background image

HARRY HARRISON

Stalowy Szczur idzie do 

wojska

(Przełożył: Jarosław Kotarski)

background image

1

Byłem za młody, by umierać!

Zazwyczaj nie umiera się, mając osiemnaście lat, ale niestety, to mi właśnie groziło. 

Palce słabły z sekundy na sekundę, a szyb windy pod moimi stopami miał chyba z kilometr 

głębokości. Jakby co, to nawet mokra plama nie zostanie. Rzadko poddaję się panice, ale tym 

razem nie widziałem żadnego wyjścia z sytuacji, w którą, co gorsza, sam się wpakowałem 

ignorując dobre rady, zarówno moje własne, jak i Hetmana.

Może   zresztą   zasłużyłem   sobie,   by   tak   skończyć.   Jeśli   miałem   naprawdę   być 

Stalowym Szczurem, to w tak idiotycznej postaci, jak w tej chwili, nie miałem na to szans i 

skrócenie   moich   męczarni   byłoby   samarytańskim   uczynkiem.   Metalowa   framuga   pokryta 

była jakimś smarem i dłonie ślizgały się coraz bardziej, palcami stóp zaś ledwie sięgałem 

wąziutkiej   półeczki.   Ból   mięśni   nóg   dołączał   powoli   do   kilku   innych   dolegliwości, 

gnębiących mnie od dłuższej chwili.

A przecież plan był taki prosty i logiczny zarazem, taki inteligentny! Teraz gotów 

byłem uznać go za szczyt idiotyzmu i to twierdzenie z pewnością było bliższe prawdy. Na 

dobitkę,   z   nieznanych   zupełnie   powodów   przygryzłem   sobie   wargę,   na   co   dopiero   teraz 

zwróciłem  uwagę. Czym  prędzej  wyplułem krew  z ust, dzięki  czemu  prawa dłoń niemal 

omsknęła się z framugi. Adrenalina jednak czyni cuda; złapałem się ponownie, choć przed 

sekundą gotów byłem przysięgać, że nie dam rady ruszyć palcem.

Czas płynął, adrenalina, z czystej złośliwości zapewne, przestała się wydzielać, a 

sytuacja pozostała bez zmian, jeśli nie liczyć postępującego wyczerpania. Zanosiło się na to, 

że pozostanę tu na wieczność, czyli dopóki nie odpadnę, zmęczony... Trzymałem się chyba 

tylko dzięki wbitemu mi do głowy przez Hetmana uporowi, by nigdy się nie poddawać. Nagle 

usłyszałem   odległy,   ale   jakoś   znajomy,   drażniący   ucho   wizg.   Dłuższą   chwilę   go 

ignorowałem,  co można  położyć  na karb ogólnego otępienia.  W szybie  było  ciemno,  ale 

powoli odwróciłem głowę i spojrzałem w dół, gdzie coś najwyraźniej leciutko pobłyskiwało.

Winda była w ruchu! I to w górę!

Nie  był   to  przesadny  powód  do radości,  jeśli  wziąć  pod uwagę,  że  gmach  miał 

dwieście  trzydzieści  trzy piętra   i  małe  było  prawdopodobieństwo,  że  winda  zatrzyma   się 

gdzieś blisko pode mną. Mogło również się zdarzyć, że pojedzie wyżej, zamieniając mnie po 

drodze w rozgniecioną pluskwę. Póki co, zbliżała się ze świstem wypychanego powietrza.

Znieruchomiała pod moimi nogami, co zakrawało na cud. Usłyszałem jak otwierają 

się drzwi, a po chwili dotarła do mnie następująca wymiana poglądów:

background image

- Będę cię osłaniał, ale lepiej odbezpiecz broń.

- Serdeczne dzięki! Nie przypominam sobie, bym zgłosił się na ochotnika.

- Ja cię zgłosiłem. Jestem starszy rangą i to załatwia sprawę, nie? Młodszy rangą 

wartownik wymruczał coś niepochlebnego i jak potrafił najciszej, ruszył ku drzwiom. Gdy 

jego cień zamajaczył  w szparze,  delikatnie  postawiłem  lewą nogę na dachu windy.  Obaj 

wykonaliśmy swoje manewry równocześnie, toteż drugi wartownik niczego nie zauważył. Z 

prawą nogą poszło równie łatwo, problem jednak stanowiły kończyny górne: tak zawzięcie 

wczepiły się w futrynę, że palce nijak nie chciały się teraz rozprostować.

- Korytarz pusty - dobiegło z pewnej odległości.

- Sprawdź czujniki zbliżeniowe. Ten w korytarzu warknął coś niezrozumiale, a ja 

uwolniłem wreszcie prawą dłoń.

- Jeśli nie liczyć mnie, to ostatnio był tu ktoś o osiemnastej, ale wtedy obsługa szła 

do domu.

- No to mamy zagadkę - ucieszył się, zupełnie nie wiedzieć czemu, ten w windzie. - 

Odczyt wskazuje, że winda dotarła do tego piętra, a gdy ściągnęliśmy ją w dół, była pusta. A 

teraz ty twierdzisz, że nikt z niej nie wysiadał. Zastanawiające.

- Nic dziwnego, zwykła  awaria. Komputer zgłupiał i sam wydał  sobie polecenie 

uruchomienia windy.

- Z przykrością muszę przyznać ci rację. Wracamy do karciochów.

Wartownik wszedł z powrotem, drzwi windy zamknęły się, a ja siadłem spokojnie na 

dachu i wszyscy razem ruszyliśmy w dół. Strażnicy wysiedli na poziomie więziennym, a ja 

zająłem   się   prostowaniem   palców   i   rozmasowywaniem   skurczów,   które   jeden  po   drugim 

pojawiały się w moim, zwykle odpornym, organizmie.

Po odzyskaniu względnej kontroli nad własnym ciałem ostrożnie otworzyłem klapę, 

na której dotąd siedziałem, i opuściłem się do kabiny. Wartownicy rżnęli w karty w dyżurce, 

a zatem nie należało się ich tutaj spodziewać. W miarę spokojny wróciłem do celi tą samą 

drogą,   którą   wyszedłem.   Drzwi   na   korytarz   i   do   celi   otworzyłem   i   zamknąłem   za   sobą 

wytrychem, który umieściłem w wypróbowanym schowku, jakim jest wydrążony obcas. Z 

westchnieniem ulgi, od którego aż echo poszło po miejscu mego uwięzienia, zwaliłem się na 

pryczę.   Bałem   się   mówić   głośno,   ale   w   duchu   skląłem   się   od   ostatnich,   i   to   całkiem 

zasłużenie. Zachowałem się jak skończony, patentowany kretyn, który tylko dzięki zbiegowi 

okoliczności   nie   powiększył   grona   aniołków.   Drugi   raz   trudno   byłoby   liczyć   na   tyle 

szczęścia.

Pośpiech wskazany jest na ogół jedynie przy łapaniu pcheł, przy ucieczce z więzienia 

background image

zaś stać się może gwoździem do trumny. Pierwszą, pospieszną próbę miałem już za sobą, 

druga musi zatem być dobrze zaplanowana i o wiele bardziej rozważna.

Szczególnie że oficer Marynarki Ligi, który mnie aresztował, niejaki kapitan Warod, 

wiedział o moim wytrychu, a mimo  to zostawił go na miejscu. Przyznał też, że nie lubi 

więzień, choć jest zwolennikiem przestrzegania prawa, wymiar kary zaś, który mógłby mnie 

spotkać   na   mojej   rodzinnej   planecie   Rajski   Zakątek,   byłby   znaczną   przesadą.   Osobiście 

miałem  podobne zdanie, a ponieważ, jak wspomniałem,  wiedział o wytrychu  i słowa nie 

pisnął, nie musiałem się spieszyć. Łatwiej poza tym było planować ucieczkę nie z doskonale 

strzeżonego i pełnego cudów techniki więzienia leżącego na terenie bazy Ligi, ale w czasie 

transportu   z   planety   Steren-Gwandra,   którą   znałem   zresztą   tylko   z   nazwy.   Odpoczynek, 

regularne posiłki i święty spokój były miłą odmianą po trudach wojny na Spiovente. Należało 

korzystać z sytuacji i regenerować siły.

Wszystko to wiedziałem już wcześniej, ale teoria z praktyką rozminęły się za sprawą 

pewnej dziewczyny, którą spotkałem przypadkiem i natychmiast rozpoznałem. Efektem tego 

zdarzenia była właśnie ta niemal fatalna w skutkach ucieczka, która o mało co nie zakończyła 

mojej tak wspaniale zapowiadającej się kariery przestępczej. I pomyśleć, że wszystko zaczęło 

się tak niewinnie...

Sprawa wynikła bowiem podczas popołudniowego spaceru, czyli głównej atrakcji 

dnia polegającej na wypuszczeniu wszystkich z cel i zezwoleniu im na tupanie w kółko po 

żelbetowej   płycie   wewnętrznego   dziedzińca,   gdzie   zażywać   mogli   łagodnego   blasku   obu 

słońc tutejszego systemu. Jak co dnia pałętałem się z wolna, starając się ignorować resztę 

towarzystwa,   co   nie   było   zresztą   specjalnie   trudne:   obecna   tu   banda   rzezimieszków 

(określenie   ich   przestępcami   byłoby   niezasłużonym   komplementem)   charakteryzowała   się 

twarzyczkami nie skażonymi wręcz inteligencją. W pewnej chwili jednak coś tak ich ożywiło, 

że pognali całą gromadą do drucianej  siatki przedzielającej  podwórze. Coś takiego nigdy 

jeszcze się nie zdarzyło. Sytuację wyjaśniły rozmaite wulgarne propozycje i świńskie okrzyki, 

które zaczęli z siebie wydawać: po drugiej stronie były kobiety.  One i alkohol stanowiły 

jedyne bodźce, mogące wyrwać na chwilę szare komórki moich kompanów z typowego dla 

nich otępienia.

Na drugiej części dziedzińca faktycznie pojawiły się trzy nowe więźniarki, o czym 

przekonałem się naocznie, dawszy uprzednio w ucho pierwszemu byczemu karkowi, który 

zasłaniał mi widok. Właściciel karku nawet nie pisnął, tylko grzecznie osunął się na ziemię, a 

ja zobaczyłem, co chciałem. Na dwie spośród nich nie było zresztą sensu zwracać uwagi, jako 

background image

że   należały   do   tego   samego   podgatunku   co   moi   towarzysze   i   równie   żywo   jak   oni 

odpowiadały na zaczepki, uzupełniając słowa wymownymi gestami. Trzecia jednak była inna 

-   szła   spokojnie,   ponuro   wpatrując   się   w   ziemię   i   ignorując   całe   zamieszanie.   Co   zaś 

dziwniejsze, wydawało mi się, że gdzieś ją już widziałem. Interesujące, jeśli zważyć, że nie 

miałem dotąd bliższych kontaktów z płcią przeciwną, nigdy wcześniej nie słyszałem nawet o 

tej planecie, drogę z lądowiska do więzienia zaś przebyłem mało przytomny. Z tak niewielkiej 

odległości   trudno   jednak   było   się   pomylić:   panienka   była   znajoma,   i   to   tak   dalece,   że 

pamiętałem nawet jej imię.

Była to Bibs, szczególny załogant na statku niejakiego kapitana Gartha.

Dla   mnie   przede   wszystkim   mogła   okazać   się   cenna   jako   ślad   prowadzący   do 

dowódcy,   z   którym   miałem   rachunek   do   wyrównania.   To   on   nas   porzucił   i   sprzedał   na 

Spiovente, on był przyczyną śmierci Hetmana. Musiałem zatem z nią porozmawiać, jako że 

odczuwałem nieodpartą chęć stania się przyczyną zejścia Gartha z tego padołu.

To było właśnie powodem, iż pchany nieopanowanym entuzjazmem, wypuściłem się 

na ową nocną przechadzkę, która zakończyła  się dobrze wyłącznie dlatego, że kompletni 

idioci miewają dubeltowe szczęście. Uczyniłem to nie myśląc i zakładając (naiwnie), że w 

całym   tym   ogromnym   budynku   środki   bezpieczeństwa   wyglądają   wszędzie   identycznie. 

Owszem,  drzwi wyposażono  w śmiesznie  proste zamki  bez alarmów,  jednakże  w innych 

częściach   gmachu   roiło   się   wprost   od   czujników.   Winda   była   uprzejma   poinformować 

strażników, że jedzie, a ledwie drzwi na najwyższym piętrze się otwarły, dostrzegłem detektor 

na   korytarzu.   Dlatego   właśnie   ewakuowałem   się   przez   dach   windy,   chcąc   dotrzeć   do 

mechanizmu na szczycie szybu.

Ale żadnego mechanizmu tam nie było. Znalazłem jedynie drzwi, które prowadziły 

na kondygnację nie uwzględnioną wśród przycisków windy. Właziłem właśnie na górę, gdy 

strażnicy ściągnęli windę w dół, zostawiając mnie na ścianie niczym małpę, pozbawionego 

możliwości   wykonania   jakiegokolwiek   ruchu,   poza   zapoczątkowaniem   swobodnego 

opadania, rzecz jasna; jednak ten wariant specjalnie mnie nie interesował.

Musiałem powtórzyć sobie, że nie zawsze można liczyć na szczęście i że wskazane 

jest opracowanie rzetelnego planu. Odłożyłem zatem sprawę nieszczęsnej eskapady ad acta 

i zacząłem kombinować, jak by tu skontaktować się z dziewczyną. Zdumiałem się przy tym 

nieco, bowiem wyszło mi, że najprościej byłoby zrobić to uczciwie, chociaż samo to słowo 

brzmi tutaj cokolwiek osobliwie.

- Klawisz! Pobudka! - ryknąłem, waląc pięściami w drzwi celi. - Przestać śnić o 

dupach   i   zaprowadzić   mnie   do   kapitana   Waroda.   Klawisz!   Natychmiast,   albo   jeszcze 

background image

szybciej!

Jak można było przewidzieć, najpierw przebudzili się współwięźniowie, wściekli za 

przerwanie im zasłużonego odpoczynku. Zorientowawszy się, komu zawdzięczają pobudkę, 

poczęstowali   mnie   piętrową,   choć   mało   pomysłową   litanią   zawierającą   groźby   użycia 

przemocy   fizycznej,   na   co   odpowiedziałem   ochoczo,   inicjując   w   ten   sposób   piękną 

pyskówkę. To dopiero sprowadziło wściekłego jak wszyscy diabli strażnika.

- Cześć, słodziutki - przywitałem go radośnie. - Miło zobaczyć kogoś życzliwego.

- Chcesz zarobić guza, dzieciaku? - spytał strażnik, nie odbiegając zbytnio poziomem 

od pozostałych obecnych.

-   Niespecjalnie,   ale   cię   lubię,   więc   nie   chcę,   żebyś   dostał   po   łbie.   Masz   mnie 

zaprowadzić natychmiast do kapitana Waroda, gdyż znajduję się w posiadaniu informacji tak 

ważnych, że aż strach o tym mówić. Jak wyjdzie, że przez ciebie nie dotarły na czas gdzie 

trzeba, to naprawdę ci nie zazdroszczę.

Pogroziliśmy   sobie   jeszcze   trochę,   ale   widać   było,   że   moja   kwestia   dotarła   do 

strażnika, który dobrze wiedział, iż najlepszym sposobem na spokojną służbę jest meldowanie 

o wszystkim przełożonym. Polazł zatem w końcu do telefonu. Efekt był piorunujący - już po 

kilku minutach zjawiła się para przerośniętych klawiszy-kulturystów. Otworzyli drzwi mojej 

celi, założyli mi kajdanki i pognali do windy. Nie minęło wiele czasu, a znaleźliśmy się w 

dość prymitywnie urządzonym pokoju, gdzie przykuli mnie do przyśrubowanego do podłogi 

krzesła i wyszli. Kilka minut później pojawił się niezbyt szczęśliwy i zasadniczo zaspany 

porucznik.

- Chcę Waroda - oświadczyłem. - Nie rozmawiam z fagasami.

-   Zamknij   się,   diGriz,   bo  wpadniesz   w   jeszcze   większe   kłopoty.   Kapitan   jest   w 

przestrzeni,   więc   nawet   jakby   chciał,   to   teraz   się   z   tobą   nie   zobaczy.   Jestem   z   jego 

departamentu i albo powiesz, o co chodzi, albo zaraz odeślę cię do celi.

Propozycja godna była rozważenia. Zresztą nie miałem wyboru.

- Słyszał pan kiedykolwiek o szwendającej się po kosmosie świni, rodem z Yenian, o 

nazwisku Garth?

- Pewnie, że słyszałem - ziewnął przejmująco. - Śledziłem twoją sprawę na bieżąco. 

Czegóż to takiego nam jeszcze nie powiedziałeś, robaczku?

- Mam dodatkowe informacje o tym przemytniku  broni. Jak sądzę, nie zdołaliście 

jeszcze go przymknąć, co?

- Od pytań to ja tu jestem. Taki zwyczaj... - warknął, ale przestał ziewać. Sądząc po 

wyrazie twarzy porucznika, to Garth zdołał im ostatnio prysnąć.

background image

- Zobaczyłem dziś nową klientkę tego uzdrowiska - poinformowałem go w końcu. - 

Dziewczyna o imieniu Bibs.

- Dobra. A może powiesz jeszcze, co mnie obchodzą twoje fantazje erotyczne?

- Żadne fantazje. Ta panienka jest z załogi Gartha.

Podziałało. Nie miał tyle doświadczenia co jego szef i nie potrafił ukryć wrażenia.

- Jesteś pewien?

- Proszę sobie sprawdzić. W kartotece powinny być dane nowych.

Siadł za metalowym biurkiem, odsłonił klawiaturę i zabrał się do roboty. Po paru 

sekundach spojrzał na mnie krzywo.

- Dziś dostarczono tu trzy kobiety i żadna nie nazywa się Bibs.

- Być nie może! Czyżby kryminaliści na tym zadupiu zaczęli używać pseudonimów? 

- zdziwiłem się, niezbyt starannie skrywając ironię.

Zamiast odpowiedzi wcisnął coś tam i drukarka wypluła trzy podobizny. Bez chwili 

wahania wybrałem właściwą. Porucznik stuknął znów w klawiaturę.

- To by się zgadzało - mruknął w końcu. - Marianney Giuffrida, lat dwadzieścia pięć, 

zawód   elektrotechnik   z   doświadczeniem   w   przestrzeni.   Aresztowana   na   podstawie 

anonimowego telefonu. Twierdzi, że ktoś ją wrobił... hmm...

- Proszę ją spytać  o Gartha, a przy odrobinie  łagodnej perswazji powinna nieco 

powiedzieć...

- Serdeczne dzięki za dobre rady. Podziękowanie za pomoc znajdzie się w twoich 

aktach, ale poza tym oglądałeś zbyt  wiele filmów. Nie ma sposobu, by zmusić kogoś do 

współpracy, możemy ją tylko pytać i wyciągać wnioski. Ci dwaj odprowadzą cię do celi.

- Dzięki za nic. Nie mógłbym się choć dowiedzieć, jak długo mnie tu potrzymacie?

- Mógłbyś - zgodził się, wstając od klawiatury. - Opuścisz nas pojutrze. Zostaniesz 

załadowany na statek zatrzymujący się między innymi w miejscu zwanym Rajski Zakątek, 

gdzie najpewniej czeka cię proces i wyrok.

- Teoria głosi, że do chwili ogłoszenia wyroku jestem niewinny - oświadczyłem z 

dumą, starając się ukryć radość. Dwa dni przeżyje, a potem będę wolny Podtrzymywany na 

duchu tą perspektywą, dałem się spokojnie odprowadzić do celi.

Problemem nie było zatem wyjście na wolność,  ale skłonienie Bibs do szczerości…

background image

2

Podpisz tutaj.

Podpisałem.   Siwy   strażnik   z   brodą   podał   mi   przezroczysty   woreczek   z   moim 

majątkiem   ruchomym   zabranym   mi   przy   użyciu   siły,   gdy   trafiłem   do   tego   przybytku. 

Sięgnąłem łapczywie, ale gruby klawisz był jeszcze bardziej zachłanny.

- Moje! - zaprotestowałem.

-   Nie   szkodzi.   Zostanie   przekazane   miejscowym   władzom   wraz   z   aresztantem   - 

pouczył mnie, chowając torebkę do kieszeni. - Odzyskasz to ewentualnie, gdy będziesz już po 

wyroku. Gotowe, Rasco?

- Nie nazywam się Rasco! - warknąłem.

- Ale ja tak - odezwał się drugi strażnik. - A w ogóle, to się zamknij!

Ponieważ był wyjątkowo muskularnie zbudowany i do tego paskudnej urody, a w 

dodatku moją lewą rękę łączył z jego prawą dłonią srebrzysty łańcuszek kajdanek, zanie-

chałem dalszych protestów. Dla dodania powagi swym słowom szarpnął za owo połączenie, 

dzięki czemu wystrzeliłem w jego stronę jak rakieta.

- Będziesz robił, co każę, i żadnego gadania, jasne? - huknął.

-   Tak   jest,   sir.   Przepraszam,   sir   -   wypaliłem   i   spuściłem   wzrok   z   pozornym 

posłuszeństwem.

To ostatnie  zrobiłem  naturalnie  po to, by lepiej  przyjrzeć  się kajdankom.  Był  to 

standardowy model zwany Chwyt Buldoga, dość popularny w całej znanej galaktyce i opat-

rzony   przez   producenta   gwarancją   skuteczności.   Producent   mógł   sobie   gwarantować,   ja 

otwierałem je niezawodnie w dwie sekundy.

Grubas maszerował po mojej prawej, Rosco po lewej, a ja trzymałem tempo ciekaw, 

jak wygląda świat poza bazą Ligi. Przywieźli mnie tu ciupasem, niezbyt przytomnego i w 

opancerzonej furgonetce, dzięki czemu nie zobaczyłem niczego. Niemniej ta właśnie planeta 

miała na pewien czas zostać moim nowym domem, musiałem zatem nieco ją poznać.

Opuszczenie   budynku   nie   było   wcale   takie   proste,   gdyż   wieżowiec   przypominał 

raczej   bunkier.   Wcześniej   powinienem   się   tego   domyślić,   ale   cóż...   Trzeba   było   przejść 

kolejno przez trzy bramy, hermetyczne niczym właz śluzy w statku kosmicznym, za każdym 

razem   okazując   to   samo,   czyli   wsuwane   do   słota   komputera   przepustki,   sprawdzane 

automatycznie odciski palców i dno oka.

Po   trzeciej   kontroli   znaleźliśmy   się   na   stopniach   schodów   i   wtedy   stanąłem 

zdumiony niczym autentyczny parobek od gnoju, po raz pierwszy widzący miasto. Dobrze, że 

background image

chociaż zamknąłem gębę, ale to tylko przez przypadek. Wokół było ciepło, a do moich uszu 

docierała kakofonia dźwięków. Nigdy dotąd nie ujrzałem niczego podobnego, czemu zresztą 

trudno się dziwić - była to dopiero trzecia planeta, na jakiej się znalazłem, a harowanie na 

świńskiej farmie na Rajskim Zakątku czy taplanie się w bagnach na Spiovente trudno było 

uznać za szczególnie edukujące i przygotowujące na widok prawdziwej metropolii.

Oprócz dziwnych dźwięków i nieznanych  zapachów, zdumiały mnie tłumy ludzi, 

liczne pojazdy i czworonogi. Na jednym z nich mijał mnie właśnie  z  łoskotem jakiś facet, 

czworonóg zaś wyszczerzył ku mnie potężne żółte zębiska i wydał taki dźwięk, że aż się 

cofnąłem. Strażnicy zareagowali salwą śmiechu.

-   Spokojnie,   spokojnie,   obronimy   cię   przed  marghiem.   -  I   obaj   ponownie   się 

roześmiali.

Może dla nich to był margh, dla mnie to był koń, tyle że po raz pierwszy widziany na 

żywo, a nie na filmie podczas szkolnej lekcji historii. Zwierzę to pomocne było niegdyś w 

rozwoju rolnictwa, również w początkach kolonizacji Rajskiego Zakątka, ale nie przetrwało 

konfrontacji z miejscową fauną. Ze wszystkich stworzeń przywiezionych przez ludzi przeżyły 

wyłącznie tuczniki, które dały początek późniejszym wielkim tuczarniom. Przyjrzałem się 

koniowi   bliżej   i   naocznie   przekonałem   się,   że   faktycznie   ma   niegroźne   w   sumie   zęby 

roślinożercy. Był jednak duży.

Dwa   kolejne   zwierzęta   przyciągnęły   w   nasze   pobliże   pudłopodobny   pojazd   na 

dużych  kołach. Siedzący na wierzchu woźnica usłyszał gwizd Rasco i zatrzymał  zaprzęg 

kombinacją okrzyków, jednocześnie ciągnąc za skórzane pasy łączące go z końmi.

- Właź - polecił gruby, otwierając drzwiczki w boku pudła.

Cofnąłem się, pełen obrzydzenia.

-   Tam   jest   brudno!   Czy   Marynarka   Ligi   nie   potrafi   zapewnić   człowiekowi 

właściwych warunków nawet...

- Właź i nie pyskuj! - Rasco poczęstował mnie solidnym szturchańcem w plecy, po 

którym bardziej wleciałem, niż wszedłem do środka.

Obaj strażnicy wgramolili się za mną.

-   Zasadą   Marynarki   jest   wykorzystywanie   tubylczych   środków   transportu   i 

surowców.   Ponoć   pomaga   to   miejscowym   systemom   ekonomicznym,   zamknij   się   więc   i 

podziwiaj.

Zamknąłem się, ale nie podziwiałem. Wpatrywałem się nie widzącym wzrokiem w 

tłum na zewnątrz i zastanawiałem się, jak najlepiej będzie prysnąć, dokuczając przy tym nieco 

obstawie. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie po drodze, czyli zaraz, ich zaś trzeba 

background image

pozbawić przytomności, żeby nie narobili wrzasku. Czym prędzej wprowadziłem zamiar w 

czyn. Pochyliłem się gwałtownie i podrapałem po kostce.

- Coś mnie ugryzło! - jęknąłem. - Tu się roi od robactwa!

- Jak cię gryzie, to też gryź. - I oba sadystyczne wesołki znów zarechotały, dzięki 

czemu żaden nie zauważył, że mam już w dłoni wytrych.

Miałem   właśnie   otworzyć   kajdanki,   gdy   pojazd   stanął   z   szarpnięciem,   a   gruby 

otworzył drzwi.

- Wysiadaj - polecił.

Rasco   szarpnął   łańcuszkiem,   a   ja   ze   zdumieniem   przyjrzałem   się   marmurowej 

budowli, przed którą staliśmy.

- To nie jest port kosmiczny! - stwierdziłem podejrzliwie.

- Bystry chłopak - mruknął Rasco, ciągnąc mnie ku wejściu. - To tutejsza wersja 

dworca kolejowego. Idziemy.

Iść nie miałem najmniejszej ochoty, ale nic innego mi nie pozostało, jak posłuchać i 

czekać  na  okazję.  Pierwsza   trafiła  się,  gdy przechodziliśmy  obok  również   marmurowego 

przybytku z dumnym napisem PYCHER PYSA GORRYTH, którego to napisu nie pojąłem ni 

w ząb, ale wchodzili tam i wychodzili wyłącznie  mężczyźni,  zatem musiał  to być  męski 

wychodek.

- Muszę tam! - oznajmiłem, pokazując palcem, aby nie było nieporozumień.

- Nie ma mowy - parsknął Rasco.

- Zabierz go - wsparł mnie niespodziewanie grubas. - To będzie długa podróż.

Rasco  mruknął  coś  niezbyt  miłego,   ale   gruby  musiał  być   wyższy   stopniem.  Nie 

zwlekając pchnął mnie w kierunku wychodka. Ubikacja była równie prymitywna co reszta 

metropolii - rowek pod ścianą, nad którym ustawiali się w rządku klienci. Skierowałem się ku 

wolnemu   miejscu   w   rogu   i   zacząłem   grzebać   przy   rozporku.   Rasco   obserwował   mnie   z 

wyraźnym obrzydzeniem.

- Nic nie zrobię, jak będziesz się na mnie gapił - jęknąłem.

Wzniósł   oczy   do  nieba,   i   to   było   wszystko,   czego   potrzebowałem.   Złapałem   go 

dwoma   palcami   za   splot   słoneczny   i   ze   sporą   satysfakcją   obserwowałem,   jak   osuwa   się 

nieprzytomny   na   posadzkę.   Łupnął   w   nią   z   łoskotem,   ja   zaś   zająłem   się   moją   częścią 

kajdanek. Ponieważ zaś nie miałem ochoty zostać bez grosza, udając, że badam strażnikowi 

puls,   świsnąłem   mu   również   portfel.   Wstałem   potem   i   obróciłem   się.   Wszyscy   obecni 

wpatrywali się we mnie z uwagą wartą lepszej sprawy.

- Zemdlał - oświadczyłem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji publiczności. - Li 

background image

svenas - dodałem jeszcze, pokazując na klawisza i na siebie. - Lecę po pomoc. Uważajcie na 

niego. Zaraz będę z powrotem.

Żaden nie poszedł za mną, czemu trudno zresztą się dziwić. Naturalnie w drzwiach 

wpadłem prosto w objęcia grubego, który wrzasnął i rzucił się na mnie, ale byłem szybszy. 

Prysnąłem na ulicę, aż się za mną kurzyło. Skręciłem w pierwszą boczną alejkę i wkrótce całe 

zamieszanie zostało daleko poza mną. Alejka wychodziła na kolejną ulicę, równie zatłoczoną. 

Bez pośpiechu dołączyłem do przechodniów i wolny, pogwizdując przyglądałem się okolicy i 

mijanym ludziom. Większość kobiet miała zasłonięte twarze, głowy mężczyzn zaś zdobiły 

turbany, ale na szczęście nie było to regułą.

Obiektywnie rzecz biorąc, moja sytuacja nie była taka znowu wspaniała. Sam, na 

obcej   planecie,   bez   znajomości   języka,   ścigany   przez   władze.   Właściwie   to   nie   miałem 

powodów do radości. Ledwie jednak minąłem róg ulicy, powód znalazł się sam. Stół, krzesła 

i   bufet   z   interesującym   zestawem   napitków.   Nad   bufetem   widniał   napis   SOSTEN   HA 

GWYRAS,   co   naturalnie   nic   mi   nie   mówiło,   szczęśliwie   pod   spodem   doczytałem   NI 

PAROLOS ESPERANTO, BONYENUU. Siadłem przy stoliku pod ścianą mając nadzieję, że 

lepiej tu mówią w esperanto, niż piszą, i pstryknąłem na wiekowego kelnera.

Dhe'th plegadow - oznajmił, podchodząc.

Plegadow jest dla innych - odparłem. - My pogadamy w esperanto. Co macie do 

picia, dziadku?

- Piwo, wino, dowr-tam-yo.

Ciekawie brzmi, ale nie mam odpowiedniego nastroju. Duże jasne poproszę.

Gdy kelner odszedł, wyjąłem portfel Rasco i sprawdziłem go dokładnie. Popieranie 

lokalnej ekonomii powinno wiązać się z posiadaniem przez członków Marynarki miejscowej 

waluty; faktycznie, w jednej z przegródek znajdowały się ciężkie metalowe monety. Wyjąłem 

jedną i obejrzałem: na awersie wybita była cyfra 2, a na rewersie widniał napis ARGHAN.

- Należy się jeden arghan - oświadczył  kelner, stawiając przede mną napełniony 

gliniany kufel.

- Weź to sobie, dobry człowieku - podałem mu oglądaną właśnie monetę. - Reszta 

dla ciebie.

- Wy, spoza planety, jesteś hojni - mruknął ten, sprawdzając metal zębami. - Tutejsi 

są głupi i złośliwi. Chcesz dziewczynę? Chłopca? Kewarghen?

- Może później. Na razie wystarczy piwo. Jak będę coś chciał, dam ci znać.

Odszedł, mamrocząc coś pod nosem, a ja pociągnąłem solidny łyk pienistego napoju, 

i natychmiast tego pożałowałem. Odruchowe przełknięcie było jeszcze większym błędem. 

background image

Piwo składało  się  głównie  z  bąbelków,  które  dość gwałtownie   zaprotestowały  przeciwko 

uwięzieniu   ich   w   przełyku,   skutkiem   czego   czknąłem,   aż   echo   poszło.   Zdecydowanie 

odstawiłem   kufel.   Wystarczy,   pomyślałem.   Uczciłem   powrót   na   wolność,   a   teraz   trzeba 

zastanowić się, co z nią zrobić.

Chwilowo nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy, a szukanie natchnienia w 

obrzydliwie fałszowanym piwie byłoby zasadniczą pomyłką. Ponowne pojawienie się kelnera 

przyjąłem zatem z zadowoleniem.

-   Jest   świeża   dostawa  kewarghen,  prosto   z  pola   -   zameldował   konspiracyjnym 

szeptem. - Jedna dawka starczy na wiele, wiele dni. Chcesz trochę? Nie? Szkoda. A panienkę 

z pejczem? Wężami? Skórzane pasy i gorące błoto...

-   Na   razie   dość   mam   używek   -   przerwałem   mu,   lekko   zdegustowany.   -   Teraz 

chciałbym się dowiedzieć, jak dojść do ratusza.

- Gdzie?!

-   Do   dużego,   wysokiego   budynku,   w   którym   mieszka   masa   przybyszów   spoza 

planety.

- Aaa... Chodzi ci o lys! Zaprowadzę cię tam za arghana.

-   Za   arghana   powiesz   mi,   jak   tam   trafić.   Goście   poumierają   z   pragnienia,   jak 

zaczniesz mnie oprowadzać.

Przyznał mi rację, a poza tym nic nie mógł poradzić na mój upór. Zapamiętałem jego 

wskazówki, dałem mu monetę i ledwie się oddalił, wyszedłem, mając w głowie już gotowy 

plan.

Pomysł  był  prosty:  należało dotrzeć do Bibs. Garth uciekł, ale mogła coś o nim 

wiedzieć. Zeznania przed urzędnikami Ligi to jedno, a normalna rozmowa to drugie. Jak się 

jednak   do   niej   dostać?   Oczywiście,   mogłem   podać   się   za   krewnego,   dajmy   na   to   za 

Hasenpeffera Giuffrida; podrobienie tutejszych papierów nie powinno być problemem, jeśli 

jednak system identyfikacyjny gmachu weźmie mnie na celownik, to bez wątpienia rozpozna 

we mnie zbiegłego więźnia. Grubas zapewne zdążył wrócić już z przytomnym (albo i nie) 

Rasco   i   zameldował   bez   wątpienia   o   ucieczce.   Pomysł   był   kuszący,   ale   ostatnimi   czasy 

niezbyt lubiłem więzienia.

Tak sobie rozmyślając, skręciłem w następną przecznicę i znalazłem się naprzeciw 

gigantycznej   budowli,   która   była   celem   mojej   wędrówki.   Na   tle   reszty   zabudowy 

przypominała   raczej   skałę   i   sprawiała   należyte   wrażenie.   Przeszedłem   wzdłuż   stopni 

obserwując, jak wchodzi do środka jakiś tubylec. Przypominało to wpuszczanie do skarbca 

bankowego, chociaż było zapewne ciut mniej skomplikowane. No dobrze, wejść się da, ale 

background image

wyjść...

Zamyślony   oparłem   się   o   ceglany   murek   w   pobliżu   wejścia,   co   nie   było   akurat 

szczytem  rozsądku, ostatecznie nadal miałem na sobie więzienny przyodziewek. Na moją 

korzyść działał fakt, że tubylcy zwykli ubierać się na tyle rozmaicie, że nikt nie zwrócił dotąd 

na mnie najmniejszej uwagi. Zanim zgłodniałem, problem rozwiązało nie olśnienie (na które 

podświadomie   czekałem),   ale   przypadek.   Drzwi   otworzyły   się,   wypuszczając   trzy   osoby. 

Dwóch klawiszów i dziewczynę przykutą do jednego z nich.

To była Bibs.

Spełnienie marzeń było tak nieoczekiwane, że zastygłem jak sparaliżowany. Zdążyli 

zejść na ulicę i zatrzymać lokalną taksówkę o czworonożnym silniku, a w zasadzie nawet 

dwóch silnikach, a ja nadal tkwiłem nieruchomo, niczym osobnik ociężały umysłowo. Bok 

pojazdu zasłonił mi widok, ale i tak wiedziałem,  co się dzieje. Gdy strzelił bat woźnicy, 

ruszyłem wreszcie za pojazdem i nim ten się rozpędził, skoczyłem do drzwiczek. Stojąc na 

niskim stopniu, otworzyłem je szarpnięciem.

- Won! - polecił bliżej siedzący strażnik, odwracając się w moim kierunku. - Ten 

pojazd jest zajęty...

Zamilkł, jako że rozpoznaliśmy się w tym samym momencie. Miał dyżur tej nocy, 

gdy zachciało mi się rozmawiać w sprawie Bibs. Sięgnął ku mnie ze zdławionym okrzykiem, 

ale ja byłem szybszy - wylądowałem mu na karku. Był silny, ale nie dość zwinny. Kątem oka 

zarejestrowałem   zdumioną   minę   dziewczyny,   po   czym   skoncentrowałem   się   na   tym,   co 

miałem pod ręką i kantem dłoni zdzieliłem stróża porządku w kark.

Ledwie   osunął   się   bezwładnie,   postanowiłem   zająć   się   jego   towarzyszem,   który 

jednak, jak się okazało, miał już swoje kłopoty i wcale się mną nie interesował. Posługując się 

wolną ręką, Bibs robiła wszystko, aby go udusić i sądząc po odgłosach, niewiele dzieliło ją od 

sukcesu.

- Poczekaj, zaraz skończę... - szepnęła.

Nie   tracąc   czasu   na   wyjaśnienia,   że   swojego   unieszkodliwiłem   tylko   chwilowo, 

złapałem ją za łokieć i ścisnąłem, dzięki czemu straciła na moment władzę w ręce, a zanim 

zdążyła się odezwać, ogłuszyłem niedoszłego nieboszczyka i rozpiąłem kajdanki.

-   Pojęcia   nie   mam,   skąd   się   wziąłeś,   ale   dzięki   za   pomoc   -   oznajmiła   o   wiele 

spokojniejszym głosem, niż można by oczekiwać, i przyjrzała mi się uważnie. - Przecież ja 

cię znam... Naturalnie, byłeś pasażerem na statku... Jimmy Jakiśtam.

-   Mniej   więcej.   Jim   diGriz.   Do   usług.   Roześmiała   się   radośnie,   przeszukując 

jednocześnie   strażników   i   przenosząc   zawartość   ich   kieszeni   do   swoich.   Nie   należało 

background image

przerywać tak pożytecznego zajęcia, toteż poczekałem, aż skończy i skułem obu kajdankami.

- Lepiej ich załatwić - powiedziała.

-   Lepiej   nie.   Teraz   jesteśmy   oboje   drobnymi   złodziejaszkami,   na   których   tak 

naprawdę nikomu nie zależy. Jak utrupimy dwóch z Marynarki, to przenicują to zadupie, żeby 

nas znaleźć.

- Też racja - zgodziła się po chwili namysłu, choć z niechęcią, i przyłożyła każdemu 

z nieprzytomnych po kopniaku.

- Nic nie czują...

- Ale poczują, jak się obudzą! Więc gdzie teraz, diGriz?

-   Gdzie   poprowadzisz.   Nie   znam   tej   planety   i   absolutnie   nic   o   niej   nie   wiem   - 

przyznałem szczerze.

- Ja wiem aż za dużo.

- To prowadź.

Kiedy   tylko   pojazd   zaczął   zwalniać,   wymknęliśmy   się   spokojnie   przez   cicho 

uchylone drzwi i wmieszaliśmy się w tłum.

background image

3

Bibs wzięła mnie pod rękę, a raczej doprowadziła do tego, że to ja ją wziąłem pod 

ramię, co było całkiem miłe, i poprowadziła ulicą. Podejrzewam, że wszędzie indziej nasze 

szare, workowate ubiory ozdobione szkarłatnymi strzałami wzbudziłyby zainteresowanie, o 

ile nie podejrzenia, ale pomiędzy tą gamą barw i materiałów, w których gustowali tubylcy, 

nasze   stroje   mogły   uchodzić   za   nieprzesadnie   efektowne.   Mijały   nas   kobiety   w 

różnokolorowych  zwojach materii, wojownicy w skórach i stali, brodacze w skafandrach. 

Mijało nas wszystko, co można było sobie wyobrazić, i jeszcze trochę nadto.

- Masz pieniądze? - spytała po chwili Bibs.

- Jakieś drobne skonfiskowane strażnikowi. Uciekłem jakąś godzinę temu.

Uniosła brwi (atrakcyjne, muszę przyznać, podobnie jak oczy).

- To dlatego mi pomogłeś? Za co cię wsadzili? Wiem tylko, że ciebie i tego starszego 

faceta zostawiliśmy na Spiovente, a plotka głosiła, że Garth sprzedał was jako niewolników.

- Sprzedał, przez co mój przyjaciel zginął. Lubiłem Hetmana, wiele mnie nauczył... 

pomagałem  mu  też, ale  to już inna  historia. Rodzinną planetę  opuszczaliśmy w pewnym 

pośpiechu i może pamiętasz, że zapłaciliśmy Garthowi małą fortunę za przewiezienie nas w 

bezpieczne miejsce. To chamidło zaś uważało, że może zarobić na nas więcej sprzedając nas 

w niewolę, w wyniku czego Bishop zmarł. Jak możesz sobie chyba wyobrazić, nie ucieszyło 

mnie to, podobnie jak zresztą inne jeszcze rzeczy,  które spotkałem na Spioyente, jednym 

wielkim, gównianym  bagnie. Rozumiesz zatem, że żywię do Gartha głębokie i serdeczne 

uczucia   i   mam   nieodpartą   ochotę   wyrównać   nasze   rachunki.   Na   dobitkę   złapała   mnie 

Marynarka Ligi i właśnie zamierzali odstawić mnie na moją planetę, żebym sobie stanął przed 

sądem.

- Z powodu?

- Napadu na bank, porwania, ucieczki z więzienia i paru podobnych drobiazgów.

- Nieźle! - roześmiała się wesoło. - Pomagając mnie, pomogłeś sam sobie. Znam tę 

planetę, wiem skąd zdobyć pieniądze i komu zapłacić, by się stąd wydostać. Ty rąbniesz 

forsę, ja ją wydam i oboje na tym skorzystamy.

-   Całkiem   do   rzeczy   pomysł   -   przyznałem.   -   Czy   moglibyśmy   porozmawiać   o 

szczegółach przy jedzeniu? Od śniadania minęło już sporo czasu.

- Naturalnie. Chodź!

Restauracyjka była mała i spokojna, a miejscowy specjał -  felyon ha kyk mogh - 

smakował znacznie lepiej, niż się nazywał. Uzupełniliśmy go dzbanem riith glvyn, co okazało 

background image

się   całkiem   niezłym   czerwonym   winem.   Najedzony   podłubałem   w   zębach   wykałaczką   i 

rozparłem się wygodnie na ławie.

- Mogę cię o coś zapytać?

Upiła łyk wina i kiwnęła przyzwalająco głową.

- Wiesz już, czemu mnie przymknęli, ale czemu ty się tam znalazłaś? Bez obrazy, 

naturalnie.

Odstawiła kubek z takim trzaskiem, aż pękł, czego nawet nie zauważyła.

-   Przez   niego!   Przez   tego   bękarta  cfiulo!   -  warknęła,   używając   najgorszego 

przekleństwa istniejącego w esperanto. - Znaczy się, przez Gartha. Wiedział, że Marynarka 

jest cięta na przemytników, więc rozpuścił załogę. Następnego dnia zostałam aresztowana za 

posiadanie tutejszego procha, całkiem zresztą niezłego. Tyle że ja nie używam narkotyków, 

ktoś mi go podłożył, no i zjawili się u mnie na skutek anonimowego donosu. Proste, nie? 

Aresztowali   mnie   za   handel   narkotykami...   Niech   go   dostanę   w   swoje   łapy,   a   żywy   nie 

wyjdzie!

-   Jesteś   druga   w   kolejce   -   poinformowałem   ją   uprzejmie.   -   Ja   chcę   wyrównać 

rachunki za Hetmana. Ale czemu właściwie chciał, żeby cię aresztowano?

- Z zemsty. Wykopałam go z wyra, bo nie lubię perwersyjnych zboczeńców.

Akurat   w   tym   momencie   przełykałem,   tylko   cudem   udało   mi   się   nie   udusić. 

Popracowawszy nieco przeponą, dostałem ataku kaszlu i uszedłem cało. Bibs nie zwróciła na 

to uwagi.

-   Zabiłabym   to   ścierwo   z   prawdziwą   przyjemnością   -   powtórzyła,   patrząc   w 

przestrzeń. - Wiem, że to niemożliwe, ale załatwiłabym swołocz.

- Dlaczego niemożliwe? - zainteresowałem się, odzyskawszy głos.

- Co ty wiesz o tej planecie?

- Nic, prócz nazwy Steren-Gwandra.

-   Co   po   tutejszemu   oznacza   „planeta".   Tubylcy   nie   mają   specjalnych   talentów 

językowych ni jakichkolwiek innych. Przynajmniej ci tutaj, na Brastyr. Jak większość planet, 

nie mieli kontaktu z nikim od czasu Załamania. Brastyr, bo tak nazywa się kontynent, na 

którym   jesteśmy,   ma   niewiele   surowców,   zatem   w   niecałe   sto   lat   udało   im   się   stracić 

większość zdobyczy techniki. Tak się cofnęli w rozwoju, że większość zapomniała nawet 

esperanto.   Zanim   ponownie   udało   im   się   nawiązać   kontakt   z   galaktyką,   stanęli   na 

pseudofeudalizmie.

- Jak Spiovente?

-   Nie   całkiem.   Poza   tym   kontynentem   jest   bowiem   jeszcze   wyspa   zwana 

background image

Nevenkebla, oddzielona od stałego lądu niezbyt szeroką cieśniną. Dziwnym zrządzeniem losu 

większość surowców tej półkuli znajduje się właśnie na tej wyspie. Dlatego została zasiedlona 

jako pierwsza, a dopiero druga fala kolonistów znalazła się na kontynencie. Ustalono, że 

domeną   wyspy   będzie   przemysł,   a   kontynentu   rolnictwo,   co   było   całkiem   logicznym 

posunięciem.   Potem   jednak,   gdy   przyszły   ciężkie   czasy,   kontakty   pomiędzy   obydwiema 

grupami   uległy   praktycznie   zerwaniu.   Obecnie   żaden   wyspiarz   nie   ma   prawa   wstępu   na 

kontynent, tutejsi kupcy mogą przybijać jedynie do wyznaczonych przystani wyspy, a i to w 

umówionym czasie. Garth przebywa na wyspie i dlatego nie zdołamy go zabić. Nigdy tam nie 

dotrzemy.

- Nadal nie bardzo rozumiałem. Garth, tak jak i ty, pochodzi z Yenianu, tak? Jest 

kapitanem   veniańskiego   statku,   prawda?   Z   jakiej   racji   niby   władze   wyspy   miałyby   go 

chronić?

- Bo nie jest Yenianinem. Wyspą rządzi wojsko, które kupiło statek, zostawiając go 

oficjalnie pod banderą Yenianu. Garth został mianowany jego dowódcą, reszty załogi nie 

ruszano. Nie mieliśmy nic przeciwko  temu,  płacili  doskonale, a dla Yenianina  to bardzo 

istotne. Garth jest teraz tubylcem i to szychą w ich armii. Broń, którą przewoziliśmy, była 

tutejszej produkcji i operacje były całkiem zyskowne. Gdy Marynarka zaczęła się nami za 

bardzo interesować, zwinęli interes, zapłacili i szukaj wiatru w polu. Nie ma sposobu, aby 

utrupić go na tej wyspie.

- Ja już znajdę sposób.

-   Mam   nadzieję.   Pomogę   ci,   na   ile   będę   mogła,   ale   najpierw   pomyślimy   o 

najważniejszym. Musimy się gdzieś ukryć, bo na pewno będą nas szukać. Pewnie już zaczęli. 

A żeby się ukryć, potrzebujemy pieniędzy, dużo pieniędzy. Ile masz?

Wysypaliśmy gotówkę na stół i przeliczyliśmy.

- Mało - uznała Bibs. - Papiery, kryjówki, łapówki... to sporo kosztuje. Znam tu 

jednego takiego, który za odpowiednią opłatą załatwi nam schronienie...

- Nie! - sprzeciwiłem się stanowczo. - Żadnych kontaktów z tutejszym marginesem. 

Tam   zaczną   węszyć   za   nami   w   pierwszym   rzędzie.   Ktoś   nas   sprzeda,   ledwie   ogłoszą 

wysokość nagrody, a uczynią to szybko, bo to sprawdzony sposób. Są tu jakieś hotele? Takie 

drogie i luksusowe.

- Nie ma. Są jedynie ostele, w których zatrzymują się bogaci, ale nikt spoza planety 

w nich nie sypia.

- Doskonale. Uda ci się udawać miejscową?

- Bez trudu. Tobie też, przy pewnych staraniach. Tyle jest tu dialektów i akcentów, 

background image

że nikt się nie połapie.

- Dzięki. Musimy zatem postarać się o spory zapas gotówki, kupić drogie stroje i 

biżuterię, i stanąć w najlepszym ostelu w mieście. Zgoda?

- Zgoda - roześmiała się. - Jesteś miłą odmianą na tym zadupiu. Podoba mi się twój 

styl, ale ostrzegam, że to pierwsze nie będzie takie łatwe. Oni nie mają tu banków, tylko sieć 

kantorów   obsługiwanych   przez   prywatnych   właścicieli,  zwanych  hoghas.  Mieszkają   w 

małych  fortecach,  a  ich domy są jednocześnie  miejscem  załatwiania  interesów. Strażnicy 

wywodzą się z rodziny, co zmniejsza ryzyko przekupienia, a całość jest dość odporna na 

złodziei.

- Zobaczymy. I tak trzeba będzie obejrzeć to na własne oczy. Potem wrócimy nocą i 

załatwimy sobie bezzwrotną pożyczkę.

- Mówisz serio?

- Nigdy nie mówiłem poważniej.

-   Nie   spotkałam   dotychczas   nikogo   takiego   jak   ty.   Wyglądasz   jak   dzieciak,   ale 

faktycznie potrafisz dbać o siebie.

Nie bardzo przypadła mi do gustu ta uwaga, ale przezornie jej nie skomentowałem.

- Spróbujemy wymienić część arghanów na walutę wyspy - zdecydowała Bibs. - To 

wymaga czasu, zdążysz zatem dobrze się rozejrzeć. Ja zagadam, ty będziesz robił za obstawę 

i trzymał  gębę na kłódkę.  Musisz  tylko  najpierw  postarać  się o solidną  pałę, jaką noszą 

ochroniarze, i nikt nawet nie zwróci na ciebie specjalnej uwagi.

- No to chodźmy poszukać sklepu z pałami - zaproponowałem, i wyszliśmy.

Odnalezienie rzeczonego sklepu nie nastręczyło  większych  kłopotów. Praktycznie 

wszystkie wąskie uliczki były bazarami pełnymi straganów, sklepików i przekupniów oferują-

cych niewyczerpane zasoby strojów, owoców, posiłków opakowanych w liście, noży, siodeł, 

namiotów   no   i,   naturalnie,   pałek.   Kupiec,   którego   wybraliśmy,   zachwalał   towar   dość 

niewyraźnie, a to z uwagi na spowijające mu szyję i brodę sploty tkaniny. Kolejno ważyłem 

argumenty   w   dłoni.   Zdecydowałem   się   na   metrowej   długości   pałkę   z   twardego   drewna, 

wzmocnioną żelaznymi obręczami.

-   To   będzie   to   -   poinformowałem   w   końcu.   Handlarz   pokiwał   głową,   skasował 

należność i znów coś wymamrotał.

- On twierdzi, że na każdą jest rok gwarancji i że musisz ją wypróbować. W razie 

reklamacji wymieni.

Próbowanie odbywało się na solidnym pionowym złomie skalnym, któremu niegdyś 

nadano z grubsza ludzkie kształty, zostały one już jednak zatarte przez lata obijania. Twarzy 

background image

brakowało nosa, głowie uszu i tak dalej. Zważyłem  narzędzie  w dłoni  i machnąłem  nim 

kilkakrotnie. Stałem plecami do rzeźby oddychając głęboko i koncentrując się. Dyszałem jak 

miech kowalski, ale warto było.

Wszystko jest sprawą odpowiedniego zgrania w czasie oraz treningu. Wypuściłem w 

końcu z krzykiem powietrze i z półobrotu zdzieliłem posąg, wkładając w ten cios całą siłę i 

wszelkie umiejętności. Ostatnia z żelaznych obręczy trafiła w bok kamiennej głowy i rozległ 

się trzask. Przez sekundę nic się nie działo, ale po chwili kawał kamienia z hukiem runął na 

posadzkę. Na żelazie zaś widniała jedynie mała szczerba.

-   To   jest   to   -   stwierdziłem   nonszalancko.   Oboje   byli   pod   wrażeniem.   Prawdę 

mówiąc, ja też; nie sądziłem, że stać mnie na aż tak dobry cios.

- Często przytrafia ci się coś takiego? - spytała cicho Bibs.

- Zawsze gdy nie mam innego wyjścia. Teraz zaprowadź mnie do tego całego hogh.

Odpowiedni   cel   znaleźliśmy   kilka   przecznic   dalej,   poznając   go   po   szkielecie 

tkwiącym w żelaznej klatce wiszącej nad ogromnym wejściem.

- Ładny znak cechu - przyznałem. - I pomyśleć, że bardziej by pasował drewniany 

arghan.

- To praktyczniejsze. Szczątki ostatniego złodzieja, którego złapali.

- Mili ludzie.

- To wszystko kwestia tradycji, osobiście nic do niego nie mieli - pocieszyła mnie 

Bibs. Ostatecznie to nie ona miała kraść.

Niezbyt   podniesiony   na   duchu   ruszyłem   za   nią   ku   parze   wyjątkowo   mało 

urodziwych ciężarowców opartych o włócznie i osłaniających obitą żelazem furtkę.

Hogh -  oświadczyła Bibs,  spoglądając  na nich nieżyczliwie.

Odpowiedzieli   podobnym   stwierdzeniem   i   użyli   kołatki.   Furtka   uchyliła   się, 

ukazując   następny   zespół,   tyle   że   dwakroć   liczniejszy   i   z   mieczami.   Drzwi   zostały 

zatrzaśnięte i zaryglowane, nas zaś poprowadzono przez mroczną sień na okolony wysokim 

murem podwórzec. Mur ten zwieńczały okazałe ostrza i ozdabiali kolejni wartownicy. Bliższe 

oględziny wykazały, że nie był to klasyczny mur, ale dachy budynków. Na środku podwórza 

siedział  hogh  we   własnej   osobie.   Za   siedzisko   służyła   mu   podłużna   skrzynia   przykryta 

poduszkami, przed słońcem chronił go płócienny daszek, a przed wrogim światem następnych 

dwóch wartowników uzbrojonych w piki.

- Założę się, że na niej śpi - mruknąłem cicho.

- Wygrałeś.

background image

Szef całego interesu był tak nadskakujący i miły, że robiło mi się niedobrze. Widząc 

wyjętą   przez   Bibs   gotówkę,   kazał   pomocnikom   otworzyć   skrzynię.   Przyjrzałem   się   jej 

wnętrzu   ze   sporym   zainteresowaniem,   strażnicy   zaś   bliżej   przyjrzeli   się   mojej   osobie. 

Skrzynia podzielona była na kilka przegródek, a każdą z nich wypełniały skórzane worki i 

woreczki.  Jeden  z tych  ostatnich  został  właśnie  wyjęty,  a skrzynia  zamknięta  i  obłożona 

ponownie poduszkami. Z westchnieniem ulgi stary zasiadł znów na swoim miejscu i zaczęło 

się   targowanie.   Ja   natomiast,   udając   znudzenie,   zlustrowałem   otoczenie.   Zdrętwiałem. 

Sytuacja nie wyglądała wesoło. Na noc zamykają z pewnością to wszystko na trzy spusty. Do 

wejścia przez mur zniechęcała konieczność przekradania się przez pordzewiałe żelastwo i 

liczna straż. Potem trzeba by zejść na dół, dać staremu w łeb, otworzyć  skrzynię, zabrać 

worek albo i kilka, i prysnąć tą samą drogą. Przy tej okazji trzeba by się liczyć z możliwością 

zadźgania,   pocięcia  na  plasterki,  spałowania   i  czego  tam  jeszcze.   Nie  był   to najlepszy  z 

możliwych sposobów zwiększenia naszych funduszów. Konieczna była tu brutalna siła, a w 

tym nigdy nie czułem się specjalistą. Ponadto stara prawda głosiła, że i Herkules dupa, kiedy 

mieczy kupa, i z tym się zgadzałem. Potrzebny był zupełnie nowy plan.

Łatwiej wyjść, niż wejść... Coś zaświtało mi w głowie. Żeby nie dać poznać po 

sobie, że intensywnie główkuję, wykrzywiłem się do najbliższego strażnika. Odpowiedział mi 

tym samym. Wyszło mi, że przy odrobinie szczęścia skok powinien się udać, co więcej, było 

to   jedyne   technicznie   wykonalne   rozwiązanie.   Majtnąłem   wiec   zniecierpliwony   pałką   i 

zwróciłem się do Bibs.

- Pospiesz się, panienko, bo będziemy tu nocować.

- Co proszę?

- Słyszałaś. Wynajęłaś mnie, obiecując dobrą płacę za niezbyt długą pracę. Praca 

dłuży się coraz bardziej, a płaca wygląda coraz mniej atrakcyjnie.

Gdyby hogh nie znał esperanto, cały plan zapewne wziąłby w łeb, sądząc jednak po 

natężeniu z jakim przysłuchiwał się naszej rozmowie, musiał wszystko świetnie rozumieć. 

Pozostało zatem kontynuować z nadzieją, że nie przygotowana dziewczyna podejmie grę w 

ciemno.

- Słuchaj no, ty przerośnięty cymbale. Za połowę ceny mogę mieć lepszych od ciebie 

- parsknęła, reagując jak należy.  - Żaden taki  z bicepsami  zamiast  mózgu  nie będzie mi 

mówił, jak mam załatwiać interesy!

- Tak? No to wymawiam posadę! - wrzasnąłem, celując w nią pałką.

Drewno przeleciało milimetry od jej głowy, poprawiłem zatem rękojeścią w czoło. 

Straciła   przytomność.   Nie   groziło   jej   nic   poza   guzem,   którego   miała   poczuć   dopiero   po 

background image

obudzeniu, wolałem jednak wyłączyć ją z samej sprawy kradzieży, która właśnie miała się 

rozpocząć.

Kolejny   cios   przewrócił   jeden   z   masztów,   na   których   wspierał   się   daszek 

przeciwsłoneczny. Postąpiłem krok i pod osłoną zwojów płótna zdzieliłem  hogha  w ucho. 

Złapałem worek, zanim ten wysunął się z jego bezwładnych rąk, i wsadziłem za koszulę. 

Żeby tam wlazł, musiałem go nieco opróżnić, co dodało tylko kolorytu napaści - walające się 

monety zawsze robią wówczas dobre wrażenie.

Sądząc po wrzaskach i szarpaniu za materię, obstawa ocknęła się już z odrętwienia. 

Wyplątanie się spod baldachimu zajmie im jeszcze chwilkę.

- Tylko durnie pracują dla kobiet! - rzuciłem przez ramię, odchodząc. - Poszukaj 

sobie innego strażnika.

Wartownicy spoglądali to na mnie, to na dwóch swoich kompanów szarpiących się z 

materiałem. Wyraźnie nie wiedzieli, co robić. Problem rozwiązał się sam: jeden ze zbrojnych 

wyciągnął nieprzytomnego szefa i wrzasnął coś wściekle. Bez tłumacza zrozumiałem, o co 

chodzi, gdyż reszta rzuciła się na mnie. Zawróciłem więc w miejscu i pognałem w przeciwną 

stronę,   oddalając   się  tym   samym   od  jedynego   wyjścia,   ale   zbliżając   się  do   drewnianych 

schodów prowadzących na dach.

Stojący   na   stopniach   strażnik   robił   co   mógł,   by   mnie   nadziać   na   włócznię,   ale 

odbiłem ją pałką, jego zaś kopnąłem w miejsce, w którym w przypadku mężczyzny cios daje 

zawsze największe efekty. Przeskoczyłem potem przez zwinięte z bólu ciało i pognałem po 

dwa schodki w górę. Na szczycie  zjawił się następny wartownik, tym razem z mieczem, 

przeturlałem się zatem po deskach podcinając mu nogi i gubiąc przy tej szamotaninie nieco 

gotówki, zrzucając za to podciętego ze schodów prosto na gnającą już za mną pogoń.

Trzej inni strażnicy rzucili się na mnie z wrzaskiem, ja zaś (bez wrzasku) skoczyłem 

ku   krawędzi   dachu.   I   zakląłem.   Bruk   ulicy   był   zbyt   nisko,   by   skoczyć   nie   ryzykując 

połamania kości. Z półobrotu cisnąłem pałką w najbliższego strażnika. Dostał w głowę i runął 

jak długi,  przewracając drugiego. Więcej  nie widziałem,  gdyż  opuściłem się na rękach  z 

krawędzi dachu. Gdy spojrzałem w górę, trzeci strażnik właśnie dobywał miecza, by obciąć 

mi dłonie. Puściłem się zatem, rąbnąłem o bruk, przetoczyłem się i pozbierałem na nogi. 

Czułem ból w kostce, ale specjalnie się tym nie przejmowałem; zbyt wiele spadało teraz na 

ulicę dzid, włóczni, pałek i innych narzędzi mordu. Pospiesznie pokuśtykałem za najbliższy 

róg ciesząc się, że strażnicy wyraźnie nie potrafią porządnie wycelować, a pokonanie zamków 

przy drzwiach musi zająć im parę chwil i uczynić pościg praktycznie daremnym.

Uliczka wychodziła na jakieś targowisko, potem była jeszcze jedna, i jeszcze... W 

background image

końcu przestałem się spieszyć. Wrzaski wartowników umilkły w oddali, a ja z ulgą opadłem 

na   stołek   w   pierwszym   napotkanym   barze   i   z   przyjemnością   wypiłem   kufel   tutejszego, 

wyjątkowo obrzydliwego piwa.

background image

4

Worek   z   gotówką   wypychał   mi   więzienne   wdzianko   i   dopiero   ta   niewygoda 

uświadomiła mi, że jestem patentowanym osłem, by nie użyć bardziej dosadnego określenia. 

Do tej pory mój rysopis powinien dotrzeć do innych hoghów, bo chociaż z pewnością nie 

tworzyli   oni   żadnej   sieci   na   wzór   konsorcjum   banków,   to   pewnie   przynajmniej   połowa 

strażników przeszukiwała teraz miasto wypytując o faceta w szarym ubranku ozdobionym 

czerwonymi strzałami. A kogoś takiego raczej nie trudno zapamiętać…

Najprościej byłoby wymienić gotówkę u kelnera, któremu na widok miejscowych 

pieniędzy zaświeciły się oczy. Naturalnie nie próbowałem wymienić u niego większej kwoty, 

ale i tak dostałem parę kilo arghanów. Nie ulegało wątpliwości że musiał mnie oszukać, 

niemniej   tym   razem   nie   robiło   mi   to   różnicy..   Rozstaliśmy   się   zadowoleni,   a   ledwie 

zniknąłem mu z oczu, zająłem się uzupełnianiem garderoby. Kupowałem rzeczy pojedynczo, 

podobnie   jak   stopniowo   pozbywałem   się   więziennych   ciuchów   i   części   wcześniejszych 

nabytków.  Po przejściu  przez  kolejny bazar prezentowałem  się już jak tubylec:  skórzany 

kapelusz z piórem, szarawary, biała koszula, płaszcz-peleryna i skórzana torba na gotówkę. 

Zabrało mi to trochę czasu i miało się już ku wieczorowi, a w dodatku nieco pobłądziłem. 

Należało znaleźć budynek  Ligi, który był  jedynym  znanym  mi punktem orientacyjnym,  i 

odszukać Bibs.

Gdy dotarłem do restauracyjki, z której wyruszyliśmy po gotówkę, było już ciemno, 

a ja czułem się naprawdę zmęczony, Z prawdziwą ulgą przysiadłem na krześle z nadzieją, że 

Bibs także tu wróci, inaczej mogliśmy szukać się w tym mieście do uśmiechniętej śmierci. 

Zdjąłem kapelusz, gdy ktoś delikatnie objął moją szyję.

- Zdrajca! - usłyszałem szept dziewczyny i prawie straciłem przytomność, zanim 

zwolniła uścisk.

Druciana garotta opadła mi na kolana, a Bibs siadła na sąsiednim krześle i bez słowa 

podała mi chusteczkę. Następnie zajrzała do torby i nieco się rozchmurzyła. Miała podbite 

oko i rozciętą wargę, ale ogólnie wydawała się nie uszkodzona.

- Miałam, ochotę cię zabić - oznajmiła rzeczowo. - Powstrzymał mnie tylko widok 

torby.   Wtedy   zrozumiałam,   że   wszystko   zaplanowałeś   i   jesteś   uczciwym   wspólnikiem. 

Ponieważ jednak trochę mnie poobijali, postanowiałam wyrównać rachunki. Chcesz wina?

- Chcesz... - wycharczałem i przeszedłem na normalniejszy ton. - Dałem ci w ucho, 

background image

byś miała alibi. Widzę, że poskutkowało...

-   Inaczej   by   mnie   nie   było.   Mieli   trochę   pretensji,   ale   byli   tak   wstrząśnięci,   że 

ulotniłam się w zamieszaniu. Łaziłam potem bez celu, zastanawiając się, co z tobą zrobię, gdy 

cię w końcu dopadnę, bo nie dość, że nie miałam pieniędzy, to jeszcze mam śliwkę na oku. 

Twoje szczęście, że nie skreśliłam cię całkowicie.

-   Serdeczne   dzięki   -   stwierdziłem   lekko   obcym   jeszcze   głosem   i   czym   prędzej 

opróżniłem   kubek.   Poskutkowało.   -   To   była   jedyna   szansa   na   sukces.   Obejrzałem   sobie 

zabezpieczenia, gdy się targowałaś, i doszedłem do wniosku, że najtrudniej jest dostać się do 

środka. Byliśmy już wewnątrz, a zatem należało skorzystać z okazji. No i skorzystałem.

- Wspaniale. Mogłeś mi powiedzieć.

- Właśnie że nie mogłem. Stary znał esperanto. Pozostało ogłuszyć cię, by nie zaczęli 

czegoś   podejrzewać.   Przepraszam,   ale   naprawdę   musiałem   ci   przyłożyć.   Tego   akurat   nie 

można było zamarkować.

Po raz pierwszy się uśmiechnęła.

-   Masz   rację.   Warto   było   za   te   parę   sińców...   Teraz   zbierajmy   się.   Ty   już   się 

przebrałeś, teraz kolej na mnie.

- A potem do najlepszego ostelu w mieście.

- Ciepła kąpiel i uczciwy posiłek... idziemy!

Ostel   przypominał   fortecę   ukrytą   za   wysokim   murem.   Do   pokoi,   a   raczej 

apartamentów, wchodziło się z zewnętrznego podwórca. Wzięliśmy najlepszy z numerów, 

przynajmniej  jeśli brać pod uwagę ilość ukłonów, jaka towarzyszyła  transakcji. Wszędzie 

panował miły chłód, pokoje były wyłożone miękkimi dywanami, tu i ówdzie stały tace z 

owocami,   a   w   łazience,   zamiast   wanny,   znaleźliśmy   niewielki   basen,   który   natychmiast 

zaanektowała Bibs.

Wyszła po dłuższym czasie owinięta w puchaty ręcznik, do tego głodna jak stado 

wilków. Szczęśliwie nie zawracano tu sobie głowy takimi rzeczami jak restauracja. Służba 

sprawnie  dostarczyła  posiłek  na tacach  i  zaraz  dyskretnie  zniknęła.  Zjawili  się potem  na 

pierwszy dźwięk dzwonka  i posprzątali.  Gdy wyszedł  ostatni,  profilaktycznie  zamknąłem 

drzwi na solidny skobel. Może i byli dobrze ułożeni, ale służący zawsze potrafią być również 

wścibscy,   a   tego   nie   tolerowałem   od   najmłodszych   lat.   Napełniłem   kryształowy   puchar 

winem i z lubością wyciągnąłem się na sofie.

- To jest życie - stwierdziła spoczywająca na sąsiedniej leżance Bibs.

- Jest - zgodziłem się. - Teraz dobrze byłoby jeszcze uczciwie się wyspać, by jutro 

poczuć się wreszcie jak człowiek.

background image

Przyjrzała mi się spod na wpół przymkniętych powiek, a raczej powieki - podbite 

oko wolała trzymać zamknięte. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się.

- Jesteś niesamowity, Jimmy. Jako pierwszy w dziejach tej planety oskubałeś hogha 

nie dałeś się złapać.

- Szczęście - skwitowałem wyczyn, zadowolony z pochwały, ale nie zapomniałem 

jeszcze epitetu „dzieciak".

- Wątpię. Poza tym uratowałeś mnie i ukradłeś dość, bym mogła opuścić tę planetę. 

Chciałabym ci podziękować.

- Nie trzeba. Pomóż mi tylko odnaleźć Gartha i będziemy kwita - ziewnąłem. - Chcę 

się dowiedzieć o nim wszystkiego, co ty wiesz, ale do tego wrócimy rano. Teraz muszę się 

wyspać.

- Powiedziałam, że chcę ci podziękować, Jimmy - uśmiechnęła się ponownie. - Na 

mój własny sposób.

Niby przypadkiem ręcznik zsunął się na podłogę, odsłaniając jej wdzięki, a trzeba 

przyznać, że pomimo sinego oczodołu, robiła wciąż całkiem dobre wrażenie.

I co niby można zrobić innego w takiej sytuacji?

Po pierwsze, nie strzępić gęby. Takie sprawy należą do prywatnych elementów więzi 

łączącej dwie zainteresowane osoby i nikomu nic do tego.

Wstałem dopiero przy popołudniowym słonku. Wykąpałem się, zjadłem śniadanie 

połączone z obiadem i czekałem na powrót Bibs.

-   Naprawdę   nie   odlecisz   ze   mną?   -   spytała,   poruszając   raz   jeszcze   wcześniej 

rozpoczęty temat. - Nie chcesz?

- Pewnie, że chcę, ale dopiero, gdy wyrównam rachunki.

- On znajdzie cię pierwszy. I zabije.

- Jeśli znajdzie mnie pierwszy, to tylko zaoszczędzi mi wysiłku, a co do zabicia, to 

śmiem wątpić w jego talenty. Przekrzywiła wdzięcznie główkę i uśmiechnęła się.

- Gdyby powiedział to ktoś inny, to uznałabym, że fantazjuje. Tobie może się udać, 

ale  i  tak  się  o tym  nie   dowiem.   Zdecydowanie  wolę  przetrwanie  od  zemsty.   Jak zacznę 

cokolwiek z nim wyrównywać, to będę miała małą szansę, by pożyć jeszcze trochę, zatem 

wolę spasować. Ciekawa jestem jednak wyniku rozgrywki. Kiedy wyjdziesz z tego, to daj mi 

znać, dobrze? Przekaż wiadomość na adres Yeniańskiego Związku Pilotów, a dotrze do mnie, 

choć może nie od razu. Tu jest wszystko, co jeszcze sobie przypomniałam, a czego jeszcze 

nie usłyszałeś. Głównie nazwiska i miejsca. Podała mi kartkę.

- Generał - przeczytałem z lekkim obrzydzeniem. - Zennor lub Zennar...

background image

- Nie jestem pewna, nigdy nie widziałam tego na piśmie. Słyszałam tylko, jak jeden z 

oficerów tak się do niego zwrócił, gdy myślał, że są sami...

- Co to takiego Mortstertoro?

-   Wielka   baza   wojskowa,   być   może   największa   na   wyspie.   Z   niej   właśnie 

zabieraliśmy broń, ale nie wypuszczano nas ze statku, tylko po Gartha przyjeżdżała biała 

limuzyna z proporczykiem, na którym była masa gwiazdek. Wszyscy salutowali mu pierwsi. 

On tam faktycznie jest szychą i na pewno coś wiąże go z bazą. Przykro mi, ale nic więcej już 

nie wiem.

- I tak wiele - schowałem kartkę. - I co dalej?

- Dziś  w  nocy powinniśmy dostać  papiery.  Drogie,  ale  autentyczne,  wystawione 

przez niewielkie księstwo w głębi kontynentu, które cierpi na chroniczny niedostatek obcej 

waluty.   Dzięki   nim   mogę   dostać   bilet   na   każdy   odlatujący   statek,   chyba   żeby   ktoś   z 

pracowników Marynarki mnie rozpoznał. Zdołałam się wkupić w skład delegacji handlowej, 

która zarezerwowała miejsca już dość dawno, ale jeden z ważniaków nagle zachorował.

- Kiedy odlatujesz?

- O północy - odparła cicho.

- Tak szybko?

- Właśnie dlatego. Nie lubię długich związków, Jim.

- Nie rozumiem...

- To dobrze. Zniknę, zanim zrozumiesz.

Poczułem się głupio. Muszę bowiem przyznać, że do poprzedniego wieczora moje 

kontakty z przeciwną płcią były, jak by to powiedzieć... dość sporadyczne i zdecydowanie 

mniej bliskie. Teraz nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, a nie przytrafia mi się to zbyt 

często. Bibs przyjęła  to z całkowitym  zrozumieniem. Dotarło do mnie,  że jest cała masa 

spraw, dotyczących kontaktów z kobietami, o których nie mam pojęcia. I chyba nigdy nie 

będę miał.

- Nie robiłem precyzyjnych planów... - zacząłem, ale uciszyła mnie, kładąc mi palec 

na ustach.

- Robiłeś - sprzeciwiła się. - I nie będziesz musiał zmieniać ich z mojego powodu. 

Byłeś mocno zdeterminowany i dokładnie wiedziałeś, co zamierzasz.

-   I   nadal   jestem.   Twój   człowiek   wziął   łapówkę   za   przewiezienie   mnie   na 

Nevenkeblę?

- Najpierw ją podwoił. Kiedy odkryją, że zniknąłeś z pokładu, stary Grbonja nigdy 

już nie uzyska zgody na wpłynięcie do ich portu, a to oznacza przymusową emeryturę. Ta 

background image

kwota jest jedynie uzupełnieniem jego funduszu emerytalnego.

- A czym zajmuje się poza tym?

- Eksportuje owoce i warzywa. Popłyniesz z nim jako załogant. Nic mu nie zrobią, 

jeśli uciekniesz, ale zabiorą mu zezwolenie na zawijanie do portu. Z tym już się pogodził.

- Kiedy się z nim zobaczę?

- Dziś po zmroku w jego magazynie.

- Wiec...

- Zostawię cię tam i pójdę swoją drogą. Jesteś głodny?

- Dopiero co jadłem.

- Nie o to mi chodziło...

Ulice   oświetlały   jedynie   pochodnie   rozmieszczone   na   niektórych   narożnikach. 

Maszerowaliśmy   w   milczeniu;   być   może   powiedzieliśmy   już   sobie   wszystko   (nie 

wykazywałem zbytniego doświadczenia w tych kwestiach). Na wszelki wypadek miałem ze 

sobą świeże nabytki: sztylet i nową pałkę, którą od czasu do czasu postukiwałem w mur, by 

ewentualni napastnicy nie żywili złudzeń.

Dość   szybko   dotarliśmy   do   magazynu,   gdzie   Bibs   zastukała   do   niewielkich 

zielonych drzwiczek. Po szeptanej konwersacji znaleźliśmy się wewnątrz. Otoczył nas słodki 

aromat owoców, których skrzynie majaczyły w niewielkim kręgu światła rzucanego przez 

latarnię. Siedział przy niej starzec z siwą brodą i takimiż włosami sięgającymi pasa. Oprócz 

imponującego owłosienia odznaczał się również okazałym kałdunem i pajęczymi nóżkami 

oraz zakrywającą jedno oko opaską. Drugim okiem przyjrzał mi się jednak uważnie.

- To jego masz zabrać - oznajmiła Bibs.

- Zna esperanto?

- Od urodzenia - wtrąciłem.

- Daj mi pieniądze.

- Nie, bo go nie zabierzesz. Ploveci da ci forsę, gdy będziecie w porcie.

- Chcę je zobaczyć. Może ich być mniej, albo co... - spojrzał na mnie w taki sposób, 

że od razu zrozumiałem: to ja jestem Ploveci.

Wyjąłem   z   zanadrza   sakiewkę   i   pokazałem   mu   część   zawartości.   Mruknął 

zadowolony,   schowałem   więc   wszystko.   Nagle   poczułem   na   karku   powiew   chłodnego 

powietrza. Obróciłem się błyskawicznie.

Bibs zniknęła.

- Możesz tu spać. - Stary wskazał na stertę worków przy ścianie. - O świcie ładujemy 

i wypływamy.

background image

Wstał, wziął latarnię i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.

Siadłem   z   westchnieniem   i   oparłem   się   plecami   o   ścianę.   Pałkę   ułożyłem   na 

kolanach. Naszły mnie niezbyt wesołe rozmyślania na temat: co zrobiłem, co mam zamiar 

zrobić i co ja tu w ogóle robię.

Jako   osobnik   rzadko   pogrążający   się   w   problemy   natury   filozoficznej,   szybko 

zasnąłem i następną rzeczą, którą ujrzałem, było światło słoneczne wpadające przez otwarte 

właśnie drzwi. Po chwili dopiero zorientowałem się, że leżę z twarzą wtuloną w worek, a 

pałka   spoczywa   obok.   Zerwałem   się   na   równe   nogi,   sprawdziłem,   czy   sakiewka   jest   na 

miejscu (była) i przeciągnąłem się, ziewając przy tej okazji niemiłosiernie.

Otwarto   wrota   z   drugiej   strony   magazynu.   Za   nimi   było   nabrzeże,   przy   którym 

cumował spory żaglowiec. Starzec schodził właśnie z pokładu.

- Ploveci! Pomóż im ładować!

W ślad za nim w magazynie pojawił się co najmniej tuzin facetów, którzy zaczęli 

przenosić rozmaite worki, skrzynki i kosze. Nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówili, ale 

to i tak nie miało znaczenia. Robota była monotonna i brudna, a w dodatku niektóre worki 

zawierały jakieś wyjątkowo śmierdzące zielsko, i od tego smrodu zaczęły mi łzawić oczy. Co 

ciekawe, jedynie ja tak reagowałem. Robota skończyła się po zapełnieniu ładowni, przy czym 

nie uznawano tu takich wynalazków jak przerwy śniadaniowe; dopiero po zakończeniu pracy 

można było siąść w cieniu i ugasić pragnienie cienkim piwem, którego beczułka (wraz z 

kuflami na mocnych linkach) stała na pokładzie.

Grbonja   zjawił   się,   ledwie   zdołałem   opróżnić   drugi   kufel,   i   wygulgotał   coś,   co 

pewnie było rozkazem odcumowania, bowiem obecni zerwali się do roboty, przekształcając 

się z tragarzy w matrosów. Na tym już w ogóle się nie znałem, stanąłem zatem z boku, żeby 

nie   plątać   się   im   pod   nogami   i   przyglądałem   się   tylko.   Nie   zezwoliwszy   na   dłuższe 

leniuchowanie,   stary   polecił   mi   iść   do   kabiny,   do   której   sam   wmaszerował   kilka   minut 

później.

- Pieniądze - polecił zwięźle.

-   Żadne   takie,   dziadku.   Dostaniesz,   gdy   będziemy   na   brzegu,   tak   jak   zostało   to 

uzgodnione.

- Nikt nie może widzieć, że je biorę!

- Nie ma strachu, nie zobaczy. Stój koło trapu, ja się potknę i wyląduję na tobie. Jak 

się   pozbieram,   to   będziesz   miał   sakiewkę   za   pazuchą.   Teraz   powiedz   mi,   co   zastanę   na 

brzegu.

- Kłopoty! - jęknął, próbując sobie wyrwać brodę. - Nigdy nie powinienem się na to 

background image

zgodzić! Znajdą cię i zabiją, a i mnie załatwią przy tej okazji...

- Bez nerwów, popatrz na to. - Potrząsnąłem sakiewką. - To spokój na stare lata, 

domek z ogródkiem i beczułka piwa, micha szynki... Pomyśl o radośniejszej stronie życia. 

Pomyślał, czy nie, brzęk pieniędzy miał na niego zaiste zbawienny wpływ. Przestał wyrywać 

sobie siwe kudły, dałem mu zatem garść szczęścia.

- Masz tu zadatek, na dowód mojej dobrej woli - powiedziałem. - Teraz zastanów się. 

Im   więcej   będę   wiedział   o   wyspie,   tym   łatwiej   będzie   mi   uciec.   Nikt   nie   będzie   cię 

podejrzewał, powiedz zatem, co wiesz.

-   Niewiele...   -   wymamrotał,   koncentrując   uwagę   na   monetach.   -   Jest   tam   sporo 

doków, za  nimi  zaś  targ.  Wszystko  otoczone  jest  wysokim  murem,  za  którym  nigdy nie 

byłem. Nie słyszałem, by ktokolwiek tam dotarł.

- Bramy?

- Są, i to duże, ale silnie strzeżone.

- A ten targ... Rozległy?

- Ogromny. Największy na wyspie. Ciągnie się wiele myldyrów wzdłuż brzegu.

- A ile ma taki myldyrówl

- Myldyr. Myldyrów to liczba mnoga. Jeden ma siedemset lathów.

Wiele mi to mówi. No nic, sam zobaczę.

Przy wtórze posapywań i narzekań, stary otworzył niewielką klapę w pokładzie i 

zniknął gdzieś w dole, zapewne po to, by ukryć gotówkę. Ja stwierdziłem, że dość mam 

zaduchu kabiny i wyszedłem na otwarty dziób, gdzie nikomu nie przeszkadzałem. Słońce 

rozpraszało   poranną  mgłę  i   ze  zdumieniem  stwierdziłem,   że  przepływamy  obok  potężnej 

wieży wyłaniającej się z morskich fal. Była poobijana i bez dwóch zdań bardzo stara, ale 

musiałem wysoko zadrzeć głowę, by dojrzeć wierzchołek. Nieźle tu budowano w dawnych 

czasach.

Ze szczytu wieży zwisały szczątki mostu, przedłużenia dawnej autostrady, strasząc 

przerdzewiałymi linami o ponad dwóch metrach średnicy każda. Całość nadal robiła wraże-

nie.   Zniszczyć   takie   dzieło   mogła   jedynie   nie   byle   jaka   katastrofa...   albo   i   nie.   Bardziej 

prawdopodobne, że była to sprawka władców wyspy, którzy pragnęli odciąć się całkowicie od 

pogrążającego się w barbarzyństwie kontynentu.

Zanim   zacząłem   się  nad  tym   głębiej  zastanawiać,   przed  dziobem   wyrósł  szary i 

smukły patrolowiec najeżony działkami, który okrążył  nasz statek przy wtórze wyzwisk i 

gwizdów   całej   załogi.   Brałem   w   tym   aktywny   udział.   Po   pierwsze   po   to,   żeby   się   nie 

wyróżniać, po drugie, byliśmy tu legalnie. Kapitan patrolowca musiał dojść do tego samego 

background image

wniosku, gdyż pożegnał nas obraźliwym buczeniem syreny i odpłynął w swoją stronę.

W pół godziny później zamajaczyła  przed nami  wyspa.  Z początku jedynie  jako 

masyw szarej skały i kęp zieleni, potem ujrzeliśmy zarys potężnego miasta wzniesionego nad 

prawie kolistą zatoką. Pomimo wczesnej pory, robota paliła się tu w dłoniach, kominy dymiły 

na całego. Wejścia do portu broniły dwa szare, groźnie przycupnięte na końcach falochronów 

forty. Lufy dział śledziły nasz statek, choć przecież nie stanowił on żadnego zagrożenia. Ci 

faceci nie żartowali...

Zaczęło   mi   się   wydawać,   że   ta   jednoosobowa   krucjata   nie   była   najlepszym 

pomysłem mojego życia. Tyle że nie miałem już odwrotu...

background image

5

Opuścić żagle! - ryknął wzmocniony przez megafon głos. - Przyjąć cumy!

Ryk   nadchodził   z   krępego   holownika,   który   podpłynął   do   burty.   Starzec   czym 

prędzej przetłumaczył polecenia i załoga rzuciła się do pracy.

Wszystko w Nevenkebli było zorganizowane do ostatniego szczegółu, przypadkowi 

nie pozostawiono nawet cienia szansy. Zanim zdążono zrefować żagle, holownik pociągnął 

nas na wyznaczone miejsce, czyli do pierwszego wolnego kawałka nabrzeża. Wszędzie wkoło 

cumowały przeróżne statki, zajęte wyładunkiem przywiezionych dóbr.

- Z różnych stron przybywają - wyszeptał starzec, stając obok mnie. - Ten jest z 

Penpilick, ten z Grampound, a ta cholera nawet z Praze-an-Beeble, żeby ich zaraza wytłukła! 

Daj mi pieniądze, na brzegu może nie być okazji.

- Umowa to umowa, dziadku - przypomniałem mu grzecznie. - Dostaniesz je tak, jak 

powiedziałem. Ani sekundy wcześniej.

Sapnął rozgoryczony.

- Najpierw pójdę do magazyniera. Dopiero potem zaczniemy rozładunek. Zabiorą ci 

papiery i pozwolą chodzić po magazynie. Potem dasz mi pieniądze.

- Pewnie, że dam. Nie przejmuj się i pomyśl o emeryturze.

Z brzegu obserwowało nas paru uzbrojonych strażników, gdy parowa winda opuściła 

na pokład trap, po którym stary wdrapał się na nabrzeże. Zastanawiałem się, czy przypadkiem 

nie przyszło mu do głowy wydać mnie, może tutaj płacili nagrody za takich jak ja...

Wrócił po kilku minutach i pogonił załogę do roboty, a ja sprawdziłem, czy sztylet, 

wytrych i gotówka tkwią za pazuchą; jakby co, nie miałem zamiaru poddać się bez walki. 

Pałkę zostawiłem w kabinie,  nie przydałaby się tutaj na wiele, a na pewno rzuciłaby się 

niepotrzebnie w oczy. Śladem innych złapałem pierwszy z brzegu worek i ruszyłem po trapie. 

Każdy kolejno oddawał papiery oficerowi, który wpychał je do pudła, a następnie przypinał 

do koszuli lub kurtki delikwenta znaczek identyfikacyjny. Wyglądał na ciężko znudzonego tą 

czynnością, co dodało mi pewności siebie.

Przeszło mi,  gdy dostałem znaczek. Przypiął  mi  go nie  do ubrania, ale do gołej 

skóry.   Zacisnąłem   zęby   i   odskoczyłem.   Oficer   uśmiechnął   się   z   wyraźnie   sadystycznym 

zacięciem.

- Ruszaj się, durniu! Następny!

Znalazłem się na brzegu bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Idąc za poprzednikiem, 

wyniosłem bagaż do mrocznego magazynu, gdzie zwaliłem worek na stertę, obok której stał 

background image

siwowłosy. Na mój widok ożywił się i zawołał coś, machając zawzięcie.

- Pieniądze! - szepnął, gdy podszedłem.

Zatoczyłem się na szefa. Gdy się pozbierałem, stary sapnął z ulgą, a ja rozejrzałem 

się   po   betonowych   ścianach   i   stalowych   dźwigarach,   i   poszedłem   po   drugi   worek.   Przy 

czwartym worku zacząłem tracić cierpliwość. Jeszcze trochę, a statek zostanie rozładowany, a 

ja poprzestanę na dłuższej wycieczce morskiej połączonej z ćwiczeniami siłowymi. Z tego 

budynku po prostu nie było wyjścia innego, jak tylko na nabrzeże, nie było też miejsca, by się 

ukryć.  Cóż, gospodarze naprawdę nie lubili nieproszonych  gości i zrobili  co tylko  w ich 

mocy, by utrudnić im wstęp na wyspę. Potrzebowałem czasu do namysłu.

- Zrób przerwę na piwo! - poleciłem staremu cicho, mijając go przy wejściu na trap.

Oficer   poszedł   już   w   cholerę,   ale   dwaj   ponurzy  wartownicy   tkwili   na   molo   jak 

wrośnięci.

- Nigdy nie robię przerw w pracy! - zaprotestował obrażony kapitalista.

- Dziś będzie inaczej. Dzień jest gorący, a ty wolałbyś, żeby tutejsze władze nie 

dowiedziały się, że wynajęto cię do przemytu, co?

Jęknął   coś,   ale   posłusznie   wrzasnął   kilka   zdań,   które   załoga   przyjęła   z   lekkim 

zaskoczeniem,   ale   bez   protestów.   Pospiesznie   zebrali   się   wokół   beczułki.   Sam   też   się 

napiłem, po czym siadłem na nadburciu obok trapu. Zerknąłem w górę: buty wartownika. 

Zerknąłem  w dół: woda... I wolna przestrzeń pomiędzy palami,  na których  wspierało  się 

molo. Czyli jednak coś...

Poczekałem,   aż  buty  znikną   z  horyzontu,  a   stary  raczy  się  wreszcie   odwrócić,  i 

zsunąłem za burtę zwój liny przyczepiony do czegoś na pokładzie. Przy beczce wywiązała się 

tymczasem   różnica   poglądów   na   temat   zasad   racjonowania   napoju,   co   wszystkich   żywo 

interesowało, mogłem zatem nie zauważony zsunąć się cicho i szybko po linie. Mając stopy w 

wodzie, puściłem sznur i bez plusku pogrążyłem się w portowe odmęty. Czym prędzej od-

płynąłem pod molo i rozejrzałem się uważnie.

Prawdę   mówiąc,   niewiele   tu   było   do   oglądania.   Pokryte   szlamem   deski   łączyły 

równie oślizłe słupy. Wokół pływały najrozmaitsze śmieci, a całość śmierdziała wychodkiem. 

Skierowałem   się   ku   mroczniejszym   zakątkom   bliżej   brzegu,   gdzie   natknąłem   się   na 

chropowatą betonową ścianę nabrzeża. Posuwając się wzdłuż muru, dotarłem na drugą stronę 

mola, gdzie statki zacumowane były jednak tak gęsto, że nie dało się miedzy nimi przecisnąć. 

Nie był to mój najlepszy dzień!

Wracać nie mogłem, pozostało tylko jedno: nurkować pod kadłubem najbliższego 

statku.   Teoretycznie   powinien   być   obły,   zostawiający   nieco   wody   pod   kilem.   Miałem 

background image

nadzieję, że statki budują tu tak samo jak gdzie indziej.

Czekać też nie było na co, zdjąłem więc buty, zrobiłem kilka głębokich wdechów i 

zanurkowałem.

Było to nader nieprzyjemne doświadczenie. Lewą dłonią przesuwałem po kadłubie, 

nie   napotykając   szczęśliwie   żadnej   przeszkody,   niemniej   musiał   to   być   wyjątkowo   duży 

statek.   W   końcu   pojaśniało   i   wynurzyłem   się   przy   dziobie,   starając   się   nie   parskać   jak 

wieloryb. Uniosłem głowę - i spojrzałem prosto na stojącego przy burcie marynarza, który 

właśnie się ku mnie odwracał.

Czym prędzej zanurkowałem ponownie i ruszyłem ku następnemu statkowi. Goniąc 

resztką sił, wynurzyłem się przy sterze tak niefortunnie, że głowa utknęła mi między nim a 

burtą   i   trwało   chwilę,   nim   wydostałem   się   z   pułapki   wynosząc   w   skalpie   kilka   wbitych 

drzazg.

Tak zaczęła się nudna wędrówka od mola do mola. Był to wyjątkowo mokry i nudny 

sposób spędzania dnia. Początkowo za każdym razem sprawdzałem nabrzeże, ale wszędzie 

napotykałem   lity   beton,   postanowiłem   zatem   dotrzeć   jak   najszybciej   do   końca   portu. 

Gdzieniegdzie   trafiałem   na   puste   miejsca   zamiast   statków,   co   tylko   ożywiało   monotonię 

wyprawy. Wczesnym popołudniem dotarłem do ostatniego mola.

Był odpływ, toteż statki siedziały nisko na wodzie, dając mi lepszą osłonę. Kolejne 

nurkowanie i wynurzyłem się przy sterze ostatniej jednostki, obok znanej mi do obrzydzenia 

szarej ściany betonu.

Falochron!

Niestety,   nabrzeże   łączyło   się   w   jedno   z   falochronem,   nie   zostawiając   żadnej 

szczeliny dość szerokiej, by się w nią wcisnąć. Co za cholerni pedanci to budowali!?

Kółko się zamknęło, a ja wyszedłem na durnia. Ewentualny brak pomysłów groził, 

że   wkrótce   może   to   być   dureń   martwy.   Owszem,   można   było   się   poddać,   ale   zanadto 

opanowała mnie wściekłość. Gdyby tak ukryć się pod którymś z pomostów... Nie, ledwie 

odkryją, że zniknąłem, przeszukają je dokładnie. Magazyny odpadały w przedbiegach. Co 

zatem? To, co niemożliwe, jak mawiał Hetman. A co było niemożliwe?

Ukrycie się przed żołnierzami, którzy będą mnie szukać. Należało zatem do nich 

dołączyć, czyli zjawić się tam, gdzie za nic nie będą się mnie spodziewali: w forcie na główce 

falochronu.

Pomysł był czysto wariacki, ale jednak wykonalny. Tym bardziej, że na pokładzie 

nade mną rozległy się komendy i tupot stóp, świadczące o rychłym wypłynięciu. Była to 

jedyna nadzieja na dotarcie do fortu, bowiem samodzielnie żeglującego wypatrzyliby mnie 

background image

błyskawicznie, przylepionego do kadłuba, a nie powinni.

Podniesiono żagiel i ruszyliśmy. Podróż nie należała do miłych, ale dała się przeżyć. 

Z początku płynąłem pod wodą trzymając się kurczowo steru, by nie zostać zauważonym z 

brzegu.   Potem   pokazał   się   pienisty   kilwater   i   omal   nie   udusiłem   się,   próbując   złapać 

powietrze, jednak nie mając innego wyjścia, szybko opanowałem tę sztukę.

Gdy   byliśmy   już   dalej,   sam   prąd   przyciskał   mnie   do   pióra   steru   i   wystarczyło 

trzymać   głowę   nad   wodą,   by   przemieszczać   się   całkiem   wygodnie   i   w   kompletnej 

anonimowości. Na szczęście kurs zmieniano tylko raz i udało mi się w porę przesunąć dłonie, 

dzięki czemu ster mnie nie zabił, a sternik niczego nie zauważył.

Fort rósł w oczach, ale poczekałem, aż będzie naprawdę blisko, i dopiero wtedy 

wziąłem głęboki oddech, puściłem ster i popłynąłem. Perspektywa zakończenia wędrówki 

dodawała   mi  sił,   dzięki   czemu   bez  przeszkód   pokonałem   prąd  płynąc   przy  samym   dnie. 

Myślałem, że mi płuca pękną, gdy wynurzyłem się wreszcie przy kamiennej ścianie, z której 

spoglądały   w   różne   strony   działa   rozmaitych   kalibrów.   Między   kamieniami   było   dość 

szczelin,  aby przytrzymać  się podczas  opływania  fortu wokoło i sprawdzania,  co  jest po 

drugiej stronie falochronu.

Okazało się, że normalna plaża, przystań jachtowa i cała masa kajaków, motorówek, 

rowerów i skuterów wodnych, z których niechybnie by mnie dostrzeżono, gdybym próbował 

wylądować   na   brzegu.   Tutaj   też   nie   za   bardzo   mogłem   pozostać,   a   to   ze   względu   na 

obserwatorów na przepływających statkach. Pozostało tylko jedno: wspiąć się na szczyt fortu, 

póki   nikt   nie   mija   wejścia   do   portu   dość   oddalonego,   bym   był   niewidoczny   dla 

nieuzbrojonego   oka.   Fort   zaś   był   częściowo   betonowy   i   wspinaczka   po   zaokrąglonych 

ścianach nie przedstawiała problemu. W teorii, naturalnie.

W rzeczywistości wyglądało to nieco mniej radośnie, ale dotarłem szczęśliwie do 

połowy  drogi   i   zrobiłem   sobie   chwilę   przerwy  pomiędzy   dwoma   strzelnicami,   z   których 

wyglądały wielkolufe działa. Pusta powierzchnia wody była dobre dwadzieścia metrów pode 

mną. Nie należało jednak przeciągać struny, bo w każdej chwili coś mogło nadpłynąć, na 

przykład tutejsza kanonierka.

- Jim, daj ognia - usłyszałem, i omal się nie puściłem.

Dotarł do mnie aromatyczny dym cygara. Żeby trafić na dyżurnego artylerzystę o 

tym samym imieniu, naprawdę trzeba mieć pecha. Na szczęście wciąż nikt nie zwrócił na 

mnie uwagi, ale wobec bliskości załogi nie śmiałem nawet drgnąć.

- Ten nowy kapitan... coś trzeba będzie z nim zrobić - usłyszałem.

- A trzeba, bo to bydlę. Trutka na szczury?

background image

-   Nie.   Słyszałem,   że   na   północy   załatwili   tak   jakiegoś   gnojka,   ale   potem 

zdziesiątkowano cały pułk. Wiesz, rozwalono co dziesiątego.

- Gówno prawda. Zwykłe gówniane plotki. Tak jak obdzieranie ze skóry. Wszyscy o 

tym mówią, ale nikt nie widział...

- Kapitan!

Niedopałek   poszybował   obok   mnie,   a   z   wnętrza   dobiegł   pospieszny   tupot. 

Korzystając   z  okazji,  ruszyłem  w   górę  i  po  minucie   byłem   już  na   zaokrąglonym   dachu, 

przeganiając przy okazji wyraźnie zdegustowaną mewę. Poza obłością przy brzegach, dach 

był   płaski   i   pokryty   historycznymi   wręcz   pokładami   ptasiego   gówna.   Położyłem   się   na 

plecach i rozejrzałem. Nic, tylko niebo i szczyt jakiejś odległej góry. Ślicznie, znaczyło to 

bowiem, że można mnie dostrzec jedynie z powietrza, a nie widziałem tu przez cały dzień 

żadnych   samolotów,   helikopterów   ani   lotni.   Na   pewno   istniały,   ale   najwyraźniej   nie 

zapuszczały się w te okolice. Słoneczko przygrzewało jeszcze miło, przymknąłem więc oczy i 

natychmiast zasnąłem.

Obudziłem się nagle, bo chmura przysłoniła słońce, a mnie wydało się, że ktoś nade 

mną stanął. Zasypianie nie było zbyt mądrym posunięciem, ale przymusowa kąpiel nazbyt 

mnie   wykończyła.   Poza   tym   najwyraźniej   nikt   niczego   nie   zauważył.   Słońce   stało   już 

znacznie niżej, co oznaczało rychły zmierzch i możliwość ruszenia się z tych wysokości. 

Byłem głodny, przede wszystkim zaś chciało mi się pić. Na razie jednak duch musiał być 

ważniejszy od materii i pozostało mi ćwiczyć silną wolę.

Wreszcie zapadł mrok i oczekiwanie dobiegło końca. W forcie rozbłysły światła i 

rozległy się komendy. Podpełzłem na skraj dachu. Na dziedzińcu żołnierze maszerowali w 

małych   grupach   w   tę   i   z  powrotem   przy  wtórze   ryków   oficerów.   W   końcu   jedna   grupa 

zniknęła   w   środku,   druga   zaś   ruszyła   szerokim   falochronem   w   kierunku   portu.   Drogę 

oświetlali sobie latarnią, poczekałem zatem profilaktycznie, aż znajdą się na stałym lądzie.

A potem zgasły wszystkie światła.

Zamrugałem   gwałtownie   oczami,   nie   wierząc   własnemu   szczęściu.   Dopiero   po 

chwili wrócił mi rozsądek - wygaszanie świateł było logicznym posunięciem: artylerzyści 

mieli nocną służbę i lepiej było nie świecić im po oczach, jeśli mieli widzieć cokolwiek. Ktoś 

tu myślał.

Odczekałem, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności i w blasku gwiazd zszedłem 

ostrożnie na dziedziniec. Jedyne widoczne w murze fortu pancerne drzwi były zamknięte na 

głucho.   Nie   one   zresztą   interesowały   mnie   najbardziej,   pospiesznie   ruszyłem   zatem   ku 

brzegowi, starając się przy tym zachować ciszę.

background image

W   miarę   jak   fort   zostawał   z   tyłu,   szedłem   coraz   spokojniej,   rozglądając   się   po 

okolicy. Z lewej miałem kotwicowisko jachtów, w większości ciemnych, choć z niektórych 

bił blask aż oczy bolały i słychać było pijackie śpiewy. Powietrze było rześkie, droga równa, 

ale   niestety,   zawsze   mówiłem,   że   nadmierna   pewność   siebie   zgubiła   już   niejednego. 

Pogrążony   w   rozmyślaniach,   jak   ostatnia   ślepa   fujara,   wlazłem   na   metalową   barierkę 

oddzielającą falochron od molo  i natychmiast  znalazłem się w blasku co najmniej trzech 

reflektorów,   a   okolica   rozjarzyła   się   niczym   w   trakcie   pożaru.   Jedyną   korzyścią   była 

możliwość stwierdzenia, że dalszą drogę przegradza mi płot i zamknięta metalowa furtka.

background image

6

Odskoczyłem od płotu jak oparzony, rozejrzałem się gorączkowo wokół i padłem na 

ziemię, oczekując nieuniknionej komendy.

Która nie zabrzmiała. Światła jaśniały, port był pusty, a mną nikt się nie interesował. 

Tyle tylko, że nabrzeżem maszerował w moją stronę oddział żołnierzy. Małe były szansę, aby 

mnie dostrzegli, natomiast rozważania, czy włączyłem jakieś urządzenie alarmowe, czy też 

cały ten lunapark był dla nich, żeby sobie krzywdy nie zrobili, były zupełnie nie na miejscu. 

Portu miałem  dość, przeczołgałem się zatem na skraj falochronu od strony kotwicowiska 

jachtów i ostrożnie zsunąłem się po spadzistej ścianie, aż dotknąłem stopami chłodnej wody. 

Przez chwilę myślałem, czyby nie zostać w tej pozycji, ale nie. Wystarczył mały błysk latarki, 

żeby odkryto mnie rozpłaszczonego jak żaba na betonie i podobnie bezradnego. Nie po to 

wysilałem się cały dzień, by teraz tak głupio ryzykować. Czym prędzej schowałem się w 

wodzie i najciszej, jak potrafiłem, popłynąłem do brzegu, gotów w każdej chwili nurkować, 

gdyby   zaszła   taka   potrzeba.   Nie   zaszła;   patrol   przedreptał   mimo,   otworzył   sobie   bramę, 

przeszedł,   zamknął   ją   za   sobą   i   ruszył   w   stronę   fortu.   Diabli   wiedzą,   co   to   było:   nie-

spodziewana   inspekcja,  wzmocnienie   garnizonu  czy inne  licho.   Zresztą  nie  było  to  moje 

zmartwienie.

Należało natomiast zdecydować się, co dalej, i to możliwie szybko, gdyż promenada 

była   coraz   bliżej.   Bosy,   mokry   i   nie   znający   okolicy,   musiałem   póki   co   pozostać 

niezauważony. Zaraz, zaraz, czemu właściwie mokry i bosy? A jachty? Powoli odbiłem nieco 

w bok, wpływając pomiędzy zakotwiczone jednostki. Było za wcześnie na spoczynek, toteż 

należało   założyć,   że   te   ciche   i   ciemne   są   jednocześnie   puste.   Poszukałem   dużego   jachtu 

motorowego i wlazłem na jego pokład po umocowanej na rufie drabince. Światło gwiazd i 

poblask z brzegu pozwoliły dostrzec wygodny fotel, koło sterowe i zejściówkę prowadzącą 

pod pokład. Zamkniętą.

Było to miłe, znaczyło bowiem, że właściciel trzyma tam coś wartego kradzieży. Bez 

trudności dostałem się do środka i zabrałem się za mozolne przeszukiwanie kabiny, które 

przeprowadzić trzeba było po omacku. Wnętrze było typowe: koje wzdłuż burty, pod nimi 

szafki,   powyżej   półki.   Co   prawda   niektórych   rzeczy   nie   rozpoznawałem,   nieco   też   się 

poobijałem i zdrowo nakląłem, ale w końcu zwinąłem łupy w koc, wyniosłem je na pokład i 

obejrzałem dokładnie.

To, co po omacku przypominało butelkę z zakrętką, rzeczywiście było butelką z 

zakrętką, którą natychmiast zdjąłem i ostrożnie spróbowałem zawartości naczynia, maczając 

background image

w niej palec. Bardzo słodkie wino, którego normalnie bym nie ruszył, ale po takim dniu 

smakowało   niczym   ambrozja.   Metalowe   pudełko   zawierało   suchary   (zgodnie   z 

przypuszczeniami),   ale   tak   twarde,   że   omal   nie   połamałem   sobie   zębów   (niezgodnie   z 

przypuszczeniami).   Wymoczone  w   winie   nieco  zmiękły,   zjadłem   je  zatem   do  ostatniego, 

czknąłem i poczułem się nieco lepiej.

Dalsze   przeszukiwanie   trofeów   prowadziłem   w   nadziei   znalezienia   jakiejś 

garderoby.  Pierwsza wpadła mi w ręce skórzana minisukienka, potem koronkowe majtki. 

Ładne, ale nie na mnie. To, co niezbyt dawało się zidentyfikować, skłonny byłem uznać za 

damskie, resztę zaś eliminowałem metodą prób i błędów, dochodząc w końcu do względnego 

ładu, chociaż zestawienie kolorystyczne stroju miało pozostać do rana tajemnicą. Spodnie 

były za luźne, ale linka zamiast paska rozwiązała ten problem. Koszula pasowała nieco lepiej, 

a sięgająca kolan marynarka mogła być ostatnim krzykiem tutejszej mody. Buty trzymały się 

na   stopach   znacznie   lepiej   po   wypchaniu   czubków   pończochami.   Rozebrałem   się, 

zadowolony,   wpakowałem   rzeczy w pudło po sucharach i włożyłem moje stare ubranie. 

Puszkę zapakowałem w  foliowy  worek mając jedynie nadzieję, że okaże się szczelny, resztę 

zaś zdobyczy zniosłem z powrotem do kabiny.

Zaczynało się robić chłodno, toteż najwyższy był czas ruszać dalej. Byłem zmęczony 

i   potrzebowałem   snu,   ale   nie   mogłem   sobie   na   razie   nań   pozwolić.   Dopiłem   wino, 

wyrzuciłem butelkę za burtę i zszedłem do wody. Na szczęście do brzegu było niedaleko, 

jedną ręką bowiem podtrzymywać musiałem na głowie ładunek, drugą zaś machać w wodzie 

we wzmożonym tempie. Dość wypompowany wydostałem się w końcu na brzeg i pod osłoną 

skał zmieniłem przyodziewek, zakopując stary w piasku. W cholewkę buta wsunąłem sztylet, 

gotówkę umieściłem za pazuchą i z wytrychem w kieszeni ruszyłem na podbój wyspy.

Przede   wszystkim   miałem   ochotę   znaleźć   jakieś   spokojne   miejsce,   aby   się 

zdrzemnąć, ale to byłby największy możliwy błąd. Ci tutaj sprawy bezpieczeństwa traktowali 

nader poważnie, schronienie mogłem zatem znaleźć jedynie w mieście. Ruszyłem więc w 

cieniu promenady do prowadzących na nią schodków.

Na szczęście pokonałem je ostrożnie, a jeszcze ostrożniej wyjrzałem na górę. Stało 

tam, niestety, dwóch umundurowanych i uzbrojonych osobników, toteż pospiesznie wróciłem 

na plażę. Policzyłem do dwustu i wyjrzałem ponownie. Indywidua zniknęły, przechodniów 

było   niewielu,   toteż   spokojnie   wylazłem   na   promenadę   i   skierowałem   się   ku   miastu. 

Skręciłem w pierwszą prowadzącą od brzegu uliczkę, gdzie minąłem parę osób. Moje ubranie 

nie zwróciło ich uwagi, co podniosło mnie na duchu. Za następny cel wybrałem najbliższe 

źródło głośnej muzyki.

background image

Przeczucie mnie nie zawiodło - hałas dochodził z baru opatrzonego napisem: 

TAŃCE I NAPITKI - WEJDŹ, A NIE WYJDZIESZ.

Należało to zapewne rozumieć jako zaproszenie na wieczorek taneczno-bokserski, 

ale wszedłem do środka.

Kształt   i   wygląd   barów   są   zwykle   wszędzie   podobne,   może   dlatego,   że   jak 

wszechświat długi i szeroki, muszą one spełniać te same funkcje, czyli pomagać w spożyciu 

jak   największej   ilości   napojów   alkoholowych   w   możliwie   najkrótszym   czasie,   do   czego 

niezbędne są: krzesła, stoły, bufet i półki na butelki. Reszta jest kwestią folkloru.

Siadłem   przy   pierwszym   wolnym   stole,   reszta   gości   zaś   zignorowała   mnie   w 

podobny   sposób,   jak   ja   ich.   Zamówiłem   u   pulchnej   kelnerki   w   kusej   spódniczce   piwo. 

Kelnerka z kolei zignorowała dochodzące od sąsiedniego stolika gwizdy kilku nastolatków, 

raczących się mocniejszymi spirytualiami.

Wróciła zadziwiająco szybko, a piwo okazało się całkiem niezłe i zimne. Należność 

odliczyła sobie z monet, które wzorem innych gości położyłem po prostu na blacie, i wróciła 

za bufet. Zdołałem oderwać się od kufla dopiero, gdy została w nim ledwie jedna trzecia 

zawartości. Otarłem pianie z ust, kiedy do wnętrza wpadł zdyszany młodzik i podbiegł do 

sąsiedniego stolika.

- Gliny! - wychrypiał.

Słysząc to, dwóch młodzieńców zerwało się na nogi i pognało ku tylnemu wyjściu. 

Zebrałem   gotówkę,   dopiłem   piwo   i   pospiesznie   ruszyłem   w   ich   ślady.   Coś   wisiało   w 

powietrzu,   choć   dokładnie   nie   wiedziałem   co.   Słowo   „gliny"   w   całej   galaktyce   oznacza 

policję,   a   sądząc   z   reakcji   małolatów,   instytucja   ta   uznawana   była   w   okolicy   za   realne 

niebezpieczeństwo.   Na   ostrożności   jeszcze   nikt   nie   stracił,   pomyślałem,   przemierzając 

mroczny korytarzyk. Właśnie miałem otworzyć drzwi, gdy z drugiej strony jęknęła syrena, a 

przez szpary wdarł się ostry blask reflektora.

- Co ja widzę?  - zdziwił  się jakiś  przepity głos. - Czyżbyście  znowu próbowali 

prysnąć tylnymi drzwiami, ledwo od frontu pojawił się patrol? Dokumenty!

- Nic nie zrobiliśmy.

- To się okaże. Dalej! Znieruchomiałem, czekając na ciąg dalszy.

- No, no - zarechotał sznapsbaryton. - Oba przeterminowane. Nie uchylacie wy się 

przypadkiem od poboru, rybeńki?

- Tego... źle wpisali w urzędzie...

- Sprawdzimy. Coś dużo takich ostatnio. No, to poprosimy z nami do wyjaśnienia.

Światło i odgłosy oddaliły się. Odczekałem jeszcze chwilę i wyszedłem. Aleja była 

background image

ciemna   i   cicha.   Uśmiechnąłem   się;   po   najeździe   policji   bar   wydawał   mi   się 

najbezpieczniejszym miejscem w okolicy. Policzyłem do stu, ale nikt za mną nie wyszedł. 

Policzyłem jeszcze do trzystu i wróciłem do sali. Policji nie znalazłem, wpadł mi za to do 

głowy pewien pomysł.

Przy stoliku siedziało  jeszcze czterech  młodych  facetów, w tym  posłaniec,  który 

przyniósł wieść o policji. Siadłem przy nich na wolnym stołku.

- Dorwali obu - oznajmiłem smutno.

- Mówiłem Bilowi, że potrzebuje nowych papierów, ale nie chciał słuchać - mruknął 

blondyn, posłaniec. - Ale ty musisz mieć niezłe flepy.

Moje flepy od dawna są nieważne - odparłem, kiwając na kelnerkę.

- To powineneś był zostać w Pensildelphii -powiedział młodzieniec w złoto-zielonej 

koszuli, od której aż oczy bolały.

- A skąd wiesz, że stamtąd jestem?

- A niby skąd masz być, jak gadasz z takim akcentem?

Doskonale. Miałem przed sobą grupę kombinatorów  nie mających  żadnej  ochoty 

pójść   do   wojska,   z   których   jeden   był   najprawdopodobniej   policyjnym   kapusiem,   ja   zaś 

mogłem spokojnie twierdzić, że pochodzę z miasta na wyspie. Nieźle się zaczynało.

- Powinieneś postarać się o nowe flepy - powiedział przypuszczalny kapuś.

- Łatwo gadać. U nas się nie da - warknąłem.

- Tu też niełatwo. Chyba że ma się chody.

- Ja nie mam. - Wstałem. - Cześć, miło się gadało.

Zanim wyszedłem, sprawdziłem jeszcze, czy jakiś glina nie szwenda się po okolicy, 

ale nic. Stanąłem parę kroków od drzwi i czekałem. Niedługo. Blondyn zjawił się, nim minęło 

pół minuty.

- Cwany jesteś - przyznał. - Po co wszyscy mają wiedzieć, o co chodzi. Jestem Jak.

- Ja Jim.

- Też ładnie. Ile masz?

- Niewiele, rok nie był najlepszy.

- Skontaktuję cię z facetem, który ma lewe  flepy  za trzy kawałki. Same papierki 

kosztują dwadzieścia.

- Papiery nie są warte więcej niż dziesięć, a dla ciebie mam półtora.

- Popatrz no, jak to się na prowincji wyrobili. Dobra, dawaj łapę i gotówkę.

Dałem mu jedno i drugie, a potem przyłożyłem mu sztylet do grdyki, naciskając 

leciutko, tak tylko, by ledwie przebiło skórę, i pokazałem mu ostrze z kroplą jego własnej 

background image

krwi. Przez cały czas ani drgnął.

- Takie ubezpieczenie na wszelki wypadek - wyjaśniłem łagodnie. - Gliniarze czekali 

przy tylnym wyjściu, a nie wierzę w cuda. Grasz na obie strony, ale to mnie mało obchodzi; 

wolałbym, żebyś na razie pozostał po mojej stronie. Jak nie, to znajdę cię i załatwię ci trwały 

uśmiech od ucha do ucha. Wolny wybór. Jasne?

- Rozumiem - wykrztusił.

Schowałem nóż i poklepałem go po ramieniu.

- Podobasz mi się, Jak. Szybko się uczysz.

Ruszyliśmy w milczeniu. Miałem nadzieję, że ma charakter odmienny od mojego, ja 

bowiem na groźby reaguję tym większym uporem. No, ale ja nie byłem kapusiem.

Mijaliśmy liczne bary, do których Jak niezmiennie zaglądał, ale wszedł dopiero do 

piątego. Miejsce pełne było tytoniowego dymu i ogłuszającego łoskotu dobywającego się z 

głośników   wielkich   niczym   szafy.   Na   szczęście   gruby  jegomość   we   wściekle   jaskrawym 

garniturku   siedział   w   dość   cichym   kącie.   Oprócz   jadowitego   wdzianka   wyróżniała   go 

szklanka   z   drinkiem,   który   sądząc   po   barwie   i   konsystencji   był   albo   z   drinków 

dojrzewających, albo wprost trujący.

- Cześć, Kapitanie - powitał go mój przewodnik.

- Spadaj. Nie pasujesz do mebli.

- Żarty się pana trzymają. Mam tu materiał na akt miłosierdzia. Ten tutaj unikał złego 

losu, ale żeby dalej mu się wiodło, potrzebuje nowych flepów.

Ile masz przy sobie? -małe oczka zainteresowały się po raz pierwszy moją osobą.

- Jak powiedział, że dla niego półtora, dla pana dziesięć. Swoje już dostał.

- Zełgał. Cena to dwanaście, a dolę ja mu odpalam.

- Zgoda.

Transakcja   odbyła   się   natychmiast.   Ja   dałem   pieniądze,   on   oprawną   w   plastik 

książeczkę,   w   której   znalazłem   zdjęcie   młodzieńca,   za   jakiego   mogłem   uchodzić   i   który 

przypominał połowę męskiej populacji wyspy do lat dwudziestu pięciu.

- Tu jest napisane, że mam piętnaście lat - zaprotestowałem.

- Młodo wyglądasz. Jak sobie dodasz parę latek, to witaj w armii.

- Młodnieję w oczach - mruknąłem, chowając dokumenty. - Dzięki za pomoc.

- Nie ma za co, do usług. Jak będziesz miał bejmy, naturalnie.

Wyszedłem   z   baru,   znalazłem   niedaleko   ciemną   bramę   i   znieruchomiałem, 

obserwując wyjście. Jak pojawił się po paru minutach i pogwizdując ruszył ulicą. Poszedłem 

za nim i dopadłem go w niezbyt dobrze oświetlonym przejściu. Odwrócił się, spłoszony.

background image

- Spokojnie, to tylko ja. Chciałem ci podziękować.

- Drobiazg.

- I poprosić o jeszcze jedno. Pokaż mi swoje papiery. Nie lubię nikogo podejrzewać, 

ale wolę upewnić się, że Kapitan nie walnął mnie w rogi.

- Nie zrobiłby tego!

-   Też   tak   myślę,   ale   wolę   mieć   pewność.   -   Światło   jedynej   w   okolicy   latarni 

sugestywnie odbijało się w ostrzu sztyletu. Czym prędzej podał mi dokumenty.

Obejrzałem je dokładnie. Wyglądały łudząco podobnie do moich, zatem zwracając 

mu jego własność, przezornie je zamieniłem. To był jednak podejrzliwy typ. Sprawdził, co 

dostał i szczęka mu opadła.

- To nie moje... - warknął.

- Święta prawda. Sam mówiłeś, że są dobre, no to możesz ich spokojnie używać. Ja 

chwilowo nacieszę się twoimi.

Nie zwracając uwagi na jego protesty, skierowałem się ku położonemu na wzgórzu 

centrum   miasta.  Byle   dalej   od  portu,  bliżej   lepszych  dzielnic,  gdzie  mniej  jest  drobnych 

złodziejaszków. Byłem z siebie zadowolony. Te dokumenty, które kupiłem, mogły nawet być 

autentyczne, wówczas Jak nic na tym nie tracił, jednak jego papiery musiały na pewno być w 

porządku, o to zatroszczyła się już z pewnością policja.

W miarę oddalania się od portu budynki stawały się coraz wyższe, ulice czyściejsze, 

całość   spokojniejsza.   Ja   zaś   czułem   się   coraz   bardziej   zmęczony,   zatem   kolejny   bar 

przyciągnął mnie niczym magnes. Pluszowe zasłony, łagodne oświetlenie, skórzane obicia i 

zgrabna kelnerka oznaczały miejsce o wiele ciekawsze od niedawno poznanego. Mój strój nie 

zwrócił niczyjej uwagi, ale spojrzano na mnie osobliwie, gdy dałem napiwek przy płaceniu za 

piwo.

Nareszcie miałem trochę spokoju. Miałem, niestety, czyli ma tu zastosowanie czas 

przeszły.  To miasto  roiło się od policji, która zwykła  łazić  parami.  Właśnie  kolejny taki 

zestaw władował się do środka, zanim skończyłem piwo. Nie spiesząc się, sprawdzali kolejno 

dokumenty. W końcu podeszli do mojego stolika.

- Dobry wieczór panom - powitałem ich uprzejmie.

- Bez wygłupów. Dokumenty!

Podałem im je spokojnie. Wyższy zerknął, wytrzeszczył oczy i parsknął, dziwnie 

czymś ucieszony.

- I kogo tu mamy! - zarechotał. - Zbyt daleko kapucha odszedł od domciu. Brzydko, 

Jak, bardzo brzydko.

background image

- To wolny kraj.

-   Dla   ciebie   już   nie,   robaczku.   Układ   był   tylko   między   tobą   a   posterunkiem 

portowym, mój chłopcze. Kręcisz się po ich rewirze i wydajesz kumpli, w zamian za co oni 

cię nie ruszają. Skrewiłeś, wszedłeś na cudze podwórko.

- To ja już wracam.

- Za późno! - Jakoś im to zgodnie wyszło. - Wypadłeś z interesu, bratku. Witamy w 

armii!

Mieli zbyt  dużą przewagę, aby walczyć,  toteż spokojnie dałem się wyprowadzić. 

Kląłem przy tym w duchu własną przebiegłość ile wlezie. Przechytrzyłem się samodzielnie, 

dobrowolnie i na własną prośbę, w wyniku czego właśnie miałem iść w kamasze.

background image

7

Cela była  mała,  wyrko  twarde, ale to mi  nie przeszkadzało.  Zachrapałem,  zanim 

jeszcze uczciwie się położyłem.  Spałem martwym  bykiem,  aż obudziło mnie  słońce i do 

chwili, gdy przypomniałem sobie, gdzie właściwie jestem, czułem się całkiem dobrze. Potem 

dopadła   mnie   niejaka   depresja   w   towarzystwie   głodu.   Pobieżna   rewizja   wykazała,   że 

odebrano mi jedynie sztylet, mogłem zatem ewentualnie próbować stąd wyjść.

- Jestem głodny! - zawył gdzieś niedaleko młodzieńczy głos.

- Jeść! - dołączyły inne.  - Nie jesteśmy kryminalistami!

- Mama zawsze przynosiła mi śniadanie do łóżka... Ta ostatnia kwestia niezbyt mi się 

spodobała, ale ochoczo dołączyłem do chóru.

- Dobra, dobra, zamknijcie się - rozległ się starszy i solidnie przepity głos. - Żarcie w 

drodze. I tak macie szczęście, bo za uchylanie nic nie powinniście dostać.

- A sierżant jakoś też nie w armii - wypalił ktoś odważniejszy niż cała reszta razem 

wzięta.

Oczekiwanie faktycznie było krótkie, chociaż i tak nie za bardzo było na co czekać. 

Otrzymaliśmy cieniutką i ledwie jadalną zupkę jarzynową. Niezbyt miły akcent na początek 

dnia, który nie wiadomo właściwie co obiecywał.

Pora karmienia minęła i zostawiono nas w spokoju, miałem zatem dużo czasu, by 

wpatrywać   się   w   popękany   sufit,   dochodząc   z   wolna   do   optymistycznego   wniosku,   że 

właściwie to nie jest tak źle. Byłem cały i zdrowy, w miarę najedzony, przebywałem legalnie 

(!)   na   terytorium   Neven-kebla,   chwilowo   poza   podejrzeniami,   na   dodatek   czekała   mnie 

obiecująca   kariera   w   wojsku,   do   której   po   Spiovente   miałem   zdecydowanie   lepsze 

przygotowanie niż ktokolwiek inny w tym zakładzie. Poza tym Garth alias Zennor też był w 

wojsku, co mogło zostać wykorzystane dla realizacji moich planów. No i miałem wytrych, 

dzięki któremu powinno udać się zniknąć w razie nagłej potrzeby...

Gdzieś koło południa, gdy zaczęły się już rozlegać wycia na temat kolejnego posiłku, 

dosłyszałem trzaskanie drzwi do cel. Wycia  momentalnie  zmieniły się w jęki skuwanych 

łańcuchami w jeden szereg nieszczęśników. Łącznie zebrało się nas piętnastu.

Wśród licznych, acz mało urozmaiconych przekleństw zaprowadzono nas do furgonu 

napędzanego   szczęśliwie   elektrycznością,   dzięki   czemu   nie   musiałem   wdychać   smrodu 

spalin.   Pojechaliśmy  przez  miasto,   które  wyglądało   całkiem  normalnie,  jak w  każdym   w 

miarę zaawansowanym technologicznie świecie. Nic dziwnego, że odcięli się od reszty tej 

planety.

background image

Wewnątrz   karetki   więziennej   nie   było   naturalnie   siedzeń,   rzucało   więc   nami   na 

każdym wyboju i zakręcie.

- Ile czasu unikałeś? - spytał szczupły brunet przykuty do mego prawego nadgarstka.

- Całe życie.

- Zabawne. Ja tylko sześć miesięcy, a teraz mogiła.

- Przecież nie umrzesz. To tylko wojsko.

- A co za różnica? Mojego brata wzięli w zeszłym roku. Przemycił list do mnie, 

wtedy zdecydowałem się unikać. Wiesz, co mi napisał?

Tego akurat nigdy się nie dowiedziałem, gdyż karetka zatrzymała się z szarpnięciem, 

drzwi stanęły otworem i polecono nam wysiąść. Scenka, jaka przedstawiła się naszym oczom 

u wejścia na plac, była jakby wyjęta z marzeń sadysty, czyli wojskowego. Plac pełen był 

karetek   więziennych   i   rozmaitych   innych   środków   lokomocji,   z   których   pod   konwojem 

wyganiano do wysokiego budynku podobne naszej grupki młodych mężczyzn, wśród których 

większość stanowili wyraźnie ci, którzy zjawili się tutaj bez dodatkowych zabiegów policji. 

Widocznie drobiazg, czy ktoś usiłował uniknąć poboru, czy nie, nie miał żadnego znaczenia 

dla tutejszych specjalistów. Liczyła się sztuka, a nie sposób, w jaki ją zdobyto.

Zaraz za drzwiami zdięto nam kajdanki i zapędzono do kolejki razem z normalnymi 

poborowymi.

I zaczął się młyn.

Z   początku   nawet   tak   źle   to   nie   wyglądało.   Kolejka   przesuwała   się   ku   rzędowi 

okienek, za którymi urzędowały grube matrony w wieku mocno średnim. Wszystkie w oku-

larach,   z   siwymi   włosami,   dwoma   palcami   stukające   na   maszynach   do   pisania.   Tutaj 

delikwenci nawiązywali pierwszy oficjalny kontakt z armią.

- Dokumenty, młodzieńcze - odezwała się z uśmiechem ta, przed którą stanąłem.

Dałem jej, co chciała,  i z przyjemnością obserwowałem,  jak umieszcza  fałszywe 

dane na całym stosie formularzy, a ponieważ urządzenie było podłączone do grubego kabla 

ginącego   w   podłodze,   zatem   łgarstwa   owe   musiały   automatycznie   trafić   do   centralnej 

maszynki. Mocno ułatwi mi to zadanie, gdy zdecyduję się na urlop, pomyślałem.

- Teraz proszę z tym wszystkim na cztery pe - podała mi, nadal z uśmiechem, plik 

papierów. - I życzę szczęścia w wojsku.

Podziękowałem uprzejmie, żeby nie wyjść na chama, i skręciłem ku wyjściu. Drogę 

blokował naturalnie rząd ponurych żandarmów z pałami.

- Cztery pe - poinformowałem najbliższego i skręciłem ponownie, tym  razem w 

kierunku wskazanym przez końcówkę pałki.

background image

Winda   miała   rozmiary   dźwigu   towarowego   w   sporym   magazynie,   mieściła   ze 

czterdzieści   osób   i   odjeżdżała   dopiero   po   skompletowaniu   ściśniętego   tłumu.   Podróż   do 

cztery pe dawała przedsmak tego, co nas czeka i zdawała się potwierdzać najgorsze obawy.

Ledwie drzwi się otworzyły, powitała nas postać w mundurze z mnóstwem medali i 

naszywek oraz czerwoną gębą i wytrenowanymi płucami.

- Ruszać się! Nie stać tu, kurwa! Ruszać się! - ryknął, aż winda wpadła w rezonans. - 

Z lady naprzeciw każdy se weźmie pudełko i igielitowy woreczek, potem przejdzie na drugi 

koniec sali i rozbierze się. Znaczy,  kompletnie. Wsadzi potem prywatne rzeczy do torby, 

torbę w lewą łapę i czekać. Ubranie do pudła, potem pudło zanieść tam - wskazał pod ścianę - 

do zapieczętowania i zaadresowania, i do odesłania do domów. Tam odzyskacie je po wojnie, 

albo i nie, bo możecie zginąć bohatersko za ojczyznę. Teraz jazda! Dawajcie!

Zaczęliśmy się poruszać, niechętnie i bez entuzjazmu. Nie mieliśmy jednak wyboru. 

W   tutejszym   społeczeństwie   golizna   otoczona   musiała   być   jakimś   tabu,   bo   rozebrani 

młodzieńcy kryli się jeden za drugim lub usiłowali wleźć w ścianę. Znalazłem się nagle sam 

pośrodku sali oraz w centrum uwagi podoficera. Ponieważ nie lubię, gdy ktokolwiek mi się 

zbytnio  przygląda,  pospiesznie  dołączyłem  do reszty.  I tak  wyszło,  że przy ladzie,  gdzie 

zdawaliśmy ubrania, zjawiłem się jako pierwszy. Stojący tu znudzony śmiertelnie szeregowy 

zaplombował błyskawicznie pudło i wskazał wiszący na kablu ogryzek ołówka.

- Nazwisko, adres, kod, najbliższy krewny - wyrecytował.

Dla mnie były to puste słowa, dla niego formułka. Napisałem więc adres posterunku, 

na którym spędziłem noc, i puściłem ogryzek. Ledwo się odsunąłem, paczka zniknęła, i reszta 

ołówka zawisła mi nad głową. Niech tam. Z torbą w lewej, a papierami w prawej, dołączyłem 

do   grupki   drżących   golasów   z   opuszczonymi   głowami,   czekających   na   dalszy   rozwój 

wypadków.   Tracąc   ubrania,   tracili   również   całą   resztę   odwagi   i   wiele   z   poczucia 

indywidualności.

- Teraz na osiemnaście pe! - wrzasnął podoficer.

Opuściłem rękę zorientowany już, że to ma być badanie, i natychmiast dostałem w 

brzuch.

- Przepukliny brak! Kaszlnąć!

To ostatnie było do mnie, kaszlnąłem więc, a ten obmacywał mnie dalej.

Szczegóły wolę pominąć, trudno jednak opuścić niektóre dalsze wydarzenia.

Badanie moczu.

Kolejka   stojących   na   palcach   (zasikana   podłoga)   nieszczęśników   z   papierowymi 

kubkami   w   dłoniach,   wzdłuż   której   wędruje   powoli   sanitariusz   odziany   w   gumowy 

background image

kombinezon ochronny; wkłada do każdego kubka ten sam kroplomierz i przenosi kilka kropli 

na   wgłębienie   w   olbrzymiej   tacy.   Zezuje   potem   na   to,   co   wyświetla   się   z   boku   tacy   i 

wrzeszczy:

- Następny!

Znowu   do  windy  i   całą   czterdziestką   na   górę,  potem   prosto   do   schizofrenicznej 

odmiany   medycznego   raju,   czyli   na   posiedzenie   lekarskiej   komisji   wojskowej,   którą   z 

prawdziwą medycyną i lekarzami łączy jedynie nazwa.

Gwar głosów, wrzaski komend, zamaskowani lekarze w bieli; maski pewnie po to, 

by poborowi  nie widzieli  twarzy i  nie mogli  podziękować,  jeśli kiedyś  jednak wyjdą  do 

cywila. Sanitariuszom musiało być wszystko jedno, łazili bowiem bez masek.

Lekarz, czy też jakiś inny przypadkowy gość, tyle że ze stetoskopem na szyi, zabrał 

mi papiery, rzucił je sanitariuszowi i złapał mnie za szyję. Zanim zrewanżowałem mu się tym 

samym, wrzasnął:

- Tarczyca normalna!

Hemoroidy (badanie teoretyczne).

Rząd wypiętych tyłków, przed którymi przykuca zboczeniec w białej masce i świeci 

latarką człowiekowi tam, gdzie słońce nie zagląda.

Szczepienia.

Nie mam pojęcia, skąd brali tak grube i tępe igły, tym bardziej że jakimś cudem 

rzeczywiście   stosowano   tu   jednorazówki   wyrzucane   potem   do,   albo   częściej   obok 

przepełnionych koszy. Podczas zastrzyku miałem jednak wrażenie, że ktoś wbija mi gwóźdź. 

A raczej dwa, bo szczepiono od razu z dwóch stron, prawej i lewej. Potem pchnięcie w plecy, 

trzy kroki do przodu i powtórka. Łącznie sześć razy.  Gdy obolały delikwent docierał do 

ściany, która akurat nie kłuła, badano mu dla urozmaicenia puls. Sprawna organizacja.

Tuż przede mną znalazł się okaz tężyzny fizycznej, który lojalnie i głośno uprzedził, 

że boi się igieł. Nie zrobiło to na nikim wrażenia, zemdlał zatem przy pierwszym zastrzyku. 

Odciągnęli   go   za   nogi,   zrobili   spokojnie   swoje   i   zostawili   z   boku,   aby   oprzytomniał. 

Wzorowa ogólnowojskowa skuteczność!

Większość   zmaltretowanych   golasów   nie   zorientowała   się   nawet,   w   którym 

momencie dobiegł końca atak wesołych sanitariuszy. Dopiero przejście do kolejnej sali, gdzie 

nie miotał się nikt w bieli i nie narzucano nam się fizycznie, uświadamiało chwilowy koniec 

tortur. Oczywiście koszmar jako taki trwał dalej.

Przez  salę  ciągnął  się  rząd  ponumerowanych  biurek.  Niczym   w  hali  odlotów  na 

lotnisku,   za   każdym   siedział   taki   sam  facecik   w   takim   samym   czarnym   garniturku.   Gdy 

background image

przyszła moja kolej, głównodowodzący w tym przybytku wrzasnął:

- Do numeru trzynastego biegiem!

Nigdzie   nie   pobiegłem,   ale   do   biurka   numer   trzynaście   dotarłem   nawet   szybko. 

Facecik w grubych okularkach wziął ode mnie papiery, dołożył kolejną kartę i przyjrzał mi 

się kaprawymi ślepkami.

- Lubisz dziewczyny? - spytał nieoczekiwanie.

- Pewnie, a bo co?

Zamiast odpowiedzi postawił ptaszek w jakiejś rubryce.

- A chłopów?

- Jasne. Mam masę przyjaciół - dodałem, gdy dotarło do mnie, o co chodzi.

-   Naprawdę?   -   Kolejny   ptaszek.   -   Opowiedz   mi   o   swoim   pierwszym   stosunku 

homoseksualnym.

- Nie może być! - Tym  razem mnie zatkało. - Badanie psychiatryczne  w formie 

testu? Teraz on się zacukał.

- Nie pierdol głupot, tylko odpowiadaj! - warknął, odzyskując głos.

- Powinni zabrać ci uprawnienia do wykonywania zawodu, jeśli w ogóle jakiś masz - 

oznajmiłem słodko.

-   Sierżant!   -   warknął   dotknięty   do   żywego   egzemplarz   urzędnika 

ogólnowojskowego. - Poborowy odmawia współpracy!

Odskoczyłem w porę, toteż trzcinka przecięła ze świstem powietrze.

- Proszę zabrać tę małpę, albo nic nie opowiem! - stwierdziłem,  nie spuszczając 

wzroku z podoficera szykującego się do kolejnego ciosu. - A mam bogate doświadczenia!

- Sierżancie, stop!

Podoficer   wyraźnie   zmarkotniał,   ja   zaś   nabrałem   głęboko   powietrza   i   puściłem 

wodze fantazji.

- Pierwszy raz, to było jak miałem dwanaście lat i z czternastoma kumplami przy 

pomocy ściągaczy...

Mało pióra nie złamał z przejęcia! Sierżant strzygł uszami, zapominając o trzcince, a 

ja tworzyłem w natchnieniu, aż się kurzyło.

Po   sesji   oratorskiej   zagnano   nas   z   powrotem   do   windy.   Zamknięto   klatkę   i 

opuszczono nas w dół. A potem otwarto drzwi... na złym piętrze.

Prowadziły   bowiem   one   do   hali,   w   której   stały   biurka,   a   za   każdym   biurkiem 

siedziała   panienka   pracowicie   stukająca   w   klawiaturę.   Papiery   z   łopotem   przysłoniły   jej 

klejnoty pasażerów windy, którzy dodatkowo spiekli raka.

background image

Na szczęścia żadna z panienek nie spojrzała w naszą stronę, obyło  się więc bez 

wrzasków. Po długich jak wieczność paru sekundach drzwi zamknęły się i znów ruszyliśmy 

w   dół.   Tym   razem   wypuszczono   nas   prosto   na   podoficera   o   znajomym,   sadystycznym 

wyglądzie. Swoją drogą, ciekawe, jaka to mutacja spowodowała wyrośniecie tylu typków o 

byczych karkach, mysich móżdżkach i skłonnościach do znęcania się nad innymi.

- Wychodzić i ustawiać się po dziesięciu! - rozległ się głos. - Pierwsza dziesiątka do 

tych   drzwi!  Druga  do  tych!   Dziesiątka,  nie   sztuka,   ty dupo  wołowa! Liczyć  nie  umiesz, 

bałwanie?!

Weszliśmy   do   jasno   oświetlonego   pokoju,   gdzie   kazano   nam   stanąć   w   szeregu 

naprzeciwko sraczkowato-zielonkawej flagi ozdobionej czarnym młotkiem.

Przed flagą prężył się oficer w nieźle dopasowanym mundurze ze złotymi pistoletami 

na ramionach.

- Podniosła to chwila - wyjaśnił uroczystym głosem. - Wy, kwiat młodzieży tego 

narodu, zostaliście wybrani przez okręgowe komisje poborowe, aby jako ochotnicy bronić 

ojczyzny, którą wszyscy kochamy, przed złem czającym się nad granicami oraz przed tymi, 

którzy chcą odebrać nam smak wolności. Nadszedł ten wielki moment, na który wszyscy 

czekaliście   z   niecierpliwością.   Weszliście   tu   jako   beztroscy   młodzieńcy,   wyjdziecie   jako 

świadomi swych obowiązków żołnierze. Złożycie teraz przysięgę wierności, jak przystało na 

lojalnych żołnierzy. Unieście prawe dłonie i powtarzajcie za mną.

- Ja nie chcę! - rozległ się jakiś głos.

- To wolny kraj, a wy jesteście ochotnikami - oznajmił ponuro oficer. - Macie prawo 

nie składać przysięgi. Jeśli ktoś tak zdecydował, to proszę go, by skorzystał z tych drzwi. 

Prowadzą   do   federalnego   więzienia,   w   którym   spędzi   trzydzieści   najbliższych   lat   za 

lekceważenie obywatelskich obowiązków.

- Ja już chcę! - odezwał się ten sam głos.

-   Powtarzajcie   więc   za   mną.   Ja,   tu   podać   swoje   imię   i   nazwisko,   z   własnej, 

nieprzymuszonej woli...

- Ja, tu podać swoje imię i nazwisko, z własnej, nieprzymuszonej woli...

- Zrobimy to jeszcze raz. - Oficer był cierpliwy. - Tym razem poprawnie, a jak nie, to 

jeszcze raz. A jak wtedy jeszcze nie, to zaczną się kłopoty!

Zrobiliśmy to jeszcze raz, już poprawnie powtarzając te bzdury i starając się nie 

wnikać w absurdalność sytuacji.

- Wiernie służyć... szanować starszych rangą... śmierć za nielojalność... śmierć za 

spanie na służbie... Przysięgam na imię ojca, matki i bóstwa własnego wyboru.

background image

-   Opuścić   ręce.   Gratuluję.   Jesteście   teraz   żołnierzami   i   podmiotami   prawa 

wojskowego. Pierwszy rozkaz głosi, że postanowiliście na ochotnika oddać dobrowolnie po 

jednym litrze krwi dla potrzebujących. Odmaszerować!

Osłabieni   upuszczeniem   krwi   i   głodni   jak   wilki   dotarliśmy   do   kolejnego 

pomieszczenia.

- Ustawić się w szeregu! - rozległa się wyjątkowo cicho wykrzyczana komenda, 

widocznie   podoficer   był   niedysponowany.   -   Każdy   dostanie   teraz   jednorazowy   mundur, 

którego nie wyrzuci bez rozkazu, i tymi drzwiami wyjdzie na dach, skąd czeka was transport 

do Obozu Slimmarco. Tam odbędzie się szkolenie. Przed otrzymaniem munduru należy oddać 

teczkę z dokumentami. Każdy dostanie krążek z wybitym nazwiskiem i numerem. Jest on 

podzielony na dwie części, aby łatwiej było go przełamać na pół. Nie wolno go rozłamywać, 

bo to jest przestępstwo i będzie karane zgodnie z prawem wojskowym.

- A po cholerę robić je tak, żeby można je było łamać, skoro nie wolno ich łamać? - 

szepnął stojący obok mnie młodzian.

- Bo jak zginiesz, to jedną połówkę ładują ci w gębę, a drugą wysyłają do kadr, by 

skreślili   cię   ze   stanu   i   zawiadomili   rodzinę,   że   zginąłeś   bohaterską   śmiercią   lotnika 

przytrzaśniętego drzwiami do hangaru - wyjaśniłem mu uprzejmie, nie wiedząc jednak, skąd 

wziął mi się nagle metaliczny posmak w ustach...

background image

8

W   innych   warunkach   przejażdżka   tym   dziwnym   pojazdem   powietrznym   byłaby 

sporą frajdą. Miał on kształt cygara i bez wątpienia był wypełniony jakimś lekkim gazem. 

Pod kadłubem wisiała kabina udekorowana elegancko w młotki, a na niej umocowano silniki 

ze śmigłami. Widok przez okna mógłby być wspaniały, ale okna były tu jedynie w kokpicie. 

Rekrutów umieszczono w przedziale ładunkowym wyposażonym w rząd plastikowych foteli 

przy   ścianach.   Fotele   te   zaprojektować   mógł   jedynie   kompletny   sadysta.   Niemniej,   choć 

niewygodne,   służyły   do   siedzenia,   a   dotąd   udało   nam   się   przysiąść   jedynie   podczas 

oddawania krwi. Wszyscy więc klapnęli z ulgą. Plastik chłodził przez papierowe mundury. 

Największą ciekawostką były buty - warstwa tektury przymocowana do podeszew, z drugiej 

strony przechodząca w papierowe skarpetki. Wdzianko miało tylko jedną kieszeń na brzuchu, 

dzięki czemu poborowy wyglądał jak kangurzyca w ciąży, mająca obłęd w oczach. Trudno 

zatem się dziwić, że absolutna większość rekrutów popadła w przygnębienie.

- Nigdy jeszcze nie byłem poza domem. - Siedzący obok mnie chłopak smarknął w 

rękaw.

- Ja owszem - przyznałem uczciwie. - I tu jest nawet lepiej.

- Jedzenie będzie do kitu - jęknął inny. - Nikt tak nie potrafi gotować jak moja mama. 

Robi najlepsze cebulaki na świecie!

Ciasto cebulowe? Ciekawe...

- W wojsku na pewno i tak by je przypalili - pocieszyłem go. - Ale pomyśl o innych 

przyjemnościach. Dużo ruchu, świeże powietrze, możesz cały czas kląć, a na przepustce upić 

się i złapać jakąś dziewczynkę albo i co innego. Zarumienił się jak dziewica, a z czerwonych 

uszu prawie się zadymiło.

- Nie chcę niczego łapać! - zapiał dyszkantem. - I umiem pić. Raz poszliśmy z Jojo 

do stodoły i napiliśmy się piwa... aleśmy sobie potem pospali...

- Nooo... - Od dalszej konwersacji uratowało mnie wejście sierżanta, który łupnął 

drzwiami i ryknął:

- Baczność, bando durniów!

Natychmiastowe wykonanie rozkazu zagwarantował sobie naciskając jakiś guzik, za 

sprawą   którego   siedziska   opadły   zwalając   klnących   i   piszczących   rekrutów   na   podłogę. 

Wszystkich prócz mnie, ponieważ stałem już wyprężony na baczność.

- Co jest, kurwa... - zdziwił się na mój widok sierżant. - Cwaniaczek, co?

- Nie, sir! Tylko wykonuję rozkazy, sir! - odszczeknąłem, strzelając kopytami, co nie 

background image

dało   należytego   efektu   z   powodu   braku   obcasów,   a   przy   próbie   zasalutowania   omal   nie 

wydłubałem sobie oka.

Potem przesłonił mnie purpurowy mur zbierających się na nogi ofiar.

- Cisza! - ryknął podoficer. - Ręce wzdłuż szwów, stopy razem, brzuchy wciągnięte, 

klaty wypięte, ślepia wybałuszyć i nie oddychać bez rozkazu... Baczność!

Purpurowe osły starały się wykonać rozkaz dosłownie i zamarły w bezruchu.

- Nie oddychać bez rozkazu. - Sierżant potoczył  wkoło spojrzeniem. - Pierwszy, 

który zacznie, będzie miał ze mną do czynienia.

Cisza przeciągała się, aż szereg zaczął lekko falować, co było nieuniknione, bowiem 

bractwo zaczynało się dusić. Jeden jęknął i padł na podłogę, inny jednak nie wytrzymał i 

wciągnął głęboko powietrze. Sierżant dopadł go jednym susem i rąbnął w splot słoneczny. 

Drugi jęk i drugie ciało na pokładzie. Reszta zawyła zgodnym chórem ze zgrozy, oddychając 

przy tej okazji głęboko.

- To była mała lekcja - oświadczył sierżant. - Zrozumieliście?

- Tak - mruknąłem pod nosem. - Jesteś tępym trepem.

- Żebyście  lepiej  pojęli, tym  razem wam wytłumaczę:  ja wydaję rozkazy,  wy je 

wykonujecie. Natychmiast, dokładnie, a jak nie, to obrywacie - oznajmił, odsłaniając żółte i 

zepsute zęby.

Po chwili zrozumiałem, że to był uśmiech.

- Siadajcie, pogadamy - zaproponował niespodziewanie normalnym głosem.

Ponieważ fotele pozostawały złożone, musiał mieć na myśli siadanie na podłodze. 

Poklepał się po wydatnym brzuchu i ciągnął dalej.

- Jestem sierżant Klutz, ze specjalnością musztra. Nie będziecie zwracali się do mnie 

używając nazwiska, to przywilej starszych lub równych rangą. Wy macie mówić do mnie 

„panie   sierżancie"   albo   „sir",   poza   tym   będziecie   mnie   traktowali   z   szacunkiem, 

posłuszeństwem i bez gadania albo spotka was stosowna kara. Akurat teraz nie chcę o tym 

szerzej   mówić,   bo   zjadłem   dobrą   kolację,   a   mam   delikatny   żołądek.   Zwykle   wystarcza 

łagodna   kara,   by   nawet   najgłupszego   nauczyć   moresu.   Czasami   jednak   potrzeba   czegoś 

więcej, czyli drugiej kary, a gdy ktoś jest wyjątkowo tępy, to może otrzymać i trzecią, ale 

trzeciej kary nie ma. Wiecie dlaczego? - Spojrzał na nas świdrująco. - Ponieważ jesteście zbyt 

głupi,   by   spytać,   tym   razem   jeszcze   odpowiem   na   to   pytanie.   Trzecią   karą   jest   komora 

odwadniająca,   z   której   się   nie   wychodzi,   gdyż   z   ciała   zostaje   usunięte   dziewięćdziesiąt 

dziewięć procent wody, a tego się nie przeżywa. To nie kara, to koniec. Wiecie, jak wygląda 

się po takim zabiegu?

background image

Wyjął z kieszeni małą figurkę odwodnionego rekruta w odwodnionym mundurze, z 

grymasem   przerażenia   na   odwodnionej   twarzyczce.   Wokół   znów   rozległ   się   jęk   i   kilka 

głuchych łupnięć, gdyż co bardziej wrażliwi tracili przytomność. Sierżant Klutz uśmiechnął 

się zadowolony.

- Tak właśnie. Tak będziecie wyglądać - powtórzył. - Potem powisicie przez miesiąc 

na batalionowej tablicy ogłoszeń jako przestroga, a następnie wyślą was w małym pudełku do 

rodziny, chyba że ktoś wcześniej zabierze was sobie na pamiątkę... Są pytania?

- Czy to jest proces szybki, czy długi i bolesny? - spytał jakiś słaby głosik.

- Czy po pierwszym dniu w wojsku macie jeszcze jakieś wątpliwości?

Odpowiedź skwitowało kolejne głuche łupnięcie.

- Dobra, teraz powiem wam, co jeszcze czeka was w najbliższym czasie - oznajmił 

wielkodusznie sierżant. - Lecimy do OSR-u w Slimmarco, a raczej do bazy Mortstertoro, 

której częścią jest OSR. OSR to Ośrodek Szkolenia Rekrutów, gdzie odbędziecie podstawowe 

przeszkolenie   wojskowe,   dzięki   któremu   staniecie   się   twardymi,   gotowymi   na   wszystko, 

prawdziwymi   żołnierzami.   Nie   wszyscy,   naturalnie,   bo  połowa   nie   wytrzyma   szkolenia   i 

zostanie   pochowana   z   pełnym   ceremoniałem   wojskowym.   Pamiętajcie,   macie   tylko   dwie 

możliwości: albo staniecie się dobrymi żołnierzami, albo będziecie martwi. Zrozumiecie, że 

kariera wojskowa jest ciężka, ale uczciwa. Pojmiecie to z czasem, rzecz jasna.

- A co w niej jest uczciwego? - zdziwił się jeden z rekrutów, za co dostał kopa od 

sierżanta.

-   To,   że   wszyscy   mają   równe   szansę.  Możecie   skończyć   szkolenie   albo   odpaść. 

Powiem wam coś. - Pochylił się ku nam, w efekcie czego co bliższych odrzuciło, gdy poczuli 

smród jego oddechu. - Prawda jest taka, że zrobię wszystko, żeby odpadło was jak najwięcej. 

Każdy rekrut odesłany do domu w trumnie zmniejsza nasze wydatki na zbędne szkolenie, a 

wam zaoszczędza ran i śmierci na polu walki, gdyby tam dopiero delikwent się załamał. 

Rozumiemy się?

Jeśli uznać milczenie za wyraz zgody, to porozumienie zostało osiągnięte, chociaż 

osobiście w to wątpiłem. Jedno musiałem jednak przyznać trepowi: choć nie ma instytucji 

głupszej niż wojsko, to kieruje się ona jednak swoistą, pokrętną logiką, którą on potrafił 

wyłożyć prosto i zrozumiale.

- Są pytania? - Sierżant wyraźnie zamierzał zakończyć dyskusję.

- Tak, sir - wypaliłem. - Kiedy będziemy jedli?

- To się nazywa zdrowy żołądek. Większości, jak widzę, przeszedł apetyt.

- Myślę tylko o swoich obowiązkach, sir. Żeby być dobrym żołnierzem, muszę być 

background image

silny, a żeby być silnym, muszę jeść, sir.

Zastanawiał się nad tym przez chwilę, co jako nieprzyzwyczajonemu do myślenia 

musiało mu sprawić nieco kłopotu. Naturalnie doszedł w końcu do wniosku, który wywołał 

typowe dla przedstawiciela tej profesji zachowanie.

- Właśnie zgłosiliście się na ochotnika, by pobrać racje żywnościowe - zdecydował, 

używając typowej dla armii całej galaktyki formy ogólnowojskowej. - Pobierzecie je za tymi 

drzwiczkami po lewej stronie burty. Ruszać się!

Ruszyłem   się   bardziej   z   głodu   niż   z   jakiegokolwiek   innego   powodu.   Byłem   w 

wojsku, co samo w sobie było nowiną tragiczną, ale zdążałem do bazy, gdzie Garth-Zennar-

Zennor   był   szychą,   a   to   wyglądało   już   ciekawiej.   Niestety,   chwilowo   zemsta   musiała 

poczekać; jak się zaaklimatyzuję, to pogadamy. Za drzwiczkami kryła się szafka, w której 

stało jedno pudło z napisem: YUK-E. BOJOWE RACJE ŻYWNOŚCIOWE

Podniosłem je i stwierdziłem, że jak na tylu głodomorów, jest podejrzanie lekkie.

- Podaj je, kretynie, a nie podziwiaj. - Moje zachowanie wyprowadziło sierżanta z 

równowagi do tego stopnia, że zapomniał o ogólnowojskowej formie gramatycznej.

Dałem mu to coś.

To,   co   nam   rozdał,   przypominało   kształtem   i   konsystencją   połówki   cegieł, 

zapakowane do plastikowych woreczków.

- Racja ta wystarcza za całodzienne wyżywienie i zawiera wszystkie pierwiastki, 

witaminy   i   kalorie,   których   potrzebujecie   -   instruował   nas   Klutz.   -   Otwiera   się   ją   przez 

wsadzenie   paznokcia   we   wgłębienie   oznaczone   napisem   TU   WSADZIĆ.   Powoduje   to 

otwarcie i odlepienie się plastiku, który należy schować w formie nienaruszonej, gdyż po 

zjedzeniu racji udacie się do tego tam kranu, napełnicie woreczki wodą i wypijecie ją. Macie 

na to minutę, gdyż po takim czasie od chwili rozpakowania worek traci kształt i się kurczy. 

Należy wówczas starannie go zwinąć i schować do okazania w czasie inspekcji, bo to jest 

urzędowo zatwierdzona prezerwatywa, której wprawdzie przez dłuższy czas nie będziecie 

jeszcze potrzebować, ale którą macie na stanie. A jak żołnierz ma coś na stanie, to ma to 

mieć. Teraz możecie jeść.

Przyznaję uczciwie, że spróbowałem. Jedzonko miało konsystencję pieczonej gliny i 

smak psiego gówna. Z głodu i dzięki zdrowemu rozsądkowi zdołałem to przełknąć, instynkt 

samozachowawczy zaś nie pozwolił mi się udusić. Zdążyłem w ten sposób do kurka przed 

innymi   i   udało   mi   się   napełnić   worek   wodą   dwukrotnie,   nim   sflaczał.   Westchnąłem, 

schowałem   go   do   kangurzej   kieszeni   i   z   niejakim   zainteresowaniem   obserwowałem 

kotłowaninę   innych   przy   wodopoju.   Siedzenia   zdążyły   już   wrócić   do   poziomu. 

background image

Wypróbowałem   jedno   ostrożnie;   wytrzymało   test,   siadłem   więc   i   prawie   natychmiast 

zasnąłem.

Jak   należało   przewidzieć,   obudziło   mnie   gwałtowne   zetknięcie   tyłka   z   podłogą. 

Wyplątałem się ze skłębionej na pokładzie gromady i przy wtórze ryków sierżanta udało mi 

się stanąć na nogi akurat w momencie, w którym pokład zawibrował silniej i znieruchomiał.

- Witamy na terenie OSR-u! - ryknął Klutz i otworzył drzwi, wpuszczając tuman 

kurzu i sporo zimnego powietrza. Wygramoliliśmy się na zewnątrz i rozejrzeliśmy się po 

naszym nowym domu. Nie robił szczególnego wrażenia. Jedno z bladych, czerwonych słońc 

opadało w chmurze pyłu za horyzont, a sądząc po chłodzie i rzadkim powietrzu, baza musiała 

zostać zbudowana na sporej wysokości. Wnioskując zaś z wymiarów, ulokowano ją zapewne 

na ogromnym płaskowyżu, gdzie panowały wprawdzie dobre warunki lotne, ale za to kiepskie 

dla ludzi. Ziemia zadrżała, gdy w oddali wystartował jakiś statek kosmiczny. Z kontemplacji 

wyrwał mnie głos sierżanta wymachującego sporym notesem.

- Teraz zrobimy zbiórkę ze sprawdzaniem obecności! - poinformował nas donośnie. - 

Zostaniecie   wywołani   wojskowym   nazwiskiem   i   zapomnicie,   że   nosiliście   kiedykolwiek 

jakieś inne. Wojskowe nazwisko to cztery pierwsze cyfry numeru, jaki wam przydzielono. Po 

wywołaniu każdy wejdzie za mną do baraku, gdzie uda się do przydzielonego łóżka i będzie 

oczekiwał na dalsze rozkazy. Gordo siedem pięć dziewięć zero, łóżko numer jeden.

Spojrzałem na mój nieśmiertelnik i stałem tak, gapiąc się na barak pomalowany na 

kolor gówna zmieszanego z błotem, aż wywołano 5138. Powlokłem się do drzwi, nad którymi 

widniał napis: PRZEZ TE DRZWI PRZESZLI NAJLEPSI ŻOŁNIERZE ŚWIATA. I kto tu z 

kogo robił durnia?

Podłoga była kamienna i nadal mokra po szorowaniu, ściany betonowe i też mokre, a 

co gorsza, betonowy sufit także był czysty i nadal ściekała zeń woda. Armatką wodną tu 

sprzątali, czy co?

Łóżko dostałem naturalnie na samej górze, a stały po trzy w pionie. Z niesmakiem 

obejrzałem plątaninę drutów, mającą służyć mi za legowisko; na szczęście zrolowany kłąb 

materii sugerował, że przewidziano tu jeszcze jakąś pościel.

- Witamy w nowym domu - oznajmił radośnie sierżant, gdy znieruchomieliśmy w 

parodii postawy zasadniczej. - Pościel jest zrolowana i zapamiętajcie sobie, że tak się ścieli i 

w takim stanie ma się znajdować poza tymi sporadycznymi chwilami, gdy będziecie spali. 

Szafki  są wmurowane   w  podłogę  pomiędzy  pryczami   i  otwierają  się automatycznie,  gdy 

przycisnę co trzeba na pulpicie zdalnego sterowania.

Nacisnął coś i ze skrzypieniem otworzyły się tkwiące w podłodze minigrobowce. 

background image

Jeden z rekrutów, który akurat stał na drzwiczkach, z wrzaskiem zapadł się aż po pas.

-  Światła  gasną  za   piętnaście   minut.   Można   rozłożyć   pościel,   ale  nie  można   się 

wcześniej kłaść. Przed snem obejrzycie film informujący was o dniu jutrzejszym. Będziecie 

oglądać go w pozycji zasadniczej, potem spać; a jak ktoś potrzebuje paciorka, to niech sobie 

popłacze. W kwestii sumienia w wojsku panuje wolność. Spocznij, rozejść się.

Drzwi huknęły i zostaliśmy sami. To ciekawe, jak ludzkość potrafi traktować samą 

siebie.   Na   większości   światów,   gdyby   złapano   kogoś   traktującego   w   ten   sposób   jakieś 

zwierzę  domowe  czy inne, na przykład  konia,  to albo  zostałby od ręki zastrzelony,  albo 

otrzymałby  długi i sprawiedliwie  zasłużony wyrok.  Wzruszyłem  ramionami  i rozwinąłem 

pościel   składającą   się   z   cieniutkiego   materaca   i   jeszcze   cieńszego   pledu.   Była   też 

nadmuchiwana poduszka, co do której miałem pewność, że do rana straci całe powietrze.

Gdy byliśmy tak zajęci ścieleniem, wzdłuż przejścia zjechały cicho z sufitu ekrany, z 

których nagle buchnęły fanfary, aż zadzwoniło w uszach. Po sygnale pojawił się na nich jakiś 

oficerek, który odczytał całkowicie niezrozumiały zlepek zdań zwany Rozkazem Dziennym. 

Wszyscy go zignorowali.

Przeniosłem   zawartość   kieszeni   do   skrytki   w   podłodze   (poza   wytrychem,   rzecz 

jasna), i nie zdejmując papierowego munduru, wlazłem pod koc. Monotonne ględzenie było 

wspaniałym środkiem usypiającym. Nagle znów zostaliśmy zaatakowani przez fanfary, a na 

ekranie wykwitł wściekle wykrzywiony facet w czarnym mundurze.

- Uwaga - warknął. - Program został przerwany, aby nadać komunikat specjalny. 

Wczoraj przedostał się do naszego kraju niebezpieczny szpieg i sabotażysta. Miało to miejsce 

w   porcie   Marhaveno,   a   przybył   jako   członek   załogi   jednego   z   żaglowców   z   Brastyr. 

Przeszukano   port,   ale   bez   rezultatów.   Dziś   przeszukano   okoliczne   plaże   odkrywając,   że 

szpieg włamał się do jednego z jachtów, z którego ukradł ubranie i szereg przedmiotów. Jego 

własne   rzeczy   zostały   znalezione   w   piasku   na   plaży.   Cały   obszar   objęto   szczególnym 

nadzorem   policyjnym   i   otoczono   kordonem.   W   mieście   ogłoszono   stan   wyjątkowy,   trwa 

przeszukiwanie budynków. Nakazuje się zwracać baczną uwagę na mężczyznę noszącego to 

ubranie.   Ktokolwiek   go   zauważy,   ma   obowiązek   donieść   o   tym   natychmiast   policji   lub 

Służbie Bezpieczeństwa.

Na ekranie pojawił się komputerowy obraz skradzionego przeze mnie przyodziewku. 

Symulacja   nie   miała   twarzy,   ale   biorąc   pod   uwagę   tak   imponujące   tempo   działania,   nie 

należało   oczekiwać,   by   obraz   długo   pozostał   anonimowy.   Ciekawe,   kiedy   odkryją,   że 

chwilowo wzmacniam ich potencjał obronny?

Trzeba by się właściwie zabrać za pracę koncepcyjną, ale byłem zbyt zmęczony. 

background image

Dalsze rozmyślania przerwał mi zgrzyt zdalnie zamykanego zamka w drzwiach i zgaśniecie 

świateł.

background image

9

Prawdę mówiąc, zasnąłem nie dzięki stalowym nerwom, ale wyłącznie za sprawą 

zmęczenia nadmiarem wrażeń. Obudziłem się nagle, jeszcze w mroku i względnym cieple, 

słysząc   dziwny,   ledwie   odróżnialny   dźwięk   przypominający   szelest   liści   na   betonowej 

posadzce... Ulotność odgłosu przebudziła mnie skuteczniej  niż głośne fanfary.  Ale liście? 

Jakie liście, skąd liście?

Wczorajszy   dzień   jeszcze   dawał   znać   o   sobie,   toteż   dopiero   po   paru   sekundach 

dotarło do mnie, że to żadne liście, tylko głośniki, przez które ktoś puszczał nagranie, a ja 

słyszałem właśnie szum rozpoczynającej się płyty. Skoro uszkodzenia słychać tak dobrze, to 

właściwy dźwięk zabrzmi ogłuszająco...

Niestety,  to ostatnie  pojąłem z opóźnieniem.  Z głośników  buchnęła  pobudka tak 

głośna, że wymiotło mnie z pryczy. Równocześnie rozbłysły światła, zgrzytnął zamek, a w 

drzwiach pojawił się sierżant Klutz drąc się jak opętany.

- Pobudka! Składać pościel! Wyjąć przybory toaletowe i biegiem do latryny!  Za 

dwadzieścia  sekund barak zostanie  umyty.  Już jesteście  spóźnieni! Ruszać się, do kurwy 

nędzy!

Ruszyliśmy żwawo, ale z założenia nie mieliśmy prawa zdążyć. Przedarłem się do 

latryny w chwili, w której szafki zamknęły się ze zgrzytem, a sierżant odskoczył i zatrzasnął 

drzwi. Równocześnie z sufitu, ścian i podłogi trysnęły strumienie wody mocząc dokumentnie 

ponad pół tuzina rekrutów, którzy nie dostali się do latryny, czyli jedynego w miarę suchego 

miejsca w baraku. Kąpiel miała jeszcze dodatkowy skutek - purpurowe mundurki zaczęły się 

rozłazić, poczynając od co wilgotniejszych miejsc. Wszyscy tłoczyli się jak stado ogłupiałych 

baranów nie patrząc, że jest mniej sanitariatów niż chętnych, a wszystkie w użyciu. Przez 

chwilę zachowywałem się podobnie, zanim dotarło do mnie, że poddaję się w ten sposób 

skrupulatnie zaplanowanemu procesowi niszczenia człowieka w rekrucie, mającemu wyprać 

go z indywidualizmu i osłabić osobowość. Całe szkolenie rekruckie nastawione jest właśnie 

na   to,   by   poniżyć,   zniszczyć   resztki   godności   i   indywidualności,   zmienić   rozmaicie 

ukształtowanych ludzi w stado durni, z których można wyprodukować jednakowo tępych i 

gotowych wykonać każdy rozkaz żołnierzy.

Gdy w końcu przypomniałem sobie tę oczywistą prawdę, zalała mnie zła krew. Nie 

miałem najmniejszej ochoty na trepackie pranie mózgu, postanowiłem, że nie dam się ani 

zastraszyć, ani „wyprać". Tak naprawdę byłem lepszym fachowcem w sprawach armii od 

przeciętnego trepa. Rozmyślania te nie przeszkodziły mi ogolić się ultradźwiękową żyletką 

background image

przed fragmentem lustra. Umyłem  ponadto zęby i opłukałem oczy lodowato zimną  wodą 

ciurkającą   z   kranu.   Zdążyłem   schować   przybory   do   otwartej   ponownie   szafki,   gdy   w 

drzwiach, jak żałosny diabeł z pudełka, pojawił się sierżant Klutz. - Zbiórka! - wrzasnął.

Minąłem   go   galopem,   wyhamowałem   pod   jedyną   w   okolicy   rozjaśniającą   mrok 

przedświtu żarówką i wyprężyłem się na baczność.

Zbliżył   się   do   mnie   podejrzliwie,   obszedł   naokoło   i   przyjrzał   się   jak   cielęciu   z 

dwoma głowami.

- Co my tu mamy? - warknął, opluwając mnie przy okazji. - Cwaniaczek, co?

-   Nie,   sir.   Melduję,   że   mój   tata   był   żołnierzem,   sir.   Mój   dziadek   też,   sir.   Obaj 

nauczyli mnie, że najlepszą rzeczą dla mężczyzny jest być żołnierzem, sir. I że najwyższy 

stopień to sierżant, sir! - Przestałem wrzeszczeć i dodałem cicho: - Proszę tego nie mówić 

pozostałym, sir, ale zgłosiłem się na ochotnika.

Zamilkł. Co więcej, wzruszył się chłop, dowodząc słuszności mojej o nim opinii, że 

sierżant też człowiek, tylko  bardziej  tępy,  niż przewiduje norma,  przerobiony na dodatek 

przez wojsko, zmacerowany przez alkohol i wszechobecną głupotę tej instytucji. Chrząknął, 

odwrócił się na pięcie i pognał przez beton, by wykopać z baraku spóźnialskich.

Czekając, aż towarzystwo stanie w możliwie przyzwoitym szeregu, zastanawiałem 

się, jak rozegrać dalej sprawę i doszedłem do wniosku, że należy jak najszybciej zadbać o 

awans na podoficera, by przestali mną  pomiatać  wszyscy,  a zaczęli tylko  niektórzy,  no i 

żebym   miał   więcej   wolnego   czasu.   Pod  żadnym   wszakże   pozorem   nie   należy   opuszczać 

wojska. Bazująca na tępym  wykonywaniu  rozkazów  i na zinstytucjonalizowanej  głupocie 

armia była dla mnie najlepszą kryjówką w policyjnym państwie, jakim okazała się wyspa.

Po   nie   kończących   się   pomyłkach   w   wymowie   (ciekawe,   ile   to   razy   można   źle 

wymówić   imię   Bil)   sierżant   zakończył   wreszcie   sprawdzanie   obecności   i   poprowadził 

trzęsącą się z zimna grupę do stołówki. Po drodze dołączyły do nas inne pododdziały, tworząc 

długą i śliniącą się kolumnę.

Gdy w końcu doniosłem kopiasto załadowaną tacę do wolnego miejsca, przez chwilę 

myślałem, że zaszła jakaś pomyłka. Nie było to ani wykwintne, ani specjalnie smaczne, ale 

poza tym miałem przed sobą normalne jedzenie, w miarę strawne, zupełnie jak w zwykłym, 

podrzędnym   barze.   I   było   tego   dużo.   Co   nie   zmieniło   faktu,   że   ledwo   opróżniłem   tacę, 

poszedłem po repetę.

Dopiero po uporaniu się z dokładką poczułem, że żarcie w gruncie rzeczy jest podłe i 

tanie, i uznałem, że jedynym powodem, dla którego nie jest jeszcze gorsze i nie jest go mało, 

musi być najwidoczniej fakt, że potrzebni jesteśmy wojsku żywi i niezagłodzeni.

background image

Po   śniadaniu   nastąpiła   gimnastyka   mająca   poprawić   nam   trawienie   (lub   je 

uniemożliwić, zależnie od organizmu). Ponieważ zawsze miałem azbestowy żołądek, lekko 

pognałem za Klutzem na otwarty teren, gdzie wiatr hulał jak w starym kominie. Przejął nas 

tam   kolejny   muskularny   oprawca,   który   szerokość   barów   miał   wprost   proporcjonalną   do 

niskiego czółka. Płuca miał za to zdecydowanie lepsze od naszego sierżanta.

- Co jest, do kurwy nędzy! - ryknął. - Spóźniliście się prawie minutę!

- Maminsynki - odparł sierżant, wyjmując z kieszeni cygaro. - Nie można ich było 

odegnać od koryta.

Większość   zatkało   na   to   łgarstwo,   ale   ja   się   uśmiechnąłem.   Sprawiedliwość   w 

wojsku z założenia nie występuje, nie występowała i występować nie będzie. A spóźniliśmy 

się, bo Klutz nie potrafił szybciej przebierać nogami.

-   Tak.   -   Bawole   oczka   pod   niskim   czołem   rozjarzyły   się   radością.   -   No   to 

zobaczymy, jak się spiszą. Padnij! Pięćdziesiąt pompek!

Pomysł był niezły, gdyż z zasady robiłem setkę po śniadaniu, by być w formie. Poza 

tym dzień mieliśmy chłodny i należało się rozgrzać. Do dwudziestej pompki było jako tako, 

potem zaczęły się jęki i skamlenia. Przy trzydziestej połowa padła i nie próbowała nawet się 

ruszyć.   Do   ostatniej   dotarłem   tylko   ja   i   ten   muskularny   chłopak,   który   zemdlał   podczas 

zastrzyków.

-  Drugie   pięćdziesiąt!   -   warknął   na   ten   widok   oprawca.   Konkurent   zmiękł   po 

trzydziestu, a ja dotarłem spokojnie do końca.

- Koniec, czy następne pół setki, sir? - spytałem słodko.

- Powstań! Rozkrok, ramiona w górę i powtarzać za mną. Raz, dwa... trzy, cztery... i 

raz, i dwa... trzy, cztery...

Skończyliśmy zaprawę miło rozgrzani, gdy Klutz kończył  właśnie cygaro. Pięciu 

rekrutów   zdążyło   zemdleć,   co   wprawiło   sierżanta   w   zdecydowanie   zły   humor.   Trącił 

najbliższego butem, co wywołało jedynie bolesny jęk.

- Maminsynki! Mięczaki pierdolone! Zabrać mi w cholerę tych symulantów do izby 

przyjęć.   Zaraz   zrobimy   z   was   wojsko.   Każdego   za   łeb   i   za   nogi,   a   potem   biegiem   w 

powrotem! Ruszać się!

Ponieważ jeden zemdlał tuż obok mnie, złapałem go w objęcia, a widząc, że tego, 

który dopadł go z drugiej strony, nogi ledwie noszą, zmieniłem chwyt i obaj wzięliśmy go 

pod ramiona tak, aby główny ciężar spoczął na mnie.

- Przerzuć jego rękę przez plecy - szepnąłem - i udawaj, że go niesiesz.

- Dzięki... - wychrypiał. - Nie jestem... w formie...

background image

Faktycznie nie był. Szczupły, przygarbiony, z podkrążonymi oczami i zdecydowanie 

starszy od reszty. Miał chyba ze dwadzieścia pięć lat.

- Morton - przedstawił się.

- Jak - odparłem. - Nie jesteś trochę za stary na ten syf?

- Pewnie, że jestem. Mało się nie zabiłem, żeby skończyć studia, ale przemęczyłem 

się, zachorowałem, wyleciałem z roku i mnie wzięli. Co z nim robimy?

- Niesiemy go tam, gdzie znoszą innych.

-   Nie   wygląda   dobrze   -   stwierdził   Morton   spoglądając   na   blade   oblicze   wciąż 

bezwładnego delikwenta.

- To już jego problem. Ty martw się sobą.

- Zaczynam rozumieć. Chyba jesteśmy na miejscu.

-   Połóżcie   go   obok   innych   -   rozkazał   kapral,   nawet   nie   podnosząc   głowy   znad 

dźwiękowego komiksu przeznaczonego dla kompletnych analfabetów.

Spojrzałem na czterech leżących jak worki biedaków.

- Może by ich tak obejrzeć, sir - zaproponowałem. - Jeden wygląda nieszczególnie.

- To jego problem. - Kapral odwrócił kartkę. - Jak się ocknie, wróci na plac, a jak 

nie, to go w nocy zbadają. Albo i nie, bo nie wiem, czy lekarz przyjdzie, a ja nie jestem 

łapiduchem. No, dość pierdolenia, zmiatać mi na kompanię, bo podam do raportu.

Wymiotło nas, ale zaraz po minięciu progu przestaliśmy się spieszyć.

- Skąd oni biorą tylu tych zboczeńców?

- To może być każdy. Ty, ja... - W głosie Mortona brzmiał autentyczny smutek. - 

Choć każde społeczeństwo produkuje takich dewiantów, to tutaj są oni uprzywilejowani i 

zdrowi wykonują ich rozkazy, aby przeżyć. Nasze społeczeństwo opiera się na militaryzmie, 

szowinizmie i nienawiści, a przy takich podstawach typy od brudnej roboty mnożą się same.

- Tego cię uczyli na studiach?

-  Jeśli   czegokolwiek   mnie   tam   nauczyli,  to  czegoś   wręcz  przeciwnego.  Robiłem 

magisterkę z historii, historii wojskowości, rzecz jasna, toteż mogłem trochę poszperać w 

archiwach. Lubię czytać, a uniwersytecka biblioteka jest naprawdę stara. Jak złamie się kod 

zabezpieczający katalogi, to można czytać, co się chce. Sporo sam się nauczyłem...

-   Mam   nadzieję,   że   przyswoiłeś   sobie   także   sztukę   trzymania   gęby   na   kłódkę   - 

mruknąłem.

- Nie zawsze mi wychodzi.

- No to postaraj się, żeby wychodziło, bo napytasz sobie biedy.

Klutz właśnie sprowadzał pododdział z pola, toteż spokojnie i cicho dołączyliśmy 

background image

docierając do magazynu, gdzie wreszcie wydano nam normalne mundury. Słyszałem, że w 

wojsku mundury są tylko w dwóch rozmiarach - za duże albo za małe - i okazało się to świętą 

prawdą. Na  szczęście   zdołałem   złapać   duży rozmiar.  Podwinąć   to  i owo  zawsze  można, 

doszyć jest nieco trudniej. Oprócz mundurów, pasów i butów wyfasowaliśmy także hełmy, 

oporządzenie,   plecaki,   manierki   i   niezbędniki,   zestawy   krawieckie,   narzędzia   do   mordu, 

łopatki, czujniki promieniowania, bagnet i z pół tony wszelkich ogólnowojskowych śmieci 

niewiadomego przeznaczenia.

Kiedy już zwaliliśmy te sterty dóbr w baraku, przyszła pora na szkolenie polityczne.

- Nie dość, że znęcają się nad nami fizycznie, to jeszcze będą gnębić psychicznie - 

szepnął Morton, nie na tyle jednak cicho, by nie usłyszał tego sierżant.

- Zamknąć jadaczki! - wrzasnął. - Rozmowy zabronione! Jesteście tu, aby słuchać, co 

ma do powiedzenia kapral Gow, a nie by pyskować!

Kapral Gow wyglądał jak z plakatu reklamującego zaciąg ochotniczy.  Doskonale 

dopasowany, czysty mundur i uśmiech, który na milę zalatywał fałszem.

-   Sierżancie,   to   tylko   szkolenie.   Dobry   żołnierz   powinien   nie   tylko   wykonywać 

rozkazy,   ale   także   rozumieć,   czemu   jest   to   niezbędne   -   oświadczył   politruk,   usiłując   się 

fraternizować.   -   Siadajcie   wygodnie,   krzeseł   co   prawda   nie   ma,   ale   podłoga   jest   czysta. 

Doskonale, czy ktoś z was może mi powiedzieć, dlaczego tu jesteście?

- Bo dorwał nas pobór - warknęło spod ściany.

- Ha, ha, ha... Naturalnie, ale nie o to mi chodzi. Czy wiecie, czemu pobór jest 

niezbędny?   Jeśli   nie,   to   znaczy,   że   wasi   nauczyciele   nie   wywiązywali   się   należycie   z 

obowiązków.   Żeby   nie   było   niejasności,   od   razu   przedstawię   wam   kilka   faktów.   Otóż 

jesteście tu, gdyż  groźny wróg chce najechać naszą ojczyznę, a obowiązkiem wojska jest 

obrona naszej wolności.

- Pieprzone farmazony - mruknąłem.

Morton skinął głową, natomiast Gow udowodnił, że ma dobry refleks.

- Mówiliście coś, żołnierzu? - spytał, gapiąc się na mnie nachalnie.

-   Tylko   drobne   pytanie,   sir.   Jak   zacofane   gospodarczo   i   pozbawione   przemysłu 

społeczeństwo   kontynentu   może   stanowić   groźbę   dla   uprzemysłowionego   państwa 

dysponującego nowoczesną armią?

- Dobre pytanie, żołnierzu. Bardzo dobre! Otóż ci barbarzyńcy nie stanowiliby sami 

w sobie żadnego niebezpieczeństwa. Zostali jednak uzbrojeni i podjudzeni przez żądnych 

naszych bogactw i ziemi przybyszów spoza planety. Dlatego właśnie musicie poświęcić się 

służbie dla ojczyzny.

background image

Bezczelność kłamstwa odebrała mi mowę. Posłuchałem jednak własnej dobrej rady i 

zamilkłem. Ja owszem, ale Morton nie...

- Ależ, sir. Liga Międzyplanetarna to pokojowy związek pokojowo nastawionych 

planet. Wojna została przez nie odrzucona jako metoda...

- A wy skąd niby to wiecie?

- To ogólnie znany fakt - wtrąciłem się mając nadzieję, że Morton zamknie jadaczkę. 

- Prawda, sir?

- Nieprawda, ale bardzo mnie zainteresowało, kto wam naopowiadał takich kłamstw. 

Po   zakończeniu   szkolenia   chciałbym   pogadać   sobie   na   osobności   z   wami,   żołnierzu,   i   z 

rekrutem obok was. Wracając zaś do tematu, to zapewniam, że wobec międzyplanetarnej 

inwazji, chcącej zniszczyć nasz kraj, żadna ofiara nie jest zbyt wielka, by ocalić wolność. 

Dlatego wiem,  że z ochotą spełnicie  swój żołnierski  i obywatelski  obowiązek. Traktujcie 

obecnego tu sierżanta Klutza jak ojca, gdyż  jest waszym  opiekunem i przewodnikiem po 

wojskowym życiu. Wykonujcie jego rozkazy, a staniecie się dobrymi żołnierzami, którym 

nieźle się w wojsku powodzi. Kto wie, może nawet awansujecie, a na pewno będziecie dobrze 

służyć krajowi. Wiem, że wiele rzeczy  może was dziwić i że czeka was jeszcze niejedno 

zaskoczenie, ale przecież jest to dla was zupełnie nowe doświadczenie. Możecie w takich 

przypadkach pamiętać o mnie, gdyż jestem waszym doradcą i pozostaję do waszej dyspozycji 

o każdej porze dnia i nocy. Możecie na mnie polegać jak na przyjacielu. Teraz macie dziesięć 

minut, aby zapoznać się z materiałami pomocnymi w zrozumieniu pewnych kwestii. Potem 

możecie pytać, jeśli czegoś nie zrozumiecie. W międzyczasie ja porozmawiam sobie z tymi 

dwoma rekrutami, którzy mieli pecha i zostali źle poinformowani o realiach politycznych 

naszego kraju. Wy dwaj tam, chodźcie ze mną, pogawędzimy sobie, złapiemy trochę słonka...

Niechętnie   pozbieraliśmy   się   i   ruszyliśmy   ku   otwartym   przez   kaprala   gościnnie 

drzwiom.   Nic   innego   i   tak   nie   dałoby   się   zrobić.   Gow   zamknął   drzwi,   odwrócił   się   i 

uśmiechnął nieszczerze.

- Ciepło, nie? - zagaił.

- Pewnie, ładna pogoda - przyznałem.

- Skąd dowiedzieliście się wszystkich tych głupot? Najpierw ty. - Spojrzał na mnie.

- Tego, no... Usłyszałem gdzieś, po prostu...

- Wiedziałem. - Uśmiechnął się uszczęśliwiony. - Słuchaliście obcych radiostacji, 

tak? Tylko tam można usłyszeć takie kłamstwa.

- Nie bardzo - odpyskował Morton. - Fakty pozostają faktami i tak się składa, że 

mam rację...

background image

Wytrwale  kopał   sobie  mogiłę,  mając   na  dodatek   podsuwane  jak  na  tacy  idealne 

wyjście z sytuacji. Trzeba było zająć się bliżej tą obcą radiostacją.

- Tego, panie kapralu, no... chciałem zełgać, ale pan jest za sprytny. Miał pan rację, 

słuchałem radia...

- Jasne! Pompują to świństwo przez satelitę na tylu częstotliwościach, że nie da się 

zagłuszyć. A zbyt wysoko zawiesili to cholerstwo, by je zestrzelić.

- Raz słuchałem, panie kapralu. Wiem, że źle zrobiłem, ale mówili tak logicznie, że...

-   Dobrze,   żeście   się   przyznali.   A   wy?   Morton   nic   nie   odpowiedział,   na   swoje 

szczęście zresztą, bo kapral wziął milczenie za przytaknięcie.

- Znaczy się obaj - podsumował. - Ale przynajmniej rokujecie szansę na reedukację, 

co niestety, nie o każdym można powiedzieć. Pewnie, że mówili logicznie, to są fachowcy od 

ogłupiania takich jak wy. Prawda jest mniej przyjemna, ale trudno, a władza wie lepiej, co dla 

was   jest  dobre.  No  to  teraz  obaj  do  środka, a  jak skończymy  szkolenie,   to  pogadamy  o 

wymiarze kary. Macie czas zastanowić się nad tym, co zrobiliście i nad tym, co was czeka. W 

cywilu dostalibyście rok ciężkich robót, tutaj... Dowiecie się. W przyszłości, o ile w ogóle 

czeka was jakaś przyszłość, nauczycie się nie sprzeciwiać przełożonym.

- To prawda z tym satelitą? - spytałem Mortona, gdy wróciliśmy do środka.

- Pewnie. A co, nigdy nie słuchałeś? Nudne, typowa propaganda z małą zawartością 

faktów.   To,   że   się   przyznałeś,   i   tak   jest   bez   znaczenia.   Musiał   nas   ukarać,   bo   taka   jest 

wojskowa zasada. Teraz dostaniemy w dupę!

Sierżant Klutz spojrzał na nas wściekle, więc zamilkliśmy, a ja uśmiechnąłem się w 

duchu. Kto dostanie w dupę, to się jeszcze zobaczy, ale chyba nie ja. Właśnie szykowała się 

szansa, z której należało skorzystać...

background image

10

Gdzieś w oddali zabrzmiał dzwonek i sierżant Klutz ocknął się, krzywiąc się przy 

tym niemiłosiernie.

- Baczność! - warknął. - Całą godzinę żeście się opierdalali, teraz sobie to odbiję. 

Następne są zajęcia ze znajomości broni. Jazda, biegiem marsz!

- Tych dwóch zatrzymuję - wtrącił Gow, wskazując na nas. - Pójdą do raportu za 

sianie defetyzmu. Klutz radośnie wykreślił nas ze spisu.

-   Dopóki   ilość   się   zgadza,   możesz   ich   nawet   utopić   w   szambie   -   oświadczył   i 

zatrzasnął za sobą drzwi. Morton apatycznie oparł się o ścianę, Gow zaś wyciągnął notes i 

wskazał ołówkiem na mnie.

- Wasze nazwisko, żołnierzu?

- Scroo U2.

- To wasze wojskowe nazwisko, do tego niepełne. Chcę poznać wasze prawdziwe i 

pełne nazwisko.

- Jestem z Pensildelphii, panie kapralu, a tam uczą, by nie przedstawiać się obcym.

- Jaja sobie ze mnie robicie!? - warknął podejrzliwie.

- To byłoby niemożliwe, sir. Już nie. Sam pan jest

jednym wielkim niesmacznym dowcipem wykorzystującym ludzką ciemnotę. Obaj 

dobrze wiemy, że temu krajowi naprawdę zagraża tylko będąca u władzy junta wojskowa. To 

zmilitaryzowane państwo służy obecnie tylko elicie wojskowej.

Morton próbował mnie uciszyć, a Gow sięgnął po telefon.

- Jak mi nie powiesz dobrowolnie, to żandarmeria wyciśnie wszystko z ciebie w parę 

minut. - Musiałem go nieźle zirytować, skoro przestał zwracać uwagę na ogólnowojskową 

gramatykę. - Poza tym mylisz się w jednym. Nie tylko elity wojskowe na tym korzystają, ale 

również korporacje przemysłowe. Jedno nie może istnieć bez drugiego i każde jest żywotnie 

zainteresowane dobrym samopoczuciem partnera.

Powiedział to spokojnie i z uśmiechem, a mnie zatkało.

- To... - W końcu odzyskałem mowę. - Po co opowiada pan te brednie żołnierzom?

- Z pochodzenia jestem właśnie członkiem jednego z rodów przemysłowych i obecna 

sytuacja   mi   odpowiada.   Wypełniam   mą   żołnierską   powinność   głosząc   te,   jak   określiłeś, 

brednie, a za kilka miesięcy wyjdę stąd i wrócę do normalnego życia. Wciąż zajęte, powiesił 

się ktoś, czy co... Cóż, przyznaję, że rozmowa sprawiła mi dużą przyjemność, głównie z 

uwagi na odmienne od ogólnie spotykanego podejście do tematu. Dlatego też chciałbym dać 

background image

ci coś w prezencie.

Odłożył słuchawkę i otworzył szufladę biurka, a ja okazałem się chwilowo zbyt tępy, 

by zrozumieć, o co mu chodzi. Gdy zrozumiałem, było niemal za późno, zdołał zrobić dwa 

kroki w moim kierunku i to z bronią w garści.

- Na twoim miejscu nie robiłbym niczego. Jestem niezłym myśliwym i najpewniej 

cię zastrzelę. Jeśli nie da się inaczej, to w plecy.

- W porządku, kapralu - uśmiechnąłem się, starając pozostać  twarzą do niego. - 

Wywiad miał  zastrzeżenia  co do waszych  pogadanek i wysłał mnie, bym  was sprawdził. 

Zdaliście   egzamin,   gratulage.   Nie   powtórzę   waszych   uwag   o   powiązaniach   wojska   i 

przemysłu, choć jestem z biednej rodziny i nie wyjdę stąd za kilka miesięcy.

- O kurwa! - jęknął Morton.

-   Nie   kurwa,   tylko   podoficer   wywiadu,   a   wy   jesteście   aresztowani,   żołnierzu! 

Złapaliśmy zdrajcę, a zatem coś dobrego wynikło jednak z waszej pogadanki, prawda, Gow?

- I ja mam w to tak od razu uwierzyć? - spytał podejrzliwie.

- Nie, ale myślę, że uwierzysz, gdy pokażę ci upoważnienie - odparłem spokojnie, 

sięgając do kieszeni.

Może i był niezłym myśliwym, ale zwierzęta się nie bronią, a na pewno nie strzelają. 

Doświadczenia bitewnego nie miał za grosz. Jak byle amator spojrzał na moją rękę i niczego 

więcej  nie potrzebowałem.  Wybiłem  w górę  dłoń z miotaczem.  Pocisk wypalił  dziurę  w 

ścianie obok Mortona, który odskoczył  z piskiem. Zanim Gow zdołał ponownie nacisnąć 

spust, dostał w brzuch i upuścił broń. Potem trzasnąłem go jeszcze w kark, dzięki czemu 

stracił przytomność.

- Dobra robota, Jim - pogratulowałem sam sobie, bo jakoś nikt nie miał zamiaru 

mnie pochwalić.

- Coś... coś... ty zrobił? - wybełkotał wreszcie Morton.

- Dokładnie to, co widziałeś. Unieszkodliwiłem kaprala, zanim zdążył zrobić nam 

krzywdę. Poza tym ty nie jesteś aresztowany, a ja nie jestem z wywiadu. Rusz łaskawie dupę, 

przesuńmy to biurko, zanim ktoś tu wlezie. Jak widzisz, drzwi nie mają zamka.

Podniosłem miotacz, by nie kusił losu ani przedstawiciela rodu przemysłowego, po 

czym zabrałem się za obdzieranie tego ostatniego z munduru. Oto była okazja na awans w 

moim stylu. Gdy dotarłem do bielizny, na chwilę znieruchomiałem: na slipkach miał złoty 

monogram.   Na   szczęście   facet   miał   nieco   nadwagi   i   był   mojego   wzrostu,   wobec   czego 

uniform pasował, gdy moje mięśnie zastąpiły jego sadło. Buty zatrzymałem swoje, bo miał 

dziwnie małą stopę. Zawartość kieszeni była zdecydowanie miła - paczka niezłych cygar, cała 

background image

harmonia gotówki i składany nóż. Pociąłem swój mundur na pasy, którymi związałem nadal 

nieprzytomnego łobuza.

- Chcesz go zabić? - zaciekawił się Morton.

- Nie, ale lepiej żeby nie znaleźli go, nim my przejdziemy do następnego etapu... 

Zaprzyj się plecami i pilnuj drzwi; jak kto spróbuje otworzyć, to nie puszczaj.

Odstawiłem biurko mniej więcej na miejsce i wcisnąłem kaprala pod mebel, tak aby 

nazbyt nie rzucał się w oczy. Odruchowo sprawdziłem szuflady, jedynie w najwyższej była 

jakaś teczka z dokumentami. Wziąłem papiery pod pachę i obejrzałem całość dzieła. Jak 

długo Gow nie odzyska przytomności, nikt go nie znajdzie.

- I co teraz? - spytał Morton, nadal udający zamek w drzwiach.

- Nie mamy odwrotu, zatem idziemy dalej. Kiedy go znajdą, poznają nasze nazwiska, 

więc najpierw musimy je zmienić, a to oznacza wycieczkę do sztabu. Można by go utrupić, 

ale to dałoby jeszcze gorsze efekty, a poza tym i tak by się dowiedzieli od Klutza, o kogo 

chodzi. Przy okazji przeszukają bazę, a do morderców strzela się bez uprzedzenia.

- Poza ostatnim zdaniem niczego nie rozumiem. Jak, dobrze się czujesz?

- Doskonale. Poza tym świetnie wiem, co robię.

Ponieważ nigdzie nie było kabury, broń musiałem zostawić. Podoficer paradujący po 

bazie   z   gnatem   w   dłoni   zbytnio   zwracałby   uwagę.   Rozładowałem   więc   broń   i   pustą 

wrzuciłem do szuflady.

-   Maszeruj   przede   mną   i   rób,   co   ci   każę   –   poleciłem   Mortonowi,   chowając 

magazynek do kieszeni. - Najpierw wyjrzyj tylko i sprawdź, czy nikogo nie ma.

Nie   było.   Ruszyliśmy   zatem,   tupiąc   buciskami.   Ja   ściskałem   pod   pachą   teczkę, 

Morton   chronił   całym   wysiłkiem   woli   resztki   rozsądku.   Za   najbliższym   rogiem   prawie 

wpadliśmy na żandarma.

-   Stój!   -   zakomenderowałem,   zanim   Morton   zdołał   rzucić   się   do   ucieczki.   - 

Szeregowy, chodźcie no tu!

- Ja, sir? - Znający dobrze wojskowe realia żandarm był uprzejmy nas nie zauważyć, 

co było całkiem rozsądnym zachowaniem.

- A jest tu inny szeregowy? Macie nie zapiętą kieszeń, ale jestem dziś w dobrym 

humorze. Gdzie tu się mieszczą Wydziały Personalne?

-   Prosto,   w   prawo   przy   podium   dla   orkiestry,   w   lewo   przy   izbie   tortur   i   drugi 

budynek po prawej.

-   Możecie   odmaszerować!   -   warknąłem.   Oddalił   się   czym   prędzej,   gorączkowo 

sprawdzając kieszenie, a ja poklepałem spoconego ze strachu Mortona.

background image

- Spokojnie, bo się rozpuścisz. To jest przywilej starszego stopnia. Z niższym rangą 

możesz w każdym wojsku robić, co chcesz. Gotów?

Skinął głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Ruszyliśmy.

Na każdym narożniku wykrzykiwałem komendy, żeby się nie wyróżniać i żeby mój 

podopieczny   nie   pomylił   drogi,   toteż   na   miejsce   dotarliśmy   szybko   i   bezproblemowo. 

Budynek   był   spory,   a   ruch   panował   w   nim   większy   niż   w   innych.   Morton   zamarł   przy 

wejściu, podrygując lekko ze strachu.

- Co chcesz zrobić? - szepnął.

- Odpręż się - zajrzałem do teczki i udałem, że porządkuję papiery, by uzasadnić 

postój. - Idź za mną i nie odzywaj się, rób, co każę, a za parę minut znikniemy bez śladu.

-   Pewnie,   że   znikniemy,   jak   tylko   tam   wejdziemy.   Złapią   nas,   będą   torturować, 

zabiją...

- Cisza! - ryknąłem mu w ucho, aż podskoczył. - Nie gadać, nie myśleć! Wykonywać 

wszystko albo znajdziecie się w gównie po uszy!

Przechodzący sierżant pokiwał głową z uznaniem, wobec czego dodałem:

- W lewo zwrot! Naprzód marsz!

Krótko był w armii, ale zadziałało. Odwrócił się i pomaszerował jak ta lala. Dzięki 

temu spokojnie minęliśmy drzwi i skierowaliśmy się ku stojącemu za nimi żandarmowi.

- Baczność! Spocznij! - warknąłem i nie zniżając głosu zwróciłem się do żandarma: - 

Gdzie jest sekcja transportu?

- Drugie piętro, pokój dwieście dziewięć. Czy mogę zobaczyć pańską przepustkę, 

sir?

Spojrzałem nań zimno, przeglądając papiery z teczki i wolno taksując go od stóp do 

głów. Zaczął się robić nerwowy, co znaczyło, że od niedawna trzyma wartę.

-   Nigdy   nie   widziałem   brudniejszych   butów,   i   to   w   czasie   pełnienia   służby 

garnizonowej - syknąłem, a gdy odruchowo spojrzał w dół, podsunąłem mu pod nos jakiś 

papier. - O, jest przepustka.

Nim podniósł wzrok, ja chowałem już dokument do teczki. Chciał coś powiedzieć, 

ale zamarł, napotkawszy moje spojrzenie.

- Drugie piętro - powtórzyłem, odwracając się do Mortona. - Szeregowy, idziemy!

Potupaliśmy po schodach. Ja nieco spocony, bo była to jednak męcząca robota, on 

zaś drżący jak w febrze. Nie miałem pojęcia, ile jeszcze wytrzyma i pozostało jedynie żywić 

nadzieję,   że   do   końca.   Dotarliśmy   szczęśliwie   tam,   gdzie   trzeba.   Otworzyłem   drzwi   i 

zajrzałem. Przy ścianie stała ława, poleciłem mu więc, by siadł i czekał tu na mnie, sam zaś 

background image

poszukałem dyżurnego, który akurat bawił się telefonem.  Machnął ręką, żebym  poczekał, 

spojrzałem   zatem   dalej.   Za   dyżurnym   ciągnęły   się   rzędy   biurek,   przy   których   szeregowi 

pracowicie wypisywali coś i liczyli. Oni ignorowali mnie całkowicie.

- Tak, sir... Natychmiast, sir. Pewnie błąd komputera, kapitanie... Tak, sir. - Dyżurny 

odłożył słuchawkę i dodał. - Żeby cię cholera, bydlaku. O co chodzi, kapralu?

- Chcę się widzieć z sierżantem, z szefem...

- Nie da się. Jest na urlopie okolicznościowym. Desperuje, bo kanarek mu zdechł.

- A to uczuciowa bestia. Dobra, kto go zastępuje?

- Kapral Gamin.

- To proszę powiedzieć, że idę do niego.

- Już się robi. - Dyżurny złapał za telefon, a ja pomaszerowałem do drzwi z tabliczką 

SZEF TRANSPORTU. Wewnątrz siedział ciemny chudzielec zajęty akurat komputerem.

- Kapral Gamin? - spytałem zamykając drzwi. - Jeśli tak, to przynoszę dobre nowiny.

- Jestem Gamin. Jakie nowiny?

- W kwatermistrzostwie znaleźli wirusa w komputerze i płatnik twierdzi, że mogło 

dojść do pomyłki  w naliczaniu  żołdu przez  ostatnie  miesiące.  Między innymi  pańskiego. 

Może nawet i dwie setki panu wyrównają, ale chcą pana widzieć, aby wyjaśnić wszystko do 

końca.

- Wiedziałem! Dwa razy policzyli mi za ubezpieczenie!

- To  wszystko  dupki,  więc możliwe.  - Po raz kolejny okazywało  się, że  urzędy 

wszędzie   są   takie   same,   a   urzędnicy,   szczególnie   co   niżsi   rangą,   zawsze   uważają   się   za 

oszukiwanych przy wypłacie. - Proponuję się pospieszyć, zanim znów gdzieś to wszystko 

zgubią. Mogę zadzwonić?

-   Jasne.   Na   centralkę   przez   dziewięć.   –   Poprawił   kurtkę   mundurową,   wyłączył 

komputer. - Założę się, że wiszą mi o wiele więcej!

Ku   mojemu   szczeremu   zadowoleniu   wyszedł   drugimi   drzwiami,   prowadzącymi 

bezpośrednio na korytarz. Ja otworzyłem te pierwsze i wytknąłem głowę.

-   Jego   też,   kapralu?   -   spytałem,   jakby   gospodarz   był   wciąż   u   siebie.   -   Dobra... 

Szeregowy, do mnie!

Morton podskoczył, słysząc mój głos, rozejrzał się rozpaczliwie i doszedł w końcu 

do wniosku, że o niego chodzi, więc wstał i podszedł do mnie. Wciągnąłem go za nos i 

zamknąłem drzwi na klucz.

- Siadaj i nie zadawaj głupich pytań. Mam robotę.

Po czym wyjąłem wytrych, na co oczy mojego kompana zrobiły się jeszcze większe, 

background image

i uruchomiłem komputer. Dostałem się do menu i stwierdziłem, że rzecz jest prostsza, niż się 

spodziewałem.   Program   był   łatwy,   ale   nie   mógł   być   inny,   wziąwszy   pod   uwagę   jego 

zwykłych   użytkowników.   Bez   trudu   znalazłem   rozkazy   podróży   i   wprowadziłem 

odpowiednie zmiany, posiłkując się danymi z naszych nieśmiertelników.

- Właśnie w południe wyjeżdżamy do Fortu Abomeno - oznajmiłem, gdy brzęczyk 

pisnął, a drukarka wypluła z siebie kartkę. - Chwilowo jesteśmy bezpieczni, bo już nas tu nie 

ma.

- Ale jesteśmy...

- Faktycznie tak, ale na papierze udajemy się właśnie do Fortu Abomeno, a w wojsku 

tylko papier się liczy. Teraz trzeba jeszcze zadbać o nasze nowe dokumenty.

Wróciłem do komputera. Należało się spieszyć. Jeśli cała sprawa miała się udać, 

trzeba było  zniknąć  stąd przed powrotem kaprala. Wybrałem  dwa nazwiska z listy prze-

niesionych,   podoficerów,   naturalnie,   i   wprowadziłem   dane,   gdzie   trzeba.   Znów   pisnęło   i 

drukarka wypluła  dwie następne kartki. Złapałem  je pospiesznie, wyłączyłem  komputer  i 

ruszyłem przez tylne drzwi na korytarz. Morton posłusznie deptał mi po piętach.

Korytarz   prowadził   do  schodów,  po   których   właśnie   ktoś   wchodził,   i  sądząc   po 

krokach, mógł to być ktoś nieźle wkurzony. Założyłbym się, że to Gamin, ale wolałem nie 

sprawdzać.

-   W   prawo   zwrot!   -   zakomenderowałem   półgłosem,   kierując   się   byle   dalej   od 

schodów i Morton wlazł jak cielę w pierwsze drzwi po prawej, a ja za nim.

Wewnątrz jakiś pracownik poprawiał fryzurę przed lustrem. Hm... to była kobieta.

- Czyście oszaleli, kapralu? - warknęła. - Albo was czytać nie nauczyli. To damska 

toaleta!

- Przepraszam, ale w korytarzu jest ciemno. Szeregowy, do jasnej cholery, gdzieście 

poleźli, to damski kibel! W tył zwrot, do męskiego marsz. I czytać mi tabliczki, bo pogadamy 

inaczej!

Korytarz na szczęście był pusty, więc czym prędzej wydostaliśmy się z gmachu i 

skręciliśmy w pierwszą przecznicę.

Dwa bloki dalej skręciłem za róg i z ulgą oparłem się o tylną, ślepą ścianę jakiegoś 

baraku. Tym razem zagrożenie było blisko i napięcie dało znać o sobie. Otarłem spocone 

czoło i z uśmiechem pokazałem mojemu towarzyszowi dwa papierki.

-   Wolność   i   spokój   -   oznajmiłem   radośnie.   -   Rozkazy   wyjazdu,   a   właściwie 

odwołanie rozkazów wyjazdu. Wreszcie jesteśmy bezpieczni.

- O czym ty mówisz? - spytał grzecznie choć podejrzliwie, wytrzeszczając na mnie 

background image

oczy.

-   Dobrze,   wyjaśnię   ci   to   prościej.   Z   punktu   widzenia   dowództwa   zostaliśmy 

przeniesieni do Fortu Abomeno, a zatem tutaj nikt nas nie będzie szukał. Będą węszyć w 

miejscu przeniesienia,  ale nic nie znajdą. Żeby za szybko  się nie wydało,  liczba  osób w 

transporcie musi pozostać nie zmieniona, toteż anulowałem rozkaz wyjazdu dwóch innych, 

którzy faktycznie wyjechali, a przy okazji awansowałem nas na podoficerów, żeby żaden trep 

się nas nie czepiał. To właśnie te rozkazy, kapralu. Ja jestem sierżantem, żeby była jakaś 

sprawiedliwość na tym świecie. Mając te papierki możemy liczyć na kilka spokojnych dni, bo 

przełożeni tych dwóch wiedzą, że gości nie ma, a nikt nie będzie szukał zbyt gorliwie, skoro 

sztuki   się   zgadzają.   Możemy   bez   obaw   podawać   się   za   nich   w   kantynie   i   hotelu 

podoficerskim. Przez ten czas zdołam coś wymyślić, spokojna głowa. Teraz proponuję zacząć 

nową, obiecującą karierę zawodowych podoficerów należących do grupy zwanej popularnie 

trepami. Co ty na to?

- Do licha - wymamrotał, i gdybym go nie podtrzymał, padłby w najbliższą rabatkę. 

Oparłem go o ścianę i pokiwałem z satysfakcją głową.

- I ja tak myślę. To faktycznie był pracowity dzień.

background image

11

Zmęczenie można wytrzymać, zignorować pragnienie jest znacznie trudniej, jednak 

chwilowo   musiałem   uzbroić   się   w   cierpliwość.   Szarża   ma   swoje   przywileje,   ale   dopiero 

wtedy, gdy poprze się ją mundurem z właściwymi dystynkcjami. Trząsłem Mortonem tak 

długo, aż zaczął dawać oznaki przytomności, mrugając niezbornie oczami i wpatrując się we 

mnie tępo.

- Ostatni wysiłek - poinformowałem go poważnym tonem. - Idę do sklepu wydać 

trochę nie swoich pieniędzy, a potem udajemy się do kantyny podoficerskiej, aby zjeść coś i 

wypić. Jesteś gotów?

- Jestem zmęczony, padam na pysk. Nogą nie ruszę. Idź sam, a ja tu poczekam... 

Chcę umrzeć...

- W takim razie nie zrobi ci różnicy, jeśli zaopiekuje się tobą stojący właśnie za 

twoimi plecami kapral Klutz...

Dobrze,   że   byłem   przygotowany   na   to,   co   właśnie   nastąpiło.   Morton   kwiknął, 

podskoczył   na   pół   metra   i   zaczął   biec,   zanim   jeszcze   dotknął   z   powrotem   ziemi. 

Przytrzymałem go za kołnierz.

- Klutz, jako środek dopingowy, czyni cuda. Skoro jesteś już mobilny, to idziemy na 

zakupy.

Dotarliśmy   na   pocztę,   gdzie   z   mojego   towarzysza   definitywnie   uszło   powietrze. 

Oparłem go więc o skrzynkę pocztową i wręczyłem papiery.

- Czekajcie tu, szeregowy, i nie zgubcie tych dokumentów, bo wam łeb przy dupie 

ukręcę! - I szeptem spytałem jeszcze: - Jaki rozmiar normalnie nosisz?

Wyciągnięcie   z   niego   tej   drobnej   informacji   zabrało   mi   dobrą  chwilę.   W   końcu 

ruszyłem do pobliskiego sklepu, gdzie godnie spożytkowałem część majątku kaprala Gow 

kupując   kurtkę   mundurową,   wstążki   do   obszycia   i   tym   podobne   drobiazgi.   Następnie 

zaciągnąłem Mortona do kantyny podoficerskiej, szczęśliwie niemal pustej o tej porze.

-   Kabiny   używamy   pojedynczo   -   zastrzegłem,   żeby   uniknąć   spekulacji   natury 

obyczajowej,   a   gdy  chłopak   wyszedł,   z   miejsca   awansowałem   go   na   kaprala.   Jego   stary 

mundur i papiery powędrowały do zsypu, a my do kasyna.

- Piwo, czy coś mocniejszego? - spytałem rzeczowo.

- Nie piję.

-  Teraz  już pijesz.  I klniesz.   Jakbyś   zapomniał,   to  przypominam   ci,  że  jesteś   w 

wojsku. Siedź tu i wykrzywiaj gębę, jak na wzorowego kaprala przystało, a ja zaraz wrócę.

background image

Zamówiłem dwie setki spirytusu i dwa piwa. Alkohol wlałem do kufli, spróbowałem 

i zadowolony z mieszanki, wróciłem do stolika. Morton grzecznie pociągnął łyk, wybałuszył 

oczy,  wciągnął  powietrze  i   znów   popił.  Błyskawicznie  zaróżowiły  mu   się  policzki,  toteż 

wychyliłem połowę swego kufla i odsapnąłem z ulgą.

- Nie wiem, jak ci podziękować... - wybąkał.

- Więc nie dziękuj. Pij. Realizowałem akurat własne plany, a ty byłeś pod ręką.

- Kim ty właściwie jesteś? Skąd to wszystko potrafisz?

- Uwierzyłbyś, jakbym ci powiedział, że jestem szpiegiem przysłanym, aby wykraść 

tajemnice wojskowe?

- Tak - przyznał bez chwili wahania.

-   To   fajnie.   Niestety,   albo   i   stety,   nie   jestem   szpiegiem.   Jestem   zwykłym 

poborowym,   choć   przyznaję,   że   pochodzę   z   terenów   leżących   znacznie   dalej   niż 

Pensildelphia. Już wypiłeś? Pojętny uczeń. Zaraz przyniosę następne i coś do żarcia, może 

mają tu jakieś kanapki czy coś takiego.

Następna   kolejka   i   normalne   jedzenie   pomogły   dość   skutecznie.   Morton   zaczął 

wyglądać jak człowiek, a ja mogłem przystąpić do obmyślania kolejnych posunięć, w czym 

wybitnie pomogło mi cygaro i jeszcze jedno wzmocnione piwo.

- Tooo nafrade dobsze. Jestesz wszfaniały,.. - wybełkotał Morton i padł na stolik, 

zasypiając natychmiast.

Kasyno było prawie puste. Nie licząc naszego, zajęty był tylko jeszcze jeden stolik, a 

jego samotny użytkownik chrapał na blacie podobnie jak Morton. Ot, proste przyjemności 

żołnierskiego   żywota.   Upiłem   drobny   łyk   smakując   napitek   i   przebiegłem   w   myślach 

wydarzenia   ostatnich   tygodni.   Głównym   obiektem   tych   przemyśleń   był   Garth.   Teraz 

znajdowaliśmy   się   w   tej   samej   bazie   i   wreszcie   miałem   trochę   czasu,   by  się   nim   zająć. 

Ziewnąłem szeroko i nagle usłyszałem, jak poprzez łomot stojącej w kącie grającej szafy 

dobiega   mnie   jakby  ciche   skrobanie.   Coś   tam   się   w   narożniku   ruszało,   spojrzałem   więc 

uważnie i nastawiłem uszu. Najpierw pojawiły się wąsy, potem nerwowo wietrzący nos, a na 

końcu cały szczur, wpatrujący się we mnie czarnymi ślepkami.

- Zmiataj stąd albo zrobię z ciebie schabowy - poradziłem mu półgłosem.

Przyzwyczajony widać do wszelkich gości barman nawet nie uniósł głowy.

- Muszę z tobą pogadać - oznajmił niespodziewanie szczur.

To był jednak męczący dzień. Chyba przeceniłem własną wytrzymałość.

- Spierdalaj - syknąłem. - Jesteś elementem mojego delirium, a skoro tak, każę ci 

przestać istnieć. Nie jesteś normalnym szczurem!

background image

Wychyliłem zawartość kufla jednym haustem, szczur zaś wlazł na szafę grającą, nie 

przestał się jednak na mnie gapić.

- Pewnie, że nie jestem zwykłym szczurem - zgodził się gryzoń. - Jestem Warod z 

Marynarki Ligi.

Delikatnie,   by   nie   obudzić   Mortona,   wyjąłem   mu   z   dłoni   jego   kufel   i   również 

opróżniłem.

- Trochę się pan skurczył od naszego ostatniego spotkania, kapitanie - stwierdziłem 

najspokojniej, jak mogłem.

- Przestań strugać durnia! Posłuchaj, diGriz! Ten pieprzony szczur jest kontrolowany 

z naszej bazy. Zostałeś rozpoznany i stąd ta rozmowa.

- Przez szczura? Inteligentne bydlę!

- Zamknij się! Nie mam zbyt wiele czasu, bo mogą przerwać transmisję, ostatecznie 

trochę   znają   tu   radiolokację,   do   cholery.   Potrzebujemy   twojej   pomocy,   jesteś   pierwszym 

agentem, który zdołał spenetrować ich bazę.

- Agentem? Myślałem, że zbiegłym skazańcem...

- Dostałeś awans. I przestań mi, do diabła, przerywać, bo tu chodzi o wojnę. Twoi 

generałowie planują inwazję, tylko pojęcia nie mamy gdzie. Brastyr to duży kontynent, a oni 

mogą   zaatakować   dosłownie   wszędzie.   Będzie   masakra,   jeśli   nie   dowiemy   się   czegoś 

więcej...

Drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadł wymachujący bronią 

oficer, a w ślad za nim jeszcze trzech wojaków z jakimś sprzętem.

- Sygnał dochodzi z tego kierunku, sir - technik wskazał na mnie.

- Pierdolony lokal! - wrzasnąłem. - Tu są szczury, nie mówiąc o szeregowych!

Celny kop zmienił szczura w coś, co wyglądało sugestywnie jak martwe truchło, a 

szafę grającą w sprzęt cichy i potulny.

-   Spokojnie,   kapralu,   bo   wam   się   woda   w   dupie   zagotuje   -   warknął   oficer.   - 

Prowadzimy śledztwo w sprawie nada...

- Sygnał zniknął, sir - zameldował technik.

- Cholera! - oficer schował broń do kabury. - Przecież ta banda alkoholików nie 

potrafi nawet rozpozać nadajnika, nie mówiąc o obsłudze.

- Sygnał mógł dochodzić z drugiej strony ściany, sir. Tam jest ulica, mógł być w 

jakimś pojeździe, który odjechał...

- Macie rację. Idziemy!

Wypadli z kolejnym trzaskiem drzwi, a ja spojrzałem na barmana.

background image

- Często powtarza się taki cyrk?

- Regularnie. To duża baza.

Morton zachrapał i czknął. Niby to przypadkiem przesunąłem w kąt truchło szczura, 

z   którego   wyleciało   jakieś   kółko   zębate.   Niestety,   cholera,   chyba   nie   był   częścią   mojej 

delirki...

- Jeszcze trochę - poleciłem. - Dla nas obu, bo reszta jak widać zalała się w trupa.

- Miły pan, sierżancie. Świeży w bazie?

- Od dziś.

-   Jak   mówiłem,   to   duża   baza...   -   Ciąg   dalszy   zagłuszył   przenikliwy   gwizd 

dochodzący z telewizora, który właśnie się włączył.

Na ekranie pojawił się znany z poprzedniej transmisji czarno odziany smutas.

-   Szpieg,   który   wylądował   w   Mortstertoro,   został   utożsamiony,   gdy   usiłował 

zaciągnąć   się   do   wojska,   udając   zwykłego   poborowego.   Dokładność   policji   pomogła 

wydatnie w identyfikacji odzieży, którą odzyskano.

Wyszło   na   to,   że   odesłanie   odzieży   na   komisariat   nie   było   aż   tak   genialnym 

pomysłem.   Cóż,   uczymy   się   na   błędach,   szkoda   tylko,   że   własnych.   W   głośniku   znów 

zachrypiało i ujrzeliśmy innego oficera.

- Uwaga! Od tego momentu cała baza zostaje zamknięta. Ogłaszam hermetyzację 

bazy! Wszystkie przepustki i rozkazy wyjazdów zostają wstrzymane do odwołania! Szpieg 

został zidentyfikowany jako jeden z rekrutów, którzy dostali przydział do naszej bazy. Oto 

jego zdjęcie.

Na ekranie pojawiła się fotografia Jaka z jego dokumentów. Nadal byłem o krok 

przed nimi. Zanim zorientują się, że Jak 5138 nie przebywa na terenie bazy, minie jeszcze 

trochę czasu. Zabrałem drinka i wróciłem do stolika, przy którym siedział dziwnie przytomny 

Morton.

- Napijesz się? - spytałem, zanim zdążył się odezwać. Zadrżał i wskazał na telewizor.

- Też mi szpieg, który dał się zaciągnąć - parsknąłem pogardliwie, kopiąc mego 

towarzysza pod stołem. - Mamy czas - szepnąłem. - Potrwa trochę, nim przeszukają bazę.

- Nie zabierze im to aż tak wiele czasu. Wiedzą, gdzie trafiłeś, a reszty dowiedzą się 

od Klutza i Gowa. Znajdą kaprala i...

- No i co dalej? Przeszukiwanie takiej bazy to kapitalna zabawa. A jak nie znajdą za 

pierwszym   razem,   to   przeszukają   powtórnie.   Są   za   głupi   na   dokładne   sprawdzenie 

komputerów.

- Uwaga! - ryknął telewizor. - Właśnie otrzymaliśmy nowe informacje. Szpieg, wraz 

background image

ze   zwerbowanym   pomocnikiem,   zdołali   wydostać   się   z   bazy   przed   jej   zamknięciem, 

wykorzystując dostęp do centralnego komputera. Odwołuje się niniejszym hermetyzację bazy 

oraz podaje do wiadomości, że cały personel informatyczny został aresztowany.

Tym razem wolałem nie spoglądać na Mortona.

-   Teraz   wiedzą,   gdzie   szukać   -   oznajmił   ten   głucho.   -   Ile   czasu   zajmie   im 

zorientowanie się, że nie było nas w tym transporcie?

- Ile? Trudno powiedzieć. Może kilka godzin, może kilka dni.

- Ile?

Westchnąłem ciężko. Mówienie prawdy przychodzi niekiedy z trudem.

- Mają dobrego programistę i dobrego szefa bezpieki. Facet myśli, a to w wojsku jest 

ewenement. Tak poważnie mówiąc, to mamy najpewniej z pół godziny, nim  zaczną  szukać 

konkretnie nas.

Targnęło   nim,   jakby   mu   ktoś   krzesło   podłączył   do   prądu,   ale   zdołałem   go 

przytrzymać. Szczęśliwie barman oglądał telewizję.

- Masz rację, należy stąd wyjść. Ale powoli i nie nerwowo. Idź za mną - poleciłem.

Gdy ruszyliśmy ku drzwiom, barman spojrzał w naszą stronę.

- Gdzie są gościnne baraki? - spytałem.

- Trzeba skręcić w prawo, dwieście metrów. Do zobaczenia.

- Dzięki. Tymczasem.

Wyszliśmy i, naturalnie, skręciliśmy w lewo. Zaczynało  zmierzchać, co powinno 

ułatwić nam wykonanie następnej części planu.

- Co teraz? - spytał Morton z nadzieją. - Jak wydostaniemy się z tego bagna?

- Nie ma strachu. Idziemy do siebie pewnym krokiem, jak przystało na podoficerów. 

Szacunek zachowujemy tylko dla oficerów.

Ledwie wyszliśmy na głową aleję, wchłonął nas tłum umundurowanych postaci, a ja 

zastanowiłem się, gdzie, do cholery, może być hotel dla oficerów. Był to nasz następny cel, 

czyli jedyne, na co zdołałem wpaść w tak krótkim czasie. Nie ulegało wątpliwości, że naszą 

ostatnią szansą jest następny awans, tym  razem do korpusu oficerskiego, bez zostawiania 

jednak   śladu   w   centralnym   banku   danych.   Tak,   to   była   faktycznie   duża   baza.   W   końcu 

ujrzałem jasno oświetlony budynek z wartownikiem przy drzwiach, przez które przechodzili 

jedynie panowie oficerowie. Zadowolony przyspieszyłem kroku.

- Dokąd idziemy? - spytał Morton, oddychając z coraz większym trudem.

- Tam, czyli do domu samotnych oficerów, jak to się ładnie nazywa. Miejsce, gdzie 

odsypiają pijaństwa i chwilowo nie znęcają się nad podwładnymi.

background image

- To samobójstwo!

-   Bez   histerii!   -   przywołałem   go   do   porządku.   -   Nie   wejdziemy   tam   głównym 

wejściem,   ale   to,   co   ma   przód,   mieć   musi   także   i   tył.   A   sądząc   po   znikomej   liczbie 

oświetlonych okien, chyba wszyscy mają dziś służbę.

Z tyłu cichego i mrocznego budynku biegła alejka, też nie grzesząca nadmiernym 

oświetleniem.   Do   wewnątrz   prowadziły   drzwi,   nad   którymi   palił   się   ostentacyjnie   napis: 

TYLKO DLA OFICERÓW.

Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że zamek jest nader prosty. Sięgnąłem 

po wytrych.

- Do dzieła - oznajmiłem. - Wejdziemy nie zwalniając kroku. Jedyną odpowiedzią 

był monotonny klekot zębów.

- Morton, chłopie, weź się w garść. Rób, co mówię, a będziemy bezpieczni.

Jakoś dało się go dociągnąć do drzwi. Wsunąłem wytrych, przekręciłem, i nic. Strach 

mego kumpla zaczął się robić zaraźliwy.

- Ktoś idzie! - pisnął Morton.

- No to co? Takie zamki to ja po omacku lewą nogą...

- Zbliża się!

Puściło! Wystarczyła  chwila skupienia i zamknięcie oczu. Ledwo je otworzyłem, 

złapałem sinego ze strachu towarzysza za kołnierz i wciągnąłem go do wnętrza, zatrzaskując 

drzwi. Przywarłem uchem do dziurki od klucza. Kroki zbliżyły się, a potem zaczęły z wolna 

cichnąć. Ktoś po prostu przechodził alejką.

- I co, trudne to było? - spytałem spokojnie, choć głos mi się łamał, psując cały efekt.

Morton jednak i tak tego nie zauważył.  Tak się trząsł, że nie dostrzegłby nawet 

słonia.

- Zobacz, jaki ładny ogródek. Ścieżki, ławeczki,  fontanny.  A  tam mamy jeszcze 

ładniejszy, ciemny budynek, z którego wszyscy akurat wyszli.

- Jak, co my tu robimy?

-   Myślałem,   że   to   oczywiste.   Niedługo   już   zaczną   szukać   kaprala   i   sierżanta, 

prawda? - Zignorowałem jego jęk. - Zatem my wyjdziemy stąd jako oficerowie, których nikt 

o nic nie podejrzewa i po których śladu nie ma w komputerze.

Złapałem  go, zanim wyrżnął  łbem w  najbliższą  ławkę, i położyłem  ostrożnie  na 

trawie. Jak ktoś ma delikatną konstrukcję psychiczną, to takie rzeczy się zdarzają; najlepiej 

ułożyć wtedy delikwenta i pozwolić mu dojść do siebie.

Trzecie   okno,   które   sprawdziłem,   było   nie   domknięte,   otworzyłem   je   zatem   i 

background image

wszedłem do pokoju wyglądającego jak po całodobowej orgii: rozbebeszone łóżko, otwarta 

szafa,   wszędzie   butelki   po   piwie,   brudne   skarpetki   i   podarte   gacie   (bez   monogramów). 

Wróciłem   po   Mortona   i   profilaktycznie   zatkałem   mu   gębę   czapką,   co   było   słusznym 

posunięciem, bowiem obudzony usiłował wrzasnąć.

Doprowadziłem go do domu, przepchnąłem przez framugę okna i zamknąłem je. 

Zasunąłem story, by nie prowokować licha, zapaliłem światło i wskazałem na łóżko.

- Połóż się. Możesz dochodzić do sił. Zamknę cię od zewnątrz, żebyś miał spokój, a 

sam   załatwię,   co   trzeba   i   wrócę   tak   szybko,   jak   tylko   się   da   -   poinformowałem   go   i 

wyszedłem, zanim zdążył się odezwać.

Budynek   był   rzeczywiście   pusty,   widocznie   dowództwo   znalazło   dla   wszystkich 

jakąś   robotę,   na   przykład   zafundowało   kadrze   alarm.   Dzięki   temu   miałem   dość   czasu   i 

mogłem   do   woli   przebierać   w   garderobie.   Wybierałem   starannie,   by   mundury   naprawdę 

pasowały.  Cicho   wróciłem  do  pokoju.  Morton  zdołał   tym   razem  ograniczyć  się  do  jęku, 

którym skwitował moje wejście.

- Oto nasze wdzianka - rzuciłem mu rzeczy. - Przebieraj się, tylko uważnie, żebyś nie 

założył spodni na głowę. Krawat sam ci zawiążę, bo jeszcze się na nim powiesisz...

Gdy wyszliśmy w końcu na korytarz i poprawiłem przed lustrem czapkę, Morton 

przyjrzał się nam obu i odskoczył.

- Co się wygłupiasz? - spytałem łagodnie. - Jedyna różnica polega na tym, że ty 

jesteś porucznikiem, a ja kapitanem.

- Aaaale ttto... są mundury żandarmerii!

- Właśnie. Nikt nie zadaje pytań gliniarzom i żandarmom, prawda?

Spokojnie   dotarliśmy   do   dyżurki   przy   głównym   wyjściu.   Stał   przy   niej   major   z 

notesem w ręku i wyraźnie wściekłą miną. Słysząc nasze kroki uniósł wzrok.

- Wreszcie was mam! - oznajmił radośnie.

background image

12

Strzeliłem kopytami, stając na baczność i salutując, gdyż tyle tylko przyszło mi do 

głowy. Miałem nadzieję, że Morton pójdzie w moje ślady, miast skamienieć lub uciekać. 

Mieliśmy przed sobą tylko dwóch przeciwników -majora i wartownika, i pytanie, które sobie 

zadałem, brzmiało dość prosto: czy uda mi się dopaść wartownika po ogłuszeniu majora, 

zanim zdąży on sięgnąć po broń. Sprężyłem się do skoku...

-   Minęliśmy   się   na   lądowisku,   widocznie   przylecieliście   panowie   wcześniejszym 

transportem - usłyszałem nagle. - W rozkazach jednak jest mowa o dwóch kapitanach, czy 

któryś mógłby to wyjaśnić?

Odprężyłem się i wysiliłem szare komórki.

-   Mógłbym   zobaczyć   te   rozkazy,   sir?   Dziś   jest   wyjątkowy  dzień,   jeśli   chodzi   o 

pomyłki.

Major mruknął coś, ale podał mi kartkę, na której widniała lista nazwisk i stopni. 

Tylko dwa z nich nie były odhaczone.

- Tak jak przypuszczałem, pomyłka, sir. - Oddałem mu listę. - Jestem kapitan Drem, 

to jest porucznik Hesk, a nie kapitan, jak błędnie napisano.

- No, to w porządku. - Rozpromienił się, naniósł poprawkę i schował wszystko do 

kieszeni. - Idziemy.

Poszliśmy zatem.

Przed   budynkiem   parkowała   ciężarówka   pełna   żandarmów,   co   stanowiło   dość 

obrzydliwy i szarpiący nerwy widok. Major wlazł do szoferki, wobec czego nam pozostało 

wdrapać się na pakę, i to szybko, bowiem kątem oka dostrzegłem coś, czego z szoferki nie 

było widać: dwóch kapitanów żandarmerii, zbliżającycl się od głównego wyjścia.

- Co jest? - warknąłem widząc, że na pace nie ma żadnego oficera. - Zebranie kółka 

różańcowego? Odsunąć się, nie pyskować i pomóc wsiąść!

Ledwie   wykonano   moje   polecenia,   wóz   ruszył   zostawiając   obu   kapitanów   w 

chmurze kurzu, a ja ulgą opadłem na ławkę. To był faktycznie męczący dzień.

- Wie pan, gdzie jedziemy, sir? - spytał siedzący obok mnie tykowaty sierżant.

- Zamknijcie się!

- Dzięki, sir.

Po tej pogawędce w wozie zapadła cisza, która trwała aż do chwili zatrzymania się i 

pojawienia przy burcie majora.

- Panie kapitanie, proszę za mrą - polecił. - Reszta z wozu.

background image

- Panie poruczniku, proszę ustawić ludzi - nakazałem Mortonowi, który bezradnie 

wytrzeszczył oczy.

- Skąd... Jak... Co... - wykrztusił.

- Każ sierżantowi to zrobić, ośle. To stary wojskowy sposób - szepnąłem i ruszyłem 

za majorem, który zatrzymał się przed wejściem do okazałego budynku i podzwaniał właśnie 

kluczami, próbując znaleźć właściwy.

Nie   mając   akurat   nic   innego   do   roboty,   przyjrzałem   się   pokrywającym   ściany 

plakatom. A było na co popatrzeć - plakaty były trójwymiarowe i przedstawiały rozmaite 

rozebrane  panienki   we wszelkich   atrakcyjnych   pozach.  Panienki  poruszały się,  gdy  tylko 

zmieniałem kąt widzenia, toteż szybko zaczęło mi się kręcić w głowie.

- Panie kapitanie, niech pan przestanie robić z siebie durnia - przerwał mi major, 

toteż z niejakim trudem oderwałem wzrok od plakatów i przeczytałem napis nad wejściem: 

REWIA GARNIZONOWA - TYLKO DLA OFICERÓW.

Major znalazł w końcu właściwy klucz i z trzaskiem otworzył drzwi.

-   Dziś   nie   ma   przedstawienia   -   wyjaśnił.   -   Zajęliśmy   lokal   na   spotkanie   o 

najwyższym stopniu tajności. Jak tylko technicy sprawdzą, czy nie ma podsłuchu, budynek 

ma zostać otoczony i zapieczętowany. Za każdym technikiem ma chodzić żandarm. Liczyć 

wchodzących i wychodzących. Pan jest za to odpowiedzialny. Zrozumiano?

- Tak, sir.

- Sprawdzę osobiście wszystkie drzwi, poza tymi tutaj żadne nie mają prawa być 

otwarte. Proszę brać się za robotę, mamy tylko godzinę.

Zasalutowałem,   a   major   zniknął   za   rogiem.   W   co   ja   się   wpakowałem!   Ale   nic, 

właśnie podjechała kolejna ciężarówka. Z szoferki wygramolił się sierżant i ruszył w moją 

stronę.

- I co my tu mamy, sierżancie?

- Pluton zwiadu elektronicznego, sir - zameldował. - Dostaliśmy rozkaz, aby...

- Pewnie, że dostaliście  - przerwałem mu  łagodnie.  - Wyładujcie  sprzęt i róbcie 

swoje.

- Tak, sir!

Wróciłem do naszych żandarmów ustawionych elegancko w dwuszereg i wskazałem 

na Mortona.

- Panie poruczniku, proszę pilnować głównego wejścia. Nikt bez mojej zgody nie ma 

prawa wejść ani wyjść.

Morton, sierota boża, zaczął się rozglądać, gdy dotarło doń w końcu, czego chcę. 

background image

Zasalutował, omal nie potknął się o własne nogi i pognał wykonać rozkaz. Ja zaś przyjrzałem 

się uważnie starszemu sierżantowi sztabowemu, stojącemu na skrzydle oddziału. Szpakowaty, 

o   cerze   przypominającej   stary   rzemień,   z   rękawem   pełnym   naszywek   i   trzema   rzędami 

baretek na piersi.

-   Jesteście   najstarszym   stopniem   podoficerem   w   pododdziale?   -   spytałem 

profilaktycznie.

- Tak, sir.

- Zadanie mamy następujące: ci tam sprawdzą, czy w tym burdelu nie ma pluskiew. 

Chcę,   aby   każdemu   przez   cały   czas   towarzyszył   jeden   żandarm,   a   wchodzących   i 

wychodzących liczyć, żeby stan się zgadzał. Mamy na to czterdzieści minut. Pytania?

- Nie ma, panie kapitanie. Żaden problem, sir.

- Tak myślałem. Wykonać!

Sierżant wyszedł dwa kroki przed front, nabrał powietrza w płuca i jak ryknął, to 

najbliższemu czapka spadła z głowy. Pokiwałem głową uznaniem i dołączyłem do Mortona.

- Coś dziwnego się kroi - poinformowałem go po cichu. - Narada o tej porze, to 

nienormalne. My robimy za obstawę tej narady. Nie pojękuj! Stój prosto i staraj się wyglądać 

jak jednostka zmilitaryzowana. Trzymaj się z dala od majora, kiedy wróci. Nie wiem, jak 

ciebie, ale mnie zaczyna to wszystko solidnie interesować.

Znowu jęknął, więc poszedłem zobaczyć, jak radzi sobie sierżant.

Technicy kończyli kalibrować sprzęt, którym byli objuczeni. Jeden sprawdzał coś 

przy   ciężarówce,   słuchając   popiskiwania   w   słuchawkach,   inny   nerwowo   kręcił   gałkami. 

Pracowali jak wszyscy diabli.

- Panie kapitanie, jest mały problem - usłyszałem za plecami.

- O co chodzi, sierżancie?

- Ten tu syn osła twierdzi, że ma zwarcie. - Sierżant potrząsnął bladym jak cmentarna 

mgła technikiem.

- Baterie, sir... - wyjęczał ten. -Albo bezpiecznik...

- Aresztujcie go, sierżancie, za sabotaż. Rozstrzelać o świcie.

Sierżant błysnął zębami w uśmiechu, a technik prawie zemdlał.

- Chyba że potrafi usunąć awarię w ciągu najbliższych sześćdziesięciu sekund. No to 

jak?

- Potrafię, sir. Zaraz wymienię bezpiecznik.

Pognał, aż się kurzyło, a sierżant za nim. Jakkolwiek by patrzeć, niecodziennie ma 

się okazję, by kogoś rozstrzelać... Zaczynało mi się podobać bycie oficerem.

background image

Podjechały kolejne ciężarówki pełne Żandarmerii Polowej, zjawił się też jakiś major 

i   rozstawił   nowo   przybyłych   tworząc   zgrabny   i   szczelny   kordon,   oddzielający   burdel   od 

reszty świata. Zobaczyłem, że Morton  zaczyna  rozglądać się nerwowo, więc czym prędzej 

podszedłem do niego.

- Proszę otworzyć drzwi, panie poruczniku - poleciłem. - Wejść mogą tylko zespoły 

kontrolne i chcę, żeby liczył pan tak wchodzących, jak i wychodzących.

Przy wydatnej pomocy werbalnej sierżanta sztabowego, od której aż trząsł się cały 

budynek,   skończyliśmy   na   czas.   Technicy   ładowali   sprzęt   na   ciężarówkę,   gdy   zaczęły 

podjeżdżać pierwsze limuzyny.

- Co znaleźliście, sierżancie? - spytałem.

- Proste jak piwo i kłębek drutu, sir. Żadnych pluskiew, sir.

- Doskonale, zbierajcie ludzi, mogą być jeszcze potrzebni.

Obaj z Mortonem odeszliśmy w cień, by nie sterczeć na widoku, a samemu dobrze 

widzieć, co dzieje się przy wejściu.

- O co tu chodzi? - spytał Morton, wracając do rzeczywistości.

- Przecież ci mówiłem. Nagła i tajna jak cholera, a na dodatek superważna narada. 

Widzisz, kto idzie. Sami starsi oficerowie sztabowi.

- Musimy wiać! - Morton okazał nietypowe dla siebie zdecydowanie.

- A to niby czemu? Gdzie będziemy bardziej bezpieczni? Jesteśmy oficjalnie częścią 

obstawy,   a   takich   nikt   nie   zaczepia.   O,   proszę,   jaka   szycha,   dziewięć   gwiazdek   na 

naramiennikach. Ale ten za nim... nigdy nie widziałem takiego munduru... - zamilkłem, bo 

obiekt moich zainteresowań odwrócił się i ujrzałem twarz pod daszkiem czapki ozdobionej 

pojedynczą, srebrzystą trupią czaszką.

Garth. Ten, przez którego zginął Hetman.

-   Zostań   tu!   -   poleciłem,   wychodząc   z   cienia,   jak   tylko   Garth   się   odwrócił,   i 

podchodząc niemal tuż za nim do drzwi, przy których prężył się znajomy major.

- Wszyscy są już wewnątrz, generale Zennor! - meldował.

- Przyjedzie jeszcze jeden wóz, a kiedy jego pasażerowie wejdą, proszę zamknąć 

budynek i nie wpuszczać nikogo bez mojego rozkazu.

Wycofałem   się   spokojnie,   równo   odmierzając   krok,   aby   nie   budzić   podejrzeń,   i 

dołączyłem do Mortona.

- I co? - zaciekawił się.

- Nic specjalnego, zresztą lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział więcej - mruknąłem, 

analizując sytuację.

background image

Zatem Garth był tu nie tylko generałem, ale i głównodowodzącym. To zmieniało 

sytuację   w   sposób  dość  drastyczny,   poza  tym   niezbyt   byłem   skłonny  wierzyć   w  pomysł 

inwazji   na   kontynent.   Ta   armia   była   zbyt   liczna   i   nazbyt   dobrze   zorganizowana,   by 

zaatakować jedynie kilka barbarzyńskich państewek.

Tak się zamyśliłem, że nie usłyszałem wołania majora. Do przytomności przywrócił 

mnie dopiero kop Mortona.

- Tak, sir - szczeknąłem. - Słucham, sir.

- Proszę nie spać na służbie, panie kapitanie.

- Nie spałem, sir. Sprawdzałem w myślach zabezpieczenie budynku.

- No to niech pan sprawdzi je też w rzeczywistości. Przy każdym wejściu powinien 

stać wartownik, proszę to sprawdzić.

Zasalutowałem entuzjastycznie: to była okazja, na którą czekałem.

- Panie poruczniku, proszę za mną na obchód inspekcyjny - poleciłem. - Morton, mój 

chłopie, tu się dzieje coś dziwnego i mam zamiar dowiedzieć się, co właściwie.

- Sam mówiłeś, żeby się w to nie mieszać.

- Generalnie jest to słuszna zasada, ale w tej chwili czynię od niej wyjątek. Dziś 

słyszałem,   że   marny   brać   udział   w   jakiejś   inwazji,   co   dotyczy   nas   osobiście,   chcę   więc 

wiedzieć kogo, po co i kiedy mamy najeżdżać, A w tym celu trzeba dostać się do środka.

Właśnie podeszliśmy do bocznych drzwi, przy których stał żandarm. Na nasz widok 

wyprężył się jak struna. Potrząsnąłem klamką zamkniętych drzwi.

- Drzwi były zamknięte, gdy objęliście posterunek? - warknąłem.

- Tak, sir.

- Ktoś próbował wyjść?

- Nie, sir.

- Jakie macie rozkazy?

- Zabić każdego, kto zbliży się do drzwi, sir. Odruchowo sięgnął po broń.

-   Także   swego   dowódcę?   -   spytałem   słodko.   Ręka   mu   opadła,   a   czoło   aż   się 

zmarszczyło od wysiłku umysłowego.

- Nie, panie kapitanie - odparł w końcu.

-   Mylicie   się   i   możecie   stanąć   przed   plutonem   egzekucyjnym   za   niewykonanie 

rozkazu. Dowódca może sprawdzić, czy drzwi są zamknięte, ale gdyby próbował przez nie 

przejść, macie go natychmiast zabić! Zrozumiano?

- Tak, sir!

- Więc przestańcie  się tak radośnie uśmiechać  na samą  myśl  o utrupieniu  mojej 

background image

osoby!

- Tak, sir. - Od razu spotumiał.

Warknąłem coś jeszcze, żeby ostatnie słowo należało do mnie, i poszliśmy dalej. 

Drzwi było sporo, tak że minęło trochę czasu, nim dotarliśmy do tylnego wejścia, gdzie obok 

metalowych schodów stał następny wartownik.

- Dokąd to prowadzi? - spytałem.

- To droga ewakuacyjna, sir.

- Tam też jest strażnik?

- Naturalnie, sir.

Obaj z Mortonem podreptaliśmy na górę, a ja po drodze wyjąłem wytrych, gestem 

nakazując Mortonowi milczenie. Schody kończyły się podestem i balustradą, za którą był 

korytarz,   drzwi   i   wartownik.   Żandarm   zdążył   zdjąć   broń   z   ramienia,   zapytałem   zatem 

lodowato:

- Może jeszcze we mnie wycelujecie?

- Nie, sir, - Pospiesznie skierował wylot lufy w ziemię i nieco zzieleniał.

- Wiecie, że za mierzenie w oficera grozi sąd wojenny?

- Nie zasłużyłem  na to,  sir. Jestem  tu  sam  i nie wiedziałem, kto idzie.

- Nie wierzę wam, coś tu jest nie tak. Stańcie obok porucznika i trzymajcie ręce z 

dala od broni.

Gdy się odwrócił, błyskawicznie i cicho otworzyłem zamek, zaraz odsuwając się od 

drzwi, jak gdyby nigdy nic.

- Te drzwi są zamknięte?

- Tak, sir. Naturalnie, że są. Dlatego właśnie przy nich stoję...

Zamilkł, gdyż złapałem za klamkę i spokojnie otworzyłem drzwi. Równie spokojnie 

je zamknąłem i odwróciłem się do niego.

- Jesteście aresztowani, żołnierzu! - warknąłem. - Panie poruczniku, proszę zabrać 

mu broń i zaprowadzić do pana majora. Proszę zameldować, cośmy tu zastali, i wrócić razem 

z majorem. Poczekam tu na was!

Ledwie zniknęli na podeście, tak popsułem zamek, aby nikt nigdy nie był w stanie go 

zamknąć, i wszedłem ostrożnie, przymykając drzwi za sobą. Dalszą drogę przesłaniała mi 

zakurzona kotara, zza której słychać było jakieś głosy. Pochyliłem się, aby lepiej słyszeć, co 

dało natychmiastowy efekt.

-   ...więc   całkowite   utrzymanie   tajemnicy   aż   do   startu.   -   Znałem   ten   głos   aż   do 

obrzydliwości.   Garth.   -   Rozkazów   nie   otwierać   aż   do   godziny   czternastej.   Miejscem 

background image

spotkania jest...

Przyłożyłem   oko   do   szczeliny.   Zennor   pokazywał   coś   na   przypiętej   do 

rozpadającego się stojaka mapie, którą, starannie sobie obejrzałem i wycofałem się.

Drzwi  na  korytarz  przymknąłem  w   ostatniej  chwili,  na  schodach   aż  niosło   echo 

tupania i po paru sekundach, zjawił się w korytarzu purpurowy i mocno zziajany major.

- Co tu się dzieje, panie kapitanie? - wycharczał, z trudem łapiąc oddech.

-   Nie   jestem   do   końca   pewny,   sir.   Wartownik   miał   wyciągniętą   broń,   gdy 

przyszliśmy, i zachowywał się podejrzanie, a drzwi nie były zamknięte na klucz. Dlatego 

posłałem po pana, sir.

- Niemożliwe! Sam je zamykałem. - Złapał za klamkę i oczywiście drzwi ustąpiły. 

Zbladł. Zamknął je pospiesznie.

- Był pan wewnątrz? - spytał.

- Skądże. Wyraźnie pan powiedział, aby nie wchodzić do budynku. Może zamek jest 

zepsuty.

-   Możliwe...   -   Gorączkowo   poszukał   właściwego   klucza,   wsunął   go   w   zamek   i 

przekręcił. Zachrobotało aż miło i nic.

- Nie chce się zamknąć! - jęknął.

- Mogę spróbować, sir?

Nie   czekając   na   przyzwolenie,   wyjąłem   mu   klucz   ze   zmartwiałych   dłoni   i 

spróbowałem. Z takim samym efektem.

Oddałem mu klucz.

- Będzie śledztwo i będą kłopoty, sir. Nie zasłużył pan sobie na takie traktowanie. 

Dopilnuję, aby wartownik nie rozpowiadał o zdarzeniu, ściągnę spawacza i zamkniemy te 

drzwi na amen. Nie sądzi pan, że to będzie najlepsze wyjście, sir?

Major chciał coś powiedzieć, ale najpierw zastanowił się, przyjrzał  się drzwiom, 

potem mojej osobie, po czym schował klucze do kieszeni.

-   Tak   jak   pan   powiedział,   kapitanie,   nic   się   nie   stało.   Nie   ma   co   się   bawić   w 

dochodzenia. Sam przypilnuję drzwi, a pan niech przyśle spawacza.

- Tak jest, sir. Zaraz się tym zajmę.

Morton  wraz   z   sinozielonym   żandarmem   czekali   przy   wejściu   na   schody. 

Podszedłem do tego ostatniego i przyjrzałem mu się surowo.

- Tym razem wam się upiekło - oznajmiłem. - Sądzę, że  najrozsądniej  będzie,  jak 

zapomnicie  o  wszystkim. Nazwisko?

- Pip siedem osiem jeden dwa, sir.

background image

- Dobra, Pip. Wracajcie do jednostki, ale jak usłyszę, że krąży jakaś plotka o zamku i 

drzwiach, to w dwadzieścia cztery godziny będziecie nieboszczykiem. Jasne?

- Jakim zamku, sir?

-   Doskonale.   Byle   tak   dalej,   a   nie   będziecie   mieli   problemów.   Zameldujcie 

sierżantowi, że potrzebuję tu spawacza. Na wczoraj. Ruszajcie się, Pip.

Tak się ruszył, aż iskry z bruku poleciały.

- Po cholerę spawacz? - zapytał Morton

- Żeby oni nie dowiedzieli się, że ja wiem prawie wszystko o ich planach. Tylko co 

ja miałem zrobić teraz z tymi informacjami?

background image

13

Gdy narada dobiegła końca, skrupulatnie oddaliłem się od głównego wyjścia. Istniała 

niewielka wprawdzie, ale jednak groźna możliwość, że Garth mnie rozpozna, a nie było sensu 

wystawiać się na głupie ryzyko. Oficerowie odjechali, obstawa odmaszerowała, bowiem nikt 

nie przysłał po nią ciężarówek. Major miał co prawda samochód do dyspozycji, ale wyłgałem 

się z propozycji podwiezienia.

- Mogliśmy skorzystać... - zaczął kwękać Morton.

-  A  pomyślałeś,  gdzie   by nas   zawiózł?  Może  do  pierdla?  Im  dalej   od starszych 

stopniem, tym lepiej.

- Jestem zmęczony.

- A ja to niby nie? I nie mów mi nic o głodzie. Chodź, poszukamy na to drugie 

jakiegoś lekarstwa. Mamy dość forsy, by szybko na coś trafić.

-   Jim...   Jim   diGriz...   -  głosik   był   piskliwy   i   ledwie   słyszalny;   w   normalnych 

warunkach w ogóle bym go zignorował, ale wcześniejsze spotkanie ze szczurem zmieniło 

moje podejście do tematu.

- Morton, słyszałeś coś? - spytałem ostrożnie.

- Nie, a powinienem?

- Nie wiem, pewnie mi w uszach dzwoni, przysiągłbym, że ktoś mnie wołał.

- Pewnie ta ćma, która przysiadła ci na ramieniu. Hi, hi, hi...

- Jaka ćma?

- No przecież siedzi na kapitańskich pagonach. Odgonię.

-   Ani   mi   się   waż   -   mruknąłem,   odwracając   głowę   w   stronę   minirobota,   który 

niespodziewanie przeleciał mi na ucho.

- Idź na... ląbud sść... zaraz...

- Nic nie rozumiem - oznajmiłem półgłosem.

- Pewnie dlatego, że nic nie mówię.

- Zamknij się, Morton. Nie z tobą gadam, tylko z ćmą. Znieruchomiał i opuściwszy 

szczękę, popatrzył na mnie podejrzliwie.

- Powtórz wiadomość - poleciłem.

- Idź na lądowisko.

- Rozumiem, na lądowisko. Bez odbioru. Ćma odleciała, a ja poklepałem Mortona.

- Odpręż się i nie spoglądaj na mnie jak na wariata. To była elektroniczna ćma, taka 

latająca radiostacja.

- Czyja?

background image

- Już ci mówiłem, im mniej wiesz, tym zdrowiej dla ciebie.

- Jesteś szpiegiem, tak?

- I tak, i nie. Jestem tu w swoich sprawach, a tacy jedni próbują mnie wykorzystać do 

własnych celów. Rozumiesz?

- Nie - przyznał uczciwie.

- To dobrze. Chodźmy na lądowisko, sądząc po światłach, jest tam dziś spory ruch. 

Idziesz?

- A mam wybór? Przecież nie można cofnąć tego, co było, nie możemy wrócić do 

baraku i zacząć od nowa.

- Nie możemy - zgodziłem się, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza.

- Ja się do tego nie nadaję - westchnął rozpaczliwie. - Dokąd nas to zaprowadzi...

Pytanie było trafne, ale chwilowo i ja nie potrafiłem na nie odpowiedzieć.

- Prawdę mówiąc, nie wiem. Ale masz moje słowo, że wyciągnę cię z tego tak, jak 

sam cię w to wpakowałem. Tylko nie pytaj mnie jak, bo na razie nie mam pojęcia.

- Nie musisz się obwiniać. To ja zacząłem pyskować temu durnemu kapralowi.

Maszerowaliśmy   tak,   gawędząc,   całkiem   raźnie,   drogą   ku   portowi   kosmicznemu 

będącemu jednocześnie lotniskiem. Teren był dobrze oświetlony i obstawiony. Droga biegła 

łukiem   wzdłuż   ogrodzenia,   a   na   pobliskim   pasie   siadał   właśnie   transportowiec   płoszący 

silnikami wronopodobne ptaki łażące po trawie. Jeden podleciał w naszą stronę, siadł o metr 

od nas i zagadał:

- Nie jesteś sam!

- Przecież widać. Jego nie musisz się bać. To ty, Warod?

- Kapitan Warod skończył służbę.

- To go obudź. Nie będę gadał z byle wroną.

- Skontaktujemy się z tobą.

Ptak   otworzył   dziób,   rozpostarł   skrzydła   i   wystartował   z   takim   impetem,   aż   się 

kurzyło.

- Odrzutowy - mruknąłem z uznaniem. - Sprytne, wlot powietrza w dziobie, wylot 

gazów w jedynym słusznym miejscu. Idziemy.

Drogą przemknął z wyciem syreny wóz radiolokacyjny.

- Faktycznie się starają.

- Ten ptak to też była radiostacja?

- Widziałeś. Zdalnie sterowany i nie do odróżnienia od innych pierzastych, chyba że 

nadaje do bazy.

background image

- A gdzie ta baza?

- Coś się zrobił taki ciekawy? Mówiłem ci, Morton, że to niezdrowe. I przestań się 

martwić. Ci, którzy sterują tymi cudami techniki, nie są wcale wrogo nastawieni ani do ciebie, 

ani do tego kraju.

- A szkoda! - podniecił się niespodziewanie. - Następnym razem powiedz im, by 

zlikwidowali wojskowych i ich kumpli, i załatwili wolne wybory. Wiesz, ile lat trwa już stan 

wyjątkowy? Sprawdziłem, dwieście osiemnaście lat. Miła tymczasowość, co? Możesz im też 

powiedzieć, niech nastawiają się tak wrogo, jak tylko chcą. Mało mnie to obchodzi. Im gorszy 

mają stosunek do tego kraju, tym lepiej i dla kraju, i jego mieszkańców.

-   Słyszałem   -   rozległo   się   nad   nami,   i   na   ramieniu   wylądował   mi   nieco   ciepły 

gawron. - Naszym celem nie jest wojna. Próbujemy pokojowo...

- Zamknij dziób, Warod! - warknąłem. - Mamy niewiele czasu. Ich radiolokatory są 

całkiem dobre i łatwo namierzają ten wasz odrzutowy drób. Wiem, gdzie będzie inwazja!

- Doskonale. - Ptak przekrzywił łebek i łypnął oczkiem. - Nagrywam. Mów dalej.

- Inwazja jest planowana na inną planetę, nie na kontynent. Przygotowują właśnie 

flotę kosmiczną.

- Jesteś pewien?

- Osobiście podsłuchiwałem - sapnąłem oburzony.

- Jak się nazywa ta planeta?

- Pojęcia nie mam.

- Zaraz wrócę, muszę pozbyć się tych szpiclów z nasłuchu.

Ptak wystartował, wykonał zgrabną beczkę i siadł na przejeżdżającej ciężarówce, 

nadal   widocznie   transmitując,   gdyż   w   parę   chwil   później   za   ciężarówką   pognał   wóz 

radiolokacyjny.

- Czego jeszcze dowiedziałeś się o inwazji? - zainteresował się Morton.

- Praktycznie to wszystko, poza tym dowodzi nią niejaki Zennar i ma to nastąpić 

szybko... - Przerwał mi gwizd i nagły ciężar na głowie: ten cholerny ptak wylądował na mojej 

czapce.

- Musisz się dowiedzieć, jaką planetę zamierzają zaatakować - oznajmił.

-   Po   pierwsze,   złaź   ze   mnie!   Po   drugie,   sam   sobie   się   dowiedz.   Wystarczy,   że 

polecicie za nimi.

- Niemożliwe. Najbliższa jednostka z detektorami dalekiego zasięgu jest o cztery dni 

drogi stąd. Może nie zdążyć.

- To twój problem! Auu! - To ostatnie wywołane było startem ptaka, który zerwał mi 

background image

przy tej okazji czapkę. Skręciliśmy za róg, by ją odzyskać,  gdy minął nas następny wóz 

najeżony antenami.

-   Mieszamy   się   z   tłumem   -   zdecydowałem.   -   Mogą   zacząć   coś   podejrzewać, 

znajdując nas wciąż w pobliżu miejsca transmisji.

- A czy to wymieszanie się z tłumem można by połączyć z jedzeniem i piciem?

-   Jak   najbardziej   -   zgodziłem   się   entuzjastycznie   i   wyszedłem   na   środek   drogi 

unosząc rękę.

Naturalnie wlazłem prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca ledwie 

zdołał wyhamować.

- Nie za szybko jeździcie?! - ryknąłem.

- Nie widziałem pana, panie kapitanie.

-  Pewnie,   żeście   mnie  nie  widzieli,   bo  macie   popsuty  reflektor.  Ale  co   mnie   to 

obchodzi,  jestem  po służbie.   Podrzućcie  mnie   i pana  porucznika  do  klubu oficerskiego   i 

zapomnę, żeśmy kiedykolwiek się widzieli.

Kierowca nie miał żadnego wyboru, toteż zrobił, co mu kazałem, zadowolony, że 

wykręcił się tanim kosztem.

Klub oficerski tym różnił się od podoficerskiego, że były tu kelnerki, lepsze trunki i 

wygodniejsze siedzenia. Mniej więcej jedna czwarta stolików była zajęta, ale szybkość z jaką 

otrzymaliśmy steki i piwo, mogła być porównywalna jedynie z tempem, w jakim wszystko to 

wchłonęliśmy. Dopijałem właśnie piwo, gdy drzwi otworzyły się z impetem. W progu stanął 

oficer w polowym mundurze i tak dmuchnął w gwizdek, aż w uszach mi zadzwoniło.

- Alarm! - oznajmił. -Wszyscy na zewnątrz i zbiórka przy autobusie.

- Właśnie skończyliśmy służbę, panie pułkowniku - jęknąłem.

-   I   właśnie   znów   ją   zaczynacie,   panowie.   Poza   tym,   w   odróżnieniu   ode   mnie, 

mieliście okazję zjeść coś i wypić, w związku z czym lepiej mnie nie denerwujcie.

- Tak jest, sir!

Obaj z Mortonem i resztą klientów zapakowaliśmy się do oczekującego autobusu, 

który ruszył, ledwie dołączył do nas pułkownik.

-   Panowie,   sytuacja   jest   następująca.   Z   powodów,   które   panów   nie   powinny 

interesować, nastąpiła  zmiana  planów. Jedziemy do boju i proszę mi  tu nie protestować! 

Wiem, że wszyscy jesteście biurowymi dekownikami, ale nie zmienia to faktu, że jesteście 

także żołnierzami. Z powodu przyspieszenia akcji nie wszyscy oficerowie liniowi zdołali na 

czas dotrzeć do bazy, zatem zgłosiliście się na ochotnika, aby przejąć ich przydziały. Teraz 

jedziemy pobrać mundury polowe i broń, potem do jednostek i do transportowców. O pomocy 

background image

startujemy...

Dalszego ciągu nie było słychać za sprawą niezgodnego, acz spontanicznego chóru 

przekleństw, wymówek i jękliwych skarg, co doprowadziło naturalnie do tego, że pułkownik 

wyjął broń i zrobił w suficie całkiem sporą, nieregularną dziurę. Zapadła trwożna cisza i 

oficer ponownie stał się ośrodkiem zainteresowania.

- Teraz już lepiej - uśmiechnął się, nie chowając broni. - Ponieważ dojechaliśmy na 

miejsce, wszyscy wysiadać. Dobry żołnierz to żołnierz posłusznie wykonujący rozkazy, zły 

żołnierz to martwy żołnierz. Wybór należy do panów. Zbiórka w dwuszeregu! Ochotnicy do 

służby liniowej trzy kroki naprzód, wystąp!

Wszyscy postąpili zgodnie trzy kroki do przodu.

Pułkownik   schował   gnata   i   poprowadził   nas   do   bramy   rzęsiście   oświetlonego 

magazynu. Przy uginających się od wszelkiego wojskowego złomu półkach czekali żołnierze, 

wejście zaś blokował swoją osobą jakiś oficer.

- Proszę się odsunąć - warknął pułkownik, zezując jednocześnie w naszą stronę.

- Nie mogę, sir. Bez podpisanego nakazu z kwatermistrzostwa i bez pokwitowania 

nie mogę wydać niczego, a rozkazu nie ma...

Pułkownik   swoim   zwyczajem   wypalił   w   najbliższą   żarówkę,   po   czym   podsunął 

dymiący wylot lufy pod nos magazyniera.

- Co pan powiedział, bo nie dosłyszałem?

- Rozkazy właśnie nadeszły, sir! Może pan pobrać, co tylko chce.

Biegiem   pobraliśmy   zatem  co  trzeba,  jako  że   maniak   ze  spluwą  zdawał   się  być 

wszędzie   i   strzelał   regularnie   niczym   odmierzająca   minuty   kukułka.   Trawnik   przed 

magazynem stał się sceną grupowego striptizu, wszyscy przebierali się w polowe mundury, 

zakładali oporządzenie i upychali co tylko się dało do plecaków. Ledwie który skończył, węd-

rował do zbrojowni po rusznicę, czy jak tam się nazywało to, co tu wydawali. Bez amunicji 

jednak; pułkownik mógł być maniakiem, ale nie był samobójcą.

- Masz pojęcie, o co tu chodzi? - Morton zwalił swój ładunek obok mojego i oparł się 

o ścianę, oglądając z zaciekawieniem świeżo otrzymaną broń.

- Pewnie, że mam. W sztabie doszli do wniosku, że szpiedzy wszystko odkryli, co 

zresztą jest częściowo prawdą, i trzeba przyspieszyć termin inwazji, by pokrzyżować wrogom 

szyki.

- I co z nami będzie?

- Dokonamy inwazji w randze oficerów, co oznacza, że w razie napotkania oporu 

będziemy   mogli   z   tyłów   rozkazywać   większym   od   nas   pechowcom,   którzy   muszą   nas 

background image

słuchać...

- Otwórz plecak - usłyszałem wyraźnie.

- Co mówiłeś?

- Otwórz plecak, diGriz! - pisnęła rozpaczliwie rozładowana ćma, nim padła na trawę 

obok mego buta, który zaraz ją, naturalnie, przydepnął.

Zaciekawiony rozpiąłem plecak, gdy coś w górze zagwizdało i z nieba runął do 

środka odrzutowy kruk.

-   Nie   będę   ryzykował   przemycając   to   odrzutowe   gówno!   -   zaprotestowałem 

kategorycznie.

- Musisz, to nasza jedyna szansa. Uruchamia się przez delikatne naciśnięcie wola. 

Koniec.

Oczy ptaka zmatowiały i znieruchomiał. Klnąc w duchu, zamknąłem plecak.

- Do wozu! - polecił pułkownik. - Jedziemy do jednostek!

background image

14

Trzeba   przyznać,   że   pułkownik   był   dobrym   organizatorem.   Pojazdy   zabrały 

obładowanych   jak   muły   oficerów,   ledwie   zdołali   wytoczyć   się   ze   zbrojowni.   Obaj   z 

Mortonem   dołączyliśmy   do   kolejnej   jęczącej   gromadki,   żeby   nie   stać   się   przedmiotem 

nadmiernego zainteresowania ze strony wymachującego wciąż bronią oficera.

- I pomyszlecz, sze własznie szę zaczągnąłem - wyseplenił wspierający się o mnie 

oficer i z gulgotem pociągnął solidny łyk z piersiówki.

- Podobno należy się dzielić - poinformowałem go, konfiskując naczynie i degustując 

zawartość. Cholernie to było mocne.

- Nadal nie pijesz? - spytałem Mortona, obserwując błyskawicznie obniżający się 

poziom płynu w naczyniu.

- Właśnie zacząłem - sapnął i pociągnął solidnie.

Prawowitemu właścicielowi oddałem tylko trzy płytkie łyki. On i tak miał już dosyć.

Gdzieś   przed   nami   błysnęło   oślepiająco   i   zagrzmiało.   Kolejny   transportowiec 

startował ostro, topiąc beton pod sobą.

Zatrzymaliśmy   się   gwałtownie,   po   czym   jeszcze   gwałtowniej   wyrzucono   nas   z 

pojazdu. Całej akcji przyglądał się z niesmakiem znany już nam pułkownik, tym razem w 

towarzystwie   radiooperatora   i   tuzina   sierżantów.   W   tle   zaś   do   kolejnego   transportowca 

ładowała   się   równym   krokiem   kompania   żołnierzy.   Pułkownik   poczekał,   aż   kłębowisko 

oficerów przekształci się w nierówny szereg, co przyspieszył zresztą nieco, odpinając kaburę, 

i oznajmił donośnie:

-   Panowie!   Za   mną   ładują   się   właśnie   dobrzy   żołnierze,   potrzebujący   dobrych 

oficerów. Niestety, wszystko, co mogę im zaoferować, to banda grubodupych gryzipiórków, 

czyli  kwiat oficerskiego dekownictwa tyłowego.  Ponieważ i tak mam was za mało, więc 

przydzielą po jednym na kompanię i mam nadzieję, że prędzej sami zginiecie, niż wygubicie 

swoich podkomendnych.

Była to niemiła wiadomość, bo obiecałem Mortonowi, że go z tego wyciągnę, co w 

przypadku rozdzielenia nas mogło być trudne, a ja zwykłem dotrzymywać obietnic. Złamałem 

więc własną zasadę i zgłosiłem się na ochotnika, to znaczy wystąpiłem przed front i strzeliłem 

kopytami jak na paradzie.

- Sir, nie mam grubej dupy i nie jestem dekownikiem - zameldowałem, salutując. - 

Mam doświadczenie liniowe, jestem dobrym strzelcem i instruktorem walki wręcz. Proszę o 

przydział do kompanii zwiadu!

- Ni cholery nie wierzę!

background image

Wobec   tego   złapałem   go   za   klapy,   zamiotłem   nim   trawnik   i   znieruchomiałem 

stawiając   but   na   jego   grdyce,   a   następnie   rozbroiłem   go,   odstrzeliłem   parę   najbliższych 

żarówek i postawiłem na powrót na nogi. Otrzepując mundur, prawie się uśmiechnął.

- Przydałoby się więcej takich. Ma pan kompanię zwiadu. Nazwisko.

- Drem, sir. Jeśli można, to chciałbym prosić o porucznika Heska jako zastępcę. Jest 

młody i głupi, ale zacząłem go szkolić dwa tygodnie temu.

- Ma go pan. Proszę iść do transportowca. Są może jeszcze jacyś ochotnicy?

Złapałem plecak i Mortona i pognaliśmy do śluzy.

- Myślałem, że zwariowałeś, jak walnąłeś nim o ziemię - wysapał Morton. - Sporo 

ryzykowałeś.

- Życie w ogóle jest ryzykowne, jeśli weźmie się pod uwagę cholesterol i wypadki 

drogowe... Tfu, ale się ze mnie zrobił filozof ludowy! Postaw te manele, widzę pomoc na

horyzoncie.

Pomoc przybrała postać sierżanta i dwóch szeregowych, którzy pojawili się w śluzie 

i strzelili kopytami na nasz widok, aż echo poszło.

-   Starszy   sierżant   Blogh,   pełniący   obowiązki   dowódcy   kompanii   zwiadu   - 

zameldował podoficer. – Pan kapitan Drem?

- We własnej osobie, sierżancie. To porucznik Hesk, mój zastępca.

- Weźcie plecaki panów oficerów - warknął sierżant. - Za dziesięć minut startujemy, 

sir.

- No, to w porę nas znaleźliście, sierżancie.

Ledwie wyszliśmy ze śluzy, rampa została podniesiona, a statek zahermetyzowany. 

Dwa   pokłady   wyżej   dołączyliśmy   do   reszty   kompanii,   aktualnie   leżącej   na   fotelach 

antyprzeciążeniowych.  Po  chwili  rozbłysły   czerwone  lampki   i  zaczęło   się  odliczanie.   Do 

naszych foteli dotarliśmy akurat w chwili, gdy ryknęły silniki.

Naturalnie piloci zafundowali nam takie przeciążenie, abyśmy jedynie nie zdechli od 

tego, ale w wojsku takie rzeczy zdarzają się nagminnie. Gdy ciążenie wróciło do l G, wstałem 

i machnąłem na sierżanta.

- Manierki pełne? - spytałem.

- Tak, sir.

-   To   pozwólcie   im   się   napić,   ale   tylko   jednego...   Przerwało   mi   trzeszczenie   w 

głośniku i zniekształcony głos.

- Wszyscy oficerowie liniowi proszeni są o zameldowanie się na pokładzie numer 

dwa. Natychmiast!

background image

- Panie poruczniku - poleciłem nieco ogłupiałemu Mortonowi. - Do mego powrotu 

proszę przejąć dowodzenie... Jakby co, to znajdź robotę podoficerom i nie wyjmuj jeszcze 

tego cholernego ptaka. - To ostatnie dodałem szeptem.

Stołówka nie była zbyt duża, toteż tłok panował spory. Wszyscy wiedzieli o inwazji, 

ale nikt nie potrafił powiedzieć nic konkretnego. Jakiś sierżant sztabowy sprawdził obecność 

według   listy,   którą   oddał   dwugwiazdkowemu   generałowi   siedzącemu   przy   stoliku   obok 

kuchni, czyli w najważniejszym miejscu, i zaczęła się odprawa.

- Do wiadomości tych, którzy dopiero co zostali przeniesieni do tej dywizji: to jest 

generał Lowender, dowódca jednostki, który ma  dla panów  ważny komunikat - oznajmił 

adiutant.

Zapadła cisza, zatem generał kiwnął głową i raczył się odezwać.

-   Panowie,   nadszedł   czas,   na   który   wszyscy   niecierpliwie   czekaliśmy.   Dzień   D, 

godzina H. Kapitan zameldował mi, że leżymy już na kursie, a zatem można otworzyć tajne 

rozkazy. - Wyjął z szuflady kopertę upstrzoną łąkowymi pieczęciami i rozdarł ją w pełnej 

nabożnego skupienia ciszy. - Oto rozkazy, panowie. Słyszeliście zapewne plotki, że celem 

naszego ataku ma być  Zemlija. Były to fałszywe informacje, mające wprowadzić w błąd 

wroga, który wszędzie ma swoich szpiegów. Teraz nie musimy się już chwytać podobnych 

pomysłów, gdyż jesteśmy w przestrzeni i kierujemy się ku nowej, bogatej planecie, która 

wiele lat temu straciła kontakt z resztą galaktyki, a co ważniejsze, tylko my wiemy o jej 

istnieniu. Jest ona zamieszkana, ale tubylcy są zacofani i nie zasługują na tak bogaty świat. 

Teraz opowie wam o tej planecie jej odkrywca, generał Zennor. Coś trzasnęło, zachrypiało, 

przygaszono światła i przed stołem pojawiła się holograficzna projekcja gęby Gartha.

-   Witam   was,   żołnierze   Nevenkebli,   którzy   udajecie   się   właśnie   na   największą 

wyprawę   zdobywczą   w   dziejach   naszego   kraju.   Zwycięstwo   umocni   i   wzbogaci   naszą 

ojczyznę tak, że już nikt nie odważy się na nią napaść, a skarby nowego świata należeć będą 

do nas! Świat ten nazywa się Hoyan. - Gęba zniknęła, zastąpiona widokiem błękitnej kuli 

zawieszonej w przestrzeni. - Przyznaję, że odkryłem go zupełnie przypadkowo, gdy będąc 

ściganym   przez   morderców   Ligi,   uciekałem   dokonując   przypadkowych   skoków   w 

nadprzestrzeń. W czasie kolejnego znalazłem tę planetę. Zresztą, być może, kierowała mną 

jakaś wyższa siła, mająca na względzie dobro mego kraju...

- Być może on jednak pierdoli jak nawiedzony - mruknął ktoś w mroku uzyskując 

powszechną,  szemraną aprobatę.

- Wylądowaliśmy i dokonaliśmy badań. To bogata planeta z dużymi zasobami metali 

ciężkich,   wielkimi   lasami   i   czystymi   rzekami,   mogącymi   dostarczyć   wielkich   bogactw. 

background image

Jedyne,   co   tam   jest   nie   w   porządku,   to   mieszkańcy,   którzy   są   co   najmniej   dziwni. 

Wyciągnęliśmy do nich przyjazną i pomocną dłoń, proponując handel i kontakt z wyższą 

cywilizacją. I wiecie, co zrobili?! - W jego głosie pobrzmiewała wściekłość. - Powiem wam, 

co zrobili! Nic! Zignorowali nas, odrzucili naszą ofertę! Całkowicie nas zlekceważyli!

Planeta zniknęła, ustępując miejsca gębie.

-   Rozumiecie   więc,   panowie   oficerowie,   dlaczego   robimy   to,   co   robimy.   Nasza 

kultura jest starsza i o wiele bogatsza, a skoro ta banda prymitywów nas odrzuciła, należy 

udowodnić im, że Nevenkebli nie należy obrażać. Jeśli nie potrafią sami zrozumieć, co jest 

dla nich dobre, to trzeba ich przekonać, a pretensje będą wówczas mogli mieć tylko do siebie. 

Niech żyje Nevenkebla! Niech żyje pozytywny pokój!

Ryknęły fanfary, odśpiewano jakąś kretyńską przyśpiewkę (sądząc po zachowaniu 

otoczenia, musiał to być hymn), a wszyscy wszystkim odruchowo pogratulowali. Ja też, żeby 

się nie wyróżniać. Następnie w powietrzu pojawiła się holomapa i głos zabrał Lowender. 

Używał palucha jako wskaźnika.

- Nasza dywizja, Osiemdziesiąta Ósma, czyli Bojowe Diabły, będzie miała zaszczyt 

wyzwolić przemysłowy obszar największego miasta zwanego Bellegarrique, cokolwiek by to 

znaczyło. Tu i tu są kopalnie, tu magazyny i linia kolejowa, a tutaj, o dziesięć kilometrów od 

miasta, jest tama, która spiętrza wodę rzeki i jest równocześnie hydroelektrownią. Dla dobra 

mieszkańców należy zająć te obiekty, zanim dojdzie do ich uszkodzenia.

-   Pytanie,   sir   -  odezwał   się   jeden   z   pułkowników.   -   Jakiej   obrony   należy   się 

spodziewać? Jak liczna jest ich armia i czym dysponuje?

-   Dobre   pytanie,   panie   pułkowniku.   Musimy   być   przygotowani   na   wszystko,   na 

każdy rodzaj ataku, na wszelkie niespodzianki. Ci ludzie są bowiem niesamowicie podstępni. 

Ani generał Zennor, ani nasi ludzie nie byli w stanie uzyskać bliższych informacji o wielkości 

ich armii, nie wiadomo nawet, czy ona istnieje! Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma 

tam nawet policji! Ponieważ jednak wszyscy wiemy, że jest to niemożliwe, gdyż bez tych 

instytucji żadne społeczeństwo nie może istnieć, pozostaje przyjąć, iż tak starannie ukryli swe 

zbrojenia, że musimy być cały czas przygotowani na wrogą napaść. Poza tym tak zdziwaczałe 

społeczeństwo należy wyleczyć z przesądów. Jesteśmy im to winni jako ludzie.

Jeśli o mnie chodzi, nigdy w życiu nie słyszałem takiego steku bredni, ale sądząc po 

zachowaniu obecnych, nikt inny nie miał zastrzeżeń do treści odprawy ani do zamiaru, by 

wyzwolić   mieszkańców   planety   Hoyan   za   wszelką   cenę,   choćby   nawet   trzeba   ich   było 

wszystkich w tym celu pozabijać!

background image

15

Wróciłem   do   kompanii   z   pakietem   zalakowanych   rozkazów   i   głębokim 

przekonaniem,   iż   jest   to   najbardziej   kretyńskie   przedsięwzięcie,   o   jakim   kiedykolwiek 

słyszałem, nie wspominając o udziale.

- Dziwnie wyglądasz - powitał mnie Morton, gdy wszedłem do kabiny. - Nic takiego, 

czy może powinienem zacząć się bać?

-   Ma   pan   jakieś   rozkazy,   sir?   -   Za   moimi   plecami   pojawił   się   sierżant   Blogh, 

najwyraźniej także spragniony nowin.

Rzuciłem rozkazy na koję i zająłem się pilniejszymi problemami.

- Sierżancie,  jak wygląda w kompanii  kwestia picia  alkoholu w trakcie  drogi na 

wojnę?

- Tak jak wszędzie, sir. Użycie jest karane sądem polowym.  Ale jeden z baków 

transportera pełen jest dziewięćdziesieciodziewięcioprocentowego spirytusu. Doskonały po 

rozmieszaniu pół na pół z wodą i rozwodnionym sokiem pomarańczowym.

-   Ślicznie.   Ponieważ   jedziemy   na   wojnę,   pora   wykorzystac   przywileje   rangi, 

sierżancie Bogh. Dotąd byliście pełniącym obowiązki sierżanta sztabowego, od teraz jesteście 

sierżantem sztabowym.

Morton   z   trzaskiem   postawił   na   stole   trzy   kubki   i   torbę   liofilizowanego   soku 

pomarańczowego. Szybko się chłopak przystosował.

Sierżant   sztabowy   zniknął   na   chwilę,   wracając   z   dwudziestolitrowym   kanistrem. 

Błyskawicznie,   choć   nie   w   cudowny   sposób,   przemienił   następnie   jego   zawartość   w 

czterdzieści pięć litrów wódki o niezbyt przesadnej mocy. Zapowiadało się, że spędzimy tę 

podróż bez ofiar w ludziach.

- Średnio obrzydliwe - ocenił Morton po pierwszej kolejce, podstawiając ponownie 

kubek. - Można usłyszeć, czego się dowiedziałeś?

- Można. Dobrą nowiną jest, że mamy zaanektować i okupować bogatą i nie znaną 

reszcie   wszechświata   planetę   zwaną   Hoyan.   Drugą   dobrą   nowiną   jest   to,   że   jest   ona 

zamieszkana   przez   ludzi,   obrazu   szczęśliwości   zaś   dopełnia   fakt,   że   nie   istnieje   tam   ani 

wojsko, ani policja.

- Niemożliwe - stwierdził sierżant sztabowy, opróżniając kubek.

- Wszystko jest możliwe w tak dużej galaktyce. Jeśli wierzyć raportom wywiadu, to 

nie powinniśmy napotkać żadnego oporu. W ogóle nie powinno dojść do rozlewu krwi.

- Niemożliwe - powtórzył sierżant sztabowy. - To pułapka.

background image

- Generał też tak myśli i podejrzewa istnienie zakamuflowanych sił zbrojnych.

- Niekoniecznie - sprzeciwił się Morton. - Zanim trafiłem do wojska, studiowałem 

historię i wiem trochę na ten temat. Ludzkość chadzała rozmaitymi drogami, a jeśli weźmie 

się   pod   uwagę   ilość   zamieszkanych   planet   w   galaktyce,   to   można   powiedzieć,   że 

różnorodność społeczeństw i ustrojów jest praktycznie nieograniczona.

- Jak mają rząd, to mają i armię. Inaczej się nie da - uznał sierżant.

Szybkie tempo konsumpcji miało wpływ na wzrastającą fraternizację podoficera, jak 

i coraz bardziej manifestacyjną przemądrzałość Mortona; pora była zatem zamknąć bar.

- Dobra! - Wstałem i wsunąłem kanister do kąta. - Sierżancie, zbierzcie podoficerów 

i przekażcie im, co wam powiedziałem. Niech poinformują żołnierzy. Na razie to wszystko.

Sierżant wyszedł, Morton zachrapał na stole, a ja wykończyłem nie dopitą, trzecią z 

rzędu szklaneczkę. Żołądek zareagował dziwnym bulgotem, co w zasadzie nie zdarzało mi się 

po alkoholu, doszedłem zatem do wniosku, że najpewniej wskazane byłoby zjedzenie czegoś. 

Od spożycia steku w klubie oficerskim minęło już ładnych parę godzin. Przeprowadziłem 

zatem remanent w plecaku w poszukiwaniu racji żywnościowych, natrafiając na czerwone 

tuby z napisem HOTPUP. Drobnym drukiem wyjaśniono poniżej, że jest to porcja na dwie 

osoby, a otwiera się ją przebijając nożem biały krąg na denku. Posłusznie wyjąłem nóż zza 

cholewy, dziabnąłem gdzie kazali, a tuba natychmiast stała się dziwnie gorąca, puściłem ją 

więc i poprzestałem na podejrzliwej obserwacji. Przedmiot  syknął,  zabulgotał, zagdakał  i 

zaczął rosnąć. Profilaktycznie zmieniłem chwyt noża, na wypadek gdyby to coś chciało mnie 

zaatakować. Na szczęście wynalazek pękł z trzaskiem, a na stole pojawiła się parówka o 

gabarytach   mego   ramienia.   Znieruchomiałem.   Zapachniało   nawet   miło,   odciąłem   więc 

końcówkę i spróbowałem. Jedynym, czego jeszcze mi brakowało, była musztarda i piwo.

Dni dłużyły się, podobnie jak stopniowo zaczynaliśmy mieć dość hotpupów, bowiem 

dzięki   pomyłce   kwatermistrzostwa   było   to   jedyne   żarcie,   jakie   zapakowano   na   pokład,   i 

nawet generał był zmuszony się nim zapychać, chociaż nie krył niezadowolenia.

Poza tym co dnia odbywała się seria narad i odpraw nudnych i długich jak zapalenie 

płuc z przerzutami na wątrobę. Razem z Mortonem zabijaliśmy czas, uszczuplając zapasy 

alkoholu.

W ten sposób minęło piętnaście dni.

Szesnastego dnia zwołano kolejną odprawę i tym razem było wreszcie inaczej. Salę 

wypełniały podniecone pogwarki, a ledwie sprawdzono obecność, Lowender rąbnął pięścią w 

stół.

background image

- Inwazja się zaczęła! Zwiadowcy meldują brak oporu, ale to może być podstęp, 

mający wciągnąć nasze wojska w zasadzkę sił głównych. Wszyscy znacie rozkazy, wiecie 

wiec, co robić. Za dwie godziny lądujemy. Jedno tylko mogę dodać, a mianowicie to, byście 

dokopali im do dupy! - zakończył w iście wojskowym stylu.

Odprawa zamknęła się głośnymi wiwatami.

- Najwyższy czas - ucieszył się sierżant, słysząc nowiny. - Ludzie zaczęli się robić 

leniwi od tego leżenia martwym bykiem.

-   Zbierzcie   podoficerów,   po   raz   ostatni   powtórzymy   sobie   plan   -   poleciłem, 

rozkładając dobrze znaną wszystkim mapę.

Tym razem nie było kłopotów z frekwencją. To była odprawa bojowa.

- Powinniśmy wylądować tutaj - stuknąłem w mapę. - Teraz pytanie, ilu z was tak 

naprawdę wierzy, że pilot zdoła posadzić transportowiec tam, gdzie powinien?

Odpowiedziała mi cisza.

- No to jesteśmy zgodni - uśmiechnąłem  się bez radości. - Mamy wylądować  o 

świcie, czyli najpewniej będzie jeszcze głęboka noc, ewentualnie będzie lać jak z cebra. Coś 

zdarzy się na pewno. Wyjeżdżamy pierwsi, bo mamy  najdłuższą trasę do pokonania. Na 

początku   zjedzie   z   rampy   transporter   dowodzenia,   bo   tak   go   ustawiono,   a   zatem   będę 

prowadził. Jak długo pozostanie ciemno, a nikt nie zacznie do nas strzelać, będę jechał z 

włączonymi światłami.

- Przepraszam, sir, ale generał wyraźnie powiedział, aby nie używać żadnych świateł 

- wtrącił Bogh.

- Zgadza się. Tyle że generał będzie wyjeżdżał stąd jako ostatni, a my jako pierwsi, 

poza tym musimy to zrobić szybko, bo z tyłu naciskać będzie już na nas kompania czołgów.

- Jedziemy na światłach! - zdeklarował się sierżant.

-   Dotrę   do   najbliższego   wzgórza   i   sprawdzę,   gdzie   wylądowaliśmy   i   gdzie 

powinniśmy   jechać.   Pan   porucznik   zbierze   oddział   i   będzie   podążał   za   mną.   Naszym 

zadaniem jest zajęcie zapory i elektrowni, dostarczającej prąd do tego całego Bellegarriąue. 

Mamy dopilnować, by prąd płynął dalej. Są pytania? Słucham, kapralu?

- Czy możemy zostawić hotpupy i zdobywać żywność na przeciwniku, sir?

-   Tak   i   nie.   Hotpupy   weźmiemy   na   wypadek   trafienia   na   kwatermistrza.   Z 

przyjemnością wypcham go tym świństwem. Najszybciej jak się da, należy zorganizować 

lokalną żywność, najpierw przynosząc ją do mnie celem sprawdzenia na toksyczność przed 

rozdaniem żołnierzom. Jeszcze ktoś?

- Kiedy dostaniemy amunicję, sir?

background image

- Powinna już być gotowa do rozdania. Dopilnujcie, aby wszyscy otrzymali swoje 

przydziały   i   załadowali   magazynki.   Przypilnujecie   też,   żeby   żadna   broń   nie   została 

załadowana.   Najgorszą   rzeczą,   jaka   może   nam   się   trafić,   jest   przypadkowa   strzelanina   i 

przedziurawienie kadłuba przy podchodzeniu do lądowania w atmosferze.

- Załadowanie broni, znaczy się, po wylądowaniu - podsumował sierżant.

-   Załadowanie   broni,   znaczy   się,   na   mój   rozkaz   -   poprawiłem   go.   -   Skoro   nie 

spodziewamy się oporu, to lepiej będzie nie odstrzelić przez przypadek kogoś z tubylców, bo 

wtedy na pewno zaczną walczyć. Jeśli broń nie będzie załadowana, to nie będzie wypadków. 

Jeśli   natomiast   zostaniemy   zaatakowani   i   zacznie   się   strzelanina,   to   wsunięcie   pełnego 

magazynka trwa sekundę. Chwilowo broń będzie zatem nie nabita.

Odpowiedział mi pomruk protestu.

- Bez naładowanej broni nie można atakować - sprzeciwił się kapral Aspya.

- Można, można - odparłem lodowato. - Każdy niemal rozkaz można wykonać prócz 

przenicowania   hehnu,   jak   wiecie.   Dodam   jeszcze,   że   moja   osobista   broń   będzie   nabita   i 

zastrzelę każdego, niezależnie od stopnia, kto sprzeciwi się moim rozkazom. Jeszcze jakieś 

pytania? Nie? To rozejść się. Za trzydzieści minut spotykamy się na rampie.

-   Nie   uszczęśliwiłeś   ich   tą   nowiną   o   amunicji   -   stwierdził   Morton,   gdy   drzwi 

zamknęły się za ostatnim podoficerem.

- Ich pech.  Nie lubię zabijania, a ostre pociski znaczą wypadki, najczęściej zresztą 

śmiertelne.

- Powinni być w stanie się bronić...

- Morton! - warknąłem. - Spójrz w lustro! Widzisz? Widzisz porucznika jak mu tam i 

zaczynasz myśleć jak on. Pamiętaj,  kim  naprawdę jesteś, a jesteś żołnierzem z przymusu. 

Zapomniałeś? Tak a propos, widziałeś kiedyś trupa?

- Moją ciotkę w trumnie...

- Świetnie! Ja widziałem ciut więcej i zapewniam cię, to nie jest miły obrazek. I 

jeszcze jedno: kiedy ktoś ginie, to pozostaje martwy i nic nie jest w stanie tego zmienić. 

Pamiętaj o tym, gdy będziesz słuchał tych rozmaitych piewców nienawiści i domorosłych 

ideologii. Chcesz zginąć?

Dla lepszego zilustrowania pytania przystawiłem mu nóż do grdyki.

- Nie! - pisnął, zezując na ostrze.

- Ja też nie - przyznałem, błyskawicznie chowając nóż. - I na pewno nie chce zginąć 

nikt w tym świecie, na którym lądują właśnie tysiące półgłówków obładowanych bronią. Jak 

ja się w to wpakowałem?

background image

- Jak ja: trafiłeś z poboru - przypomniał mi Morton.

- Serdeczne dzięki. Cholera, zawsze tak jest, że starzy wysyłają na wojnę młodych. 

Powinno się ustalić dolną granicę wieku poborowych na pięćdziesiąt pięć lat i to by szybko 

zakończyło takie głupie wojenki, jak ta tutaj!

Dalsze rozważania uniemożliwił mi odgłos klaksonu alarmowego.

- Czas na nas - mruknąłem, patrząc na zegarek. - Idziemy.

Oświetlony   czerwonymi   lampami   pokład   ładunkowy   pełen   był   ludzi   i   sprzętu, 

tworzących   w   sumie   imponujący   bałagan.   Przepchnęliśmy   się   do   stojącego   przy   samym 

włazie   transportera.   Pierwszą   moją   czynnością   było   zwolnienie   łańcuchów   mocujących 

pojazd do pokładu.

-   Klamry   mają   wybuchowe   zwalniacze   -   wtrącił   się   sierżant.   -   Powinny   zostać 

odstrzelone, gdy rampa dotknie ziemi, sir.

- Zobaczę, uwierzę. A jak nie wypalą? Wszystko załadowane zgodnie z rozkazami?

- Tak, sir. Zapasy amunicji pod tylnym siedzeniem, sir.

Zapasy   amunicji   oznaczały   żelazną   rację   dziesięciu   manierek   wypełnionych 

rozcieńczonym spirytusem. Wypełniły przestrzeń pomiędzy fałszywym dnem a siedzeniem, 

maskując   przy   okazji   odrzutową   wronę.   Diabli   wiedzą,   może   trafiliśmy   na   planetę 

abstynentów?

Podłoga   zaczęła   przyciągać   mnie   jakoś   silniej,   złapałem   się   więc   klamki. 

Schodziliśmy do lądowania przy dwóch G.

Ryk   silników   hamujących   ustał   równocześnie   z   powrotem   normalnego   ciążenia. 

Czym prędzej wsiadłem do pancerki, rampa opadła z hukiem i wokół rozległa się kanonada. 

Klamry faktycznie eksplodowały. Na zewnątrz padał deszcz.

- Zapalaj! - poleciłem kierowcy. - I włącz światła, bo się zabijemy!

Było ciemno, lało jak z cebra, na dodatek wiał zacinający strugami wody wiatr. Z 

wyciem silnika zjechaliśmy po rampie, pokonaliśmy kałużę i runęliśmy do przodu. W blasku 

reflektorów widać było jedynie potoki deszczu.

- Przed nami woda, sir. - Kierowca miał widać lepsze oczy. - Dużo wody, sir.

- To skręć, idioto, i nie próbuj nas utopić, to nie amfibia. W prawo i wzdłuż brzegu.

W górze ryknęło i błysnęło, ale na szczęście nie był to ostrzał z orbity, tylko zwykła 

burza.

- Za tymi drzewami coś jest. - Trzepnąłem kierowcę w ramię. - Jedziemy tam.

- To jest płot, sir.

- No to przejedź przez niego! - westchnąłem ciężko. - To opancerzony wóz bojowy, a 

background image

nie trzykołowy wózek, jakim ostatnio jeździliście, szeregowy.

Gdy wreszcie dotarliśmy na szczyt wzniesienia, zaczynało już świtać, choć na deszcz 

nie miało to najmniejszego wpływu. Wyjąłem podświetlaną mapę i spróbowałem zorientować 

się w terenie. Całe szczęście, że miałem do pomocy wschodzące słońce. Milcząco założyłem, 

że na tej osobliwej planecie słońce też pojawia się na wschodzie.

Zanim   dotarła   do   nas   reszta   kompanii,   zdążyłem   wyłączyć   światła.   Na   pewno 

wiedziałem tylko, gdzie jest nasz transportowiec, z którego w deszcz wypływały wciąż nowe 

potoki   sprzętu   i   ludzi.   Robiło   się   jasno   i   dzięki   pasmu   wzgórz   na   horyzoncie   wreszcie 

złapałem orientację.

- No! - zdołałem uśmiechnąć się do przemoczonych podwładnych. - Dzięki błędowi 

pilota jesteśmy właśnie w połowie drogi do celu. Reszta ma dwa razy dłuższą drogę, ale to ich 

problem.

Mocno ich to ucieszyło.

- Na dodatek, jak się dobrze przyjrzeć, to można stwierdzić, że maszerują właśnie w 

przeciwną stronę, niż powinni, i oddalają się od miasta, które mają zdobyć. Cóż, idą według 

rozkazów, a nie patrzą na mapę.

Tym razem zareagowali żywiołową radością, bo nic tak nie cieszy jednego oddziału, 

jak   widok   innego   w   tarapatach.   Deszcz   przeszedł   tymczasem   w   uporczywą   mżawkę,   a 

wschodzące słońce oświetliło białą budowlę wystającą ponad linię drzew. Wlazłem na maskę.

- Uwaga wszyscy!  - powiedziałem  głośno. - Jak spojrzycie  tam,  gdzie pokazuje, 

zobaczycie   tamę,   która   jest   naszym   celem.   To   białe   nad   drzewami.   Transporter   zamyka 

kolumnę, zwiad do przodu, a ja na piechotę poprowadzę siły główne. Wymarsz!

background image

16

Mniej więcej po półgodzinie ktoś tam w górze przerzucił wajchę i mżawka ustała jak 

nożem uciął. Lekki wietrzyk przeganiał chmury, toteż okolica zaczęła intensywnie parować. 

Wyszliśmy na asfaltową drogę, co znacznie ułatwiło marsz. Droga obsadzona była wysokimi 

drzewami,   zwiadowcy   nie   nawiązali   jeszcze   kontaktu   z   wrogiem,   zdążyli   natomiast 

spenetrować jego uprawy.

- Panie kapitanie, zwiadowcy znaleźli sad z dojrzałymi avalgwlankami - zameldował 

Blogh.

- Nazywa się obrzydliwie. Co to takiego?

- Owoc, który rośnie na Zemliji. Pyszny, sir.

- No to niech dostarczą próbki do analizy - zdecydowałem.

Zwiadowca   zjawił   się   czym   prędzej   z   hełmem   pełnym   zwykłych,   dojrzałych 

brzoskwiń. Powąchałem jedną i przyjrzałem się dokładniej zwiadowcy.

- Widzę, żołnierzu, że zrobiliście już analizę. Mordę macie całą w soku. Jakie toto 

jest?

-   Wspaniałe,   sir   -   oświadczył   z   pełnym   przekonaniem.   Ugryzłem   słodki   owoc   i 

przyznałem mu całkowitą rację. Przełknąłem czym prędzej.

- Profilaktycznie  ukryjemy się w sadzie, sierżancie.  Piętnaście minut  przerwy na 

zameldowanie się reszty zwiadowców.

Gdy wyszliśmy ponownie na drogę, głośniejsze od tupotu butów były odgłosy pracy 

pełnych żołądków mojego wojska. Tama rosła w oczach, wszędzie panował całkowity spokój, 

ani żywego ducha. Nakazałem postój i przywołałem podoficerów.

-   Teraz   podam   plan   ataku,   ale   najpierw   sprawdzę   broń.   Zaczynamy   od   was, 

sierżancie sztabowy.

Blogh z kamienną twarzą pokazał mi automat. Sprawdziłem magazynek i komorę, 

jedno i drugie puste, i oddałem mu broń bez słowa. To samo powtórzyło się z pozostałymi, aż 

dotarłem do ostatniego w szeregu kaprala Aspyi. Ten, zamiast podać mi karabin, przycisnął 

go do piersi.

- Mogę panu oszczędzić trudu, sir - oznajmił. – Jest nabity.

- To niewykonanie rozkazu, ekskapralu. Szeregowy Aspya, wasza broń!

- Żołnierz bezbronny nie jest żołnierzem, sir - odparł ponuro, pozostając w bezruchu.

- Prawda - zgodziłem  się  odwracając,  ale  nadal obserwując go kątem oka.

Ledwie przestał na mnie patrzeć,  rąbnąłem go z półobrotu wyciągniętą ręką pod 

background image

ucho. Runął jak kłoda, bo cios nie był markowany, ostatecznie facet miał przy sobie nabitą 

broń. Bez trudu wyjąłem automat z bezwładnych dłoni i rozładowałem.

-   Sierżancie,   ten   żołnierz   resztę   drogi   odbędzie   pod   strażą   w   pancerce.   Jest 

aresztowany.

- Czy strażnik ma być uzbrojony, sir?

- Jak najbardziej. Broń nabita i ma strzelać bez uprzedzenia. Strażnikiem  będzie 

porucznik. Teraz wracamy do planu. Zatem...

Słuchali w milczeniu, nadal pozostając pod wrażeniem moich umiejętności i szybkiej 

reakcji. Morton na pewno nie będzie skłonny do pochopnego użycia broni, zatem tę sprawę 

miałem z głowy. Przy okazji usunąłem go całkiem legalnie z pierwszej linii. Przydzieliłem 

cele wszystkim plutonom, dyspozytornię pozostawiając sobie.

-   To   byłoby   wszystko.   Rozstawcie   ludzi   i   zameldujcie   się   po   wykonaniu.   Gdy 

wszyscy będą gotowi, spróbuję zająć bez walki dyspozytornię, tak by nie przerwać dostawy 

prądu. Wykonać!

Moje wojsko rozpierzchło się niczym stado tresowanych zajęcy, atakując dokładnie 

według instrukcji: kilka skoków do przodu, w bruzdę, ubezpieczenie następnych i zmiana. Po 

paru minutach zaćwierkała radiostacja meldunkami tej samej treści: cel osiągnięty, brak oporu 

jak i kontaktu z przeciwnikiem. Nadszedł mój czas. Razem z sierżantem sztabowym i jego 

dwoma   pomocnikami   pomaszerowaliśmy   do   głównego   budynku.   Otworzyłem   pierwsze   z 

brzegu drzwi. Prowadziły do hali turbin, które pracowały sobie bez żadnego nadzoru.

- W pełni automatyczne - ocenił sierżant.

- Na to wygląda. Szukamy dyspozytorni.

Napięcie narastało w miarę przeszukiwania budynku. Raz po raz gratulowałem sobie 

pomysłu z bronią. Moją trzymałem w garści, ale zabezpieczoną.

- Tu ktoś jest, sir! - zameldował jeden z wojaków sprawdzając korytarz.

Czym   prędzej   podszedłem   bliżej.   Faktycznie,   przez   matowe   szkło   widać   było 

poruszającą się postać.

- Dobra robota - pochwaliłem. - Wchodzicie za mną jako osłona.

Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem drzwi rzucając się do wnętrza szczupakiem, 

by uniknąć ewentualnego ostrzału. Potoczyłem  się, wstałem i rozejrzałem... Przy pulpicie 

sterowniczym   siedział   szpakowaty   facet   i   stukał   w   jakiś   zegar.   Poza   nim   i   moimi 

podwładnymi nie było tu nikogo więcej.

Ne fant nenionl - poleciłem. - Vi estas kaptito.

Manoj en la aeronl

background image

Ciekawe - odezwał się z uśmiechem. - Obcy gość i obcy język. Witajcie, przybysze, 

w Elektrowni Bellegarrique.

-   Mówisz   odmianą   dolnoinglisskiego,   którą   posługują   się   na   Rajskim   Zakątku   - 

ucieszyłem się, przechodząc na tenże dialekt.

- Nigdy nie słyszałem o takim miejscu, ale pomimo dziwnego akcentu rozumiem cię 

doskonale.

- Co on mówi, sir? - spytał Blogh. - Skąd pan zna ten slang, sir?

- Ze szkoły. - Była to święta prawda. - Wita nas.

- Jest tu ktoś jeszcze?

- Zaraz, po kolei, sierżancie. Są tu inni pracownicy?

-   Naturalnie,   ale   śpią.   Pracujemy   na   zmiany,   najliczniejsza   jest   nocna.   Musisz 

opowiedzieć o sobie i kolegach. Ja jestem Stirner, a ty?

W   ostatniej   chwili   ugryzłem   się   w   język.   To   nie   był   najwłaściwszy   sposób 

prowadzenia wojny.

-   To   jest   akurat   mało   ważne   -   odparłem.   -   Istotne   jest,   po   co   tutaj   jestem,   a 

mianowicie jestem po to, by powiedzieć ci, że ta planeta znalazła się właśnie pod kontrolą sił 

zbrojnych Nevenkebli, ale nic ci się nie stanie, jeśli będziesz z nami współpracował.

Przełożyłem to na esperanto wraz z informacją o śpiących pracownikach, aby i reszta 

wiedziała, o co chodzi. Stirner uprzejmie milczał, dopóki nie skończyłem, poczekał jeszcze, 

aż sierżant pośle ludzi po nocną zmianę, i spytał:

- Nowe, ciekawe doświadczenie! Wojsko, powiadasz? To znaczy, że to, co masz w 

ręku, to jest broń?

- Jest. Oni też ją mają i będą się bronić, jeśli ktoś ich zaatakuje.

-   To   mnie   akurat   nie   dotyczy.   Jako   uznający   zasady   Przyzwalającej   Wspólnoty 

Otwartej, nigdy bym nikogo nie skrzywdził.

- Ale wasza armia lub policja może być innego zdania.

- Znam, naturalnie, te słowa, ale nie macie się czego bać. Nie mamy wojska ani 

policji. Ale, ale, co ze mnie za gospodarz. Napijecie się czegoś?

- Nie wierzę własnym  uszom!  - jęknąłem.  - Albo ja mam  świra, albo ten świat 

oszalał!   Sierżancie,   łączcie   się   ze   sztabem   i   zameldujcie   o   nawiązaniu   kontaktu   z 

przeciwnikiem. Żadnego oporu, a język twierdzi, że nie mają tu wojska ani policji.

Stirner wyjął tymczasem z szafki szklanki i ciekawie wyglądającą butelkę.

- Wino - poinformował. - Dla specjalnych  gości. Mam nadzieję, że będzie wam 

smakować.

background image

- Za gospodarza - odrzekłem, biorąc szklankę.

- Twoja uprzejmość, bezimienny gościu, mnie zawstydza. - Upił ze swojej solidny 

łyk.

Zrobiłem więc to samo i przyznałem mu rację. Wino było faktycznie niezłe.

- Mam na linii pana generała, sir. - Sierżant przygalopował z radiostacją.

-   Tu   kapitan   Drem,   panie   generale   -   zameldowałem   się   przepisowo,   biorąc 

słuchawkę.

- Drem, u licha, co gada ten sierżant? Znaleźliście wroga?

- Zajęliśmy elektrownię. Bez strat i bez oporu.

- Wreszcie ktoś wykonał zadanie! Jaka obrona?

- Żadna, sir. Wzięliśmy języka, który twierdzi, że tu nie ma wojska ani policji.

- Gówno prawda! Wysyłam helikopter, proszę zjawić się z językiem jak najszybciej. 

Koniec.

A  niech   to  kulawa  kaczka  kopnie!  Ostatnim   miejscem,   w  którym  pragnąłem  się 

znaleźć, był sztab. Zawsze istniało tam ryzyko przypadkowego natknięcia się na Zennora, a ta 

łachudra mogła mieć dobrą pamięć. Owszem, chciałem się z nim policzyć, ale na własnych 

warunkach.   Instynkt   samozachowawczy   nakazywał   mi   nie   leźć   w   gniazdo   szerszeni,   ale 

rysowała się szansa uratowania wielu żywych istot. Mogłem spróbować albo i nie, ale jak tu 

sobie potem spojrzeć w oczy przy goleniu?

-  Z   rozkazu  pana   generała  mam  dostarczyć  języka  do  sztabu   -  poinformowałem 

sierżanta. - Do czasu przybycia pana porucznika obejmiecie dowództwo. I zaopiekujcie się 

winem.

- Tak, sir! - odparł radośnie, sięgając po butelkę.

- Idziemy - powiedziałem do Stirnera, pokazując na drzwi.

- Obawiam się, że nie mogę ci towarzyszyć. Muszę tu siedzieć do końca zmiany.

-   Obawiam   się,   że   jednak   pójdziesz   ze   mną,   głównie   dla   dobra   swoich 

współziomków. Posłuchaj uważnie. Na tej planecie wylądowała duża armia z wielką ilością 

broni i mordem w oczach. Zajmuje teraz twój kraj, co może doprowadzić do śmierci wielu 

ludzi. Mam zabrać cię do dowódcy, a ty może zdołasz go przekonać, że faktycznie nikt tu nie 

będzie stawiał czynnego oporu. Jeśli tak, to jest szansa na unikniecie masakry. Rozumiesz? 

Coś w końcu do niego dotarło. Zamiast uśmiechu na jego twarzy pojawił się strach.

-   Poważnie   mówisz?   Jasne,   że   poważnie,   głupio   pytam.   To   nie   do   wiary,   ale 

najwyraźniej prawda... Pewnie, że muszę iść... Ale dalej trudno mi w to uwierzyć.

- To ostatnie nas łączy - odparłem, otwierając drzwi. - Mogę zrozumieć państwo bez 

background image

wojska,  nie  każdy ma  narwanych  sąsiadów,  ale  bez  policji...  Nie  lubię  ich,  owszem,   ale 

przyznaję, że policja to zło konieczne.

-   Nie   zawsze,   przynajmniej   gdy   wziąć   pod   uwagę   zwolenników   Przyzwalającej 

Wspólnoty Otwartej. - Aż pojaśniał na perspektywę wykładu.

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

- Wiele straciłeś. Ryzykując niejakie uproszczenie, powiedziałbym nawet, że...

-   Panie   kapitanie,   proszę   mnie   wysłuchać!   -   Ekskapral   Aspya   wyrwał   się   z 

transportera pomimo wysiłków próbującego go zatrzymać Mortona i wyprężył się przede mną 

jak struna. - Rozumiem swój błąd i proszę o wybaczenie, sir. Sądziłem, że jest pan młody i 

niedoświadczony, i że to ja wiem lepiej, więc nie wykonałem rozkazu. Teraz wiem, że to pan 

miał   rację   i   proszę   o   danie   mi   szansy   zmazania   hańby.   Mam   trzydzieści   lat   i   jestem 

zawodowym żołnierzem, sir.

- A skąd ta nagła pewność, że to ja miałem rację?

-   Bo   dał   mi   pan   w   łeb   w   uczciwej   walce,   sir.   Człowiek   musi   wypełniać   swe 

obowiązki i pan to zrobił, a ja nie!

Od takiego rozumowania mózg się gotuje. Facet nie posłuchał logicznego rozkazu, 

popartego sensownym wyjaśnieniem, ale jak dałem mu w ucho, to przyznał mi rację. Z braku 

czasu przeszedłem nad tym fenomenem do porządku dziennego.

- Wiecie co, Aspya? Dziwne, ale wam wierzę. Trzeba być prawdziwym mężczyzną, 

by   mieć   odwagę   przyznać   się   do   błędu.   Tak   zatem,   choć   jesteście   szeregowym,   a   ja 

kapitanem,   niech   uścisnę   waszą   dłoń.   Nie   będę   wyciągał   dalszych   konsekwencji   za 

niewykonanie rozkazu w czasie wojny.

- Pan też jest prawdziwym mężczyzną, sir. Obiecuję, że nigdy pan tego nie pożałuje! 

- potrząsnął entuzjastycznie moją prawicą, zasalutował i zrobił przepisowy w tył zwrot.

Nagle w górze coś zawyło, zafurkotało i ze trzydzieści metrów od nas wylądował 

helikopter. Czekał, nie wyłączając wirnika.

- Morton, dowodzisz tu do mojego powrotu - szepnąłem chłopakowi. - Co tylko się 

da, zwalaj na barki sierżanta i zgadzaj się z jego sugestiami.

Zanim zdążył odpowiedzieć, pociągnąłem Stirnera do helikopera.

- Do sztabu! - rozkazałem pilotowi. Spoglądając w dół, miałem nader sugestywne 

wrażenie, że oto pakuję głowę pod ostrze gilotyny...

- Czytałem o takich pojazdach w podręczniku historii - przerwał moje rozmyślania 

Stirner. - To doniosła chwila w moim życiu, przybyszu.

- Możesz mi mówić kapitanie.

background image

- Miło cię poznać. I chciałbym ci jeszcze podziękować za okazję wyjaśnienia twoim 

dowódcom, że mogą przybyć tu w pokoju i nie muszą niczego się bać. Nie wyrządzimy im 

żadnej krzywdy.

- Bardziej martwi mnie, że oni wam mogą wyrządzić krzywdę.

Na dalsze wyjaśnienia nie było czasu, gdyż wylądowaliśmy obok kompanii czołgów 

osłaniających   namiot,   w   którym   zainstalowano   sztab   razem   z   barem.   Wyskoczyłem, 

strzeliłem obcasami i uspokoiłem się - Zennora nie było.

Pomogłem wysiąść Stirnerowi i skierowałem go do generała Lowendera.

- Oto język, sir. Mówi dialektem, którego przez przypadek nauczyłem się w szkole, 

zatem mogę tłumaczyć, sir.

-  Niemożliwe,   jest  pan  oficerem  liniowym,   a  nie  tłumaczem.   Major  Kewsel  jest 

dyplomowanym tłumaczem, proszę, panie majorze.

Ciemnowłosy oficer odepchnął mnie jak zbędny przedmiot i stanął przez Stirnerem.

-  Kion  vi komprenatf  -  spytał  obcesowo. -  Sprechten  zee Poopishl  Ancay  ooyay 

eekspay Igpay Atinlayl Ook kook YolupooKl

Przykro mi, ale nie rozumiem.

- Mam go! - ucieszył się major. - Mało znany dialekt z planet rolniczych. Nauczyłem 

się tego bełkotu handlując mięsem. Wieprzowiną konkretnie.

- Panie majorze, proszę nie gadać głupot i zabrać się do roboty - warknął generał. - 

Proszę spytać go, gdzie jest armia i ile jest posterunków policji w mieście.

Z   prawdziwą   przyjemnością   przysłuchiwałem   się,   jak   dyplomowany   tłumacz, 

przekonany   rzecz   jasna   o   swojej   nieomylności,   gwarantowanej   posiadanym   tytułem 

naukowym, stara się dogadać ze Stirnerem. W końcu, po półgodzinie pocenia się, dowiedział 

się   dokładnie   tego   samego,   co   ja   w   trzy   minuty.   No,   ale   ja   nie   jestem   dyplomowanym 

tłumaczem.

Po wysłuchaniu relacji majora generał westchnął rozpaczliwie.

- Jeśli to prawda, to nie będziemy się bili. Cholera, przecież nie każę strzelać do 

bezbronnych! Panie kapitanie, jest pan pewien, że nie było żadnego oporu?

- Żadnego, sir. Wojna najwyraźniej sprzeczna jest z ich przekonaniami. Korzystając 

z okazji, chciałbym pogratulować panu pierwszej bezkrwawej inwazji w dziejach galaktyki. 

Zajęliśmy planetę bez straty jednego żołnierza, to historyczne wydarzenie, sir.

- Niech się pan tak nie cieszy, bo nie ma z czego - sapnął generał. -Młody pan jest, to 

i nieżyciowy. Nikt nie nagradza dowódcy, który bez ofiar wypełnia zadania w czasie wojny. 

Bitwa przynosi sławę, taka już jest ludzka natura. Zresztą, jak znam życie, to i bitwa będzie. 

background image

Wszyscy nie mogą tu być takimi tchórzami...

- Co tu się dzieje, Lowender? - przerwał mu znajomy głos. Ostrze było coraz bliżej...

Wszystko wskazywało na to, że za moimi plecami stanął właśnie generał Zennor. 

Dobrze, że za plecami.

-   Wzięliśmy   pierwszego   jeńca,   sir   -   zameldował   Lowender.   -   Właśnie   go 

przesłuchuję. Twierdzi, że nie ma tu ani wojska, ani policji, sir.

- I ty mu wierzysz? Gdzie został złapany?

- W elektrowni. Przez obecnego tu kapitana Drema. Zennor spojrzał na mnie raz, po 

chwili ponownie.

- Skąd ja pana znam, kapitanie?

- Ze szkolenia albo z manewrów - odparłem, maksymalnie zmieniając głos.

Podszedł bliżej. Przyglądał mi się coraz bardziej podejrzliwie.

-   Żadne   manewry...   -   mruknął.   -   To   było   gdzieś   indziej...   i   było   was   dwóch... 

Hetman! Byłeś z Hetmanem.

- A ty go zabiłeś! - ryknąłem i skoczyłem.

W zasadzie wystarczą trzy sekundy, by zabić człowieka gołymi rękami. Trzeba tylko 

wiedzieć, jak się do tego zabrać. Ja wiedziałem.

Zaskoczenie było całkowite. Nie stawiał żadnego oporu, gdy złapałem go za szyję.

Pierwsza sekunda... utrata przytomności. Druga sekunda... zwiotczenie ciała. Trzecia 

sekunda...

Ktoś rąbnął mnie w łeb, w oczach mi pociemniało. Ciekawe, czy dotrzymałem go do 

końca...

background image

17

Coś mnie bolało.

Ogólnie mówiąc, bolało wszystko, ale najbardziej czułem tył głowy. I było ciemno... 

Albo miałem zamknięte oczy, czego wolałem na razie nie sprawdzać. Jęknąłem... Spodobał 

mi się ten odgłos, więc jęknąłem jeszcze raz i poczułem w ustach coś mokrego... woda. Dobre 

to   było   i   wypiłem...   Trochę   mi   ulżyło,   nadal   jednak   bolało,   choć   nie   na   tyle,   by   nie 

zaryzykować otworzenia jednego oka... Spróbowałem... Przede mną pływał zarys  jakiegoś 

łba. Po paru mrugnięciach wzrok mi się poprawił i poznałem, czyj to łeb...

- Morton?...

- Nikt inny - odparł, podciągnął mnie do pozycji siedzącej i oparł o ścianę.

Pod czaszką eksplodowało mi coś. Co, nie wiem, ale było silne.

- Połknij to i popij! - dobiegło mnie z oddali polecnie i coś wsunięto mi do ust. - 

Lekarz powiedział, że to ci pomoże.

Połknąłem i pomogło. Ból ustąpił miejsca tępemu łomotaniu, toteż otworzyłem oczy 

i całkiem wyraźnie ujrzałem poobijanego Mortona stojącego  na tle zakratowanego okienka.

- Żyje?

- Kto?

- Zennor.

-   Pół   godziny   temu   wyglądał   na   żywego.   Przyszedł   z   wizytą,   ale   nie   dałeś   się 

obudzić.

Westchnąłem   ciężko.   Targały   mną   sprzeczne   uczucia.   Chciałem   zemsty,   ale   nie 

byłem   pewien,   czy   pragnę   śmierci   tego   łajdaka.   Spróbowałem   mordu   z   zimną   krwią, 

przyznaję, ale nie przypadło mi to do gustu, i to nie z uwagi na finał i wzięcie po łbie. 

Mordowanie   ogólnie   nie   sprawiało   mi   przyjemności.   Tak,   celu   nie   zrealizowałem,   a   na 

dodatek wciągnąłem Mortona po uszy w gówno.

-  Przykro  mi,  ale   tak  mnie  poniosło,  że  nie  pomyślałem  o  tobie...  -  przyznałem 

szczerze.

-   Sierżant   Blogh   wydał   mnie,   ledwie   pokazała   się   Żandarmeria   Polowa. 

Powiedziałem im wszystko, zanim naprawdę się za mnie zabrali...

- I tak cię poobijali, jak widzę. Moja wina.

-   Nie   twoja.   Prędzej   czy   później   wojsko   i   tak   by   mi   dokopało.   Armia   i   ja   nie 

zgadzamy się organicznie, a dzięki tobie, Jak, przynajmniej było wesoło.

- Jim. Naprawdę nazywam się Jim diGriz i pochodzę z dość odległej planety.

background image

- Miło poznać. Jesteś szpiegiem?

- Nie. Jestem tu prywatnie. Zennor spowodował śmierć mojego przyjaciela. Chcę 

wyrównać rachunki.

- A ten ptak i reszta?

Przyłożyłem palec do ust, zanim zdążył dodać cokolwiek więcej.

- Te dowcipy o zwierzętach? Zoolog-hobbysta, nie ma o czym gadać. Wytrzeszczył 

oczy,   czemu   trudno   się   dziwić.   Ja   tymczasem   rozejrzałem   się   po   ścianach.   Leżałem   na 

cieniutkim   materacu,   toteż   poprawiłem   się   i   wypisałem   palcem   na   zakurzonej   podłodze: 

PODSŁUCH. Odczekałem, aż zrozumie, o co chodzi, i starłem napis.

- Ogólnie rzecz biorąc, gdzie jesteśmy? - spytałem.

-   W   jakimś   budynku   w   mieście.   Wojsko   zrobiło   tu   sztab.   Trudno   dokładnie   go 

opisać, bo trafiłem tu w niejakim pośpiechu. Wszędzie roi się od żołnierzy.

- Widziałeś jakichś cywilów?

- Żadnego... - Przerwał mu zgrzyt klucza w zamku.

Drzwi stanęły otworem i do środka wpadło z pół tuzina uzbrojonych żandarmów, po 

czym wkroczył Zennor ze zbrodnią wypisaną na fizjonomii.

-   Jesteś   pewien,   że   tych   paru   dupków   zapewni   ci   bezpieczeństwo,   Zennor?   - 

spytałem uprzejmie. W odpowiedzi podszedł i kopnął mnie w bok.

- Co za styl... - syknąłem, zaciskając zęby. - Kopanie leżącego, no, no... Zamierzył 

się do powtórki, ale się rozmyślił i wyjął broń.

- Zabrać tego drugiego, przynieść mi krzesło i czekać za drzwiami! - polecił, mierząc 

mi między oczy.

Trzeba im przyznać, że rozkazy wykonali biegiem, choć strasznie głośno. W końcu 

jednak się wynieśli, krzesło zostało podstawione i Zennor zasiadł na nim, ani na chwilę nie 

spuszczając ze mnie spojrzenia.

-   Chcę   wiedzieć,   jak   tu   dotarłeś   i   jak   w   ogóle   mnie   znalazłeś   -   stwierdził,   gdy 

zamknięto drzwi. - Chcę wiedzieć wszystko.

- Wszystko? Proszę uprzejmie. Otóż ostatni raz widzieliśmy się, gdy nas sprzedałeś 

na Spiovente. To brutalna planeta, gnido, i nic dziwnego, że ktoś w wieku Hetmana się na niej 

przekręcił.   Tak   więc   jesteś   odpowiedzialny   za   jego   śmierć,   łajzo,   i   nie   muszę   ci   chyba 

tłumaczyć, dlaczego tu jestem.

- Nie musisz. - Dotknął bandaża na szyi. - Co dalej?

- Niewiele. Wojna, morderstwo, tortury, zwykła codzienność. Przetrwałem, by zostać 

aresztowanym przez Marynarkę Ligi, uciekłem i odnalazłem cię, durniu, dzięki twej własnej 

background image

głupocie.

- O czym ty, u diabła, bredzisz?

-   Nie   pamiętasz,   Garth,   jak   wrobiłeś   dziewczynę   o   imieniu   Bibs?   Została 

aresztowana za prochy. Tyje podłożyłeś...

- To nieistotne...

- Dla niej owszem, i to bardzo. Jest już wolna i daleko stąd, co też pewnie cię 

zmartwi, ale zanim odleciała, podała mi twoje prawdziwe nazwisko i powiedziała, gdzie cię 

znaleźć. Bo widzisz, ja uwolniłem ją z pudła. I to wszystko.

- Nie wszystko. Ty jesteś szpiegiem, którego szukaliśmy?

- Nie jestem żadnym szpiegiem, a co do wylądowania i całej reszty, owszem, to 

byłem ja. Najciemniej jest pod latarnią, a zostanie oficerem pomiędzy tymi półgłówkami to 

igraszka. Gdybym się na ciebie nie natknął, nikt by mnie nie znalazł. Teraz żałuję, że cię nie 

zabiłem, ale to można naprawić. Pamiętaj o tym, zwłaszcza w nocy. Tak na marginesie, tego 

gnata trzymasz w dłoni tak sobie, czy masz zamiar mnie zastrzelić?

-   Miłe   byłoby   zrobić   to   osobiście,   ale   zamierzam   lepiej   wykorzystać   twoją 

egzekucję. Razem ze swoim kumplem zostaniecie osądzeni i umrzecie publicznie skazani za 

kilka przestępstw, od napaści na przełożonego poczynając.

- I co ci to da?

- Przekona tych durniów, którzy zamieszkują planetę, że dotrzymujemy słowa. Ta 

banda tchórzy pozwoliła bez walki odebrać sobie cały ten świat. Teraz jęczą, że chcą go z 

powrotem, i odmawiają wykonania jakiejkolwiek pracy,  dopóki nie odejdziemy.  Wszyscy 

porzucili pracę i miasto wkrótce będzie sparaliżowane. Wasza śmierć powinna to zmienić.

- Przykro mi, ale za cholerę nie rozumiem, w jaki sposób.

- Nie szkodzi, wiem swoje. Będzie to najlepszy dowód, że dotrzymujemy słowa, a po 

waszej   egzekucji   weźmiemy   zakładników   i   zapowiemy,   że   ich   też   zastrzelimy,   jeśli   nie 

zaczną z nami współpracować. I tak do skutku.

- Wiesz, Zennor, nie dość, że jesteś tchórz, to jeszcze ostatnie ścierwo... - ciągu 

dalszego nie było, bo wystrzelił. Nie trafił, bo i nie chciał, ale hałas był ogłuszający. Zanim 

przestało mi dzwonić w uszach, wewnątrz była już kupa żandarmów pragnących wdeptać 

mnie w podłogę. Na szczęście mieli więcej entuzjazmu niż umiejętności, ponadto mocno 

sobie nawzajem przeszkadzali, ale i tak czułem się potem jak po spotkaniu z czołgiem...

-   Wystarczy!   -   wrzasnął   Zennor.   -   Umyć   go,   przebrać   w   czysty   mundur   i 

przygotować do procesu. Tego drugiego też. Macie na to godzinę!

Musieli   mi   przyłożyć   mocniej,   niż   sądziłem,   z   późniejszych   zdarzeń   pamiętam 

background image

bowiem dopiero Mortona usiłującego zdjąć mi koszulę.

- Puszczaj, sadysto! - sieknąłem. - Sam potrafię.

Na krześle leżał nowiutki mundur szeregowca, Morton założył już swój. Byłem też 

solidnie zlany wodą. Ciekawe, czemu mnie to nie obudziło? Powoli zdjąłem koszulę, buty i 

spodnie. Buty!

- Wiesz już o procesie? - spytał ponuro Morton. - Podobno to już za godzinę.

Niepostrzeżenie sięgnąłem do buta. Wolałem zachować ostrożność, gdyby mieli tu 

kamerę. Godzina! Dość, by coś wymyślić.

- Zennor kazał ci powtórzyć,  że w ten sposób stąd nie wyjdziesz.  Miałem ci to 

powiedzieć, gdy zdejmiesz buty. Pojęcia nie mam, o co mu chodziło.

- Ale ja wiem.

Trzeba być złodziejem, żeby złapać innego złodzieja, a Zennor z pewnością był kimś 

takim. Mogłem zatem spokojnie dać sobie spokój z butami. Wytrycha najpewniej od dawna 

już tam nie było.

Przyszli  po  nas  w  godzinę   później. Przyznać   trzeba,  że  przygotowali   widowisko 

zgodnie   ze   wszystkimi   szykanami   wojskowego   cyrku.   Wyglansowane   buty,   odprasowane 

mundury,  darcie  mordy  przy komendach,  walenie  w  dach przy każdej  okazji  i strzelanie 

kopytami. Każdy trep musiał być w siódmym niebie. Ponieważ jakiś nadgorliwiec założył 

nam   kajdanki   także   na   nogi,   odmówiliśmy   współpracy   i   musiano   nas   zanieść,   a   raczej 

zaciągnąć   na   specjalnie   przygotowaną   platformę   pośrodku   placu,   gdzie   wcześniej   już 

usadowił   się   skład   sędziowski.   Ponadto   była   tam   klatka   dla   nas   i   pół   tuzina   krzeseł,   na 

których usadzono tubylców, w tym i Stirnera. Platformę otaczał kordon żandarmów, druga ich 

linia pilnowała tłumu cywiliów, najwyraźniej spędzonych tu na siłę. Ledwie wsadzono nas do 

klatki, Stirner podszedł z pytaniem.

- Co oni wyprawiają, kapitanie? Nic z tego nie rozumiemy.

- Mówisz w esperanto!

-   Co?   A,   tak,   jeden   z   naszych  lingwistów   znalazł   podręcznik   tego   języka,   toteż 

ostatniej nocy część z nas się go pouczyła, bo stale były kłopoty ze zrozumieniem...

- Siadać! - ryknął Zennor z miejsca przewodniczącego sądu.

- Dalej w to nie wierzę! - oznajmił Stirner, odprowadzany przez dwóch żandarmów 

na krzesło. Zagrały trąby i farsa ruszyła. Udałem, że śpię, ale potraktowano mnie czubkiem 

bagnetu. Wpatrywałem się więc tępo przed siebie, a ocknąłem się dopiero, gdy postawiono 

nas na nogi.

-   ...przedstawionych   zarzutów   -   wreszcie   usłyszałem,   jak   perorował   Zennor.   - 

background image

Dlatego   wyrokiem   niniejszego   sądu   skazuję   oskarżonych   na   śmierć   przez   rozstrzelanie. 

Wyrok zostanie wykonany jutro o ósmej rano w wyznaczonym miejscu. Od wyroku apelacja 

nie przysługuje. Zabrać ich!

- Też mi sprawiedliwość! - krzyknąłem. - Nie pozwolono nam się słowem odezwać 

w trakcie tego przedstawienia. Chcę złożyć oświadczenie!

- Uciszyć więźnia!

Owłosiona łapa spróbowała zamknąć mi usta, więc ją ugryzłem. Łapa zniknęła, ale 

zamiast   niej   pojawił   się   odporny   na   gryzienie   gałgan.   Mortona   potraktowano   podobnie, 

chociaż nie próbował się odzywać. Zennor przywołał do mikrofonu tłumacza.

- Powiedz im, żeby uważnie słuchali, bo teraz będzie komunikat. Wzmocniony głos 

odbił się echem od milczącego tłumu.

- Jesteście tu dlatego, że zbyt wielu spośród was świadomie nie wykonuje naszych 

poleceń.   Ten   stan   rzeczy   ulegnie   zmianie,   i   to   w   najbliższym   czasie.   Widzieliście,   jak 

sprawnie działa wymiar sprawiedliwości, ci dwaj więźniowie zostali uznani winnymi szeregu 

przestępstw, za które karą jest śmierć. Umrą jutro rano. Rozumiecie?

Nad słuchającymi uniósł się groźny pomruk, a Stirner aż wstał. Strażnicy próbowali 

go posadzić, ale Zennor ich powstrzymał.

- Wiem, że mówię w imieniu nas wszystkich - powiedział Striner i słychać go było 

doskonale,   chociaż   nie   używał   mikrofonu.   -   Nieco   nas   to   zaskoczyło,   pragnę   zatem 

wyjaśnień.   Najbardziej   niezrozumiałe   jest   to,   skąd   ci   ludzie   wiedzą,   że   jutro   umrą?   Nie 

wyglądają na chorych. Nie rozumiemy, skąd możesz znać dokładną godzinę ich zgonu.

Zennor przyglądał mu się przez chwilę niczym duchowi. Wyraźnie tracił cierpliwość.

-   Czy   wy   naprawdę   jesteście   tacy   głupi,   czy   tylko   udajecie?   Czy   tę   planetę 

zasiedlono kiedyś  ociężałymi umysłowo kretynami? Ci dwaj jutro umrą, bo ich zabijemy. 

Kulami   wystrzelonymi   z   broni.   To   jest   broń!   -   ryknął,   wyciągając   gnata   i   strzelając   w 

powietrze. - Wystrzelimy kule, które zrobią w nich dziury, a oni umrą od tych dziur. Jutro 

załatwimy tych kryminalistów. Nie jesteście wegetarianami i zabijacie zwierzęta, by mieć 

mięso. Jutro my w ten sam sposób zabijemy tych dwóch, choć naturalnie nie dla mięsa. Czy 

wytłumaczyłem wam to dostatecznie jasno, ty półgłówku?

Stirner siadł z ogłupiałą miną, a Zennor znów złapał za mikrofon.

- Oni zginą, a wy będziecie się temu przyglądać. I zrozumiecie, że macie robić to, co 

się wam każe, bo w przeciwnym razie zostaniecie uznani za takich samych przestępców, jak 

ci dwaj, i także zostaniecie zastrzeleni. Jedynym wyjściem jest słuchać naszych poleceń...

Głos mu zamarł, gdyż stracił słuchaczy. Siedzący na platformie bez słowa wstali i 

background image

odeszli, podobnie jak stojący na placu. Nie używali przy tym przemocy. Gdy żołnierze łapali 

któregoś, ten szamotał się, ale nie próbował walczyć, a w tym czasie inni przechodzili obok i 

znikali   w   bocznych   uliczkach.   Zennor   szybko   zrozumiał,   że   z   takimi   siłami   nie   opanuje 

publiczności, chyba że każe użyć broni. Był łajdakiem, ale czasami myślał.

- Możecie wszyscy odejść - oznajmił. - I pamiętajcie, że rano tu wrócicie i będziecie 

patrzeć na ich egzekucję. Po niej dostaniecie polecenia, które wypełnicie.

Dał  znak strażnikom i  obaj  zostaliśmy zwleczeni  z podium  i odniesieni  do celi. 

Drzwi zamknęły się z trzaskiem i zapadła cisza.

background image

18

Spętani jak barany, przeleżeliśmy kilka godzin, aż zjawił się bykowaty żandarm z 

obiadem. Postawił tacę, przyjrzał się nam i podjął heroiczny wysiłek myślowy w kwestii, jak 

nakarmić więźniów nie wyjmując im knebli... Nie dał jednak rady, toteż wykrzyknął przez 

ramię:

- Sierżancie, mam tu problem!

- Pewnie masz, jeśli mi zawracasz głowę bez powodu - dobiegło zza drzwi i pojawił 

się sierżant.

- Mam ich nakarmić, ale oni mają kneble i nie mogą...

- Widzę - przerwał mu tamten i wyjął pęk kluczy.

Zdjął mi kajdanki i zabrał się za Mortona. Ponieważ powrót krążenia bywa bolesny, 

jęknąłem, sięgając po knebel, i w nagrodę dostałem kopa. Sierżant wyszedł z triumfalnym 

uśmiechem, a ja cisnąłem za nim kneblem. Nie trafiłem. Następnie sięgnąłem po tacę i aż 

mnie odrzuciło.

- Hotpup. - Morton wypluł resztki knebla. - Wyczułem to, ledwie wlazł. Złapałem 

kubek i ostrożnie spróbowałem: woda.

- Toast - wychrypiałem, unosząc naczynie. - Za wojskową sprawiedliwość.

Wypiliśmy ze smakiem.

- Chciałbym być tak twardy jak ty - stwierdził Morton.

- Póki życia, poty nadziei, chociaż prawdę mówiąc, nie wiem, co by tu wymyślić. 

Gdybym miał wytrych, wyszlibyśmy w parę minut...

- To o to chodziło Zennorowi?

- Właśnie. Pozostało nam zatem czekać na okazję.

Oświadczenie   to   nie   miało   na   celu   pognębienia   Mortona,   który   osiągnął   zresztą 

chyba   dno,   ale   raczej   było   przeznaczone   dla   osób   nas   podsłuchujących.   Nie   miałem 

wątpliwości,   że   w   pomieszczeniu   jest   przynajmniej   jeden   mikrofon,   a   może   i   kamera. 

Zjadłem   trochę   parówki,   pokręciłem   się   i   zebrałem   cicho   nasze   porzucone   na   podłodze 

okowy, zwijając je w prymitywny kastet. Stanąłem za drzwiami. Żandarm powinien przyjść 

po tace...

Klucz zgrzytnął, drzwi się uchyliły, a sierżant wrzasnął:

- Ty tam, za drzwiami! Rzuć to żelazo na środek celi, bo nie będą mieli kogo jutro 

rozstrzelać!

Zakląłem, przekonując się jednak w ten sposób, że jest tu ukryta kamera.

background image

- Która godzina, sierżancie? - spytał Morton.

- Szesnasta. - Sierżant trzymał nas na muszce, a żandarm zbierał naczynia.

- Muszę do kibla.

- Dopiero o dwudziestej. Taki rozkaz.

- Co, sikanie na rozkaz? Jak w przedszkolu? - parsknąłem, ale nie zrobiło to na 

sierżancie żadnego wrażenia.

Do toalety zaprowadzono nas pojedynczo i pod taką strażą, że sikanie zamieniło się 

w czynność wyjątkowo niebezpieczną. Potem zamknięto nas w celi, pozostawiając zapalone 

światło.   Zaczynałem   poważnie   się   zastanawiać,   czy   nie   warto  zmienić   zdania   w   sprawie 

morderstwa i w trakcie tych rozmyślań zasnąłem. Obudził mnie znajomy szczęk klucza.

- Szósta rano, ostatni posiłek - oznajmił z satysfakcją sierżant.

- Znowu hotpup?

- Jak wam się udało zgadnąć?

-   Zabierz   to   gówno,   przynajmniej   umrę   głodny   klnąc   w   żywy   kamień   - 

zapowiedziałem, ale bez odzewu. Sierżant wzruszył ramionami i wyszedł.

- Dwie godziny... - chlipnął niespodziewanie Morton. - Mama nigdy nie dowie się 

nawet, jak skończyłem...

Zamiast odpowiedzi pociągnąłem nosem. Coś tu śmierdziało, i to dosłownie. Nie 

była to woń hotpupa, na dodatek zalatywało coraz mocniej i to najwyraźniej z podłogi, która 

w pewnej chwili osobliwie zadymiła. Morton siedział plecami do potencjalnego wulkanu, 

dlatego   niczego  zrazu  nie   zauważył,   ja  zaś  w  napięciu  obserwowałem   powiększającą  się 

szczelinę. Gdy przybrała formę okręgu, Morton zorientował się wreszcie, że coś jest nie w 

porządku.

- Co...? - zaczął, ale przerwał, gdyż dymiący krąg drewnianej podłogi zapadł się na 

jego oczach, a w otworze pojawiła się szpakowata głowa.

-   Nie   dotykajcie   krawędzi   -   ostrzegł   Stirner.   -   To   wyjątkowo   silny   kwas.   Na 

korytarzu rozległy się wrzaski i tupot butów.

- Obserwują nas! - krzyknąłem, zrywając się z miejsca i łapiąc Mortona za kołnierz. - 

Szybko!

Stirner zniknął, zaciągnąłem więc Mortona i wrzuciłem go nogami w dół, po czym 

sam skoczyłem, słysząc już szczęk klucza w zamku.

Lądując   straciłem   równowagę   i   runąłem   na   coś   miękkiego   -   na   Mortona,   który 

ogłupiony   rozwojem   wydarzeń   nie   reagował   na   nalegania   Stirnera,   ciągnącego   go   ku 

podobnie wypalonej kolejnej dziurze w podłodze. Nie tracąc czasu przerzuciłem go przez 

background image

ramie, doniosłem do otworu i wrzuciłem. Rozległ się wrzask i łomot, najwyraźniej bodźce 

fizyczne w końcu go obudziły. Stirner ruszył za nim, ale skorzystał z opartej o brzeg otworu 

drabiny. Nad nami coś zatupało, zatem skoczyłem w półmrok piwnicy.

-   Tędy   -   polecił   dziewczęcy   głos   od   strony   otwartych   drzwi   na   drugim   końcu 

piwnicy.

Stirner próbował pozbierać Mortona z podłogi, ale niezbyt mu to szło, zatem znów 

przerzuciłem sobie ofiarę przez ramię i pokłusowałem ku drzwiom. Dziewczę zamknęło je, 

ledwie przeszliśmy próg, blokując solidnym ryglem, i podążyło w ślad za nami.

Stirner   doprowadził   nas   do   kolejnych   drzwi,   które   zamknął   następnie   równie 

starannie jak pierwsze. Korytarz, jeszcze inne wrota. I jeszcze jedne.

- Chwilowo jesteśmy bezpieczni  - oznajmił  Stirner,  blokując  kolejne przejście.  - 

Piwnice są rozległe, a drzwi po zamknięciu zamieniają je w porządny labirynt. Czy twój 

przyjaciel jest ranny?

- Plum... - wykrztusił z siebie Morton, kiedy przywróciłem mu pionową pozycję.

-   Raczej   zdziwiony   do   granic   możliwości.   Nadmiar   wrażeń.   Chciałem 

podziękować...

-   Dyskusje   potem,   jeśli   pozwolisz.   Musimy   was   jak   najszybciej   stąd   wydostać. 

Opuszczę was na chwilę, więc Sharla będzie waszą przewodniczką. Ulice pełne są ludzi, 

którzy zebrali się, by obejrzeć to ceremonialne zabójstwo. Wszyscy wiedzą, że uciekacie i z 

radością pomogą w tak nadzwyczajnej sprawie.

- Uważaj, w naszej celi ukryta była kamera. Mają twoje zdjęcie i będą cię szukać.

- Ale nie znajdą. Do widzenia.

Otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz i zniknął w tłumie. Nasza przewodniczka 

wskazała tę samą drogę, toteż złapałem Mortona, by gdzieś mi się nie zawieruszył, i ruszyłem 

za   nią.   To,   co   zobaczyliśmy   na   zewnątrz,   było   nie   do   opisania.   Ulicę   wypełniał 

wielotysięczny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, z których nikt nie spojrzał nawet w naszą 

stronę ani nie dał najmniejszego znaku, że nas widzi, ale wolna przestrzeń otwierała się przed 

nami   błyskawicznie   i   równie   szybko   zamykała   za   naszymi   plecami.   Szliśmy   jakby   w 

przemieszczającej się wraz z nami pustce, na dodatek towarzyszyło temu całkowite milczenie. 

Dobrze wyszkolona grupa musiałaby się nieźle napracować, aby osiągnąć taki efekt płynnego 

ruchu bez zwalniania kroku.

Zacząłem podejrzewać, że Zennor połaszczył się na kąsek, który rychło stanie mu 

kością   w   gardle.   W   oddali   rozległy   się   krzyki,   ale   po   chwili   umilkły.   Tłum   zafalował, 

mruknął i ucichł, a my rzuciliśmy się do przodu. Nie tylko my zresztą. Tłum poruszał się w 

background image

różne strony, by zamaskować nasz marsz przed stojącymi w oknach sztabu obserwatorami.

Zbliżyliśmy się do drzwi w murze po przeciwległej stronie ulicy; uchyliły się, aby 

nas wpuścić. Zaraz potem zamknęła je starannie jakaś starsza pani.

-   To   Grene,   bibliotekarka   -   przedstawiła   Sharla.   -   To   ona   zaplanowała   waszą 

ucieczkę.

- Serdeczne dzięki - wymamrotałem lekko zaskoczony. - Uratowała nam pani życie.

- Nie ma o czym mówić - uśmiechnęła się promiennie. - Nadal jeszcze nie jesteście 

zupełnie bezpieczni. Przejrzałam bibliotekę szukając książek o ucieczkach i więzieniach i z 

pomocą   naszych   inżynierów   wymyśliliśmy   to   wszystko,   ale   nie   wiemy,   co   dalej.   Plan   z 

książki kończył się w tym miejscu...

- Nie ma problemu - ocknął się Morton. - Plan był świetny, a wykonanie doskonałe, 

poza tym mój przyjaciel jest specjalistą od ucieczek i włamań. Na pewno Jim powie, co dalej.

- Wiesz? - spytała nerwowo blibliotekarka.

- Oczywiście, najpierw jednak muszę zadać kilka pytań. Po pierwsze, jak duże jest to 

miasto?

- Zastanówmy się... ciekawe pytanie... biorąc pod uwagę jego średnicę, to będzie...

- Moment! Nie tak. Ilu liczy mieszkańców?

- Według ostatniego spisu sześćset osiemdziesiąt trzy tysiące.

- Zatem chwilowo jesteśmy bezpieczni! Jak znam to mundurowe towarzystwo, to 

najpierw   pobiegają   w   kółko   i   postrzelają   w   niebo,   potem   jakiś   bardziej   rozgarnięty, 

najpewniej Zennor, zorganizuje blokady na drogach i spróbuje odizolować miasto. Następnie 

zaczną po kolei przeszukiwać budynki, rozpoczynając od tych, które stoją najbliżej sztabu.

- Musicie uciekać! - jęknęła Sharla z miłym dla serca zaangażowaniem.

-  Naturalnie,   będziemy   uciekać,  ale   w  sposób  zorganizowany.  Przede  wszystkim 

musimy pozbyć się mundurów i przebrać w cywilne rzeczy. Dalej, trzeba dołączyć do ludzi 

na   zewnątrz   i   najszybciej,   jak   się   da,   opuścić   pobliże   sztabu.   Schronimy   się   gdzieś   na 

przedmieściach albo nawet w pobliskiej miejscowości poza kordonem, którym pewnie otoczą 

miasto. Tam zastanowimy się, co dalej. Miasto opuścimy po zmroku.

- Cudownie! - ucieszyła się Sharla. - Zaraz zorganizuję dla was ubrania.

Zanim zdążyłem spytać, jak zamierza to zrobić, wybiegła z pomieszczenia, by po 

chwili powrócić z dwoma mężczyznami o podobnych do naszych gabarytach.

- Powinny być w sam raz - oceniła. - Poprosiłam ich, aby oddali wam swoje ubrania.

- Pomaganie wam to przywilej - dodał niższy. - Zamienimy się?

-   Nie   -   zaprotestowałem.   -   Weźmiemy   wasze   ubrania   z   serdecznym 

background image

podziękowaniem, ale nasze mundury musicie zaraz zniszczyć. Gdyby was w nich zobaczyli, 

zaczęliby strzelać.

Załamała ich ta nowina.

- To niemożliwe! - jęknęła bibliotekarka.

- Możliwe, choć faktycznie durne. Znam ich metody...

Przerwało mi gwałtowne łomotanie do drzwi. Sharla otworzyła je, zanim zdążyłem 

ją powstrzymać, ale szczęśliwie to był tylko zasapany Stirner.

- Nic ci nie jest? - spytałem.

- Nie... Obcy pobili paru ludzi... strzelali... są ranni, ale na szczęście nikt nie zginał...

- Trzeba ich powstrzymać - oznajmiłem. - Na szczęście wiem, jak to zrobić. Musimy 

wrócić do elektrowni, gdzie stacjonuje moja kompania, zanim ich gdzieś przeniosą. Teraz 

ruszymy w drogę do jakiejś bezpieczniejszej kryjówki, z dala od centrum, gdzie przeczekamy 

do zmroku.

- Nie rozumiem - przyznał Stirner.

- Ale ja tak. - Morton wyraźnie odzyskiwał przytomność umysłu. - Ten odrzutowy 

ptak, którego ukryliśmy pod manierkami...

- ...z wódką - dokończyłem. - Jeszcze jeden powód do pośpiechu, bo jak się spiją, to 

zaczną rozrabiać, a wtedy ktoś może znaleźć to pierzaste bydlę. Jak słyszałeś, sterował nim 

oficer Ligi, którzy bierze pensję za utrzymywanie pokoju w galaktyce. Nie wie jeszcze, gdzie 

jesteśmy, ale jak się dowie, to zadziała. Ten ptak musi umożliwiać nawiązanie łączności z 

Marynarką Ligi, bo inaczej by mi go nie wciskał.

- To nasze wybawienie!

- Poetycko to ująłeś, ale o to chodzi. - Morton roześmiał się, wywołując cokolwiek 

dziwne spojrzenia naszych nowych towarzyszy.

background image

19

Bellegarriąue   było   dużym,   rozległym   miastem,   ale   przeważała   w   nim   zabudowa 

niska i niewielka, ulice były szerokie. Ledwie wydostaliśmy się poza centrum, znaleźliśmy się 

w czymś na kształt podmiejskiej dzielnicy willowej. Wiadomość o naszej ucieczce zatoczyła 

już szerokie kręgi, toteż ulice były zatłoczone, a co parę chwil mijał nas jakiś wojskowy 

samochód. Wyglądało na to, że wszyscy tubylcy wiedzą, kim jesteśmy. To społeczeństwo 

było wręcz stworzone do wojny partyzanckiej. Dzięki takiemu nastawieniu omijanie punktów 

kontrolnych  było dziecinnie łatwe, a przy okazji zwiedziliśmy nieco miasto i przeszliśmy 

przepływającą przez nie rzekę. Ogrody stawały się coraz większe, domy coraz mniejsze i 

wczesnym popołudniem dotarliśmy na peryferie metropolii.

-   Wystarczy   -   powiedziałem,   czując   w   nogach   parę   niezłych   kilometrów.   -   Czy 

możemy gdzieś tu znaleźć kąt, by przeczekać do nocy?

-   Wybierzcie   sobie,   możecie   zatrzymać   się   w   każdym   z   tych   domów.   -   Striner 

pokazał na okolicę. Pozbierałem szczękę z chodnika i wskazałem na najbliższy domek  o 

drewnianych   ścianach   i  białych  oknach,   cały  w  kwiatach.  Gdy  podeszliśmy,   w  drzwiach 

stanęło młode małżeństwo, które zaprosiło nas serdecznie do środka.

- Wejdźcie, zaraz podamy coś do jedzenia – obiecała gospodyni.

I dotrzymała słowa. Po tym, co jedliśmy w wojsku, to było czystym obżarstwem, w 

dodatku przy pełnej aprobacie gospodarzy i Stirnera. Gdy skończyliśmy, pan domu podał do 

deseru przedestylowane wino.

- Serdeczne dzięki - sapnąłem, odsuwając ostatecznie talerz. - Za uratowanie życia, 

żołądków i za napojenie spragnionych. Z całym szacunkiem dla waszej filozofii życia, której 

jesteście, jak mi się zdaje, gorącymi zwolennikami. Nie słyszałem o niej dotąd, a chętnie 

dowiedziałbym się conieco.

Jak na komendę obecni spojrzeli na bibliotekarkę, która skinęła głową i zabrała głos.

- Przyzwalająca Wspólnota Otwarta oznacza więcej niż tylko filozofię życiową, to 

system społeczny oraz etyczny.  To, co powiem, zawarte zostało w pracy twórcy tej idei, 

Marka Czwartego  - wskazała na oprawiony tom leżący na nocnym  stoliku. - Tę książkę 

znajdziecie w każdym domu na tej planecie. Na ścianie zaś jest jego portret.

Spojrzałem i mowę mi odebrało, ale za to Morton jęknął wystarczająco głośno za nas 

obu.

- Z tego, co widzę, to Mark Czwarty był robotem!

-  Nie  robotem,   ale  sztuczną   inteligencją   o postaci   robota.  Pierwszą  tego  typu  w 

background image

dziejach ludzkości. Mark Pierwszy miał kłopoty z łącznością, a Mark Drugi...

Mark Czwarty, czyli Mark IV, czyli Mk IV, olśniło mnie.

- Mark Cztery, czwarty typ w serii!

- Zgadza się. Gdy go po raz pierwszy włączono, był przy tym młody naukowiec, Tod 

E'Bouy,   który   wszystko   opisał   w   książce   pod   tytułem  Historyczny   traktat   o   niektórych 

aspektach konstruowania sztucznej inteligencji, podtytuł Galwanizowana wiedza.

Stirner   podszedł   do   regału   z   książkami,   wyjął   z   półki   cienki   tom,   otworzył   i 

przeczytał: Długotrwałe poszukiwania i ciężka praca wielu pokoleń naukowców uwieńczone 

ostatecznie zostały w tej chwili, gdy doszło do uruchomienia przełącznika. Być może był to 

najważniejszy moment w historii ludzkości. Przekręciłem kontakt, zapłonęły lampki kontrolne  

i   od   tej   chwili   oprócz   naszej,   we   Wszechświecie   zaistniała   jeszcze   jedna   inteligencja.  

Poczekaliśmy, aż system skończy kontrolę wewnętrzną. Ekran rozjarzył się i przeczytaliśmy  

wiekopomne słowa: JESTEM, WIĘC MYŚLĘ.

Zamknął książkę w tak dokładnej ciszy, że mnie, zakamieniałemu niedowiarkowi, aż 

głupio się zrobiło. Zresztą, pomyślałem, ludziom zdarzało się wierzyć w najróżniejsze rzeczy, 

dlaczego więc nie mieli czasem zacząć wierzyć i w bóstwo maszynowe? Ponieważ nikt nie 

kwapił się do przerwania milczenia, w końcu się odezwałem.

- Nie macie wojska ani policji, co prywatnie bardzo mi się podoba, bo normalnie z 

obydwoma   są   jedynie   kłopoty.   Ciekawi   mnie   jednak,   jak   radzicie   sobie   z   osobnikami 

łamiącymi prawo.

- Nie ma tu praw, które można  by łamać - odparł Stirner przy wtórze ogólnego 

potakiwania.  - Jestem pewien, że obu was  uczono, iż prawa są kształtowane  jako wynik 

doświadczeń   kolejnych   pokoleń.   My  myślimy   inaczej   -   prawa   nie   wynikają   z   rozwagi   i 

doświadczenia, ale z nieokiełznanych pasji, nienawiści, ambicji. To wszystko spisane jest w 

historii   rozważań   Marka   Czwartego,   które   to   rozważania   doprowadziły   go   do   koncepcji 

Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej.

Gospodarz znów się zerwał, poszukał czegoś w biblioteczce i wręczył mi średnio 

grubą książkę.

- Proszę, weźcie mój egzemplarz. To zaszczyt móc dać go komuś, kto chce poznać 

zasady naszego życia.

- Serdeczne dzięki - odparłem z nadzieją, iż brzmi to szczerze, i otworzyłem tom. Jak 

się spodziewałem, tekst złożono nader drobnym drukiem.

-   Przeczytacie   później   -   wtrącił   się   Stirner.   -   Naszą   historię   można   streścić 

następująco:   Mark   Czwarty   indagowany   był   w   wielu   kwestiach,   a   jego   potężny   intelekt 

background image

wykorzystywano przy rozwiązywaniu problemów tak potocznych, jak i naukowych. W jego 

rady zwątpiono, gdy doszło do analizy systemów  politycznych.  Najpierw zapoznał się ze 

wszelkimi dostępnymi materiałami oraz z komentarzami, co zajęło mu naprawdę sporo czasu, 

po czym poddał ów materiał analizie, a jej wynikiem jest niniejsza książka, której wówczas 

jednak nie przekazał ludziom, tylko zachował w swej pamięci. Wiedział już bowiem dość o 

politykach   i   ich   metodach,   toteż   uznał   za   stosowne   podjąć   odpowiednie   środki 

bezpieczeństwa. Przekazał następnie książkę do wszystkich banków danych na świecie i do 

wszystkich elektronicznych systemów przesyłania danych z poleceniem drukowania tekstu, 

udostępniając w ten sposób tekst wielkiej rzeszy czytelników. Przeprosił potem urażonych i 

pokrył  koszty druku, jako że pozycja  jest obszerna, ale cała akcja okazała się skuteczna. 

Żaden polityk nie zgodził się z jego postawą, a wręcz przeciwnie, podjęto wiele wysiłków, 

aby zlikwidować zarówno pracę, jak i wszystkich jej zagorzałych czytelników.  A tych było 

wielu.     Logiczny   dowód,   że   człowiek   nie   potrzebuje   nadzorców   pod   postacią   rządu,   nie 

potrzebuje środków przymusu ani autorytetów moralnych, zatem i religii, a w konsekwencji 

wojska, księży, policji ani polityków, okazał się łatwy do zrozumienia i do zaakceptowania 

przez jednostki. Mark udowadniał, że każda z tych profesji oznacza ludzi dbających tylko o 

jedno, czyli o swoje stanowisko i korzyści, nie liczących się z nikim i z niczym. Jednostki, 

które  to  zrozumiały,   pojęły także,   że  zmuszone  będą  znaleźć  miejsce,  w  którym   uda się 

wrowadzić ideę w życie. Wiedziały, że nie będzie to łatwe, gdyż jak zauważył Mark Czwarty, 

jednostka   nie   musi   wprawdzie   podporządkowywać   się   państwu,   ale   żadne   państwo   nie 

zrezygnuje   dobrowolnie   ze   swej   nadrzędności   i   omnipotencji.   Jak   zwykle   w   podobnych 

przypadkach,  nastały czasy walk, zamieszek  i prześladowań. W końcu przybyliśmy  tutaj, 

gdzie   nikt   nie   mógł   nas   odnaleźć,   zrezygnowaliśmy   z   kontaktu   z   innymi   światami   i 

stworzyliśmy społeczeństwo oparte na idei Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, w którym to 

społeczeństwie pokój może trwać wiecznie.

- Raczej trwał, do chwili najazdu Zennora - poprawiłem go ponuro.

Stirner roześmiał się widząc moją minę.

- Nie rozpaczaj, bo nie ma powodu. Zaskoczyli nas, to prawda, nic dziwnego zresztą, 

parę wieków żyliśmy w spokoju. Nie brak nam odwagi i wiary w słuszność zasad, według 

których żyjemy. Być może dzięki tym przybyszom uda nam się przekazać idee Wspólnoty na 

inne, mniej szczęśliwe planety.

-  Z   tym  nie   ma  pośpiechu.   Na  razie   macie  u  siebie  dość  wielu   żądnych  mordu 

matołków, a to pilniejszy problem. Niezręcznie mi prosić was o dalszą pomoc, ale skopali 

mnie  fachowcy i przydałyby  się jakieś środki przeciwbólowe. Nie macie  tu przypadkiem 

background image

stosownych tabletek czy morfiny?

Przymknąłem na chwilę oczy i to pomogło.

Kiedy je otworzyłem, czułem się świetnie, a za oknem był już mrok. Obok zaś jakiś 

facet   chował   strzykawkę.   -   Zemdlałeś   i   mocno   wszystkich   wystraszyłeś   –   oświecił   mnie 

Morton. - Posłali po obecnego tu doktora Luma, który trochę cię podreperował.

- Lekki wstrząs mózgu i dwa złamane żebra - wyjaśnił lekarz. - Dałem ci środki na 

uśmierzenie bólu i wzmacniające, ponieważ powiedziano mi, że w nocy czeka cię wycieczka. 

Jeśli chcesz, mogę je zneutralizować.

Wstałem i ostrożnie zrobiłem kilka kroków. Czułem się jak nowy.

- Nie potrzeba, doktorze,  gdybym  był  przytomny,  wybrałbym  dokładnie  tę samą 

metodę leczenia. Ile czasu potrwa działanie blokady?

- Proszę się nie martwić, zostanę z tobą, aż wrócisz do zdrowia.

- Chyba się nie rozumiemy. Będę zmuszony poruszać się szybko i ukrywać, a to 

może potrwać naprawdę długo.

-  To  ty nie   rozumiesz  -  uśmiechnął   się Lum.  -  Będę  przy  tobie  dopóty,   dopóki 

będziesz   potrzebował   mojej  pomocy.   Wszyscy   na  tej   planecie   pomogą  ci,   gdy  będzie   to 

konieczne.

- Wspólnota? - domyśliłem się.

- Właśnie. Co teraz?

- Spacer. Wojsko ma aż za dużo urządzeń, pozwalających wykryć i śledzić pojazdy 

w ruchu.

- A ludzi? - spytał Stirner. - Musieli chyba o tym pomyśleć?

- Pomyśleli, i to dawno. Każde ludzkie ciało wydziela tak wiele ciepła, że można bez 

problemu wykryć je z dużej odległości, tyle że nie sposób odróżnić tą metodą człowieka od 

człowieka.   Co   gorsza,   przynajmniej   dla   nich,   niektóre   gatunki   zwierząt   potrafią   dawać 

podobne odczyty.

- Skoro chcemy maszerować w jakimś kierunku, to czy nie byłoby dobre, gdyby 

jednocześnie wiele innych grupek podążało we wszelkich możliwych kierunkach? - spytał 

Lum.

- Na pewno by pomogło - zaczynałem rozumieć, na jakich zasadach opierała się ta 

Wspólnota. - Jak przekażecie wiadomość?

- Najprościej, jak można. Wyjdę na ulicę i kogo spotkam, temu powiem, o co chodzi, 

ten zrobi to samo i wszyscy dowiedzą się błyskawicznie. Możemy iść.

- Dotrzemy do tamy przed świtem?

background image

- Bez trudu. Naturalnie, to twój wybór, ale gdybyś powiedział nam, co chcesz tam 

zrobić, moglibyśmy pomóc ci bardziej niż tylko jako przewodnicy.

Zmęczenie i cięgi musiały nieco przytępić moje zmysły, skoro dopuściłem do aż tak 

poważnego zaniedbania.

- Przepraszam. Zaczynam gonić w piętkę. Sytuacja wygląda następująco: odkąd wasi 

przodkowie umknęli  przed prześladowcami,  rasa ludzka nabrała nieco rozsądku i chociaż 

nadal   istnieją   wyjątki,   to   większość   zamieszkanych   planet   ceni   sobie   pokój.   Planety   te 

utworzyły Ligę, która powołała do życia Marynarkę, a głównym zadaniem Marynarki jest 

utrzymanie tego pokoju oraz kontaktowanie się planetami takimi jak wasza, o ile tego pragną. 

Nie   jestem   członkiem   tej   organizacji,   ale   współpracuję   z   nią   w   sprawie   inwazji   i   mam 

urządzenie umożliwiające nawiązanie łączności. Z powodów zbyt skomplikowanych, by je 

teraz wyjaśniać, wygląda ono jak ptak, a ukryte jest w transporterze, którym dojechałem do 

elektrowni.   Chcę   je   odzyskać   i   uruchomić,   aby   Marynarka   Ligi   dowiedziała   się,   gdzie 

jesteśmy, przybyła i uspokoiła tych wojaków.

- Jeśli Marynarka, w imieniu której mówisz, zamierza w tym celu użyć siły, to nie 

możemy ci pomóc - stwierdził Stirner po chwili namysłu.

- Co zamierza,  tego nie wiem,  ale w użycie  siły wątpię, gdyż  po pierwsze, bez 

porównania   przewyższa   technologicznie   najeźdźców,   a   po   drugie,   słynie   z   bezkrwawego 

rozładowywania konfliktów, a nie z masakr.

- W takim razie spróbujemy. Jak możemy ci pomóc?

- Prowadząc do hydroelektrowni, resztą zajmę się sam. Pójdziemy we trzech, ty, ja i 

lekarz. Będziemy potrzebować żywności i czegoś do picia.

- Zapomniałeś o mnie - ocknął się Morton.

- Wręcz przeciwnie, nie mogę zapomnieć. Jesteś wreszcie poza armią i niech tak 

zostanie. Albo wydostanę ptaka po cichu, albo wcale, a regularna walka z bogatszą o ostrą 

amunicję kompanią zwiadu nie jest szczytem moich marzeń. Siedź tu, gawędź z Sharlą i 

dowiedz się jak najwięcej o tej planecie i o tym, co wyprawa Zennor. Wrócę jutro w nocy i 

zastanowimy się, co dalej.

- Z przyjemnością przedyskutuję z tobą idee Wspólnoty - uśmiechnęła się Sharla i 

Morton tak się w nią zapatrzył, że nie zauważył nawet mojego wyjścia.

Stirner   musiał   być   zapalonym   łazęgą,   a   Lum   zgoła   maratończykiem,   bowiem 

narzucili   naprawdę   ostre   tempo.   Naładowany   po   czuprynę   prochami   dotrzymywałem   im 

kroku bez trudu, ale wolałem nie myśleć, co będzie, gdy środki przestaną działać. Bite drogi, 

linia przesyłowa, jakiś kanał i po paru godzinach światła miasta były już daleko, a przed nami 

background image

wznosiły   się   góry.   Stirner   zarządził   w   końcu   przerwę,   zatem   siedliśmy   pod   najbliższym 

drzewem.

-   Jeśli   chcecie   coś   zjeść,   to   teraz,   bo   zostawiamy   tu   bagaże   -   poinformował 

przewodnik.

- Jesteśmy blisko?

- Bardzo. Do tamy podejdziemy przez kanał odpływowy, o tej porze roku całkiem 

suchy. Jego wylot znajduje się na brzegu rzeki w pobliżu elektrowni.

- W ten sposób ominiemy straże - ucieszyłem się. - Do transportera też będzie blisko. 

Ile czasu zostało do świtu?

- Co najmniej cztery godziny.

- To ślicznie, pora na następną pigułkę czy zastrzyk, bo inaczej padnę. I trzymajmy 

się planu. Trzeba wysłać wiadomość, nim coś naprawdę złego zacznie się tu dziać.

Zjedliśmy,   ukryliśmy   bagaże   w   dziupli,   dostałem   zastrzyk   i   ruszyliśmy.   Po 

niedługiej chwili Stirner znalazł wylot kanału.

-   Nie   zamieszkuje   tych   okolic   nic   groźnego?   -   spytałem   podejrzliwie,   gdy 

zagłębiliśmy się w kompletną ciemność kanału.

- Wątpię, pora deszczowa niedawno minęła, a wówczas kanał wypełnia woda.

- A poza tym na kontynencie nie ma niebezpiecznych zwierząt - dodał lekarz.

Potykając się w mroku i uważając na głowy, brnęliśmy dalej.

Gdy   dotarliśmy   wreszcie   do   wylotu,   wzrok   tak   przywykł   do   ciemności,   że 

rozgwieżdżone niebo wydało się nader jasne.

- Teraz cicho - ostrzegł Stirner. - Mogą być blisko, a po nocy głos tu dobrze niesie.

-   Poczekajcie   tutaj.   Załatwię   sprawę   jak   najszybciej   -   poleciłem   i   wystawiłem 

ostrożnie głowę na zewnątrz. Nikt mi jej nie odstrzelił, nikt mi też nie dał w łeb. Dobrze. 

Wylot kanału znajdował się na niezbyt stromej skarpie, nieco powyżej lustra wody, powyżej 

była elektrownia. Wspiąłem się na górę i rozchyliłem bujnie rosnącą trawę.

Mogłem   sobie   pogratulować   -   nie   dalej   niż   dwadzieścia   metrów   ode   mnie   stała 

pancerka dowodzenia, a wokół nie było widać żywej duszy.

Cicho pokonałem ową odległość i równie cicho dostałem się do pojazdu. Skrzynka 

tkwiła pod siedzeniem, sięgnąłem zatem do środka.

Była pusta!

Dokładnie w tym samym momencie za moimi plecami otworzyły się drzwi do sali 

turbin i zalało mnie światło. W drzwiach stał sierżant Blogh. W prawej dłoni trzymał broń, w 

lewej ptaka.

background image

- Tego pan szuka, panie kapitanie? - spytał spokojnie.

Przyznaję, że mnie zatkało.

background image

20

Jest   pan   zbiegłym   przestępcą   -   uśmiechnął   się   złośliwie   sierżant.   -   Przysłali   tu 

helikopter i zabrali wszystkie pana rzeczy, a ja dopiero po ich odlocie przypomniałem sobie, 

jaką troską darzył pan zawsze te manierki. Dotąd myślałem, że z powodu zawartości, ale 

skoro okazało się, że jest pan szpiegiem, przeszukałem skrzynkę. Znalazłem to coś, ale nie 

zameldowałem, bo chciałem jeszcze z panem sobie porozmawiać, i wygląda na to, że się 

doczekałem, hę, hę... Teraz proszę powoli wyjść z wozu i trzymać ręce nad głową. Wylazłem 

jak chciał, a przez cały czas myślałem intensywnie.

- Chciałbym odzyskać tego ptaka, sierżancie - zaproponowałem spokojnie.

- Pewnie, że pan by chciał. Ale niby czemu miałbym go panu oddać?

-   By   uratować   sporo   ludzi.   Dzięki   niemu   możemy   skończyć   tę   inwazję,   zanim 

zamieni się w masakrę.

- Masakra mi nie przeszkadza. - Przestał się uśmiechać. - Jestem żołnierzem, a ty 

szpiegiem i zamierzam przekazać cię, jak i tego ptaka, przełożonym, co znacznie poprawi 

moje widoki na dobrą, wojskową karierę. Od razu uprzedzam, że gówno mnie obchodzi, ilu 

ludzi przy tym zginie.

- Łapówka nie wchodzi w grę?

- Nie.

- Nie mówię o małej łapówce. Mówię o dziesięciu tysiącach galaktycznych kredytów 

wypłaconych natychmiast po zjawieniu się tu Marynarki Ligi. Gwarantuję to słowem honoru.

- Słowo szpiega? Dziesięć tysięcy czy dziesięć milionów, to i tak nic dla mnie nie 

znaczy. Skończysz pod murem, szpiclu.

Za   plecami   zupaka   coś   niespodziewanie   drgnęło,   rozległo   się   głuche   łupnięcie   i 

podoficer zwalił się ciężko na ziemię. Nie zastanawiając się na przyczynami tego fenomenu, 

rzuciłem się ku jego broni.

- Żadne takie - rozległ się nowy głos. - Niech pan jej lepiej nie dotyka, kapitanie.

Dawniej   kapral,   obecnie   szeregowy  Aspya   wyszedł   z  cienia   mierząc   we   mnie   z 

automatu, którego kolba przed chwilą zetknęła się z głową sierżanta.

- Zastanawiałem się, po jaką cholerę ten trep tu siedzi po nocy przy pancerce, teraz 

już wiem - uśmiechnął się złośliwie. - Ja biorę łapówki. Ale tym razem będzie to dwadzieścia 

tysięcy.

- Oddaj  ptaka, a dostaniesz  trzydzieści nowych,  tytanowych  kredytów,  ledwie ta 

inwazja się skończy. W budynku Ligi na Brastyr, masz na to moje słowo.

background image

- Mam numer 32959727, jest wielu Aspyów w armii - dodał i zniknął. Ja zresztą też. 

Złapałem   ptaka   i  pędem   dołączyłem   do  czekających,   zanim  zdążyli   pojawić  się   następni 

chętni do łatwego zarobku.

- Gazem! - poleciłem. - Zaraz może się tu zrobić gorąco!

Nie trzeba ich było popędzać. Szybko pokonaliśmy tunel i spory kawał lasu. Gdzieś 

po   drodze   albo   zastrzyk   przestał   działać,   albo   nie   zauważyłem   jakiejś   gałęzi,   bo   ostatną 

rzeczą, jaką pamiętam, było to, że padłem na pysk.

Obudziłem się leżąc na plecach tuż na skraju lasu. Zaczynało świtać.

- Ptak!

- Tu jest - odezwał się z boku Stirner. - Zemdlałeś, więc nieśliśmy cię na zmianę, bo 

Lum stwierdził, że następny zastrzyk może rozłożyć cię na dłużej.

-   Jesteście   nie   do   zdarcia.   Dzięki   serdeczne,   bo   i   co   więcej   mogę   powiedzieć. 

Szukają nas?

- Niczego nie słyszeliśmy, ale też szliśmy, dopóki było ciemno. Te lasy są rozległe, 

więc w razie czego, poszukiwania zabiorą im trochę czasu. Zresztą niedaleko jest bezpieczna 

kryjówka.

- To miłe,  bo sądzę, że nieźle się wkurzą, gdy usłyszą  transmisję. O ile już nie 

ogłoszono alarmu, bo miałem w elektrowni nieprzewidziane spotkanie. - Siadłem z jękiem, a 

obok zjawił się Lum ze strzykawką.

- Przeciwbólowy - powiedział. - Stymulatory poszły na razie w odstawkę.

Po zabiegu wziąłem ptaka i nacisnąłem gdzie trzeba. Coś świsnęło i oczka zalśniły.

- To nagrana wiadomość od kapitana Waroda - oznajmił i przewrócił się na grzbiet. - 

Na piersi jest pokrywka, proszę ją zdjąć.

-  Lata  świetlne  ode   mnie  i   dalej   rozkazuje  -  mruknąłem,   ale   poszukałem   klapki 

między piórami. Przycisnąłem ją i odskoczyła, ukazując podświetloną klawiaturkę z cyframi.

- Podaj koordynaty słońca tego systemu albo planety, na której jesteś - polecił ptak.

- A skąd niby mam je znać?

- Jeśli ich nie znasz, ustaw pokrętło na czerwonej kresce.

Przekręciłem. Ptak otworzył dziób, wysunął zeń chyba ze dwa metry anteny. Coś 

zajęczało, antena zniknęła i ptak ucichł.

- Interesujące - ocenił Lum. - Możesz mi wyjaśnić, o co tu chodzi?

- Ja nie, ale to pierzaste pewnie tak.

- Ponieważ nie podałeś koordynatów planety, nie można było wysłać sygnału FTL - 

wyjaśnił drób. - W takiej sytuacji wysłany został wcześniej zakodowany, konwencjonalny 

background image

sygnał alarmu przeznaczony dla wszystkich jednostek Ligi. Kiedy zostanie odebrany,  bez 

trudu da się ustalić jego źródło. Ptak odbierze wówczas odpowiedni sygnał i powiadomi cię o 

tym zdarzeniu. Do tego czasu zostaje wyłączony, by oszczędzać energię. Pozostań w jego 

pobliżu, gdyż nie wiadomo, kiedy zostanie nawiązana łączność.

-   Pewnie   każą   się   z   tym   gównem   pochować!   -   warknąłem   wściekle,   a   widząc 

malujące się na twarzach mych towarzyszy zaskoczenie, dodałem: - Zaraz mi złość przejdzie, 

to wyjaśnię.

- Chodzi o odległość, tak? - Zapomniałem, że Stirner był inżynierem.

- Właśnie. Sygnały FTL podróżują z prędkością większą niż statki nadświetlne i 

łączność jest praktycznie natychmiastowa. Radiowe zaś, sami wiecie jak szybko. Ile jest do 

najbliższej gwiazdy?

- Trzy przecinek dwa lata świetlne.

- Cudownie. Mamy do dyspozycji lata całe, bo diabli wiedzą, gdzie jest najbliższa 

baza Ligi. Do tego czasu inwazja i my sami możemy być już historią.

- Zrobiłeś, co mogłeś. Nie możesz się winić.

- Mogę, mogę. Nie cierpię przegrywać, a jak dotąd nie robię nic innego. Nie macie 

przypadkiem czegoś do picia?

- Wodę.

-   Z   braku   alternatywy...   -   Napiłem   się   uczciwie,   westchnąłem   i   oparłem   o   pień 

drzewa. Pora była pomyśleć.

W końcu ponownie westchnąłem.

-   Nadal   istnieje   pewne   rozwiązanie   -   powiedziałem.   -   Trudne,   ale   wykonalne. 

Gdybym dostał się na pokład któregoś z tych okrętów, konkretnie do kabiny łączności, to 

nadałbym wiadomość.

- To chyba dość niebezpieczne - mruknął Stirner i zamilkł, nasłuchując. - Ktoś tam 

krzyknął, szukają cię. Ruszamy!

Obaj złapali mnie pod ramiona, co było niegłupie, bo nogi wciąż mi się plątały. Na 

szczęście droga nie była długa. Dotarliśmy do betonowego budynku pośrodku łąki, wyraźnie 

jakiegoś węzła energetycznego, w środku ginęły bowiem liczne przewody zwieszające się ze 

słupów linii przesyłowej ciągnącej się aż po horyzont.

- Chyba mnie faktycznie szukają - stwierdziłem, wskazując tyralierę, która pojawiła 

się na przeciwległym końcu łąki.

- Spokojnie. Ta stacja zasłania nas całkowicie.

Do betonowej ściany dotarliśmy nie zauważeni. W ścianie tej znajdowały się drzwi z 

background image

wymalowaną trupią główką i skrzyżowanymi piszczelami oraz napisem ostrzegawczym. Na 

Stirnerze nie zrobiło to żadnego wrażenia, otworzył tylko jakąś klapkę, wystukał kombinację 

cyfr, zamknął, a drzwi odsunęły się bezszelestnie. Ledwie weszliśmy, zamknął wrota ręcznie i 

uśmiechnął się.

- Nie wlezą tu? - spytałem, rozglądając się po dobrze oświetlonym wnętrzu zajętym 

głównie przez gruby kabel przesyłowy.

- W żaden sposób. Nie znają kodu, a próba wyłączenia automatu powoduje blokadę 

drzwi.

- Mogą próbować na chama.

- A to czemu? Czy mają jakiś konkretny powód, by przebijać się przez beton i stal 

pancerną?

-   Tego   to   już   nie   wiem,   nie   ja   dowodzę   pościgiem...   -   odparłem,   siadając   przy 

ścianie.

Obudziłem się, czując w ustach smak brudnej ścierki po pomyjach.

- Uchh... - charknąłem, otwierając oczy.

- Dobrze, że się zdrzemnąłeś. - Lum znów ściskał w dłoni strzykawkę. - Kolejny 

środek znieczulający.

- Ile spałem?

- Cały dzień. Mamy już wieczór. Byłem na zewnątrz, ani śladu po żołnierzach. I tak 

mieliśmy obudzić cię za parę minut. Wody?

Wypiłem z pół manierki i poczułem się lepiej. Wstałem nawet samodzielnie, nie 

krzywiąc specjalnie gęby.

- Czas na nas.

- Lepiej poczekać, aż zastrzyk zacznie działać - sprzeciwił się lekarz.

- I tak zacznie. Za długo nas nie było i zaczynam się martwić, co rzadko mi się 

zdarza.

Dotarliśmy do miasta zmęczeni, ale bez przeszkód. Na wszelki wypadek do domu 

podeszliśmy od tyłu, gdyż na ulicy mógł pokazać się jakiś patrol. Zgodnie z umową drzwi 

były otwarte.

- Masz go! - ucieszył się Morton, gdy weszliśmy do salonu.

Rzuciłem mu ptaka i opadłem ciężko na fotel. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że 

Morton jest sam.

- Wiadomość poszła, ale przez radio, i cholera wie, kiedy przybędzie pomoc. Gdzie 

reszta?

background image

- Gdy was nie było, Zennor wziął zakładników - odparł ponuro Morton. - Ogłosił w 

telewizji,   że   będzie   ich   rozstrzeliwał   pojedynczo,   dopóki   tubylcy   nie   wrócą   do   pracy. 

Pierwsza egzekucja o świcie, potem co dziesięć minut... Zaczęli przeszukiwać ulicę, a zatem 

Sharla   i   pozostali   wyszli   i   poddali   się,   aby   żołnierze   mnie   nie   znaleźli.   Teraz   są   wśród 

zakładników i zginą, jeśli Marynarka Ligi nie zjawi się na czas!

background image

21

To niemożliwe! - Lum był niebotycznie zdumiony, ale spokojny. - Istoty ludzkie tak 

nie postępują.

- Postępują, postępują. O ile z grzeczności nazwiemy Zennora i jego bandę istotami 

ludzkimi - warknąłem. - Czy wy wrócicie do pracy?

- Nie. Gdybyś miał czas zrozumieć zasady Wspólnoty, to wiedziałbyś dlaczego. U jej 

podstaw leży prawda, że każdy człowiek jest osobną i indywidualną całością, odpowiedzialną 

w pełni za własne istnienie. To, co Zennor zrobi z innym  człowiekiem, nie ma w żaden 

sposób nic wspólnego z czyimkolwiek bytem.

- Zennor sądzi odwrotnie.

- Zatem jest w błędzie.

Powstrzymałem się od wyrywania włosów garściami, jako że mógł nas uratować 

tylko spokój.

- My do tego podchodzimy inaczej. Jeśli nie zrobisz niczego, by go powstrzymać, 

staniesz się odpowiedzialny za śmierć zakładników - spróbowałem.

-   To   nie   tak.   Jeśli   zrobię   coś,   czego   chce   ktoś   wysuwający   pod   moim   adresem 

groźby, wówczas przyznam, że ma on nade mną kontrolę niezależnie czy chcę tego, czy nie. 

Pozwolę w ten sposób ponownie zaistnieć układowi władzy, negując zasady Przyzwalającej 

Wspólnoty Otwartej. Wybraliśmy bierny opór. Nikt nie będzie nami rządził ani nam groził...

- Co nie zmienia faktu, że możecie zostać wybici.

- Część zginie, jeśli Zennor się uprze - zgodził się ponuro. - Ale morderstwo to broń 

mało skuteczna. Jak możesz zmusić kogoś do pracy zabijając go?

- Rozumiem twoje podejście, chociaż niezbyt mi się podoba. - Ruszyłem na spacer 

po pokoju, tak mnie nosiło. - Musimy zastanowić się, czy nie ma z tego jeszcze jakiegoś 

innego wyjścia. Czego konkretnie chce ten szubrawiec?

- Był wściekły, ale konkretny. Po pierwsze, chce włączenia prądu w budynku sztabu, 

po drugie, regularnych dostaw żywności dla wojska. Jeśli te dwie sprawy zostaną załatwione, 

to wypuści zakładników i zobaczy się, co dalej.

- Niemożliwe - ocenił Lum. - Niczego nie dali ani nie zrobili w zamian za prąd, który 

zużyli, wiec ich odłączono. To samo z żywnością. Targi zostały zamknięte, gdyż rolnicy nie 

będą oddawać żywności za darmo.

- To jakim cudem ludzie w mieście mają co jeść?

- Zaopatrują się u rolników albo opuszczają miasto. Prawie jedna trzecia populacji 

background image

już to zrobiła.

- I gdzie poszli?

- Gdzie chcieli - uśmiechnął się, widząc moją niezbyt mądrą minę. - Chyba muszę 

wyjaśnić ci jeszcze niejedno, bo nie wszystko rozumiesz. Dajmy na to, rolnik, który wytwarza 

całą żywność, jakiej potrzebuje, jest samowystarczalny.

- A jeśli chce buty?

- To idzie do szewca i wymienia się z nim na żywność.

-   Handel   wymienny   -   wyjaśnił   mi   Morton.   -   Najprymitywniejszy   system 

ekonomiczny,  ale  nie  sprawdza  się w  społeczeństwie  technicznie  rozwiniętym...  Umilkł  i 

rozejrzał się wkoło.

- Oczywiście, w dosłownej postaci może nie - uśmiechnął się Stirner. - Nasza zasada 

jest trochę inna: jednostka dobrowolnie łączy się z innymi w grupę celową, która ma jakieś 

zadanie do zrealizowania. Za każdą godzinę takiej pracy otrzymuje jeden wirr.

- Co proszę?

- Ekwiwalent jednej godziny pracy zwany wirr. Są one następnie wymieniane na 

inne produkty i usługi.

- Wirr to pieniądz - odezwał się Morton. - A pieniądze oznaczają kapitalizm, zatem 

jesteście społeczeństwem o kapitalistycznych stosunkach produkcji.

- Obawiam się, że niezupełnie. Przyzwalająca Wspólnota Otwarta nie oznacza ani 

kapitalizmu, ani socjalizmu, ani w ogóle żadnego  izmu.  Znam te określenia z prac Marka 

Czwartego.   Różnica   tkwi  w   tym,   że   wirr  nie   istnieje   fizycznie,   nie   ma   odpowiednika   w 

monetach,   banknotach   czy   muszelkach,   nie   można   go   zainwestować,   by   czerpać   z   tego 

korzyści. Nie ma u nas banków, nie ma pożyczek, kont oszczędnościowych ani weksli.

Tylko zamącił mi tym w głowie.

- Zaraz, moment. Widziałem tu osoby w pojazdach. Jak zdołały je kupić? Kto im 

pożyczał brakującą kwotę?

- Nikt. Jeśli chcesz pojazd, to idziesz do grupy, która je wytwarza i bierzesz go sobie. 

Płacisz, gdy go używasz, przestajesz płacić, gdy go zwracasz, bo jest ci niepotrzebny. Nie 

marnuje się zasobów społeczeństwa.

-   Nie   rozumiem   -   powiedziałem   słabo,   nalewając   sobie   szklankę   wina.   Może 

procenty pomogą mi to pojąć...

- Naturalnie. Ze sporym obrzydzeniem czytałem kiedyś o odłamie filozofii zwanym 

etyką   pracy.   Twierdzi   ona,   że   jednostka   powinna   ciężko   pracować,   by   uzyskać   dobra 

niezbędne do przeżycia, a w przypadku automatyzagi produkcji nie ma nic złego w tym, że 

background image

niepotrzebny pracownik umrze z głodu. To hipokryzja. Ci, którzy mają kapitał, wcale nie 

muszą   bowiem   pracować,   a   mimo   to   nadal   będą   powiększać   swoje   zasoby   dóbr   dzięki 

inwestycjom, pogardzając jednocześnie tymi, którzy stracili pracę. Paranoja! My przyjęliśmy 

inną zasadę: im więcej się produkuje, tym więcej jest dóbr do podziału, dzięki czemu siła 

nabywcza wirra ulega wzmocnieniu. Coś zaczęło powoli do mnie docierać.

- To znaczy, że jednostka może mniej pracować, będąc wciąż tak samo wypłacalną?

- Dokładnie.

- To ile jednostka musi pracować w ciągu tygodnia, aby przeżyć?

-   Jeśli   wystarcza   jej   proste   schronienie   i   niewyszukana   żywność,   to   dwie,   trzy 

godziny w tygodniu.

- Ja się tu przenoszę! - oznajmił poważnie Morton.

Przytaknąłem ze zrozumieniem i uśmiechnąłem się. Coś zaczynało mi świtać, i to 

coś   tak   prostego   i   skutecznego,   że   nie   do   wiary.   Przeanalizowałem   to   dokładniej   i 

stwierdziłem, że rzecz jest wykonalna, choć jeszcze nie teraz. Przede wszystkim trzeba było 

zająć się zakładnikami.

- Zbliża się świt, dzięki za wykład, rozjaśnił mi nieco w głowie. Ale mam pytanie: co 

robicie   w   razie   niebezpieczeństwa,   takiego   jak   pożar   czy   powódź?   Niebezpieczeństwa 

nagłego, które zagraża nie tylko jednostce, ale i grupie?

- Doskonałe pytanie! - ucieszył się Lum i złapał jakiś opasły tom z półki. -Tu jest... 

Mark Czwarty przewidział i taką sytuację... O, mam: Podstawą obrony jest bierny opór, a nie 

przemoc, ale do czasu stworzenia społeczeństwa bez rządu należy liczyć się z problemami i 

przypadkami użycia siły wobec zwolenników Wspólnoty.  Jako że martwi nie są w stanie 

niczego tworzyć, a współistnienie może okazać się niemożliwe, należy opuścić dany teren 

objęty   wrogimi   działaniami.   Może   się   jednak   zdarzyć   i   tak,   że   prześladowcy   podążą   za 

uciekinierami,   wówczas   należy   ich   traktować   jak   naturalny   kataklizm,   taki   jak   wybuch 

wulkanu lub huragan. Człowiek rozumny nie dyskutuje o etyce ze strumieniem lawy, tylko 

próbuje albo uciec, albo, jeśli nie ma innego wyjścia, zmienić kierunek tego strumienia. Lum 

zamknął księgę z triumfem.

- A zatem mamy rozwiązanie - oznajmił radośnie Stirner i wybiegł z domu.

Gapiłem się w drzwi niczym wrona w drewniane pięć groszy, gdy Morton przemówił 

pierwszy.

- Może ktoś by mi wytłumaczył, co było w tym cytacie rewelacyjnego? I co nam to 

daje?

- Jasność - odparł Lum. - Jeśli nie sprzeciwimy się rozwojowi sytuacji, popełnimy w 

background image

pewnym sensie samobójstwo, a to byłby nonsens. Sprzeciwimy się więc i wycofamy.

- Nadal nie rozumiem - przyznałem.

- Prąd zostanie  ponownie  podłączony,  a rynki  otwarte.  Część  rolników  będzie  z 

pewnością nieco więcej pracować, ponieważ zapobiegnie to skutkom katastrofy naturalnej. 

Inni nie, zatem ilość żywności dostarczanej do miasta będzie się zmniejszać, więc mieszkańcy 

metropolii zaczną ją opuszczać. Proces ten będzie postępował lawinowo, przez co ustanie w 

mieście zapotrzebowanie na prąd, elektrownie zostaną wyłączone, a pracownicy pójdą do 

domów. W bardzo krótkim czasie wojsko będzie faktycznym panem miasta, ale poza nim nikt 

tu już nie zamieszka.

- Mogą zmusić was do pracy pod groźbą użycia broni.

- Naturalnie, ale tylko w układzie jeden na jednego. Uzbrojony może zmusić do 

pracy bezbronnego, chociaż tak naprawdę zależy to od zdania jego ofiary. Niemniej warto 

zauważyć, że nadzorca także wykonuje w ten sposób swoją pracę, chociaż zwykle nie zdaje 

sobie z tego sprawy.

Ma cały czas pilnować, by ten drugi robił, co trzeba. Wątpię, by Zennor wiele z tego 

skorzystał na dłuższą metę.

- Wobec tego mam pytanie hipotetycznej natury - powiedziałem po chwili milczenia.

- Takie są najlepsze.

- Jeśli udałbym się do innego miasta i zaczął szukać pracy, zostanę zaakceptowany?

- Oczywiście. To naturalne w naszej Wspólnocie.

- A gdyby tam nie było żadnej roboty?

- Praca  jest zawsze.  Należy pamiętać  o korzyściach  płynących  z wartości wirra. 

Teoretycznie powinno wystarczyć kilka minut, by znaleźć zajęcie.

- No dobrze, a gdyby któryś z żołnierzy zdecydował się opuścić armię...

- To jego prawo!

- Na ten temat są różne szkoły. Ale gdyby poszedł gdzieś, to czy znajdzie pracę, nie 

będzie traktowany jak trędowaty, będzie mógł pozostać, gdzie zechce i tak dalej?

-   Oczywiście.   To   naturalne,   wręcz   nieuniknione.   Chyba   że   odrzuci   zasady 

Wspólnoty...

- Jeśli myślisz to, co ja, to uważam, że jesteś genialny! - krzyknął Morton, zrywając 

się na równe nogi.

- A więc jestem! Nie licząc oficerów i podoficerów, cała reszta to armia z poboru, a 

w znacznej części nawet na siłę doprowadzona do poboru. Jeśli umożliwimy tym chłopakom 

spokojne życie na tej planecie, to Zennor w krótkim czasie pozostanie bez wojska.

background image

Drzwi otworzyły się nagle, obaj zanurkowaliśmy więc, szukając osłony - Morton za 

kanapą,   ja   za   fotelem,   ale   to   tylko   Stirner   wrócił,   wiodąc   triumfalnie   uwolnionych 

zakładników. Morton rzucił się ku Sharli, a ja spokojnie otrzepałem spodnie.

- Szybko ci poszło - pogratulowałem Stirnerowi.

-   Użyłem   wideofonu,   wybrałem   numer   przewidziany   na   wypadek   zagrożenia   i 

wszystkich,   którzy   odebrali,   poinformowałem   o   naszym   odkryciu.   Prąd   włączono 

natychmiast,   a   pierwszy   transport   żywności   dotarł   przed   kwadransem.   Zennor   dotrzymał 

słowa i jesteśmy.

- Ten gość jest przekonany, że wygrał już wojnę, ale poczekaj, aż opowiem ci, na co 

tu jeszcze wpadliśmy. Sukces gwarantowany, nawet jeśli Marynarka Ligi nigdy tu nie dotrze.

- Przepraszam, nie rozumiem.

- Powiedziałem, że zaraz. Uczcijmy fakt, że znowu jesteśmy w komplecie.

Pomysł został przyjęty bez oporów i natychmiast wprowadzono go w życie.

- Najpierw należy się wam kilka słów wyjaśnienia. Mianowicie ta umundurowana 

banda,   która   was   zaatakowała,   czyli   wojsko,   to   instytucja   przeżytek,   rodem   jeszcze   z 

zamierzchłych początków ludzkiej cywilizacji, gdy przeżycie zależało od fizycznej obrony 

lub ataku. Zachowanie takie faworyzowało jednostki agresywne. Wygrani przekazywali swe 

niekorzystne   cechy   potomstwu.   Tym   samym   w   społeczeństwie   dominowały   jednostki, 

których geny warunkowały podatność na zachowania agresywne. Z czasem wynikło z tego 

wiele kłopotów, gdyż nadeszły czasy, gdy nie trzeba się było już przed nikim bronić, a ochota 

do  bitki   pozostała.   Wyładowywano   się   zatem   na   pierwszym   lepszym   fikcyjnym   wrogu   i 

ludzie dalej tłukli się między sobą. Jesteśmy jedynym znanym gatunkiem, który przejawia 

podobne zachowania, i nie jest to powód do dumy. Wojsko to grupa społeczna o charakterze 

instytucji   kierowana   przez   osobników   posiadających   szczególnie   rozwinięte   owe   cechy 

agresywne. Są to faceci zazwyczaj w pewnym wieku, czyli tak zwani oficerowie. Nic nie 

robią, tylko wydają rozkazy podoficerom, którzy dopilnowują ich wykonania przez żołnierzy, 

czyli ludzi młodych, jakich w wojsku jest najwięcej. Najciekawszy zaś w tym wszystkim jest 

fakt, że nie są oni członkami instytucji wojskowej z własnej woli, tylko zostali przymuszeni 

do założenia munduru. Niejeden długo odwlekał tę chwilę, aż w końcu go dorwano... - To 

ostatnie wymagało osobnego wyjaśnienia, ale warto było podjąć ten trud. Gdy wreszcie to, co 

trzeba, dotarło do zgromadzonych, wyglądali na zdrowo wstrząśniętych. Poczekałem chwilę, 

aż dojdą do siebie i zabrałem się za pointę. - Jak sądzicie, czy znajdą się wśród was chętni, 

aby bez zapłaty w wirrach pomóc przy uwolnieniu tych młodych ludzi?

-   To   nasz  obowiązek   -  sapnął   Lum   przy  ogólnym   aplauzie.   -   Tak   jak   uratować 

background image

tonącego. To obowiązek publiczny, a za taki nie oczekuje się zapłaty.

- Ślicznie! Zatem nauczę was jeszcze jednego nowego słowa...

- Mogę? - wtrącił się Morton. - Dezercja!

Przytaknąłem.

W końcu zaczęliśmy działać.

background image

22

Entuzjazm   musiał   w   końcu   ustąpić   zmęczeniu,   toteż   uzgodniliśmy,   że   resztę 

szczegółów omówimy rano. Dostałem pokój  z  wygodnym łóżkiem i portretem efektownie 

uśmiechniętego Marka Czwartego i zasnąłem jak kłoda. Następnego dnia po południu plan 

był już gotów.

- Muszę jeszcze go wypróbować aby poprawić ewentualne błędy, a uwagi przekazać 

innym - poinformowałem pomocników. - W zasadzie idziemy na wariata i gramy durnia, to 

taki dawny zwrot, z którym zetknąłem się studiując historię kryminalistyki. Odbędzie się to 

tak:   dziś   wieczorem   wejdę   do   jednej   z   restauracji,   stanę   obok   upatrzonego   żołnierza   i 

zagadani. Stiraer będzie siedział przy sąsiednim stoliku, przy którym będzie wolne miejsce. 

Siądę tam z tym wojakiem, byś mógł słyszeć naszą rozmowę. Sharla będzie razem z tobą jako 

twoja córka...

- Ona nie jest moją córką.

Czasami naiwność i dosłowność wyznawców idei Marka Czwartego mogła jednak 

doprowadzić do rozpaczy, a tutaj nawet upić się nie było czym. Pozostawało tłumaczyć dalej.

- Ale dziś wieczorem będzie. Macie tu teatry?

-   Oczywiście.   Sam   w   młodości   sporo   występowałem,   zanim   przyciągnęły   mnie 

hydroelektrownie. Grałem nawet tytułową rolę w takiej klasycznej sztuce, zaraz, jak to szło... 

byłem albo mnie nie było...

- Cudownie. Ze starym aktorem pójdzie łatwiej. Dziś po prostu zagrasz rolę jej ojca, 

a ona twojej córki. Na pierwszego delikwenta wybiorę kogoś w miarę prymitywnego, bo to 

ma być instruktaż.

- A co ja mam robić? - spytał Morton.

- Nagrać to wszystko, ale czysto i dokładnie, aby mogło być  użyte do szkolenia 

następnych antywerbowników. Tylko trzymaj sprzęt w ukryciu, bo jak wojak zobaczy, że 

kręcisz, to uzna, że jesteśmy z czołówki filmowej lub kontrwywiadu. Są pytania?

Odczekaliśmy   do   zmroku   i   wyruszyliśmy   poprzedzani   wypróbowanym   już 

ochotniczym  zwiadem,  dzięki czemu  nie niepokojeni dotarliśmy  do dzielnicy Yaillant,  w 

której było najwięcej restauracji i barów. Tego wieczoru ledwie czwarta część lokali była 

czynna, a okolica raczej wyludniona. Stirner zaprowadził nas do przybytku zwanego „Gruby 

Farmer", w którym zawsze się stołował będąc w mieście. Wewnątrz było kilku tubylców, ale 

ani jednego żołnierza, co było nieco dziwne.

- Mówiłeś, że wychodzą na przepustki - wziąłem Stirnera na spytki. - To gdzie są?

background image

- Oczywiście, że nie tu.

- A niby dlaczego oczywiście?

- Ponieważ nie mogą zapłacić i nikt ich nie obsługuje.

- Ale skoro są armią zdobywców, to kto im broni wejść i jeść?

- Nikt, tyle że w tym przypadku goście opuszczają lokal, a właściciel go zamyka.

- No tak, sam powinienem na to wpaść. Zajmijcie miejsca, a ja spróbuję rozkręcić ten 

interes.

Stojąc pod latarnią z nie dopalonym cygarem, czułem się w najlepszym razie jak 

alfons,   by   nie   pomyśleć   o   czymś   gorszym.   Na   szczęście   nikt   nie   próbował   składać   mi 

atrakcyjnych propozycji. Kwitłem tak dłuższą chwilę, aż w zasięgu wzroku pojawiły się dwie 

postacie w mundurach, z czapkami na bakier i rękami w kieszeniach. Ot, typowe wojsko na 

przepustce.   Zatrzymali   się   przy   oknie   „Grubego   Farmera",   toteż   podszedłem   od   tyłu   z 

cygarem w garści.

- Macie ogień? - Aż podskoczyli.

- Gadasz z nami! - krzyknął odważniejszy.

- Gadam. Pochlebiam sobie, że jestem niezłym lingwistą. Ale pytałem, czy macie 

ogień?

- Nie palę.

-   Punkt   dla   ciebie,   bo   to   szkodzi.   Naprawdę   nie   macie   zapałek?   Obaj   smętnie 

potrząsnęli głowami, że nie.

-   Szkoda,   może   mają   coś   w   knajpie.   Nie   zjecie   czegoś,   dając   mi   okazję   do 

poćwiczenia języka?

- Nie da się. Już próbowaliśmy. Zamykają zaraz knajpę i idą w diabły.

- Aaa, bo nie macie wirrów, to lokalna waluta. Ja mam kilka, to wam postawię... - nie 

dokończyłem, bo praktycznie wmiotło ich do środka.

Podążyłem statecznie za nimi. Barman spokojnie przyjął zamówienie na trzy piwa i 

pudełko zapałek.

Pożyczoną od Stirnera dyskietkę wsunąłem w szczelinę w kontuarze, ileś tam wirrów 

zdjętych zostało z konta starszego pana, a ja złapałem wysunięty dysk.

- Za armię,  chłopcy!  - zaproponowałem toast. - Mam nadzieję, że nie będziecie 

żałować swego wyboru kariery.

Wychylili duszkiem po pół kufla, nim dotarł do nich sens tego, co powiedziałem.

- Akurat wyboru!

- Też mi kariera! Z poboru wzięli!

background image

- I w dupę dali na kursie rekruckim! Kto by wybierał coś takiego!

Reakcja była  tak spontaniczna,  że aż się przekrzykiwali.  Zamówiłem po steku z 

frytkami i kolejnym piwie, a wszystko to zniknęło w mgnieniu oka. Przy następnych piwach 

starali się nawet nie czkać, a to ze względu na siedzącą przy sąsiednim stoliku Sharlę, którą 

zdążyli już zauważyć; niemniej na sierżantów i innych kaprali wylewali jedno wiadro pomyj 

za drugim. Dałem znać Stirnerowi i skryłem twarz za kuflem.

-   Młodzi   żołnierze   z   odległej   planety   -   zagaił.   -   Przepraszam,   ale   niechcący 

słyszeliśmy z córką waszą rozmowę, stąd też mamy pytanie. Czy to prawda, że zostaliście 

zmuszeni do służby całkowicie wbrew waszej woli?

- Możesz się założyć, że tak - odparli, nie spuszczając wzroku z Sharli. Byli tak 

zaaferowani, że prawie nie słyszeli Stirnera. Postawiłem każdemu przed nosem po kuflu. To 

nieco ich rozproszyło i Stirner miał wreszcie szansę na nawiązanie kontaktu.

- Przykro mi słuchać o waszych nieszczęściach, tym bardziej że na tej planecie coś 

takiego byłoby niemożliwe. Zmuszanie  kogoś do czegokolwiek jest niezgodne z naszymi 

zasadami. Ciekawi mnie natomiast, dlaczego daliście się tak traktować?

- A co mieliśmy robić? Wkoło płot, nadzór przez cały dzień, kula w łeb za ucieczkę i 

nigdzie nie można się ukryć, bo od razu obstawią rodzinę, a facetowi w mundurze nikt obcy 

nie pomoże.

- Dziwne, zaiste, miejsce - stwierdził Stirner. - My tu nie mamy ani płotów, ani 

wolno biegających po okolicy strzelców. Ziemi jest dostatek, ludzie przyjaźni, a jak kto jest 

ubrany,   nie   ma   najmniejszego   znaczenia.   Tak   wiec,   choć   może   trudno   wam   sobie   to 

wyobrazić, cała planeta stoi przed wami otworem. Jeśli nie będziecie tego chcieli, to nikt 

niepożądany was nie znajdzie.

Obaj siedzieli sztywno, próbując przetrawić to, co usłyszeli, a przy tej ilości piwa nie 

było to łatwe.

- Kurwa... - westchnął jeden z nich z rozmarzeniem.

- Nie znam słowa, którego użyłeś, ale widzę, że niezbyt wierzysz w to, co powiedział 

mój ojciec. - Sharla uśmiechnęła się rozbrajająco. - Zapewniani was jednak, że to prawda. 

Mieszkamy w wiosce o dzień drogi pociągiem stąd. Oto nasze bilety, jeśli chcecie sprawdzić. 

Możecie je nawet wziąć sobie na pamiątkę.

Wzięli. Najwyraźniej proces  myślowy dobiegł końca, i to z jedynym  właściwym 

wynikiem.

- Boczne wejście na stację nie jest pilnowane - dodała mimochodem dziewczyna.

- Ale pociąg wkrótce odjedzie. - Stirner wstał i podniósł spory tobół z podłogi. - 

background image

Muszę iść do  necesejo,  jak to się u nas na wsi mówi. Tu są ubrania dla moich chłopaków, 

którzy osobliwym trafem są akurat waszej budowy. Jak chcecie, to możecie je przymierzyć...

Omal się nie pozabijali w drodze do wychodka.

- Znasz dobrze tę wioskę? - spytałem Sharlę. - Możesz ich zaprowadzić do kogoś, 

kto im pomoże?

- W  życiu  tam nie  byłam,  ale  zapominasz  o zasadach  naszej  Wspólnoty.  Każdy 

pomoże im z radością, ja tylko wytłumaczę podstawy. Wrócę za dwa dni, nie musicie się o 

mnie martwić. Popatrzcie, jakie ładne chłopaki zrobiły się z nich, gdy zrzucili mundury!

Ładni to oni obiektywnie rzecz biorąc nie byli, tym bardziej że wdzianka pasowały 

raczej mniej, niż więcej, ale rzeczywiście utracili wojskowy wygląd.

Wyszli,   a ja wróciłem  do  rzeczywistości  i  do  siedzącego  przy pobliskim  stoliku 

Mortona,   tak   zapatrzonego   w   drzwi,   za   którymi   zniknęła   dziewczyna,   że   dopiero   drugi 

kopniak wyrwał go z odrętwienia.

- Wróci pojutrze. Nagrałeś wszystko?

-   Wszystko.   Postawisz   mi   piwo?   Tyle   wypiliście,   a   ja   tylko   jedno,   które   Sharla 

postawiła mi przed waszym przyjściem...

- Nie jęcz. Na służbie się nie pije.

- Mam ich mundury, jak chciałeś - dołączył do nas Stirner, szczęśliwie przerywając 

żale Mortona.

- I bardzo dobrze. Teraz do studia, przygotować taśmy.

Dotarliśmy  tam  w   wypróbowany  już  sposób.  Cała  obsługa  czekała   podniecona  i 

gotowa do czynu.

- Potrzebujemy kilkuset kopii tego - oznajmiłem bez zbędnych wstępów, pokazując 

kasetę.

- Dwieście sztuk w godzinę - oświadczył ktoś, ktoś inny wziął ode mnie taśmę i 

zniknął za drzwiami.

- Kto jest reżyserem?  - spytałem,  spoglądając  na towarzystwo.  Nader efektowna 

blondynka zrobiła krok do przodu.

- Dobra, jak tylko założymy mundury, będzie można zaczynać. Gdzie jest szatnia?

Morton wziął mundur w dwa palce, niczym cuchnące ścierwo.

- Sam widok może wpędzić w depresję - oznajmił ponurym tonem. - Jak pomyślę, że 

mam się w toto ubrać...

- Zamknij się i ubieraj - uciąłem. - Teraz jesteś aktorem, a mundur to twój kostium. 

Potem możesz go nawet publicznie spalić, ale teraz nie rezonuj. Do roboty.

background image

Przy   zakładaniu   spodni   coś   z   brzękiem   wypadło   z   kieszeni.   Nieśmiertelnik 

szeregowego Pyeka 0765. Obejrzałem go uważnie i coś zaczęło mi świtać.

- Tylko nie to! - pisnął Morton. - Widzę, że znowu wpadasz na jakiś samobójczy 

pomysł, sądząc po twoich szklanych oczach. Nie zgłaszam się na ochotnika!

- Spokojnie - poklepałem go po ramieniu. - Mam pewien pomysł, ale ciebie on w 

ogóle nie dotyczy. Zróbmy wreszcie to nagranie i powiem ci, o co chodzi.

Morton   został   usadzony   pod   ścianą   i   wyglądał   tak,   jakby   miano   go   od   ręki 

rozstrzelać.

-   Proszę   o   pełen   kadr   całej   postaci   -   wskazałem   Mortona.   -   I   jeszcze   ruchomy 

mikrofon. Możemy zaczynać.

Morton aż podskoczył, gdy złapały go dwa reflektory punktowe, a w studiu rozległ 

się czysty kontralt:

- Cisza. Zaczynamy. Dźwięk... kamera... start!

-   Witam   mieszkańców   planety   Hoyan.   Widzicie   przed   sobą   typowego 

przymusowego najeźdźcę z armii, która wylądowała na naszej planecie. Wraz z tą taśmą 

otrzymacie kasetę z nagraniem  prawdziwego  spotkania z dwoma rzeczywistymi żołnierzami. 

To, co usłyszycie, zaskoczy was, dla wielu może to być nawet wstrząs, ale nagranie jest 

prawdziwe. Dowiecie się, że można przekonać najeźdźcę, by zmienił wojskową niewolę na 

swobodę,  jaką  zapewnia   Przyzwalająca  Wspólnota  Otwarta.  Tak  wygląda  obiekt,   którego 

powinniście szukać i przekonać. - Podszedłem do Mortona. - Zwróćcie uwagę na całkowity 

brak ozdób czy naszywek na jego rękawach i naramiennikach. Jeśli zobaczycie tu cokolwiek 

w ilości pojedynczej lub mnogiej, zaniechajcie jakiejkolwiek próby kontaktu, gdyż oznaczać 

to będzie, że zamiast ofiary macie do czynienia z oprawcą. Uważajcie również na błyszczące 

kawałki metalu na kołnierzu i pagonach. Ci, którzy je noszą, zwani są oficerami i przeważnie 

są zbyt głupi, aby mogli stanowić niebezpieczeństwo, toteż marnowalibyście tylko na nich 

czas, chociaż zdarzają się wyjątki. Szczególną zaś uwagę musicie zwrócić na rodzaj obszycia 

czapki lub opaski z inicjałami ŻP. Obojętne, czy ci ludzie będą mieli cokolwiek naszytego na 

rękawach, czy nie, należy omijać ich jak morowe powietrze, gdyż oni właśnie mogą sprawić 

najwięcej kłopotów, włącznie z zatrzymaniem lub pobiciem. Upewniajcie się więc zawsze, 

czy nie ma żadnego takiego w pobliżu, gdy będziecie nawiązywać kontakt. Ułatwi to zadanie 

tak   wam,   jak   i   tym,   których   macie   przekonać.   Pamiętajcie,   jeśli   delikwent   odpowie 

twierdząco na pytanie, czy lubi świeże powietrze, jest wasz. Niech Mark Czwarty prowadzi 

was w tej słusznej misji. I to by było na tyle, moi mili!

Morton zamrugał gwałtownie oczami, gdy reflektory zgasły.

background image

- Coś ty powiedział o świeżym powietrzu?

-   Świętą   prawdę   -   odparłem,   pokazując   mu   przepustkę   znalezioną   w   kieszeni 

munduru.   - Mam  zamiar   przekazać  dziś  wojsku w  bazie   radosną  nowinę,  żeby jutro  nie 

trudzili się, aby do niej wracać.

-   Wiedziałem,   że   wymyślisz   coś   samobójczego!   -  pisnął,   wytrzeszczając   oczy.   - 

Jedyny sposób, w jaki możesz to zrobić, to wchodząc do bazy!

- Święte słowa, dobrodzieju - przytaknąłem poważnie. - Święte słowa.

background image

23

To samobójstwo! - desperował Morton.

- Skądże znowu. To zdrowy rozsądek. Jeśli ten knur, Zennor, nadal mnie szuka, to 

raczej nie w wojsku. Ta przepustka ważna jest do północy, ale ponieważ w mieście nie ma nic 

do roboty, nikogo nie zdziwi, jak wrócę wcześniej. Udam się do latryny, do stołówki i innych, 

podobnie atrakcyjnych  miejsc, gdzie tylko zbierają się żołnierze, by wszędzie tam posiać 

dywersję. A potem zajmę się pewnym drobiazgiem, o którym lepiej, żebyś nie wiedział. Nie 

martw się o mnie, wystarczy, że ja już jestem pełen trosk.

- A jak się wydostaniesz?

- To mnie akurat najmniej martwi. - I rzeczywiście. Miałem obecnie dość kłopotów 

na głowie, by ten jeden odłożyć na później.

- Wiesz, co robić z kasetami? - spytałem Stirnera, który jak zwykle kręcił się w 

pobliżu.

- Naturalnie. Ochotnicy rozprowadzą je wśród następnych ochotników, którzy zajmą 

się wykonaniem planu.

-   Tylko   pamiętaj,   by   nie   zaczynać   przed   dziewiątą.   Hasło   musi   się   rozejść,   a 

chętnych powinno być jak najwięcej, gdyż wystarczy, że oficerowie zorientują się w sprawie, 

a zrobią wszystko, aby nam przeszkodzić. Najpewniej obstawią wówczas dworce kolejowe 

albo w ogóle zawieszą odjazdy. Pozostanie przygotować inne środki transportu. Im więcej 

ludzi uda nam się namówić do dezercji, tym lepiej dla nas i dla nich. Dobra, zajmiesz się tu 

wszystkim do mojego powrotu. Zostałeś głównym specjalistą do spraw dezercji.

- Jak długo cię nie będzie?

- Pojęcia nie mam. Mogę tylko zagwarantować, że postaram się załatwić sprawę jak 

najszybciej.

Więcej nie było sensu mówić, zatem naciągnąłem czapkę na oczy i wyszedłem.

- Powodzenia - powiedział jeszcze Morton do moich pleców.

Wędrując pustymi ulicami ku bazie, nie byłem w najlepszym nastroju, a na dodatek 

nie mogłem się niczego napić, jako że wirrdisk oddałem przez wyjściem Stirnerowi. Dość 

szybko znalazłem się w okolicy, gdzie kłębiło się sporo pechowców w mundurach, zajętych 

głównie przyglądaniem się czynnym jeszcze lokalom. Niezła przepustka, nie ma co. Pora była 

jeszcze wczesna, ale wielu żołnierzy wracało już do koszar w Fielden Field, gdzie urządzono 

główną bazę sił inwazyjnych. Dołączyłem do tego tłumu, żywo przypominającego kondukt 

pogrzebowy.

background image

Zielone   łąki,   na   których   dotąd   mieszkańcy   urządzali   pikniki,   otoczone   były 

drucianym płotem zwieńczonym  kolczatką i dodatkowo oświetlonym  rozmieszczonymi  co 

pięćdziesiąt metrów reflektorami. Zielone zresztą już nie byty, zniszczyły je gąsienice, koła i 

buty korpusu ekspedycyjnego, a pokryły tysiące szarych wojskowych namiotów i kilkanaście 

prefabrykowanych baraków. Te pierwsze dla wojska, te drugie dla oficerów.

Stanąłem w kolejce ponurych  i nieprzyzwoicie klnących  żołnierzy z nadzieją, że 

żandarm nie będzie się zbytnio przyglądał wracającemu z nieudanej przepustki pechowcowi. I 

rzeczywiście. Bez problemów dostałem się do środka. Wcześniej sprawdziłem, jaką kwotą 

gotówki dysponowali obaj szczęściarze - wystarczało w bufecie na szczyny zwane tu piwem, 

toteż skierowałem się tam, licząc na sporą frekwencję, i nie pomyliłem się.

Znalezienie   bufetu   było   proste,   wystarczyło   poszukać   źródła   dzikiej   muzyki. 

Wewnątrz  znajdowały  się  ponadto  liczne   lepy  na owady,   stoły  i  przesiąknięte   wszelkimi 

trunkami   ławy,   jak   i   kilkunastu   mundurowych   sączących   ciepłe   piwo.   Kupiłem   swoje   i 

podszedłem do najbliższego stołu.

- Znajdzie się miejsce?

- Pierdol się.

- Sam się pierdol, i to podwójnie - odparłem uprzejmie. - Pieprzysz jak tubylcy. To 

wzbudziło odpowiednie zainteresowanie wszystkich przy stole.

- Miałeś przepustkę? My idziemy jutro. Jak tam jest? - sypnęły się pytania.

- Jak na cmentarzu.  Nie  obsłużą  cię, bo nie masz  ichniej  waluty,  a jak sam się 

obsłużysz, to zamykają lokal i idą w cholerę.

- Też tak słyszeliśmy. I po kiego diabła tam iść...

- Jest po co. Jeśli macie dość tego syfu, to możecie odejść, a będzie i jedzenie, i picie, 

i dziewczyny. Tym razem przy stole zapadła cisza absolutna.

- Coś ty powiedział? - spytał jakiś niepewny głos.

- To, co słyszeliście. Wystarczy wolno iść tam, gdzie są knajpy, a jeśli ktoś spyta 

was, czy lubicie świeże powietrze, trzeba odpowiedzieć, że tak. Dostaniecie cywilne ciuchy i 

bilet na pociąg, a potem urządzicie się z dala od żandarmów i nigdy was nie znajdą.

- Pierdolisz!

- To bym dupą ruszał. Poza tym, co szkodzi spróbować? Sposób jest, a gorzej niż w 

wojsku nigdzie nie będziecie mieli.

Z   tym   ostatnim   nikt   nawet   nie   próbował   dyskutować.   Natomiast   jeden 

pokombinował chwilę i wydało mu się, że znalazł szczelinę.

- Jeśli tak, to czemu wróciłeś?

background image

- Dobre pytanie - wstałem i pokazałem przepustkę. - Wróciłem po listy od rodziny, a 

to jest ważne jeszcze do pomocy.  Do zobaczenia  w cywilu, naturalnie jeśli starczy wam 

odwagi.

Następna w kolejce była latryna, gdzie akurat grano w kości. Wygrałem odpowiednią 

stawkę, by zwrócić na siebie uwagę, wygłosiłem swoje i poszedłem dalej.

W podobnie pracowity sposób spędziłem czas do jedenastej trzydzieści, kiedy było 

już nieco zbyt późno, by finał z listami uznać za wiarygodny, ale swoje i tak osiągnąłem. 

Plotka jest w wojsku najlepszym środkiem łączności, toteż miałem pewność, że jutro wszyscy 

zainteresowani będą wiedzieć, co robić, i znacznie uszczuplą szeregi armii. Zennor chyba 

dostanie nagłej cholery.

Należało przystąpić do drugiej części zadania, co wymagało zdecydowanie wyższego 

stopnia niż szeregowy. Kiedy ktoś raz zakosztuje w wojsku przywilejów stopnia oficerskiego, 

to nic gorszego go już nie zadowoli, toteż skierowałem się w okolice klubu dla szarży. Nie 

było to trudne, wystarczyło prześledzić drogę, którą podążali na rozmaite sposoby najbardziej 

zawiani, zgodnie z zasadą, że im wyższy stopień, tym mocniejszy alkohol. Ponieważ do-

kładnie   wiedziałem,   czego   szukam,   zignorowałem   rzygającego   kulturalnie   pułkownika, 

podobnie jak czule objętych i dzięki temu trzymających pion dwóch majorów i ukryłem się 

zaroślach, z których miałem doskonały widok na wyjście.

Potrzebny mi był samotny kapitan, i to nie otyły czy zarzygany, ale samodzielnie 

trzymający się na nogach. Nie musiałem długo czekać, po paru minutach wyszedł jeden taki, 

nieco   się   zataczając   i   klnąc   pod   nosem.   Mniej   więcej   mojego   wzrostu,   podzwaniający 

medalami. Przystanął złośliwie pod jedyną w okolicy lampą; bez trudu zaszedłem go od tyłu i 

złapałem za szyję. Targnął się, więc wzmocniłem chwyt. I nagle wyleciałem w powietrze, 

zatoczyłem ładny łuk i grzmotnąłem o ziemię.

- Oho, bunt w szeregach - parsknął i przyjął postawę obronną.

Pozbierałem się czym prędzej i skoczyłem ku niemu, wyprowadzając cios lewą ręką. 

Odbił i kopnął. Odskoczyłem, więc spudłował, ale nie stracił równowagi.

-   Chcesz   zabić   oficera?   Nie   dziwię   się   -   oznajmił.   -   Ja   zawsze   chciałem   zabić 

jakiegoś szeregowego. Chyba przyszła właściwa chwila.

Zaatakował, ja zablokowałem. Medale nie były za liczenie gaci, z wielkim trudem 

udało mi się znaleźć chyba jedynego faktycznie wyszkolonego bojowo oficera w tej zasranej 

armii. To się nazywa mieć szczęście.

Zamarkowałem cios w krocze, odskoczył  zatem, a ja zawróciłem i pognałem ku 

namiotom, które na szczęście nie były daleko. Za plecami usłyszałem tupot, co znaczyło, ze 

background image

dał   się   wziąć   na   lep.   Przeskoczyłem   nad   jedną   linką,   przemknąłem   pod   następną,   znów 

przeskoczyłem. Z tyłu rozległ się trzask i łomot - w tym stanie kapitan nie miał szans, by się 

w coś nie zaplątać i nie przewrócić. W tej sytuacji spokojnie dotarłem do ulicy, przy której 

stał klub oficerski. Przed frontem baraku odbywały się właśnie przynajmniej dwa sparringi i 

jedna młócka ogólna. Wewnątrz też musiało być wesoło, gdyż słychać było brzęk tłuczonego 

szkła. Obszedłem budynek i wlazłem za ogrodzenie przy drzwiach kuchennych.

- A, kurwa, tu jesteście!? - usłyszałem za plecami. - Łapać te beczułki i do mnie!

W   drzwiach   stał   gruby   kucharz,   słowa   zaś   skierowane   były   do   pół   tuzina 

nieszczęśników   mających   akurat   służbę   w   kuchni,   którzy   najwyraźniej   starali   się   nie 

spuszczać z oka beczułek z piwem. Ponieważ w kuchni było gorąco, pozdejmowali bluzy 

mundurowe i zostali w brudnych podkoszulkach. Czym prędzej rozebrałem się w podobny 

sposób, wsunąłem moją kurtkę pod jakiś worek, złapałem skrzynkę, z której wystawały szyjki 

butelek, i dołączyłem do reszty.

Służba w kuchni to najgorszy przydział, nie licząc czyszczenia latryn, i było pewne, 

że nawet jeśli moja niedoszła ofiara podniesie alarm, to tutaj szukać mnie nie będą. A ja 

potrzebowałem chwili spokoju, a nie zabawy w kotka i myszkę między namiotami. Chciałem 

skończyć to, co zaplanowałem sobie na dzisiejszą noc.

Targając skrzynkę dotarłem do kucharza z wytatuowanymi sierżanckimi winklami na 

przedramionach. W garści trzymał chochlę na długim trzonku, doskonały oręż w kuchennych 

warunkach.

- Ty! - parsknął. - Skąd się tu wziąłeś?

- To pomyłka - jęknąłem. - Sierżant źle widział...

- Sierżant zawsze dobrze widzi! - warknął. - Do zmywania!

Dostałem lekko chochlą i znalazłem się przy gigantycznym metalowym zlewie, w 

którym moczyły się brudne gary i patelnie. Niby nic takiego, umyć podobny rondel, ale radzę 

spróbować,  gdy w dodatku  jest przypalony i  można  praktycznie  do niego  wleźć, bo jest 

niewiele mniejszy od myjącego. I gdy garów takich jest niemal nieskończona ilość...

Męczyłem się co najmniej godzinę, zanim stwierdziłem, że wystarczy. Zresztą, jeśli 

mnie   szukali,   to   do   tej   chwili   nawet   najbardziej   wytrwałemu   żandarmowi   musiało   się 

odechcieć!   Wyprostowałem   zgięty   grzbiet,   który   głośno   zatrzeszczał,   i   otarłem   mokrym 

przedramieniem równie mokre czoło. Dłonie miałem białe i wymoczone za wszystkie czasy, i 

z wolna zaczynała mnie zalewać nagła krew. Dość!

Pech kucharza polegał na tym,  że akurat w tym  momencie rąbnął mnie w plecy 

chochlą.

background image

- Do roboty, albo będziesz miał, kurwa, kłopoty!

Coś we mnie pękło i przyznaję uczciwie, że następnych kilku sekund nie pamiętam. 

Gdy   przyszedłem   do   siebie,   czterech   chłopa   usiłowało   mnie   odciągnąć   od   metalowego 

basenu, co im nie bardzo wychodziło. Obok spoczywała jakaś słabo drgająca masa, a raczej 

jej wypięta część w wojskowych spodniach. Reszta kucharza zanurzona była w basenie z 

garami, a ja przytrzymywałem mu szyję, mając najwyraźniej szczery zamiar utopić drania. 

Ponieważ zamiar mi przeszedł, czym prędzej puściłem go, w efekcie czego dupa przeważyła i 

delikwent siadł z pluskiem na posadzce. Z ust, nosa i uszu leciały mu potoki wody.

-   Pożyje   -   poinformowałem   pozostałych,   wśród   których   nie   dostrzegłem   żadnej 

szarży. - Widział to który z kucharzy?

- Nie. Wszyscy śpią pijani w magazynku.

- Też ładnie. - Zerwałem ze ściany rozkład służb i podarłem na drobniutkie strzępy. - 

Możecie wracać do jednostek, ale trzymać mi gęby na kłódkę. Już was nie ma!

Nie trzeba było powtarzać. Ja zaś znalazłem magazynek, wybrałem niegdyś białą 

kurtkę z naszywkami sierżanta i spokojnie wszedłem do jadalni, gdzie zabawa była w pełnym 

toku. Muzyka grała, oficerowie ryczeli jakieś marsze, pękało szkło, mordobicie odbywało się 

przy ogólnym aplauzie. Podłogę zalegali ci, którzy skończyli się bawić, a reszta robiła co w 

jej mocy, aby jak najszybciej do nich dołączyć. Szybko zlustrowałem towarzystwo i zająłem 

się   kontemplacją   pijaków,   bowiem   pod   wpływem   przygody   z   wojowniczym   kapitanem 

przypomniały mi się jeszcze inne, bezpieczniejsze sposoby obrabiania zalanych. Wybrałem 

chrapiącego w kącie i nie obrzyganego majora, zadałem go sobie zatem na plecy.

- Washa? -- wymamrotał półprzytomnie.

- Pan major ma służbę w nocy - oznajmiłem. - Sam mi pan major mówił, jak tu 

przyszedł, żeby go otrzeźwić!

Paru  mniej   pijanych   pomogło  mi  nawet,   słysząc   magiczne   słowo  „służba",  toteż 

wywlokłem  go spokojnie do kuchni, a dalej do składziku z gorzałą,  w którym  powinien 

poczuć się jak w domu, gdy tylko się obudzi. Klucze wziąłem od kucharza-sierżanta, który 

był widać słabej konstrukcji, gdyż zemdlał i jeszcze nie doszedł do siebie po przytępieniu. 

Zamknąłem   drzwi,   rozebrałem   pana   majora   i   przymierzyłem   mundur.   Nawet   czapka 

pasowała.

Zadowolony poprawiłem krawat, zamknąłem drzwi za sobą, a klucze wyrzuciłem. 

Czas był zająć się ratowaniem świata. I miałem dziwne wrażenie, że nie robię tego po raz 

ostatni.

background image

24

Plan   był   prosty.   Należało   dostać   się   do   któregokolwiek   z   transportowców 

parkujących spokojnie na placu, a konkretnie do kabiny łączności, znaleźć koordynaty tej 

planety i nadać odpowiedni sygnał. Statki były jasno oświetlone i dobrze widoczne, ale w tym 

pijackim raju nie powinno być kłopotów z wniknięciem do wnętrza. Poprawiłem medale, przy 

okazji sprawdzając, za co mnie udekorowano (najbardziej spodobał mi się ten z napisem ZA 

WYTRWAŁOŚĆ   i   uzasadnieniem   na   odwrocie   -   sześć   tygodni   bez   magnetowidu   na 

kompanii) i dołączyłem do reszty szwendającego się wszędzie pijanego bractwa.

Bar został tymczasem oddzielony solidną kratą od reszty sali, a sanitariusze ładowali 

wyświnionych i nieprzytomnych oficerów na nosze i po kolei wynosili na zewnątrz. Zdolni 

do poruszania się o własnych siłach, próbowali zrobić to samo, czyli wyjść. Moją uwagę 

zwrócił tercet szpakowatych pułkowników maszerujący z dużym zaangażowaniem, tyle że 

każdy w inną stronę, a ponieważ wczepili się jeden w drugiego, a drugi w trzeciego, dreptali 

wciąż w miejscu.

- Idę w tę samą stronę, sir - oznajmiłem prosto w ucho najbliższemu. - Pomogę 

panom.

- Dobry chłopak - mruknął mi tamten w odpowiedzi prosto w nos.

Poziom alkoholu we krwi skoczył mi od razu od tego chuchu, ale włączyłem się w 

gromadkę,   nadając   jej   zdecydowany   wektor   ku   drzwiom.   Na   szczęście   drzwi   były 

dwuskrzydłowe,   dzięki   czemu   zdołaliśmy   wytoczyć   się   na   trawnik,   skąd   mozolnym 

zygzakiem ruszyliśmy w kierunku lądowiska, omijając szczęśliwie ambulanse, do których 

ładowano cięższe przypadki. Moich podopiecznych kierunek nie obchodził, cała ich uwaga 

skupiona była na stawianiu jednej nogi przed drugą w linii możliwie prostej bez potknięcia o 

własne kończyny, co naprawdę nie było łatwe.

Zza narożnika wymaszerował na nas pluton żandarmerii, zobaczył trzech pijanych 

pułkowników i jednego majora, wykonał jak najszybciej przepisowy w tył zwrot i zniknął 

nam z oczu.

Moje pijaczki stawały się coraz cięższe i ruszały się coraz wolniej, ale zbliżaliśmy 

się już do murowanego budynku pomiędzy obozowiskiem a polem lądowiska. Gmach był 

solidny i nawet teraz stało przed nim dwóch uzbrojonych strażników. Wszystkie kamienie 

przy   ścieżkach   pomalowano   tu   na   biało,   a   trawniki   wyglądały   dziwnie   połyskliwie. 

Brakowało tylko rulonów zwiniętego na noc asfaltu, a to dlatego, że podjazd był betonowy. 

Nad drzwiami wisiała ozdobna tabliczka:

background image

KWATERA GŁÓWNA D-ca Gen. ZENNOR

Nie   tego   szukałem.   Wymanewrowałem   więc   na   trawnik   i   kolejno   poukładałem 

podopiecznych obok tablicy NIE DEPTAĆ.   GROZI   ROZSTRZELANIEM.   Zachrapali, 

ledwie znaleźli się na ziemi.

- Wartownik! - wrzasnąłem. - Zawołajcie oficera dyżurnego. Panowie pułkownicy 

się potruli. Wartownikom nawet powieka nie drgnęła.

- Tak, sir - odszczeknął jeden z nich, znikając we wnętrzu.

Ja też zniknąłem, kierując się ku resztkom stadionu, który zamieniono na lądowisko. 

Transportowce musiały siadać na awaryjnym ciągu, gdyż ziemia była zwęglona i okopcona, a 

bliżej dysz nawet zeszklona od żaru. Czyste marnotrawstwo, za to efektowne. Podobnie jak 

przyspawane   do   kadłubów   wieżyczki   artyleryjskie,   całkowicie   nieprzydatne   do   walki   w 

przestrzeni, ale robiące wrażenie. Swoją drogą, ci wojskowi muszą być ciężko sfrustrowani - 

tyle przygotowań, taka ładna inwazja, a tu nikt nie chce z nimi walczyć. Rzeczywiście, nic, 

tylko się upić z rozpaczy.

Szedłem, nieco się zataczając, aby widać było, że maszeruje oficer, i to w dodatku 

pilot, mający prawo wrócić na swój statek. Tak mi się przynajmniej wydawało, że mam owo 

prawo, aż do chwili gdy na drugim stopniu rampy zostałem zaskoczony przez wartownika.

- Stać! Służba wartownicza!

- Cholerę w bok - sapnąłem, odsuwając biedaka, który na swoje nieszczęście był 

szeregowym.

-   Proszę...   sir...   panie   majorze,   nie   może   pan   wejść,   dopóki   nie   pokaże   pan 

przepustki.

- Odwal się! - warknąłem. - Nie potrzebuję przepustki na własnym statku.

Dotarłem prawie do połowy drogi, gdy w luku pokazał się barczysty starszy sierżant, 

całkowicie blokując przy tym przejście.

- To nie pański statek, panie majorze - oznajmił ponuro. - Znam całą załogę.

Już chciałem go opieprzyć, gdy dostrzegłem kanciasty podbródek, fryzurę na jeża i 

pełne uporu oczy. Z równym powodzeniem mógłbym dyskutować z betonowym murem.

- Nie mój statek?

- Nie pański statek.

- Kuma,  nie mój  statek... - mruknąłem  i zawróciłem,  dla podtrzymania  pozorów 

tracąc równowagę i łapiąc się relingu tuż przed padnięciem na pysk. Odmaszerowałem ku 

sztabowi, by wymyślić jakiś inny plan.

Ukryty   pod   rozłożystym   drzewem   przyglądałem   się   transportowcom,   ale   nic   nie 

background image

przychodziło   mi   do   głowy.   Poza   tym   było   późno,   pijaczków   ułożono   do   snu   i   stado 

spuszczonej już ze smyczy Żandarmerii pilnowało, by nikt po bazie nie łaził. Pozostało tylko 

jedno, czyli spróbować za dnia, co było niebezpieczne, ale przy niejakim szczęściu mogło się 

udać.   Teraz   należało   pomyśleć   o   własnym   bezpieczeństwie   i   zasłużonym   odpoczynku,   i 

właśnie   miałem   zamiar   to   zrobić,   gdy   ciszę   przerwała   seria   głośnych   komend   i   łupanie 

podkutych   butów   na   schodach   sztabu.   Warta   wykonała   kilka   łamańców,   regulaminowo 

prezentując broń, a z budynku wypadła wataha oficerów z Zennorem na czele. Zdecydowanie 

nie było to dla mnie zdrowe miejsce.

Albo i było! Wpadł mi do głowy samobójczy niemal pomysł. Ignorując wyjący w 

głowie   alarm   instynktu   samozachowawczego,   ruszyłem   za   pędzącą   przez   trawnik   grupą. 

Gdyby któryś się teraz obejrzał, byłoby po mnie, ale udało się. Ich celem było dostać się do 

statku niezależnie od tego, kto lub co stanęłoby im na drodze, ostatecznie głównodowodzący 

był z nimi! Gnałem zatem starając się utrzymać równy dystans i wyglądać na marudera w 

pościgu za resztą grupy. Do wartownika udało mi się dotrzeć, gdy ostatni z gromadki znikał w 

luku.

- Panie generale... - wychrypiałem. - Właśnie przyszła depesza...

Minąłem wartownika, który zrobił jedyne, co mu pozostało i zasalutował. Do luku 

dotarłem bez tchu, ale poza drugim wartownikiem nie było już tam nikogo.

- Gdzie generał?

- W kabinie kapitana, sir.

- To w pobliżu kabiny łączności, jeśli się nie mylę?

- Tak, sir. Na tym pokładzie, drzwi numer dziewięć.

Pospieszyłem do schodów, a ledwie zniknąłem wartownikowi z oczu, zwolniłem i 

przestałem dyszeć. Statek był cichy, korytarze puste, tylko z góry dobiegało echo głosów. 

Dotarłem do kolejnego pokładu, przeszedłem cicho do drugich schodów i nie spiesząc się, 

policzyłem do dwustu.

Nadal   ani   żywego   ducha.   Rozejrzałem   się   spokojnie.   Duże   9   zdobiło   metalowe 

drzwi, zza których dobiegał gwar, ale nieco dalej ujrzałem napis KABINA ŁĄCZNOŚCI.

Wziąłem głęboki oddech, podszedłem do właściwych drzwi i wyciągnąłem rękę ku 

klamce. Klamki jednak nie było.  Ktoś ją odciął i przyspawał stalowe sztaby do framugi, 

uniemożliwiając wejście do środka nawet wycieńczonemu krasnoludkowi.

- Co tu robicie? - usłyszałem, próbując dojść do ładu z tą nowiną i poczułem nagle w 

gardle jakąś kluchę.

Odwróciłem się, przełknąłem ślinę i cisnącą mi się na usta odpowiedź - przede mną 

background image

stał ledwie porucznik.

- Mógłbym o to samo zapytać pana, panie poruczniku? - warknąłem lodowato.

- To mój okręt, majorze.

- I dlatego zwraca się pan nieprzepisowo do starszego stopniem?

- Przepraszam, sir, ale nie widziałem pagonów, tylko postać przy kabinie łączności, a 

mamy rozkaz...

- Żeby nikt się koło niej nie kręcił, tak?

- Tak jest, sir.

Nachyliłem się bliżej, obserwując z przyjemnością, jak blednie.

- No, to ucieszy pana wiadomość, iż moje rozkazy mówią, że mam sprawdzić, czy 

pan wykonuje swoje - warknąłem. - Gdzie znajdę generała Zennora?

- W tej kabinie, sir.

Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem ku wskazanym drzwiom. Musiałem tam wejść, 

bo byłem pewien, że porucznik będzie mnie obserwował i próba zwykłego opuszczenia statku 

mogłaby   wzbudzić   jego   podejrzliwość.   Wejście   do   kabiny   go   uspokoi,   pozostało   zatem 

zaryzykować. Otworzyłem drzwi i bez wahania wmaszerowałem do środka.

Zebrani studiowali przy stole jakąś mapę, na której odwrócony szczęśliwie plecami 

Zennor coś tam pokazywał, komentując półgłosem. Zbrobiłem w prawo zwrot i nadziałem się 

na przyśrubowaną do grodzi półkę z książkami. Wybrałem jedną na oślep, odwróciłem się i 

ruszyłem ku drzwiom. Obecni całkowicie mnie zignorowali.

Wyłowiłem z rozmowy jeszcze dwie kurwy i trzy cholery, co znaczyło, że prowadzą 

typowo wojskową dyskusję, i wróciłem na korytarz, z którego właśnie znikał porucznik.

Nie spiesząc się dotarłem do schodów i do luku. Wartownik wykonał na mój widok 

stosowny punkt regulaminu musztry, od czego omal nie dostałem ataku serca, tak wywijał 

automatem. Zasalutowałem mu niedbale i wyszedłem na chłodne, nocne powietrze, kierując 

się ku zagajnikowi. Czułem się jak ruchoma tarcza, ale do linii drzew dotarłem cały i bez 

strzelaniny.

Oparłem się o pień i odetchnąłem z taką ulgą, że z sąsiedniego drzewa o mało nie 

pospadały liście. Wycierając zroszone potem czoło, zorientowałem się, że wciąż trzymam w 

garści książkę. Z czystej ciekawości zerknąłem na wytłoczony na okładce srebrzysty napis: 

PRAKTYKA   WETERYNARYJNA   W   ZROBOTYZOWANYCH   JEDNOSTKACH 

KAWALERII.

Tego było już za dużo. Książka wysunęła się z moich bezwładnych palców, a ja 

osunąłem się plecami po pniu i klapnąłem ciężko na murawę.

background image

Ludzie, litości!

background image

25

Odpoczywałem w ciemnościach, starając się nie myśleć o weterynarzach badających 

mechaniczne konie i analizując znaczenie faktu zaspawania drzwi w kabinie łączności. Nie 

ulegało   wątpliwości,   że   nie   zrobiono   tego   wyłącznie   z   mojego   powodu.   Nie,   nie   byłem 

przesadnie skromny, ale miałem świadomość, że większość oficerów, z Zennorem włącznie, z 

pewnością   nie   uznaje   mnie   za   potencjalne   niebezpieczeństwo.   Garth   miał   jakieś   własne 

powody i należało je poznać, i to na drodze logicznego rozumowania, bo kaskaderki miałem 

zdecydowanie dość.

Skoro   kabina   na   statku   flagowym   była   zaspawana,   to   na   pozostałych   również, 

inaczej rzecz nie miałaby sensu. Celem zabiegu było naturalnie uniemożliwienie nawiązania 

łączności. Tylko z kim? Na terenie planety wystarczały normalne radiostacje, które miała 

każda jednostka. Nie chodziło też raczej o łączność pomiędzy statkami, bo cała flota chyba 

wyładowała. Pozostawało jedno - kontakt pomiędzy planetami. Czyli, po pierwsze, Zennor 

chciał utrzymać w tajemnicy przed Marynarką Ligi położenie zaatakowanej planety do czasu 

jej całkowitego podbicia. Wiedział, że tylko Marynarka mogłaby mu w tym przeszkodzić, 

wiedział  też,  że   ma  ona  szpiegów,   o  czym  dobitnie   świadczyła   ilość  radiolokatorów.  Po 

drugie zaś, najpewniej chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli zostać dyktatorem 

nowego świata stawiając Nevenkeblę przed faktem dokonanym. Tym bardziej że zabrał ze 

sobą  praktycznie  całą   zdolną  do  walki  armię   wyspy.  Czy drugi  wniosek był  prawdziwy, 

trudno powiedzieć,  ale  nie miało  to aktualnie  większego znaczenia  ani  dla mnie,  ani dla 

mieszkańców planety Hoyan.

Wyglądało na to, że zdani jesteśmy na siebie, jeśli nie liczyć wiadomości radiowej 

kuśtykającej gdzieś tam z mizerną prędkością światła, mnie zaś czeka dokonanie żywota na 

tej planecie. Aby jednak mieć spokojną starość, należało najpierw pozbyć się własnymi siłami 

napastników.   Dezercja   wśród   szeregowych,   to   był   dobry   początek,   ale   co   dalej? 

Najoszczędniejszym wyjściem wydało mi się uruchomienie darmowej bimbrowni, a wówczas 

oficerowie i podoficerowie przy minimalnej zachęcie zapiją się w ciągu roku na śmierć. Zaraz 

po wysnuciu tego wniosku ziewnąłem szeroko, co uświadomiło mi, że zasypiam na siedząco.

Zaśnięcie tutaj na pewno zakończyłoby moją karierę, toteż resztkami woli wstałem i 

zająłem  się kombinowaniem,  jak wydostać  się  z bazy.  Najlepiej  zaraz  i nie  na piechotę. 

Znając wojskowe zasady, mogłem uznać, iż pojazdy powinny znajdować się blisko sztabu, 

bowiem oficerowie organicznie nie lubią chodzić. Udałem się więc w kierunku gmachu, i 

faktycznie, na parkingu z tyłu stał sobie wśród wszelkiego nie pilnowanego gąsienicowo-

background image

kołowego   złomu   transporter   dowodzenia,   dokładnie   taki   sam,   w   jakim   zjechałem   na 

powierzchnię tej planety. Czym prędzej wlazłem do kabiny, stwierdziłem brak kluczyków i z 

uśmiechem na ustach uruchomiłem silnik spinając wyjęte ze stacyjki druty. Byle dalej od 

bramy, jako najlepiej pilnowanego miejsca. Wjechałem na drogę prowadzącą wzdłuż płotu i 

poszukałem   odcinka,   gdzie   z   obu   stron   przysłaniały   mnie   drzewa.   Zatrzymałem   wóz   i 

obejrzałem ogrodzenie składające się z dziesięciu pasm drutu kolczastego. Żadna przeszkoda 

dla pancerki. Ziemia nie była naruszona, czyli nie zakopano tu min. Wsiadłem ponownie do 

kabiny, wrzuciłem bieg i skręciłem na płot, który runął przy wtórze głośnych wyładowań. 

Druty były  pod napięciem,  czego się zresztą  spodziewałem,  ale  transporter zbudowano z 

myślą również i o takich przeszkodach, zatem otrzymał porządną izolację. Wyjechałem na 

ulicę, wykręciłem ostro, by nie staranować pomnika Marka Czwartego, który to monument 

stał na pobliskim placu, i już wiedziałem, gdzie jestem. Szliśmy tędy po uwolnieniu nas przez 

Stirnera. Przede mną była rzeka, a dalej dzielnice podmiejskie. Przejechałem przez most.

Pościgu nadal nie było, zatem nie musiałem się aż tak spieszyć. Znalazłem kawałek 

spadzistego brzegu, wykręciłem, wrzuciłem niski bieg i wyskoczyłem z kabiny. Transporter 

zabulgotał i zniknął pod wodą w miejscu, które wyglądało mi na głębokie.

Słysząc   wreszcie   w   oddali   wycie   syren,   przemaszerowałem   przez   spory   park   i 

wyszedłem  na cichą  uliczkę.  Byłem  zmęczony,  a musiałem  jeszcze  oddalić  się od rzeki. 

Wojsko jako całość nie jest specjalnie rozgarnięte, ale ślady czytać czasem potrafi.

Ruszyłem na oślep, skręcając na chybił trafił w boczne uliczki, aż w końcu zgubiłem 

się   dokumentnie.   Oparłem   się   o   mur   przy   drewnianej   furtce   z   napisem  Dun   Roamin  

skorzystałem z zaproszenia. Za furtką był ogródek i drzwi do domku. Powiedziałem sobie, że 

na tej planecie znajomości zawiera się inaczej, nawet w nocy, i załomotałem do drzwi. W 

domku zapaliło się światło.

- Kto tam? - spytał ze środka jakiś męski głos.

-   Jim   diGriz,   spoza   planety.   Zmęczony.   W   drzwiach   stanął   siwawy   jegomość 

wytrzeszczający na mnie krótkowzroczne oczka.

- Niemożliwe! A jednak! Stary Czolgoscz ma szczęście! proszę do środka, co mogę 

dla ciebie zrobić?

-   Po   pierwsze,   zgasić   światło,   bo   może   się   przyplątać   jakiś   patrol,   po   drugie, 

pożyczyć kawałek łóżka...

- Już się robi, tylko wchodź ostrożnie, żebyś się nie zabił. To pokój mojej córki, teraz 

zamężnej... Mają czterdzieści gęsi i siedemnaście krów... O, zaraz zasłonię okna... Gotowe!

Stary   Czolgoscz   był   gadatliwy   do   niemożliwości,   ale   gospodarzem   okazał   się 

background image

idealnym. W oczy rzuciły mi się różowe zasłony, różowa kapa z koronkami na łóżko i co 

najmniej dwadzieścia lalek różnej wielkości.

- Umyj się, tu jest łazienka, a ja przyniosę ci coś gorącego do picia...

- Wolałbym coś zimnego, za to bogatego w alkohol.

- Hi, hi, chyba mam coś z tego, o czym myślisz...

Zanim się umyłem, gospodarz wrócił z wysoką flaszką, dwiema szklankami i piżamą 

we wściekle różowym kolorze. Miałem tylko nadzieję, że wdzianko nie świeci w ciemności.

- Domowa nalewka - oznajmił radośnie, nalewając do obu szklanek.

Spróbowałem, westchnąłem nostalgicznie i wypiłem do dna.

- Ostatni raz piłem coś takiego na farmie, gdzie zawsze miałem flaszkę schowaną w 

chlewni.

- Miłe wspomnienie... Teraz śpij. - Zniknął, zanim zdążyłem mu podziękować.

Przepiłem więc jeszcze do portretu Marka Czwartego i poszedłem spać.

Gdy wróciła mi przytomność i pamięć, słońce świeciło już jasno. Wstałem, ziewając, 

i   otworzyłem   okno,   za   którym   gospodarz   pielił   właśnie   grządki.   Pomachałem   mu   na 

powitanie, a on pospieszył do środka.

Po   parunastu   sekundach   rozległo   się   pukanie   do   drzwi   i   w   progu   pojawił   się 

Czolgoscz z wielką tacą, którą bez ociągania opróżniłem.

- Skąd wiedziałeś? - westchnąłem, spoglądając na puste talerze.

- Doświadczenie. Młody chłopak, który ciężko pracuje, musi jeść. Rozmawiałem z 

paroma osobami i mogę ci powiedzieć, że w całym mieście trenują grupy wyznaczone na 

Dzień D.

- Jaki dzień?

- Dzień Dezercji, czyli dziś wieczorem. Przygotowano dodatkowe pociągi, a ludzie w 

wioskach   czekają   już   na   przyjęcie   nowych   obywateli.   W   innych   miastach,   gdzie   są 

mundurowi, sprawa wygląda podobnie.

- Bardzo mnie to cieszy. Mam nadzieję, że mnie tu przyjmiecie, bo mój pobyt na 

waszej planecie może być dłuższy, niż sądziłem.

-   Jesteś   tu   mile   widziany.   Ty   i   twoja   wiedza.   Może   zechciałbyś   wykładać   na 

uniwersytecie?

Szczęśliwie niczego akurat nie piłem.

- Przykro mi, ale nie skończyłem żadnej szkoły. Zawsze wcześniej dość gwałtownie 

opuszczałem jej mury...

- Zdarza się, ale poza tym, to nie wiem, o czym mówisz. Studenci uczą się, kiedy 

background image

chcą i ile chcą, i tylko tego, co im odpowiada. Przestają, gdy sami tak zdecydują. Jedynym, co 

muszą poznać w młodym wieku, są zasady istnienia Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, bo 

inaczej nie mogliby prowadzić samodzielnego życia.

- A rodzice płacą za ich naukę? Czolgoscza zatkało.

- A niby z jakiej racji? Dziecko ma w chwili urodzenia otwarte konto, a do chwili, w 

której zaczyna zarabiać, jest po prostu dłużnikiem społeczeństwa. Zarabiać zaczyna naturalnie 

w   najmłodszym   wieku,   rozumie   bowiem,   że   dopóki   ma   dług,   nie   jest   pełnoprawnym 

członkiem Wspólnoty.

Teraz ja zaniemówiłem.

- Fabryki dla niemowląt, co? - parsknąłem.

-   Hi,   hi,   co   za   wyobraźnia!   Oczywiście,   żadne   fabryki.   Dzieciaki   zarabiają   z 

początku wyręczając matki w pracach domowych, otrzymując część tych wirrów, które dotąd 

matka dostawała od ojca...

- Dość! Jestem osłabiony,  a moja  subtelna konstrukcja psychiczna  kiepsko znosi 

nadmiar wrażeń. Wasze idee powinienem poznawać w małych dawkach, by uniknąć szoku.

- Logiczne podejście - zgodził się ku memu zaskoczeniu. - Podobnie stopniowo będą 

musiały być przyjmowane przez nas informacje o kosmicznej cywilizacji, od której tak długo 

byliśmy odcięci dzięki geniuszowi Marka Czwartego.

- Mógłbyś powiedzieć mi jeszcze, gdzie jest mój przyjaciel Morton?

- A chciałbyś się z nim spotkać? Z przyjemnością cię zaprowadzę.

- Wiesz...? Pewnie, że wiesz. Wszyscy tu wiedzą, gdzie aktualnie jesteśmy.

- Słusznie. Jeździsz na rowerze?

- Od lat nie jeździłem, ale tego się podobno nie zapomina.

Jako środek lokomocji na krótkie dystanse rower był idealny, zwłaszcza że nikt tu 

nie kradł, toteż ulice pełne były jednośladów. Przebrałem się w szorty, spakowałem mundur i 

zrobiłem poranną rozgrzewkę w ogródku. Gdy skończyłem sto pompek, spojrzałem prosto w 

oczy faceta, który przyglądał mi się w wyraźnym zainteresowaniem.

- Nie chciałem przerywać ci rytuału - powiedział. - Czolgoscz zadzwonił do mnie, 

wiec przyprowadziłem twój rower, najlepszy, jaki był na składzie.

- Serdeczne dzięki, ale nie mam ci czym zapłacić.

- Już zapłaciłeś. A poza tym po drodze wstąpiłem gdzie trzeba i poproszono mnie, 

abym ci to oddał.

Wręczył   mi   wirrdisk,   na   którym,   ku   memu   zaskoczeniu,   widniało   moje   imię   i 

nazwisko, a w małym okienku widniała liczba 64.678, czyli stan konta.

background image

-   Prosili   jeszcze,   żebyś   się   z   nimi   skontaktował,   bo   nie   są   pewni,   ile   godzin 

pracowałeś ostatniej nocy. Jak im powiesz, to uaktualnią stan konta.

- Jestem w systemie! - zdziwiłem się i ucieszyłem jednocześnie.

-   Naturalnie   -   roześmiał   się   mój   rozmówca.   -   Jesteś   pełnoprawnym   członkiem 

Przyzwalającej Wspólnoty Otwartej, toteż pozwól, że będę ci życzył długiego i miłego życia 

oraz stale wzrastającego konta.

background image

26

W sztabie Zennora bomba eksplodowała dopiero następnego ranka, i to z impetem 

ekskrementów   trafiających   w   wentylator.   Przez   całą   noc   napływały   do   nas   informacje   o 

fenomenalnym   wręcz   powodzeniu   akcji.   Wojsko   jak   jeden   mąż   wyszło   na   przepustki   i 

gremialnie opowiedziało się za zaletami świeżego powietrza, wymieniło mundury na cywilne 

ubrania i załadowało się do specjalnie podstawionych pociągów, których i tak nie starczyło, 

więc ponad setka ekswojaków musiała pozostać w mieście, by doczekać zmroku.

Przepustki były ważne do północy, ale szydło wyszło z worka dopiero na porannych 

zbiórkach, bowiem do bazy prowadziły cztery bramy i żandarmi przy każdej  z nich byli 

święcie przekonani, że wojsko wróciło innymi wejściami, toteż nie podnosili alarmu.

Mając do dyspozycji niespodziewane bogactwo, kupiłem największy telewizor, jaki 

był w sklepie, i podarowałem gospodarzom. Siedzieliśmy akurat i oglądaliśmy program, gdy 

wojsko wdarło się w audycję. Nie było to miłe, gdyż nadawano akurat jakąś celebrę (bodajże 

z   okazji   rocznicy   podłączenia   jakiejś   cewki   do   pierwszego   obwodu   Marka   Czwartego) 

połączoną z paradą otwieraną przez dziewczęcy klub kolarski. Było na co popatrzeć.

Obraz zafalował i zniknął i po chwili ukazała się wściekła gęba Zennora. Nie było 

już na co patrzeć, pozostało jednak posłuchać, co tym razem wymyślił.

- Uwaga! Wszyscy mnie znacie, jestem generał Zennor, głównodowodzący siłami 

wyzwoleńczymi. Wiecie, że jestem człowiekiem spokojnym i cierpliwym...

- Ale łże!

- Cicho!

-   ...ale   jestem   też   twardym   dowódcą.   Nadszedł   czas   decyzji   i   sprawiedliwości. 

Właśnie dowiedziałem się, że kilku tchórzy, którzy trafili do szeregów mojej wiernej armii, 

ujawniło swą głupotę, próbując zdezerterować. Karą za dezercję jest śmierć, a wiem, że nikt z 

was nie chciałby, żeby spotkała ona kilku młodzieńców, toteż przedłużam im przepustki do 

dziś, do pomocy. Żaden żołnierz nie zostanie ukarany, jeśli wróci dziś przed północą, dlatego 

radziłbym porozmawiać z nimi, gdyż bez wątpienia ktoś z was im pomógł. Wiecie, gdzie są, 

zatem powiedzcie im, aby skorzystali z tej wspaniałomyślnej oferty i wrócili. Powiedzcie im 

też, że moja wspaniałomyślność kończy się o północy. Wówczas wprowadzę stan wyjątkowy, 

miasto   odcięte   zostanie   od   świata,   a   my   przeszukamy   budynek   po   budynku.   Gdy   ich 

znajdziemy, wówczas każdy dezerter dostanie butelkę piwa, będzie mógł napisać jeden list i 

zostanie   zastrzelony.   To   jedyne   ostrzeżenie.   Macie   czas   do   pomocy,   aby   wrócić,   potem 

będziecie martwi... - ciągu dalszego nie było, bo wyłączyłem odbiornik.

background image

-   Przygnębiające   -   stwierdził   Morton.   -   Włącz   telewizor,   popatrzymy   choć   na 

panienki. Włączyłem, ale po panienkach zostało jedynie wspomnienie, a jakiś facet rozbierał 

właśnie na śrubki jakieś detale, tyczące społecznej struktury Wspólnoty.

- On mówił poważnie - mruknąłem, wyciszając odbiornik.

- A jak ty myślałeś! Nie ma jakiegoś filmu na innym kanale? Mogę się napić?

- Nie możesz. Weź się w garść i pomóż mi znaleźć wyjście. Na rozruch dostaniesz 

jedynie piwo.

-   Przepraszam,   ale   niechcący   słyszałem   -   oznajmił   Stirner,   wchodząc   z   butelką. 

-Pozwolicie, że się przyłączę.

- Są jakieś wieści z miasta? - spytałem, gdy wypiliśmy po łyku.

- Cała masa. Odwołano pociągi, a na wszystkich drogach wylotowych postawiono 

barykady. Posterunki sprawdzają dokumenty. Maszyny z wiatrakami...

- Helikoptery.

- Tak to się nazywa? Zapamiętam. No to helikoptery patrolują pola, by nikt się nie 

przedostał,   a   wszyscy   młodzi   ludzie,   nawet   jeśli   wyraźnie   widać,   że   to   tubylcy,   są 

zatrzymywani   i   pobiera   im   się   odciski   dłoni   na   specjalnej   płycie   podłączonej   do   jakiejś 

maszyny. Potem ich wypuszczają.

- Zostają pola po zmroku - mruknąłem.

- Nie chciałbym być źle zrozumiany - odezwał się Morton. - Niech jednak wyliczę na 

początek  helikoptery,  reflektory,  detektory ruchu, noktowizory,  działka  z celownikami  na 

podczerwień...

- Nie musisz tego ciągnąć. Wiem, zbyt ryzykowne. A więc musimy wymyślić coś 

innego.

Prelegent ustąpił miejsca kolejnemu klubowi kolarskiemu, tym razem męskiemu, i 

na ekranie pojawiła się owłosiona łydka, a po paru następnych chwilach dziewczęce twarze.

- Mam! - wrzasnąłem, zrywając się na równe nogi.

- W korytarzu, drugie drzwi na lewo.

- Zamknij się, Morton. Mam pomysł. A ty masz przed sobą jedynego człowieka, 

który wie, jak bezpiecznie wydostać się z miasta i to z większą ilością dezerterów.

- Jak?

- A tak - odparłem, pokazując na ekran. - Stirner, spróbuj uruchomić swą agencję 

plotkarską i powiedz wszystkim, że na południe trzeba zorganizować rajd kolarski. Wcześniej 

chyba się nie da.

- Przepraszam, ale co? - Morton nic nie rozumiał. - Może byś tak rozwinął wątek?

background image

- To jasne - wtrącił się Stirner. - Chce, byśmy wyjechali z miasta na rowerach, ale nie 

wiem, jak ominie posterunki.

- Normalnie, bo będzie to damski rajd kolarski.

Kiedy   pojęli   pomysł   do   końca,   zabraliśmy   się   za   przygotowania.   Ponieważ   ja 

zająłem się koncepcją, za praktyczną stronę odpowiedzialni byli inni.

Potem było nieco zamieszania. Przez domek przewalił się tabun ludzi, a ja zdążyłem 

zjeść ledwie jedną kanapkę.

- Będziemy wkrótce ruszać - powiedział w końcu Morton. - Pierwsi chłopcy są już 

na placu. I przestań rżeć na mój widok!

To   ostatnie   nie   było   łatwe,   Morton   był   bowiem   przebrany   w   kusą   spódniczkę   i 

wypchany biustonosz oraz miał ogolone nogi.

-   Przydałby   się   makijaż   -   stwierdziłem,   oceniając   go   z   bliska   po   otarciu   łez   i 

pozbieraniu się z podłogi.

- Bardzo zabawne. Zobaczymy, jak ty będziesz wyglądał!

Zobaczyliśmy.   Tym   razem   to   Morton   wycierał   łzy,   gdy   stałem   się   atrakcyjną 

brunetką w zielonej minisukience. Nie to go jednak dobiło, ale fakt, że sam sobie spodobałem 

się w lustrze.

Pożegnaliśmy się z gospodarzami i pod przywództwem Stirnera, który okazał się 

równie zapalonym kolarzem co maratończykiem, ruszyliśmy w drogę.

Plac Marka Czwartego pełen był niespodziewanych atrakcji, bowiem tylu zgrabnych 

dziewczyn i poprzebieranych chłopów dawno nikt nie widział, i to nie tylko na tej planecie, 

ale   w   całej   galaktyce.   Na   dodatek   część   krypto-mężczyzn   klęła   na   czym   świat   stoi,   a 

niektórzy od lat nie siedzieli na rowerze i właśnie usiłowali ukończyć przyspieszony kurs 

łapania   rowerorównowagi.   Naturalnie   lądowali   co   pewien   czas   na   ziemi,   klnąc   jeszcze 

głośniej

- Uwaga! - krzyknąłem, aż echo poszło. - Po pierwsze, przestać kląć, bo jeszcze ktoś 

usłyszy. Po drugie, jeśli któryś wywali się w czasie mijania posterunku, to będzie zdany na 

własne siły. Zaraz dostarczą nam jeszcze tandemy i trzykołowce, przestać zatem desperować, 

tylko brać, co komu pasuje. Naszym celem jest punkt R.

- Co?

- Dowiecie się, gdy będziemy już na miejscu. Jeszcze jedno, jak mówię jazda, to 

jedziemy, kto zostanie, może potem mieć pretensje tylko do siebie. Wsiadać!

Okrążyłem jeszcze z nimi trzy razy plac, by ustawili się w jakimś szyku, i dałem 

znak autentycznym dziewczętom, które w pięknym stylu podjechały, otaczając nas ze wszys-

background image

tkich stron. Szefowa miała przymocowany do bagażnika proporzec, aby łatwo można było 

jechać   jej   śladem.   Cały   peleton   przemknął   jedną   z   ulic   ku   skrzyżowaniu,   przy   którym 

ustawiono   pierwszy   posterunek.   Z   bocznej   uliczki   wyjechał   jeszcze   Kolarski   Klub 

Weteranów,   wszyscy   łysi   albo   siwi.   Dotarli   do   ustawionej   naprędce   rogatki   i   ignorując 

protesty oficerów i podoficerów, bowiem nie było tam ani jednego szeregowego, częściowo 

objechali posterunek, a częściowo rozgonili, dając nam przejście. Zaraz za nimi pokonały 

przeszkodę autentyczne dziewczęta. Niektóre z nich przyciągnęły przy tym uwagę oficerów 

do tego stopnia, że w  powstałym  zamieszaniu  cała nasza gromada  przejechała,  pedałując 

zawzięcie, ile kto mógł.

- Nie zatrzymywać się! - krzyknąłem, gdy byliśmy już za zakrętem. - Jeszcze nie 

koniec, przerwa będzie, jak dotrzemy do lasu. Ruszać się, panowie!

Ruszali się, klnąc, sapiąc i spływając potem, i tak dojechaliśmy między drzewa, a 

konkretnie na atrakcyjną polankę pomiędzy nimi. Wtedy nastąpiła epidemia upadków, jakiej 

nie notowały kroniki kolarstwa. Większość uczestników rajdu znalazła się na trawie dysząc 

jak wyjęte z wody ryby. Reszta, by się nie wyróżniać, szybko do nich dołączyła.

- Nigdy więcej! - wychrypiał Morton.

- Kondycja ci, bracie, nawala - uśmiechnąłem się, spoglądając w kierunku, z którego 

przybyliśmy.

Siadł z wysiłkiem, zaintrygowany moim zachowaniem. Obaj przyglądaliśmy się, jak 

mija nas prawdziwy Żeński Klub Kolarski z koszykami piknikowymi na bagażnikach.

Uśmiechałem   się   jak   inni,   ale   w   głębi   duszy   nie   było   mi   wcale   wesoło. 

Podświadomie czekałem na reakcję Zennora na fakt, że stracił już połowę armii.

background image

27

Odpowiedzią na polecenie dalszego pedałowania był zgodny jęk moich nietypowych 

panienek.

- Przestańcie marudzić! - zdenerwowałem się. - Ludzie dla was ryzykują i musimy 

trzymać się planu. Jeśli chcecie wyjść z tego cało, to musicie mnie słuchać. Teraz jedziemy 

do fabryki, która ma bocznicę kolejową. Wjedzie na nią pociąg z północy, poczeka kwadrans, 

a potem odjedzie, z nami lub bez nas. Teraz dość gadania, do cholery!

Jazda upłynęła w wyjątkowej ciszy, gdyż moi podopieczni (lub podopieczne) czuli w 

nogach każdy przebywany kilometr. Pewną panikę wywołał helikopter, który zniżył się w 

pewnej chwili, by lepiej nam się przyjrzeć, ale kazałem moim bohaterom pospuszczać głowy, 

autentycznym panienkom zaś pomachać zalotnie. Wyszło dobrze i więcej alarmów już nie 

było.   Gdy   minęliśmy   ostatni   zakręt,   naszym   oczom   ukazała   się   fabryka,   a   na   bocznicę 

wjeżdżał właśnie pogwizdujący pociąg.

-  Otwierać  drzwi  i   ładować  się,   zanim   przyleci  następny  helikopter  -  poleciłem, 

ledwie wpadliśmy na rampę. - Rowery bierzemy ze sobą, potem za nie zapłacicie. Pożegnać 

się, wycałować dziewczyny. Została minuta!

Odwróciłem   się,   by   wymienić   pożegnanie   z   Neebe,   szefową   Klubu,   gdy 

spostrzegłem, że przekazuje ona swój proporzec zastępczyni i podchodzi do mnie, prowadząc 

rower.

- Mogę się do was przyłączyć? - spytała z uśmiechem.

- Glug...

- Sądzę, że to po naszemu znaczy tak - wprowadziła rower do wagonu i siadła na beli 

słomy. - To miło z twojej strony, że się zgadzasz. Do dzisiaj uczyłam się w Bellegarrique, ale 

teraz wyjeżdżam. Podobnie jak większość. Mieszkam na farmie w miejscowości zwanej Ling. 

Rozmawiałam z rodzicami i rodzeństwem, wszyscy,  włącznie z babcią, będą zaszczyceni, 

jeśli zostaniesz u nas tak długo, jak będziesz chciał.

Słysząc to, Morton najpierw zsiniał, potem pozieleniał.

- Cudowny pomysł - ucieszyłem się. - To ja jestem zaszczycony. Zaczęła znów się 

uśmiechać, gdy spojrzała na Mortona.

- Czy on jest chory?

- Nie, tylko nie ma się gdzie podziać - odparłem z westchnieniem.

- W takim razie zaproszenie obejmuje również i jego. Morton przestał wyglądać jak 

luzem chowany nieboszczyk po ekshumacji.

background image

- Przyjmuję z wdzięcznością - wyjąkał. - Ale dopiero, kiedy skontaktuję się z Sharlą.

- O, to ty ją jeszcze pamiętasz? - zdziwiłem się słodkim głosem.

Podróż była przyjemna, tory wolne, i po godzinie miasto znalazło się już daleko od 

nas. Większość zasnęła w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa.

Dobrze   po   zmroku   zaczęły   się   przystanki.   Pierwszy   miał   na   celu   załadowanie 

żywności, a dalszych nie pamiętam, bo też zasnąłem.

Obudziła mnie Neebe.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła. - Ponad połowa już wysiadła, teraz kolej na nas.

Stacyjki   nie   było,   tylko   przystanek   na   krzyżówce   z   szosą.   Żegnani   owacyjnie, 

ruszyliśmy w ślad za Neebe, minęliśmy senne miasteczko i dotarliśmy do rodzinnej farmy 

dziewczyny.

Następny ranek zaczął się od śniadania, w trakcie którego cała rodzina uznała za 

punkt honoru wtłoczyć we mnie tyle doskonałego pożywienia, ile tylko można było, a nawet 

trochę więcej.

- To było doskonałe - ocenił Morton, odstawiając w końcu z jękiem talerz.

- Powiedziałbym, że jeszcze lepsze - dodałem.

- Oba posiłki odliczono z twojego konta - uśmiechnęła się Neebe słodko. - Kazałam 

przenieść połowę na rozliczenie Mortona, gdy otworzą mu konto.

- Uwielbiam ten rodzaj gościnności - odparłem, odzyskując głos. - Widzę, że wciąż 

jeszcze słabo znam wasz świat.

- Z przyjemnością pomogę ci w studiach, ale to akurat będziemy musieli odłożyć na 

później. Nagraliśmy dla was coś, co zapewne powinniście obaj obejrzeć. Transmisja była 

wcześnie rano i nie chcieliśmy was budzić.

Włączyła magnetowid, a ja przygotowałem się duchowo na widok gęby Zennora i 

złe wieści, nic innego nie miało bowiem prawa nastąpić. Rozległa się fanfara, a na ekranie 

przejechało,   przemaszerowało   i   przeleciało   pół   garnizonu,   jako   że   tyle   tylko   wojska   już 

zostało. Potem ci sami żołnierze udający brakującą połowę trochę sobie postrzelali, co miało 

zapewne rozbudzić strach u widzów, niemniej u tej publiczności wzbudzić mogło najwyżej 

politowanie dla takiego marnotrawstwa sił i środków. Przygrywka się skończyła, ostatni czołg 

zniknął w siwym tumanie i przyszła pora na tumana rzeczywistego, czyli Zennora, który tym 

razem nie udawał już dobroduszności. Był zły, wręcz wściekły i wcale tego nie krył.

- Byłem dla was dobry, byłem wspaniałomyślny dla własnych żołnierzy, ale to już 

przeszłość - oznajmił. - Teraz nauczę was, że należy mnie słuchać, w przeciwnym bowiem 

razie konsekwencje  są  opłakane.  Pomogliście dezerterom, którzy co do jednego mają już 

background image

teraz zaocznie wymierzoną karę śmierci. Musieliście im pomóc, bo ani jeden nie skorzystał z 

prawa łaski, nikogo też nie znaleźliśmy podczas rewizji w mieście. Bez waszej pomocy nie 

byliby w stanie uciec, dlatego też mieszkańcy Bellegarriąue uznani zostali winnymi zdrady, 

jako że pomogli  zdrajcom i muszą  zapłacić  za swoje zbrodnie.  Zdawali  sobie sprawę ze 

swojej   przewiny,   usiłowali   bowiem   uciec,   ale   nie   wszystkim   się   to   udało.   Mamy   w 

więzieniach kilkuset z nich i tym razem nie będę tak wspaniałomyślny jak poprzednio. Jeśli 

któreś z moich żądań nie zostanie spełnione w przeciągu dwudziestu czterech godzin, zaczną 

się   egzekucje.   Pierwsza   dziesiątka   zginie   niezależnie   od   waszej   reakcji,   jako   lekcja   dla 

wszystkich. Kolejnych dziesięciu zginie następnego dnia w przypadku niespełnienia żądań; 

ciągłość   tych  wydarzeń   zostanie   zachowana   aż  do  skutku.  Egzekucje   powstrzymać   może 

jedynie   spełnienie   moich   warunków,   ale   zakładnicy   nie   będą   zwolnieni,   uznam   ich   za 

gwarancję posłuszeństwa w przyszłości. A oto, czego chcę: wszyscy dezerterzy mają wrócić 

do miasta, zamiast przed pluton egzekucyjny trafią do karnej kompanii. Cóż, mam miękkie 

serce.   Po   drugie,   wszystkie   świadczenia,   jak   elektryczność   czy   aprowizacja,   zostaną 

wznowione, a jeszcze dziś mieszkańcy mają zacząć wracać do miasta, które powinno działać 

tak, jak do tej pory. Radzę wam nie namyślać się zbyt długo, tylko od razu przystąpić do 

czynu!

Gęba znikła, i to by było na tyle. Spojrzałem na Mortona i naprawdę nie wiedziałem, 

co powiedzieć.

- Zdarzają się przypadki obłędu spowodowanego skazami genetycznymi, prawda? - 

zapytała Neebe. - Rzadkie, ale bywają. To, o czym on mówił, jest niemożliwe. On naprawdę 

chce zabijać ludzi?

Morton odezwał się, nim jeszcze znalazłem odpowiednie słowa.

- Owszem. I zrobi to. Może on jest wariatem, ale w tej armii, jak w każdej, jest wielu 

podobnych. Możesz mi wierzyć, byłem wśród takich jak on.

- Co wiec możemy zrobić, by go powstrzymać?

-   Praktycznie   nic,   a   to   dlatego,   że   dezerterzy   nie   wrócą,   ponieważ   nie   są 

samobójcami. Wy ich do tego nie zamierzacie zmuszać, bo jesteście normalni. Nie macie 

rządu, który mógłby zaproponować jakiś sensowny kompromis, z czego Zennor, nota bene, 

do dziś nie zdaje sobie sprawy. Najprościej byłoby albo odbić więźniów, albo usunąć Zennora 

i parunastu starszych rangą oficerów, reszta rozlazłaby się wówczas jak stado baranów i cała 

ta inwazja rozeszłaby się po kościach. Ale to niemożliwe, bo wy nie stosujecie siły, a my 

dwaj nie jesteśmy w stanie zrobić aż tyle. Wychodzi na to, że nie mam pojęcia, co robić dalej.

- Jakie to wszystko dziwne. Chyba jedynie sam Mark Czwarty potrafiłby  znaleźć 

background image

rozwiązanie - stwierdziła wstrząśnięta.

- Może - mruknąłem powściągliwie - ale wątpię, aby jego obwody, które już zresztą 

dawno szlag trafił, sprostały temu zadaniu.

- Nie ma rzeczy niemożliwej dla Marka Czwartego - oznajmiła z niewzruszonym 

spokojem, a ja zerknąłem na nią koso, nie lubię bowiem osobników religijnie nawiedzonych. 

Poza tym praktyka pokazuje, że cuda, jako zjawiska fizyczne, nie zdarzają się w przyrodzie.

- To pobożne życzenie - powiedziałem. - Przecież on już dawno zamienił się w złom 

i został gdzieś tam na coś przerobiony.

- Mark Czwarty może nam pomóc, ale nie poprosimy go o to, bowiem działanie takie 

byłoby   sprzeczne   z   podstawami   Przyzwalającej   Wspólnoty   Otwartej.   Sami   musimy 

przezwyciężać problemy, a wszystko, co jest nam do tego potrzebne, znajduje się w jego 

pracach.

-  Dziewczyno,   przestać   się  wreszcie   oszukiwać!  Nie   spytasz   go  z  tego   prostego 

powodu, że go tu nie ma!

-   Mylisz   się.   Mark   Czwarty   jest   tam,   gdzie   był   od   zasiedlenia   planety,   w 

Bellegarriąue.

Tym razem zostałem naprawdę zaskoczony, a jeśli wyglądałem tak jak Morton, to 

moje zdjęcie mogło być warte każde pieniądze. Na szczęście nikt tu nie miał aparatu. Neebe 

poczekała z uśmiechem, aż odzyskam zdolność wydawania dźwięków artykułowanych, czyli 

mowy, bo pierwsze moje odgłosy nie przypominały niczego.

- To było... wielki temu...

-   I   co   z   tego?   Teoretycznie  mechanizm   jest   nieśmiertelny,   jeśli   dobrze   go 

konserwować. Może zmienić swój wygląd, ale sama inteligencja pozostanie nienaruszona, a 

co najwyżej jeszcze się rozwinie. Zawsze byliśmy dumni z tego, że zabrał się z nami do tego 

świata i mamy nadzieję, że obserwuje i pochwala sposób, w jaki wcielamy w życie jego 

zasady i teorie. Nigdy chyba nie prosiliśmy go o pomoc, nie zamierzamy tego robić i teraz.

- Ale ja zamierzam! - oznajmiłem wstając. - Jego teorie mogą w krótkim czasie stać 

się pośrednią  przyczyną  śmierci  wielu ludzi.  Z  dobrego serca radzę  mu,  aby miał  jakieś 

sensowne pomysły, jak do tego nie dopuścić.

- Żeby to zrobić, musisz udać się do miasta - bąknął Morton.

- Miałem nadzieję, że nie powiesz tego głośno! Bo, niestety, masz całkowitą rację. 

Muszę wrócić, odszukać jego kryjówkę, dostać się tam i pogawędzić z tym tytanem intelektu.

background image

28

Pewnie wiesz, gdzie go znaleźć? - spytałem profilaktycznie Neebę, ale potrząsnęła 

przecząco głową.

- Ogólnie wiadomo, że przybył z nami i pomógł zaprojektować to miasto, którego 

potem nigdy nie opuścił, ale nie mam pojęcia, gdzie konkretnie przebywa.

- Cóż, ktoś musi to wiedzieć... no jasne, nasz stary znajomy Stirner, a jeśli nie on 

osobiście, to na pewno zna kogoś, kto może pomóc. Jak się z nim skontaktować?

- Tu jest telefon.

- Ślicznie, tyle że ja nie znam jego numeru ani adresu. Nie mam też bladego pojęcia, 

gdzie aktualnie przebywa.

-   Tu   nikt   nie   ma   numeru   telefonicznego,   bo   to   nie   jest   potrzebne.   Zadzwoń   do 

informacji i spytaj o niego.

Wzięła   słuchawkę,   a   ekran   rozjarzył   się   pytaniem   NAZWISKO?   System   był 

skuteczny i po czterech odpowiedziach gotów byłem pogratulować temu, kto to wymyślił, bo 

na ekranie ukazał się napis ŁĄCZĘ, a po paru dalszych sekundach zobaczyłem zatroskane 

oblicze Stirnera. Uśmiechnął się słabo na mój widok.

- Witaj, Jim. W czym mogę ci pomóc?

- Jesteś  specjalistą  od kabli  i kontaktów,  tak?  Chciałbym  pogawędzić  z waszym 

półbogiem, Markiem Czwartym.

- Dziwnie dobierasz słowa. Nigdy jeszcze nie słyszałem, aby ktoś nazwał go pół...

- Nieważne. Wiesz, gdzie on jest?

- Oczywiście.

- Zaprowadzisz mnie tam?

-   To   wymaga   zastanowienia.   Z   oczywistych   powodów   zawsze   szanowano   jego 

prywatność. Z tego, co czytałem, był czasem proszony o konsultacje po zbudowaniu miasta 

lub sugerował to czy tamto, ale w ciągu ostatnich kilkuset lat nikt go nie niepokoił. Sam bym 

tam nie poszedł, ale ciebie mogę zaprowadzić. Jesteś indywidualnością podobnie odmienną 

od pozostałych, jak sam Mark Czwarty. Uważaj tylko przy powrocie do miasta. Pociągi nie 

kursują, a ludzie zostali siłą zatrzymani. Z ostatnich meldunków wynika, że nikt nie wraca.

- Coś wymyślę. Bądź pod telefonem, bo zjawię się jeszcze dzisiaj. Muszę pogadać z 

tym cudem techniki, nim minie czas wyznaczony przez Zennora. - Odwiesiłem słuchawkę i 

wpatrzyłem   się   w   ekran,   ale   nie   wyświetliło   się   na   nim   nic   inspirującego.   -Masz   jakieś 

pomysły, Morton?

background image

- Jeśli chcesz sensownych pomysłów, to nie bardzo. Innych aż w nadmiarze.

- Do luftu. Gdybym cię posłuchał, pewnie od razu trafiłbym do pierdla.

- Mogę coś powiedzieć? - spytała Neebe.

- Jak najbardziej.

- Pojedziesz jako mój ojciec. Mamy tu mały teatr i doskonałego charakteryzatora. 

Ponieważ będziesz stary, a ja będę prowadzić wóz, nie musisz nawet znać drogi.

- Jesteś genialna! - Pocałowałem ją z radości i natychmiast puściłem. Krew nie woda, 

ale czasu nie było, pozostawała natychmiastowa separacja. - No to pospieszmy się.

- Brat zaprowadzi cię do teatru, a ja uprzedzę kogo trzeba i załatwię transport. To 

fascynujące   i   podniecające   jednocześnie.   Dzięki,   że   pozwoliłeś   mi   pomóc.   To   o   wiele 

zabawniejsze niż szkoła.

- Nie ma za co. A czego się uczysz?

- Wulkanologii. Uwielbiam gorącą lawę...

- Pasjonujące, ale o tym potem, jeśli byłabyś tak miła.

- Naturalnie. O, idzie mój brat.

Podstawiono nam specjalny pociąg, tylko lokomotywa i jeden wagon. Machnąłem 

ręką   Mortonowi   i   z   trudem   wdrapałem   się   na   górę.   Szpakowata   broda,   zreumatyzowane 

oblicze,   czerwone   oczka,   zmarszczki   i   przygarbiająca   mnie   uprząż   pod   ubraniem,   dzięki 

czemu   miałem   wspaniały   widok   na   własne   buty.   Aha,   i   jeszcze   pokryte   wątrobianymi 

plamami dłonie. Faktycznie, mieli dobrego charakteryzatora.

Wysiedliśmy na małej stacyjce, przy której stała solidna, czarna limuzyna. Na nasz 

widok wysiadł z niej kierowca i przytrzymując drzwi spytał Neebe:

- Prowadziłaś już taki wóz?

- Jasne. Dwustuwatowy lasher, doskonale się nim jeździ.

- Podkręciłem go do trzydziestu trzech tysięcy, więc energii wystarczy. Generator, 

jakby   co,   jest   przy   przednich   kołach,   ale   nie   powinien   być   potrzebny.   Z   dodatkowym 

żyroskopem, praktycznie niewywracalny. Życzę szczęścia!

Wsiedliśmy, Neebe uruchomiła całe to ustrojstwo i przeciążenie wgniotło mnie w 

fotel. Wystartowaliśmy jak myśliwiec. Na szczęście droga była idealnie prosta.

- Zwolnię przed rogatką - stwierdziła. - Ciekawe, ile to pudło wyciąga?

- Mnie to nie ciekawi - odparłem, widząc za oknem zlewający się w jedną smugę 

krajobraz. - Znam ciekawsze sposoby popełnienia samobójstwa, a na dodatek mam jeszcze 

coś do zrobienia. Roześmiała się, ale zwolniła.

Ocknąłem się, gdy zwolniliśmy. Potem był łagodny zakręt i rogatka, czyli szlaban 

background image

zrobiony z belki ustawionej w poprzek drogi.

- Co to za blokowanie drogi, półgłówki? - zapiałem falsetem przez okno.

-   Spokojnie,   dziadku,   bo   ci   omega   wysiądzie   -   odparł   gruby   kapitan   oparty   o 

rzeczoną   belkę   i   dłubiący   w   zębach.   Pewnie   wspominał   właśnie   znakomitego   hotpupa. 

-Dokąd wain tak pilno?

- Jesteś tak głupi, jak wyglądasz, czy może  pozory mylą  i jeszcze głupszy?  Nie 

słyszałeś, co gadał ten wasz gównodrący czy jak mu tam? Pracownicy komunalni mają dziś 

wrócić  do pracy.  Jestem inżynierem-elektrykiem  i jak nie chcesz srać po ciemku  i chlać 

ciepłego piwa, to lepiej przestań zadawać głupie pytania i usuń to drzewo z drogi.

- Patrzcie  go, cholera,  jaki  pracowity się znalazł  - parsknął,  ale  dał znak  dwóm 

podoficerom, aby podnieśli szlaban.

Pogroziłem   mu   laską,   z   satysfakcją   odnotowując,   że   nigdzie   nie   było   żadnego 

szeregowego. Ciekawe, jak podobała się kadrze ta okazja, by wziąć się wreszcie do roboty. 

Minęliśmy zakręt, wjechaliśmy do miasta. Neebe zatrzymała  się przy budce telefonicznej, 

wysiadłem zatem i pognałem do telefonu. Całkiem żwawo zresztą, jak na zreumatyzowanego 

siedemdziesięciolatka.

- Jesteś w mieście? - przywitał mnie Stirner.

- A gdzie?

- W takim razie spotkamy się przy wejściu.

- Do czego?

- Do pomieszczeń zajmowanych przez Marka Czwartego na placu jego imienia, a 

niby gdzie indziej?

Faktycznie, bo i gdzie miałby być. Sądziłem, że to tylko pomnik, ale pewnie pod nim 

była rezydencja starego robota. Wsiadłem do wozu i ruszyliśmy z piskiem opon. Zabrałem się 

za   zdejmowanie   charakteryzacji,   od   uprzęży   zaczynając.   Brodę   zostawiłem   na   wypadek, 

gdybyśmy spotkali jeszcze jakiś patrol.

Faktycznie   spotkaliśmy,   ale   nas   nie   zaczepili,   niemniej   i   tak   zrobili   na   mnie 

wrażenie.   Korzystając   z   tego,   że   sierżant   zagapił   się   na   nas,   dwóch   ostatnich   w   szyku 

żołnierzy prysnęło, znikając błyskawicznie w otwartych drzwiach budynku, które natychmiast 

ktoś za nimi zamknął. Ślicznie! Szeregi dezerterów rosły nieustannie, a jak tak dalej pójdzie, 

to Zennorowi naprawdę zostaną tylko szarże, a z taką armią nie wygrywa się wojen.

Podjechaliśmy na plac, gdzie Stirner podziwiał już pomnik, toteż zdjąłem ostatnie 

owłosienie i wysiadłem.

- Chciałbym iść z tobą - westchnął Stirner.

background image

- Ja też - dodała Neebe. - Ale nie zostaliśmy zaproszeni, więc nie będziemy się 

narzucać.

- Jak tam się wchodzi?

- Przez to. - Stirner wskazał na drzwi z brązu w tylnej ścianie cokołu.

- Masz klucz?

Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.

- Naturalnie, że nie mam. Nie są zamknięte.

-   Powinienem   się   tego   domyślić   -   mruknąłem   zrezygnowany   i   uścisnąłem 

wyciągnięte dłonie.

Mogłem zrozumieć ich nastroje, ostatecznie udawałem się na spotkanie z kimś, kogo 

według kryteriów wielu innych kultur trzeba by nazwać bogiem.

Klamka stawiła lekki opór, drzwi skrzypnęły rozdzierająco, ale ustąpiły.  Za nimi 

były   nieco   zakurzone   stopnie;   światło   zapaliło   się   automatycznie,   chociaż   nie   wszystkie 

lampy działały. Miałem nadzieję, że podobny los nie spotkał gospodarza.

Kichnąłem, gdy moje stopy wzbiły kilkusetletni kurz. Droga w dół była długa, a 

kończyła   się   małą   salką   ozdobioną   fosforyzującymi   diagramami   schodów.   Były   tam   też 

masywne,   pozłacane   wrota   wysadzane   diamentami   z   napisem   JESTEM,   WIĘC   MYŚLĘ. 

Drobniejszymi   literami   widniało   jeszcze   poniżej:   UPRASZA   SIĘ   O   WYCIERANIE 

OBUWIA.

Przed drzwiami była siwa od kurzu wycieraczka. Mogli by tu, cholera, chociaż raz na 

sto lat posprzątać! Klamka ze szlifowanego rubinu poddała się bez walki, a drzwi nawet nie 

skrzypnęły.   Znalazłem   się   w   przestronnym,   dobrze   oświetlonym   i   klimatyzowanym 

pomieszczeniu, którego jedną ścianę zajmował pulpit sterowniczy. Na środku sali siedział 

Mark Czwarty jak żywy,  czyli  idealnie zgodny ze swoimi portretami, które widziałem w 

niezliczonej   ilości.   Jedyną   różnicą   było   to,   że   tutaj   łączyła   go   z   tablicą   gruba   wiązka 

przewodów. Tu i ówdzie świeciły się jakieś lampki, a obiektywy kamer przesunęły się w 

moją   stronę.   Znaczy   się,   działał.   Podszedłem   bliżej   i   resztką   zdrowego   rozsądku 

powstrzymałem się przed ukłonem. Cisza trwała niezmącona, toteż w końcu odchrząknąłem i 

spytałem:

- Mark Czwarty, jak przypuszczam?

-   Oczywiście,   a   kogo   się   spodziewa...   łup!   -   Głos   był   chrypliwy,   a   na   „łup" 

odskoczyła jakaś klapka w korpusie, coś zadymiło wewnątrz i wszystko umilkło.

- Ślicznie, cholera! Siedział tu przez kilkaset lat i nic nie robił, a ledwie człowiek 

zagadał, to się przepalił! Zagrywka rodem ze starej komedii! - powarkiwałem wściekły. - 

background image

Dureń katodowy...

Przerwał   mi   łomot   za   plecami,   toteż   odskoczyłem   pospiesznie,   przyjmując   na 

wszelki wypadek pozygę obronną, ale nie było się przed czym bronić. W ścianie ukazały się 

drzwiczki,   z   których   wyjechał   mały,   wieloczynnościowy   robot   na   gumowych   kółkach. 

Wetknął   jakiś   chwytak   w   otwartą   klapkę   gospodarza,   wyciągnął   dymiącą   z   lekka   płytkę 

obwodów drukowanych, którą cisnął na podłogę, a ze szczeliny we własnym korpusie wyjął 

nową   płytkę   i  zamontował.   Klapka   zamknęła   się  z   lekkim   trzaskiem,   a  robot   zawrócił   i 

odjechał do kąta.

- Ani się nie przepaliłem, ani nie przestałem działać - oznajmił Mark Czwarty miłym 

barytonem.   -   Moja   karta   dźwiękowa   odmówiła   posłuszeństwa,   co   po   kilkuset   latach 

nieużywania jest rzeczą niezbyt dziwną. Witam cię, Jimie diGriz.

- Jak na siedzącego od wieków w piwnicy jesteś nieźle poinformowany.

-   Wygląd   o   niczym   nie   świadczy,   a   dane   elektroniczne   przyswajać   można   na 

rozmaite sposoby. Ważne są receptory, nie procesor.

- Też racja. - Ustąpiłem z drogi automatycznej miotle. - Skoro wiesz, kim jestem, to 

wiesz także, co się wyrabia na górze.

- Wiem. Od ładnego tysiąca lat nie było tam tak wesoło.

- Podoba ci się? - Zaczynałem wpadać w złość, toteż złośliwy chichot, który rozległ 

się po chwili, nieco mnie zaskoczył.

- Nerwy, chłopie. Przyznaję, że karty z intonacjami nie używałem od paru tysiącleci, 

jako że moi podopieczni wolą głos bezosobowy. A może masz ochotę porozmawiać z damą?

Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane ciepłym kontr-altem.

-   Już   lepiej   bądź   facetem,   łatwiej   się   będzie   rozmawiać   o   interesach.   Poza   tym 

maszyna to zwykle „on", choć nie wiem dlaczego. Robi ci to jakąś różnicę?

- Żadnej. Podobnie jak forma, możesz do mnie mówić on, ono, ona lub to coś. Jak ci 

wygodniej. Płeć nie ma dla mnie znaczenia.

- Nie wiesz, co tracisz!

- Nonsens. Nie można stracić czegoś, czego się nigdy nie miało. Budzisz się w nocy 

żałując, że nie masz, powiedzmy, fotoreceptorów?

Pytanie było trafne, ale czas na luźną pogawędkę niewłaściwy.

- Słuchaj no, przybyłem tu z pewnego konkretnego i ważnego powodu. Pobajdurzyć 

z przyjemnością wpadnę później, ale teraz do rzeczy. Słyszałeś, jak sądzę, zapowiedzi tego 

idioty Zennora. Co zamierzasz przedsięwziąć?

- Nic.

background image

- Że jak? Wymyśliłeś Przyzwalającą Wspólnotę Otwartą i rozpowszechniłeś ją wśród 

ludzi.   Przywiozłeś   tu   swych   wyznawców,   a   teraz   będziesz   siedział   i   patrzył,   jak   ich 

wyrzynają?

- Nie pierdol - odparł ciepło. - Prawda wygląda nieco inaczej. Opublikowałem pewną 

pracę zawierającą tezy systemu historiozoficznego, który kto chciał, mógł przyjąć za swój. 

Część   czytelników   stała   się   jego   entuzjastami,   zastosowała   to   w   praktyce   i   polubiła   ten 

sposób życia. To oni mnie tu przywieźli, a nie ja ich. Tak to wygląda, a teraz wróciliśmy do 

punktu wyjścia. Emocje i logika w zasadzie nie dają się pogodzić.

Ponownie przepuściłem automiotłę, tym razem wracającą do schowka, co dało mi 

czas na uspokojenie nerwów.

- Owszem.  Zaczynamy od nowa. Twoi zwolennicy mają zostać zabici. Zamierzasz 

coś z tym zrobić?

-   Fizycznie   niewiele   mogę.   A   konteksty   filozoficzne   i   socjologiczne,   jak   i   ich 

polityczne   implikacje,   wyłożyłem   w   moich   pracach.   Mieszkańcy   tej   planety   wiedzą   o 

Wspólnocie tyle samo co ja.

- A zatem będziesz siedział tu sobie spokojnie, słuchał elektronicznych szumów i 

pozwolisz im zginąć?

- Ludzie ginęli za przekonania, zanim ktokolwiek pomyślał, by mnie stworzyć.

-   No   tak.   W   takim   razie   uprzejmie   cię   informuję,   że   ja   nie   zamierzam   siedzieć 

bezczynnie.

- A co masz zamiar zrobić?

- Jeszcze nie wiem. A świta ci jakiś rozsądny pomysł?

- A propos czego?

- Uwolnienia zakładników, zakończenia inwazji i załatwienia Zennora. Kolejność 

dowolna... - i wtedy do mnie dotarło, czego naprawdę od niego potrzebuję. - A tak poza tym, 

czy znasz koordynaty przestrzenne tej planety i tego systemu?

- Naturalnie.

- To wydrukuj je gdzieś, abym mógł wezwać na pomoc Marynarkę Ligi.

- A dlaczego miałbym to zrobić?

- Po to, ty durniu katodowy, aby uratować dziesięciu ludzi przed śmiercią. Jeśli tego 

nie rozumiesz, to...

- Jim, tylko spokojnie, bo cię krew zaleje albo nagły szlag trafi. Nie widzę powodu, 

by robić to powtórnie, jako że osobiście i własnoręcznie wysłałeś sygnał FTL, gdy tylko 

odzyskałeś tę elektroniczną wronę.

background image

29

Ja wysłałem? - spytałem słabo.

- Ty wysłałeś.

- Ale... ale... dureń ze mnie! Wiadomość od Waroda od początku do końca była 

łgarstwem?

- Najwyraźniej.

Należało   zacząć   myśleć,   toteż   jąłem   chodzić   w   kółko.   Dlaczego   Warod   mnie 

okłamał, to raz. Dlaczego nie ma tu jeszcze Marynarki, to dwa. Liga nie pochwala przecież 

ani wojen, ani mordów, co tu jest grane...

- Słuchaj, ty starożytny mądralo. Czy Marynarka Ligi zjawiła się już w pobliżu, czy 

nie?

- Przykro mi, ale nie wiem.  To znaczy, na pewno nie wylądowali, ale czy są na 

orbicie, nie mam pojęcia, bo mój teleskop orbitalny zepsuł się dwa wieki temu. Ponieważ nie 

wyładowali, to sądzę, że jeszcze tu nie dolecieli... Możemy być bardzo daleko od najbliższej 

bazy.

Przestałem spacerować i nagle poczułem się bardzo zmęczony.

- Nie masz jakiejś starej skrzynki lub czegoś, na czym dałoby się usiąść? - spytałem.

- O cholera... Przepraszam. Wyszedłem z wprawy jako gospodarz.

Ledwo   skończył   mówić,   za   moimi   plecami   wyrosła   kanapa.   Skorzystałem   z 

przyjemnością.

- Miękka, wygodna - cmoknąłem z uznaniem.

- Może drinka? - Bystry był, to trzeba mu przyznać.

- Byle nie za mocnego.

- Nie jestem chwilowo zbyt dobrze zaopatrzony... mam tylko prawie czterystuletnie 

wino, ale podobno z wiekiem zyskuje na smaku...

Samobieżny   barek   trącił   mnie   lekko   w   ramie.   Zdmuchnąłem   kurz   z   butelki   i 

włączyłem   autokorkociąg.   Zdołał   wyjąć   zabytkowy   korek   w   całości,   co   było   niemałym 

osiągnięciem. Nalałem do kieliszka i powąchałem. Zatkało mnie, czegoś podobnego dotąd nie 

znałem. W smaku było jeszcze lepsze.

- Doskonałe! Albo prawie. Do rzeczy, która godzina?

- Szesnaście godzin do egzekucji - odparł, zaoszczędzając mi  kalkulacji. Upiłem 

wina i zacząłem głośno myśleć.

-   Wysłałem   wiadomość,   zatem   flota   jest   w   drodze,   co   rozwiązuje   nam   problem 

background image

inwazji, ale raczej nie zdążą tu przed egzekucją, zatem nie należy na nich w tej kwestii liczyć. 

Przy okazji, miłe, że nie będę tu uwiązany na dłużej. Dobrze, to mogę zrobić osobiście, bo 

twoje pupilki palcem nie ruszą.

- Tak  bym  tego  nie ujął. Aktualnie  w  mieście  ma  miejsce  szereg  konferencji, a 

populacja stale wzrasta, ludzie gremialnie wracają.

- Poddali się? Wrócą do pracy?

- W żadnym wypadku. Organizują protest, choć nie jest jeszcze ustalone, jaką będzie 

miał formę.

- Skąd to wiesz?

-   Z   podsłuchu   łączności.   Mam   blok   pamięci   poszukujący   kluczowych   słów   i 

nagrywam takie komunikaty czy rozmowy.

- Łączność armii też podsłuchujesz?

- Naturalnie. Sporo ciekawostek można tam znaleźć.

- Znasz ich język?

- Znam każdy język. Konkretnie znam tysiąc sześćset języków, gwar i dialektów... 

amen, en ting er i hvert fald siker. Du taller ikke dansk. Og hvorfor są ikke det? Dansk er da 

et smukt, melodisk sprong.

Nieźle, sądziłem, że poza mną nikt nie słyszał o duńskim. Ale był jeszcze jeden 

język,   którego   nie   powinien   znać,   gdyż   stał   się   językiem   martwym   na   długo   przed 

powstaniem Marka Czwartego i stał się mową znaną jedynie pewnemu stowarzyszeniu tak 

tajnemu, że wolę tu o nim nawet nie wspominać. Język zwany łaciną.

Nonne cognoscis linguam Latinam?

-   Loąuame   linguam   Latinam?   -  odparł   Mark   Czwarty   pewnym   głosem.   -  Quid 

referam   in   singulorum   verborum   delectu,   in   coniunctorum   compositione,   et   structura,   in  

casutan atque temporum discriminatione, in certarum concinnitate formularum, in incisorum 

membrorumąue conformatione, in modulandis circumdictionibus, in elegantiarum cuiusąue 

ge-neris   accurata,   elaborataąue   freąuentatione   ąuantus   tum   sim   et   ąuam   purus   putus  

Ciceronianus? Ex ąua Cicero mortuus est, meis verbis nihil latinius. Memoria vero libros  

omnium auctorum latinorum tam veterum ąuam recentiorum et neotericorum continet. Voces 

peregrinae et barbarae ąuae latinis eloąuiis inseruntur, omino mihi notae sunt. Nae tu es  

baro   et   balatro,   nam   ego   studeo   partes   difflciles   cognoscere   ąuas   scholastici   doctores  

gestant, latebras singulas auxilio mei ipsius cerno. Doctissimi enimvero homines omnino  

unńersitatum modernarum me rogant sensus omnium talium verborum

1

.

1 

Ponieważ Autor nie przełożył tych przechwałek na angielski, tłumacz postanowił pójść w 

background image

Musiałem pozbierać szczękę z podłogi, gdy skończył.

- Wyłapałeś  niuanse, Jim? - spytał radośnie. - Zupełnie jak Cycero, każde słowo 

starannie   dobrane   i   zdania   dobrze   skomponowane   i   wyważone,   by   uwypuklić   czasy...   - 

perorował w zapamiętaniu, a ja przez chwilę zapomniałem nawet, że mam do czynienia z 

inteligentną maszyną, ale ostatecznie postanowiłem zaprząc ją do roboty.

-   Mark,   wracając   do   rzeczy,   pomożesz   mi?   -   przerwałem   mu   grzecznie,  ale 

stanowczo.

- Jak tylko będę mógł.

Znów  upiłem wina. Zaczynałem  z wolna odczuwać zbawienny wpływ  trunku na 

szare komórki.

- Słuchaj, widziałem dziś, jak dezerteruje dwóch żołnierzy. Ilu dezerterów jest teraz 

w mieście?

- Stu dwudziestu jeden... o, przepraszam, już stu dwudziestu dwóch.

- Ilu ma broń?

- Wszyscy. Co do jednego uciekli podczas patroli.

Pomysł zaczynał nabierać konkretnych kształtów. Mając stu dwudziestu uzbrojonych 

ludzi można było zacząć sensownie planować, i to niejedno. Pytanie tylko, czy użyją broni...

- Chciałbym się spotkać z nimi wszystkimi w jednym miejscu. I żeby byli uzbrojeni - 

powiedziałem powoli. - Musisz to zorganizować.

Przez długą chwilę panowała cisza. Myślałem, że ma tak ciężki tok myślowy, ale nie.

-   Załatwione   -   oznajmił   niespodziewanie.   -   Zjawią   się   wraz   z   tymi,   którzy   ich 

przechowują, w hali sportowej blisko miejsca wybranego przez najeźdźców na mord.

- Przyznaję, że mnie uprzedziłeś.

-  Mam  nadzieję,  bo inaczej  wyszłoby,   że  jestem  głupszy niż  ty,  i  że  nadaję  się 

jedynie na złom. Ponieważ do spotkania pozostało jeszcze parę godzin, czy zechciałbyś mi się 

odwdzięczyć i trochę pogawędzić? Przez jakieś tysiąc lat nie byłem na bieżąco ze sprawami 

galaktyki. Co tam nowego?

To było dziwne popołudnie. Miał doskonałą pamięć i dowiedziałem się masy rzeczy, 

ale jednego nie był w stanie mi powiedzieć, jako że powstał już po rozpoczęciu ekspansji 

kosmicznej przez ludzi.

- Podobnie jak ty, znam jedynie legendy i mgliste wspomnienia. Jeśli istniała jedna 

planeta, z której wywodzi się cała ludzkość, planeta zwana Kurz czy Ziemia, to jej położenie 

nie jest mi znane.

jego ślady. Disce, puer, Latine (przyp. tłum.)

background image

- Co szkodziło spytać! Miło się z tobą gawędzi, ale chyba na mnie już pora.

- Racja. Wiesz, jak się wychodzi.

- Możesz być tego pewien. Wyłącz światło, jak wyjdę, choć wątpię, by brakowało ci 

prądu.

- Wyłączy się automatycznie, choć prądu mi faktycznie nie brak. Sztuka przetrwania 

była   jedną   z   pierwszych,   jakich   się   nauczyłem.   Sieć   miejska,   generatory   awaryjne, 

akumulatory i reaktor, który mogę uruchomić w dziesięć minut. Chyba wystarczy?

- Chyba. To tymczasem.

Pokonałem schody i wyjrzałem ostrożnie. Żadnych  patroli, za to Stiraer i Neebe 

czekali na mnie na pobliskiej ławce.

-   Nie   boicie   się,   że   patrol   was   znajdzie?   -   spytałem.   -   Ponoć   ogłosili   godzinę 

policyjną?

- Tylu zdezerterowało, że wycofali patrole - uśmiechnął się Stirner. -Wojsko jest albo 

w bazie, albo w budynku zajętym na sztab. Teraz powiedz nam, rozmawiałeś z Markiem 

Czwartym?

- Rozmawiałem i byłem jego gościem. I piłem wino, w którego smak nie uwierzycie.

-   Uwierzę   we   wszystko,   co   dotyczy   Marka   Czwartego   -   odparł   Stirner   przy 

milczącym przytakiwaniu Neebe. - Ale przykro mi, że nie podsunął ci żadnego sposobu na 

powstrzymanie zabójstw.

- A skąd możesz to wiedzieć? O tym nie mówiłem.

- Nie musiałeś. Mark Czwarty wie, że jest to problem, z którym musimy uporać się 

sami. I zrobimy to. Podjęliśmy już decyzję. Wszyscy w mieście zbiorą się jutro na miejscu 

zabójstw   i   podejmą   indywidualne   decyzje.   Zasłonimy   zakładników   i   nie   dopuścimy,   by 

zginęli.

- Szlachetne to, ale raczej głupie. Zastrzelą najpierw was, potem ich.

- To inni zajmą nasze miejsce. Na bierny opór nie ma sposobu, chyba że zabije się 

wszystkich, a wtedy nie będzie kim rządzić. Albo się opamiętają, albo skończą im się naboje.

- Naboi mają sporo, a co do opamiętania się, to raczej bym na to nie liczył... Mam na 

szczęście nadzieję, że nie będzie aż tak źle. Z pomocą Marka Czwartego zaaranżowałem 

spotkanie   dezerterów   w   hali   sportowej.   Chcę   omówić   z   nimi   nieco   konkretniejszy   plan. 

Zaprowadzisz mnie tam?

Spacerek był przyjemny, jako że wojsko w ogóle nie pokazywało się na ulicach, za 

to co i rusz widać było grupki odprowadzające jednego czy dwóch dezerterów zadowolonych, 

że zmorę służby wojskowej mają już za sobą.

background image

Hala mieściła stadion, w centrum którego stał ring zapaśniczy, wlazłem więc tam 

szykując się do roli agitatora.

Ekswojsko zajęło niższe rzędy, a zainteresowani resztę miejsc. Złapałem mikrofon i 

poczekałem, aż zapadnie cisza.

-   Witam   byłych   szeregowych   ze   znienawidzonej   armii,   do   której   też   miałem 

nieprzyjemność należeć. Większość z was mnie nie zna...

- Wszyscy cię znamy! - przerwał mi głos z widowni. - To ty o mało co nie załatwiłeś 

tej starej świni, generała...

- Więcej szczęścia następnym razem!

- Dzięki, miło być docenianym! - Odczekałem, aż ucichnie owacja. - Teraz proszę 

was o pomoc. Nasz wspomniany tu generał chce zastrzelić dziesięciu bezbronnych cywilów 

spośród   ludzi,   którzy   pomogli   wam   i   waszym   kumplom   uciec,   a   wszystkich   nas   darzą 

przyjaźnią. Musimy teraz im pomóc, i to najprościej, jak można. Mamy broń i wiemy, jak jej 

użyć. Gdy Zennor zjawi się na miejscu egzekucji, a zjawi się na pewno, zapowiemy mu, iż 

użyjemy jej, jeśli nie uwolni zakładników. Powinno się udać, ale jeśli dojdzie do strzelaniny... 

Być  może zdołamy utłuc przy tej okazji i jego, i sztab, a wówczas skończymy z całą tą 

kretyńską inwazją. Owszem, możemy przy tym zginąć, ale uważam, że jesteśmy to winni i 

sobie, i gospodarzom.

Przyznaję,   plan   nie   był   oryginalny   i   więcej   było   w   nim   dziur   niż   sera,   ale   nic 

lepszego nie przyszło mi już do głowy. Wywiązała się zaciekła dyskusja, ale w końcu ktoś 

rozsądny   wpadł   na   pomysł,   by   przeprowadzić   głosowanie   i   reszta   poszła   już   sprawnie. 

Większość poparła mój projekt (pewnie dlatego, że nie wiedziała, jak wycofać się z tego z 

twarzą) i pod moim przewodnictwem zmieniliśmy miejsce postoju na budynki przylegające 

do placu, miejsca przyszłej egzekucji. Położyliśmy się spać, ja zaś zdawałem sobie sprawę, że 

część z moich wojaków zniknie do rana jak sen złoty, ale na to nie było rady. Miałem jedynie 

nadzieję, że nie będzie to przeważająca część.

Obudziłem   się,   gdy   zaczęło   się   przejaśniać,   i   odsunąłem   pluszowego   misia 

zasłaniającego mi widok, jako że na punkt dowodzenia wybrałem sklep z zabawkami. Po 

kilku minutach na placu pojawili się pierwsi żołnierze, to znaczy oficerowie i podoficerowie, 

gdyż szeregowca nie było wśród nich ani jednego. Potem nadjechała kawalkada samochodów 

z Zennorem,  sztabem i dziesięcioma  zakładnikami.  Brak szeregowych  upraszczał  sprawę, 

jakby   jednak   doszło   do   strzelaniny,   idealnym   i   podstawowym   celem   dla   każdego 

szeregowego jest jego kapral, sierżant lub znajomy oficer. Zanim zaprowadzono względny 

porządek,   rozległ   się   klekot   gąsienic   i   naprzeciw   mojego   okna   stanął   pluton   czołgów. 

background image

Przyznaję, że tego się nie spodziewałem.

Podobnie jak i tego, że Zennor wyciągnie  z kabury pistolet  i wystrzeli  w szybę 

sklepu zabawkarskiego.

- Wyłaź, diGriz! -wrzasnął. - Zabawa się skończyła!

Cóż było robić? Wyszedłem. Przez drzwi naturalnie, nie przez okno. Przyjrzałem się 

sytuacji.   Lufy   czołgów   w   większości   kierowały   się   na   budynki   zajęte   przez   moich   pod-

opiecznych, a nad wszystkim unosił się złośliwy śmiech Zennora.

- Naprawdę sadziłeś, że ci się uda? - spytał Zennor z niedowierzaniem. - Durniu, 

miałem wśród was moich ludzi! Chciałbyś zobaczyć jednego z nich?

Uniósł lewą dłoń i z grupy podoficerów wyszedł ktoś w mundurze szeregowca, ale z 

wąsem i w ciemnych okularach. Gdy zdjął jedno, a odkleił drugie, poznałem go bez trudu.

- Kapral Gow, żeby to najjaśniejsza cholera wzięła!

- Szeregowy Gow, i to przez ciebie, gnojku! - warknął tenże. - Rozwaliliby mnie, 

gdybym nie był dość bogaty, by się wykupić. A wszystko przez takie gówno jak ty! Teraz 

wyrównałem rachunki. Gdy zaczęły się dezercje, zaraz zgłosiłem się na ochotnika i cały czas 

byłem w kontakcie z panem generałem. Teraz przywrócą mi rangę, a ty pójdziesz do piachu, 

gdzie jest miejsce dla takich glist!

- I kto to mówi? Dupek do kwadratu...

- Możesz sobie gadać, szpiegu, i tak siedzisz już po uszy w gównie.

- Siedzisz - przytaknął Zennor, celując mi między oczy. - Ciekaw jestem, o czym 

myślisz, wiedząc,że umrzesz, i to zaraz?

background image

30

Miewałem już w życiu chwile bezradności, ale przyznaję, że tak źle jeszcze nie było. 

Obstawiony zewsząd uzbrojonymi cymbałami czekającymi z radością, aby tylko nacisnąć na 

spusty.   I   jeszcze   uzbrojona   armia   pomocników   za   plecami.   A   co   gorsza,   zupełny   brak 

pomysłów.

- Milczysz?  - Zennor niespodziewanie opuścił broń. - Strach cię obleciał? No to 

napocisz  się  jeszcze,   bo najpierw  pooglądasz   sobie  egzekucję  innych.   Tych   tchórzliwych 

świń,   które   chciały   do   mnie   strzelać.   I   całej   dziesiątki   zakładników,   naturalnie.   Zawsze 

dotrzymuję słowa i teraz oświadczam, że zabiję cię osobiście. Ale na samym końcu.

- Nie, jeśli ja zabiję cię pierwszy - warknąłem,  nie mając  już nic do stracenia i 

ruszyłem ku niemu.

A on uciekł!

Niedaleko, co prawda, bo tylko do szeregu zakładników, ale zawsze. Złapał jakąś 

babcię i przystawi jej broń do skroni.

- Jeszcze jeden krok, a ona zginie na początek. Wierzysz mi, diGriz?

Głupie   pytanie,   pewnie,   że   mu   wierzyłem.   W   tej   właśnie   chwili   usłyszałem   za 

plecami   jakiś   tumult   i   odwróciłem   się.   Zennor   też.   Z   bocznej   ulicy   wypływał   tłum 

prowadzony przez Stirnera i Neebę.

- Cholera jasna! - zakląłem w bezsilnej złości.

Zennor   puścił   starszą   panią   i   wycelował   w   Stirnera,   na   którym   nie   zrobiło   to 

najmniejszego wrażenia. Doszedł na parę kroków do Zennora i krzyknął:

- Słuchajcie, uzbrojeni przybysze! Odłóżcie broń, a nikomu nie stanie się krzywda!

- Jeszcze krok, a cię zabiję! - ryknął Zennor.

-   Wierzę,   że   to   zrobisz.   Jeszcze   kilka   minut   temu   nie   wierzyłem,   że   normalny 

człowiek może zabić innego człowieka, ale teraz już w to wierzę.

- I dobrze. W takim razie...

- Zamknij się! - stwierdził spokojnie Stirner. - I tak zrobimy to, po co przyszliśmy. 

Zabiorę ci broń. Jeśli zabijesz mnie, zrobi to ktoś inny. Jeśli i jego zabijesz, to następny. W 

końcu zabraknie ci amunicji, a wtedy ktoś ci ją zabierze. Nie wygrasz z nami, bo albo skończą 

ci   się   pociski,   albo   nas   wszystkich   pozabijasz   i   nie   będziesz   miał   kim   rządzić,   ty 

niewydarzony dyktatorze. Zabawa faktycznie się skończyła.

-   Nieprawda!   -   W   oczach   Zennora   błysnęło   szaleństwo.   -   Ludzie   tak   się   nie 

zachowują. Kiedy cię zastrzelę, a moi podwładni załatwią parę pierwszych szeregów i zrobi 

background image

się tu czerwono od krwi, to reszta w końcu ucieknie. Nie powstrzymasz mnie, bo...

Ciągu dalszego nie było, bowiem dałem w łeb stojącemu obok oficerowi i skoczyłem 

ku generałowi, odpychając Stirnera. Trzeba przyznać, że bydlę miało refleks. Ta sekunda, 

którą straciłem na oficera, wystarczyła, by uskoczył i zdzielił mnie w łeb lufą, aż mi w oczach 

pociemniało.

- Zgłaszasz się na ochotnika, diGriz? Ostatecznie mogę zacząć i od ciebie...

Nadal miałem ciemno w oczach, ale zanim doszedłem do siebie, z góry rozległ się 

tak wzmocniony głos, że i uszy mnie zabolały.

- Wojna skończona! Odłożyć broń!

Tak jak wszyscy, uniosłem głowę. Nic dziwnego, że wzrok mi się pogorszył - nad 

miastem   wisiał   największy   krążownik   kosmiczny,   jaki   w   życiu   widziałem,   i   dokładnie 

przesłaniał słońce. Jego różnorodne uzbrojenie wycelowane było głównie w dół.

Marynarka Ligi przybyła!

Tyle że chwilę za późno.

- Nigdy! - ryknął Zennor - Ognia! Zestrzelić mi to gówno!

I przystawił mi broń do głowy, naciskając spust.

Nic się nie stało.

Spust ani drgnął, choć cała ręka mu zbielała. Opamiętałem się pierwszy. Łagodnie 

odsunąłem dłoń z pistoletem i wyprowadziłem cios, jakiego chyba nigdy w życiu nie udało mi 

się już powtórzyć.  Cios zaczął się gdzieś na wysokości moich kolan, a skończył  na jego 

szczęce, wsparty całą moją siłą i wściekłością za wszystko, czego był sprawcą. Ręka bolała 

mnie potem przez dwa dni, ale warto było. Coś chrupnęło, mam nadzieję, że jego szczęka, a 

sam generał Zennor uniósł się na dobry metr w górę i poleciał jeszcze ze dwa do tyłu, nim 

rąbnął o bruk niczym worek sieczki, tracąc przytomność jeszcze w locie. Uśmiechnąłem się, 

naprawdę zadowolony, i usłyszałem mniej przeraźliwy, choć nadal potężny głos Waroda.

-   Wasza   broń   nie   działa!   Emitujemy   pole   uniemożliwiające   wzajemny   ruch 

elementów metalowych. Na istoty żywe pole nie ma wpływu. Prosimy mieszkańców planety 

o rozbrojenie napastników.

Rozległ się tupot wielu nóg i okrzyki bólu - pierwsi ruszyli do dzieła dezerterzy, 

wyrównując   przy   okazji   stare   porachunki.   Reszta   zgromadzenia   dołączyła   do   nich   już 

spokojniej, ale równie skutecznie, dzięki czemu już po paru minutach na środku placu piętrzył 

się   stos   broni,   a   czołgi   stały   martwe   i   ciche,   jako   że   ich   załogi   wyciągnięto   za   uszy   i 

kołnierze.   W   kadłubie   krążownika   otworzył   się   niewielki   luk,   a   ze   środka   wyłoniła   się 

znajoma postać w uniformie. Raptownie poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, odwróciłem się 

background image

zatem i spojrzałem w uśmiechnięte oczy Neebe.

- To już koniec koszmaru, Jim?

- Owszem, i to szczęśliwy, jak widać.

- Co będzie teraz?

- Wojsko wróci do domu, a wasza planeta stanie się z powrotem wasza i, jak zawsze, 

spokojna.

- Ty też odjedziesz?

Coś mi w piersi załomotało, ale na szczęście trwało to krótko.

-   Nie   wiem...   Nieprawda,   wiem.   Pomimo   wszelkich   atrakcji   tego   miejsca   - 

powiedziałem, ściskając dłoń największej z atrakcji - nie byłbym tu szczęśliwy. Ci, którzy 

byliby ze mną, także. Ta planeta jest dla mnie za spokojna, za... nudna. Przez jakiś czas, tak, 

chętnie,  ale  na dłużej... to  byłoby dla  mnie  piekło.  Jest tyle  światów, których  nie znam, 

galaktyka jest wielka, i choć to bolesne, ale muszę stąd odejść.

- Szczerze radziłbym ci tu zostać - odezwał się Warod, który podszedł mnie od tyłu. - 

Bo inaczej przekonasz się, że na pewnej planecie czeka na ciebie sąd i więzienie.

- Tak!? - Aż mnie poniosło ze złości. - I ty to mówisz, ty, który raz już mi zełgałeś, 

że nie wspomnę o zignorowaniu wiadomości i niemal dopuszczeniu do tego, żebym i ja, i 

połowa mieszkańców została wystrzelana jak kaczki...

-   Też   coś!   Byliśmy   na   orbicie   już   dwa   dni   po   wysłaniu   przez   ciebie   sygnału. 

Obserwowaliśmy i podsłuchiwaliśmy Zennora przez cały czas.

- Co proszę? Podsłuchiwaliście? Mark Czwarty wiedziałby o tym...

- Pewnie, że wiedział. Byliśmy w stałym kontakcie. Bardzo nam pomógł.

- Próbujesz mi powiedzieć, że on też mi nałgał?

- W rzeczy samej.

- Dlaczego? - Przez sekundę zabrakło mi słów. - Dlaczego bawiliście się z nimi i ze 

mną, ryzykując, że sprawy wymkną się spod kontroli, zamiast od razu załatwić problem?

- Bo musieliśmy poczekać, aż na Nevenkebli będzie już po wyborach. Zrobiliśmy, co 

tylko się dało, żeby pozbyć się Zennora z wyspy i postaraliśmy się, aby wiedział, że jest 

obserwowany. Liczyliśmy na jego paranoję i na to, że zerwie wszelki kontakt z bazą. Ty 

spisałeś się doskonale, przysparzając mu masy kłopotów, dzięki czemu nie miał czasu na nic 

innego, a to było bardzo istotne. Ledwie bowiem wyniósł się z wyspy, zorganizowaliśmy 

bezkrwawy zamach stanu. Rewolucja pałacowa zaowocowała pozbyciem się wojskowych i 

dojściem do władzy cywilów, co położyło kres manii prześladowczej i zbrojeniom. To tutaj, 

wojsko bez broni, zostanie z łatwością wchłonięte przez społeczeństwo, nad którym nie wiszą 

background image

już obostrzenia stanu wyjątkowego.

- Zrobiłeś mnie w balona, że nie wspomnę o niecnym wykorzystaniu i okłamaniu. 

Może nie?

- Nie do końca. W całą sprawę wplątałeś się dobrowolnie i dla swoich powodów. 

Gdybyśmy ci nie pomogli, to byłbyś już teraz stygnącym trupem.

Miał trochę racji, zwłaszcza jeśli chodzi o końcówkę.

- A co z nim? - Z trudem powstrzymałem się, by nie kopnąć leżącego generała.

- Zennor jest psychicznie chory i trafi do szpitala psychiatrycznego specjalizującego 

się   w   podobnych   przypadkach.   Praktycznie   można   powiedzieć,   że   jego   problem   przestał 

istnieć.

- A ja?

- Już ci mówiłem. Najlepiej zrobisz, zostając tutaj. Ucieczka z więzienia, czekający 

cię proces...

- Przestań pieprzyć! Jestem teraz tajnym współpracownikiem Ligi i tak też proszę 

mnie traktować, kurza twarz! Gdyby nie ja, to Marynarka nigdy nie dowiedziałaby się, dokąd 

lecieć! Poza tym cierpiałem w imię zasad Ligi, a nawet zaciągnąłem w jej imieniu pewne 

zobowiązania finansowe...

- A, to. Wiem. Ptak uruchamia nagrywanie na dźwięk głosu. Aspya dostanie swoje 

pieniądze.

- To ja też chcę. Pełna gaża za cały czas, jaki przepracowałem.

- I pewnie jeszcze całkowita amnestia za poczynania na Rajskim Zakątku?

-   Nie.   Całkowite   wymazanie   oskarżeń,   tak   bym   mógł   odejść   stąd   jako   wolny 

człowiek. Z wynagrodzeniem w kieszeni, ma się rozumieć.

- Niech będzie moja krzywda - zgodził się Warod z westchnieniem. - Jesteś narwany, 

ale przy dobrym treningu da się z ciebie zrobić porządnego agenta...

- Wybij to sobie z głowy. Współpraca z prawem, płacenie podatków i czekanie na 

emeryturę, z której nie da się wyżyć? Honor ponad życie! Rozliczymy się i pożegnamy! Mam 

nieco inne priorytety życiowe...

- Na przykład, kariera przestępcza?

-   A   co   to   ma   do   rzeczy?   Obiecuję,   że   będę   odtąd   produktywnym   członkiem 

społeczeństwa.   Mogę   nawet   dać   słowo...   -   Mogłem,   ale   nie   dałem,   zresztą,   mając   takie 

wzorce łgarstwa  jak kapitan  Marynarki  Ligi  i jedyna  w  galaktyce  sztuczna  inteligencja... 

Czemu niby świniopas miałby w takim towarzystwie pozostać prawdomówny?

- Skoro tak, to umowa stoi! - zdecydował się Warod. Nagle poczułem nieodpartą 

background image

chęć, by skosztować znów czterystuletniego winka.

-   Przyjaciele   -   powiedziałem   do   Neebe   i   Stirnera.   -   Trzeba   uczcić   tak   ważne 

wydarzenie. Zapraszam was do nader ekskluzywnego lokalu, i to całkiem niedaleko stąd!

background image

Epilog

- Jest to bez wątpienia najlepsze wino, jakie piłem - stwierdził uroczyście Stirner. - 

Jakie będę pił, myślałem, że kiedykolwiek wypiję, piję...

-   Doceniam   zaangażowanie,   ale   może   przestaniesz   odmieniać   to   dalej   - 

zaproponował Mark Czwarty. - Miło mi, że wam smakuje, zatem proponuję toast: za tego, 

który uratował naszą planetę, za Jamesa diGriz!

Wypiliśmy. Gospodarz nie wypił, naturalnie, za to robot na kółkach wylał mu nieco 

elektrolitu na suchą baterię. Mark stwierdził, że działa to na niego stymulująco.

-   Serdeczne   dzięki!   -   Uniosłem   kielich.   -   Też   mam   toast.   Za   Mortona   i   Sharlę, 

skromnie się tu rumieniących, oby byli udaną parą!

Wszyscy   wypili   (jak   wyżej),   a   szklanice   niezwłocznie   napełniono,   toteż 

pospieszyłem z następnym toastem.

-   Za   Stirnera,   mego   przewodnika   po   nieznanym   świecie   i   za   najlepszą   mą 

towarzyszkę w tej przygodzie, za Neebe! No i za najlepszego od wieków  podczaszego, za 

Marka Czwartego!

Gdy   umilkły   wiwaty   (i   otwarto   kolejne   butelki),   głos   zabrał   nasz   gospodarz, 

dziękując za przybycie. Seplenił co nieco, a rychło udowodnił, że elektrolitem też można się 

upić. Stirner i Neebe udali się po kolejną skrzynkę, Morton i Sharla świata poza sobą nie 

widzieli, a Mark mamrotał coś do siebie w kodzie dwójkowym, doszedłem więc do wniosku, 

że   nadeszła   pora,   aby   dyskretnie   się   ulotnić.   Tak   też   zrobiłem,   żegnany   znaczącym 

mrugnięciem monitorów.

Powoli wspiąłem się po schodach, raz jeszcze rozważając moją decyzję,  chociaż 

wiedziałem, że postępuję właściwie. Miejsce było nader miłe, ale zdecydowanie za spokojne. 

Życie bez policji i przestępstw? Co ja bym tu robił?

Trzeba było wyruszać w poszukiwaniu czegoś normalniejszego. To faktycznie duża 

galaktyka.

Jim, gwiazdy należą do ciebie!