background image

Elleen, „Dwadzieścia lat wcześniej”: 

http://forum.mirriel.net/viewtopic.php?

f=2&t=17431&start=0

Tak oto nastał dzień zagłady — nie mogłam już dłużej dusić w sobie wszystkich moich 

guilty pleasures kanonu HP. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie — ostrzegam, 

może być dziwnie. Nigdy chyba nie miałam większej frajdy z wymyślania fabuły fanfika, 

więc możemy się umówić, że ja to sobie będę pisać, Wy mi będziecie wybaczać... I tak 

sobie będziemy kooperować, aż wyrzucę z siebie wszystkie te niedorzeczności ;). (To 

wszystko to oczywiście wina Samanthy L., będącej drugą połową mojego mózgu oraz 

moją betą od paradoksów czasowych jako ktoś, kto oglądał Doktora Who i WIE).

"Dwadzieścia lat wcześniej"

— Zdecydowałem — powiedział Harry podczas jednego ze wspólnych obiadów w Norze 

— że w przyszłym tygodniu się przeprowadzę.

Ginny   podniosła   głowę   tak   szybko,   że   aż   się   zakrztusiła   zupą   i   musiała   skorzystać 

zpomocy   Hermiony,   by   móc   ponownie   złapać   oddech.   Załzawione   oczy   przeniosła 

zpowrotem na Harry'ego i zamrugała szybko.

— Ależ Harry, kochaneczku! — zaprotestowała pani Weasley. — Przecież nie musisz się 

wyprowadzać! Jesteś najmilszym gościem, jakiego moglibyśmy sobie wyobrazić. Może 

ci niewygodnie w starym pokoju Billa? Może chciałbyś się przenieść na pierwsze piętro 

albo...

—   Dziękuję,   pani   Weasley   —   przerwał   jej   Harry,   który   sprawiał   wrażenie   dość 

zażenowanego całą sytuacją. A na pewno, jak zauważyła Ginny nie bez rozczarowania, 

całkowicie pewnego swojej decyzji. — Wydaje mi się, że to już właściwy czas, bym 

zamieszkał sam. No i z Londynu będę miał bliżej do pracy.

— Z Londynu? — zainteresowała się Ginny. Minę miała na pozór obojętną, ale od środka 

zżerało ją poczucie niepowodzenia. Ostatnio bardzo się zbliżyli, możliwe, że w końcu do 

czegoś by między nimi doszło, nawet Harry nie mógł przecież opierać się dłużej temu 

napięciu...   Tymczasem   on   postanowił   —   ze   wszystkich   rzeczy   na   świecie   — 

wyprowadzić się z Nory! Niedorzeczność.

background image

Harry potoczył nieśmiałym spojrzeniem po wszystkich zebranych.

— Odnalazłem mieszkanie Syriusza. Prosił mnie kiedyś, bym się zastanowił, czy nie 

chcę z nim tam zamieszkać. Dawno temu, jeszcze w trzeciej klasie...

—   GRIMMAULD   PLACE?   —   zagrzmiała   pani   Weasley   i   zatrzęsła   się   z   oburzenia.   — 

Myślałam, że chcesz sprzedać ten przeklęty dom! Nie sądzę, by mądrze było...

— Pani Weasley — przerwał jej spokojnie Harry. — Nie mówię o Grimmauld Place. Mówię 

o   starym   mieszkaniu   Syriusza,   tym,   do   którego   się   przeprowadził   po   skończeniu 

Hogwartu.   Znalazłem   je.   Jestem   jedynym   spadkobiercą   Syriusza,   sprawdzałem   w 

ministerstwie. Jest moje.

— Ron! — zawołała pani Weasley, szukając wsparcia u swojego najmłodszego syna. 

Ron,   który   od   początku   rozmowy   niewzruszenie   przeżuwał   gulasz,   wzruszył   tylko 

ramionami.

—   Rozmawiałem   już   z   Harrym.   Jeśli   chce   się   przeprowadzić,   nie   możemy   mu   tego 

zabronić.

"Nie?" — zapytał rozczarowany głos w głowie Ginny. Ona sama uśmiechnęła się za to 

promiennie do Harry'ego i rzuciła:

— Popieram Rona. Sama bym się chętnie wyprowadziła, gdybym tylko miała dokąd.

— Moja panno...

— Oj mamo! Wszyscy kochamy Norę, ale każdy chciałby kiedyś zacząć życie na własny 

rachunek.   Prawda,   Harry?   —   Kiwnął   głową   i   uśmiechnął   się   do   niej   blado.   — 

Skończyliśmy już wszyscy szkołę i...

— Masz dopiero dziewiętnaście lat!

— My z Hermioną zaczniemy szukać jakiegoś mieszkania, kiedy tylko skończę kurs — 

dodał Ron z pełnymi ustami, za co Ginny była mu wdzięczna, bo teraz litania mamy 

skupiła się na nim i Hermionie, zahaczając po drodze o złe wychowanie, brak kultury i 

wszystkie inne wady, jakie tylko mogła wymyślić w nadziei na odwiedzenie syna od 

rychłego   wyprowadzenia   się   z   domu.   Ale   Ginny   wiedziała,   że   Ron   już   dawno 

zdecydował. Podobnie jak Harry.

— To gdzie dokładnie masz to mieszkanie? — zapytała, pochylając się lekko w jego 

stronę, aby wyjść z pola rażenia wściekłości mamy. Nie było to zresztą wcale mądre 

posunięcie,   bo   teraz   musiała   spoglądać   na   jego   zatroskaną   twarz   z   naprawdę 

niewielkiej odległości.

—   Niedaleko   świętego   Munga,   do   ministerstwa   będzie   parę   przecznic.   Zupełnie 

nienanoszalne, chronione mnóstwem zaklęć. Bez szans na fotoreporterów pod oknami 

— dodał i popatrzył w kierunku okna, a kiedy Ginny podążyła za jego spojrzeniem, 

background image

dostrzegła   chudego  człowieka   kulącego   się   niezgrabnie   za  krzakiem   dzikiej   róży   — 

wjego ręku błyszczał aparat fotograficzny.

— Ciężkie życie bohatera — roześmiała się Ginny i poklepała Harry'ego po ramieniu. 

Kolejne złe posunięcie. Za bardzo tęskniła za jego dotykiem, by móc sobie beztrosko 

pozwalać na takie przypadkowe gesty. Szybko cofnęła dłoń i zajęła się swoimi zimnymi 

już ziemniakami. On wydawał się nawet nie zwrócić uwagi na jej zmieszanie.

— Nawet sobie nie wyobrażasz — westchnął. — Nie wiem tylko, kiedy mi się uda zrobić 

porządek.   Od   czasu   Syriusza   nikt   tam   nie   mieszkał   i   czuję,   że   ogarnięcie   tego 

niesamowitego bałaganu, który po sobie pozostawił, zajmie mi wieki.

— Och! — zaszczebiotała Ginny tak radosnym głosem, że przez chwilę zastanawiała się 

nawet, czy na pewno należał do niej. — Chętnie ci pomogę!

— Nieee — zaczął Harry, ale w jego głosie dosłyszała wahanie. Wykorzystała to więc 

szybko i pokręciła głową.

— I tak nie mam co robić, siedzę tu w domu z mamą, której ostatnio naprawdę zaczyna 

ciążyć perspektywa puszczenia nas wszystkich w świat. Sam zresztą wiesz. Proszę!

— W sprawie eliminacji nadal nic? — zmartwił się Harry.

— Mają mi dać odpowiedź w przyszły piątek. Słyszałam zresztą, że ścigająca Harpii jest 

w   piątym   miesiącu   ciąży   i   niedługo   będą   szukać   kogoś   na   zastępstwo,   może 

powinnam...

— Tak! Tak, koniecznie się zgłoś. Prędzej czy później dostaniesz się do jakiejś drużyny, 

jesteś za dobra, by długo szukać pracy.

— Dzięki, Harry. Ty i George jesteście jedynymi osobami, które nie każą mi się zająć 

"czymś  bardziej  pożytecznym"   —   tu   wyjątkowo  udanie   sparodiowała  głos  mamy   — 

zamiast   lataniem.   Jeśli   przez   coś   bardziej   pożytecznego   rozumieją   nurzanie   się 

wstosach  papierów  i noszenie  kawy   wyżej postawionym  pracownikom ministerstwa, 

to...  och!  Nie miałam  na  myśli ciebie. Jestem  pewna, że  po  szkoleniu zaczną  wam 

przydzielać bardziej odpowiedzialne zadania.

— Nie szkodzi — uśmiechnął się Harry w odpowiedzi. — I tak nie zamieniłbym tej pracy 

na inną. I ty też nie powinnaś rezygnować ze swoich marzeń.

"Na pewno nie zrezygnuję" — pomyślała Ginny, pozwalając swojemu kolanu na ułamek 

sekundy   oprzeć   się   o   kolano   Harry'ego.   Natychmiast   zrobiła   też   niewinną   minę, 

zsatysfakcją obserwując nieznaczny rumieniec na twarzy chłopaka.

— No więc kiedy chcesz się zająć tym mieszkaniem? — zapytała.

— Sobota?

— Jesteśmy umówieni.

background image

Przez   resztę  tygodnia  Ginny  zdążyła wymyślić co  najmniej  kilkadziesiąt  scenariuszy 

dotyczących tego, jak potoczy się ich sobotnie spotkanie — w końcu sam na sam, bez 

obawy,   że   za   chwilę   wpadnie   do   kuchni   Molly   i   zacznie   rozstawiać   wszystkich   po 

kątach, bez towarzystwa ghula na strychu i obściskujących się we wszystkich pokojach 

Rona iHermiony. Tylko ona i Harry. Nie wzięła w swoich entuzjastycznych planach pod 

uwagę tylko dwóch rzeczy.

Pierwszą było zdecydowane niedocenienie rozmiarów nieporządku. Nici z romantycznej 

atmosfery, odgruzowywanie tego zajmie im wieki.

Drugą z niesprzyjających okoliczności okazała się obecność Neville'a.

— Cześć Ginny — powitał ją Harry wesoło. Miał na sobie absolutnie ohydną flanelową 

koszulę w kratę, która była co najmniej cztery rozmiary za duża. Ginny wzdrygnęła się 

lekko   na   myśl   o   planie,   z   jakim   tam   przyszła,   po   czym   przeskoczyła   stos   starych 

pergaminów   i   usiadła   obok   Neville'a   na   jedynym   nielepiącym   się   meblu   w   całym 

pomieszczeniu — starym, hebanowym biurku.

— No, chłopaki. To od czego zaczynamy?

—   Zaczęlibyśmy   od   wymiecenia   stąd   tych   wszystkich   pajęczyn   i   kurzu   —   zaczął 

niepewnie Harry — ale obaj jesteśmy beznadziejni w zaklęciach gospodarskich.

Ginny się uśmiechnęła. To akurat miała opanowane do perfekcji.

— Najpierw wynieście stąd te zapleśniałe dywany. Do niczego się już nie przydadzą, a 

tylko cuchną. Jest tu jakieś mniejsze pomieszczenie? Gabinet, magazyn?...

— Pokój Syriusza. Drugie drzwi po prawej obok łazienki — odrzekł Harry.

—   Zacznę   tam   —   powiedziała   i   westchnęła,   a   Harry   popatrzył   na   nią   z   taką 

wdzięcznością, że od razu poczuła więcej zapału do pracy.

Mieszkanie  było  niezbyt  duże,  ale  znajdowało  się  w  nim  wszystko to,  czego  młody 

mężczyzna mógł potrzebować, kiedy zaczynał prowadzić życie na własny rachunek. 

Urządzone   typowo   po   męsku,   oszczędnie,   tylko   tyle   mebli,   by   pomieścić   dobytek 

dwudziestolatka. Teraz w całym pomieszczeniu panował niewyobrażalny bałagan; po 

rozmieszczeniu niektórych zalegających tam latami książek, części garderoby i różnych 

szpargałów Ginny mogła poznać, że Syriusz nie należał do osób dbających przesadnie 

oporządek. Nie żeby oczywiście nie zauważyła tego już dużo wcześniej, kiedy mieszkała 

na   Grimmauld   Place.   Obszerny   salon   połączony   z   kuchnią   sprawiał   wrażenie 

przyjaznego miejsca, ale prowadzący od niego wąski korytarz z rzędem czarnych drzwi 

przywodził na myśl posiadłość rodową Blacków, więc Ginny przyspieszyła kroku i weszła 

do sypialni Syriusza.

background image

Natychmiast   —   mimo   zalegającego   tam   od   kilkunastu   lat   brudu,   pleśni   i   zapachu 

stęchlizny — poczuła, że mogłaby w niej zamieszkać. Ściany pokrywały plakaty różnych 

drużyn quidditcha poprzylepiane jeden na drugim, tu i ówdzie znalazło się miejsce dla 

mugolskich   fotografii   motorów   albo   naprawdę   gorących   dziewczyn   z   rozkładówek. 

Pośrodku,   pod   oknem,   stało   dość   duże   łóżko,   a   obok   niego   tylko   dwie   niewielkie 

komody  i  regał. Z niewyjaśnionych przyczyn czuła się tam  tak swojsko, jakby... już 

kiedyś widziała to miejsce.

Potrząsnęła głową i złapała się pod boki.

— Od czego by tu zacząć...

Wbrew oczekiwaniom nawet niewielka sypialnia Syriusza okazała się niezwykle odporna 

na   wszystkie   zaklęcia   sprzątające   i   dopiero   w   niedzielę   popołudniu   Ginny   zaczęła 

widzieć jakieś drobiny materii w tej ziejącej czarnej dziurze. Harry i Neville mieli tego 

dnia dyżur, a do pomocy w mieszkaniu zgłosili się Ron i Hermiona, którzy początkowo 

podeszli do sprawy z należytą powagą, ale sądząc pod ssąco-mlaszczących odgłosach 

dochodzących z okolic łazienki, musieli się już swoją misją znudzić i zająć rzeczami 

daleko   bardziej   interesującymi.   Ginny   nie   była   pewna,   czy   powinna   się   cieszyć   ich 

szczęściem, czy zwymiotować na myśl o warunkach, które tej dwójce najwyraźniej nie 

odbierały   ochoty   na   igraszki.   Pochyliła   się   i   wyjęła   spod   łóżka   Syriusza   kilka 

przedmiotów.

Zdjęcie w srebrnej ramce przedstawiające młodego Blacka razem z bardzo do niego 

podobnym  młodszym chłopcem ("To musi  być Regulus"   —  pomyślała) postawiła  na 

komodzie i przez chwilę wpatrywała się w nie z zainteresowaniem. Widziała w albumie 

Harry'ego kilka zdjęć młodego Syriusza, wiedziała, że był kiedyś bardzo przystojny, ale 

to zdjęcie jako pierwsze oddawało coś, co później trudno było już w nim dostrzec — 

wyraźną rysę arystokratycznej nonszalancji.

Kilka listów od Jamesa Pottera, których taktownie nie otwierała, a jedynie odłożyła na 

bok,   by   przy   najbliższej   okazji   przekazać   Harry'emu.   Pismo,   którym   jego   ojciec 

adresował koperty, było znacznie bardziej staranne od pisma Harry'ego, ale i w pewien 

sposób wywołujące na twarzy uśmiech — duże brzuszki przy literach, długie, zawijane 

ogonki, zamaszyste przecinki... Ginny miała irracjonalne wrażenie, że mogłaby się z 

nim zaprzyjaźnić.

W końcu złapała niewielki kieszonkowy zegarek i przysunęła go sobie pod nos, by móc 

mu   się   lepiej   przyjrzeć.   Kształt   miał   okrągły,   wygląd   raczej   niepozorny,   a   jedyną 

wzbudzającą zainteresowanie cechą było ciche tykanie na granicy słyszalności, choć 

background image

wskazówki   się   nie   poruszały.   Ginny   postanowiła   odłożyć   znalezisko   aż   do   powrotu 

Harry'ego.

Chociaż...

Może powinna spróbować go nakręcić?

— Hermiono! — krzyknęła w głąb ciemnego korytarza. Mlaskanie ustało. — Hermiono! 

Znalazłam coś ciekawego!

Chwila ciszy i nerwowe szuranie, a po chwili:

— Zaraz u ciebie będę!

Ginny pokręciła głową na ten całkowity upadek moralności, wspominając jednocześnie 

upojne chwile z Harrym nad jeziorem kilka lat temu. Wiele by dała, by móc być z nim 

teraz tak szczęśliwa, jak Hermiona była z Ronem.

Przyłożyła zegarek do ucha. Tykanie nie dawało jej spokoju. Tik—tak—tik—tak—tik—

tak...

Może wskazówki się zepsuły?

Potrząsnęła nim lekko. Tik—tak—tik—tak—tik—tak... Pewnie wystarczy go nakręcić.

Odblokowała   maleńkie   pokrętło   i   chwilę   się   zawahała   —   może   faktycznie   powinna 

zaczekać na Hermionę? — a potem delikatnie przekręciła je w prawo.

Poczuła   mocne   szarpnięcie,   a   potem   ssanie,   jakby   wciągał   ją   potężny   wir.   Chciała 

poruszyć ręką, ale nie panowała nad swoim ciałem. Wirowała coraz szybciej i szybciej, 

zawroty głowy stały się nie do zniesienia, zrobiło jej się niedobrze, a potem wir zaczął 

się oddalać, szum wokół niej cichł, a ona sama robiła się cięższa, aż w końcu straciła 

świadomość. 

Głowa   pulsowała   jej   bólem   nie   do   zniesienia.   Otworzyła   oczy,   ale   pokój   zlał   się 

wwielobarwną   plamę,   a   łupanie   w   czaszce   przybrało   na   sile,   więc   ponownie   je 

zamknęła.

"Co, u licha?..." — pomyślała i przyłożyła dłonie do twarzy. Wszystko było w porządku, 

każdy element na swoim miejscu, żadnych drastycznych zmian. Spróbowała zamrugać. 

Ból   zelżał   nieco,   ale   wzrok   nie   zdążył   się   jeszcze   dostosować   —   plama   powoli 

formowała  się  w  znajome  kształty.   Łóżko  Syriusza,  regał,  komody,  stos  ciuchów   na 

podłodze... Podniosła się szybko na łokciach i rozejrzała niepewnie dookoła. Ile musiała 

tam leżeć? Dlaczego nie pamięta, by dokończyła sprzątanie pokoju?

"O nie! Straciłam pamięć!" — pomyślała z przerażeniem.

Ulga   spowodowana   wcześniej   uświadomieniem   sobie,   że   nie   aktywowała   jednak 

międzynarodowego świstoklika do Australii, została szybko zastąpiona przez poczucie 

background image

niepewności. Gdzie jest Hermiona? Harry? Ron? KTOKOLWIEK? Czemu pozwolili jej tutaj 

leżeć, a sami...

Jej rozważania zostały gwałtownie przerwane przez wtargnięcie do sypialni półnagiego 

mężczyzny z różdżką wycelowaną prosto w jej pierś. To było zbyt absurdalne, by mogła 

się poruszyć.

—   Kim  jesteś?  —   zapytał  nieznajomy,  a  Ginny  pomyślała,  że  to  dość  zabawne,  bo 

właśnie zamierzała mu zadać identyczne pytanie. W końcu miała większe prawo tu 

przebywać niż ten... ten...

— SYRIUSZ?!

Dyskretnie przesunęła rękę w okolice podołka, gdzie trzymała zazwyczaj różdżkę, ale 

nie wyczuła znajomego kształtu. Mężczyzna zaczął groźnie dyszeć. To nie był Syriusz, 

którego zapamiętała z Grimmauld Place. Ten stojący przed nią mógł mieć najwyżej 

dwadzieścia lat, był też jakby bardziej energiczny i zdecydowanie lepiej wyglądający. 

Ukryła twarz w dłoniach i westchnęła.

— To się nie może dziać naprawdę — powiedziała, bardziej do siebie niż do niego. On 

zaś  wciąż  stał   przed   nią  z   uniesioną  różdżką i  miną   wyrażającą   zarówno   uprzejme 

zainteresowanie, jak i kończącą się powoli cierpliwość.

—   Dowiem   się,   kim   jesteś   i,   co   ważniejsze,   jak   się   przedostałaś   przez   zaklęcia 

ochronne? Kto cię przysłał? Masz minutę i lepiej, żebyś brzmiała wiarygodnie.

Ginny prychnęła. Za kogo on się uważał? Na wszelki wypadek uszczypnęła się jeszcze 

wprzedramię, mając cichą nadzieję, że to tylko sen, ale magicznie ożywiony Syriusz nie 

zniknął. Ba, stał się może jeszcze bardziej nawet realny, kiedy odepchnął się od ściany 

izbliżył o kilka kroków, tak że jego różdżka celowała w nią z naprawdę bardzo, bardzo 

bliska.

—   Nazywam   się   Ginny   Weasley   —   powiedziała   w   końcu.   Drgnął,   kiedy   usłyszał 

nazwisko.

—   Weasley.   To   interesujące,   bo,   o   ile   mi   wiadomo,   w   rodzinie   Weasleyów   od   kilku 

pokoleń nie urodziła się ani jedna dziewczynka.

— Cóż, urodziłam się ja — odpowiedziała chłodno Ginny. — Jestem córką Artura i Molly 

Weasley.

Syriusz   roześmiał   się   tak   głośno,   że   zadrżały   poustawiane   na   komodzie   modele 

motocykli.

—   Pamiętasz,   kiedy   wspominałem,   że   powinnaś   brzmieć   wiarygodnie?   —   Machnął 

różdżką, a cienkie sznurki oplotły jej ciało, zanim zdążyła sięgnąć za pazuchę. Nie była 

zresztą pewna, czy znalazłaby tam to, czego potrzebowała. Wciąż nie rozumiała, co się 

background image

wydarzyło.   —   Nie   spodobało   mi   się   twoje   wyjaśnienie.   A   jeśli   zaczniesz   opowiadać 

kolejne   bajki,   które   mi   się   nie   spodobają...   —   Skinął   od   niechcenia   nadgarstkiem, 

ależący pod oknem słoik wybuchł, pryskając w Ginny kawałkami szkła. — Mów.

Niepewność zaczęła ustępować miejsca wściekłości. To, w jaki sposób potraktował ją 

Syriusz, nie dało się wytłumaczyć żadnymi środkami ostrożności. Przecież nawet nie 

sięgnęła po różdżkę!

— Posłuchaj mnie. A kiedy mówię "posłuchaj mnie", mam na myśli "posłuchaj mnie 

uważnie, bo nie będę powtarzać". Nie wiem, co się stało. Nie wiem, jak tu trafiłam. Na 

dodatek zaczynam się niepokoić, że odkręcanie tego może nie należeć do prostych 

ibezbolesnych. W jednej chwili robiłam porządek pod łóżkiem Harry'ego, a w drugiej... 

znalazłam się tutaj. Wydaje mi się, że... jeśli zaczniesz się śmiać, przysięgam, że cię 

przy   najbliższej   okazji   przeklnę,   a   jestem   prawdziwą   mistrzynią   Upiorogacka,   nie 

poznasz po tym swojej twarzy... Wydaje mi się, że przeniosłam się w czasie.

Nastała   kilkusekundowa   cisza,   podczas   której   Syriusz   wydawał   się   intensywnie   nad 

czymś myśleć. W końcu, kiedy Ginny zaczynała się już niecierpliwić, zmarszczył brwi 

izapytał:

— Upiorogacka? Co to takiego?

Ginny otworzyła usta w wyrazie niedowierzania.

— Czy naprawdę ze wszystkich tych informacji uznałeś Upiorogacka za najciekawszą?!

— Wybacz, dziewczyno. Laska z przyszłości trafiająca prosto do mojego łóżka brzmi 

odrobinę mniej wiarygodnie.

— Znam przyszłego ciebie.

Syriusz wyszczerzył zęby.

— I pewnie jesteś w przyszłości moją dziewczyną. Nie, nie, czekaj... Żoną!

— Jesteś niepoważny. Mama miała co do ciebie rację. Nie, nie jestem twoją dziewczyną, 

żoną, kochanką, siostrą, córką ani matką.

Szarpnęła rękami, ale sznurki oplatały ją ciasno. Zaczęła żałować, że dała się omamić 

temu okropnemu tykaniu!

Tykanie...

— Zegarek! — krzyknęła i zaczęła się rozglądać dookoła. — To wszystko przez ten 

przeklęty zegarek!

— Przeniosłaś się w czasie za pomocą zegarka?

— TAK!

Na twarzy Syriusza po raz pierwszy od początku tego niecodziennego spotkania pojawił 

się rumieniec.

background image

— Ale nie takiego... okrągłego...

— ... którego wskazówki się nie poruszały...

— ... a mimo wszystko...

— ... nieznośnie tykającego? Tak.

Chłopak podrapał się po głowie i rzucił Ginny niemal przepraszające spojrzenie.

—   Znalazłem   go   dziś   rano.   Potrzebowałem   zegarka,   a   ten   wydawał   się   całkiem 

gustowny. Mogłem go... nakręcić. Dla próby. — Oczy Ginny zaczęły ciskać błyskawice. — 

Ale nie działał.

— Cóż. Działał. Tylko nie był zegarkiem. Czy możesz mnie rozwiązać?

— Nie sądzę.

— CO MAM CI JESZCZE POWIEDZIEĆ, ŻEBYŚ MI UWIERZYŁ?

—   Może   cokolwiek   interesującego,   bo   na   razie   wciąż   najbardziej   podobał   mi   się 

Upiorogacek. Co to?

Ginny   westchnęła,   a   potem   wytłumaczyła   Syriuszowi   działanie   zaklęcia.   Ku   jej 

zaskoczeniu, natychmiast uwolnił ją z więzów. Pokonała chęć odpłacenia mu pięknym 

za nadobne, usiadła i zaczęła rozcierać sobie nadgarstki.

— Wymyśliliśmy z Jimem tę klątwę. Upiorogacek to idealna nazwa, żałuję, że sami na to 

nie wpadliśmy. Dzięki.

— Nie ma za co.

— A więc kim jesteś?

— Już ci mówiłam. Ginny Weasley, córka Artura i...

— Nie urodziłaś się jeszcze.

— Celne spostrzeżenie.

— Łał. Szkoda. Zacząłem się przyzwyczajać do myśli, że jesteś moją żoną — zakpił 

Syriusz, a Ginny przewróciła oczami.

Spuściła nogi z łóżka i dopiero teraz zauważyła, że sypialnię Syriusza w obecnym jej 

stanie   różnił   od   stanu   z   przyszłości   jedynie   brak   pokładów   kurzu   i   pleśni.   Chłopak 

podążył   za  jej   spojrzeniem,   ale  nie  miał   nawet   wystarczająco   przyzwoitości,   by   się 

zawstydzić.   "A   powinien"   —   pomyślała   Ginny,   czując,   że   nie   będzie   mogła   dłużej 

ignorować   jego   nagiego   torsu.   Jakby   wyławiając   tę   myśl   z   setek   innych,   Syriusz 

zanurkował   pod   łóżko   i   wyciągnął   stamtąd   koszulę,   którą   po   szybkim   obwąchaniu 

zarzucił na ramiona.

— Który mamy rok? — zapytał i ponownie skupił wzrok na Ginny.

— Wy? Nie mam pojęcia. My dwutysięczny.

— Sądząc po twoim czułym powitaniu... znamy się, tak?

background image

"Znaliśmy".

— Tak — odpowiedziała zdawkowo. Miała nadzieję, że Syriusz nie zacznie wypytywać 

oszczegóły.

— Skąd?

— Z Zakonu.

— A więc Voldemort...

— Nie żyje.

— Kiedy?

— Dwa lata temu.

Wciągnął szybko powietrze, jakby nie dowierzając, że wojna mogła trwać tak długo.

— Jak?...

— Słuchaj, nie jestem pewna, czy mogę ci to mówić. Hermiona wspominała...

— Kto?

—   Moja   przyjaciółka.   Nieistotne.   Słuchaj,   myślisz,   że   mogłabym   się   zobaczyć 

zDumbledore'em?

Na tę myśl jej żołądek zawiązał się w ciasny supeł. Żywy Dumbledore w pełni swoich 

magicznych mocy. Czy będzie musiała mu powiedzieć, jak umarł? A może sam to z niej 

wyczyta?   A   jeśli   zmieni   bieg   historii,   czy...   czy   będzie   mogła   wrócić?   Zaschło   jej 

wgardle, kiedy pomyślała, że mogłaby już nigdy nie zobaczyć Harry'ego. Wydawało jej 

się, że poprzedni wieczór zdarzył się lata temu.

Syriusz nagle jakby skulił się w sobie.

— Dumbledore jest pewnie... bardzo zajęty — powiedział bez przekonania. — A poza 

tym...

—   Nie   powiem   mu,   że   to   ty   zacząłeś   zabawę   zegarkiem   —   przerwała   mu   Ginny 

zirytacją. — Po prostu pozwól mi się z nim zobaczyć. Chcę wrócić do domu.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem Syriusz sięgnął do kieszeni i wyciągnął z 

niej małe lusterko. Pochylił się i — ku zaskoczeniu Ginny — szepnął do niego:

— Sytuacja krytyczna. Moje mieszkanie. Teraz.

— Co?... — zaczęła Ginny, ale jej towarzysz pokręcił głową.

— Poczekaj — powiedział.

Nie wiedziała, na co czekali. Czy Syriusz wezwał Dumbledore'a? Usiedli obok siebie na 

łóżku,   a   Ginny   próbowała   nie   skupiać   się   zanadto   na   absurdzie   tej   sytuacji.   Oto 

siedziała w sypialni Syriusza z jego dwudziestoletnią wersją — bardziej żywą i realną niż 

kiedykolwiek   mógłby   się   stać   jego   poazkabanowy   odpowiednik.   Atrakcyjny, 

inteligentny, zabawny... I wszystko to miało się niedługo skończyć, a Ginny — wedle 

background image

wszelkiego prawdopodobieństwa — nie mogła nic zrobić, by temu zapobiec. Zacisnęła 

zęby iodwróciła twarz w drugą stronę, by Syriusz nie mógł dostrzec jej miny.

Nagły łomot w drzwi sprawił, że podskoczyła.

Syriusz   jedynie   wdzięcznie   zsunął   się   z   łóżka,   jakby   niczego   innego   nie   oczekiwał, 

iwybiegł przez korytarz do salonu. Rozległ się dźwięk odsuwanych rygli, a potem:

— Lepiej, żebyś umierał, bo przerwałeś mi w połowie meczu.

Ginny trochę wbrew sobie zachichotała.

— To jest gorsze od umierania. W moim pokoju jest dziewczyna, która...

— Masz panienkę w pokoju i wzywasz mnie na pomoc?! Stary, odbiło ci?

— ... która twierdzi, że przybyła tu z przyszłości.

Ginny   wstrzymała   oddech.   Spodziewała   się   salw   śmiechu   —   już   po   powitaniu 

zorientowała się, kto był tym wyczekiwanym przez Syriusza gościem (jak mogła się nie 

domyślić   wcześniej?),   teraz   całe   jej   ciało   z   niewiadomych   przyczyn   zesztywniało 

iprzestało reagować na polecenia — usłyszała tylko szuranie, jakieś szepty, a w końcu 

zza framugi wychyliła się, jakże znajoma, czarna czupryna.

James był niezwykle podobny do Harry'ego, a jednocześnie różnił się od niego każdym 

najdrobniejszym szczegółem. Ginny nie miała czasu na zastanawianie się, jak to wogóle 

możliwe, bo teraz już cały Potter, nie tylko jego głowa, zmaterializował się przed nią ze 

skrzyżowanymi ramionami i rozbawioną miną.

— A więc to ty jesteś tajemniczą nieznajomą z przyszłości.

— Nie taką tajemniczą — odezwała się Ginny, bo już nie mogła wytrzymać napięcia. 

Iwtamtej chwili miała w nosie, jaką ilość informacji wszechświat uzna za nazbyt dużą. 

— Jestem przyjaciółką twojego syna.

Syriusz   zagwizdał,   gotów   się   roześmiać   razem   z   Jamesem   —   wyglądał,   jakby   tylko 

czekał na znak. Ale James nie sprawiał wrażenia osoby przesadnie rozbawionej, był 

raczej zaciekawiony i trochę... przestraszony?

— Mam syna? — zapytał cicho.

— Harry. Jest wspaniały.

Obaj   z   Syriuszem   wydawali   się   dość   mocno   wstrząśnięci   tą   informacją.   James 

przekrzywił w końcu głowę, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem nieoczekiwanie 

spojrzał Ginny w oczy i uśmiechnął się łobuzersko. Kogoś jej przypominał, kogoś, kto 

nie był Harrym...

A potem mrugnął i Ginny już wiedziała. Fred. Potrząsnęła głową, próbując odsunąć od 

siebie tę niezbyt szczęśliwą myśl.

background image

—   Słuchaj,   eee...   James   —   powiedziała,   czując   się   odrobinę   nierealnie.   Nigdy   nie 

próbowała sobie nawet wyobrazić ojca Harry'ego inaczej niż idei spoczywającej pod 

kamienną płytą w Dolinie Godryka. Teraz stał przed nią żywy, realny, namacalny. — Czy 

możesz być odrobinę bardziej pomocny od swojego przyjaciela? Potrzebuję się spotkać 

z Dumbledore'em.

Wzruszył ramionami i wymienił z Syriuszem znaczące spojrzenia. Z boku wyglądało to 

tak, jakby czytali sobie w myślach, bo Black jedynie skinął głową, obrócił się na pięcie 

iwyszedł z pokoju. Ginny i James zostali sami.

Jego   oczy   były   zupełnie   inne   niż   oczy   Harry'ego   —   jasnobrązowe,   roześmiane, 

błyszczące... trochę jak oczy psa, który czeka na rzucenie mu piłki, merdając ogonem. 

W   niczym   nie   przypominały   skupionych,   zmęczonych   oczu   jego   syna,   w   kącikach 

których trudno było dostrzec choćby jedną zmarszczkę świadczącą o tym, że w życiu 

Harry'ego   zdarzały   się   również   radosne   chwile.   Oczy   Jamesa   były   ich   całkowitym 

przeciwieństwem — Ginny nie mogła oderwać od nich wzroku.

— Nie zmyślasz? Naprawdę znasz mojego syna?

— Nikogo poza moimi braćmi nie znałam nigdy lepiej.

— Więc wy?... — James wykonał dziwny ruch szyją i znowu do niej mrugnął.

— Nie. Kiedyś... Ale teraz nie.

— Powiedz mi coś o nim. Jaki jest?

— Bardzo dzielny — odrzekła Ginny czule. Na samo wspomnienie o Harrym poczuła 

rozpływające się po jej ciele ciepło. Tak bardzo chciałaby wrócić. Nie mogła powiedzieć 

zbyt   wiele,   ale   doskonale   wiedziała,   co   powinno   zadowolić   Jima.   —   Na   swoim 

pierwszym roku został wybrany najmłodszym szukającym stulecia.

Miała rację — Potter wypiął pierś tak dumnie, że przez chwilę obawiała się, że pęknie.

— A ja?

Spuściła wzrok na jego dłonie. Nie miała pojęcia, jaki mógłby być dorosły James Potter, 

nigdy go przecież nie poznała.

— Wiesz — mruknęła. Z niewiadomych przyczyn znacznie trudniej było jej skłamać 

wtym przypadku niż wcześniej w rozmowie z Syriuszem. — Ty... nic się nie zmieniłeś.

— Naprawdę? — zapytał, siadając obok niej na łóżku, za co była mu wdzięczna, bo 

poczuła się zdecydowanie swobodniej, nie musząc ciągle unikać tego przeszywającego 

spojrzenia. Roześmiał się, a potem, ku przerażeniu Ginny, dodał: — Nie żyję, prawda?

Kiwnęła głową.

— Wybacz.

— Kiedy?

background image

— Nie mogę ci powiedzieć.

— To prawda, nie powinnaś. A... matka? Nie powiedziałaś, kto jest jego matką.

— Wiesz, chyba w ogóle nie powinnam otwierać ust. Jeśli jeszcze nie wiesz, to znaczy, 

że mogłabym sporo namieszać, zdradzając ci jej tożsamość. Spotykasz się z kimś?

—   Nie.   Tak.   Nie.   —   Podniosła   głowę,   by   na   niego   spojrzeć.   Jego   mina   wyrażała 

zrezygnowanie. — Nie wiem. Kocham... wydaje mi się, że kocham... Ale nie wiem, którą 

z nich.

— To jest ich więcej niż jedna? — zapytała Ginny ze zgorszeniem, zapominając, że nie 

powinna się angażować emocjonalnie w ten świat. Harry pół życia karmił się mitem 

nierozłączności swoich rodziców, a teraz James mówił jej, że kochał kogoś oprócz Lily 

Evans?

— Ooo tak — rozległ się głos od progu, oznajmiający powrót Syriusza.

Ginny odwróciła głowę. Black nie był sam — towarzyszył mu Albus Dumbledore. Oczy 

dyrektora ledwie zauważalnie błysnęły, kiedy ich spojrzenia się spotkały.

— Dzień dobry Ginny Weasley — powiedział wesoło i skłonił się, jakby witał dawno 

niewidzianą   znajomą.   —   Syriusz   wspominał,   że   masz   mi   do   opowiedzenia   bardzo 

ciekawą historię.

background image

Co się będziemy czarować — informacja zwrotna w postaci komentarzy jest nie tylko 

miła, ale i niezwykle motywująca :). Dziękuję bardzo serdecznie wszystkim i zapraszam 

na kontynuację.

Albus Dumbledore rzucił jedno spojrzenie chłopcom, a oni natychmiast opuścili pokój, 

zostawiając Ginny sam na sam z dyrektorem.

— A więc przeniosłaś się tutaj w czasie z roku...

— Dwutysięcznego — odpowiedziała Ginny.

—   Oczywiście,   oczywiście   —   mruknął   i   zacmokał   ze   zrozumieniem.   —   I   w   ciągu 

zaledwie... — spojrzał na zegarek — dwudziestu minut zdążyłaś poważnie zachwiać 

naszą rzeczywistością.

— Ja... Zachwiać? Przecież nie powiedziałam...

— Niczego znaczącego? Dla ciebie może nie — odrzekł uprzejmie Dumbledore. Przez 

cały czas na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, jakby Ginny dostarczyła mu 

swoim pojawieniem się rozrywki, za którą tęsknił. — Powiedziałaś Syriuszowi, kiedy 

skończyła się wojna. Nie sądzę, by miało mu to w czymkolwiek przeszkodzić, rzecz 

jasna,   ale   osobę   słabszą   psychicznie   mogłoby   zaniepokoić,   może   załamać,   może 

doprowadzić   do...   Ale   o   czym   to   ja?...   Ach   tak.   Panno   Weasley.   Ginny.   Nawiasem 

mówiąc, bardzo ładne imię. To od Ginewry, nie mylę się? — Ginny skinęła tylko głową, 

zbyt onieśmielona, by przerwać monolog Dumbledore'a. — Chyba je podsunę Arturowi i 

Molly, kiedy przyjdzie na ciebie pora.

— A więc... — upewniła się Ginny, bo z oczu dyrektora trudno było cokolwiek wyczytać. 

— Wierzy mi pan, tak?

—   Ależ   oczywiście,   że   ci   wierzę,   moja   droga.   Obawiam   się   jednak,   że   nie   potrafię 

rozwiązać twojego problemu.

Ginny   zamrugała.   Słowa   Dumbledore'a   nie   od   razu   pokonały   drogę   z   jej   uszu   do 

odpowiedniego obszaru mózgu, ale całe ciało natychmiast zesztywniało. "Nie potrafię 

rozwiązać twojego problemu". Czy on naprawdę właśnie to powiedział?

—   To   znaczy,   że...   nie   będę   mogła   wrócić   do   domu?   —   zapytała   z   przerażeniem. 

W ustach poczuła nagłą suchość, a przed oczami pojawiły jej się kolorowe plamy. Harry. 

Rodzice. Ron. George. Hermiona. Nigdy ich już nie zobaczy?

background image

 — Och, tego nie powiedziałem — ucieszył się dyrektor. — Stwierdziłem jedynie, że w 

tej chwili nie jestem w stanie ci pomóc. Obawiam się, że będziesz musiała z nami 

zostać na jakiś czas.

—   Jakiś   czas   —   powtórzyła   Ginny.   Dumbledore   wciąż   uśmiechał   się   dobrotliwie,   co 

powoli zaczynało wyprowadzać dziewczynę z równowagi. Ona prawdopodobnie nigdy 

już nie zobaczy swojej rodziny, przyjaciół, Harry'ego, a on spogląda na nią, jakby była 

ciekawym okazem tykwobulwy! — Jakiś czas. Może do jutra, może na miesiąc, może na 

rok, czy tak?

— Dokładnie tak.

—   I...   nic   pan   nie   może   zrobić?!   —   zawołała   niemal   rozpaczliwie.   Przecież   to 

Dumbledore, Dumbledore znajduje wyjście z każdej sytuacji! Musi jej pomóc wrócić, 

musi zrobić cokolwiek, przecież nie mogła utknąć tam na zawsze! Przeklęty Syriusz 

i jego zegarek! Przeklęta ochota, by go nakręcić! Przeklęty Harry, który nie potrafił się 

zdecydować!

—  Widzisz, Ginny... Mogę ci mówić po imieniu? —  Kiwnęła sztywno głową. Miała w 

nosie, jak się będzie do niej zwracał, byle ją z tego wyciągnął. Był jej ostatnią deską 

ratunku.  Był   Dumbledore'em.  —  Nie istnieje taka  magia, taka  kontrolowana  magia, 

która przenosi ludzi w czasie o dziesiątki lat. Parę godzin, kilka dni... Do tego służą nam 

zmieniacze   czasu.   Ale   żeby   przetransportować   kogoś   wiele   lat   wstecz,   potrzeba 

skomplikowanych zaklęć i ogromnej precyzji. Jeśli będziemy pewni, że potrafimy cię 

zwrócić odpowiedniej płaszczyźnie czasowej, niezwłocznie wyślemy cię z powrotem. 

Tymczasem sugeruję, byś nie opuszczała tego mieszkania i nie próbowała zdradzać 

jego   bywalcom   szczegółów   dotyczących   ich   przyszłości.   Teleportuję   się   stąd 

natychmiast do ministerstwa, Augustus Rookwood jest specjalistą od podróży w czasie, 

on...

—   NIE!   —   wyrwało   się   Ginny,   zanim   zdążyła   pomyśleć.   Ale   przecież   musiała  temu 

zapobiec, musiała się przyznać do tej wiedzy. Nie mogła pozwolić, by Rookwood wszedł 

w   posiadanie   tak   cennej   dla   Voldemorta   informacji.   —   Augustus   Rookwood   jest 

śmierciożercą.

To zdanie zrobiło na Albusie Dumbledorze olbrzymie wrażenie. W końcu — co Ginny 

powitała z ulgą — przestał się uśmiechać, pochylił za to głowę i spoglądał na swoją 

rozmówczynię   poważnie   sponad   okularów-połówek.   Uznał   najwyraźniej,   że   mówiła 

prawdę, bo w końcu skłonił się lekko i splótł palce na podołku.

— To bardzo poważne oskarżenie, ale wierzę, że masz powód, by je wysuwać.

background image

—   Owszem   —   odpowiedziała   Ginny   chłodno.   —   Jestem   tego   najzupełniej   pewna. 

Rookwood jest sługą Lorda Voldemorta. Który mamy rok?

— Dwudziesty szósty marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego.

— A więc za niecałe trzy lata zostanie skazany na dożywocie w Azkabanie.

— Augustus Rookwood był dotychczas naszym głównym konsultantem z Departamentu 

Tajemnic — powiedział Dumbledore bardzo cicho, jakby do siebie. — To bardzo cenna 

wiadomość, Ginny. Myślę, że powinniśmy zmodyfikować trochę plany.

— Zmodyfikować plany — powtórzyła Ginny.

Zaczynało jej powoli szumieć w głowie od nadmiaru informacji. Voldemort zginął, wojna 

się   skończyła,   wszyscy   mieli   szansę   po   latach   strachu   zacząć   w   końcu   prowadzić 

normalne życia. Tymczasem w tym świecie wojna dopiero się zaczynała, ba, zaczynała 

się pierwsza wojna, a jeśli Ginny się nie uda w miarę szybko tego świata opuścić, być 

może wymaże z historii całą swoją powojenną rzeczywistość, swoje szczęśliwe życie, 

być może będzie musiała przeżyć wojnę jeszcze raz. Jęknęła w duchu, ale wyraz jej 

twarzy pozostał niezmieniony, kiedy przeniosła wzrok z powrotem na dyrektora, a ten 

zmrużył oczy i ponownie się uśmiechnął.

—   To   ogromna   odpowiedzialność   i   wielki   sprawdzian   dla   twojej   siły   ducha,   Ginny 

Weasley. Czy jesteś gotowa na podjęcie się bardzo ryzykownej misji?

— Tak — odpowiedziała bez zastanowienia.

Cokolwiek mogło sprawić, że wróciłaby do domu, który wciąż byłaby w stanie nazywać 

domem — była zdeterminowana, by to zrobić.

Inaczej nie nazywa się Ginny Weasley.

— Dobrze — powiedział Dumbledore poważnie, ale z błyskiem w oku. — Bardzo dobrze. 

Co wyznałaś już Jamesowi i Syriuszowi?

Opowiedziała  o  wszystkim,  co   się   wydarzyło  od   początku   jej  podróży   aż   do  tamtej 

chwili. Dyrektor słuchał jej uważnie i bez choćby mrugnięcia okiem, choć powieka mu 

wyraźnie zadrżała, kiedy przyznała się, że nie okłamała Jamesa w sprawie jego śmierci.

—   To   bardzo   ważne,   Ginny,   byś   się   nauczyła   panować   nad   świadomością   własnej 

rzeczywistości.   Każdy   najdrobniejszy   nawet   szczegół   może  zaważyć   na  losach   całej 

czarodziejskiej społeczności. Krótka wymiana zdań z drugim człowiekiem może zmienić 

decyzje, które kiedyś okażą się istotne. Wierzę, że to rozumiesz.

— Oczywiście. Ale dlaczego... dlaczego pan mi to mówi? Przecież miałam zostać tutaj 

i czekać, aż będę mogła wrócić.

Dumbledore   zacmokał   w   bardzo   niepokojący   sposób.   Ginny   odruchowo   przygryzła 

policzki, czekając na cios.

background image

— Twoja wzmianka o... politycznych sympatiach Augustusa każe mi przypuszczać, że 

świat, z którego pochodzisz, nie jest czystą kartką, na której ktoś zrobił właśnie kleksa. 

Podróże w czasie to jedna z najsłabiej poznanych dziedzin magii. Nie mogę być niczego 

pewny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niezwykłość twojego przybycia tutaj. Zalecałbym 

ci   jednakże   szczególną   ostrożność   podczas   podejmowania   jakichkolwiek   decyzji. 

Wydaje się, że historia mogła zostać zapisana już na wspomnianej kartce z kleksem, a 

próba wywabienia go mogłaby się skończyć równie źle jak tworzenie nowych plam.

Z całej tej wyszukanej metafory  Ginny wyłuskała dla siebie jedną informację, która 

stawiała na głowie całe jej życie.

— Tym kleksem... jestem ja, prawda?

Dumbledore kiwnął głową.

— To znaczy, że jeśli nie zachowam równowagi w tym świecie, mój... mój może przestać 

istnieć?

— Obawiam się, że twoje rozumowanie jest słuszne. Jesteś teraz panią swojego czasu.

"O nie!" — krzyknął jej mózg bardzo słabo, jakby chciał się bronić, ale jednocześnie 

zdawał sobie sprawę, że każda próba ucieczki będzie bezcelowa. Usta Ginny wydawały 

się w ogóle nie współpracować z resztą ciała, bo kiedy odezwała się, by podsumować tę 

rozmowę, głos wydobywający się z jej gardła brzmiał bardzo pewnie, sucho i rzeczowo.

—   Jeśli   jest   cokolwiek,  cokolwiek,   co   sprawi,   że   będę   mogła   wrócić,   zrobię   to   bez 

wahania.

Ostatecznie — to było jedyne wyjście.

Po wysłuchaniu litanii rad i wskazówek Dumbledore'a Ginny w końcu mogła opuścić 

sypialnię i przejść do salonu, gdzie zastała Jamesa i Syriusza siedzących naprzeciwko 

siebie okrakiem na oparciu kanapy i dyskutujących o czymś przyciszonymi głosami. 

Odchrząknęła   głośno,   ale   zupełnie   się   tym   nie   przejęli   —   Syriusz   dokończył 

niewzruszenie rozpoczętą myśl, a dopiero potem zwrócił ku niej twarz.

— Podobno masz tu zamieszkać — powiedział z rozbawieniem. — Myśleliśmy właśnie 

nad twoim nowym imieniem. Co powiesz na Hiacyntę Abigail McDonald?

— Imię prawie równie urocze jak Walburga — odcięła się Ginny, a James wybuchnął 

śmiechem. Black skrzywił się niemiłosiernie, jakby zmusiła go właśnie do przełknięcia 

syropu z czyrakobulwy.

— Znasz moją mamuśkę?

—   Miałam   tę   wątpliwą   przyjemność.   Myślałam   o   czymś   zwyczajnym...   Hermiona 

Thomas?

— Mówiłaś, że Hermiona to jakaś twoja przyjaciółka. Nie chcemy, żeby...

background image

— Tak, to moja przyjaciółka, ale ma inne nazwisko i pochodzi z mugolskiej rodziny. Nikt 

się nigdy nie zorientuje, że Hermiona Thomas z przeszłości miała cokolwiek wspólnego 

z Hermioną Granger, która o świecie czarodziejskim dowie się dopiero za jedenaście lat 

z hakiem.

— No nie wiem — mruknął Syriusz, wciąż wyglądając na nieprzekonanego. — Dziwne 

jakieś to imię. Nie znam żadnej Hermiony...

W   głowie   Ginny   rozległo   się   natrętne   bzyczenie,   niczym   ostrzeżenie   o   jakimś 

przeoczonym   szczególe.   Zamknęła   oczy   i   pozwoliła   swoim   myślom   wędrować 

w poszukiwaniu brakującego elementu...

— Masz bardzo ciekawe imię, Hermiono — mówi Syriusz, wyciągając swoje długie nogi  

na dywanie salonu domu przy Grimmauld Place 12. Zrobili sobie przerwę od pracy,  

teraz on, Ginny, Ron i Hermiona siedzą pod ścianą i obserwują, jak Molly wrzeszczy na  

bliźniaków za nakarmienie Stworka krwotoczkami.

— Moi rodzice są wielkimi fanami mitologii greckiej — odpowiada Hermiona i uśmiecha  

się szeroko. Długo jeszcze wymienia słynne postacie z mugolskiej kultury noszące to  

imię, ale Ginny jest zbyt zmęczona, by się temu przysłuchiwać. Ron też wygląda, jakby  

przysypiał.   Zastanawia   się,   czy   grzecznie   będzie   położyć   głowę   na   jego   ramieniu  

i odpłynąć na chwilę w trakcie monologu przyjaciółki, ale wtedy dostrzega spojrzenie  

Syriusza. Black patrzy na Ginny uważnie, a jego mina wyraża rozczarowanie.

"Święty   Syriusz  Black"  —  myśli  dziewczyna ze  złością,  przecierając  zmęczone  oczy  

i zmuszając się, do skupienia uwagi na wywodach Hermiony. "Założę się, że ciebie też  

to nie interesuje. Mam w nosie twoje karcące grymasy".

— Znałem kiedyś jedną Hermionę — mówi w końcu Syriusz, kiedy Hermiona przerywa  

na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Ron wzdycha z ulgą. — Była do ciebie bardzo  

podobna.

— Naprawdę? — jąka Hermiona i rumieni się okropnie. Nie widzi, że kiedy Syriusz  

wypowiada ostatnie zdanie, jego wzrok wciąż skupiony jest na Ginny.

— Hermiona Thomas, tak się nazywam. Jestem Brytyjką, która spędziła dzieciństwo we 

Francji. Skończyłam Beauxbattons i jestem...

To ostatnie nie mogło jej przejść przez gardło. Wyręczył ją Syriusz.

—   Moją   nową   dziewczyną   —   oznajmił   i   wyszczerzył   zęby   w   bardzo   niepokojącym 

uśmiechu. — A więc od czego zaczniemy nasz związek?

— Od posprzątania twojego mieszkania. Jak można żyć w takim chlewie?

Ginny czuła, że salon stanie się jej ulubionym pomieszczeniem. Było w nim wszystko to, 

co zapamiętała z mieszkania Harry'ego, ale też wiele dziwacznych przedmiotów, które 

background image

musiały   zostać   zarekwirowane,   kiedy   ministerstwo   przeszukiwało   lokal   po   ucieczce 

Syriusza   z   Azkabanu.   Wykrywacze   wrogów,   kilka   magicznych   zwierciadeł,   których 

właściwości   Ginny   była   niezmiernie   ciekawa,   zakurzone   księgi   z   kruszącymi   się 

kartami...   A   pod   ścianą   motocykl   wielkości   dziecięcego   rowerka   —   zapewne 

potraktowany zaklęciem zmniejszającym. Ginny dobrze znała ten model.

Syriusz   przerzucił   prawą   nogę   przez   oparcie   i   osunął   się   na   poduszki   z   wyrazem 

lekceważenia wymalowanym na twarzy.

— Czuj się jak u siebie w domu — powiedział i machnął ręką w nieokreślonym kierunku, 

jakby   liczył   na   to,   że   Ginny   lada   moment   rzuci   się   na   kolana   i   zacznie   szorować 

podłogę.

Nie skomentowała tego, a jedynie posłała w jego kierunku ironiczny uśmiech.

— To nie ja będę sprzątać — odrzekła chłodno i zwróciła się do Jamesa, który słuchał tej 

wymiany zdań ze szczerze ubawioną miną. — To gdzie masz ten mecz?

— U siebie. Dom moich rodziców jest chroniony tak wieloma zaklęciami, że od jakiegoś 

czasu nasz ogród służy wszystkim znajomym za centrum sportu. Grasz?

— A mogę?! — podekscytowała się Ginny. Jeśli pobyt w tamtym świecie nie oznaczał 

zrezygnowania z quidditcha, może nie będzie aż tak źle?

— Jaka pozycja?

— Ścigająca, choć jako szukająca też daję radę.

James złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.

— Dobra, bracie, poradzisz sobie sam ze sprzątaniem? Porywam twoją laskę na mecz.

—  Nie nazywaj mnie tak  —  prychnęła Ginny, obserwując zbolałą minę Syriusza. — 

W każdym razie nie kiedy jesteśmy we troje i nie musimy udawać, że jestem Hermioną 

Thomas.

Odwróciła się, by wraz z Jamesem opuścić mieszkanie, gdy zatrzymał ich głos Blacka.

— Hej, dziewczyno, myślisz, że możemy powiedzieć Remusowi i...

—   NIE!   —   warknęła   ostrzegawczo,   a   kiedy   Syriusz   dostrzegł   ogień   w   jej   oczach, 

zamknął usta i nie powiedział nic więcej. Remus nie powinien wiedzieć, to prawda, ale 

tym,  co  przeraziło ją o wiele bardziej,  była  perspektywa poinformowania o sytuacji 

Petera Pettigrew. Ta informacja byłaby o wiele cenniejsza niż miejsce kryjówki Potterów, 

o to mogłaby się założyć. — Dumbledore powiedział, że już wasza trójka to zbyt wielu 

wtajemniczonych.   Musicie   przysiąc,   że   nie   powiecie   nikomu,   nawet   Remusowi 

i Peterowi.

Bardzo się starała, by jej mina nie wyrażała obrzydzenia, kiedy wymawiała ostatnie 

imię. Cokolwiek się stanie, nie może im powiedzieć. Spojrzała Jamesowi w oczy i ta 

background image

perspektywa   zabolała   ją   bardziej   niż   jakakolwiek   inna   rzecz   od   początku   podróży. 

Chłopcy pokiwali głowami, Syriusz wyraźnie niepocieszony.

Ginny nie mogła przestać myśleć o tym dziwnym wspomnieniu sprzed kilku minut. Czy 

naprawdę   była   w   tym   świecie   już   wcześniej   i   wpłynęła   na   kształt   swojej   własnej 

rzeczywistości? Jeśli tak — dlaczego nikt jej tego nigdy nie powiedział, by nie błądziła 

po omacku i wiedziała, kiedy nie będzie już potrzebna. Czy domyśli się sama w miarę 

rozwoju wydarzeń? Te i inne pytania dręczyły ją, kiedy teleportowała się z Jamesem na 

skraj jakiegoś parku i ramię w ramię zmierzali w kierunku dużego, pięknego domu 

z ogrodem,   który   musiał   być   jego   domem   rodzinnym.   Okolica   była   niezwykle 

malownicza, prawie jak obrazek z mugolskiego kalendarza. Ginny wcale się nie dziwiła, 

dlaczego Syriusz zdecydował się na jakiś czas zamieszkać u rodziców Jamesa przed 

ukończeniem szkoły.

Rodzice Jamesa. Zatrzymała się w pół kroku.

— Czy... czy będą tam twoi rodzice? — zapytała ze strachem. Poznać ojca Harry'ego to 

jedno, poznać jego dziadków...

— Tato umarł w zeszłym roku.

— Przykro mi.

— Dzięki. Mama pewnie będzie, o ile nie jest właśnie u pani Longbottom. Ale my nie 

zamierzamy siedzieć w domu, zagramy w ogrodzie, jest jeszcze dość ciepło i jasno. 

Myślę,   że   sporą   frajdę   sprawi   ci   poznanie   dwóch   osób.   —   Popatrzyła   na   niego 

z zainteresowaniem. — Są tutaj twoi ee... wujkowie.

—   Moi   wujkowie?   —   zapytała   Ginny   z   umiarkowanym   zainteresowaniem.   Nie 

przypominała   sobie,   by   bracia   taty   wyrażali   zainteresowanie   quidditchem.   Tak 

naprawdę   to   nie   przypominała   sobie,   by   bracia   taty   wyrażali   zainteresowanie 

czymkolwiek, co nie było jedzeniem, spaniem i świętym spokojem.

— Gideon i Fabian Prewett — powiedział powoli James, obserwując minę Ginny, jakby 

trochę w obawie, że powiedział coś niestosownego.

Wszystkie jej kończyny stały się nagle niezwykle ciężkie, tak że kroczyła przez trawnik, 

czując się jak niezgrabny troll. Mimo to uśmiechnęła się do Jima szeroko.

— Nikt w naszej rodzinie nigdy nie nazwałby ich wujkami — powiedziała ze śmiechem. 

— Te same geny co Fred i George, wiesz, moi bracia, ten sam poziom nicponiowatości.

Musiała go usatysfakcjonować ta odpowiedź, bo rzucił jej jeszcze tylko jedno niepewne 

spojrzenie i wyprzedził ją o kilka kroków, by otworzyć drzwi domu.

Poruszał się zupełnie inaczej niż Harry — było w nim coś beztroskiego i ulotnego, coś, 

czego Harry nie miał szans nigdy w sobie odnaleźć. Nie na tym poziomie doświadczeń. 

background image

Zaczęła się zastanawiać, jaki byłby Harry, gdyby wojna nie pozbawiła go ojca, gdyby 

miał szansę zostać przez Jamesa wychowanym i ukształtowanym. Słyszała o Potterze 

seniorze wiele skrajnych opinii w swoim życiu — z jednej strony posągowy ideał, urwis, 

ale   bystry,   gotów   oddać   życie   za   przyjaciół,   kochający   do   szaleństwa   swoją   żonę, 

z drugiej pozer, arogancki palant i lekkoduszny idiota. Prawdziwy James Potter nie był 

żadnym z nich, za co Ginny była mu niewymownie wdzięczna.

— No w końcu! — zawołała jakaś postać, kiedy tylko James i Ginny przekroczyli próg 

kuchni. Siedem osób siedziało dookoła stołu, racząc się herbatą i ciastkami — w dwóch 

z nich Ginny rozpoznała Gideona i Fabiana, bo choć włosy  mieli nieco ciemniejsze, 

wpadające niemal w brąz, to łobuzerski błysk w oku trudno było zignorować. "Oni też 

nie   żyją"   —   pomyślała   ze   smutkiem,   przypominając   sobie   srebrny   zegarek,   jedyny 

element nierozniesiony w pył podczas ataku śmierciożerców, a fala nienawiści większa 

niż jakiekolwiek inne uczucie w jej życiu prawie pozbawiła ją tchu.

—   Wybaczcie,   Syriusz   znalazł   się   w   sytuacji   zagrożenia   życia,   gdyż   inaczej   nie 

korzystałby przecież z naszego tajnego sposobu komunikowania się przeznaczonego 

właśnie na sytuacje zagrożenia życia. Innymi słowy dostał robotę, a właśnie zabawiał 

swoją   uroczą   przyjaciółkę   rozmową   —   wyjaśnił   wszystkim   i   mrugnął,   dając   do 

zrozumienia, że mówiąc "rozmowa", wcale nie ma na myśli rozmawiania. Ginny nie 

mogła   się   powstrzymać   i   przewróciła   oczami.   —   Pomyślał,   że   francuska   gwiazda 

quidditcha może nam się dzisiaj przysłużyć.

— Pensez-vous jouer au Quidditch? — odezwała się jakaś dziewczyna siedząca między 

bliźniakami. — Comme qui?

Ginny wymieniła z Jamesem szybkie spojrzenia. Nie znała francuskiego i miała nadzieję, 

że nikt nie będzie od niej tej znajomości wymagał.

— Mieszkałam we Francji, ale pochodzę stąd, więc możemy rozmawiać po angielsku — 

powiedziała. — Nazywam się Hermiona Thomas.

— To Fabian Prewett — rzucił natychmiast James i zaczął wskazywać kolejno osoby 

siedzące przy stole, a one uśmiechały się do Ginny na powitanie albo kiwały głowami. 

— Alicja Serkins. Gideon Prewett. Larry Albright. Marissa Huntington. Stewart Lincoln. 

I Dorotea Potter, moja mama.

Ginny dopiero teraz zauważyła, że siedząca w cieniu kobieta, którą wzięła wcześniej za 

jasnowłosą nastolatkę, była tak naprawdę zupełnie siwą starszą panią o pięknej, ale 

poznaczonej czasem twarzy.

background image

— Dzień dobry — powiedziała pani Potter i uśmiechnęła się lekko. — Wyglądasz na dość 

stanowczą osóbkę, moja droga. Cieszę się, że Syriusz przestał się w końcu uganiać za 

eterycznymi mimozami, przyda mu się odrobina kobiecej dominacji.

Ginny posłała mamie Jamesa ciepły uśmiech i odwróciła się, żeby spojrzeć jeszcze raz 

na   tę   dziewczynę,   która   odezwała   się   do   niej   po   francusku.   Nie   było   w   niej   nic 

szczególnego,   ot,   niewysoka,   dość   pulchna   blondynka   o   rumianej   twarzy   i 

roześmianych   oczach.   Jak   przedstawił   ją   James?   Alicja   Serkins.   Serkins.   Serkins. 

Serkins. Nic jej to nazwisko nie mówiło. Może Alicja też zginęła na wojnie? Westchnęła i 

oderwała od dziewczyny wzrok, bo James właśnie rzucił w jej stronę miotłę. Nie mogła 

jednak przestać o tym myśleć. Skądś znała tę twarz. Coś jej przypominała.

Mecz trwał prawie trzy godziny, podczas których Ginny mogła się w końcu odprężyć — 

poczuć się wolna, szczęśliwa i spełniona. Od kiedy po raz pierwszy ukradła miotłę ze 

schowka   za   Norą   wiedziała,   że   nic   nie   będzie   jej   w   życiu   sprawiało   większej 

przyjemności niż pęd wiatru we włosach, kiedy wzbija się coraz wyżej w powietrze, 

wirowanie dookoła własnej osi dziesiątki stóp nad ziemią, uczucie niepewności, kiedy 

w ostatniej chwili podrywa miotłę kilka cali nad boiskiem. Zapach mokrej trawy i szelest 

targanych wiatrem szat — tym była i z tym kojarzył jej się Harry.

Zgrabnie wylądowała tuż przy ogrodzeniu i przez chwilę obserwowała jeszcze Jamesa, 

który zataczał nad ziemią coraz szersze kręgi, jakby próbując oddalić w czasie chwilę, 

kiedy będzie musiał zsiąść z miotły i ponownie zamknąć ją w schowku. Pozostali gracze 

już   się   pożegnali   i   powoli   opuszczali   ogród,   ale   Ginny   wiele   frajdy   sprawiało 

obserwowanie powietrznych akrobacji Jamesa i porównywanie go do jego syna.

Obaj mieli olbrzymi talent. Ginny nie była jednak pewna, czy Harry sprawdziłby się na 

innej   pozycji   niż   szukający   —   zawsze   skryty,   zawsze   wycofany,   chory   na   myśl,   że 

mógłby się komuś zwierzyć ze swoich problemów... Dobrze, że znalazł takich przyjaciół 

jak   Ron   i   Hermiona,   którzy   siłą   wyrywali   z   niego   te   sekretne   plany   i   tajemnicze 

odkrycia,   by   nie   musiał   ratować   świata   w   pojedynkę.   Czasem   irytowało   ją   to 

bezustanne stwarzanie dystansu — jakby zupełnie nie pamiętał, że bez ich pomocy, 

bez pomocy wszystkich innych zaangażowanych w Zakon i Gwardię ludzi, zginąłby już 

przy pierwszej próbie.

James był innym rodzajem bohatera — może muszkieterem, może rycerzem Okrągłego 

Stołu.   To,   w   jaki   sposób   rozmawiał   z   ludźmi,   czym   się   z   nimi   dzielił;   jego   relacja 

z Syriuszem,   a   pewnie   też   z   Remusem   i   Glizdogonem...   To   wszystko   sprawiało,   że 

trudno było w nim dostrzec choćby cień tego zamkniętego w sobie człowieka, którym 

został później jego syn. Trochę się tego wstydziła, ale musiała przyznać sama przed 

background image

sobą,   że   ta   wersja   chłopięcej   odwagi   była   dużo   bliższa   jej   sercu   niż   wyobcowanie 

Harry'ego.

— Zamarzniesz tam! — krzyknął James, lądując kilka stóp od niej i śmiejąc się z jej 

zamyślonej miny. — Czemu nie latasz?

— Chciałam cię poobserwować. Jesteś niezły. Harry odziedziczył twój talent.

— Żartujesz?! Jeśli już jesteśmy przy talencie, to popatrz na siebie! Te zwisy, te rzuty... 

Kto cię tego nauczył?

Ginny wzruszyła ramionami.

—   Trochę   moi   bracia,   trochę   sama   się   uczyłam,   trochę   podpatrywałam   moich 

ulubionych   graczy.   Lubię   latać.   Nigdzie   się   nie   czuję   bardziej   wolna   niż   tam   w 

powietrzu. — Wskazała brodą bliżej nieokreślony punkt na niebie.

— Czuję, że się zaprzyjaźnimy, Ginny Weasley — uśmiechnął się James, po czym objął 

ją przyjacielskim gestem i razem ruszyli przez mokrą trawę w kierunku domu.

— A więc to jest jedna z nich — powiedziała po chwili Ginny, nie mogąc już dłużej 

wytrzymać. — Alicja jest jedną z tych kobiet, o których mówiłeś.

— Pytasz czy informujesz?

— A jaka to różnica?

— Jeśli informujesz, to pewnie rozpoznałaś w niej matkę mojego syna. Jeśli pytasz, to 

nie rozpoznałaś w niej nikogo znaczącego.

— Wiesz doskonale, że nie mogę ci nic powiedzieć. Pytam, bo nie mogę znieść tego, jak 

oboje unikacie swoich spojrzeń. Jeśli ją kochasz, to dlaczego jej tego nie powiesz?

"Proszę, cokolwiek czujesz, nie rób tego, nie rób tego, nie rób tego..."

— Nie wiem, czy ją kocham. Nie wiem, czy ona kocha mnie. Czy możemy o tym nie 

rozmawiać? Czuję się dziwnie, omawiając swoje życie uczuciowe z przyjaciółką mojego 

syna, która przybyła tu z przyszłości, więc i tak potrafi w nim czytać jak w otwartej 

księdze.

"Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo nie potrafię, James".

— Okej. Słuchaj, możemy coś zjeść, zanim wrócę do mieszkania Syriusza? Umieram 

z głodu, a szczerze wątpię, że znajdę tam coś, co będzie na tyle czyste, bym chciała to 

zbliżyć do ust.

James wyszczerzył się do niej radośnie.

— Jasne! Mama zrobiła pyszne purée, będziesz błagać o dokładkę.

Kiedy   wróciła   do   mieszkania,   zastała   Syriusza   dokładnie   tak,   jak   go   zostawiła   — 

siedzącego na kanapie z nogami wyciągniętymi na stole w samym środku apokalipsy. 

background image

James wyczytał awanturę w jej spojrzeniu i szybko się teleportował z powrotem do 

domu, natomiast Syriusz zmierzył ją nieprzeniknionym spojrzeniem i mruknął:

—   Czy   księżniczka   życzy   sobie   spać   w   sypialni,   czy   niegodna   kanapa   będzie 

wystarczająca?

Uśmiechnęła się do niego słodko i warknęła:

— Księżniczka może spać choćby i na podłodze, byle ta podłoga nie była oblepiona 

dwudziestoletnim kurzem. Czego w "zaczniemy od posprzątania twojego mieszkania i 

to nie ja będę sprzątać" nie zrozumiałeś?

— Czego w "to moje mieszkanie" TY nie rozumiesz? — zapytał wściekle i podniósł się 

z kanapy. — Zjawiasz się tutaj z przyszłości, informujesz, że wiesz, co się z nami stanie, 

ze wszystkimi naszymi przyjaciółmi, ze wszystkimi naszymi rodzinami i wrogami. Wiesz, 

kto zginie, a kto przeżyje, wiesz, kiedy to się stanie. Ale oprócz tego dodajesz, że wojna 

skończy się za dwadzieścia lat, że nie mamy szansy, żeby to przyśpieszyć, że nic nam 

nie możesz powiedzieć, a my nie możemy na tobie niczego wymóc. Wiesz, kim jesteś?! 

Jesteś zbędnym elementem tej układanki! I jeszcze próbujesz mi rozkazywać w moim 

WŁASNYM MIESZKANIU!

Ginny aż sapnęła z oburzenia. Jak śmiał?...

— A tobie się wydaje, że pojawiłam się tutaj dla własnego widzimisię! Ot, postanowiłam 

pewnego   dnia   opuścić   mój   wolny   od   wojny   i   nudny   świat,   w   którym   wszyscy   są 

szczęśliwi i w końcu pozbierani, w którym zaczynamy nowe życia... By pojawić się tutaj, 

dwadzieścia   lat   wcześniej,   gdzie   od   moich   decyzji   zależy   przyszłość   całego 

czarodziejskiego świata, gdzie jeden błąd może sprawić, że mojego świata nie będzie, 

że nie będę miała do czego wracać. Ty egoistyczny dupku!

Pchnął ją na ścianę i sięgnął po różdżkę, ale Ginny była zwinniejsza — stali naprzeciwko 

siebie,   dysząc   ciężko,   jej   różdżka   celowała   prosto   w   jego   klatkę   piersiową,   która 

opadała i unosiła się bardzo szybko. Napięcie między nimi można było kroić nożem. 

Patrzyli sobie prosto w oczy, nie spuszczali z siebie wzroku jak dwa dzikie zwierzęta, 

każde gotowe, by ukąsić, kiedy tylko drugie pozwoli sobie na moment nieuwagi. To 

szalone spojrzenie Syriusza przypomniało jej...

Schodzi   na   chwilę   do   kuchni.   Dom   pogrążony   jest   w   mroku,   śpią   nawet   portrety  

przodków Syriusza, a głowy skrzatów przybite do ścian — paradoksalnie — sprawiają  

o wiele mniej przerażające wrażenie. Ich karykaturalne obrysy ust w świetle sączącym  

się spod ciężkich zasłon wydają się uśpionymi uśmiechami. Ginny zsuwa kapcie ze stóp  

i boso pokonuje resztę schodów, ale kiedy przekracza próg kuchni, musi zatkać sobie  

background image

usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Na podłodze siedzi Syriusz — Ginny przyklęka i patrzy  

mu ze strachem w oczy, które w otaczającym ich półmroku są prawie czarne, czarne  

jak oczy Toma... Mruga, żeby odpędzić od siebie tę myśl.

— Syriuszu, co?...

Chwyta ją za ramiona i potrząsa mocno, jego niewidzący wzrok wędruje gdzieś ponad  

nią, a Ginny nie wie, czego szuka. To szaleństwo przeraża ją i przyciąga jednocześnie.  

Czuje, że łączy ją z Syriuszem jakaś straszliwa tajemnica, mroczny sekret z pogranicza  

snu i jawy. Palce mężczyzny zaciskają się na jej ramionach — boli, Ginny ma ochotę  

krzyczeć...

— Tak bardzo chciałem cię wtedy zabić. Tak bardzo chciałem... — Ponownie zwraca ku  

niej wzrok, jego oczy nagle stają się na powrót szare. Szaleństwo topnieje. — Idź spać,  

Ginny Weasley — mówi.

Ginny jest pewna, że zagrała jedynie rolę widma z jego upiornej przeszłości.

Teraz zrozumiała, że tym widmem była ona sama.

Odepchnęła Syriusza od siebie i schowała różdżkę do kieszeni.

— Idź spać — powiedziała. — Ja ogarnę trochę salon, bo nie zasnę w takim bałaganie.

Wahał się tylko kilka sekund.

— Pomogę ci. Już dawno zamierzałem tu posprzątać, ale prawie nie bywam w tym 

mieszkaniu.

Połączeni na chwilę wyraźnie niezrozumiałą dla Syriusza niemą zgodą stanęli do siebie 

plecami i jednocześnie mruknęli:

— Chłoszczyść.

Ginny przygryzła wargę. Czym dla Syriusza z jej przeszłości musiało być spotkanie jej 

na Grimmauld Place 12 i ciągłe milczenie o wszystkim, co się wydarzyło? Była jedną 

z nielicznych   osób   z   jego   otoczenia,   która   doświadczyła   ich   czasów,   poznała   jego 

i Jamesa   —   choćby   tylko   przelotnie...   Ale   tego   nie   pamiętała,   nie   była   świadoma 

wspólnej przeszłości, a żyjący w zamknięciu Syriusz powoli umierał na jej oczach. Aż 

w końcu umarł naprawdę.

Chrząknęła i pochyliła się, by ręcznie zetrzeć ostatnią plamę na dywanie. Wiedziała, że 

tego również pod żadnym pozorem nie mogła mu powiedzieć.

background image

Przede wszystkim - musicie mi wybaczyć. To nie moja wina, że kolejny odcinek pojawia  

się dopiero teraz! Uwielbiam pisać ten tekst, niestety osoba pełniąca funkcję mojej  

bety (patrzę na Ciebie) w końcu przełamała moją barierę oporu i nakłoniła mnie do  

obejrzenia serialu "Przyjaciele". Kto oglądał, ten wie, ile czasu potrzeba na pochłonięcie  

tych dziesięciu sezonów ;). Trudno łączyć tę przyjemność z pracą, uczelnią i jeszcze do  

tego pisaniem, dlatego z czegoś musiałam zrezygnować i - wierzcie mi lub nie - pisanie  

wygrało z uczelnią zaledwie o włos! Ale oto jestem z nowym rozdziałem (i nie jest to  

nawet primaaprilisowy żart). Miłego czytania!

Obudził ją monotonny odgłos deszczu uderzającego o szyby w salonie. Przez chwilę 

leżała,   gapiąc   się   w   sufit   i   próbując   wpaść   na   powód   swojego   beznadziejnego 

samopoczucia — a potem sobie przypomniała. Podróż w czasie. Mieszkanie Syriusza.

Podniosła się na łokciach i rozejrzała. W kuchni nie było już ani śladu po wczorajszych 

porządkach. Zlew pełen był  brudnych naczyń, a blaty  i podłoga uwalane resztkami 

jedzenia.  "Jak   skomplikowane   może   być   zrobienie   sobie   kanapki?"  —   pomyślała 

z irytacją i zwlekła się z łóżka z zamiarem ofukania Syriusza, ale jego sypialnia była 

pusta. Westchnęła i podeszła do okna, żeby rozsunąć zasłony i wpuścić do środka tę 

odrobinę   światła,   której   nie   udało   się   chmurom   zasłonić.   Spojrzała   na   zegarek   — 

dochodziła   dziewiąta.   Deszcz   zelżał   nieco,   ulicą   śpiesznie   przemykali   mugole 

w płaszczach   przeciwdeszczowych,   a   po   drugiej   stronie   placyku,   przy   którym 

znajdowało się mieszkanie... Tak, to był Syriusz. Stał tam odwrócony do niej plecami, 

z daleka wydawał się jakby mniejszy, przykurczony. Na ramiona zarzucił płaszcz, ale 

niczym nie osłonił głowy — stał nieruchomo i wydawał się wpatrzony w jeden punkt 

gdzieś daleko na horyzoncie.

Ginny pokręciła głową, złapała parasolkę i zbiegła na dół, czując się trochę winna jego 

nastrojowi. Trochę jej zresztą przypominał poazkabanową wersję siebie — ponurego 

dzieciaka   uwięzionego   w   ciele   dorosłego   mężczyzny.   Zatrzymała   się,   zamknęła   na 

chwilę oczy, wciągnęła w płuca powietrze przesiąknięte zapachem deszczu, a potem 

otworzyła parasolkę i ruszyła w kierunku Syriusza.

—   Skoro   już   ci   powiedziałam,   że   się   spotkaliśmy,   mógłbyś   chociaż  spróbować  nie 

umrzeć przez najbliższych kilka lat — powiedziała karcąco.

Syriusz   powoli   odwrócił   ku   niej   twarz   i   wtedy   zdała   sobie   sprawę,   że...   to   nie   był 

Syriusz.

background image

— Znamy się? — zapytał Regulus cicho, na pozór spokojnie, ale jego ręka natychmiast 

powędrowała do kieszeni. Ginny na wszelki wypadek rozstawiła szerzej nogi i niby od 

niechcenia   pogładziła   się   po   prawej   ręce,   gdzie   w   rękawie   spoczywała   jej   własna 

różdżka.

— Przepraszam, pomyliłam cię z Syriuszem — wyjaśniła. Regulus nie spuszczał z niej 

wzroku. Jego twarz miała o wiele mniej szlachetne rysy niż twarz jego brata, była trochę 

bez wyrazu, płaska, beznamiętna, zwyczajna.

—   Gdzie   on   jest?   —   zapytał   młodszy   Black   szybko,   a   szare   oczy   poruszyły   się 

niespokojnie.   Ginny   mogłaby   przysiąc,   że   jego   głos   lekko   zadrżał   ze   źle   skrywanej 

niecierpliwości. Powróciła pamięcią do drzewa genealogicznego na ścianie domu przy 

Grimmauld   Place   —   Regulus   jako   ten   bardziej   godny   potomek   Walburgi   i   Oriona 

Blacków nie został z niego przecież wymazany. Codziennie na wakacjach przed swoim 

czwartym rokiem mogła obserwować Syriusza wpatrującego się chmurnie w kropkę 

podpisaną imieniem jego brata. Regulus Arcturus Black... Regulus Arcturus Black 1961

—1979... 1979! Zamrugała szybko i instynktownie odsunęła się o krok. Stał przed nią 

śmierciożerca,   który   albo   już   poznał,   albo   był   bardzo   bliski   poznania   tajemnicy 

horkruksów.

— Dopóki się nie odwróciłeś, myślałam, że jest tutaj — odpowiedziała z wahaniem. — 

Spałam, kiedy wychodził.

Usta chłopca wykrzywiły się w trudnym do rozszyfrowania grymasie — mógł to być 

zarówno niezdarny uśmiech, jak i mina wyrażająca zdegustowanie.

— Ach, więc to ty jesteś jego nową dziewczyną. Francja, ha?

— Widzę, że plotka podróżuje w tym świecie równie szybko — mruknęła Ginny bez 

zastanowienia. Regulus uniósł brwi.

— W tym świecie?

— W Wielkiej Brytanii — poprawiła się szybko.

— Najwidoczniej. W każdym razie... mam swoje źródła. Muszę się z nim zobaczyć. To 

pilne.

— Powiedziałam ci już, że wyszedł, nie racząc mnie o tym poinformować.

Była zła na Syriusza. Mógł jej chociaż zostawić kartkę.

— Nie mam za wiele czasu — burknął Regulus nieprzyjemnie i rozejrzał się dookoła. — 

Muszę... muszę iść. Muszę coś zrobić.

Ukraść medalion i zginąć.

Zrobiło jej się żal Regulusa, a potem zrobiło jej się żal siebie samej, bo znała przyszłość 

tego niewysokiego, przemoczonego, sprawiającego dość żałosne wrażenie Ślizgona i 

background image

nie była to przyszłość ani szczęśliwa, ani długa. Całe szczęście on również musiał sobie 

z tego zdawać sprawę, co uczyniło łatwiejszym opanowanie się i niewykrzyczenie mu 

w twarz   jak   wielką   głupotę   robi.   Ostatecznie   medalion   pojawił   się   w   przyszłości 

Harry'ego, a ona musiała uważać, by nic nie zmienić, by nie zburzyć swojego świata, 

by...

— Nie rób tego — powiedziała.

"I to by było na tyle, jeśli chodzi o niemieszanie" — pomyślała z goryczą, bo Regulus 

zmrużył oczy i napiął wszystkie mięśnie jak dzikie zwierzę gotowe do ucieczki. Nie 

mogła jednak znieść myśli, że za kilka... — godzin? dni? — stojący przed nią człowiek 

zginie, i to zginie w imię zemsty za skrzywdzenie jego skrzata domowego. Prawdziwa 

Hermiona na pewno nie pozwoliłaby mu odejść. Harry nie pozwoliłby mu odejść.

—   Nie   rób   czego?   —   zapytał   młody   Black   z   irytacją.   —   Nie   próbuj   dawać   mi   rad, 

francuska paniusiu, nie masz pojęcia...

— Nie idź do jaskini.

Twarz Regulusa straciła jakiekolwiek resztki koloru. On sam wyglądał, jakby był rozdarty 

między przeklęciem Ginny a natychmiastowym deportowaniem się z placu. Najchętniej 

pewnie zrobiłby obie rzeczy, ale zbyt był niepewny refleksu swojej przeciwniczki, wzrok 

miał utkwiony w niewielkiej wypukłości na jej rękawie.

— Skąd?... — zaczął pełnym nienawiści głosem. — Kto?... Czy Syriusz?...

— Syriusz nie wie. Nikt nie wie. Ja... mam dar jasnowidzenia — skłamała Ginny bez 

mrugnięcia okiem.

— Jasnowidzenie! — prychnął Regulus wściekle. — Wróżysz z fusów? Z dłoni? Z dna 

oka?

Ginny stała nieporuszona. Regulus tak bardzo przypominał jej Harry'ego, tak bardzo 

chciała go ocalić...

— Poznałam przyszłość i ciebie w niej nie ma.

Nie ugiął się pod brzemieniem tej wiadomości — wręcz przeciwnie. Jego oczy błysnęły 

lekko, jakby Ginny przekazała mu dobrą nowinę.

— To znaczy, że się nie zawaham — ucieszył się irracjonalnie. — Bałem się, że stchórzę 

— dodał bardziej do siebie niż do niej, cicho i niepewnie.

— Regulusie — powiedziała Ginny ostro i zmusiła go, żeby na nią popatrzył. — Zginiesz. 

Nie ma nic bohaterskiego w udawaniu się na pewną śmierć — warknęła i poczuła falę 

zawodu   zalewającą   ją   zupełnie   niespodziewanie   po   wielu   miesiącach   tamowania 

goryczy. Zawsze chciała powiedzieć Harry'emu, co myślała o jego hierarchii wartości, 

wielokrotnie wyobrażała sobie, jak wyrzuci w końcu z siebie obraz jego martwego ciała 

background image

niesionego przez Hagrida. Co by się z nimi wszystkimi stało, gdyby nie miał w sobie 

cząstki duszy Voldemorta? Czemu przysłużyłaby się ta bezsensowna śmierć?

Ale Regulus wcale jej nie słuchał. Wydawał się patrzyć przez nią, zupełnie jakby była 

tylko   mokrą   szybą.   W   duchu   widział   już   na   pewno   tę   radość   płynącą   z   oszukania 

największego   czarnoksiężnika   na   świecie.   Mogłaby   go   powstrzymać   chyba   tylko 

oplatając jego ciało grubymi sznurami i trzymając go w tajemnicy przed wszystkimi 

w piwnicy. Regulus wyciągnął w jej kierunku lekko trzęsącą się rękę i zapytał drżącym 

szeptem:

— Jeśli... jeśli naprawdę poznałaś przyszłość... Czy on?... On, Czarny Pan... Czy on?...

— Tak.

— I ja... pomogę?

Nie potrafiła go okłamać.

— Tak.

Uśmiechnął się.

— Wiesz, jesteś pierwszą dziewczyną Syriusza, którą byłbym w stanie polubić.

— I ostatnią — skomentowała Ginny krótko. Wciąż nie mogła uwierzyć, że Regulus 

naprawdę chciał to zrobić. A może... a może wcale nie chciał, dopóki jej nie spotkał? 

Zamrugała,   zszokowana   tą   możliwością,   ale   nie   zdążyła   poddać   tej   myśli   choćby 

krótkiej analizie, bo Regulus nagle padł u jej stóp jakby rażony piorunem.

Wyszarpnęła   z   rękawa   różdżkę   i   skuliła   się,   by   nie   podzielić   jego   losu,   ale   kiedy 

odwróciła głowę, dostrzegła biegnącego w ich kierunku Syriusza.

— ZWARIOWAŁAŚ?! — wrzasnął, a jego oczy były oczami szaleńca. Celował różdżką 

w swojego brata bez choćby cienia rozpoznania, ale jego wzrok przeskakiwał z niego na 

Ginny i z powrotem, jakby Syriusz nie był pewien, przed kim powinien się bronić. — 

Zostawiam cię na pięć minut, a ty wychodzisz z mieszkania i ucinasz sobie pogawędki 

ze śmierciożercami?! Mówiłem Jimowi, że będą z tobą same kłopoty!

— Jeśli na co dzień jest równie troskliwy, to zupełnie się nie dziwię, dlaczego z nim 

jesteś — odezwał się z przekąsem Regulus, próbując się wyczołgać z olbrzymiej kałuży, 

do której wpadł po straceniu równowagi. Ginny spojrzała na Syriusza z wściekłością, jej 

wzrok ciskał gromy.

— Rozwiąż go — rozkazała.

Syriusz się nie poruszył.

— Co Dumbledore mówił ci o kontaktach ze śmierciożercami? Było takie słowo, hmm, 

jestem prawie pewien, że go użył. O tak, to chyba to... UNIKAĆ. UNIKAĆ, ty głupia, 

nieodpowiedzialna dziewczyno!

background image

— Znalazłaś prawdziwy skarb — wtrącił się Regulus. Syriusz zaczął głośno sapać.

— Zamknij się — powiedział jadowitym tonem. — Zamknij się, albo pożałujesz, że się 

kiedykolwiek   urodziłeś.   Co   tu   robisz?   Szpiegujesz   mnie?   Jestem   na   czarnej   liście 

Voldemorta?   —   Regulus   przygryzł   wargę.   —   Nie   mów,   że   boisz   się   jego   głupiego 

imienia. Voldemort. Voldemort. VOLDEMORT.

— DOSYĆ! — krzyknęła Ginny, kiedy ból na twarzy Regulusa był już tak widoczny, że 

prawie   czuła   go   w   swojej   głowie.   Jednym   ruchem   różdżki   unieruchomiła   Syriusza 

i pochyliła się, by pomóc Regulusowi uwolnić się z więzów. — To twój brat, do cholery! 

Gdybyś wiedział, co... — zaczęła, ale jedno spojrzenie na twarz Regulusa wystarczyło, 

by ugryzła się w język. — Mógłbyś z nim porozmawiać jak z człowiekiem, przyszedł tu 

bez złych zamiarów!

Syriusz nie mógł wprawdzie nic powiedzieć, bo zamroziła mu wszystkie mięśnie, ale 

groźny błysk w jego oczach sugerował, że Ginny pożałuje swojego czynu. Najchętniej 

zaśmiałaby mu się w twarz.

—   Dzięki,   dziewczyno   —   powiedział   Regulus,   kiedy   stanął   już   o   własnych   siłach   i 

osuszył płaszcz różdżką. — A ty... — zwrócił się do Syriusza. — Ty powinieneś wiedzieć, 

że Czarny Pan... że on jest... Nieważne, zapomnij. Przyniosłem ci coś.

Wyciągnął zza pazuchy szare zawiniątko i podał je Ginny.

— Przekażę mu, kiedy do siebie dojdzie.

Chłopiec pochylił się tak, że Syriusz nie mógł go usłyszeć.

— Nie mów mu, w porządku?

"I tak bym nie mogła".

— Masz moje słowo.

— Dzięki.

— Reg...

Pokręcił   tylko  głową   i  deportował   się   z   trzaskiem,   pozostawiając   Ginny   z   uczuciem 

niewytłumaczalnej straty. Była tak zła na Syriusza i rozczarowana jego zachowaniem, 

że opuściła mu na podołek pakunek od brata, cofnęła zaklęcie i obróciła się na pięcie, 

rzucając tylko przez ramię:

— Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z jakości waszego pożegnania, bo to był ostatni 

raz w tym życiu, kiedy spotkałeś swojego brata.

Zostawiła Syriusza, pakunek i porwaną przez wiatr parasolkę i wróciła do mieszkania, 

ale na samą myśl o wracającym tam lada chwila chłopaku rozbolała ją głowa, więc 

nabazgrała tylko na skrawku papieru:  "Będę u Jima"  i wbiegła na poddasze, by się 

stamtąd teleportować. W innej sytuacji nigdy, przenigdy nie powiedziałaby Syriuszowi 

background image

o losie   Regulusa,   to   zupełnie   jakby   to   ją   ktoś   poinformował   podczas   bitwy 

o Hogwart: "Wiesz, Ginny, ten raz, kiedy oddaliłaś Freda gestem, bo chciałaś odszukać  

wzrokiem Harry'ego, był waszym ostatnim, za chwilę Fred zginie"  — ale z Syriuszem 

było inaczej. On z rozmysłem skrzywdził Regulusa, choć ten nie miał nawet zamiaru 

użyć przeciwko któremukolwiek z nich różdżki. Nie zrozumiał — ani teraz, ani później 

w swojej dorosłości — że Regulus nigdy nie był złym człowiekiem.

Dom Potterów znajdował się dobrych kilkadziesiąt mil na północny zachód od Londynu, 

gdzieś pomiędzy wioskami okalającymi St Albans. W promieniu kilkuset stóp nie sposób 

było się natknąć na człowieka niezmierzającego właśnie do posiadłości, zwłaszcza jeśli 

mowa   o   mugolach.   Swego   czasu   Charlus   Potter,   zaniepokojony   wzmagającym   się 

w świecie czarodziejskim poczuciem zagrożenia, rozszerzył naturalne bariery ochronne, 

by zapewnić swojej żonie i synowi bezpieczeństwo. James opowiadał Ginny nie bez 

dumy, jak w dzieciństwie cały wolny czas spędzał na beztroskim wymykaniu się poza 

granice   barier,   znajdując   ich   słabe   punkty   i   łamiąc   czary   ojca.  "Krew   z   krwi"  — 

pomyślała wtedy Ginny z rozbawieniem — było dla niej oczywistym to, czego James 

zdawał się nie dostrzegać: Charlus Potter z pewnością nie pozostawił w barierze luk ani 

przez   roztargnienie,   ani   z   powodu   magicznej   niekompetencji.   Wychowywał   w   ten 

sposób swojego syna na prawdziwego Huncwota.

Kiedy dotarła w końcu do drzwi wejściowych, zdziwił ją nieco panujący wewnątrz domu 

gwar   —   zupełnie   jakby   w   środku   odbywało   się   właśnie   huczne   przyjęcie.   Zapukała 

głośno, a kiedy nie doczekała się żadnej reakcji, przekręciła gałkę i wsunęła się cicho 

do środka.

Salon pełen był ludzi — głównie nastolatków, z pewnością licznych znajomych Jamesa 

—   wszyscy   kołysali   się   lekko   do   płynącej   jakby   z   sufitu   muzyki   albo   rozmawiali 

donośnie, a przez wszystkie te dźwięki od czasu do czasu przebijał się czyjś radosny 

śmiech. Ginny poczuła się, jakby trafiła do zupełnie innego świata — nieogarniętego 

wojną i poczuciem niepewności.

— Gin! — krzyknął James z drugiego końca przedpokoju, a kiedy się odwróciła, ujrzała 

jego potarganą czuprynę przyozdobioną wymyślną, szpiczastą tiarą.

—   Ciszej!   —   syknęła,   podchodząc   bliżej.   —   Dla   wszystkich   tutaj   obecnych   jestem 

Hermioną, pamiętasz?

James wyszczerzył zęby w uśmiechu, w którym nie znać było poczucia winy.

— Nikt nas stąd nie usłyszy. Są zbyt pochłonięci zażywaniem beztroski, która, jak wiesz, 

rzadko się nam przydarza. Gdzie Łapa?

background image

Ginny   przygryzła   wargę.   Miała   nadzieję   zastać   Jima   samotnie   spędzającego   to 

deszczowe przedpołudnie — jak miała mu teraz wyjaśnić tę sprawę z Regulusem?

— W mieszkaniu.

— Pokłóciliście się? ZNOWU?

— Nie do końca. — James popatrzył na nią z ukosa. — Właściwie to tak. Widziałam się 

z Regulusem.

— Aahaa — powiedział powoli Potter i zmarszczył czoło. — Zgaduję, że Syriusz nie był 

szczęśliwy.

— Wściekł się. Spętał go, wrzeszczał na mnie... Zachowywał się trochę jak oszalały.

— Czego chciał Młody?

W tonie Jamesa Ginny nie wyczuła zdegustowania ani dezaprobaty, raczej rezygnację.

— Nie wiem. Nie mieli okazji porozmawiać, jeśli wiesz, co mam na myśli. Z tego co ja 

zrozumiałam... przyszedł się pożegnać.

— Masz na myśli?...

— Tak.

"Gdzie jest Jim?" — dało się słyszeć dziewczęcy głos z salonu. Ginny uznała, że musiał 

należeć   do   Alicji   Serkins.   James   pociągnął   ją   za   kotarę   oddzielającą   przedpokój   od 

komórki na miotły i po raz pierwszy tego dnia popatrzył na nią z całkowitą powagą.

— Syriusz wie?

— Regulus nic mu nie powiedział. Ja tak. — Źle interpretując minę Jima, dodała: — 

Byłam na niego zła! Ja, w przeciwieństwie do niego, wiem, co się stanie z Regulusem! 

To dobry chłopiec, któremu zabrakło odwagi jego brata.

Ale James wcale nie zamierzał jej strofować, wręcz przeciwnie.

— Niestety nie jesteśmy w stanie wybić Łapie z głowy tej obsesji na punkcie Regulusa. 

Zazwyczaj udaje, że zupełnie go nie interesują poczynania Młodego, ale gdyby mógł... 

Gdyby mógł, pewnie zabijałby go i wskrzeszał w nieskończoność, niepewny, czy tak 

bardzo   go   kocha,   czy   może   tak   szalenie   nienawidzi.   To,   że   w   ogóle   ze   sobą   nie 

rozmawiają, pogarsza jeszcze sprawę, bo Syriusz zdecydowanie woli otwarte konflikty. 

Wrzaski,   pojedynki,   potem   ewentualnie   pełne   pasji   godzenie   się,   o   ile   nazwisko 

delikwenta   nie   brzmi   Snape...   W   przypadku   Regulusa   to   jest   zawsze   wojna 

psychologiczna. Żadne środki nie działają, Syriusz jest zupełnie niereformowalny.

A więc było dokładnie tak, jak Ginny podejrzewała. Uczucie Syriusza do brata było 

bardzo   silne,   a   skoro   on   sam   nie   wiedział,   czy   bardziej   chciałby   go   ochronić,   czy 

własnoręcznie zamordować... To tłumaczyło, dlaczego w dorosłym życiu wolał wyrażać 

background image

się o nim z pogardą — nie musiał już dłużej próbować zdecydować, kim był dla niego 

Regulus.

— To... smutne — powiedziała Ginny. James wzruszył ramionami.

— Co się z nim stanie?

—   Zginie,   kradnąc   Voldemortowi   to,   co   jest   jednym   z...   gwarantów   jego 

niezniszczalności.

— I co się stanie z tym... czymś?

— Zniknie na wiele lat. Ale potem ktoś to znajdzie i zniszczy.

— A nie mogłabyś powiedzieć, co?...

— Nie.

— Warto było spróbować.

Uśmiechnął się do niej i poprawił tiarę, która podczas rozmowy zdążyła mu zjechać na 

ramię.

— Co to za okazja? — zapytała Ginny.

— Moje urodziny.

—   Och.   Naprawdę?   A   ja   wpadłam   tutaj   z   opowieściami   o   Regulusie,   na   dodatek 

z pustymi rękoma — zmartwiła się.

—   W   przeciwnym   razie   na   pewno   zaoferowałabyś   mi   jeden   z   tych   niezliczonych 

skarbów, wraz z którymi przeniosłaś się w czasie. Nie wiem, czy bardziej chciałbym ten 

porywający człowieka dziesiątki lat wstecz zegarek, czy może twoją prawą skarpetkę — 

zaśmiał się Jim.

Ginny zrobiła przepraszającą minę.

— Niestety zegarek skonfiskował Dumbledore, więc w tej chwili mogę ci zaoferować 

jedynie skarpetkę.

— Może potem. Wystarczą mi życzenia stu lat życia — tu mrugnął do niej znacząco — 

oraz... — i stuknął palcem wskazującym w swój policzek.

Uśmiechnęła się w duchu — czyż nie poprosił właśnie o podobny prezent, jaki ona 

zdecydowała się dać Harry'emu w jego siedemnaste urodziny? Z Harrym było rzecz 

jasna  inaczej,  pocałunek  nie  był   ani  odrobinę  przyjacielski,  choć  czasy  zdawały   się 

równie niepewne. Nie wiedziała wówczas, czy kiedy pozwoli mu odejść, będzie im dane 

się   jeszcze   w   tamtym   świecie   spotkać.   Wspomnienie   drugiej   wojny   było   już   blade, 

a twarz Harry'ego niewyraźna — trudno jej było oddzielić ją od tak podobnej twarzy 

jego ojca, która promieniała teraz dziwną mieszanką beztroski i powagi. Wspięła się na 

palce i pocałowała go lekko w nadstawiony policzek.

— Wszystkiego najlepszego, Jim.

background image

— A sto lat? — droczył się.

"Co powiesz na dwadzieścia jeden?"

— Sto lat!

— No! Teraz zdecydowanie lepiej! Chodź, poznasz parę osób.

I pociągnął ją w stronę salonu. Rozpoznała Gideona i Fabiana, wyższe i szczuplejsze 

pierwowzory  Freda  i George'a,  stojącą  obok   nich  Alicję  Serkins,  Larry'ego i  Marissę 

z wczorajszego meczu quidditcha, a nieco dalej... "Tak, to musi być Peter Pettigrew" — 

pomyślała i wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Ledwie się powstrzymała przed rzuceniem 

w niego jakimś zaklęciem. Wiedziała,  wiedziała, że nic nie może zrobić, ale dopiero 

teraz   w   pełni   zrozumiała   Syriusza   i   wszystkie   uczucia,   które   musiały   nim   targać 

w Azkabanie   i   potem   tego   dnia,   w   którym   prawie   udało   mu   się   złapać   i   zabić 

Glizdogona. James oddalił się w kierunku grupki nieznanych Ginny osób, a ona pochyliła 

się nad stołem, udając, że nie może się zdecydować, co chce sobie nałożyć na talerz, 

ale tak naprawdę nie spuszczała wzroku z grubego, roześmianego chłopca o szczurzej 

twarzy. Nie sprawiał w ogóle wrażenia osoby, która za nieco ponad dwa lata uklęknie 

przed   Voldemortem   i   wyzna   drżącym   głosem:  "To   już   się   stało,   mój   Panie...   P-

potterowie uczynili mnie ich Strażnikiem Tajemnicy". Potrząsnęła głową i wzięła dwa 

głębokie oddechy. "Przestań analizować!" — rozkazała sobie. — "To się musi wydarzyć".

Peter musiał dostrzec jej spojrzenie, gdyż po chwili wahania podszedł do stołu i posłał 

Ginny niepewny uśmiech.

— Cześć — bąknął i zarumienił się.

— Hej — odpowiedziała Ginny, nawet nie siląc się na uprzejmość. Odwróciła się i zrobiła 

parę   kroków   w   stronę   Alicji   i   braci   Prewett,   ale   Pettigrew   dogonił   ją   i   pisnął 

z zachwytem:

— Jesteś znajomą Jima?

— Można tak powiedzieć. Chodzę z Syriuszem.

— Och.

Kiedy ponownie na niego spojrzała, dostrzegła na jego twarzy cień zawodu i ledwie się 

powstrzymała   przed   pogardliwym   prychnięciem.   Chyba   nie   liczył,   że   zechce   z   nim 

flirtować! Nie poświęcając mu już więcej uwagi, złapała swój talerz i odeszła, byle dalej 

od niego i jego oślizgłego spojrzenia. Zrugała się za to w myślach, ale nic nie mogła 

poradzić — wystarczająco wiele energii kosztowało ją udawanie przed Jamesem, że 

Peter był do końca jednym z jego najwierniejszych przyjaciół. Gdyby zasiała w nim 

ziarno podejrzenia — w nim albo, co gorsza, w porywczym Syriuszu — nie uczyniłby 

Glizdogona swoim Strażnikiem Tajemnicy, nie zostałby zdradzony, być może by nie 

background image

umarł...   Jej   serce   zatrzepotało   dziko,   jakby   uznało,   że   pomysł   ten   godny   jest 

rozważenia, ale wtedy odezwał się cichy głos w jej głowie:

"Harry".

A tego głosu nie mogła zignorować niezależnie od tego, co dyktowało jej serce. Czy 

Harry wybaczy jej, kiedy się dowie, że miała szansę uratować jego rodziców, ale nie 

podjęła ryzyka?

— Nie jesteś Francuzką — usłyszała za plecami dość jadowity szept, a kiedy odwróciła 

się szybko, by sprawdzić, do kogo należał, przed oczami ujrzała jedynie czyjś gustownie 

wyeksponowany   biust.   Cofnęła   się   o   krok,   by   móc   objąć   wzrokiem   również   twarz 

kobiety.   Wyglądała   znajomo.   Grube,   brązowe   włosy   splecione   w   warkocz,   ciemne, 

zmrużone oczy, arystokratyczne rysy i ten pełen pobłażania uśmiech... Andromeda.

— Masz rację, nie jestem Francuzką. Moi rodzice pochodzą z Wielkiej Brytanii, ale...

— Nie zrozumiałaś mnie — przerwała jej Andromeda cicho. — Nigdy nie widziałaś nawet 

Beauxbattons.   Nie   grasz   w   żadnej   ze   znanych   mi   francuskich   drużyn   quidditcha, 

a uwierz   mi...   znam   chyba   wszystkie   ligi.   Sprawdziłam   cię.   Nikt   nie   słyszał   nigdy 

o żadnej   Hermionie   Thomas.   Gdybym   cię   przepytała,   idę   o   zakład,   nie   potrafiłabyś 

sklecić nawet zdania po francusku.

—   Co   tu   robisz?   —   zapytała   Ginny   dla   zyskania   kilku   sekund.   Jej   umysł   pracował 

gorączkowo. Co jeśli Andromeda zdemaskuje ją za chwilę przed wszystkimi? Dlaczego 

w ogóle się nią zainteresowała? Czy wystarczy jej potwierdzenie Jamesa, że nie ma 

powodu do paniki? Wytężała umysł boleśnie, by przypomnieć sobie, czy kobieta nigdy, 

przenigdy w swojej przeszłości nie miała żadnych związków z ludźmi Voldemorta.

—   Jestem   przyjaciółką   rodziny,   bliską   kuzynką   twojego,   hmm...  chłopaka.   Bardziej 

interesujące jest jednak: co TY tu robisz? Kim naprawdę jesteś?

Ginny wzruszyła ramionami. Rozejrzała się szybko dookoła, ale, jak na złość, Jamesa nie 

było nigdzie w pobliżu.

— No cóż... Jak już ustaliłaś, na pewno nie Hermioną Thomas.

— A więc jak się nazywasz?

— Nie mogę ci tego powiedzieć.

— Chcesz, żebym cię ujawniła?

— Nie rób tego, póki nie porozmawiasz z Jamesem i Syriuszem. Albo z Dumbledore'em. 

Oni   wszystko   wiedzą.   Masz   rację,   nie   jestem   Hermioną   Thomas,   nie   mówię   po 

francusku i nie byłam nigdy w Beauxbattons. Nie jestem też dziewczyną Syriusza — 

dodała chłodno.

background image

— Dumbledore... wie? — zapytała Andromeda już nieco mniej jadowicie. — A więc nie 

jesteś szpiegiem?

Ginny — mimo kołaczącego głośno serca — zaśmiała się serdecznie.

— Uwierz mi, jestem ostatnią osobą, która mogłaby być szpiegiem Voldemorta.

Na dźwięk tego imienia kobieta wzdrygnęła się ze strachem, ale popatrzyła na Ginny 

łagodniej, tak że przestała wyglądać jak surowa nauczycielka, a zaczęła być po prostu 

dwudziestoparoletnią wersją babci Teddy'ego.

— Mogę porozmawiać z Jamesem? — zapytała.

— Szczerze mówiąc... nawet powinnaś. Ale musisz wiedzieć, że on nie może ci niczego 

powiedzieć. Z pewnością jednak przekona cię, że nie jestem, nigdy nie byłam i nigdy 

nie   zamierzam   być   czyimkolwiek   szpiegiem.   Z   prawdziwych   informacji   o   mnie: 

naprawdę   gram   w   quidditcha   —   uśmiechnęła   się   Ginny   i   z   głęboką   satysfakcją 

obserwowała, jak Andromeda kluczy pomiędzy ludźmi w poszukiwaniu solenizanta.

Oto   odnalazła   swoją   kroplę   miodu   w   otaczającym   ją   morzu   goryczy   —   spotkała 

Andromedę Tonks, jedyną z dotychczas poznanych w tym świecie osób, którą będzie 

mogła   zapytać:  "Dlaczego?   Dlaczego   mi   nie   powiedziałaś?!   Dlaczego   mnie   nie  

uprzedziłaś?". A wtedy, och nie, wtedy Andromeda zada jej podobne pytanie, ale na to 

Ginny nie będzie potrafiła znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Zdała sobie nagle 

sprawę,   że   jednak   dużo   łatwiej   będzie   jej   sobie   radzić   po   powrocie   z   cierpieniem 

Syriusza, który umarł, niż z tragedią Andromedy, której to Ginny przyszła po Bitwie 

o Hogwart   powiedzieć   o   śmierci   Tonks.   Usłyszane   z   właściwych   ust,   choć 

o dziewiętnaście lat za późno. Gdyby wówczas wiedziała, na pewno nie pozwoliłaby 

Dorze iść za Remusem.

Ginny  miała serdecznie dość całego tego świata — tego, jak psuła nastroje innym, 

a także tego, że nie mogła nic na to poradzić, psując tym samym nastrój sobie. Od rana 

chodziła za nią myśl, by zignorować wszystkie zakazy i nakazy i spróbować uratować te 

życia, które były  według niej warte uratowania —  począwszy  od  Regulusa. Ale czy 

ktokolwiek   był   jej   w   stanie   zagwarantować,   że   to   rozwiązanie   nie   będzie   jedynie 

doraźne? Że porządek w świecie jest zachowany tylko wtedy, kiedy pozwala mu się 

toczyć jego własnym, z góry ustalonym torem; że nie pogrąży ostatecznie wszystkich 

tych, których próbowała uratować, z sobą i Harrym na czele? Osunęła się na najbliższe 

krzesło   i   schowała   twarz   w   dłoniach.  "Niech   ktoś   mnie   w   końcu   zwróci   mojej  

rzeczywistości, zanim oszaleję" — pomyślała z rezygnacją.

— Ciężki dzień? — zapytała Alicja, przysiadając się do niej.

— Nie wyobrażasz sobie.

background image

— Co się stało?

"Pozwoliłam Regulusowi umrzeć, pogłębiłam znieczulicę Syriusza, zaczęłam rozważać,  

czy cenniejsza jest nienaruszalność kolei losu, czy może życie Jima...".

— Pokłóciłam się z Syriuszem.

Alicja uśmiechnęła się blado.

— Nie przejmuj się. Wprawdzie łatwo go wyprowadzić z równowagi, ale równie łatwo 

udobruchać. Ja jestem zbyt niecierpliwa, by znosić takie humory, ale zapewniam cię, że 

niemal cała żeńska połowa Hogwartu życzy  ci teraz  powolnej i bolesnej śmierci  za 

ośmielenie się na zdobycie jego serca.

— Dzięki, Alicjo, to bardzo pocieszające — roześmiała się Ginny. — Świetnie wczoraj 

grałaś.

—   Ty   też.   Pewnie   wszyscy   ci   to   mówią,   w   końcu   grasz   zawodowo,   ale   naprawdę, 

naprawdę masz talent. Gdybyśmy cię mieli w drużynie za czasów szkolnych, ach, co by 

to były za mecze!

— Daj spokój. Ty i Jim wystarczacie za siedmiu zawodników.

—   Ja   za   jednego,   on   za   sześciu   —   mruknęła   Alicja   i   popatrzyła   przed   siebie,   bo 

w drzwiach do salonu pojawił się w końcu James, rozmawiający przyciszonym głosem 

z Andromedą. Od czasu do czasu zerkali w ich stronę, Andromeda kiwała tylko głową, 

a James coś jej intensywnie tłumaczył. Ginny właśnie zamierzała zapytać Alicję, czym 

się   zajmuje   na   co   dzień,   kiedy   dostrzegła   coś   niesamowitego   —   spojrzenie   jej 

niebieskich oczu, kiedy wpatrywała się w Jamesa, było tak znajome i kojące, że Ginny 

poczuła się, jakby wróciła na chwilę do swojej rzeczywistości i siedziała na bujanym 

krześle w bibliotece domu... Neville'a.

Żołądek zawiązał jej się w ciasny supeł.

Alicja Serkins była Alicją Longbottom. Szalona matka Neville'a, którą spotkała kiedyś 

w Mungu,   siedziała   właśnie   obok   niej   i   była   absolutnie,   bezgranicznie   i   do 

nieprzytomności zakochana — być może z wzajemnością — w Jamesie Potterze.

Ta kropla przepełniła czarę — Ginny poczuła kłębiące się w jej umyśle pourywane wątki 

i niedokończone historie, wszystkie elementy układanki rozsypały się nagle jak karty 

w grze Eksplodujący Dureń, zrobiło jej się ciemno przed oczami. Nie wiedziała, w jaki 

sposób powinna to wszystko naprawić. A może zostawić wydarzenia własnemu biegowi, 

zamknąć się w mieszkaniu Syriusza i czekać na jakiś pomysł Dumbledore'a? Musiał 

przecież wpaść na cokolwiek, cokolwiek, byle nie tkwiła dłużej w tym świecie pełnym 

idealnego   Jamesa   Pottera   i   zakochanej   w   nim   matki   Neville'a,   pełnym   Regulusa 

i opętanego obsesjami Syriusza, pełnym ludzi, których Ginny nie chciała już spotykać, 

background image

żywych czy martwych za jej czasów. Chciała się obudzić następnego dnia w sypialni 

Syriusza w roku dwutysięcznym. Przeżyła opętanie przez Voldemorta i śmierć Freda, 

przeżyła  wojnę,  terror  w Hogwarcie,  odejście  Harry'ego... Ale  dopiero teraz  zaznała 

w pełni tego, czego Harry doświadczał przez całe swoje życie: odpowiedzialności za 

losy świata. Zacisnęła pięści i wstała. Skoro miała zacząć naprawiać ten świat czy też 

nie pozwolić mu się rozpaść — nie była do końca pewna, jakie stało przed nią zadanie 

— zamierzała zacząć w tej konkretnej chwili, w bardzo konkretnym miejscu. W umyśle 

Syriusza.

—   Musimy   pogadać   —   rzuciła   tylko,   kiedy   wpadła   do   mieszkania   i   zastała   go 

siedzącego na  kanapie  i odbijającego  gumową piłkę  od   ściany.  Zaświtała jej  nawet 

myśl,   że   mógł   nie   ruszyć   się   z   miejsca   przez   wszystkie   te   godziny,   które   spędziła 

w domu Potterów.

— Jeśli o Regulusie, to możesz sobie darować — odpowiedział chłodno.

— Nie, nie o Regulusie, choć należy ci się taki wykład, że pożałowałbyś wszystkich tych 

myśli,   w   których   posyłałeś   w   jego   kierunku   Avadę   Kedavrę.   Tak,   tak,   rozmawiałam 

z Jimem — dodała od niechcenia, kiedy popatrzył na nią ostro. — Ale zasłużyłeś na tę 

niewiedzę, więc nie będę cię już nigdy dręczyć twoim bratem. Chcę pogadać o Jimie 

i powiem to wprost. Alicja nie jest matką Harry'ego.

Nie   poruszył   się,   ale   jego   oczy   błysnęły   —   tak   jak   przypuszczała,   musiała   go   ta 

informacja ucieszyć. Nie mogła się nadziwić, jak kruchy był ten z pozoru pewny siebie, 

zbuntowany i nonszalancki łamacz kobiecych serc. Uciekł z domu, postawił wszystko na 

jedną kartę, przyłączył się do Zakonu, a jednak wciąż gdzieś w środku bał się, że miłość 

Jamesa do Alicji mogłaby się stać ważniejsza niż przyjaźń, która łączyła tych dwóch 

(Ginny — choć znała Jima zaledwie dwa dni — była przekonana, że nic takiego nie 

mogłoby mieć miejsca, bo James, gdyby zaistniała taka potrzeba, umarłby za Syriusza 

wielokrotnie).

—   Gdyby   nasz   drogi   Jim   był   typem   wskakującym   z   byle   kim   do   łóżka   po   pijaku, 

mógłbym mieć jeszcze wątpliwości, ale skoro tak nie jest, pozostaje tylko jedno wyjście 

— burknął Syriusz z pewną dozą niezadowolenia, choć już nie strachu. — Księżniczka 

Evans.

Ginny kiwnęła głową.

— Mamy czas mniej więcej do Halloween. Jest szansa?

— Na wrzucenie tych dwoje do łóżka ze skutkiem... brzemiennym?

— W wersji minimalistycznej. Ślub, miłość i tego typu dodatki mile widziane.

— A co z Serkins?

background image

Ginny wzruszyła ramionami. Musiała się jeszcze upewnić, choć z rozmowy z Jamesem 

tuż po meczu wynikało, że sam nie jest do końca pewien, na której z dziewczyn zależy 

mu bardziej. Tylko dlaczego Lily nie pojawiła się na jego przyjęciu urodzinowym?

— Przy odrobinie szczęścia wyjdzie za kogoś innego, urodzi mu dziecko i będą żyli 

długo i... szczęśliwie.

Ostatnim słowem prawie się zakrztusiła.

— Możesz mi o tym mówić? — zainteresował się Syriusz.

—   NIE.   Nie   mogę   ci   o   tym   mówić,   bo   inaczej   cały   świat,   który   znamy   przyszły   ty 

i przeszła ja legnie w gruzach. Przy czym jeśli Harry się nie urodzi, ten świat i tak legnie 

w gruzach, więc chyba nic złego się nie stanie, jeśli mi pomożesz.

— A co JA będę z tego miał?

Ginny zaśmiała się gorzko.

—  Co?  Ale przecież ty doskonale wiesz, co będziesz z tego miał. Jamesa. Alicja nie 

będzie zagrożeniem dla waszej przyjaźni, czy nie o tym marzysz?

Wyprostował się groźnie i zacisnął pięści.

— Jak śmiesz sugerować, że traktuję Jima jak... jak własność?!

— Jak śmiesz  traktować  go jak własność, hm? — zapytała Ginny chłodno. — Możesz 

udawać   przed   innymi,   Syriuszu.   Ba,   przyznam,   że   całkiem   nieźle   ci   to   wychodzi. 

Zwłaszcza starszemu tobie. Ale mnie nie oszukasz ani w kwestii Jamesa, ani w kwestii 

Regulusa. Darzysz ludzi chorymi uczuciami, a chociaż w przypadku Jima jest to przyjaźń 

niemal wzorcowa, to twoja nienawiść do Regulusa...

Doskoczył do niej w ułamku sekundy — nie zdążyła wyjąć różdżki, więc musiała się 

bronić   gołymi   rękoma.   Próbowała   go   przewrócić,   a   w   konsekwencji   sama   straciła 

równowagę, ciągnąc go za sobą na ziemię. Uderzenie podziałało na niego jak zimny 

prysznic. Natychmiast przestał ją szarpać, teraz tylko przygniatał ją do ziemi całym 

swoim ciałem i oddychał ciężko w jej ucho.

— Nigdy. Więcej. Nie zaczynaj. Tematu. Regulusa — wychrypiał.

— Jesteś szalony — odpowiedziała na to Ginny.

— A ty nawiedzona.

Popatrzyła mu w oczy, prawie spodziewając się, że znów ujrzy w nich zgnębionego 

więźnia jego własnego domu rodzinnego niemal dwadzieścia lat później, ale ujrzała 

tylko troskę i ciekawość. Widziane z tej odległości, oczy te wydawały się niemal czarne. 

Odchrząknęła   znacząco,   bo   jego   oddech   na   jej   twarzy   zaczął   wprawiać   ją 

w zakłopotanie, a Syriusz natychmiast pojął sugestię i sturlał się z niej na podłogę.

— Zdecydowanie zbyt często się kłócimy — powiedziała po chwili Ginny.

background image

— To ty na mnie tak działasz. Nigdy wcześniej nie miałem ochoty kogoś jednocześnie 

zabić i napić się z nim wódki.

Ginny się zaśmiała.

— Gdybyś powiedział wcześniej, że chcesz się ze mną napić wódki, zaoszczędzilibyśmy 

sobie wielu nieprzyjemności.

Syriusz podniósł się z ziemi i wyciągnął do Ginny rękę.

— Aktualnie mam tylko kremowe, ale możemy od tego zacząć. Nie zaobserwowałaś 

u siebie przypadkiem zjawiska rozplątywania się języka pod wpływem alkoholu?...

Przewróciła oczami i ujęła jego dłoń.

— Zaczynam rozumieć uczucie, o którym wspominałeś...