background image

EUGENIUSZ DĘBSKI

FLASHBACK 2

czyli

OKRADZIONY ŚWIAT

Otwierając  oczy nie  miałem  pewności,  co  do  prawdziwej  przyczyny przebudzenia  — 

erekcja czy dzwonek telefonu? Sygnał telefonu był o wiele słabszy od sygnału z rdzenia 
kręgowego, ale gdy zacząłem wyplątywać się z pościeli, zauważyłem na chassis aparatu 
żółte oczko, które wskazywało na drugi stopień głośności. Posłuszny komp proponował 
wszystkim dzwoniącym w nocy wysłuchanie krótkiej historyjki o zmęczeniu pana Owena 
Yeatesa, który serdecznie uprasza o wyrozumiałość i przemyślenie, czy sprawa jest na tyle 
ważna, aby zakłócać panu Yeatesowi nocny wypoczynek. Dopiero wtedy, gdy rozmówca 
wykazywał   się   natarczywością,   której   współczesne   kompy   nie   potrafią   jeszcze 
neutralizować, domowa katarynka elektroniczna przystępowała do delikatnego budzenia. 
Zanim   wyciągnąłem   dłoń   w   kierunku   telefonu,   sygnał   stał   się   jeszcze   głośniejszy. 
Zerknąłem na Pymę i przyłożyłem słuchawkę do ucha.

— Th... Tak?
Usłyszałem głos Douga Sarkissiana.
— Owen, chcę ci zadać jedno z najgłupszych pytań.
— Już ci odpowiadam: nie śpię.
— To tak jak ja.
— Yhy. Wyczułem to po głosie.
— A nie zapytasz, dlaczego?
— Dlaczego?
— To dłuższa opowieść. Przygotowałem duży dzbanek wybornej kawy. Nie zdołam jej 

wypić sam...

— Takie gadanie było dobre w czasach, kiedy kawa pochodziła z przemytu, ale nie 

wiem, czy w ogóle były takie czasy. Aktualnie mam w domu duży zapas.

— Dobra. Ale ja muszę ci coś powiedzieć...
— Boże, jesteś w ciąży?
— Długo będziesz tak paplał? Obudzisz Pymę. 
— Ją może obudzić tylko trzęsienie ziemi albo zbyt cichy oddech Phila. — Wstałem i 

zrzuciłem na podłogę spodnie od piżamy. 

— Za trzy minuty schodzę do samochodu.
— Czeka już na ciebie mój chłopak.
— Jak większość obywateli uważam, że na rozdmuchane potrzeby CBI idzie za dużo 

pieniędzy. Stawki nocne są u was dość wysokie, czyż nie?

Sarkissian bez słowa odłożył słuchawkę. Poszedłem do łazienki. Trzy minuty później 

gestem i groźnym mruknięciem odegnałem Tebę od drzwi, otworzyłem je i wyszedłem 
przed   dom.   Noc   poderwała   się   z   bezruchu   i   chlusnęła   na   mnie   mokrym,   mglistym 
powietrzem. Księżyc świecił jak z łaski, należałoby mu się karne przejście na emeryturę. 
Odetchnąłem kilka razy, dając płucom czas na przyzwyczajenie się do nadmiaru wilgoci, i 
poszedłem ścieżką.

Na   przekór   wszystkim   standardowym   wyobrażeniom   o   pracy   instytucji   typu   CBI   nie 

czekała   na   mnie   ciemna,   tajemnicza   limuzyna,   lecz   mały,   żółty   kabriolet.   Wsiadłem   i 

background image

skinąłem kierowcy. Odwzajemnił powitanie i ruszył. Dopiero teraz spojrzałem na zegarek, 
była   trzecia   dwadzieścia   siedem.   Ulice   puste   niczym   Sahara   przed   zalaniem 
cywilizacyjnym   potopem.   Sygnalizacja   uliczna,   widząc   zbliżający   się   samochodzik, 
usłużnie zapalała zielone światła. Nie sprawiła tego zamontowana w wozie przystawka — 
sam mam taką w bastaadzie — po prostu było stosunkowo pusto: tylko my i dziwnie dużo 
patroli   policyjnych.   Nie   czepiano   się   nas.   Policjanci   odprowadzali   nas   tylko   sennymi, 
obojętnymi spojrzeniami, co dowodziło, że nasz mały nadajnik wysyła zakodowany sygnał 
identyfikujący.

— Co jaki czas zmienia się sygnał w identyfikatorach? — zapytałem.
Ku mojemu zdziwieniu kierowca wcale się nie oburzył.
— Chyba   co   czterdzieści   minut   —   powiedział.   —   Dokładnie   nie   wiem,   ale   kiedyś 

chciałem zamontować to w swoim prywatnym wozie... — zgrabnie pokonał zakręt. — 
Powiedziano   mi,   że   to   nie   wyjdzie,   bo   musiałbym   mieć   także   wyszukiwacz   kolejnych 
częstotliwości i kodów, a wtedy wykryto by mnie po kilkudziesięciu sekundach.

— Zgadza się.
Ja również chciałem kiedyś założyć coś takiego w moim samochodzie. Nawet nie dlatego, 

że było mi to do czegoś potrzebne — jeżeli chodzi o tę dziedzinę, zachowywałem się jak 
sroka, taszcząca do swego gniazda wszystko, co się świeci. Uważałem, że każdy gadget, 
nawet jeśli tylko raz w życiu spełni swoją funkcję, a w końcu mogło od tego zależeć moje 
życie, jest wart pieniędzy, jakie weń włożyłem.

Wyhamowaliśmy   przed   bramą   jakichś   magazynów.   Gdy   zapadła   się   w   ziemię, 

wjechaliśmy na plac i zaraz potem do otwartej paszczy ciemnego składu. Kierowca zgasił 
światła   i   w   zupełnych   ciemnościach   osunęliśmy   się   pod   powierzchnię   ziemi.   Winda 
przeniosła nas wraz z samochodem kilkadziesiąt metrów i zatrzymała się.

— Drzwi na końcu korytarza — powiedział chłopak. — Do widzenia panu — dodał z 

ukłonem, niczym filmowy maitre d'hótel. Po prawdzie jednak, musiałby to być szmatławy 
film.

Autentyczni szefowie sal w prawdziwych lokalach nie kłaniają się w pas nawet szefom 

emiratów.

Mruknąłem „cześć” i wysiadłem. Nad moją głową rozjarzyła się seledynowym światłem 

prosta, cienka krecha—przewodniczka. Szedłem pod nią, niemal muskając ją włosami. W 
pewnej chwili, jakieś trzy metry przede mną, krecha jakby obsunęła się po zbyt stromej 
ścianie, błyskawicznie obrysowała drzwi,— a ta jej część, która była nade mną, zgasła.

„Stanowczo za dużo pieniędzy idzie na głupstwa” — pomyślałem i postanowiłem takim 

właśnie tekstem powitać Sarkissiana. Zrezygnowałem z tego, gdy wszedłem i rzuciłem na 
niego okiem. Odczekałem, aż zamkną się za mną drzwi i rozejrzałem się po pomieszczeniu. 
Byliśmy sami. Doug siedział przy ogromnym ekranie—stole, opierając głowę na rękach. 
Ucieleśnienie zniechęcenia. Spojrzał na mnie nie zmieniając położenia ciała. Dopiero po 
chwili oderwał głowę od podpórki i wskazał mi fotel. Wyjąłem z kieszeni papierosy i 
używając jako popielniczki pustego pojemnika na dyski, siedziałem i czekałem, aż Doug 
zacznie mówić.

— Jest sprawa — powiedział.
W zwykłych okolicznościach wykorzystałbym pauzę na kilka dowcipnych wstawek, ale z 

jego wyglądu wywnioskowałem, że normalne okoliczności skończyły się kwadrans i cztery 
kilometry temu, gdy spałem w swoim łóżku. Zaciągnąłem się. Wypuściłem dym. Doug 
milczał.

background image

— Nawet  nie  wiem,   od czego  zacząć...   — znowu zamilkł.   Mój  język  poderwał  się 

niczym autonomiczny organ, chcąc udzielić strapionemu Sarkissianowi kilku rad. Ledwo 
udało mi się poskromić padalca, ale czułem, że długo nie wytrzyma.

— Powiedz, co jest, bo aż mnie świerzbi, żeby sobie poużywać.
— Nie próbuj...
— Nie próbuję, ale to bardzo męczące. Powiedz wreszcie coś...
— Dokonano największej kradzieży w historii świata. Większej nie będzie, bo być nie 

może...

— Wycięli z gleby i wywieźli Fort Knox?
— Jesteśmy... jako kraj... skompromitowani na wieki wieków — mówił, nie zwracając 

uwagi   na   moje   pytanie.   —   Plajta!   Słowo   „pośmiewisko”   zostanie   zastąpione   słowem 
„stanowisko”...

— Przestań biadać nad stanem Stanów! Obudziłeś mnie, żeby się wyżalać przy użyciu 

ogólnikowych prognoz?

Sarkissian wstał, chyba tylko po to, żeby móc mocniej uderzyć dłonią w stół.
— Kurważ mać! — wydusił z siebie. — Jestem załamany... Uwierzyłem mu. Sarkissian 

bełkoczący, Sarkissian niezdarnie klnący, Sarkissian niemogący zebrać myśli...

— Będę milczał, a ty mów — zaproponowałem. — Chcesz papierosa?
— Nie. Słyszałeś o wystawie z okazji trzechsetlecia Konstytucji?
Formalnie było to pytanie, ale w kontekście obudzenia mnie w środku nocy odebrałem to 

jako informację podstawową.

— Gdyby nie to, że wystawa ma być otwarta za sześć tygodni, a eksponaty przylecą 

tydzień   wcześniej,   pomyślałbym,   że   mówisz   coś   o   kradzieży   tych   obrazów...   — 
powiedziałem ostrożnie, czując, że moje wnętrzności przestawiają się na produkcję lodu.

— To była informacja podana dla zmylenia tropów. — Doug usiadł, poderwał się i 

rozpoczął marsz wzdłuż dłuższego z boków prostokątnego ekranu. — W rzeczywistości 
obrazy przyleciały do nas cztery dni temu i zaraz potem wystartowały w dalszą drogę.

— Nikt nie zauważył, ze Gioconda nie wisi na swoim miejscu?
— Większość najsłynniejszych dzieł zastąpiły kopie, niektóre muzea zamknięto z powodu 

remontów,   inne   z   tytułu   zmiany   ekspozycji.   Wyglądało   na   to,   że   nikt   się   niczego   nie 
domyśla. Nawet szefowie muzeów, z których pożyczyliśmy obrazy, nie wiedzieli, co i w 
jakim   terminie   będzie   transportowane   do   Lincoln.   Uznając,   że   rozkładanie   na   partie 
zwiększy   ryzyko,   zdecydowaliśmy   się   przewieźć   wszystko   razem   i   w   ten   oto   sposób 
ułatwiliśmy komuś robotę.

— Powiedz krótko: obrobili transport tych dzieł?
— Nie da się powiedzieć krótko, Owen. Prado, Luwr, Ermitaż... — wyciągnął w moim 

kierunku   trzy   palce   —   załatwione!   Takie   miasta   jak   Drezno,   Duisburg,   Heidelberg, 
Amsterdam, Oslo, Barcelona, nie mówiąc już o Watykanie... załatwione. Owen... Mówiło 
się  o wystawie  przez duże „W”,  ale tylko  kilkanaście  osób  wiedziało,   co to  naprawdę 
będzie! To, co wiesz ty, co podaliśmy do prasy, to jedna dwudziesta prawdy. Miała nosić 
tytuł „Dwadzieścia wieków malarstwa” i był to najskromniejszy tytuł, jaki można było 
wymyślić!

— Zawsze   wydawało   mi   się,   że   nawet   nasza   megalomania   jest   największa   — 

wrzuciłem   niedopałek   do   pojemnika   i   zapaliłem   następnego   papierosa.   Musiałem   coś 
powiedzieć, żeby dać Sarkissianowi czas na otarcie potu z czoła.

background image

— Wiesz,   kto   tam   był?   —   zapytał   rzucając  mokrą   chusteczkę.   —   Wymienię   tylko 

część. Uważaj! Rubens, Rublow, obaj van Eyckowie, Botticelli, da Vinci, Michał Anioł, 
Rafael, Tycjan, Tintoretto, Bruegel, Diirer, Holbein, Watteau, El Greco, Velaząuez, Goya, 
van Dyck, Rembrandt, Gainsborough, Gericault, Delacrok, Riepin, Renoir, Manet, Monet, 
Degas,   Cezanne,   van   Gogh,   Wrubel,   Picasso,   Dali,   Giotto,   Snyders,   Pissarro,   Sisley, 
Gauguin,   Kokoschka,   Kandinsky,   Klee,   Toulouse—Lautrec...   —.   odetchnął   głęboko   i 
potrząsnął   głową.   —   Wymieniłem   tylko   tych,   których   zapamiętałem.   Łatwiej   byłoby 
wymienić tych, którzy się nie zmieścili. Rozumiesz? — Skinąłem głową. — Całe światowe 
malarstwo. Nie wiem, czy coś cennego zostało na swoim miejscu. Chyba że w prywatnych 
kolekcjach. Groza...

— Zgoda.   —   Otworzyłem   usta,   żeby   poprosić   o   sole   trzeźwiące   albo   dwa   łyki 

bourbona, ale zrozumiałem, że dzisiejsza noc nie jest najlepsza na tego rodzaju zachcianki. 
— No to wiem, co ukradziono, domyślam się też, że wyniki masz mizerne albo żadne. 
Trochę więcej patroli pęta się po mieście, pewnie dzieje się tak w całym kraju. Patrolują, 
nie wiedząc, czego mają szukać, tak? — Doug skinął głową. — Właśnie... Tylko nie wiem, 
czego spodziewasz się po mnie. Nawet mój geniusz nie może równać się z CBI i całą 
policją kraju. O co więc chodzi?

— O pomysł. Brak nam pomysłu. Daj nam ideę, a pognamy za nią chyżo jak gepardy! 

Bo w tej chwili przebieramy nogami w miejscu.

— Pomysł...! — parsknąłem i natychmiast spoważniałem. — Z przyjemnością, tylko 

nie wiem, czy go mam. Jeśli wy...

— My! — zawołał. W jego ustach zaimek ten po raz pierwszy zabrzmiał jak obelga. — 

Ja ostrzegałem, przekonywałem... Bałem się tego przedsięwzięcia. Ale pion strategiczny 
był pewien swego jak nikt i nigdy.

— Będziecie mieli nowy pion strategiczny — mruknąłem.
— Jeśli CBI będzie jeszcze istniało...
— No, jeżeli tak zaczynasz mówić, to lepiej opowiedz, jak to zostało zrobione...
— Odsuń się, zobaczysz wszystko na ekranie.
Posłusznie przesunąłem swój fotel i pojemnik — popielniczkę pod ścianę. Doug jednym 

szarpnięciem ustawił blat stołu w pionie. Ekran cieszył oko spokojną szarością.

— Zacznę od tego, że każdy z obrazów zapakowany był w próżniowy pojemnik ze stali 

Reisendorfera, praktycznie niemal niezniszczalny i niekłopotliwy w otwarciu. Lepiej, żeby 
złodziej otworzył kasetę, niż żeby zmasakrował i ją, i jej zawartość. Tak więc wszystkie 
płótna były w przygotowanych futerałach. — Dotknął jednego z szeregu przycisków na 
obrzeżu   ekranu.   —   Napad   miał   miejsce   między   Kansas   City   i   Lincoln,   zaraz   po 
przekroczeniu   granicy   stanu.   Wyglądało   to   tak.   Wóz,   wyglądający   jak   ciężarówka   do 
przewożenia cytrusów, jechał drogą... — na ekranie pojawił się widok szosy z lotu ptaka — 
...numer AS trzysta czterdzieści dwa. Droga ta cztery dni wcześniej została sprawdzona i 
zamknięta dla ruchu pod pretekstem prac remontowych.

— Maskowanie?
— Pełne.   Dwie   ekipy   naprawdę   pracowały   tam   nad   rzeczywiście   nie   najlepszą 

nawierzchnią. Tu nie mogło być żadnych podejrzeń. Nie chciałbym ci nic sugerować, ale to 
nie mogła być przypadkowa sprawa.

— Przeciek...? — Szybko machnąłem dłonią. — Nie, leć dalej.
— Tak więc jedzie ciężarówka... — Na ekranie pojawił się wóz widziany z góry, w 

dolnym   prawym   rogu   obejrzałem   go   ze   wszystkich   stron.   —   Przed   nią...   Aha!   Tuż 

background image

przedtem   „remont”   został   zakończony,   usunęliśmy   znaki   ograniczenia   ruchu,   ale   gęste 
patrole miały zatrzymywać każdy pojazd.  To samo z drugiej strony. Konwój otwierają 
cztery   samochody   z   obstawą,   sześć   go   zamyka.   W   kabinie   trucka   kierowca   i   czterej 
doborowcy.   O  piętnastej   czternaście   następuje  atak.   Zobacz,   jak...   Obraz   drogi   pokryła 
drobna   ospa.   —   Ktoś   naszpikował   szosę   na   odcinku   ośmiuset   metrów   dwudziestoma 
tysiącami mikroładunków. Zdalnie odpalone ładunki w pół sekundy załatwiły całą obstawę. 
Natomiast   pod   ciężarówką   wybuchły   małe   rakietki,   wykonane   chyba   specjalnie   na   tę 
okazję.   Przebiły   pancerz,   zdemolowały   kabinę   i   pokaleczyły   ludzi.   Komp   uruchomił 
hamulce. Co jeszcze...? No tak! Nad konwojem przez cały czas wisiał flyer. Były dwa, 
zmieniały się w miarę zużywania paliwa. Jeden właśnie zatankował i ruszał nad konwój, 
gdy drugi zaczął tracić wysokość. Jakoś wylądował... Zestrzelili go, oczywiście. Gdy ten 
pierwszy nadleciał nad miejsce napadu, było już po wszystkim.

Na ekran wrócił obraz sprzed kilkunastu sekund — ciężarówka z rozbitą kabiną, dziesięć 

unieruchomionych samochodów. Siedem z nich płonęło.

— Z góry? — zapytałem. — Z satelitów?
— Właśnie   wtedy   nastąpiły   jakieś   dziwne   zaburzenia   atmosferyczne.   Nasi   spece 

twierdzą, że ktoś rozpylił w powietrzu jakiś jodek czy chlorek, czy jeszcze coś innego, 
czego kryształy zniekształciły obraz.

— Z   twoich   słów   wynika,   że   mogli   albo   zwiać   do   Lincoln   i   wtedy   wpadliby   pod 

skrzydła   drugiego   flyera,   albo   wrócić   do   Kansas,   gdzie   byliby   gorąco   powitani   przez 
pędzące w ich kierunku oddziały. Wyparowali?!

— Tak. Rozwalili w kilka sekund drzwi ładowni, zabrali futerały z obrazami i zniknęli. 

Prowadziliśmy   poszukiwania   na   ziemi   i   w   powietrzu,   wykluczyliśmy   flyery,   coptery   i 
wszystko,   co   lata.   Wykluczyliśmy   wszystko,   co   porusza   się   na   ziemi.   I   pod   ziemią.   I 
wszystko to, co pływa...

— A to co się rozpływa...? — mruknąłem do siebie.
— Co mówisz?
— Nie, nic... Klnę trochę. Jeszcze coś?
— Tak. Po siedmiu godzinach coś odkryliśmy. W pobliżu miejsca napadu, na idealnej 

równinie znajduje się anomalia geologiczna: niewielka niecka, coś jak odcisk wydłubanego 
z piasku kamyka. Nad tą niecką ktoś pracowicie zbudował dach i zamaskował go ziemią... 
Do obserwacji wystarczyło. Niczego tam nie znaleźliśmy. Żadnych śladów...

— Żadnych śladów?! No to skąd wiesz...
— Całą nieckę ktoś zalał teksturą budowlaną.
— Aha... — pokiwałem głową. — Skurczyła się, zacierając wszystko.
— Tak. Między innymi dlatego uważamy, że to była ich baza.
— No i fakt samego istnienia kryjówki... — mruknąłem.
— Oczywiście.   I   jeszcze   jedno.   Podczas   otwierania   futerałów   uruchamiany   jest 

impulsowy nadajnik, ale jak na razie nikt żadnego z nich nie otworzył.

— Mogli zawieźć je do jakiegoś schronu, kopalni czy jaskini. Jeśli dowiedzieli się o tak 

tajnym transporcie, to znaczy, że wiedzieli wszystko.

— Raczej nie. — Sarkissian zniknął na chwilę za ekranem. Blat zaczął opadać. Doug 

wrócił, wlokąc za sobą fotel. Usiadł naprzeciwko mnie. — O tych nadajnikach wiedziały, 
łącznie ze mną, cztery osoby. Oczywiście wszystkie znane głębokie dziury są pod specjalną 
opieką. Satelity czyhają na sygnał. Nic. Jestem prawie pewien, że nie otworzyli jeszcze ani 
jednego futerału.

background image

— Czego jeszcze jesteś pewien? — Pogrzebałem w paczce papierosów i zostawiłem ją 

w spokoju. Piekło mnie gardło.

— Nie uciekli z tamtej okolicy. To wykluczone.
— Przestań... Zagrzebali się w ziemi czy jak? I co ze mną? Nie jestem różdżkarzem ani 

nie lubię przekopywać ziemi. Widać to po moim ogrodzie.

— Nie wiem...
Milczeliśmy kilka minut. Miałem kompletną pustkę w głowie, choć właściwie była w niej 

jedna   myśl,   ale   tak   banalna,   że   aż   nie   chciałem   o   niej   mówić.   Wstałem   i   jeszcze   raz  
obejrzałem zarejestrowaną scenę napadu. Uderzyło mnie to, że na ekranie ani razu nie 
pojawili się rabusie. Odwróciłem się do Sarkissiana i potworzyłem swój domysł:

— Musiał być przeciek...
Szarpnął się i uderzył pięścią w kolano.
— Nie było. To wykluczone. Ale z pewnością wszyscy będą tak myśleć. Nasza kochana 

ojczyzna będzie skompromitowana w świecie, a CBI w kraju. To koniec firmy.

— Nie przejmuj się tym tak bardzo. — Wróciłem na fotel i jednak zapaliłem. — Żeby 

istniało pojęcie sprawiedliwości, musi istnieć niesprawiedliwość. Są ze sobą nieodłącznie 
związane, nie istnieją bez siebie. Dotychczas uważało się, że jeśli zniknie zbrodnia, zanikną 
organa ścigania. Może zrobić odwrotnie: zacząć od policji, a przestępstwo samo zdechnie?

— Przeciek wykluczony — powtórzył, nie zwracając uwagi na moją błyskotliwą myśl. 

Postanowiłem wygłosić ją kiedy indziej albo komuś innemu. — Nawet gdyby był, to poza 
kilkoma   osobami   nikt   nie   znał   całego   planu.   A   bez   tej   wiedzy   nie   dałoby   się   aż   tak 
przygotować napadu. Mieliśmy przewidzianych pięć tras dopiero w ostatniej chwili komp 
wylosował tę właśnie.

— No  dobrze.   Zacznijmy   inaczej.   Kim  może   być  złodziej?  Powinien  zdawać  sobie 

sprawę   z   tego,   że   rozmiary   kradzieży   powodują,   iż   staje   się   ona   przedsięwzięciem 
bezcelowym. Kiedy kradnie się jeden czy kilka obrazów, to przejmuje się tym głównie 
poszkodowany,   natomiast  reszta   świata  zaledwie   tak   sobie.   Ale  tutaj   został  okradziony 
świat! No więc komu sprzeda się łup? Nie ma takiego bogacza, który byłby w stanie kupić 
te dzieła, nie ma kraju, który pozwoliłby sobie na nabycie choćby jednego z nich. Zdobycz 
jest, ale cieszyć się nią nie można. To tak, jakbym porwał prostytutkę z syfilisem. Chyba 
że... — zakłuła mnie maleńka, ostra myśl.

— Chyba że to jakiś kolekcjoner wzbogacił swoje zbiory.
— O   tym   właśnie   pomyślałem,   ale   chyba   nie...   Przecież   prędze]   czy   później   ktoś 

zobaczy te obrazy. Nie da się tego ukryć... Ile tam było płócien?

— Dwa tysiące siedemset czterdzieści dwa.
— „Ja cie...!” jak mawia Phil. — Opadłem na oparcie fotela.
— Doug, możesz na mnie krzyczeć, ale daj mi kropelkę czegoś mocniejszego. Zlituj 

się...

Patrzył na mnie chwilę niewidzącymi oczami, jakby nie rozumiejąc, co powiedziałem. 

Albo jakbym popełnił świętokradztwo. W końcu poderwał się i machnął ręką. Może było to 
tylko złudzenie, ale miałem wrażenie, że w jego spojrzeniu błysnęło coś żywszego.

— Dopóki   nie   zacząłeś   pisać,   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że   tak   dużo   pijesz   — 

powiedział, otwierając jakąś kasetę w ścianie.

— Już   po   trzech   pierwszych   stronach   powinieneś   leżeć   sztywny   jak   szyna 

monokolejowa.

background image

— Już mi to mówiono. Ale wiesz, jak nie mam komu dać po ryju, jak nie ma jakiejś 

pani do przelecenia...

— Właśnie...   —   Podał   mi   jedną   ze   szklanek.   —   Jak   Pyma   odnosi   się   do   twoich 

seksualnych harców na stronicach powieści?

— Tak jak w życiu. — Łyknąłem z przyjemnością. — Nie wierzy w nie.
— I słusznie.
— I słusznie.
— I dużo palisz...
— Tak. Kiedyś to rzucę.
— No to wtedy twoje powieści będą się składały z samych nieprzyzwoitych słów i 

bójek.

— Będę   pisał   powieści   eksperymentalne.   Zaangażowane,   artystyczne,   literackie 

kawałki, nudne i niepoczytne, ale wartościowe.

— Ale na razie życzę ci, żebyś napisał kolejną krwistą powieść o tym, jak rozwikłałeś 

aferę z kradzieżą tysiąclecia.

— Dobrze. Posłuchaj...
Jednak   zamiast   zacząć   mówić,   zadumałem   się.   Jakaś   myśl   gwałtownie   domagała   się 

zwerbalizowania.   Usilnie   oczyszczałem   dla   niej   ścieżkę,   aż   wreszcie   dojrzałem   ją   i 
ucałowałem w oba policzki.

— Doug, mam pytanie...
— Słucham.
— Nie, mam pytanie, odpowiedź na które będzie rozwiązaniem zagadki.
— Nie jest to: „Kto to zrobił?” albo „Jak to zrobił?”, mam nadzieję?
— Nie   Posłuchaj,   to   jest   piękne   pytanie.   Jestem  z   niego   dumny.   Rzadko   mi  się  to 

zdarza, bo...

— Dawaj to pytanie! — wrzasnął wściekły.
— W jaki sposób złodziej zapewnił sobie bezkarność?
— W jaki sposób złodziej zapewnił sobie bezkarność... — powtórzył powoli.
— Tak!
— W jaki sposób złodziej zapewnił sobie bezkarność...
— Oczywiście. Inaczej rzecz ujmując: „Kto się nie boi całego świata?” Teoretycznie 

rzecz traktując, możemy sobie pofantazjować, że istnieje taki kraj, który żyje w izolacji, nie 
boi się nas i nawet nas nie lubi...

— Ale Wschód też został ogołocony...
— Aha... No to nieco inaczej: w jakimś izolowanym kraju, może w Albanii, może w 

Hajdrze albo w Yagonie, żyje sobie bogacz...

— Tam nie ma bogaczy! — przerwał.
— Święta racja. No to krąg podejrzanych zawęził się.
— Do zera...
— Do zera... — Teraz ja powtórzyłem jego słowa, nie zastanawiając się nad nimi. —

Chyba jednak nie... — zaoponowałem słabo.

— Owen   —   Sarkissian   wychylił   się   i   w   swój   ulubiony   sposób   trącił   moje   kolano 

wskazującym palcem. — Nie spodziewam się, żebyś po wyjściu stąd pojechał pod jakiś 
znany   sobie   adres   swoim   ulubionym   bastaadem,   wyposażony   w   siedemnaście   różnych 
palników, od elephanta poprzez biffax po dwa drizzlery i tak dalej. Nie spodziewam się, że 
jutro zwalisz mi na biurko kilka stalowych kaset i wskażesz kciukiem resztę na podwórku. 

background image

Ale błagam cię, rzuć wszystko i zastanów się. Mam przeczucie, ze rutyna na nic się tu nie 
zda. Musisz mi pomóc...

Nie drżał mu głos, ale czułem, że Doug nigdy i nikogo jeszcze tak usilnie o nic nie prosił. 

Być   może   była   to   największa   prośba   w   jego   życiu.   Trochę   przeraziła   mnie 
odpowiedzialność, jaką mnie obarczał.

— Jeśli obiecasz mi tuzin butelek hausbarkera, to rozwiążę dla ciebie tę sprawę — 

rzuciłem   niedbałym   tonem   i   nagle   poczułem,   że   rzeczywiście   tak   będzie.   Przysiągłem 
sobie, że poświęcę resztę życia, ale nakryję złodzieja.

Uścisnąłem dłoń Douga i wyszedłem. Ten sam kierowca odwiózł mnie do domu. Była 

szósta   czterdzieści.   Ponieważ   oddycham   inaczej   niż   Phil,   Pyma   nie   obudziła   się,   gdy 
wszedłem do sypialni. Zacząłem rozpinać guziki koszuli, ale zrozumiałem, że i tak nie 
zasnę. Na dole syknęły drzwi, wypuszczając psa do ogrodu. Szybko zbiegłem po schodach i 
wyszedłem na zewnątrz. Teba bawiła się w podgryzanie pięt panny Cooper, która właśnie 
wsadzała do ziemi obsypaną owocami kępkę truskawek. Na mój widok uśmiechnęła się. 
Zerknąłem przez ramię na okno pokoju Phila.

— On tak zabawnie dziwi się za każdym razem, gdy znajduje owocujące truskawki w 

swoim ogrodzie... — powiedziała panna Cooper.

— Tylko czy nie nabawi się przeświadczenia o własnej potędze? Bo jeśli udaje mu się 

wyhodować jesienne gruntowe truskawki, to może dojść do wniosku, że wszystko mu się 
uda...

— Ooo, to pan nie zna własnego syna!
— Może... Do widzenia. Teba...!
Wyszliśmy na ulicę. Nie miałem zamiaru mówić pannie Cooper, że dawno temu Phil, 

wiedziony jakimś przeczuciem, policzył jej szklarniowe późne truskawki i powiedział mi: 
„Panna   Cooper   zamienia   moje   truskawki   na   swoje,   z   owocami.   Bardzo   ją   ten   dowcip 
cieszy”. „Powinieneś chyba powiedzieć jej, że ją rozszyfrowałeś. To nieładnie: objadasz się 
jej owocami”. „Ale ona ma radochę, jak ja się dziwię i objadam”.

W   parku   dość   długo   szukaliśmy   odpowiedniego   kija.   Aportowanie   jest   zajęciem 

poważnym, jeśli wykonują je istoty świadome tego faktu. W końcu Teba znalazła stosowny 
patyk, mnie zaś udało się w drugim rzucie wpakować go w gałęzie gęstego modrzewia, 
wobec czego pies udał, że o to właśnie chodziło i pobiegł obwąchać najświeższe ploteczki. 
Usiadłem na ławce, gdzie zaczęła mnie nękać pewna myśl. Była absurdalna i natrętna, 
jedno   i   drugie   w   równym   stopniu.   Gdy   wróciliśmy   do   domu,   wystukałem   numer   do 
Sarkissiana. Powiedziałem mu, co wpadło mi do głowy.

— To idiotyzm — rzucił w słuchawkę. Zaraz potem rzucił również ją.
Po   godzinie   zadzwonił,   żeby   zapytać,   czy   nadal   upieram   się   przy   hipotezie,   która 

zaprowadzi nas do domu, w którym oszczędzają na klamkach.

O jedenastej, kiedy woda w basenie podgrzała się na tyle, żeby po wejściu do niej można 

było normalnie mówić, zadzwonił znowu i zażądał, żebym zapomniał o moim pomyśle. 
Powiedziałem, że mnie jest wszystko jedno, ale czekam na tuzin butelek piwa z browaru w 
Meinz.   Powstrzymał   się   od   komentarzy.   O   pierwszej   Pyma   zaproponowała   wyskok   na 
podmiejskie   pieczenie   ziemniaków   —   najnowsza   moda   prosto   z   Europy,   i   to   chyba 
Wschodniej. Powiedziałem, że czekam na ważny telefon. Sarkissian odezwał się kwadrans 
później.

— Możesz to jakoś uargumentować? — zapytał. Jego glos zdradzał, że w tej chwili 

niczego nie życzył mi tak serdecznie jak niepowodzenia.

background image

— To jedyny sposób, żeby zapewnić sobie bezkarność, to po pierwsze. Minie kilka lat i 

można będzie ogłosić, że przypadkiem znaleziono kryjówkę z trzema tysiącami obrazów. I 
zażądać czterystu z nich za zwrot reszty. Myślisz, że świat nie pójdzie na to?

— To są jałowe spekulacje!
— Ale to jest możliwe. Miałem tego dowody. Wiesz o tym...
— Wiem, ale jeśli masz rację, to jestem załatwiony!
— Myślę...
— Chcesz mi doradzić, żebym spokojnie czekał na ujawnienie skrytki? Kilka lat?
— Może kilkadziesiąt... — sprecyzowałem.
— Zabiję cię... — powiedział głosem pełnym zniechęcenia.
— Lepiej zabierz się do roboty. Dałem ci kierunek.
— A co ja mam zrobić? Co?
Usłyszałem,   jak   babka,   której   pieczenia   miałem   pilnować   osobiście,   ponieważ   komp 

zawsze robił ją gąbczastą, wycieka na rozgrzaną płytę.

— Zbuduj wehikuł czasu! — wrzasnąłem i wyłączyłem się. Pół godziny później, gdy 

okazało się,  że płyta grzejna jest nie do odczyszczenia,  zamówiłem w sklepie dostawę 
nowej i montując ją, uświadomiłem sobie z całkowitą jasnością, że rzucona w pośpiechu 
myśl   jest   jedyną,   która   może   doprowadzić   do   sukcesu   w   potyczce   ze   złodziejami   z 
przyszłości. I dlatego postanowiłem ją zrealizować. Niedługo potem zjawił się Doug i po 
kilku zmarnotrawionych minutach, podczas których przyrównywał mnie i siebie do różnych 
części ludzkiego ciała, oświadczył że wchodzi. Sądząc po jego minie, to, w co wchodził, 
wglądało w jego oczach na stare, wypełnione po brzegi szambo. Potrzymał w dłoni kubek z 
kawą i nie wypiwszy ani łyka, odstawił, krzywiąc się do własnych myśli.

— Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego upierasz się przy swoim pomyśle — powiedział, 

kierując swoje słowa do dywanu pod stopami.

— Jeśli wykluczasz przeciek ze swojej firmy, jeśli jesteś pewien, że przestępcy nie 

przedarli   się   przez   zaalarmowane   siły   pościgowe,   to   mogli   to   zrobić   tylko   złodzieje   z 
przyszłości. Popatrz: ktoś dysponujący sprzętem do podróży w czasie wiedział dokładnie, 
jak odbył się transport płócien, zgoda? Przeczytał o tym w gazetach sprzed lat. Tenże ktoś 
mógł kilka minut po kradzieży załadować obrazy do wehikułu i zwiać do swoich czasów, 
może być? I po trzecie: wiemy, że co najmniej jedna osoba, mam na myśli Heyrouda, za 
kilkanaście lat skonstruuje takie urządzenie. Spotkaliśmy się już z jego wykorzystaniem 
przez   Guylorda,   ale   wcale   nie   możemy   wykluczyć,   że   kto   inny   dokona   tego   samego 
wynalazku,   albo że  kto inny  skorzysta z  efektów  pracy  Heyrouda.  Wiem,   kiedy  został 
zabity   Guylord.   Może   po   jego   śmierci   ktoś   przejął   tego   blueballa   z   zamontowanym 
stanowiskiem   do   podróży   w   czasie?   Nie   wiem.   Mam   tylko   taką   hipotezę.   Może   jest 
fałszywa, ale aktualnie pasują do niej wszystkie znane nam fakty. Znajdź coś, co ją obali, a 
wycofam się ze swojej propozycji.

— Postaram się...
— Nikt ci nie broni.
Chwycił kubek z kawą i podniósł do ust, ale znowu go odstawił, ledwie delikatna smużka 

pary i zapachu dotarła do jego nozdrzy. Kilka sekund poruszał ustami, jakby wyłamywał 
językiem   dolne   zęby.   Pokręcił   głową   jak   człowiek,   który   nie   może   pogodzić   się   z 
przedstawionymi faktami.

— Jeśli  masz   rację,   to   powinniśmy   natychmiast  zabić   Heyrouda   —  powiedział,   nie 

usiłując bodaj tonem złagodzić wymowy swoich słów. — Przecież jeśli ktoś dorwał się do 

background image

jego wynalazku, to wszystko jest zagrożone: życie polityków, sejfy bankowe, skarbce... 
wszystko. Jednocześnie złodzieje są bezkarni. Absolutnie bezkarni.

— Masz sporo racji, ale zapominasz, że w ich czasach również jest policja i CBI...
— Po tej aferze CBI może zostać rozwiązane!
— No tak...
— A my mamy czekać na reakcję tej przyszłościowej policji?
Pokiwałem głową i nagle roześmiałem się.
— Wiesz co? — parsknąłem do zaskoczonego i rozeźlonego Douga. — Przecież tam w 

przyszłości my też będziemy. Może nie ma powodu do niepokoju?

— Poczekaj... — ożywił się nieco. — Jak to jest z tym czasem? Jeśli ktoś z przyszłości 

dokonuje kradzieży w przeszłości, to czy w starych rocznikach można znaleźć informację o 
kradzieży?

Zastanawiałem się chwilę.
— Nie wiem, cholera. Ten problem wydawał mi się zawsze zawikłany ponad miarę: 

wnuk zabija dziadka, ktoś zabija sam siebie, ale późniejszego, ja zastrzeliłem Guylorda, a 
jednocześnie   mogę   z   nim   rozmawiać,   jeśli   bardzo   tego   zapragnę...   —   Wzruszyłem 
ramionami. — Na mój rozum przyszłość powinna być poinformowana o kradzieży. Nie 
wiadomo tylko, z jakiej przyszłości przybyli do nas złodzieje. Nie wiem, czy dzieli nas od 
nich dziesięć, trzydzieści czy sto lat. To jest bardzo ważne.

— Zapomniałeś dodać, że nie wiemy również, jak się do nich dobrać... ponuro uzupełnił 

Sarkissian.

Milczałem.   Kawa   zdążyła   nieco   przestygnąć   i   można   już   było   ją   pić   bez   obawy   o 

poparzenie   przełyku.   Przechyliłem   kubek   pięć   czy   sześć   razy   i   tyleż   razy   gorący, 
aromatyczny napój, radując zmysł smaku, spłynął do żołądka.

— Owen... — Sarkissian wychylił się i puknął mnie palcem w kolano. — Mówiłem 

przed chwilą, że nie wiemy, jak się do nich dobrać — powiedział z naciskiem. — Dlaczego 
milczysz?

— Och, nie jest aż tak źle — rzuciłem niedbałym tonem.
— Nie powiesz chyba, że masz pomysł?
— Powiem.
Pomysł był w bardzo niemowlęcym wieku, żył od jakiejś minuty czy dwóch. Wpadł mi 

do głowy, czy raczej wykluł się, czy też skonkretyzował, przy drugim łyku gorącej kawy.

— No to powiedz...
— To jest zgrubne bardzo... Mniej więcej tak: musimy znaleźć ślady wcześniejszego 

pobytu tych przestępców w naszych czasach.

— Myślisz, że tu byli?
— Jestem   pewien.   Musieli   przyjrzeć   się   okolicy,   musieli   zaminować   szosę,   może 

zaangażować   jakichś   ludzi...   Nie   wiem   dlaczego,   ale   jestem   przekonany.   Byli   tu   już 
wcześniej. W okolicy musiały zostać po nich jakieś ślady, a ty powinieneś je odnaleźć. To 
podstawowa rzecz, bez niej nie mamy co brać się do roboty.

— A co jest dalej? Heyroud?
— Oczywiście, ale musimy wiedzieć, dokąd mamy się udać. Bez określenia czasu nie 

mamy szans. Zresztą... — westchnąłem.

— Pamiętam, że Guylord mówił coś o kłopotach z podróżami w przyszłość. Módlmy 

się, żeby się mylił, albo żeby Heyroud nie pokazał mu wszystkich kart.

background image

Przez dwie czy trzy minuty w salonie panowała cisza. Doug po raz trzeci sięgnął po 

kubek i w końcu napił się kawy.

— Fajnie   byłoby   prowadzić   taką   sprawę,   gdyby   nie   te   cholerne   dzieła   sztuki   — 

powiedział cicho.

— Bez wątpienia...
— Czy   nie   mogli   tego   zrobić   po   prostu   jacyś...   —   rozłożył   ręce,   szukając 

odpowiedniego słowa.

— Tacy nasi rodzimi, swojscy rabusie? — podpowiedziałem. — Z naszych ciepłych 

czasów?

— Aha...
— Może i mogli. To znaczy, mogli próbować. Ale naszym by się to nie udało. To nie 

megalomania, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej podoba mi się mój pomysł...

— To akurat mnie nie dziwi... — powiedział Sarkissian. Ucieszyło mnie, że zdobył się 

na uszczypliwość. Bezwolny, załamany Doug działa na mnie przygnębiająco.

— Zawsze kochałeś swoje pomysły.
Otworzyłem usta, przygotowując już do odpalenia ciężką ripostę, gdy uchyliły się drzwi. 

Do salonu wpadła Teba, zaledwie o czubek nosa wyprzedzając Phila. Pełna wigoru para 
runęła na Douga. Wyszedłem na ganek i widząc, że Pyma wcale nie niesie góry zakupów, 
poczekałem na nią pod dachem chroniącym przed przykrą mżawką.

— Mamy gości? — zapytała, nadstawiając policzek.
— Nie... — cmoknąłem ją głośno. — Doug...
— Spaliłeś babkę? — wciągnęła powietrze nosem.
— Odrobinę...
— Za karę...
— Owen?   —   Sarkissian   wybawił   mnie   z   niesympatycznej   sytuacji.   —   Cześć   — 

powiedział do Pymy i dokończył w moją stronę:

— Idę uruchomić swoje oddziały.

— Dobrze. Przemyślę wszystko jeszcze raz i dam ci znać.
— Masz pół godziny. — Zerknął na Pymę. — Wiesz, że musimy się spieszyć.
— Bardzo musimy.
— Cześć.
— Do zobaczenia.
Odczekaliśmy, aż Sarkissian wsiądzie do wozu i odjedzie. Weszliśmy do salonu, gdzie 

Phil kończył drugi czy trzeci kawałek wybitnie nieudanej babki. Teba siedziała tuż przed 
nim. Jej oddech niemal utrzymywał w powietrzu talerzyk z jeszcze jednym kawałkiem 
ciasta. Pies ziewał i starał się patrzeć w naszym kierunku, jednym tylko okiem łypiąc na 
talerz.

— Phil, daj psu trochę ciasta — powiedziała surowo Pyma. — Dlaczego ją męczysz?
— Męczę?! — oburzył się. — Ona zjadła już trzy kawałki, a ja tylko dwa!
— Ile? — Pyma wyrwała się z moich objęć. — Pięć?! To ile zostało?
— Dwa — zdziwił się Phil. — Dla was. Sprawiedliwie.
Przypomniałem sobie mój poranny wywód o sprawiedliwości. Westchnąłem i powlokłem 

się do góry, całym sobą wołając o pomstę do nieba. W połowie schodów wymruczałem coś 
o niewdzięcznych dzieciach, żarłocznych psach i skąpych żonach. Zamknąłem się w swoim 
gabinecie  i  wyjąłem   z  barku  dwie   torebki   mieszanki   bakaliowej.   Zanim   plan   działania 
skrystalizował się w moim umyśle, puste opakowania wylądowały na podłodze. 

background image

Głośnik odezwał się w chwili, gdy Nick Douglas wysiadł z zaparkowanej w ślepej uliczce 

karetki. Pokiwałem dłonią, Nick szybko oddalił się i zniknął za rogiem.

— Tu Szóstka. Melmola zaczyna wciągać kombinezon. Chyba zaraz zaczniemy...
Pochyliłem się do mikrofonu.
— Daj znać, gdy będziemy potrzebni. Do tego czasu za chowaj milczenie — poleciłem.
Nick wyłonił się zza rogu, trzymając w dłoniach dwie tace z faszerowanymi naleśnikami, 

jego zdaniem najlepszymi w całym mieście. Zdążyłem ugryźć dwa razy, Nick — trzy, gdy 
głośnik syknął:

— Zwalił się jak długi. Obstawa właśnie sięga do telefonu. Nick przyspieszył tempo 

konsumpcji.   Nie   mogłem   pójść   w   jego   ślady   —   piekło   mnie   w   ustach   i   przełyku   jak 
gdybym łyknął napalmu. Z żalem popatrzyłem na zwinięty placek i wyrzuciłem go za okno. 
Głośnik odezwał się tym razem innym, kobiecym głosem:

— Otrzymaliśmy   wezwanie   spod   umówionego   adresu.   —   Na   kilka   sekund   zapadła 

cisza,   dziewczyna   nie   bardzo   wiedziała,   co   robić   z   nietypowym   zleceniem.   —   Czy 
wszystko w porządku? — zapytała.

— W   porządku,   w   porządku   —   uspokoił   ją   Nick.   Wepchnął   sobie   do   ust   kawał 

wielkości   zimowego   buta   mojego   syna   i   usiłując   powstrzymać   łzy,   popatrzył   na   mnie 
pytająco. Kilka razy wciągnąłem powietrze szeroko otwartymi ustami. Nick wykrztusił: 

— Chedziemy?
— Możemy.
Trącił płytkę zapłonu, wolno wytoczył się z uliczki, przejechał kawałek zmagając się z 

resztkami   naleśnika   i   wdusił   gaz,   uruchamiając   jednocześnie   syrenę.   Do   posiadłości 
Fardiego Melmoli dotarliśmy po trzech minutach. Przed bramą stał zwalisty, ciemnoskóry 
brunet, który przyjrzał się nam uważnie, ale gdy machnąłem kilka razy dłonią, a Nick jechał 
udając, że zapomniał o istnieniu hamulca, ochroniarz odskoczył i kiwnął ręką. Skrzydła 
bramy rączo odskoczyły, wpadliśmy w szeroką aleję. Żwir bryznął spod kół, gdy Nick 
wcisnął hamulec. Wychyliłem głowę przez okno.

— Gdzie jest poszkodowany? — wrzasnąłem do biegnącego za nami bruneta.
Sadził niezgrabnie dużymi krokami, machając jedną ręką. Drugą co trzy kroki wsuwał 

pod poły lekkiej marynarki, ale wyciągał ją za każdym razem pustą. Czuł się niepewnie bez 
gnata w łapie i precyzyjnych dyspozycji szefa. Dopadł drzwiczek i chwycił ramę okna. 
Takim gestem policjanci kładą łapę na ramieniu podejrzanego, gdy chcą go poinformować 
o aresztowaniu.

— W lewe rozwidlenie alei, za domem jest jezioro...
Nick   wdusił   gaz.   Ochroniarz   wykonał   kilka   olbrzymich   kroków,   wciąż   trzymając   się 

ramy. Nick zachichotał, utrzymując prędkość. Brunet ryknął coś, uderzył biodrem o drzwi 
karetki, huknęło metalicznie, musiał nosić tam jakiś ciężki, metalowy przedmiot, zarzuciło 
nim i w końcu grzmotnął potężnie, przeturlał, odbijając się od ziemi i opadając na nią z 
powrotem.   Nick   zdemolował   żwirową   aleję,   ryjąc   głębokie   koleiny   na   rozjeździe. 
Objechaliśmy spory pałac, nazywany tutaj domem, i znaleźliśmy się na trawniku wielkości 
pola golfowego. Rozpościerał się od rzeczonego domu aż do sztucznego jeziora, łagodnie 
opadając ku jego tafli. Nick jęknął z zachwytem i z dziką rozkoszą pognał na skróty przez 
trawę. Grupka ludzi rozstąpiła się przed nami. Wyskoczyłem z karetki, jeszcze zanim się 
zatrzymała.   Wóz   omal   nie   strącił   do   wody   dwóch   mężczyzn   o   wyglądzie   pospolitych 
zbirów   lub   tanich   goryli.   Skoro   się   jednak   tu   znajdowali,   musieli   należeć   do   rodziny 
Melmoli. Pochylałem się już nad nim, leżał na plecach z zamkniętymi oczami, puls miał 

background image

niemal niewyczuwalny. Nic dziwnego, po takiej porcji farecylium, wstrzykniętego do butli 
z mieszanką tlenową, nawet wieloryb leżałby na trawniku ze śladową pracą serca.

— Sala   operacyjna!   —   wrzasnąłem   do   Nicka.   —   Przynieście   tlen   z   karetki!   — 

ryknąłem do bliższego z gorylowatych Melmolich. Pochylając się nad podobnym do nich z 
urody,   czy   raczej   jej   braku,   Fardim,   pomyślałem,   że   musieli,   cała   rodzina,   surowo 
przestrzegać czystości rasowej, skoro ich brzydota nie rozpłynęła się w żadnej mieszance. 
Ktoś uderzył dnem małej butli w trawę tuż obok mojej dłoni, zakląłem pod nosem, ale 
powstrzymałem  się od komentarzy. Nałożyłem na  twarz  Melmoli maskę i skinąłem na 
Nicka.

— Dawaj nosze!
Gdy ułożył je wzdłuż leżącego ciała, kiwnąłem na najbliższego ze stojących. Kierowałem 

przesuwaniem   ciała   Cygana   i   poderwałem   się   na   równe   nogi,   gdy   tylko   spoczęło   na 
noszach. Wyszarpnąłem z gniazda mikrofon i wydałem szereg bezsensownych poleceń, a 
potem, jakby nie wierząc własnym oczom, wytrzeszczyłem je, wrzeszcząc:

— Co on tu jeszcze robi? Do karetki! Biegiem!!
Bracia Fardiego rzucili się do wykonania polecenia. Wymruczałem jeszcze kilka słów do 

mikrofonu, mrugnąłem na Nicka wskoczyłem do karetki i chwyciwszy bezwładną rękę 
Melmoli, ryknąłem:

— Ruszaj się! Bo go nie wygrzebiemy z tej zapaści!
Nick dokumentnie zrąbał hektar murawy. Goryl, który usiłował nam towarzyszyć, omal 

nie   wpadł   pod   koła,   gdy   sypiąc   żwirem   pokonywaliśmy   zakręt.   Zanim   ktokolwiek   z 
towarzystwa zdążył wsiąść do samochodu, wyjechaliśmy poza bramę, skręciliśmy w prawo, 
potem   dwa   razy   w   lewo   i   zgrabnie   wsunęliśmy   się   do   olbrzymiego   transcontinentala. 
Zamknęły   się   klapy.   Ślad   po   Fardim   Melmoli,   karetce   i   dwu   osobnikach   w   białych 
ubraniach zaginął. Zgodnie z planem.

Jeszcze   tego   samego   przedpołudnia   Doug   Sarkissian   przedstawił   mi   wykaz   swoich 

miejscowych agentek. Wszystkie były hipnotycznie uwarunkowane na hasła. Każda z nich 
kiedyś tam zgodziła się wykonać zadanie i natychmiast o nim zapomnieć. Potem zajęli się 
nimi hipnotyzerzy. Przejrzałem listę i wybrałem Annę Gelbart, pięćdziesięcioczteroletnią, 
pulchną, sympatyczną na pierwszy rzut oka blondynkę. Była w domu, gdy przyjechaliśmy 
do niej z Nickiem. Na hasło „Mid—Cztery—Dim” zareagowała prawidłowo — kaszlnęła, 
potrząsnęła głową i zapytała:

— Co mam zrobić?
Instrukcję zrozumiała w lot, zarepetowała broń i rzuciła okiem na małe, złote cacuszko, 

wypożyczone z gabinetu osobliwości CBI. Była gotowa. Podwieźliśmy ją na plac Caraibian 
Sunset, gdzie wysiadła z wozu i energicznie przedzierając się przez tłum, skierowała kroki 
do   antykwariatu   Sylvestra   Killicka.   Musiałem   poczekać   chwilę   i   —   gdy   zwolniło   się 
miejsce   —   zaparkowałem   tuż   przy   drzwiach   do   ant—salonu.   Po   dziesięciu   minutach 
pojawił się Killick z wykrzywioną złością twarzą i zaraz za nim uśmiechnięta pani Gelbart, 
zaciskająca w dłoni płaską torebkę, za którą ukrywała najmniejszy i najcichszy pistolet 
maszynowy świata. Ta broń była moim zdaniem przekonywająca tylko na oko, w działaniu 
— beznadziejna, ale Killick tego wiedzieć nie musiał. Annę popchnęła go lekko w naszą 
stronę, Nick wyskoczył i otworzył tylne drzwi. Gdy Killick wsiadł, uruchomiłem blokadę i 
zaraz potem z zamaskowanych otworów zaczął się wydobywać bezwonny gaz usypiający. 
Zabrałem starszej pani pistolet i szepnąłem hasło kodujące. Annę Gelbart zmarszczyła brwi 

background image

i   rozejrzała   się   z   niepokojem,   nie   pamiętając,   po   co   ani   dlaczego   tutaj   przyszła.   Nie 
wiedziała również, że w najbliższej loterii przytrafi się jej szczęśliwy los.

Wsunąłem się za kierownicę i ruszyłem. Z tyłu rozwalił się na poduszkach limuzyny 

ziewający Killick. Nick popatrzył na niego przez ramię.

— To przedostatni... — stwierdził.
— Chyba tak. Sprawdźmy.
Trzy   godziny   wcześniej   Stanley   B.D.Y.   Forrestal   wsiadł   do   windy,   która   miała   go 

zawieźć na dach budowanego przez jego firmę elewatora portowego. Winda nie zatrzymała 
się   po   osiągnięciu   poziomu   dachu   —   trzy   cienkie,   ale   pewne   liny,   zaczepione   o   hak 
szesnastopiętrowego   dźwigu   szybko   przeniosły   kabinę   z   wrzeszczącym   Forrestalem   na 
drugi brzeg rzeki, gdzie wylądowała na placu wypełnionym policjantami. Porwany nawet 
nie wyjmował broni, jego goryl również. Aktualnie wysypiali się w podziemiach jednego z 
zamaskowanych centrów CBI. 

Gene Winesting właśnie zsunął majteczki blondynce opartej zmysłowo o barierkę nad 

basenem, gdy nad jego posiadłość dotarły balonem policjantki i zaczęły wołać o pomoc. 
Gene, najbardziej przebiegła i ostrożna z naszych ofiar, przerwał na chwilę rozbieranie 
blondynki, rozejrzał się dookoła, po czym zsunął swoje slipy i uśmiechnął się zachęcająco, 
prezentując olśniewająco białe zęby. Dziewczyny zrzuciły linę, a gdy Gene chwycił ją i 
przykleił się na dobre, uruchomiły aparaturę do alarmowego wznoszenia. Opadły na ziemię 
dopiero siedem kilometrów dalej. Winestinga natychmiast uśpiono i załadowano do karetki. 
Dziewczyny, uśmiechając się złośliwie z gondoli balonu, tłumaczyły pośpiech kolegów 
kompleksami. Z Winestinga rzeczywiście był kawał chłopa.

Czterej pomniejsi szefowie różnej wielkości band zostali bardziej lub mniej wymyślnie 

aresztowani, porwani, uśpieni i ułożeni do snu w podziemiach CBI.

— Został jeden — powiedziałem po wykonaniu tego myślowego rachunku sumienia. — 

Wiem, że jest w mieście i sądzę, że uda mi się go po prostu zaprosić.

— Ja bym na miejscu Guylorda wygarnął do ciebie z czterech luf — przyznał się Nick.
— A chciałbyś znać dzień swojej śmierci?
— Przestań, te sztuczki z czasem, te paradoksy... — skrzywił się.
W milczeniu dojechaliśmy na miejsce spotkania czołówki przestępczej armii tej części 

kraju.   Wjechałem   na   podwórko,   potem   do   garażu   i   wyłączyłem   silnik.   Dwaj   nijacy 
młodzieńcy wyciągnęli Melmolę i ułożyli na noszach. Jeden zerknął na mnie.

— Tak jak reszta: osobno. Pilnujcie, żeby sobie czegoś nie zrobił.
Podszedłem do telefonu. Guylorda złapałem dość łatwo, trudniej było przekonać go, że 

zawdzięcza CBI życie, a jeśli nawet nie życie, to przynajmniej święty spokój. Niechętnie 
zgodził   się   udzielić   mi   półgodzinnej   audiencji   na   moim   terenie.   Zanim   przyjechał, 
wypaliłem trzy golden gate'y pod dwa spore bourbony, piłowany spojrzeniami Douglasa 
Sarkissiana i Nicka Douglasa. Żaden z nas nie odzywał się aż do momentu, kiedy głośnik w 
obudowie urządzenia o dumnej nazwie „Sekre—Star” zaanonsował Guylorda. Zerwałem 
się i podszedłem do drzwi. Na progu olśniła mnie cenna myśl.

— Doug!  Musisz uruchomić swoje archiwa  i  znaleźć wszystko,  co masz o Yolanie 

Heyroudzie.

Plasnął dłonią w czoło i pokiwał głową.
— Ależ cymbał ze mnie! — zawołał.

background image

— Idźcie do nasłuchu — rzuciłem i wyszedłem. Guylord czekał na mnie na parterze 

budynku,   którego   tył   wychodził   na   podpiwniczone   podwórko.   W   tej   piwnicy   leżeli 
pozostali bossowie podziemia. Nie ściskaliśmy sobie dłoni.

— Pewna instytucja — powiedziałem na wstępie — oczekuje od pana i kilku innych 

osób daleko idącej pomocy w delikatnej i ważnej sprawie.

— Takie mgliste gadanie... — zaczął niechętnie.
— Chodźmy! — wskazałem drzwi. — Tam wszystko stanie się klarowne.
Prowadząc szefa arbitrażu przestępczego po podziemnych korytarzach czułem cały czas 

na swoich plecach jego lodowaty wzrok i pożałowałem nawet przez chwilę,  że go nie 
przeszukałem. Pocieszałem się myślą, że Guylord własnoręcznie niczego nie załatwia. Nie 
widziałem powodu, dla którego miałby robić wyjątek dla mnie. Wszedłem do dużej, dobrze 
oświetlonej sali która miała stać się miejscem największego oficjalnego szantażu w historii 
świata.   Wskazałem   Marcowi   Guylordowi   fotel,   ale   jego   zainteresowały   otwarte   drzwi 
dziesięciu małych pokoików. Tylko jeden z nich był wolny, w pozostałych umieściliśmy 
nasze zdobycze. Czekałem cierpliwie, aż obejrzy wszystkie pomieszczenia. Nie okazywał 
zdziwienia, opanowania mógłby mu pozazdrościć indiański wódz. Po przeglądzie pozwolił 
sobie na pytające spojrzenie.

— Mogę to załatwić tylko z tobą — powiedziałem, zapalając papierosa i siadając w 

fotelu. — Jeśli jesteś w stanie zmusić całą tę resztę do współpracy.

Zastanawiał się chwilę.
— Nie — powiedział. — Nie mam ochoty tłumaczyć się ze swojej działalności.
Miałem wrażenie, że chciał jeszcze coś dodać, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. 

Być  może  nie  chciał  się przyznać,  że nie ma  aż takiej   władzy,  albo że  boi  się o  tym 
przekonać. Liczyłem się z tym. Wstałem i obszedłem salę dookoła, zamykając wszystkie 
drzwi. Nic się nie zmieniło, ale wiedziałem, że Doug uruchamia w tej chwili sprężarki 
tłoczące do pokoi neutralizator. Już po minucie usłyszeliśmy, jak poruszył się pierwszy z 
obudzonych. Odczekałem jeszcze moment.

— Czekam tu na panów! — zawołałem.
Otworzyły  się jedne  drzwi,   potem niemal jednocześnie  dwoje następnych.   Mężczyźni 

lustrowali obecnych i uspokojeni znajomymi twarzami wchodzili do pokoju. Później na ich 
obliczach   pojawiało   się   zmieszanie.   Nigdy   dotychczas   nie   zgromadzili   się   w   jednym 
miejscu   nie   z   własnej   woli.   Wskazywałem   im   krzesła   przy   stole.   Najmniej   chętnie 
podporządkował się otulony w szeroki, jedwabny szlafrok Winesting. Czułem na sobie ich 
ponure spojrzenia, w których sporą domieszkę stanowiła czająca się obietnica. Zerkali też 
na siebie, jakby szukając sygnału czy otuchy.

— Proszę   panów   —   powiedziałem   w   zupełnej   ciszy.   —   Najpierw   krótki   wstęp. 

Zebraliśmy tu, mówiąc: „zebraliśmy”, mam na myśli pewną poważną instytucję, bossów 
podziemia tego regionu, a częściowo również kraju. Marc Guylord, szef arbitrażu, postać 
niezależna, ale o wielkich możliwościach. Fardi Melmola — wskazałem Cygana — szef 
„Purpurowej   Róży”.   Kontrabanda   wszelkiego   rodzaju,   przerzut   ludzi   ze   zmianą 
osobowości, piractwo płytowe i video. To oczywiście nie wszystko, ale będę ograniczał się 
do najważniejszych spraw. — Odwróciłem wzrok od Melmoli i popatrzyłem na Forrestala. 
—   Stanley   B.D.Y.   Forrestal   stoi   na   czele   „Padre   Siciliano”,   z   pochodzenia   Włoch. 
Narkotyki, szantaż na ogromną skalę, oszustwa patentowe, szpiegostwo przemysłowe i tak 
zwane „pikowanie mózgów”, czyli po prostu porwania i wymuszanie pracy. — Spojrzałem 

background image

na kolejnego gościa. — Sylvester Killick. Narkotyki, prostytucja, fałszerstwa antyków i 
dzieł sztuki.

Rzuciłem   na   podłogę   niedopałek   i   rozgniotłem   go   obcasem.   Nadal   miałem   skupioną 

widownię, nad którą panowałem. Ominąłem wzrokiem dwóch pomniejszych bossów.

— Gene   Winesting.   Generał   w   tak   zwanej   „Afro   Army”.   Kasyna   gry,   zlecenia 

likwidacyjne, napady rabunkowe, narkotyki. Zostało nam jeszcze kilku panów. Snowden: 
szantaż,   prostytucja;   Myfflin:   fałszerstwa   komputerowe,   kidnaping;   Schoch   i   Creeger 
działają podobnie: prostytucja, nielegalne kasyna.

Zapaliłem papierosa. Podrapałem się po karku. Przyjrzałem się obecnym. Nikt się nie 

odezwał.

— Zgromadziliśmy tu panów, żebyście zrozumieli, że wiemy o was bardzo dużo. To co 

wymieniłem, to tylko część danych, i w dodatku ogólnych. Jeśli ktoś sobie życzy, możemy 
podać   szczegółowsze.   Proszę   mi   wierzyć,   są   wystarczające,   żeby   na   długo   wsadzić 
wszystkich tu obecnych do solidnych pudeł.

— No to...? — nie wytrzymał Winesting.
— Zgoda,   takie   pytanie   powinno   paść   —   pokiwałem   głową.   —   Należałoby   was 

wymieść i w kraju zapanowałby spokój. Oczywiście, podobnie jak i wy, wiemy, że nie jest 
to   takie   proste.   Jesteście   ludźmi   ustosunkowanymi,   sporą   część   pieniędzy   wypraliście, 
ulokowaliście w różnego rodzaju uczciwych przedsięwzięciach. Wasze upadki odbiłyby się 
na   gospodarce   kraju,   nie  mówiąc  już  o  wstrząsie   moralnym.   Tak  więc   mamy   sytuację 
poniekąd patową. Jednakże, gdyby zaczęło się coś dziać, byłoby to bardziej nieprzyjemne 
dla was niż dla instytucji, którą reprezentuję.

— I której jesteśmy do czegoś potrzebni... — rzucił kpiąco Killick. On pierwszy, może 

tuż   po   Guylordzie,   zrozumiał,   że   porwanie   nie   grozi   im   żadnymi   nieprzyjemnymi 
konsekwencjami.

— Tak, potrzebni. Bardzo potrzebni. Ale nie rozpaczliwie, nie budujcie sobie na tym 

złudzeń, panowie. W każdym razie, muszę to powiedzieć, żebyście zrozumieli, że jesteśmy 
gotowi na wiele. W razie nieprzejednanej postawy narazicie nie tylko siebie, ale i wasze 
dzieci, wasze ulubione zwierzęta, wasze kolekcje, haremy, rodziców, że nie wspomnę o 
posiadłościach. Jeśli wypowiemy sobie wojnę, to poleje się wszystko, nie tylko tania krew...

— Strasznie się wystraszyłem! — warknął Myfflin.
Siedzący najbliżej Forrestal rzucił mu krótkie spojrzenie, po którym Myfflin wypróbował 

siłę swojego wzroku na blacie stołu. Forrestal poruszył wargami, jakby robił rozgrzewkę, 
szybko zlustrował resztę porwanych.

— Powiedzmy, że nas rozmiękczyłeś...
— Na ty nie przechodziliśmy! — przerwałem.
— Powiedzmy,   że   nas   pan   rozmiękczył   —   powiedział   beznamiętnie.   —   Co   dalej? 

Czego się po nas spodziewacie?

— Czy to coś na kształt deklaracji? — zapytałem uprzejmie.
— Powiedzmy...
— Została   dokonana   kradzież.   Kradzież,   której   w   żaden   sposób   nie   można   puścić 

płazem. Łup jest tak duży, że aż bezsensowny. Mogę wam powiedzieć, o co chodzi, ale w 
ten sposób będziemy w razie czego uważali, że przecieki wyjdą od was...

— Na razie nie musimy nic więcej wiedzieć! — szybko wtrącił Forrestal. Wyglądało, że 

najszybciej rozważył „za” i „przeciw” i, chwilowo przynajmniej, przejął dowodzenie.

background image

— Nie zakładamy, że to wasza robota — powiedziałem. — Jeśli jednak tak jest, to im 

szybciej   nastąpi   zwrot   łupu,   tym   będzie   lepiej   dla   wszystkich   stron.   Jak   na   razie, 
przyjmujemy, że dokonali tego przyjezdni, ale nie mamy o nich zbyt wielu danych. A 
musimy mieć. Inaczej... — wyciągnąłem z kieszeni papierosy i zapaliłem — ...rozpęta się 
piekło. Mówię poważnie. Poleci wiele ważnych głów, co musi wywołać lawinę. Wszystkie, 
wasze układy diabli wezmą, a nowych nie zdążycie zawrzeć. Tyle mam do powiedzenia.

Przez pół minuty panowała cisza, potem Forrestal mruknął coś, co chyba miało zwrócić 

na niego uwagę obecnych. Rozwalił się w fotelu i zapytał:

— Możemy się naradzić?
— Tak, ale nikt nie opuści tego pomieszczenia bez deklaracji współpracy. Wystarczy 

ustna. I nie żądajcie, żebym stąd wyszedł.

Guylord roześmiał się krótko. Wszyscy spojrzeli na niego.
— Znam tego pana — powiedział patrząc na mnie. — Jedną z metod jego dość dziwnie 

prowadzonej   działalności   jest   mówienie   prawdy.   Zwłaszcza   jeśli   jest   górą.   Sądzę,   że 
możemy przyjąć wszystko, co powiedział, za szczere przyznanie się „szacownej instytucji” 
do jakiejś poważnej porażki. Kontynuując ten tok rozumowania, powinniśmy uwierzyć, że 
idąc na dno, pociągnie ona i nas za sobą.

— Myślisz,   że   mają   o   nas   dużo   informacji?   —   przemówił   Melmola.   —   I   nie 

wykorzystali tego wcześniej?

— Myślę,   że   mają   —   Guylord   odwrócił   się   do   Cygana   i   pokiwał   głową.   —   Nie 

wykorzystywali, bo nie leżymy w sferze ich zainteresowań. No i trzymali te swoje dane na 
taką okazję jak ta. Policja i pokrewne służby zawsze uważają, że łatwiej jest pilnować 
przestępców znanych niż tropić nowych.

— Ale o co chodzi?! — zniecierpliwił się Snowden. — Jak mamy im pomóc, jeśli nie 

wiemy...

— Przymknij   się...   —   Forrestal   przerwał   mu,   zniechęcony.   —   Po   co   go   tu 

sprowadziliście? — zwrócił się do mnie z wyrzutem. — Siedzę przy jednym stole z tym 
głąbem...

Snowden odetchnął kilka razy płytko, jakby przygotowywał się do długiego wrzasku. 

Ograniczył się jednak do wydmuchania z siebie złości.

— No to co mamy wam dać? — skorzystał z ciszy Winesting. Wstałem i podszedłem 

do konsolety. Na ścianie pojawiło się satelitarne zdjęcie styku dwu stanów. Pokazałem 
punkt, w którym dokonano rabunku, a potem komp wykreślił na ekranie okrąg o promieniu 
kilkunastu centymetrów.

— Wszystkie dziwne rzeczy, które działy się na tym obszarze w okresie ostatniego 

półrocza.   Dziwne,   to  znaczy:  zaginięcia  waszych  ludzi,   zdrady,   wypytujący  nieznajomi 
wynajmujący   ludzi,   popisujący   się   nowoczesną   bronią,   dziwacy   wszelkiego   rodzaju. 
Słowem,   wszystko,   co   nie   da   się   natychmiast   wytłumaczyć.   Bardzo   nam   zależy   na 
szybkości działania.  Chcemy, żebyście wysłali tam wszystkich rozgarniętych ludzi,  bez 
względu na to, jakie straty poniesiecie. To by było na tyle. Kontakt przeze mnie: tele—
restante szesnaście szesnaście sześćdziesiąt jeden. Prosić pana Owena Yeatesa — dodałem 
niespodziewanie   dla   samego   siebie,   nie   przewidywałem   przedstawiania   się.   Nawet   nie 
dlatego, żebym bał się zemsty, po prostu nie widziałem potrzeby, ale wydawało mi się, że 
odczytuję w spojrzeniu Guylorda pytanie: „Ciekaw jestem, czy wystarczy ci odwagi?” W 
takiej sytuacji nawet dżdżownica gryzie. — Opuszczam panów. Każdy z was może udać się 

background image

w   moje   ślady,   po   wyrażeniu   zgody,   rzecz   jasna.   Korytarz   wyprowadzi   was   na 
powierzchnię, stoją tam cztery samochody. Odbierzemy je sami. Do widzenia...

— Do zobaczenia! — nie wytrzymał Snowden. Spieszył się i dlatego nie zabrzmiało to 

wystarczająco groźnie.

— Czy ty nas masz za chór wujów? — usłyszałem, zanim zamknęły się za mną drzwi, 

pytanie Winestinga.

Najbliższych kilka minut nie musiało być dla Snowdena miłe. Wszedłem do otwartej 

kabiny windy i pojechałem do góry. W pokoju dowodzenia Sarkissian oderwał wzrok od 
ekranu,   na   którym   kłócili   się   wodzowie   podziemia.   Uśmiechnął   się   i   podniósł 
wyprostowany kciuk.

— Łyka   mi   lepiej   daj!   —   sapnąłem   i   zwaliłem   się   na   fotel.   —   Kiedy   będę   pisał 

powieść... to tę scenę zakończę na słowie „kciuk”.

— Na czym?
— W każdym razie nie będzie w niej ani kropli alkoholu.
— No to twoje powieści staną się niestrawne — powiedział Doug, podając mi whisky z 

lodem. — Mnie najbardziej smakują opisy picia. Sugestywne i smaczne.

— Dziękuję ci, przyjacielu...
— Wychodzą! — przerwał. — No, to teraz siedzimy i czekamy na wieści...
Spojrzałem na ekran przez szklankę. Ostry, złoty blask kołysał się w przezroczystym 

walcu. Poruszyłem dłonią, świetlisty więzień zaczął się miotać o ściany.

— Wiesz co? — powiedziałem, mrużąc jedno oko, a drugiego nie odrywając od wnętrza 

szklanki. — Kiedyś whisky miała nawet czterdzieści pięć procent mocy. To był kop, co?

— Dzięki Bogu, że to przeszłość. Wyobrażasz sobie siebie po kilku stronach powieści?
Westchnąłem. Łyknąłem i odstawiłem naczynie.
— Musimy mieć możliwość lotu na Księżyc w każdej chwili — powiedziałem.
Sarkissian pochylił się do mikrofonu, rzucił kilka słów, potem wyprostował się i popatrzył 

na mnie.

— A co będzie, jeśli niczego się nie dowiemy?
— To nie będziemy musieli lecieć do Heyrouda. Nie mając danych o tym, skąd byli 

złodzieje, nie mamy szans na ich znalezienie w przyszłości. Jest jeszcze cała masa różnych 
innych „jeżeli”, ale to nie ma sensu...

— A nie można by  skoczyć  do przodu  o sto  lat,  znaleźć w  bibliotece  książkę  pod 

tytułem   „Historia   największej   kradzieży   dwudziestego   pierwszego   wieku.   Przebieg   i 
szczęśliwe zakończenie”? Mielibyśmy wszystkie potrzebne informacje...

— Na pewno. — Stłumiłem w zarodku potężne ziewnięcie, właściwie ziewnąłem, tyle 

że nie otwierając ust, cofnąłem tylko żuchwę. — Obawiam się jeno, że Heyroud w ogóle 
nie stworzył jeszcze „Expressu Po Czasie”. Będę się cieszył, jeśli istnieje jakiś niezdarny 
prototyp. Nie sądzę, byśmy mogli do woli korzystać z wysoce niezawodnego sprzętu. Uu—
eech...! — Tym razem nie udało mi się ukryć senności.

— Gdybym ja miał tak pesymistyczne podejście do świata jak ty, to dawno już bym się 

powiesił — powiedział z niesmakiem Sarkissian.

Do   centrali   wszedł   Nick   i   kiwnął   głową.   Przeciągnąłem   się,   nie   wstając   z   fotela. 

Wyprężyłem maksymalnie nogi, wyciągnąłem do góry ręce i chwilę walczyłem z własnymi 
ścięgnami.

— A ja wręcz przeciwnie — oświadczyłem.

background image

Wstałem, narzucając na plecy bluzę składającą się właściwie z samych kieszeni. Zrobiłem 

to   ostrożnie,   w   kilku   z   nich   znajdowały   się   ciężkie   przedmioty.   Nawet   początkujący 
psychoanalityk   dokonałby   na   ich   podstawie   stuprocentowo   trafnej   analizy   mojej 
osobowości.

— Jak to rozumieć? — zapytał Nick, marszcząc się w wysiłku myślenia. 
— Właśnie wręcz przeciwnie.
— Przestańcie... — mruknął bez przekonania Doug. — Nie mam siły do takich zabaw. 

Najlepiej z tym skończcie.

— A propos końca zabawy... — podszedłem do drzwi i zatrzymałem się, chcąc zapalić 

papierosa. — Opowiadałem wam, jak siedziałem kiedyś w karcerze?

— W   karcerze?   —   powtórzył   Nick.   —   Myślałem,   że   spędziłeś   w   nim   cały   okres 

służby?

 Pokiwałem z politowaniem głową. Schowałem zapalniczkę i papierosy. Zaciągnąłem się.
— Miałem   cztery   doby   karceru   —   powiedziałem   do   Sarkissiana.   —   To   był   karcer 

polowy, rachityczna buda, właściwie dwa sracze bez szamb. W jednym siedziałem ja, w 
drugim gość z obcego plutonu. Mieliśmy wyjść razem, z tym że on miał trzy tygodnie. 
Wściekał się z nudów, wciągał mnie w rozmówki, usiłował grać bez pionków w szachy i 
tak dalej. W końcu wymyślił grę akurat dla nas. Zaproponował, żebyśmy licytowali się 
słowami z możliwie dużą ilością tych samych samogłosek. No i ja wygrałem...

Rzuciliśmy słuchawki niemal jednocześnie, tyle że on nieco wcześniej niż ja. Wyszedłem 

z   domu   i   pomachałem   Pymie.   W   marszu,   jeszcze   przed   furtką,   zapaliłem   papierosa. 
Zdążyłem  przejść kilkaset  metrów,   gdy  z  tyłu na zakurzonym glasfalcie  szurnęły  koła. 
Obejrzałem się. Małe, dwumiejscowe cudeńko ze złomowiska. Kierowca jedną ręką drapał 
się   po   głowie   nie   zdejmując   kapelusza,   drugą   wskazywał   mi   miejsce   obok   siebie. 
Jednocześnie   dodawał  gazu   i   popuszczał   sprzęgło,   bo   samochodzik  tańczył   w   miejscu, 
jakby nie mogąc się doczekać prawdziwej jazdy. Mężczyzna miał śniadą cerę. Wsiadłem. 
Ruszył, wciąż jeszcze drapiąc się po głowie, w związku z czym jego kapelusz wbił się w 
szarą podsufitkę. Gdy zajął się wreszcie prowadzeniem, zobaczyłem, że podsufitka była w 
tym   miejscu   wytarta   albo   tylko   brudna.   Strzepnąłem   popiół   przez   otwarte   okno. 
Powtórzyłem tę operację, żeby sprawdzić, czy trzęsą mi się jeszcze ręce. Trzęsły się. Nie 
mogłem tego zwalić na jakość nawierzchni.

— Jeśli masz jakąś broń czy coś takiego, to zostaw to juz tutaj. Szef lubi takie gesty 

dobrej woli...

— Zostawiłem wszystko w domu, łącznie z dobrą wolą.
— Co?
— Mówię, że z broni mam przy sobie tylko portfel.
— Z twojego portfela szef nie zrobiłby nawet packi na muchy. — Zachichotał radośnie. 

Skręciliśmy i poleciałem na pysk, gdy wbił stopę w pedał hamulca. — Przesiadkaa! — 
zaśpiewał, wskazując ogromne, granatowe pudło merridla na pustych obręczach.

Wysiadłem i poszedłem w tamtym kierunku. Kierowca tego wozu siedział za kuloodporną 

szybą. Nie poruszył się, gdy wsiadłem. Silnik musiał pracować, bo mężczyzna wcisnął 
tylko pedał i od razu ruszyliśmy. Sięgnąłem do barku i bez pytania nalałem sobie trochę 
koniaku. Pijąc drugą porcję rozpoznałem okolicę i zrozumiałem, do kogo jadę w gościnę. 
Przy bramie nie było tym razem goryla, który wpuszczał karetkę. Pomyślałem, że dobrze by 
było, gdyby leżał w szpitalu, takie typy bywają mściwe. Zaraz potem zaświtało mi, że 

background image

Melmola również może być mściwy. Dokończyłem koniak. Na podjeździe czekała czwórka 
oddelegowanych do powitania śniadych w ciemnych garniturach. Gdy wóz się zatrzymał, 
dwóch z nich ulżyło swoim kieszeniom i skierowało ich zawartość w moją stronę.

— Zastanawiam się, czy wysiadać — powiedziałem do kierowcy. — To jest chyba 

kuloodporny wóz?

— Spadaj stąd! — mruknął do przedniej szyby.
Drzwiczki   od   strony   ciemnych   ubrań   otworzyły   się,   gdy   wcisnął   coś   na   konsoli. 

Wysunąłem   się   na   zewnątrz   i   ustawiłem   na   linii   strzału.   Dwaj   nieobciążeni   palnikami 
Cyganie   obeszli   swoich   kolegów,   jeden   po   drugim   spenetrowali   moje   ubranie   i 
skoncentrowali   się   na   nadgarstkach,   które   uchwycili   w   wytrenowane   dłonie.   Z   tyłu 
zaskrzypiał żwir pod kołami merridla i był to jedyny dźwięk, jaki usłyszałem od dwóch 
minut. Moje „kajdanki” pociągnęły mnie do przodu, lufy rozstąpiły się. Cała nasza piątka 
pomaszerowała do pałacu.

Melmola   pojawił   się   chwilę   po   tym,   jak   weszliśmy   do   salonu.   A   może   poczekalni? 

Przebiegł z zaaferowaną miną — wypadł z jednych drzwi, z tego szeregu po mojej prawej 
ręce,   i   po   przebyciu   trzydziestu   metrów   zanurkował   do   jednego   z   kilkunastu   innych 
pomieszczeń. Po drodze zdążył zerknąć na mnie, udać, że poznaje mnie z pewnym trudem i 
machnąć dłonią gdzieś za siebie i jakby w dół. Tuż przed zamknięciem drzwi, gdy kajdanki 
wlokły mnie do zaoferowanego na gościnę pomieszczenia, Fardi Melmola wysunął czubek 
głowy i krzyknął:

— Dokładnie pogadam z nim później!
Dodał coś jeszcze w nieznanym mi języku. Moi opiekunowie musieli jednak kończyć ten 

sam   kierunek   filologiczny,   bo   odpowiedzieli   niemal   chórem,   równie   dla   mnie 
niezrozumiale.   Mógł   to   być   dialog:   „Nie   zapomnijcie   odciąć   głowy   i   oddać   do 
wypreparowania!” „Rozkaz, szefie!” Albo: „Dajcie mu kieliszek czegoś!” „Z cyjankiem, 
ma się rozumieć?” Przeleciałem jeszcze kilka wariantów, zanim opiekun z lewej wsunął się 
do czwartych z kolei drzwi w o wiele mniej ozdobnej części pałacu. Wciągnął mnie za 
sobą, a ja pociągnąłem tego z prawej.

Zrewidowali mnie w milczeniu i o wiele dokładniej niż poprzednio. Dołączył do nich 

jeszcze jeden, wyszarpnął z małej walizeczki laskę testera i wykonał nią dookoła mnie 
kilkadziesiąt   ruchów   podobnych   do   magicznych   gestów   podrzędnego   hipnotyzera.   Na 
koniec spróbował rozchylić mi laską zęby. Miałem wolne ręce. Szarpnąłem go na siebie, 
podnosząc jednocześnie kolano. Uderzył o nie żołądkiem, głowa poleciała mu do przodu, 
stuknął   czołem   nieco   poniżej   mojego   mostku,   jakby   zabierał   się   do   masażu   serca. 
Odepchnąłem go. Nadspodziewanie długo nikt się do mnie nie zabierał. Zanurkowałem za 
walącym się na plecy elektronicznym magikiem. „Zanurkowałem” to dobre określenie — 
któryś zdążył podciąć mi stopy, ale mając przed sobą obce ciało, nie bałem się upadku. 
Odwróciłem  się  jeszcze w  powietrzu.  Dwaj  mężczyźni,   jeden  z bezbronnych  i jeden z 
uzbrojonych, jak na komendę poruszyli zesztywniałymi ramionami i przysunęli się o pół 
kroku.   Poderwałem   się   szybko.   Oceniłem   reprezentantów   obydwu   drużyn.   Nie   bardzo 
można było dostrzec ich słabe czy mocne strony, po prostu szykowali się nawpieprzać po 
pysku komuś, kto ma mieć nawpieprzane.

— Gościa bić będziecie? — powiedziałem groźnie. — Za bicie gościa dostaniecie...
Jeden z dwóch rezerwowych szczeknął coś krótko i ci z pierwszej linii w końcu ruszyli. 

Wykonałem kilka pokazówek — podskoczyłem do jednego i równie szybko odskoczyłem, 
pomachałem rękami zakończonymi groźnie zaciśniętymi pięściami, błysnąłem małą serią 

background image

zwodów, ale nie znalazło to żadnego odzwierciedlenia w ruchach egzekutorów. Opuściłem 
dłonie   i   westchnąłem.   Bójka   nie   miała   sensu,   stłukliby   mnie   po   nerkach   i   jądrach, 
zmiażdżyli twarz pod obcasami, a ja mógłbym co najwyżej podrapać im policzki.

— Czego chcecie? — zapytałem tego, który wydawał komendy.
— Najpierw prześwietlimy usta...
— Mój Boże?! No to trzeba było od razu mówić! Bo ja pomyślałem sobie, że... ech, 

nieważne. Proszę! — otworzyłem usta szeroko jak tunel wąskotorówki z kopalni uranu.

Magik podniósł się w końcu i beznamiętnie wdusił mi laskę do ust. Spodziewałem się, że 

spróbuje wyłamać mi nią kilka zębów, ale podszedł do sprawy jak rzemieślnik. Potem 
wyszedł.   Zaraz   po   nim   zniknął   jeden   z   palnikiem.   Pozostali   trzej   kilkadziesiąt   sekund 
przyglądali mi się, potem, jakby na jakiś niewidoczny dla mnie sygnał, ruszyli. Dowodzący 
polecił:

— Ręce do przodu! Złączone!
Wykonałem  polecenie.   Owinięto   mi   przeguby   karykaturalnie   grubą   warstwą   plastra  z 

rolki. Było tego tak dużo, że gdybym nawet miał obcięte dłonie, nikt by tego nie zauważył, 
nawet ja sam. Resztą rolki, jakimiś pięcioma metrami, owinęli mi złączone kostki stóp. 
Stałem teraz tylko dzięki dużemu wysiłkowi mięśni nóg i brzucha. Ci dwaj, co to szykowali 
się na mnie, ominęli trzeciego i wyszli. Czekałem na jakieś dobre słowo z jego ust. Zbliżył 
się i powiedział:

— Wiesz, co to jest honor?
— Tak.
— A szef wie jeszcze lepiej.
Odwrócił się i zrobił pół kroku, ale natychmiast cofnął się i pchnął mnie lekko. Waląc się 

na plecy, machając, w myślach rzecz jasna, rękami, zdążyłem pomyśleć, że chyba sam bym 
tak   zrobił   —   kusi   człowieka   taka   ludzka   kukła.   Grzmotnąłem   na   bok,   a   gdy   się 
przekręciłem, byłem w pokoju sam.

Jakoś   udało   mi   się   usiąść.   Rozejrzałem   się.   Pokój   przygotowany   był   przez   jakiegoś 

scenografa jako miejsce uwięzienia natrętnego detektywa: wąska prycza, wąski, pusty regał 
przy drzwiach wąskie, umieszczone dość wysoko okno, drzwi bez zamka, klamki, ale i bez 
wizjera. Przeturlałem się. Opierając się karkiem o brzeg pryczy i kopiąc nogami w podłogę, 
wsunąłem się na średnio wygodne legowisko.

Przeanalizowałem zachowanie Melmoli. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się to, że 

chce   mnie   przestraszyć.   Albo   zabić...   Trudno   mi   się   było   zdecydować   na   ostateczny 
wniosek.   Mogłem   tylko   mieć   nadzieję,   że   Melmola   podzieli   moje   niezdecydowanie.   Z 
nudów   przemyślałem   wszystko,   co   wiedziałem   o   kradzieży,   potem   wszystko,   co 
wiedziałem o Fardim Melmoli, wziąłem też pod lupę Heyrouda. Tego ostatniego tak na 
wszelki wypadek, gdybym miał stąd wyjść. Zajęło mi to niemal godzinę. Akurat kiedy nie 
miałem już o czym myśleć, otworzyły się drzwi i wszedł Fardi. W jednej ręce trzymał 
grubego papierosa w czarnej bibułce, w drugiej szklankę z wódką. Alkohol musiał być 
zamrożony   —   szklanka   szybko   pokryła   się   nalotem   pary,   no   i   zupełnie   nie   było   czuć 
zapachu. Majtnąłem nogami, co pozwoliło mi usiąść.

— Dlaczego ośmieszyłeś mnie przed moimi ludźmi? — zapytał.
— Och, nie bądź taką mimozą. Każdemu mogło się to przydarzyć. Jeśli chcesz, to mogę 

porwać w taki sam sposób kilku twoich pracowników. Nie będą potem pyszczyć.

— Głupie... — ocenił po kilku sekundach zastanawiania się.

background image

Łyknął w sposób, jaki mi zawsze imponował: nie wlewał w usta porcji wódki, tylko pił 

małymi łyczkami jak zimną wodę.

— Może głupie. Ale równie głupie jest przejmowanie się swoimi własnymi ludźmi.
— To nie są zaledwie moi ludzie, to moja rodzina, bliższa i dalsza. Taki układ zmienia 

postać rzeczy...

— Wcale nie. Jeśli rodzina chichocze po kątach z powodu przygody głowy rodu, to 

trzeba zmienić rodzinę.

— Albo głowę rodu.
— No to nie podsuwaj im tej myśli.
Pyknął kilka razy papierosa, aż jego koniec rozjarzył się na kształt lampki sygnalizacyjnej 

i zaciągnął się tak głęboko, że nie zdziwiłbym się, widząc kłęby dymu wypływające z jego 
skarpet.

— Czy zaprosiłeś mnie tutaj, żeby obgadać kwestie rodzinne, czy też może potrafisz 

pomóc nam w wiadomej sprawie? — zapytałem.

Popatrzył   na   koniec   papierosa,   potem   na   mnie,   wzrokiem   człowieka,   który   zamierza 

zgasić niedopałek na czyjejś twarzy. Dopił resztę wódki i odstawił szklankę na regał. Potem 
podszedł do mnie i usiadł obok na pryczy.

— Znalazłem   coś.   Rzeczywiście.   Ale   z   tobą   nie   będę   tego   roztrząsał,   bo   i   tak 

musiałbym powtarzać to komuś innemu.

— Lubię  takie   proste,   klarowne   informacje  —  powiedziałem.   —   Ale  lubię  też,   jak 

rozmówcy   nie   pieprzą   bez   potrzeby.   Albo   powiesz,   co   masz   powiedzieć,   albo   daj   mi 
spokojnie   zrobić   rachunek   sumienia.   Poproszę   również   dużą   porcję   bitej   śmietany, 
papierosy, dwie podwójne whisky i księdza.

Melmola wstał i podrapał się po szczęce, potem zaciągnął się i wypuścił kilka kółek.
— Zrozum,   muszę   tak   postąpić   —   powiedział   tonem,   jakim   powierza   się   poufne 

informacje. — Nawet jeśli cię trochę polubiłem i nawet jeśli grozi mi węszenie twoich 
kumpli   z   U5L.   Nawiasem   mówiąc,   bardzo   sobie   cenię,   że   nie   grozisz   mi,   ich 
natychmiastową zemstą. Jesteś fajny facet. Cóż... Raz się pomyliłeś. Głupie to życie...

Nie   patrząc   już   na   mnie,   ruszył   do   drzwi   i   zniknął   za   nimi.   Patrzyłem   na   kłąb 

aromatycznego dymu rozpływający się w pokoju. Korciło mnie, żeby przesunąwszy się, 
wejść   w   wonny   obłok   i   zaciągnąć   się   głęboko,   ale   to   nie   tylko   Cyganie   mają   honor. 
Powstrzymałem się od tego, powstrzymałem od pośpiechu. Szarpnąwszy nogami, ułożyłem 
się   z   powrotem   na   pryczy.   Nie   zdołałem   wyciągnąć   z   Melmoli   terminu   zakończenia 
rozmów w jego „domu”. To było dość ważne, choć nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak 
bardzo. Spróbowałem podłożyć ręce pod głowę, ale nie było to wykonalne. Pokręciłem się. 
Nie   widziałem   kamery,   nie   znalazłem   ryjeczków   mikrofonów,   co   i   tak   o   niczym   nie 
świadczyło — cała ściana mogła być wyjściem kamery sensorowej, nawet ta z drzwiami 
czy oknem. Minutę zmitrężyłem na próbę masażu dłoni i palców. Wstałem. Udało mi się 
dość   łatwo   utrzymać   równowagę.   Nie   wiadomo   dlaczego,   odchrząknąłem   kilka   razy   i 
ruszyłem suwo—skokami w kierunku drzwi.

Szklankę uchwyciłem w dłonie bez większego trudu. Ostrożnie przysiadając, straciłem 

równowagę i zwaliłem się miękko na plecy. Kiwnąłem się, usiadłem, rozbiłem szklankę o 
podłogę   i   zacisnąwszy   jej   denko   między   kolanami,   zacząłem   piłować   w   ekspresowym 
tempie   kilkanaście  warstw   plastra  zmuszającego   mnie   do   modlitewnego  trzymania   rąk. 
Czas — start! Siedemdziesiąt sekund piłowania, małe skaleczenie, brak reakcji z zewnątrz. 
Świetnie. Nogi... Z lekka ścierpnięte dłonie spisują się jak mogą. Czterdzieści sekund... 

background image

Poderwałem się szybko. Jeśli ktoś mnie obserwuje, to za chwilę zjawi się tu sześćdziesięciu 
krewnych Melmoli. Jeśli nie obserwuje, to... Założyłem, że nie obserwuje. Wykonałem 
kilka skłonów, pomachałem rękami. Podniosłem szkło i ważyłem je chwilę w dłoni, potem 
odstawiłem na regał. Zbliżyłem się do drzwi i przyłożyłem do nich ucho. Odebrałem — nie 
licząc łomotu mojego serca — zero fal akustycznych. Delikatnie pchnąłem drzwi palcami. 
Oparły   się  mojemu  naciskowi.   Pchnąłem  całymi   dłońmi,   z  całej   siły.   Akcja  równa   się 
reakcji... Jeśli tak, to powinienem zostać pchnięty w drugą stronę? Czy opór to też pchanie? 
A żeby to...

Wskoczyłem   na   pryczę   i   przyjrzałem   się   oknu.   Nie   wyglądało   solidnie   i   to   mnie 

zniechęciło.   Zeskoczyłem   na   podłogę   i   szybko   pozbierałem   kawałki   plastra.   Potem 
ustawiłem się na wprost wejścia i starannie poprzyklejałem dłuższe z wybranych strzępów 
do złączonych stóp, a potem, co było już trudniejsze, do przegubów. Zastukałem w drzwi 
kostkami palców. Dopiero za dziesiątym czy jedenastym razem cofnęły się przede mną. W 
prześwicie   pojawił   się   znany   mi   już   kajdanek.   Tym   razem   miał   w   dłoni   jakieś   małe 
strzelające świństwo. Zrobiłem kilka drobnych susów do tyłu, starając się nie zerwać plastra 
na nogach.

— Muszę do WC — powiedziałem. — Poza tym palić mi się chce.
Mężczyzna wsunął się do pokoju. Dłoń z bronią powędrowała w dół. Wskazałem mu 

brodą   regał   ze   stłuczoną   szklanką.   Strażnik   nie   widział   jej   z   miejsca,   w   którym   stał. 
Odwracał wolno głowę, usiłując nie spuścić ze mnie wzroku — częsty objaw nieufności — 
w końcu jednak, chcąc nie chcąc, przeniósł spojrzenie na półki. Zrobił to.

  Nie szarpałem się z więzami na rękach — złączonymi dłońmi walnąłem go w prawe 

ucho.   Udało   mi   się   jednocześnie   zerwać   plastry   z   kostek.   Głowa   strażnika   uderzyła   o 
ściankę mebla, niezbyt mocno, odbił się od razu i zaczął podnosić obie ręce. Mogłem już 
jednak działać efektywniej i zrobiłem to: trzasnąłem go jeszcze raz, tyle że lewą, otwartą 
dłonią. Prawą wyciągnąłem w kierunku broni i wyszarpnąłem mu ją, gdy oszołomiony 
osuwał   się   na   kolana.   Przeskoczyłem   przez   niego   i   wyjrzałem   na   korytarz.   Był   pusty. 
Szybko zamknąłem drzwi do swojej—już—nie—swojej celi i przez chwilę zastanawiałem 
się   nad   wyborem   kierunku.   Przyprowadzono   mnie   z   lewej,   więc   ta   trasa   była   mniej 
bezpieczna w razie pościgu. Poszedłem na palcach w prawo.

  Ponieważ   znajdowałem   się   na   parterze,   problem   zasadzał   się   na   znalezieniu   okna. 

Niestety, w tej części domu projektant postanowił zaoszczędzić na witrażach, których nie 
szczędził od frontu. Korytarz miał klarowny, biurowy charakter, co łatwo osiągnąć, jeśli 
wylewa się ściany i sufit emalią, a na podłodze zaszczepia ultratrwałą wykładzinę, odporną 
na skutki dowolnej działalności człowieka. Drzwi były identyczne jak prowadzące do mojej 
niedawnej celi i być może prowadziły do identycznych pokoi. Posuwałem się do przodu, 
ściskając w garści zabraną strażnikowi broń. Doszedłem do przecznicy, gdzie musiałem 
podjąć decyzję co do dalszego kierunku ucieczki. Wychyliłem głowę i rozejrzałem się w 
obie strony. Z lewej, w identycznym ciągu, drugie z kolei drzwi były uchylone i dobiegał z 
nich   głos   spikera   telewizyjnego:   „Przeciwnikiem   naszego   zawodnika   jest   czarnoskóry 
bokser z Haiti. Naszego chłopca poznamy po czerwonych spodenkach...”

— Co za głupek! — powiedział ktoś, kogo nie widziałem. — Jak jeden jest biały, a 

drugi czarny, to chyba nie muszę już patrzeć na majtki?

— Zamknij się! — warknął inny glos.
Skręciłem w prawo. Korytarz po kilku metrach zakręcał jeszcze raz. Mogłem pójść nim 

dalej albo zejść po kilku schodkach. Wybrałem to drugie i po sforsowaniu drzwi znalazłem 

background image

się w garażu. Musiał to być garaż dla wozów transportowych, bo poza jednym kabrioletem 
stały   tam   jedynie   furgonetki   i   półfurgonetki.   Regały   wzdłuż   ścian   zastawione   były 
pojemnikami i skrzynkami, na blacie stołu znalazłem etui z samozapłonowymi camelami. 
Wciągnąłem   przez   nos   powietrze   i  szybko   zapaliłem.   Wskoczyłem   na   maskę  helpera  i 
wyjrzałem przez szyby. Pusto.

Stałem chwilę, paląc i zastanawiając się. Satysfakcję z uwolnienia się z celi śmierci psuły 

mi różne myśli. Myślałem i patrzyłem i odwrotnie i nic z tego nie wynikało. Zeskoczyłem i 
rozejrzałem się. Szukałem czegoś łatwopalnego, a gdy znalazłem pięciolitrowy pojemnik z 
dekstryną,   zgasiłem   papierosa   i   przytargałem   ją   do   kabrioletu.   Wróciłem   po   camele   i 
jeszcze raz wyjrzałem przez okienko. Włączyłem silnik, wylałem trochę mieszanki na fotel 
obok   kierowcy,   a   potem   cienką   strużką   wytyczyłem   ścieżkę   na   tylne   siedzenie,   gdzie 
zablokowałem otwarty kanister. Ostatni raz zlustrowałem otoczenie i szarpnąłem do góry 
masywne,   dobrze   wyważone   wrota.   Wyjechałem   na   betanitowy   podjazd,   wykręciłem   z 
piskiem opon, wdusiłem gaz i efektownym poślizgiem wypadłem na żwirową aleję.

W oknie na pierwszym piętrze pojawił się jakiś smagły osobnik, który usiłował słownie 

powstrzymać mnie przed dalszą jazdą, ktoś inny wypadł przez wąskie drzwiczki i usiłował 
dokonać tego samego czynem, być może był to właściciel kabrioletu. Pociski poszły górą. 
Pokonałem drugi zakręt i wyszedłem na prostą. Pamiętałem, że ma długość jakichś stu 
metrów, potem ostry zakręt w lewo, tuż przed potężnym klonem, później aleja zawijała się 
z powrotem w prawo i już bez wahania prowadziła do bramy, ale ten odcinek mnie nie 
interesował.   Rozpędziłem   samochód,   wrzuciłem   luz,   podkurczyłem   nogi   i   trzymając 
kierownicę jedną ręką, drugą wyszarpnąłem z etui garść cameli. Sypnąłem nimi na sąsiedni 
fotel, starając się trafić w kałużę mieszanki. Błysnął wesoły, niebieski płomyk. Wóz zjechał 
z drogi i pomknął po trawniku w stronę klonu. Szarpnąłem hamulec ręczny i pchnięty siłą 
bezwładności,   wysokim   łukiem   poleciałem   do   przodu.   Nie   udało   mi   się   trafić   w  kępę 
włochatej fluenalii, zahaczyłem tylko butami o czubki jej gałęzi. Niespodziewanie mój lot 
się przedłużył — zaraz za fluenalią był niewielki parów. Rozpaczliwie machałem rękami, 
usiłując korygować lot po zaskakująco długiej paraboli. Gdzieś z tylu i z góry dobiegł mnie 
stłumiony wybuch, a gdy grzmotnąłem w końcu w miękką, wilgotną trawę, z miejsca, które 
opuściłem kilka sekund temu, huknęło o wiele mocniej.

  Przetarłem   rękawem   twarz   —   podczas   lądowania   pomagała   mi   przy   wytracaniu 

szybkości, poderwałem się na równe nogi i sprawdziłem stan posiadania. Ręce: sztuk dwie; 
nogi:   sztuk   dwie;   głowa:   sztuk   jeden.   Albo   nieco   mniej,   jeśli   podchodzić   do   sprawy 
obiektywnie. Pobiegłem parowem, zerkając co rusz w górę, potem, gdy oddaliłem się od 
miejsca wypadku, wdrapałem się na jego zbocze i wyjrzałem. Pałac miałem na wprost 
siebie, ale większą jego część, w tym podjazd, zasłaniały krzewy. Dokładnie widziałem 
tylko fragment alei, po którym najpierw przejechał helper, potem yambollaya z dwoma 
facetami  na  stopniach.   Kolejni  trzej   pobiegli  za  nimi.   Nietrudno   było  stwierdzić,   że  w 
chwili uderzenia o drzewo wóz był pusty, nie miałem więc zbyt dużo czasu. Zerknąłem w 
dół.   Parowem   mogłem   się   dostać   pod   kępę   karłowatych   sosen,   spod   której   skokami   i 
czołganiem dałoby się od biedy dotrzeć pod sam dom.

Cztery   minuty   później   leżałem   pod   sosnami,   wdychałem   mocny,   żywiczny   aromat   i 

lustrowałem najbliższe otoczenie. Kabriolet musiał się chyba jeszcze palić, bo w pobliżu 
nie było nikogo. Poderwałem się i dobiegłem do rozłożystej kępy wysokich roślin, rzuciłem 
się między łodygi i wylądowałem w cuchnącym bagnisku, w którym rozjechały mi się ręce. 
Do   następnej   kępy   krzewów   pognałem   ucharakteryzowany   na   smoka   błotnego.   Węch 

background image

mówił mi, że nie mam się w tej odorosłonie czego i kogo bać, ale konserwatywny umysł 
kazał zbliżać się do budynku powoli, systematycznie wykorzystując osłony. W ostatniej, 
największej  kępie  zrzuciłem marynarkę i  obawiając się,   że Melmola może  nie przeżyć 
spotkania ze mną będącym w takim stanie, przetarłem chusteczką twarz i ręce. Zdobyczny 
pistolecik   schowałem   do  kieszeni  spodni.   Wyskoczyłem   z  krzaków  i   szybkim   krokiem 
pokonałem kilka metrów dzielących mnie od ściany domu. Przywarłem do niej plecami, jak 
rozsądek i tradycja każe, rozejrzałem się i zacząłem się posuwać w stronę najbliższych 
drzwi.

Dotarłem   do   nich   bez   przeszkód.   Wsunąłem   się   do   ho—lo—poczekalnio—hangaru   i 

pobiegłem   na   palcach   w   kierunku   drzwi,   za   którymi   znikały   właśnie   plecy   Melmoli. 
Usłyszałem jego głośne polecenie, wydane w nieznanym mi języku, ale ze znaną intonacją. 
Zaraz potem dobiegł mnie trzask rzucanej z mocą słuchawki. Odczekałem kilka sekund, 
chcąc upewnić się, że Melmola jest w pokoju sam, a potem delikatnie nacisnąłem klamkę i 
zajrzałem do środka. Podłoga nakryta była puszystym dywanem. Fardi musiał siedzieć w 
fotelu,   tyłem   do   mnie,   widziałem   smugę   aromatycznego   dymu   unoszącą   się   sponad 
wysokiego oparcia. Wśliznąłem się bezszelestnie do pokoju, zamknąłem drzwi i kilkoma 
susami  dopadłem  fotela.   Na  siedzeniu  leżała   popielniczka,   z  której   unosiła  się  „smuga 
aromatycznego dymu”.

— Nawet się nie zasapałeś! — powiedział ktoś z tyłu.
Oszczędziłem   sobie   pośpiechu.   Odwróciłem   się   powoli,   trzymając   w   ręku   zdobyczną 

broń. Melmola nie był uzbrojony. I był sam. Coś przestało mi się podobać w tej historii. 
Gdy gospodarz zrobił dwa kroki w moim kierunku, bez przekonania wyciągnąłem w jego 
stronę pistolecik. Popatrzył nań ze zdziwieniem, a potem ucieszył się teatralnie, posunął się 
nawet do klaśnięcia w dłonie.

— Znalazłeś ją?!! Jakże się cieszę!!!
Podbiegł do mnie i bez trudu wyrwał mi pistolet z dłoni. Dość głośno, w każdym razie 

zupełnie nie pod nosem, wypowiedziałem szereg ociekających ohydą słów. Większość z 
nich skierowałem pod swoim adresem. Melmola przycisnął do piersi zapalniczkę i patrzył 
na mnie z ogromną wdzięcznością.

— Tak się martwiłem — powiedział. — Tak się martwiłem... — powtórzył. — To 

prezent...

— Przestań!
Odwróciłem się i poszedłem w kierunku ściany, pod którą, niczym w poczekalni gabinetu 

prezydenta, stal szereg krzeseł z fantazyjnie powyginanymi nóżkami.

— Naprawdę bałem się, że coś się z nią stało... — tłumaczył kpiąco Melmola.
Wygłosiłem starą kwestię o całowaniu i dupie. Znał ją. Podszedł do barku i przyciągnął 

go do mnie. Siadł dwa krzesła dalej, wyciągnął w moim kierunku papierośnicę, a gdy, 
patrząc na jego podejrzane kopciuchy, pokręciłem przecząco głową, wskazał palcem barek 
z szeregiem papierosów różnych marek. Z braku innych wziąłem moonlighta, Melmola 
uprzejmie podał mi ognia z mojego pistoleciku i zajął się nalewaniem bourbona. Przedtem 
zerknął na mnie pytająco, a ja skinieniem głowy utwierdziłem go w słuszności poczynań.

— Wet za wet — powiedział podając mi moją szklankę.
— Nie rozumiem po cygańsku!
Roześmiał się. Roześmiał się sympatycznie. Coraz częściej trafiałem na sympatycznych 

przestępców—niepokojące zjawisko.

— Musiałem się jakoś odkuć, nie uważa pan? — przetłumaczył.

background image

— Proponuję,   żebyśmy   przystąpili   do   sedna,   jeśli   jakoweś   istnieje   —   mruknąłem 

zawzięcie.

— Cóż to, brak poczucia humoru?
Otworzyłem usta, po czym je zamknąłem. Byłem w pułapce. Westchnąłem, spróbowałem 

bourbona.

— No dobrze. Odkuł się pan. Cieszę się. Jest mi lżej na duszy. Co dalej?
— Dalej?   —   powtórzył   za   mną.   —   Mam   coś.   Zdrowie...   —   Uniósł   szklankę.   — 

Szukacie czegoś dziwnego, tak? Jednemu z moich dalekich znajomych przydarzyło się coś 
dziwnego. Mianowicie trzy tygodnie temu siedział sobie spokojnie w pewnym lokalu, „Koh
—i—noor”, w Kansas, i popijał coś tam z kolegami, gdy nagle wszedł jakiś mężczyzna. 
Znajomy nie zwrócił nań większej uwagi, właściwie nie zwrócił żadnej. Ktoś przy jego 
stoliku powiedział coś o podobieństwie nowo przybyłego do innej znanej wszystkim osoby, 
ale na tym się skończyło. Chwilę potem... A może woli pan opowieść z pierwszych ust?

— Wolę.
— Chwileczkę... — poderwał się i podszedł do biurka.
Mruknął coś do interkomu i wskazał mi gestem fotele po przeciwnej stronie.
Przesiadłem   się   z   przyjemnością,   krzesła   były   piekielnie   niewygodne.   Czekaliśmy   w 

milczeniu   dwie   minuty.   Potem   ktoś   zastukał   do   drzwi.   Melmola   zawołał:   „Wejść!”   W 
drzwiach   stanął   mężczyzna   w   jeansowym   mundurku.   Gospodarz   zaprosił   go   do   nas   i 
polecił:

— Opowiedz wszystko.
— To było siódmego września. Siedziałem z dwoma kolegami w „Koh—i—noorze”, 

piliśmy piwo i tak dalej. — Tym „i tak dalej” skwitował zapewne jakieś lewe interesy. — 
W   pewnej   chwili   Rusty   powiedział:   „Ale   facet   jest   podobny   do   Skipermana!”   Johann 
popatrzył gdzieś za mnie i potwierdził zdziwiony: „Noo!” Mnie się nie chciało odwracać, 
zresztą   nie   znoszę   Skipermana.   Miałem   z   nim   kiedyś   krótką   sprzeczkę,   wybiłem   mu 
wszystkie jedynki, podobno też miał pękniętą czy złamaną szczękę. W każdym razie nie 
rozglądałem się, powiedziałem im, żeby słuchali, co mam do powiedzenia i nie zawracali 
głowy jakimiś szczeniakami. Johann na to, że właśnie w tym rzecz, że to nie szczeniak, 
tylko jakiś o wiele starszy facet, może jego starszy brat. Obejrzałem się w końcu, ale tamten 
gdzieś się przesunął, a ja przypomniałem sobie, że Skiperman nigdy nie miał brata. Sierota 
z sierocińca, jeśli tak można powiedzieć. Więc dokończyliśmy rozmowę i już mieliśmy 
wychodzić, ale powiedziałem, żeby poczekali jeszcze, bo muszę się odlać i poszedłem. No i 
tam w kiblu czekał na mnie ten Skiperman—nie—Skiperman. To znaczy nie wiem, czy 
czekał, stałem przed pisuarem, a on szedł z kabiny i po chwili miałem na karku wylot  
jakiejś lufy, a na ramieniu trzęsącą się łapę tego gościa. Syknął mi do ucha: „Szoruj stąd na 
podwórko!” Nie miałem przy sobie nawet noża, ruszyłem do wyjścia, a potem skręciłem, 
gdzie kazał, i wyszliśmy na zewnątrz. Popchnął mnie do przodu, odwróciłem się i patrzę na 
niego. Gębę rozdziawił od ucha do ucha, w łapie dygotał mu jakiś dziwny palnik, ale nie 
wyglądał na zabawkę, więc stałem grzecznie i tylko się modliłem, żeby ktoś wyszedł na 
podwórze i lutnął go w łeb. A on aż się trzęsie i mówi: „No i co, Lux? Nadała mi cię Bozia. 
Wreszcie!” „Owszem, mam na imię Lux, ale to jakaś pomyłka”. Zachichotał i pokręcił 
głową, „O nie! Żadna pomyłka! Jestem Skiperman. Hardy Skiperman, któremu wywaliłeś 
zęby. Kilka nocy przez ciebie wyłem z bólu. Teraz ty będziesz wył”. „Hej! — wołam, bo 
widzę, że łapa z bronią podjeżdża mu do góry. — Opamiętaj się, chłopie! Nie wiem, czy to 
twój brat, czy ktoś inny, ale zapytaj go, to ci powie, że się po prostu biliśmy. Miałem 

background image

złamane żebro. A w ogóle to on zaczął i miał nóż”. „Łżesz!” — ryknął. Rzeczywiście, z 
tym nożem to skłamałem, ale musiałem coś gadać, żeby mnie od razu nie przeturlał. Więc 
on wrzeszczy: „Łżesz! Nie miałem noża! Owszem, byłem pijany, ale nie tłucze się do 
nieprzytomności   gówniarza,   który   być   może   pierwszy   raz   w   życiu   spróbował   czegoś 
mocniejszego!” Cały czas wracał do tego, że to on jest Skipermanem. Rzeczywiście, fakty 
znał bardzo dobrze, ale Skiperman powinien był mieć jakieś dwadzieścia lat, a ten miał 
dobrze po czterdziestce. I wcale nie udawał, on w to wierzył. No a ja zrozumiałem, że teraz 
mnie wykręci. Krzyknął jeszcze coś, że niby długo czekał i wtedy otworzyły się drzwi za 
nim, wyjrzał Rusty i od razu się ustawił, co i jak: wyszarpnął palnik i strzelił mu w plecy. 
Ten niby—Skiperman wykręcił się i odwrócił do Rusty'go — Rusty strzelił jeszcze raz, 
Johann też. Musiał trafić w magazynek tego gnata, bo huknęło jakby wybuchł granat, tyle 
że nie było odłamków, bo wszystkich nas by tam postrzępiło. Jak się podniosłem, to ten 
Skiperman leżał już bez ruchu, poharatało go doszczętnie. Rusty był cały zachlapany krwią, 
ja mniej, ale ja rzuciłem się za skrzynki, jak tylko Rusty strzelił pierwszy raz.

  Lux odchrząknął i oblizał wargi. Siedziałem na pozór nieruchomo, ale czułem się tak, 

jakby   mi   do   jakiegoś   ośrodka   w   mózgu   przyłożono   elektrodę   i   włączono   słaby   prąd: 
dygotały mi koniuszki palców. Odetchnąłem bezgłośnie.

— Co się stało z ciałem tego gościa?
Lux zerknął na Melmolę, to znaczy — niby nie popatrzył wprost, ale nie było wątpliwości 

co do jego oczekiwań. Melmola prawie niedostrzegalnie skinął głową.

— Rusty przyprowadził furgonetkę i zabraliśmy go. Pochowaliśmy...
— Pokażesz, gdzie? — Chciałem, żeby zabrzmiało to jak pytanie, ale byłem gotów 

wyszarpać z niego tę informację w każdy możliwy sposób.

Znowu zerknął i przechwycił zezwolenie—polecenie Melmoli.
— Mniej więcej... jeżeli pamiętam. Była noc i szczere pole...
— Dobrze. Możesz od razu ze mną pojechać?
— Może — powiedział Melmola.
— Mogę — powiedział Lux, zupełnie już niepotrzebnie. Dopiłem bourbon i gestem 

podziękowałem za następny.

Melmola wstał.
— Proszę się nie obrażać, ale gdybym nie pilnował swoich ludzi, już nie mówiąc o 

pozostawionej w pokoju szklance, leżałby Pan tam do sądnego dnia.

 Rzuciłem mu ponure spojrzenie.
— Gdybym się wybierał na wojnę, to nieco inaczej by to wyglądało — syknąłem.
— Może — poruszył brwiami. —Ale z tym...? — podszedł do mnie i dotknął moich 

pleców. Gdy cofnął dłoń, trzymał w palcach cieniutką szpileczkę pilota. — Ten dom jest 
naszpikowany aparaturą śledzącą, a przełączenie jej na naprowadzanie broni to kwestia 
jednego ruchu palcem. Gdyby tylko wysunął pan nos z pokoju, odstrzelono by go panu 
natychmiast.

— Chyba   że   ma   się   taki   zegarek   jak   mój   —   wysunąłem   lewą   rękę   i   pokazałem 

wielofunkcyjnego nailsona. Nie dodałem jednak, że nailson mógł mi co prawda pomóc w 
obliczaniu   podatku,   wyznaczaniu   faz   Księżyca,   ważeniu   przesyłki   poleconej   i   w   kilku 
innych   rzeczach,   nie   wtrącał   się   natomiast   do   zakłócania   pracy   innym   urządzeniom. 
Melmola jednak kupił blef. Odwróciłem się do Luxa. — Idziemy?

— Ghm! — mruknął Melmola. — Jesteśmy kwita. A gdyby potrzebował pan kiedyś 

wsparcia, to obejdzie się bez karetki.

background image

— Może...?
Kiwnąłem głową i ruszyłem w stronę drzwi. Lux podreptał za mną. Na podjeździe czekał 

merridl, który przywiózł mnie tutaj kilka godzin temu. Ten sam kierowca, nieruchomy i 
obojętny, zawiózł nas do centrum. Zadzwoniłem do Sarkissiana. Wóz z jego ludźmi zjawił 
się po czterech minutach. W kwaterze centralnej fachowcy zajęli się Luxem, natomiast ja 
zająłem się resztką whisky ze służbowej butelki Sarkissiana. Opowiedziałem Dougowi o 
pobycie u Melmoli. Uśmialiśmy się obaj, przy czym ja nieszczerze.

Po powrocie do domu zaproponowałem Philowi nurkowanie w basenie, nie dodając, że 

pod wodą zadaje mniej pytań.

Wietrzył chyba jakiś podstęp, ale — mimo że moja krew — nie był jeszcze tak zwierzęco 

chytry.   Zgodził   się.   Nurkowaliśmy   ponad   godzinę,   po   czym   zostałem   zasypany 
siedemnastoma tysiącami pytań. Odpowiedzi na niektóre znałem.

Sarkissian zaprosił mnie na dziewiątą rano — wyniki ekspertyz miały być już gotowe. 

Zjawiłem się w jego sztabie nieco wcześniej, niedługo po mnie dotarł tam również Nick.

Czekaliśmy prawie godzinę, rzucając co jakiś czas kilka jako tako sensownych zdań, bez 

nadziei  na  sensowną  odpowiedź.   Cała  nasza  trójka  zdążyła  zaprezentować  cały   arsenał 
zewnętrznych oznak zniecierpliwienia: było więc bębnienie po stole, nucenie, gwizdanie 
(dwa rodzaje gwizdania — melodyjne i nie bardzo), spacery po pokoju, pukanie palcem w 
ekran kompa, kopanie przyklejonej do podłogi zaschniętej grudki gumy do żucia, trzaskanie 
stawami   palców,   postukiwanie   paznokciami   po   górnych   zębach,   sondowanie   ucha 
koniuszkiem małego palca. Popielniczka omal nie załamała się pod stertą niedopałków. 
Dwaj   pracownicy   Sarkissiana   wypadli   z   pokoju   wynosząc   ze   sobą   obietnicę   obcięcia 
premii.

Za dwadzieścia dziesiąta zjawił się w pokoju brzuchaty okularnik. Nie zwracając uwagi 

na ponaglające powarkiwania Douga, metodycznie rozłożył na stole kilkanaście kartek i 
wsunął dysk do kieszeni kompa. Wytarł okulary ze starannością amsterdamskiego szlifierza 
diamentów i przyjrzał się po kolei każdemu z nas. Gdy w końcu zwrócił się do Sarkissiana, 
wyglądało to tak jakby właśnie dokonał wyboru i mianował go na jakieś odpowiedzialne 
stanowisko.

— Hm—hm! Zacznę od analizy materiałów zebranych na zapleczu lokalu o nazwie 

„Koh—i—noor”, który to lokal znajduje się w Kans...

— Do rzeczy! — przerwał mu nowo wybrany szef.
— W Kansas przy ulicy...
— DO RZECZY!!! — ryknął purpurowy Sarkissian.
— Jju—już...!  —   Okularnik  podskoczył   i   zabełkotał.   Chyba  zakrztusił   się   własnym 

językiem.   —   Analiza   materiałów   zebranych   ze   ścian   budynków   i   z   podłoża   wykazuje 
obecność substancji, których istnienia na tym podwórku nie da się wytłumaczyć. Są to 
spieki   ceramiczne   i   stopy   spiekowo—metalowe,   wanad   i   trzy   rodzaje   tworzyw 
polimerowych, z których dwa znajdują się aktualnie na liście materiałów utajnionych ze 
względu na zastosowanie w przemyśle komputerowym, wojskowym i kosmicznym, gdzie 
są  wykorzystywane  na  przykład do  produkowania  obudów pamięci  warstwowych.   Jeśli 
chodzi o te ślady, można przyjąć, że około miesiąca temu na terenie obiektu o nazwie... — 
zerknął   na   Douga   i   poprawił   się   szybko:   —   ...że   nastąpiła   tam   eksplozja   jakiegoś 
urządzenia zawierającego wszystkie te komponenty. Można też założyć, że ktoś zdetonował 
pojemnik z próbkami owych materiałów.

background image

Okularnik zacisnął usta i popatrzył na Nicka. Musiał zmienić zdanie co do Sarkissiana. 

Delikatnymi, miękkimi ruchami złożył w równy stosik kartki, do których nawet nie zdążył 
zajrzeć, po czym wyjął dysk i położył go na papierach.

Doug   zgrzytnął   zębami   i   założył   górną   wargę   na   dolną.   Przypominał   mi   tą   miną 

ubiegłoroczny   model   forda,   w   którym   tak   właśnie   wymodelowano   frontowy   wlot 
powietrza.  Ford nie  umiał  jednak cmokać,  co  uczynił Sarkissian i co przywróciło  jego 
ustom naturalny układ.

— Dziękuję — powiedział. — Proszę być w pobliżu aż do odwołania. Dokumentacja 

zostaje tutaj.

Okularnik   podniósł   się,   sapnąwszy   dostojnie   i   wyszedł,   skinąwszy   głową   Nickowi 

Douglasowi. Doug plasnął dłonią w kolano.

— Jakby się zgadzało! — wymamrotał zdziwiony.
— To jeszcze nie powód... — zaczął Nick.
— Wiem — przerwał Doug. — Ale to pierwsza od tygodnia sensowna wiadomość. 

Cieszę się z czego się tylko da.

— Wyniki ekshumacji też dzisiaj? — zapytałem, wiedząc jaka będzie odpowiedź.
— Zaraz będą! — mruknął niecierpliwie. Nie było to przekazanie informacji, a raczej 

ponaglenie niewidocznych anatomów i laborantów. — Obieca... Oo! — Drzwi otworzyły 
się i wszedł jeden z chłopaków Douga, z małą paczką w dłoni. — Masz...

— Szefie, to nie to! — szybko przerwał przybyły. — Przed chwilą dostarczył specjalny 

posłaniec...

Sarkissian jednym ruchem zdemolował opakowanie. W twardej kopercie znajdował się 

mały krążek dysku. Doug obejrzał go z obu stron i nie widząc opisu, wsunął do kieszeni 
kompa. Na ekranie pojawiła się na kilka sekund standardowa siatka rastru, a zaraz potem 
zobaczyłem   samego   siebie,   przecinającego   pracowicie   plastrowe   pęta   na   przegubach   i 
kostkach. Moje wcześniejsze domysły były trafne — Melmola miał jednak w moim pokoju 
kamerę, i to niezłą, choć nie najwyższej klasy. Miał również obiektywy na korytarzu, a 
wpięty w moje ubranie pilot uruchamiał je po kolei, gdy przemieszczałem się w budynku. 
Zobaczyłem także... wszyscy zobaczyliśmy garaż i moją w nim działalność. Nick parsknął 
krótkim śmieszkiem, gdy zapalałem papierosa, a potem powiedział:

— Nie przyszło ci do głowy, że papierosy mogły być spreparowane?
Popatrzyłem na niego zdziwiony.
— A kto miałby mi zrobić takie świństwo?
Na   ekranie   pojawił   się   kabriolet   i   pognał   w   kierunku   bramy.   Ktoś   strzelał   i   teraz 

zobaczyłem,   dlaczego   pociski   poszły   górą.   Zapiekły   mnie   uszy,   wstałem   i 
przespacerowałem się po pokoju.

— Ooo? — Sarkissian patrząc w ekran pokręcił głową z podziwem. — Ten skok to 

całkiem, całkiem...

Wypaliłem papierosa, odwrócony tyłem do ekranu. Przyglądałem się planowi szosy, na 

której dokonano napadu. Kropeczki mikroładunków układały się w jakiś wzór, choć komp 
twierdził, że to tylko optymalne rozmieszczenie, z małą dozą chaosu i przypadku, akurat na 
tyle, żeby nawet w razie zakłóceń plan mógł być zrealizowany.

— Koniec — usłyszałem głos Sarkissiana. — Całkiem udatnie to zrobiłeś...
— Wiem. Moim zdaniem zasłużyłem na czwórkę plus.
— Nie, to za dużo! — Nick osunął się w fotelu do pozycji półleżącej. — Upieram się  

przy papierosach. Nikt normalny nie powinien w takiej sytuacji korzystać z cudzych petów.

background image

— Ponieważ sam jesteś złośliwy, to i innych podejrzewasz o równie podły stosunek do 

otoczenia... — powiedziałem, ale sam czułem, że nie zabrzmiało to przekonywająco.

— Nick ma rację! — zdecydował Doug. — I...
— Już dobrze! — przerwałem. — Obiecuję nie palić cudzych papierosów i nie pić 

cudzych trunków! A czy, waszym zdaniem, cudze kobiety też mogą być spreparowane?

Otworzyły   się   drzwi.   Mężczyzna,   który   wszedł   do   pokoju,   dostał   się   pod   ostrzał 

pożądliwych spojrzeń sześciorga oczu. Stanął przed Dougiem.

— Przekazano nam ciało mężczyzny w wieku około czterdziestu pięciu, czterdziestu 

ośmiu lat. Zginął od trafienia trzema pociskami. Dwa z nich to kaliber zero trzydzieści pięć, 
trzeci to zero czterdzieści dwa. Jeden z pocisków trafił najpierw w trzymane przez ofiarę w 
rękach urządzenie, które eksplodowało. Prawa dłoń została urwana, lewa jest w znacznym 
stopniu   okaleczona.   W   jamie   brzusznej   mężczyzny   jest   spora   dziura,   wyrwana 
najprawdopodobniej   również   na   skutek   owego   wybuchu.   Skontaktowałem   się   z   ekipą 
wykonującą badania miejsca śmierci ofiary. Wyniki potwierdzają się wzajemnie. W ciele 
denata znaleźliśmy te same elementy, stopy i materiały, które w zadziwiającej kompozycji 
występują   na   podwórku   tej   knajpy.   Doszliśmy   do   wniosku,   że   pocisk,   jeden   z   tych 
trzydziestek   piątek,   spowodował   eksplozję,   która   zabiłaby   denata,   gdyby   nie   zginął   od 
wcześniejszych trafień.

— Co możecie powiedzieć o nim samym?
— Ubranie   i   to   co   znaleziono   w   kieszeniach,   nosi   cechy   przeciętnych   wyrobów 

masowej produkcji. Jedna rzecz może być zastanawiająca: wszystko to zostało zakupione w 
jednym   czasie,   około   czterech   dni   przed   śmiercią   właściciela.   Znaleźliśmy   nawet 
nieusunięte metki ze znacznikiem kasowym. Zidentyfikowaliśmy ofiarę, choć tu powstały 
pewne...   —   zająknął   się   —   ...pewne   niekonsekwencje.   Jeśli   posiłkować   się   danymi   z 
wywiadu, to ofiarą jest niejaki Hardy Skiperman, urodzony dwudziestego trzeciego lutego 
dwa tysiące dwudziestego szóstego roku w Scormona, oddany do przytułku trzeciego marca 
tegoż   roku,   wychowywany   na   koszt   państwa   aż   do   uzyskania   pełnoletności.   W   wieku 
siedemnastu lat, niecałe dwa lata temu, został pobity, w wyniku czego doznał pęknięcia 
żuchwy i stracił cztery zęby. Udało nam się również uzyskać częściowe odciski palców. 
Możemy,   z   dziewięćdziesięcioprocentową   pewnością,   przypisać   je   Hardy'emu 
Skipermanowi. Natomiast w jaskrawej sprzeczności z tymi danymi stoi biologiczny wiek 
denata. Dane komórkowe, szczegółowa, wykonywana po trzykroć, niezależnie od siebie, 
analiza skóry, siatkówki oka, włosów i zębów wykazuje, że w chwili śmierci mężczyzna 
miał   czterdzieści   pięć   do   czterdziestu   ośmiu   lat,   z   dwuletnim   marginesem   błędu.   Nie 
Potrafimy niestety wyjaśnić tej sprzeczności. Jeszcze jedna niejasna okoliczność to fakt, że 
denat ma dwie blizny na żebrach Po lewej stronie, najprawdopodobniej efekt uderzenia 
jakimś   metalowym   przedmiotem,   dość   ostrym,   ale   nie   nożem,   może   szpadlem.   Takich 
śladów nie powinien mieć Skiperman, a przynajmniej nie miał tego do ostatniego pobytu w 
szpitalu, gdy naprawiano mu szczękę. Dysponujemy kompletną dokumentacją przypadku.

Mężczyzna   jakby   odetchnął,   rad,   że   przebrnął   przez   najgorszą   część   raportu.   Oblizał 

wargi. Sarkissian popatrzył na mnie, a potem na Nicka. Skubnął kilka razy brodę i skinął 
głową.

— Dobrze. Dziękuję. Proszę przekazać ekipie, że najprawdopodobniej wszyscy macie 

rację, nawet jeśli brzmi to trochę dziwnie. Jest to informacja tylko dla was. Dziękuję.

Mężczyzna   odwrócił   się   i   wyszedł.   Poruszyliśmy   się   wszyscy   jednocześnie.   Nick 

najszybciej zakończył poprawianie się w

background image

— Wytłumaczcie mi coś. Jeśli ktoś zostaje zabity w dwa tysiące trzysta piątym roku, to aż 

do tego czasu żyją prawda? A co się dzieje, jeśli on z tego dwa tysiące trzysta piątego 
przemieszcza się do dwa tysiące dwieście osiemdziesiątego drugiego i tam ginie? Znika w 
dwa tysiące trzysta piątym i wszystkich poprzednich latach czy tylko od dwa tysiące trzysta 
piątego począwszy?

— Chcesz odnaleźć drugiego Skipermana — powiedziałem.
— Niekoniecznie. Myślę, że i tak nie mógłby nam pomóc. Nikt nie wie, co będzie robił 

za trzydzieści lat. Tak więc on nie zna swoich kolesiów, swojego szefa... — nagle umilkł i 
wbił wzrok w podłogę, a czubki palców wskazujących w skrzydełka nosa.

— No? Mądralo, jak to jest z tym czasem? — zapytał Doug.
— Z nas wszystkich ty miałeś z nim najwięcej do czynienia.
— Nie kpij sobie. — Paczka golden gate'ów była pusta.
Miałem nadzieję, że w mojej bluzie będą jeszcze jakieś papierosy. Były, na szczęście. 

Wróciłem   na   miejsce.   Nick   wciąż   jeszcze   ugniatał   palcami   nos,   a   spojrzeniem   szukał 
rozwiązania problemu we wzorze podłogowej wykładziny.

— Teoretycznie... — zaczął Doug — ...jeśli tutaj został zabity człowiek z przyszłości, 

to powinien dalej żyć w każdym czasie, aż do momentu, z którego przybył do nas... Tak?

— Z tego, co mówisz, wynika, że nasze życie to ogromna ilość jakby stop—klatek, po 

których wędrujemy, nieuchronnie zbliżając się do tej z napisem „The end”. Znaczyłoby to, 
że istniejemy w nieskończonej liczbie egzemplarzy, z których tylko jeden ma świadomość? 
Jakby   w  bardzo  długim  szeregu  żarówek  zapalała   się  zawsze  tylko  jedna,   kolejna?   — 
zapytałem.

— Nie wiem. Co się mnie czepiasz? Dostaję odcisków na mózgu, gdy o tym myślę. 

Jeśli   to   wszystko   wygląda   tak,   jak   powiedziałeś,   to   znaczy,   że   wszystko   już   było   i 
jednocześnie wszystko jest. A my możemy się szarpać, ile chcemy, a i tak nie wyrwiemy 
się ze schematu, w który sami się kiedyś wpisaliśmy.

— Może jesteśmy tymi,  którzy właśnie zapisują schemat dla następnych Owenów i 

Dougów? — zapytałem, właściwie tylko po to, żeby nie zauważyli, jak bardzo nie podoba 
mi się ta rozmowa o czasie.

— Słuchajcie...   —   Nick   wyrwał   się   z   zadumy.   —   Może   ten   stary   Skiperman 

skontaktował się z tym normalnym, dzisiejszym? Ja, gdybym przyleciał do czasów mojej 
młodości, postarałbym się zobaczyć samego siebie, nie? Może podrzuciłbym sobie setkę 
czy dwie...

Nabrałem powietrza, żeby go zbesztać, ale w trakcie tej czynności coś mnie oświeciło.
— Poczekajcie... Guylord mówił, że musi dość długo ładować swoją aparaturę. Dobrze 

to pamiętam. I mógł tu przebywać nie dłużej niż dobę, a nawet znacznie mniej: nieco ponad 
dwanaście godzin. Musimy założyć, że nasi przyjaciele wpadali tu co najmniej kilka razy, 
żeby poznać trasę, przygotować drogę i ten wykop. Nie sądzę, żeby mieli dużo czasu na 
swoje   prywatne   zabawy   i   na   pewno   mieli   surowo   przykazane   pilnować   tajemnicy,   ale 
ludzie to ludzie...

Przez   chwilę   panowało   milczenie,   coś   jakby   hołd   złożony   mojej   wypowiedzi,   potem 

Doug zacisnął wargi i sapnął.

— Mamy więc dwa kierunki działania: jeden to wizyta u Heyrouda, drugi obejmuje 

pracę   na   Ziemi.   Tutaj   trzeba   znaleźć   Skipermana   i   poszukać   sprzętu,   który   był 
wykorzystywany do nafaszerowania szosy i nakrycia dachem dziury, bo nie uwierzę, że 
sprowadzali tu swoje maszyny.

background image

— Nie zapomnij, że mogły to być małe, poręczne wózeczki — sprzeciwił się Nick.
— Nawet jeśli — upierał się Doug. — Musieli mieć sporo miejsca na obrazy, sami też 

zajęli   co   nieco.   A   ich   chyba   również   fazuje   zasada   proporcjonalnego   związku   ilości 
wydatkowanej energii i wielkości przemieszczanej masy.

— Dobra!   To   jest   temat   do   rozważań,   ale   nie   przesądza   niczym   żadnej   sprawy. 

Umówmy się co do dalszej roboty. Ja, popatrzyłem na obydwu przyjaciół — ...lecę do 
Heyrouda.   Myślę,   że   Doug   przydałby   mi   się   tam,   żeby   podeprzeć   moją   gadaninę 
urzędowym autorytetem, ale z drugiej strony powinien pilnować spraw tutaj. Sądzę, że to 
jest ważniejsze, bo może jednak nasi nowi przyjaciele od Melmoli znajdą coś dla nas?

— Co?
— Nie   bardzo   mam   ochotę   na   lot   —   zaskoczył   mnie   Nick.   —   uprzedzając   moją 

propozycję.

— Lot to betka — powiedziałem. — Dwie przesiadki i gotowe.
— A na miejscu?
— Ojej... Wszystko! Można palić, są niezłe bary, no i połowę obsady stanowią zgrabne 

kobietki.

— No właśnie, mówiłem, że nie mam po co tam lecieć...
— I będziesz ważył jedną szóstą tego co na Ziemi.
— A po cholerę mi to?
— No to już nie wiem, jak cię zachęcić. — Przerzuciłem bluzę przez ramię i spojrzałem 

na Sarkissiana. — Na jakie hasło mam rezerwację?

— Na „Dwadzieścia cztery”.
— A może polecisz po prostu po to, żeby mi potowarzyszyć? Żeby mi nie było smutno? 

— zapytałem Nicka.

— To   co   innego   —   zmarszczył   brwi   i   rozszerzył   nozdrza.   Jego   twarz   nabrała 

zdecydowanego, ostrego wyrazu. — Możesz na mnie liczyć.

— Owen... — Sarkissian wstał i podszedł do mnie. — Przed odlotem skontaktuj się ze 

mną.   Rzeczywiście  powinieneś   mieć   jakieś   papiery   z  prośbą   o  pomoc.   Rozmawiałeś   z 
Heyroudem. Czy on nie sądzi, że mogłyby ci się przydać?

— Wątpię,   ale   chciałbym   coś   takiego   mieć.   Głupio   by   było   wracać   z   niczym,   nie 

próbując każdego możliwego sposobu. Pieczęć z herbem prześmiesznie działa na ludzi.

Hall terminala, zdolny do przełknięcia kęsa z kilku tysięcy ciał ludzkich, wypełniony był 

najwyżej   w   jednej   szóstej.   Mogliśmy   się   czuć   jak   mała   przekąska,   przystawka   do 
właściwego posiłku, który, przełknięty przez system trawienny terminalu: kasy, korytarze, 
pakownie, punkty kontroli bagaży, serwis, był następnie upakowywany w poszczególne 
porcje, żeby ulecieć na wschód, północ, zachód i południe. Może w postaci ekskrementów 
gigantycznego pożeracza—transportera?

Rozejrzałem się po najbliższej okolicy i stwierdziłem, że Nick właśnie kieruje się w moją 

stronę.   Zapaliłem   papierosa   i   wyciągnąłem   do   niego   rękę.   Uścisnął   ją,   ale   niedbale, 
mimochodem,   jak   gdyby   uważał   powitanie   za   czynność   z   lekka   przeszkadzającą   w 
wykonaniu właściwej roboty. Było w tym trochę racji — przybyliśmy tu nie po to, żeby 
powitać   się   serdecznie   po   dwugodzinnym   niewidzeniu   się   —   ale   i   tak   zachował   się 
zastanawiająco. Pokazałem mu palcem jelito korytarza numer 221 i ruszyłem pierwszy. 
Dogonił mnie po kilku krokach. Chwilę szedł milcząc, potem wskazał brodą gigantyczny 
stereogram z twarzą Bie Stennema. Stennem miał na policzku odciśnięty ślad pulchnych, 

background image

uszminkowanych warg. Uśmiechał się szeroko, wywracając białka, żeby zobaczyć brzeg 
kapelusza, na którym umieszczono napis: „Do niebiańskiego się nie spiesz — odwiedź 
ziemski. RAJ!”

— Temu to chyba na pysku usiadła menstruująca zebra... — powiedział Nick tonem tak 

zawziętym, jakby komentował upadek Stennema nieśmiertelną kwestią: „Dobrze mu tak”.

Przez  chwilę  przyglądałem się Biemu,   potem zerknąłem  na  Nicka,  ale wtedy  jeszcze 

niczego   się   nie   domyślałem.   Było   wcześnie   rano,   byłem   niewyspany,   piekło   mnie   w 
okolicach mostka.

— Dlaczego akurat zebra?
— Przyjrzyj   się   jego   zmarszczkom!   —  syknął.   —  Część  pasków   odbiła  mu   się   na 

gębie...

Wzruszyłem ramionami. Przełożyłem torbę do drugiej ręki i strzeliłem niedopałkiem w 

kierunku popielniczki, wędrującej ponuro w poszukiwaniu roboty. Nick najwyraźniej nie 
zamierzał kogokolwiek ani czegokolwiek oszczędzać. Zgrzytnął zębami.

— Czy polecimy z tą babunią?
Patrzył na sympatyczną, pulchną czterdziestolatkę o miękkich, zachęcających kształtach. 

Nabrałem powietrza do płuc, Nick jednak wycelował już broń i walił z obu luf.

— Jeśli   wszystkie   pasażerki   są   w   tym   wieku,   to   połowa,   mam   nadzieję,   odcumuje 

jeszcze przed wejściem na orbitę. Przecież jej wiek można stwierdzić tylko na podstawie 
analizy izotopu węgla!

Coś mi zaświtało w głowie, ale zanim zdążyłem się odezwać, dokończył:
— Chociaż wtedy mogło jeszcze nie być węgla. — Spojrzał na mnie. — Ile lat ma 

węgiel?

Klepnąłem go w plecy.
— Ja też się bałem za pierwszym razem —— powiedziałem uspokajająco.
— Co ty opo...
— Ale   szybko   mi   przeszło   —   zagłuszyłem   jego   fałszywe   oburzenie.   —   Trochę 

nieważkości, to rzeczywiście zaskakuje, a reszta...? Jakbyś jechał nocnym ekspresem.

— Odczep się!
— Już. Tylko powiedz, ile wziąłeś ze sobą, a powiem ci, kim jesteś.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu. Myślałem, że się obraził, ale on chyba tylko liczył. 

Rzucił mi krótkie spojrzenie — miało nieco mniejszy ciężar właściwy niż to sprzed trzech 
minut.

— Siedem... — mruknął.
— Ile???
— Siedem, właściwie sześć.
— Chyba zwariowałeś! Lecimy tam na dwa dni!
— Ale sam lot trwa cztery doby.
— No   to   ja   pasuję   —   pokręciłem   głową.   —   Nie   wiesz,   co   to   znaczy   haftować   w 

nieważkości. Chcesz się zabawić w odrzutowiec... cóż, twój plan, twoje wykonanie.

  Coś   powiedział,   ale   wyprzedziłem   go   i   podszedłem   do   hostessy,   uśmiechającej   się 

zawodowo,   ale   miło,   na   tle   potężnego   zestawu   końcówek   kompowych,   które   miały 
zapewne napełniać podróżnych zaufaniem do linii satelitarnych. Nickowi udało się mnie 
dopaść dopiero na pokładzie modułu orbitalnego.

— Nic   nie   mogę   na   to   poradzić   —   wyjąkał.   Powietrze   wydychane   z   jego   płuc 

natychmiast opadało na podłogę, tak było nasycone alkoholem. Nie mogłem go jednak 

background image

potępiać,   pamiętałem   jeszcze   swoje   zesztywnienie,   gdy   pod   garażem   zaatakował   mnie 
mistrz spluwki i kiedy za łyk czegoś mocniejszego dałbym się pokroić na pasemka. — W 
środku wszystko mi tak lata, że mam siniaki na każdym organie. Mam nadzieję, że nie będę 
potrzebny do niczego poważniejszego niż pobieranie tlenu i wydalanie moczu...

— Uspokój   się   —   powiedziałem.   Omal   nie   poradziłem   mu,   żeby   łyknął   na 

wzmocnienie. — Jutro przesiadamy się do promu i kilka godzin później jesteśmy w domu.

— Aha... — mruknął i powlókł się do swojej kabiny. Gdy zajrzałem do niego dwie 

godziny później, leżał w pościeli, na brzuchu, z rozrzuconymi rękami i nogami. Przy koi 
czatowały dwa kubełki z czujnymi pokrywami. Monotonny, wkradający się pod kopułę 
czaszki głos zaczął już sączyć Nickowi informacje, które mogły w najbliższej przyszłości 
uratować mu życie. „...Księżyc krąży wokół Ziemi z prędkością jednego i dwóch setnych 
kilometra na sekundę, dokonując pełnego obrotu co dwadzieścia siedem i trzydzieści dwie 
setne ziemskich dób. W czasie dnia księżycowego, trwającego ponad dwa tygodnie, jego 
powierzchnia  w  paśmie  równikowym nagrzewa  się do stu  trzydziestu  stopni  Celsjusza, 
natomiast nocą temperatura spada do minus stu pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Średnia 
odległość   między   Księżycem   a   Ziemią   wynosi   trzysta   osiemdziesiąt   cztery   tysiące 
kilometrów...” Cicho zamknąłem drzwi i poszedłem do barku. Teraz, gdy miałem Nicka z 
głowy,   uznałem,   że   mogę   sobie   pozwolić   na   jednego.   Zanim   dotarłem   do   źródła, 
przypomniałem   sobie,   jak   brzmi   ciąg   dalszy   wykładu.   „Promień   Księżyca   ma   długość 
tysiąca siedmiuset trzydziestu ośmiu kilometrów. Przyciąganie jest sześciokrotnie mniejsze 
od ziemskiego, co w praktyce oznacza, iż człowiek, który na Ziemi waży osiemdziesiąt 
kilogramów, na Księżycu będzie ważył około trzynastu. Będzie mógł skakać sześć razy 
dalej i podnosić ciężary sześć razy większe...” Lekcje, których nie szczędzono mi podczas 
pierwszej podróży na naszego satelitę, zaowocowały ugruntowaną wiedzą.

— Na pewno nie będę próbował — mruknąłem pod nosem. Barman przekręcił nieco 

głowę,   wyglądał   trochę   jak   orzeł   przyglądający   się   potencjalnej   ofierze.   Rzuciłem   mu 
wyjaśniająco:

— To ja sam do siebie.
Zmusił   się   do   uśmiechu   pełnego   zrozumienia,   którego   wcale   nie   potrzebowałem. 

Wracając do swojej kabiny, wstąpiłem po drodze do Nicka i wylałem do wanny zawartość 
trzech z czterech pozostałych butelek. Nie jestem pewien, czy określenie „wylałem” jest 
dostatecznie precyzyjne. Siedziałem na krawędzi wanny i pociągając raz po raz z jednej 
butelki, wylewałem zawartość pozostałych. Cała operacja trwała około dwudziestu minut. 
Porządnie   poukładałem   puste   flaszki   w   kasecie,   zgodnie   ze   zdrowym   rozsądkiem   i 
instrukcją wyrytą hipnopedycznie w moim mózgu. Wróciłem do siebie i zapadłem w sen. 
Jeszcze   zanim   definitywnie   odcumowałem,   dotarło   do   mnie:   „Księżyc   świeci   czterysta 
pięćdziesiąt tysięcy razy słabiej niż Słońce...” Wydaje mi się, że zdążyłem jeszcze zakląć.

Leon   Vermilla   pofatygował   się   po   nas   łazikiem   aż   do   modułu   lądującego.   Jego 

beznamiętnej twarzy nie rozświetlił uśmiech. Nie krzyknął: „Owen, ty stary byku!”, nie 
klepnął mnie po ramieniu, zresztą poklepywanie kogoś ubranego w kombinezon nie ma 
wiele sensu. Obdarzył nas jednak jasnym, szczerym spojrzeniem, którego nie była w stanie 
zmącić   nawet   połyskująca   siatką   drobnych   rys   szybka   hełmu,   dźwięcznym,   również 
szczerym głosem wygłosił krótką kwestię powitalną i ruszył pierwszy do pojazdu. Nick 
poruszał   się   zgodnie   z   instrukcją,   wbitą   mu   do   głowy   podczas   snu.   Widząc   ponure 
spojrzenia, jakimi obrzucał pejzaż, miałem ochotę rzucić kilka słów wyjaśnienia, tyczących 
się   widocznych   budowli,   tuneli   łącznikowych,   masztów,   luster,   pól   baterii   i   innych 

background image

elementów   księżycowego   krajobrazu.   W   pomieszczeniu   śluzy   zdjęliśmy   skafandry. 
Vermilla uścisnął dłoń Nicka, później moją.

— Druga wizyta detektywa w przeciągu pół roku? — powiedział na poły pytająco.
— Tym razem nie jestem tu w charakterze detektywa — zachłannie zaciągnąłem się 

pierwszym od czterdziestu minut papierosem.

— Sprawy spadkowe — dodał Nick, tonem nie wiadomo dlaczego mściwym.
Zaskoczyło to Dona. Kilkanaście sekund wpatrywał się w nasze twarze, potem wskazał 

dłonią korytarz.

— Macie kabiny obok siebie, dwadzieścia sześć i dwadzieścia siedem. Yolan będzie 

wolny za jakieś półtorej godziny. Czaruje coś w wyjałowionej komorze, szkoda byłoby ją 
zabagniać bez potrzeby.

— Akurat tyle potrzebujemy, żeby odpocząć. Idziemy. Ruszyłem pierwszy, starając się 

przypomnieć sobie, jak się chodzi na Księżycu. Dwa razy omal nie fiknąłem kozła, ale 
jakoś utrzymałem się w pionie — ściana była blisko. Obejrzałem się przez ramię. Don 
zniknął   już   w   najbliższym   korytarzu,   a   Nick   z   zaciśniętymi   zębami   usiłował   iść   nie 
odrywając podeszew od podłogi korytarza. To się nie mogło udać. I nie udawało się. Ale 
posuwaliśmy się do przodu, z trudem co prawda, jak para pątników po miesiącu błądzenia 
po pustyni, ale szliśmy. Pchnąłem drzwi kabiny Nicka i wszedłem, a gdy Nick wreszcie do 
niej doszurał, przywitałem go trzymaną w dłoni piersiówką. Ostatnią z jego zapasu. Miło 
było zobaczyć taki szeroki uśmiech. W milczeniu wypiliśmy dwie krótkie kolejki. Nick 
odprężył   się,   rozpakował   swoje   ciało   i   poukładał   je   porządnie   w   wygodnym   fotelu, 
identycznym jak ten, w którym spędziłem kilka godzin z Ann Midmant podczas mojej 
pierwszej   wizyty   na   ziemskim   satelicie.   Zrzuciłem   z   siebie   bluzę   i   rozwaliłem   się   na 
pryczy.

— Dostarczono bagaże — odezwał się głos z kasety komunikatora.
Machnąłem niedbale dłonią, łyknąłem jeszcze kapinkę i podałem butelkę Nickowi.
— Tu nie kradną — powiedziałem. — Kwiat skautingu. A gdyby nawet, to nie mają 

dokąd uciec.

Nick   był   w   nastroju   raczej   konsumpcyjnym   niż   konwersacyjnym,   zagulgotało   mu   w 

przełyku.

— Zaraz po powrocie na Ziemię... — powiedział, sapnąwszy dziękczynnie po wytarciu 

ust — ...zapisuję się na kurację. Tyle, ile wypiłem w trakcie...

— Przesadzasz! Po prostu w nieważkości procenty szybciej docierają do głowy. A poza 

tym, powtarzam ci, że prawie wszystko wylałem. A że kac tu jest gorszy i twarz boli od 
nadgorliwych pokryw kubełków... —wzruszyłem ramionami. — Cena używki...

Łyknąłem jeszcze raz i podniosłem się. Oddałem Nickowi butelkę z resztką alkoholu i 

wyszedłem. Na korytarzu czekał wózek z dwiema torbami, zabrałem moją i poszedłem do 
swojej kabiny. Odsłoniłem klawiaturę kompa, ale przypomniałem sobie, że tu, na Księżycu, 
nie bawią się w palpację.

— Komp... Rozmowa z panią Midmant — zażądałem.
— Tak?! — usłyszałem niecierpliwy głos Ann.
— Hghm... Owen... Owen Yeates — powiedziałem do ściany.
— Aaa...   Owen   Yeates   —   powiedziała   wolno   i   zaraz   wróciła   do   poprzedniego 

niecierpliwego tonu: — Witam serdecznie. O co chodzi?

— O nic, rzecz jasna. Nie ośmieliłbym się zakłócać ci spokoju, gdybym miał jakąś 

sprawę. To by było trywialne, nie sądzisz?

background image

Ekran mrugnął i nagle pojawiła się na nim twarz Ann. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. 

Przekręciła lekko głowę i wysunęła koniuszek języka. Przesunęła nim po wargach.

— Równie   trywialne   wydaje   mi   się   posiadanie   na   Księżycu   dziewczyny,   do   której 

można wpadać, ilekroć ma się tam coś do załatwienia.

— Mój   Boże!   Ann?   Chyba   nie   oczekiwałaś   ode   mnie   oświadczyn?   —   zapytałem. 

Byłem zły, może nawet wściekły.

— Akurat! — parsknęła. Odsunęła się trochę od ekranu. Jej twarz na ułamek sekundy 

rozmyła się i zaraz układ celowniczy namierzył ją ponownie. — To była kuracja. Trafiłam 
na rozbitego, podłamanego faceta, w dodatku przystojnego i z tej części gatunku ludzkiego, 
którą lubię...

— No   to   rzeczywiście   tym   razem   nie   mamy   po   co   zawracać   sobie   głowy:   jestem 

poskładany, zrośnięty i zmieniłem przynależność gatunkową...

— Yhy. Widzę — pochyliła się do przodu. — Cześć!
Ekran zgasł. Stałem przed nim jeszcze kilka sekund, ale nic się nie działo. Opadłem na 

fotel,   zastanawiając   się   nad   dalszymi   krokami.   W   końcu   wyjąłem   z   torby   płaską 
pocieszycielkę i rozebrany poszedłem z nią wziąć prysznic. Gdy uruchamiałem suszarkę, 
usłyszałem głos Nicka:

— Jesteś gdzieś tam?
— Tum ci! Zaraz wychodzę. Na prawo od drzwi jest kaseta kompa, weź od niego dwie 

kawy, co?

Wróciłem do pokoju owinięty w ręcznik, rzuciłem Nickowi płastugę i wyjąłem z torby 

czyste ubranie. Kawa była ohydna. Połączyłem się z dyżurnym szefem kuchni i poprosiłem 
o  coś,  co bardziej  przypominałoby znany  mi  napój. Młodzian uśmiechnął się i  obiecał 
podzielić się własnym.  Dodał  też,  że kiedyś usiłowali  nauczyć  komp  parzyć  kawę,  ale 
potem zrezygnowali, więc komp robi ją teraz według własnego widzimisię. Zapaliliśmy.

— Co to za facet, ten Heyroud?
— Kopnięty naukowiec, zupełnie jak z filmu. Na dodatek bez nóg i bez protez. Musi 

być kimś, bo załoga dałaby się zgwałcić za niego. I ma hopla na punkcie czasu. To on 
zbudował maszynę, którą posłużył się Guylord... Przecież wiesz...?

— Wiem, ale im więcej słucham na dany temat, tym łatwiej mi coś wygrzebać... — 

Zaciągnął   się.   —   Posłuchaj...   Heyroud   konstruuje   wehikuł   czasu,   Guylord   się   nim 
posługuje. Tak? Ale czy Heyroud, ten późniejszy, wie, że w takim to a takim roku zjawią 
się u niego dwaj faceci z upoważnieniem CBI i poproszą o zbudowanie takiego urządzenia? 
A może on w ogóle by go nie budował, gdyby nie my? Co?

— Idź,   bo   cię   kopnę   —   powiedziałem   od   niechcenia.   —   Z   tym   czasem   to   taka 

pozawijana sprawa... Te następstwa, konsekwencje... Nic nie rozumiem i na dodatek boję 
się, żebyśmy czegoś...

— Zamówienie z kuchni — przerwał komp.
— Waśnie... — Otworzyłem drzwi, zabrałem tacę z niewielkim termosem i dwiema 

filiżankami i trąciłem stopą wózek. Ruszyliśmy każdy w swoją stronę. To była rzeczywiście 
prawdziwa kawa. W każdym razie nie kłóciła się z resztą bourbona z płastugi.

— A co będzie, jeśli Heyroud odmówi współpracy?
Powoli omiotłem wzrokiem sufit i ściany pokoju. Zerknąłem na Nicka. Zmrużył oczy i 

ledwo dostrzegalnie pokiwał głową.

— Co będzie? Nie wiem. Nic nie będzie. To nie tylko kwestia jego chęci. Zawsze może 

się okazać, że zbuduje ten swój wehikuł dopiero za piętnaście lat. — Zapaliłem nowego 

background image

papierosa.   —   Komp!   Przyspiesz   cyrkulację   powietrza!   —   Wypuściłem   strugę   dymu   i 
patrzyłem, jak wsysa ją żarłoczniejszy po komendzie represer. — Nic nie wiem, musimy 
poczekać do rozmowy z Heyroudem.

— Popieprzona sprawa...
— Życie... — skonstatowałem. Nagle przyszła mi głowy głupia myśl, którą natychmiast 

zapragnąłem się podzielić z Nickiem. To takie ludzkie: dzielenie się głupotą. — A dlaczego 
nie mielibyśmy otworzyć firmy? Co? Byłbyś moim wspólnikiem?!

— Ja?   Wspólnikiem?   —   roześmiał   się.   —   Daj   spokój...   Poza   tym,   twoi   wspólnicy 

kończą... — przerwał i zarumienił się. — Przepraszam, Owen. Jestem kretyn...

Kopnąłem go czubkiem buta w łydkę.
— Nie,  to  ja jestem  kretyn.   Rzeczywiście  coś  w tym  jest.  Wszyscy  moi wspólnicy 

kończą przedwcześnie...

— Przestań!   —   Nick   przetarł   twarz   dłonią.   —   Chyba   się   upiłem.—   Powiem   ci, 

dlaczego nie mogę być twoim wspólnikiem... — Zawiesił głos i, podobnie jak ja, przeciągle 
spojrzał na sufit i ściany pokoju.

— A   żeby   cię!   —   wrzasnąłem.   —   Poważnie?   Kiedy?   Uśmiechnął   się   nieśmiałym, 

dziewiczym uśmiechem, nawet zarumienił się lekko. Plasnąłem go w kolano. Zaśmiał się 
zakłopotany.

— I, bydlaki, nic mi nie powiedzieliście? Mnie?!
— Wiesz... Mój szef...
— Doug dostanie za swoje, to pewne...
— To nie tylko jego wina. — Zgasił papierosa i podrapał się po karku. — Mieliśmy 

wyprawić huczny obrzęd inicjacji, ale akurat następnego dnia po podpisaniu wszystkich 
papierów... Wiesz... Ten numer...

— A... Rzeczywiście niezłe wejście...
— Tak, nawet pomyślałem, że jestem Jonasz...
— A   wiesz?   Może...   No   to   niech   się   martwi   Sarkissian.   —   Ja...   Z   głośnika   przy 

drzwiach rozległ się melodyjny sygnał.

— Panie Yeates, oczekują pana w pokoju numer dwadzieścia cztery.
Poderwałem się z fotela. Nick zaciągnął się nerwowo, jakby miał za chwilę zejść pod 

wodę, zgasił papierosa i ruszył za mną. Wykonując ruchy może niezbyt estetyczne, ale 
skuteczne, dwie minuty później dotarliśmy pod drzwi pokoju Heyrouda. Otworzyły się, gdy 
tylko dotknąłem klamki.

Yolan   Heyroud   siedział   w   swoim   fotelu.   Postarał   się,   by   jego   twarz   nie   zdradzała 

zainteresowania, a może — co byłoby zrozumiałe po mojej jedynej z nim rozmowie — 
niechęci. Jeśli w ogóle było na niej coś wypisane, to najwyżej lekkie zniecierpliwienie. 
Zrobiłem trzy kroki w nieokreślonym kierunku, dając mu czas na decyzję: podać mi dłoń 
czy dać sobie spokój. Odczekał kilka sekund i ruszył w naszą stronę z wyciągniętą ręką. 
Uścisnęliśmy ją obaj i usiedliśmy. Yolan spojrzał na mnie pytająco. Podałem mu wyjętą z 
kieszeni kopertę. Obrócił ją kilka razy, niby oglądając. W rzeczywistości zastanawiał się, 
nie wiedziałem tylko nad czym. W końcu szarpnął pazurek, wyjął małą fiszkę i przeczytał 
jej treść. Popatrzył na nas, potem jeszcze raz przeczytał posłanie szefa CBI.

— Można zweryfikować identyfikatory? — zapytał.
— Nawet trzeba, przy okazji dowie się pan, jaki mamy priorytet—powiedziałem. — 

Tylko, jeśli łaska, proszę poczekać jeszcze kilka sekund, niech zniknie tekst.

background image

Skinął   głową,   wysunął   żuchwę   do   przodu,   wessał   górną   wargę.   Milczeliśmy.   Po 

dziesięciu sekundach pokazał nam fiszkę, na której zostało tylko kilka cyfr i pieczęć — 
identyfikator.   Podjechał   do   potężnego   zestawu   końcówek   kompa,   wsunął   kartkę   w 
szczelinę   i   odczytał   z   ekranu   informację.   Po   chwili   z   otworu   młynka   sypnęło   garstką 
żółtawego pyłu.

— Aha... — mruknął. Podjechał do nas i popatrzył pytająco.
— Potrzebne nam jest dokładnie ekranowane pomieszczenie. Jeśli nie ma tu takiego...
— Jest — powiedział zniecierpliwiony. Machnięciem dłoni wskazał wszystkie cztery 

ściany, podłogę i sufit.

— Proszę odłączyć komp, nawet kontrolę awaryjną, a my pomyszkujemy tu trochę. 

Dobrze?

  Sapnął   wściekle,   ale   kiwnął   głową.   Wyjęliśmy   z   Nickiem   cienkie   rękawiczki   z 

wtopionymi   w   warstwę   vicradu   końcówkami   czujników.   Włożyliśmy   okulary   z 
celownikami, wpięliśmy klipsy w uszy, a w gniazda na mankietach wetknęliśmy jincle.

Nick ruszył do ściany z drzwiami, ja zająłem się tą po jego prawej ręce. Nick skończył 

wcześniej — miał do sprawdzenia mniejszą powierzchnię — ominął mnie i zabrał się do 
następnej. Zerknąłem na Yolana. Cienkie linie celownika zniekształcały jego twarz albo 
rzeczywiście   uśmiechał   się   złośliwie.   Dokładnie   „przepatrzyłem”   całą   ścianę,   z   boku 
wyglądało to, jakbym omiatał ją z pajęczyn albo jak gdyby adept pantomimy niezdarnie 
przedstawiał scenę szukania wyjścia ze szklanej klatki. Heyroud parsknął niecierpliwie. 
Skończyłem i odwróciłem się do niego.

— Proszę udostępnić ścianę z zegarkami i wyłączyć komp — poleciłem.
Ze złością dźgnął palcem w kilka klawiszy. Odsłoniło się kilkadziesiąt tysięcy zegarków, 

zaraz potem komp żałośnie pisnął i wyłączył swoje końcówki. Podszedłem do zegarków. 
Teraz   pracowałem   wolno,   zaczęły   mnie   boleć   trzymane   w   górze   ręce.   Dopiero   teraz 
zrozumiałem,   jak   ciężkie   życie   mieli   lalkarze   i   jak   ciężkie   mają   je   ci,   którzy   usiłują 
wskrzesić   archaiczną   dziedzinę   sztuki,   konstruując   programowane   i   zdalnie   sterowane 
pupproty. Przetestowałem zaledwie około dwóch tysięcy urządzeń, gdy klips na moim uchu 
drgnął   i   zapiszczał   cichutko.   Mignęło   coś   w   celowniku   na   prawym   szkle.   Powoli 
przesunąłem się w prawo. Wyłączyłem sygnalizator akustyczny. Cofnąłem się o pół kroku i 
wykonałem   rękami   kilka   ruchów,   podobnych   do   hipnotyzerskich   passów,   ale   czułość 
przenośnego   zestawu   była   zbyt   niska.   Ponownie   zbliżyłem   się   do   ściany   i   zacząłem 
namierzać mikroba wolno i systematycznie. W końcu celowniki błysnęły radośnie.

— Nick... — zawołałem.
Usłyszałem za plecami jego kroki, zaraz potem cicho mruknął silnik fotela Heyrouda. 

Nick wysunął dłonie i chwilę ruszał głową. Zrzucił rękawiczki, wyjął z kieszeni masywną 
papierośnicę i otworzył ją. Wróciłem do ściany. Sprawdzałem kilka razy. W końcu nie 
miałem   już   wątpliwości   —   płaski   frilex,   duży   jak   spodek,   zamarły   na   osiemnastej 
czterdzieści   dwie   i   siedemnaście   sekund,   prócz   skomplikowanego   mechanizmu   miał   w 
sobie jeszcze jakiś obcy element. Zdjąłem go i umieściłem w papierośnicy. Nick zatrzasnął 
wieczko i odłożył kasetę. Sumiennie dokończyliśmy przeglądu. Potem identyczne badanie 
przeszła podłoga, a na końcu sufit. Zajęło to nam dwadzieścia minut, ale ramiona bolały 
mnie tak, jakbym przeniósł na nich sekwoję. Zwaliłem się na fotel, Nick zrobił to chwilę 
później.   Heyroud   przyglądał   się  nam   chwilę,   a  potem,   jakby   podjąwszy   jakąś  decyzję, 
podjechał do barku.

background image

— Coś łagodnego... — ni to zapytał, ni to stwierdził. — Jeżeli mamy aż tak poważnie 

rozmawiać...

— Poproszę na początek dwa piwa, a potem zdaję się na pana...
Siedzący bliżej Yolana Nick wyjął z jego dłoni dwie puszki i podał mi jedną. Syknęły 

otwarte   jednocześnie,   my   też   niemal   jednocześnie   odetchnęliśmy   po   przyjęciu   ich 
zawartości. Tak właśnie — zachowujących się jak dwa zestrojone roboty — wyobrażają 
sobie  ludzie  pracowników  państwowej   bezpieki  czy   CBI.   Czekałem  na  jakiś  dowcipny 
komentarz Heyrouda, ale albo był mądry, albo przynajmniej delikatny. Zmieszał trzy drinki 
w bardzo wysokich, schłodzonych szklankach, ustawił je na przyczepionej do wózka tacy i 
przybliżył się do nas.

— Proszę i słucham.
Najpierw upiłem ze szklanki. Nawet nie dlatego, że jestem taki zachłanny na alkohol. 

Próbnie rozgrywałem tę rozmowę kilkanaście razy, sam oraz przy pomocy Sarkissiana i 
Nicka. I ciągle nie mogłem się zdecydować na ton: żądanie? szantaż? prośba? Akcent na 
patriotyzm? na uczciwość uczonego? na zemstę za podsłuch?

— Podczas   poprzedniej   wizyty   przekonałem   się,   że   pańskim   prawdziwym   hobby   i 

namiętnością jest czas. Przyznał pan, że chciałby móc podróżować w czasie... Czy „po” 
czasie, nie wiem, jak się powinno mówić... Może zapytam wprost: czy to jest już realne?

Zmarszczył brwi i nie spuszczając ze mnie wzroku, podrapał się po obłym zakończeniu 

uda—kikuta.   Świdrował   mnie   oczami   kilkanaście   sekund,   wciąż   drapiąc   się   po   nodze. 
Trwało to tak długo, że zacząłem podejrzewać, iż uruchamia detektor kłamstw.

— Może powtórzę pytanie? — zaproponowałem.
W milczeniu przeniósł spojrzenie na Nicka, ale przestał się drapać, co oczyściło go z 

podejrzeń o ukryty w spodniach wykrywacz. W końcu mruknął niedowierzająco.

— Pytanie   zrozumiałem...   —   powiedział   powoli.   —   Pytanie   zrozumiałem...   — 

powtórzył, wyraźnie chcąc zyskać na czasie i przemyśleć odpowiedź. Poczułem, że serce 
zaczyna mi bić mocniej. Skoro nie śmieje się, nie wytrzeszcza oczu, nie patrzy na nas jakby 
dopiero teraz zauważył wystające nam z głów czułki i organy płciowe zamiast nosów, była 
szansa na uzyskanie prawdziwej informacji. Poderwał głowę i uśmiechnął się szeroko. — 
Proszę o wstęp, który miał poprzedzić to pytanie! — zażądał.

— Dobrze   —   zgodziłem   się   natychmiast.   —   Dokonano   przestępstwa   na   ogromną, 

niespotykaną   dotychczas   skalę.   Gdy   wyjdzie   to   na   jaw,   będziemy   jako   kraj 
skompromitowani aż do dnia sądu ostatecznego. Kto wie, czy nie runą nasze sojusze, czy 
będziemy   wiarygodni,   czy   nie   odbije   się   to   na   gospodarce   światowej,   układzie   sił   i 
stabilizacji politycznej. Podejrzewamy, że dokonała tego jakaś grupa z przyszłości. Cały ten 
horror, który panu opisałem, to może być dopiero początek piekła. Jeśli się nie mylimy, 
jeśli ktoś w przyszłości zdobył receptę na przestępstwa doskonałe, to możemy się obawiać 
jeszcze   gorszych   rzeczy.   Kto   mu   zabroni   pojawiać   się   tu   i   mordować,   na   przykład, 
przywódców krajów? Będziemy nawzajem oskarżać się o łamanie układów, aż w końcu 
któraś ze stron nie wytrzyma i rypnie w drugą tym, czym będzie mogła rypnąć. Resztę 
może pan sobie dopowiedzieć sam...

Heyroud wpatrywał się we mnie przymrużonymi oczami, oceniając prawdziwość mojej 

wypowiedzi, może szczerość intencji. Co jakiś czas rzucał szybkie, kontrolne spojrzenie na 
Nicka, spokojnie sączącego swój koktajl. Mnie on specjalnie nie smakował, zapaliłem, żeby 
zabić jego dziwny, zbożowy posmak.

background image

— Hm... — zaczął w końcu Heyroud — ...dość... — Mówił, żeby wypełnić ciszę, i 

dlatego, że wyraźnie oczekiwaliśmy jego odpowiedzi, ale właściwie wciąż zastanawiał się 
nad   moimi   słowami.   —   Brzmi   to   mało   prawdopodobnie.   Może   dlatego,   że   chyba   nie 
wszystko mi pan powiedział? — Milczałem, więc dokończył: — Na przykład, dlaczego 
zwraca   się   pan   do   mnie?   Nawet   jeśli   rzeczywiście   przestępstwa   dokonali   złoczyńcy   z 
przyszłości, to dlaczego nie angażujecie kogoś innego? Skąd wiara właśnie we mnie? 

Zapaliłem   papierosa   i   odruchowo   sięgnąłem   po   szklankę,   ale   zaraz   ją   odstawiłem. 

Zerknąłem na Nicka, który niemal niezauważalnie skinął głową.

— Mógłbym dostać po prostu whisky? Albo... — olśniło mnie, zrozumiałem, skąd się 

wziął posmak w koktajlu — ...albo coś sklepowego?

Yolan   roześmiał   się   głośno,   radośnie,   jakbym   sprawił   mu   przyjemną   niespodziankę. 

Wskazał   barek,   a   gdy   nalewałem   sobie   do   szklanki   małą   porcję   Danielsa,   powiedział 
filozoficznie:

— Jak   moglibyśmy   cenić   koniak,   nie   wiedząc,   co   to   bimber?   Wróciłem   na   swoje 

miejsce i łyknąłem. Nick spokojnie pociągnął ze swojej szklaneczki, popatrzyłem na niego 
z podziwem.

— Panie Heyroud... Wiem, że pan interesuje się czasem, nie robi pan z tego tajemnicy i 

sam mi pan to powiedział podczas mojej pierwszej wizyty tu, w bazie. — Heyroud pokiwał 
głową, zgadzając się ze mną. — Wiem też, że skonstruował pan wehikuł czasu, czy jak tam 
to nazwać...

 — A to już jest bardzo interesujące. Bo ja, o ile wiem, mam nieco inne informacje na 

ten temat...

 — Zbuduje go pan za jakiś czas, za kilka czy kilkanaście lat. Nie wiem dokładnie, 

kiedy...  Proszę  posłuchać:  pański  sponsor  i  pracodawca,   Mark  Richmond  Guylord,   jest 
gangsterem. Dużą fiszą w tym interesie, nawet bardzo dużą. Być może należałoby mówić o 
nim „był gangsterem”. Odchodzi, czy też odszedł, od swoich interesów, ale za jakiś czas 
dojdzie do wniosku, że uczciwe życie bogacza jest niesłychanie nudne i wtedy rzuci się do 
walki o władzę nad całym światem. Będzie już dysponował wehikułem czasu i wie pan, od 
czego zacznie? —Yolan pokręcił głową. — Zacznie od korygowania własnej przeszłości, 
żeby sobie ułatwić przyszłość. Jednocześnie dzisiejszy Guylord, nie mając, rzecz jasna, 
pojęcia  o  działalności  jego samego z  przyszłości,  zmusił  mnie do wyjaśnienia,  kto  mu 
bruździ. Krótko rzecz ujmując: udało mi się spotkać z Guylordem z przyszłości, stąd wiem 
to wszystko.

Zaciągnąłem się mocno i łyknąłem z miną człowieka, który powiedział wszystko, co miał 

do   powiedzenia.   Starałem   się,   żeby   ta   mina   wypadła   przekonująco   —   nie   chciałem 
opowiadać naprawdę wszystkiego, a przede wszystkim tego, że ja i Sarkissian zabiliśmy 
Guylorda przyszłościowego.

Gospodarz znowu wbił paznokcie w kikut nogi, jego spojrzenie uczepiło się jakiegoś 

punktu za moją głową. Popatrzyłem na Nicka, miał na twarzy wyraz aprobaty. Dokładnie 
strzepnąłem popiół, pedantycznie oczyszczając stożek żaru. Yolan wrócił do dzisiejszego 
czasu, do nas. Łyknął swojego bimbru, autentycznej księżycówki, i parsknął kilka razy. Nos 
miał drożny, nie było więc pretekstu do wymigiwania się od zajęcia jakiegoś stanowiska.

— W innych okolicznościach... — zaczął, ale zaraz sam siebie poprawił: — Zresztą, co 

tu   mówić   o   innych   okolicznościach,   skoro   są   takie,   jakie   są...   Przyznaję,   pracuję   nad 
transtimem. Więcej, mam opracowany dość szczegółowy plan urządzenia, ale nie mam 
pewności... nie mam absolutnej pewności, że będzie działało. Powinno. Ale, jak widzicie, to 

background image

tylko przypuszczenie plus mocna wiara. Zdziałałem na pewno więcej niż ktokolwiek na 
Ziemi, ale to może nie wystarczyć. Co wy na to?

— Biorę... — powiedziałem wolno.
— Tak myślałem — zachichotał. — Skoro przybyliście tu we dwóch, to chyba nie dla 

asekuracji. Niech pan powie szczerze, a gdybym się nie zgodził?

— To trudno — powiedziałem szczerze..
— Miało być szczerze!
— Było.
— Nie było!
— Dobrze. Nie było.
— Świetnie!   —   ucieszył   się.   —   Wiemy   więc,   czym   dysponujemy.   Ja   mam   do 

zaoferowania przypuszczalnie działający transtime i pewną porcję dobrych chęci. A wy?

Wzruszyłem ramionami. Wyjąłem papierosa z ust, żeby odpowiedzieć. Wyprzedził mnie 

Nick:

— A my mamy bardzo dużo dobrych chęci. Przypuszczalnie najlepsze dobre chęci na 

całym świecie. Oferujemy też możliwości najbardziej rozwiniętego kraju na kuli ziemskiej 
do przeprowadzenia prób z pańskim urządzeniem. Uważamy to za okazję również dla pana.

— Na pewno — zgodził się szybko Yolan. — Skorzystam więc z okazji. Pomogę wam. 

I   zapiszcie   na   moje   konto   dobrych   uczynków,   że   nie   musicie   mnie   ogłuszać,   wiązać, 
torturować i temu podobne. Aha? — Zajął się znowu swoim nieistniejącym kolanem. — 
Mówił pan, że spotkał się z Guylordem? Tym z przyszłości. Jaki on jest? Jaki będzie?

— Niedobry. Zły. Be. Paranoiczny staruch, uosobienie żądzy władzy. Kilka trupów na 

sumieniu. Wystarczy?

— Aż tak... — powiedział jakby do siebie, w każdym razie gdzieś w przestrzeń. — A 

pan? Tak sobie pogadaliście i już?

Zaskoczył   mnie.   Odprężyłem   się,   gdy   wyraził   zgodę,   opuściłem   gardę.   Zanim 

otworzyłem   usta,   zrozumiałem,   że   pauza   trwała   za   długo.   Teraz   nie   uwierzy   w   żadną 
odpowiedź. Z wyjątkiem prawdziwej.

— Ów przyszłościowy Guylord... nie żyje — wykrztusiłem.
Heyroud przestał się drapać, zamarł z dłonią na kikucie. Patrzył na mnie nieruchomym, 

szklanym wzrokiem.

— Miałem z nim rozmowę — powiedział. — Ostrzegł mnie przed panem.
— Wiem.   Ale   to   było   cztery   miesiące   temu,   zaraz   po   tym,   jak   mu   o   wszystkim 

powiedziałem.

— Tak?! — Po raz pierwszy od początku rozmowy był naprawdę zdziwiony. — I nie 

boi się pan zemsty?

Wzruszyłem ramionami. Ten gest ma tę zaletę, że może być odczytywany zawsze na kilka 

sposobów. Najczęściej pytający sam wybiera sobie interpretację.

— No to i ja zaryzykuję. — Heyroud westchnął i ruszył swoim wózkiem do barku. 

Zmieszał   sobie   jeszcze   jeden   księżycowy   koktajl.   Popatrzył   pytająco   na   Nicka,   który 
pomachał przecząco dłonią. Wykonałem taki sam gest. — Będę musiał wyprowadzić się z 
tej bazy do głównej... — powiedział, łyknąwszy świeżej mikstury.

— Nie. Musi pan wrócić na Ziemię.
— O nie!  — Z  hukiem odstawił szklankę  na  blat  stołu.   — Przyzwyczaiłem  się do 

zmniejszonego ciążenia...

background image

— Panie Heyroud — Nick zgasił papierosa i wstał. — Wystarczy kwestia transportu, 

żeby   wykluczyć   budowę   tego   urządzenia   tutaj.   Nie   wspomnę   już   o   tym,   że   startować 
musimy z Ziemi. I na pewno tylko tam... — wskazał kciukiem podłogę, pod którą, jego 
zdaniem,   znajdowała   się   Ziemia   —   ...możemy   pana   chronić   ze   stuprocentową 
skutecznością.

Yolan Heyroud nabrał powietrza do płuc i wypuścił je powoli. Rozmowa z posiadaczem 

racjonalnego   umysłu   ma   swoje   niewątpliwe   zalety.   Gospodarz   spełniał   ten   warunek. 
Następny kwadrans spędziliśmy na uzgadnianiu warunków.

 
 Cztery godziny później Heyroud zadzwonił do mojego pokoju i poinformował, że zwinął 

swoje   interesy   na   Księżycu.   My   byliśmy   gotowi   już   od   dłuższego   czasu.   Odbyliśmy 
rozmowę z Sarkissianem, przekazaliśmy wstępne informacje dla zaopatrzeniowców CBI 
oraz   pozdrowienia   dla   Pymy   i   Phila.   Czuli   się   podobno   dobrze   w   bazie   piechoty   w 
Alcametcha.   Zdążyliśmy   również   skasować   jeszcze   jedną   małą   płastugę.   Wypiliśmy   ją 
chichocząc i poklepując się po plecach. Zabawialiśmy się w ten sposób około godziny, po 
czym Nick pożegnał się ceremonialnie i zostałem sam. Pomaszerowałem do kuchni, gdzie 
zaparzyłem   kawę   i   wróciłem   z   termosem   do   kabiny.   Wypiłem   kilka   filiżanek,   potem 
wytrzymałem   kilka   minut   pod   lodowatym   tuszem   i   wróciłem   do   pokoju,   akurat   gdy 
poczułem wyraźną ochotę na papierosa. Oddałem się jednemu z moich ulubionych zajęć — 
po dobrym dniu, po dniu, w którym coś udało mi się załatwić, lubiłem przewinąć taki dzień 
na umieszczonym gdzieś w mózgu ekranie. Nie miałem złudzeń, wiedziałem, że to nic 
innego jak próżność, ale nie widziałem powodu, żeby jej nie łechtać, jeśli, po pierwsze, 
potrzebuje tego i po drugie, jeśli jest za co. Minęło jakieś dwadzieścia minut i już niemal 
zakończyłem seans słodkiej autoanalizy, gdy melodyjnie odezwały się drzwi. Zaraz potem, 
jeszcze zanim zdążyłem zareagować, usłyszałem głos Ann:

— Mogę wejść?
Poderwałem się na równe nogi. Wślizgnęła się szybko, wyminęła mnie i opadła na fotel. 

Z płaskiej kieszeni na biodrze wyszarpnęła płastugę podobną do tej, jaką pół godziny temu 
wykończyliśmy z Nickiem.

— Muszę...   —   powiedziała   ponuro   do   podłogi.   Przekręciła   zakrętkę   ruchem   tak 

zdecydowanym, że gdyby kapsel rozsądnie nie puścił, urwałaby szyjkę butelki. Pociągnęła 
długi, męski łyk. Popatrzyła na mnie i pokiwała głową. — A ty, jak widzę, nie musisz... 
Tym razem nie trzeba cię składać — stwierdziła.

— Cieszę się natomiast, że ciebie trzeba — powiedziałem. Zresztą całkiem szczerze.
Usiłowała   się   napić,   ale   wybuchnęła   szlochem.   Wyciągnęła   w   moją   stronę   swoją 

piersiówkę   i   gdybym   jej   natychmiast   nie   chwycił,   puściłaby   ją,   nie   przejmując   się 
wykładziną.   Zasłaniając   twarz   jedną   dłonią,   drugą   wyszarpnęła   z   torebki   olbrzymią 
chusteczkę i zaczęła ją obficie skrapiać łzami. Znalazłem w szafce drugą filiżankę, nalałem 
do niej kawy i trochę wzmocniłem koniakiem. Ann, nie podnosząc głowy, rozkazała:

— Zgaś światło!
Wykonałem polecenie. Zanim wróciłem na fotel, zdążyła zniknąć w łazience. Zapaliłem 

jeszcze jednego papierosa. Między innymi po to, żeby Ann nie musiała mnie szukać w 
ciemnościach. Nie musiała. Miałem dzisiaj dzień, w którym realizowały się wszystkie plany 
i zamierzenia. Dotarła do mnie bez trudu, usiadła na kolanach i wtuliła twarz w szyję pod 
uchem.

— Nie chcę na Ziemię... — usłyszałem.

background image

— Hm...?
— Tam o ludziach można tylko poczytać, a tutaj oni jeszcze są.
— Hm???
— Tak! Tu przylatują ci, u których nie uległy jeszcze atrofii takie cechy jak lojalność, 

szczerość, oddanie, poświęcenie...

— ...oraz   tolerancja,   ofiarność,   wolność,   równość   i   braterstwo.   Kto   ci   naopowiadał 

takich bzdur?

Milczała chwilę, potem westchnęła ciężko. Uświadomiłem sobie z pewnym zdziwieniem, 

że   moja   prawa   dłoń   spoczywa   na   wyjątkowo   kształtnej   piersi.   Uświadomiłem   sobie 
również, ze centralną część tej piersi stanowi twardniejący sutek.

— Tylko mi nie mów, że na Ziemi również to wszystko znajdę. Być może. Tylko tam 

będę musiała tego szukać, a tu mam w zasięgu ręki. Teraz, kiedy Yolan wyjedzie...

— Jako psycholog powinnaś się cieszyć, że wrócisz do siedliska wszystkich możliwych 

chorób. Tu przecież nie miałaś co robić.

Udało mi się przełożyć lewą rękę tak, że to ona spoczęła na piersi Ann, zaś prawa dłoń 

ześlizgnęła się w dół po mocnym, twardym brzuchu. Dziewczyna westchnęła i podkurczyła 
nogi. Dotknąłem jej stopy. Udało mi się znaleźć ustami usta Ann, ręka sama zainteresowała 
się budową łydki, zewnętrznej powierzchni uda, wewnętrznej powierzchni uda... Skóra na 
obu   stronach   ud   wyraźnie   różniła   się   gładkością:   na   zewnętrznej   stronie   była   gładka, 
napięta, chłodna; na wewnętrznej —jedwabista, miękka i gorąca. Moje palce przesuwały się 
po niej z pewnym oporem, jakby usiłowała do nich przylgnąć. Mięśnie pod skórą drżały, 
naprężały się i rozluźniały. Ann oderwała się na kilka sekund od moich ust.

— Czy naprawdę tylko łóżko jest prawdziwym pocieszycielem? — zapytała.
Odpowiedzieć mogłem dopiero po dwóch czy trzech minutach, kiedy odsunęła się ode 

mnie po raz drugi.

— Jeśli   natura   zagwarantowała   człowiekowi,   jedynemu   stworzeniu   na   Ziemi,   stan 

permanentnej rui, to coś musiała mieć na myśli. Pewnie to, żeby z tego korzystać...

— Twój cynizm...
— Wiem! — przerwałem, nieco zły rozwijającą się dyskusją i jednocześnie świadomy, 

że   sam   w   niej   grzęznę.   —   Nie   pasuję   do   Księżyca,   tego   raju   wytapetowanego 
najszlachetniejszymi z możliwych uczuć! Pogadamy o tym za chwilę...

Poderwałem się z fotela z Ann w ramionach, ułożyłem ją na łóżku i szybko pozbyłem się 

ubrania. Gdy układałem się obok niej, szepnęła:

— Nie kładź się. Skorzystajmy jeszcze raz z księżycowych możliwości. Na Ziemi nie 

będzie to takie łatwe...

Był   to   świetny   pomysł.   Wykorzystaliśmy   swoje   lekkie   i   mocne   ciała   chyba   do 

maksimum. W każdym razie nie pamiętam, żebyśmy czegoś nie robili. Na dwie godziny 
przed   odlotem   promu   Ann   wyskoczyła   do   łazienki,   a   potem,   wykorzystując   moją 
kilkudziesięciosekundową   drzemkę,   wyśliznęła   się   z   pokoju.   To   również   był   świetny 
pomysł.   Alternatywą   było   mało   przyjemne   pożegnanie,   zobowiązania,   wymiana 
telefonów...

Półtorej godziny później, jadąc łazikiem do promu, przypomniałem sobie swoją pierwszą 

wizytę w bazie i to, że kiedy z niej odjeżdżałem, w jednym z iluminatorów kilka razy 
mrugnęło   światło.   Uznałem   wtedy,   że   to   Ann   żegna   mnie   tym   ciepłym,   żółtawym 
pomrugiwaniem. Przylgnąłem do okna i czekałem. Większość iluminatorów była ciemna, a 

background image

te, które się świeciły, były w tym konsekwentne. Nic nie pomrugiwało i nie żegnało mnie. 
No i dobrze.

Na płycie terminalu czekały na nas dwa mikrobusy z wyposażeniem mogącym służyć do 

transplantacji nerki. Wpakowaliśmy do jednego Heyrouda, do drugiego wsiadłem ja, Nick i 
Sarkissian. Z przodu ubezpieczał nas wóz z agentami CBI, drugi pilnował naszych pleców. 
W tunelu nastąpiła roszada — karetka z Heyroudem zamieniła się miejscami z naszą, a do 
konwoju dołączyła jeszcze jedna. Ewentualni zamachowcy czy porywacze musieliby teraz 
załatwić wszystkie pięć wozów, żeby mieć pewność skuteczności akcji. Szybko, ale bez 
wzbudzania sensacji, ruszyliśmy po przelotowej arterii. Zanim dotarliśmy do jej wylotu, 
lekarz zdołał uruchomić rezerwy tkwiące w organizmach moim i Nicka, mogliśmy więc 
podzielić się z Dougiem wrażeniami i planami oraz wysłuchać relacji o jego dokonaniach. 
Jeśli chodzi o mnie, pominąłem w meldunku ostatnie cztery godziny pobytu na satelicie. 
Nick, mimo tlenu i farszu z kilku preparatów, wyglądał kiepsko, milczał i toczył okiem, 
jakby pytając, gdzie tu jest bar.

— Powiem   wam   w   skrócie,   co   zdziałaliśmy.   Po   pierwsze,   mamy   Skipermana.   Już 

półtorej   doby   katują   go   analitycy.   Upuścili   mu   tyle   krwi,   że   chyba   nie   jest   w   stanie 
poruszać się  samodzielnie,   ale w  zamian  obiecują z maksymalną  dokładnością  określić 
współczynnik starzenia się jego organizmu. Będzie my mogli w miarę dokładnie wyliczyć, 
„z kiedy” do nas przybył. Udało się nam również znaleźć parę osób, które widziały jakiś 
roboczy pojazd, który najwyraźniej wziął udział w maskowaniu niecki. Na razie nic więcej 
nie mam. Mam tylko świadomość, że dzisiaj jest czternasty marca i do wystawy zostały 
nam cztery tygodnie.

Sięgnął   do   pliku   czasopism   przymocowanych   do   ściany   karetki   masywnym   klipsem, 

wyszarpnął je i rzucił mi na kolana.

— Wygląda to, jakbyś miał do mnie o coś pretensje?
Potarł czoło dłonią. Cmoknął, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Przepraszam. Tak mnie to wszystko... — powstrzymał się od wulgarnego określenia. 

— Czy Heyroud coś obiecuje? Konkretnego?

— Wiesz co... Szczerze mówiąc, nie powiedzieliśmy mu, ile ma czasu. On jest dość 

pewny siebie, a ja bałem się, że kiedy mu powiem, że ma się uwinąć w trzy tygodnie, 
powie: „Panooowie. Czy wy jesteście normalni?”. Strusia taktyka, ale wydaje mi się, iż 
najważniejsze jest to, żeby on tu był. Może da się mu podłączyć jakiegoś innego geniusza? 
W końcu mamy kilka osób, które wyciągnęliśmy z Krateru Zgubionego Czasu.

— Zobaczymy.   Za   godzinę   będziemy   w   bazie.   Od   razu   bierzemy   go   na   szczerą 

rozmowę i niech się już wreszcie coś rozstrzygnie... — Coś chyba jeszcze dodał, ale już 
niezrozumiale, zbyt cicho i rozmyślnie bełkotliwie.

Poczułem zmęczenie, do głosu doszły zaległości w spaniu, których nie zdołałem nadrobić 

w modułach, ani na promie. Być może w garści medykamentów przemycono również jakieś 
pigułki nasenne. Zauważyłem szerokie ziewnięcie Nicka, dołączyłem do niego i w sekundę 
później zasnąłem. Sarkissian obudził mnie, potrząsając za ramię.

— Zawołać noszowych? — zapytał.
Wsłuchałem się w siebie i odmówiłem. Nick również wyglądał rześko. Wysiedliśmy z 

karetki  zaparkowanej  tuż przy  wejściu do  parterowego  hangaru.  Doug  ruszył  przodem. 
Rozejrzałem się szybko, ale musiała to być chyba duża baza, jeżeli Phil nie zdążył jeszcze 
dotrzeć tu, do miejsca, gdzie działo się coś ciekawego. Chyba że gdzie indziej działo się coś 

background image

jeszcze ciekawszego. Obawiałem się trochę o magazyn broni, ale musiałem to odłożyć na 
później.

Heyroud   czekał   na   nas   w   swoim   fotelu.   Przedstawiłem   mu   Sarkissiana   i   skromnie 

usunąłem się pod ścianę.

— Panie   Heyroud,   został   pan   wprowadzony   w   sprawę.   Jeśli   coś   wydaje   się   panu 

niejasne, to słucham...

— Nie — Yolan pokręcił głową. — Szczegóły warstwy, że tak powiem, kryminalnej 

nie mają wpływu na całość. Nie interesują mnie. Dla mnie istotne są kwestie techniczne.

— Zaraz będzie tu mój pełnomocnik do spraw technicznych. Proszę podać mu wykaz 

tego, co jest panu potrzebne. Może pan żądać nieomal wszystkiego. Pod jednym wszakże 
warunkiem: musi się pan uwinąć w ciągu trzech tygodni.

— Dobrze — rzucił niedbale Heyroud.
Usłyszałem, jak trzy ogromne głazy huknęły o podłogę, a nasze trzy uwolnione od nich 

serca zabiły radośnie i lekko.

— Świetnie — powiedział po prostu Sarkissian. — Czy zna pan kogoś, kto mógłby się 

panu przydać do pracy?

— Potrzebuję jedynie dwudziestu dobrych techników. Wykaz sprzętu dam pańskiemu 

pełnomocnikowi.   Pewne   rzeczy   będzie   trudno   zdobyć,   niektóre   będą   drogie,   no   ale 
pośpiech jest kosztowny — wzruszył ramionami. — Nic na to nie poradzę.

— Zwrócił pan uwagę, że wymieniłem termin trzech tygodni? — upewnił się Doug.
— Oczywiście.
— Czy   to   znaczy...   —   nie   wytrzymałem   —   ...że   ma   pan   to   urządzenie   od   dawna 

gotowe?

— Od trzech lat — powiedział. — Na papierze, co prawda. Musiałem jednak kryć się 

przed   Guylordem.   Nie   bardzo   wiem,   dlaczego,   ale   postanowiłem   na   razie   nikogo   nie 
wtajemniczać w tę sprawę. Dlatego powoli podkradałem pracodawcy pieniądze na budowę 
małego prototypu. Skoro jednak panowie wolą od razu duży, to jeszcze lepiej.

— Znakomicie — skonstatował Sarkissian. — Reasumuję: w ciągu trzech tygodni... — 

wciąż nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, oszołomiły go słowa Heyrouda, zapomniał o 
wszystkich aktualnych i przyszłych kłopotach — ...zbuduje nam pan urządzenie, którym 
będzie można wędrować w czasie. Tak?

— W jedną stronę.
— W jedną? — powtórzył Sarkissian. — To znaczy jak, tylko tam? — machnął ręką.
— W jedną stronę to znaczy w przyszłość. I, rzecz jasna, z powrotem. Mógłbym... 

chyba mógłbym zrobić urządzenie działające wstecz, ale nie w tak krótkim czasie...

— Guylord mówił mi co innego... — wtrąciłem się. — Że pan mu powiedział, że nie da 

się podróżować w przyszłość.

— Skoro tak mówił, to pewnie tak powiedziałem.
— Dlaczego?
— A czy ja wiem? Nie wiem, dlaczego zrobię coś tak, a nie inaczej. Może nie chciałem, 

żeby Guylord czegoś się dowiedział czy coś zabrał. Nie wiem, powodów może być tysiąc...

— A mógłby mi pan jak najprościej wyjaśnić, dlaczego może pan zrobić transtime tylko 

w jedną stronę?

Heyroud   podrapał   się   po   nieistniejącym   kolanie,   poruszył   żuchwą   i   wargami,   jakby 

odgryzł sobie język i właśnie go przełykał.

background image

— Przystępnie? Nie. Albo... Tory kolejowe widział pan kiedyś? Takie stare, z szynami i 

podkładami?   No   to   właśnie   to.   Nic   lepszego   nie   przychodzi   mi   do   głowy.   Może   pan 
jeszcze, żeby zrozumieć, dlaczego nie mogę poruszać się w obie strony, wyobrazić sobie na 
szynach jakieś zadziory, które nie pozwolą kołom obracać się do tyłu.

— Ja również mam pytanie — wstałem i zbliżyłem się do niego. — Wyobraźmy sobie, 

że udaje się nam zbudować transtime i że wysyłamy ekipę, która odzyskuje skradzione 
rzeczy. Staje się to faktem. Więc czy przestępca nie jest durniem, robiąc skok, który za 
kilkanaście dni okaże się niewypałem? Przecież nic prostszego jak zajrzeć do roczników 
czasopism   i   dowiedzieć   się,   że   dokonano   kradzieży,   a   jakiś   czas   potem   łup   został 
odzyskany. Na miejscu złodzieja w ogóle bym nie zaczynał. I druga sprawa, skoro jednak 
już się zaangażował, czy znaczy to, że nam się nie uda? Że on zna finał? Wie o swoim 
sukcesie i o naszej porażce?

— Niee... To nie tak. Każda podróż, jeśli nie jest li tylko obserwacją, musi wprowadzić 

pewne zmiany do rzeczywistości. Wyobraźcie sobie kilkaset linii równoległych. Połączcie 
kilkadziesiąt z tych linii ukośnie skierowanymi odcinkami. Teraz załóżmy, że jedna z tych 
linii to nasz czas, nasz świat. Posuwamy się po linii prostej, a po interwencji przeskakujemy 
po skośnej do linii równoległej. To nie jest świat równoległy, to jest nadal nasz świat, tylko 
nieco   zmieniony.   Sam   pan   mówił,   że   Guylord,   kiedy   zaczął   modelować   swoje   życie, 
zaplątał   się   w   konsekwencjach   swojego   działania,   co   oznacza,   że   teoria   jest   słuszna. 
Wystarczy? — pytanie skierował do mnie.

— Tak. Przynajmniej na razie. Dziękuję.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł „techniczny pełnomocnik” Douga. Wyszedłem 

na zewnątrz. Dołączył do mnie Nick, a w dwie minuty później Sarkissian.

— Chodź, pokażę ci, gdzie mieszkasz — powiedział.
Powlekliśmy się nieregularną ulicą, rozszerzającą się i zwężającą co kilkanaście metrów. 

Przydzielono mi połowę domu stojącego na grzbiecie solidnego bunkra. Ledwo weszliśmy i 
ledwie Teba zdążyła wytarmosić wszystkie nogawki, a Phil złożyć lepkie całusy na sześciu 
policzkach, ktoś zadzwonił do drzwi i pojawił się w nich sierżant przypominający suche 
spaghetti.

— Proszę nosić przy sobie te alarmiki — zrobił dwa kroki do przodu i wyciągnął przed 

siebie dłoń z trzema żółtymi perełkami alarmowymi. — Dotyczy pani Pymy Yeates, pana 
Owena Yeatesa i pa... Phila Yeatesa.

Najwyraźniej nie wiedział who is who. Pomogłem mu, zabierając perełki.
— Zgniecenie spowoduje wysłanie patrolu... — wyrecytował sierżant, zanim zdążyłem 

mu przeszkodzić.

Czekał,   aż   rozdam   alarmiki.   Podałem   jeden   Pymie,   wsadziłem   swój   do   kieszeni   i 

wzdychając wpiąłem trzeci Philowi. Sarkissian, opacznie rozumiejąc moją niechęć, pokazał 
swoją perełkę i podał jedną Nickowi. Kompletny fioł.

— Za   godzinę   będę   miał   zaszczyt   bawić   cię...   —   powiedział   do   Pymy   i   przeniósł 

spojrzenie na mnie — ...i ciebie, w mojej kwaterze. Musimy kiedyś porozmawiać na tematy 
obojętne. Przy okazji przedstawię wam swojego nowo zwerbowanego pracownika — skinął 
głową Nickowi. — Idziemy.

Godzinę później, zgodnie z instrukcją, skierowaliśmy się do budynku, w którym założył 

kwaterę Sarkissian. Przebyliśmy może pięćdziesiąt metrów, gdy ostro zawyła syrena, a na 
dachu naszego domu zaczęło pulsować ostre, niebieskie światło. Wyrwałem kij, który Teba 

background image

trzymała   w   pysku   i   rzuciłem   go   z   całej   siły   przed   siebie,   chwyciłem   Pymę   za   rękę   i 
pociągnąłem biegiem za sobą.

— W nogi! — wrzasnąłem. — Phil wypróbowuje właśnie działanie alarmika. Niech się 

sam tłumaczy.

— Może... — odkrzyknęła Pyma, sadząc obok mnie dużymi krokami — ...w końcu... 

ktoś mu przyleje!

Największą radochę miała Teba, biegnąc obok nas. Nikt, jak się później okazało, nie 

oberwał. Straciłem zaufanie do wojska.

I następnego dnia rano postanowiłem zamęczyć syna, załatwiając przy okazji zarzucone 

od jakiegoś czasu sprawy integracji wewnątrzrodzinnej. Poszliśmy z Philem najpierw na tor 
przeszkód. (Dwie godziny później przypomniałem sobie, że wychodząc z domu, puściłem 
do Pymy porozumiewawcze „oko”, uświadomiłem sobie również, że nie odpowiedziała mi 
tym   samym,   w   jej   spojrzeniu   było   raczej   współczucie).   Uruchomiłem   tor   i   pokazałem 
Philowi, jak należy pokonywać pułapki serwowane przez komp. Zanim odtworzyłem moje 
normalne tętno i oddech, Phil zaliczył tor dwukrotnie. Nie były to czyste przejścia, ale 
dążenie do perfekcjonizmu obce było mojemu dziecku. Potem zaliczyliśmy strzelnicę. Pół 
tony   małokalibrowych   pocisków   ugrzęzło   w   pogodnym   niebie   i   nieco   mniej   w 
kulochwycie.   Potem   przejechaliśmy   się   na   kilku   bojowych   środkach   transportowych, 
skakaliśmy  z wieży  spadochronowej,  lawirowaliśmy w ognioodpornych kombinezonach 
pomiędzy   słupami   ognia,   rzucaliśmy   nożami   i   strzelaliśmy   z   kusz,   jedliśmy   obiad   w 
kantynie i jeszcze coś.

W domu padłem na kanapę i zamknąłem oczy. Phil głośno opowiadał Pymie o swoich 

przeżyciach.   Słuchałem   jego   relacji   z   pobłażliwym   uśmiechem,   odnotowując   spore 
rozbieżności między faktami i jego sprawozdaniem, gdy nagle usłyszałem:

— Aha! Mieliśmy pójść z tatusiem na bumpboard!
Dopiero kilkanaście sekund później dotarło do mnie, co oznaczają te słowa. Poderwałem 

się   i   rzuciłem   do   drzwi.   Zderzyłem   się   w   nich   z   Philem,   trzymającym   przed   sobą 
nieszczęsny przyrząd.

— O! Nie śpisz już! To fajnie. Idziemy!
— Phil... Zlituj się, przecież miałeś chyba dzisiaj trochę rozrywek? — wymamrotałem.
— Trochę... — zgodził się. — Ale obiecałeś, że jak tylko będziesz miał wolny dzień, to 

pójdziemy na deskę.

— Ale   może   nie   dzisiaj,   co?   Poza   tym   tutaj   nie   ma   takiego   łagodnego,   gładkiego 

spadku!

Spojrzałem ponad jego głową na Pymę. W jej oczach było teraz wyraźniejsze niż rano 

współczucie, ale nic więcej. Phil nabrał powietrza do płuc.

— Jest taki spadek! — zawołał. — Do basenu!
— Do basenu?! Chyba nie myślisz, że pójdę i spuszczę wodę tylko po to, żebyś ty miał 

swój spadek na bumpboard?

— Dlaczego nie? Wiem, gdzie jest ten kran do spuszczania...
— Nawet nie próbuj! — krzyknąłem. — Mało było wczorajszej awantury?
— Jakiej awantury?
— Za zgniecenie alarmika. Nie obsztorcowali cię ludzie z patrolu?
— Nie — powiedział, zdziwiony moim podejrzeniem.
— Niee? A co im powiedziałeś?

background image

— Powiedziałem, że musiałem wypróbować tę perłę. Nie miałem pewności, że będzie 

dobrze działać...

Popatrzyłem jeszcze raz na Pymę, ale nic się nie zmieniło. Chwyciłem czapkę z daszkiem.
— Dobra! — wrzasnąłem. — Idziemy spuścić wodę...
— Hurrraaa! — Phil wyskoczył w górę i wczepił się palcami w kieszenie na mojej 

piersi. Zatrzeszczało. — Kochany tatuś!

— ...a   potem   wywrócimy   wieżę   spadochronową,   rozstrzelamy   czołgi,   rozmrozimy 

chłodnię...

— Ale po co? — zapytał poważnie. — Przecież sam mówiłeś, że każda zabawa musi 

mieć   swoje   granice.   —   Zeskoczył   na   podłogę   i   przyjrzał   mi   się   z   uwagą.   —   Co 
powiedziałeś?   A,   nie   musisz   mówić,   i   tak   słyszałem.   Powiedziałeś:   „Zabić   to   mało”, 
prawda? Idziemy? Teeebaa...

— Owen, możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie?
Spojrzałem na Douga. Siedzieliśmy sami w pokoju dowodzenia. Nick załatwiał coś w 

centrali. Skrzywiłem się, wzruszyłem ramionami i machnąłem dłonią. Wszystko to miało 
oznaczać:   „Jeśli   musisz...   Ale   lepiej   nie”.   Zrozumiał   chyba   tylko   pierwszą   część 
pantomimy.

— Czy ty coś masz do Heyrouda?
— Doug, jak pragnę... Czy to ma jakieś znaczenie?
— Może nie. Ale sam ciągle przekonujesz, że zamyślając poważną sprawę nie można 

zaniedbywać drobiazgów, które mogą zawalić całą rzecz.

— Żeby tak wszyscy wsłuchiwali się w moje słowa... Rzeczywiście, nie przepadam za 

Yolanem Heyroudem.

— A powód?
— Ależ   ty   lubisz   piłować...   Po   prostu,   gdyby   Heyroud   nie   stworzył   tego   swojego 

transtime'a, nie byłoby kradzieży. Już nie mówiąc o Guylordzie, którego zabiłem i z którym 
teraz rozmawiam, co za każdym razem uruchamia wytwórnię szronu w moich koszulach... 
Krótko   mówiąc,   nie   lubię   bezmyślności.   Zakichanym   obowiązkiem   Heyrouda   było 
zastanowienie się, czy jego wynalazek może i jak może zaszkodzić światu. Im ktoś jest 
ważniejszy, mądrzejszy, tym częściej i więcej powinien o tym myśleć. Im kto bardziej 
wystaje ponad przeciętność, tym jest niebezpieczniejszy dla niej właśnie, dla świata, bo 
świat to przeciętność.

— No... nie mogę ci odmówić pewnej racji... Ale nie można przewidzieć wszystkich 

możliwości wykorzystania wynalazku...

— Może nie można, ale trzeba! Co mi z tego, że Marks mnie przeprosi?
— Kto?
— Nikt, to stary dowcip.
— A   wziąłeś   pod   uwagę,   że   trzeba   by   rozważyć,   co   jest   ważniejsze:   zastosowanie 

wynalazku   w   pozytywnym   aspekcie   czy   jednostkowe   wykorzystanie   w   jakimś 
przestępczym   celu?   Przecież   rozumując   tak   jak   ty,   można   by   powiedzieć,   że   długopis 
wykorzystany   do  anonimów  przyczynił  się  do  tragedii  iluś  tam  jednostek.   Nie  będę  ci 
przypominał, czym grozi specyficzne użycie szczepionki przeciw AIDS... Można i tak...

— To co innego. Tutaj z definicji mamy zabawkę niebezpieczną. Powiedz mi, po co 

komu wehikuł czasu? Zwłaszcza że jego użycie za każdym razem wpływa na nasz świat. 
Podglądanie i złodziejstwo, nic innego nie przychodzi mi do głowy.

background image

— Co do pierwszej sprawy nie ma pewności, to po prostu zabawa.
— Wiesz co? Mój ulubiony autor z końca ubiegłego wieku wykreował postać bohatera, 

pisarza kawałków z dziedziny SF. Otóż ten pisarz opowiada pewnego razu taki utwór. Na 
planecie   Odalnoo   mieszkają   wszechświatowe   prostytutki,   będące   w   stanie   zaspokoić 
seksualny głód każdej istoty. Pewien Ziemianin trafia na Odalnoo i pamiętając opowieści 
przygodnego   znajomego,   postanawia   skorzystać   z   usług   tych   zmiennokształtnych   cór 
Koryntu.  Prócz zmienności  postaci mają one  zdolność umiejscawiania  swoich  organów 
płciowych w dowolnym miejscu ciała, a legenda głosi, że nawet poza nim. Nasz bohater 
korzysta   z   możliwości   zabawienia   się   z   taką   istotą,   wali   się   potem   w   sen   pełen 
fantastycznych wspomnień, a gdy budzi się, żeby załatwić potrzebę fizjologiczną, okazuje 
się, że jego członka nie ma na swoim miejscu. Znajduje go pod prawym kolanem. Pędzi do 
miejscowego lekarza i dowiaduje się, że następstwem szalonej, jedynej w swoim rodzaju 
zabawy z Odalnoonkami jest tak zwany „wędrujący członek”, który przemieszcza się w 
cyklu   mniej   więcej   dwudobowym.   Przypadłość   jest   nieuleczalna   i   nie   pomaga   nawet 
kastracja. Członek zanika w jednym miejscu i pojawia się w drugim, najzupełniej losowo.

 Wstałem i poszedłem do drzwi. Jeszcze zanim do nich dotarłem, dogoniło mnie pytanie 

Douga:

— A morał? — Odczekał trzy sekundy i dodał: — Nie baw się nieznanymi zabawkami, 

jeśli nie chcesz chodzić z fiutem na czole?

— Bardzo dobrze! — Nie odwracając się, klasnąłem kilka razy w dłonie i dotknąłem 

klamki.

— Owen? Przeczytałem wszystko, co napisał Vonnegut jr. i nie pamiętam, żeby Kilgore 

Trout opowiadał tę historię.

— Miałem na myśli innego wybitnego twórcę, E.T.
— E.T. to był filmowy stworek!
— No to może E.D.?
Pchnąłem drzwi i wyszedłem. Zamknęły się za mną, ucinając głos Sarkissiana. Zresztą to, 

co zdążyłem usłyszeć, nie rokowało interesującego ciągu dalszego.

  Dwa dni spędziłem z Philem. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że mały ma zadziwiająco 

dużo racji w swoich na pierwszy rzut oka nieszablonowych żądaniach. W rzeczy samej — 
dlaczegóż by nie spuścić wody z basenu, skoro i tak nikt się w nim nie kąpie? Przejrzałem 
swoje dzieciństwo i znalazłem w nim sporo zakazów. Pewnie dlatego do dzisiaj nie potrafię 
się rozluźnić i bawić na całego. W sumie okazało się, że dzieci, w chwili kiedy wydają się 
nam pozbawione hamulców albo nawet rozumu, posługują się swoistą logiką, która wcale 
nie jest aż tak idiotyczna, pokrętna i nie do strawienia. W każdym razie zaczęliśmy się z 
Philem rozumieć. Zresztą doroślał z każdym dniem.

Po   południu,   kiedy   usiłowałem   —   korzystając   z   jego   nieobecności   —   niezdarnie 

wyartykułować Pymie swoje najświeższe obserwacje, zadzwonił Doug.

— Ekipa tych sępów podała nam w końcu przypuszczalny wiek Skipermana w chwili 

jego śmierci — poinformował. — Z dokładnością do czterech lat. A więc miał trzydzieści 
dziewięć, plus minus dwa. To nam daje rok dwa tysiące siedemdziesiąty czwarty. Plus 
minus dwa, cholera.

Spojrzałem   na   Pymę.   Pokazała   mi   język   i   wcisnęła   w   uszy   kapsułki   słuchawek 

dystansowych.

— No to trzeba będzie celować w dwa tysiące siedem dziesiąty szósty rok? — ni to 

stwierdziłem, ni to zapytałem.

background image

— Tak.
— A co na to Heyroud?
— Jemu jest wszystko jedno, „do kiedy” ma nas zawieźć. Jest pełen optymizmu. Fortes 

fortuna adiuvat, powiada zacierając radośnie rączki.

— Masz coś do Heyrouda? — zapytałem jadowicie.
— Zaraz   tu   będzie.   Trochę   się   wściekał,   że   odrywamy   go   od   skalowania   czy 

kopiowania, czy czegoś tam jeszcze, ale obiecał przyjść.

Zareagowaliśmy z Dougiem identycznie — lekko kiwnęliśmy głowami. Nick prychnął, 

jakby zdegustowany naszym nikłym zainteresowaniem, ale nie miał racji — nie da się przez 
dwa tygodnie żyć z nerwami napiętymi jak przewody wysokiego napięcia mroźną zimą. 
Podniecenie   siadło,   pozostało   dręczące   przeczucie   czegoś   ważnego,   co   ma   nastąpić   w 
przyszłości. To coś najwyraźniej się zbliżało.

— Czy on powiedział coś jaśniejszego od pytyjskich sformułowań? — zapytałem tylko 

po to, żeby przerwać ciszę. Po kilku dobach spędzonych z Philem każde kilka sekund 
milczenia traktowałem jako zapowiedź nieszczęścia.

— Niewiele. Niewiele... — Sarkissian powiedział to w taki sposób, że ktoś nieznający 

amerykańskiego   mógłby   pomyśleć,   że   padło   ciężkie   przekleństwo.   —   Jest   wypełniony 
optymizmem  po  korzonki  włosów,  po  tym  jak doprowadziliśmy  drugą  linię  wysokiego 
napięcia i zdobyliśmy drugi zestaw rdzeni kondesatorów startbolicznych. — Spojrzał na 
mnie. — Nawiasem mówiąc, ten twój perrorysta zdążył się schować pod plandeką na trasie 
brama—laboratorium.

— A? To ty go tak nazwałeś? — ucieszyłem się. — Wczoraj przyszedł do mnie po 

wyjaśnienie,   kto   to   jest   perrorysta,   ale   czujnie   odmówił   dalszych   zeznań.   Widocznie 
wyczuł, że to nic pochlebnego.

— Nieodrodny syn... — roześmiał się Doug. — Nazwałem go tak, kiedy zdziwił się, że 

nie chcę odpowiadać na czterechsetne pytanie. Nie miałem po prostu siły...

— Nie usprawiedliwiaj się — machnąłem dłonią.
Nick chciał coś dodać, zapewne również wyniósł jakieś doświadczenia z obcowania z 

zakałą   jednostki   w   Alcametcha,   ale   cichutko   sapnęły   drzwi.   Heyroud   wjechał   swoim 
wózkiem. Miał zniecierpliwioną minę anatomopatologa, którego oderwali od szczególnie 
apetycznego ciała trzygłowego słonia. Ominął stojącego mu na drodze Nicka i wyhamował 
za moimi plecami.

— Panie Heyroud... Hee—hmm... — zaczął Doug.
— Potrzebuję jeszcze ośmiu dni! — przerwał Yolan. — Za osiem dni będzie można 

startować.

— Za czternaście dni otwarcie wystawy — miękko przypomniał Sarkissian.
— To nie ma znaczenia!
— Zakładając, że transtime będzie działał — wtrąciłem.
— Będzie!
— No to może zmarnujemy kilka minut naszego czasu na uzyskanie wyjaśnienia, skąd 

się u pana bierze ta pewność — przekręciłem się w fotelu, tak żeby siedzieć twarzą w twarz 
z Heyroudem. — Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale od sprawności pańskiego urządzenia 
zależy powodzenie całego naszego planu.

— Trochę to nie jest tak — Heyroud rozciągnął wargi w uśmiechu, ale reszta twarzy nie 

zmieniła wyrazu. — Gdybyście mieli inne ślady, to prowadzilibyście śledztwo dwutorowo, 
nie oskarżajcie mnie o hamowanie jego postępów.

background image

— Żelazna logika! — pochwalił Sarkissian. — Tyle że trochę na wyrost. Nikt pana o 

nic nie oskarża, wprost przeciwnie: jest pan naszą ostatnią deską ratunku. A wie pan, jak 
bolesna jest utrata nadziei?

— Poczekajcie spokojnie te kilka dni...
— No   to   inaczej...   —   nie   wytrzymał   Nick   —   ...czy   wyszedł   pan   już   poza   fazę 

teoretyczną?

— Nie.
— Czy   pańska   teoria   składa   się   z   elementów   już   sprawdzonych   praktycznie?   Czy 

można powiedzieć, że całość musi działać, ponieważ działają jej elementy składowe?

— Nie.
Następne pytanie, a brzmiałoby ono mniej więcej tak: „To skąd... masz... pewność, że to... 

będzie działało?” zawisło w powietrzu, ale nie zostało wypowiedziane. Może dlatego, że 
każdy z nas wykropkowałby inną liczbę słów. Heyroud znowu się uśmiechnął.

— Po prostu wiem, że to będzie działało.
— Pewien facet — powiedziałem, wiedząc, że ani Nick Douglas, ani jego szef, Douglas 

Sarkissian, nie mają nic mądrzejszego do powiedzenia — po kilku piwach poszedł do WC, 
bo wiedział, że inaczej...

— Powiedziałem, że za osiem dni będzie pan mógł startować! — przerwał Heyroud. — 

Dwa   dni   wcześniej   przeprowadzimy   start   próbny,   może   poślemy   jakąś   mysz   albo   coś 
takiego. Osiem dni. A jeśli transtime będzie działał, to można wykonać ogromną liczbę 
prób. Ustawimy go tak, że będzie wracał w tę samą minutę, z której startuje. To oczywiste...

W wypowiedzi Heyrouda zabrzmiały nowe i jakby nieprzyjemne nuty. Postanowiłem dać 

szansę Sarkissianowi. Skorzystał z niej.

— Wskazując   pana   Yeatesa...   —   powiedział   wolno   —   miał   pan   na   myśli   coś 

konkretnego?   Heyroud   skinął   kilka   razy   głową,   nie   odrywając   ode   mnie   złośliwego 
spojrzenia. Postanowiłem go usatysfakcjonować. W końcu budował dla nas wehikuł czasu.

— Domyślam się, że stawia pan warunek, żebym to ja odbył podróż w czasie?
— Tak — rzucił lekko.
Pokiwałem głową w stylu: „Nie mam pytań, Wysoki Sądzie”.
— To niemożliwe — powiedział Sarkissian, wyraźnie artykułując każdą głoskę. — Pan 

Yeates jest, w myśl przepisów, osobą postronną. Uczestniczy w akcji z powodów różnych, 
ale to nie on uda się w przyszłość...

— Założymy   się?   —   zapytał   Heyroud   dziarsko,   nie   spuszczając   ze   mnie   wzroku. 

Patrzyłem mu w oczy, ale widziałem, jak Sarkissian eksploduje za jego plecami. Zresztą 
trudno było tego nie widzieć.

— Pan   Heyroud...   —   włączyłem   się   szybko,   żeby   zastopować   Douga   —   ...chce 

osobiście   rozliczyć   się   ze   mną   z   pewnej   rozmowy.   Zakwestionowałem   w   niej   prawo 
uczonego do działalności bez kontroli jakiegoś rozsądnego gremium. Dlatego pan Heyroud 
chce, żebym odbył tę przejażdżkę i przekonał się, że to nic groźnego, a przynajmniej żebym 
musiał   przyznać,   że   to   jemu   tę   podróż   zawdzięczam.   To   taka   polemika   z   niewiernym 
Tomaszem...

— Mnie to nie obchodzi! — Sarkissian stanął między mną i Heyroudem. Zawisł nad 

uczonym, opierając się rękami o kolana. — Prywatne porachunki mnie nie interesują...

— Zostaw, Doug — przerwałem. — To nie do załatwienia. Pan Heyroud nie ustąpi. A ja, 

szczerze mówiąc, i tak walczyłbym o bilet do przyszłości. Więc może uprośćmy sprawę i 
postanówmy, że to ja pojadę. Dobrze?

background image

Sarkissian   wyprostował   się   powoli   i   odwrócił   w   moją   stronę.   Miałbym   kłopoty   z 

opisaniem wyrazu jego oczu. Wyglądało na to, że za dużo chciał jednocześnie powiedzieć, 
uczucia kotłowały się w tym spojrzeniu jak tłum demonstrantów wywrzaskujących każdy 
inne hasło. Skorzystałem z tego, że zasłaniał mnie przed wzrokiem Yolana i mrugnąłem 
porozumiewawczo. Omal nie pokpiłem sprawy, bo intensywność jego spojrzenia jeszcze 
bardziej wzrosła. W końcu błysnął błękitem oczu i w sekundę później uspokoił się. Byłem 
pełen podziwu — normalny człowiek okopciłby sufit, upuszczając z siebie siarkę, ogień, 
dym,  a Doug po prostu sapnął cicho i cofnął się o krok. Odnotowałem w pamięci,  że 
musimy   jak   najprędzej   porozmawiać.   Pokpiliśmy   sprawę,   nie   usiłując   przewidzieć 
wszystkich możliwych wariantów rozgrywki z Heyroudem i oto dostaliśmy nauczkę. Nie 
powinniśmy dopuścić do następnej.

Heyroud przestał świdrować mnie wzrokiem, popatrzył na Sarkissiana i trącił sterownik 

wózka. Zanim wyjechał z pokoju, zatrzymał się i uprzejmie zapytał, czy mamy jeszcze coś 
do niego. Odpowiedział mu tylko Doug. Że nie. Zgrabnie to wyszło. Bo i po co wszyscy 
mielibyśmy brać na barki ciężar grzechu kłamstwa?

Po czterech godzinach wytężonej pracy zjeżdżalnia do obszernego, wypełnionego wodą 

dołu była gotowa. Croper i Lenoc, nowi znajomi Phila, sierżanci uniwersalnego plutonu 
komandosów, pokazali klasę, zjeżdżając na stojąco. Ja zjechałem raz, tylko po to, żeby 
zrobić przyjemność chłopakowi i zmęczony uwaliłem się w cieniu z kartonem piwa. Słońce 
grzało nadspodziewanie mocno jak na tę porę roku, ale humor miałem kiepski. Zbliżyli się 
Sarkissian z Douglasem. Doug przykucnął przy mnie, Nick wypił piwo na stojąco.

— Wydarzyło się coś czy po prostu macie do mnie interes? —— zapytałem.
— Jutro próbny start — zakomunikował Doug grobowym głosem.
— Nie biorę w nim udziału, toteż nie bardzo...
— Musimy   porozmawiać   —   przerwał.   —   Trzeba   przemyśleć   parę   spraw.   Jestem 

przekonany, że masz jakiś plan, ale chyba nie zaszkodzi, jak go omówimy w trójkę, żeby 
uniknąć ewentualnych niespodzianek. Bez dyskusji. Do roboty!

 Popatrzyłem na swoje dłonie. Prawą zdobiły dwa bąble, na lewej skrzyżowały się dwa 

zadrapania. Coś strzyknęło mi w kręgosłupie.

— Powtórz te słowa — mruknąłem. — Stęskniłem się za nimi.
Podniosłem się i zaprowadziłem ich do domu. Zanim przekroczyłem próg, usłyszałem, 

jak Phil pyta jednego z komandosów, czy da się zrobić pół salta do tylu i wylądować na 
głowie. „Nie — padła szybka odpowiedź — można sobie połamać kręgi szyjne”. „Aha” — 
powiedział mój syn, ale takim tonem, że Croper najprawdopodobniej zarumienił się ze 
wstydu. Zdusiłem w sobie śmiech. Wskazałem Dougowi i Nickowi fotele i zamówiłem 
kawę u Pymy.

 — Masz   rację—powiedziałem   do   Sarkissiana.   —   Trochę   się   zastanawiałem   i 

wymyśliłem   jedną   ważną   rzecz.   Miałem   z   tym   do   ciebie   przyjść   po   próbie...   — 
Otworzyłem barek i pokazałem im jego szklane trzewia. Sarkissian odmówił. Zapaliłem i 
ostrożnie   usiadłem   na   kanapie.   Pokręciłem   szyją,   ale   nie   poprawiło   to   jej   stanu.   — 
Wyobraziłem sobie siebie w przyszłości odległej o trzydzieści lat i wiecie, co w tym jest 
najgroźniejsze?

— Niewiedza — natychmiast odpowiedział Nick.
— Słusznie! Nie mamy pojęcia, jak się zachowywać, ale pal to diabli, można w końcu 

udawać oryginała. Trzeba jednak wiedzieć, jak się poruszać w nieznanym świecie.

background image

— Dokumenty! — wstrzelił się znowu Nick.
— Tak jest... dokumenty i pieniądze.
— Pieniądze to nie problem — machnął ręką Doug.
— Oczywiście,   założysz   mi   konto   na   jakieś   hasło.   Mając   pieniądze,   mogę   zdobyć 

papiery, ale zawsze zajmie to trochę czasu i mogę wpaść w jakieś tarapaty. Dlatego... — 
uniosłem palec do góry — ...stworzysz również program, który na to samo hasło pokaże mi 
wzorce, żebym nie musiał się wstydzić.

— Nie ma problemu. Będziesz miał pełną dokumentację.
— Zaraz! —. wtrącił się Nick. — A nie lepiej, żeby na hasło komp wydał Owenowi 

komplet dokumentów? Prawo jazdy, licencję i co tam jeszcze nasi potomkowie wymyślą?

— Jesteś   geniuszem!   —   wrzasnąłem.   —   Oczywiście!   Założysz   mi   nowy   życiorys. 

Niech będzie Howen Reds. Detektyw, kilka lat za granicą, żebym mógł usprawiedliwić 
ewentualne  gafy.   —  Trzepnąłem  dłonią  w  kolano.   —  Mamy   urodziny   Howena  Redsa. 
Trzeba to oblać, kamień z serca, kłopot z głowy! — Poderwałem się, ale zaraz opadłem z 
powrotem. — Podaj mi coś znieczulającego — poprosiłem Douga.

— Zaraz — powiedział bez odrobiny litości. — To rzeczywiście znakomity pomysł i 

będziesz miał tam wszystko, czego dusza zapragnie. Poza tym wybraliśmy trzech młodych 
agentów ; uwarunkowaliśmy ich pod hipnozą. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy, będą 
do usług w kilka sekund po podaniu hasła.

— Tych swoich agentów wpychasz mi za każdym razem — skrzywiłem się. — Ale 

niech będzie...

— No przecież to twoja szkoła! — oburzył się. — Sam ciągle powtarzasz, że nie można 

zaniedbać żadnego drobiazgu, jeśli nie chce się dać szansy przeciwnikowi.

— On to mówi... — wtrąciła się Pyma, wchodząc do pokoju z tacą, na której niosła 

dzbanek   z   kawą   i   filiżanki   —   ...żeby   usprawiedliwić   swoje   przywiązanie   do   różnych 
gadgetów. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że onegdaj nie poświęcił palca, 
żeby na jego miejsce zamontować sobie wyrzutnię pocisków...

— Oj—joj—joj! — pokręciłem głową w fałszywym zachwycie. — Macie przewagę 

liczebną, to możecie sobie na mnie poużywać. Ale to się zaraz zmieni... Pyma, kochanie...

— Nie,   nie   i   nie!   —   rozstawiła   filiżanki   i   zaczęła   nalewać   kawę.   —   Mam   dosyć 

wyprowadzania się z domu za każdym razem, kiedy ty zabierasz się do jakiejś roboty.

— Przecież tym  razem  nie się  wyprowadziłaś...   — Zrozumiałem,  że plotę bzdury  i 

zamilkłem na kilka sekund, żeby dać czas mózgowi na znalezienie lepszego argumentu.

Pyma nie dała mi czasu.
— Może siedzę w swoim starym domu?
— Nie, ale...
— Bez „ale” — ucięła. — I poza tym, chciałabym móc kiedyś zdążyć opowiedzieć coś 

moim przyjaciółkom, zanim wyjdzie książka. — Popatrzyła na Douga i Nicka. — Żeby 
pochwalić   się   moim   mężem,   muszę   przedtem   przeczytać   jego   powieść   —   powiedziała 
oskarżycielsko.

— Zmusza cię do czytania swoich powieści? — wytrzeszczył oczy Nick.
— Co za bydlę! — zawtórował Doug.
Cała   trójka   w   kilka   sekund   poszatkowała   mnie   swoimi   spojrzeniami   na   plasterki. 

Rozsypałem się po podłodze i kanapie.

— No dobrze, zostań. Później wprowadzę cię w szczegóły...
— Nie trzeba — uspokoiła mnie. — Wiem wszystko.

background image

— Co za bydlaki... — powiedziałem do ściany. — Zgadzam się...
Przerwał mi tryl telefonu. Uruchomiłem odbiór.
— Pan Yeates? — rozległ się w głośnikach niecierpliwy głos Heyrouda.
— Słucham...
— Czy pan ma jakieś metale w organizmie?
— Metale...? — zastanawiałem się kilka sekund. — Chyba nie, w każdym razie nie 

uruchamiałem składnicy złomu...

— A plomby? — przerwał mi.
— Jakieś mam, ale sama porcelana. Można wiedzieć, dlaczego pan pyta?
 W tej samej chwili zrozumiałem, jaka będzie odpowiedź. Heyroud uwierzytelnił ją dwie 

sekundy później:

— Chyba zapomniałem powiedzieć, że ten zestaw nie przeniesie żadnych metali. Uszło 

to jakoś mojej uwadze, zresztą jest to niewielka niedogodność, prawda? Nawet nie musi 
pan zmieniać plomb...

— Czy pan zwariował? — wrzasnąłem. — Mam ścigać tych...
— Eee... nie wiem... Ja tylko zapewniam transport. Do widzenia.
— Zaraz! — krzyknąłem, zanim zdążył się rozłączyć, ale nie zaczekał. Zaciągnąłem się 

ostatni   raz.   Wyciągnąłem   rękę   w   kierunku   popielniczki   i   zerknąłem   na   Sarkissiana. 
Zacisnął pięść i zmarszczył brwi. — Nie przejmuj się — powiedziałem. — Spodziewałem 
się czegoś takiego. Już to przebolałem. A jeżeli przygotujesz mi tam pozwolenie na broń, 
nie będę miał problemu z jej zdobyciem.

— Heyroud to jedna ze spraw, z którą przyszliśmy — odezwał się Nick. — Nie wydaje 

ci się, że on piecze na tym transtimie jakąś własną pieczeń?

Pokiwałem z uznaniem głową.
— Bardzo   dobrze   —   oświadczyłem.   —   Tak   właśnie   mi   się   wydaje.   1   dlatego 

wrzeszczałem   do   telefonu.   Niech   ma   wrażenie,   że   wszystko   idzie   po   jego   myśli. 
Oczywiście nie powiemy mu, że znaleźliśmy sposób na zdobycie broni.

Sarkissian kwaknął, że to niby jasne, Nick prychnął. Podziękowałem im gestem.
— Owen... — zaczęła cicho Pyma.
— Ćśśś — położyłem palec na ustach i wytrzeszczyłem oczy. — Tylko nic nie mów. 

Będę miał broń...

— Nie o to chodzi! — przerwała rozeźlona. — Myślę, że wiem, jak wykiwać Heyrouda. 

Jeśli rzeczywiście coś knuje — zastrzegła się.

— To co innego.
— Czy nie wystarczy zakopać gdzieś jakiś pojemnik z wyposażeniem? I niech sobie 

leży   przez   te   trzydzieści   lat?   Jak   tam   dotrzesz,   pójdziesz   w   odpowiednie   miejsce   i 
weźmiesz, co będziesz chciał...

Zanim zdążyłem zamknąć usta, Sarkissian wyrwał moją żonę z fotela i niosąc na rękach, 

podrzucając   i   łapiąc,   obiegł   z   nią   pokój.   Gdy   posadził   ją   w   końcu,   zarumienioną   z 
zadowolenia, Nick wysunął nogę i kopnął go w łydkę.

— Sam chciałem to zrobić. Geniusz! — pochwalił Pymę.
— I nie zadziera nosa jak jej mąż. Trzeba było rozmawiać z nią, mielibyśmy sprawę już 

zamkniętą.

— Pewnie — skrzywiłem się. — A gdybyście rozmawiali z jej synem, to w ogóle nie 

byłoby sprawy. Lizusy! Kawa wcale nie jest taka dobra.

background image

— Świetna!  Znakomita! — wykrzyknęli  jednocześnie  i  jak  na komendę  sięgnęli  po 

filiżanki, po raz pierwszy.

— Nie wymyśliłam tego sama — powiedziała Pyma. Przeczytałam to gdzieś...
— Właśnie — powiedział Doug. — Ważniejsze niż pisanie jakichś głupot jest czytanie 

odpowiednich książek!

— Dobrze już. Ustalam hasło: „Dwadzieścia trzy zera”. Na wszystko: komp, kasetę i 

tych agentów.

Wstałem i podszedłem do barku. Narada dobiegła końca. Po drugim drinku przestały się 

odzywać   moje   skatowane   mięśnie.   W   połowie   trzeciego   wrócił   Phil.   Lenoc,   który   go 
odprowadził,   pożegnał   się   szybko   i   błyskawicznie   zniknął.   Phil   podejrzanie   grzecznie 
pobiegł do łazienki. Dopadłem go tam.

— Przeskrobałeś coś — powiedziałem ponuro.
— Nie! — zaprzeczył dziarsko.
— Popatrz na mnie! — zażądałem. — Latają ci oczy, znaczy, kłamiesz. Mów prawdę.
— Sierżant Croper... — sapnął i podrapał się starannie po przedramieniu. — On...
Mój domysł był tak absurdalny, że omal nie parsknąłem śmiechem.
— On... zrobił salto do tyłu na głowę... I jest w szpitalu.
Zamurowało mnie. Domysł był trafny i już nie śmieszył.
— Ale... Po co on to zrobił? — zapytałem.
— Chciał... on chciał udowodnić, że jest komandosem. A ja mu pokazałem piasek... 

Żeby sobie nie zrobił krzywdy...

— No to czemu jest w szpitalu?
Westchnął głęboko i milczał. Wyraźnie wrócił myślami i do tamtego miejsca, i do tamtej 

chwili.

— Mało było tego piasku...
 Pogoniłem go do łóżka i starając się zachować powagę, powtórzyłem wszystko Pymie i 

gościom. Wszystkim nam trzęsły się przepony.

— Przy takiej sile oddziaływania... — powiedział w końcu Nick — ...jest duża szansa, 

że twój syn zostanie prezydentem. No i kto wtedy przeszkodzi ci w wykonaniu roboty?

— Jak to kto? Phil!

W   kotlinie   znaleźliśmy   się   sześć   godzin   po   ekipie   montującej   transtime.   Na   miejscu 

zastaliśmy   duży   drogowy   train  z  przyczepą  i   grupkę  techników.   Od  przebiegającej   nie 
opodal, zbudowanej w ostatnim tygodniu odnogi sieci wysokiego napięcia, dociągnięto już 
grube kable zasilające. Wybrane miejsce znajdowało się jeszcze na terenie bazy. Jeżeli 
próba okaże się udana, baza zostanie uszczuplona o ten właśnie teren, o czym niemal nikt 
nie   będzie   wiedział.   Zgodziłem   się   z   Nickiem   i   Dougiem,   że   trudno   byłoby   mi 
wytłumaczyć się z obecności na terenie należącym do wojska. Co prawda optymistycznie 
uznaliśmy, że być może za trzydzieści lat nie będzie tu już żadnej bazy, ale i tak na wszelki 
wypadek postanowiliśmy ją okroić.

  Heyroud  uwijał   się  wśród   personelu.   Wcale   nie  wyglądał   na  człowieka,   który   kilka 

ostatnich lat spędził na satelicie z mniejszą grawitacją. Kontrolował wszystkie połączenia, 
zamierał na chwilę z boku przyczepy, gdzie zainstalowano sporej wielkości stół sterujący, a 
potem zrywał się i wzniecając kurz szerokimi oponami wózka, gnał gdzieś i sprawdzał, 
kontrolował,   testował,   chwalił   i   rugał.   Gdy   podjechaliśmy,   rzucił   na  nas   okiem,   skinął 
głową   i   pomknął   obsztorcować   czwórkę   energicznych   chłopaków,   rozpinających 

background image

metalizowany dach nad ringiem. „Ring” usytuowany został nieco z boku od wszystkich 
urządzeń, a przykrycia go dachem zażądał Sarkissian, obawiający się podglądu z powietrza. 
Jądro   transtime'a,   jego   czworokątną   przestrzeń,   otoczoną   potrójną   spiralą   grubych   rur, 
„ringiem” nazwał Nick i nawet Heyroud tak właśnie określał teraz tę część urządzenia. Gdy 
Nick zatrzymał wóz i wyłączył silnik, właśnie ów ring obejrzałem w pierwszej kolejności. 
Nie   zrobił   na   mnie   większego   wrażenia,   nawet   początkujący   scenarzysta   filmów   SF 
nadałby mu bardziej przekonujący kształt. Obejrzałem dokładnie rury, chociaż zapewne nie 
byłbym w stanie określić rodzaju awarii, gdyby nastąpiła, po prostu obszedłem je dookoła, 
popatrzyłem   pod   różnym   kątem,   omal   ich   nie   poklepałem   i   skierowałem   się   w   stronę 
ciężarówki, przyczepy i miotającej się grupki ludzi. Heyroud przeciął swoim wózkiem tor 
mojego marszu, zahamował i zagadnął:

— Zmieści się pan?
— Tak... myślę, że tak. A wystartuje toto? — zrewanżowałem się.
— Tak. Za dziesięć minut.
— Poczekam.
Wyminąłem go i podszedłem do Nicka i Douga. Stali odwróceni do mnie plecami, co 

uznałem za korzystne w momencie, gdy zacząłem przypalać papierosa. Drżały mi ręce. 
Nawet nie dlatego, że się bałem wycieczki w przyszłość, po prostu przypomniałem sobie, o 
co gramy. Doug Sarkissian, poza pierwszą rozmową, podczas której powiadomił mnie o 
kradzieży, nigdy więcej nie przypomniał wysokości zakładu w naszej grze. Mnie też nie 
było   to   do   szczęścia   potrzebne,   ale   przez   cały   ten   czas,   wypełniony   częściowo   nudą 
bezczynności,   zabawami   z   Philem   i   wieczornymi,   leniwymi   rozmowami   z   Pymą,   w 
odległym zakątku mojej świadomości pomrukiwał brzęczyk. Może nawet nie alarmowy. 
Przypominający.   Teraz   akurat   go   nie   słyszałem,   może   zagłuszało   go   podniecenie. 
Spojrzałem ponad ramieniem Nicka. Na małym stoliku stała niewielka kaseta z otwartym 
wieczkiem, a na dłoni Sarkissiana czyścił wąsy niewielki, łaciaty szczur.

— No, Gadget. Za chwilę będziesz starszy o kilkadziesiąt lat. Podoba ci się to?
— Tak! — pisnąłem cicho.
Pojawił się Heyroud. Szarpnął ramię cienkiego pałąka, ustawił mikrofon na wprost ust.
— Obsługa zespołów cztery, pięć i sześć! Zameldować gotowość!
Kilkanaście osób skierowało się do skrzyni ciężarówki, trzej technicy podeszli do Yolana. 

Wysłuchawszy ich meldunków, skinął głową.

— Zespoły trzy, dwa i siedem! — wezwał.
Znowu kilka osób zniknęło we wnętrzu salonu na kółkach. Heyroud nieco dłużej słuchał 

raportów   trzech   kolejnych   kierowników.   Popatrzył   na   nas   i   pokazał   dłonią,   że   mamy 
odsunąć się na bok.

— Zespół jeden! — wywołał i pojechał w kierunku stołu sterującego.
 Doug posadził Gadgeta na stoliku i ruszył pierwszy. Jeden z techników zabrał kasetę i 

szczura i podszedł do Heyrouda. Obejrzałem się. Kotlina opustoszała. Na krótkim maszcie 
tuż   obok   jednego   z   narożników   ringu   zaczęło   pulsować   ostre,   niebieskie   światło. 
Zadeptałem niedopałek i zbliżyłem się do przyczepy. Technik właśnie wyjął zamkniętą 
kasetę z wnęki w stole i pobiegł z nią w kierunku ringu. Heyroud wpił się wzrokiem w 
ekran monitora.

— Mamy   dokładny   zapis   składu   powietrza   zamkniętego   wraz   ze   szczurem   w 

polimerowej kasecie — powiedział do aparatury przed sobą.

background image

Pomyślałem, że ta informacja była skierowana specjalnie do mnie. Widoczny na ekranie 

technik wsunął się pod przewodami na czworokąt ringu, ustawił kasetę dokładnie na środku 
i szybko wyczołgał się z powrotem. Wrócił do nas biegiem. Heyroud nawet się nie obejrzał.

— Do wozu! — syknął.
Technik   rzucił   się   do   ciężarówki.   Tylko   cztery   osoby   miały   śledzić   przebieg   próby. 

Personel nie miał pojęcia, nad czym pracuje, tak przynajmniej zapewniał Yolan. Przebiegł 
palcami po klawiaturze kompa, odetchnął głośno, po raz pierwszy zdradzając podniecenie. 
Kilka   razy   zacisnął   dłonie   w   pięści,   zatarł   je   niczym   pianista   startujący   w   konkursie 
szybkości gry.

 — Zaczynamy... — powiedział do siebie.
Wystukał na klawiaturze dwie sekwencje literowo—cyfrowe. Ekran główny zaczął pleść 

dywan z ciągu kodów, mniejsze ekrany poszły w jego ślady. Odwróciłem się i zacząłem 
obserwować ring. Trzy zwoje przewodów, mała kasetka, ostrzegawcze światło na maszcie. 
Cisza. Mój oddech. Otworzyłem szerzej usta, żeby inni nie usłyszeli, jak sapię. Od stołu 
dobiegły   mnie   jakieś   dźwięki,   potem   usłyszałem   klekot   klawiszy   i   nieartykułowane 
pomrukiwanie Yolana.

— Cztery... — rzucił przez zaciśnięte zęby — ...sekundy... Już...!
Kiedy powiedział „cztery”, powietrze nad ringiem drgnęło, tak jak drga nad rozgrzaną 

autostradą,   ale   zaraz   znieruchomiało.   Pomyślałem,   że   coś   się   nie   udało   i   w   tej   samej 
sekundzie kaseta zniknęła. Z miejsca, na którym leżała, oderwał się mały obłoczek pyłu, a 
kiedy opadł, kaseta znowu stała na swoim miejscu.

— Już po wszystkim — powiedział głośno Heyroud. Głos mu drżał. Odchrząknął, jakby 

chciał coś dodać, ale powstrzymał się od ujawnienia zdenerwowania.

— Zabrać kasetę? — zapytał Nick.
— Spokojnie! — zatrzymał go Sarkissian. Wyciągnął z uchwytu mikrofon. — Dowódca 

zespołu numer jeden!

Ten  sam  technik,   który   ustawiał  kasetę,   wynurzył  się  z  wozu  i  zeskoczył  na  ziemię. 

Podbiegł do nas szybko. Doug wskazał na szeroką szafę obok stołu sterującego.

— Kombinezon   i   zestaw   analizatorów   —   rzucił.   Technik   wyciągnął   z   szafy   żółty 

kombinezon, błyskawicznie wciągnął go na siebie, szczęknął bagnetami zatrzasku hełmu i 
chwycił laskę analizatora. Zbliżył jej szyszkowatą końcówkę do płytki testera, odczekał 
chwilę i popatrzył na Sarkissiana. — Sprawdź wszystko dokładnie — polecił Doug.

Czekaliśmy dziesięć minut. Technik dokładnie obszedł miejsce eksperymentu, najpierw 

testując   glebę   wokół   niego.   Przy   trzecim   obejściu   zbliżył   końcówkę   do   przewodów, 
sumiennie sprawdził wszystkie zwoje i odwrócił się w naszą stronę. Heyroud, obserwujący 
wyniki analizy na ekranie kompa, skinął głową. Doug machnął dłonią. Technik wsunął 
końcówkę pod przewody, a potem wpełzł w ślad za nią. Starannie przetestowawszy kasetę, 
wziął ją w ręce i biegiem wrócił do nas. Heyroud niemal wydarł mu skrzynkę z rąk i wsunął 
do wnęki. Odczekaliśmy pół minuty.

— Tak   —   niemal   zawył   Heyroud.   Odwrócił   się   z   triumfującym   wyrazem   twarzy. 

Zobaczywszy technika, skrzywił się niecierpliwie. — Dziękuję! Proszę wrócić na miejsce 
oczekiwania! — Oddychał szybko i przebierał palcami po swoim kikucie. Gdy pracownik 
wskoczył do ciężarówki i zamknął za sobą drzwi, Yolan przeniósł spojrzenie na nas, po 
kolei  patrząc  każdemu  w  oczy. — Inny  skład powietrza.  Nie  nasze — wysyczał.  — I 
zwierzę żyje... Czyli miałem rację.

background image

Skierował na mnie palący wzrok, co gorsza, Doug i Nick zrobili to samo. Brakowało 

tylko, żeby zaczęli klepać mnie po ramieniu i ściskać dłonie.

— Proszę mi pokazać szczura — powiedziałem. Heyroud uśmiechnął się i wyszarpnął 

kasetę z wnęki. Wieko odskoczyło, z wnętrza wyjrzał spiczasty, ozdobiony długimi wąsami 
pyszczek Gadgeta. Nie wyglądał staro, wskoczył zręcznie na brzeg skrzyneczki i rozejrzał 
się. Chwyciłem go w dłoń i podniosłem na wysokość oczu. Przez chwilę chyba mi się 
przyglądał — trudno mieć pewność w przypadku istoty, która ma oczy jak małe, czarne 
paciorki — w każdym razie znieruchomiał, a potem zabrał się do penetrowania wnętrza 
mojej dłoni i końca rękawa.

— Za godzinę będę wiedział, jak on się ma naprawdę — powiedział Heyroud. — Ale na 

pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku.

— Chcesz go pociachać? — zapytałem.
Skrzywił się i cmoknął. Gadget na chwilę zamarł i chyba znowu popatrzył mi w oczy.
— Nie można by zostawić go przy życiu? To by było świństwo: przeżył własną śmierć 

po   to,   żeby   zaraz   potem   umrzeć.   Czułbym   się,   jakby   ten   sam   los   czekał   i   mnie   — 
powiedziałem.

Wcale tak nie myślałem, plotłem, byle ocalić mu życie. Spróbowałem podrapać go za 

uszami,   ale   nie  bardzo  mu   się   to  spodobało.   Heyroud   wyciągnął  dłoń   i   zdjął   mi  go   z 
ramienia.

— Można  —   powiedział.   —  Pobierzemy   próbki  krwi,   tkanek,   śliny.   Będzie  żył  — 

roześmiał się.

— Czy ta sama instalacja będzie obsługiwała drugi przebieg? — zapytał Nick.
— W   zasadzie   tak   —   Yolan   wpuścił   Gadgeta   do   kasety   i   przymknął   wieczko.   — 

Oczywiście   sprawdzimy   całość.   Jest   kilka   miejsc   szczególnie   wrażliwych,   które   trzeba 
będzie wymienić.  Obawia się pan, że przy większym obiekcie potrzebne będą większe 
moce czy coś takiego?

— Tak.
— Nie,   to   bez   znaczenia.   To   nie   jest   elektromagnes.   Transtime,   jeśli   już   działa, 

przeniesie zarówno atom jak i... — zawahał się, szukając trafnego przykładu — ...czołg, 
gdyby nie był z metalu. — Czekał chwilę na dalsze pytania, a potem uruchomił mikrofon i 
wywołał personel. Pożegnaliśmy się i poszliśmy w kierunku naszego samochodu.

— Wybrałeś? — zapytał Doug, gdy wsiedliśmy do wozu.
— Tak — wskazałem palcem ciemną, charakterystyczną szczelinę w skale za trainem. 

— Tam, tuż przy skale.

— Dobrze. Coś jeszcze czy wracamy?
Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Rozejrzałem się po okolicy. Ze strategicznego 

punktu   widzenia   była   dobra.   Odludzie,   ale   blisko   do   szosy   łączącej   kilka   poważnych 
ośrodków przemysłowych.

— Dobra, jedźmy...
Sarkissian wyprowadził wóz na drogę i dopiero wtedy powiedział, nie kierując tych słów 

do nikogo w szczególności:

— Ciekawe... Guylord, ten z przyszłości, mógł cofać się w czasie i to bryłą metalu...
Odczekał minutę i odpowiedział sam sobie:
— Ale to już Heyroud wyjaśnił. Musiał zbudować, kiedyś tam, inny transtime...
I dodał po następnych trzech minutach:
— Popieprzone to wszystko z tym czasem.

background image

A tuż przed bramą z wartownikami rzucił przez zęby:
— Heyroud musi wyszkolić co najmniej jednego mojego człowieka. Nie chciałbym, 

żeby zaczął mi dyktować jakieś warunki po twoim starcie.

— Przecież Owena nie będzie tu tylko przez sekundę — zaoponował Nick.
  Dopiero teraz dotarło do mnie, jak niewdzięczna może być taka podróż w czasie — 

natyram się tam, urobię ręce po barki, a dla nich będzie to ćwierćsekundowa wycieczka w 
przyszłość. Doug zacisnął zęby i potrząsnął głową.

— I tak każę mu wyszkolić jednego swojego — powiedział z zawziętością.
Wyglądało na to, że Doug Sarkissian natknął się na legendarny Kres Wytrzymałości. 

Dotychczas ich drogi się nie przecinały. Postawiłem na Douga.

Start wyznaczyliśmy na szóstą wieczorem. Za dziesięć piąta przejrzałem swoje kieszenie i 

rzuciłem pożegnalne spojrzenie na barek. Pyma przygarnęła się do mnie i powiedziała z 
twarzą wtuloną w kieszeń mojej bluzy:

— Naprawdę nie wiem, gdzie on się podziewa. Powiedział, że idzie się bawić...
— Nie szkodzi — postarałem się, żeby zabrzmiało to przekonująco. — W końcu nie 

będzie mnie tu pół sekundy.

Pocałowałem ją w kark i odsunąłem od siebie lekko. W tej samej chwili do pokoju wpadł 

Phil.

— Ale miałem...
— Poczekaj!   —   przerwała   Pyma.   Była   wściekła   i   szukała   powodu   do   awantury. 

Zawołała: — Przez ciebie sierżant Croper leży w szpitalu, a ty...

— Przecież ja byłem u niego! — wrzasnął Phil.
Długą chwilę patrzyliśmy na niego w milczeniu, potem Pyma odwróciła się do mnie. 

„Przecież mały nie wie, że jego ojciec udaje się na wycieczkę do własnej starości” — 
powiedziałem   bezgłośnie.   „Zgoda,   ale...”   —   odpowiedziała   w   ten   sam   sposób. 
Przyciągnąłem do siebie Phila i poklepałem po plecach. Drugą ręką przytuliłem Pymę.

— Jedziesz gdzieś? — zapytał.
— Tak, ale za dwie godziny wracam.
Na   ulicy   rozległ   się   pisk   opon.   Ucałowałem   Pymę   i   Phila   i   wyszedłem.   Tym   razem 

prowadził   Nick.   Sarkissian   zaraz   po   wyjeździe   z   centralnego   segmentu   bazy   wyjął   z 
wewnętrznej kieszeni wąską, prostokątną kopertę.

— Masz tu specjalny dokument podpisany in blanco przez prezydenta — powiedział i 

zawiesił głos.

— Co mogę z tym zrobić?
— Co   chcesz.   Jest   opatrzony   pieczęcią   i   podpisem   głowy   państwa,   nieważne,   że 

aktualnej. Jest to specjalna, niemożliwa do podrobienia folia. Wykonano tylko trzydzieści 
arkuszy, twój ma numer trzy. Każdy komp może sprawdzić wiarygodność tego dokumentu, 
wszystkie służby i wszyscy obywatele zobowiązani są do niesienia pomocy okazicielowi.

— Hm... — mruknąłem patrząc na cienką kopertę.
— Nie mrucz, to duża pomoc. Ale jednorazowa: wydrukowanego tekstu nie da się już 

usunąć, a w dodatku musi dotyczyć konkretnej osoby.

— No to może daj mi ich kilka?
— Kretyn. Te trzydzieści arkuszy wykonano ponad sto lat temu, a zużyto jak na razie 

dwa...

— Nie   gorączkuj   się   —   powiedziałem   uspokajająco.   —   Żartuję.   I   dziękuję.   — 

Schowałem kopertę do kieszeni.

background image

— Owen... cholera... Możemy coś jeszcze zrobić?
— Przede wszystkim zmień ton. Jak patrzysz na mnie w taki sposób i mówisz drżącym 

głosikiem, to zaczynają mi się trząść łydki.

— Tobie dopiero zaczynają, jemu trzęsą się cały czas — odezwał się Nick.
— Wywalę cię z roboty — spróbował zażartować Doug, ale ocena tej próby powinna 

zawierać się między określeniami: „mizerny” i „żałosny”.

— Lepiej już siedźcie cicho — zaproponowałem. — Dowcip wyraźnie nie wsiadł do 

tego samochodu...

Heyroud i instalacja czekali na nas w kotlinie. Było identycznie jak dwa dni temu: krzątali 

się technicy, Yolan wyciskał ze swojego wózka maksymalną prędkość, tak że opony na 
zakrętach niemal piszczały. Z odległości kilkunastu metrów widać było, jak błyszczą mu 
oczy. Obrzucił mnie szklistym spojrzeniem, poczułem się, jakby mnie polakierował.

— Gotowy? — bez specjalnego zainteresowania patrzył ponad moim ramieniem.
— W tej chwili tak, ale jeśli przygotowania potrwają dłużej niż kilka minut, to zwieję 

stąd — wyznałem szczerze.

Przyjrzał mi się uważnie. Zamrugał szybko, tak jakby chciał ukryć napływające do oczu 

łzy.

— Wszystko będzie dobrze — powiedział zupełnie innym tonem. — Zobaczysz... — 

przeszedł nagle na „ty”. — Wszystko jest sprawdzone i pewne. Przynajmniej jeśli chodzi o 
to, co należało do mnie... — zakończył cicho.

Postarałem się nie przyglądać mu się zbyt uważnie, zresztą niemal natychmiast odjechał 

swoim wózkiem do stołu sterującego. Podszedłem do Douga.

— Jak dokładnie pilnowaliście Yolana po mojej pierwszej wizycie na Księżycu? — 

zapytałem.

— Nie bardzo—przyznał. — Nie było potrzeby. A dlaczego...
— Nic, nic — uspokoiłem go.
Podszedłem do traina i usiadłem w drzwiach. Patrzyłem na zabieganych techników, na 

zapamiętale palącego Sarkissiana i na Nicka, ponuro gmerającego w piachu czubkiem buta. 
Widziałem,   że   Doug   złapał   Yolana   i   gwałtownie   usiłował   go   o   czymś   przekonać. 
Usłyszałem, jak Heyroud syknął: „Albo on, albo nic z tego!” i zobaczyłem, jak Sarkissian 
usuwa mu się z drogi, rzucając ponure spojrzenie w moją stronę. Dwa papierosy później do 
wozu zaczęły spływać ekipy pomocnicze. Wróciłem do stołu. Dookoła ringu dreptały dwie 
pary techników. W każdej parze jeden taszczył ciężki plecak, drugi końcówką w kształcie 
dipola   omiatał   grube   przewody.   Obie   pary   zakończyły   okrążenie,   sprawdziły   siebie 
nawzajem i zaczęły zbliżać się w naszym kierunku. Yolan wychylił się i wskazał im dłonią 
ciężarówkę. W chwilę później tylko nasza czwórka pozostała pod gołym niebem. Heyroud 
odwrócił swój fotel i popatrzył ma mnie.

— Tak jak się umawialiśmy. Co cztery doby. Wystarczy stanąć na tym samym miejscu za 

pięć szósta. Tak?

Skinąłem   głową   i   poszedłem   w   stronę   ringu.   Jakaś   malutka,   podława   myśl   o 

kapitulanckim   wydźwięku   usiłowała   zdominować   moje   ośrodki   ruchu.   Zdusiłem   ją, 
zachowując władzę nawet nad nogami. Przeczołgałem się pod przewodami i stanąłem na 
wymiecionej do czysta skale, na wyżłobionym po przekątnej ringu, głębokim na dziesięć 
centymetrów   rowku.   Odwróciłem   się.   Poruszył   się   tylko   Heyroud,   Nick   i   Doug   stali 
nieruchomo,   wpatrując   się   we   mnie   z  ponurymi   minami.   Chciałem   krzyknąć,   żeby   się 
uśmiechnęli, ale nie zdążyłem. Przewody jakby drgnęły, poczułem, jak powietrze wokół 

background image

zgęstniało i uderzyło we mnie miękką falą ze wszystkich stron. Obraz otoczenia rozmazał 
się i zniknął.

Od dołu — w każdym razie pierwsze odczuły to moje stopy — poczułem, że coś jakby 

szatkuje mnie na płaty. Miałem wrażenie, że na całe moje ciało założono twarde opaski 
uciskowe.

Chciałem podnieść rękę, żeby zsunąć tę, która przechodziła przez środek twarzy, ale ręce 

przykleiły mi się do boków. Udało mi się zadrzeć głowę do góry, ale opaska pozostała na 
swoim miejscu i nadal nieprzyjemnie ugniatała czubek nosa. Z wysiłkiem zaczerpnąłem 
powietrza,  natomiast  wydech  nastąpił niemal samoistnie  — opasujące ciało  obręcze po 
prostu wycisnęły zawartość moich płuc. Zaraz potem opaski zsunęły się w dół, a płaty, na 
które zostałem pocięty zaczęły podjeżdżać do góry. Gdyby obserwował mnie ktoś z boku, 
zobaczyłby, jak, niczym w animowanym filmie, rozciągam się do długości trzech metrów, a 
potem kurczę do jednego. Zabrakło mi tchu i gdy już sądziłem, że kolejne rozciągnięcie 
skończy się dla mnie omdleniem, opaski opadły, wzrok napotkał ściany kotliny, a powietrze 
bez trudu weszło do moich wymęczonych płuc. Zachwiałem się i usiadłem na skale. Byłem 
sam.

Odetchnąłem  głęboko  kilka  razy   i  rozejrzałem  się  dookoła.   Cztery   znaczniki,   według 

których   wracając   miałem   znaleźć   ring,   blado   połyskiwały   ze   skał.   Rowek,   umyślnie 
niechlujnie wyryty, nie różnił się niczym od innych, wyżłobionych przez erozję. Wstałem i 
zrobiłem kilka kroków. Poczułem się nieco raźniej. Przetarłem twarz dłońmi, ścierając z 
niej pot i poprawiłem wygląd za pomocą chusteczki.

Wszedłem  na  jedno ze  wzgórz  i  zlustrowałem okolicę.   Pusto.   Wróciłem  do kotliny  i 

skierowałem się do skały z ciemną, charakterystyczną szczeliną. Zacząłem kopać w ziemi 
wydobytą z kieszeni, małą, plastykową szufelką. Po kilku minutach dotarłem do wieka, a w 
chwilę później udało mi się odsłonić przycisk. Klapa stęknęła i otworzyła się, rozsuwając 
ziemię na boki. Na wierzchu leżała piersiówka z „Jackiem Danielsem”. Spodziewałem się 
czegoś w tym rodzaju, co wcale nie zmniejszyło mojej wobec Sarkissiana wdzięczności. 
Włożyłem   butelkę   do   kieszeni   i   szybko   wyciągnąłem   z   kasety   biffax   special,   dwa 
magazynki   i   cieniutką   nić,   którą   od   razu   wsunąłem   w   szew   na   lewym   mankiecie.   Po 
opróżnieniu kasety wcisnąłem drugi przycisk zamontowany w jej wnętrzu i odsunąłem się 
szybko. Klapa opadła. Zgarnąłem i wyrównałem ziemię i skierowałem się w stronę wylotu 
z kotliny. Zatrzymałem się w pierwszym skalnym załomie, w którym znalazłem trochę 
cienia i usiadłem na ziemi. Zapaliłem i łyknąłem. Wsłuchałem się w otaczającą mnie ciszę. 
Próbowałem na węch określić czas, w jakim wylądowałem, ale powietrze nie niosło żadnej 
informacji albo też mój nos jej nie wyczuwał. Wyciągnąłem przed siebie prawą dłoń i 
przyjrzałem się jej uważnie — drżała lekko. Nie było na niej żadnych śladów po opaskach. 
Bolał mnie nos, dotknąłem go i przekonałem się, że właśnie zaczął wypływać z niego 
cienki strumyczek krwi. Przytknąłem chusteczkę i opadłem na plecy. Dwie minuty później 
byłem już w porządku. Opróżnioną do połowy piersiówkę schowałem do kieszeni, zgasiłem 
papierosa i przysypałem niedopałek warstewką suchej ziemi.

Stanąłem u wylotu kotliny i nie widząc nikogo, ruszyłem w stronę szosy. Było już dość 

ciemno.   Marsz   mnie   rozgrzewał   albo   raczej   wypełniał   energią,   którą   wyssał   ze   mnie 
transtime.   Pół   godziny   później   zobaczyłem  drogę,   a   właściwie  bezgłośnie   pędzące  nad 
ziemią światła. Pojazd jechał z prędkością, którą lubię — nie zdążyłem zobaczyć wozu ani 
usłyszeć silnika, światła przemknęły przy wtórze świstu rozcinanego karoserią powietrza. 
Do miasta miałem siedemnaście kilometrów. Zgodnie z planem miałem je przejść w ciągu 

background image

nocy, ale teraz odechciało mi się spacerów. Zapaliłem i pociągnąłem łyczek. Jeszcze się 
niby wahałem, ale w gruncie rzeczy byłem zdecydowany — muszę złapać jakąś okazję.

Dotarłem   do   szosy,   wyszukałem   na   poboczu   kilka   sporych   kamieni   i   poszedłem   w 

kierunku   Bryneywater,   zostawiając   co   kilkanaście   metrów   jeden   kamień.   Przeszedłem 
jeszcze z pięćdziesiąt metrów i zatrzymałem się. Unosząc do góry piersiówkę sprawdziłem 
jej zawartość — niemal jakbym spełniał jakiś toast — i zapaliłem jeszcze jednego golden 
gate'a.   Wiedziałem,   że   gdy   tylko   zobaczę   światła,   będę   musiał   wyrzucić   papierosy   i 
butelkę, dlatego tak się spieszyłem z whisky. Zostawiłem jeszcze jeden łyk i wsłuchałem 
się w noc. Było cicho. Nad szosą nie unosiła się woń smoły ani benzyny, zresztą było 
chłodno, może dlatego powietrze wydawało mi się świeższe i czystsze niż trzydzieści lat 
temu. Dotknąłem nosa, bolał trochę, ale już nie krwawił.

— Żebyś tylko nie zaczął, jak się pojawi jakiś wóz — ostrzegłem.
Nie   słuchałem   odpowiedzi,   bo   dostrzegłem   w   oddali   błysk   świateł.   Zaciągnąłem   się 

mocno i wyrzuciłem niedopałek na pobocze. W tym samym kierunku poleciała paczka 
papierosów, zapałki i — po chwili — pusta butelka. Na wszelki wypadek zapamiętałem to 
miejsce,   a   w   sekundę   później,   klnąc   siebie   w   duchu,   rzuciłem   się   i   nerwowo   je 
przeszukałem. Szczęście w nieszczęściu, że szybko wszystko znalazłem. Podniosłem jakiś 
kamień, wygrzebałem pod nim dziurę i usunąłem kompromitujące ślady. Zdążyłem jeszcze 
otrzepać   dłonie   i   wejść   na   szosę.   Miałem   nadzieję,   że   kierowca   nie   widział   moich 
gorączkowych manipulacji na poboczu. Zacząłem machać ręką. Chwilę potem musiałem 
przesłonić oczy — potężne reflektory niemal odgięły mi głowę do tyłu. Dotarł do mnie 
dziwny terkot,  zupełnie jakby  koła  miały  cienkie,  drewniane  obręcze bez  opon.  Terkot 
zmienił nieco rytm przy pierwszym z kamieni, światła przesunęły się bliżej środka szosy. 
Wóz zwolnił, ale wciąż jeszcze nie była to prędkość, która by mnie zadowalała — kierowca 
raczej nie zamierzał się zatrzymać, chociaż na pewno już mnie widział. Całe szczęście, że 
ludzie   się   nie   zmienili,   pomyślałem   zgryźliwie.   Pomachałem   ręką   i   uśmiechnąłem   się 
przymilnie. Samochód ominął mnie i wyraźnie przyspieszył. Opuściłem ręce i splunąłem na 
szosę. Niemal jednocześnie zapiszczały opony i wóz, któremu już życzyłem niezbyt udanej 
jazdy, zatrzymał się i rozjarzył mocnymi tylnymi światłami.

Bez specjalnego pośpiechu poszedłem w jego kierunku, spodziewałem się, że tuż przed 

moim nosem ruszy i ucieknie, ale aż tak źle nie było. Wewnątrz siedział starszawy gość i 
mrużąc oczy przyglądał mi się przez szczelnie zamknięte okna. Podszedłem do samochodu 
od strony pasażera, tak żeby podejrzliwy staruszek mógł rozmawiać na dystans. Poruszył 
dłonią   i   szyba   obsunęła   się   o   pół   centymetra.   Oparłem   się   obiema   dłońmi   o   dach   i 
pochyliłem, tak żeby zobaczył moją przyjazną twarz.

— Zabierze mnie pan do najbliższej stacji, motelu albo miasta? — zapytałem.
— A co pan tu robi? W promieniu dwudziestu kilometrów nie ma żadnej miejscowości. 

Z bazy pan uciekł?

— Ależ nie — cmoknąłem i pokręciłem głową. — Pokłóciliśmy się z żoną. Wysiadłem 

na stronę, a ta idiotka porwała wóz i odjechała. Jest bardzo impulsywna. Może już jedzie z 
powrotem, bo łatwo jej przechodzi, ale ja już się trochę zmęczyłem. I zimno się robi...

— Za kilometr jest telefon... — powiedział stary, przeżuwając moją opowieść.
— Tak? No to nie ma sprawy — uśmiechnąłem się dziękczynnie. — Poradzę sobie. 

Dziękuję.

— Niech pan wsiada.

background image

Zamek szczęknął jakimś silniczkiem. Wsunąłem się na siedzenie i roztarłem zgrabiałe 

dłonie, głównie z tego powodu, że nie wiedziałem, co zrobić z drzwiami. Już po sekundzie 
pochwaliłem siebie za przebiegłość — pisnęły ostrzegawczo i zamknęły się same. Stary 
przyjrzał mi się uważnie, a potem trącił dłonią kierownicę. Światło zgasło i wóz ruszył do 
przodu. Przyjrzałem się jego konsoli — sterowanie niemal jak w moich czasach, prawie 
żadnych   zegarów   i   wskaźników,   zamiast   nich   mocna   radiostacja   i   triangle   Hi—Fi. 
Oczywiście   komp.   Wóz   był   wspaniale   ekranowany   od   szumu   silnika,   napęd   pracował 
niemal bezgłośnie.

— Nie zabrałbym pana — powiedział stary, krzyżując ręce na piersi i przechylając 

głowę, żeby mnie lepiej widzieć. — Ale ten numer to jakby żywcem wzięty z mojego życia, 
dlatego pomagam.

— To   jest   numer   wzięty   z   każdego   małżeństwa   —   powiedziałem,   wyczuwając   w 

rozmówcy   mizogina.   Antyfeminista   ukształtowany   przez   lata   współżycia   z  dynamiczną 
połowicą.

— Oczywiście! — ucieszył się. — Kto to wymyślił? — pisnął cienko. — Monogamia 

to dobre dla łabędzi! Nie?

— Ich też żal — zagrałem w jego tonacji.
— A pewnie... Niech pan posłucha...
Wyłączyłem się, zostawiając na posterunku twarz ze szczerym spojrzeniem i kilka mięśni 

szyi,   odpowiedzialnych   za   kiwanie   głową.   Przyjrzałem   się   kierowcy.   Jego   ubranie   nie 
różniło się specjalnie od tych, które nosiło się trzydzieści lat temu. Gdyby nie samochód, 
mógłbym   zacząć   się   zastanawiać,   czy   aby   nie   jestem   z   powrotem   w   swoich   czasach. 
Oderwałem na chwilę spojrzenie od twarzy starego i rzuciłem okiem na jezdnię. Pokrycie 
było odrobinę jaśniejsze od glasfaltu i co jakiś czas przecinały je prostopadłe do osi jezdni, 
szersze i węższe pasy. Musiały służyć łamaniu monotonii jazdy, a może kryły w sobie 
jakieś testery kierujących samochodami kompów. Przejechaliśmy cztery takie grupy pasów, 
zanim pokazały się przed nami światła Bryneywater.

— ...ale można mówić i mówić — skarżył się stary. — Nikt nie słucha.
— Wie pan, jak to jest, wszyscy uważają, że dobre rady są dobre tylko dla radzących. 

Dopiero potem przekonują się, że to nie tak.

— Właśnie!   —   ucieszył   się.   Obrzucił   światła   miasta   nie   przyjaznym   spojrzeniem. 

Odbierały mu wdzięcznego słuchacza. — Gdzie chce pan wysiąść?

— Przy najbliższym hotelu albo gdziekolwiek — poklepałem się po pustej kieszeni. — 

Na szczęście mam pieniądze. Poradzę sobie...

— Oczywiście... — powiedział jakby z żalem. Chyba zakiełkowała w nim nadzieja na 

wspólne wykończenie naszych żon.

Patrzyłem przed siebie, oceniając miasto. Architektonicznie było nieznacznie zmienione i 

wyraźnie rozpierały je zasoby energii elektrycznej — pławiło się w ulewie światła i mimo 
wieczoru i chłodu tętniło życiem. Albo wyłączyli im telewizję, albo wszyscy zwariowali. 
Ludzie wyglądali na zadowolonych, nie to co moi współcześni, którzy pędzili... pędzą do 
telewizorów, rzadko, jakby z obowiązku, spędzając chwilę na wolnym powietrzu. A i tak 
musi ich do tego przekonać ukochany spiker.

— Może tutaj — wskazałem staremu plac po prawej stronie. —— Widzę ten hotel... 

Serdecznie dziękuję.

— Nie ma o czym mówić — burknął i zatrzymał wóz. Wyskoczyłem i pomachałem do 

niego przez szybę. Chciało mi się palić aż do obłędu. I pić, nawet wodę. Gardło miałem 

background image

wymoszczone warstwą suchych, zakurzonych łodyg kukurydzianych. Rozejrzałem się. Sto 
metrów   ode   mnie   niagarą   różnobarwnych   świateł   wabił   przechodniów   bank.   W   moich 
czasach   na   taką   iluminację   mogły   sobie   pozwolić   co   najwyżej   podrzędne   dyskoteki   i 
podejrzane kasyna. Zresztą oszałamiająca reklama banku wyglądała niemal dyskretnie w 
zestawieniu z lawiną obrazów i różnobarwnych plam, tryskających niemal pod stopy tłumu, 
a czasami wręcz wylewających się na podświetlone chodniki.

Ruszyłem wolno w stronę banku. Przyglądałem się ludziom i coraz bardziej utwierdzałem 

w przekonaniu, że trafiłem na jakieś miejscowe święto, festiwal kolorystów, ludyczną rewię 
czy coś w tym rodzaju. W ubiorach nie dało się zauważyć żadnej tendencji, coś takiego jak 
moda  nie  istniało  —  co  osobnik,   to  inne  ubranie:  obnażające,   tuszujące,   luźne,   opięte, 
długie, krótkie. Do takiej różnorodności znakomicie pasowało również i moje, tak jak nie 
raziłby tu burnus czy smoking.

Dotarłem do banku i wszedłem na barwny, ruchomy chodnik, wciągający przechodniów 

do   wnętrza.   Tu   było   nieco   spokojniej.   Przykucnąłem,   żeby   poprawić   zapięcie   butów   i 
rozejrzałem się szybko, szukając kontomatów. Były. Odetchnąłem. Wszedłem do jednej z 
kabin. Ze szczeliny pod ekranem bezgłośnie wysunęła się klawiatura. Radosny powitalny 
tekst. Wystukałem „Dwadzieścia trzy zera” i z przyjemnością skonstatowałem, że jestem 
posiadaczem dwóch milionów dolarów. Zażądałem książeczki czekowej i dziesięciu tysięcy 
w gotówce. Bank zafundował mi jeszcze prezent w postaci portfela, w którym świetnie 
mieściły   się   pieniądze,   czeki  i  pisak.   Tuż  obok  banku   znalazłem   bar,   gdzie  po  dwóch 
bourbonach   z   automatu   odzyskałem   czucie   w   przełyku.   Miałem   trochę   kłopotów   z 
papierosami, nie znalazłem w skąpej ofercie golden gate'ów, natomiast camele wygrały 
walkę z czasem. Nie smakowały mi, ale były.

Z   papierosem   w   ustach,   chyba   jedyny   palący   w   radosnym,   rozwrzeszczanym   tłumie, 

rozpocząłem   poszukiwania   centrali   kompów.   Obszedłem   bez   efektu   cały   plac,   zanim 
zauważyłem,   że   co   kilkanaście   metrów   na   ścianach   budynków   znajdują   się   płyty 
informacyjne. Dzięki jednej z nich dotarłem do wyludnionej centrali. Część sprzętu była 
zdemolowana, i to chyba od dawna, widać ten rodzaj usług nie cieszył się tu specjalnym 
powodzeniem. Udało mi się w końcu znaleźć czynną klawiaturę. Jeszcze raz użyłem hasła. 
Musiałem   czekać   prawie   dziesięć   minut,   zanim   otworzyła   się   kaseta   obok   szczeliny 
wrzutowej. Rozejrzałem się dookoła i wyszarpnąłem matową, plastykową kopertę z plikiem 
papierów w środku. Licencja — niemal identyczna, ze starym zdjęciem, ale z innego niż 
poprzednia   materiału;   prawo   jazdy   —   również   „stare”   zdjęcie,   imię   i   nazwisko,   reszta 
danych zakodowana w okrągłym paskowocieniowym kodzie; pozwolenie na broń, paszport, 
karta   uprawniająca   do   korzystania   z   zasobów   informacyjnych   policji.   Schowałem   to 
wszystko do wewnętrznej kieszeni bluzy. Dopadło mnie zmęczenie, zapragnąłem chwili 
wytchnienia. Zatęskniłem do małego, przytulnego pokoju, w którym mógłbym bez obawy o 
wpadkę zapoznać się z otaczającym mnie światem.

Wyszedłem   na   zewnątrz   i   przedzierając   przez   wciąż   pełen   energii   tłum   dotarłem   do 

fasady hotelu. Niemal oślepiony, sforsowałem kurtynę świetlną i zdziwiony, że jeszcze nie 
płonę żywym ogniem,  skierowałem  się do  recepcjonisty,  żądając  pokoju.   Oczekiwałem 
jakichś   problemów   i   byłem   zdecydowany   rozwiązać   je   przy   pomocy   biffaxa   lub   pliku 
banknotów, ale wystarczył uśmiech. W pokoju zerknąłem łakomie na końcówkę kompa, ale 
rozsądek zwyciężył — wyjąłem z kieszeni małą fiolkę z sześcioma kapsułkami. Połknąłem 
białą i położyłem się do łóżka.

background image

Zgodnie z założeniem obudziłem się po dziewięciu godzinach, wypoczęty i świeży. Pół 

minuty   patrzyłem   w  sufit,   przypominając   sobie   cały   wczorajszy   wieczór   i   przekonując 
siebie, że wycieczka w przyszłość jest faktem, a nie sennymi urojeniami.

— Trzydziestoletni szczur... — powiedziałem głośno. — Powstań!
Usiadłem   na   łóżku   i   rozejrzałem   się   po   pokoju.   Najciekawszym   sprzętem   okazał   się 

olbrzymi   wall—watch,   zajmujący   niemal   całą   jedną   ścianę,   spod   którego   wystawała 
imponującej   wielkości   klawiatura.   Wtopiona   w   ścianę   szafa,   pod   oknem   trzy   fotele, 
ustawione   wokół   niziutkiego   stolika.   Tuż   obok   równie   niski   walec,   który   mógł   być 
barkiem. Wyskoczyłem z łóżka, żeby to sprawdzić. Był barkiem. Przy okazji odkryłem, że i 
stolik, i fotele, i barek można było podnosić i opuszczać, a wytrzymałość ich cienkich, 
pneumatycznych   czy   hydraulicznych   nóżek   mogła   doprawdy   zaimponować.   Łazienka 
oferowała   dość   szeroki   zestaw   standardowych   kosmetyków   sieci   hotelowej,   ale   nic 
oszałamiającego.   Zwiedziłem   też   ubikację   i   przekonałem   się,   że   i   w   tej   dziedzinie 
cywilizacja  specjalnie  nie  wykazała   się  pędem   do   doskonałości.   Możliwość  wykonania 
analiz czy skorzystania z dobrodziejstwa masażu pleców istniała i w moich czasach. Może 
tylko cienki jak arkusz kartonu ekran na drzwiach zdziwiłby kogoś, na przykład Phila. 
Może.

Wróciłem do pokoju i wyjrzałem przez okno. Plac, inaczej niż wczorajszego wieczora, 

był niemal pusty. Przy krawężnikach przycupnęło kilka samochodów, wszystkie o dość 
monotonnej i nudnej linii płaszczki, wszystkie z lustrzanymi szybami, niepozwalającymi 
zajrzeć do wnętrza. Dwa czy trzy nie były samochodami w pełnym tego słowa znaczeniu — 
wyglądały na poduszkowce. Przyprawiające o zapalenie spojówek reklamy spasowały w 
pełnym świetle dnia, choć spodziewałem się zobaczyć, jak poradzono sobie ze słońcem, 
przeszkadzającym w reklamowaniu skarpet. Widać nie wystarczyło sił. W zamian ruszyły 
pełną parą chodniki, wciągające przechodniów do wnętrz sklepów. Żeby je ominąć, trzeba 
by używać trzymetrowych szczudeł — bez tego spacer po placu nie miał sensu.

Ubrałem   się   i   zapaliłem.   Zanim   zasiadłem   do   przeglądu   programów,   przez   chwilę 

zapoznawałem się ze sterownikiem telewizora. Przewidywaliśmy, że właśnie TV będzie 
kopalnią informacji i było tak rzeczywiście — na czterdziestu dziewięciu kanałach można 
było   znaleźć   wszystko,   co   interesowało   widza:   wiadomości,   filmy   muzyczne,   sport,   z 
rozbiciem na gry zespołowe i dyscypliny indywidualne, reportaże, afery, filmy sensacyjne, 
komedie i tak dalej, i tak dalej. Dotarłem do oferty miejskiej — kanał informacyjny i 
program hotelowy. Zacząłem od informacji miejskich. Pulchny pedalista wskazał palcem 
liczbę 678, pulsującą w prawym górnym rogu, i dokończył zdanie:

— ...ósma   para.   Obiektywizm   wymaga,   żeby   przypomnieć,   iż   zdaniem   obrońców 

małżeństw zawodowych taki tandem profesjonalny wzmaga współzawodnictwo, wyklucza 
brak   zainteresowania   pracą   współmałżonka,   na   co   tak   gremialnie   skarżą   się   zwłaszcza 
panie, no i — co nie jest bez znaczenia — skraca czas pracy, ponieważ, jak wiemy, cały 
czas działania tandemu podzielony jest na dwie osoby. Żony więc nie nudzą się w pustych 
mieszkaniach, panowie nie powinni narzekać na przemęczenie i mogą spokojnie co drugi 
dzień walczyć na golfowiskach.

Całą   tę   perorę   okraszały   scenki   z   zadowolonymi,   uśmiechniętymi   od   ucha   do   ucha 

kobietami i mężczyznami. Na zmianę siedzieli przy tym samym biurku albo prowadzili tę 
samą   ciężarówkę,   ślicznie—idyllicznie.   Idiotycznie.   Telewizji   wciąż   brakowało 
McLuhanów. Albo konkurencji.

— Przeciwnicy małżeńskich...

background image

Przełączyłem się na program hotelowy. Uśmiechnęła się do mnie zimna blondyna, ale 

zaraz okazało się, że zimna wcale nie jest. Rzuciła w moją stronę:

— Zobacz, co lubi Farrah...
Po czym pokazała. Okazało się, że brakuje mi informacji o pozycjach, których ona by nie 

lubiła.   Call—girl   zaprezentowała   swoje   możliwości,   wymieniła   cenę,   uśmiechnęła   się 
obiecująco i zniknęła z ekranu. Pojawiła się druga. Trzecia. Siedemnasta. Nie różniły się 
specjalnie od siebie,  miały  podobne zainteresowania,  zbliżone możliwości,  czyste karty 
przeglądów medycznych. Dwudziesta pierwsza powiedziała do mnie:

— Na imię mam Wszystko Co Tylko Zechcesz... Wyłączyłem odbiornik. Nie byłem 

pewien, czy dobrze robię, ale jak na razie nie zauważyłem w obecnym świecie niczego 
zdecydowanie   różnego   od   mojej   rzeczywistości,   a   burczało   mi   potężnie   w   brzuchu. 
Przyjrzałem się telefonowi, wdusiłem klawisz intercomu.

— Recepcja—informacja, słucham — usłyszałem męski głos.
— Śniadanie do pokoju — rzuciłem. — Lekkostrawne, ale obfite. Dużo mocnej kawy. 

Aha! Papierosy! Macie golden gate'y?

— Pan pali? — zapytał recepcjonista. — Pokój będzie droższy o dwadzieścia procent...
— Co mnie to obchodzi — powiedziałem niecierpliwie. — Pytam o golden gate'y!
— Oczywiście, że nie mamy. Przecież nie produkuje się ich od ośmiu lat!
— Może w tej części kraju — wygłosiłem przygotowaną na tę i inne podobne okazje 

kwestię. — Nieważne... Co macie?

— Brune, Camel, Dragon, Dubai, Free Finger...
— Marlboro? — przerwałem.
— Tak, są.
— Trzy   paczki.   I   dwa   kartony   piwa.   Dziękuję.   Rozłączyłem   się.   Znalazłem   kanał 

informacyjny i spędziłem przy nim dwie godziny. Świat nie zmienił się specjalnie: pękały 
jakieś   tamy,   których   koszt   i   przeznaczenie   wykluczały   możliwość   pękania;   ludzkość 
mieszała się i kipiała: jedni protestowali, inni aprobowali, część się przyłączała, część — 
separowała.   Większość   była   bierna,   a   mniejszość   aktywna,   ale   czasami   proporcje   się 
odwracały.

Wyłączyłem   informację   i   spenetrowałem   możliwości   kompa.   Zadowoliły   mnie. 

Wprowadziłem   słowa   kluczowe,   czyli   listę   nazwisk   wszystkich   znanych   malarzy. 
Uczuliłem komp zwłaszcza na teksty, w których te nazwiska będą występowały w grupie, 
w połączeniu ze słowami: „kradzież”, „napad”, „złodzieje”, „łup” i bliskimi znaczeniowo. 
Kazałem wydrukować wszystkie dotyczące tego tematu artykuły prasowe oraz podać tytuły 
pozycji książkowych, począwszy od trzeciego marca dwa tysiące czterdziestego piątego 
roku.   Dwie   sekundy   później   z   bezgłośnej   drukarki   zaczęły   wypływać   na   pokój   metry 
cienkiej folii.

 Zerknąłem na pierwsze teksty — sensacyjne informacje o kradzieży wszechczasów — i 

zająłem   się   dokładnym   przeglądaniem   „New   York   Timesa”   i   dwu   czołowych   sensatek 
moich   czasów:   „Opinion”   i   „Who—Where—What”.   Wiadomości   z   ich   łamów   miały 
pomóc   mi   wkomponować   się   w   ten   świat,   w   którym   być   może   żyje   jeszcze   gdzieś 
siedemdziesięcioletni Owen Yeates. Co jakiś czas zerkałem na szczelinę drukarki, z której 
wciąż jeszcze wysuwała się wstęga gęsto zadrukowana informacjami, w których wartość 
wątpiłem, ale których nie mogłem całkowicie zignorować. Po dwóch godzinach dotarłem 
do połowy czerwca i zrozumiałem, że w ten sposób będę się wczuwał i wkomponowywał 
około miesiąca. „NYT”, „O” i „3W” nie miały zamiaru zmniejszyć swojej objętości, a ja 

background image

nie byłem w stanie zwiększyć swojej wydajności. Poszedłem na kompromis, odwracając się 
od wall—watcha i poprawiając fotel, tak by nie widzieć wciąż tryskającego strumienia 
informacji, komentarzy, złośliwego rozliczania policji, wiadomości o dymisjach et cetera, et 
cetera... Wypiłem spokojnie dwie puszki piwa i choć do szczęścia brakowało mi dymu z 
golden gate'ów, poczułem się całkiem dobrze. Brakowało mi również rozmówcy, może 
dlatego zacząłem mówić sam do siebie.

— Całkiem dobrze, jak na...
Zmusiłem się do zamilknięcia. Jeszcze pół godziny milczałem, usta otwierając już tylko w 

celach   konsumpcyjnych.   Potem   wpadła   mi   w   oko   hotelowa   papeteria,   co   nasunęło   mi 
pewien   pomysł.   Zapisałem   na   kartce   zadrukowanej   bladą   reklamą   hotelu   kilka   słów   i 
aktualną   datę,   zakleiłem   kopertę   i   schowałem   do   kieszeni   bluzy.   Zerknąłem   na   jakby 
wolniej płynącą wstęgę folii i wyszedłem z pokoju.

Recepcjonisty   nie   było,   co   sprawiło,   że   poczułem   się   jak   w   moich   czasach,   ale   na 

szczęście na imponującej wielkości ekranie znalazło się miejsce również na reklamę stacji 
wynajmu samochodów. Dotarłem do niej w kilka minut. Zanim spostrzegł mnie pękaty 
pracownik w szafranowych szarawarach i pstrej koszuli z bufiastymi rękawami, przybrałem 
minę sceptycznego zgryźliwca i niecierpliwie, głośno odchrząknąłem. Podbiegł natychmiast 
i uśmiechnął się wyczekująco. Plamy na jego koszuli przemieszały się i ustaliły już w innej 
konfiguracji. Skinąłem głową w stronę samochodów.

— Coś z tego jest na chodzie? — zapytałem.
— Do wyboru — zatoczył dłonią półkole. Zwilgotniały mu oczy, a z piersi wyrwało się 

ciepłe   westchnienie.   —   Życzy   pan   sobie   jakąś   specjalną   markę   czy   poda   mi   pan 
wymagania, a ja sam coś wybiorę?

— Hm...   —   pozwoliłem   sobie   na   chwilę   zastanowienia,   ale   uważałem,   żeby   nie 

przeholować. — Wygodny, szybki, trwały, jeśli pan rozumie, co mam na myśli.

— Samochód do akcji specjalnych? — zapytał szybko i zachichotał. — Chi, chi, chi... 

Męska maszyna, co?

— Byle nie terenowy łazik!
— Po co tyle kpin z życzliwego Johannatasa? — Chwycił mnie za rękaw i pociągnął za 

sobą.   —   Jest   tu   trafalgar   jak   marzenie.   Baterii   wystarczy   na   sześć   godzin   jazdy   z 
maksymalną prędkością, drugi silnik na etylokondensat. W sumie może pan przejechać z 
jednego   wybrzeża   na   drugie,   zatrzymując   się   tylko   dwa   razy!   Drugi   w   tym   sezonie 
współczynnik oporu, regulowane w niebywałym zakresie pneumatyki. Cudo...!

Zaciągnął mnie, tak jak się spodziewałem, przed jedną z wyciągniętych na ląd płaszczek i 

wskazał   ją   dłonią.   Pomyślałem,   że   wskazanie   jednym   palcem   uznałby   zapewne   za 
bluźnierstwo.   Stojąc   w   miejscu   i   przekręcając   głowę   na   wszystkie   możliwe   strony, 
obejrzałem wóz. Na koniec rzuciłem okiem na boki i tył.

— Chciałbym, żeby pan zademonstrował zalety tej taczki.
— Z przyjemnością! — Miękko, niemal czule przysunął się do prawie niewidocznych 

drzwi i musnął karoserię dłonią. Usłyszałem krótki, cichy szczęk, fragment boku skoczył do 
wewnątrz i w górę, po czym zamarł, udając uniesione skrzydło ptaka. Grubasek zgrabnie 
zapadł   we   wnętrze,   a   ja   szybko   podszedłem   do   wozu   z   drugiej   strony,   chcąc   widzieć 
kolejne   operacje.   Fotel   okazał   się   wygodny,   nawet   nieco   za   wygodny,   widoczność 
znakomita. Pulpit oszczędny, ale z klasą. Na suficie ekran TV, na wprost mnie płytka Road 
Radio, lodóweczka, może ciut za mała. Johannatas podniósł nieco swój fotel i przysunął go 
bliżej   kolumny   kierownicy.   —   Zapłon...   —   powiedział   i   trącił   palcem   dekonsor.   — 

background image

Wsteczny... — pstryknął w mały klawisz i popatrzył na mnie. Najprawdopodobniej wziął 
mnie za zupełnego nowicjusza, który postanowił zaimponować dziewczynie czy znajomym 
z rodzinnej wsi. W gruncie rzeczy nie mylił się specjalnie.

Wóz nacisnął na moje plecy, pchnął mnie do przodu, a sam wyjechał płynnie pod wiszącą 

już   pod   sufitem   bramą.   Mruknąłem   coś   aprobującego.   Grubasek   prychnął   w   stylu: 
„Poczekaj, bracie. To dopiero początek!” Dwie minuty później byliśmy za miastem.

— Oczywiście standardowy connector z szosowym kompem oraz, tam gdzie można, 

ręczne sterowanie. Pokażę panu, jak działają pneumatyki... — sięgnął do pulpitu. Poczułem, 
jak unoszę się w powietrze niczym w kabinie diabelskiego młyna, zaraz potem gwałtownie 
opadłem.   —   Można   regulować   wysokość   i   twardość   zawieszenia   podczas   jazdy   i   na 
postoju. Teraz... Niech pan patrzy, jakie ma odejście!

Wbił stopę w szeroką dechę akceleratora. Przygotowałem się na przyspieszenie, ale i tak 

miałem wrażenie, że uderzam głową w miękką piankową ścianę. Cyferki na spidometrze 
zmieniły   się   z   osiemdziesięciu   na   dwieście   czterdzieści.   Napiąłem   mięśnie   karku, 
ustawiłem głowę na właściwym miejscu i gwizdnąłem z podziwem.

— Biorę. Wracamy.
Grubasek znowu zachichotał, łagodnie wyhamował i zerknął na mnie.
— Zawraca w miejscu — poinformował.
Nie kłamał. Zresztą wyglądał na autentycznego maniaka. Mogłem mu wierzyć. Tylko 

takim ludziom można wierzyć, chyba że stoi się im na drodze. Teraz chyba nie stałem. 
Dopilnowałem, żeby zatrzymał wóz w takim miejscu, z którego mógłbym wystartować, nie 
będąc przez niego widzianym.

— Formalności i jadę — powiedziałem.
— Abonament na wszystkie autostrady krajowe?
— Na wszelkie możliwe.
— Kolor zostawiamy?
— Tak.
— No to chodźmy podpisać papiery. Na ile?
— Na razie dwa tygodnie. Potem...
— Wystarczy przelew. Chodźmy.
Cztery   minuty   później   ruszyłem   tą   samą   trasą.   Za   miastem   przetestowałem   wóz, 

podzielając zachwyt Johannatasa Upnuma. Co prawda bastaad...

Korzystając z pustej szosy, ostrożnie pobawiłem się zawieszeniem, potem kilkanaście 

razy zawróciłem, w końcu skierowałem się w stronę miasta. Wróciłem do hotelu chyba w 
ostatniej chwili, kilka minut później nie zmieściłbym się w pokoju. Trzy godziny spędziłem 
na   przeglądaniu   kilometrowego   pasma   folii.   Oderwałem   przejrzany   kawał,   wbiłem   go 
pięściami do gardzieli pojemnika na śmieci i klnąc w duchu, poszedłem na obiad.

Następnego dnia rano, po trzech godzinach snu i po następnym kilometrze informacji, gdy 

w   końcu   zdołałem   większość   wstęgi   upchnąć   w   śmietniku   i   odnaleźć   fotele   i   barek, 
uznałem,   że   przegląd   prasy   ma   tyleż   sensu   co   uważne   wpatrywanie   się   w   prezentacje 
miejscowych   call—girls.   Potrzebowałem   pomysłu.   Ćwiartki   pomysłu.   Jednej   ósmej. 
Potrzebowałem   snu   i   ruchu,   najlepiej   jednocześnie.   Załatwiłem   to   w   ten   sposób,   że 
najpierw   poszedłem   kupić   sobie   ubranie,   a   po   powrocie   zacząłem   przypominać   sobie 
ćwiczenia,   których   wykonywanie   zarzuciłem   kilka   lat   temu.   Na   koniec   wykonałem 
kompleks mato—soe.

background image

Potrzebę snu zaspokoiłem ucinając niemal godzinną drzemkę w wannie. Znalazłszy w 

kieszeni kopertę, którą włożyłem tam poprzedniego dnia, wyrzuciłem ją i ten sam tekst 
napisałem na następnej kartce, uaktualniając datę. Zaklejoną kopertę schowałem znowu do 
kieszeni. Włożyłem na siebie cienką piżamę i obniżyłem temperaturę w pokoju o sześć 
stopni.   Człowiek   mający   w   perspektywie   śmierć   z   zimna   musi   myśleć   szybciej.   Przez 
pierwsze pół godziny wyglądało, że jestem odporny, w końcu zacząłem jednak odczuwać 
pewną niedogodność zamarzania. Obniżyłem temperaturę o następne sześć stopni. Do zera 
zostało tylko siedem, zatroskany komp usiłował na własną rękę podjąć kroki zaradcze. 
Objechałem go ostro. Zaczęło być naprawdę zimno. Długą chwilę, zamiast myśleć, jak 
poradzić sobie z nadmiarem informacji i brakiem tej najpotrzebniejszej, zastanawiałem się, 
czy nie rozpalić ogniska z folii. Potem coś zastukało nieśmiało do mojego umysłu. Umysł 
zainteresował się pukaniem.

— Kto tam? — zapytał.
— Idea.
— Nie potrzebuję — burknął rozczarowany Umysł.
— Potrzebujesz, potrzebujesz — zapewniła go Idea. — Każdy potrzebuje.
— Do czego?
— Jak to? Od dwu dni obijasz się po nie swoich czasach, wydajesz pieniądze na alkohol 

i samochody...

— Jeden! Wynająłem! — pisnął Umysł.
— ...i nadal nie wiesz, co masz robić.
— A ty wiesz?
— Wpuść   mnie,   to   się   przekonasz   —   zamruczała   kusząco   Idea.   —   Nazywam   się 

Wszystko Co Tylko Zechcesz... — wytchnęła do dziurki od klucza.

— Aha?! Wiem, nie jesteś wcale Ideą tylko dziwką!
— No to co? „Idea” i „dziwka” są pojęciami zamiennymi. Przyznasz mi rację, jeśli się 

chwilę zastanowisz.

Nie będę się zastanawiał. Nie potrzebuję ani jednej, ani drugiej.
—   Kłamiesz.   Potrzebujesz   mnie,   bo   nie   wiesz,   co   robić   —   zaśmiała   się   głośno.   — 

Potrzebujesz też kobiety. Popatrz w dół...

Drgnąłem   i   obudziłem   się.   Dygotałem   z   zimna.   Popatrzyłem   w   dół.   Zakląłem. 

Podskoczyłem do kompa i przywróciłem normalną temperaturę w pokoju. I od razu mnie 
olśniło.   Nalałem   sobie   w   nagrodę   porcyjkę   whisky   i   usiadłem   przy   klawiaturze. 
Wywołałem   mapę   Stanów,   dźgnąłem   w   Kansas,   powiększyłem,   zakreśliłem   miejsce 
napadu. Powiększyłem. Chwilę przyglądałem się szosie, na której nastąpił atak, a potem 
obrysowałem odcinek zamknięty przez CBI pod pozorem remontu. Do szosy dołączyłem 
piętnastokilometrowy pas terenów do niej przylegających. Potem kazałem w lokalnej prasie 
wyszukać informacje dotyczące oznaczonego miejsca. Rozparłem się wygodnie i zdążyłem 
raz łyknąć, zanim ruszyła drukarka. Bezgłośnie wysunął się ze szczeliny krótki odcinek 
folii, potem, po półsekundowej przerwie, wstęga ruszyła znowu, po czym zamarła. Komp 
mrugnął ekranem. Miał dla mnie komunikat: „Zbiór wyczerpany. Czekam na instrukcje”. 
Zapaliłem marlboro. Z tej odległości nie mogłem odczytać tekstu, a bałem się wstać, żeby 
nie spłoszyć jedynego pomysłu, jaki mi zakiełkował. Wypaliłem papierosa, dotarłem do 
połowy zawartości szklanki i kresu cierpliwości. Wstałem. Z wyszarpniętym kawałem folii 
wróciłem   na   fotel.   Notatka   miała   objętość   dwóch   tysięcy   znaków.   Korporacja   ETWIX 
zamierza wykupić od władz stanowych prawie półtora tysiąca kilometrów kwadratowych 

background image

jałowych,   na   poły   pustynnych   terenów.   Indagowany   w   tej   sprawie   stanowy   rzecznik 
prasowy   wyjaśnił,   że   sprawa   jest   już   przesądzona.   Korporacja,   po   pierwsze,   dokładnie 
przebada zakupiony teren, wydobędzie z niego wszystko, co się da wydobyć, po czym 
przystąpi do jego rekultywacji. „Za cztery lata... — oświadczył butnie rzecznik — ...będą 
się tu płożyły największe w tej części kraju arbuzy i dynie, planujemy też uprawę chmielu i 
winorośli”.  Druga,  późniejsza i  krótsza  notatka  informowała czytelników,  że transakcja 
doszła do skutku oraz że za miesiąc pustynię zaatakują zmasowane oddziały geologów, 
którzy  zweryfikują obserwacje satelitarne.  Komunikat  kończyły  daty  i numery  „Kansas 
Revue”.  Data.  Cztery miesiące temu.  Jednym łykiem dopiłem whisky i podszedłem do 
okna. Na plac zaczęła wylewać się wesoła, pstra, papuzia ludzka fala. Jak na komendę. 
Oparłem się czołem o szybę i szukałem w tłumie odpowiedzi na drążące mnie pytania. 
Tłum jednak zajęty był sobą. Odpaliłem papierosa od niedopałka poprzedniego. Zażądałem 
od   kompa   książki   telefonicznej   „KR”   i   nazwiska   autora   interesujących   mnie   notatek. 
Autora nie było. Trąciłem palcem numer działu miejskiego, przełączyłem telefon na pokój i 
— czekając na połączenie — szybko nalałem sobie jeszcze jedną porcyjkę.

— Wada Casnell! Słucham? — krzyknęła jakaś zniecierpliwiona dziewczyna.
— Jeśli się pani śpieszy, zadzwonię później. Dzień dobry — powiedziałem.
— Ależ słucham... — mówiła teraz wolniej i ciszej, ale postanowiłem nie przedstawiać 

się jej prawdziwym nazwiskiem.

— Chciałbym mówić z osobą, która jest autorem dwóch notatek o dokonanym przez 

ETWIX zakupie ziemi w waszym stanie. To było jakieś cztery miesiące temu.

— ETWIX? — usłyszałem, jak pyka wargami, szybko zamykając je i otwierając. — 

Nie było podpisu?

— Nie.
— Zaraz. Sprawdzę w naszym banku. Ktoś przecież wziął pieniądze.
Czekałem dwie minuty. W głośniku, niczym w dźwiękowym lustrze, odbijały się odgłosy 

pracy   redakcji   dziennika.   Nie   różniły   się   niczym   od   znanego   mi   tła   dźwiękowego 
„Afternoon   News”.   Ktoś   szukał   taśm,   co   to   je   jakiś   wał   przemieścił,   ktoś   stukał   w 
archaiczną maszynę do pisania, bez wątpienia pozując na oryginała, dwie osoby przeszły 
blisko słuchawki, na tyle blisko, że wyraźnie usłyszałem, jak jedna powiedziała: „A niech 
mi wyliże przedział!”, a druga uznała propozycję za uzasadnioną. Kilka sekund później 
zdębiałem, słysząc wyraźny chlupot strużki moczu w sedesie, ale zaraz potem ktoś siorbał, 
musiała więc to być kawa.

— Halloo? — powiedziała inna dziewczyna.
— Tak?
— Proszę pana, pierwszą notkę, z dwudziestego dziewiątego listopada napisał Ringo 

Poddebracher, a druga to po prostu tekst z kancelarii gubernatora. Czy to panu wystarczy?

— Jeszcze tylko telefon do Ringo Poddebrachera i nurkuję.
Podała mi, a ja od razu wystukałem go kompowi. Poddebrachera nie było w domu, resztę 

informacji jego komp zachował dla siebie. Wyszarpnąłem z pamięci mojego urządzenia 
adres   Ringo.   Mieszkał   na   przedmieściach   Kansas   —   i   tak   bym   tamtędy   przejeżdżał. 
Wyprostowałem   się   i   pomachałem   ramionami.   Cztery   godziny   wolnej   jazdy,   trzy   — 
szybkiej. Zszedłem do recepcji i zapłaciłem za dwa tygodnie z góry. Z trudem przebiłem się 
przez narkotyczny tłum i przyspieszyłem na szosie. Pod domem Poddebrachera byłem dwie 
godziny i czterdzieści trzy minuty później. Johannatas miałby powody do dumy ze swojego 

background image

pupila.   Ringo   w   domu   nie   było.   Wynająłem   pokój   w   pobliskim   motelu   i   zacząłem 
pompować w siebie sen.

Śniadanie   zjadłem   w   samochodzie   —   pstrąg   z   ryżem   w   sosie   curry   z   kawałkami 

egzotycznych   jarzyn   i   całym   mnóstwem   białka   zwierzęcego   i   roślinnego   w   różnych 
postaciach. Po raz pierwszy coś mi się spodobało w tych czasach, automaty karmią tu o 
niebo   lepiej   niż   trzy   dziesięciolecia   temu.   Jedząc   przejrzałem   miejscową   prasę.   Nudy. 
Przypominano kierowcom, że zbliża się termin corocznej weryfikacji ciekłokrystalicznych 
tablic rejestracyjnych, pół strony dywagacji na temat letniej pogody, drugie pół o mającym 
nastąpić za dwa dni zaćmieniu Słońca, korespondencja własna z Paryża. Wyłączając komp, 
skonstatowałem, że prasa codzienna osiągnęła szczyt swoich możliwości chyba już dość 
dawno   temu   i   bez   jakiegoś   jakościowego   przewrotu   „będzie   nudna   jak   pięćdziesiąt, 
trzydzieści i dziesięć lat wstecz. Nie moje zmartwienie. Zadzwoniłem do Poddebrachera i 
tym   razem   komp   podał   mi   inny   numer   telefonu.   Wykorzystałem   tę   informację.   Miły, 
dziewczęcy, rozespany, ciepły głos, przeciągając głoski, może ziewając, powiedział:

— Riiingoo? Juuż...
— Halo!   —   mężczyzna   był   wyspany   i   zdecydowany.   Pewnie   krzątał   się   już   przy 

śniadaniu, podczas gdy ona piszczała do niego: „Kotkuu? Kochasz swoją dzidzięęę?”

— Dzień   dobry.   Pan   jest   autorem   notatki   w   „Kansas   Revue”   o   wykupieniu   przez 

ETWIX ziem w waszym stanie, prawda?

— Tak.
Strzelał   do   słuchawki   krótkimi   słowami,   jakby   zerkał   przez   cały   czas   na   patelnię   z 

jajecznicą w ostatnim stadium smażenia.

— Czy mógłby mi pan poświęcić kilka minut? Właśnie w związku z tą notką?
— Zgoda, jeśli teraz — powiedział stanowczym tonem. Bezgłośnie udzieliłem mu kilku 

rad. Coś sapnęło z głośnika.

Dzidzia chyba wisiała mu na ramieniu, może skubała wargami płatek jego ucha.
— Czy pan interesował się później tą sprawą? Czy tam się coś dzieje? Czy decyzja była 

jakoś wcześniej sygnalizowana?

— Tak,   po  informacji  stanowego  rzecznika  prasowego  zmarnowałem  jeszcze  trochę 

czasu, ale nie było tam nic ciekawego. Czy coś się dzieje...? Dwie ekipy wydłubują otworki 
i modlą się do ekranów. A co do ETWIX, to jest to ich pierwsza inwestycja w naszym 
stanie. Tyle wiem.

Zaczął się spieszyć. Albo jajecznica zaczynała się przypalać, albo dzidzia zajęła się ostro 

uchem.

— Rozumiem... — powiedziałem wolno, zastanawiając się nad następnym pytaniem. — 

To mi wystarczy. Serdecznie dziękuję.

Poddebracher pierwszy rzucił słuchawkę, musiało tam być gorąco. Skończyłem piwo, 

sięgnąłem do klawiatury kompa i wystukałem „Dwadzieścia trzy zera”.  Otrzymałem w 
zamian   listę   kodów   priorytetowych.   Bez   trudu   włamałem   się   do   policyjnych   zasobów. 
Dziesięć minut wertowałem dane o ETWIX, ale okazało się, że jest ich znikoma ilość, 
firma nie znajdowała się w polu zainteresowania policji. Tyle samo dało mi przeszukanie 
archiwów CBI. Albo była to rzeczywiście uczciwa instytucja, albo — jeśli posługiwać się 
mentalnością powieściowych detektywów — była niesłychanie cwana.

Była dziewiąta rano, kończyły mi się papierosy, wypiłem ostatnią puszkę piwa i woziłem 

ze sobą tylko szron. Wysiadłem z samochodu. Ulica i chodniki były puste, spały. Dziewiąta 
rano powszedniego dnia. Z przeglądu prasy wiedziałem co prawda, że większość ludzi 

background image

pracuje w domu, a wszyscy najwyżej po pięć godzin dziennie, ale tak opustoszałe ulice 
kojarzyły mi się ze scenerią filmów katastroficznych lub — w wariancie optymistycznym 
—   z   białymi   nocami.   Sto   metrów   od   hotelowego   parkingu   natknąłem   się   na   szpaler 
automatów, przemierzyłem go w jedną stronę i wracając zacząłem łupić jego spiżarnie. 
Odniosłem wszystko do wozu i przeszedłem się jeszcze raz. Tym razem nabyłem dwa pasy 
z syntetycznej skóry i trysk z klejem. Poukładałem w trafalgarze zakupy, pociąłem pasy i 
zmontowałem z nich prostą, ale efektywną uprząż na broń pod siedzeniem swojego fotela. 
Biffax mieścił się tam bez problemu. Ruszyłem na poszukiwania poszukiwaczy skarbów. 
Pół godziny później znalazłem się na pustej szosie, na której nieco ponad trzydzieści lat 
temu dokonano napadu wszechczasów. Zjechałem na pobocze i wysiadłem. Uprzytomniłem 
sobie, że w moich czasach nie pofatygowałem się na miejsce zbrodni, teraz ślady zapewne 
przestygły   co   nieco.   Ulżyłem   pęcherzowi.   Znalazłem   wejście   do   sieci   stanowej   i 
wywołałem   satelitarne   zdjęcie   okolicy.   Naniosłem   na   ekran   siatkę   współrzędnych   i 
zacząłem   przeszukiwanie   kwadratów.   Gdybym   miał   do   czynienia   z   ludźmi,   a   nie 
krystalicznie zimnymi komputerami, dawno już ktoś wezwałby policję — poruszałem się 
niezdarnie, nie miałem pojęcia o oczywistych rzeczach, pytałem o trywialne sprawy. W 
takim skomputeryzowanym, pozbawionym ludzkiej kontroli świecie kapitalnie czułby się 
szpieg albo kosmita. No i ja.

Siedemnasty kwadrat był tym poszukiwanym. Siedem baraczków w dwu rzędach, trzy 

plus cztery, tuzin większych i mniejszych pojazdów.  Zupełny  bezruch.  Okolica ta była 
odległa ode mnie o dziesięć minut spokojnej jazdy. Wyciągnąłem rękę, żeby wyłączyć 
komp i zamarłem. Dookoła mnie żywego ducha, musiałem więc przyjąć, że nikt nie pukał 
w   dach   mojego   wozu.   Opuściłem   rękę.   Nic   się   nie   zmieniło.   Odczekałem   chwilę,   ale 
jedyne, co przyszło mi do głowy, to sumienne przejrzenie całego terenu wykupionego przez 
ETWIX.   W   jednym   z   kwadratów   znalazłem   małą   budkę   z   anteną   w   kształcie   dwóch 
zachodzących na siebie liter Z. Kilka przewodów prowadziło do odsuniętych od centralki 
czujników. Szkocka baza. Wsłuchałem się w ciszę i usłyszałem tylko ciszę. Ruszyłem do 
obozu poszukiwaczy owoców matki ziemi.

Pięć kilometrów dalej, po siedmiu minutach jazdy wyludnioną szosą, zjechałem na lewe 

pobocze. Na glasfalcie odbite były ślady terenowych opon. Ślady były wyraźne, odkurzone, 
musiał  po nich  przelecieć poduszkowiec.  Cokolwiek by  powiedzieć  o firmie,   nie  kryła 
swoich   poczynań.   I   nie   manifestowała.   Ogarnęło   mnie   przeczucie   mylnego   tropu. 
Spłukałem je łykiem koniaku, ale musiał to być zbyt mały łyk. Wóz jechał miękko, niemal 
nie odczuwałem wahnięć karoserii. Jeśli coś mi dokuczało, to niepewność własnych racji, 
nieufność   wobec   obcego,   jeszcze   nie   mojego   świata,   może   też   strach   przed   fiaskiem 
operacji, w której przyczyny, skutki, czyny i ich następstwa wymieszały się w absurdalny 
kłębek. Coraz mocniej dręczyła mnie obawa, że nieudolnie szarpię poszczególne nitki. Po 
przejrzeniu prasy, po prześledzeniu zarzutów wobec sił porządkowych, jakimi wypełnione 
zostały   stronice   gazet   po   podaniu   informacji   o   kradzieży,   zakiełkowało   we   mnie 
przekonanie o wyższości złodziei nad połączonymi siłami Sarkissiana, moimi i Heyrouda. 
„Jaki   jest   sens   —   pomyślałem,   patrząc   na   koleiny   przed   maską   wozu   —   tropienia 
przestępców, skoro wiem z prasy, że nie zostali złapani? Z drugiej strony, tak przynajmniej 
tłumaczył to Heyroud, wszystko to było można odkręcić. Ale skoro tak, to może można 
odkręcić i to, co on robi?” Któryś z kolei raz zaplątałem się w paradoksie czasowym. 
Przystąpiłem   do   jeszcze   jednej   potyczki   ze   zwątpieniem,   wlałem   w   siebie   sporą   część 
zawartości   przysadzistej   butelki   W&T,   zaciągnąłem   się   aż   po   czubek   głowy.   Trochę 

background image

pomogło. Schowałem butelkę na kolejną czarną godzinę, która mogła nadejść za dziesięć 
minut, wjechałem na szczyt pagórka niemal niewystającego z monotonnej płyty płowej 
równiny   i   zatrzymałem   się.   Obóz   był   przede   mną.   Piętnaście   metrów   od   przedniego 
zderzaka wystawał ryjek jakiegoś czujnika. Przejechałem obok niego i zatrzymałem się 
przy najbliższym budynku. Wysiadłem i rozejrzałem się. Drzwi jednego ze środkowych 
domków uskoczyły w bok, odsłaniając głowę krótko ostrzyżonego mężczyzny, o twarzy 
okolonej   wiankiem   potężnej   brody.   W   pierwszej   chwili   pomyślałem,   że   stoi   za   jakąś 
ścianką,   ale   gdy   zrobił   krok   do   przodu,   wyjaśniło   się,   że   ma   na   sobie   kombinezon—
kameleon,   zmieniający   barwę   w   zależności   od   tła.   Mężczyzna   zeskoczył   ze   stopnia   i 
skierował się w moją stronę. Idąc marszczył brew i przyglądał mi się bacznie. Jego strój stał 
się jaśniejszy i upodobnił się kolorem do barwy podłoża. Gdy tylko spuściłem wzrok z 
kombinezonu   i   przeniosłem   go   na   twarz   brodacza,   obraz   reszty   dala   —   z   wyjątkiem 
wystających z rękawów dłoni — rozmył się.  Sunęła do mnie głowa i kołyszące się w 
powietrzu   dłonie.   Powstrzymanie   się   od   komentarza   kosztowało   mnie   trochę   wysiłku. 
Postąpiłem krok do przodu i ukłoniłem się.

— Dzień dobry. Chciałbym chwilę porozmawiać z szefem ekipy.
— Jest zastępca — powiedział.
Miał głęboki, nieco chropawy głos. Za moich czasów zrobiłby karierę w radiowym kąciku 

złamanych serc.

— Nazywam się Howen Reds, jestem prywatnym detektywem.
— Zastępca to ja — powiedział, jak gdyby nie słysząc, co mówię.
Zamilkłem i patrzyłem na niego, czekając na ciąg dalszy. Wsadził dłoń pod kombinezon i 

podrapał się po barku. Był nieźle owłosiony — chrzęst szczeciny słychać było z odległości 
trzech metrów. A przecież człowiek miał z biegiem czasu gubić owłosienie, ja już nawet 
zacząłem.

— Prowadzę   dochodzenie   w   sprawie   kidnapingu   —   powiedziałem.   Brodacz   w 

kameleonie wydawał się być zainteresowany głównie wyszukiwaniem co gęstszych kęp 
włosów, w każdym razie w żaden sposób nie reagował na moje słowa. — Nad tym terenem 
powinien był przelatywać flyer z porwanym dzieciakiem. Ponieważ nie było go w kabinie 
po wylądowaniu, przypuszczam, że został zrzucony na spadochronie, albo że odbyło się tu 
międzylądowanie.

Brodacz sapnął i — jak mi się wydawało — z wysiłkiem uwolnił palce z poplątanych 

kudłów na ramionach. Nie przejmując się moją obecnością, uważnie zlustrował samochód, 
potem sprawdził wzrokiem moje dłonie i na końcu głowę. Ilość włosów nie zaimponowała 
mu.

— Pieprzenie   —   rzucił   tym   swoim   nasączonym   uczuciem   głosem.   —   Nic   nie 

widziałem. Nic nie leciało.

Przeniósł spojrzenie ponad moją głowę, niemal jęcząc z wysiłku. Przemknęło mi przez 

myśl, że męczy go biegunka. Powstrzymałem wybuch złości.

— Skąd ta pewność? — zapytałem. Wzruszył ramionami. — Zaraz... Może piwa? — 

zapytałem.

Poruszył się, co można było odczytać na kilka sposobów. Obszedłem wóz i wyszarpnąłem 

z lodówki pół tuzina zblokowanych puszek. Wyrwałem z bloku dwie i podałem mu jedną z 
nich. Korciło mnie, żeby walnąć go w papę, na razie jednak otworzyłem piwo. Zrobił to 
samo i wcałował się w otwór.

— Skąd pewność, że nic tu nie leciało?

background image

— Ekch! — beknął i popatrzył na puszkę z wyrzutem. — Siedzę na tym odludziu dwa 

miesiące.   Mam   od   cholery   aparatury.   Mógłbym   odnotować   rozkład   lotów   szarańczy   i 
kopulację dżdżownic.

— A czegóż wy tu szukacie?
Brodacz zgiął łokieć i na jego tle umieścił pusty pojemnik. Chwilę przyglądał się, jak 

tkanina usiłuje dopasować się do barwnej plamy puszki, znowu beknął.

— Ja jestem zastępcą — powiedział. I kiedy już myślałem, że będzie mi to musiało 

wystarczyć, dodał: — I nie wiem. Szef też nie wie. Mamy znaleźć skarb, ale tu nikt go nie 
zakopywał.

Poczułem,   że   gdzieś   z   tyłu   podjechał   do   mnie   otwarty   piec   hutniczy.   Poruszyłem 

łopatkami, ale uczucie gorąca nie ustępowało.

— Czy to jakaś przenośnia? — wykrztusiłem.
Brodacz wyciągnął rękę, wyjął mi z dłoni blok i wyszarpnął z niego jeszcze jedno piwo. 

Wychłeptał   je   z   szybkością   zbliżoną   do   rekordu   świata   i   już   bez   eksperymentów   z 
kameleonem rzucił pod nogi.

— Jakaś firma wykupiła ten teren za grosze i zamierza na nim zrobić kokosy. Ktoś ich 

wpuścił. — Tym razem bezgłośnie wypuścił powietrze. — Nic tu nie ma. Glina i pył. 
Mówiliśmy to klientom już po sondowaniu satelitarnym, ale chcieli szczegółowych badań, 
to mają.

— Niespecjalnie się spracowaliście... — rozejrzałem się po obozie.
— A bo już skończyliśmy robotę. — Bez pytania sięgnął znowu do bloku i przelał 

zawartość jednej z pozostałych puszek do własnej rafinerii. — Teraz będą realizować drugi 
wariant: użyźnianie gleby. Mają tu zrobić ogrody Semiramidy.

Wessał piwo, aż trzasnęło denko. Pokręciłem głową.
— Chłopie, ale masz sys! — powiedziałem z podziwem. Zrozumiał, co mam na myśli. 

Popatrzył   na   trzymaną   przeze   mnie   połówkę   bloku.   Popatrzył   łapczywie.   Od   tego 
spojrzenia po czułem ucisk w pęcherzu. — Macie tu gdzieś WC? — zapytałem.

— A tu... — wskazał głową barak, z którego wcześniej wyszedł.
Skorzystałem   z   ubikacji   i   z   chwili   czasu   do   namysłu.   Podniecenie   opadło.   Słowa 

kameleona   o   skarbie   nie   mogły   być   niczym   innym   jak   banalnym,   ironicznym 
podsumowaniem nieudanej inwestycji. Wyszedłem przed barak. Brodacz upuścił kolejną 
pustą puszkę i zręcznie kopnął ją w locie.

— A szef? — zapytałem.
— Trzy   dni  temu  wyjechał  z  raportem.   Mnie  to  kiśnie  —  wzruszył  ramionami.   — 

Zgarnę   nawóz,   pogadam   z   najbliższym   odpowiednikiem   i   zmieniam   hals.   —   Znowu 
wsadził łapę pod kombinezon. — Mam dość swojej małżeńskiej nadkwasoty — zakończył 
cicho, jakby żona mogła podejść i podsłuchać.

— I   cały   ten   teren   musieliście   sprawdzić?   —   powiedziałem   z   niedowierzaniem, 

zataczając palcem koło nad głową.

— Ehe! Caluteńki.  Półtora tysiąca kwadrakilów.  My  to...  — znowu  ściszył  głos — 

...robimy w dwa tygodnie. Ale nawóz wzięliśmy za dwa miesiące.

— Jasne — zgodziłem się. — Jak można skubnąć, to czemu nie...
— Głupiś! — rzucił beztrosko. — Trzech ludzi z firmy cały czas siedzi nam na karku. 

Nikt   nie   próbuje   ich   kantować.   Po   co?   Dość,   że   nadzwyczaj   sumiennie   wykonujemy 
zamówienie. Mnie wystarczyłyby trzy dni, mam nosa. Ale... — Otworzył puszkę i wypił 

background image

piwo dwoma łykami. Zacząłem się bać, że rzuci mi wyzwanie. — Rozumiem ich: jeśli chcą 
zacząć to uprawiać, nie mogą sobie pozwolić na błędy.

— A ci ludzie z firmy... Są tu jeszcze?
— Pojechali z szefem. Może się z nimi spotkasz, jeśli jeszcze tu wrócą. Biała cliferia z 

ogonem kojota przyczepionym do tylnego zderzaka.

 Odwrócił się i poszedł z powrotem do baraku. Zabrał ostatnie cztery piwa, ale za to tuż 

przed wejściem do domku sięgnął pod kombinezon i rzucił coś za siebie. Nie czekałem, aż 
to coś doleci do mnie. Wskoczyłem do trafalgara i żeby sobie ulżyć, pokląłem na głos. 
Nigdy mi to nie pomagało, dzisiaj też nie. Zanim kombinezon zdążył ponownie ściemnieć, 
a brodacz zniknąć w otworze drzwi, wychyliłem głowę przez okno i wrzasnąłem:

— A niecka?
Odwrócił się i chwilę patrzył na mnie, jakby w nadziei, że wyjmę jeszcze jeden blok 

piwa, a widząc, że tkwię nieruchomo w oknie, rzucił:

— Sie zasypie. Żałują, że nie ma takich więcej. Gdzieś muszą zsypać ten żużel, zanim 

nawiozą humus.

Wszedł w strefę cienia. Kameleon błyskawicznie ściemniał i mężczyzna w pół sekundy 

zniknął jak zdmuchnięty. Przez chwilę widziałem jeszcze głowę, potem drzwi warknęły, 
jakby w ich tryby dostał się żwir i niczym kurtyna odcięły nas od siebie.

Minęło pół godziny, zanim znalazłem się nad brzegiem niecki, z której wyszli i w której 

zniknęli   rabusie.   Stojąc   na   brzegu   urwiska   widziałem   osiem   betanitowych   pali, 
rozmieszczonych parami po obu stronach zagłębienia. To właśnie na nich umocowany był 
dach, pod którym złodzieje mogli spokojnie przygotować się do akcji i równie spokojnie ją 
zakończyć. Poza tymi palami, wrakiem jakiegoś wozu i dwoma śladami po ogniskach, dno 
uderzało beznadziejną pustką i martwotą. Zresztą cały ten teren atakował człowieka ponurą 
nijakością. Pustynia, normalna, zdrowa pustynia ma swoje oblicze — życie nie afiszuje się 
specjalnie,   ale   istnieje   w   zdecydowanej   formie.   Tutaj   natomiast   szarość   i   bylejakość 
wysuwały się na pierwszy plan, jak w azjatyckiej dzielnicy nędzy czy w opuszczonym, 
rozwalającym się domu. Dłuższy spacer po tym terenie mógł odebrać chęć do życia, w 
każdym razie na mnie podziałał przytłaczająco. Nie bez znaczenia pozostawało zapewne 
moje   nastawienie   i   przeczucie   porażki,   coraz   mocniej,   natrętniej   sygnalizujące   swoją 
obecność. Usiadłem i zapaliłem.

Przypomniałem sobie rozmowy z Nickiem i Dougiem i staranność, z jaką wszyscy trzej 

unikaliśmy rozważań na temat szans utrafienia akurat w okres, w jakim złodziej, rozmyślnie 
lub przypadkowo, ujawni fakt posiadania kolekcji. Udawaliśmy, że wierzymy w nasz fart, 
może próbowaliśmy wymusić na losie, żeby tak posterował biegiem wypadków, jak nam to 
będzie potrzebne. W każdym razie konsekwentnie trzymaliśmy się teorii, że najtrudniejszą 
sprawą   będzie   dotarcie   do   przyszłości,   później   sprawa   będzie   już   prosta   jak   Czwarta 
Autostrada. Zgarnąłem kupkę żwiru i zacząłem rzucać w dół, celując we wrak samochodu. 
Celność rzutu oznajmiał światu brzęk blachy. Działo się tak co drugi, trzeci raz. Wszystko 
się   sprzysięgło,   żeby   mnie   irytować.   Rzuciłem   całą   garść   kamyków.   Część   trafiła   w 
pogiętą, pordzewiałą blachę.

Mógłbym poszukać Owena Yeatesa A.D. 2076 albo takiegoż Sarkissiana. A co będzie, 

jeżeli   już   nie   żyjemy?   Ten   pomysł   rozważałem   kilka   tysięcy   razy   i   tyleż   razy   umysł 
reagował   jednoznacznie,   i   tak   samo   jeżyły   mi   się   włosy   na   karku,   i   w   mgnieniu   oka 
wysychało   gardło.   Zaraz,   pomyślałem,   a   może...   Dzisiejszy   Owen   Yeates   powinien 

background image

wiedzieć,  że właśnie w tej chwili  siedzę  pogrążony w rezygnacji.  Powinien  pomóc  mi 
jakoś, podsunąć wskazówkę, natchnąć wiarą. Przecież wystarczyłoby, myślałem z goryczą, 
pełen pretensji do samego siebie, żeby zadzwonił do hotelu i anonimowo dodał mi otuchy.

— Świnia jestem — powiedziałem głośno i wcale mi nie ulżyło.
Chyba że... Chyba że nie ma już Owena Yeatesa...? Może nie ma też Sarkissiana i Nicka. 

Może...

— Tfu! Żeby...
Zerwałem się na równe nogi, kopnąłem żwiro—glino—pył i powlokłem się do wozu. 

Opadłem   na   siedzenie,   wystawiając   nogi   na   zewnątrz.   Na   złość   światu   wyrzuciłem 
papierosa  i   natychmiast  zapaliłem   nowego.   W  polu   mojego  widzenia   znalazł  się  ekran 
kompa. Uniosłem prawą rękę i małym palcem wystukałem wezwanie.

— Komunikacja z klawiatury czy foniczna?
— Foniczna... — powiedziałem.
— Ustal   hasło,   od   którego   rozpoczynać   będziesz   każdorazowo   kolejną   sekwencję 

dialogu. Dotyczy wozu bez pasażera.

— Trójka.
— Kod przyjęty.
— No to powiedz mi... — Podrapałem się po brodzie. — Czy możesz znaleźć w spisie 

ludności... Nie. Zapomnij o tym. — Otworzyłem lodówkę i wsadziłem do niej rękę. Po 
omacku sprawdziłem zawartość, ale duchota i zniechęcenie odebrały mi chęć nawet na 
drinka. — Czy możesz sam wyjechać na szosę?

— Tak. Tą samą drogą czy inną?
— A jest jakaś różnica?
— Droga, którą przyjechałeś, jest chwilowo zablokowana. Zbliża się biała cliferia SRR 

sześćset   pięćdziesiąt   dziewięć   „U”   siedemdziesiąt   osiem.   Wyminięcie   wykluczone   z 
powodu piasku.

Usiadłem i spojrzałem przez ramię. Najpierw zobaczyłem smugę pyłu, odrywającą się od 

podłoża i rozszerzającą w miarę nabierania wysokości, potem na ostrzu tego wiru pojawił 
się biały, smukły samochód, który zbliżał się, wycelowany w moją stronę niczym lufa 
czołgu na stabilizatorach. Skojarzenie z czołgiem chyba zadziałało — wsunąłem nogi do 
wnętrza i powiedziałem:

— Mapę okolicy! Szybko!
Oderwałem na chwilę wzrok od cliferii, ale ekran tak był porysowany szczegółami mapy, 

jak twarz stulatka zmarszczkami. Nieczytelny.

— Pokaż mi tylko drogi, wybierz tę, na której będziesz miał przewagę na cliferią.
— To jest samochód o pół klasy lepszy od trafalgara — przyznał komp.
— No to wybierz jakaś krętą drogę! Cliferią podjechała bliżej i zatrzymała się.
— Kiedy powiem „start”, wykonasz zwrot o sto osiemdziesiąt stopni najszybciej jak 

możesz   i   pełnym   gazem   ruszysz   do   przodu.   Przejmę   prowadzenie,   kiedy   dotknę 
kierownicy. Ogólny kierunek jazdy... — rzuciłem okiem na ekran z mapą — ...szosa do 
Buffalo Canyon.

Cliferia stała nieruchomo. Fotochromowe szyby uniemożliwiały skontrolowanie wnętrza 

wozu, ale opanowało mnie przeświadczenie, że są tam co najmniej dwie osoby, może nawet 
więcej. Jeśli się nie myliłem, to nie mogły mieć wobec mnie dobrych zamiarów — nikt nie 
sprzecza się tak długo o to, kto ma wyjść i porozmawiać z kierowcą innego samochodu. 

background image

Można natomiast zastanawiać się, jak najlepiej go podejść. Ale tę hipotezę należało poddać 
czynnej weryfikacji.

— Start... — Niemal zwaliłem się na drugi fotel. Stuknąłem tyłem głowy o szybę w 

drzwiach, zaparłem się nogami o podłogę.

— Podgląd na szybę.
Z tyłu eksplodowała kurzawa. Przyjrzałem się mapie i sięgnąłem po biffax. Jego ciężar 

natychmiast przeważył stertę wątpliwości, wypadły z samochodu przez rurę wydechową, 
jeśli trafalgar takową posiadał. Uświadomiłem sobie, że jak niczego na świecie pragnę, 
żeby   cliferia   naprawdę   zamierzała   mnie   zaatakować.   Gdy   licznik   przeskoczył 
dziewięćdziesiątkę,   zobaczyłem   na   tylnej   szybie   maskę   białej   damy.   Gnała   za   mną, 
wyraźnie nadrabiając opóźnienie na starcie. Wcisnąłem połówkę papierosa do popielniczki, 
poprawiłem   się   w   fotelu   i   chwyciłem   kierownicę.   Trafalgar   przekazał   mi   prowadzenie 
bardzo sprawnie, miękko, wóz nie zboczył z trasy ani o centymetr. Wbiłem stopę w szynę 
akceleratora i lekko skręciłem kierownicę.

— Daj na mapę nasz znacznik — mruknąłem do kompa.
Pędziliśmy w kierunku wybranej wspólnie drogi, zaczynającej się ni z tego, ni z owego i 

kończącej   się   na   Siódmej   Stanowej.   Ruch   kierownicy   zaowocował   nowym   kłębem 
kurzawy, ale cliferia śmiało się w nim zanurzyła. Mogli mieć ekran na podczerwień, a ja nie 
siedziałem w bastaadzie wyposażonym w niespodzianki dla natrętnych pościgowców. Do 
wylotu   szosy   miałem   jeszcze   niecałe   trzy   kilometry,   wahnąłem   kierownicą,   najpierw 
oddalając  się  od  celu,  a  potem,  kiedy  cliferia męczyła się  jeszcze  w pyle,  skręciłem  z 
powrotem. Akcelerator zaparł się o podłogę. Zyskałem kilkanaście metrów. Skręciłem, ale 
to   już   nie   zmyliło   ścigających.   Zobaczyłem,   jak   otwiera   się   okno   z   prawej   strony, 
zacieśniłem skręt, żeby karoseria cliferii zasłoniła mnie przed okiem wychylającego się z 
okna mężczyzny. Nie mogło to trwać wiecznie — jeżeli chciałem trafić na szosę, musiałem 
podstawić swój bok na strzał. Mężczyzna wychylił się, ale jeszcze nie strzelał, poprawiał 
swoją   pozycję.   Wykorzystałem   to   na   wykonanie   manewru,   dzięki   któremu   wprawdzie 
wykręciłem tak, jak chciałem — w bok od wylotu, ale który jednocześnie pozwolił pogoni 
zbliżyć   się   na   odległość   pięćdziesięciu   metrów.   Strzelec   uniósł   rękę   z   czymś 
przypominającym broń krótką, ale o dziwnie długiej lufie. To coś mogło być celne. Cliferia 
prawie się nie kołysała. Wszystko sprzyjało przeciwnikom.

— Czy można włączyć drugi silnik? Czy to zwiększy prędkość?
— Tak, ale niezborność taktów zrujnuje oba napędy.
— Nie dyskutuj! Szybko!
 Wozem szarpnęło, do niskiego mruczenia elektronapędu dołączył tuberkuliczny charkot 

napędu spalinowego. Mężczyzna strzelił, pocisk musnął karoserię z mojej prawej strony i 
czterdzieści metrów przede mną wzbił się mały obłoczek kurzu. Odczekałem dwie sekundy, 
jednocześnie wdusiłem akcelerator i skręciłem w prawo, a potem — mocniej — w lewo. Do 
szosy   zostało   mi   pięćset   metrów.   Ścigający   wygrzebywali   się   z   chmury   pyłu 
nadspodziewanie długo, strzelec dwa czy trzy razy nacisnął spust. Wszystko poszło obok, 
ale mógł mieć jeszcze dużo tego świństwa.

— Pokaż mi, czym można ręcznie sterować...
Cały panel przede mną odskoczył, przekręcił się i zapadł gdzieś pod szybę przednią. 

Zobaczyłem trzy szeregi identycznych dźwigienek oznaczonych cyframi.

— Czy możliwe jest awaryjne zrzucenie pneumatyków?

background image

— Tak.   Przednie:  dźwignia  numer   cztery;  tylne:   numer  pięć.   Odtwarzanie  ciśnienia 

potrwa piętnaście minut, przy unieruchomionym samochodzie.

— Cudownie!
Licznik wahał się, wskazując sto trzydzieści dziewięć, sto czterdzieści, zupełnie jakby 

stukał czołem w szybę odgradzającą go od wyższych wielkości. Wpadłem na rozjeżdżoną 
deltę   wylotu   szosy.   Zacisnąłem   zęby   i   modląc   się   o   długie   życie   dla   konstruktorów, 
hutników i monterów — pod warunkiem, że dobrze zrobili swoją robotę — przeleciałem 
muldy w stylu idiotycznym. Trzy sekundy później zrobili to moi prześladowcy. Początek 
szosy wyglądał korzystnie — łagodny półkilometrowy skręt w lewo. Strzelec wychylił się 
mocno i pyrknął serią. Jeden pocisk trafił w spojenie tylnego słupka, huknęło mocno. Drugi 
ugrzązł   w  karoserii,   chyba  nad   lewym   przednim   kołem.   W  normalnym   samochodzie   z 
moich czasów zastanawiałbym się, co poszło: chłodnica, pompa paliwowa? W tym nie 
miałem   kiedy   zajrzeć  pod   maskę,   nie  wiedziałem   nawet,   gdzie   są   umieszczone  silniki. 
Zwolniłem.

— Gdzie jest wyłącznik świateł stopu? — krzyknąłem.
— Dźwignia osiemnaście.
 Wyłączyłem „stopy”. Cliferia była już tak blisko, że widziałem, jak kamyki spod moich 

kół uderzają w jej maskę. Blondyn z rozwianymi włosami wrzasnął coś i ponownie uniósł 
lufę. Wpadłem na krótki prosty odcinek. Uderzyłem w dźwignię numer pięć i najmocniej 
jak   mogłem   wbiłem   stopę   w   pedał   hamulca.   Puściłem   kierownicę   i   zapadłem   w   fotel, 
właściwie usiadłem na podłodze, plecami opierając się o brzeg siedzenia. Coś potężnie 
walnęło w tył trafalgara, głowa odskoczyła mi do tyłu, przed oczami pociemniało, ale udało 
mi się zobaczyć, jak przez przednią szybę przelatuje podwozie cliferii. Rzuciło mnie dla 
odmiany do przodu i huknąłem brodą w kierownicę. Cliferia zaryła nosem w szosę, odbiła 
się, pół sekundy gnała do przodu z zadartym dziobem, w końcu jeszcze raz grzmotnęła 
przodem  i  wjechała  na  grzbiet stoku,   wzdłuż  którego jeszcze  przed  chwilą  pędziliśmy. 
Zatrzymałem się, szarpnąłem drzwiczki. Cliferia wykonała w powietrzu pół śruby i zaczęła 
koziołkować w dół. Biegłem za nią z biffaxem w ręce, zastanawiając się, czy kondensat, o 
którym wspomniał Johannatas, może eksplodować. Nie eksplodował. Cliferia zakończyła 
ewolucje, zatrzymując się na boku. Wpadłem na nią z rozpędu, zawahała się i opadła na 
koła. Nie musiałem otwierać drzwi — brakowało wszystkich szyb. Kierowca siedział w 
miarę normalnie, w pasach, ale zalaną krwią twarz odwrócił do tyłu w taki sposób, że 
musiało mu się udać rzucić spojrzenie na własne plecy. Ostatnie. Strzelec utrzymał się w 
samochodzie   tylko   do   połowy.   Druga   część   jego   ciała   kilkakrotnie   dostała   się   między 
karoserię i podłoże podczas koziołkowania. Żeby go obszukać, musiałbym mieć sito i wąż 
strażacki. Otworzyłem drzwiczki od strony kierowcy i pobieżnie przeszukałem kieszenie 
jego kamizelki. Puste. Wsunąłem się do wozu, niemal klękając na kolanach trupowi, i przez 
chusteczkę otworzyłem skrytkę. Nic. Obszedłem wóz dookoła. Ogon kojota jeszcze trzymał 
się zderzaka. Zderzak trzymał się karoserii. Nadzwyczaj mocny wózek. Schowałem pistolet 
i wróciłem do trafalgara. Po drodze natknąłem się na broń, z której strzelano do mnie dwie 
minuty temu. Była zalana krwią, lufa była złamana. Zostawiłem ją tam, gdzie leżała.

— Samochód w porządku? — zapytałem.
— Można kontynuować jazdę. Przez dziesięć minut proszę nie przekraczać prędkości 

czterdziestu kilometrów na godzinę. Muszę odtworzyć ciśnienie w pneumatykach. Poza 
tym informuję, że zawiadomiłem pana Johannasasa Upnuma o uszkodzeniach. Jest na linii.

background image

— Z   kim   trzymasz?   —   mruknąłem.   —   Połącz   mnie...   Dzień   dobry!   —   zawołałem 

raźnie, gdy usłyszałem sapanie w głośnikach. — Wie pan, że miałem niemiłą przygodę? A 
samochód spisał się znakomicie...

— Nic dziwnego! — roześmiał się triumfująco. — Szacunkowe koszta wynoszą dwa i 

pól tysiąca — dodał tym samym tonem.

— Jak je panu przekazać?
— Jak to? Przecież jest ubezpieczony — zdziwił się, a ja bezgłośnie zrugałem siebie za 

głupotę. — Dobrze, że się panu udało. Komp zrelacjonował mi tę zabawę. Bardzo chytre, 
bardzo! — pochwalił.

— Mam nadzieję, że to zostaje między nami?
— Nawet Torąuemadę zdziwiłaby moja odporność na pytania.
— No to serdeczne dzięki. Do zobaczenia.
— Powodzenia — rzucił i rozłączył się.
Sięgnąłem do lodówki i spróbowałem się ochłodzić przy pomocy obniżenia temperatury 

od   wewnątrz.   Zapaliłem   i   poczułem   się   wspaniale.   Jakaś   wredna,   mała,   zjadliwa   myśl 
odezwała   się   wprawdzie:   „A   jeśli   to   po   prostu   byli   amatorzy   mocnych   wrażeń?   Albo 
chłopcy spod znaku Mechanicznej Pomarańczy? Hę?”, ale tak ją kopnąłem, że ze świstem 
zniknęła za horyzontem. Zanim jeszcze przepadła, dobiegł mnie jej wrzask: „Zabiłeś dwóch 
ludzi!”   Schowany   gdzieś   pod   kopułą   czaszki   usłużny   kawałek   egoizmu   odkrzyknął 
natychmiast: „To może miałem dać się podziurawić?!” i zamerdał ogonkiem. Poklepałem 
go po głowie i poczęstowałem solidną porcją bourbona. Chwilę potem drugą nalałem sobie.

Zarząd  ETWIX  miał  siedzibę  na  Placu Liftmeyera.  Znalazłem hotel,  z okien którego 

mógłbym, gdybym chciał, wpatrywać się w główne wejście do budynku. Nie potrafiłem 
opanować tej chęci, tak samo jak nie potrafiłem jej wytłumaczyć. Wynająłem apartament, a 
gdy   znalazłem   się   w   pokoju,   nawet   nie   podszedłem   do   okna.   Zapadłem   się   w   fotelu. 
Poruszył się i zapytał cichym, sympatycznym głosem:

— Czy życzy pan sobie masaż?
Kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby nie zerwać się na nogi z przekleństwem na ustach.
— Nie. I na przyszłość nie odzywaj się nieproszony.
Zapaliłem.   Rozsiadłem   się   wygodnie.   Wrzuciłem   zapałkę   do   oczekującej   już   na   nią 

popielniczki. Natrętność sprzętów kojarzyła mi się z bezczelnymi boyami, wymuszającymi 
napiwki, by później pogardliwie uśmiechać się na korytarzu. Dość wprawnie nawiązałem 
kontakt głosowy z kompem i jeszcze raz kazałem podać sobie wszystkie dane o ETWIX. 
Nazwiska,   przede   wszystkim   nazwiska.   Wczytywałem   się   w   długie   szeregi   nazwisk 
członków   zarządu,   później   poważniejszych   akcjonariuszy,   potem   ważniejszych 
pracowników,   mniej   ważnych   pracowników,   szeregowych   pracowników.   Niemal 
nauczyłem się ich na pamięć, ale żadne z nich nie odezwało się echem w moim mózgu. 
Podkarmiłem   popielniczkę   czterema   niedopałkami,   ale   żadne   z   nas   nie   podskoczyło   z 
radości. Brakowało mi twórczej myśli, wobec czego musiałem zacząć coś robić, bo tylko w 
ten   sposób   można   wydusić   z   siebie   pomysły.   Zjechałem   do   podziemi,   do   centrum 
handlowego.   Tylko   dwa   czy   trzy   sklepy   obsługiwane   były   przez   ludzi,   ominąłem   je. 
Najpierw zatrzymałem się w salonie Zeissa. Miał wygodne fotele, a blat stołu natychmiast 
rozkwitł powitalnym tekstem.

— Mocną   lornetę   i   aparat...   —   zawahałem   się,   ale   dokończyłem,   używając 

archaicznego określenia: — ...fotograficzny.

background image

— Proszę sprecyzować: błona światłoczuła, trwałe jednokrotne odbitki, dysk cyfrowy?
— Dobrze,   konkretyzuję:   aparat   fotograficzny   z   teleobiektywem,   najwyższa   klasa, 

odbitki muszą być również najwyższej jakości. Duża pojemność.

— W   takim   razie   proponujemy   YUP—L,   pojemność   dysku   pięć   tysięcy   sześćset 

sześćdziesiąt jednostek. Pełna kompatybilność...

— Dobrze, może być. Lorneta również dużej mocy, noktowizor. Aha! Statyw i łącza. 

Ile będę czekał?

— Półtorej minuty. Jaką życzy pan sobie formę rozliczenia?
— Z konta.
Ekran zgasł, ale gdy tylko oparłem się łokciem o stół, pojawił się na nim tekst. Rzuciłem 

okiem.

„Druga Kongregacja Poszukiwaczy Prawdziwej Charyzmy. Szukasz pociechy? Wątpisz? 

Brak ci pewności we własnych poczynaniach? Ciąży ci balast własnych dokonań?”

Wytrzeszczyłem   oczy.   Wszystko   pasowało   do   mnie   jak   ślimak   do   własnej   muszli. 

Zaschło mi w gardle.

„Dla takich jak Ty, jak My! Uruchomiony przez DKPPC program odpustów da ci szansę 

znalezienia w każdym momencie pociechy wypływającej z Pokuty! Program ma wpisanych 
ponad trzy tysiące grzechów standardowych oraz możliwość kompilowania ich w różnych 
układach.   W   razie   wystąpienia   grzechu   indywidualnego,   program   wskaże   najbliższy 
merytorycznie   grzech,   żebyś   mógł   natychmiast   rozpocząć   Pokutę,   którą   dokończysz   w 
dogodnym   dla   Ciebie   czasie   i   miejscu.   W   takim   przypadku   otrzymasz   zaświadczenie, 
którego zawartość pokutnicza odjęta zostanie od wyznaczonej przez Patrona. Oto lista.

Aberracja modlitewna. Abiuracja incydentalna. Abiuracja powtarzalna. Ablacja wiary...”
Z podłogi wysunął się lekki, obłych kształtów automat na szerokiej podstawie. Podjechał 

do mnie i zachęcająco otworzył kopułkę, pod którą przyniósł coś, co musiało być lornetą i 
drugie coś, co na zasadzie wykluczenia statywu i przewodu nazwałem roboczo aparatem 
fotograficznym. Wiara firmy w moją inteligencję rozśmieszyła mnie, zarechotałem i szybko 
zamilkłem,   speszony   konsekwentnie   prezentowaną   listą   grzechów   standardowych. 
„Anestezja   wobec   przejawów   Charyzmy.   Angeulisme...”   Szybko   wystukałem   na 
podsuniętej   klawiaturze   swój   kod   bankowy,   poczekałem,   aż   komp   go   zweryfikuje   i 
wyskoczyłem   z   zakupami   z   salonu.   Skorzystałem   z   automatyzacji   trafiki   tytoniowej, 
wstydliwie schowanej w odległym kąciku i wyjaśniłem ostatecznie sprawę golden gate'ów. 
Umarły nieodwołalnie sześć lat temu. Zrobiło mi się żal samego siebie, również tego siebie, 
który właśnie teraz się męczył. Wydarłem z łap automatu zamówione Marlboro, dokupiłem 
paczkę czarnych Dragonów. Wrzuciłem do urny rozliczeniowej dziesiątkę i nie czekając na 
resztę,   pełen   niesmaku   wyszedłem   na   korytarz.   Objuczyłem   zakupami   najbliższy 
transporter   i   pomaszerowałem   do   sekcji   odzieżowej.   Udało   mi   się   znaleźć   w   miarę 
normalne ubranie — spodnie miały tylko dwie nogawki, koszule nie śpiewały, bielizna nie 
pieściła   podbrzusza,   skarpety   nie   mierzyły   temperatury,   a   buty   nie   bawiły   się   w 
wyznaczanie azymutu. Wszystko miało trwałe, niezmienialne kolory i musiało leżeć na 
samym   dnie   podziemnego   magazynu,   skoro   nawet   komp   sumitował   się   za   zwłokę   w 
dostarczeniu   zamówionych   towarów.   Rosła   we   mnie   złość.   Dopiero   gdy   wyszedłem 
purpurowy po godzinnej gorącej kąpieli, uzupełnionej szklaneczką whisky, nieco pogodniej 
spojrzałem na świat.

Dwadzieścia minut później ustawiłem przy oknie lornetę i aparat. Przyjrzałem się sobie z 

boku i obiektywnie stwierdziłem, że wyglądam śmiesznie. Ale nie śmiałem się. Z dwóch 

background image

opakowań po dyskach wykonałem zgrabne rusztowanie, na którym zacząłem umieszczać 
kolejne papierosy, w miarę ich zapalania. Musiałem stoczyć małą bitwę z popielniczkami, 
które   odważnie   ruszyły   do   walki   o   popiół.   Mnie   też   był   potrzebny,   musiałem   więc 
przewrócić   je   wszystkie   i   trzymać   na   dystans.   Kwadrans   później   zaniechałem   walki, 
zgarnąwszy pół szklanki czarnego popiołu. Popielniczki szamotały się, usiłując podnieść 
swoje owadzie ciała, fotel skoczył do stołu, ale było za późno. Doszedłem do porozumienia 
z kompem,  czego  owocem była  mała igłowa drukarka  zaoferowana  mi  poza zestawem 
standardowym. W torbie wypełnionej zawartością kasety z kotliny znalazłem kopertę z 
prezydenckim   dokumentem,   wkręciłem   ją   do   drukarki,   z   której   usunąłem   pojemnik   z 
tuszem i ustawiłem drukarkę na sztorc. Posypując kartkę popiołem wystukałem potrzebny 
mi tekst, zdmuchnąłem niewykorzystaną nadwyżkę, sprawdziłem, czy litery się trzymają i 
zapakowałem dokument do przezroczystej koperty. Część planu zrealizowałem. Dla relaksu 
popatrzyłem chwilę przez lornetę i zrobiłem zdjęcie jakiejś Chineczce wychodzącej z wrót 
ETWDC. Dla uzyskania wprawy pobawiłem się aparatem, a kiedy udało mi się w kilka 
sekund wykadrować napis na oprawie okularów dziewczyny, uznałem, że osiągnąłem cel.

Teraz, żeby przejść do kolejnej części krystalizującego się planu, powinienem sprawdzić, 

kim   w   hierarchii   służbowej   jest   Doug,   ale   jeszcze   w   swoich   czasach   przysiągłem,   że 
prędze)   dam   sobie   uciąć   rękę,   niż   sprawdzę,   jak   potoczyły   się   losy   którejkolwiek   ze 
znanych mi osób.  Gdyby ktoś mnie zapytał,  dlaczego gwałcę własną, nietemperowalną 
ciekawość, odpowiedziałbym, że takie podglądanie przyszłości wydaje mi się ohydniejsze 
niż   koprofagia   czy   obmacywanie   pięcioletnich   dziewczynek.   Gdyby   o   to   samo   zapytał 
któryś   z  przyjaciół,   mógłbym   dodać,   że   według   teorii   Heyrouda,   a  jak   dotychczas   nie 
mieliśmy   powodu   wątpić   w   jej   słuszność,   każda,   najdelikatniejsza   nawet   ingerencja 
pozostawiała po sobie ślad. Nie chciałbym wrócić do swoich czasów i przekonać się, że 
Sarkissian pracuje jako linoskoczek w cyrku, a Owen Yeates skończył na szubienicy w 
Meksyku.

Włożyłem   na  siebie  czyste   ubranie,   cholera,   musiałem  przyznać,   że  było  wygodne,   i 

uruchomiłem komp.

— Połącz mnie z...
Właśnie. Najlepsze byłoby CBI, ale a nuż trafię tam... Policja będzie bezpieczniejsza. 

Tylko z kim? Komendant? Rozniesie się. Ale niższe szarże mogą być wychowane w duchu 
totalnej subordynacji. Może jakaś komórka specjalna?

— Kasuję. Daj mi schemat policji miejskiej. Mam priorytet „Dwadzieścia trzy zera”.
Przyjrzałem   się   schematowi.   Od   razu   rzuciły   mi   się   w   oczy   trzy   odstające   od 

znormalizowanej drabiny sekcje i natychmiast znalazłem swoje przeznaczenie — Oddział 
Prewencji   Terrorystycznej.   Kochany   terroryzm!   Nie   wyginął,   złociutki!   Poczekał   na 
rozdartego niepewnością Owenka. Moje ty...!

— Połącz mnie z komendantem Oddziału Prewencji Terrorystycznej. Stop! Jak on się 

nazywa?

— Thunderbird Hittelman. Łączyć?
Na pewno nie znałem żadnego Thunderbirda, a tym bardziej człowieka, który mógłby 

nazwać syna jak model samochodu sprzed dwóch wieków. Chwilę przypominałem sobie, 
jak też nazywał się przezabawny wozik, którego plastykową karoserię mogły rozerwać na 
strzępy   dwie   niegrzeczne   dziewczynki:   wagant?   birbant?   Trabant!   Tak,   trabant! 
Rozśmieszyła   mnie   myśl,   że   mógłbym   dać   synowi   na   imię   Trabant.   Trabant   Yeates. 

background image

Postanowiłem   jak   najszybciej   zapomnieć   o   tym   sposobie   nadawania   imion   dzieciom. 
Zresztą Philowi imię znalazła Pyma. A gdyby tak Pyma miała na imię...

— Dość! Hee... Połącz mnie z panem Hittelmanem. Z wizją.
Czekałem pół minuty. Thundie musiał pewnie dopić kawę albo dopiąć rozporek. Uderzyła 

mnie trafność własnych domysłów, gdy zobaczyłem jego niezadowoloną minę. Zachowując 
śmiertelną powagę na obliczu, skłoniłem szybko głowę.

— Dzień dobry. Mówię z szefem OPT?
— Tak — Na widok mojej kamiennej twarzy zainteresował się wyraźnie.
— Chciałbym spotkać się z panem. Zajmę kilka minut, ale miejsce musi być absolutnie 

ekranowane.

— Dość zastanawiająca propozycja, nie uważa pan? — powiedział, trochę bez sensu jak 

na   szefa   komórki   antyterrorystycznej.   Chyba   że   to   pytanie   uruchamiało   nagrywanie 
rozmowy.

— Dziwne, że pan się dziwi. Nie macie lokalu na spotkania z konfidentami?
Teraz zdziwił się naprawdę.
— Konfidentami? — powtórzył. — Człowieku, kto teraz tak mówi? Gdyby któryś ze 

świerszczy to usłyszał, zerwałby z nami kontrakt!

— Nazewnictwo chyba nie ma znaczenia? — powstrzymałem się od otarcia potu z 

czoła. — Gdzie i za ile? To musi być dzisiaj, jak najszybciej. Nie będę pana zanudzał 
gadaniem, że sprawa jest poważna i wymaga zdecydowanego działania.

— A gdybym tak dowiedział się, z kim mam przyjemność? — podrapał się po brodzie, 

chyba tylko po to, żeby rzucić spojrzenie w dół.

— Proszę   natychmiast   utajnić   naszą   rozmowę   —   powiedziałem   z   naciskiem,   — 

Mógłbym postarać się o kontakt bez zdradzania swoich personaliów, a skoro tego nie robię, 
to okazuję zaufanie panu i pańskiemu profesjonalizmowi. Natychmiast proszę skasować 
nagranie. Gdzie i o której?

Wygłosił serię krótkich, energicznych chrząknięć, poruszył szybko ręką.
— Za godzinę zaczyna się mecz Wieżowców z Jamnikami. W kasie będzie na pana 

czekał bilet, na pana nazwisko... —— Miałem rację, zlokalizował mnie podczas rozmowy. 
— Miejsce z prawej zajmie mój człowiek. Zaprowadzi pana do mnie.

— Dobrze.
Część z tej godziny spędziłem oglądając co ciekawsze fragmenty spotkań futbolowych. 

Przepisy   pozostały   bez   zmian,   piłkę   nafaszerowano   sensorami,   gigantyczne   ekrany 
zalewały widzów potopem danych, „...przebiegł z piłką tyle to a tyle centymetrów, po czym 
podał ją z siłą...”, „kopnięcie nadało piłce przyspieszenie...”, „ciała... i... zderzyły się z 
siłą...” Sama gra miała jednak chwytające za serce momenty.

Trzydzieści   minut   przed   meczem   sprawdziłem,   jak   można   się   dostać   na   stadion, 

zostawiłem trafalgara w rękach hotelowego serwisu i częściowo pieszo, częściowo — już 
na terenie Sportpolu — ruchomym chodnikiem dostałem się pod kasy stadionu. Praktycznie 
całe   ogrodzenie   było   jedną   wielką   kasą,   która   pośpiesznie   połykała   opłaty   i   znikała, 
przepuszczając   kibica.   To,   co   dwa   dni   wcześniej   wziąłem   za   oszołomienie   barwnymi 
karnawałowymi   strojami,   okazało   się   wypływać   wyłącznie   z   mojej   ignorancji   i 
prowincjonalnego   zacofania.   Pozazdrościłem   daltonistom.   Uskoczyłem   z   drogi   piątce 
młodzianów wbitych w nadmuchiwane, grube materace. Biegli nie zwracając najmniejszej 
uwagi   na   pierzchający   w   popłochu   tłum,   co   kilkanaście   metrów   rzucali   się   głową   do 
przodu, odbijali od glasfaltu — który tu zachował się w charakterze podłoża — lecieli 

background image

bezwładnie, jakimś cudem lądowali na nogach i pędzili dalej. Zaczynało docierać do mnie, 
że   idąc   na   mecz   tak   spokojnie,   muszę   być   w   tłumie   widoczny   jak   dziewica   na   placu 
Czterech Wiatraków. Na tle napisu „Bar Duch” wyciągnąłem rękę do góry i ryknąłem:

— Do grobu!
— Śmierć! — zawtórowała para czterdziestolatków, idąca po mojej prawej stronie.
— Na strzępy! — uzupełniłem.
— Na strzępy! — podchwyciły jakieś głosy z tyłu. Uświadomiłem sobie, że nie wiem, o 

jaką drużynę idzie.

Musiałem operować ogólnikami.
— Niech żyje masakra!
— Mas—sa—kra!
— Masa—kra!
— MASAKRA!!!
Ryk buchnął z kilkuset gardeł. Przykucnąłem pod pozorem poprawienia skarpety. Udało 

mi się zniknąć z oczu tym z epicentrum wrzasku, który sam wywołałem. Powstrzymałem 
się od zapalenia papierosa, byłem chyba jedynym niewolnikiem nałogu w tym cholernym 
tłumie.   Odczekałem   chwilę.   Musiałem   mieć   pewność,   że   nie   chwyci   mnie   za   ramię 
gładkomózgi, żądny krwi zwolennik jednej czy drugiej drużyny i nie zażąda kontynuacji 
drapieżnej   litanii.   Zachowując   dystans,   ominąłem   największe   skupisko   kibiców   i 
podszedłem do szeregu kas—wejść w stosunkowo mało oblężonym fragmencie płotu.

— Howen Reds — mruknąłem konfidencjonalnie do otworu automatu.
Z   poziomej   szpary   natychmiast   wysunął   się  różowy   żeton,   zupełnie   jak  język  z  buzi 

niegrzecznego   dziecka.   Wzorem   innych   kibiców   przyłożyłem   żeton   do   dekonsora   i 
wszedłem   na   teren   stadionu.   Straciłem   kilkanaście   minut   na   wiosłowanie   w   pełnym 
zawirowań  i mylących prądów tłumie,  zanim wpłynąłem  do  pożądanej odnogi.  Jeszcze 
trochę deptania po piętach idących przede mną i obijania własnych pięt przez idących z tyłu 
—   i   wreszcie   dopadłem   swojego   miejsca.   Trzy   fotele   z   prawej   były   jeszcze   wolne. 
Hittelman zwlekał, być może sprawdzał, czy nie przyprowadziłem ze sobą ochrony, może 
niepotrzebnie wygłupiałem się w alei. Rozejrzałem się dookoła, ale tutaj również nikt nie 
palił. Przechwyciłem snujący się między rzędami automat z napojami, zabrałem mu cztery 
puszki piwa i od razu wypiłem dwie. Bez papierosa nie smakowało.

— Przepraszam... — usłyszałem.
Hittelman przeszedł przede mną i wszedł po schodach na koronę stadionu. Westchnąłem i 

zabierając ze sobą pozostałe dwie puszki piwa, ruszyłem za nim. Jak na komendę rozległa 
się syrena. Wieżowcy rzucili się na Jamników, rozwarło się kilkanaście tysięcy gardzieli, 
buchnął   wrzask.   Wysuszyłem   jedną   puszkę.   Byłem   jedynym   stojącym   na   schodach 
„kibicem”,   jedynym   opuszczającym   sektor.   Ryk   stadionu   zabrzmiał   jak   pożegnanie. 
Wypiłem drugie piwo.

Spodziewałem się, że Hittelman zaprowadzi mnie do jakiejś ciasnej, dusznej pakamery z 

żarówką w oprawie na gołym drucie i zamknie za nami drzwi z walcowanej blachy 0,4, 
pokrytej kilkoma warstwami złuszczonej i nieczyszczonej od wieków farby. Zeszliśmy na 
poziom szatni i gabinetów odnowy, pokonaliśmy kilka zakrętów. Zamknęła się za nami 
cienka,   szklana   tafla.   Pokój   był   jasny,   czysty   i   ponury   jak   trzeźwy   grabarz.   Hittelman 
natychmiast dostosował się do otoczenia — zasiadł za biurkiem, pewnie wstawionym tu 
specjalnie na okoliczność konfidencjonalnej rozmowy, i zerknął na końcówkę kompa, przy 
czym wykonał tę prowokację umyślnie, ale i niezdarnie. Jeśli spodziewał się, że zacznę 

background image

bełkotać   coś   o   tajemnicy   spowiedzi,   to   musiałem   go   rozczarować.   Ponieważ   nie   było 
drugiego krzesła, przysiadłem na rogu biurka i wyciągnąłem w kierunku Hittelmana paczkę 
Marlboro. Zakrztusił się i poderwał na równe nogi. Radośnie skonstatowałem, że głupota 
glin jest równie niezmienna jak pracowitość Japończyków.

— Zabierz mi to sprzed oczu! — wrzasnął. — I przestań odgrywać scenki z filmowego 

czwartorzędu!

— Dlaczego? — zdziwiłem się, wsadzając papierosa do ust. — Pan, jak widzę, świetnie 

zna swoją rolę...

Zapaliłem papierosa, wypuściłem próbny kłąb dymu i zaraz potem cztery kółka. Jedno 

trochę   mniej   udane   od   pozostałych.   Czekałem   na   standardowy   ciąg   dalszy.   Hittelman 
zdziwił mnie, grając właśnie tak, jak się spodziewałem.

— Posłuchajcie no, detektywie. Bez zgrywy. Może na Hawajach był pan kimś. Tu nie. 

Jeśli   coś   wiesz,   sprzedawaj.   Znasz   poprawkę   do   konstytucji,   mówiącą   o   obowiązku 
współpracy...

Zeskoczyłem   z   biurka,   tupnąłem   nogą,   żeby   nogawka   spodni   ułożyła   się   dobrze   na 

wierzchu buta. Zrobiłem dwa kroki w kierunku drzwi.

— Właśnie   na   tym   będę   bazował,   oskarżając   pana   o   zaniedbywanie   obowiązków 

służbowych. Która to poprawka? — zerknąłem na niego przez ramię.

— Hej? — zareagował błyskawicznie. Zacząłem podejrzewać, że wygłupiał się przez 

cały czas. W przeciwnym przypadku powinien był dłużej stygnąć. — Możemy pogadać 
spokojnie?

— Wyłącznie spokojnie...
— No to ja już jestem spokojny.
— A ja byłem przez cały czas. — Nie mogłem się po wstrzymać, żeby nie zakończyć 

tej części rozmowy swoją kropką nad „i”.

— Dobra. Stoję na tle białej flagi. Co jeszcze mam zrobić? Wróciłem do biurka i nie 

siadając rozejrzałem się po pokoju.

Hittelman westchnął teatralnie i podszedł do ściany z kompem. Wyszarpnął z kasety pod 

blatem—klawiaturą składane krzesło i delikatnie postawił je obok mnie. Podziękowałem 
mu skinieniem głowy. Usiedliśmy jednocześnie.

— Jeśli powiem  panu,  że zajmuję  się  sprawą wagi państwowej  i oczekuję  od pana 

pomocy w najwyższym stopniu dyskretnej, to nie wystarczy to, żeby pan mi tej pomocy 
udzielił, prawda?

Zmrużył oczy i przesunął żuchwę tak, że mógłby trafić górną siódemką na dolną dwójkę. 

Patrzył na mnie przez chwilę. Puściłem jeszcze cztery kółka. Wszystkie udane.

 Po takim początku spodziewam się, że masz coś, co mnie przekona. Tak przynajmniej 

sądzisz... — powiedział.

— Owszem. Pokazać?
— Po co? Wierzę. Więc pokaż.
Wyjąłem z kieszeni matową kopertę, z niej z kolei wyciągnąłem kopertę z folii i, nie 

ujawniając listu, pokazałem Hittelmanowi.

— Proszę udzielić Howenowi Redsowi wszelkiej niezbędnej pomocy, bez wnikania w 

sedno prowadzonej przezeń sprawy. Obowiązuje bezwzględna tajemnica. Pieczęć, podpis 
— wyrecytowałem z pamięci. Zanim Hittelman zdążył zareagować, wstałem i podszedłem 
do   kompa.   Wsunąłem   list   do   szczeliny   czytnika   i   uruchomiłem   program   weryfikujący. 
Przećwiczyłem   to   w   domu,   poszło   znakomicie.   Komp,   odpowiednio   do   wagi   sprawy, 

background image

poświęcił na sprawdzenie sześć do siedmiu sekund. „Autentyczność papieru (arkusz numer 
trzy), podpisu i pieczęci niewątpliwa” — zawyrokował.

Wyszarpnąłem arkusz ze szczeliny, skasowałem tekst i schowałem kopertę do kieszeni. 

Spojrzałem   pytająco   na   Hittelmana.   Znowu   przesunął   żuchwę,   ale   tym   razem   tylko 
odrobinę: czwórka—dwójka.

— Coś stary ten podpis — powiedział. — Hoxholt urzędował trzydzieści jeden lat temu.
— Ile według pana mam lat? — zapytałem bezczelnie. Gdyby to on mnie o to zapytał, 

miałbym problemy.

— Trzydzieści dwa.
— Naprawdę mam trzydzieści dziewięć, zajmuję się tą sprawą od niemal trzydziestu lat, 

bez kilku dni — powiedziałem, uświadamiając sobie, że tak naprawdę, skłamałem tylko 
podając   wiek.   —   Czy   jeszcze   będziemy   o   tym   mówić?   —   zakończyłem,   podkreślając 
słowa: „o tym”.

— No dobrze, i tak mi pan więcej nie powie. — Nie mógł się zdecydować, w jakiej  

formie ma się do mnie zwracać. — W czym mogę pomóc?

— Po   pierwsze,   proszę   dopilnować,   żeby   z   historii   świata   zniknęła   informacja   o 

naszych   kontaktach.   I   po   drugie,   chciałbym,   żeby   pan   prześwietlił   pod   każdym   z 
możliwych   kątów   konsorcjum   ETWIX.   Potrzebuję   informacji   o   jego   działalności   z 
ostatnich trzydziestu lat, wszystko, co tylko da się wygrzebać. I o jego szefach. I tu też, ile 
się da do tyłu i maksimum danych aktualnych: kontakty, przyjaźnie, inwestycje, koligacje, 
koterie. Rozumie pan? Proszę rozumować tak: jestem przekonany, że oni maczali w tym 
palce. Muszę tylko znaleźć supełek.

Strzeliłem niedopałkiem w stronę kompa, nieco spóźniona popielniczka podskoczyła i 

zgarnęła go do swojego wnętrza. Pożegnał się ze światem cichym sykiem. Popatrzyłem na 
szefa OPT. Znowu sprawdzał robotę swojego dentysty. Zaświerzbiła mnie pięść.

— Dobrze. Czy to pilne?
— Pilne — powiedziałem i zastanowiłem się. Do pierwszej możliwości powrotu na 

pewno nie zdążę, druga za sześć dni. Też byłby cud, gdybym coś zdziałał. — Mogę dać 
maksimum   cztery   dni.   Ale   zastrzegam   sobie   natychmiastowy   spływ   informacji,   bez 
jakiejkolwiek kontroli.

— To co, mam panu przekazać swoich ludzi?!
— Hum... No, nie. Wystarczy, jeżeli obieca pan nie interesować się raportami.
— A może przydałbym się na coś?
Udawałem, że się zastanawiam. Pokręciłem przecząco głową.
Przykro mi, ale nie. Nie mogę wprowadzić pana w szczegóły, a bez tego nie odróżni pan 

informacji istotnej od błahej. Chociaż...? — Przyszedł mi do głowy szczęśliwy pomysł, 
musiałem trochę udobruchać Hittelmana. Przy okazji mógł pomóc. — Gdyby pan zajął się 
niedawną transakcją ETWIX? Co? Kupili półtora tysiąca nieużytków. Chciałbym wiedzieć, 
czy aby ktoś za tym nie stoi.

— Chyba nie chodzi o podatki?
— Niee...   Sam   interes   jest   legalny,   ale   dość   kiepski   dla   ETWIX.   Ciekawi   mnie, 

dlaczego mimo to dokonali zakupu. Może byli tylko pośrednikami, a wtedy bardzo by mnie 
interesowała trzecia strona transakcji. Rozumiemy się?

Ustawił zęby we właściwych miejscach: jeden—jeden i tak dalej. Skinął głową. Podniósł 

się   i   wyciągnął   dłoń.   Powstrzymałem   uśmiech   i   pożegnałem   się   z   całą   powagą.   Przy 
drzwiach przypomniałem sobie o jeszcze jednym szczególe.

background image

— A! Zadba pan o to, żeby nasz kanał do hotelu był czysty.
— Przecież wszystkie kanały z policją są bez przerwy ekranowane? — zdziwił się.
Spociłem się na sucho. Zawyłem w duchu. Poczułem jakiś niewidzialny palec stukający 

mnie w czoło. Machnąłem ręką.

— Strzeżonego Stwórca strzeże — powiedziałem z naciskiem.
— Mam trochę doświadczenia.
Wyszedłem szybko. Piętro wyżej dopadł mnie i otoczył ryk tysięcy gardeł. Wydawało mi 

się,   że   słyszę:   „Śmierć!   Śmierć!”   Na   wszelki   wypadek   splunąłem   przez   lewe   ramię. 
Skrzyżowałem palce. Omal nie poszukałem najbliższego kompa, żeby zapytać, co jeszcze 
mógłbym zrobić. W hotelu spłukałem incydent spokojną szklaneczką ginu ochrzczonego 
tonikiem. Na psa urok. Telewizja otulała snem równie skutecznie jak trzydzieści lat temu. 
Mimo   to   nikt   nie   wpadł   jeszcze   na   pomysł   uruchomienia   specjalnego   programu 
usypiającego.

Poranek rozpoczął się tradycyjnie. Wyrzuciłem do śmietnika „starą” kopertę z tekstem i 

wczorajszą  datą,  identyczną  informację z aktualną datą  przeniosłem  na świeżą kartkę  i 
zakleiłem kopertę. Rzuciłem okiem na komunikat o wprowadzeniu do mojego prywatnego 
banku informacji siedemnastu oddzielnych zapisów i poszedłem do łazienki. W pierwszych, 
najszybciej   zrealizowanych  informacjach,   spodziewałem  się   powtórzenia  wiadomości,   z 
którymi   się   już   zapoznałem,   dlatego   bez   pośpiechu   zanurkowałem   na   pół   godziny   do 
wanny, po czym, również się nie śpiesząc, zgarnąłem zarost. Chwilę wpatrywałem się w 
swoją twarz, pobawiłem się lustrem, ustawiając je raz na odbicie idealne, w którym prawa 
strona była prawą stroną i zaraz potem na znane mi, zwykłe, lustrzane. I w jednym, i w 
drugim przypadku  widziałem napiętą twarz  osobnika,  który  siłą woli powstrzymuje  się 
przed wybuchem, poza tym osobnik miał worki pod oczami, mimo ośmiogodzinnego snu, 
niezbyt okazałą czup... Zamarłem. Przejechałem po czubku głowy dłonią.

— Komp... Komp! Czy istnieją skuteczne środki na porost włosów?
— Osiemdziesięcioczteroprocentową   skutecznością   wykazuje   się   Rems   cztery.   Inne 

środki, które uzyskały niższą prze...

— Stop!   Natychmiast   daj   mi   na   ekran   informacje   o   Remsie   i   również   natychmiast 

zamów porcję na tydzień intensywnej kuracji, z dostawą do pokoju.

 Ubierając się przejrzałem reklamówki, ale nie wzmocniły we mnie wiary w skuteczność 

tego specyfiku.

Humbug — mruknąłem, oglądając obrazek przedstawiający dziecko polewające karoserię 

smukłego robinsona, który na następnym obrazku gnał po autostradzie, powiewając długim 
futrem.

Tym niemniej — choć opadł już ze mnie zapał — wtarłem w skórę głowy jedną ampułkę 

dość  przyjemnie  pachnącego preparatu i  zgodnie  z instrukcją połknąłem dwie drażetki. 
„Alkohol w nadmiernych ilościach nie jest wskazany w trakcie stosowania Remsa—IV — 
osłabi działanie specyfiku”. Nie sztuka być owłosionym abstynentem. Zarośnięty pijaczyna 
to co innego.

Rzuciłem okiem na pierwsze strony raportów. Tak jak się spodziewałem, miałem już o 

tym pojęcie. Machnąłem ręką na robotę i postanowiłem zjeść co nieco. Zjechałem na dół, 
zaparkowałem w restauracji.

— Pół szklanki soku pomarańczowego, pół ananasowego. Kromka ciemnego, najlepiej 

podsmażonego   bez   tłuszczu   chleba,   może   być   BB   —   popatrzyłem   na   kelnera. 
Postanowiłem   grać   ekscentryka,   dzięki   czemu   moje   ewentualne   wpadki   nie   będą 

background image

wpadkami. Jak na razie działało to bez zarzutu. Kelner bez zmrużenia oka połknął nazwę 
nieistniejącego   pieczywa.   Zobaczymy,   kto   kogo,   obiecałem   mu   w   duchu.   —   Cztery 
plasterki chudej wołowej szynki, najlepiej z bydła rasy capetown. Dwie parówki, tylko bez 
wymion i tej reszty, zwykłe, cielęce — zerknąłem do karty. — Zestaw sosów numer dwa, 
bez olejku bananowego. Aha! Trzy tosty z pszennej bułki, macie pewnie kajzerki. Bukiet z 
jarzyn, chude masło, tylko broń Boże nie z tubki! Dwa piwa — zakończyłem.

Tak jak się spodziewałem, piwo go ustrzeliło. Stał chwilę, patrząc mi w oczy, mimo że 

niedbałym ruchem ręki odesłałem go do wykonywania obowiązków.

Zapaliłem papierosa i nie zwracając uwagi na kilka przeciągłych westchnień, zatopiłem 

się w lekturze kupionej za ciężkie pieniądze papierowej wersji „Horizont”. Oszacowałem, 
że mam już jako tako wyrobioną reputację, ale dla pewności zjadłem wszystko, co zostało 
podane. Nie miałem odwagi upewnić się, czy graham rzeczywiście był wyimaginowanej 
marki BB i czy wyhodowano specjalnie dla mnie bydło rasy capetown.

Zapłaciłem   rachunek   gotówką,   co   miało   wzmocnić   efekt,   mruknąłem   tylko   coś   o 

wątpliwościach dotyczących parówek, ale tupet kelnerów, tak jak i kilka innych rzeczy, nie 
podlega ewolucji. Ober zrobił minę, którą zmienić mogą tylko miliarderzy, machnąłem ręką 
i   poszedłem   do   baru.   Nie   widziałem   jeszcze   hotelu   naprawdę   wysokiej   klasy   w   tych 
czasach, ten był zaledwie standardowy, ale wystarczyło mu środków na zaangażowanie 
człowieka do baru. Ucieszyło mnie to — w przeciwieństwie do zgryźliwych, bezczelnych 
kelnerów, barmani byli w ogromnej większości ludźmi pogodnie usposobionymi do świata, 
a spora ich część godziła sympatyczny zawód z filozoficznym podejściem do przejawów 
życia na planecie Ziemia. Potrafiłem znaleźć z nimi wspólny język, jakkolwiek by te słowa 
rozumieć. Poddałem optycznej weryfikacji wycierającego lśniące szklanki, operetkowego 
Włocha.   Wsunąłem   się   na   stołek.   Podjechał   nieco   wyżej   i   zamarł   w   oczekiwaniu   na 
dyspozycje. . Pozostawiłem go w niepewności.

— Coś lekkiego, aromatycznego — zadysponowałem.
— „Hobson choice” czy zamówienie specjalne?
Musiałem   wytrzeszczyć   oczy,   bo   trącił   palcem   blat   przed   sobą.   Spod   mojego   łokcia 

popłynęła   struga   liter.   „Tomasz   Hobson,   oberżysta   z   przełomu   XVI   i   XVII   wieku. 
Zajmował   się   wynajmem   koni,   a   w   obawie   przed   zajeżdżeniem   najlepszych   zwierząt 
wprowadził ścisłą rotację — najbardziej wypoczęty koń oczekiwał jeźdźca tuż przy wejściu 
do stajni. Można było wybrać albo tego konia, albo żadnego. Wybierz, co ci oferują, albo 
nic”.

Powstrzymałem się od komentarza, machnąłem przyzwalająco ręką. Zapaliłem.
— Szybki   leniuch   —   oświadczył   barman,   stawiając   przede   mną   wysoką,   ciemną 

szklankę, wypełnioną gęstą, purpurową cieczą. Wystawał z niej ustnik rurki. Kątem oka 
widziałem, że barman, przecierając kieliszki, nie spuszcza ze mnie spojrzenia. Sięgnąłem 
po szklankę i pociągnąłem. Za pierwszym razem nie udało mi się wessać cieczy do ust. 
Zrozumiałem, że drugie słowo nazwy nie dotyczy klienta, tylko samego drinka. Kolejne 
podejście zaowocowało wyjaśnieniem pierwszego słowa. Rurka zrobiona była z lodu, kisiel 
wpływał do ust rzeczywiście zimny, ale wymuszał pośpiech. Jednym słowem, koktajl z 
gatunku tych nie do picia, a do śmiechu, fajny zwłaszcza pod koniec upojnej zabawy, kiedy 
śmieszne wydaje się nawet wylanie za dekolt mazagranu.

— Dobra, napiłem się jak wielbłąd. A propos, znasz dowcip o facecie podrasowującym 

wielbłądy?   Nie?   No,   to   w   pewnej   oazie   szef   biwakującej   karawany   dowiaduje   się,   że 
pracuje tam gość, który podrasowuje wielbłądy. Przyprowadza do niego swoje zwierzę, 

background image

fachowiec   poleca   wprowadzić   garbusa   na   kanał,   po   czym   dwoma   trzymanymi   w   ręku 
kamieniami uderza w jądra zwierzęcia. Wielbłąd z przeciągłym rykiem zrywa się i wali w 
niesamowitym tempie przez pustynię. Zaskoczony właściciel pyta: „Ale jak ja go teraz, 
dogonię?” „Właź na kanał” — proponuje fachowiec. — Popatrzyłem barmanowi twardo w 
oczy. — Jeśli dowcip ci się spodobał, to szybko daj mi coś z archiwalnych zapasów. Jeśli ci 
się   nie   spodobał,   zrób   to   jeszcze   szybciej:   znam   jeszcze   dwieście   osiemdziesiąt   dwa 
dowcipy. Równie słabe.

Poruszył krótkim, czarnym wąsikiem, odstawił kieliszek. Trącił sterczący przed brzuchem 

drążek   i   odjechał   w   bok.   Kilka   sekund   manipulował   przy   czymś   niewidocznym, 
wyprostował się i uruchomił swój barmani latający dywan. Postawił przede mną rżniętą w 
fasety szklankę, pociągnąłem nosem.

— No! Zostało tylko pięćdziesiąt dowcipów.
Skłonił głowę i wrócił do swojego wycierania. Gin mieli zupełnie jak my — cierpki, 

mocny,   ogłuszający  aromatem,   podszczypujący  w   język.   Wypaliłem  do   niego   drugiego 
papierosa. Położyłem na barze dziesiątkę, nie przesadzając w żadną stronę. Barman zrobił 
to, co robią wszyscy barmani od kenozoiku począwszy — skłonił dystyngowanie głowę, 
który to ruch zdmuchnął banknot z kontuaru.

W holu zamknąłem się w kabinie z kompem i zrobiłem to, co dawno już powinienem był 

zrobić —— sprawdziłem ceny podstawowych produktów, przynajmniej tych, które wciąż 
rozprowadzali ludzie. Alkohole nie podrożały specjalnie. Trwogą napawała tylko cena i 
wybór  papierosów.   Przy   okazji  dowiedziałem   się,   że  trafalgar  czeka   już  w  garażu,   ale 
zażądałem   pojazdu   hotelowego   z   kierowcą.   Półtorej   godziny   jeździłem   po   ulicach,   aż 
znalazłem   duży,   parkowo—leśny   masyw   w   południowo—zachodniej   części   miasta. 
Kazałem kierowcy czekać, a sam zafundowałem sobie godzinny spacer. Zmusiłem mózg do 
pracy zarówno podczas marszu po alejach, a potem żywiołowym gąszczu, jak i podczas 
półgodzinnego   wylegiwania   się   na   obrzeżu   małej   polany,   otoczonej   najwyższymi   w 
okolicy,   dwudziestoletnimi   sosnami,   bukami,   brzozami   kanadyjskimi   i   orzeźwiającymi 
swoim   aromatem   trodensjami.   Bardzo   ucieszyłoby   mnie   odkrycie   ogona   albo   mały, 
nieudany zamach, ale nikt nie zgłaszał pretensji do życia Owena Yeatesa, starego Howena 
Redsa, zdenerwowanego, pełnego rozterek, zagubionego, ufnego. Złośliwego. Szukającego 
punktu   zaczepienia   do   wyładowania   się   na   jakimś   naiwnym   złodziejaszku   malowideł. 
Wypełnionego oczekiwaniem jak sterowiec helem.

— Wracamy wolno do hotelu, trasą dowolną, byle inną od tamtej — powiedziałem do 

kierowcy.

Skinął dostojnie głową i ślicznym ruchem wyprowadził wóz z parkingu na szosę. Wiózł 

mnie z płynnością, której musiałbym się uczyć kilkadziesiąt lat. Na dachu mógłby wozić 
jajka   luzem.   Jazda   fascynowała,   ale   tylko   przez   kilka   minut,   później   stawało   się   to 
śmiertelnie nudne, jak wieczorek taneczny kończący konkurs na Najcnotliwszą Dziewczynę 
Stanu.

Włączyłem   komp   i   zacząłem   dyktować   słowa   kluczowe   do   poszukiwań   asocjacji   w 

raportach OPT: nazwiska autorów skradzionych obrazów, słowa typu „kolacja”, „galeria”, 
„koneser dzieł sztuki” i pochodne. Dodałem do tego słowociąg od „kradzież”, dołączyłem 
kilka dat. Na końcu, po krótkim zastanowieniu, dodyktowałem: „CBI”, „policja”, nazwisko 
moje i Sarkissiana. Zastanawiałem się przez chwilę. Myśl była dość głupia, ale skoro już się 
pojawiła, należało się nad nią zastanowić. Przynajmniej zastanowić. Zrobiłem więcej — nie 
zastanawiałem   się.   Dopisałem   nazwiska   Heyrouda   i   Guylorda.   Poleciłem   kompowi 

background image

wyłączyć dialog i przystąpić do przeszukiwania danych. Zablendowałem okna i opadłem na 
siedzenie. Jutro mogę wrócić do swoich czasów, pomyślałem. Odpocznę, naradzimy się we 
trójkę. Sarkissian może tu wysłać jakiegoś swojego bystrego chłopaka, któremu udzielę 
mnóstwa bezcennych wskazówek. Będzie wiedział, jak się ubrać, na jakie papierosy się 
przestawić i jak prowadzić foniczny dialog z kompem. Mogę też wrócić ja, wzbogacony o 
doświadczenie   i   odpoczynek.   Kilka   godzin   bez   nieustannego   łapania   spojrzeń 
przechodniów i serwisantów: sypnąłem się czy nie? Kilka golden gate'ów. Każdy normalny 
człowiek zrozumie mój stan, nikt nie będzie myślał o wybaczeniu słabości — nikt nie uzna 
tego za słabość. Nikt? Jeden na pewno. Znam bydlaka dobrze, pierwszy wita mnie rano, 
pierwszy, i najczęściej jedyny, wytyka zmarszczki w kącikach oczu i bruzdy wzdłuż nosa, 
chichocze patrząc na kolejne uczepione grzebienia włosy: „To akurat dobrze ci wychodzi, 
Owen”. Znamy się. On powie: „Skitrałeś się. To musiało kiedyś przyjść”. To mój grabarz. 
Kiedy tak powie, umrę, a on zostanie. Będzie wolno schodził z tego świata, wściekły na 
wszystkich i wszystko. Jedyna istota, którą mógłbym naprawdę znienawidzić. Ja. Nagi. 
Czujny. Nie do zaskoczenia. Może Pymie udało się kilka razy podejść go, może jeszcze 
komuś, ale to incydenty. Pilnował się lepiej niż wszystkie systemy strażnicze świata razem 
wzięte. Największy mój skarb. Moja sprężyna, mój ładowany ciekawością, próżnością i 
pychą silnik.

Długim westchnieniem zakończyłem małe autodafe.
— Akurat! — rzuciłem w powietrze, tylko po to, żeby podciąć skrzydła ciszy. Trąciłem 

mikrofon. — Pod komendę policji. Miejską.

Dwa miękkie manewry i zatrzymaliśmy się. Powinno się raczej powiedzieć: kula ziemska 

wyhamowała pod naszymi stopami.

Wysiadłem. Prosto przede mną w karnym czworoboku stało kilkaset metrowej wysokości 

walców, pomalowanych w skośne, żółto—czerwone pasy. Widziałem je już wcześniej na 
ulicach miast, ale podejrzewałem, że są słupami reklamowymi, a teraz okazało się, że mają 
jakieś znaczenie dla pracy policji. Te tu były pewnie wyłączone, ale i tak posłałem im 
promienny uśmiech.

Maszerując   do   drzwi   budynku,   zapoznałem   się   jednocześnie   z   wyglądem   wozów 

najwyraźniej pościgowego przeznaczenia i miejskich. Zaimponował mi zwłaszcza mrożący 
krew   w   żyłach   widok   utrzymanego   w   mrocznych   kolorach,   ośmiokołowego   pojazdu, 
którego   przód   obciążały   potężne   kleszcze,   najeżone   tarczkami   elektromagnesów   i 
talerzykami przyssawek. Nazwałem go w myślach rakarzem. Doganiał uciekiniera, chwytał 
w   swoją   bezlitosną   kończynę   i   niedbale   hamował   ósemką   swoich   szerokich   opon   o 
podwyższonym współczynniku tarcia. Zagapiłem się na potwora, przez co do holu wdarłem 
się na czworakach, usiłując nie wytrzeć nosem kurzu z pierwszych metrów policyjnego 
królestwa.   Może   miało   to   nawet   swoje   dobre   strony   —   podniosłem   się,   udając 
zakłopotanie. Otrzepując dłonie, rozejrzałem się uważnie i dopiero wtedy pomaszerowałem 
do śmiejącego się w przeponę dyżurnego.

—   Chciałbym   porozmawiać   z   którymś   z   miejskich   detektywów,   najlepiej   z   mojego 

pokolenia — powiedziałem do usiłującego utrzymać powagę policjanta. — Nie bierz pod 
uwagę mojej wywrotki, to nie wiek ją spowodował.

Uznał to za przyzwolenie, wymknęło mu się krótkie parsknięcie. Kiwnął głową i zerknął 

na poszatkowany na mniejsze i większe czworokąty blat przed sobą. Ekran był chytrze 
porysowany bruzdami, z mojej strony widziałem tylko barwne plamy. Może zresztą jakieś 

background image

znaczenie miały okulary na jego nosie, pierwsze, jakie tu zobaczyłem. Chwilę zastanawiał 
się, dotknął jednej z plam.

— Czwarta kondygnacja, pokój czterysta dwa. — Sięgnął do szeregu gniazd i wyjął 

płaską fiszkę. — Zaprowadzi pana. — Podał mi ją i dodał: — Proszę trzymać się trasy i 
potwierdzić pobyt u sierżanta Keina. Do niego pana kieruję.

Pod   palcami   wyczułem   chwytliwą   szczelinę,   przyłożyłem   fiszkę   do   kieszeni   i 

pomaszerowałem   do   trzech   pasów   wyciągów.   Bez   trudu   dotarłem   na   piętro,   przy 
aprobującym akompaniamencie wskazówek przewodniczki. Przed pokojem czterysta dwa 
rozejrzałem się, odetchnąłem głośno, wytarłem lekko spocone dłonie i trąciłem klamkę.

Dyżurny dokładnie wypełnił moją prośbę. Sierżant Kein był zapewne w moim wieku, nie 

stosował Remsa—IV, ale miał wydajną polerkę do łysiny. Rzucił na mnie jedno spojrzenie, 
nosem wskazał nad podziw wygodny fotel przed swoim biurkiem, co nie przeszkodziło mu 
niewiarygodnie   szybko   obrabiać   klawiatury.   Nie   uzyskałbym   polowy   jego   szybkości, 
gdybym nawet na oślep walił w klawisze. Powstrzymałem się od komplementów. Mogło 
się   okazać,   że   nie   awansował   z   powodu   nieprzystosowania   do   wszechobecnej 
komputeryzacji. Usiadłem. Chwyciłem się za kieszeń i zapytałem:

— Można palić?
— Yhy.   Wreszcie   ktoś   normalny...   —   mruknął,   nie   odrywając   wzroku   od 

przepisywanego tekstu. — Mogę jeszcze pół minuty?

— Ale tylko tyle!
Zapaliłem   i   kusząco   rzuciłem   marlboro   na   biurko.   Spod   blatu   wysunęła   główkę 

popielniczka i podstawiła się pod dłoń z papierosem. Obojętnym spojrzeniem obrzuciłem 
pomieszczenie. Dość wyraziście różniło się od pokoi zapracowanych glin, których znałem. 
Gdyby pod jedną ze ścian ustawiono leżankę, uznałbym je za sanatoryjny pokoik — wall—
watch,   do   rozmiarów   którego   już   przywykłem,   trzy   donice   z   roślinami,   w   tym   dwie 
obsypane   kwieciem,   na   prawo   od   drzwi   ściana   pokratkowana   delikatnymi   rysami 
szczelnych,   mniejszych   i   większych   drzwiczek.   Nad   głową   —   to   też   już   wcześniej 
widziałem   tu   na   dole   —   maszerujący   lampion.   Nie   mogłem   jednakże   wykluczyć,   że 
aktualne sanatoria wyglądają zupełnie inaczej. Może leczą się w wannach hibernacyjnych 
albo wypłukują cywilizacyjne stresy ciężką pracą w hucie typu skansen? Kein oderwał na 
sekundę palce od klawiatury, odczekał i stuknął ostatni raz gestem mima.

— Już   —   powiedział   zadowolony   z   siebie.   Wyszarpnął   gdzieś   spod   blatu   czarny 

sześcian, strzelił sobie w otwarte usta papierosem i szybko przypalił. — Mogę w czymś 
pomóc?

Wyjąłem z kieszeni licencję i podałem mu. Nie poświęcił jej ani pół spojrzenia, wcisnął w 

czytnik   i   dopiero   z   ekranu   przeczytał   dane.   Zwrócił   mi   prostokąt   plastyku   i   przybrał 
pytający wyraz twarzy.

— Potrzebne  mi  są dane o  Hardym Skipermanie.   Kein skinął  głową.   Poza  tym  nie 

poruszył się ani o jotę.

— Czym się zajmuje, z kim się przyjaźni. Cała otoczka... Ponownie skinął głową.
— Przy tym chciałbym wiedzieć, co pan prywatnie myśli o sprawie sprzed trzydziestu 

lat, kradzieży tych dwóch tysięcy płócien. Dookoła takich rzeczy zawsze snują się pewne 
mgliste, nieuchwytne ploteczki, domysły...

Tym razem raczył skinąć głową kilka razy. Zaciągnął się mocno i wypuścił dym tak, że 

zanurzył się w nim czubek jego nosa. Zamilkłem i również zająłem się papierosem. Kein 
pękł po minucie.

background image

— A w zamian? Wzruszyłem ramionami.
— Nic.   Przynajmniej   na   tym   etapie   śledztwa.   Potrzebuje   pan   mojej   wyświechtanej 

historyjki o dyskrecji, dobru klienta i tak dalej?

Jeszcze raz skinął głową. Omal nie zaproponowałem, żeby położył się na tylnej półce 

mojego samochodu i kiwał głową do wozów z tyłu.

— Dobrze. Nie lubię takiej współpracy, ale skoro moi przełożeni uznali, że mamy panu 

pomagać... Dobrze — powtórzył. — Za godzinę prześlę panu...

— Niech pan uruchomi drukarkę teraz — przerwałem. — Od chwili, kiedy wymieniłem 

nazwisko Skipermana, po pańskim ekranie płyną dane. Właśnie przestały. Odbija się to w 
szkiełku zegarka.

— Nieźle — pochwalił, sięgając do kompa. Z drukarki wysunął się arkusz folii.
— A   pan   znakomicie   czyta   nie   odrywając   wzroku   od   gęby   rozmówcy   — 

zrewanżowałem się.

Chwyciłem folię i przeleciałem ją wzrokiem. W znanych policji danych nic specjalnie 

mnie nie oszołomiło. Najciekawsze było przedostatnie zdanie: „21 października zaginął bez 
wieści, brak informacji o wyjeździe z kraju”.

— Panie Reds... — Kein oparł łokcie na blacie stołu i pochylił się do mnie. — Czy 

pańskie prośby łączą się ze sobą?

— A   gdybym   potwierdził,   uwierzyłby   pan?   —   Pomachałem   arkuszem   z   nijakim 

życiorysem Skipermana. — Hardy Skiperman dokonuje kradzieży wszechczasów, po czym 
znika z trzema tysiącami płócien.

Nie uwierzyłbym, ale zdążyłem zerknąć też na pański życiorys. Raczej ma pan powody 

do dumy, dlatego serio traktuję wszystko, co pan mówi.

— Och...! Dajmy spokój. Tak na serio to od chwili kradzieży nie ustaję w pościgu za 

złodziejami. Przedwczoraj przyjechałem do Kansas, bez żadnych intencji, ot, powrót do 
miejsca zbrodni. Ale z biura dostałem polecenie na poszukiwanie Skipermana. Ktoś nie 
zdążył odebrać pożyczki od Hardy'ego. Więc połączyłem dwie sprawy w jedno. A czy pan 
mi w to uwierzy, to już zupełnie inna sprawa...

Sierżant   Kein   skinął   głową,   oczekiwałem   tego   gestu,   dlatego   zamiast   się   roześmiać, 

kaszlnąłem tylko i zgasiłem papierosa.

— Czy   odpowie   mi   pan   szczerze?   Czy   w   związku   z   moim   zainteresowaniem 

Skipermanem   też   zaczniecie   go   szukać?   —   zapytałem.   —   Pytam,   bo   już   kilka   razy 
przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. Jeśli wy jeszcze raz się nim zajmiecie, to ja dam sobie 
spokój i przekażę wam klienta...

— Nie. On nas nie interesuje. Natomiast gdyby coś się wykryło... będę wdzięczny.
— Wiem, to standardowe zakończenie rozmowy. Ale nie odpowiedział pan na drugie 

pytanie: aura wokół kradzieży?

— Żadnej. Nic. Wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju cisza. Nie spotkałem się jeszcze z 

czymś takim.

— Dlatego minęło trzydzieści lat, a w najlepszych muzeach świata straszą nas kopie lub 

białe   prostokąty   na   ścianach.   No   dobrze...   Ale...   Zaraz   potem   nie   mieliście   jakichś 
niespodziewanych   zgonów,   może   całej   serii?   Przecież   żeby   uzyskać   taką   szczelność, 
główny macher musiał najniższe piętro piramidy wspólników uziemić, to elementarne. Być 
może później poszedł wyżej, ale na początek, tuż po fakcie, musiał skosić kilkunastu ludzi. 
Hę?

background image

Kein   strzepnął   popiół,   kilka   sekund   rysował   czubkiem   papierosa   jakiś   wzór   na   dnie 

popielniczki.

— Dwa miesiące po kradzieży... — wsadził wskazujący palec do ucha, energicznie nim 

pogmerał,   a   potem   jednym   rzutem   oka   wprawnie   ocenił   wydobycie.   —   ..w   powietrzu 
rozleciał   się   na   strzępy   mały   flyer.   Mogło   w   nim   być   dwanaście   osób   plus   pilot. 
Zidentyfikowaliśmy siedmiu. Wszyscy z okolic marginesu, jeszcze go nie przekroczyli, ale 
ocierali się o niego przez cztery dni w tygodniu. Na pewno jeszcze ktoś był, ale flyer spadł 
do   oceanu.   A   ponieważ   w   zeszłym   tylko   kwartale   zaginęło   cztery   tysiące   osób...   — 
Westchnął i wyprostowawszy się, opadł plecami na oparcie swojego fotela.

— Jasne... — nie pytałem o to, kto wynajął flyer, ani o inne rutynowe sprawy, na pewno 

wszystkich   dopatrzono.   —   Cóż...   —   Podniosłem   się.   —   Szczere   podziękowania.   — 
Wsunąłem arkusz folii do kieszeni. — Mieszkam w hotelu Riviera.

Skinął głową. Wyszedłem. Na dole oddałem fiszkę dyżurnemu. Ostrożnie przekroczyłem 

próg. Wróciłem do samochodu, nie zaszczycając spojrzeniem parkingu — patrzyłem pod 
nogi. Poleciłem powrót do hotelu i zabrałem się do solidnego, litera po literze, czytania 
krótkiego   policyjnego   życiorysu   Skipermana.   Już   sama   jego   nienadzwyczajna   długość 
dobrze świadczyła o Hardym. Mój byłby o wiele dłuższy, ale powszechnie wiadomo — w 
walce o sprawiedliwość rodzi się niesprawiedliwość.

Zrezygnowałem   z  obiadu.   W  garażu   przesiadłem   się   do   „swojego”   trafalgara,   chwilę 

przyglądałem się planowi miasta. Sumiennie przejrzałem kieszenie.

Przyjaciółka Skipermana mieszkała na Rumba Avenue. Wbrew oczekiwaniom okazała się 

wysoką Malajką, a nie Latynoską. Była niemal mojego wzrostu. Od jej ramion spływało w 
dół kilkanaście pasów tkaniny, o szerokości mniej więcej kilku centymetrów. Strój pozornie 
okrywał   ją   szczelnie,   ale   słaby   przeciąg   poruszał   jego   elementami,   na   mgnienie   oka 
odkrywając tu i tam fragmenty ciała. Piersi miała tak wysokie, że w pustej przestrzeni pod 
nimi, a właściwie pod luźno zwisającym materiałem, mogło się ukrywać klocowate cielsko.

— Dzień dobry. Zajmę pani, o ile można, kilka minut. Można? — zerknąłem ponad jej 

ramieniem do mieszkania.

— Teoretycznie tak. Ale o co chodzi?
— O Hardy'ego Skipermana.
Coś   błysnęło   w   jej   ciemnych   oczach.   Odwróciła   się   i   poszła   przodem.   Dzięki   temu 

ruchowi mogłem stwierdzić, że jej figura daleka jest od modelu kloca. Zamknąłem drzwi, 
nie odrywając wzroku od idącej przede mną Joany Ti. Wstęgi, szarfy czy paski poruszały 
się nie zawsze zgodnie z moim życzeniem, zrozumiałem, że to będzie ciężka rozmowa.

— Czym mogłabym pana poczęstować? — zapytała Joana. Miałem pewien pomysł, ale 

powstrzymałem się od jego zaprezentowania.

— Tym, co przyrządzi pani sobie.
— Nie   sądzę,   żeby   pan   dał   radę   to   wypić   —   uśmiechnęła   się.   —   Mieszanka   ziół 

pomagająca w spalaniu tłuszczu. Jestem modelką w Akademii Plastycznej.

— W   takim   razie   na   pewno   wezmę   od   pani   przepis   na   te   zioła.   Jak   widzę,   są 

nadzwyczaj skuteczne.

— Najlepiej działają poprzedzone koniakiem.

background image

— No to może od tego zacznijmy. — Z przyjemnością przyglądałem się, jak pochyla 

się nad niskim barkiem.—Zawsze zazdrościłem artystom, ale dopiero teraz zrozumiałem 
przyczynę tej zazdrości.

— Jestem   uodporniona...   —   Wyprostowała   się   i   podeszła   do   mnie,   niosąc   dwa 

pozbawione podstaw kieliszki z jasnozłotą cieczą. Podała mi jeden i usiadła na kanapie. 
Wygłupiłem się, zgadzając się na fotel. — Na taki lakier — dokończyła wypowiedź. — 
Pozowałam już czterem rocznikom. Ci chłopcy to dopiero mają języki naoliwione. Ale 
warunki   kontraktu   są   jednoznaczne,   chociaż   powszechnie   mówi   się:   „Zrobiły   na   niej 
dyplom trzy roczniki”. Sztuka z jednej strony, a błoto z drugiej.

Uniosła swój kieliszek i zanurzyła usta. Uświadomiłem sobie, że patrzenie jej w oczy i 

widzenie jednocześnie wszystkiego, co przy każdym ruchu się odsłania, nie sprawia mi 
żadnej trudności. Zaraziłem się tym od Keina. Podałem jej licencję.

— Szukam Hardy'ego Skipermana.
Rzuciła okiem na dokument. Znowu umoczyła usta w koniaku. Najwyraźniej lubiła ten 

alkohol. Coraz trudniej przychodziło mi się koncentrować.

— Wyparował dwa lata... trochę mniej, rok i osiem miesięcy temu.
— Bez pożegnania?
— Bez.
— Hm... A co to był za człowiek?
— Nic ciekawego — powiedziała i popatrzyła wyzywająco. — Na pewno nie królewicz 

z bajki. — Oparła głowę na brzegu kanapy i wbiła spojrzenie w sufit. — Zaskoczyła nas 
kiedyś ulewa. Staliśmy razem prawie godzinę w bramie. Był mokry, jakby skoncentrował 
się na nim cały deszcz. Zabrałam go tu na drinka, pozwoliłam zostać. Tylko niech mi pan 
nie mówi, że zasługuję na coś lepszego — rzuciła skośne, malajskie spojenie. — Mam 
dwadzieścia sześć lat i żadnych szans. Mogę tylko użyć życia, ale nie chcę. To znaczy, nie 
chcę   na   okrągło.   Hardy   zaspokajał   moje   samicze   ciągoty:   gotowałam   mu,   trochę 
zrzędziłam, co jakiś czas wyrzucałam go i przyjmowałam przeprosiny. Roczna gra. Spał na 
kanapie. Nie przychodziłam do niego, ale to ja byłam stroną aktywną, on ledwo za mną 
nadążał. A ja... Jak wszystkie kobiety, nie nadążam za cywilizacją. Wyzwolenie nie idzie w 
parze z obiadkami, firaneczkami, dzieciuszkami, cholera.

Jednym łykiem dokończyła swój koniak i energicznie poderwała się z kanapy. Mignęła 

szczupła, agresywna noga. Po raz pierwszy w życiu zamarzyło mi się, żeby koniak wpływał 
na mnie uspokajająco. Łyknąłem. Działał jednak po staremu. Panna Ti wróciła na swoje 
miejsce nie patrząc na mnie. Pozbierałem do kupy resztki samokontroli.

— Z czego żył? — zapytałem, żeby wyrwać ją ze spowiedniczego nastroju. Przeżyłem 

kilka takich scen w życiu i wiedziałem, czym się kończą. Albo wyrzucano mnie z domu, 
pokrywając   tym   zakłopotanie   i   wstyd,   albo   występowałem   w   charakterze   taśmy 
korekcyjnej, wymazującej w łóżku bolesne fragmenty życiorysu.

— Zasiłek i dorywcze prace. Był konserwatorem sprzętu geologicznego. — Uniosła do 

ust   kieliszek   i   popatrzyła   na   mnie   przez   szkło.   —   Dobrze,   że   mnie   pan   zawrócił   na 
właściwą   drogę.   Wracam   do   Hardy'ego.   Dwa   miesiące   przed   zniknięciem   wpadł   do 
mieszkania   jak   huragan,   miał   furę   niepotrzebnych   prezentów   i   jeszcze   trochę   gotówki. 
Powiedział,   że   załapał  się   na  duże   badania,   prawie   roczny   kontrakt.   Wyjechał   na   dwa 
tygodnie, wrócił na dwa dni i wyjechał jeszcze raz. Więcej go nie widziałam.

— Żadnych listów? Telefonów?

background image

— Nic. To znaczy... nie odzywał się półtora miesiąca, a potem zadzwonił do mnie do 

Akademii. Powiedział, że ma plecak pieniędzy, żebym się spakowała i czekała na niego 
następnego   dnia.   Od   razu   wyjeżdżamy   na   długie,   piękne   wakacje,   powiedział. 
Nieodwołalnie. Byłam trochę zła, ale z grubsza poskładałam rzeczy. Ale już się nie pojawił. 
Przestał być —— zakończyła dziwnie, ale niewiarygodnie celnie.

— Dlaczego pani tak powiedziała? — zapytałem.
— Moja praprababka była wioskową czarownicą. Coś z jej umiejętności odzywa się 

czasem i we mnie.

Popatrzyła   na   mnie,   było   to   półminutowe   spojrzenie,   mocne   jak   przęsło   mostu   i 

bezapelacyjne jak nadejście świtu po nocy.

Postanowiłem,   że   od   tej   chwili   będę   należał   do   tej   części   mężczyzn,   którzy   dają 

stanowczy odpór tego rodzaju spojrzeniom. Nie wiedziałem tylko, że jest to takie trudne. 
Wspomogłem postanowienie dwoma łykami koniaku.

— Czyli dzień, w którym telefonował, był...
— To niezupełnie tak. To nie była bezpośrednia rozmowa, telefon odtworzył nagranie. 

Co prawda, z tego co mówił, wynikało, że nagrał to tego samego dnia...

— A kiedy pani zawiadomiła policję?
— Tydzień później. Przyjechali po trzech godzinach, rozmawiali ze mną dziesięć minut, 

przejrzeli rzeczy Skipermana i, ponieważ zażądałam tego, zabrali je. Tak wyglądało nasze 
pożegnanie.

— Czy   to   prawda,   że   miał   przednie   zęby   sztuczne?   —   zapytałem,   ciekaw,   czy 

rzeczywiście wie o nim wszystko.

— Tak,   pogubił   je  w  jakiejś  bójce  z  młodości.   To   jedna  ze  spraw,   o  których  lubił 

mówić.

— Jakich miał znajomych? Zna pani któregoś z nich?
Pokręciła głową.
— Bardzo, bardzo przelotne znajomości, nieciekawe. Takie, na jakie skazany jest ktoś 

bez pracy. Skiperman nie rozwodził się na ich temat, a ja nie nalegałam.

Założyła   nogę   na   nogę.   W   średniowieczu   zrobiłaby   karierę:   skuteczniej   niż   taran 

otwierałaby swoim kolanem wrota oblężonych twierdz. Dostałem meldunek, że część mojej 
załogi   rzuciła   się   do   szukania   białej   flagi,   druga   część   od   środka   wyłamywała   bramę. 
Odstawiłem kieliszek. Wstałem, mimo że fotel ściągał mnie w dół z siłą pół kilotony.

— Cóż...   —   Znalazłem   słowo,   którego   emisja   nie   wymaga   specjalnego   wysiłku. 

Gorączkowo   przypomniałem   sobie,   czy   znam   jeszcze   jakieś   takie,   co   to   dają   się 
wypowiedzieć nawet w pędzącej z przyśpieszeniem pięć G rakiecie. — Dziękuję. Mam już 
pełny obraz...

— Pomogło to panu w czymś? — zapytała wstając.
O wiele łatwiej rozmawiało mi się z nią, gdy stała nieruchomo.
— Nie bardzo — przyznałem szczerze. — Ale więcej się nie spodziewałem. Dziękuję 

— powtórzyłem.

Wyminąłem ją i pomaszerowałem do drzwi. Z każdym zyskanym centymetrem dystansu 

do niej czułem się lepiej. Całe szczęście, że praprababka nie nauczyła jej niczego więcej. 
Przy drzwiach odwróciłem się, żeby posłać standardowy pożegnalny uśmiech.

— Nie poprosi mnie pan, żebym dała znać, gdybym coś sobie przypomniała? Zawsze 

tak się robi.

background image

— W miernych powieściach i archiwalnych filmach — odpowiedziałem. — Poza tym 

trudno mnie złapać w biurze, unikam go od czasu, gdy się dowiedziałem, że w miejscu 
pracy umiera sześćdziesiąt procent obywateli Stanów. Do widzenia.

Wypadłem na klatkę schodową i dopiero tam pozwoliłem sobie na głębokie, pełne ulgi 

westchnienie. Zbiegając po trzech schodkach na ulicę, czułem się wolny i radosny. Dopiero 
w   hotelu,   w   wannie,   zanurzony   w   eukaliptusowym   obłoku   piany,   poprzez   szum   wody 
usłyszałem cichutko rzucone pytanie: „I z czego, Owen, właściwie się cieszysz?”

Włączyłem   muzykę,   znalazłem   kanał   z   kawałkami   mojej   młodości   i   udawałem,   że 

wprawiam się w dobry nastrój. Dwie puszki piwa nadspodziewanie dobrze wywiązały się 
ze swojego zadania. Potem rozśmieszył mnie komp, przypominając, że powinienem trysnąć 
na łeb kolejną porcję Remsa i połknąć następne dwie drażetki. Bez ścisłego przestrzegania 
warunków kuracji firma nie gwarantuje pozytywnych efektów. Dodał również — jakby bez 
wiary   we   własne   słowa   —   że   alkohol   osłabia   skuteczność   działania   specyfiku.   Dobry, 
samouczący się komp. Rzuciłem okiem na nowe informacje od Hittelmana i odłożyłem je 
na   później.   Poszedłem   poznęcać   się   nad   kelnerem.   Zjadłem   wszystko,   co   zamówiłem. 
Bezpłatnie   nauczyłem   barmana   robić   drink   o   wdzięcznej   nazwie   „Koń   z   kopytami”. 
Wymyśliłem go ad hoc i kolejny raz przekonałem się, że mam do tych rzeczy dryg.

Zanim   zabrałem   się   do   studiowania   raportów   OPT,   ostrożnie   starłem   z   mojego 

bezcennego   prezydenckiego   dokumentu   popiół   zastępujący   tusz   i   stwierdziłem   z 
zadowoleniem, że w ten sposób mogę z niego korzystać w nieskończoność. Zasiadłem do 
czytania. Co godzinę odkładałem wstęgę informacji i pakowałem wszystko, co wydawało 
mi   się   tego   godne,   do   rejestru   własnej   pamięci.   Uruchamiałem   kojarzenie,   wypijałem 
puszkę piwa i wracałem do roboty. Skończyłem przed drugą w nocy kolejny raz zmieniłem 
datę   w   zapisie,   kolejny   raz   wyrzuciłem   starą   i   schowałem   nową   kopertę.   Nawet   nie 
włączyłem telewizora, zapadłem w sen jak w gęsty kisiel.

Komp obudził mnie o dziesiątej. Wyrwany ze snu głośnym sygnałem, przeleżałem w 

łóżku dziesięć minut, bezowocnie starając się przypomnieć sobie myśl, którą — jak mi się 
wydawało — trzymałem zębami przez całą noc. Otworzyłem gębę tuż przed przebudzeniem 
i uleciała, dała się wciągnąć przez pracujący na maksymalnych obrotach represer.

Goliłem się, unikając patrzenia sobie w oczy. Zawsze mnie to rozpraszało. W połowie 

brody przypomniałem sobie, o czym chciałem pamiętać. Pobiegłem do pokoju i wywołałem 
archiwa CBI. Wyciągnąłem z nich dane największych bossów podziemia, tych, których 
ściągnęliśmy   na   rozmowę,   wprowadziłem   nazwiska   ich,   ich   zastępców   oraz   co 
znaczniejszych   orbitantów   i   dołączyłem   do   listy   słów   kluczowych   do   wyszukiwania 
powiązań.   Dokończyłem   golenia,   nastawiony   do   siebie   znacznie   przychylniej.   Zjadłem 
śniadanie w pokoju. Przejrzałem dwa raporty z późnych godzin nocnych. Bez znaczenia. 
Była jedenasta. Siedem godzin do powrotu transtime'a.

Musiałem   zdecydować,   co   robić   dalej.   Teoretycznie,   i   było   to   bardzo   kuszące 

rozwiązanie,   mogłem   wrócić,   odetchnąć   i   znowu   skoczyć   tutaj.   W   tym   czasie   komp 
bawiłby się w gromadzenie danych, przestępcy nabieraliby pewności — a ja sił. A potem 
wpadłbym tu na cztery dni, podziękował maszynie i wyprowadził złodziei na czyste wody. 
Finita la comedia, w najlepszym hollywoodzkim wydaniu. Poszukałem na wardze okruchu 
tytoniu, ale go tam nie było. Nie mogło być, jeżeli paliło się papierosy z filtrem, splunąłem 
więc niczym. Wykasowałem ze świadomości fakt istnienia zegarków i jakichś tam godzin 
osiemnastych.   Podszedłem   do   aparatu   i   lornety,   idiotycznie   wpatrujących   się   w   okna 
ETWIX.  Zrobiłem zdjęcie portierowi, potem uwieczniłem całującą się przy oknie parę. 

background image

Powiększyłem odbitkę tak, że całą płaszczyznę zdjęcia wypełnił sutek. Odczepiłem lornetę 
i spenetrowałem przy jej pomocy całe otoczenie, ulicę, samochody, okna. Mogłem zrobić 
jeszcze kilka zdjęć o tematyce erotycznej, choć godzina była dość wczesna.

Przejrzałem   swoje   notatki.   Dorysowałem   kilka   znaków   zapytania.   Około   dwunastej 

rzuciłem się na łóżko i zacząłem jeszcze raz, inaczej. Co bym robił, będąc złodziejem? Do 
pewnej chwili wszystko było jasne i zgadzało się z faktami. Robię skok. Wykonawcy nie 
muszą  nawet  wiedzieć,   co,   gdzie  i   KIEDY   kradną.   Wystarczy   na   przykład   uśpić   ich  i 
wmówić,   że   podczas   snu   przeniesieni   zostali   do   innej   części   kraju.   Chociaż   nie   — 
Skiperman najwyraźniej wiedział, KIEDY jest. Może się urwał? Bez znaczenia. I tak ekipa 
musiała   ulec   rozpyleniu.   Dziwne,   że   sami   na   to   nie   wpadli.   Dobra.   Załatwiłem   ekipę. 
Najprawdopodobniej wykończyłbym jeszcze egzekutora (egzekutorów?). Tak się pewnie 
stało, ale nie da się uczepić tej nici. W każdym razie zostałem sam na sam z największą w 
historii kolekcją obrazów. Kolekcja nie ma sobie równych, nie może mieć. I niczemu nie 
służy. Chyba że schodzę co jakiś czas do piwnicy i samotnie napawam się widokiem moich 
skarbów.   Duża   musiałaby   być   ta   piwnica.   Szczelnie   chroniona.   Nie,   zbyt   duże   ryzyko 
przypadkowego   odkrycia.   Wystarczy   powódź   czy   trzęsienie   ziemi.   Nie   będę   przecież 
siedział na okrągło nad kolekcją. Stać się niewolnikiem własnej chciwości? Chciwości?

Właśnie   —   czego   bym   zażądał   w   zamian   za   zwrot?   W   ramach   precedensu   nawet 

bezkarności — i zapewne zagwarantowano by mi ją. Pieniądze? Złoto? Tfu! Po cholerę, 
mając...

Zamarłem,   skamieniałem.   Kilka   minut   siedziałem   nie   oddychając,   wpatrując   się   w 

pulsujący   w   rogu   wall—watcha   kursor.   Dwie   staruszki   mogłyby   mnie   w   tym   czasie 
wynieść, przewieźć na brzeg Kanionu Kolorado i zrzucić w dół. Nie dolatując na dno, 
chwyciłem znowu oddech. Spadanie było zajęciem wyczerpującym, trzęsły mi się ręce, z 
trudem odkorkowałem butelkę z JW, niemal ćwiartkę wylałem na rękę. Zimny strumyczek 
dotarł do łokcia, a gdy uniosłem szklankę do ust, poczułem, jak strużka rozlanej po ręce 
whisky   dopływa   mi   pod   pachę.   Nalałem   jeszcze   i   wypiłem.   I   jeszcze   łyk,   pal   diabli 
czuprynę! Kopniakami przestawiłem meble, żeby nie przeszkadzały w spacerze, siódmą 
zapałką przypaliłem papierosa i rozpocząłem marsz. Chodziłem pół godziny i im więcej 
metrów miałem za sobą, im więcej spaliłem szarych komórek, tym bardziej byłem pewny 
swego. Tak dalece, że skasowałem moją hipotezę i postanowiłem jeszcze przez dwa dni 
działać   w   dotychczasowy   sposób,   ostatnie   dwie   doby   zostawiając   sobie   na   wariactwo. 
Wziąłem zimny prysznic i wyszedłem w popołudniowy tłum. Postanowiłem dowiedzieć się 
więcej o świecie, w którym będę kiedyś żył.

Po trzech dniach pobytu w tym obcym kraju, może nie tyle obcym, ile kraju, do którego 

wróciłem jak po dłuższej nieobecności, wydał mi się on już nie tak niebezpieczny jak 
pierwszego wieczora. W gruncie rzeczy nie różnił się zbytnio od świata z moich czasów — 
jeszcze   bardziej   rozszerzone   granice   tolerancji,   jeszcze   bardziej   zatarte   różnice   między 
rasami, jeszcze bardziej rozkręcony przymus konsumpcji. Wystarczyło poznać znaczenie 
kilkunastu słów: „nugretty”, „scrabs”, „leniować”, żeby nie czuć się obco. Zamierzałem 
wziąć   ze   sobą   aparat,   ale   po   krótkim   namyśle   uznałem,   że   nawet   robienie   zdjęć   jest 
pewnego   rodzaju   ingerencją   w   ten   świat,   a   przecież   przyrzekłem   sobie,   że   uczynię 
wszystko, żeby moja wycieczka dotyczyła wyłącznie mnie. No i jeszcze złodzieja.

Tematem   dnia   było   zbliżające   się,   mające   nastąpić   za   dwa   dni   zaćmienie   Słońca. 

Przemysł   optyczny   gorączkowo   rzucił   się   do   zbijania   forsy.   Lunety,   lunetki,   filtry, 
przystawki,   przesłony,   obiektywy   —   każdy   z   artykułów   w   kilkudziesięciu   wariantach 

background image

jakościowych i cenowych — sypały się na potencjalnych klientów, czego ci zupełnie nie 
zauważali.   Kupowali   i   wyglądali   na   zadowolonych.   Można   było   sobie   kupić,   całkiem 
niedrogo,   szyby   do   okien   ze   specjalnego,   przyciemnionego   szkła.   Producent   szczerze 
przyznawał, że przydadzą się po raz drugi za sześćdziesiąt dwa lata. I to był decydujący 
argument. Kupowali. Niemal wszyscy pozakładali ciemne okulary, choć jeszcze wczoraj 
okularnik na ulicy wzbudziłby ich zainteresowanie. Skorzystałem z mody, nabyłem okulary 
i   mogłem   wreszcie   spokojnie   strzelać   spojrzeniami   na   wszystkie   strony.   Wkrótce   tak 
swojsko poczułem się w barwnym, luźnym, pędzącym do wydania forsy tłumie, że na 
widok budki telefonicznej postanowiłem zadzwonić do Pymy. Oprzytomniałem dopiero po 
trzech krokach, kiedy budka zachęcająco otworzyła drzwi i zaczęła paplać coś o radości 
wypływającej z faktu... i tak dalej. Cofnąłem się i natychmiast z nieoczekiwaną siłą napadła 
mnie ochota do skontaktowania się z kimś bliskim. Przecież niemożliwe jest — upierał się 
jakiś   fragment   mojego   umysłu   —   żeby   rozmowa   telefoniczna   zmieniła   cokolwiek! 
Zadzwoń do Phila! No?!

Odwróciłem się i odmaszerowałem od natrętnej myśli, choć wczepiła się łapami w drzwi 

budki   i   niczym   pasmo   gumy   ciągnęła   mnie   z   powrotem.   W   końcu   zerwała   się. 
Zanurkowałem w największy tłum. Ciżba wpływała do ekskluzywnego magazynu „Pollys 
Meadow”. Tu się kupowało, zwiedzało, psioczyło na ceny i obliczało, kiedy upragnione 
artykuły   zejdą  z  ekspansywnych  witryn  „Pollys”  do  poziomu  mocy  nabywczej   narodu. 
Przepchnąłem się do bocznego wyjścia, udało mi się pokonać napór idącej od czoła fali i 
wyszedłem   na   parking.   Westchnienie   ulgi   było   z   rocznika   2045,   dobry   rocznik   na 
westchnienia, nauczyłem się ich podczas nielicznych akcji zakupów z Pymą — połowę z 
nich   spędzałem   właśnie   na   przysklepowych   parkingach.   Przycupnąłem   na   masywnym 
zderzaku   jakiejś   półciężarówki   i   zapaliłem   papierosa.   Dopiero   w   chwilę   potem 
uświadomiłem sobie, że nie ma tym razem na kogo czekać, ale nie podnosiłem się. Co kilka 
sekund   ktoś   przechodził   w   kierunku   salonu,   w   podobnym   rytmie   wypadali   stamtąd 
uszczęśliwieni posiadacze czegoś tam. Pędzili do samochodów, wyprzedzając objuczone 
większymi   i   mniejszymi   zakupami   transporterki,   pakowali   się   do   wozów   i   odjeżdżali, 
żegnani wymyślnymi, za każdym razem innymi tekstami. Potem osierocone wózki albo 
czekały, żeby przywitać kolejnego klienta, albo — jeśli były potrzebne wewnątrz — gnały 
do   roboty.   Te   socjologiczne   obserwacje   zajęły   mi   połowę   papierosa.   Niekiedy   w 
chromowanej burcie zaparkowanego bokiem do mnie urrepa przemykały odbicia takich 
samych scenek rozgrywających się za moimi plecami. Wrzasnęło jakieś przygniecione czy 
strofowane dziecko. Zobaczyłem odbicie jakiegoś mężczyzny wychylającego się zza tyłu 
półciężarówki, które umknęło po ułamku sekundy. Zamarłem, sprężyłem się wewnętrznie, 
zaciągnąłem   się   jeszcze   raz.   Nie   odrywając   spojrzenia   od   lustrzanego   boku   urrepa, 
poruszyłem głową, jak gdybym się rozglądał. Mężczyzna wychylił się znowu, minimalnie, 
ale udało mi się go zlokalizować.

Nie   musiałem   sięgać   do   kieszeni,   żeby   stwierdzić,   że   nie   mam   w   nich   broni.   Nie 

spodziewałem   się   akcji   już   dzisiaj,   wobec   czego   zostawiłem   biffaxa   w   trafalgarze.   W 
kieszeniach   miałem   tylko   trochę   gotówki,   za   mało,   żeby   można   nią   było   kogokolwiek 
znokautować, na nosie okulary, którymi nie dałoby się wysadzić w powietrze parkingu, a w 
ustach papierosa, broń groźną co najwyżej dla niedowidzących, rozpalonych seksualnie 
świetlików.   Wybrałem   papierosa   —   wypuściłem   długą   strugę   dymu,   którą   obserwator 
musiał zobaczyć i zanurkowałem pod ciężarówkę. Zobaczyłem jego stopy. W rekordowym 
tempie przemknąłem pod samochodem, odwróciłem się i szerokim, najmocniejszym na jaki 

background image

mnie było stać, sierpowym kopem podciąłem mu nogi, zaraz potem wyskoczyłem spod 
karoserii i przydusiłem go do ziemi. Przydusiłem tylko na ułamek sekundy, wyszarpnął 
rękę z uścisku i bez skrupułów wbił mi palce w oko. Mimo że trzasnąłem go w skroń tak, że 
nawet   oślepiony   widziałem,   jak   trzepnął   głową   w   betanit,   oddał   cios.   Zostało   mi   do 
dyspozycji jedno oko i jedno ucho. Szarpnąłem łokciem i trafiłem w czubek jego brody. 
Chyba nie odczuł tego zbyt boleśnie. Nie udało mi się kopnąć go w podbrzusze, udało mi 
się natomiast przyjąć na kość policzkową na szczęście niezbyt mocny sierpowy. Zaczynało 
mi   to   wyglądać   na   przydługie   okładanie   się,   co   nie   było   moim   ulubionym   sposobem 
rozstrzygania   walki.   Grzmotnąłem   go   czołem   w   twarz,   uderzyłem   łokciem   w   grdykę, 
kopnąłem   kolanem   jeszcze  raz,   teraz   nieco   celniej,   bo  zareagował  stęknięciem,   ale   nie 
zabrał ze sobą sekundanta, który rzuciłby ręcznik. Udało mi się trafić go w dołek, zerwałem 
się i od razu musiałem podskoczyć, bo zawirował w miejscu, usiłując podciąć mi nogi. 
Jednocześnie   sięgał   do   kieszeni,   w   której   już   w   parterze   wyczułem   coś   nieprzyjemnie 
twardego. Mocny kopniak wybił mu z dłoni matową, połyskującą mętnie jak oszlifowane 
żeliwo broń, drugi trafił w wyprostowane palce sięgające moich nóg. Coś trzasnęło, zawył. 
Przekręcił się na bok i obejmując jedną ręką połamane palce drugiej, odsłonił brzuch — 
skorzystałem z tego bez skrupułów. W połowie piruetu moja pięta trafiła go w dołek i 
wybiła całe powietrze z jego płuc. Zajął się oddychaniem przez skórę, co, sądząc po minie, 
nie szło mu najlepiej, a ja przetarłem łzawiące oko i poszedłem podnieść jego broń.

Leżała około  dziesięciu  metrów  od nas,  na brzegu  szerokiego  pasma transportowego. 

Przebyłem połowę drogi, gdy usłyszałem pisk opon i zobaczyłem, jak niemal nie buksując, 
rusza na mnie płaski, ostry jak brzeg kartki przód jasnozielonego wozu. Zrobiłem dwa 
rozpaczliwe   susy,   dzięki  długości   których   przeskoczyłem   przed  maską,   odbiłem   się  od 
ściany i rzuciłem się z powrotem między samochody. Zielony naleśnik nieznanej mi marki 
atakował tym razem tyłem. Znowu milimetry dzieliły nas od spotkania. Gdyby kierowca 
zdążył otworzyć drzwi, wpadłbym mu do wozu. Lawirowałem między samochodami, wciąż 
słysząc wizg silnika. Pochyliłem się i dzięki temu uniknąłem kulki posłanej przez osobę 
trzecią. Zacząłem kluczyć, wychylając się co jakiś czas. Niemal za każdym razem gdzieś 
obok mnie stłumione stęknięcia kwitowały trafienie w jakąś karoserię. Musiało ich być co 
najmniej czterech, jeden wyeliminowany, wiec zostało trzech. Pochyliłem się i tym razem 
długo nie wysuwając nosa, nurkowałem między rzędami samochodów.

Przedostałem się na sam brzeg parkingu i rozejrzałem się. Tył zielonej żylety zobaczyłem 

jakieś trzydzieści metrów od siebie, poza tym nie widziałem nikogo. Z drugiej strony — 
serce zabiło mi mocniej — przodem do wylotu parkingu stał kabriolet trafalgar. To musiał 
być prezent opatrzności albo pułapka szatana. Zerknąłem do tyłu, a nie widząc jeszcze 
pieszego pościgu, wycofałem się i pod osłoną karoserii dotarłem do trafalgara. Miękko, 
bezszelestnie przelałem się do jego wnętrza. Cicho szemrała muzyczka, niemal zagłuszając 
szelest silnika. Usłyszałem głos kobiety, która stała nie opodal, zasłonięta filarem: „Tak, 
tak! Muszę pędzić, do jutra”. Trąciłem dźwignię startową i runąłem do wylotu garażu. 
Dotarłem doń bez przeszkód. Przy ostatnim filarze, właśnie gdy go mijałem, eksplodował 
cicho betanit, ale ja byłem już na zewnątrz. Roześmiałem się głośno, miał to być głośny 
śmiech. Miał to być długi śmiech, ale nie był. Wsteczny monitor pokazał mi wypadającą z 
garażu zieloną brzytwę i w tej samej chwili sterta pakunków z tylu poruszyła się.

— Mamoo, zwalił mi się cały do...
Głowa   sześcio—,   siedmioletniej   dziewczynki   wychyliła   się   ponad   oparcie   fotela. 

Zobaczyłem   jej   duże   oczy,   powiększające   się   jeszcze   na   widok   obcego   wujka   za 

background image

kierownicą. Cudem ominąłem pędzący na wprost mnie wóz. Przestałem patrzeć na małą, 
całą uwagę skupiając na prowadzeniu. Johannatas Upnum nieźle mnie wpuścił, reklamując 
trafalgara jako męski model. Zielony doganiał mnie w oszałamiającym tempie, zresztą, jak 
dotychczas, każdy kto chciał mnie dogonić, robił to bez wysiłku. Obiecałem sobie, że przy 
najbliższej okazji sprawdzę, co tu się dzieje na rynku samochodowym, ale żeby móc tej 
chwili doczekać, musiałem wbić piętę w dechę gazu i wykonać kilka manewrów, które 
rzuciły małą na siedzenie.

— Jak się nazywasz? — krzyknąłem.
— Nie powiem...
— To nie mów, ale posłuchaj. Ukradłem samochód twoje mamie, ale go zwrócę. Jestem 

złym człowiekiem, ale ścigają mnie jeszcze gorsi...

— Policja? — zawołała.
— Nie...
— Nie podzieliliście stref wpływów?
Skręciłem   w   prawo,   zniwelowałem   poślizg,   ale   wpadłem   dla   odmiany   na   chodnik   i 

gnałem nim przez chwilę. UFO za mną straciło ma tym zakręcie jeszcze więcej.

— Tak! — krzyknąłem do małej. — Oni są niebezpieczni rozumiesz? Dlatego przy 

najbliższej okazji zahamuję, a ty wyskoczysz z wozu. Dobrze?

Odpowiedziała coś, ale musiałem rzucić wóz w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo, żeby 

uniknąć czołowego zderzenia, a właściwie trzech czołowych zderzeń. Mała podniosła się i 
pokazała wściekłą buzię w monitorze.

— Nie! — wrzasnęła. — To samochód mamy!
— Jest   ubezpieczony!   —   odwrzasnąłem.   —   I   na   pewno   mama   by   wolała,   żeby 

rozwalono jej wóz niż żeby któryś z pocisków trafił w jej córkę.

Skręciłem w  lewo  i wpadłem —  cudem  nie  taranując pękatej  limuzyny  — w szereg 

walących   na  zachód   samochodów.   Teraz   o  powodzeniu   ucieczki  decydowała   zrywność 
wozu, który musiał na kilku metrach zwiększać prędkość o kilkanaście kilometrów, żeby 
skorzystać   z   chwilowej   luki   w   szeregu   z   lewej,   skoczyć   do   przodu   o   jeden   lub   dwa 
samochody   i   czekać   na   kolejną   okazję.   Niestety,   trafalgar   —   może   dlatego,   że 
czteromiejscowy — był mułowaty bardziej niż drogowy walec. UFO dzieliły ode mnie 
tylko cztery pojazdy, a aleja nie miała na najbliższym odcinku żadnych osiągalnych dla 
mnie   odgałęzień.   Zostało   mi   kilka   sekund.   Rozejrzałem   się   dokoła.   Z   lewej   wolno 
wyprzedzał mnie gotujący się z niecierpliwości kabriolet, emitujący muzykę z mocą, która 
w moich czasach wystarczała do nagłośnienia stadionu. Puściłem kierownicę, odwróciłem 
się gwałtownie i chwyciwszy małą za ramiona, przerzuciłem ją błyskawicznie do kabrioletu 
z   trójką   dziewczyn.   Zobaczyłem,   jak   otwierają   usta,   ale   nie   czekałem   na   osiągnięcie 
porozumienia.

Strzeliłem prawymi drzwiami w lewy bok jadącego obok mnie wozu, a gdy ogłuszony 

kierowca zaczął hamować, wpadłem w wytworzoną lukę i zrównałem się z kanciastym jak 
na obecną modę volvo. Zobaczyłem, że jezdnię od chodnika dzieli dwumetrowej szerokości 
pasmo   gęstego   żywopłotu.   Przesunąłem   się   na   siedzenie   obok,   przeskoczyłem   na   dach 
volvo   i   jednym   susem,   nie   dając   ścigającym   czasu   na   otwarcie   ognia,   rzuciłem   się   w 
żywopłot.

Odczekałem pięć sekund, zanim ostrożnie wysunąłem czubek głowy z wybitej własnym 

ciałem   dziury   w   metrowej   grubości   dywanie   barvenitty.   Sześć   pasm   wozów   szczelnie 
wypełnionych ciałami nadal sunęło do przodu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, komp 

background image

pozbawionego kierowcy samochodu musi wyprowadzić go gdzieś tam, gdzie nie będzie 
zakłócał ruchu. Moi prześladowcy jechali grzecznie, wpasowani w metalowy strumień. Z 
całą pewnością co najmniej jeden z nich zajęty był obsługą telefonu. Wygrzebałem się z 
zielonej roślinnej rzeczki płynącej obok żelaznego potoku, doprowadziłem do porządku 
garderobę i oddaliłem się bez pośpiechu.

Na bar natrafiłem jeszcze nie mając pojęcia, co będę robił za chwilę. Pełna automatyzacja, 

bezludzie   dające   być   może   zyski   wieczorami,   a   najpewniej   w   nocy,   albo   w   ogóle. 
Wybrałem z karty szkocką wódę, zapłaciłem gotówką i usiadłem na niewygodnym stołku z 
widokiem   na   ulicę.   Do   połowy   drinka   wspominałem   bieganinę   po   parkingu   i   niezbyt 
stylową   jazdę   po   mieście.   Drugą   połowę   poświęciłem   na   zastanawianie   się   nad 
przyszłością.   Musiałem   dokupić   drugą   porcję   —   przyszłość   była   skomplikowana, 
oferowała   tyle   wariantów,   że   musiałem   wziąć   jeszcze   jeden   drink,   żeby   z   grubsza   je 
ogarnąć.

Przyszłość najbliższa: wracać do hotelu czy nie? Zależało mi na broni, Rems był do 

nabycia w byle sklepiku. Raporty byłem w stanie zniszczyć nie zbliżając się do pokoju, a 
ich   zawartość   mogłem   przesłać   pod   dowolny   wskazany   adres.   Wóz   mnie   już   nie 
interesował,   zwłaszcza   że   nie   miałem   pewności,   czy   nie   stał   się   cięższy   o   niewielki 
ładunek. Co do dalszych planów... Tu komplikacje stały się wyraźniejsze. Wyrazistość ich 
pogłębiła trzecia szklaneczka. Poprzestałem na niej. Nie mogłem samokrytycznie oprzeć się 
następującej konkluzji: muszę żyć z dnia na dzień, ponieważ im dalej sięgam w przyszłość, 
tym więcej muszę wlać w siebie alkoholu.

Wyszedłem na ulicę. Wciąż dręczył mnie dylemat: zaspokoić chęć posiadania broni czy 

kierować   się   rozsądkiem?   Zatrzymałem   się   przy   najbliższym   informacie.   Znalazłem   w 
pobliżu magazyn z bronią i skierowałem się w jego stronę. Jeśli moi przeciwnicy mają 
trochę oleju w głowie, to szukają mnie wszędzie, tylko nie tu, skąd powinienem uciekać z 
prędkością światła. Byle tylko nie mieli tyle oleju, żeby rozumować tak, jakby go nie mieli.

  Przy wejściu do sklepu musiałem okazać licencję, za to później komp poinformował 

mnie, że cały asortyment jest do mojej dyspozycji. Od razu sprawdziłem literę „B”. Biffax! 
Jest! Pogłaskałem ekran kompa. Zamówiłem jeden egzemplarz i dwa pudełka nabojów. 
Dowiedziawszy się, że strzelnica jest piętro niżej, opłaciłem wejście, założyłem na głowę 
szczelny kask i wywaliłem oba pudełka do tuzina tarcz. Nic się nie zmieniło — mogłem 
być w miarę pewny jedynie pierwszego strzału, następne zaczynały omijać cel. Zdjąłem 
kask. Zapaliłem papierosa.

— Brak panu koncentracji — powiedział komp. — Po pierwszym strzale przestaje panu 

zależeć na kolejnych trafieniach.

— A ty skąd to wiesz?
— Nie odłączył pan sond.
Zajrzałem   do   wnętrza   kasku.   Fakt.   Wyściółka   usiana   była   błyszczącymi   cętkami. 

Podszedłem do stolika z przyborami do czyszczenia broni.

— Jeśli chce pan skorzystać z mojej rady... — komp elegancko zawiesił głos. — Proszę 

spróbować się skoncentrować, a potem oddać jeszcze serię przy mojej pomocy.

— Możesz pomóc?
— Tak. Mając zapisy najlepszych pańskich strzałów, mogę korygować następne.
Chwyciłem nos w dwa palce i szarpnąłem. Utrzymał się na swoim miejscu. Zgasiłem 

papierosa.

background image

— No to daj mi jeszcze naboje!
Załadowałem   magazynek,   włożyłem   na   głowę   kask.   Popatrzyłem   na   świeżą   tarczę. 

Wykonałem trzecią sekwencję mato—soe i wypróżniłem magazynek. „Dwanaście strzałów. 
109 punktów”.

— Ha! Pomagałeś mi cały czas?
— Nie — usłyszałem. — Tylko przy strzale numer dwa, trzy i cztery.
— Dziękuję.
Zdarłem kask i odłożyłem na stół. Szybko wyczyściłem biffaxa, sprawdziłem na sucho 

działanie części, nieco popuściłem sprężynę spustu i załadowałem oba magazynki.

— Proszę uiścić  opłatę  za  usługę  i dwie paczki  nabojów —  odezwał  się  komp,   gdy 

skierowałem się do drzwi. Wsunąłem mu piątkę z dużym napiwkiem.

Dwie przecznice dalej dokonałem następnego zakupu. Za sto klocków nabyłem szarego 

victima.   Sprzedawca   przekonywał   mnie,   że   to   jeden   z   szybszych   wozów   na   rynku. 
Uwierzyłem mu — identyczny   victim,   tyle   że   zielony,   ścigał   mnie   dzisiaj   po   ulicach 
miasta. Teraz prędkość mieliśmy równą. Przed piątą zakończyłem zakupy. Mogłem teraz 
pognać do kotliny i jeszcze bym zdążył na kolację w domu, ale nawet nie sprawdziłem na 
ekranie   kompa   trasy   przez   miasto.   Zatrzymałem   się   przy   najbliższym   bankomacie   i 
zawarłem transakcję kupna — sprzedaży samochodu. Sprzedał Howen Reds, kupił Lou 
Hirp.   Sprawdziłem,   czy   po   transakcji   zmieniły   się   numery   rejestracyjne   i   zadowolony 
ruszyłem na poszukiwania najbliższego hotelu. Postanowiłem pozostać w tej dzielnicy.

Trochę   się   najeździłem,   zanim   udało   mi   się   znaleźć   mocno   średnią   klasę,   obsługa 

mieszana. Recepcjonista — człowiek, boy — automat.   Wynająłem   dwa   pokoje   po 
przeciwnych  stronach  korytarza.   W  pierwszym  włączyłem  muzykę   i   rozpakowałem   się 
wyjąłem   z   kieszeni   biffaxa   i   położyłem   na   stoliku.   Potem   wyszarpnąłem   z   gniazda 
klawiaturę kompa, położyłem ją na kolanach i usiłując nie trzaskać klawiszami, połączyłem 
się z kompem w Rivierze. Po minucie zameldował o zniszczeniu wszystkich znajdujących 
się w pokoju danych na folii i przesłaniu ich do aktualnego miejsca mojego pobytu. Połowę 
informacji   przejrzałem   jeszcze   przed   kolacją.   Ciężkie,   martwe   meldunki   topornych 
policjantów: nazwisko, adres, stan konta, rodzina, praca, znajomi, koniec. Takie dane nie 
wystarczyłyby   mi   nawet   do   wykrycia   samego   siebie.   Poskromiłem   niecierpliwość, 
porządnie zwinąłem folię w cienki rulon.

Zamówiłem kolację do pokoju, a ponieważ nie jadłem obiadu, poszerzyłem trochę jej 

zakres.   Nie   dotyczyło   to   trunków.   Wypaliłem   papierosa,   usiłując   doszukać   się   w   tych 
czasach czegoś miłego.  Bez  trudu  znalazłem:  Joana Ti.   Nie  szukałem już innych  zalet 
końca   dwudziestego   pierwszego   wieku.   Po   prostu   wypaliłem   do   miłych   myśli   dwa 
papierosy i wróciłem do raportów. Trzeci omal mnie nie zabił: załomotało mi w skroniach, 
z   jednoczesnym   szumem   w   uszach,   mój   prywatny   dwutakt   zakrztusił   się   jak   silnik 
śniegołaza po nocy arktycznej. Po raz pierwszy z sympatią pomyślałem o służbie zdrowia, 
to mi pomogło. Przeczytałem jeszcze raz krótki raport. Pieczołowicie odłożyłem go na bok 
i jak burza przeleciałem resztę. Nie liczyłem już na nic więcej, dla mnie sprawa stała się 
jasna,   pozostały   tak   zwane  detale   —  znalezienie   miejsca  pobytu   sprawcy,   wymuszenie 
zeznania i już. Zaraz! A transport powrotny? Przecież nie mogłem wrócić i powiedzieć 
Dougowi: „Okay, Doug. Za trzydzieści lat niejaki Hittelman otrzyma anonim, po którym 
odnajdzie wszystkie obrazy i aresztuje sprawcę. Wytrzymamy te ćwierć wieku”. Nie, to 
odpada.

background image

Zgarnąłem całą folię i wcisnąłem w kasetę śmietnika. Wziąłem prysznic, wypiłem dwie 

mocne kawy i z bronią w wewnętrznej kieszeni bluzy opuściłem hotel. Prócz boya nikt tego 
nie zauważył. W samochodzie połączyłem się z Hittelmanem i zadałem mu kupę roboty. 
Dwie godziny później dostałem część odpowiedzi na zadane pytania. Wśród nich tylko 
jedno było naprawdę ważne, ale na odpowiedź na nie musiałem długo czekać. Dopiero o 
trzeciej   rano,   gdy   już   znałem   miasto   lepiej   od   nestora   miejscowych   taksiarzy,   komp 
Hittelmana   dostarczył   mi   potrzebnych   danych.   Jazda   po   nocnych   ulicach   była   o   tyle 
sensowna, że dowiedziałem się, iż mogę zaparkować wraz z samochodem na pokładzie 
luksusowego promu, który popłynie z prądem niemal idealnie w pożądanym kierunku. O 
lepszej przystani nie mogłem marzyć.

Zdążyłem dopaść do kasy sześć sekund przed jej zamknięciem. Po mnie nikt już nie był w 

stanie niezauważalnie wjechać na pokład parkingowy. Rugałem sam siebie i nazywałem 
kretynem, ale wytrzymałem kwadrans na pokładzie, żeby sprawdzić, czy ktoś nie spróbuje 
dostać się na prom potajemnie, mimo że nikt nie zamierzał mi zapłacić za pilnowanie 
spokoju pasażerów. Zresztą orgia zaczęła się, zanim jeszcze odbiliśmy od przystani. Mniej 
więcej tego się spodziewałem. Ale wyraźnie mniej.

Prawdziwy   miłośnik—przyrody   byłby   wniebowzięty   —   gęsta   trawa   oszałamiała 

świeżym,   łąkowym   zapachem.   Z   okiem   oddalonym   zaledwie   o   kilka   centymetrów   od 
gęstwiny źdźbeł widziałem dwie krzątające się po jednym z nich mrówki, od nagrzanej 
słońcem ziemi biło ciepło, suche, z posmakiem pyłu. Dzień zbliżał się do cezury za jaką 
przyjęto uważać południe, było gorąco. Nie tylko ja odczuwałem upał, lufa wbita w mój 
kark rozgrzana była zupełnie nie jak w powieściach, gdzie bohater najczęściej czuje na 
swoim karku przeraźliwie zimny metal. Ja mógłbym najwyżej powiedzieć, że przeraźliwie 
czuję lufę. Człowiek, który wbił mi ją w zagłębienie na styku szyi i czaszki, zrobił to tak, 
jakby   chciał   nabić   mnie   na   koniec   broni,   podnieść   z   trawy   i   potrząsnąć,   żeby   opadły 
uczepione moich kolan i łokci suche badyle.

Poczułem   rękę   wsuwającą   się   pod   połę   mojej   kurtki.   Palce   miały   nieco   kłopotu   z 

wyłuskaniem biffaxa, ale ich właściciel był uparty, ponawiał próby, aż uchwycił rękojeść 
na tyle pewnie, że wyjął nowiutkiego, nieużywanego jeszcze do poważnych zadań bliźniaka 
tego, który wypoczywał w trafalgarze.

— Ręce! — zażądał napastnik. Była to pierwsza próbka jego głosu i nie wniosła do 

sprawy   żadnego   nowego   czynnika:   głos   nijaki,   normalny,   mogący   służyć   kaznodziei, 
hutnikowi,   szeryfowi   czy   nawet   mnie,   w   każdym   razie   tchnął   zdecydowaniem.   Nie 
sprawdzałem wiarygodności tego wrażenia. Wykręciłem ręce do tyłu, gdzie błyskawicznie 
na ich przeguby opadły jakieś koliste uchwyty, to samo poczułem na kostkach, po czym 
wbijający mi kolano w środek pleców, dokładnie między nerkami, napastnik zeskoczył ze 
mnie. 

— Idziemy!
Podkurczyłem kolana, odbiłem się barkiem od pachnącej łąki i wstałem. Zobaczyłem 

młodego chłopaka, najwyżej osiemnaście, dziewiętnaście lat, ale broń trzymał pewnie. Inna 
sprawa,  że wyglądała na lekką i wypracowaną przez stylistów. Może trochę za bardzo 
bajerancka,   trochę   jak   wyposażenie   Hickorys   Army   z   ulubionego   filmu   Phila,   ale   nie 
miałem wątpliwości, że jest skuteczna. Zresztą — na tę odległość, przy moich skutych 
rękach i nogach, skuteczna byłaby nawet rakietka do ring—ranga.

— Idziemy — powtórzył napastnik.

background image

— Ciekawe jak? Ze skutymi nogami? — zaoponowałem.
— Co ci, wał głowę zastąpił? — zdziwił się. — Przecież to inercjały.
Wzruszyłem ramionami, że niby co mi za różnica, ale szybko zerknąłem w dół. Uchwyty 

na kostkach łączył zaskakująco cienki wąż, poruszyłem nogą i przekonałem się, że wąż się 
rozciąga.   Dodałem   tę   informację   do   nazwy,   czego   wynikiem   był   pierwszy   uczyniony 
przeze mnie krok. Poruszyłem rękami. Jeżeli ruch był powolny i rozciąganie kajdanków 
„inercjałów” odbywało się z odpowiednią siłą; pozwalały one na marsz i rozsuwanie rąk. 
Piekielny   wynalazek   —   gdy   tylko   wykonałem   nieco   szybszy   i   mocniejszy   ruch, 
natychmiast   zacieśniły   uchwyt   i   dopiero   minutę   później   zareagowały   na   kolejną   próbę 
rozciągania. Musiałem przyznać, że w tym zabezpieczeniu rzeczywiście byłem niegroźny 
dla otoczenia.

Zeszliśmy ze wzgórza. Na masce victora siedział znajomy mojego pogromcy. Trzymając 

w   ustach   kciuk   obgryzał   paznokieć,   a   właściwie   szukał   czegoś   do   obgryzienia.   Gdy 
podeszliśmy bliżej, zerwał się błyskawicznie, trzasnął mnie w wątrobę i dołożył w twarz. 
Inercjały ochoczo przyłączyły się do poniewierania Howena Redsa — szarpnęły ku sobie 
wszystkie cztery obręcze, skutkiem czego nie miałem innego wyjścia jak runąć na plecy, 
machając   bezradnie   stykającymi   się   w   przegubach   dłońmi   i   niemal   nie   poruszając 
unieruchomionymi całkowicie stopami. Obaj mężczyźni roześmiali się. Radośnie. Zrobili to 
tak odruchowo, tak beztrosko i zaraźliwie, że niemal im zawtórowałem. Jeśli coś mnie 
powstrzymało, to fakt, że zacząłem obawiać się ich intencji. Jeśli chcieli po prostu zabrać 
mi forsę i zabić, to nie było powodu do śmiechu, z mojej — rzecz jasna — strony. Jeśli 
mieli   zabić   bez   zabierania   pieniędzy   —   jeszcze   gorzej.   Najbardziej   urządzałoby   mnie, 
gdyby zamiast pieniędzy zabrali mnie i postawili przed obliczem szefa.

— Rozkuj mu nogi — polecił ten, który obgryzał paznokieć.
— Po co?
— Ostrzegam, że paznokcie na stopach mam krótko przycięte, nie użyjesz sobie — 

odezwałem się, leżąc na plecach.

— Rozkuj go, powiedziałem. — Wyjął kciuk z ust i wytarł go o koszulę. — Będzie 

szybciej wstawał. Pośpiesz się, babo!

Przyjrzałem się młodzieńcowi. Wcześniej wyraźnie zmyliła mnie gładka skóra twarzy, 

proste, gęste włosy; szczupła sylwetka. Teraz udało mi się dojrzeć znikome pierwszorzędne 
cechy   płciowe,   których   nie   zauważyłem   wcześniej.   Biedny   Owen,   rozbrajają   cię 
dziewczynki, które zaczynają dzień od porcji kaszki manny...

Dziewczyna zupełnie mnie zlekceważyła — schowała pistolet do kabury pod lewą pachą. 

Pochyliła się nade mną, teraz poczułem zapach delikatnych perfum, chwyciła za bluzę na 
piersi   i   postawiła   mnie   na   nogi.   Była   męsko   silna.   Naparłem   na   kajdanki   ręczne   i 
rozciągnąłem je nieco, podczas gdy dziewczę zdejmowało te z nóg. Nie próbowałem jej 
kopnąć, bo przede wszystkim byłaby pierwszą kopniętą przeze mnie kobietą, ale pomijając 
moje   zahamowania,   to   jej   swobodne   zachowanie   musiało   wynikać   z   przekonania   o 
nieskuteczności takiego ataku. Podnosząc się wykonała krótki zamach kajdankami, trafiając 
mnie dokładnie tam, gdzie chciała. Przeraźliwy ból wstrząsnął moim kroczem, odruchowo 
szarpnąłem rękami, ale inercjały szarpnęły również, o wiele skuteczniej. Pochyliłem się, z 
czego skorzystał manikiurzysta — zrobił krok i rąbnął mnie hakiem z przysiadu. Celował w 
nos, ale udało mi się nieco przekręcić głowę, tak więc pięść wylądowała na lewej kości 
policzkowej. Drugą ręką płasko huknął mnie w ucho.

background image

Fiknąłem   kozła   w   bok   i   na   wszelki   wypadek   przeturlałem   się   dalej,   nie   zamierzając 

podstawić   się   pod   kopa.   Wcześniej   zauważyłem,   że   nosił   buty   na   cienkiej,   płaskiej 
podeszwie, cienkiej, płaskiej i sztywnej jak płat blachy. Mógł czubkami tych półbutów 
zrobić niezłą kratownicę na moim ciele. Ale nie śpieszył się. Ja również. Odwróciłem się na 
plecy i przekręciłem, żeby nogami bronić się przed kolejnym ciosem. W prawym uchu 
słyszałem wyraźny szum fal, potrząsnąłem głową, ale nieprzyczepiona do ucha muszla nie 
odczepiła   się.   Podciągnąłem   kolana   i   wytarłem   płynący   z   lewego   oka   strumyk   łez   o 
nogawkę   spodni.   Dziewczyna   rzuciła   kajdanki   koledze   i   zrobiła   dwa   kroki   w   moim 
kierunku.

— Tym   razem   już   cię   uderzę   —   ostrzegłem.   Manikiurzysta   parsknął   beztroskim 

śmiechem.   Cisnął   inercjałami   w   moją   stronę,   a   gdy   po   uniku   podniosłem   głowę, 
zobaczyłem   wylot   lufy   najwyraźniej   wydajnego   pistoletu   maszynowego,   skierowanego 
nieco w bok ode mnie. Pociski — tak jak przypuszczałem, w dużej liczbie opuszczające 
lufę — przeorały łąkę z mojej lewej strony, przejechały obok stóp, których nie miałem siły 
nie podkurczyć i zakończyły spulchnianie gleby na wysokości głowy po prawej stronie. 
Potrząsnąłem głową, żeby strząsnąć piasek i pocięte źdźbła trawy.

— Wstawaj — powiedziała dziewczyna — bo ja się do ciebie zabiorę.
Uwierzyłem, że może to być gorsze od kopniaka manikiurzysty. Wzruszyłem ramionami i 

zanim zdążyłem rozciągnąć wargi w odpowiednim uśmieszku, leżała już na mnie wbijając 
dwa palce w dolne części moich gałek ocznych. Lewe, czynne ucho doniosło, że ktoś z 
naszej trójki wrzeszczy radośnie, potem wrzask został zagłuszony przez szum morza w 
uchu   prawym   i   wtedy   zrozumiałem,   że   to   nie   jest  wrzask   radosny   i   że  to   ja  krzyczę. 
Spróbowałem szarpnąć głową, ale była wciśnięta w ziemię, a każda próba ruchu na boki 
potęgowała  ból   odpowiedniej   gałki  ocznej.   Dziewczyna  odbiła  się  kolanem  od   mojego 
dołka i zeskoczyła ze mnie. Ból ustał niemal natychmiast, ale kaskady łez uniemożliwiały 
mi zobaczenie czegokolwiek. Przycisnąłem twarz do kolan.

— Większej suki  niż  ty  nie widziałem  —  powiedział  manikiurzysta.  W jego  głosie 

podziw mieszał się z wyraźnym strachem. — Znajomość z tobą, Fiona, sprawia, że mam 
ochotę rozwalić wszystkie baby świata.

Usłyszałem krótki, miękki śmiech kobiecy.
— Zacznij od niej — wykrztusiłem.
Fiona roześmiała się głośniej i jeszcze swobodniej. Przeprosiłem w imieniu mężczyzn 

wszystkie kobiety nazwane kiedykolwiek sukami. Podniosłem głowę i przez zasłonę łez 
popatrzyłem na duet przed sobą.

— Wstawaj — zaproponowała Fiona.
— Namolna...   —   mruknąłem.   Oderwałem   plecy   od   podłoża   i   usiadłem   w   kucki. 

Wstałem. — I co dalej?

— Masz ty szczęście, że... — zaczął mężczyzna.
— Brock...? — Umiała syczeć nawet przy wymawianiu głoski „r”.
Brock zatrzasnął gębę i zaraz ją otworzył, żeby wsadzić między zęby resztkę paznokcia. 

Fiona podeszła do victora. Oparła się łokciem o dach karoserii.

— Jedziemy   —   zakomunikowała.   Przyjrzała   mi   się   uważnie.   Ze   zdziwieniem 

stwierdziłem, że gdy jest spokojna, robi wrażenie nijakiej, mdlej i obojnaczej, natomiast w 
jakiś przedziwny, szatański sposób ładnieje, rzucając się do zadawania bólu. Szczególna 
mutacja, może produkt zanieczyszczenia środowiska czy od wieków aktualnego problemu 
dziury ozonowej, raz większej, raz mniejszej.

background image

— No? — rzuciła. Odczekałem, aż zaczęła pięknieć i dopiero wtedy ruszyłem do wozu. 

Brock usiadł za kierownicą. Fiona wsunęła się obok mnie na tylne siedzenie i uśmiechnęła 
się radośnie, może nawet obiecująco, może inaczej, ale i tak wstrząsnął mną dreszcz. Brock 
przez lukę w zaroślach wyprowadził victora na szlak, który wybiłem kołami w gęstym 
dywanie traw i ziół. Ślady opon widoczne były jak księżyc w pełni na bezchmurnym niebie. 
Nic dziwnego, że mnie tak szybko nakryli. Pół dnia ślepiłem przez lornetę na posiadłość i 
— proszę, goście.

— Zapaliłbym — powiedziałem do Fiony.
— To ci pomaga? — zapytała, zainteresowana odpowiedzią.
— Owszem.
Poklepała mnie po piersi, znalazła paczkę marlboro, wsadziła papierosa do moich ust i 

przytknęła   do   jego   końca   zapaloną   zapałkę.   Zaciągnąłem   się   z   rozkoszą,   zachłannie. 
Spodziewałem się, że wyszarpnie mi papierosa z ust i wyrzuci po pierwszym sztachu albo 
że przypali mi policzek, ale nie, to by było zbyt prostackie. Dała mi wypalić do końca.

Wyjechaliśmy   na   glasfalt,   żeby   po   kilku   minutach   skręcić   w   odnogę   prowadzącą 

bezpośrednio do posiadłości. Brama zaczęła się otwierać, gdy byliśmy pięćdziesiąt metrów 
od niej. Starałem się nie wyglądać na zaciekawionego, ale nie marnowałem czasu na tępe 
gapienie   się   na   podsufitkę.   Dość   szczegółowo   przyjrzałem   się   płotowi,   przyjąłem   do 
wiadomości istnienie po obu stronach drogi, już wewnątrz posiadłości, jakichś słupków — 
mało  dekoracyjnych,  a  więc pełniących  inne  funkcje.  Przed  samochodem  coś  błysnęło, 
Brock zwolnił trochę, ale Fiona rzuciła się do przodu i trąciła go w ramię.

— Gazu — rozkazała.
Wąż usiłował usunąć się z drogi. W ostatniej chwili, widząc, że nie zdąży, podniósł łeb i 

chyba zdołał ukąsić zderzak, zanim koło rozwalcowało część jego ciała.

— To już twój czwarty w ciągu dwu dni — powiedział Brock. — Dostaniesz kiedyś za 

swoje.

— Nie lubię ich — Fiona wzdrygnęła się. Jak najprawdziwsza, delikatna kobieta.
— Żmije nie lubią rywalek — powiedziałem i szybko wyplułem niedopałek na podłogę. 

— Interesowałem się kiedyś herpetologią...

Przechwyciłem   uważne   spojrzenie   Brocka   w   monitorze   wstecznym,   popatrzyłem   na 

Fionę. O dziwo, nie wyładniała, więc albo nie zrozumiała mojej aluzji, albo niewiele ją ona 
obchodziła. Może jakieś znaczenie miał fakt, że nie byliśmy już na łące. Wóz przejechał 
kratownicę z czerwonego metalu. Ciągnęła się jak okiem sięgnął, również przez trawnik po 
prawej i lewej. Musiała być użyteczna jako sygnalizacja, a może obrona przed wężami. 
Podjechaliśmy pod budynek, skręciliśmy w lewo i szeroką pochylnią zjechaliśmy poniżej 
poziomu gruntu. Otworzyły się jedne z ośmiu wrót garażu. Brock zatrzymał samochód. 
Fiona wyjęła kajdanki i ponownie skuła mi nogi.

— Jeśli spróbujesz cokolwiek zrobić, skuję ci nogi i ręce razem i będziesz musiał się 

turlać czy czołgać, czy jak tam sobie poradzisz.

— Będę koziołkował.
— To niemal pewne — powiedziała spokojnie, od niechcenia.
Przestałem ją podniecać. Odebrałem to jako porażkę w nieustającej, damsko—męskiej 

wojnie.   Wygramoliłem   się   z   wozu,   starając   się   jak   najdelikatniej   poruszać   nogami. 
Kajdanki pozwoliły mi rozsunąć stopy na dość znaczną odległość, stanąłem w rozkroku i 
rozejrzałem się. Na sekundę straciłem Fionę z oczu, a gdy wracałem spojrzeniem do niej i 
Brocka, uderzyła mnie kantem dłoni w sam czubek nosa. Udało mi się utrzymać się na 

background image

nogach. Poczułem na wargach ciepło. Parsknąłem, rozpylając kropelki krwi na najbliższe 
otoczenie.

— Wiedziałeś, że tak się musi skończyć twoje podskakiwanie...
— Wiedziałem — przyznałem.
— No to nie mogłam cię rozczarować. I czekam, kiedy mnie znienawidzisz.
— Doczekała   się   glizda,   aż   ją   zaswędziała...   —   mruknąłem   i   znowu   prychnąłem. 

Ponieważ   nie   zareagowała   na   moją   rymowankę,   dodałem:   —   Nic   dziwnego,   że   Brock 
obgryza paznokcie. — Popatrzyłem z kolei na niego. — Nażresz się kiedyś jakiegoś gówna 
i zdechniesz w męczarniach.

Byli nieźle zgrani — Fiona skoczyła za moje plecy, a Brock szybko przysunął się o krok, 

nieco w bok ode mnie, i zanim zrozumiałem, jaki będzie następny manewr, zgiął się wpół i 
odchylił w bok, prostując jednocześnie lewą nogę. Trzasnął mnie podbiciem stopy w dolne 
żebra. Fiona podparła mi plecy, żebym nie upadł. Co najmniej dwa prawe żebra okazały się 
być wykonane z niewystarczająco trwałego materiału — trzasnęły, a obręcz bólu zaparła mi 
dech   w   piersiach.   Stęknąłem   i   pochyliłem   się   do   przodu.   Udało   mi   się   złapać   nieco 
powietrza. Zobaczyłem, jak na podłodze, tuż przed moimi stopami, rozbijają się krople krwi 
z nosa, plamiąc czysty betanit. Jednocześnie poczułem, że Fiona chwyta mnie od tyłu za 
łokcie i przyciska do siebie. Moja lewa dłoń trafiła między jej uda i na kilka sekund została 
tam   uwięziona.   Dziewczyna   wykonała   kilka   szybkich   ruchów   biodrami,   roześmiała   się 
beztrosko,   choć   wydało   mi   się,   że   brzmi   w   tym   lekkim   śmiechu   nutka   szaleństwa,   i 
odsunęła się.

— Idziemy — powiedziała i pchnęła mnie do przodu.
Zrobiłem   szeroki,   kaczkowaty   krok,   prostując   się   i   jednocześnie   oglądając   do   tyłu. 

Miałem nadzieję, że Fiona zobaczyła w moich oczach pogardę, musiała zobaczyć, było jej 
tam tyle, że mógłbym zalać nią cały ten garaż. Może i zobaczyła, ale pewnie była na takie 
spojrzenia odporna, tak jak ja na bankowe monity. Trąciła mnie znowu, zrobiłem następny 
krok, następny. Pokonywałem przestrzeń, odchylając się na boki, kiwając, suwając stopami. 
Czułem   się   odrobinę   poniżony,   chociaż   tłumaczyłem   sobie,   że   paranoja   nie   może   być 
obraźliwa.   Otworzyłem   usta,   żeby   jakoś   się   odkuć,   ale   zamknąłem   gębę.   Pociągnąłem 
nosem, z chlupotem wciągając gęstniejącą krew.

Brock szedł przede mną, zupełnie nie interesując się moim sposobem poruszania się, nie 

obejrzał się nawet wtedy, gdy zacząłem zdobywać trzy schodki. Weszliśmy w korytarz, 
którego   ponura   gładź   ścian   i   ich   siwa   barwa   mogła   wpędzić   w   katatonię   najbardziej 
odpornego osobnika. Jeśli Fiona często tędy chodziła, to była poniekąd usprawiedliwiona. 
Brock dotarł do pierwszych, a może jedynych drzwi, otworzył je i odsunął się. Wszedłem i 
usiłowałem zatrzymać się zaraz za progiem, ale szczupłe, dziewczęce dłonie pchnęły mnie 
dość mocno. Wykonałem dwa udane skoki na rozstawionych nogach, trzeci nie miał szans 
powodzenia — coś zablokowało mi prawą stopę. Runąłem na twarz, ale nawet gdyby udało 
mi się upaść na bok, niczego by to nie zmieniło. Brock nie wchodził do celi. Został na 
zewnątrz i nawet przymknął drzwi, mógł więc nie dotrzeć doń trzask złamanego z drugiej 
strony   żebra.   Zaraz   potem   Fiona   niczym   rasowy   wrestlingman   upadła   na   kolano, 
przygważdżając nim moją głowę. Dziewczyna była mocna — zdołała odwrócić mnie na 
brzuch i kilka razy mocno kopnąć, czubkiem buta celując w odbytnicę. Szarpnąłem się 
najmocniej jak mogłem, przekręciłem i machnąłem z całej siły nogami. Dawno już nie było 
jej w tym miejscu. Stała przy drzwiach ze szczęśliwym uśmiechem na kocim, pięknym w 
tej chwili pyszczku.

background image

— Wpadnę do ciebie w nocy — powiedziała rozmarzonym głosem.
— Mam okres... — wychrypiałem — ...nic z tego. Prychnęła ironicznie.
— Tandeta!
Odwróciła   się   zwinnie   i   wyszła   z   celi.   Drzwi   zaterkotały,   jakby   przesuwały   się   po 

nienasmarowanej   zębatej   szynie   i   zostałem   sam.   Pod   sufitem   rozbłysło   światło. 
Przewróciłem   się   na   brzuch   i   przypadłem   płonącym   policzkiem   do   chłodnej,   wylanej 
gładkim   plastykiem   podłogi.   Zmieniłem   kilka   razy   okład,   przykładając   na   zmianę   oba 
rozpalone policzki do podłogi. Nie bardzo wnikałem, co w nich tak buzuje — złość czy 
zwykły ból.

Odczekałem kilka minut. Podziękowałem Owenowi Yeatesowi, który wpadł na pomysł 

zabrania ze sobą samouczynniających się blokerów.  Dzięki nim pięć minut po wyjściu 
Fiony poczułem się zupełnie znośnie. Uważałem, żeby nie dało się to zauważyć: jęknąłem 
kilka razy ruszając głową, pozgrzytałem zębami.

Wypoczywałem pół godziny. Potem postękując usiadłem i pokazałem obserwatorom, jak 

zwalczam zawrót głowy. Nie próbowałem wstawać. Pracowicie rozciągnąłem na pół metra 
kajdanki ręczne i po kilku minutach miałem ręce znowu z przodu. Mogłem podczołgać się 
do szerokiego tapczanu. Wdrapałem się nań i wytarłem twarz w gruby materac.

Ostrożnie obmacałem głowę, sprawdziłem, czy mam na miejscu uszy. Nie odmówiłem 

sobie   przyjemności   rzucenia   w   przestrzeń   kilku   rynsztokowych   sekwencji.   W   końcu 
wyjąłem z kieszeni papierosy i z ogromną przyjemnością zapaliłem jednego. Gdybym był 
bardziej przewidujący, kazałbym wykonać koszulę z podwójnej wodoodpornej tkaniny i 
pomiędzy jej warstwy wlałbym buteleczkę koniaku. Żal mi się zrobiło tego pomysłu, na 
który   nie  wpadł  jeszcze  szalejący  w  wyszukiwaniu  takich  praktycznych rzeczy,  obficie 
wyposażony   w   kompy   i   ludzi,   przemysł   lekki.   Już   chociażby   dla   realizacji,   może 
opatentowania tej idei warto było wyrwać się z rączek makabrycznej Fiony.

Wypaliłem   marlboro.   Popatrzyłem   na   zegarek   —   wskazywał   za   kwadrans   pierwszą. 

Dokładnie   tak,   jak   w   przepysznym   dowcipie:   „Żona   pyta   męża:   —   Która   godzina, 
kochanie? Mąż: — Za piętnaście minut będzie pierwsza, skarbie. Żona: — To za piętnaście 
minut, a ja pytam, która jest teraz!”.

Przeliczyłem   papierosy.   Osiemnaście   sztuk.   Zapałek   trzy   razy   tyle.   Położyłem   się   na 

tapczanie   i   wypaliłem   następnego   papierosa,   patrząc   w   sufit.   Potem,   przyciskając 
przedramiona do połamanych żeber, usiadłem i po chwili wypełnionej cichymi jękami i 
rzucanymi przez zęby przekleństwami zacząłem rozglądać się po pokoju. Zmarnowałem tak 
kilka minut, można było przewidzieć, że nic albo niewiele więcej odkryję. Dostrzegłem 
wąską,   uchylającą   się   zapewne,   klapę   pod   sufitem.   Mogły   się   pod   nią   kryć   wszelkie 
możliwe   świństwa,   od   wylotów   rur   z   zimną   wodą   począwszy,   poprzez   lufy 
samonaprowadzających   śrutówek   aż   do   projektorów   załadowanych   sześćdziesięcio—
godzinnymi   kasetami   z   przeglądem   wyników   jedynej   wytrwale   uprawianej   dziedziny 
ludzkiej twórczości.

Wstałem i tym swoim kaczym chodem, który zaczynał mi wchodzić w krew, obszedłem 

cały pokój, obstukując zgiętym palcem ściany. Starałem się robić to przekonująco, zresztą 
uchybienia w sztuce aktorskiej obserwatorzy powinni złożyć na karb potłuczonego umysłu i 
nadwerężonych   mięśni.   Przyłożyłem   ucho   do   drzwi   i   nasłuchiwałem   długo,   po   czym 
doczłapałem do pryczy i ostrożnie — końce połamanych żeber zgrzytały zaczepiając się o 
siebie, słyszałem to nawet — ułożyłem się na plecach. Szarpnąłem mocno rękami, kajdanki 
natychmiast   ukarały   mnie   skróceniem   łącznika,   co   akurat   było   moim   celem   —   pod 

background image

pozorem   obmacywania   obręczy   i   prób   zsunięcia   ich   sprawdziłem,   czy   mam   jeszcze   w 
mankiecie swoją cud niteczkę i zadowolony z oględzin zamarłem w bezruchu.

Niemal   godzinę  spędziłem   na   bardziej   lub  mniej   jałowych   rozmyślaniach.   W  efekcie 

poczułem   senność.   Uznałem,   że   jest   to   sposób   na   spędzenie   czasu   w   niewoli   równie 
rozsądny jak inne, albo nawet nieco bardziej. Skoncentrowałem się, wykonałem dwudziestą 
sekwencję   ćwiczeń   mato—soe.   Zupełnie   świadomy,   jak   zawsze   w   takim   przypadku, 
zapadłem w sen.

Obudził   mnie   metaliczny   terkot   drzwi.   Świadomość   błyskawicznie   podsunęła   sposób 

działania   —   jęknąłem   cicho   i   podniosłem   głowę.   Udawanie,   że   śpię,   nie   miało   sensu. 
Postarałem się wyraziście oddać wysiłek i ból towarzyszący siadaniu na tapczanie. Drzwi 
zamknęły się za Fioną same. Mogła mieć przy sobie sterownik, ale prawdopodobniejsze 
było zaprogramowanie kompa na jej osobę. Nie widziałem, żeby miała przy sobie broń, ale 
już wiedziałem, że jest piekielnie szybka i że czerpie z bicia prawdziwą rozkosz, co jest 
motywacją lepszą nawet niż walka o własne życie. Przyjrzała mi się uważnie. Podeszła 
bliżej i zupełnie naturalnym gestem, jakby to nie ona kilka godzin temu młóciła mnie po 
pysku,   wyciągnęła   dłoń   i   delikatnie   dotknęła   mojego   policzka.   Wytrzymałem   i   nie 
poruszyłem się.

— Już pewnie tylko ćmi — stwierdziła.
Przyjrzałem się jej — coś dziwnego błyszczało w jej oczach. Poruszyła wargami, ale nic 

nie usłyszałem. Przysunęła się i nagle, zbyt szybko jak dla mnie, ale miękko, usiadła na 
moich kolanach. Korzystając z tego, że siedzę nieruchomy jak sfinks, zarzuciła mi ramiona 
na szyję i wtuliła nos gdzieś między mój bark i ucho.

— Nie ruszaj się — usłyszałem cichy szept. Poczułem jej dwa lekkie pocałunki. — 

Pomogę ci się uratować, tylko cicho. — Pocałowała jeszcze raz moje ucho, czułem jej 
oddech na swojej szyi, stawał się coraz gorętszy. — Nie rób żadnych głupstw, jesteśmy 
podglądani, szef lubi takie widoczki: ofiara i oprawca. Rozumiesz?

Poruszyłem nogą, tak jakbym chciał ją zrzucić na podłogę. Zerwała się błyskawicznie i 

już stała krok ode mnie, napięta, gotowa do działania, zła, ale jeszcze niezdecydowana, co 
powinna zrobić. Opanowała się. Uśmiechnęła.

— Nie podobam ci się? Milczałem.
— Naprawdę ci się nie podobam? — Była wściekła, była znowu piękna, wchodziła 

znowu w trans, w którym ładniała fizycznie, a moralnie staczała się na dno. Sięgnęła wolno 
do szyi i zaczęła opuszczać nieznanego mi typu suwak.

Poprawiłem pozycję strategiczną — usiadłem opierając się plecami o ścianę, poruszyłem 

nogami,   które   miały   odegrać   główną   rolę   w   mającej   nastąpić   za   chwilę   potyczce. 
Postarałem się wywołać na twarz uśmiech, który zdążył już doprowadzić do pasji kilka 
osób.

— Zrywa) się stąd, wywłoko — powiedziałem. Uśmiechnęła się odrobinę szerzej, jej 

dłoń zjechała jeszcze niżej. W szczelinie błysnęła czernią jakaś połyskująca tkanina, ciasno 
opinająca jej pierś. Fiona rozpięła się do końca i, coraz ładniejsza, szarpnęła koszulkę, 
której podstawowym zadaniem, jak mi się wydawało, było krępowanie jej biustu, zrzuciła 
ją na podłogę i na kilka sekund zamarła. Miała całkiem ładne i dość, w każdym razie 
wystarczająco, spore piersi. Zapomniałem, że miałem jej dokuczyć i sprowokować. Dopiero 
gdy sięgnęła do paska spodni, odwróciłem się i splunąłem pogardliwie.

— Nie znam nic gorszego niż mały, niezaspokojony kurwiszon — powiedziałem do 

ściany. — Nic gorszego i nic bardziej niesmacznego...

background image

Zaśmiała się chrapliwie, pochyliła i zaczęła zsuwać ciasne spodnie z łydek. Już płynęła po 

wielkiej   rzece   znieczulenia—podniecenia,   rzece   zbyt   szerokiej,   by   słowa   jakiegoś   tam, 
przeznaczonego na odstrzał, Howena Redsa mogły dotrzeć do niej, zażywającej rozkoszy 
na   środku   nurtu.   Wydarła   jedną   nogę   z   nogawki,   oddychała   płytko,   szybko,   głośno. 
Obrzuciłem ją powolnym, zniechęcającym spojrzeniem.

— Lubię cycate blondyny, a ty byś dużo musiała pompować, zęby wejść w orbitę moich 

zainteresowań. Zsuwaj się, flądro...

Wyprostowała się wolniutko. Niechętnie wychodziła z tej swojej rzeki odurzenia, powoli 

opuszczała nurt oszołomienia i coraz wyraźniej docierało do niej, kto jest temu winien. 
Patrzyła na mnie chwilę, ale z całą pewnością mnie nie spostrzegała. Podniosła drugą nogę, 
z której nie zdążyła jeszcze zedrzeć spodni, teraz zdjęła je jednym ruchem, wyłuskała coś z 
kieszeni   i   rzuciła.   Mała   kulka   uderzyła   w   ścianę   nad   moją   głową.   Poczułem   jakiś 
zatykający oddech  zapach i zsunęła się na mnie  chłodna kurtyna.  Widziałem  wszystko 
ostro, tylko nie mogłem poruszyć głową. Szarpnąłem się. Fiona pochyliła się, pociągnęła 
mnie za stopy, przez co przesunąłem się na brzeg tapczanu. Opadłbym na plecy, gdyby nie 
chwyciła mnie za koszulę i nie przytrzymała. Narkotyk usztywnił mnie w siedzącej pozycji. 
Dziewczyna przez kilka sekund przyglądała się swojemu dziełu. Byłem w pełni świadomy, 
tyle   że   zakuty   w   kamienną   powłokę   cielesną,   niepoddającą   się   skurczom   mięśni. 
Ultrarealistyczna rzeźba, „Siedzący Owen Yeates”, autor: Fiona Wyuzdana, 2076 rok n.e.

Przysunęła się bliżej. Musnęła sutkiem moje usta. Jeszcze raz, i jeszcze. Nasilała tempo 

ruchów i ich siłę, czułem, jak sutek zesztywniał, zdrewniał, niemal miażdżył mi wargi. 
Przed   oczami   przesuwało   się   tam   i   z   powrotem   młode,   jędrne   ciało,   widziałem   mały 
pieprzyk tuż nad piersią, czułem zapach podniecenia i potu. Fiona syknęła. Poczułem, jak 
zsuwa się na moje prawe udo, obejmuje je swoimi i ściska. Chwyciła za koszulę na moich 
plecach i mocno wbiła moją twarz między swoje piersi. Siedząc na moim udzie, zaczęła 
przysuwać  się   do  mnie   i  odsuwać,   najpierw  wolniej,   potem  coraz  szybciej,   jej  oddech 
stawał   się   coraz   głośniejszy,   przechodził   w   charkot.   Szarpnąłem   się,   brakowało   mi 
powietrza. Owen Yeates uduszony piersiami sadystki—nimfomanki. Onanistki.

Jęknęła  i   odsunęła  się  na  sekundę,   chwyciłem  darowany   mi  przez  los  łyk  powietrza, 

poprawiłem drugim haustem. Chrypiałem nie gorzej od łapiącej wiatr w żagle orgazmu 
masturbantki.   Stopniowo   odzyskiwałem   zdolność   myślenia,   stłumioną   chwilowo   przez 
żądzę tlenu. Zacząłem uświadamiać sobie, że za chwilę mój nos zostanie złamany o mostek 
dziewczyny, ale nic nie mogłem na to poradzić. Na szczęście zaczęła podskakiwać, racząc 
aparaturę podsłuchową całą gamą szlochów, a oko kamery — spazmatycznymi drgawkami. 
Stłumiłem torsje, obawiając się uduszenia własnymi wymiocinami. Mocny zapach samicy 
wypełnił mi nozdrza, unieruchomione gałki oczne zapiekły, potem pieczenie nieco osłabło, 
gdy spod powiek trysnęły łzy. Po raz drugi przez tę samą kobietę zalewałem się łzami. 
Krzyknęła głośno, powtórzyła okrzyk ciszej, jakby bawiła się we własne echo, zafalowała i 
opadła   twarzą   na   mój   bark.   Całą   minutę   albo   więcej   uspokajała   się,   nieruchomiała, 
oddychała coraz ciszej. Mój oddech zdążył już wrócić do normy i znowu zaczął nabierać 
tempa, tym razem z powodu duszącej mnie nienawiści. Fiona zsunęła się z mojego uda, 
opadła   na   podłogę,   przytuliła   policzek   do   nieruchomego   kolana,   a   dłoń   położyła 
pieszczotliwym gestem na moich genitaliach.

—   A   ty   nic,   biedaku...   —   powiedziała   cicho.   —   Zaraz   będziesz   się   mógł   ruszać, 

powspominasz sobie... — Podniosła twarz i popatrzyła mi w oczy, widziałem to, mimo że 
miałem wzrok skierowany na ścianę. — Zawsze to coś, prawda?

background image

Podniosła się i ustawiła tak, żebym ją widział. Oczy jej błyszczały, na spoconej skórze 

twarzy   migotały   świetliki   —   odbicia   światła   z   sufitowej   tafli.   Patrzyła   chwilę,   potem 
zaczęła się ubierać. Przeszedł mnie dreszcz i zrozumiałem, że zesztywnienie dobiega kresu, 
ale się nie poruszyłem. Modliłem się, żeby paraliż ustąpił, zanim Fiona się ubierze. Miała 
jednak   znakomicie   wyliczony   czas   —   akurat   kiedy   poczułem   mrowienie   w   palcach   i 
nabierałem powietrza, żeby się na nią rzucić, pochyliła się błyskawicznie, uderzyła kantem 
dłoni w łącznik kajdanków, który w mgnieniu oka skrócił się do dziesięciu centymetrów, a 
prostując się kopnęła, wiedźma, taki sam łącznik inercjałów nożnych. Mogłem teraz tylko 
rzucić się głową w przód, ale nawet poprzez purpurową kurtynę ogarniającego mnie szału 
widziałem pulsujący mi przed oczami napis: „Bez sensu”. Pogodziłem się z doznanym 
upokorzeniem, obiecałem sobie satysfakcję i uśmiechnąłem się pogardliwie.

— Już lepiej, prawda, kotku? — zaćwierkała, ale takie gadanie nigdy nie robiło na mnie 

wrażenia. Sam byłem mistrzem w docinaniu bezbronnym. — Będziesz mnie wspominał tej 
nocy, co?

— Co „wspominał”?
— Och, nie udawaj! — Z wysiłkiem wciągnęła na siebie krępującą piersi bluzkę i tę 

drugą, wierzchnią. — Fajnie było — powiedziała tonem, jakim powierza się tajemnicę. — 
Mogę powiedzieć, że lepszej zabawy w życiu nie miałam. Chociaż... — dopięła spodnie i 
odsunęła się o pół kroku — ...muszę ci się przyznać, że odczuwam to za każdym razem. Za 
każdym razem wydaje mi się, że to był raz najlepszy. Rozumiesz coś z tego?

Nie odpowiedziałem.
— Uwielbiam   tę   zabawę   z   ludźmi,   którzy,   jak   określa   się   w   dętej   literaturze,   są 

naznaczeni piętnem śmierci. To jest...

Rozłożyła ręce, niezdolna do znalezienia odpowiedniego określenia.
— Brandzlowanie   —   dokończyłem.   —   Po   prostu.   Większość   ludzi   z  tego   wyrasta, 

część ma jakiś feler i to im przeszkadza. To zboczenie, nekrofilia.

Zachichotała.   Była   szczerze   ubawiona.   Zrozumiałem,   że   ma   nade   mną   przewagę.   Że 

wszystko co powiem, traktuje, zgodnie z prawdą zresztą, jak próbę bezsilnego odkucia się. 
Postanowiłem   zamknąć,   po   raz   pierwszy   w   życiu   naprawdę,   gębę   i   nie   dawać   jej 
satysfakcji.

— Mów, mów... Tak się słodko przy tym odprężam — powiedziała.
— Żadna kobieta nie lubi, kiedy mężczyzna odwraca się po wszystkim do ściany, nawet 

jeśli to trup.

Wyjąłem   papierosy,   pogmerałem   w   kieszeni   w   poszukiwaniu   zapałek.   Robiłem   to   w 

przekonaniu, że wyrwie mi jedno i drugie, ale zdawała sobie sprawę, że zdradzi się ze 
swoją   bezsilnością.   Wytrzymała.   Zadarła   do   góry   głowę   i   ignorując   mnie   zupełnie, 
pokręciła nią, wzdychając i mrucząc: „Rozkosz spełniona, powspominajmy”. Przejechała 
dłonią po piersiach. Sutki, nawet przez ciasne warstwy tkaniny, oznaczały wypukłościami 
swoje istnienie. Zapaliłem i wypuściłem dym, odwracając głowę.

— A może jednak naprawdę to był najlepszy raz? — powiedziała do siebie. — Jesteś 

dość dobrze zbudowany, akurat szerokie uda, mocna klatka piersiowa... Szkoda...

Odwróciła się i wyszła. Pracowicie rozciągnąłem obie pary kajdanków i ułożyłem się 

znowu   na   łóżku.   Śmierdziałem  stosunkiem,   ale  gdyby   nawet   w   celi  była   łazienka,   nie 
widziałem możliwości wzięcia prysznica bez zdejmowania ubrania. Ta głupawa myśl — 
stwierdziłem   to   z   zaskoczeniem   —   uspokoiła   mnie   i   odprężyła.   Wypaliłem   papierosa, 

background image

analizując otrzymaną od Fiony informację. Wynikało z niej, że jestem przeznaczony do 
wycofania, nie powiedziała tylko, kiedy nastąpi złomowanie.

Może wpadła tu kwadransik przed egzekucją, może kilka godzin? Może zadowolą się 

strzałem,   może   ta   skomplikowana   zboczenica   zażąda   dekapitacji   albo   powolnego 
patroszenia pod miejscowym znieczuleniem. Postarałem się zmienić tok myślenia, inaczej 
sam wymyśliłbym sobie śmierć nie do przeżycia. Wyplułem tlący się już filtr.

Pozwoliłem   sobie   wykluczyć   zabicie   mnie   bez   chwili   chociażby   rozmowy   z   szefem. 

Ludzie pewni, że ofiara nie może nic im zrobić, muszą, po prostu muszą popatrzeć jej 
przedtem w oczy. Może chodzi o to, żeby przestraszona, załamana, złamana psychicznie 
świadomością   sytuacji   zaczęła   lżyć  oprawcę,   co   pozwoli   mu   znaleźć   dla   swego   czynu 
minimum usprawiedliwienia? Cokolwiek byłoby motywem, niemal nigdy nie obywa się 
bez  ostatniego spotkania.  Czy  to  jest  dla mnie sprzyjająca okoliczność?  Tak,  nie mam 
innych sprzyjających.

Na wszelki wypadek, gdybym się jednak pomylił i nie dane mi było rozmawiać i znaleźć 

w tej rozmowie szansy, postanowiłem nie spać już tej nocy. Elegancko byłoby podsumować 
jakoś swoje istnienie, należy zostawiać po sobie porządek, a tu i teraz nie mogłem liczyć na 
niczyją pomoc. Zwłaszcza że postanowiłem zrobić również porządek w myślach. A w tym 
już naprawdę nikt nie mógł mi pomóc.

Gdy Brock pojawił się w celi, miałem jeszcze trzy papierosy i dwadzieścia cztery zapałki.
— Pić mi się chce — powiedziałem zamiast „dzień dobry”.
Stał dwie sekundy nieruchomo, potem podszedł do ściany i dotknął jej. Fragment muru 

zapadł się, odsłaniając niszę. Gdy podszedłem, zobaczyłem cienką rurkę kranu. Wsunąłem 
w niszę ręce, chwilę zmywałem z nich pamięć o Fionie, potem po prostu własny pot i 
zapach papierosów, w końcu stuliłem dłonie i napiłem się. Zaburczało mi w brzuchu.

— Dasz  coś  zjeść? — zapytałem.  —  Palenie na  czczo jest  niezdrowe,  piecze mnie 

później zgaga jak jasna cholera.

— Idziemy do szefa — rzucił krótko. Sięgnął do kieszeni i upuścił pod moje nogi płaski 

krążek.   Obejrzałem   go   i   przeniosłem   spojrzenie   na   Brocka.   —   No   co?   —zapytał 
niecierpliwie. — Kajdanki! — brodą wskazał moje stopy.

Skrzywiłem się w duchu. Przysunąłem stopy do krążka.
— Przejdź nad nim! — jęknął zniecierpliwiony Brock. — Detektyw od siedmiu boleści: 

kajdanków nie widział. Z czym ty się pchałeś? No, z czym?

— Nie mówi się „szczym”, tylko „szczamy”. Albo kulturalniej: „siusiamy”.
Przesunąłem nogę nad krążkiem, kajdanki zwiotczały i odpadły. Pochyliłem się, żeby 

uwolnić ręce i natychmiast tego pożałowałem. Brock parsknął triumfującym śmiechem.

— Głupiego szukasz? Cha, cha, cha! Przecież potrzebny jest drugi sterownik. Uczył 

mnie będzie, jak się mówi! — dokończył z pogardą. — Suwaj się! W lewo!

Wyszedłem z celi. Starałem się iść normalnie, stawiając stopy w niewielkiej odległości od 

wyimaginowanej   osi,   ale   moje   nogi,   jakby   były   jednoimiennymi   biegunami   magnesu, 
odsuwały   się   od   siebie,   zmuszając   mnie   do   kaczego   chodu.   Całą   więc   uwagę 
koncentrowałem na dolnych kończynach. Szliśmy dość długo, podjechaliśmy ze dwa piętra 
do góry, znowu kawałek korytarzem. Wyraźnie wkroczyliśmy już na teren szefa. Podłoga 
wykonana była ze szlachetnych gatunków drewna, tak pomyślałem, bo plastykowa imitacja 
byłaby czymś ohydnym; wzdłuż szerokich okien całe kilometry donic i skrzyń z kwiatami, 
pewnie kupowane z metra. W połowie długachnego korytarza czekała na nas Fiona. Gdy 

background image

podszedłem bliżej, uśmiechnęła się, wysuwając koniuszek języka. Trąciła wierzchem dłoni 
drzwi. Weszła pierwsza, ja za nią, na końcu Brock.

Pokój był duży, choć widziałem już większe. Sufit, niczym w turystycznym namiocie 

sprzed dwu wieków, składał się z dwu płaszczyzn, uciekających do góry na środku pokoju i 
opadających w stronę okien, do węższych ścian. Jedno z okien miało przyciemnione szyby. 
Przypomniałem sobie o zapowiadanym na dziś zaćmieniu słońca. Pod ścianą przeciwległą 
do drzwi znajdowało się gigantyczne biurko. Można by na nim urządzić orgię i przez całą 
noc nie natknąć się na upatrzoną partnerkę. Kilku, może kilkudziesięciu artystów musiało 
zdrowo się napocić, żeby wytapetować wszystkie boczne powierzchnie płaskorzeźbami w 
drewnie. Obejrzenie wszystkich scenek zajęłoby normalnemu człowiekowi dwa tygodnie, 
w przyśpieszonym tempie — dwanaście dni. Zauważyłem jeszcze jakieś szafy czy gabloty, 
fotele, kanapę. Ktoś z tyłu, nie wiedziałem, Fiona czy Brock, trącił mnie w plecy.

— Podejdź do fotela, usiądź i pochyl się.
Wykonałem dwa pierwsze polecenia, ale nie pochyliłem się. Dziewczyna oplotła z tyłu 

moją   szyję,   nacisnęła   przedramieniem   i   wysunęła   przed   twarz   drugą   dłoń   z   jakimś 
pojemnikiem. Poczułem słaby, znany mi już zapach. Pochyliłem się. Brock zręcznie założył 
na jedną z kostek obręcz kajdanków, przełożył je między nogami fotela i zapiął drugą 
obręcz. Zaraz potem puściła mi szyję i szarpnęła moją lewą rękę w dół, jej towarzysz zrobił 
to samo z prawą. Inercjały opadły i zaraz zatrzasnęły się z powrotem. Nie mogłem teraz 
wstać,   musiałem   siedzieć   mocno   pochylony   do   przodu,   jakbym   chciał   do   ukrytego   w 
czołowej   ścianie  biurka  mikrofonu  przekazać  konfidencjonalną  informację.   Patrzyłem  z 
dołu na Fionę.

— No to zwiewajcie i zostawcie mnie sam na sam z szefem.
Podeszła   i   przycisnęła   moją   głowę   do   swojego   brzucha.   Usiłowałem   ją   ugryźć,   ale 

oczywiście zdążyła wciągnąć brzuch i pacnęła mnie otwartą dłonią w tył głowy.

— Mało ci jeszcze? Tyy...
Omal   nie   udało   się   jej   spowodować   pierwszego   w   czasach   nowożytnych   zerwania 

inercjalnych kajdanków — dysponowałem dwiema tonami szału, zabrakło tylko sześciu 
gramów. Pech.

Odskoczyła   ode   mnie.   Miała   poważną   twarz,   jej   oczy   odczytywały   coś   z   bezgłośnie 

wypowiadających rozkazy, niewidocznych dla mnie ust. Skinęła głową, rzuciła mi ostatnie 
— postarała się, żebym zrozumiał, że to ostatnie — spojrzenie i szybko wyszła. Zamknęły 
się drzwi, bo odgłos jej kroków zamilkł raptownie. Usłyszałem inne kroki i w polu mojego 
widzenia pojawiła się jakaś postać. Zobaczyłem ją kątem oka, ale udawałem, że jestem 
zajęty   wyjmowaniem   papierosów.   Gdy   wsunąłem   prawą   rękę   głęboko   pod   fotel,   gdy 
złożyłem   się   wpół   jak   scyzor,   gdy   podciągnąłem   lewą   rękę   do   góry,   wyłamując   ją  ze 
stawów,   udało  mi   się   sięgnąć   do  kieszeni,   wyjąć  paczkę  papierosów   i  zapałki.   Kiedyś 
zapalałem jedną ręką, prawą. Teraz zrobiłem to lewą, za czwartym razem. Przez cały ten 
czas   gospodarz  stał  nieruchomo.   Zaciągnąłem   się  i  podniosłem   głowę.   Popatrzyłem   na 
niego.

Pół roku temu opisała go barmanka: starszy, dystyngowany pan, tchnący dostojeństwem i 

fortuną. Krótko, ogólnikowo i dość celnie. Widziałem go raz w tej postaci, w tym wieku i 
zapamiętałem   bardzo   skutecznie.   Patrzył   na   mnie   z   dziwnym   wyrazem   twarzy   —   z 
nienawiścią, radością, satysfakcją. Jeszcze kilka uczuć emanowało z ostrych, zdecydowanie 
rzeźbionych rysów, ale trudno je było zdefiniować. W końcu stał przed swoim własnym 
zabójcą, co nie udało się dotychczas żadnemu człowiekowi. Nie chodzi oczywiście o moją 

background image

sytuację — ja również stałem przed swoim potencjalnym zabójcą, ale on stał przed zabójcą, 
który już swego czynu dokonał. Już, ale jeszcze nie.

— Jesteś... — odezwał się Guylord.
Nie doczekał się odpowiedzi, prawie na pewno jej nie potrzebował. Ale i tak musiałem 

coś powiedzieć.

— Jestem. Spodziewał się pan?
— Tak.   Od   kilku   dni.   Po   wizycie   w   niecce   i   wzięciu   pod   lupę   ETWIX.   Czy   to 

naprowadziło na mój trop?

Było mi cholernie niewygodnie, ale przysiągłem sobie, że prędzej kopnę się w tyłek, 

zanim poproszę Richmonda Marca Guylorda o cokolwiek, z rozkuciem na czele.

— Nie, to już były ostatnie gwoździe. Jeśli mam być szczery, to gdy tylko wpadliśmy 

na myśl, że kradzieży obrazów mogli dokonać przestępcy z przyszłości, mgliście zaczął mi 
chodzić po głowie właśnie pan. Przecież to się samo narzucało. Poza tym mój umysł ma 
taką cechę, że stara się posuwać po najłatwiejszej drodze. Tak więc, jeśli znałem jednego 
człowieka,   który   mógł   cofać   się   w   czasie,   to   dlaczego   miałbym   szukać   innego,   skoro 
wszystko mi pasowało?

— Aż tak jestem łatwy do rozszyfrowania? — zakpił z przekąsem.
— Yhy.   Dwa   do   drugiej   to   cztery.   Bogaty,   wyposażony   w   sprzęt,   żądny   władzy   i 

zemsty. Coś jeszcze?

Mruknął coś, po czym obszedł dookoła swoje biurko, a nie był to krótki spacer, i usiadł w 

fotelu. Podwyższył trochę siedzenie. Mogłem go widzieć tylko zadzierając głowę tak, że 
trzeszczały mi kręgi szyjne. Szarpnąłem się w bok i zwaliłem na podłogę. Podniósł jeszcze 
trochę swój fotel. Oparł łokcie o blat, splótł palce. Z boku musiał wyglądać jak klasyczny 
wysoki urzędnik.

— Czy mi się to podoba, czy nie, imponujesz mi trochę.
Już   raz   to   słyszałem.   Wtedy,   kiedy   trzymał   mnie   na   muszce   laserowej   strzelby. 

Przesunąłem papierosa do kącika ust.

— Już mi pan to mówił. Coś o nieszablonowym myśleniu, szerokich horyzontach i 

jeszcze o czymś tam. To miały być ostatnie słowa uznania w moim życiu. Już niemal 
widziałem promień lasera w swoich flakach.

— Właśnie! Mógłbyś mi opowiedzieć o tym spotkaniu? — zainteresował się.
— Nie.
— Może będziesz rozmowniejszy, jeśli jakoś poprawię ci pozycję?
— Po co? Przeżyłem gorsze.
— Ale przeżyłeś! A tej nie przeżyjesz...
Wstał i podszedł do okna. Komp na biurku zaciurkał perliście. Guylord drgnął, jakby 

chciał się obejrzeć, ale nie zrobił tego. Długą chwilę patrzył przez ciemną szybę, ja paliłem 
leżąc na boku na podłodze. Udało mi się tak ułożyć ręce, żeby kant siedzenia fotela nie 
wbijał mi się w przedramię. Guylord westchnął i wrócił do biurka.

— Zabił pan wszystkich uczestników rabunku? — zapytałem.
Wydął wargi, pyknął wypuszczając powietrze.
— Oczywiście.
— A obrazy?
Roześmiał się wesoło. Po pierwszej fali śmiechu przyszła druga, potem trzecia. Musiało 

to być szczególnie zgrabne zagranie. Był z niego dumny, a ja dosypałem do tej dumy 
drożdży.

background image

— Nie doszedłeś do tego?
— Panie   Guylord,   wypiliśmy   razem   kilka   drinków.   Napiłem   się   nawet   dzięki   panu 

„Białego AYO”, ale na „ty” nie przechodziliśmy. Zachowajmy do końca pewne formy, 
dobrze?

— Ho, ho! No, dobrze, panie Yeates. Powtarzam pytanie: nie wpadł pan na to?
— Booże! Nie wpadłem!
— Są o dzień wcześniej od kradzieży!
— Hę?!
— Po prostu cofnąłem się o dzień względem czasu akcji i zostawiłem je w niecce. 

Sprytnie?

— Sprytnie — przyznałem. Rozejrzałem się i nie widząc popielniczki, zapytałem: — 

Mogę rzucić peta na dywan?

Skinął głową. Wyplułem niedopałek, najdalej jak mogłem.
— Pogubiłem się już w tych paradoksach — powiedziałem. — Dobrze, jeszcze jedna 

sprawa:   Heyroud   powiedział,   że   nie   może   zrobić   transtime'a   cofającego   się   w   czasie. 
Okłamał nas?

— Nie   sądzę.   Wiesz...   wie   pan,   będę   to   musiał   wyjaśnić.   Może   to   mnie   oszukał, 

twierdząc, że nie może posuwać się w przyszłość. Pytałem go, ale mnie zbył. Teraz zajmę 
się tym energiczniej. Może kiwa obie strony: wam powiedział, że tylko do przodu; mnie, że 
tylko do tyłu. A tymczasem może i tu, i tu. To teraz nieistotne.

Komp ćwierknął znowu. Guylord zerknął na blat i zerwał się z fotela.
— Zaćmienie! Obejrzymy sobie, co?
— Proszę bardzo. Mnie to nie bawi, ale nie będę żądał wstrzymania zjawiska.
Guylord dotknął oparcia fotela i przesunął go pod okno. Nie patrzył już więcej w moją 

stronę,   na   kilka   minut   zapomniał   o   człowieku,   który   z   jego   rozkazu   miał   umrzeć. 
Zaabsorbowało go znacznie bardziej interesujące wydarzenie — zaćmienie Słońca. Może 
powinienem był mu powiedzieć, że żadne zaćmienie nie jest warte śmierci nawet jednego 
człowieka,   ale   nie   dałoby   się   w   tym   oświadczeniu  ukryć  ordynarnego   partykularyzmu. 
Dałem   więc   sobie   spokój,   przekręciłem   się   na   plecy   i   zapaliłem   ostatniego   papierosa. 
Ostatni papieros, pomyślałem. To brzmi, jakbym zamierzał rzucić palenie. Ułożyłem się jak 
mogłem   najwygodniej.   Dym   cienką,   rozchwianą   strużką   odrywał   się   od   rozżarzonego 
końca   i   ulatywał   do   góry.   Ciekawe,   czy   ktoś   nas   podgląda,   pomyślałem.   Chyba   nie, 
Guylord   na   pewno   nie   wtajemniczał   szeregowych,   nawet   zaufanych,   zbirów   w   swoje 
tajemnice, plany i możliwości.

Na pokój padł cień. Guylord — dotychczas widoczny na tle okna — jakby zmniejszył się, 

jego kontury straciły ostrość. Przyczyną była zapadająca w niesamowitym tempie ciemność 
za oknem. Nie bardzo mnie interesowała — zachowując kamienną twarz, zastanawiałem 
się,   jak   pozostać   przy   szkodliwym   nałogu   ale   musiałem   zauważyć,   że   była   inna   niż 
zapadający od tysiącleci zwykły, codzienny zmierzch. Była czarna, nieprzyjemna. Może na 
takie odczucie wpłynęło moje położenie i pewne podświadome skojarzenia. Może szarość 
zmierzchu   miała   inną   barwę   bo   zmiany   następowały   stopniowo,   dając   czas   na 
przystosowanie się wzroku i innych zmysłów do pożegnanie światła. Słupek popiołu spadł 
mi na nos, odruchowo szarpnąłem się w bok. Niemal już nie widziałem kolan, w chwilę 
potem na pewno już ich nie widziałem. Można było tylko odgadnąć zarysy mebli na tle 
jasnych ścian. Zamknąłem oczy.

— Fantastyczny widok! — zawołał Guylord.

background image

— Wierzę panu, proszę bawić się dobrze. Za mnie też — rzuciłem, nie otwierając oczu.
Zamilkł. Przez zamknięte powieki widziałem rubinowe światełko, gdy zaciągnąłem się i 

rozjarzył się koniuszek papierosa. Potem — nie wiem, ile upłynęło czasu — zrobiło się 
jaśniej, usłyszałem, jak Guylord wstaje i przesuwa z powrotem fotel. Otworzyłem oczy. 
Mrok ustępował, w końcu dzień pełnią światła uderzył w okna, obmył wszystkie zakątki i 
niepodzielnie zapanował w pomieszczeniu. Marc zerknął na blat biurka.

— Nie próbowałeś się uwolnić? Skorzystać z ciemności? Co z twoją... przepraszam, co 

z pańską przemyślnością? — wyraźnie podkreślił „pańską”.

— Zostawiłem w swoich czasach.
— Coś   takiego!   —   Teatralnym   gestem   plasnął   w   dłonie.   —   Nie?   Tak   sprytnie 

zabezpieczył się pan przed moją zemstą... Rzeczywiście długo żyłem w obawie, że dowiem 
się, kiedy umrę z pana ręki. A potem, po kilku latach, kiedy ten strach osłabł, postanowiłem 
dać sobie spokój, a wie pan, dlaczego? Głupia sprawa, pomyślałem sobie: „A co będzie, 
jeśli zabiję Yeatesa i nic się nie stanie? Jakże będę wtedy żałował tych kilku lat spędzonych 
w obawie przed zemstą zza grobu!”. I w końcu machnąłem ręką.

— Niepotrzebnie — uniosłem na chwilę głowę.
— Nie rozumiem. To znaczy, rozumiem, że chce pan coś przez to powiedzieć, ale nie 

wiem co.

— Powiedziałem,   że   swoją   przemyślność   zostawiłem   w   swoich   czasach   — 

powtórzyłem, kierując słowa do sufitu.

— Nie bawmy się w zagadki—zgadywanki!
— Kto tu mówi o zabawie? Chyba że chodzi o zabawę w małego mordercę.
Usłyszałem, że maszeruje wokół swojego biurka i podchodzi do mnie. Pojawił się w polu 

widzenia, ale na tyle daleko, że mogłem go najwyżej opluć.

— Jeśli masz mi coś do zakomunikowania, to zrób to teraz. Za minutę może być za 

późno.

— Tak. No to komunikuję: jeśli uważa pan, że przyjechałem tu z gołymi rękami, to jest 

pan tak głupi, że aż mi żal własnego czasu.

Rzuciłem mu jedno krótkie spojrzenie, zakwaszone drwiną. Wytrzymał je bez widocznej 

reakcji.

— Jeśli nie wrócę do siebie, to kilka zaufanych osób ma przykazane pana zabić. Zna 

pan moich przyjaciół, ale na pewno nie wszystkich. A na pewno nie zna pan wszystkich 
dobrych egzekutorów. Zresztą... W każdym razie pan mnie przeżyje o kilkanaście godzin 
bezwzględnych, że je tak nazwę.

— Bzdura — powiedział spokojnie.
— To samo mogę powiedzieć o pańskich obietnicach.
— Nie wierzę.
— Wolnemu wola. A propos woli, dość łatwo mnie złapaliście. Widział pan kiedyś 

kurczaka, który sam wpychałby sobie rożen w tyłek? I jak to się ma do pańskich słów o 
mojej inteligencji?

 Kątem oka widziałem, że zamyślił się, patrząc na mnie, nieruchomy jak posąg. Zrobiłem 

zeza,   żeby   ocenić,   ile   mi   jeszcze   zostało   papierosa.   Trzy,   cztery   zaciągnięcia,   pięć 
oszczędnych. Pociągnąłem delikatnie i wciągnąłem dym gdzieś do łydek. Guylord odwrócił 
się   i   zniknął,   ale   usłyszałem   trzask   jakiegoś   klawisza   czy   wyłącznika,   a   potem 
niesamowicie sympatyczny bulgot i łapczywe siorbnięcie.

— Udało ci się. Odwlokłeś trochę wykonanie wyroku.

background image

— Phi! „Wyroku”. A kimżeż pan jest, do fiuta miękkiego? Wyrok to czeka na ciebie! 

— krzyknąłem.

Zaciągnąłem   się   ostatni   raz   i   splunąłem   niedopałkiem   gdzieś   przed   siebie.   Miałem 

nadzieję, że uda mi się trafić w biurko.

— Napompuję cię rodzynkami i wyśpiewasz całą prawdę!
— Akurat! Może jestem hipnotycznie zakodowany?
— Przygotowałeś się do rozmowy...
— Nie tylko do rozmowy.
Zbliżył   się   znowu.   Oczy   w   bladej   twarzy   błyszczały   mu   złością.   Pociągnął   łyk   z 

zachłannością a la Owen Y. Szklanka zatańczyła mu w ręku — zauważyłem to.

— Jakby... — urwał i zamyślił się. Na kilka sekund spojrzenie mu zmętniało. Potem 

przeszły mnie ciarki, zaiskrzyła w nich radość. — Wiesz co? — zapytał cicho, wymawiając 
słowa powoli, jak ktoś, kto ma do zakomunikowania coś nieprzyjemnego dla rozmówcy, a 
przyjemnego dla siebie. — Po prostu skoczę w miesiąc poprzedzający ten, w którym się 
poznaliśmy i tam cię zabiję. Może być?

— Może, może! — uśmiechnąłem się protekcjonalnie.
— Też się zabezpieczyłeś?
— Mamy Heyrouda, coś ci to mówi? — Przeszedłem również na „ty”. — Jeśli nawet 

nie bierzesz pod uwagę faktu, że każda ingerencja odbije się na tobie. Przekonałeś się o tym 
na własnej skórze. Nie powiem, że to ja wymyśliłem. Akcja równa się reakcji.

— To wszystko pic!
— Owszem. Tylko ty nie wiesz i nie dowiesz się, czy mówiąc to, mówię prawdę. Stary 

numer: jeśli zawsze kłamię, to czy mówiąc, że kłamię, też kłamię?

Zacisnął wargi. Już wcześniej zbielały mu tak, że prawie przestałem je widzieć, teraz, 

zaciśnięte, zniknęły zupełnie. Nos zbliżył mu się do czubka brody, zmieniła się cała twarz, 
niemal przestał przypominać znanego mi R.M. Guylorda.

— Dzięki, że to powiedziałeś — wykrztusił. Dygotała mu szczęka. Trzęsły się ręce. — 

Rzeczywiście, przez chwilę się wahałem. Teraz już nie. Zabiję cię. Jak psa. Będziesz...

— Już znam ten tekst. Pomogę ci nabrać prawdziwej pewności. Chcesz? Powiem ci, 

dlaczego powinieneś się po śpieszyć. Chcesz czy nie?

— Zamknij się — kopnął mnie z całej siły w bok. Nawet sześćdziesięciolatek może 

kopnąć boleśnie, jeśli jest naprawdę wściekły. Ucieszył mnie ten fakt. — Już po tobie!

— Mam do ciebie list — powiedziałem. — W kieszeni. Po lewej stronie. Gdyby twoje 

boczniaki przeszukały mnie dokładnie, już wcześniej wiedziałbyś, co cię jeszcze dzisiaj 
czeka.

Rzucił szklanką w moją twarz, ale haniebnie spudłował. Podbiegł do mnie i nerwowo 

zapuścił rękę pod moją bluzę. Wyszarpnął kopertę. Dłonie trzepotały mu tak, że byłby 
prawdziwą ozdobą parady werblistów. Nie patrzyłem na niego, bałem się, że skoczy mi na 
grdykę. Usłyszałem, że odsuwa się ode mnie. Ciężkim teraz, starczym chodem chwiejnie 
poszedł w kierunku biurka, obszedł je, opierając się dłonią o jego blat i opadł na fotel. 
Dopiero wtedy szarpnął języczek replomberka i wyjął kartkę, która rano zastąpiła inną, o 
identycznej   treści,   ale   z   wczorajszą   datą.   Zgiąłem   się   i   wyszarpnąłem   z  mankietu   nić. 
Zwinąłem ją szybko w kłębek. Teraz musiałem ogrzać ją ciepłem dłoni, aby zapoczątkować 
topnienie warstwy zabezpieczającej.

background image

—   Czytaj   —   powiedziałem.   —   „Niniejszym   informuję,   że   Richmond   Marc   Guylord 

dokończył   żywota   piątego   lipca   dwa   tysiące   siedemdziesiątego   szóstego   roku.   RIP”. 
Przetłumaczyć ci skrót?

Jeszcze przez kilkanaście sekund trzymana przez niego kartka zasłaniała mi jego twarz. 

Opadła, odsłaniając siną maskę, w której spazmatycznie otwierały się i zamykały usta. W 
ich   kącikach   zebrało   się   trochę   spienionej   śliny.   Grdyka   podskoczyła   mu   kilka   razy. 
Podniósł rękę na wysokość piersi, białka błysnęły trupią bielą, zadarł głowę do góry i zwalił 
się za biurko.

Przekręciłem się na bok, chwyciłem za końce nici i zacząłem gorączkowo piłować nią 

kajdanki nożne. Nić ślizgała się. Żeby warstewka ochronna spłynęła, trzeba temperatury 
odrobinę   wyższej   niż   ciepło   ciała,   ale   gdy   zacząłem   piłować,   już   po   kilku   sekundach 
poczułem,   jak  wzrasta   opór.   Końcówki   zgrubiały,   pozwalając   mocniej   złapać   uchwyty. 
Pracowałem jak szalony. Szarpnąłem nogami, upiłowałem jeszcze trochę i poczułem, jak 
nogi   uwalniają   się   ze   swojej   obsesyjnej   bliskości.   Wykopnąłem   spod   siebie   fotel, 
poderwałem się na kolana, na nogi, podbiegłem do leżącego za biurkiem Guylorda. Nic nie 
wskazywało na to, żeby mógł mi w najbliższej przyszłości zaszkodzić. Spojrzałem na blat i 
omal   nie   ryknąłem   z   radości.   Leżały   na   nim   dwa   znane   mi   już   krążki.   Przejechałem 
kajdankami   nad   jednym   i   drugim,   puściły.   Chwyciłem   oba   i   przyłożyłem   najpierw   do 
jednej, potem do drugiej kostki. Uwolniłem nogi, podpaliłem list i roztarłem na podłodze 
popiół.   Przeszukałem  pobieżnie  biurko,   ale  broni  nie  znalazłem.   Wróciłem  do  swojego 
fotela, wyłamałem jedną z nóg. Rozejrzałem się po gabinecie. Nic więcej nie miałem... 
Miałem!   Pobiegłem   na   palcach   do   barku,   chlusnąłem   z   pierwszej   lepszej   butelki   do 
kieliszka,   omal   nie   rozszlochałem   się   dziękczynnie.   Przeszedłem   obok   nieruchomego 
Guylorda, zatrzymałem się i sprawdziłem tętno. Jeśli je jeszcze miał, to dobrze przede mną 
ukryte. Zostawiłem go na dywanie, przysunąłem się do drzwi. Chwilę zastanawiałem się 
nad wyłączeniem kompa, może instalacji alarmowej, ale uznałem, że to może być trudne 
nawet dla fachowca. Zostawiłem komp w spokoju, tak jak i jego pana, wsłuchałem się w 
ciszę na korytarzu. Delikatnie nacisnąłem klamkę.

Wysunąłem się na korytarz, uzbrojony w drewnianą pałę, najprostszą, najstarszą broń, 

zajmującą pierwsze miejsce na liście najbardziej niezawodnych narzędzi człowieka. Prócz 
tego mój prywatny arsenał wzbogacony był o plan, który błyskawicznie wykrystalizował 
się   zaraz   po   tym,   jak  uwolniłem   się  z  pęt.   Plan  kazał  szybko   przemierzyć   korytarz  w 
odwrotnym niż poprzednio kierunku. Do windy dotarłem bez przeszkód, sama usłużnie 
ruszyła na moje spotkanie, gdy znalazłem się sześć metrów od niej. Nie odskakiwałem, 
patrząc na otwierające się drzwi, zacisnąłem pałę i przygotowałem się do ataku. Kabina 
była   pusta.   Zawierzyłem   swojej   pamięci,   która   podpowiadała,   że   z   mojej   celi 
przejechaliśmy dwie kondygnacje, a cela była na poziomie garaży. Gdy winda stanęła, 
usunąłem   się   z   otwartej   przestrzeni,   trzymając   palec   nad   przyciskiem,   ale   ten   korytarz 
również był pusty.

Pognałem w kierunku garażu. Przed schodkami usłyszałem jakiś dźwięk, szurnięcie buta. 

Zamarłem. Po krótkiej chwili ktoś odkaszlnął i znowu zapanowała cisza. Przesunąłem się 
wzdłuż   ściany,   zajrzałem   do   garażu.   Brock   stał   tyłem   do   mnie,   z  rękami   opartymi   na 
biodrach.   Wymarzona   sytuacja,   ale   odczekałem   jeszcze   kilka   sekund.   Musiałem   mieć 
pewność, że nie ma przy nim piekielnej Fiony z bronią w zgrabnej rączce. Brock westchnął. 
Dałem dwa długie susy i — ponieważ poruszył się, jakby zamierzając się odwrócić — 
rzuciłem się szczupakiem, sięgając końcem nogi fotela czubka jego głowy. Starałem się tak 

background image

wyważyć   cios,   żeby   nie   bawić   się   potem   w   cucenie.   Udało   mi   się   idealnie   —   Brock 
zachwiał się, zatańczył na szmacianych nogach, jęknął, ale nie upadł. Chwyciłem go za 
ramię, odwróciłem i wpakowałem mu pięść w żołądek. Potrzebowałem go przytomnego, 
ale   niezdolnego   do   oporu.   Zgiął   się,   uderzając   tyłkiem   w   bok   mojego   trafalgara, 
wyprostowałem   go   lekkim   podbródkowym   i   jeszcze   raz   scentrowałem   w   dołek. 
Przykucnąłem przy nim, łkającym, i przeszukałem go gruntownie. Nie miał biffaxa, ale 
miał jakiś nieznany mi pistolet. Schowałem go za pasek i podciągnąłem Brocka do pionu. 
Przytrzymałem go za gardło, niezbyt skrupulatnie odmierzając siłę uścisku.

— Gdzie jest blueball szefa? — syknąłem.
— Ta... ta...
Wyszarpnąłem pistolet i wbiłem mu go w wątrobę.
— Umiem liczyć tylko do trzech, potem kończę z tobą. Raz... dwa...
— Tam... — wychrypiał, wywracając oczy w kierunku jeszcze jednych drzwi.
Pchnąłem go.
— Przy   pierwszym  podejrzanym  ruchu  strzelam!  A  podejrzanym  ruchem  może  być 

każdy. Ty sam zdecyduj, czego byś nie robił na swoim miejscu.

Zataczając   się   dotarł   do   drzwi   i   otworzył   je   przykładając   dłoń   do   dekonsora. 

Przytrzymałem   go   i   zajrzałem   ponad   jego   ramieniem   do   środka.   Stało   tu   tylko   pięć 
samochodów,   dwa   nienaturalnie   błyszczące   roycey,   dwie   współczesne   płaszczki   i... 
granatowy   blueball.   Ten   sam.   Pchnąłem   Brocka   w   jego   stronę,   zajrzałem   do   środka   i 
widząc   tablicę   rozdzielczą   jakby   żywcem   wymontowaną   z   pulpitu   dowodzenia   łodzi 
podwodnej, przytrzymałem jeńca.

— Zamknij drzwi!
Cofnąłem się razem z nim, a kiedy wykonał moje polecenie, bez skrupułów trzepnąłem go 

pałą   w   łeb.   Kiedy   osuwał   się   na   podłogę,   ja   byłem   już   przy   blueballu.   Usiadłem   za 
kierownicą i zacząłem studiować kompleks sterujący. Mogłem to zrobić dużo wcześniej, 
jakieś piętnaście lat temu, ale wtedy wydawało mi się, że afera kończy się i nie natknę się 
na ten wóz już nigdy w życiu. Pomyliłem się. Przyjrzałem się sterownikowi i odetchnąłem. 
Jeśli   się   wiedziało,   do   czego   służy,   to   reszta   nie   stanowiła   problemu.   Heyroud 
zaprojektował   to   w   sposób   genialny   i   prosty,   genialnie   prosty.   Nie   powinienem   mieć 
kłopotów. Teraz zerknąłem na deskę rozdzielczą wozu, tylko dla porządku. Była z moich 
czasów. Wskaźnik energii zamarł na „Full”. Wyskoczyłem z samochodu, podbiegłem do 
wrót i wcisnąłem starter.

Gdy brama bezszelestnie ruszyła w górę, wróciłem do blueballa i wyjechałem na podjazd. 

Wypadłem na aleję dojazdową i przyspieszyłem. Poczułem, jak na twarzy rozgaszcza mi się 
radosny uśmiech i wtedy zza urny wyskoczyła Fiona. Musiała juz wcześniej zobaczyć, kto 
prowadzi, bo zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, rzuciła się i wylądowała na masce wozu. 
Jedną ręką wczepiła się w wycieraczkę, drugą usiłowała wsunąć pod siebie. Przyciskała 
piękną w tej chwili twarz do szyby i uśmiechała się ekstatycznie. Wbiłem nogę w pedał 
gazu.   Przeskoczyłem   kratownicę,   skorzystałem   z   hamulca,   skręcając   jednocześnie 
kierownicę w lewo  i  Fiona  nie  utrzymała się na obłej  powierzchni maski.  Odpadła  od 
blueballa, ale widziałem, że już w trakcie lotu wyciąga swój pistolet. Wystartowałem do 
bramy, nie mając pewności, czy Guylord wzmocnił karoserię swojego wozu.

W ekranie wstecznym dojrzałem zrywającą się na równe nogi dziewczynę. Wyciągnęła 

ręce do przodu i strzeliła. Pocisk zrykoszetował po dachu, a ona nagle podskoczyła. Coś 
błysnęło przy jej nodze. Zatrzymałem wóz i obejrzałem się. Fiona strzeliła kilka razy w 

background image

ziemię, tuż obok swoich stóp. Połyskujący srebrzyście wąż wyskoczył w górę i opadł, 
niecały metr od jej stóp. Dziewczyna zatoczyła się, podniosła znowu ręce i wycelowała w 
moją stronę. Teraz wyglądała tak pięknie, że omal nie wypadłem z wozu, żeby do niej 
podbiec. Piękna Fiona, śmiertelnie piękna. Piękna jak śmierć. Zachwiała się. Zobaczyłem, 
że druga połyskująca srebrem smuga uderza w jej łydkę, oplata ją i błyskawicznie pełznie w 
górę.   Broń   nadal   spoglądała   w   moją   stronę,   ale   nie   byłem   zdolny   do   wykonania 
jakiegokolwiek   ruchu,   niczym   pisklę   patrzyłem   w   oczy   śmierci   i   czekałem   na   ekstazę 
zgonu. Fiona wyprężyła się, rzuciła mi jeszcze jedno spojrzenie, już chyba niezupełnie 
świadome, i runęła na trawnik.

Odwróciłem się. Brama czekała, żebym wyjechał. Skorzystałem z propozycji i wypadłem 

na drogę. Zerknąłem do tyłu, wiedziałem, że muszę zamknąć bramę, żeby łuskowate bestie 
Guylorda   nie   rozpełzły   się   po   okolicy,   ale   nie   musiałem   nic   przedsiębrać   —   wrota 
zamknęły się same. Kurtyna zapadła. Przyspieszyłem.

Całą   trasę   pokonałem   jednym   skokiem.   Zatrzymałem   się   tylko   raz.   Za   to   do   końca 

przebiegu   trułem   się   wyśmienitymi   marlboro.   Strasznie   mnie   po   nich   suszyło,   co   dwa 
papierosy musiałem wlać w ustrój puszkę piwa, a ponieważ natychmiast parowało, więc 
powtarzałem operację. Późnym wieczorem dotarłem do niecki. Zaparkowałem na jej dnie i 
dałem sobie pół godziny na odpoczynek i przemyślenie jeszcze raz całości planu, upiłem do 
tego   dwa   niewielkie   kubeczki   „Old   Doga”.   Potem   zabrałem   się   do   programowania 
transtime'a. Była to robota precyzyjna, ale prosta. Trzy minuty później znalazłem się we 
wczoraj poprzedzającym napad. Zastałem tam stos różnej długości metalowych rur. Udało 
mi  się  je  przewieźć  w  dwóch  rzutach.   Trzy   tysiące  pojemników,   na  szczęście  lekkich. 
Poskładałem je pod jedną ze skarp i przysypałem warstwą piasku. Otrzepałem dłonie.

  Na   peryferiach   Kansas   skoczyłem   w   przyszłość,   skorzystałem   z   archiwów   CBI   i 

wróciłem   do   czasów,   kiedy   świat   ozdabiał   dwudziestotrzyletni   Owen   Yeates.   Cztery 
godziny później czekałem już na Rodgera Trynora pod bramą jego domu. Gdy wyszedł, 
dogoniłem go, klepnąłem w ramię i grzmotnąłem w szczękę, zanim jeszcze do końca się 
odwrócił. Uderzył plecami w ścianę domu i ruszył na mnie. W pijanych oczach rozbłysła 
tępa wściekłość. Zrobiłem unik, zamocowałem mu na szczęce drugi sierpowy, chwyciłem 
za ramię i szarpnąłem z powrotem. Lewą przećwiczyłem żołądek i zakończyłem dyskurs 
hakiem w czubek brody. Zwalił się jak kłoda. I to było wszystko, co miałem do załatwienia 
w 2023 roku.

Wsiadłem do blueballa i najszybciej jak mogłem pognałem z powrotem. Teraz już do 

domu. Wierzyłem, że w jutrzejszych gazetach nie pokaże się nota o wypadku w centrum 
miasta, spowodowanym przez Rodgera Trynora, który, pijany po całonocnym zażywaniu, 
przejechał zgromadzony na chodniku tłumek przechodniów. Większość ofiar odniosła tylko 
drobne   obrażenia.   Poza   jedną   osobą.   Siedmioletniemu   Yolanowi   Heyroudowi   koła 
autobusu zmiażdżyły obie nogi od stóp do kolan. Interwencja lekarzy ograniczyła się do 
amputacji.   Jak   donosiła   gazeta,   wykonał   ją   zespół   doborowych   chirurgów.   Zrobiłem 
wszystko, co mogłem, żeby nie mieli okazji się popisać.

 Gdy na horyzoncie pojawiła się łuna miasta, skręciłem w obwodnicę, przejechałem nią 

dwanaście kilometrów i wjechałem w Szosę Leśną. Bez trudu trafiłem na boczną drogę, 
później zjechałem  na  trawę.  Zatrzymałem się  w  tym  samym miejscu,  w  którym osiem 
miesięcy temu Guylord usiłował mnie przeciąć promieniem lasera, w tym samym miejscu, 
gdzie   zaprogramowany   wcześniej   bastaad   wystrzelił   w   jego   kierunku   kilka   tysięcy 
stalowych szpilek. Sprawdziłem dokładnie datę, wszystko się zgadzało. Za kilka godzin 

background image

Sarkissian zadzwoni do mnie z informacją o kradzieży. A może nie zadzwoni? Zacząłem 
znowu gubić się w natłoku przypuszczeń, jak zawsze, kiedy dochodziłem do rozważań, co 
będzie,   jeśli   zmieni   się   coś   w   przeszłości.   Zdałem   się   na   intuicję.   Zdrowy   Heyroud 
powinien inaczej ułożyć sobie życie i miałem nadzieję, że jest to interwencja, która nie 
bardzo zmieni los innych wplątanych w to osób. W każdym razie nic lepszego nie przyszło 
mi   do   głowy.   Wyszedłem   z   wozu,   rozejrzałem   się.   Wyszukałem   w   bagażniku   płaską 
walizeczkę   z   narzędziami   i   przedziurawiłem   zbiornik.   Odczekałem   chwilę,   zapaliłem 
chusteczkę   i   rzuciłem   na   tylne   siedzenie.   Zaprogramowałem   transtime'a   tak,   żeby 
wylądować   we   właściwym   dniu,   w   dniu,   w   którym   zadzwonił   do   mnie   Doug,   i 
wprowadziłem   drugi   program,   który   miał   przenieść   blueballa   do   jego   czasów,   gdzie 
zakończy swój żywot. Wrakiem niech się martwi starszy pan Sarkissian. Wcisnąłem „start” 
już w kłębach dymu.

Otwierając   oczy   nie   miałem   pewności   co   do   prawdziwej   przyczyny   przebudzenia   — 

erekcja czy dzwonek telefonu? Sygnał telefonu był o wiele słabszy od sygnału z rdzenia 
kręgowego, ale gdy zacząłem wyplątywać się z pościeli, zauważyłem na chassis aparatu 
żółte oczko, które wskazywało na drugi stopień głośności. Posłuszny komp proponował 
wszystkim dzwoniącym w nocy wysłuchanie krótkiej historyjki o zmęczeniu pana Owena 
Yeatesa, który serdecznie uprasza o wyrozumiałość i przemyślenie, czy sprawa jest na tyle 
ważna, aby zakłócać panu Yeatesowi nocny wypoczynek. Dopiero wtedy, gdy rozmówca 
wykazywał się natarczywością, której współczesne domowe kompy nie potrafią jeszcze 
neutralizować, domowa katarynka elektroniczna przystępowała do delikatnego budzenia. 
Zanim   wyciągnąłem   dłoń   w   kierunku   telefonu,   sygnał   stal   się   jeszcze   głośniejszy. 
Zerknąłem na Pymę i przyłożyłem słuchawkę do ucha.

— Th... Tak?
Usłyszałem glos Douga Sarkissiana.
— Owen, chcę ci zadać jedno z najgłupszych pytań.
— Już ci odpowiadam: nie śpię.
— To tak jak ja.
— Yhy. Wyczułem to po głosie.
— A nie zapytasz, dlaczego?
— Dlaczego?
— To dłuższa opowieść. Przygotowałem duży dzbanek wybornej kawy. Nie zdołam jej 

wypić sam...

— Takie gadanie było dobre w czasach, kiedy kawa po chodziła z przemytu, ale nie 

wiem, czy w ogóle były takie czasy. Aktualnie mam w domu duży zapas.

— Dobra, ale ja muszę ci coś powiedzieć...
— Boże, jesteś w ciąży!
— Długo będziesz tak paplał? Obudzisz Pymę.
— Ją może obudzić tylko trzęsienie ziemi albo zbyt cichy oddech Phila. — Wstałem i 

zrzuciłem na podłogę spodnie od piżamy. — Za trzy minuty schodzę do samochodu.

— Czeka już na ciebie mój chłopak.
— Jak większość obywateli uważam, że na rozdmuchane potrzeby CBI idzie za dużo 

pieniędzy. Stawki nocne są u was dość wysokie, czyż nie?

Siedem minut później przywitałem się z Dougiem.
— Jest sprawa — powiedział.

background image

Przerwał mu sygnał telefonu. Sarkissian zgrzytnął zębami i sięgnął po słuchawkę. Kilka 

sekund utrzymywał się na jego twarzy wyraz złości, po czym brwi podjechały mu do góry, 
usta otworzyły się i zamknęły dopiero, gdy Doug odłożył słuchawkę. Dobrą minutę patrzył 
na mnie w osłupieniu, a potem wyrwał mi papierosa z palców i zaciągną] się tak mocno, 
jakby chciał przez tytoń wyciągnąć z pomieszczenia całe powietrze.

— Nic... nie... rozumiem... — wykrztusił, wypuszczając dym z płuc.
— Ja też.
Zapaliłem drugiego papierosa. Ziewnąłem.
— Owen...   wiesz  co?   Ale  to  poufne...   —   rzucił  niedopałek   na  podłogę  i  zgasił  go 

podeszwą   buta.   —   Skradziono   wszystkie   wiezione   na   wystawę   z   okazji   trzechsetlecia 
Konstytucji obrazy, niemal całą światową czołówkę. Nasza firma dostała apopleksji, a teraz 
obrazy się znalazły! Leżą sobie w miejscu, które było bazą wypadową złodziei. Rozumiesz 
coś z tego? Ukradli i zwrócili.

— Lubią ryzyko. Albo chcieli wam coś zasugerować — ziewnąłem jeszcze raz. — 

Rozumiem, że nie ma już sprawy?

— Całe szczęście, że nie. Przepraszam cię, gdybym wytrzymał jeszcze kilka minut, to w 

ogóle bym cię nie budził. Ale wiesz, byłem w rozpaczy. Pomyślałem, że ty masz czasem 
takie pomysły — Chwycił mnie za ramiona i potrząsnął radośnie.

— Jutro zapraszam ciebie i Pymę do Nicka. Jest od tygodnia agentem CBI. Oblejemy 

niespodziewane zakończenie afery wszechczasów.

— Cieszę się, że tak nazwałeś wyrwanie mnie ze snu. Bardzo celnie. Cześć.
Wróciłem do domu akurat w chwili, kiedy mój sen wyfruwał przez okno. Zdążyłem go 

jeszcze zobaczyć, ale nie udało mi się go złapać. W hallu przysiadłem, nie rozbierając się, 
na kanapie. Teba zbiegła po schodach na dół i wtuliła pysk między moje kolana.

— Chyba   zupełnie   zgłupiałaś?   —   powiedziałem   z   wyrzutem.   —   Spacer   o   czwartej 

rano?

Szczeknęła cicho i radośnie podbiegła do drzwi.
Spacerowaliśmy do piątej. Przez ten czas plan powieści miałem już gotowy. Najbardziej 

kłopotliwe były podróże tam i z powrotem, te wszystkie paradoksy i konsekwencje. Po 
powrocie do domu zaparzyłem kawę, po której żółw stepowałby lepiej od Freda Astaire'a. 
Była gęsta, niemal można ją było jeść łyżką. Ale właśnie takiej łaknąłem. Wyłączyłem 
telefon, uruchomiłem końcówkę kompa i wystukałem:

„Otwierając oczy nie miałem pewności co do prawdziwej przyczyny przebudzenia — 

erekcja czy dzwonek telefonu?”

— Macie... — powiedziałem do krytyków. — Używajcie, sępy.
Około dziesiątej do gabinetu weszła Pyma. Na progu ziewnęła apetycznie. Podeszła na 

palcach i pocałowała mnie w ucho.

— Co piszesz?
— To się będzie nazywać „Flashback 2. Okradziony świat”.
— Flashback 2? Przecież nie było takiej sprawy?
— No to co? Raz mogę pofantazjować do oporu.
— Aha, już to widzę! Kartki będą ociekały alkoholem, a biuściaste blondynki posypią 

się spomiędzy stron przy każdym dotknięciu książki.

— Ładne masz o mnie zdanie.
— Sam je stworzyłeś. No, idę. Zrobić ci kawy?
— Dużo.

background image

— Dobrze...
Zdjęła dłonie z moich ramion i nagle głośno jęknęła:
— Owen?!
— Rrany... Co jeszcze?
— Słuchaj! Rosną ci włosy! Naprawdę! Dopiero teraz to zauważyłam!
Przejechałem dłonią po czubku głowy, gotów do ostrej riposty. Palcami wyczułem twardą 

szczecinę. Sprawdziłem jeszcze raz.

— No to co... — wykrztusiłem. — Każdemu rosną...

edited by vv0jtas