background image

Maria

 Fredro-Boniecka i Wiktor Krajewski

Łączniczki

Wspomnienia

 z powstania warszawskiego

background image

Spis treści

 

Wstęp

Doskonała strateg

Panienka z dobrego domu

Żołnierz z urodzenia

Poetka odporna na wszelkie przeszkody

Szczęściara

„Basia” z lasu

Honorowa marzycielka

Żołnierz z kamienia

Z dzieciństwa w dorosłość

background image

Wstęp

Warszawianki, panienki

 z dobrych domów, uczennice szacownych szkół, patriotki zaangażowane w konspirację Szarych

Szeregów  i  AK,  córki  lekarzy,  profesorów,  przedsiębiorców,  były  dziećmi,  kiedy  zaczęła  się  wojna,  a  wkraczały

w młodość, kiedy wybuchło powstanie.

Ten

  czas  ukształtował  je  i  teraz,  po  ponad  siedemdziesięciu  latach,  wciąż  żyją  wydarzeniami  z  sierpnia  1944  roku.

Każda  z  kobiet  opowiada  o  powstaniu  ze  swojej  perspektywy,  ale  wszystkie  opowieści  układają  się  w  pewną  syntezę

postaw oraz obraz patriotycznego środowiska walczącej młodzieży tego okresu.

Balbina, Jolanta, Wanda, Bronisława,

 Barbara, Teresa, Krystyna, Maria, Zofia

 – dziewięć nastolatek, wychowanych

na  romantycznym  imperatywie  miłości  ojczyzny,  i  dziewięć  współczesnych  –  niezwykłych,  wzruszających,  a  często

szokujących – opowieści wspaniałych seniorek. Świadków historii, uczestniczek apokalipsy.

Nie

  oceniają,  czy  powstanie  było  potrzebne,  czy  stanowiło  cenę  honoru  i  trudnej,  ale  jednak  niepodległości.  Skupiają

się  na  emocjach,  na  sugestywnych  „bliskich  planach”.  Nie  uważają  się  za  bohaterki,  walczyły,  bo  tak  należało.

Z  perspektywy  całego  życia  wiedzą  jednak,  że  ukradziono  im  lata,  które  powinny  być  beztroskie.  Ich  nastoletnie  życie

okupione  było  bólem,  cierpieniem,  utratą  najbliższych,  biedą,  głodem,  wreszcie  bolesną  bezsilnością,  której  sprzeciwiały

się,  wstępując  do  podziemia.  „Po  straszliwej  okupacji  powstanie  było  dla  nas  momentem,  w  którym  poczuliśmy  się

wolnymi  ludźmi  –  mówi  jedna  z  rozmówczyń,  pani  Wanda  Traczyk-Stawska.  –  Człowiek  bardziej  niż  jedzenia

i materialnego bezpieczeństwa potrzebuje wolności”.

W  trakcie

  wielogodzinnych

  rozmów  mogliśmy  się  przekonać,  jak  żywa  może  być  pamięć  czasu  sprzed

siedemdziesięciu  lat.  Czasu  ekstremalnego,  w  którym  krew,  śmierć,  głód,  lęk  i  rozpacz  współistniały  z  cudownym

rówieśniczym światem przyjaźni i miłości, z azylem wspólnych chwil, tajemnic i zabaw.

Przekazujemy

  w  Państwa  ręce  historie  wspaniałych,  odważnych  kobiet.  Oddajemy  im  głos  i  dziękujemy  za  czas,  za

cierpliwość, za wzruszenia.

Dziękujemy dziewczynom, dziękujemy

 nestorkom

 – łączniczkom między dawnymi a nowymi laty.

Autorz

y

background image

Doskonała strateg

Balbina

 Szymańska-Ignaczewska 

pseudonim

 „Basia”, batalion „Oaza”

Gdy

 wstąpiła do konspiracji, miała szesnaście lat, gdy wybuchło powstanie – osiemnaście. Nie w głowie były jej amory

czy  zabawa.  Nie  rozumiała,  jak  można  się  zakochiwać,  gdy  trwa  wojna.  Na  miłosne  wyznania  się  oburzała;  nawet

jeszcze  po  wyzwoleniu,  gdy  chłopak  jej  się  oświadczył,  przyjęła  go  bez  przekonania.  Najważniejsze  było  działanie,

zmylenie wroga. Potrafiła kłamać na zawołanie, w sytuacji zagrożenia natychmiast opracowywała taktykę, a wrodzony

refleks często ratował ją z opresji.

Któregoś

 dnia

  –  to  było  w  czasie  okupacji  –  szłam  ulicą  Długą.  Ojciec,  który  prowadził  sklep  na  Podwalu,

poprosił  mnie,  żebym  dostarczyła  wędliny  klientowi  pod  wskazany  adres.  I  nagle  słyszę:  „Halt!”.  Zdrętwiałam.

Zatrzymali mnie Niemcy, kazali wejść na podwórko jednej z kamienic.

– Otwórz walizkę!

 Co

 tam masz? – krzyczał jeden. A tam miałam kiełbasę, baleron. – Gdzie to niesiesz?

A ja

 wtedy

 skłamałam jak z nut:

– Kupiłam

 to

 na swój ślub. Wychodzę za mąż.

Kazał

  mi

  oddać  wędliny.  Odparłam,  że  nie,  że  mogę  mu  oddać  najwyżej  połowę.  On  na  to:  Alles.  Ludzie

z okien budynku widzieli, jak ja się z Niemcami targuję. Ten drugi Niemiec zerknął w górę i powiedział tamtemu,

że są obserwowani. Wtedy dali mi spokój, nie dałam mu ani połowy, ani nic.

Do

  1939  roku  mieszkałam  z  rodzicami  w  Kole.  Gdy  tylko  wybuchła  wojna,  Niemcy  zajęli  nasz  teren  jako  swój,

a  w  lipcu  1940  w  całym  Poznańskiem  zaczęła  się  wywózka  bogatych  mieszkańców.  Na  pierwszej  liście  do  transportu

byli zamożni Żydzi, na drugiej – Polacy. Wśród nich moja rodzina. Ojciec miał spory majątek, prowadził hurtownię win

i  wódek.  Cała  okolica  się  u  niego  zaopatrywała.  O  wywózce  ostrzegł  nas  jeden  volksdeutsch,  który  mieszkał  w  Kole

jeszcze przed wojną. Nawet nie wiedzieliśmy, że to był Niemiec. Ujawnił się dopiero po wejściu Niemców. Przed wojną

w  takim  niewielkim  mieście  jak  Koło  nikomu  nie  robiło  różnicy,  czy  ktoś  był  Polakiem  czy  Niemcem.  Przyszedł  więc

i powiedział mojemu ojcu:

– Panie Szymański,

 pan

 jest na liście do wysiedlenia.

Miałam

 wtedy

  czternaście  lat,  brat  Mietek  siedemnaście,  młodsza  siostra  Krysia  jedenaście.  Ojciec  się  bał,  że  nas

młodych  wywiozą  do  Niemiec  na  roboty.  Dlatego  zadecydował  o  natychmiastowym  opuszczeniu  domu.  Jeszcze  tego

samego  wieczoru  przenieśliśmy  się  do  znajomych,  którzy  mieli  majątek  na  wsi.  Byliśmy  pewni,  że  po  kilku  dniach

wszystko wróci do normalności. Nawet się nie spakowaliśmy, wyszliśmy, jakbyśmy wybierali się w odwiedziny. Ojciec

na szczęście zabrał pieniądze i biżuterię.

I  tak  minął  tydzień,

 potem

  drugi  i  zamiast  się  uspokajać,  robiło  się  coraz  bardziej  niepewnie.  Niemcy  przeczesywali

wsie. W obawie, że nas znajdą, musieliśmy ruszać dalej. W międzyczasie ojciec poznał człowieka, który przeprowadzał

ludzi  przez  zieloną  granicę  do  Generalnej  Guberni.  Postanowiliśmy  jechać  do  Warszawy,  gdzie  mieszkało  rodzeństwo

mamy.  Przedostaliśmy  się  więc  przez  granicę,  dotarliśmy  do  Łowicza,  a  stamtąd  do  Warszawy.  I  tak  znaleźliśmy  się

u  brata  mamy  na  Hożej.  To  był  kawaler,  prowadził  zakład  fryzjerski,  miał  jeden  nieduży  pokój,  a  nas  było  pięcioro.

background image

Spaliśmy więc wszyscy na podłodze. Wiadomo już było, że do Koła nie wrócimy.

Ojciec

  zaczął  się  zastanawiać,  co  tu  zrobić,  przecież  nie  mogliśmy  siedzieć  wujowi  na  głowie.  Tato  był  handlowcem

i miał smykałkę do interesów. Miał pieniądze, więc mógł zacząć coś od nowa. Najpierw kupił sklep na Starym Mieście,

na  ulicy  Podwale.  Potem  zaraz  mieszkanie  na  tej  samej  ulicy:  trzy  pokoje  z  kuchnią.  Zamieszkaliśmy  pod  numerem  9,

a sklep był pod 19. I już tam zostaliśmy aż do powstania. Mimo wojny w Warszawie handel kwitł i życie się toczyło.

Rodzice

  starali  się  umieścić  nas  w  szkołach.  Miałam  wtedy  ukończoną  podstawówkę.  W  czasie  okupacji  gimnazja

oficjalnie  nie  mogły  funkcjonować.  Niemcy  godzili  się  jedynie  na  szkoły  zawodowe,  więc  gimnazja  działały  pod

przykrywką zawodówek. Nie mieliśmy specjalnych kontaktów w Warszawie, ale brat mamy nam pomagał. Trafiłam do

gimnazjum  handlowego,  choć  bardzo  mi  to  nie  odpowiadało,  bo  marzyłam  o  medycynie.  No  ale  nie  miałam  innego

wyjścia. Więc chodziłam do szkoły handlowej, ale do czasu. Pewnego dnia ojciec dowiedział się, że Niemcy podjeżdżają

pod szkoły i zgarniają uczennice, żeby je wywieźć. Przerwałam naukę.

****

W czasie

 okupacji

 zaczęłam udzielać się w podziemiu. Konspiracja była doskonała, bo ani ja nie wiedziałam, że mój brat

należał do podziemia, ani on nie wiedział, że ja należałam, rodzicom też nie mogliśmy powiedzieć. Do sklepu na Podwalu,

który był też herbaciarnią, przychodziły różne osoby, nie miałam pojęcia, kto jest kim. Któregoś dnia, gdy zostałam sama

w sklepie, starsi ode mnie chłopcy – mieli może po dwadzieścia parę lat – zaczęli wypytywać, gdzie się uczę, co robię

i czy nie chciałabym wstąpić do konspiracji. Oczywiście, że chciałam. Zresztą w tamtym czasie nasze mieszkanie było

miejscem kontaktowym, odbywały się w nim odprawy, przysięgi nowych członków, rozdział prasy podziemnej. Ojciec też

się  mocno  angażował.  No  i  w  1942  roku  zostałam  przyjęta  do AK  i  zaprzysiężona.  W  konspiracji  nie  posługiwano  się

prawdziwymi imionami czy nazwiskami. Ja przyjęłam pseudonim „Basia”. Na imię mam Balbina, ale w domu nigdy tak

do  mnie  nie  mówiono,  tylko  Balaszka  czy  Balabaszka.  Kto  wybrał  mi  imię,  którego  nikt  potem  nie  używał?  Podobno

chrzestny. A chrzestnego to tylko raz na oczy widziałam. Dziś wszyscy do mnie mówią Basia.

Przeszłam

  wtedy

  przeszkolenie  na  łączniczkę  z  terenoznawstwa  i  alfabetu  Morse’a,  a  także  szkolenie  sanitarne

w  szpitalu  na  Woli.  Zostałam  kolporterką.  Rozprowadzałam  takie  tytuły  jak  „Żołnierz  Polski”,  „Dwa  Dni”,  „Biuletyn

Informacyjny AK” czy „Wiadomości Polskie”. Dwa razy w tygodniu zabierałam całą walizkę gazet z ulicy Poznańskiej

od inżyniera Szalkowskiego. Przynosiłam ją do domu, a stamtąd inni kolporterzy odbierali prasę i rozprowadzali. Sama też

dostarczałam  ją  do  różnych  punktów  w  Warszawie.  Zajmowałam  się  tym  aż  do  powstania.  Przed  powstaniem

pracowałam  też  jako  telefonistka  w  zakładach  w  PERUNIE,  to  była  wówczas  firma  polsko-niemiecka.  Dzięki  pracy

miałam  przepustkę,  która  umożliwiała  mi  chodzenie  po  ulicach  i  ratowała  przed  łapanką.  Potem  dowiedziałam  się,  że

wiele innych osób z podziemia też tam pracowało.

Pewnego

  dnia,  gdy  szłyśmy  z  koleżanką  na  odprawę  na  plac  Teatralny,  o  mało  nas  nie  zatrzymali.  Wysiadłyśmy

z tramwaju, a ludzie krzyczeli, że jest łapanka. Buda stała na Królewskiej. Nie miałyśmy już odwrotu. Powiedziałam do

koleżanki:

– Nie

 zwracaj

 na nich uwagi, idziemy, rozmawiamy, śmiejemy się.

Niemcy

 zaganiali do tej budy, jeden wyłapywał, a drugi wpychał na samochód. Gdy przechodziłyśmy obok tego, który

zatrzymywał, ja szeroko się do niego uśmiechnęłam i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy dalej. Ten zgłupiał. Wtedy dopiero

zdałam sobie sprawę, co zrobiłam, i nogi mi zmiękły. Ale udało się.

****

background image

28 lipca

 1944

 roku o godzinie siódmej rano przyszedł do naszego mieszkania łącznik. Gdy mama otworzyła drzwi, spytał

o mnie. Zawiadomił mnie, że mam się zgłosić następnego dnia na Królewską. Rodzice słyszeli, że się namawiamy, ale nie

mogłam  im  nic  powiedzieć.  Tata  zobaczył  tylko,  że  zaczynam  się  pakować.  Dostałam  polecenie,  aby  ubrać  się  na

sportowo  i  spakować  w  plecak  żywność  na  trzy  dni.  Dowództwo  zakładało,  że  tyle  potrwa  powstanie.  Plecaka  nie

miałam, to wzięłam walizeczkę. Gdy tata zobaczył, że spakowana zbieram się do wyjścia, zaniepokoił się.

– A ty dokąd się

 wybierasz?

 – spytał.

Nie

 chciałam powiedzieć, mama przyszła mi z pomocą:

– Ona

 musi

 iść, bo dostała wezwanie.

– Nigdzie

 nie

 pójdziesz – zarządził ojciec i wyrwał mi walizkę. Rozbeczałam się.

– Jeśli

 zabierasz

 mi walizkę, to pójdę bez niczego – spazmowałam.

Wiedziałam, że

 skoro

  dostałam  rozkaz,  to  muszę  iść  i  koniec.  Matka  przekonała  ojca,  że  i  tak  postawię  na  swoim.

Skończyło  się  na  tym,  że  tata  sam  odprowadził  mnie  na  Królewską.  Nie  pod  wskazany  numer,  ale  tak  daleko,  jak  mu

pozwoliłam.

Nie

  pamiętam,  który  to  był  numer,  ale  budynek  znajdował  się  przy  Marszałkowskiej.  Weszłam  do  mieszkania,  a  tam

było  już  pełno  młodzieży.  Poza  mną  tylko  dwie  dziewczyny,  reszta  chłopcy.  Nikogo  nie  znałam.  Inni  też  raczej  się  nie

znali. Przesiedzieliśmy cały dzień, nic się nie działo. Wieczorem puścili nas do domu. Ponownie wezwano nas 31 lipca.

Mieliśmy się stawić w tym samym miejscu. Wtedy nocowaliśmy już na Królewskiej.

1 sierpnia

 rano

  wypuszczano  nas  pojedynczo,  mieliśmy  dotrzeć  pod  wskazany  adres,  ja  na  Wiśniową.  Szłam  pieszo,

nie tramwajem. Tam znowu była już grupa osób. I czekał rozkaz, żeby przejść na Sadybę, gdzie znajdował się nasz punkt

zborny. Gdy tam dotarłam, dostałam czarną chustkę na rękę – to był znak rozpoznawczy. Miałam stać przed budynkiem

i  kierować  innych  przybywających  we  właściwe  miejsce.  Pod  wieczór  wraz  z  kilkunastoma  chłopcami  dotarłam  do

kościoła na placu Bernardyńskim na Sadybie. Wewnątrz zgromadziło się już dużo młodzieży, dziewcząt było może z pięć.

Tam  dostaliśmy  kolejne  rozkazy  –  wysyłano  nas  z  meldunkami.  Otrzymałam  polecenie  zaniesienia  meldunku  na  Górny

Mokotów,  na  ulicę  Malczewskiego.  Meldunek  był  ustny,  musiałam  go  trzy  razy  powtórzyć  przed  wyjściem.  Brzmiał:

„Droga wzdłuż alei Sobieskiego wolna, front otwieram na Warszawę”.

Wtedy

 na Sadybie rozciągały się dookoła pola, a że trwało lato, więc wszędzie stały snopki. Noc była bardzo ciemna,

lał  deszcz.  Miałam  na  sobie  spódniczkę,  żakiet  i  do  tego  granatowe  półbuciki  z  zamszu.  Szłam  w  nich  w  tym  deszczu.

I  nagle  z  ciemności  wyrosła  przede  mną  postać.  Prawie  zawału  dostałam.  Okazało  się,  że  to  łączniczka,  która  wyszła

przede mną. Sama bała się iść. Dalej poszłyśmy razem. Gdy nad ranem 2 sierpnia dotarłyśmy na Puławską, zatrzymali

nas  powstańcy.  Nie  można  było  się  przedrzeć  na  drugą  stronę,  każda  próba  przejścia  groziła  rozstrzelaniem  przez

Niemców.  Musiałyśmy  poczekać,  aż  zostanie  zbudowana  barykada.  W  końcu  dobrnęłam  z  meldunkiem  na  miejsce.

Stopy miałam granatowe, bo przez ten deszcz puściła farba z zamszaków.

Zaraz

 po wykonaniu rozkazu wracałam na Sadybę. Gdy przedzierałam się przez pola, rozległy się strzały. Ktoś strzelał

do mnie od strony fortu. Pomyślałam sobie: idioci. Ale okazało się, że to nie byli nasi chłopcy, a Niemcy. W nocy Sadyba

padła.  Gdy  podeszłam  bliżej,  spotkałam  innych  powstańców.  Dowiedziałam  się,  że  nasz  oddział  wycofał  się  do  Lasu

Kabackiego. Małą grupą ruszyliśmy nad Jeziorko Czerniakowskie, żeby stamtąd dostać się do lasu i dołączyć do reszty.

Ale Niemcy nas zauważyli i zaczęli ostrzeliwać. Wróciliśmy więc na Okrężną, do naszego punktu zbornego.

Tam

  w  piwnicach  dużego  bloku  (przed  wojną  był  to  wojskowy  budynek)  zgromadziło  się  już  mnóstwo  ludzi.  Grupka

chłopców i dziewcząt z różnych oddziałów. Trafiłam do piwnicy, w której były Zofia Radecka „Zocha” i Irena Żukowska

„Irka”. Trzymałyśmy się razem przez całe powstanie. W ciągu dnia raczej nie wychodziłyśmy, bo Niemcy obserwowali

okolicę  z  fortu.  Wieczorami  chodziłyśmy  z  meldunkami  lub  wychodziłyśmy  na  zwiad,  nawiązać  kontakty.

background image

Wypytywałyśmy mieszkańców o Niemców, czy są w okolicy, gdzie, ilu. Pełniłam też nocne dyżury przy rannych.

Mieszkańcy domu, w którym się ukryłyśmy,

 pomagali

 nam, karmili, pozwalali się umyć. Na trzecim piętrze, pamiętam,

mieszkała  młoda  dziewczyna,  ona  mnie  zabrała  do  siebie,  żebym  mogła  się  wykąpać.  Gdy  tak  godzinami  siedziałam

w  piwnicy,  jeden  chłopak  się  do  mnie  przyczepił. A  ja  w  ogóle  na  chłopaków  nie  zwracałam  uwagi.  Był  przystojny,

wysoki. Pewnego dnia uklęknął przede mną, złapał mnie za kolana i zaczął mi robić wyznania. Ja na to: „Daj spokój, co

ty mi tu jakąś miłość wyznajesz”. I go wyśmiałam. Dużo było ślubów wśród powstańców. Albo miłości powstańczych.

Ale  mnie  się  coś  takiego  nie  przydarzyło.  Ja  może  nie  byłam  wtedy  dziewczyną!  Byłam  skupiona  na  akcji.  Chciałam

działać. Do wszystkiego wyrywałam się pierwsza.

****

18 sierpnia

 przybyli

 powstańcy, by wesprzeć Sadybę. Cieszyliśmy się, że wreszcie przystępujemy do walki. Ale ledwie

powstańcy  dotarli,  w  strzelaninie  zginął  nasz  dowódca,  kapitan  „Cichy”  –  zrzucony  na  spadochronie  z  Anglii.  Więc

radość  trwała  krótko.  Pamiętam  tę  chwilę.  Goniec  przybiegł  do  piwnicy  i  oznajmił,  że  kapitan  nie  żyje.  Zapadła  cisza.

Atak się nie udał. Następnego dnia dostaliśmy rozkaz przemarszu na Dolny Mokotów. Szliśmy nocą pod ostrzałem rakiet

oświetlających. To był długi marsz. Co chwila padały komendy: „padnij”, „powstań”. W końcu dotarliśmy. Zajęliśmy tam

dwa  opuszczone  cywilne  domy,  na  rogu  Chełmskiej  i  Czerniakowskiej.  Wówczas  zostałam  przydzielona  do  1.  plutonu

ppor.  „Romana”.  Lubiłam  „Romana”.  Podobał  mi  się.  Czułam,  że  on  ma  do  mnie  zaufanie.  To  mi  pochlebiało.  Na

Chełmską przyszedł rozkaz, że łącznością mają się zająć wyłącznie mężczyźni, z kobiet mogły zostać tylko sanitariuszki.

Dowódca zwrócił się do mnie:

– Rozstajemy się,

 bo

 łączność obejmują chłopcy. Musisz wracać do fortu.

– W takim

 razie

 zostaję z wami jako sanitariuszka, bo jestem też po szkoleniu sanitarnym – odparłam.

Dwie

 koleżanki, Zosia i Irka, wtedy zdecydowały:

– Baśka,

 zostajemy

 z tobą. – Chociaż one nie miały przeszkolenia.

I tak

 we

 trzy się trzymałyśmy. Spałyśmy razem, dwie na łóżku, trzecia na podłodze, na zmianę. Choć trudno to było

nazwać spaniem. Raczej czuwałyśmy, zawsze w gotowości do akcji. Rzadko, ale zdarzały się miłe momenty oderwania.

Na  przykład  świętowaliśmy  czyjeś  imieniny.  Śpiewaliśmy  wtedy  piosenki  żołnierskie,  opowiadaliśmy  kawały,  śmialiśmy

się.

20 sierpnia.

 Nasze

  starcie  z  Niemcami.  Podjechali  od  strony  Siekierek  trzema  samochodami  w  stronę  barykady,  ale

nie spodziewali się, że tyle nas tam było. Powstańcy otworzyli ogień i uszkodzili im nawet jeden samochód. Niemcy się

wycofali. Triumfowaliśmy, że wygraliśmy ten pojedynek. Ale oni się wycofali, żeby wrócić większym oddziałem, lepiej

uzbrojeni.  Następnego  dnia  wjechali  dwoma  czołgami.  Wywiązała  się  ostra  walka.  Niemcy  ponieśli  duże  straty.  Dużo

zabitych i rannych. Gdy przyjechał niemiecki wóz Czerwonego Krzyża po swoje ofiary, powstańcy przerwali ogień. Nie

padł  ani  jeden  strzał,  żeby  Niemcy  mogli  w  spokoju  zabrać  swoich.  Potem,  gdy  wydawało  się,  że  Niemcy  już  się

wycofali, podporucznik „Żyd” wyszedł z ukrycia i krzyknął do chłopaków:

– Kto

 na

 ochotnika ze mną po broń?

Chłopcy

 zerwali

 się za dowódcą. Gdy tylko wybiegli na skarpę, posypała się na nich seria strzałów. Trzech naszych

zostało poważnie zranionych. Usłyszałam wołanie o pomoc sanitariuszek. Ruszyłam od razu. Wtedy Niemcy zaczęli też

do mnie strzelać. Musiałam się czołgać, ale dotarłam do rannych. Koledzy mnie osłaniali. Stan rannych był bardzo ciężki.

Nie udało się im już pomóc. Dwóch dostało w brzuch, mieli jelita na wierzchu. Jeden zmarł, zanim dotarliśmy do szpitala.

Podporucznik  „Żyd”  dostał  w  głowę  i  stracił  oko.  Krzyczałam  tylko:  nosze! Ale  przecież  nie  mieliśmy  żadnych  noszy.

background image

Chłopcy  przywlekli  jakąś  siatkę  z  łóżka  i  jakieś  drzwi.  Zanieśliśmy  ich  do  szpitala  na  Chełmskiej.  Wkrótce  zmarł  ten

drugi.  Podporucznik  „Żyd”  nie  zdążył  odzyskać  przytomności,  zmarł  w  nocy.  Szpital  spłonął  od  bomby.  Trudno

zapomnieć ten dzień.

W czasie

 powstania

 nie bałam się własnej śmierci. Byłam przygotowana na nią w każdej chwili. Dzisiaj żyję, a jutro

mogę już nie żyć – wiedziałam to. Ale nie myślałam o tym. Bardziej przeżywałam, gdy widziałam kogoś nieżywego. Gdy

Niemcy znowu rozpoczęli na nas natarcie, powstańcy wpadli w  panikę.  Padł  rozkaz,  by  wycofywać  się  na  Sadybę.  Ja

zostałam,  żeby  opatrzyć  ranną  cywilną  kobietę.  Gdy  ruszyłam  na  Sadybę,  spotkałam  jadący  wóz  z  sanitariuszkami,

zabrali mnie, żebym im pomogła przy ofiarach. W tym czasie na placu Bernardyńskim wywiązała się ostra walka. Tego,

co zobaczyłam, nie da się opisać. Gdy szukałam rannych na placu, musiałam uważać, żeby dosłownie nie nadepnąć na

czyjeś  zwłoki.  Tak  dużo  było  zabitych.  Chodziłam  między  nimi  i  płakałam.  Pozbierałyśmy  rannych  i  przewiozłyśmy  do

bloku na Morszyńską, gdzie znajdował się szpital.

Na

 Sadybie nasz punkt sanitarny został zakwaterowany w willi przy Okrężnej 64. Było nas pięć dziewczyn: ja, Irka,

Zocha,  Anna  i  Alicja.  Zaraz  potem  dostałyśmy  rozkaz  objęcia  swoich  stanowisk.  Pamiętam  dyżur  przy  rannym

powstańcu:  on  tak  bardzo  jęczał,  wołał  mamę,  dostawał  szału,  zrywał  się  z  łóżka,  nie  miałam  leków  uspokajających.

Pocieszałam go, jak umiałam. W końcu dostał zastrzyk. I się uspokoił. A ja rozmyślałam, czy z mojej rodziny ktoś jeszcze

żyje.  Nie  miałam  pojęcia,  co  działo  się  w  tym  czasie  z  moimi  rodzicami.  Gdy  wyszłam  z  budynku  i  patrzyłam  w  stronę

Starówki, widziałam łunę. Nie było możliwości przekazania poczty. Nawet chciałam przedostać się tam kanałami, ale nie

było stamtąd bezpośredniego połączenia i powstańcy nie chcieli mnie puścić.

****

1 września

 rano

 przyszedł „Roman” i poinformował nas, że będziemy mieli inspekcję. Miałam złożyć meldunek o stanie

sanitariatu  przed  kapitanem  „Gardą”.  Byłam  bardzo  zdenerwowana  i  przejęta.  Stanęliśmy  w  szeregu.  „Roman”  tylko

zerkał na mnie i uśmiechał się, widząc, jak się denerwuję. To dodatkowo mnie peszyło. Ale złożyłam meldunek. Potem

dowódca  poprosił  nas  o  przygotowanie  małego  poczęstunku.  Dowódcy  z  Mokotowa  mieli  odprawę  w  forcie,  a  potem

zamierzali wrócić do nas na „przyjęcie”. Przeszukałyśmy szafy z nadzieją na jakiś prowiant. Poprosiłam chłopców, żeby

poszli na wieś po jedzenie. Na co oni:

– Co będziemy chodzić,

 jak

 tu w piwnicy są dwa małe prosiaki.

Mieszkańcy

  musieli

  je  zostawić.  Więc  chłopaki  zabili  jednego  prosiaka,  pomogli  oporządzić,  my  go  upiekłyśmy

w piecyku i czekałyśmy. W tym czasie nadleciały samoloty i zrzuciły bomby na fort. W naszej willi wyleciały wszystkie

szyby  z  okien.  Zrobiło  się  szaro  od  pyłu.  Zbiegłyśmy  do  piwnicy.  Jedna  bomba  trafiła  dokładnie  w  miejsce,  gdzie

powstańcy mieli odprawę. Okazało się, że porucznik „Roman” został zabity. Ta okropna wiadomość sparaliżowała nas.

To był straszny dzień, zapomnieliśmy o jakimkolwiek przyjęciu. Pobiegliśmy do fortu. „Roman” leżał tam nieżywy, a jego

zegarek na ręku wciąż tykał. Zdążyliśmy się ze sobą zżyć. To był dla mnie najboleśniejszy dzień.

Następnego

 dnia

 od rana Niemcy kontynuowali natarcie. Nie ruszałyśmy się z willi. Chłopcy siedzieli w okopach przed

domem.  Nadlatywały  samoloty,  słychać  było  czołgi  i  moździerze.  Zeszłyśmy  do  piwnicy  i  nasłuchiwałyśmy.  Około

południa zapanowała śmiertelna cisza. Żadnych strzałów – nasi też ostrzeliwali Niemców, a tu nic. Postanowiłam wyjść

i  zobaczyć,  co  się  dzieje.  Z  tarasu  ujrzałam  Niemca  przedzierającego  się  przez  ogródki,  przez  dziury  w  siatkach

ogrodzeń. Cofnęłam się i oznajmiłam koleżankom:

– Jesteśmy otoczeni.

Natychmiast

 pozrywałyśmy z ramion opaski, ukryłyśmy wszystko, co mogło nas zdradzić. W drzwiach piwnicy stanął

background image

Niemiec z karabinem wycelowanym w nas:

– Hände

 hoch! Raus, raus, alles

 raus!

Z  podniesionymi  rękami  wychodziłyśmy

 przed

  willę. A  tam  powstańcy  stali  już  w  jednej  grupie,  a  ludność  cywilna

w  drugiej.  Nas  ustawili  z  powstańcami.  Niemcy  dalej  przeczesywali  każdy  dom  i  wywlekali  ludzi  na  zewnątrz,  dwóch

zostało  na  straży,  by  nas  pilnować.  Cywile  stali  w  bliskiej  odległości.  Wykorzystując  chwilę  nieuwagi  pilnujących,

przebiegłyśmy  z  koleżankami  do  grupy  cywilnej.  Stanęłam  koło  matki  z  dzieckiem  i  prosiłam  ją,  żeby  w  razie  czego

powiedziała,  że  jestem  jej  kuzynką.  Zgodziła  się.  Gdy  Niemcy  zebrali  dużą  grupę  ludzi,  popędzili  nas  w  stronę  kościoła

św.  Katarzyny  na  wzgórzu  Służewca.  Powstańcy  byli  oddzieleni  od  reszty  ludności.  Wieczorem  podjechała  buda.

Wysiadł z niej gestapowiec i zaczął krążyć z psem, wypatrując powstańców. Nietrudno było nas odróżnić. Podszedł do

mnie  i  uderzył  szpicrutą. Komm!,  krzyknął.  Spojrzałam

 na

  niego,  a  on  drugi  raz  z  tą  szpicrutą  do  mnie.  Więc  wstałam

i  poszłam  za  nim.  Zdradziłam  się,  zakładając  jednej  kobiecie  opatrunek.  Koleżanki  nie  chciały  mnie  zostawić,  więc

sprowokowały gestapowca, żeby kazał im dołączyć do mnie. I tak dołączyłyśmy z powrotem do powstańców.

Przewieźli

  nas

  na  plac  Narutowicza  do  akademika  studenckiego.  Rozdzielono  nas  z  chłopcami.  Rewidowali  nas,

a potem wprowadzili do celi, w której było tylko jedno żelazne łóżko, a nas dziewięć. Całą noc przesiedziałyśmy w kucki.

Następnego dnia przynieśli nam zimną kawę i po suchym kawałku chleba. A cały poprzedni dzień nic nie jadłyśmy. Po

tym „śniadaniu” dalej siedziałyśmy.

Na

  trzeci  dzień  po  aresztowaniu  zaczęły  się  przesłuchania.  Najpierw  przesłuchiwano  dwie  łączniczki  z  Grochowa.

Jedna z nich wróciła cała pobita, miała rozwalony, zakrwawiony nos. Powiedziała nam:

– Dziewczyny, jeśli brałyście udział w powstaniu,

 to

 lepiej się przyznajcie, inaczej będziecie wyglądały jak ja. Oni mają

całą dokumentację.

Ja

  byłam  następna  w  kolejności.  Wiedziałam,  że  to  niemożliwe,  żeby  Niemcy  o  nas  coś  wiedzieli.  Bo  kiedy  zginął

„Roman”,  wszystkie  istniejące  dokumenty  zniszczyłyśmy.  Postanowiłam  się  nie  przyznawać.  I  wychodząc  z  celi  na

przesłuchanie, rzuciłam koleżankom:

– Nie

 przyznawajcie

 się, oni nic nie wiedzą.

Przesłuchiwał

 mnie

 taki grubas. Zaczął do mnie krzyczeć:

– Ty jesteś 

Bandi

t!

Udałam,  że

  nie

  znam  niemieckiego.  Tłumaczył  wszystko  drugi  gestapowiec.  Mówiłam,  że  nie  brałam  udziału

w żadnych akcjach.

– To

 co

 robiłaś na Sadybie, skoro mieszkasz na Podwalu?

– To był urlop, pojechałam

 na

 Sadybę i tam akurat zastało mnie powstanie.

Znaleźli u mnie przepustkę z adresem, którą miałam dzięki

 pracy

 w Perunie. Niemiec darł się, że kłamię. Ale w końcu

nic  mi  nie  zrobili.  Nie  mieli  żadnych  dowodów.  W  tym  czasie  wyszedł  dekret,  że  powstańców  należy  traktować  jak

żołnierzy, według praw międzynarodowych. I to zapewne uratowało nas od śmierci.

Przesiedziałyśmy

 tak

  około  dwóch  tygodni.  Jedzenie  dostarczał  nam  jeden Austriak.  Gdy  spytałyśmy  go,  co  z  nami

będzie,  jak  długo  będą  nas  tam  trzymać,  powiedział,  że  czekają  na  transport  do  obozu  w  Pruszkowie,  że  mają  nas  do

niego dołączyć. Tyle wiedziałyśmy. I pewnego dnia tak też się stało. Poprowadzili nas na Dworzec Zachodni, dołączyli

do grupy cywili, głównie ludzi starych i chorych. Wypytywałam ich o moją rodzinę. Byli z Powiśla, z Bednarskiej, ale nie

znali  moich  rodziców  ani  żadnych  znajomych.  Wtedy  nerwy  mi  puściły  i  się  rozpłakałam.  W  akcji  cały  czas

zachowywałam zimną krew, a w tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że jestem sama, i nie potrafiłam powstrzymać łez.

Na  dworcu  mieliśmy  czekać  na  transport  do  Pruszkowa.  Ale  mnie,  Zochę  i  Irkę  uratował  pewien  kolejarz.  Widząc

młode,  zapłakane  dziewczyny,  postanowił  się  chyba  nad  nami  zlitować.  Ukrył  nas  w  wagonie  towarowym.  Tam

background image

przeczekałyśmy odjazd pociągu do obozu. Kolejarz dotrzymał słowa, wieczorem przyszedł i nas wyprowadził. Bóg chyba

nade mną czuwał, bo jakoś z każdej opresji wychodziłam cało.

****

Gdy

  już  byłyśmy  wolne,  Irka  zaproponowała,  żebyśmy  poszły  do  jej  domu  do  Sochaczewa.  Ja  jednak  musiałam  się

dowiedzieć, co stało się z moją rodziną. Rozstałyśmy się więc. A ja rozpoczęłam moją długą wędrówkę. Nie wiem, skąd

miałam tyle siły, żeby iść wiele kilometrów. Może ratowała mnie dobra kondycja, przed wojną zawsze uprawiałam dużo

sportów. W każdym razie najpierw postanowiłam wyruszyć do Radziwiłłowa w powiecie żyrardowskim. Jeździłam tam

w czasie okupacji do babci koleżanki z Podwala. Pomyślałam, że od niej mogę się czegoś dowiedzieć. Szłam. Dużo ludzi

szło. Nie jechali, tylko szli wzdłuż torów. Na miejsce dotarłam wieczorem. Odnalazłam przyjaciółkę. Musiałam strasznie

wyglądać,  głodna,  brudna,  ubranie  zniszczone.  Jej  matka  się  mną  zaopiekowała,  dała  mi  jeść,  umyłam  się.  Chciałam

zatrzymać się u nich jakiś czas, ale przyjaciółka powiedziała mi:

–  Baśka,

  to

  jest  niebezpieczne,  bo  tu  stale  Niemcy  chodzą  i  szukają  powstańców.  –  Dała  mi  do  zrozumienia,  że

powinnam odejść i nie narażać ich na niebezpieczeństwo.

Zrobiło

 mi

 się bardzo przykro. Nic na to nie odparłam, przespałam się, rano wstałam i ruszyłam dalej. Tym razem do

Pruszkowa,  bo  pamiętałam,  że  ciotka  tam  jeździła  do  rodziny.  I  znowu  maszerowałam.  Na  miejscu  nie  miałam  pojęcia,

jak szukać mojej rodziny, nigdy wcześniej tam nie byłam. Chodziłam od domu do domu i pytałam. Nikt nie znał, nikt nic

nie wiedział. W końcu ktoś zasugerował, że to może być w Tworkach. I rzeczywiście, wtedy uświadomiłam sobie, że to

w  Tworkach  mieszkała  ta  rodzina.  Ruszyłam  więc  dalej.  Już  byłam  tak  zmęczona,  zmierzchało,  nie  wiedziałam,  co  ze

sobą  zrobić,  i  się  rozbeczałam.  Weszłam  na  kolejne  podwórko,  a  tam  siedział  mężczyzna  pod  orzechem.  Spytałam  bez

nadziei w głosie:

– Czy

 tu

 mieszka Kropidłowski?

I okazało się, że

 to

 on jest moim wujkiem.

– Dziecko, a cóż

 ty

 tu robisz?! – zawołał przejęty.

Opowiedziałam

  mu

  moją  historię.  Zostałam  u  nich  i  szukałam  rodziców.  Okazało  się,  że  rodzice  szukali  mnie.  Po

upadku Starówki, 2 września, Niemcy popędzili ich do obozu w Pruszkowie, żeby potem wywieźć do Niemiec. Ale mój

tata był taki sprytny, udawał rannego i zdołał uciec razem z mamą. Zatrzymali się w jakiejś wsi pod Opocznem. Tam się

odnaleźliśmy.  Potem  rodzice  pojechali  do  Koła.  Naszego  domu  już  nie  było,  został  zbombardowany. A  ja  wróciłam  do

Warszawy, żeby sprawdzić, co stało się z naszym mieszkaniem i sklepem na Podwalu. Ojciec powiedział, że w piwnicy

jest zakopana wódka. I rzeczywiście, znalazłam ją w kupie gruzu. Zatrzymałam się u cioci w Tworkach i tam zostałam

już do końca wojny.

Niestety,  nie

  odnaleźliśmy  się  z  bratem.  Brat  Mietek  też  należał  do  organizacji.  Zdradził  mi  to  dopiero  wtedy,  gdy

dostał rozkaz przejścia do partyzantki. Wtedy powiedział mi:

– Nie mów

 rodzicom, ale

 my wyjeżdżamy z grupą do lasu.

– Jadę z wami, odprowadzę cię – odparłam.

Razem

  z  jego  sympatią  wsiadłyśmy  z  chłopcami  do  pociągu  i  do  jakiejś  stacji  wspólnie  podróżowaliśmy.  Potem  się

pożegnaliśmy,  a  my  wróciłyśmy  nocą  do  Warszawy.  To  był  ostatni  raz,  kiedy  się  widzieliśmy.  Aresztowali  go  i  jego

grupę  w  pociągu.  Trafili  na  kontrolę.  Niemcy  zażądali  dokumentów,  ale  nikt  dokumentów  przecież  nie  miał.  To

dowodzący  ich  grupą  zdradził.  Wyszedł  z  Niemcami  z  wagonu,  reszta  myślała,  że  załatwi  sprawę  i  pojadą  dalej.  Tak

załatwił, że sam się uratował, a ich wsypał. Niemcy ostrzelali pociąg i aresztowali brata oraz jego towarzyszy. Następnie

background image

przewieźli  ich  do  więzienia  do  Lwowa.  Wysłał  gryps  do  rodziców:  „Kochani  rodzice,  potrzebuję  2000  zł,  żeby  się

wykupić”.  Dowiedział  się,  że  mieli  go  gdzieś  dalej  wywieźć.  Mama  wsiadła  w  pociąg  i  pojechała  do  Lwowa. Ale  gdy

tam dotarła, Mietek już nie żył.

****

Po

  wojnie  wróciłam  do  Koła.  Ojciec  ponownie  otworzył  sklep,  a  potem  restaurację.  Zaraz  po  wojnie  jeden  kolanin

doniósł,  że  „córka  Szymańskiego  brała  udział  w  powstaniu”.  Gdy  się  UB  dowiedziało,  od  razu  dostałam  wezwanie.

Poszłam na przesłuchanie raz, drugi, trzeci, UB nie miało żadnych szczegółowych informacji poza tym, że brałam udział

w powstaniu. Więc szłam w zaparte, pytałam ich:

– Skąd

 macie

 takie informacje, w żadnym powstaniu nie byłam.

– Przyznaj się,

 to

 nic ci się nie stanie – mówili.

UB

 przyszło też do restauracji ojca. Ojciec postawił im kolację mocno zakrapianą i zaczął wypytywać, za co mnie tak

nękają. W końcu nie zdobyli żadnych dowodów i dali mi spokój. Znowu miałam szczęście.

W  sklepie

  ojca

  poznałam  mojego  przyszłego  męża  Stasia.  Wszedł  do  sklepu,  szukał  swojego  brata  i  spytał  o  moją

młodszą siostrę Krysię, wiedząc, że się znają. Mama zawołała Krysię, ale ja za nią wyskoczyłam, żeby sprawdzić, co to

za kawaler przyszedł do mojej siostry. Przede mną stał oficer w mundurze. Zaprosiłam go do domu, a tam siedziała nas,

młodzieży,  większa  grupa.  Wieczorem  wspólnie  wszyscy  wybieraliśmy  się  na  przedstawienie  teatru,  który  przyjechał

z Warszawy. Wypiłam wtedy bruderszaft ze Stasiem. Tak się poznaliśmy. On też wybierał się do teatru, brat załatwił mu

dwa  bilety  w  loży.  Miał  zabrać  narzeczoną.  Jednak  przyszedł  z…  mamą!  Potem  odwiedził  nas  bez  zapowiedzi.  Nie

spodobało mi się to. Wyjeżdżając, pytał, czy może napisać list. I tak się zaczęła nasza bliższa znajomość.

Jego

  listy  miłosne  mam  do  dziś.  Na  trzy  odpisywałam  jeden.  Ojciec  dopytywał,  czy  odpisuję  chłopakowi  w  wojsku.

Zmuszał  mnie.  A  nasze  matki  spotykały  się  i  zaczęły  nas  swatać.  Jego  matka  przyszła  któregoś  dnia  do  nas

z pierścionkiem. Że niby Staś mi go przesyła. A to nie była prawda. Zaczęły uzgadniać ślub. Chwileczkę! Jaki ślub? –

oburzyłam  się.  Wtedy,  kiedy  tak  dobrze  się  bawiłam.  Gdy  Staś  przyjechał  na  urlop,  odwiedzał  mnie  codziennie.

Chodziliśmy  na  spacery,  dużo  rozmawialiśmy,  podobałam  mu  się,  że  jestem  taka  mądra.  I  się  oświadczył.  Bez

entuzjazmu, ale przyjęłam oświadczyny.

Ślub  odbył  się  6  października

  1946

  roku  w  Kole.  Z  wielką  pompą.  Stasiowi  przydzielono  oficerskie  mieszkanie

w  Szczecinie.  Przeprowadziliśmy  się.  Nikogo  tam  nie  znałam.  Ciężko  nam  było.  Ja  od  razu  zaszłam  w  ciążę.  Potem

urodziłam. Rodziłam w domu. Miałam silny krwotok, byłam bardzo osłabiona.

Ojciec

 chciał nam pomagać i załatwił mi sklep spożywczy. Niechętnie, ale zaczęłam go prowadzić. Szybko jednak się

okazało, że podupadam na zdrowiu. Miałam naciek gruźliczy i musiałam zmienić klimat na mniej wilgotny. Wróciliśmy do

Koła,  a  potem  przenieśliśmy  się  do  Warszawy.  Znajomy  ojca  miał  na  Siennej  mieszkanie,  trzy  pokoje;  dwa  zajmowali

synowie, a jeden był wolny – więc wynajęliśmy z mężem. Dostałam pracę w NIK-u i przydzielono mi z puli zakładowej

mieszkanie  na  Saskiej  Kępie.  Potem  jakiś  pracownik  NIK-u  wyprowadził  się  z  mieszkania  na  Grochowskiej,  i  tak

przydzielili mi dwa pokoje z kuchnią.

Balbina

 Szymańska-Ignaczewska

mieszka

 dziś na Sadybie. To zupełnie inna Sadyba niż ta, którą pamięta z powstania. Czasem w nocy nie śpi i rozmyśla,

próbując  przypomnieć  sobie  różne  sceny  z  tamtych  dni.  Na  przykład,  skąd  miała  granatową  sukienkę  w  paski.  Czy  to

background image

Zośka  jej  dała? Ale  wojna  nigdy  jej  się  nie  śni.  Po  wojnie  pojechała  do  Lwowa,  żeby  odszukać  miejsce,  gdzie  Niemcy

rozstrzelali jej brata Mietka. Odwiedziła więzienie, w którym go trzymano. Nie znalazła jednak żadnego śladu ani miejsca

pochówku.  Do  dziś  nie  wiadomo,  gdzie  zginął,  dokąd  go  wywieźli.  Ma  symboliczny  grób  w  Kole.  „Basia”  codziennie

odmawia za niego modlitwę.

background image

Panienka z dobrego domu

Jolanta Mirosława Zawadzka-Kolczyńska 
pseudonim „Klara”, łączniczka dowódcy 6. kompanii w Zgrupowaniu „Chrobry II”

Gdy  zaczęła  się  wojna,  miała  jedenaście  lat.  Chodziła  wówczas  do  prywatnej  szkoły  dla  panien  z  dobrych  domów.  Jej

koleżankami były Jadwiga Piłsudska, Wanda Chotomska czy siostry Branickie. W czasie okupacji kontynuowały naukę

na tajnych kompletach.

Była  drobniutką  dziewczyną,  więc  gdy  przewoziła  broń  partyzantom,  nie  budziła  żadnych  podejrzeń.  Potem,  narażając

życie,  służyła  jako  łączniczka  w  powstaniu.  Poznała  wówczas  wielu  życzliwych  kolegów,  z  którymi  bardzo  się  zżyła  -

z inteligencji, ale też z biedoty. Gdyby nie wojenne doświadczenie, pewnie nie miałaby okazji zaprzyjaźnić się z osobami

z tak różnych środowisk.

Raz  zostałam  ranna  –  na  rogu  Marszałkowskiej  i  Alej.  Przebiegałam  przez  ulicę  i  dostałam  kulą  dum-dum

w  nogę,  w  kolano.  To  takie  fioletowe  kuleczki,  które  się  rozpryskują,  gdy  ktoś  zostaje  trafiony.  Dotarłam  do

punktu sanitarnego, nie dałam się położyć, więc opatrzyli mnie odpowiednio i chodziłam dalej z tą nogą.

Nasza  rodzina  mieszkała  w  Warszawie  od  wielu  pokoleń.  Przed  wojną  jeden  stryj  był  dyrektorem  Instytutu

Głuchoniemych  i  Ociemniałych,  wuj  dziekanem  Wydziału  Chemicznego  na  Politechnice  –  po  wojnie  miał  na  swoim

koncie różne wynalazki i nagrody państwowe – a inny stryj kuratorem okręgu szkolnictwa w Warszawie. Natomiast mój

ojciec Stanisław był profesorem ekonomii na Wolnej Wszechnicy Polskiej, a mama Gabriela pedagogiem i malarką. Tuż

przed  wybuchem  wojny  mama  akurat  skończyła  drugi  fakultet  –  Akademię  Sztuk  Pięknych.  Wcześniej  studiowała

polonistykę  i  na  uniwerku  poznała  mojego  ojca.  Byli  bardzo  młodymi  ludźmi,  gdy  się  pobrali,  ja  też  się  wcześnie

urodziłam.  Gdy  latem  w  1939  roku  mama  obroniła  dyplom  na  Akademii,  ja  chodziłam  już  do  szkoły.  Wtedy  Wydział

Malarstwa  znajdował  się  na  Powiślu,  na  Wybrzeżu  Kościuszkowskim.  W  czasie  wakacji  mama  miała  tam  wystawę

dyplomową i niestety większość jej przedwojennych dzieł spłonęła w pierwszych dniach wojny. To były obrazy, grafiki,

meble  –  bo  matka  projektowała  też  meble  –  i  kobierce;  sama  farbowała  nici.  Po  wojnie,  w  1947  roku,  odbyła  się

pierwsza prawdziwa wystawa mamy w Muzeum Narodowym: Pierwszy Salon Wiosenny. Po latach zebrałam jej prace;

odnalazłam je w różnych archiwach, w muzeach, w Akademii, w wielu miejscach w Polsce. Większość przechowywana

była w piwnicach, magazynach.

Przed  wojną  mieszkaliśmy  na  Ochocie,  najpierw  na  Grójeckiej,  a  potem  na  Filtrowej.  Mieszkanie  było  przepiękne.

Pamiętam  wybuch  wojny.  Miałam  jedenaście  lat.  1  września  1939  roku  całe  hordy  niemieckich  samolotów  nadleciały

i  zaczęły  bombardowanie  od  lotniska.  Czyli  niedaleko  nas.  Prezydent  Starzyński  na  bieżąco  informował  rodaków

o wydarzeniach przez radio. Ostrzegał, że Niemcy nadchodzą, i nawoływał, żeby zejść do schronów.

Profesor Stanisław Lorentz, który przyjaźnił się z ojcem, chcąc ratować meble z palącego się Zamku Królewskiego,

przywiózł  część  ich  do  nas.  Stanęły  w  naszym  największym  salonie.  Ale  to  i  tak  ich  nie  uratowało.  Bo  później,  po

aresztowaniu  ojca,  Niemcy  wyrzucili  mnie  i  mamę  na  bruk,  tak  jak  stałyśmy. A  jak  się  potem  okazało,  meble  spłonęły

w czasie powstania warszawskiego. Ojca aresztowano za obchody święta 3 Maja w szkolnictwie. Wraz z dziewięcioma

innymi  profesorami  z  Mokotowa.  To  był  1940  rok.  Przez  różne  organizacje  dowiadywałyśmy  się  z  mamą,  dokąd  go

background image

zabrali  i  co  się  z  nim  działo.  Przesłuchiwali  ich  na  Szucha,  potem  na  Daniłowiczowskiej,  skąd  przewieziono  ich  na

Pawiak, a później pierwszym transportem z Warszawy do Auschwitz. Pierwszy transport do Auschwitz szedł z Tarnowa

– 14 czerwca 1940 roku. To był transport Polaków,  który  zapoczątkował  obóz  w Auschwitz.  Przez  pierwsze  dwa  lata

trzymano  tam  tylko  Polaków.  Przeważnie  więźniów  politycznych,  karanych  za  różne  akcje,  które  miały  miejsce  na

terenie Polski. Z tych dziesięciu profesorów przeżył tylko ojciec i jeszcze jeden profesor, który przebywał w obozie całą

wojnę – pięć i pół roku.

Po  wojnie  ten  drugi  profesor  nie  chciał  już  wracać  do  Warszawy,  został  w  Oświęcimiu  do  końca  życia.  Zresztą

pracował  przy  kompletowaniu  dokumentów  i  archiwów  związanych  z  Auschwitz,  w  końcu  dużo  widział  i  wiedział.

Tymczasem  ojciec  pod  koniec  wojny  został  przewieziony  do  Buchenwaldu  i  tam  został  wyzwolony.  Właściwie  cudem

przeżył. Więźniów trzymano w dziesięciu bunkrach. Niemcy, zanim stamtąd uciekli, postanowili wysadzić obóz. Podłożyli

materiały wybuchowe pod wszystkie zabudowania. Osiem bunkrów wyleciało w powietrze, a dwa się ostały, w jednym

z nich był mój ojciec.

****

Naukę zaczęłam w 1935 roku. To była prywatna żeńska szkoła Fundacji im. Wandy z Posseltów Szachtmajerowej przy

ulicy Radomskiej, róg Białobrzeskiej. Powszechna, potem także gimnazjum i liceum. Tak więc dwanaście lat chodziłam

do jednej szkoły. Uczyła się tam elita warszawskich panien, między innymi siostry Piłsudskie, córki Marszałka – Jagoda

1

,

z którą do dziś utrzymuję kontakty, w czasie wojny była oblatywaczem – czy pisarka Wanda Chotomska – moja dobra

koleżanka,  znałyśmy  się  od  dziecka,  panny  Branickie  z  Wilanowa.  To  była  jedyna  szkoła  w  Polsce,  w  której

obowiązywały  nie  granatowe,  a  zielone  mundurki.  Zimą  wełniane,  latem  jedwabne.  Byłyśmy  z  nich  bardzo  dumne.

Nosiłyśmy też zielone berety i zielone palta. Kupowało się je w domu handlowym Braci Jabłkowskich – było tam piętro

z naszymi mundurkami.

W czasie wojny szkołę zajęli Niemcy, zamienili ją w szpital. Jedynie trzy sale łaskawie nam zostawili. Tam odbywały

się  lekcje,  ale  przeważnie  dla  młodszych  dziewczynek.  Starsze  uczyły  się  na  kompletach.  Na  Ochocie  były  duże

mieszkania, zazwyczaj z dwoma wejściami. Lekcje odbywały się w kilkuosobowych grupkach. Gdy zdarzało się, że ktoś

nas  zadenuncjował  i  nagle  rozlegało  się  złowrogie  walenie  –  a  na  Filtrowej  pamiętam  takie  przypadki  –  to  gospodarz

wpuszczał Niemców drzwiami frontowymi, zagadywał ich, a my w tym czasie uciekałyśmy wyjściem od kuchni.

Gdy  Niemcy  wyrzucili  mnie  i  mamę  z  Filtrowej,  nasze  mieszkanie  zajęła  rodzina  volksdeutschów,  którzy  zresztą

wcześniej  mieszkali  niedaleko  nas.  Pozwolili  nam  zabrać  tylko  jedną  walizkę,  cała  reszta  miała  zostać.  Na  szczęście

nasza  liczna  rodzina  mieszkała  w  Warszawie,  każdy  miał  spore  lokum,  cztery  czy  pięć  pokoi,  więc  zawsze  ktoś  się

znalazł, kto był w stanie umieścić nas u siebie, odstępując pokoik czy dwa. Przez pewien czas mieszkałyśmy u kuzyna,

fotografa  –  bardzo  znanego  przed  wojną.  Zajmował  z  rodziną  sześć  pokoi  na  Złotej,  na  parterze.  Mama  pracowała,

utrzymywała  nas  i  babcię.  Ciężko  było.  Nawet  jak  handlarze  przywozili  jedzenie  ze  wsi,  to  nie  było  nas  stać  na  zakup

mięsa.  Zazwyczaj  babcia  gotowała  kaszę.  Później  przeprowadziłyśmy  się  na  Pańską,  przy  Wielkiej.  To  była  ulica

równoległa  do  Zielnej.  Związek  Nauczycielstwa  Polskiego  załatwił  dla  wszystkich  profesorów  i  ich  rodzin  mieszkania

w  budynkach  likwidowanego  getta.  Przydzielano  nam  lokale  pożydowskie.  Nie  było  to  najlepsze  mieszkanie,  ale

zostałyśmy tam z mamą do powstania.

Do  szkoły  jeździłam  zwykle  tramwajem,  razem  z  przyjaciółką  z  klasy,  Alą  Piotrowską.  Jej  ojciec  również  dostał

mieszkanie  na  Pańskiej  w  domu  obok  naszego.  Nie  wzbudzałyśmy  zainteresowania.  Nikt  nas  nie  zatrzymywał,  nie

kontrolował.  Byłyśmy  w  końcu  dziećmi.  Starsi  bracia  naszych  koleżanek  nie  mieli  tyle  szczęścia.  Któregoś  dnia,  gdy

background image

chłopcy  mieli  tajne  spotkanie,  nakryli  ich  Niemcy. Aresztowali  wszystkich  i  rozstrzelali. Ale  to  była  prowokacja.  Jeden

chłopak, który wkręcił się do ich środowiska, okazał się donosicielem. Tylko jeden wtedy ocalał, akurat nocował u ciotki

i  nie  dotarł  na  zebranie.  W  tamtym  czasie  było  dużo  organizacji,  lewicowe,  prawicowe.  W  szkole  było  harcerstwo,  do

którego nie należałam. Dobrze, że ja z Alą trafiłyśmy do AK. Zawsze byłyśmy razem, w czasie powstania też.

****

Wciągnęli mnie starsi kuzyni. Miałam wtedy dwanaście czy trzynaście lat. Po aresztowaniu ojca z dnia na dzień stałam

się dorosła. Bardzo chciałam pomagać. Wcześniej nigdy w życiu  nic  nie  robiłam,  a  tu  nagle  musiałam  wypełniać  różne

obowiązki. Choćby w domu: posprzątać czy uprać.

Przysięgę  składałam  w  mieszkaniu  prywatnym,  w  bardzo  małej  grupie.  Trzy  czy  cztery  osoby.  Dopiero  potem

dowiedziałam  się,  że  jeden  z  nich,  taki  trochę  starszy,  był  dowódcą.  Wtedy  nikt  z  przyjmujących  nas  do  AK  się  nie

przedstawił. Nie zdradzili nawet swoich pseudonimów. Jedynie my z koleżanką miałyśmy wybrać pseudonimy dla siebie.

Ja  wybrałam  „Klara”.  W  czasie  wojny  miałam  nauczycielkę  angielskiego,  panią  Klarę  Jastroch.  Przed  wojną  wydała

kilka podręczników. Zawsze nam mówiła: uczcie się, bo ten język wam się przyda. I rzeczywiście nam się przydał. Po

wojnie,  gdy  studiowałam,  nie  chodziłam  już  na  żadne  lektoraty,  bo  uważałam,  że  tak  dobrze  znam  język,  że  dam  sobie

radę,  że  zdam  każdy  egzamin.  Bardzo  ją  lubiłyśmy,  chociaż  była  brzydka,  gruba,  jakaś  taka  nieforemna,  ale  była

przeurocza i niezwykle miła dla nas. Wiele lat później okazało się, że w czasie wojny była szpiegiem angielskim i dostała

najwyższe odznaczenie od królowej brytyjskiej. W tamtejszych gazetach opublikowano jej zdjęcie.

Więc tamtego dnia na rozmowie w AK, kiedy trzeba było szybko wybrać pseudonim, powiedziałam od razu „Klara”.

Miałam być łączniczką. Po przysiędze otrzymałam instrukcje, że będę musiała się podporządkować, wykonywać rozkazy,

które będę otrzymywać przez łańcuszek innych łączników.

Zostałam  zaangażowana  do  przewożenia  broni  partyzantom  do  lasów  kozienickich  statkiem  po  Wiśle.  Razem

z  koleżanką  odbierałyśmy  z  domu  na  Wolskiej  broń  zapakowaną  w  małe  paczki  i  zabierałyśmy  ją  na  statki,  którymi

przeprawiali się głównie handlarze. Przywozili żywność, przede wszystkim mięso. Nasze paczki były nieduże, można było

na  takiej  usiąść.  Każdy  miał  jakieś  pakunki,  więc  nie  rzucałyśmy  się  w  oczy.  Wsiadałyśmy  na  statek  wieczorem,

płynęłyśmy nocą. Było lato, przeważnie ciepło, więc lokowałyśmy się na górnych pokładach i tak docierałyśmy do stacji

Ryczywół. Na przystani czekała już na nas podwoda. Zawiązywano nam oczy, żebyśmy nie wiedziały, dokąd jedziemy.

A wieźli nas do Puszczy Kozienickiej, do jednostki. Za każdym razem pobyt tam był dla nas szokiem. Tu w Warszawie

wojna,  łapanki,  wieszanie,  rozstrzeliwanie,  a  tam  normalne  regularne  wojsko  –  świetnie  zorganizowane  koszary,

wszystkie  służby,  napisy:  żandarmeria,  kuchnia  polowa,  wszyscy  w  mundurach.  Czułyśmy  się  tam  jak  w  bajce.

Traktowano nas z wielką serdecznością. Żołnierze opowiadali nam o swoich akcjach. A zazwyczaj podkładali ładunki na

torach pod pociągi jeżdżące do Rosji z żywnością i amunicją. Zrywali mosty. Przejmowali transporty. To byli przeważnie

młodzi  chłopcy,  niewiele  starsi  od  nas.  W  obozie  obowiązywała  dyscyplina,  zawsze  było  czysto,  ścieżki  do  namiotów

zamiecione, piętrowe łóżka pościelone. Lubiłyśmy tam być. Potem nas odstawiali na przystań i wracałyśmy. Wiele razy

tak jeździłyśmy, aż do powstania. Niemcy wiedzieli, że tam stacjonuje wojsko, ale nigdy nie podeszli bliżej. Bali się, nie

wiedzieli, co tam się dzieje, jak liczne są oddziały. Żołnierze przebywali tam do końca wojny.

****

Każdy zawsze miał jakiegoś łącznika. W ostatnich dniach lipca przyszedł do mnie jeden i powiedział, że 1 sierpnia mam

background image

stawić się tam i tam. Ale na Żoliborzu powstanie rozpoczęło się parę godzin wcześniej, niż planowano. Zrobił się wielki

szum  na  mieście.  Pojawiły  się  ciężarówki,  wojsko,  tramwaje  stawały.  Cywile  uciekali  w  popłochu,  chowali  się  po

bramach.  Marszałkowska  fatalnie  już  wyglądała.  Nie  byłam  w  stanie  dostać  się  do  mojego  oddziału.  Dlatego  zgłosiłam

się  do  najbliższego,  i  tak  trafiłam  na  Pańską  do  Zgrupowania  AK  „Chrobry  II”  (podobno  w  czasie  wojny  było  już

Zgrupowanie  „Chrobry  I”,  więc  nasze  nazwano  „Chrobry  II”),  do  6.  kompanii  ppor.  „Jeremiego”.  Do  niedawna  stał

w  tym  miejscu  hotel  Mercure,  a  wówczas  znajdował  się  budynek  fabryki  łóżek  metalowych  i  aparatury  medycznej

Konrad  i  Jarnuszkiewicz.  Było  to  olbrzymie  zgrupowanie,  skupiało  bardzo  wielu  ochotników  i  wielu  takich,  którzy  nie

zdołali  dojść  do  swoich  placówek.  Taka  zbieranina.  Było  nas  wszystkich  trzy  i  pół  tysiąca.  „Chrobry  II”  obejmował

swoim  działaniem  olbrzymi  teren  –  wzdłuż  ulic  Marszałkowskiej,  Królewskiej,  Grzybowskiej,  Towarowej,  Alej

Jerozolimskich.  Łącznie  walczyło  sześć  kompanii.  Nasza  prowadziła  walki  zaczepno-obronne,  aby  nie  dopuścić

Niemców do Śródmieścia.

Miałam  tam  cudownych  kolegów  i  koleżanki.  Zgłaszało  się  bardzo  dużo  młodzieży.  Pierwszego  dnia  przychodzili

i  składali  przysięgę.  Pełen  przekrój  społeczeństwa.  Z  jednej  strony  było  dużo  inteligencji,  wśród  starszych  chłopcy  po

gimnazjach czy wyższych uczelniach pokończonych w konspiracji. Z drugiej – sporo chłopców z biedoty, którzy w czasie

wojny  żyli  z  handlu  albo  rozboju.  Odkąd  zaczęły  się  walki  na  Wschodzie,  okradali  wagony  z  żywnością  szykowane  na

front  do  Rosji,  stojące  na  bocznicy  na  dworcu  towarowym.  Kradli  żywność  dla  warszawiaków,  stąd  miasto  miało

konserwy. Raz tacy chłopcy dostali się do wagonu, jak się okazało po otwarciu – pełnego żółwi. Wtedy cała Warszawa

jadła zupę żółwiową. Nawet Wiech w swojej książce opisywał, jak ta zupa żółwiowa mu smakowała, a potem w filmie

Cafe pod Minogą jest scena, jak handlowano żółwiami na targu. Ci chłopcy naprawdę byli bardzo mili i życzliwi. Jeden

z nich miał jedenaście lat. Miał pseudonim „Pestka”. Przyszedł do naszego dowódcy „Jeremiego” i oświadczył, że chce

złożyć przysięgę. A ten mu na to odparł, że przyjmuje młodzież starszą, gimnazjalną i licealną.

– No ale moi bracia walczą, to ja też chcę – upierał się „Pestka”. Był wysoki, rezolutny.

– No dobra, zostaniesz – dał się przekonać dowódca.

Po paru dniach przyszła jego matka i prosiła, żeby odesłał chłopca do domu.

Gdy „Pestka” został już przyjęty, do nas dziewczyn powiedział tak:

– Jesteście trochę starsze, to nie będę wam mówił ty, ale będę mówił ciociu.

Wszystkie  sanitariuszki  i  łączniczki  zostały  ciociami.  Ciągle  pytał:  „Może  coś  ciocia  potrzebuje,  może  mógłbym  coś

załatwić”. Był uczynny, ale też uparty. Pamiętam jedną jego samowolną akcję.

Trwały  zrzuty.  Olbrzymie  liberatory  przylatywały  i  zrzucały  wielkie  metalowe  gilzy  na  spadochronach.  W  nich

zazwyczaj  była  żywność  i  amunicja  dla  powstańców.  Piloci  musieli  latać  bardzo  wysoko  i  niejednokrotnie  nie  trafiali

w  nasze  pozycje,  tylko  w  pozycje  wroga.  I  pamiętam,  jak  któregoś  dnia  „Pestka”  przybiegł  z  informacją,  że  na  placu

Grzybowskim leży gilza.

– Podczołgam się i ją przyciągnę – powiedział.

A dowódca na to:

– Nie ma mowy, bo jak Niemcy zauważą, że drzewa się ruszają, od razu puszczą serię i cię zabiją.

– Nie, panie poruczniku, nic mi nie będzie.

– Nie wolno ci.

Ale  on  nie  dał  za  wygraną.  Poczekał  do  zmierzchu,  oczywiście  nic  nikomu  nie  mówiąc,  i  podczołgał  się  do  tej  gilzy.

Gdy  złapał  linki  i  za  nie  szarpał,  jak  można  było  się  spodziewać,  drzewa  zaczęły  się  ruszać  i…  poszła  seria  w  jego

kierunku. Chłopak dostał, ale nie ciężko. Koledzy go za nogi wciągnęli z powrotem, ale on, choć ranny, linek nie puścił,

ciekaw, co było w środku. „Na pewno jedzenie jest i amunicja”, powtarzał.

background image

–  I  co  ja  mam  teraz  z  nim  zrobić?  Dobrze,  że  jest  tylko  lekko  ranny,  ale  powinienem  go  ukarać  –  zastanawiał  się

dowódca, patrząc na nas.

– Jest ranny, to chyba wystarczająca kara – powiedziałam.

Po wojnie „Pestka” ukończył szkołę morską i pływał na statkach handlowych jako marynarz.

W gilzie było trochę tłuszczów, trochę sucharów i amunicja.

Zdarzały  się  też  zrzuty  radzieckie,  takie  same,  tyle  że  tamci  chłopcy  latali  niedużymi  kukuruźnikami.  Piloci  schodzili

najniżej, jak się dało, i zrzucali gilzy, ale bez spadochronów. Więc zazwyczaj wszystko się rozpadało i nic nie nadawało

się do użytku. Rusznikarze działający na terenie naszego zgrupowania potrafili naprawić i złożyć każdą broń aliancką, ale

do  radzieckiej  nie  mieli  części.  Pamiętam  twarze  tych  młodych  chłopców  –  pilotów.  Nie  dostali  się  do  armii Andersa,

a czuli się Polakami i też chcieli pomóc.

****

W placówce panowały dobre warunki, były sienniki, na których spaliśmy na zmianę. Jedna osoba była na warcie, druga

spała.  No  i  na  terenie  fabryki  mieliśmy  pompy,  a  w  związku  z  tym  wodę.  Wszyscy  nam  zazdrościli.  Można  było  się

umyć,  napić.  Po  zburzeniu  wodociągów  mieszkańcy  jeśli  nie  mieli  studni,  byli  pozbawieni  dostępu  do  wody.  Gdy

chodziłam  z  meldunkami  do  innych  placówek,  koledzy  odgrażali  się:  „Przyjdziemy  tam  do  was  się  umyć”.  My  z  kolei

zazdrościliśmy tym z Mokotowa, że mogli zakradać się do ogródków i zrywać pomidory czy owoce, o których mogliśmy

tylko  pomarzyć!  Na  co  dzień  jedliśmy  kaszę  zwaną  „pluj”.  Koledzy  przynosili  worki  z  kaszą,  taką  z  paździorami,  nie

można  było  nawet  tego  przełknąć.  Peżetki  (członkinie  organizacji  Pomoc  Żołnierzom)  mieliły  tę  kaszę  w  młynkach  do

kawy.  W  takich  młynkach  niewiele  się  mieściło,  więc  mieliły  na  okrągło.  Potem  gotowały  ją  i  taką  jedliśmy,  plując  co

chwila. Po wojnie już raczej kaszy nie jadłam.

Kiedyś koledzy zdobyli beczkę śledzi. Przytachali taką beczułkę i z radością nas poinformowali:

– No to do suchego chleba mamy śledzie.

– Ale będzie nam się potem pić chciało – powiedziałam.

– Przecież mamy pompę – odparli.

I rzeczywiście, popijaliśmy wodą. Śledzie smakowały wtedy wspaniale. To była prawdziwa uczta.

W Śródmieściu nie korzystaliśmy z kanałów, można było górą przechodzić. Były próby przechodzenia z Mokotowa do

Śródmieścia  kanałami,  ale  np.  przy  Dworkowej  Niemcy  wysadzili  wylot  i  wiele  osób  wtedy  zginęło.  Dużo  chodziłam

z meldunkami. Meldunki zawsze były ustne, uczyłyśmy się ich na pamięć. Często bałam się, czy dam radę donieść taką

wiadomość. Ulice płonęły i trzeba było przeskakiwać przez ogień, trzymając w górze spódnicę, żeby się nie zapaliła.

Pewnego dnia musiałyśmy z koleżanką Alą Piotrowską dostarczyć meldunek na drugą stronę Alej Jerozolimskich do

samego  dowódcy  powstania,  Tadeusza  „Bora”  Komorowskiego.  Było  tylko  jedno  przejście  przez Aleje.  Przechodziła

tamtędy bardzo płytko pod ziemią kolej średnicowa. Zaledwie pół metra pod ziemią. Więc nie można było kopać rowów.

Zamiast tego układano zasłonę z worków z piaskiem, za którą przechodziło się na drugą stronę. Nasza żandarmeria byle

kogo  nie  przepuszczała.  Trzeba  było  podać  hasło,  wypytywali  po  co,  do  kogo.  Żandarmeria  wspaniale  pilnowała

porządku. „Bora” Komorowskiego ciągle przenosili, ale tamtego dnia był na Mokotowskiej 64, przy placu Trzech Krzyży.

Piętrowy  budynek  w  podwórku.  Pamiętam,  że  o  wszystko  się  dopytywał.  Bardzo  był  ciekaw,  jak  my  żyjemy,

opowiadałam mu o naszych akcjach. Nasz meldunek dotyczył zaplecza, zapasów broni, żywności.

Na co dzień mieliśmy dyżury. W bramie zawsze stała warta. Zmienialiśmy się co sześć godzin. Na warcie dostawało

się trochę kawy i tej okropnej zupy z kaszą „pluj”. Nasz dowódca był jak dobry ojciec. Ale długo nie wiedziałyśmy, jak

background image

się nazywa. Wiedziałyśmy tylko, że ma pseudonim „Jeremi”. Ujawnianie nazwisk było zabronione. Dla bezpieczeństwa.

Ale z koleżanką koniecznie chciałyśmy poznać nazwisko naszego dowódcy. Podczas jednego dyżuru, gdy „Jeremi” sobie

drzemał, wyciągnęłyśmy dokumenty z kieszeni jego marynarki. Nazywał się Leonard Kancelarczyk. Przeczytałyśmy, ale

nikomu się nie zdradziłyśmy z tą informacją. Dzięki temu po wojnie go odnalazłyśmy i dopiero wtedy przyznałyśmy się do

naszego występku.

–  Moje  dziewczynki,  skąd  wiedziałyście,  jak  mnie  szukać?  –  dopytywał.  Zawsze  zwracał  się  do  nas  „moje

dziewczynki”. No i musiałyśmy powiedzieć prawdę.

Gdy  nie  dyżurowałyśmy,  miałyśmy  wolne.  Tam,  gdzie  było  kino  Palladium  na  Złotej,  w  podziemiach  była  kawiarnia.

W  czasie  wolnym  mogłyśmy  tam  pójść  napić  się  kawy  i  zjeść  pajdę  czarnego  chleba  z  marmoladą.  Żeby  wejść  do

środka, trzeba było mieć przepustkę. Nasi żołnierze rewidowali każdego. Spotykałyśmy tam kolegów i koleżanki z innych

dzielnic.  Młodzież  znała  się  w  czasie  wojny.  Można  było  się  dowiedzieć,  co  dzieje  się  u  innych. Ale  tylko  na  początku

powstania, potem już nie było mowy o takich wypadach. Więc albo spałyśmy, albo wykorzystywałyśmy ten czas, by się

umyć.  A  było  co  zmywać  z  siebie.  Kurz  był  straszny,  w  czasie  ostrzałów  czy  bombardowań  chowaliśmy  się

w  piwnicach.  Samoloty  nadlatywały  gromadami  i  burzyły  całe  ulice.  Kurz,  pył  i  ogień  utrudniały  oddychanie.  Do  tego

panowały  straszne  upały.  Na  początku  powstania  nosiliśmy  swoje  ubrania  z  domu,  potem  zdobyliśmy  koszary  policji

granatowej  na  ulicy  Ciepłej  i  przebraliśmy  się  wszyscy  w  ich  granatowe  uniformy.  Kurtki  były  dla  nas  dziewczyn  jak

płaszcze, sięgały nam do kolan, musiałyśmy zawijać rękawy, no ale przynajmniej wojsko było już jednakowo ubrane na

granatowo.  Ci  z  „Zośki”  mieli  panterki.  Takie  charakterystyczne  i  ładne  mundury.  A  nasze  to  były  takie  drelichy

wojskowe, przypominające bardziej odzież roboczą.

Nasza  placówka  była  najbardziej  wysunięta  w  kierunku  pozycji  wroga.  Po  drugiej  stronie  Niemcy  zajęli  Hale

Mirowskie.  Nie  mogliśmy  w  związku  z  tym  głośno  się  zachowywać,  palić  ognisk,  ale  zdarzały  się  też  miłe  chwile

w placówce. Odwiedzali nas chłopcy z różnych dzielnic i uczyliśmy się wspólnie piosenek wojskowych. Jakoś samo tak

nam to przychodziło. W niedziele przychodził ksiądz i odprawiał mszę. Pod gołym niebem, po cichutku.

U nas nie było akurat żadnych ślubów, ale były różne sympatie. Jedna z koleżanek miała taką sympatię. A że jej dom

był  na  placu  Grzybowskim,  to  podkradała  się  tam  i  z  resztek  żywności  piekła  placki  dla  swojego  kolegi  Bogdana.  Do

niedawna jeszcze wspominałyśmy, jak ona przynosiła mu te placki, a my z koleżankami, jedząc czarny chleb, mogłyśmy

tylko  pomarzyć  o  takich  smakołykach.  Ich  znajomość  przetrwała  całe  życie,  ale  każde  z  nich  po  wojnie  założyło  swoją

rodzinę.  Ja  nie  miałam  sympatii,  to  raczej  starszym  dziewczynom  się  zdarzało.  Za  to  cały  czas  trzymałam  się  z  moją

przyjaciółką szkolną Alą Piotrowską.

****

20  sierpnia  oddział  Kilińskiego  zdobywał  PAST-ę  na  Zielnej.  Po  dwóch  dniach  przyszedł  łącznik  z  meldunkiem,  że

„zostali  wybici,  jest  dużo  zabitych  i  mamy  im  pomóc”.  Nie  był  to  rozkaz,  ale  kto  chciał,  miał  iść.  Większość  się

zdecydowała pomóc. Ja też poszłam. To był duży budynek. W pewnym momencie akcji wydawało nam się, że Niemcy

już się wycofali, czy nasi ich wszystkich wyłapali. Wchodziliśmy kręconymi schodami. Nie wiem, czy to było drugie czy

trzecie piętro. Przede mną szedł kolega, miał czternaście lat, pseudonim „Bębenek”. Miał broń. Nawet nie wiem, jak on

się  nazywał.  I  nagle  wyskoczył  jakiś  Niemiec,  który  rozpruł  go  z  karabinu  na  pół.  To  było  straszne,  chwilę  wcześniej

z nim rozmawiałam i nagle nie było już człowieka. To chyba najboleśniejsze moje przeżycie z powstania. Pierwszy zabity,

jakiego widziałam z tak bliska.

Potem okazało się, że w czasie akcji zatrzymaliśmy wielu niemieckich żołnierzy, oficerów. Na terenie Warszawy były

background image

strzeżone  obozy  dla  jeńców  niemieckich.  Mieli  bardzo  dobre  warunki,  dostawali  jedzenie  takie  samo  jak  nasze  wojsko.

Nawet przyjeżdżał do nich fryzjer i ich strzygł. Ich zachowanie natomiast w stosunku do polskich więźniów było zupełnie

inne.  Gdy  Niemiec  był  ranny,  to  otrzymywał  pomoc,  był  operowany.  Kolega  na  Starym  Mieście  leżał  łóżko  w  łóżko

z rannym niemieckim oficerem. Gdy Niemcy po zdobyciu Starówki weszli do tego szpitala, chcieli z miejsca wszystkich

pacjentów wystrzelać, no i ten Niemiec się postawił:

– Nie wolno wam nikogo tu zabijać, bo oni mi uratowali życie. Zrobili mi operację, jak każdemu polskiemu żołnierzowi.

I w ten sposób ocalił cały szpital. Warunki więc mieli u nas takie, jakie żołnierz powinien mieć. Ale Niemcy w ogóle

nie  respektowali  takich  zasad.  Choćby  to,  co  działo  się  na  Woli  przez  pierwsze  siedem  dni  powstania.  Mordowali

wszystkich  bez  pardonu.  Dzieci,  dorosłych,  starców,  wszystkich.  W  szpitalu  na  Płockiej  wszystkich  zabili,  łącznie

z lekarzami.

Wtedy  byliśmy  młodzi  i  inaczej  podchodziliśmy  do  śmierci.  W  ogóle  nie  zakładaliśmy,  że  powstanie  upadnie,

wierzyliśmy, że będzie trwało, dopóki nie zwyciężymy. Nikt nie wierzył, że może zginąć. Nawet jeśli wszyscy zginą, to

mnie  to  nie  dotyczy  –  myślał  każdy.  Jakoś  nie  zdawaliśmy  sobie  sprawy.  Nie  baliśmy  się. A  przecież  śmierć  była  na

każdym  kroku.  Z  naszej  placówki  zginęło  wiele  sanitariuszek.  Często  się  zdarzało,  że  gdy  podchodziły  do  rannego,  to

uderzał w nie kolejny pocisk i nasze koleżanki ginęły razem z rannym. To było takie straszne.

Ale zdarzały się też cuda. Pamiętam, jak jeden kolega został ranny w głowę. Namawialiśmy innego kolegę, Andrzeja

Zaorskiego,  który  był  wtedy  na  drugim  roku  tajnej  medycyny  (w  czasie  wojny  oficjalnie  nazywała  się  to  szkoła

pielęgniarska), żeby go zoperował. Byliśmy na punkcie sanitarnym na Żelaznej. Do szpitala kawał drogi.

–  Nigdy  nie  robiłem  operacji,  pierwszy  raz  będę  kogoś  kroił  –  oponował.  No  ale  podjął  się  i  operacja  się  powiodła.

W  piwnicy,  za  pomocą  kuchennego  noża.  Dzięki  temu  kolega  przeżył.  I  żyje  do  dziś  w  Paryżu. A Andrzej  po  wojnie

skończył  medycynę,  został  chirurgiem,  pracował  na  Banacha,  nawet  był  dyrektorem  przez  pewien  czas.  Już  po  wojnie

wspominał, jak bardzo się wtedy w tej piwnicy denerwował.

****

Pod  koniec  powstania  ludność  cywilna  umierała  w  piwnicach,  bez  wody  i  jedzenia.  Z  naszej  okolicy  wyprowadziliśmy

wszystkich na Powiśle. Potem cała dzielnica zamieniła się w zupełne pustkowie. Po naszej stronie ulicy nawet Niemców

nie było. Tylko płonące budynki, strasznie nieprzyjemne uczucie. Zwłaszcza w nocy. Zbliżał się koniec. Wiedziałam już

wtedy,  że  mama  też  jest  w  powstaniu,  po  drugiej  stronie Alej.  Okazało  się,  że  dowódca  mojej  matki  odwiedzał  naszą

placówkę. Oczywiście nie wiedziałam tego. Po kapitulacji – a raczej, jak się u nas mówi, po zakończeniu walk – gdy była

już podpisana konwencja, on przyszedł do mojego dowódcy i powiedział o mnie:

– Muszę ją zabrać, ona wyjdzie razem z matką.

Zapadła  decyzja,  że  ci,  którzy  nie  mają  ukończonych  szesnastu  lat,  nie  mogą  być  żołnierzami,  więc  mieli  wyjść

z ludnością cywilną.

I tak się stało. Obóz w Pruszkowie był już przepełniony, więc razem z mamą i Alą dostałyśmy się do obozu w Ursusie

na  terenie  fabryki  traktorów.  Obóz  w  halach  fabrycznych  był  świetnie  zorganizowany.  Każdy,  kto  choć  wyglądał  na

chorego,  był  wysyłany  na  komisję  lekarską.  To  była  polsko-niemiecka  komisja.  Lekarze  orzekli,  że  ja  i  Ala  jesteśmy

podejrzane  o  tyfus,  i  zostałyśmy  zwolnione.  Wypuszczono  nas  w  nocy  przez  żelazne  bramy.  Byłyśmy  zdane  tylko  na

siebie.  Na  zewnątrz  żywego  ducha. Ani  jednego  Niemca.  Szłyśmy  po  torach,  nie  znałyśmy  tamtych  okolic  Warszawy,

ale  wiedziałam,  że  po  torach  zawsze  gdzieś  dojdziemy.  I  dotarłyśmy  do  Pruszkowa.  Wtedy  zorientowałam  się,  gdzie

jesteśmy,  w  Komorowie  mieliśmy  willę.  Przed  wojną  z  babcią  chodziłyśmy  na  targ  do  Pruszkowa.  Doszłyśmy  do

background image

Komorowa i tam zostałam do wyzwolenia, do 17 stycznia.

****

Po  17  stycznia  z  kolegą,  który  był  studentem  podziemnej  architektury,  wybraliśmy  się  po  torach  do  Warszawy.

Chcieliśmy  się  dowiedzieć,  co  się  dzieje  z  resztą.  Warszawa  wyglądała  strasznie,  wszystko  było  zburzone.  Aleje

Jerozolimskie jeszcze się paliły. Poszłam na Pańską, gdzie mieszkałam, niektóre ściany jeszcze stały, ocalał portret babci.

Kolega miał aparat, robił zdjęcia.

Po wojnie wrócił ojciec. Nie od razu w maju, ale latem. Nie wiedziałyśmy, czy żyje. Matka o mało nie zemdlała, gdy

go zobaczyła. Po wyzwoleniu alianci chcieli trochę odkarmić więźniów, zanim wypuścili ich do domów – przecież to były

szkielety.

Gdy Warszawa zaczęła się odbudowywać, ojcu przyznano mieszkanie w nowym budynku. Zaczęły się prześladowania

powojenne. Matkę aresztowało UB, siedziała na Rakowieckiej. Ja nigdy nie byłam gnębiona, umówiliśmy się z dowódcą,

że nikt nie wspomina w swoich życiorysach, że służył w AK czy brał udział w działaniach wojennych. Gdy pojawiały się

pytania  o  losy  wojenne,  odpowiadaliśmy,  że  chodziliśmy  w  tamtym  czasie  do  szkoły  i  koniec.  Gdy  matka  wróciła

z  więzienia,  kazała  mi  zniszczyć  moją  legitymację  akowską.  Bardzo  nie  chciałam.  Udało  mi  się  przechować  ją  nawet

przez czas obozu.

– Mieszkamy w nowym budynku, ukryję ją pod klepką, tylko my sobie jakoś zaznaczymy, pod którą, nikt się nie dowie

– prosiłam.

–  Nie,  nie,  oni  będą  wiedzieli,  znajdą.  Ty  nawet  nie  wiesz,  co  oni  wyprawiają  z  ludźmi  –  upierała  się  i  spaliła  ją  na

moich oczach.

Bała  się  ubeków,  strasznie  ją  maltretowali  przez  kilka  miesięcy. Ale  szczęśliwie  wyszła.  My  młodzi  nie  zdawaliśmy

sobie  sprawy  z  tego  powojennego  koszmaru  prześladowań.  Spotykaliśmy  się.  Jedynie  dowódca  prosił,  żeby  przez  jakiś

czas unikać z nim kontaktu, bo jest obserwowany. Ale z innymi umawialiśmy się regularnie na cmentarzu.

Dzisiaj  niestety  nasza  kompania  się  wykrusza.  Liczyła  201  osób,  a  całe  Zgrupowanie  „Chrobry  II”  razem

z dowództwem, pomocnikami, żandarmerią – 3500. Wspólnie z kolegą odtworzyliśmy prawie całą listę, brakuje nam kilku

nazwisk.  Znamy  tylko  pseudonimy.  Przez  całe  życie  się  wspieraliśmy,  pomagaliśmy  sobie;  choć  pochodziliśmy  z  tak

różnych środowisk, to bardzo się zżyliśmy.

Jolanta Zawadzka-Kolczyńska

ur. 16 listopada 1928 roku, maturę zrobiła w 1947 roku, zaraz potem jej szkoła została zlikwidowana – prywatne szkoły

zamykano.  Potem  poszła  na  Akademię  Nauk  Politycznych  na  Studium  Dziennikarskie.  Pracowała  w  dziennikach

warszawskich,  w  „Głosie  Pracy”,  „Życiu  Warszawy”.  Od  kilkunastu  lat  na  rocznicę  powstania  organizuje  wystawę

w  Berlinie.  Należy  do  Stowarzyszenia  Rodzin  Oświęcimskich.  Jest  przewodniczącą  Komisji  Kultury  i  Wydawnictw

w  Związku  Powstańców  Polskich  i  redaktorem  naczelnym  biuletynu  „Powstaniec  Warszawski”.  Posiada  wysokie

odznaczenia państwowe, w tym Krzyż Komandorski.

background image

Żołnierz z urodzenia

Wanda Traczyk-Stawska
pseudonim „Pączek”, łączniczka-strzelec oddziału osłonowego Wojskowych
Zakładów Wydawniczych, będącego oddziałem dyspozycyjnym gen. „Montera”

Nie  tylko  dlatego,  że  była  córką  legionisty,  nie  tylko  dlatego,  że  była  harcerką.  Wanda  Traczyk  chciała  walczyć

z wrogiem od chwili, gdy jako dwunastolatka była świadkiem, jak Niemcy strzelają do kobiety z niemowlęciem na ręku.

Kolportaż  i  praca  łączniczki  nie  wystarczała.  W  czasie  okupacji  w  ramach  Akcji  „N„  dostarczała  zawiadomienia

o wyrokach śmierci volksdeutschom i szmalcownikom. Chciała być żołnierzem i walczyć z bronią w ręku. I taką służbę

pełniła w powstaniu.

To  było  już  po  20  września  1944  roku.  Do  ruin  Poczty  Głównej  przylegała  niemiecka  barykada.  A  tam  stał

cekaem.  Chcieliśmy  odeprzeć  nieprzyjaciela  na  odległość  chociażby  30  metrów.  Dlaczego?  Gdy  nasz  kolega

z  oddziału  Andrzej  Taczanowski,  ps.  „Jastrzębiec”,  został  ostrzelany  przez  ten  cekaem  tak,  że  ucięło  mu  nogi,

a potem przez brak opatrunków i środków przeciwbólowych umierał w męczarniach, zdaliśmy sobie sprawę, że

każdej nocy sanitariuszki i łączniczki, przechodząc pod tą barykadą, narażają swoje życie. Przenoszą amunicję,

„plujkę”, wodę i ściągają rannych. Zależało nam, żeby odsunąć cekaem wraz z jego załogą na tyle daleko, by

dziewczyny mogły wykonywać swoje zadania bez obawy, że zostaną usłyszane i ostrzelane. Na filmie

2

 pokazano

tylko  fragment  akcji,  jak  prowadzę  majora  „Wolę”  i  pułkownika  „Radwana”  na  rozpoznanie  i  nawiązuję

kontakt  ogniowy  z  nieprzyjacielem.  W  dalszej  scenie  widać,  jak  dostaję  Krzyż  Walecznych  od  majora  „Woli”.

W  tamtym  czasie  przyjmowaliśmy  te  odznaczenia  z  pewną  rezerwą.  Bo  jak  mówili  chłopcy:  dziś  KW  –  Krzyż

Walecznych, jutro KD – krzyż drewniany. Żałuję, że na filmie nie pokazano, jak major nas dekoruje. Miał taki

zwyczaj, że każdego żołnierza, którego odznaczał, całował w policzek. I mnie też wtedy pocałował.

Nastanie  wojny  było  dla  mnie  bardzo  trudnym  momentem.  Może  dlatego,  że  byłam  taka  szczęśliwa,  miałam

kochających rodziców, rodzeństwo – było nas czworo, miałam wspaniałe dwie młodsze siostry i starszego brata, i miałam

pieska – śliczną i mądrą foksterierkę, nazywała się Lalka, no i harcerski zastęp przyjaciółek i kolegów, z którymi grałam

w  piłkę.  Czego  więcej  może  sobie  dziecko  życzyć?  Tuż  przed  samym  wybuchem  wojny  planowałam  jechać  na  obóz

harcerski, na którym miałam złożyć przyrzeczenia. Ale mój ojciec, który był legionistą i wiedział już wcześniej, że robi się

niebezpiecznie,  kazał  mi  zostać  w  domu.  Dzień  1  września  bardzo  przeżyłam.  Nie  rozumiałam,  dlaczego  moja

przyjaciółka  z  niższego  piętra  –  Hana,  Żydówka  –  tak  bardzo  płakała. A  rozpaczała  okropnie.  Jej  brat,  który  w  tym

czasie  kończył  podchorążówkę,  został  powołany  do  wojska,  Hana  bardzo  się  o  niego  martwiła,  chyba  wiedziała  więcej

o stosunku Niemców do Żydów niż ja wtedy. Nie była chętna do zabawy. Tego dnia moja mama Bronisława obchodziła

imieniny. Przyszli goście, ale też było jakoś inaczej, więc ten dzień zapamiętałam jako bardzo smutny.

Mieszkaliśmy wtedy na Mokotowie przy ulicy Dolnej, pod piętnastką. Przed wojną chodziłam do Szkoły Powszechnej

nr  33  przy  ulicy  Grottgera,  gdzie  miałam  wspaniałych  nauczycieli,  atmosfera  była  znakomita.  No  i  tam  grałam  w  piłkę

nożną w reprezentacji szkolnej. Byłam wyjątkiem, jedyną dziewczyną w drużynie. Grałam, jak to się wtedy mówiło, na

backu  –  czyli  na  obronie.  Biegałam  szybciej  niż  moi  koledzy.  Bardzo  dobrze  nam  szło,  nasza  drużyna  wygrywała

background image

wszystkie mecze. Należałam też do harcerstwa, do 42. Drużyny  ZHP  im.  Żwirki  i  Wigury,  gdzie  wiele  się  nauczyłam.

Mając jedenaście lat, zostałam zastępową.Wtedy niestety zaliczyłam pewną wpadkę, która potem zadecydowała o moim

stosunku do wielu rzeczy na całe życie.

Był  styczeń,  ferie  zimowe.  Mieliśmy  zbierać  punkty  za  dobre  uczynki.  Ten  zastęp,  który  zbierze  ich  najwięcej,

wygrywał.  Nasza  drużyna  liczyła  cztery  zastępy.  Wpadłam  wtedy  –  niestety  –  na  pewien  pomysł.  Postanowiłam,  że

będziemy sprowadzać staruszki ze stromych i oblodzonych zimą drewnianych schodów prowadzących z ulicy Belgijskiej

do  Promenady.  Chciałam  uchronić  je  przed  upadkiem.  Za  każde  sprowadzenie  staruszki  dawałyśmy  sobie  punkcik.

Zebrałyśmy  tyle  punktów,  że  w  stu  procentach  byłam  pewna  wygranej. Ale  niestety  tak  się  nie  stało.  Drużynowa  nie

przyznała  nam  żadnych  punktów,  mówiąc,  że  wystarczyło  posypać  schody  piaskiem,  by  staruszki  z  nich  nie  spadały.

Wtedy się nauczyłam, że najpierw trzeba pomyśleć, a potem robić, i trzeba wymyślać praktyczne rozwiązania na dłużej,

a nie tylko na daną chwilę.

****

Szybko  zaczęłam  rozumieć  łzy  mojej  przyjaciółki  Hany  –  później  wraz  z  rodziną  została  wyrzucona  z  domu  do  getta.

Podobne  historie  mnożyły  się  dookoła.  4  września  zginęli  moi  bardzo  bliscy  krewni,  siostra  mojego  ojca  i  jej  mąż.

Mieszkali na Grochowie, bomba uderzyła w ich dom i zabiła oboje na oczach dwójki małych synów. Moja matka, która

była niezwykle odważną kobietą, przywiozła tych chłopców dorożką z Pragi do nas na Dolną. Chłopcy zostali z nami.

Dwa tygodnie później Niemcy dotarli do naszej ulicy. Zaczęła się walka frontowa. U nas w mieszkaniu stacjonowali

polscy żołnierze. Z cekaemu ostrzeliwali Niemców ukrywających się w kapuście naszej sąsiadki – pani Skórzyńskiej. Bo

wówczas  na  ulicy  Dolnej  kończyła  się  zabudowa  miasta.  Dalej  były  już  tylko  łąki,  zagajniki,  a  nasza  sąsiadka  akurat

uprawiała  kapustę.  Tak  więc  Niemcy  mieli  swoje  stanowiska  w  grządkach,  a  polscy  żołnierze  u  nas.  Z  pralni

mieszczącej  się  w  piwnicy  lokatorzy  zrobili  schron. Ale  uparli  się,  że  nie  wpuszczą  do  niego  mojego  psa,  więc  i  ja  się

uparłam i do schronu nie schodziłam. W czasie nalotów siedziałam z trzęsącą się ze strachu Lalką. Tata też nie siedział

w  schronie.  Zobowiązał  się,  że  jeśli  bomba  spadnie,  to  on  będzie  odkopywać  pralnię.  I  tak  z  tatą  siedzieliśmy

w korytarzu, gdy walnęła bomba. Cały dom się zatrząsł. Wyskoczyłam na zewnątrz z psem na rękach, żeby zobaczyć,

w co trafiła. Uderzyła w dom naprzeciwko ogrodu pani Skórzyńskiej. Nagle z tych gruzów wybiegła kobieta z maleńkim

dzieckiem, trzymała je w poduszce. I wtedy na moich oczach Niemcy rozstrzelali to dziecko, widziałam, jak wypada jej

z  rąk,  jak  pierze  się  sypie.  Ten  widok  prześladuje  mnie  po  dziś  dzień.  Kobieta  dotarła  do  naszej  bramy  i  krzyczała,  że

zgubiła dziecko, żeby ktoś poszedł i przyniósł je. Miała prawie uciętą rękę, wisiała tylko na skórze i mięśniach. Kości były

strzaskane. Z krzykiem wpadłam do domu i zawołałam mamę, która już po chwili usiłowała opatrzyć ranną. Mój starszy

brat Tadeusz, który miał wtedy czternaście lat, razem z kolegą – takim łobuziakiem – podczołgali się po to dziecko, ale

wrócili z pustymi rękami. Nie było czego zbierać.

Po  tych  kilku  koszmarnych  wydarzeniach  wrześniowych,  a  zwłaszcza  tym,  postanowiłam,  że  nie  będę  czekać

bezczynnie na to, co się stanie. Zrozumiałam, że nie ma możliwości innej, jak tylko wyrzucić Niemców z Polski. Inaczej

nas  wszystkich  wymordują.  Skoro  z  taką  łatwością  przychodzi  im  zabijanie  niemowląt…  Dlatego  wstąpiłam  do

konspiracji, dlatego później brałam udział w powstaniu, dlatego nie tylko zostałam łączniczką, ale też strzelcem.

****

Gdy  tylko  skończyły  się  działania  wojenne  w  Warszawie  i  nastąpiła  kapitulacja,  zaczęłam  zbierać  mój  zastęp.  Na

background image

początku  nigdzie  nas  nie  chcieli  przyjąć.  Wprawdzie  utworzyły  się  już  Szare  Szeregi,  ale  tych  najmłodszych  nie  brali.

Miałam wtedy zaledwie dwanaście lat. Więc z moim zastępem zaczęłam działać na własną rękę. Pomagałyśmy rannym

żołnierzom, tym samym, którzy walczyli na naszej ulicy. Zdążyłam się wtedy z nimi zaprzyjaźnić. Zapamiętałam, kto był

ranny. Ci w cięższym stanie zostali zabrani do Szpitala Ujazdowskiego. Chodziłyśmy do nich przez cały rok czterdziesty

i  czterdziesty  pierwszy,  nosiłyśmy  kwiaty,  czytałyśmy  książki,  opowiadałyśmy,  co  się  dzieje  na  mieście.  To  była  taka

nasza harcerska służba. A w 1942 roku wreszcie dostałam się do Szarych Szeregów, najpierw na Grochów do drużyny

„Olgi”, czyli Irki Gałązki, a potem, gdy mój zastęp się rozrósł, przeniesiono nas do drużyny Tośki Kamińskiej, ps. „Nike”

(po mężu Dąbrowskiej).

W  harcerstwie  kładło  się  nacisk  na  edukację  młodzieży.  Uczono  nas,  jak  być  pomocnym  społeczeństwu.  My  na

przykład  pomagałyśmy  w  sierocińcu  na  Tamce  prowadzonym  przez  siostry  zakonne.  Ale  mnie  to  nie  wystarczało.

Chciałam  walczyć.  Nawiązałam  kontakt  z  chłopakami  z  plutonu  „Wielkich  Niedźwiedzi”,  który  później  wszedł  do

„Zośki”. Pełniłam bardzo ciężką służbę, cięższą niż w powstaniu. W ramach Akcji „N” podziemny sąd Armii Krajowej

skazywał  na  śmierć  zdrajców,  przede  wszystkim  szmalcowników,  którzy  wydawali  Żydów.  Moim  zadaniem  było

dostarczać  skazanym  zawiadomienia  o  tych  wyrokach.  Zawiadomienie  było  ostrzeżeniem,  rodzajem  groźby.  Jeśli

skazany  po  jego  otrzymaniu  zmieniał  swoje  postępowanie,  wyrok  nie  był  wykonywany.  Zawiadomienia  nosiłam  razem

z  kolegą,  Tadziem  Zurnem,  ps.  „Karolek”,  z  batalionu  „Zośka”.  Wysyłano  nas  nie  tylko  do  szmalcowników,  ale  też  do

mundurowych  Niemców  i  volksdeutschów,  którzy  w  jakiś  sposób  byli  okrutni  wobec  Polaków.  Wyglądałam  wtedy  na

młodszą, niż byłam, miła pucołowata dziewuszka z warkoczami. Budziłam zaufanie. Zawiadomienie wręczałam zawsze

do rąk własnych. Moment, gdy stawałam ze skazanym twarzą w twarz, był najtrudniejszy. Nie mogłam zawiadomienia

zostawić w skrzynce, musiałam dostarczyć osobiście. Wiedziałam, że gdy taki mnie złapie za kołnierz, to nie mam żadnej

możliwości obrony. A do tego dla bezpieczeństwa konspiracji nie mogliśmy mieć przy sobie żadnych dokumentów. Jedno

z nas, Tadzio albo ja, szło, a drugie trzymało dokumenty i pilnowało wejścia do budynku.

Najbardziej  zapamiętałam  jeden  przypadek.  Zanosiłam  wyrok  do  volksdeutscha,  który  był  stróżem  w  Łazienkach.

Mieszkał  w  suterenie  przy  ulicy  Szwoleżerów.  Otworzyła  mi  żona,  jego  nie  było.  Zatrzymywała  mnie,  mówiąc,  że  mąż

zaraz przyjdzie. Czekałam na niego jakieś piętnaście minut. Ona gotowała obiad, dzieci zdążyły już wrócić ze szkoły. Gdy

dzieci zaczęły radośnie wołać: „Tata idzie”, szybko wyszłam na schody, żeby tam mu to dać. Okropnie się wtedy czułam.

Zazwyczaj od razu wręczałam zawiadomienie skazanemu, mówiłam do widzenia i już. A tu musiałam czekać, patrzeć na

tę żonę, na dzieciaki, na tę biedę w ich mieszkaniu. A on ponoć wydawał Żydów.

****

W tym czasie nie mieszkałam już na Mokotowie. Niemcy wysiedlili nas wiosną 1941 roku. Mieszkałam na Czerniakowie

u mojego dziadka. Panowały tam bardzo prymitywne warunki, mieliśmy jeden pokój na tyle osób, nie było łazienki. Coś

okropnego. A  w  1942  roku  umarła  moja  mama.  Jako  najstarsza  z  sióstr  musiałam  przejąć  jej  obowiązki.  Opiekowałam

się  moimi  młodszymi  siostrzyczkami.  Jak  wiadomo,  w  czasie  wojny  szkoły  średnie  i  wyższe  pozamykano.  Oficjalnie

można było się uczyć wyłącznie w szkołach zawodowych. Moja drużynowa Tośka Kamińska w ramach akcji kształcenia

dzieciaków  posłała  mnie  do  profesora  Ludwika  Goryńskiego,  który  w  najgorszym  okresie  okupacji  w  Warszawie,  na

początku  1943  roku,  prowadził  poradnię  kwalifikującą  dzieci,  do  jakiego  zawodu  które  się  nadaje,  i  kierował  na

odpowiednie komplety.

Na  moim  komplecie  było  nas  tylko  troje.  Uczyli  nas  nauczyciele  ze  szkół  średnich,  między  innymi  pisarka  Anna

Klubówna.  W  ciągu  trzech  miesięcy  przerobiliśmy  pierwszą  klasę  gimnazjum,  w  cztery  miesiące  –  drugą,  potem

background image

mieliśmy  zaliczyć  trzecią.  Ale  kiedy  byłam  w  trzeciej  klasie,  Niemcy  aresztowali  mojego  brata  Tadeusza,  a  naszego

profesora Goryńskiego, który został zdradzony, rozstrzelali z całą rodziną. A potem przeżyłam okropną historię.

Uczyliśmy się na rogu Puławskiej i Rakowieckiej, w mieszkaniu koleżanki z kompletów – Joasi Kiący. Mieliśmy lekcję

z  panią  profesor  Klubówną,  było  około  pół  do  dziewiątej  rano.  Rozległ  się  niemiecki  głos  przez  megafon:  „Ktokolwiek

podejdzie  do  okna,  zostanie  rozstrzelany”.  Niemcy  wykonywali  wyrok  na  zakładnikach  (wtedy  zginął  między  innymi

profesor  inżynier  Stanisław  Bryła)  za  to,  że  nasi  wysadzili  w  powietrze  jakąś  grupę  żandarmów.  Tę  okrutną  akcję

prowadzili  do  południa.  Przez  kilka  godzin  słyszeliśmy,  jak  na  zewnątrz  rozstrzeliwują  ludzi.  Gdy  wyszłam  z  tego

kompletu,  z  chodnika  do  rynsztoka  miotłą  zgarniali  krew  i  strzępy  ciał.  Wpadłam  w  rozpacz  połączoną  z  wściekłością.

Wtedy  postanowiłam  przerwać  komplety,  a  zamiast  tego  nauczyć  się  dobrze  strzelać  i  rzucać  granatem.  Chciałam  się

dostać  do  jakiegoś  plutonu  egzekucyjnego  i  wykonywać  wyroki.  Do  tamtej  pory  roznosiłam  je  tylko,  ale  wtedy

przysięgłam sobie, że będę je wykonywać. Miałam szesnaście lat. Nie przyjęli mnie. Mój kolega Tadzio wysłuchał moich

żalów.  Powiedział,  że  jestem  głupia  i  że  powinnam  dalej  się  uczyć,  a  jeżeli  chcę  strzelać,  to  on,  który  był  wtedy

w podchorążówce, będzie pożyczał mi notatki i mnie nauczy. I tak zrobiliśmy.

Tadeusza  aresztowano  w  grudniu  1943  roku.  Wiedziałam,  że  mój  brat  też  był  w  konspiracji,  ale  nigdy  do  końca  nie

powiedział,  co  robił.  Później  dowiedzieliśmy  się,  że  z  kolegami  dostali  rozkaz  zgłoszenia  się  do  prywatnej  niemieckiej

firmy na lotnisku na Okęciu. Tam dokonali sabotażu, spuścili benzynę. Niemcy ich zatrzymali i posadzili na Pawiaku. Ale

majster, który pracował wtedy z nimi, chroniąc swoją skórę, zaświadczył, że wyciek paliwa nastąpił przypadkiem. Dzięki

temu udało się wykupić chłopców, choć kosztowało to kupę pieniędzy. Moja drużynowa pomogła mi wydostać Tadeusza

z aresztu.

Brat  wrócił  do  domu  z  gruźlicą,  nie  mógł  dalej  zajmować  się  konspiracją. A  ja  chciałam  działać.  Rozpaczałam  tak

długo,  że  nic  nie  robię,  aż  w  końcu  moja  drużynowa  skontaktowała  mnie  z  kolportażem.  I  w  tym  kolportażu  się

sprawdziłam. Kupowałam szmatławiec „Nowy Kurier Warszawski”, do środka wkładałam nasz „Biuletyn Informacyjny”

i  sprzedawałam  na  ulicy,  krzycząc:  „Nowy  Kurier  Warszawski”.  Ludzie  kupowali  gazetę  razem  z  biuletynem.  Do  tego

jeszcze  mi  płacili.  Próbowałam  oddawać  zarobione  pieniądze  redakcji  biuletynu,  ale  oni  nie  chcieli.  Uważali,  że  mi  się

należą. Więc część pieniędzy oddawałam do kościoła na Solcu, a za część kupowałam jedzenie do domu.

****

Na  godzinę  „W”  dostałam  przydział  do  „Huberta”,  czyli  do Aleksandra  Kamińskiego,  redaktora  naczelnego  „Biuletynu

Informacyjnego”. Miałam zgłosić się do redakcji na ulicy Boduena 5 albo 7, nie pamiętam już numeru. Powiedziano, że

mam być tam nie o piątej, a o czwartej. To byłam przed czwartą. Obok na placu Napoleona walka zaczęła się wcześniej,

jeszcze przed godziną „W”. A ja siedziałam w redakcji i nudziłam się śmiertelnie, bo nic się nie działo. Panie i panowie

rozmawiali i jeszcze mi kazali parzyć kawę, a ja parzyć kawy nie umiem. Do dziś nie potrafię tego dobrze zrobić. Byłam

zrozpaczona,  że  musiałam  zostawić  moje  dwie  młodsze  siostry  na  trzy  dni,  żeby  parzyć  kawę  –  bo  powstanie  przecież

miało trwać trzy dni. Do powstania poszedł ojciec, brat i one zostały same. Liczyliśmy na dziadka, że się nimi zaopiekuje.

Wtedy  już  nie  mieszkaliśmy  z  nim,  a  po  drugiej  stronie  ulicy  w  równie  małym  jednopokojowym  mieszkaniu.  Więc  się

niecierpliwiłam, bo wszystko miało trwać trzy dni, a ja marnuję czas. I jeszcze każą mi robić coś, czego ja w ogóle nie

potrafię.  Widziałam,  jak  po  drugiej  stronie  ulicy,  pod  Boduena  2,  chłopcy  wybiegają  z  błyskawicami,  że  są  uzbrojeni  po

zęby i że potem rannych znoszą. Postanowiłam więc, że się urwę z tego parzenia kawy. Po pierwsze, to tylko trzy dni,

a po drugie, bardziej się przydam tam, po drugiej stronie.

Gdy  „Hubert”  wysłał  mnie  z  odezwą  do  ludności,  zrobiłam  mały  zwiad.  To  był  jeden  z  piękniejszych  momentów

background image

w moim życiu. Biało-czerwone flagi powiewały na Boduena, na Chmielnej, na Widok, na Zgody. Te ulice były już wolne.

Gdy rozdawałam ludziom odezwę, ściskali mnie, całowali, płakali, częstowali cukierkami, czereśniami. Wróciłam radosna,

przy okazji obejrzałam sobie ten oddział po drugiej stronie. Dowiedziałam się, że akurat potrzebują łącznika, który zaniesie

meldunek  do  „Montera”,  przebywającego  na  placu  Dąbrowskiego.  Zgłosiłam  się  od  razu.  Powiedziałam,  że  mogę  dla

nich  doręczyć  meldunek,  bo  znam  ulice,  wiem,  jak  biec,  ale  pod  warunkiem,  że  przyjmą  mnie  do  swojego  oddziału.  No

i udało się. Sytuacja była trudna, bo jeszcze bili się na Świętokrzyskiej, na Jasnej, ale wróciłam i zostałam w tym oddziale.

Z  tym  że  dowódca,  porucznik  Stefan  Berent,  ps.  „Steb”,  napisał  karteczkę  do  „Huberta”  z  pytaniem,  czy  może  mnie

oddać  do  jego  oddziału.  „Hubert”  sam  osobiście  zabrał  moją  teczkę,  odprowadził  i  przekazał  mnie  nowemu  dowódcy.

Śmieszyło  mnie,  że  niby  jestem  żołnierzem,  a  tu  mój  jeden  dowódca  niesie  za  mnie  teczkę  i  jeszcze  oddaje  mnie  pod

opiekę innemu.

I tak zostałam w tym oddziale do końca powstania jako łączniczka-strzelec. Miałam pseudonim „Pączek”, bo ważyłam

tyle,  co  mierzyłam,  proporcjonalnie.  Normalnie  dziewczęta,  gdy  mają  szesnaście,  siedemnaście  lat,  są  smukłe  i  cierpią

raczej  na  niedowagę.  A  ja  miałam  wagę  dobraną  do  wzrostu.  „Pączek”  to  nie  był  mój  wybór.  Sama  wybrałam

pseudonim  „Atma”,  bo  bardzo  lubiłam  Marię  Rodziewiczównę,  a  w  jednej  z  jej  książek  dusza,  czyli  atma,  miała  taki

ogromny wpływ na społeczeństwo. Dlatego chciałam być „Atmą”, ale chłopaki popatrzyli na mnie i zdecydowali, że będę

„Pączkiem”. Pierwszego dnia od Zdziśka Wrony – z którym się potem bardzo zaprzyjaźniłam – dostałam pistolet, jakich

chyba  kowboje  używali.  Sprzed  pierwszej  wojny  światowej,  bębenkowy,  jedenastkę,  do  którego  nie  można  było  dostać

naboi. W bębnie brakowało jednego pocisku i gdy strzelałam, musiałam pamiętać, żeby przekręcać bębenek.

Drugim moim najserdeczniejszym przyjacielem na kwaterze był dwunastoletni harcerz z Szarych Szeregów – Jacuś.

Bardzo  go  lubiłam.  Był  łącznikiem  na  bramie  na  kwaterze,  tych  najmłodszych  nie  puszczano  do  walki.  Gdy  ktoś

przychodził  z  zewnątrz  i  chciał  widzieć  się  z  dowódcą,  Jacuś  pośredniczył.  Był  wyjątkowo  mądrym  i  szlachetnym

chłopcem. Widział rzeczy, których ja nie widziałam. Gdy wracałam z akcji zmęczona, zawsze na mnie czekał i dopóki nie

usnęłam,  relacjonował,  co  się  działo.  Któregoś  dnia  opowiedział  mi,  że  jedna  z  naszych  dziewczyn  zanosi  swoją  porcję

jedzenia gdzieś do piwnicy. Okazało się, że karmiła swoje dwie młodsze siostrzyczki. Jacuś martwił się o nią, uważał, że

trzeba  coś  z  tym  zrobić.  Bał  się,  co  stanie  się  z  tymi  dziećmi,  jeśli  dziewczyna  zginie  podczas  akcji.  Poprosił  mnie

o  pomoc.  Więc  przekazałam  to  „Stebowi”,  a  dowódca  po  pierwsze  przydzielił  normalne  porcje  żywnościowe  dla  tych

dziewczynek,  poza  tym  zaraz  potem  przeniósł  łączniczkę  razem  z  rodzeństwem  w  miejsce,  gdzie  było  bezpieczniej  niż

u  nas.  Tam  ze  służby  czynnej  przeszła  do  służby  pomocniczej.  I  to  wszystko  dzięki  temu  Jacusiowi.  Nic  nie  uszło  jego

uwadze. Wiedział, gdzie chłopaki piją, gdzie trzymają alkohol. Czasem żeśmy z Jacusiem wykradali butelki i chowali je.

Bo my harcerze uważaliśmy, że nie wolno pić, zwłaszcza przed planowaną akcją. Potem po akcji odstawialiśmy alkohol

na miejsce. Nigdy się nie zdradziliśmy.

****

W  moim  oddziale  składano  błyskawice,  a  dowódca  „Steb”  był  koordynatorem  produkcji  tych  pistoletów  maszynowych

jeszcze w czasie konspiracji, więc u nas każdy miał własną broń. Mnie na początku dawali pistolety do przestrzeliwania.

To  znaczy,  gdy  szliśmy  do  walki,  dostawałam  broń  świeżo  złożoną,  ale  jeszcze  niesprawdzoną.  Gdy  wracałam  z  akcji,

mówiłam,  jak  działa,  czy  się  zacina  czy  nie.  Tak  było  aż  do  23  sierpnia  –  kiedy  to  dostałam  własną  błyskawicę.  I  do

końca powstania miałam już swoją. Byłam traktowana tak samo jak chłopcy. Jak trzeba było, to stałam na stanowisku,

jak  trzeba  było,  to  biegłam,  a  gdy  trzeba  było  iść  na  rozpoznanie,  to  zawsze  wybierali  mnie.  Bo  byłam  nie  tylko

łączniczką, ale też strzelcem. Oficer miał tylko broń krótką i jakby nastąpił niespodziewany atak, to dziewczyna bez broni

background image

by  nie  pomogła. A  gdy  ja  prowadziłam,  to  wiadomo  było,  że  jak  Niemcy  zaskoczą,  to  obronię  oficera.  I  tak  się  kiedyś

zdarzyło.  Pewnego  dnia  prowadziłam  na  rozpoznanie  majora  „Wolę”  (Bernarda  Romanowskiego).  Chodziło  o  decyzję,

jak  mamy  zająć  stanowiska  w  związku  z  przełamaniem  linii  na  Nowym  Świecie  przez  wroga.  Gdy  weszliśmy  na  ich

teren, Niemcy odcięli nam drogę powrotu. Osłaniałam majora, żeby on mógł wykonać zadanie i ustawić obronę. Bardzo

ryzykował,  przeskakiwał  pod  dużym  ostrzałem,  gdy  ja  go  kryłam  i  przydusiłam  wroga  ogniem.  Na  szczęście  zaraz

przyszli chłopcy i odparliśmy nieprzyjaciela. Major „Wola” zawsze pamiętał tę naszą akcję.

****

Byliśmy oddziałem dyspozycyjnym generała Antoniego „Montera” Chruściela. Jedna sekcja naszego plutonu starczała za

cały  pluton  normalnego  oddziału.  Bo  u  nas  każdy  miał  broń.  Poza  błyskawicami  staraliśmy  się  zdobyć  niemieckie

szmajsery  czy  steny.  Bo  błyskawica  jest  bardzo  dobrą  bronią,  ale  strzela  się  z  niej  ogniem  ciągłym  i  trzeba  wciąż

ładować.  A  gdy  amunicji  brakuje,  to  jest  katastrofa,  bo  w  pewnym  momencie  nie  ma  już  co  ładować.  A  z  broni

strzelającej pojedynczym ogniem można nieprzyjaciela upolować. Każdy pocisk jest skuteczny, nie zużywa się tak szybko

całego magazynku.

„Monter”  rzucał  nas  w  różne  punkty  miasta.  13  sierpnia  uczestniczyliśmy  w  przebiciu  drogi  na  Stare  Miasto,  ale  się

nie  powiodło.  To  była  wielka  akcja,  w  której  brały  też  udział  inne  oddziały  ze  Śródmieścia  Północnego.  My  byliśmy

oddziałem nacierającym. Szliśmy od Żelaznej, mieliśmy przejść przez Chłodną i iść dalej na Stare Miasto, żeby otworzyć

drogę. Przebicie się przez Chłodną okazało się niemożliwe. Czołgi jeździły tam bez przerwy, poza tym wróg był dobrze

umocniony  w  tamtejszych  domach.  Zdobyliśmy  jeden,  kolejny,  ale  po  przeciwnej  stronie  już  się  nie  udało.  Ponieśliśmy

duże  straty  –  zginął  dowódca  plutonu  i  kilku  kolegów  zostało  ciężko  rannych.  Major  „Wola”,  który  dowodził,  zarządził

odwrót.

Z kolei jednym z naszych największych zwycięstw było zdobycie kościoła Świętego Krzyża. Choć krótko cieszyliśmy

się wygraną, około dwóch godzin. Niemcy w odwecie zaczęli bombardowanie kościoła z czołgów i z powietrza. Zabili też

swoich  –  bo  na  wieżyczkach  kościoła  ustawione  były  cekaemy  niemieckie,  który  ryglowały  Nowy  Świat  i  Krakowskie

Przedmieście.  Gdy  zdobyliśmy  kościół,  zdołaliśmy  tylko  zablokować  wejścia  do  tych  wieżyczek,  nie  mieliśmy  szans  na

zdobycie cekaemów. Ale oni sami swoich podpalili, widzieliśmy niemieckie spalone trupy, które spadły z tych wież. Ich

broń niestety była już nie do użycia.

****

Nasz dowódca „Steb” nie znosił, gdy bez sensu narażaliśmy życie. Uczył nas, że to nie sztuka zginąć, sztuką jest przeżyć

i  wykonać  rozkaz.  Raz  mnie  strasznie  ukarał  za  bezsensowną  brawurę.  13  sierpnia  poległ  w  akcji  dowódca  mojego

plutonu  –  porucznik  Karol  Wierciak,  ps.  „Orzeł”.  Jego  zastępcą  był  „Szach”,  a  ten  miał  żonę  –  znaną  przed  wojną

aktorkę  –  którą  nazywaliśmy  Szachownica.  Wydawała  się  odważną  kobietą,  ale  raczej  po  prostu  zupełnie  nie  zdawała

sobie  sprawy  z  tego,  co  jej  grozi.  Potrafiła  biec  ulicą  w  czerwonej  chustce  w  białe  kropki  na  głowie,  żeby  dołączyć  do

naszego plutonu. Bardzo nam przeszkadzała, a jej dzielny mąż nie mógł przez nią dowodzić. Ile razy wybieraliśmy się na

akcję,  to  ona  przychodziła  za  nami.  „Szach”  musiał  zatrzymywać  pluton,  odprowadzać  ją  do  bramy  kwatery.  Kazał

wartownikom  jej  pilnować,  żeby  im  nie  uciekła.  Niby  ją  lubiliśmy,  była  śliczna  i  pięknie  śpiewała,  ale  czasem  to  jej

życzyliśmy, żeby została na pierwszej barykadzie. No i 28 sierpnia uderzył pocisk wystrzelony z działa kolejowego, które

nazywaliśmy  bertą,  i  trafił  w  naszą  kwaterę  przy  Boduena  2.  Pocisk  uderzył  tak,  że  zwalił  trzy  piętra  i  całą  klatkę

background image

schodową. A „Szach” z Szachownicą mieli swój pokój na piątym piętrze od strony dziedzińca. Gdy uderzył pocisk, ona

się akurat kąpała w misce z wodą. I razem z miską i schodami nagusieńka spadła na sam dół. Jakimś cudem przeżyła.

Była ranna w głowę. W tym ataku zginęła łączniczka Ewunia, mój ukochany harcerzyk Jacuś i na skutek obrażeń zmarł

też dowódca naszego plutonu Leon Grzewiński, którego przezywaliśmy Smoczek. A Szachownica darła się cały czas, że

tam  na  górze  zostały  wszystkie  jej  kosmetyki.  I  przyczepiła  się  do  mnie,  żebym  dostała  się  tam  i  uratowała  jej  rzeczy.

Widziała, jak wcześniej wdrapałam się już na to piąte piętro, bo choć już mieszkaliśmy na parterze, to na ostatnim piętrze

trzymaliśmy nasze sorty mundurowe, całe magazyny bielizny, buty, a jeden kolega twierdził, że za piecem schował broń.

Chciałam  sprawdzić,  czy  coś  się  uratowało,  czy  wszystko  spadło.  Więc  Szachownica  nie  dawała  mi  żyć,  spać  mi  nie

dawała. Gdy tylko się na nią natykałam, to jęczała. W końcu straciłam cierpliwość i uległam. I akurat gdy przechodziłam

z jednego okna do drugiego – bo musiałam z części niezburzonej przejść do tej zawalonej, dojrzał mnie „Steb”. Nic wtedy

nie powiedział. Dopiero jak zeszłam. Dostałam 72 godziny służby karnej na bramie. Wszyscy szli do walki, a ja musiałam

stać na bramie. Trzy doby. Długo nie mogłam tej kobiecie wybaczyć. Ale ona swoje kosmetyki odzyskała.

Nie  mogę  zapomnieć  jednej  strasznej  nieudanej  akcji  przebicia  się  do  Starówki.  To  było  w  nocy  z  31  sierpnia  na

1  września  –  mieliśmy  umożliwić  przejście  dla  wojska  i  ludności  cywilnej  wycofujących  się  ze  Starówki.  W  naszym

oddziale  mieliśmy  minerki  –  żeby  odróżniać  się  od  łączniczek,  miały  do  pseudonimu  dodawane  słowo  „bomba”.  Każdy

myśli,  że  były  grube,  dlatego  nazywano  je  bombami,  a  to  były  piękne  i  odważne  dziewczyny,  które  minowały,  potrafiły

wydobyć  trotyl  z  niewybuchu  i  zrobić  z  tego  granat.  Zrzucano  nam  takie  granaty,  które  nazywano  gammonami  –

zrobione z tworzywa przypominającego plastelinę. Rzucało się nimi w czołgi. Nie umielibyśmy ich zmontować, gdyby nie

nasze  minerki.  Tak  więc  tej  okropnej  nocy  jedna  z  minerek,  „Adzia  Bomba”  (Eliza  Grabowska),  wysadziła  otwór

w  murze  spalonego  domu  przy  Granicznej  7.  Przez  otwór  weszliśmy  do  tego  budynku,  gdzie  jeszcze  był  żar  i  popiół.

Przygotowywaliśmy  się  do  ataku  na  niemiecki  cekaem  ustawiony  na  dziedzińcu  i  skierowany  w  stronę  Królewskiej.

Obserwowaliśmy Niemców. W tym czasie ktoś posłał przedwczesny meldunek, że Graniczną 7 już zdobyliśmy. A my nie

zdążyliśmy nawet zaatakować. Któryś chłopak wszedł niechcący na blachę i zrobił się hałas, Niemcy usłyszeli i odwrócili

cekaem  na  nas.  W  tym  czasie  fałszywy  meldunek  już  dotarł  do  mojego  oddziału  i  nasze  sanitariuszki  przybiegły

z noszami, wchodząc prosto na linię ostrzału. Umierały na tym słońcu, mimo że miały opaski czerwonokrzyskie.

Nad ranem wycofano nasz oddział. Wysłano inny, by szturmował. My mieliśmy później utrzymać już zdobyte miejsce.

Zrobiła się masakra. Żołnierze, zanim zdążyli rozpocząć atak, zostali ostrzelani z samolotów wroga. Sanitariuszki po kolei

wybiegały  do  rannych,  każda,  która  wybiegała,  dostawała  się  pod  ogień  cekaemu.  Ostatnia,  która  wtedy  tam  zginęła,

zanim pobiegła na pomoc, stała chwilę wcześniej ze mną w bramie i pogryzała pestki słonecznika. A parę minut później

widziałam jej otwartą klatkę piersiową i jeszcze bijące serce. I tego nie mogę Niemcom wybaczyć. Jak mogli strzelać do

dziewczyn w białych fartuchach z opaskami z czerwonym krzyżem. Zginęły wtedy sanitariuszka Helena Wasiukiewicz

i  komendantka  łączniczek  „Żywia”  (nie  poznałam  jej  nazwiska).  Według  mnie  to  sanitariuszki  miały  najcięższą  służbę

i  były  najdzielniejsze  ze  wszystkich.  One  musiały  biegać,  dźwigać,  a  były  to  dziewczyneczki. A  do  tego  obowiązywała

zasada,  że  w  razie  niebezpieczeństwa  to  one  musiały  przykryć  rannego  swoimi  ciałami.  Sanitariuszki,  przynajmniej  te

z  mojego  oddziału,  miały  jeszcze  taki  zwyczaj  –  o  co  się  z  nimi  handryczyłam  –  że  jeśli  jakiś  Niemiec  dostał  bardzo

ciężko, a nasz chłopak lekko, to one najpierw Niemca opatrywały. Mnie szlag trafiał, że zabraknie opatrunków dla nas.

Niemcy  nie  respektowali  takich  zasad.  Niemcy  w  ogóle  nie  honorowali  Czerwonego  Krzyża.  Tamtego  dnia  po  raz

pierwszy myślałam, że polegnę, i martwiłam się, że zostawię moje siostry, że nie wiem, gdzie są brat i ojciec, którzy też

poszli walczyć.

****

background image

Gdy  nastąpiła  kapitulacja,  mój  oddział  nie  chciał  złożyć  broni.  Koledzy  wymyślili,  że  kanałami  przejdziemy  na  Wilanów,

a  stamtąd  do  lasów  i  będziemy  walczyć  dalej.  Gdy  nasz  dowódca  „Steb”  dowiedział  się  o  tych  planach,  tak  opieprzył

chłopaków,  że  im  te  pomysły  z  głowy  wybił.  Powiedział  wtedy:  „Wszyscy  macie  iść  do  niewoli  albo  wyjść  z  cywilami,

a potem wracać, uczyć się i walczyć dalej, żeby Polska była wolna”.

W przeddzień złożenia broni dostałam od chłopaków z mojego oddziału maskotkę – małpę, którą nazwali Peemek, jak

pistolet maszynowy. Dali mi ją na szczęście, bo tak bardzo nie chciałam rozstawać się z moim pistoletem maszynowym.

Całą  broń  –  a  ja  byłam  doskonale  uzbrojona,  poza  pistoletem  maszynowym  miałam  broń  krótką,  gammony,  granaty  –

zakopaliśmy  z  kolegami.  Niemcom  postanowiłam  oddać  tylko  mój  pistolet  kowbojski,  który  i  tak  z  braku  naboi  przestał

być przydatny. Gdy oddawałam pistolet, Niemiec popatrzył najpierw na mnie, potem mi w oczy, potem na broń, a potem

na  moją  małpę.  I  miał  bardzo  zdziwioną  minę.  Chyba  nigdy  nie  widział  takiej  starej  broni.  Nie  wiedział,  czy  jestem

dziewczyną  czy  chłopakiem.  Zaskoczony  zasalutował  mi.  Dziś  małpa  Peemek  jest  dla  mnie  najważniejszą  pamiątką

z powstania.

Po kapitulacji trafiłam do obozów. Najpierw do Lamsdorfu, potem Zeithain – to był obóz-szpital jeniecki – wychodziły

mi  odłamki,  po  tym  jak  zostałam  ranna  w  powstaniu.  (To  się  stało  na  rogu  Chmielnej  i  Nowego  Światu,  dostałam

z granatnika, jak broniliśmy linii Nowego Światu. Do dziś mam jeszcze w sobie malutki odłamek).

W obozie w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia otrzymałam list od kogoś z rodziny z informacją, że ojciec żyje i że

odnalazł  moje  siostrzyczki  w  sierocińcu  w  Łowiczu.  To  był  mój  prezent  gwiazdkowy.  Potem  dowiedziałam  się,  że

dziadka zabił pocisk zaraz na początku powstania, a mój brat, który był chory i nie dostał przydziału na godzinę „W”, sam

zgłosił  się  do  oddziału  „Kryski”.  W  pierwszych  dniach  powstania  w  walce  z  czołgiem  został  bardzo  ciężko  ranny

w kolano. Leżał w szpitalu, zameldował, że ma dwie młodsze siostry. Oddział „Kryska” opiekował się nimi do momentu,

kiedy  padł  Czerniaków,  ulica  Przemysłowa.  Niemcy  zabrali  dziewczynki  razem  z  ludnością  cywilną  Czerniakowa

i  wywieźli  je  pod  Częstochowę.  Tak  robili  z  dziećmi  i  osobami,  które  nie  nadawały  się  do  pracy.  Chłop,  któremu

przydzielono moje siostry, nie bardzo się nimi opiekował. Któregoś dnia wyszły z domu – młodsza w letnich pantoflach,

starsza już boso, bo buty jej się rozleciały. Starały się dostać do lekarza, bo jedna była chora. Szły przez las i tam spotkały

posterunek partyzancki, opowiedziały żołnierzom swoją historię. Chłop dostał ostrzeżenie od partyzantów, żeby się lepiej

dziewczynkami  zajmował.  Potem  partyzantów  ktoś  wydał  i  moje  siostry  były  przypadkowymi  świadkami  pacyfikacji

oddziału. Bardzo to przeżyły. Miały do mnie żal, że je zostawiłam. Wyrzucały mi, że mama by ich nie zostawiła. Dopiero

po wojnie dowiedziałam się, że mój brat Tadeusz wyszedł ze szpitala 13 września, a 16 poległ w walce.

****

Potem  trafiłam  do Altenburga,  a  na  końcu  znalazłam  się  w  Oberlangen  w  Stalagu  VI-C  –  obozie  karnym  dla  kobiet.

Znajdował  się  osiem  kilometrów  od  granicy  z  Holandią.  W  kwietniu  1945  roku  wyzwolił  nas  generał  Maczek.

Wspominam  ten  dzień  jako  jeden  z  najpiękniejszych  w  życiu.  Oddział  Maczka  dowiedział  się,  że  Niemcy  planują  nas

zatopić.  Nie  byli  w  stanie  ani  nas  wycofać,  ani  wyżywić,  nie  mieli  co  z  nami  zrobić.  Więc  postanowili  unicestwić.

Żołnierze Maczka bez rozkazu, bez uzgodnienia z aliantami, weszli i odbili nasz obóz. Dowieźli nas do Murnau w Alpach,

a  tam  Anders  przysłał  swój  transport,  żeby  zabrać  nas  do  Włoch.  W  Maceracie  spędziłyśmy  cudowne  wakacje  –

opalałyśmy  się  na  plaży  nad Adriatykiem,  ale  dla  części  najmłodszych  dziewcząt  nie  było  tam  szkoły.  Wysłano  nas  do

Nazaretu w Palestynie. Do Szkoły Młodszych Ochotniczek utworzonej dla dzieci, które Anders uratował ze swoją armią

z zesłania do Związku Radzieckiego. Tam później zachorowałam na gruźlicę i trafiłam do angielskiego szpitala w Egipcie.

W szpitalu podjęłam decyzję o powrocie do kraju. Czułam wielką nostalgię. Chciałam wtedy być archeologiem. Wożono

background image

mnie  po  tych  wszystkich  cudownych  zabytkach,  żebym  zmieniła  zdanie  i  nie  wyjeżdżała.  Każdy,  kto  decydował  się  na

powrót  do  Polski,  był  uważany  przez  środowisko  żołnierzy Andersa  za  zdrajcę.  Nas  –  bo  też  kilka  innych  dziewczyn

z  powstania  –  tak  właśnie  potraktowano.  Ci,  którzy  przeżyli  tułaczkę  przez  Związek  Radziecki,  zazwyczaj  zostawali

zagranicą,  nie  wracali.  W  dniu  wyjazdu  z  Egiptu  moja  przyjaciółka  dała  mi  kartkę  z  nazwiskiem  jakiegoś  Rosjanina,  na

wszelki  wypadek,  że  jeśli  mnie  wywiozą  do  białych  niedźwiedzi,  to  on  mi  pomoże.  Ona  była  przekonana,  że  powrót  do

ojczyzny tak się dla mnie skończy.

****

Po wojnie ci, którzy ocaleli z naszego oddziału, po raz pierwszy spotkali się w 1947 na mszy za tych, którzy polegli. To

było niezwykłe spotkanie. Najcięższą sprawą dla nas była kapitulacja, nie tylko ze względu na nasze dalsze losy, ale na

losy mogił naszych kolegów, które zostawialiśmy. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że po wojnie odszukamy naszych bliskich

i  pochowamy  ich  należycie,  zrobimy  to  dla  ich  rodzin.  Gdy  wysłano  nas  do  obozów  i  opuszczaliśmy  Warszawę,

wyglądała ona inaczej, niż kiedy wróciliśmy. Niemcy z zemsty systematycznie wysadzali dom po domu – mieli na to dużo

czasu:  październik,  listopad,  grudzień  i  połowę  stycznia.  Po  powstaniu  miasto  było  zniszczone  w  osiemdziesięciu  paru

procentach, a gdy wróciliśmy, to nie dość, że było całkowicie zrównane z ziemią, to jeszcze narodziła się wizja, że ma nie

przypominać  dawnej  Warszawy.  I  wtedy  po  mszy  nasz  dowódca  „Steb”  wydał  mi  i  plutonowemu  podchorążemu

Andrzejowi  Koryckiemu  ps.  „Sokół”  rozkaz,  że  mamy  odnaleźć  miejsca  pochówku  wszystkich  poległych  kolegów

i zadbać, żeby były godne ich cierpienia. We dwójkę podjęliśmy walkę o Cmentarz Powstańców Warszawy. Gdy w 1982

roku Andrzej zmarł, sama kontynuowałam to zadanie.

Kiedy któryś z kolegów ginął w akcji, zabieraliśmy go z miejsca, gdzie poległ, i taskaliśmy do naszej kwatery. Tam go

chowaliśmy w chodniku czy trawniku, zabezpieczając dokumenty np. w butelce. Gdy wróciliśmy z obozów, okazało się,

że już ich nie ma w tych płytkich grobach, gdzieśmy ich pierwotnie grzebali. Ciała, które pod koniec powstania z braku

trumien  były  grzebane  zawinięte  w  koce,  rozkładały  się.  Brakowało  miejsc  na  cmentarzach.  Pierwotnie  pojawiła  się

zbrodnicza koncepcja, żeby wszystkie zwłoki spalić. Na szczęście w Polskim Czerwonym Krzyżu sekcją grobownictwa

kierowała mądra kobieta, Jadwiga Boryta-Nowakowska, która zaproponowała, żeby poległych przenieść z tych płytkich

grobów  do  wielkich  mogił  utworzonych  w  miejskich  ogrodach.  Powstały  zbiorowe  mogiły  w  ogrodzie  u  głuchoniemych

i  ociemniałych  przy  placu  Trzech  Krzyży,  na  rogu  Okrąg  i  Czerniakowskiej,  w  Ogrodzie  Krasińskich.  Władze  PRL-

u postarały się, by nazwisk tych, którzy zostali zidentyfikowani, nie wpisywać potem do ksiąg cmentarnych, stąd do dziś

jest  tak  ogromna  liczba  grobów  bezimiennych.  Byliśmy  armią,  której  żołnierze  nie  mieli  nieśmiertelników  ułatwiających

potem identyfikację, nie mieliśmy wtedy też torebek foliowych, żeby włożyć kartkę z nazwiskiem do takiej torebki, która

nawet po latach się nie rozłoży. Wkładaliśmy karteczki do butelek, ale przy ekshumacji gubiono je, mylono.

Dziś,  po  67  latach  zidentyfikowałam  wszystkich  z  mojego  plutonu,  całą  czternastkę.  Mimo  sprzecznych  informacji,

jakie  przez  lata  otrzymywałam,  wszyscy  leżą  na  Cmentarzu  Powstańców  Warszawy  na  Woli.  Choć  nie  w  jednej

kwaterze. Ale w kwaterze nr 82 jest tablica z wykutymi wszystkimi nazwiskami. Tak więc wykonałam rozkaz i jestem

wreszcie w stanie spoczynku. Zakończyłam służbę. Teraz mogę czytać, zrobić coś w moim ogródku – bo mam ogródek,

ale zapuszczony.

Po straszliwej okupacji powstanie było dla nas momentem, kiedy poczuliśmy się wolnymi ludźmi. Ci, którzy nigdy nie

utracili  poczucia  wolności,  nie  zdają  sobie  sprawy,  jaką  ma  ono  wartość.  Trzeba  młodym  przekazywać,  że  człowiek

bardziej niż jedzenia i warunków materialnych potrzebuje wolności.

background image

Wanda Traczyk-Stawska

po wojnie przez 38 lat szukała miejsca pochówku swojego brata Tadeusza, a dopiero w 2014 roku udało jej się wykonać

rozkaz,  jaki  otrzymała  w  1947  roku  od  swojego  dowódcy  porucznika  Stefana  Berenta  „Steba”,  ustalając,  że  prochy  jej

czternastu  kolegów  z  Oddziału  Osłonowego  WZW  spoczywają  na  Cmentarzu  Powstańców  Warszawy.  Dziś  wchodzi

w  skład  Komitetu  ds.  Cmentarza  Powstańców  Warszawy  przy  Światowym  Związku  Żołnierzy Armii  Krajowej,  nadal

dba o pamięć 104 105 żołnierzy i cywili pochowanych na tym cmentarzu i nie przestaje działać. Kolejnym  krokiem  ma

być  wzniesienie  Muru  Pamięci  z  nazwiskami  osób  pochowanych  na  cmentarzu  oraz  pawilonu  wystawowo-

edukacyjnego.

background image

Poetka odporna na wszelkie przeszkody

Bronisława Romanowska-Mazur 
pseudonim „Sosna”, Legionowo, łączniczka sanitariuszka, drużyna „Las”, „Ul-
Puszcza”, „Rój Tom”, PW szpital powstańczy w Legionowie, I Rejon VII Obwodu
„Obroża” Okręgu Warszawskiego AK

Największymi  autorytetami  byli  dla  niej  nauczyciele.  Największą  potęgą  wiedza.  Największą  naukę  życia  wyniosła

z  harcerstwa.  Jeszcze  przed  wojną  zdążyła  się  nauczyć  zaradności  i  umiała  znajdować  wyjście  z  każdej  sytuacji;

zwyciężać  małymi  krokami  w  drobnych  codziennych  sprawach.  Z  tych  lekcji  czerpała  w  czasie  okupacji  i  powstania.

Swoje doświadczenia przelewała na papier w formie wierszy, które dziś są wspaniałym świadectwem tamtego okrutnego

czasu.

W  wojnie  nie  chodziło  o  patos,  o  bohaterstwo.  Wojna  była  ogromnym  dramatem.  Zarówno  dla  dorosłych

z doświadczeniem – bo przecież przeżyli oni już pierwszą wojnę – jak i dla nas, podówczas młodzieży. Z dnia na

dzień zawalił się świat, który wydawał się jedynym możliwym. Wszystko się zmieniło.

Pod  koniec  sierpnia  1939  roku  w  domach  ludzie  zaczęli  zalepiać  okna  warstwami  gazet  na  klej  z  mąki  kasztanowej.

Miało  to  chronić  szyby  w  czasie  nalotów.  Kopali  rowy  przeciwlotnicze  w  ogrodach.  Niektóre  były  porządne,  okładane

deskami,  inne  bardziej  prowizoryczne.  Miały  chronić  od  odłamków  rozrywających  się  bomb.  Już  jako  czternastolatka

zaangażowałam się w akcję pogotowia harcerskiego. Czułam się odpowiedzialną dziewczyną. Od trzydziestego szóstego

czy  siódmego  roku  należałam  do  harcerstwa,  w  trzydziestym  ósmym  składałam  przyrzeczenie,  w  trzydziestym

dziewiątym  miałam  otrzymać  zastęp,  przeszłam  szkolenia.  Nasze  zastępowe  przygotowały  nas  do  tego,  że  może  być

wojna  i  jaką  rolę  mamy  w  tym  czasie  odegrać.  W  ostatnich  dniach  sierpnia  powołani  do  wojska  mężczyźni  wyjeżdżali

pociągami na zachód, a my pełniliśmy służbę na stacji kolejowej w Legionowie. Roznosiliśmy ciepłe napoje w butelkach,

bułki,  kanapki,  poza  tym  odbieraliśmy  też  listy.  Wydawało  się  nam,  że  wszystko  będzie  normalnie  funkcjonować,  na

przykład poczta. Do tej nienormalności, jaką wprowadza wojna, jeszcze nie byliśmy przyzwyczajeni. Myśleliśmy, że życie

będzie się toczyć tak, jak się toczyło. Niestety wszystko z dnia na dzień wywróciło się do góry nogami. Wtedy na stacji

wśród  poborowych  wypatrzyłam  mojego  kierownika  szkoły,  Piotra  Parola.  Bardzo  to  przeżyłam,  bo  kierownik  szkoły

przed  wojną  był  dla  ucznia  wielkim  autorytetem.  Dziś  to  zostało  zniweczone,  ale  kiedyś  nauczyciel,  a  zwłaszcza

kierownik, jeśli do tego jeszcze wyróżniał się wybitną osobowością, miał ogromny wpływ na życie młodego człowieka, na

kształtowanie jego charakteru. Dla mnie był kimś wyjątkowym, a tu znalazł się w pociągu jako jeden z wielu, wmieszany

w grupę innych mężczyzn.

Gdy  wybuchła  wojna,  byliśmy  całą  rodziną  –  rodzice,  ja  i  moje  dwie  siostry  Janina  i  Ludwika  –  w  naszym  domu

w  Legionowie.  Ojciec,  Hieronim  Romanowski,  legionista  i  rezerwista,  został  powołany  do  służby,  ale  otrzymał  jakieś

tajne  zadania,  których  my  oczywiście  nie  znałyśmy.  1  września,  gdy  na  niebie  przelatywało  mnóstwo  samolotów

w kierunku Warszawy, na targu w Legionowie sprzedawano jeszcze śliwki. 3 września w niedzielę bombardowano też

Legionowo. Ale my wtedy byliśmy już w drodze. Podobnie jak mieszkańcy całej Polski wzięliśmy udział w powszechnej

ucieczce. Ludzie opuszczali swoje domy w obawie przed wkroczeniem Niemców i próbowali przenosić się jak najdalej

background image

na wschód, na wschód, na wschód. Moja rodzina podobnie. W nocy z 1 na 2 września wyruszyliśmy z Legionowa szosą

strużańską.  Uciekaliśmy,  a  nisko  lecące  samoloty  niemieckie  ostrzeliwały  drogę  i  cywilów.  Od  tamtej  pory  tragiczna

śmierć stała się naszym stałym towarzyszem. I bezradność – najgorsze i najtrudniejsze uczucie do pokonania.

****

Jeszcze  tak  niedawno  wiedliśmy  spokojne  życie.  Ojciec  przed  wojną  prowadził  w  Warszawie,  przy  placu  Krasińskich,

zakład  wykonujący  ramy  do  luster  i  obrazów.  Jeszcze  niedawno  przywiózł  mamie  prezent  na  sylwestrową  noc.  To  był

grudzień. Wielkie pudło z piękną suknią na bal. Z czarnej żorżety, z czerwoną różą. I ta suknia, i ta róża, i ten moment,

kiedy  mama  otwiera  pudełko  i  wyjmuje  piękną  suknię.  Utrwalił  mi  się  taki  obraz:  w  przedpokoju  stało  tremo,  mama

przymierza tę suknię, jej postać w tym tremie. Jeszcze inne sceny utkwiły mi w pamięci. Któregoś dnia mama wysłała

mnie z ojcem do Warszawy, tata miał mi kupić płaszcz na zimę. I kupił. Ale dwa numery za duży. Mama niezadowolona

wysłała  ojca  jeszcze  raz,  żeby  wymienił  na  mniejszy  rozmiar. Albo  jak  tuż  przed  wybuchem  wojny,  w  lipcu,  po  zdaniu

egzaminów  do  Gimnazjum  im.  Juliusza  Słowackiego  przy  ulicy  Wawelskiej  w  Warszawie,  mama  uszyła  mi  dwa

mundurki:  jeden  granatowy,  obowiązujący  w  czasie  lekcji,  a  drugi  z  białą  bluzką  i  marynarskim  kołnierzem  na

uroczystości. Było tak dobrze, tak normalnie, a wszystko tak tragicznie się zakończyło.

Suknia z czarnej żorżety z różą

Dzień grudniowy tamtego

trzydziestego któregoś

lustro tremo przetarte

światło kinkietu w nim

głos ojca dźwięczy w drzwiach

na stole pudło

płaskie jak blat

w kolorze nocy zimowej

śmiech matki z zachwytem radosnym

z szelestu opakowania

czerń delikatna się wyłania

swą miękkość wokół rzuca

światło przez nią przenika

jak w baśni zaczarowanej

czerwony płomień róży na niej

o płatkach przejrzystych

i złocistych jak ważki skrzydła

bal bal bal

matka wiruje

a suknia z prześwitem

background image

za nią w walcu

różę gonią oczy

taki uroczy ten wieczór i bal

chwilo trwaj…

****

Gdy  uciekaliśmy  z  Legionowa,  zabraliśmy  ze  sobą  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy.  Jedzenie  musieliśmy  zdobywać  po

drodze.  Na  jakiejś  wsi  mama  dostała  słoninę,  stopiła  tłuszcz  i  przelała  do  słoika.  Cieszyła  się,  że  będzie  miała  czym

posmarować nam chleb. Nagle nadleciały samoloty i trzeba było znowu uciekać. Tłuszcz nie zdążył jeszcze zastygnąć.

Biegliśmy  przez  pole  i  nie  groza  tej  sytuacji  nas  dopadła,  tylko  żal,  że  mama  się  przewróciła,  naczynie  się  przechyliło,

a zdobyty stopiony smalec się rozlał. Rozpacz była ogromna.

Po paru dniach, nie dotarłszy nawet do Garwolina, ojciec i towarzyszący nam inni mężczyźni doszli do wniosku, że nie

ma  co  dalej  wędrować  na  wschód,  że  trzeba  wrócić  do  Warszawy.  Bo  przecież  stolica  się  nie  podda  i  Niemcy  będą

musieli  odstąpić.  W  nocy  z  6  na  7  września  dotarliśmy  do  Warszawy.  Gdy  przeprawiliśmy  się  przez  most,  z  siostrami

postanowiłyśmy  zdobyć  pożywienie.  Byliśmy  bardzo  głodni,  uczucie  głodu  od  tamtej  pory  często  nas  prześladowało.

Szybko się okazało, że w mieście o jedzenie było dużo trudniej niż na wsi. Sklepy zostały pozamykane, pieniądze straciły

ważność. Weszłyśmy do jednego z opuszczonych mieszkań, licząc, że coś uda nam się upolować. Od drzwi uderzył nas

okropny  zapach  kwasu,  skisłego  jedzenia.  Znalazłyśmy  jedynie  porozbijane  weki,  a  w  nich  zgniłe  pomidory.

Prawdopodobnie ktoś nas uprzedził. Więcej już nie odważyłyśmy się wchodzić do porzuconych domów.

Naszym  celem  była  piękna  barokowa  kamienica  na  placu  Krasińskich.  Stała  mniej  więcej  w  tym  miejscu,  gdzie  dziś

jest pomnik Powstańców Warszawy. Wtedy naprzeciwko pomnika Kilińskiego, który potem został przeniesiony na Stare

Miasto.  To  tam  właśnie  znajdował  się  zakład,  który  przed  wojną  prowadził  ojciec  razem  ze  wspólnikiem.  Ojciec  co

prawda zdążył już zrezygnować ze spółki i przyjąć posadę państwową w warszawskim urzędzie skarbowym, pewniejszą,

dającą, wydawałoby się, stabilność i stałe dochody, ale wiedział, że możemy się tam schronić. W suterenie, gdzie do tej

pory mieścił się zakład, zebrało się kilka rodzin takich uchodźców jak my. Stamtąd po schodkach wchodziło się do sklepu,

miejsca,  gdzie  w  normalnych  czasach  przyjmowano  zamówienia  i  obsługiwano  klientów.  To  tam  przeżyłam  20  dni

oblężenia  Warszawy,  stały  ostrzał  miasta,  bombardowania  z  artylerii  ciężkiej.  We  wrześniu  1939  roku  Niemcy  otaczali

Warszawę. W środku miasto było wolne – można powiedzieć. Wychodząc na zewnątrz z sutereny, byliśmy narażeni na

ostrzał,  ale  walki  nie  toczyły  się  na  ulicach  Warszawy,  a  wokół  miasta,  na  przedpolach.  Tu  zagrożenie  stanowiły

bombardowania. Domy się waliły i zamieniały w gruzowiska, ciągle widzieliśmy łuny pożarów, także łuny nad Zamkiem

Królewskim, palącą się wieżę z zegarem.

Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że do brzegu Wisły przybiła barka z niespodziewanym transportem ryżu i cukru. Ci,

którzy dostali tę informację, czym prędzej się tam udali. Wszyscy gromadzili zapasy, a my przybyliśmy do Warszawy bez

niczego. Więc razem z średnią siostrą Ludwiką, która jest prawie moją rówieśnicą, wyruszyłyśmy Podwalem na dół nad

Wisłę,  by  zdobyć  trochę  tych  cennych  dóbr.  W  harcerstwie  nauczyłam  się  być  dzielną  i  zaradną,  być  odporną  na

wszelkie  przeszkody  i  znajdować  rozwiązanie,  nauczyłam  się  też  zdobywać,  to  znaczy  wszystko  robić  lepiej,  piękniej,

staranniej. Chodziło o zwycięstwa również w małych codziennych sprawach: dostać lepszą ocenę z przedmiotu, którego

się  nie  lubiło,  ładniej  uprasować  koszulę  czy  zacerować  pończoszkę,  porządniej  dom  wysprzątać,  czy,  jak  tym  razem,

zdobyć trochę jedzenia dla rodziny.

background image

Na kładce prowadzącej na barkę było tłoczno. Ludzie chodzili tam i z powrotem, więc kładka mocno się  bujała.  My

dwie  sierotki  z  warkoczykami  nie  dałyśmy  rady  jej  pokonać.  Stałyśmy  zmartwione  na  brzegu,  zastanawiając  się,  jak

zaradzić tej sytuacji. I wtedy podszedł do nas mężczyzna z koszem ryżu i go nam ofiarował. Tak nam się udało. Później

długo żywiliśmy się tym ryżem. Ojciec przynosił też koninę, bo konie padały na ulicach. Moja mama nie przemogła się, by

ją jeść. Słodkawy smak mięsa pamiętam do dziś, tak jak i zupy z soczewicy, którą jedliśmy na okrągło w czasie okupacji.

Nie znosiłam jej, ziarna rozgotowane razem z kartoflami – to był smak nie do przełknięcia. Utrwalił mi się też na zawsze

smak  chleba  z  mąki  kukurydzianej.  Mąki  pszennej  brakowało,  ale  jakimś  sposobem  kukurydziana  była.  Widocznie

Niemcy  sprowadzali,  a  nasi  kupowali.  I  wypiekali  z  niej  chleb,  co  prawda  żółciutki  i  dobrze  wyrośnięty.  Tęskniłam  za

prawdziwym bochenkiem.

W suterenie mieszkała z nami pewna rodzina z Białegostoku, zaprzyjaźniłam się z ich córką, również jak ja harcerką,

Baśką  Olszanowską.  Po  nalotach  we  dwie  wychodziłyśmy  na  plac,  by  pomagać  zagubionym  i  przerażonym  ludziom

wrócić  do  domów  i  pozbierać  się.  Gdy  byli  ranni,  pomagałyśmy  służbom  sanitarnym.  Wtedy  jeszcze  pielęgniarki  nosiły

czyste  białe  fartuchy,  czepeczki,  wszystko  odbywało  się  elegancko,  później  w  miarę  pogarszania  się  warunków,  kiedy

zabrakło  już  wody,  wyglądało  to  coraz  bardziej  prymitywnie.  Działałyśmy,  bo  nie  można  było  stać  z  boku  i  patrzeć.

Musiałyśmy w tym uczestniczyć. Od pierwszych chwil było tak, że nie przeżywałyśmy wojny, my w niej brałyśmy udział.

Nie  chodziło  o  przetrwanie,  ale  walkę  o  zachowanie  wolności  i  godności,  tego  co  było  nasze,  a  było  nam  grabione

i niszczone.

23  września  Niemcy  zbombardowali  naszą  kamienicę.  Mieli  taki  zwyczaj,  że  najpierw  rzucali  bomby  palące,  żeby

oświetlić teren, a potem bomby burzące. Panowie zwykle wychodzili z sutereny przed budynek, żeby sprawdzić, co się

dzieje,  czy  możemy  bezpiecznie  spać.  Zawsze  spaliśmy  w  ubraniu,  bo  nigdy  nie  wiedzieliśmy,  co  się  może  zdarzyć.

I tamtej nocy ojciec zszedł do sutereny i powiedział: „Musimy opuścić kamienicę, bo się pali”. Ogień rozprzestrzeniał się

momentalnie.  Wyszliśmy  na  rozświetlony  rakietami  plac  Krasińskich.  Poczuliśmy  się  bardzo  samotnie.  Dokoła  huk,

bomby się rozrywają, a my bezradni nie wiedzieliśmy, co począć. Ojciec zdecydował, że idziemy do pałacu Krasińskich.

Waliliśmy  do  tych  drzwi,  waliliśmy  całą  grupą.  Najpierw  nikt  nie  podchodził,  w  końcu  usłyszeliśmy,  że  nie  mogą  nas

wpuścić. Nie chcieli nam pomóc, choć wydawało się, że w takiej sytuacji powinni. Może otrzymali takie polecenie, może

musieli  chronić  księgozbiór.  Polecili  nam,  byśmy  udali  się  do  sądów  na  Lesznie.  Dotarliśmy  tam  zdenerwowani.

A  w  piwnicach  sądów  siedziało  pełno  ludzi,  panowały  bardzo  złe  warunki.  Chciało  nam  się  pić,  mama  wyżebrała  od

kogoś  pół  szklanki  wody  i  poiła  nas  łyżeczką.  Spędziliśmy  tam  tylko  jedną  noc.  W  tym  czasie  ojciec  razem  z  kolegą

wrócili  do  palącej  się  kamienicy,  by  zabrać  rzeczy,  które  w  pośpiechu  zostawiliśmy.  Wtedy  Niemcy  zrzucili  bomby

burzące.  Stropy  się  zawaliły,  na  szczęście  tata  znał  tylne  wyjście  z  budynku  i  zdążył  uciec.  Jego  kolega  niestety  został

przysypany i zginął.

Następnego  dnia  przenieśliśmy  się  do  schronu  przeciwlotniczego,  wykopanego  naprzeciwko  pałacu  Krasińskich.

Panowie przystosowali schron do mieszkania. Zbudowali prowizoryczny dach, wstawili kozę, na której mama gotowała

ten  ryż  z  koniną.  Przetrwaliśmy  tam  do  28  września,  do  kapitulacji  Warszawy.  Wtedy  ojciec  załatwił  wojskową

furmankę, zaprzężoną w dwa konie, którą wróciliśmy do domu do Legionowa.

****

Podróż do domu była moją pierwszą prawdziwą akcją konspiracyjną. Przewoziłam broń mojego taty, krótką, „piąteczkę”.

Schowałam ją do torby sanitarnej, którą dostałam jeszcze na szkoleniu w harcerstwie. Pistolet ukryłam pod bandażami,

plastrami,  opatrunkami,  amoniakiem,  wodą  utlenioną  i  maską  przeciwgazową.  Na  posterunku  granicznym  nikt  mnie  nie

background image

przeszukał. Akcja się powiodła.

Po  kapitulacji  Warszawy  inni  mieszkańcy  Legionowa  również  wrócili  do  domów.  29  września  utworzono  nowe

granice  wzdłuż  Bugu  i  Narwi  między  Generalną  Gubernią  i  III  Rzeszą.  Obecny  powiat  legionowski  stał  się  strefą

przygraniczną. Powstawały niemieckie posterunki wyposażone w broń maszynową i schrony, do których doprowadzono

linie telefoniczne. Wtedy mój ojciec został powołany do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dostał zadanie wyjazdu na

wschód  i  stworzenia  jakichś  komórek  na  terenach  okupacji  sowieckiej.  Został  aresztowany  na  granicy  przez  NKWD

i  nie  wrócił  do  domu.  Już  nigdy  nie  wrócił  do  domu. Aż  do  marca  1946  roku  nie  wiedzieliśmy,  co  się  z  nim  stało  i  czy

żyje.  Właśnie  wtedy  przysłał  list,  w  którym  pisał,  że  został  ranny  przed  bitwą  pod  Monte  Cassino,  znalazł  się  w Anglii

i dostał rentę wojenną od króla Jerzego VI. Dowiedzieliśmy się wówczas, że dwa lata spędził w łagrze w Workucie, aż

do  ogłoszenia  amnestii  na  podstawie  porozumienia  Sikorski-Majski  w  1941  roku.  Dzięki  uzyskanej  przepustce  trafił  do

Buzułuku,  a  tam  do  armii  Andersa.  W  czasie  okupacji  dwa  razy  dostałyśmy  półkilogramowe  paczuszki  z  Portugalii

z  kawą  i  bakaliami  oraz  kartką:  „Przesyłam  serdeczne  pozdrowienia”,  bez  podpisu.  W  ten  sposób  ojciec  usiłował  nam

przekazać, że żyje. W 1939 roku przeżyliśmy pierwszą Gwiazdkę bez taty.

Ojciec

opaska biało-czerwona w kieszeni

z ulicy stolicy schowana

decyzja

przymus opuszczenia rodziny

czapka na czoło zsunięta

oczy okular kryje

i łzę, która nie spływa

tylko ból rozstania żegna

w kazamatach na Wschodzie

smutek przy wigilijnym stole

dzieli z opłatkiem matka

w niepewności i oczekiwaniu

niewiedza długich lat pięciu

w niedolę była wpisana

i ciężar odpowiedzialności

za każdy dzień dzisiejszy

barki obciążone nad miarę

brak uśmiechu beztroski bezpieczeństwa

powrotu brak i wieści

róża zmięta w ciemności

Od  pierwszych  dni  okupacji  mieszkańcy  Legionowa  zajęli  się  przemytem  żywności.  W  Generalnej  Guberni

wprowadzono  kartki  na  żywność,  za  które  można  było  dostać  trochę  chleba,  margaryny,  marmolady  z  buraków  oraz

background image

mydła. Brakowało mąki. Niektórzy w domach na żarnach ucierali zboże, a potem piekli podpłomyki. Handel mięsem był

zakazany  pod  karą  śmierci,  ale  i  tak  na  rynku  można  było  zdobyć  tak  zwaną  rąbankę,  czyli  części  mięsa  wieprzowego

bez  podziału  na  gatunki.  Brak  tłuszczu  uzupełniano  olejem  wyciskanym  domowym  sposobem  z  ziaren  lnu,  słonecznika,

maku, rzepaku. W obliczu głodu ludzie wyprawiali się po jedzenie do Nowego Dworu Mazowieckiego oddalonego o 15

kilometrów, który już znajdował się na terenie Rzeszy. Ja tylko raz się wybrałam, zimą 1940 roku, kiedy już wszystkiego

brakowało. Razem z koleżanką Wiesią, do jej ciotki.

Mama dała mi saneczki dziecięce, żeby łatwiej było przewieźć żywność. Udało nam się dotrzeć lasem na miejsce bez

przeszkód.  Inni  też  szli  tą  samą  drogą.  Nie  pamiętam  dokładnie,  co  kupiłam,  pewno  jakąś  kaszę,  fasolę,  mąkę,  może

cukier  i  osełkę  masła,  która  tkwi  w  mojej  pamięci  do  dziś.  Osełka  to  był  kawałek  masła  w  kształcie  dużego  motka

włóczki, uformowany ręcznie. Do dziś nie wiem, skąd wzięła się ta nazwa. Wiesia została u ciotki w Nowym Dworze,

więc ja wracałam sama do domu. Sama i nie sama, bo inni też wracali. Koło Janówka naszą grupę zatrzymali żandarmi.

Nie  chcąc  wszystkiego  stracić,  wrzuciłam  osełkę  w  krzak  jałowca.  Żandarmi  zabrali  nam  żywność  i  pozwolili  odejść.

Wszyscy się rozeszli, nikt nie szedł do Legionowa. Zabrałam moją ocalałą osełkę i szłam szosą do Jabłonny. Po drodze

spotkałam leśników, którzy zlitowali się nade mną i podwieźli. Nigdy więcej matka nie pozwoliła mi już iść po jedzenie.

Wiem, że dla innych takie wyprawy kończyły się czasem śmiercią. Niemcy strzelali do tych, którzy uciekając, próbowali

ocalić  z  trudem  zdobytą  żywność.  Mimo  to  wielu  moich  kolegów  i  koleżanek  ryzykowało  i  przekraczało  granicę

Generalnej Guberni. Raz się udawało, raz nie.

****

A  jak  wyglądało  nasze  dalsze  życie?  Ojciec  przeszedł  trudną  drogę,  ale  o  wiele  trudniejszą  przeszła  moja  mama  i  my

w Legionowie. Pozostałyśmy w zniszczonym domu i bez środków do życia. Mama zarabiała, haftując serwetki, robiąc na

drutach swetry i buty ze sznurka. To były letnie sandały, sama takie nosiłam, koleżankom się podobały, więc zamawiały.

Pomagała nam też Tajna Organizacja Nauczycielska, którą w rejonie Legionowa kierował Piotr Parol, mój wspominany

już  wychowawca  ze  szkoły  podstawowej.  W  1940  roku  skontaktowała  się  ze  mną  i  koleżankami  nasza  zastępowa

Marysia  Pietraszko.  Zorganizowała  biwak  nad  Wisłą  i  poinformowała  nas,  że  dostała  nakaz  wyjazdu  na  przymusowe

roboty do Niemiec. Uzgodniłyśmy, że dalej się będziemy spotykać i prowadzić harcerską działalność. Przekazała zastęp

mnie. Miałam wtedy piętnaście lat.

Ja  z  Janką  chodziłyśmy  do  Szkoły  Handlowej,  która  realizowała  gimnazjalny,  choć  ograniczony  program

ogólnokształcący, a Ludwika jeździła do szkoły zawodowej do Warszawy. Pod nazwami przedmiotów dozwolonych kryły

się te zakazane: terenoznawstwo to była tak naprawdę chemia, arytmetyka równała się matematyce, a higiena – biologii.

Dyrektorem naszej szkoły był oficer Armii Krajowej Jerzy Siwiński, mocno związany z konspiracją. Dobrze się uczyłam,

więc  na  mieście  również  dawałam  lekcje  z  przedmiotów  zakazanych,  angażowałam  się  w  tajne  nauczanie,  a  dzięki

skromnemu  wynagrodzeniu  pomagałam  mamie  w  utrzymaniu  domu.  Sama  uczęszczałam  na  tajne  komplety  z  literatury

i  historii  do  Janiny  Fultyn.  W  czasie  wojny  trzeba  było  się  ciągle  dokształcać,  bo  szkoła  tylko  sygnalizowała  różne

zagadnienia. Poza tym lekcje na kompletach były dla nas też czasem, kiedy mogłyśmy poczuć się trochę normalniej, jak

młodzież.  Spędzić  razem  czas,  pośmiać  się,  pożartować.  Taka  namiastka  życia  towarzyskiego  i  kulturalnego.

Nauczyciele  organizowali  koncerty,  poranki  artystyczne.  Przyjeżdżali  do  nas  artyści  z  Warszawy,  aktorzy  recytowali

wiersze patriotyczne, operowi śpiewacy występowali z fragmentami oper.

La Donna è mobile

background image

środa czy czwartek to był

majowego zakurzonego dnia

w jedno z tych lat niepewnych

gdy lęk i gniew całością żył

ta mała sala wszystkie okna na północ

zniszczone deski podłogi

dwie długie dwie krótkie ściany

między nimi dużo nas

po szesnaście siedemnaście lat mamy

nie udało się nam stać w kolejce

po bilet do teatru

teatru nie ma…

nie czekamy na koncert

nigdy się nie odbędzie

mija czas

nasz czas mija

nieświadomi tego wyglądamy

niecierpliwie niezwykłości chwili

przyjazdu tenora z opery

której też nie ma

nazwiska nie znamy

aria z Rigoletta taka piękna

gdzieś biją gdzieś cierpią

a my wsłuchani w tonów harmonię

głos odbija się od ścian

wibruje między nami

przenika czarem wirtuozerii

którą mistrz Verdi tworzył

czujemy się jak wszyscy

w salach operowych świata

nie wojna nie walka

ale człowiek wolny gdzieś

tęsknota zbudzona wyzwala

pragnienie móc żyć

normalnie żyć

i rozkoszować się pięknem tym

background image

(maj 1943)

Nauczycielka muzyki pani Jadwiga Cieplińska organizowała koncerty muzyczne dla wtajemniczonych. Odbywały się

one  w  jej  domu  przy  ulicy  Kazimierza  Wielkiego.  Jej  uczennice,  moje  koleżanki  też  zaprzysiężone  w  AK  –  Zosia

Kisielewicz  i  Bogusia  Wilcz  –  dawały  takie  koncerty  w  swoich  domach.  Były  to  dla  nas  niezwykłe  przeżycia.

Nawiązywało  się  wtedy  przyjaźnie  i  sympatie.  Nie  miałam  czasu  na  sympatie,  ale  tak  jak  i  moje  koleżanki

podkochiwałam się w chłopcach z podchorążówki. Jednym z nich był Jurek Kołodziejski, ps. „Zeus”, z „Parasola”. Brał

udział  w  akcji  „Koppe”  w  Krakowie.  Wtedy  ranny  wrócił  do  Legionowa.  Biegałyśmy  też  za  kolegą  z  naszej  klasy

Staszkiem  Szatkowskim,  ps.  „Mały”,  też  z  „Parasola”.  Jego  brat  Ireneusz  Szatkowski,  ps.  „Nałęcz”,  zginął  w  akcji

„Stamm”. Moją szkolną sympatią był też Jurek Chlewicki, uczeń pierwszej klasy w naszym tajnym liceum. Interesował

się  ekonomią.  Pamiętam,  że  pożyczył  mi  do  przeczytania  historię  gospodarczą  Polski  i  podczas  przerwy  dzieliliśmy  się

uwagami  na  temat  tej  książki.  W  pewnej  chwili  został  wywołany  do  dyrektora.  Był  17  czerwca  1943  roku.

W Legionowie była też tajna podchorążówka, do której uczęszczała większość uczniów z klasy licealnej. Tego dnia rano

doszło  do  akcji  zbrojnej  pod  Stanisławowem  koło  Nieporętu.  Zginęli  w  niej  dwaj  koledzy  Jurka.  Wszyscy  zostali

zawiadomieni o grożącym niebezpieczeństwie aresztowania. Moja sympatia, Jurek, ps. „Odrowąż”, zginął w czasie walk

powstańczych  w  Legionowie.  Zapalam  zawsze  znicz  na  jego  grobie,  a  pod  Stanisławowem,  gdzie  stoi  pamiątkowy

obelisk w miejscu akcji, każdego roku 17 czerwca organizuję ze swoim środowiskiem kombatanckim uroczysty apel.

Janina Fultyn uczyła nas i jednocześnie zajmowała się powielaniem podziemnej prasy. W Legionowie wychodziła tajna

gazeta „Reduta”, która zdobywała informacje z nasłuchu radiowego i z artykułów, które były drukowane w „Biuletynie

Informacyjnym”. Drugą ważną osobą była dla mnie nauczycielka polskiego w Szkole Handlowej – Wanda Tomczyńska.

Dołączyła  do  grona  pedagogicznego  w  1942  roku.  Tomczyńska  była  komendantką  Wojskowej  Służby  Kobiet.  W  jej

domu mieściła się tajna kancelaria Sztabu I Rejonu. Bywałam tam wielokrotnie. Byłam łączniczką między panią Wandą

i  swoim  środowiskiem  Szarych  Szeregów.  Przez  miesiąc  w  tajnej  siedzibie  sztabu  ukrywali  się  francuscy  jeńcy,  którzy

uciekli  z  obozu.  Brałam  udział  w  przeprowadzeniu  jednego  z  nich  w  bardziej  bezpieczny  rejon.  Wanda  Tomczyńska

zmarła  w  1998  roku,  a  ja  dzięki  współpracy  ze  środowiskiem  kombatanckim  i  miejscowymi  władzami  powołałam

fundację jej imienia na rzecz dzieci i młodzieży. Ufundowaliśmy tablicę pamięci w miejscu, gdzie mieszkała pani Wanda.

Fundacja  funkcjonuje  do  dziś  i  wspiera  materialnie  uzdolnioną  młodzież  naszego  miasta.  W  czasie  okupacji  Wanda

Tomczyńska  organizowała  szkolenia  sanitarne  i  łącznościowe  dla  młodzieży.  Obie  panie  pewnie  kiedyś  o  mnie

rozmawiały, bo zaproponowały mi pomoc w zorganizowaniu drużyny Szarych Szeregów.

Ściągnęłam  swoje  dziewczyny  i  tak  zaczęłyśmy  regularną  działalność  szaroszeregową.  Powstał  wtedy  hufiec

konspiracyjny  o  kryptonimie  „Rój-Tom”,  z  przedwojennym  podharcmistrzem  Ludwikiem  Szmidtem  na  czele.

Jednocześnie  był  on  dowódcą  705.  plutonu  w  I  Rejonie.  Nasze  drużyny  harcerskie  z  Legionowa,  Wiśniewa,

Choszczówki,  Jabłonnej,  Chotomowa,  Nieporętu  i  Zegrza  weszły  w  skład  tego  hufca.  Było  dziewięć  drużyn  męskich

i  cztery  żeńskie.  Wśród  żeńskich  znalazły  się  moja  drużyna  „Las”  w  Legionowie,  „Burza”  w  Chotomowie,  bez  nazwy

w Jabłonnej i „Stokrotki” w Wiśniewie. Jeden zastęp żeński zawiązał się też przy drużynie w Choszczówce. Zaczęły się

szkolenia.  W  okresie  okupacji  służba  harcerska  skupiała  się  na  przygotowaniach  do  walki,  czyli  samokształceniu

i  zdobywaniu  sprawności.  Zostałam  łączniczką  w  służbie  zdrowia,  miałam  kontakt  z  komendantem  –  doktorem

pułkownikiem  Tadeuszem  Frydrychowiczem,  który  zorganizował  w  prywatnych  mieszkaniach  w  Legionowie  szpitale

polowe  AK  oraz  punkty  sanitarne  wokół  Legionowa.  Organizowałam  kursy  sanitarne  dla  młodzieży  harcerskiej  i  nie

tylko harcerskiej. Jeździliśmy razem do Nieporętu i do południowego Zegrza. Zbiórki mieliśmy w okolicach Legionowa.

Składaliśmy  przyrzeczenia.  Urządzaliśmy  uroczystości  patriotyczne  na  miarę  możliwości  i  opiekowaliśmy  się  grobami

background image

poległych, którzy spoczywali na naszym cmentarzu. W rocznice śmierci dekorowaliśmy groby. Dziś wszyscy się dziwią,

że tak śmiało wtedy akcentowaliśmy nasz patriotyzm.

Przechodziliśmy  też  szkolenie  wojskowe  z  bronią,  ale  jeśli  chodzi  o  struktury  organizacyjne,  poznaliśmy  je  dopiero

wiele  lat  po  zakończeniu  działań.  Tak  naprawdę  pełna  dekonspiracja  nastąpiła  w  latach  90.  ubiegłego  wieku.  W  końcu

konspiracja polegała na tym, żeby mieć jak najmniejszą wiedzę. Zostałam przeszkoloną sanitariuszką, ale też łączniczką.

Dużo jeździłam do Warszawy. Punkt kontaktowy znajdował się na zapleczu kaplicy na Rakowieckiej, u księży jezuitów.

Raz  mieliśmy  tam  spotkanie  z  Marią  Kossak-Szczucką,  autorką  pięknego  katechizmu  patriotycznego.  Patronowała

młodzieży  harcerskiej.  Co  pewien  czas  organizowaliśmy  w  Legionowie  spotkanie  z  jakimś  profesorem  z  warszawskiej

wyższej  uczelni.  Na  spotkaniach  na  Rakowieckiej  załatwiano  nam  taką  osobę.  Do  mnie  należało  pilotowanie  profesora

z  Warszawy  do  Legionowa.  Podróżowaliśmy  pociągiem.  Spotkania  i  wykłady  odbywały  się  w  domach  prywatnych,

zazwyczaj w Legionowie, ale czasem też w sąsiednich Płudach i w Choszczówce. Wtedy miałyśmy zbiórki wyjazdowe.

Na  tym  moje  zaangażowanie  się  nie  kończyło.  Nie  wszyscy  rodzice  godzili  się  na  wojskową  i  niebezpieczną

działalność  swoich  córek.  Znając  te  dziewczyny,  wiedząc,  że  garną  się  do  działania,  razem  z  moją  drużynową

założyłyśmy  dla  nich  Sodalicję  Mariańską.  To  była  organizacja  również  nielegalna,  ale  kościelna,  a  moderatorem  był

ksiądz. Zgłosiło się aż 40 sodalistek. Spotykały się w kościele, przygotowywały dzieci do pierwszej komunii, modliły się za

naszych braci, ojców na froncie. Legionowska sodalicja funkcjonowała do 1949 roku, kiedy władze rozwiązały wszystkie

organizacje zakładane przed czy w trakcie wojny. W 1998 roku w kościele pod wezwaniem św. Jana Kantego z mojej

inicjatywy  została  ufundowana  dziękczynna  tablica-wotum,  złożona  Matce  Bożej  i  upamiętniająca  obecność

w Legionowie Sodalicji Mariańskiej.

****

„W  Warszawie  także  wybuchło  powstanie”  –  odnotowała  w  swoim  pamiętniku  moja  siostra  Janina,  ps.  „Sarna”.

Dowództwo Armii Krajowej wyznaczyło tę samą godzinę „W” dla Legionowa i dla stolicy. Legionowo i okolice znalazły

się  w  I  Rejonie  VII  Obwodu  „Obroża”  Okręgu  Warszawskiego  AK.  Rejon  nosił  kryptonim  „Marianowo-Brzozów”.

Zaprzysiężonych  zostało  2500  żołnierzy  i  osób  wspomagających,  a  dowództwo  objął  ppłk  Roman  Kłoczkowski,  ps.

„Grosz”.

Dla nas było to ważne, że walczyliśmy razem z Warszawą. W końcu w czasie konspiracji my łącznicy jeździliśmy do

Warszawy  po  bibułę,  po  informatory  i  przywoziliśmy  je  do  Legionowa.  1  sierpnia  o  godzinie  siedemnastej  nastąpiła

dekonspiracja. Wyszliśmy na ulicę z opaskami biało-czerwonymi. My dziewczyny miałyśmy pełnić służbę łącznościową

z  oddziałami  walczącymi  i  sanitarną  w  dwóch  szpitalach  powstańczych,  założonych  od  razu  pierwszego  dnia.  Z  akcji

powstańczej  w  naszym  mieście  pamiętam  ostrzał  z  ulicy  Warszawskiej,  który  trwał  od  godziny  siedemnastej  do

dwudziestej. Pociski rozrywały się wzdłuż ulic, a odłamki niszczyły domy i ogrodzenia. Wtedy zostały zniszczone: furtka,

część  ogrodzenia  przy  moim  domu  i  ogromna  akacja.  Zapach  jej  kwiatów  pamiętam  do  dziś.  W  czasie  jednego

z  bombardowań  zniszczony  też  został  dom,  ale  nie  do  końca.  W  jednej  części  można  było  mieszkać.  Rano  2  sierpnia

z Lidką Gawałkiewicz, ps. „Mrówka”, przenosiłyśmy punkt sanitarny z ulicy 3 Maja na ulicę Sienkiewicza. Padał deszcz.

Koledzy  pożyczyli  nam  swoje  panterki,  zdobyte  wcześniej  w  opuszczonych  przez  Niemców  koszarach.  Wyglądałyśmy

w  nich  śmiesznie.  Dla  mnie  niezatartym  wspomnieniem  jest  widok  terenu  zaoranego  przez  Niemców  gąsienicami

czołgów  i  widok  płytkich  dołków  strzeleckich.  My  kopaliśmy  rowy  strzeleckie  przy  szosie  warszawskiej,  a  Warszawa

budowała barykady.

W miejscu akcji z czołgami zginęli dwaj harcerze, a jeden został ranny. Podczas dyżuru w szpitalu ciągle zmieniałam

background image

mu  lód  w  termoforze,  a  on  majaczył  coś  o  karabinie.  W  czasie  powstania  broń  była  ważniejsza  niż  chleb.  Odwołanie

walki  wywołało  w  nas  poczucie  wielkiej  klęski,  a  rozkaz  zniszczenia  opasek  i  dokumentów  był  dla  nas  bardzo  bolesny.

Później te pogrzeby powstańcze organizowane w pośpiechu. Ostatni dyżur przy kuchni polowej. Poparzyłam sobie wtedy

dłonie  gorącą  zupą,  chyba  kapuśniakiem.  Kapusta,  pomidory,  ziemniaki  rosły  w  każdym  ogrodzie.  Kwitły  też  floksy,

których  ogromne  bukiety  złożyłyśmy  na  grobach  powstańców.  Miały  taki  dziwnie  mdły  zapach.  Dni  sierpniowe,

początkowo deszczowe, potem były ciepłe i słoneczne.

W Legionowie powstanie trwało tylko kilka dni. Pod koniec lipca, gdy dotarła wiadomość, że Armia Czerwona jest już

pod  Radzyminem  i  strzały  słyszeliśmy  w  Legionowie,  Niemcy  zaczęli  pospiesznie  opuszczać  miasto.  Wierzyliśmy,  że

Rosjanie  wkroczą  niebawem  i  wspólnie  pokonamy  wroga.  Tymczasem  oni  zajęli  Pragę  i  stanęli,  a  nam  kazali  walczyć

w  osamotnieniu.  Ledwo  zdążyliśmy  wyjść  na  ulice,  zdobyć  broń  z  niemieckich  koszar,  Niemcy  wrócili  z  większymi

siłami.  Po  trzech  dniach  dowódca  Kłoczkowski  rozwiązał  wszystkie  oddziały  w  Legionowie  i  utworzył  jeden,  który

przeszedł do partyzantki. Reszta dostała rozkaz rozejścia się do domów.

Niemcy  postanowili  zaprowadzić  nowe  porządki.  Zajęli  się  wyłapywaniem  żołnierzy  legionowskiego  podziemia.

Rozpoczęły  się  represje,  rozstrzeliwania.  Zamordowali  między  innymi  dyrektora  mojej  szkoły  Jerzego  Siwińskiego.

Któregoś sierpniowego dnia zarządzili zbiórkę wszystkich mieszkańców. Nie byli jeszcze pewni, co zrobią Rosjanie, więc

nie wywieźli nas do obozów pracy. W końcu starszych puścili do domów, a nas młodzież popędzili do lasu do Nieporętu,

na  teren  przyfrontowy.  Nie  wiedzieliśmy,  jakie  mieli  zamiary,  czy  nas  zaraz  rozstrzelają,  czy  wywiozą  dalej.  A  oni

stworzyli tam obóz przejściowy. Mieliśmy budować umocnienia. Mężczyźni kopali rowy i przygotowywali stanowiska dla

dział w lesie, a my, dziewczyny i kobiety, odchwaszczałyśmy duży parów pod okop. Mężczyźni nocowali pod chmurką,

a dla kobiet przystosowano stodołę. Na szczęście było słonecznie i ciepło. Z Legionowa było nas ze trzysta osób. Parów,

w  którym  pracowałyśmy,  był  dość  głęboki.  Chciałam  pracować  z  moją  koleżanką  Zosią  Kamińską,  a  żeby  się  do  niej

dostać, musiałam pokonać jakieś 20 metrów. Pomyślałam, że zamiast przedzierać się przez krzaki, wdrapię się na górę,

przejdę  ten  kawałek  lasem  i  zejdę  do  niej.  Gdy  wyszłam  z  tego  rowu,  zatrzymałam  się.  Poczułam  się  lekko  i  dobrze.

Ranek, świeże powietrze, niebo błękitne. Jakbym zupełnie zapomniała, w jakiej sytuacji się znajduję. Gdy zrobiłam kilka

kroków,  nagle  usłyszałam  strzał  i  świst  kuli  nad  głową.  Strzelił  Niemiec,  który  nas  pilnował.  Struchlałam.  Najwyraźniej

nie  chciał  mnie  zabić,  bo  gdyby  chciał,  toby  to  zrobił.  Jak  zabijają,  to  świstu  kuli  nie  słychać,  tylko  się  pada  i  koniec.

Zbiegłam z powrotem na dół i do koleżanki nie dotarłam. Wtedy Niemcowi chyba się zrobiło głupio. Przyszedł do mnie

i  kazał  wyjść  z  parowu.  Przestraszyłam  się,  że  chce  mnie  załatwić.  Ale  on  poprowadził  mnie  do  „polowego  biura”,

stanowiska,  gdzie  pracowała  moja  katechetka  ze  szkoły  podstawowej.  Niemiec  oznajmił:  „zostaniesz  tutaj”.  I  tak  się

stało.  Kilka  dni  później  Zosia  rozchorowała  się  na  płuca,  bardzo  słabo  się  czuła.  Namówiłam  ją,  żebyśmy  przekonały

lekarza  obozowego,  że  obie  jesteśmy  chore,  ona  na  płuca,  a  ja  cierpię  na  rozstrój  żołądka.  I  udało  się.  Dostałyśmy

zwolnienie i po tygodniu wróciłyśmy do domu. Tydzień później zwolniono wszystkie kobiety, a mężczyzn pogoniono dalej,

na końcu trafili do obozów.

****

W czasie wojny doświadczyłam wszystkiego w pigułce. Oblężenie Warszawy, aresztowanie (przesiedziałam jedną noc,

mama  ubłagała  Niemca  i  mnie  wypuścili),  okupację,  głód,  konspirację  i  ukrywanie  się  na  strychu  czy  w  zagonach

ziemniaków  przed  łapankami.  Bo  w  Legionowie  Niemcy  też  urządzali  łapanki  w  odwecie  za  akcje  ruchu  oporu

i w ramach planu wyniszczenia narodu polskiego. Najgorszą akcję prowokacyjną zgotowali nam volksdeutsche w 1940

roku. Zamordowali komisarycznego wójta Legionowa o nazwisku Marielke, po czym w zemście hitlerowcy wywieźli do

background image

Palmir  190  najwybitniejszych  działaczy  społecznych  i  politycznych  z  Legionowa  i  okolic.  48  osób  z  mojego  miasta

rozstrzelali  26  lutego  1940  roku.  Potem  było  powstanie  i  obóz  przejściowy.  Wydawało  się,  że  po  zakończeniu  działań

wojennych  powoli  zacznie  wracać  normalność. Ale  28  października  1944  roku  wkroczyli  Sowieci  i  zajęli  miasto.  Mojej

matce  koszmar  rewolucji  znowu  stanął  przed  oczami.  Mieszkała  w  jej  trakcie  w  Rosji  i  była  świadkiem  okrucieństw.

Przed  wojną  w  naszym  domu  „bolszewik”  było  strasznym  słowem.  Myśmy  się  po  prostu  go  bały.  Równało  się

nieszczęściu, czemuś najgorszemu.

Gdy  Rosjanie  wkroczyli  do  Legionowa,  moja  siostra  zapisała  w  swoim  pamiętniku:  „O  Boże,  znowu  się  zaczyna”.

Mojego kolegę od razu następnego dnia aresztowali i wywieźli na Sybir. Zaczęły się masowe aresztowania. Wystarczyło,

że ktoś wydał się podejrzany. Uznając nasz teren za przyfrontowy, rozpoczęli wysiedlanie ludności. Niektórzy za wódkę

potrafili  się  wykupić  i  zostawali.  Moja  matka  nic  nie  miała.  Pewnego  dnia  żołnierze  wyprowadzili  nas  z  domu,  tak  jak

stałyśmy,  wywieźli  wraz  z  kilkoma  innymi  rodzinami  na  furmance,  wyrzucili  gdzieś  na  szosie  i  odjechali.  To  była  ich

metoda. Tak robili przecież w Związku Radzieckim – zostawiali ludzi na pustkowiach, zdanych tylko na siebie. Listopad.

Zimno.  Doszłyśmy  w  końcu  do  najbliższej  miejscowości,  do  Czarnej  Strugi,  gdzie  spędziłyśmy  noc  w  jakiejś  stodole.

Mama się załamała. Ten jedyny raz. Miała dość, nie chciała nawet nam niczego przyrządzić do jedzenia, choć byłyśmy

bardzo głodne. Wtedy po raz pierwszy w życiu gotowałam zupę z kaszą jęczmienną. Nie wiedziałam jeszcze, że kaszę

jęczmienną trzeba wrzucać do gotującej wody, bo wrzucona do zimnej ciemnieje. I zupa wyszła czarna. Spałyśmy tam

na podłodze, a byłyśmy tak wychudzone, że wszystko nas bolało. Do dziś za każdym razem, gdy kładę się spać, czuję się

szczęśliwa, że mogę zasypiać w miękkim łóżku. Tego noclegu na gołych dechach nigdy nie zapomnę.

Następnego dnia doszłyśmy do Radzymina. Tam przydzielono nam pokój u jednej rodziny. Gospodarze zaprosili nas na

święta.  To  była  druga  nasza  najsmutniejsza  wigilia  –  po  tej  pierwszej  bez  ojca  w  trzydziestym  dziewiątym.  W  pokoju

stała  duża  przystrojona  choinka.  Tak  bardzo  się  ucieszyłyśmy  na  jej  widok,  ale  gdy  tylko  zjedliśmy  kolację,  gospodyni

oznajmiła: „Teraz rozbieramy choinkę. Bo jak Rosjanie zobaczą, że świętujemy, wszystko nam zabiorą i nas aresztują”.

Ogarnęła nas rozpacz. Na każdym kroku potem czułyśmy zagrożenie ze strony Sowietów. Pamiętam, że wezwano mnie

na  służbę  do  szpitala  polowego  z  rosyjskimi  żołnierzami.  Przeżyłam  koszmar,  oznajmiłam  mamie,  że  pod  żadną  groźbą

tam nie wrócę. Uratowała mnie szkoła.

W  lutym  w  Radzyminie  otwarto  szkołę  średnią  z  internatem,  razem  z  siostrą  Janką  przeprowadziłyśmy  się  tam  i  już

zostałyśmy  do  matury.  Obie  zrobiłyśmy  maturę  i  zdobyłyśmy  kwalifikacje  pedagogiczne.  Duża  grupa  nas  akowców

znalazła  w  tej  szkole  dom,  naukę,  jedzenie.  Z  legionowskiej  grupy  konspiracyjnej  było  nas  aż  dziesięcioro.  Moja  mama

z najmłodszą siostrą Ludwiką, gdy tylko dostały pozwolenie, wróciły do Legionowa.

Nie  wiem,  jak  to  się  działo,  że  moja  mama,  która  była  sama,  nigdzie  na  stałe  nie  pracowała,  nie  miała  żadnych

zasobów,  potrafiła  zadbać,  żebyśmy  skończyły  szkoły.  Nie  posłała  nas  do  pracy,  chciała,  żebyśmy  się  kształciły.

I osiągnęła swój cel.

****

Chcąc przybliżyć atmosferę tamtych trudnych lat, w których przyszło nam dorastać, napisałam książkę o legionowskich

Kolumbach.  Najważniejszy  był  dla  nich  obowiązek  służenia  ojczyźnie.  Uważali  ją  za  coś  bardzo  ważnego,  własnego,

kochanego,  koniecznego  do  życia.  Ojczyzna  była  dla  nich  wartością,  dla  której  warto  było  cierpieć,  walczyć,  nawet

zginąć. My, byli żołnierze AK i harcerze Szarych Szeregów, pielęgnowaliśmy wspomnienia na spotkaniach koleżeńskich,

utrzymywaliśmy  przyjacielskie  więzi,  pisaliśmy  do  siebie  listy.  Gromadziłam  te  materiały  i  tak  powstała  moja  książka

Czas próby,  wydana  w  2011  roku.  W  jej  opracowaniu  pomogło  mi  Muzeum  Historyczne  w  Legionowie  oraz  władze

background image

samorządowe miasta i powiatu. Na okładce jest zdjęcie z naszej akcji umieszczenia napisu „Polska zmartwychwstanie”.

Pamięć  zatarła  szczegóły.  Pamiętam  jednak,  że  zawsze  nosiłyśmy  przy  sobie  kredę  i  kawałek  czerwonej  cegły.

W  każdej  sprzyjającej  okoliczności  kreśliłyśmy  znaki  Polski  Walczącej  na  murach,  ogrodzeniach  i  słupach.  Napis

uwieczniony  na  okładce  książki  został  starannie  wykonany  przed  świętami  Wielkanocy,  w  kwietniu  1944  roku.

Umiałyśmy  zręcznie  kreślić  litery,  bo  w  naszej  szkole,  oficjalnie  „handlówce”,  uczyłyśmy  się  pisma  technicznego.

Umieszczenie tego napisu na ogrodzeniu stolarni, którą kierował ojciec jednej z moich koleżanek, Alicji Witkowskiej, ps.

„Igiełka”,  było  dla  nas  niezatartym  wspomnieniem.  W  bardziej  niebezpiecznych  akcjach  ubezpieczali  nas  koledzy

z drużyn męskich. Jeden z nich zrobił też zdjęcie tego napisu i naszej grupy „Sosen”. Taki był kryptonim mojego zastępu.

Bronisława Romanowska-Mazur

urodziła  się  w  1926  roku  w  Śniadowie  koło  Łomży.  Od  1930  mieszka  w  Legionowie.  Po  wojnie  podjęła  pracę

nauczycielską i jednocześnie studiowała. Gdy nawiązała kontakt z ojcem po 1946 roku, starała się o wyjazd do Anglii na

uczelnię.  Jednak  nie  dostała  pozwolenia  ani  paszportu.  Ojca  odwiedziła  dopiero  w  1965  roku.  Zaocznie  ukończyła

filologię polską na Wyższych Zawodowych Studiach Nauczycielskich w Warszawie. Pracowała w Szkole Podstawowej

nr 1 w Legionowie do 1981 roku. W 2003 roku została Honorowym Obywatelem Miasta Legionowa. Jest matką dwojga

dzieci.  Od  wielu  lat  prezesuje  Kołu  Armii  Krajowej  w  Legionowie.  Stoi  na  czele  miejscowego  środowiska  Szarych

Szeregów.  Stara  się  dokumentować  wojenne  wydarzenia  i  upamiętniać  ludzi,  którzy  je  współtworzyli.  Dzięki  jej

zaangażowaniu oraz pomocy koleżanek i kolegów powstały liczne znaki pamięci na terenie byłego I Rejonu VII Obwodu

„Obroża” Okręgu Warszawskiego AK.

3

background image

Szczęściara

Barbara Wilczyńska-Sekulska
pseudonim „Penelopa”, łączniczka i sanitariuszka, Batalion „Kiliński”, IV
kompania „Watra”

Mówi, że zawsze dopisywało jej szczęście, najlepszym dowodem na to jest fakt, że ciągle żyje. W czasie wojny nie raz

umknęła  śmierci;  a  to  udało  jej  się  ukryć  przed  łapanką,  a  to  zbiec  w  porę  i  uniknąć  transportu  do  obozu,  ani  razu  nie

oberwała odłamkiem, nie trafił jej granat, nie utopiła się w kanale, a do tego rodzice przeżyli wojnę.

Miałam dużo szczęścia. Dużo więcej niż inni. Dziś nadal mieszkam w kamienicy, którą mój ojciec odbudował

po wojnie. Choć na pewno nie wyglądam już jak dawniej. Z dziesięć lat temu przydarzyło mi się coś zabawnego.

To było na spotkaniu kombatantów, członków batalionu „Kiliński”, do którego należałam. To był niegdyś duży

batalion, liczył dziewięć kompanii, więc oczywiście wszyscy się nie znaliśmy. Rozmowa zeszła na początek wojny,

na szkołę. I widzę, że wpatruje się we mnie jeden mężczyzna, łysy jak kolano. W końcu pyta mnie:

– Jak się nazywasz z domu?

– Wilczyńska – odpowiadam.

– To ty, Baśka? Gdzie są twoje warkocze?

Przyglądam mu się i nagle go rozpoznaję.

– Andrzej? A gdzie są twoje bujne włosy?

Okazało się, że chodziliśmy do jednej klasy w podstawówce. A potem byliśmy w tym samym batalionie w czasie

powstania warszawskiego. Rozpoznaliśmy się dopiero po kilkudziesięciu latach. To było wzruszające.

Chodziłam do szkoły powszechnej przy alei Szucha. Uczyło się tam dużo dzieci wojskowych – na pewno nie byliśmy

młodzieżą  bananową,  jak  to  się  dzisiaj  mówi,  a  za  to  przepełnioną  duchem  patriotyzmu.  Taka  też  panowała  atmosfera

w naszym domu. Mój ojciec w wieku siedemnastu lat jako ochotnik brał udział w bitwie o Grodno w 1920 roku podczas

wojny polsko-bolszewickiej. Należał do Związku Strzeleckiego, organizacji popularnie zwanej Strzelec. Śmieję się, że to

rodzinne, bo potem ja w tak młodym wieku poszłam w jego ślady, wstępując do AK. (Zresztą w jego ślady poszłam nie

tylko  w  tym.  Tak  jak  on  zostałam  po  wojnie  stomatologiem.  Tata  specjalizował  się  w  protetyce,  ja  w  chirurgii).  No

i w genach odziedziczyłam patriotyzm. W dzieciństwie moją największą przyjemnością było czytanie książek, zwłaszcza

historycznych, o dziejach Polski. Podkradałam je z półek rodziców. Szalałam z radości, gdy na któreś urodziny dostałam

Trylogię Sienkiewicza – najbardziej chyba dlatego, że składała się z tak wielu tomów.

Szkołę  powszechną  skończyłam  w  1939  roku  i  zdałam  egzamin  do  Gimnazjum  im.  Jana  Kochanowskiego,  przy  ulicy

Rozbrat. Ale we wrześniu wybuchła wojna. Całe oblężenie Warszawy przeżyłam oczywiście tu, w Śródmieściu. Ciągle

widzę Niemców triumfalnie wjeżdżających na motocyklach na plac Zbawiciela. To był okropny dzień, okropne przeżycie.

Zawsze  mieszkałam  w  Śródmieściu  w  obrębie  takich  ulic,  jak  Śniadeckich,  Koszykowa,  Wilcza.  Do  dziś  przecież.  Na

chwilę przenieśliśmy się na Bracką do ciotki, bo mieszkała na parterze. Wydawało się, że w razie bombardowania tam

będzie bezpiecznej.

background image

****

Po kapitulacji Warszawy do gimnazjum chodziłam tylko przez miesiąc, potem Niemcy pozamykali szkoły. Dyrekcje wielu

szkół, również mojej, zorganizowały tajne komplety, na które chodziłam. Wszystko odbywało się pod przykrywką szkoły

krawieckiej.  Miałyśmy  legitymacje,  że  niby  tam  uczęszczamy,  coś  szyjemy,  a  w  domach  spotykałyśmy  się  na

prawdziwych  lekcjach.  Było  nas  zwykle  około  ośmiu  dziewcząt,  zajęcia  się  odbywały  na  zmianę  w  różnych  domach.

W  ten  sposób  do  wybuchu  powstania  zaliczyłam  cztery  klasy  gimnazjum,  czyli  zrobiłam  tak  zwaną  małą  maturę.

Uczyłyśmy  się,  ale  byłyśmy  młode,  więc  też  chciałyśmy  się  bawić.  W  miarę  możliwości.  No  i  lubiłyśmy  przechytrzać

Niemców.  Pewnego  dnia  Niemcy  chodzili  od  domu  do  domu  i  przeprowadzali  kontrolę. Akurat  komplety  odbywały  się

u  mnie  w  mieszkaniu  na  Śniadeckich.  Tu  też  ojciec  miał  swój  gabinet  stomatologiczny,  który  często  służył  za  dobrą

przykrywkę. Gdy więc tylko ktoś przyniósł nam tę informację, dwie dziewczyny od razu poszły do gabinetu ojca, udając

pacjentki, a dwie do sąsiadów na górę, tak więc na niczym nas nie przyłapali.

W czasie okupacji w domu zawsze dużo się działo, przewijało się wiele osób, organizowaliśmy akcje, nawiązywaliśmy

kontakty,  głównie  przez  mojego  brata  ciotecznego  Janka.  Był  kilka  lat  ode  mnie  starszy.  Jego  ojciec  był  inżynierem

i wojskowym. Gdy wybuchła wojna, pracował w Kanadzie przy budowie samolotów. I tam spędził całą okupację. Więc

rodzice  pomagali  ciotce  i  Jankowi.  A  Janek  chodził  na  komplety  swojego  gimnazjum  tuż  obok  naszego  domu  –  na

Koszykową,  więc  często  stołował  się  u  nas  razem  z  kolegami.  Zaprzyjaźniliśmy  się  wszyscy.  Gdy  nadarzała  się  taka

możliwość,  jeździliśmy  pod  Warszawę  do  Świdra  czy  Otwocka,  tam  rozciągaliśmy  siatkę  między  drzewami  i  graliśmy

w  siatkówkę.  Miałam  też  swoją  sympatię  i  chodziłam  na  randki.  Mój  adorator  mieszkał  na  Żoliborzu  –  to  był  kolega

Janka  oczywiście.  Spotykaliśmy  się  rano  w  sobotę  o  godzinie  siódmej  czy  ósmej  rano  na  mszy  w  kościele  Zbawiciela.

Zawsze przynosił mi jakiś kwiatek, który wpinałam we włosy, i po mszy szliśmy na spacer do Łazienek. Miałam wtedy

czternaście, piętnaście lat. Dziś wiem, że on też brał udział w powstaniu, ale wtedy nasze drogi się nie skrzyżowały. Był

w innym zgrupowaniu. Został ranny i prawdopodobnie trafił do szpitala gdzieś na Sadybie, a szpital został spalony przez

Ukraińców. W każdym razie nie znaleziono jego ciała, do dziś nie ma grobu.

Nie  urządzaliśmy  prywatek,  ale  spotykaliśmy  się  całą  grupą  regularnie.  Zawsze  w  domach.  A  to  na  prywatnych

koncertach – Niemcy mieli dobry słuch, wyczulony zwłaszcza na Chopina, jak usłyszeli jego muzykę na ulicy, można było

mieć poważne kłopoty, ale to nas specjalnie nie zniechęcało – im bardziej patriotycznie, tym lepiej. A to z innych okazji.

Gdy już zgromadziliśmy się u kogoś, spotkania przeciągały się do rana. Obowiązywała godzina policyjna. Nie można było

wyjść w środku nocy.

Kiedyś zorganizowałam dla naszej gromady andrzejki. Z pracowni protetycznej ojca podebraliśmy wosk. Stopiliśmy go

i  jakoś  tak  się  stało,  że  w  czasie  wróżenia  prysnął  na  ścianę  w  salonie.  A  u  nas  na  ścianach  były  tapety.  Więc

konsternacja, co zrobić. W naszej grupie był taki chłopak, którego ojciec szczególnie lubił. Więc mówimy mu: „Jurek, idź,

ojca  zaczaruj,  a  my  w  tym  czasie  spróbujemy  usunąć  ten  wosk”.  Żelazkiem  próbowaliśmy  go  stopić  ze  ściany.  No

i  udało  się.  Trochę  ślad  został,  ale  tata  nam  wybaczył.  W  końcu  nie  żałował  nam  tych  niewielu  rozrywek,  jakie  sobie

fundowaliśmy. Nieraz wieczorami wymykaliśmy się na ulicę, malowaliśmy patriotyczne napisy czy rozklejaliśmy nalepki.

Naprawdę  ciągle  coś  się  działo.  Niestety  pewnego  dnia  do  mieszkania  mojej  ciotki  i  Janka  wtargnęli  Niemcy.  U  nich

w  domu  akurat  odbywało  się  tajne  spotkanie.  Zrobili  kocioł,  wszystkich  wyłapali.  Mojego  brata  ciotecznego  z  kolegami

wywieźli do Oświęcimia. Tam zginął, tylko dwóch chłopaków z tamtej grupy ocalało.

****

background image

Każdy wstępował do tej organizacji, do której miał jakieś wejścia. Bo przecież były różne. Była jesień 1942 roku. Jedna

z  koleżanek  z  kompletów  –  o  rok  czy  dwa  ode  mnie  starsza  –  spytała,  czy  nie  chciałabym  dołączyć  do  konspiracji.

Oczywiście, że chciałam. Miałam niecałe szesnaście lat i wstąpiłam do IV kompanii batalionu „Kiliński”, należącego do

Armii Krajowej. Choć nie powinnam, to nie mogłam nie powiedzieć o tym rodzicom. Mama pewnie z chęci walki, ale też

z  troski  o  mnie  zgłosiła  się  ze  mną.  Razem  działałyśmy  zarówno  w  czasie  okupacji,  jak  i  powstania.  Do  końca.  Na

jednakowych zasadach.

W  „Kilińskim”  było  dziewięć  kompanii,  wszystkie  walczyły  w  Śródmieściu,  poza  IV  właśnie,  która  miała  swoją

siedzibę  na  Woli.  Obrałam  pseudonim  „Penelopa”,  bo  akurat  na  lekcjach  przerabialiśmy  starożytną  historię.  Czym  się

zajmowaliśmy?  Przede  wszystkim  przechodziliśmy  szkolenia  z  terenoznawstwa,  ze  składania  broni,  strzelania,  a  także

roznosiliśmy  tajną  prasę,  dostarczaliśmy  dokumenty  i  broń.  Nasza  patrolowa  Marysia  była  studentką  medycyny

i przygotowywała dziewczyny do służby w roli sanitariuszek. Działaliśmy w obrębie pewnej grupy, w której się znaliśmy,

spotykaliśmy się w domach. U jednej z koleżanek mieliśmy zbiórki z naszym dowódcą, porucznikiem „Watrą” (kompania

nazywała się też IV kompanią „Watra”).

Raz z koleżanką dostałyśmy rozkaz. Miałyśmy dostarczyć pistolety i granaty ze Śródmieścia na Wolę. Akcja okazała

się trudniejsza, niż się spodziewałyśmy. Do dziś czuję lęk, gdy wspominam tamten dzień. To była jesień, szybko robiło się

ciemno. Poupychałyśmy broń po kieszeniach i wyruszyłyśmy. W drodze zaskoczyła nas łapanka. Nie wiedziałyśmy, co

robić.  Wycofałyśmy  się  i  skręciłyśmy  w  boczną  uliczkę,  gdzie  wcześniej  zauważyłyśmy  knajpę.  Znajdowała  się

w  suterenie.  Zbiegłyśmy  do  niej  po  schodkach.  Weszłyśmy  do  środka  i  natknęłyśmy  się  od  razu  na  pijanych  facetów.

Konsternacja.  Dwie  nastolatki  z  warkoczami,  a  tu  pijatyka.  Nie  było  odwrotu.  Dość  nieprzyjemnie,  ale  udało  nam  się

przeczekać, wyjść cało i dokończyć akcję.

****

Przed wybuchem powstania, przed 31 lipca, zostaliśmy skoszarowani w mieszkaniu u jednej z koleżanek na Śliskiej. Moja

mama też tam była. 1 sierpnia dowódca „Watra” wysłał mnie z meldunkiem o godzinie „W” do plutonu stacjonującego

przy  Młynarskiej  na  cmentarzu  ewangelickim.  Ledwie  dotarłam  na  miejsce  i  dopadłam  dowódcę,  porucznika  „Hipka”,

z  informacją,  a  już  kilka  minut  później  rozpoczęła  się  strzelanina.  Zaczęło  się  wcześniej.  Bardzo  chciałam  wrócić  do

swoich, wiedziałam, że nasza kompania miała atakować szkołę żandarmerii na rogu Żelaznej i Leszna. Dziś znajduje się

tam  urząd  dzielnicy  Wola.  Wzdłuż  ulicy  Leszno  przebiegał  mur  getta.  Od  Młynarskiej  nie  udało  mi  się  przedostać  do

Śliskiej, gdzie zostało dowództwo i reszta moich chłopaków. Na Gibalskiego trafiłam na chłopców z Szarych Szeregów.

Przenocowałam  u  nich.  Rano  przedostałam  się  do  Okopowej  i  w  końcu  u  sióstr  zakonnych  na  Lesznie  znalazłam  mój

patrol sanitarny. Cieszyłam się, że odnalazłam mamę.

Kolejnego  dnia  Niemcy  bardzo  już  nacierali  od  strony  Woli.  Powstańcy,  którzy  się  stamtąd  wycofywali,  zabrali  nasz

oddział z noszami, opatrunkami i całym ekwipunkiem i wspólnie przeszliśmy na Grzybowską. Tam zostaliśmy ze dwa dni.

W tym czasie rozegrała się walka na rogu Żelaznej i Chłodnej – powstańcy zdobyli ogromny bunkier niemiecki. Po akcji

przyprowadzili nam jeńców niemieckich. Pierwszy raz musiałam opatrywać esesmana. Z jednej strony, widząc rannego

człowieka,  chciałam  mu  pomóc,  ale  z  drugiej  czułam  wielką  niechęć.  (W  latach  70.  jako  stomatolog  zostałam

wydelegowana  do  pracy  w  NRD  i  muszę  przyznać,  że  nawiązałam  całkiem  przyjemne  stosunki  z  tamtejszymi  ludźmi.

Życzyłabym sobie mieć takie stosunki w pracy w Polsce, jak miałam wtedy tam, więc bardzo różnie się układa i nic nie

jest jednoznaczne). Nie było wyjścia, musiałyśmy ich opatrzyć.

Stamtąd później wyruszyliśmy z rannymi powstańcami do sądów – ciągle liczyłyśmy z mamą, że trafimy na naszych

background image

chłopaków  z  „Kilińskiego”.  Na  miejsce  dotarliśmy  po  południu.  Sale  były  wolne,  dostałyśmy  pokój,  mogłyśmy  chwilę

odpocząć. Pierwszy raz od kilku dni wreszcie wyciągnęłam się na łóżku. Co to była za ulga. Ale upłynęło zaledwie kilka

godzin  i  przyszedł  rozkaz,  żeby  rannych  przenieść  z  sądów  do  szpitala  maltańskiego.  Z  Leszna  ulicą  Elektoralną

przedostaliśmy  się  z  noszami  na  Senatorską.  Szpital  znajdował  się  w  pałacyku,  gdzie  przed  wojną  mieściła  się  Resursa

Kupiecka.  Powstał  w  1939  roku  i  działał  przez  całą  okupację.  W  czasie  powstania  Niemcy  nadal  traktowali  go  jak

normalny szpital, nie powstańczy. Podczas okupacji właśnie tam przechodziłyśmy z mamą szkolenie sanitarne, miałyśmy

wykłady  i  egzaminy.  I  przyniosło  nam  to  szczęście.  Gdy  padł  rozkaz,  że  po  przetransportowaniu  rannych  mamy  się

rozejść, każdy w swoją stronę, nie wiedziałyśmy, dokąd się udać, gdzie szukać naszego oddziału. Wtedy rozpoznała nas

siostra przełożona i zatrudniła nas obie w szpitalu na stanowiskach pielęgniarek. Dwa dni później toczyły się ciężkie walki

na placu Teatralnym, wtedy – jak się później okazało – zginął nasz poeta Kamil Baczyński.

Długo  nie  cieszyłyśmy  się  spokojną  pracą.  Po  kilku  dniach  przed  wejście  główne  zajechały  samochody,  rozległo  się

szczekanie  po  niemiecku  i  padły  strzały.  Wszystko  działo  się  szybko.  Niemcy  zaraz  po  przekroczeniu  progu  otworzyli

ogień. Na szczęście, żeby wejść do głównej sali, trzeba zejść trzy stopnie w dół, tak więc nikt nie został trafiony, łóżka

stały poniżej linii ostrzału, a my zdążyłyśmy ukryć się między nimi. Gdy Niemcy zajęli szpital, zrobiło się nerwowo. Choć

był  to  szpital  cywilny,  leżało  tam  wielu  powstańców,  którzy  mieli  przy  sobie  broń.  Nie  można  było  się  zdradzić.  Po

kryjomu  zebrałam  broń  od  tych  chłopaków,  pistolety,  naboje,  i  w  nocy  ukryłam  wszystko  w  ogródku.  Ocaleliśmy  tylko

dlatego,  że  na  piętrze  leżeli  ranni  Niemcy,  którzy  przyznali,  że  byli  dobrze  traktowani  przez  polski  personel.  Dwa  dni

później  wrogie  wojska  wycofały  się  sprzed  budynku  tak  samo  niespodziewanie,  jak  się  pojawiły.  W  szpitalu  znowu

zapanował spokój.

****

Mimo  pracy  w  szpitalu  nadal  zależało  mi,  żeby  odnaleźć  swój  oddział  z  „Kilińskiego”.  Wypytywałam  powstańców

docierających ze Starego Miasta i odwiedzających rannych kolegów. W końcu wyprosiłam u siostry przełożonej wolny

dzień, założyłam biały fartuch, opaskę i ruszyłam na poszukiwania. Dostałam małą łączniczkę – ośmioletnią dziewczynkę,

która  przez  ruiny  wyprowadziła  mnie  na  ulicę  Długą. A  tam  rozpytywałam  się  po  drodze  o  swoich.  I  znowu  los  się  do

mnie uśmiechnął, bo spotkałam czterech chłopaków z mojej kompanii. Najpierw nie poznali mnie w tym fartuchu, ale po

chwili  już  się  ściskaliśmy  i  bardzo  cieszyliśmy.  Oddział  przebywał  wtedy  na  Starym  Mieście  w  Wytwórni  Papierów

Wartościowych.  Nie  miał  sanitariuszek,  chłopcy  bardzo  chcieli,  żebym  z  mamą  do  nich  dołączyła.  Nie  musieli  mnie

namawiać.  Zgodziłam  się  oczywiście.  Uradowana  wróciłam  po  mamę  i  jeszcze  tego  samego  dnia  zgłosiłyśmy  się

w Wytwórni. Znowu poczułam się bezpiecznie, byłam wśród ludzi, którym ufałam i którzy ufali mnie.

Spędziłyśmy tam kilka tygodni, niemalże do końca sierpnia. Dyżurowałyśmy przy barykadach na terenie Wytwórni. Ja

zazwyczaj  pełniłam  wartę  przy  ulicy  Zakroczymskiej.  Pewnego  dnia  do  Wytwórni  trafił  mój  kolega  „Lewek”,  którego

poznałam  na  początku  wojny  przez  Janka.  Okazało  się,  że  służył  w  zgrupowaniu  pułkownika  „Leśnika”.  To  była  miła

niespodzianka,  bo  przecież  nie  wiedzieliśmy,  kto  w  jakim  zgrupowaniu  się  znajdował.  Nie  mieliśmy  wiele  czasu  na

rozmowy,  bo  nie  minął  dzień  i  razem  z  mamą  zostałyśmy  wysłane  na  Żoliborz.  Ledwo  wyruszyłyśmy,  w  Wytwórni

wydarzyła się okropna tragedia.

Wytwórnia  miała  bardzo  głębokie  piwnice;  gdy  ją  budowano,  przygotowano  tam  schron  dla  prezydenta.  W  tym

schronie  doktor  Hanna  Petrynowska,  ps.  „Rana”,  zorganizowała  punkt  sanitarny  i  szpital  powstańczy  dla  obrońców

gmachu i rannych. 28 sierpnia Niemcy tam weszli, zastrzelili lekarkę i sanitariuszki, po czym wrzucili granaty do środka,

zabijając wszystkich rannych. Niemcy byli okrutni. Nie mieli żadnych skrupułów.

background image

My  w  tym  czasie  byliśmy  już  w  kanałach  i  przeprawialiśmy  się  na  Żoliborz.  Było  nas  około  czterdziestu  osób

z kompanii „Watra” z batalionu „Kiliński”. Wędrowaliśmy kilka godzin. Weszliśmy na placu Krasińskich. To był ogromny

kanał, jak się stanęło, to ręką nie można było dosięgnąć sklepienia – tzw. burzowiec. Woda w nim była głęboka i bystra.

Mieliśmy przewodnika, który nas prowadził. Każdy z nas trzymał się liny, żeby się nie zgubić. Gdzieniegdzie czołgaliśmy

się na czworakach, a najtrudniej było przejść przez rwący potok w kanale – tam dużo ludzi ginęło, topiło się. Nasza grupa

chyba  dzięki  tej  linie  przeszła  bez  szwanku.  Trasa  prowadziła  od  placu  Krasińskich,  pod  Cytadelą,  pod  Dworcem

Gdańskim aż do ulicy Krasińskiego. Wyjście z kanału znajdowało się niefortunnie za barykadą naszych, więc musieliśmy

cicho się wydostawać, żeby nie wpaść od razu w łapy Niemców.

****

Dopóki Stare Miasto nie padło, na Żoliborzu działo się dość dobrze. Wyszliśmy z kanału jak do innego świata. W oknach

były  szyby,  w  ogródkach  rosły  pomidory  i  jarzyny.  Do  tego  panowała  tam  świetna  organizacja  w  przeciwieństwie  do

chaosu,  jakiego  doświadczyliśmy  na  Woli,  gdzie  z  każdej  strony  ktoś  strzelał,  gdzie  masowo  Niemcy  mordowali  ludzi.

A na Żoliborzu porządek. Do tego stopnia, że nawet działał szewc, który zreperował mi rozlatujące się buty. Dowództwo

kazało  sprawdzić  nasze  umiejętności  przed  przydzieleniem  do  konkretnej  grupy.  Wzięli  mnie  z  matką  na  egzamin,  pani

doktor  nas  przepytywała,  legitymacja  ze  Śródmieścia  nie  wystarczała.  W  końcu  przydzielono  nas  do  drugiej  kompanii

w  zgromadzeniu  „Żubra”,  który  stacjonował  akurat  w  budynku  Szkoły  Straży  Pożarnej  przy  ulicy  Potockiej.  Potem

zostałyśmy  oddelegowane  do  tzw.  olejarni  –  pałacyku  Norblina  przy  ulicy  Gdańskiej  33  –  która  swoją  nazwę

zawdzięczała dużym zapasom oleju rzepakowego, bardzo cennego dla ludności cywilnej.

Po  dwóch  tygodniach  spokoju,  14  września,  Niemcy  rozpoczęli  atak  na  Żoliborz.  Placówka  w  olejarni  była  mocno

wysunięta,  do  tego  znajdowała  się  niedaleko  Wisły.  Zarówno  my,  jak  i  Niemcy  mieliśmy  informację,  że  Rosjanie  już

zaczęli gromadzić się po drugiej stronie rzeki. Nikt nie przypuszczał wtedy, że Rosjanie bynajmniej nie zamierzali pomóc

walczącej  Warszawie.  Niemcy  chcieli  odsunąć  powstańców  od  Wisły.  Zaczęły  się  największe  walki  na  Żoliborzu

i Marymoncie. Dla mnie to były najtrudniejsze chwile w całym powstaniu.

Usłyszałyśmy  wybuch.  Wpadli  chłopcy  do  olejarni  z  informacją,  że  są  ranni.  Ja,  mama  i  koleżanka  pobiegłyśmy  ich

opatrywać. Niemcy nie przerwali ostrzału na nasz widok. Ranny został Mietek, ps. „Żbik”, mój kolega z „Kilińskiego”.

We trzy stanęłyśmy nad nim, żeby go osłonić. Próbowałam rozerwać mu bluzę, żeby jak najszybciej założyć opatrunek.

On, jak my wszyscy, którzy przyszliśmy ze Starego Miasta, nosił zdobyczne umundurowanie niemieckie, więc bluza była

gruba,  porządna.  I  wtedy  w  naszym  kierunku  poszedł  drugi  pocisk  –  Mietek  dostał  w  nogę  i  jeszcze  raz  w  rękę.  Moją

mamę trafił w nogę odłamek, który odciął jej kawałek łydki. Mama ledwo chodziła, nie wiedziałyśmy, jak wynieść Witka,

bo  chłop  był  duży.  Przy  plecaku  miałam  przymocowany  koc  –  położyłyśmy  go  na  nim  i  z  koleżanką

przetransportowałyśmy go przez ogródki działkowe do szpitala, który mieścił się w piwnicach domów spółdzielczych na

Krechowieckiej.  Mietka  skierowano  od  razu  na  operację.  Zanim  położyli  go  na  stole,  poprosił  mnie,  żebym  mu  zapaliła

papierosa. Więc zapaliłam mu. Mam tę scenę do dziś przed oczami. Zmarł kilka chwil po tym.

Mamę  opatrzyli,  nie  wiedziałam,  co  dalej  robić,  dokąd  się  udać,  nie  znałam  nikogo  na  Żoliborzu.  Po  drugiej  stronie

Krasińskiego,  w  willi,  znajdował  się  ośrodek  dla  mniej  rannych,  więc  tam  zabrałam  mamę  i  zostałam  z  nią  jako  pomoc

sanitarna.  30  września  Niemcy  zaatakowali  naszą  willę.  Ci  ranni,  którzy  zdołali,  przedostali  się  do  cywilnego  bloku,  ja

z matką też tam poszłyśmy. Zdjęłyśmy opaski i dołączyłyśmy do ludności cywilnej. To był koniec.

****

background image

Z Żoliborza Niemcy pogonili nas na Dworzec Zachodni. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak mojej mamie z tą

chorą nogą musiało być ciężko iść taki kawał drogi. Nie chciałam, żeby mnie z nią rozdzielono, więc też udawałam ranną

–  unieruchomiłam  rękę  na  desce  i  obwiązałam  bandażem,  przy  okazji  ukrywając  zegarek  na  nadgarstku. A  że  często

cierpiałam  na  zapalenie  stawów,  pomyślałam,  że  zawsze  jakoś  się  wytłumaczę.  Trafiłyśmy  do  przejściowego  obozu

w  Pruszkowie.  A  tam  znowu  los  mi  sprzyjał.  Oszukałam  lekarzy,  że  jesteśmy  ranne  i  nie  nadajemy  się  do  pracy.

Zwolniono  nas,  dzięki  czemu  uniknęłyśmy  transportu  do  kolejnego  obozu.  Gdy  wyszłyśmy  za  mury,  pierwszą  noc

spędziłyśmy  w  Pruszkowie  w  domu  u  kolegi  powstańca,  któremu  też  udało  się  wydostać  z  obozu.  Następnego  dnia

postanowiłyśmy  dotrzeć  do  Żyrardowa,  gdzie  mieszkał  z  kolei  dobry  znajomy  ojca.  Żeby  dostać  się  do  pociągu,

musiałyśmy  przejść  przez  kontrolę.  Jakoś  się  udało.  W  przedziale  naprzeciwko  nas  siedział  Niemiec,  nie  esesman,  ale

wojskowy.  Zaczęłam  z  nim  rozmawiać.  Znałam  niemiecki  dość  dobrze  i  tak  go  jakoś  oczarowałam,  że  w  Żyrardowie

wyprowadził  mnie  i  mamę  pod  rękę,  niby  swoje  znajome,  do  tego  jeszcze  –  ponieważ  była  już  godzina  policyjna  –

odprowadził nas do domu tego kolegi taty. I tym razem nam się poszczęściło. Po kilku dniach w drzwiach stanął ojciec.

Cała nasza rodzina była znowu w komplecie. Okazało się, że tata z Pruszkowa trafił do Krakowa. Dostał przepustkę na

kilka dni i przyjechał po nas.

****

W  Krakowie  zamieszkaliśmy  na  Karmelickiej.  Ojciec  otworzył  gabinet  dentystyczny.  W  styczniu  1945  roku  Niemcy

zorganizowali obławę na warszawiaków. Bo podobno krakowiacy się skarżyli, że my im wszy do miasta przywieźliśmy.

Gestapowcy  chodzili  po  domach  i  szukali  przyjezdnych.  Przyszli  do  nas,  mamy  na  szczęście  nie  było  akurat  w  domu.

Wylegitymowali mnie i ojca, a że mieliśmy dokumenty warszawskie, to nas wyprowadzili. Przeszukali dom. Gabinet miał

okna na ulicę, ale nie było w nich zasłon. Niemcy nie mogli zapalić światła, bo obowiązywało zaciemnienie, a w styczniu

jak wiadomo wcześnie zapada zmrok. Więc tylko zajrzeli tam i nie dojrzeli, że pod biurkiem zdążył się ukryć mój kolega

z powstania. Jak zwykle ktoś się u nas przechowywał.

Na  Prądniku  spędziliśmy  dwa  tygodnie.  Po  tym  czasie  Niemcy  wszystkich  –  parę  tysięcy  osób  –  wyprowadzili

z  obozu  i  popędzili  na  dworzec.  Szliśmy,  tworząc  kolumnę  na  szerokość  całej  ulicy  –  niczym  taka  ruchoma  masa

posuwaliśmy  się  do  przodu.  W  pewnym  momencie  cały  ten  tłum  musiał  się  ścisnąć,  by  ominąć  stojący  na  drodze  wóz

zaprzężony  w  konie.  Wtedy  skorzystałam  z  zamieszania,  szybko  wczołgałam  się  pod  te  konie  i  przeturlałam  na

krawężnik.  Jakiś  facet  złapał  mnie  za  rękaw  i  wciągnął  na  chodnik.  Żandarm  nie  zwrócił  na  mnie  uwagi,  na  szczęście

byłam w normalnym ubraniu i miałam przy sobie dokumenty. Ojciec nawet nie drgnął, nie chciał mnie zdradzić. Przeszedł

z tłumem dalej. Trafił do obozu na terenie Polski, skąd później szczęśliwie wrócił.

Tamtego  dnia  musiałam  jeszcze  dotrzeć  na  Karmelicką.  Wsiadłam  w  tramwaj,  tuż  przed  rynkiem  zatrzymało  nas

gestapo. Z przodu wagonu były miejsca dla Niemców, z tyłu dla Polaków. A ja stałam zaraz przy tej części niemieckiej.

Gdy żandarmi kazali wszystkim wysiąść, ja zamiast iść do tyłu, skierowałam się do przedniego wyjścia. Jakby nigdy nic.

Gdy  tylko  odeszłam  na  bezpieczną  odległość,  rzuciłam  się  biegiem  do  kościoła  św.  Anny.  Usiadłam  na  ławce

i  dziękowałam  Bogu.  Gdyby  wtedy  mnie  zatrzymali,  to  nikt  nie  wiedziałby,  co  się  ze  mną  stało.  Ledwie  uniknęłam

jednego  obozu,  a  o  mały  włos  trafiłabym  zapewne  do  kolejnego  transportu.  Z  mamą  wyjechałyśmy  do  Mszany,  do

Krakowa  wróciłyśmy  na  „wyzwolenie”  –  czyli  na  wkroczenie  wojsk  sowieckich.  Jakież  było  nasze  zdziwienie,  gdy

wśród  wyzwalających  miasto  wypatrzyłyśmy  wujka.  Okazało  się,  że  w  czasie  wojny  trafił  do  armii  Berlinga  i  zdążył

awansować  na  generała.  Po  wojnie  został  mianowany  attaché  wojskowym  w  Moskwie. Ale  szybko  nowe  władze  go

zdegradowały, a potem prześladowały. Dopiero po śmierci został zrehabilitowany.

background image

Po wyzwoleniu w Krakowie znalazły się też moje nauczycielki z gimnazjum, które poświadczyły, że ukończyłam cztery

klasy  na  kompletach.  We  wrześniu  1945  roku  zdałam  maturę  w  trybie  eksternistycznym  –  najpierw  miałam  tydzień

egzaminów pisemnych, a potem zdawałam osiem ustnych w ciągu jednego dnia. A w październiku otworzono Akademię

Medyczną w Łodzi i dostałam się tam na stomatologię. W 1950 roku obroniłam dyplom. W tym czasie rodzice wrócili do

Warszawy. Nasza kamienica na Śniadeckich nie została zburzona, ale po powstaniu Niemcy ją spalili. Nic z mieszkania

się nie uratowało, jednak mury przetrwały.

Barbara Wilczyńska-Sekulska

jest w stopniu kapitana w stanie spoczynku. Po zakończeniu wojny w okresie PRL utrzymywała stały kontakt z kolegami

i koleżankami, które wróciły z obozów. Co roku z najbliższymi kolegami ze swojego batalionu spotykała się 1 sierpnia na

cmentarzu. Należała do ZBOWID-u. Po 1989 roku została członkiem Środowiska Batalionu „Kiliński”, będącego częścią

Światowego Związku Armii Krajowej. Od 2009 pełniła funkcję sekretarza zarządu, a od 2012 jest prezesem Środowiska.

background image

„Basia” z lasu

Teresa Kuklińska-Tyrajska
pseudonim „Basia”, sanitariuszka i łączniczka, Batalion AK „Oaza”

Nie  mieliśmy  szczęścia  poznać  pani  Teresy,  zmarła  21  marca  2006  roku,  ale  poznaliśmy  jej  męża,  pana  Eugeniusza

Tyrajskiego, żołnierza AK, który oddał nam do publikacji wspomnienia swojej żony, spisane przez nią samą w 1996 roku

na życzenie edytorów serii wydawniczej „Chłopcy z lasu„.Przekazujemy je Państwu takie, jakimi je otrzymaliśmy.

Była sobie dziewczynka. Niebieskie oczki, różowe kolorki, jasne warkoczyki, a na czole niesforne loczki. Świat istniał

tylko po to, żeby jej zrobić przyjemność.

Kochali ją rodzice, ciotki, babcia, siostra – była najmłodsza w rodzinie, a więc „oczko w głowie”.

No i miała poważne zmartwienia: w mleku były kożuchy, deszcz padał, kiedy wybierała się na spacer, a śnieg stopniał,

kiedy  chciała  iść  na  sanki.  Czasem  dostała  czwórkę  zamiast  piątki  z  matematyki,  a  to  już  było  stanowczo  poniżej

godności.

Naturalnie miała także marzenia: królewicz z bajki, piękny jak aktor filmowy (pożądane, aby był jak Robert Taylor –

wzór  wszystkich  cnót).  Bała  się  także,  że  zostanie  starą  panną  –  pomimo  ukończenia  lat  dwunastu  jeszcze  nikt  nie

poprosił jej o rękę. Chłopcy w szkole wyrażali swoje zainteresowanie, tylko ciągnąc za warkocze, ewentualnie odnosząc

do domu teczkę z książkami.

Rodzice, jako starsi, mieli jakieś kłopoty i zupełnie niepotrzebnie się o wszystko martwili. Nagle zaczęli mówić o wojnie

i wyrażali z tego powodu ogromne zaniepokojenie. Jak można się było tym martwić? Po pierwsze wojny na pewno nie

będzie,  a  jeśli  by  nawet  Niemcom  przyszło  do  głowy  nas  zaatakować,  no  to  pokażemy  im,  gdzie  raki  zimują!!!  Mamy

wspaniałą armię i ogromny entuzjazm. Sama widziałam nasze wojsko na defiladzie i słyszałam ministra Becka, jak mówił,

że nie oddamy nawet guzika od munduru. Że Niemców jest trochę więcej niż nas, to nic nie szkodzi, bo nasze wojsko jest

najdzielniejsze  na  świecie.  Zwyciężyliśmy  przecież  pod  Grunwaldem,  Wiedniem  i  jeszcze  w  bardzo  wielu  miejscach  –

uczyła o tym pani od historii. No, ostatecznie pomogą nam Anglicy i Francuzi.

Na razie są wakacje – można się kąpać w rzece, grać w piłkę, biegać po lesie, ale…

Niespodziewanie przyjechał na letnisko tatuś. Mamy się natychmiast pakować i wracać do Warszawy. Wojna będzie

na pewno! (Tata miał dobre informacje – pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych).

****

Warszawa  była  już  inna:  powoli  groza  zaczynała  kłaść  się  cieniem  na  miasto.  Ogłoszono  mobilizację  –  mężczyźni

zgłaszali  się  do  wojska.  Na  skwerach  i  w  parkach  kopano  rowy  przeciwlotnicze,  na  strychach  i  w  podwórkach

gromadzono  piasek  i  sprzęt  do  gaszenia  pożarów,  szykowano  zapasy  żywności.  Wieczorem  było  ciemno  –  latarnie

uliczne  ledwo  się  żarzą  ciemnoniebieskim  światłem,  tramwaje  też  zaciemnione,  okna  pozasłaniane  nie  przepuszczają

żadnego światła na zewnątrz – miasto chciało się ukryć przed atakiem wroga. Żegnaj cudowne, szczęśliwe, beztroskie

dzieciństwo!

Ewakuacja  Ministerstwa  Spraw  Zagranicznych  i  rodzin  urzędniczych  nastąpiła  5  września.  Od  początku  naloty  –

background image

uciekanie  do  piwnic,  słuchanie  niepokojących  komunikatów  radiowych,  wycie  syren,  huk  bomb.  Waliły  się  nie  tylko

domy, ale i cały dotychczasowy świat.

Jedziemy pociągiem w nieznane. Wagony całe, ale bez szyb – to skutek bombardowania Dworca Wschodniego. Żeby

było  bezpieczniej  i  cieplej,  w  oknie  ustawiony  jest  „balon  zaporowy”  (worek  z  rzeczami  naszej  współtowarzyszki

podróży). A na świecie piękna złota polska jesień – ani jednej chmurki na niebie, pola zielone i złote, zboża już zebrane,

na polach jeszcze kartofle. Mijamy wsie, lasy… i nagle co to? Dom się pali i nikogo nie ma. Nikt nie gasi. Nie ma ludzi.

Obok następna płonąca chałupa. Małe ogniki pełzają wzdłuż poszczególnych desek. Pociąg staje. To stacja Czeremcha.

Ciszę przerywają huki wybuchów i gwizdy spadających bomb. Uciekać! Jak najdalej od torów! Tam na lewo jest jakiś

lasek! Byle szybciej! Szczekają karabiny maszynowe! Ten lasek to cmentarz – umarli pomogli żywym. Leżąc pomiędzy

grobami, doczekałam końca nalotu. Co z mamą? Co z tatą? Gdzie siostra? Na szczęście wszyscy wróciliśmy do pociągu.

Jedziemy dalej.

Droga zakończyła się w Krzemieńcu, a właściwie w położonym obok pałacu w Białej Krynicy. Palenie dokumentów,

podział  pracowników:  młodsi  wiekiem  i  starsi  rangą  pojadą  dalej,  do  Rumunii.  Pozostali  dostają  trzymiesięczną  pensję

i mają sami kłopotać się o dalszy los swój i swojej rodziny.

Mieliśmy jechać do Łubieńca na Polesie. Tam może uda się bezpieczniej przeczekać działania wojenne. Tam może nie

będzie bombardowań. Ta wojna powinna się przecież niedługo skończyć. Nasze wojska co prawda na razie się cofają,

ale na wschodnich terenach organizują się nowe jednostki – wiedzieliśmy to – nasz pociąg mijały pociągi jadące na front.

Dojechaliśmy tylko do Zdołbunowa. Tam skierowano nas do pobliskiej wsi Zahoroszcza. Idziemy. Nasze rzeczy jadą

na  furmance.  I  wtedy  nadleciał  bohaterski  lotnik  z  czarnym  krzyżem  na  skrzydłach,  który  widocznie  miał  za  dużo

amunicji i za dużo instynktu myśliwskiego, bo uparł się, żeby ustrzelić obiekt strategiczny w postaci chłopskiej furmanki

oraz  dwóch  dziewczyn  i  starszego  małżeństwa.  Na  nasze  szczęście  strzelec  z  niego  był  marny  i  tylko  zmarnował

amunicję i napędził nam strachu.

W Zahoroszczy gospodarz (Tereńko Nowak), Ukrainiec, był bardzo porządnym człowiekiem. Odstąpił nam swoją izbę

z  małżeńskim  łożem,  a  sam  poszedł  spać  do  stodoły.  Mama,  która  gospodarowała  w  kuchni,  przygarnęła  uciekającą

przed  nalotami  ze  Zdołbunowa  rodzinę  żydowską.  Przygarnęła  również  młodego  warszawiaka,  który  pracował

w magistracie miasta Zdołbunowa. Ten dobry uczynek został później z nawiązką nagrodzony.

17  września  po  południu  przeleciał  nad  wsią  dziwny  samolot:  był  duży  i  „gruby”  i  leciał  bardzo  wolno,  jakby  miał  za

chwilę runąć na ziemię. Później rozległy się zakazane śpiewy ukraińskie. Do Polski wkroczyli Sowieci.

W nocy obudził i ocalił nas nasz gospodarz: „Pany uchodzicie. Lachów budom rizać”. Jak to? Dlaczego? Kto? Dokąd

uchodzić? I wtedy przydali nam się „nasi” Żydzi ze Zdołbunowa. Przyjęli nas u siebie gościnnie, spędziliśmy z nimi nawet

szabas, siedząc przy rytualnej świeczce, a także śpiąc na rozesłanych na podłodze ubraniach. (Państwo Kopytowie, czy

ktoś z Was ocalał z tej wojny?).

W  dzień,  kiedy  poszliśmy  zobaczyć,  gdzie  można  by  coś  kupić  do  jedzenia,  tatusia  zaaresztował  w  mieście  rudy

Ukrainiec z karabinem na sznurku. „Rudzielec” kazał mi iść do domu, ale pętałam się za nimi, bo przecież nie mogłam

zostawić  taty  samego.  I  wtedy  spotkaliśmy  przypadkowo  przygarniętego  przez  mamę  warszawiaka,  który  wytłumaczył

„Rudzielcowi”,  że  tata  to  nie  żaden  burżuj,  lecz  porządny  „roboczy”  człowiek.  Mieliśmy  szczęście  –  inni  zatrzymani

pojechali w dalekie strony, skąd już raczej nie było powrotu.

****

Do Warszawy wróciliśmy w połowie listopada. Było już zimno. W drodze ogromna niepewność: czy mieszkanie ocalało?

background image

Czy  zastaniemy  żywych  rodzinę  i  przyjaciół?  Czy  nikt  nie  został  ranny?  Jakie  będą  nasze  dalsze  losy?  Gdzie  będziemy

mieszkali  i  co  będziemy  jedli?  Z  czego  będziemy  żyli?  Jechaliśmy  dorożką  z  Dworca  Wschodniego  na  Powiśle  przez

ciemne, wymarłe, okaleczone miasto, widząc ruiny i zgliszcza, a niepokój nasz wzrastał z każdą chwilą. Do tej pory, gdy

jadę mostem Poniatowskiego, słyszę stukot końskich kopyt o bruk, a może i stukot własnego serca.

Zajeżdżamy. Dom stoi, ale co z mieszkaniem? We wszystkich oknach ciemne wyrwy. Czyżby ślady po uderzeniach

pocisków?  Nie,  to  tylko  wybite  szyby.  Babcia  opiekuje  się  mieszkaniem  –  wszystko  ocalało.  W  piwnicy  jest  trochę

węgla, można będzie napalić w piecu. Przez zamarzniętą Wisłę przewozimy szkło do okien. Będzie ciepło.

Zaczyna się inne życie? Życie? Tak, życie. Tamto, co było, to coś zupełnie innego. Może go w ogóle nie było, może to

był tylko piękny sen?

Okupacja. O, jakże trudno pogodzić się z klęską. Marzenia o potędze prysły jak mydlana bańka. Jak można uwierzyć,

że tyle makabrycznych, nie do opisania cierpień i zbrodni mogło się wydarzyć – te groby na ulicach, ranni w szpitalach,

okaleczeni młodzi ludzie, którzy do końca życia zostaną inwalidami.

Ani na chwilę nie przestajemy jednak wierzyć, że wojna zaraz się skończy. Jeszcze miesiąc, najwyżej dwa, a Anglicy

i  Francuzi  zwyciężą  i  dadzą  nam  upragnioną  wolność.  W  tej  walce  musimy  im  w  miarę  możliwości  pomagać.  Nasi

wrogowie zostaną bezapelacyjnie pokonani.

Nie  ma  czasu  na  zabawę,  trzeba  się  uczyć  i  podjąć  działania  w  konspiracji.  Nauka  w  gimnazjum,  na  tajnych

kompletach w mieszkaniach prywatnych, a oficjalnie, dodatkowo szkoła zawodowa. Na razie konspiracja to harcerstwo

–  przygotowanie  sanitarne,  wyjazdy  w  teren  i  orientacja  w  terenie  oraz  pomoc  przy  transporcie  paczek  dla  więźniów

Pawiaka. Troszkę w tym dziecinady, tylko paczki dla więźniów to rzecz konkretna.

Pracowałam  przy  ich  transporcie  aż  do  samego  powstania,  pomimo  że  harcerstwo  zamieniłam  na  prawdziwą

konspirację, składając wojskową przysięgę w listopadzie 1943 roku, jeszcze przed siedemnastą rocznicą urodzin.

W  konspiracji  nauka  o  broni,  musztra  (prawdziwe  wojsko)  oraz  kurs  sanitarny.  Jestem  już  „Basią”.  Z  entuzjazmem

szykujemy się do powstania.

****

1  sierpnia  1944  roku,  Sadyba  Czerniakowska.  Nareszcie!  Zaraz  się  zacznie!  Żeby  tylko  zdążyć  na  czas!  Zbiórka  przy

moście na Jeziorku Czerniakowskim, a potem zmiana, że przy kościele na placu Bernardyńskim.

Już  na  ulicy  Powsińskiej  zaczyna  się  strzelanina.  Tramwaj  staje,  pasażerowie  uciekają.  Gdzie  się  schować?  Jak

przedostać się do kościoła?

– Koleżanko, spokojnie, proszę się nie bać, wszystko będzie dobrze.

– To kolega mnie zna?

– Tak.

(Taki sam konspirator jak i ja – pewnie to mieliśmy wszyscy wypisane na czołach).

Z  duszą  na  ramieniu,  przez  kartofliska  i  dziurę  w  płocie,  dotarłam  do  punktu  zbornego  w  klasztorze  bernardynów.

Dostałam opaskę, torbę sanitarną, oddałam zgodnie z rozkazem dokumenty i z rozhisteryzowanej dziewczyny stałam się

zdyscyplinowanym  żołnierzem.  Strach  odleciał.  Niech  się  inni  martwią  –  ja  dostałam  meldunek  i  mam  go  oddać

w  dowództwie,  po  drugiej  stronie  placu  Bernardyńskiego.  Docieram  w  miejsce  bez  przeszkód  i  zaczynam  się

regulaminowo meldować zebranej grupie oficerów…

– Panienka nie wytarła nóg o słomiankę – zwraca uwagę żołnierzowi AK, powstańcowi warszawskiemu, ochotniczce

„Basi” w pierwszych chwilach boju o Warszawę właścicielka mieszkania!!!

background image

O Boże, jak różnie reagowali ludzie na powstanie.

Euforia  walczących  mocno  opadła,  kiedy  przekonaliśmy  się,  że  nie  mamy  broni.  W  mojej  kompanii  (d-ca  por.

„Globus”, batalion kpt. „Wilka” – WSOP V Rejon, V Obwód) tylko dowódca miał visa, chłopcom przypadło może pięć

karabinów,  kilka  butelek  z  benzyną  i  parę  granatów  sidolówek.  Co  z  tym  zrobić?  Jesteśmy  na  obrzeżu  Warszawy.

Widzimy,  jak  w  mieście  wybuchają  pożary,  słychać  strzały  i  poważne  detonacje.  Nasi  się  biją,  ale  jeśli  i  inne  oddziały

mają tyle broni co my, to w porównaniu z uzbrojonymi po zęby Niemcami nasze szanse są niestety żadne.

W  każdej  chwili  spodziewamy  się,  że  oddziały  niemieckie  mogą  zaatakować  od  strony  Wilanowa,  Mokotowa,

Siekierek i Bóg wie jeszcze skąd.

Co  tu  mówić  –  sytuacja  jest  tragiczna.  Dowódcy  podejmują  decyzję:  część  powstańców,  zwłaszcza  tych,  którzy

mieszkają w okolicy, przechodzi z powrotem do konspiracji, pozostali, którzy chcą dalej walczyć, wycofują się do lasów

podwarszawskich. Pomoc sanitarna może być zawsze potrzebna – idę z chłopakami do lasu. Jeszcze słońce dobrze nie

wzeszło,  jak  formuje  się  oddział.  Prowadzi  starszy  sierżant  „Wojtek”,  dowódca  Kompanii  Karabinów  Maszynowych

(mają  dwa  karabiny  maszynowe,  w  tym  jeden  wczoraj  zdobyty).  Starszy  sierżant  „Wojtek”  to  najdzielniejszy

i najmądrzejszy dowódca, jakiego w życiu spotkałam.

Idziemy  z  majątku  Czerniaków,  wzdłuż  wału  przeciwpowodziowego  przy  Wiśle,  przechodzimy  przez  wieś  Wilanów,

przecinamy szosę wilanowską koło „zakrętu śmierci” i wychodzimy „rojem” na pola wilanowsko-wolickie, kierując się na

las  w  Natolinie.  Jest  nas  około  trzystu  osób.  Ilu  nas  do  tego  lasu  doszło,  ilu  zostało  na  zawsze,  ilu  się  ukryło

w okolicznych wsiach, tego nie wiem i chyba nie wie nikt.

Wycofywaliśmy się przez te pola do lasu, a z Wilanowa strzelali do nas Niemcy. Mieli dużo amunicji. „Odszczekiwały

się”  im  dwa  karabiny  „Wojtka”,  ale  jak  na  polu  rozróżnić,  kto  z  tyłu  strzela  i  w  jakim  kierunku?  Może  wie  to

doświadczony  żołnierz,  ale  nie  konspirator  przedzierzgnięty  przed  kilkoma  godzinami  w  szeregowca.  Kule  jednakowo

gwiżdżą,  a  karabiny  jednakowo  strzelają.  Doszłam  do  tego  lasu  w  Natolinie  cała  i  zdrowa.  Kochany,  drogi,  polski  las!

Znów dałeś osłonę powstańcom, jak w czasie poprzednich powstań narodowych! Co prawda Natolin to nie las, a raczej

park w majątku Natolin, ale co to za różnica – ta pierwsza osłona przed kulami była najistotniejsza.

Później Las Kabacki – tu już oddziały zaczynają się zbierać. Jest dowódca sąsiedniej kompanii, porucznik „Żyd”. Nie

udało nam się zdobyć Warszawy – będziemy partyzantami. Kwaterujemy w leśniczówce (teczka z butelkami z benzyną,

która  służyła  za  poduszkę  pod  głowę,  o  mało  nie  zapaliła  stodoły,  ale  wszystko  się  dobrze  skończyło,  widziałam  tylko

trochę dymu). Chłopcy robią udany wypad na załogę reflektora – nastroje się poprawiają. Nocą maszerujemy przez las

i  dochodzimy  do  wsi  Kierszek.  W  Lesie  Kabackim  jest  dużo  powstańców  z  Warszawy  –  z  Mokotowa,  Ochoty,

z  „powiatu”  –  większość  bez  żadnej  broni.  Któryś  z  oddziałów  robił  „wypad  na  reflektor”  koło  Kierszka,  ale  bez

rezultatu.  Nie  rozbili  Niemców,  a  ranny  został  ciężko  w  głowę  nasz  oficer.  Starsza  sanitariuszka  „Ibis”  usiłowała  go

ratować, robiąc opatrunek. Pomagałam jej w tej czynności. Potrzebna była jednak natychmiastowa operacja. Miano go

odwieźć podwodą do szpitala w Piasecznie. Nie wiem, jakie były dalsze losy rannego, ponieważ zaatakowali nas Niemcy

i  trzeba  było  wycofać  się  do  lasu.  Tym  razem  strzelała  broń  ciężka.  Echo  leśne  zwielokrotniało  odgłosy  wybuchów

i  wydawało  się,  że  następny  pocisk  trafi  już  w  nasz  oddział.  Ponadto  trzeba  się  było  pilnować,  żeby  się  nie  zgubić,  bo

oddział  odejdzie  i  szukaj  wiatru  w  polu  (a  raczej  w  lesie).  Zamiast  swoich  mogą  cię  znaleźć  Niemcy,  lecz  najgorzej  to

zostać rannym i nie móc iść dalej. No więc naprzód w jak najgęściejsze krzaki, a drapiące do krwi jeżyny to małe piwo.

Las  Kabacki  okazał  się  również  za  mały  –  idziemy  w  Lasy  Chojnowskie.  Przemarsz  nocą.  O,  teraz  to  już  jest  nas

dużo,  chyba  około  tysiąca  ludzi.  Jest  kilka  wozów  konnych,  broni  też  niewiele,  ale  trochę  jest.  Idziemy  marszem

ubezpieczonym. Czasem się zatrzymujemy, aby ubezpieczenie zajęło stanowiska. Najgorsze jest przejście przez mostek

w  Jeziornie  pod  nosem  niemieckiej  żandarmerii.  Idziemy  w  zwartej  kolumnie,  udając  bardzo  duży,  silny  oddział  kpiący

background image

z obecności Niemców. Udało się! Przeszliśmy bez strzału! Niemcy stchórzyli!

6 sierpnia – msza święta w lesie chojnowskim. Oddziały stoją na polanie, w czworoboku, a w środku ksiądz sprawuje

Najświętszą Ofiarę. Prosty drewniany stoliczek to ołtarz, a szklaneczka (Boże odpuść – może musztardówka) to kielich.

Lecz modlitwa ta najszczersza z najszczerszych i rozgrzeszenie in articulo mortis.

Mój  aktualny  dowódca,  porucznik  „Żyd”,  rozważa  możliwość  rozwiązania  oddziału.  Z  braku  broni  i  amunicji  trzeba

poczekać  do  nadejścia  frontu.  Zaczęły  dochodzić  wieści  o  sforsowaniu  Wisły  przez  Rosjan,  a  artylerię  znów  było

słychać. Nad Warszawą w dzień ta straszna chmura dymu, a nocą łuna. Może uda się ulokować część ludzi w majątku

Obory,  a  może  u  chłopów  na  wsiach.  Może  spróbować  przeprawy  przez  Wisłę?  Ale  większość  oddziałów  leśnych

pozostaje w lesie. Przecież potrzebują sanitariuszki! Ktoś musi im gotować! Dziewczynie łatwiej przenieść meldunek!

Za zgodą obydwu dowódców przechodzę pod rozkazy starszego sierżanta „Wojtka”.

Chyba  dobrze  wywiązywałam  się  ze  swoich  obowiązków,  bo  dostałam  tam  najwyższe  odznaczenie:  pistolet,  piątkę

FN. Ja, jedna, jedyna dziewczyna, miałam broń (6 naboi), gdy tylu chłopaków nie miało nic. A z tą bronią to było tak: do

„Wojtka” zgłosił się zbiegły z obozu jeniec rosyjski Mikołaj (nazwiska nie znałam), ps. „Gwiazda”, z prośbą o przyjęcie do

oddziału. W oddziale został, ale musiał oddać swoją broń, bo „Wojtek” nie miał do niego zbytniego zaufania. „Wojtek”,

stary, doświadczony żołnierz, wiedział, co warta jest „piąteczka”, dał ją dziewczynie – niech się cieszy. (Chłopcy chcieli

pożyczać ją na komary – „piątkę”, nie dziewczynę).

Około 10 sierpnia starszy sierżant „Wojtek” powiedział:

– Panno Basiu, wracamy do Warszawy. Idzie pani z nami?

– Naturalnie!

I znów mały oddziałek, około pięćdziesięciu osób, prowadząc jeden wóz zdobyczny, przechodzi z Wojciechowic przez

Chojnów,  Konstancin,  Jeziornę  (znów  koło  żandarmerii)  do  Lasu  Kabackiego.  Teraz  trzeba  nawiązać  kontakt

z dowództwem Sadyby, z kapitanem „Jaszczurem”.

Pierwsza poszła „Kozak”. Nie wraca, więc „Wojtek” posyła mnie. W połowie drogi spotykam powracającą „Kozak”.

– Nie masz po co chodzić do „Jaszczura”. Ja już wszystko załatwiłam.

Wracamy razem zadowolone.

– Panno Basiu, a gdzie ja panią posłałem?

– Do „Jaszczura”.

– No i co?

W tył zwrot, naprzód marsz – dołożyłam „za frajer” 15 kilometrów.

Kilka  razy  krążyłam  pomiędzy  lasem  a  Sadybą.  Sierpniowe  słońce  rozpalało  asfalt  szosy,  tak  że  nie  można  było

chodzić po niej boso, natomiast pantofle zaczynały powoli spadać z nóg, a przy tym obcierały stopy tak boleśnie, że nie

wiadomo  było  już  co  lepsze:  boso  czy  w  butach.  Ale  to  nic:  „ku  chwale  Ojczyzny”.  Najgorsze  było  przejście  koło

posterunku  w  Wilanowie.  Niemiec  stał  na  skrzyżowaniu  torów  kolejki  wąskotorowej  i  szosy.  Trzeba  było  koło  niego

przejść. Innej drogi wówczas nie znałam. Nie miałam żadnych dokumentów, a Niemcy z zasady sprawdzali dokumenty

i był obowiązek ich posiadania, miałam natomiast meldunek.

Tylko  raz  mnie  zatrzymali,  gdy  już  wracałam  do  lasu  i  niosłam  chłopcom  bochen  chleba  oraz  rozkaz  powrotu  do

Warszawy.  Jakoś  miałam  szczęście  –  Niemiec  uwierzył  moim  polsko-niemieckim  wyjaśnieniom,  że  wszystko  spalone,

wszyscy zginęli, zostałam sama sierota tylko z tym jednym bochenkiem chleba. Przepuścił.

Że nas nie wystrzelali ponownie na tym polu pod Wolicą wtedy, gdy wracaliśmy na Sadybę, to też graniczy z cudem.

Dosłownie weszliśmy w nocy na stanowisko artylerii niemieckiej, koło szosy wilanowskiej.

Niemcy oświetlili pole rakietami i otworzyli ogień. Był rozkaz niestrzelania z naszej strony, ponieważ Niemcy zagrozili

background image

wymordowaniem i spaleniem sąsiednich wsi. Wycofaliśmy się, kryjąc za snopami zboża.

W końcu jednak oddział „Wojtka” wrócił na Sadybę, jako pierwszy z oddziałów leśnych. Żołnierze przeszli pojedynczo

w ciągu dnia, a sam dowódca przywiózł broń ukrytą na wozie, w snopkach zboża.

18  sierpnia  w  nocy  oddziały  leśne  powracały  do  Warszawy,  atakując  Niemców  w  Wilanowie.  My  byliśmy  na

ubezpieczeniu przy ulicy Powsińskiej i Okrężnej, na obrzeżu Sadyby. Karabin maszynowy był wycelowany na Wilanów.

Przed nami były fajerwerki ognia, wystrzały, okrzyki „hurra!”.

Dostałam rozkaz, by przejść z Powsińskiej na szosę wilanowską (Sobieskiego) i sprawdzić, czy nie ma tam Niemców

i czy są tam Polacy.

Odbezpieczyłam  broń,  wzięłam  ją  w  garść  i  poszłam.  Coś  mnie  tam  po  drodze  łapało  za  nogę  (okazało  się,  że  to

zardzewiałe  druty  kolczaste),  ale  doszłam,  przeszłam  się  po  szosie,  stukając  obcasami,  ale  na  szczęście  nikogo  nie

spotkałam. Wróciłam tą samą drogą, kalecząc nogi do reszty. Bitwa o Wilanów trwała bez przerwy, co chwila robiło się

zupełnie jasno – przypominało to nocną burzę z piorunami. Świetlne pociski leciały jak pasma spadających gwiazd. Boże!

Czy nasi przejdą?

Przeszli! Zmęczeni, radośni, nieśli ze sobą broń. Dniało. Bitwa dobiegała końca.

A później była barykada przy placu Bernardyńskim, atak niemieckich czołgów od ulicy Podchorążych, barykada przy

ulicy Chełmskiej, Fort Czerniakowski – strzały, bomby, ataki artyleryjskie, „krowy” i ranni, zabici, chorzy…

A front za Wisłą milczał. Znikąd pomocy. Wiedzieliśmy, co Niemcy zrobili z Żydami w getcie. Wiedzieliśmy, co zrobili

z ludnością z Woli, Ochoty, Mokotowa i innych dzielnic Warszawy. Broni coraz mniej, żywności także.

Pokaleczone  nogi  opuchły,  ropieją,  bolą  –  coraz  trudniej  chodzić.  Co  z  rodzicami?  Czy  jeszcze  żyją?  Czy  zginęli  pod

gruzami wciąż bezkarnie bombardowanego miasta?

A wschodni front milczał – lecz jeśli ruszy, to co nam przyniesie? Musimy, musimy mieć pomoc – jest nas tak niewielu

i mieliśmy za mało amunicji. Każdy następny atak Niemców może być ostatnim. Czyżby ta nasza ofiara była daremna?

****

Sadyba  padła  2  września,  po  trwającym  przez  dwa  dni  stałym  ostrzale  artyleryjskim.  Samoloty  zrzucały  bomby.

Wystrzelone przez Niemców pociski mogłyby chyba zniszczyć bunkry betonowe prawdziwej twierdzy wojskowej, a nie

osiedle parterowych przeważnie domów willowych. (Sadyba miała w tym czasie tylko jeden dom czteropiętrowy zwany

szumnie blokiem, no i stary, jeszcze z czasów carskich, Fort Czerniakowski).

Schroniłyśmy się we dwie z „Rutą”, razem z ludnością cywilną, w jednej z piwnic w domu koło ulicy Goraszewskiej.

Wiemy, że to już koniec. Strzały są coraz rzadsze. Nagle słychać niemiecką mowę i RAUS!!!

Niemiec  stoi  w  drzwiach  z  pistoletem  maszynowym  gotowym  do  strzału.  Co  zrobić  z  moją  „piątką”?  Strzelać  do

Niemca? Przecież tutaj są cywile, a Niemcy uzbrojeni po zęby – rozwalą wszystkich.

Wsunęłam mój pistolecik razem z biało-czerwoną opaską i furażerką pod drzwi piwnicy i wyszłam z cywilami.

Całą  ludność  cywilną  Sadyby  Niemcy  zapędzili  na  dziedziniec  zbombardowanego  Fortu  Czerniakowskiego,

rozstrzeliwując  tych,  których  posądzali  o  udział  w  powstaniu.  Istniała  obawa,  że  rozstrzelają  wszystkich,  ponieważ  na

murawie  fortu  były  rozstawione  karabiny  maszynowe  doskonale  widoczne  na  tle  palących  się  domów.  Pożegnałam  się

z życiem. Trudno, widocznie tak mi było sądzone. Rodzice, jeśli żyją i przeżyją, nawet nie będą wiedzieli, co się ze mną

stało i jaki był mój koniec. Do osiemnastu lat brak mi było jeszcze czterech miesięcy.

Nie rozstrzelali nas w forcie. Przyjechał generał von dem Bach, coś tam tłumaczył (może nas uratował?), w każdym

razie  Niemcy  uformowali  pochód  i  wszystkich  mieszkańców  wyprowadzili  do  Dworca  Zachodniego,  a  stamtąd

background image

pociągiem elektrycznym do Pruszkowa.

Umęczeni  ludzie  szli  pieszo  całą  noc.  Nieśli  resztki  swojego  dobytku.  Szli  chorzy,  starcy,  dzieci.  Ja  na  szczęście  nie

miałam nic do niesienia, torba sanitarna była prawie pusta, miałam w niej tylko zmianę bielizny – cały mój majątek. Głód

dawał się we znaki – dwa dni nic nie jadłam. Moje nogi bardzo mi dokuczały, koleżanki pomagały mi iść.

W Pruszkowie selekcja: starzy i dzieci na prawo, mężczyźni prosto, kobiety w lewo. Rozpacz rozdzielanych rodzin.

W obozie w Pruszkowie byłam tylko kilka godzin. Głodna, brudna, pokaleczona, samotna, zszokowana po przeżyciach

ostatniego miesiąca – gorzej już być nie mogło.

Szłam w transporcie do pociągu, który być może miał mnie wywieźć do obozu koncentracyjnego. I wtedy stanął koło

mnie ON. Wyśniony królewicz z bajki, towarzysz na całe życie. Na dobre i na złe. Był bardzo bogaty – miał szczerozłote

serce, dwie ręce, dwie nogi i głowę pośrodku.

A co było dalej? No, to już jest zupełnie inna historia.

***

„On” to Eugeniusz Tyrajski. 12 sierpnia 1945 roku w pięknej scenerii górzystej Hesji w Niemczech przy ołtarzu polowym

z  białym  orłem  polski  ksiądz  udzielił  ślubu  Teresie  Kuklińskiej,  ps.  „Basia”,  łączniczce/sanitariuszce  batalionu  AK

„Oaza”, i Eugeniuszowi Tyrajskiemu, ps. „Sęk”, żołnierzowi kompanii K-2 pułku AK „Baszta”. W lipcu 1946 roku razem

wrócili do Warszawy. Pan Eugeniusz Tyrajski oddał nam wspomnienia z tym cytatem:

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:

czyjąś miłość i ziemię całą,

a zostanie tylko fotografia,

to – to jest bardzo mało…

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

background image

Honorowa marzycielka

Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz
ps. „Kryśka”

Gdy wybuchła wojna, pani Krystyna stała u progu dorosłości. Miała dokładnie 18 lat. Jej ojciec Adam Królikiewicz był

porucznikiem  1.  Pułku  Szwoleżerów.  Przed  wojną  jako  pierwszy  Polak  zdobył  indywidualny  medal  na  igrzyskach

olimpijskich.  Dzięki  temu  uchodził  za  gwiazdę,  a  jego  córka  mogła  żyć  bardzo  wygodnie.  W  czasie  wojny  Krystyna

zaangażowała  się  w  działalność  konspiracyjną,  ryzykując  życiem.  Przewoziła  meldunki  na  trasie  Kraków–Warszawa.

Choć  wielokrotnie  łapało  ją  gestapo,  za  każdym  razem  udało  jej  się  ujść  cało  dzięki  urokowi  osobistemu  i  wrodzonemu

talentowi do gry aktorskiej. Tak, pani Krystyna przez całą wojnę marzyła, że któregoś dnia stanie na wielkiej scenie.

Z rąk własowców wyrwał mnie niemiecki oficer, niezwykle przystojny mężczyzna.

– Czy pan może mi towarzyszyć? – zapytałam mojego wybawcę, który zgodził się mi pomóc, ale zaznaczył, że

odprowadzi mnie niedaleko.

W pół drogi do Zieleniaka na Ochocie powiedział, że musi mnie zostawić.

– Jak mam panu dziękować?– spytałam.

W torebce miałam wodę kolońską Soir de Paris. Dałam mu ją, a on na moich oczach wychylił flakon i wypił

wszystko, co do kropli. Dziwne zachowanie. Pożegnał się ze mną i zniknął między budynkami.

„Ja,  Krystyna  Królikiewicz,  pseudonim  „Kryśka”,  zobowiązuję  się  działać  w  imię  najwyższych  wartości

patriotycznych…”  –  tymi  słowami  rozpoczęła  się  moja  działalność  konspiracyjna,  która  trwała  dwa  lata,  dokładnie

między 1942 a 1944 rokiem. Nie miałam wątpliwości ani nie zastanawiałam się nawet przez sekundę, że mogę narazić

swoje  życie,  że  może  się  to  dla  mnie  źle  skończyć,  że  mogę  zginąć.  Wojna  brutalnie  ukradła  mi  młodość,  która

dotychczas  wypełniona  była  poczuciem  bezpieczeństwa,  miłością,  ciepłem  i  marzeniami.  Wszystko  jak  za  dotknięciem

czarodziejskiej  różdżki  zmieniło  się  1  września  1939…  Czułam  w  sercu,  że  muszę  działać,  i  nie  myślałam

o  konsekwencjach.  Może  trzeba  to  zwalić  na  karb  mojego  wieku.  Miałam  raptem  dwadzieścia  jeden  lat,  gdy

przystąpiłam  do  konspiracji.  Co  z  tego,  że  byłam  bardzo  młodą  dziewczyną.  Byłam  Polką  i  moim  obowiązkiem  było

działać  jako  łączniczka  i  walczyć  o  to,  żeby  mój  kraj  wyswobodził  się  z  więzów,  które  tak  mocno  zaciskały  na  nas

Niemcy.

– Dzieje się coś złego, bo Niemcy robią oszczędności żywnościowe. To chyba znak, że Hitler szykuje się do wojny…

–  stwierdził  mój  tata  po  przyjeździe  z  olimpiady  w  Berlinie  i  opowiedział  nam,  że  mimo  iż  cała  polska  reprezentacja

zatrzymała się w niezwykle ekskluzywnym hotelu na głównej ulicy Berlina Unter den Linden, na śniadanie zamiast masła

podawano margarynę. To bardzo zdziwiło mojego ojca. Również nieprzyjazny stosunek do naszej ekipy był wyczuwalny

w  każdej  minucie  ich  pobytu  i  nie  zachęcał  do  towarzyskich  kontaktów.  Pomimo  tych  animozji  tata  wspominał  wyjazd

całkiem  dobrze.  W  trakcie  olimpiady  w  1936  roku  miał  okazję  poznać  samego  Hitlera.  Nasz  przyszły  kat  uścisnął  mu

rękę i pogratulował sukcesów. Nie mogłam wiedzieć, że to spotkanie dokładnie za siedem lat pomoże mi ujść z życiem

w trakcie przesłuchania, które zgotowało mi gestapo.

Przewoziłam prasę i wiadomości na linii Warszawa–Kraków, Kraków–Warszawa. Konspiracja składała się z różnych

background image

ludzi z różnych środowisk. To dzięki mojej siostrze stryjecznej Zofii Królikiewicz-Wasielowej, która była zaangażowana

w działalność konspiracyjną, stałam się łączniczką. Nie powiedziałam rodzicom, że dołączyłam do podziemia, ale mama

i tata domyślili się, że działam w konspiracji, gdy gestapo wkroczyło do naszego mieszkania w krakowskich Dębnikach

i zrobiło kocioł.

Na parterze mieszkał doktor z rodziną, a my we trójkę zajmowaliśmy mieszkanie na piętrze. Gestapowcy nie pozwolili

nikomu  wyjść  z  willi,  również  pacjenci  pana  doktora  znaleźli  się  w  potrzasku.  Jedni  byli  zaskoczeni,  inni  bardzo

zdenerwowani. Pojawienie się gestapo oznaczało, że wszystko może się zdarzyć. Trzymano tak wszystkich przez kilka

godzin, a ja w tym czasie, niczego nieświadoma, wykonywałam swoje zadania w innej dzielnicy. Cieszyłam się, że udało

mi się je wykonać, i popędziłam do domu. Gdy znalazłam się na klatce schodowej, marzyłam tylko o tym, żeby położyć

się choć na chwilę. Byłam bardzo zmęczona. Wkładałam już klucz do zamka naszych drzwi, gdy na ramieniu poczułam

czyjąś rękę i dość mocne szarpnięcie. Odwróciłam się i zobaczyłam nieznajomego mężczyznę.

– Co pan robi?– zapytałam zdenerwowana i już miałam ochotę go zrugać, gdy…

– Geheime Staatspolizei – usłyszałam jego niski głos i ugięły się pode mną nogi. Wiedziałam, że zbliżają się problemy,

których możliwe, że nie będę w stanie rozwiązać ani sama, ani z pomocą najbliższych. Obezwładniający strach sprawiał,

że każdy oddech stawał się dla mnie wysiłkiem. Nie chciałam jednak okazać lęku ani niepewności, które wypełniły mnie

w sekundę od palców po czubek głowy. Serce waliło mi jak oszalałe, a w głowie miałam jedną myśl: muszę zobaczyć się

z  rodzicami.  Widziałam  ich  tylko  przez  ułamek  sekundy.  Moja  mama,  która  zawsze  wykazywała  się  pragmatyzmem,

i tym razem, mimo że był to czerwiec, chciała dać mi sweter. Nie pozwolono mi go wziąć. Zeszliśmy na dół, gdzie czekał

już  na  mnie  czerwony  sportowy  samochód,  a  w  nim  dwóch  gestapowców.  Gdy  zajęłam  miejsce  z  tyłu,  przypomniałam

sobie, że w torebce mam skrawek papieru, na którym zapisano kolejne zlecenie. Miałam dowieźć je do Warszawy. Nie

straciłam rezonu, udałam, że mam katar i muszę szybko wydmuchać nos. Wymacałam w torbie twardy liścik, włożyłam

go do ust i połknęłam.

Gdy zajechaliśmy pod budynek na ulicy Pomorskiej, gdzie mieściło się gestapo, a dziś jest Akademia Górnicza, od razu

zaprowadzono  mnie  na  przesłuchanie,  w  którym  udział  brali  trzej  Niemcy.  Jeden  rozsiadł  się  za  drewnianym  biurkiem,

drugi stał obok mnie, a trzeciemu w udziale przypadło pilnowanie drzwi, na wszelki wypadek, gdybym chciała uciec. Ale

nie  myślałam  wówczas  o  ucieczce,  obawiałam  się  każdej  nadchodzącej  sekundy.  Niemiec  zaczął  zadawać  pytania

z  szybkością  karabinu  maszynowego,  ale  nie  chciałam  na  żadne  z  nich  odpowiadać,  więc  wprowadziłam  ich  w  błąd,

mówiąc, że nie rozumiem języka niemieckiego. W kilka chwil sprowadzono dolmeczera, który pytał mnie po polsku. Moi

rodzice stali podobno pod budynkiem, bo chcieli dać mi ten sweter.

Na przesłuchaniu odpowiadałam bardzo zdawkowo. Od razu przewieźli mnie do więzienia Montelupich, które mieściło

się w dawnym domu starców. Kolejne przesłuchanie i kolejny krzyżowy ogień pytań. Kiedy? Z kim? Po co? Dlaczego?

Gdzie? Dokąd? Jednak tym razem trwało ono znacznie krócej niż poprzednie. Jeden gestapowiec nie wytrzymał i uderzył

mnie kastetem z kolcami. Wezbrała we mnie jednocześnie złość i odwaga.

–  Na  kogo  pan  rękę  podnosi!  Mój  ojciec,  znany  jeździec,  na  olimpiadzie  w  Berlinie  w  1936  roku  był  szefem  ekipy,

został przedstawiony Führerowi – wykrzyczałam w ataku gniewu.

Zamurowało go i powoli opuścił dłoń. Bałam się, że widzieli, jak połknęłam meldunek, ale na szczęście uszło mi to na

sucho. Wiedziałam, że jeszcze przez długi czas nie zobaczę mojej rodziny ani przyjaciół.

****

Inteligencja, klasa robotnicza, prostytutki… Aż czterdzieści kobiet gnieździło się na podłodze w małej sali, która miała się

background image

stać moim „domem”. Na Montelupich spędziłam trzy miesiące, to długo i niedługo. Mój ojciec robił wszystko, żeby mnie

stamtąd wyciągnąć i ulżyć w niedoli. Odbywałam wtedy karę, co oznaczało zakaz widzenia. Brakowało mi bardzo wielu

podstawowych  rzeczy:  pidżamy,  bandaża,  aspiryny,  łyżki.  Wydrukowano  dla  mnie  Bedarfsmeldung,  który  miałam  tylko

podpisać.

Pamiętam, że gdy pierwszego dnia przekroczyłam próg celi, poznałam panią Kościelniak, którą Niemcy okropnie pobili

w trakcie przesłuchania. Pielęgnowałam ją, jak tylko mogłam. Ale jaka to rekonwalescencja, gdy bez siennika leży się na

gołej  ziemi.  Kościelniak  była  dużo  starsza  ode  mnie.  Rany  i  siniaki  na  jej  ciele  wzięły  się  stąd,  że  uchyliła  się  od

zdradzenia informacji na temat swojej rodziny.

Więzienie  wyglądało  jak  więzienie:  kibelek,  miska,  szara  codzienność,  którą  czasem  przerywał  spacer  po  podwórku,

a  największą  atrakcją,  a  wręcz  świętem  była  możliwość  obierania  ziemniaków.  No  i  głód,  który  dało  się  odczuć  nawet

w  czasie  snu.  Prostytutka  siedząca  razem  ze  mną  pewnego  wieczora  poprosiła,  żeby  upleść  jej  warkocz.  Wcześniej

dokładnie  się  umyła  i  założyła  białą  sukienkę,  w  której  poszła  spać.  Rano  okazało  się,  że  nie  żyje.  Wypiła  lizol,  którym

myłyśmy wiaderka. Nie wytrzymała strachu i niepewności. Wolała umrzeć.

Ojciec  mój  w  konspiracji  figurował  jako  oficer  1.  Pułku  Szwoleżerów  Józefa  Piłsudskiego  i  na  fałszywych

dokumentach zajmował się ubezpieczeniem zwierząt, przez co miał regularny kontakt z majątkami ziemskimi. Gdy dłużej

nie  wracał  ze  swoich  wędrówek,  bardzo  się  z  mamą  denerwowałyśmy.  Tylko  czasem  odezwał  się  przez  łączniczkę.

Musiał co jakiś czas zdawać raport z ilości koni, krów, owiec w gospodarstwach. Gdy wrócił z jednej ze swoich podroży,

a ja dalej siedziałam w więzieniu, mając dość już tej sytuacji, poszedł na Pomorską. Do gestapo. Chciał wyciągnąć mnie

z  Montelupich.  Gdy  szedł  długim  korytarzem,  w  pewnym  momencie  niemiecki  oficer,  z  którym  właśnie  mijali  się

w przejściu, spojrzał na niego i powiedział:

– Herr Major.

Ojciec zdrętwiał, odwrócił się, a mężczyzna wyciągnął do niego rękę i… zaczął mówić, że podziwiał go na olimpiadzie.

Że kibicował mu podczas zwycięstw w Nicei, Rzymie, Brukseli i Nowym Jorku.

– Właśnie spełniło się moje marzenie. Tak bardzo chciałem pana poznać!

Ojca  zamurowało.  Niemiec  nazywał  się  von  Felend.  Zaoferował  mojemu  tacie  pomoc  jako  koleżeńską  przysługę.

Umówili  się  na  wizytę  w  jego  biurze.  Gdy  moja  mama  to  usłyszała,  zrobiło  jej  się  słabo.  Ponoć  jak  tata  wyszedł  na

umówione spotkanie, wypiła pół flakonu waleriany, bo bała się, że widzi go właśnie ostatni raz.

Nowy „przyjaciel” taty próbował pociągnąć za odpowiednie sznurki i dzwonił do wyżej postawionych władz.

–  Córka  jest  uznana  za  politycznie  podejrzaną.  Doszło  to  już  do  odpowiednich  władz,  ale  trzeba  uzbroić  się

w cierpliwość – powiedział Felend.

Od tej chwili mojego tatę i oficera połączyła więź towarzyska, ale absolutnie nie polityczna.

Leżałam właśnie na podłodze, gdy usłyszałam trzask otwieranych drzwi i weszła niemiecka strażniczka. Wszystkie na

chwilę wstrzymałyśmy oddech.

– Kristina Królikiewicz, deine Sachen einpaken – jej głos odbijał się echem od ścian.

Nie  wiedziałam,  czego  ode  mnie  chce,  i  bałam  się,  że  zrobią  mi  coś,  co  sprawi,  że  nie  pojadę  do  Oświęcimia.

A naiwnie myślałam, że tam będzie mi lepiej, wszystkie tak myślałyśmy. Pogłoski o tym, że nas tam wywiozą, pojawiały

się  coraz  częściej.  Wszystkie  moje  towarzyszki  znalazły  się  w  Oświęcimiu,  nieświadome  nieszczęścia  i  piekła,  jakie

zgotują im niemieckie władze.

Spakowałam  szybko  swoje  rzeczy,  czyli  raptem  menażkę  i  łyżkę.  Panował  zwyczaj,  że  gdy  zwolniona  wychodzi  na

wolność, uderza się łyżką o menażkę. W moim przypadku ten zwyczaj nie obowiązywał i towarzyszyła mi głucha cisza,

bo przecież nie wiedziałam, co stanie się ze mną jutro, pod wieczór, a nawet za godzinę. W biurze oddano mi wszystkie

background image

moje rzeczy, z którymi przyszłam do więzienia. Torba i reszta drobiazgów na nowo stały się moją własnością.

W  drzwiach  wyjściowych  powitał  mnie  gestapowiec,  który  mnie  aresztował.  Znów  znajomy  czerwony  samochód,  ci

sami  ludzie,  którzy  uczestniczyli  w  kotle  kilka  miesięcy  temu.  Co  teraz?  Moje  koleżanki  z  celi  wspięły  się  na  okno,

słyszałam, że krzyczą w moim kierunku „uuuuuu”. Nie mogłam powstrzymać łez i rozpłakałam się na całego.

Droga na komisariat na Pomorską minęła mi szybko. Znowu znajomy długi korytarz i drzwi do gabinetu komendanta.

Co mnie za nimi czeka? Za biurkiem siedział Obersturmführer, a w pokoju na krześle… mój ojciec. Serce podeszło mi do

gardła,  a  w  głowie  kłębiły  się  myśli.  Pewnie  przepytają  tatę?  Później  pewnie  mnie?  Co  z  nami  będzie?  Wywiozą  nas?

Zabiją?  Co  z  mamą?  Nie  mogłam  uwierzyć  własnym  uszom,  gdy  powiedziano  mi,  że  mój  koszmar  właśnie  się  kończy,

a ja wracam do domu. Chyba dawno nie czułam takiej radości w sercu, ulgi, lekkości.

Moja  mama,  kobieta  niezwykle  elegancka  i  delikatna,  stwierdziła,  że  kindersztuba  obowiązuje  nawet  w  przypadku

wroga, więc należy podziękować Niemcowi za pomoc. Razem z tatą poszliśmy parę dni po uwolnieniu i tak jak nakazuje

dobre  wychowanie,  przyniosłam  dla  von  Felenda  mały  prezent.  Oficer  stwierdził,  że  nie  ma  takiej  możliwości,  żeby

przyjął  podarunek  i  mam  go  oddać  mamie,  bo  to  była stricte  koleżeńsko-sportowa  przysługa.  W  drodze  powrotnej

napawałam  się  każdym  krokiem  stawianym  na  krakowskiej  ulicy.  Nie  przeszkadzało  mi  nawet  to,  że  palce  miałam

pokłute kolcami róż.

****

Przeniosłam się na stałe z Krakowa do stolicy, ponieważ było to centrum działań konspiracyjnych i liczyły się każde ręce

do  pracy.  To  niesamowite,  co  w  czasie  wojny  stało  się  z  Warszawą.  Miasto,  które  już  niebawem  miało  być  zrównane

z  ziemią,  nadal  podtrzymywało  swoje  tradycje,  a  więc  życie  towarzyskie  wręcz  rozkwitało.  Na  rogu  Nowego  Światu

i Alej Jerozolimskich mieścił się urząd stanu cywilnego, który zmienił się w kawiarnię prowadzoną przez Norweżkę Elnę

Gisted.  Aktor  Jurek  Kaliszewski  zamiast  występować  na  deskach  teatru,  bo  było  to  źle  widziane  przez  władze,

wyśmienicie  wcielił  się  w  rolę  barmana.  Często  zanosiłam  do  niego  tajną  prasę  i  literaturę,  z  której  korzystaliśmy  na

tajnym kursie PIST, kierowanym przez panią Turowicz.

Dzięki kontaktowi z wieloma aktorami zrodziła się we mnie chęć zostania aktorką. Marzyłam, żeby stanąć na wielkiej

scenie  i  wygłosić  monolog  Diany  lub  Marii  Stuart.  Ale  musiałam  zadowolić  się  ciasnotą.  Ona  też  była  piękna.

Spotykałam  się  na  Kruczej  z  moją  późniejszą  przyjaciółką  Wandą  Podlewską,  która  wypożyczała  mieszkanie  na  nasze

zajęcia.  Norwid,  Słowacki  nas  uskrzydlali.  Pani  Tatiana  Wysocka  prowadziła  taniec  na  Marszałkowskiej  i  za  każdym

razem  gdy  ktoś  dobijał  się  do  drzwi,  wyciągałyśmy  kawałki  płótna,  igły,  nitki  i  siadałyśmy  na  krzesłach,  niby  że  mamy

lekcję szycia. Jeden rok polonistyki zrobiłam na tajnych kompletach. Po wyzwoleniu miałam zaliczony rok.

Hotelową  oranżerię  w  budynku  przy  placu  Piłsudskiego  przerobiono  na  kawiarnię  SiM,  czyli  Sztuka  i  Moda.

Pracowałam tam jako kelnerka, dzięki czemu miałam zawsze świeże informacje. Każdego dnia pierwszymi gośćmi była

trójka profesorów uniwersyteckich, a właściciel kawiarni postanowił za wszelką cenę im pomóc, więc śniadania i obiady

szły na jego konto.

Dalej się uczyłam i nie bałam się, że mogą mnie nakryć na tajnej nauce. Nie zbieraliśmy się gromadnie, ale po dwie

osoby. Lubiłam przychodzić do kawiarni „U Aktorek”, która mieściła się w Alejach Ujazdowskich. Karolina Lubieńska,

Mieczysława  Ćwiklińska,  Justyna  Kreczmarowa,  Zofia  Lindorfówna,  Elżbieta  Barszczewska…  Twarze  znane

z  wielkiego  ekranu  i  sceny  teraz  podawały  kawę  czy  herbatę.  Lubiłam  na  nie  patrzeć,  bo  chciałam  być  taka  jak  one.

Tylko  aktorki  mogły  obsługiwać  tam  gości.  Filmowe  twarze  sprzed  wojny  były  dla  nich  wabikiem,  a  kawiarniana  sala

zawsze pękała w szwach.

background image

„Tylko  świnie  siedzą  w  kinie”.  To  hasło  często  widniało  wypisane  na  murach.  Mimo  wielkiej  miłości,  jaką  był  film,

opierałam  się  magii  wielkiego  ekranu.  Do  teatru  też  nie  wolno  było  chodzić.  Tylko  raz  złamałam  zasadę  i  poszłam

zobaczyć przedstawienie z Marią Malicką i Józefem Węgrzynem, czyli Damę kameliową. Do dziś nie mogę zapomnieć

sceny, w której Węgrzyn stał tyłem do widowni, patrząc w okno. Nie było go zupełnie widać, grały tylko jego ręce. Jaka

niezwykła  wyrazistość  uczuć…  Gdy  wychodziłam  z  teatru,  zaczęło  we  mnie  kiełkować  poczucie  winy.  Wiedziałam,  że

muszę się przyznać moim nauczycielom, że złamałam zasadę. Bardzo bałam się ich reakcji. Zrozumieli jednak, dlaczego

to zrobiłam, i dali mi rozgrzeszenie.

Malicka,  którą  tak  podziwiałam,  jak  się  później  okazało,  wyłamała  się  z  przyrzeczenia  i  podczas  gdy  nasi  walczyli

w lasach, ona rzuciła się w ramiona niemieckiego oficera. Odpokutowała za to uczucie, bo na kilka lat  po  zakończeniu

wojny dostała zakaz grania. A taka była piękna…

****

Tuż przy placu Narutowicza mieszkała moja przyjaciółka, u której bywałam dość często. 1 sierpnia 1944 roku wybrałam

się  do  niej,  a  po  drodze  odebrałam  futro  z  pralni.  Była  godzina  czwarta  po  południu  i  już  wiedziałam,  że  powstanie

rozpocznie się za godzinę, ale moja koleżanka nie miała w domu telefonu, więc nie mogłabym podać tej informacji dalej.

W oddali już słychać było strzały. Inna moja koleżanka, która mieszkała w domach ZUS-u, miała telefon, a dodatkowo

mogła być pomocna w powstaniu jako sanitariuszka. Nie bacząc na nic, pobiegłam do niej. Gdy przeszłam przez ogromne

podwórko i już miałam przekroczyć próg klatki, moją uwagę przykuł młody człowiek, który stał oparty o rower. Zamarł

w bezruchu i patrzył przed siebie, jakby był głuchy na hałas docierający z miasta. Wbiegłam na górę, ale okazało się, że

telefon jest głuchy. Nie mogłam marnować czasu i szybko wybiegłam na zewnątrz… Wąska strużka krwi płynęła z ust

chłopca, a grzebyk, który sterczał mu z blond czupryny, świadczył, że nawet nie próbował się bronić; zginął w trakcie tak

prozaicznej  czynności,  jaką  jest  czesanie  włosów.  Moje  serce  zabiło  szybciej,  a  w  ustach  pojawiła  się  suchość.

Powstanie jeszcze nie zdążyło się przecież zacząć!

Kontakt  z  grupą  „Odwet”,  z  którą  nawiązałam  współpracę,  bardzo  osłabł,  bo  Filtry  były  już  okupowane.  Huk  bomb

zrzucanych  na  Warszawę  był  ogłuszający.  Wróciłam  do  mojej  przyjaciółki,  bo  tam  było  bezpieczniej.  Na  placu

Narutowicza  znajdował  się  akademik,  w  którym  stacjonowało  SS,  więc  wydawało  mi  się,  że  ten  skrawek  miasta  nie

zostanie  zbombardowany.  Ludzie  czym  prędzej  starali  się  zbiegać  do  schronów,  ale  ja  bardzo  bałam  się  zejść  kilka

metrów pod ziemię. Przerażało mnie to, że zostanę uwięziona w gruzach, jeżeli spadnie na nas bomba. Pod ziemią istniał

drugi świat. Zawsze można było zejść do schronu, żeby coś zjeść lub napić się czegoś czy zwyczajnie odpocząć. Poza

tym  trzeba  było  patrolować  schrony,  ponieważ  ranni,  którzy  się  w  nich  ukryli,  potrzebowali  pomocy.  Pomagałam  jako

sanitariuszka i z czasem widok krwi czy rozerwanego ciała nie robił już na mnie wrażenia. Uodporniłam się na to.

Ojcze  nasz,  któryś  jest  w  niebie,  święć  się  imię  Twoje…  Słowa  modlitwy  często  było  słychać  w  schronach.  Tak,

zbiorowe modlitwy były potrzebne nam wszystkim, bo dawały nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, bo czuwa nad

nami Bóg. Pewnego dnia byłam bardzo zmęczona, a że akurat znalazłam się w mieszkaniu mojej koleżanki, położyłam się

na  łóżku,  żeby  przez  chwilę  zaznać  luksusu,  jakim  w  trakcie  powstania  było  kilka  chwil  odpoczynku.  Kilka  sekund

błogości  i…  ogromny  huk!  Zawaliła  się  jedna  ze  ścian  kamienicy.  Nie  miałam  czasu  rozczulać  się  nad  sobą,  wstałam,

otrząsnęłam się z kurzu i weszłam do schronu opatrywać rannych.

Coraz  głośniej  słychać  było  o  tym,  że  zbliżają  się  własowcy,  więc  trzeba  opuszczać  mieszkania  i  to  jak  najszybciej.

Dlaczego? Bo ci ludzie byli gotowi zrobić, co im się tylko podoba. Zdecydowałam, że nie będę czekać, aż mnie napadną,

bo  to,  co  robili  z  kobietami,  wołało  o  pomstę  do  nieba.  Kradli,  mordowali  i  gwałcili.  Nie  mieli  żadnego  szacunku  dla

background image

Polaków.  Po  rozkazie  Niemców,  żeby  dobrowolnie  opuszczać  domy,  na  ulicach  zebrał  się  tłum  opuszczających

Warszawę nieszczęśników. Nie było szans, żeby uciec i iść w inną stronę niż Ochota.

Gdy  szłam  w  stronę  Zieleniaka,  na  mojej  drodze  stanęło  dwóch  własowców.  Wyglądali  strasznie,  w  ich  oczach

malowało  się  szaleństwo,  bo  byli  pijani,  ręce  do  łokci  mieli  przyozdobione  dziesiątkami  zegarków,  a  damskie  kapelusze,

które  mieli  na  głowach,  jeszcze  bardziej  podkreślały  fakt,  że  nieobliczalność  to  ich  drugie  imię.  Cała  ulica  Radomska

zmieniła się w zbiorowy grób, bo martwe ciała leżały jedno na drugim, a odór gnijących zwłok aż szczypał w oczy. Upał

był  niemiłosierny.  Wciągnęli  mnie  do  bramy  częściowo  zbombardowanej  kamienicy.  Całe  życie  przemknęło  mi  przed

oczami. Nagle własowcy zobaczyli na mojej dłoni pierścionek i sygnet. Nie pytając mnie o nic, zerwali mi je z palców,

dodając z obrzydzeniem, że na pewno jestem Żydówką.

Po  raz  kolejny  stało  się  wówczas  coś  niesamowitego,  magicznego…  W  życiu  układa  się  bardzo  dziwnie,  bo  właśnie

stamtąd,  skąd  nie  spodziewasz  się  żadnej  pomocy,  ona  przychodzi.  Z  rąk  własowców  wyrwał  mnie  niemiecki  oficer,

niezwykle przystojny mężczyzna.

–  Czy  pan  może  mi  towarzyszyć?  –  zapytałam  mojego  wybawcę,  który  zgodził  się  mi  pomóc,  ale  zaznaczył,  że

odprowadzi mnie niedaleko.

W pół drogi do Zieleniaka na Ochocie powiedział, że musi mnie zostawić.

– Jak mam panu dziękować? – spytałam.

W torebce miałam wodę kolońską Soir de Paris. Dałam mu ją, a on na moich oczach wychylił flakon i wypił wszystko,

co do kropli. Dziwne zachowanie. Pożegnał się ze mną i zniknął między budynkami. Coraz więcej ludzi szło na Zieleniak.

Razem z kalekami, matkami z dziećmi, starszymi, inwalidami, żołnierzami szliśmy posłusznie krok za krokiem, a żar lał się

z nieba. Cała Polska zgnębiona i wyzuta z ludzkiej godności. Wyrzuciłam po drodze futro, bo nie miałam siły dźwigać go

dalej.

Zieleniak  przypominał  jeden  wielki  bałagan,  chaos,  który  wydawał  się  nie  mieć  sensu.  Oficerowie  SS  pomieszali  się

z  własowcami,  Polacy  z  Ukraińcami.  Wyciągnęli  mnie  z  tłumu  i  postawili  pod  ścianą  do  rozstrzelania.  Jeden  Ukrainiec

wpatrzony był w mój złoty krzyżyk na szyi. Złapał i wiedząc, że będę za chwilę martwa, chciał mi go zabrać za wszelką

cenę.  Gdy  tak  szarpał,  łańcuszek  wrzynał  się  w  moją  szyję,  która  już  zaczęła  krwawić.  Drżącymi  dłońmi  odpięłam

ozdobę  i  oddałam  mu.  Nie  wiem,  czy  mogę  to  uznać  za  podziękowanie,  ale  Ukrainiec  szarpnął  mnie  i  popchnął  do

miejsca,  gdzie  zorganizowano  tymczasowy  obóz  dla  cudzoziemców.  Mimo  to  miałam  problem,  żeby  tam  wejść,  bo

Niemiec pilnujący wejścia zażądał ode mnie kenkarty. Zareagowałam błyskawicznie i udałam Francuzkę. Skłamałam, że

dokument spalił się w trakcie nalotu na mój dom.

–  Co  robicie  z  Warszawą?–  nie  wytrzymałam  napięcia  i  wykrzyczałam  to  Niemcowi  prosto  w  twarz,  ale  po

francusku.

Moje  słowa  nie  zrobiły  na  nim  żadnego  wrażenia  i  kazał  mi  się  przedstawić.  Pierwsze  francuskie  nazwisko,  jakie

przyszło mi do głowy, to Christine Boulanger. Miałam kiedyś w domu jej płytę gramofonową z piosenkami. Nie straciłam

rezonu,  ale  to  kwestia  wychowania,  bo  zawsze  powtarzano  mi,  że  muszę  być  dzielna.  Niemiec  uwierzył  mi  i  weszłam

w gromadę ludzi. Bałam się, że zaraz będę mieć rewizję, podarłam polską kenkartę i zakopałam ją w ziemi. Zza drutów,

gdzie  znajdował  się  obóz  dla  Polaków,  odezwał  się  głos  znajomego  adwokata.  Co  ja  tam  robię?  Po  co  mi  to? A  to  nie

lepiej być z nami?

– Będzie się pani czuła lepiej, a wśród swoich upokorzenia będą lżejsze!– stwierdziła znajoma mi twarz.

Miał  rację.  W  jednej  chwili  wykopałam  dokument  z  ziemi  i  przelazłam  przez  drut.  Zieleniak  wyglądał  jak  prawdziwe

piekło.  Co  chwila  straszono  nas,  że  lada  moment  wpadną  własowcy  i  zrobią  z  nami,  co  im  się  podoba.  Bałam  się  ich,

dlatego zabandażowałam całą głowę, zostawiając otwór tylko na oczy. Miałam nadzieję, że w ten sposób ich odstraszę.

background image

Na  szczęście  nic  mi  się  nie  stało,  ale  to,  co  robili  z  kobietami,  było  nieludzkie.  Gwałty,  bicia,  okrutne  znęcanie  się

fizyczne.

Kobiety rodziły dzieci w niegodnych warunkach. Krzyk, płacz, błaganie o litość. Pewnego wieczora podeszła do mnie

kobieta  i  wręczyła  mi…  moje  futro,  które  wyrzuciłam  po  drodze.  Mówiła,  że  szukała  mnie  w  tłumie,  żeby  zwrócić  mi

moją  własność.  Dzięki  temu  w  nocy  mogłam  się  czymś  przykryć.  Już  niebawem  miałam  znaleźć  się  w  obozie  pracy.

Tak, Pruszków był jednym wielkim koszmarem.

Brak  picia,  jedzenia,  goły  beton.  Do  Pruszkowa  wieźli  nas  bydlęcymi  wagonami.  Obóz  wspominam  jako  horror,

w którym głód i strach to podstawowe elementy codzienności.

Nagle  pewnego  dnia  wypędzono  nas  na  perony  i  po  raz  kolejny  załadowano  do  wagonów.  Wszyscy  na  początku

myśleli, że jedziemy do Oświęcimia, ale nikt dokładnie nie wiedział, gdzie skończy się nasza podróż. Jak przejeżdżaliśmy

przez Pabianice, wychyliłam się przez małe okienko, żeby zobaczyć, gdzie jestem. Na peronie zauważyłam dziewczynkę

z  tornistrem  na  plecach,  która  przechadzała  się,  jakby  na  kogoś  czekała.  Nie  zastanawiałam  się  ani  chwili,  wyjęłam

z torebki kartkę i ołówek. Szybko napisałam na niej, żeby zawiadomiła moich rodziców, co się ze mną dzieje, i podałam

jej  adres.  Klucze  od  domu  zawinęłam  w  kartkę.  Wychyliłam  się  z  okna  i  rzuciłam  w  jej  kierunku.  Jaka  sprytna  była  ta

dziewczynka.  Wykazała  się  dużą  odwagą,  bo  zanim  podniosła  liścik  z  ziemi,  dziesięć  razy  się  rozejrzała,  czy  aby  na

pewno  nikt  tego  nie  zobaczy.  „Córka  Krystyna  wywieziona  do  Niemiec”,  brzmiała  treść  telegramu,  który  nadali  jej

rodzice.  Tyle  tylko  pamiętam  z  drogi  do  Bossen  w  Niemczech.  Musiało  być  strasznie,  skoro  wymazałam  wszystko

z pamięci.

Pamiętam  jeszcze,  że  nie  wiedzieliśmy,  dlaczego  zjechaliśmy  na  bocznicę.  Ludzie  z  pobliskiej  wsi  przynosili  nam

jedzenie, rzucali pomidory, jabłka, chleb. Czasem trafiali w okno, a czasem nie. Podobno nasz przestój spowodowany był

tym,  że  władze  Szwajcarii  interweniowały,  żeby  nie  rozdzielać  rodzin  i  dawać  nam  jeść.  Wiedziałam  już  wtedy,  że  nie

jedziemy  do  Oświęcimia.  Pierwszy  obóz  był  przejściowy.  Prawdziwa  makabra,  wszyscy  byliśmy  wymieszani.  Zwozili

zgniłe  ogórki  i  pomidory,  którymi  nas  karmili.  Ludzie  rzucali  się  na  to,  ale  ja  wolałam  być  głodna.  Większość  dostała

rozstroju żołądka. Umierali z wyczerpania i odwodnienia. Tak działali Niemcy, żeby wykańczać.

Później trafiłam do Arbeitslager w Zielenzig

4

, do fabryki mączki kartoflanej. Ten zapach był straszny. Chemia i brud

mieszały  się  w  powietrzu.  Wielu  ludzi  zaangażowało  się  do  zwożenia  kartofli.  Na  nieszczęście  włączyłam  się  w  to

również  ja,  żeby  choć  przez  chwilę  pobyć  na  zewnątrz.  Jeden  z  wieśniaków  zgłosił  się  do  obozu  i  wybierał  osoby  do

pracy  na  roli.  Obcięłam  wówczas  włosy  na  krótko,  bo  bałam  się  dostać  wszy.  Moment  wybierania  pracowników

wyglądał jak zakup koni na targu. Staliśmy w rzędzie, a on przechodził i wskazywał, kogo chce.

– Ta uczesana po męsku – wskazał i zabrał mnie do pracy.

Praca  była  ciężka,  ale  najważniejsze  było  to,  że  mnie  karmili.  Kawałki  słoniny  okazały  się  najlepszym  smakołykiem.

Miałam pecha, bo pracowaliśmy parami, a mnie przypadł Ukrainiec, który był bardzo szybki. Błagałam go, żeby zwolnił,

bo nie daję rady. Bili nas biczami. Było mi już wszystko jedno.

W pewnym momencie, akurat gdy skończyłam pracę, rozpadało się, a do obozu było kilka kilometrów. Zbuntowałam

się i zażądałam, żeby Niemiec dał nam konia. Na początku nie chciał.

– Du bist Scheisse – warknęłam do niego.

Jego  reakcja  bardzo  mnie  zaskoczyła:  o  dziwo,  zawiózł  mnie  do  obozu. Ale  następnego  dnia  już  nie  wybrał  mnie  do

pracy. Bał się buntu.

Kilka  dni  później  zrobił  mi  się  wrzód  na  nodze,  najprawdopodobniej  od  ugryzienia  owada.  Bardzo  cierpiałam,  dlatego

dyrektor  fabryki  pozwolił  mi  pójść  do  lekarza,  który  owinął  mi  nogę  papierem  toaletowym  i  kazał  przyjść  niebawem.

Przez  chwilkę  byłam  na  wolności  i  szłam  ulicą.  Cudowne  uczucie!  Lekarz  dał  mi  zwolnienie  i  nakazał  zostać  w  łóżku

background image

przez kilka dni.

Leżąc  na  pryczy,  w  pewnym  momencie  dowiedziałam  się,  że  popsuła  się  elektryczność,  a  obok  nas  jest  obóz

z  oficerami  francuskimi,  z  którego  wezwano  elektryka.  Gdy  ten  przeszedł  do  nas,  od  razu  zwrócił  moją  uwagę.  Przez

chwilę  przyglądaliśmy  się  sobie  wzajemnie.  Postanowiłam  nawiązać  z  nim  kontakt  i  odezwałam  się  do  niego  po

niemiecku. Nie rozumiał mnie. Ucieszyłam się, że nie jest to Niemiec, a Francuz. Chyba mu się spodobałam,  bo  ciągle

mówił, że naprawa nie jest jeszcze gotowa, miał więc pretekst, żeby do mnie przychodzić. Pamiętam poranek, kiedy się

obudziłam, a w nogach mojego łóżka leżały termos z kawą, kawałek chleba i czekolady, papierosy. Podzieliłam się moim

prezentem z innymi. Poszliśmy nawet na jedną randkę. Ukryliśmy się na polu w zbożu, żeby nikt nas nie zobaczył.

Dni w obozie mijały mi na pracy i pisaniu listów do taty. Właściwie to nie były listy, a zwykłe kartki. Korespondencja

z  domem  dawała  mi  poczucie,  że  daleko,  za  ogrodzeniem  obozu,  jest  inne  życie,  którego  może  będzie  mi  dane  jeszcze

zaznać. Mój ojciec pisał, że chce, żebym była z nimi, i dał mi do zrozumienia, że już zaczął się o to starać. „Liczymy, że

królewicz  cię  do  nas  przywiezie…”,  napisał  na  jednej  z  kartek.  To  był  szyfr. A  ja  od  tej  pory  codziennie  wyglądałam

mojego królewicza.

Pobudka w obozie zawsze była o szóstej. Poranna kawa tylko z nazwy przypominała kawę, do tego paskudny chleb

i marmolada. Na obiad dawali nam zupę z małży, ale przeważnie jeńcy nie chcieli tego jeść i z obrzydzeniem wylewali

zupę.  Ja  ją  jadłam,  bo  wiedziałam,  że  ma  wiele  witamin.  Chyba  tylko  dzięki  tej  zupie  wytrzymałam.  Kiedy  nie

zajmowałam się już ziemniakami, zrywałam jabłka i gruszki w sadzie u Niemca. To była dobra praca, bo zawsze mogłam

ukraść kilka owoców. Z czasem okazało się, że w obozowej kuchni pracuje kobieta, z którą znałyśmy się z Warszawy.

Często  kupowałam  u  niej  warzywa  i  owoce  na  targu  na  Powiślu.  Spytałam  ją,  czy  mogę  umyć  w  kuchni  głowę.

Pozwoliła mi. Zaproponowałam, że zapłacę za tę przysługę, ale ona nie chciała ani grosza. Wręcz się obruszyła.

Nasze obozowe rozmowy często dotyczyły chleba, jego smaku i zapachu. W nocy śpiewaliśmy patriotyczne piosenki

po  polsku.  Nikt  nam  nie  zabraniał,  bo  Niemcy  nie  rozumieli  polskiego.  Choć  byliśmy  bardzo  zmęczeni,  nie  wpadaliśmy

w  czarną  rozpacz.  W  tłumie  jeńców  wypatrzyłam  trzy  znajome  twarze,  z  którymi  chodziłam  do  gimnazjum.  Jedna

z koleżanek zajmowała pryczę obok mnie. Dzień, kiedy dostała paczkę ze smakołykami od ciotki z Berlina, był świętem.

Nigdy  nie  zapomnę  tego,  że  odwróciła  się  do  mnie  plecami  i  ze  smakiem  zajadała  łakocie.  Nie  chciała  się  z  nikim

podzielić. Bałam się wówczas, że po mojej twarzy pozna, jaka jestem głodna. Żeby uniknąć wstydu, również odwróciłam

się  do  niej  plecami.  Po  latach  spotkałam  ją  w  Sopocie,  ale  nie  podałam  jej  ręki.  Do  dziś  nie  rozumiem  tego,  że  była

w stanie zjeść wszystko i nie podzielić się z nikim, wiedząc, jak bardzo cierpimy. Mnie nie przeszłoby to przez gardło. To

nawet Niemiec podzielił się kiedyś ze mną owocami i ciastem. A ona?

– Fräulein Królikiewicz! – esesman w czarnym mundurze przerwał poranek. Podniosłam rękę.

– A ty nie czekasz na swojego królewicza?

Od  razu  wiedziałam,  że  nadeszła  pomoc.  Swoje  rzeczy  machinalnie  rozdzieliłam  wśród  innych,  a  sama  z  moim

wybawcą  poszliśmy  do  biura  dyrektora  obozu.  Esesman  mówił,  że  mam  zostać  uwolniona,  i  próbował  przekupić

dyrektora  dwiema  butelkami  koniaku.  W  pewnym  momencie,  słysząc  odmowę,  wyjął  zza  pazuchy  pistolet  i  położył  na

biurku  dyrektora.  Ten  argument  przekonał  go,  a  ja  dostałam  zaświadczenie,  że  nie  jestem  w  obozie  potrzebna  i  mogę

wyjść  na  wolność.  Mój  królewicz  okazał  się  żołnierzem  AK,  któremu  udało  się  zdobyć  mundur  esesmana,  a  jego

znajomość niemieckiego i brak obcego akcentu były idealnym kamuflażem. Byłam wolna. Wtedy uwierzyłam, że nawet

najgorszy koszmar może skończyć się jak najpiękniejsza bajka.

Nie  liczył  się  kierunek,  w  biegu  wsiedliśmy  do  pierwszego  lepszego  pociągu,  który  miał  mnie  zawieźć  do  domu.

W przedziałach była masa niemieckich żołnierzy, wszystkie miejsca zajęte. Mój wybawca nie mógł patrzeć na to, że stoję

w tłoku na korytarzu.

background image

–  Co  tu  się  dzieje?  Siedzicie  na  tyłkach,  a  kobieta  po  przeżyciach  na  froncie,  gdzie  straciła  narzeczonego,  ma  stać

i  żaden  się  nie  podniesie…  –  Swoim  brakiem  akcentu  po  raz  kolejny  nabrał  rodowitych  Niemców,  którzy  ustąpili  mi

miejsca.

Od tej pory jechałam już tylko na siedząco. Widać było, że źle się Niemcom dzieje, bo gdy Marian wyciągnął kawałek

chleba, patrzyli na to, jakby od tygodni nic nie jedli. Gdy wysiedliśmy na pierwszym lepszym postoju, Marian pokazał mi,

że  za  kiełbasę  i  połeć  słoniny  dostał  pistolet.  Był  nam  potrzebny,  bo  nie  wiadomo  było,  na  jakie  problemy  natrafimy  po

drodze.

Gdy  dotarliśmy  do  domu  jego  narzeczonej  Zosi,  która  miała  kontakt  z  „cichociemnymi”,  poczułam  się  jak  w  niebie.

Balia  z  nagrzaną  wodą  i  czysta  pościel  były  dla  mnie  jak  spełnienie  największych  marzeń.  Pierwszy  raz  od  długich

miesięcy  mogłam  wyspać  się  w  normalnych  warunkach.  Być  może  dlatego  spałam  dwadzieścia  kilka  godzin.  Żeby

dostać  się  do  mojej  rodziny,  musiałam  przejść  przez  zieloną  granicę.  Pomogła  mi  w  tym  właśnie  Zosia.  W  chwili,  gdy

razem  z  Marianem  staliśmy  przed  drzwiami  mojego  mieszkania,  poczułam,  jakby  zdjęto  mi  z  pleców  ogromny  głaz.

Wcześniej jednak umówiliśmy się, że trochę nabierzemy moich bliskich. Ukryłam się na korytarzu, tak żeby nikt mnie nie

zobaczył.

– Niestety, nie udało się – Marian przywitał moich rodziców, którzy nie mogli doczekać się wieści, co ze mną. Chwila

ciszy i wyskoczyłam zza węgła. Widząc tatę i mamę, wpadłam im w ramiona. W trójkę płakaliśmy. Mimo że wojna się

nie skończyła, byliśmy razem. I to się dla nas liczyło.

Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz

urodziła się 7 czerwca 1921 roku w Krakowie. W czasie wojny działała jako łączniczka: kolportowała prasę i przewoziła

meldunki. W powstaniu brała udział tylko kilka dni, ponieważ trafiła do obozu przejściowego jako więzień w trakcie rzezi

Ochoty.  Podczas  wojny  uczyła  się  gry  aktorskiej  na  tajnych  kompletach.  Jej  debiut  sceniczny  na  deskach  Teatru

Powszechnego  w  Krakowie  przypadł  na  rok  1945.  Występowała  m.in.  w  Teatrze  Wybrzeże  w  Gdańsku,  w  Teatrze

im. Stefana Jaracza w Łodzi. Prywatnie jest matką znanego scenarzysty Cezarego Harasimowicza.

background image

Żołnierz z kamienia

Maria Stypułkowska-Chojecka
pseudonim „Kama”, sanitariuszka i łączniczka batalionu „Parasol”

Swój  pseudonim  wzięła  od  imienia  bohaterki  książki Andrzeja  Struga  „Dzieje  jednego  pocisku„,  gdyż  podobnie  jak  ona

bardzo  chciała  walczyć  z  wrogiem.  Już  jako  trzynastolatka  odczuwała  potrzebę  działania,  dlatego  zapisała  się  do

harcerstwa,  a  z  niego  przeszła  do  batalionu  „Parasol„.  W  trakcie  wojny  płakała  tylko  raz:  gdy  doszło  do  kapitulacji

powstania.

Nienawidzę  wojny,  chociaż  w  czasie  okupacji  myślałam,  że  dla  Polaków  jest  to  jedyne  wyjście  z  sytuacji,

która nas spotkała. I pewnie tak właśnie było. Nie lubię, kiedy zabijają ludzi, kiedy ich dręczą. Ale to moje „nie

lubię” wtedy nic nie znaczyło. I dalej nie znaczy.

Przed  wybuchem  wojny,  dokładnie  w  1937  roku,  wstąpiłam  do  58.  Warszawskiej  Żeńskiej  Drużyny  Harcerek,  która

prowadzona  była  przy  szkole  nr  139  na  ulicy  Młynarskiej.  Była  to  wówczas  szkoła  podstawowa,  którą  wybudowano

z funduszy tramwajarzy. Do harcerstwa wstąpiłam z dość prozaicznego powodu: zrobiłam tak jak moje koleżanki. Z całej

naszej  klasy  zgłosiło  się  dziewięć  dziewcząt.  Stanowiłyśmy  cały  zastęp.  Głównym  warunkiem  przystąpienia  do  drużyny

była zgoda szkolnego wychowawcy, ponieważ dziewczyna-urwis nie mogła być w harcerstwie. Ale do naszej klasy nie

chodziły  niegrzeczne  dziewczyny.  Kolejnym  warunkiem  do  spełnienia  były  osiągnięcia  w  nauce,  czyli  nie  można  było

mieć  dwój  i  trój.  Sprostałam  wymaganiom.  Chciałam  być  harcerką  i  bardzo  mi  się  podobało,  że  w  uroczystościach

szkolnych, a było ich sporo, brali udział chłopcy i dziewczęta, którzy mieli na sobie mundury. Wyglądali przepięknie, a taki

strój był wyróżnieniem ponad miarę! Harcerstwo zapewniło mi też kontakt z rówieśnikami, za którym tęskniłam. Byłam

jedynaczką, w całej mojej rodzinie nie było innych dzieci. Bardzo mnie cieszyło, że przeszłam wszystkie próby i stałam się

prawdziwą harcerką.

Przewodniczącą drużyny była Irena Malento, która na co dzień pracowała w naszej szkole na stanowisku sekretarki,

zastępowymi  natomiast  koleżanki  ze  starszych  klas.  Znałyśmy  się  wszystkie  przynajmniej  z  widzenia.  Gorliwie

uczestniczyłyśmy  w  zbiórkach.  Dopiero  z  czasem  włączono  nas  w  prawdziwy  tryb  życia  zastępowego.  Naszą  drużynę

nazwałyśmy  „Pszczoły”.  Uznałyśmy,  że  to  są  pracowite  stworzenia,  i  chciałyśmy  być  podobne  w  tym  do  nich.  Naszą

zastępową była Ela Jaskólska. Gdy wybuchła wojna, straciłyśmy kontakt i nie działałyśmy już razem.

****

Nie zapomnę momentu, gdy zaczęły się bombardowania Warszawy i wymarsze mężczyzn z miasta. Na szczęście, tam

gdzie  mieszkałam,  na  Woli,  a  dokładniej  na  ulicy  Leszno,  bomby  od  razu  nie  padały.  Pierwsze  bomby  spadły  na  Kole,

gdzie  mieszkał  z  rodziną  mój  wuj.  Pamiętam,  kiedy  przyjechał  do  nas  obwieścić,  co  się  tam  właśnie  dzieje.  Był  to  dla

mnie  prawdziwy  wstrząs,  że  na  kogoś  bliskiego  spadły  bomby.  Kolejnym  wspomnieniem  jest  poddanie  się  Warszawy.

Widziałam wychodzących z miasta żołnierzy polskich. Widok był dla mnie straszny. Nie zapomnę, że każdy żołnierz szedł

bez broni. I szli szykiem. Ten łomot podkutych butów o bruk zrobił na mnie ogromne wrażenie, które  zapamiętałam  na

background image

całe  życie.  Mój  ojciec  i  wujkowie  też  poszli  na  wschód,  ale  bardzo  szybko  wrócili.  Jeśli  chodzi  o  sam  przebieg

września… Gdy tylko usłyszałam o bombach, wpadłam na pomysł, że trzeba szybko przenieść się do przedpokoju, który

znajdował się najdalej od frontu ze wszystkich pomieszczeń w domu. Mimo że miałam trzynaście lat, wykoncypowałam

coś mądrego.

Kiedy  wchodzili  do  Warszawy  Niemcy,  szłam  właśnie  odwiedzić  moje  dwie  koleżanki  z  drużyny  harcerskiej.  Były

siostrami,  a  w  trakcie  bombardowania  zostały  poważnie  ranne.  Mieszkały  na  ulicy  Działdowskiej  i  nosiły  francusko

brzmiące  nazwisko  Jerome.  Jadwiga  była  młodsza,  mówiliśmy  na  nią  Jagoda.  Bomba  zraniła  ją  tak,  że  trzeba  było

amputować jej nogę. Powiadomiono mnie o tym przez telefon, więc postanowiłam szybko do nich pobiec. Dziwna była ta

Działdowska,  wszystkie  bramy  zawarte,  nikogo  na  ulicy,  tylko  od  czasu  do  czasu  ktoś  ciekawski  zerkał  przez  okno,

a  jezdnią…  Jezdnią  kroczyli  Niemcy.  Niewielki  oddział.  Gdy  wkraczałam  do  mieszkania  moich  przyjaciółek,  Jadwiga

leżała  w  łóżku,  a  jej  starsza  siostra  Irenka  siedziała  obok  niej.  Też  była  ranna  w  nogę.  Jagoda  starała  się  z  całych  sił

pocieszyć mamę.

–  Nie  martw  się  –  mówiła  radośnie.  –  Przecież  mam  jeszcze  drugą  nogę,  więc  po  co  łzy.  Będę  jeszcze  chodzić,

biegać, a nawet tańczyć!

Jagoda cieszyła się, że ma oczy i uszy. Starała się podtrzymać mamę na duchu. I udało się.

Gdy wracałam do domu, znów widziałam Niemców.

****

Z czasem okazało się, że zamykają szkoły, ale zaraz je otworzono i znowu można było się uczyć. Chodziłam do siódmej

klasy. Wprowadzono obowiązkową naukę języka niemieckiego, włącznie z nauką pisma gotyckiego. Ukończyłam szkołę

podstawową i musiałam postanowić, co dalej. Mój tata namówił mnie na szkołę rękodzielniczą, a konkretnie krawiecką.

Przed wojną zawód krawcowej był idealny dla kobiety, podobnie było z pracą sprzedawczyni. Nie widziałam siebie jako

przyszłej krawcowej, ani tym bardziej ekspedientki, ale poszłam za radą taty. Gdy skończyłam tę szkołę, zdałam egzamin

czeladniczy, ale nie potrafię szyć. Znacznie lepiej szło mi projektowanie na manekinach.

Często  spotykałam  się  z  koleżankami  z  harcerstwa  i  zastanawiałyśmy  się,  co  dalej.  Ze  szkół  wyrugowano  treści

związane  z  Polską  i  patriotyzmem,  a  szczególny  nacisk  kładziono  na  matematykę  i  inne  nauki  ścisłe.  W  szkole

podstawowej nauczycielki jednak po godzinach uczyły nas ortografii i gramatyki. Przykładałam się wówczas do nauki.

Idealne do naszych spotkań z zastępem okazało się mieszkanie państwa Tomalaków, rodziców mojego kolegi z klasy,

Witolda. Pani Tomalakowa była oficerem AK, ale dowiedziałam się o tym po wojnie. Jej mąż trafił do obozu jenieckiego.

Mieli  bardzo  duże  mieszkanie,  w  którym  organizowałyśmy  spotkania  dla  dorosłych.  Deklamowałyśmy  wiersze,  które

same  najpierw  wybierałyśmy,  tańczyłyśmy  poloneza,  kujawiaka. Akompaniował  nam  przy  tym  gramofon.  Po  występie

chodziłyśmy  z  czapeczką,  a  nasi  najbliżsi  wrzucali  drobne  pieniądze,  które  następnie  wydawałyśmy  na  produkty  dla

więźniów na Pawiaku.

Później przystąpiłam do AK razem z dwiema przyjaciółkami z harcerstwa. Był to sierpień 1943 roku. Przechodziłam

normalne  przeszkolenie  bojowe.  Wyjeżdżałyśmy  do  Kampinosu  na  ćwiczenia  w  lesie.  Padnij!  Czołgaj!  Kryj  się!  Poza

tym ćwiczyłam swoją postawę bojową oraz strzelniczą. Naszym zadaniem było przywożenie na ćwiczenia broni, z której

strzelali chłopcy. PM-y były dość ciężkie, nawet jeżeli rozłożono je na części. Żeby dowieźć sprzęt, najpierw jechałyśmy

tramwajem, a później szłyśmy pieszo od przystanku do lasu. Opłaciło się dźwigać sprzęt, bo chłopcy czasami w nagrodę

i w podzięce za pomoc pozwalali nam strzelać z broni. Dziś już ledwo widzę, ale wówczas trafiałam w samą dziesiątkę.

Treści  zajęć  były  bardzo  różne.  Poza  tym  w  domach  własnych  i  naszych  przyjaciół  mieliśmy  również  ćwiczenia

background image

teoretyczne.  Z  czasem  rozpoczęłam  szkołę  chorążych  „Agricola”,  do  której  przygotowywałam  się  bardzo  sumiennie.

Razem  z  moją  koleżanką  Janiną,  ps.  „Scarlett”,  otrzymałyśmy  stopnie  wojskowe.  Przygotowałam  sobie  beleczki  na

naramienniki. To było coś, żeby dziewczyna ukończyła szkołę podchorążych, ale z czasem przestało mi to imponować.

****

Przed  powstaniem  wzięłam  udział  w  siedmiu  akcjach  bojowych.  Pierwsza  akcja  to  był  Weffels.  Miałam  wtedy

siedemnaście lat. Żyłam w kraju, w którym panami mojego życia byli Niemcy. Wiele rzeczy, które dziś są niepojęte, dla

nas  były  naturalne.  Strzelaniny  na  ulicach,  aresztowania,  więzienia.  Żyliśmy  z  tym  na  co  dzień.  To,  że  strzelają  do

człowieka,  zachowują  się  brutalnie  w  stosunku  do  aresztowanych,  w  mieszkaniach  biją  i  zabijają  w  obecności  dziecka,

niszczą  domy…  Jak  coś  takiego  spotkało  bliską  mi  osobę,  sztywniałam.  Wiedziałam,  że  jest  źle,  ale  ciężko  było  temu

zaradzić. Zastanawiałam się, czy uda mi się wytrzymać prawdziwy horror. Zawsze miałam ze sobą ampułkę z trucizną,

którą zabierałam, gdy szłam na akcję. Na szczęście nigdy nie musiałam jej otworzyć.

****

Pracował  na  Pawiaku,  na  ulicy  Krochmalnej  przyjmował  paczki  dla  więźniów.  Do  Kleimana  raz  w  miesiącu  rodzina

mogła  przynieść  paczki.  Musiałam  się  dowiedzieć,  jak  ten  pan  wygląda,  bo  wydano  na  niego  wyrok  śmierci.  Miałam

problem, bo żeby wejść do jego pokoju, trzeba było mieć coś ze sobą. Na ulicy znalazłam kawał kamienia, kupiłam papier

i  sznurek.  Napisałam  byle  jakie  nazwisko.  Pakunek  wyglądał  jak  bochenek  chleba.  Podałam  mu  paczkę,  a  on  bez

mrugnięcia  okiem  przyjął  ją.  Już  wiedziałam,  jak  wygląda.  Dalej  go  obserwowałam.  Jak  Kleiman  wychodził  z  Pawiaka

do  domu,  razem  z  koleżanką  Elżbietą,  ps.  „Dewajtis”,  która  miała  tylko  trzynaście  lat,  obserwowałyśmy  go  na  zmianę.

Akcja  się  udała.  Na  obserwowaniu  Franza  Kutschery  spędziłam  cztery  tygodnie.  Musiałam  się  dowiedzieć,  jak  często

przejeżdża, z kim, kiedy, jak szybko wyjeżdża. Nasza akcja również zakończyła się sukcesem. Ale nie świętowaliśmy go.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem wysłano mnie na kolejną akcję odbicia rannych. Nie mogliśmy tracić czasu.

****

W  pierwszej  chwili  czułam  nienawiść  do  tych,  którzy  napadli  na  Polskę,  ale  potem  moje  uczucia  przerodziły  się

w  zupełnie  coś  innego.  Człowiek  z  biegiem  czasu  zaczyna  kamienieć  w  środku  i  staje  się  odporny  na  to,  co  dzieje  się

wokół niego. Niemcy strzelali do ludzi nie tylko podczas zbiorowych egzekucji, ale i do idących zwyczajnie ulicą. To były

celne strzały. Trudno mi było wybaczać Niemcom.

To, co wydawało się niemożliwe, stawało się dniem codziennym. Każdego dnia spodziewałam się, że nie tylko mnie,

ale i innych mogą zrewidować. Dlatego nigdy nie trzymałam niczego w mieszkaniu na wypadek, gdyby doszło do czegoś

takiego,  żeby  nie  obciążać  rodziny.  Nie  chciałam,  żeby  moja  mama  była  świadkiem  takich  sytuacji,  bo  była  chora  na

serce.  Ojciec  też  niczego  nie  trzymał  w  domu.  Jeżeli  przeczytaliśmy  gazetkę,  od  razu  oddawaliśmy  ją  innym.  Zresztą

taka była przecież idea prasy podziemnej, żeby gazety wędrowały. Jedyny sposób przekazywania wiadomości.

****

Prawie wcale nie płakałam w trakcie wojny. Żołnierzowi nie wypadało. Nie płakałam, gdy szłam kanałami z Mokotowa

background image

do  Śródmieścia  przez  osiemnaście  godzin.  Czasami  ścieki  sięgały  mi  brody,  nie  wzruszało  mnie  to.  Szłam  z  koleżanką,

która była nieprzytomna ze zmęczenia i chciała pić brudną wodę, takie miała pragnienie. Niektórzy odłączali się i szli inną

drogą.  Do  dziś  nie  wiem,  czy  wyszli  z  kanałów.  W  grupie  było  jednak  raźniej  w  podziemnych  labiryntach.  Szliśmy

wąskimi korytarzami i cały czas trzymaliśmy się za paski. Dzięki temu wiedziałam, że nie jestem sama. Takie poczucie

było niezmiernie ważne. W wojnie nie chodziło o przystosowanie się, ale o walkę.

Nie płakałam również wtedy, gdy zobaczyłam, że mój dom na ulicy Leszno podpalono. Poprosiłam kolegów z oddziału,

żeby dali mi papierosa. To był pierwszy papieros w moim życiu. Sama konspiracja polegała na milczeniu i niemówieniu

o  sobie.  Dostałeś  rozkaz  i  musiałeś  go  wykonać.  Nikt  nie  mógł  wiedzieć,  czym  się  zajmujesz,  co  zrobiłeś,  z  kim  się

widziałeś. Dlatego moja mama nie wiedziała, co robię. Gdy wychodziłam z domu, zawsze mówiłam, że idę uczyć się do

koleżanki.  Nie  miałam  wyrzutów  sumienia,  że  kłamię.  Uczyłam  się  dopiero  nocą  z  latarką  pod  kołdrą.  Dzieliłam  pokój

z babcią, więc musiałam czekać, aż zaśnie, żeby nie wzbudzać podejrzeń nocnym czytaniem książki.

Pamiętam dzień, kiedy rozpłakałam się w trakcie wojny. To było wtedy, gdy ogłoszono kapitulację powstania. Byliśmy

u  przyjaciela  w  mieszkaniu  na  Kruczej.  Z  okien  widać  było  ludzi  stojących  przy  bramie.  Nagle  padły  strzały,  ludzie  na

ulicy upadli, a ja usłyszałam, że nastąpiła kapitulacja. Młody człowiek ma różne pomysły. Reakcja nas wszystkich może

wydawać się niezrozumiała. Puściliśmy płytę na gramofonie, z głośnika popłynęło tango, a my wszyscy tańczyliśmy. To

nie  był  taniec  radości.  Łzy  leciały  nam  wszystkim  z  oczu.  Poczułam,  że  zamknęliśmy  pewien  etap.  Tylu  znajomych

zginęło, a my tańczyliśmy…

Pamiętam  też  radość  podczas  wojny.  U  mnie  na  punkcie  sanitarnym,  który  prowadziłam  w  domu,  leżał  przyjaciel.

Lekarz  stwierdził,  że  trzeba  amputować  mu  nogę.  Zobowiązałam  się,  że  ja  ją  uratuję.  I  udało  mi  się.  To  była  wielka

radość. Ale prawdziwa radość pojawiała się wtedy, gdy nie zostało się zabitym. Radość czułam, gdy wyszłam z kanałów

i  zobaczyłam,  że  stoją  domy.  Były  co  prawda  uszkodzone,  ale  ludzie  chodzili  normalnie,  kobiety  w  sukienkach,

umalowane, ładnie uczesane. Uśmiechnęłam się, że życie wraca do normy. Tyle że to wcale nie była norma.

****

Gdy  powstanie  upadło,  planowałam  razem  z  kolegami  pójść  do  niewoli.  Byłam  bardzo  zmęczona,  a  poza  tym  nie

chciałam  zostawić  moich  przyjaciół  samych.  Nikt  z  nas  nie  wiedział,  jak  wygląda  obóz  i  co  się  może  stać.  Pamiętam

dokładnie, to było na ulicy Śniadeckich, gdy mój tata powstrzymał mnie przed decyzją.

– Chcesz iść z kolegami? Rozumiem. Ale popatrz. O mamie nic nie wiem, o teściowej też nie, ty pójdziesz i nie będzie

wiadomo, co z tobą, i zostanę sam na świecie.

To  był  argument,  którego  nie  potrafiłam  przebić.  Mój  tata  zawsze  był  dla  mnie  autorytetem.  Zostałam  z  nim,  nie

poszłam, mimo iż koledzy namawiali. I możliwe, że dzięki temu żyję.

Maria Stypułkowska-Chojecka

urodziła  się  w  1926  w  Warszawie.  Od  1937  roku  należała  do  58.  Warszawskiej  Żeńskiej  Drużyny  Harcerek.  Podczas

wojny była łączniczką batalionu „Parasol” Armii Krajowej oraz sanitariuszką. Wzięła udział w siedmiu akcjach zbrojnych,

m.in. w zamachu na Kutscherę. Przeszła szlak bojowy batalionu „Parasol”.

background image

Z dzieciństwa w dorosłość

Zofia Słojkowska-Krajewska 
pseudonim „Nelly”

Gdy zobaczyła pierwsze skutki wojny, straciła wiarę w Boga, bo nie mogła uwierzyć, że Bóg pozwoliłby na taką tragedię.

Do  konspiracji  przystąpiła,  gdyż  chciała  mieć  poczucie,  że  nie  siedzi  bezczynnie,  a  robi  coś,  żeby  zakończyć  koszmar.

Wojna była dla niej tak ogromnym stresem, że w wieku szesnastu lat osiwiała. Mimo to dzielnie podtrzymywała na duchu

swoją mamę, która była dla niej całym światem.

Nienawidziłam, gdy Niemcy przywozili nam jedzenie, brudną, wręcz śmierdzącą zupę z brukwi. Z chwilą, gdy

zauważyłam,  że  stoją  i  z  szyderczymi  uśmiechami  nagrywają  kamerą  tłum  wygłodniałych  więźniów  gotowych

wyrywać sobie talerze z rąk, honor nie pozwolił mi jeść. Wolałam być głodna, niż stać się kolejną Polką, która

da im pretekst do salwy złośliwego śmiechu i okropnych wyzwisk.

Wojna.  Krótkie  słowo,  pięć  liter,  ale  jakże  niebezpiecznych,  niosących  ze  sobą  krzywdę,  stratę  i  utratę.  Tak,  wraz

z wojną utraciłam wiarę w Boga. Bo jeżeli Bóg by istniał, nie pozwoliłby na to, żeby tylu ludzi cierpiało, tyle osób zginęło,

tylu ludzi straciło najbliższych. Pytałam o to często moją mamę, prowokowałam ją pytaniami, dlaczego Bóg nie zareaguje,

dlaczego  nie  przerwie  realizacji  szaleńczego  planu  Hitlera.  Ale  mama  pomijała  moje  ataki  furii  milczeniem.  Nadal

wierzyła, że Bóg czuwa nad nami. Bo skoro dalej żyłyśmy, dlaczego miałoby być inaczej.

Wojna to dla mnie też konkretny smak, smak kaszy jaglanej, którą jadłam dzień w dzień. Na śniadanie, obiad i kolację.

Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić. To, że Niemcy wyrzucili moją mamę, tatę i mnie z domu w Łodzi, bo

ogromna część Łodzi zamieniana była w żydowskie getto, nie stanowiło dla mnie dramatu. Bardziej martwiłam się o to,

że nie zobaczę już swoich przyjaciół i dalszej rodziny.

Gdy  tylko  okazało  się,  że  musimy  opuścić  nasze  mieszkanie,  nie  traciliśmy  czasu  i  spakowaliśmy  najpotrzebniejsze

rzeczy. Ja ratowałam tylko: zdjęcia i pamiętnik, do którego wpisywali się moi przyjaciele. Razem z rodzicami wyjechałam

do  Ząbek  pod  Warszawą.  Rodzina  mamy  mieszkała  w  Warszawie,  więc  mamusia  chciała  mieć  do  nich  blisko.

Zamieszkaliśmy w małym lokalu na parterze, w domu, w którym żyło kilka rodzin. Od razu zaprzyjaźniłam się z Jadwigą,

która  mieszkała  na  pierwszym  piętrze.  Byłyśmy  w  tym  samym  wieku,  ale  ja  wyglądałam,  jakbym  była  od  niej  dobrych

pięć lat starsza.

Mój brat był już wówczas w Warszawie. Tadeusz był głuchoniemy, ponieważ jako mały chłopiec wypadł z łóżeczka,

na skutek czego stracił zupełnie słuch. Uczył się w Instytucie Głuchoniemych i Ociemniałych przy placu Trzech Krzyży.

Tam też mieszkał w internacie. Mimo że obydwoje byliśmy bardzo zajęci, często spotykaliśmy się w centrum miasta, bo

tęskniliśmy za sobą. Podskórnie czułam, że Tadzik działa w konspiracji, on też wiedział, że nie siedzę grzecznie w domu.

Przenosiłam meldunki i kolportowałam prasę.

Do  konspiracji  wciągnął  mnie  mój  starszy  kuzyn  Zygmunt,  który  wiedział,  że  sprawdzę  się  jako  łączniczka.  Czy

miałam dylemat przed wstąpieniem do podziemia? Nie zastanawiałam się ani chwili. Wiedziałam, że nie mogę bezczynnie

siedzieć  i  patrzeć  na  to,  co  dzieje  się  z  moim  krajem.  Nie  powiedziałam  nikomu  o  podjętej  przeze  mnie  decyzji.

Wiedziałam,  że  moja  mamusia,  która  miała  najsilniejszy  charakter  z  całej  rodziny  Słojkowskich,  szybko  zacznie  wybijać

background image

mi z głowy ten pomysł i to wszelkimi możliwymi sposobami. Tata również zaangażował się w działalność podziemną, ale

on  walkę  z  oprawcą  miał  we  krwi.  Przed  moim  urodzeniem  był  zawodowym  żołnierzem,  ułanem  gotowym  w  każdej

chwili chwycić za broń i stanąć do szyku. Podziemie znało mnie jako „Nelly”. Mój pseudonim wziął się stąd, że mama

chciała nazwać mnie właśnie tak. Moja kochana babunia Rozalka ubłagała ją, żeby dała mi polskie imię. I tak zostałam

Zofią.

Przedmiotem, który wyjątkowo pomagał mi w konspiracyjnym działaniu, była mufka. Można było ukryć w niej wiele

materiałów  podziemnych.  Często  w  domu  patrzyliśmy  z  tatą  na  siebie  i  uśmiechaliśmy  się  podejrzliwie.  Miałam  wielką

ochotę powiedzieć mu, czym się teraz zajmuję, co kolportuję, z kim się widziałam, o czym rozmawiałam. Wolałam jednak

nie  kusić  losu.  Niewiedza  w  życiu  też  jest  bardzo  potrzebna  i  okazuje  się  niezwykle  przydatna.  Szczególnie  w  czasie

wojny.

Miałam ogromny problem z tym, żeby nie chodzić do kina. Gdy mieszkaliśmy w Łodzi, większość czasu spędzałam na

sali  kinowej,  oglądając  czarno-białe  filmy.  Uwielbiałam  króciutkie,  zabawne  kreskówki,  które  nadawane  były  przed

filmami dla dorosłych. Moim kinowym kompanem był tata, ale często zdarzało się tak, że szłam do kina sama, wyłudzając

wcześniej od mamy kilka groszy. Teraz tylko świnie siedziały w kinie. Przed wojną nie mieliśmy źle. Mama prowadziła

zakład krawiecki i była rozchwytywana w Łodzi. Lubiłam obserwować ją przy pracy i piękne panie, które przychodziły

do niej, żeby zdjąć miarę lub wprowadzić poprawki do uszytej sukienki. Talent do szycia odziedziczył po mamie Tadeusz,

ps. „Tygrys”. To właśnie tego fachu uczył się przy placu Trzech Krzyży.

Przełomowym momentem była dla mnie chwila, gdy dowiedziałam się, że Zygmunta zastrzelili. Jego ciało odnaleziono

w  podwarszawskim  lesie.  Nikt  nie  wiedział  do  końca,  co  się  stało.  Wiadomo  było,  że  nikt  z  Polaków  nie  odebrał  mu

życia. Zrobił to wróg. To był dla mnie kolejny dowód na to, że Boga nie ma.

Do Warszawy jeździłam codziennie na tajne komplety. Uczyłam się francuskiego, chemii, biologii. Marzyłam o tym, że

w przyszłości pójdę na medycynę. Wojna, a w zasadzie jej skutki, nie pozwoliły mi spełnić tego marzenia. Nigdy. Zawsze

starałam się zdążyć na kolejkę do Ząbek. Gdy się spóźniłam, a zdarzyło mi się to nie raz, zmuszona byłam iść pieszo do

domu. Na szczęście z domu w Łodzi wyszłam w porządnych skórzanych oficerkach, które dzielnie służyły mi przez całą

wojnę.

Długo przygotowywaliśmy się do powstania. W głębi serca liczyłam, że nasz zryw przyniesie jakieś skutki, sprawi, że

coś się zmieni. Gdy zbliżała się godzina „W”, mama wiedziała, że mam zamiar wziąć w nim udział.  Czasem  odnosiłam

wrażenie, że czyta mi w myślach. Robiła wszystko, żeby  odciągnąć  moją  uwagę  od  jej  zdaniem  szaleńczego  planu.  Jej

prośby  i  groźby  poskutkowały,  bo  słowo  mamy  było  zawsze  dla  mnie  rzeczą  świętą.  Zostałam  w  domu,  ale  cały  czas

serce  biło  mi  jak  oszalałe.  Przyjaciele  z  konspiracji  właśnie  dokonywali  czegoś,  na  co  czekałam  tyle  czasu  i  w  czym

pokładałam  wielkie  nadzieje.  Nie  wiedziałam,  co  się  z  nimi  dzieje,  nie  wiedziałam,  czy  mój  brat  jeszcze  żyje,  czy  zginął

gdzieś na polu walki.

Przebywaliśmy wtedy we trójkę u brata mojej mamy w Warszawie. Po paru dniach od wybuchu powstania Niemcy

wygnali  wszystkich  z  domów.  Nie  zapomnę,  jak  szliśmy  ulicami  miasta.  Słychać  było  głównie  buty  uderzające  o  bruk.

Moi rodzice bardzo uważali, żebyśmy nie rozdzielili się nawet na sekundę. Do dziś czuję mocny uścisk dłoni taty. Serce

waliło  mi  jak  oszalałe,  ale  przez  myśl  mi  nie  przeszło,  że  za  dwa  miesiące  miasto,  które  kiedyś  było  jednym

z najpiękniejszych miejsc, umrze, a jego ciało zostanie zbezczeszczone. Starzy, młodzi, chorzy, zdrowi, kobiety, mężczyźni

i dzieci… Oprawcy kazali nam wsiąść do wagonów, które czekały już na torach. Nikt nie wiedział, dokąd jedziemy, co

się z nami stanie…

Nie wiem, jak długo jechałam do Pruszkowa. Ale droga do obozu była niczym w porównaniu z tym, co czekało mnie

w środku. Gdy gnieździliśmy się w dusznych wagonach, w głowie kłębiły mi się miliony myśli. Miałam ochotę krzyczeć,

background image

wyć,  płakać.  Dla  Niemców  ja  i  setki  innych  ludzi  byliśmy  tylko  zwykłym  bydłem,  które  nie  zasługiwało  na  najmniejszą

oznakę szacunku. Baraki, które ujrzałam w Pruszkowie, były zwiastunem kolejnego horroru. Mimo że stały się one moją

codziennością,  a  z  czasem  znałam  już  chyba  z  widzenia  wszystkich  więźniów,  którzy  tak  jak  ja  trafili  do  prawdziwego

piekła na ziemi, z każdym dniem Pruszków coraz bardziej mi doskwierał. Wszyscy zastanawiali się, co stanie się z nami

dalej.  Nienawidziłam,  gdy  Niemcy  przywozili  nam  jedzenie,  brudną,  wręcz  śmierdzącą  zupę  z  brukwi.  Z  chwilą,  gdy

zauważyłam, że stoją i z szyderczymi uśmiechami nagrywają kamerą tłum wygłodniałych więźniów gotowych wyrywać

sobie  talerze  z  rąk,  honor  nie  pozwolił  mi  jeść.  Wolałam  być  głodna  niż  stać  się  kolejną  Polką,  która  da  im  pretekst  do

salwy złośliwego śmiechu i okropnych wyzwisk.

Po ilu dniach zapakowali nas z powrotem do wagonów? Nie wiem. Nikt nie wiedział, dokąd tym razem nas wywożą.

Cudem  udało  mi  się  znaleźć  z  mamusią  w  jednym  wagonie.  Tacie  niestety  nie  pozwolili  wsiąść  z  nami.  Widziałam

przerażenie  w  jego  oczach,  ale  starał  się  stwarzać  pozory,  że  nie  boi  się  tego,  że  już  może  nigdy  nie  będzie  nam  dane

zjeść wspólnie obiadu.

–  Jeszcze  się  spotkamy  –  szepnął  mi  do  ucha  i  zginął  w  tłumie  innych  mężczyzn.  Mama  również  udawała  hardą.

Zawsze  tak  było.  Nawet  w  chwili  największej  opresji  nie  pokazywała  strachu.  Czułaby  się  upokorzona,  gdyby  ktoś

zobaczył go na jej twarzy.

Głównym  tematem  rozmów  w  wagonie  było  to,  dokąd  zmierzamy.  Część  współtowarzyszy  makabrycznej  podróży

uważała,  że  jedziemy  do  kolejnego  obozu.  Inni  liczyli,  że  może  gehenna  zaraz  się  skończy. Ale  w  jaki  sposób?  Zabiją

nas?  Ukojenie  znajdziemy  w  śmierci?  Ja  mimo  upokorzeń,  jakich  doznawałam  od  kilku  miesięcy,  chciałam  dalej  żyć,

razem  z  moją  mamą,  która  była  dla  mnie  wszystkim.  Nagle  łoskot  pociągu  ucichł,  a  drzwi  wagonu  otworzyły  się

z hukiem. Staliśmy w szczerym polu.

– Raus! – wykrzykiwali uzbrojeni Niemcy i w agresywny sposób „pomagali” nam wysiadać z pociągu.

Zauważyłam, że przy wagonie spokojnie stoi grupa osób, które beznamiętnie patrzą w naszą stronę. Okazało się, że to

gospodarze  z  pobliskich  wsi,  Polacy,  u  których  mamy  mieszkać.  Nasz  nowy  „opiekun”  spojrzał  na  nas  z  obrzydzeniem

i  skinął  tylko,  że  mamy  za  nim  iść.  Okazało  się,  że  trafiłyśmy  do  wsi  Zawoja  w  województwie  małopolskim.  Chałupa

gospodarza  składała  się  z  przedsionka  i  jednej  izby  z  klepiskiem  zamiast  podłogi.  Mieszkała  w  niej  wielopokoleniowa

rodzina.  Ich  miny  sugerowały,  że  traktują  nas  jako  przykry  obowiązek.  W  sumie  to  chyba  normalne.  Zjawiłyśmy  się

znikąd,  a  oni  zmuszeni  byli  dać  nam  dach  nad  głową.  Było  mi  już  wszystko  obojętne,  ale  gdy  okazało  się,  że  będziemy

mieszkać w malutkiej komórce z oknem, do której prowadzą oddzielne drzwi, odetchnęłam z ulgą. Można powiedzieć, że

to był nawet luksus, ponieważ jeszcze jakiś czas temu spałyśmy z setką obcych ludzi w baraku.

Nie zapomnę naszej pierwszej wspólnej kolacji. Gospodarze wskazali nam miejsce, zasiedliśmy razem na drewnianej

ławie,  a  wówczas  gospodyni  postawiła  na  stole  wielką  miskę  pełną  ziemniaków,  z  której  jednocześnie  jadło  prawie

dziesięć  osób.  Spojrzałyśmy  z  mamą  po  sobie  i  porozumiewawczo  dałyśmy  sobie  znak,  że  nie  należy  grymasić,

i  przystąpiłyśmy  do  jedzenia.  Już  następnego  dnia  zorientowałam  się,  że  ziemniaki,  które  były  codziennym  posiłkiem,

gotowane  są  w  wodzie,  w  której  wcześniej  myje  się  cała  rodzina  gospodarza.  Od  tej  pory  starałam  się  zdobywać

jedzenie  za  drobne  prace  w  innych  domach.  Gdy  spadł  pierwszy  śnieg,  noce  stały  się  bardzo  ciężkie.  Ściany  naszego

pokoju pokryte były szronem, który błyszczał w blasku księżyca, wpadającym do naszego pokoju przez malutkie okienko.

Spałyśmy  na  drewnianym  łóżku  przytulone  do  siebie,  bo  tak  było  cieplej,  a  przynajmniej  nam  się  tak  wydawało.  Żeby

mieszkało się nam lepiej, starałam się przyozdobić szyby izby wycinankami. To stwarzało złudzenie normalności.

Gospodarze  coraz  bardziej  się  niecierpliwili,  nasza  obecność  bardzo  ich  irytowała.  Moim  dobrym  duchem  okazał  się

syn  najbogatszego  gospodarza  w  Zawoi,  Jasio  Adamski.  Jasio  zakochał  się  we  mnie,  ale  ja  szybko  dałam  mu  do

zrozumienia,  że  nie  odwzajemniam  jego  uczuć.  Nie  zniechęciło  to  młodego  Adamskiego  do  kontaktów  ze  mną.  Ten

background image

młodzieniec okazał się naszym dobrym duchem, bo starał się jak najczęściej przynosić nam jedzenie. Gdy przyszły święta

w  grudniu  1944  roku,  Jasio  zabrał  moją  mamę  i  mnie  na  prawdziwą  wigilię  do  partyzantów,  którzy  ukrywali  się

w  małopolskich  lasach.  Nie  zapomnę  szczęścia,  jakie  mnie  wypełniło.  Wreszcie  mogłam  się  najeść.  I  to  nie  kaszy

jaglanej, a jedzenia, które pamiętałam jak przez mgłę z przeszłości.

Często  patrzyłam  w  lustro  i  nie  mogłam  się  nadziwić,  że  choć  mam  szesnaście  lat,  moje  skronie  są  zupełnie  siwe.

Zauważyłam  już  w  Pruszkowie  biały  pukiel,  ale  miałam  wówczas  inne  problemy  niż  kolor  moich  włosów.  Wojna

sprawiła,  że  przeszłam  przyspieszony  kurs  dojrzewania.  Również  mój  wygląd  pozostawiał  wiele  do  życzenia.

Wyglądałam po prostu staro. Jedyne, co się nie zniszczyło, to oficerki, które nosiłam przez cały czas.

Pomoc  nadchodziła  ze  wschodu,  więc  musiałyśmy  długo  czekać,  żeby  swobodnie  opuścić  Zawoję.  Wojna  się

skończyła – szeptali wszyscy. Mogłyśmy wrócić. Tylko czy było dokąd? Gdy wsiadłyśmy do pociągu do Łodzi, czułam

się,  jakby  zdjęto  mi  z  pleców  balast,  który  ciążył  na  mnie  od  kilku  lat.  Łódź  nie  była  zniszczona.  Rodzina  mojego  taty,

a  dokładniej  ciotka  Wasiakowa,  która  była  jego  siostrą,  a  moją  matką  chrzestną,  zarządziła,  że  skoro  nie  mamy  nic,

należy pomóc nam w znalezieniu własnego kąta. Wiele mieszkań po Żydach stało pustych, ale Polacy bardzo szybko je

zajmowali. Wasiakowie mieli ich aż cztery, więc oddali nam dwupokojowe mieszkanie na parterze przy ulicy Kilińskiego.

Moja mamusia została w nim, a ja jak najszybciej chciałam dostać się do Warszawy. Pociągi kursowały, ale wiele osób

ostrzegało mnie, że Rosjanie grasują na tej trasie, okradają i gwałcą kobiety. Bałam się tego, więc zdecydowałam, że do

brata  pójdę  na  piechotę.  Droga  była  koszmarna  i  wyczerpująca.  Żeby  odpocząć  choć  przez  chwilę,  pukałam  do  drzwi

napotkanych  gospodarstw  i  pytałam,  czy  mogę  przespać  się  u  nich.  Czasem  pozwalali  mi  wejść  do  domu,  a  czasem

udostępniali  mi  stóg  siana.  Niekiedy  dawali  też  coś  do  jedzenia,  picia,  ogromnym  luksusem  była  możliwość  umycia  się.

W końcu doszłam do Warszawy…

Nie wiedziałam, w którą stronę mam iść, bo miasto zrównane było z ziemią. Piękne kamienice stały się hałdami gruzu,

w  których  gdzieniegdzie  widać  było  resztki  ich  świetności.  Nie  było  sensu  chodzić  po  Warszawie.  Bo  niby  gdzie

miałabym szukać rodziny? Dokąd iść? Z kim rozmawiać? Odwróciłam się i zostawiłam pobojowisko za sobą. Cieszyłam

się, gdy znowu znalazłam się w naszym nowym mieszkaniu w Łodzi. Jeszcze zanim wybuchło powstanie, umówiłam się

z Tadeuszem, że jeżeli przeżyjemy wojnę, spotkamy się właśnie w tym mieście. Minęły dwa miesiące, aż pewnego dnia

usłyszałam  pukanie  do  drzwi.  To  był  Tadeusz!  Rzuciłam  mu  się  na  szyję.  Byliśmy  prawie  wszyscy  razem.  Brakowało

tylko taty, ale on już nigdy do nas nie wrócił.

Zofia Słojkowska-Krajewska

urodziła się 30 kwietnia 1928 w Łodzi. Zmarła 6 września 2011. Gdy wybuchła wojna, miała jedenaście lat. Przystąpiła

do  konspiracji  za  sprawą  starszego  kuzyna  Zygmunta.  Pod  pseudonimem  „Nelly”  kolportowała  prasę  i  dostarczała

meldunki.  Uczyła  się  na  tajnych  kompletach.  W  powstaniu  udziału  nie  brała,  ponieważ  cała  jej  rodzina  trafiła  do  obozu

w Pruszkowie. Po wyzwoleniu wróciła z mamą do Łodzi. Mimo że marzyła o medycynie, zmuszona była pójść do pracy.

Pracowała jako pielęgniarka i modystka. Z czasem skończyła pedagogikę, co pozwoliło jej zostać nauczycielką. Później

mianowano  ją  dyrektorem  przedszkola  przy  ulicy  Wólczańskiej  w  Łodzi.  Wielokrotnie  odznaczana  przez  Ministerstwo

Edukacji Narodowej, m.in. Złotym Krzyżem Zasługi.


Document Outline