background image

Z

a p o m n i a n e

 

s k a r b y

LITERATURY  POLSKIEJ

E

liza

 O

rzeszkowa

 

S

tefan

  Ż

eromski

24

background image

Jarosław Marek Rymkiewicz

Nie ma Polski, nie ma Rosji, 

nie było powstania

25  lipca  1863  roku  -  jak opowiada  w piątym  tomie  Dziejów 

1863  roku Walery Przyborowski, przedstawiając historię war­

szawskiej  sekcji  sztyletników  -  więc  25  lipca na  stokach  Cy­
tadeli  powieszeni  zostali  Antoni  Heine,  Ignacy Stefanowski, 
August  Zawistowski  i Franciszek Nowicki.  Pierwszy był wy­
robnikiem,  drugi  stróżem,  trzeci  palaczem,  czwarty  czelad­
nikiem kotlarskim.  Złapano  ich  8  lipca na Nalewkach,  kiedy 
próbowali  zabić  rewirowego  Frycza.  4  września  powieszono 

w Cytadeli Józefa Kamińskiego, czeladnika krawieckiego, który 
24 sierpnia uderzył sztyletem w brzuch Kazimierza Skowroń­

skiego,  urzędnika w biurze  oberpolicmajstra warszawskiego. 
Tego  samego  dnia,  4  września,  na  stoku  Cytadeli  powieszo­
no jeszcze czterech sztyletników: szewca Józefa Bachlińskiego 
oraz  czeladników  Jankowskiego,  Gołębiowskiego  i  Kochań­
skiego. 9 sierpnia tych czterech zamordowało właściciela domu 
na  Świętokrzyskiej,  Wicherta, jego  siostrę  i jego  służącą.  Jak 
podaje  Przyborowski,  sztyletnicy zabili  także  małego  pieska

1

background image

Wichertów.  Wichert oskarżony był o to,  że  - kiedy zgłosił się 
do niego poborca podatku narodowego - kazał swojej służącej 
sprowadzić policję.  17 września w Cytadeli powieszony został 
Michał Wagner, drukarz z drukarni bankowej. Dwa tygodnie 
wcześniej zabił on w szynku na rogu Kruczej i Nowogrodzkiej 
szpiega  nazwiskiem  Bosakiewicz.  30  września na pięciu pla­
cach Warszawy -  na placu Bankowym, Grzybowskim i Trzech 

Króli,  na  Rynku  Starego  Miasta  i  na Nowym  Mieście  -   roz­
strzelano  publicznie  pięciu  rzemieślników:  Stanisława  Jago- 
szewskiego,  Stanisława Janiszewskiego,  Jozafata Kosińskiego, 
Tymoteusza  Raczyńskiego  i  Leopolda  Zelnera.  Aresztowano 
ich  kilka  dni  wcześniej,  mieli  przy  sobie  sztylety.  13  wrześ­
nia  Wilhelmowi  Algerowi,  robotnikowi  z  fabryki  Ewansa 
na Świętojerskiej, zgasła, kiedy wieczorem szedł ulicą, latarka. 
Kto  wówczas  w  Warszawie  przed  godziną  policyjną,  ale już 
po zmierzchu, wychodził na miasto, musiał mieć w ręku zapa­
loną latarkę. Algera, z powodu tej zagasłej latarki, zatrzymano 
i  znaleziono  przy nim  osiem  granatów.  17  października  roz­
strzelano go na dziedzińcu fabryki, w której pracował, „a trupa 
-  pisze Przyborowski -  ze straszną raną w piersi, z której stru­
mieniem krew się  lała,  wieziono  na tak zwanej  karze  (to jest 
wózku do wywożenia śmieci)  przez ulice Świętojerską i Freta 
do Cytadeli. Ludzie maczali w tej krwi chustki i głośno przekli­
nali rząd najezdniczy”. Opisawszy te egzekucje, Przyborowski 
próbował ułożyć listę tych, którzy zostali w Warszawie zabici 
przez sztyletników w lipcu, sierpniu i wrześniu 1863 roku. Wy­
liczył  18  ofiar powstańczego  terroru,  ale  ta jego  lista nie była 
oczywiście  kompletna,  bowiem,  jak pisał,  „wiele  morderstw 
zostało ukrytych i nigdy na jaw nie wyszło”.

W numerze 206 z dnia 5 września 1863 roku -  sztyletowanie 

i wieszanie weszło już wówczas, rzec można, w warszawski oby­
czaj - czytelnicy „Tygodnika Ilustrowanego” mogli przeczytać

2

background image

Kronice tygodniowej - pisywał ją wtedy Wacław Szymanow­
ski  -   co  następuje:  „Rzeczywiście,  co  do  cygar  i  papierosów 
przyznać  należy,  że  w  paleniu  ich  za  mało  może  zwracamy 
uwagi  na  dogodność  drugich,  a  zwłaszcza  kobiet.  Wszakże 
puszczanie  dymu  z  ust  nie jest  niezbędną potrzebą,  żeby się 
od niego na chwilę wstrzymać nie można było.  [...] W ogóle są­
dzimy, że rozpowszechniające się coraz bardziej używanie pa­
pierosów bardzo niedobre przynieść może skutki dla zdrowia 
publicznego.  Jeżeli,  według  zdania  doktorów,  sam  tytuń jest 
szkodliwy w  cygarach  albo  fajkach,  to  olejek wydobywający 
się z palonego papieru daleko jeszcze większą szkodę zdrowiu 
przynieść może”. Aby nie było żadnych wątpliwości co do tego, 

jaką problematyką  zajmowali  się w tych  strasznych  dla War­

szawy -  i dla całej Polski - miesiącach redaktorzy „Tygodnika 
Ilustrowanego”, przedstawię pełną treść dwóch numerów tego 
pisma.  Ten  numer, w którym kronikarz dywagował na temat 
szkodliwości palenia tytoniu, otwarty był -  jak zresztą niemal 

każdy numer  „Tygodnika”  -   życiorysem wybitnej  postaci hi­
storycznej. Tym razem był to życiorys Jerzego Lubomirskiego, 
marszałka  wielkiego  koronnego.  Następną  pozycją  numeru 
była  wspomniana  już  Kronika  tygodniowa.  Obok  problemu 
palenia cygar  i papierosów Szymanowski podejmował w niej 

jeszcze polemikę  z  „Warschauer Zeitung”  na temat  nazewni­

ctwa ulic  Warszawy.  Zastanawiał  się  mianowicie,  czy w nie­
mieckojęzycznym piśmie należy używać nazwy Biergasse czy 
raczej  Piwna.  Opowiadał się, jako że był patriotą,  za tą drugą 
ewentualnością. Czytelnicy mogli też znaleźć w tym numerze 
artykuł opisujący ruiny zamku w Radziejowicach, opowiada­
nie historyczne o Albrechcie księciu pruskim, korespondencję 
z Moraw i wreszcie opis wsi Lubasz pod Czarnkowem. Numer 
zamknięty był  kącikiem  szachowym  i  rebusem.  Tak wyglą­
dał numer z 5 września.  Numer 212 z  17 października  -   tego

3

background image

właśnie  dnia,  przypominam,  przez  Świętojerską  i  Freta wie­

ziono do Cytadeli trupa „ze straszną raną w piersi” -  więc ten 
numer  otwarty był  opisem klasztoru kamedulskiego  w Bini- 
szewie.  Autor  Kroniki  tygodniowej  podejmował  w  niej  tylko 

jeden  temat.  Piętnował  mianowicie  drobne  kilkugroszowe 

oszustwa przy kupowaniu biletów w omnibusie  i grze w kar­
ty  oraz  przywłaszczanie  sobie  drobiazgów:  chowanie  cygar 
do  kieszeni w czasie  wieczorów towarzyskich  i kradzież  cia­
stek w cukierni.  „A cóż powiecie -  pisał -  o wypożyczających 
książki?  Wieluż to  myśli o oddaniu ich?  Porachujmy się z su­
mieniem,  bracia  moi,  i  opatrzmy,  wielu  z  nas  posiada  cudze 
książki. Dzieje się to bez myśli skrzywdzenia właściciela, tylko 

wprost  oddaniu  przeszkadza  lenistwo  i  lekceważenie  cudzej 
własności, które u nas bardzo daleko jest posunięte”. Następne 
pozycje  numeru  212  „Tygodnika”  to  Przegląd polityki zagra­

nicznej - przynoszący wiadomości z Paryża, Madrytu, Rzymu, 
Kopenhagi,  Berlina  i Aten  -  oraz  Ostatnie  depesze  z  Paryża, 

Londynu  i  Berlina.  Depesze  donosiły między innymi  o  tym, 
że  „królowa Wiktoria wypadła z powozu.  Jej  królewska mość 
doznała  lekkiej  tylko  kontuzji”.  Dalej  mamy jeszcze  w  tym 
numerze życiorys Albrechta Stanisława Radziwiłła, kanclerza 

wielkiego litewskiego, opis zamku książęcego w Poznaniu, ciąg 

dalszy PomywaczkU obrazka z końca XVIII wieku przez Józe­
fa  Ignacego  Kraszewskiego,  rebus  i  szachy.  Ostatnią  pozycją 
numeru był  rysunek Juliusza  Kossaka  z  cyklu Dawne  ubiory 
i uzbrojenia.

Choć  „Tygodnik  Ilustrowany”  reklamował  się  jako  pis­

mo  „obejmujące  ważniejsze  wypadki  spółczesne”,  w  istocie 
był jednak pismem  zwróconym  ku  przeszłości  i  pragnącym 
przypomnieć swoim czytelnikom to,  co minione, odległe, za­
pomniane.  Czynił to  zresztą  -   co  na  dobro jego  redaktorów 
godzi się zapisać - w sposób bardzo udatny. Dwa działy pisma,

4

background image

którym  Ludwik  Jenike  -  jak  mówiono  wówczas:  „redaktor 
główny”  -  poświęcał  niewątpliwie  najwięcej  uwagi,  to  owe 
wspomniane już  życiorysy wybitnych  postaci  historycznych 
oraz  opisy  „miejscowości,  kościołów,  zamków  i  gmachów”. 
Ten  drugi  dział wydaje  się  szczególnie  interesujący,  bowiem 
zestaw  artykułów,  które  nań  się  składały,  ujawnia  dość  nie­
oczekiwaną -  chciałoby się rzec: liberalną -   stronę ówczesnej 

cenzury, skądinąd, jak wiadomo, niebywale wtedy rozzuchwa­
lonej.  W  dziale  tym  w  drugim  półroczu  1863  roku  ukazały 
się  między innymi następujące  -   zawsze pięknie  ilustrowane 
-   artykuły:  Pińsk  i PińszczyznaKościół św.  Stefana  i klasztor 
mariawitek w WilnieSkała Czackiego pod ŻytomierzemGóra 
Ochrymowa  w ŻytomierzuKościół św.  Rafała  i figura Zbawi­
ciela w Snipiszkach
Kościół św. Krzyża czyli bonifratrów w Wil­

nieZamek w Białej. Na 31  artykułów pomieszczonych w tym 
dziale  w  owym  półroczniku  aż  8  ma  za  temat  miejscowości 
i zabytki znajdujące się na ziemiach zabranych. Na marginesie 

warto  zauważyć,  że  niebawem  miało  być już  znacznie  gorzej 
i  w  drugiej  połowie  roku  1865  spośród  artykułów,  które  za­
mieszczono w tym  dziale,  tylko jeden był  poświęcony zabyt­
kowi znajdującemu się na ziemiach zabranych, a to kościołowi 
bazylianów w Poczajowie i wiszącemu w tym kościele cudow­

nemu  obrazowi  Bogurodzicy.  Te  artykuły  przedstawiające 
przeszłość ziem zabranych mówiły coś istotnego o intencjach 
redaktorów  „Tygodnika”  i  dlatego  o  nich  wspominam.  Ale 
o  tych  intencjach  za  chwilę.  Teraz  należy zauważyć,  że  choć 
„Tygodnik” zwrócony był ku przeszłości, to obecna była w nim 
również  i  ówczesna teraźniejszość.  Jakież to  „ważniejsze wy­
padki  spółczesne”  mieli na  oku jego  redaktorzy?  „Tygodnik” 
przynosił  przede  wszystkim  wiele  wiadomości  z  zagranicy. 
W  styczniu  1863  roku jego  czytelnicy mogli  się  dowiedzieć, 
że  „w bitwie pod Fredericksburgiem separatyści stracili tylko

5

background image

3000 ludzi.  Federaliści uderzyli na Kingston w Karolinie, lecz 
i tu odparci, cofnęli się ze stratą”. W tym samym miesiącu „Ty­
godnik”, relacjonując atak generała Shermana na Vicksburg - 
„obie strony walczyły z zajadłością dobrze już znaną z dziejów 

tej smutnej bratobójczej wojny” -  przepowiadał, że jeżeli „woj­
na  potrwa  rok jeden  jeszcze  w  takich  rozmiarach,  ojczyzna 
Waszyngtona  zniszczoną  będzie  do  gruntu”.  Obok  wojny 
toczącej  się w Stanach  między federalistami  a  separatystami 
-  w roku 1863 „Tygodnik” informował o niej czytelników nie­
mal w każdym numerze -  szczególną uwagę redaktorów przy­
ciągała wojna tocząca się w Meksyku.  „Depesze z New Yorku 
z  dnia  5  stycznia  donoszą,  że  Francuzi  zdobyli  Pueblę,  skąd 
po otrzymaniu posiłków wyruszyć mają na Meksyk”.  Tę wia­
domość  „Tygodnik Ilustrowany”  podał 24  stycznia.  Ciekawe, 
kogo  zdobycie meksykańskiej  Puebli mogło wówczas w War­
szawie zainteresować? Pewnie nikogo, jeśli się zważy, że dzień 

wcześniej wybuchło powstanie, o czym, z niejasnych przyczyn, 
czytelnicy „Tygodnika” poinformowani nie zostali.

Wśród informacji z zagranicy, zamieszczonych w „Tygodni­

ku” w roku 1863, znalazłem jednak dwie takie, które, owszem, 
mogły  się  wydać  ówczesnym  czytelnikom  dość  znaczące. 
W połowie stycznia „Tygodnik” informował, że w Mediolanie 

„kilku wieśniaków wykonało  demonstrację przed kościołem 
św.  Łucji.  Proboszcza i kilkanaście  innych  osób  aresztowano 

i zabrano piśmienne dokumenta”. W lutym natomiast czytel­
nicy „Tygodnika” mogli się dowiedzieć, że król Wiktor Ema­
nuel  przyjął  na  audiencji  posła  pruskiego  i  „w  tymże  dniu 
w Neapolu rzucono bombę pomiędzy arkady pałacu podczas 
balu u księżny genueńskiej”.  Nie były to  zapewne informacje 
aluzyjne,  ale  wreszcie  za  takie  właśnie  mogły  lub  mogłyby 
zostać  uznane.  Wypada więc  przyjąć,  że  ukazały się  w  „Ty­
godniku”  dzięki  przeoczeniu  starszego  cenzora  Antoniego

6

background image

Funkensteina.  Nazwisko godne jest zapamiętania -   Funken- 
stein  -   bo  żeby wymyślić  coś  takiego jak ten  "Tygodnik Ilu­
strowany” w roku 1863, na pewno nie wystarczy być zwykłym 
cenzorem  i trzeba być przynajmniej  starszym,  a może nawet 
najstarszym cenzorem.

W  Warszawie  -   według  Funkensteina  i  redaktorów  „Ty­

godnika  Ilustrowanego”  -   oczywiście  nie  rzucano  wówczas 
bomb  jak  na  balu  u  księżny  genueńskiej,  nie  dokonywano 
aresztowań,  nie  konfiskowano  piśmiennych  dokumentów. 
Działy się jednak w Warszawie, a także w tym bezimiennym, 
nie nazwanym kraju, w którym miasto to leżało, różne okrop­
ne rzeczy i Funkenstein, jak się zdaje,  nie miał nic przeciwko 
temu,  aby Jenike o tych okropnościach -   a nawet potwornoś­
ciach  -   informował  swoich  czytelników.  „Korespondentka 

z Sokołowa Podlaskiego pisze nam, że tam stawy powysychały, 
a skutkiem tego wyginęły i ryby,  tak iż ceny na nie do  niepa­
miętnej  z dawna doszły wysokości”.  Tę wiadomość przyniósł 
„Tygodnik”  w  styczniu.  „Wiadomo  każdemu,  że  pomiędzy 
mnóstwem  źle  urządzonych  u nas  zakładów niezaprzeczenie 
prym trzymają łazienki letnie wiślane.  Nieporządek jest tam 
na  porządku  dziennym”.  To  informacja  z  lipca.  „Doprawdy, 
chleb  jaki  otrzymujemy  obecnie  nie  jest  do  jedzenia.  Czar­
ny jak glina,  stęchły i  niedopieczony.  Jak go  ukroić kawałek, 
a  położyć  na  obrusie,  to  ślady wilgoci  po  nim  się  pozostają. 
Taki  chleb  żadną  miara dla zdrowia nie  może być pożytecz­
nym.  [...] I dziwna rzecz, na ulicy, gdzie mieszkam, znajduje się 
kramik, w którym sprzedaje się chleb wypiekany przez staro- 
zakonnego, otóż ten chleb jest daleko bielszy, smaczniejszy i le­
piej  wypieczony”.  Tak krytykował  „Tygodnik”  warszawskich 
piekarzy we wrześniu.  Można  się  też było  dowiedzieć  z  tego 
pisma  w  tym  pełnym  nieszczęść  roku  1863,  że  woda  zalewa 
piwnice na Tamce, że na placu Teatralnym reperuje się bruki,

7

background image

„a ta naprawa tymczasem tak się odbywa, że w miejsce starych 
dziur powstają nowe, jeszcze  gorsze”,  że  grabarze  na  Powąz­

kach  „nie  odznaczają  się  wielką  ostrożnością w  dopełnianiu 
grobowych obowiązków swoich”  oraz że  omnibusy warszaw­
skie są „niedogodne, brudne, trzęsące, zapełnione wszelkiego 
rodzaju  śmieciami  i  nieczystością”.  Autor  Kroniki  tygodnio­
wej
 nie mógł jednak nie zauważyć,  że choć było coraz gorzej, 
to  było  coraz lepiej,  bo  komunikacja miejska  funkcjonowała 
coraz  sprawniej,  gdyż  omnibusów było  coraz więcej.  „Liczba 
omnibusów u  nas  zwiększyła  się w przeciągu  roku  do  sześć­
dziesięciu kilku”.  Było w nich co prawda coraz więcej  śmieci, 
ale na to, dzięki Bogu, Funkenstein pozwalał.

Wziąwszy pod uwagę te wszystkie  informacje, które  dotąd 

za „Tygodnikiem Ilustrowanym” podałem, warto może zasta­
nowić się przez chwilę nad dziwnym stosunkiem, jaki zachodzi 
pomiędzy prawdą  a kłamstwem.  Nie  można powiedzieć,  aby 
redaktorzy  „Tygodnika”  podawali jakieś  nieprawdziwe  wia­
domości.  Wydaje  mi  się,  że  zazwyczaj  pisali prawdę.  A  może 
nawet  zawsze pisali prawdę.  Ale widać też  od  razu,  że  pisząc 

prawdę - zarazem potwornie, wprost haniebnie kłamali. Moż­
na  przyjąć,  że  każda  z  wiadomości  i  opinii  była  i  nadal jest 
prawdziwa.  W  Sokołowie  Podlaskim  naprawdę powysychały 
wówczas  stawy,  w  związku  z  czym  ceny  ryb  poszły  w  górę. 
Królowa Wiktoria naprawdę wypadła z powozu i doznała lek­
kiej kontuzji. Federaliści naprawdę uderzyli na Kingston i cof­
nęli  się  ze  stratą.  Palenie  tytuniu  naprawdę  mogło  przynieść 
wielką  szkodę  zdrowiu.  Skała  Czackiego  pod  Żytomierzem 
naprawdę  wyglądała  tak,  jak przedstawiała ją  piękna  rycina 
w „Tygodniku”. Nie kłamały też rebusy, kącik szachowy i ryciny 
Juliusza Kossaka. Więc nie kłamali. Ale wszystkie te prawdzi­
we informacje, dodane do siebie, składały się na jedno wielkie, 
niesamowite kłamstwo.  Kłamliwa była bowiem ze swej  istoty

8

background image

struktura rzeczywistości: struktura, którą z prawdziwych ele­
mentów budowali zacni redaktorzy „Tygodnika”, przy pomocy 
cenzora,  a  zapewne  także  przy pomocy i  za  namową  -  choć 
nic o tym nie wiem i może niesłusznie ich podejrzewam - ko­
goś, kto urzędował na Zamku (lub w biurze ober policmajstra) 
i  komu  zależało,  mogło  zależeć  na  tym,  aby  czytelnicy tego 
pisma otrzymywali co tydzień stosowną porcję obezwładnia­

jącego  kłamstwa.  Źródłem  tego  kłamstwa  było  oczywiście 

przemilczenie.  Potworność przemilczenia  i kłamliwość  całej 
struktury czyniły i czynią kłamstwem -  nie wiem, nie jestem 
pewien, czy dla ówczesnego czytelnika, ale na pewno dla dzi­
siejszego  - każdą informację, która sama w sobie była, mogła 
być  prawdziwa.  Te  prawdziwe,  ale  przez  wejście  w  związek 
z  kłamstwem  tracące  swą  prawdę  informacje  dają  w  sumie 
obraz upiornej nierzeczywistości, świata niczyjego, bo takiego, 
z którym nikt - nawet chyba starszy cenzor Funkenstein - nie 
był w stanie się utożsamić. Taka jest więc potęga kłamliwej ca­
łości: nic, co w niej uczestniczy, nie może być prawdą. I choćby 
było  prawdą, wchodząc w kłamliwą całość  prawdą być  prze­
stanie.  Królowa  Wiktoria  naprawdę  wypadła  z  powozu.  Ale 

ja,  dowiadując  się  o  tym  z  „Tygodnika  Ilustrowanego”,  wcale 
w to nie wierzę.  Kłamią, więc nie wypadła.  I zastanawiam się 

tylko:  dlaczego  i w tej  sprawie,  mało  wreszcie  dla  mnie  i  dla 
nich istotnej, też mnie okłamują.

Trzeba  powiedzieć,  że  -   budując  tę  swoją  niesamowitą 

nierzeczywistość  z  elementów  prawdy  -  redaktorzy  „Tygo­
dnika  Ilustrowanego” jawią  się  (z  naszego  punktu widzenia) 

jako,ludzie  nieoczekiwanie  nowocześnie  myślący,  a  także 

obdarzeni  niezwykłą  zdolnością przewidywania przyszłości. 
Ludwik  Jenike,  sądząc  z  jego  wspomnień,  był  człowiekiem 
zacnym,  ale jednak niezbyt  inteligentnym.  Sądząc  natomiast 
z  pisma,  które  założył  i  redagował,  był  człowiekiem  szalenie

9

background image

inteligentnym. Pojął przecież, że znacznie ważniejsze od tego, 
co się mówi, jest to,  czego się nie mówi.  I że właśnie to, czego 
się nie mówi, powinno być przedmiotem dziennikarskiej  ma­
nipulacji.  Można  więc  rzec,  że  pojął, jaka  będzie  przyszłość 
słowa drukowanego. Pomysł, żeby kłamać mówiąc tylko praw­
dę, wydaje  się nam pomysłem,  na który wpadli dopiero pisa­
rze i dziennikarze wieku XX. Tymczasem Jenike wpadł na ten 
pomysł, bagatela, niemal sto lat przedtem nim Czesław Miłosz 
napisał w Dziecięciu Europy:

Z małego nasienia prawdy wyprowadzaj roślinę kłamstwa,
Nie naśladuj tych co kłamią, lekceważąc rzeczywistość.

Rady  Miłosza,  pochodzące  z  roku  1946,  zwrócone  były 

do obywatela któregoś z totalitarnych państw XX wieku.  Pań­
stwo,  w którym  żył  Jenike,  trudno  nazwać  totalitarnym.  Ale 
mechanizm przemilczeń, a więc mechanizm tworzenia nierze- 
czywistości, jaki stosował w swoim piśmie, był akurat tak samo 
skuteczny -  i w swej  istocie właściwie taki sam  -  jak ten, któ­
ry w wieku XX miała  zastosować prasa państw totalitarnych. 

Ten mechanizm przemilczeń - a także jego przypuszczalny cel 
-   najlepiej  chyba widoczny jest w „Tygodniku Ilustrowanym” 
w sposobie używania dwóch słów:  Polska i Rosja. A właściwie 

jednego  z  nich,  bowiem  słowa  Rosja  redaktorzy „Tygodnika” 

nie  używali  w  ogóle.  Istniały  według  nich  na  świecie  różne 
państwa  -   Anglia,  Francja,  Włochy,  M adagaskar  -  ale  Rosja 
nie  istniała.  Czegoś  takiego  -   zdawali  się  mówić  ci  redakto­
rzy swoim czytelnikom - nie ma i co więcej  w ogóle nigdy nie 

było  na świecie.  W każdym numerze pisma,  tuż pod tytułem, 
ukazywała  się  co  prawda  informacja  mówiąca  między inny­
mi: „Prenumerata na prowincji i w Cesarstwie: rocznie rsr 12”. 
Ale  na  to  nie  było  po  prostu  rady,  trzeba było jakoś  licznych

10

background image

czytelników z Kijowa czy Żytomierza poinformować,  ile mają 
płacić  za prenumeratę.  W ciągu całego  roku  1863  ukazała  się 
natomiast w „Tygodniku” tylko jedna informacja, z której mo­
głoby wynikać, że coś takiego jak Rosja istnieje. Mogłoby wyni­
kać, ale niezbyt jasno, bo nazwa państwa nie została wyraźnie 
wymieniona.  „Petersburg.  7 kwietnia -  mówiła ta informacja. 

-  Towarzystwo  rosyjskie otrzymało koncesję na budowę kolei 
żelaznej z Kijowa do Odessy, długiej 647 wiorst, z dwiema bocz­
nymi liniami, każda dłuższa nad 300 wiorst. Kapitał zakładowy 
55  milionów  rubli,  państwo  zapewnia  5%”.  Naprawdę  -   była 
to jedna jedyna  informacja, jaką w roku  1863  otrzymali  czy­
telnicy „Tygodnika” o tym państwie, które skądinąd było prze­
cież dość  dobrze widoczne, jako  że  odległość między jednym 
a drugim jego stójkowym na ulicach Warszawy wynosiła wte­
dy około dwustu kroków i nie mogła -  z rozkazu najwyższych 

władz - być większa.  Zastanawiam się, czy na słowo  Rosja był 
wtedy  zapis  w  rosyjskiej  cenzurze?  Czy to  raczej  sam  Jenike 
wpadł na taki pomysł zlikwidowania sprawy polsko-rosyjskiej? 
Jeśli chodzi o Polskę, spawa wyglądała natomiast zupełnie ina­
czej. Słowa Polska i Polacy pojawiały się w „Tygodniku” bardzo 
często, tylko jednak w życiorysach ludzi dawno zmarłych, opi­

sach  zabytków,  wspomnieniach  historycznych.  Cenzura była 

w tym zakresie widać dość łaskawa i fałszowania historii nie żą­

dała. Redaktorzy „Tygodnika” wciąż więc przypominali swoim 
czytelnikom, że istniała kiedyś jakaś Polska. Przypominali też, 
co więcej, że ta Polska niegdyś istniejąca była wspaniała, boga­
ta,  potężna.  Używali  również słowa ojczyzna  i  z  „Tygodnika” 

w roku  1863  można się było  na przykład dowiedzieć,  że  Jerzy 

Lubomirski „zasłaniał ojczyznę”, Stefan Czarniecki był „oswo- 
bodzicielem ojczyzny”, a w artykule o Michale Mniszchu uży­
to nawet  sformułowania  „miłość  ojczyzny”.  Bardzo  starannie 

jednak zarazem podkreślano,  że wszystkie te  słowa  -   Polska,

11

background image

Polacy,  ojczyzna  -  odnoszą  się  do przeszłości i tylko  do prze­
szłości, że Polska była, właśnie była, w jakiejś przeszłości, która 

właśnie jest przeszłością,  i że w tej  przeszłości można ją było, 
owszem, zasłaniać i kochać. O tym, kiedy, dlaczego, w jaki spo­
sób  ta  Polska przestała  istnieć,  oczywiście,  nie  wspominano, 
ponieważ wymawianie słowa Rosja było zakazane.

Co miał z tego wnioskować czytający „Tygodnik Ilustrowa­

ny” mieszkaniec miasta, w którym jeździły brudne omnibusy, 
a w sklepach sprzedawano źle wypieczony, niesmaczny chleb? 
Miał, myślę, godzić się na to, że jest jak jest, że żyje gdzie żyje, 
pocieszając się przy tym miłą myślą, że - choć nie ma już na­
rodowości -  to jest jednak dziedzicem wspaniałej przeszłości. 
Omnibusy były co prawda zaśmiecone, ale nikt go nie krzyw­
dził,  nikt nie prześladował.  Rosja nie istniała.  Był mieszkań­
cem kraju realnych omnibusów i powinien się z tym pogodzić. 
Powinien  się  pogodzić  z  realną  rzeczywistością,  bo  jest jak 

jest, a inaczej nie będzie. O to, myślę, chyba właśnie chodziło. 

Nie  nazywać  czegoś,  co  nie  istnieje,  a  przecież  istnieje,  nie 

jest jednak łatwo. Redaktorzy „Tygodnika” mieli więc wyraź­

ne kłopoty stylistyczne, kiedy przychodziło do nazywania tej 
realnej  nierzeczywistości, której przeszłość nazywała się Pol­
ską,  ale  której  teraźniejszość  nazwana być  w  ten  sposób  nie 
mogła. Dwa lata później, kiedy zaczęły ukazywać się „Kłosy”, 
Kazimierz Władysław Wójcicki  wpadł więc  na  fenomenalny 
pomysł, aby tę nierzeczywistość realnych omnibusów nazwać 
po  prostu  krajem.  Z  artykuliku podsumowującego  pierwsze 
półrocze  istnienia  „Kłosów’,  opublikowanego  w  listopadzie 
roku  1865,  można się było  dowiedzieć,  że w piśmie tym były 
drukowane  między  innymi:  „opisy  podróży  -  osobliwości 
kraju własnego i obszernej  obczyzny - sprawozdania z litera­
tury krajowej i zagranicznej - korespondencje z różnych miast 

kraju naszego”.

12

background image

Co  potąd  powiedziałem,  pozwala  postawić  kilka  pytań, 

z których dwa wydają mi się najistotniejsze.  Na żadne z nich 
nie  mam jednak gotowej  odpowiedzi.  Pytanie  pierwsze jest 
takie.  Po  co  to  komu  było,  komu  i jaką  miało  to  przynieść 
korzyść, kogo i w jakim  właściwie celu chciano oszukać kon­
struując tę nierzeczywistość? Nie ulega przecież wątpliwości, 
że wszyscy wszystko  świetnie  wiedzieli.  Żadna  nierzeczywi­
stość -  choćby najlepiej  pomyślana -  nie mogła wyprzeć, za­
stąpić,  zlikwidować  strasznej  rzeczywistości  tamtego  czasu. 
O  tej  rzeczywistości  -   o  tym,  co  naprawdę  dzieje  się w War­
szawie, w Polsce,  na Litwie, na Wołyniu -   informowały swo­
ich czytelników, i to całkiem dokładnie, tak gazety wydawane 
przez rząd -  jak go wówczas nazywano - najezdniczy, jak i ga­
zety wydawane w podziemiu.  O  egzekucjach  dokonywanych 
w Warszawie można się było dowiedzieć z oficjalnego organu 
najeźdźców, „Dziennika Powszechnego”. Kto się tym „Dzien­
nikiem” brzydził i czytać go nie chciał, mógł poznać prawdę, 
czytając  powstańcze  „Wiadomości  z  Pola  Bitwy”,  redagowa­
ne  przez  Agatona  Gillera,  albo  „Niepodległość”,  która  była 
półoficjalnym  organem  Rządu  Narodowego.  Wychodząca 
w Warszawie „Niepodległość” miała ogromny, jak na owe cza­

sy,  nakład,  niektóre jej  numery były odbijane  podobno  w  10 
000  egzemplarzy.  Liczba  prenumeratorów  „Tygodnika  Ilu­
strowanego”  - jak po latach skarżył się w swoich wspomnie­
niach Ludwik Jenike  -  spadła po wybuchu powstania z 3800 
do  1500.  Zważywszy choćby tylko na te różnice w wysokości 
nakładów,  sam  pomysł,  że  cokolwiek  można  by,  cokolwiek 
dałoby się wówczas przemilczeć i w ten sposób zataić, wydaje 
się  po  prostu  śmieszny.  Jeszcze  na jedno,  w  związku  z  tym 
moim  pytaniem,  trzeba  zwrócić  uwagę.  Na  ulicach  Warsza­

wy  grał  się  wtedy  ogromny  teatr  śmierci,  a  jego  widownia 
liczyła  się  na  tysiące,  a  może  i  dziesiątki  tysięcy.  Mówiłem

13

background image

już  o  tej  egzekucji  pięciu  rzemieślników,  którzy 30  września 

zostali  rozstrzelani  na pięciu placach Warszawy.  Było  to już 
po  zamachu  na  Berga  i  nowy namiestnik,  pragnąc  pokazać 
miastu, co potrafi, postarał się, aby egzekucja wypadła szcze­
gólnie okazale.  „Chciał tym  sposobem  -   pisze  Przyborowski
-   wywołać przerażenie  i postrach  w mieście.  Nieszczęsnych 
skazańców wieźli przez  miasto  przy huku bębnów,  każdego 
osobno w towarzystwie kapucyna z krzyżem w dłoni. Tłumy 
ludu przypatrywały się temu widowisku, kobiety głośno pła­
kały, niektóre padały zemdlone”.  Kto, obejrzawszy taki spek­
takl na którymś z placów Warszawy, poszedł potem do domu 
i  usiadłszy w fotelu,  rozłożył „Tygodnik Ilustrowany”,  co  so­

bie właściwie myślał? Ale już nie o to chodzi, co myślał sobie 
ówczesny czytelnik „Tygodnika”.  Co  sobie właściwie  myślał, 

jaki miał pomysł na rozprawienie się z Polakami ten rząd na- 
jezdniczy, który tak gorliwie -  przy pomocy swoich cenzorów

-   rzeczywistość  przerabiał  na  nierzeczywistość,  a  zarazem
-   i  równie  gorliwie  -   przekonywał  buntowników  o  swojej 
rzeczywistej  sile,  swojej  rzeczywistej  bezwzględności,  swo­
im  rzeczywistym  okrucieństwie?  Dlaczego  zarazem  zatajał 
i ujawniał rzeczywistość? Po co mu to było?

Pytanie  drugie  jest  takie.  Jakie  były  intencje  redaktorów 

„Tygodnika Ilustrowanego”? Ludwik Jenike, pisząc wspomnie­
nia -  ukazały się one już w X X  wieku -  twierdził oczywiście, 
że miał zawsze jak najlepsze intencje.  „Działalność moja pub­

liczna rozszerzyła się od chwili, gdy stanąłem na czele pisma, 
które wkrótce  dość  silny wpływ na  społeczeństwo  nasze wy­
wierać  poczęło.  Każda  sprawa  ważniejsza,  każda  myśl  szla­
chetna  znajdowała w nim odbicie,  a nieraz i początkowanie”. 
Twierdził  też  Jenike  -   mając  na  myśli  narodowość  polską  - 
że „w obronie tego właśnie skarbu «Tygodnik» od samego po­
czątku walczyć sobie zamierzał”. A jeśli „Tygodnik” coś kiedyś

14

background image

przemilczał, to było to „przymusowe milczenie”.  „Powtarzam 
więc jeszcze raz to,  co już wyżej  powiedziałem,  że złośliwym 
i  zupełnie bezzasadnym  był  zarzut,  robiony nam  nieco  póź­
niej  przez pisma  tak zwane  postępowe,  zarzut  wstecznictwa 
i  odgrzebywania wyłącznie  zmurszałych  zabytków przeszło­
ści”. Niestety, nie można doczytać się w tych dwóch tomikach 
Ze  wspomnień,  wydanych  w  roku  1910,  co  myślał ten  wielki 
twórca  nierzeczywistości  o  wymyślonym  przez  siebie  me­
chanizmie kreowania tej  nierzeczywistości.  A  może w  ogóle 
nie zdawał sobie sprawy z tego, że taki mechanizm wynalazł? 
W drugim tomie Ze  wspomnień  Jenike przytoczył list,  który 
w czerwcu  1866  roku  otrzymał od  Elizy Orzeszkowej.  „Nim 

jednak  zostanę  pana  znajomą,  jestem  serdeczną  przyjaciół­

ką pisma,  wychodzącego  pod jego  kierownictwem.  Dziwnie 

sympatyczny, poczciwy, całkiem jakoś nasz jest «Tygodnik Ilu­
strowany»”. Widzę panią Elizę Orzeszkową, jak po przegranej 

bitwie pod  Kołodnem, w pierwszych dniach lipca  1863  roku, 
wiezie  w karecie  chorego  Romualda  Traugutta  -  jego  głowa 
na jej kolanach -  i tak ją pytam: - Droga pani Elizo, co też pani 
miała na myśli, pisząc potem ten list do pana Jenike? Nie poj­
muję pani. Przecież jego „Tygodnik” nie był ani sympatyczny, 
ani poczciwy, ani nasz. Była pani bardzo mądrą kobietą, więc 
chyba musiała to pani wiedzieć. - 1 myślę sobie, tak panią Elizę 
pytając, że może my ich już nie pojmujemy, tych ludzi, którzy 
żyli tutaj przed stu dwudziestu laty? Może nie jesteśmy w stanie 
pojąć ich rozpaczy? Może oni naprawdę -  w rozpaczy po klę­
sce -  uznali, że Polski nie ma i nigdy nie będzie, i że wszystko, 
co mogą z niej jeszcze mieć, to wspomnienie o skale Czackiego 
pod Żytomierzem i o figurze Zbawiciela w Snipiszkach? Może 
uznali,  że  nigdy  nic  więcej  poza  tymi  wspomnieniami  już 
mieć nie będą, że więcej żądać nie należy, że to i tak dużo? Ale 
nawet jeśli tak było, jeśli tak myśleli,  to w czasie,  kiedy przez

15

background image

Świętojerską i Freta wieziono na wózku do wywożenia śmieci 
krwawiące  zwłoki  sztyletnika Wilhelma Algera,  nie  powinni 
mnie przekonywać, że palenie tytoniu szkodzi zdrowiu i że nie 
powinienem śmiecić w omnibusie. To było niegodne.

[Tekst wygłoszony w roku  1983  w Sali Lustrzanej  Pałacu  Sta­

szica na konferencji zorganizowanej przez Instytut Badań Lite­
rackich z okazji  120. rocznicy Powstania Styczniowego. Zdjęty 
wówczas przez cenzurę przy próbie opublikowania go w mie­
sięczniku „Powściągliwość i Praca”.]

16

background image

NOTA

Zbiór opowiadań  Elizy Orzeszkowej  Gloria  victis wydany zo­
stał  po  raz  pierwszy  w  roku  1910  przez  wileńską  księgarnię 
Wacława  Makowskiego.  W  książce  znalazło  się  wtedy  pięć 
opowiadań:  Oni,  Oficer,  Hekuba,  Bóg wie kto  oraz,  na końcu, 
opowiadanie  tytułowe.  Była to  ostatnia książka pisarki,  która 
umarła w maju  1910  roku.  Wszystkie te  opowiadania Orzesz­
kowa napisała w ciągu dwóch lat - między grudniem roku 1906 
a  grudniem  roku  1908.  Były one  drukowane  między rokiem 

1907  a  rokiem  1909  w  „Kurierze  Warszawskim”,  „Kurierze 

Litewskim”,  „Tygodniku  Ilustrowanym”,  „Tygodniku  Mód 
i  Powieści”,  „Świecie”  i  krakowskim  „Przeglądzie  Powszech­
nym”. Z listów pisarki wiadomo, że rosyjska cenzura trochę się 
do tych  pierwodruków mieszała,  ale  ostatecznie  Orzeszkowej 
udało  się  wszystkie  opowiadania  wydrukować jeszcze  przed 
publikacją książkową. O łagodności (może bezradności -  może 
wspaniałomyślności)  carskiej  cenzury w latach  poprzedzają­
cych pierwszą wojnę światową świadczy też i to, że już w roku 

1911 ukazało się rosyjskie tłumaczenie tomu Gloria victis - opi­

sy moskiewskich zbrodni można więc było wówczas drukować 
także w Moskwie. O tym, jak doszło do powstania opowiadań 
i dlaczego Orzeszkowa dopiero pod koniec życia, w pierwszych

17

background image

latach XX wieku, zdecydowała się powrócić do wspomnień z lat 
swojej  młodości,  mówi jej  list  do  Aurelego  Drogoszewskiego 
z kwietnia 1907 roku (Drogoszewski, zaprzyjaźniony z Orzesz­
kową, opracował później, w latach dwudziestych, pierwsze peł­
ne wydanie jej Pism). Z listu dowiadujemy się też, jaki miał być 
pierwotnie  zaprojektowany przez  pisarkę  tytuł  całego  tomu. 
„W połowie grudnia [mowa o roku 1906] mniej więcej uczułam 
się o tyle zdrowszą, że wstałam, poszłam do biurka i zaczęłam 
pisać  opowiadania  czy fragmenty,  czy  -   nie  wiem,  jak  mam 
to nazwać, z dziejów powstania  1863, z dziejów raczej  ułamka 
tego powstania, który niegdyś przed oczyma mymi rozwijał się 
w  stronach  poleskich.  Strony,  ludzie,  ich  siedliska,  ich  słowa 
i czyny stanęły mi przed wzrokiem,  zabrzmiały w słuchu, jak 

wczoraj  widziane  i  słyszane.  Nigdy zupełnie  nie traciłam  ich 

z pamięci, z myśli pełnej czci, z serca pełnego żałości. Ale wie­
działam, że zajmować się nimi daremnie; głośno opowiadać ich 

było nie wolno. Teraz wolno, więc zupełnie samoistnie, bez żad­
nych moich  starań  ani wysileń wskrzesły w pełnych barwach 
i  kształtach.  Są  tam  rzeczy,  o  których jeżeli ja  nie  opowiem, 
nikt nigdy wiedzieć nie będzie, bo wszyscy prawie współcześ­
ni już wymarli, nic głośno nie opowiedziawszy.  [...]  Może taka 
chwila, taka pora przyszła. Chcę całą książkę napisać. Tytuł jej 
dam  skromny i  razem  krwawy:  «1863».  Nic  więcej”.  Ten  list 
do Drogoszewskiego potwierdza więc to, czego od razu domy­
ślamy się, co od razu wiemy, czytając Gloria victis -  Romualda 
Traugutta (w opowiadaniu Oni)  nie oglądamy oczyma niemal 
siedemdziesięcioletniej  Elizy Orzeszkowej; oglądamy go oczy­
ma Orzeszkowej, która,  patrząc na niego i słuchając jego  słów 
w poleskim dworze, miała wtedy, wiosną 1863 roku, dwadzieś­
cia dwa lata. Ujmując to inaczej: Orzeszkowa uważała (prawdo­
podobnie), że to, co zapamiętała z wydarzeń roku 1863, układa

18

background image

się jej  w  świadectwo  tamtego  czasu;  a więc  nie  tyle  w  dzieło 
literackie, artystyczne -  ile w dzieło źródłowe, historyczne.

Opowiadanie „Rozdziobię  nas kruki,  wrony.” powstało w roku 

1894.  Stefan  Żeromski  pracował  wówczas  jako  bibliotekarz 

w Muzeum Narodowym Polskim w Raperswilu. Tytuł, za Dzie­

łami w wydaniu Stanisława Pigonia, dajemy tutaj w cudzysłowie 
(który nie zawsze jest zachowywany), bowiem jest to cytat z za­
pomnianej pieśni żołnierskiej. Pierwodruk opowiadania ukazał 
się w „Przeglądzie Poznańskim” w listopadzie 1894 roku, dokład­
nie: w numerze, który wyszedł z datą 11 listopada, co można by 
uznać -  zważywszy, że Żeromski w „Rozdziobię nas kruki...” daje 
nam wgląd w ówczesną (z końca wieku XIX) sytuację duszy pol­
skiej  -   za wydarzenie cokolwiek tajemnicze, może nawet jakoś 
symboliczne. Tajemnicze -  nikt bowiem nie mógł wtedy przewi­
dzieć,  co przydarzy się rozdartej  i umęczonej  duszy polskiej  11 
listopada -  za dwadzieścia cztery lata. Można jednak też powie­
dzieć, że posępna analiza tragicznego rozdarcia duszy polskiej, 

którą wykonał Żeromski, musiała poprzedzać uzdrowienie i od­
rodzenie tej duszy. Tak właśnie, tajemniczo i niejasno, literatura 
łączy się z dziejami, a jej  arcydzieła zapowiadają dziejowe prze­
miany. Opowiadanie „Rozdziobię nas kruki,  wrony...” Żeromski 
wydrukował w  „Przeglądzie  Poznańskim”  pod  pseudonimem 
Maurycy Zych i pod tym samym też pseudonimem ukazał się 
w Krakowie, we wrześniu  1895 roku, ale z datą  1896, nakładem 
księgarni  Zwolińskiego  i  Spółki,  zbiór „Rozdziobię  nas  kruki

wrony...”y do  którego,  poza  opowiadaniem  tytułowym,  weszło 

jeszcze sześć innych, wśród nich Mogiła i Źródło. Zbiór ten miał 

zaczerpnięty z Irydiona Zygmunta Krasińskiego podtytuł Obraz­
ki z ziemi  mogił i krzyżów
, który potem, w niektórych  z wielu 
późniejszych wydań, opuszczano. Była to druga książka wówczas

19

background image

trzydziestejednoletniego  pisarza  -  pierwsza,  zbiór  Opowiada­

nia, ukazała się w lipcu  1895  roku,  a więc dwa miesiące wcześ­

niej, w Warszawie.  W  „Przeglądzie Poznańskim” opowiadaniu 
„Rozdziobię  nas kruki,  wrony...” Żeromski dał podtytuł Bajka. 
Intencja autora wydaje się w tym wypadku trochę trudna do wy­
tłumaczenia  -  byłabyż to  „bajka”  o  polskim  powstaniu?  -   lub 
„bajka” o polskiej duszy? - lub, jeszcze inaczej, „bajka” o polskim 
losie? Słowo „baśń” byłoby w tym wypadku może stosowniejsze. 
Podtytuł ten Żeromski później, już w drugim wydaniu książko­

wym, do którego doszło w roku  1901  we Lwowie, usunął. Znaj­

duje się on jednak w rękopisie opowiadania (przechowywanym 

w zbiorach Ossolineum) i wskazuje przynajmniej na to, że wyda­
rzeń, opisanych w „Rozdziobią nas kruki...”  nie należy traktować 

jako ściśle historycznych. Ujmując to inaczej  - opowieść o losie 
jednego powstańca, który nazywał się Winrych i szedł w roku 

1864 polnymi drogami z Mławy do Nasielska, jest też opowieścią 

(może być rozumiana jako opowieść) o losie wszystkich polskich 

powstańców, a nawet wszystkich Polaków -  o ich przerażających 
i bajecznych dziejach.

Opowiadanie Echa leśne Żeromski wydrukował wprzód w wy­
danym w roku 1904 w Krakowie Kalendarzu robotniczym na rok 

1905, a potem w 1. zeszycie miesięcznika „Krytyka” z roku 1905 

-   było  to  wówczas,  obok  „Chimery”,  najważniejsze  polskie 

pismo poświęcone literaturze.  W tymże  roku  1905 Echa  leśne 
ukazały się w Krakowie w osobnej książeczce. Wydając to opo­
wiadanie Żeromski, podobnie jak w wypadku zbioru „Rozdzio­

bią  nas  kruki,  wrony”,  ukrył  się  pod  pseudonimem  Maurycy 

Zych. Echa leśne miały swój ciąg dalszy - była nim powieść Uro­
da życia
, którą Żeromski napisał pięć lat później, w roku  1912 
w Paryżu. W Urodzie życia opowiedziana została historia Piotra 
Rozłuckiego -  syna owego oficera wojsk rosyjskich, który, wedle

20

background image

relacji, jaką  mamy w Echach  leśnych,  przeszedł  na  stronę  po­
wstańców i został rozstrzelany z rozkazu swojego stryja. Bohater 

Urody życia,  po  ukończeniu korpusu kadetów w Petersburgu, 

przybywa do Polski, odnajduje grób rozstrzelanego ojca, dezer- 
teruje z carskiej armii - i powołanie swoje, za przykładem ojca, 
odnajduje w służbie idei polskiej. O znaczeniu, jakie dla polskiej 
świadomości narodowej miały Echa leśne - opowiadanie o Pol­
sce  spacyfikowanej  i  zrusyfikowanej  -  może  świadczyć  fakt, 

że w roku  1933 we wsi Gózd w Górach  Świętokrzyskich, przy 
szosie z Kielc do Radomia, na grobie powstańców styczniowych 
ustawiono  metalowy krzyż i kamień,  na którym  umieszczono 
napis: „Powstańcowi  1863 r. bohaterowi Ech leśnych St. Żerom­
skiego obywatele wolnej Polski”.

W pierwszym, krakowskim wydaniu z roku  1895 na karcie ty­
tułowej  zbioru „Rozdziobię  nas  kruku  wrony...” umieszczone 
było  motto,  które  Żeromski,  podobnie  jak  podtytuł  książki, 
zaczerpnął z Irydiona  Zygmunta Krasińskiego,  trochę skraca­

jąc jeden z ostatnich fragmentów Dokończenia:  „A po  długim 

męczeństwie zorzę rozwiodę nad wami -   udaruję was  szczęś­
ciem i tym,  co  obiecałem  ludziom na  szczycie  Golgoty -   wol­
nością”.  To  zdanie  oddaje  dobrze  tę  mesjanistyczną,  zbawczą 
ideę,  która  doprowadziła  do  wybuchu  w  styczniu  1863  roku 
i spowodowała, że Polacy wystąpili wówczas do nierównej wal­
ki  z moskiewską przemocą -   i dlatego wydało  się nam  rzeczą 
słuszną  opatrzenie  całej  naszej  książki,  wydanej  z okazji  150. 
rocznicy  Powstania  Styczniowego,  tym  właśnie  wybranym 
przez Stefana Żeromskiego mottem.

J.M.R.

21

background image

22

background image

Spis treści

ELIZA ORZESZKOWA

Oni  ................................................................................... 

9

Oficer........................................................................................ 65

Bóg wie k t o .............................................................................133

Gloria v ic tis............................................................................161

STEFAN ŻEROMSKI

„Rozdziobią nas kruki,  wrony..."......................................... 195
Echa le śn e ...........................................................................   205

ANEKSY

Andrzej Nowak

Spór o Powstanie  ..............................................................221

Jarosław Marek Rymkiewicz

Nie ma Polski,  nie ma Rosji,  nie było Pow stania.......  245

NOTA

261

23