background image

L

UCY

 M

AUD

 M

ONTGOMERY

D

ZBAN

 

CIOTKI

 B

ECKY

P

RZEŁOŻYŁA

 E

WA

 F

ISZER

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 

ANGIELSKIEGO

: A T

ANGLED

 W

EB

background image

B

ANKIET

 

CIOTKI

 B

ECKY

I

O dzbanie Darków krąży sto legend. Oto prawdziwa historia.
W rodzinie Darków i Penhallowów wiele się z powodu tego dzbana wydarzyło, a za to nie 

doszło   do   kilku   przewidywanych   ewenementów.   Jak   utrzymuje   wuj   Pyszniak,   tak   widać 
chciała Opatrzność, choć nie można wykluczyć, że wtrąciły się piekielne moce.

W każdym razie, gdyby nie ten dzban, Piotr Penhallow samotnie fotografowałby obecnie 

lwy w afrykańskim  buszu, natomiast  Duży Sam Dark nie nauczyłby  się doceniać  piękna 
nagiego ciała kobiety. .A Dandys Dark i Ptyś Dark do tej pory gratulują sobie, że udało im się 
wyjść cało z opresji.

Dzban   stanowił   prawną   własność   ciotki   Becky   Dark,   która   urodziła   się   jako   Rebeka 

Penhallow. Większość pań Dark była z domu Penhallow, a panieńskie nazwisko większości 
pań Penhallow brzmiało Dark. Solidną mniejszość stanowiły Penhallowówny, które wyszły 
za   Penhallowów,   i   Darkówny,   które   wyszły   za   Darków.   Stąd   zawikłane   stosunki 
pokrewieństwa, w których orientował się jeden jedyny wuj Pyszniak.

Bo   rzeczywiście,   z   kim   mógłby   się   ożenić   Dark,   jeśli   nie   z   Penhallowówną,   i   z   kim 

Penhallow, jeśli nie z Darkówną? Kiedyś nie chcieli ponoć patrzeć na panny z innych rodzin. 
A obecnie nie zechciałaby ich żadna panna spoza klanu. Tak przynajmniej utrzymywał wuj 
Pyszniak.

Wujowi Pyszniakowi nie należy jednak wierzyć. Penhallowowie i Darkowie nie stali się 

jeszcze  degeneratami.  Przeciwnie,  mężczyźni  są nadal pełni godności i energiczni  i choć 
wewnątrz klanu często dochodziło do starć, wobec świata wszyscy występowali  zwartym 
frontem.

W pewnym sensie głową klanu była ciotka Becky. Mógłby to jednak zakwestionować ze 

względu na swoje starszeństwo Crosby Penhallow liczący sobie osiemdziesiąt siedem lat. 
Ciotka Becky miała zaledwie osiemdziesiąt pięć. Ale Crosby’emu na tym nie zależało.. Miał 
inną   pasję.   Dopóki   będzie   mógł   co   wieczór   spotykać   się   ze   swoim   starym   kumplem, 
Erazmem Darkiem, i grać z nim w duecie — flet i skrzypce — niech ciotka Becky, jeśli jej na 
tym zależy, dzierży spokojnie berło klanu.

Trzeba   szczerze   wyznać,   że   ciotka   Becky   nie   cieszyła   się   nadmierną   sympatią   swej 

rodziny.   Zbyt   chętnie   mówiła   każdemu   prawdę   w   oczy.   A   jak   słusznie   powtarzał   wuj 
Pyszniak, szczerość ma swoje zalety, ale prawdą nie należy zbytnio szafować. Tymczasem 
nie da się ukryć, że ciotka Becky nie wiedziała, co to takt i dyskrecja, nie mówiąc już o 
dyplomacji i szacunku dla ludzkich uczuć. Mówiła wszystko, co jej akurat przyszło na myśl. 
Toteż  nikt  nigdy nie  nudził się  w jej  towarzystwie.  Człowiek  znosił własne  przykrości  i 
upokorzenia, rozkoszując się obserwowaniem, jak męczą się inni. Ciotka Becky znała od A 
do Z przeszłość wszystkich członków klanu, jej strzały przeszywały każdy pancerz. Mały wuj 
Pyszniak powiadał, że nie opuściłby żadnego bankietu ciotki Becky nawet dla walki byków.

— Tak, ciotka  Becky to jest ktoś — oświadczył  protekcjonalnym  tonem doktor Harry 

Penhallow przyjechawszy na któryś z rodzinnych pogrzebów.

— Ona jest stuknięta — mruknął Jan Topielec Penhallow, który będąc Sam stuknięty, nie 

znosił żadnych rywali.

— To jedno i to samo — zachichotał wuj Pyszniak. — Wszyscy się jej boicie, bo zbyt 

wiele o was wie. Ale powiadam wam, chłopcy,  że tylko dzięki takim osobom jak ciotka 
Becky udało nam się jeszcze nie zmurszeć.

Od dwudziestu lat ciotka Becky była dla wszystkich ciotką Becky. Kiedyś na pocztę w 

background image

Indiańskim Potoku nadszedł list do pani Teodorowej Dark i nowy poczmistrz odesłał go z 
adnotacją „Adresat nieznany”, choć tak właśnie nazywała się ciotka Becky. Miała niegdyś 
męża i dwoje dzieci. Zmarli tak dawno temu, że nawet sama ciotka Becky zdążyła już o nich 
zapomnieć. Od lat mieszkała w wynajętych dwóch pokojach w Sosnówce, należącej do jej 
starej przyjaciółki Kamilli Jackson, na skraju Indiańskiego Potoku. Wiele domów Darków i 
Penhallowów   stanęłoby   przed   nią   otworem,   gdyż   klan   wysoko   cenił   sobie   zobowiązania 
rodzinne, ale ciotka Becky nie chciała o tym nawet słyszeć. Miała niewielką rentę, a Kamilli, 
która nie była ani Darkówną ani Penhallowówną, mogła łatwo jeździć po głowie.

— Zamierzam  urządzić bankiet — oznajmiła ciotka Becky wujowi Pyszniakowi, który 

przyszedł ją odwiedzić. Słyszał, że źle się czuje. Ale siedziała na łóżku, wsparta o poduszki, 
równie żywotna jak zawsze, a na jej szerokiej rumianej twarzy malował się wyraz zwykłej 
złośliwości. Wuj Pyszniak pomyślał, że widać nic jej nie jest. Ciotka Becky już parokrotnie 
kładła się do łóżka, gdy uważała, że klan ją zaniedbuje.

Ciotka Becky od chwili gdy zamieszkała w Sosnówce, urządzała co jakiś czas przyjęcia, 

które zwała bankietami. Ogłaszała w miejscowej gazecie, że pani Rebeka Dark w takie to a 
takie   popołudnie   oczekuje   swych   przyjaciół.   I   wszyscy   członkowie   klanu   stawiali   się 
punktualnie, nieobecność usprawiedliwiało jedynie jakieś poważne zrządzenie losu. Spędzano 
długie   godziny   opowiadając   rodzinne   plotki,   którym   dodawały   pikanterii   złośliwe   uwagi 
ciotki Becky. Każdy dostawał filiżankę herbaty, kanapki i ciasto. Potem wszyscy wracali do 
domu i wylizywali się z ran.

— Wspaniale — ucieszył się wuj Pyszniak. — Od dawna w naszej rodzinie nie zdarzyło 

się nic interesującego.

— Ale się zdarzy — oświadczyła ciotka Becky. — Zamierzam wyjawić wam, jakie mam 

plany w związku z dzbanem Darków. Nie, nie powiem wszystkiego, ale wystarczająco dużo, 
żeby was zaintrygować.

— Ojej!   —   Wuj   Pyszniak   już  był  zaintrygowany,   nie   zapomniał   jednak   o   dobrych 

manierach. — Ale czemu już teraz? Przecież dożyjesz setki.

— Nie, nie dożyję — zaprzeczyła ciotka Becky. — Roger powiedział dziś rano Kamilli, że 

nie dożyję końca roku. Też pomysł, żeby nie

poinformować o tym mnie, osoby najbardziej zainteresowanej! Ale udało mi się wziąć 

Kamillę na spytki.

Wuj Pyszniak doznał takiego szoku, że na chwilę zamilkł. Od trzech dni dzwoniło mu w 

uszach na pogrzeb, ale nie przypuszczał nawet, że może tu chodzić o ciotkę Becky. Nikomu 
nigdy nie przyszło do głowy, że ciotka Becky może umrzeć. Zdawało się, że zapomniało o 
niej nie tylko życie, ale także i śmierć. Nie wiedział, co powiedzieć.

— Doktorzy często się mylą — wyjąkał wreszcie.
— Ale   nie   Roger   —   ponuro   stwierdziła   ciotka   Becky.   —   Więc   pewnie   będę   musiała 

umrzeć. Zresztą czas umierać. Nikogo już nic nie obchodzę.

— Co ty mówisz, Becky! A ja? — spytała Kamilla bliska łez.
— Nie, ciebie już też nie obchodzę. Jesteś za stara. Obie jesteśmy za stare, żeby się kimś 

albo czymś przejmować. Świetnie wiem, że w głębi serca myślisz sobie: „Po jej śmierci będę 
sobie mogła nareszcie parzyć mocną herbatę”. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Przeżyłam 
już wszystkich moich przyjaciół.

— No, na, a ja? — zaprotestował wuj Pyszniak.
Ciotka Becky potrząsnęła siwiutką głową.
— Ty! — zabrzmiało to wręcz pogardliwie. — Ty masz zaledwie sześćdziesiąt cztery lata. 

Wyszłam   za   mąż   jeszcze   przed   twoimi   narodzinami.   W   gruncie   rzeczy   jesteś   tylko 
znajomym. Wprawdzie nazywasz się Penhallow i twoja matka przysięgała, że jesteś synem 
Neda Penhallowa, ale wszyscy mieli na ten temat poważne wątpliwości.

Wuj Pyszniak uznał, że po tak potwornym nietakcie nie musi już dalej zapewniać ciotki 

background image

Becky o swych uczuciach.

— Kamillo — napomniała ostro ciotka Becky. — Przestań wysilać się na łzy. Przykro na 

ciebie   patrzeć.   Musiałam   już   wyprosić   z   domu   Ambrożynę,   bo   nie   mogłam   znieść   jej 
skomlenia. Ambrożyna opłakuje wszystko, od nieudanego deseru po czyjąś śmierć. Ale  jej 
można   to   wybaczyć.   Nie   ma   innych   przyjemności.   Ja  jestem   gotowa   umrzeć.   Przeżyłam 
niemal wszystko, co człowiek może przeżyć, i mam dość. Ale zamierzam umrzeć w pełnej 
gali, uporządkowawszy przedtem wszystkie moje sprawy. I chcę urządzić ostatni rodzinny 
spęd. Datę podam w gazecie. Jeżeli jednak mielibyście ochotę coś zieść, musicie to przynieść 
z sobą. Nie będę sobie na łożu śmierci zawracać głowy karmieniem całej rodziny.

Wuj   Pyszniak   poczuł   się   wielce   rozczarowany.   Jako   wdowiec   prowadził   kawalerskie 

gospodarstwo i każdy posiłek w domu przyjaciół był prawdziwym darem nieba. A tu ciotka 
Becky zamierza zaprosić rodzinę i niczym  jej nie częstować. Potworny brak gościnności. 
Wszyscy będą jej to mieli za złe, ale wszyscy przyjdą. Wuj Pyszniak dobrze znał Darków i 
Penhallowów. Każdy Dark i każdy Penhallow będzie chciał się dowiedzieć, kto odziedziczy 
stary  dzban  Darków.  Darkowie  zawsze  uważali,   że  dzban  ten  nieprawnie  znajduje się  w 
posiadaniu ciotki Becky. Ostatecznie była tylko Penhallowówną. Dzban powinien należeć do 
kogoś, kto urodził się Darkiem. Ale stary Teodor Dark zapisał go swojej ukochanej żonie i nie 
było na to żadnej rady. Teraz dzban należał do niej i może go zostawić, komu zechce. A w 
ciągu całych osiemdziesięciu pięciu lat nikt nie potrafił nigdy przewidzieć, co zrobi ciotka 
Becky.

Wuj   Pyszniak   wdrapał   się   na   dwukółkę,   którą   nazywał   swoim   „gigiem”,   i   skierował 

leniwego siwka na boczną rdzawą drogę, która prowadziła z Indiańskiego Potoku do Srebrnej 
Zatoki. Na jego okrągłej twarzy dziwnie przypominającej pomarszczone jabłuszko pojawił się 
uśmiech   zachwytu,   a   zadziwiająco   młode   błękitne   oczy   aż   błyszczały.   Wuj   Pyszniak 
obiecywał sobie świetną zabawę, gdy będzie patrzył, co wyprawia klan. Jego to nie dotyczyło, 
wiedział, że nie ma szansy na odziedziczenie dzbanu, mógł być bezstronnym obserwatorem. 
Nawet jeśli nieprawdą było to, co się mówiło o jego pochodzeniu, z ciotką Becky łączyło go 
bardzo dalekie pokrewieństwo.

— Mam wrażenie, że starszej pani uda się rozpętać niezłą awanturę — oznajmił swej siwej 

szkapie.

background image

II

Mimo   że   nie   można   było   liczyć   na   poczęstunek,   wszyscy   Darkowie   i   Penhallowowie 

przybyli na „bankiet” ciotki Becky. Nawet stara zreumatyzowana Krystyna Penhallow, która 
od lat nie opuszczała domu, zmusiła zięcia, by ją zawiózł przez las na wózku, który normalnie 
służył   do   wożenia   baniek   z   mlekiem.   Rozsunięto   drzwi   między   dwoma   pokojami   ciotki 
Becky,   w   bawialni   ustawiono   mnóstwo   krzeseł,   ciotka   Becky   siedziała   zaś   w   wielkim 
orzechowym łożu pod baldachimem, gotowa na przyjęcie gości, a oczy błyszczały jej jak 
kotu. Ciotka Becky od chwili wyjścia za mąż sypiała w tym łożu i zamierzała w nim umrzeć. 
Wiele pań z klanu patrzyło na to łóżko pożądliwie, każda z nich chętnie by je odziedziczyła, 
dziś jednak wszyscy myśleli tylko o dzbanie.

Ciotce Becky nie chciało się ubrać na przyjęcie gości. Oświadczyła Kamilli, że nie są tego 

warci. Przyjęła ich w wypłowiałym czerwonym swetrze, siwe włosy miała upięte w kukiełkę 
na czubku głowy, ale włożyła pierścionek z brylantem i zmusiła zgorszoną Ambrożynę, żeby 
jej uróżowała policzki.

— W pani wieku to nie przystoi — protestowała Ambrożyna.
— Nudno jest robić to, co przystoi — odpowiedziała ciotka Becky.
— Dawno   z   tym   skończyłam.   Ty,   Ambrożyno   Winkworth,   masz   robić,   co   ci   każę,   i 

zostaniesz za to wynagrodzona. Nie mam ochoty usłyszeć, jak wuj Pyszniak szepcze, że „ta 
stara była kiedyś rumiana jak jabłuszko”. Nie żałuj różu, Ambrożyno. Jak by mnie zobaczyli 
wybladłą i znękaną, uznaliby,  że mi mogą wleźć na głowę. Ach, Ambrożyno, bardzo się 
cieszę na dzisiejsze popołudnie. To będzie moja ostatnia rozrywka po tej stronie wieczności i 
mam zamiar doskonale się zabawić. Wszyscy ci moi krewni to harpie, które pojawią się tutaj, 
żeby zdobyć jakiś ochłap, ale ja im pokażę!

Darkowie i Penhallowowie świetnie o tym wiedzieli i każdy podchodząc do orzechowego 

łoża drżał, przekonany,  że ciotka Becky zada  mu najbardziej  obelżywe  pytanie,  jakie  jej 
przyjdzie   na   myśl.   Wuj   Pyszniak   przyszedł   bardzo   wcześnie,   zaopatrzywszy   się   w   kilka 
opakowań gumy do żucia, i zasiadł na krześle tuż koło rozsuniętych drzwi; był to świetny 
punkt obserwacyjny,  mógł stąd wszystkich widzieć i słyszeć każde słowo wypowiedziane 
przez ciotkę Becky.

— A, to ty jesteś tym człowiekiem, który spalił własną żonę!
— wykrzyknęła   ciotka   Becky   na   widok   Stantona   Grundy’ego,   wysokiego   chudego 

mężczyzny, który uśmiechał się sardonicznie. Był on człowiekiem spoza klanu — dawno, 
dawno temu poślubił Robinę Dark, a kiedy zmarła, kazał spalić jej ciało w krematorium. 
Darkowie nigdy mu tego nie wybaczyli, czym Stanton Grundy bynajmniej się nie przejmował 
i teraz też uśmiechnął się tylko, uznając, że ciotka Becky chciała sobie zażartować.

— Tyle   zamieszania   o   dzban   warty   zaledwie   parę   dolarów   —   zauważył   wzgardliwie, 

siadając obok wuja Pyszniaka.

Wuj Pyszniak wsunął gumę do żucia pod język i szybko skłamał, gdyż tego wymagała 

klanowa solidarność.

— Cztery lata temu jakiś kolekcjoner ofiarował ciotce Becky sto dolarów — oświadczył.
Na Stantonie Grundym zrobiło to duże wrażenie, ale pragnął to ukryć i zauważył, że on nie 

dałby nawet dziesięciu.

— To po co tu przyszedłeś? — spytał wuj.
— Żeby się zabawić — odparł spokojnie pan Grundy. — Z powodu tego dzbana wszyscy 

zaczną się na pewno wodzić za łby.

Wuj Pyszniak był tak oburzony, że o mały włos połknąłby gumę. Jakim prawem ten facet 

spoza klanu, którego w dodatku podejrzewano, że jest wyznawcą Swedenborga, ośmiela się 
bawić   kosztem   Penhallowów   i   Darków?   On,   Pyszniak   Penhallow,   ochrzczony   kiedyś 

background image

imieniem Aleksander, ma do tego święte prawo. Należy do klanu. Ale żeby jakiś Grundy, 
pochodzący nie wiadomo skąd, ośmielał się przyjść tutaj w tym samym celu! Wuj Pyszniak 
wpadł w furię. Nim jednak zdążył wyrazić swe oburzenie, jego uwagę odwróciło przybycie 
następnego gościa.

— Czy znów urodziłaś jakieś dziecko na szosie? — spytała ciotka Becky biedną panią 

Pawiową   Dark,   której   syn   przyszedł   na   świat   w   fordzie   wiozącym   ją   do   szpitala.   Wuj 
Pyszniak wyraził wówczas uczucia całej rodziny oświadczając ponuro:

— Ktoś tu coś pochrzanił.
Wszyscy stłumili śmiech, gdy zarumieniona pani Pawłowa szła w kierunku krzeseł. Ale 

zaraz przestano się nią interesować, bowiem rękę ciotki Becky uścisnął z kolei Murray Dark, 
przystojny mężczyzna w średnim wieku.

— Aha, przyszedłeś, żeby sobie popatrzeć na Thorę? O, siedzi tam, zaraz za Pyszniakiem i 

tym Grundym.

Murray Dark ruszył w stronę krzeseł, nie po raz pierwszy powtarzając sobie w duchu, iż 

taka   rodzina   może   doprowadzić   człowieka   do   szału.   Oczywiście,   że   przyszedł   zobaczyć 
Thorę.   Wiedzieli   o   tym   wszyscy,   nie   wyłączając   samej   Thory.   Murraya   mało   obchodził 
dzban, bardzo za to zależało mu na spotkaniu z Thorą. Nieczęsto zdarzała mu się taka okazja. 
Kochał się w Thorze od pamiętnej  niedzieli, kiedy zobaczył  ją w kościele już jako żonę 
Krzysztofa   Darka,   tego   pijaka   i   nicponia,   Krzysia   Darka,   obdarzonego   takim   urokiem 
osobistym, że nie potrafiła mu się oprzeć żadna dziewczyna. Cały klan wiedział o tej miłości, 
choć nie łączył się z nią żaden skandal. Murray po prostu czekał na śmierć Krzysia. Wtedy 
ożeni   się   z   Thorą.   Był   zamożnym   wykształconym   farmerem   i   odznaczał   się   niezwykłą 
cierpliwością. Przyjdzie czas, kiedy uda mu się uzyskać to, o czym marzy jego serce. Czasem 
jednak zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie czekał. Ten cholerny Krzyś tak jak wszyscy 
Darkowie miał niezwykle silny organizm. Prowadził tryb życia, którego normalny człowiek 
nie wytrzymałby dłużej niż pięć lat. Tymczasem Krzyś zabijał się powoli od lat dziesięciu i 
nie wiadomo było, ile to jeszcze może potrwać.

— Powinieneś używać płynu na porost włosów — poradziła ciotka Becky Williamowi Y. 

Penhallowowi, który nawet jako małe dziecko wyglądał tak poważnie, że nikt nie ośmieliłby 
się   powiedzieć   do   niego   Bili.   Nienawidził   ciotki   Becky,   bo   była   pierwszą   osobą,   która 
zauważyła, że zaczyna łysieć.

— Jaka szkoda, moja droga — ciotka Becky zwróciła się z kolei do pani Percy’owej Dark 

— że zupełnie nie dbasz o cerę. A miałaś całkiem ładną, kiedy przyjechałaś do Indiańskiego 
Potoku… Co, ty też tu jesteś? — ciotka Becky zaatakowała panią Kubusiową Trent, czyli 
dawną Helenę Dark.

— Oczywiście,   że   jestem.   Czyżbym   stała   się   przezroczysta?   —   odcięła   się   pani 

Kubusiową.

— Myślałam, że już dawno zapomniałaś o moim istnieniu. Ale dzban robi swoje!
— Och, mnie  tam nie zależy na cioci  dzbanie  — skłamała  pani Kubusiową. Wszyscy 

wiedzieli, że kłamie. Tylko ktoś bardzo niemądry mógł próbować okłamać ciotkę Becky, 
gdyż wszystkim było wiadomo, że nikomu się to jeszcze nie udało. Ale cóż, pani Kubusiowa 
Trent mieszkała w Trzech Wzgórzach, a nikt z mieszkańców Trzech Wzgórz nie grzeszył 
zbytnim rozumem.

— Czy ukończyłeś już historię naszej rodziny, Millerze?
Stary Miller Dark zrobił niemądrą minę. Od lat już opowiadał, że zamierza napisać historię 

klanu, ale dotąd nie udało mu się zacząć. Zresztą pośpiech był zbyteczny. Im później zabierze 
się do pisania, tym  więcej będzie miał do opowiedzenia. Tylko kobietom jest zawsze do 
wszystkiego spieszno. Z ulgą ustąpił miejsca Palmerowi Darkowi znanego z tego, że jest 
niezwykle dumny z własnej żony.

— Prawda, że ciągle wygląda tak samo młodo? — spytał z uśmiechem ciotkę Becky.

background image

— Tak…   Tylko   nie   wiem,   czy   to   przystoi   kobiecie,   która   ma   już   swoje   lata   — 

odpowiedziała  ciotka  Becky i dodała,  żeby złagodzić  cios:  — Co prawda, trochę  się już 
roztyła… Dawno cię nie widziałam, Palmerze. Nie tylko się nie zmieniłeś, ale jesteś jeszcze 
bardziej taki, jaki byłeś. No, no, a oto pani Denzilowa Penhallow. Świetnie wygląda. Zawsze 
słyszałam, że owocowa dieta działa cuda. Mówiono mi, że zjadałaś wszystkie owoce, które 
zeszłej zimy przyjaciele przysyłali Denzilowi, kiedy tak ciężko chorował.

— No i co z tego? Miały się zmarnować? Przecież lekarz zabronił mu jeść owoce — 

odcięła się pani Denzilowa. Dzban nie dzban, ona nie ma zamiaru pozwolić, żeby ciotka 
Becky jeździła jej po głowie.

Weszły razem dwie wdowy — pani Toynbee’owa Dark, która — kiedy umarł jej trzeci i 

ostatni małżonek — miała już przyszykowany żałobny strój, oraz Wirginia Powell, której mąż 
zmarł osiem lat temu. Wirginia Powell była jeszcze młoda i dość przystojna, wciąż jednak 
chodziła   w  czerni  i  wszyscy  wiedzieli,   że  ślubowała,   iż  więcej  nie  wyjdzie   Za  mąż.  Co 
prawda, jak zauważył wuj Pyszniak, nikt jeszcze nie poprosił jej o rękę.

Ciotka Becky powitała panią Toynbee’ową chłodno, ale uprzejmie. Wiadomo było, że pani 

Toynbee’owa, kiedy poczuje się urażona, dostaje ataku histerii, a ciotka Becky nie po to 
urządzała bankiet, żeby choć na chwilę przestać odgrywać główną rolę. Za to nie oszczędziła 
biednej Wirginii.

— No co, odgrzebałaś już swoje serce?
Wirginia bowiem oświadczyła kiedyś sentymentalnie:
— Moje serce spoczywa na cmentarzu w Różanym Potoku i — i ciotka Becky nigdy nie 

pozwoliła jej o tym zapomnieć.

— Masz   jeszcze   trochę   tego   dżemu?   —   To   pytanie   ciotka   Becky   skierowała   do   pani 

Tytusowej Dark, która kiedyś zebrała czarne jagody rosnące na cmentarzu i zrobiła z nich 
dżem. Klan uznał, że splamiła tym honor rodziny bardziej niż Tomasz Penhallow, prawnik, 
który sprzeniewierzył  pieniądze klientów. Pani Tytusowa uważała się za niewinną ofiarę. 
Tego lata brakowało owoców, ona miała do wykarmienia pięciu mężczyzn, a jagody rosły w 
kącie cmentarza Srebrnej Zatoki, gdzie znajdowało się bardzo niewiele mogił.

— Jak   się   miewa   twoja   imienniczka?   —   zapytała   ciotka   Becky   panią   Emilię   Frost. 

Pięćdziesiąt pięć lat temu Kennedy Penhallow, kiedy jego kuzynka Emilia odrzuciła jego 
względy, nazwał jej imieniem swoją starą kobyłę, chcąc w ten sposób okazać Emilii wzgardę. 
Potem poślubił Julię Dark, był z nią bardzo szczęśliwy i dawno o tym zapomniał, ale Emilia 
nie zapomniała i nie wybaczyła.

— O, Małgorzato, masz zamiar napisać o moim bankiecie wiersz? Jak to szło: „Znużony i 

smutny   zaturkotał   pociąg”.   —   Ciotka   Becky   zachichotała,   a   Małgorzata   Penhallow 
zarumieniła się, jej ogromne szarobłękitne  oczy wypełniły się łzami  i niemal  po omacku 
zaczęła szukać wolnego krzesła. Pisywała kiedyś dość koszmarne wierszyki i publikowała je 
w gazecie Letniego Brzegu do czasu, kiedy zecer zapomniał postawić przecinek i owa linijka 
spędzała sen z oczu członków klanu. Odtąd Małgorzata stale narażona była na to, że ktoś ją 
zacytuje z kpiną i śmiechem. Nawet tu, na tym przedśmiertnym bankiecie ciotki Becky, nie 
zostało   jej   to   oszczędzone.   Nie   możemy   wykluczyć,   że   Małgorzata   nie   przestała   pisać 
wierszy. Ale o tym mogłoby coś powiedzieć tylko wyłożone muszelkami pudełko na dnie 
kufra. W każdym razie ku zadowoleniu klanu przestała je posyłać do gazet.

— Co ci się stało, Ptysiu? Nie jesteś taki piękny, jak ci się dotąd zdawało.
— Pszczoła   ukąsiła   mnie   w   powiekę   —   oświadczył   ponuro   Jan   Baptysta   Dark.   Był 

tłuściutkim   jegomościem   z   kędzierzawą   szpakowatą   brodą   i   kędzierzawymi,   acz   niezbyt 
gęstymi włosami. Zwykle był bardzo zadbany i wyświeżony. Wciąż jeszcze uważał się za 
kawalera do wzięcia i gdyby nie dzban, nigdy by się nie pokazał w tak opłakanym stanie. A to 
cholerne   babsko   musiało   zwrócić   uwagę   zebranych   na   jego   spuchnięte   oko.   Ale   był 
najstarszym bratankiem ciotki Becky i zamierzał upomnieć się o swoje prawa do dzbana. 

background image

Zawsze uważał, że dwa pokolenia temu gałąź rodziny, do której należał, została tego dzbana 
niesprawiedliwie   pozbawiona.   Zdenerwowany   i   wściekły   usiadł   na   pierwszym   wolnym 
krześle i ku swemu przerażeniu stwierdził, że siedzi koło pani Williamowej Y., której się 
piekielnie obawiał od czasu, gdy spytała go, co daje się dziecku, kiedy ma ono robaki. Jak 
gdyby   on,   Jan   Baptysta   Dark,   zatwardziały   kawaler,   mógł   coś   wiedzieć   o   dzieciach   i 
robakach!

— Masz usiąść w najdalszym kącie bawialni, żebym nie czuła smrodu tych cholernych 

perfum. Nawet taka nikomu niepotrzebna staruszka jak ja ma prawo do odrobiny świeżego 
powietrza! — oświadczyła ciotka Becky biednej pani Arturowej Dark, której zamiłowanie do 
pachnideł nie od dziś ją złościło. Pani Arturowa istotnie zlewała się zbyt obficie perfumami, 
ale ciotka Becky jako kobieta — stwierdził jednogłośnie klan — nie powinna używać takich 
dosadnych słów, i to w dodatku na łożu śmierci. Darkowie i Penhallowowie schlebiali sobie, 
że   dotrzymują   kroku   współczesności,   niemniej   nie   tolerowali,   by   kobieta   wyrażała   się 
grubiańsko.   Najzabawniejsze   było   to,   że   dotychczas   ciotka   Becky   potępiała   ostro 
przekleństwa i dwóch krewnych, którzy używali „wyrazów”, popadło w niełaskę — był to 
Tytus Dark, który po prostu nie potrafiłby nie przeklinać, i Topielec Penhallow, który może 
by i potrafił, ale nie chciał spróbować.

Sensację wywołało pojawienie się pani Alfonsowej Penhallow i jej córki. Pani Alfonsowa 

mieszkała w St. John, ale kiedy ukazało się ogłoszenie o bankiecie ciotki Becky, znajdowała 
się  w   rodzinnym   Różanym  Potoku,   gdzie  przyjechała  z   wizytą.  Była   to  potwornie   tłusta 
kobieta rozmiłowana w jaskrawych kolorach i rzucających się w oczy materiałach. Za młodu 
była szczuplutka i śliczna, ale nie cieszyła się wówczas względami ciotki Becky. Pewna więc 
była,   że   ciotka   Becky   powita   ją   jakąś   uszczypliwą   uwagą,   i   zamierzała   przyjąć   to   z 
uśmiechem,  gdyż  marzyła  nie tylko  o dzbanie, ale także o orzechowym  łożu. Ale ciotka 
Becky,   choć   pomyślała   sobie,   że   suknia   Annabelli   Penhallow   więcej   jest   warta   niż   jej 
właścicielka, potraktowała Annabellę dość łaskawie.

— Widzę, że się jak zwykle wysztafirowałaś — zauważyła i spojrzała przez jej ramię na 

Nan Penhallow, o której klan bezustannie plotkował od chwili, gdy pojawiła się w Różanym 
Potoku. Szeptano, że nosi pidżamy i pali papierosy. Wszyscy wiedzieli, że ma wyskubane 
brwi i jeździ konno w spodniach, ale z tym pogodził się już nawet Różany Potok. Ciotka 
Becky   zobaczyła   smukłą   wężową   sylwetkę.   Nan   miała   krótko   obcięte   włosy   i   długie 
kolorowe   kolczyki   w   uszach,   a   jej   modna   czarna   koszulkowata   sukienka   sprawiła,   że 
wszystkie obecne dziewczęta zaczęły wyglądać staroświecko i zrozumiały, że nie nadążają za 
duchem czasu. Ale ciotka Becky od razu wiedziała, co ma o niej sądzić.

— A oto i Hanna — oświadczyła trafiając bezbłędnie w słaby punkt Nan, która wolałaby, 

żeby ją spoliczkowano niż nazwano Hanną. — No… no… — no!… — Te „no” ciotki Becky 
wyrażały   wzrastającą   wzgardę   pomieszaną   z   litością.   —   Widzę,   że   uważasz   się   za 
nowoczesną   pannę.   Za   moich   czasów   też   bywały   dziewczyny,   które   się   uganiały   za 
chłopakami. Ale to się inaczej nazywało. Twoje wargi wyglądają tak, jakbyś się przed chwilą 
napiła krwi. Pamiętaj, moja droga, że każdego dopadnie czas. Kiedy skończysz czterdzieści 
lat, będziesz wyglądała dokładnie tak jak twoja matka — i tu wskazała obfite kształty pani 
Alfonsowej.

Nan nie zamierzała dać się wyprowadzić z równowagi tej starej wiedźmie wyglądającej jak 

czupiradło. Jej także zależało na dzbanie.

— Ależ nie, kochana ciociu Becky. Ja wdałam się w rodzinę ojca. Penhallowowie nie tyją.
Ciotka Becky nie lubiła szafowania takimi słowami jak „kochana”.
— Idź   na   górę   i   umyj   się   —   nakazała.   —   Nie   zamierzam   tolerować   w   moim   domu 

wymalowanych lafirynd.

— Ale przecież… przecież ciocia też sobie uróżowała policzki — zawołała Nan, mimo że 

matka wymownie trąciła ją łokciem.

background image

— Jak śmiesz zwracać mi uwagę? Osobie w moim wieku wolno. Nie stój tu jak kołek. Idź 

na górę i zrób, co ci kazałam, albo zabieraj się do domu. Nan chętnie wróciłaby do domu, ale 
usłyszała podenerwowany szept matki:

— Idź, kochanie, musisz jej być posłuszna, bo… bo…
— Bo inaczej pożegnasz się z szansą otrzymania dzbana — chichocząc dokończyła zdanie 

ciotka Becky, która mimo osiemdziesięciu pięciu lat słyszała, jak rośnie trawa.

Nan wyszła nadąsana, obiecując sobie, że odegra się na kimś  za upokorzenie, którego 

doznała od tej starej, kłótliwej despotki. Akurat w tym momencie weszła do pokoju Gąja 
Penhallow w złocistej sukience, która wydawała się utkana z promieni słońca, i to pewnie 
wówczas Nan postanowiła, że poderwie Noela Gibsona. Bo nie mogła znieść, żeby to właśnie 
Gaja była świadkiem jej upokorzenia.

— Z zielonookimi dziewczętami zawsze bywają kłopoty — zauważył wuj Pyszniak.
— Ta mała należy do gatunku pożeraczek serc — zgodził się Stanton Grundy.
Tymczasem Gaja Penhallow, która tylko w rodzinnej biblii występowała jako Gabriela 

Aleksandra, ściskała rękę ciotki Becky, ale nie nachyliła się, by ją ucałować, choć ciotka 
wyraźnie tego oczekiwała.

— Ejże,   ejże,   co   to   znów   takiego?   —   spytała   ciotka   Becky.   —   Pocałował   cię   jakiś 

chłopiec? I teraz uważasz, że każdy inny pocałunek byłby profanacją?

Gaja uciekła w kąt pokoju. Było to prawdą. Ale jak ciotka Becky mogła się tego domyślić? 

Poprzedniego wieczoru pocałował ją Noel — był to pierwszy pocałunek osiemnastoletniej 
Gai — ależ by się z tego śmiała Nan! Cudowny przelotny pocałunek, na który patrzył złocisty 
czerwcowy księżyc. Gaja czuła, że teraz nie może pocałować  nikogo,  a już zwłaszcza tej 
strasznej ciotki Becky. To nieważne, że ciotka Becky nie zapisze jej dzbana. Kogo obchodzi 
ten stary dzban? Nic na całym świecie nie jest ważne oprócz tego, że pokochał ją Noel, a ona 
pokochała Noela.

Pojawienie się Gai w zatłoczonym pokoju było jak świeży powiew wiatru w duszny upalny 

dzień, jak słodki zapach  leśnego kwiatuszka  — wraz z nią wkroczyła  młodość,  miłość  i 
nadzieja.   Wszyscy   poczuli   się   nieco   szczęśliwsi   i   lepsi,   i   odważniejsi.   Zaciśnięte   wargi 
Stantona Grundy’ego rozchyliły się i straciły swój ponury wyraz, a wuj Pyszniak pomyślał 
sobie, że ostatecznie Grundy był dłuższy czas mężem Darkówny, zatem miał prawo przyjść 
na to rodzinne zebranie. Miller Dark postanowił, że już w najbliższym tygodniu zabierze się 
do historii rodu, Małgorzacie Dark przyszedł do głowy pomysł wiersza, Ptyś Dark pocieszył 
się myślą, że ostatecznie ma dopiero pięćdziesiąt dwa lata. William Y. zapomniał o łysince, a 
Curtis Dark, który miał opinię nieuleczalnie przykrego męża, doszedł do wniosku, że jego 
żonie bardzo jest do twarzy w nowym kapeluszu i powie jej o tym, gdy będą wracać do domu. 
Nawet ciotka  Becky złagodniała  i choć miała  w swym  kołczanie  wiele jeszcze  zatrutych 
strzał, następnym gościom pozwoliła spokojnie zająć miejsca.

— Cóż,   chyba   już   wszyscy   przyszli   —   oznajmiła   ciotka   Becky   —   wszyscy,   których 

oczekiwałam,   a   nawet   parę   osób,   których   nie   oczekiwałam.   Nie   widzę   tylko   Piotra 
Penhallowa i Lunatyka,  ale oczywiście nie można liczyć,  żeby ci dwaj zachowali się jak 
normalni śmiertelnicy.

— Piotr przyszedł — zaprotestowała natychmiast jego siostra, Nancy Dark. — Siedzi na 

werandzie.   Przecież   ciocia   wie,   że   Piotr   dusi   się   w   zamkniętych   pomieszczeniach. 
Przyzwyczaił się do… do…

— Do   otwartych,   niezmierzonych   przestrzeni,   gdzie   widzi   go   tylko   jeden   Bóg   — 

dokończyła ironicznie ciotka Becky.

— Tak, tak, to właśnie chciałam  powiedzieć.  Piotr, droga ciociu,  jest do cioci równie 

przywiązany jak my wszyscy.

— Możliwe, tyle że to niewiele znaczy. Chyba że masz na myśli nie mnie, tylko dzban.
— Nie. Piotra nic nie obchodzi dzban! — wykrzyknęła Nancy, szczęśliwa, że odnalazła 

background image

twardy grunt pod nogami.

— Lunatyk jest tu także — zauważył  William Y. — Widzę go na stopniach werandy. 

Przez parę tygodni gdzieś się włóczył, pojawił się dopiero dzisiaj. Nie wiadomo, skąd zawsze 
się o wszystkim dowiaduje. To aż dziwne.

— Wrócił już wczoraj wieczorem. Słyszałem, jak w tej swojej ruderze całą noc wył do 

księżyca — sprostował Topielec. — Powinno się go zamknąć. Przynosi uszczerbek opinii 
naszej rodziny, włóczy się po całej Wyspie w łachmanach i bez kapelusza. Co z tego, że nie 
jest aż takim wariatem, żeby go oddać do czubków? Należałoby go ubezwłasnowolnić.

Ciotka Becky wpadła w furię.
— Tak   jak   większość   spośród   was!   Zostawcie   w   spokoju   Oswalda   Darka.   On   w   te 

księżycowe   noce   jest   naprawdę   szczęśliwy,   a   kto   z   nas   może   się   poszczycić   więcej   niż 
trzema, czterema godzinami szczęścia od czasu do czasu? Oswald należy do wybrańców. 
Ambrożyno, masz tu klucz od tego obitego mosiądzem kufra. Idź na strych i przynieś dzban 
Harriet Dark.

background image

III

Ambrożyna Winkworth poszła po dzban, a my przyjrzyjmy się z bliska zgromadzonym 

gościom, patrząc na nich częściowo oczyma ciotki Becky, a częściowo własnymi. Musimy się 
z nimi lepiej zapoznać, zwłaszcza z tymi, na których losy wpłynie dzban. Byli to różni ludzie. 
Wszyscy mieli swoje sekrety, choć niby ich życie było dokładnie znane. Natomiast do tego, 
co czuli w głębi serca, nie potrafiła się dobrać nawet wysoka i chuda Mercy Penhallow, której 
chudość   przypisywano   właśnie   jej   nieposkromionej   ciekawości.   Większość   obecnych 
prowadziła   nudne,   uporządkowane   życie,   kilkoro   jednak   przeżywało   nieprawdopodobne 
przygody. Byli wśród nich ludzie piękni i ludzie zabawni, byli mądrzy, byli skąpi, jedni byli 
szczęśliwi, inni nie, jednych lubili wszyscy, innych nikt, jedni doszli już do wieku, kiedy 
niczego się od życia nie oczekuje, inni wciąż żyli utajoną nadzieją.

Na przykład marzycielska Małgorzata Penhallow, która była krawcową, a mieszkała w 

Srebrnej  Zatoce   u  swego  brata,  Denzila  Penhallowa.  Wszyscy  traktowali   ją  z   góry,   była 
zawsze przepracowana. Spędziła życie szyjąc stroje dla innych kobiet, sama zaś nigdy nie 
miała ładnej sukienki. Niemniej z dumą artystki patrzyła na wyniki swej żmudnej pracy i 
rozjaśniała się widząc, jak do kościoła wchodzi ładna dziewczyna w uszytej przez nią sukni. 
To ona przyczyniła się do jej urody, ona, „stara Małgorzata Penhallow”.

Małgorzata  kochała   piękno,  a  niewiele  znajdowała  go  w  swoim  życiu.   Sama   nie  była 

ładna, miała tylko wielkie promienne oczy i rasowe smukłe ręce — piękne ręce ze starego 
portretu. Niemniej było w niej coś pociągającego. Stanton Grundy przyglądając się jej uznał, 
że wygląda bardziej dystyngowanie niż inne kobiety w średnim wieku i że gdyby — Boże 
uchowaj — musiał rozejrzeć się za drugą żoną, w pierwszym rzędzie pomyślałby o niej.

Gdyby   Małgorzata   o   tym   wiedziała,   bardzo   by   jej   to   pochlebiło.   Prawdę   mówiąc, 

Małgorzata marzyła, żeby wyjść za mąż, choć nie przyznałaby się do tego nawet na łożu 
tortur.  Dopiero  kobieta  zamężna  stawała   się  kimś.  Przynajmniej  w  klanie   Penhallowów   i 
Darków.

Małgorzata marzyła, żeby mieć choćby najskromniejszy, ale własny dom, i marzyła, żeby 

zaadoptować   dziecko.   Wiedziała   dokładnie,   jakie   to   dziecko   powinno   być   —   złotowłosy 
malec   z   wielkimi   błękitnymi   oczyma,   z   dołeczkami   na   buzi   i   tłustymi   nóżkami.   Kiedy 
Małgorzata myślała o pocałunkach takiego malucha, czuła, jak rozpływa się jej serce. Nigdy 
nie przywiązała się do bandy łobuziaków — potomstwa Denzila. Były to nieznośne dzieciska, 
które się z niej bezczelnie wyśmiewały. Całą więc swoją miłość oddała wyimaginowanemu 
dziecku   i   wyimaginowanemu   domkowi   —   choć,   prawdę   mówiąc,   domek   nie   był   tak 
całkowicie   wyimaginowany.   O   własnym   domu   nie   miała   nawet   co   marzyć,   a   dziecko, 
owszem, mogłaby zaadoptować, gdyby wyszła za mąż.

Małgorzata   bardzo   pragnęła   otrzymać   dzban   Darków.   Głównie   ze   względu   na   jego 

pierwszą właścicielkę, Harriet Dark, do której żywiła dość złożone uczucia — współczuła jej 
i zarazem zazdrościła. Harriet Dark otrzymała swoją cząstkę miłości — widomym dowodem 
był dzban, który ową miłość przeżył o sto lat. Co z tego, że jej ukochany utonął?  Miała 
ukochanego.

A poza tym dzban poprawiłby pozycję Małgorzaty. Nikt się nigdy z nią nie liczył. Była 

„starą   Małgorzatą   Penhallow”,   która   miała   za   sobą   pięćdziesiąt   pustych   lat   życia   i   którą 
czekała pusta i smutna starość.

Dlaczegóżby ten dzban nie miał jej przypaść w udziale? Była bratanicą ciotki Becky. Tak, 

była Penhallowówną, niemniej panieńskie nazwisko jej matki brzmiało Dark. Ciotka Becky 
nie lubiła jej, ale ciotka Becky nie lubiła nikogo. Małgorzata czuła, że powinna odziedziczyć 
dzban — musi go odziedziczyć! Ogarnęła ją nagła nienawiść do zebranych tu pretendentów. 
Jeśli ona dostałaby dzban, pozwoliłaby pani Denzilowej postawić go na gzymsie kominka w 

background image

bawialni, pod warunkiem że dałaby ona Małgorzacie osobny pokój. Własny pokój! To byłoby 
cudowne.   Wiedziała,   że   nigdy   nie   zdobędzie   wymarzonego   domku   ani   błękitnookiego 
dziecka, ale własny pokój leżał w granicach możliwości. Do tego pokoju nie miałaby już 
wstępu Gladys Penhallow i jej rozwrzeszczane koleżanki, dziewczęta, które uważały, że po to 
się ma wielbiciela, aby opowiadać o nim światu, komentować każde jego słowo i uczynek. W 
obecności tych dziewcząt czuła się zawsze stara, niemądra i zacofana. Małgorzata westchnęła 
i spojrzała na pęk liliowych i żółtych irysów, które pani Williamowa Y. przyniosła ciotce 
Becky, choć ta nie lubiła kwiatów. Patrząc na nie poczuła się szczęśliwa. W ogródku „jej” 
domu rosły irysy.

background image

IV

Koło Małgorzaty siedziała Gaja Penhallow i bynajmniej nie myślała o dzbanie. Jej na tym 

dzbanie nie zależało, choć matka nie potrafiła już mówić o niczym innym. Gaja czuła, że w 
jej żyłach pulsuje wiosna, wspominała cudowną chwilę pocałunku Noela i cieszyła się na 
równie cudowne chwile, które spędzi nad jego listem. Odebrała go z poczty idąc na bankiet i 
ukryła na piersi. Nie oczekiwała listu — przecież widzieli się poprzedniego wieczoru. Ale 
nadszedł i nie mogła się doczekać chwili, kiedy ten głupi bankiet się skończy, a ona się gdzieś 
ukryje i przeczyta wreszcie list. Która to może być godzina? Gaja spojrzała na stary zegar 
ciotki Becky, który odmierzał czas czterem już pokoleniom. Trzecia! O pół do czwartej musi 
pomyśleć o Noelu. Zawarli pakt — co dzień o pół do czwartej po południu będą o sobie 
myśleć. Było to cudowne i niemądre — czyż nie myślała o Noelu cały czas? A teraz musi 
myśleć także o tym pocałunku. Miała wrażenie, że każdy może wyczytać z jej twarzy, że 
wczoraj po raz pierwszy pocałował ją ukochany. Rozmyślała o tym całą noc. Była to w jej 
życiu   pierwsza   noc,   kiedy   ze   szczęścia   nie   mogła   zasnąć.   Jakże   była   szczęśliwa.   Taka 
szczęśliwa, że poczuła sympatię nawet do tych, których dotąd nie lubiła.

Do   tego   pompatycznego   Williama   Y.,   obrzydliwie   zadowolonego   z   siebie,   do   chudej 

ciekawskiej plotkarki, Mercy Penhallow, do upozowanej na tragiczną postać Wirginii Powell, 
do   Topielca   Penhallowa,   który   już   dwie   żony   zakrzyczał   na   śmierć,   i   do   Stantona 
Grundy’ego, który spalił w krematorium ciało kuzynki Robiny i zawsze patrzył na wszystkich 
tak, jakby się bawił ich kosztem! Trudno lubić kogoś, kto sobie ze wszystkich podkpiwa. A 
co powiedzieć  o tym  fircykowatym  Ptysiu  Darku, który uważał,  że jest dowcipny,  kiedy 
nazywa jajka „wygdakanymi jagodami”, i o wuju Pyszniaku, stale żującym gumę.

Ale największą sympatię poczuła do biednej ciotki Becky, naprawdę zasługującej na litość. 

Ciotka Becky miała wkrótce umrzeć i nikogo to nie obchodziło. Gai zrobiło się tak przykro, iż 
jej również to nie obchodzi, że bliska była łez. A przecież kiedyś ktoś ciotkę Becky kochał, 
starał się o nią, całował ją — choć teraz wydawało się to śmieszne i nieprawdopodobne. Gaja 
z ciekawością spojrzała na starą owczą twarz kobiety, która kiedyś była piękna i młoda i 
miała maleńkie dzieci. Czy ona, Gaja, też będzie tak kiedyś wyglądać? Nie, to niemożliwe. 
Ktoś, kogo kocha Noel, nigdy się nie zestarzeje i nie zbrzydnie.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie nad głową Stantona Grundy’ego 

i   sprawiło   jej   to   przyjemność.   Wyglądała   jak  herbaciana   róża,   złociste   włosy  i  oczy  jak 
brunatne nagietki  w złote cętki.  Długie czarne rzęsy i jak malowane  sadzą cienkie  brwi. 
Twarz   naznaczona   była   paroma   złocistymi   plamkami   —   pozostałość   piegów,   którymi 
zamartwiała   się   w   dzieciństwie.   Wiedziała,   że   jest   uważana   za   rodzinną   piękność; 
„Najładniejsza dziewczyna, jaka kiedykolwiek pojawiła się w kościele Różanego Potoku” — 
oświadczył kiedyś z galanterią wuj Pyszniak. Była nieśmiała i zawsze wyglądała tak, jakby 
się   czegoś   bała,   dzięki   czemu   wzbudzała   opiekuńcze   uczucia   w   mężczyznach   i   miała 
mnóstwo wielbicieli. Ale żadnym nie zainteresowała się, póki nie poznała Noela. Teraz o 
czymkolwiek zaczynała myśleć — pojawiał się Noel. Piętnaście po trzeciej. Za piętnaście 
minut spotka się w myślach z Noelem!

Niemniej   na   szczęściu   Gai   było   parę   ciemnych   plam.   Po   pierwsze   wiedziała,   że 

Penhallowowie   nie   mają   dobrego   zdania   o   Noelu   Gibsonie.   Darkowie   byli   bardziej 
tolerancyjni, ostatecznie matka Noela była z domu Darkówna. Ale Penhallowowie uważali, że 
Gibsonowie rłie dorastają im do pięt. Cały klan chciał, żeby Gaja wyszła za doktora Rogera 
Penhallowa.   Spojrzała   na   niego   z   rozbawieniem.   Poczciwy   Roger   z   tą   potarganą   rudą 
czupryną.   Nad   łagodnie   patrzącymi   oczyma   zwisały   krzaczaste   brwi,   usta   miał   wąskie, 
śmiesznie podwinięte w kącikach i liczył co najmniej trzydzieści lat. Bardzo go zresztą lubiła. 
Pamiętała, jak się nią zajął na jej pierwszym balu.

background image

Była wtedy strasznie nieśmiała i niezręczna i czuła się brzydka. Nikt więc nie prosił jej do 

tańca, póki nie pojawił się Roger, który obsypał ją wyszukanymi komplementami, aż nabrała 
pewności siebie i rozkwitła, a wtedy zaczęli się wokół niej tłoczyć młodzi ludzie, wśród nich 
znalazł się także przystojny Noel Gibson, który przyjechał na bal z miasta. Tak, bardzo lubiła 
Rogera i bardzo była z niego dumna. W czasie wojny, którą Gaja ledwie pamiętała, Roger był 
asem lotnictwa i strącił pięćdziesiąt nieprzyjacielskich samolotów. Ale Roger jako mąż? Gaje 
to po prostu śmieszyło. Zresztą wcale nie było pewne, że on pragnie się z nią ożenić. Nigdy 
nie dał jej tego do zrozumienia. Cóż, był to jeden z tych zwariowanych pomysłów rodzinnych 
— które jednak dość często okazywały się realne. Gaja miała nadzieję, że tym razem tak nie 
jest.   Nie   chciałaby   zranić   Rogera.   Była   tak   szczęśliwa,   że   nie   mogła   znieść   myśli   o 
sprawieniu komuś przykrości.

Drugą   ciemną   plamką   była   Nan   Penhallow.   Gaja   nigdy   jej   nie   lubiła,   choć   uważano 

ogólnie, że się przyjaźnią, gdyż Nan od dzieciństwa przyjeżdżała tu z rodzicami na wakacje i 
wówczas, jako rówieśniczki, niemal się nie rozstawały.

Gaja nigdy nie zapomni pierwszego spotkania z Nan. Miały wtedy po dziesięć lat i Nan, 

którą uważano za piękność, zaciągnęła Gaję przed lustro i bezlitośnie wytknęła jej, jak bardzo 
się od siebie różnią. Gaja nigdy przedtem nie zastanawiała się nad swym wyglądem, a tu 
nagle   udowadniają   jej,   że   jest   brzydka.   Chuda   i   opalona,   twarz   pełna   piegów,   włosy 
wybielone słońcem i dziwaczne czarne brwi — jak Nan wyśmiewała się z tych brwi! Gaja 
uwierzyła   w   swoją   brzydotę   i   cierpiała   nad   tym   przez   długie   lata.   Trzeba   było   wielu 
komplementów, by przekonać ją, iż wyrosła na piękność.

Mimo upływu lat nie polubiła Nan. Nan miała tajemniczą twarz, popielate włosy, dziwne 

szmaragdowe oczy i wąskie czerwone wargi. Była dużo brzydsza od Gai, ale odznaczała się 
egzotycznym dla Różanego Potoku wdziękiem. Traktowała Gaje protekcjonalnie. „Straszne z 
ciebie dziecko”. „Ależ ty zachowujesz się po wiktoriańsku”. Gaja nie chciała uchodzić za 
dziecinną i staroświecką. Chciała być nowoczesna i wyrafinowana tak jak Nan. Choć nie 
pragnęła się do niej upodobnić. Na przykład nie zamierzała palić. Paląca kobieta przywodziła 
jej zawsze na myśl tę straszną panią Fidelię Blacquiere znad zatoki i starą wąsatą Janinę z 
Trzech   Wzgórzy,   które,   tak   jak   rybacy,   paliły   fajki.   A   zresztą   Noel   nie   lubił   palących 
dziewcząt. Gaja cieszyła  się w głębi serca, że pani Alfonsowa Penhallow pojawiła się w 
Różanym Potoku tylko z krótką wizytą. Pani Alfonsowa wybierała się na wakacje do jakiegoś 
modnego kurortu.

background image

V

Hugon Dark i Joscelyn Dark (z domu Penhallow) siedzieli po przeciwległych krańcach 

pokoju  i choć  nie   patrzyli   w  swoją stronę,  widzieli   tylko  siebie  i  myśleli   tylko  o  sobie. 
Wszyscy obecni wpatrywali się w Joscelyn i zastanawiali się — tak jak zastanawiali się już 
od dziesięciu lat — jaką to ukrywa tajemnicę.

To, co zaszło między Hugonem i Joscelyn, intrygowało i martwiło cały klan. Nikomu nie 

udało się rozwiązać zagadki, acz wszyscy namiętnie próbowali. Dziesięć lat temu Hugon 
Dark i Joscelyn Penhallow wzięli ślub. Hugon długo starał się o Joscelyn, nie tak łatwo było 
ją zdobyć. Małżeństwo to zyskało aprobatę całego klanu z wyjątkiem Pauliny Dark, która 
szalała za Hugonem, oraz matki Hugona, nie uznającej tej gałęzi rodu Penhallowów.

Ślub staroświeckim zwyczajem odbył się wieczorem, a potem zgodnie z tradycją klanu 

nastąpiło wesele. Przybyli  nawet najdalsi krewni i wszyscy zgodnie orzekli, że nigdy nie 
widzieli ładniejszej panny młodej ani szczęśliwszego i bardziej zakochanego pana młodego. 
Po kolacji i zabawie Hugon zabrał oblubienicę do Drewnianych Masztów, farmy, którą kupił 
w Trzech Wzgórzach. Mimo natarczywych dopytywań nikt nie wie, co zaszło od momentu, 
kiedy Joscelyn — ciągle w welonie i białej sukni, gdyż romantyczny Hugon wyobraził sobie, 
że wniesie do swojego nowego domu oblubienicę w ślubnym stroju — opuściła dom matki aż 
do chwili, kiedy po trzech godzinach wróciła pieszo, wciąż w tej białej, acz nieco zbrukanej 
sukience. Oświadczyła tylko, że nie zamierza z Hugonem mieszkać, i nikomu nie udało się 
nic z niej wyciągnąć. Hugon zaś w ogóle milczał i niewiele osób ośmieliło się go pytać.

Ponieważ nie można było dowiedzieć się prawdy, zaczęły się domysły i plotki. Większość 

wręcz   śmiesznych.   Utrzymywano   na   przykład,   że   Hugon   sprowadziwszy   żonę   do   domu 
oświadczył jej, że to on będzie tego domu panem. A ona ma go we wszystkim słuchać. Tę 
historyjkę rozbudowano i wkrótce już twierdzono, że Hugon, by nauczyć Joscelyn moresu, 
kazał jej obejść na czworakach pokój. Żadna szanująca się dziewczyna nie mogłaby czegoś 
takiego znieść, a co dopiero Joscelyn, córka dumnego Clifforda Penhallowa. Joscelyn zdjęła 
obrączkę, cisnęła ją Hugonowi w twarz i wybiegła z domu.

Inna wersja głosiła, że Joscelyn porzuciła Hugona, gdyż nie chciał obiecać, że odda kota, 

którego  ona  nie   cierpiała.   „A   tymczasem   kot   zaraz   zdechł”   —   zauważył   żałośnie   wuj 
Pyszniak.   Jeszcze   inni   przypuszczali,   że   młodzi   pokłócili   się,   gdyż   Joscelyn   wytknęła 
Hugonowi   jego   błędy   gramatyczne.   Mówiono   też,   iż   Joscelyn   odkryła,   że   Hugon   jest 
człowiekiem niewierzącym. „Wiecie przecież, że jego dziadek czytał te skandaliczne książki 
Ingersolla. I te książki do dziś stoją na półce w sypialni Hugona”. Ktoś uważał, że to  ona 
musiała mu się w czymś sprzeciwić. „Wiecie przecież, że jego ojciec nie znosił najmniejszego 
sprzeciwu.   Jeśli   twierdził,   że   nazajutrz   zacznie   padać,   a   ktoś   się   z   tym   nie   zgadzał, 
natychmiast wpadał w furię”. Ktoś utrzymywał, że Hugon powiedział Joscelyn, iż jest zbyt 
dumna.  Przez trzy lata  skakał  koło niej  na palcach i ma  tego dosyć.  Cóż, Joscelyn  była 
rzeczywiście dumna, klan nie przeczył. Ale czy to powód, żeby pokazać oblubienicy drzwi?

Darkowie uznali  to wszystko  za kompletny idiotyzm.  Hugon nic nie zawinił. Joscelyn 

wyznała, że jest kleptomanką. Było to rodzinne. Daleki kuzyn jej matki omal nie znalazł się 
za kratkami. Cóż innego mógł zrobić Hugon? Musiał przecież myśleć o dzieciach.

Pojawiły się także bardziej ponure przypuszczenia.
Ale choć te wszystkie plotki powtarzano i dostarczyły one klanowi niemało uciechy, nikt 

w nie naprawdę nie wierzył. Wszyscy uważali, że skoro Joscelyn tak uporczywie milczy, 
musiało   chodzić   o   coś   poważniejszego   niż   o   kota   czy   gramatykę.   Musiała   odkryć   coś 
strasznego. Ale co?

Może znalazła miłosny list jakiejś innej kobiety i z zazdrości wpadła w furię? Ostatecznie 

prababka Joscelyn była Hiszpanką, a wiadomo, co może zdziałać hiszpańska krew. Wszystkie 

background image

dziwactwa   tej   gałęzi   Penhallowów   przypisywano   dziedzictwu   po   hiszpańskiej   prababce. 
Poślubił ją na Karaibach kapitan Alek Penhallow. Szczęśliwie zmarła urodziwszy mu tylko 
jednego syna. Syn ten miał jednak aż ośmioro dzieci. I trudno było sobie z nimi poradzić. 
Wszystko przeżywały dużo intensywniej niż ich rówieśnicy.

Nie, to musiało być coś gorszego niż list. Joscelyn odkryła, że Hugon jest już żonaty. 

Przecież tyle lat spędził na Zachodzie. I mało o tym opowiadał. Ale teraz załamał się i wyznał 
jej prawdę.

Nonsens. Ale to dziecko w porcie… Wiadomo było, że jego ojcem jest jeden z Darków. 

Więc może to Hugon?…

Oczywiście   cała   ta   sprawa   wywołała   sensację.   Rodzina   omal   nie   umarła   ze   wstydu. 

Zawsze utrzymywano, że Srebrnej Zatoce nie grozi żaden skandal. W Różanym Potoku był 
kiedyś pożar. W Trzech Wzgórzach jedna z panien uciekła z domu. W Indiańskim Potoku 
zdarzyło się morderstwo. A w Srebrnej Zatoce panował dotąd spokój. No i się skończył! Jak 
Joscelyn  mogła się tak zachować? Gdybyż  to chociaż chodziło o jej lekkomyślną siostrę, 
Milę. Mili zdarzały się wyskoki, oczekiwano ich — zatem łatwiej je było wybaczać. Ale 
nigdy   nikomu   nie   przyszło   na   myśl,   że   Joscelyn   może   się   zachować   aż   tak 
nieodpowiedzialni^, — nie mogli więc jej darować, że ich zaskoczyła. W dodatku Joscelyn 
nic nie obchodziło, czyjej wybaczą, czy nie. Trwała w swym uporze i żadne błagania nie 
pomagały.

— Jest   taka   sama   jak   jej   ojciec   —   łkała   pani   Cliffordowa   Penhallow.   —   Wszyscy 

wiedzieli, że on nigdy nie zmienia zdania.

— Niemniej   Joscelyn   tamtego   wieczoru   w   Drewnianych   Masztach   zmieniła   zdanie   — 

zauważył ktoś z obecnych. — Co tam zaszło, Mavis? Przecież ty, jej matka, musisz coś o tym 
wiedzieć.

— Skąd mogę wiedzieć, skoro ona nie chce pisnąć słówka? — żaliła się pani Cliffordowa. 

— Nikt z was nie ma pojęcia, jaka ta Joscelyn jest uparta. Powiada, że nigdy nie wróci do 
Hugona,   koniec   i   basta.   Nie   chce   nawet   nosić   obrączki!   —   Pani   Cliffordowa   wyraźnie 
uważała, że to jest najgorsze. — Nigdy nie widziałam, żeby ktoś był aż tak zawzięty!

— Jak właściwie mamy o niej mówić? — biadali członkowie klanu. Y — Przecież została 

panią Dark i nic nie jest w stanie tego zmienić.

Rzeczywiście, na Wyspie Księcia Edwarda, gdzie w ciągu sześćdziesięciu lat zdarzył się 

tylko jeden rozwód,  nic  nie mogło tego zmienić. Nikomu nawet nie przyszło na myśl, że 
Hugon i Joscelyn  mogliby się rozwieść. Takiej hańby nie zniósłby żaden Dark ani żaden 
Penhallow.

Po   upływie   dziesięciu   lat   zainteresowanie   oczywiście   zmalało,   ale   parę   osób   wciąż 

zastanawiało się, czy nie pojawi się ta żona z Zachodu. Taki stan rzeczy uznano za trwały i 
niezmienny. Przestano o tym myśleć, chyba że — z rzadka — przy jakiejś okazji Hugon i 
Joscelyn musieli się pojawić w tym samym miejscu.

Hugon był pięknym mężczyzną — dużo przystojniejszym niż dziesięć lat temu. Biła od 

niego spokojna siła. Wciąż  mieszkał  w Drewnianych  Masztach ze starą ciotką, która mu 
prowadziła gospodarstwo. Uważano go za wyjątkowo zdolnego rolnika. I szeptano, że Partia 
Konserwatywna   ma   zamiar   wysunąć   jego   kandydaturę   w   najbliższych   wyborach   do 
Parlamentu  Prowincji. Ale w jego oczach  kryła  się gorycz  i od czasu tamtej  tajemniczej 
poślubnej nocy nikt nie słyszał jego śmiechu.

Wchodząc zatrzymał się na chwilę w drzwiach i spojrzał tęsknie na Joscelyn. Od dawna jej 

nie widział. Nie, te dziesięć lat nie przyćmiły jej urody. Piękne długie włosy upięte wokół 
głowy były czymś w rodzaju wyzwania, nie zamierzała się poddać modzie krótko strzyżonych 
fryzur. Tylko z jej policzków znikły rumieńce. Ale szyja, którą tak czule i namiętnie całował, 
nadal wydawała się utoczona z kości słoniowej, a wielkie oczy — w zależności od jej nastroju 
błękitne, zielonkawe lub szare — były równie błyszczące i błagalne jak wówczas, gdy tamtej 

background image

nocy przed dziesięciu laty spojrzała na niego w sieni Drewnianych Masztów.

Hugon   zacisnął   pięści   i   zaciął   usta.   Obserwował   go   ten   chytry   lis,   Stanton   Grundy. 

Wszyscy  go obserwowali. Pana młodego porzuconego w poślubną noc. Od którego żona — 
przerażona   czy   też   oburzona   —   uciekła   pieszo   ciemną   drogą.   No   cóż,   niech   mu   się 
przyglądają i snują domysły. Tylko on i Joscelyn znają całą absurdalną prawdę.

Joscelyn też spojrzała na wchodzącego do pokoju Hugona. Postarzał się, ale na czubku 

głowy wciąż mu sterczał niesforny kosmyk. Joscelyn miała ochotę podejść i go przyczesać. 
Obok Hugona siedziała Kasia Muir i robiła do niego oko. Joscelyn nie lubiła Kasi Muir już 
wówczas, gdy ta była Kasią Dark, brzydką, śniadą dziewczynką. Teraz stała się brzydką, 
śniadą i bogatą wdówką, która nie wiedziała, co robić z pieniędzmi. Cóż, ma, czego chciała, 
pomyślała z pogardą Joscelyn, w końcu właśnie dla pieniędzy wyszła za mąż. Ale to nie 
powód, żeby przysuwała się do Hugona i patrzyła na niego z uwielbieniem.

Joscelyn wiedziała, że Kasia oświadczyła kiedyś publicznie:
— Zawsze mówiłam Hugonowi, że nie jest to dla niego odpowiednia żona.
Joscelyn lekko drgnęła i mocniej zacisnęła splecione ręce, na których nie było ślubnej 

obrączki. Nie, nie żałuje, nigdy nie żałowała tego, co zrobiła przed dziesięciu laty. Nie mogła 
postąpić inaczej, nie na darmo w jej żyłach płynęła hiszpańska krew. Ale odtąd zawsze czuła 
się na marginesie życia i w miarę upływu lat uczucie to się pogłębiało. Miała wrażenie, że nie 
uczestniczy w nim, co dzieje się wokół niej. Nauczyła się uśmiechać tak, jak uśmiechają się 
królowie — samymi tylko wargami.

Zobaczyła  w lustrze odbicie swojej twarzy koło buzi Gai Penhallow i nagle doszła do 

wniosku,  że   się  starzeje.   Gaja  wyglądała  tak   kwitnąco,   była  tak   promienna   i  szczęśliwa. 
Joscelyn  poczuła  zazdrość. W ciągu tych  ostatnich  dziesięciu  lat  nikomu  nie zazdrościła, 
oddana ukrytej, tajemnej pasji, a teraz opadły jej skrzydła. Ogarnęło ją przerażenie. Żałowała, 
że przyszła na ten głupi bankiet. Nic ją nie obchodził ów stary dzban Darków, choć i jej 
matka,   i   ciotka   Rachela   zgłaszały   do   niego   pretensje.   Gdyby   wiedziała,   że   zobaczy   tu 
Hugona, na pewno by nie przyszła. Ale kto mógł się spodziewać, iż on się tu pojawi? Jemu na 
pewno   nie   zależało   na   tym   dzbanie.   Widać   musiał   tu   przywieźć   matkę   i   siostrę,   panią 
Kubusiową Trent. Obie się w nią wpatrywały. Za to szwagierki Hugona udawały, że jej nie 
widzą. Wiedziała, że jej nienawidzą. Cóż, nie miało to żadnego znaczenia. I było zupełnie 
zrozumiałe   zważywszy,   że   znieważyła   rodzinę   Darków.   Nie,   naprawdę   nie   miało   to 
znaczenia. Joscelyn zastanowiła się, czy w ogóle istnieje coś, co by ją mogło obejść.

Spojrzała na Lawsona Darka z przypiętym do piersi Krzyżem Zwycięstwa, który otrzymał 

po bitwie pod Amiens. Siedział za Stantonem Grundym, w tym swoim fotelu na kółkach; od 
dziesięciu lat był sparaliżowany.  Koło niego siedziała Naomi Dark, w jej wymizerowanej 
twarzy oczy płonęły wciąż nadzieją, która pozwalała jej żyć. Joscelyn zdziwiła się, że nagle 
poczuła znów zazdrość. Dlaczegóż miałaby zazdrościć Naomi, której mąż nie poznał, gdy 
wrócił   z   wojny,   nie   poznał   jej   aż   po   dziś   dzień?   Poza   tym   jego   umysł   funkcjonował 
normalnie, ale Lawson zupełnie nie pamiętał, że na kilka tygodni przed wyruszeniem na front 
spotkał  Naomi  i się z nią ożenił.  Wiedziała,  że Naomi  żyje  tylko  szaleńczą  nadzieją,  że 
któregoś dnia wróci mu pamięć. Chwilowo pielęgnowała go i uwielbiała. Lawson bardzo się 
do niej przywiązał, ale nie przypominał sobie swej nagłej miłości i króciutkiego miodowego 
miesiąca.

Niemniej Joscelyn zazdrościła Naomi.  Ona  coś przeżyła. Jej życie nie było puste, choć 

przepełniała   je   gorycz.   Tak   samo   pani   Fryderykowa   Dark   miała   po   co   żyć.   Jej   syn, 
Szczęściarz Dark, uciekł wiele lat temu z domu, zostawiając krótki liścik: „Mamo, wrócę”. 
Pani Fryderykowa na wypadek powrotu Szczęściarza nigdy nie zamykała na noc drzwi domu 
i zostawiała mu na stole kolację. Nikt poza nią nie wierzył w powrót Szczęściarza, młody 
nicpoń na pewno już dawno temu zmarł — i chwała Bogu! Ale pani Fryderykowej nadzieja 
pozwalała żyć i tego Joscelyn jej zazdrościła.

background image

Zobaczyła, że Murray Dark pożera oczyma Thorę czekając, by choć raz na niego spojrzała. 

Joscelyn  wiedziała, iż jedno spojrzenie Thory było dla Murraya  cenniejsze niż pocałunek 
innej kobiety.  Cóż, nic dziwnego, że kocha Thorę. Była  jedną z tych  kobiet, za którymi 
szaleją mężczyźni, wyjątek stanowił tu tylko Krzyś Dark, gdyż przestał za nią szaleć już w 
sześć tygodni po ślubie. Niemniej Thora cieszyła się też sympatią pań. Kiedy wchodziła do 
pokoju,   wszyscy   czuli   się   od   razu   szczęśliwsi.   Miała   w   sobie   mnóstwo   ciepła.   Nie   była 
piękna, ale czarująca. Fascynująca kwadratowa twarz z szeroko rozstawionymi  oczyma  w 
kształcie migdałów. Zawsze była świetnie ubrana. Ciemnokasztanowe włosy z rozdziałkiem 
pośrodku głowy upięte były w koronę. W uszach nosiła kolczyki z pereł. Jakąż cudowną żoną 
będzie   dla   Murraya,   gdy   tylko   ten   wstrętny   Krzyś   raczy   umrzeć.   Ostatniej   zimy   dostał 
zapalenia płuc i wszyscy spodziewali się jego śmierci. Jednakże przeżył, niewątpliwie dzięki 
starannej opiece Thory. A tymczasem tej samej zimy na  takie samo  zapalenie płuc zmarł 
Mateusz Penhallow z Trzech Wzgórz, człowiek, którego wszyscy kochali i którego bardzo 
potrzebowała jego rodzina. Jeszcze jeden przykład, jakie to życie bywa niesprawiedliwe.

Nie przyszła na bankiet Paulina Dark. Czy ciągle jeszcze kocha się w Hugonie? Nigdy nie 

wyszła za mąż. Tak, życie jest skomplikowane. Siedzą tu rzędami i czekają, aby Ambrożyna 
Winkworth  zniosła  dzban,  dla  którego  gotowi  by  się nawzajem  pozarzynać.  Zwariowany 
świat. Joscelyn brak było poczucia humoru, za to siedzący za nią Tempest Dark rozkoszował 
się sytuacją. Tempest po dojrzałym namyśle postanowił tego wieczoru popełnić samobójstwo. 
O mały włos  strzeliłby sobie w łeb  poprzedniej nocy,  ale  doszedł  do wniosku, że warto 
jeszcze zobaczyć ten bankiet. Ciekaw był zresztą, komu przypadnie w udziale dzban Darków. 
Winifreda kochała ten dzban. Wiedział, że on sam nie ma najmniejszej szansy. Ciotka Becky 
pogardzała bankrutami. A on zbankrutował, w dodatku zaś przed paroma tygodniami zmarła 
jego ukochana żona. Nie miał więc po co żyć. Ale w tej chwili świetnie się bawił.

background image

VI

Donna Dark i Wirginia Powell siedziały jak zwykle razem. Były ciotecznymi siostrami, 

urodziły się tego samego dnia i tego samego dnia wyszły za mąż. Donna za swego kuzyna, 
Barry’ego Darka, a Wirginia za Edmunda Powella. W dwa tygodnie później obaj młodzi 
małżonkowie udali się do ćwiczebnego obozu wojskowego w Valcartier. Edmund Powell 
zmarł na zapalenie płuc, a Barry Dark zginął „na polu chwały” we Francji. Wirginia i Donna 
zostały   „wojennymi   wdowami”   i   przysięgły   sobie   uroczyście,   że   pozostaną   nimi   aż   do 
śmierci. Był to pomysł Wirginii, ale Donna przyjęła go entuzjastycznie. Wiedziała, że nigdy 
już nikogo nie pokocha. Nie twierdziła, że jej serce zostało pogrzebane — ale tak czuła. Od 
dziesięciu lat nosiły żałobę, tyle że żałoba Wirginii była jakby „bardziej żałobna”.

Większość rodziny uważała, że ładniejsza jest Wirginia, z tymi jasnozłocistymi włosami i 

ogromnymi oczyma przypominającymi niezapominajki. Donna była brunetką o karnacji kości 
słoniowej, czarne włosy gładko sczesywała z czoła, taką fryzurę może nosić albo kobieta 
piękna, albo taka, która zupełnie nie dba o swój wygląd. Donna nie dbała — a przynajmniej 
tak sądziła — niemniej było jej w tej fryzurze do twarzy. Piękne były tylko jej szafirowe oczy 
i ładnie wykrojone usta, w których kącikach czaiły się dołeczki. Niedawno obcięła włosy, 
choć ojciec zrobił o to potworną awanturę, a Wirginia była zgorszona.

— Czy sądzisz, że to by się spodobało Barry’emu?
— Dlaczegóżby nie? — buntowniczo odpowiedziała Donna. — Barry nie chciałby mieć 

niemodnej żony. Był zwolennikiem nowoczesności.

Wirginia westchnęła i pokręciła głową. Ona nigdy by nie obcięła włosów, nigdy. Włosów, 

które pieścił, którymi zachwycał się Edmund.

— On chował w moich włosach twarz i mówił, że są jak pachnący blask słoneczny… — 

poskarżyła się cicho.

Donna   od   śmierci   Barry’ego   zamieszkała   znów   u   ojca,   Jana   Topielca   Penhallowa, 

nazywanego tak dla odróżnienia od innego Jana Penhallowa, który się nigdy nie topił. Dom 
prowadziła  mu  jej  przyrodnia  starsza siostra, Tekla. Donna chciała  wyjechać  na kurs  dla 
pielęgniarek, ale Jan Topielec tylko tupnął nogą. Donna ustąpiła

— Topielcowi lepiej było od razu ustąpić. Gotów był człowieka zakrzyczeć na śmierć. 

Jego ataki furii znano w całej rodzinie. Kiedy mu robiono wyrzuty, odpowiadał:

— Gdybym od czasu do czasu nie wpadł w szał, życie w domu byłoby takie nudne, że te 

moje dwie baby gotowe by się powiesić.

Jan Topielec dwukrotnie owdowiał. Z pierwszą żoną, Janka Penhallow, wykłócał się od 

chwili   ślubu.   Kiedy   miało   przyjść   na   świat   ich   pierwsze   dziecko,   kłócili   się,   na   który 
uniwersytet je poślą. Ponieważ dziecko okazało się dziewczynką — była to właśnie Tekla — 
sprawa przestała być aktualna, przynajmniej w oczach Topielca, który nie dopuszczał myśli, 
żeby dziewczyna mogła studiować. Niemniej kłótnie trwały nadal, a były tak gwałtowne, że 
stawały się skandalem i klan zaczął napomykać o separacji — rzecz prosta nie mogło być 
mowy o rozwodzie. Taka myśl nawet nie powstała im w głowie. Ale Topielec uważał, że nie 
miałoby to żadnego sensu. Musiałby zatrudnić gospodynię.

— Wolę się kłócić z Janka niż z jakimś obcym babsztylem — oświadczył.
Kiedy Janka umarła — z „wyczerpania”, jak utrzymywał klan — Topielec ożenił się z 

Emmą Dark, przyszłą matką Donny. Klan uznał, że Emma musi być niespełna rozumu, skoro 
chce za niego wyjść, i starał się jej przetłumaczyć, na jakie życie się naraża. Ale Topielec 
nigdy nie kłócił się z Emmą. Bowiem Emma nigdy mu się nie przeciwstawiała i Topielec w 
cichości ducha uważał, że życie stało się nudne. Jego maniery w domu nadal bardzo różniły 
się   od   manier   „na   wynos”,   niemniej   Tekla   i   Donna   były   do   niego   przywiązane.   Kiedy 
pozwalano mu robić, co zechciał, bywał zupełnie miły. Jeśli się nienawidziło tego, czego 

background image

nienawidził Jan Topielec, i kochało to, co on kochał, a od czasu do czasu mu się schlebiało, 
trudno było znaleźć przyjemniejszego kompana.

Wiele plotek krążyło na temat młodości Jana Topielca, a kulminacyjnym momentem była 

sprzeczka z ojcem, kiedy Topielec obdarzony tubalnym głosem wrzeszczał tak, że słychać go 
było aż w oddalonych o dwie mile Trzech Wzgórzach. Potem uciekł z domu i zaciągnął się na 
statek płynący do Nowej Zelandii. Spadł po drodze z pokładu i uznano, że zatonął. Odbyło się 
żałobne nabożeństwo i ojciec wyrył jego nazwisko na nagrobku rodzinnym.

Tymczasem po dwóch latach młody Jan wrócił do domu, zupełnie nie zmieniony, jeżeli nie 

liczyć wytatuowanego na jego przedramieniu węża. Zdobył także pokaźny zasób przekleństw 
i niepokonany wstręt do morza. Część rodziny uważała, że statek, który go wyłowił, miał 
zbytnią skłonność do wtrącania się w cudze sprawy. Jan osiadł na farmie, oświadczył Jance 
Penhallow,   że   się   z   nią   ożeni,   i   nie   zgodził   się,   by   wymazano   jego   imię   i   nazwisko   z 
rodzinnego   nagrobka.   Uznał   to   za   świetny   dowcip.   Co   niedziela   chodził   na   cmentarz   i 
zaśmiewał się stojąc nad tym grobem.

Teraz   siedział   za   Williamem   Y.   i   zastanawiał   się,   czy   William   jest   naprawdę   tak 

bezczelny, że wyobraża sobie, iż dostanie dzban. Było chyba jasne, że ten dzban należy się 
jemu,   Janowi   Penhallowowi.   Jeśli   ciotka   Becky   zamierza   popełnić   tak   krzywdzącą 
niesprawiedliwość, to nie będzie szczędził najbardziej malowniczych wyrazów, żeby jej to 
uświadomić. Na samą myśl o tym jego końska twarz poczerwieniała z furii, a krzaczaste siwe 
wąsy najeżyły  się. Zapłonęły  wyłupiaste  oczy.  Jeśli,  do jasnej  cholery — i tu popłynęły 
jeszcze gorsze wyzwiska — ktoś inny otrzyma dzban, to będzie miał z nim do czynienia.

„Dlaczego Topielec tak straszliwie klnie w myślach?” — zastanowił się wuj Pyszniak.
Donna   także   pragnęła   tego   dzbana.   Dawno,   dawno   temu,   kiedy   Barry   był   małym 

chłopcem, ciotka Becky obiecała, że zapisze mu go w testamencie. Zatem teraz powinien on 
przypaść   w   udziale   jej,   wdowie   po   Barrym.   Był   to   taki   piękny   stary   dzban   owiany 
romantyczną legendą. Zawsze się nim zachwycała. Donna nie przeklinała w myślach tak jak 
ojciec, niemniej pomyślała niechętnie, że nigdy jeszcze nie widziała takiego stada harpii.

background image

VII

Piotr Penhallow siedział na poręczy werandy machając nogą. Na jego opalonej twarzy 

malował   się   lekko   wzgardliwy   wyraz   znużenia.   Piotr   zawsze   —   a   w   każdym   razie   w 
cywilizowanym świecie — wyglądał na znudzonego. Nie zamierzał wejść do środka. Nie, 
nikt nie zobaczy Piotra w zatłoczonym pokoju, pełnym krewnych, polujących na rodzinny 
skarb. Zresztą dla Piotra każdy pokój, nawet pusty, był  miejscem, z którego należało jak 
najprędzej uciec. Zawsze twierdził, że dusi się w czterech ścianach. Przyszedł na to przeklęte 
przyjęcie   —   niech   diabli   wezmą   kaprysy   ciotki   Becky   —   wbrew   własnej   woli,   ale 
przynajmniej pozostanie na werandzie, skąd widać było port, a znad zatoki wiał cudowny, 
odświeżający wiatr — Piotr kochał wiatr. I dużo milej było patrzeć na ogromną jabłoń niż na 
jakąkolwiek   kobietę.   Klan   uważał,   że   Piotr   nienawidzi   kobiet,   ale   nie   było   to   prawdą, 
nienawidził   tylko   Donny   Dark,   inne   kobiety   go   po   prostu   nie   interesowały   i   nigdy   nie 
próbował się do żadnej zbliżyć, przekonany, iż żadna niewiasta nie zgodziłaby się na takie 
życie, jakie mógłby jej zaproponować.

Nawet by mu nie przyszło na myśl wyrzec się wędrówek i gdzieś osiedlić. Kobiety bardzo 

tego żałowały,  gdyż  uważały Piotra za niezwykle  pociągającego mężczyznę.  Nie, nie był 
przystojny,  ale „taki dystyngowany”.  Miał orle szare oczy,  które w chwilach podniecenia 
stawały się czarne. Oczu tych kobiety nie lubiły, czuły się nieswojo, gdy na nie patrzył, za to 
usta! Jak twierdził wuj Pyszniak, klan na pewno polubiłby Piotra Penhallowa, gdyby tylko 
miał okazję lepiej go poznać. Chwilowo pozostawał dla swych krewnych włóczęgą, z którego 
nawet byli czasami dumni, gdyż jego wyprawy i odkrycia przyniosły mu sławę — Topielec 
zwał ją „reputacją” — ale nawet nie udawali, że go rozumieją, i trochę się obawiali jego 
sarkastycznych uwag. Piotr nienawidził wszelkiej obłudy, a tej w klanie nie brakowało. Ba, 
bez obłudy klan nie mógłby istnieć. Ale Piotr nie brał tego pod uwagę.

— Spójrzcie na Donnę Dark — powiedział kiedyś z ironią. — Udaje, że żyje pamięcią o 

Barrym, a gdyby tylko nadarzyła się sposobność, natychmiast znów wydałaby się za mąż.

Sam Piotr od dawna nie miał okazji spojrzeć na Donnę. Widział ją po raz ostatni jako 

ośmioletnią  dziewczynkę,  siedziała  niedaleko niego w kościelnej  ławie, ostatniej  niedzieli 
przed jego ucieczką z domu. Ale oczywiście powtórzono Donnie, co powiedział, i Donna mu 
tego nie darowała. Bardzo chciała mu się za to odpłacić, wiedziała jednak, że trudno będzie 
znaleźć odpowiednią sposobność. Niemniej często marzyła, że tajemniczym zrządzeniem losu 
Piotr Penhallow się w niej zakocha i będzie się starał o jej rękę, a ona odprawi go z kwitkiem. 
Pokaże mu, że jest „prawdziwą wdową”. I nienawidziła go z równą mocą, co Topielec.

Piotr, który był z zawodu inżynierem lądowym i wodnym, a z zamiłowania podróżnikiem, 

urodził się w czasie zamieci i jego przyjście na świat omal nie kosztowało życia trzech osób 
— przede wszystkim matki, a potem ojca i lekarza, których zasypał śnieg i bliscy byli śmierci 
i zamarznięcia. Kiedy ich odkopano i od — chuchano, Piotr już wrzeszczał wniebogłosy. 
Cioteczka Ale utrzymywała, że nigdy nie widziała takiego noworodka. Kiedy niosła go do 
kuchni, żeby ubrać, sam podniósł główkę i rozejrzał się wokoło bystrym wzrokiem. Cioteczka 
Ale nigdy czegoś podobnego nie widziała. Było to wręcz niesamowite i tak ją przeraziło, że 
upuściła   malca.   Na   szczęście   wylądował   bez   szwanku   na   leżącej   na   kozetce   poduszce, 
wówczas to po raz pierwszy udało mu się w ostatniej chwili ujść śmierci. Cioteczka Ale 
powtarzała zawsze z przerażeniem, że Piotr przychodząc na świat wcale nie płakał, jak robią 
to wszystkie zachowujące się jak należy noworodki.

— Wyglądało  na to, że podoba mu się ta zmiana  — zauważyła  cioteczka Ale. — To 

zdrowy,   ładny  dzieciak,   ale…   —  cioteczka   Ale  potrząsnęła  frasobliwie  głową.  Jeffostwo 
Penhallowowie nie przejmowali się tymi jej „ale”. Ostatecznie stąd wzięło się jej przezwisko. 
Niemniej dożyli czasów, kiedy musieli uznać, że tym razem to „ale” miało podstawy.

background image

Piotr  całe  życie  lubił  zmiany.  Urodził  się z duszą Kolumba.  Chciał  stąpać  tam,  gdzie 

jeszcze nie postała stopa człowieka. Nic nie było w stanie zaspokoić jego głodu życia.

— Życie — mawiał często — to wspaniała przygoda, którą zesłali nam bogowie.
Kiedy skończył czternaście lat, wyruszył z dziesięcioma centami w kieszeni do Australii, 

zaciągnąwszy się na przewożący bydło statek, a potem odbył podróż dookoła świata. Wrócił 
przywożąc   matce   do   saloniku   skórę   własnoręcznie   upolowanego   tygrysa   i   kolekcję 
wspaniałych błękitnych afrykańskich motyli, która stała się chlubą klanu.

Poszedł do szkoły, uczył się jak szalony, aż w końcu otrzymał dyplom inżyniera. Jego 

zawód pozwolił mu podróżować po świecie. Pracował w jakimś  odległym  kraju, a kiedy 
odłożył   dość   pieniędzy,   rzucał   posadę   i   wyruszał   na   odkrywczą   wyprawę.   Nieodmiennie 
nęciło go nieznane.

Jego rodzina musiała się z tym pogodzić. Jak mawiał wuj Pyszniak, Piotr nie należał do 

gatunku   „zwierząt   domowych”   i   wszyscy   wiedzieli,   że   się   nie   zmieni.   O   wielu   jego 
nieprawdopodobnych  przygodach klan wiedział, o tysiącu innych nawet nie słyszał. Stale 
oczekiwano, że nadejdzie wiadomość o jego śmierci. — W końcu ci ludożercy wpakują go do 
kotła — utrzymywał Jan Topielec, ale z bardzo prostego powodu nigdy nie powiedział tego 
Piotrowi wprost — w ogóle z nim nie rozmawiał. Dwie gałęzie rodu Penhallowów były z 
sobą od dawna skłócone. Waśń owa narodziła się tego dnia, gdy Jeff Penhallow zabił psa Jana 
Topielca i zawiesił go na jego bramie. Pies napastował owce Jeffa, a Topielec nie chciał 
przyjąć tego do wiadomości. Odtąd nikt z rodziny Topielca nie zadawał się z nikim z rodziny 
Jeffa.   Niemniej   Topielec   nieźle   poturbował   w   Charlottetown   jakiegoś   faceta,   który 
utrzymywał, że Jeff owi nie można ufać. A Piotr spotkawszy w Kongo ziomka pokpiwającego 
sobie z Tekli Dark, że przyprawia pierniki musztardą, po prostu go spoliczkował. Ale w obu 
wypadkach chodziło tylko o solidarność rodzinną i nie miało to wpływu na osobiste stosunki, 
które w miarę upływu lat stale się pogarszały.

Kiedy   Barry   Dark,   brat   cioteczny   i   najbliższy   przyjaciel’   Piotra,   oświadczył   mu,   że 

zamierza się ożenić z Donną Penhallow, Piotr wpadł we wściekłość. Tak rozrabiał, że nawet 
Jeffowie Penhal — lowowie uznali, iż posuwa się za daleko. Kiedy nadszedł dzień ślubu 
Barry’ego, Piotr polował w Nowej Zelandii na jelenie, potwornie rozgoryczony, zresztą nie 
tylko dlatego, że Barry ośmielił się pojąć za żonę dziewczynę z tamtej wyklętej rodziny, ale 
także dlatego1, iż jako mańkut nie został przyjęty do wojska. Barry’ego zabolało zachowanie 
Piotra, ich wzajemne stosunki bardzo się ochłodziły i nigdy już nie naprawiły, jako że Barry 
nie powrócił z frontu. Piotr bardzo cierpiał i jeszcze mocniej zaczął nienawidzić Donny.

Piotr   nie   zamierzał   pojawić   się   na   bankiecie   ciotki   Becky.   Tegoż   popołudnia   miał 

wyruszyć   na   wyprawę   nad   Amazonkę.   Pakował   kufer   pogwizdując,   gdyż   cieszył   się   jak 
chłopak na myśl, że wkrótce go tu nie będzie. Od miesiąca bawił już w domu, był to bardzo 
długi  miesiąc.   Chwała  Bogu, skończył  się.  Za  parę  tygodni  znajdzie   się o  tysiąc  mil   od 
małostkowych plotek oraz małostkowych miłości i nienawiści Penhallowów i Darków — z 
dala od świata, gdzie kobiety strzygły włosy i z tyłu trudno było zgadnąć, która jest babką, a 
która podlotkiem. I tam nikt już nie będzie utyskiwał bez przerwy nad jego zachowaniem. 
„Ależ, Piotrze, co sobie pomyślą ludzie?!”

— I przysięgam na dziewięciu bogów, że przez najbliższe dziesięć lat nikt mnie tu nie 

zobaczy — powiedział do siebie Piotr Penhallow zbiegając po schodach, żeby wsiąść do auta 
brata, które miało go odwieźć na stację.

I w tym momencie chichocząc wtrąciło się Przeznaczenie. Na podwórze wbiegła niemal z 

płaczem przyrodnia siostra Piotra, Nancy. Jeśli nikt nie zabierze jej na bankiet ciotki Becky, 
będzie musiała z niego zrezygnować. Popsuło się auto jej męża. A ona musi być na bankiecie. 
Jeśli się tam nie stawi, to już na pewno nie przypadnie jej w udziale ten cudowny stary dzban.

— Dobrze,   zawiezie   cię   Jeff.   Ostatecznie   mogę   pojechać   wieczornym   pociągiem   — 

zgodził się uczynnię Piotr.

background image

Ale Jeff zaprotestował. Musi okopać rzepę. Co innego zawieźć Piotra na stację, to zajmie 

mu najwyżej pół godziny, a co innego spędzić całe popołudnie w Indiańskim Potoku.

— Sam ją zawieź! — zaproponował. — Skoro możesz jechać wieczornym pociągiem, to 

masz całe popołudnie wolne.

Piotr niechętnie się zgodził. Chyba po raz pierwszy w życiu zrobił coś, na co nie miał 

ochoty.   Ale   Nancy   była   takim   kochanym   stworzonkiem,   zawsze   miał   do   niej   słabość.   I 
rzadziej niż inni prześladowała go wymówkami. Tymi wszystkimi „ależ, Piotrze”. Jeśli tak jej 
zależy na tym przeklętym dzbanie, to musi jej dopomóc. Czy gdyby Piotr przewidział, co 
gotuje mu los, postąpiłby tak, jak postąpił? Kto wie? O to należałoby spytać jego samego.

Piotr przybył zatem na bankiet, nie chciał jednak wejść do domu. Choć tak gardził obłudą, 

nie podał prawdziwej przyczyny. Pewnie nie chciał przyznać się do tego sam przed sobą. 
Bowiem Piotr, który nie bał się tygrysów ani jadowitych żmij, w głębi serca obawiał się ciotki 
Becky. Sam diabeł zmykałby przed jej językiem. Gdyby traktowała go tak jak innych i lżyła 
wprost, może  by się tak nie przejmował.  Ale do niego wygłaszała  z uśmiechem  niby to 
uprzejme   tyrady,   przed   których   zjadliwością   Piotr   nie   potrafił   się   obronić.   Wolał   zatem 
pozostać na werandzie.

Z drugiej strony werandy stał Lunatyk, a w dwóch fotelach rozsiedli się Duży Sam Dark i 

Mały   Sam   Dark.   To   Piotrowi   nie   przeszkadzało,   ale   przeżył   straszną   chwilę,   kiedy   na 
jedynym   wolnym   krześle   rozsiadła   się   pani   Toynbee’owa   Dark   i   jak   zwykle   zaczęła   się 
rozwodzić nad swoim zdrowiem.

— Współczesne panny są takie  krzepkie —  westchnęła. — To niemal wulgarne, prawda, 

Piotrze? Ja za moich dziewczęcych lat byłam chucherkiem. Kiedyś zemdlałam dziewięć razy 
w   ciągu   jednego   dnia.   Myślę,   że  nie   powinnam  ryzykować   pobytu   w   tym   zatłoczonych 
pokoju.

Piotr przeraził się. Ostatni raz poczuł takie przerażenie, gdy przez omyłkę wziął krokodyla 

za kłodę drewna. Doszedł do wniosku, że ma prawo zachować się brutalnie.

— Obawiam   się,   moja   droga   Alicjo,   że   jeśli   pozostaniesz   to   z   czterema   nieżonatymi 

mężczyznami, ciotka Becky uzna, że chcesz się jeszcze raz wydać za mąż, i wtedy możesz 
pożegnać się z tym dzbanem.

Pani   Toynbee’owa   zzieleniała   z   gniewu,   była   to   niezbyt   twa   zieleń   rozgotowanego 

groszku, jej wzrok wyraził to wszystko, czego nie chciały wypowiedzieć usta, i weszła do 
środka w ślad za Wirginią Powell. Piotr przezornie wrzucił krzesło w krzaki spirei.

— Nie mogę się powstrzymać od łez — oświadczył Mały Sam ocierając rzekome łzy.
— Ona jest mściwa — zauważył Duży Sam. — I szatańsko szczwana! Nie powinieneś jej 

się narażać, Piotrze. Ona potrafi ci się odpłacić.

Piotr roześmiał się. Mściwość pani Toynbee’owej nie dopadnie go w dżungli Amazonki! 

Oddał się marzeniom o wyprawie, a obaj Samowie pykali z fajki i każdy rozmyślał o swoich 
sprawach.

background image

VIII

„Mały” Sam Dark — który miał blisko dwa metry wzrostu — i „Duży” Sam Dark — który 

miał zaledwie metr sześćdziesiąt — byli  stryjecznymi  braćmi.  Duży Sam był  o sześć lat 
starszy, zatem w dzieciństwie nazwano go „dużym” i ten przydomek już do niego przylgnął 
na   całe   życie,   bo   ani   Różany   Potok,   ani   Piątkowa   Zatoczka   nie   uznawały   zmian.   Obaj 
Samowie byli  kiedyś  marynarzami  i rybakami i już od trzydziestu lat mieszkali razem w 
chatynce Małego Sama, która jak muszla przylepiła się do nadbrzeża w Piątkowej Zatoczce. 
Duży Sam urodził się już jako stary kawaler. Mały Sam był wdowcem. Ale jego małżeństwo 
należało do tak odległej przeszłości, że nawet Duży Sam już mu to niemal wybaczył, choć od 
czasu do czasu wypominał mu je, gdy się kłócili, częste kłótnie urozmaicały bowiem ich 
skądinąd monotonne życie.

Żaden z nich nie był nigdy przystojny, ale to ich bynajmniej nie martwiło. Twarz Dużego 

Sama   była   szersza   niż   dłuższa   i   nosił   on   długą,   płomiennie   rudą   brodę,   co   było   dość 
niezwykłe w rodzinie Darków, którzy zgodnie ze swym nazwiskiem mieli na ogół ciemne 
włosy

(1

. Nigdy nie nauczył się gotować, za to świetnie prał i cerował. Umiał także robić na 

drutach skarpetki i pisać wiersze. Duży Sam uważał się za poetę. Spłodził kiedyś epiczny 
poemat i lubił go deklamować zadziwiająco tubalnym głosem. Nawet Topielcowi nie udałoby 
się go przekrzyczeć. Kiedy nawiedzała go chandra, czuł, że minął się z powołaniem i nikt go 
nie rozumie.

— Powinienem zostać poetą — zwierzał się smętnie swojej pomarańczowej kotce, którą 

nazwał   Musztardą.   Kotka   się   z   nim   zawsze   zgadzała,   ale   Mały   Sam   czasami   parskał 
śmiechem.   Był   próżny   tylko   na   jednym   punkcie,   pysznił   się   wytatuowanymi   na   rękach 
kotwicami. Uważał, że są w lepszym guście niż wąż Jana Topielca. Jeśli chodzi o politykę, 
był liberałem i nad jego łóżkiem wisiał portret Sir Wilfrida Lauriera. Sir Wilfrid umarł już 
dawno temu, ale Duży Sam uważał, że nie dorównuje mu żaden z obecnych przywódców 
partii.   Obecnie   wszystko   uległo   degradacji,   także   i   premierowie   oraz   kandydaci   na 
premierów. Duży Sam uważał Piątkową Zatoczkę za najpiękniejszy zakątek świata i każdy 
sprzeciw traktował jak osobistą zniewagę.

— Lubię mieć za progiem morze, ten „błękitny samotny przestwór morza” — tłumaczył 

donośnym głosem „człowiekowi pióra”, który wynajął na lato domek w Zatoczce, i spytał, 
czy nie czują się tu czasem osamotnieni.

— On ma już taką poetyczną naturę — wyjaśnił na stronie Mały Sam, który obawiał się, 

czy pisarz nie uzna, że Duży Sam jest niespełna rozumu. Mały Sam bardzo się w głębi duszy 
obawiał — a Duży Sam tylko o tym marzył — że pisarz „wsadzi ich do swojej książki”.

Obok maleńkiego zasuszonego Dużego Sama Mały Sam wyglądał na olbrzyma. Pół twarzy 

zajmowało czoło, a fioletowe żyłki pokrywające nos i policzki wyglądały jak monstrualny 
pająk. Miał wielkie zwisające wąsy, przypominające podkowę, które zupełnie nie pasowały 
do jego twarzy. Był wesoły i towarzyski, lubił i umiał gotować, zwłaszcza pysznił się swoją 
grochówką i zupą z ostryg. Jego politycznym idolem był Sir John Macdonald, którego portret 
zawiesił nad zegarem i słyszano, że czasem — nigdy w obecności Dużego Sama — mówi o 
swojej abstrakcyjnej admiracji dla kobiet.

Miał   nieszkodliwą   manię   zbierania   czaszek   na   starym   indiańskim   cmentarzysku   w 

sąsiedniej  miejscowości i ozdabiał  nimi  kołki płotu  otaczającego poletko  kartofli.  Ilekroć 
przyniósł do domu nową czaszkę, wybuchała kłótnia. Duży Sam uważał, że to nieprzyzwoite, 
przeciwne   naturze   oraz   niegodne   chrześcijanina.   Niemniej   czaszki   dalej   pozostawały   na 
kołkach.

1

(

Dark (ang.) — ciemny; mroczny

background image

Jednakże Mały Sam liczył się z uczuciami Dużego Sama. Przestał nosić w uszach duże 

złote   kółka,   gdyż   Sam   był   fundamentalistą   i   uważał,   że   nie   przystoi   to   dobremu 
prezbiterianinowi.

Zainteresowanie obu Samów dzbanem było czysto teoretyczne. Jako dalecy kuzyni nie 

mogli się ubiegać o rodzinny skarb. Nigdy jednak nie opuścili, żadnego zebrania klanu. Duży 
Sam szukał tematów do wierszy, a Mały Sam chętnie spoglądał na ładne dziewczęta. Doszedł 
właśnie do wniosku, że Gaja Penhallow wyrasta na prawdziwą piękność, a Thora Dark ma w 
sobie coś, coś niezwykle ponętnego. Sara Williama Y. była niewątpliwie przystojna, ale Mały 
Sam uważał, że jako wykwalifikowana pielęgniarka wie nazbyt wiele o własnych i cudzych 
wnętrznościach, by można ją nazwać pociągającą. A ta Nan pani Alfredowej Penhallow, o 
której się ostatnio tyle mówiło, była zwykłą „wiercipiętą”.

Za to Joscelyn Dark! To była uroda! Co, u diaska, mogło zajść między nią a Hugonem? 

Mały Sam zawsze używał wyrażenia: „u diaska”, żeby nie powiedzieć diabeł. Jak na starego 
wilka morskiego, Mały Sam bardzo dbał o swoje słownictwo!

Na przeciwległym  krańcu  werandy stał Oswald  Dark. Jego duże, pozbawione  wyrazu, 

świetlistoszare oczy wpatrywały się w złoty skraj świata czyli w dolinę Srebrnej Zatoki. Jak 
zwykle   miał   na   sobie   długi,   sięgający   ziemi   czarny   kitel   i   jak   zwykle   był   boso.   Długie 
brunatne włosy, w których nie pojawiła się jeszcze żadna biała nitka, były tak kędzierzawe 
jak   włosy   kobiety.   Miał   zapadnięte   policzki,   ale   żadnej   zmarszczki.   Darkowie   i 
Penhallowowie kiedyś byli z niego tak dumni, jak teraz go się wstydzili.

Oswald Dark był za młodu wybitnie zdolny, studiował, miał zostać pastorem. Nikt nie 

wiedział, jak to się stało, że postradał zmysły. Byli tacy, co utrzymywali, że przeżył zawbd 
miłosny, inni mówili o zwykłym przepracowaniu.

Jakiekolwiek były tego powody, Oswald Dark stał się nieszkodliwym szaleńcem. Włóczył 

się po przyjaznych drogach Wyspy, a w księżycowe noce śpiewał, a nawet czasem klękał. 
Kiedy księżyca nie było, krył się, gorzko płacząc, w lesie. Gdy czuł głód, dobijał się do drzwi 
pierwszego  lepszego   domu,  oburzony,   że  są  zamknięte,   i  z   królewską   miną   domagał   się 
strawy.  Zawsze ją otrzymywał  i nikt nigdy nie odmówił  mu  schronienia w zimową  noc. 
Czasem   na   całe   tygodnie   gdzieś   znikał.   Ale   zawsze   —   wiedziony   jakimś   niesamowitym 
instynktem — pojawiał się na zebraniach klanu, choć rzadko można go było namówić, żeby 
wszedł do środka.

Podczas swoich wędrówek zwykle się do nikogo nie odzywał i krzyczał tylko wtedy, gdy 

go zaczepiano,  pytając  się dowcipnie:  „Jak się miewa  księżyc?”  Nigdy jednak nie minął 
Joscelyn Dark nie uśmiechnąwszy się do niej — był to niesamowity lękliwy uśmiech — a raz 
się do niej nawet odezwał. .

— Ty także szukasz księżyca.  I jesteś bez niego nieszczęśliwa.  Ale lepiej  już pragnąć 

Srebrnej Luny i nie móc się do niej zbliżyć, tak jak nie da się zbliżyć do doskonałego piękna, 
niż  pragnąć  byle  czego  i  to  zdobyć.  Tak,  wiesz  o tym   równie  dobrze  jak ja. To  piękna 
tajemnica.

background image

IX

Goście zebrani w bawialni zaczęli się już niecierpliwić. Dlaczego Ambrożyna Winkworth 

tak długo nie przynosi dzbana? Ciotka Becky leżała spokojnie, wpatrując się w stiuki na 
suficie, które, jak zauważył Stanton Grundy, wyglądały jak otwarta rana. Topielec kichnął, 
słynne kichnięcie Topielca omal nie zerwało dachu i większość kobiet podskoczyła nerwowo. 
Wuj   Pyszniak   z   roztargnieniem   zaczął   nucić:   „Zbliżmy   się,   ach,   zbliżmy   do   Boga”,   ale 
uciszył go groźny wzrok WiUiama Y. Nagle w oknie pojawiła się twarz Oswalda Darka, 
który z politowaniem spojrzał na podenerwowane towarzystwo.

— Szatan przeszedł właśnie pod drzwiami — oznajmił dramatycznym tonem”.
— Co za szczęście, że nie zajrzał do środka — odpowiedział z niewzruszonym spokojem 

wuj Pyszniak. Ale Rachela Penhallow wpadła w panikę. Słowa Lunatyka brzmiały bardzo 
przekonywająco.   Jak   ten   wuj   Pyszniak   może   sobie   tak   zuchwale   żartować?   Wszyscy 
zastanawiali się, czemu Ambrożyna tak długo nie wraca. Czyżby jej się zrobiło słabo? Nie 
może znaleźć dzbana? A jeśli go stłukła?!

Ale w tym momencie weszła Ambrożyna jak kapłanka niosąca święty kielich. Postawiła 

dzban na okrągłym  stoliczku między dwoma pokojami. Rozległo się westchnienie ulgi, a 
potem zapanowała przerażająca cisza. Ambrożyna usiadła z prawej strony łóżka ciotki Becky. 
Z lewej strony siedziała panna Jackson.

— Dobry Boże! — westchnął Stanton Grundy zwracając się do wuja Pyszniaka. — Czy 

widziałeś kiedyś naraz trzy równie brzydkie kobiety?

Następnej nocy wuj Pyszniak obudził się o trzeciej nad ranem, bo przyszła mu na myśl 

wspaniała riposta. W danym momencie jednak nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko 
odwrócił się do Stantona tyłem i utkwił wzrok w dzbanie. Wszyscy wpatrywali się w dzban, 
jedni żarłocznie, inni bardziej obojętnie, niemniej wszyscy przyglądali się z zainteresowaniem 
rodzinnemu skarbowi, o którym całe życie słyszeli, ale rzadko mieli okazję go oglądać.

Nikt nie uważał, aby ten dzban był piękny. Jeśli kiedyś ktoś się nim zachwycał, to w ciągu 

tych stu lat musiały się bardzo zmienić gusty. Niemniej z uwagi na legendę był na pewno 
godny  pożądania   i   nawet   Tempest   Dark  wyciągnął   szyję,   żeby   mu   się   dobrze   przyjrzeć. 
Dzban ten był symbolem miłości i zasługiwał na szacunek.

Był to ogromny brzuchaty dzban, dzbany takie modne były w prewiktoriańskich czasach. 

Narodził   się   za   panowania   Jerzego   Czwartego.   Miał   odtrącony   dziobek,   był   pęknięty. 
Ozdobiony   był   złoconymi   ornamentami,   brunatnymi   i   zielonymi   liśćmi   oraz   błękitnymi 
różami. Z jednej strony biesiadowało dwóch majtków, nad którymi powiewały flaga angielska 
i flaga brytyjska, a którzy niewątpliwie zajrzeli do szklanicy i rozweseleni śpiewali. Słowa te 
widniały nad ich głowami.

Ani na morzu, ani na lądzie,
Niestraszny nam burzy czas.
Wypijmy, bracia, za zdrowie dziewczyn,
Które kochają nas.

Z drugiej strony dzbana umieszczono wiersz Byrona.

Po nas łzy płyną, krótkie, ale szczere,
Gdy nas w swe głębie ocean zabierze.
Nam ku czci nawet w biesiadniczym kole
Puchar pamięci zaiskrzy na stole.
Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męstwa,

background image

Gdy pozostali dzieląc łup zwycięstwa,
Wspomną poległych i rzekną ze łzami:
Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami

*

.

Rachela   Penhallow   poczuła,   że   po   twarzy   spływają   jej   łzy.   Ten   wiersz   był   naprawdę 

proroczy.

Na środku dzbana tuż pod obtłuczonym dziobkiem widniało nazwisko i data: Harriet Dark, 

Aldboro, 1826 rok, a wokół różowo — zielony wianuszek przewiązany wstążką. Dzban pełen 
był zasuszonych płatków róży i cały pokój wypełnił się słodkim staroświeckim zapachem 
przywodzącym na myśl ową niegdysiejszą miłość.

Wszyscy ulegli wzruszeniu. Joscelyn i Hugon spojrzeli na siebie, Małgorzata Penhallow 

przez sekundę poczuła się znów młoda, Wirginia kurczowo uczepiła się dłoni Donny, Thora 
Dark poruszyła się niespokojnie, a na twarzy Lawsona Darka pojawił się dziwny wyraz. Wuj 
Pyszniak zauważył to i zadrżał. Czyżby Lawson nareszcie sobie coś przypomniał?

Nawet Jan Topielec przypomniał sobie, jaka śliczna była Janka, kiedy się do niej zalecał. 

Co za szkoda, że nikt nie może pozostać młodym!

Wszyscy   obecni   znali   romantyczną   przeszłość   dzbana   Darków.   Harriet   Dark, 

spoczywająca   już   od   stu   lat   na   malowniczym   cmentarzu   angielskim,   w   1826   roku   była 
szczuplutką   jasnowłosą   dziewczyną   z   wielkimi   szarymi   oczyma,   zakochaną   w   dzielnym 
kapitanie.   A   ów   kapitan   popłynął   do   Amsterdamu   i   zamówił   tam   dzban   na   prezent 
urodzinowy dla umiłowanej Harriet, jako że w tamtych czasach moda nakazywała ofiarować 
wybrance swego serca taki właśnie brzuchaty dzban.

W drodze powrotnej kapitan utonął. Dzban odesłano nieszczęsnej Harriet, której ta śmierć 

złamała serce. Mówią, że sto lat temu zdarzały się złamane serca. W rok później pochowano 
niepocieszoną Harriet na cmentarzu w Aldboro, a dzban odziedziczyła jej siostra Sara Dark, 
która wyszła za swego kuzyna Roberta Penhallowa. Sara musiała być praktyczną osóbką i w 
dzbanie przechowywała dżem z czarnej porzeczki, który był jej specjalnością.

W sześć lat później Robert Penhallow zdecydował się emigrować do Kanady; jego żona 

zabrała ze sobą dzban z dżemem. Podróż była długa i burzliwa, dżem zjedzono, a dzban pękł 
na trzy części. Ale Sara Penhallow była zaradną kobietką i kiedy już urządziła się w nowym 
domu,  naprawiła  dzban  ołowiem.  Nie wyglądało  to zbyt  artystycznie,  okazało  się  jednak 
trwałe.   Niemniej   do   dziś   dnia   widać   było   na   stwardniałym   białym   ołowiu   ślady   linii 
papilarnych przedsiębiorczej Sary.

Odtąd przez wiele lat dzban stał w mleczarni Sary Penhallow  pełen zebranej z mleka 

śmietanki. Na łożu śmierci Sara przekazała go swojej córce Racheli, która poślubiła Tomasza 
Penhallowa. A Rachela zostawiła go swojemu synowi Teodorowi.

To wtedy dzban zaawansował do roli skarbu rodzinnego i przestano się nim posługiwać w 

gospodarstwie.

W   domu.   ciotki   Becky   stał   w   serwantce   z   porcelaną   i   przy   okazji   każdego   zebrania 

rodzinnego pokazywano go wszystkim i opowiadano jego historię. Utrzymywano, że jakiś 
kolekcjoner chciał go odkupić za bajońską sumę. Ale żaden Dark ani żaden Penhallow nie 
sprzedałby tego rodzinnego bożka. Musi on pozostać w rodzinie.

Komu przekaże go ciotka Becky? Wszyscy obecni zadawali sobie to pytanie. Tylko ona 

znała odpowiedź i nie spieszyła się z udzieleniem jej. Był to ostatni bankiet ciotki Becky i 
zamierzała   wiele   powiedzieć   i   wiele   zrobić,   nim   poruszy   sprawę   dzbana.   Miała   zamiar 
rozkoszować   się   każdą   chwilą   napiętego   wyczekiwania   zebranych.   Wiedziała,   że   to,   co 
postanowiła, poróżni wszystkich, i żałowała, że nie pożyje dość długo, by móc się przyglądać 
potyczkom.  Jak  tym  wszystkim   babom  oczy  wyłażą  z  głowy!  Ciotka   Becky  wybuchnęła 
śmiechem i śmiała się tak, że aż zaczęło się trząść łóżko.

* Wiersz George’a Byrona (1788–1824) pt. Korsarz, tłum. Antoni Edward Odyniec.

background image

— Uważam — zaczęła wreszcie, ocierając łzy — że tak poważne zebranie powinno się 

rozpocząć modlitwą.

Zrobiło   to   piorunujące   wrażenie.   Jednej   jedynej   ciotce   Becky   mogło   coś   podobnego 

strzelić do głowy. Wszyscy spojrzeli po sobie, a potem utkwili wzrok w Dawidzie Darku, 
który  był  jedynym   członkiem  klanu  zdolnym   do wygłoszenia  improwizowanej  modlitwy. 
Zwykle   Dawid   Dark   chętnie   podejmował   się   takiego   zadania,   dziś   jednak   był   zupełnie 
nieprzygotowany.

— Dawidzie!   —   zwróciła   się   do   niego   nieubłaganym   tonem   ciotka   Becky.   —   Z 

przykrością muszę stwierdzić, że nasza rodzina nie kwapi się do padania na klęczki. Muszę 
cię prosić, byś ocalił jej reputację. Żona Dawida spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. 
Bardzo szczyciła się talentem męża do wygłaszania modlitw. I z tego powodu skłonna była 
wybaczyć  mu wiele rzeczy.  Nawet to, że kazał rodzinie kłaść się spać już o siódmej, by 
oszczędzać   naftę,   i   po   zjedzeniu   ciasta   oblizywał   palce.   Mogła   się   chlubić   tylko   jego 
modlitwami i drżała, że gotów jest odmówić.

Nieszczęsny Dawid nie miał  takiego zamiaru, choć wzdrygał się przed tym  zadaniem. 

Gdyby odmówił, zraziłby do siebie ciotkę Becky i mógł się pożegnać z nadzieją otrzymania 
dzbana.

Odchrząknął i wstał. Wszyscy uklękli. Kiedy tubalny głos Dawida dotarł na werandę, obaj 

Samowie zdali sobie sprawę, co się dzieje, i wyjęli z ust fajki. Modlitwa Dawida nie była 
może na najwyższym  poziomie, jak to ze smutkiem musiała stwierdzić żona, przemawiał 
jednak   dość   elokwentnie   i   wziął   pod   uwagę   wszystkie   okoliczności,   toteż   poczuł   się 
skrzywdzony, gdy usłyszawszy „Amen” ciotka Becky zauważyła cierpko:

— Nie, Dawidzie, informowanie Pana Boga to nie modlitwa. Lepiej by było zdać się na 

Jego wyobraźnię. Cóż, pewnie inaczej nie potrafisz. Dziękuję ci. A propos, czy pamiętasz, jak 
czterdzieści   lat   temu   wprowadziłeś   do   podziemi   kościoła   tego   czarnego   barana   Aarona 
Darka?

Dawid   zrobił   niemądrą   minę,   a   pani   Dawidowa   oburzyła   się.   Niemniej   udało   im   się 

uśmiechnąć. Nie należało tracić szansy na otrzymanie dzbana.

W tym momencie Gaja pomyślała, że Noel już na pewno wychodzi z banku.
— Zastanawiam się czasem — zauważyła ciotka Becky — kim był pierwszy człowiek, 

który odmówił modlitwę. I o co się modlił. I ileż to modlitw wzniesiono do Boga od tamtego 
czasu.

— I ilu Pan Bóg raczył  wysłuchać  — dorzuciła  z rozgoryczeniem  Naomi  Dark, która 

pierwszy raz zabrała głos.

— Może   William   Y.   potrafi   nam   na   to   odpowiedzieć?   —   zachichotał   złośliwie   wuj 

Pyszniak. — O ile wiem, prowadzi ścisłą ewidencję swoich modlitw. No co, Williamie?

— Wypada mniej więcej pół na pół — odpowiedział poważnie William Y. nie rozumiejąc, 

czemu wszyscy zaczęli się śmiać. — Muszę jednak wyznać — dorzucił — że niekiedy Bóg 
udzielił mi dość dziwacznych odpowiedzi.

Dawid odmawiając modlitwę zrobił sobie śmiertelnego wroga z Ambrożyny Winkworth, 

gdyż nazwał ją „sędziwą służebnicą Pańską” i teraz Ambrożyna patrzyła na niego groźnym 
wzrokiem.

— Sędziwa… sędziwa… — pomrukiwała pod nosem. — Mam zaledwie siedemdziesiąt 

dwa lata… to jeszcze nie starość…

— Cicho, Ambrożyno — powiedziała władczo ciotka Becky. — Od dawna już nie jesteś 

młoda. Podłóż mi pod głowę jeszcze jedną poduszkę. Dziękuję. Teraz zabawię się odczytując 
mój   testament.   Napisałam   też   własny   nekrolog   i   nie   ukrywam,   że   sprawiło   mi   to   dużo 
przyjemności. Kamilla obiecała, że dopilnuje, by został wydrukowany bez żadnych zmian. 
Zdarzało mi się w życiu czytać potwornie głupie nekrologi. Posłuchajcie mojego.

Ciotka Becky wyjęła spod poduszki złożoną w czworo kartkę papieru.

background image

— Żałoba   nie   okryła   mieszkańców   Indiańskiego   Potoku,   Trzech   Wzgórzy,   Różanego 

Potoku i Srebrnej Zatoki, kiedy rozeszła się wieść o śmierci pani Teodorowej Dark — zwanej 
ogólnie   nie   tyle   z   serdeczności,   ile   z   przyzwyczajenia   ciotką   Becky   —   która   w   wieku 
osiemdziesięciu pięciu lat zmarła dnia… 
— tu odpowiednia data.

— Zwróćcie uwagę — przerwała czytanie ciotka Becky — że napisałam „zmarła”. Nie 

zamierzam „przenosić się do wieczności”, „znikać z tego padołu łez” ani „oddawać duszy 
Panu”. Zamierzam po prostu umrzeć.

— Wszyscy zainteresowani uważali, że tak stara dama powinna umrzeć już dawno temu. 

Życie jej pozbawione było blasku, ale długie i czcigodne. Przeżyła niemal wszystko, co może 
przeżyć kobieta, pochowała męża i dzieci oraz wszystkie osoby, którym była bliska. Nie ma  
zatem   powodu   do   udawania   smutku   i   żalu.   Pogrzeb   miał   miejsce  
—   tu   należy   wstawić 
odpowiednią   datę   —  wyprowadzenie   zwłok   nastąpiło   z   domu   panny   Kamilli   Jackson   w 
Indiańskim   Potoku.   Zgodnie   z   życzeniem   ciotki   Becky   pogrzeb   odbył   się   w   pogodnej 
atmosferze, organizacją zajął się pan Henryk Trent, grabarz z Różanego Potoku.

— Henryk nigdy nie wybaczy mi, że nie nazwałam go przedsiębiorcą pogrzebowym — 

zauważyła ciotka Becky. — Ładny mi przedsiębiorca. Ale umie naprawdę sprawnie urządzić 
pogrzeb, więc go wybrałam, żeby mnie pochował.

— Na wyraźne życzenie zmarłej nie było kwiatów — nie chcę tych ohydnych wieńców w 

kształcie poduszki czy krzyża. Ale jeśli ktoś zechce przynieść wiązankę kwiatów z własnego 
ogródka,   to   bardzo   proszę.   —  Nabożeństwo   żałobne   zostało   odprawione   przez   pastora 
Trackleya z Różanego Potoku. Trumnę nieśli Hugon Dark, Robert Dark — 
uważaj, Dandysie, 
żebyś się nie potknął tak jak na pogrzebie Sabiny. Ależ ta biedaczka musiała podskoczyć w 
trumnie! — Palmer Dark, Homer Penhallow — ustawcie ich z dwóch stron trumny, żeby nie 
zaczęli się kłócić —  Murray Dark, Roger Penhallow, Dawid Dark i Jan Penhallow —  Jan 
Topielec, nie tamten afektowany pajac ze Srebrnej Zatoki — któremu udało się w ciągu całej 
uroczystości ani razu nie zakląć, choć klął podczas pogrzebu własnego ojca.

— Nieprawda!   —   wrzasnął   zrywając   się   na   nogi   Jan   Topielec.   —   I   niech   ciotka   nie 

ośmieli się publikować takich bzdur w tym cholernym nekrologu. Ja… Ja…

— Usiądź, Janie, usiądź spokojnie. Nie, tego w nekrologu nie będzie, teraz to dodałam, 

żeby cię trochę rozruszać.

— Nie kląłem na pogrzebie ojca — szepnął siadając, wciąż rozwścieczony Topielec.
— Widać   się   pomyliłam   i   było   to   na   pogrzebie   twojej   matki.   I   nie   przerywaj   mi. 

Uprzejmość nic nie kosztuje, jak powiedział pewien Szkot.  Ciotka Becky urodziła się jako 
prezbiterianka, żyła jako prezbiterianka i jako prezbiterianka umarła. Teodor Dark należał 
do ludzi o trudnym charakterze, ale była dla niego tak dobrą żoną, jak na to zasługiwał. 
Można ją też nazwać dobrą sąsiadką, nie kłóciła się częściej niż inne kobiety z naszej rodziny.  
Umiała dobrać się ludziom do skóry, nie cieszyła się więc zbytnią popularnością.

Rzadko cierpiała w milczeniu, łatwo wpadała w złość, a w miarę upływu lat jej charakter 

się pogarszał. Zachowywała się zawsze obyczajnie, choć czasem wolałaby inaczej. Niemal  
zawsze mówiła prawdę, co zwykle przynosiło dobre skutki, czasem jednakże złe. Niemniej  
potrafiła bez wyrzutów sumienia skłamać, kiedy zadawano jej wścibskie pytania.

W   przystępie   oburzenia   potrafiła   zakląć,   umiała   też   bez   zmrużenia   oka   wysłuchać  

ryzykownej historyjki, nigdy jednak nie uważała, żeby sprośne słowa były dowcipne. Płaciła  
długi, regularnie uczęszczała do kościoła, lubiła płotki i interesowała się cudzymi sprawami. 
Nie
 pożerała pocałunkami każdego napotkanego malucha, ale dla własnych dzieci była dobrą  
matką.   Tak   jak   wszystkie   kobiety   marzyła   o   swobodzie,   miała   jednak   dość   rozsądku,   by  
uprzytomnić sobie, że prawdziwa wolność należy na tym świecie do rzeczy nieosiągalnych i 
szczęśliwi są ci, którzy potrafią znaleźć odpowiednie więzy. Niekiedy bywała chciwa, skąpa i 
podstępna. Ale potrafiła być także wspaniałomyślna i niesamolubna. Krótko mówiąc była  
taka jak wszyscy, tyle że żyła dłużej niż większość ludzi.

background image

— To   by   było   na   tyle   —   oświadczyła   ciotka   Becky   chowając   kartkę   pod   poduszkę, 

zadowolona   z   wywołanego   efektu.   —   Pewnie   zauważyliście,   że   ani   razu   nie   użyłam 
wyrażenia „droga nieboszczka” czy „nieodżałowana pani Dark”.

— Wielki  Boże  —  szepnął  wuj   Pyszniak.  —  Czy  zdarzyło  Ci  się  już  coś  podobnego 

usłyszeć?

Wszyscy   poza   nim   milczeli   zmrożeni   aż   do   szpiku   kości.   Czyżby   ten   przerażający 

dokument miał się ukazać w gazecie? Nie, nie może, choćby w tym celu należało zamordować 
Kamillę Jackson. Przecież ludzie gotowi pomyśleć, że napisał to ktoś z żyjących członków 
klanu!

Tymczasem   ciotka   Becky   wyciągnęła   następną   kartkę   i   wszyscy   Darkowie   i 

Penhallowowie stłumili oburzenie i nadstawili uszu. Kto otrzyma dzban? Nim to nie zostanie 
rozstrzygnięte, lepiej nie wtrącać się do nekrologu.

Ciotka Becky rozłożyła arkusik papieru i poprawiła na zakrzywionym nosie sowie okulary.
— Kapitalik  mój  zapisuję  w  dożywocie  Kamilli   Jackson,  a  po jej   śmierci  otrzyma   go 

szpital w Charlottetown.

Ciotka Becky bacznie przyjrzała się zebranym. Ale nikt nie okazał niezadowolenia. Trzeba 

przyznać klanowi, że żaden z jego członków nie odznaczał się chciwością. Nie zazdroszczono 
więc Kamilli Jackson tego legatu. Pieniądze każdy mógł i powinien sam zarobić, co innego 
rodzinny   skarb.   Co   by  to   było,   gdyby   ciotka   Becky   zostawiła   go   komuś   obcemu?   Albo 
zapisała jakiemuś muzeum? Była do tego zdolna! William Y. Penhallow zanotował w myśli, 
że gdyby do tego doszło, uda się do swego prawnika.

— Najpierw należy zapłacić wszystkie rachunki i przygotować grób. Nalegam, żeby grób 

nie był płaski. Zapamiętaj to sobie, Artemasie.

Artemas Dark niechętnie skinął głową. Był stróżem cmentarnym w Różanym Potoku i 

wiedział, że narazi się na utarczki z zarządem cmentarza. Ciężko będzie utrzymać taki grób w 
porządku. Jak kosić trawę? Ciotka Becky musiała odgadnąć, co on myśli, bo oświadczyła:

— Nie życzę sobie, żeby jeździła po mnie kosiarka. Będziesz przycinał trawę nożycami. 

Zostawiam też dyspozycje co do nagrobka. Ma być równie duży jak inne. I proszę, żeby mnie 
do trumny owinąć w mój koronkowy szal. Nic więcej nie chcę ze sobą zabrać. Otrzymałam 
go   od   Teodora   po   urodzeniu   Ronalda.   Czasem   Teodor   zachowywał   się   naprawdę   na 
poziomie. Szal jest jak nowy.  Leży owinięty w folię na dnie trzeciej szuflady w biurku. 
Zapamiętaj to sobie, Kamillo.

Kamilla   skinęła   głową.   Na   twarzy   pani   Cliffordowej   Penhallow   pojawiło   się 

niezadowolenie. Marzyła o tym szalu, wiedząc, że nie ma szansy otrzymać dzbana. Mówiono, 
że Teodor Dark zapłacił za ten szal dwieście dolarów. Pomyśleć, że ktoś chce pogrzebać całe 
dwieście dolarów!

Pani Toynbee’owa Dark całe popołudnie czekała na okazję, by się rozpłakać, uznała więc, 

że zasługuje na to wzmianka o narodzinach syna ciotki Becky, który zmarł już sześćdziesiąt 
lat temu, i wyjęła chusteczkę. Ale dostrzegła to ciotka Becky.

— Nie, Alicjo, nie zaczynaj jeszcze płakać. Chciałabym cię o coś spytać. Od dawna się 

nad tym zastanawiałam i na pewno nie będę już mieć innej okazji. Powiedz mi, którego z 
twoich   mężów   najbardziej   lubiłaś,   Mortona   Darka,   Edgara   Penhallowa   czy   Toynbee’ego 
Darka?

Pani Toynbee’owa wsunęła chusteczkę z powrotem do torebki i zamknęła ją ze złością.
— Byłam głęboko przywiązana do wszystkich moich małżonków. Ciotka Becky pokręciła 

głową.

— I   nie   uważasz,   że   przesadziłaś   z   tą   ilością   mężów?   Trzech!   A   biednej   Mercy   i 

Małgorzacie nie trafił się nawet jeden.

Mercy pomyślała z goryczą, że gdyby użyła metod Alicji Dark, także by mogła zdobyć 

paru mężów. Małgorzata zaś zarumieniła się i zrobiła żałosną minę. Dlaczego ta okrutna 

background image

ciotka Becky musi ją wystawiać na pośmiewisko?

— Wszystko, co posiadam, rozdzieliłam między was — ciągnęła. — Przykro jest umierać i 

rozstawać się z ulubionymi przedmiotami. Ale nie chcę, żebyście się o nie wykłócali, nim ja 
jeszcze ostygnę w grobie. Zatem wszystko zostało wymienione czarno na białym. Zaraz to 
odczytam. Chcę tylko podkreślić, że skoro komuś z was coś zapisuję, nie umniejsza to jego 
szansy otrzymania dzbana.

Ciotka Becky zdjęła okulary, przetarła je, z powrotem włożyła na nos i napiła się wody. 

Zniecierpliwiony   Jan   Topielec   niemal   jęknął.   Diabli   wiedzą,   ile   to   jeszcze   potrwa,   nim 
przyjdzie kolej na dzban. Nie zależało mu na innych cackach.

— Pani   Denzilowa   Penhallow   otrzyma   moje   świeczniki   z   różowej   porcelany.   Wiem, 

Marto, że się ucieszysz. Wiele razy napomykałaś, jak ci się one podobają.

Pani Denzilowa, owszem, marzyła o świecznikach, ale o tych starych pięknych srebrnych 

świecznikach z czasów panowania króla Jerzego. A tu otrzymuje porcelanowe okropieństwa 
koloru cyklamenowego, oplecione czarnym ornamentem wyglądającym jak robak. Niemniej 
próbowała  zrobić  zadowoloną  minę,  żeby nie  stracić  szansy na dzban.  Denzil  się  jednak 
skrzywił i ciotka Becky to zauważyła. Ten pompatyczny stary Denzil! Już ona mu pokaże.

— Nie mogę zapomnieć, jak Denzil, kiedy miał pięć lat, przyszedł do mnie z matką i 

napadł na niego nasz indyk. Pewnie uważał, że na jego podwórku nikt inny nie ma prawa się 
panoszyć. Pamiętasz, Denzilu, jak uciekałeś z wrzaskiem? Jakby cię gonił diabeł. Ile razy 
widzę, jak kroczysz kościelną nawą, muszę o tym myśleć.

Cóż, należało znieść ten atak z pogodną miną. Denzil odchrząknął i zrobił pogodną minę.
— Nie mam biżuterii. Tylko dwa pierścionki. Ten z opalem dostanie Wirginia Powell. 

Mówią, że opal przynosi pecha, ale ty, Wirginio, jesteś zbyt  nowoczesna, żeby zaprzątać 
sobie   głowę   starymi   przesądami.   Jakkolwiek   muszę   przyznać,   że   mnie  nie  przyniósł 
szczęścia.

Wirginia usiłowała zrobić uszczęśliwioną minę, choć marzyła o chińskim parawanie. Za to 

nie przejęła się ewentualnym pechem. Jej życie już się skończyło. Nikt nie pozazdrościł jej 
opalu, ale kiedy ciotka Becky wspomniała o pierścionkach, wszyscy nadstawili ucha. Kto 
dostanie pierścionek z brylantem? Był on piękny i kosztował ładnych paręset dolarów.

— Pierścionek z brylantem przeznaczam dla Ambrożyny Winkworth.
Połowie obecnych nie udało się powstrzymać westchnienia rozczarowania. Co za skandal! 

Ambrożyna Winkworth nie ma do tego pierścionka najmniejszego prawa. I na co zda się on 
starej pokrzywionej służącej? Ciotka Becky musi jednak cierpieć na uwiąd starczy.

— Weź  go, Ambrożyno  — powiedziała  ciotka  Becky zdejmując  pierścionek  z palca  i 

wręczając go drżącej z przejęcia Ambrożynie. — Wolę ci go od razu dać, żeby potem nie 
było żadnych nieporozumień. Włóż go na palec.

Ambrożyna posłusznie to zrobiła. Jej pomarszczona twarz promieniała radością. Spełniło 

się   jej   najgorętsze   marzenie.   Przez   całe   życie,   które   Ambrożyna   spędziła   w   cudzych 
kuchniach, śniła o pierścionku z brylantem. Ale nigdy nie miała nadziei, że ten sen się spełni. 
A oto na jej palcu zabłysł jak gwiazda piękny brylant. Ambrożyna poczuła się szczęśliwa, nie 
żądała już od losu niczego więcej.

Możliwe, że ciotka Becky znała to marzenie. Ale niewykluczone, że wręczyła pierścionek 

Ambrożynie tylko po to, by zrobić klanowi na złość. I to jej się udało. Zwłaszcza wściekła 
była Nan Penhallow. To ona powinna była dostać ten pierścionek! Zresztą tak samo uważała 
Tekla   Penhallow.   Obojętnie,   a   nawet   z   lekkim   rozbawieniem   przyjęły   to   Joscelyn,   która 
kiedyś  taki pierścionek miała, Donna, która miała go nadal, i Gaja, która była pewna, że 
wkrótce go otrzyma.

Ciotka Becky, chichocząc pod nosem, wzięła znów do ręki testament i przydzieliła pani 

Cliffordowej chiński parawan.

„Na co mi ten jej stary parawan?” — pomyślała pani Cliffordowa, bliska łez.

background image

Jedynie   Małgorzacie   Penhallow   nikt   nie   zazdrościł.   Przypadła   jej   w   udziale   stara 

zniszczona   książka  Wędrówki   Pielgrzyma.  Okładka   była   pozszywana,   kartki   pożółkły. 
Człowiek bał się jej dotknąć, by nie rozsypała się w proch. Książkę tę, z bliżej nieznanych 
powodów, bardzo cenił Teodor Dark. Po jego śmierci ciotka Becky włożyła ją do skrzyni na 
strychu, gdzie zapleśniała i pokryła się kurzem. Małgorzata jednak nie była rozczarowana. 
Ona nie oczekiwała niczego.

— Mój zielony półmisek otrzyma Rachela Penhallow — ogłosiła 

*

ciotka Becky.

Długa twarz Racheli jeszcze się wydłużyła. Miała ochotę na łyżki z apostołami. Łyżki te 

jednak — ku swemu zdziwieniu i zachwytowi — otrzymała Gaja. Były takie niezwykłe i 
śliczne! Będą wspaniale pasowały do wymarzonego domu, który w jej wyobraźni nabierał 
właśnie konkretnych kształtów.

Ciotka   Becky   spojrzała   na   rozpromienioną   twarz   Gai   życzliwszym   niż   dotychczas 

wzrokiem i przekazała swój serwis pani Howardowej Penhallow ubiegającej się w myślach o 
kredens chippendale.

— To mój ślubny prezent — wyjaśniła ciotka Becky. — Brak tylko jednej sztuki. Kiedyś 

podczas kolacji Teodor w ferworze kłótni walnął pięścią w pokrywkę wazy. Aleja i tak byłam 
w tej kłótni górą. Emilio, dla ciebie przeznaczyłam łóżko.

Pani Emilia Frost z domu Dark, miła niepozorna osóbka, która też marzyła o łyżkach, 

usiłowała   zrobić   zachwyconą   minę,   choć   łóżko   to   było   zbyt   wielkie,   by   zmieścić   się   w 
którymś z jej pokoików. Łóżka tego pragnęła pani Alfonsowa Penhallow, ale jej przypadł w 
udziale kredens.

Donna Dark ucieszyła się ze starej salaterki na jaja w kształcie kolorowej porcelanowej 

kury   siedzącej   na   żółtym   porcelanowym   gnieździe,   gdyż   jako   dziecko   zawsze   się   nią 
zachwycała. Joscelyn Dark otrzymała mahoniowy stół na lwich łapach, do którego zgłaszała 
pretensje pani Palmerowa Dark, a Roger Dark — srebrne świeczniki i wieczystą nienawiść 
pani Denzilowej.

Piękna stara szafa biblioteczna z czasów królowej Anny dostała się Murrayowi Darkowi, 

który   nigdy   nie   czytał,   a   Hugonowi   Darkowi   —   stara   szklana   klepsydra   z   początku 
osiemnastego wieku. Hugon zastanawiał się, co z niej przyjdzie człowiekowi, dla którego 
czas zatrzymał się już przed dziesięciu laty. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, jak długo może 
trwać jedna godzina, ile się w ciągu takiej godziny może zdarzyć.

— Crosby, ty dostaniesz moją kryształową karafkę do whisky. Z żalem muszę stwierdzić, 

że już od wielu lat whisky nie oglądała. Ale tobie w nocy zawsze się chce pić, więc ci się 
przyda do wody. Kiedyś się nią zachwycałeś.

Stary Crosby Penhallow drzemał, ale się rozbudził i ucieszył. Niczego nie oczekiwał. Jak 

to ładnie ze strony Becky,  że o nim nie zapomniała.  Cóż, znali się od czasów wczesnej 
młodości.

Ciotka Becky przyjrzała mu się — gładka świecąca łysa czaszka, zapadłe błękitne oczy, 

bezzębne usta. Stary Crosby nie uznawał sztucznej szczęki. Ale mimo to nie był brzydki — 
wręcz przeciwnie, był pięknym starcem.

— Mam ochotę coś ci wyznać — ciągnęła ciotka Becky. — Nigdy o tym nie wiedziałeś, 

nikt o tym nie wiedział, ale byłeś jedynym mężczyzną, jakiego w życiu kochałam.

Oświadczenie to wywołało zrozumiałą sensację. Minione namiętności śmieszą i wszyscy 

mieli ochotę się roześmiać, jednakże nikt się nie ośmielił. Crosby zarumienił się. Czyżby ta 
stara   Becky   chciała   sobie   z   niego   zakpić?   A   jeśli   nawet   nie,   to   i   tak   wystawiła   go   na 
pośmiewisko!

— Szalałam za tobą — kontynuowała z rozmarzeniem ciotka Becky. — Sama nie wiem 

dlaczego. Sześćdziesiąt lat temu byłeś wprawdzie tak piękny, jak nie powinien być piękny 
żaden mężczyzna, ale rozumu to nie miałeś. Niemniej ciebie właśnie upodobało sobie moje 

* Chippendale — styl meblarski z XVIII w.

background image

serce. A ty nawet na mnie  nie spojrzałeś. Ożeniłeś  się z Anetką Dark, a ja wyszłam  za 
Teodora. Nikt sobie nie może wyobrazić, jak nienawidziłam go w dzień ślubu. A potem się do 
niego  przywiązałam.  Takie  jest  życie  —  choć   te  trzy  romantyczne  gąski,   Gaja,  Donna  i 
Wirginia uważają, że mówię herezje. Z czasem o tobie zapomniałam, choć jeszcze przez 
wiele lat zaczynało mi bić serce, kiedy widziałam, jak kroczysz kościelną nawą, a za tobą ta 
twoja potulna Anetka. Wiele dreszczy wzruszenia przeżyłam dzięki tobie, więcej pewnie, niż 
gdybyśmy się byli pobrali. I Teodor był na pewno odpowiedniejszym dla mnie mężem — 
miał poczucie humoru. Już dawno przestałam żałować, że mnie nie pokochałeś, choć przez 
tyle lat o tym marzyłam. Ileż to nocy nie przespałam myśląc o tobie — a koło mnie chrapał 
Teodor. Nie wiem dlaczego, ale zawsze chciałam, żebyś się o tym dowiedział, no i wreszcie 
zebrałam się na odwagę.

Stary   Crosby   otarł   czoło   chusteczką.   Erazm   do   końca   życia   nie   pozwoli   mu   o   tym 

zapomnieć! A co będzie, jeśli ta historia trafi do gazet?! Gdyby mógł przypuścić, że coś 
takiego mu się wydarzy, nigdy nie przyszedłby na ten bankiet. Spojrzał na dzban, tak, to jego 
wina, niech go dunder świśnie!

— Zaczynam się zastanawiać, ilu z nas wyjdzie stąd z życiem? — szepnął Stanton Grundy 

do wuja Pyszniaka.

Tymczasem ciotka Becky zwróciła się już do Ptysia Darka i obdarowała go buteleczką 

wody z Jordanu.

„Po cholerę mi woda z Jordanu?” — pomyślał Ptyś i pewnie widać to było na jego twarzy, 

gdyż ciotka Becky groźnie się uśmiechnęła.

— Pamiętasz,   Ptysiu,   jak   po   śmierci   żony   Roba   Dufferina   złożyłeś   mu   wyrazy 

dziękczynienia?

Rozległ się chóralny śmiech, a śmiech Jana Topielca zabrzmiał jak trzęsienie ziemi. Ptyś 

znów zaklął w myślach. Żeby takie drobne przejęzyczenie wlokło się za człowiekiem całe 
życie! Był zdenerwowany przemawiając publicznie i zamiast powiedzieć: „składam wyrazy 
kondolencji”, pomylił się i rzekł: „wyrazy dziękczynienia”. No i co z tego? I żeby ośmieliła 
się wypomnieć mu to ciotka Beckz ta rozpustnica, która przed chwilą przyznała się, że całe 
życie kochała człowieka, który nie był jej mężem!

Mercy Penhallow westchnęła. Ona ucieszyłaby się z tej buteleczki. Rachela Penhallow też 

miała   wodę   z   Jordanu   i   Mercy   zazdrościła   jej   tego   całe   życie.   Ciotka   Becky   usłyszała 
westchnienie i spojrzała na Mercy.

— Mercy — powiedziała zupełnie nie a propos — pamiętasz, jak przyniosłaś placek na 

srebrne wesele Staną Penhallowa, kiedy już wszyscy dawno byli po kolacji?

Ale Mercy nie bała się ciotki Becky. Ona też nie dawała sobie dmuchać w kaszę.
— Owszem, pamiętam. A czy ciocia pamięta, jak wkrótce po ślubie podała ciocia do stołu 

nie wypatroszonego kurczaka?

Nikt nie ośmielił się roześmiać, ale wszyscy uradowali się zuchwałością Mercy. A ciotka 

Becky wcale niezrażona skinęła głową.

— O tak! I pamiętam, jak cuchnął. A mieliśmy na kolacji gości. Teodor chyba do końca 

życia mi tego nie wybaczył. Myślałam, że już wszyscy o tym zapomnieli. Okazuje się, że w 
rodzinie niczego się nigdy nie zapomina. Punkt dla ciebie, Mercy, ale muszę się za to na kimś 
odegrać. Skoro Mercy rozpoczęła wspominki, to chciałabym się dowiedzieć, Juniuszu, czy 
pamiętasz, jak upiłeś się w dzień swego ślubu?

Juniusz Penhallow spurpurowiał, ale nie mógł temu zaprzeczyć.  I mając u boku panią 

Juniuszową nie mógł tłumaczyć, że rankiem w dzień ślubu ogarnął go blady strach i gdyby się 
nie upił, nie miałby odwagi wyjść z domu. Od tego czasu nigdy mu się to już nie zdarzyło, 
przykro więc było słuchać, że mu to ktoś po tylu latach wypomina, zwłaszcza teraz, kiedy jest 
członkiem rady kościelnej i zdecydowanym abstynentem.

— Nie mnie jednemu w naszej rodzinie zdarzyło się upić — mruknął zdesperowany, dzban 

background image

nie dzban.

— Co to, to prawda. Choćby Artemas. Czy pamiętasz, Artemasie, jak przyszedłeś kiedyś 

wieczorem do kościoła w nocnej koszuli?

Artemas, wysoki, grubokościsty rudy mężczyzna był wówczas zbyt pijany, żeby cokolwiek 

zapamiętać,   ale   ilekroć   mu   to  przypominano,   wybuchał   śmiechem.   Uważał   to   za   pyszny 
kawał.

— Powinniście się cieszyć, że miałem na sobie chociaż tę koszulę — zachichotał.
Pani Artemasowa najchętniej by umarła. Wydarzenie to, które tak śmieszyło jej męża, było 

tragedią jej życia. Nie zapomniała, nigdy nie zapomni tego upokorzenia. Żeby to chociaż była 
pidżama. Ale w tamtych czasach pidżam jeszcze nie znano.

Ciotka Becky zwróciła się do pani Konradowej Dark.
— Dla   ciebie   przeznaczyłam   srebrne   solniczki.   Matka   Alka   Darka   wręczyła   mi   je   w 

upominku ślubnym. Pamiętasz, jak kiedyś pokłóciłyście się z panią Cliffordową o Alka i ona 
cię spoliczkowała? I w końcu Alek nie ożenił się z żadną z was. No, no, nie denerwuj się. 
Było, minęło, tak jak mój romans z Crosbym.

„Nie było żadnego romansu!” — pomyślał wściekły Crosby.
— Pyszniak   otrzyma   zegar   mojego   dziadka.   Pani   Digby’owa   Dark   uważa,   że   to  ona 

powinna go odziedziczyć, gdyż dostałam go od jej ojca. O nie, Fanny. Nie zapomniałam, jak 
do książki, którą mi pożyczyłaś, wsunęłaś kościelną ulotkę. Nigdy ci nie wybaczyłam tej 
zniewagi. Podsuwać mi ulotkę — też coś!

— Bo nie byłaś członkiem naszego kościoła — szepnęła pani Digby’owa, bliska łez.
— Nie, i nadal nie jestem. Nie zgadzaliśmy się z Teodorem, do którego kościoła mamy 

należeć.  Ja  wolałam  kościół  w   Różanym   Potoku,   on  w  Srebrnej   Zatoce.  A   kiedy  zmarł, 
uznałam, że uchybiłabym jego pamięci wiążąc się z kościołem w Różanym Potoku. I byłam 
już za stara. Wychodzić za mąż i wstępować do wspólnoty kościelnej można tylko za młodu, 
inaczej jest to śmieszne. Byłam jednak równie dobrą chrześcijanką, co wy wszyscy… Naomi 
Dark!

Naomi, która wachlowała Lawsona, podskoczyła.
— Dostaniesz mój czajniczek Wedgwood

*

. Jest śliczny. I to jedyna rzecz, z którą ciężko 

mi się rozstać. Kupiła mi go za pierwszą pensję moja Leta. Pewnie mało kto z was pamięta 
Letę. Umarła czterdzieści lat temu. Gdyby żyła, miałaby już sześćdziesiąt, tyle co ty, Fanny.

Och,  wiem,   że  przyznajesz   się tylko  do  pięćdziesięciu.   Ale  byłyście  równieśniczkami. 

Dziwnie pomyśleć, że Leta mogłaby ukończyć sześćdziesiąt lat… Była taka młodzieńcza… 
Często zastanawiałam się, jakim cudem Teodor i ja mieliśmy taką  córkę… Nie, ona nie 
mogłaby żyć  jako sześćdziesięcioletnia baba — dlatego musiała umrzeć. Tak było lepiej. 
Strasznie   cierpiałam,   ale   chyba   cierpiałabym   jeszcze   bardziej,   widząc   postarzałą   Letę, 
pomarszczoną, siwą — moją śliczną Letę podobną pączkowi róży. Pamiętacie te jej złociste 
włosy — one żyły własnym  życiem.  Bądź dobra dla jej czajniczka, Naomi!  No cóż, oto 
wszystkie wartościowe przedmioty, jakie posiadam. Oczywiście, oprócz dzbana. Zmęczyłam 
się.   Muszę   chwilę   odpocząć.   Poproszę   was,   żebyście   przez   dziesięć   minut   milczeli   i 
zastanowili się nad odpowiedzią na pytanie, które pragnę wam zadać, to znaczy tym, którzy 
przekroczyli czterdziestkę. Kto z was, gdyby mógł, chciałby jeszcze raz przeżyć swoje życie?

* Wedgwood — marka porcelany angielskiej.

background image

X

Następny   kaprys   ciotki   Becky!   Ulegli   mu,   starając   się   nie   okazać   zniecierpliwienia. 

Dziesięciominutowe milczenie w pewnych okolicznościach zdaje się trwać sto lat.

Ciotka Becky leżała tak, jakby spała. Ambrożyna wpatrywała się z zachwytem w swój 

pierścionek z brylantem. Hugon rozmyślał o swojej poślubnej nocy. Małgorzata układała w 
myślach linijkę nowego poematu. Topielec uświadomił sobie, że cisną go nowe buty, i z 
niepokojem przypomniał sobie o prosiątkach, które tego ranka przyszły na świat. Powinien 
siedzieć w domu i otoczyć je czułą opieką. Wuj Pyszniak zastanawiał się z rozdrażnieniem, 
czemu   Grundy   ma   taką   rozbawioną   minę.   Dopiero   by   się   zgorszył,   gdyby   wiedział,   że 
Grundy   wyobraża   sobie,   iż   jest   Panem   Bogiem   i   zabawia   się   układając   na   nowo   życie 
obecnych. Murray Dark pożerał Thorę wzrokiem, a Thora zachowywała się jak gdyby nigdy 
nic. Gaja zaczęła w myśli wybierać dziewczynki, które będą sypać kwiatki. Tak, mała Julka 
Penhallow i Krysia Dark są miłe i kochane. Będą miały na sobie różowe sukienki i niosły 
koszyczki   z   różowymi   i   żółtymi   kwiatami,   w   zależności   od   pory  roku   będą   to   róże   lub 
chryzantemy. Palmer Dark wyobrażał sobie, z jaką rozkoszą kopnąłby Homera Penhallowa. 
Stary   Crosby   spał,   a   stary   Miller   kiwał   się   sennie.   Mercy   Penhallow   siedziała   sztywno 
wyprostowana i krytycznie usposobiona wobec całego świata. Wszyscy byli podenerwowani i 
napięci, toteż kiedy Juliusz Penhallow chrząknął, odebrali to jako świętokradztwo.

„Jeszcze dwie minuty, a zacznę wyć” — pomyślała Donna Dark. Poczuła nagle, że ma 

tego wszystkiego dość. Dosyć klanu i swojego monotonnego życia. Właściwie po co żyje? 
Czuła się jak niewyblakły prostokąt na ścianie, z której zdjęto obraz. Czy życie to tylko te 
głupie plotki i złośliwy śmiech? Siedzące w tym pokoju osoby gotowe są skoczyć sobie do 
gardła dla starego obtłuczonego dzbana i paru błyskotek. Zapomniała, że przychodząc tutaj 
też  marzyła  o dzbanie.  Z niepokojem  zaczęła  się zastanawiać,  czy w  jej  życiu  może  się 
jeszcze zdarzyć  coś ciekawego i przyjemnego. Nagle poczuła tę żyłkę podróżniczą, która 
kiedyś pokierowała życiem Topielca. Buntowniczo podniosła głowę. Prawdopodobnie cały jej 
niepokój był po prostu wynikiem dusznego powietrza. Ale zdarzył się w psychologicznym 
momencie.

Do siedzących na werandzie mężczyzn dotarła wreszcie cisza, która zapanowała w domu. 

Piotr  nigdy  się nie  wahał,  gdy  chciał   zaspokoić  swoją ciekawość,   wstał  więc  z  poręczy, 
podszedł do otwartego okna i zajrzał do środka. I zobaczył zniechęconą twarz Donny, która 
siedziała pod przeciwległym oknem. Szmaragdowy cień rosnącej za oknem wielkiej sosny 
pogłębiał blask podłużnych błękitnych oczu. Piotr oparł się o parapet, a Donna spojrzała w 
jego stronę. I nastąpił jeden z tych momentów, których nic nie jest w stanie wymazać z życia. 
Oczy ich się spotkały. Stało się.

Z   początku   ani   Donna,   ani   Piotr   nie   wiedzieli,  co  się   stało.   Piotr   wpatrywał   się   jak 

zahipnotyzowany. Kim jest ta tajemnicza ciemnowłosa piękność? Musi należeć do klanu, bo 
inaczej by się tutaj nie znalazła, ale nie potrafił jej usytuować. Zaraz, zaraz… coś mu się 
przypomniało… Stary kościółek w Różanym Potoku, on, dwunastoletni siedział w ławie ojca, 
a z drugiej strony nawy ośmioletnia dziewczynka, błękitnooka i czarnowłosa, siedzi w ławie 
Jana Topielca. Wiedział, że za to powinien jej nienawidzić i szkaradnie się wykrzywił. A 
dziewczynka roześmiała się! Tak jakby się tym świetnie ubawiła. Bezosobowa niechęć Piotra 
zmieniła się w konkretną nienawiść. I odtąd jej nienawidził, choć nigdy już nie zobaczył — aż 
do dziś.

I oto teraz patrzy na nią, siedzącą spokojnie z drugiej strony bawialni ciotki Becky. W tym 

momencie Piotr zrozumiał, co się z nim stało. Przestał być panem samego siebie — zamienił 
się w niewolnika tej bladej kobiety. Zakochał się w córce Jana Topielca, w znienawidzonej 
wdowie po Barrym Darku!

background image

Piotr poczuł zawrót głowy.  Ostatecznie rzadko się zdarza, żeby człowiek zajrzał przez 

okno i zobaczył kobietę, na którą podświadomie czekał całe życie. A jeszcze trudniej przyjąć 
do wiadomości, że kochasz tę, której nienawidziłeś. Człowiekowi robi się głupio. Piotr bał się 
wycofać na swoją poręcz, uginały się pod nim kolana. Wiedział — nie miał najmniejszych 
wątpliwości — że wieczorem nie wsiądzie w Trzech Wzgórzach do pociągu, przestała go — 
w każdym razie chwilowo — nęcić dżungla Amazonki. Miał ochotę wskoczyć przez okno, 
roztrącić   siedzących   i   porwać   Donnę   Dark,   zrywając   z   niej   te   idiotyczne   żałobne   szaty. 
Niewykluczone, że do tego by doszło — Piotr zwykł był robić to, na co w danej chwili miał 
ochotę, ale właśnie w tym momencie upłynęło dziesięć minut przymusowej ciszy i ciotka 
Becky otworzyła oczy.

Wszyscy westchnęli z ulgą i Piotr widząc, że na niego patrzą, wrócił na swoje miejsce, 

starając się zebrać myśli. No tak, zakochał się w Donnie Dark. Uświadomił sobie, że w tym 
celu właśnie los sprowadził go na bankiet ciotki Becky. Dobre nieba, ileż to lat zmarnował 
nienawidząc jej! Był ślepy i głupi! Teraz musi się z nią jak najszybciej ożenić. Na wszystko 
inne przyjdzie czas później. Nawet na uczucia Donny.

Donna sama nie wiedziała, co czuje. Nie uprzytomniła sobie tego tak szybko jak Piotr. 

Poznała go od razu. Czy tak dobrze zapamiętała tego bezczelnego chłopaka w kościele, czy 
też sprawiły to zdjęcia Piotra publikowane w gazetach? Choć były dość niepodobne i nie 
wyglądał na nich aż tak fascynująco. Piotr nie cierpiał, żeby go fotografowano i patrzył w 
obiektyw tak, jakby miał do czynienia ze śmiertelnym wrogiem.

Donna drżała z podniecenia, które ogarnęło ją na jego widok. Parę sekund wcześniej była 

tak znudzona i zniechęcona, że marzyła tylko, by mieć odwagę się otruć.

Była pewna, że Wirginia zauważyła jej wzburzenie. Pragnęła, by Piotr zniknął z okna, 

przestał się w nią wpatrywać. Wiedziała, że tego wieczoru ma wyjechać do Południowej 
Ameryki — słyszała, jak Nancy opowiadała o tym pani Homerowej. Donna dotknęła ręką 
gardła, miała wrażenie, że się dusi. Co się z nią stało? Kogo to może obchodzić, czy Piotr 
Penhallow   wybiera   się   do   Brazylii,   czy   do   Konga?   Przecież   nie   ją,   Donnę   Dark, 
niepocieszoną wdowę po nieodżałowanym Barrym. Ale obchodziło to tę oszalałą prymitywną 
istotę, która nagle zamieszkała w jej ciele i marzyła o jednym: podbiec do okna i rzucić się w 
ramiona Piotra. Kto wie, czy by do tego nie doszło, gdyby ciotka Becky nie otworzyła oczu i 
Piotr nie zniknął.

Donna westchnęła, ale ponieważ równocześnie wszyscy westchnęli z ulgą, uszło to ogólnej 

uwadze, zauważyła to jedynie Wirginia i ze współczuciem wzięła ją za rękę.

— Kochanie,   wszystko   widziałam.   Musiało   to   być   dla   ciebie   bardzo   przykre.   Ale 

wspaniale to zniosłaś!

— Co? — wyjąkała Donna.
— No jak to, przecież ten okropny Piotr Penhallow wpatrywał się w ciebie, a z jego oczu 

biła nienawiść.

— Nienawiść… myślisz, że on mnie rzeczywiście nienawidzi? — wykrztusiła Donna.
— No jasne. Przecież znienawidził cię, gdy wyszłaś za Barry’ego. Ale nic się nie martw, 

już cię to więcej nie spotka. On dziś wieczorem wyjeżdża znów na jakąś głupią wyprawę. 
Więc przestań się tym przejmować.

Czy Donna przejęła się? Trudno tak to nazwać, czuła jednak, że jeśli Piotr Penhallow bez 

słowa, bez spojrzenia odjedzie, to ona zwyczajnie umrze. Nie zniesie tego. Chętnie wypłynie 
z nim na nieznane morza, stawi czoło wszystkim ludożercom Afryki, tylko… Nie, chyba 
oszalała… Ciotka Becky coś mówi… Co ona mówi?

— Niech   każdy   powyżej   czterdziestki,   kto   chciałby   jeszcze   raz   przeżyć   własne   życie, 

podniesie rękę.

Rękę podniósł tylko Tempest Dark.
— O,   jaki   dzielny!   Czy   też   raczej   mam   cię   nazwać   szczęśliwym   człowiekiem?   — 

background image

sarkastycznie zapytała ciotka Becky.

— Szczęśliwym człowiekiem — lakonicznie odpowiedział Tempest. Przeżył z Winifredą 

piętnaście cudownych lat. I dałby wszystko, żeby to mogło wrócić.

— A ty, Donno? — spytała sentymentalnie Wirginia.
— O nie, nie! — Donna czuła, że nie zniosłaby po raz drugi nienawiści Piotra Penhallowa. 

Wirginia zdziwiła się i zasmuciła. Nie oczekiwała takiej odpowiedzi. Dotychczas świetnie się 
z Donną rozumiały — teraz coś je rozdzieliło. Zawsze twierdziła, że porozumiewają się bez 
słów — a dziś wcale nie wiedziała, co oznacza to „nie, nie!” I chwilę zastanawiała się, czy nie 
zaczął już działać opal ciotki Becky.

— No, do rzeczy! — oświadczyła ciotka Becky.
Rozejrzała się po pokoju, z rozkoszą obserwując miny zebranych. Przeciągała ceremonię, 

ile się dało. Teraz wszyscy — tak jak sobie tego życzyła  — byli  rozwścieczeni i spięci, 
wszyscy   z   wyjątkiem   paru   osób,   nad   którymi   nie   miała   władzy,   wobec   czego   nimi   nie 
pogardzała. Ale całej reszcie oczy wyłaziły do dzbana, gotowi byli rozerwać na strzępy tego, 
kto   ten   dzban   otrzyma.   Myśleli,   że   za   parę   minut   się   dowiedzą.   Akurat!   Ciotka   Becky 
zachichotała. Miała w zanadrzu jeszcze jedną bombę.

background image

XI

— Wszyscy umieracie z ciekawości, kto dostanie ten dzban — zauważyła — ale będziecie 

musieli uzbroić się w cierpliwość. Zamierzałam wam to dziś powiedzieć, ale przyszedł mi do 
głowy lepszy pomysł. Dzban wręczę powiernikowi, który przechowa go, i dopiero gdy od 
ostatniego dnia października upłynie rok, dowiecie się, komu jest przeznaczony.

Zapanowało głuche milczenie, przerwał je śmiech Stantona Grandy’ego.
— Ale heca! — oświadczył lakonicznie.
— Kto będzie cioci  powiernikiem?  — spytał  William  Y., który świetnie  wiedział,  kto 

powinien nim zostać.

— Dandys Dark. Wybrałam go, bo jest jedynym, który potrafi utrzymać język za zębami.
Wszyscy   spojrzeli   na   Roberta   Darka,   który   zaczął   się   niespokojnie   wiercić.   Nikt   nie 

pochwalał   tej   decyzji.   Dandys   Dark   był   zerem,   świadczyło   o   tym   choćby   to   śmieszne 
przezwisko. Pochodziło z czasów, kiedy rzeczywiście był dandysem, co trudno sobie było 
wyobrazić,   patrząc   na   tłustego   zaniedbanego   staruszka   z   podwójnym   podbródkiem,   nie 
najczystszymi  włosami  i  obwisłymi  policzkami.  Tylko   wyraz   jego  paciorkowatych   oczek 
świadczył o tym, że ciotka Becky ma rację utrzymując, iż potrafi on dochować tajemnicy.

— Dandys   będzie   jedynym   wykonawcą   mego   testamentu   i   opiekunem   dzbana   — 

powtórzyła ciotka Becky. — A wy chwilowo niczego więcej się nie dowiecie. Być może 
zostawię   Dandysowi  zapieczętowany  list   z  nazwiskiem  szczęśliwego  wybrańca.   W  takim 
wypadku albo powiadomię Dandysa, kto nim będzie, albo nie. Być może zostawię w liście 
instrukcję, żeby losować. Ale nie wykluczone,  że upoważnię Dandysa, aby to on wybrał 
osobę,   która   ma   otrzymać   dzban,   nie   zapominając   jednak   o   moich   sympatiach   i 
uprzedzeniach. W każdym razie powinniście baczyć odtąd na wasze zachowanie. Być może 
dzbana nie powinien dostać ten, kto przekroczył już pewien wiek, nie powinna dostać osoba, 
która pozostała w stanie wolnym, a według mnie powinna była zawrzeć małżeństwo, lub taka, 
która   zawierała   małżeństwo   zbyt   często.   Nie   powinna   dostać   osoba,   której   nałogów   nie 
pochwalam.   Ani   osoba   kłótliwa   lub   taka,   która   marnuje   czas   grając   na   przykład   na 
skrzypcach. Ktoś, kto klnie lub pije. Ktoś, kto nie jest uczciwy i prawdomówny. Albo jest 
rozrzutny. Zawsze uważałam, że nie wolno wyrzucać pieniędzy za okno. Nie powinien też 
dostać dzbana ktoś, kto zawsze był poprawny. Tu ciotka Becky spojrzała na Williama Y.

— Nie powinien go dostać człowiek, który ciągle coś zaczyna i nie kończy, ani ktoś, kto 

pisuje złe wiersze. Wymieniam tu najrozmaitsze ewentualności, ale być może nie będą one 
miały żadnego wpływu na moją decyzję ani na decyzję Dandysa. I niewykluczone, że dzban 
ten trafi w ręce kogoś, kto w ogóle nie mieszka na naszej Wyspie.

Ciotka Becky oparła się o poduszki i z zadowoleniem przyglądała się minom krewnych. 

Nikt nie śmiał pisnąć słowa, ale co sobie myśleli! I patrzyli nawzajem na siebie tak, jakby 
chcieli powiedzieć:

— Słyszysz? Ty nie masz najmniejszej szansy.
Wszystkie   stare  panny i  starzy kawalerowie   spuścili   nos   na  kwintę.   Tytus   Dark  i  Jan 

Topielec   wypadli   z   gry:   klęli.   Krzysztof   Penhallow,   wdowiec   i   dziwak,   który   mieszkał 
samotnie i grał na skrzypcach zamiast zajmować się ciesielstwem, zaczął się zastanawiać, czy 
potrafiłby przez całe półtora roku nie dotknąć ukochanego instrumentu. Tomasz Dark ukradł 
w dzieciństwie słoik dżemu ze spiżarni ciotki i zastanawiał się, czy ciotka Becky mówiąc o 
ludziach nieuczciwych, jego właśnie miała na myśli. Abel Dark przed czterema laty zaczął 
odmalowywać   dom   i   zaraz   przerwał,   teraz   więc   postanowił   sobie,   że   już   jutro   dziarsko 
zabierze się do dzieła. A Ptysiowi Darkowi przyszło na myśl, że najwyższy czas się ożenić.

Homer Dark i Palmer Dark zaczęli się zastanawiać, czy się nie pogodzić. Od szkolnych 

czasów byli w nie najlepszych stosunkach, gdyż banda chłopców dowodzona przez Homera 

background image

ściągnęła   małemu   Palmerowi   spodenki   i   musiał   w   samej   koszuli   wrócić   do   domu.   Ale 
otwartymi wrogami stali się dopiero za sprawą kociąt.

Kotka Homera urodziła i wychowała kocięta w stodole Palmera Darka. Odkryto to dopiero 

wówczas, gdy trzy małe kotki zaczęły biegać. Palmer Dark nie miał wtedy żadnego kota i 
uznał, że te kocięta prawnie mu się należą. Czyż to nie u niego urodziły się i wychowały? 
Homer   zgłaszał   pretensje,   ale   Palmer   nic   się   tym   nie   przejmował.   Tymczasem   kotka 
zachowała   się   nikczemnie.   Wróciła   do   domu   Homera   zabierając   z   sobą   kocięta.   Homer 
triumfował. Palmer nie dał za wygraną i którejś niedzieli, kiedy cała rodzina Homera wybrała 
się do kościoła, wkradł się do jego stodoły, wpakował kocięta do worka i zabrał. Następnego 
dnia   kotce   Homera   udało   się   wynieść   jedno   kocię.   Pozostałe   dwa   Palmer   trzymał   w 
zamknięciu, aż kotka o nich zapomniała. I oto miał dwa piękne pręgowane koty, a Homerowi 
została tylko mała bura kaszląca kotka. Palmer opowiedział tę historię całemu klanowi i odtąd 
obaj   nie  rozmawiali  ze  sobą,  choć  wszystko   to  wydarzyło   się już dawno  temu  i  kocięta 
zestarzały się, i odeszły tam, dokąd wszystkie dobre koty idą po śmierci.

— Niczego więcej się już nie dowiecie, więc możecie wracać do domu — oświadczyła 

ciotka   Becky.   —   Wybaczyłam   wam   wszystko.   Świetnie   się   tego   popołudnia   bawiłam. 
Obawiam się, że niebo wyda mi się po tym dość nudne. Aha, skoro mówimy o niebie, może 
ktoś chciałby przesłać tam przeze mnie jakąś wiadomość?

Co za pytanie! Nikt nie odpowiedział, choć Topielec chętnie by przypomniał Toynbee’emu 

Darkowi, że ten nie oddał mu przed śmiercią pożyczonych trzech dolarów. Ale ciotka Becky 
nie uznawała go na ziemi, mało więc było prawdopodobne, żeby zechciała z nim rozmawiać 
w   niebie.   Nie   warto   jej   o   to   prosić.   Zresztą   było   już   za   późno.   Ciotka   Becky   nakazała 
Ambrożynie zasunąć drzwi.

Ambrożyna zamknęła drzwi, zniknęła ciotka Becky, zniknął dzban. Rozwiązały się języki, 

ale   wszyscy   mówili   szeptem.   Wygarnęli   wszystko,   co   myślą   —   no,   niemal   wszystko. 
Panowało ogólne niezadowolenie. Darkowie czuli się pokrzywdzeni, Penhallowowie uważali, 
że Darkowie zostali uprzywilejowani. I co za pomysł, żeby pierścionek z brylantem wręczyć 
starej Ambrożynie Winkworth.

background image

XII

Jan Topielec wstał i wyszedł. Mógł zrobić tylko jedno: trzasnąć drzwiami. I trzasnął.
— Niech się baby wykłócają!
Ale mężczyźni, którzy również wyszli, też mieli niejedno do powiedzenia.
— To nie do uwierzenia! — powtarzał William Y., rozglądając się tak, jakby chciał wziąć 

za świadka cały świat.

— Na ciotkę. Becky nie ma mocnych! — chichotał Murray Dark. Dandys Dark pękał z 

dumy. Przez całe życie niczym nie zwrócił na siebie uwagi; no, może trochę tym, że był 
jedynym człowiekiem w okolicy, który mógł się poszczycić posiadaniem buldoga. A teraz w 
mgnieniu oka stał się najważniejszą osobistością całego klanu.

„Na pewno wszystkie baby żałują, że nie jestem kawalerem” — zachichotał w duchu, nie 

zmieniając jednak wyrazu twarzy. On nie zdradza sekretów.

— Jest zbyt skąpy, żeby się czymś podzielić, nawet tajemnicą — mruknął Artemas Dark.
— Temperamenty   już   grają   —   szepnął   Stanton   Grundy   do   wuja   Pyszniaka.   —   Jeśli 

najdalej w ciągu miesiąca wszyscy z wszystkimi się nie poróżnia, gotów jestem do końca 
życia walczyć z pijanymi Irlandczykami. Otwieraj szeroko oczy, Pyszniaku!

— Zamknij się — warknął wuj Pyszniak.
— No cóż, przewietrzyliśmy rodzinne szkielety — zauważył Palmer Dark.
— Dawno się tak świetnie nie bawiłem — wtórował mu Artemas Dark — od tamtego dnia, 

gdy w kościele pożarły się psy.

— Ciotka Becky nigdy nas nie lubiła — wtrącił Hugon. — No to skorzystała z okazji, żeby 

sobie na nas użyć.

— Ona w niczym nie przypomina innych kobiet — mruknął Topielec.
— Każda kobieta jest inna — sprostował Grundy.
— Ty, Janie, niewiele wiesz o kobietach — wtrącił się Szymon Dark. Żaden mężczyzna 

nie zniesie, żeby go posądzano o nieznajomość kobiet — zwłaszcza kiedy pochował aż dwie 
żony. Topielec wpadł w furię.

— Za to wiem dużo o tobie, Szymonie Dark, i jeśli nie przestaniesz opowiadać o mnie 

kłamstw — a robisz to już od wielu lat — to się doigrasz.

— Przecież nie chciałbyś chyba, żebym opowiadał o tobie prawdę?
— udał zdziwienie Szymon.
Topielec nie odpowiedział słowami. Nie śmiał kląć w pobliżu domu ciotki Becky. Splunął.
— Z tym dzbanem to ona przesadziła — narzekał William Y.
— Powinieneś się cieszyć, że nie kazała nam fikać koziołków w kościele. Na szczęście nie 

przyszło jej to na myśl.

— Ty byś się tym nie przejął — mruknął William Y. — Na samą myśl o tym aż ci się oczy 

śmieją!

Oswald Dark odwrócił się i przyjrzał zirytowanemu Williamowi Y.
— Popatrz na księżyc — napomniał go łagodnie, wskazując srebrną tarczę nad doliną. — 

Patrz na księżyc — powtórzył kładąc rękę na ramieniu Williama Y.

— Setki razy widywałem już księżyc — odpowiedział opryskliwie William Y.
— Księżyc  to doskonałe piękno, więc czy nie należy się weń wpatrywać,  kiedy tylko 

można? — spytał Oswald, ale William Y. wyrwał mu się i odwrócił tyłem, i do Oswalda, i do 
księżyca.

— Ten dzban nie powinien znaleźć się w domu, w którym nie ma zapobiegliwej gospodyni 

—   zauważył   kwaśno   Denzil   Penhallow.   Wszyscy   wiedzieli,   że   pani   Dandysowa   miewa 
okresy niepoczytalności i rozrabia jak pijany zając.

— Jeśli ktoś zamierza znieważać moją żonę, to niech się strzeże

background image

— złowieszczo zapowiedział Dandys. — Dostanie w gębę!
— Zawsze do usług — odpowiedział uprzejmie Denzil.
— No, no, zachowujcie się przyzwoicie — napomniał wuj Pyszniak.
— Pyszniaku,   wracaj   do   domu   i   przez   trzy   dni   mocz   łeb   w   terpentynie!   —   wrzasnął 

Topielec.

Wuj Pyszniak spokorniał. Oto są rezultaty tego, że ciotka Becky ich nie nakarmiła — 

zauważył w myśli.

— Niech diabli wezmą ten dzban! — mruknął.
— Wątpię,   żeby   diabli   chcieli   nam   wyrządzić   tę   uprzejmość   —   szydził   niepoprawny 

Grundy.

Tytusa Darka przez całą drogę do domu zapłakana żona dręczyła, żeby przestał kląć.
— Daj mi, do jasnej cholery, spokój. Nie ja jeden klnę. Topielec klnie także.
— Topielec wie, kiedy może kląć, a kiedy nie — łkała pani Tytusowa.
— Tylko   te   półtora   roku!   Dandys   nigdy   nam   nie   da   dzbana,   jeśli   nie   przestaniesz 

przeklinać!

— Nie wierzę, żeby Dandys miał tu coś do powiedzenia. Ciotka Becky nie zniosłaby, żeby 

miał decydować ktoś inny poza nią — oświadczył Tytus. — Męczyłbym się jak potępieniec i 
nic by nam z tego nie przyszło. A zresztą, Mario, nie wytrzymałabyś ze mną, gdybym przestał 
kląć. Jak sobie tak przez dziesięć minut poprzeklinam, to potem można mi jeść z ręki. Czy to 
nie lepsze niż tłumić w sobie wściekłość i planować morderstwo?

Niemniej Tytus obiecał w końcu, że spróbuje. W życiu nie ma lekko. Kobiety są okropnie 

nierozsądne.

Gaja wymknęła się ukradkiem. Przy bocznej drodze rosły paprocie, zatrzyma się tam i 

przeczyta list Noela. Miała tak uszczęśliwioną minę, że Lunatyk pokiwał głową.

— Uważaj!   —   szepnął   ostrzegawczym   tonem.   —   Niebezpiecznie   jest   być   zbyt 

szczęśliwym. Tam w górze tego nie lubią. Przede mną najczęściej ukrywają moją srebrną 
Lunę!

Ale Gaja tylko się roześmiała i pobiegła ścieżką do furtki, koło której rozkwitła jabłoń. 

Gaja uwielbiała  kwiat jabłoni. Zawsze bolało ją, że jabłonie kwitną tak strasznie  krótko. 
Czuła wielką potrzebę piękna.

— Przyjemnie  byłoby przytulić  tę małą, co? — Stanton Grundy trącił wuja Pyszniaka 

łokciem.

Wuj Pyszniak oburzył się. On wiedział, co przystoi, a co nie. Można było sobie podkpiwać 

ze starych panien i spasionych mężatek, ale należało zostawić w spokoju takie dziewczęta jak 
Gaja. Ten wulgarny chichot Grundy’ego! Czy on naprawdę niczego nie potrafi uszanować? I 
powinien poczytać reklamy środków usuwających cuchnący oddech. Roi się od nich w prasie.

Tymczasem Gaja przeczytała pośród paproci list, ucałowała go i z powrotem schowała na 

sercu. Jedno było straszne! Noel pisał, że nie przyjedzie przed sobotą. Ma dodatkowe zajęcia 
w banku. Jak ona wytrzyma te trzy dni? Obok omszałego kamienia rosły stokrotki. Zerwała 
jedną. Stokrotki wiedziały, czy twój wybraniec cię kocha. Gaja obrywała płatek po płatku — 
kocha — nie kocha — kocha! Znów wyjęła list, znów go ucałowała i schowała do koperty 
białe płatki. Była młodziutka, śliczna i zakochana. I on także ją kochał. Tak powiedziały jej 
stokrotki.

Ach, ten dziwny świat! Biedny Lunatyk!  Czyż  można  być  zbyt  szczęśliwym?  Bóg na 

pewno lubi patrzyć na szczęście! Ludzie zostali stworzeni po to, by byli szczęśliwi! A na 
całym świecie najcudowniejsze było to, że ona i Noel poznali się i pokochali! Choć Noel 
mógł przecież wybrać inną dziewczynę. Czuła, że znajduje się w magicznym kręgu, całe jej 
życie zmieniło się.

background image

XIII

Donna wyszła wraz z Wirginią. Zaczęła już dochodzić do równowagi, wciąż jednak nie 

uświadomiła sobie, co się z nią właściwie stało. Wiedziała, że Piotr siedzi na werandzie, i 
zamierzała przejść obok niego dumnym krokiem, spowita w czerń swego wdowieństwa. Ale 
nie potrafiła nie podnieść oczu. I znowu ich wzrok się spotkał. Tym razem zauważyła to 
Wirginia i zaniepokoiła się. Nie, w tym  wzroku nie było  nienawiści. Kiedy schodziły po 
stopniach werandy, chwyciła Donnę za ramię.

— Donno, coś mi się wydaje, że ten obrzydły Piotr się w tobie zakochał.
— Tak myślisz?… Naprawdę tak myślisz?  — spytała  Donna. Wirginię zdziwił  ton jej 

głosu. Ależ nie, Donna musiała się po prostu przerazić.

— Chyba tak. To by było dla ciebie okropne. No, ale na szczęście on dziś wyjeżdża. Bo 

inaczej, pomyśl tylko, jak byś się czuła, gdyby zaczął się do ciebie zalecać.

Donna pomyślała. I przeszył  ją rozkoszny dreszcz zgrozy. Z radością usłyszała wrzask 

Topielca, żeby się raczyła pospieszyć.

Pobiegła do auta zostawiając zatroskaną Wirginię. Co się z tą Donną stało?
Pani  Fosterowa  Dark  wróciła  do  domu   i zjadła  kolację  patrząc  na  wiszące  na  ścianie 

skrzypce Szczęściarza? Murray Dark wrócił do domu i zaczął rozmyślać o Thorze. Artemas 
Dark martwił się, że teraz ponad rok nie będzie się mógł upić. Crosby Penhallow i Erazm 
spędzili   wieczór   grając   na   fletach,   było   dosyć   przyjemnie,   choć   Erazm   zrobił   parę 
uszczypliwych   uwag   na   temat   miłości   starej   Becky.   Piotr   Penhallow   wrócił   do   domu   i 
rozpakował   kufer.   Włóczył   się   po   całym   świecie   szukając   tajemnicy   życia   i   znalazł   ją 
spojrzawszy w oczy Donny Dark. Czyżby zwariował? Błogosławione wariactwo. . Duży i 
Mały Sam szli do domu przez wietrzne nadmorskie pola, po drodze Mały Sam kupił bilet na 
loterię fantową urządzaną przez ojca Sullivana na Przylądku Kaplicy, żeby zdobyć fundusze 
na   Schronisko   Starego   Żeglarza.   Duży   Sam   nie   kupił.  On  nie   zamierzał   zadawać   się   z 
katolikami i uważał, że Mały Sam mógłby zrobić lepszy użytek z tych dwudziestu pięciu 
centów! Należy w pierwszym rzędzie myśleć o poganach!

— Zobaczysz, że nic dobrego z tego nie wyniknie! — zauważył kwaśno.
Mały  Sam   poszedł   do  domu   i   żeby  zapomnieć   o   dzbanie   Darków,  zaczął   czytać   swą 

ulubioną książkę, Żywoty Męczenników, a słony wiatr świszczał za oknami radując nawet jego 
mało romantyczne serce. Duży Sam zszedł na nadbrzeżne skały i szukał pociechy recytując 
zatoce pierwszą pieśń swego poematu.

background image

XIV

Denzil Penhallow oznajmił Małgorzacie, że musi wrócić do domu pieszo, on i jego żona 

jadą   na   herbatę   do   Williamostwa   Y.   Małgorzata   ucieszyła   się.   Był   piękny   czerwcowy 
wieczór, a do domu miała tylko milę. I będzie mogła przystanąć koło Szumiących Wiatrów.

Szumiące  Wiatry stanowiły tę  właśnie tajemnicę,  która pozwalała  biednej Małgorzacie 

żyć. Myśl o nich była wstęgą tęczy w jej szarym życiu. Szumiące Wiatry był to domek przy 
bocznej drodze Srebrnej Zatoki, gdzie przedtem mieszkała ciotka Luiza Dark. Po jej śmierci, 
dwa lata temu, domek ów stał się własnością syna ciotki Luizy, Ryszarda. Ryszard mieszkał 
w Halifaxie.  Domek wystawiono więc na sprzedaż, ale nikt nie kwapił się z kupnem — 
kupiłaby go tylko Małgorzata, która nie miała grosza i którą wyśmiano by, gdyby zdradziła 
się ze swym pragnieniem. Czyż nie było jej dobrze w domu brata? Na co jej własny?

Ale Małgorzata o nim marzyła. Zawsze podobał jej się ten domek ciotki Luizy i to ona 

potajemnie nazywała go Szumiącymi Wiatrami. Śniła o nim. Gdy tylko doszła do tej bocznej 
drogi Srebrnej Zatoki, skręciła i zaraz zobaczyła alejkę porosłą trawą. Wzdłuż alejki rosły 
brzozy, dalej młode świerki, a między nimi pojawił się wymarzony domek, kiedyś biały, teraz 
już poszarzały.

Za domkiem na stromym zboczu rosły młode klony, a z prawej strony można było dojrzeć 

purpurową   dolinę.   Przy   jednej   ścianie   domku   widniała   stara   studnia,   a   nad   nią   jabłoń. 
Dolatywał   zapach   kwitnącej   koniczyny.   Powietrze   upajało   jak   wino,   spokój   był 
błogosławieństwem.

Małgorzacie z zachwytu zaparło dech.
Szumiące Wiatry był to domek, w którym człowiek od razu musiał się zakochać, sam nie 

wiedząc czemu — może dlatego, że linia dachu tak ślicznie zaznaczała się na tle zielonego 
wzgórza. Małgorzata weszła do ogródka, jakże już zaniedbanego. Marzyła, by móc się riim 
zająć. Trawa zaczęła porastać ścieżki, niezapominajki rozrosły się jak szalone. I one, i dom 
wielkim głosem domagały się opieki. Dom i ogródek stanowiły nierozłączną całość. Dom 
wyrastał z ogrodu. Dzikie wino oplatało ściany domu i zdawało się je pieścić. Och, gdybyż 
tylko mogła zamieszkać w tym domku i wziąć na wychowanie dziecko — o niczym więcej by 
już nie marzyła. Nawet o dzbanie ciotki Becky. Małgorzata uprzytomniła sobie z przykrością, 
że przez jakiś czas nie wolno jej pisać wierszy, jeśli chce mieć szansę otrzymania dzbana. 
Jednak   zależało   jej   na   nim.   Nigdy   nie   zamieszka   w   Szumiących   Wiatrach,   niech   więc 
przynajmniej zdobędzie dzban. Dandys Dark zawsze się do niej przyjaźnie odnosił. Jeśli to on 
będzie  miał  wydać  wyrok,  Małgorzata  ma  większą szansę, niż  gdyby  decydowała  o tym 
ciotka Becky.

Okrutna ciotka Becky, która w obecności całego klanu kpiła sobie z jej staropanieństwa i 

wierszyków.   Małgorzata   wiedziała,   że   jest   niemądra,   podstarzała,   nikomu   niepotrzebna   i 
może nawet śmieszna, ale po co jej to było wypominać? Nikomu nie wadziła. Dlaczego nie 
mogli zostawić jej w spokoju?

Denzil i pani Denzilowa też jej często przygadywali, a bratankowie i bratanice wyśmiewali 

się z niej otwarcie. Ale tu, w tym cienistym ogródku, udawało jej się zapomnieć o całym 
świecie.

Należało jednak wracać do domu. Pani Denzilowa oczekiwała, że przygotuje ona kolację i 

wydoi   krowy.   Z   żalem   rozstała   się   z   Szumiącymi   Wiatrami   i   poszła   do   kwadratowego 
nagiego domu stojącego na środku podwórza, gdzie nie rosło ani jedno drzewo. Jej malutka 
izdebka była brzydka, okno wychodziło na kurnik, a w dodatku musiała ją dzielić z Gladys 
Penhallow.   Gladys   siedziała   tam   z   paroma   przyjaciółkami   i   jak   zwykle   wrzeszczały. 
Małgorzata nigdy nie mogła liczyć na spokój. Bolała ją głowa. Żałowała, że poszła na ten 
bankiet ciotki Becky. Co jej z tego przyszło? Jeśli chodzi o nią, Wędrówki Pielgrzyma mogą 

background image

pozostać na zawsze na poddaszu Sosnówki.

Jak ładnie wyglądała dziś Gaja Penhallow. Jest taka młodziutka… Jak czuje się człowiek 

mając osiemnaście lat? Małgorzata już dawno zapomniała, a może w ogóle nie wiedziała? 
Zaczęła się znów zastanawiać, co zaszło między Joscelyn i Hugonem. I jakim prawem Thora 
Dark, która przecież miała już męża, tak bardzo podobała się innym mężczyznom? Jak się 
czuje kobieta, gdy mężczyzna patrzy na nią takim wzrokiem jak Murray na Thorę — choć 
oczywiście była to bezczelność patrzeć tak na żonę innego mężczyzny.

Biedny Lawson. Ale jeszcze biedniejsza jest Naomi! Jak bardzo Ambrożyna ucieszyła się 

tym pierścionkiem. Małgorzata nie zazdrościła jej pierścionka. Może Ambrożynie zależało na 
tym pierścionka tak, jak jej na Szumiących Wiatrach? Choć palce starej Ambrożyny były zbyt 
sękate, żeby mogła taki pierścionek nosić.

Małgorzata z zadowoleniem spojrzała na swoje kształtne smukłe palce. Tak, miała ładne 

ręce.   Roger   Dark   był   naprawdę   miłym   człowiekiem.   Dlaczego   nie   znalazł   sobie   jakiejś 
przyjemnej dziewczyny i nie ożenił się? Mówiono, że szaleje za Gają, która go w ogóle nie 
zauważała. No tak… Każdy kogoś kocha i często ta miłość się marnuje, a ona zadowoliłaby 
się choćby odrobiną uczucia.

Małgorzacie przyszło nagle na myśl, że Bóg nie jest sprawiedliwy. Zadrżała i przeraziła 

się.  Czyżby   popełniła   bluźnierstwo?  Takie   zdanie  mógłby  wygłosić  ten  straszny Grundy. 
Biedna kuzynka Robina!

Mówiono, że Piotr Penhallow rusza na kolejną wyprawę. On naprawdę korzystał z życia. 

Ale Małgorzata nie zazdrościła mu. Nie chciała nigdzie wyjeżdżać. Chciała tylko mieć własne 
miejsce na ziemi, gdzie by mogła zapuścić korzenie i spokojnie się starzeć.

background image

XV

— Ambrożyno, powiedz Joscelyn, żeby zajrzała do mnie przed powrotem do domu — 

nakazała ciotka Becky.

Joscelyn   przyszła   ze   Srebrnej   Zatoki   pieszo   i   zamierzai)a   tak   samo   wrócić,   było   to 

naprawdę niedaleko. Jej matkę i ciotkę Rachelę zabrał autem Palmer Dark. Miała na dziś 
zupełnie   dosyć   ciotki   Becky,   niemniej   nie   ociągała   się.   Biedna   staruszka   niedługo   już 
przecież zabawi na tym świecie.

Ciotka Becky leżała wsparta o poduszki. Wpatrywała się w wiszącą na ścianie fotografię. 

Nie była to atrakcyjna fotografia. Co prawda Joscelyn nie potrafiła spojrzeć na nią oczyma 
ciotki   Becky.   Joscelyn   widziała   otyłego   pompatycznego   starca   z   bokobrodami   i   kościstą 
chudą   kobietkę   w   absurdalnej   sukni.   Ciotka   Becky   zaś   widziała   wielkiego   krzepkiego 
mężczyznę   tryskającego   radością   życia,   który   umiał   każdego   rozruszać,   i   dziewczynę   o 
filuternych   oczach,   o   której   flirtach   było   wszędzie   głośno.   Ciotka   Becky   westchnęła   i 
zwróciła   się   w   stronę   Joscelyn.   Jej   oczy   przygasły,   głos   złagodniał.   Wyglądała   teraz   na 
bardzo starą, bardzo chorą i bardzo zmęczoną kobietę.

— Usiądź, Joscelyn. Wiesz, leżę tu sobie i zastanawiam się, ile osób uraduje się moją 

śmiercią.   I   nikomu   nie   będzie   mnie   brakowało.   Chwilami   żałuję,   że   nie   postępowałam 
inaczej. Zawsze z wszystkich kpiłam, dawałam im się we znaki, wszyscy się mnie obawiali. 
Świetnie   się   bawiłam   dokuczając   im.   A   teraz   sama   nie   wiem…   Może   powinnam   była 
zachowywać się łagodnie i uprzejmie, jak na przykład

Anetka Dark? Wszyscy smucili się, gdy umarła, choć nigdy nie powiedziała nic mądrego 

ani zabawnego. Tylko jedno zrobiła mądrze. Umarła w porę. Kobiety powinny umierać, nim 
się naprawdę zestarzeją. Ja zbyt długo zwlekałam.

Joscelyn patrzyła na ciotkę Becky uważnym wzrokiem. Wiedziała, że ciotka Becky ma 

dużo racji. Czuła jednak, iż za jej brawurą kryje się gorycz. Chciała ją pocieszyć nie uciekając 
się do kłamstwa. Joscelyn brzydziła się kłamstwem, co bardzo utrudniało jej życie.

— Myślę, — ciociu Becky, że nam wszystkim będzie cioci brak. Znacznie bardziej, niż się 

to cioci wydaje, bardziej niż sami przypuszczamy. Z ciocią jest tak jak z musztardą. Dużą 
porcję trudno przełknąć…

— Tak jak dzisiaj — uśmiechnęła się ciotka Becky.
— … ale musztarda dodaje wszystkiemu smaku. I bez cioci będzie nam nudno. Ciocia jest 

— nie bardzo wiem, jak to wyrazić — ciocia jest samą esencją naszej rodziny. Po śmierci 
cioci klan przestanie być  tym samym  klanem. To dzięki cioci powstawała historia klanu. 
Weźmy dzisiejsze popołudnie — gdybyśmy tu przyszli na banalną herbatkę i ciocia była dla 
nas miła…

— I nakarmiła was…
— …   to   rozeszlibyśmy   się   i   zaraz   o   tym   zapomnieli.   A   to   popołudnie   wszyscy 

zapamiętamy. I będziemy o nim opowiadać. Kiedy dziewczęta zostaną babkami, opowiedzą o 
nim swoim wnuczkom — dzięki tym wspomnieniom ciocia żyć będzie w pamięci rodziny 
wiele dziesiątków lat.

— Często myślałam, że gdyby wszyscy zachowywali się zawsze układnie i słodko, byłoby 

bardzo nudno — zgodziła się ciotka Becky. — Muszę być bardzo zmęczona, skoro zaczęłam 
nagle żałować, że nie byłam taka jak Anetka. Ona przez całe życie nie powiedziała nikomu 
złego słowa. I chociaż ja byłam  dużo ładniejsza, Crosby pokochał właśnie  ją.  Dziwne to 
wszystko, Joscelyn. Słyszałaś, co dziś powiedziałam. Był czas, że oddałabym własną duszę, 
aby Crosby mnie pokochał. Wszystko bym zrobiła — poza jednym. Nawet dla Crosby’ego nie 
chciałabym być taka jak Anetka. Przed chwilą zaczęłam wygadywać bzdury. Bo naprawdę 
wolę dokuczać ludziom niż ich nudzić. Tylko…

background image

Ciotka Becky zrobiła pauzę i spojrzała wyczekująco na Joscelyn. Jak ta Joscelyn dobrze 

się trzyma. Bardzo ładnie wygląda. Tylko ten wyraz oczu — ciotka Becky chciała przeniknąć 
ich tajemnicę.

— Cóż, nie sprowadziłam cię tutaj, żeby ci opowiadać, co czuję. Wkrótce umrę. Nie boję 

się śmierci. Czy to nie dziwne? Dawniej się bałam. Ale przed śmiercią chcę cię o coś zapytać. 
Co zaszło między tobą a Hugonem?

Joscelyn zarumieniła się, zbladła, omal nie zerwała się z krzesła.
— Nie, nie wstawaj. Jeśli nie zechcesz mi powiedzieć, nie będę cię zmuszać. Tu nie chodzi 

o zwykłą ciekawość, Joscelyn. Czuję, że powinnam przed śmiercią poznać prawdę. Świetnie 
pamiętam twoje wesele. Hugon był najszczęśliwszym panem młodym, jakiego widziałam w 
życiu.  A  ty też,  przynajmniej  na  początku,  robiłaś  wrażenie   bardzo  radej. Uważałam,   że 
jesteście dla siebie stworzeni. Myślałam sobie: oto para ludzi, którzy naprawdę powinni się 
pobrać, założyć dom, mieć dzieci. I bardzo chcę wiedzieć, dlaczego do tego nie doszło?

Joscelyn parę minut milczała. Poczuła dziwną chęć zwierzenia się ciotce Becky. Ciotka 

Becky zrozumie ją — była pewna, że zrozumie. Przez dziesięć lat Joscelyn otaczała atmosfera 
podejrzliwości i dezaprobaty. Myślała, że ją to nie obchodzi. Ale dziś zrozumiała, iż, owszem, 
cierpiała nad tym. Tak, powie ciotce Becky. Ta dochowa tajemnicy, gwarancją była jej rychła 
śmierć. A jej sprawi to ulgę. Nachyliła się i cichym głosem zaczęła mówić. Ciotka Becky 
słuchała nie przerywając.

— Coś   podobnego   —   zauważyła,   kiedy   umilkł   namiętny   szept.   —   Nikomu   z  nas   nie 

przyszło to do głowy. Mnie nie przyszło. Myślałam, że poszło o jakiś drobiazg. Wiele tragedii 
w życiu następuje na skutek jakiegoś śmiesznego drobiazgu. Nikt nigdy nie dowiedział się, 
czemu przed czterdziestu laty powiesił się młody Roger Penhallow. Ale ja wiedziałam. Jego 
ojciec sprawił mu lanie, choć chłopak miał już osiemnaście lat. Dziś mówiłam tylko o tym, o 
czym   i  tak   wszyscy  wiedzą,   nie  pisnęłam   słówka  o  tym,  czego   nawet  nie   podejrzewają. 
Joscelyn, ty jednak zachowałaś się bardzo okrutnie.

— A co miałam zrobić? — wybuchnęła Joscelyn. — Nie mogłam postąpić inaczej.
— To ta twoja hiszpańska krew. W każdym razie złóżmy to na karb twojej hiszpańskiej 

krwi. Kiedykolwiek ktoś z waszej gałęzi Penhallowów dziwnie się zachowuje, przypisujemy 
to owej hiszpańskiej prababce. Na przykład pośpiech, z jakim pojawił się na tym świecie Piotr 
Penhallow.   I   wszyscy   zakochujecie   się   w   mgnieniu   oka.   Większość   potomków   kapitana 
Marcina   albo   zakochiwała   się   z   punktu,   albo   wcale.   Myślałam,   że   tobie   udało   się   ujść 
przeznaczeniu — Hugon starał się o ciebie dłuższy czas. Joscelyn, czy ty nigdy nie żałowałaś 
tego, co zrobiłaś?

— Nie!… Nie!… Nie!… — zawołała Joscelyn.
— O dwa „nie” za dużo — mruknęła ciotka Becky.
— Mówię   prawdę   —   zaprotestowała   Joscelyn.   —   Nie   żałowałam   tego,   co   zrobiłam. 

Musiałam tak postąpić. Ale żałowałam — cały czas żałowałam — że musiałam. Nie chciałam 
ranić   Hugona.   I   bardzo   pragnęłam   zamieszkać   w   Drewnianych   Masztach.   Do   dziś   bym 
pragnęła — nie może sobie ciocia wyobrazić, jak lubię Drewniane Maszty. To było okropne. 
Ale nie mogłam postąpić inaczej. Nie mogłam.

— No cóż, dziecko, niech ci Pan Bóg błogosławi. Im mniej będziemy o tym mówić, tym 

lepiej.   Pewnie   zaczniesz   mnie   nienawidzić   za   to,   żeś   mi   wyznała   prawdę.   Dojdziesz   do 
wniosku, że cię zmusiłam gadając o starości i śmierci.

— Nie, ciociu. Ja sama chciałam się cioci zwierzyć. Nie wiem dlaczego, ale chciałam. I 

cieszę się, ciociu Becky, że mi ciocia nie robi wyrzutów:

— Jakże bym mogła? Pewnie gdybym była młoda, przyznałabym ci nawet rację. Dziwny 

jest ten świat, niechaj Pan Bóg ma nas w swojej opiece. Franek się nie ożenił. Jak myślisz, on 
także?…

Joscelyn spąsowiała.

background image

— Nie wiem. Wie ciocia przecież, że następnego ranka wyjechał. Czasem wydaje mi się, 

że  tak…  Bo kiedy na  niego  spojrzałam  —  ciociu  Becky,  pamięta   ciocia,   co opowiadała 
Wirginia o swym pierwszym spotkaniu z Nedem Powellem, to brzmiało tak niedorzecznie. 
Wszyscy się wyśmiewali. Twierdziła, że od chwili gdy jej spojrzał w oczy, wiedziała, „że są 
dla siebie przeznaczeni”. Oczywiście, że to było śmieszne. Ale ja właśnie to poczułam.

— No jasne — ciotka Becky skinęła głową. — Każdy to odczuwa. I wówczas nie wydaje 

mu się to śmieszne. Staje się śmieszne, dopiero kiedy się o tym mówi. Bo o takich rzeczach 
nie   należy   mówić.   Cóż,   mnie   nie   udało   się   zdobyć   tego,   kogo   chciałam.   I   wtedy 
postanowiłam zechcieć tego, kogo mogłam zdobyć. Tak samo zapatrywał się na te sprawy 
Craig Penhallow. Czy kiedyś słyszałaś, Joscelyn, opowieść o Craigu Penhallowie i drzewach 
wzdłuż alejki prowadzącej do Drewnianych Masztów?

— Nie.
— Zauważyłaś  chyba, że świerki wzdłuż alejki rosną dość dziwacznie?  Co chwila jest 

jakaś luka.

Joscelyn skinęła głową. Znała każde drzewo przy tej alejce.
— Trzydzieści   lat   temu   Drewniane   Maszty   należały   do   starego   Kornela   Treverne’ego. 

Craig starał się o jego córkę, Klarę. Któregoś wieczoru Klara dała mu kosza. Craig wściekł 
się. Wybiegł z domu. Tego dnia biedny Kornel obsadził właśnie alejkę świerkami. Harował 
cały dzień. A Craig, pędząc alejką, co chwila wyrywał to z lewej, to z prawej strony któreś 
drzewko. Pewnie chciał się wyładować. Wyobrażam sobie, jak to potem wyglądało! I co 
poczuł stary Kornel, kiedy to następnego ranka zobaczył.

Nigdy nie zdobył się na ponowne zasadzenie wyrwanych drzewek — Kornel wszystko 

lubił odkładać na jutro. Był bardzo zacnym człowiekiem, wyjątkowo zacnym. Chwała Bogu, 
nie   miał   syna,   bo   ten   musiałby   zostać   łajdakiem,   żeby   się   to   jakoś   wyrównało.   Ale   był 
marudny. I świerki wyrosły tak, jak to dziś widać. A Craig wyładował gniew i od razu poczuł 
się lepiej. W morzu pływa niejedna ryba. Madzia Penhallow była równie przystojna jak Klara 
Treverne.   A   w   każdym   razie   za   taką   uchodziła,   umiała   świetnie   posługiwać   się   swymi 
oczyma i rękami. A Craig był podobny do mnie. Postanowił zachować się rozsądnie. Może ty 
byłaś   mądrzejsza?   A   może   wszyscy   jesteśmy   głupcami   i   zaśmiewają   się   z   nas   bogowie 
biednego Lunatyka?

Joscelyn, nie wiem, czy powinnam ci o tym powiedzieć — ale chyba powinnam, bo na 

pewno nie wiesz, a to, czego nie wiemy, może nas czasem bardzo zranić wbrew temu, co 
twierdzi stare przysłowie. Cała rodzina Hugona nalega, żeby pojechał do Stanów i załatwił 
tam   sobie   rozwód.   To   zupełnie   możliwe,   wiesz.   Mieszkańcy   Wyspy   Księcia   Edwarda 
twierdzą, że od czasu Konfederacji zdarzył się tu tylko jeden rozwód, ale to bzdury. Było ich 
co najmniej tuzin.

— Przecież… przecież taki rozwód nie jest u nas ważny — wyjąkała Joscelyn.
— Owszem, ważny. A nawet jeśli nie, to wszyscy przymykają na to oczy. Oczywiście, nie 

wiem, czy Hugon to zrobi. Ale oni nie dają mu spokoju. Czasy się zmieniają. W przypadku 
Hugona   rozwód   byłby   usprawiedliwiony.   O   ile   wiem,   najbardziej   zabiega   o   to   pani 
Kubusiowa Trent. Tak długo mieszkała  w Stanach, że nabrała tamtejszych  obyczajów. A 
Paulina Dark jest jej przyjaciółką od serca. Paulina, jak wiesz, ciągle kocha się w Hugonie.

— Mało mnie to obchodzi — oznajmiła oschle Joscelyn i wstała. Pożegnała się z ciotką 

Becky dość chłodno, a ta ukradkiem się uśmiechnęła.

„No i udało mi się zmusić Joscelyn do kłamstwa — pomyślała. — Chociaż raz. Niemądra, 

cudowna romantyczka! Sama nie wiem, czy jej zazdrościć, czy współczuć. Cóż, mnie też 
zdarzało się traktować siebie niemal równie poważnie. Mój Boże, co też tym dziewczynom 
potrafi strzelić do głowy. Żeby oszaleć dla syna starego Cyrusa!”

background image

XVI

Joscelyn   wolno   zmierzała   do   domu,   był   pachnący   czerwcowy   wieczór.   Wolno,   bo   na 

pewno matka i ciotka Rachela omawiają z oburzeniem to popołudnie i będą oczekiwały, żeby 
ona oburzała  się także.  Wolno,  gdyż  towarzyszył  jej przykry  cień  nadchodzących  zmian. 
Wolno, gdyż jeszcze raz przeżywała w myślach swą opowieść.

Kiedy   obiecała   Hugonowi,   że   za   niego   wyjdzie,   pewna   była,   że   go   kocha.   Podczas 

krótkiego narzeczeństwa była bardzo szczęśliwa. Wszyscy cieszyli się jej małżeństwem, poza 
matką Hugona, panią Konradową Dark i jego daleką kuzynką, Paulina. Nie przejmowała się 
niechęcią Pauliny, ale martwiła ją niechęć pani Konradowej. Pani Konradową nie lubiła jej — 
nigdy jej nie lubiła. Aż do dziś Joscelyn nie wiedziała dlaczego, dziś po południu ciotka 
Becky wyjaśniła to opowieścią o Alku.

Joscelyn od pierwszego spotkania z matką Hugona wiedziała, że ta jej nie cierpi. Pani 

Konradowa zwróciła jej uwagę, że spod sukienki wyziera halka. W tamtych czasach, kiedy 
się nosiło halki i halka wystawała, były trzy sposoby zwrócenia na to uwagi niefortunnej 
właścicielce. Można było wystąpić w roli przyjaciółki, która chce ostrzec dziewczynę, żeby 
szybko   podciągnęła   halkę,   nim   to   ktoś   inny   zauważy.   Można   było   zachować   się   jak 
bezstronny   obserwator,   którego   to   mało   obchodzi,   ale   zwrócenie   uwagi   uważa   za   swój 
obowiązek. Albo wreszcie wygłaszano taką uwagę z tajoną satysfakcją, dając do zrozumienia 
dziewczynie, że jest z niej flejtuch.

Tak właśnie zachowała się pani Konradowa i Joscelyn zrozumiała, iż ma w niej wroga. Ale 

to nie zakłóciło jej szczęścia. Joscelyn, tak samo jak Piotr Penhallow, nie przywiązywała 
uwagi do opinii otoczenia — skoro Hugon ją kocha, nieważne, co myśli sobie jego matka. A 
Hugon ją niewątpliwie kochał.

Wkrótce   po   ich   zaręczynach   wystawiono   na   sprzedaż   farmę   Drewniane   Maszty. 

Drewniane Maszty zostały tak nazwane na cześć jakiejś miejscowości w Kornwalii, skąd 
pochodzili Treverne’owie. Dom zbudowano na wzgórzu nad Srebrną Zatoką i Hugon kupił tę 
farmę  ze względu na cudowny widok. Większość członków  klanu uznało kupno farmy z 
uwagi  na  jej  urodę  za   czyste   szaleństwo,  uważali,  że   Hugona   musiała   do  tego  namówić 
Joscelyn. Na szczęście gleba była dobra, acz zaniedbana, a dom niemal nowy. Może więc 
opłaci się to Hugonowi, jeżeli zimowe wichry nie każą mu żałować, że nie wybrał bardziej 
zacisznego zakątka.

Tak, widok był ładny. Darkowie i Penhallowowie nie byli aż tak niewrażliwi na piękno, 

żeby tego nie przyznać. Na pewno stary Kornel doliczył  sobie za ten widok dobrą setkę. 
Niemniej farma znajdowała się na odludziu i większość klanu była przekonana, że Hugon 
popełnił błąd.

Hugon   i   Joscelyn   nie   mieli   jednak   żadnych   wątpliwości.   Oboje   pokochali   Drewniane 

Maszty. Zaraz następnego wieczoru po tym, jak Hugon je kupił, poszli tam, jednakże nie 
drogą, lecz krętą ścieżką wśród paproci w bukowym lasku, gdzie na każdym kroku czekała 
ich jakaś niespodzianka. Jak dzieci uganiali się po ogrodzie i domu, a potem stanęli przed 
frontowymi   drzwiami   i   spojrzeli   w   dół.   Za   doliną,   gdzie   domy   wyglądały   jak   zabawki, 
zaczynało się lustro Srebrnej Zatoki, a za portem szare morze wydawało się tego wieczoru 
srebrne. Joscelyn wstrzymała oddech. Jak cudownie będzie żyć na co dzień z tym widokiem.

— Będziemy   tu   mieli   trzech   dobrych   sąsiadów   —   oświadczyła.   —   Wiatr,   deszcz   i 

gwiazdy. Gwiazdy będą blisko. Całe życie marzyłam o tym, żeby mieszkać na wzgórzu. W 
dolinie   się   duszę.   Odwróciła   się   i   z   drugiej   strony   sieni,   która   biegła   przez   cały   dom, 
zobaczyła za otwartymi drzwiami staroświecki ogródek i kwitnący sad. Tego domu nie nękały 
widma   przeszłości,   był   otwarty   na   przyszłość.   Przez   okna   będą   wyglądać   dzieci,   będą 
śpiewać, biegać po sadzie. Drewniane Maszty staną się prawdziwym domem, a oni będą się tu 

background image

radować urodą życia.

Joscelyn zobaczyła odbicie swojej twarzy i twarzy Hugona w długim lustrze wiszącym nad 

kominkiem. Lustro, na którego ramie siedział dziwaczny czarny kot, zostało też przywiezione 
z Kornwalii i sprzedane wraz z domem. Dwie młode szczęśliwe twarze na tle błękitnego 
nieba. Hugon objął ją ramieniem i przytulił policzek do jej twarzy.

— To bardzo stare lustro, kochanie. Wiele kobiet się w nim przeglądało. Ale nigdy aż tak 

piękna dziewczyna jak moja królowa.

Ślub odbył się we wrześniu. Mila, lekkomyślna młodsza siostra Joscelyn, była druhną. 

Drużbą zaś Franek Dark. Joscelyn nie znała dotąd Franka. Mieszkał w Saskatchewan; jego 
ojciec, Cyrus Dark, przeniósł się tam wraz z rodziną, gdy dzieci były jeszcze zupełnie małe i 
Hugon w czasie swego długiego pobytu na Zachodzie bardzo się z Frankiem zaprzyjaźnił. I 
teraz Franek przyjechał na wesele, pojawił się w dzień ślubu. Joscelyn zobaczyła go dopiero 
wtedy, kiedy wuj Jeff podprowadził ją do czekającego pana młodego. Podniosła oczy, by 
spojrzeć na Hugona, a spojrzała prosto w oczy Franka, który z ciekawością przyglądał się 
nieznanej narzeczonej Hugona.

Franek był ognistym brunetem. Czarne, gęste jedwabiste włosy, oliwkowa cera, czarne 

wilgotne   oczy.   Piękny   mężczyzna.   Obok   niego   Hugon   wyglądał   na   niezdarnego,   zbyt 
wyrośniętego chłopca. W tym momencie Joscelyn zrozumiała, że nigdy nie kochała Hugona, 
darzyła go tylko uczuciem serdecznej przyjaźni. Bo pokochała Franka.

Ceremonia ślubna dobiegała już końca, gdy Joscelyn uświadomiła sobie, co zaszło. Potem 

była przekonana, że gdyby uświadomiła to sobie parę minut wcześniej — ślub nie odbyłby 
się,   coś   potrafiłaby   wymyślić.   Ale   Hugon   wymawiał   właśnie   słowa   przysięgi   i   ona 
powiedziała „tak”, nie bardzo wiedząc, co mówi. I oto została żoną Hugona Darka, namiętnie 
kochając innego mężczyznę. A w tym samym momencie Hugon obiecywał sobie, że nigdy 
żadna troska nie znajdzie dostępu do serca jego oblubienicy.

Joscelyn nie wiedziała, jak udało jej się przeżyć ten wieczór. Nawet we wspomnieniu był 

to jeden wielki koszmar. Hugon pocałował ją w usta czule i zaborczo. Prawdziwie mężowski 
pocałunek. Joscelyn poczuła, że wszystko się w niej buntuje. Potem ucałowała ją zapłakana 
Mila, a potem wszystkiego najlepszego życzył  żonie Hugona uśmiechnięty Franek Dark i 
lekko pocałował ją w policzek. I Joscelyn do dziś dnia czuła płomień tego pocałunku.

Potem nastąpiła orgia pocałunków. Na weselach Darków i Penhallowów wszyscy całowali 

pannę młodą i siebie nawzajem. Oszołomiona Joscelyn myślała tylko o jednym. Nikt — nikt 
nie   śmie   pocałować   jej   w   policzek,   którego   dotknęły   usta   Franka.   Nadstawiała   usta, 
nadstawiała lewy policzek — prawy był święty. Poczuła na twarzy łzy matki. Jan Topielec 
ściskając ją, omal nie pogruchotał jej kości, stary wuj Erazm szepnął jej na ucho jeden z tych 
niemądrych   żarcików,   które   zawsze   wygłaszał   na   weselach.   Potem  zobaczyła  zimną, 
szyderczą twarz pani Konradowej — pani Konradowa nie ucałowała jej, blade drżące wargi 
Pauliny  Dark —  zimne   jak  śmierć,   a  wreszcie   usłyszała  szept  jowialnej  ciotki   Karoliny: 
„Pamiętaj, byś mu przynajmniej raz na tydzień mówiła, jakim jest wspaniałym mężczyzną”. 
Wszystko to działo się we śnie. Za chwilę się obudzi.

Po koszmarze składania życzeń nastąpił koszmar kolacji. Podśmiewano się z Joscelyn, że 

nie może przełknąć kęsa. Wuj Erazm opowiedział następny tłusty dowcip, za co żona ukarała 
go, szturchając ostrym łokciem. Po kolacji Hugon zabrał żonę do domu. Reszta młodego 
towarzystwa, a wśród nich Franek, została w Srebrnej Zatoce, mając zamiar przetańczyć całą 
noc. Joscelyn narzuciła na ślubny strój tylko płaszcz, Hugon chciał wprowadzić do swego 
domu oblubienicę w bieli.

Podczas jazdy do Drewnianych Masztów milczeli. Hugon wyczuł, iż nie ma ona ochoty na 

rozmowę. A sam był tak szczęśliwy, że słowa nie były mu potrzebne. Słowa mogły tylko 
popsuć nastrój. Przed domem wyniósł ją na rękach z dwukółki. I poprowadził — jakie miała 
zimne dłonie, czyżby się bała? — przez zielony trawnik i przeniósł przez próg. Chciał właśnie 

background image

wygłosić   dwuwiersz,   który   na   tę   okazję   ułożył,   ale   zobaczył   jej   zbielałe   usta   i   pełne 
przerażenia oczy. Zrozumiał, że coś jest nie w porządku.

Stali w sieni Drewnianych Masztów i wpatrywali się w siebie. Na kominku migotał ogień, 

Hugon sam rozpalił go przed wyjściem i nakazał parobkowi pilnować, by nie zgasł. Sień 
skąpana była w różowawym blasku.

— Joscelyn, najmilsza, co się stało?
Z trudem udało jej się wydobyć głos.
— Hugonie, nie mogę tu z tobą zamieszkać.
— Dlaczego?
Powiedziała mu. Pokochała Franka Darka, nie może więc być żoną innego mężczyzny. I 

kiedy to mówiła, oczy jej nie były już ani szare, ani błękitne, ani zielonkawe, pojawił się w 
nich płomień.

Przeżyli   potworną   godzinę.   Potem   Hugon   ze   zmrożoną   twarzą   otworzył   drzwi. 

Wypowiedział tylko jedno słowo.

— Idź.
Joscelyn wyszła. W zimnej wrześniowej poświacie księżyca wyglądała w swoim ślubnym 

stroju   jak   duch.   Pół   drogi   szła,   pół   biegła   niemal   triumfalnym   krokiem.   Kiedy   mijała 
cmentarz, miała wrażenie, że zmarli członkowie jej rodziny pragną ją zatrzymać i odesłać z 
powrotem. Ale nie ojciec. Ojciec leżał spokojnie w grobie, dużo spokojniej niż za życia. W 
jego żyłach też płynęła hiszpańska krew. Pani Cliffordowa dużo by o tym mogła opowiedzieć. 
Cały   klan   uważał   —   i   ona   też   —   że   miała   z   Cliffordem   ciężkie   życie   —   ach,   te   jego 
fanaberie.   Ale gdy  umarł,  przekonała  się,  jak  bardzo  dbał,  by  odsuwać  od niej   wszelkie 
kłopoty.

Joscelyn nie żywiła żadnych złudzeń. Była żoną Hugona, nigdy więc nie zostanie żoną 

innego mężczyzny. Nie przyszło jej nawet do głowy pomyśleć o rozwodzie. Ale wolno jej 
było   dochować   wierności   temu   nagłemu   uczuciu,   które   nagle   wypełniło   jej   serce   i 
przyprawiło skrzydła. Miała wrażenie, że nie tyle pędzi drogą, ile się nad nią unosi. Przejęta i 
oszołomiona, niczego się nie bała, niczego nie wstydziła, choć dobrze wiedziała, co ją czeka. 
I to w takim nastroju weszła do domu matki, a tańcząca młodzież rozbiegła się jak na widok 
ducha.

Joscelyn w mokrym od szronu welonie weszła na schody zastanawiając się, czy zobaczył 

ją   także   Franek   i   co   sobie   pomyślał.   Ale   Franka   już   tu   nie   było.   W   dziesięć   minut   po 
odjeździe państwa młodych  nadszedł telegram wzywający Franka do domu. Umierał jego 
ojciec. Franek pobiegł spakować kufer, który co prawda zaledwie otworzył, żeby zdążyć na 
poranny prom. I w ten sposób uniknął batów, które obiecywał  mu w myśli  oszalały pan 
młody, a na które — trzeba to przyznać — zupełnie nie zasługiwał.

Franek   Dark   wrócił   na   Zachód   nie   mając   pojęcia,   że   zakochała   się   w   nim   świeżo 

poślubiona żona przyjaciela. I wcale tego nie pragnął, choć uznał, że jest śliczna. W dodatku 
miała niezły posag. Z tego Hugona był zawsze szczęściarz.

background image

XVII

Joscelyn zatrzymała się przed bramą i spojrzała z niechęcią na dom. Był to staroświecki 

budynek, przyjeżdżający latem turyści uważali, że jest malowniczy, i jego zdjęcie pojawiło 
się na widokówce. Zbudowany był na przylądku sięgającym w głąb Srebrnej Zatoki. Z jednej 
strony dach opadał niemal aż do ziemi. Okna były wysokie i wąskie. Podwórze porastała 
tylko trawa. Z drugiej strony, za płotem, widać było kępę drzew — topolę włoską, klon i trzy 
jabłonie   otoczone   niskim   kamiennym   murkiem.   Z   lewej   strony   furtka   prowadziła   na 
pastwisko,   gdzie   rosło   parę   wierzb   i   pasła   się   krowa   pani   Cliffordowej,   A   zaraz   za 
pastwiskiem różowa we wydmy i błękitna linia zatoki.

Od dziesięciu lat Joscelyn mieszkała tu tylko ciałem, oddając się snom na jawie. Ale dziś 

poczuła do tego domu dawną niechęć. Nie miała ochoty wejść do środka. Przez okno bawialni 
widziała, jak matka kłóci się z ciotką Rachelą. Czy też raczej dogadywały sobie. Trudno to 
było nawet nazwać kłótnią, kłótnia jest czymś konkretnym. Cóż, żadna z nich nie miała w 
sobie hiszpańskiej krwi.

Joscelyn wiedziała, co ją czeka, jeśli wejdzie do środka. Jeszcze raz trzeba będzie obgadać 

wydarzenia popołudnia i obie panie obwiniają pośrednio za to, że nie dostały tego, o czym 
marzyły. Nie, to było ponad jej siły, poszła więc w stronę pastwiska, tak jakby chciała zejść 
na brzeg morza i dopiero, kiedy nie mogły jej już zobaczyć, zawróciła, przedarła się p/zez 
krzaki dzikich róż, weszła do domu kuchennymi  drzwiami i wkradła się po schodach do 
swojego pokoju. Z westchnieniem ulgi i znużenia opadła na fotel przy otwartym oknie.

Wydawało jej się, że nigdy jeszcze nie była aż tak zmęczona. Nagle uświadomiła sobie, jak 

wygląda jej życie. Od lat nie myślała o przyszłości — przyszłość po prostu nie istniała — 
istniała   tylko   teraźniejszość   i   ta   utajona   miłość,   której   płomień   należało   podsycać   każdą 
myślą. Teraz jednak przyszłość zajrzała jej w oczy. Więc ma całe życie spędzić u boku dwóch 
starych   kobiet,   które   się   bez   przerwy   sprzeczały   —   zgorzkniałej   skąpej   ciotki   i   matki, 
uskarżającej się bez przerwy, że nikt nie docenia jej „harówki”. Mila, wesoła lekkomyślna 
Mila, dawno już temu wyszła za mąż i opuściła dom. Z początku Joscelyn ucieszyła się. Mila 
nie ukrywała bowiem, że uważa ją za kretynkę, wkrótce jednak zaczęło jej brakować śmiechu 
siostry.

Jakże tu było cicho i spokojnie. Tam, w Drewnianych Masztach, słyszałaby przynajmniej 

wiatr.   Tam   zawsze   wiał   wiatr.   Przez   okno   widziała   zarys   domu   na   wzgórzu.   Kochane 
Drewniane Maszty, wciąż jeszcze czuła się tak, jakby w jakiś dziwny sposób należały do niej.

Płynął nad nimi obłok przypominający kobietę z rozwianym włosem. Pomyślała o Paulinie 

Dark, która nie przestała kochać Hugona. Czy rodzina Hugona naprawdę chce, żeby wziął w 
Stanach   rozwód?   Czyżby   Paulina   miała   zostać   panią   Drewnianych   Masztów?   Pruderyjna 
Paulina   z   tym   złośliwym   uśmieszkiem?   Joscelyn   ogarnęła   fala   nostalgii.   Nie,   Drewniane 
Maszty należały do niej, choćby nigdy nie miała tam powrócić.

To niemożliwe, by Hugon wprowadził do tego domu inną kobietę, żeby zajęła jej miejsce. 

To byłoby świętokradztwo. Joscelyn znów wzdrygnęła się. Uświadomiła sobie z goryczą, że 
już   minęła   jej   młodość.   A   mogła   się   poszczycić   jednym   jedynym   przypadkowym 
pocałunkiem. I za ten pocałunek oddała duszę.

Weszła ciotka Rachela, nawet nie pukając, uważała to za zbędną ceremonię. Wyraźnie 

przed chwilą płakała, miała zaczerwieniony koniuszek nosa. Pocieszała ją jedynie myśl o tym, 
że chwała Najwyższemu, Mercy Penhallow nie otrzymała od ciotki Becky buteleczki z wodą 
z Jordanu. Teraz ona, Rachela Penhallow, była jedyną kobietą klanu posiadającą tę cudowną 
wodę. Ptyś Dark się nie liczył. Mężczyźni nie znali się na świętościach.

— A ty, Joscelyn, co ty myślisz o tym popołudniu?
— Ja?… Och, to było niezwykle śmieszne! — odpowiedziała Joscelyn.

background image

Ciotka Rachela spojrzała na nią w osłupieniu. Uważała, że to popołudnie było okropne, 

wręcz skandaliczne! Co w tym jest śmiesznego?

— Na dzban nie miałyśmy żadnych szans, mówiłam to i powtarzałam twojej matce. A 

teraz mamy jeszcze mniej. Dandys i pani Konradowa są rodzeństwem ciotecznym… Ach, 
gdybyś ty, Joscelyn, nie była taka niemądra…

Joscelyn   wzdrygnęła   się.   Zawsze   się   wzdrygała,   kiedy   ciotka   Rachela   zaczynała   jej 

dokuczać.   Nienawidziła   ciotki   Racheli.   I   z   przyjemnością   myślała,   że   gdyby   zechciała, 
mogłaby ją zetrzeć w proch. Ciotka Rachela była tak niepomiernie dumna z tego flakoniku 
wody z Jordanu, który nabyła od wędrownego misjonarza. Wówczas tylko ona i Teodor Dark 
kupili   po   takim   flakoniku.   Flakonik   postawiła   na   gzymsie   kominka   i   co   dzień   go   z 
namaszczeniem odkurzała.

Kiedyś Joscelyn, jeszcze jako mała dziewczynka, znalazła się sama w bawialni, wspięła się 

na krzesło i wzięła flakonik do ręki. Był bardzo ładny, miał ślicznie szlifowany szklany korek. 
Upuściła go. Szczęśliwie upadł na miękki dywan. Więc się nie stłukł. Ale koreczek wyleciał i 
nim wystraszona Joscelyn zdążyła zeskoczyć z krzesła, bezcenna woda z Jordanu wylała się 
co do kropli.

Joscelyn zdrętwiała z przerażenia. Choć nawet wówczas nie uważała tej wody za świętość. 

Słyszała przecież, jak na ten temat ironizuje ojciec. Wiedziała jednak, jak zareaguje ciotka 
Rachela.

I wpadła na diabelski pomysł. Napełniła flakonik wodą z wiadra w kuchni. Ciotka Rachela 

nie zobaczy żadnej różnicy.

Joscelyn nigdy o tym nikomu nie powiedziała. Nawet nie tyle z obawy o własną skórę, ile 

ze względu na uczucia  ciotki  Racheli.  Ostatecznie  ta rzekoma  woda z Jordanu stanowiła 
jedyną chlubę życia ciotki.

Ale odtąd łatwiej jej przychodziło znosić zachowanie ciotki, czuła swą tajemną gładzę.
— Gdzie   wsadziłaś   tę   butelkę   z   olejem   świętego   Jakuba,   kiedy   robiłaś   porządki   w 

spiżarni?  —  spytała  ciotka   Rachela.   — Chcę  sobie  natrzeć   stawy.  Nadciąga   deszcz.  Nie 
powinnam była  zdejmować flanelowej halki. Zawsze mówiłam,  że do końca czerwca nie 
wolno zdejmować ciepłej bielizny.

Joscelyn bez słowa poszła po butelkę oleju świętego Jakuba.

background image

XVIII

Hugon Dark nim wszedł do domu, dłuższą chwilę stał oparty o bramę. Przyglądał się 

Drewnianym M,asztom i doszedł do wniosku, że dom ten wygląda tak, jakby już niczego nie 
oczekiwał od życia.

Przed swoim małżeństwem Hugon lubił zatrzymywać się tutaj — i marzyć. Wyobrażał 

sobie, jak będzie wieczorem wracał do oczekującej go Joscelyn. Wtedy każde okno będzie 
miało jakieś ukryte znaczenie. W jadalni nakryty do kolacji stół, w kuchni krzątająca się 
Joscelyn,   a   na   górze   przyćmione   światło   w   jednym   z   okien   wskaże,   gdzie   usypia 
„dzieciarnia”.

I on pomyśli wtedy, że prawdziwym światłem jego domu jest Joscelyn. Czy była ładna? 

Co za nieodpowiednie słowo. Była piękna. Tak jak piękne są gwiazdy i perły.

Teraz od wielu lat, wracając do domu, nie patrzył na Drewniane Maszty. W jakimś sensie 

zaczął je nienawidzić. Ale dziś wieczór poczuł się niespokojny i nieszczęśliwy. Zobaczywszy 
Joscelyn  uświatomił sobie pustkę własnego życia. Było tak puste, jak pusty był ten dom. 
Zawsze trudno mu było uwierzyć w realność tego, co nastąpiło tamtej poślubnej nocy. Kiedy 
wydarzy nam się coś naprawdę okropnego, wydaje się to niewiarygodne. Nawet po upływie 
lat. Tak właśnie było z Hugonem. Nie, Joscelyn na pewno jest w domu i na niego czeka. Jeśli 
postoi cierpliwie przy tej bramie, zobaczy, jak Joscelyn podchodzi do drzwi i jej złociste 
włosy zabłyszczą jak korona w blasku padającego z tyłu światła.

Czy ma wystąpić o rozwód, do którego stale namawiają go matka i siostry? O nie! Walnął 

pięścią w bramę. Wtedy Franek gotów jest wrócić i ożenić się z Joscelyn. O nie, do tego nie 
dopuści!

W domu było ciemno. Stara gospodyni musiała wyjść. Hugon wszedł z posępną miną. 

Zapalił w kuchni lampę i zaczął się błąkać po zakurzonym domu. Trafił wreszcie do sieni, 
gdzie na palenisku wciąż jeszcze leżał popiół. Zabronił gospodyni sprzątać w sieni. Wszędzie 
grubą warstwą zalegał kurz. Lustro wisiało odwrócone w stronę ściany. Znienawidził je za to, 
że nigdy więcej nie miał w nim zobaczyć odbicia ukochanej twarzy. Zegar na kominku stanął 
tamtej nocy i nigdy już nie został nakręcony. Czas dla Hugona przestał istnieć. Na gzymsie 
kominka tuż obok zegara leżała obrączka i pierścionek z brylantem. Od tamtej chwili, gdy 
Joscelyn zsunęła je z palca.

Przez szybę frontowych  drzwi widać było  bladą i zrozpaczoną  twarz księżyca.  Hugon 

przypomniał sobie stare porzekadło — „Pan Bóg odebrał mu rozum”. Tak, Pan Bóg odebrał 
mu rozum.

Wyjdzie i będzie się błąkał wśród nocy, jak to często robił, by odegnać dręczące myśli. W 

domu ani na sekundę nie potrafi zapomnieć o Joscelyn. Ale najpierw musi nakarmić kota. 
Biedny zwierzak kulił się na kuchennych schodach patrząc na niego z wyrzutem. Nie, nie był 
to ten sam kot, o którego rzekomo pokłócił się z Joscelyn.

„Koty wiedzą przynajmniej, czego chcą” — pomyślał z goryczą Hugon.

background image

XIX

I tak po tym słynnym bankiecie ciotki Becky mało kto wrócił do domu w równie dobrym 

nastroju, jak z niego wyszedł.

Może tylko dwaj Samowie, którzy nie zaprzątali sobie głowy miłością i nie mieli żadnych 

ambicji, a nie wiedzieli jeszcze, że nad ich głowami gromadzą się czarne chmury, Gaja, no i 
Piotr   Penhallow.   Piotr   Penhallow   rozbebeszał   właśnie   kufer.   Kiedy   wracali   do   domu, 
oświadczył siostrze:

— Nancy! Zakochałem się. Naprawdę się zakochałem. To cudowne uczucie.
Nancy wstrzymała dech, bo Piotr jednocześnie wziął ostry zakręt.
— Co ty wygadujesz! W kim?
— W Donnie Dark.
— W Donnie Dark? — Nancy znów odebrało mowę, bo Piotr o centymetr wyminął wóz 

starego Spencera Howeya. — Piotrze, przecież ty jej zawsze nienawidziłeś.

— Owszem. Ale czyś ty nigdy, Nancy, nie słyszała starego porzekadła: „Od nienawiści do 

miłości jest jeden krok”?

background image

K

ÓŁKA

 

W

 

KÓŁKACH

I

Większość obecnych na bankiecie w Sosnówce wróciło do domu nie wierząc, żeby ciotka 

Becky miała niezadługo umrzeć. Roger musiał się pomylić. Ktoś tak pełen wigoru, ktoś tak 
złośliwy — na pewno jeszcze pożyje.

Ale Roger jak zwykle  miał rację. W niespełna  tydzień  po sławetnym  bankiecie ciotka 

Becky umarła, cicho i bez ostentacji. Zależało jej tylko na schludnym  wyglądzie. Kazała 
Ambrożynie zmienić pościel, oblec nową kołdrę.

— Żyłam schludnie i umrę schludnie — oświadczyła ciotka Becky kładąc ręce na bieli 

prześcieradła. — Cieszę się, że nie umrę we śnie. Roger mówił, że prawdopodobnie umrę we 
śnie. A ja wolę umierać z pełną świadomością.

Skończyła już z życiem. Patrząc wstecz widziała, że bardzo niewiele rzeczy miało jakieś 

znaczenie. Nienawiści i miłości wydawały jej się błahe i nieważne. Nic już jej nie radowało, 
nic nie martwiło. Cieszyła się tylko, że wyznała Crosby’emu Darkowi swe uczucia. Tak, to 
sprawiło jej satysfakcję. Przymknęła oczy i więcej już ich nie otworzyła.

Oczywiście odbył się rodzinny pogrzeb i przyszli nań wszyscy z jednym tylko wyjątkiem. 

Przyszła nawet pani Allanowa Dark, która umierała na jakąś nieuleczalną chorobę, ale jak 
twierdzono, postanowiła żyć, póki się nie dowie, kto otrzyma dzban. Wyjątkiem był Tomasz 
Dark,   wywichnął   ramię.   Poprzedniego   wieczoru   siedział   na   łóżku,   zastanawiając   się   nad 
sposobem wyciągnięcia z Dandysa tajemnicy, i w roztargnieniu wsunął obie nogi do tej samej 
nogawki   pidżamy.   Kiedy   wstał,   runął   jak   długi   i   żona   z   przerażeniem   uznała,   że   dostał 
„ataku”.

Nikt mu nie współczuł. Wszyscy uznali, że to mu się słusznie należało. Co za nowomodne 

wymysły! Gdyby jak szanujący się człowiek sypiał w nocnej koszuli, nigdy by mu się to nie 
przytrafiło.

Tekla Penhailow, która zawsze wyglądała tak, jakby miała katar, stawiła się na pogrzeb w 

ciężkiej   żałobie.   Kilka   innych   kobiet   zaczęło   się   zastanawiać,   czy   też   nie   powinny   były 
włożyć czarnych szat. Co prawda ciotka Becky nie uznawała żałoby, uważała ją za „relikt 
barbarzyństwa”. Ale kto wie, co myśli o tym Dandys?

Wszystko odbyło się sprawnie i przyzwoicie. Dopiero w ostatniej chwili…
Na trumnie ciotki Becky, która za życia nie cierpiała kwiatów, leżał cały stos wiązanek. 

Ale klan uszanował jej życzenie i wszystkie kwiaty pochodziły z rodzinnych ogródków.

Ciotka Becky leżała w trumnie, którą wiele osób uznało za zbyt kosztowną, spowita w 

koronkowy szal, z zaciśniętymi  bladymi  wargami  — już nigdy nie zdradzą  one żadnego 
sekretu klanu — i wyglądała bardzo pięknie. Tak pięknie, że cała rodzina, która w ciągu 
wielu lat uważała ją za szpetną, pomarszczoną staruszkę, nagle zadziwiła się. Crosby Dark, 
gdy na bankiecie usłyszał, że go kochała, chciał się ze wstydu zapaść pod ziemię. Teraz zaś 
poczuł, że to mu bardzo pochlebiało. Miłość tej majestatycznej starej damy była wielkim 
komplementem.

Reszta   klanu   wpatrywała   się   w   umarłą   z   szacunkiem   i   zainteresowaniem.   Nie 

przypuszczali, że aż tak bardzo dotknie ich ta śmierć. Ale jednocześnie odczuwali coś w 
rodzaju przerażenia. Wyglądała tak, jakby w każdej chwili mogła otworzyć oczy i zasypać ich 
gradem tych upiornych pytań. To by było do niej podobne.

Przelano niewiele łez. Płakała pani Cliffordowa, ale ona płakała na wszystkich pogrzebach. 

I Grace Penhallow. Jej łzy były czymś tak niezwykłym, że zaniepokoił się mąż.

— Dlaczego płaczesz? Zawsze jej nie cierpiałaś!

background image

— Właśnie dlatego — odparła ponuro Grace. Nie umiała wytłumaczyć, że ta odwieczna 

nienawiść   wydała   jej   się   nagle   czymś   błahym   i   nieważnym.   I   opłakiwała   przemijanie 
wszelkich uczuć.

Większość osób uważała, że pastor Trackley pięknie i stosownie odprawił nabożeństwo. 

Tylko   wuj   Pyszniak   pomyślał:   „No,   bez   przesady”,   kiedy   pastor   zbytnio   już   wychwalał 
nieboszczkę. Ostatecznie ciotka Becky nie była znów taka święta. A kiedy pastor Trackley 
oświadczył: „Zabrał ją do siebie Pan”, Jan Topielec pomyślał cynicznie: „I będzie miał za 
swoje”. William Y. nie był pewien, czy pastor ma rację. Przecież ciotka Becky nie należała do 
żadnego   kościoła.   Pocieszył   się   myślą,   że   należała   do   rodziny   Penhallowów,   a 
Penhallowowie, rzecz prosta, muszą trafić do nieba.

Kondukt żałobny z Sosnówki na cmentarz w Różanym Potoku był najdłuższy w dziejach 

klanu. Dzień był chmurny, ale od czasu do czasu pojawiało się między chmurami słońce, od 
czasu do czasu kropił zaś deszczyk, ku pociesze przesądnych

*

.

Ciotka Becky została pochowana w grobie Teodora Darka obok swego męża i dzieci, pod 

kępą   kwitnących   spirei.   Na   starym   cmentarzyku   pełno   było   zaniedbanych   grobów. 
Spoczywało tu wielu członków klanu — mężczyzn, ongi zwycięskich, i kobiet, którym w 
udziale przypadły same porażki.

Dziś spoczęła wśród nich ciotka Becky. Po zakończeniu pogrzebu zebrani nie spieszyli się 

z rozejściem. Każdy pogrzeb był dla klanu także i towarzyskim ewenementem. Skupieni w 
małych grupkach, rozmawiali z ożywieniem. Ulżyło im na sercu, gdyż dowiedzieli się od 
Kamilli, że ten makabryczny nekrolog nie zostanie opublikowany w gazetach. Był to ostatni 
żart ciotki Becky, jeszcze raz chciała ich przerazić.

— Chwała Najwyższemu — szepnął William Y., który od tamtej pory przestał sypiać.
Wszyscy odnosili się do Dandysa Darka z zupełnie nowym szacunkiem. Zwykle go nie 

zauważali, dziś podchodzili, by zamienić parę słów. Uważano ogólnie, że musi wiedzieć, kto 
otrzyma dzban. Jeśli ciotka Becky mu tego nie powiedziała, to na pewno zaraz po bankiecie 
otworzył nad parą kopertę.

Artemas Dark przez całe nabożeństwo zastanawiał się, czy nie dałoby się Dandysa upić i 

wyciągnąć od niego sekretu. Ze smutkiem doszedł do wniosku, że nic z tego. Dandys nie brał 
alkoholu do ust. Jest na to zbyt skąpy i tchórzliwy, pomyślał Artemas.

Palmer Dark i Homer Dark z zawstydzeniem skinęli sobie głowami. Widząc to Kubuś 

Dark miauknął, ale Palmer i Homer udali, że tego nie słyszą.

— Chwała Bogu, że się nareszcie pogodzili — zauważył wuj Pyszniak. — Ta ich kłótnia 

nie miała najmniejszego sensu.

— Stale zachowujemy się bez sensu — zaprotestował Stanton Grundy. — A jakaś mała 

wendeta dodaje smaku życiu!

Wszyscy zaczęli się mieć na baczności. Abel Dark zabrał się już do odmalowania domu, a 

Miller   Dark   do   pisania   historii   klanu   —   miał   już   gotowe   całe   drzewo   genealogiczne. 
Krzysztof Penhallow nie dotknął skrzypiec. Jan Topielec i Tytus Dark od tygodnia ani razu 
nie zaklęli — a przynajmniej nikt tego nie słyszał. Po Tytusie widać było, że cierpi, natomiast 
Topielec pogodnie krążył po cmentarzu, depcząc po mogiłach, by odwiedzić Jankę i Emmę i 
spojrzeć na własny nagrobek.

Ambrożyna   Winkworth   miała   na   palcu   pierścionek   z   brylantem   —   uznano   to   za   co 

najmniej niestosowne. Pani Toynbee’owa Dark skrupulatnie obeszła groby wszystkich trzech 
mężów. Wszyscy szeptali, że Nan Penhallow nie powinna była wymalować się na pogrzeb.

— To wietrznica — zauważyła Rachela Penhallow.
— Ona próbuje flirtować  z każdym  mężczyzną  — wtórowała pani  Williamowa  Y. — 

Wywracała oczyma nawet do mojego starego!

— Mały   Sam   widział   ją   na   skałkach,   zbierała   nocą   małże   ubrana   tylko   w   kostium 

* W Kanadzie istnieje przesąd, że na pogrzebach powinien padać deszcz.

background image

kąpielowy — dorzuciła Mercy Penhallow.

— Dobrze, że miała na sobie kostium — parsknęła pani Cliffordowa. — Strasznie zły 

przykład dla naszych dziewcząt. I co mówi o tym Mały Sam?

— No cóż, znasz mężczyzn — odpowiedziała Mercy. — Uważa, że gdyby nie miała takich 

chudych nóg, to byłoby na co spojrzeć.

— Mój Boże! — pani Cliffordowej zabrakło słów, ale ton wyrażał jej uczucia.
Pani Williamowa Y. spojrzała z góry na Nan. Ta jej sukienka to czysty skandal!
— Chętnie bym  ją zapytała,  czy ośmieliłaby się z tymi  gołymi  kolanami stanąć przed 

obliczem Pańskim — powiedziała z rozgoryczeniem.

— „Naga i zawstydzona” — zacytowała niepewnie pani Cliffordowa.
— Chyba   przesadzasz   —   zauważył   przechodząc   Stanton   Grundy.   —   Naga   i  nie 

zawstydzona.

— Niemniej   należy   przyznać,   że   ma   ładne   kolana   —   oświadczyła   uroczyście   pani 

Williamowa Y. Niech Stanton Grundy wie, że nie wolno mu bezkarnie wyśmiewać się z 
Penhallowówny.

Kiedy   Hugon   podczas   modlitwy   zdjął   kapelusz,   znów   na   czubku   głowy   sterczał   mu 

niesforny   kosmyk   i   Joscelyn   znów   miała   ochotę   go   przyczesać.   Potem   zobaczyła,   jak 
rozmawia z nim Paulina, spoglądając w stronę Drewnianych Masztów. To drugie Joscelyn 
miała   jej   jeszcze   bardziej   za   złe.   W   tym   samym   momencie   podszedł   do   niej   Szymon 
Penhallow, by oznajmić, że Hugon zamierza sprzedać Drewniane Maszty. I bacznie śledził, 
jak  ona  na to  zareaguje.  Joscelyn   nie  okazała   swej  rozterki.   Udała  obojętność  i  Szymon 
natychmiast się zemścił.

— Widzisz, coś narobiła!
Joscelyn   bez   słowa   odwróciła   się   na   pięcie.   Szymon   odszedł   winszując   w   duchu 

Hugonowi, że się tego babska pozbył.  Joscelyn  zaś wpatrywała  się z tęsknotą w odległe 
Drewniane Maszty. Nie, nie, Hugon nie może sprzedać tego domu! Ale czyż  Paulina nie 
powiedziała kiedyś, że za nic nie chciałaby mieszkać na podobnym pustkowiu?

Wśród   klanu   zaczęły   krążyć   pogłoski,   że   dzban   jest   cenniejszy,   niż   przypuszczano, 

nieznani kolekcjonerzy ofiarowywali zań ciotce Becky bajońskie sumy.

Inna   plotka   utrzymywała,   że   dzban   otrzyma   najbardziej   prawdomówny   członek   klanu. 

Dyskutowała nad tym grupka mężczyzn.

— A zatem cały rok musimy przeżyć bez słowa kłamstwa — oznajmił smętnym tonem 

wuj Pyszniak, a w jego błękitnych oczach pojawił się figlarny błysk.

— Komu z nas się to uda? — spytał Stanton Grundy.
— Nas?! — mruknął pod nosem wuj Pyszniak.
Ptyś Dark poszedł, jak to miał w zwyczaju, przyjrzeć się najpiękniejszemu pomnikowi na 

cmentarzu.   Postawił   go   na   grobie   swej   znienawidzonej   żony   Stefan   Dark.   Na   wysokim 
postumencie   z   białego   marmuru   pysznił   się   naturalnej   „Wielkości   anioł   z   rozłożonymi 
skrzydłami.   Kosztował   on   Stefana   Darka,   który  skąpił   żonie   każdego   grosza,   całe   tysiąc 
dolarów. Aniołem zachwycali się wszyscy, póki nie zobaczyli go w dżdżysty dzień, wówczas 
bowiem kapały mu z nosa duże krople.

Ptyś minął Małgorzatę, nawet jej nie zauważywszy. A ona pomyślała sobie, że nie wolno 

mieć aż tak krzywych nóg, i z niechęcią spojrzała na jego krzaczaste brwi.

Adam Penhallow był w ponurym nastroju i nie zamierzał udzielać się towarzysko. Jego 

żona poprzedniego dnia urodziła bliźnięta. Sam Adam nie miał nic przeciwko bliźniętom, ale 
ze smutkiem przypomniał sobie, że ciotka Becky nie uznawała bliźniąt, więc „ze dzbanem 
możemy się już pożegnać”. Murrayowi Darkowi udało się przez chwilę towarzyszyć Thorze, 
wracał więc do domu dość rozanielony. Był też obecny Lunatyk i chodził od grobu do grobu 
przemawiając do zmarłych. Było to okropne.

— Czy pamiętasz, Lizo, jak cię pocałowałem? — spytał się nad grobem kobiety, która 

background image

spoczywała tu już od piętnastu lat. Usłyszała to grupka młodzieży i zaczęła chichotać. Dla 
niej Lunatyk był tylko starym wariatem. Nie mogli sobie wyobrazić, że był kiedyś młody i 
piękny.

— Jak sądzisz, o czym oni tu rozmyślają? — spytał Williama Y., który aż się wzdrygnął. 

Oswald stanowczo zbyt poufale odnosi się do nieboszczyków. Stali nad grobem, na którego 
płycie wyryto słowa: „Tu spoczywa złamane serce”. Dziewczyna ze złamanym sercem nie 
należała na szczęście do ich klanu, powtarzali sobie Darkowie i Penhallowowie. Ale Lunatyk 
z pobłażaniem spojrzał na omszały kamień.

— Prawdę mówiąc, napis ten należałoby wyryć także na wielu innych nagrobkach. Na 

przykład na nagrobku twojej matki, Williamie, prawda?

William Y. odszedł bez słowa, a jego miejsce zajęła Gaja. To nie była jej wina, że ślicznie 

wyglądała w czarnym aksamitnym kapelusiku. „Ten kapelusz jest zbyt szykowny na pogrzeb” 
— orzekły już matrony. Ale Lunatyk powitał ją uśmiechem.

— Nie zostawaj dziś wieczorem zbyt długo na tych tańcach — szepnął. — Kiedyś zabawa 

tak się przeciągnęła, że pojawił się szatan.

Jego ton sprawił, że Gaja zadrżała. I skąd on wie, że wybiera się na zabawę? Utrzymywała 

to w wielkiej tajemnicy, przekonana, że większość klanu uznałaby tańce w dniu pogrzebu za 
coś bardzo niestosownego. Ale ten stary dziwak zawsze o wszystkim wiedział.

Lunatyk zwrócił się do stojącej w pobliżu Amasy Tyler i spytał:
— Wybrałaś już trumnę? Najwyższy czas.
Młodziutka Amasa uśmiechnęła się tylko pogardliwie. Ale kiedy w miesiąc później zginęła 

w wypadku samochodowym, wszyscy to sobie przypomnieli i zaczęli potrząsać głowami. Nie 
ma co, jasnowidztwo jest faktem.

Nikt jak zwykle nie zwracał uwagi na małego Briana Darka. Poprosił wuja, żeby go zabrał 

na pogrzeb. Duncan Dark odmówił. Ale za malcem wstawił się pan Conway.

— Co panu szkodzi go zabrać? — spytał. — Ten mały nie ma żadnych rozrywek.
I Duncan, który był w wyjątkowo dobrym nastroju, zgodził się.
Brian   nie   znał   ciotki   Becky   i  mało   go  ona   obchodziła.   Ale   chciał   przynieść   bukiecik 

kwiatków na grób swojej matki — nikt nigdy tego grobu nie odwiedzał, nie miał on nagrobka. 
Gdyby miał, to na nim właśnie powinny być wyryte słowa o złamanym sercu. Brian o tym nic 
nie wiedział. Wiedział tylko, że nie ma ojca, że okrył rodzinę hańbą i nikt go nie kocha.

Podczas pogrzebu nikt się do niego nie odezwał, nie było to świadome okrucieństwo, po 

prostu nikomu nie przyszło to do głowy. Ale Brian uważał,, że rodzina się go wstydzi. Miał 
ochotę dołączyć się do grupki chłopców, ale zobaczył wśród nich Marshalla Tracy’ego, który 
kiedyś   wyrwał   mu   w  szkole  jego mizerne   śniadanie   i podeptał.  Więc   szybko  się  cofnął. 
Zresztą   żaden   z   chłopców   nie   powitałby   go   przyjaźnie.   Brian   był   nieśmiałym,   wątłym   i 
roztargnionym dzieckiem i chłopcy często z niego kpili. Nigdy się więc z nimi nie bawił i był 
bardzo samotny. Czasem marzył, że znajdzie choćby jednego przyjaciela.

Zobaczył, że jakaś mile wyglądająca kobieta podchodzi do małego Edzia Penhallowa i 

całuje go. Łzy napłynęły mu do oczu. Edzio nie cierpiał, żeby go całowano, ale Brian, którego 
nikt nigdy nie całował — a w każdym razie on tego nie pamiętał — szczerze mu pozazdrościł.

„Wszyscy prócz mnie mają jakichś przyjaciół” — pomyślał i zabolało go serce. Kiedy 

Szedł położyć  swój bukiecik na grobie matki, minął Małgorzatę  Penhallow. Lubił na nią 
patrzeć,   miała   takie   piękne   i   dobre   oczy,   ale   był   zbyt   nieśmiały,   żeby   się   zatrzymać. 
Małgorzacie, która kiedyś bardzo lubiła nieszczęsną Laurę Dark, zrobiło się przykro, że ten 
jej synek jest taki ponury i niezbyt sympatyczny. I jak źle wygląda. Alatea Dark pewnie go 
głodzi.

background image

II

Piotr Penhallow po raz pierwszy w,życiu przyszedł na rodzinny pogrzeb i od razu wpadł na 

oburzoną   panią   Lawyerową   Dark   z   Letniego   Brzegu,   która   chciała   wiedzieć,   czemu   we 
wtorek wieczorem nie przyszedł do niej na kolację.

— Na kolację? Na jaką kolację? — spytał z roztargnieniem Piotr. — Widać nie byłem 

głodny.

Zupełnie zapomniał o tej piekielnej kolacji. Cały wtorkowy wieczór zastanawiał się, jak 

zdobyć  Donnę Dark. Gdyby był  pewien jej uczuć, poszedłby prosto do domu  Topielca  i 
poprosił ją o rękę. Ale najpierw musi się upewnić. Toteż śmiało podszedł do niej podczas 
pogrzebu. Była jak zwykle z Wirginią Powell. Poprzedni wieczór też spędziły razem, gdyż 
padał deszcz, a już dawno umówiły się, że będą się spotykać w każdy deszczowy wieczór.

Siedziały   w   pokoju,   który   Wirginia   nazywała   swoją   „jaskinią”,   pachniało   kadzidłem, 

Wirginia zapalała zawsze kadzidło, żeby „wprowadzić aurę egzotycznych romansów”. Donna 
raz też spróbowała, ale Topielec wyrzucił płonące kadzidło przez okno i oświadczył, że nie 
życzy sobie w domu takiego smrodu.

Donna wciąż próbowała pozostać wierna pamięci Barry’ego. Przy pomocy sentymentalnej 

Wirginii udało jej się na całą godzinę zapomnieć o Piotrze i wspominać męża. Było tak, jakby 
wiatr rozdmuchał niemal już ugaszone ognisko i pojawił się mały płomyk.

Po powrocie do domu wyjęła listy Barry’ego i odczytała je tysięczny raz. Ale nagle wydały 

jej się pozbawione życia.

Wirginia podejrzliwie spojrzała. Jak Piotr śmiał podejść do Donny? I wyciąga do niej rękę. 

Co? Donna ściska jego dłoń!

— Myślałam, że już jesteś w drodze do Brazylii — powiedziała Donna.
— Odłożyłem wyjazd — odparł Piotr wpatrując się w nią. — Doszedłem do wniosku, że 

pojadę tam w podróż poślubną.

— Ach tak — szepnęła Donna i też spojrzała mu w oczy. Oczy są wymowne, zwłaszcza 

gdy wyglądają jak jeziorka, w których odbija się gwiazda, pomyślał Piotr. I jakie ona ma 
rozkoszne   usta.   Wiedział   teraz,   że   całe   życie   marzył   o   ucałowaniu   tych   ust,   w   których 
kącikach czaiły się dołeczki. Nos był co prawda niezbyt kształtny — za bardzo podobny do 
nosa Topielca. W gruncie rzeczy musiał przyznać, że widział setki ładniejszych kobiet. Ale 
tylko od Donny bił czar.

Miała taki słodki, głęboki głos. Stworzony do wypowiadania miłosnych słów. Piotr na tę 

myśl zadrżał. Piotr — nieustraszony Piotr. Gdyby był zupełnie pewny jej uczuć, objąłby ją i 
zabrał. Ale nie był, a tymczasem Wirginia uprowadziła Donnę w stronę rodzinnego grobowca 
Ryszarda Darka, gdzie powinien być pochowany Barry — choć nie był, ale gdzie ustawiono 
na jego cześć pamiątkową  tablicę. Tuż obok znajdował się grób Neda Powella. Wirginia 
klęczała tam dziesięć minut pogrążona w modlitwie, a wiatr rozwiewał malowniczo jej długi 
czarny welon.

— Dziś w nocy obudziłam się, bo mnie wołał — wyszeptała ze łzami w głosie. Wirginia 

na zamówienie potrafiła ronić łzy.

Donna  poczuła  nagle   niesmak   i  zniecierpliwienie.  Wirginia  zachowywała   się  jak  stara 

Matylda Dark, która wciąż jęczy opłakując swego dawno utraconego małżonka. Kiedy ból 
przestaje być wzniosły,  a staje się śmieszny?  Donna wiedziała. Wówczas, kiedy staje się 
zaledwie   cieniem   bólu.   Ona   naprawdę   kochała   Barry’ego.   Kiedy   nadeszła   wieść   o   jego 
śmierci, cierpiała tak, że bała się, by ból nie rozerwał jej na strzępy. Uznała za rzecz jak 
najbardziej normalną, że całe życie czcić będzie jego pamięć.

Czemu ta Wirginia załzawionymi oczyma wpatruje się w tablicę pamiątkową Barry’ego?
Ach tak, znów odczytuje ten wiersz pani Browning.

background image

Póki nie pojmiesz, gdy pieśń skończona,
Że nie chcesz innej pieśni.
Póki nie zadrżysz, opuszczona,
Że z nim — wszyscy odeszli,
Póki nie doznasz w jego zachwycie,
Że twoja piękność — jego uznaniem,
Nim nie przysięgniesz zapłacić życiem,
O, nie nazywaj tego kochaniem

*

.

— To czysta prawda — łkała Wirginia.
Donna   jeszcze   bardziej   się   zniecierpliwiła.   Dawniej   uważała   ten   wiersz   za   piękny   i 

wzruszający. Zresztą był nim nadal. Ale nie dla niej. Nadszedł przełomowy moment. Nagle 
zobaczyła   siebie   i   Wirginię   zupełnie   nowymi   oczami.   Bawiły   się   w   dramatyzowanie 
własnych cierpień.

— Czy ja wiem — odpowiedziała chłodno. — Jakośmy jednak nie umarły.
— Nno tak — niechętnie przyznała Wirginia. — Ale przez długie tygodnie po śmierci 

Neda chciałam się utopić. Tego jednak nigdy ci nie powiedziałam.

Donna pomyślała, że była to jedyna rzecz, której Wirginia jej nie powiedziała. Ostatecznie 

przez całe dziesięć lat wysłuchiwała stale, co Wirginia czuła po śmierci Neda. Bywało to 
dosyć   nudne.   Donna   pomyślała,   że   jest   okrutna.   Ale   ta   biedna   Wirginia   była   naprawdę 
męcząca.   Donna   dziękowała   Bogu,   że   sama   rzadko   zwierzała   się   ze   swoich   uczuć   do 
Barry’ego. Nie musiała się teraz rumienić. Na szczęście nie wiedziała, że przypisywano jej 
wiele wylewnych tyrad Wirginii.

Szybko odeszła. Ostatecznie Barry wcale tu nie spoczywał. Niemądrze było przybierać 

żałobne pozy nad grobem jego dziadków. Ani przez chwilę nie sądziła, że Wirginia naprawdę 
chciała   się   utopić.   Za   bardzo   lubiła   swoją   romantyczną   pozycję   młodziutkiej   wojennej 
wdowy. Donna czuła, że z każdą chwilą staje się bardziej cyniczna.

Zbliżyła się cioteczka Ale, dziwaczna maleńka postać w wyrudziałym czarnym kabacie, w 

cudacznym   czepcu   z   kitką   sztucznych   piór.   Cioteczka   Ale   miała   siedemdziesiąt   pięć   lat, 
twierdziła jednak, że wciąż jest zwinna jak wiewiórka, i nadal pomagała przychodzić na świat 
niemal wszystkim dzieciom klanu. Spojrzała na nagrobek babki Barry’ego i westchnęła.

— Ona była drugą żoną pana Darka — zauważyła. — Bardzo zacna niewiasta. Ładny 

mieliśmy pogrzeb, co? Ale czy nie sądzicie, że trochę za pogodny?

— Ciotka Becky tego sobie przecież życzyła — przypomniała jej Donna.
Cioteczka Ale pokręciła głową. Nigdy się jednak nie dowiedziały, co chciała powiedzieć, 

gdyż w tym właśnie momencie nastąpiło to skandaliczne wydarzenie i wszyscy pobiegli w 
stronę bramy. Tuż pod nią — na szczęście już nie na cmentarzu — okładało się pięściami 
dwóch mężczyzn, Percy Dark i Daniel Dark, dotąd bardzo zaprzyjaźnieni. Zrzucili kapelusze i 
marynarki, byli czerwoni z wściekłości. Nikt nie wiedział, jak do tej bójki doszło. Ponoć 
jeden z nich powiedział o dzbanie coś, co nie spodobało się drugiemu. Zaczęło się od słów, 
skończyło się na rękoczynach. Percy zawołał: — Wybiję ci z głowy tę twoją zarozumiałość 
— i ruszył do ataku.

William Y. próbował ich powstrzymać, dostał pięścią w nos, nos zaczął krwawić i William 

Y. na cały tydzień postradał swoje dostojeństwo. Pani Dawidowa zemdlała, a pani Percy’owa 
przez resztę lata nie wychodziła ze wstydu z domu. Ale na cmentarzu nie straciła głowy. Ani 
nie zemdlała, ani nie wpadła w histerię i nie zwracając uwagi na to, co spotkało Williama Y., 
rzuciła się między oszalałych mężczyzn, wzywając Dawida, żeby ośmielił się ją uderzyć. Nim 

*  Wiersz angielskiej poetki Elizabeth Barret–Browning (1806–1861) pt.  Kobiece słabostki,  tłum. Ludmiła 

Marjańska.

background image

jednak do tego doszło, obecni mężczyźni chwycili dwóch bojowników z tyłu pod ramiona i 
zawlekli do aut. I tak nastąpił koniec bijatyki, ale nie koniec skandalu.

Nim zapadła noc, cała okolica wiedziała, że na pogrzebie ciotki Becky dwóch Darków 

pobiło się o schedę i musiały ich odciągać biedne żony. Dopiero po wielu latach zapomniano 
im to i wybaczono.

— Chwała Najwyższemu, pastora nie było już na cmentarzu — łkała pani Cliffordowa.
Wuj Pyszniafc udawał zgorszonego, ale w cichości ducha uznał, że ta potyczka dodała 

pogrzebowi pikanterii — co za szkoda, że ciotka Becky nie mogła zobaczyć, jak nabożny 
Dawid i świętoszkowaty Percy okładają się pięściami.

Tempest Dark po raz pierwszy od pogrzebu żony głośno się roześmiał.

background image

III

Donna   i   Wirginia   razem   wróciły   do   domu.   Wirginia   opowiedziała   Donnie   kilka 

makabrycznych historyjek o Piotrze, rozwodziła się zwłaszcza nad jego pobytem w Indiach, 
gdzie rzekomo żył Jak tubylec” i miał parę tuzinów ciemnoskórych żon. Donna nie uwierzyła 
w to, nie śmiała jednak bronić Piotra. Nie była wciąż pewna, co oznacza jego zachowanie. 
Czy   naprawdę   zwrócił   na   nią   uwagę?   Póki   się   nie   przekona,   nie   zdradzi   się   ze   swoimi 
uczuciami. Wirginia może sobie do woli bredzić.

— Chyba zanosi się na deszcz — zauważyła Wirginia pod bramą Topielca.
— O   nie…   Na   pewno   będzie   piękny   wieczór.   Widzisz   księżyc?   —   oświadczyła   z 

przekonaniem Donna. Miała zupełnie dość towarzystwa Wirginii. Poza tym była głodna, a 
Wirginia, która sama zaledwie coś skubała, dawała jej odczuć, że uważają za obżartucha.

— Mam   nadzieję,   że   noc   nie   będzie   księżycowa.   Nienawidzę   poświaty   księżyca. 

Przypomina   mi   tyle   rzeczy,   o   których   chciałabym   zapomnieć   —   zauważyła   posępnie 
Wirginia   mijając   się   z   prawdą.   Bo   nie   chciała   o   niczym   zapominać.   Ale   Wirginia   nie 
troszczyła się o prawdę, gdy udało jej się wymyślić jakąś wzruszającą sentencję.

Zatroskana odpłynęła w swych żałobnych szatach. Co się stało z tą Donną? Czyżby Piotr? 

Nie, to niemożliwe.

Owszem,   chodziło   o   Piotra.   Donna   uświadomiła   to   sobie   wchodząc   do   wygodnego 

zagraconego domostwa Topielca. Zakochała się w Piotrze Penhallowie. I on — jeśli można 
wierzyć jego oczom — też ją pokochał. Co teraz będzie? Jan Topielec gotów się wściec ze 
złości. I on, i Tekla uważali, że Donna nie powinna już wychodzić za mąż. A co dopiero za 
Piotra Penhallowa! Cóż, Piotr jeszcze nie poprosił jej o rękę. Może nigdy nie poprosi. Kto się 
tak śmieje na górze? Ach, to ta wariatka Tekla.

Tekla ulegała modom. Ostatnio przeczytała gdzieś, że „śmiech to zdrowie” i należy się 

śmiać   co   najmniej   dziesięć   minut   dziennie.   Donnę   ten   śmiech   zdenerwował   i   zeszła   na 
kolację bardzo rozdrażniona. Jan Topielec był także w złym humorze. Wróciwszy z pogrzebu 
stwierdził, że zachorowała jego ulubiona świnia — a tu nie wolno mu kląć!

Tekla próbowała go udobruchać i normalnie by jej się to udało. Topielec lubił, żeby koło 

niego skakano. Ale czemu nie robi tego Donna? Donna siedziała milcząc, jakby w ogóle jej 
nie obchodziły jego humory. Topielec dał upust swoim uczuciom lżąc wszystkich obecnych 
na pogrzebie, zwłaszcza Piotra Penhallowa. Używał sobie na nim, ile wlezie.

— Więc nie miałby tatuś ochoty mieć go za zięcia? — spytała Donna. Jan Topielec uznał 

to za wyśmienity żart. Parsknął śmiechem.

— Wolałbym samego diabła — oświadczył waląc pięścią w stół. — Teklo, dlaczego ten 

nóż jest tępy? Mam dwie baby w domu i żadnej nie przyjdzie na myśl naostrzyć nóż do 
chleba.

Po kolacji Donna wymknęła się z domu. Czuła się nieszczęśliwa i osamotniona. Co Piotr 

miał   na   myśli   mówiąc   o   podróży   poślubnej   do   Ameryki   Południowej?   Kto   miał   zostać 
szczęśliwą oblubienicą? Ogarnęło ją zniechęcenie.

Poszła   wzdłuż   Różanego   Potoku   aż   do   maleńkiego   przylądka.   Rósł   tam   stary   sad 

otaczający   zrujnowany   dom.   Ruderę   tę   Pyszniak   nazwał   Sadybą   Zalecanek,   bowiem 
zakochane   pary   lubiły   tam   siadywać   na   progu.   Ale   tym   razem   nie   było   tam   żadnych 
zakochanych. Zobaczyła natomiast Piotra Penhallowa, który przywiązał do drzewa czółno i 
nadchodził porosłą mchem ścieżką. Spojrzeli na siebie i zrozumieli, że tak chciał Los.

Piotr   wrócił   z   pogrzebu   w   stanie   całkowitego   załamania.   Jest   głupim   osłem.   Donna 

odwróciła się od niego i poszła opłakiwać Barry’ego. Tam, gdzie pogrzebane było jej serce. 
Piotr zaśmiewał się, kiedy mu ongi powtórzono te rzekome słowa Donny. Ale teraz nie było 
mu do śmiechu. Przeżywał prawdziwą tragedię.

background image

W rozpaczy wsiadł do czółna Jeffa i popłynął rzeką. Miał zamiar dopłynąć do punktu, skąd 

uda   mu   się   zobaczyć   światło   domu   Donny.   Był   tak   zakochany,   że   zachowywał   się   jak 
romantyczny   szczeniak.   Zmierzchało   już.   Rzeka   była   z   początku   jeszcze   złocista,   potem 
posrebrzała, wreszcie stała się mroczna jak kobieta w żałobie. Wzdłuż brzegów migotały 
światła  domów.  Piotr nie miał  domu.  Jego domem  mogła  się stać tylko  Donna. I oto ją 
zobaczył.

Kiedy   się   opamiętali,   siedzieli   na   progu   Sadyby   Zalecanek   między   dwoma   krzakami 

rozkwitłej   spirei.   Piotr   powiedział   „Dobry   wieczór”,   choć   chciał   powiedzieć:   „Witaj, 
Królowo”. Donna nigdy nie mogła sobie przypomnieć, co powiedziała.

Otaczała  ich noc, złoty blask gwiazd i pachnący wiatr. O dwie farmy dalej jakiś pies 

zwierzał się całej okolicy.

Donna uświadomiła sobie, że Piotr ją kocha. Zatem będzie dzielić jego życie — pójdzie 

tam, gdzie nigdy nie stąpnęła noga żadnej białej kobiety, będą razem spędzać noce w dżungli 
lub na pustyni — wydało jej się, że słyszy dzwonki wielbłądów.

— Odkąd cię zobaczyłem na tym bankiecie ciotki Becky — kiedy to było? tydzień temu, 

rok temu,  życie  temu  — chodzę jak błędny —wyznał Piotr. — Upiłem się, dziewczyno, 
twoim czarem. I pomyśleć, że cię tak długo nienawidziłem.

Donna westchnęła z upojeniem. Tę chwilę musi zachować w sercu na całą wieczność. 

Znów przypadną jej w udziale przygoda, tajemnica i miłość — trzy najważniejsze rzeczy. 
Poczuła się znów młoda i tak nieustraszenie szczęśliwa, jakby nigdy życie nie udzieliło jej 
gorzkiej lekcji, że każda radość umiera. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale słowa wydawały 
się zbędne.

— Cudowny   wiatr!   —   powiedział   Piotr.   —   Nie   cierpię   bezwietrznych   wieczorów. 

Wszystko staje się martwe. Kiedy oddycham wiatrem, czuję się stokrotnie bardziej żywy.

— Ja też — odparła Donna.
Parę  minut   milczeli  zachwycając   się cudownym  zbiegiem  okoliczności  —  oboje  lubią 

wiatr.

Zza chmury wyłonił się księżyc. W starym sadzie zapląsały srebrzyste plamki. Piotr tak 

długo milczał, że Donna zapytała go, o czym myśli. Tylko po to, by usłyszeć kochany głos.

— Patrz, jak ta czarna chmura opuszcza księżyc — nakazał jej Piotr, który pewnie nawet 

by nie potrafił prawić miłosnych słówek jak zwykły człowiek. — Można by sądzić, że kończy 
się zaćmienie księżyca.

— Jak srebrzyście musi być z tamtej strony chmury — zauważyła; z rozmarzeniem Donna.
— Kiedy będę miał samolot, polecimy tam, żeby zobaczyć — obiecał Piotr, który nigdy 

dotąd nie marzył o samolocie, ale teraz wiedział, że musi go mieć i zabrać Donnę na wyprawę 
w głąb nieba. — I dostaniesz Krzyż Południa, żeby go nosić jako broszkę. A może wolisz 
pierścień ] z Oriona?

— Och   —   szepnęła   Donna.   Wstała   i   wyciągnęła   ramiona   w   stronę   księżyca.   Pewnie 

wiedziała, że ma piękne ramiona, prześwitywały jak marmur przez czarny woal sukni. — 
Chciałabym tam zaraz pofrunąć.;

— Ze mną? — Piotr wstał i objął ją. Całował ją i całował, a Donna oddawała mu pocałunki 

— Wirginia uznałaby to za bezwstydne. Ale teraz Donna nie myślała ani o Wirginii, ani o 
Barrym, ani o starej rodzinnej waśni.

— Ze mną? — powtórzył pytanie Piotr.
— Z tobą — odpowiedziała Donna.
Piotr roześmiał się triumfalnie, patrząc jej w oczy.
— Jestem jedynym mężczyzną na świecie, którego potrafisz kochać — oświadczył butnie, 

lecz zgodnie z prawdą. — Kiedy się pobierzemy?

— Ho, ho, a to romantyczna historia — zachichotała pani Toynbee’owa Dark, która od 

dziesięciu   minut   stała   za   rogiem   zrujnowanego   domu   przyglądając   im   się   złośliwymi 

background image

czarnymi oczkami.

— Ho, ho, ukochana sowo, to tutaj się ukryłaś — odpowiedział Piotr. — Raduj się wraz ze 

mną, wdowo po Toynbee’em. Donna obiecała, że za mnie wyjdzie.

— Widzę, że jej serce nareszcie zmartwychwstało — zauważyła pani Toynbee’owa. — 

Ciekawy pomysł. Ale co powie na to Jan Topielec?

background image

IV

Piotr i Donna nie byli jedyną parą, która tego wieczoru związała się słowem. To określenie 

wymyśliła Gaja, „zaręczyny” wydały jej się nazbyt pospolite.

Gaja wracała do domu z Nan, która miała się wraz z nią i Noelem wybrać na tańce i 

oznajmiła po drodze, że jej matka postanowiła zostać na Wyspie, póki nie będzie wiadomo, 
komu przypadnie dzban.

— Powiada, że nie wróci do St. John, dopóki się tego nie dowie. Biedna mamcia. Gotowa 

postradać zmysły, jeśli tego dzbana nie dostanie! Tatuś i tak spędzi ten rok w Chinach, więc 
możemy zostać poza domem. Zamieszkamy w Sosnówce, w tych pokoikach po cioci Becky. 
Życie jest takie krótkie, a ja mam tu zmarnować cały rok! Można się wściec!

Gaja zmartwiła się. Sama nie wiedziała, czemu z taką przykrością myśli o obecności Nan. 

Nie miała ochoty na rozmowę i odczuła ulgę, gdy znalazły się w Majówce. Majówka za życia 
Howarda Penhallowa była jednym z najpiękniejszych domów klanu, teraz jednak podupadła.

Gonty odstawały, dach werandy zapadł się, mury łuszczyły się. Ogród był zapuszczony. 

Niemniej   było   tu   pięknie,   za   domem   wznosiła   się   ciemnozielona   ściana   świerków 
porastających zbocze wzgórza, a opodal błyszczało szafirowe morze. Gaja kochała ten dom. I 
bolało ją, gdy Nan nazywała go malowniczą ruderą.

Ale ubierając się na zabawę zapomniała o Nan i jej docinkach.
Delektowała się każdym szczegółem stroju, który miał olśnić Noela. Włożyła jedwabną 

sukienkę koloru pierwiosnków i nowe pantofelki na wysokich obcasach. W tej sukience czuła 
się zawsze piękna. Potrząsnęła złocistą jak żonkil główką.

I była z siebie bardzo zadowolona, nim do pokoju nie wślizgnęła się Nan i — pewnie 

umyślnie   —   stanęła   tuż   koło   niej.   Nan   miała   na   sobie   głęboko   wyciętą   sukienkę   z 
cieniutkiego   błyszczącego   czerwonego   woalu   upstrzonego   srebrnymi   winogronami,   a   na 
złocistej główce siateczkę ze srebrno — zielonych listków ozdobioną czerwonym kwiatem. 
Gaja poczuła się pognębiona.

„Wyglądam   przy   niej   na   domową   kurkę   —   pomyślała.   —   Owszem,   ładnie,   ale 

prowincjonalnie!!!”

I jej brwi były takie czarne i ciężkie obok wyskubanych linijek brwi Nan. Niemniej starała 

się pocieszyć: jej różowe policzki nie były umalowane, a te loki przed uszami Nan — moda, 
nie moda — wyglądały jak bokobrody. Znów więc zapomniała o Nan i pobiegła do furtki na 
końcu ogrodu, skąd widać było drogę z Charlottetown, którą miał nadjechać Noel.

Biegnąc zobaczyła na ganku Mercy Penhallow z matką. Na pewno będą krytykować Noela 

—   w   każdym   razie   Mercy.   Od   chwili   kiedy   Gaja   zaczęła   chodzić   z   Noelem,   cały   klan 
nieustannie   kręcił   nosem.   Czemu   ludzie   muszą   się   do   wszystkiego   wtrącać!   Ci 
zdegenerowani’   Darkowiej   Penhallowowie   ośmielają   się   twierdzić,   że   Noel   nie   jest   jej! 
godzien! Tak jakby chodziło o rodzinę królewską!

Mercy Penhallow nie zaczęła jeszcze znęcać się nad Noelem. Omawiały właśnie z panią 

Howardową wszystkie  szczegóły pogrzebu. Teraz Mercy utkwiła blade, wodniste oczy w 
Nan, która siedząc na j werandzie paliła papierosa ku zgorszeniu wszystkich mieszkańców j 
Różanego Potoku, którzy akurat tamtędy przechodzili. ;

— Ona chyba uważa, że ma piękne plecy — zauważyła  Mercy.  — Inaczej by ich nie 

pokazywała. Cóż, okazuje się, że skromność to] przeżytek!

Pani Howardową uśmiechnęła się pobłażliwie. Cały klan uważał, że pani Howardowa jest 

osobą nazbyt tolerancyjną. To dlatego sprawy między Gają a Noelem zaszły aż tak daleko.

— Nan   idzie   dziś   z   Gają   i   Noelem   na   tańce   do   Klubu   Sportowego   w   Charlottetown. 

Wolałabym,  żeby Gaja w dzień pogrzebu została w domu, ale współczesna młodzież nie 
zwraca już na takie rzeczy żadnej uwagi.

background image

— Cały świat oszalał dla tańca — prychnęła Mercy. — A ta dzisiejsza młodzież nie ma 

szacunku ani dla dobrych manier, ani dla moralności. Wszyscy mówią, że Nan poluje na 
męża. Tylko chłopcy ją interesują i ugania się za nimi, gdzie może…

— Za moich  czasów to chłopcy uganiali  się za dziewczętami  — uśmiechnęła się pani 

Howardowa.   —   Uważam,   że   to   było   dużo   zabawniejsze,   dziewczyna   zawsze   mogła   się 
zatrzymać, kiedy chciała, by ją schwytano.

Mercy, której nikt nigdy nie próbował schwytać, wzgardliwie pociągnęła nosem.
— Ponoć Gaja wprost szaleje za Noelem — zauważyła. — Lucyllo, czemu ty do tego 

dopuściłaś?

Pani Howardowa stropiła się.
— Cóż   mogłabym   zrobić?   Gaja   wie,   że   go   nie   lubię.   Ale   jest   zaślepiona.   Kiedy 

wspomniałam coś o jego pochodzeniu, zawołała: „Mamo, przecież Noel nie jest koniem, żeby 
musiał mieć rodowód!”

— A tymczasem Roger nie widzi poza nią świata! Taki wspaniały człowiek i taki bogaty. 

Miałaby wszystko…

„Poza szczęściem” — westchnęła pani Howardowa. Ale westchnęła tylko w myśli i Mercy 

paplała dalej:

— Noel nie ma grosza poza swoją pensją i wątpię, by kiedykolwiek się dorobił. I kim są ci 

Gibsonowie? Zwykłe pospólstwo. Ciekawa jestem, co by na to powiedział jej biedny ojciec?

Pani Howardowa znów westchnęła. Nie przykładała aż takiej wagi do fortuny jak reszta 

klanu i bynajmniej nie chciała, żeby Gaja wyszła za Rogera nie kochając go, tylko dlatego, że 
jest bogatym człowiekiem. I nie miała Noelowi za złe, że jest ubogi. Ale ta jego rodzina! Pani 
Howardowa   dobrze   znała   Gibsonów.   I   wierzyła   w   dziedziczność.   Kiedy   pierwszy   raz 
zobaczyła Noela, pomyślała: „Nie, chłopak nie powinien umieć tak się posługiwać oczami. I 
ma gibsonowskie usta”.

Ale za nic na świecie nie chciała wykłócać się z Gają. Miała tylko ją. Mercy tego nie 

rozumiała. W jaki sposób mogłaby do tego „nie dopuścić”? Gaja wiedziała, czego chce, miała 
silną wolę, a pani Howardowa nie zamierzała unieszczęśliwiać swojej córki.

— Może zresztą on tylko z nią flirtuje — pocieszyła ją Mercy. — Gibsonowie słyną z 

niestałości.

Ale to także dotknęło panią Howardową. Nie do pomyślenia było, żeby Gibson ośmielił się 

„tylko flirtować” z Penhallowówną. Co za insynuacje!

— Niestety, on ma poważne zamiary. Obawiam się, jestem tego prawie pewna, że już się 

niemal zaręczyli.

— Niemal zaręczyli! Lucyllo, mów do rzeczy. Ludzie są albo zaręczeni, albo nie. Gdyby 

Gaja była moją córką…

Pani Howardowa ukryła uśmiech. Przyszło jej bowiem na myśl, że gdyby Gaja była córką 

Mercy, to ani Noel, ani żaden inny mężczyzna nie ubiegałby się o jej względy. Biedna Mercy. 
Była taka okropnie brzydka. Ten obwisły podbródek! I rysy jej twarzy sprawiały wrażenie, 
jakby były sobą nawzajem przestraszone. Pani Howardowa litowała się nad nią, każda ładna 
kobieta chętnie lituje się nad swoimi mniej szczęśliwymi siostrami.

Pani Howardowa była bezsprzecznie najbardziej lubianą kobietą w całym klanie. Znała 

swoje miejsce, zawsze zachowywała się bez zarzutu i nie było w tym żadnej ostentacji. Z 
każdej dyskusji wychodziła zwycięsko, gdyż na ogół tylko się uśmiechała. O wielu rzeczach 
nie miała najmniejszego pojęcia, ale umiała kochać i umiała gotować, a to pozwala każdej 
kobiecie zajść daleko. Nie zawierała przyjaźni zbyt pochopnie i nie należała do osób, które 
raz przymilają się, a raz drapią, ale było w niej coś, co sprawiało, że każdy miał ochotę 
podzielić się z nią swoimi tajemnicami.

Ciotka Becky pochlebiała sobie, że zna wszystkie tajemnice klanu, ale pani Howardowa o 

wielu rzeczach dowiadywała się wcześniej.

background image

Nawet Stanton Grandy, który rzadko mówił dobrze o kobietach, gdyż cenił sobie swoją 

renomę   złośliwca,   powiedział   kiedyś,   że   Pan   Bóg   chociaż   raz   wiedział,   co   robi,   kiedy 
stworzył panią Howardową.

Część   klanu   uważała,   że   pani   Howardowa   ubiera   się   zbyt   jaskrawo   jak   na   niemłodą 

wdowę. Pani Howardowa tylko się śmiała słysząc takie zarzuty.

— Zawsze lubiłam jasne kolory i będę je nosić aż do śmierci — mówiła. — Możecie mnie 

pochować w czarnej sukni, ale póki mam coś do powiedzenia, będę nosić niebieskie.

— Skoro   mówimy   o   Rogerze   —   odezwała   się   znów   Mercy   —   to   nie   wiem,   czy 

zauważyłaś, jak on ostatnio źle wygląda. Chudy jak patyk. Czy tak się martwi Gają, czy jest 
po prostu przepracowany?

— Chyba i jedno, i drugie. W zeszłym tygodniu umarła pani Gateway. Nic nie było w 

stanie jej ocalić, ale Roger zawsze bardzo przeżywa śmierć każdego swojego pacjenta.

— Jest wrażliwszy od innych lekarzy — zgodziła się Mercy. — Gaja jest głupią gąską, 

jeśli woli od niego Noela. Nie mam wprost słów…

Mercy   znalazłaby   na   pewno   niejedno   jeszcze   słowo,   ale   pani   Howardowa   zręcznie 

zmieniła temat rozmowy wspominając o dzbanie ciotki Becky. Czy Mercy już słyszała? Dwaj 
lokatorzy pani Adamowej Penhallow z Indiańskiego Potoku, Gerald Elmslie i Gros — set 
Thompson, tak się pokłócili o ten dzban, że się wyprowadzili. A pani Adamowa i tak już 
ledwie wiązała koniec z końcem.

— Ale dlaczego Gerald i Grosset pokłócili się o dzban? — spytała Mercy. — Przecież nie 

należą do rodziny.

— Och, Gerald spotyka się z Wierą Dark, a Grosset zaręczył się już z Sally Penhallow.
— Moim zdaniem przez ten dzban ktoś w końcu zwariuje — oświadczyła Mercy.
Gaja czekała na Noela przy furtce pod świerkiem, który wyglądał jak posępny czarny 

ksiądz. Już wiele razy tu na niego czekała. W spokojne wieczory dolatywał z Różanej Zatoki 
tubalny śmiech Topielca i Gaje to gniewało. Chwile oczekiwania powinny należeć tylko do 
Noela.

Teraz oczywiście Topielec znów ryczał, a w dodatku pojawił się Roger. Stanął koło niej. 

Wysoki, ponury Roger! Choć to tylko Gaja uważała, że Roger wygląda ponuro — pewnie 
dlatego, że tak różnił się wyglądem od Noela. Choć bardzo Rogera lubiła, lubiłaby jeszcze 
bardziej, gdyby klan nie chciał jej za niego wydać.

Roger patrzył na jej błyszczącą złotobrunatną główkę. Na piękne ciemne brwi. Aksamitne 

oczy ocienione długimi rzęsami. Dołeczek koło ust. Bielutką szyję. Mała Gaja była nieśmiała, 
słodka i kapryśna jak kwiecień. Każdy musiał ją kochać. I ten jej miękki melodyjny głos — 
jedna z niewielu kobiet, których głos nie raził ucha. Bardzo był wrażliwy na głos kobiecy, 
bardziej jeszcze niż na urodę.

Roger wiedział, że Gaja czeka tu na innego mężczyznę, że on jest dla niej tylko cieniem. I 

nagle  uświadomił  sobie,  że ma  ona osiemnaście  lat,  więc  trzydziestoparoletni  mężczyzna 
może jej się wydawać kimś należącym do innego świata.

Czemuż to pokochał właśnie Gaję, kiedy tyle innych dziewcząt byłoby zachwyconych jego 

uczuciem?   Ale   pokochał   ją.   I   chciał,   żeby   była   szczęśliwa.   Cieszył   się,   że   na   tym 
skomplikowanym   świecie  może  być   ktoś   aż  tak   szczęśliwy.  I  biada  Gibsenowi,  jeśli   nie 
zapewni jej szczęścia!

— Widzę,   że   ta   stara   furtka   wciąż   tu   jest.   Słyszałem,   że   twoja   matka   zamierza   ją 

zlikwidować.

— Nie pozwoliłabym jej — zaśmiała się Gaja. — To moja furtka. Strasznie ją lubię.
— Ja lubię wszystkie furtki — powiedział zagadkowo Roger. — Każda furtka to obietnica. 

Z drugiej strony może się kryć jakiś cud. Jak myślisz, Gaju, co znaleźlibyśmy, gdybyśmy ją 
otworzyli?

— Zieloną dolinkę pełną białych fiołków — zaśmiała się Gaja. — Ale nie pójdziemy tam, 

background image

Rogerze, trawa jest mokra i zabrudziłabym sobie nowe pantofelki.

Śmiejąc   się   spojrzała   na   niego   —   tylko   przez   moment   —   ale   to   wystarczyło,   żeby 

śmignęło obok nich auto Noela, a ona nie zdążyła dać mu znaku. Zostawiła Rogera przy 
zamkniętej  furtce  i pobiegła  do domu,  gdzie  na schodkach, koło  Nan, siedział  już  Noel. 
Widzieli się po raz pierwszy, ale zachowywali tak, jakby się znali całe życie. I Nan patrzyła 
na Noela wzrokiem, który tak działał na mężczyzn, choć kobiety nigdy mu nie ulegały. Gaje 
przebiegł dreszcz.

— Właśnie pytałam Noela, czy używa rurek do włosów — powiedziała Nan tym swoim 

zuchwałym, leniwym tonem.

Na   zabawie   Gaja   zapomniała   o   złowieszczym   dreszczu,   zapomniała   o   wszelkich 

przykrościach. To, co Noel szeptał jej do ucha, było wręcz cudowne — a jak patrzył! A 
potem, gdy usiedli w zacienionym kącie balkonu, Noel poprosił ją o rękę, a Gaja uśmiechając 
się i rumieniąc, czując, że dławi ją w gardle, a do oczu napływają łzy, odpowiedziała: tak.

Przez   resztę   wieczoru   Gaja   unosiła   się   w   różowej   mgle,   banalnie   byłoby   to   nazwać 

szczęściem. Wracając do domu odwieźli Nan do Sosnówki. Długo mówili sobie do widzenia, 
stojąc pod rozkwitłą jabłonią wśród drżących cieni wysrebrzonych księżycem liści. Noc była 
piękna i tajemnicza, nigdy jeszcze nie było — nie mogło być — takiej nocy.

Gaja rozbierała się w swej sypialni przy blasku księżyca. Płatki białej róży, którą przypięła 

do sukienki wrzuciła teraz do stojącego na stoliku błękitnego dzbanuszka. Dzbanuszek ten w 
dzieciństwie otrzymała  od ojca i ojciec poradził jej, by przeżywszy naprawdę szczęśliwy 
dzień wrzucała  tam płatki róży.  Dzbanuszek był  już niemal  pełny.  Gaja uśmiechnęła  się. 
Ostatnią garstkę płatków wrzuci do niego w dzień śłubu i potem schowa go — symbol swoich 
dziewczęcych lat.

Tej nocy, rzecz prosta, nie spała. Szkoda by było marnować czas na sen, skoro mogła 

rozmyślać o Noelu. I planować ślub. Ślub odbędzie się jesienią. Suknia musi być biała jak 
mleko, jak jej skóra. — Twoja skóra wygląda jak płatek narcyza — mówił Noel. Lśniące 
jedwabne pończochy,  morska piana koronek, cienka platynowa obrączka — „śliczna pani 
Noelowa Gibsonowa, najbardziej czarująca panna młoda tego sezonu”. A potem mały domek 
— może jeden z tych milutkich nowych bungalowów — żółte jak blask słoneczny firanki w 
oknach i żółte talerze na stole — a naprzeciwko Noel.

„Moja maleńka miłości” — wciąż słyszała jego głos, kiedy pod jabłonią patrzył w ciemne 

jeziorka jej oczu.

Nagle   przypomniała   sobie   ostrzeżenie   Lunatyka.   „Nie   bądź   zbyt   szczęśliwa”.   Biedny, 

zwariowany, stary Lunatyk. Czyż można być zbyt szczęśliwym? Bóg na pewno lubi patrzeć 
na szczęście ludzi. Ludzie zostali stworzeni po to, by poznać szczęście.

„Ta noc zostanie ze mną na zawsze — pomyślała Gaja. — Ósmy czerwca — to będzie 

moja ukochana data. Zawsze będę ten dzień obchodzić!”

Zawsze już będą razem — zawsze. Na dobre i na złe. Każdy świt i każdy zmierzch staną 

się jeszcze piękniejsze.

„Gdybym  umarła — pomyślała Gaja — a Noel na mnie  spojrzał — zaraz bym  znów 

ożyła”.

Następnego dnia zatelefonowała do Gai Nan.
— Podoba mi się twój Noel — oświadczyła cedząc słowa. — Zamierzam ci go odebrać.
Gaja zaśmiała się.
— Ale ci się to nie uda.
Tej nocy czuwała nie tylko Gaja. Nie spała też Donna, nie spał Piotr. Pani Dawidowa i 

pani Palmerowa leżały u boku chrapiących małżonków i zastanawiały się, czemu życie jest 
tak ciężkie dla porządnych kobiet, które zawsze postępowały jak należy. Nie zmrużyła oka 
zaniepokojona   Wirginia.   Pani   Toynbee’owa   troskliwie   pielęgnowała   swoją   zgryźliwość. 
Paulina Dark zastanawiała się, czy Hugon rzeczywiście załatwi sobie rozwód. Thora Dark 

background image

niespokojnie oczekiwała powrotu do domu pijanego męża, który zacznie jej ubliżać.

Samowie   spali   spokojnie   nie   wiedząc,   co   ich   czeka.   Usnęli   też   Hugon   Dark   i   Roger 

Penhallow.   I   William   Y,   z   kompresem   na   nosie.   Jak   widać,   sen   przychodzi   łatwiej 
mężczyznom.

Bo nie  mogła  też  usnąć  Joscelyn.  Całą  noc kręciła  się  niespokojnie.  Wreszcie  wstała, 

ubrała   się   i   wymknęła   z   domu   na   brzeg   morza.   Dolinę   między   wydmami   wypełniała 
księżycowa poświata. Chłodny wiatr pachniał nocą. Z oddali nawoływało morze.

Joscelyn poczuła się stara, niemądra, pusta. A jeśli Hugon rzeczywiście pokochał Paulinę i 

zechce odzyskać wolność? No i co z tego? Czyż ona nie kocha Franka Darka? Dlaczego nie 
potrafi podejść do tego ze stoickim spokojem? Powinna by pomyśleć: „No cóż, jeśli Hugon 
załatwi rozwód, ja też będę wolna. Może powróci Franek?” Nie, nie potrafiła tak myśleć. 
Byłoby to czymś tanim i niestosownym.

Nad wydmami pojawił się świt.
Nie sądziła, by o tak wczesnej godzinie ktoś mógł się tu pojawić, ale oto na pastwisku 

Gibsona zobaczyła cioteczkę Ale, zgiętą w pół, z szarą chustką na głowie. Jej żywe oczka z 
ciekawością wpatrywały się w Joscelyn.

— Wcześnie dzisiaj wstała pani Dark.
Joscelyn nie cierpiała, by ją nazywano panią Dark, za każdym razem przykro jej było, gdy 

odbierała  na poczcie  list zaadresowany do pani Hugonowej  Dark. Kiedyś  musiała  się na 
jakimś   oficjalnym   dokumencie   podpisać   „Joscelyn   Dark”   i   zaraz   potem   rzuciła   pióro,   i 
zerwała się z pobielałymi wargami. Cioteczka Ale była jedyną osobą z klanu, która nazywała 
ją panią Dark. Lecz nie miało sensu obruszać się na cioteczkę Ale.

— Cioteczka też wcześnie wstała.
— Och, ja się wcale nie kładłam. Całą noc byłam u Myersów. Urodziła się im córeczka. 

Ładne dziecko, ale niestety ma myersowskie usta.

— Jak się czują Alicja?
— Alicja czuje się świetnie, ale strasznie się nad sobą użala. Choć miała lekki poród. 

Przyjemnie   było   patrzeć.   Tobie   też   chętnie   bym   pomogła   rodzić   w   tym   tam   domu   — 
cioteczka   Ale   wskazała   na   majaczące   w   dali   Drewniane   Maszty   —   gdybyś   nie   narobiła 
głupstw! Parokrotnie pomagałam w Drewnianych Masztach przychodzić na świat dzieciom. 
Byłam  przy urodzeniu Klary Treverne.  Stary Kornel — wtedy był  jeszcze młody — tak 
rozrabiał, jakby to miało być pierwsze dziecko na świecie! Musiałam go wreszcie zamknąć w 
piwnicy, bo inaczej Klara nigdy by się nie urodziła. Biedna pani Kornelowa zupełnie nie 
mogła   się   skupić.   Klara   Treverne   była   ostatnim   dzieckiem,   które   przyszło   na   świat   w 
Drewnianych Masztach. Najwyższy czas, żeby w tym domu znów pojawiły się dzieci. Cóż, 
słyszę,   że   Hugon   ma   sobie   załatwić   ten   jankeski   rozwód.   Wtedy   Paulina   pewnikiem   go 
dopadnie.   Ale   ona   nie   będzie   miała   takich   dzieci,   jakie   byś   miała   ty,   Joscelyn.   Nie   ma 
odpowiedniej figury.

background image

VI

Mały Brian Dark wrócił z pogrzebu pieszo, gdyż wujowi Duncanowi strzeliło do głowy 

wybrać się do miasta.

— Pamiętaj, że do udoju masz dalej zbierać kamienie z pola — nakazał srogo malcowi.
Brian nigdy nie miał wolnego czasu. Był strasznie zmęczony. Od wczesnego ranka zbierał 

kamienie. I doskwierał mu głód. Zresztą zawsze był głodny.  Teraz jednak trudniejszy do 
zniesienia  był   głód  serca.   Serce  znów   zabolało  go,  gdy zobaczył   grób  matki.   Czy  kiedy 
dorośnie, uda mu się tyle zarobić, żeby postawić nagrobek?

Wszedł do brzydkiego pożółkłego domu Duncana otoczonego mizernymi drzewkami, zdjął 

wytarte świąteczne ubranie, włożył łachmany, które służyły mu za strój roboczy, i poszedł na 
pole   zbierać   kamienie.   Do   bólu   serca   dołączył   się   ból   krzyża.   Potem   pomógł   panu 
Conwayowi wydoić krowy. Pan Conway był jedynym  parobkiem, do którego mówiło się 
„pan”. Bo inaczej nie zgadzał się u nikogo pracować. Co u licha, on przecież też nie wypadł 
sroce spod ogona!

Brian lubił pana Conwaya, który wyglądał raczej na zmarniałego poetę niż na parobka. 

Grzywa kasztanowych włosów, opadające wąsy, broda i okrągłe błyszczące brunatne oczka. 
Pochodził z Nowej Szkocji i nazywano go Sinonosym. Brian nie wiedział dlaczego — nos 
pana Conwaya był purpurowy.

Po   wydojeniu   krów   ciotka   Alatea,   zaniedbana   wysoka   niewiasta,   wyglądająca   na 

sekutnicę, kazała mu polecieć do Piątkowej Zatoczki i kupić u któregoś z Samów sztokfisza.

— Ale się pospiesz! — nakazała. — Nie włócz się, bo cię złapie Lunatyk.
Nigdy nie precyzowała, co się z nim stanie, gdy go złapie Lunatyk, rozumując słusznie, że 

najbardziej  przeraża nas nieznane. Brian przypuszczał, że wrzuci go do kotła z wrzącym 
olejem. Bał się Lunatyka bardziej niż diabła. Ktoś kiedyś powiedział mu, że kiedy chłopiec 
nie miał ojca, jego ojcem zostaje diabeł i zawsze istnieje niebezpieczeństwo, iż którejś nocy 
pojawi się, by go porwać. Wiele nocy trząsł się ze strachu. Aż pan Conway przysiągł mu, że 
diabeł nie istnieje i tyle razy powtórzył „do licha”, że Brian mu uwierzył. Co prawda pan 
Conway odsyłał też „do licha” niebo, a to było okropne, bo nie zobaczyłby już matki. Pan 
Conway   nie   posuwał   się   jednak   tak   daleko,   by   przeczyć   istnieniu   Pana   Boga.   Owszem, 
prawdopodobnie   Bóg   istnieje.   Ktoś  musi  rządzić   światem,   choć   jakoś   nie   bardzo   mu   to 
wychodzi.

— Widać, u licha, jest to młody Bóg, który jeszcze nie nauczył się zawodu — mówił pan 

Conway.

Brian był za mały, żeby się zgorszyć. Przeciwnie, podobała mu się myśl o młodym Panu 

Bogu. Dotychczas wyobrażał go sobie niechętnie jako surowego brodatego starca.

Gdyby Brian nie czuł się tak strasznie zmęczony, uradowałby się wyprawą do Piątkowej 

Zatoczki. Lubił patrzeć na światła przystani w ciemnej niebieskości zmierzchu. I na statki, 
które wypływały w poszukiwaniu innych zaczarowanych lądów.

Kiedy zjawił się w Piątkowej Zatoczce, zastał w domu tylko Dużego Sama, i to w nie 

najlepszym  humorze.  Jakoś   od  paru  dni  wszystko   się  źle   układało,  należało   to  uznać   za 
złowieszczy znak. W poniedziałek przez cały dzień wył jego pies, Pieprz. We wtorek Mały 
Sam stłukł lustro, w którym przeglądał się przy goleniu od czterdziestu lat. W środę Dużemu 
Samowi   nie   udało   się   znaleźć   upuszczonej   szpilki,   w   czwartek   przeszedł   pod   drabiną   w 
fabryce. A w piątek — uwaga, w piątek — Samowie podczas kolacji rozsypali sól!

Duży Sam próbował nie być przesądny. Dobry prezbiterianin nie przejmuje się stłuczonym 

lustrem i rozsypaną  solą. Ale  wierzył  w sny — sny były  ważną częścią  Biblii.  W dzień 
śmierci   ciotki   Becky   przyśnił   mu   się   księżyc   w   pełni,   który   najpierw   sczerniał,   potem 
poczerwieniał i zaczął się zbliżać do ziemi.

background image

Duży Sam obudził się z krzykiem, który zakłócił nocny spokój całej Piątkowej Zatoczki. 

Duży Sam od czterdziestu lat notował swoje sny, przejrzał więc zapiski i stwierdził, że nigdy 
jeszcze nie zdarzył mu się tak przerażający sen.

— Mały Sam poszedł gdzieś po kolacji — oświadczył Brianowi. — Ja też zamierzałem 

wybrać się na skałki po małże. Ale mi się jakoś nie chciało. Zaczynam czuć moje lata. Ale 
mam klucz od wędzarni i zaraz przyniosę ci sztokfisza. Chociaż wszystkie są bardzo duże i 
nie wiem, czy go udźwigniesz. Usiądź i zjedz talerz rybnej zupy, która została z kolacji.

Brian chętnie zjadłby rybną zupę, bo jego kolacja była, łagodnie mówiąc, skromna, ale 

zaczęło się już ściemniać. Chciał wrócić do domu, nim zapadnie noc — bał się. Wstydził się 
swego tchórzostwa, ale nie umiał sobie z nim poradzić. Czasem myślał, że gdyby go ktoś 
kochał, to przestałby się bać.

Wyglądał tak żałośnie, że Duży Sam dał mu dziesiątaka, by wracając do domu kupił sobie 

czekoladowy batonik w sklepiku wdowy Terlizzick. Ale Brian nie wszedł do sklepiku. Nie 
lubił wdowy Terlizzick ani tych hałaśliwych darmozjadów, którzy przesiadywali tam w letnie 
wieczory. Wrócił pospiesznie do domu dźwigając ciężkiego sztokfisza i usłyszał, że ma się 
zaraz położyć. Musi wstać o czwartej rano i pomóc panu Conwayowi zaprowadzić cielaki na 
targ.

Brian chętnie usiadłby na chwilę pod jabłonią i zagrał na fujarce. Strasznie lubił grać na 

fujarce.   Kiedyś   sadził   u   kogoś   ziemniaki   i   gdy   wieczorem   zagrał,   dziewczyna   w   białej 
sukience   zatańczyła   w   sadzie   prześwietlonym   księżycem.   Było   to   jedno   z   nielicznych 
pięknych wspomnień jego życia. Teraz ilekroć grał — widział ów taniec.

Ale   ciotka   Alatea   była   nieubłagana   i   Brian   wdrapał   się   po   drabinie   na   stryszek   nad 

kuchnią, którego nienawidził — a musiał tam samotnie sypiać. Bardzo bał się harcujących 
szczurów, ale za to z okienka widział odległe morze, nłid którym tak cudownie zachodziło 
słońce. Dziś wieczorem nadmorskie mgły były jeszcze złociste, a morze czarne, czarne… I w 
oknie domu  Dollarów  z drugiej  strony drogi paliła  się lampa  — ciepła  plama  światła  w 
ciemności. Kiedy nagle znikła, poczuł się strasznie samotny. Napłynęły mu do oczu łzy. Jakże 
ciemna była noc. Jak przeraźliwie błyszczały gwiazdy.

— Dobry Boże — szepnął — Dobry Młody Panie Boże, nie zapominaj o mnie.
Położył się na twardym sienniku. Cieszył się, że nie wzeszedł jeszcze księżyc. Bał się 

księżycowych nocy. Wiszące na żerdziach przedmioty nabierały niesamowitych kształtów. I 
dziura w ścianie, za którą znajdował się pusty strych, była taka czarna. Kto wie, co może się 
tam ukrywać? A on w ciemnościach nie zobaczy… Długo jeszcze nie mógł zasnąć. Usnął 
mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Mały Sam wrócił do domu.

background image

VII

Mały Sam usłyszał podczas pogrzebu, że ciągnienie loterii, na którą kupił bilet, ma się 

odbyć tego właśnie wieczoru. Zatem po kolacji pomyślał, że skoczy na Przylądek Kaplicy i 
zobaczy, czy nie miał szczęścia.

Miał.
Duży Sam spał już smacznie na swojej koi, a na jego brzuchu leżała zwinięta w złocisty 

kłębek Musztarda. Mały Sam rozwinął paczkę, pokręcił głową, wyjął swój fant i spróbował 
go ustawić na półeczce nad zegarem… Ogarnął go i zachwyt, i zażenowanie.

— Figurę to ona ma — pomyślał, patrząc niepewnie na niczego nieświadomego Dużego 

Sama. — Ale co on na to powie? I co powie pastor?

Niemniej owe wątpliwości nie spędziły mu snu z powiek. Usnął natychmiast, a Aurora, 

bogini świtu, czuwała aż do rana na półeczce i kiedy Duży Sam otworzył oczy, natychmiast ją 
zobaczył.   Stała,   śliczna   i   giętka,   na   czubkach   palców,   skąpana   w   złotawym   blasku 
wschodzącego słońca.

— Co to za cholera?! — wykrzyknął Duży Sam, myśląc, że śni. Zerwał się strącając z koi 

oburzoną kotkę i podszedł do zegara.

— Nie, to nie sen — skonstatował niedowierzającym tonem. — To posąg. Nagi posąg.
Pieprz,   który   spał   w   nogach   łóżka   Małego   Sama,   zeskoczył   na   ziemię   i   podbiegł   do 

Musztardy. Nawet lubił Musztardę, ale nie zamierzał pozwolić jej, żeby bezkarnie patrzyła się 
na niego z tym półuśmiechem. Harmider obudził Małego Sama, który rozespanym głosem 
spytał, co się właściwie stało.,

— Samuelu   Nikodemie   Dark   —   zapytał   złowieszczym   tonem   Duży   Sam   —   co   to 

właściwie jest?

— Samuelu Nikanderze Dark — odparł kpiąco Mały Sam. — Jest to alabastrowy posążek 

— z prawdziwego alabastru! Wygrałem go wczoraj na loterii. Ładny, prawda?

— Ładny?!  — huknął Duży Sam. — Ładny?  Nieprzyzwoity i sprośny!  Zaraz go stąd 

zabierz i wrzuć do zatoki!

Gdyby Duży Sam aż tak się nie uniósł, możliwe, że Mały Sam byłby to zrobił. On też miał 

wątpliwości, co na to powie na przykład pastor Trackley. Ale nie zamierzał pozwolić, żeby 
ten karzeł, Duży Sam, jeździł mu po głowie!

— Co to, to nie — oświadczył chłodno. — On tu zostanie. Przestań wrzeszczeć.
Duży Sam ruszył przez pokój. Jego ruda broda aż trzeszczała, wymachiwał rękami. Pieprz 

i Musztarda uciekły.

— Posąg! W dodatku goły. Kto to widział! Sam Pan Bóg tego zabronił!…
— Co, u licha?! Nie ja go zrobiłem i nie zamierzam się do niego modlić!
— W końcu i do tego dojdzie! Przecież katolicy modlą się do posągów!
— Ale to nie jest żadne bóstwo. To Aurora.
— Co by na to powiedział apostoł Paweł? — zapytał patetycznie Duży Sam. — Albo — 

przyszło mu na myśl, że to bardziej przemówi do Małego Sma — nasza droga ciotka Becky, 
która jeszcze nie ostygła w swej mogile?

— Święty Paweł nienawidził kobiet tak jak ty. A ciotką Becky nie musimy się martwić, bo 

i tak nie dostaniemy dzbana. Postaraj się wreszcie dorosnąć, Sammy.

— Dziękuję ci. Bardzo się cieszę, że przyrównujesz mnie  do apostoła Pawła. Ja  mam 

sumienie, ty stary rozpustniku.

— Widzę,  że pożarłeś  słownik i padło ci na mózg!  — odparł Mały Sam zdejmując  z 

gwoździa   spodnie.   —   Zażyj   sody.   Twoje   sumienie   nie   ma   tu   nic   do   rzeczy.   Ulegasz 
przesądom. Spójrz na człowieka pióra. On ma w tej swojej letniej chacie pół tuzina posągów.

— Jeśli jemu przewróciło się w głowie, to nie powód, żebyś i ty zwariował. Pomyśl o 

background image

swojej duszy, Samie Dark.

— We wtorki nie mam zwyczaju myśleć — odpowiedział niewzruszony Mały Sam. — No, 

ulżyłeś sobie, to zrób owsiankę. Po śniadaniu zaraz się lepiej poczujesz. Na pusty żołądek 
trudno jest docenić dzieło sztuki, Sammy.

Ale Duży Sam tylko na niego spojrzał. Chwycił garnek, otworzył drzwi i go wyrzucił. 

Garnek brzęcząc stoczył się, odbijając o skałki, aż na piaszczysty brzeg. Pogoniły za nim 
Musztarda i Pieprz.

Któregoś   dnia   posuniesz   się   za   daleko   —   oznajmił   ponuro   Mały   Sam.   —   Jesteś 

małostkową, zacofaną starą panną, ot co. Gdybyś nie miał brudnych myśli, nie wpadłbyś w 
szał na widok kamiennych nóg! Powinieneś spojrzeć na swoje kosmate nogi wyłażące spod 
koszuli. Dlaczego nie nosisz pidżam?

— Wyrzuciłem ten twój garnek, żebyś zrozumiał, że mówię poważnie — wrzasnął Duży 

Sam. — Mówię ci i powiadam, Samie Dark, że nie będę mieszkał pod jednym dachem z gołą 
dziwką. Nie jestem pruderyjny, ale co za dużo, to za dużo.

— Możesz sobie do woli krzyczeć! To mój dom!
— Ach tak? Dobrze. Bardzo dobrze. Więc powiem ci wprost, że nie ma w nim miejsca dla 

mnie i dla tej twojej cholernej dziwki.

— Wyobraź sobie, że mnie to też przyszło na myśl.
Duży Sam przestał hasać po pokoju i przybrał pełną godności pozę, co bardzo jest trudne, 

kiedy ma się na sobie nocną koszulę. I wygłosił ultimatum, mając nadzieję, że przemówi 
Małemu Samowi do rozsądku.

— Zniosłem, ile mogłem. Nawet te twoje czaszki na płocie. Ale teraz powiadam ci, Samie 

Dark, że przebrała się miarka. Albo ten nagi babsztyl, albo ja.

— Zrobisz, co zechcesz. Ale Aurora zostanie na półce.
Śniadanie było dość ponure. Duży Sam robił wrażenie zdeterminowanego, Mały Sam nie 

przejmował się tym. W zeszłym tygodniu miała miejsce gorsza awantura, gdy złapał Dużego 
Sama   na   gorącym   uczynku:   Duży   Sam   pożerał   kawałek   placka   z   rodzynkami,   który   on 
schował sobie na podwieczorek.

Ale kiedy w milczeniu zjedli i Duży Sam wyciągnął spod łóżka koślawą walizkę, do której 

zaczął upychać swoje klamoty, Mały Sam zrozumiał, że sytuacja jest poważna. No cóż! Niech 
sobie Duży Sam nie wyobraża, że zmusi go do wyrzucenia Aurory.

Wygrał ją na loterii, nie zamierza się z nią rozstawać, a Duży Sam może sobie pójść… 

pójść do Hadesu. Mały Sam naprawdę pomyślał „do Hadesu”. Natknął się na to słowo w 
jakiejś teologicznej rozprawce i uważał, że brzmi znacznie przyzwoiciej.

Mały Sam zabrał się do zmywania naczyń, potem wpuścił i nakarmił Musztardę, która 

drapała w okno, i cały czas przyglądał się ukradkiem Dużemu Samowi.

Duży Sam zapakował portret Lauriera i model statku, którego purpurowy kadłub i białe 

żagle   długo   przyozdabiały   półeczkę   wiszącą   nad   jego   koją.   Była   to   niewątpliwie  jego 
własność. Zawahał się, gdy doszło do nielicznych zresztą książek.

— Które mogę zabrać? — spytał lodowatym tonem.
— Które chcesz — odpowiedział Mały Sam wyjmując stolnicę. Zależało mu na dwóch 

tylko   książkach:  Żywotach   Męczenników  i  Egzekucji   Johna   Murdocka,  który   trzeciego 
września został powieszony w Brockville za nieludzkie zamordowanie własnego brata.

Kiedy Mały Sam zobaczył, że Duży pakuje ten właśnie foliał, z trudem stłumił okrzyk 

oburzenia.

— Zostawiam ci Męczenników i te wszystkie powieścidła — usprawiedliwił się Duży Sam. 

— Co z psem i kotką?

— Weź   kotkę   —   odparł   Mały   Sam   odmierzając   mąkę.   —   Lepiej   pasuje   do   twoich 

bokobrodów.

To odpowiadało Dużemu Samowi. Musztarda była jego faworytką.

background image

Duży Sam zamknął walizkę, wsadził do torby opierającą się Musztardę, włożył na głowę 

niedzielny kapelusz i wyszedł z domu nie oglądając się na Małego Sama, który ostentacyjnie 
miesił ciasto na placek z rodzynkami.

Mały Sam z niedowierzaniem spojrzał na wychodzącego Dużego Sama. Potem zwrócił się 

do pięknej białej figurki, która wywołała zwadę.

— No co,  moje   śliczności,  nie  udało  mu  się  ciebie   wysiudać!   No,  nareszcie  nie   będę 

musiał wysłuchiwać tego jego głupiego poematu. I zaraz założę kolczyki.

Mały Sam był przekonany, że Duży Sam niebawem ochłonie i wróci. Ale nie doceniał jego 

zasad moralnych — no i uporu.

Wkrótce   usłyszał,   że   Duży   Sam   wynajął   od   Toma   Wilkinsa   starą   chałupę   i   w   niej 

zamieszkał. Ale bez Musztardy. Musztarda wróciła. Po trzech dniach zaskrobała do okna. 
Mały Sam wpuścił ją i nakarmił. To nie jego wina, że Duży Sam nie potrafi zatrzymać swojej 
kotki. On, Mały Sam, nie będzie głodził niewinnego zwierzęcia.

Którejś niedzieli Mały Sam przypomniał sobie metody Homera Penhallówa i upewniwszy 

się, że Duży Sam jest w kościele, przyszedł i zabrał Musztardę. Nie na wiele się to zdało, bo 
Musztarda znów uciekła. Za trzecim razem Duży Sam dał za wygraną.

— Na cholerę mi ta stara żółta kocica — oświadczył  Stantonowi Grundy’emu. — Ale 

jemu nie daruję,  on  wiedział, że to bydlątko wróci. Dlatego mija dał. Podstępny intrygant. 
Podobno wygaduje na mnie niestworzone rzeczy. Mówi, że wkrótce znudzi mi się solony 
sztokfisz

i   będę   krążyć   wokół   jego   domu,   żeby   chociaż   poczuć   zapach   dobrej   strawy. 

Niedoczekanie! To on — nie ja — zrobił sobie bożka z własnego żołądka. Szkoda, że nie 
słyszałeś, jak się awanturował, kiedy zjadłem kawałek suchego placka, który sobie schował. 
Stary obżartuch! I bajdurzy, że ktoś tak gadatliwy jak ja wkrótce zacznie się uskarżać na 
samotność.   Wcale   się   nie   czuję   samotny.   Mam  widok!  I   mam   krowy:   godzinami   mogę 
patrzeć, jak pasą się zadowolone krowy. Wolę ich towarzystwo niż… Choć muszę przyznać, 
że Mały Sam też ma swoje zalety. Te jego puddingi ze śliwkami! I rybna zupa! Ale przede 
wszystkim muszę myśleć o swojej duszy!

background image

L

ETNIE

 

SZALEŃSTWO

I

Pierwsze  tygodnie  narzeczeństwa  Gai  nie  upłynęły   w  niczym  niezmąconym   szczęściu. 

Klan do tego nie dopuścił. Darkowie i Penhallowowie uważali każde zaręczyny za „własność 
rodzinną”,   należało   je   komentować,   krytykując   lub   pochwalając.   Tym   razem   wszyscy 
wyrażali swą dezaprobatę, nikt z klanu nie lubił Gibsonów i nikt nie próbował oszczędzać 
uczuć Gai.

— Biedne głupiątko, ciekaw jestem, czy po paru latach małżeństwa będzie jej dalej tak 

wesoło — zauważył William Y. słysząc, jak Gaja zaśmiewa się w aucie Noela. Trzeba oddać 
Williamowi Y. sprawiedliwość, że nie powiedziałby tego w obecności Gai, zaraz jej jednak to 
powtórzono.

Gaja tylko się roześmiała. I roześmiała się, gdy kuzynka Hanna z Letniego Brzegu spytała 

ją:   „Czy   to   prawda,   że   wychodzisz   za   mąż   za   pewnego   młodego   człowieka?”   Kuzynce 
Hannie nie przeszłoby przez usta nazwisko Gibson. Jej zachowanie dawało do zrozumienia, 
że tacy ludzie jak Gibsonowie po prostu nie istnieją. Gaja śmiała się, ale ta wzgarda sprawiła 
jej   przykrość.   Zapomniała   o   tym   jednak   natychmiast,   kiedy   dostała   od   Noela   list   pełen 
najczulszych słów.

— Ty go naprawdę kochasz? — spytała uroczyście pani Williamowa Y.
Gaja   poczuła   do   niej   taką   nienawiść,   że   miała   ochotę   odpowiedzieć:   nie.   Ale   jeszcze 

bardziej chciała, by wszyscy, łącznie z panią Williamową, wiedzieli, co dla niej oznacza Noel.

— Ciociu, on jest dla mnie jedynym mężczyzną na całym świecie.
— Hm…   Pomyśleć,   że   na   świecie   jest   pięćset   milionów   mężczyzn   —   zauważyła 

ironicznie pani Williamowa Y. — Ale, owszem, rozumiem. Ja też kiedyś żywiłam podobne 
uczucia.

Pani Williamowa Y. całkiem nieświadomie powiedziała coś, co naprawdę przeraziło Gaje. 

To niemożliwe, pani Williamowa Y. nie mogła uważać Williama Y. za jedynego mężczyznę 
na świecie! No tak, wyszła za niego, ale przecież nie myślała chyba, że jest cudowny? Gaja z 
całym   egoizmem   młodości   nie   potrafiła   sobie   wyobrazić,   że   ktoś   kiedykolwiek   mógł 
zakochać się w Williamie Y., nie potrafiła sobie wyobrazić, że dwadzieścia pięć lat temu 
William Y. nie był jeszcze ani tłusty, ani łysy i bardzo podobał się kobietom.

— Mogłaś była lepiej wybrać — nie dawała za wygraną pani Williamowa Y.
— Ciocia  oczywiście  ma  na myśli  Rogera — opryskliwie  zawołała  Gaja. — Wszyscy 

uważacie, że nikt nie może równać się z Rogerem.

— Bo tak też jest — z przekonaniem odparła pani Williamowa Y. Kochała Rogera. Cała 

rodzina kochała Rogera. Gdybyż  ta Gaja nie była taka niemądra i nie nabiła sobie głowy 
romantycznymi bzdurami, nie dałaby się zwieść spojrzeniom Noela Gibsona.

— Myślisz może, że małżeństwo to zabawa? — spytała pani Cliffordowa.
Nie, Gaja nie uważała, że małżeństwo jest zabawą, ale nie zdążyła tego powiedzieć, bo już 

zaatakowała ją ciotka Rhoda Dark.

— Czy ty aby wiesz, jak poważną sprawą w życiu człowieka jest małżeństwo?
Gaja nie wytrzymała i zbyła to jakimś żartem, a ciotka Rhoda pokręciła głową ubolewając 

nad lekkomyślnością współczesnej młodzieży.

Rachela   Penhallow   zauważyła,   że   Gibsonowie   miewają   kłopoty   z   nerkami.   Pani 

Cliffordowa napomniała Gaje, by się „ceniła”. Pani Denzilowa nie zostawiła suchej nitki na 
ojcu Noela.

— Jeśli chce się, żeby coś zrobił, to należy go od tego odmawiać. Któregoś dnia cisnął w 

background image

żonę talerzem, byłam przy tym. Na szczęście się uchyliła, talerz trafił w gzyms kominka i 
odłupał kawałek. Możesz to zobaczyć na własne oczy.

— Ale co to ma wspólnego z Noelem i ze mną? — wybuchnęła Gaja.
— Takie rzeczy bywają dziedziczne.
Ciotka Katarzyna Penhallow nie uważała jednak, żeby Noel był tak uparty jak jego ojciec. 

Przeciwnie,   miała   go   za   słabeusza,   który   łatwo   ulega   wpływom.   Nie   podobał   jej   się 
podbródek Noela, wujowi Robertowi nie podobały się jego oczy, a kuzynce Amasie uszy.

— Wszyscy   Gibsonowie   są   niestali   —   oświadczyła   pani   Artemasowa,   która   przed 

wyjściem  za mąż  za Artemasa zaręczona  była  z jednym  z Gibsonów. Bardzo ją brzydko 
potraktował, ale ona w głębi serca wciąż żałowała, że za niego nie wyszła.

— Co za pomysł, żeby wychodzić za mąż, ledwo wyrośnie się z kołyski — zrzędził Jan 

Topielec.

Wszystko to bawiło Gaje. Ale martwiła ją cicha dezaprobata tych, na których zdaniu jej 

zależało. Nikt nie pochwalał zaręczyn. Matka rozpłakała się i z początku nie, chciała wyrazić 
zgody.

— Nie mogę przeszkodzić temu małżeństwu. Ale pamiętaj, że go nie pochwalam. Wiesz 

przecież, Gaju — zawsze miałam w stosunku do Noela dużo zastrzeżeń.

— Ale czemu, czemu? — żałośnie zawołała Gaja. Bardzo kochała matkę i starała się jej 

nigdy nie sprzeciwiać. — Dlaczego, mamo? Co masz mu do zarzucenia?

— On jest taki nijaki — szepnęła pani Howardowa, myśląc, że jest to mało przekonujący 

argument, choć naprawdę trudno by było zarzucić coś gorszego.

Przez parę tygodni  Gaja miała  naprawdę ciężkie życie. I nagle przyjechała  z Zachodu 

kuzynka Mahala, która ze swoją mocną męską twarzą i krótko ostrzyżonymi siwymi włosami 
wyglądała na starszego pana.

— Jeśli Gaja tak tego pragnie, to pozwólcie jej za niego wyjść — oświadczyła znękanej 

pani Howardowej. — Sama na własnej skórze musi się przekonać, czym jest życie. Żadna z 
nas nie miała idealnego męża.

— Och,   kuzynko   Mahalo,   tylko   kuzynka   w   tym   całym   naszym   klanie   ma   serce   — 

zawołała Gaja.

W oczach kuzynki Mahali pojawił się dziwny błysk.
— Nie,   Gaju.   Wszyscy   mamy   serca.   Tylko   cała   reszta   rodziny   chce   ci   oszczędzić 

rozczarowań. A ja nie. Każdy musi mieć w życiu swoją porcję kłopotów. I lepiej, żeby spadły 
one na człowieka z jego własnego wyboru. Będziesz śliczną panną młodą, Gaju. Lubię takie 
młodziutkie panny młode.

Pani Howardowa poddała się. Postawiła jednak warunek. Gaja i Noel muszą rok poczekać 

ze ślubem.  Nie wyda  za mąż  osiemnastoletniej  córki: — Pani Howardowa miała  jeszcze 
dodatkowy powód. Dandys Dark nie cierpiał Gibsonów. Jeśli rzeczywiście decyzja spoczywa 
w jego rękach, to Gaja jako żona Gibsona nie będzie miała żadnych szans. Inaczej może by 
uległa błaganiom Gai i zakochanego po uszy Noela.

Noel   niechętnie,   a   Gaja   potulnie   musieli   przystać   na   ten   warunek.   Gaja   była   i   tak 

szczęśliwa uzyskawszy zgodę matki. Za nic nie chciałaby postąpić wbrew jej woli. Zresztą 
narzeczeństwo było tak rozkoszne. Wiedziała oczywiście, że klan ma nadzieję, iż ona w ciągu 
tego roku zmieni zdanie. Jakby coś mogło sprawić, by przestała kochać Noela! Co wieczór 
przed pójściem spać całowała zaręczynowy pierścionek. Błogosławiona kuzynka Mahala. Co 
za szkoda, że mieszka tak daleko. Tymczasem cała reszta klanu bez przerwy ubolewała, że 
Gaja nie wybrała Rogera.

Roger zachował się cudownie. Życzył jej wszelakiego szczęścia — tym swoim głębokim, 

pięknym głosem.

— Gdybym miał, Gaju, łapkę czarnego kota — to bym ci ją ofiarował. Powiadają, że łapka 

czarnego kota potrafi spełnić wszystkie życzenia.

background image

— Ależ moje życzenia już się spełniły — zawołała Gaja.
Roger wracając do domu spotkał Lunatyka i zaproponował, że go podwiezie. Lunatyk nie 

przyjął zaproszenia. Za nic nie wsiadłby do auta. Spojrzał przenikliwie na Rogera.

— Powinieneś pokochać moją Lunę — oświadczył.  — Nie będę zazdrosny.  Ona i tak 

nikogo nie pokocha. Kiedy wiesz, że twoja miłość nie może zostać odwzajemniona — nie 
przynosi bólu.

— Nigdy nie miałem nadziei, że moja miłość spotka się z wzajemnością, a jednak ciągle to 

okropnie boli — odparł Roger.

background image

II

Na bankiecie ciotki Becky klan przeżył szok. Bójka na cmentarzu wywołała skandal. Ale 

prawdziwa burza rozpętała się na wieść o romansie Donny z Piotrem. Jan Topielec mało nie 
umarł.

Piotr   i   Donna   chętnie   utrzymaliby   przez   jakiś   czas   swoje   plany   w   tajemnicy,   ale 

zobaczywszy panią Toynbee’ową zrozumieli, że nic z tego. Donna wróciła do domu w stanie 
euforii, która trwała do trzeciej nad ranem. I wówczas pojawiły się wątpliwości. Łatwo było 
wyobrazić sobie, co powie Topielec.

Nie, nie przeszkodzi jej. Ostatecznie może opuścić dom i odejść razem z Piotrem. Ale myśl 

o ucieczce z domu nie należała do najprzyjemniejszych. Klan takich rzeczy nie uznawał. I 
jeśli ucieknie z domu, na pewno nie otrzyma dzbana. Oczywiście, że Piotr był ważniejszy. 
Ale gdyby tak mogła mieć jednocześnie i Piotra, i dzban. Donna uważała, że ma duże szansę 
na otrzymanie dzbana. Dandys ją zawsze wyróżniał. Wiedziała jednak, co myśli Dandys o 
pannach, które uciekają z domu, by wyjść za mąż.

No i Wirginia! Wirginia by jej tego nigdy nie wybaczyła.  Co znaczy Wirginia wobec 

Piotra? Niemniej Wirginia była jej jedyną przyjaciółką. A wiedziała, co od niej usłyszy. O 
trzeciej rano wszystko wydaje się straszne.

Jej obawy spełniły się. Następnego dnia pani Toynbee’owa spotkała Topielca na poczcie. 

Wrócił do domu wyglądając jak chmura gradowa. Był w jak najgorszym humorze, zwłaszcza 
że nie mógł kląć, by dać ujście swej złości. Ale wykrzyczał wszystko, co myślał.

Donna   dzielnie   stawiała   mu   czoło.   Wyznała,   że   —   owszem   —   Piotr   pocałował   ją   w 

Sadybie Zalecanek.

— Widzi tatuś, zamierzam za niego wyjść.
— Oszalałaś! — ryknął Topielec.
— Chyba tak — westchnęła Donna. — Ale to takie piękne szaleństwo.
Jan Topielec jeszcze raz pożałował, że pozwolił córce na roczne studia w Akademii w 

Kingsport. To tam nauczyła się tak impertynencko odpowiadać. Nie śmiał zakląć, ale walnął 
pięścią w stół i oznajmił Donnie, że jeśli jeszcze raz odezwie się do Piotra Penhallowa, to…

— Ależ, tatusiu, będę musiała z nim rozmawiać. Czasem trzeba odezwać się do męża.
Znów to samo.
Ale choć Donna obracała wszystko w żart, było jej naprawdę niewesoło. Znała ojca.
Kiedy po południu pojawił się Piotr, Jan Topielec podszedł do drzwi i spytał, czego on tu 

właściwie szuka.

— Przyszedłem do Donny — oświadczył pogodnie Piotr. — Mamy zamiar się pobrać.
— O nie, mój drogi — Jan Topielec wypowiedział te słowa z niewysłowioną wzgardą. — 

Za wysokie progi! — I zatrzasnął mu przed nosem drzwi.

W pierwszej chwili Piotr miał ochotę stłuc szybę. Ale wiedział, że Jan Topielec gotów 

kazać go zaaresztować za włamanie. Gdzie, u diabła, jest Donna? Mogłaby chociaż wyjrzeć! 
Donna nic nie wiedziała o pojawieniu się Piotra. Bolała ją głowa i leżała zapłakana. Tekla 
zachowała się okropnie. Oświadczyła, że kobiecie powinien wystarczyć jeden mąż. Tak jak 
jedna religia. Cóż, Tekla zawsze nienawidziła jej za to, że w ogóle wyszła za mąż. Donna 
czuła się opuszczona i samotna. Ten wrogi klan! Ale i tak wyjdzie za Piotra.

Nie było to takie łatwe. W Kongo czy w Brazylii Piotr nie wahałby się porwać przyszłej 

żony, dużo trudniej było poradzić sobie z klanem. Nie udało mu się nawet zobaczyć Dójmy. 
Topielec nie wpuszczał go do domu i nie pozwalał wyjść Donnie. Oczywiście nie mogło to 
trwać w nieskończoność. Jak długo Topielcowi uda się trzymać  Donnę pod kluczem?  W 
końcu znajdą jakiś sposób, żeby się spotkać i coś wymyślić.

Ale gwiazdy sprzysięgły się przeciwko nim, pomyślała Donna, kiedy którejś nocy zaczęła 

background image

kichać, bolały ją oczy i następnego wieczoru trzeba było wezwać Rogera, który oświadczył, 
że Donna ma odrę.

Oczywiście romantyczniej by było dostać gruźlicy, zapalenia mózgu lub anginy pectoris. 

Niemniej Donna była ciężko chora.

Któregoś dnia zrozpaczony Piotr usłyszał, że Donna umarła. Pobiegł do Różanego Potoku, 

nikt nie odpowiedział na pukanie, okiennice na parterze były zamknięte. Szczęściem pojawił 
się Roger i uspokoił go.

— Nie, Donna żyje. Jest jeszcze bardzo słaba i wymaga troskliwej opieki, ale już nic jej 

nie grozi. Bałem się zapalenia płuc. Nie wariuj, Piotrze. Wróć do domu i czekaj spokojnie, aż 
Donna   wyzdrowieje.   Jan   Topielec   nie   jest   w   stanie   przeszkodzić   wam   się   pobrać,   choć 
niewątpliwie zrobi, co w jego mocy.

— Rogerze, ty chyba nigdy nie byłeś zakochany! — warknął Piotr. — Nie, na pewno nie! 

Nie zachowywałbyś się jak zimnokrwista ryba! Gdybyś był zdolny do miłości, pokochałbyś 
Donnę.

— Czyżby? — spytał Roger.
— Och, widać wolisz korpulentne niewiasty — zakpił Piotr — takie jak Sally William Y., 

albo podfruwajki jak Gaja Penhallow. Rogerze, nie wiesz, co to znaczy kochać. To takie 
cudowne uczucie!

Roger nie przepadał za Piotrem, ale zrobiło mu się go żal.
— Jeśli chcesz, mogę coś Donnie od ciebie powtórzyć…
— Weźmiesz list?
— Nie — nie wolno jej jeszcze czytać.
— Słuchaj! Muszę zobaczyć Donnę! Muszę! Rogerze, zlituj się. Pozwól mi wejść. Tobie 

otworzą drzwi, a kiedy już znajdę się w środku, sam diabeł nie przeszkodzi mi zobaczyć 
Donny.   Gotów   jestem   zamordować   Teklę….   oni   wszyscy   są   przeciwko   mnie,   ta   hiena 
Wirginia siedzi z nią dzień i noc i na mnie wygaduje….

— Przestań bredzić. Awantura w domu gotowa Donnie bardzo zaszkodzić. Może ją zabić. 

Tekla jaka jest, taka jest, ale pielęgniarka z niej świetna. A Donna i tak cały czas o tobie myśli 
i nikomu nie uda się tego zmienić. W malignie cały czas mówiła tylko o tobie — szkoda, że 
nie widziałeś miny Topielca.

— Moja   biedna   maleńka   majaczyła?   Czy   ty   aby   niczego   przede   mną   nie   ukrywasz? 

Spotkałem po drodze Lunatyka. Tak dziwnie na mnie spojrzał. Mówią, że ten stary wariat ma 
dar jasnowidztwa i wie, kiedy ktoś ma umrzeć. Matka Donny nie przetrzymała zapalenia płuc 
— czy naprawdę nie grozi ono Donnie? Na litość boską, Rogerze, powiedz mi prawdę.

— Piotrze Penhallow, zmykaj stąd, albo wymierzę ci kopniaka. I drugiego w imieniu Jana 

Topielca.  Donna wyzdrowieje.   Zachowujesz  się  tak,  jakbyś   był   jedynym  zakochanym   na 
świecie.

— Bo jestem — odparł Piotr. — Ty nic nie wiesz o miłości. Powiadają, że kochasz Gaje 

Penhallow, a dopuściłeś, żeby ci ją zabrał ten krawiecki manekin, Noel Gibson. W twoich 
żyłach nie płynie krew, tylko woda!

— Jestem po prostu rozsądny — odparł Roger.
— Co dowodzi, że nie znasz miłości! — triumfująco orzekł Piotr.
— Każdy zakochany traci rozsądek. Miłość to boskie szaleństwo. Ach, Rogerze, dotąd cię 

nigdy nie lubiłem, a teraz nie mogę się z tobą rozstać. Pomyśleć, że za chwilę zobaczysz 
Donnę! Powiedz jej… powiedz, że…

— Boże, daj mi cierpliwość — jęknął Roger. — Piotrze, wsiądź do mojego auta i policz 

wolno do pięciuset. Powiem Donnie wszystko, co zechcesz, przyniosę ci jej odpowiedź i 
odwiozę cię do domu. Niebezpiecznie byłoby cię puścić samego… ty przeklęty wariacie — 
dodał pod nosem.

Rekonwalescencja Donny trwała długo i bardzo się jej sprzykrzyła. Jan Topielec odkrył, że 

background image

Roger służy,  Donnie i Piotrowi za posłańca,  pokazał mu drzwi i wezwał innego lekarza. 
Wirginia zamęczała Donnę dniem i nocą i coraz to wpadał ktoś z klanu, żeby „przemówić jej 
do rozumu”. Donna pokornie słuchała, była zbyt osłabiona, by protestować.

— Nigdy nie kochałaś Barry’ego — łkała Wirginia. — Kochałaś tylko jego mundur.
— Nieprawda, kochałam Barry’ego. Ale teraz kocham Piotra — odpowiedziała Donna.
— Nie   rozumiem   cię,   Donno.   Jak   możesz   być   tak   niestała.   Cóż,   nie   każdy   czuje   tak 

głęboko jak ja. Ale widzę, że na twojej toaletce wciąż stoi fotografia biednego Barry’ego. Czy 
nie wstydzisz się go?

— Nie. Barry wydaje mi się teraz wypróbowanym przyjacielem. Mam wrażenie, iż mówi: 

„Cieszę  się, że  znalazłaś  kogoś, kto zapewni  ci szczęście”.  Wirginio,  byłyśmy  niemądre, 
zachowywałyśmy się jak histeryczki….

— Nie wolno ci tak mówić. Nie jestem histeryczką — jestem kobietą wierną swej miłości. 

A   ty   złamałaś   nasz   pakt.   Donno,   jak   możesz   mnie   porzucać?   Przeżyłyśmy   razem   tyle 
pięknych chwil.

— Ależ, Wirginio, ja cię nie porzucam. Będziemy dalej przyjaciółkami.
— Piotr  mi  ciebie  zabierze  — szlochała  Wirginia.  — Będziesz  się z  nim włóczyć  po 

świecie, co to za los, ani własnego domu, ani pozycji społecznej…

— To prawda, że małżeństwo z Piotrem będzie przygodą — zgodził się Donna tonem 

pełnym satysfakcji.

— On tobą całkiem zawładnie. Nie pozwoli ci się niczym interesować.
— Nie interesuje mnie nic poza nim — oświadczyła Donna.
— I to mówisz ty, która byłaś żoną Barry’ego. Zachowujesz się tak, jakby był nią ktoś 

inny.

— Uczciwie mówiąc, Wirginio, tak właśnie uważam. Nie jestem już tą dziewczyną, która 

wyszła za Barry’ego,  jestem kimś innym. Nic na to nie poradzę. Marzę tylko o spotkaniu z 
Piotrem i o jego pocałunkach. — I dodała, by podrażnić Wirginię, której miała już serdecznie 
dość: — Nie masz pojęcia, Wirginio, jakie cudowne są pocałunki Piotra.

— Nie wątpię, że nie brak mu praktyki. Mnie wystarcza wspomnienie pocałunków Neda.
Donna nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Ned Powell nosił i wąsiki i miał maleńkie 

wypukłe usta. Donna wzdrygała się na samą myśl o takim pocałunku.

— Możesz   się   sobie   śmiać   —   chłodno   odpowiedziała   Wirginia.   —   Teraz   na   pewno 

będziesz   się   wyśmiewała   ze   wszystkiego,   co   było   dla   nas   święte.   Ale   pozwól   sobie 
powiedzieć, że słyszano, jak Piotr: Penhallow mówił o tobie, że jesteś ładną kobietką, którą 
łatwo będzie zdobyć.

— Nie wierzę w to — oznajmiła Donna. — A jeśli by nawet tak i powiedział?… Cóż, to 

prawda.

Wirginia wyszła z płaczem. Oświadczyła Topielcowi, że nie ma tu po co wracać. Nie ma 

już żadnego wpływu na Donnę.

— Wiedziałam, że ten opal przyniesie mi nieszczęście.
Jan Topielec walnął pięścią w stół. Ostatnio stale walił pięścią w stół. Był w okropnym 

humorze i dawał to wszystkim odczuć. Czyż ojciec nie ma żadnych praw? Po tylu latach 
czułej opieki? Córki kpią sobie z ojców, kpią w żywe oczy! Uważają, że mogą wyjść za mąż 
za pierwszego lepszego bęcwała, który im się spodoba, kobiety to demony!

— Ale ona za niego nie wyjdzie — oświadczył.
— Ma zamiar wyjść — zauważyła Wirginia.
— Tylko  się jej  tak wydaje!  — wrzasnął Topielec.  Topielec  zawsze uważał,  że krzyk 

brzmi bardziej przekonująco.

Członkowie klanu zaczęli się zakładać. Stanton Grundy uważał, że to uczucie długo nie 

potrwa. — Im większy ogień, tym  szybciej  gaśnie — oznajmił.  Część  osób uważała,  że 
Topielec będzie nieugięty, część, że wreszcie ulegnie. Inni wreszcie doszli do wniosku, iż 

background image

cokolwiek by zrobili, nie wpłynie to na bieg sprawy. Piotr Penhallow postawi na swoim.

Odwiedzano   biedną   Donnę   i   zanudzano   ją   dobrymi   radami   i   plotkami.   Ponoć   kiedy 

cioteczka Ale powiedziała Piotrowi, że nareszcie „dał się złapać”, odparł: „Och, znudziło mi 
się uciekać”.

Piotr jako chłopiec strzelał w kościele z procy. W szkole rzucił w nauczyciela szklanką 

wody.   Przyniósł   na   nabożeństwo   gniazdo   os.   Kiedy   w   domu   jego   matki   odbywało   się 
zebranie Kółka Robótek Ręcznych, wypuścił z pułapki szczura. Wyciągnięto wszystkie jego 
grzechy. A na pewno istniało ich więcej, tyle że klan o nich nie wiedział.

— Jeśli wyjdziesz za takiego włóczęgę jak Piotr, to co będzie z dziećmi? — spytała pani 

Williamowa Y.

— Och, będziemy mieć tylko dwoje dzieci. Chłopca i dziewczynkę. A z dwojgiem dzieci 

da się wędrować po świecie — odparła

Donna. Pani Williamowa Y. zgorszyła się. A pani Artemasowa spokojnie zauważyła:
— Ciekawa jestem, jak się do tego zabierzesz. Ja też chciałam mieć najpierw chłopca, a 

potem dziewczynkę, ale jakoś nie wyszło.

— Gdybym to ja była wdową, nigdy bym nie popełniła takiego szaleństwa, żeby znów 

wychodzić za mąż — zauważyła ze smutkiem pani Szymonowa Dark.

— Wszyscy Penhallowowie są niepoczytalni, a Piotr jest najgorszy — westchnęła pani 

Wilburowa Dark.

— Przynajmniej nie będę się nudzić — zauważyła Donna. — Najbardziej nie lubię nudy.
Dandys  Dark przyszedł i spytał złowieszczym  tonem, co by powiedziała ciotka Becky 

wiedząc, że Donna nabiera sobie drugą porcję potrawy, której miała już nie tknąć.

— Ciotka Becky ceniła konsekwencję — oświadczył, bo lubił używaj trudnych słów, a 

teraz jako opiekun dzbana przestał, się już krępować.

Zabrzmiało to jak groźba. Donna zaczęła się do niego przymilać.
— Och, kochany Dandysie, powiedz mi, jeśli wiesz, kto ma otrzymać dzban. Nie pisnę 

słówka.

Dandys zachichotał.
— Już straciłem rachubę, ile razy mnie o to pytano, Donno. Nie trać czasu. Nikt nie dowie 

się niczego, nim nadejdzie stosowna pora. Słowa wypowiedziane na łożu śmierci są dla mnie 
święte. — Dandys przemawiał teraz uroczystym tonem. — Ale ty, Donno, zastanów się dwa 
razy, nim wyjdziesz za Piotra!

Kiedy przyszła ciotka Klara, którą Donna lubiła, poskarżyła się jej i żałośnie:
— Och, ciociu Klaro, są dni, kiedy nienawidzę życia. Choć kiedy indziej je kocham.
— To się zdarza każdej z nas — spokojnie odpowiedziała pulchna j ciotka Klara.
Donna spojrzała na nią ze zdumieniem.  Ciotce Klarze zdarzało się nienawidzić  życia? 

Zdarzało się je kochać?

— Widzi ciocia, ja naprawdę jestem nieszczęśliwa. Tak powolutku wracam do zdrowia. I 

nic nie wiem o Piotrze. Tatuś jest taki zawzięty. Kiedy ktoś wspomni o Piotrze, zaraz wpada 
w złość. Tekla niemal ze mną nie rozmawia — choć kiedy byłam chora, zachowywała się jak 
anioł, a Wirginia się dąsa. Czuję się taka zniechęcona…

— Nie martw się, Donno. Kiedy już będziesz zdrowa, Piotr znajdzie sposób, żeby się z 

tobą zobaczyć. Poczekaj.

Donna spojrzała  przez  otwarte  okno w  lipcową noc.  Cieniutki  sierp nowiu wisiał  nad 

zakrętem Różanego Potoku. Zaskowyczało auto. Nikt nie powiedział Donnie, że Piotr co 
wieczór podjeżdża pod bramę Topielca — tę bramę, na której jego ojciec powiesił psa i 
naciska   na   klakson,   Donna   wyczuła   jednak   jego   bliskość.   Uśmiechnęła   się.   Tak,   Piotr 
znajdzie sposób.

background image

III

Gaja nigdy nie mogła sobie przypomnieć, kiedy na jej szczęście padł pierwszy; cień.
Z początku było cudownie. Tydzień przestał się składać z dni. Niedziela była płomieniem, 

poniedziałek  tęczą,  wtorek zapachem,  środa piosnką ptaka,  czwartek  tanecznym  wiatrem, 
piątek śmiechem, a sobota — w sobotę wieczorem zawsze pojawiał się Noel, w inne dni 
zdarzało mu się dłużej pracować — sobota była kwintesencją całego tygodnia.

A teraz dni stały się znowu dniami.
Nan i Noel bardzo się zaprzyjaźnili. Cóż, tak być powinno. Wkrótce staną się kuzynami. 

Ale Gaja czasami  czuła  się w ich towarzystwie  zbędna, nie  potrafiła  uczestniczyć  w ich 
paplaninie. Nie znała nowoczesnego slangu. Słowa zdawały się mieć jakieś ukryte znaczenie, 
a może tylko brzmiały tak w ustach Nan, o, Nan była w takich rzeczach specjalistką. I umiała 
stać się ośrodkiem uwagi każdego mężczyzny, choćby interesował się kimś innym. Nan po 
prostu zachowywała się tak, jakby to nie istniało.

Noel i Gaja nie mogli odmówić zabierania jej z sobą — to znaczy Gaja nie mogła, a Noel 

chyba nie chciał. Nan stale podkreślała, że nieładnie by było się nią nie zająć. Choć Gai 
czasem zdawało się, że to nią nikt się nie zajmuje.

Któregoś   popołudnia   usłyszała,   jak   Noel   i   Nan   przekomarzają   się   przez   telefon.   Nie 

chciała podsłuchiwać. Podniosła słuchawkę, by zamówić rozmowę, i usłyszała głos Noela. Z 
kim on rozmawia? Z Nan. Gaja stanęła jak wryta i nie odłożyła słuchawki. Choć zawsze 
uważała,   że   słuchanie   czyjejś   rozmowy   telefonicznej   to   najohydniejszy   sposób 
podsłuchiwania. Ale nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. Nan i Noel paplają — przez 
telefon!  No  i co  z  tego?  Nie  wypowiedzieli   ani  jednego słowa,  któremu  nie  mógłby  się 
przysłuchiwać cały świat. Ale dlaczego Noel rozmawia z Nan — powinien rozmawiać tylko z 
nią, Gają.

Gaja odwiesiła słuchawkę i poczuła dziwny chłód. Po raz pierwszy do jej serca zakradła 

się zazdrość. I po raz pierwszy przyszło jej na myśl, że życie nie będzie tylko jednym pasmem 
szczęścia.

Ale wieczorem przyszedł Noel, był tak samo czuły i uważający jak zwykle i Gaja położyła 

się śmiejąc się z własnych obaw. Była niemądra, żeby się przejąć takim drobiazgiem. Tak, 
Nan niewątpliwie chciałaby wejść jej w paradę. Taka już była. Ale to się jej nie uda.

W dwa tygodnie później Gaja nie była już tego taka pewna. Noel miał przyjść wieczorem. 

Gaja   obudziła   się,   na   poduszkę   padał   słoneczny   blask.   Miała   przed   sobą   piękny   dzień 
oczekiwania. A wieczorem pójdą nad brzeg morza albo staną przed furtką pod świerkami i 
będą   snuć   plany   na   przyszłość.   Nan   im   nie   przeszkodzi   —   pojechała   do   przyjaciół   do 
Letniego Brzegu — nareszcie Gaja będzie miała Noela tylko dla siebie. Ostatnio rzadko się to 
zdarzało. Nan wciąż przybiegała do Majówki albo Noel proponował, by ją gdzieś zabrać. 
Biedna   mała,   przyzwyczajona   do   miejskiego   życia,   musi   się   w   tym   Indiańskim   Potoku 
strasznie nudzić.

Gaja cały dzień spędziła w rozkosznym nastroju wyczekiwania. Niedawno wszystkie dni 

tak wyglądały,  nie  w pełni  uświadamiała  sobie, że  ostatnio  było  inaczej.  Przebrała  się o 
zmierzchu   dla   Noela.   Włożyła   nową   sukienkę,   śliczną   lekką   bladoniebieską   sukienkę. 
Zastanawiała się, czy spodoba się ona Noelowi, czy spostrzeże, jak ładnie w niej wygląda.

Noel nie przyszedł. Czekała na niego w zielonym zakątku koło furtki patrząc na Wenus 

błyszczącą nad pociemniałymi drzewami. Czekała aż do dziesiątej.

W którymś momencie zatelefonowała do miasta i rozmawiała z jego macochą. Ale Noela 

nie było w domu, macocha nie wiedziała, gdzie jest — i mało ją to obchodziło. Gaja wróciła 
do furtki. Co się stało? Popsuło mu się auto? Ale wtedy by zatelefonował… Może wypadek? 
Noel   jest   ranny…   nie   żyje…   A   może   ją   rzucił.   Trzy   dni   temu   żegnał   się   z   nią   z 

background image

roztargnieniem… I pisząc, że przyjedzie, zaczął list słowami „kochana Gaju”, nie „kochanie”, 
nie „najdroższa”.

Tego wieczoru Gaja po raz pierwszy w życiu usnęła płacząc.
Rankiem zadzwonił Noel, by przeprosić. Tłumaczył się, że poprzedniego dnia zadzwoniła 

do niego z Letniego Brzegu Nan prosząc, żeby po nią przyjechał i odwiózł do domu. Zgodził 
się, bo było jeszcze mnóstwo czasu. Ale kiedy przyjechał do Letniego Brzegu, okazało się, że 
przyjaciele Nan urządzają nieoczekiwane przyjęcie i Nan koniecznie chciała na nim zostać. 
Zamówił międzymiastową, żeby zawiadomić Gaje, ale nie dostał połączenia. Odwiózł Nan 
dopiero w nocy — było już zbyt późno, by przyjechać do Majówki. Strasznie mu przykro, 
przyjedzie pierwszego wolnego wieczoru. Ale w tej chwili ma w banku mnóstwo roboty. 
Będzie musiał przesiadywać do północy. I tak dalej, i tak dalej.

Gaja uwierzyła mu, bo co miała robić? I kiedy matka powiedziała jej, że na temat Nan i 

Noela zaczęły się plotki, potraktowała to ze wzgardliwą obojętnością.

— Ludzie  zawsze muszą  o czymś  gadać,  mamo.  Pewnie znudziło im się plotkować  o 

biednej Donnie i Piotrze, więc dobrali się do mnie i Noela. Nie przejmuj się.

— Ja się nie przejmuję. Ale wiesz… Gibsonowie zawsze mieli opinię niestałych…
— Nie dam powiedzieć na Noela złego słowa — oburzyła się Gaja. — Nie może przecież 

trzymać się mojego fartuszka. Trudno żeby nie zamienił słowa z inną dziewczyną. Co by to 
było za życie! Znam Noela. Ale ty go zawsze nie cierpiałaś!… Chętnie byś  uwierzyła w 
najgorsze plotki.

— Ależ,   Gaju,   dziecinko…   nie,   nie.   Wcale   go   nie   nienawidzę…   Ale   myślę   o   twoim 

szczęściu i…

— To dlatego chcesz mi zrobić przykrość i powtarzasz te złośliwe plotki? — zawołała 

Gaja tak gniewnie, że pani Howardowa nie ośmieliła się już pisnąć słowa. Zmieniła temat 
rozmowy.

— Czyś ty, Gaju, przepisała już ten list, żeby nie przerwać łańcucha szczęścia?
— Nie, mamusiu. I nie mam zamiaru. Nie bądź niemądra.
— No  wiesz,  Gaju…  Nie   jestem   przesądna,  ale  wszyscy   mówią,  że   jeśli   się  przerwie 

łańcuch szczęścia, to może przynieść pecha… W końcu to niewielka fatyga i wydasz tylko 
sześć centów na znaczki…

— Mamo, to naprawdę przesąd. Nie zrobię tego. Jeśli cię te martwi, napisz sama.
— To by nic nie dało. List przyszedł na twoje nazwisko. Nie zabierze ci to dużo czasu…
— Ale ja tego nie zrobię — z uporem powtórzyła Gaja. — Słyszałaś co o tym mówił 

Roger.

— Roger… Roger jest świetnym lekarzem, ale nie zjadł wszystkich rozumów… Wiele 

rzeczy wydaje się śmieszne — twój ojciec zawsze z nich pokpiwał, ale faktem jest, że kiedy 
usiadł do stołu jako trzynasty, zaraz potem umarł. Możesz sobie mówić, co chcesz, znam 
jedną  kobietę,  która spaliła  list z łańcucha  szczęścia  i w  dwa tygodnie  później  pękła  jej 
łękotka w kolanie.

— W zeszłym tygodniu pani Szymonowa Dark złamała ramię, choć nie spaliła żadnego 

listu — Gaja próbowała się roześmiać, ale jakoś je, to nie wyszło — jej, która dotychczas 
śmiała się od rana do nocy. Czuła w sercu dziwny ból, należało go przed wszystkimi ukryć.

Nie, nie będzie zazdrosna i podejrzliwa. Tak, Nan próbuje Noela, ale ona, Gaja, ufa mu. 

Musi mu ufać.

Noel   pojawił   się   po   czterech   dniach.   Ale   przyszła   także   Nan.   Usiedli   we   trójkę   na 

stopniach werandy, rozmawiali i śmiali się. Przynajmniej Noel i Nan. Gaja raczej milczała. 
Nikt nie zdawał się tego zauważać. Wreszcie wstała i poszła przez nasycony zmierzchem 
ogród aż do furtki. Oczekiwała,  że Noel pójdzie za nią. Dotychczas  zawsze tak bywało. 
Nadsłuchiwała jego kroków. Kiedy doszła do furtki, wyjrzała spoza świerków. Noel dalej 
siedział z Nan. Nie, nie widziała ich, ale słyszała. Mogła sobie wyobrazić, jak Nan spogląda] 

background image

na Noela tymi skośnymi zielonymi  oczyma  — te oczy działały na mężczyzn bardziej niż 
roześmiane oczy Gai. I na pewno — Gaja skrzywiłasię ze wzgardą — wmawiała Noelowi, 
że   jest   najwspanialszym   mężczyzną   na   świecie.   Cóż,   był.   Ale   Nan   nie   miała   prawa   tak 
myśleć, nie miała prawa okazywać mu, że tak myśli. Gaja zacisnęła pięści.

Wydawało jej się, że czeka już całą wieczność. Niebo zazieleniło się przed zachodem 

słońca, w krystalicznie czystym powietrzu słychać było dochodzący z pól beztroski śmiech.

Gaja przypomniała sobie wiele rzeczy. Wszystkie drobne przykrości, których zaznała od 

Nan, gdy ta latem przyjeżdżała na wyspę.

Kiedyś na pikniku szkoły niedzielnej była zrozpaczona, bo nie miała centa, by wejść do 

fotoplastykonu. I nagle znalazła na ziemi centa, ale Nan wyrwała go jej i to Nan weszła 
zamiast niej.

Innego   dnia   Nan   zerwała   jej   z   włosów   nową   kokardę   —   była   większa   i   bardziej 

szeleszcząca   od   jej   własnej   —   i   pocięła   nożyczkami   na   strzępy.   Dostała   za   to   od   pani 
Alfonsowej w skórę, ale to nie wróciło kokardy i Gaja musiała nosić starą i wystrzępioną.

Kiedyś   Gaja   śpiewała   na   koncercie   misyjnym   w   kościele   i   Nan   w   kulminacyjnym 

momencie   przerwała   jej,   doprowadzając   niemal   do   stanu   histerii,   gdyż   wskazując   na   jej 
pantofelek zawołała: „O, mysz!

Mysz!”
Miała parę tuzinów takich wspomnień. Nan zawsze była zadowolona z siebie, podstępna i 

okrutna jak mała tygrysica. Zabierała, co chciała, nie zważając na niczyje uczucia. Ale dotąd 
Gaja nie wierzyła, że uda jej się zabrać Noela.

Gaja jednak nie na próżno należała do rodziny Darków i Penhallowów. Nie wróciła na 

werandę. Weszła do domu bocznymi drzwiami i poszła prosto do swojego pokoju, choć przy 
każdym kroku czuła, że depce własne serce. Na górze przejrzała się w lustrze. Wydawało się 
jej, że w ciągu tej godziny musiała się postarzeć.  Miała purpurowe policzki,  nie poznała 
wyrazu własnych oczu. Trzęsła się z zimna, z gniewu, z niedowierzania. W wściekłością 
zdmuchnęła lampę i rzuciła się na łóżko. Ten straszny mrok. Parę dni temu płakała, aż usnęła. 
Tej nocy po raz pierwszy w życiu nie mogła zasnąć.

background image

IV

Kłótnia i rozstanie się Samów wywołało sensację i na jakiś czas przestało się mówić o 

dzbanie ciotki Becky, zaręczynach Gai i rozwścieczeniu Topielca. Mało kto sądził, aby ta 
kłótnia   mogła   długo  trwać.  Ale  minęło  lato,   Samowie   nie  pogodzili   się i  przestano  tego 
oczekiwać. Darkowie znani byli z uporu.

Żaden z Samów  nie zachowywał dumnego milczenia. Kiedy się przypadkiem spotkali, 

wymijali się, patrząc tylko na siebie groźnym wzrokiem. Ale każdy z nich wciąż opowiadał 
sąsiadom i krewnym swoją wersję wydarzeń.

— Słyszę, że on utrzymuje, że kopnąłem jego psa w przeponę! — wrzeszczał Mały Sam. 

— Go to właściwie jest ta przepona?

— Brzuch — wyjaśnił lakonicznie Stanton Grundy.
— Coś takiego! Wiedziałem, że łże. Nigdy nie kopnąłem żadnego psa w brzuch. Tak, raz 

trąciłem go czubkiem buta w żebra — miałem powody. On twierdzi, że zwabiłem do siebie 
jego kotkę. Na co mi ta stara kocica? Wciąż przynosi do domu szczury! I nocą układa się 
bezczelnie   na   mojej   przeponie.   Gdyby   on  ją  przyzwoicie   karmił,   nigdy   by  od   niego   nie 
uciekła. A trudno, żebym odmówił pożywienia stworzeniu zamorzonemu głodem.

Słyszę,   że   on   ciągle   rozwodzi   się   nad   księżycem   i   zadowolonymi   z   życia   krowami. 

Mężczyzna powinien patrzeć na księżyc tylko po to, żeby wiedzieć, jaka będzie pogodami 
ciekawe, jak odróżnia zadowolone krowy od krów niezadowolonych. Ale cieszę się, że jest 
szczęśliwy..   Ja   też   jestem   szczęśliwy.   Mogę   sobie   do   woli   śpiewać   nie   wysłuchując 
uszczypliwych uwag. Całe lata to znosiłem. Ale czy robiłem mu o to awantury? Nie. I nie 
protestowałem, kiedy pół nocy skowyczał wygłaszając” ten swój poemat. Jęczał, zawodził, 
parskał, bulgotał, prawdziwy koci wrzask, a on to nazywał deklamacją. Czułem się tak, jakby 
mnie przepuszczano przez maszynkę do mięsa.

I nie protestowałem, że stale mi się sprzeciwia. Przynajmniej nie było nudno. Nie miałem 

mu za złe fundamentalizmu. Szanowałem jego przekonania. Czy złościłem się, że w niedzielę 
rano wstaje o nieludzkiej porze, by się modlić? Nie. Choć wiele osób uznałoby, że rozmawia 
z Panem Bogiem bez najmniejszego szacunku, zwracał się do Niego jak do kolegi. Ale ja 
wytrzymywałem wszystko.

A  on,  kiedy przyniosłem   do domu  ten  przepiękny  posążek   Aurory,   zaraz  się  wściekł. 

Wolna droga. Wolę moją Aurorę niż jego, możecie mu to powtórzyć. Na nią przynajmniej 
miło jest spojrzeć, no i nie zakrada mi się do spiżarni, żeby wyjadać moje prywatne zapasy. 
Cóż, nie będę się nad tym rozwodził — niech sobie Duży Sam gada, co chce — ale jak kiedyś 
będę miał więcej czasu, to niejedno ci, Grundy, opowiem.

— Mówią mi, że ten głupi Mały Sam nie przestaje na mnie wygadywać — zwierzał się 

pastorowi Trackleyowi Duży Sam. — I kpi sobie z moich modlitw. Czy uwierzy ksiądz, że 
kiedyś ośmielił się zwrócić mi uwagę, żebym skrócił pacierz, bo przeszkadzam mu spać! No 
jasne, że modliłem się dwukrotnie dłużej. Co ja od niego musiałem znosić! Jego pies pożarł 
mi obligację, ale nie powiedziałem słowa. Za to kiedy moja kotka okociła się na jego łóżku, 
cały dom trząsł się od wrzasku.

Skoro   już   mówimy   o   kotce,   to   słyszę,   że   znów   ma   małe.   Każdy   na   miejscu   Sama 

przysłałby mi jednego kociaka. Ale nie on. A ja mam tylko dwie kaczki, które kupiłem od 
Piotra Gautiera. Bardzo miłe, ale trudno mi się z nimi zaprzyjaźnić, skoro wiem, że któregoś 
dnia będę je musiał zjeść.

Ale   wkrótce   Dużemu   Samowi   przydarzyło   się   coś   jeszcze   gorszego.   Omal   nie   dostał 

apopleksji, gdyż letnicy przyszli do Małego Sama myśląc, że to on jest poetą, i poprosili, żeby 
zadeklamował swój poemat. I Mały Sam zadeklamował. Od początku do końca, wcale nie 
zdradzając się, że nie jest jego autorem.

background image

— Kto   czci   posągi,   potrafi   także   kraść   wiersze.   Sami   widzicie,   jak   się   ten   człowiek 

zdegenerował — oznajmił z pasją Duży Sam.

background image

V

Piotr Penhallow tak wychudł i sczerniał, że Nancy wpadła w panikę. Usiłowała wmusić w 

niego pigułki z żelazem, ale nic z tego. Piotr nawet zaklął. Był to groźny objaw, gdyż na ogół 
wystrzegał się przekleństw. Nancy wybaczyła mu jednak, uważała bowiem, że nie tylko Jan 
Topielec źle go potraktował, ale także i Opatrzność.

Kiedy   Donnie   pozwolono   wreszcie   wstać   i   zejść   na   dół,   tego   samego   dnia   dostała 

zapalenia gardła. Oznaczało to następne trzy tygodnie w łóżku. Piotr co wieczór naciskał na 
klakson u zaczarowanych wrót — czyli przed bramą Jana Topielca — ale nic więcej nie mógł 
zrobić. Doniesiono mu, że Topielec przysiągł, iż go zastrzeli, jeżeli ten ośmieli pokazać mu 
się na oczy,  i klan z dnia na dzień oczekiwał nieszczęścia,  nie wiedząc, iż Tekla ukryła 
dubeltówkę Topielca pod łóżkiem w gościnnym pokoju.

Topielcowi nie udało się jej znaleźć, nie zwracał więc uwagi na Piotra i na tę kocią muzykę 

i odbijał to sobie na chorej Donnie, która tym razem gotowa była niemal umrzeć, tak już 
wszystkiego miała dosyć. Tyle tygodni w łóżku! I musiała patrzeć na te ohydne, wybrane 
przez Topielca tapety, których nienawidziła. Były zielonkawe w złotej gwiazdki. Topielec 
uważał je za szczyt elegancji.

Uznała, że okropnie zbrzydła. Płacząc oznajmiła, iż wcale nie chce i wyzdrowieć. Piotr nie 

będzie mógł kochać takiego wybladłego kościotrupa! Lekarz orzekł, że kiedy tylko dojdzie do 
siebie, trzeba jej będzie wyciąć migdałki.

Doniesiono o tym Piotrowi, który mało nie oszalał, przyjaciele uważali zresztą, że stało 

się to już dawno. Piotr nie wierzył  w operacje. Nie zamierzał pozwolić, by krajano jego 
ukochaną   Donnę.   Ta   jej   rodzina   próbuje   ją   po   prostu   zamordować.   Sto   razy   dziennie 
przeklinał   panią   Toynbee’ową.   Gdyby   nie   ona,   Jan   Topielec   nie   dowiedziałby   się   o   ich 
zaręczynach^ i mieliby czas coś wymyślić — Piotrowi udałoby się ją porwać, odrą nie odrą. 
A tymczasem…

— Co ja mam zrobić? — pytał się Piotr siostry. — Nancy, co ja mogę zrobić? Wydaje mi 

się, że po kawałeczku obumieram, a w dodatku oni gotowi są zarżnąć Donnę.

Nancy starała się go uspokoić. Wielu osobom wycina się migdałki, musi po prostu uzbroić 

się w cierpliwość. Topielcowi nie uda się całe życie trzymać córki pod kluczem.

— Nie znasz go! — zauważył ponuro Piotr. — To cały spisek. Jestem pewien, że Wirginia 

Powell   umyślnie   zaraziła   Donnę.   Ta   kobieta   zdolna   jest   do   wszystkiego,   byle   tylko   nas 
rozdzielić. Następnym razem będzie to na przykład reumatyzm. Oni się przed niczym nie 
cofną!

— Piotrze, nie bądź niemądry.
— Niemądry! Cud, że nie oszalałem!
— Wiele osób uważa, że oszalałeś — szczerze wyznała Nancy.
— Nancy, mnie od ośmiu tygodni nie udało się zobaczyć Donny. Osiem tygodni piekła!
— No cóż, przedtem przeżyłeś wiele lat wcale jej nie widując.
— Przeżyłem?! To nie było życie!
— No, nie martw się. „Może to potrwać lata, ale nie potrwa wiecznie” — zacytowała 

frywolnie Nancy. — Słyszałam, że w następną niedzielę Donna pójdzie już do kościoła w 
Różanym Potoku.

— Do kościoła! I co mi się uda zrobić w kościele! Z jednej strony będzie miała Topielca, z 

drugiej Teklę, z tyłu Wirginię Powell. A pani Toynbee’owa będzie śledzić każdy jej ruch. 
Chyba, że wpadnę do kościoła, dam Topielcowi w szczękę i ją porwę! — Piotrze, błagam cię, 
nie rób awantury w kościele. Nie w kościele!

— Biedna   Nancy   żałowała,   że   powiedziała   mu   o   planowanej   wyprawie   Donny.   I   do 

niedzieli gryzła się tą myślą.

background image

Na szczęście Piotr nie zrobił w końcu nic strasznego. Usiadł z tyłu i nawet nie drgnął, gdy 

Jan Topielec wprowadził do kościoła swoje stadko. Topielec szedł pierwszy, za nim Donna, 
potem   Tekla,   potem   stary   Jonasz   Swan,   ich   parobek,   a   na   końcu   dwie   kuzynki,   które 
przyjechały z wizytą. „Wiedziałem, że tak będzie” — jęknął Piotr. Przez całe nabożeństwo 
pożerał Donnę wzrokiem.

„Moje biedne maleństwo, z daleka widać, że cudem uszła z życiem — myślał. — Ale jest 

jeszcze piękniejsza, jeszcze bardziej ponętna z tymi podkrążonymi oczyma”.

Piotrowi   wydawało   się,   że   nabożeństwo   nigdy   nie   dobiegnie   końca.   Czy   Trackley   co 

niedziela wygłasza aż tak długie kazanie? Jakim cudem nikt go jeszcze nie zlinczował? Co to 
za kretynka śpiewa solo, wyobrażając sobie, że ma głos? Takie osoby należałoby jak kocięta 
topić zaraz po urodzeniu. Czy to się nigdy nie skończy? Ten hymn ma sześć zwrotek!

Nim   reszta   wiernych   podniosła   głowy   po   ostatnim   błogosławieństwie,   Piotr   biegł   już 

środkiem nawy.  Jan Topielec  wyszedł  z ławki, by zamienić  parę słów  z członkiem  rady 
kościelnej, panem MacPhee, siedzącym z drugiej strony przejścia. Tekla rozmawiała z panią 
Howardową. Nikt nie pilnował Donny. Nikomu się nawet nie śniło, że Piotr może się pojawić 
w kościele Różanego Potoku. Jego odłam rodziny nie bywał tu od czasu awantury o owce. 
Chodził do Srebrnej Zatoki.

Donna odwróciła się i smutnym  wzrokiem rozejrzała się po kościele. Nagle zobaczyła 

Piotra. Wszedł do ławy za nią, podniósł pulchną panią Denby’ową, postawił w przejściu i 
zajął jej miejsce. Pani Denby’owa nigdy jeszcze tak się nie przeraziła. Ale za to przez długie 
lata opowiadała o tym wydarzeniu.

Piotr i Donna mieli dla siebie zaledwie krótką chwilę, ale to wystarczyło. Piotr wiedział 

dokładnie, co ma zrobić i co powiedzieć.

Najpierw pocałował Donnę. W kościele. Na oczach pastora. Potem szepnął:
— Bądź   jutro   o   jedenastej   wieczorem   przy   bocznej   furtce.   Przyjąć   po   ciebie   autem. 

Zgadzasz się?

Donnę wciąż przerażała myśl o ucieczce z domu, ale wiedziała, że nie ma innego wyjścia. 

Jeśli pokręci przecząco głową, Piotr gotów: zawsze zniknąć z jej życia. Może już i tak zły jest 
na nią, że do niego nie napisała. Przecież nie wie, jak jej pilnowano. Zatem teraz lub nigdy. 
Skinęła głową w tym momencie, kiedy Topielec odwrócił się by zobaczyć, na co się tak gapi 
MacPhee.   I   zobaczył,   jak   Piotr   po   raz   drugi   całuje   Donnę,   po   czym   dziarskim   krokiem 
przemierza i wychodzi bocznymi drzwiami.

Jan   Topielec   w   ostatniej   chwili   powstrzymał   się,   by   nie   zakląć   głos.   Sąsiednia   ława 

należała   do   Dandysa,   a   Dandys,   odkąd   stał   się   opiekunem   dzbana,   zaczął   regularnie 
uczęszczać do kościoła. Wszyscy wiedzieli, że bacznie ich obserwuje. Dandys miał także 
ławę w kościele w Różanym Potoku i bezwstydnie przyznawał się, że zrobił to po to, by 
rodzina nie widząc go w jednym kościele sądziła, że poszedł do drugiego. Od czasu bankietu 
ciotki Becky frekwencji w obu kościołach znacznie wzrosła. Pastor Trackley uznał, że jego 
kazania przemówiły nareszcie do serc wiernych.

Dandys przechodząc koło Donny szturchnął ją żartem i szepnął:
— Pamiętaj, Donno, nie rób głupstw.
I Donna zrozumiała, że jeśli ucieknie z Piotrem, będzie się musiała pożegnać z dzbanem. 

Nawet wuj Pyszniak z dezaprobatą kręcił głową. Wychodząc z kościoła oświadczył, że te 
zaloty odbywają się nazbyt publicznie.

Po powrocie do domu Donna musiała wysłuchać, co ma na ten  i  temat do powiedzenia 

ojciec. Zresztą tylko cudem wrócili do domu, gdyż Topielec jechał z taką szybkością, że o 
mało   nie   przejechał   kilku   pieszych   i   w   ostatniej   chwili   udało   mu   się   wyminąć   dwóch 
rowerzystów.

Zabrała   też   głos   Tekla.   Kuzynki   chichotały,   a   stary   Jonasz   szybko   wyszedł   nakarmić 

świnie. Donna zachowywała się jak kobieta w transie. Topielec wcale nie był pewny, czy ona 

background image

go słyszy. A potem poszła do swojego pokoju zebrać myśli.

Zatem   następnego   wieczoru   ma   uciec   z   domu.   Trudno   było   pogodzić   się   z   tą   myślą 

dziewczynie wychowanej w tradycjach rodziny Darków. Wyobrażała sobie, co powie klan. 
Kiedy Franek Penhallow i Lilka Dark uciekli, aby wziąć ślub, po ich powrocie ciotka Becky 
zauważyła: — No, widać musieliście się pospieszyć.

Donna bardzo nie chciałaby czegoś takiego usłyszeć. Co prawda ona i Piotr pewnie nie 

wrócą. Tylko to ją pocieszało. Jednym ruchem przetną gordyjski węzeł. A potem miłość i 
wolność — koniec z rutyną i nudą, zazdrością Tekli, awanturami Jana Topielca, koniec z 
Wirginią. Donna ze wstydem uświadomiła sobie, jaką ulgę sprawi jej rozstanie z Wirginią. 
Ale był to fakt.

Niedziela   w   końcu   minęła,   minął   poniedziałkowy   ranek   i   poniedziałkowe   popołudnie. 

Donnie nigdy jeszcze aż tak nie dłużył się czas. Cieszyła się, że oburzona Tekla i oburzony 
ojciec   w   ogóle   się   do   niej   nie   odzywają.   Podczas   kolacji   Tekla   zaczęła   się   jej   dziwnie 
przyglądać. Tak, Donnę otaczała aura podniecenia, nic na to nie mogła poradzić. Zarumieniły 
jej   się   policzki,   w   szafirowych   oczach   pojawił   się   figlarny   błysk.   Wyobraziła   sobie,   jak 
Topielec i Tekla zareagowaliby, gdyby wiedzieli, że to dziś właśnie zamierza uciec z Piotrem 
Penhallowem. Oczywiście nie mogła nic przełknąć — któżby mógł w takich okolicznościach 
zjeść spokojnie kolację?

— Donno — spytała ostro Tekla — chyba się nie uróżowałaś?
— Ależ skąd — odpowiedziała Donna.
— Jesteś   taka   zarumieniona.   Jeśli   się   nie   umalowałaś,   to   masz   widać   gorączkę. 

Wiedziałam, że za wcześnie wstałaś. To na pewno nawrót choroby. Zostań jutro w łóżku.

Donna ucieszyła się. Bardzo się bała, czy Jan Topielec nie dopadnie uciekinierów, nim 

zdążą opuścić wyspę. Wyspa nie była idealnym miejscem do popełniania morderstw i do 
ucieczek. Na ogół człowieka łapano. Ale do południa następnego dnia powinno ich już tutaj 
nie być.

— Dobrze…   Zawołaj   mnie   na   obiad.   Jestem   pewna,   że   nie   zachoruję,   ale   bardzo   się 

zmęczyłam.

Nareszcie Opatrzność opowiedziała się po jej stronie.
Wszyscy położyli się wcześnie. O dziewiątej zamknięto drzwi, zgaszono światła. Donna 

wiedziała   jednak,   gdzie   Tekla   chowa   klucz,   choć   ta   bardzo   się   z   tym   kryła.   O   pół   do 
jedenastej   była   już   gotowa,   spakowała   walizeczkę.   Otworzyła   drzwi   od   swego   pokoju   i 
wyjrzała. W domu panowała cisza. Drzwi do sypialni Tekli były zamknięte. Na dole chrapał 
stary Jonasz. Co za pomysł,  żeby chrapać  w taką cudowną noc. Czy aby nie zaskrzypią 
schody?

Owszem,   zaskrzypiały,  ale   chyba   nikt  tego  nie  usłyszał.  Co  będzie,  jeśli   kichnie?   Jan 

Topielec spał w komórce koło jadalni, gdzie w błękitnym wazonie na półeczce pod zegarem 
spoczywał klucz. Ale Topielec też chrapał. Donna drgnęła. Czy Piotr też chrapie? Otworzyła 
drzwi i wyszła. Okazuje się, że uciec jest aż śmiesznie łatwo.

Pobiegła przez sad do furtki. Miała przed sobą blisko pół godziny czekania. Czarne jodły 

odcinały się wyraźnie na tle rozgwieżdżonego nieba. Nad ciemną zatoką pląsały światła. Ta 
noc była zaczarowana i piękna.

Donna przez jakiś czas rozkoszowała się nią. Gdyby Piotr pojawił się wcześniej, wszystko 

ułożyłoby się jak najlepiej. Ale niebawem zaczęła się trząść z zimna, wrześniowy wiatr dawał 
się jej we znaki. Drzewa złowieszczo  szeptały,  w sadzie hasały niesamowite cienie. Pies 
Williama   Y.   wył,   odpowiadał   mu   zza   rzeki   pies   Adama   Darka.   Coś   zahuczało   —   to 
przejechało auto. Donna schowała się za jodły. Czy ktoś ją zobaczył? Dlaczego nie pojawia 
się   Piotr?   Gotowa   zamarznąć   tu   na   śmierć.   Powinna   była   włożyć   cieplejszy   płaszcz. 
Zachorowała w lecie i nie uprzytomniła sobie, że lato minęło i nastała jesień. Opuściła ją 
odwaga. Chyba już musi być jedenasta. Piotr powiedział jedenasta. Czyżby mu tak mało na 

background image

niej zależało, że pozwala sobie na spóźnienie?

Wreszcie   zobaczyła   światła   auta   Piotra   i   wszystko   się   zmieniło.   Oto   zbliża   się   jej 

przeznaczenie… jeśli Tekla obudzi się, zobaczy przez okno nadjeżdżające auto. Boże, żeby 
się tylko nie obudziła.

Rozradowany Piotr chwycił ją w ramiona.
— Miałem strasznego pecha. Najpierw  złapałem gumę, potem wysiadł mi  gaźnik. Tak 

strasznie się bałem, że nie będziesz czekać. I nie byłem pewny, czy udało ci się wymknąć z 
domu. No, już po wszystkim. Mamy mnóstwo czasu. Pojedziemy do Broden i złapiemy prom. 
Zatrzymamy się w Kirtland i Karol Blackford udzieli nam ślubu. Mam wszystkie potrzebne 
papiery. Z Karola jest świetny gość. Dobrze go znam, raz, dwa da nam ślub, nawet przed 
szóstą rano. I potem wyruszymy własnym autem do Nowego Jorku. A stamtąd popłyniemy do 
Brazylii. Ach, ty moja najmilsza dziewczyno, wciąż mnie kochasz? Jesteś piękna jak światło 
księżyca. Donno… Donno…

— Piotrze,  zadusisz   mnie   —  jęknęła   Donna.  —  Jedźmy…  Taksie  boję,  że  pojawi  się 

ojciec. Mam wrażenie, że czekałam tu całe lata.

— Nie martw się. Poradzę z nimi sobie. Grunt, że udało ci się wyjść. Donno, gdybyś ty 

wiedziała, co ja przeżyłem…

— Piotrze, przestań! Jedźmy!
Piotr niechętnie zamilkł. Uznał, że Donna zachowuje się bardzo chłodno. Czemu skąpi mu 

pocałunków. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zmarzła, jak bardzo jest przerażona i jak 
strasznie długie wydawało jej się oczekiwanie.

— Nie możemy jeszcze odjechać. Kiedy mijałem po drodze dom twojej ciotki, Eudony, 

zobaczyłem,   że   jej   córka   żegna   się   z   Markiem   Penhallowem.   Musimy   poczekać,   aż   on 
odjedzie. Maleńka, ty cała drżysz. Schroń się w aucie przed tym ohydnym wichrem.

— Wygaś reflektory… Tekla gotowa wyjrzeć przez okno… Piotrze, okropnie się czuję 

uciekając z domu. W mojej rodzinie nigdy się to nie zdarzyło…

— Jeszcze możesz zmienić zdanie — ostro zauważył Piotr.
— Nie bądź śmieszny, Piotrze. — Donnie wciąż było zimno i bała się. Zawiodły ją nerwy. 

Uważała, że Piotr wcale jej nie rozumie, jego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia. — 
Przecież to zrobiłam. Tylko mi przykro, że postępujemy tak podstępnie.

— No   to   co   proponujesz?   —   Piotr   też   przeszedł   ciężkie   chwile   walcząc   z   kołem   i 

gaźnikiem, a niestety niewiele wiedział o kobiecej duszy.

— Piotrze, jesteś wstrętny. Dobrze wiesz, że musimy przez to przejść…
— Przez to przejść? Więc ty tak się na to zapatrujesz?
Donna poczuła nagle, że ma do czynienia z obcym człowiekiem.
— A jak mam to nazwać? Nie mogę dobierać słów… Zmarzłam na kość, a w dodatku…
— Wiedziałem, że się na tym skończy — zauważył ironicznie Piotr.
— Ty też mówiłeś dużo dziwnych rzeczy. Powiedziałeś cioteczce Ale, że dałeś się złapać, 

bo ci się znudziło uciekać…

— Dobre nieba! Niewiasto, powiedziałem to tylko po to, żeby się ode mnie odczepiła! Czy 

miałem tej starej plotkarce opowiadać, jak cię uwielbiam?

Donna dotychczas wcale nie wierzyła, że Piotr naprawdę to powiedział. I teraz omal go nie 

znienawidziła!

— To niby ja się za tobą uganiałam? Moi przyjaciele mieli rację twierdząc, że musiałam 

oszaleć.

Donna nigdy się nie dowiedziała, że Piotr z trudem opanował się, by jej nie uderzyć. 

Założył ręce i ponurym wzrokiem patrzył w ciemność. Słowa na nic się nie zdadzą. Dlaczego 
ten   głupi   Marek   nie   żegna   się   i   nie   odjeżdża?   Kiedy   już   ruszą   w   drogę   z   szybkością 
pięćdziesięciu mil na godzinę, Donna przestanie może bredzić.

— Będą mówili, że skoro uciekłam z domu, to musiałam się widać spieszyć ze ślubem, i 

background image

Dandys   Dark   na   pewno   nie   da   mi   dzbana.   Ciotka   Becky   zawsze   powtarzała,   że   to 
nieelegancko uciekać z domu.

W   Piotrze   zawrzała   hiszpańska   krew.   A   może   po   prostu   odezwał   się   penhallowowski 

temperament.

— Jeśli   dostaniesz   ten   cholerny   dzban   —   wycedził   przez   zaciśnięte   zęby   —   to   go 

roztrzaskam!

Stało się to przysłowiową ostatnią kroplą. Gdyby te słowa nie padły, wszystko dałoby się 

może   jeszcze   naprawić,   zwłaszcza   że   na   drodze   rozległ   się   klekot   starego   auta   Marka 
Penhallowa. Donna otworzyła drzwiczki i wyskoczyła. Płonęły jej oczy.

— Piotrze Penhallow! Zasługuję na najgorsze, ale…
— Zasługujesz na to, żeby ci sprawić lanie — przerwał Piotr. Donnie nigdy jeszcze nie 

zdarzyło się zakląć, ale nie na darmo była córką Jana Topielca.

— Idź do diabła!
Piotr popełnił grzech, którego nie wybaczy żadna kobieta. Wziął ją za słowo.
— Jak sobie życzysz — oświadczył. I odjechał.
Donna podniosła  walizeczkę  i wróciła  przed sad do domu.  Zamknęła  starannie  drzwi, 

włożyła do wazonu klucz. Jan Topielec i stary Jonasz wciąż smacznie chrapali. Donna poszła 
do swego pokoju i położyła się.

Nareszcie przestało jej być zimno — rozgrzał ją słuszny gniew. No, cudem udało jej się 

wyjść z tego cało. Pomyśleć, że o mały włos byłaby uciekła z człowiekiem, który pozwolił 
sobie na podobne słowa. Cóż, od Penhallowów ze Srebrnej Zatoki trudno było oczekiwać 
manier! Dobrze jej tak, jakże mogła zapomnieć, że całe życie — i słusznie — nienawidziła 
go. Wirginia miała rację, biedna, kochana Wirginia, którą tak źle potraktowała. Teraz ona, 
Donna, pokaże, że jest prawdziwą wdową. Jakże nienawidziła Piotra. Znienawidziła wszystko 
i wszystkich. Z przyjemnością pomyślała, że uczucie nienawiści nigdy nie mija. Miłość się 
kończy, a nienawiść nie! Ach, ileż by miała temu Piotrowi do powiedzenia. Niestety, już za 
późno!

Piotr jechał całą noc i zdążył na prom. A zatem Donna odziedziczyła po ojcu nie tylko nos, 

ale i temperament. Bogu dzięki, nie będzie miał z nim do czynienia. Kobieta, która klnie! 
Piotr nie zdawał sobie sprawy, jakie miał szczęście, że Donna wpadła we wściekłość zamiast 
dostać ataku histerii. No cóż, szaleństwo minęło, odzyskał zdrowy rozsądek. Znów jest panem 
samego   siebie.   Będzie   mógł   wędrować   po   świecie   bez   uwiązanego   u   szyi   młyńskiego 
kamienia. Koniec z miłością!

background image

VI

Donna nie była jedyną kobietą klanu, która tej nocy wyszła z domu. Gaja leżała wśród 

paproci w bukowym lasku za Majówką i płakała.

Tego wieczoru w Srebrnym Pantofelku miała się odbyć zabawa, pożegnalna letnia zabawa, 

wkrótce ostatni turyści opuszczą już wielki hotel w przystani. Po Gaje obiecał przyjechać 
Noel. Ostatnio w sercu Gai znów pojawiła się nieśmiała nadzieja. Po tym wieczorze, kiedy 
Gaja odeszła zostawiając na werandzie Noela i Nan, pokłócili się. To Noel oskarżył Gaje, że 
się tak nieodpowiednio zachowała i postawiła go w niezręcznej sytuacji. Gaja straciła resztki 
dumy, przeprosiła go i uzyskała przebaczenie. I znów przez chwilę poczuła się szczęśliwa.

Ale już nie tak jak przedtem. W sercu czaił się strach. Noel z dnia i dzień stawał się 

bardziej   daleki.   Częściej   pisywał,   niż   przyjeżdżał;   a   jego   listy   były   coraz   krótsze.   Ona 
marzyła   o   dotyku   jego   ręki   marzyła,   by   usłyszeć   głos,   a   tu   nadchodzi   cieniutki   list, 
donoszący, że Noel jest strasznie zajęty — ten sam Noel, który parę tygodni temu zamartwiał 
się, że mieszka o dziesięć mil od niej.

Ale nie wierzyła, by mógł ją rzucić. Nie, to  nie  może się zdarzyć Gai Penhallowównie, 

córce dumnych Penhallowów. Gaja wiedziała, że chłopcy zrywają z narzeczonymi, nawet z 
Penhallowównami. Ale nie zaraz po zaręczynach, nie tak nagle. W końcu Noel oświadczył jej 
się zaledwie kilka tygodni temu.

Ubrawszy się na zabawę, potajemnie odszukała na biurku ten list z łańcucha szczęścia i 

trzykrotnie go przepisała. Każdy arkusik, włożyła do koperty, zaadresowała, nalepiła znaczek. 
I narzuciwszy płaszcz pobiegła na pocztę.

Kiedy wróciła, zadzwonił telefon. Noel nie może przyjechać. Musi zostać w banku.
Gaja wyszła z domu i usiadła na schodkach, otulona w szary płaszcz. Wybladłą buzię 

otaczał miękki futrzany kołnierz. I tak zobaczył ją Roger, który wpadł wracając od chorego.

— Sądziłem,   że   dziś   wieczorem   wybierasz   się   na   tańce   do   Srebrnego   Pantofelka   — 

zdziwił się Roger, który wiele widział i wiele wiedział, i bardzo go to gniewało. Zacisnął 
pięści patrząc na jej smutną buzię, jakże ta wrażliwa dziewczyna musiała cierpieć. Unikał jej 
spojrzenia, nie mógł znieść myśli, że nie zobaczy w jej oczach uśmiechu.

— Noel jest zajęty — odpowiedziała pogodnie Gaja. Roger nie powinien się o niczym 

dowiedzieć. — Musi do późnej nocy zostać w banku. To okropne. Już się wystroiłam, a tu 
taka przykrość. Rogerze! A może byś ty mnie zawiózł do Srebrnego Pantofelka? To tylko 
mila drogi, a wrócić będę mogła z Sally Winters…

Roger zawahał się.
— Naprawdę masz na to ochotę, Gaju?
— Ależ tak — Gaja wydęła usta. — Tańce to tańce, nawet jeśli narzeczony nie ma czasu. 

Szkoda by było nie zatańczyć w tych pantofelkach… — Gaja wysunęła zgrabną nóżkę w 
złotym   pantofelku,  wiedziała,  że  ma  najcieńsze   kostki  w   całym  klanie.   Ale  pod pozorną 
beztroską kryła się rozpaczliwa myśl, że musi, musi się upewnić, że Noel jej nie okłamał.

Roger uległ. Sam nie był pewny, co Gaja zobaczy w Srebrnym Pantofelku, ale nawet jeśli 

ma zobaczyć coś dla siebie najgorszego, to lepiej, żeby się to stało jak najszybciej. A zresztą 
może się mylił sądząc, że wyminęło go auto Noela.

Gaja   pożegnała   się   z   Rogerem   przed   drzwiami   do   sali   balowej   i   podziękowała   mu 

serdecznie. Nie, nie, niech z nią nie wchodzi ani na nią nie czeka. — .Wbiegła witając się po 
drodze ze znajomymi. Na sali było pełno wirujących par i Gaja poczuła, że kręci jej się w 
głowie. Oparła się o drzwi i rozejrzała po sali. Rozjaśniło jej się w głowie, przestały drżeć 
usta. Nie, nigdzie nie było ani Noela, ani Nan. Zaraz, zaraz, przecież za salą balową jest 
jeszcze jeden pokój. Musi tam zajrzeć. Usłyszała śmiech — umilkł, gdy weszła. W pokoju 
było parę grupek młodzieży, ale Gaja widziała tylko Noela i Nan. Siedzieli na brzegu stołu, 

background image

na którym stała waza z ponczem, i zajadali kanapki. Ściślej była to jedna kanapka, z której 
kolejno odgryzali kęs po kęsie. Nan w nowej, odsłaniającej całe plecy sukience śmiała się 
przenikliwie, podnosząc kanapkę do ust Noela.

Kiedy   po   wejściu   Gai   zapadła   cisza,   Nan   odwróciła   się.   W   oczach   jej   pojawił   się 

triumfalny błysk.

— O, Gaja! Zdążyłaś na ostatni kąsek! — zawołała i chciała go jej podać. Ale Gai już nie 

było. Przebiegła przez salę, przez werandę. Żeby jak najprędzej znaleźć się sam na sam z 
nocą. Żeby było cicho i ciemno — żadnych świateł — och, przestać słyszeć ten śmiech.

Wydawało   się,   że   wszyscy   śmieją   się   z   niej   właśnie,   z   Gai   Penhallow,   którą   rzucił 

narzeczony.  Biegnąc chwyciła kurczowo łańcuszek ze złotych  paciorków, który nosiła na 
szyi. Był to upominek od Noela. Łańcuszek pękł. Paciorki jak gwiazdeczki potoczyły się po 
piaszczystej,   wysrebrzonej   księżycem   drodze,   ale   nawet   nie   przyszło   jej   na   myśl   się 
zatrzymać.   Wiedziała,   że   jeśli   choć   na   chwilę   przestanie   biec,   zacznie   krzyczeć.   Parę 
spóźnionych aut oślepiło ją reflektorami. Jedno z nich ominęło ją w ostatniej chwili — co za 
szkoda!

Wreszcie znalazła się w Majówce. W oknie bawialni zobaczyła światło. Matka nie poszła 

jeszcze spać. Nie, nie może pokazać się matce. Nie jest w stanie wykrztusić słowa. Płakała. 
Jej śliczna sukienka była w strzępach. To nieważne. Nic już nigdy nie będzie ważne. Pobiegła 
na oślep do bukowego gaiku i rzuciła się na ziemię wśród paproci. Jej świat przestał istnieć. 
Nikt jeszcze nigdy tak nie cierpiał. Jak ona będzie dalej żyć? Czy można żyć z tak potwornym 
bólem w sercu?

A wszystko to z winy tego piekielnego dzbana. Jak ciotka Becky musi się zaśmiewać w 

grobie! Wkrótce wszyscy będą śmiać się z niej tym szczególnym śmiechem, w którym celuje 
William Y.

background image

VII

Jan Baptysta Dark po długich i ciężkich rozmyślaniach doszedł dc wniosku, że musi się 

ożenić. Ptyś od wielu już lat sądził, iż pozostanie starym kawalerem. W młodości pochlebiał 
sobie, że podoba się kobietom, i nosił się z myślą o ożenku. Ale za każdym razem, nim 
zdecydował się oświadczyć, wybrana dziewczyna zaręczała się z kimś innym.

I nagle okazało się, że nie ma już odpowiednich kandydatek. Dziewczęta uważały go za 

starca, a wszystkie odpowiadające mu wiekiem atrakcyjne panny dawno już wyszły za mąż. 
Klan zaliczył  Ptysia  do zatwardziałych  starych  kawalerów. Z początku go to bolało. Ale 
ostatnio rad był, że pozostał w stanie bezżennym. Chętnie powtarzał, że małżeństwo nigdy go 
nie nęciło. Miał dosyć pieniędzy, by nie pracować, miał wygodny domek w Srebrnej Zatoce, 
stara ciotka Ruta Penhallow prowadziła mu świetnie gospodarstwo, a życie umilało mu auto, 
którym rozjeżdżał się po wybrzeżu, i dwa wspaniałe koty nie odstępujące go ani na krok. 
Spały w nogach jego łóżka i jadły z nim przy stole.

Chętnie porównywał swój los z losem większości żonatych mężczyzn. O nie, nigdy by się 

z nimi nie zamienił. A jeśli chodzi o dzieci, to na świecie jest już i tak zbyt wielu Darków i 
Penhallowów.

— Lepiej,   żeby   to   zdegenerowane   plemię   wymarło   —   mruczał   z   irytacją,   kiedy   wuj 

Pyszniak dokuczał mu starokawalerstwem.

Z rozkoszą patrzył w kościele na Karola Penhallowa, lubił litować się nad nim. Karol miał 

siedem   niemądrych   córek,   którym   ciągle   trzeba   było   kupować   nowe   sukienki.   Pikanterii 
owemu uczuciu litości dodawał fakt, że pani Karolowa była tą dziewczyną, z którą naprawdę 
chciał się ożenić. I czasem jeszcze myśl o niej ociupinę go bolała.

Niemniej  samotne   życie  bardzo  Ptysiowi   odpowiadało.  Często  powtarzał,   że  zachował 

„młodzieńczość serca”, i nie podejrzewał, że prawdziwa młodzież uważa go za komicznego 
staruszka. Sądził, że wciąż jest wytwornym kawalerem podziwianym przez cały klan. Robił, 
co chciał, nie miał żadnych obowiązków.

Ostatnio zaczął jednak mieć wątpliwości. Ciotka Ruta postarzała się, miała słabe serce, w 

każdej chwili mogła umrzeć. I skąd wtedy weźmie gospodynię? Poczuł reumatyczne bóle w 
nogach i przypomniał sobie, że jego dziadek Robert Penhallow na starość został kaleką. A co 
będzie, jeśli to przytrafi się jemu, Ptysiowi? Kto się nim zajmie? U wuja Alka reumatyzm 
zaatakował   serce.   Więc   on,   Ptyś,   gotów   skonać   w   nocy   i   znajdą   go   dopiero   po   paru 
tygodniach. Myśl o tym była trudna do zniesienia.

Do działania skłonił go jednak dopiero dzban ciotki Becky. Niezbyt mu zależało na tym 

obłupanym   „naczyniu”,  ale  uważał,   że  ma   do  niego   prawo.  To   jego  ojciec   był  starszym 
bratem stryja Teodora, to jego rodzinie należał się dzban. Wiedział, że jako kawaler nie ma 
szans. Ciotka Becky dała to wyraźnie do zrozumienia. Zatem należało poszukać żony i Ptyś 
postanowił się ożenić, choćby miało go to kosztować życie.

background image

VIII

Należało rozejrzeć się za odpowiednią kandydatką. Nie było to łatwe. Choć powinno być 

łatwiejsze   niż   trzydzieści   lat   temu.   Po   prostu   nie   miał   wielkiego   wyboru.   Nie   zamierzał 
szukać żony spoza klanu. Owszem, kiedy miał dwadzieścia pięć lat brał taką ewentualność 
pod uwagę, ale pięćdziesięciotrzyletni mężczyzna wzdragał się przed podobnym ryzykiem.

Zatem   która   ze   starych   panien   lub   wdów   ma   zostać   szczęśliwą   oblubienicą?   Bo   Ptyś 

zdecydował z westchnieniem, że musi to być albo wdowa, albo stara panna. Nie był aż tak 
głupi, by przypuścić, że jakaś młoda dziewczyna zechce spojrzeć na niego łaskawym okiem. 
Cynicznie oświadczył, że nie jest na to dość bogaty. Zastanawiał się, czy wybrać starą pannę 
czy wdowę. Nie pociągała go myśl o żonie, której nie chciał żaden mężczyzna. Ale wdowa — 
brr!   Na   pewno   wie,   jak   wodzić   męża   za   nos.   A   stara   panna   będzie   mu   przynajmniej 
wdzięczna, że wybawił ją od jej staropanieństwa.

Niemniej postanowił przyjrzeć się wszystkim kobietom w odpowiednim wieku.
W niedzielę chodził raz do kościoła w Różanym Potoku, raz w Srebrnej Zatoce i bacznie 

obserwował kandydatki. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Dotychczas, żeby się nie 
nudzić podczas kazania, liczył paciorki na sukni pani Williamowej Y. Teraz poczuł się znów 
młodzieńczo. Zastanawiał się, co by na to powiedział pastor Trackley. I wyobrażał sobie, jak 
podnieciłyby się wchodzące w rachubę panie, gdyby wiedziały, co je być może czeka. Czy 
Estera Penhallow dalej stroiłaby takie świętoszkowate miny, gdyby wiedziała, że ma szansę 
zostać panią Ptysiową? Zresztą nie miała szans! Ten haczykowaty nos! O nie, nie ożeniłby się 
z nią nawet dla czterdziestu dzbanów.

„Nie mógłbym się ożenić z brzydką babą” — pomyślał z oburzeniem Ptyś.
Edna Dark wyglądała jak dama, ale była zbyt potulna i nudna. Karolina Penhallow miała 

zbyt szerokie usta i ubierała się bez cienia gustu. Wioletta Dark była przystojną kobietą, ale 
pozbawioną wdzięku. Ptyś nie upierał się przy urodzie, ale wdzięk był nieodzowny. Poza tym 
— choć się do tego sam przed sobą nie przyznawał — wcale nie był  pewny, czy by go 
zechciała.

Berta Dark miała przyjemną twarz — ale te grube nogi! Elwa Penhallow miała zgrabne 

nogi, niemniej Ptyś uznał, że jest jak dla niego zbyt pobożna. Kobieta powinna być religijna, 
ale   ze   zbyt   religijną   żoną   może   być   niełatwo.   Czyż   nie   opowiadano,   że   co   wieczór 
odnotowuje w dzienniczku każdą chwilę spędzoną na nieróbstwie i modli się, by jej to Bóg 
wybaczył? Taka żona mogłaby się okazać zbyt męcząca.

Ptyś zastanawiał się, ile lat może mieć Lorella Dark. Nikt nie wiedział, zgadzano się tylko, 

że musiała już przekroczyć trzydziestkę. Była pulchna i powabna i Ptyś chętnie by ją wybrał, 
gdyby nie obawiał się, że nie doszła jeszcze do wieku, w którym wiedziałaby, że musi się 
zadowolić starym kawalerem. Ptyś nie zamierzał ryzykować odmowy.

Jessie   Dark   teoretycznie   nadawała   się.   Ale   kiedyś   słyszał,   jak   powiedziała,   że   „koty 

powinny znać swoje miejsce”. I Ptyś był pewien, że nie zechce zaakceptować ich obecności w 
małżeńskim łóżku.

Bessie Penhallow, Nie, Bessie nie wchodziła w rachubę. Ta jej brodawka na policzku, z 

której wyrastały trzy włoski. I na swój sposób była równie religijna, co Elwa. Oszalała na 
punkcie misji. Kiedy ostatni raz z nią rozmawiał, poinformowała go, że w Chinach wzrasta 
zainteresowanie chrześcijaństwem, i oburzyła się, gdy nie wykazał należytego zaciekawienia.

Mildred   Dark   pracowała   jako   stenotypistka   w   biurze   prawnym   w   mieście   i   tylko   na 

weekendy przyjeżdżała do domu. Była niebrzydka i ubierała się modnie. Ale miała okropną 
cerę.

Jej siostra Harriet interesowała się spirytualizmem i twierdziła, że ma „po tamtej stronie” 

kogoś, kto ją kocha. Ptyś nie miał zamiaru rywalizować z duchami.

background image

Gdyby Bieta Moore była  była  Penhallowówną lub Darkówną, wybór  Ptysia  padłby na 

pewno   na   nią.   Ale   to   zbyt   wielkie   ryzyko   żenić   się   z   Moore’ówną.   Emilia   Trask   miała 
pieniądze,   ale   wyglądała   na   złośnicę.   Nie,   nie,   musi   się   ograniczyć   do   kobiet   z   klanu. 
Małżeństwo i tak jest niebezpiecznym przedsięwzięciem. Zawsze lepszy jest znany diabeł.

Małgorzata  Penhallow. Kiedyś  była  ładna i wciąż miała  śliczne  oczy.  Pastor Trackley 

utrzymywał, że ma piękną duszę. Pewnie wiedział, co mówi, ale gorzej było z ciałem. Chuda 
jak patyk. O, pani Clarence’owa Penhallow — to była prawdziwa kobieta. Ale wdowa. I 
krążyła   legenda,   że   kiedyś   spoliczkowała   męża   podczas   nabożeństwa.   Co   prawda   wuj 
Pyszniak utrzymywał, że wolałby już zostać publicznie spoliczkowany niż pocałowany — co 
zdarzyło się Andrzejowi „Penhallowowi. — Ptyś jednak nie uważał za stosowne wybierać 
między tymi dwiema ewentualnościami.

Cóż,   można   chyba   uznać,   że   figura   Małgorzaty   Penhallow   stała   się   modna.   Obecnie 

wszystkie dziewczęta wyglądały tak, jakby j głodziły. Za jego czasów były pulchne. Ach, 
gdzież się podziały tamtej dziewczęta? Tak, Małgorzata jest damą, ma łagodne usposobienie 
i, rzecz prosta, po wyjściu za mąż musiałaby przestać pisywać idiotyczne wierszyki.

Kiedy   pastor   Trackley   skończył   kazanie,   Ptyś   był   już   zdecydowany   ożenić   się   z 

Małgorzatą Penhallow. Wyszedł w chłodny blask październikowego popołudnia, czując się 
już  człowiekiem  spętanym.   Jakoś   to  wszystko   było   mało   romantyczne.  I  żałował,  że  nie 
ożenił się wiele lat temu. Do dziś na pewno by się już z tym pogodził.

background image

IX

Duży Sam nie czuł się nazbyt  szczęśliwy. Lato minęło, nadeszła jesień, zaczęły szaleć 

wichury.   W   chacie   Wilkinsa   wiało,   stała   na   odludziu.   Musiał   sam   sobie   gotować   i   w 
rezultacie cierpiał na niestrawność: Wiele kobiet z klanu zapraszało go to na obiad, to na 
kolację, ale nie chciał korzystać z tych zaproszeń, bo czuł, że wszyscy są po stronie Małego 
Sama.   Tak,   nawet   Darkowie   i   Penhallowowie   dali   się   zwieść   nowoczesnym   poglądom. 
Gotowi byli tolerować niemoralność.

Kiedy Duży Sam usłyszał, że Mały Sam zaczął w niedzielne wieczory odwiedzać wdowę 

Terlizzickową, na chwilę oniemiał. A potem — każdemu, kto chciał słuchać — wykładał, co 
on o tym sądzi.

— Chce, widać, żeby następna żona zaharowała się dla niego na śmierć. Myślałem, że ma 

więcej rozsądku. Ale nie można ufać człowiekowi, który już raz się ożenił — choć niby 
powinno   go   to   nauczyć   rozumu.   A   w   dodatku   jest   najbrzydszym   mężczyzną   w   naszej 
rodzinie. Co prawda, Terlizzickową też nie jest piękna, te jej brodawki i krzywe nogi. Za to 
jest   tłusta.   Żeby   musiał   za   nią   zapłacić   od   kilograma   wagi,   pewnie   by  się   zastanowił.   I 
pochowała   już   dwóch   mężów.   Niektóre   kobiety   nie   znają   miary.   Żal   mi   Małego   Sama. 
Podobno odprowadza ją z kościoła do domu. Niedługo będzie jej śpiewał serenady. Bo on 
wyobraża   sobie,   że   umie   śpiewać.   Kiedyś   powiedziałem   mu   wprost:   „Co   to   za   kocia 
muzyka!” Ale Terlizzickowie nigdy nie mieli słuchu.

Klan   oczywiście   nie   popierał   tych   rzekomych   zalotów.   Co   prawda   już   dawno 

zdecydowano,   że   Samowie   stanowią   klasę   samą   w   sobie,   i   nie   wymagano   od   nich 
przestrzegania zasad, którymi rządziła się rodzina. Niemniej Terlizzickowie… To by było za 
wiele.

Nikt z rodziny nie przejmował się jednak projektami matrymonialnymi Małego Sama aż 

tak jak Duży Sam. Teraz, kiedy Duży Sam stał na skałach wymachując krótkimi ramionami, 
można było założyć, że nie deklamuje swego poematu, lecz lży wdowę Terlizzick. Oznajmiał 
światu,   że   jest^ona   flejtuchem,   kobrą   i   tygrysicą.   I   jednocześnie   wyrażał   swe   gorące 
współczucie dla Małego Sama.

Oczywiście doniesiono o tym wdowie Terlizzick i Małemu Samowi. Trudno powiedzieć, 

jak na to zareagowali. Mały Sam dość ostentacyjnie zajmował się wychowywaniem trzech 
kociaków   Musztardy.   Bogini   poranka   wciąż   stała   na   półeczce   nad   zegarem,   ale   na   jej 
kształtnych   nogach   gromadził   się   kurz.   I   kiedy   ojciec   Sullivan   urządził   następną   loterię 
fantową, słyszano, jak Mały Sam wołał, że powinno się w to wtrącić prawo!

background image

P

ALEC

 

BOŻY

I

Powrót   „do   domu”   Franka   Darka   i   jego   siostry   stał   się   dla   klanu   prawdziwym 

wydarzeniem. Franek oznajmił, że tego przyjazdu domagała się Edna, uważając, że też ma 
prawo do dzbana, Dandys był przecież ich rodzonym stryjem. Więc kto wie? A on, Franek, 
ma tego Zachodu po dziurki w nosie. Już tam nie wróci, kupi farmę na Wyspie i resztkę życia 
spędzi wśród swoich.

— I ożenisz się z dziewczyną z Wyspy? — spytał wyj Pyszniak.
— No jasne — zaśmiał się Franek. — Tutejszym dziewczynom żadna nie dorówna!
Kiedy   Franek   wyszedł   ze   sklepu,   obecni   tylko   uśmiechnęli   się.   I   zgodnie   doszli   do 

wniosku, że Frankowi się nie powiodło.

— Zszedł na psy. Mówią, że się ostatnio zapijał — oświadczył William Y.
— Za młodu  był  z niego straszny przystojniak  — zauważył  Szymon  Dark. — Takich 

zawsze rozpuszczą baby.

Joscelyn usłyszała o jego przyjeździe następnego wieczoru, kiedy właśnie wybierała się do 

kościoła.   Ciotka   Rachela   rozmawiając   z   panią   Cliffordową   zauważyła   mimochodem:   — 
Ponoć wrócił do domu Franek Dark. — Joscelyn wydało się, że wokół niej zawirował świat. 
Myślała, że zemdleje, kurczowo uczepiła się stołu. Franek przyjechał! Ostatnie dziesięć lat 
przestało istnieć, znów patrzyła w oczy Franka.

— No, Joscelyn, pospiesz się — napominała ciotka Rachela. — Bo się spóźnimy i zajmą 

nam wszystkie dobre miejsca. Dziś będzie tłok. Każdy chce posłuchać Józefa.

Tego   wieczoru   miał   wygłosić   kazanie   pastor   Józef   Dark   z   Montrealu   i,   oczywiście, 

wszyscy Darkowie i Penhallowowie będą obecni. Bardzo byli z Józka dumni. Był najlepiej 
zarabiającym   pastorem   w   całej   Kanadzie   —   ten   sam   Józek   Dark,   który   boso   biegał   po 
Srebrnej   Zatoce,   a   latem   pracował   ciężko   u   zamożniejszych   krewnych.   Wtedy   nikt   nie 
zwracał na niego uwagi, ale teraz, ilekroć odwiedzał Srebrną Zatokę, w kościele dostawiano 
krzesła.

Joscelyn poszła do kościoła z ciotką. Wieczór był tak ciepły, jakby to był czerwiec, a nie 

październik.   Figlarny   wietrzyk   strącał   złoto   z   klonów.   Niebo   nad   brunatnofioletowymi 
wzgórzami wyglądało jak puszysta chryzantema. Parę wczesnych gwiazd pobłyskiwało nad 
ścierniskami.   Wielki   pomarańczowy   księżyc   wschodził   nad   Wzgórzem   Drewnianych 
Masztów. Pachniała wilgotna ziemia zaoranych pól. Właśnie zaczęły się jesienne podorywki. 
Hugon cały dzień orał pole na zboczu wzgórza.

Joscelyn   wiedziała,   jak   bardzo   lubi   orać   to   właśnie   pole.   Patrzyła   na   niego   z   okna   i 

zastanawiała się, czy naprawdę zamierza on sprzedać Drewniane Maszty. Ta plotka wracała 
co parę tygodni. Ciotka Rachela wspomniała o tym przy obiedzie. Joscelyn nękało to jak 
bolący ząb.

Teraz jednak pod wpływem przeżytego szoku zupełnie o tym zapomniała. Szła jak we śnie. 

Nie wiedziała, czy się cieszy, czy boi. Chyba się bała. Bała widoku Franka.

Na pewno nie zdarzy się to tego wieczoru. Franek zatrzymał się u swego brata Burtona w 

Indiańskim Potoku, a Burton nigdy nie przychodził na nabożeństwa odprawiane przez Józefa 
Darka.   Józek   ożenił   się   z   dziewczyną,   w   której   kochał   się   Burton,   i   Burton   zawsze 
przypisywał   sukces   Józka   jako   kaznodziei   temu,   że   jak   nikt   potrafi   schlebiać   kobietom. 
Joscelyn wiedziała jednak, że musi to niedługo nastąpić. I była śmiertelnie przerażona.

Spóźniły się. Kiedy weszły do kościoła, Józef wygłaszał modlitwę i musiały wraz z innym 

spóźnionymi   czekać   w   przedsionku.   Drzwi   były   zamknięte   i   dobiegał   tylko   melodyjny 

background image

pomruk.

Nie od razu zobaczyła Hugona. Stał z tyłu, wpatrując się w nią płonącymi oczyma. Obok 

niego Palmer Dark i Homer Penhallow skinęli sobie głowami i napomknęli coś o pogodzie. I 
dalej  się nienawidzili.  Ambrożyna  Winkworth wyminęła  ich i popłynęła  główną nawą, z 
wysoko uniesioną głową i z pierścionkiem na palcu. Ambrożyna nie miała zamiaru czekać w 
chłodnej   sieni,   aż   mały   Józek   Dark,   któremu   przed   laty   nieraz   sprawiała   lanie,   skończy 
odmawiać modlitwę. Ambrożyna obecnie nie wkładała już nigdy rękawiczek i na pewno była 
tego  wieczoru  najszczęśliwszą   kobietą   w  kościele.  Zazdrośnicy   twierdzili,  że   Ambrożyna 
zanadto się puszy, stała się wręcz śmieszna.

— Ale kroi na damę! — szepnął siedzący na stopniach chóru wuj Pyszniak do Dużego 

Sama, który przyszedł sprawdzić, czy to prawda, że Mały Sam co niedziela bywa w kościele, 
by po nabożeństwie odprowadzić do domu wdowę Terlizzick.

W kącie stał milczący Stanton Grundy. Nigdy dotąd nie miał okazji posłuchać kazania 

Józka Darka. Stale mu coś wypadało. Nareszcie przekona się, jakiego to człowieka kochała 
potajemnie przez całe życie jego Robina.

Przyszła też Donna z ojcem, choć Topielec nie miał najmniejszej ochoty wysłuchiwać 

kazań Józka. Ale Donnie bardzo na tym zależało i Topielec ustąpił. Ostatnio coraz częściej 
zdarzało mu się ustępować Donnie. Podczas minionego miesiąca umilkły plotki o Donnie i o 
Piotrze. Z początku wszyscy się głowili, co między nimi zaszło. Topielec nie. Bardzo proste 
— kazał Donnie zerwać z tym facetem i ona, oczywiście, usłuchała.

Część klanu uważała, że zachowanie Piotra w kościele owej pamiętnej niedzieli zraziło 

Donnę. Wirginia była przekonana, że w jej duszy zwyciężyły „wyższe uczucia”. Nie było to 
wielką   pociechą,   bo   kochana   Donna   strasznie   się   zmieniła.   Stała   się   okropnie   cyniczna. 
Wyśmiewała się z lirycznych  wspomnień Wirginii. Utrzymywała, że gdyby Barry żył, na 
pewno kłóciliby się jak pies z kotem. Domownicy mieli do czynienia z tygrysicą w ludzkim 
ciele. Jan Topielec żałował czasem, że Piotr jej z sobą nie zabrał.

Tak, w sercach oczekujących w przedsionku, aż Józef Dark skończy modlitwę, kryło się 

wiele ukrytych pasji.

Joscelyn  kochała  kościółek  w  Srebrnej Zatoce.  Cichy stary kamienny kościółek wśród 

zapadłych   mogił   i   omszałych   nagrobków.   Rada   była,   że   nie   zmodernizowano   tego 
cmentarzyka tak jak w Różanym Potoku.

Groby skąpane były w księżycowej poświacie. Wśród nich krążył Lunatyk. Od czasu do 

czasu nachylał się i szeptał coś zmarłemu druhowi. Od czasu do czasu kłaniał się swojej 
srebrnej Lunie.

I od czasu do czasu zaglądał do kościoła przez okno. Nigdy jednak nie wchodził dojśrodka. 

Za to kiedy wierni zaintonują hymn, będzie im towarzyszył.

„Czemu, u diabła, ten Józek tak długo się modli” — pomyślał Topielec. Wciąż jeszcze 

uważał, by głośno nie zakląć, ale, dzięki Bogu, wolno mu było myśleć.

Franek Dark też stał w przedsionku pod lampą, z dość niemądrą miną rozglądając się 

wokół rozpromienionym  wzrokiem. Joscelyn  spojrzała na niego i ogarnęła ją zgroza. Nie 
wierzyła własnym oczom, niemożliwe, żeby to był Franek Dark. Niemożliwe, żeby to był ten 
sam człowiek, którego potajemnie kochała od dziesięciu lat. Otyły, wyłysiały, czerwonawy 
nos, przekrwione podpuchnięte oczy, źle ogolony. Jakże podupadł. Co gorsze, zobaczyła go 
nie   tylko   takim,   jakim   się   stał,   ale   jakim   był   zawsze.   Ot,   prymitywny   bawidamek. 
Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem,  z jakim reaguje się na wiadomość o czyjejś 
niespodziewanej   śmierci.   To   niemożliwe!   Więc   to   dla   tego   człowieka   złamała   życie 
Hugonowi i na zawsze wyrzekła się Drewnianych Masztów?

Joscelyn wydało się, że się roześmiała. Nie, to roześmiał się stojący za nią Hugon. Dziwny 

śmiech, bynajmniej nie wesoły. Zatem Hugon zobaczył to, co zobaczyła ona. Zrobiło jej się 
strasznie wstyd.

background image

Śmiech   Hugona   zwrócił   na   nich   uwagę   Franka.   Uśmiechnął   się   szeroko   i   podszedł   z 

wyciągniętą ręką, wylewny i serdeczny.

— Hugon! Joscelyn! Jak się miewacie? Tak się cieszę, że was widzę. Joscelyn, nic się nie 

postarzałaś,   jesteś   jeszcze   piękniejsza.   Trudno   uwierzyć,   że   to   już   dziesięć   lat   temu 
wytańcowywałem na twoim weselu.

To chyba był zły sen! Za chwilę się obudzi! Joscelyn zobaczyła, że Hugon ściska dłoń 

Franka, tego samego Franka, którego zamierzał stłuc na kwaśne jabłko. Ale teraz patrzył 
tylko na niego z lekką wzgardą.

— No co, macie rodzinkę? — spytał Franek.
Zapadła   cisza   i   dało   to   Frankowi   do   myślenia.   Jakiś   stojący   przy   1   drzwiach   źle 

wychowany chłopak zachichotał. Franek nic nie] wiedział o tym, co zaszło po weselu. Ale 
zrozumiał, że popełnił jakąś gafę. Widać nie mają dzieci i są na tym punkcie przewrażliwieni. 
Czemu on zawsze musi coś palnąć. Hugon patrzy na niego spode łba. Joscelyn zawsze była 
wyniosła, ale nie powinna spoglądać na niego i jak na glistę.

Pastor   Józef   Dark   skończył   modlitwę   i   grupa   oczekujących   w   przedsionku   z 

westchnieniem ulgi weszła do kościoła. Joscelyn, która najchętniej by uciekła, musiała pójść 
za ciotką Rachelą, i udawać, że słucha kazania, z którego nie dotarło do niej ani jedno słowo. 
Czuła się tak, jakby zdarto z niej ubranie i wystawiono na pośmiewisko publiczne. Na próżno 
powtarzała sobie, że nikt oprócz Hugona nie wiedział ani nie podejrzewał, że kochała Franka 
Darka, wyimaginowanego Franka Darka. Jak Hugon musiał z niej teraz kpić sobie w duchu.

Hugonowi nie przyszło to nawet na myśl. Uznał, że Franek jest nieciekawym facetem, nie 

warto  było  aż   tak  go  nienawidzić,  ale   nie   przypuszczał,   iż  zauważyła   to  także  Joscelyn. 
Ostatecznie Franek; był wciąż jeszcze przystojnym mężczyzną, a niezbadane są gusta kobiet.

Hugon także nie słyszał ani słowa kazania. Znów wróciły gorycz i gniew tamtej poślubnej 

nocy. Zmarnował życie, a przecież nie było I w tym jego winy. Cóż, mógł zdobyć wiele 
innych dziewcząt, kilka z nich było tego wieczoru w kościele. Spojrzał na nie i jeszcze raz 
zrozumiał, że dla niego istnieje tylko Joscelyn. Nie będzie miał Joscelyn, ale nie będzie jej 
miał także żaden inny mężczyzna. Ona nie ma podstaw, by uzyskać rozwód. Hugon rozejrzał 
się triumfalnie. Franek Dark nigdy jej nie dostanie. Nigdy.

Duży   Sam   uznał,   że   siedzący   z   drugiej   strony   przejścia   Mały   Sam   wpatruje   się   w 

rozłożyste   kształty   wdowy   Terlizzickowej   jak   pies   w   kość,   i   też   nie   słuchał   kazania.   A 
szkoda, gdyż było to wyjątkowo świetne kazanie, błyskotliwe i uczone. Wierni słuchali jak 
urzeczeni.

Józef Dark zręcznie grał na ich uczuciach, niektórzy uważali, że zbyt zręcznie, struny ich 

serc dźwięczały jak harfa na wietrze.

— I nigdy, nigdy, nawet w najczarniejszych momentach swego życia, nie zapominajcie, że 

nasz świat jest światem Boga — zakończył,  zamykając Biblię, a zabrzmiało to jak grom 
zwycięstwa.

Jednym   z  nielicznych   sceptyków   był  Stanton   Grundy,   który  wychodząc   uśmiechał  się 

ironicznie.

— Obawiam   się,   że   diabeł   też   ma   tu   coś   do   powiedzenia   —   oświadczył   wujowi 

Pyszniakowi.

— Ale kazanie było prima! — odpowiedział pełen podziwu wuj Pyszniak.
— Tak, mówić to on umie — zgodził się niechętnie Stanton Grundy. — Ciekaw jestem, 

czy on w to wszystko wierzy.

Było   to   bardzo   niesprawiedliwe,   gdyż   Józef   Dark   wygłaszając   kazanie   wierzył   — 

przynajmniej póki stał na ambonie — w każde wypowiadane przez siebie słowo, a naprawdę 
nie można go było winić za to, że Robina Dark wcale nieproszona obdarzyła go uczuciami, 
które należały się jej prawowitemu właścicielowi, czyli Stantonowi Grundy’emu.

— Franek Dark strasznie się roztył — zauważyła ciotka Rachela wracając z Joscelyn do 

background image

domu. — Wdał się w ojca. On doszedł przed śmiercią do stu kilo.

Joscelyn wzdrygnęła się. Ciotka Rachela miała niezwykły dar bezwiednego ośmieszania 

tych, o których wspominała. Romantyczne uczucia Joscelyn zmarły naturalną śmiercią i nic 
nie byłoby już w stanie ich wskrzesić. Zmarły w przedsionku kościoła tak nagle, jak kiedyś 
się   narodziły.   Niemniej   chętnie   traktowałaby   je   z   należytą   nieboszczykowi   rewerencją. 
Przykro było kpić z samej siebie, narażać się na kpiny innych. I przykro było myśleć, że 
zmarnowała dla Franka Darka tyle lat, podczas których mogłaby stworzyć dla siebie i Hugona 
dom   w   Drewnianych   Masztach   i   urodzić   dzieci.   To   okropne,   że   obdarzyła   tak   wielką 
namiętnością człowieka, o którym dało się powiedzieć tylko tyle, że „przed śmiercią osiągnie 
wagę stu kilogramów”.

Joscelyn omal się nie roześmiała, ale wiedziała, że jeśli zacznie się śmiać, to nie potrafi już 

tego śmiechu opanować.

O   czym   teraz   rozprawia   ciotka   Rachela?   Aha,   że   Ptyś   Dark   wbił   się   w   pychę 

odziedziczywszy po ciotce Becky tę flaszeczkę z wodą z Jordanu.

— Zachowuje się tak, jakby tylko on miał tę wodę!
Joscelyn w nagłym przypływie okrucieństwa zemściła się za własne upokorzenie.
— Ależ, ciociu Rachelo, to prawda. Tę cioci wodę wylałam niechcący już wiele lat temu i 

napełniłam flakonik wodą z wiadra!

background image

II

Któregoś listopadowego wieczoru Gaja odebrała na poczcie list od Noela. Biorąc go do 

ręki poczuła, że zaczęło jej kołatać serce. Od dawna już nie otrzymała od niego listu, od 
dawna go nie widziała. Od tamtej  nocy w Srebrnym  Pantofelku. I niemal  nic o nim nie 
słyszała

— klan okazał się zadziwiająco taktowny.  Zbyt  taktowny. Brak wszelkich wzmianek o 

Noelu dawał do zrozumienia, że wszyscy jej współczują. Kiedy Gaja wchodziła do pokoju, 
rozmowa milkła, a ona wiedziała, co to znaczy.  Było to dla niej policzkiem. Nie straciła 
bowiem resztek dumy i starała się zachować twarz. Czuła, że wszyscy obserwują ją bacznie, 
chcąc zobaczyć, jak bardzo cierpi.

Wciąż jeszcze miała odrobinę nadziei, że wszystko obróci się na dobre. Przecież Noel ją 

kochał, nie mógł tego udawać. Cóż, dał się usidlić tej kokietce Nan, która była tak „inna”. A 
może   jednak   —   Gaja   wstrzymała   oddech   —   odzyskał   zdrowy   rozum   i   prosi,   by   mu 
wybaczyła? Bo inaczej po co by pisał?

Gaja jak cień mknęła drogą w mglistym świetle księżyca melancholijnej jesiennej nocy. W 

dali   zawodziło   morze.   Wiatr   musiał   szukać   czegoś,   czego   nie   mógł   znaleźć,   bo  wył   tak 
żałośnie. Otaczał ją zmartwiały świat.

Ale jeśli w liście Noela znajdzie oczekiwane słowa, świat odżyje i rozkwitnie listopadowa 

szarość. Ach, żeby tylko  Noel do niej  wrócił!  Nieważne, że ją skrzywdził,  nieważne, że 
zachował się jak łajdak — niech tylko wróci! W stosunku do Noela wyzbyła się wszelkiej 
dumy, czuła jedynie nieodpartą tęsknotę.

Wróciwszy do Majówki pobiegła do swego pokoju i położyła list na stole. Potem usiadła i 

zaczęła się weń wpatrywać. Bała się go otworzyć. Jeszcze przez chwilę pragnęła żyć nadzieją. 
Rozmyślała o tamtym czerwcowym wieczorze, kiedy po powrocie z bankietu ciotki Becky 
czytała list Noela ukryta wśród paproci. Wtedy otworzyła go bez obaw. Jakim sposobem w 
ciągu paru miesięcy mogła nastąpić taka zmiana?

Pamiętała dobrze, kiedy pierwszy raz dostała list od Noela. Ach te wszystkie „pierwsze 

razy”. Kiedy pierwszy raz umówili się, pierwszy raz tańczyli, pierwszy raz Noel powiedział 
do  niej   „Gaju”,   pierwszy   raz   przytulił   policzek   do  jej   policzka,   pierwszy  raz   powiedział 
„kocham cię”.

I potem, kiedy pierwszy raz zaczęła wątpić, czy może mu ufać. A teraz nie mogła się 

zdobyć na przeczytanie jego listu.

— Nie, nie będę tchórzem — wykrzyknęła Gaja i rozdarła kopertę. Długo czytała ten list. 

Potem rozejrzała się dookoła — nie, pokój się nie zmienił. Niepewnym krokiem podeszła do 
otwartego okna i usiadła.

Noel prosił ją, by go zwolniła z danego słowa. „Strasznie mu przykro”, ale niemądrze by 

było „zrujnować trzy życia wskutek młodzieńczej pomyłki”. Sądził, że ją kocha, ale teraz 
uprzytomnił sobie, że „nie wiedział wówczas, co to jest miłość”. Potem długo usprawiedliwiał 
się i przepraszał, ale Gaja nie czytała dalej. To już nie miało znaczenia.

Całą noc przesiedziała przy oknie. Nie mogłaby zasnąć, zresztą nie chciała zasnąć. Bo po 

przebudzeniu musiałaby od nowa przeżyć to samo. Myślała, że ta noc nigdy się nie skończy. 
Ale kiedy w porannym wietrze zadrżały gałęzie drzew, aż się wzdrygnęła. Nie zniesie widoku 
świtu.

„Jakoś bym i ten ranek przeżyła, gdybym  była pewna, że nie będę musiała przeżywać 

następnych” — pomyślała ponuro. Widziała teraz swoje dalsze życie jako nie kończący się 
szereg   poranków.   Rok   po   roku,   rok   po   roku,   aż   wreszcie   postarzeje   się,   wychudnie   i 
zgorzknieje, stanie się drugą Mercy Penhallow. Na samą myśl o tym przebiegł ją dreszcz 
rozpaczy.

background image

„Czy można przywyknąć do bólu?” — pomyślała.
Po   południu   zupełnie   spokojnie   powiedziała   matce,   że   zerwała   zaręczyny.   Pani 

Howardowa mądrze wstrzymała się od komentarzy i mniej mądrze upiekła ulubiony przez 
Gaje piernik. Nie uleczył on jej zranionego serca, za to na całe życie znienawidziła pierniki.

Mercy zalecała spacery i żelazo na wzmocnienie. William Y. oświadczył, że Noel Gibson 

będzie miał wkrótce dosyć tej małej żmii, Nan.

— Nie  zapominaj,  że  jesteś  Penhallowówną.  W naszej  rodzinie  nikt  nie obnosi się ze 

swoimi uczuciami — serdecznie napominała Gaje kuzynka Mahala. Gaja spojrzała na nią 
zrozpaczonym wzrokiem. Spędziła cały dzień na łonie klanu uśmiechając się bez przerwy — i 
teraz   nie   było   już   jej   stać   na   uśmiech.   Ale   wobec   kuzynki   Mahali   nie   musiała   udawać, 
kuzynka Mahala rozumiała.

— Kuzynko Mahalo, jak ja mam dalej żyć? Powiedz mi — jak?
Kuzynka Mahala pokiwała głową.
— Tego ci nie potrafię powiedzieć. Nikt nie potrafi. Gdybym ci oświadczyła, że wkrótce o 

wszystkim zapomnisz, uznałabyś mnie za osobę pozbawioną serca. Ale opowiem ci o czymś, 
o czym nikt nie wie, Znasz to pólko między farmą Jana Topielca i drogą prowadzącą na 
wybrzeże? Trzydzieści lat temu przeleżałam tam w koniczynie całą noc, rozpaczając, że nie 
kocha   mnie   Dale   Penhallow.   A   teraz,   ilekroć   tamtędy   przechodzę,   dziękuję   za   to   mojej 
szczęśliwej gwieździe.

Gaja  zamknęła   się   w   sobie.   Cóż,   kuzynka   Mahala   także   jej   nie   rozumie.  Nikt  jej   nie 

rozumie.

Z   wyjątkiem   Rogera.   Roger   pojawił   się   wieczorem,   kiedy   Gaja   siedziała   skulona   na 

stopniach werandy, czując się jak zmarznięte kocię pod zamkniętymi bezlitośnie drzwiami.

— Gaju, moja biedna Gaju! — zawołał. — Co oni z tobą zrobili? Gaja oparła głowę o jego 

ramię.

— Rogerze — szepnęła — może byś mnie zabrał na przejażdżkę autem? Pojedźmy przed 

siebie szybko i daleko. I nic do mnie nie mów.

I auto pomknęło tak szybko, że o mało nie przejechało wuja Pyszniaka na zakręcie drogi 

prowadzącej   do   Indiańskiego   Potoku.   Odskoczył   w   ostatniej   chwili   i   spojrzał   za   autem, 
uśmiechając się pod nosem.

— Widzę, że Roger nie traci czasu — zauważył. — Chytry drań. Czekał, aż się doczekał.
Ale wuj Pyszniak też niczego nie rozumiał. Roger myślał tylko o tym,  jak rozkosznie 

byłoby udusić Noela Gibsona. A Gaja nie myślała o niczym. Ogarnęło ją uczucie odrętwienia. 
Była to ulga. Ból pozostał gdzieś z tyłu, kiedy tak wśród nocy mknęli drogą i nie musiała nic 
mówić, nie musiała się uśmiechać — czuła tylko chłodny powiew wiatru i dotyk silnego 
ramienia Rogera prowadzącego auto. Ach, gdybyż tylko można było nigdy nie wrócić.

background image

III

Jan Baptysta Dark poszedł wreszcie oświadczyć się Małgorzacie Penhallow. Decyzję tę 

podjął już we wrześniu, wciąż to jednak odkładał. Co rano powtarzał sobie, że wieczorem 
wybierze   się   do   Denzilów.   I   co   wieczór   znajdował   jakiś   pretekst,   aby   tego   nie   zrobić. 
Niewykluczone,   że   nigdy  by  do  tych   oświadczyn   nie   doszło,   gdyby   nie   tłuste   plamy   na 
obrusie. Ptyś, który umiłowaniem czystości przypominał swe koty, nie znosił poplamionych 
obrusów. Stara ciotka Ruta zaczęła zaniedbywać swe obowiązki. Najwyższy czas, by w domu 
pojawiła się prawdziwa gospodyni.

— No, dziś wieczorem pójdę i nareszcie  będę to miał  z głowy — nakazał sobie dość 

desperackim tonem.

Przebrał się i ogolił rozważając, jak to zniesie, kiedy ktoś będzie świadkiem tej ceremonii.
— Do wszystkiego można się przyzwyczaić — westchnął biedny Ptyś.
Idąc do Denzilów — nie miało sensu marnować benzyny na dwumilową przejażdżkę — 

Ptyś zastanawiał się, co by powiedzieli napotkani na drodze krewni, gdyby znali cel jego 
wyprawy. Na burym polu pasło się stado śnieżnobiałych gęsi pani Kubusiowej Penhallow, 
które na jego widok groźnie zasyczały. Ptyś pomyślał sobie, że na weselną kolację kupi sobie 
jedną   z   tych   gęsi.   Pani   Kubusiowa   na   pewno   weźmie   od   niego   taniej,   w   końcu   byli 
ciotecznym rodzeństwem.

Przed bramą Denzila przystanął. Jeszcze czas się wycofać. Jeszcze może wrócić do domu 

jako  wolny człowiek.  Ale   te  tłuste  plamy.  i  dzban!   Ptyś   odsunął   skobel.  Rubikon   został 
przekroczony.

Zadziwiające i trudne do pojęcia było to, że Małgorzata nie potraktowała jego propozycji z 

entuzjazmem. Kiedy wreszcie zrozumiała, o co mu chodzi — Ptyś w decydującym momencie 
stracili   głowę   i   nie   mógł   sobie   przypomnieć   ani   słowa   ze   starannie   przygotowanego 
przemówienia — kiedy więc zrozumiała, że Jan Baptysta Dark proponuje jej małżeństwo, 
poprosiła o czas do namysłu. Ptyś zdumienia postradał mowę. Ani przez chwilę nie wątpił, że 
wróci domu jako człowiek zaręczony. Tak się oburzył, że zaczął żałować swych oświadczyn. 
Wielkie nieba, a jeśli ona mu odmówi? Ośmieszy go na resztę życia! Zażądała tygodnia, żeby 
się namyślić, czy chce za j niego wyjść! Czy chce wyjść za Jana Baptystę Darka!

Tydzień   ten   był   dla   Małgorzaty   równie   przykry,   co   dla   Ptysia.   Jednego   dnia   była 

zdecydowana go poślubić, następnego zmieniała f zdanie. Teoretycznie bardzo chciała wyjść 
za mąż, ale kiedy pojawiła się konkretna możliwość w osobie tego elegancika Ptysia, nagle 
małżeństwo przestało ją aż tak pociągać. Ptyś zdziwiłby się pewnie,: gdyż miał jak najlepsze 
mniemanie   o   swojej   powierzchowności,   ale   Małgorzata   uważała,   że   jest   brzydki,   jego 
pucołowata   pryszczata   twarz   była   wręcz   śmieszna.   A   co   rano   budząc   się   musiałaby   ją 
oglądać. I wysłuchiwać wulgarnych, niby to zabawnych historyjek przerywanych wybuchami 
śmiechu. I uważać za dobry żart, kiedy on komuś podstawia nogę! Nie mówiąc już o tym, że 
zwracałby się do niej per Małgosiu…

Nie lubiła też jego zbyt wymyślnie udekorowanego domku z koronkowymi firaneczkami. 

Jakże bardzo różnił się od szarego domostwa Szumiących Wiatrów, przysłoniętego welonem 
drzew.   Małgorzata   ze   smutkiem   uświadomiła   sobie,   że   małżeństwo   położy   kres   jej 
marzeniom o Szumiących Wiatrach. Będzie mieszkała zbyt daleko, by móc tam choć czasem 
zajrzeć.   I   przyjdzie   jej   wyrzec   się   tej   absurdalnej   nadziei,   że   kiedyś   uda   jej   się   tam 
zamieszkać. Wiedziała też, że Ptyś nigdy nie pozwoli jej zaadoptować dziecka. Nie cierpiał 
dzieci.

Powinna jednak pamiętać  o dobrych  stronach  małżeństwa.  Stanie  się zamężną  kobietą 

posiadającą własny dom i pozycję społeczną. Nikt już nigdy jej nie powie: — Co, wciąż 
jeszcze nie wyszłaś za mąż?

background image

No, no, no… — I będzie zajmowała honorowe miejsce w aucie własnego małżonka.
Małgorzata miała dość zdrowego rozsądku, by nie liczyć, że spotka w życiu mężczyznę 

swoich snów. Większość klanu uzna na pewno, że i tak ma dużo szczęścia, skoro trafił jej się 
Ptyś. Niemniej przez cały tydzień, który spędziła szyjąc dla Sally Y. śliczną, płomienną jak 
nasturcja sukienkę, wciąż się wahała. Jakoś trudno było zdecydować się zostać żoną Ptysia. 
Sprawę przesądziła myśl o dzbanie ciotki Becky. Na pewno nie dostanie go jako stara panna!

Usiadła i napisała do Ptysia liścik. Chcąc wprowadzić romantyczną nutę użyła biblijnych 

słów, którymi Ruth odpowiedziała Naomi. Z początku Ptyś nie wiedział, co ma myśleć. Ale w 
końcu doszedł do wniosku, że jego oferta została przyjęta.

Poszedł zaraz do Małgorzaty usiłując wmówić sobie, że przeżywa najszczęśliwszy dzień 

życia.   Uznał,   iż   powinien   ją   pocałować.   Ani   jej,   ani   jemu   nie   sprawiło   to   najmniejszej 
przyjemności.

— Ze ślubem nie mamy się co spieszyć — oświadczył. — Idzie zima. Lepiej poczekajmy 

do wiosny.

Małgorzata zgodziła się aż nazbyt entuzjastycznie. Wysławszy do Ptysia liścik, spędziła 

bezsenną noc. Poszła do Szumiących Wiatrów i aż do północy krążyła wokół wymarzonego 
domu, starając się odzyskać spokój ducha. Ale teraz pogodziła się już z myślą, że zostanie 
panią Janową Baptystową Dark. I przez całą zimę będzie sobie przygotowywała wyprawę. 
Nigdy nie miała ładnych sukienek. Teraz zaś uszyje sobie piękną srebrzystą ślubną suknię. I 
sprawi sobie jedwabne szare pończochy, pierwsze jedwabne pończochy w życiu.

W sumie więc Małgorzata była nieco szczęśliwsza od Ptysia, który wróciwszy do domu 

zaparzył sobie mocnej herbaty, żeby jakoś wrócić do równowagi. Ze smutkiem stwierdził, że 
nie czuje żadnej radości.

— Nigdy już nie będzie tak, jak było — oświadczył ponuro ukochanym kotom.
Zaręczyny te zdziwiły klan, ale spotkały się z ogólną aprobatą.
— To sprawka dzbana — zauważył Dandys.
Małgorzata spostrzegła, że nareszcie stała się kimś. Ptyś był zamożnym człowiekiem, a ona 

zostanie jego żoną. Sprawiło jej to cichą satysfakcję. Tymczasem Ptyś aż się kurczył, gdy mu 
gratulowano. Obawiał się kpin. Opowiadano, że kiedy Stanton Grundy podszedł do Ptysia 
mówiąc: — Słyszę, że się zaręczyłeś — ten zaczął się mienić na twarzy i odparł: — Ach, to 
tylko taki zaręczynowy eksperyment.

Ale nie można wykluczyć, że Stanton Grundy to wymyślił.
Prawdopodobnie zaręczyny te wzbudziłyby większą sensację, gdyby w tym samym czasie 

Gresham Dark nie dowiedział się, że po osiemnastu latach małżeństwa jego żona ma wreszcie 
zamiar obdarzyć go potomkiem. Gresham należał do odnogi rodziny, w której żyłach płynęła 
gorąca hiszpańska krew, zatem zupełnie stracił głowę. Nawet w kościele zaczepiał ludzi, aby 
im o tym opowiedzieć. Kobiety z klanu gotowe były go zabić, ale mężczyźni tylko się śmiali.

— Przynajmniej za to nie można obwiniać dzbana — zauważył wuj Pyszniak.

background image

IV

Na   początku   grudnia   w   lokalnych   gazetach   ukazała   się   wiadomość   o   zaręczynach 

Franciszka   Darka   z   panią   Katarzyną   Muir.   Nikogo   to   nie   zdziwiło,   wszyscy   —   nim   od 
przyjazdu Franka upłynął tydzień — wiedzieli, że się na to zanosi. Franek chciał sobie uwić 
ciepłe gniazdko. Katarzyna miała znacznie lepszą pozycję społeczną. Ale na jej twarzy lata 
pozostawiły   ślad   i   bardzo   lubiła   się   rządzić.   Była   jednak   majętną   wdową.   A   Frankowi 
zależało na majątku.

Nie uważano, żeby Katarzyna dokonała mądrego wyboru. Cóż, to jej sprawa, że nie boi się 

ryzyka. Na szczęście Franek nie zamierzał wracać na Zachód. Chciał kupić farmę — ciekawe, 
czy za pieniądze Katarzyny — i osiąść w rodzinnych stronach. Zatem jest szansa, że pod 
czujnym okiem klanu nie zejdzie już więcej z prostej drogi. Co prawda w dzień ślubu z 
pulchną wdówką widać było, że jest mocno zawiany. Ale opinia publiczna nie wzięła mu tego 
za złe. Człowiek musiał sobie jakoś dodać odwagi, nim zbliżył się do Katarzyny.

Opowiadano, że Franek chce nabyć Drewniane Maszty. Jedni twierdzili, że Hugon nie 

zamierza   ich   sprzedawać   i   ostro   potraktował   Franka,   drudzy,   że   się   jeszcze   zastanawia. 
Katarzyna od dawna miała ochotę zostać panią Drewnianych Masztów.

Plotki te wraz z wieloma innymi dotarły do Joscelyn. Od tamtego wieczoru w kościele nie 

widziała Franka, ale słyszała, że zaleca się do Katarzyny Muir. Cóż, teraz było jej to zupełnie 
obojętne. Zawsze pogardzała Katarzyną, a zresztą niewiele ją obchodziło, z kim ożeni się ten 
nowy Franek z czerwonym nosem i podpuchniętymi oczami. Ale kiedy usłyszała, że zamierza 
kupić   Drewniane   Maszty,   wpadła   w   panikę.   Franek   w   Drewnianych   Masztach!   Panią 
Drewnianych Masztów ma zostać ta mała Katarzyna z czarnymi wąsikami. Joscelyn uciekła 
do swego pokoju, nie potrafiła znieść tej myśli.

Miała ciężki dzień. Matka i ciotka Rachela cały czas przygadywały sobie, ciotka Rachela 

znów zjadła coś, czego jeść nie powinna. Od tamtego wieczoru, kiedy Joscelyn powiedziała 
jej, że wylała wodę z Jordanu, ciotka Rachela była na diecie. Tak się przejęła, że zachorowała 
i trzeba było wezwać Rogera.

Joscelyn gorzko sobie wymawiała, że tak zraniła ciotkę — biedna ciotka niewiele miała 

radości w życiu. Joscelyn chętnie by sobie odgryzła język. Ale słowa już padły, zdruzgotana 
ciotka Rachela zdjęła z gzymsu kominka flakonik i zakopała go w ogrodzie. A zaraz potem 
zaczęła mieć „kłopoty z żołądkiem” i Joscelyn miała dodatkowy powód, by żałować, że nie 
trzymała języka za zębami,

Odtąd   żołądek   ciotki   Racheli   rządził   wszelkimi   posiłkami;   nie,  ani  tego,  ani  tego   nie 

możemy ugotować, bo „biedna Rachela” nie powinna jeść takich rzeczy.  Ilekroć bowiem 
podano do stołu jakąś niewskazaną dla „biednej Racheli” potrawę, nie umiała się ona oprzeć 
pokusie i następowała katastrofa.

Poprzedniego dnia byli  na kolacji goście, pojawił się więc omlet z serem i choć pani 

Cliffordowa ostrzegała  Rachelę,  iż  jej  zaszkodzi,  ta odpowiedziała  opryskliwie,  że  chyba 
sama zna najlepiej swój żołądek. No i dziś poniosła konsekwencje. Joscelyn musiała zacisnąć 
zęby, by sprostać sytuacji. Tym ciężej przyszło jej znieść plotki o Drewnianych Masztach.

Spojrzała w stronę tego domu otoczonego zagadkową ciszą wysrebrzonych  księżycem, 

ośnieżonych pól. Czy Hugon jest w domu? Czy rzeczywiście zamierza sprzedać Drewniane 
Maszty?   Czy   załatwi   sobie   rozwód   i   ożeni   się   z   Paulina   Dark?   Wszystkie   te   pytania 
dźwięczały jej w uszach, a odpowiedzi nie było.

Ostatnia jesień była dla Joscelyn bardzo ciężka. Czuła się taka nieszczęśliwa. Zakpiło z 

niej sobie życie. I teraz, kiedy rozwiały się romantyczne mrzonki — bo tak właśnie myślała 
obecnie o swej beznadziejnej namiętności — powróciło dawne uczucie do Hugona. Znów stał 
się dla niej kimś bliskim i kochanym. Choć nie miała nadziei, że uda jej się naprawić błąd. 

background image

Hugon jej na pewno nienawidzi, gorzej, on nią  musi  gardzić. Przecież wszyscy mówią, że 
wybiera się do Stanów, by wziąć rozwód i ożenić się z Paulina.

Joscelyn miotała zazdrość. Znienawidziła Paulinę. Wspominała, jak na pogrzebie ciotki 

Becky rozmawiała ona z Hugonem spoglądając na Drewniane Maszty. Ale jeszcze okropniej 
byłoby,   gdyby   w   Drewnianych   Masztach   zamieszkali   Franek   i   Katarzyna.   To   byłoby 
prawdziwe świętokradztwo.

Joscelyn dniem i nocą spoglądała w stronę Drewnianych Masztów tęskniąc do nich tym 

goręcej,   że   nie   śmiała   tęsknić   do   Hugona.   Uważała   Drewniane   Maszty   za   swój   jedyny 
prawdziwy dom. A teraz z własnej winy została skazana na wieczyste wygnanie. Zamieszka 
tam Paulina, albo ta tłusta, rozchichotana Kaśka.

Ogarnęła ją nagle nieprzeparta chęć, by pobiec do Hugona, teraz, zaraz, w tę wietrzną noc, 

rzucić mu się do stóp, upokorzyć się i błagać, by jej wybaczył. Nie,  nie  może tego zrobić. 
Zrobiłaby, gdyby miała cień nadziei, że Hugon jeszcze ją kocha. Ale wszyscy twierdzili, że 
zakochał się w Paulinie, w tej śniadej Paulinie z aksamitnymi oczami…

— Joscelyn! — usłyszała żałosny głos ciotki Racheli. — Joscelyn, przynieś mi butelkę z 

gorącą wodą, położę ją sobie na brzuchu, a jeśli to nie pomoże, będziesz musiała zadzwonić 
do Rogera. Choć obawiam się, że znów gdzieś pojechał z Gają. Jakoś teraz dziewczynom 
łatwo   przychodzi   zmieniać   obiekt   swoich   zainteresowań.   Nikt   nie   wie,   co   to   prawdziwa 
miłość…

Przed chwilą zajrzała tu cioteczka Ale w drodze do Greshamów. Już trzy razy po nią 

posyłali, ale zawsze był to fałszywy alarm. Mówiła, że Gresham tak ryczał do słuchawki, 
jakby sam miał urodzić dziecko. Mówiła, że dzban ciotki Becky będą losować — wie to na 
pewno. 
Dandys upił się na srebrnym weselu Billa Darka i się wygadał. Loterie są niemoralne, 
powinny zostać zabronione przez prawo…

— Dandys  się wcale nie upił — zaprzeczyła  znużonym  głosem Joscelyn.  — Bolał go 

brzuch i przed pójściem na wesele zażył ogromną dawkę środków przeciwbólowych i dlatego 
tak dziwnie się zachowywał. Ale nie pisnął słówka.

— Co też ci ludzie nie wymyślą — westchnęła ciotka Rachela. — Cioteczka Ale powiada 

także, że Małgosia Penhallow szykuje sobie modne suknie. Ktoś powinien przemówić jej do 
rozumu. Gdyby nie ten mój żołądek — ciotka Rachela boleśnie jęknęła — zaraz bym do niej 
poszła. Ale przez te kaszki zupełnie straciłam siły.

background image

V

Prawdopodobnie tego wieczoru, kiedy ciotka Rachela walczyła ze swym żołądkiem, Gaja 

była rzeczywiście na przejażdżce z Rogerem. A jeżeli nie, to można się założyć, że Roger 
siedział z nią przed kominkiem w bawialni w Majówce i coś opowiadał. Gaja, która teraz jak 
ognia bała się samotności, nie wiedziała, jak by przeżyła tę okropną jesień i zimę, gdyby nie 
obecność Rogera.

W dzień starała się jakoś opanować, nocą przeżywała męczarnie.
Klan   uznał,   że   nie   była   widać   aż   tak   zaślepiona   na   punkcie   Noela   Gibsona,   jak 

przypuszczano.   W   każdym   razie   zachowywała   się   z   klasą.   Gaja   wiedziała,   że   wszyscy 
bacznie ją obserwują, i starała się nie tracić dobrej miny. Nie chciała dostarczać powodów do 
plotek. Nie pokazywała po sobie, że widzi, jak wszyscy szepczą i jak jej się przyglądają. 
Rzadko się tylko śmiała, ona, której śmiech dźwięczał przedtem od rana do wieczora, i nawet 
stary cynik, Stanton Grundy, przyjrzawszy się jej w kościele pomyślał, że chętnie by temu 
Noelowi „dał kopa”.

Ale w gruncie rzeczy mniej o niej mówiono, niż myślała, każdy miał własne życie. No i 

wszyscy uważali, że najlepiej zostawić sprawę w rękach Rogera.

Z początku podczas przejażdżek z Rogerem pragnęła milczenia, tylko cisza koiła zranione 

serce. Ale któregoś dnia poprosiła:

— Opowiedz mi coś, Rogerze. Mnie trudno mówić, ale bardzo bym chciała, żebyś ty mi 

coś opowiedział.

I Roger, ku własnemu zdumieniu, zaczął mówić. Nigdy dotąd tego nie robił. Uważał, że 

nic,   co   ma   do   powiedzenia,   nie   może   zainteresować   Gai.   Dzieliła   ich   przepaść   jego 
doświadczenia i jej młodzieńczej naiwności. Teraz ta przepaść znikła. Roger odkrył, że mówi 
jej o tym, o czym nie mówił dotąd nigdy i nikomu. Nigdy nie wspominał o swoich wojennych 
przeżyciach, a teraz zwierzał się z nich Gai.

Z początku Gaja tylko słuchała, ale wkrótce też zaczęła rozmawiać. I zaczęła czytać gazety 

— co bardzo zaniepokoiło panią Howardową — gotowa zostać „emancypantką”. Ale Gaja 
chciała tylko lepiej zorientować się w sprawach, które poruszał Roger, bala się, że uzna ją za 
pustogłową gąskę. Niepostrzeżenie dla siebie przestała być tym zrozpaczonym stworzonkiem, 
które tamtej wrześniowej nocy leżało pod brzozą, płacząc nad swym złamanym sercem. Tak, 
poznała „nieznośny smutek istnienia” i stała się kobietą.

Pogodziła się z myślą, że niczego nie może już oczekiwać od życia  — niczego prócz 

krzepiącej przyjaźni Rogera — i poczuła dziwny spokój. Na przyjaźń Rogera będzie mogła 
zawsze   liczyć   i   to   pozwoli   jej   żyć.   Roger   był   wspaniałym   człowiekiem,   dotąd   go   nie 
doceniała.   Był   taki   silny,   niesamolubny,   pełen   czułości.   I   każdego   starał   się   zobaczyć   z 
najlepszej strony. Opowiedział jej wiele rzeczy o członkach klanu — nie były to małostkowe 
plotki, które wszyscy powtarzali, ani wstydliwe tajemnice, w których lubowała się ciotka 
Becky. Roger mówił o szlachetnych postępkach i Gaja poczuła dumę z przynależności do 
swej rodziny; obiecała sobie, że godnie będzie podtrzymywać tradycje. To zadziwiające — w 
gruncie rzeczy ludzie są dobrzy, nawet ci Darkowie i Penhallowowie, których nie lubiła, z 
których dotychczas się śmiała. Któż by przypuszczał, że ta złośliwa Mercy Penhallow, która 
po zapadnięciu zmroku bała się wychodzić z domu — pewnie ze strachu, iż spotka duchy 
reputacji, które uśmierciła — w czasie tej strasznej epidemii hiszpanki zachowa się wręcz po 
bohatersku? Albo że William  Y., który miał zapis na hipotece farmy Leonarda Stanleya, 
pójdzie po śmierci Leonarda do jego wdowy obarczonej ośmiorgiem dzieci i pompatycznie — 
William Y. nie potrafił inaczej — ten zapis podrze. Albo wreszcie że ta maleńka, bojaźliwa 
pani Artemasowa Dark zobaczywszy,  jak brutalny olbrzym,  Rob Griscam znad przystani, 
katuje psa, wpadła przez furtkę, wyrwała  zdumionemu  Griscamowi  bat i zaczęła  go nim 

background image

okładać, a on uciekał wokół domu, aż wreszcie padł na kolana i błagał o zmiłowanie.

Niemniej  Gaja miewała  też złe godziny,  kiedy serce wyrywało  jej się do Noela. Ach, 

gdybyż to był zły sen, gdyby mogła się obudzić i znaleźć w jego ramionach, usłyszeć, że on ją 
kocha. Tak bardzo chciała być znów szczęśliwa. A była tylko zrezygnowana. Przyjaźń do 
Rogera przypominała chłodne światło księżyca. Ona zaś pragnęła miłości, blasku słońca i 
Noela. A Noel był z Nan.

Gaja nie widywała teraz Nan. Pani Alfonsowa miała dosyć nudów w Indiańskim Potoku i 

wynajęła mieszkanie w mieście. Nie widywała także Noela. Zastanawiała się, kiedy pobierze 
się on z Nan i jaką znaleźć wymówkę, żeby nie być obecną na ślubie. Nan zaprosi ją, tego 
była pewna. Uprzedziła ją kiedyś, że zamierza odebrać jej Noela, a ona w to nie wierzyła. 
Jakże była niemądra i naiwna.

— Życie jest niesprawiedliwe — szepnęła drżącymi wargami. Znów przez godzinę będzie 

nieszczęsną, porzuconą Gają, znów będzie tęsknić do Noela. Ach, gdybyż on do niej wrócił! 
Może   przekona   się,  jaka  Nan  jest  próżna,   samolubna   i  pusta.  Nan  nie   potrafi  naprawdę 
kochać. Oczywiście, na swój sposób jest zakochana w Noelu — Noela musi się kochać — ale 
nie tak jak Gaja.

Pod koniec wietrznego marca Mercy Penhallow powiadomiła panią Howardową, że ślub 

Noela z Nan odbędzie się pod koniec czerwca — wie to od samej pani Alfonsowej. Będzie to 
huczny   kościelny   ślub,   na   który   zostanie   zaproszony   cały   klan.   Druhny   ubrane   będą   w 
sukienki z lila tafty i kapelusiki z tiulu lilaróż, a na piersi przypną sobie wiązanki z różowego 
groszku. Nan wszystko zaplanowała. Zaplanowała także urządzenie domu.

Mercy  twierdziła,  że  bielizna  pościelowa   w  pokojach  gościnnych  ma  harmonizować  z 

kolorem włosów tych, którzy tam będą nocować. Rudzi otrzymają prześcieradła seledynowe, 
bruneci bladożółte, a blondyni błękitne. Meble będą nowoczesne.

Pani   Howardową   zataiła   przed   Gają   seledynowe   prześcieradła   i   lilaróż   druhen,   ale 

powiadomiła ją o dacie ślubu. Gaja przyjęła to spokojnie, zogromniały tylko jej oczy. Poszła 
do siebie i zamknęła drzwi.

Zrozumiała, że do tej chwili miała jeszcze nadzieję. Inaczej by aż tak nie cierpiała. Wyjęła 

z biureczka listy Noela. Jakoś dotąd nie miała serca ich spalić, ale teraz musi to zrobić.

Położyła  na kominku pierwszy list i przytknęła  do niego zapaloną  zapałkę. Płomyki  z 

wolna go zwęgliły. Gaja upuściła zapałkę i ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła na to patrzeć. 
Nie,   nie   potrafi   spalić   tych   ukochanych   listów.   Nikt   nie   może   tego   od   niej   wymagać. 
Chwyciła pakiet listów i, drżąc na całym ciele, schowała go z powrotem w biurku. Przecież to 
wszystko, co jej pozostało.

Nim poszła spać, siedziała długo przy oknie. Czerwone słońce zanurzało się w świerki na 

wzgórzu Topielca. Kiedy znikło, granatowy zimowy zmierzch okrył śnieżne pola. Było to 
nieziemsko piękne. Tajemniczy księżyc z twarzą poznaczoną chmurami wstawał nad smutną, 
ciemną zatoką. Ten wieczór miał nieodparty czar. Gaja żałowała, że wraz z nią nie ogląda go 
Roger. Roger zawsze zachwycał się pięknem zmierzchu.

background image

VI

Któregoś wieczoru pod koniec marca mały Brian Dark wyglądał przez okienko swojego 

stryszku. Widział czarny, brzydki pejzaż najbrzydszej pory roku, kiedy znikła już biel śniegu. 
Na zachodzie żółta smuga oddzielała od zamarzłych pól ponure zachmurzone niebo. Drzewa 
wyglądały tak, jakby miały już nigdy nie ożyć.

Brian był jak zwykle głodny, zmęczony i samotny. Póki się nie ściemniło, oglądał reklamy 

w starych pismach leżących pod ścianą. Jakże zachęcająco wyglądały szynki… a te ponętne 
bułeczki… polukrowane ciasteczka… Czy naprawdę ktoś jadał takie wspaniałości?

W   bawialni   Dollarów   było   ciemno,   ale   w   pokoiku   na   górze   paliła   się   lampa.   Brian 

wiedział,   że   sypia   tam   Lenek   Dollar,   i   całą   zimę   zazdrościł   mu   tego   własnego   ciepłego 
pokoiku. Na stryszku zawsze było zimno, ale tego roku ziąb doskwierał jeszcze dokuczliwiej, 
gdyż jesienią Brian stłukł niechcący szybę, a wuj Duncan i ciotka Alatea tak się rozeźlili, że 
nie chcieli jej wstawić. Brian zatykał dziurę starym swetrem, niewiele to jednak pomagało.

Jednakże Brian tego roku nie był już tak strasznie osamotniony. W jego życiu pojawił się 

Świerszczyk. Brian zdjął z okna sweter, żeby Świerszczyk mógł się dostać do środka.

Leżał na swym wyrku wsłuchując się w groźny szum świerków. Lada chwila na stryszek 

wskoczy Świerszczyk. Chyba przyjdzie? Chyba nic mu się nie stało? Brian cały czas bał się, 
że coś złego spotka jego ukochanego Świerszczyka.

Świerszczyk od trzech tygodni przychodził co wieczór. Trzy tygodnie temu ciotka Alatea 

rozzłościła   się   na   Briana   i   posłała   go   bez   kolacji   do   łóżka.   Czuł   się   bardzo   samotny   i 
nieszczęśliwy.   Wyglądał   przez   okno.  Na   niebie   błyszczały   lodowate   gwiazdy.   Zaczął   się 
modlić do zmarłej matki, żeby zesłała mu jakąś pociechę. Bał się, że Bóg, nawet ten „Młody 
Bóg” jest zbyt zajęty sprawami świata, żeby znaleźć dla niego czas, ale co innego matka.

Brian ostatnio dowiedział się czegoś o matce. Któregoś dnia spotkał starego Lunatyka i 

Lunatyk skinął na niego. Pod Brianem ugięły się kolana, ale usłuchał i podszedł. Nie ośmielił 
się nie usłuchać, choć tak strasznie obawiał się Lunatyka. I zobaczył, że Lunatyk patrzy na 
niego życzliwie i serdecznie.

— Brianie Dark, czemu się mnie tak boisz? — spytał Lunatyk. — Pewnie ci coś o mnie 

naopowiadali?

Brian skinął głową. Nie mógł wydobyć głosu, ale wiedział, że w tym, co mówiła ciotka, 

nie było słowa prawdy.

— Nie wierz im! — napomniał go Lunatyk. — Nikomu za nic nie wyrządziłbym krzywdy, 

a co dopiero dziecku. I to synkowi Laury Dark. Dobrze znałem twoją matkę. Była uroczą 
dziewczyną, którą bardzo skrzywdziło życie. Ogromnie cię kochała.

Brianowi serce wezbrało radością. Kochała go — to cudowne. Często obawiał się, że nie 

mogła go kochać — przecież tylko okrył ją hańbą.

— Kochała  cię   —  powtórzył  z   rozrzewnieniem   Lunatyk.   —  Kiedy  nikt  prócz   starego 

szalonego Lunatyka tego nie widział, całowała twoje rączki i nóżki. I bardzo o ciebie dbała. 
Koło żadnego dziecka, nawet dziecka najbogatszych ludzi nikt tak nie skakał.

— Przecież ja nie miałem prawa się urodzić? — Brian powtórzył  to, czego tak często 

musiał słuchać.

Lunatyk dziwnie na niego spojrzał.
— Czyżby?  Ja  uważam, że to Edward Dark nie miał prawa się urodzić. Bowiem jego 

matka nienawidziła jego ojca i pogardzała nim. Ale to nie przeszkadzało naszemu klanowi. 
Dziwny jest ten świat, Brianie. Dobranoc. Muszę się spieszyć. Mam umówione spotkanie. Za 
chwilę nad tym ciemnym wzgórzem pojawi się moja piękna Luna. Każdy z nas powinien 
kogoś   kochać.   Ja   kocham   srebrną   panią   nieba.   Małgorzata   Penhallow   szary   domek   nad 
morzem — niemądra Małgorzata zamierza się wyrzec swoich snów i wyjść za mąż. Krzysztof 

background image

Penhallow kocha swoje skrzypce. Teraz wyrzekł się ich dla tej glinianej skorupy, ale wkrótce 
do nich powróci. Roger Dark i Murray Dark niemądrze ulokowali swoje uczucia w zwykłych 
śmiertelniczkach. Ale przynajmniej kogoś kochają. Żeby żyć, trzeba kochać. Co kochasz ty, 
Brianie?

— Niczego nie kocham — Brian poczuł, że do oczu napływają mu łzy.
Lunatyk pokręcił głową.
— To niedobrze. Musisz szybko coś pokochać, bo inaczej dostaniesz się w szpony szatana.
— Pan Conway mówi, że szatana nie ma.
— Tak, nie ma szatana Darków i Penhallowów. Ich szatana możesz się nie obawiać. Ale 

musisz, Brianie, coś pokochać. Musisz… Dobranoc. Cieszę się, że cię spotkałem.

Brian także bardzo był z tego spotkania rad, choć nie zrozumiał połowy słów Lunatyka. 

Ale wyzbył się przynajmniej strachu, a co ważniejsze dowiedział się, że matka go kochała i 
zajmowała się nim z największą czułością.

Zatem pomodlił się do matki, żeby znów się nim zaopiekowała wiedząc, jak bardzo jest 

mu to potrzebne. A potem położył się zapominając wepchnąć sweter w okno. I nagle usłyszał, 
że coś drapie w daszek ganku pod oknem. Na parapecie pojawił się nagle ciemny kłębuszek z 
błyszczącymi oczyma, zeskoczył na podłogę, podbiegł do wyrka i oto przytuliło się do niego 
miękkie futerko. Kotek mruczał jak małe dynamo. W życiu Briana pojawił się Świerszczyk.

Brian z rozkoszą przytulił miękkie ciałko. Kochał koty, ale ciotka Alatea nie zgadzała się 

wziąć kota do domu. A teraz miał własnego kociaka — pręgowatego szarego kociaka, o jakim 
zawsze marzył. Świerszczyk spędził z nim całą noc, ale skoro świt wyskoczył przez okno i 
Brian bał się, że go więcej nie zobaczy. Jednakże kotek wracał co wieczór. Brian nie miał 
pojęcia, skąd przychodzi. Nie od Dollarów, a w pobliżu nie było innego domu. Brian wierzył, 
że zesłała mu go matka. Znów otoczyła go opieką.

Brian pokochał Świerszczyka całym sercem i wiedział, że ten odwzajemnia mu uczucia. 

Tak tkliwie mruczał pod dotknięciem jego ręki. Teraz miał towarzystwo. I nie musiał bać się 
szczurów, szczury przestały się pojawiać. I nie był już samotny. Co dzień ze swojej mizernej 
kolacji odkładał coś dla Świerszczyka, który był wychudzony i wyraźnie głodny, choć czasem 
przynosił mysz i elegancko zjadał ją na podłodze.

Świerszczyk   z   entuzjazmem   pożerał   podawane   mu   przez   Briana   kęsy,   a   Brian   z 

entuzjazmem patrzył na jego apetyt. Brian bał się jednego. Że o wizytach Świerszczyka dowie 
się ciotka.

Tego wieczoru Świerszczyk pojawił się w momencie, kiedy Brian zaczął się na serio bać, 

że już nie przyjdzie.

— Kochany Świerszczyk! — Brian sięgnął pod płaską poduszeczkę z sieczki i wyciągnął 

kawałek mięsa, którego nie zjadł na kolację, choć był okropnie głodny. I z uczuciem szczęścia 
słuchał, jak kotek zajada, a potem usnął z rozmruczanym kłębuszkiem na piersi.

background image

VII

Znów   nadeszła   wiosna.   Gaja   szła   tą   samą   drogą,   którą   rok  temu   szła   z  Noelem   —  i 

wspominała. Wspominała zupełnie spokojnie. Mogła już teraz myśleć o tym, co było, tak 
jakby zdarzyło się to innej osobie. Znów odczuwała słodycz życia. Wiosna wyzwala nadzieję. 
Uległa czarowi majowego wieczoru i cieszyła  się myślą  o nowej seledynowej sukience i 
karmazynowym sweterku. Czy spodobają się Rogerowi?

Znów cieszyły ją drobne radości dnia powszedniego. Tylko na dnie serca czaił się ból. Rok 

temu takiego samego wieczoru szła tędy z Noelem. Na niebie tak jak dzisiaj wzeszedł mglisty 
nów, wesoły wietrzyk szemrał w wierzchołkach drzew. Kroczyli zgodnym krokiem, zgodnie 
biły im serca, Gaja czuła upojenie, którego już nigdy nie zazna.

Zobaczyła, że stary Erazm Dark bieli jabłonie, i nagle mu pozazdrościła — on miał już za 

sobą wszelkie namiętności życia. Kiedy przechodziła koło zagrody Stantona Grundy’ego, stał 
on przy bramie rozmawiając z wujem Pyszniakiem i Janem Topielcem. Gaja uśmiechnęła się 
do wujka Pyszniaka, którego bardzo lubiła, uśmiech był tak promienny, że jego wdziękowi 
ulegli także Topielec, za którym nie przepadała, i Stanton, którego wręcz nie cierpiała za jego 
cynizm. Nie wiedziała, że patrzy na nią z zachwytem.

— Jest na co popatrzeć! — zauważył trącając łokciem wuja Pyszniaka.
Topielec potaknął. Rasowa w każdym calu. Oczywiście nosi za krótką kieckę i pokazuje 

kolana. Choć te kolana nadają się do pokazywania. Nie tak jak Wirginii Powell.

Kiedy przemknęło  koło nich auto Rogera i zatrzymało  się na zakręcie  koło Gai, trzej 

niemłodzi farmerzy życzliwie się uśmiechnęli.

— Z tego jeszcze będą dzieci — zauważył Grundy.
— Niby wspaniale — tylko czy on nie jest dla niej odrobinę za stary? — zmartwił się wuj 

Pyszniak.

— Do Gai będzie pasował starszy mąż — nie zgodził się Topielec.
— Tylko czy ona wyjdzie za niego z miłości, czy po to, żeby nie być sama? — zapytał 

oschle Grundy.

— Z miłości — odparł Topielec z miną znawcy. — Ona już go kocha, choć może jeszcze 

wcale o tym nie wie.

— Widzi mi się, że ona potrafi kochać — oświadczył Grundy. — Jedne kobiety potrafią 

kochać, a inne nie, tak jak są takie, co umieją gotować, a inne nigdy się tego nie nauczą.

Roger zobaczywszy Gaje na zakręcie drogi pomyślał, że wygląda jak nimfa leśna. Mimo 

księżyca, zmroku i gwiazd przywodziła myśl o poranku.

— Wsiądź, Gaju — zaproponował lakonicznie. Gaja wsiadła. Jaki ten Roger ma piękny, 

głęboki głos.

— Dokąd się wybierasz?
— Donikąd. Wyszłam na spacer, by uciec przed panią Toynbee’ową. Była u nas na kolacji 

i dała mi się we znaki.

— Gryzą tylko samice komarów — zauważył pogodnie Roger. — Dokąd chcesz pojechać?
— Na wybrzeże. Pospacerujemy po plaży — ze śmiechem oświadczyła Gaja.
Na wybrzeże? Czy pamięta, kiedy wiózł ją tam ostatni raz? Przemknęli obok uroczyska 

porosłego czarnymi jagodami, minęli Srebrny Pantofelek, dojechali do wydm nad srebrnym 
morzem. Auto stanęło i chwilę siedzieli w milczeniu — Gaja za tym przepadała. Łatwo i 
przyjemnie było milczeć w towarzystwie Rogera. Przy Noelu nigdy się to nie udawało — 
zanadto lubił mówić.

Księżyc zaszedł, świeciły tylko gwiazdy. Nie należy lekceważyć światła gwiazd, jest ono 

bardzo osobliwe. Roger uległ magii i zrobił coś, czego nie zamierzał robić jeszcze przez 
dłuższy czas.

background image

— Gaju — powiedział bardzo spokojnie. — Co wiosna popełniam jakieś szaleństwo. I 

zamierzam je popełnić dzisiejszej nocy. Chcę poprosić cię o rękę.

Gaja najpierw ślicznie się zarumieniła, potem zbladła.
— Ach, Rogerze… musisz’!
— Tak. Muszę. Dłużej tego nie wytrzymam. Albo zgodzisz się za mnie wyjść, Gaju, albo 

musimy z tym skończyć.

„Z tym skończyć”. Więc nie będzie już więcej tych wesołych przejażdżek i ciekawych 

rozmów.   Utraci   jego   bezcenne   towarzystwo,   które   pozwoliło   jej   przeżyć   najtrudniejsze 
miesiące   —   inaczej   by   ich   nie   zniosła.   Gaja   z   rozpaczą   pomyślała,   że   mogłaby   utracić 
Rogera.

Bała   się   życia.   To   straszne   już   we   wczesnej   młodości   obawiać   się   życia.   Ale   życie 

wypłatało jej okrutnego figla. Musi mieć kogoś, kto pomoże jej stawiać mu czoło. Nie chciała 
wychodzić za mąż, ale jeśli trzeba wyjść za mąż, to niech to będzie Roger. Jemu też potrzeba 
kogoś, kto by się nim zajął, on stanowczo za ciężko pracuje.

— Wiesz przecież, Rogerze, że cię nie kocham — szepnęła. — Nie w ten sposób.
— Wiem. Ale to nie szkodzi — oświadczył kłamliwie Roger.
— No dobrze — Gaja westchnęła. — Więc wyjdę za ciebie. Kiedy zechcesz.
— Dziękuję ci, kochana — powiedział Roger nienaturalnie spokojnym tonem, żeby nie 

okazać szaleńczej wręcz radości. Potrafi sprawić, żeby wkrótce zapomniała o tym pajacu. I 
pokochała jego. Gaja, zachwycająca mała Gaja, z rozwianymi włosami, oczyma jak nagietki, 
ze stworzonymi do tańca nóżkami, Roger miał ochotę uklęknąć i ucałować jej Stopy.

Roger   wiedział   jednak,   że   nie   nadszedł   czas   namiętnych   pocałunków.   Dopiero   gdy 

wysiedli z auta, ucałował jej rączki. Gaja bała się pocałunku, wciąż jeszcze czuła, że jej usta 
należą do Noela. Poszła do siebie na górę i drugi czas siedziała pod zasłoniętym białą firanką 
oknem.

Była dziwnie znużona, lecz spokojna. Żałowała tylko, że nie może z dnia na dzień zostać 

żoną   Rogera.   Klan   będzie   tak   ohydnie   się   cieszył.   Trudno   będzie   znieść   tę   ich   pełną 
wyższości radość. Co to ostatnio powiedziała Mercy? Aha: „Zobaczysz, przekonasz się, że na 
dłuższą   metę   Roger   jest   lepszy”.   Możliwe.   Ale   gdyby   stanęli   przed   nią   obaj   i   mogłaby 
wybierać,   to   wiedziała,   kogo   by   wybrała.   Roger   też   wiedział,   mimo   to   jednak   chciał   ją 
poślubić.

Przed pójściem spać Gaja zrobiła  coś  może  niezbyt  mądrego,  lecz  podyktowało  jej to 

serce. Wzięła dzbanuszek, do którego w dzień zaręczyn wrzuciła ostatni raz garstkę różanych 
płatków, i pobiegła do furtki w ogrodzie. Za płotem było pastwisko Artemasa Darka, ogród 
należał do jej matki. Ale ten zielony zakątek był tylko jej. Wykopała wśród drzew dołek i 
pogrzebała   w   nim   błękitny   dzbanuszek,   czule   zasypując   go   ziemią.   Tu   spoczęło   jej 
dzieciństwo i dziewczyńskie lata, spoczęło jej szczęście. Cokolwiek przyniesie jej życie z 
Rogerem, w tym dzbanuszku nie będzie już miejsca na płatki róż.

background image

VIII

Ptyś  i Małgorzata  wciąż jeszcze  się nie  pobrali. Ślub  miał  nastąpić  wiosną, ale  kiedy 

nadeszła, Ptyś uznał, że lepiej to odłożyć na jesień. Musi przygotować dom — dobudować 
nowy   ganek   i   położyć   w   bawialni   parkiet.   Małgorzata   chętnie   się   zgodziła.   Jej   też   nie 
spieszyło się do ślubu.

Ptyś był w jak najgorszym nastroju. Chwilami aż biło od niego przygnębienie.
— Niech to licho — oświadczył ponuro swoim kotom. — Jakoś straciłem zapał!
Nie chciało mu się zrywać z przyzwyczajeniami — dotąd żył sobie tak wygodnie. Ciotka 

Ruta   miała   niewątpliwie   sporo   wad.   Ale   już   do   nich   przywykł.   A   teraz   będzie   musiał 
przyzwyczaić się do cnót Małgorzaty. Przesadzał wyobrażając sobie, że może którejś nocy 
umrzeć. Na pewno ma jeszcze przed sobą dobre dwadzieścia lat.

Zaczęły go dręczyć koszmarne sny — zawsze dotyczyły małżeńskiego stanu. Schudł, w 

jego oczach pojawił się wyraz człowieka prześladowanego. Małgorzata tego nie zauważyła, 
ale członkowie  klanu nie byli  ślepi i przed kuźnią zakładano  się, co z tego wszystkiego 
wyniknie. Uważano ogólnie, że do ślubu nie dojdzie. Ptyś zwodzi Małgorzatę i zerwie z nią, 
kiedy rozstrzygnie się sprawa dzbana. — Wtedy da nura — cieszył się Stanton Grundy. — Z 
Ptysia jest spryciarz.

Tymczasem Ptyś czuł się raczej głupcem. A po tej historii z karuzelą doszedł do wniosku, 

że Małgorzata w ogóle nie nadaje się na żonę.

Zresztą zgorszył się wówczas nie tylko Ptyś. Żeby kobieta w wieku Małgorzaty zrobiła coś 

podobnego! Potworny brak godności. Czyżby zapomniała, że jest Penhallowówną?

Karuzela znajdowała się w miejskim parku. Małgorzata tęsknie spojrzała w jej kierunku. 

Ptyś   przywiózł   ją   tu   na   koncert   i   pojechał   zaparkować   auto.   Żadne   z   nich   nie   lubiło 
koncertów, ale kiedy wychodzi się z narzeczoną, trzeba czymś ją zająć.

Małgorzata całe życie marzyła, by przejechać się na karuzeli. Tak by chciała wsiąść na 

konika i zacząć wirować w koło. To musi być fascynujące! Ale oczywiście nigdy jej nie 
przyszło na myśl, żeby to naprawdę zrobić. Ot, jeszcze jedno niedorzeczne marzenie.

Nagle zobaczyła utkwiony w karuzeli wzrok małego Briana Darka. Pan Conway przywiózł 

chłopca i gdzieś sobie poszedł. Nie zamierzał marnować na niego pieniędzy. Na buzi Briana 
malowało się tak rozpaczliwe pragnienie, że Małgorzata uśmiechnęła się i powiedziała:

— Co, Brianie, chciałbyś się przejechać?
— O tak — szepnął Brian. — Ale nie mam pieniędzy.
— Masz tu dziesięć centów i ruszaj.
Buzia Briana rozpromieniła się. Ale zaraz znów spochmurniała.
— Dziękuję — wyjąkał — ale… nie, nie wiem… ja się chyba boję — wyznał.
Małgorzata sama później nie wiedziała, co w nią wstąpiło.
— Chodź — oświadczyła — pojedziemy razem.
I kiedy Ptyś po chwili wrócił, zobaczył ze zgrozą, że Małgorzata  — jego  Małgorzata — 

wiruje w koło siedząc na koniku, i to siedząc po męsku. Spadł jej kapelusz, rozwiane włosy 
opadały jej na twarz. Z ust Ptysia wyrwał się jęk. Małgorzata tego nie usłyszała, zresztą mało 
by ją to obeszło. Nigdy się tak świetnie nie bawiła. „Ona zachowuje się tak, jakby się upiła” 
— pomyślał z niesmakiem Ptyś. Świeciły jej oczy, twarz się zarumieniła.

Kiedy karuzela zatrzymała się, Małgorzata bynajmniej nie zsiadła z konika. Jeszcze raz 

zapłaciła za siebie i za Briana. A potem jeszcze raz. Dopiero po trzeciej turze odzyskała 
zdrowy rozsądek.

Nie musiała patrzeć na wyraz twarzy Ptysia, by poczuć straszny wstyd.
— Ach, Ptysiu — tak mi przykro — nie wiem, co mi strzeliło do głowy…
— Zrobiłaś z siebie widowisko — napomniał ją surowo Ptyś.

background image

— Wiem… wiem… ale — tu Małgorzatę znów poniosło. — To było cudowne. Ptysiu, 

powinieneś spróbować…

— Nie, dziękuję — Ptyś  przez resztę  wieczoru zachowywał  się bardzo dostojnie, a w 

powrotnej drodze nie szczędził Małgorzacie gorzkich słów. Słuchała go pokornie, uznając 
jego słuszne oburzenie. Ale kiedy w parę dni później zaczęła ją strofować pani Denzilowa — 
obruszyła się. Doszło do kłótni. Małgorzata przestała być uległą szwagierką. Czasem nawet 
ośmielała się mówić, co myśli. Pani Denzilowa oświadczyła, że narzeczeństwo uderzyło jej 
do głowy. Wtrącił się Denzil. Nie zamierzał znosić sprzeczek bab. Napomniał Małgorzatę, 
żeby bardziej uważała, bo gotowa stracić Ptysia. Nie przeraziło jej to tak, jak tego oczekiwał 
Denzil.   Małgorzata   dość   często   mimo   swej   pięknej   wyprawy   i   jedwabnych   pończoch,   i 
nęcącej perspektywy zostania mężatką, niemal żałowała, że obiecała Ptysiowi za niego wyjść 
— i zastanawiała się, czy nie udałoby się z tego wycofać.

Ze smutkiem stwierdziła,  że nie będzie to możliwe. Wszyscy uważaliby,  iż to Ptyś  ją 

rzucił, a tego by nie zniosła. Byłoby to zbyt upokarzające. Trudno, musi wyjść za mąż.

Ptyś jednakże po tej historii z karuzelą doszedł do wniosku, że Małgorzata nie nadaje się 

na jego żonę. Osoba, która miewa takie dzikie pomysły! A przecież w jej żyłach nie płynie 
hiszpańska krew.

Ale jak tu się z tego narzeczeństwa wyplątać? Był to prawdziwy problem. Jeśli otwarcie 

rzuci Małgorzatę, potępi go cały klan. I Dandys na pewno nie przekaże mu dzbana. Ach, jak 
by „ją skłonić, żeby to ona rzuciła jego. Nie będzie to łatwe, o nie.

Nagle Ptysia nawiedziło natchnienie. Upije się, ot co. Upije się i pijany pojawi się na 

kościelnym garden party w Srebrnej Zatoce. Małgorzata tak się oburzy, że z nim zerwie. Znał 
jej poglądy na trzeźwość, czyż kiedyś, dawno temu, nie deklamowała na koncercie: „Usta, 
które   dotknęły   kielicha,   już   moich   ust   nie   dotkną”.   No,   już   on   jej   pokaże.   Oczywiście 
wybuchnie  skandal,  ale  szybko  minie.  Wielu  mężczyznom  klanu zdarzało  się upić.  I nie 
umniejszy to zbytnio jego szans na dzban. Ciotka Becky wyraźnie powiedziała: nałogowy 
pijak. Nie jest nałogowym pijakiem ten, kto upija się raz na dwadzieścia pięć lat. Bo ostatni 
raz   zdarzyło   mu   się   upić   dwadzieścia   pięć   lat   temu,   i   to   z   okazji   wyborów!   Wtedy 
zachowywał się agresywnie. Taka pruderyjna stara panna jak Małgorzata tego nie zniesie. 
Ptyś zachichotał pod nosem. Poczuł się wolnym człowiekiem.

Kiedy   pojawił   się   na   garden   party,   wszyscy   już   tam   byli.   Nan   i   Noel   —   ich   ślub 

przełożono z czerwca na wrzesień. Gaja i Roger. Trzeba pojawić się na garden party twojego 
parafialnego kościoła, nawet gdyby się wolało mknąć przed siebie w księżycowej poświacie. 
Gai udało się beztrosko skinąć głową Noelowi i Nan, choć podskoczyło jej serce.

Przyszła także Joscelyn, przyszedł Hugon. Byli obecni Katarzyna i Franek, choć panie 

uważały, że Katarzyna w jej stanie powinna była zostać w domu. W dzisiejszych czasach 
kobiety nie wiedzą, co to wstyd.

Przyszli obaj Samowie i starannie się wymijali. Duży Sam przyszedł, żeby się najeść za 

wszystkie czasy, ale gdy zobaczył, jak Mały Sam podaje wdowie Terlizzick parówki i lody, 
zaraz stracił apetyt.

Plany   Ptysia   pokrzyżowało   coś   zupełnie   nieoczekiwanego.   Owszem,   klan   zauważył   z 

uśmiechem, że Ptyś jest pod gazem, ale nie był pijany. I okazało się, że jest akurat w stadium 
sentymentalnym. Gdy zobaczył Małgorzatę, poczuł, iż ją kocha. Fajna babka, za którą można 
szaleć. Zaraz jej to powie. Chciał z nią zerwać? Chyba zwariował.

Małgorzata   przed   przyjściem   na   przyjęcie   zaszła   do   Szumiących   Wiatrów.   Ostatnio 

chodziła tam często, wiedziała, że po ślubie już ich więcej nie zobaczy. Ogródek był taki 
milutki,   pachniały   paprocie.   Ogarnął   ją   magiczny   spokój.   Jak   chętnie   by   tu   pozostała. 
Napłynęły jej do oczu łzy.  Z niechęcią spojrzała na błyszczący zaręczynowy pierścionek. 
Świecił w nim brylant — Ptyś nie był skąpy i bardzo dbał o pozory. Małgorzata uważała ongi, 
że cudownie byłoby mieć pierścionek z brylantem. Ale obecnie nasuwał on myśl o kajdanach.

background image

Małgorzata zdziwiła się, że Ptyś pędzi ku niej przez ogród plebanii. Wyglądało na to, że 

ucałuje ją w obecności setki świadków. Do tego nie doszło, ale naprawdę mało brakowało. 
Małgorzata była naiwna i nie przyszło jej na myśl, że Ptyś się wstawił, na pewno jednak 
działo się z nim coś dziwnego. Ściskał jej dłoń, wpatrywał się w nią z zachwytem, nazwał ją 
— tak, naprawdę, nie przesłyszała się — „swoją maleńką”.

— Och, moja maleńka — wołał — tak na ciebie czekałem! Małgorzata zgodziła się pójść z 

nim na cmentarz. Prowadził ją objąwszy ramieniem, czuła się okropnie zakłopotana. Z końca 
cmentarza był przepiękny widok na zatokę i dolinę Różanego Potoku, nad którą wschodził 
księżyc.

— Jaki śliczny księżyc — zauważyła Małgorzata, czuła bowiem, że musi coś powiedzieć. 

Co napadło tego Ptysia?

— Do diabła z księżycem! — wykrzyknął Ptyś zasmucony, że Małgorzata nie reaguje na 

jego awanse tak jak powinna.

Małgorzata   zgorszyła   się.   Wiedziała,   że   mężczyźni   czasem   klną,   ale   przecież   nie   w 

obecności dam, które mają pojąć za żony. Doprawdy, Ptyś mógłby zaczekać do ślubu!

Ptyś spiesznie przeprosił.
— Nigdy   nie   rozumiałem   tych   zachwytów   nad   księżycem   —   wyjaśnił.   —   Ale   teraz 

uniosłem się, bo chciałem, żebyś myślała tylko o mnie. Wybacz mi, maleńka. Nigdy już nie 
wypowiem takich słów w obecności mojej ukochanej.

— Powinniśmy wrócić do ogrodu — szepnęła zmieszana Małgorzata. Stanowczo milej 

było słuchać o zalotach niż to przeżywać. — Jeśli przyjdziemy za późno, nie będziemy mieć 
dobrych miejsc.

— Wszystko mi jedno, gdzie będę siedział, byle u twego boku, kochana — oznajmił Ptyś.
W   czasie   koncertu   Ptyś   obejmował   Małgorzatę   ramieniem,   nie   zważając   na   chichoty 

młodzieży. W trakcie sentymentalnych pieśni ściskał ją za rękę i powtarzał, że żadna kobieta 
z klanu nie ma tak pięknych nóżek.

Małgorzata   czasem   z   przyjemnością   myślała   o   swoich   nogach,   ale   tak   jak   wszystkie 

kobiety z jej pokolenia uważała to za temat tabu. Zmieszała się i szybko schowała nogi pod 
ławkę. Żeby zmienić temat rozmowy, opowiedziała Ptysiowi o wizycie Nigela Penhallowa z 
Nowego Jorku. Oświadczył, że nie zdziwi go, jeśli  Wędrówki Pielgrzyma  okażą się cenną 
książką. Było to bardzo stare wydanie. Zaproponował, iż się dowie. Małgorzata zastanawiała 
się, czy go o to prosić. Ptyś był przeciwny sprzedaży książki.

— Mam dosyć pieniędzy, by ci zapewnić dobrobyt i — w oczach Ptysia pojawiły się łzy 

— kiedy mnie już, moja maleńka, nie będzie, zostawię dosyć, by ci zapewnić dostatnie życie.

Małgorzata z trudem widziała się w roli żony Ptysia. Myśl, że zostanie wdową po nim, 

zupełnie ją oszołomiła. Wracała do domu w bardzo ponurym nastroju. Ptyś  całując ją na 
dobranoc niemal łkał. Słyszał na garden party, jak ktoś pyta ją o chore gardło, nie chciał się 
więc z nią rozstać, póki nie obiecała mu, że przed pójściem spać owiąże gardło pończochą. 
Cóż, skoro Ptysiowi tak na niej zależy, będzie musiała dochować danego mu słowa.

background image

M

ĄDROŚĆ

 

LOSU

I

— Ten przeklęty dzban przyprawi kogoś o śmierć — zauważył gniewnie wuj Pyszniak.
Okazało   się   bowiem,   że   świniak   Waltera   Darka   znalazł   się   tam,   gdzie   nie   powinien, 

dlatego tylko, że Walter wykłócał się na podwórzu z Palmerem Penhallowem o to, komu 
powinien przypaść dzban. Zacietrzewili się ponad miarę i Walter zbyt późno zauważył, że 
świniak wydostał się ze swojej zagrody i wyruszył  na spacer. Walter pognał za nim, ale 
świniak był już na Królewskiej Szosie i nim Walter zdążył wrzasnąć, było już po wszystkim.

Młodziutki  Prince  Dark gnał  na motocyklu  drogą, za  nim  na siodełku siedział  Milton 

Granger. Z drugiej strony nadjeżdżał Hugon Dark wracając z zebrania swojej partii, gdzie 
zapadła decyzja, że w następnych wyborach zostanie wysunięty jako kandydat na posła.

Od lat było to marzenie Hugona, ale teraz nie czuł radości. W ogóle o tym nie myślał, 

jadąc   melancholijnie   w   owo   czerwcowe   ciepłe   popołudnie   wśród   bursztynowej   mgiełki. 
Uroda świata kazała mu znów marzyć o Joscelyn. Jakże by było inaczej, gdyby wracał do 
Drewnianych Masztów po to, by opowiedzieć jej o zaszczycie, jaki go spotkał.

I wtedy wszystko zdarzyło się naraz. Świniak Waltera wlazł na szosę. Wpadł pod motocykl 

Prince’a Darka, który jak zwykle pędził na złamanie karku. I Prince, i Granger wylecieli w 
powietrze. Prince spadł dopiero za rowem, koło płotu, Granger wleciał do rowu. Świniak leżał 
nieruchomo, zbyt martwy, by móc powiedzieć, co o tym sądzi, a osamotniony motocykl gnał 
dalej szosą. Hugon gwałtownie skręcił. Auto wpadło w poślizg i zakręciło się wokół własnej 
osi.   Potem   ześlizgnęło   się  do   parowu  właśnie   w   tym   momencie,   gdy  rozległ   się   wrzask 
Waltera, a grupka stojących przed kuźnią mężczyzn  uświadomiła sobie, że na ich oczach 
rozgrywa się tragedia.

Nastąpiło   dzikie   zamieszanie.   Wuj   Pyszniak   błagał   o   zachowanie   zimnej   krwi. 

Przeniesiono Prince’a, który nie stracił przytomności, i wydobyto z rowu Grangera, który 
przytomność stracił i niemal stracił ucho. Auto Hugona leżało na dachu w parowie, a Hugon 
wciąż ściskał kurczowo kierownicę. Kiedy go wreszcie wyciągnięto, dwukrotnie wyszeptał 
imię Joscelyn i też zemdlał. Kiedy trzy ofiary wypadku odwieziono do szpitala, a Walter Dark 
zawlókł   do   domu   zwłoki   świniaka,   zastanawiając   się,   czy   Prince   poda   go   do   sądu   za 
spowodowanie   wypadku,   czy   też   to   on   może   wystąpić   o   odszkodowanie   za   morderstwo 
kosztownej świni, cała okolica trzęsła się już od plotek.

Nikt w Srebrnej Zatoce nie był pewien, kto zginął, a kto został okaleczony na całe życie. 

Przerażona   Joscelyn   biegała   bezradnie   po   pokoju.   Co   naprawdę   zaszło?   Czy   Hugon   jest 
ciężko ranny, czy też… Nie, nie śmiała tego nawet pomyśleć… I nie może do niego pobiec. 
On by sobie tego nie życzył. Nie potrzebuje jej. Jej, która kiedyś była dla niego wszystkim. 
Nie może nawet zatelefonować, by dowiedzieć się prawdy. Każdemu wolno dopytywać się o 
zdrowie Hugona — tylko nie jej!

Chyba oszaleje. Nie, nie zniesie tego oczekiwania. Zachowała się jak kretynka, ale nawet 

kretyni   potrafią   cierpieć.   Zacisnęła   pięści   i   stanęła   przy   oknie.   Spojrzała   na   Drewniane 
Maszty. Czy spoczywa tam martwy Hugon? Czy też leży ranny i obolały? A jej nie wolno 
tam pobiec. Kto wie, czy u jego wezgłowia nie siedzi Paulina Dark…

— Jeśli się nie opamiętam, postradam zmysły — biadała Joscelyn. — Boże, dobry Boże, 

zlituj się nade mną. Zachowałam się jak ostatnia idiotka. Ale Ty przecież litujesz się także 
nad głupcami, skoro nie brak ich na tym świecie.

Joscelyn musiała jakoś doczekać do wieczora. Choć cierpiała straszne męki, uświadomiła 

sobie, że nawet cierpienie lepsze jest od tej strasznej pustki, która ją ostatnio tak dręczyła.

background image

Wreszcie przyszedł wuj Pyszniak i opowiedział im, co zaszło. Nie stało się w końcu nic tak 

strasznego. Prince i Hugon nie byli ciężko ranni. Prince wrócił już do domu, Hugon musiał 
zostać w szpitalu z powodu lekkiego wstrząsu mózgu, ale za parę dni będzie zdrów jak ryba. 
Najbardziej ucierpiał Granger, wciąż leżał nieprzytomny, ale lekarze przyszyli mu ucho i byli 
najlepszej myśli.

— Mam nadzieję, że to oduczy Prince’a jazdy na oślep — mówił wuj Pyszniak, kręcąc 

głową   —   słaba   to   jednak   nadzieja.   Kiedy   wyciągaliśmy   go   z   rowu,   strasznie   klął. 
Powiedziałem mu, że ktoś, kto przed dwoma minutami był tak blisko niebiańskich wrót, nie 
powinien kląć, ale on dalej przeklinał tę nieszczęsną świnię i cały świat.

— Wczoraj   wieczorem   strasznie   skowyczał   wiatr   —   oświadczyła   ciotka   Rachela.   — 

Wiedziałam, że czeka nas nieszczęście.

— Przecież   nie   spadło   na   nas   nieszczęście,   Hugonowi   nic   się   nie   stało   —   szepnęła 

Joscelyn, która poczuła taką ulgę, że nie bardzo wiedziała, co mówi.

— A ten biedny Granger w szpitalu z oderwanym uchem? — spytała z wymówką w głosie 

ciotka Rachela.

— I zapominasz o świniaku — napomniał Joscelyn wuj Pyszniak.

background image

II

Joscelyn   wracając   do   domu   z   przystani   zatrzymała   się   na   chwilę   koło   furtki,   którą 

wychodziło się z łąki Szymona Darka na boczną drogę prowadzącą do Srebrnej Zatoki. Była 
wietrzna   ciemna   noc,   jak   na   sierpień   bardzo   chłodna,   czuło   się   już   nadchodzącą   jesień. 
Huczał wiatr, huczało morze.

Znów minęło lato, wzdłuż rudawych dróg kwitły astry i wicio — krzew, szczygły wyjadały 

ziarnka słonecznika. Za miesiąc miało się okazać, kto otrzyma dzban. Klan znów zaczął się 
tym żywo interesować. Dandys uporczywie milczał i niczego nie można się było od niego 
dowiedzieć.

Nie interesowało to Joscelyn. Cieszyła się, że samotnie może obcować z nocą — ta noc 

bardzo pasowała do jej nastroju.

Cały dzień był jakiś burzliwy. Zwykle w takich okolicznościach marzyła tylko o spokoju. 

Ale teraz wiedziała, że spokój jej nie wystarczy, chciała czegoś więcej. Chciała być żoną i 
matką, chciała Hugona i Drewnianych Masztów, chciała tego wszystkiego, co przypadłoby jej 
w udziale, gdyby nie nawiedziło jej szaleństwo.

Cały   klan   mówił   obecnie   o   oczekiwanych   ślubach.   Nan   i   Noel.   Gaja   i   Roger.   Ptyś   i 

Małgorzata.  Mały Sam i wdowa Terlizzick.  I znów zaczęto  się zastanawiać,  co będzie  z 
Donną i Piotrem. Piotr bowiem wrócił do domu, plotka utrzymywała, że wrócił po Donnę i 
zamierza poradzić sobie z Topielcem.

Jak to określił wuj Pyszniak — Amor nie próżnuje. I Joscelyn słysząc wciąż o tym, kto za 

kogo   wychodzi,   poczuła   się   nagle   poza   nawiasem   życia,   a   nikt   —   a   zwłaszcza 
Penhallowówna o gorącej hiszpańskiej krwi — nie lubi czuć się poza nawiasem.

Jeszcze nie było ciemno — nie aż tak ciemno, żeby nie dało się dojrzeć Drewnianych 

Masztów. W domu świeciło się jedno jedyne światełko. Czy siedzi tam Hugon? Czy siedzi 
sam? Może rzeczywiście pokochał Paulinę i chce odzyskać swobodę? Myśl o Paulinie bolała. 
Paulina odwiedziła Hugona w szpitalu… Co prawda odwiedzili go wszyscy Penhallowowie i 
Darkowie z wyjątkiem Joscelyn, jej matki i ciotki.

Czasem Joscelyn  czuła,  że  jeśli  nie otrzyma  odpowiedzi  na  dręczące  ją pytanie  — to 

zwariuje.

Panią Konradową Dark zobaczyła dopiero wówczas, gdy ta stała już przy furtce. Joscelyn 

lekko drgnęła, kiedy ją poznała. Potem zamarła w bezruchu. Od dawna już nie widziała swej 
teściowej.

Pani Konradową nachyliła się nad furtką i spojrzała Joscelyn prosto w twarz. Obie były 

wysokie,   Joscelyn   była   odrobinę   wyższa.   Kiedyś,   dawno   temu,   utrzymywano,   że   pani 
Konradową nie akceptuje Joscelyn, bo nie życzy sobie, by synowa spoglądała na nią z góry.

— A, to ty. Joscelyn Penhallow. Hm… Wciąż zadbana… wciąż piękna… Ale już nie taka 

młoda…

Joscelyn   uznała,   że   nie   ma   co   bawić   się   w   konwenanse.   Znajdowały   się   obie   w 

nierzeczywistym świecie, gdzie nie liczyło się to, co było naprawdę ważne.

— Proszę pani — spytała powoli — dlaczego pani zawsze mnie tak nienawidziła… nie 

dopiero potem, gdy… potem, gdy odeszłam, ale od samego początku?

— Bo   wiedziałam,   że   naprawdę   to   nie   kochasz   Hugona   —   odparła   gwałtownie   pani 

Konradowa. — Nienawidziłam cię w dzień ślubu, bo nie zasługiwałaś na swoje szczęście. 
Wiedziałam, że tak czy owak, ale dasz mu się we znaki. Czy wiesz, że co wieczór od tego 
dnia ślubu modliłam się, żeby cię spotkało coś złego? Ale przebaczyłabym  ci, gdybyś  do 
niego wróciła i dała mu szczęście. Tak, przebaczyłabym ci.

— Gdybym do niego wróciła? Ale czyż on tego pragnie? Nie pokochał Pauliny?
— Pauliny? O, dużo bym za to dała. Ona nie złamałaby mu życia — nie wystawiłaby go na 

background image

pośmiewisko ludzkie. Tak, modliłam się także i o to, by ją pokochał. Cóż, brak jej urody. 
Mężczyźni jak głupcy uganiają się za ładną buzią. Nie, on wciąż jest tobą urzeczony. Nawet 
teraz, nawet teraz, nawet po tym wszystkim. Po wypadku wzywał ciebie, nim zemdlał. Ciebie, 
która go porzuciłaś i okryłaś wstydem; to ciebie chciał zobaczyć myśląc, że za chwilę umrze.

Joscelyn poczuła, że przebiegają dreszcz radości. Ale nie dała tego po sobie poznać.
— Czy Hugon zamierza sprzedać Drewniane Maszty?
— Sprzedać Drewniane Maszty? Czasem obawiam się, że je sprzeda i wyjedzie na drugi 

koniec świata. Mój najukochańszy syn.

W   pani   Konradowej   coś   pękło.   Wyzwoliła   się   narastająca   latami   nienawiść.   Pani 

Konradowa szlochała i krzyczała. Nachyliła się nad furtką, by potrząsnąć Joscelyn. Zrobiła z 
siebie takie widowisko, że resztę życia była już wobec Joscelyn uległa i pokorna.

Wuj Pyszniak, który właśnie wracał boczną drogą od sąsiada, usłyszał wrzask i przystanął. 

Zanosiło się na bójkę dwóch kobiet, a musiały to być kobiety z klanu, bo jedynie Darkowie i 
Penhallowowie mieszkali w tej części wsi. Pewnie to pani Szymonowa Dark i Juniuszowa 
Penhallow. One wciąż się sprzeczały, choć dotąd nigdy nie robiły tego publicznie. Co będzie, 
jeśli dowie się o tym Stanton Grundy? Trzeba coś zrobić. Mały wuj Pyszniak dzielnie pobiegł 
w stronę furtki.

— No, no — oświadczył — to nie przystoi.
I dopiero wtedy zobaczył, że ma przed sobą Joscelyn i jej teściową, zrozumiał więc, że 

nawet anioł by się zawahał.

— Hm… przepraszam — szepnął. — Myślałem, że znów się ktoś wykłóca o ten dzban 

ciotki Becky.

Nie do pomyślenia było, że to on mógł być przedmiotem sporu między Joscelyn a panią 

Konradowa. Zatem mogło chodzić tylko o Hugona. Wuj Pyszniak, któremu nie brak było 
zdrowego rozsądku i, jak to sam określał, potrafił zliczyć do trzech, zrozumiał, że nie ma tu 
miejsca dla szanującego się mężczyzny.

— Pyszniaku — zawołała wciąż tragicznym tonem pani Konradowa — wracaj do domu i 

dziękuj   Panu   Bogu,   że   urodziłeś   się   głupcem.   Na   tym   świecie   tylko   głupcom   sprzyja 
szczęście.

Wuj Pyszniak pokornie odszedł. I choć nie dziękował Panu Bogu za swój szczęśliwy los, 

dziękował Mu, że ma wciąż jeszcze sprawne nogi. Kiedy doszedł do szosy, przystanął i otarł 
pot z czoła.

— A to nieustraszone babsko — szepnął smutnie.

background image

III

Gaja wcale nie usłyszała, że do pokoju wchodzi Nan. Od tamtego wieczoru w Srebrnym 

Pantofelku Nan nie zaglądała  do Majówki i nigdy nie spotkały się sam na sam.  Czasem 
widywały się na zebraniach rodzinnych. Nan zawsze kpiąco i serdecznie witała się z Gają, a 
Gaja odpowiadała jej z chłodną uprzejmością. Klan uważał, że Gaja wspaniale umie się w tej 
sytuacji znaleźć. Byli z niej dumni.

Gaja zdziwiła się i rozgniewała. Co ta Nan tutaj robi? Jak śmiała nie zaproszona wtargnąć 

do jej pokoju!

„Czyżby przyszła tu zaproponować mi, żebym została jej druhną?
— pomyślała Gaja. — Ta Nan zdolna jest do wszystkiego”.
— Jakoś nie widzę, złotko, żebyś się ucieszyła moją wizytą — zauważyła Nan sadowiąc 

się na łóżku Gai i zapalając papierosa. Gaja zauważyła mimochodem, że Nan ma na palcu 
swój ulubiony pierścionek — duży różowy kamień, który wyglądał jak narośl. Ale gdzie w 
takim razie podział się brylantowy pierścionek Noela? I o czym właściwie ta Nan mówi?

— Przyszłam   zakomunikować   ci   coś,   co   cię   ucieszy.   Zerwałam   zaręczyny   z   Noelem. 

Posłałam go na zieloną trawkę. Możesz, Gaju, go sobie zabrać.

— Czy naprawdę przypuszczasz, że mi wciąż na nim zależy?
— Jeszcze jak! — odpowiedziała bezczelnie Nan. — Tak, mimo tego wielkiego brylantu 

od Rogera — Gaja zawsze wiedziała, że Nan jej tego brylantu zazdrości! — i mimo tego 
bungalowu, który się buduje w Srebrnej Zatoce. Zależy ci na nim tak jak dawniej. I teraz 
możesz go sobie wziąć. Chciałam ci tylko pokazać, że potrafię ci go odebrać. Uprzedziłam 
cię, pamiętasz?

Tak, Gaja pamiętała. Chwilę siedziała bez ruchu bojąc się, że jeśli choćby mrugnie okiem, 

to  się rozpłacze.  Rozpłacze   w  obecności  Nan, która  ośmieliła   się  potraktować  Noela  jak 
zepsutą zabawkę.

— No,  klan   będzie   miał   powód  do  wyrzekań.   Wszyscy  mają  przedpotopowe   poglądy. 

Nawet mamcia! Chociaż w głębi duszy jest rada. Zawsze chciała, żebym wyszła za Freda 
Margoldsby’ego z naszego miasta. Pewnie to zrobię. Dolary Margoldsbych potrwają dłużej 
niż miłość. Owszem, byłam trochę zakochana w Noelu. Ale on zaczyna tyć. Wkrótce będzie 
miał brzuszek. I ciągle mnie zanudzał swoimi kłopotami.

Gaja uświadomiła sobie nagle, że była to prawda. Noel zawsze zwierzał jej się ze swoich 

kłopotów. I przypomniała sobie, że niezbyt interesował się jej sprawami i troskami. Przede 
wszystkim jednak chciała, żeby Nan przestała gadać i wyszła.

A Nan wciąż paplała.
— Jadę z wizytą do Halifaxu. Mamcia nie chce się stąd ruszyć, póki się nie dowie, kto 

dostanie ten brzuchaty stary dzban. Czy przyszło ci na myśl, Gaju, że gdyby ciotka Becky — 
niech Bóg czuwa nad jej duszą — nie kazała z tym dzbanem wyprawiać takich ceregieli, to 
już dawno byłabyś żoną Noela?

Gaja myślała o tym często. Z rozgoryczeniem i niechęcią. Teraz też jej to przyszło na 

myśl,  ale tak jakby chodziło o inną Gaje i innego Noela. Niechaj ta Nan wreszcie sobie 
pójdzie!

Nan wstała.
— Zatem, kochana Gaju, powiedz twemu podstarzałemu adoratorowi, żeby się pogodził z 

losem, i szykuj się na przyjęcie Noela.

Nan bez większego wysiłku potrafiła zaleźć człowiekowi za skórę.
Niemniej Gaja nie czuła do niej nienawiści, Nan stała się jej obojętna. Spojrzała na nią 

zupełnie innymi oczyma. Próżna, samolubna osóbka, która jak dziecko chciała, żeby ją cały 
czas zabawiać. Osóbka, która mówiła „do diabła”, żeby zaszokować swą biedną rodzinę. 1 

background image

uważała,   że   zachowuje   się   nowocześnie   pudrując   się   przy   wszystkich   jak   kot,   który   nie 
zważając   na   niczyją   obecność   myje   pyszczek.   Udawała   wobec   swych   prowincjonalnych 
kuzynek   osobę   światową,   a   w   gruncie   rzeczy   była   większą   prowincjuszką   od   nich,   nic 
bowiem nie wiedziała o prawdziwym życiu ani o prawdziwych uczuciach.

Teraz patrząc na nią, Gaja zastanawiała się, jak w ogóle mogła jej nienawidzić, być o nią 

zazdrosna. Nan nie była tego warta.

Gaja wreszcie odezwała się. Wstała i spojrzała Nan prosto w oczy. W głosie jej brzmiała 

pogarda.

— Przyszłaś tu, Nan, żeby mnie zranić. To ci się nie udało. Nigdy ci się to już nie uda. Jest 

mi cię nawet żal. Przez całe życie brałaś to, na co miałaś ochotę. Ale nigdy nic z siebie nie 
dawałaś — bo nie miałaś co dawać. Ani miłości, ani zrozumienia, ani lojalności. Nie można 
tylko brać i nic z siebie nie dawać — współczuję ci, jesteś naprawdę biedna. Nan wzruszyła 
ramionami. — Oszczędź mi komplementów.

Ale   z  jej   oczu  zniknął  wyraz   triumfu.   Odeszła   z  przykrym   uczuciem,  że   Gaja  z   tego 

spotkania wyszła zwycięsko.

Gaja znów usiadła przy oknie. Wszystko się nagle zmieniło. Przed przyjściem Nan była 

spokojna i zadowolona, nawet szczęśliwa. Myślała o budowanym przez Rogera bungalowie.

— Ten dom buduję dla ciebie — mówił, a jego spojrzenie było pocałunkiem. — Będę do 

niego co wieczór wracał zmęczony, wiedząc, że ty, Gaju, czekasz na mnie.

Razem go zaplanowali. Klan zanudzał ich dobrymi radami, ale nie zaprzątali sobie nimi 

głowy. Jedno okno miało wychodzić na morze, drugie na zamglone wzgórza za przystanią. A 
w dachu pojawi się świetlik w kształcie brwi.

Przez   otwarte   drzwi   w   jadalni   będą   wiosną   patrzyć   na   kwitnącą   jabłoń,   w   dzień 

wyglądającą jak kurhan z białego kwiecia, a wieczorem, jedząc kolację, widzieć będą, jak 
wschodzi nad nią księżyc. Przy jednym z rogów domu rosła kępa brzóz. A z tyłu gąszcz 
świerków, gdzie mieszkały rozkoszne brunatne sówki.

Gaja interesowała się każdym szczegółem. Łazienka miała być lila–żółta, a w skrzynkach 

na   oknach   zasadzi   się   nasturcje   i   petunie.   Bielizna   stołowa   będzie   z   najczystszego   lnu, 
filiżanki z pięknej porcelany. Ślub miał się odbyć pod koniec października. Klan zachowywał 
się niezwykle taktownie, choć Gaja dobrze wiedziała, co mówi się za jej plecami.

A   teraz   znów   się   wszystko   pogmatwało.   Gaja   do   późnej   nocy   krążyła   po   ogrodzie 

Majówki. Pojawił się duch utraconego szczęścia i kpił z niej. Noel jest wolny… Gaja nie 
mogła się okłamywać. Nan powiedziała prawdę. Wciąż zależało jej na Noelu, pragnęła go 
całym sercem — a w październiku miała wyjść za Rogera.

background image

IV

Piotr Penhallow odkrył, jaka to frajda starać się o coś, czego się naprawdę pragnie. Po roku 

w dżungli Amazonki, gdzie — ochłonąwszy z pierwszego gniewu — cały czas tęsknił do 
dźwięcznego śmiechu Donny, wrócił, by się z nią pogodzić. Nie wątpił, że mu się to łatwo 
uda. \

Piotr niewfete wiedział o kobietach, a jeszcze mniej o tej, która była córką Jana Topielca. 

Przyjechał w sobotę wieczorem ku zdziwieniu rodziny, która pewna była, że wciąż szwenda 
się   po   Ameryce   Południowej,   i   natychmiast   zatelefonował   do   Donny.   W   każdym   razie 
próbował zatelefonować. Odebrał telefon stary Jonasz i powiadomił go, że nikogo nie ma w 
domu — nie, nie wie, dokąd poszli.

Piotr całą noc gryzł ze złości paznokcie, a następnego ranka zobaczył Donnę w kościele. 

Jego ukochana nic się nie zmieniła, ta sama chmura ciemnych włosów, te same liliowe cienie 
pod oczami. Jakże byli niemądrzy, żeby się bez powodu pokłócić. Wkrótce będą się z tego 
razem śmiać.

Donna   doznała   szoku   zobaczywszy   Piotra,   który   wpatrywał   się   w   nią   nieprzytomnym 

wzrokiem. Ale nie okazała tego i obserwująca ją niespokojnie Wirginia z ulgą podniosła oczy 
ku sufitowi.

Donna   przez   cały   rok   nienawidziła   Piotra,   teraz   nienawiść   jeszcze   się   wzmogła.   Nie 

spojrzała   już   więcej   w   jego   stronę.   Po   wyjściu   z   kościoła   podszedł   do   niej   władczym, 
triumfalnym   krokiem.   Było   to   strasznym   błędem.   Gdyby   podszedł   nieśmiało,   okazując 
skruchę i prosząc o wybaczenie, Donna mimo całej nienawiści rzuciłaby mu się pewnie na 
szyję.

Ale on podszedł tak, jakby widzieli się wczoraj, jakby jej przed wyjazdem nie znieważył, 

jakby przez cały rok jej nie ignorował, podszedł uśmiechając się, oczekując wyraźnie, że 
ucieszy się, iż on jej przebaczył — istotnie Piotr tego właśnie oczekiwał.

Co   za   wiele,   to   za   wiele.   Donna   obdarzyła   go   jednym   wzgardliwym   spojrzeniem, 

odwróciła się na pięcie i odeszła.

Piotr   został   z   głupią   miną.   Stojący   nie   opodal   chłopcy   zaczęli   chichotać.   Wirginia 

pospieszyła za Donną, aby ją podtrzymać na duchu. I co usłyszała? — Tylko się znów nie 
wzruszaj!

Jan Topielec miał ochotę zakląć, ale się powstrzymał myśląc z ulgą, że już za miesiąc 

odzyska wolność słowa.

Piotr po chwili odwrócił się i poszedł do domu, dziwiąc się samemu sobie, że chce mu się 

to znosić tylko po to, by zdobyć kobietę.

Następna próba też się nie powiodła^ Poszedł do domu Topielca, wszedł bez pukania i 

zażądał rozmowy z Donną. Topielec wpadł we wściekłość, wrzeszczał, wymyślał i wspaniale 
odegrał rolę oburzonego ojca, ale — choć trudno w to uwierzyć — ani razu nie zaklął. Piotra 
mało by to obeszło, gdyby udało mu się zobaczyć Donnę. Ale nie udało mu się i wrócił 
pokonany do domu, zastanawiając się po raz setny, dlaczego to wszystko znosi.

Prawdziwa   obsesja.   Donna   nie   była   tego   warta.  Żadna  kobieta   nie   była   tego   warta. 

Niemniej  musiał  ją  zdobyć.  Nie   miał   zamiaru  przeżyć  drugiego   takiego   roku  jak  tamten 
spędzony w górnym dorzeczu Amazonki. Raczej ogłuszy Donnę ciosem w głowę i ją porwie.

Piotrowi nie przyszło na myśl, że wystarczyłoby, gdyby poprosił Donnę o przebaczenie. A 

gdyby przyszło — także by tego nie zrobił. W końcu to była jej wina. On jej wielkodusznie 
wybaczył, wielkodusznie, bez słowa wymówki. Czyżby ona oczekiwała, że padnie przed nią 
na kolana?

W końcu widząc, że nie uda mu się porozmawiać z Donną, napisał do niej list, najbardziej 

niezręczny list, jaki w tej sytuacji można było napisać. Donna sama odebrała go na poczcie i 

background image

choć nigdy nie widziała charakteru pisma Piotra, od razu wiedziała, kto ten list wysłał, zabrała 
go   do   domu   i   położyła   przed   sobą   na   stole.   Powinna   go   odesłać   nie   otwierając.   Tak 
poradziłaby jej Wirginia. Ale wiedziała, że przez resztę życia zastanawiałaby się ciągle, co w 
tym liście było.

Wreszcie przeczytała list. List bezceremonialny i szorstki. Piotr oznajmiał, że za tydzień 

wyjeżdża na cztery lata do Afryki fotografować lwy i prosi, żeby mu dała znać — pojedzie z 
nim czy nie pojedzie?

Donna   uznała   ten   list   za   lekceważący,   wpadła   w   furię   —   wystarczyłoby   może   jedno 

„kochana” albo chociaż X jako symbol pocałunku — a roztkliwiłaby się i wybaczyła. Nim 
gniew ostygł, czterokrotnie przedarła list, włożyła go do koperty i odesłała Piotrowi.

— Nigdy mu nie wybaczę — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Wypowiedzenie tych słów 

na głos przyniosło ulgę. Poczuła się pewniejsza siebie. W głębi serca wciąż się obawiała, że 
może mu wybaczyć. Bała się, że w ciągu nocy gotowa jest zmięknąć, zaraz więc wręczyła list 
staremu Jonaszowi, aby go wysłał idąc do miasta. I poszła do ojca. Oznajmiła mu, że ma 
zamiar   —   niezależnie   od   tego,   czy   on   się   zgodzi,   czy   nie   —   zapisać   się   na   kursy 
pielęgniarskie.. Topielec, któremu przez ten rok już dojadło patrzyć wciąż na chmurę gradową 
zasiadającą przy jego stole, wrzasnął, że może się zabierać, niech Bóg ma ją w swojej opiece. 
Niewątpliwie istnieje duża różnica teologiczna między słowami „niech Bóg ma ją w swojej 
opiece” a „niech ją wszyscy diabli”, jednakże ton Jana Topielca nie pozostawiał żadnych 
wątpliwości, co on ma na myśli.

Tymczasem Piotr otrzymawszy podarty list oddał się uczuciu nienawiści,  znienawidził 

wszystko i wszystkich.

I tak się miały rzeczy aż do dnia, w którym spłonął dom Dandysa.

background image

V

Była spokojna wrześniowa noc, na niebie świecił sierp księżyca  i stary Lunatyk szedł, 

cicho   podśpiewując.   Najpierw   wzdłuż   ciemnego   widmowego   brzegu   rzeki   w   Indiańskim 
Potoku,  potem   przez   przyjazne   pola,   gdzie   jak  kot   mruczał   wiatr,   wreszcie   przez   las,  w 
którym szumiały rozmawiając z sobą drzewa. Czuł się szczęśliwy, żal mu było tylko tych 
wszystkich, którzy już ułożyli się do snu. Nie wiedzieli, ile tracą.

To   on   pierwszy   zobaczył,   że   płonie   dom   Dandysa   Darka   usadowiony   na   ramieniu 

niewielkiego   zalesionego   wzgórza   na   zakręcie   drogi   prowadzącej   do   Srebrnej   Zatoki. 
Płomienie buchały już z dachu przybudówki, zaczął więc łomotać do drzwi, aż pojawił się 
rozespany parobek i spytał, co się stało.

Lunatyk   powiedział   mu   i   spokojnie   odszedł.   Nie   miał   czasu   troszczyć   się   o   los 

mieszkańców domu. Nie zamierzał utracić ani jednej minuty tej cudownej nocy.

Zaczął się zamęt. Dandysa Darka nie było w domu i nikt nie wiedział, dokąd poszedł. 

Ostatnio Dandys wracał późną nocą, ale dotychczas wiedziała o tym jedynie jego żona. Choć 
cały klan zdawał sobie sprawę, że od paru tygodni Dandys jest jakiś nieswój. Zmienił się. Był 
nietowarzyski, roztargniony, poirytowany.

Część klanu uważała, że musi to mieć związek ze zbliżającą się datą przekazania dzbana 

przyszłemu   właścicielowi,   widać   jednak   decyzja   spoczywa   w   rękach   Dandysa,   skoro   on 
wyraźnie się miota. Albo dzbanowi coś się stało. Nikt nie śmiał zapytać o to Dandysa; kiedy 
wspominano o dzbanie, wpadał w furię. Wszyscy zaczęli być niespokojni.

A teraz dom Dandysa stanął w ogniu. Parobek zbudził panią Dandysową, zatelefonował po 

sąsiadów i pobiegł do stodoły po drabiny. W niewiarygodnie krótkim czasie zgromadził się 
tłum,  ale  od pierwszej chwili  wszyscy wiedzieli,  że nie da się ocalić  domu. Wyniesiono 
większość mebli. Kiedy wrócił Dandys, ludzie stali gapiąc się na ponure widowisko.

— Dobry Boże! — zawołał Dandys. — Co z dzbanem?!.
Trudno w to uwierzyć, ale do tej pory nikt nie pomyślał o dzbanie. Nie było kogo spytać. 

Obudzona przez parobka pani Dandysowa wybiegła w nocnej koszuli z domu i zemdlała w 
kącie ogródka. Pani Dandysowa znana była z takich rzeczy, nie na próżno brak jej było piątej 
klepki. Zaniesiono ją do domu Ptysia Darka i tam zajęły się nią kobiety.

— Nikt nic nie wie o dzbanie? — wrzasnął Dandys, kompletnie tracąc głowę, i zaczął 

biegać po podwórku potykając się o ocalone sprzęty. Ktoś spytał:

— Gdzie trzymałeś dzban?
— W szafie gościnnego pokoju — biadał Dandys.
Z gościnnego pokoju nic się nie dało ocalić. W sieni prowadzącej; do przybudówki od 

początku było gęsto od dymu.

Wśród zebranych znajdował się Piotr. Przybył jeden z pierwszych; i bohatersko walczył z 

ogniem i wynosił co drogocenniejsze przed — J mioty. A tu okazuje się, że nie uratował 
dzbana. Dzbana, na którym tak zależało Donnie. Dzbana, o którym w dzieciństwie nasłuchał 
się | od ciotki Becky tylu  legend. Dzbana, z którego winy nie udało mu siej uprowadzić 
Donny.  Piotr chwycił  wiszącą  na płocie osmaloną  kurtkę, zarzucił  na głowę i wbiegł  do 
płonącego domu. Musi ocalić ten dzban dla ukochanej Donny.

Zaczęto go wołać, próbowano zatrzymać, potem wszystkich’ ogarnęło szaleństwo. Wśród 

kręcących się nieprzytomnie po podwórzu mężczyzn pojawił się z krzykiem parobek Ptysia. 
Gdzie jest Donna Dark? Nocowała u pani Dandysowej w jej gościnnym pokoju. Czy jest 
bezpieczna?

Kilka kobiet zemdlało. Reszta płakała. Mężczyźni sporzeli na siebie, potem na płonący 

dom.   Pokręcili   głowami.   Szaleństwem   byłoby   próbować   tam   teraz   wejść.   Piotr   spłonie 
żywcem   usiłując   ocalić   Donnę,   nikt   nie   wątpił,   że   po  to   rzucił   się  w   płomienie.   Musiał 

background image

wcześniej od innych usłyszeć, co woła chłopak.

Piotr biegł po rozżarzonych węglach przeskakując co trzy stopnie, gotów zanurzyć się w 

piekło ognia i dymu, które do niedawna były sienią. Ale potknął się i omal nie upadł na 
nieruchome ciało kobiety leżące u wierzchołku schodów.

Wielki Boże, kto to może być? Dzban nie dzban, trzeba tę kobietę i wynieść. Wziął ją na 

ręce i zaczął schodzić, nie mogąc się oprzeć uczuciu zawodu. Dzban przepadł. Biedna Donna 
będzie   strasznie;   rozczarowana.   Wreszcie   wyszedł   z   domu   i   znalazł   się   wśród 
rozgorączkowanego tłumu. Przestano krzyczeć i płakać, zaczęto wiwatować. Piotr stał się 
bohaterem. Odebrano mu jego brzemię. Topielec, który przed chwilą nadjechał usłyszawszy o 
pożarze, ale który dopiero tutaj dowiedział się o grożącym Donnie niebezpieczeństwie, rzucił 
się ściskać mu rękę i szlochając wołał:

— Niech cię Bóg błogosławi, Piotrze… Ocaliłeś ją. Niech cię Bóg błogosławi, że ocaliłeś 

Donnę… moją biedną, pozbawioną matki Donnę — Jan Topielec niemal się rozkleił, trzeba 
było go odprowadzić na bok i uspokoić, a Piotr stał bez ruchu, uświadomiwszy sobie, że 
wyniósł z płonącego domu właśnie Donnę. Donnę!

— Przyszła mi pomóc smażyć powidła — szlochała w kuchni Ptysia pani Dandysowa. — 

Mnie   powidła   nigdy   się   nie   udają,   a   Donnę   nauczyła   je   smażyć   matka   Dandysa.   Kiedy 
jadłyśmy kolację, zanosiło się na deszcz, Dandysa nie było w domu — ostatnio nigdy nie ma 
go w domu — więc namówiłam Donnę, żeby przenocowała… O mój Boże, pomyśleć, co się 
mogło stać.

— Stało się. Dzban przepadł… — zauważył ponuro wuj William.
— Co, rozbił się? — zaniepokoiła się pani Dandysowa.
— Spalił się wraz ze wszystkim, co było w gościnnym pokoju.
— O nie! Nie! — Pani Dandysowa zrobiła chytrą minę. — Kiedy zaprowadziłam Donnę 

do gościnnego pokoju, wyjęłam z szafy pudło z dzbanem i zabrałam do swojej sypialni. 
Dandys gotów by mi urwać głowę, gdybym z kimkolwiek zostawiła dzban. Ludziska mówią, 
że mam źle w głowie, ale przecież nie do tego stopnia! I kiedy Tyler obudził mnie krzycząc, 
że wybuchł pożar, chwyciłam to pudło razem ze starym czajniczkiem, w którym przechowuję 
pieniądze, i jak wybiegłam z domu, wrzuciłam je w łopiany pod płotem. Poszukajcie.

Poszukali   i   znaleźli   ku   wielkiej   uldze   całego   klanu.   Donna   ocknęła   się   z   omdlenia   i 

zabrano ją do szpitala. Wszyscy świtem wrócili do domu, rozprawiając o pożarze.

Najśmieszniejsza przygoda zdarzyła  się Ptysiowi Darkowi, który wyrwany telefonem z 

łóżka stracił głowę i w pidżamie pobiegł do Dandysa. Przełażąc przez płot zaczepił gumką od 
spodni o kołek i zawisł. Długo musiał wrzeszczeć, nim ktoś wreszcie usłyszał i wybawił go z 
opresji. Wszyscy uważali, że ma, na co zasłużył. Co za pomysł sypiać w pidżamie! Od dawna 
go o to podejrzewano, ale nikt nie był pewny, gdyż stara ciotka Ruta potrafiła dochować 
sekretu.

— I wyobraźcie sobie, że wrócił Szczęściarz — oznajmił Szymon Dark. — Wczoraj w 

nocy.   Jego   matka   spała,   więc   zjadł   naszykowaną   kolację   i   poszedł   do   łóżka.   I   matka 
dowiedziała się o tym dopiero następnego dnia rano, kiedy zszedł na śniadanie. Mówi, że w 
Singapurze natknął się na dawnego kumpla, który dał mu starą gazetę z Charlottetown. I tam 
przeczytał,   co   ten   kretyński   reporter   powypisywał   o   dzbanie.   Szczęściarz   mówi,   że 
postanowił wrócić i zobaczyć, czy nie ma szans. Jego matka jest tak przejęta, że nie może 
wykrztusić słowa. Tylko się w niego wpatruje.

Ale o najtragiczniejszym wydarzeniu tej nocy dowiedziano się dopiero w parę dni później. 

Pijany jak zwykle Krzysztof Dark wbiegł nie widziany przez nikogo do płonącego domu 
kuchennymi drzwiami i zabiła go spadająca belka. Uważano, że prawdopodobnie próbował 
wynieść dzban. Klan był bardzo poruszony tą potworną śmiercią biednego Krzysia, ale w 
cichości   ducha   uznano,   że   nie   ma   tego   złego,   co   by   na   dobre   nie   wyszło.   Skończą   się 
skandale.

background image

Murray Dark wracając z pogrzebu spojrzał z dumą na swój dom.
— Wkrótce będziesz miał nareszcie panią.
Kiedy tylko pozwolono Donnie przyjmować wizyty, posłała po Piotra i zaczęła go błagać, 

by jej przebaczył. Wiedziała teraz, że on wbrew pozorom naprawdę ją kocha, inaczej nie 
wbiegłby przecież do płonącego domu, by próbować ją ocalić. Piotr nie wyprowadzał jej z 
błędu.

Przypomniał sobie, co kiedyś powiedział Stanton Grundy — trudno by było żyć, gdyby nie 

parę kłamstw. Nie czuł wyrzutów sumienia, wiedział bowiem, że gdyby chociaż podejrzewał, 
że Donna może być w płonącym domu, przeszukałby go od strychu do piwnicy.

— Ale nie zamierzam już z tobą uciekać — oznajmiła Donna. — Choćby ojciec stawał na 

głowie, wezmę z tobą otwarcie ślub.

Jednakże Topielec nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Oświadczył Donnie, że skoro Piotr 

ocalił jej życie, to sobie na nią zasłużył i Donna może jechać do Afryki fotografować lwy 
obdarzona jego błogosławieństwem.

Kiedy Donna wróciła do domu i po raz pierwszy przyszedł do niej Piotr, Topielec uścisnął 

mu serdecznie dłoń i zabrał do chlewu, by pokazać swoją ulubioną świnię. Piotr doszedł do 
wniosku, że z Topielca jest równy facet.

— Winszuję   ci   —   pogratulował   Roger   spotkawszy   Piotra,   gdy   ten   rozpromieniony 

wychodził.

— Dziękuję. Słyszałem, że tobie też należy pogratulować. Roger zmienił się na twarzy.
— Bo ja wiem? Czy należy gratulować komuś, kto żeni się z dziewczyną, która kocha 

innego?

— Ach, więc to tak… Nic się nie zmieniło?
— Nic.
— A ty zamierzasz się z nią ożenić?
— Tak. No co, ośmielisz się mi powinszować?

background image

VI

Joscelyn Dark obudziła się któregoś wrześniowego poranka, czując, że coś się wydarzy. 

Usiadła   i   wyjrzała   przez   okno.   Słońce   oświetlało   już   Drewniane   Maszty,   choć   zbocza 
wzgórza   okrywał   jeszcze   cień.   Niżej   złociste   pola   oczekiwały   żniw.   Powietrze   było 
kryształowo czyste, Wydało jej się, że tamten dom ją przyzywa. I nagle wiedziała, co zdarzy 
się tego dnia. Pobiegnie do Hugona i poprosi go o przebaczenie.

Marzyła o tym od tamtego wieczoru, kiedy spotkała panią Konradową, wciąż jednak nie 

mogła się zdobyć na odwagę. I nagle przestała się bać. Musi poznać prawdę. Nie może już 
dłużej czekać — niepewność stała się czymś nie do wytrzymania.

Dopiero   wieczorem   mogła   wybrać   się   do   Drewnianych   Masztów,   dzień   dłużył   się 

nieznośnie, nie chciał się za nic skończyć. Ośmieliła się wyjść dopiero wówczas, gdy nad 
brzozami   wzgórza   Masztów   zawisł   księżyc   w   pełni.   Matka   i   ciotka   Rachela   poszły   na 
nabożeństwo, nikt więc nie zaczął jej wypytywać, dokąd się wybiera. Minął ją wóz starego 
Millera Darka, który zaproponował, że ją podwiezie. Joscelyn zgodziła się wiedząc, iż jej 
odmowa bardzo by biednego Millera dotknęła.

Choć   była   bardzo   podniecona   i   trudno   jej   było   rozmawiać.   Stary   Miller   promieniał, 

właśnie skończył  historię  klanu. Zamierzał  opublikować ją i spytał,  czy zechce  zamówić 
egzemplarz. Joscelyn odpowiedziała, że chętnie zamówi dwa i zaczęła zastanawiać się, czy 
stary Miller wspominał tam także o niej i o Hugonie. Był do tego na pewno zdolny.

Wysiadła przed bramą Williama Y. Stary Miller przypuszczał, że ma zamiar go odwiedzić 

i nie wyprowadzała go z błędu. Ale gdy tylko jego wóz zniknął w lesie, poszła w górę ścieżką 
prowadzącą do Trzech Masztów.

Powietrze   było   ostre,   fale   w   zatoce   pląsały   upojone   światłem  \  księżyca,   wszystko 

wyglądało tak jak jedenaście lat temu, w noc jej zaślubin. Jakże była niemądra. Hugon jej 
tego nie wybaczy. Ogarnęła ją panika, chciała uciec.

Ale   Drewniane   Maszty   były   już   o   krok   —   kochane,   zawiedzione   Drewniane   Maszty. 

Patrząc na nie zadrżała. Zmobilizowała się i ruszyła przez podwórze. W kuchni paliło się 
światło, ale kiedy ‘ zastukała, nikt się nie odezwał. Poczuła rozpacz. Nie, nie może wrócić nie 
dowiedziawszy się. Drżącą ręką otworzyła drzwi i weszła do kuchni. Potem do sieni. Siedział 
tam Hugon przy kominku, na którego palenisku leżał popiół. Z drzwi kuchennych na jego 
twarz padło światło, zobaczyła, jak się zdumiał.

— Hugonie   —   zawołała   z   rozpaczą,   czując,   że   musi   odezwać   się   pierwsza,   bo   nie 

wiadomo, co on gotów powiedzieć. — Wróciłam. Byłam taka głupia, taka okropnie głupia. 
Czy możesz mi wybaczyć? = Czy mnie przyjmiesz?

Nastąpiła chwila ciszy, Joscelyn wydało się, że trwa ona bez końca.
W sieni było przeraźliwie zimno. Od dawna nikt nie zapalił tu ognia. W całym domu 

panował chłód. Dom witał ją nieżyczliwie. Utraciła jego łaski.

Upłynęła chyba wieczność, nim podszedł do niej Hugon.
Zgłodniałymi oczyma spojrzał jej prosto w oczy.
— Dlaczego chcesz wrócić? Już go nie kochasz?
Joscelyn zadrżała.
— Nie… nie.
Hugon znów zamilkł. W piersi tłukło mu się serce z dzikiej radości. Wróciła, chce być jego 

żoną, nie myśli o Franku Darku, myśli  o nim.  Stoi tu, gdzie stała, kiedy sprawiła mu tak 
straszny zawód. Prosi go o wybaczenie i o miłość — wystarczy wyciągnąć rękę.

Ale Hugon nie na darmo był synem swojej matki. Zdławił słowa namiętności, które cisnęły 

mu się na usta. I oświadczył surowym tonem:

— Wróć   do   Srebrnej   Zatoki   i   włóż   ślubną   suknię   i   welon.   Przyjdź   do   mnie   tak,   jak 

background image

odeszłaś, przyjdź jak panna młoda do pana młodego. Wtedy gotów jestem cię wysłuchać.

Dumna Joscelyn pokornie odeszła. Zrobiłaby wszystko, czego by sobie zażyczył Hugon. 

Nigdy dotąd nie kochała go tak bardzo. Gdyby tego zażądał, przyczołgałaby się do jego stóp.

Pobiegła   do   Srebrnej   Zatoki,   weszła   na   strych   i   znalazła   pudło   ze   ślubnym   strojem. 

Ubierała się jak w transie.

— Dzięki   Bogu,   jestem   jeszcze   piękna   —   szepnęła.   Potem   wróciła   do   Drewnianych 

Masztów.

Wuj Pyszniak, który zawsze znajdował się tam, gdzie nikt go nie oczekiwał, zobaczył ją i 

sądził, iż spotkał ducha. Wrzasnął tak, że było go słychać aż o milę.

Wuj Pyszniak zgorszył się. Dobrze wychowane kobiety nie biegają nocą ubrane w ślubny 

strój.   Wuj   Pyszniak   nie   sądził,   żeby   Joscelyn   powodowała   się   Myślą   o   dzbanie,   zatem< 
przypisał to jej hiszpańskiej krwi. Dziwna historia. Od śmierci ciotki Becky wciąż dzieje się 
coś dziwnego. Siedząc w dwukółce patrzył za nią, póki nie zniknęła. Potem ze zszarpanymi 
nerwami wrócił do domu.

Joscelyn go w ogóle nie zauważyła. Minęła cmentarz, na którym spoczywał jej ojciec, 

znów zaczęła się wspinać drogą Trzech Wzgórz. Cudem nikt jej nie zobaczył.  I nikt nie 
wierzył wujowi Pyszniakowi. Biedak musiał na starość zgłupieć. I wymyśla nie wiadomo co, 
żeby sobie przydać znaczenia.

Kiedy   wracała,   zobaczyła   wśród   brzóz   rozświetlone   okna   pięknych   Drewnianych 

Masztów. Dom witał panią, na którą tak długo czekał. Frontowe drzwi były otwarte — w 
sieni pląsały chochliki światła. Hugon rozpalił na kominku ogień i czekał na nią stojąc przed 
paleniskiem.   Zatrzymała   się   w   drzwiach,   a   on   podszedł   i   wprowadził   ją   przez   próg.   Na 
zakurzonym gzymsie wciąż leżała obrączka. Hugon wziął ją i wsunął jej na palec.

— Joscelyn! — zawołał nagle. — Ach, Joscelyn! Moja Joscelyn!

background image

VII

Małgorzata   wiele   ślubnych   sukni   szyła   z   pewnym   wzruszeniem   i   rozmarzeniem,   ale 

własną wykańczała jak najbardziej prozaicznie. Data jej ślubu została wreszcie wyznaczona 
na pierwszego października. To pozwoli im odbyć poślubną podróż i wrócić, nim nadejdzie 
wielki dzień przekazania dzbana ciotki Becky przyszłemu właścicielowi.

Ani Małgorzata, ani Ptyś nie czuli najmniejszej radości. Prawdę mówiąc Ptyś w miarę jak 

ów  fatalny dzień się zbliżał,  wpadał w coraz większą panikę.  Przez  chwilę myślał,  żeby 
jeszcze raz prosić Małgorzatę o przełożenie daty ślubu — aż na listopad. W ten sposób nie 
odbierze sobie szansy na dzban. Ale potem doszedł do wniosku, że byłoby to niehonorowo. 
Jeśli już musi zerwać zaręczyny, powinien to zrobić jak najszybciej. Tak będzie szlachetniej. 
Ptyś poczuł się z siebie wielce zadowolony.

Któregoś wieczoru, zdecydowany na wszystko, wybrał się do Denzilów. Koniec z tym 

zwlekaniem. Dzban nie dzban,  on  musi pozostać wolnym człowiekiem. Poprzedniego dnia 
uświadomił  to sobie raz na zawsze. Małgorzata  zwróciła mu uwagę, że jego zegarek źle 
chodzi. Ilekroć ktoś zwrócił mu uwagę, że jego zegarek spóźnia się albo spieszy, Ptyś wpadał 
w furię. Małgorzata już nie pierwszy raz zgrzeszyła podobnym brakiem taktu. I on miałby się 
ożenić z taką kobietą?

Było widać, że Małgorzata przed chwilą płakała. Nie należała do szczęśliwych kobiet, 

które mogą płakać i nie zaczerwieni im się nos. Ptyś nie potrafił zrozumieć”, z jakiego to 
powodu może płakać zaręczona z nim kobieta. Czyżby podejrzewała, co on zamierza? Ptyś 
poczuł,  że mięknie  mu  serce… Ale  nie… nie  wolno  mu  się załamać.  Teraz  ma  ostatnią 
szansę. Wytarł z potu czoło.

— Małgosiu — powiedział błagalnym tonem — jak uważasz, czy naprawdę powinniśmy 

to zrobić?

— Co? — spytała Małgorzata.
— Pobrać się…
— Wolałbyś nie? — W oczach Małgorzaty pojawił się promienny uśmiech. Ptyś przeraził 

się.

— Tak — odpowiedział szorstko. Małgorzata wstała i westchnęła z ulgą.
— Jak ja się cieszę, jak ja się cieszę — powtórzyła. Ptyś poczuł się znieważony. Tego nie 

oczekiwał.

— Cieszysz się? Z czego, u diabła, się cieszysz?
Małgorzata była zbyt zachwycona, żeby oburzyć się na przekleństwo.
— Och, Ptysiu. Ja też nie mam ochoty za ciebie wyjść. Ale nie chciałam cię zawieść. Nie 

masz pojęcia, jak się cieszę, że ci na mnie nie zależy.

Ptyś miał skwaszoną minę. Co innego powiedzieć kobiecie, że nie ma się ochoty z nią 

żenić, a co innego usłyszeć, że ona jest tym zachwycona.

— Ja ci się, Małgosiu, oświadczyłem tylko z litości. Małgorzata uśmiechnęła się. Krew 

Griscomów zawsze da o sobie znać. A prababka Ptysia była przecież Griscomówną.

— Niezbyt eleganckie stwierdzenie — szepnęła. — I czy nie mógłbyś zapamiętać, że mam 

na imię Małgorzata? Oto twój pierścionek. I zechciej mi wybaczyć, ale mam coś ważnego do 
załatwienia.

Odprawiony Ptyś odszedł sztywnym krokiem, nawet się nie obejrzawszy.
Poczuł się obrażony.
Małgorzata rzeczywiście miała coś ważnego do załatwienia, musiała napisać list. Płakała 

nie dlatego,  że czekał  ją ślub z Ptysiem  — płakała,  bo — gdyby  nie  to małżeństwo  — 
mogłoby się spełnić jej najukochańsze marzenie. I teraz nic nie stało już na przeszkodzie. 
Wystarczy napisać do Nigela Penhallowa.

background image

Po   napisaniu   tego   listu   Małgorzata   poczuła   się   śmiesznie   młoda,   tak   jakby   jej   ubyło 

trzydzieści lat. Wybiegła z domu w księżycową poświatę i ruszyła do Szumiących Wiatrów. 
Ukochane przyjazne Szumiące Wiatry staną się wkrótce jej własnością. Zadba o ogródek. 
Dwa razy do roku będzie bielić domek, żeby jaśniał jak perła.

Zazna cudownego spokoju, nikt nigdy nie wejdzie do niej bez pukania. Zamieszka tu wraz 

ze   swoimi   marzeniami.   Kiedy   zechce,   będzie   mogła   śmiać   się   i   płakać,   i   nawet   kląć.   I 
zaadoptuje dziecko.

Malutkiego   bobasa   z   buzią   pełną   dołeczków,   z   błękitnymi   oczkami   i   złocistymi 

kędziorkami. Na pewno taki malec gdzieś na nią czeka.

Spojrzała z miłością na drzewa, które wkrótce staną się  jej  drzewami. Szumiące Wiatry 

należały do swoich drzew, drzewa należały do Szumiących Wiatrów. W rogu domu rosła 
malutka   brzoza,  opiekuńczo   nachylała   się  nad nią  wierzba.   Zza  rogu wyzierał  klon.  Pod 
oknami przycupnęły młodziutkie świerki. Kochane Szumiące Wiatry. I kochana ciotka Becky, 
dzięki której zazna szczęścia.

Tego wieczoru Małgorzata modliła się, by został jej odpuszczony grzech niewdzięczności.
Nikt z klanu nie dowiedział się, dlaczego nie doszło do tego ślubu. Nie do pomyślenia 

było, żeby zerwała Małgorzata, ale z drugiej strony Ptyś miał taką skwaszoną minę.

— Od tych wszystkich tajemnic można zwariować — jęczał wuj Pyszniak. — Ale gotów 

jestem się założyć, że przyczynił się do tego ten szatański dzban.

Ale naprawdę klan zdumiał się dopiero, gdy okazało się, że Małgorzata kupiła od Ryszarda 

Darka domek ciotki Luizy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży Wędrówek Pielgrzyma. Kupił 
je  za  bajońską  sumę   kolekcjoner  z Nowego Jorku.  Za  dziesięć  tysięcy  dolarów.  Było  to 
pierwsze wydanie i gdyby nie tak zniszczone, byłoby warte trzydzieści tysięcy.

Teraz stało się jasne, czemu tak bezlitośnie obeszła się z Ptysiem. Ptyś nie mógł się oprzeć 

gorzkim   refleksjom.   Kto   by   przypuścił,   że   znajdzie   się   szaleniec,   który   za   starą   książkę 
zapłaci dziesięć tysięcy! Dziesięć tysięcy dolarów!

Cóż, za późno na żale. Lecz ani on, ani klan nie wybaczyli nigdy Małgorzacie — nie tego, 

że sprzedała książkę, ale tego, że dostała ją od ciotki Becky. Dlaczego właśnie ona? Jakim 
prawem?  Szczególnie  wściekły był  Denzil.  Uważał,  że  Małgorzata  nadal  powinna  z  nim 
mieszkać i zużyć te pieniądze na wykształcenie jego dzieci.

— Wyrzucasz forsę na dom, którego wcale nie potrzebujesz — oświadczył z goryczą. — 

Rozsądniej byłoby schować je na czarną godzinę.

— Od czasu kiedy powstało to powiedzonko, wynaleziono elektryczność — odpowiedziała 

wesoło Małgorzata.

background image

VIII

Gaja stała koło furtki wpatrując się w wielki czerwony księżyc wschodzący nad grzywą 

świerków okalających pastwisko Topielca. Z drogi na wzgórzu dobiegał śmiech. Okazuje się, 
że na świecie istnieje jeszcze śmiech. Gaja cieszyła się swoją samotnością. Życie stawało się 
znośne tylko wtedy, gdy była sama.

Od paru tygodni Gaja była i niespokojna, i zobojętniała. Nie cieszyła ją już myśl o nowym 

domu. Chciałaby dokądś wyjechać, umrzeć — a przynajmniej przestać istnieć. Życie było 
zbyt zawiłe. Wciąż musiała rozmyślać o Noelu. Co on teraz robi — myśli — czuje? Czy jest 
bardzo nieszczęśliwy? A może nabrał rozumu? Och, gdybyż mogła się tego dowiedzieć! Ale 
nigdy się nie dowie. A za miesiąc ma wyjść za Rogera.

I nagle pojawił się Noel. Teraz, kiedy przestała na niego czekać; teraz, kiedy obiecała 

wyjść za Rogera. Podniosła głowę i zobaczyła go tuż przed sobą. Wyglądał jak gwiazdor 
filmowy — taki piękny i — ależ tak — fircykowaty. Zupełnie jak Ptyś Dark. Za dwadzieścia 
lat będzie drugim Ptysiem. Gai zaczęło się kręcić w głowie, czyżby zwariowała?

— Noel — szepnęła.
— Tak, Noel. — Podszedł i wziął ją za rękę. Spojrzała na niego. Czyżby zmalał? Ach, nie, 

po prostu przyzwyczaiła się podnosić głowę patrząc na Rogera. Rzeczywiście włosy Noela 
były nieco zbyt kędzierzawe — kiedyś Nan powiedziała coś o rurkach… Co się z nią dzieje? 
Dlaczego myśli o takich bzdurach w tym cudownym momencie, kiedy wrócił do niej Noel?

Noel opierał się o furtkę i coś bardzo szybko mówił — oświadczył, że nigdy naprawdę nie 

kochał Nan, ona mu się narzucała, biegała za nim, na chwilę go oczarowała, ale w gruncie 
rzeczy zawsze kochał tylko ją, Gaje. Czy ona mu wybaczy? I znów się z nim zwiąże?

Noel wyraźnie nie wątpił, że wszystko zostanie mu wybaczone. „Ma nieliche pojecie o 

swojej atrakcyjności” — pomyślała Gaja. Objął ją ramieniem i przytulił. Tyle miesięcy o tym 
marzyła   —   o   dotyku   jego   twarzy,   ust.   A   teraz   zaczęła   się   śmiać.   Wprost   trzęsła   się   ze 
śmiechu.

Był to śmiech nieco histeryczny, ale Noel tego nie zauważył. Wypuścił ją z ramion i cofnął 

o krok, zdziwiony i zasmucony.

— Jesteś taki śmieszny — wyjąkała biedna Gaja.
— Przepraszam — powiedział sztywno Noel. Czegoś podobnego nie oczekiwał.
Gaja z trudem opanowała śmiech i spojrzała na Noela. Oczarowanie minęło. Zobaczyła go 

takim, jakim był — jakim zawsze widziała go jej rodzina. Przystojny chłopak, który uważa, 
że każda dziewczyna musi się w nim zakochać, płytki i samolubny.  A ona sądziła, iż go 
kocha.   Miłość?   Nie,   ona   dotychczas   nic   nie   wiedziała   o   miłości.   Aż   do   dziś,   kiedy 
zrozumiała, że kocha Rogera.

Roger   był   mężczyzną.   A   Noel   chłopcem.   I   choćby   miał   dożyć   stu   lat,   zawsze   nim 

pozostanie   —   zmiennym,   próżnym,   pustym.   A   ona   uważała,   że   jest   w   nim   zakochana, 
uważała, że złamał jej serce.

„Tak, to już starożytna historia” — pomyślała z rozbawieniem.
I kiedy tylko znów mogła mówić, stanowczo pożegnała Noela. Wciąż jeszcze drżał jej głos 

i Noel pomyślał, że nadal się z niego śmieje. Odszedł urażony. Było to dla niego nowe i 
wielce pouczające doświadczenie. Nigdy odtąd nie okazywał już takiej pewności siebie.

Gaja dłuższy czas pozostała przy furtce zbierając myśli. Niebo pociemniało, pola zalała 

księżycowa poświata. Podmuch wiatru obsypał ją złotymi  listkami. Kochała tę noc, znów 
pokochała świat. Czuła się, jakby się na nowo narodziła. Co za szczęście, że Noel przyszedł. 
Gdyby nie przyszedł, dalej wyobrażałaby sobie, że go kocha, może nigdy nie zauważyłaby, że 
przecież on nie dorasta Rogerowi do pięt.

— I pomyśleć, że gdyby nie dzban, byłabym z nim wciąż jeszcze zaręczona, może nawet 

background image

wzięlibyśmy już ślub.

Zadrżała. To straszne — mogłaby być żoną kogoś innego niż Roger! Nie umiała sobie 

nawet wyobrazić, żeby ktoś inny miał zostać jej mężem. Niech Bóg błogosławi ciotkę Becky!

Niemniej czuła się tak, jakby coś utraciła. Tak strasznie cierpiała — i po co? Przykro jej 

było, że okazało się to takie nieważne. Wstyd pomyśleć, że naprawdę zakochana była tylko w 
samej miłości! Klan miał rację. Rzeczywiście była głupią gąską.

Ale równocześnie cieszyła się, że to  oni  mieli rację. Wyciągnęła ramiona, jakby chciała 

objąć noc — piękną rozsrebrzoną wrześniową noc.

— Czy mogę otrzepać cię z blasku księżyca? Usłyszała kochany głos.
— Och, Roger! — Gaja odwróciła się i rzuciła mu się w ramiona. Zarzuciła mu ręce na 

szyję i po raz pierwszy odwzajemniła pocałunek.

Przytulił ją i spojrzał na nią tak, jakby nigdy nie chciał przestać patrzyć.
— Gaju! Ty mnie kochasz! — szepnął z niedowierzaniem.
— Życia   nie   starczy,   by   ci   powiedzieć,   jak   bardzo!   Dowiedziałam   się   o   tym   przed 

godziną… Rogerze, nie będziesz mi wypominał, jaka byłam niemądra?

Roger wracając do domu spotkał Lunatyka. Powiedział mu:
— Czasem jednak udaje się zdobyć księżyc.

background image

IX

Mały   Brian   Dark   wlókł   się   drogą   szukając   cielaków   wuja   Duncana,   które   uciekły   z 

pastwiska. Wuj, kazał mu je odszukać, inaczej nie ma po wracać, a Brian nigdzie nie mógł ich 
znaleźć. Zbierało się na deszcz, była ciemna, zimna, melancholijna październikowa noc. Nad 
zatoką gromadziła się mgła, Brian czuł się strasznie samotny. Pękało mu serce, gdy widział 
przez okna szczęśliwe dzieci zajadające kolacje w wesolutkich kuchniach. Jakiś chłopiec w 
jego wieku stał koło matki, a ona objęła go ramieniem i serdecznie ucałowała. Brian zdławił 
szloch. Zastanawiał się, jak czuje się kochane dziecko.

Od czasu do czasu dolatywał go przez uchylone drzwi smakowity zapach potraw. Był 

bardzo głodny, od południa nic nie jadł. I bardzo zmęczony, cały dzień kopał kartofle. Ale nie 
śmiał wracać do domu bez cielaków.

Spytał się nieśmiało Szymona Darka, czy ich gdzieś nie widział, a ten powiedział, że, 

owszem, widział. Na drodze do Piątkowej Zatoczki. Szymonowi, gdy odjeżdżał, zrobiło się 
żal malca. Dzieciak wyglądał na zagłodzonego. I w tę zimną jesienną noc miał na sobie tylko 
cienki sweterek. Duncanowie Darkowie powinni się wstydzić!

Szymon wrócił do domu na sowitą kolację i natychmiast zapomniał o Brianie.
Brian   z   trudem   wlókł   się   porośniętą   trawą   drogą,   prowadzącą   do   Piątkowej   Zatoczki. 

Zrobiło się zupełnie ciemno, bał się. Zaczęło padać, zobaczył  wesołe światełko w chacie 
Małego Sama. Brian wszedł i spytał o cielaki. Mały Sam ich nie widział, ale zaprosił Briana 
na   kolację.   Brian   wiedział,   że   nie   powinien   zostać,   ale   nie   mógł   się   oprzeć   kuszącemu 
zapachowi rybnej zupy. I w chatce Małego Sama było tak ciepło i przytulnie.

Zresztą bardzo lubił Małego Sama. Mały Sam zabrał go któregoś wieczoru na przejażdżkę 

łodzią, zatoka wyglądała wówczas jak zrobiona z jedwabiu, na zachodzie pojawił się sierp 
księżyca. Było to jedno z nielicznych pięknych wspomnień Briana.

— Będzie lało — zauważył Mały Sam nalewając zupę. — Od dwóch dni łamie mnie w 

kolanie. — Mały Sam westchnął. — Zaczynam czuć moje lata!

Kiedy skończyli kolację, rzeczywiście już lało. Mały Sam nalegał, żeby Brian został na 

noc.

— Nie możesz łazić po nocy. Słyszysz, jak huczy wiatr? Prześpisz się u mnie wygodnie i 

rano poszukasz cielaków. Na pewno są w lasku Jakuba Harmera. Aż wstyd spojrzeć na ten 
jego połamany płot!

Brian   uległ   namowom.   Bał   się   po  ciemku   wracać,   a   tu   było   tak   ciepło   i   przyjemnie. 

Pomyślał niespokojnie o Świerszczyku. Ale Świerszczyk ułoży się na jego wyrku i nic mu się 
nie stanie.

Brian spędził  najprzyjemniejszy wieczór w życiu.  Siedział  sobie przed kominkiem,  na 

którym płonął ogień, głaskał Musztardę, zupełnie miłą starą kotkę, choć gdzie jej było do 
Świerszczyka — i słuchał opowieści o duchach, od których włosy jeżyły się na głowie.

Małemu Samowi nie przyszło na myśl, że nie powinien straszyć Briana opowieściami o 

duchach. Już od dawna nie miał komu ich opowiadać. Tej jesieni spędził wiele samotnych 
wieczorów.   I   z   przykrością   myślał   o   zimie,   która   będzie   taka   sama   jak   poprzednia.   Nie 
wspomniał jednak słowem o Dużym Samie. Obaj Samowie przestali o sobie mówić.

Z dumą pokazał Brianowi figurkę Aurory i spytał, jak się mu ona podoba. Podobała się. W 

tej białej sylwetce było coś, co nasuwało myśl o muzyce w księżycową noc i o koralowych 
chmurach świtu.

Długo trwało, nim Brianowi udało się zasnąć, choć zwinął się w kłębuszek na koi, która 

była kiedyś koją Dużego Sama. Wiatr walił w okna, po skałkach za domem strumieniami 
spływał deszcz. Fale nie były wysokie, ale zawodziły żałośnie. Brian zastanawiał się, czy 
bardzo będzie się na niego gniewał wuj i czy tęskni do niego Świerszczyk.

background image

Kiedy wreszcie usnął, przyśniło mu się coś zupełnie koszmarnego. Stał zupełnie sam na 

ogromnej równinie zasypanej wysrebrzonym od księżyca śniegiem. Tuż przed nim pojawił się 
potwór, trochę podobny do wilka z Czerwonego Kapturka, ale dziesięć razy większy, z pyska 
ciekła   mu   piana,   oczy   płonęły   nienawiścią.   Taką   diabelską   nienawiścią,   że   Brian   z 
przerażenia krzyknął — i obudził się.

Był blady świt. Mały Sam spokojnie chrapał, na jego brzuchu mruczała zwinięta w kłębek 

Musztarda. Ustał wiatr i deszcz, Brian zobaczył przez okno świat przesłonięty szarą mgłą. 
Brian nie mógł  się otrząsnąć z koszmarnego  snu. Przeczuwał,  że coś strasznego musiało 
spotkać Świerszczyka. Cichutko wstał i ubrał się w te swoje łachmany, cichutko wyszedł z 
domu i zamknął za sobą drzwi. W godzinę później był już na farmie wuja.

Nikt jeszcze nie wstał. W garażu zobaczył jakieś obce auto. Brian wszedł do kuchni i po 

drabinie wdrapał się na stryszek. Waliło mu serce. Modlił się rozpaczliwie, by zobaczyć na 
swym wyrku rozespanego kociaka.

Zobaczył tam śpiącego wuja Duncana. Ani śladu Świerszczyka. Brianowi ugięły się nogi, 

usiadł na podłodze. Wiedział, co się musiało stać — to już się raz zdarzyło. Przyjechali goście 
i zabrakło łóżek. Więc wuj musiał odstąpić własne łóżko i przyszedł spać na stryszek. Czy 
pojawił się Świerszczyk? I czy zaraz przezornie uciekł? Wuj obudził się, przeciągnął i go 
zobaczył.

— Znalazłeś cielaki? — spytał wuj.
— Nnie… Ale Mały Sam mówi, że są na pewno w lasku Jakuba Harmera. Zaraz tam 

pójdę.

Brianowi drżał głos, ale nie z obawy o cielęta. Co stało się ze Świerszczykiem?
Duncan Dark ziewnął.
— Masz je natychmiast przyprowadzić. I skąd się wziął ten kot, który obudził mnie waląc 

łapą w twarz? Hodujesz tu koty?

— Nnie… jeden kotek zagląda tu czasem nocą.
— No, więcej nie zajrzy. Skręciłem mu kark. Leć po cielaki. Do śniadania masz kupę 

czasu.

Później, dużo później Brian odszukał w łopianach zwłoki swego ulubieńca. Kiedy wziął go 

w ramiona, czuł, że pęka mu serce. Czuł się taki bezradny, taki samotny. Nie żyje jedyna 
istota, która go kochała. Została zamordowana.

Kiedy   nadszedł   wieczór,   Brian   wiedział,   że   nie   potrafi   położyć   się   na   stryszku. 

Zrozpaczony   wybiegł   z   domu.   Instynktownie   ruszył   w   stronę   cmentarzyka   w   Różanym 
Potoku.   Tam   same   nogi   zaprowadziły   go   na   opuszczony   grób   matki   i   rzucił   się   nań, 
rozpaczliwie łkając.

— Mamo… mamo. Chcę umrzeć… chcę być z tobą. Mamo, zabierz mnie… nie mogę już 

dłużej żyć… nie mogę. Mamo, błagam cię…

Stanęła nad nim Małgorzata Penhallow. Odniosła na farmę Artemasa Darka sukienkę dla 

jego córki Mai i postanowiła skrócić sobie drogę przez cmentarz.

Czy to był synek biednej Laury Dark? I co mu się stało?
Schyliła się i leciutko dotknęła jego ramienia.
— Brianie! Co ci się, kochany, stało? — Przerażony Brian drgnął i powoli wstał. Przestał 

szlochać. — Kochanie, powiedz mi.

Brian   nie   sądził,   by   potrafił   opowiedzieć   komuś,   co   przeżył.   Ale   szarobłękitne   oczy 

Małgorzaty   patrzyły   na   niego   z   taką   czułością.   I   nagle   zaczął   mówić.   Znów   łkając 
opowiedział historię biednego Świerszczyka.

— Miałem tylko jego… i tylko on mnie kochał.
Małgorzata   przez   chwilę   stała,   gładząc   Briana   po   głowie.   W   ciągu   tych   paru   minut 

przestała marzyć o złotowłosym bobasie. Wiedziała, co musi zrobić, co chce zrobić.

— Brianie, czy chciałbyś zamieszkać ze mną w Szumiących Wiatrach? Przeprowadzę się 

background image

tam w przyszłym tygodniu. Będziesz moim chłopczykiem, będę cię kochać. Bardzo kochałam 
twoją matkę, kiedy obie byłyśmy małymi dziewczynkami.

Brian przestał płakać i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ach, panno Penhallow, naprawdę? Naprawdę mógłbym u pani mieszkać? Ale czy wuj 

Duncan mi pozwoli?

— Tak,   naprawdę.   I   myślę,   że   twój   wuj   chętnie   się   ciebie…   że   twego   wuja   potrafię 

namówić, by mi ciebie oddał. Nie płacz już, kochanie. Biegnij do domu, jest strasznie zimno. 
W przyszłym tygodniu wszystko załatwimy. I mów do mnie ciociu Małgorzato.

— Och, ciociu Małgorzato! — Brian chwycił ją za rękę. Za ciepłą rękę, którą tak tkliwie 

gładziła go po włosach. — Ciociu Małgorzato… ciocia nie będzie mnie kochała, jak się ciocia 
więcej o mnie dowie… Jestem złym chłopcem. Tak mówi ciotka Alatea i ona ma rację. Nie 
chciałem chodzić do kościoła, bo wstydziłem się, że mam takie wytarte ubranie. Wiem, że to 
źle.   I   kiedy   wuj   Duncan   powiedział,   że   zabił   Świerszczyka,   to   pomyślałem   sobie   coś 
naprawdę strasznego…

Małgorzata uśmiechnęła się i przygarnęła do siebie chłopca. Jakiż był chudziutki.
— W takim razie, Brianie, będziemy oboje niedobrzy. Chodź, kochanie. Odprowadzę cię 

kawałek. Zmarzłeś, cały drżysz. W taką noc nie powinieneś wychodzić bez kurtki.

Minęli grób ciotki Becky i poszli w dół drogą, trzymając się za ręce. Oboje poczuli się 

nagle szczęśliwi. Należeli do siebie.

Tej   nocy   Brian   usnął   ze   łzami   w   oczach   —   ach,   ten   biedny   Świerszczyk   —   ale 

równocześnie po raz pierwszy w życiu czuł ciepło wokół serca — nareszcie był kochany.

Małgorzata nie spała. Była zbyt  szczęśliwa. Należały do niej Szumiące Wiatry i miała 

kogo kochać  — tego biednego samotnego  chłopaczka.  Niczego już od życia  nie chciała. 
Nawet dzban ciotki Becky przestał ją nagle interesować.

background image

R

AZEM

BRACIA

I

Ledwie klan przyszedł do siebie po nieoczekiwanym pogodzeniu się Hugona i Joscelyn, a 

już zaczął się zbliżać ostatni dzień października — dzień, w którym dowiedzą się nareszcie, 
kto otrzyma dzban ciotki Becky.

Znów wzrosło zainteresowanie, które ostatnio zmalało z powodu nieoczekiwanych ślubów 

—   jak   to   określił   wuj   Pyszniak:   „Mamy   urodzaj   na   śluby”   —   a   dołączył   się   do   niego 
niepokój: dlaczego tak bardzo zmienił się Dandys?

Bo   zmienił   się.   Temu   nikt   nie   mógł   zaprzeczyć.   Stał   się   ponury,   roztargniony, 

nietowarzyski. Gdy go zagadywano, odpowiadał krótko i opryskliwie. Regularnie uczęszczał 
do kościoła, ale po nabożeństwie znikał, z nikim nie rozmawiając. Nie zaglądał do kuźni. W 
sobotnie wieczory nie jeździł do miasta.

Byli tacy, co uważali, że tak podziałał na niego pożar, ale większość klanu nie zgadzała się 

z tą opinią. Praktycznie biorąc Dandys w czasie pożaru stracił tylko umeblowanie gościnnego 
pokoju. Był ubezpieczony na dużą sumę, a na drugiej farmie miał stary dom, do którego się 
chwilowo wprowadził. Musi więc chodzić o dzban. Może rzeczywiście decyzja spoczywa w 
jego rękach, a on obawia się konsekwencji?

— Wygląda, jakby miał coś na sumieniu — zauważył Stanton Grandy.
— Wykluczone — sprzeciwił się wuj Pyszniak. — Dandys nie ma sumienia.
— No to załamał się nerwowo.
— Nie dziwota — zgodził się wuj Pyszniak. — Od roku pilnuje dzbana, a jeśli w dodatku 

ma rozsądzić, komu przypadnie on w udziale, to nie wytrzymałyby tego żadne nerwy.

— A nie przyszło wam do głowy — spytał Szymon Dark — że pani Dandysowa mogła ten 

dzban stłuc?

Napięcie rosło. Jan Topielec i Tytus Dark pocieszali się, że za tydzień — z dzbanem czy 

bez dzbana — będą już mogli mówić, co im ślina przyniesie na język. William Y. kupił w 
Charlottetown nowy mahoniowy stół i plotka utrzymywała, że to po to, aby ustawić na nim 
dzban.   Miller   Dark   nie   kończył   ostatniego   rozdziału   historii   klanu,   żeby   zamieścić   tam 
nazwisko szczęśliwego wybrańca. Silna wola pani Allanowej Dark utrzymywała ją przy życiu 
i   znużona   pani   Allanowa   powtarzała   sobie   z   westchnieniem,   że   nareszcie   będzie   mogła 
spokojnie umrzeć.

— A nasza Edyta ma właśnie w przyszłym tygodniu urodzić dziecko — rozpaczała pani 

Szymonowa Dark.

Było to do Edyty podobne, zawsze robiła wszystko w zupełnie nieodpowiednim czasie. 

Zniecierpliwiona matka uważała, że mogła była lepiej to zaplanować.

Wreszcie nadszedł oczekiwany dzień.
Wszyscy   zgromadzili   się   w   domu   Dandysa,   poza   biedną   panią   Szymonową   —   Edyta 

jeszcze raz zachowała się nietaktownie — i Kubusiami Trentami, którzy dostali odry. We 
frontowych drzwiach zasiadł buldog Dandysa, Alfons, z miną psa, który wie, co robi.

— Jesteś najbrzydszym czworonogiem, jakiego widziałem w życiu — oświadczył mu Piotr 

Penhallow, ale to nie zraniło jego uczuć. Warknął tylko krwiożerczo i pani Toynbee’owa 
dostała spazmów.

— Czy nas czymś poczęstujesz, Dandysie? — szepnął wuj Pyszniak.
— Chyba   żona   coś   tam   przygotowała   —   odpowiedział   zdenerwowany   Dandys.   Był 

przekonany, że po tym co usłyszą, nikt nie będzie miał apetytu.

Murray Dark usiadł i jak zwykle wpatrzył  się w Thorę. Tyle,  że teraz zastanawiał się 

background image

gorączkowo, ile czasu musi upłynąć, nim będzie mógł zacząć się o nią starać. Gdyby Krzyś 
zmarł   naturalną   śmiercią,   Murray   odczekałby   tylko   trzy   miesiące.   Ale   teraz   musi   chyba 
upłynąć sześć…

Małgorzata miała na sobie prześliczną popielatą jedwabną sukienkę, którą uszyła sobie na 

ślub  i   wyglądała   tak   młodo,   tak   ładnie,   że   Ptyś   znów   gorzko   pożałował   swej   decyzji,   a 
Stanton Grundy pomyślał, że może by i warto się ponownie ożenić. Z tych dziesięciu tysięcy 
też pewnie jeszcze sporo pozostało, choć tak głupio kupiła tę starą ruderę i nawet meble. 
Stanton   postanowił   to   przemyśleć.   W   końcu   nie   zdecydował   się.   I   chwała   Bogu,   bo 
Małgorzata   przestała   już   tęsknić   do   małżeństwa.   Miała   Szumiące   Wiatry   i   Briana,   była 
szczęśliwa. Nie marzyła już nawet o dzbanie.

Donna   chętnie   otrzymałaby   dzban,   choć   przestało   jej   na   nim   tak   bardzo   zależeć. 

Ostatecznie nie zabierze go z sobą do Afryki. Obecnie myślała raczej o tym, jak udekorować 
kościół i co podać na weselne śniadanie. Bo biedny Piotr, urodzony włóczęga, odkrył, że jego 
wesele będzie najbardziej konwencjonalne w świecie. Uparł się przy tym Topielec. Uwielbiał 
prawdziwe   huczne   wesela,   zgodne   z   tradycjami   klanu.   Pospieszne   wojenne   małżeństwo 
Donny uniemożliwiło wyprawienie takiego wesela, Topielec czuł się oszukany i teraz chciał 
to sobie wynagrodzić. I, chwała Najwyższemu, znów weszły w modę przyzwoite  suknie. 
Topielec   postanowił,   że   ślubna   suknia   Donny   będzie   się   wlokła   po   ziemi!   Donna   nie 
sprzeciwiała się. I tak tam, gdzie wybiera się z Piotrem, będzie nosić wyłącznie pumpy. Na 
szczęście Topielec nic o tym nie wiedział. To było gorsze niż lwy.

Roger otwarcie i bezwstydnie wpatrywał się z uwielbieniem w Gaje — te jej błyszczące 

włosy, złociste oczy, czarujące ruchy. Wyglądał na tak szczęśliwego, że niejeden z obecnych 
zaczął się zastanawiać, czy nie wyzywa on losu.

Przyszła też Nan i jak zwykle strzelała oczami, starannie jednak omijając wzrokiem Gaje.
Z Halifaxu przyjechał Tomasz Ashley z żoną. Byli gośćmi Williama Y. Klan uznał, że nie 

powinni się tu pojawić, nie należeli do rodziny. Nikomu, kto spojrzał na obtłuszczoną twarz 
Tomasza, jego okulary w rogowej oprawce i obwisłe starcze usta, nie przyszło nawet na myśl, 
że pojawił się tu  w poszukiwaniu  romantycznych  wspomnień.  Marzył  o zobaczeniu  pani 
Cliffordowej. Za młodu był w niej szaleńczo zakochany i, jak to z goryczą zauważała często 
jego żona, miłość  ta nie wygasła.  Tomasz przyglądał  się ukradkiem wszystkim  obecnym 
kobietom. Nie, pani Cliffordowej jeszcze nie ma. Zastanawiał się, kim jest siedząca koło 
kominka ponura dama.

Przyszli także Hugon i Joscelyn, choć Joscelyn wolałaby zostać w domu i malować ramy 

w oknach gościnnego pokoju.

Przyszła Rachela Dark w świetnym jak na siebie nastroju. Ptyś dowiedziawszy się, że nie 

ma już flakonika z wodą z Jordanu, szybko przysłał jej własny, rad, że pozbędzie się z domu 
czegoś aż tak niedorzecznego. Rachela natychmiast zrezygnowała z diety.

Przyszli Katarzyna i Franek Darkowie, przynieśli z sobą niemowlę. Niemowlę darło się, 

srogim wzrokim spoglądał na nie Stanton Grundy. Przyszedł Tempest Dark. Przyszli Lawson 
i Naomi. Naomi postarzała się, wyglądała na zmęczoną, z oczu jej znikła nadzieja. Pod ścianą 
siedział Dawid Dark spokojny, że kto jak kto, ale Dandys nie poprosi go o modlitwę. Wuj 
Pyszniak   zastanawiał   się   dlaczego   —   mimo   podniecenia   obecnych   —   wieje   nudą.   Na 
bankietach   ciotki   Becky   nigdy   się   to   nie   zdarzyło.   Doszedł   do   wniosku,   że   wszyscy 
zachowują   się   zbyt   uprzejmie,   Wśród  zbyt  uprzejmych   osób   nie   może   się   zdarzyć   nic 
interesującego. Ciotka Becky gardziła uprzejmością. To dlatego jej bankiety były takie udane.

background image

II

Nadszedł decydujący moment. Wszedł Dandys i stanął przed kominkiem. Był śmiertelnie 

blady,  zauważono, że trzęsą mu się ręce. Napięcie sięgnęło zenitu. Dla ukojenia nerwów 
Artemas Dark zaczął liczyć róże na tapecie. Rachelę Penhallow znów nawiedziło przeczucie, 
że coś się musi stać. Pani Howardowa z westchnieniem doszła do wniosku, że w domu tym od 
co najmniej stu lat nie otwierano okien. Dlaczego pani Dandysowa aż tak napaliła w piecu? 
Cóż, zawsze była niespełna rozumu.

Niegdyś  Dandys marzył  o tym  momencie, kiedy stanie przed klanem i wyposażony w 

niekwestionowany autorytet  ogłosi decyzję ciotki Becky.  Teraz wolałby nie żyć. Spojrzał 
ostro na Percy’ego Darka.

— Bądź tak dobry i przestań bębnić palcami w stół — powiedział z irytacją.
Percy podskoczył i przestał. Chciał coś powiedzieć, ale Topielec trącił go groźnie łokciem.
— Stul pysk — nakazał. Percy usłuchał.
— No, no, Dandysie — niecierpliwie wtrącił się William Y. — Do dzieła! Mamy dosyć tej 

niepewności. Mów, do kogo będzie należał ten dzban!

— Nie mogę… — szepnął Dandys zwilżając usta.
— Dlaczego nie możesz?
— Bo nie wiem… nikt się już tego nigdy nie dowie…
— Ejże, Dandysie! — William Y. groźnie wstał. — Co to ma znaczyć?
— To   znaczy…   —   Dandys   najgorsze   miał   już   za   sobą   i   nabrał   odrobiny   odwagi.   — 

Zgubiłem list. W tym liście było jedno nazwisko — tyle tylko powiedziała mi ciotka Becky.

— Zgubiłeś! Gdzie zgubiłeś?!
— Nie jestem całkiem pewny — zawahał się biedny Dandys. — To znaczy jestem niemal 

pewny, że wpadł do zagrody świń. Włożyłem go do portfelika, a portfelik nosiłem zawsze w 
kieszeni. Ani na chwilę się z nim nie rozstawałem. Jakieś dwa miesiące temu zrzucałem ze 
strychu stodoły słomę. Na strychu nie ma podłogi tylko belki, a między nimi dziury. Jak mi 
się   zrobiło   gorąco   od   roboty,   zdjąłem   kurtkę   i   położyłem   z   boku,   włożyłem   ją   dopiero 
wracając   do   domu.   I   w   domu   zobaczyłem,   że   nie   ma   portfelika.   Szukałem   wszędzie, 
wszędzie. Musiał wpaść do zagrody na świnie, ona jest akurat pod stryszkiem i świnie zeżarły 
i list, i portfelik.

Przez parę minut trwała wrzawa. I nagle:
— Niech   to   cholera!   —   wybuchnął   Jan   Topielec.   Przecież   tyle   czasu   udało   mu   się 

utrzymać język za zębami. I wszystko na nic. Zebrani wybaczyli mu. Tytus Dark spojrzał na 
niego z zazdrością. Tak się odzwyczaił od przeklinania, że nie był pewien, czy jeszcze potrafi. 
Nawet jego konie nauczyły się już grzecznych słów. Dużo mu z tego przyszło!

Tomasz Dark przypomniał sobie, że gdy jechał do Dandysa, przeciął mu drogę czarny kot. 

William Y. spojrzał na wzburzone miny obecnych. Piekielna historia. Należało opanować 
sytuację, odpowiednim człowiekiem był on, William Y.

— Czy jesteś pewny, że idąc na strych miałeś w kieszeni ten list — że nie zgubiłeś go 

wcześniej?

— Niemal pewny — wyjąkał nieszczęsny Dandys, który w tej chwili nie był nawet pewny, 

jak się nazywa. — Wszędzie szukałem. Został ze mnie cień człowieka. Żona kazała mi się 
modlić. I co? Modliłem się, aż mi się zrobiło ciemno przed oczyma.

— I nie wiesz, czyje to było nazwisko? Trudno było uwierzyć, że Dandys tego nie wie.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział Dandys. — Koperta była zalakowana — nigdy nie 

widziałem takiej ogromnej pieczęci. I ciotka Becky kazała mi przysiąc, że jej nie zdejmę.

Jan Topielec postanowił wkroczyć do akcji. Nie pozwoli Williamowi Y. tak się rządzić.
— Będziemy musieli losować — oświadczył.

background image

— O nie, to nie po chrześcijańsku — zaprotestował William Y. — Czy ktoś ma inne 

propozycje?

— Głosujmy. Oczywiście głosowanie musi być tajne — zaproponował Juniusz.
— I każdy napisze na kartce własne nazwisko — zauważył wzgardliwie William Y. — 

Nie. Powiem wam, co zrobimy…

— Biegnie tu Lunatyk — przerwał wuj Pyszniak. — Coś się musiało stać.
Ci,   którzy   mogli   wyjrzeć   przez   okno   —   wyjrzeli.   Zobaczyli   Lunatyka   w   rozwianym 

czarnym kitlu, który wyglądał jak płaszcz proroka. Za parę sekund był już w domu, przebiegł 
przez sień i stanął bez tchu w drzwiach pokoju. Cały klan uprzytomnił sobie, że Lunatyk ma 
jeden z tych swoich „napadów”.

— Kiedy podchodziłem do stodoły, usłyszałem chichot szatana — zawołał Lunatyk. — 

Radował się tym bezbożnym zgromadzeniem, gdzie króluje zawiść, gdzie nie uświadczysz 
miłosierdzia.

Jego wzrok palił, wszyscy poczuli się nędznym prochem.
— I objawione mi zostało, com winien uczynić!
Lunatyk podszedł do stołu między oknami, gdzie stał dzban ciotki Becky, chwycił go i 

rzucił   w   stronę   kominka.   Roger,   który   pierwszy   zorientował   się,   co   szaleniec   zamierza 
uczynić, skoczył i chwycił go za ramię. Za późno, by ocalić dzban, niemniej dzban poleciał 
nie w stronę kominka, lecz Lawsona Darka. I Lawson Dark, który od jedenastu lat nie mógł 
wstać, zerwał się. Dzban trafił go prosto w głowę, pękł jak skorupka jajka i spadł prosto na 
ziemię   rozbijając   się   na   drobne   kawałki.   Harriet   Dark   przewróciła   się   pewnie   w   grobie. 
Ciotka Becky też. Ale Lawson Dark, któremu ze skroni płynęła krew wyciągnął ręce w stronę 
żony.

— Naomi! — zawołał. — Moja Naomi!

background image

III

— To przechodzi ludzkie pojęcie! — oświadczył Szymon Dark.
— I nawet nie wiemy, do kogo należą te skorupy — ubolewał William Y.
Stali na podwórzu. Roger zajął się od razu raną Lawsona i odwiózł go wraz z Naomi do 

domu.

Klan   wzdragał   się   przed   omawianiem   ozdrowienia   Lawsona.   Pachniało   to   cudem   i 

niezgodne było z tradycjami rodziny. Bezpieczniej mówić o dzbanie.

— To już nie ma znaczenia — zauważył Dawid Dark. — Tych stu kawałków nikomu się 

nie uda skleić do kupy.

— Jakby go ktoś dostał, to by pewnie nie wrócił żywy do domu — pocieszył ich Stanton 

Grundy. Tomasz Dark, który nigdy w życiu nie uronił łzy, teraz płakał, że nie dostał dzbana. 
Żona szybko zaciągnęła go do auta, by ukryć ten hańbiący widok.

Joscelyn i Hugon cichutko odeszli myśląc tylko o wyrazie twarzy Naomi, kiedy rozpoznał 

ją   Lawson.   Pani   Alfonsowa   była   wściekła   i   na   Lunatyka,   i   na   Dandysa.   Uważała,   że 
należałoby z nimi coś zrobić — nie była pewna co. Homer Penhallow i Palmer Dark przeszli 
koło siebie nie zauważając się, radzi, że znów mogą się nienawidzić. Życie bez wroga było 
nudne.   Dawid   i   Percy   Dark   przywitali   się   i   wymienili   parę   słów   o   pogodzie.   Bójka   na 
cmentarzu poszła w niepamięć.

— Śmieszny jest ten świat — westchnął wuj Pyszniak.
— No to się śmiejmy! — odparł Stanton Grundy.
Stary Tomasz Ashley stał pogrążony w smutku. Na werandzie podeszła do niego jakaś 

kobieta i powiedziała zalotnie: — Czyżbyś mnie nie poznawał?

Była to owa ponura dama spod kominka. Kto to może być? Czyżby… czyżby…
— Jestem Mawis Dark — przedstawiła się dama jeszcze bardziej zalotnym tonem.
— Mawis Dark! Nie, niemożliwe! — wykrzyknął Tomasz Ashley.
— Czy aż tak się zmieniłam? — spytała nadąsana pani Cliffordowa. — Nie pamiętasz 

naszego lata?

Tomasz  Ashley spojrzał  na nią.  Mleczna  cera przyżółkła,  policzki  obwisły,  gładziutka 

szyja pomarszczyła się. Błyszczące włosy posiwiały — zniknęły wdzięczne kształty.

— Przecież ty byłaś piękna… — wyjąkał biedny stary Tomasz.
— Ty się też postarzałeś — kwaśno skomentowała pani Cliffordowa.
Tomasz Ashley wyszedł, opłakując utracone marzenie. Żałował, że usłyszał o tym starym 

dzbanie Darków. Rada była tylko jego ładna pulchna żona. Nareszcie przestał jej zagrażać 
duch rywalki. Bogu dzięki za ten dzban ciotki Becky.

W oczach Tempesta  Darka zabłysła  kpina. Postanowił, że nie .rozstanie się z życiem. 

Ostatnio znalazł pracę i odkrył, że nawet bez Winifredy da się żyć.

Myślał sobie, że warto było być świadkiem takiej komedii.
— Niech to! Okazuje się, że modlitwa też się na coś przydaje — oświadczył Dandys, gdy 

ostatnie auto wyjechało z jego podwórza.

background image

IV

Wielkimi krokami nadchodziła zima. Minął listopad. W Drewnianych Masztach Joscelyn i 

Hugon   palili   we  wszystkich   pokojach  i   śmiali   się   z   szalejących   wichrów.  Piotr   i   Donna 
wyruszyli już do Afryki. Roger i Gaja nie wrócili jeszcze z podróży poślubnej. Małgorzata i 
Brian żyli szczęśliwie w Szumiących Wiatrach.

Któregoś   zimnego   wieczoru   biedny   zgłodniały   Duży   Sam   poszedł   na   spacer   wzdłuż 

wybrzeża kierując się do latarni morskiej na Przylądku Srebrnej Zatoki. Był to daleki spacer, 
a Sama łamało w kościach. Ale w latarni spotka paru kumpli i to dobrze zrobi jego starganym 
nerwom. Przykre były te krótkie dni i długie wieczory. W chacie Wilkinsa hulały przeciągi. 
Kto wie, czy w latarni morskiej nie pojawi się Szczęściarz Dark i nie opowie o tropikalnych 
morzach? A żona latarnika da im coś do przekąszenia… Twardo zabraniał sobie wspomnień o 
puddingach Małego Sama, jego zupach rybnych i gorących ciasteczkach.

Nad ranem padał śnieg, roztopił się w ciągu tych dwóch godzin, kiedy pojawiło się słońce, 

nim znów nie osunęło się w chmury.  Krótki dzień był przenikliwie zimny,  teraz morze i 
ziemię spowijała szara cisza. Z daleka usłyszał gwizd pociągu.

Nadciągała   burza,   ale   Duży   Sam   nie   bał   się   burz.   Wróci   do   domu   drogą   nad   rzeką, 

przypływ nie pozwoli mu pójść na skrót, koło Dziury w Murze.

Kiedy doszedł do długiego wąskiego przylądka zwanego Dziurą w Murze, zobaczył, że 

wyprzedził go już przypływ morza. Nie mógł wdrapać się na strome skałki, a nie chciało mu 
się wracać na drogę i obejść naokoło.

Wpadł na zuchwały pomysł. Skoro nie może Dziury w Murze obejść — to spróbuje przejść 

przez nią. Nikt tego dotąd nie próbował. Ale zawsze ktoś musi zrobić początek. Kto nie 
ryzykuje — ten traci.

Dziura w Murze była kiedyś szczeliną w skale. Ta szczelina co roku rozszerzała się. Teraz 

była to już spora dziura. Uznał, że jeśli wsadzi głowę, to jakoś się przeciśnie.

Położył   się   i   ostrożnie   spróbował,   było   ciaśniej,   niż   przypuszczał.   Doszedł   więc   do 

wniosku, że nie nadaje się na pioniera. Postanowił wracać. Spróbował. Nie mógł się ruszyć. 
Kurtka zwinęła mu się wokół ramion i udaremniała ruchy. Na próżno kręcił się i szarpał. 
Skała trzymała go w żelaznym uścisku. Im bardziej się szamotał, tym uścisk wydawał się 
mocniejszy.

Wreszcie zrezygnował i leżał bez ruchu, oblał go zimny pot zgrozy. Głowa przeszła przez 

Dziurę w Murze. Ramiona uwięzły. Nogi… Co właściwie stało się z jego nogami? Nie czuł 
nóg, ale prawdopodobnie zwisały z drugiej strony.

Co za koszmarna sytuacja. Opustoszały brzeg morza, ciemna listopadowa noc, zbliżająca 

się burza. Nie wyjdzie z tego cało. Nim wstanie świt, umrze na atak serca, tak jak stary 
kapitan Jobby, który po pijanemu próbował przeleźć przez bramę i tam uwiązł.

Nikt nie mógł go zobaczyć, krzyk na nic by się nie zdał. W pobliżu nie było żadnego 

domu. Niemniej Duży Sam zaczął wrzeszczeć.

— Czy nie mógłbyś raczej czegoś zaśpiewać, niż się tak wydzierać?
— spytał Mały Sam wychylając się zza wielkiego głazu.
Duży Sam spojrzał na znajomy cienki nos i sumiaste wąsy. Tylu mężczyzn mieszkało w 

okolicy, a w tej opresji musiał go oczywiście zobaczyć właśnie Mały Sam. Co on tu, u diabła, 
robi, o co najmniej milę od domu?

— Nie mam zwyczaju śpiewać tak jak niektórzy — odpowiedział ironicznie Duży Sam. — 

Próbowałem tylko przewietrzyć płuca.

— Dlaczego nie przeleziesz przez tę dziurę? — zapytał Mały Sam obchodząc głaz.
— Bo to niemożliwe i ty o tym dobrze wiesz! — wrzasnął Duży Sam.
— Posłuchaj mnie, Samuelu Dark, nie kochamy się, ale jestem przecież istotą ludzką…

background image

— Czasem na to wygląda — przyznał Mały Sam siadając na kamieniu.
— No to, w imię człowieczeństwa, wyciągnij mnie stąd!
— Kiedy nie wiem jak. Trzeba by cię chyba pociągnąć za nogi, a ja się na tamtą stronę nie 

przedostanę.

— Gdybyś   chwycił   mnie   za   ramiona   albo   za   kołnierz,   to   tędy   też   mnie   wyciągniesz. 

Wystarczy szarpnąć. A ja nie mogę uwolnić rąk.

— Kiedy nie wiem, czy chcę — ciągnął Mały Sam, tak jakby go nie słyszał.
— Nie wiesz, czy chcesz! Zostawisz mnie tutaj na pewną śmierć? No wiesz, Samuelu 

Dark.

— Nie,   nie   to   chciałem   powiedzieć.   Jeśli   cię   zostawię,   to   będzie   twoja   własna   wina. 

Musisz   wykazać   dobrą   wolę.   Czy   jeśli   cię   wyciągnę,   wrócisz   do   domu   i   będziesz   się 
zachowywał jak człowiek?

— Jeśli chcesz, żebym wrócił, to wiesz, co masz robić — mruknął Duży Sam. — Wyrzuć 

tę twoją Rurę.

— Aurora musi zostać — odpowiedział krótko Mały Sam.
— To ja też tu zostanę — równie krótko oświadczył Duży Sam, częściowo dlatego, że 

zaczęło mu brakować oddechu.

Mały Sam wyjął fajkę i zabrał się do jej zapalania.
— Daję ci parę minut na zastanowienie. Dłużej w tej wilgoci nie wytrzymam.
— I ty się nazywasz chrześcijaninem? — rzekł szyderczo Duży Sam.
— Nie mądrz się. To nie jest sprawa religii, tylko zdrowego rozsądku.
Duży Sam zaczął się szamotać, ale bez skutku.
— Bo   ci   pęknie   jakaś   żyłka   —   przestrzegał   Mały   Sam.   —   Szkoda,   że   nie   możesz 

zobaczyć, jak te twoje rude bokobrody sterczą z dziury. Wyobrażam sobie, jak z tamtej strony 
wygląda twój tyłek. Musi to być niepowtarzalny widok. Co prawda w nocy nikt się tu na 
pewno nie pojawi, żeby móc go podziwiać. Ale rano przyślę Prince’a Darka i wyciągnie cię 
za   nogi,   jeżeli   jeszcze   będziesz   żył.   Bądź   rozsądny,   Samie.   Mam   na   kolację   pyszną 
grochówkę, pyszną gorącą grochówkę.

— Mam gdzieś twoją grochówkę! — wrzasnął Duży Sam. Nastąpiło dłuższe milczenie. 

Duży Sam gorączkowo myślał.

Wiedział już, gdzie są jego nogi, bo zaczął im doskwierać ziąb. Skała była twarda, jak to 

zwykle skała. Zaczęło padać, zerwał się wiatr. Ale gorzko było skapitulować przed Małym 
Samem i tą ladacznicą na półeczce. Duży Sam postanowił się poddać, zachowując twarz.

— Czy jeśli wrócę, przysięgniesz mi, że nie ożenisz się z tą tłustą wdową?
Mały Sam postarał się nie okazać triumfu.
— Nie będę przysięgał, ale nie mam zamiaru żenić się z żadną wdową, ani grubą, ani 

chudą.

— Aha, ona cię nie chce?
— Nie   miała   okazji   chcieć   albo   nie   chcieć.   Nie   zamierzam   się   wiązać   z   rodziną 

Terlizzicków. No, idę do domu. A ty?

Duży   Sam   ciężko   westchnął   i   poddał   się.   Życie   było   zbyt   skomplikowane.   Został 

pokonany.

— Wyciągnij mnie z tej dziury, a możesz mieć sobie tyle nagich dziwek, ile chcesz.
— Jedna wystarczy — oświadczył Mały Sam.
Chwycił  Dużego Sama  za kurtkę i szarpnął. Duży Sam zawył  z bólu. Pewien był,  że 

wyrwało mu nogi. Ale okazało się, że stoi na nich obok Małego Sama.

— No, wyżmij te twoje bokobrody i ruszamy — nakazał Mały Sam. — Nie wiem, czy 

grochówka się nie przypaliła. Zostawiłem ją w piekarniku.

background image

V

To   była   prawdziwa   rozkosz.   Na  dworze   siekł   deszcz,   zatoka   zaczęła   skowyczeć,   piec 

mruczał słodko i siedząca przed nim Musztarda wylizywała swoje śliczne kocięta.

Duży Sam z satysfakcją westchnął. Ileż to ma do omówienia z Małym Samem!
Czyje nazwisko było w tym liście, który pożarła świnia Dandysa? To niesamowita historia, 

kiedy   nagle   ozdrowiał   Lawson   Dark…   Jak   to   się   stało,   że   Joscelyn   po   jedenastu   latach 
wróciła do Hugona? A wesele Piotra i Donny, jak ten Topielec musiał się wykosztować! Tyle 
rzeczy zdarzyło się w klanie z powodu dzbana ciotki Becky, a do ilu nie doszło!

I co to ostatnio gadają! Ponoć czarny kot Waltera Darka wpadł do baniaka z benzyną i 

wyszedł całkiem biały!

Grochówka, była rzeczywiście przepyszna.
I właściwie te złote kółka w uszach Małego Sama bardzo do niego pasowały. Odciągały 

uwagę od wąsów. A Aurora… co się stało z Aurorą?

— Coś ty zrobił z tą twoją pogańską boginią? — spytał lekko już zawiany Duży Sam 

stawiając z łoskotem kubek grogu.

— Pomalowałem ją na brązowo — oświadczył Mały Sam. — Gustownie wygląda, co? 

Wiedziałem, że kiedyś wrócisz, i chciałem ci pokazać, że szanuję twoje zasady.

— Zaraz zdrap tę farbę — stanowczo nakazał Duży Sam. — Co, myślisz, że mam ochotę 

patrzyć na rozebraną czarnuchę? Jeśli już dzień w dzień mam oglądać gołą babę, to niech 
przynajmniej będzie biała.


Document Outline