dani postanowiBa to sprawdzi.
OparBa si wygodnie i zaBo|yBa nog na nog. Zgodnie z jej oczekiwaniami, oczy
Nicka zarejestrowaBy ten ruch i niespodziewanie pozostaBy troch dBu|ej na ksztaBtnym za-
rysie jej skrzy|owanych ud, by dopiero po chwili przenie[ si z powrotem na wydruk. Przy
tym ani na chwil nie zgubiB si w rozmowie.
ObserwowaBa go dalej wiedzc, |e tego te| jest [wiadomy. Silne, smukBe dBonie,
ciemne wBosy porastajce odsBonite nadgarstki, spr|ysty ruch mi[nia w przedramieniu,
kiedy wycigaB rk, by przerzuci kartk. Bicepsy miaB napite i wyraznie zarysowane pod
mikkimi rkawami koszuli, ramiona rozro[nite, a klatk piersiow jeszcze szersz, ni| si
jej wydawaBo wczoraj. PrzesunBa wzrok w g�r po jego mocnej szyi, lekkim wybrzuszeniu
jabBka Adama, zarysie szczki i dalej, na twarz, kt�ra byBa zarazem interesujca i przystojna.
Cer miaB gBadk i [niad, rysy regularne, a peBne usta, wski nos i gste brwi pod wyraznie
zarysowan lini wBos�w przydawaBy surowo[ci tej skdind Bagodnej i niemal urodziwej
twarzy. ByBa to twarz wyrazista, zdradzajca zar�wno wesoBe usposobienie, jak i bez-
wzgldno[, a jej niespo|yta ruchliwo[ zafascynowaBa Dani.
Nigdy jeszcze nie spotkaBa m|czyzny, kt�ry pocigaBby j wyBcznie z powodu sa-
mego wygldu. I byBa przekonana, |e on to wyczuwa.
S
R
Nick skoDczyB rozmow i obr�ciB si wraz z fotelem do niej, opierajc rce na blacie
biurka, u[miechajc si niewymuszenie i szykujc do poddania jej takiej samej lustracji, ja-
kiej ona przed chwil poddaBa jego. Nie daBa mu na ni czasu.
- ChciaB si pan ze mn widzie w jakiej[ sprawie - przypomniaBa.
- To nic wa|nego - odparB. - Pomy[laBem sobie tylko, |e skoro sterczy pani od rana na
zimnie pod bram, to mo|e dojrzaBa pani do fili|anki kawy.
- Nie staBam tam przez caBy czas - poinformowaBa go, kiedy podnosiB znowu sBuchaw-
k. - WBa[ciwie przed chwil wr�ciBam z lunchu...
- Jani! - rzuciB do sBuchawki Nick. - Mo|e zrobiBaby[ nam dwie fili|anki kawy? Z
mlekiem? - spytaB zwracajc si do Dani.
- Uszom nie wierz - jknBa Dani. - Pan naprawd zmusza swoj sekretark do pa-
rzenia sobie kawy?
- Bez mleka - zadecydowaB za ni i odBo|yB sBuchawk. Oczy bByszczaBy mu rozba-
wieniem, w kt�rym byBo co[ z wyzwania. - Co gorsza, ona rzeczywi[cie mi j parzy - wy-
znaB. - Jest jeszcze par kobiet, kt�re wiedz, gdzie ich miejsce.
- Szowinista. - UtkwiBa w nim rozpBomieniony wzrok.
PrzytaknB kpicym skinieniem gBowy.
- Do usBug.
- Po co mnie pan tu poprosiB? - spytaBa niecierpliwie.
Nick opadB na oparcie fotela.
- Mniej wicej z tego samego powodu, dla kt�rego wybraBem si wczoraj do pani mo-
telu - odparB, ale za jego swobodnym tonem kryBa si powaga. - Celem nawizania dobrych
stosunk�w.
- Rozumiem - mruknBa refleksyjnie Dani, nie spuszczajc z niego oczu. - Sdzi pan,
|e da si nawiza dobre stosunki z wrogiem, zwabiajc go do swojego obozu?
WzruszyB ramionami, a jego bystre oczy chBonBy ka|dy szczeg�B jej drobnej postaci.
- Podejrzewam, |e wszelkie podobieDstwo midzy pani a koniem trojaDskim jest
czysto powierzchowne - odparB. - Poza tym, wBa[nie ten stereotyp chciaBbym zburzy. Nie
jeste[my wrogami.
S
R
OtwieraBa ju| usta, |eby co[ odpowiedzie, kiedy nagle rozlegBo si ciche pukanie i
Nick podszedB do drzwi, by odebra z rk sekretarki dwie fili|anki kawy. UczyniB to z takim
wrodzonym wdzikiem, |e obudziB w Dani jednocze[nie czujno[ i zaintrygowanie.
PostawiB obie fili|anki na stoliczku obok jej Bokcia.
- Niech pani zdejmie pBaszcz - zaproponowaB, wycigajc rce. - To troch potrwa.
- Ja naprawd nie mog... - zaczBa Dani, ale Nick [cigaB ju| z niej pBaszcz i musiaBa
wsta, |eby mu w tym pom�c. Chwila, kiedy stali obok siebie prawie si stykajc, wystar-
czyBa jej, by poczu zapach wody koloDskiej i mu[nicie jego palc�w na swojej bluzce. Po-
tem odszedB, |eby powiesi pBaszcz na wieszaku. Gdy wr�ciB, nie usiadB za biurkiem, lecz na
obitym sk�r fotelu naprzeciwko kanapy. WziB swoj fili|ank kawy.
Dani zerknBa na zegarek.
- Ja nie mog zosta - zaprotestowaBa niezdecydowanie. - Ja musz...
Nick odchyliB si na oparcie swojego krzesBa i upiB Byk kawy.
- Nie pierwszy raz mam do czynienia z naciskiem zwizku, Dani - powiedziaB, po-
dejmujc rozmow od miejsca, w kt�rym zostaBa przerwana przez sekretark. Na jego twa-
rzy malowaBo si odpr|enie, z jego ciemnych oczu emanowaBy spok�j i pogoda, zupeBnie
jakby znajdowali si na przyjciu i rozmawiali o wynikach mecz�w futbolowych. - Prze|y-
Bem ju| kilka akcji protestacyjnych organizowanych przez zwizki i par strajk�w, o kt�rych
wolaBbym zapomnie, i pewnie zaskoczy pani informacja, |e wystpowaBem w nich po obu
stronach. - UniosBa ze zdziwieniem brwi, ale nie daB jej czasu na zabranie gBosu. - Dobrze
wiem - cignB - |e te zabawy mog przybra bardzo nieprzyjemny obr�t i wydaje mi si, |e
zwizane z nimi czasem akty przemocy maj swoje korzenie nie w czym innym, jak w na-
stawieniu... obu stron. Nie prowadzimy tutaj wojny i nie ma potrzeby stwarza wra|enia, |e
jeste[my |dni krwi. Od kierownictwa tej firmy mo|e pani oczekiwa obywatelskiej posta-
wy i tego samego oczekujemy od pani. - ZamilkB na chwil, a potem dodaB nieco ostrzej-
szym tonem: - Nie chc tu |adnych kBopot�w, Dani. I nie dopuszcz do tego.
OtworzyBa szeroko oczy i rozrzuciBa rce w ge[cie niewinno[ci.
- A czy ja wygldam na jak[ wichrzycielk?
PrzebiegBy u[mieszek rozcignB jego usta dotykajce brzegu fili|anki.
- PowiedziaBa Mata Hari tu| przed dobyciem no|a.
Dani wziBa do rki swoj fili|ank.
S
R
- Czy to ma znaczy - spytaBa ostro|nie - |e mog liczy na wsp�Bprac kierownictwa
Intercompu?
Nick roze[miaB si. ZnaBa ju| odpowiedz na swoje pytanie.
- To znaczy - odparB z naciskiem - |e nie bdziemy pani wchodzi w drog, je[li pani
nie bdzie wchodzi w drog nam.
- I dzisiaj daje pan temu wyraz, zapraszajc mnie do biura i udzielajc audiencji.
SkinB potakujco gBow i Dani u[miechnBa si unoszc brwi z podziwem, na kt�ry
sobie w peBni zasBu|yB.
- Naturalnie - podjB - wolaBbym, |eby pani wcale do nas nie przyje|d|aBa. Ale skoro
pani ju| tu jest... - WzruszyB ramionami. - Pozostaje tylko zaBatwi to tak cicho i spokojnie,
jak tylko si da. - SpojrzaB na ni i tonem nadal swobodnym i Bagodnym dodaB: - Niech mi
wic pani zdradzi jedno. Dlaczego akurat nas wzili[cie na celownik?
ZnaB odpowiedz tak samo dobrze jak ona. ZaczynaBa podejrzewa, |e niewiele jest
spraw, o kt�rych ten czBowiek nie wie. Ale pr�bowaB nawiza dialog i w jej najlepszym in-
teresie byBo go podj. UpiBa Byk kawy.
- Dla stworzenia precedensu - odparBa. - Produkcja sprztu komputerowego jest w
Stanach Zjednoczonych stosunkowo now gaBzi przemysBu, a wobec zapowiadanej przez
Intercomp ekspansji firma ta ma wszelkie dane po temu, by sta si wkr�tce najwikszym
pracodawc w tej dziedzinie. Chcieli[my wej[ w ni, p�ki jest jeszcze, |e si tak wyra|, w
powijakach, i uznali[my Intercomp za idealn okazj.
Nick siedziaB z kostk jednej nogi wspart na kolanie drugiej i napr|ony materiaB
spodni opinaB jego tward jak skaBa Bydk. ObejmowaB dBugimi palcami fili|ank i obser-
wowaB Dani ze swobod, niemal z nonszalancj.
- I pomy[leli[cie sobie, |e wprowadzenie do zakBadu zwizk�w zawodowych jest naj-
lepszym sposobem na problemy, z jakimi ten si boryka - skomentowaB.
- Tak my[limy - poprawiBa go Dani. PochyliBa si nad stolikiem, by doda swym sBo-
wom powagi. - Sp�jrzmy faktom w oczy, panie Cavenaugh...
- Nick - wpadB jej Bagodnie w sBowo.
ZignorowaBa to.
- Wasi pracownicy s skandalicznie nisko opBacani. Udaje si wam to tylko dlatego,
|e zakBad zlokalizowany jest na gBbokiej prowincji, gdzie wysoko[ wynagrodzeD nie musi
S
R
dor�wnywa stawkom pBaconym w du|ych miastach, i dlatego - dodaBa troch zgryzliwiej
ni| to byBo konieczne - |e zatrudniacie gB�wnie kobiety.
- Spory odsetek zaBogi stanowi m|czyzni - przerwaB jej, unoszc brwi i parodiujc
obruszenie.
- Zatrudnieni w nadzorze - zauwa|yBa z triumfem Dani. - A to jeszcze jedna sprawa,
kt�ra ulegnie zmianie, kiedy w firmie powstanie zwizek zawodowy.
UsiBowaB stBumi u[miech.
- Po pierwsze - zaczB wylicza - na produkcji zatrudnionych jest sporo m|czyzn,
kt�rzy zarabiaj tyle samo co kobiety, a r�|nice w wysoko[ci pBac wynikaj tylko ze sta|u
pracy i stopnia trudno[ci wykonywanych czynno[ci. Po drugie, przestrzegamy wszystkich
przepis�w federalnych dotyczcych zakazu dyskryminowania...
- Trybiki sprawiedliwo[ci wolno si z zasady obracaj - przerwaBa mu oschle. - Me-
tody zwizkowe s o wiele bardziej skuteczne.
Nick popatrzyB na ni przecigle.
- ZastanawiaBa si pani kiedy[, dlaczego w Stanach Zjednoczonych dziaBa tak niewiele
zakBad�w produkujcych sprzt komputerowy? - Nie czekajc na jej odpowiedz cignB: -
Bo JapoDczycy mog produkowa kilka razy szybciej za pomoc robot�w, kt�re nie s
opBacane wedBug zwizkowych tabel. Je[li Intercomp odniesie sukces, bdzie to ogromny
bodziec ekonomiczny dla tej okolicy. Je[li splajtuje... - UrwaB i wzruszyB ramionami, uzna-
jc chyba, |e to rozumie si samo przez si. - Gdzie pani patriotyzm? U[miechnBa si
sBodko.
- Wydaje mi si, |e tam, gdzie i paDski. W szufladce z napisem wBasny interes".
PokrciB ze smutkiem gBow.
- Czy nie gryzie pani sumienie na my[l o wszystkich tych ludziach, kt�rzy zostan bez
pracy, je[li Intercomp padnie z powodu nierealnych |daD zwizku?
- Siebie te| ma pan na my[li? - rzuciBa wyzywajco i ze stanowczo[ci potrzsnBa
gBow. - Ani troch.
O maBo nie parsknB [miechem.
- A wic spotkaBem wroga - mruknB - i to godnego siebie.
Dani uniosBa palec, wyra|ajc w ten spos�b sw�j sprzeciw wobec u|ycia okre[lenia
wr�g". Nick wstaB i odstawiB fili|ank na stolik.
S
R
- Mo|e chce pani zwiedzi nasze zakBady?
Dani spojrzaBa na zegarek. ByBo dwadzie[cia po trzeciej. MogBa jeszcze zBapa paru
pracownik�w zd|ajcych na drug zmian i wszystkich koDczcych porann. ChciaBa ku
|elazo p�ki gorce i jeszcze raz porozmawia z Liz. Ale wizyta w hali monta|owej mo|e
jej dostarczy bezcennych wskaz�wek, jaki rodzaj pomocy zwizek powinien zaoferowa
pracownikom, nie wspominajc ju| o tym, |e pojawienie si tam w towarzystwie samego
wiceprezesa mo|e tylko wzmocni jej pozycj. Decyzja nie byBa Batwa. ZerknBa na Nicka.
Rozbawienie w jego oczach powiedziaBo jej, |e jest dumny ze sposobu, w jaki rozgrywa t
parti.
- Nie bd ukrywaBa, |e zamierzam mie pana na oku - powiedziaBa.
- Wspaniale. - Nick wziB j pod rami i poprowadziB w stron drzwi. - Patrzc na
mnie, nie bdzie pani miaBa czasu na nic innego.
- Na pana miejscu nie byBabym zbyt pewna siebie - ostrzegBa go.
Nick obrzuciB j peBnym kpicego podziwu spojrzeniem.
- Prosz mi wierzy - zapewniB, kiedy przekraczali pr�g dwuskrzydBowych drzwi - |e
jestem od tego jak najdalszy.
Dani spBonBa rumieDcem.
- Nie uwa|a pan, |e paDska obecno[ podczas tego obchodu spowoduje maBe zamie-
szanie w[r�d pracownik�w? - spytaBa szybko. - Nie boi si pan, |e pokazanie si w moim
towarzystwie zachwieje pana pozycja w firmie?
Nick roze[miaB si.
- A kto wezwie mnie za to na dywanik? M�j bezpo[redni przeBo|ony jest teraz dwa-
dzie[cia tysicy kilometr�w std i zanim si dowie, bdzie po wszystkim. Kieruj tym za-
kBadem w spos�b, jaki uwa|am za najlepszy - dodaB ju| powa|niej - a obecnie uwa|am, |e
najlepiej bdzie, je[li ludzie z produkcji zobacz pani ze mn.
- Mo|e pan straci wiarygodno[ - zasugerowaBa sarkastycznie - kiedy po caBej tej
propagandowej nagonce, jak pan rozptaB, ludzie zobacz, |e wcale nie mam rog�w ani
ogona.
- Rog�w, nie - mruknB i rozw[cieczyB j, zostajc troch z tyBu, by omie[ wzrokiem
tyln cz[ jej ciaBa - ale skoro poruszyBa pani ten temat...
Dani odwr�ciBa si z przymilnym u[miechem.
S
R
- Podoba si? - spytaBa,
- Ujdzie - odparB z iskierkami rozbawienia w czarnych jak wgiel oczach.
- I nawzajem - poinformowaBa go cofajc si i zapraszajc gestem, by ruszyB przodem.
Z szerokim u[miechem otworzyB przed ni drzwi.
Kiedy jednak znalezli si na korytarzu, natychmiast staB si oficjalny.
- Orientuje si pani, |e nie mog pani pozwoli na rozmowy z pracownikami - po-
wiedziaB - ani na dotykanie czegokolwiek, a je[li ma pani poupychane po kieszeniach te
swoje urocze, maBe uloteczki, to lepiej niech mi je pani od razu odda.
Dani posBaBa mu mia|d|ce spojrzenie. ZnaBa przepisy.
- Wycieczka pierwszej klasy na warunkach firmy - burknBa zgryzliwie. - Obejrz so-
bie wszystko, co zechce mi pan pokaza, i nic wicej.
- Fakt - przyznaB Nick, otwierajc drzwi pierwszej hali produkcyjnej.
ByBo tam mniej wicej tak, jak sobie wyobra|aBa. Jasna, czysta sala, praca monotonna
i wymagajca skupienia. W stron Dani pobiegBo kilka zaciekawionych spojrzeD, ale Nick,
oczywi[cie, ani my[laB jej komukolwiek przedstawia. PokazaB jej, gdzie jest stoB�wka, ale
poniewa| przebywaBo w niej kilku pracownik�w, kt�rzy akurat mieli przerw, nie weszli do
[rodka. Dani ciekawa byBa, czy jej przewodnik wie, i| przyznanie tym ludziom wicej ni|
jednej dziesiciominutowej przerwy na kaw nie tylko odbiBoby si korzystnie na ich zdro-
wiu, zwa|ywszy monotonny charakter pracy, jak tu wykonywali, ale r�wnie| poprawiBoby
wyniki produkcyjne. ZatrzymaBa jednak ten komentarz dla siebie.
SkoDczyli obch�d o czwartej po poBudniu i znalezli si z powrotem w gabinecie Nic-
ka.
- No i jak? - zagaiB, wspierajc si rkami o blat biurka i pochylajc do przodu. - Zro-
biBy na pani wra|enie te wielkie szczury, ogBuszajcy haBas i zdezelowane instalacje? A co
pani powie o trujcych wyziewach i zagra|ajcej [rodowisku gospodarce odpadami che-
micznymi?
Dani posBaBa mu spojrzenie, kt�re wyra|aBo peBn tolerancji wyrozumiaBo[. Natural-
nie, |e w fabryce produkujcej podzespoBy do komputer�w musi panowa sterylna czysto[,
a klimatyzacja pomieszczeD stanowi jeden z podstawowych wymog�w technologicznych.
Jedynym zagro|eniem dla zdrowia pracownik�w, jakie zaobserwowaBa, byBo niebezpie-
czeDstwo zanudzenia si na [mier.
S
R
Dochodzc jednak do wniosku, |e nie zaszkodzi odrobina psychologii, wycignBa z
kieszeni notes, w kt�rym zapisaBa sobie kilka maBo znaczcych spostrze|eD. Niech sobie
my[li, |e ta zaimprowizowana wycieczka, kt�ra miaBa jej udowodni, |e nie ma tu nic do
roboty, przyniosBa wicej korzy[ci jej ni| jemu.
- Czy du|o macie skarg na zmczenie oczu? - spytaBa udajc, |e czyta z notesu.
Nick zmarszczyB lekko czoBo i z satysfakcj zauwa|yBa, |e jest zaskoczony.
- O ile wiem, to nie - odparB ostro|nie.
- Hmmm. - Dani udaBa, |e zapisuje to sobie w notesie. - A czy stosujecie jak[ proce-
dur rozpatrywania skarg pracownik�w? - spytaBa jakby mimochodem.
Znowu zmarszczyB czoBo i tym razem nic nie odpowiedziaB. Wreszcie do niego dotar-
Bo: byBa siB, z kt�r nale|y si liczy. Ale po chwili, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, czoBo
mu si wygBadziBo, a na usta wypBynB swobodny u[miech. Najwyrazniej doceniB j i spra-
wiBo mu to satysfakcj. Widocznie lubiB wyzwania.
Dani te| si u[miechnBa.
- Dzikuj za oprowadzenie po zakBadzie - powiedziaBa. - Bardzo mi to pomogBo -
dodaBa, podkre[lajc ostatnie sBowo.
Nick wstaB zza biurka i podszedB powoli do wieszaka po jej pBaszcz. ZarzuciB go jej na
ramiona, ale nie cofaB rk.
- Ciesz si, |e mogBem si na co[ przyda - odparB - ale nie chc pani dBu|ej odrywa
od obowizk�w.
Dani obejrzaBa si przez rami i z Bagodnej drwiny w jego oczach wywnioskowaBa, |e
Nick dobrze wie, i| uniemo|liwiB jej dosy skutecznie wypeBnienie wa|nej cz[ci obowiz-
k�w i |e wBa[ciwie wygraB t rund. Nie potrafiBa si powstrzyma i odpowiedziaBa na ten
przejaw samozadowolenia spokojnym, porozumiewawczym u[miechem.
- Prawd m�wic - odparBa - to na dzisiaj ju| skoDczyBam. Chyba p�jd co[ zje[, o ile
znajd w okolicy jaki[ przyzwoity lokal.
Nick poprawiB jej koBnierz i poczuBa na karku mu[nicie jego dBoni. Wra|enie, jakie
odniosBa, byBo tak ciepBe i niespodziewane, |e odsunBa si od niego i odwr�ciBa.
- O, nie bdzie z tym kBopotu - uspokoiB j. - Mamy tu par miejsc, w kt�rych dobrze
karmi. Z tym, |e do najbli|szego jest ze trzydzie[ci kilometr�w.
S
R
- WybraBam si ju| dalej - poinformowaBa go Dani - i nie natknBam si na nic poza
budk z hamburgerami.
W jego policzku pojawiB si znowu ujmujcy doBeczek, a w oczach szelmowski bBysk.
- Jestem pewien, |e przy swojej diecie sBu|bowej sta pani na co[ wicej ni| ham-
burger. MusiaBa pani pojecha w zBym kierunku. Przy szosie numer 20, tu| przed Evans, jest
lokal, kt�ry m�gBby zaspokoi pani wymagania. Nazywa si Carrie's Inn". ChciaBaby go
pani obejrze wieczorem?
- Czy mam przez to rozumie, |e zaprasza mnie pan na kolacj? - spytaBa zaskoczona i
natychmiast zorientowaBa si, |e mimowolnie postawiBa go w sytuacji, w kt�rej nie m�gB
raczej zaprzeczy, nawet gdyby chciaB. Spu[ciBa z zakBopotaniem wzrok.
ZastanawiaB si przez chwil.
- Czemu nie - przyznaB w koDcu. - Chyba tak.
Dani przemknBo przez my[l, |e chyba po raz pierwszy w |yciu zostaBa zaproszona na
kolacj przez wiceprezesa firmy, w kt�rej pr�bowaBa zaBo|y organizacj zwizkow,
- Dlaczego pan to robi? - Nie mogBa nie zada tego pytania.
Nick u[miechnB si szerzej i doBek w jego policzku pogBbiB si jeszcze bardziej.
- No c�| - wyja[niB rzeczowo - to chyba logiczne, |e powinni[my lepiej si pozna,
skoro mamy tak blisko ze sob wsp�Bpracowa. Nie sdzi pani?
Brwi [cignBy jej si lekko, ale nie byBa pewna, czy to zacztki wypeBzajcego na
czoBo marsa, czy walka z cisncym si na usta u[miechem.
- Trudno to bdzie nazwa wsp�Bprac - zauwa|yBa - czy to blisk, czy jakkolwiek
inn.
- Wprost przeciwnie. - Nick poBo|yB jej dBoD na ramieniu i odprowadziB do drzwi. -
Pani zadanie polega na przekonaniu pracownik�w tej firmy do zaBo|enia zwizku. Moim
zadaniem jest zrobi wszystko, |eby pani w tym przeszkodzi. - Jego u[miech byB pra-
wdziwie czarujcy. - Bdziemy si czsto widywali - obiecaB. - Od dzisiejszego wieczora
poczynajc. Przyjad po pani o sz�stej.
Dani wahaBa si przez chwil, zdajc sobie bardzo dobrze spraw, |e nie ma zamiaru
odmawia. Postara si ju| o to, |eby wr�ci pod zakBad o dwudziestej trzeciej i zBapa ludzi
ze zmiany, kt�r przegapiBa po poBudniu. Do tej godziny i tak jest wolna i nie miaBa wtpli-
wo[ci, jak chce spdzi ten czas.
S
R
- A wic do sz�stej - przystaBa i |eby da wyraz swojej niezale|no[ci, otworzyBa sama
drzwi, zanim on zd|yB to zrobi.
Wychodzc z biura, czuBa na sobie jego roziskrzony wzrok i stajc w chwil potem w
popoBudniowym sBoDcu, u[miechaBa si.
ROZDZIAA TRZECI
Po raz pierwszy w |yciu byBa zadowolona ze swej skBonno[ci do zabierania w podr�|
nadmiaru ciuch�w.
Najlepiej czuBa si w d|insach, ale nie zaszkodziBo mie pod rk sp�dnicy czy Badnej
sukienki - nie widziaBa niczego niestosownego w podkre[laniu swojej kobieco[ci, kiedy
wymagaBa tego sytuacja - i dziki temu mogBa teraz przebiera w strojach. Tego wieczoru
pracowaBa nad swoim wygldem ze szczeg�ln pieczoBowito[ci.
UmyBa wBosy i wysuszyBa je suszark, ukBadajc w kr�tkie, Bagodne fale odpBywajce
ku tyBowi gBowy. Staranniej ni| zwykle naBo|yBa makija|, nie czynic przy tym nic, by ukry
piegi, kt�re przydawaBy jej twarzy chochlikowego wdziku, ale ze znawstwem podkre[lajc
kciki oczu r�|owym cieniem i przedBu|ajc je pocigniciami pastelowo szarej kredki, do-
pasowujc do l[nicych rumieDc�w na policzkach delikatny r�| szminki do ust. WybraBa
blador�|ow, weBnian sukni, kt�ra nie tylko dobrze znosiBa podr�|, ale do perfekcji uwy-
datniaBa krgBo[ci jej figury, i u[miechnBa si z satysfakcj do swojego odbicia w lustrze.
Subtelna, ale prowokujca.
Z zaskoczeniem stwierdziBa, jak bardzo zale|y jej na tym, by zrobi na Nicku wra|e-
nie. NarastaBo w niej podniecenie na my[l o spodziewanej szermierce sBownej z jednym z
najbardziej pocigajcych m|czyzn, jakich w |yciu spotkaBa, a [wiadomo[ wBasnej ko-
bieco[ci mogBa jej tylko pom�c.
Ciekawa byBa, czy Nick uzna j za atrakcyjn.
Pukanie do drzwi rozlegBo si na kilka minut przed sz�st i w oczach Nicka odczytaBa
odpowiedz na swoje pytanie.
- Domy[laBem si, |e pod tym mundurkiem kryje si kobieta - zauwa|yB z uznaniem. -
Bardzo Badna kobieta.
- Co to wBa[ciwie ma znaczy? - spytaBa Bobuzersko, sigajc po pBaszcz.
S
R
- To ma znaczy, |e od czasu do czasu lubi sobie popatrze na kobiece nogi. - Ode-
braB od niej pBaszcz i pom�gB jej go wBo|y. - Powinna pani pokazywa nogi zdecydowanie
cz[ciej.
Dani u[miechnBa si sBodko.
- Pochlebstwami niczego pan nie zwojuje.
- Szkoda, |e mi to pani powiedziaBa - odparB, udajc rozczarowanie. - ZburzyBa mi pa-
ni caBy plan konwersacji na ten wiecz�r.
- No nie, panie Cavenaugh - zaprotestowaBa ze zdziwion min. - Nie powie mi pan
chyba, |e zaprosiB mnie na kolacj tylko po to, |eby przez caBy wiecz�r prawi nieszczere
komplementy.
- Oczywi[cie, |e nie. - GBos miaB powa|ny, ale oczy wesoBe. - Przyznaj, kierowaBo
mn kilka ukrytych zamiar�w. Ale |aden z nich nie bdzie miaB najmniejszych szans, je[li
nie skoDczymy z tym panem Cavenaugh". Mam na imi Nick, pamita pani jeszcze? - Po-
Bo|yB jej rk na plecach i poprowadziB w kierunku drzwi.
PrzebraB si na t okazj w szyte na miar szare spodnie, kt�re opinaBy mu biodra i
uda, oraz w jasny golf i sportow marynark. WygldaB jeszcze bardziej atrakcyjnie ni| po
poBudniu. M|czyzni z tak klatk piersiow powinni zawsze nosi swetry, pomy[laBa Dani,
wsuwajc si na przednie siedzenie jego samochodu.
Nick zatrzasnB za ni drzwiczki, obszedB w�z, zajB miejsce za kierownic i posBaB jej
rozbawione spojrzenie.
- Jedno pytanko, panno Miller. - Wym�wiB jej nazwisko z naciskiem, nawizujc do
niedawnej rozmowy. SpojrzaBa na niego. - Czy to randka, czy oficjalne spotkanie?
Oczy jej si rozszerzyBy.
- No, je[li pan tego nie wie, to ja tym bardziej.
ZerknB na ni znaczco.
- Zazwyczaj na randkach ona nie wciska si tak w drzwi. Siedzi zwykle bli|ej mnie,
|ebym m�gB sign do jej kolana.
Roze[miaBa si.
- Panie Cavenaugh, nie wydaje si panu, |e to troch szczeniackie?
- Panno Miller, po to wBa[nie kupiBem samoch�d bez gBbokich foteli.
S
R
Dani ogromn siB woli zdusiBa w sobie chichot, a potem, z determinacj, przesunBa
si na [rodek fotela. Jego ciepBa rka natychmiast spoczBa na jej kolanie. ZignorowaBa
przyjemne wra|enie, jakie wywoBaB ten |artobliwy gest i spojrzaBa naD z wyzwaniem w
oczach.
- Czyli randka?
Twarz miaB skryt w mroku, nie byBa wic pewna, czy jego powaga jest udawana czy
szczera.
- Dzi[ wieczorem - odparB enigmatycznie - jest to by mo|e i jedno, i drugie. A po-
tem... potem si zobaczy.
Przez reszt drogi Nick prowadziB neutraln rozmow, opowiadajc jej o miejscowych
warunkach i tutejszej spoBeczno[ci. RadziB, by udaBa si do najbli|szego du|ego miasta, je[li
chce korzysta z takich zdobyczy cywilizacji, jak automatyczne pralnie i restauracje, kina i
codzienna prasa. Nie zabieraB rki z kolana Dani, chyba |e chciaB wyregulowa ogrzewanie,
ale zaraz kBadB j tam znowu i po jakim[ czasie wydaBo jej si to zupeBnie naturalnym ge-
stem, zbyt przyjemnym, by protestowa.
ZatrzymaB si przed drewnianym budynkiem wygldajcym na prywatny dom. Tylko
dyskretna biaBa tabliczka nad wej[ciem i liczba zaparkowanych tu samochod�w [wiadczyBy,
|e to naprawd restauracja.
- To mi si wBa[nie podoba w maBych miasteczkach - oznajmiB Nick, otwierajc jej
drzwiczki. - Ukryte restauracyjki. Wszystkie dania przyrzdzane domowym sposobem i ze
[wie|ych skBadnik�w. Wtpi, czy znalazBaby pani co[ podobnego w Chicago.
- Od jak dawna pan tu mieszka? - spytaBa, kiedy jego dBoD spoczBa na jej plecach i
ruszyli |wirow alejk w kierunku drzwi.
- Przeniesiono mnie tu, kiedy ruszaB Intercomp. Przedtem spdziBem kilka lat w Japo-
nii.
- A jeszcze wcze[niej?
Nick zwlekaB z odpowiedzi, dop�ki kelnerka nie posadziBa ich przy maBym stoliku w
rogu sali. ByB nakryty Badnym, bBkitnym obrusem, a po[rodku staB [wiecznik z grubymi,
biaBymi [wiecami. ZasBony w oknach byBy tego samego koloru, co obrus, |aluzje za[ w nie-
co ciemniejszym odcieniu. PanowaBa tu ujmujca atmosfera. Nick rozsiadB si wygodnie na
S
R
krze[le i u[miechnB do niej czarujco, co miaBo oznacza, |e wymiana informacji mo|e by
tylko obop�lna.
- WychowaBem si na farmie w PoBudniowej Dakocie - zaczB. - UczyBem si i praco-
waBem. Od sze[ciu lat dziaBam w przemy[le komputerowym. Przed trzema laty wysBano
mnie do Japonii. Reszt pani zna. A teraz ja o co[ zapytam: Co skBoniBo tak Badn dziew-
czyn jak pani do po[wicenia si takiemu wszawemu zajciu?
- Hola, hola - parsknBa.
- Nie, ja naprawd tak my[l. - Oczy Nicka byBy powa|ne, ale m�wiB swobodnie. -
Rzeczywi[cie jest pani tak oddana zwizkowi, czy traktuje go po prostu jako front walki o
prawa kobiet?
- Bardzo wnikliwe pytanie - przyznaBa Dani i sama nie wiedziaBa, dlaczego poczuBa si
zaskoczona. Stanowczo bdzie musiaBa uwa|a na tego faceta. - Chyba i jedno, i drugie. Na
szcz[cie oba te motywy si nie wykluczaj.
- Zdaje sobie pani chyba spraw, |e tym razem bdzie miaBa peBne rce roboty - po-
wiedziaB z naciskiem. - Tutejszym kobietom ani w gBowie wyzwalanie si". Wychowywano
je na |ony i matki i dla nich najwa|niejsza jest rodzina. To dlatego pracuj zawodowo. Nie
pragn wcale niezale|no[ci ani wykB�cania si na temat r�wno[ci pBci. Robi to, bo chc
zasili swoj pensj bud|et domowy, |eby wystarczyBo na [wiadczenia i |ycie. Gdyby dano
im wyb�r, te kobiety najchtniej siedziaByby w domu, piekc chleb i niaDczc dzieci. Nie s
zainteresowane dziaBalno[ci zwizkow. One chc tylko zwiza koniec z koDcem.
Dani na moment zatkaBo. GapiBa si na niego i nie mogBa si nadziwi, |e sprawia
wra|enie caBkowicie powa|nego.
- Bo|e! - wykrztusiBa w koDcu. - WBasnym uszom nie wierz. Te kobiety - cignBa
jadowicie pewniejszym ju| gBosem - pracuj po osiem godzin dziennie, a potem wracaj do
domu i piek chleb, niaDcz dzieci, pichc m|om skromny posiBek, pior, szoruj podBogi,
a wszystko to za marn pensyjk, kt�rej ledwie starczyBoby na opBacenie opiekunki do
dziecka - i robi tak, bo inaczej nie potrafi, bo od urodzenia wbijano im w gBowy, |e maj
sBucha m|czyzn. Swoich m|�w, kt�rzy m�wi im, |e do obowizk�w |ony nale|y zaj-
mowanie si domem, dziemi i B�|kiem bez wzgldu na to, czy pracuj zawodowo, czy nie.
Maj sBucha swoich szef�w - wycedziBa ze szczeg�lnym naciskiem - kt�rzy m�wi im, |e
albo bd wdziczne za to, co maj, albo mog sobie poszuka innej pracy. Niech mi pan
S
R
nie opowiada o tych kobietach! Pewnie, |e nie chc walczy, ale tylko dlatego, |e nie wie-
dz jak. Da im szans, wskaza drog, a zobaczy pan, do czego s zdolne!
Nick pokrciB powoli gBow. Dani przemknBo przez my[l, |e naprawd pragnie wes-
prze j swoj rad.
- Prosz zauwa|y, |e to nie z kobietami bdzie tu pani miaBa do czynienia, ale z ich
m|ami. Kiedy wszystko zostanie ju| powiedziane i zrobione, postpi dokBadnie tak, jak
przez caBe |ycie wbijali im do gBowy m|czyzni.
- Czy ja si aby nie przesByszaBam? - Dani odchyliBa si z kpicym u[mieszkiem na
oparcie krzesBa.
- Czy nie cytuje pan tu czasem historii Lizy straty?
Nick zachichotaB.
- A to ci dopiero - mruknB. - Mamy tu wic spoBeczno[ kobiet gotujcych si, ni
mniej, ni wicej, tylko do przejcia wBadzy...
- Ni mniej, ni wicej - przytaknBa oschle.
- Zanosi si na waln bitw z odwiecznymi, zaprogramowanymi w genach zwyczaja-
mi i prawami natury...
- Jest pan naprawd niemo|liwy - wykrzyknBa Dani. - A najgorsze jest to, |e pan na-
prawd w to wierzy! Prosz mi pokaza prawo, kt�re stanowi, |e kobiety musz by ule-
gBymi, bezkrytycznymi istotami pod|ajcymi biernie wszdzie tam, dokd prowadz je
m|czyzni, i do koDca |ycia maj pracowa za najni|sz pensj - wyrzuciBa z siebie.
- Nie m�wiBem o wszystkich kobietach - odparB powa|nie. - MiaBem na my[li kobiety
std. Bdzie pani miaBa przeciwko sobie silnie zakorzenione zwyczaje kulturowe. Ci ludzie
to farmerzy, potomkowie pionier�w, i role pBci s tutaj [ci[le okre[lone. Lata osiemdziesite
jeszcze tu nie dotarBy; wci| jeszcze czekamy na sze[dziesite. M�wi pani, |e one nie po-
dejm walki.
- Niech pan sobie oszczdzi tej propagandy dla swojej fabryki - odparowaBa Dani. -
Na mnie ona nie dziaBa.
Z rozbawieniem w oczach odchyliB si na oparcie krzesBa i otworzyB swoje menu.
- Widz, |e nie - mruknB.
Dani posBaBa mu triumfalne spojrzenie i r�wnie| zajBa si lektur karty daD.
S
R
Po chwili bardzo o|ywionej dyskusji zam�wili filet z soli i kieBki szparag�w. Ku za-
skoczeniu Dani, Nick zmieniB swoje zam�wienie i wybraB to samo, co ona. OdniosBa dziwne
wra|enie, |e ten czBowiek lubi si spiera dla samego sporu - niewa|ne czy przedmiotem
jest polityka, czy jedzenie. Ta cecha wydaBa jej si szczeg�lnie podniecajca.
Kiedy kelnerka oddaliBa si, Nick postanowiB najwyrazniej przej[ od spraw publicz-
nych do osobistych. PopatrzyB na jej dBonie, kt�re trzymaBa zBo|one wdzicznie na blacie
stolika, i zauwa|yB:
- SByszaBem o ludziach, kt�rzy nosz serce na dBoni, a pani, jak widz, nosi na palcach
sw�j majtek, prawda?
Dani spojrzaBa na swoje palce ozdobione co najmniej siedmioma pier[cionkami i roz-
czapierzyBa je, |eby m�gB si im lepiej przyjrze.
- Okazale to wyglda, nieprawda|?
- Bardzo. Podarunki od adorator�w? - spytaB i ciemne brwi drgnBy mu lekko.
Dani roze[miaBa si.
- Nic z tych rzeczy. To trofea - wyja[niBa. - Takie symbole zwycistwa. Kiedy odnios
jaki[ sukces, zamiast i[ w miasto albo sprawia sobie nowy ciuch, kupuj pier[cionek.
Kiedy potem popadam w przygnbienie, wystarczy, |e zerkn na dBoD i od razu przypomi-
nam sobie o wszystkim, z czego mog by dumna.
ByBa to wBa[ciwie jej osobista sprawa i nie miaBa zamiaru tak mu si z niej zwierza,
ale rzuciwszy okiem na twarz Nicka nie zauwa|yBa na niej cienia kpiny bdz rozbawienia.
- Sukcesy osobiste czy zawodowe? - zapytaB.
- P�B na p�B. Na przykBad ten - powiedziaBa swobodnie, dotykajc pier[cionka z kil-
koma granatami na palcu wskazujcym - upamitnia m�j rozw�d.
- A [ci[lej m�wic zdobycie aliment�w? - skomentowaB cynicznie Nick.
Roze[miaBa si znowu, ale tym razem z pewnym przymusem.
- NiezupeBnie. Nie ma co liczy na alimenty, kiedy student medycyny i ekspedientka
sklepowa dziel si wBasno[ci spoBeczn. - Zainteresowanie w jego oczach zachciBo j do
dalszych zwierzeD. - Byli[my mBodzi i gBupi - cignBa, wzruszajc ramionami. - To trwaBo
zaledwie sze[ miesicy.
- I na zawsze zraziBo pani do m|czyzn?
S
R
SpojrzaBa na niego niepewna, co w jej zachowaniu sprawiBo, |e odni�sB takie wra|e-
nie.
- Niech pan posBucha - zaprotestowaBa gwaBtownie. - To, |e robi co[, co jest uzna-
wane tradycyjnie za zajcie dla m|czyzn - i bez faBszywej skromno[ci dodam, |e robi to
dobrze - oraz |e nie taj swojego stanowiska wzgldem praw kobiet, to jeszcze nie pow�d,
by bra mnie za...
- BezpBciowca? - podpowiedziaB z przekor Nick. Jego oczy przesunBy si po niej z
doprowadzajc do furii poufaBo[ci. - Nic takiego - cignB - nie przeszBo mi nawet przez
my[l. - A potem, zanim zd|yBa si zaczerwieni albo zmobilizowa siBy do nastpnego
ataku, jak gdyby nigdy nic zainteresowaB si znowu jej dBoDmi. - A reszta? - zapytaB. - Mam
nadziej, |e nie upamitniaj kolejnych rozwod�w. - UjB jej praw dBoD, dotykajc pier-
[cionka na [rodkowym palcu. - Co, na przykBad, oznacza ten?
Trudno byBo z nim walczy, kiedy poczucie blisko[ci wzniecone ciepBem jego palc�w
powdrowaBo jej ramieniem i rozlaBo si po klatce piersiowej - zwBaszcza |e podejrzewaBa,
i| to zainteresowanie jej pier[cionkami jest tylko pretekstem, by trzyma j za rk. Dani,
chocia| doprowadzaBo j to do szewskiej pasji, nie byBa bynajmniej nieczuBa na urok Nicka.
- Ten upamitnia ukoDczenie szkoBy [redniej - odparBa.
WskazywaB ka|dy pier[cionek po kolei, a ona wymieniaBa odpowiadajce im decyzje,
posunicia, sukcesy zawodowe, wydarzenia ze swego |ycia osobistego.
Nick zauwa|yB, |e poza jedn nieoszlifowan akwamaryn i jednym maBym diamen-
cikiem wszystkie oczka to granaty.
- To pani kamieD? - zapytaB.
- Nie, po prostu lubi granaty. Maj barw intensywniejsz od rubin�w i - roze[miaBa
si - s taDsze.
U[miechnB si i pu[ciB jej rk, bo w tym momencie do stolika podeszBa kelnerka z
saBatkami.
- Pasuj do pani - stwierdziB. - OgieD i blask z leciutk domieszk |dzy krwi.
Dani spu[ciBa oczy bardziej zmieszana, ni|by to usprawiedliwiaB ten zdawkowy kom-
plement. DBubnwszy kilka razy saBatk, Nick podjB rozmow:
- Tak wic tylko jeden romantyczny zwrot w pani |yciu zasBu|yB sobie na pier[cionek,
a byB to rozw�d. Zastanawiam si wBa[nie, czy to co[ m�wi o pani osobowo[ci? - mruknB.
S
R
- Mo|e to - odparBa rzeczowo Dani - |e nie mam czasu na romanse.
Nick wycignB do niej dBoD i po chwili wahania poBo|yBa na niej lew rk. PopatrzyB
znaczco na pusty trzeci palec.
- Wyglda tak, jakby czekaB. Rezerwuje pani bardzo szczeg�lne miejsce... - I z oczy-
ma, w kt�rych odbijaB si blask [wiec, zasugerowaB: - Dla bardzo szczeg�lnej osoby?
Dani chciaBa cofn rk, ale jego palce zacisnBy si na jej dBoni i przytrzymaBy j.
Nie miaBa zamiaru wpada w puBapk, kt�r pr�bowaB zastawi, uderzajc nagle w roman-
tyczny ton.
- NiezupeBnie - odparBa obojtnie, upijajc Byk wody ze szklanki.
- Nikt na pani nie czeka w Chicago?
ZdradziBo j milczenie.
- Czyli czeka - mruknB cicho, poluzniajc nieco sw�j u[cisk.
Dani mogBa ju| cofn rk, ale nie uczyniBa tego. Patrzc na swoj maB, ozdobion
pier[cionkami dBoD spoczywajc w lekkim u[cisku jego silnych, [niadych palc�w, zauwa-
|yBa meszek wBosk�w porastajcych mu grzbiet dBoni i nadgarstek.
- Nie - powiedziaBa cicho. - ByB taki kto[, ale ju| go nie ma. - ZerknBa na niego, pr�-
bujc pokry za|enowanie niewyraznym u[miechem. - Dwa razy pr�bowaBam szcz[cia w
miBo[ci i dwa razy bez powodzenia.
Nick, opu[ciwszy powieki, gBadziB delikatnie kciukiem jej pozbawiony pier[cionka
[rodkowy palec.
- Mo|e uda si za trzecim razem - powiedziaB cicho.
- Mam tak nadziej - westchnBa, ale my[li miaBa ju| zaprztnite czym innym. I
kiedy spojrzaB na ni z nagBym bByskiem w ciemnych oczach, wyja[niBa szybko: - Nie w
miBo[ci. My[laBam o czym[ innym.
- Ja tu wychodz ze sk�ry, |eby uwie[ pani blaskiem [wiec i nastrojow muzyk -
wykrzyknB Nick z oburzeniem, a jednocze[nie rozbawieniem i niedowierzaniem w oczach -
a pani nic. - Wzni�sB oczy do sufitu. - Bo|e, czym sobie na to zasBu|yBem?
SpojrzaBa na niego z u[miechem.
- Co[ panu podpowiem, panie Cavenaugh. Trudno uwie[ kogo[ w restauracji midzy
saBatk a daniem gB�wnym. Za maBo czasu i miejsca.
Roze[miaB si, pu[ciB jej rk i wziB znowu widelec.
S
R
- Zapamitam to sobie na przyszBo[. No nic - podjB, kiedy oboje zajli si z powro-
tem saBatk - niech mi pani w takim razie zdradzi, o czym tak fascynujcym my[laBa, |e nie
wywarB na pani wra|enia m�j sBynny nieodparty czar?
- Nie chc pana zanudza.
- Nie znudzi mnie nic - zapewniB j z galanteri - co ma zwizek z pani.
Znad kieliszka z winem spojrzaBa w roziskrzone wyzywajc wesoBo[ci oczy Nicka.
- My[laBam o swojej pracy - poinformowaBa go. - O tym, |e ostatnio zar�wno w miBo-
[ci, jak i w pracy nie dopisuje mi szcz[cie.
Uni�sB brwi, ale nie wygBosiB |adnej |artobliwej uwagi, jak spodziewaBa si usBysze.
- Jestem dobrym sBuchaczem - zachciB j po chwili milczenia.
Dani zd|yBa si ju| zorientowa, |e czasami trudno stwierdzi, gdzie koDczy si Nick
Cavenaugh oficjalny, a zaczyna ten prywatny, zwBaszcza w [wietle wystpujcego midzy
nimi konfliktu interes�w. Teraz jednak Nick nie byB ani jednym, ani drugim. Teraz byB
m|czyzn siedzcym przy kolacji z kobiet, w kt�rej towarzystwie dobrze si czuje i z
kt�r prowadzi swobodn rozmow.
- PrzywykBam do wygrywania - zwierzyBa mu si po chwili wahania. - Z ostatnich
dw�ch misji wr�ciBam na tarczy i teraz naprawd zale|y mi na powodzeniu, |eby przynajm-
niej odzyska wiar w siebie.
- Co si staBo? - zachciB j.
Dani wzruszyBa ramionami.
- W tej pierwszej nawet niezle mi szBo. Wtpi, czy kto[ inny dokonaBby tyle, co ja.
ProwadziBam negocjacje w imieniu strajkujcej zaBogi zakBad�w przemysBowych w PoBu-
dniowej Karolinie i wicej stracili[my ni| zyskali[my. Ale w Denver...
PokrciBa wolno gBow.
- Od pewnego czasu staramy si przekona pielgniarki do zaBo|enia wBasnego
zwizku zawodowego. Co pewien czas, przy sprzyjajcych okoliczno[ciach, bierzemy na
celownik jakie[ miasto albo szpital. Czasem si udaje, cz[ciej nie. Denver mogBo sta si
punktem zwrotnym. Nie przychodzi mi do gBowy |aden inny zaw�d na [wiecie - cignBa z
zaanga|owaniem - kt�ry potrzebowaBby ochrony zwizkowej bardziej ni| [rodowisko pie-
lgniarskie. Te kobiety pracuj za [miesznie maBe pienidze, je[li wzi pod uwag ich kwa-
lifikacje i odpowiedzialno[, jaka na nich ci|y. Czas pracy maj nie do przyjcia. Zdarza
S
R
si, |e haruj dwa dy|ury pod rzd bez chwili na odpoczynek. Wymaga si od nich, by trzy-
sta sze[dziesit pi dni w roku byBy przez okrgB dob na ka|de wezwanie, a je[li w Wi-
gili nie stawi si w szpitalu p�B godziny po wezwaniu, mog straci prac. Wykonuj
r�|ne prace pomocnicze nie wymagajce ich kwalifikacji i nie otrzymuj za to zapBaty, s
zmuszane do wypeBniania poleceD bez |adnej dyskusji... och, mogBabym tak wylicza w
nieskoDczono[. - PokrciBa bezsilnie gBow. - Chodzi o to, |e sytuacja w [rodowisku piel-
gniarskim rzutuje na jako[ opieki zdrowotnej w og�le i nic si tu nie poprawi, dop�ki pie-
lgniarki same nie zjednocz si w zwizek zawodowy i nie za|daj zmian. Teraz jest na to
naprawd odpowiedni moment i byBam taka pewna, |e w Denver p�jdzie mi jak po ma[le. -
Spu[ciBa ze smutkiem wzrok. - Mo|e zbyt osobi[cie si w to zaanga|owaBam i przesadziBam
z t pewno[ci siebie. PrzegraBam, zanim zd|yBy[my rozpocz gr.
- No i? - pocignB j za jzyk Nick, kiedy umilkBa.
- No i tego ranka, kiedy miaB si odby marsz protestacyjny, do akcji wkroczyB los.
NastpiB wybuch w zakBadach chemicznych i wszystkie trzy zmiany stawiBy si na dy|ur -
ma si rozumie, dobrowolnie. Nie udaBo si potem zorganizowa wszystkiego od nowa.
Dani podniosBa wzrok, oczekujc jakiej[ uszczypliwej uwagi i ze zdziwieniem ujrzaBa
na jego twarzy powag.
- Nie rozumiem, jak mo|e pani wini za to siebie - rzekB w koDcu. - W gr wchodziBy
przecie| dosy zBo|one uwarunkowania.
SkinBa gBow, wdziczna za zrozumienie.
- Wszystko przez to, |e tak mi na tym zale|aBo. Nie cierpi przegrywa sprawy, kiedy
widz, jak wielkie znaczenie ma ona dla dobra wszystkich zainteresowanych. W tym przy-
padku zyskaByby nie tylko pielgniarki, ale i pacjenci, szpitale oraz jako[ |ycia w szerokim
tego sBowa znaczeniu. I byBam tak pewna, |e tym razem dokonamy przeBomu, a skoDczyBo
si nastpnym stanem zawieszenia.
Na stoliku zjawiBo si gB�wne danie i oboje na chwil zamilkli.
- No c�|... - podjBa rozmow swobodniejszym ju| tonem. - Mam nadziej, |e paDski
ukryty magnetofon zarejestrowaB ka|dy szczeg�B mojej ponurej spowiedzi. Teraz pan wie, z
jakim rodzajem nacisku ma do czynienia.
Nick udaB oburzenie.
S
R
- Moja panno, czy mo|e mnie pani podejrzewa o chwyty poni|ej pasa, o to, |e za-
praszam kobiet na kolacj tylko z my[l o wycigniciu z niej tajemnic zwizku?
- No, nie wiem - odparBa, unoszc widelec. - Ten chwyt, kt�rego u|yB pan po poBu-
dniu, byB mimo wszystko poni|ej pasa.
U[miechnB si.
- Ma pani na my[li czas zmarnowany na zwiedzanie zakBad�w, przez co przegapiBa
pani zmian od trzeciej do jedenastej? To nie byB wcale chwyt poni|ej pasa - oznajmiB bez-
czelnie. - To byBo sprytne zagranie.
Dani u[miechnBa si uprzejmie.
- Nie takie znowu sprytne. Zapomina pan, |e ci sami pracownicy, kt�rzy weszli do
zakBadu, w koDcu z niego wyjd. A ja bd na nich czekaBa.
Nick odBo|yB widelec na talerz. Na jego twarzy nie byBo teraz cienia wesoBo[ci.
- To nie jest najmdrzejszy pomysB - powiedziaB powa|nie. - Jestem pewien, |e ma
pani na tyle rozsdku, by nie chodzi tam w nocy.
- A to dlaczego? - OtworzyBa szeroko oczy, udajc przestrach, i konspiracyjnie zni|yBa
gBos. - Czy na nocnej zmianie zatrudniacie same potwory? A mo|e prawdziwych, |ywych
grabarzy? A mo|e, kiedy wschodzi ksi|yc, wszyscy zamieniaj si w wilkoBaki?
- Niech pani sobie nie kpi - odparB z rozdra|nieniem Nick. - To po prostu nie jest bez-
pieczne. Wikszo[ m|czyzn, jakich zatrudniamy, pracuje wBa[nie na dw�ch ostatnich
zmianach i zdarzaj si w[r�d nich dosy nieprzyjemne typy. W najlepszym przypadku na-
razi si pani na mn�stwo niewybrednych zaczepek, w najgorszym... - Nie dokoDczyB tego
zdania. - To niemal odludzie - zaczB z innej beczki. - Po p�Bnocy lepiej nie jezdzi po tych
pustych drogach. Co by pani zrobiBa, gdyby nawaliB pani samoch�d? - Pr�bowaB niezrcznie
zmieni temat. - Nie wiadomo, co mogBoby si wydarzy, zanim kto[ zauwa|yBby pani nie-
obecno[.
Dani znowu sBodko si u[miechnBa.
- Ten wzruszajcy przejaw troski o biedn, bezradn kobietk ani troch na mnie nie
dziaBa - powiedziaBa. - Prawd m�wic, przekona si pan wkr�tce, |e nic nie wkurza mnie
bardziej ni| traktowanie tak, jakbym nie nadawaBa si do pracy, kt�r wykonuj, z tej tylko
racji, |e jestem kobiet. Je[li chce pan dalej ze mn rozmawia - dorzuciBa gBosem, kt�ry z
ka|dym sBowem zatracaB sw�j przyjemny ton - prosz tego wicej nie robi.
S
R
Nick westchnB, nie kryjc tBumionej irytacji.
- Niech mi pani wierzy - odparB sarkastycznie - |e ostatnia rzecz, jakiej bym pr�bowaB,
to wypominanie pani, |e jest kobiet.
- Mo|e zainteresuje pana, panie Cavenaugh...
- Je[li jeszcze raz nazwie mnie pani panem Cavenaugh" - przerwaB jej Bagodnie - to
chyba dzgn pani widelcem. Mam na imi Nick. Nick - powt�rzyB z naciskiem.
- Nick, kochanie - zanuciBa [piewnie i nagrodziB j przebBysk rozbawienia w jego
oczach - mo|e zainteresuje ci, |e przez ostatnie dziesi lat potrafiBam dba o siebie tak
dobrze, jak wikszo[ m|czyzn, a czasem nawet lepiej. Nie sdzisz chyba, |e osig-
nBabym tyle, chowajc gBow w piasek, gdy robi si niebezpiecznie? PatrzyBam ju| w lufy
dubelt�wek - poinformowaBa go z powag - szturchano mnie w |ebra tpymi no|ami i przy-
tykano do gardBa obtBuczone szyjki butelek. Rzucano we mnie kamieniami, puszkami po
piwie i grudkami cementu. Gro|ono mi gwaBtem i zatBuczeniem na [mier kijami. Kiedy[
kto[ podBo|yB nawet w moim samochodzie bomb. MiaBam par razy podbite oczy, ale nig-
dy, powtarzam, nigdy - podkre[liBa twardo Dani - nie zostaBam odwoBana z misji dlatego, |e
byBa zbyt niebezpieczna", albo dlatego, |e nie dawaBam sobie rady. Nie martw si o mnie.
Nick sBuchaB jej monologu z rosncym skupieniem i teraz, kiedy odkBadaB widelec i
odsuwaB od siebie talerz, jego twarz byBa caBkowicie powa|na.
- Zdaje si - powiedziaB bezbarwnym tonem - |e zaczynam traci apetyt.
- Robi ci si niedobrze, kiedy sByszysz o przemocy, co? - spytaBa zjadliwie, atakujc z
zapaBem sw�j filet.
- Owszem - odparB z powag Nick - kiedy w gr wchodz kobiety. ZwBaszcza... - i tu
zn�w zmierzyB j taksujcym spojrzeniem - ... takie filigranowe, jak ty. - I nie dajc jej cza-
su na odpowiedz, cignB: - W porzdku, rozumiem, dlaczego wysyBanie kobiet do takiej
pracy ma sw�j sens, ale czemu nie wybrali kogo[ pot|niej zbudowanego? Nie powiesz mi -
dorzuciB z naciskiem, kiedy otwieraBa ju| usta, |eby zaprotestowa - |e ty, metr pidziesit
wzrostu i pidziesit kilogram�w...
- Pidziesit dwa - skorygowaBa.
- Pidziesit dwa kilogramy - poprawiB si - potrafisz sprosta dwumetrowemu dr-
galowi, sto kilo |ywej wagi.
Oczy Dani zabBysBy figlarnie.
S
R
- To zale|y - przyznaBa - od zamiar�w tego drgala.
Nick rozpogodziB si i podni�sB sw�j kieliszek w ge[cie toastu.
- Punkt dla ciebie, Cudowna Kobieto - mruknB.
PrzyjBa toast peBnym gracji przechyleniem gBowy i oboje wybuchnli [miechem.
- ByBo cudownie - powiedziaBa Dani, dotykajc serwetk warg, kiedy dopili wino i
zjawiBa si kelnerka z rachunkiem. - Mam jednak nadziej, |e nie zamierzasz tego wlicza w
koszta reprezentacyjne. Nie jestem na tyle naiwna, |eby wyjawia strategi zwizku w za-
mian za dobr kolacj i rozbrajajcy u[miech.
- Nawet nie przeszBo mi to przez my[l - odparB Nick, obdarzajc j rozbrajajcym
u[miechem. SpojrzaB na rachunek i wrczyB go Dani. - Nie chciaBbym, |eby[ pomy[laBa, |e
lekce sobie wa| twoje poczucie r�wno[ci - wyja[niB z kamienn twarz.
Mroczne spojrzenie, jakim obrzuciBa go Dani, powiedziaBo mu, co dziewczyna my[li o
m|czyznach, kt�rzy zapraszaj kobiety na kolacj, a potem ka| im pBaci. Z trudem ha-
mowaB [miech, kiedy nonszalanckim gestem rzucaBa kart kredytow na maB tack.
- Musz jednak przyzna - powiedziaBa, kiedy wychodzili na parking - |e twoje me-
tody s... pokrzepiajce. Czy nie pro[ciej byBoby uciec si do grozby, zastraszenia i pu-
blicznego szkalowania mojej osoby, tak |eby nikt nie miaB wtpliwo[ci co do twojego sta-
nowiska wobec zwizk�w zawodowych?
- Nie musz posuwa si do gr�zb ani szkalowania - odparB poufale Nick, otwierajc
przed ni drzwiczki samochodu. - Tym zajm si Scott i jego kumple.
- Scott?
- Ten wielki goryl, kt�ry potrzsaB tob dzi[ rano.
- Ach, on - przypomniaBa sobie. - Ten tw�j boj�wkarz.
Nick u[miechaB si, zatrzaskujc drzwiczki, ale kiedy wsiadaB za kierownic, byB ju|
powa|ny.
- Na twoim miejscu nie wchodziBbym mu w drog - poradziB jej. - To dobry brygadzi-
sta, ale w miasteczku ma paskudn opini. SByszaBem, |e nie wzdraga si przed braniem
prawa w swoje rce.
- SpotykaBam ju| takich - zapewniBa go Dani. - W ka|dym mie[cie, do jakiego zda-
rzyBo mi si zawita. Nie boj si go.
S
R
W spojrzeniu, jakie jej posBaB, byBo tyle| zaintrygowania, co troski. Ale zaraz skiero-
waB wzrok na drog.
- Gdy przyjechaBem tutaj, przez trzy miesice, czyli zanim ukoDczono m�j dom, |y-
Bem na walizkach - odezwaB si po paru minutach.
- Skoro zbudowaBe[ tu sobie dom, to pewnie jeste[ pewien, |e zapu[cisz tu korzenie -
skomentowaBa. - A przecie| wiele firm przenosi nieustannie swoich pracownik�w wedBug
wBasnego widzimisi.
- Nie wedBug widzimisi - poprawiB j z u[miechem Nick - a dla wymiany kadr i
wpuszczenia nowej krwi. Ale Intercomp tak nie postpuje. Mam t posad zapewnion, je[li
tylko zechc zosta, a podoba mi si tutaj. M�j dom stoi nad rzek. Czterna[cie hektar�w
pag�rkowatego terenu, idealne miejsce na osiedlenie si i zaBo|enie rodziny. - ZerknB na
ni. - CaBy dzieD czekam, kiedy wreszcie spytasz, czy jestem |onaty. Nie interesuje ci to?
- Nie - odparBa szczerze Dani.
Roze[miaB si.
- Wspaniale. Moja |ona bdzie zachwycona.
Zaskoczona [cignBa brwi.
- Jeste[ |onaty?
- Nie - powiedziaB z figlarnym bByskiem w oku. - Ale kiedy[ byBem. Podobnie jak wy
byli[my bardzo mBodzi i bardzo gBupi. Nie trwaBo to dBugo. Ona mieszka teraz chyba w Ma-
ine z przyzwoitym m|em i dw�jk dzieci.
- Czy to ma znaczy, |e ty nie byBe[ przyzwoitym m|em? - zBapaBa go natychmiast za
sBowo.
- ByBem za mBody, |eby wiedzie, co to znaczy by m|em - przyznaB. - I miaBem zbyt
wiele zaj, |eby si tego uczy.
Dani nie mogBa mie mu tego za zBe. Z ni byBo tak samo.
Kiedy zbli|ali si ju| do motelu, Nick nagle spytaB:
- Nie masz czasem przy sobie jednej z tych wstrtnych ulotek, kt�re dzi[ rozdawaBa[?
Nie miaBem dotd okazji, |eby to przeczyta.
Dani wzruszyBa ramionami.
S
R
- To standardowy tekst. Pewnie ju| go znasz. - A potem, u[wiadamiajc sobie, |e nic
takiego si nie stanie, je[li da mu do przeczytania co[, co jutro rano bez trudu znajdzie w
dowolnym koszu na [mieci w zakBadzie, dorzuciBa: - Dam ci w motelu.
Nick wszedB za ni do pokoju. Jego bystry, czujny wzrok omi�tB wntrze natrafiajc
na maszyn do pisania, przeno[n fotokopiark, ksi|ki o tematyce zwizkowej i stosy pa-
pier�w, kt�re czyniBy z tego maBego, niepozornego pokoiku istne biuro.
- Nie tak zle, jak my[laBem - skomentowaB.
Dani skrzywiBa si i, rzucajc na B�|ko pBaszcz i torebk, ostrzegBa go:
- Niczego nie dotykaj i oczy przy sobie. Reszt bdziesz m�gB przeczyta, kiedy
wszyscy ju| si z tym zapoznaj.
Nick przysunB sobie krzesBo, usiadB za biurkiem i obserwowaB, jak Dani szuka eg-
zemplarza ulotki, kt�r rozdawaBa rano pracownikom zakBadu. W pewnej chwili wydaBo mu
si, |e Dani nie patrzy, i nie mogc si powstrzyma odwr�ciB g�rny arkusz z le|cej przed
nim sterty papier�w. Ale Dani wychwyciBa ten ruch kcikiem oka.
- No, no! - zawoBaBa odwracajc si ku niemu na picie. Przy tym gwaBtownym ruchu
stopa zapltaBa jej si w kabel maszyny do pisania. ZachwiaBa si i upadBa. Nick z rozbawie-
niem w oczach chwyciB J w talii. Otrzsnwszy si z szoku stwierdziBa, |e opiera si o jego
kolana, obejmujc go rkami za ramiona.
- WiedziaBem, |e to tylko kwestia czasu, kiedy rzucisz si na mnie - mruknB.
- Nie pochlebiaj sobie - odparowaBa Dani, z trudem chwytajc oddech. - Prdzej
zmierzyBabym siBy z twoim boj�wkarzem.
ChciaBa wsta, ale Nick poBo|yB jej dBoD na szyi i zmusiB, by spojrzaBa na niego. Poca-
BowaB j z premedytacj. Koniuszek jego jzyka przesunB si po zarysie jej warg, rozchyliB
je i zwil|yB. Jego silne palce przytrzymywaBy jej gBow od tyBu, a on tymczasem szerzej
rozwarB swoimi ustami jej wargi i wsunB midzy nie jzyk. Bezczelnie i z rozmysBem badaB
granice jej wra|liwo[ci, a potem, z tak sam naturaln swobod, z jak j caBowaB, odchyliB
gBow do tyBu.
- No, Badnie - mruknB i przymykajc powieki zsunB dBoD na jej biodro.
- Niezle - wykrztusiBa wymijajco Dani, chocia| twarz miaBa caB w psach.
- Jak na pocztek, chciaBa[ powiedzie? - spytaB, obracajc jednocze[nie jej twarz w
swoj stron.
S
R
- Nie my[l, |e nie wiem, co robisz - powiedziaBa troch zdyszana.
Oczy Nicka roziskrzyBy si tBumion wesoBo[ci. Pu[ciB jej gBow i przesunB palcami
po szyi. PoczuBa przyjemne mrowienie.
- To chyba dosy oczywiste - powiedziaB. - Po pierwsze, caBuj Badn dziewczyn. Po
drugie, nadal staram si ustali, czy to randka, czy wypowiedzenie wojny.
- Po drugie - poprawiBa go Dani, nadaremnie czekajc, a| uspokoi si walce Jak
mBotem serce - pr�bujesz mnie omota i uwie[, |ebym zapomniaBa, po co tu przyjechaBam.
Tu| obok lewego kcika jego ust znowu pojawiB si wdziczny doBeczek.
- ZgadBa[ - poddaB si. - No i jak mi idzie?
Dani nie potrafiBa stBumi mimowolnego u[miechu.
- Niezle.
- M|czyzna zawsze spisuje si lepiej, je[li lubi swoj prac. - Palce Nicka gBadziBy jej
biodro, a jego jzyk bBdziB po czubku jej brody. - Daj mi cho cieD szansy, a mo|e nawet
polubisz moj strategi.
- Taki dobry to ty nie jeste[. - U[miechnBa si i wstaBa. Odwr�ciBa si, by poda mu
ulotk, o kt�r prosiB. - MiBej lektury - powiedziaBa.
- To po|egnanie, tak? - Nick te| wstaB. Jego wargi drgaBy z rozbawienia.
Dani podeszBa zdecydowanym krokiem do drzwi i otworzyBa je na o[cie|.
- Owszem - powiedziaBa grzecznie, wypraszajc go gestem za pr�g.
Nick zBo|yB ulotk i wepchnB j do kieszeni. W jego oczach malowaB si zabawny
zaw�d.
- Na pewno nie zmienisz zdania?
- Na pewno.
ZawahaB si w progu i obrzuciB j roziskrzonym wzrokiem.
- Nie wiesz, co tracisz.
Dani odczekaBa, a| wyjdzie, i dopiero wtedy zawoBaBa:
- Ani ty!
Zamykajc drzwi, sByszaBa jego [miech.
S
R
ROZDZIAA CZWARTY
Jeszcze przez dobre pi minut Dani staBa oparta o drzwi, u[miechajc si do siebie i
my[lc o Nicku. ZdawaBa sobie oczywi[cie spraw, na jaki niebezpieczny grunt wkracza, ale
byBa pewna, |e da sobie rad. ByBoby mo|e troch Batwiej, gdyby nie ta jego atrakcyjno[,
jego... msko[. Tak, to najodpowiedniejsze sBowo. Czy spotkaBa ju| m|czyzn, kt�ry po
tak kr�tkiej znajomo[ci tak bardzo by j pocigaB? Z pewno[ci trzeba bdzie na niego
uwa|a, zar�wno w pracy, jak i w kontaktach osobistych. ByBa, naturalnie, za sprytna, by
nie przejrze jego taktyki. Nick stanowi nieprzewidzian komplikacj, ale nie tak znowu
straszn. Dobrze wiedziaBa, gdzie koDcz si obowizki, a zaczyna przyjemno[.
Z tych rozwa|aD wyrwaB j [wiergot telefonu. DzwoniB Josh. Dani zBo|yBa mu zwi-
zBy, poufny meldunek, pomijajc skrupulatnie milczeniem niezwykB strategi zastosowan
przez wiceprezesa fabryki. To wezmie na siebie.
Rozmowa trwaBa okoBo dwudziestu minut i dopiero kiedy si rozBczyli, Dani spoj-
rzaBa na zegarek. ZaklBa gBo[no ze zBo[ci i rozpaczy. Kwadrans po jedenastej! WypadBa z
pokoju, zdajc sobie doskonale spraw, |e nie zBapie ju| nikogo z ludzi zaczynajcych trze-
ci zmian ani wikszo[ci tych, kt�rzy schodz wBa[nie z drugiej. Wyrzucajc sobie bez-
my[lno[, pr�bowaBa z pocztku obarczy win Nicka, ale po chwili zastanowienia doszBa
do wniosku, |e nie mo|e mu nic zarzuci. Odwi�zB j przecie| do motelu sporo przed jede-
nast. Nie sp�zniBaby si, gdyby po jego wyj[ciu nie zaczBa buja w obBokach, a potem nie
rozmawiaBa tak dBugo z Joshem. W[ciekBa na siebie, zBamaBa kilka razy nakaz ograniczenia
szybko[ci, ale i tak pod bram zakBadu stanBa dopiero o jedenastej czterdzie[ci. Nie zastaBa
tam nikogo pr�cz stra|nika i paru maruder�w z drugiej zmiany.
Kobiety, oczywi[cie, po zakoDczeniu zmiany nie zwlekaBy z opuszczeniem zakBadu i z
bramy wychodzili teraz przewa|nie m|czyzni: mBodzi kawalerowie, kt�rym do domu si
nie [pieszyBo. Pierwszy gwizd u[wiadomiB Dani, |e nie zd|yBa si nawet przebra i nadal
paraduje w powabnej weBnianej sukni, w butach na wysokim obcasie i z wieczorowym ma-
kija|em. ZapiBa szybko pBaszcz, ale mijajcych j m|czyzn bardziej od papier�w, kt�re
usiBowaBa im wciska w rce, interesowaBa ona sama. W zasadzie nie byli namolni, aczkol-
wiek od grupki oderwaB si jaki[ mBody przystojniaczek i, ruszajc ku niej rozkoBysanym
S
R
krokiem urodzonego chuligana, wyraznie szpanowaB przed kolegami. StanB przy niej, objB
j rk w pasie i obrzuciB po|dliwym spojrzeniem.
- Ile, maBa?
Dani zmierzyBa go pogardliwym wzrokiem.
- To nie na sprzeda|.
- Hej, chBopaki! - zawoBaB mBodzian przez rami. - Ona daje za darmo!
Grupka chBopc�w za jego plecami zaniosBa si nerwowym chichotem, a on jB wodzi
dBoni po jej biodrze.
- Jedyne, co mog ci da, je[li si ode mnie nie odczepisz i nie p�jdziesz w swoj
stron - wycedziBa przez zby Dani - to wielki b�l, kt�rego nie zapomnisz do koDca |ycia.
Kompani woBali, |eby si pospieszyB, ale chBopak zacisnB tylko niedwuznacznie dBoD
na po[ladku Dani. ZdawaBa sobie spraw, |e je[li nie zareaguje, chBopak uzna, |e udaBo mu
si j zastraszy i ju| nigdy nie bdzie tu bezpieczna.
- Ostra jeste[, co? - wymruczaB prowokujco. Wida byBo, |e [wietnie si bawi. - A
mo|e chcesz mi pokaza, jaka jeste[ ostra...
- DBugo by[ nie wytrzymaB - u[miechnBa si sBodko i podsunBa mu pod nos ulotk. -
Umiesz czyta?
{eby odgarn sobie sprzed oczu ulotk, musiaB j na chwil pu[ci. WykorzystaBa ten
moment i odstpiBa kilka krok�w do tyBu. WiedziaBa, |e czujc na sobie wzrok koleg�w, nie
rzuci si za ni w obawie, |e mo|e jej nie zBapa. SpojrzaB spode Bba.
- Jasne, |e umiem czyta. - ZmiB ulotk i wcisnB j Dani w pier[. - Ale i bez koDcze-
nia szk�B mog ci powiedzie, |e nie chcemy tutaj tego g�wna. - Jego pociemniaBa z gniewu
twarz byBa grozna. - Lepiej zabieraj std swoj maB seksown dupci i wracaj, skd ci
przyniosBo. Sama si prosisz o kBopoty, panienko.
I obrzuciwszy j ostatnim, znaczcym spojrzeniem, odwr�ciB si i odszedB.
Ten wieczorny wypad przyni�sB bardzo mizerne efekty.
Dani postanowiBa, |e rano to sobie powetuje. Ledwie jednak zaczBa wita pierwsz
zmian, przerwaB jej stra|nik oznajmiajc, |e jest znowu proszona do biura. Zirytowana na
Nicka, kt�ry wyobra|aB sobie zapewne, i| da ale drugi raz wcign w t sam puBapk, od-
rzuciBa zaproszenie i powr�ciBa do pracy. Jednak rozmawiajc ze stra|nikiem, przegapiBa
S
R
Liz, kt�ra w tym czasie przeszBa przez bram. ZawoBaBa j, ale Liza nie usByszaBa. Bdzie
musiaBa zBapa j po poBudniu.
Kiedy urwaBy si strumienie wchodzcych i wychodzcych pracownik�w i na parkin-
gu zapanowaB spok�j, Dani doszBa do wniosku, |e nie zaszkodzi dowiedzie si, czego chce
od niej Nick - zwBaszcza |e daBa mu jasno do zrozumienia, |e nie jest na ka|de jego zawoBa-
nie.
- Do pana Cavenaugh - oznajmiBa, podchodzc do bramy.
Stra|nik skinB gBow i wrczyB jej czerwon plakietk. Z rosnc ciekawo[ci ruszyBa
do gabinetu Nicka.
Kiedy tam weszBa, Nick przechadzaB si tam i z powrotem. W mrocznym spojrzeniu,
jakie jej rzuciB, czaiBa si furia.
- Nic nie m�w - zagaiBa Dani, bez powodzenia walczc z cisncym si na usta u[mie-
chem. - Sama zgadn. Nie nale|ysz do m|czyzn, kt�rzy lubi, kiedy ka|e im si czeka.
- Wr�ciBa[ tu wczoraj wieczorem! - krzyknB zaciskajc pi[ci. - A ostrzegaBem ci,
|eby[ tego nie robiBa!
Szorstko[ jego gBosu i w[ciekBo[ pBonca w oczach zbiBa j z tropu. WstrzymaBa
oddech, instynktownie je|c si na widok wrogo[ci, jaka emanowaBa z niego niczym iskry
wyBadowaD elektrostatycznych.
- Jedn chwileczk, panie Cavenaugh...
- Nie bdzie |adnej chwileczki, panno Miller! - ByB to wBa[ciwie krzyk, w kt�rym
kryBa si tak silnie kontrolowana w[ciekBo[, |e Dani a| podskoczyBa, kiedy ruszyB w jej
stron. Po raz pierwszy w |yciu jaki[ m|czyzna wprawiB j na chwil w osBupienie. Oczy
Nicka ciskaBy gromy, twarz miaB [cignit, mi[nie na policzkach drgaBy mu wyraznie. -
OstrzegaBem ci - warknB, cedzc sBowa i usiBujc zapanowa nad gBosem. - M�wiBem, |e
po zmroku jest tu niebezpiecznie. My[laBem, |e masz na tyle oleju w gBowie...
- Nie masz prawa m�wi mi, co mam robi. - Dani odzyskaBa wreszcie gBos i chocia|
m�wiBa spokojnie, z zaskoczeniem stwierdziBa, |e ma pewne trudno[ci ze zBapaniem tchu. -
Twoje opinie zupeBnie mnie nie interesuj. Nie bdziesz mi rozkazywaB, kiedy i jak mam
wypeBnia moje obowizki...
- Do diabBa z twoimi obowizkami! - wybuchnB Nick. - Doigrasz si tego, |e pewne-
go ranka znajd ci w krzakach pobit i zgwaBcon...
S
R
- Ju| ci m�wiBam...
- Teraz masz sBucha mnie. - Nick postpiB jeszcze jeden zBowieszczy krok w jej stro-
n, ale zatrzymaB si. Jeszcze raz uczyniB wysiBek, by nada swemu gBosowi spokojne
brzmienie. ale oczy miaB nadal mroczne i rozpBomienione. - To nie jest wielkomiejska dziel-
nica przemysBowa. Z twojego motelu jest tu dwadzie[cia kilometr�w jazdy ciemnymi,
bocznymi drogami, a nie musz ci u[wiadamia, jakie niebezpieczeDstwa czyhaj na sa-
motn kobiet, je[li przydarzy jej si jaka[ awaria. Owszem, udaBo ci si dojecha tu bez
przeszk�d, ale stanBa[ na kiepsko o[wietlonym parkingu, majc z trzech stron gste zaro-
[la...
- WBa[nie ten temat chciaBam poruszy - przerwaBa mu. Jej gBos ociekaB zawodow
uprzejmo[ci. - Skoro zatrudniacie na nocnej zmianie tyle kobiet, powinni[cie naprawd
zadba lepiej o ich bezpieczeDstwo. O[wietlenie, wicej stra|nik�w na sBu|bie, kt�rzy w ra-
zie potrzeby odprowadzaliby kobiety do samochod�w, i tym podobne...
Ciemne brwi [cigaBy si powoli, a| w koDcu zbiegBy w pojedyncz, zmierzwion
krech nad oczami, kt�re pBonBy tBumion w[ciekBo[ci. DostrzegBa, jak pod rkawami
ciemnej marynarki napinaj si mi[nie jego ramion i w tym momencie zdaBa sobie spraw,
|e Nick miaBby ochot zBapa j i potrzsn. OdpowiedziaB jednak spokojnie, z ogromnym
opanowaniem:
- Zapewniamy bezpieczeDstwo zatrudnionym u nas kobietom. Ty jednak nie jeste[
naszym pracownikiem i nie bierzemy na siebie odpowiedzialno[ci...
- No pewnie - przerwaBa mu cicho Dani ze zrozumieniem. - Jak by to wygldaBo,
gdyby na oczach waszego stra|nika napadnito na parkingu na jak[ kobiet? Co by ludzie
powiedzieli?
Ciemny pBomieD rozgorzaB w oczach Nicka i przygasB.
- To prawda - powiedziaB bardzo spokojnie. - Stra|nik nie m�gBby opu[ci posterunku,
|eby ci pom�c. ByBaby[ zdana tylko na siebie.
- I oczywi[cie fakt, |e jestem ze zwizku... - PotrzsnBa gBow z udawanym wsp�B-
czuciem. - Bardzo zle by to o was [wiadczyBo. Bardzo zle.
Nick patrzyB na ni. DrgaBy mu nozdrza.
- UprzedzaBem ci, |e nie chc |adnych kBopot�w. Nie zamierzam sta z zaBo|onymi
rkami i patrze, jak z rozmysBem prowokujesz awantur...
S
R
- Pan, panie Cavenaugh - odparBa uprzejmie, przeszywajc go lodowatym spojrzeniem
- nic tu nie poradzi. Wykonuje swoje obowizki tak, jak uwa|am za stosowne, a pan nie ma
nade mn |adnej wBadzy, czy to w tym gabinecie, czy poza nim. A teraz, je[li to ju|
wszystko...?
Bezsilno[, z jak zaciskaB pi[ci, i mi[nie drgajce mu na policzku powiedziaBy jej,
|e do Nicka dotarBo znaczenie jej sB�w. Przez chwil jeszcze mierzyB j rozpBomienionym
wzrokiem, a potem odwr�ciB si do niej plecami.
- Wyjdz std - warknB. - Mam du|o pracy.
- To tak jak ja - odparBa uprzejmie Dani, nie zaprzepaszczajc okazji, by do niej nale-
|aBo ostatnie sBowo. - {ycz miBego dnia.
WyszBa nie ogldajc si i cicho zamknBa za sob drzwi, czujc na plecach jego
morderczy wzrok.
Je[li Nick spodziewaB si, |e to poranne spotkanie zdenerwuje j albo w jakikolwiek
spos�b wyprowadzi z r�wnowagi i przeszkodzi w realizacji zadania, jakie miaBa tu wyko-
na, to grubo si myliB. Dani byBa ulepiona z twardej gliny i sBowna utarczka z samego rana
rozpaliBa w niej tylko entuzjazm na reszt rozpoczynajcego si dnia.
PostanowiBa sobie, |e tym razem nie mo|e rozmin si z Liz. Na dBugo przed koD-
cem zmiany byBa ju| pod bram i pech chciaB, aby szpaner z poprzedniego wieczoru wybraB
sobie akurat ten dzieD na wcze[niejsze zjawienie si w pracy. Dopingowany obecno[ci ko-
leg�w, znowu do niej podszedB.
- Wci| na mnie czekasz, co, malutka? Co dzi[ dla mnie masz?
Dani u[miechnBa si do niego.
- Zdaje si, |e mamusia ci woBa.
Lubie|ny u[mieszek nie znikaB z jego warg.
- Wiecie, co mi si nie podoba u niekt�rych latawic? - zawoBaB przez rami do kumpli.
- Nie wiedz, kiedy zbastowa! - PrzesunB po niej ponownie zuchwaBym wzrokiem i Dani,
wzdychajc w duchu, zdaBa sobie spraw, |e postanowiB peBni obowizki jednoosobowego
patrolu stra|y obywatelskiej.
Tylko szcz[ciu zawdziczaBa, |e w tym momencie do bramy zbli|yBa si kolejna
grupka pracownik�w. ChBopak zauwa|yB to i skrzywiB si z rozdra|nieniem. Nie spuszczajc
S
R
z Dani wzroku, wycignB dwa brudne paluchy i z rozmysBem rozpiB g�rny guzik jej pBasz-
cza. MrugnB do niej.
- Niekt�rym latawicom - warknB - potrzebna czasem nauczka.
Potem odwr�ciB si i odszedB, by doBczy do kole|k�w. Dani obserwowaBa ich przez
chwil, jak zbijaj si w ciasn gromadk, pochylaj ku sobie gBowy, rechocz, zerkaj w jej
stron, a nastpnie oddalaj si - nie w kierunku bramy, a parkingu. Potem byBa zbyt zaab-
sorbowana, by sprawdzi, dokd poszli, a zreszt maBo j to obchodziBo.
MiaBa szcz[cie. Tego dnia Liza wychodziBa z pracy sama. Dobrze te| wr�|yB fakt, |e
dziewczyna nie zbyBa jej byle czym.
- Jak minB dzieD? - przywitaBa j Dani.
Liza wzruszyBa ramionami, wypltaBa perkalow opask z kdzierzawych wBos�w i
wepchnBa j do kieszeni pBaszcza.
- Stara bryndza. - SzBa dalej, |ujc zapamitale gum.
Dani przyBczyBa si do niej.
- SBuchaj, chciaBam z tob porozmawia. MogByby[my usi[ gdzie[ przy kawie? A
mo|e zjemy razem kolacj?
Liza spu[ciBa wzrok na wypchane czubki swoich znoszonych tenis�wek. SzBa dalej
przygarbiona, z rkami wepchnitymi gBboko w kieszenie pBaszcza, a kciki ust rozcigaB
jej gorzki u[miech.
- A stawiasz?
- Oczywi[cie.
- To nie tra na mnie forsy, kochana. Wiem, o co ci chodzi.
Dani lawirowaBa za ni midzy rzdami samochod�w.
- Wiesz?
- Jasne. Chcesz ode mnie czego[.
- Zgadza si - przyznaBa bez wahania Dani. - Potrzebna mi twoja pomoc.
- A skd wiesz, |e si zgodz?
- Nos mi to m�wi.
Liza stanBa przed nadgryzionym przez rdz, czterodrzwiowym samochodem. Odwr�-
ciBa si, |eby spojrze na Dani. Wiatr targaB jej wBosy, a sBoDce odbijaBo si w oczach. Wyraz
twarzy miaBa enigmatyczny.
S
R
- Pewnie wiesz, |e to ja poszBam do facet�w z g�ry, |eby upomnie si o wolne dni na
opiek nad chorymi dziemi. Mo|e wiesz te|, |e od p�B roku pr�buj co[ zdziaBa w sprawie
lepszego o[wietlenia na czwartej ta[mie. Cholera, tyle czasu przesiaduj w tym [mierdz-
cym biurze, |e powinni mi ju| wypBaca pensj sekretarki. - WzruszyBa ramionami. - I nic.
Powiem ci co[, dziecko. Szkoda twojego czasu.
- Co[ z tego wyniknie - powiedziaBa z lekkim naciskiem Dani - je[li bdziemy si
trzymaBy razem. WsunBa[ ju| nog midzy drzwi, Lizo. Teraz wystarczy tylko, by stanBa
za tob jaka[ siBa. Co masz do stracenia?
- Robot - odparBa lakonicznie.
- Nie mog ci wyla za dziaBalno[ zwizkow, je[li tylko prowadzisz j po godzi-
nach pracy. Mo|esz ich pozwa do sdu.
Liza roze[miaBa si gorzko.
- O, tak. Bdziesz opowiadaBa mojemu gBodnemu dziecku o sdach, kiedy jego matka
bdzie staBa w kolejce po zasiBek dla bezrobotnych. - Nie otwieraBa jednak drzwiczek samo-
chodu.
- Masz dziecko? - zapytaBa Dani, byle tylko zyska na czasie.
- To ju| nie dziecko. Ma dziesi lat.
- Nie wygldasz na matk dziesiciolatka.
Liza znowu si roze[miaBa.
- Matk to ja mogBam zosta w wieku jedenastu lat. B�g daB mi jeszcze trzy lata wol-
no[ci, zanim straciBam rozum na tylnym siedzeniu pewnego chevroleta i... - wzruszyBa ra-
mionami - w dziewi miesicy p�zniej, hokus-pokus, zjawia si Mary. {eby zaj[ w ci|,
nie trzeba by dorosB. Wystarczy by gBupi.
Dani nie mogBa powstrzyma u[miechu, sByszc to |yciowe podsumowanie.
- Tym bardziej masz powody, by d|y do polepszenia swojej sytuacji materialnej.
Chcesz dla Mary jak najlepiej, prawda? A ile mo|esz jej da, pracujc przez reszt |ycia za
grosze?
Liza u[miechnBa si i |ujc gum odwr�ciBa wzrok.
- Wygadana jeste[, nie ma co. To dlatego zaBapaBa[ si do tej pokrtnej roboty?
- Chtnie ci o niej opowiem - Dani odwzajemniBa jej u[miech. - Przy kolacji.
Liza zawahaBa si przez mgnienie oka i signBa do klamki.
S
R
- Nie mog - powiedziaBa. - Musz odebra dziecko. Zwykle zostawiam maB u mamy,
ale mamie dokucza ostatnio krgosBup i le|y w B�|ku. Musz wynajmowa opiekunk. PBac
jej od godziny.
- Mo|esz zabra dziecko ze sob - nalegaBa Dani.
Liza wsiadBa do samochodu i znowu si u[miechnBa.
- Nie dajesz Batwo za wygran, co? Ciekawe, na ile darmowych kolacji mogBabym ci
nacign?
- Na tyle, ile trzeba - obiecaBa Dani.
Liza przekrciBa kluczyk w stacyjce i zdezelowany grat zakrztusiB si, zakasBaB i obu-
dziB z ociganiem do |ycia.
- Zastanowi si jeszcze - mruknBa Liza ruszajc. Dani z satysfakcj odprowadziBa j
wzrokiem.
W koDcu nie od razu Rzym zbudowano i Dani uznaBa, |e osignBa spory postp.
Gdyby udaBo jej si nawiza kontakt z kim[ na terenie zakBadu i mogBa rozpocz etap or-
ganizacyjny, sprawy potoczyByby si o wiele szybciej. Wtedy dopiero wiedziaBaby, na czym
stoi.
Do koDca drugiej zmiany, czyli do dwudziestej trzeciej, nie miaBa tu ju| nic do roboty,
postanowiBa zatem wr�ci do motelu i wykorzysta wiecz�r na dopracowanie taktyki akcji,
kt�rej og�lne zarysy zaczynaBy si ju| krystalizowa w jej umy[le. Jej samoch�d staB w sa-
mym koDcu parkingu, z dala od innych, bo tylko tam byBo wolne miejsce, kiedy tu przy-
jechaBa. Gdy do niego doszBa, stanBa jak wryta. Wszystkie cztery opony byBy oklapnite.
ZaklBa pod nosem i przystpiBa do ogldzin. Nie byBo tak zle. Po prostu kto[ spu[ciB
powietrze. Przez my[l przemknBa jej natychmiast zBo[liwie u[miechnita gba maBolata
spod bramy zakBadu i sBowa:
Niekt�rym latawicom potrzebna czasem nauczka". WysyczaBa dosadne przekleDstwo
i kopnBa z w[ciekBo[ci rozpBaszczon przedni opon. Nie pomogBo to ani troch.
PrzemaszerowaBa jeszcze raz przez caBy parking i poprosiBa stra|nika przy bramie o
udostpnienie telefonu. PoinformowaB j, |e to aparat do rozm�w wewntrznych. Doskonale
wiedziaBa, |e musi mie te| wyj[cie na zewntrz, konieczne chocia|by w nagBych wypad-
kach, ale machnBa rk.
S
R
- A m�gBby mi pan wystawi przepustk na teren zakBadu? Mo|e stamtd udaBoby mi
si zadzwoni?
PokrciB zdecydowanie gBow.
- Nie da rady, kochana. Nie wolno mi.
- Niech pan posBucha - wyja[niBa cierpliwie. - Chc tylko zadzwoni na stacj obsBugi.
SiadBo mi powietrze w koBach i...
- Nie ma pani zapasowego?
SpojrzaBa na niego wielkimi oczami.
- Mam, ale nie cztery.
ZachichotaB pod nosem.
- Jakie[ chBopaki od nas zrobiBy pani brzydki kawaB, co?
- Tak sdz - odparBa oschle. - Wie pan mo|e, gdzie jest telefon, z kt�rego mogBabym
skorzysta?
M|czyzna przygldaB si jej przez chwil, a potem pokrciB powoli gBow.
- Nie wiem - burknB i zamknB okienko.
Dani odwr�ciBa si. RozsadzaBa j zBo[, stopniowo ogarniaBa te| rozpacz. Po raz
pierwszy zmuszona byBa przyzna, |e Nick miaB racj, okre[lajc okolic jako odludn. I co
ma teraz pocz? I[ na piechot? Nawet gdyby wiedziaBa, w kt�r stron si skierowa, to
do najbli|szej stacji obsBugi jest zapewne wiele kilometr�w. Nie miaBa naprawd wyboru.
PozostawaBo tylko sta tutaj i prosi przechodzcych, sprawiajcych co sympatyczniejsze
wra|enie pracownik�w, |eby zatelefonowali w jej imieniu po pomoc drogow, albo czeka,
a| stra|nik si nad ni zlituje i pozwoli skorzysta ze swojego telefonu.
OkoBo siedemnastej z bramy zaczB si wysypywa personel administracyjny. Kilka
kobiet, kt�re zagadnBa, grzecznie, ale stanowczo odm�wiBo wstawiennictwa u stra|nika.
Nie, nie mo|e wej[ do biura. Kiedy Dani prosiBa, by zechciaBy zatelefonowa za ni, m�-
wiBy, |e [piesz si do domu i odchodziBy. ZdarzaBy si i mniej uprzejme. Wikszo[ w
og�le j ignorowaBa. Jej cierpliwo[ i optymizm byBy ju| na wyczerpaniu, kiedy naraz usBy-
szaBa za plecami cichy gBos:
- SByszaBem, |e masz kBopoty z samochodem.
S
R
Nick. Elegancki i zadbany, pBaszcz przewieszony przez jedn rk, neseser w drugiej.
Dani wyobraziBa sobie, z jak satysfakcj minBby j teraz obojtnie i zostawiB na pastw
losu. OgarnBa j furia.
- Dobrze sByszaBe[ - mruknBa lodowato i odwr�ciBa si do niego plecami.
- To mo|e popatrzmy, co? - DotknB lekko jej ramienia, nie starajc si nawet ukry
drwiny w oczach, kt�re pytaBy: A nie m�wiBem?".
ObrzuciBa go lekcewa|cym spojrzeniem.
- Je[li rajcuje ci ogldanie oklapnitych opon, to idz sobie popatrze. Ja mam wa|-
niejsze sprawy na gBowie.
- Na przykBad dziesiciokilometrowy spacerek do najbli|szego warsztatu? - Oczy
Nicka mierzyBy j kpico. - Bd||e powa|na.
Dani wlepiBa w niego w[ciekBy wzrok.
- A masz lepsze propozycje?
Zwietnie si bawiB. Aagodnie ujB j za Bokie i pocignB na parking. PoddaBa si z
ociganiem.
- Jak, u licha, mogBa[ dopu[ci do tego, |eby siadBy ci cztery koBa naraz? - mruknB
wsp�Bczujco. - Powinna[ zwraca wiksz uwag na zu|ycie bie|nika.
- Zu|ycie bie|nika ma niewiele wsp�lnego z kim[, kto celowo spu[ciB mi powietrze -
odburknBa.
Nick cmoknB.
- No, no, to mi wyglda na akt wandalizmu. Na pani miejscu poszedBbym na policj,
panno Miller.
RzuciBa mu ponure spojrzenie.
- Nie zaskoczyBoby mnie wcale, gdyby si okazaBo, |e to pana sprawka.
- To wcale nie jest zabawne - odparB powa|nie. Stanli przed jego brzowym buic-
kiem. - Wsiadaj, odwioz ci do domu.
- A co z moim samochodem? - nie dawaBa za wygran.
Nick wydaB zniecierpliwione westchnienie.
- Wezw do niego kogo[, w porzdku? - OtworzyB przed ni drzwiczki. - Wsiadasz,
czy mam ci tu zostawi?
- A wBa[nie |e zostan i poczekam na mechanika - odparBa z uporem.
S
R
Grymas irytacji przemknB mu przez twarz.
- Nie drocz si ze mn, Dani, dobrze? I tak ju| jestem wobec ciebie grzeczniejszy, ni|
na to zasBugujesz.
- WedBug ciebie wykonanie jednego telefonu, by ratowa dam z opresji, to grzecz-
no[? - odparowaBa z sarkazmem. - To| to kwestia zwyczajnej przyzwoito[ci, rycerzu Ga-
lahadzie!
Mimowolny u[miech wygiB mu kciki ust i zaigraB w oczach.
- Wsiadaj, dobrze? Troch to potrwa, zanim tu przyjad. Mo|emy w tym czasie wpa[
gdzie[ na kolacj.
Ta propozycja rzeczywi[cie j zaskoczyBa.
- Kolacj?
- Wygldasz na gBodn.
WsiadBa do samochodu i zaczekaBa, a| Nick zajmie miejsce za kierownic, a wtedy
zapytaBa:
- C�| takiego zaszBo od rana, |e moje towarzystwo znowu staBo si dla ciebie do znie-
sienia?
- Rano rozmawiali[my o interesach - odparB po prostu, przekrcajc kluczyk w sta-
cyjce. - Teraz jest to spotkanie towarzyskie. - WstrzymaB si chwil z wrzuceniem biegu. -
Na co masz apetyt?
- Na konia z kopytami. Nie miaBam czasu na lunch. Dlaczego to robisz?
Nick nie odpowiedziaB.
- Co my[lisz o kuchni meksykaDskiej?
- Taka sobie. - Dani obserwowaBa go bacznie. - Czy to ma by co[ w rodzaju nie-
zrcznych przeprosin za ten poranny wybuch?
- Moja droga - odparB bez zastanowienia, patrzc pustym wzrokiem w przestrzeD -
nigdy nie przepraszam za sBowa prawdy. Czy masz co[ przeciwko spaghetti?
- WBa[ciwie, to nie - odparBa, nie odrywajc oczu od jego twarzy.
- Zwietnie. - WrzuciB wsteczny bieg i ruszyli. - Znam takie jedno miejsce.
- Nie wiem, czy dobrze zrozumiaBam - podjBa niepewnie Dani, [ledzc oczami jego
profil i wypatrujc tam jakiej[ wskaz�wki, kt�ra wyja[niBaby to zaskakujce zachowanie.
S
R
Instynkt ostrzegaB j, |eby miaBa si na baczno[ci. - I nie jestem do koDca przekonana, czy
mi si to podoba.
Nick wyprowadziB samoch�d w milczeniu na autostrad i skrciB w kierunku prze-
ciwnym do tego, w kt�rym znajdowaB si jej motel. Jechali odcinkiem szosy, kt�rego jesz-
cze nie zbadaBa.
- A co tu jest do podobania? - wzruszyB ramionami. - ZBapaBa[ gum, a ja byBem na
tyle uprzejmy, |e zaproponowaBem ci pomoc, a na dodatek stawiam kolacj. Ciesz si z te-
go.
- Czy mam przez to rozumie - spytaBa sceptycznie - |e tym razem ty pBacisz?
ZerknB na ni z ukosa i u[miechnB si.
- Nazwijmy to rewan|em. Nie patrz na mnie tak podejrzliwie. Wyznaj mi szczerze,
czy w obecnych okoliczno[ciach przychodzi ci do gBowy kto[, kogo wolaBaby[ teraz widzie
na moim miejscu?
- No c�| - odparBa cynicznie po chwili zastanowienia - jest jeden taki ajatollah, dw�ch
dyktator�w z Bliskiego Wschodu, paru zbiegBych zbrodniarzy wojennych...
Nick posBaB jej spojrzenie, w kt�rym uraza mieszaBa si z wyrozumiaBo[ci.
- Proponuj rozejm - mruknB i skierowaB wzrok na drog. - Przykro mi z powodu te-
go, co zaszBo dzi[ rano - podjB. - Nie |aBuj niczego, co powiedziaBem czy zrobiBem - spre-
cyzowaB szybko - ale przykro mi z powodu caBego tego zaj[cia. - I wycignB do niej rk.
Dani spojrzaBa na ni z wahaniem.
- Randka? - spytaBa.
- Randka - potwierdziB.
PrzysunBa si do niego, a on poBo|yB z zadowoleniem dBoD na jej kolanie. Nie mogBa
si powstrzyma i odwzajemniBa u[miech, kt�ry jej posBaB.
Ku zaskoczeniu Dani, niespeBna dziesi minut p�zniej zjechali z autostrady w rzadko
uczszczan, krt drog. Wkr�tce potem Nick zwolniB i skrciB w podjazd, na kt�rego koD-
cu wznosiB si atrakcyjny, cedrowy dom otoczony niskimi, [wie|o zasadzonymi krzewami i
drzewkami.
- No, no - mruknBa niewinnie Dani - wyglda caBkiem jak prywatny dom.
Nick otworzyB pilotem drzwi gara|u i wprowadziB samoch�d.
S
R
- Tutejszy szef kuchni sBynie w trzech okrgach z najlepszego sosu do spaghetti - za-
pewniB j.
Gdy weszli do [rodka, rzuciB klucze na kuchenny blat i wprowadziB Dani do prze-
stronnego, eleganckiego salonu o [cianach wyBo|onych sosnow boazeri. W jedn ze [cian,
t naprzeciwko sigajcego od podBogi do sufitu okna, wbudowano wielki, kamienny komi-
nek. Wystr�j tego wntrza utrzymany byB w Bagodnych odcieniach ziemi. Przed kominkiem
i przed szafk ze sprztem stereofonicznym staBy kanapy i mikkie fotele. Na klocach suro-
wego drewna pyszniBy si bujne paprocie i stylowe lampy. Swojsko[ci i przytulno[ci nada-
waB wntrzu wielki, wbudowany w [cian regaB na ksi|ki.
- No nie, Nick - powiedziaBa Dani szczerze poruszona. - Aadnie tu.
- A czego si spodziewaBa[? - spytaB, rzucajc neseser na fotel.
- No... sama nie wiem. - Zaciskajc z namysBem usta, Dani zaczBa si przechadza po
pokoju. - Lustrzanych sufit�w, czerwonych atBas�w, [cian w chmary maBych tBustych cheru-
bink�w i nagich kobiet...
- OkrgBego Bo|a z futrzan narzut i elektronicznym sterowaniem? - podchwyciB jej
ton.
- WBa[nie. - W oczach Dani zabBysBy iskierki wesoBo[ci.
- Mam nadziej, |e si zbytnio nie rozczarowaBa[.
WzruszyBa ramionami.
- Jako[ to prze|yj.
Nick u[miechnB si i odwr�ciB, |eby wyj[.
- Porozgldaj si tu troch, je[li chcesz. Czuj si jak u siebie. Ja id si przebra i za-
dzwoni do tego warsztatu.
Dani zdjBa pBaszcz, poBo|yBa go na fotelu obok nesesera Nicka i, korzystajc z przy-
zwolenia gospodarza, ruszyBa na obch�d po nieskazitelnie czystej, utrzymanej w tonacji
miedzi kuchni, po uroczej, maBej jadalni z trzema szklanymi [cianami i kompletem stoBo-
wym z wi[niowego drewna, zajrzaBa do otwartego pokoju, kt�ry byB niewtpliwie jego ga-
binetem, i zakoDczyBa zwiedzanie w wielkiej Bazience o [cianach i posadzce wyBo|onych
ciemnoniebieskimi kafelkami, przepiknie kontrastujcymi z biel wpuszczonej w podBog
wanny i srebrem bByszczcych kran�w. U[miechnBa si do siebie, bo byBo to wicej, ni|by
S
R
si po nim spodziewaBa. Kiedy wr�ciB Nick, podpalaBa wBa[nie zapaBk stosik drewna, kt�ry
uBo|yBa w kominku.
- Prosz, prosz - pochwaliB jej sprawno[ w rozniecaniu ognia. - Dobrze mie w do-
mu takie po|yteczne stworzonko.
- Kompetentne - przyznaBa skromnie i odwr�ciBa si twarz do niego.
Zbli|aB si przebrany w d|insy i baweBnian bluz, mierzc j zdradzajcym uznanie
wzrokiem.
Dani miaBa na sobie be|owy, sztruksowy spodnium ze [cigaczami w talii i pod bius-
tem, a pod spodem kremowy p�Bgolf. Str�j ten powikszaB jej biodra i prowokacyjnie za-
okrglaB piersi, lecz a| do chwili, kiedy poczuBa na sobie wzrok Nicka, nie uwa|aBa go za
szczeg�lnie seksowny.
- Wygldasz uroczo - powiedziaB, biorc j za rce.
Na dzwik sBowa uroczo" zmarszczyBa nos i cofnBa dBonie.
- Jestem odporna na twoje obelgi - oznajmiBa. Ale kiedy nie odrywaB od niej wzroku,
taksujc jej drobne, krgBe ksztaBty, poczuBa si nieswojo i zrobiBa krok do tyBu. - M�wiBe[
chyba, |e mo|na tu zje[ kolacj.
Przez chwil wydawaBo jej si, |e nie zrozumiaB, lecz w koDcu poruszyB si.
- Ju| si robi - rzekB pogodnie, odwracajc si. - DzwoniBem w sprawie twojego sa-
mochodu - dorzuciB, kiedy wchodziBa za nim do kuchni. - Wszystko zaBatwione.
- Dziki, Nick - powiedziaBa z nie udawan wdziczno[ci. ZdawaBa sobie spraw, |e
w tych okoliczno[ciach akurat on miaB najmniejszy interes w spieszeniu jej z pomoc i do-
ceniaBa ten gest.
Nick wzruszyB obojtnie ramionami.
- Ale nie oczekuj, |e popdz tam rozbraja bomb, kt�r by mo|e kto[ ci podBo|yB.
Moja rycersko[ koDczy si na oklapnitych oponach.
PrzysiadBa na stoBku i obserwowaBa go, jak kompletuje skBadniki sosu do spaghetti.
- Chyba nie zamierzasz zaczyna od podstaw?! - zaprotestowaBa. - Na upichcenie do-
brego sosu potrzeba caBego dnia. Nie da si tego zrobi w par godzin.
- Bzdury - fuknaB, podcigajc rkawy szarej bluzy. - To przepis mojej babki i jeszcze
nigdy mnie nie zawi�dB.
S
R
- ZaBo| si. |e twojej babce zajmowaBo to caBy dzieD. Pomidory trzeba najpierw spa-
rzy - upomniaBa go. RzuciB jej spojrzenie spode Bba, sBusznie podejrzewajc, |e to dopiero
wstp do tego, co ma nastpi.
Dani wygBaszaBa ochoczo rady, o kt�re nikt jej nie prosiB. KrytykowaBa jego spos�b
przyrzdzania ciasta, krciBa gBow nad szczodrym szafowaniem oregano i czosnkiem, wy-
gBosiBa wykBad na temat wBa[ciwego doboru win, a| w koDcu Nick zagroziB jej no|em do
warzyw i zapdziB do robienia saBaty.
Usiedli do posiBku w jadalni. St�B byB przykryty obrusem z prawdziwego lnu i przy-
ozdobiony [wiecami - co jak na m|czyzn stanowiBo niezwykB dbaBo[ o szczeg�By - i
Dani znowu stwierdziBa, |e jest pod wra|eniem.
- Aadny pok�j - powiedziaBa. - Rzadko buduje si teraz domy z osobnymi jadalniami,
a szkoda.
Nick przyznaB jej racj.
- Powinna[ zobaczy, jak to wyglda rano - powiedziaB. - Okno wychodzi na rzek ze
wschodzcym nad ni sBoDcem. Jest naprawd przepiknie.
- A ty siadasz co rano nad obfitym [niadaniem ze swoim srebrnym dzbankiem do ka-
wy i Wall Street Journal" w rku? - zakpiBa.
W jej oczach poByskiwaBy refleksy pBomyk�w [wiec.
- Nie tak czsto, jak bym chciaB - odparB i skrzywiB si. - U[wiadomiBem sobie wBa-
[nie, jaki to przygnbiajcy obraz - mruknB. - Samotny stary kawaler, jedzcy [niadanie w
towarzystwie gazety i wschodzcego sBoDca. Brakuje tylko kota, kt�ry le|aBby mi na kola-
nach i skubaB okruchy grzanek.
- Pies my[liwski - zawyrokowaBa. - Brakuje ci tutaj kBapouchego, chrapicego w nocy
basseta.
- Brakuje mi - poprawiB j Nick z przelotnym, figlarnym bByskiem w oku - Badnej,
mBodej kobiety, kt�ra dodawaBaby blasku mojemu [niadaniowemu stoBowi. - ZamilkB na
chwil, a potem dodaB: - Latem zamierzam kupi kilka koni. Pastwisko jest ju| ogrodzone.
Jezdzisz konno, Dani?
Roze[miaBa si.
- W Chicago? Gdzie?
S
R
Co[ w jej [miechu chyba go zafascynowaBo. PoczuBa si troch nieswojo, widzc Ba-
godny blask, kt�ry pojawiB si w jego oczach. MusiaBa odwr�ci wzrok.
- A wBa[ciwie jak dBugo zamierzasz tu zosta? - spytaB jak gdyby nigdy nic, wracajc
do przerwanego posiBku.
- Pod koniec drugiego tygodnia oszacuj swoje postpy - odparBa - i zBo| raport. Je[li
uznamy, |e sytuacja zasBuguje na nasze dalsze zainteresowanie, prawdopodobnie zostan tu
jeszcze przez miesic. DBu|ej nie powinno to potrwa.
Nick spojrzaB na ni unoszc brwi.
- Bardzo profesjonalne podej[cie. Nie przypuszczam, |eby[ fatygowaBa si z infor-
mowaniem mnie, czy waszym zdaniem sytuacja bdzie zasBugiwaBa na dalsze zainteresowa-
nie, czy nie.
- Wykluczone - odparBa z u[miechem.
ZaoferowaBa swoj pomoc w sprztniciu ze stoBu, ale Nick kazaB jej zostawi talerze i
przenie[li si z winem do salonu. Nick dorzuciB do ognia jeszcze jedno polano i usiadB na
stojcej przed kominkiem kanapie wyraznie oczekujc, |e Dani zajmie miejsce obok niego.
Dani za[ przechadzaBa si po pokoju, sczc wino i demonstrujc nagBe zainteresowanie fi-
gurynkami i antykami, zdobicymi stoliki i p�Bk nad kominkiem. CzuBa si coraz bardziej
nieswojo, [wiadoma, |e Nick obserwuje j i czeka cierpliwie, zupeBnie jakby wiedziaB, co
wywoBaBo ten niespodziewany atak zdenerwowania i przyjmowaB to z rozbawieniem.
DotknBa li[cia paproci i wykrzyknBa z przesadnym zaskoczeniem:
- Prawdziwa! ByBam przekonana, |e taki kawaler jak ty nie bdzie ryzykowaB z ni-
czym po[ledniejszym od szczerego plastyku. Czy nie pomy[laBe[, |e je[li ta ro[lina zwid-
nie, zrujnuje ci caBy wystr�j wntrza?
- O tym nie ma mowy - zapewniB j, pocigajc Byk wina. - Wystarcza jej troch wody
i klasycznej muzyki dwa razy w tygodniu.
- Klasycznej muzyki?
- Oczywi[cie. Moje ro[linki maj bardzo wyrafinowane gusta.
U[miech Nicka byB tak czarujco zarazliwy, |e musiaBa odwr�ci wzrok i skupi si
na podziwianiu ramy pejza|u, wiszcego na [cianie obok kominka. Kcikiem oka widziaBa
Nicka rozpartego na kanapie w swobodnej pozie. SiedziaB z nog zaBo|on na nog, wyci-
gnit rk poBo|yB na oparciu. WypBowiaBe d|insy uwypuklaBy ka|dy misieD, a spod pod-
S
R
cignitych rkaw�w bluzy wystawaBy [niade, gsto owBosione przedramiona, kt�rych siB
zdradzaBy nabrzmiaBe |yBy. PrzebieraB od niechcenia palcami, przygotowujc je jakby do
pieszczot. Dani upiBa Byk wina.
- Wiesz, co by pasowaBo do tej kolacji? - spytaBa. - Biszkoptowa babka na deser.
Znam przepis na pyszn babk biszkoptow.
- Na upieczenie dobrej babki biszkoptowej trzeba paru dni - zauwa|yB leniwie Nick i
wycignB do niej rk. - Przyjdziesz tu wreszcie i usidziesz, czy mam ci do tego zmusi?
O babce biszkoptowej porozmawiamy innym razem.
Dani u[miechnBa si niepewnie i usiadBa przy nim.
- A o czym bdziemy rozmawiali teraz?
- O wszystkim i o niczym. - Jego palce zamknBy si na kosmyku jej wBos�w i zaczBy
bada bez po[piechu ich jako[. Jego Bagodne, peBne ciepBa oczy przypominaBy aksamitn
wy[ci�Bk pudeBeczka na klejnot.
- To bardzo pojemny temat - za|artowaBa bez przekonania.
U[miechnB si lekko.
- Na pocztek chciaBbym znowu usBysze, jak wymawiasz moje imi.
- Twoje imi? - spytaBa zaskoczona.
- Tak, moje imi. DBugo musiaBem ci przekonywa, |e je posiadam i |e podoba mi
si jego brzmienie.
ZawahaBa si.
- Nick?
PrzesunB palcem wskazujcym po zarysie jej twarzy od ucha poczynajc, a na pod-
br�dku koDczc. Wra|enie byBo hipnotyzujce i sprawiBo, |e ciarki przeszBy jej po sk�rze.
- Nie. Powiedz to tak, jak wczoraj wieczorem: Nick, kochanie.
Dani przeBknBa z trudem [lin. PoczuBa na szyi jego palec i przyspieszone bicie serca.
- Nick... kochanie. - GBos troch jej si zaBamywaB.
- Tak ju| lepiej - powiedziaB z u[miechem.
UjB jej brod midzy kciuk a palec wskazujcy i nachyliB si ku niej. ByB to delikatny,
lekki pocaBunek, bardziej obietnica ni| pieszczota. OblaBa j fala ciepBa i kiedy Nick odwr�-
ciB si, |eby odstawi na stolik kieliszek z winem, rozchyliBa usta, chwytajc spazmatycznie
oddech.
S
R
- Daj mi sw�j kieliszek, kochanie - poprosiB cicho i nie pozostawaBo jej nie innego, jak
tylko posBucha.
Spr|yny kanapy zaskrzypiaBy pod ci|arem Nicka, kt�ry odwr�ciB si do niej z po-
wrotem, zmieniajc jednocze[nie pozycj, by wsun rce pod jej ramiona i przycign do
siebie. Jego silne palce spoczBy pewnie na jej plecach. PrzycignB j do swej szerokiej
piersi, w kt�r ufnie si wtuliBa. Ponownie nachyliB si ku niej dra|nic jzykiem wargi, a
potem powoli, z rozmysBem, coraz silniej przygarniajc j do siebie, przykryB jej usta wBa-
snymi i wsunB midzy nie jzyk.
NagBa lawina wra|eD odarBa Dani z wszystkiego, poza ostr [wiadomo[ci jego bli-
sko[ci i uczu, jakie w niej wzniecaB. WygldaBo to tak, jakby raptownemu przerwaniu ule-
gBa wiz pomidzy jej umysBem a wol, pozostawiajc j skoncentrowan wyBcznie na
swym ciele i na tym, co robi Nick. ByBa niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, do my[lenia, do
reakcji i szokowaBo j to, bo nikt jeszcze tak na ni nie dziaBaB. Nikt jeszcze tak szybko nie
zawBadnB bez reszty jej zmysBami. Jeszcze wiksze zdumienie wywoBywaB w niej fakt, |e
ponad wszystko pragnBa, by trwaBo to jak najdBu|ej.
Kiedy si od niej odsunB, wydaBa tylko cichy, zduszony jk, instynktowny i nie kon-
trolowany wyraz protestu, kt�ry, gdyby nie stan oszoBomienia, w jakim si znajdowaBa, za-
|enowaBby j sam, bo tak wyraznie brzmiaB w nim ton zawodu. Nick palcem pogBadziB j
po policzku, zmuszajc do otwarcia oczu.
- Zr�b to dla mnie, Dani - wyszeptaB, wpatrujc si w ni ciemnymi, zamglonymi
oczami. - PocaBuj mnie tak samo. - ChwyciB jej dBoD wczepion odruchowo w jego tali,
uni�sB j do swojej twarzy i zaczB pociera grzbietem szorstk sk�r policzk�w. - Nie b�j
si mnie dotyka.
Serce waliBo Dani jak mBotem, a wargi wci| dr|aBy. Uczucie zawstydzenia zmieszane
z dBawicym po|daniem i nieokre[lonym lkiem pozbawiBo j tchu.
- Nie - wykrztusiBa ochryple. - Nie... nie powinni[my...
Nick przycignB j Bagodnie do siebie i przykryB jej usta swoimi zmuszajc, by wsu-
nBa mu jzyk midzy wargi. PBochliwie z pocztku, wodziBa jzykiem po jego wargach, tak
jak on robiB to przed chwil, a potem napotkaBa jego zuchwaBy jzyk i nie stawiaBa oporu,
kiedy powoli przechyliB j na kanap. PrzesunBa pieszczotliwie dBoni po jego twardym
karku i wczepiBa palce w zadziwiajco mikkie wBosy. ObjBa go drug rk i pod mikk
S
R
baweBnian koszulk wyczuBa napinajce si mi[nie plec�w. Lekki nacisk jego torsu na jej
piersi podra|niB je i przycignBa go do siebie mocniej. JB obsypywa delikatnymi poca-
Bunkami jej rozpalon twarz, a jego palce manipulowaBy ju| zrcznie przy guziku na szel-
kach jej stroju. Serce podskoczyBo Dani w piersiach, wpadajc w ostrzegawczy rytm.
- Nick, nie...
- Ciii. - Jego ciepBy oddech owiaB jej ucho, pobudzajc w niej wszystkie nerwy. Szelki
opadBy i jego dBoD zamknBa si na jej mikkich piersiach.
Odwr�ciBa gBow, walczc o zachowanie jasno[ci umysBu, cho serce biBo jej jak
oszalaBe.
- Nick, nie, prosz. Nie mo|emy...
- Wszystko bdzie dobrze. - PrzesunB pieszczotliwie ustami po jej twarzy. - Pozw�l
mi si tylko dotyka... caBowa...
WcisnB usta w jej pier[ poprzez okrywajcy j mikki materiaB sweterka. CiepBo, roz-
pBywajce si od tego miejsca, odebraBo jej wBadz w koDczynach i wywoBaBo w dole brzu-
cha pulsujcy b�l. Jego dBoD wkradBa si pod sweterek i, pozostawiajc za sob mrowicy
[lad na nagiej sk�rze, jBa sun w g�r. NatrafiBa na zapink stanika i z wolna odsBoniBa jej
nagie piersi przed jego wzrokiem. PoczuBa, |e powoli, nieodwoBalnie, z rosncym podniece-
niem, ze [lep ulegBo[ci pogr|a si w otchBani rozkoszy.
Uni�sB si lekko na Bokciu. Jego ciepBy oddech osuszaB wilgo na jej piersi i BaskotaB
wra|liwe ciaBo. Oczy miaB zasnute mgieBk podniecenia i pociemniaBe z po|dania. ZsunB
rk do guzik�w jej spodni.
Dani odzyskaBa trzezwo[ my[lenia i poraziBa j [wiadomo[ celu, do kt�rego oboje
zmierzali i tego, jak bardzo pragnBa go osign. To zaszBo ju| o wiele za daleko. ChwyciBa
Nicka za rce. GBos miaBa nadal zdyszany, ale nie byBo w nim ju| cienia niezdecydowania,
co najwy|ej nutka paniki i Nick j wychwyciB.
- Nie, Nick - wyrzuciBa z siebie gwaBtownie. Oczy miaBa szeroko rozwarte i ciemne. -
PrzestaD. Daj mi wsta.
WyswobodziBa si z jego obj i pospiesznie poprawiBa na sobie ubranie.
- Dlaczego? - spytaB ze zmieszaniem w oczach. - Co si staBo, kochanie?
Dani rce dr|aBy tak, |e nie mogBa sobie poradzi z zapiciem stanika. DaBa sobie
wreszcie z tym spok�j i obcignBa sweterek.
S
R
- Nie m�w do mnie kochanie" - wykrztusiBa zdBawionym gBosem.
Nick usiBowaB si u[miechn. Jedn rk nadal obejmowaB j w talii.
- To silniejsze ode mnie. Jeste[ kochana.
- Nick, na miBo[ bosk, dasz mi wreszcie usi[? - GBos niemal jej si zaBamaB.
Nick odsunB si i dostrzegBa w jego oczach bBysk urazy i zmieszania. Odwr�ciBa si
do niego plecami i nieporadnymi, gorcymi palcami podjBa walk z zapink stanika. Nadal
z trudem BapaBa powietrze, a od bijcego w przyspieszonym rytmie serca bolaBo j w pier-
siach.
- Nie jest ci troch gBupio? - spytaB oschle Nick. - WydawaBo mi si, |e jeste[my oboje
zbyt starzy, by zachowywa si jak dzieci na pierwszej randce.
Fakt, byBo jej gBupio.
- Przepraszam - wybkaBa. - Nie chciaBam ci prowokowa. Powinnam byBa od razu to
przerwa...
- Dlaczego? - W gBosie Nicka byB chB�d.
ZapiBa szelki spodni. ZapragnBa odsun si od niego. WstaBa, starajc si ochBon,
uspokoi miarowe, bolesne bicie serca.
- Zapomnieli[my si - powiedziaBa. - To wszystko poszBo za szybko, wymknBo si
nam spod kontroli, troch z mojej winy. Dobrze wiesz, |e nie wolno nam nawizywa bli|-
szych stosunk�w.
Nick parsknB niecierpliwie i poprawiB si na kanapie.
- A to co znowu? - spytaB sarkastycznie. - Jaka[ nowa wytyczna zwizkowa?
Dani odwr�ciBa si i spojrzaBa na niego. ByBa rozbita. Piersi miaBa nienaturalnie
uwra|liwione i obolaBe, gdzie[ w gBbi drczyB j b�l nie zaspokojonego po|dania. PragnBa
go tak, |e jeszcze teraz czuBa mrowienie sk�ry na ramionach i nogach. Ale nie daBa niczego
po sobie pozna.
- Jestem pewna - powiedziaBa chBodno - |e spodziewaBe[ si innego zakoDczenia.
Lekkie zaintrygowanie zBagodziBo wyraz powagi, malujcy si na twarzy Nicka.
- Co przez to rozumiesz? - spytaB.
- Sam przyznaBe[ - odparBa - |e zamierzasz u|y swego uroku i... swych mskich
wdzik�w, |eby przeszkodzi mi w pracy. Na pewno nawet ci przez my[l nie przeszBo, |e
S
R
stawi op�r. Je[li jednak wyobra|asz sobie, |e skoro prowadz taki niepospolity styl |ycia,
to w ka|dym mie[cie mam jakiego[ faceta, z kt�rym id do B�|ka...
Nie trzeba byBo wyrazu niesmaku, kt�ry na chwil wykrzywiB mu twarz, by Dani zo-
rientowaBa si, ile s warte jej irracjonalne zarzuty. PojBa to, zanim jeszcze skoDczyBa m�-
wi. Nick wstaB gwaBtownie i odszedB w gBb salonu, nie zni|ajc si do odpowiedzi.
UniosBa dr|c dBoD do twarzy i powoli zwinBa j w pi[, zaciskajc przy tym moc-
no usta.
- Przepraszam - bknBa po chwili. - Wcale... wcale nie to chciaBam powiedzie.
ChciaBam tylko... - Nie wiedziaBa, czego wBa[ciwie chciaBa. WiedziaBa tylko, |e znalazBa si
nagle w beznadziejnej sytuacji, na kt�r nie byBa przygotowana, i potrzebuje czasu na za-
stanowienie.
Nick milczaB przez chwil. Dani odwr�ciBa si od niego i zapatrzyBa w roztaDczone
pBomienie. Potem usByszaBa tBumione przez dywan kroki zbli|ajcego si do niej Nicka i po-
czuBa na ramieniu jego dBoD.
- Wszystko w porzdku - powiedziaB cicho. - Troch si zagalopowaBem i przepra-
szam ci za to. - SpojrzaBa na niego. Twarz i gBos miaB powa|ne. - Ale nie oskar|aj mnie
wicej o co[ takiego, Dani. To, co zaszBo midzy nami, nie ma nic wsp�lnego z tym, co ci
tu sprowadziBo, ani z tym, co ci tu trzyma, i nie pozwolimy chyba, |eby obowizki sBu|-
bowe rzdziBy naszym |yciem prywatnym. ZaBatwiajmy interesy w godzinach pracy, a resz-
ta czasu niech nale|y do nas. Umowa stoi?
Dani spojrzaBa na niego pospnie.
- Nie jestem pewna, czy potrafisz jej dotrzyma - musiaBa przyzna.
- Mam tylko nadziej, |e ty to potrafisz - odparB Nick.
Zmieszana spu[ciBa oczy. Fizyczna reakcja, jak w niej wywoBywaB, nie pozwalaBa jej
si skupi, zebra my[li. To szaleDstwo spodziewa si, |e mogBoby midzy nimi do czego[
doj[... musiaBa zwariowa pozwalajc, by sprawy zaszBy tak daleko. Co on sobie teraz o
niej pomy[li? Nie chciaBa wiedzie.
Dani nie nale|aBa do os�b impulsywnych. M|a od Josha dzieliBo siedem dBugich lat.
ZnaBa Josha dwa lata, zanim w og�le przeszBo jej przez my[l, |e mog zosta czym[ wicej
ni| przyjaci�Bmi. Nicka Cavenaugh znaBa od niespeBna czterdziestu o[miu godzin i ju| go-
towa byBa p�j[ z nim do B�|ka. Zbyt gBboko ceniBa swe uczucia i emocje, by lekk rk
S
R
obdarza nimi obcego m|czyzn. Dwa razy pr�bowaBa ju| kocha i dwa razy przegraBa. Po
co naprasza si o katastrof, ryzykujc sponiewieraniem uczu po raz trzeci? Nie kocha
Nicka Cavenaugh. Ledwie go zna. W co si pakuje?
Z uczuciem nagBego znu|enia i zimna odwr�ciBa si i objBa swe ramiona rkami.
DBoD Nicka nadal spoczywaBa na jej ramieniu, a grzbiety jego palc�w gBadziBy jej szyj w
uspokajajcym, a mimo to dziwnie niestosownym ge[cie zrozumienia. ZabraB w koDcu rk,
podszedB do stolika i wychyliB do dna kieliszek.
- Napijesz si jeszcze? - spytaB po chwili, silc si na obojtny ton.
- Nie - odparBa i wcignBa w pBuca powietrze. - Mo|e by[ mnie odwi�zB, p�ki jeszcze
pozostaBy mi jakie[ resztki godno[ci?
W drodze do motelu nie rozmawiali, a Dani nie zwracaBa wikszej uwagi na przesu-
wajcy si za oknem krajobraz, dop�ki nie ujrzaBa |�Bto-zielonego neonu przed motelem.
PoprawiBa si w fotelu.
- Dokd jedziesz? ZapomniaBe[ o moim samochodzie.
- Nie zapomniaBem. - Nick spojrzaB na ni spokojnie. - Wy[l tam kogo[ z samego ra-
na, |eby zmieni ci opony.
- Z samego...? - powt�rzyBa z niedowierzaniem. Nie od razu dotarBo do niej, co to
oznacza. - Przecie| wiesz, |e samoch�d potrzebny mi jest dzi[ wieczorem. Specjalnie...
- Bdziesz go miaBa rano - cignB Nick spokojnie. - A teraz... - ZatrzymaB si przed
jej drzwiczkami - albo zostaniesz tutaj, albo wr�cisz do mnie. Nie bdziesz si nigdzie tBukBa
po nocy.
Dani gapiBa si na niego, nie rozumiejc swego zaskoczenia.
- Ty sukinsynu - powiedziaBa cicho.
StaB niewzruszony.
- Przyjad po ciebie rano i podwioz ci do samochodu - powiedziaB. - OkoBo �smej.
WiedziaB, |e powinna ju| o si�dmej sta pod bram.
- Ty sukinsynu - powt�rzyBa mierzc go zimnym, nienawistnym spojrzeniem. Nick
dalej staB niewzruszony.
OtworzyBa gwaBtownie drzwiczki i wysiadBa w zimn noc. Inny m|czyzna zapadBby
si pod ziemi na widok lodowatej wrogo[ci, kt�ra malowaBa si na jej twarzy, i zimnej fu-
rii, wyzierajcej z oczu. Ale Nick patrzyB tylko na ni spokojnie i jakby ze smutkiem, a Dani
S
R
nie przychodziBo do gBowy |adne dosadne sBowo, kt�re rozBadowaBoby jej w[ciekBo[. Za-
trzasnBa za sob drzwiczki z tak siB, |e samoch�d zatrzsB si na koBach, i odeszBa z unie-
sion gBow.
Kiedy usByszaBa, |e odjechaB, oparBa gBow o drzwi i zamknBa oczy. CzuBa tylko
zmczenie.
ROZDZIAA PITY
Nazajutrz, zgodnie z obietnic, Nick o �smej przyjechaB po Dani. Przez caB drog do
fabryki nie odezwali si ani sBowem. Dani siedziaBa wtulona w drzwiczki samochodu i pa-
trzyBa wynio[le przed siebie, ale wszystko si w niej gotowaBo, ilekro ktem oka dostrzegBa
szczupB, spokojn sylwetk Nicka, wypocztego i nienagannie ubranego. Ukradkowe zerk-
nicie na jego silne palce zaci[nite na kierownicy przywoBaBo wspomnienie dotyku tych
dBoni. Niewyrazny zarys jego twarzy przypominaB smak jego ust i agresywn czuBo[ jzy-
ka. ByBa sfrustrowana i zBa na niego. Nie daruje mu tego podstpu z samochodem. Zwyczaj-
nie nie daruje.
Nick zaparkowaB w�z na samym skraju parkingu i zwr�ciB si do niej jak gdyby nigdy
nic:
- Zdajesz sobie spraw, |e nie mo|emy si wicej widywa na tym terenie - powie-
dziaB beznamitnie. - Dwa razy wystarczy. Nie chc przeciga struny i nara|a si na po-
sdzenie o wsp�Bprac ze zwizkiem zawodowym. Wydaje mi si, |e najlepiej bdzie, je[li
zaczniemy unika spotykania si tutaj...
Dani signBa do klamki, rozw[cieczona jego tupetem.
- A mnie si wydaje - warknBa, otwierajc ze zBo[ci drzwiczki - |e najlepiej bdzie,
je[li zaczniemy unika spotykania si w og�le! MiBego dnia, panie Cavenaugh! - Doprowa-
dzona do szewskiej pasji niewinnym u[miechem Nicka, trzasnBa z caBych siB drzwiczkami i
odeszBa.
Jedna rzecz ocaliBa ten katastrofalny pod innymi wzgldami dzieD. Po poBudniu do
stojcej pod bram Dani zbli|yBa si schodzca ze swojej zmiany Liza.
- SByszaBam, |e miaBa[ wczoraj maBy kBopot - zagaiBa z u[miechem, odwijajc ze sre-
berka listek gumy do |ucia.
S
R
- Jestem do tego przyzwyczajona - odparBa Dani i ju| wiedziaBa, |e dopiBa celu.
Rozmawiajc z ni tak otwarcie na oczach kole|anek, Liza demonstrowaBa publicznie swoj
sympati do zwizku. RobiBa to [wiadomie i wcale si z tym nie kryBa.
- Czy ta kolacja jest nadal aktualna?
- Naturalnie - u[miechnBa si Dani. - A co z twoj c�reczk?
Liza wzruszyBa ramionami.
- Mo|e jeszcze poczeka godzink. Przynios jej za to hamburgera.
Dani u[miechnBa si i ruszyBy w kierunku jej samochodu.
Dziki Nickowi, kt�ry obwi�zB j po okolicy, Dani nie miaBa trudno[ci ze znalezie-
niem restauracji. SpdziBy tam trzy godziny.
- Jeste[ pewna, |e wiesz, w co si anga|ujesz? - spytaBa na samym pocztku Dani.
- Najpewniej w kBopoty - u[miechnBa si Liza i wzruszyBa ramionami. - Kochana,
moje |ycie to jedno pasmo kBopot�w. Nie boj si ich.
- To bdzie ci|ka praca - ostrzegBa j Dani. - Wiele godzin spdzonych na kopiowa-
niu ulotek, wkBadaniu ich do kopert i werbowaniu ochotniczek. Na ciebie spadnie caBa dzia-
Balno[ na terenie zakBadu, bo ja nie mam tam wstpu. To bdzie praktycznie twoja walka,
Lizo. Ja jestem tu tylko po to, |eby sBu|y ci rad.
Liza patrzyBa na ni bez zmru|enia powiek.
- No to od czego zaczynamy?
ZaczBy jeszcze tego wieczoru. Przy kolacji Liza zdaBa Dani relacj z bolczek i po-
staw swoich kole|anek z pracy. ByBa zdania, |e uda jej si zebra grupk ochotniczek do
pomocy przy papierkowej robocie.
- KBopot bdzie z m|czyznami - cignBa. - Wiesz, my, kobiety mamy na tyle rozu-
mu, |eby widzie, kiedy si nas kantuje, ale chBopy wol uwa|a, |e s g�r. Nawet ci, co
pracuj z nami przy ta[mach, my[l, |e pozjadali wszystkie rozumy. I nie pozwol, |eby
baba m�wiBa im, co maj robi. Ty jeste[ kobiet, pouczasz ich. Bd przeciwko tobie. -
WzruszyBa ramionami. - Tak to wyglda.
Dani dobrze rozumiaBa psychologiczny aspekt tej sytuacji i byBa na to przygotowana.
Z m|czyznami zatrudnionymi przy ta[mach nie p�jdzie Batwo. M|czyzna byB gBow domu
zmuszonym przez kryzys ekonomiczny do podjcia nisko pBatnej pracy obok kobiety, kt�r
uwa|aB za istot drugiego gatunku - a co gorsza, w wielu przypadkach, musiaB pracowa
S
R
obok swojej |ony, otrzymujcej takie samo, a czasem wy|sze wynagrodzenie. To godziBo w
jego poczucie bezpieczeDstwa. Dani miaBa ju| do czynienia ze zrodzon z takiej frustracji
wrogo[ci.
- Zauwa| - powiedziaBa Lizie - |e w tej walce jest nas trzy na jednego m|czyzn.
Mog si boczy i piekli, ale nic im to nie da. Kobiety maj tu decydujcy gBos.
Ten argument trafiB chyba Lizie do przekonania. PojechaBy do motelu Dani i do dzie-
sitej wieczorem wkBadaBy do kopert ulotki, kt�re Liza miaBa nazajutrz powtyka w prze-
gr�dki kart obecno[ci przy zegarze. Dani stwierdziBa, |e znalazBa w niej niezmordowan i
przekonan o sBuszno[ci swej sprawy ochotniczk. OdmBodzona i zadowolona, odwiozBa
wreszcie Liz na parking.
Liza odjechaBa, a ona zostaBa pod bram zakBadu, |eby zaczeka na ludzi idcych na
nocn zmian. I tu szcz[cie zaczBo j opuszcza. Tak si zBo|yBo, |e jako jeden z pierw-
szych napatoczyB si Scott. Ju| podczas pierwszego spotkania Dani uznaBa go za osobnika
niebezpiecznego. Dopiero teraz zauwa|yBa, jak ciemno jest w miejscu, gdzie stoi, i jak da-
leko od bramy wybraBa sobie stanowisko. A poza tym stary, siedemdziesiciopicioletni
stra|nik i tak niewiele by jej pom�gB, gdyby przyszBo co do czego...
- No i co? - wycedziB cicho Scott, podchodzc do niej z m[ciwym bByskiem w oku. -
Wci| tu jeste[, dziwko? - UstawiB si tak, |e przesBoniB jej zupeBnie widok na parking i
biurowiec. - Nie jeste[ taka cwana, na jak wygldasz.
StaB tak blisko, |e czuBa ciepBo jego ciaBa i od�r cebuli buchajcy mu z ust.
- Zgadza si - odparowaBa bez zmru|enia powiek. - Wci| tu jestem. I bd tu co wie-
cz�r przez najbli|sze dwa tygodnie, mo|e si wic do mnie przyzwyczaisz.
- Oj, nie wydaje mi si, |e pobdziesz tu tak dBugo - wysyczaB ze stalowym bByskiem
w oku. CzuBa na policzku jego ciepBy, smrodliwy oddech. Nie dotknB jej. ZnaB bardziej
skuteczne metody zastraszania. - Widzisz, nie wydaje mi si, |ebym m�gB si przyzwyczai
do twojego widoku, a to, do czego nie mog si przyzwyczai, bardzo szybko znika.
Dani odwzajemniBa jego chBodny u[mieszek.
- No to teraz po raz pierwszy nie zniknie. Bo ja si nigdzie nie wybieram.
Twarz mu st|aBa. WyczuBa raczej ni| zobaczyBa, |e napina muskuBy.
- Uprzedzali mnie, |e jeste[ pyskata - powiedziaB cicho. - Nie lubi tego u kobiet. Po
prawdzie, to kobiety podobaj mi si tylko w jednym przypadku - kiedy le| na plecach i
S
R
jcz z zadowolenia. I tak skoDczysz, sBodziutka, jak dalej bdziesz si tu krci... skoDczysz
pode mn.
Wzrok Dani stwardniaB.
- Wyglda mi na to, |e masz powa|ny problem, chBopcze.
- Uhu. - OderwaB od niej wzrok i przeni�sB go na zbli|ajcych si ludzi. Potem znowu
na ni spojrzaB. - To ty masz problem, maBa. Bo wiesz, czego jeszcze nie lubi? DziaBaczy
zwizkowych. Pod|egaczy. Nie maj tu u nas |ycia.
MijaBa ich wBa[nie kolejna grupa pracownik�w fabryki. Dani podeszBa do nich i za-
czBa rozdawa ulotki. Scott nie przeszkadzaB jej wiedzc, |e kiedy intruzi przejd, i tak do
niego wr�ci, bo nie ma wyboru.
Kiedy ostatni z pracownik�w zniknB za bram, Scott wyjB z kieszeni wykaBaczk i
zaczB j |u z namysBem. Do rozpoczcia zmiany pozostaBo niewiele czasu i musiaB si
streszcza.
- Pamitam, jak w sze[dziesitym dziewitym przydybaBem jednego zwizkowca -
mruknB. To wspomnienie nadaBo jego metalicznym oczom wyraz sadystycznego zadowole-
nia. - Taki maBy facio, co[ jak ty. NosiB przy pasku taki fajny, gruby BaDcuch. My[laB, |e
wyglda z nim na twardziela. - UtkwiB w niej wzrok z przyprawiajc o dreszcz pewno[ci
siebie. - Kiedy z nim skoDczyli[my, trzeba byBo chirurga, |eby uwolni go od tego BaDcucha.
- Od bramy doszedB ich gwar opuszczajcej zakBad drugiej zmiany. - Jeszcze si zobaczymy,
maBa - rzuciB Scott na odchodnym.
Dani byBa bardziej wstrz[nita, ni| to przed sob przyznawaBa. PrzywykBa ju| do po-
dobnych incydent�w, lecz nie oznaczaBo to wcale, |e Batwo przechodziBa nad nimi do po-
rzdku dziennego. W takich chwilach |aBowaBa, |e nie wziBa si za jakie[ inne zajcie.
Nie zd|yBa jeszcze ochBon po pierwszej zaczepce, kiedy staBa si ofiar nastpnej.
Nie znaczy to, |e inni m|czyzni, a nawet kilka kobiet, oszczdzali jej wrogich spojrzeD al-
bo niewybrednych uwag, ale tylko jeden - ten sam mBodzian, kt�ry zaczepiB j pierwszego
wieczoru - postanowiB p�j[ na caBo[.
Tak jak za pierwszym razem, oderwaB si od haBa[liwej grupki kole|k�w i podszedB
do niej rozkoBysanym krokiem z min zBo[liwego chBopczyka, kt�ry odkryB wBa[nie, |e naj-
lepszym sposobem na zabicie nudy jest wyrywanie muchom skrzydeBek albo krcenie
mBynka nad gBow kotem trzymanym za ogon.
S
R
- Prosz, prosz - u[miechnB si - Badnie dzi[ wygldasz, maBa. Wyznam szczerze, |e
im dBu|ej na ciebie patrz, tym bardziej mi si podobasz.
Z dwojga zBego wolaBa ju| taktyk tego szczeniaka. Aatwiej byBo j zignorowa. Ale
nerwy miaBa jeszcze rozdygotane po rozmowie ze Scottem i z wysiBkiem zapanowaBa nad
sob, kiedy chBopak, mierzc j po|dliwym wzrokiem, przysunB si bli|ej i otarB pro-
wokacyjnie biodrem o jej biodro. Od grupki chBopc�w za jego plecami dobiegB zachcajcy
rechot. Dani nie drgnBa ani nie spu[ciBa z niego wzroku.
Kiedy indziej rozegraBaby to lepiej. Kiedy indziej jej city jzyk poszatkowaBby go na
strzpy i rozbroiBaby go caBkowicie nie kiwnwszy nawet palcem. By mo|e spotkanie ze
Scottem wyprowadziBo j z r�wnowagi bardziej, ni| sdziBa, by mo|e utkwiBy jej w pod-
[wiadomo[ci powtarzane przez Nicka ostrze|enia o niebezpieczeDstwie. Tak czy owak, wy-
leciaBy jej z gBowy wszystkie dosadne odzywki, jakie znaBa. Nie baBa si chBopaka - w ka|-
dym razie nie tak jak Scotta - ale dBu|ej ni| zwykle mobilizowaBa siBy.
Oczywi[cie w innych okoliczno[ciach chBopak, kt�ry zd|yB zaledwie unie[ rk, le-
|aBby plackiem na ziemi zachodzc w gBow, co si staBo. Dani trenowaBa sztuk samoobro-
ny i nie obawiaBa si jej stosowa. Ale w my[l zasad zwizkowych wolno si byBo ucieka
do niej tylko w przypadku bezpo[redniego zagro|enia |ycia, a z wBasnego do[wiadczenia
wiedziaBa, |e jeden agresywny ruch mo|e doprowadzi do katastrofy. W tej sytuacji miaBa
praktycznie zwizane rce. MogBa broni si sBowami, ale nie fizycznie. Nie wolno jej byBo
prowokowa fizycznej napa[ci. ZBamanie tej zasady mogBo si dla niej skoDczy w naj-
lepszym przypadku odwoBaniem z misji, a w najgorszym spraw sdow.
W taksujcych j oczach chBopca pojawiB si lubie|ny bBysk.
- Prawd m�wic, to wygldasz tak rajcownie, |e samo patrzenie nie wystarczy. -
WsunB jej rk midzy nogi. - Rozumiesz, o co mi chodzi, maBa?
Dani poczuBa, |e wpada w szaB. Nie zareagowaBa tylko dziki dBugoletniemu do-
[wiadczeniu i [wiadomo[ci wagi tej misji. PatrzyBa mu w oczy chBodnym, pogardliwym
wzrokiem. TrwaBo to nie dBu|ej ni| par sekund i chBopak, albo spBoszony czyimi[ krokami,
albo dochodzc do wniosku, |e lepiej nie przeciga struny, odszedB. DoBczyB do koleg�w i
mrugnwszy jeszcze do niej przez rami, ruszyB wraz z nimi przez parking.
Ledwie zd|yBa wcign w pBuca dwa Bapczywe hausty powietrza, kiedy kto[ chwy-
ciB j obcesowo za rami i odwr�ciB do siebie. WpatrywaBa si w ni para czarnych oczu.
S
R
- W porzdku, panno Miller. - GBos Nicka byB zBowieszczo spokojny. - Pani licencja
na prowadzenie handlu obno[nego zostaBa wBa[nie zawieszona.
To byBa kropla, kt�ra przepeBniBa czar. ChciaBa wyszarpn rami z jego u[cisku, ale
zdziaBaBa tylko tyle, |e bole[nie je sobie nadwer|yBa. Nie poluzowujc |elaznego u[cisku,
Nick popchnB j w kierunku parkingu.
- Do domu, moja pani - warknB rozkazujco.
W[ciekBo[ w jego gBosie podziaBaBa na ni niczym smagnicie stalow link.
Nie zwracajc uwagi na fakt, |e mo|e przypBaci ten ruch wywichniciem ramienia,
Dani odwr�ciBa si i spojrzaBa mu w twarz. Za[witaBa jej w gBowie histeryczna my[l: dwa
razy otarBa si dzisiaj wieczorem o przemoc, tyle obelg i docink�w zniosBa przez ostatnie p�B
godziny, a tym, kt�ry rzeczywi[cie zadawaB jej fizyczny b�l byB, o ironio, Nick. I patrzyB na
ni teraz tak, jakby chciaB j zabi.
Jej oczy wyra|aBy nie mniejsz grozb. PociemniaBe i roziskrzone tBumionymi uczu-
ciami, zbyt silnymi, by da im upust, poByskiwaBy w mroku niczym trbki przed bitw. Tego
byBo ju| za wiele.
- Pu[ mnie, Cavenaugh, i idz do diabBa - wycedziBa przez zaci[nite zby - bo przy-
sigam, |e spdzisz reszt nocy na lekturze napis�w ze [ciany aresztu. I lepiej m�dl si do
Boga, |ebym po powrocie do domu nie znalazBa na sobie |adnego siniaka, bo je[li znajd, to
dopilnuj ju|, |eby wpisano ci w akta odpowiedni notatk, kt�ra bdzie si za tob wlokBa
do koDca |ycia.
To nie byB blef. Nie byBo niczego udawanego w grozbie czajcej si w jej oczach ani
we w[ciekBo[ci bijcej z gBosu i Nick zapewne wiedziaB tak samo dobrze, jak ona, |e w jej
sytuacji najpewniejsz ochron zapewnia litera prawa. KorzystaBa z niej ju| wielokrotnie i
nie zawahaBaby si skorzysta i teraz. Trudno powiedzie, czy to [wiadomo[ tego faktu,
czy sp�zniona refleksja, |e naprawd sprawia jej b�l, kazaBa mu poluzni u[cisk, do[, |e
Dani wykorzystaBa ten moment, wyrwaBa rami i odskoczyBa poza zasig jego rk.
- Jak [miesz! - syknBa, a pBomieD w jej oczach wrcz przymiB w[ciekBo[ jego spoj-
rzenia. - Uwa|asz si za takiego inteligentnego... a Bamiesz wszystkie zasady i bdziesz miaB
szcz[cie, je[li...
- Opu[ ten teren, Dani - przerwaB jej chBodno.
Dani wybuchnBa kr�tkim, urywanym, niemal histerycznym [miechem.
S
R
- Ani mi si [ni! Nie ty wydajesz tutaj rozkazy! Nie masz tu |adnej wBadzy! A je[li
wydaje ci si, |e nie skorzystam zaraz z przysBugujcych mi praw, to spr�buj mnie tylko
dotkn. Odegrajmy tu scenk z mn�stwem [wiadk�w. - GBowy przechodni�w ju| zwracaBy
si w ich kierunku. - No, dalej, wa|niaku - judziBa Dani. - Na co czekasz?
Twarz Nicka t|aBa i ciemniaBa, a| w koDcu upodobniBa si do |elaznej maski wojow-
nika. WepchnB zaci[nite pi[ci w kieszenie marynarki, ale gest ten oznaczaB nie tyle kapi-
tulacj wobec jej pogr�|ek, ile obaw przed tym, co m�gBby jej zrobi, gdyby j dotknB. Ich
spojrzenia skrzy|owaBy si na moment w bezlitosnej walce siB woli, a potem, z niepokojc
Batwo[ci, jego twarz wygBadziBa si.
- Oczywi[cie, panno Miller. - GBos miaB cichy, lecz pobrzmiewaB w nim jaki[ niemal
zBowieszczy ton, od kt�rego ciarki przeszBy jej po krzy|u. - Jak ju| pani zapewniaBem, nikt
tutaj nie bdzie podwa|aB nale|nych pani praw. Niech pani kontynuuje swoj dziaBalno[.
Dani u[wiadomiBa sobie teraz z przera|eniem, jak maBo brakowaBo, by straciBa pano-
wanie nad sob. W |adnym przypadku nie mogBa sobie pozwoli na utrat zimnej krwi; tyl-
ko zimna krew chroniBa j przed przemoc. Nie pozwoli wicej Nickowi wyprowadzi si z
r�wnowagi. Nie odwiedzie jej ju| od celu, do kt�rego zmierzaBa, i nie o[mieszy na oczach
tych, kt�rych zaufanie stara si pozyska.
Wielkim wysiBkiem woli wziBa si w gar[, wymazaBa z pamici Nicka, Scotta i tego
odra|ajcego mBodzieDca. SkupiBa caB sw uwag na pracy, kt�r miaBa do wykonania, i
rozdygotane nerwy zaczBy si z wolna uspokaja. Zdecydowanym krokiem wyszBa naprze-
ciw zbli|ajcej si grupie pracownik�w i nawizaBa z nimi rozmow.
Nick staB dwa kroki za ni. StaB tam w swobodnej pozie z rkami w kieszeniach,
ubrany na sportowo w d|insy i zamszow kurtk, i bujaB si na pitach. Nie odzywaB si,
tylko staB. Dani zauwa|yBa, |e zainteresowanie, jakie udaje jej si wzbudzi w pracownikach
fabryki, przenosi si zaraz na stojcego za ni m|czyzn, nastpuje moment rozpoznania i
ludzie, spuszczajc z za|enowaniem oczy, po[piesznie odchodz. GotowaBa si ze zBo[ci, ale
poprzysigBa sobie, |e nie da mu si sprowokowa.
PrzeszBa na swoje poprzednie stanowisko, by zBapa gB�wny strumieD ludzi schodz-
cych z drugiej zmiany, i Nick pod|yB za ni jak cieD. StaB obok niej jak gdyby nigdy nic,
kiedy usiBowaBa zagadywa pracownik�w i wciska im w rce ulotki. Tych, kt�rych znaB,
pozdrawiaB skinieniem gBowy i uprzejmym dobranoc", ponaglajc ich jednocze[nie wzro-
S
R
kiem, by si nie zatrzymywali i ignorowali wichrzycielk. Zreszt ludzi onie[mielaBa sama
obecno[ Nicka. Przechodzili po[piesznie udajc, |e jej nie widz, gBusi na apele. Furia
wezbraBa wreszcie w Dani do takiego stopnia, |e wybuch staB si tylko kwesti czasu, a po-
tem poziom w[ciekBo[ci przekroczyB punkt krytyczny i ustaliB si na puBapie ciszy przed bu-
rz, na chBodnym progu determinacji, wobec kt�rej nikt nie byB bezpieczny.
Kiedy parking opustoszaB, Dani odwr�ciBa si do Nicka.
- W porzdku, panie Cavenaugh. - M�wiBa cicho, zBowr�|bnie spokojnym tonem.
Oczy miaBa jak dwa kawaBki lodu. - Chce pan wojny, bdzie j pan miaB. Co by pan powie-
dziaB na sze[ciu krzepkich drab�w sterczcych pod t bram przez dwadzie[cia cztery go-
dziny na dob? Co by pan powiedziaB na zablokowanie tego parkingu w porze rotacji
zmian? ZakB�ciBoby to panu troch plan produkcji, prawda? A je[li to pana nie wzrusza, to
mo|e zacznie si pan troch przejmowa, kiedy w wyniku jakiej[ nie wyja[nionej awarii
stan panu ta[my monta|owe.
- Nie wygBupiaj si, Dani - odburknB niecierpliwie Nick. ChBodne nocne powietrze,
kiedy staB tak milczco obok niej, ostudziBo znacznie jego gniew. - Nie posuniesz si do ta-
kich chwyt�w. Spr�bujmy poprowadzi t rozmow na odpowiednim poziomie, zgoda?
Dani uniosBa brwi.
- Najwyrazniej - powiedziaBa spokojnie - nie doceniBam pana. I z zaskoczeniem
stwierdzam, |e pan nie doceniB mnie. Mo|e lepiej pogrzebaBby pan troch w mojej prze-
szBo[ci i przekonaB si, z kim ma do czynienia. Jedno moje sBowo, i zleci si tu poBowa pBat-
nych rewolwerowc�w z Chicago, i nic nie bdzie pan w stanie zdziaBa. Mo|emy zaBatwi to
w Bagodny spos�b albo metod bardziej nieprzyjemn. A je[li jeszcze raz spr�buje pan
utrudnia mi prac, przekona si pan na wBasnej sk�rze, na czym polega ten mniej przyjem-
ny spos�b.
Dani odwr�ciBa si na picie, |eby odej[. Nick zatrzymaB, j chwytajc za rami.
Odwr�ciBa si i spojrzaBa znaczco na jego palce zaci[nite na swym rkawie, nie pu[ciB jej
jednak. Mi[nie miaB napite, a twarz pospn.
- W porzdku, maBy twardzielu - wymruczaB cicho. - Chcesz mnie wsadzi do aresztu,
prosz bardzo, ale nie puszcz ci, dop�ki nie wyja[nimy sobie paru spraw.
- Przeciga pan strun, panie Cavenaugh - warknBa.
S
R
PrzysunB si bli|ej, ocierajc twardym udem o jej biodro i wepchnB siB jej rk pod
swoje rami. Gdyby naprawd tego chciaBa, mogBa si wyrwa ze stalowego u[cisku jego
palc�w, ale kosztowaBoby j to zbyt du|o energii. Zreszt i tak ju| na dzisiaj skoDczyBa i nie
chciaBo jej si wdawa w szarpanin z Nickiem. I nagle zdaBa sobie spraw, |e uczucie, kt�-
re ni miota, to nie gniew, lecz rozpacz. ZapragnBa po prostu wr�ci do domu i zapomnie
o wszystkim, co si tu dzi[ wydarzyBo.
- Chodz - rzuciB kr�tko, wyczuwajc chyba, |e miknie. - Odprowadz ci do samo-
chodu.
WydBu|ajc krok, Dani dostosowaBa si do jego rytmu. SzBa spita, z zadart buD-
czucznie brod. I raptem dotarBo do niej, |e dBu|ej ju| nie wytrzyma.
- Po co tu przyjechaBe[ po nocy? - spytaBa zaczepnie. - Nie masz tu o tej porze nic do
roboty...
- PrzyjechaBem ze wzgldu na ciebie - odparB kr�tko.
- Nie jeste[ idiot - odburknBa. - WiedziaBe[, |e jak przyjedziesz, wpakujesz si w
kBopoty. Nie masz prawa mi przeszkadza w peBnieniu obowizk�w, prawo ci tego zabra-
nia...
- Do diabBa z twoimi obowizkami i do diabBa z prawem! - wybuchnB, odwracajc j
gwaBtownym szarpniciem i jednocze[nie puszczajc. Omal nie straciBa r�wnowagi. Twarz
miaB mroczn, [cignit jakim[ prymitywnym grymasem, a oczy peBne przera|enia i nie-
chci. - Co z ciebie za kobieta? - wycedziB cicho przez zaci[nite zby. - Gdzie podziaB si, u
diabBa, tw�j zdrowy rozsdek? OstrzegaBem ci, zrobiBem wszystko, z wyjtkiem, zamkni-
cia ci na klucz w motelu, |eby[ tu dzi[ wieczorem nie przyje|d|aBa, ale ty uparBa[ si nad-
stawia karku. Co, wedBug ciebie, miaBem robi? Sta i patrze, co z tego wyniknie?
W jego twarzy byBo co[ dziwnego, jakby dziki niepok�j, ogromne zatroskanie. Dani
poczuBa zmieszanie i na chwil zabrakBo jej tchu. OdparowaBa w jedyny znany sobie spos�b,
instynktownie i bez namysBu.
- Nie wciskaj mi tego obBudnego kitu o kruchych kobietkach! Nie potrzebna mi
ochrona; ani twoja, ani |adnego innego m|czyzny! Sama dam sobie rad...
- O, tak - warknB zjadliwie - widziaBem przed chwil, jak dawaBa[ sobie rad! - I na-
gle oczy mu pociemniaBy. - Jak mogBa[, Dani? - spytaB cicho. W Jego gBosie zabrzmiaBa
S
R
nutka podziwu, a twarz wyra|aBa oburzenie i niedowierzanie. - Jak mogBa[ pozwoli temu
chBopakowi si dotyka? Jak mogBa[ pozwoli mu si obBapia? StaBa[ i nic nie robiBa[...
Dani zrobiBo si niedobrze na to wspomnienie i nogi ugiBy si pod ni na wie[, |e
Nick byB [wiadkiem jej upokorzenia. CzuBa si zbrukana, bezbronna, zBa... bezsilna.
- A co, wedBug ciebie, miaBam zrobi? - spytaBa sarkastycznie. MusiaBa zacisn pi-
[ci, |eby ukry dygot ramion, a od tBumionych Bez [ciskaBa jej si bole[nie krtaD. - Kopn
go w krocze, rozBo|y na Bopatki, |eby[ ty m�gB mnie potem oskar|y o czynn napa[ na
swojego pracownika? Tylko na to pan czekaB, prawda, panie Cavenaugh!? ZostaBabym od-
woBana z misji, a pan zBo|yBby pewnie za|alenie na zwizek, i o to chodzi! - Z gardBa wy-
rwaB jej si mimowolny szloch, ale nie zwracaBa na to uwagi. - Nie pozbdzie si pan mnie
tak Batwo! W odr�|nieniu od pana potrafi przestrzega zasad, mo|e wic pan wybi to so-
bie z gBowy!
Dr|enie jej gBosu i wzburzenie [ciskajce j za gardBo byBy tak wyrazne, |e Nick na-
tychmiast to wykorzystaB.
- A to co? - zadrwiB cicho. - Pocztki histerii? Pknicie w herodbabskiej fasadzie?
Kiedy ju| wyczerpi si inne [rodki, doradzam Bzy, pani Miller.
Gniew - bardziej na siebie sam ni| na niego - roz[wietliB bByszczc warstewk wil-
goci, zasnuwajc jej oczy. Tylko Nick m�gB j do tego doprowadzi. Tylko on potrafiB zra-
ni j i zarazem rozw[cieczy, i sprawi tym samym, by zapomniaBa o wpajanych na szko-
leniu zasadach, o swoim zadaniu, o odwadze.
- Odczep si ode mnie, Nick - wycedziBa, usiBujc nada gBosowi spokojne brzmienie.
- Zwyczajnie... odczep si.
WycignB rk, |eby j zatrzyma. WyczuBa z tego gestu, |e spu[ciB z tonu.
- Dr|ysz. Mo|e gdzie[ tam w [rodku jest jeszcze kobieta - powiedziaB cicho.
WyrwaBa rk z jego u[cisku i ruszyBa w stron samochodu.
- Dani, zaczekaj. - Nick zastpiB jej drog. Zniecierpliwienie malujce si na jego
twarzy mieszaBo si ze spokojem, pragnieniem rozsdku i zmczeniem walk. - My[laBem,
|e si dogadamy - powiedziaB. - Zaczli[my od porozumienia. Nie dajmy teraz doj[ do
gBosu rozwizaniom siBowym, skoro to my mamy najwicej zdrowego rozsdku, by do tego
nie dopu[ci.
S
R
Ten chBodny racjonalizm wpBynB na Dani kojco. Nie odejdzie teraz, bo w ten spos�b
potwierdziBaby tylko zarzuty, jakie wobec niej wysuwaB. Nie odrzuci propozycji rokowaD,
bo czynic to rzeczywi[cie zasBu|yBaby sobie na miano wichrzycielki. StaBa nieruchomo,
zaciskajc rozdygotane dBonie w pi[ci. BaBa si odezwa, by dr|cy gBos nie zdradziB, jak
bardzo jest zdenerwowana.
- Nie przyszedBem tu, |eby zrobi ci na zBo[ - powiedziaB Nick. - Nie mam zamiaru
przeszkadza ci w tym, co robisz. Znam prawo i bd go przestrzegaB.
- Poprzestaniesz pewnie na o[mieszaniu mnie przed ludzmi - wytknBa mu hardo.
SpojrzaB na ni spod oka.
- No... troch si uniosBem. To si wicej nie powt�rzy. Nie bd ci ju| wchodziB w
drog.
Dani wziBa gBboki, nieco spazmatyczny oddech.
Nie zBo|y swej dumy na oBtarzu misji, kt�r jej zlecono. Mo|e znosi docinki, obelgi,
nawet rkoczyny ze strony innych m|czyzn, bo w tej pracy bez tego si nie obejdzie, ale
nie chce walczy z Nickiem. SpojrzaBa mu w oczy najspokojniej, jak umiaBa.
- Od pocztku podziwiam twoj postaw w obliczu caBej tej sytuacji - przyznaBa cicho.
- Nie chc traci szacunku do ciebie przez jeden incydent. Nie mo|emy dopu[ci... |eby
osobista niech szkodziBa naszym stosunkom sBu|bowym. Stawka jest za wysoka.
Nick przyjB te przeprosiny ze spokojem, ale pospieszyB ze sprostowaniem:
- Odwrotnie. Nie mo|emy dopu[ci do tego, |eby niech na gruncie zawodowym
szkodziBa naszym stosunkom osobistym.
Dlaczego po tym wszystkim, co dzisiaj wycierpiaBa, to zwyczajne o[wiadczenie spra-
wiBo, |e serce zabiBo jej |ywiej? Odwr�ciBa oczy, |eby nie odczytaB z nich zmieszania i nie-
pewno[ci, kt�re nagle ni zawBadnBy.
- Nie ma midzy nami |adnych stosunk�w osobistych - powiedziaBa z o wiele mniej-
szym przekonaniem, ni|by tego pragnBa.
- S, ale nie dajesz im szansy, bo cigle zasBaniasz si swoj prac. - GBos miaB sta-
nowczy, ale jej rkawa dotknB delikatnie. Natychmiast si odsunBa.
- Naprawd nie wydaje mi si...
- Masz racj - przerwaB jej. BaBa si spojrze mu w oczy, ale wyczuwaBa malujc si
w nich Bagodno[, kt�ra stanowiBa taki kontrast z obojtno[ci, jak spodziewaBa si tam uj-
S
R
rze, |e poczuBa wdziczno[. - To ani czas, ani miejsce. - CofnB si z rkaml w kiesze-
niach. Spojrzawszy na niego stwierdziBa, |e si u[miecha, a w jego oczach igraj iskierki
wesoBo[ci. - Powiedz prawd - podjB. - Chyba nie m�wiBa[ powa|nie o nasBaniu na mnie
tych zbir�w, co?
Dani odetchnBa gBboko i wytrzymaBa jego przekorne spojrzenie.
- Nie - przyznaBa. - Ale nie dlatego, |e si boj, ani nie dlatego, |e nie mam takich
mo|liwo[ci... dlatego, |e w najlepszym interesie nas obojga le|y przeprowadzenie tej spra-
wy mo|liwie najspokojniej. Bd graBa czysto, dop�ki ty bdziesz graB czysto.
- Masz na to moje sBowo - zapewniB j powa|nie i wiedziaBa, |e przynajmniej pod tym
wzgldem mo|e mu ufa. - Nie bd ci w |aden spos�b przeszkadzaB w tym, co masz tutaj
do zrobienia i oczekuj od ciebie tego samego.
SkinBa potakujco gBow i odwr�ciBa si, |eby odej[.
Nick ruszyB za ni.
- Pozw�l mi si odwiez do domu - zaproponowaB. - Pojedziemy twoim samochodem,
a wr�c taks�wk - sprecyzowaB szybko, kiedy posBaBa mu ostre spojrzenie. - Nie podoba mi
si, |e jezdzisz noc po tych drogach sama, zwBaszcza w takim stanie jak teraz.
Nawet je[li swoim zatroskaniem zaczynaB ju| kruszy jej nieprzejednanie, to ostatnie
stwierdzenie wzburzyBo j znowu.
- Co chciaBe[ przez to powiedzie... niby w jakim stanie j si znajduj? Czuj si
[wietnie, dzikuj...
- Jeste[ zdenerwowana - odparB. - Po tym, co przeszBa[, ka|da kobieta by byBa...
- Ja nie jestem ka|d kobiet - przerwaBa mu.
- Nie jestem zdenerwowana i nie potrzebuj twojej pomocy. Bardzo ci dzikuj.
Nick zatrzymaB si. W jego oczach znowu pojawiBa si obojtno[, a twarz przybraBa
enigmatyczny wyraz. PatrzyB na ni jeszcze przez chwil, a kiedy si odezwaB, w jego ci-
chym gBosie brzmiaBa tylko uprzejmo[:
- Oczywi[cie. Cigle zapominam. - Odwr�ciB si na picie. - Dobranoc, pani Miller.
- Dobranoc - odpowiedziaBa troch niepewnie i zbyt cicho, |eby usByszaB.
RuszyBa w kierunku swojego samochodu czujc, |e tak zmczona nie byBa jeszcze
nigdy w |yciu... i modlc si w duchu, |eby jednak nie zostawiaB jej samej.
S
R
ROZDZIAA SZ�STY
Dwa tygodnie p�zniej Dani wyje|d|aBa z parkingu, zerkajc uwa|nie we wsteczne lu-
sterko - na razie wszystko byBo w porzdku. Kiedy jednak przygotowywaBa si do skrtu na
autostrad, w drugim koDcu parkingu rozbBysBy reflektory jakiego[ samochodu, kt�ry ruszyB
powoli za ni.
- Cholera! - zaklBa pod nosem.
Wyjwszy ten jeden incydent, ostatnio wszystko przebiegaBo zgodnie z jej oczekiwa-
niami. Pomoc Lizy okazaBa si bezcenna. Dziki jej kontaktom na terenie fabryki, sprawy
posuwaBy si o wiele szybciej i Dani z Liz zaczynaBy si ju| przygotowywa do pierwszego
zebrania organizacyjnego, kt�re zaplanowaBy na koniec tego tygodnia. Dani zBo|yBa telefoni-
czny meldunek ze swoich dokonaD i Josh byB bardzo zadowolony. ZaproponowaB, |e przy[le
jej kogo[ do pomocy, ale z dum podzikowaBa. Oczywi[cie, za wcze[nie jeszcze na feto-
wanie zwycistwa, ale zaczynaBa dochodzi do wniosku, |e tu maj szans na sukces.
Od dw�ch tygodni nie widziaBa si z Nickiem ani nie miaBa o nim |adnej wiadomo[ci.
DotrzymywaB warunk�w ukBadu, jaki zawarli, ale nie byBa pewna, co o tym my[le.
PowtarzaBa sobie w k�Bko, |e tylko tak mo|na to byBo rozegra. ByBa mu wdziczna za
uczciwo[ i dojrzaBo[, kt�re wykazaB w tak delikatnej sytuacji, ale tu zaczynaBy si i koD-
czyBy stosunki midzy nimi. Byli dow�dcami stojcych naprzeciwko siebie siB - dow�dcami,
kt�rzy w czasie pokoju mogliby nawet zosta przyjaci�Bmi - i samo to stanowiBo niezwykBe
do[wiadczenie. Nie miaBa prawa domaga si wicej. BrakowaBo jej jednak Nicka. BywaBo,
|e zastanawiaBa si nad przewrotno[ci losu, kt�ry ich zetknB, i |aBowaBa wtedy, |e staBo si
to w takich okoliczno[ciach. Ale na og�B zbyt byBa zajta, by oddawa si rozmy[laniom.
Przed niespeBna tygodniem Dani zaczBa podejrzewa, |e nocami jest [ledzona. ByBo
to niesamowite uczucie. Kiedy jechaBa po p�Bnocy ciemnymi, odludnymi drogami, we
wstecznym lusterku widziaBa reflektory samochodu, kt�ry zawsze zachowywaB t sam od-
legBo[ przy[pieszajc, kiedy ona przy[pieszaBa, zwalniajc, kiedy zwalniaBa ona. Nigdy nie
zbli|yB si na tyle, by mogBa rozpozna mark. WygldaBo to tak, jakby tajemniczy kierowca
bawiB si z ni w kotka i myszk, jakby uprawiaB wojn tylko psychologiczn, bo chocia|
byBa na spotkanie z nim gotowa, nigdy nie wjechaB za ni na parking pod motelem i nie mo-
gBa go zidentyfikowa.
S
R
Przed dwoma dniami zauwa|yBa, |e jest r�wnie| [ledzona wieczorem w drodze z mo-
telu pod zakBad, i wtedy naprawd si przestraszyBa. Od razu pomy[laBa o Scotcie, kt�ry,
mijajc j pod bram fabryki, zawsze rzucaB jak[ prymitywn pogr�|k albo druzgocce
spojrzenie. PrzyszedB jej te| na my[l �w mBodzian, ale ten byB chyba zbyt ograniczony, by
wykombinowa co[ takiego, i wolaB widowiskowe zaczepki na oczach licznego audytorium.
Ktokolwiek to byB, z pewno[ci udaBo mu si zasia w Dani lekki strach.
ZaczBa si lka jazdy po nocy z tym upiornym towarzyszem za plecami i dzisiaj go-
towa byBa poprosi Liz, |eby si z ni zabraBa. Ale dziewczyna musiaBa wsta jutro o wp�B
do sz�stej, |eby zd|y na porann zmian, a i tak po[wicaBa ka|d woln chwil na prac
organizacyjn. Dani uznaBa, |e sama sobie jako[ poradzi.
Teraz zawahaBa si na wyjezdzie z parkingu. Samoch�d stanB za ni w takiej odle-
gBo[ci, |e o[lepiaB j swoimi [wiatBami. I nagle przyszedB jej do gBowy pewien pomysB.
SkrciBa niespodziewanie w stron przeciwn do tej, w kt�r skrcaBa wracajc do motelu.
Nie miaBa pewno[ci, czy jej podejrzenia s sBuszne, wiedziaBa tylko, |e dzi[ wieczorem musi
to wyja[ni.
Kiedy po przejechaniu paru kilometr�w zerknBa znowu w lusterko, przekonaBa si, |e
samoch�d, tak jak przypuszczaBa, nadal za ni pod|a. ZcisnBa mocniej kierownic; sBysza-
Ba powolne, miarowe bicie swego serca. DBonie miaBa wilgotne i sigajc do regulatora, |eby
przykrci ogrzewanie, zauwa|yBa, |e dr|. PrzeBknBa z trudem [lin i jechaBa dalej, raz po
raz zerkajc we wsteczne lusterko.
Dobrze pamitaBa drog do domu Nicka. Trzeba byBo tylko zjecha w odpowiednim
miejscu z autostrady, a potem skrci jeszcze raz w alejk dojazdow. {�Bte [wiatBo przeni-
kajce przez zacignite zasBony w oknach wydaBo jej si zapraszajce i zBowr�|bne zara-
zem. Drzwi gara|u byBy zamknite, ale to o niczym nie [wiadczyBo. Zapalona lampa na
ganku rozsiewaBa widmow po[wiat po kamiennej [cie|ce.
PodjechaBa najbli|ej jak si daBo... tak na wszelki wypadek. ZatrzymaBa samoch�d, ale
nie gasiBa silnika ani nie odblokowywaBa drzwiczek. Rk trzymaBa w pobli|u klaksonu...
te| na wszelki wypadek. Jasne reflektory za jej plecami rozbBysBy i zgasBy. Napr|yBa si,
sByszc trzask zamykanych drzwiczek i chrzst zbli|ajcych si po kamiennej [cie|ce kro-
k�w. OgarnBo j poczucie absurdu, zmieszane ze [miertelnym strachem.
S
R
W szyb zastukaB Nick i Dani wydaBa przecigBe, dBugo powstrzymywane westchnie-
nie ulgi. Eufori, trwajca t kr�tk chwilk, kiedy gasiBa silnik i wyBczaBa reflektory, stBu-
miBa jej gniew. Kiedy otwieraBa drzwiczki i gramoliBa si na rozdygotanych nogach z samo-
chodu, dalej nie wiedziaBa, czy ma si [mia, czy pBaka.
- A niech ci diabli - wycedziBa powoli, znacznie Bagodniej, ni| zamierzaBa,
- Nie zaczynaj ze mn, Dani - ostrzegB j lojalnie Nick.
ZamknBa na moment oczy i zaczerpnBa powietrza. Po chwili zebraBa si w sobie i
znowu na niego spojrzaBa. Ubrany byB w d|insy i dBug kurtk bez rkaw�w, narzucon na
obcisBy sweter. W bladym [wietle gwiazd wygldaB na uosobienie spokoju. Jego sk�ra miaBa
aksamitny poBysk, a oczy byBy ciemne i czyste, jak niebo nad ich gBowami. Na ustach bBkaB
mu si cieD swobodnego u[miechu, ale na twarzy go[ciB przezornie neutralny wyraz. CzekaB
na jej reakcj.
- Pr�bowaBe[ przestraszy mnie na [mier - wykrztusiBa oskar|ycielsko. - Moje gratu-
lacje. A ja my[laBam, |e dotrzymasz obietnicy i bdziesz graB czysto.
W oczach Nicka bBysnBa przekora.
- Przestraszy ciebie? No c�|, moja droga, wydawaBo mi si, |e ty nie wiesz, co to
strach. - SpojrzaB na ni uwa|niej i kpina w jego oczach ustpiBa miejsca powadze. - O co
chodzi? Nie wiedziaBa[, |e to ja?
Ton niedowierzania w jego gBosie sprawiB, |e Dani poczuBa si jak nastolatka i na-
tychmiast przyjBa postaw obronn.
- A skd, u diabBa, miaBam wiedzie!? - powiedziaBa przytrzymujc si drzwiczek sa-
mochodu gB�wnie po to, by przyj[ z odsiecz nogom, do kt�rych powoli docieraB komuni-
kat, |e niebezpieczeDstwo minBo. - To m�gB by ka|dy z tych zboczonych [wir�w, kt�rych
zatrudniasz...
- Jak mam to rozumie? - warknB Nick. Wzrok mu stwardniaB. - Czy kto[ ci groziB?
- Wszyscy mi tu gro| - zbyBa go niecierpliwie, nadal nie mogc si pogodzi z fak-
tem, |e przez wszystkie te noce peBne szalonych przypuszczeD i strachu, jej prze[ladowc
byB tylko Nick. - A gdybym nawet wiedziaBa, |e to ty, to co? Czy jest jaki[ pow�d, dla kt�-
rego mogBabym si ciebie nie ba? Masz w rkawie wicej sztuczek ni| cyrkowy klown i
musz przyzna, |e ta jest najwstrtniejsza! Nie uprzedziBe[ mnie, |e podejmujesz wojn
psychologiczn! Wymy[liBe[ sobie pewnie, |e bdziesz mi graB na nerwach dop�ty, dop�ki
S
R
nie dam sobie spokoju z twoj trzeci zmian. Ale si nie udaBo. - Nuta triumfu, jak chciaBa
okrasi ostatnie sBowa, zabrzmiaBa dosy mizernie, ale chyba nie zwr�ciB na to uwagi.
WpatrywaB si w ni wci| spod przymru|onych powiek.
- ObiecaBem, |e nie bd wchodziB ci w drog - powiedziaB - i dotrzymaBem sBowa. Nie
obiecywaBem, |e pozwol ci jezdzi po nocy samej tymi drogami ani |e zostawi ci bez
opieki na tym ciemnym parkingu, gdzie wszystko mo|e si zdarzy.
- To ty... - SBowa uwizBy jej w krtani. - To ty siedziaBe[ tam co wiecz�r... i obserwo-
waBe[ mnie?
- Powiedzmy, |e byBem w pobli|u, na wypadek, gdyby[ miaBa kBopoty, z kt�rymi nie
mogBaby[ sobie poradzi.
PowiedziaB to spokojnie, z naciskiem, i Dani na chwil zabrakBo sB�w. Nie potrafiBa
nawet okre[li uczu, jakie si w niej zrodziBy. ByBo w[r�d nich zakBopotanie, byBa uraza,
byBy czuBo[ i wdziczno[. ByBa po prostu poruszona i nie wiedziaBa, jak ma zareagowa.
- Wyglda na to, |e cierpisz na kompleks matki-kwoki - mruknBa w koDcu gderliwie.
Nick pu[ciB t uwag mimo uszu.
- Opowiedz mi o tych pogr�|kach.
Dani potrzsnBa gBow i przeniosBa wzrok na pogr|ony w [nie i ciemno[ciach traw-
nik. Smuga [wiatBa z okna kapaBa niczym topicy si tBuszcz na granatowoczarne zaro[la i
wiejska cisza nie wydawaBa si ju| taka grozna.
- Nie ma o czym m�wi - mruknBa. - Zreszt to moja sprawa.
Nick obserwowaB j przez chwil w milczeniu.
- Nie byBa[ pewna, czy to ja ci [ledz - powiedziaB w koDcu - ale miaBa[ na tyle roz-
sdku, |eby przyjecha tutaj, bo wiedziaBa[, |e albo ci pomog, albo tw�j tajemniczy prze-
[ladowca bdzie si baB wjecha za tob w prywatn drog... zwBaszcza kiedy zauwa|y na-
zwisko na skrzynce pocztowej. Jestem pod wra|eniem.
WzruszyBa ramionami.
- Ja musz by przygotowana na ka|d ewentualno[.
- Jeszcze jedno pytanie. Co by[ zrobiBa, gdyby nie byBo mnie w domu?
Dani bez mrugnicia wytrzymaBa jego wzrok.
- Przecie| ci nie byBo.
NikBy u[mieszek zBagodziB kontur jego warg.
S
R
- Ale czy sam fakt, |e tu przyjechaBa[, o czym[ nie [wiadczy, Dani? - zapytaB.
- Na przykBad o czym? - rzuciBa wyzywajco.
- Mo|e o tym - powiedziaB - |e ufasz mi bardziej, ni| si do tego przyznajesz.
WzruszyBa bez przekonania ramionami.
- To nigdy nie byBa kwestia zaufania. Wiem, co tob powoduje, i znam swoje mo|li-
wo[ci. WiedziaBam, |e nie bdziesz staB z zaBo|onymi rkami, kiedy na trawniku przed
twoim domem bd katowali jak[ kobiet. I wiedziaBam te| - zapewniBa go, mru|c chytrze
oczy - |e istnieje pidziesit procent szans, |e to ty mnie [ledzisz. Moja decyzja byBa wic
logiczna.
Nick patrzyB na ni w zadumie.
- Nie sdz - powiedziaB bardzo cicho - |eby[ znaBa moje motywy tak dobrze, jak ci
si wydaje. - A kiedy odwr�ciBa si, |eby wsi[ do samochodu, wycignB rk i dotknB
lekko jej ramienia. - My[l, |e powinni[my porozmawia.
Dani spojrzaBa na niego z wahaniem. Z tej sylwetki, rysujcej si w mroku na tle
drzew i Bki, biBa jaka[ nieprzeparta siBa. Nie mogBa te| nie odczu emanujcej zeD pierwot-
nej msko[ci, nie zauwa|y Bagodnego blasku aksamitnych oczu, cieni przesuwajcych si
pieszczotliwie po jego wyrazistej twarzy i byle jak odzianym ciele. CzuBa wok�B siebie cie-
pBo i zapach Nicka i zapragnBa, by otoczyB j ramieniem, by z ni zostaB. WmawiaBa sobie
jednak, |e zdecydowaBa si zosta wcale nie z tych powod�w. Naprawd musz porozma-
wia, wyja[ni sobie t atmosfer wrogo[ci, jaka si midzy nimi wytworzyBa, i przywr�ci
dawny, przyjazny styl wsp�Bpracy.
SkinBa gBow.
- Zgoda - powiedziaBa cicho.
My[laBa, |e zaprosi j do [rodka. PamitaBa przytulne ciepBo tego domu, ogieD na ko-
minku, styl, w jakim urzdziB wntrze, w kt�rym odbijaBa si jego osobowo[. Nie potrafiBa
wic ukry rozczarowania, kiedy Nick uprzejmie dotknB jej ramienia i powiedziaB:
- Aadna noc. Przejdzmy si.
W porzdku. A wic z powrotem do interes�w.
W chBodnym powietrzu nocy wyczuwaBo si zapowiedz wiosny. Inaczej pachniaBa
trawa i ziemia. Nick wziB j za rk i zaczli schodzi Bagodnym zboczem w kierunku
ogrodzonego pastwiska.
S
R
- Patrz pod nogi - ostrzegB j. Palce miaB szorstkie, suche i ciepBe, i dopiero teraz Dani
zdaBa sobie spraw, jak zimne s jej dBonie. Nagle, kiedy znalezli si na pBaskim terenie, pu-
[ciB jej dBoD tak samo beznamitnie, jak wcze[niej j ujB. Dani stBumiBa w sobie irracjonalne
poczucie osierocenia i wBo|yBa rce w kieszenie pBaszcza.
Zatrzymali si przy drewnianym pBocie otaczajcym puste pastwisko. Kpa drzew na
jego [rodku wygldaBa jak [witynia. Drzewa zaczynaBy wBa[nie kwitn i biB od nich sBod-
ki, przypominajcy dziewczce perfumy zapach. Sceneria byBa jak z poczt�wki utrzymanej
w tonacjach granatu i szaro[ci i Dani nie mogBa si powstrzyma od wygBoszenia cichego
komentarza:
- Teraz rozumiem, dlaczego postanowiBe[ si tu osiedli. - PoBo|yBa dBonie na chro-
powatym drewnianym pBocie, oparBa si o niego i chBonBa krajobraz. - To tu zamierzasz
trzyma swoje konie? - spytaBa.
Nick, nie spogldajc na ni, mruknB potakujco, wsparB si Bokciami o pBot i posta-
wiB nog na dolnej |erdzi. CzekaB, |eby zaczBa rozmow, a konie nie miaBy nic wsp�lnego z
tym, o czym mieli m�wi.
Odwr�ciBa si i nie patrzc na niego oparBa si o pBot plecami.
- PowiedziaBe[ kiedy[, |e walczyBe[ po obu stronach barykady - zaczBa. - Co sprawi-
Bo, |e zwr�ciBe[ si przeciw zwizkom?
- Nic osobistego - odparB nieobecnym, prawie znudzonym tonem. ZdawaB si odmie-
rza wzrokiem odlegBo[ do spadajcych gwiazd. - DziaBalno[ zwizk�w zawodowych jest
proinflacyjna i antyprodukcyjna. Nie wydaje mi si, |eby[ miaBa nam tutaj co[ do zaofero-
wania. Intercomp uczyniB wiele dobrego dla tego okrgu. DaB prac ludziom, kt�rzy, gdyby
nie on, musieliby |y z zasiBku. Zwr�ciB im troch godno[ci. I - dodaB jakby od niechcenia,
ale mimo to z nutk dumy - je[li tylko pozwolicie mu si rozwin, uczyni to samo w in-
nych cz[ciach kraju.
Dani pokrciBa gBow. StaraBa si nada swemu gBosowi t sam beznamitn barw.
Ich rozmowa przypominaBa debat w izbie Senatu.
- Oferujecie p�B[rodki. To, co pBacicie swoim pracownikom, to za du|o, |eby umrze
z gBodu, ale za maBo na godne |ycie. Ograniczyli[cie ich podstawowe prawa do poprawy
sytuacji ekonomicznej. Nie jeste[cie w niczym lepsi od feudalnych pan�w z dwunastego
wieku i traktujecie swoich pracownik�w jak niewolnik�w. Odmawiacie im wolno[ci, na
S
R
kt�rej zostaB zbudowany ten kraj, prawa do awansu spoBecznego. Wcale was nie wzrusza ich
los.
- Robi tylko to, co do mnie nale|y - odparB, patrzc na ni beznamitnie. - Nie zaj-
muj si polityk ani ideologi. - WzruszyB ramionami. - Masz racj. Wcale mnie nie wzru-
sza ich los.
Dani westchnBa gBboko. Pr�bowaBa pozosta tak samo beznamitna i chBodna jak
Nick. Ale nie potrafiBa. Te sprawy za bardzo j obchodziBy.
- Ja te| robi, co do mnie nale|y - powiedziaBa. - Niech wic zwyci|y najlepszy.
UznaBa, |e to ju| koniec rozmowy, i ruszyBa przed siebie. Ale Nick dalej staB oparty o
pBot i przygldaB si jej z jakim[ bezstronnym zainteresowaniem.
- Nie - odezwaB si. - Ty robisz wicej ni| do ciebie nale|y. Ty tym |yjesz.
WBa[ciwie miaB racj. Dlaczego wic poczuBa si tak, jakby odkryB jak[ tajemnic,
kt�r usilnie staraBa si ukry przed [wiatem?
- Nie oczekuj po tobie zrozumienia dla takich rzeczy, jak po[wicenie i... ideologia -
odparBa.
PatrzyB na ni chBodnym, taksujcym wzrokiem.
- Tw�j problem polega na tym - odezwaB si po chwili - |e nie nauczyBa[ si jeszcze,
jak gospodarowa swoimi siBami. Wszystkie namitno[ci anga|ujesz w walk o swoje szla-
chetne cele, przez co nie starcza ci ich ju| na to, by by kobiet.
Dani odwr�ciBa si na picie z cit ripost na koDcu jzyka i znalazBa si pier[ w pier[
z nim. PBynnym ruchem uni�sB rk, zacisnB palce na jej ramieniu i przycignB j do siebie.
Dotyk jego ust byB mikki i wyrachowany, a mimo to pod naporem wilgotnego jzyka prze-
szBa j fala przyjemnego ciepBa. RozchyliB jej wargi z wpraw naukowca, kt�ry po raz ko-
lejny przeprowadza ten sam eksperyment i jest pewny wyniku. CiaBo Dani zareagowaBo in-
stynktownie. Serce omal nie wyskoczyBo jej z piersi, oddech uwizB w krtani, a nad sBodk
woni nocy g�r wziB zapach jego sk�ry, smak jego ust, ciepBo i wilgo jzyka na przemian
wsuwajcego si powoli midzy jej rozchylone wargi i wysuwajcego spomidzy nich. Za-
cisnBa palce na jego ramionach i pod swetrem wyczuBa napinajce si mi[nie. Nie opieraBa
si, kiedy przytuliB j mocno do siebie, a kiedy wreszcie odchyliB gBow i pu[ciB j, odwr�ci-
Ba si zmieszana, zawstydzona i sfrustrowana.
S
R
Stojc do niego plecami, poBo|yBa dBonie na szorstkiej |erdzi ogrodzenia, |eby po-
wstrzyma ich dr|enie. Rozszerzonymi nozdrzami wcigaBa w pBuca dBugie, gBbokie hausty
powietrza i nie chciaBa, |eby to widziaB.
- Bardzo dobrze - odezwaBa si po dBu|szej chwili, z trudem panujc nad gBosem. -
Czy byBby[ mi teraz Baskaw powiedzie, co pr�bowaBe[ w ten spos�b udowodni?
PoczuBa na plecach pytajcy wzrok Nicka.
- Sobie, nic - odparB. - A tobie chyba co[ bardzo wa|nego.
Dani odwr�ciBa si do niego sztywno. W jej oczach pBonBy tBumione emocje, a twarz
zdradzaBa wysiBek, z jakim pr�bowaBa je ukry. Pytanie, kt�re chciaBa zada, nie przeszBo jej
przez usta.
- Chyba ju| lepiej pojad - powiedziaBa.
Nie musiaB jej dotyka, |eby mimo wszystko zostaBa.
- W tobie jest kobieta, Dani - stwierdziB cicho. - Dlaczego nie dasz jej doj[ do gBosu?
Odwr�ciBa si. DBonie wci[nite w kieszenie pBaszcza zwinBy si w pi[ci.
- Naprawd nie wydaje mi si, |eby[my mieli jeszcze o czym rozmawia - powie-
dziaBa najspokojniej jak umiaBa.
OparB si znowu o ogrodzenie i rozchylajce si poBy kurtki odsBoniBy szerok klatk
piersiow i pBaski brzuch. W mdBej po[wiacie gwiazd wida byBo, jak jego umi[niony tors
wznosi si i opada w swobodnym, rytmicznym oddechu i ten widok zafascynowaB na chwil
Dani.
PrzypomniaBa sobie, jak to silne, ciepBe ciaBo tuliBo si do niej. Dobrze pamitaBa sw�j
miarowy, pBytki oddech. OderwaBa oczy od jego piersi i przeniosBa wzrok na pogr|on w
cieniu, skupion twarz. PatrzyB na ni. ZdaBa sobie spraw, |e Nick wyczuB jej spojrzenie i
odgadB my[li.
- WBa[ciwie, to nie poruszyli[my jeszcze najwa|niejszej kwestii - powiedziaB. - Co si
z nami staBo przez te ostatnie dwa tygodnie? Zaczli[my dobrze, lubili[my si i wzajemnie
szanowali[my. Teraz nie mo|emy spotka si na ulicy, |eby z miejsca nie chwyci za broD.
Nie rozumiem, dlaczego.
W jego powa|nym gBosie wyczuBa ch szukania rozwizaD. Dani odpr|yBa si
ostro|nie. ChciaBa to wyja[ni tak samo jak on, dla dobra wszystkich zainteresowanych.
S
R
- Masz racj - powiedziaBa. RozluzniBa si i odwa|nie spojrzaBa mu w oczy. - Bo nie
ma tu czego rozumie. I tylko utrudnia nam to sytuacj,
- Ale dlaczego tak si staBo? - spytaB Nick.
- To proste. - Mimo skrpowania postanowiBa by szczera. Zarzut, kt�ry chciaBa mu
postawi, byB przecie| prawdziwy. - ZaczBe[ mi przeszkadza w pracy. ZBamaBe[ zasady.
Nie oczekiwaBe[ chyba, |e przejd nad tym do porzdku dziennego?
Nick obrzuciB j przecigBym, peBnym namysBu spojrzeniem, W swobodnej pozie, w
jakiej staB, wydaB jej si tak przystojny i mski, |e pod[wiadomie poczuBa znowu narastajcy
gdzie[ w [rodku b�l, pragnienie, |eby byB blisko, |eby jej dotykaB.
- To nie ma nic wsp�lnego z twoj prac - rzekB powoli. - To tylko wym�wka. - Nie
spuszczaB z niej wzroku. - KBopoty zaczBy si tego wieczoru, kiedy omal nie poszedBem z
tob do B�|ka i od tamtego czasu uciekasz wystraszona. Zawarli[my wtedy pewien ukBad, i
to ty go zBamaBa[.
- Jaki... ukBad? - Dani patrzyBa na niego ze zmieszaniem, kt�rego nie potrafiBa ukry.
- {e sprawy zawodowe zaBatwia bdziemy w godzinach pracy - odparB troch znie-
cierpliwionym tonem. - A dla ciebie ka|da godzina jest godzin pracy. Dopu[ciBa[ do tego,
|e praca wypeBnia ci caBe |ycie, i nie znajdujesz miejsca na nic innego.
- Zgoda - przyznaBa ostro|nie, nie patrzc na niego - to... jest jedna z przyczyn. Ale
ju| ci kiedy[ m�wiBam, |e nie wolno nam anga|owa si osobi[cie... To, co si staBo, byBo
niespodziewane, i wiesz tak samo dobrze jak ja, |e nie mogli[my tego cign. IstniaBo nie-
bezpieczeDstwo...
- Dlaczego? - zdziwiB si. Wzrok mu stwardniaB. - Co jest niebezpiecznego w tym, |e
dwoje ludzi lubi si i pragnie? My[laBem, |e si rozumiemy.
Odwr�ciBa si krcc powoli gBow. WprawiaB j w zakBopotanie, ujmujc w zbyt la-
pidarne sBowa mk niezdecydowania, w kt�rej |yBa przez ostatnie dwa tygodnie.
- Chyba jednak nie - powiedziaBa powoli.
Nick milczaB przez dBu|sz chwil. Nagle zrobiBo jej si zimno.
- P�zno si robi - odezwaB si w koDcu i gestem rki daB jej do zrozumienia, by ruszy-
Ba przodem w kierunku podjazdu.
ByBa przekonana, |e postpuje wBa[ciwie. Nie widziaBa innej mo|liwo[ci. Nieopatrz-
nie daBa si oczarowa jego msko[ci i naturalnemu urokowi. A przecie| to tylko jeszcze
S
R
jeden m|czyzna. Jeszcze jeden m|czyzna w dBugim szeregu przyw�dc�w opozycji. A
skoro tak, to dlaczego, idc teraz obok niego, odczuwa wci| ten dziwny ucisk w |oBdku?
Dlaczego czuje tak pustk?
- Nick - odwa|yBa si odezwa po kilku krokach - ja... nie chc, |eby[ sobie pomy[laB,
|e nie doceniam troski, jak mi ostatnio okazywaBe[... pilnowaBe[ mnie i w og�le. - ZerknBa
na niego troch pBochliwie. Twarz miaB bez wyrazu. - Jestem ci wdziczna - podjBa bardziej
oficjalnym tonem - ale nie musisz ju| tego robi. SkoDczyBam na jaki[ czas z nocn zmian.
Nie skomentowaB jej sB�w. ZatrzymaBa si, kiedy otworzyB przed ni drzwiczki samo-
chodu i spojrzaBa na niego. Twarz miaB nadal pozbawion wyrazu.
- Nie musisz za mn jecha - powiedziaBa, wsiadajc za kierownic. - Nic mi nie gro-
zi.
- Pojad - odparB zwyczajnie i chciaB ju| zatrzasn drzwiczki.
- Nick... - PrzystanB, gdy na niego spojrzaBa. Teraz, kiedy wreszcie got�w byB jej wy-
sBucha, odniosBa wra|enie, |e to jej ostatnia szansa, ale zupeBnie nie wiedziaBa, co powie-
dzie. - Wszystko dlatego... |e to zadanie jest dla mnie bardzo wa|ne. - PragnBa, by j zro-
zumiaB i zarumieniBa si, widzc jego ostentacyjn obojtno[. - Nie mog dopu[ci do tego,
by co[ mnie rozpraszaBo... - Roze[miaBa si troch nerwowo. - No... odnosz wra|enie, |e po
raz trzeci przegrywam. Wiesz, co mam na my[li?
Nick spojrzaB na ni powa|nie.
- Wiem - przytaknB. - I by mo|e przegrywasz niejedno.
ZatrzasnB drzwiczki. Nie zd|yBa zada pytania, kt�rego wBa[ciwie i tak nie miaBa
potrzeby zadawa. WiedziaBa, co chciaB jej powiedzie.
S
R
ROZDZIAA SI�DMY
Przez reszt tygodnia Dani byBa pochBonita bez reszty przygotowywaniem zebrania
organizacyjnego, kt�re miaBo si odby w niedziel po poBudniu. Ka|dego ranka i popoBu-
dnia staBa pod bram i rozmawiaBa z wchodzcymi do fabryki i wychodzcymi z niej pra-
cownikami. Czasami gromadziB si wok�B niej taki tBumek, |e zwykBa wymiana zdaD prze-
radzaBa si w improwizowane wykBady.
ZwracaBa wreszcie na siebie uwag - nie zawsze, co prawda, przychyln - ale przy-
najmniej byBa pewna, |e w caBej fabryce nie ma czBowieka, kt�ry nie wiedziaBby, o co cho-
dzi. Ten etap kampanii, kiedy rodz si emocje i entuzjazm, lubiBa najbardziej. Ka|da akcja
wywoBywaBa teraz reakcj i wida byBo, |e co[ si dzieje. Liza meldowaBa o gorcych dys-
kusjach w palarni, w stoB�wce i przy ta[mie, kiedy nie m�gB tego sBysze personel nadzoru.
Na pierwszym zebraniu mo|na si byBo spodziewa wielkiego zwrotu.
Liza meldowaBa r�wnie| o incydentach, jakie zdarzaBy si ostatnio na terenie zakBadu.
Nic powa|nego, po prostu irytujce zaczepki i niewybredne uwagi pod adresem kobiet, o
kt�rych wiadomo byBo, |e sprzyjaj zwizkowi. ZnikaBy karty obecno[ci, by odnajdywa si
potem z jakimi[ wulgarnymi napisami, dochodziBo do przestoj�w spowodowanych awantu-
rami przy ta[mach monta|owych, wBamywano si do szafek w szatni i padaBy pogr�|ki. Ale
kobiety byBy twarde; wiedziaBy, jak sobie z tym radzi, i nieBatwo byBo je zastraszy. Dani
byBa dumna z ich determinacji i optymistycznie patrzyBa w przyszBo[.
PowielaBy wBa[nie z Liz ulotki, kt�re miaBy rozdawa na zebraniu, kiedy zadzwoniB
telefon. Dani odebraBa go machinalnie.
- Mo|e um�wiliby[my si na kolacj? - spytaB Nick.
Na dzwik jego gBosu serce podskoczyBo jej w piersi. PoczuBa mrowienie w koniusz-
kach palc�w i przezornie odBo|yBa oB�wek, kt�rym nanosiBa redakcyjne poprawki na orygi-
naB tekstu. Na policzki wystpiB jej rumieniec.
- Nick - wykrztusiBa.
- Trafione za pierwszym razem. Znajdziesz dla mnie troch czasu?
Przechwyciwszy zaciekawione spojrzenie Lizy, odwr�ciBa si do niej plecami.
- No... wBa[ciwie to nie bardzo. - ZerknBa znowu na Liz i ta szybko powr�ciBa do
przerwanego zajcia. - Mamy tu troch pracy...
S
R
- Mamy?
U[miechnBa si, wyBapujc w jego gBosie nieco ostrzejsz nutk.
- Tak. Jest tu teraz ze mn jedna z kobiet. - Dla dobra Lizy wolaBa nie wymienia jej
nazwiska. - Bdziemy zajte jeszcze przez co najmniej dwie godziny...
Nick zamilkB, ale tylko na chwil.
- Dobrze - zadecydowaB. - Za dwie godziny jestem u ciebie.
- Nick...
OdpowiedziaBa jej cisza.
Dani odBo|yBa sBuchawk i rzuciBa Lizie ukradkowe spojrzenie. Twarz kobiety byBa
bez wyrazu.
- Cavenaugh? - spytaBa.
Dani skinBa gBow. Nagle Liza u[miechnBa si.
- WiedziaBam, |e co[ si kroi! Przed ludzmi nic si nie ukryje - wyja[niBa, widzc za-
skoczenie w oczach Dani. - A swoj drog, to jak udaBo ci si nawiza z nim dobre stosun-
ki?
Dani podparBa rkami brod.
- Nie jestem taka pewna, czy mi si udaBo.
- No - zachciBa j wesoBo Liza - poderwaBa[ seksownego faceta, to go trzymaj. - Pu-
[ciBa do niej oko. - Nie daj mu si tylko zacign na tylne siedzenie - poradziBa - a nie b-
dzie problem�w.
Dani nie mogBa powstrzyma [miechu. Je[li jednak do Lizy dotarBy plotki o zwizku
szefa z wichrzycielk, to musiaBa si ju| od nich trz[ caBa fabryka. Ciekawe, czy Nick ma
pojcie, w jakie kBopoty na wBasne |yczenie si pakuje?
W dziesi minut po tym, jak wypchnBa Liz z narczem ulotek za drzwi, przyjechaB
Nick. Nie miaBa nawet czasu si przebra. OtworzyBa mu za|enowana swoim ubiorem.
Nick byB w d|insach i dopasowanej, rozpitej pod szyj, niebieskiej koszuli z podwi-
nitymi rkawami. TrzymaB przed sob pudeBko z pizz.
- Och - odetchnBa z ulg Dani. - My[laBam, |e gdzie[ wyjdziemy, a nie miaBam kiedy
si przebra...
Nick przesunB wzrokiem po jej d|insach i koszuli w krat, zwizanej rogami pod
biustem.
S
R
- No i bardzo dobrze - powiedziaB, a przekraczajc pr�g dorzuciB: - PrzyszBo mi do
gBowy, |e je[li jeste[ tak samo zmczona jak ja, to te| nie bdzie ci si chciaBo nigdzie dzi-
siaj wychodzi. - ObejrzaB zagracony, zasBany papierami pok�j. - Pracowity dzieD, co?
Dani odebraBa od niego pizz.
- Znasz zasady. Oczy przy sobie.
- A na ciebie wolno mi patrze? - spytaB i w Jego ciemnych oczach zabBysBy znajome
iskierki przekory. Dani rozluzniBa si. Nigdy by nie uwierzyBa, |e mo|na si tak ucieszy z
czyjej[ wizyty.
Nick wyszedB po co[ zimnego do picia, a Dani rzuciBa si do sprztania pokoju. Po-
liczki miaBa zarumienione, oczy jej bByszczaBy. CzuBa si jak nastolatka przed pierwsz
randk. ByBa podniecona, szcz[liwa i tylko troszeczk zdenerwowana."
Biurko i st�B byBy zbyt zawalone papierami, by daBo si na nich wygospodarowa
miejsce na talerze. Gdy wr�ciB Nick, [cignli poduszki z kanapy na podBog, postawili
midzy nimi pudeBko z pizz i otworzyli je.
- Mmmmm - mruknBa z uznaniem, zacigajc si aromatem. - Bez anchovies. To do-
brze.
- Nie wygldasz mi na tak, co daBaby si wzi na jedn maB rybk. No, wic co tam
u ciebie? - spytaB Nick, sadowic si na poduszce obok niej i unoszc do ust plaster pizzy.
Jego ruchliwe brwi wyra|aBy szczere zainteresowanie.
- To co zwykle. - Dani odBamaBa z plasterka pizzy sam koniec i wsunBa go do ust. -
Mn�stwo pracy.
- Wygldasz na zmczon - skomentowaB, przesuwajc zatroskanym wzrokiem po jej
twarzy.
WzruszyBa ramionami.
- Lubi to, co robi.
- Czy ty nigdy nie dajesz sobie wolnego? - spytaB.
Roze[miaBa si lekko.
- Nie wiedziaBabym, co z sob pocz! - powiedziaBa i w obawie, by nie uwikBa si
znowu w zagorzaB dyskusj o po[wiceniu, z jakim wykonuje swoj prac, wycelowaBa w
niego palec. - Jedz! - rozkazaBa.
S
R
Nick u[miechnB si i ugryzB du|y kawaBek pizzy. Przez chwil w pokoju panowaBa
cisza.
- To byB dobry pomysB - pogratulowaB sobie, odstawiajc w koDcu puste pudeBko. -
UsnBbym chyba nad pierwszym daniem, gdyby[my wybrali si dzisiaj do kt�rej[ z tych
skpo o[wietlonych, nastrojowych restauracyjek, kt�re tak wychwalaj w powie[ciach i
piosenkach.
- MiaBe[ ci|ki dzieD? - zapytaBa Dani.
SpojrzaB na ni znaczco.
- Powiedzmy, |e przez ostatnie kilka tygodni nie uBatwiasz mi |ycia. Przez te awantu-
ry musieli[my dzisiaj dwa razy zatrzymywa ta[m. To troch wyczerpujce.
Dani szybko spu[ciBa oczy.
- Nie wiedziaBam, |e jest a| tak zle. - Nie m�wiBa caBej prawdy. WiedziaBa jedynie, |e
nigdy dotd nie staraBa si spojrze na sytuacj oczami kierownictwa fabryki.
Nick wzruszyB ramionami.
- Zauwa|yBa[, jak dobrze sobie radz? Odkd tu szedBem, jeszcze ani razu nie pr�bo-
waBem skrci ci karku. - ZaskoczyB j, gdy wycignB si na podBodze i zBo|yB gBow na jej
kolanach. - Potrzeba mi tylko chwili wytchnienia. Co jest w telewizji?
Dani roze[miaBa si i pod wpBywem impulsu dotknBa gstej grzywy jego krconych
wBos�w.
- Wykapany samiec domator! - za|artowaBa. - Teraz brakuje ci tylko butelki piwa na
piersi i gazety przed nosem.
- I pochrapujcego u boku basseta - podchwyciB.
- Aadnej |ony, krztajcej si po kuchni, i dzieciak�w, buszujcych w gabinecie.
Dotykanie jego krconych, spr|ynujcych, jedwabistych wBos�w sprawiaBo jej przy-
jemno[. ZagBbiaBa w nie palce, gBaskaBa, machinalnie rozprostowywaBa loki i obserwowa-
Ba, jak skrcaj si z powrotem.
- OdpowiadaBoby ci takie |ycie, prawda? - W jej gBosie nadal pobrzmiewaBa nutka
przekory.
SpojrzaB na ni z rozmarzeniem w oczach.
- A tobie nie?
S
R
Opu[ciBa rk na podBog. OdniosBa wra|enie, |e Nick chce j podstpnie wcign w
kolejny sBowny pojedynek.
- Jestem kobiet pracujc - odparBa, unikajc jego wzroku. - Nie mam czasu na kuch-
ni i dzieciaki.
- Ja te| pracuj - przypomniaB jej Nick. - Ale zawsze mo|na wygospodarowa troch
czasu na rzeczy, do kt�rych przywizuje si wag. - ChwyciB jej rk i uni�sB do swych
wBos�w. - R�b tak dalej. To bardzo przyjemne.
PrzymknB znowu oczy i Dani odpr|yBa si, pozwalajc swym palcom bBdzi po je-
go wBosach.
Dobrze byBo mie go tutaj, przyjemnie by z nim i jak dawniej rozkoszowa si z
wzajemno[ci jego towarzystwem. Nie dociekaBa, czemu nagle zdobyB si na ten krok i
przyjechaB do niej. Fizyczna obecno[ Nicka - widok jego silnego, smukBego ciaBa wycig-
nitego przed ni na podBodze, regularnych, czystych rys�w jego twarzy, silnych palc�w
splecionych niedbale na brzuchu - dziaBaBa na ni pobudzajco niczym Bagodny afrodyzjak.
UsiBowaBa nie zwraca na ten efekt uwagi, ale Nick zawsze tak na ni dziaBaB. I po raz
pierwszy nie czuBa si specjalnie zagro|ona. ByBo jej z nim dobrze,
Ale, naturalnie, nie mogBo to trwa wiecznie. SpojrzaB na ni znowu pytajco ciem-
nymi oczami.
- Czy naprawd zamierzasz spdzi tak reszt |ycia, Dani? - spytaB, jakby kontynu-
owali rozmow, kt�r przed chwil przerwali. - PaBtajc si od miasta do miasta i podbu-
rzajc ludzi?
Dani opu[ciBa ponownie rk i nachmurzyBa si.
- Chcesz znowu kB�tni?
- Raczej nie. - Le|c w niedbaBej pozie, Nick przeni�sB wzrok z niej na przeciwlegB
[cian. - Intrygujesz mnie. Naprawd lubisz by sama?
- Tego nie powiedziaBam - odparBa ostro|nie, czujc si tak, jakby szBa boso przez pole
minowe. - A| tak zle ze mn nie jest. - Zrcznie odbiBa piBeczk w jego stron. - Powiniene[
to wiedzie. Sam jeste[ w podobnej sytuacji.
PokrciB powoli spoczywajc na jej kolanach gBow. OdczuBa ten ruch jako delikatne,
zmysBowe potarcie o uda i brzuch. ZmieniBa nieco pozycj, starajc si obmy[li jaki[ mniej
osobisty temat, zanim rozmowa zboczy na grunt, na kt�ry wolaBa si nie zapuszcza.
S
R
- To nie to samo - mruknB z zadum. - Podobnie jak wikszo[ ludzi wiem, czego mi
w |yciu brakuje, i jestem otwarty na zmiany... na ulepszenia. Ty, jak sdz - znowu uni�sB
na ni swe przenikliwe oczy - zamykasz si na wszystko, co jest te| wa|ne w |yciu. Nie
dopuszczasz do gBosu uczu i potrzeb normalnej kobiety. Mo|e si ich boisz.
- Wyglda na to, |e ponownie zakwestionowana zostaBa moja kobieco[ - powiedziaBa
oschle Dani. ZepchnBa jego gBow z kolan. - WstaD. Jeste[ ci|ki.
PrzetoczyB si na bok i tym samym pBynnym ruchem objB j w pasie, popychajc Ba-
godnie na podBog, zanim zd|yBa si zorientowa, co si dzieje. Na jego twarzy, kt�ra za-
wisBa tu| nad ni, malowaB si wyraz powagi, jakiej nie spodziewaBa si ujrze.
- PocaBuj mnie, Dani - za|daB cicho.
Serce waliBo jej jak mBotem. Jak mogBa da si tak zaskoczy? Jak mogBa nie przygo-
towa si na tak ewentualno[? Odwr�ciBa gBow. Ucisk, jaki czuBa w |oBdku, spowodo-
wany byB po cz[ci paniczn reakcj umysBu, a po cz[ci podnieceniem zdradzieckiego cia-
Ba.
- Nie, Nick, powiedziaBam ci...
Nick ujB jej twarz w dBonie. Oczy miaB ciemne i bByszczce, wyraz twarzy zdetermi-
nowany, ale wygldaBo to na co[ innego, ni| nagBy przypByw po|dania, i Dani nie wiedzia-
Ba, co o tym my[le. Powr�ciBo to wyrachowane spojrzenie, spok�j naukowca roz-
wa|ajcego problem, ale pewnego ju|, jak go rozwi|e.
- Nie chc o tym sBysze - powiedziaB stanowczo. - Nie bdziemy teraz rozmawiali.
PocaBuj mnie i kropka.
Le|aBa pod nim bezradna, z szeroko rozwartymi oczami, a on opu[ciB powoli gBow i
pocaBowaB j. ByB to dziwny pocaBunek, pozbawiony wBa[ciwej mu namitno[ci i zmysBo-
wo[ci. Jego wargi nie poruszaBy si, nie prowokowaBy jej w jakikolwiek spos�b, a mimo to
sam ich dotyk napeBniB j miBym ciepBem, a stru|ki po|dania, spBywajce z szorstkich ko-
niuszk�w palc�w dotykajcych jej twarzy, poruszyBy w niej wszystkie zmysBy.
Uni�sB gBow i popatrzyB na ni badawczo. Dani nie podobaBo si to spojrzenie. Od-
niosBa wra|enie, |e jest poddawana ocenie, z kt�rej wynika, i| pragnie dalszego cigu. Jesz-
cze nie patrzyB na ni w ten spos�b. Znowu odwr�ciBa gBow, usiBujc si spod niego wydo-
sta.
S
R
- Bardzo dziwna z ciebie kobieta - powiedziaB cicho, z namysBem. ZatrzymaB j, przy-
suwajc Bokcie do jej ramion i biorc w dBonie jej twarz. PoczuBa si gBupio na my[l, |e wy-
rywa si z takiego Bagodnego u[cisku. - W swoim |yciu zawodowym jeste[ agresywna, pra-
wie wojownicza. Ale kiedy dochodzi do konfrontacji sam na sam, tracisz pewno[ siebie.
Reagujesz na mnie... - PrzesunB dBoni po jej lewej piersi. DrgnBa, kiedy jego palce po-
dra|niBy nabrzmiaB sutk. ZacisnB mocniej dBoD nad jej gwaBtownie bijcym sercem, jakby
dla udokumentowania swego stwierdzenia. - Ale niczego nie zaczniesz sama. Boisz si od-
trcenia?
Dani skuliBa si pod jego pytajcym, badawczym wzrokiem.
- Nick, to [mieszne. PowiedziaBam ci ju|, dlaczego...
- A ja ci powiedziaBem, |e nie chc o tym sBysze. P�zniej bdziesz miaBa okazj si
wygada. Teraz ja mam ci co[ do powiedzenia.
Dani znieruchomiaBa, zaskoczona stanowczo[ci jego tonu i zdecydowaniem wyzie-
rajcym z oczu. Jego dBoD wci| spoczywaBa na jej bijcym sercu, rejestrujc ka|de przy-
spieszenie rytmu. Dominujca postawa Nicka, ciepBo jego ciaBa i siBa mi[ni, spokojna de-
terminacja w jego gBosie napeBniaBy j zar�wno lkiem, jak i podnieceniem. CzuBa si poj-
mana i okieBznana, prawie zahipnotyzowana. MiaB nad ni wBadz i pozostawaBo jej tylko
ulec. ByBo to uczucie niepokojce i przyjemne zarazem.
- Chc by z tob, Dani - powiedziaB cicho. - CiaBem i dusz. Chc od tamtego pierw-
szego wieczoru, kt�ry spdzili[my razem. CaBkiem niezle wtedy zaczli[my. FlirtowaBa[ ze
mn i przychodziBo ci to bez trudu, bo to byBa gra. Ale kiedy ta gra zaczBa si przeradza w
co[ powa|niejszego, wycofaBa[ si, schowaBa[ w skorup. - Dani chciaBa zaprotestowa.
UciszyB j, kBadc palce na jej ustach. - Du|o o tym my[laBem przez ostatnie tygodnie. By-
Bem z pocztku zbyt natarczywy i mo|e tu tkwi przyczyna... ale wydaje mi si, |e teraz ci
rozumiem. Wiesz, |e midzy nami zawizaBo si co[ szczeg�lnego, i wykrty, jakimi mnie
raczysz, to tylko twoja obrona przed odkryciem, |e mogBoby to by co[ niezwykBego. Mo|e
ty si tym nie przejmujesz, ale jednocze[nie mnie nie pozwalasz si o tym przekona, a to
ju| jest nie fair. Musi istnie jaki[ kompromis. To dlatego chc ci prosi, |eby[ na ten je-
den wiecz�r, na kr�tk chwil, zapomniaBa o wszystkim. Niech si stanie. Dajmy sobie
szans.
S
R
Bardzo powoli oderwaB palce od jej ust, got�w w ka|dej chwili j uciszy, gdyby
znowu pr�bowaBa zaprotestowa. Ocierajc si lekko o jej piersi, wyczuB chyba, jak wzno-
sz si i opadaj w rytm nier�wnego oddechu. Jak mogBa si z nim spiera? Jak mogBa za-
przeczy choby jednemu z jego sB�w? Midzy nimi rzeczywi[cie istniaBo co[ szczeg�lnego,
co[ tak szczeg�lnego, |e eksplodowaBo nie wiadomo kiedy, zupeBnie j zaskakujc. Co[ tak
szybkiego, gwaBtownego i niewtpliwego, |e nie przypominaBo niczego, co do tej pory zda-
rzyBo jej si prze|ywa. Nie mogBa bra na siebie caBej odpowiedzialno[ci za okoliczno[ci,
kt�re ich zetknBy i nieuchronnie musz rozdzieli. Czemu on nie rozumie, |e midzy nimi
nic nie jest mo|liwe? Czego od niej chce?
Tylko tej chwili...
- Chc, |eby[ mnie pocaBowaBa, Dani - powiedziaB. GBos miaB cichy, niewiele gBo-
[niejszy od szeptu, oczy jak aksamit. - PocaBuj mnie tak, jak lubisz by caBowana, i dotykaj
tak, jak zawsze chciaBa[ mnie dotyka, tylko do tej pory si baBa[... Nie. - ChwyciB j za r-
k, dostrzegajc popBoch w jej oczach. - Nie musimy si posuwa dalej, ni| bdziesz chcia-
Ba. Zr�b to po prostu dla siebie... dla mnie.
Podni�sB jej rk do swojej twarzy i z t chwil op�r Dani stopniaB caBkowicie. Zare-
agowaBa caBym ciaBem. ProsiB o tak niewiele, tyle w zamian obiecujc. Z pewno[ci mo|e
sobie pozwoli na t odrobin przyjemno[ci... Przerwie to, zanim zajd za daleko. ChciaBa
go tylko obj, dotkn, pocaBowa. Uwolni si na kr�tk chwil z wiz�w, kt�re krpo-
waBy jej kobieco[, i przekona si na wBasnej sk�rze, co ma do zaoferowania |ycie.
Jej dBoD zaczBa peBzn ku karkowi Nicka, badajc po drodze ciepBe ciaBo i twarde
mi[nie, muskajc jego mikkie wBosy. PrzycignBa twarz Nicka do siebie. Koniuszkiem
jzyka dotknBa najpierw kcika jego ust, a potem przecignBa powoli po policzku i bro-
dzie. W odpowiedzi jego bByszczce niczym onyks oczy rozjarzyBy si zadowoleniem i czu-
Bo[ci. RozchyliB usta pod jej niepewnymi zrazu pocaBunkami, a potem poddaB j mocy
zmysBowej magii, kt�ra oblaBa ich niczym strumieD roztopionego zBota. OddaB jej caB ini-
cjatyw i, upojona, zapomniaBa o swoich zahamowaniach. WyczuwaBa pod wargami pulsu-
jc |yB na jego szyi, coraz silniejsze ciepBo bijce mu z twarzy i nieregularno[ oddechu.
ZaczBa niezdarnie manipulowa przy guzikach jego koszuli i obna|yBa w koDcu zaro[nit
klatk piersiow. PrzetoczyB si na bok, delikatnie usidlajc jej nogi midzy swoimi. DBoDmi
bBdziB tymczasem po jej talii i odsBonitym odcinku plec�w midzy d|insami a koszul.
S
R
Ruchy Nicka byBy pow[cigliwe i pozbawione natarczywo[ci, byBy bardziej odpowiedzi na
pieszczoty Dani, ni| pr�b wymuszenia takiej odpowiedzi na niej.
Kiedy koniuszek jej jzyka zatoczyB krg wok�B jego twardej, brzowej brodawki,
wstrzymaB oddech, a jego palce powdrowaBy w d�B i zamknBy si na jej biodrach. DotknB
ustami jej warg i leniwa rozkosz przeistoczyBa si nagle w nieopanowan namitno[, kt�ra
niczym raca wystrzeliBa z gBbi Dani ograbiajc j z oddechu, rozpierajc z nieoczekiwan
siB klatk piersiow, rozlewajc si fal ciepBa, kt�ra uaktywniBa na dotyk Nicka wszystkie
zakoDczenia nerwowe. Natura i jej wBasne uczucia sprzysigBy si przeciwko niej i zapo-
mniaBa, gdzie koDczy si przyjemno[, a zaczyna niebezpieczeDstwo - je[li taka granica w
og�le istnieje. WiedziaBa tylko, |e chce by z nim coraz bli|ej i bli|ej, dzieli si z nim, po-
zna go. Da mu pozna siebie.
Nie zwracaBa uwagi na swobodny ruch jego palc�w, kt�re sunc po nagiej sk�rze jej
talii zatrzymaBy si w koDcu na guziku d|ins�w. OcknBa si jak z gBbokiego snu, przeszyta
uczuciem paniki. Nie zamierzaBa posuwa si tak daleko. ZapomniaBa dlaczego, ale nie za-
mierzaBa. WiedziaBa, |e powinna go teraz powstrzyma, i zdawaBa sobie spraw, |e nie
znajdzie w sobie do[ siBy. PragnBa go ka|d czstk swego ciaBa, rozsdek przymiewaBa
jej namitno[, a reakcje zmysBowe tBumiBy instynkt samoobrony. Nie obchodziBa jej przy-
szBo[, liczyBa si teraz tylko ta chwila.
Wtem Nick uni�sB gBow i spojrzaB na ni.
- Dani? - wyszeptaB.
Oczy bByszczaBy mu po|daniem, twarz miaB rozpalon rumieDcem podniecenia. Jego
ciepBy oddech BaskotaB jej policzek. ZamarB z palcami na guziku d|ins�w i patrzyB jej w
oczy, szukajc w nich odpowiedzi. I zobaczyB j wreszcie. Chyba si tego spodziewaB, cho-
cia| wida byBo, |e miaB jednak nadziej na przyzwolenie. Spu[ciB oczy, by ukry zaw�d, a
Dani odwr�ciBa z przygnbieniem gBow. Zanim usiadB i pu[ciB j, musnB jeszcze palcami
jej nag sk�r w ge[cie po|egnalnej pieszczoty.
Dani odwr�ciBa si do niego plecami. Przybita, rozprostowaBa ramiona i na jej ustach
pojawiB si znajomy wyraz zdecydowania. Stygncy |ar, kt�ry jeszcze przed chwil przeni-
kaB ka|d kom�rk jej ciaBa, pozostawiB uczucie podra|nienia i b�lu. Bijce nier�wnym ryt-
mem serce upokarzaBo j przypominajc, do czego omal nie doszBo, a zdyszany oddech
zdradzaB, |e jej ciaBo wci| jeszcze sprzeniewierza si rozsdkowi. Nick pu[ciB j, by zada
S
R
jej jedno pytanie, chocia| zdawaB sobie w peBni spraw, |e wybita z nastroju udzieli mu
mo|e tylko jednej odpowiedzi. ZrobiB to z rozmysBem. Powinna mu by wdziczna za ten
dow�d uczciwo[ci. Dlaczego wic czuBa tylko gniew i bolesny zaw�d? I na kogo wBa[ciwie
byBa zBa - na siebie sam za okazan sBabo[, czy na niego za to, |e tej sBabo[ci nie wyko-
rzystaB?
- Dobrze - rozlegB si za jej plecami cichy gBos. - Porozmawiajmy.
Spok�j Nicka oburzyB j. Wyre|yserowaB to wszystko. PanowaB nad sob, nie byB ani
troch poruszony. PrzygryzBa na chwil doln warg, zdecydowana odpowiedzie mu pik-
nym za nadobne. Odwr�ciBa si ju| opanowana. Jego twarz byBa spokojna, ale w oczach do-
strzegBa tlcy si jeszcze zduszony ogieD i to podniosBo j na duchu. Nie byBo mu wcale tak
Batwo.
- Dlaczego to zrobiBe[? - zapytaBa spokojnie.
Nick nie udawaB, |e nie rozumie pytania.
- ChciaBem by wobec ciebie w porzdku - odparB bez zmru|enia powiek.
- Nie zale|aBo ci jako[ na tym przed dwoma tygodniami. - Nie potrafiBa ukry zjadli-
wej nutki w gBosie.
Nick nie daB si sprowokowa,
- Przed dwoma tygodniami wystarczyBoby mi, gdyby[ poszBa ze mn do B�|ka - odparB
po prostu. - Teraz chodzi mi o co[ wicej. Chc ciebie caBej i chc to dosta dobrowolnie.
Dani szybko wstaBa i podeszBa do okna. To nieoczekiwane o[wiadczenie poruszyBo ni
r�wnie silnie, jak wcze[niej jego pieszczoty. PrzeraziBo za[ jeszcze bardziej. Ale Nick ma
racj - teraz chodzi o co[ wicej. O tak du|o, |e baBa si ryzykowa.
- A dlaczego ty przerwaBa[? - spytaB Nick.
Przez my[l przemknBo jej z dziesi logicznych odpowiedzi; wszystkie byBy praw-
dziwe, ale |adna nie nadawaBa si do powt�rzenia na gBos. MogBa zasBoni si nonszalancj
albo zby go byle czym; mogBa poprosi, |eby ju| sobie poszedB. Ale jako[ nie potrafiBa.
PostanowiBa, |e bdzie z nim szczera.
- To nie jest takie proste - odparBa cicho, zwr�cona twarz do zasBonitego okna. - Po
prostu nie umiem... bra sobie kochank�w, a potem rzuca ich ot tak sobie, kiedy przycho-
dzi pora, |eby wyjecha. Ju| dawno przekonaBam si, |e nie starcza mi siB na przelotne ro-
manse.
S
R
- A kto powiedziaB, |e to ma by przelotny romans? - spytaB Nick.
UsByszaBa w jego gBosie nutk zdumienia.
Odwr�ciBa si do niego, z trudem kryjc zniecierpliwienie. OparBa si o parapet, ma-
skujc swobodn poz napicie, kt�re ogarnBo jej caBe ciaBo.
- A c�| innego? - odpowiedziaBa pytaniem na pytanie.
SiedziaB nadal na podBodze z rk wspart niedbale na podcignitym kolanie, jednak
pogoda widoczna na jego twarzy wygldaBa na troch wymuszon. WytrzymaB bez zmru|e-
nia powiek jej wzrok.
- To zale|y tylko od ciebie, czy| nie? - powiedziaB.
- Nie. - To sBowo wyrwaBo jej si z ust bezwiednie. Spu[ciBa na moment oczy, a potem
zmusiBa si, by zn�w spojrze na Nicka. - Moja praca utrudniaBaby mi |ycie osobiste - wy-
ja[niBa rzeczowo, bardzo dumna z obojtno[ci w swoim gBosie. Cokolwiek czuBa, nie byBa to
z pewno[ci obojtno[. MiotaBy ni mieszane uczucia i zmuszaBa si, by m�wi co[, czego
w og�le nie chciaBa powiedzie. - Mo|e i miaBe[ racj m�wic, |e wkBadam w swoj prac
caBe serce. Inaczej si nie da.
Nick pokrciB powoli gBow. WpatrywaB si w ni z tak intensywno[ci, |e nie mogBa
oderwa od niego oczu.
- Nie caBe serce - powiedziaB cicho. - Jest w nim dosy miejsca, by[ mogBa pragn
mnie.
WestchnBa troch spazmatycznie. WpiBa palce w drewnian framug okna.
- Nie mog sobie pozwoli... - UrwaBa i spr�bowaBa od pocztku. Co ka|e jej to m�-
wi? - Masz racj - powiedziaBa sztywno. - Jest co[ midzy nami... co[, co by mo|e trudno
bdzie przerwa, kiedy bd musiaBa wyjecha. Mam ci to przeliterowa? - NarastaBo w niej
napicie, kt�re |elaznym chwytem zaciskaBo si na jej sercu. - Chc ci... to prawda. Pra-
gnBam w swoim |yciu innych m|czyzn. Ty pragnBe[ innych kobiet. Oboje jeste[my w
tym wieku, |e dostrzegamy r�|nic midzy tym, czego pragniemy, a tym, co mo|emy mie.
Nie ma sensu...
Pod koniec jej monologu Nick z zaskakujc zwinno[ci podni�sB si z podBogi i staB
teraz przed ni z takim wyrazem oczu, |e urwaBa w p�B zdania. UwiziB j przy parapecie
okna swoim ciaBem. StaB tak blisko, |e ich uda i piersi dzieliB uBamek milimetra. Nie dotknB
jej jednak.
S
R
- Nie wygBaszaj mi tu jakiej[ cholernej mowy agitacyjnej. - Melodyjny, niski tembr
jego gBosu podra|niB jej zmysBy i sprawiB, |e zapragnBa si cofn, cho nie [miaBaby oka-
za przed nim takiej sBabo[ci. - Nie przemawiaj do mnie tak, jak robiBa[ to na wiecach
zwizkowych w kilkunastu miastach. - Uni�sB rce i ujB jej twarz. PrzygotowaBa si na
mia|d|cy u[cisk, a tymczasem jego dotyk byB tak delikatny, |e zaparBo jej dech w pier-
siach. Wgielki jego oczu wypatrywaBy jej duszy. - Bo - cignB bardzo cicho - nigdy nie
pragnBa[ innego m|czyzny tak jak mnie.
Nie byBo sensu zaprzecza. Nie spotkaBa jeszcze nikogo takiego jak Nick. Wiedzieli o
tym od samego pocztku. Nick jednak wymagaB wicej od tamtych. Nick oferowaB co[
prawdziwego i trwaBego, gdyby jednak przystaBa na jego propozycj, ryzykowaBa utrat
wszystkiego.
Nick wyczuB pod palcami, jak sztywnieje jej szyja, i instynktownie zareagowaB gnie-
wem i rosnc frustracj.
- Tobie mo|e odpowiada zmiana kochanek bez ogldania si za siebie - powiedziaBa
po prostu - ale to nie dla mnie. Mam prawo to przerwa, zanim bdzie za p�zno, bo potem
bdzie mi jeszcze trudniej. Ja...
- Dani, do cholery! - OderwaB rce od jej twarzy i odwr�ciB si gwaBtownie. UsByszaBa
jego urywany oddech. Zmieniony gBos zdradzaB, jak usiBuje zapanowa nad uczuciami. Wo-
laB na ni nie patrze. - ZaplanowaBa[ sobie to wszystko jak jak[ przeklt kampani agita-
cyjn! Od pocztku do koDca wszystko przebiegaBo tak, jak zaprogramowaBa[. Dlaczego? -
zapytaB, spogldajc wreszcie na ni. PatrzyB zw|onymi, pBoncymi oczami. - Dlaczego to
musi si skoDczy, zanim si na dobre zaczBo? Zamykasz drzwi nie tylko sobie, ale i mnie,
a to nie jest w porzdku!
Dani staBa bez ruchu ze zBo|onymi jak do modlitwy dBoDmi. Gdyby wiedziaB, jak roz-
paczliwie pragnie powiedzie mu co[ innego, gdyby wiedziaB, |e jej obojtno[ jest udawa-
na!
- Zostan tutaj jeszcze najwy|ej kilka tygodni - rzekBa chBodno. - Za miesic o tej po-
rze bd ju| w innym mie[cie i niczego nie bd |aBowaBa...
UrwaBa na widok wyrazu jego przymru|onych oczu.
- Nie - warknB ochryple. - Nie bdziesz miaBa czego |aBowa, bo nic nie zrobiBa[. Je-
ste[ dumna ze swego pustego |ycia, Dani?
S
R
Celnie wymierzona strzaBa przebiBa pancerz i trafiBa w czuBe miejsce. Dani wzdrygnBa
si. Nick zauwa|yB jej reakcj, zanim zd|yBa nad sob zapanowa.
- Jestem dumna ze swojego |ycia - wyrzuciBa z siebie, a na jej policzki wypBynB lekki
rumieniec gniewu. - Wiele dokonaBam i wiele jeszcze dokonam. Nie mam si czego wsty-
dzi i nie masz prawa krytykowa ani mnie, ani tego, co robi.
- Oczywi[cie, |e nie - powiedziaB cicho. PatrzyB jej prosto w oczy i ogarnBo j irra-
cjonalne pragnienie, by czmychn std jak najdalej. - Jak m�gBbym krytykowa kobiet,
kt�ra walczy o wszystkich, tylko nie o siebie? Ryzykujesz |yciem dla tysicy ludzi, kt�rych
nawet nie znasz, ale co zrobisz, gdy przyjdzie pora zadba o wBasne interesy? - Ostr wy-
mow sB�w Nicka BagodziB wyraz szczerej troski w jego oczach. - Czy twoje potrzeby si nie
licz?
- Doprawdy, nie widz sensu dyskutowania na ten temat, Nick - odparBa.
ZorientowaB si, |e natrafiB na jej sBaby punkt.
- Masz racj - zgodziB si. - Dyskusja nie jest |adnym wyj[ciem. Oboje jeste[my
ludzmi czynu.
Odwr�ciB si do niej bokiem i ten manewr skutecznie rozBadowaB narastajce midzy
nimi napicie, kt�re w ka|dej chwili groziBo wybuchem. ZapinaB bez po[piechu koszul, jak
gdyby wymiana zdaD sprzed chwili byBa jedynie dobrze odegran scenk bez |adnego zna-
czenia. Zazdro[ciBa mu opanowania i nienawidziBa go za to. Ona sama powoli si rozklejaBa
i nie mogBa da tego po sobie pozna.
- My[l, |e je[li nie masz nic przeciwko temu, mogliby[my wybra si w sobot wie-
czorem na prawdziw kolacj i dancing - zaproponowaB, sigajc palcami do trzeciego gu-
zika. M�wiB tonem tak swobodnym, jak gdyby to zaproszenie byBo najnormalniejsz rzecz
pod sBoDcem. - ZasBu|yli[my sobie chyba oboje przez te ostatnie dwa tygodnie na jaki[ wy-
pad?
A kiedy si zawahaBa, spojrzaB na ni prowokacyjnie.
- A mo|e nie masz czasu?
Gdyby teraz odm�wiBa, Nick odczytaBby to jako przyznanie si do zarzut�w, jakie jej
stawiaB - |e boi si konfrontacji z wBasnymi uczuciami, |e nie ufa sobie.
- Bd musiaBa wcze[nie wr�ci - mruknBa.
Z lekkiego skrzywienia jego ust przebijaB cynizm.
S
R
- Wiem. Niedziela to tw�j wielki dzieD, prawda?
ZapiB ju| ostatni guzik i staB przez chwil, patrzc na ni. DzieliBa ich caBa dBugo[
pokoju i Dani stBumiBa w sobie irracjonaln pokus wycignicia do niego ramion. Nie mia-
Ba pewno[ci, czy podszedBby do niej. I wolaBa tego nie sprawdza.
- Walka, jak toczymy, koDczy si przy bramie fabryki. Powinna[ o tym pamita,
Dani. Nie zamierzam walczy z tob i nie zamierzam walczy po twojej stronie. Czeka ci
podjcie kilku trudnych decyzji i dokonanie wyboru, co te| nie bdzie Batwe... Mo|esz zro-
bi to teraz albo dalej ucieka, ale kt�rego[ dnia znowu przed nim staniesz. Zrobisz to sama.
Nie mog ci do niczego zmusza. Co najwy|ej mog tu by... i |ywi nadziej, |e kiedy si
wreszcie zdecydujesz, przyjdziesz wBa[nie do mnie. - PatrzyB na ni przez chwil w milcze-
niu i Dani nie miaBa ju| wtpliwo[ci, |e pragnie tak samo jak ona zmniejszy dzielc ich
odlegBo[, wycign ramiona. Nie zrobiB jednak tego. PowiedziaB jedynie dobranoc" i wy-
szedB.
S
R
ROZDZIAA �SMY
Nim si obejrzaBa, nadszedB sobotni wiecz�r. OtworzyBa drzwi i wbiBa w[ciekBy wzrok
w Nicka, usiBujc okaza mu, jak bardzo zostaBa zniewa|ona. Kloszowy brzeg ciemnobr-
zowej sukni owinB si z szelestem wok�B Bydek, Bagodzc nieco jej wojowniczy nastr�j.
Nick zauwa|yB zaczepn min i zw|one oczy Dani. WiedziaB ju|, co go czeka.
- A niech ci cholera - wycedziBa powoli.
- Zlicznie wygldasz - odparB uprzejmie.
Na Nicka trudno si byBo dBugo gniewa; ostatnio staBo si to prawie niemo|liwe. StaB
przed ni na tle r�|owego zachodu sBoDca w dopasowanych szarych spodniach i niebieskiej
kurtce niczym symbol niewymuszonej elegancji. Mankiety bladoniebieskiej koszuli spinaBy
skromne, zBote spinki, a materiaB, z jakiego byBa uszyta, wygldaB na mikki i przyjemny w
dotyku. Do tego krawat z bByszczcego jedwabiu w kolorach bBkitu i be|u. Kr�tko m�wic,
prezentowaB si bardzo wytwornie, jednak spod tej ukBadnej powierzchowno[ci przebijaBa
znajoma, prawdziwa msko[, przejmujca Dani do szpiku ko[ci.
- Zaraz kopn ci w kostk - warknBa.
U[mieszek rozbawienia pogBbiB kciki jego ust.
- A ja ci zaraz pocaBuj.
PostpiB krok w prz�d i poBo|yB dBonie na jej biodrach, przycigajc j do siebie ru-
chem zbyt pBynnym i Bagodnym, by uzna go za wpByw li tylko impulsu. PoczuBa jego uda
na swoich i westchnienie protestu, jakie wydaBa, utonBo w jego ustach. Gdyby chciaB roz-
broi j zmysBowo[ci, na pewno udaBoby mu si, ale nie byBo to jego zamiarem. Tsknota i
czuBo[, jakie Dani odczytaBa w pocaBunku, przeBamaBy jej pow[cigliwo[. PoczuBa si
wzruszona, osBabiona i... smutna. Kiedy Nick wyprostowaB si, wsparBa gBow na jego piersi
i wsBuchaBa si w miarowe bicie serca. Jedwabi[cie mikki materiaB koszuli pie[ciB jej poli-
czek, a usta Nicka muskaBy wBosy. ZastanawiaBa si, dlaczego ma ochot si rozpBaka.
TrzymaBa dBonie na jego plecach, czuBa wok�B siebie jego rce, opasujce j z tak Bagodn
siB, |e musiaBa w koDcu przyzna, i| pragnBaby trwa w tych objciach wiecznie. W azylu
silnych ramion Nicka nic nie byBo w stanie jej przestraszy - nic z zewntrz, nic od we-
wntrz. Nawet gBbia tego, co zaczynaBa do niego czu. Nawet niebezpieczeDstwo, |e j
zdradzi.
S
R
Nick gBadziB koniuszkami palc�w materiaB sukienki na jej plecach. ByB to gest nie tyle
zmysBowy, co kojcy. Obejmowali si, oddychali w tym samym rytmie, o tym samym my-
[leli. Dani tak bardzo si kiedy[ baBa, |e zabrnie zbyt daleko. Teraz byBo za p�zno. To zaszBo
za daleko ju| wtedy, kiedy spojrzaBa na niego po raz pierwszy i teraz nie czuBa gniewu, tylko
rozpacz i |al, |e nie mo|e tego mie. Ju| si nie baBa. ByBa jedynie smutna.
Odwr�ciBa gBow i odsunBa si od niego. Nick nie zatrzymaB jej. PatrzyB na ni po-
wa|nie i zwlekaB z oderwaniem dBoni od jej talii.
- Nie powiniene[ byB tego robi - powiedziaBa cicho. ZerknBa na otwarte drzwi za je-
go plecami, przez kt�re wida byBo parking i przebiegajc za nim szos. - Kto[ m�gB ci
zobaczy. W og�le nie powinni widywa nas razem.
- Wiem - odparB spokojnie.
PoszukaBa wzrokiem jego oczu.
- Kr| ju| rozmaite plotki, Nick. Mo|esz mie z tego powodu prawdziwe kBopoty.
Nie chc ci nara|a na nieprzyjemno[ci ani... na utrat pracy.
Aagodny u[miech roz[wietliB lekko jego twarz.
- Warto zaryzykowa - zapewniB j cichym gBosem i dopiero teraz pu[ciB. Jego dBoD
przygBadziBa delikatnie pasemko jej wBos�w, a maska przekory, kt�r pr�bowaB przywoBa
na twarz, nie wygldaBa tym razem przekonujco. - No to mo|e - zaproponowaB - teraz ty
speBnisz swoj grozb?
Dani odwr�ciBa si po torebk, ale nagle ramiona jej opadBy i znieruchomiaBa, ogar-
nita uczuciem pora|ki.
- To absurdalne - mruknBa. - Dlaczego to robimy? - SpojrzaBa na niego. - Rano wbi-
jasz mi n�| w plecy, a wieczorem zabierasz na kolacj. Czego pr�bujesz w ten spos�b do-
wie[? - ChciaBa, |eby zabrzmiaBo to gniewnie, a wyszBo |aBo[nie. SzBa do tej bitwy dobrze
uzbrojona, przynajmniej tak jej si wydawaBo. Nie przygotowaBa si na ogBupiajce wpBywy
tego chaotycznego zwizku. Nie potrafiBa sobie z nimi poradzi. Powinni by albo wrogami,
albo kochankami. Jej [cisBy, wojskowy umysB daBby sobie rad w ka|dej z tych sytuacji. Ale
ta hu[tawka, ten brak zdecydowania wprowadzaBy zamt w jej uczuciach i nie wiedziaBa ju|
sama, czego wBa[ciwie chce, co ni powoduje, ani jak si ma zachowa w sytuacji, kt�ra j
czeka.
S
R
- Pozw�l, |e zgadn - powiedziaB Nick. - Jeste[ na mnie w[ciekBa, bo zarzdziBem do-
datkowy dzieD pracy w t niedziel. - Wyraz jego czarnych oczu byB enigmatyczny, ton
gBosu Bagodny.
- Jestem w[ciekBa, |e zaproponowaBe[ przyj[cie do pracy tylko zwolennikom zwizku,
chocia| wiedziaBe[, |e wybieraj si na zebranie. I byBa to propozycja nie do odrzucenia!
DaBe[ im wyraznie do zrozumienia, |e albo przyjd w niedziel do pracy, albo mog si tam
wicej nie pokazywa, a ja ju| my[laBam, |e nie zni|asz si do taktyki zastraszania!
A wBa[ciwie dlaczego tak si denerwuje? Czy naprawd sdziBa, |e Nick podda si
bez walki? On miaB do wykonania swoje zadania, ona swoje, i nigdy nie daB jej do zrozu-
mienia, |e ich osobiste zaanga|owanie wpBynie w jakikolwiek spos�b na jego decyzje po-
dejmowane w interesie firmy. ByBa bardziej zBa na siebie ni| na Nicka. Dlaczego si teraz
tak denerwuje? WykonaB ruch, kt�ry mo|na byBo Batwo przewidzie, ruch, na kt�ry powinna
by przygotowana i przyj go ze spokojem, a ona, nie wiedzie czemu, czuje si osobi[cie
przez niego zdradzona. Dlaczego tak trudno jej pamita, |e stoj po przeciwnych stronach
barykady?
CzekaBa niecierpliwie, jak zareaguje na jej irracjonalny wybuch, chocia| ju| si go
wstydziBa. Nick pozostaB niewzruszony i jak zawsze opanowany.
- W wyniku przestoj�w spowodowanych tymi zwizkowymi przepychankami straci-
li[my w tym tygodniu mn�stwo czasu. Trzeba to odrobi.
- I, naturalnie, do odrabiania zalegBo[ci w swoim planie produkcji wybraBe[ ludzi,
kt�rzy mieli uczestniczy w moim zebraniu.
- Naturalnie - odparB ze spokojem.
PrychnBa ze zniecierpliwieniem, odwracajc si od niego gwaBtownie, i natychmiast
po|aBowaBa tej impulsywnej demonstracji uczu. To ma by profesjonalizm? Co si staBo z
t kobiet, kt�ra potrafiBa przyjmowa jego wredne zagrania ze spokojnym u[miechem i
odwzajemnia mu si wBasnymi podstpnymi sztuczkami? SkarciBa si w duchu za nie-
rozwag.
OdetchnBa gBboko i odwr�ciBa si do niego, napinajc z determinacj mi[nie twarzy
oraz zadzierajc buDczucznie brod.
S
R
- To ci si nie uda, Nick - powiedziaBa. - Nic w ten spos�b nie osigniesz. Bez wzgl-
du na to, czy przyjdzie osiem, czy osiemdziesit kobiet, zebranie odbdzie si i przystpimy
do konkretnych dziaBaD.
Na jego twarzy po raz pierwszy zamajaczyB cieD nieprzyjemnego marsa.
- Ty ju| przystpiBa[ do konkretnych dziaBaD - odparB. - Posunicie i kontrposunicie,
tak si nazywa ta gra, nieprawda|?
SpojrzaBa na niego przenikliwie.
- Wszystko podporzdkowane pracy zawodowej, prawda? - zapytaBa cicho. - Od teraz
nie bdzie ju| w tym ani [ladu motywacji osobistych?
- I tak, i nie - odparB z kamienn twarz. - Powiedzmy, |e jestem bardziej ni| kiedy-
kolwiek zaanga|owany osobi[cie w swoj prac.
- A je[li nie potrafisz mnie pobi na gruncie prywatnym, postarasz si dokona tego
na zawodowym. - Nie zamierzaBa rzuca tego wyzwania; ugryzBa si w jzyk, ale byBo ju| za
p�zno. Nie chciaBa sprawdza w ten spos�b prawdziwo[ci ich zwizku - teraz ani nigdy.
Ale Nick przyjB to, jak zwykle zreszt, ze spokojem.
- Nie jestem zainteresowany pobijaniem ci na |adnym gruncie, Dani - powiedziaB. W
jego gBosie pobrzmiewaB cieD rozczarowania, niemal smutku. - Nie o to nam przecie| cho-
dzi. - DotknB lekko jej ramienia i wyraz nieobecno[ci w jego oczach skojarzyB si Dani z
chmur przesBaniajc sBoDce. - Lepiej ju| chodzmy, bo przepadnie nam rezerwacja. Chcia-
Ba[ wcze[nie wr�ci, pamitasz?
Dani wziBa swoj maB, wyszywan paciorkami torebk, zachodzc w gBow, czemu
wdaj si oboje w t komedi. Rozsdna kobieta odwoBaBaby t randk |ywcem wyjt z
farsy, i okopaBa si na pozycjach. Ona za[ nie miaBa na to odwagi. Czy tak rozpaczliwie za-
le|aBo jej na jego towarzystwie, |e godziBa si na nie bez wzgldu na okoliczno[ci?
Nick nie odzywaB si w drodze do samochodu. PrysB nastr�j, kt�ry skBoniB go do po-
caBowania jej w progu, i nie byBo sposobu, by go odtworzy. Ten Nick byB inny od tamtego,
kt�rego znaBa. KroczyB powa|ny i zamy[lony, nie pozostaBo [ladu po jego wesoBej przekorze
i swobodnym stylu bycia. Mo|e |aBuje, |e j zaprosiB. U[wiadamiajc to sobie, Dani poczuBa
przykry ucisk w |oBdku. To byBo chyba nieuniknione. Zbyt dBugo |yli pod presj wielkiego,
niespeBnionego zauroczenia i z czasem wyczerpa si musiaBa nawet jego pogoda ducha. Dla
S
R
obojga nadeszBa pora, by przerwa t gr pozor�w i spojrze faktom w oczy. Nie jej wina,
|e nie podoba mu si to, co widzi. OstrzegaBa go wszak, |e to nie ma sensu...
Dani usiadBa po[rodku fotela, w przyzwoitej odlegBo[ci od Nicka, ale nie za daleko.
ByBa w peBni [wiadoma jego ciaBa, cho atmosfera wieczoru zawisBa gdzie[ w nieokre[lonej
strefie pomidzy spotkaniem towarzyskim a spotkaniem w interesach. Nick trzymaB rce na
kierownicy i nawet nie pr�bowaB jej dotyka. RozwiaB w ten spos�b wszelkie nadzieje, |e
bdzie pr�bowaB zatrze przykre wra|enie, jakie pozostaBo po niedawnej wymianie pogl-
d�w. SiedziaBa w fotelu i patrzyBa przed siebie, starajc si oswoi z uczuciem rozczarowa-
nia.
- Dokd jedziemy? - spytaBa po chwili z zamiarem skierowania rozmowy na neutralny
grunt.
- W jakie[ ustronne miejsce - odparB nieobecnym tonem. - MiBe. I ciche. Gdzie[, gdzie
starszy kelner nie tylko groznym spojrzeniem zareaguje na podniesione w gniewie gBosy -
cignB, rzucajc jej spojrzenie z ukosa. - W takim miejscu bdzie chyba najbezpieczniej na
rozmow, kt�ra nas czeka.
PostanowiBa przyj to filozoficznie.
- A wic to nie randka?
Nick nie odrywaB wzroku od drogi.
- NiezupeBnie.
- Dlaczego odnosz wra|enie, |e za chwil zepsujesz mi pierwszy od dw�ch tygodni
przyzwoity posiBek?
I dlaczego w krtani narastaBa jej gula, utrudniajca zachowanie lekko[ci tonu? ByBa na
to przygotowana; byBa gotowa na wszystko. Od chwili przyjazdu do Somerset jej |ycie staBo
si jednym pasmem trudnych spotkaD z Nickiem. Powinna si byBa do tego przyzwyczai. A
wygldaBo na to, |e coraz trudniej zachowa jej wobec niego oficjaln postaw i zaczynaBa
powoli zapomina o przyczynach, dla kt�rych powinna zachowywa si oficjalnie.
Nick zerknB na ni.
- Dlaczego zgodziBa[ si dzisiaj wyj[ ze mn? - spytaB niemal mimochodem. - Dla-
czego mnie nie spBawiBa[, dowiedziawszy si, |e pokrzy|owaBem ci plany jutrzejszego ze-
brania?
- SpodziewaBe[ si tego?
S
R
- Raczej nie.
Nadal czekaB na odpowiedz na swoje pytanie i Dani z trudem przeBknBa [lin, bo nie
wiedziaBa, co powiedzie. Bo chciaBam by z tob, i tyle. Bo pomy[laBam sobie, |e na jeden
wiecz�r mog oddzieli sprawy zawodowe od |ycia osobistego, ale chyba nie potrafi...
- Nie wiem, dlaczego - odparBa w koDcu, unikajc jego wzroku. - Chyba si nad tym
nie zastanawiaBam.
P�Bu[mieszek, kt�ry zago[ciB na wargach Nicka, rozBadowaB troch napicie panujce
w samochodzie.
- To mo|e jest jeszcze dla ciebie nadzieja - powiedziaB enigmatycznie.
Przejechali kilka kilometr�w i Dani nadal usiBowaBa rozszyfrowa, co miaB na my[li,
kiedy naraz odezwaB si powa|nym tonem:
- Nie wiem, czy zdajesz sobie spraw z nastroj�w, jakie zapanowaBy w fabryce. Gdy-
by[ wiedziaBa, zrozumiaBaby[, dlaczego podjBem dziaBania majce na celu zredukowanie
liczby uczestnik�w twojego zebrania z osiemdziesiciu do o[miu.
SpojrzaBa na niego ostro, ale Nick nie pozwoliB sobie przerwa.
- Ludzie zaczynaj by agresywni, Dani - cignB, tak jak gdyby tego nie wiedziaBa. -
Kr| pogBoski... - UrwaB, dochodzc chyba do wniosku, |e nie powinien si nimi z ni
dzieli. Brwi miaB [cignite i patrzyB na drog. - Bezpieczniej byBo zmniejszy ci fre-
kwencj - dokoDczyB po chwili. - Nie chc, |eby komu[ co[ si staBo.
Dani czuBa si rozdarta. OburzyBa j jego interwencja, a jednocze[nie rozumiaBa jego
postaw. MusiaBa sobie wci| przypomina, |e osobi[cie Nick nie ma nic przeciwko niej ani
przeciwko zwizkowi, |e chodzi mu tylko o utrzymanie spokoju. Ta [wiadomo[ sprawiBa,
|e odpowiedziaBa bez zgryzliwo[ci:
- Umiem panowa nad tBumem. Pamitaj, |e nie jestem jakim[ tam |�Btodziobem,
kt�ry ma pierwszy raz do czynienia z czym[ takim. - W jej gBos wkradB si cieD zniecierpli-
wienia i poczucia zniewagi. - Czy m�gBby[, na miBo[ bosk, cho troch mi zaufa? Dla-
czego nie chcesz uwierzy, |e wiem, co robi?
Nick odpowiedziaB ostro, z trudem panujc nad gBosem.
- Bo ty niczego nie wiesz. - Dani z zaskoczeniem obserwowaBa, jak zaciskaj si na
kierownicy jego dBonie i jak napinaj mi[nie twarzy. ByB naprawd zdenerwowany i ta
drobna sprzeczka w drzwiach miaBa niewiele wsp�lnego z przyczyn podBego nastroju, w
S
R
jakim si znajdowaB. - Patrzysz na wszystko z zewntrz i nie mo|esz oceni skutk�w fal
uderzeniowych, jakie rozchodz si po zrzucanych przez ciebie bombkach. Widzisz tylko
wierzchoBek g�ry lodowej, a wydaje mi si, |e czasem nawet i tego nie. Ja tam jestem, ja
widz, co si wyprawia. Do cholery, Dani, nie masz pojcia... - UrwaB, tBumic w zarodku
wybuch. Kostki palc�w zaci[nitych na kierownicy miaB pobielaBe. DokoDczyB, usiBujc
m�wi spokojnie, co zupeBnie nie przystawaBo do napitych mi[ni twarzy. - Ty po prostu
nie masz zielonego pojcia, jak namieszaBa[. - ZamilkB w obawie, |e za du|o jej powie.
Dani r�wnie| milczaBa przytBoczona |arem jego sB�w, napiciem, mrocznym pBomie-
niem w oczach. U[wiadomiBa sobie nagle, w jak ogromnym stresie musiaB |y przez ostatnie
dwa tygodnie, cho do tej pory jedyn emocj, jak okazywaB, byBa najbardziej neutralna w
[wiecie troska o jej osob. NiepokoiBo j to i troch przera|aBo, bo wiedziaBa, |e Nick ma ra-
cj... |e ona nie jest w stanie oceni nastroj�w zaBogi na terenie zakBadu. Wsp�Bpracownicz-
ki relacjonowaBy jej tylko zwycistwa, klski pomijajc milczeniem. Tak ju| przywykBa do
pogr�|ek Scotta i jego bandy, |e niemal nie zwracaBa na nie uwagi. I prawd m�wic, przez
ostatnie tygodnie zbyt wiele miaBa na gBowie, by przejmowa si subtelno[ciami nastroj�w
wok�B jej kampanii. ZaczynaBa zatraca t wra|liwo[ na ludzkie emocje, kt�ra dawniej byBa
gwarancj jej bezpieczeDstwa... a to dlatego, |e jak idiotka daBa si uwikBa w osobisty kon-
flikt. Taka nierozwaga mogBa j drogo kosztowa.
- Co takiego sByszaBe[? - spytaBa powoli, bardzo spokojnie.
Nick zerknB na Dani i zauwa|yB jej spit twarz, cho wiedziaB, |e stara si nada jej
neutralny wyraz. Jeden po drugim, z widocznym wysiBkiem, rozluzniB obejmujce kierow-
nic palce. Zel|aBo wyraznie napicie jego ramion, wygBadziBo si pocite zmarszczkami
czoBo. M�wiB ju| normalnym gBosem, cho nie pr�bowaB ukry powagi.
- To wymyka ci si z rk, Dani - powiedziaB. - Nie wiem, czego si spodziewasz, ale
je[li Batwego zwycistwa, to jeste[ w wielkim kBopocie. SByszaBa[ o po|arze, kt�ry wczoraj
w nocy wybuchB u Williams�w? - spytaB znienacka.
Odwr�ciBa gwaBtownie gBow, by na niego spojrze.
- Co? - wykrztusiBa bez tchu.
Nick zorientowaB si, |e nic o tym nie wie, zanim jeszcze ujrzaB jej szeroko rozwarte
oczy i zaskoczon min. PokiwaB pospnie gBow.
S
R
- Grupa chBopak�w wtargnBa p�Bci|ar�wk na trawnik przed domem i wrzuciBa
przez okno zapalone pochodnie. Szkody s niewielkie. WygldaBo to raczej na ostrze|enie.
Dani z trudem przeBknBa [lin. Emily Williams byBa jedn z jej najbardziej wygada-
nych zwolenniczek, jeszcze gBo[niejsz ni| Liza. ByBa du| kobiet i zwracaBa na siebie
uwag. W fabryce pracowali te| jej brat i siostra, i chocia| oboje formalnie jeszcze si nie
zdeklarowali, to najwyrazniej popierali ob�z siostry. Wszyscy troje mieszkali razem.
- Czy... komu[ co[ si staBo? - spytaBa Dani nieco schrypnitym gBosem.
Nick zerknB na ni tak, jakby dziwiBo go, |e w nawale zaj ma jeszcze czas trosz-
czy si o czyje[ zdrowie. DotknBo j to bardziej, ni| jaka[ zgryzliwa uwaga czy zawoalo-
wane wyzwanie.
- Nie - odparB. - Ale mo|esz by pewna, |e to dopiero pocztek.
Dani poprawiBa si w fotelu i zapatrzyBa przed siebie. Przez reszt drogi czuBa na sobie
kilkakrotnie wzrok Nicka, ale z jego ust nie padBo ju| ani jedno sBowo. Czy|by pomy[laB, |e
si tym nie przejBa? Chocia| od wielu lat staraBa si nie przejmowa, nie udaBo jej si dotd
wyrobi w sobie niewra|liwo[ci na cierpienie innych. KrwawiBa za rannych, odczuwaBa gB�d
za tych, kt�rzy stracili prac; tam, gdzie chodziBo o obron niewinnych, kt�rych jedynym
przestpstwem byBo domaganie si przysBugujcych im praw, jej wBasne bezpieczeDstwo si
nie liczyBo. Tak, wielu rzeczy w swej pracy nienawidziBa. Tak, wiele razy nie mogBa w nocy
zasn. Ale jak dotd nikt nie odkryB sposobu, jak lepiej wykonywa t prac i przy |yciu
trzymaBa Dani pewno[, |e nastpnym razem, w nastpnym mie[cie, p�jdzie Batwiej, znajd
si pokojowe rozwizania i zysk bdzie wart poniesionych koszt�w. BudowaBa dla tych lu-
dzi lepsze |ycie. Zmiany nigdy nie przychodz Batwo, nie ona winna jest przemocy...
Dojechali w koDcu do klubu, kt�ry wybraB na dzisiejszy wiecz�r Nick. ByBo tu tak
romantycznie, |e Dani dosBownie dech zaparBo w piersiach, i w balsamicznym, wieczornym
powietrzu wyparowaBo w jednej chwili napicie, jakie narosBo midzy nimi podczas jazdy.
Pomidzy pod[wietlonymi od tyBu dbami i kwitncymi drzewami przycupnB stary, drew-
niany mByn na kamiennej podmur�wce, z mByDskim koBem i rwcym strumieniem. ZwiatBa
taDczyBy na wodzie, [lizgaBy si po obBych, rzecznych kamieniach i zapuszczaBy w krte
[cie|ynki wysadzane tropikalnymi pnczami i rododendronami. Skd[ napBywaBy subtelne
tony melodii granej przez niewidoczn orkiestr. Po romantycznych [cie|kach przechadzaBy
S
R
si pary, obserwujc swe odbicia w strumieniu. Pod obracajcym si koBem mByDskim plu-
skaBa woda.
Oczarowana Dani zerknBa na pomagajcego jej wysi[ z samochodu Nicka w na-
dziei, |e pod wpBywem tej atmosfery zniknie mo|e jego powaga.
- Uroczo tu - powiedziaBa cicho.
- To prywatny klub - mruknB zdawkowo i poprowadziB j kamiennymi stopniami w
stron kBadki przerzuconej nad strumieniem. Na Bokciu czuBa beznamitny dotyk jego dBoni.
Najwyrazniej miaB na gBowie wa|niejsze od romantyki sprawy.
Posadzono ich przy stoliku w rogu sali. Zza okna dobiegaB subtelny szept i plusk koBa,
a pod nimi roztaczaB si przepikny widok na ogr�d. Ich sylwetki odbijaBy si w migotliwym
blasku [wiec w szybie i taDczyBy na wodzie, nad kt�r znajdowaB si lokal.
Na parkiecie tanecznym, w rytm zmysBowej ballady, koBysaBy si pary. W tle sBycha
byBo przytBumiony gwar rozm�w i szczk sztuc�w. Dani czekaBa, kiedy Nick poprosi j
wreszcie do taDca. On jednak siedziaB pochBonity studiowaniem menu i nie widzc innego
wyj[cia, spu[ciBa wzrok na swoj kart daD. BBagaBa go w duchu, |eby nie niszczyB magii
tego spokoju, kt�ry midzy nimi zapanowaB, ale nie zwracaB na ni uwagi. ZBo|yBa w koDcu
swoje menu z poczuciem klski.
- Po co mnie tu przywiozBe[? - spytaBa cicho.
Nick zerknB na krccego si w pobli|u kelnera, a potem na ni.
- Co zamawiasz? - spytaB uprzejmie.
- Wszystko mi jedno - odburknBa. - Wybierz za mnie.
Uni�sB brwi, ale nic nie powiedziaB. Nawet nie usByszaBa, co zam�wiB.
Kiedy zostali sami, Nick przygldaB jej si przez dBu|sz chwil ciemnymi, powa|ny-
mi oczami, kt�rych wyrazu nie potrafiBa rozszyfrowa. SmukBe dBonie zBo|yB na stole przed
sob. CzekaBa z niecierpliwo[ci na jego odpowiedz, chocia| wiedziaBa, |e nie usByszy jej
prdko. Wreszcie, po dBugim namy[le, rzekB:
- Wydaje mi si, |e przywiozBem ci tutaj, bo miaBem nadziej cho na chwil zapo-
mnie o otaczajcym nas [wiecie. Mo|e nawet wydawaBo mi si, |e zdoBam nakBoni ci do
puszczenia w niepami rzeczy, kt�re nas dziel. Ale nie potrafi. A wic bdzie chyba naj-
lepiej, je[li spr�buj ci zrozumie.
S
R
Dani [cignBa zaintrygowana brwi, ale Nick nie dopu[ciB jej do gBosu. CignB mo-
notonnym tonem, nie mrugnwszy nawet powiek:
- Z pocztku nie miaBo to takiego znowu znaczenia. ByBa[ jak[ odmian, na pewno
wyzwaniem, czasami cierniem w oku, cz[ciej kim[, o kim my[laBem wieczorami, popijajc
brandy, i my[lc, potrzsaBem z u[miechem gBow. - Nick m�wiB z niemal hipnotyzujc
pBynno[ci, zupeBnie jakby cytowaB jakie[ liczby albo rozpamitywaB drogie wspomnienia.
W ciemnych zrenicach jego oczu odbijaBy si pBomyki [wiec, a jeszcze gBbiej Dani widziaBa
wBasne odbicie. - Potem sytuacja zaczBa si zmienia szybciej ni| nale|aBo. WiedziaBem, |e
bd kBopoty i byBem na nie przygotowany. Nie wiedziaBem natomiast, |e wicej czasu za-
czn spdza martwic si o ciebie, ni| o to, co dzieje si w fabryce. Tak ryzykowaBa[, wy-
dawaBa[ mi si taka bezbronna, |e... czuBem si za ciebie odpowiedzialny. DoprowadzaBa[
mnie te| do szewskiej pasji, a nie miaBem prawa si denerwowa. Wiem, |e zBo[ci ci moje
wtrcanie si. Nic mnie to nie obchodzi, bo zamierzam si wtrca tak dBugo, jak dBugo b-
dziesz si nara|aBa na niebezpieczeDstwo. Nic dobrego dla nas obojga z tego nie wyniknie,
ani w |yciu zawodowym, ani w prywatnym.
- Robi si coraz gorzej - cignB dalej. - Nie jestem kompletnym kretynem i zdaj so-
bie spraw, jak idiotyczne jest to, co si nam przytrafiBo. Dop�ki mogBem, ograniczaBem na-
sze kontakty do spraw zawodowych... OszukiwaBem si nawet, |e moje zainteresowanie to-
b ma podBo|e czysto teoretyczne, jeszcze dBugo po tym, jak zaczBa[ pojawia si w moich
snach i go[ci z tym swoim kpicym u[mieszkiem na moich wydrukach komputerowych.
Dalej mnie denerwujesz. Dalej nie dosypiam, zamartwiajc si, kiedy spowodujesz kolejn
eksplozj, i co si stanie, je[li nie zd|ysz na czas usun si na bezpieczn odlegBo[. A w
tej chwili tak bardzo pragn ci pocaBowa, |e cierpi. W tej chwili siedz tutaj i my[l, |e
tak naprawd to trzeba tob porzdnie potrzsn i zastanawiam si, ile zajBoby policzenie
wszystkich tych pieg�w na twoim nosku... tych przekltych pieg�w.
Oczy Nicka przesunBy si po niej i powdrowaBy w bok, jakby jego uwag przyci-
gnBo co[ w drugim koDcu sali.
Mikkie cienie kBadBy si na jego spit twarz i Dani czuBa, jak serce podchodzi jej do
gardBa. ZBo|one na kolanach dBonie splataBa tak mocno, |e obrczki wgniataBy si w delikat-
n sk�r palc�w. PrzygryzaBa doln warg, a piersi unosiBy si w rytm oddechu, nad kt�rym
staraBa si zapanowa. Nie wa|yBa si odezwa. Nie wiedziaBa, co powiedzie.
S
R
Nick znowu spojrzaB na ni.
- Trzeba z tym skoDczy, Dani - powiedziaB cicho. - Pr�bowaBem by nonszalancki, ty
robiBa[, co mogBa[, |eby utrzyma mnie na dystans, a tymczasem zaniedbali[my si oboje w
swoich zawodowych obowizkach. Tylko mi nie m�w, |e nie powinni[my si ju| spotyka,
bo dop�ki tu bdziesz, zamierzam spotyka si z tob... Nie w tym problem. Problemy za-
czynaj si wtedy, kiedy ci nie widz. A ty? Mo|esz z rk na sercu powiedzie, |e widzisz
jakie[ rozwizanie tej sytuacji? Tak ci denerwuje, |e wtrcam si do twojej pracy, ale ja nie
mog si nie wtrca, skoro jeste[ z ni tak nierozerwalnie zwizana. - Nick pokrciB powoli
gBow i spu[ciB oczy. - Wychodzi na to, |e uwikBali[my si po uszy.
Dani odetchnBa powoli raz i drugi, po czym dyskretnie, pod stolikiem, wytarBa po-
wilgotniaBe nagle dBonie o sukienk.
- I co ja, wedBug ciebie, mam teraz zrobi? - spytaBa.
Nick spojrzaB jej w oczy.
- ChciaBbym - odparB - |eby[ si z tego wycofaBa.
Dani nie mogBa przez chwil uwierzy, |e dobrze sByszy. PatrzyBa na niego szeroko
rozwartymi oczami czekajc, a| odzyska oddech i bdzie mogBa odpowiedzie.
- No pewnie, |e by[ chciaB! Tak, to do ciebie pasuje, prawda? - WzruszyBa ramionami,
|eby utrzyma ton gBosu na dotychczasowym poziomie, i podkre[liBa swoje sBowa gwaB-
townym gestem rki. Jej zdobne w pier[cionki palce o wBos zaledwie minBy szklank z
wod. - Do tego zmierzaBo caBe to twoje ukBadne przem�wienie! - wykrztusiBa. - CaBa ta czu-
Bo[ i troska, ta romantyczna kolacyjka... Naprawd wyobra|aBe[ sobie, |e jestem taka na-
iwna? Tyle czasu, i jeszcze mnie nie znasz? - Zni|yBa gBos do syku, bo w tym momencie
zjawiB si kelner z saBatkami.
Nick zaczekaB, a| zostan sami, i dopiero wtedy odparB spokojnie:
- PowiedziaBem, |e tego bym chciaB. Nie sdz, by[ si zgodziBa, ale te| nigdy bym
tego od ciebie nie |daB. - Szczero[ jego tonu zupeBnie j rozbroiBa. - Szkoda, |e tu w og�le
przyje|d|aBa[ - o[wiadczyB cicho, ale z naciskiem. - Szkoda, |e nie spotkali[my si na ko-
[cielnym pikniku albo na prywatnym przyjciu, albo w zatBoczonym autobusie, gdziekol-
wiek, byle nie tu. No, ale skoro ju| tu jeste[, pragnBbym, |eby[ daBa sobie spok�j, |eby
zwizek przysBaB na twoje miejsce kogo[ innego, a my mogliby[my zaj si sob... ale
pragnienia nigdy jeszcze niczego nie zmieniBy. Pozostaje nam wic tylko robi dobr min
S
R
do zBej gry i stara si zrozumie. Stara si znalez jaki[ spos�b, |eby z tej awantury, jak
szykujemy miasteczku, ocali co[ z nas.
Dani nie wiedziaBa, co powiedzie. Spu[ciBa oczy na stojc przed ni saBatk, ale [ci-
[nite gardBo nie pozwalaBo jej nawet my[le o jedzeniu. Niech ci diabli, miotaBa si w du-
chu, wyginajc splecione na kolanach palce. Niech ci diabli za to, |e mnie tak omotaBe[...
Po chwili zauwa|yBa, |e Nick bierze widelec i zaczyna machinalnie miesza saBat i
jarzyny w miseczce. WziBa sztywn, lnian serwetk, rozBo|yBa j sobie na kolanach i z de-
terminacj nadziaBa na widelec kawaBek letycji. SmakowaBa jak trawa. Od ton�w sentymen-
talnej piosenki miBosnej granej przez orkiestr |oBdek podchodziB jej do gardBa. Chc do
domu, pomy[laBa. Nie chc mie z tob do czynienia. Nie masz prawa mi tego robi... Ale
byBo, oczywi[cie, za p�zno.
Chyba caB wieczno[ trwaBo, zanim Nick odBo|yB widelec i mogBa wreszcie uczyni
to samo.
- Jak to si staBo, |e zajBa[ si t dziaBalno[ci? - spytaB niemal zdawkowo.
UpiBa Byczek wina, |eby oczy[ci gardBo. ChciaBa wyglda tak samo nonszalancko i
obojtnie jak on.
- Tradycja rodzinna - odparBa. - W latach trzydziestych m�j dziadek jako jeden z
pierwszych zorganizowaB doker�w. Ojciec byB kim[ w rodzaju zwizkowego bohatera.
Zawsze chciaBam by taka jak m�j tata. WierzyBam w to, co robili. - WzruszyBa nieznacznie
ramionami. - To byBa chyba naturalna zmiana warty.
Nick pokiwaB gBow nie okazujc ani aprobaty, ani niechci, a jego nieobecny wzrok
powdrowaB ku parkietowi.
- I naprawd uwa|asz, |e to najlepsza droga? - spytaB po chwili.
- Po[wiciBam temu |ycie - odparBa bez zajknienia.
CzuBa, |e pod jego powa|nym, czujnym wzrokiem zaczyna opuszcza j pewno[ sie-
bie.
- Dlaczego? - spytaB.
Dani wytrzymaBa jego spojrzenie.
- A jak my[lisz?
Nick nie musiaB si zastanawia nad odpowiedzi.
S
R
- Patrz na ciebie - powiedziaB nie spuszczajc z niej oczu - i widz kobiet, kt�rej
po[wicenie i odwag podziwiam. Widz kobiet, kt�ra nigdy nie pogodzi si z przegran.
Widz warto[ciowego sprzymierzeDca i groznego wroga. Widz r�wnie| mBod bezbronn i
przestraszon kobiet, chowajc si za okrzykiem wojennym kogo[ innego, by zagBuszy
wBasne uczucia. CaBe swoje poczucie warto[ci masz skrztnie poszufladkowane, jak te pier-
[cionki, kt�re nosisz... To szereg odniesionych sukces�w, kt�re mo|na oddzielnie zdejmo-
wa i rozpamitywa, kiedy zaczynaj nachodzi ci wtpliwo[ci - co, jak sdz, zdarza ci
si czsto. Organizujesz |ycie innym, |eby unikn uBo|enia sobie wBasnego. I wedBug mnie
dlatego tym si zajmujesz.
Z ka|dym jego sBowem co[ si w niej zwijaBo i napinaBo w reakcji obronnej, i chocia|
chroniB j niezniszczalny pancerz, prawda zawarta w tym, co m�wiB, zdoBaBa przezeD prze-
nikn. Czy naprawd taka jestem? - zastanawiaBa si z przera|eniem. Tak Batwo mnie
przejrzaB? Dr|c rk uniosBa do ust kieliszek z winem.
- A mnie si wydaje, |e widzisz to, co chcesz zobaczy - powiedziaBa, usiBujc zapa-
nowa nad sob. - Oceniasz warto[ kobiety na podstawie takich cech, jak ulegBo[, doma-
torstwo i... bezbronno[. Ja nie posiadam |adnej z nich, nie rozumiem wic, w czym pro-
blem. Nie masz najmniejszego powodu, by interesowa si mn. Nie ma we mnie nic, co
mogBoby ci pociga.
Nick u[miechnB si z tak czuBo[ci, |e przytBumione pBomyki [wiec jakby rozgorza-
By nagle ze zwielokrotnion siB i zalaBy sal sBonecznym blaskiem. Muzyka staBa si wyraz-
niejsza, wino mocniejsze i Dani zrobiBo si znowu cieplej na duszy. Nick signB przez sto-
lik i ujB jej rk. ZalaBa j fala ciepBa. ZdawaBo si, |e nic ju| nie uratuje tego |aBosnego
wieczoru, a on jednak dokonaB tego swoim u[miechem. Nie mogBa uwierzy, jak Batwo mu
ulega.
- A mimo wszystko mnie pocigasz - powiedziaB, gBadzc machinalnie palcem wska-
zujcym jej jedyny nie ozdobiony pier[cionkiem palec. W jego oczach byBa Bagodno[ i
szczero[. - I interesujesz mnie na tyle, |e m�wi ci prawd nawet wtedy, kiedy wiem, |e ci
si nie spodoba. Czy to na pocztek nie wystarczy?
Dani odstawiBa ostro|nie kieliszek. Spu[ciBa wzrok na miejsce, gdzie jego dBoD przy-
krywaBa jej wBasn, gdzie jego palec gBadziB delikatnie, pieszczotliwie jej serdeczny palec.
Swoje o[wiadczenie wyrecytowaBa jak wyuczon na pami formuBk. Nie chciaBa tego
S
R
m�wi, nie byBa nawet pewna, czy naprawd tak uwa|a, ale wiedziaBa, |e nie chce, aby byBo
to prawd.
- Nie ma sensu niczego zaczyna... - ByBa dumna, |e gBos jej nie zadr|aB. - I tak urwa-
Boby si to samo z siebie za niecaBy miesic. Przecie| wyjad....
ZaskoczyB j nagBy bBysk w oczach Nicka. Jego palce gBadziBy czule jej dBoD.
- Wiesz co? - odparB gawdziarskim tonem. - Nie chce mi si ju| tego sBucha. Za-
czyna mi to wyglda nie na gBos rozsdku, a na wym�wk. W cigu miesica wszystko
mo|e si zdarzy... mo|e wybuchn wojna, gB�d, zaraza... nikt nie mo|e by tak pewien
przyszBo[ci, jak pr�bujesz to robi ty. To dlatego wikszo[ z nas |yje z dnia na dzieD. Za-
taDczysz?
WygBosiwszy to zaskakujce zaproszenie, Nick wstaB i nie czekajc na odpowiedz po-
cignB Dani za rk. Obejmujc j opiekuDczo ramionami na [rodku parkietu, wymruczaB
jej przekornie do ucha:
- Tak wBa[nie lubi ocenia kobiety. - Jego lekki oddech rozwiewaB jej wBosy na po-
liczku i BaskotaB sk�r. CzuBa na udach jego twarde uda, jego ciepBe ciaBo, tors na piersi.
NiknBa w jego ramionach. ObejmowaB j niczym kochanek i chocia| instynkt nakazywaB jej
odsun si od niego, przytuliBa policzek do jego ramienia, przesunBa rk pod jego Bok-
ciem i oparBa j na plecach. Tak dobrze byBo jej z Nickiem. NapeBniaB j tak sprzecznymi
uczuciami, wprawiaB w przygnbienie, zatracaBa przy nim caBkowicie zdolno[ rozumowa-
nia, ale byBo jej z nim dobrze. Nie chciaBa si ju| z nim kB�ci, nie chciaBa wraca do [wiata
istniejcego poza tym czarodziejskim mBynem, pragnBa tu zosta na zawsze.
ZerknB na ni z g�ry zmuszajc, by zadarBa gBow i spojrzaBa w jego roze[miane
oczy.
- No wyznaj mi z rk na sercu - poprosiB. - Nie widzisz we mnie nic a nic atrakcyj-
nego?
PatrzyBa mu powa|nie w oczy.
- Uwa|am... uwa|am, |e jeste[ seksowny - odparBa i roze[miaBa si cicho.
Ruch jego ciaBa podra|niB jej piersi.
- To rozumiem - powiedziaB i wykonaB peBen gracji obr�t, kt�ry zani�sB ich z powro-
tem do stolika.
S
R
Podczas kolacji nie m�wili wiele, ale w ich milczeniu nie byBo napicia. Milczenie
zdawaBo si zbli|a ich do siebie bardziej ni| rozmowa. Nick piB sporo wina, Dani te|. Spo-
tykaBy si ich oczy i nad stolikiem, niczym bbelki szampana, szybowaBy nie wy-
powiedziane sBowa.
Pragn ci.
Wiem.
Nie wiem, co z tym pocz.
Ja te| nie. Nie sprawiaj mi b�lu, Nick.
Nie chc ci sprawia b�lu, Dani. Ani sobie...
Tak mnie ju| zmczyBa ta walka...
Nigdy nie chciaBem z tob walczy.
A kiedy znowu taDczyli, panowaBo ju| midzy nimi gBbokie porozumienie, przecho-
dzce w niewypowiedziane odkrycia i kuszce obietnicami, kt�rych |adne z nich nie o[mie-
liBo si wyrazi sBowami. Kiedy opu[cili restauracj i schodzili po kamiennych schodkach
nad strumieD, Nick trzymaB j czule za rk. W powietrzu unosiB si zapach czystej, pluska-
jcej wody i rozkwitBych kwiat�w. Nie byli sami, ale takie odnosili wra|enie. Inne pary byBy
tylko cieniami snujcymi si jak duchy nad brzegiem poByskujcej wody.
- {aBujesz, |e mnie jednak nie spBawiBa[? - spytaB po pewnym czasie Nick.
Dani udawaBa, |e zastanawia si nad odpowiedzi obserwujc, jak ich sylwetki odbite
w zmarszczonej powierzchni wody rozpadaj si na fragmenty niczym ukBadanka - kojarzy-
Bo jej si to dziwnie z uczuciami, jakie |ywiBa wzgldem Nicka. Ilekro si z nim spotykaBa,
odnosiBa wra|enie, |e rozpada si na kawaBki i |e jej caBe |ycie ma tyle samo sensu, co roz-
rzucona po stole ukBadanka.
- Chyba byBoby dla mnie lepiej, gdybym |aBowaBa - odparBa w koDcu zupeBnie szcze-
rze.
Nick wziB j za ramiona i odwr�ciB powoli twarz do siebie. Jego dBonie uniosBy si i
zamknBy na mikkiej fali jej wBos�w odpBywajcej ku tyBowi gBowy. U[miechnB si do niej
sBodko, z rozbawieniem.
- Dani Miller, ty nigdy nie dbaBa[ o bezpieczeDstwo - zauwa|yB, parodiujc oskar|y-
cielski ton. - WybraBa[ sobie najgorsz z mo|liwych por, |eby mnie pozna.
S
R
Nie spu[ciBa oczu pod jego Bagodnym spojrzeniem, kt�re wyra|aBo o wiele wicej ni|
sBowa. Jej wBasne oczy te| m�wiBy wicej, lecz zupeBnie co innego ni| sBowa.
- A mnie si wydaje, |e wybraBam idealn por.
U[miech Nicka pogBbiB si i wyra|aB teraz bardziej tsknot ni| rado[. PrzesunB
lekko dBoDmi po jej wBosach i policzkach. Nie pocaBowaB jej.
- Je[li o mnie chodzi... - zaczB cicho.
SpojrzaBa mu zaintrygowana w oczy.
- Tak?
- Je[li o mnie chodzi, to wolaBbym, |eby[my poznali si w innych okoliczno[ciach,
wolaBbym, |eby[ zajmowaBa si czym[ innym... - WyczuB, |e Dani chce zaprotestowa, i z
uspokajajcym u[miechem dokoDczyB: - Ale teraz chc, |eby[ si przy mnie troch odpr-
|yBa.
Dani patrzyBa na niego, rozwa|ajc to, co usByszaBa.
- Czy teraz to ju| randka?
- To wci| zale|y od ciebie.
Po chwili odsunBa si od niego, zdjBa sandaBy i bez ostrze|enia skoczyBa z wdzi-
kiem gazeli na pBaski kamieD sterczcy po[rodku strumienia. Odwr�ciBa si zwinnie i z ro-
ze[mianymi oczami rzuciBa Nickowi wyzwanie:
- Czy to dla ciebie wystarczajcy dow�d odpr|enia?
Nick staB na brzegu podparty pod boki i [miaB si zaskoczony i peBen uznania.
- Je[li stracisz r�wnowag - ostrzegB - bdziesz dopiero miaBa problem! Jestem rycer-
ski, ale nie na tyle, |eby moczy sobie nogi.
Odwr�ciBa si, |eby przeskoczy na nastpny kamieD.
- Nie, to ty masz problem! - zawoBaBa przez rami. - Jestem na drugim brzegu i je[li
mnie chcesz, bdziesz tu musiaB przyj[!
Nick nie daB si dBugo prosi.
S
R
ROZDZIAA DZIEWITY
Zmiejc si jak dzieci wr�cili do samochodu. Dani usiadBa blisko Nicka, a on wziB j
za rk. W drodze powrotnej nie rozmawiali. Nie musieli. Wszystko, co mieli sobie do po-
wiedzenia, zostaBo ju| powiedziane, a nawet gdyby to nie byBo wszystko, na razie musiaBo
wystarczy. WizaBo ich teraz milczce porozumienie, poczucie blisko[ci, z kt�rym Dani
zbyt dBugo ju| walczyBa i kt�rego teraz nie chciaBa zniszczy. Dobrze byBo jej z Nickiem,
przynajmniej tego wieczoru. PragnBa si tym nacieszy.
Kiedy Nick spytaB: A mo|e wpadliby[my jeszcze gdzie[ na drinka?", nie wahaBa si
ani przez chwil. ByBo jeszcze wcze[nie.
Nie byBa zdumiona, kiedy wprowadziB samoch�d do wBasnego gara|u. Tylko dlaczego
nagle poczuBa ucisk w |oBdku, a dBonie jej spotniaBy?
- Aha - za|artowaBa, kiedy pomagaB jej wysi[ z samochodu - dom, w kt�rym podaj
najlepszy w trzech okrgach sos do spaghetti.
- Jak r�wnie| najlepsze krajowe wino w okolicy. - PrzekrciB klucz w zamku i wszedB
za ni do [rodka. - Poza tym... - spojrzaB |aBo[nie na swoje mokre buty i mankiety - jedyne
miejsce, gdzie mog si przebra. Wybaczysz, |e zostawi ci na chwil sam?
Dani dobrze si tutaj czuBa. WiedziaBa, gdzie co stoi, nie czekajc wic na powr�t go-
spodarza napeBniBa kieliszki winem. Nick doBczyB do niej przed kominkiem i u[miechajc
si z uznaniem wziB sw�j kieliszek. ByB boso, szare spodnie zmieniB na d|insy, zdjB kurtk
i krawat i nie zadaB sobie trudu, by upchn w spodnie pogniecione koDce niebieskiej je-
dwabnej koszuli. ByB odpr|ony i pocigajcy.
- Rozpali ogieD?
PokrciBa gBow.
- Lubi zapach wieczornego powietrza. A zreszt jest ciepBo.
Nick zostawiB okno nieco uchylone i przez szpar wpBywaBa do pokoju woD [wie|ej
ziemi. Aromaty natury uderzaBy do gBowy niemal tak samo silnie, jak wino i obecno[ Nic-
ka.
PoprowadziB Dani do kanapy. Kiedy usiedli, otoczyB j ramieniem i przycignB do
siebie. Sczyli wolno wino. Nerwowo[, z kt�r wkroczyBa do tego domu, gdzie[ si ulotni-
Ba.
S
R
- Jest o wiele przyjemniej, kiedy nie musimy rozmawia - mruknBa. Jej kieliszek byB
ju| prawie pusty. WtuliBa si ufnie w rami Nicka.
Kiedy spojrzaB na ni z g�ry, w jego oczach igraBy iskierki wesoBo[ci.
- Chyba ilekro wymienimy midzy sob wicej ni| dwa zdania, popadamy w tarapa-
ty, prawda? - Drobniutkie zmarszczki, rozchodzce si promieni[cie od kcik�w jego
u[miechnitych ust, a| si prosiBy, |eby ich dotkn. PamitaBa ich smak. - Jak my[lisz, co
powinni[my robi, |eby nie gada? - I nie czekajc na odpowiedz pochyliB gBow, by poBa-
skota wargami koniuszek jej nosa.
Dani nie mogBa powstrzyma chichotu. Gest byB zabawny i podniecajcy. Jzyk Nicka
pomknB do jej policzka i pozbawiB j tchu w piersiach.
- Kiedy to robimy, te| popadamy w tarapaty - wydusiBa z siebie.
Jzyk Nicka nie zaprzestawaB prowokacyjnych harc�w po jej twarzy, przesuwajc si
to po powiekach, to po ustach, to po podbr�dku, to zn�w po nosie. Dani z trudem BapaBa
powietrze. Nick pachniaB winem, biBo od niego ciepBo, jego jzyk i wargi rozbudzaBy w niej
pragnienie jeszcze [mielszych pieszczot.
- Nigdy nie caBowaBem piegowatej kobiety - mruknB Nick. Jego zmysBowy gBos wi-
browaB tu| przy jej policzku. - Smakuj jak [wiatBo sBoDca.
- Zaczyna pan wygadywa bzdury, Cavenaugh. - GBos miaBa zdyszany, urywany, tro-
ch omdlewajcy od ciepBa i przedsmaku rozkoszy.
- Wiem. - Nick odstawiB kieliszek nie patrzc na stolik i jego dBoD spoczBa na jej talii.
- Chyba si upiBem.
- Winem?
- Nie. - ZmieniB pozycj i jego twarz znalazBa si nad jej twarz. Jego pociemniaBe
oczy pBonce zmysBowym blaskiem byBy pikne. - Tob.
PocaBunki Nicka osBabiBy Dani i nawet nie zauwa|yBa, kiedy wyjB jej kieliszek z dBo-
ni. Zauwa|yBa jednak, jak jego usta znowu znalazBy si przy jej wargach, a potem przesun-
By po twarzy chBodzc rumieDce, kt�re oblaBy jej policzki. Zby Nicka zacisnBy si lekko na
pBatku jej ucha, a jzyk zapu[ciB do wntrza i Dani, wstrzymujc oddech, przywarBa do niego
caBym ciaBem. Elektryzujce dreszcze przebiegaBy jej po rkach i nogach, by zla si w
zdumiewajce, pulsujce uczucie rozkoszy midzy udami.
S
R
BBdziBa dBoDmi po jego plecach wyczuwajc pod jedwabiem koszuli gBadkie, twarde
mi[nie, kt�re pod jej dotykiem przechodziB dreszcz. Nie ma sensu dBu|ej si broni. To by-
Ba beznadziejna sprawa. Nikt inny nie potrafiBby wyzwoli w niej takich doznaD. Nikt inny
nie wiedziaBby tak dokBadnie, gdzie j dotyka, jak caBowa, nikt inny nie umiaBby z tak Ba-
godn, bByskotliw precyzj... tak cierpliwie, tak czule, tak wspaniale, wzniecajc iskry
ka|dym swym ruchem i oddechem, przeprowadzi misterium rozbudzania jej ciaBa. Nikt
inny nie potrafiBby obudzi w niej takiej [wiadomo[ci siebie samej. Tak jak teraz nie bdzie
si ju| czuBa z nikim i pragnBa tylko, by to trwaBo... je[li nie wiecznie, to przynajmniej
przez ten jeden wiecz�r.
OdrzuciBa w tyB gBow, wsparBa j na poduszkach kanapy i zamknBa oczy. CzuBa go-
rcy, przyprawiajcy o zawr�t gBowy [lad pozostawiany przez usta Nicka sunce w d�B jej
szyi. Jego jzyk zbadaB wgBbienie nad obojczykiem, a zby objBy delikatnie wystajc
ko[. Jego gorcy oddech przeniknB przez cienk warstw materiaBu okrywajcego jej pier-
si. Dani gBboko wcignBa powietrze, zacisnBa konwulsyjnie rce na jego plecach, a tym-
czasem, gdzie[ w gBbi niej, narastaB ttnicy b�l. Pod zamknitymi powiekami pulsowaBa w
rytm uderzeD serca r�|owa mgieBka i Dani przestraszyBa si, |e straci oddech. Mrowicymi
palcami wymacaBa szorstki brzeg d|ins�w Nicka, a wy|ej gBadko[ jego nagich plec�w.
Niecierpliwie, spragniona dalszych wra|eD, przesunBa palcami wok�B jego talii i odkryBa
delikatn kpk jedwabistych wBosk�w niknc w d|insach. Odwr�ciB gBow i zBo|yB j na
jej piersiach. OddychaB nier�wno, twarz miaB rozpalon, a kiedy przesunBa lekko pa-
znokciami po jego brodawkach, z piersi wyrwaB mu si cichy jk.
Dani znajdowaBa si teraz w pozycji p�Ble|cej i pogr|aBa si coraz gBbiej w otchBaD
po|dania, a jej jedynym ratunkiem byBo twarde ciaBo Nicka, kt�re czuBa pod opuszkami
palc�w. Kiedy jego rka wsunBa si pod jej sukienk i jBa pi si powoli, pieszczotliwie
wzdBu| uda i biodra, Dani zamarBa. CzekaBa wstrzymujc oddech, kt�ry rozsadzaB jej pBuca,
dop�ki jego palce nie zahaczyBy o gumk majteczek. UniosBa biodra, a on jednym zrcznym
ruchem [cignB z nich bielizn. Dani byBa zbyt sBaba i rozkojarzona, |eby zdj buty. Schy-
liB si, |eby j wyrczy, [cigajc jednocze[nie przez stopy intymn cz[ garderoby i
upuszczajc j na podBog. Zwiat pulsowaB i Dani nie byBa [wiadoma niczego, pr�cz dziw-
nego, zachwycajcego uczucia, |e oto le|y i nie ma nic pod sukienk, pr�cz niezno[nego
S
R
wyczekiwania, co uczyni jego rka sunca znowu wzdBu| jej nogi, a potem, powoli i nie-
[miaBo, dotykajca jej nagiego brzucha. PoczuBa na twarzy urywany oddech Nicka.
- Przepraszam, kochanie - wyszeptaB. - Taki jestem niecierpliwy...
ObjBa go za szyj i ukryBa twarz w jego ramieniu w ge[cie poddania i po|dania.
ChciaBa tego. Tylko w ten spos�b umiaBa mu to powiedzie.
Szybkim, spitym ruchem wsunB pod ni rce i podni�sB z kanapy. Kiedy otworzyBa
oczy, le|aBa na jego B�|ku, a pod gBow miaBa mikk poduszk. Rysy twarzy pochylajcego
si nad ni Nicka majaczyBy w Bagodnej po[wiacie, wpadajcej przez otwarte drzwi z o[wie-
tlonego salonu. W jego oczach malowaBa si gBboka czuBo[, pBonBo w nich pragnienie.
Pod wpBywem impulsu przesunBa dr|cymi palcami po jego twarzy. ChwyciB jej dBoD i
przycisnB do swych ust.
WcisnB woln rk pod jej plecy i rozsunB zamek bByskawiczny sukienki. Balansujc
obok niej na klczkach, chwyciB za ramiczka halki i rkawy sukienki, i zsunB obie warstwy
materiaBu przez jej biodra. Le|aBa teraz przed nim prawie naga. Tylko piersi okrywaB jeszcze
skrawek koronkowego stanika. I wtedy, zamiast go zerwa, Nick zaskoczyB j opuszczajc
gBow i nasycajc j ciepBem swych ust, smakujc j przez materiaB. Dani zadygotaBa. Wplo-
tBa palce w jego wBosy, tBumic okrzyk ekstazy.
UsunB wreszcie t ostatni barier i zamknB dBonie na jej nagich piersiach. PrzesunB
po nich jzykiem i ustami, a potem, znaczc [lad pocaBunkami, zsunB si ni|ej i zagBbiB
jzyk w jej ppku. Wreszcie, zmysBowym ruchem, wsunB sobie do ust jej palec wskazujcy,
by go zwil|y. ZaczB [ciga z niego pier[cionek.
- Chc ci mie zupeBnie nag - wyja[niB dostrzegajc w spojrzeniu Dani zmieszanie. -
Niech dzi[ nie bdzie midzy nami |adnych barier... niczego, co przypomina dawne sukce-
sy.
Jeden po drugim jej pier[cionki wyldowaBy z metalicznym brzkiem na nocnym sto-
liku. Wtedy dopiero Nick rozebraB si. Jego dBugie smukBe ciaBo wycignBo si obok niej.
- Dani, kochana - wyszeptaB. - Nie b�j si. Dotknij mnie...
- Ja si... nie boj - wyjkaBa niemal szeptem. W jej gBosie brzmiaBo za|enowanie, po-
|danie i wielkie pragnienie dania mu siebie, pewno[, |e to potrafi. - Ja tylko... nie mam
takiego do[wiadczenia... jak ci si wydaje...
S
R
WydaB nieartykuBowany, stBumiony dzwik i przycignB j do siebie z adoracj i czu-
Bo[ci.
- Po prostu kochaj mnie... - wyszeptaB zmienionym gBosem.
Kocha go? Nie znaBa dotd znaczenia tego sBowa.
CzuBo[ci i Bagodnymi gestami uczyB j rado[ci dzielenia si z inn istot, cudu ule-
gBo[ci, ekstazy wsp�lnoty. DoprowadziB j do samych granic rozdzierajcego po|dania i
obiecaB jedyne w swoim rodzaju speBnienie. A kiedy si z ni zBczyB, przeni�sB j w sfery,
kt�re nie maj nic wsp�lnego z fizyczn miBo[ci; pokazaB jej siebie odbit w nim jak w lu-
strze, odkryB przed ni cudowno[ nale|enia do kogo[. Nick pokazaB jej miBo[.
GBboko poruszona, zachwycona i zdezorientowana dryfowaBa poprzez mgieBk, kt�-
rej granice wyznaczaBy ruchy jego ramion i n�g oraz punkty, w kt�rych stykaBy si ich ciaBa.
Reakcja ka|dej kom�rki przypominaBa jej, |e jedno nadal jest czstk drugiego. OsBaniaB j,
tuliB z zaborczym uwielbieniem, czuBa pod palcami jego sk�r, kt�r znaBa ju| tak samo do-
brze, jak wBasn. CzuBa jego ciepBy, miarowy oddech, owiewajcy jej twarz i muskajcy
wBosy. Nawet ich serca biBy teraz zgodnym rytmem. OgarnBa ich sBodka oci|aBo[, rado[
ze stoczonej i wygranej bitwy, przeniknB oszaBamiajcy, niemal nabo|ny zachwyt nad tym,
co osignli.
To nie powinno byBo si jej przytrafi. Gdzie[ gBboko w [wiadomo[ci Dani narastaB
sprzeciw i budziBy si od dawna hoBubione zasady, by przyj[ jej z odsiecz. Nie chciaBa te-
raz tej odsieczy; jedyne, czego pragnBa, to pozosta na zawsze w ramionach tego delikat-
nego m|czyzny, by przezeD chronion, podziwian i kochan. ChciaBa cho przez t jedn
noc cieszy si miBo[ci. WiedziaBa, |e to wszystko, o co mo|e prosi. Tylko na tyle mo|e
sobie pozwoli. Dlaczego wic odnosi wra|enie, |e ten epizod zmienia caBe jej |ycie?
Nick zacisnB rce na jej biodrach i poBo|yB j na sobie. SpojrzaBa w u[miechajce si
z czuBo[ci oczy, poczuBa jego palce, Bagodnie odgarniajce pasemko wBos�w, kt�re przy-
kleiBo jej si do wilgotnego policzka. Nie mogBa si powstrzyma i odwzajemniBa ten
u[miech wyra|ajcy rozleniwienie i zachwyt, peBen blasku promieniujcego niczym iskra w
krysztaBku fosforu, rzucajca swe subtelne [wiatBo na odlegBo[ wielu mil. {artobliwym ge-
stem zaBo|yB jej wBosy za uszy.
- No i co? - spytaB Bobuzersko. GBos miaB nadal zmieniony. - yle byBo?
S
R
ZacisnBa usta i z bByskiem w oku przecignBa palcem wskazujcym po konturze jego
warg.
- Niezle - przyznaBa.
Nie potrafiBa si oprze pokusie mu[nicia jeszcze raz ustami jego warg.
Z gBbokim westchnieniem zadowolenia Nick przycignB jej gBow na swoje rami i
przytuliB j. CiaBo miaB jeszcze ciepBe i wilgotne. ZnaBa jego mikkie i twarde miejsca, gBad-
ko[ i szorstko[ wBos�w i podobaBo jej si to wszystko. Je[li nawet w tym, co teraz czuBa,
tkwiBo jakie[ niebezpieczeDstwo, to na razie nie chciaBa o tym my[le.
- Chc tak z tob spa - wymruczaB sennie Nick. Jego dBoD bBdziBa po jej plecach,
jakby szukaBa tam miejsca, kt�rego jeszcze nie odkryBa. - Noc po nocy...
Dani czuBa miarowe bicie jego serca i pr�bowaBa odpdzi cienie smutku, usiBujce
wedrze si w jej bBogi [wiat. Jeszcze nie teraz. Nie pora o tym my[le. Niech ta chwila po-
trwa troch dBu|ej...
Ale nie byBo to jej pisane. PoczuBa na twarzy dBonie Nicka. Uni�sB jej gBow chcc,
|eby na niego spojrzaBa. W jego oczach pBonBo wci| to samo Bagodne [wiatBo, a gBboka
rado[ nadal zmieniaBa mu gBos. U[miech miaB Bagodny i peBen uwielbienia.
- Teraz rozumiesz, dlaczego nie martwiBem si o przyszBo[? Ona potrafi si zmieni
w jedn noc.
Lk spBynB powoli na Dani i nie potrafiBa si z niego wyzwoli. Gdzie[ w okolicy
serca usadowiB si zimny kamieD i groziB podej[ciem do gardBa. OparBa si na Bokciach po
obu stronach gBowy Nicka i musiaB poczu, jak caBa sztywnieje. Nie zdawaB sobie sprawy,
jak bardzo chciaBa dotkn tego wra|liwego miejsca po lewej stronie jego ust. Kiedy si
jednak odezwaBa, gBos miaBa spokojny, niemal beznamitny.
- Co chciaBe[ przez to powiedzie?
- Po pierwsze... - Jego palce przesuwaBy si zaborczo po jej biodrach. - Nie [cigamy
si ju| z czasem. Nie wyparujesz z mojego |ycia pod koniec miesica.
- Nie wiem, skd u ciebie ta pewno[. - To byBy najtwardsze sBowa, jakie kiedykol-
wiek wypowiedziaBa. Prawdziwy cud, |e udaBo jej si ukry dr|enie gBosu. - Przecie| nie
rzuciBam pracy.
BBoga senno[ opu[ciBa ciaBo Nicka, [wiatBo w jego oczach zgasBo. DBonie znierucho-
miaBy.
S
R
- Nie chcesz chyba powiedzie - wykrztusiB powoli - |e wyjedziesz. {e teraz, kiedy...
Dani nie mogBa ju| tego znie[. StoczyBa si z niego sztywno, nacignBa na siebie
prze[cieradBo i usiadBa. ByBa to [miechu warta osBona.
- Nic si nie zmieniBo. - Jej gBos brzmiaB znacznie bardziej szorstko, ni|by sobie tego
|yczyBa. - PoszBam z tob do B�|ka. ByBo dobrze. Nie |aBuj. Ale ja mam jeszcze wiele do
zrobienia.
CzuBa, jak Nick drtwieje, jak cierpi. MusiaBa na niego spojrze i wtedy wszystko si
w niej zaBamaBo. Tyle jeszcze miaBa do powiedzenia, miotaBo ni tyle sprzecznych uczu.
BBagaBa go oczami, |eby j zrozumiaB.
- Mam swoj prac - podjBa cicho. - To, co zaszBo midzy nami, nie mo|e... nie mo-
|e... niczego zmieni. Nie mo|e na nic wpByn...
Oczy Nicka staBy si martwe. Twarz [cignBa mu si powoli, usta spowa|niaBy. Na
jej oczach jakby obracaB si w kamieD i patrzc na to miaBa wra|enie, |e martwieje.
- Rozumiem - powiedziaB chBodno po dBu|szej chwili.
Nic nie rozumiaB. Dani chciaBa mu to wykrzycze w twarz, ale jak miaBa to powie-
dzie? To jest jej |ycie, jej los, jej po[wicenie - przecie| wiedziaB o tym wcze[niej, dlacze-
go wic teraz nie chce si z tym pogodzi? Nigdy nie skBadaBa mu |adnych obietnic. Nie
mogBa obieca tego, co pragnB usBysze... I dlaczego to musi tak bole?
Nick usiadB sztywno i spu[ciB nogi z B�|ka. SiedziaB plecami do Dani; olbrzymia pust-
ka wypeBniaBa dzielc ich przestrzeD. Mieli wra|enie, |e zatrzasnBy si midzy nimi sta-
lowe drzwi, rozcinajc to, co nawizaBo si podczas jednego aktu zbli|enia, i piecztujc
rozdziaB tego, co mogliby mie, od tego, co musi nastpi. Dani nigdy jeszcze nie do[wiad-
czyBa takiej pustki, takiego tpego b�lu, takiej samotno[ci.
Jej gBos przerywajcy cisz zabrzmiaB gBucho.
- Chyba lepiej bdzie, je[li odwieziesz mnie do domu.
Nick wstaB i zaczB si ubiera. Dani wcigaBa na siebie cz[ci garderoby, pr�bujc
zachowa pozory kobiety skomplikowanej, za jak Nick j uwa|aB. Nie chciaBa, |eby to tak
zabrzmiaBo. Nie chciaBa, |eby sobie pomy[laB, |e to, co zaszBo midzy nimi, nic dla niej nie
znaczy, |e co[ takiego przytrafia si jej codziennie. Przecie| wie, |e tak nie jest! OpieraBa
mu si tak dBugo, bo zdawaBa sobie spraw, ile to bdzie dla niej znaczyBo... czym to bdzie
S
R
jej grozi. Czy|by nie widziaB, jak cierpi? Czy nie mo|e u[mierzy jako[ tego b�lu? A mo|e
mu nie zale|y...
Palce miaBa spuchnite i bolaBo, kiedy pr�bowaBa nasun na nie pier[cionki. WcisnBa
je jednak na siB, mrugajc gniewnie powiekami, by powstrzyma Bzy. Nick wiedziaB, czym
si to skoDczy. WiedziaB, |e midzy nimi nie mo|e by nic trwaBego... Dlaczego pozwoliB
jej, by tak sam siebie zdradziBa? I dlaczego teraz j o to obwinia?
Szli w milczeniu do samochodu. Nick nie dotknB jej ani razu. PrzeraziBa si, widzc
jego chB�d i nienawi[. PoczuBa si bardzo samotna i usiadBa przy samych drzwiczkach. Ra-
niBa j nawet jego blisko[.
Przed zapuszczeniem silnika Nick rzuciB jej jedno, ironiczne spojrzenie.
- Czy nie za p�zno troch na udawanie, |e mnie nie znasz? - Jego gBos ociekaB sarka-
zmem.
SByszc ten ton, kt�rym nigdy dotd si do niej nie zwracaB, niemal si zaBamaBa.
Zwr�ciBa twarz w jego stron, nie pr�bujc nawet ukry, jak j rani.
- Prosz ci, Nick - wyszeptaBa. - Nie chc w tej chwili rozmawia.
- A to ci dopiero. - MierzyB przeszywajcym wzrokiem jej profil. W jego spojrzeniu
byB jad. - Czy to mo|liwe - zadrwiB cicho - |eby taka niezale|na kobieta jak ty miaBa jakie[
okropne babskie podej[cie do miBo[ci i wizania si z m|czyzn?
Azy bez ostrze|enia napBynBy jej do oczu. Tak, my[laBa o miBo[ci. Tak, zle jej byBo
samej. ObawiaBa si, |e to, co tutaj znalazBa, nigdy ju| si jej nie przydarzy, i |e rezygnacja
z tej miBo[ci chyba j dobije, ale nic na to nie mogBa poradzi... Ona musi wyjecha, ona i
Nick nie maj |adnej szansy.
- Nie przejmuj si. - Nick poklepaB jej dBoD w kpicym ge[cie pojednania. - Wszystkie
kobiety staj si po tym troch sentymentalne. NiedBugo ci przejdzie.
Dani zaniosBa si szlochem i Nick drgnB. RozumiaBa, |e chciaB j zrani, bo ona go
wcze[niej zraniBa. Nie spodziewaBa si jednak takiego wyrachowanego okrucieDstwa, tym
dotkliwszego, |e byBo bezmy[lne. PrzesunB si w jej stron, ale cofnBa si, zagryzajc dol-
n warg, by stBumi pBacz. Nie zdoBaBa jednak powstrzyma potoku Bez, kt�ry wypBynB
spod kurczowo zaci[nitych powiek.
Nick dotknB lekko jej ramienia i opu[ciB rk.
S
R
- Przepraszam, Dani. - GBos miaB cichy i przygnbiony. - Nie chciaBem tego. Sp�jrz na
mnie, kochana.
Dani nie potrafiBa si na to zdoby. Jednak, odetchnwszy spazmatycznie, otworzyBa
oczy i zapatrzyBa si przed siebie, sztywna i gotowa na wszystko. Broda nadal jej dr|aBa.
- Dani - podjB cicho Nick. - Wiem, |e nie poszBaby[ ze mn do B�|ka, gdyby[ czego[
do mnie nie czuBa. - W jego gBosie pobrzmiewaBo bBaganie i zrozumienie, a tak|e b�l. -
Wcale nie uwa|am ci za Batw zdobycz. Za dobrze ci znam. Przede mn byBo tylko
dw�ch, prawda? Tw�j m| i ten, co zostaB w Chicago. Dani? - W jego gBosie byBo oczeki-
wanie na odpowiedz. - Czy to prawda?
ZdobyBa si na kiwnicie gBow. Azy znowu napBynBy jej do oczu i nie zdoBaBa ich
powstrzyma. W gardle czuBa palcy, dBawicy b�l.
DBoD Nicka zawisBa nad jej ramieniem. ChciaB jej dotkn, ale si rozmy[liB. ByB tak
blisko, |e ich uda prawie si stykaBy. Oddech miaB ciepBy, wyczuBa w nim lekki zapach wina.
PrzeraziBa si, |e wspomnienie ich przytulonych ciaB rozklei j do reszty.
- Czy z nimi byBo ci tak jak dzi[? - zapytaB Bagodnie. - Czy prze|ywaBa[ to samo, co ze
mn?
Dani zagryzBa doln warg tak mocno, |e w ka|dej chwili spodziewaBa si poczu na
jzyku smak krwi. PotrzsnBa lekko gBow.
Westchnienie Nicka musnBo jej twarz. WycignB rk.
- Dani, nie r�b nam tego...
SiB dodaB jej instynkt samozachowawczy.
- Nie. - GBos miaBa schrypnity, troch stBumiony. ZmuszaBa si do m�wienia, nie pa-
trzc na Nicka. - Nie chc, |eby tak byBo, ale nic na to nie poradz. M�wiBam ci... |e nie
mog si wiza... z nikim. Musz mie swobod ruchu. S w moim |yciu wa|niejsze
sprawy... Pr�bowaBam ci to wyja[ni...
ZawisBo nad nimi dBugie milczenie. Nick siedziaB nieruchomo. Dani nie wiedziaBa, czy
miaBo to wyra|a gniew, zniecierpliwienie czy wybaczenie. BaBa si nad tym zastanawia.
Wreszcie nie wytrzymaBa i dodaBa Bamicym si gBosem:
- Nie gniewaj si na mnie.
Po dBugiej chwili Nick ci|ko westchnB.
- Pr�buj zrozumie - powiedziaB spokojnie. - Naprawd.
S
R
PrzesunB si za kierownic, ale zastygB z rk na kluczyku.
- ZostaD dzi[ ze mn - wyrzuciB z siebie, patrzc w przestrzeD.
Bo|e, to ju| byBo niemal ponad Jej siBy. Niemal... PokrciBa gBow.
- Nie mog - szepnBa.
Droga do motelu dBu|yBa si bez koDca. Noc byBa tak samo ciemna i pusta, jak uczucia
przepeBniajce Dani. Ale w miar pokonywanych w milczeniu kilometr�w zdoBaBa wzi si
w gar[. SiB czerpaBa z wiedzy o sobie. Otrz[nie si z tego. Potrafi sprosta wszystkiemu.
Jako[ przez to przebrnie. Musi, bo czeka j jeszcze wiele bitew, wielu ludzi potrzebuje jej
pomocy...
Kiedy zatrzymali si przed motelem, signBa rk do klamki. ChciaBa znalez si
czym prdzej w swoim sanktuarium, uciec od Nicka, zanim ten powie lub zrobi co[, co
ostatecznie zachwieje jej postanowieniem. Niespodziewanie poczuBa na przegubie |elazny
u[cisk jego dBoni i drgnBa.
- Nie ruszaj si - powiedziaB p�BgBosem.
SpojrzaBa na niego zBa i zdezorientowana. Tego byBo ju| za wiele. Ale Nick patrzyB
przed siebie, niemal pod[wiadomie [ciskaB jej rk, a| wreszcie spytaB:
- ZostawiBa[ drzwi otwarte?
Troch zmieszana poszBa za jego wzrokiem i wyzwoliBa powoli rk.
- Nie, oczywi[cie, |e nie... - Ale majaczce w mroku drzwi do jej pokoju staBy otwo-
rem. ByBa w tej scenie niesamowito[ i groza.
- ZostaD w samochodzie - rzuciB Nick.
WysiadB, a serce Dani biBo jak szalone. Nowe wyzwanie zatarBo stary b�l, szybko po-
wracaBa energia. RuszyBa za Nickiem.
- Cholera - syknB, kiedy dogoniBa go przed otwartymi drzwiami. - M�wiBem, |eby[
zostaBa!
- Nie bdz idiot - rzuciBa Dani. W zetkniciu z realnym, fizycznym zagro|eniem bu-
dziB si do |ycia ka|dy jej nerw. - Co dobrego wyniknie z tego, |e wejdziesz tam sam i
oberwiesz po gBowie? Bohaterowie nie robi na mnie wra|enia. Zreszt, i tak ju| sobie chy-
ba poszli - dorzuciBa sensownie, kiedy Nick spojrzaB na ni ze zBo[ci i zniecierpliwieniem.
PostpiBa krok w stron drzwi, ale Nick pchnB j do tyBu. WsunB ostro|nie rk za
framug i zapaliB [wiatBo.
S
R
Kiedy nic si nie staBo, Dani wydaBa westchnienie ulgi. Nick pchnB drzwi. OtworzyBy
si szerzej i kiedy zerknBa mu przez rami, westchnienie przeszBo w stBumiony okrzyk roz-
paczy.
W pokoju panowaBo istne pobojowisko. PotBuczone lampy, porwane i porozrzucane
wszdzie papiery, podarte ubrania, rozprute poduszki, kt�rych zawarto[ pokrywaBa do-
sBownie wszystko. Materac [cignito z B�|ka, pocito na pasy i wypatroszono ostrym na-
rzdziem. Maszyna, kalkulator i kopiarka le|aBy na podBodze, kable zasilajce byBy pocite
na kawaBki, pokrywy roztrzaskane.
Nick zbli|yB si ostro|nie do [ciennej szafy, potem zajrzaB do Bazienki i dopiero po
dokonaniu inspekcji wr�ciB do pokoju. Dani patrzyBa na to wszystko otpiaBa, a fakt zama-
chu na jej prywatno[ napeBniaB j uczuciem przera|enia i odrazy. WzdrygnBa si na my[l,
|e obce rce dotykaBy i szarpaBy jej bielizn, darBy nale|ce do niej papiery, m[ciBy si na jej
rzeczach osobistych, upatrujc w nich namiastki jej samej. SzacowaBa z rozpacz, ile pracy
j czeka, |eby doprowadzi to wszystko do porzdku. WalczyBa z obezwBadniajcym stra-
chem, kt�ry ogarnB j, kiedy chBonBa wzrokiem ten ohydny obraz zniszczenia. StaraBa si
nie my[le, co by si staBo, gdyby tu byBa.
- Mam jeszcze jedn zB wiadomo[ - odezwaB si Nick za jej plecami. - Pocili ci
wszystkie opony.
Dani odwr�ciBa si do niego z przera|eniem i rozpacz w oczach i desperacko pr�bo-
waBa wzi si w gar[. MogBa temu zapobiec. Powinna byBa to przewidzie. Powinna, ale...
Nick zbli|yB si i ujB j delikatnie pod rami.
- Chodz - powiedziaB. - Jedzmy do domu. Dzisiaj niczego ju| tutaj nie zdziaBasz.
SpojrzaBa na niego p�Bprzytomnie. Jej umysB ukBadaB w szalonym tempie list dziaBaD,
jakie bdzie musiaBa podj, plan�w, kt�re trzeba bdzie poczyni, konsekwencji, jakie mo-
|e mie ten gBupi akt wandalizmu dla jej kampanii.
- Nie - odparBa niemal nieobecnym tonem. - Musz zabra si do sprztania. Cz[
tych papier�w... Bd je musiaBa odtworzy.
CieD zniecierpliwienia przemknB po twarzy Nicka.
- Bdz powa|na, Dani, nie mo|esz tu dzisiaj zosta. Gdzie bdziesz spaBa?
ZerknBa nieprzytomnie na B�|ko.
S
R
- Nie jest tak zle, jak wyglda. Zarzuc na nie prze[cieradBo, a rano wezw kierowni-
ka.
Nick zacisnB palce na jej ramieniu i pocignB j lekko.
- Nie zostaniesz tu dzisiaj - oznajmiB. - Chodz.
Dani wyrwaBa mu si ze zBo[ci.
- PowiedziaBam ci, |e zostaj! O to im wBa[nie chodziBo... chcieli zobaczy, jak zmy-
kam z podkulonym ogonem. Nie dam im si wykurzy!
SByszc jej o[wiadczenie, Nick zacisnB gwaBtownie usta. Zauwa|yBa, jak jego nozdrza
rozdBy si na moment.
- Niech ci bdzie - powiedziaB w koDcu. - Zostan z tob.
- Nie! - Nie, nie, tylko nie to. Nie mo|e dopu[ci, by byB tu w chwili jej pora|ki i
ochraniaB j, uspokajaB... kochaB.
Nick [cignB brwi.
- Nie zostawi ci samej.
OdskoczyBa od niego z gniewem.
- Chc by sama! Nie chc ci tutaj! - Jednym gwaBtownym gestem zatoczyBa rk
Buk, obejmujcy otaczajce ich pobojowisko. - Twoi ludzie to zrobili, panie Cavenaugh! -
zarzuciBa mu z furi. - Zrobili to twoi ludzie, a ty w tym czasie trzymaBe[ mnie bezpiecznie
w swoim B�|ku! Do czego jeste[ mi tu potrzebny?
Nick drgnB i Dani natychmiast po|aBowaBa swych pochopnych oskar|eD. Wcale tak
nie my[laBa. Wargi mu pobielaBy, oczy stwardniaBy.
- Przecie| wiesz, |e ja...
- Wiem - wyrzuciBa z siebie i odwr�ciBa si od niego przybita. - Wiem - powt�rzyBa
ledwie dosByszalnie do przeciwlegBej [ciany. - To nie twoja walka...
CzuBa si pusta i wykoDczona, ka|da jej czstka osignBa kres wytrzymaBo[ci. Z nad-
ludzkim wysiBkiem wyprostowaBa ramiona i zadarBa do g�ry brod.
- Wracaj do domu, Nick. - Odwr�ciBa si do niego z trudem i Bagodniejszym ju| tonem
dodaBa: - Dam sobie rad. Naprawd.
Nick patrzyB na ni przez dBu|sz chwil, a w jego oczach pojawiaBy si kolejno zro-
zumienie, |al i rezygnacja. W koDcu odwr�ciB si i ruszyB do drzwi.
S
R
W progu zatrzymaB si. Smutek, malujcy si na jego twarzy, [cisnB Dani za serce, od-
bierajc jej ch do |ycia.
- ByBoby mi du|o Batwiej ci kocha - rzekB cicho - gdyby[ chocia| troszk mnie po-
trzebowaBa.
Kiedy wyszedB, Dani zbli|yBa si do okna i zaciskajc kurczowo dBonie na parapecie
patrzyBa, jak zapalaj si reflektory, samoch�d zawraca i odje|d|a. Dopiero wtedy wybuch-
nBa pBaczem.
ROZDZIAA DZIESITY
- Chyba jeste[my gotowi do gBosowania.
Dani bawiBa si machinalnie sznurem telefonu, sBuchajc do[ obojtnie m|czyzny,
kt�ry m�wiB do niej z odlegBo[ci tysica kilometr�w.
- Tak - przyznaBa bezbarwnie. - Wszystko przebiega o wiele szybciej, ni| zakBadaBam.
Sdz, |e powinni[my je przeprowadzi, dop�ki nastroje s gorce.
- Wspaniale. Jak zwykle spisujesz si [wietnie. - Josh znaczco zawiesiB gBos. - No
wic co jest nie tak?
Co? Wszystko. PrzegrywaBa, traciBa zapaB, ducha, poczucie walki w sBusznej sprawie,
z kt�rym stawaBa ochoczo do ka|dej bitwy. Nie potrafiBa zapomnie posiniaczonej twarzy
mBodej kobiety, kt�ra dzi[ po poBudniu przyszBa na zebranie.
- Nie wiD si za to - szepnBa jej do ucha Liza. - Po prostu m| lubi jej czasem doBo-
|y. Zwizki to tylko pretekst.
Ale ten widok poruszyB Dani do gBbi. Jej dziaBalno[ rozbijaBa rodziny, wystawiaBa na
szwank bezpieczeDstwo niewinnych ludzi i chocia| wiele razy pr�bowaBa sobie tBumaczy,
|e cel jest tego wart, chocia| tak bardzo pr�bowaBa podbudowa si dum z tych kobiet,
kt�re potrafiBy dzielnie stawia czoBo przeciwno[ciom i |da swoich praw - Dani zaczynaBy
nachodzi wtpliwo[ci. Nigdy dotd nie wtpiBa w moralny aspekt swej misji.
Nicka nie widziaBa od dw�ch tygodni. RozumiaBa, |e byBoby nieroztropnie z jego
strony, gdyby si z ni pokazywaB. Prawd powiedziawszy sdziBa, |e go ju| w og�le nie
zobaczy. ByBoby najlepiej przerwa to wBa[nie teraz. Co daBa mu bole[nie do zrozumienia
owego wieczoru, kiedy spotkali si po raz ostatni. Nadal jednak cierpiaBa. Wci| go pragn-
S
R
Ba. Wieczorami, kiedy nie mogBa pogr|y si w pracy ani dBu|ej rozkoszowa dum ze
szlachetno[ci swej sprawy, tuliBa do piersi poduszk i tskniBa za nim. ChciaBa z nim roz-
mawia. PragnBa znowu sBucha spokojnych, rzeczowych wywod�w Nicka, krytykujcego
jej prac i starajcego si zgBbi powody, dla kt�rych j wykonywaBa. ChciaBa, |eby po-
m�gB jej si odnalez. I pragnBa, |eby j obejmowaB.
Radykalizacja nastroj�w w fabryce postpowaBa z dnia na dzieD. ZdarzaBo si coraz
wicej incydent�w - wybite szyby, napisy na [cianach i samochodach, wyzwiska pod adre-
sem kobiet, przechodzcych przez bram zakBad�w. W pracy gro|ono im i prze[ladowano.
Dani pr�bowaBa by dumna z ich odwagi i determinacji, ale czy mogBa? Kt�| nie daBby si
skusi na lep obietnic, jakie im skBadaBa? ByBa w swej pracy dobra - przekonujca, cha-
ryzmatyczna, zdecydowana. UmiaBa kierowa masami. UmiaBa przyciga uwag ludzi. Ale
czy po kobiecie, kt�rej w zamian za niklowego centa oferuje si srebrnego dolara, mo|na
oczekiwa, |e nie uchwyci si skwapliwie tej szansy? Nie byBo w tym |adnych czar�w. To
rutynowa procedura obliczona na wywoBanie po|danej reakcji, a Dani peBni w tym wszy-
stkim rol kluczowej postaci. Teraz, po raz pierwszy, zaczynaBa si zastanawia, czy w og�-
le sBusznie postpuje.
Nie byBo czym si chwali. Wszystko obracaBo si szybko w pyrrusowe zwycistwo.
WestchnBa.
- Sama nie wiem, Josh. To chyba nic takiego. Jest du|o szumu. Atmosfera si pod-
grzewa. M�wiBam ci ju| o incydentach. Zaczynam si po prostu niepokoi, to wszystko.
Josh milczaB przez chwil.
- Przylec pod koniec tygodnia.
- Nie, ja...
- Tylko nie wciskaj mi oburzonych formuBek w rodzaju Mamo, prosz, sama to za-
Batwi" - wpadB jej w sBowo. - Nie kwestionuj twoich kompetencji. PojechaBa[ do Somerset
sama, i to byB najlepszy pomysB. Gdyby krciBy si tam gromady naszych chBopak�w, roz-
r�by byByby jeszcze wiksze, A ty odwaliBa[ kawaB wspaniaBej roboty, tak jak si zreszt
spodziewali[my. Ale teraz, przed samym gBosowaniem, pora na dosBanie posiBk�w. To taka
taktyka, kochanie. Przecie| dobrze wiesz.
Dani wcignBa powietrze w pBuca.
S
R
- Tak, chyba tak. - Poza tym dobrze by jej zrobiB widok Josha. Dobrze by jej zrobiBo
przypomnienie dawnych bBd�w, a przerwany romans z Joshem byB jednym z najwikszych.
Gdyby przyjechaB, przestaBaby si mo|e drczy rozmy[laniami o tym, co mogBoby by
midzy ni a Nickiem. Bo midzy nimi nic nie mogBo by. Jedynie powt�rka z caBego jej
|ycia emocjonalnego... jeszcze jedna klska.
I mo|e Josh zdoBa jej nawet przypomnie, po co tu przyjechaBa.
RozBczyli si, umawiajc na jeszcze jeden telefon przed jego wyjazdem, i Dani za-
czBa kr|y po pokoju. CzuBa si zmczona i dziwnie rozkojarzona. ZapadaB zmierzch i la-
Bo. Zza okna dobiegaB gBuchy, jkliwy plusk kropel deszczu rozbijajcych si o chodnik.
Prze[ladowaBo j spojrzenie czarnych oczu. Dlaczego nie potrafi zapomnie o tym m|-
czyznie? Jego sBowa, jego spojrzenia - wszystko to powracaBo teraz nieustannie, by za-
chwia jej pewno[ci siebie i spokojem ducha. PostpiBa wBa[ciwie. WBa[ciwie. Inaczej nie
byBo mo|na.
W koDcu, sfrustrowana i zBa na siebie, weszBa do Bazienki, by wzi prysznic. Woda
byBa letnia i nie poprawiBa jej zbytnio nastroju. Opatulona w wypBowiaBy, niebieski szlafrok
usiadBa, |eby wyszczotkowa wBosy. Pr�bowaBa zaj my[li planami na wiecz�r.
A| podskoczyBa na dzwik telefonu. Tak byBo od dw�ch tygodni. Za ka|dym razem
my[laBa, |e to Nick. Nick jednak nie dzwoniB.
GBos po tamtej stronie linii z pewno[ci nie nale|aB do niego. ByB tak wyrazny i cha-
rakterystyczny, |e ciarki przeszBy jej po plecach.
Przez kilka ostatnich dni Scott zachowywaB zBowieszcze milczenie i wyraznie si
przyczaiB. Dani, oczywi[cie, nie szukaBa z nim kontaktu, ale nawet kiedy ich drogi przypad-
kowo si zeszBy, rzadko zaszczycaB j czym[ wicej ponad ponure Bypnicie okiem albo
obel|yw uwag. I nagle, dzisiejszego popoBudnia, popeBniBa bBd wpadajc do miejscowego
baru na lunch. NatknBa si tam na m|czyzn zatrudnionych w fabryce. Atmosfera byBa
ci|ka i nieprzyjemna. Pod jej adresem padaBy niewybredne uwagi, czuBa na sobie nieprzy-
jazne spojrzenia i w koDcu wyszBa nie dojadBszy kanapki. W progu wpadBa na Scotta.
Jego zwalista posta zatarasowaBa jej drog, w miejscu osadziB j jego wredny u[mie-
szek, a twarz owiaB nie[wie|y oddech.
S
R
- Cholernie rajcownie wygldasz, dziwko - warknB. - To chyba od szlajania si z sze-
fem. Ja bym na twoim miejscu tak nie podskakiwaB. Co[ mi m�wi, |e tw�j nowy chBopta[
znajdzie ju| spos�b, |eby si zmy, jak bdziesz go najbardziej potrzebowaBa.
Dani przestraszyBa si nie na |arty. I teraz ten strach powr�ciB.
- Twoje dni s policzone, suko - usByszaBa w sBuchawce. - Na twoim miejscu klepaB-
bym ju| paciorki.
I to byBo wszystko. PoBczenie zostaBo przerwane.
Dani odBo|yBa powoli sBuchawk w nadziei, |e opanowanie zawarte w tym ruchu
uspokoi jej roztrzsione nerwy. Nieraz ju| gro|ono jej [mierci. Wielka mi rzecz.
Nieprawda. Nawet po setnym, po tysicznym razie i tak by si przestraszyBa. Bardzo
nie chciaBa by teraz sama.
Nie odrywaBa wzroku od czarnego telefonu, stojcego na biurku. Mo|e zadzwoni do
Nicka? Ale co mu powie? OdwoBaj swoich zbir�w, Cavenaugh? Odwr�ciBa si, prychajc ze
zniecierpliwieniem. Nicka to nic a nic nie obchodzi. To nie jego walka.
Nagle usByszaBa gBo[ne, zdecydowane pukanie i serce znowu podskoczyBo jej do gar-
dBa. UchyliBa ostro|nie drzwi na szeroko[ BaDcucha i kiedy w wskiej szparze ujrzaBa twarz
Nicka, omal nie zemdlaBa. ZmikBy pod ni kolana, a w brzuchu poczuBa jak[ dziwn pust-
k, kt�ra na moment odessaBa powietrze z pBuc. PatrzyBa na niego dobre pitna[cie sekund,
niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Fakt, |e pojawiB si w chwili, kiedy byB jej
potrzebny, zupeBnie jakby za spraw telepatii, zaszokowaB j i zaskoczyB.
OpamitaBa si, zamknBa szybko drzwi, ale zanim odpiBa BaDcuch, wziBa najpierw
gBboki oddech, |eby opanowa dr|enie rk i zebra my[li. Nie zwlekaBa jednak zbyt dBugo.
BaBa si, |e Nick mo|e znikn.
OtworzyBa szeroko drzwi i byBa dumna ze spokoju, z jakim go przywitaBa.
- Cze[, Nick. Co ci sprowadza?
OdwzajemniB si jej r�wnie beznamitnym spojrzeniem.
- Mog wej[? - zapytaB chBodno.
ZawahaBa si, ale tylko przez chwil. Zapraszajcym gestem wskazaBa pok�j i Nick
wszedB do [rodka.
S
R
Deszcz przeszedB w ciepB m|awk i granatow wiatr�wk Nicka pokrywaBy drob-
niutkie kropelki wody. Ubrany byB poza tym w biaBe szorty i biaBe trampki. Na widok jego
odkrytych n�g Dani przypomniaBa sobie ten ostatni raz, kiedy byli razem...
Odwr�ciBa si szybko, przeBykajc [lin. ZacisnBa mocniej pasek niebieskiego szla-
froka. Serce waliBo jej jak mBotem, na twarz wystpiB rumieniec.
- Co ci tu sprowadza? - powt�rzyBa, silc si na obojtno[.
- Musz z tob porozmawia. - GBos miaB bardzo powa|ny i odwracajc si stwierdzi-
Ba, |e taka sama powaga maluje si na jego twarzy. To pomogBo jej odzyska spok�j. Jak
zwykle, interesy. Z tym potrafi sobie poradzi.
WskazaBa mu krzesBo przy biurku, a sama usiadBa na brzegu B�|ka. PatrzyBa, jak roz-
pina zmoczon kurtk i wiesza j na oparciu krzesBa. Pod spodem miaB nie pierwszej ju|
[wie|o[ci niebiesk koszulk z biaBym numerem na piersiach. Jak|e jej si podobaB.
UsiadB na krze[le twarz do niej, wycignB przed siebie dBugie nogi i przejechaB pal-
cami po wilgotnych wBosach. Dopiero teraz Dani zauwa|yBa, |e jest bardzo zmczony. Oczy
miaB podkr|one, zmarszczki wok�B ust wyrazniejsze ni| zazwyczaj. W ka|dym jego ruchu
wyczuwaBo si napicie. OdniosBa wra|enie, |e to napicie udziela si i jej. SiedziaBa
sztywno z rkami splecionymi na kolanach i czekaBa, a| Nick si odezwie.
SpojrzaB na ni zaspiony.
- MiaBem dzi[ po poBudniu telefon - zaczB. - ChciaBem si upewni, czy u ciebie
wszystko w porzdku.
UsiadBa prosto, jakby poBknBa kij, i spojrzaBa na niego przenikliwie.
- Pogr�|ki? - Serce biBo jej jak szalone.
Tego wBa[nie si obawiaBa. Tego, |e przez ni Nick narazi si na niebezpieczeDstwo...
ZaschBo jej w gardle. ZdawaB si zwleka z odpowiedzi caB wieczno[.
- Nie pod moim adresem - odparB wreszcie z namysBem, obserwujc j. Dani ode-
tchnBa z ulg. - Nie chodziBo o mnie - sprecyzowaB i znowu zesztywniaBa. - Bardziej oba-
wiaBem si o ciebie.
- Nie powiniene[ tu przychodzi - powiedziaBa. WyszBo to bardziej opryskliwie, ni|
zamierzaBa. - Nara|asz si.
- Bardziej ni| ty, siedzc tu sama? - spytaB ostro i Dani zauwa|yBa, |e napinaj mu si
odruchowo mi[nie ramion.
S
R
- CaBe |ycie jestem sama - odparowaBa i zaraz tego po|aBowaBa, ale byBo ju| za p�zno.
Jego twarz [cignBa si na chwil b�lem, lecz zaraz potem dostrzegBa w niej wyraz
cynizmu. Gdyby[ chocia| troszk mnie potrzebowaBa... Nie mo|e si za nic dowiedzie, jak
bardzo go potrzebuje. ByBby to dla niej koniec wszystkiego, nie potrafiBaby ju| si mu
oprze...
- Ja te| miaBam telefon - dorzuciBa szybko, o wiele spokojniejszym tonem. - Nie boj
si. To nic nadzwyczajnego.
Nick patrzyB przed siebie ponuro. Najwyrazniej staraB si rozmawia rzeczowo.
- W porzdku - rzekB zrezygnowany. - Mo|e masz racj. Ale zdajesz sobie chyba
spraw, |e to nie s szczeniackie dowcipy. Ten facet podchodzi do sprawy serio. PodjBa[
jakie[ [rodki ostro|no[ci?
Dani umknBa wzrokiem w bok. ByBa zaniepokojona i gBbiej, ni|by sobie tego |y-
czyBa, poruszona wyrazem troski na jego twarzy.
- Nic mi nie bdzie - o[wiadczyBa sztywno. - Dam sobie rad.
ZapadBa cisza. Siedzieli przygnieceni ci|arem sB�w, kt�rych Nick staraB si nie wy-
powiedzie. Pok�j skurczyB si nagle dziki jego obecno[ci i Dani staraBa si odegna natar-
czywe wspomnienia. Tytko spok�j. Nie my[le o tym. Wkr�tce on sobie p�jdzie i bdzie po
wszystkim... Zachowuj si naturalnie. Nie daj mu pozna, |e kiedy przestpiB ten pr�g, two-
je serce po raz pierwszy od dw�ch tygodni zabiBo |ywiej. Nie dopu[, by si domy[liB, |e
jedyn rzecz, jakiej teraz pragniesz, s jego usta, |e palce [wierzbi ci, by go dotkn, i |e
gdyby znienacka otoczyB ci ramionami, zapewne nigdy nie pozwoliBaby[ mu odej[... Nie
daj mu pozna, jak wiele znaczy dla ciebie jego obecno[, ani jak ci|ko ci bdzie, kiedy
odejdzie.
Szukajc neutralnego tematu rozmowy, nerwowo wodziBa wzrokiem po pokoju. Jej
spojrzenie przycigaBy co chwila jego nagie nogi, mikkie krcone wBoski na Bydkach i
umi[nionych udach... OpaliB si troch. Grajc w tenisa? W golfa? Z kim? Czy wygraB?
Czy przez te dwa tygodnie o niej nie my[laB? A skoro tak, to co tu teraz robi?
- Wracasz z tenisa? - wyrzuciBa z siebie niespodziewanie i wskazaBa na jego str�j.
Nick [cignB zaskoczony brwi.
- Co? Nie. - Spu[ciB wzrok na swoje buty i szorty, jakby dopiero teraz zauwa|yB, co
ma na sobie. - Nie. Dop�ki nie zaczBo pada, pracowaBem na podw�rku za domem. - Spoj-
S
R
rzaB na ni uwa|niej. - Dani, martwi si o ciebie. - Nie potrafiB tego dBu|ej skrywa. Oczy
miaB ciemne, a mi[nie napr|one. - TrzymaBem si od ciebie z dala, bo nie chciaBem naro-
bi ci jeszcze wikszych kBopot�w. To byBo piekBo. Dani, sytuacja wymknBa ci si spod
kontroli, nie bdziemy ju| w stanie nad ni zapanowa...
NieBatwo byBo stwierdzi, czy m�wi o ich |yciu zawodowym, czy osobistym. I jedno,
i drugie wymknBo si im spod kontroli. Dani pokrciBa gBow i wstaBa. Nie chciaBa tego
sBucha. I tak miaBa ju| wystarczajcy mtlik w gBowie.
Nick w mgnieniu oka znalazB si przy niej. ChwyciB j za rk i zmusiB, by usiadBa z
powrotem na B�|ku. Sam przysiadB obok niej.
- PosBuchaj - powiedziaB. - Wiem, ile to dla ciebie znaczy. Wiem, jak bardzo chcesz tu
odnie[ zwycistwo... ale, kochanie, zdarza si czasem, |e zwycistwo jest r�wnoznaczne z
samounicestwieniem, a to, o co walczysz, nie jest tego warte. Ludziom dzieje si tu krzyw-
da, to fakt. Ale zanim si poprawi, bdzie gorzej. Nie mogBaby[ porozmawia ze swoimi
szefami, nakBoni ich, |eby spu[cili z tonu...
PokrciBa gwaBtownie gBow i chciaBa si od niego odsun. MiaBa dosy tej rozmowy.
- Wybij to sobie z gBowy, Cavenaugh - powiedziaBa gniewnie. - Twoje osiBki mnie nie
zastrasz, a ty nic u mnie nie wsk�rasz sBodkimi sB�wkami...
- Dani, do cholery! - wybuchnB i zacisnB palce na jej rce tak mocno, |e syknBa z
b�lu. Na jego twarzy malowaBa si w[ciekBo[. - Ile razy mam ci powtarza, |e to nie moja
walka? Te pienidze nie pByn z mojej kieszeni! Ze zwizkiem czy bez mam prac, a nawet
gdybym j straciB, przyjmie mnie z otwartymi rkami dziesi najwikszych firm na caBym
[wiecie. Ja z tob nie walcz! Nie mam w tym |adnego interesu! Chocia| na minut prze-
staD si na mnie boczy i posBuchaj, co m�wi. Nie obchodzi mnie, czym si to skoDczy, nie
obchodzi mnie, czy wygrasz, czy nie, cholera, obchodzi mnie tylko to, co si do tej pory
stanie... z tymi ludzmi, z tob. Nie zastanowisz si, co robisz? Czy wreszcie zrozumiesz, ja-
kie to niebezpieczne?
Ale Dani zamknBa powoli oczy i odwr�ciBa gBow. Pr�bowaBa si uspokoi, zmobili-
zowa siBy i nie przyjmowa do wiadomo[ci tego, co m�wiB, odtrci jego samego... i nie
potrafiBa.
- Ja... wiem, Nick - udaBo jej si w koDcu wykrztusi. ZabrzmiaBo to dosy spokojnie,
cho w [rodku dygotaBa. - Nie jestem caBkowicie pozbawiona uczu. Ja te| si martwi. -
S
R
Odwr�ciBa si do niego, bBagajc jeszcze raz wzrokiem, by zrozumiaB. - Ale musimy to do-
prowadzi do koDca. Te| mi si to wszystko nie podoba... Nie chc niczyjej krzywdy. Ale
mam swoje zobowizania, dobrze wiesz, |e nie mo|emy tego tak nagle przerwa... Nie
utrudniaj mi, prosz...
- Dani. - Wym�wiB jej imi tak cicho, |e ledwie je usByszaBa. CzuBo[ mieszaBa si w
jego oczach z b�lem, zBagodniaBy rysy twarzy. TrzymaB j teraz lekko za rce. - Dani, ja
wiem. Znam wszystkie fakty, znam zasady, wiem, |e moje sBowa niczego nie zmieni... Ale
boj si o ciebie. Dani...
- Czasami i ja si boj - wyszeptaBa, nie zdajc sobie sprawy, co m�wi.
Nick przymknB powieki, |eby ukry uczucie, kt�re nagle rozbBysBo w jego oczach.
Bardzo powoli pochyliB si nad ni. DotknB ustami jej czoBa. ByBa w tym ge[cie skrywana
tsknota i trzymane na wodzy po|danie, byB to jakby symbol bezsilno[ci wobec spraw, nad
kt�rymi i tak nie s w stanie zapanowa. I wtedy co[ w niej pkBo. OtoczyBa go ramionami i
zaciskajc je konwulsyjnie przywarBa doD caBym ciaBem. PragnBa tuli si do niego i by
przytulana, pragnBa, by j pocieszaB i wspieraB rad. PragnBa, by uwolniB j od cierpienia.
Nick, doskonale j rozumiejc, z rezygnacj uznaB jej racje i odwzajemniB ten u[cisk
bardziej z rozpacz ni| po|daniem. Uczucia, kt�re ich ogarnBo, nie mo|na byBo nazwa
namitno[ci. Rozpacz - to wBa[ciwe sBowo. Kiedy dBoDmi szukaB pod szlafrokiem jej ciaBa,
ona dotarBa ju| do jego intymnego miejsca. Poddawali si jedno drugiemu bezwarunkowo,
na r�wnych prawach, |adne nie byBo tu zwycizc, |adne pokonanym. Kochali si bardziej
psychicznie ni| fizycznie, z pasj, z wyzwaniem, niszczco. Akt ten wstrzsaB podstawami
wszystkiego, co ka|de z nich pragnBo uzna za prawd, momentami napeBniaB rozkosz, by
zaraz gwaBtownie rozdzieli. Byli wstrz[nici, poruszeni, zjednoczeni w jaki[ przedziwny,
niewytBumaczalny spos�b, zrozumiaBy jedynie dla najgBbszych zakamark�w ich dusz. Byli
wobec siebie brutalni. Zadawali jedno drugiemu b�l. Pocieszali si. Kochali w ciszy i w po-
czuciu beznadziei.
Le|eli potem w zmitej po[cieli, zalani powodzi jasnego [wiatBa, a w rynnach szu-
miaBa woda, ustanawiajc kontrapunkt dla ich spazmatycznego oddechu. Kiedy Dani zady-
gotaBa, Nick signB po prze[cieradBo i nacignB je na oboje, a potem przygarnB J do sie-
bie. WtuliBa si w niego, szukajc tam ciepBa i siBy. CzuBa, jak jego mi[nie nadal dr| po
fizycznym wysiBku. OdnosiBa wra|enie, |e jej wBasne ciaBo ju| do niej nie nale|y. MrowiBo,
S
R
byBo zdrtwiaBe, wyczerpane i wra|liwe, reagowaBo na ka|d jego czstk nasycone, a mimo
to wygBodniaBe. Nie potrafiBa zbli|y si do niego tak, jakby chciaBa. Wci| go pragnBa. A
przecie| nie mogBa sobie na to pozwoli.
Po pewnym czasie Nick zgasiB jedn z lamp i pok�j spowiBa Bagodna po[wiata barwy
piasku. GBadziB nieobecnym ruchem jej wBosy. OddychaB ju| r�wno, pot na sk�rze wysychaB.
ObejmowaB j, a ona cierpiaBa w duchu, bo nic midzy nimi nie zostaBo rozwizane. Nic si
nie zmieniBo. I on te| o tym wiedziaB.
- Nie przyszedBem tutaj z tym zamiarem - odezwaB si cicho.
- Wiem - wyszeptaBa, ale nie potrafiBa na niego spojrze.
Ona te| do tego nie d|yBa i teraz nie wiedziaBa, czy ma si cieszy, czy |aBowa.
- ChciaBbym pozosta w tobie na zawsze, bo tylko wtedy naprawd jestem z tob.
Chc si tob opiekowa i tuli ci... chc, |eby[ si na mnie wspieraBa. - Jego dBoD znieru-
chomiaBa. GBos miaB gBuchy. - Ale wBa[ciwie nic si nie zmieniBo, prawda?
Owszem. Wszystko si zmieniBo. Wszystko z wyjtkiem tego, co ich dzieliBo.
- Ja te| tego pragn, Nick - powiedziaBa z wysiBkiem. - Tak bym chciaBa... - GBos si
jej zaBamaB.
- Ju| za p�zno na wyra|anie |yczeD, Dani. - W gBosie Nicka zabrzmiaBa niespodzie-
wanie twarda nuta. WyczuBa, jak sztywnieje na caBym ciele, a potem z wysiBkiem rozluznia.
- Dani - podjB, przycigajc j mocniej do siebie. - Rozumiem, jak traktujesz swoj prac.
Rozumiem twoje po[wicenie i szanuj je. Wiem, dlaczego to robisz i nawet ci za to po-
dziwiam. Ale, kochana, na tym [wiat si nie koDczy. S inne r�wnie szlachetne zajcia, inne
tak samo wielkie sprawy. Nie pozw�l, by twoja praca okradBa ci z |ycia.
ZwinBa dBoD w pi[ i przycisnBa mu j do piersi. Pod nadgarstkiem czuBa, jak bije
mu serce.
- Nie m�w tak, Nick...
- WysBuchaj mnie, kochana. Tylko wysBuchaj - m�wiB, starannie ukrywajc napicie. -
Wiem, |e zmiany s konieczne. Pod tym wzgldem nigdy nie kwestionowaBem twoich racji,
prawda? Tak samo jak ty, chc jak najlepiej. Dla wszystkich. I te zmiany nadejd, ale w
swoim czasie. Mo|emy pracowa razem, by tego dopilnowa. Nie trzeba zaraz rewolucji,
jak tu wzniecasz. Gdyby[ daBa nam szans, pozwoliBa mi pracowa nad przyspieszeniem
zmian razem z tob, a nie przeciwko tobie, mogliby[my co[ osign. Tylko daj nam szans.
S
R
Dani le|aBa bez ruchu u jego boku. Serce waliBo jej jak mBotem. Tak, dobrze wiedziaB,
jak j podej[. ByB takim samym mistrzem swojej logiki, jak ona swojej. Nie mo|e si do-
wiedzie, jak bardzo chciaBaby mu uwierzy. Jak|e Batwo byBoby teraz mu ustpi. Powie-
dzie, |e ma racj, chocia| byBa przekonana, |e jest w bBdzie. ZBo|y w jego rce sw�j los,
by pokierowaB nim uwalniajc j wreszcie od brzemienia, kt�re tak dBugo ju| dzwiga.
Razem. To jedno sBowo uparcie koBataBo jej w my[lach. ChciaBa by z nim. Nie zro-
zumiaBa wprawdzie, co miaB na my[li m�wic, |e mogliby pracowa razem... To jaki[ nie-
dorzeczny pomysB. Z g�ry skazany na niepowodzenie. Ale by razem... O, Bo|e. Jak|e tego
pragnBa.
- Nick, ja... - wydusiBa z siebie.
Ale Nick wyczuB jej odmow, zanim zd|yBa cokolwiek powiedzie. NapiB mi[nie,
by zaraz je rozluzni. ByB znu|ony i przybity. Podni�sB powoli gBow, spojrzaB w sufit i za-
klB pod nosem.
- Poddaj si - powiedziaB po chwili gBucho, ale stanowczo. - Nie bd ju| do tego
wracaB.
- Nick... - Dani uniosBa si troszk i spojrzaBa na niego, ale uciekB wzrokiem w bok. -
Ja nie mog ot tak sobie odej[. Nie mog zrezygnowa. - Jak m�gB znowu wciga j w
walk? Jak mogBaby |y ze [wiadomo[ci, |e oddaBa punkty walkowerem? Niech|e to zro-
zumie. - Nick... - Oddech, jaki zaczerpnBa w pBuca, byB symbolem wielkiej odwagi, na kt�r
musiaBa si zdoby, |eby m�wi dalej. W jej gBosie pobrzmiewaBa jednak bBagalna nutka. -
Pozw�l mi tylko skoDczy t spraw. Ja musz to wygra. Potem... jak ju| bdzie po
wszystkim... zastanowi si. Obiecuj.
Znowu zaklB, cicho i dosadnie. Dani skurczyBa si w sobie. Oczy Nicka bBdziBy
bezmy[lnie po poplamionym suficie. MalowaBa si w nich zacito[ i pustka.
- Nie wierz ci - wycedziB powoli. - SkoDczysz t robot, a potem ka|da nastpna b-
dzie t najwa|niejsz. Jeszcze jedno miasto, kt�re nie bdzie si mogBo bez ciebie obej[,
jeszcze jeden okrzyk wojenny, kt�remu nie bdziesz mogBa si oprze, a potem, zwyciska
czy pokonana, ruszysz do kolejnego boju, a potem jeszcze jednego, bo bez tego nie wy-
obra|asz sobie |ycia.
UsiadB nagle na B�|ku i zaczB naciga szorty. Z ka|dego ruchu przebijaBa tBumiona
w[ciekBo[, frustracja spowodowana pora|k.
S
R
UklkBa, okrywajc sw nago[ prze[cieradBem. UBagodzi go jako[, nie pozwoli, by
wyszedB std w gniewie, bo mo|e ju| nigdy nie wr�ci...
- Nick, nie m�w tak. - GBos miaBa spity. - Wiesz, jak to jest. Potrzebuj troch czasu.
Mo|emy to jako[ zaBatwi, wiesz, |e mo|emy, ale nie mo|esz ode mnie wymaga, |ebym
spakowaBa swoje zabawki i wycofaBa si w samym [rodku bitwy! Mam swoje zobowiza-
nia...
- Zobowizania masz tylko wobec siebie samej - odpowiedziaB. WcignB koszulk
przez gBow i usiadB na brzegu B�|ka, |eby zawiza buty. - Ja nie mog tak |y, Dani.
Wszystko albo nic, i przykro mi, je[li zabrzmiaBo to okrutnie. Nigdy nie dasz niczego |ad-
nemu m|czyznie, bo nie masz czego da. Cigle tylko jakie[ obietnice i... - Jego rozpBo-
mieniony, drwicy wzrok padB na jej ozdobione pier[cionkami dBonie. - Zwycistwa!
WstaB, porwaB z oparcia krzesBa kurtk i przerzuciB j sobie przez rami.
- To nie w porzdku! - krzyknBa za nim. - Nie mo|esz tu przychodzi i oczekiwa...
|e idc ze mn do B�|ka nakBonisz mnie do rezygnacji z walki! Nie mo|esz kocha si ze
mn w jednej chwili, a w nastpnej pr�bowa mnie przekabaci! Nie zrzucaj winy na mnie,
Cavenaugh, to ty nie daBe[ nam szansy!
Nick odwr�ciB si do niej w progu. Wzrok miaB twardy, ale w jego gBosie wyczuwaBo
si smutek.
- Wmawiaj to sobie dalej, Dani - powiedziaB spokojnie. - Dalej tocz boje o innych lu-
dzi i dalej wygrywaj... I je[li szcz[cie ci dopisze, to mo|e nigdy si nie dowiesz, co na-
prawd przegraBa[.
WyszedB, a Dani zwinBa si w kBbek na B�|ku i z caBych siB przycisnBa do piersi
poduszk, jak gdyby jej mikko[ byBa w stanie u[mierzy rozsadzajcy j b�l. Czego on si
po niej spodziewaB? Czego oczekiwaB?
Le|aBa tak dBugo. Za oknem deszcz znowu zaczB wybija |aBobne werble. Dzwonek
telefonu doszedB do niej jakby z wielkiej oddali.
Mo|e to Nick.
PrzekrciBa si oci|ale na B�|ku i signBa po sBuchawk.
- Dani? - W gBosie Lizy brzmiaB niepok�j. - SBuchaj, caBy dzieD siedz i zastanawiam
si, czy do ciebie zadzwoni...
S
R
Dani nie miaBa ochoty rozmawia z Liz. Nie byBa w nastroju do sBuchania o cudzych
problemach i niebezpieczeDstwach, jakie groziBy innym... UsiadBa.
- Co[ si staBo?
- No wic... chodzi o Nicka Cavenaugh. WezwaB mnie dzisiaj do siebie.
Dani otrzsnBa si natychmiast z otpienia.
- GroziB ci zwolnieniem z pracy?
Po telefonicznym drucie ni�sB si sfrustrowany oddech Lizy.
- Prawd m�wic, to nie wiem, czego chciaB. Dlatego pomy[laBam sobie, |e mo|e le-
piej bdzie, je[li o tym porozmawiamy. ZadawaB mi mn�stwo r�|nych pytaD; czego chcemy
i co nam obiecaBa[...
Serce Dani zabiBo szybciej.
- No i?
- ChciaB si koniecznie dowiedzie, co by nas usatysfakcjonowaBo.
Zrozumienie, kt�re nagle na ni spBynBo, Dani przyjBa z niemal filozoficznym spo-
kojem. No jasne, Nick pr�buje przelicytowa zwizek. Przez caBy czas, kiedy byB tu z ni w
B�|ku, tam obracaBy si trybiki maszyny, kt�r pu[ciB w ruch. Dlaczego nie ogarnia jej
gniew? Dlaczego odczuwa t dziwn pokus zignorowania telefonu Lizy i pozostawienia
Nickowi wolnej rki?
- ChciaBabym pozna wicej szczeg�B�w - powiedziaBa ostro|nie. - Mo|e bdziemy
musiaBy troch wszystko przyspieszy.
- Przygotowuj wBa[nie kolacj. Wpadniesz?
- Dobrze. Dziki. Ju| jad.
Nie powinna by zaskoczona. Znajc Nicka, mogBa si tego spodziewa. To byBo
wBa[nie jego pasywne rozwizanie. To miaB na my[li, proponujc jej, by pracowali razem.
UbieraBa si pospiesznie. ZnaBa tego typu zagrywki. Puste deklaracje obliczone na po-
wstrzymanie w ostatniej chwili wej[cia zwizku na teren zakBadu. Firma obiecuje wy|sze
zarobki, dodatkowe premie, popraw warunk�w pracy, gwiazdki z nieba, byle tylko nakBo-
ni skoBowanych ludzi do gBosowania przeciwko zwizkowi. A potem mija sze[ miesicy,
rok i dwa lata, a pracownicy cigle czekaj na wywizanie si pracodawcy z podjtych zo-
bowizaD.
S
R
Dani zarzuciBa na gBow pBaszcz i wybiegBa w deszcz. Nie chciaBo jej si wychodzi.
Nie chciaBo jej si teraz tym zajmowa. CzuBa si jak w letargu, a my[lami byBa przy Nicku.
Ale musiaBa wygra t bitw, a czasu robiBo si coraz mniej...
ChwytaBa ju| za klamk drzwiczek swojego samochodu, kiedy poczuBa silny cios w
|ebra. B�l przeszyB jej pBuca i zatrzymaB oddech. Skrzce si kropelki deszczu wyczyniaBy
szalone harce na tle nocnego nieba. OtworzyBa usta do krzyku, ale nie wydobyB si z nich
|aden dzwik. Jak na zwolnionym filmie osunBa si na kolana. SByszaBa jakie[ gBosy.
Agresywne, nienawistne. Asfalt raniB jej nogi. Nie byBo czasu na strach, na reakcj, nie byBo
nawet czasu na wykrzyczenie tego jedynego sBowa, kt�re cisnBo si jej na usta, tego jedy-
nego imienia, kt�re mogBo j obroni... Nick. Bo nagle gBowa eksplodowaBa jej bia-
Bo-czerwonym wulkanem b�lu i poBknBa j noc.
ROZDZIAA JEDENASTY
W pierwszym przebBysku powracajcej [wiadomo[ci Dani stwierdziBa, |e jest w szpi-
talu. Zaraz potem poczuBa, |e bdzie wymiotowa.
Od jakiego[ czasu - mo|e od kilku godzin, a mo|e dni - jej |ycie skBadaBo si z kr�t-
kich powrot�w do przytomno[ci, napad�w nudno[ci, b�lu, kt�ry przeszywaB j przy ka|dym
oddechu, przemieszanych wspomnieD i sennych majak�w. Odziane w biel postacie dogl-
daBy jej, gromadziBy si nad jej B�|kiem i udzielaBy niezrozumiaBych odpowiedzi, ilekro za-
daBa jakie[ pytanie. Twarz Nicka nadpBywaBa, to zn�w odpBywaBa jak rozmazana plama, ale
trudno jej byBo odr�|ni rzeczywisto[ od halucynacji. Raz pojawiB si te| Josh. PoklepaB j
po dBoni i powiedziaB, |eby odpoczywaBa, |e wszystko jest pod kontrol. Niezbyt j to
uspokoiBo, ale nie miaBa siBy si spiera.
I w koDcu nadszedB czas, kiedy byBa ju| na tyle silna, by otworzy oczy i rozejrze si
po pokoju. Separatka. A�|ko byBo twarde i odnosiBa wra|enie, |e ciaBo ma posiniaczone. W
ramieniu tkwiBa rurka kropl�wki, lecz pulsujcy b�l w gBowie ju| nie o[lepiaB. NauczyBa si
unika gBbokich oddech�w. WiedziaBa, |e nie jest w pokoju sama, ale dBugo zbieraBa si na
odwag, by zapanowa nad rozdzierajcym b�lem, kt�ry pojawiaB si przy ka|dym ruchu
gBowy.
S
R
W fotelu przy jej B�|ku, z Bokciami wspartymi na wypychajcych d|insy kolanach, z
brod na zBo|onych pi[ciach, siedziaB Nick. CzuwaB przy niej. CzekaB.
- Cze[ - odezwaB si cicho.
Nick. A jednak jest, kiedy go potrzebuje. Nick. Nie mogBa si na niego napatrze.
Spokojny, powa|ny, opanowany.
ChciaBa wycign do niego rk, ale przecie| wystarcza, |e jest przy niej.
Kiedy tak na niego patrzyBa, przeszBo[ i terazniejszo[ zdawaBy si zlewa w jedno.
- PrzebraBe[ si - wymruczaBa, [cigajc niepewnie brwi.
U[miechnB si nieznacznie.
- Nie raz. Jeszcze niezupeBnie si obudziBa[, prawda?
ZmarszczyBa czoBo i pr�bowaBa pokrci gBow, ale b�l byB zbyt silny. WziB j za r-
k. DBoD miaB ciepB, siln i such. W jego gBosie pobrzmiewaBa przekora:
- Mam ci opisa, jak [licznie wygldasz w tej twarzowej szpitalnej koszulce i jak bar-
dzo mi si podobasz, kiedy le|ysz taka bezradna, czy te| uznasz to za nietakt?
PrzeBknBa z trudem [lin.
- Nietakt - wychrypiaBa.
PochyliB si i podsunB jej do ust szklank, z kt�rej sterczaBa wygita sBomka.
- To lemoniada bez bbelk�w - wyja[niB. - Spr�buj troch wypi. Tylko powoli.
ByBa tak spragniona, |e wypiBaby teraz cokolwiek, ale poszBa za jego rad i powolutku
sczyBa nap�j. Kiedy miaBa ju| dosy, wziB od niej szklank.
- Lepiej? - spytaB, przygldajc si jej uwa|nie.
PrzesunBa rk po brzuchu i udaBo si jej skin gBow.
- Chyba tak. Jak dBugo tu jestem?
- Trzeci dzieD. OdzyskiwaBa[ kilka razy przytomno[ i znowu j traciBa[. Rozmawia-
Ba[ ju| ze mn, nie pamitasz?
Odwr�ciBa gBow, |eby na niego spojrze, i musiaBa na chwil zamkn oczy, bo pul-
sujcy b�l w gBowie nasiliB si.
- ByBe[ tu... caBy czas?
Nick u[miechnB si Bagodnie.
- ChodziBem do domu, |eby si przebra - za|artowaB.
S
R
W istocie jednak nie ruszaB si ze szpitala. OdgadBa to instynktownie. Oczy miaB prze-
krwione i podpuchnite, i chocia| jego twarz byBa gBadka, [wie|o ogolona, to jednak wida
byBo na niej zmczenie. Jego opalenizna przybladBa. Opu[ciB j w gniewie, peBen nienawi[ci,
ale nie odstpiB jej ani na krok, kiedy le|aBa nieprzytomna. Poczucie winy... czy troska?
- Czy... zostaBam zgwaBcona? - spytaBa beznamitnie.
Oczy mu stwardniaBy. ZacisnB zby.
- Nie. Kierownik motelu wyszedB na dw�r i zobaczyB, co si [wici. Uciekli, ale ich
rozpoznaB. To byli Scott i Colfield, ten chBopak, kt�ry napastowaB ci wtedy wieczorem pod
bram... i dw�ch wsp�lnik�w, kt�rym mo|na zarzuci tylko tyle, |e nie zgBosili prze-
stpstwa policji. - UrwaB na chwil, a potem cignB: - MiaBa[ kilka zBamanych |eber i
wstrzs m�zgu. Wszyscy tu s zgodni co do tego, |e jeste[ zbyt uparta, by umrze.
- A co si z nimi staBo? Ze Scottem... i z tym chBopakiem?
- Siedz jeszcze w areszcie i czekaj na spraw. A poza tym s... bezrobotni.
Nie potrafiBa si powstrzyma. MusiaBa to powiedzie.
- Nie m�gBby[ tego zrobi... gdyby w zakBadzie dziaBaBy zwizki zawodowe.
W jego oczach pojawiBo si zaskoczenie i zBo[. Po chwili westchnB przecigle.
- A niech ci, Dani - mruknB cicho, z rezygnacj w gBosie. - Ty nigdy nie dasz za wy-
gran, prawda?
ZamknBa oczy.
- Nie - wyszeptaBa. - Ale... - spr�bowaBa odetchn gBbiej, poczuBa przeszywajcy
b�l. - Teraz jestem troch zmczona.
- Wiem - powiedziaB cicho i pocaBowaB j delikatnie w czoBo. - To byBa dBuga walka,
prawda?
WydawaBo jej si, |e skinBa gBow i, zapadajc w sen, usByszaBa jeszcze, jak Nick
m�wi:
- To odpocznij...
Po tej rozmowie zaczBa powoli wraca do zdrowia. Nastpnego ranka mogBa ju|
utrzyma w dBoni szklank soku jabBkowego i salaterk z galaretk. Kropl�wka zostaBa
odBczona. Z pomoc pielgniarek odbywaBa spacery po swojej sali. Lekarz zapewniB j, |e
b�le gBowy za kilka dni min. PrzyszedB j przesBucha policjant. Liza przyniosBa bukiet
[wie|ych kwiat�w, ale byBa jaka[ zdenerwowana i skrpowana i nie chciaBa rozmawia o
S
R
niczym wa|nym. Od Josha dowiedziaBa si, |e o napadzie powiadomiB go Nick. Nick od-
wiedzaB j przez nastpne kilka dni, ale nigdy nie zostawaB dBugo. TBumaczyB, |e lekarz za-
broniB mu j mczy. On te| nie chciaB rozmawia o niczym wa|nym.
A potem, w przeddzieD wypisania ze szpitala, przyszedB Josh z Liz i wyczuBa, |e
otrzyma wreszcie odpowiedzi na pewne pytania. Po wymianie grzeczno[ciowych formuBek,
dw�jka go[ci usiadBa - Josh na krawdzi biurka, Liza w nogach B�|ka.
- No, ciesz si. |e m�j gB�wny szef i m�j gB�wny porucznik nareszcie si odnalezli -
powiedziaBa wesoBo Dani. - Zdajcie mi teraz relacj z pola bitwy.
- Nie ma ju| |adnej bitwy, Dani - mruknB cicho Josh.
- Dzisiaj rano odbyBo si gBosowanie - wtrciBa Liza. - Ju| po wszystkim.
- Zostali[my wymanewrowani - powiedziaB Josh.
Dlaczego jej to nie zaskoczyBo?
- Wczoraj dyrekcja zwoBaBa zabranie zaBogi - po[pieszyBa z wyja[nieniem Liza. - Do-
stali[my podwy|ki... - wycignBa na dow�d czek z wypBat. - I ubezpieczenie na lepszych
warunkach, i zapowiedzieli, |e w poniedziaBek bdzie drugie zebranie po[wicone organiza-
cji przyzakBadowego |Bobka i przedszkola. Mamy teraz dwie przerwy na kaw zamiast jed-
nej i pBatn przerw na lunch - cignBa z przejciem. - Wiem, |e to nie tyle, ile chciaBy[my
wywalczy... ale jak kto[ przynosiB do domu sze[dziesit dolar�w na tydzieD, to mo|e si
nie zgodzi na prawie dwa razy tyle? I m�wi si o powoBaniu komisji skarg i za|aleD, czy
czego[ takiego, przez kt�r mo|na by zgBasza kierownictwu nasze problemy... - W jej
oczach pojawiBy si naraz zakBopotanie i skrucha. - PosBuchaj, Dani, naprawd mi przykro,
|e ci pobito, i to wBa[ciwie za nic. Nie chc, |eby[ uwa|aBa mnie za zdrajczyni, ale mu-
siaBy[my bra, kiedy dawali, rozumiesz? A poza tym ludzie si przestraszyli, ka|dy si baB,
|e on mo|e by nastpny... Wszyscy my[leli, |e lepszy wr�bel w gar[ci... Nie mogli[my od-
rzuci takiej propozycji.
- Stary chwyt Ojca Chrzestnego - za|artowaBa z przeksem Dani, ale prawd m�wic
nie czuBa urazy. RozumiaBa to. Ona te| nie byBa ju| taka nieprzejednana.
- Zdarza si, malutka - powiedziaB na odchodnym Josh, poklepujc j pocieszajco po
rku. - To nie twoja wina. StoczyBa[ dobr walk.
W tym musiaBa si z nim zgodzi. ZastanawiaBo j tylko, dlaczego ta klska specjalnie
jej nie przygnbia.
S
R
Tego wieczoru czekaBa na Nicka, stojc w oknie i wygldajc na parking. Kiedy
wszedB do pokoju, odwr�ciBa si, spr�bowaBa u[miechn i przysiadBa na krawdzi B�|ka.
- No - powiedziaBa swobodnie - wyglda na to, |e przegraBam.
Nie usiadB. StaB nieruchomo po[rodku pokoju w szarym garniturze, kt�ry wkBadaB do
biura. Krawat miaB poluzowany, a niebiesk koszul rozpit pod szyj. Jego twarz byBa
enigmatyczna. Nie potrafiBa odgadn, jakie my[li kBbi mu si w gBowie. Po prostu staB i
patrzyB na ni.
- {aBuj tylko - odezwaB si nagle - |e to tak dBugo trwaBo. {e nie skoDczyBo si, zanim
przytrafiB ci si ten wypadek.
PatrzyBa na niego roztrzsiona i otpiaBa z b�lu. Co teraz bdzie? Co bdzie z nimi?
Wszystko zale|aBo od niego.
- Teraz zrozumiaBem, Dani - podjB cicho po chwili milczenia. - Chyba rozumiaBem od
samego pocztku, ale nie chciaBem si do tego przed sob przyzna. Nie mam prawa ci
prosi, |eby[ zrezygnowaBa z czego[, co tyle dla ciebie znaczy. To twoje |ycie, a je[li nawet
oznacza to nadstawianie wBasnej gBowy i zu|ywanie wBasnej energii na sprawy innych, nie
mam prawa ci tego broni. Ale nie widz w tym wszystkim miejsca dla siebie. Nie chc by
tylko dodatkiem do twojej pracy. Ja chc by komu[ potrzebny. To wszystko, co mam ci do
powiedzenia... - UrwaB i spuszczajc oczy odwr�ciB si. - Przykro mi - dodaB bardzo cicho.
Po raz pierwszy w |yciu Dani poczuBa smak klski.
Nastpnego dnia Josh spakowaB jej rzeczy i przyjechaB do szpitala. Lekarz powiedziaB,
|e jest dostatecznie silna, by znie[ lot do Chicago.
- PosBuchaj, nie bierz sobie tego tak do serca - m�wiB Josh, prowadzc przybit i blad
Dani przez parking do swojego samochodu. - Przyjedziesz do domu, wypoczniesz... wez-
miesz mo|e miesic urlopu. Nawet si nie obejrzysz, jak poczujesz si lepiej. Zobaczysz.
- Nie - powiedziaBa, kiedy otwieraB baga|nik, |eby umie[ci w nim torb z rzeczami,
kt�re miaBa w szpitalu. - Nie chc odpoczywa. Chc dosta od razu nastpny przydziaB.
WBa[nie tego potrzebowaBa. Pracy. Nowego wyzwania, w kt�rym odnajdzie znowu
sens |ycia. ChciaBa dziaBa.
Josh posBaB jej skonsternowane spojrzenie i chciaB ju| zaoponowa, ale w tym mo-
mencie co[ przykuBo jego uwag. Dani odgadBa, na kogo patrzy, jeszcze zanim si odwr�ci-
Ba. HoBubiBa t nadziej w sercu, |yBa ni...
S
R
- ChciaBem si tylko po|egna - rzekB Nick, podchodzc do niej.
Twarz miaB bez wyrazu, w gBosie brzmiaBa tylko uprzejmo[. Z jego oczu te| nie po-
trafiBa nic wyczyta.
Dani oparBa si ci|ko o drzwiczki samochodu.
Co[ si w niej kBbiBo, podpowiadaBo, by wycignBa do niego rce. CzekaBa z zapar-
tym tchem, |eby zrobiB albo powiedziaB co[, co odmieni jej |ycie... I wiedziaBa instynktow-
nie, |e tego nie uczyni.
- Dokd jedziesz? - spytaB. - Wracasz do Chicago?
SkinBa gBow. SBoDce, kt�re jeszcze przed chwil [wieciBo tak jasno, byBo teraz jakie[
przygaszone i rozmyte. Podmuch wiatru strciB Nickowi na czoBo kosmyk wBos�w. Dani
omal nie wycignBa rki, |eby go odgarn.
- Na kr�tko - odparBa. ZaschBo jej w gardle, z trudem wypowiadaBa sBowa. - Potem... -
Nie musiaBa koDczy. PrzeniosBa wzrok na autostrad za parkingiem. DBuga, pusta droga,
nastpne miasto, znowu obce i wrogie twarze... a potem jeszcze jedno miasto, nowa fabryka,
nowy cel...
ZmusiBa si, by spojrze na Nicka. Powiedz co[, bBagaBa w duchu. Zr�b co[... nie do-
pu[ do tego. Zrozpaczona, przecigaBa rozmow.
- Nie zawiedz tych ludzi.
- Nie zawiod.
Oczy miaB takie uczciwe, takie spokojne. Ten czBowiek nigdy by nikogo nie zawi�dB.
MogBa na niego liczy...
- Bdziesz kogo[ potrzebowaB - przedstawiciela zaBogi, czy kogo[ w tym rodzaju do
nadzorowania zmian, jakie obiecaBe[. - GBos miaBa spity i nienaturalny. ZwilgotniaBy jej
dBonie. - Do pilnowania interes�w pracownik�w.
SkinB gBow.
- Znajdziemy kogo[.
Nie pozostawaBo jej nic innego, jak te| skin gBow. W gardle czuBa palcy b�l i z
trudem powstrzymywaBa Bzy.
- No c�|. - Nie potrafiBa ju| na niego spojrze. - To chyba si po|egnamy.
- Chyba tak.
S
R
Odwr�ciBa si. Josh czekaB na ni w samochodzie, ale czy rzeczywi[cie czekaB wBa[nie
na ni? {ycie Josha potoczy si swoim torem i bez niej. Z ni czy bez niej wr�ci do Chica-
go. Wr�ci do swego |ycia, do swojej pracy, bo dla niego byBa to tylko praca. Tym si wBa-
[nie r�|nili. Dla Josha byBa to tylko praca, dla Dani - |ycie. Kto wie, czy Josh nie miaB racji.
Bez niej i tak wszystko potoczy si dalej, a jedynym |yciem, jakie ma prawo zmienia, jest
jej wBasne...
Dwa kroki, jakie dzieliBy j od tylnych drzwiczek samochodu do przednich, byBy naj-
dBu|szymi w jej |yciu. Mrugajc powiekami, usiBowaBa powstrzyma Bzy, by wyraznie wi-
dzie, gdzie stawia stopy. Pr�bowaBa zaj my[li nastpn misj.
Nick nie bdzie ju| o ni walczyB. Wyraznie jej to o[wiadczyB. Tym razem musi wal-
czy o siebie sama.
Odwr�ciBa si bardzo powoli. StaB tam, gdzie si rozstali, i czekaB. Azy skrzyBy si jej
na rzsach. To byBa najtrudniejsza bitwa, jak kiedykolwiek staczaBa, ale wBa[nie tej nie mo-
gBa przegra.
- Potrzebuj ci, Nick - szepnBa.
Jego u[miech byB Bagodny i peBen miBo[ci. WitaB j w domu.
- Wiem - powiedziaB. RozBo|yB szeroko ramiona i padli sobie w objcia. Czas prze-
pBywaB obok, a oni tulili si do siebie, napeBniali jedno drugie siB, wymieniali obietnice zbyt
wielkie, by mo|na je uj w sBowa. A potem Nick odwr�ciB si, by poprowadzi j do ich
domu.
Dwa tygodnie p�zniej powietrze ogrzane p�znomajowym sBoDcem wypeBniaB aromat
[wie|o [citych kwiat�w. Na skromnej, prywatnej uroczysto[ci Nick nasunB na trzeci palec
jej lewej dBoni ostatnie i najwa|niejsze trofeum. Pier[cionek ten byB symbolem jego miBo[ci.
PocaBunek, kt�rym uhonorowali ten moment, byB obietnic przyszBo[ci.
I wtedy wreszcie Dani poznaBa smak zwycistwa.
S
R