background image

L A B O R A T O R I U M   4 / 2 0 0 9

 

|

R O Z M O W A

 

Z

. . .

6

Akredytacja
bez tajemnic  

– Niektórzy ze względów ambicjonalnych chcą mieć 

ładny szyld potwierdzający jakość ich laboratorium. 

Takim osobom nie polecam akredytacji. 

Z dr. inż. Eugeniuszem W. Roguskim, nowym dyrektorem 

Polskiego Centrum Akredytacji, rozmawia Mateusz Musioł.

daje sobie rady, po prostu wycofuje się. 
Do niedawna byłem jeszcze po drugiej 
stronie, czyli byłem biorcą usługi PCA, 
i wiem, że jeśli ktoś zaczyna proces akre-
dytacji, to już nie „popuści” i doprowadzi 
sprawę do końca.

Rozpoczęcie tego procesu wiąże się 
z dużymi kosztami…
Trzeba podejść do tego menedżersko. 
To jest decyzja biznesowa wymagająca ana-
lizy – jeżeli przychody z usług badawczych 
mogą być zwiększone ze względu na po-
siadaną akredytację, trzeba zrobić bizne-
splan i zobaczyć, ile trzeba zainwestować 
pieniędzy w akredytację i jaki da to efekt 
końcowy. Trzeba obliczyć korzyści z uzy-
skania akredytacji, o ile zwiększy się obszar 
klientów, o ile zwiększą się przychody, jak 
zwiększy się szansa wygrania w przetargu 
na usługę badawczą. Rzadko laboratorium 
stanowi odrębny element, najczęściej jest 
ono częścią większego podmiotu gospo-
darczego, w którym są rada nadzorcza, 
zarząd, dyrektorzy, czyli potrzebne jest 
typowe zarządzanie finansami i kadrami – 
akredytacja jest wtedy decyzją o charakterze 
biznesowym. Czasem konieczność akredy-
tacji wynika z aktów normatywnych.

Czy wszyscy podejmujący decyzję 
o ubieganiu się o certyfikat PCA 
są świadomi tego, czemu on służy? 

Z doświadczenia wiem, że w wielu wypad-
kach tak zwane najwyższe kierownictwo 
decyduje się na „wstąpienie na drogę” 
akredytacji ze względów ambicjonal-
nych – niektórzy chcą mieć ładny szyld 
potwierdzający ich jakość, wiarygodność. 
Takim osobom nie polecałbym akredyta-
cji, bo jest ona drogą trudną i nie służy 
temu, by budować wizerunek. Oczywiście 
poprawia go, ale przede wszystkim jest 
narzędziem do świadczenia najwyższej ja-
kości usług, potwierdzonych przez trzecią 
stronę. Posiadanie akredytacji świadczy 
o wiarygodności i kompetencji.

Laboratoria, które uzyskują akredy-
tację, czerpią z niej zazwyczaj duże 
korzyści.
Żyją wyłącznie z tego. Gdy się akredy-
tują, otwiera się dla nich świat usług. 
Dzisiaj system oceny zgodności już nie 
raczkuje, już istnieje, każde dziecko wie, 
że ISO 9000 to jest jakość. Badania labo-
ratoryjne to, nikogo nie urażając, usługa. 
W strategii zarządzania istnieją usługi 
oparte na ludziach lub technologiach 
bądź ich hybrydach. Akredytacja pole-
ga więc na sprawdzeniu wiarygodności 
i kompetencji tych elementów. Najczęściej 
występują formy łączone, czyli audytor 
oceniający musi uznać na podstawie swej 
wiedzy, czy ludzie są kompetentni, czy 
aparatura jest sprawna i mierzy właściwie, 

fot

. M. Musioł

Ile laboratoriów posiada obecnie akre-
dytację PCA?
Ponad 850, natomiast niedawno ob-
chodziliśmy uroczystość – wręczaliśmy 
tysięczny certyfikat akredytacji labora-
torium badawczego. Część laboratoriów 
po wygaśnięciu akredytacji z różnych 
względów jej nie wznawia. Certyfikat 
posiadają głównie laboratoria badawcze. 
Oprócz tego akredytujemy laboratoria 
wzorcujące – tych jest około 90.

Czy potrafi Pan oszacować, jaki pro-
cent laboratoriów, które składają wnio-
sek o akredytację, nie uzyskuje jej?
Będzie to trudne, ponieważ generalną 
zasadą, jaką stosujemy względem labora-
toriów, jest, że jeśli zaczynamy, chcemy 
dojść razem do końca. Jeżeli laboratorium 
jest dobrze przygotowane, czyli kierow-
nictwo laboratorium, jego pracownicy 
rozumieją, na czym polegają akredy-
tacja i system zarządzania, w zasadzie 
wszystko przebiega bez problemu. Nato-
miast czasem nasi klienci nie za bardzo 
są przekonani, zmotywowani, rozeznani, 
a w związku z tym procesy akredytacji 
przeciągają się. Odkąd jestem dyrektorem 
PCA, na pewno żaden z naszych klientów 
nie dostał od nas korespondencji: odma-
wiamy wydania certyfikatu akredytacji. 
Jeżeli w pewnym momencie procesu akre-
dytacyjnego laboratorium uznaje, że nie 

background image

R O Z M O W A

 

Z

. . .

 

|

L A B O R A T O R I U M   4 / 2 0 0 9

7

czy metody są odpowiednie, czy wreszcie 
wyniki badań są dobre.

Według jakiego klucza w PCA są za-
trudniani audytorzy? Jakie powinni oni 
mieć kompetencje?
Profil laboratoriów jest bardzo zróżnico-
wany. W związku z tym potrzebujemy 
ekspertów praktycznie we wszystkich dzie-
dzinach. Muszą oni mieć wysoką kompe-
tencję backgroundową, czyli wykształcenie 
bazowe i spore doświadczenie w pracy 
laboratoryjnej, to jest początek drogi. 
Kandydata obejmuje system szkoleń oraz 
stażowań, które mamy uruchomione. 
Każdy staż ma swój program i trwa oko-
ło roku. Audytor przechodzi szkolenie, 
audytuje pod nadzorem, aż dochodzi 
do tzw. wyzwolenia, czyli zostaje wpisany 
na naszą listę audytorów w określonych 
specjalnościach. W przypadku zlecenia 
wyszukujemy audytora z tej bazy danych, 
ponieważ liczba zatrudnionych w PCA 
– 56 osób – jest niewielka. Audytorów 
kontraktowych, czyli tych, z którymi 
stale współpracujemy, jest ponad 500. 
Realizują oni zadania na konkretne 
zlecenie na zewnątrz. Nasi audytorzy 
pracujący w PCA wykonują minimalną 
liczbę audytów rocznie, aby utrzymać 
kompetencje. Wychodzimy z założenia, 
że jeśli się nie audytuje, trudno później 
podejmować właściwe decyzje, praktyka 
jest niezbędna.

Ile zwykle trwa proces akredytacji?
Rekord czasowy to 3 miesiące i jest 
to do zrobienia w takim okresie. Nato-
miast wolałbym nie podawać rekordu 
w drugą stronę.

Nie powinno się przekraczać 12 mie-
sięcy od złożenia wniosku o akredy-
tację.
Tak, ustawa mówi, że po 12 miesiącach 
albo jej udzielimy, albo odmówimy jej 
udzielenia. Procesy te trwają jednak dłu-
żej, niektóre znacznie dłużej. Wynika 
to z pewnego stanu, w jakim się znajduje-
my. Jesteśmy właśnie w punkcie zwrotnym. 
Przez wiele lat system był ustawiony pod 
klienta. Klient przychodził i w ogóle nie 
miał świadomości, czego chce, wiedział 
tylko, że powinien mieć jakiś dokument, 
żeby istnieć na rynku. Uczyliśmy się na-
wzajem, my mówiliśmy, co powinno się 
zrobić, weryfikowaliśmy swoją wiedzę, 
to trwało tygodniami, miesiącami. Często 
jest tak, że kierownictwo najwyższe mówi: 

macie zrobić, pracownicy nie są przeko-
nani, jak nie są przekonani, system nie 
zadziała. Mogą być stworzone dokumen-
ty, ale nie będzie systemu i wszystko się 
przeciąga. W naszych procedurach, przy-
chylnym ustawieniu się do klienta, jest 
pułapka. Zsumowałem czasy po stronie 
klienta w procesie i maksymalnie, gdyby 
klient wykorzystał wszystko, co do dnia, 
wynoszą one 18 miesięcy. Mówiąc o re-
kordowych 3 miesiącach, mam na my-
śli następującą sytuację: wniosek został 
złożony, odbył się 2-dniowy audyt, parę 
tygodni później był raport i przyznaliśmy 
certyfikat akredytacji.

Częściej jednak laboratorium musi 
mocniej dostosować się do wymogów 
PCA już po złożeniu wniosku o akre-
dytację?
Tak, często wnioski są składane, żeby tyl-
ko zarezerwować sobie miejsce w kolejce. 
Są wtedy niekompletne, brakuje w nich 
dokumentów. Automatycznie rejestruje-
my te wnioski, ale to dla nas nieszczęście, 
ponieważ wskazujemy, co należy uzupeł-
nić, czas zaczyna płynąć. Może minąć 
5 miesięcy, w trakcie których właściwie 
nic nie zrobiliśmy, czasem niektórzy 
proszą o przesunięcie terminów. Wymóg 
12 miesięcy jest dzisiaj uciążliwy, ale 
po wdrożeniu zmian, z których część już 
wprowadziliśmy, część jeszcze projektuje-
my, będzie on absolutnie realny. Niestety, 
z tego powodu będziemy musieli ograni-
czyć czas po stronie klienta. Z 12 miesięcy 
zostaną im 2, może 3, pozostałe musimy 
na tyle skrócić, by w ustawowym czasie 
dokonać akredytacji. Chcę jednak do-
dać, że nie mówimy o wymogach PCA, 
są to wymogi norm, my tylko sprawdza-
my ich przestrzeganie.

Jakie są najczęstsze błędy laboratoriów 
w procesie akredytacji? Co sprawia 
im największy problem?
Największy problem to świadomość. Tak 
naprawdę system zarządzania jest w głowie 
– albo się go rozumie, albo nie. Byłem 
dyrektorem instytutu, który akredytował 
się na początku lat 90., kiedy nie istniały 
polskie wersje językowe właściwych norm, 
nie było materiałów interpretacyjnych 
czy szkoleń. Postanowiliśmy akredyto-
wać nasze laboratoria, mimo wszystko. 
Przygotowanie do audytu zajęło nam 
rok. Stworzyliśmy dokumentację, księgę 
jakości, byliśmy tak zadowoleni, że mamy 
wszystkie dokumenty. Pierwszy audyt się 

odbył i… okazało się, że nic nie wiemy 
na temat systemu. System zarządzania la-
boratoriami polega na pełnej, najlepszej 
możliwej obsłudze klienta, czyli od jego 
wejścia do otrzymania rezultatu końco-
wego. W instytucji, w której poprzednio 
pracowałem, była portiernia, pierwszy 
kontakt klient miał z portierem, bo mu-
siał przejść przez recepcję.

To już jest ten etap, który odstrasza 
wielu.
Okazało się, że portier o systemie za-
rządzania nie wie nic. W związku z tym 
trzeba było przygotować dla niego pro-
gram edukacyjny, przeszkolić go, ubrać 
go przyzwoicie, bo to były inne czasy. 
Wtedy, pamiętam, były różne boje, aby 
przekonać radę, że trzeba desygnować 
pieniądze na to, żeby portier miał białą 
koszulę, krawat, granatowe spodnie, żeby 
miał identyfikator, bo wtedy się go nie no-
siło, żeby wreszcie nie pił herbaty ze słoika 
po ogórkach, tylko z filiżanki.

Zmiany musiały być głębokie, 
i to w świadomości.
Zgadza się. Gdy opracowywaliśmy ze-
staw pytań kontrolnych, przygotowując 
się sami, portier miał ich 12 czy 14, dy-
rektor – 300. Na każdym szczeblu były 
pytania właściwe dla kompetencji na tym 
poziomie i na wszystkich niższych, czyli 
ja musiałem również znać odpowiedzi 
na pytania, które byłyby zadawane portie-
rowi. Zajęło nam to dużo czasu, ponieważ 
system trzeba było przyjąć w głowie. Przy-
gotowanie dokumentów to niewątpliwie 
bardzo żmudna praca, ale nie zajmuje 
to lat. Trzeba dojrzeć do tego, że chce 
się mieć system. Determinacja najczęściej 
wychodzi od najwyższego kierownictwa, 
ale musi być zrozumiała aż do ostatniego 
ogniwa – dla komórek księgowych, pra-
cowniczych, administracyjnych, bo tak 
naprawdę, jeśli tam brakuje wsparcia, 
to nie ma systemu. System nie dotyczy 
samego laboratorium, dotyczy absolutnie 
wszystkich pracowników. Moim zdaniem 
większy problem jest w mentalności niż 
w technice i kompetencji, ponieważ 
z reguły w laboratoriach pracują ludzie 
najwyższej kompetencji, czasem brakuje 
wystarczających technologii, ale ten sam 
pomiar, to samo badanie, można wy-
konać na różne sposoby. Chodzi o to, 
żeby wynik był adekwatny, wiarygodny 
i porównywalny – cechy te są kluczowy-
mi elementami systemu.

background image

L A B O R A T O R I U M   4 / 2 0 0 9

 

|

R O Z M O W A

 

Z

. . .

8

Jakimi zasadami powinny kierować się 
osoby wdrażające system jakości w la-
boratoriach, aby w miarę bezboleśnie 
przejść przez proces akredytacji?
Powiem panu, że musi boleć.

Nie ma innego wyjścia?
Nie ma, to jest inny świat i on boli 
aż do pewnego momentu, a potem się 
tego już nie zauważa. Dokumenty na po-
czątku są niezwykle uciążliwe – jest ich 
sporo, trzeba dbać o ich aktualizację, 
weryfikację. Cóż, to nie nasza wola, mą-
drzejsi ludzie, którzy wymyślili ten system 
i realizują go m.in. przez nas, stwierdzili, 
że to się sprawdza.

Czy akredytacja laboratoriów na-
ukowych przynosi im dużo mniejsze 
korzyści niż certyfikat PCA przyznany 
laboratoriom komercyjnym?
Uważam, że laboratoria badawcze, w rozu-
mieniu – naukowe – w ogóle nie powinny 
być akredytowane, bo to ogranicza ich ela-
styczność. Badania w takich laboratoriach 
często są eksperymentalne, wynik nie jest 
znany i kolejnymi przybliżeniami staramy 
się go ustalić. Nie wspominając o samej 
organizacji laboratorium badawczego – 
naukowego. Każdy audytor wchodzący 
do takiej placówki powiedziałby, że jest 
w niej taki bałagan, że nie da się utrzymać 
akredytacji. To jest zupełnie inna bajka. 
Z czegoś jednak trzeba żyć. Nie zawsze 
granty naukowe dają szansę utrzymania 
laboratoriów, czasem trzeba świadczyć 
usługi komercyjne. Wtedy laboratoria 
naukowe akredytują się na określone me-
tody, gwarantują je przez system. Pewnie 
idealnie byłoby, gdyby nie musieli świad-
czyć takich usług, natomiast rynek jest 
taki, jaki jest.

Uważa Pan, że niektórzy słusznie 
wzbraniają się przed złożeniem wnio-
sku o akredytację, tłumacząc to wy-
sokimi kosztami dostosowania się 
do wymogów PCA?
To zależy. Dostaję pisma od kierowników 
laboratoriów, którzy mają do zapłacenia 
składkę w wysokości 2 tys. zł rocznie 
i proszą o jej obniżenie. Jeżeli kogoś 
nie stać na zapłacenie 200 zł miesięcz-
nie, to co to za laboratorium? Może nie 
świadczy usług, może nie ma klientów? 
Może na wyrost robiło akredytację? Zro-
bienie akredytacji i nieświadczenie usług 
mija się z celem. Przyjdziemy do takiego 
laboratorium za rok na nadzór i powie-

my: nie świadczycie usług, utraciliście 
kompetencje – i zawiesimy akredyta-
cję. Jeżeli usługi nie będą świadczone, 
to stwierdzimy, że ktoś nie ma praktyki 
i nie ma kompetencji.

Czy jest to najczęstszy powód zawie-
szania akredytacji?
Tak, właśnie taki, że laboratorium nie 
ma klientów. Nie mam zamiaru nikogo 
odwodzić od systemu, ważny jest jed-
nak rozsądek. Moim zdaniem clue  jest 
na samym początku drogi, tam, gdzie 
podejmuje się świadomą decyzję o wej-
ściu na tę drogę.

PCA odczuwa kryzys gospodarczy?
Niektóre laboratoria wnioskują o za-
wieszenie swojej akredytacji, bo nie 
mają klientów, więc my też nie mamy 
klientów.

Zauważa Pan spadek liczby składanych 
wniosków o akredytację? 
Nie, bo mamy do czynienia z dwoma 
grupami klientów – zdeterminowanymi 
i zobligowanymi. W pierwszej potrzeba 
akredytacji wynika z biznesplanu, chęci 
i ambicji, w drugiej klienci przymusze-
ni są systemem prawnym. Są to niestety 
dwie różne grupy klientów.

Z którymi z nich lepiej się Panu 
pracuje?
Zawsze z kompetentnymi, natomiast 
czasem kompetencja nie wystarczy, 
bo to są jednak pieniądze – co tu dużo 
mówić, my też świadczymy usługę. Je-
steśmy chyba jedyną instytucją w Pol-
sce, która od sześciu czy siedmiu lat nie 
podniosła stawki godzinowej za swoją 
usługę.

Nie przewiduje Pan zmiany tego stanu 
rzeczy w najbliższym czasie?
Jesteśmy na własnym rozrachunku, nie 
mamy dotacji budżetowych na utrzyma-
nie, jesteśmy specyficznym organem ad-
ministracji publicznej, ale nie państwowej, 
nie otrzymujemy więc pieniędzy z kiesze-
ni podatnika. Do tego płacimy bardzo 
wysokie składki organizacji międzynaro-
dowych. Jesteśmy organizacją, która nie 
powinna przynosić zysku, ale z drugiej 
strony nie powinna przynosić strat. Jaki 
byłby ze mnie szef jednostki, gdybym do-
prowadził do utraty jej płynności finan-
sowej? W związku z tym może i będzie 
trzeba podnieść stawkę, ale rozważymy, 

czy w ogóle to zrobimy, jeśli damy radę 
z czego innego załatać ewentualną dziurę. 
PCA ma od kilku lat przyzwoity wynik 
finansowy, ale ta tendencja ma bardzo pi-
kującą krzywą. Zastanawiamy się nad zop-
tymalizowaniem procesów m.in. ze względu 
na koszty. Czy to duże koszty, jeżeli opłata 
wstępna wynosi 2,5 tys. zł, audyt kosztuje 
7-10 tys. zł, opłata wynosi 12-15 tys. za la-
boratorium, dodatkowo roczna składka, 
zależna przede wszystkim od liczby perso-
nelu? To wszystko zależy. Gdy poprzednio 
byłem w instytucie, w którym mieliśmy 
3 duże laboratoria i ponad 100 stanowisk 
laboratoryjnych, składka stanowiła 1% na-
szych kosztów, może nawet mniej. Akredy-
tacja to koszt uzyskania przychodu. Nie 
ma akredytacji, nie ma przychodów albo 
są one dużo mniejsze. Jest akredytacja – 
odnosimy ją do przychodów.

Obawy wielu pracowników lub kierow-
ników laboratorium przed wysokimi 
kosztami uzyskania akredytacji nie 
są więc do końca uzasadnione?
Jeżeli laboratorium ma milion, 2 milio-
ny czy 5 milionów przychodu roczne-
go, to wyłożenie 7 tysięcy nie jest dla 
niego żadnym problemem. Jeżeli ktoś 
nie świadczy usług i ma deficyt, czyli 
ma problem z wypłaceniem pracownikom 
pensji, to dla niego i 2 tysiące zł to jest 
za dużo.

Akredytacja nie będzie wtedy rozwią-
zaniem problemu.
To absolutnie kwestia podjęcia decyzji 
kompetentnej w rozumieniu biznesowym. 
Zanim znaczenie ma jakość świadczonych 
usług, istotna jest jakość w biznesie. Jeżeli 
ktoś nie potrafi zbudować scenariusza biz-
nesowego na najbliższy rok, 2, 3, 4 lata, 
najlepiej na pełen okres, na który przyzna-
ny jest certyfikat akredytacji, to, powiem 
szczerze, jest niskiej jakości biznesmenem, 
niskiej jakości menedżerem, który nie 
potrafi planować.

Czy uważa Pan, że firmy zewnętrzne 
lepiej pod tym względem przygotowują 
laboratorium do przyznania mu akre-
dytacji, niż może to zrobić laborato-
rium własnymi siłami?
Generalnie stosuję logikę outsourcingu. Je-
żeli w firmie coś można zastąpić wysokiej 
jakości usługą, nawet przy tych samych 
kosztach, należy to zrobić. Natomiast 
tu jest inaczej. Jeżeli początek drogi jest 
w głowie, czyli w mentalności, w przeko-

J

background image

R O Z M O W A

 

Z

. . .

 

|

L A B O R A T O R I U M   4 / 2 0 0 9

9

naniu, w determinacji, to jeżeli zadanie 
zlecane jest na zewnątrz i otrzymywana 
jest gotowa dokumentacja, to nie ma sys-
temu; może inaczej – niewielkie są szanse, 
aby system zafunkcjonował. Tak naprawdę 
to musi boleć, po prostu każdy z uczestni-
ków procesu, od portiera do prezesa, czy 
odwrotnie, musi przejść drogę cierniową, 
musi się wymęczyć, bo inaczej nie zrozu-
mie systemu. Logika akredytacji i syste-
mu oceny zgodności jest w postrzeganiu 
świata, postrzeganiu wykonywanej pracy, 
i tego się zdobytym „kwitem” nie załatwi. 
Nazywam tak certyfikat, bo wtedy jest 
on dla mnie tylko kwitem. Przyjdzie taki 
moment, że w laboratorium pojawi się 
doświadczony audytor i natychmiast się 
połapie. To nawet nie to, że ktoś się nie 
nauczył na pamięć tego, co jest w tych 
kwitach – mógł się nauczyć, ale widać, 
że nie rozumie. Audytor, jak belfer, po pię-
ciu pierwszych zdaniach wie, czy to jest 
wyuczone na blachę, czy mówione nawet 
z błędami, ale wynikające z wewnętrznego 
przeświadczenia. Stąd też drobne uchy-
bienia wynikające z tego, że ktoś sam się 
z tym borykał, są traktowane zupełnie 
inaczej. Nie świadczymy doradztwa, nie 
mamy do tego prawa, natomiast na pew-
no nie robimy tak, że przyjmujemy układ 
zerojedynkowy: źle, źle, źle.

Na pracowników laboratoriów nie 
powinien zatem, wraz z nadejściem 
audytora, padać blady strach?
Wkrótce zaczynamy nowe szkolenie 
audytorów, próbujemy zmienić obli-
cze audytu na tzw. audyt przyjazny, 
chcemy szkolić naszych audytorów 
w podejściu partnerskim, nie kontro-
lerskim, chciałbym, żeby klienci o tym 
dobrze wiedzieli. Jeżeli tylko w jakimś 
przypadku jest inaczej, to chcemy być 
o tym poinformowani. Audytor to nie 
jest konduktor, kontroler, to ekspert, 
który przychodzi porozmawiać z innymi 
ekspertami, partnerami. I ten ekspert 
na koniec ma napisać dwie rzeczy: la-
boratorium kompetentne i wiarygodne 
albo niekompetentne i niewiarygodne. 

Oczywiście, zgodnie ze standardem 
17025 po stronie biorcy usług, czyli 
laboratorium, leży udowodnienie temu 
audytorowi, że jest kompetentne i uzy-
skuje wiarygodne wyniki, przedkłada 
mu więc na to różne dowody. Natomiast 
nasz audytor będzie mówił, co mogłoby 
być lepiej, co można poprawić na kilka 
sposobów. Nie powinien on wskazywać 
jednego rozwiązania, bo byłoby ono 
sugerujące. W systemie zarządzania nie 
ma rozwiązań uniwersalnych, na tym 
polega jego złożoność. Jeżeli akredytuje 
się metodę, sprawdza się, jaki ma być 
wynik, z jaką dokładnością, jaka ma być 
jego wiarygodność, weryfikujemy, czy 
dobrane narzędzie jest adekwatne. Przy 
ocenie laboratorium element audytora 
wiodącego i audytorów technicznych jest 
dla nas kluczowy, oceniany jest czynnik 
ludzki, czyli doświadczenie, wiedza oraz 
rozmowa, bo przecież partner poddający 
się audytowi ma prawo głosu.

Co w sytuacji, jeżeli ci partnerzy nie 
potrafią ze sobą rozmawiać?
Może być tak, że dwaj eksperci się „ze-
tną”, istnieje potrzeba rozstrzygnięcia. Je-
żeli audytor źle się sprawuje, jeśli jest coś 
nagannego w jego zachowaniu, chcemy 
o tym wiedzieć, żebyśmy mogli to napra-
wić. Niezgodność stanowisk musi znaleźć 
swoje odzwierciedlenie w raporcie z oceny. 
Jeśli tego nie wiemy, myślimy, że wszystko 
jest w porządku – w terminie dostaliśmy 
raport, działania korygujące są wykony-
wane – nie wiemy, że coś było nie tak. 
Jeśli decyzje PCA oparte na raporcie 
z oceny dalej są niesatysfakcjonujące dla 
klienta, to jest przecież komitet odwo-
ławczy. Klienci są jednak coraz bardziej 
świadomi, nie chciałbym ich podpusz-
czać na samego siebie, ale czasy są takie, 
że jak się zamawia usługę i za nią się płaci, 
trzeba wymagać najwyższej jakości. Trze-
ba reagować, gdy coś jest nie tak, to jest 
dialog, nie monolog. Każdy audytowany 
dostaje informację o składzie audytorów, 
jest giełda nazwisk, wszyscy wiedzą, kto 
jest kim. Audytowany ma prawo nie za-
akceptować tego składu.

Znane są Panu przypadki nieprofesjo-
nalnego podejścia pracowników labora-
toriów, którzy chcieliby innymi droga-
mi, niekoniecznie zgodnymi z prawem, 
uzyskać przychylność audytora?
Każdy, w jakimś sensie, chce wypaść 
w oczach zespołu oceniającego lepiej, 

niż jest naprawdę, sam byłem biorcą 
takiej usługi, to jest naturalna sprawa. 
Natomiast jest ogromna różnica między 
procesem akredytacji, czyli relacją mię-
dzy audytorami, PCA a laboratorium, 
a relacjami laboratoriów z ich klienta-
mi. Laboratoria i my jesteśmy po jednej 
stronie, po drugiej jest klient naszego 
klienta. Laboratoria borykają się ze swo-
imi finansami i nawet jeśli kondycja 
ich finansów jest przyzwoita, to nie 
ma mowy o jakichś pieniądzach, które 
można by było wykorzystać nieczysto. 
Natomiast nasi klienci mają do czynienia 
ze swoimi klientami, a to już zupełnie 
inny świat. Są tam producenci, impor-
terzy, pseudoproducenci, dystrybutorzy, 
handlowcy i zwykli handlarze, różni 
ludzie, którzy w różny sposób chcą 
uzyskać „kwity” od naszych klientów. 
Po przejściu z jednego dyrektorowania 
w drugie wiem, że teraz ryzyko na-
rażenia się na sytuacje trudne w tym 
kontekście, prowadzące do konfliktów, 
jest mniejsze.

Spory między PCA a klientami pewnie 
się jednak zdarzają. Czym są spowo-
dowane?
Ustawiczne spory z naszymi klientami 
dotyczą terminów. To jest naturalna 
sprawa, sam byłem niezwykle zirytowa-
ny, czekając miesiącami na uzyskanie 
dokumentu akredytacyjnego. Wiedzia-
łem, jaką usługę chcę świadczyć, miałem 
być pierwszym w Europie posiadającym 
na to dokument, kolejka klientów usta-
wiała się, czekałem od miesięcy na akre-
dytację, nie mogąc świadczyć usługi. Ja-
kieś pół roku temu napisałem do mojego 
poprzednika w PCA pismo, w którym 
w menedżerski sposób wyliczyłem, ile 
przez to straciłem. Od czasu do czasu 
dostaję podobne pisma, ale niestety, 
a może i „stety”, rzadko. To znaczy, 
że niewiele osób z najwyższego kie-
rownictwa laboratorium podchodzi 
biznesowo do sprawy, bo tak naprawdę 
czas to pieniądz. Chciałbym, w miarę 
możliwości, uzyskać jak największe za-
dowolenie klienta, nie tyko z jakości, 
ale również i z krótkiego czasu uzyska-
nia akredytacji, bo czas też jest pewną 
jakością. Jeżeli jednak procesy się prze-
dłużają, to dla mnie są one deficytowe. 
Jeżeli proces za 10 tys. zł trwa 3 miesiące, 
mogę powiedzieć, że jest on opłacalny, 
ale jeśli ten sam proces trwa 7 miesięcy, 
to jestem „pod kreską”. 

A

udytor to nie jest 

konduktor, kontroler, 

to ekspert, który przychodzi 

rozmawiać z innymi 

ekspertami, partnerami.