background image

L

UCY

 M

AUD

 M

ONTGOMERY

Ś

LADY

 

NA

 

PIASKU

P

RZEŁOŻYŁA

 J

OANNA

 K

AZIMIERCZYK

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 A

LONG

 

THE

 S

HORE

T

ALES

 

BY

 

THE

 S

EA

 

EDITED

 

BY

 R

EA

 W

ILMSLMRST

background image

Z

MIANA

 

UCZUĆ

Żaden   cień   nie   zakłócał   szczęścia   dziewczyny.   Była   pewna   wierności   i   przywiązania 

ukochanego, choć niekiedy zdawało się jej, że nie dostrzega w jego zachowaniu namiętnej 
żarliwości kochanka. Zawsze był taki troskliwy i nienagannie uprzejmy. Uprzedzał życzenia 
narzeczonej i spędzał z nią każdą wolną chwilę. A mimo to pragnęła niekiedy, aby okazywał 
większą   niecierpliwość,   jak   również   skłonność   do   gwałtownych   uczuć.   Czy   wszyscy 
zakochani są tak układni i powściągliwi?

Ilekroć budziły się w niej te wątpliwości, ganiła się za nielojalność. Przecież Esterbrook 

dawał liczne dowody czułości i mógł zadowolić najbardziej wymagającą dziewczynę! Marian 
należała do osób bardzo opanowanych, a dalsi znajomi uważali ją za dumną i wyniosłą. Tylko 
garstka przyjaciół znała szczerość oraz głębię jej uczuć i wiedziała, że jest wrażliwą i czułą 
kobietą.

Esterbrook sądził, że docenia ją w pełni. Wracając do domu po zaręczynach, dokonał w 

duchu rzetelnego przeglądu wszystkich zalet Marian i przyznał z ogromną satysfakcją, że nic 
w niej nie chciałby zmienić.

Wieczorem stali pod akacją i snuli plany dotyczące wesela. Nie mieli nikogo tak bliskiego, 

aby zasięgnąć w tej kwestii rady.

Zamierzali się pobrać na początku września, a potem wyjechać za granicę. Esterbrook w 

najdrobniejszych  szczegółach zaplanował podróż poślubną. Zamierzali zwiedzić wszystkie 
interesujące Marian miejsca starego świata i wrócić do domu. Opowiedział narzeczonej o 
pewnych zmianach, które chciał wprowadzić w starej siedzibie Elliottów, by stała się godna 
młodej i pięknej pani.

Cały   czas   mówił   o   własnych   pomysłach.   Marian   wystarczało   do   szczęścia   milczące 

przysłuchiwanie się. Wreszcie zaproponowała spacer do Cove.

— Kiedy się pobierzemy, musisz mnie wprowadzić w tę swoją „dobroczynność”. Sądzę, 

że dotąd pędziłem żywot wyjątkowo samolubny i masz okazję to zmienić. Czuję, że stanę się 
jeszcze dobrym człowiekiem.

— Ależ, jesteś taki, Esterbrooku! — zareagowała żywo. — Gdybyś  nie był dobry, nie 

mogłabym cię kochać.

— Mam wrażenie, że to nie jest  t e n   rodzaj dobroci. Nie miałem okazji ani ochoty, by 

zrobić coś złego, a więc życie nie wystawiło mnie na żadną próbę. Kto wie, czybym  się 
sprawdził?

— Na pewno — odparła Marian z przekonaniem.
— Esterbrook roześmiał się. Jej wiara sprawiła mu przyjemność. Postanowił udowodnić, 

że wart jest zaufania.

Cove   było   małą   rybacką   osadą   położoną   na   piaszczystym   brzegu   zatoki.   Domy 

przycupnęły   ciasno   obok   siebie.   Poszarzałe   od   deszczów   i   słonych   morskich   wiatrów, 
połyskiwały srebrzyście w promieniach słońca. Gromada obdartych dzieciaków bawiła się z 
wynędzniałymi żółtymi kundlami, które ujadały hałaśliwie na obcych.

Na wąskiej plaży, tuż za domami gawędzili rozleniwieni mężczyźni. Sezon na makrele 

jeszcze się nie zaczął, a wiosenne połowy śledzi już się skończyły. Dla rybaków nastał czas 
wakacji. Weseli, choć obdarci korzystali z wolnych chwil, nie troszcząc się o to, co przyniesie 
jutro.   Zakotwiczone   łodzie   kołysały   się   na   lśniącej   wodzie   z   gracją   morskich   ptaków,   a 
wysokie maszty przy każdej fali robiły ceremonialny dyg w stronę lądu. Leniwy, rozmarzony 
spokój ogarnął bezmiar wód. Błękitny horyzont był wyblakły i zamglony, a fioletowa mgiełka 
przyćmiewała kontury odległych przylądków i skalistych brzegów. Olśniewająco żółte plaże 
wyglądały jak obsypane klejnotami.

Stłumione odgłosy życia dochodzące z osady,  zamącały od czasu do czasu głośniejsze 

background image

wrzaski   rozbrykanych   dzieciaków.   Większość   malców   przerwała   na   chwilę   zabawę   i   z 
nieukrywaną ciekawością gapiła się na przybyszy.

Marian   skierowała   się   do   domu   stojącego   z   dala   od   pozostałych,   przy   samym   skraju 

urwiska. Podwórko było starannie wymiecione i uporządkowane, a dróżka prowadząca do 
drzwi pedantycznie obłożona białymi muszlami. Na oknach kwitło w doniczkach wspaniałe 
geranium, wyglądając spoza muślinowych firanek.

Kobieta o znużonej twarzy wyszła im na spotkanie. — Stan Bessie jest wciąż taki sam, 

panno Lesley — odparła na pytanie Marian. — Był dzisiaj doktor, którego pani przysłała. 
Robił wszystko co w ludzkiej mocy i wyglądało na to, że ma nadzieję na poprawę. Mała nie 
skarży się, tylko leży i pojękuje. Czasami robi się bardzo niespokojna. To wielkie szczęście, 
że pani odwiedza nas tak często, panno Lesley. Magdalen, postaw na półce koszyk pani!

Dziewczyna,   dotąd   nie   zauważona,   siedziała   tyłem   do   gości,   przy   łóżeczku   chorego 

dziecka stojącym w kącie pokoju. Wstała i powoli się odwróciła, a Marian i Esterbrook aż 
drgnęli ze zdziwienia. Esterbrook wciągnął powietrze, jak człowiek nagle zbudzony ze snu. 
O, nieba! Kimże jest ta dziewczyna, tak nie pasująca do swego otoczenia?

Stała  w ogarniającym  kąt pokoju półmroku  i promieniała  urodą przywodzącą  na myśl 

wspaniałe   dzieło   sztuki.   Była   wysoka,   a   prosta,   ciemna   sukienka   podkreślała   doskonałe 
proporcje   jej   figury.   Ciężkie,   złocisto—kasztanowe   włosy   zwinięte   w   węzeł   zdobiły 
klasycznie ukształtowaną głowę. Odsłonięte szerokie czoło lśniło bielą, której nie pokalały 
nawet ostre wiatry znad oceanu. Dziewczyna miała owalną twarz o regularnych rysach i duże 
orzechowe   oczy.   W   półmroku   wydawały   się   mroczne   i   nieprzeniknione.   Nawet   policzki 
Marian   nie   były   tak   delikatne.   Gładkiej   i   białej   jak   marmur   cery   dziewczyny   nie   krasił 
najlżejszy rumieniec, lecz ta bladość nie nosiła znamion słabości czy choroby. Pełne, pięknie 
wykrojone usta miały intensywnie pąsową barwę.

Stała   nieruchomo,   lecz   bez   śladu   skrępowania   czy   nieśmiałości.   Gdy   pani   Barrett 

powiedziała: „To jest moja siostrzenica, Magdalen Crawford”, pochyliła głowę w milczącym 
powitaniu. A kiedy wyciągnęła rękę, aby wziąć koszyk od Marian, widać było, jak bardzo nie 
pasuje   do   tego   niskiego   i   ciasnego   pokoju.   Jej   obecność   wprawiała   wszystkich   w   jakieś 
dziwne zakłopotanie.

Marian podeszła do łóżeczka i położyła delikatnie dłoń na rozpalonym czole dziecka. Mała 

otworzyła brązowe oczy i patrzyła pytająco.

— Jak się czujesz, Bessie?
— Mag… chcę Mag — jęknęła płaczliwie. Magdalen stanęła obok Marian Lesley.
— Woła mnie — powiedziała niskim, przejmującym głosem. Jej akcent pozbawiony był 

wszelkiej  prostackiej intonacji. — Tylko  mnie  rozpoznaje. Tak, kochanie, Mag jest tutaj. 
Nigdy cię nie opuści.

Uklękła   przy   łóżeczku   i   podłożyła   ramię   pod   kark   dziecka,   przyciągając   do   siebie 

kędzierzawą główkę czułym, kojącym gestem.

Esterbrook Elliott przyglądał się z uwagą obu kobietom. Tej, o pięknej, rasowej twarzy 

stojącej obok łóżka i tej klęczącej na gołej polepie, w skromnej sukience z nisko pochyloną 
wspaniałą głową.

Gdy przepastne oczy Magdalen przez ułamek sekundy spotkały się z oczami Elliotta, serce 

ścisnął mu bolesny choć rozkoszny spazm. Był on tak gwałtowny i namiętny, że mężczyzna 
aż pobladł z wrażenia. Pokój rozpłynął  mu się przed oczami  we mgle  i widział tylko tę 
cudowną twarz o fascynujących, głębokich i promiennych oczach, które przenikały wprost w 
takie tajnie jego duszy, jakich istnienia nawet nie podejrzewał.

Kiedy mgła ustąpiła, a zmysły wróciły do równowagi, zdumiał się własną reakcją. Drżał na 

całym ciele i pragnął tylko jednego; ująć tę chłodną twarz w dłonie i całować dopóty, dopóki 
ten beznamiętny marmur nie rozpali się i nie zacznie pulsować życiem.

— Kim jest ta dziewczyna? — spytał znienacka, gdy już wyszli z chaty.

background image

—   To   najpiękniejsza   kobieta,   jaką   kiedykolwiek   widziałem.   Naturalnie…   wyjąwszy 

obecną tu damę — zakończył z wymuszonym uśmiechem. Delikatny rumieniec na policzkach 
Marian pociemniał.

—   Mogłeś   sobie   darować   tę   uwagę.   Była   zdecydowanie   poniewczasie—   powiedziała 

spokojnie. — Owszem, jest naprawdę śliczna. Choć muszę przyznać, że na jej urodę pada 
cień czegoś niepojętego, wprost niesamowitego. To siostrzenica pani Barrett. Przypominam 
sobie… tak, chyba przed miesiącem pani Barrett nadmieniła, że oczekuje siostrzenicy, która 
ma u nich zamieszkać, przynajmniej na razie. Jej rodzice nie żyją. Pani Barrett martwiła się. 
Wspomniała,   że   dziewczyna   otrzymała   staranne   wychowanie   i   przywykła   do   lepszych 
warunków niż te, które czekały ją w Cove. Nie chciała,  żeby czuła się tu nieszczęśliwa. 
Przypomniałam sobie o tym, kiedy ją zobaczyłam. Istotnie wygląda na osobę nieprzeciętną i 
na pewno będzie bardzo samotna. Trudno oczekiwać, by zechciała dłużej pozostać w Cove. 
Muszę pomyśleć, co można dla niej zrobić, choć zachowuje się dość arogancko, nie sądzisz?

— Nie — odparł krótko Esterbrook. — Wydaje mi się, że jak na dziewczynę w jej sytuacji 

jest zadziwiająco opanowana i pełna godności. Ma iście królewskie maniery. W jej sposobie 
bycia nie zauważyłem też śladu zażenowania mimo całej niestosowności otoczenia. Lepiej 
zostaw ją w spokoju, Marian. Możesz urazić dziewczynę swoją protekcjonalnością. Jakież 
ona ma wspaniałe i niezgłębione oczy…

Policzki   Marian   znowu   poróżowiały,   gdy   w   głosie   narzeczonego   zabrzmiała   nuta 

rozmarzenia.  Zapewne  z  tego  powodu aż  do  końca  wizyty  Esterbrooka  zachowywała   się 
bardzo   powściągliwie.   Pożegnał   Marian   o   zmierzchu.   Prosiła,   by   został   na   wieczór,   ale 
wyszedł, wymyślając na poczekaniu jakiś pretekst.

—   Przyjdę   jutro   po   południu   —   powiedział,   składając   na   policzku   Marian   niedbały 

pocałunek.

Patrzyła   za   nim   z   rozżaleniem   i   nieoczekiwanym   bólem   w   sercu.   Wyraźniej   niż 

kiedykolwiek czuła, że w naturze jej ukochanego są zakamarki, do których nigdy nie zdoła 
dotrzeć. Czy inna je poruszy? Pomyślała o dziewczynie z Cove, o jej przepaścistych oczach i 
pięknej twarzy. Owładnęło nią złe przeczucie i poczuła chłód.

— Czuję się tak, jakby Esterbrook odszedł ode mnie na zawsze — powiedziała w zadumie 

i przytuliła do policzka chłodną, mlecznobiałą kiść akacji. — Jakby nie miał już wrócić. 
Gdyby coś takiego się wydarzyło, moje życie straciłoby sens.

Esterbrook   zamierzał   udać   się   od  Marian   prosto   do  domu.   A   jednak,   kiedy   dotarł   do 

skrzyżowania z drogą do Cove, skierował konia właśnie na nią, z policzkami  pałającymi 
rumieńcem   wstydu.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   postępuje   nielojalnie   wobec   Marian   i   miał 
wyrzuty sumienia.

Pragnienie   spotkania   Magdalen   Crawford   i   wejrzenia   w   przepaścistą   głębię   jej   oczu 

okazało się silniejsze niż wszelkie zasady i stłumiło poczucie obowiązku.

Ale w Cove jej nie zobaczył. Nie mógł wymyślić żadnego pretekstu, pod którym wypadało 

odwiedzić  dom Barrettów,  więc  tylko  powoli  przejechał  obok osady i  wzdłuż morskiego 
brzegu.

Słońce, czerwone jak rozżarzone węgle, do połowy zanurzyło się w jedwabistym fiolecie 

morza. Zachodnie niebo wyglądało jak jedno olbrzymie jezioro szafranu, różu i delikatnej 
zieleni.   Płynął   po   nim   wąski   sierp   młodego   księżyca,   powoli   zmieniającego   barwę   od 
matowej bieli i zimnego srebra aż do połyskliwego złota. Towarzyszyła mu jedyna perłowo—
biała gwiazda. Nad głową, ogromna kopuła nieba była fioletowa i nieskończona. Hen, w dali, 
ametystowe   wysepki   lśniły   jak  klejnoty   na   gładkiej   toni   zatoki.   Maleńkie   kałuże   wzdłuż 
niskiego brzegu mieniły się niczym kawałeczki rozbitego lustra. Wąskie, porośnięte sosnami 
cyple wcinały się ciemnymi klinami w spokojną, pastelowo błękitną wodę.

Gdy Esterbrook objechał jeden z nich, zobaczył Magdalen stojącą na skraju sąsiedniego 

przylądka.   Była   odwrócona   tyłem,   a   jej   wspaniała   sylwetka   odcinała   się   wyraźnie   od 

background image

barwnego nieba.

Esterbrook   zeskoczył   z   konia   i   puścił   go   luzem,   a   sam   żywo   ruszył   w   kierunku 

dziewczyny.   Serce   biło   mu   gwałtownie   i   niemal   zapierało   dech.   Stracił   poczucie 
rzeczywistości   i   pragnął   namiętnie   tylko   jednego:   spojrzeć   na   nią.   Gdy   podszedł   bliżej, 
odwróciła się okazując zdziwienie. Nie słyszała jego kroków na mokrym piasku.

Przez   kilka   chwil   stali   w   milczeniu,   zapatrzeni   w   siebie,   jakby   chcieli   przeniknąć   się 

nawzajem.   Słonce   zaszło,   pozostawiając   plamę   płomienistej   czerwieni.   W   zadziwiająco 
jasnym powietrzu drżała promienista poświata. Kędzierzawe grzywy małych fal uderzały o 
brzeg i drżały jak nieśmiałe,  czarodziejskie  istoty.  Rześki wiatr nadlatywał  znad zatoki  i 
rozwiewał lśniące pierścienie włosów wokół białej twarzy Magdalen. Najgłębsze cienie tej 
godziny zmierzchu znalazły schronienie w jej oczach.

Płomienne   spojrzenie   Esterbrooka   nie   wywołało   śladu   rumieńca   na   policzkach 

dziewczyny.  Ale kiedy powiedział  „Magdalen”,  jakby płomień  przeleciał  przez  jej  twarz. 
Dziecinnym gestem zasłoniła dłońmi oczy, lecz nie odezwała się nawet jednym słowem.

— Magdalen, nie masz mi nic do powiedzenia? — zapytał, przeszywając ją tak namiętnym 

i błagalnym spojrzeniem, jakiego nigdy nie widziała u niego Marian Lesley. Wyciągnął rękę, 
ale ona cofnęła się przed jego dotknięciem.

— Co miałabym panu powiedzieć?
— Choćby to, że cieszysz się z mego widoku.
— Wcale się nie cieszę. Nie miał pan prawa tu przychodzić, choć spodziewałam się, że 

pan to zrobi.

— Wiedziałaś? Skąd?
— Powiedziały mi to pańskie oczy. Nie jestem ślepa. Widzę więcej niż ci ciemni rybacy. 

Tak, wiedziałam, że pan przyjdzie i dlatego właśnie tu jestem. Chciałam, aby zastał mnie pan 
samą i bardzo proszę, by pan tu więcej nie przychodził.

— Ale dlaczego tak mówisz, Magdalen?
— Już powiedziałam. Nie ma pan prawa tu przychodzić.
—   A   jeśli   cię   nie   usłucham?   Jeśli   przyjdę   wbrew   twemu   zakazowi?   Zwróciła   swe 

spokojne, głębokie jak toń morza oczy na spiętą twarz Esterbrooka.

— Wówczas  uznam pana za szaleńca  — odparła zimno.  — Wiem,  że ma  pan zostać 

mężem   panny   Lesley.   Więc   albo   pan   oszukuje   ją,   albo   chce   znieważyć   mnie.   W   obu 
wypadkach towarzystwo Magdalen Crawford nie powinno być tym, czego pan szuka. Proszę 
odejść!

Odwróciła   się,   odprawiając   go   wyniosłym   gestem.   Esterbrook   zrobił   krok   naprzód   i 

chwycił mocno jej biały nadgarstek.

—   Nie   posłucham   cię   —   powiedział   niskim,   chrapliwym   głosem,   przeszywając 

dziewczynę płomiennym  wzrokiem. — Możesz kazać mi odejść, lecz ja będę wracał tyle 
razy,   aż   nauczysz   się   witać   mnie   z   radością.   Czy   musimy   być   wrogami?   Dlaczego   nie 
mielibyśmy zostać przyjaciółmi?

Dziewczyna obróciła się ku niemu.
— Nie jesteśmy sobie równi — rzekła dumnie. Tak bardzo się różnimy, że między nami 

nie   może   być   mowy   o   przyjaźni.   Magdalen   Crawford,   siostrzenica   rybaka,   nie   jest 
odpowiednim towarzystwem dla pana. Postąpi pan nierozsądnie i nielojalnie, próbując się ze 
mną  spotykać.  Proszę wracać  do pięknej, dobrze urodzonej kobiety i zapomnieć  o mnie. 
Pewnie pan myśli, że jestem harda i niekobieca, mówiąc w taki bezceremonialny sposób do 
obcego człowieka. Jednak są w życiu sytuacje, gdy szczerość jest niezastąpiona. Nie chcę 
pana więcej widzieć! Wracaj pan do swojego świata!

Esterbrook   powoli   i   w   milczeniu   ruszył   ku   brzegowi.   Zasłonięty   cieniem   przylądka 

obejrzał się i posłał jej tęskne spojrzenie. Stała jak natchniona wieszczka na tle płomiennego 
nieba i srebrzystoniebieskiej wody. Na niebie zaczynały migotać gwiazdy,  powiała nocna 

background image

bryza,   docierająca   tu   z   tajemnego   schronienia   w   odległych   głębinach.   Po   prawej   stronie 
dojrzał Esterbrook światła osady w Cove.

— Czuję się jak tchórz i zdrajca — powiedział cicho. — Dobry Boże, co mnie opętało. 

Czy na tym polega sławna męska siła?

W chwilę później głuchy odgłos kopyt jego konia ucichł w oddali.
Magdalen   Crawford   odczekała   na   cyplu,   dopóki   resztki   purpury   nie   rozpłynęły   się   w 

fioletowym  cieniu nadmorskiego zmierzchu.  Zdawała się zupełnie nieczuła na ten rzadko 
spotykany i przepyszny widok. Zaciskając do bólu usta, w skupieniu słuchała nieprzerwanych 
jęków i szeptów morza.

Nazajutrz, gdy popołudniowe, gorące słońce zawisło nad wodą, Esterbrook Elliott znów 

przyjechał   do   Owe,   lecz   w   osadzie   nie   zastał   żywego   ducha.   Rozeszła   się   pogłoska   o 
pojawieniu się makreli i wszystkie łodzie wypłynęły o świcie na łowisko. Jednak nad samym 
morzem,   na   wąskim   pasie   połyskującego   żółtego   piasku   zauważył   stojącą   Magdalen. 
Trzymała   w   ręku   linę,   którą   mała,   płaskodenna   łódka   była   przywiązana   do   na   poły 
zatopionego wraku.

Patrzyła   na   stado   mew   stłoczonych   na   wąskiej   mierzei   i   odwróciła   się   na   odgłos 

pospiesznych kroków Elliotta. Twarz jej pobladła, a w głębi oczu zamigotał przez chwilę 
namiętny błysk.

— Jak widzisz, Magdalen, wróciłem mimo twego zakazu.
— Tak, widzę — odparła poważnym i strapionym tonem. — Jest pan szaleńcem i na nic 

zdały się moje ostrzeżenia.

— Dokąd się wybierasz? — spytał, widząc jak odwiązuje linę od wraka.
— Muszę popłynąć do Chapel Point po sól. Ludzie spodziewają się, że łodzie wrócą pełne 

złowionych makreli. — Niech pan spojrzy, ile ich tam jest… i sól będzie potrzebna.

— Zdołasz wiosłować sama tak daleko?
— Bez trudu. Nauczyłam się wiosłować dawno temu dla zabicia czasu. Teraz bardzo mi 

się to przydaje.

Weszła   zgrabnie   do   łódki   i   ujęła   wiosło.   Otuliły   ją   promienie   słoneczne,   nadając   jej 

włosom miedzianozłoty odcień. Utrzymywała równowagę z gracją morskiego ptaka. Patrzący 
mężczyzna poczuł zawrót głowy.

— Do widzenia, panie Elliott.
Zamiast odpowiedzi wskoczył do łodzi i wyjąwszy wiosła z rąk Magdalen, odepchnął się 

od starego wraku z taką siłą, że łódka odskoczyła od brzegu jak bańki piany na fali. Ten skok 
rozkołysał ją gwałtownie, a Magdalen zachwiała się i odruchowo chwyciła go za rękę. Gdy 
palce dziewczyny zacisnęły się na ramieniu Elliotta, poczuł, że płomień przemknął mu po 
żyłach.

— Dlaczego pan to zrobił? Proszę zawrócić!
— Ani mi się śni — oznajmił stanowczo, patrząc jej prosto w oczy. — Zawiozę cię do 

Chapel Point. Mam w ręku wiosła i tym razem ja będę górą.

Przez   chwilę   oczy   dziewczyny   zabłysły   gniewnym   sprzeciwem,   ale   opuściła   je   pod 

spojrzeniem Esterbrooka. Bladą twarz zalał gorący rumieniec. Niechętnie poddała się jego 
woli i nagle zaczęła drżeć od stóp do głów, a dumne, zmysłowe usta skrzywiły się boleśnie.

Po   twarzy   mężczyzny   przyglądającemu   się   dziewczynie   z   zapartym   tchem,   przemknął 

wyraz triumfu i radości. Wyciągnął rękę i delikatnie popchnął Magdalen na ławkę. Sam usiadł 
naprzeciw niej, uniósł wiosła i zanurzył je w połyskującej, błękitnej wodzie. Łódka pomknęła, 
a piaszczyste dno wkrótce zniknęło i woda przybrała odcień głębokiej zieleni.

Serce Elliotta waliło jak oszalałe. Na chwilę otrzeźwiła go myśl o Marian, lecz natychmiast 

o niej zapomniał, gdy spotkał się z oczami Magdalen.

— Opowiedz mi o sobie — powiedział wreszcie, przerywając czarowne, pełne napięcia 

milczenie.

background image

—   Nie   ma   tu   nic   do   opowiadania   —   odparła   z   właściwą   sobie   bezpośredniością.   — 

Wiodłam   bardzo   spokojne   życie.   Nigdy   nie   byłam   bogata,   nie   zdobyłam   dużego 
wykształcenia, ale wszystko było inne niż obecnie. Przedtem miałam jakąś szansę, jeszcze 
przed śmiercią ojca.

— Kiedy tu przyjechałaś, musiałaś się czuć bardzo samotnie i obco.
— Tak. Początkowo myślałam, że umrę, ale teraz jakoś przywykłam. Zaprzyjaźniłam się z 

morzem,   wiele   mnie   nauczyło   i   wciąż   wzbogaca   moją   duszę.   Kiedy   słucham   jego 
nieustannego, zawsze tego samego o północy i w południe poszumu, to moja dusza godzi się 
z tym co nieuchronne. Czasami, odczuwana wówczas radość graniczy z bólem.

Nagle przerwała. — Sama nie wiem, dlaczego to panu opowiadam.
—   Jesteś   niezwykłą   dziewczyną,   Magdalen.   Czy   nie   masz   innego   towarzystwa   poza 

morzem?

— Nie. Nawet go nie szukam. Nie pozostanę tu długo.
— Twarz Elliotta drgnęła z bólu.
— Chyba nie odjedziesz stąd, Magdalen?
— Ależ tak, jesienią. Muszę zarabiać na utrzymanie. Nie mam żadnego majątku. Wuj i 

ciotka to poczciwi ludzie, ale nie mogę być im ciężarem dłużej niż to konieczne.

Westchnienie podobne do jęku wyrwało się z ust Esterbrooka.
— Nie możesz odjechać, Magdalen! Musisz pozostać ze mną!
— Pan się zapomina — rzekła z godnością. — Jak pan śmie mówić mi podobne rzeczy! A 

panna Lesley? Czy chce pan oszukiwać nas obie?

Esterbrook nie odpowiedział. Pochylił tylko swą pobladłą, nieszczęśliwą twarz w poczuciu 

winy.

Wody zatoki skrzyły się niezliczoną ilością klejnotów jak szyja pięknej kobiety. Odległe 

brzegi przybierały odcienie ametystu i purpury. Na tle bladego horyzontu widniały zarysy 
niebieskawych, widmowych żagli. Łódka tańczyła na falach lekko jak piórko. Przypłynęli do 
Chapel Point…

* * *

Tego popołudnia Marian Lesley na próżno czekała na ukochanego. Zjawił się dopiero 

wtedy,   gdy   nastał   wonny   czerwcowy   mrok.   Marian   spotkała   go   na   ocienionej   akacjami 
werandzie i powitała z chłodną powściągliwością. Może kobieca intuicja podpowiedziała jej, 
gdzie i z kim spędził popołudnie, bo nie podała mu ust i nie spytała, dlaczego się spóźnił.

Oczy Elliotta wpiły się w osłoniętą mrokiem piękną i subtelną twarz narzeczonej. Z trudem 

powstrzymał   westchnienie.   Czuł   irytację   i   po   raz   kolejny   zapytywał   sam   siebie,   co   za 
szaleństwo go ogarnęło, lecz w odpowiedzi pojawiło się wspomnienie Magdalen Crawford 
zarumienionej pod jego palącym wzrokiem.

Było już późno, gdy odchodził. Marian patrzyła długo na jego oddalającą się sylwetkę. 

Przeniknął ją chłodny dreszcz.

—   Czuję   się   jak   królowa   Waszti,   kiedy  pozbawiona   tronu  wymykała   się   przez   wrota 

Shushanu, by ukryć swe złamane serce — powiedziała głośno do siebie. — Ciekawa jestem, 
czy Estera już przejęła moje berło? Czy ta dziewczyna z Cove, z bladą twarzą kapłanki i 
tajemniczymi oczami, skradła mi jego serce? A może ono nigdy nie należało do mnie? Wiem, 
że Esterbrook Elliott dotrzyma przyrzeczenia bez względu na to, ile go to będzie kosztowało. 
Ale ja nie chcę wyblakłego cienia miłości, która należy do innej. Obawiam się, że nadszedł 
czas abdykacji. I co pozostanie pozbawionej królestwa Waszti?

Wracając do domu w kojącej ciszy nocy, Esterbrook Elliott bił się z myślami.
W końcu musiał spojrzeć w oczy prawdzie. Obudziła się w nim gorzka świadomość, że 

background image

nigdy nie kochał Marian Lesley. Darzył ją braterskim przywiązaniem, a namiętna miłość, 
którą zapałał do Magdalen Crawford, grozi utratą honoru.

Widział ją zaledwie trzy razy,  a jego drżące serce spoczywało bezbronne na chłodnej, 

białej dłoni dziewczyny. Zamknął oczy i jęknął. Został opętany! To nie ma sensu! Dał słowo 
Marian, a honor i szacunek dla samego siebie stały na straży ich związku. A nawet gdyby był 
wolny, Magdalen Crawford nie jest odpowiednią dla niego żoną — przynajmniej w oczach 
świata. Dziewczyna z Cove, bez wykształcenia i pozycji towarzyskiej! A jednak ją kochał!

Jęknął   ponownie   pogrążony  w   bólu.   Hen,  w   dali   dostrzegł   atramentowe   wody  zatoki. 

Monotonna, głucha skarga morza przenikała nocną ciszę. Światełka Cove słabo migotały w 
mroku.

W  następnym  tygodniu   Esterbrook  codziennie   chodził  do  Cove.  Czasami  nie  spotykał 

Magdalen, ale przeważnie ją widywał. Pod koniec tygodnia odniósł zwycięstwo w gorzkiej, 
bolesnej walce z samym sobą. Choć na początku uległ zaślepieniu i szalonej namiętności, to 
w końcu podjął właściwą decyzję. Wahania i niezdecydowanie miał już za sobą, lecz głos 
wciąż mu się łamał z bólu, gdy mówił do Magdalen:

— Już więcej nie przyjdę…
Stali właśnie w cieniu porośniętego sosnami cypla na lewo od Cove. Przedtem spacerowali 

wzdłuż brzegu, podziwiając purpurowo—złoty zachód słońca. W górze szybko przepływały 
małe   puszyste   chmurki   o   czerwono–bursztynowych   odcieniach.   Pomiędzy   nimi 
prześwitywało jasnoseledynowe niebo. Szli w milczeniu, trzymając się za ręce jak dzieci, ale 
ich serca rozpłomieniały namiętne uczucia.

Magdalen odwróciła się, słysząc słowa Esterbrooka i długo na niego patrzyła. Przed nimi 

rozciągała   się   zachwycająca,   migotliwa   zatoka,   a   na   ciemniejącym   szybko   nieboskłonie 
mrugało   już   kilka   gwiazd.   Ze   wschodu   ciągnęła   posępna   jak   monstrualnych   rozmiarów 
nietoperz chmura i pochłaniała ostatnie świetliste barwy zachodniego nieba. Twarz Magdalen 
wydawała się jeszcze piękniejsza, wprost nieziemsko uduchowiona w srebrzystej poświacie 
wieczornego pejzażu. Odwróciła spojrzenie od bladej, spiętej twarzy Esterbrooka i wpatrzyła 
się w bezmiar spokojnego morza.

— Tak będzie lepiej — powiedziała wreszcie.
— Lepiej? O, tak! Ale dałby Bóg, abyśmy się byli nigdy nie spotkali! Kocham cię, wiesz o 

tym i żadne słowa nie są nam potrzebne. Nigdy dotąd nie kochałem… tylko łudziłem się. Za 
ten błąd muszę teraz płacić. Rozumiesz mnie?

— Rozumiem — odparła lakonicznie.
— Nie usprawiedliwiam się. Byłem słaby, tchórzliwy i nielojalny. Ale przemogłem się i 

zostanę wierny kobiecie, której dałem słowo. Nie możemy się spotykać. Zduszę w sobie to 
szaleństwo. Odkąd cię pierwszy raz zobaczyłem, żyłem w stanie przypominającym  obłęd. 
Teraz wreszcie oprzytomniałem i za wszelką cenę postaram się spełnić swój obowiązek. Nie 
mam odwagi powiedzieć ci nic więcej, ale proszę… wybacz mi…

— Nie ma nic do wybaczenia — rzekła martwym głosem. — Jestem tak samo winna jak 

ty.   Gdybym   okazała   więcej   stanowczości   i   odprawiła   cię   za   drugim   spotkaniem,   sprawy 
potoczyłyby  się inaczej. Byłam  słaba i zasługuję na cierpienie.  Ono będzie moją pokutą. 
Żegnaj, Esterbrooku! Nie mamy wyboru. — Jej głos załamał się z bólu, ale zamglone, smutne 
oczy patrzyły nieugięcie na Elliotta.

Zbliżył się do dziewczyny i porwał ją w ramiona.
— Żegnaj, ukochana! Pocałuj mnie choć raz, nim odejdę! Uwolniła się z jego objęć i 

powiedziała dumnie:

— Nie! Żaden mężczyzna poza moim mężem nie dotknie mych ust! Żegnaj, najdroższy!

* * *

background image

Następnego wieczoru Marian Lesley obserwując bladą, tchnącą rezygnacją twarz Elliotta, 

czytała   z   niej   jak   z   otwartej   księgi.   Ona   również   pobladła,   a   cienie   pod   oczami   były 
świadectwem   bezsennych   nocy.   Spokojnie   przywitała   narzeczonego   i   podała   mu   swą 
kształtną, białą dłoń.

Dostrzegła ślady toczonej z samym sobą walki i wiedziała, że wyszedł z niej zwycięsko.
Świadomość tego faktu utrudniała jej zadanie. Łatwiej przecież puścić napiętą linę, niż 

odrzucić, gdy bez oporu trzyma się ją w ręku.

Przez moment serce Marian przeszył dreszcz słodkiej nadziei. A może z czasem zapomni o 

tamtej? Czy powinna tak zdecydowanie przecinać ostatnią nić łączącą ją z Esterbrookiem. 
Czy powinna żywić nadzieję, że odzyska utracone berło? A jeśli… Kobieca duma zdławiła 
budzącą się nadzieję. Niepotrzebne jej to pozorne panowanie i cząstka przywiązania!

Esterbrook nagle zaczął całkiem szczerze mówić o przyspieszeniu daty ślubu. On chciałby, 

aby ceremonia odbyła się już w sierpniu. Marian przymknęła na chwilę oczy, a szczupłe 
dłonie tonące w powodzi koronek zacisnęła kurczowo na podołku. Zaraz jednak odezwała się 
opanowanym głosem:

—   Czasami   wydaje   mi   się,   że   lepiej   byłoby,   gdybyśmy   się   w   ogóle   nie   pobierali, 

Esterbrooku.

Esterbrook odwrócił się zaskoczony.
— Nie pobierali? Marian, co ty mówisz?
— To, co słyszałeś. Nie sądzę, byśmy byli dobraną parą. Tak nam się tylko wydawało. 

Jesteśmy dla siebie bratem i siostrą — niczym więcej. Myślę więc, że lepiej aby tak pozostało 
na zawsze.

Esterbrook zerwał się na równe nogi.
— Marian, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? Czy coś słyszałaś… Nikt nie mógł 

ci powiedzieć…

— Nic nie słyszałam — przerwała mu gwałtownie. — Iz nikim o tym nie rozmawiałam. 

Wyraziłam tylko głośno to, o czym ostatnio często myślę. Jeszcze nie jest za późno, aby 
naprawić błąd. Nie odmówisz mej prośbie, prawda, Esterbrook? Zwrócisz mi słowo?

— Wielkie nieba, Marian! — powiedział ochrypłym głosem. — Nie mogę uwierzyć, że 

mówisz poważnie. Przestało ci na mnie zależeć?

Kurczowo zaciśnięte dłonie Marian splotły się jeszcze mocniej.
—   Nie.   Zawsze   będę   cię   darzyć   uczuciem   przyjaźni   i   jeśli   zechcesz,   pozostaniemy 

przyjaciółmi. Wiem jednak, że nie możemy dać sobie szczęścia, za późno na to. Każde z nas 
byłoby rozgoryczone. Czy więc zwolnisz mnie z przysięgi, która zmieniła się w uciążliwe 
pęta?

Esterbrook   patrzył   zamglonym   wzrokiem   na   uniesioną   ku   sobie   twarz   dziewczyny. 

Wzbierająca w jego sercu wielka radość mieszała się z goryczą. Wiedział, co tracił wraz z tą 
czystą, wspaniałą kobietą.

—   Skoro   naprawdę   tego   chcesz,   Marian…   —   zaczął   powoli.   —   Jeśli   jesteś   szczerze 

przekonana, że twoje serce naprawdę nie należy do mnie… i że nie dam ci szczęścia… to nie 
pozostaje mi nic innego, jak uczynić zadość twemu życzeniu. Jesteś wolna.

—   Dziękuję   ci,   mój   drogi   —   odparła   łagodnie   i   wstała.   Zdjęła   z   palca   zaręczynowy 

pierścionek i podała go Esterbrookowi. Wziął go automatycznym gestem. Wciąż jeszcze był 
oszołomiony i miał wrażenie, że śni. Marian wyciągnęła do niego rękę.

— Dobranoc, Esterbrook — odezwała się z pewnym znużeniem. — Jestem zmęczona. 

Cieszę się, że mamy na tę sprawę podobny pogląd.

— Marian — zawołał porywczo, ściskając wyciągniętą dłoń. — Jesteś pewna, że będziesz 

szczęśliwa, jesteś pewna, że postępujesz słusznie?

— Najzupełniej — rzekła ze słabym uśmiechem. — Nie postępuję pochopnie. Wszystko 

background image

sobie   dokładnie   przemyślałam.   Tak   będzie   lepiej,   mój   drogi.   Zostaniemy   przyjaciółmi,   a 
twoje radości i smutki będą moimi. Kiedy inna miłość opromieni ci życie, będę się z tego 
cieszyć, Esterbrook. A teraz dobranoc. Chcę zostać sama.

Na progu odwrócił się i spojrzał jeszcze raz na Marian, na jej uroczą i pełną godności 

postać   spowitą   mrokiem   zapadającego   zmierzchu.   I   świadom   poniesionej   straty   pochylił 
głowę w odruchu żalu.

Potem   wyszedł  w   ciemność   letniej   nocy.   Godzinę  później   stał  na  malutkim  cyplu,   na 

którym poprzedniego wieczoru rozstał się z Magdalen. Niespokojny nocny wiatr miotał się 
wśród sosen porastających zbocze. Księżyc rzucał na zatokę chłodne mlecznobiałe światło.

Esterbrook wyjął z kieszeni pierścionek Marian, ucałował go i cisnął daleko w morze. 

Brylant  błysnął  w locie,  po czym  z cichym  pluskiem pogrążył  się w wodzie. Esterbrook 
spojrzał   w   kierunku   Cove,   leżącej   pośród   ciemności   i   ciszy   w   ramionach   sierpowatych 
przylądków. Samotne światło pobłyskiwało pod niską strzechą domku Barrettów.

Jutro, pomyślał, jutro pójdę do Magdalen.

background image

T

ĘSKNIĄCA

 

DUSZA

Tego wieczoru, gdy Paul i panna Trevor spotkali się po raz pierwszy,  był  wyjątkowo 

piękny zachód słońca. Barwne zorze długo nie gasły i pozwalały oczom rozkoszować się 
malowniczym widokiem. Zachodnia strona nieba mieniła się złoto–różowymi kolorami, zaś 
od północy nadciągały puszyste, obramowane złotem obłoczki. Drżąca, połyskliwa ścieżka 
światła   wybiegała   niemal   spod   stóp   panny   Trevor   i   mknęła   po   wodzie   ku   słońcu,   które 
opadało wolno na daleki skraj purpurowego morza. Po lewej stronie wznosiły się łagodnie 
pofałdowane fioletowe wzgórza. O piaszczysty brzeg rozbijały się srebrzyste fale, a nieco 
dalej widać było przystań. Szeregi smukłych masztów podrygiwały wdzięcznie na tle linii 
horyzontu.

Panna   Trevor   westchnęła   ze   szczęścia,   oczarowana   subtelnym   i   ulotnym   pięknem 

nadmorskiego krajobrazu. Po chwili odwróciła wzrok, by spojrzeć jeszcze raz na Noel Cove, 
majaczące niewyraźnie w zapadającym mroku, i wtedy zobaczyła Paula.

Nawet przez chwilę nie pomyślała, że jest chłopcem z przystani. Znała tamtych ludzi. Paul 

pojawił się ponadto w dość tajemniczy sposób. Nie nadszedł plażą, tego była pewna, a z kolei 
przypływ był zbyt wysoki, by mógł dotrzeć od strony drugiego przylądka. A jednak siedział 
na czerwonym głazie skrzyżowawszy gołe opalone nogi i zaciskając dłoń na kolanie. Nie 
widział panny Trevor. Wpatrywał się w zachodzące słońce, ale wyglądał tak, jakby przenikał 
je wzrokiem na wskroś i widział w oddali coś jeszcze wspanialszego.

Panna   Trevor   przyjrzała   mu   się   dokładnie   oczyma,   które   widziały   mnóstwo   ludzi   z 

różnych części świata i w ciągu wielu lat — tak wielu, że wolała o tym nie myśleć — i doszła 
do wniosku, że jest najładniejszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek spotkała. Był gibki, miał 
spadziste   ramiona   i   smukłą,   opaloną   szyję.   Twarz   okalały   mu   gęste   i   faliste 
rdzawokasztanowe włosy. Brwi miał proste i znacznie ciemniejsze od włosów, a oczy szare, 
wielkie   i   pełne   zadumy.   Podbródek   i   szczęka   były   pięknie   zarysowane,   a   usta   pełne   i 
purpurowe, ślicznie wykrojone, kończyły się słodkimi, delikatnymi kącikami.

Jego ubranie składało się z bawełnianej koszuli i kusych sztruksowych spodni, ale nosił je 

z taką gracją, że pannie Trevor wydal się dużo lepiej odziany niż w rzeczywistości.

Po chwili chłopiec uśmiechnął się z rozmarzeniem i tym uśmiechem podbił na zawsze 

serce panny Trevor. Nie chodziło tu o zmianę wyrazu ust i oczu, jak to zazwyczaj bywa u 
ludzi. Cała jego postać wydawała się rozświetlona, jakby w środku małego ciała rozbłysnęło 
światło  i   opromieniło  je  od  kasztanowatej  czuprynki  po  czubki  palców   stóp.  Najbardziej 
cudowna była spontaniczność tego uśmiechu zrodzonego z jakiejś szalonej, zachwycającej 
myśli, równie nieposkromionej i kapryśnej jak morski wiatr.

Panna Trevor postanowiła dowiedzieć się wszystkiego o nieznajomym. Wyszła z cienia 

rzucanego przez skałę i stanęła w ostrym, niesamowitym świetle zalewającym całe wybrzeże. 
Chłopiec odwrócił głowę i spojrzał na nią — najpierw  ze zdumieniem,  potem pytająco  i 
wreszcie z zachwytem.  Majestatyczna postać panny Trevor w białej sukni i koronkowym 
szalu na głowie mogła budzić podziw. Uśmiechnęła się, a on odpowiedział uśmiechem, który 
nie   dorównywał   poprzedniemu,   gdyż   wywołany   był   czynnikiem   zewnętrznym,   ale 
niewątpliwie był przeznaczony wyłącznie dla niej. Inteligentna panna Trevor zrozumiała, że 
w tej chwili stali się starymi przyjaciółmi, jakby znali się przynajmniej od stu lat. Nie traciła 
więc czasu na zbędne ceregiele.

—   Chcę   wiedzieć,   jak   się   nazywasz,   gdzie   mieszkasz   i   czego   wypatrywałeś   za 

zachodzącym słońcem — oznajmiła.

— Nazywam się Paul Hubert. Mieszkam po tamtej stronie, ale nie mogę powiedzieć, co 

widziałem. Gdy wrócę do domu, opiszę to wszystko w specjalnym zeszycie.

Zdziwiona drugą częścią odpowiedzi, panna Trevor zbyt mało uwagi poświęciła temu, co 

background image

chłopiec powiedział na końcu. Owo „po tamtej stronie”, uzupełnione towarzyszącym gestem, 
dotyczyło   małego,   szarego   domku   na   skraju   Noel   Cove.   Wyglądał   jak   wielka   muszla 
wyrzucona   przez   morze   na   piaszczysty   brzeg.   Zamiast   komina   z   dachu   wystawały   dwie 
żelazne   rury   od   pieca,   a   szyby   w   dwóch   oknach   zastąpiono   deskami.   To   niepojęte,   aby 
chłopiec   wyglądający  jak  książę,   choć  co  prawda niejeden  książę  chciałby  być  do  niego 
podobny, mieszkał właśnie tam! Więc jednak był dzieckiem z rybackiej osady!

— Kto jeszcze z tobą mieszka? — zapytała. — Widzisz — dodała nieśmiało — pytam cię 

nie bez powodu. Wiem, że się polubiliśmy i to jest najważniejsze. Ale dobrze wiedzieć coś 
więcej o kimś bliskim. Na przykład, czy masz rodziców albo rodzeństwo?

Paul nie odpowiedział od razu. Założył ręce do tyłu i patrzył na nią przyjaźnie.
— Podoba mi się pani sposób mówienia — zauważył. — Nie znam nikogo, kto by tak 

mówił, z wyjątkiem postaci w książkach i moich skalnych ludków.

— Twoich skalnych ludków?
— Mam jedenaście lat. Rodzice moi nie żyją. Mieszkam ze Stephenem Kane. Stephen jest 

wspaniały. Gra na skrzypcach i zabiera mnie swą łodzią na połowy. Kiedy dorosnę, będę jego 
wspólnikiem. Kocham go i moje skalne ludki też.

—   Kogo   masz   na   myśli   mówiąc   o   skalnych   ludkach?   —   spytała   panna   Trevor.   Była 

szczerze   zainteresowana   rozmową.   Spotkała   wreszcie   dziecko,   które   w   lot   chwytało   i 
rozumiało wszystkie jej uwagi, nie żądało wyjaśnień, a do tego jeszcze tak mówiło!

— Na przykład Norę — odrzekł Paul. — Jest najlepsza z nich. Kocham ją najbardziej, bo 

zjawiła się pierwsza. Mieszka za tym cyplem, ma czarne oczy, czarne włosy i wie wszystko o 
rusałkach   i   wodnikach.   Powinna   pani   posłuchać   jej   opowieści!   Oprócz   niej   są   jeszcze 
Żeglarze Bliźniacy. Nie mają domu, cały czas żeglują, ale często wychodzą na brzeg, aby ze 
mną porozmawiać. Są wesołą parką, która na świecie widziała wszystko a nawet jeszcze 
więcej. Wie pani, co się przytrafiło młodszemu Bliźniakowi? Płynął i płynął, aż znalazł się na 
księżycowej   ścieżce.   To   jest   taki   ślad,   który  zostawia   na   wodzie   księżyc   w   pełni,   kiedy 
wznosi się nad morze. No, cóż, młodszy Bliźniak żeglował tym szlakiem i dotarł do samego 
księżyca. A tam były złote wrota, otworzył je i przepłynął na drugą stronę. Na księżycu miał 
wspaniałe przygody — wszystko zapisałem w zeszycie. Jest tam też Złota Dama z Jaskini. 
Pewnego   dnia   odkryłem   nad   brzegiem   morza   wielką   jaskinię   i   kiedy   do   niej   wszedłem, 
spotkałem Złotą Damę. Ma złote włosy, sięgające aż do ziemi, a jej suknia lśni jak żywe 
złoto. Całymi dniami gra na złotej harfie. Jeśli pani wsłucha się uważnie, usłyszy jej muzykę, 
ale pewnie pomyśli pani, że to wiatr świszczę wśród skał. Nigdy nie mówiłem Norze o Złotej 
Damie, bo mógłbym zranić jej uczucia. Ona niechętnie słucha nawet opowieści o Żeglarzach 
Bliźniakach. Za nic w świecie nie chciałbym zranić uczuć Nory, gdyż kocham ją najbardziej 
spośród moich skalnych ludków.

— Paul, czy jest w tym odrobina prawdy? — wykrzyknęła panna Trevor.
— Nie. Oczywiście, że nie — odparł bez namysłu Paul. Patrzył na nią z wyrzutem, szeroko 

otwartymi   oczami.   Przypuszczałem,   że   pani   wie.   Gdybym   podejrzewał,   że   pani   się   nie 
domyśli, to bym panią uprzedził, że to tylko na niby. Sądziłem, że należy pani do osób, które 
rozumieją takie rzeczy.

— Ależ rozumiem, naturalnie, dobrze rozumiem! —zapewniła skwapliwie panna Trevor. 

Wiedziałabym od razu, gdybym się tylko przez chwilę zastanowiła. No, cóż, robi się późno. 
Muszę   wracać,   choć   wcale   nie   mam   ochoty.   Ale   znowu   przyjdę   i   zobaczymy   się.   Czy 
będziesz tu jutro po południu?

Paul skinął twierdząco.
— Tak. Obiecałem wprawdzie Młodszemu Bliźniakowi, że spotkam się z nim przy tych 

skałach, ale równie dobrze może to być pojutrze. Największy urok skalnych ludków polega na 
tym, że zawsze się zjawiają wtedy, kiedy tego pragnę. Młodszy Bliźniak nie obrazi się, on ma 
bardzo   łagodne   usposobienie.   Gdyby   chodziło   o   Starszego   Bliźniaka,   to   byłoby   gorzej. 

background image

Czasami podejrzewam go o różne rzeczy. Gdyby się odważył, chyba zostałby piratem. Nie 
ma pani pojęcia, jak groźnie czasami wygląda. Jest w nim coś tajemniczego.

W powrotnej drodze do hotelu panna Trevor przypomniała sobie o zeszycie.
— Muszę go skłonić, by mi go pokazał — szepnęła uśmiechając się do siebie. — Ten 

chłopiec to prawdziwy geniusz. Jak takie dziecko mogło się wychować w rybackiej osadzie! 
Zupełnie tego nie rozumiem! Czuję, że go pokochałam. To normalne, kobieta zawsze musi 
kogoś kochać i może to być ktoś prawie nieznajomy…

Nazajutrz po południu Paul czekał na pannę Trevor przy skałach Noel Cove. Towarzyszył 

mu   wysoki   mężczyzna   o   pomarszczonej   twarzy   i   długiej,   szpakowatej   brodzie.   Nosił 
płócienne ubranie i wyglądał jak inni rybacy z przystani. Miał jednak głęboko osadzone, 
łagodne oczy i jego twarz spodobała się pannie Trevor. Usunął się na bok, kiedy podeszła i 
rozmawiała z Paulem. Jakiś czas wpatrywał się w morze, a potem bez słowa ruszył wprost do 
małego szarego domku.

—   Stephen   chciał   zobaczyć,   czy   pani   jest   odpowiednim   towarzystwem   dla   mnie   — 

wyjaśnił z powagą Paul.

— Mam nadzieję, że go nie rozczarowałam — powiedziała rozbawiona panna Trevor.
— Och, na pewno nie. Gdyby było inaczej, nie zostawiłby nas samych.
Stephen jest bardzo wymagający pod tym względem i nie z każdym mogę się zadawać. To 

się   odnosi   również   do   skalnych   ludków.   Musiałem   mu   obiecać,   że   nigdy   nie   pozwolę 
Bliźniakom Żeglarzom używać brzydkich słów. Czasami, gdy patrzę na starszego Bliźniaka, 
to wiem, że wprost umiera z chęci, by sobie porządnie zakląć. Ale ja mu nie pozwalam, bo 
przecież obiecałem Stephenowi. Dla niego zrobiłbym wszystko. Jest dla mnie strasznie dobry! 
Wie pani, on mnie wychowuje i stara się robić to jak najlepiej.

Dobrze nam z sobą, tylko brakuje mi książek do czytania. Łowimy razem ryby, a kiedy 

wracamy wieczorem do domu, pomagam Stephenowi je czyścić. Potem siedzimy na progu i 
on gra na skrzypcach. Czasami trwa to godzinami.  Rzadko rozmawiamy  — Stephen jest 
małomówny — tylko tak sobie siedzimy i rozmyślamy. Niewielu jest takich ludzi jak on, 
zapewniam panią.

Ani tego dnia, ani później pannie Trevor nie udało się nawet rzucić okiem na tajemniczy 

zeszyt Paula. Kiedy o nim wspominała, chłopiec oblewał się rumieńcem.

— Och, nie mógłbym pani go pokazać — powiedział raz zakłopotany. — Nie pokazałem 

go nawet Stephenowi ani Norze. Zamiast  tego coś pani opowiem,  coś, co wydarzyło  się 
dawno   temu.   Zobaczy   pani,   że   to   będzie   ciekawsze   niż   historie   z   zeszytu,   tylko   proszę 
pamiętać, że to nie jest prawda! Nie zapomni pani, dobrze?

— Postaram się — zgodziła się panna Trevor.
— Pewnego wieczoru siedziałem sobie tutaj, tak jak wczoraj i słońce właśnie zachodziło. 

Nagle przypłynął zaczarowany żaglowiec i wsiadłem do niego. W środku był perłowy jak 
wnętrze   muszli,   a   żagle   wyglądały   jak   księżycowa   poświata.   Popłynąłem   wprost   ku 
zachodzącemu słońcu. Proszę sobie wyobrazić, byłem w środku zachodu! Jak pani myśli, co 
to jest? Otóż zachód słońca to po prostu kraina kwiatów, jeden wielki ogród, a chmurkami są 
także kwiatowe rabatki. Pożeglowaliśmy do wielkiej przystani, tysiąc razy większej niż ta 
obok pani hotelu. Wysiadłem z łodzi na ogromną różaną łąkę i przebywałem tam bardzo 
długo. Wydawało mi się, że minął cały rok, ale Młodszy Bliźniak powiedział mi, że gościłem 
tam zaledwie parę godzin. Widzi pani, w Krainie Zachodzącego Słońca czas biegnie wolniej 
niż u nas. Ale cieszyłem się z powrotu do domu. Zawsze się cieszę, gdy wracam do zatoki i 
do Stephena. Ale pani wie przecież, że to mi się nie zdarzyło?

Panna Trevor nie zamierzała zrezygnować z obejrzenia zeszytu, a Paul nadal odmawiał 

pokazania go.

Przychodziła codziennie do Noel Cove i z każdym dniem Paul wydawał się jej bardziej 

uroczy. Był taki bystry, oryginalny i spontaniczny, a zarazem jeszcze bardzo chłopięcy, bez 

background image

najmniejszej   pozy   dojrzałości.   Często   żartował   i   dokazywał,   a   niekiedy   zdarzały   mu   się 
wybuchy gniewu, ale, jak podkreślał — nigdy w obecności damy.

— Czasami naprawdę się wściekam na Bliźniaków, a nawet na Stephena, choć jest dla 

mnie bardzo dobry. Lecz nie mógłbym się złościć na Norę albo Złotą Damę. Nigdy w życiu!

Każdego dnia opowiadał jej jakąś nową historię, wspaniałą przygodę na skałach lub na 

morzu i zawsze ją uprzedzał, że to nie jest prawda. Wyobraźnia chłopca była jak pryzmat, 
który rozdziela promień słońca w barwną tęczę. Kochał wybrzeże i morze. Jedynym światem 
istniejącym  dla niego  poza Noel Cove był  świat wyobraźni.  Oprócz Stephena  i skalnych 
ludków nie miał żadnego towarzystwa.

— Teraz mam panią — powiedział raz pannie Trevor. — Panią również kocham, ale pani 

wkrótce wyjedzie, więc staram się nie kochać pani tak mocno… jak… Stephena i skalne 
ludki.

— Ale mógłbyś, prawda? — zapytała panna Trevor. — Gdybyśmy przebywali ze sobą 

codziennie, to mógłbyś mnie pokochać równie mocno?

Paul zastanawiał się chwilę nad pytaniem z właściwym sobie wdziękiem.
— Oczywiście, kochałbym panią nawet bardziej niż Bliźniaków i Złotą Damę — oznajmił 

wreszcie. — Myślę, że mógłbym pokochać panią tak jak Stephena. Ale nie tak jak Norę. 
Widzi pani, ona była tu pierwsza, była tu zawsze. Jestem pewien, że nikogo nie pokocham tak 
jak Norę.

Pewnego dnia, gdy Stephen wypłynął  na połów makreli, Paul zabrał pannę Trevor do 

szarego domku i pokazał jej swoje skarby. Wdrapali się po drabinie na stryszek, gdzie sypiał. 
Malutkie okno wychodziło na morze, a jego zawodzenie przeplatane świstem wiatru słychać 
było tu dniem i nocą. Paul miał wiele niezwykłych muszli i wodorostów, różne drobiazgi z 
rozbitych statków wyrzucane na brzeg podczas sztormów. Miał też półkę z książkami.

— Są wspaniałe! — powiedział z entuzjazmem. — Stephen mi je kupił— Za każdym 

razem gdy idzie do miasta sprzedać makrele, przynosi mi nową książkę.

— Byłeś kiedykolwiek w mieście? — spytała panna Trevor.
— O, tak! Dwa razy. Stephen mnie tam zabrał. To cudowne miejsce. Wie pani, kiedy 

później spotkałem Żeglarzy Bliźniaków, to miałem im wiele do powiedzenia. Strasznie się 
interesowali wszystkim, co tam widziałem i przeżyłem. Nawet Norę to zaciekawiło. Tylko 
Złota Dama słuchała obojętnie, ale złoci ludzie już tacy są…

— Czy chciałbyś  mieszkać na stałe w mieście? — zapytała panna Trevor, patrząc nań 

uważnie. — Miałbyś tyle książek, ile zechcesz i mógłbyś się bawić z prawdziwymi chłopcami 
i dziewczynkami, a także zwiedzić te kraje, o których opowiadali ci Bliźniacy.

Paul spojrzał na nią zaskoczony.
— Ja… nie… wiem — odparł zakłopotany. — Nie sądzę, by mi się tam podobało bez 

Stephena i Nory.

Ale   nowa   myśl   pozostała   w   umyśle   chłopca   i   powracała   często,   a   za   każdym   razem 

wydawała mu się mniej zaskakująca.

— A właściwie, dlaczego nie? — myślała panna Trevor. — Chłopcu trzeba dać szansę. 

Nigdy nie będę miała syna, a on mógłby mi go zastąpić.

Nadszedł wreszcie dzień, kiedy Paul pokazał jej swój zeszyt. Przyniósł go, gdy siedziała na 

skalistym cyplu.

— Pobiegam sobie i porozmawiam trochę z Norą, a pani przez ten czas to przeczyta — 

powiedział. — Obawiam się, że ostatnio zaniedbywałem ją nieco i że ona to czuje.

Panna Trevor rzuciła  okiem na zeszyt.  Był  zrobiony z wielu zszytych  luźnych  kartek, 

oprawiony   w   ceratę   i   zapisany   starannym,   dziecinnym   pismem.   Rzucały   się   w   oczy 
oryginalna ortografia i kapryśna interpunkcja. Panna Trevor przeczytała go jednym tchem. 
Paul   opisał   swoje   fantastyczne   „przygody”,   niezwykłe   myśli   i   rozmowy   z   Bliźniakami 
Żeglarzami.   Zaskoczyło   ją,   że   jedenastoletnie   dziecko   mogło   tak   pisać.   Ale   raz   po   raz 

background image

pojawiały się wyrażenia tak dziecinne i naiwne, że wybuchała serdecznym śmiechem. Gdy 
skończyła czytać, zauważyła stojącego obok Stephena Kane. Wyjął fajkę z ust i wskazał nią 
zeszyt.

— Co pani o tym sądzi? — zapytał.
— Myślę, że to niezwykłe. Paul jest bardzo inteligentnym dzieckiem.
— I ja tak uważam — stwierdził lakonicznie Stephen. Wsunął ręce do kieszeni i zapatrzył 

się na morze. Pannie Trevor dotychczas nie udało się porozmawiać z nim pod nieobecność 
Paula, postanowiła więc skorzystać z okazji.

— Chciałabym dowiedzieć się czegoś o Paulu — zaczęła. — Czy jest pana krewnym?
— Nie. Chociaż kiedyś miałem zamiar poślubić jego matkę — odparł Stephen matowym 

głosem. Ściskał kurczowo w kieszeni fajkę, ale o tym panna Trevor nie miała pojęcia. — Była 
dziewczyną z wybrzeża, bardzo ładną… No, cóż… zakochała się w młodym człowieku, który 
przyjechał, by uczyć dzieci w miejscowej szkole. Pobrali się i wyjechali. To był przyzwoity 
człowiek.   Przyznaję   to,   chociaż   wówczas   myślałem   o   nim   najgorsze   rzeczy.   Ale   Rachel 
popełniła błąd. Nie potrafiła żyć z dala od morza. Tęskniła, dręczyła się i serce jej usychało z 
tęsknoty za nim. Po śmierci męża wróciła… ale już było za późno. Przeżyła tylko miesiąc… 
Został Paul… dwuletnie  maleństwo.  Wziąłem  go na wychowanie.  Jego rodzice  nie mieli 
żadnych krewnych. Robiłem, co mogłem, ale pewnie nie na wiele się to zdało.

—   Jestem   przekonana,   że   zrobił   pan   bardzo   dużo   —   odparła   panna   Trevor   dość 

protekcjonalnym tonem. — Ale moim zdaniem, chłopiec zasługuje na coś więcej, niż pan 
może mu dać obecnie. Powinien chodzić do szkoły.

Stephen skinął twierdząco.
— Może. Nigdy nie chodził do szkoły. Była za daleko. Nauczyłem go czytać i pisać i 

kupowałem tyle książek, na ile było mnie stać. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić.

— Ale ja mogę — rzekła panna Trevor. — I chcę tego. Czy odda mi pan Paula, panie 

Kane? Pokochałam go. Jestem bogata i mogę dać mu prawie wszystko.

Stephen nadal wpatrywał się w morze z twarzą pozbawioną wyrazu. Wreszcie odezwał się:
—   Spodziewałem   się,   że   usłyszę   coś   takiego.   Nie   wiem,   naprawdę   nie   wiem…   Jeśli 

zabierze pani Paula, będzie w przyszłości mądry i bogaty, ale czy lepszy i szczęśliwszy? Jest 
synem Racheli — kocha morze i wszystko co z nim związane. Po ojcu odziedziczył tylko 
zamiłowanie do książek. Nie mogę za niego decydować. Jeśli chce, niech jedzie.

W końcu Paulowi zaczęła się podobać myśl o wyjeździe. Stephen nie odezwał się ani 

jednym słowem i Paul sądził, że jest mu wszystko jedno, czy on zostanie, czy nie. Poza tym 
panna Trevor oczarowała go swym urokiem, kusiła możliwością zdobycia wiedzy…

— Chyba pojadę — powiedział z głębokim westchnieniem.
Panna   Trevor   przytuliła   go   i   pocałowała   z   macierzyńską   czułością.   W   rewanżu   Paul 

cmoknął ją nieco zażenowany w policzek. Pomyślał, jak to będzie cudownie mieszkać stale 
razem z nią. Czuł się szczęśliwy i podekscytowany i gdy nadszedł czas pożegnania, wcale się 
nie   wzruszył.   Panna   Trevor   w   głębi   serca   pragnęła   nawet,   aby   okazał   więcej   żalu;   nie 
spodziewała się bowiem, że tak łatwo zniesie rozstanie. Stephen pożegnał się z chłopcem, 
którego kochał nad życie, bez zbędnych sentymentów.

— Do widzenia, Paul. Bądź grzecznym chłopcem i ucz się dobrze. — Zawahał się na 

chwilę, po czym dodał poważnie: — Jak ci się tam nie spodoba, to wracaj.

— Czy pożegnałeś się już ze skalnymi ludkami? — spytała panna Trevor po drodze.
— Nie. Nie mogłem… ja… ja im nawet nie powiedziałem, że wyjeżdżam. Norze by pękło 

serce. Proszę, nie mówmy o tym więcej. Może nie odczuję ich braku, gdy będę miał dużo 
książek i prawdziwe dzieci do zabawy.

Przebyli   dziesięć   mil   dzielące   ich   od   miasta,   a   stamtąd   mieli   nazajutrz   wyruszyć 

pociągiem. Paul cieszył się jazdą i widokiem ruchliwych ulic. Był bardzo podniecony. Noc 
mieli spędzić u przyjaciółki panny Trevor. Zjedli u niej podwieczorek, a potem wyszli na 

background image

spacer do parku. Kiedy wrócili, Paul był zmęczony i bardzo cichy. Noc spędził w pokoju 
gościnnym, którego przepych napawał go trwogą.

Jakiś czas leżał nieruchomo na miękkich, pachnących wytwornie poduszkach. Pierwszy 

raz spał z dala od małego stryszku z oknem wychodzącym na morze, gdzie ręką mógł dotknąć 
krokwi. Gdy o tym myślał, coś ścisnęło go za gardło, a do serca wkradła się nieznana dotąd, 
dziwna i pełna goryczy tęsknota. Brakowało mu morza i plusku fal rozbijających się o skały. 
Nie   mógł   zasnąć   bez   swojej   starej   kołysanki.   Wtulił   twarz   w   poduszkę,   ale   tęsknota   i 
samotność  stawały się coraz dotkliwsze, więc jęknął boleśnie. Och, jakże pragnął być  w 
domu! Na pewno go nie opuścił. Nawet mu to przez myśl nie przeszło! Tam nad brzegiem 
zatoki świecą teraz gwiazdy. Stephen siedzi na progu i trzyma skrzypce. Ale nie gra… Paul 
był przekonany, że nie gra. Siedzi z pochyloną głową, a jego samotne serce wzywa Paula 
przez mile dzielącej ich drogi. Och, on nigdy tak naprawdę nie chciał opuścić Stephena.

A Nora? Będzie czekała na niego wśród skał, lecz nigdy go nie zobaczy. Wyobraził sobie 

jej delikatną twarzyczkę, z takim długim, żałosnym spojrzeniem.

Usiadł na łóżku, dławiąc się łzami. Och, na co mu książki i obce kraje? Czymże jest nawet 

panna Trevor i jej przyjaźń trwająca zaledwie miesiąc. Czy można to porównać z wołaniem 
morza, głębokimi, łagodnymi oczami Stephena i kochanymi skalnymi ludkami? Nie, on nie 
może bez nich żyć!

Wstał po cichutku i ubrał się w ciemnościach. Potem ostrożnie zapalił lampę i otworzył 

brązową skrzyneczkę, w której były wszystkie jego skarby. Ale wyjął tylko ołówek i kawałek 
papieru wyrwany z zeszytu. Drżącą ze wzruszenia ręką napisał:

Kochana panno Trevor!
Wracam do domu, nieh się pani o mnie nie boi, bo ja znam drogę. Muszę wrucić, coś mnie 

wola. Niech się pani nie gniewa. Kocham panią, ale nie mogę zostać.

Zostawiam pani mój zeszyt, niech go pani zatrzyma na zawsze. Idę do Stephena i Nory.

Paul

List i zeszyt położył na stole. Zdmuchnął lampę, włożył czapkę i cicho wyszedł z pokoju. 

W   domu   panowała   cisza.   Wstrzymując   oddech,   zszedł   na   palcach   do   hallu   i   otworzył 
frontowe drzwi. Przed nim biegła ulica, która, o czym wiedział, zaprowadzi go do domu. Paul 
zamknął drzwi i zbiegł po stopniach, czując bolesny ucisk w sercu. Ale kiedy znalazł się na 
drodze, puścił się pędem i biegł jak szalony pod koronami wielkich lip. Było już późno. Biegł, 
dopóki starczyło mu tchu, potem człapał wolno i gdy odzyskiwał siły, znowu przyspieszał. 
Nie chciał się zatrzymać w tym wielkim mieście, które kojarzyło mu się z więzieniem. W 
domach nie widać gwiazd, a wiatr wciska się w zakamarki jak kret, zamiast unosić się z 
rozmachem nad bezmiarem morskich wód.

Wreszcie zabudowania stały się rzadsze, a w końcu wszystkie pozostały za nim. Odetchnął 

głęboko i poczuł się lepiej, choć wciąż przytłaczały go wzgórza, pola i ciemne ściany lasów. 
Lecz przynajmniej miał nad sobą niebo, takie samo jak w Noel Cove. Rozpoznawał gwiazdy 
jak starych przyjaciół. Jakże często Stephen mu je pokazywał, kiedy siadywali wieczorami na 
progu!

Teraz   już   się   nie   bał.   Znał   drogę   do   domu,   a   wokół   była   życzliwa   noc.   Każdy  krok 

przybliżał go do Stephena, Nory i Żeglarzy Bliźniaków, pogwizdując szedł raźnie naprzód.

Świtało, gdy dotarł do Noel Cove. Niebo na wschodzie  było  bladoróżowe i srebrne a 

morze   marszczyło   się   małymi,   szarymi   falkami.   Na   zachodzie,   nad   zatoką,   niebo   miało 
niesamowitą błękitną barwę i wiał słony orzeźwiający wiatr. Paul czuł zmęczenie, ale zbiegł 
lekko po skałach do przystani. Stephen właśnie spuszczał łódź na wodę. Na widok Paula 
stanął jak wryty i twarz mu się rozjaśniła ze szczęścia. Paula przeniknął dreszcz. Dotychczas 
radość wprost go rozpierała i przez całą drogę do domu, nie miał żadnych wątpliwości, ale 

background image

teraz…

— Stephen! —zawołał. — Wróciłem! Musiałem wrócić! Cieszysz się, Stephen? Jesteś 

zadowolony?

Twarz   Stephena   jak   zwykle   nie   wyrażała   żadnych   uczuć.   Wybuch   uczuć,   który   tak 

zaskoczył Paula, gdyż do niego nie przywykł, trwał tylko mgnienie oka.

— Pewnie jestem — odparł. — Tak, jestem zadowolony. Właściwie miałem nadzieję, że 

wrócisz. Idź do domu i zjedz śniadanie.

Oczy Paula promieniały jak wstający świt. Wiedział, że Stephen się cieszy i nie było co 

tracić słów na tę sprawę. Znowu są razem, tak jak przed pojawieniem się panny Trevor. 
Znowu łączy ich doskonała, niczym nie zmącona przyjaźń.

— Najpierw muszę pobiec na cypel i przywitać się z Norą! — zawołał Paul.

background image

T

RUDNY

 

WYBÓR

Łodzie stały zakotwiczone na łowisku. Morze było spokojne i gładkie jak szklana tafla, 

tylko w miejscach, gdzie marszczył je lekki powiew wiatru, pojawiały się smugi ciemnego 
lazuru.  Trwało  wciąż  skwarne  i  duszne  późne  popołudnie.   Przylądki  i  zatoczki  drżały w 
fioletowej mgiełce upału. Długa i wąska piaszczysta plaża lśniła tak oślepiająco, że obolałe 
oczy szukały wytchnienia pośród poszarpanych skał, gdzie wielkie czerwonawe głazy rzucały 
głębokie cienie. Mała gromadka rybackich chat, przez lata wystawiona na wiatry i deszcze, 
spłowiała aż do srebrzystej szarości. Hen, w dali, widać było kilka „jankeskich” szkunerów, a 
ich maszty i żagle ledwie rysowały się na tle białego horyzontu.

Dwie   lodzie   wciągnięto   właśnie   na   biegnącą   prosto   ze   skał   pochylnię.   Kilka 

płaskodennych łódek kołysało się leniwie pod pomostem. Od czasu do czasu zalśniła biała 
mewa, gdy w jej piórach odbił się zabłąkany promień słońca.

Przy pochylni stał młody człowiek i obserwował przez lornetkę rybackie stateczki. Był 

wysoki,   świetnie   zbudowany   i   nosił   proste   rybackie   ubranie.   Twarz,   mocno   ogorzała   od 
morskiej   bryzy,   przyciągała   nie   tyle   urodą,   co   wyrazem   spokoju   i   szczerości,   a   oczy 
młodzieńca, błękitne i czyste jak woda zatoki, miały otwarte, uczciwe spojrzenie.

Dwóch żylastych, śniadych francusko—kanadyjskich chłopaków rozsiadło się na jednej z 

łodzi i z leniwym zainteresowaniem śledziło rybacką flotę, zastanawiając się czy „jankesi” 
mieli udany połów. Niebawem stromą ścieżką z rybackiej osady nadeszły trzy osoby. Jedna z 
nich, dziewczyna, pobiegła pierwsza do Benjamina Selby’ego i dotknęła jego ramienia. Ten, 
zaskoczony,   opuścił   gwałtownie   lornetkę   i   obejrzał   się.   W   jednej   chwili   twarz   mu   się 
rozjaśniła wyrazem nie ukrywanej radości.

— Mary Stella! Nie spodziewałem się, że przyjdziesz w taki upał! Ostatnimi czasy coś 

rzadko pojawiałaś się na wybrzeżu — dodał z wyrzutem.

— Naprawdę, nie miałam czasu, Benjaminie — odparła niefrasobliwie. Wyjęła mu z ręki 

lornetę   i   skierowała   na   rybacką   flotę.   Benjamin   pomógł   jej   uregulować   ostrość,   a   jego 
opalone policzki zabarwiły się rumieńcem ze szczęścia.

— Czy makrele biorą? — spytała.
— Nie w tej chwili. Kim jest ten nieznajomy obok twego ojca, Mary Stello?
— To nasz kuzyn, pan Braithwaite. Czy jesteś bardzo zajęty, Benjaminie?
— Ależ nie! Dlaczego pytasz?
— Może zabrałbyś mnie na małą przejażdżkę łódką. Tak dawno nie pływałam.
— Oczywiście. Chodźmy, tam jest łódź. Jak widzisz — to twoja imienniczka. W zeszłym 

tygodniu malowałem ją. Jest czysta jak łza.

Dziewczyna lekkim krokiem zeszła ze skały i zgrabnie wsiadła do małej, jasnożółtej łodzi. 

Benjamin odcumował i odepchnął ją wiosłem od brzegu.

— Dokąd chcesz popłynąć, Mary Stello?
— Och, wzdłuż brzegu, ale nie za daleko. I, proszę, nie wypływaj na głębinę, bo tam 

zawsze się boję i kręci mi się w głowie.

Benjamin z uśmiechem obiecał, że tego nie zrobi. Wiosłował z gracją i lekko, jak człowiek 

nawykły do tej czynności. Urodził się i wyrósł wśród rybaków nad szumiącą wciąż zatoką, a 
szept fal był jego pierwszą kołysanką. Znał morze i kochał każdy jego nastrój, każdą zmianę 
wywołaną wiatrem czy przypływem. Na wybrzeżu nie było lepszego szypra od Benjamina 
Selby’ego.

Mary Stella wesoło pomachała ręką dwóm mężczyznom, stojącym na skałach. Benjamin 

obrzucił ich niechętnym spojrzeniem.

— Kim jest ten młody człowiek? — zapytał ponownie. — Skąd się tu wziął?
— To syn siostry mego ojca. Ukochanej siostry. Nie widział jej od wielu lat, od czasu gdy 

background image

wyszła za pewnego Amerykanina i wyjechała do Stanów. To ona kazała Frankowi przyjechać 
tu i odnaleźć nas. Jest wspaniały, prawda? To bardzo zdolny nowojorski prawnik.

Benjamin   nie   odezwał   się.   Wyciągnął   wiosła   z   wody   i   pozwolił   łódce   unosić   się 

swobodnie na falach. Piaszczyste dno, usiane mnóstwem barwnych kamyków, prześwitywało 
przez ciemnozieloną wodę. Mary Stella przechylona przez burtę obserwowała zniekształcone 
odbicie swej twarzy.

—   Dopisało   ci   szczęście   w   tym   tygodniu,   Benjaminie?   Ojciec   wiele   nie   złowił, 

przeszkodziły mu sianokosy, a z Leona marny rybak.

— Ten tydzień był jednym z najlepszych w minionym sezonie. Niektóre kutry złapały 

wczoraj po sześćset sztuk makreli. My mieliśmy czterysta.

Mary Stella zaczęła z roztargnieniem przebierać w wodzie smukłymi, opalonymi palcami. 

Zapanowało milczenie. Benjamin był nawet zadowolony, ponieważ miał okazję napawać się 
widokiem pięknej twarzy dziewczyny. Odkąd sięgał pamięcią, kochał Mary Stellę. Zdawało 
mu   się   niekiedy,   że   stała   się   cząstką   jego   samego.   Kochał   ją   z   mocą   i   przywiązaniem 
właściwymi naturze wrażliwej i uczuciowej. Miał nadzieję, że Mary Stella odwzajemnia to 
uczucie; dotychczas nie napotkał też rywala, którego by się obawiał. Czcił ją nieomal jak 
boginię, jak coś zbyt cennego, by się odważyć wyciągnąć po to rękę. Była dlań uosobieniem 
wszystkiego co piękne i dobre. Ostrożnie dobierał słowa, zważał na czyny, aby tylko stać się 
jej godny. W każdej chwili życia miłość ta strzegła go jak anioł stróż od wszelkich pokus i 
niebezpieczeństw młodości. Nie wybierał drogi, po której nie chciałaby stąpać jego ukochana.

Dzisiaj jednak czuł niepokój. Zdawało mu się, że Mary Stella jest inna niż zazwyczaj. Było 

to przelotne wrażenie i zniknęło, zanim zdołał określić, na czym polegała różnica. Powiedział 
sobie   w   duchu,   że   ponosi   go   wyobraźnia,   ale   mimo   to   dziwne,   podświadome   uczucie 
niepokoju nie ustępowało.

Niebawem Mary Stella zauważyła, że czas wracać. Benjaminowi się nie spieszyło, ale 

ponieważ  zawsze  nieomal  uprzedzał  każde jej życzenie,  zawrócił  łódkę  i powiosłował w 
stronę brzegu.

Tymczasem na przystani Mosey Louis i Xavier, Kanadyjczycy francuskiego pochodzenia, 

spoglądali na zmianę przez lornetę, nie szczędząc złośliwych uwag łowiącym rybakom. Pan 
Murray z kuzynem stali obok pochylni i śledzili wzrokiem nadpływającą łódkę.

—   Kim   jest   ten   młody   mężczyzna?   —   spytał   Braithwaite.   —   Co   za   wspaniała 

muskulatura! Aż przyjemnie patrzeć, jak on wiosłuje.

—   Rzeczywiście   —   odrzekł   starszy   mężczyzna   z   odcieniem   dumy   w   głosie.   —   To 

Benjamin Selby,  najlepszy rybak na wyspie. Od lat łowi najwięcej makreli. Poza tym,  to 
wspaniały człowiek w każdym calu. Być może pomyślisz, że jestem stronniczy — ciągnął 
dalej z uśmiechem. — Ale wiesz, on i Mary Stella mają się ku sobie. Któregoś dnia, jak 
dobrze pójdzie, zostanie moim zięciem.

Oblicze Braithwaite’a zachmurzyło się. Podszedł milcząc do łódki i pomógł Mary Stelli 

wysiąść.   W   tym   czasie   Benjamin   przywiązywał   linę,   a   gdy   podniósł   głowę,   dziewczyna 
lekkim   krokiem   podążała   już   obok   kuzyna   w   kierunku   skał.   Niebieskie   oczy   Benjamina 
pociemniały i z ponurą miną podszedł do pochylni.

— Nie wypływał pan dzisiaj, panie Murray?
— Nie. Musiałem zebrać siano. Zdaje mi się, że straciłem dobrą okazję. Wyciągają coś?
— Nie. Nie sądzę, aby ryba zaczęła brać wcześniej niż za godzinę.
— Widzę kogoś w tej łodzi z boku — powiedział pan Murray, wyciągając rękę po lornetę.
— Och, to tylko załoga Roba Leslie stara się nas nabrać. Dzisiaj już raz tego próbowali. 

Nie ma sensu, żebyśmy wypłynęli i prażyli się w słońcu jak inni.

— Frank! — zawołał pan Murray. — Chodź tutaj. Jesteś mi potrzebny. — Do Benjamina 

zaś powiedział: — To mój siostrzeniec, porządny chłopak. Na pewno polubisz go.

Braithwaite podszedł do nich i pan Murray położył  rękę na jego ramieniu, a drugą na 

background image

ramieniu Benjamina.

— Chłopcy, chcę, żebyście się poznali. Benjaminie, to jest Frank Braithwaite; Franku, to 

Benjamin Selby, najlepszy rybak na wybrzeżu, jak ci już wspomniałem.

Podczas   gdy pan  Murray  przedstawiał  ich   sobie,  obaj  mężczyźni   zmierzyli  się  bardzo 

uważnie wzrokiem. Kilka sekund wydawało się wiekiem. Kiedy minęły, Benjamin wiedział, 
że ten drugi będzie jego rywalem. Pierwszy odezwał się Frank Braithwaite. Wyciągnął rękę z 
niewymuszoną serdecznością.

— Cieszę się, że mogłem pana poznać, panie Selby — powiedział. — Choć jestem nieco 

onieśmielony w obecności tak doświadczonego rybaka.

Nie   wypadało   milczeć   po   tak   uprzejmych   słowach.   Benjamin   ujął   powściągliwie 

wyciągniętą dłoń.

—   Żałuję,   że   dziś   ryba   nie   bierze   —   ciągnął   Amerykanin.   —   Chciałem   spróbować 

szczęścia. Nigdy jeszcze nie łowiłem makreli i przypuszczam, że na początku nie będzie ze 
mnie wielkiego pożytku.

— To nic trudnego — odparł sztywno Benjamin. — Właściwie każdy może łowić makrele 

po pewnym czasie. Najważniejsza jest wytrwałość.

Odwrócił   się   raptownie   i   odszedł   de   swojej   łódki.   Nie   mógł   się   zmusić   do   obojętnej 

pogawędki z przybyszem, gdy robak zgryzoty toczył jego serce.

— Lepiej wypłynę — zauważył. — Trochę się ochłodziło. Wcale bym się nie zdziwił, 

gdyby wkrótce pokazały się makrele.

— To ja też płynę — oświadczył pan Murray. — Hej, wy tam! Leon i Pete! Hej, do was 

mówię!

Obaj Kanadyjczycy francuskiego pochodzenia wybiegli z szałasu, w którym wylegiwali się 

podczas siesty i rzucili się do pracy na pochylni.

— Frank, nie chcesz mi towarzyszyć? — zawołał pan Murray.
— Dzisiaj raczej nie — brzmiała odpowiedź. — Jest za gorąco. Może jutro spróbuję.
Sprawnie spuszczone łodzie wyślizgnęły się z cienia rzucanego przez poszarpane skały. 

Benjamin stanął przy swoim sterze. Mary Stella zeszła niżej, aż do samej wody i wesoło 
pokiwała mu ręką.

— Powodzenia! I najlepszego połowu w sezonie! — zawołała. Benjamin w odpowiedzi 

pomachał czapką. Przez chwilę zapomniał o zazdrości i pomyślał, że zachował się grubiańsko 
wobec Braithweiite’a.

— Pożałujesz, że nie wypłynąłeś z nami — krzyknął wesoło. — To doskonały wieczór na 

połów.

Kiedy obie łodzie dotarły do łowiska, zatrzymały się i rzucono kotwice. Ostre maszty 

rysowały się wyraźnie na tle nieba. W każdej łodzi widniał szereg ciemnych, ruchomych 
sylwetek. Lśniąca powierzchnia zatoki pomarszczyła się dziwnymi, czarnymi smugami; to 
makrele gromadziły się w ławice.

Frank Braithwaite wypłynął na połów nazajutrz i złapał trzydzieści makreli. Ogromnie się 

tym szczycił i wkrótce został całkiem dobrym rybakiem. Poza tym, kiedy łodzie wracały z 
łowiska,   nigdy   nie   wymigiwał   się   od   pracy,   ale   zakasywał   nogawki   spodni   i   pomagał 
wybierać wodę albo nosił makrele z takim zapałem, jakby mu to sprawiało przyjemność. 
Nigdy też nie zadzierał nosa i niezmiennie brał stronę Leona w sprzeczkach z napastliwym 
Moseyem Louisem. Nawet Kanadyjczycy francuskiego pochodzenia, ci bezlitośni krytykanci 
—   przyznawali,   że   jankes   to   swój   chłop.   Jedynie   Benjamin   Selby   uparcie   zachowywał 
chłodną rezerwę.

Pewnego wieczoru załadowane po brzegi łodzie przybiły do portu o zachodzie. Benjamin 

wyskoczył, gdy tylko jego łódź dotknęła pochylni i pobiegł ścieżką w górę. Zatrzymał się jak 
wryty obok swej rybackiej chaty, gdyż dojrzał Braithwaite’a i Mary Stellę stojących blisko 
siebie   przy   ogrodzeniu   pastwiska.   Braithwaite   był   doń   odwrócony   plecami,   trzymał 

background image

dziewczynę za rękę i mówił coś z przejęciem. Mary Stella uniosła głowę i spojrzała Frankowi 
prosto w oczy. Jej twarz miała taki wyraz, jakiego Benjamin dotychczas u niej nie zauważył, 
ale dobrze wiedział, co on oznacza.

Twarz mu pobladła, a rysy stężały. Zacisnął pięści, a ból i gorycz buchnęły mu w piersi 

płomieniem. Cała nadzieja, która go krzepiła i podtrzymywała w trudnym życiu, została w 
jednej chwili pogrzebana.

Odwrócił się bez namysłu i bezgłośnie ruszył z powrotem do przystani. Szmer morskich 

fal   wydał   mu   się   jakiś   odległy.   Mosey   Louis   liczył   złowione   makrele.   Xavier   nabierał 
wiaderkiem wodę i polewał nią srebrzyste ryby. Słońce schowało się za fioletowe chmury, a 
długi, ciemny cypel na zachodzie wrzynał się w złote morze jak mahoniowy klin. Wszystko 
było jakieś nierealne i rzeczywiste zarazem. Benjamin zaczął pracować jak automat.

Po pewnym  czasie  Mary Stella  zeszła do łodzi ojca. Braithwaite  szedł za nią powoli, 

zatrzymując się co chwilę, by odeprzeć kolejną złośliwą uwagę Moseya Louisa. Benjamin 
niżej   pochylił   głowę   nad   stołem.   Niekiedy   śmiech   lub   głos   Mary   Stelli   docierały   doń 
wyraźniej,   gdy   odpowiadała   na   dowcipy   Pete’a   lub   Leona.   Zauważył   nawet,   jak   poszła 
ścieżką   w   górę   razem   z   Braithwaite’em.   Dostrzegł   kątem   oka   skrawek   jej   jasnej   sukni, 
znikającej za skałą, ale nie dał niczego po sobie poznać i pracował wytrwale dalej.

Późno skończyli patroszenie ryb. Mosey Louis i Xavier zmęczeni natychmiast poszli spać 

do   szałasu.   Benjamin   stał   przy   pochylni,   aż   zapadła   całkowita   cisza,   a   wtedy   ruszył   ku 
zatoczce, gdzie skalny występ wrzynał się ostro w morze. Opadł na wielki głaz i podłożywszy 
ramię pod głowę, spoglądał na niebo. Gwiazdy rzucały chłodny blask, obojętne na wszystkie 
nieszczęścia   świata.   Przed   nim   rozciągało   się   rozedrgane   morze,   którego   głuchy   pomruk 
zdawał się wyrażać jego własny ból.

Powietrze było nieruchome i ciężkie. Od czasu do czasu na horyzoncie gęste zwały chmur 

przecinały zygzaki błyskawic. Drobne fale szlochały u stóp urwiska.

Kiedy Benjamin uniósł głowę, zobaczył Franka Braithwaite’a, stojącego pomiędzy nim a 

lśniącą powierzchnią zatoki. Zrobił jeden krok i gdy Frank odwrócił się zaskoczony, stanął z 
nim   twarzą   w   twarz.   Benjamin   zacisnął   pięści   i   ogarnęło   go   przemożne,   nieprzeparte 
pragnienie zepchnięcia rywala ze skały,

— Widziałem was dzisiaj — powiedział głuchym, zdławionym głosem. — Jakim prawem 

przyjeżdżasz tutaj i kradniesz mi dziewczynę, którą kocham! Czy mało było dziewcząt tam, 
skąd przybyłeś? Jakże ja cię nienawidzę. Chętnie bym cię zabił…

— Selby, przestań! Sam nie wiesz, co mówisz! Jeśli skrzywdziłem cię, przysięgam, że nie 

zrobiłem tego umyślnie. Pokochałem Stellę od pierwszego wejrzenia. Kto by tego nie zrobił? 
Ale myślałem, że jest związana z tobą i nawet nie próbowałem ci jej odbić. Nie masz pojęcia, 
ile mnie kosztowało udawanie obojętności!

Zauważyłem   od   samego   początku,   że   mi   nie   ufałeś,   ale   nie   dałem   ci   ku   temu 

najmniejszego powodu. Dopiero dzisiaj odkryłem,  że ona jest wolna i… nie kocha cię… 
Pomyślałem… tak mi się wydało, że mam szansę. Chwyciłem się jej i wtedy zapomniałem o 
wszystkim…

— A więc ona cię kocha? — spytał głucho Benjamin.
— Tak — odparł łagodnie Braithwaite.
Benjamin odpowiedział z pasją w głosie:
— Nienawidzę cię! Jestem najnieszczęśliwszym  z ludzi, lecz jeśli ona jest szczęśliwa, 

moje uczucia się nie liczą. Tak łatwo zdobyłeś to, o co zabiegałem całe życie. Nie docenisz jej 
tak, jak ceniłbym ja, ale jeśli będzie szczęśliwa, to reszta nie ma znaczenia. Proszę cię tylko o 
jedno: nie pozwól Stelli przychodzić teraz na brzeg. Nie zniósłbym tego.

Minął wreszcie upalny sierpień. Życie na wybrzeżu toczyło się zwykłym trybem. Benjamin 

zamknął swój ból w głębi serca i nie okazywał, że cierpi. Jak na złość połowy w tym sezonie 
były rekordowe, a nawet rok ten nazwano „makrelowym”. Pracował więc bez wytchnienia, 

background image

nie szczędząc sił ani czasu.

Braithwaite rzadziej pojawiał się na brzegu, a Mary Stella wcale. Pan Murray próbował 

porozmawiać z Benjaminem o tej sprawie, ale on się nie zgodził.

— Lepiej nic nie mówić — oświadczył z godnością.
Widząc jego spokój, pan Murray pomyślał sobie, że widocznie chłopak nie jest specjalnie 

urażony i odzyskał pogodę ducha. Trochę jednak żałował, że sprawy przybrały taki obrót. 
Braithwaite  zabierze  mu  córkę, tak samo  jak kiedyś  zabrano mu  siostrę. W dodatku pan 
Murray kochał Benjamina jak własnego syna.

Pewnego popołudnia Benjamin stał przy łodzi, z niepokojem obserwując morze i niebo. 

Obaj jego pomocnicy chcieli koniecznie wypłynąć, bo inne łodzie już rozpoczęły połów.

— Nie wiem, czy dobrze robią — powiedział z namysłem Benjamin.
— Nie podoba mi się ten widok. Jestem pewien, że wkrótce nadejdzie
burza. Pamiętam, był taki sam dzień przed trzema laty, kiedy nadszedł straszliwy szkwał. 

Utonął wówczas Joe Otway.

Niebo zasnuły ciężkie chmury. Powietrze stało się lepkie i duszne, a nieruchoma woda 

przybrała   miedziany   odcień.   Morze   mruczało   pieszczotliwie,   jak   wielkie   zwierzę 
wyczekujące odpowiedniej chwili, by chwycić i zagryźć swą ofiarę.

—   Jednak   spróbuję   —   oświadczył   Benjamin   po   dłuższym   zastanowieniu.   —   Jeśli 

nadejdzie szkwał, zawrócę szybko do brzegu. Na pewno zdążę.

Błyskawicznie   spuścili  łódź   na  wodę,  a  ponieważ   nie   było   wiatru,  zaczęli  wiosłować. 

Kiedy odbijali, Braithwaite i Leon zeszli ze skał do łodzi Murraya.

— Jak te dwa wleco w szkwał, to bedom mnieli bal — zauważył z krzywym uśmiechem 

Mosey Louis. — Tyn Leon to on tyle wi o łodzi, co kot!

Benjamin rzucił kotwicę niedaleko brzegu, ale Braithwaite i Leon płynęli dalej, dopóki nie 

minęli pozostałych rybaków.

— Pewnie wybrali się na dorsze — stwierdził Xavier.
Makrele brały dobrze, ale Benjamin wciąż uważnie śledził niebo. Nagle spostrzegł ciemną 

smugę ciągnącą nisko nad wodą z północnego zachodu. Odwrócił się ze słowami:

— Chłopcy, idzie szkwał! Podnosimy kotwicę, prędko!
— Tu je pełno rybów — zamruczał Mosey Louis, który nie lubił zostawiać zdobyczy. — 

Inne łodzie jeszcze nie zawracajo.

Ledwo to powiedział, gdy nawałnica uderzyła w łódź, która przechyliła się i zachybotała. 

Woda   zakotłowała   się.   Wokół   zapanowało   poruszenie   i   w   całej   flocie   w   mgnieniu   oka 
podniesiono żagle. Mosey Louis zbladł i skoczył do lin. Benjamin był w połowie drogi do 
brzegu, zanim na łodzi Murraya podniesiono żagiel.

— Nie wim, co uny myślom — mruknął Mosey Louis. — Ani chybi utopio sie!
Benjamin obejrzał się zaniepokojny. Wszystkie łodzie wracały. Wichura szalała. Nie miał 

wątpliwości, że bezpiecznie dobije do brzegu; Braithwaite przybędzie pewnie dwadzieścia 
minut później.

— Ale to nie moja rzecz — powiedział do siebie. Zacumował i wyładowywał swój połów, 

gdy ścieżką zbiegł ze skały pan Murray.

— Frank! Frank — wykrztusił. — On i Leon też wypłynęli! Głupie chłopaki! Żaden z nich 

nie ma pojęcia, jak radzić sobie w takiej chwili.

— Nie sądzę, aby im się coś stało — uspokajał go Benjamin. — Chociaż późno zawrócili i 

mogą mieć kłopoty z dotarciem do brzegu.

Wszystkie łodzie wylądowały z większym czy mniejszym trudem. Jedynie lodź Murraya 

nie przybiła. Mężczyźni zbierali się na brzegu, stali w grupkach i przerażeni obserwowali 
morze.

Łódź pojawiła się nagle gnana wichrem. Pan Murray niemal wychodził ze skóry.
— Wszystko będzie dobrze, proszę pana — powiedział jeden z mężczyzn. — Jeśli nie 

background image

będą mogli przybić tutaj, to wylądują dalej, na wydmach.

— Żeby tylko wiedzieli, jak to zrobić — jęknął pan Murray. — Ale nie wiedzą i władują 

się prosto na skały!

— Dlaczego nie spuszczają żagla — zawołał ktoś z obecnych. — Jak tego nie zrobią, 

wywrócą się!

— Już go spuszczają — zauważył Benjamin.
Łódź znajdowała się w odległości trzystu jardów od brzegu. Żagiel nie opadł do końca, 

widocznie się zaciął.

— Dobry Boże, co tam się dzieje? — wykrzyknął pan Murray. Kiedy to mówił, łódź się 

wywróciła.   Krzyki   przerażenia   rozległy   się   nad   plażą.   Pan   Murray   skoczył   do   łodzi 
Benjamina, ale jeden z mężczyzn go odciągnął.

— Nie może  pan tego zrobić.  Nie wiem,  czy ktokolwiek  mógłby.  Braithwaite  i Leon 

kurczowo trzymali się burty. Benjamin Selby stał na uboczu, wargi zagryzł do krwi i zacisnął 
pięści.   W   duchu   toczył   najtrudniejszą   bitwę   swego   życia.   Wiedział,   że   tylko   on   jeden   z 
obecnych   tu   mężczyzn   ma   odpowiednie   kwalifikacje   i   tyle   odwagi,   by   dotrzeć   do 
przewróconej łodzi, jeśli to w ogóle możliwe. Nikła szansa i ogromne ryzyko.  Człowiek, 
którego   nienawidził,   tonął   na   jego   oczach.   A   więc…   niech   utonie!   Dlaczego   miałby 
ryzykować i stracić życie dla swego wroga? Nikt nie będzie go winił, gdy odmówi, a jeśli 
Braithwaite’a nie stanie, to Mary Stella wróci do niego!

Pokusa   i   odrzucenie   jej   zajęły   mu   jedną   sekundę.   Chłodnym   i   opanowanym   głosem 

oznajmił:

— Wypływam! Potrzebny mi jeden człowiek. Ale żaden z tych, co mają żony i dzieci. Jest 

chętny?

— Ja! — krzyknął Mosey Louis. — Mam na pieńku z tem Leonem, ale nie chce, żeby się 

utopił.

Benjamin  zgodził się. Chłopak był  silny i zręczny,  miał też spore doświadczenie.  Pan 

Murray chwycił Benjamina za ramię.

— Nie! Tylko nie ty! Nie chcę patrzeć, jak toną obaj moi chłopcy! Benjamin łagodnie 

uwolnił rękę.

— Robię to dla Mary Stelli — powiedział rwącym się głosem. — Jeśli nie wrócę, proszę 

jej to powtórzyć.

Z trudem spuścili łódź i zepchnęli na wodę. Benjamin nie tracił zimnej krwi. Silne ramię i 

bystre oko nigdy go jeszcze nie zawiodły. Kilka razy przerażeni widzowie sądzili, że łódź 
przepadła, ale po chwili oddychali z ulgą.

Wreszcie dopłynęli do tonących i jakoś udało im się wciągnąć ich na pokład. Powrót był 

łatwiejszy, ponieważ skierowali łódź na mieliznę. Przy akompaniamencie głośnych okrzyków 
i   wiwatów   mężczyźni   stojący   na   brzegu   pognali   co   sił,   aby   pomóc   wynieść   z   łodzi 
Braithwaite’a i Leona ledwie żywych z wyczerpania. Kiedy nieśli ich do chaty pana Murraya, 
Benjamin niepostrzeżenie wrócił do domu. Pozostał Mosey Louis i zbierał gratulacje. Siedział 
w kręgu pełnych podziwu rówieśników, którym szczegółowo relacjonował wydarzenie.

— Ten Leon, niech tylko sobie nie wyobraża, że jest taki ważny! — zakończył.
Nazajutrz, Braithwaite, ciągle jeszcze blady i roztrzęsiony, pojawił się na brzegu. Podszedł 

wprost do Benjamina i wyciągnął rękę. — Dziękuję ci — powiedział po prostu.

Benjamin niżej pochylił głowę nad siecią.
— Nie musisz mi dziękować — rzekł niechętnie. — Chciałem, żebyś utonął. Popłynąłem 

tylko ze względu na Mary Stellę. Powiedz mi jedno — nie mogłem się zdobyć na to, by 
spytać kogoś innego — kiedy się pobieracie?

— Dwunastego września.
Rysy   Benjamina   skamieniały.   Odwrócił   się   i   przez   chwilę   patrzył   uparcie   na   morze. 

Cierpiał niewyobrażalne męki, wyrzekając się jedynej miłości swego życia. Wreszcie zebrał 

background image

wszystkie siły i wyciągnął rękę.

— Zrobiłem to dla niej — powiedział poważnie.
Frank Braithwaite uścisnął delikatną dłonią twardą, opaloną i spracowaną rękę rybaka. W 

oczach obu mężczyzn zabłysły łzy. Rozstali się w milczeniu.

Rankiem dwunastego września Benjamin Selby jak zwykle wypłynął na połów. Ryby było 

dużo, choć sezon dobiegał końca. Po południu obaj jego pomocnicy poszli spać. Benjamin 
miał zamiar powiosłować wzdłuż brzegu i zebrać trochę soli. Stał przy łodzi gotów do drogi, 
ale zdawał się jeszcze na coś czekać. W końcu usłyszał odległy gwizd lokomotywy i kłąb 
białego dymu popłynął nad wzgórzami.

Mary Stella nareszcie odjechała i na zawsze zniknęła z jego życia. Uczciwe, błękitne oczy 

wpatrzone   w   morze   nie   zmieniły   wyrazu.   Benjamin   odważnie   spoglądał   w   swą   pustą   i 
posępną przyszłość.

Białe   mewy   unosiły   się   nad   wodą.   Drobne,   krótkie   fale   omywały   piasek.   Wieczorne 

odgłosy, delikatne i senne, zagłuszał nieprzerwany pomruk zatoki.

background image

K

SIĘGA

 

ŻYCIA

 

WUJA

 J

ESSE

A

Wuj Jesse! Imię to wywołuje z pamięci jego postać, jaką miałam przed oczami podczas 

cudownych wakacji spędzonych w Golden Gate. Pierwszy raz zobaczyłam go, gdy stał w 
drzwiach swego małego domku z niskim dachem, zbudowanego na brzegu zatoki i witał nas 
na nowym miejscu z właściwą sobie nieświadomą grzecznością, z którą tak bardzo mu było 
do twarzy. Wysoka, dość niezgrabna, nieco przygarbiona sylwetka, promieniowała wielką siłą 
i wytrzymałością. Starannie wygolona, ogorzała twarz była poorana zmarszczkami, a gęste 
siwe włosy opadały na ramiona. Przejrzyste, błękitne, głęboko osadzone oczy od czasu do 
czasu   pomrugiwały   wesoło,   niekiedy   bywały   rozmarzone,   ale   najczęściej   spoglądały   na 
rozległą   morską   toń   z   wyrazem   pytającej   zadumy,   jakby   szukały   czegoś   cennego   i 
utraconego. Pewnego dnia miałam się dowiedzieć, czego wypatrywał wuj Jesse.

Trzeba przyznać, że wyglądał dość pospolicie. Wąska szczęka, nieładne usta i kwadratowe 

czoło nie zostały wymodelowane według kanonów piękna, lecz choć na pierwszy rzut oka 
robił   wrażenie   brzydkiego,   to   wcale   się   go   tak   nie   odbierało.   Wrodzona   szlachetność 
opromieniała i upiększała tę nieforemną powłokę.

Wuj Jesse doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że nie grzeszy urodą i bolał nad tym 

ogromnie. Wielbił wszystko co piękne. Pewnego razu nadmienił przy mamie, iż marzy, aby 
powtórnie przyjść na świat jako mężczyzna urodziwy.

— Ludzie powiadają, że jestem dobry — zauważył kapryśnie. — Ja zaś sobie czasami 

myślę,  że lepiej  byłoby,  gdyby Pan stworzył  mnie  tylko  w połowie tak dobrym,  a za to 
bardziej   przystojnym.   Przypuszczam   jednak,   że   On   wiedział,   co   robi,   jak   przystało   na 
dobrego Kapitana. Niektórzy z nas muszą być pospolici, bo inaczej ci piękni, na przykład 
obecna tu panna Mary, nie prezentowaliby się tak doskonale.

Wcale nie byłam taka ładna, ale wuj Jesse zawsze mówił, że jestem, a ja kochałam go za 

to. Kłamał uroczo i z takim przekonaniem, że gotowa byłam mu uwierzyć. Zresztą sądzę, że 
on sam szczerze w to wierzył. W jego oczach wszystkie kobiety były śliczne i doskonałe ze 
względu tę jedną, którą kochał. Tylko raz widziałam wuja Jesse’a naprawdę rozgniewanego, 
gdy w jego obecności jakiś mężczyzna obraził jedną z miejscowych dziewcząt. Nieszczęsny 
ten człowiek dosłownie wił się, kiedy wuj Jesse zwrócił się do niego z groźnie zmarszczonym 
czołem i oczami miotającymi błyskawice. W takiej chwili wcale nietrudno mi było pogodzić 
prosty i dobrotliwy charakter wuja z tym szalonym,  pełnym przygód życiem,  jakie wiódł 
niegdyś.

Do Golden Gate przyjechałyśmy wiosną. Mama miała kłopoty ze zdrowiem, więc doktor 

zalecił jej spokój i morskie powietrze. Wuj Jamęes, kiedy się o tym dowiedział, zaproponował 
nam mały domek w Golden Gate, który niedawno otrzymał w spadku po starej ciotce.

— Jeszcze go nawet nie widziałem — powiedział. — Ale na pewno wszystko jest tak, jak 

za   życia   ciotki   Elizabeth.   Była   wcieleniem   schludności.   Klucze   są   u   starego   żeglarza, 
mieszkającego w pobliżu. Nazywam się Jesse Boyd, o ile dobrze pamiętam. Jestem pewien, 
że   będzie   war   tam   bardzo   wygodnie.   Domek   stoi   na   piaszczystym   brzegu   zatoki,   wśród 
malowniczych wydm, około pięć minut drogi do morza.

Propozycja wuja Jamesa odpowiadała nam z powodu skąpych rodzinnych oszczędności, 

zatem, nie namyślając się, wyruszyłyśmy do Golden Gate. Zatelegrafowałyśmy do Jesse’a 
Boyda, żeby otworzył dom i pewnego pogodnego wiosennego dnia, gdy swawolny wietrzyk 
uganiał się po zatoce i wydmach, ubijając wodę na białą pianę, a srebrzyste grzywy bałwanów 
zostawiały   na   piaszczystej   plaży   długie   smugi,   wysiadłyśmy   na   małej   stacyjce   i 
przemaszerowałyśmy pół mili do naszego nowego miejsca zamieszkania. Bagaże miały być 
przywiezione ze stacji wieczorem.

background image

* * *

Domek  ciotki   Elizabeth  oczarował   nas  od  pierwszego  wejrzenia.   Wyglądał  jak  wielka 

szara   muszla   wyrzucona   na   plażę.   Od   zatoki   oddzielał   go   wąski   pas   lądu   usypany 
nadmorskimi   kamykami   i   muszelkami.   Za   domem   rósł   sosnowy   lasek,   powyginany   i 
poszarpany,  bo wiatry miały zwyczaj  dawać w nim swoje koncerty,  pełne dziwacznych  i 
przenikliwych dźwięków. Wewnątrz dom okazał się uroczo staroświecki. Pokoje miały niskie 
sufity   z   ciemnych   belek,   a   przez   kwadratowe,   głęboko   osadzone   okna,   nawet   jeśli   były 
zamknięte,   wpadała   morska   bryza,   jeśli   tylko   przyszła   jej   na   to   ochota.   Z   kamiennych 
schodków   otwierał   się   przed   oczami   wspaniały   widok   na   całą   zatokę   w   obramowaniu 
purpurowych wzgórz. Głęboki, wąski kanał między linią piaszczystych wydm, a wysokim, 
poszarpanym  urwiskiem z czerwonawego piaskowca stanowiący wejście do przystani, był 
inspiracją do nadania nazwy osadzie. Pojęłyśmy to, gdy po raz pierwszy obserwowałyśmy 
czarowny,   złoty   wschód   słońca,   kiedy   fale   światła   wyłaniając   się   z   morza   i   niebios, 
prześlizgiwały się przez ten ciasny przesmyk. Naprawdę były to „złote wrota”, przez które 
można było pożeglować do odległych, fantastycznych krain.

Skoro tylko znalazłyśmy się na ścieżce biegnącej wprost do naszego domku, zaskoczył nas 

przyjemnie siwobłękitny dym unoszący się w spiralach z dużego, kwadratowego komina. Po 
chwili wuj Jesse (zaczęłyśmy tak do niego mówić już pół godziny po spotkaniu), stanął w 
drzwiach.

— Witajcie, moje panie — powiedział ;wyciągając dużą i szorstką, ale bardzo czystą dłoń. 

— Pomyślałem sobie, że będziecie trochę zmęczone i głodne, więc przyszedłem rozpalić 
ogień. Zaparzyłem wam również herbatę. Bardzo lubię wyświadczać sąsiadom przysługi, lecz 
rzadko mam do tego okazję.

Jak   się   okazało,   herbata   wuja   Jesse’a   oznaczała   prawdziwą   ucztę.   Przewietrzył   małą 

jadalnię, starannie ustawił na stole porcelanową zastawę ciotki Elizabeth i ozdobił nakrycia 
pierwiosnkami. Później dopiero dowiedziałyśmy się, że przewędrował po nie ładnych parę 
mil.

—   Wiem,   gdzie   co   tu   leży,   bo   nieraz   pomagałem   pannie   Kennedy   przy   zmywaniu. 

Byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Strasznie mi za nią tęskno …

Na stole był  więc smaczny chleb i masło, „kupne” biszkopty,  dzbanek herbaty godnej 

olimpijskich bogów i talerz najwspanialszych, znakomicie przyrządzonych pstrągów.

—   Mam   nadzieję,   że   będą   smakowały   po   podróży   —   powiedział   wuj   Jesse.   —   Są 

świeżutkie, proszę pani. Przed dwiema godzinami baraszkowały jeszcze w stawie Johnsona. 
Tak, sam je złapałem, proszę pani. To wszystko, do czego się teraz nadaję — łapanie pstrąga i 
od czasu do czasu dorsza. Ale nie zawsze tak było, o nie! Robiłem też wiele innych rzeczy. 
Uwierzy mi pani, gdy zobaczy księgę mego życia.

Byłam tak głodna i zmęczona, że wtedy nie złapałam się na przynętę „księgi życia” wuja 

Jesse’a. Chciałam tylko jak najprędzej zjeść i odpocząć. Mama poprosiła, żeby wuj usiadł z 
nami i pomógł zjeść przygotowany przez siebie posiłek. Przyjął zaproszenie bez zbędnych 
ceregieli.

—   Bardzo   dziękuję.   To   będzie   prawdziwa   przyjemność.   Zwykle   muszę   jadać   sam, 

wyłącznie   w  towarzystwie  odbicia   w  lustrze  mojej   paskudnej   gęby.   Niezbyt  często  mam 
okazję zasiąść do stołu z dwiema takimi uroczymi i ślicznymi damami.

Na papierze komplementy wuja Jesse’a wydają się dosyć banalne, alej prawił je głosem 

pełnym szacunku, z nieświadomym wdziękiem i niewątpliwym przekonaniem. Każda kobieta 
musiała je potraktować jak królewski dar.

Wujek przełamał się z nami chlebem i od tej chwili staliśmy się przyjaciółmi od serca. Po 

wspaniałej   uczcie   siedzieliśmy   jeszcze   dobrą   godzinkę   przy   stole,   słuchając   przeróżnych 

background image

historii z życia wuja Jesse’a.

— Jeśli się za bardzo rozgadam, trzeba mnie powstrzymać — oznajmił poważnym tonem, 

zerkając porozumiewawczo spod oka. — Kiedy mam okazję pogadania z kimś miłym,  to 
potrafię się strasznie zagalopować.

Wuj Jesse był żeglarzem od dziesiątego roku życia i niektóre z jego przygód były tak 

niezwykłe, że w skrytości ducha zastanawiałam się, czy czasem nie fantazjuje, wykorzystując 
naszą łatwowierność. Ale, jak się później przekonałam, byłam wobec niego niesprawiedliwa. 
Mówił szczerą prawdę. Wuj Jesse miał dar urodzonego gawędziarza, co powodowało, że 
odległe sprawy przedstawiał słuchaczowi z całą przejmującą wyrazistością.

Obie z mamą śmiałyśmy się i drżałyśmy zarazem słuchając wuja Jesse’a, a raz nawet 

wybuchnęłyśmy płaczem. Wuj, który nie potrafił ukryć swych uczuć, patrzył na nasze łzy z 
widoczną przyjemnością.

— Lubię, kiedy ludzie przeżywają, to co opowiadam — zauważył. — To mi pochlebia. 

Ale   ja   i   tak   nie   mogę   opisać   wszystkiego,   co   widziałem   i   robiłem.   Zanotowałem   swoje 
wspomnienia w księdze życia, ale nie nadaję się na pisarza. Nie mam talentu. Gdybym miał, 
mógłbym napisać wspaniałą książkę! Najtrudniej jest znaleźć właściwe słowa i przelać myśli 
na papier. Coś tam się ukrywa w tym biednym człowieczynie — tu wuj Jesse ze smutkiem 
poklepał się po piersiach — lecz on nie może tego wydobyć.

Kiedy   wuj   Jesse   chciał   wracać   do   domu,   mama   poprosiła,   by   odwiedzał   nas   jak 

najczęściej.

— Ciekawe, czyby mnie pani zaprosiła wiedząc, jak chętnie z tego zaproszenia skorzystam 

— zauważył z humorem.

— Co znaczy, że zastanawia się pan, czy mówiłam serio — uśmiechnęła się mama. — 

Naprawdę, zapraszam pana najserdeczniej i najszczerzej.

— W takim razie przyjdę. Obawiam się, że będziecie musiały mnie znosić zbyt często. 

Byłbym zaszczycony, gdybyście wstąpiły do mnie od czasu do czasu. Mieszkam niedaleko, 
na tamtym cyplu. Co prawda, to nie warto oglądać ani mnie, ani mego domu. Mam tylko 
jeden pokój, stryszek i rurę od pieca sterczącą z dachu zamiast komina. Ale jest za to parę 
drobiazgów, pozbieranych w różnych dziwnych zakątkach, w które wtykałem swój nos. Może 
was zainteresują.

„Parę   drobiazgów”   wuja   Jesse’a   okazało   się   najbardziej   fascynującym   zbiorem 

osobliwości, jaki widziałam. Jedyny, nieduży pokoik jego domku zapełniały rzeczy piękne, 
koszmarne  i dziwaczne,  a z  każdą z  nich wiązała  się jakaś  niesamowita  lub pasjonująca 
historia.

Spędziłyśmy  z mamą  przepiękne lato w Golden Gate. Żyłyśmy  jak dwoje beztroskich 

dzieci,   mających   wspaniałego   towarzysza   zabaw.   Prowadziłyśmy   nader   skromne 
gospodarstwo i czas mijał nam na wędrówkach po plaży, czytaniu na skałach lub pływaniu po 
zatoce małą zgrabną łódką wuja Jesse’a. Z każdym dniem coraz bardziej kochałyśmy tego 
prostodusznego,   szczerego   i   rycerskiego   żeglarza.   Jego   obecność   orzeźwiała   jak   świeże 
tchnienie   morskiej   bryzy.   Był,   poza   tym,   żywą   kroniką   dawnych   wydarzeń.   Nigdy   nie 
miałyśmy dosyć opowieści, a dosadne uwagi i komentarze wuja stanowiły źródło naszego 
nieustannego   zachwytu.   Jednym   słowem,   należał   do   gatunku   najbardziej   interesujących   i 
malowniczych osób, o których mieszkańcy wybrzeża mają zwyczaj się wyrażać, że nigdy 
„nie   gadają,   ale   mówią”.   Dobroć   i   mądrość   współistniały   w   jego   gawędach,   dając 
niezrównany efekt.

Pewnego razu nie było go cały dzień i pojawił się dopiero wieczorem.
— Wybrałem się trochę dalej — wyjaśnił. „Trochę dalej” w słowniku wuja Jesse’a mogło 

oznaczać równie dobrze wzgórze za stacyjką, miasto oddalone o sto mil lub jakiekolwiek inne 
miejsce.

— Zaniosłem panu Kimball trochę pstrągów. Od czasu do czasu ma na nie ochotę, a tylko 

background image

tyle mogę dla niego zrobić w zamian za wyświadczoną mi kiedyś przysługę. Zostałem dłużej i 
przegadaliśmy cały dzień. Lubi ze mną rozmawiać, choć to człowiek wykształcony. Należy 
do tych ludzi, co to muszą sobie pogawędzić, bo inaczej czują się nieszczęśliwi. Niełatwo mu 
znaleźć słuchacza… Tutejsi mieszkańcy unikają go, mając za niedowiarka. Tak daleko to on 
się nie posunął i sądzę, że przypomina raczej heretyka. Heretycy to niecnoty, ale niecnoty 
interesujące Oni trochę jakby się pogubili, szukając Pana Boga. Zdaje im się, że trudno Go 
znaleźć, a przecież tak nie jest. Większość z nich, mam wraże nie, wraca do Niego w końcu. 
Nie wierzę, by wysłuchiwanie argumentów pana Kimballa wyrządziło komuś szkodę. Moja 
wiara w każdym  razie jest niezmiennie taka, w jakiej mnie wychowano. To człowiekowi 
oszczędzi mnóstwa kłopotów, a poza tym Bóg jest przecież dobry. Kłopot pana Kimballa 
polega na tym, że jest on ciut–ciut za mądry. I myśli, że musi w życiu tę swoją mądrość wciąż 
potwierdzać, a do tego jeszcze wynaleźć nową drogę do nieba. Starą, utartą ścieżką — tak 
uważa — idą tylko prości, ciemni ludziska. Ale kiedyś i on na nią trafi i będzie się śmiał z 
samego siebie.

* * *

Nic nigdy nie mogło ani przygnębić, ani wytrącić wuja Jesse’a z równowagi.
— Tak się jakoś zaraziłem bakcylem radości i odtąd cieszę się za wszystkiego — zauważył 

kiedyś, gdy mama zwróciła uwagę na jego niewzruszoną pogodę ducha. — I to przeszło w 
stan chroniczny. Chyba mógłbym cieszyć się nawet z niemiłych rzeczy. Na przykład mój 
reumatyzm…   Kiedy   mnie   kipie,   to   sobie   mówię:   „Przecież   w   końcu   musi   przestać   mi 
dokuczać. Im jest gorszy, tym prędzej się skończy. W końcu i tak ja będę górą, czy w ciele, 
czy poza ciałem”.

Wuj   Jesse   rzadko   zjawiał   się   u   nas   bez   upominku,   nawet   jeśli   był   to   tylko   pęczek 

pachnącej trawy.

— Lubię zapach słodkiej trawy — zauważył. — Zawsze przypomina mi matkę.
— Lubiła ten zapach?
— Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, czy widziała kiedyś słodką trawę. Nie, to dlatego, 

że   ta   trawa   ma   taki   matczyny   zapach…   nie   za   młody   —   rozumiecie   —   coś   takiego 
dojrzałego, zdrowego, na czym można polegać. Jak matka…

Wuj Jesse był rannym ptaszkiem. Bardzo często wstawał rano, by obejrzeć wschód słońca.
—   Widziałem   najprzeróżniejsze   wschody   słońca,   które   przemykały   się   przez   nasze 

„Wrota” — powiedział z rozmarzeniem, gdy któregoś ranka zrobiłam heroiczny wysiłek i 
zerwawszy się o świcie, dołączyłam eto wuja oczekującego na skalnym  cyplu w połowie 
drogi między naszymi domami.

—   Objechałem   cały   świat,   lecz   nigdzie   nie   widziałem   piękniejszego   widoku   niż   letni 

wschód   słońca   nad   Gate.   Człowiek   nie   może   wybrać   godziny   śmierci,   Mary,   po   prostu 
odchodzi wtedy, gdy Kapitan każe odbić od brzegu. Ale ja, gdybym mógł, to bym odszedł 
wówczas, kiedy świt budzi się nad Gate. Oglądałem go tyle razy i myślałem, jakby to było 
wspaniale przepłynąć przez tę wielką białą przestrzeń na morze, którego nie ma na żadnej 
mapie. Wiesz, Mary, chyba tam znalazłbym wreszcie zaginioną Margaret.

W owym czasie znałam już historię „zaginionej Margaret”, jak ją zawsze nazywał. Rzadko 

o niej mówił, ale za każdym razem jego głos był przepojony miłością, która nigdy nie osłabła 
i nie została zapomniana. Wuj Jesse miał siedemdziesiąt lat, a pięćdziesiąt minęło od dnia, 
gdy zaginiona Margaret usnęła w łodzi swego ojca i podryfowała —jak przypuszczano, bo nic 
pewnego nie było  wiadomo o jej losie — zatoką, a potem przez Wrota na pełne morze. 
Pewnie zginęła w czarnych odmętach rozszalałego nieoczekiwanie sztormu. Dla wuja Jesse’a 
pięćdziesiąt lat minęło niepostrzeżenie, jakby tragedia wydarzyła się wczoraj.

background image

— Po tym, co się stało, miesiącami chodziłem wzdłuż brzegu — powiedział za smutkiem. 

— Miałem nadzieję, że znajdę jej kochane ciało. Ale morze nigdy mi jej nie zwróciło. Kiedyś 
jednak odnajdę ją. Chciałbym ci opisać, jak wyglądała, lecz nie potrafię… Widziałem raz 
piękną, srebrną mgle unoszącą się nad Gate podczas wschodu słońca i wydała mi się podobna 
do Margaret.   Kiedy indziej  przypominała   mi   ją  biała  brzoza,   tam  w  lesie,   w  głębi  lądu. 
Margaret miała jasnobrązowe włosy, bladą twarzyczkę i długie, szczupłe palce — takie jak 
twoje, Mary, tylko bardziej opalone. Była przecież dziewczyną z wybrzeża. Czasami budzę 
się w nocy i słyszę niesamowity głos morza… i zdaje mi się, że to woła mnie zaginiona 
Margaret. Podczas sztormu fale szlochają i jęczą, to wtedy słyszę k lamentującą wśród nich. 
A gdy znowu śmieją się w pogodny dzień, to zdaje mi się, że towarzyszy im słodki śmiech 
zaginionej Margaret. Morze ją zabrało, Mary,  ale któregoś dnia znajdę ją. Ono nie może 
rozłączyć nas na zawsze.

Wkrótce po naszym przybyciu do Golden Gate, zobaczyłam „księgę życia” wuja Jesse’a. 

Nie   trzeba   go   było   specjalnie   molestować,   aby   ją   pokazał.   Z   dumą   wręczył   mi   stary, 
oprawiony w skórę dziennik, pełen opisów podróży i przygód. Pomyślałam sobie, że to byłby 
łakomy kąsek dla pisarza — każde zdanie na wagę złota. Księga, jako taka, nie miała ‘ 
literackiej wartości. Cudowny dar opowiadania wuja Jesse’a ginął, gdy; ten zaczynał brać się 
za pióro i atrament. Słynne opowieści były tylko z grubsza naszkicowane, a gramatyka  i 
ortografia pozostawiały wiele do życzenia. Ale czułam, że gdyby ktoś mający prawdziwy 
talent   zapoznał’   się z  tą  bezpretensjonalną   relacją  o  odważnym   i pełnym   przygód   życiu, 
odczytał między wierszami całą prawdę o niebezpieczeństwach, którym wuj dzielnie stawiał 
czoła i obowiązkach, które wypełniał jak na mężczyznę przystało, to powstałaby znakomita 
powieść. Humor i tragedia kryły się w „księdze życia” wuja Jesse’a, czekając na dotknięcie 
czarodziejskiej różdżki, aby wywołać śmiech lub przerażenie czytelników. Przypomniałam 
sobie kuzyna Roberta. On potrafił po mistrzowsku żonglować słowami, ale skarżył się, że z 
trudem przychodzi mu wymyślanie wydarzeń i charakterów postaci. A tu jedno i drugie było 
pod ręką. Prawdziwy pech! Robert bowiem wyjechał do Japonii w sprawach swojej gazety. 
Jesienią, gdy zatoka pod listopadowym niebem spoczywała czarna i posępna, wróciłyśmy z 
mamą do miasta. Z prawdziwym żalem rozstawałyśmy się z wujem Jesse’em. Prosiłyśmy, 
aby nas odwiedził zimą, ale on tylko pokręcił głową.

—  To   za  daleko,   Mary.   Jeżeli   zaginiona  Margaret  zawoła   mnie,   to  mogę   jej   tam   nie 

usłyszeć. Muszę pozostać tutaj, aż mój czas nadejdzie. A pewnie stanie się to wkrótce.

Przez całą zimę pisałam do wuja Jesse’a, posyłając przy okazji różne książki i czasopisma. 

Wyraźnie się z nich cieszył, ale sądził — i nie bez podstaw — że żadne historie nie mogą się 
równać z jego księgą życia.

— Gdyby ktoś, kto ma talent, wykorzystał moje wspomnienia, to wszystkich by zakasał — 

napisał w jednym z nielicznych listów.

Wiosną z radością wróciłyśmy do Golden Gate. Były tak złociste jak zawsze, a zatoka tak 

samo błękitna. Wiatry dalej hulały swawolnie, a fale uderzały o piasek ławicy jak dawniej. 
Wszystko zastałyśmy bez zmian, z wyjątkiem wuja Jesse’a. Bardzo się postarzał i osłabł, 
wydawał się jakiś kruchy i skurczony. Po jego pierwszej wizycie u nas, mama się rozpłakała.

— Wuj Jesse wkrótce wyruszy na poszukiwanie zaginionej Margaret — powiedziała.
W czerwcu przyjechał Robert. Od razu zabrałam go do wuja Jesse’a, który bardzo się 

przejął wiadomością, że Robert jest prawdziwym „człowiekiem pióra”.

— Robert chciałby usłyszeć kilka twoich opowieści, wujku — oznajmiłam. — Opowiedz 

mu tę o kapitanie, który postradał zmysły i wyobraził sobie, że jest Latającym Holendrem.

To była najlepsza opowieść wuja Jesse’a. Wiało z niej humorem i grozą i choć słyszałam 

ją kilka razy, to drżałam za strachu i śmiałam się tak samo serdecznie jak Robert. Potem były 
inne historie. Wuj Jesse opowiedział o tym, jak jego żaglowiec zderzył się z parowcem, jak 
zaatakowali   go   malajscy   piraci,   jak   na   statku   wybuchł   pożar   i   jak   pomógł   w   ucieczce 

background image

więźniowi politycznemu z Ameryki Południowej. Nigdy się nie chełpił, ale trudno było nie 
zauważyć, jak dzielnym, prawym, bezinteresownym, a zarazem przedsiębiorczym i zaradnym 
był ten człowiek. Siedząc w ubogim pokoiku, odtwarzał przed nami wszystkie te zdarzenia. 
Uniesieniem brwi, skrzywieniem warg, gestem, słowem malował scenę lub postać tak, że 
stawały przed nami jak żywe.

W końcu pożyczył Robertowi swą księgę. Robert przesiedział nad nią całą noc i przyszedł 

na śniadanie ogromnie poruszony.

—   Mary,   to   wspaniała   książka!   Gdybym   mógł   ją   dostać   na   pewien   czas,   solidnie 

opracować, ułożyć i całość związać romansem wuja Jesse’a z zaginioną Margaret, byłaby to 
powieść roku! Jak sądzisz, pozwoli mi na to?

— Pozwoli! Myślę, że będzie zachwycony — odparłam.
I  rzeczywiście.   Entuzjazmował   się tą  propozycją  jak uczniak.   Nareszcie  ziści  się  jego 

wielkie marzenie, a księga życia zostanie zaprezentowana światu.

— Będziemy współpracować — rzekł Robert. — Pan da dziełu duszę, a ja ciało. Och, 

napiszemy razem fantastyczną książkę, wuju Jesse. I zaraz zabieramy się do roboty!

Tego lata  wuj  Jesse był  najszczęśliwszym  człowiekiem  pod słońcem.  Mały pokoik od 

podwórza, który dałyśmy Robertowi na gabinet, traktował jak sanktuarium. Robert wszystko 
omawiał z wujem Jesse’em, ale nie pokazywał mu rękopisu.

— Musi pan poczekać, aż wydadzą książkę — tłumaczył. — Wtedy BĘdzie pan miał 

całość w najlepszej formie.

Robert   sięgał   po   skarby   zawarte   w   księdze   życia   i   wykorzystywał   je   bez   ograniczeń. 

Marzył i rozmyślał o zaginionej Margaret tak długo, aż stała się realną postacią i ożyła na 
kartach książki. W trakcie pisania temat pochłaniał go bez reszty. Nie widziałam, by ktoś 
pracował w tak gorączkowym napięciu. Pozwolił mi czytać rękopis i krytykować, a końcowy 
rozdział,   który   później   krytycy   zgodnie   nazwali   idyllicznym,   przerobił   zgodnie   z   mymi 
sugestiami. Miałam więc i ja swój udział w tworzeniu dzieła.

Książka   została   ukończona   jesienią.   Robert   wrócił   do   miasta,   ale   obie   z   mamą 

postanowiłyśmy spędzić zimę w Golden Gate. Kochałyśmy to miejsce, a poza tym pragnęłam 
zostać ze względu na wuja Jesse’a. Robił się coraz słabszy i po wyjeździe Roberta, gdy 
entuzjazm wywołany pracą nad książką minął, zaczął zapadać na zdrowiu. Skończyły się 
dalekie piesze wyprawy, rzadko też wypływał łodzią. Prawie nie mówił. Nadal przychodził do 
nas,   lecz   przeważnie   siedział   godzinami   w   milczeniu   przy   oknie   z   widokiem   na   morze. 
Opierając siwą głowę na rękach, spoglądał z rozrzewnieniem w kierunku Gate. Ożywiała go 
jedynie myśl o książce Roberta. Niecierpliwie czekał na jej wydanie.

— Chciałbym żyć tak długo, abym zdążył ją zobaczyć — westchnął. — Tylko tak długo… 

a potem już będę gotów do drogi. Obiecywał, że książka ukaże się na wiosnę… więc muszę… 
dotrwać do tej pory, Mary… muszę.

Nadchodziły chwile, kiedy zatrwożona traciłam nadzieję, że dotrwa. Z upływem zimy robił 

się jeszcze słabszy. Ale mimo to, dalej wyczekiwał nadejścia wiosny i „swej książki” — jego 
książki, przetworzonej i udoskonalonej.

Pewnego   dnia,   na   początku   kwietnia   książka   nareszcie   wyszła.   Wuj   Jesse   chodził 

codziennie na pocztę przez cały miesiąc, lecz tego właśnie dnia czuł się słaby i roztrzęsiony, 
więc zamiast niego poszłam ja. Tytuł był całkiem prosty: „Księga życia wuja Jesse’a”, a na 
pierwszej stronie widniały nazwiska współautorów — Roberta Kennedy’ego i Jesse’a Boyda. 
Nigdy nie zapomnę  twarzy wuja, gdy mu  podałam  zawinięty tom.  Zarazi  też  wyszłam  i 
zostawiłam pochłoniętego czytaniem, głuchego na wszystkie dźwięki świata. Całą noc paliło 
się światło w jego pokoju, a ja patrzyłam w okno, wyobrażając sobie zachwyt i radość starego 
człowieka, pochylonego nad zadrukowanymi stronicami, na których uwieczniono jego życie. 
Ciekawa byłam, czy spodoba mu się zakończenie, będące moim pomysłem. Nigdy się tego 
nie dowiedziałam.

background image

Po śniadaniu poszłam do wuja Jesse’a, zabrawszy przygotowane przez mamę smakołyki. 

Ranek   był   wyjątkowo   piękny   i   pełen   delikatnych   oznak   nadchodzącej   wiosny.   Zatoka 
migotała   i   wdzięczyła   się   jak   dziewczyna,   wiatry   przemykały   między   powykrzywianymi 
świerkami,   a   srebrne   mewy   unosiły   się   lekko   nad   plażą.   Za   przesmykiem   Gate   leżało 
wspaniałe morze połyskujące tysiącami iskier.

Kiedy doszłam do domku  na cyplu,  dostrzegłam  blask lampy na okiennym  parapecie. 

Serce ścisnął mi niepokój. Nie pukając otworzyłam drzwi i zajrzałam do pokoju.

Wuj Jesse leżał na starej kanapie pod oknem i przyciskał książkę do serca. Oczy miał 

zamknięte, a na twarzy wyraz błogiego spokoju i szczęścia. Wyraz człowieka, który długo 
czegoś szukał i wreszcie to znalazł.

Nie wiedziałyśmy, kiedy zmarł, ale myślę, że spełniło się jego pragnienie i odszedł wtedy, 

gdy nad Gate wstawał dzień. Jego dusza uniosła się w promiennym  świcie ponad zalane 
potokami słonecznego światła morze i odpłynęła  w niebo, gdzie w ciszy wolnej od burz 
czekała zaginiona Margaret.

background image

N

IESZCZĘŚLIWA

 

MIŁOŚĆ

 

PANNY

 F

ARQUHAR

Frances   Farquhar   była   pięknością   i   ludzie,   którzy   mało   o   niej   wiedzieli,   nazywali   ją 

motylem  z wyższych  sfer. Jej ojciec miał  majątek, a matka  pochodziła z rodziny o krwi 
najbłękitniejszej z możliwych. Frances bywała w świecie od trzech lat i stała się ulubienicą 
salonów. Tym większe zdziwienie musi budzić fakt, że czuła się nieszczęśliwa.

Mówiąc   szczerze,   Frances   Farquhar   została   porzucona.   Tak   zwyczajnie,   po   prostu! 

Zaręczyła   się   z   Paulem   Holcombem,   bardzo   przystojnym   mężczyzną,   niewątpliwie 
świadomym tego faktu i była w nim bardzo zakochana lub też sądziła, że jest, co zazwyczaj 
znaczy jedno i to samo. Całe otoczenie wiedziało o tych zaręczynach i wszystkie przyjaciółki 
jej zazdrościły, ponieważ Holcomb był doskonałą partią.

I   wówczas   runęły   wszystkie   plany.   Nikt   poza   rodziną   nie   wiedział   dokładnie,   co   się 

wydarzyło,  ale  każdy był  przekonany,  że z małżeństwa  będą nici  i  objaśniał  ten fakt  na 
własny   sposób.   A   tak   naprawdę,   to   Holcomb   okazał   się   niestały   i   zakochał   się   w   innej 
dziewczynie. Daleko mu było do prawdziwego mężczyzny, a dla jego egoistycznej natury nie 
miało żadnego znaczenia to, czy złamie serce Frances, czy nie. Odzyskał wolność i po sześciu 
miesiącach ożenił się z Maud Carroll.

Farquharowie   byli  wściekli  z   powodu  tego   skandalu.  Zwłaszcza   zaś   Ned,  starszy  brat 

Frances, choć nie poświęcał jej wiele uwagi, poza chwilami, gdy chodziło o honor rodziny. 
Pan Farquhar  więc  szalał   i grzmiał,  Ned  klął,  Delia   opłakiwała   utraconą  okazję  zostania 
druhną.  Jeśli  zaś   chodzi  o  panią  Farquhar,  to  płakała   i twierdziła,   że  przyszłość   Frances 
została zrujnowana.

Sama   dziewczyna   nie   brała   udziału   w   tych   burzliwych   rodzinnych   obradach.   Ale 

uwierzyła,   że   ma   złamane   serce.   Miłość   i   duma   cierpiały   w   równym   stopniu,   a   życie 
wydawało się jej nie do zniesienia.

Po jakimś czasie Farquharowie uspokoili się i zaczęli pocieszać Frances. To jednak na nic 

się nie zdało. Mimo wszystko jakoś dotrwała do końca sezonu towarzyskiego i pokazywała 
światu  obojętną  twarz.   Powieka   jej   nawet  nie   drgnęła,   gdy  spotykała   Holcomba.  Prawdę 
powiedziawszy,   to   wychudła   i   pobladła,   ale   skutecznie   ukrywała   pod   maską   prawdziwe 
uczucie. Nic w tym nadzwyczajnego, w końcu to samo można powiedzieć o tuzinie innych 
panien, których nikt nie podejrzewał o złamane serce.

Gdy nadeszło lato, Frances podjęła brzemienną w skutki decyzję. Zazwyczaj Farquharowie 

spędzali  wakacje w  Green  Harbour. Tym  razem jednak Frances  oświadczyła,  że  tam  nie 
pojedzie i postawiła na swoim. Wszyscy krewni po kolei usiłowali ją przekonać, ale niczego 
mimo starań nie wskórali.

— Pojadę do Windy Meadows i zamieszkam u cioci Eleanor, kiedy będziecie w Harbour 

— oznajmiła. — Ciocia zapraszała mnie już tyle razy.

Ned gwizdnął przeciągle. — Ale się rozerwiesz, siostruniu. Windy Meadows są równie 

wesołe jak cmentarz. A i ciotka Eleanor, mówiąc oględnie, nie promieniuje energią.

— Nie ma znaczenia, jak tam jest. Chcę wyjechać gdzieś, gdzie ludzie nie będą spoglądać 

na mnie znacząco i rozmawiać o… tym — upierała się Frances bliska płaczu.

Ned wyszedł z pokoju przeklinając Holcomba, a potem poradził matce, żeby ustąpiła. I w 

ten sposób Frances udała się do Windy Meadows.

Windy Meadows, jak to zauważył  Ned, stanowiły zupełne  przeciwieństwo  towarzysko 

ożywionej miejscowości. Była to ładna wiejska osada z małą rybacką przystanią, przytuloną 
do  smaganego   wiatrem   skrawka   plaży,  nazywanego  przez   miejscowych   Zatoczką.   Ciotka 
Eleanor   należała   do   tych   rzadkich   uroczych   osób,   które   do   perfekcji   opanowały   sztukę 
interesowania się tylko swoimi sprawami. Zostawiła więc Frances własnemu losowi.

Wiedziała jednak, że siostrzenica miała jakieś sercowe kłopoty „czy coś w tym rodzaju” i, 

background image

że jeszcze nie doszła całkiem do siebie.

— Najlepiej  jeśli  wszystko  toczy się  zwykłym  trybem  — powiedziała  ta filozoficznie 

nastawiona   dama   do   swej   pokojowej   a   zarazem   powiernicy,   Margaret   Ann   Peabody.   — 
Pogodzi się z tym kiedyś, choć teraz biedactwo myśli inaczej.

Przez  pierwsze  dwa  tygodnie  Frances   upajała   się bez  ograniczeń  doznawanym  bólem. 

Mogła   przepłakać   całą   noc,   a   potem   cały   dzień,   jeśli   tylko   chciała   i   nie   musiała 
powstrzymywać   łez   dlatego,   by   ludzie   nie   zauważyli   jej   zaczerwienionych   oczu.   Mogła 
przesiadywać apatycznie swym pokoju, ile dusza zapragnie. No i nie było mężczyzn, którzy 
wymagali zainteresowania albo uprzejmości.

Kiedy dwa tygodnie minęły, ciotka Eleanor rozważyła sytuację. Chociaż zasada „dawania 

świętego spokoju” była niewątpliwie dobra, to jednak nie może pozwolić, żeby dziewczyna 
marniała na jej oczach. Frances bowiem stawała się coraz bledsza i chudsza, a poza tym łzy 
niszczyły jej rzęsy.

—   Chciałabym   —   oświadczyła   ciotka   Eleanor   pewnego   ranka   przy   śniadaniu,   kiedy 

Frances udawała, że je — zabrać dzisiaj Coronę Sherwood na przejażdżkę. Obiecałam jej w 
zeszłym   tygodniu,   że   się   spotkamy,   ale   wciąż   nie   miałam   czasu.   A   dzisiaj   na   domiar 
wszystkiego pieczemy chleb i robimy masło. Jaki pech! Biedna Corona!

— A kto to jest? — zapytała Frances uświadamiając sobie, że na świecie oprócz niej są 

jeszcze inni ludzie godni współczucia.

— Siostra naszego pastora. Chorowała na gościec stawowy. Teraz czuje się lepiej, lecz 

bardzo powoli dochodzi do siebie. Powinna częściej bywać na powietrzu, ale cóż… nie ma 
jeszcze   dość   sił,   by   chodzić.   Naprawdę,   muszę   pojechać   tam   jutro.   Ona   zajmuje   się 
gospodarstwem brata na plebanii. Pastor, jak zapewne wiesz, jest kawalerem.

Frances o tym nie wiedziała i wcale jej to nie obchodziło. Ani trochę! Jednakże nawet 

luksus oddawania się bezgranicznej rozpaczy może się z czasem znudzić i właśnie zaczęła to 
powoli   sobie   uświadamiać.   Dlatego   też   zaproponowała,   że   pojedzie   i   zabierze   pannę 
Sherwood na przejażdżkę.

— Nie znam jej — zauważyła — ale sądzę, że to nie ma większego znaczenia. Mogę 

zaprząc do bryczki Szarego Toma, jeśli pozwolisz.

Ciotka Eleanor tylko tego pragnęła i popatrzyła na odjeżdżającą sprzed domu Frances z 

zadowoleniem.

— Przekaż Coronie serdeczne pozdrowienia! — zawołała za oddalającą się siostrzenicą. 

— I powiedz jej, żeby stroniła od ludzi z wioski, dopóki całkiem nie wyzdrowieje. Plebania to 
czwarty dom, za trzecim zakrętem.

Frances liczyła  zakręty i domy,  aż znalazła plebanię. Do drzwi podeszła sama Corona 

Sherwood.   Frances   spodziewała   się   ujrzeć   starszą,   siwą   panią   w   okularach.   Bardzo   się 
zdziwiła widząc, że siostra pastora niemal  jej rówieśnica i do tego obdarzona całkowicie 
świecką urodą. Corona była brunetką, lecz podczas gdy Frances miała alabastrową cerę przy 
kruczoczarnych   włosach,   to   Corona   była   śniada,   a   wyraziste   rysy   dodawały   egzotyki   jej 
urodzie.

Gdy Frances wyjaśniła, z czym przybywa, oczy panny Sherwood zalśniły radością.
— Jak to uprzejmie z pani strony, no i panny Eleanor! Nie mam jeszcze dość sił na dłuższe 

spacery i nie mogę robić nic pożytecznego, a Elliott jest za rzadko w domu, żeby zabierać 
mnie na przejażdżki.

— Dokąd się wybierzemy?  — zapytała Frances, kiedy bryczka ruszyła. — Prawie nie 

znam okolicy.

—  Czy  możemy  najpierw   podjechać  nad  Zatoczkę?   Chciałabym   baczyć  małego   Jacka 

Harta. Jest bardzo chory…

— Ciocia Eleanor stanowczo tego zabroniła — odparła Frances po namyśle. — Czy nie 

powinnyśmy być posłuszne?

background image

Corona roześmiała się.
— Panna Eleanor obwinia tych biedaków z przystani o to, że wpędzili mnie w chorobę, ale 

to nieprawda. Muszę zobaczyć Jacka Harta. Przez dłuższy czas cierpiał na jakieś dolegliwości 
kręgosłupa,   a   ostatnio   czuje   się   gorzej.   Jestem   przekonana,   że   panna   Eleanor   się   nie 
pogniewa, jeśli go odwiedzę.

Frances zawróciła Szarego Toma na nadmorską drogę prowadzącą do Zatoczki i dalej, aż 

do   srebrnych   wydm   przycupniętych   nad   przejrzystą   tonią   morza.   Dom   Jacka   okazał   się 
małym budyneczkiem pełnym dzieciarni. Pani Hart, blada kobieta o zmęczonym wyglądzie, 
miała cierpliwie utkwione w przestrzeń oczy, które często spotyka się u kobiet wypatrujących 
w morzu dniami i nocami tych, co czasami nie wracają.

O Jackym mówiła apatycznie, widocznie straciła już wszelką nadzieję. Doktor stwierdził, 

że   dni   chłopca   są   policzone.   Opowiadała   Coronie   o   swych   kłopotach   bez   zażenowania, 
monotonnym, równym głosem.

Jej „chłop” znowu pije, a połowy makreli były bardzo marne…
Kiedy   pani   Hart   poprosiła   Coronę   do   mieszkania,   by   mogła   zobaczyć   Jacka,   Frances 

weszła tam za nią. Chory chłopiec, dziecko jeszcze o delikatnej, wymizerowanej twarzy i 
wielkich błyszczących  oczach, leżał w malutkiej  sypialni obok kuchni. Powietrze było tu 
ciężkie i rozgrzane. Pani Hart stanęła u stóp łóżka z twarzą skamieniałą z bólu.

— Teraz siedzimy przy nim po całych nocach — powiedziała. — To strasznie uciążliwe 

dla mnie i mego chłopa. Sąsiedzi są dosyć życzliwi i pomagają, jak mogą, ale przeważnie 
mają dość własnych kłopotów. Lekarstwo podajemy co pół godziny… nie śpię już trzecią noc 
z rzędu. Jabez dwie przesiedział w oberży. Jestem po prostu wykończona.

I   nagle   jej   głos   załamał   się   i   zaczęła   płakać,   czy   raczej   pochlipywać   w   sposób 

rozdzierający serce.

Corona zmartwiła się. — Bardzo bym chciała przyjść tu dziś wieczorem, pani Hart, ale 

naprawdę nie mam jeszcze dość siły.

— Nie znam się na pielęgnacji chorych — odezwała się Frances nieoczekiwanie — ale 

jeśli ma to być tylko siedzenie przy dziecku i podawanie mu lekarstwa, to jestem pewna, że 
sobie poradzę. Przyjdę tu wieczorem i pobędę przy Jacku, jeśli chcecie.

Później, już w drodze powrotnej, dziwiła się sama sobie, za to Corona potraktowała tę 

propozycję jak rzecz całkiem naturalną i Frances nie miała odwagi zdradzić dręczących ją 
wątpliwości. Przejechały przez wielką zieloną dolinę, mieniącą się w promieniach słońca, a 
wtedy Corona zaczęła namawiać Frances, by wpadła do niej na herbatę.

Wielebny Elliott Sherwood wrócił właśnie ze swych duszpasterskich wizyt i zajmował się 

przyczepianiem pędów pachnącego groszku do ogrodowego parkanu. Był bez marynarki i w 
wielkim słomkowym kapeluszu, ale bynajmniej nie wydawał się tym strojem zakłopotany. 
Corona przedstawiła go, on zaś wziął Szarego Toma za uzdę i odprowadził do stajni, potem 
zaś wrócił jakby nigdy nic do niesfornego groszku. Oznajmił, że jadł już podwieczorek i 
Frances   nie   widziała   go   już   do   końca   wizyty.   Wydał   się   jej   nieciekawym   młodym 
człowiekiem, nawet w połowie nie tak sympatycznym jak jego siostra.

Tego wieczoru pojechała więc posiedzieć przy Jacku Harcie. Pod ciemnym niebem morze 

drżało i lśniło migotliwymi  cętkami. Z łowisk wracały do przystani rybackie łodzie. Jack 
przywitał   ją   szerokim   uśmiechem.   W   słabym   świetle   malutkiej   lampki   w   milczeniu 
przyglądała się choremu dziecku. Na dworze, gdzieś blisko, na skałach, aż do późnych godzin 
nocnych słychać było głośne śmiechy i rozmowy.

Potem zapadła cisza, którą zakłócał jedynie plusk fal omywających piasek plaży i daleki 

pomruk   Atlantyku.   Jack   był   niespokojny   i   często   się   budził,   ale   nie   cierpiał   i   chętnie 
rozmawiał.   Frances   słuchała,   odkrywając   w   sobie   ze   zdumieniem   zdolność   współczucia. 
Pomyślała, że to chyba wpływ Corony.

Chłopiec opowiedział jej tragedię swego krótkiego życia; mówił o tym, jak źle się czuje, o 

background image

ojcu pijaku i ciężko harującej matce. Żałosne, urywane zdania raniły serce Frances. Nagle 
odezwał się w niej instynkt macierzyński, właściwy każdej prawdziwej kobiecie. Coś ją w 
tym chłopcu nieodparcie pociągało. Był dzieckiem wrażliwym, a cierpienie uczyniło go nad 
wiek   dojrzałym   i   mądrym.   Przebudziwszy   się   kolejny   raz   zauważył,   że   przypomina   mu 
anioła.

— Jest pani taka słodka i piękna — oznajmił w powagą. — Nigdy nie widziałem kogoś tak 

ładnego. Nawet panna Corona nie jest taka. Wygląda pani jak na obrazku. Widziałem kiedyś 
taki na stole pana Sherwooda, jak byłem dawno temu na plebanii… wtedy jeszcze mogłem 
chodzić.   To   była   kobieta   z   malutkim   dzieckiem   w   ramionach   i   nad   głową   miała   taką 
obrączkę. Mam na coś straszną ochotę…

— Na co, mój mały? — zapytała łagodnie Frances. — Jeśli będę w stanie dać ci coś lub 

zrobić, to dam lub zrobię.

—   Mogłaby   pani   —   odparł   z   rozrzewnieniem   —   ale   nie   wiem,   czy   pani   zechce. 

Chciałbym,   aby   pani   przychodziła   do   mnie   codziennie   i   siedziała   chociaż   pięć   minut   i 
pozwoliła na siebie patrzeć… nic więcej. Czy to duży kłopot?

Frances   pochyliła   się   i   pocałowała   go.   —   Będę   przychodzić   każdego   dnia,   Jacku   — 

powiedziała, a wychudła twarz chłopca rozjaśniła się ze szczęścia. Podniósł rękę i dotknął jej 
policzka.

— Wiedziałem, że jest pani dobra. Tak dobra jak panna Corona, ale ona jest aniołem. 

Kocham panią.

Gdy   nastał   dzień,   Frances   wróciła   do   domu.   Padało   i   morze   okryła   mgła.   Po   drodze 

dogonił ją Elliott Sherwood i zabrał na swoją dwukółkę. W płaszczu przeciwdeszczowym i 
czapce wcale nie wyglądał na pastora, w każdym razie na pastora z wyobrażeń Frances.

Dotychczas nie interesowała się duchownymi. Tam, w mieście, gdzie mieszkała, chodziła 

do   eleganckiego,   modnego   kościoła,   a   pastor   był   postawnym,   dystyngowanym   starym 
człowiekiem o srebrnych włosach i nosił okulary w złotej oprawie. Wygłaszał inteligentne, 
kulturalne kazania i był tak daleki od osobistego życia Frances jak Droga Mleczna.

Ale pastor ubrany w gumowy płaszcz i czapkę, jeżdżący strasznie zabłoconą i zniszczoną 

dwukołową bryczuszką, rozprawiający o mieszkańcach rybackiej wioski tak, jakby stanowili 
jego rodzinę, to była dla niej absolutna nowość.

Nie   mogła   również   nie   zauważyć,   że   brązowe   włosy   wymykające   się   spod   zabawnej 

czapeczki, okalają pięknie sklepione czoło. Miał poza tym parę ładnych, szarych oczu i usta o 
stanowczym wyrazie świadczącym o tym, że potrafią też zaciąć się w uporze. Chociaż nie 
należał, w powszechnym rozumieniu, do zbyt przystojnych mężczyzn, Frances się podobał. 
Otulił jej kolana mokrym gumowym „fartuchem” bryczki i zaczął zadawać pytania. Musiała 
mu dokładnie opowiedzieć o Jacku, po czym pan Sherwood wyjął z kieszeni notes i przejrzał 
go uważnie.

— Czy chciałaby pani więcej takich zajęć? — zapytał nieoczekiwanie.
Frances poczuła lekkie rozbawienie. Mówił do niej, tak jak zapewne zwracał się do Corony 

i   chyba   wcale   nie   zauważył,   jakie   śliczne   ma   oczy   i   klasyczny   profil.   Jego   obojętność 
zabolała Frances odrobinę, mimo że serce miała rozdarte. Cóż, jeśli jest coś do zrobienia, co 
mogłaby zrobić to nie odmówi, oznajmiła, a on z taką samą powściągliwością dał jej adres 
pewnej starej damy z Elm Creek, której miałaby czytać jakieś poważniejsze książki.

— Rozprawy społeczno–filozoficzne to niegroźny kaprys cioci Clorindy — wyjaśnił. — 

Ona po prostu nimi żyje. Jest prawie niewidoma i bardzo jej teraz brakuje Corony.

Były jeszcze inne sprawy; jakieś pół tuzina dziewcząt z fabryki wymagało opieki, a spora 

grupka   obdartych   dzieciaków   powinna   zostać   porządnie   przyodziana.   Frances,   trochę 
zaniepokojona   stwierdziła,   że   nie   wiedząc   kiedy   i   jak,   zobowiązała   się   pomagać   we 
wszystkich  przedsięwzięciach.  Trzeba  też  było  przedyskutować  sposoby działania.  Jechali 
wzdłuż szeregu domów, a zza firanek wyglądali mieszkańcy ciekawi, „jaką to dziewczynę 

background image

wiezie pastor”. Frances nigdy się tego nie dowiedziała, ale Elliott Sherwood nadłożył tego 
ranka całą milę, żeby odwieźć ją do domu, narażając się na spóźnienie na bardzo ważne 
spotkanie. Można więc wnioskować, że nie był tak zupełnie niewrażliwy na kobiecą urodę. 
Mokra i nużąca droga wydała się Frances wyjątkowo krótka. Po południu, Frances nie bacząc 
na deszcz, poszła do cioci Clorindy i dość długo czytała jej „rozprawy”. Tego wieczoru czuła 
się tak śmiertelnie zmęczona, ze zapomniała o płaczu. Całą noc spała mocno i spokojnie.

Rano, po raz pierwszy od przyjazdu do Windy Meadows wybrała się do kościoła. Uznała 

za brak uprzejmości, nie wysłuchać kazania człowieka, któremu obiecała pomoc w kłopotach 
z   fabrycznymi   dziewczętami   i   z   którego   siostrą   odwiedzała   biedaków.   Kazanie   Elliotta 
Sherwooda zaskoczyło ją i nie mogła pojąć, dlaczego takiego człowieka zostawiono Przez 
cztery   lata   w   małej,   wiejskiej   parafii.   Potem   ciocia   Eleanor   wyjada,   że   chodziło   o   jego 
zdrowie.

— Po skończeniu college’u trochę chorował, no i zamieszkał tutaj. Teraz jest w doskonałej 

formie. Przypuszczam, że wkrótce zabiorą go do jednego z waszych miejskich kościołów. 
Ubiegłej zimy odprawiał nabożeństwa w kościele przy Castle Street… zdaje mi się, że byli 
nimi zachwyceni.

Rozmowa odbyła się miesiąc później. Przez ten czas Frances czuła się tak, jakby urodziła 

się na nowo. Była zupełnie odmieniona. Każdą wolną chwilę spędzała z Coroną. Dziewczęta 
stały się serdecznymi przyjaciółkami. Nic dziwnego, że darzyły się głębokim uczuciem, obie 
należały dc istot wyjątkowo obdarowanych przez naturę.

Corona powoli nabierała sił i choć sama jeszcze nie mogła pomagać trzódce swego brata, 

to Frances doskonale ją zastępowała, a Elliott wciąż dostarczał jej nowych zajęć. Dzięki temu 
dziewczyna zdołała dobrze poznać młodego pastora, jego wzniosłe ideały i szczere wysiłki. 
Weszło w zwyczaj, że zwracał się do niej — do Frances Farquhar! — po radę w różnych 
trudnych sprawach.

Frances pielęgnowała Jacka Harta i namawiała do wstrzemięźliwości jego ojca; czytała 

rozprawy cioci Clorindzie i zorganizowała kółko czytelniczek wśród dziewcząt z fabryki, 
zaopatrzyła w ubranka małych Jarboesów, namawiała dzieci z wioski do chodzenia do szkoły 
i   nawet   załagodziła   stary   spór   między   dwiema   rybackimi   rodzinami.   Poza   tym   robiła 
mnóstwo innych, pożytecznych rzeczy.

Ciocia   Eleanor,   swoim   zwyczajem,   nic   nie   mówiła,   ale   po   naradzie   z   Margaret   Ann 

Peabody, przyznała rację temu chodzącemu ideałowi pomocy domowej.

— Praca odsuwa od ludzi zgryzoty i pozwala o nich zapomnieć. Dc póki ta dziewczyna 

myślała wyłącznie o sobie, czuła się nieszczęśliwa Lecz gdy tylko zobaczyła, że inni ludzie 
też bywają nieszczęśliwi i pospieszyła im z pomocą, to sama przede wszystkim wydobyła się 
z kłopotów. Nabrała rumieńców i przytyła. A ślepy by zauważył, że nasz pastor stracił dla 
niej głowę.

Pewnego wieczora Frances opowiedziała Coronie o Holcombie. Elliotta Sherwooda nie 

było w domu i Frances nocowała na plebanii. Sie działy w zalanym księżycową poświatą 
pokoju Corony i Frances czuła potrzebę zwierzeń. Sądziła, że wspomnienia sprawią jej ból i 
doprowadzą do łez, ale nic takiego się nie stało. Nim doszła do połowy, zobaczyła wszystko 
w   innym   świetle.   Corona   szczerze   współczuła   przyjaciółce.   Nie   mówiła   wiele,   ale   to   co 
powiedziała, napawało optymizmem.

— Och, jakoś sobie z tym poradzę — oświadczyła w końcu Frances. — Kiedyś myślałam, 

że nigdy nie zdołam się pocieszyć, lecz prawdę mówiąc, najgorsze mam już za sobą. Cieszę 
się bardzo z tego, choć zarazem mi wstyd, gdy pomyślę, jaka za mnie niestała dziewczyna.

— Nie uważam cię za niestałą — odparła poważnie Corona. — Przecież ty nigdy tak 

naprawdę nie kochałaś tego mężczyzny. Tylko to sobie wyobraziłaś. A poza tym, on nie był 
ciebie wart. Jesteś taka dobra, kochanie. Ci ludzie z wioski cię uwielbiają. Elliott twierdzi, że 
mogłabyś z nimi zrobić wszystko, co zechcesz.

background image

Frances  roześmiała  się i  rzekła:  — Wcale  nie  jestem taka  dobra. — Ale  komplement 

sprawił jej przyjemność. Później, kiedy szczotkowała włosy przed lustrem i uśmiechała się z 
roztargnieniem do swego odbicia, Corona zapytała:

— Frances, co się czuje, będąc taką piękną dziewczyną?
— Och, nonsens — odpowiedziała Frances.
—   To   żaden   nonsens.   Na   pewno   wiesz,   że   jesteś   śliczna.   Elliott   uważa   cię   za 

najpiękniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek widział.

Frances tyle razy obiecywała sobie nie przywiązywać uwagi do męskich zachwytów. I 

nagle przeszył ją dreszcz wzruszenia. Doznała dziwnej radości słysząc, że pastor z Windy 
Meadows uważa ją za piękną. Wiedziała, że podziwia jej intelekt i ma ogromny szacunek dla 
tego, co nazywał darem „niezwykłego wpływu na ludzi”. Była jednak przekonana, że gdyby 
Elliotta Sherwooda zapytano, nie potrafiłby odpowiedzieć, czy jest choć odrobinę ładniejsza 
od nauczycielki ze szkoły niedzielnej, Kitty Martin, która miała czerwone, pyzate policzki i 
zadarty nos.

Lato   przemknęło   jak   sen.  Pewnego   dnia   umarł   Jack   Hart.  Odszedł   w   porze   odpływu, 

trzymając rękę Frances. Kochała tego cierpliwego, łagodnego dzieciaka i odczuła jego brak.

Kiedy nastał czas powrotu do domu, Frances ogarnęło przygnębienie. Z żalem myślała o 

opuszczeniu Windy Meadows, Corony, poczciwych ludzi z wioski i… i… no i Margaret Ann 
Peabody.

Elliott   Sherwood   zjawił   się   wieczorem   w   przeddzień   wyjazdu.   Gdy   Margaret   Ann 

wprowadziła go z należnym szacunkiem, Frances siedziała skąpana w blasku zachodzącego 
słońca i złote chryzantemy wpięte w jej kruczoczarne włosy wyglądały jak gwiazdy.

Elliott   Sherwood   wyjechał   z   Windy   Meadows   na   kilka   dni   i   teraz   jego   zachowaniu 

wyczuwało się podniecenie.

— Myślisz pewnie, że przyszedłem się pożegnać, ale jesteś w błędzie — powiedział. — 

Chyba wkrótce znowu się zobaczymy. Właśnie zaproponowano mi, bym został pastorem w 
kościele przy Castle Street i zamierzam się zgodzić. Tak więc Corona i ja przyjedziemy tej 
zimy do miasta…

Frances   próbowała   powiedzieć   mu,   jak   bardzo   się   cieszy,   lecz   tylko   coś   niewyraźnie 

wyjąkała. Gdy tak stała w dogasającym świetle dnia. Elliott Sherwood podszedł bardzo blisko 
i rzekł…

Po głębszym namyśle postanowiłam jednak nie zdradzać tego, co powiedział ani tego, co 

odpowiedziała mu Frances. Niektóre sprawy należy zostawić wyobraźni…

background image

K

ŁÓTNIA

 

W

 

DOMU

Wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały to od wielu dni… Duży George, o wzroście 

zaledwie pięciu stóp i jednego cala, zastanawiał się, jak mógł ich nie zauważyć. Salt wył 
ponuro cały poniedziałek. We wtorek, Mały George, wysoki na sześć stóp i dwa cale, rozbił 
lustro, przed którym golił się od czterdziestu lat. W środę, Duży George nie podniósł leżącej 
na  podłodze  szpilki.  W  czwartek,   Mały George  przeszedł  pod  drabiną  Toma   Appleby w 
pakowni homarów. A w piątek, właśnie w piątek, Mały i Duży George wysypali podczas 
kolacji sól. Czy można się dziwić, że po tym nastąpiła katastrofa? Zaraz po owym fatalnym 
posiłku Mały George wyszedł ukradkiem, aby zagrać na loterii w Chapel Point i przyniósł „tę 
rzecz” do domu.

Duży  George nie  był  przesądny.  Rozsypana  sól  i rozbite  lustro  niewiele   znaczyły   dla 

dobrego   prezbiterianina.   Ale   wierzył   w   sny   —   na   to   zezwalała   Biblia.   Dwa   tygodnie 
wcześniej   miał   straszny   sen.   Widział   w   nim   księżyc   w   pełni,   który   w   jednej   chwili   z 
poczerniałego  zrobił   się płomiennie   czerwony  i w   szalonym   pędzie   zbliżał   się  do ziemi. 
Akurat wtedy gdy księżyc miał spaść, obudził się z krzykiem przerażenia. Jego przeraźliwy 
wrzask na dobre kilkadziesiąt jardów rozdarł ciszę wiosennej nocy w Little Spruce. Duży 
George,   prowadzący   od   czterdziestu   lat   systematyczny   zapis   swoich   snów,   przejrzał   go 
uważnie i doszedł do wniosku, że żaden nie był tak przejmujący i groźny jak ostatni.

No i jeszcze ten dziwaczny dźwięk, jaki od pewnego czasu wydawała zatoka. Kiedy Stara 

Władczyni zatoki jęczała w taki sposób, to na pewno kogoś czekały zmartwienia. Lecz Mały 
George nie skojarzył tego ze swoją piątą nagrodą na loterii, którą urządził kapitan Leon Buote 
w Chapel Point, by podreperować fundusz Domu Starych Marynarzy.  Mały George kupił 
bilet   od   młodego   Moseya   Gautiera,   bo   chciał   sprawić   przyjemność   dzieciakowi   i   tego 
wieczora, gdy losowano numery pomyślał, że właściwie to mógłby przejść się do Chapel 
Point i zobaczyć, czy dopisało mu szczęście.

Dopisało!
„Mały” George Beelby i „Duży” George Beelby byli kuzynami. Duży George był sześć lat 

starszy   i   przydomek,   odpowiedni   w   dzieciństwie   przywarł   doń,   jak   to   się   zdarza   w 
miejscowościach typu Rose River i Littlei Spruce Owe, na całe życie. Obaj George’owie byli 
żeglarzami   i   rybakami.   Mieszkali   razem   w   domku   Małego   George’a   w   Spruce   Cove   od 
trzydziestu lat. Duży George urodził się na starego kawalera, ale Mały George owdowiał 
przed wielu laty. Duży George już dawno wybaczył kuzynowi małżeństwo, choć czasami 
wyrzucał   mu   je   w   gwałtownych   kłótniach,   którymi   ożywiali   sobie   raczej   monotonną 
egzystencję ludzi morza.

Nie zaliczali się do urodziwych  mężczyzn,  ale fakt ten zbytnio ich nie martwił.  Duży 

George miał twarz szerszą niż dłuższą i płomiennie rudą brodę. Nie potrafił gotować, za to 
dobrze prał i łatał ubrania. Umiał także robić na drutach skarpetki i pisać wiersze. Duży 
George uważał się za prawdziwego poetę. Napisał poemat i deklamował go zadziwiająco 
grzmiącym głosem, ciało miał bowiem wątłe i chude. Kiedy bywał w złym nastroju, narzekał, 
że minął się z powołaniem i groził ludziom wiecznym potępieniem.

— Powinienem zostać poetą — mówił ponuro do swego ognistorudego kota. Kot zawsze 

się z nim zgadzał, lecz za to Mały George niekiedy pogardliwie prychał.

Był  tylko  trochę próżny i wyłącznie  z powodu wytatuowanych  na dłoniach niezwykle 

ozdobnych   kotwic.  W  polityce   popierał  liberałów   i  miał   nad łóżkiem  zawieszony portret 
Lauriera.   Uważał   Little   Spruce   Cove   za   najpiękniejsze   miejsce   na   świecie   i   nawet   nie 
dopuszczał do siebie myśli, że może być inaczej.

—   Lubię   mieć   niebieskie,   szerokie   morze   tuż   za   progiem,   tak   ja   tutaj   —   oznajmił 

pewnemu „człowiekowi pióra”, gdy ten pytał, czy nie czują się w Little Spruce samotni.

background image

— To część jego poetyckiej natury — wyjaśnił na stronie Mały George. Nie chciał, żeby 

„obcy” pomyślał sobie, że Duży George ma nie po kolei w głowie. Mary George żył potem w 
ciągłym strachu, a Duży George miał skrytą nadzieję, że człowiek „pióra” uwieczni ich w 
swojej książce.

Obok   Dużego   George’a,   Mały   George   wyglądał   na   olbrzyma.   Jego   piegowata   twarz 

składała się w połowie z czoła, a siateczka wyraźnych, czerwonofioletowych żyłek na nosie i 
policzkach sprawiała wrażenie pajęczej sieci. Do tego miał długie, zwisające, szpakowate 
wąsy w kształcie podkowy, które zupełnie nie pasowały do twarzy. Ale był zacną duszą.

Lubił jeść, to co sam ugotował, zwłaszcza owe słynne grochówki i krem z ostryg. Sir John 

Macdonald,   którego  portret  wisiał   nad  półką  z   zegarem,  był  jego  politycznym   idolem,  a 
kiedyś powiedział, oczywiście nie w obecności Dużego George’a, że podziwia kobiety jako 
zjawisko abstrakcyjne. Miał nieszkodliwe hobby, polegające na zbieraniu czaszek na starym 
indiańskim cmentarzu w Big Spruce i ozdabianiu nimi ogrodzenia przy kartoflanym zagonie. 
Kłócili się z Dużym  George’em, ilekroć przyniósł do domu nową czaszkę. Duży George 
powiadał, że to jest nieprzyzwoite i niegodne prezbiterianina. Ale czaszki i tak sterczały na 
kołkach.

* * *

Mały George wrócił z loterii późnym  wieczorem i dlatego  eksplozja nastąpiła dopiero 

rano. Mały George odwinął przyniesioną paczkę, obejrzał zawartość, pokiwał nad nią głową i 
przymierzył, jak będzie wyglądała na półce z zegarem. „Rzecz” podobała mu się, lecz miał 
też pewne wątpliwości.

—   Figurę   to   ma   pierwsza   klasa   —   mruknął,   rzucając   lękliwe   spojrzenie   na   Dużego 

George’a, który spał z kotem zwiniętym w złotorudą kulę gdzieś w okolicy swego żołądka. — 
Ale nie wiem, co on sobie pomyśli… oj, nie wiem. Ani co pomyśli pastor…

Te  troski  nie  zepsuły jednak  Małemu   George’owi  nocy.  Zasnął   natychmiast   i  Aurora, 

bogini świtu, trwała na straży pod zegarem przez wszystkie godziny ciemności i naturalnie 
była pierwszym przedmiotem, na którym spoczęły oczy Dużego George’a, gdy je otworzył o 
poranku. Stała, wspinając się na palcach, taka smukła i piękna, cała opromieniona złoto–
purpurowym blaskiem wschodzącego słońca.

— A cóż to jest, u diabła? — zapytał Duży George przekonany, że jeszcze śni. Zerwał się 

z posłania, zrzucając oburzonego kota i przeszedł przez izbę.

— To nie sen — stwierdził z niedowierzaniem. — To figurka… naga figurka!
Pies, który nazywał się Salt i wylegiwał się w nogach łóżka Małego George’a, zeskoczył 

na ziemię w ślad za kotem o wdzięcznym imieniu Mustard. Salt lubił kota, ale nie mógł 
pozwolić, by ten siedział na podłoże i robił do niego miny. Wynikło drobne nieporozumienie, 
a   powstały   efekcie   hałas   obudził   Małego   George’a.   Usiadł   strasznie   zaspany   i   zapytał   z 
jakiego powodu ta awantura.

— George’u Beelby — zapytał groźnie Duży George — co tam stoi?
— Och, to! To alabastrowa statutka. Wyciągnąłem ją na loterii fantowej kapitana Buote’a 

jako piątą nagrodę. Wczoraj wieczorem. Ładna, no nie?

Głos Dużego George’a zagrzmiał.
— Ładna?! Ona jest nieprzyzwoita, ot co! Zdejm to natychmiast i wrzuć do zatoki tak 

daleko, jak się da.

Gdyby   Duży   George   nie   rozkręcił   się   tak   na   cały   regulator,   to   pewnie   Mały   George 

zrobiłby to bez zachęty, z własnej i nieprzymuszonej woli. Żywił pewne obawy w związku z 
pastorem i ogólnym wyglądem tej rzeczy. Ale nie zamierzał dopuścić, żeby ten mikrus Duży 
George go terroryzował i postanowił mu to okazać.

background image

— Och, nie przypuszczam — odparł obojętnie. — Myślę, że będzie stała tam, gdzie stoi. I 

przestań ujadać, bo ci się włosy nie skręcą.

Kilka marnych włosków na czaszce Dużego George’a nie próbowało nawet się zwinąć w 

loczki,   ale   za   to   ruda   broda   aż   się   zaiskrzyła   z   oburzenia.   Zaczął   krążyć   po   izbie,   ze 
wzburzenia gryząc co i raz to jedną, to drugą pięść. Salt i Mustard umknęli, pozostawiając 
George’ów samych na polu walki.

— To niewłaściwe trzymać  w domu jakieś statu… statutki, a do tego jeszcze całkiem 

nagie. To sprzeciwia się boskim prawom. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną…”

— Ciszej! Ciszej! Przecież ja jej nie zrobiłem i nie modlę się do niej!”
— Ale i to nastąpi… nastąpi… A do tego to francuski wyrób.
— A właśnie, ze nie. Zrobiono ją w Niemczech  i pod spodem ma  wypisane  imię  — 

Aurora. Po prostu dziewczyna i to wszystko.

—— Czy myślisz, że apostoł Paweł nosił przy sobie takie coś? — zapytał surowo Duży 

George. — Albo — dodał po namyśle, jakby to miało szczególnie podziałać na kuzyna — sir 
John Macdonald?

—   Mało   prawdopodobne.   Święty  Paweł   nie   cierpiał   kobiet,   tak   jak   i   ty.   A   co  do   sir 

Johna… to zbyt zajmowało go zwalczanie przeciwników na kolejnych wyborach, żeby miał 
czas   na   sztukę.   Za   to   sir   Wilfried   mógłby   nosić.   No,   a   teraz   przestań   obgryzać   pięści   i 
zachowuj się jak dorosły, nawet jeśli taki nie jesteś, George. Przynajmniej postaraj się ubrać. 
Bądź mężczyzną!

— Dziękuję… dziękuję ci — odparł Duży George ze złowieszczym  spokojem. Co się 

tyczy sir Wilfrieda, to on jest zawsze ubrany. Ja zaś jestem całkiem zadowolony z porównania 
mnie ze świętym Pawłem. Najzupełniej! Zawsze postępuję zgodnie ze swoim sumieniem, ty 
sprośny staruchu!

— Wygląda na to, że nauczyłeś się na pamięć słownika — odpalił Mały George, ściągając 

spodnie z kołka, i że ci to stanęło na żołądku. Lepiej wypij wody z sodą. Twoje sumienie nie 
ma z tym nic wspólnego… to są tylko uprzedzenia. Popatrz na tego pisarza. Czy on nie ma z 
pół tuzina takich statutków w letnim domku nad rzeką?

— Jeśli jest głupi, tym gorzej dla niego, ale to nie powód, abyś i ty oszalał. Weź pod 

uwagę swoją nieśmiertelną duszę, George’u Beelby!

— To nie jest mój dzień na myślenie — odparł niewzruszony Mały George. — Teraz, gdy 

wypuściłeś całą parę, nastaw garnek z owsianką. Lepiej się poczujesz, jak zjesz śniadanie. 
Dzieł sztuki nie można oglądać z pustym żołądkiem, George!

Duży George rzucił mu miażdżące spojrzenie. Potem gwałtownie otworzył drzwi, chwycił 

garnek i cisnął go za próg. Naczynie potoczyło się grzechocząc po skałach i zatrzymało na 
piaszczystej plaży. Salt i Mustard popędzili w tamtym kierunku.

— Pewnego dnia posuniesz się za daleko — zauważył Mały George znacząco. — Jesteś po 

prostu ograniczoną, małoduszną starą panną. Oto, czym jesteś! Gdybyś nie miał brudnych 
myśli, nie robiłbyś sceny na widok kobiecych nóg i do tego kamiennych. Twoje własne nie 
wyglądają zbyt pięknie, kiedy tak przebierasz nimi w nocnej koszuli. Naprawdę, powinieneś 
nosić piżamę, George’u.

— Wywaliłem twój stary rondel, żeby ci udowodnić, że mówię poważnie! — wrzasnął 

Duży George. — I, powiadam ci, że nie pozwolę na nagie babsko w tym domu, George’u 
Beelby!

—   Wrzeszcz   sobie,   ile   chcesz   —   odparł   zimno   Mały   George.   —   A,   tak   przy   okazji 

przypominam, że to mój dom…

— Och, czyżby? Bardzo dobrze. Bardzo dobrze. Powiem ci więc tu i teraz… Otóż… nie 

jest on wystarczająco duży dla nas dwóch i… dla twojego wrzasku.

— Nie jesteś pierwszą osobą, której to przyszło do głowy — warknął Mały George. — 

Ostatnio miałem już zupełnie dosyć twojego dogryzania.

background image

Duży George przestał dreptać w miejscu i próbował przybrać godny wyglad, o ile może się 

to w ogóle udać mężczyźnie w nocnej koszuli. Zamierzał postawić ultimatum, które — w co 
nie wątpił — przywróci rozsądek Małemu George’owi.

— Zniosłem wiele… Znosiłem twoje czaszki przez długie lata, zapowiadam ci, że nie 

ścierpię tego paskudztwa! Jeśli ono pozostanie ja… odejdę.

— Zostaniesz, czy odejdziesz, to twoja sprawa. Aurorka będzie sta na tej półce z zegarem 

— zakończył dysputę Mały George, wychodząc z domu po swój nieszczęsny rondel.

* * *

Śniadanie   minęło   w   ponurym   nastroju.   W   zachowaniu   Dużego   Gorge’a   uderzała 

stanowczość, ale Mały George wcale się nie przejmował. Przeżył już gorszą awanturę, gdy w 
zeszłym tygodniu przyłapał Dużego George’a na podkradaniu kawałka placka z rodzynkami, 
który   odłożył   sobie   na   drugie   śniadanie.   Kiedy  jednak  skończyli   śniadanie   w   grobowym 
milczeniu,   Duży  George   ostentacyjnie   wyciągnął   spod   łóżka   starą,   zniszczoną,   brzuchatą 
walizę i zaczął pakować do niej swój dobytek. W tej chwili Mały George zdał sobie sprawę, 
że kryzys jest poważniejszy, niż przypuszczał. Cóż… niech tak będzie, proszę bardzo. Niech 
Duży George sobie nie wyobraża, że w taki sposób zmusi go do rezygnacji z Aurorki. Wygrał 
ją i zatrzyma, a Duży George może iść nawet do… Hadesu. Mały George naprawdę myślał o 
Hadesie. Usłyszał to słowo od pastora, i sądził, że brzmi dosadniej niż piekło.

Mały George obserwował spod oka Dużego George’a, gdy ten mył  naczynia, a potem 

karmił Mustard, która podeszła do okna i podrapała w szybę. Poranne słońce zawiodło i, jak z 
niechęcią   zauważył   Mały   George,   zapowiadał   się   ciemny,   mglisty   dzień,   zdecydowany 
popsuć człowiekowi nastrój. Oto rezultat rozbitego lustra i przechodzenia pod drabiną!

Duży George zapakował portret Lauriera oraz model statku ze szkarłatnym kadłubem i 

białymi żaglami, zdobiący od lat trójkątną półkę nad jego łóżkiem. To bezsprzecznie należało 
do niego. Lecz kiedy doszło do niewielkiej biblioteczki, zaczęły się trudności.

— Które z tych książek mogę zabrać? — zapytał lodowato.
—   Które   chcesz   —   odrzekł   Mały   George   wyciągając   stolnicę.   Spośród   wszystkich 

znajdujących   się   w   domu,   interesowały   go   tylko   dwie:   „Księga   męczenników”   Foxe’a   i 
„Straszna   spowiedź   i  egzekucja   Johna   Murdbocka   (pewnego  emigranta)   powieszonego  w 
Brockwille — Górna Kanada, dnia trzeciego września — za okrutne zamordowanie własnego 
brata”.

Skoro Mały George zrozumiał, że Duży George właśnie to dzieło pakuje do walizki, z 

wielkim trudem powstrzymał jęk rozpaczy.

— Zostawiam ci „Męczenników” i te… tam… tanie powieścidła — oświadczył niepewnie 

Duży George. — A co z psem i kotem?

— Weź lepiej kota — rzekł Mały George przemierzając pokój. — Pasuje w sam raz do 

twoich bokobrodów.

Duży George przyjął propozycję z ulgą. Mustard była jego ulubienicą.
Duży George zamknął walizę i zaciągnął paski, wsadził opierającą się Mustard do worka, 

przewiesił go przez ramię  i w niedzielnym  kapeluszu wyszedł  z domu. Ruszył  w dół po 
skałach, nie obdarzywszy kuzyna ani jednym spojrzeniem. Ten zaś ostentacyjnie trudził się 
przygotowywaniem ciasta z rodzynkami. Przez pewien czas spoglądał w kierunku Dużego 
George’a   z   niedowierzaniem,   a   gdy   ów   zniknął   mu   z   oczu,   zerknął   na   białą   przyczynę 
nieporozumienia, stojącą spokojnie obok zegara.

— Cóż, jednak nie zdołał cię wyrzucić, moja ślicznotko. I niech mnie gęś kopnie, jeśli mu 

się to kiedykolwiek  uda. O, nie, mój  panie! Powiedziałem swoje i dotrzymam  słowa. W 
każdym razie moje uszy nie będą musiały już nigdy wysłuchiwać jego starego poematu. I 

background image

znowu mogę nosić kolczyki.

* * *

Mały George myślał, że Duży George wróci, jak tylko się uspokoi. Ale nie docenił mocy 

zasad Dużego George’a i jego uporu.

Nie trwało długo i ludzie mu donieśli, że Duży George wynajął starą chatę Toma Wilkinsa 

w Upper Spruce i tam zamieszkał. Ale nie z Mustard, o nie! Duży George mógł sobie nie 
wracać, ale Mustard to zrobiła. Trzy dni po haniebnym opuszczeniu domu w worku, Mustard 
zadrapała w okienną szybę. Mały George wpuścił ją i nakarmił. To nie jego wina, że Duży 
George nie potrafił zatrzymać przy sobie kota. Mały George uratował zwierzaka od śmierci 
głodowej. Mustard siedziała u niego do niedzieli. Duży George widząc, że Mały George jest 
w kościele, przyszedł do Little Spruce i zabrał ją. I całkiem niepotrzebnie. Mustard znowu 
wróciła… j jeszcze raz… Po trzeciej próbie Duży George poddał się rozgoryczony.

— Czy muszę trzymać tego starego, żółtego i wyleniałego kota? — zapytał znajomego 

pisarza. — Bogiem a prawdą, nie! Moje uczucia rani najwięcej to, że on wiedział, że ten 
stwór wróci. Dlatego tak chętnie mi ją odstąpił. O, to diabelnie sprytny człowiek! Słyszałem, 
że chodzi i rozpowiada o mnie złośliwe i fałszywe plotki. Mówi, że się wkrótce pochoruję, 
jedząc solone dorsze i wrócę dla samego zapachu jego kuchni. O, on już zobaczy… zobaczy. 
Nigdy żołądek nie był dla mnie bożkiem. Z nim, to co innego. Powinien pan usłyszeć, jakie 
pewnego   dnia   zrobił   piekło,   bo   zjadłem   kawałek   jego   starego,   zakalcowatego   placka   z 
rodzynkami. Schował go dla siebie, chciwy prosiak! I powiada, że będę tu zbyt samotny, i nie 
będę miał z kim pogadać… Tak, tak, mój panie! To jego własne słowa! Ja i samotność! To 
miejsce bardzo mi odpowiada. Niech pan tylko spojrzy na krajobraz. Ja jestem miłośnikiem 
przyrody,  proszę pana. Kocham księżyc…  I te dobroduszne krowy na Cyplu.  Godzinami 
mógłbym   na   nie   patrzeć.   Ich   towarzystwo   najzupełniej   mi   wystarczy,   proszę   pana.   Nie 
pomijając obecnych. Nie, żeby Mały George był bez zalet — dodał Duży George z uczuciem. 
— Jaki ten chłop robi pudding z czarnych jagód! A jego zupa z ostryg nie ma sobie równej. 
Ale ja muszę się zatroszczyć o własną duszę, no nie? I o moją moralność.

* * *

Kłótnia i rozstanie obu George’ów wywołały sensację w Rose River a nawet na całym 

wybrzeżu. Lecz tylko nieliczni wiedzieli, że nieporozumienie ma poważny charakter. Kiedy 
minęła wiosna a potem lato, nikt już nie spodziewał się zgody. Ci Beelby’owie zawsze słynęli 
z  uporu. Żaden  z  nich  nie  zachowywał  się  z  dostojną  powściągliwością,   gdy chodziło   o 
wzajemne urazy. Przy spotkaniach patrzyli na siebie spode łba w ponurym milczeniu. Każdy 
też nieustannie zaczepiał sąsiadów, by opowiedzieć własną wersję historii.

— Słyszałem, że on rozpowiada, jakobym to ja kopnął psa w podbrzusze — sarkał Mały 

George. — A co to jest podbrzusze, proszę pana?

— Brzuch — odpowiadała szczerze przydybana ofiara.
— No i co pan powie? Wiedziałem, że on kłamie. Nigdy nie kopnąłem psa w brzuch. 

Dotknąłem jego żeber czubkiem buta, dawno temu… i to wszystko. I nie bez przyczyny… 
Mówi, że ja zwabiłem do siebie jego kota. A na co mi jego kot? Tylko przynosił zdechłe 
szczury i rzucał je gdzie popadło. A w nocy chciał spać tylko na moim podbrzuszu. Gdyby 
dobrze karmił tego kota, to on by nie uciekł. A ja przecież nie mogę odpędzić od drzwi 
biednego, źle traktowanego zwierzęcia!

background image

Słyszałem, że coś tam wygaduje o księżycu i dobrodusznych krowach. Temu człowiekowi 

księżyc jest potrzebny wyłącznie do przepowiadaniu pogody. A co do krów… to dla niego 
wszystkie są jednakie. Ale się cieszę, że jest zadowolony. Ja też jestem. Mogę sobie śpiewać, 
ile chcę i nikt… nikt mi nie gada złośliwie: „Bardzo dobry głos do skrobania rzepy” albo: „Co 
za ponure grobowe wycie” i podobnie irytujące rzeczy. Musiałem to znosić latami. I czy ja 
robiłem z tego powodu jakieś sceny? Albo z powodu, że wieczorami wywrzaskiwał ten swój 
stary poemat…  dusząc się, krztusząc, parskając, szczekając i chrypiąc, aż czułem się jak 
przepuszczony przez maszynkę do mięsa. Czy miałem mu za złe, kiedy zawsze miał inne 
zdanie?   Nie,   przez   to   życie   było   zabawniejsze.   Czy   miałem   mu   za   złe,   że   jest   takim 
fundamentalistą?  Nie, szanowałem jego zasady i nawet przestałem  nosić kolczyki,  bo on 
uważał, że to niegodne prezbiterianina. Czy miałem mu za złe, że zrywał się w niedzielę o 
świcie na modlitwę? Ja nie jestem taki nabożny jak on. Chociaż niektórzy mogą uważać, że 
sposób w jaki się modlił, był pozbawiony szacunku… Rozmawiał z Bogiem tak jak ze mną 
albo z panem. Mnie ten brak szacunku nie przeszkadzał, ale jednego nie lubiłem…  tego 
przerywania modlitw w połowie. A mimo to nie czepiałem się go i na wszystko przymykałem 
oczy. A mimo to… kiedy przyniosłem do domu taką piękną figurkę… Aurorkę, to Duży 
George zaraz zaczął się ciskać i wrzeszczeć. Cóż, ja tam wolę Aurorkę od niego i niech mu to 
pan   powtórzy.   Po   pierwsze,   przyjemniej   na   nią   patrzeć,   a  po   drugie,   nie   zakrada   się  do 
spiżarni i nie zjada mego osobistego placka. Nie chcę więcej mówić o tej całej historii… Dość 
o niej opowiada Duży George, ale któregoś dnia, jak znajdę czas, to opowiem panu bardzo 
dużo, proszę pana.

— Mówiono mi, że ten głupi osioł, Mały George, spędza wolny czas wyobrażając sobie, że 

sadzi   kwiatki   na   mym   grobie   —   oznajmił   pastorowi   Duży  George.   —  Obawiam   się,   że 
również naśmiewa się z moich modlitw. Czy pan uwierzy, pastorze? Był na tyle bezczelny, że 
raz kazał mi skrócić modły, bo mu przeszkadzają w porannym śnie. Czyje skróciłem? Ani o 
sekundę! Modliłem  się  dwa razy dłużej.  Co  ja  przeżyłem   z  tym   człowiekiem!  Jego  pies 
niemal   całkowicie   zeżarł   moją   obligację   zwycięstwa,   ale   ja   się   nie   skarżyłem.   Bóg 
świadkiem, że nie! A on zaraz zaczął wierzgać, kiedy mój kot okocił się na jego koszuli. A 
skoro jesteśmy przy kotach, to słyszałem, że Mustard ma znowu kocięta. Myślałem, że on mi 
jednego przyśle. Są trzy małe… a ja nie mam żadnego stworzenia do towarzystwa… oprócz 
paru   kaczek.   Lecz   gdy   się   wie,   że   trzeba   je   zjeść,   przestaje   być   przyjemnie.   Niech   pan 
posłucha, pastorze. Dlaczego Jakób jęczał i płakał, kiedy całował Rachelę?

Pastor nie wiedział albo chciał zachować dla siebie tę informację. Niektórzy ludzie z Rose 

River uważali, że pastor za bardzo lubi ciągnąć George’ów za języki.

— Bo odkrył, że to nie było to, co miało być — zachichotał Duży George. Zdobył punkt 

na pastorze i cały dzień miał doskonały humor.

Ale wkrótce Dużemu George’owi nie było do śmiechu. Nieomal dostał apopleksji, gdy 

usłyszał, że któryś z letników znad rzeki poszedł do Małego George’a sądząc, że to on jest 
poetą   i   poprosił   o   przeczytanie   poematu.   Najgorsze,   że   Mały   George   prośbę   spełnił. 
Przeczytał cały utwór od początku do końca i nie wyprowadził gościa z błędu.

—  Od  oddawania   czci   figurkom  do  kradzieży   cudzych   wierszy  jest  tylko   jeden  krok. 

Widzicie, jak się psuje charakter tego człowieka? — zauważył Duży George.

— A może by tak wdowa Terlizzick potrafiła go naprawić? — zaśmiał się słuchacz.
— Kto to jest?
— Nie wiesz, że Mały George chodzi do niej w niedzielne wieczory? Ludzie spodziewają 

się ślubu.

Duży George dosłownie skamieniał, lecz po chwili rozpuścił język ku niepohamowanej 

radości mieszkańców Rose River i Cove.

— Chce zamęczyć na śmierć drugą żonę, jak sądzę. Naprawdę, myślałem, że ma więcej 

rozumu. Ale nie można ufać mężczyźnie, który jn raz był żonaty. Choć z drugiej strony… taki 

background image

powinien wiedzieć co robi. No i ta jego uroda! Nie ma brzydszego na całym północnym 
wybrzeżu.   Wdowa   Terlizzick   też   nie   jest   żadną   pięknością…   ta   włochata   brodawka   na 
brodzie   i   pokręcone   stopy.   Wygląda,   jakby   ją   ponadgryzały   psy.   A   jaka   tłusta!   Dobrze 
chociaż, że nie musi jej kupować na wagę! Już dwa razy była zamężna. Niektórzy ludzie 
nigdy nie wiedzą, kiedy powinni przestać. Jej ojciec raz się upił i poszedł do kościoła w 
nocnej koszuli… Miła rzecz… ktoś taki w rodzinie… Żal mi Małego George’a, ale sam się 
wkopał.   Słyszałem,   że   siedząc   w   kościele,   gapi   się   na   nią   jak   wół   na   malowane   wrota. 
Niedługo zacznie jej śpiewać serenady. Mówiłem wam, że Mały George sądzi, że potrafi 
śpiewać? Raz go zapytałem: „Więc te wycie nazywasz muzyką?” A ta Terlizzick nigdy nie 
miała   słuchu.   Cóż,   dc   stanie   za   swoje…   gdybym   zechciał,   przypomniałbym   jej   parę 
ciekawych spraw…

Duży George bardzo sobie wziął do serca małżeńskie plany Małego! George’a. Stawał na 

skale i wymachiwał  rękami, a wszyscy wiedzieli, że nie deklamuje swego poematu, lecz 
złorzeczy wdowie Terlizzick. Ona to była mówił wszem i wobec, utajoną kobrą, wielkim, 
tłustym  babsztylem,  kobiecym  drapieżnikiem, najgroźniejszą tygrysicą… Wyrażał głęboką 
litość dla Małego George’a. Ten biedak nawet sobie nie wyobraża, w co się pakuje. Zbierać 
resztki po dwóch mężczyznach! Lecz te wdowy już potrafią zawracać ludziom w głowie! Ta 
Terlizzick   ma   doświadczenie!   Dwóch   mężów   już   wykończyła.   Paniusia   powinna   być 
oszczędniejsza, jeśli chodzi o małżonków.

Komplementy te, naturalnie, natychmiast przekazywano Małemu George’owi i wdowie 

Terlizzick. Jak się do nich odnosili, nie wiadomo. Mały George trzymał język za zębami i 
demonstracyjnie zajmował się kociętami Mustard.

Biała bogini świtu stała dalej, wspinając się na palcach, na półce z zegarem, lecz na jej 

zgrabnych nogach powoli osiadała warstwa kurzu. Kiedy kapitan Leon ogłosił nową loterię 
fantową w Chapel Point, Mały George oświadczył, że powinno wkroczyć prawo, a Mosey 
Gautier musiał ratować się ucieczką, gdy spróbował sprzedać mu bilet.

* * *

Wiosna i lato minęły, jesień też dobiegała końca. Ludzie z Rose River opatrzyli swoje 

domy   na   zimę,   a   letnicy   wyjechali   do   miast   —   wszyscy   oprócz   pisarza,   który   zwykle 
zostawał w swej chacie, dopóki zatoka nie zamarzła.

Pewnego wieczoru, Duży George wybrał się brzegiem morza do latarni na Cyplu. Spacer 

był długi, a jego zaatakował reumatyzm. Jednakże w latarni oczekiwali go kompani i Duży 
George   uznał,   że   wieczór   towarzyski   dobrze   mu   zrobi   na   nerwy.   Krótkie   dni   i   długie, 
wcześnie   zapadające   wieczory   bardzo   go   przygnębiały.   A   na   domiar   wszystkiego   chata 
Wilkinsa była strasznie przewiewna. Żona latarnika pewnie poda im jakiś lunch. Kucharskie 
umiejętności Dużego George’a, jak dotąd, nie poprawiły się zbytnio. Odnosił wrażenie, że 
jest   za   stary   na   naukę.   Mimo   to,   nie   pozwalał   swym   myślom   błądzić   wokół   łojowego 
puddingu Małego George’a, zupy z ostryg i gorących biszkoptów. Myśli takie prowadziły 
bowiem do szaleństwa.

Tego ranka spadł niewielki  śnieg, który stajał, gdy słońce powędrowało  wyżej.  Niebo 

jednak wciąż zaciągały chmury. Krótki dzień nie przyniósł ciepła, a ku wieczorowi robiło się 
jeszcze zimniej. Ląd i morze ogarnęła posępna cisza. Duży George usłyszał daleki gwizd 
lokomotywy.” Stara Władczyni zatoki od czasu do czasu pojękiwała głucho. Zbierało; się na 
sztorm,   lecz   Duży   George   nie   bał   się   sztormów.   Wróci   do   domu   drogą   wzdłuż   rzeki, 
ponieważ przypływ będzie zbyt wysoki, by mógł iść obok Dziury w Ścianie.

Kiedy jednak dotarł do długiego, czerwonego przylądka zwanego Dziura w Ścianie, zdał 

sobie sprawę, że przypływ już go wyprzedził. Niej było mowy o obejściu przylądka. Nie mógł 

background image

też wspiąć się na stromej i poszarpane zbocze, zaś powrót do miejsca, z którego droga wiodła 
do brzegu, oznaczał dodatkowy spacer.

Duży   George   doznał   nagłego   olśnienia.   Skoro   nie   może   obejść   Dziury   w   Ścianie,   to 

spróbuje przejść przez nią! Nikomu się to wprawdzie nie udało, ale zawsze jest ten pierwszy 
raz. Poza tym, na pewno się powiększyła od ubiegłego roku. Ten, co nic nie robi, nie odnosi 
sukcesów! Dziura w Ścianie była  najpierw małym  otworem w stosunkowo cienkiej skale 
przylądka. Z roku na rok, pod wpływem erozji, piaskowiec się rozpadał i teraz miała już 
znaczne rozmiary. Duży George zaś był niski; i chudy. Uznał, że jeśli przejdzie głowa, to 
reszta ciała zmieści się także. Położył się na ziemi i zaczął się ostrożnie przeciskać. Było 
ciaśniej niż przypuszczał. Brzegi szczeliny wydały mu się bardzo solidne. W jednej chwili 
doszedł do wniosku, że nie nadaje się na pioniera i odkrywcę nowych dróg. Lepiej wróci na 
drogę. Spróbował, ale nie mógł się ruszyć Niewiadomym sposobem kurtka zwinęła mu się na 
ramionach i zaklinowała w otworze. Na próżno wił się, kręcił i szarpał. Wielka skała zdawał 
się trzymać go żelazną garścią. Im bardziej się szamotał, tym głębiej się wciskał. W końcu 
legł wyczerpany, a ciało, z przerażenia, zrosił mu lodowaty pot. Głowa już przeszła, ramiona 
były   zaklinowane,   lecz   nogi,   gdzie   znajdowały   się   jego   nogi?   Stracił   w   nich   czucie,   ale 
pewnie zwisały z drugiej strony kamiennej ściany.

Co za sytuacja! Na bezludnym brzegu, w szybko zapadającej listopadowej nocy i wobec 

nadciągającego sztormu! W żaden sposób tego nie przeżyje! Umrze przed świtem na atak 
serca, jak stary kapitan Jobby, kiedy po pijanemu próbował przejść przez Dziurę.

Nikt go nie zobaczy. Wołanie też nie ma sensu. Przed nim i za nim była pustka. Zatoka 

tonęła w cieniu drugiego przylądka. Ani jednej żywej duszy! Mimo to, Duży George krzyczał 
ze wszystkich sił i na ile mu pozwalał jego krótki oddech.

— Lepiej byś śpiewał, zamiast wydawać te okropne wrzaski — odezwał się Mały George, 

wysuwając głowę zza wielkiego głazu.

Duży George wpił się wzrokiem w tak dobrze mu znane długie wąsy i cienki nos. Spośród 

wszystkich mieszkańców River i Cove właśnie Mały George musiał go przydybać w takim 
położeniu! I co, u diabła, robi on wieczorem w miejscu odległym o milę od domu?

— Nie zamierzam śpiewać, bo jeszcze mi się nie przewróciło w głowie… jak niektórym — 

odparł sarkastycznie Duży George. — Próbowałem tylko złapać oddech.

— Dlaczego nie przeszedłeś do końca? — zakpił Mały George, wychodząc zza głazu.
— Bo nie mogę i ty dobrze o tym wiesz! — wrzasnął rozgniewany Duży George. — 

Posłuchaj no, George’u Beelby! Nie przyjaźnimy się już, ale jestem chyba człowiekiem, no 
nie?

—   Są   chwile,   w   których   dostrzegam   pewne   podobieństwo   —   przyznał   Mały   George, 

siadając spokojnie na wystającej krawędzi.

— A więc, w imię ludzkości, pomóż mi się stąd wydostać.
—   Nie   wiem,   czy   potrafię   —   zauważył   Mały   George   z   powątpiewaniem.   —   Jedyny 

sposób, to szarpnąć cię z powrotem za nogi, ale nie mogę obejść teraz Cypla…

— Jeżeli złapiesz mnie mocno za ramiona albo za kurtkę, to zdołasz wyciągnąć mnie i z tej 

strony. Trzeba tylko szarpnąć z całej siły. Sam nie poradzę, bo nie mogę poruszać rękami.

— A poza tym nie wiem, czy chcę to zrobić — ciągnął Mały George, jakby dopowiadał 

myśl do końca.

—   Ty…   nie   wiesz?   Chcesz   powiedzieć,   że   zostawisz   mnie   w   taką   noc?   No   wiesz, 

George’u Beelby!

— Nie chciałbym,  ale jeśli tu zostaniesz, to wyłącznie z własnej winy.  Jeśli mam cię 

wyciągnąć, to musisz okazać trochę rozsądku. No więc… czy wrócisz do domu i będziesz się 
zachowywał jak należy?

— Jeżeli ci zależy, abym wrócił, to wiesz, co masz zrobić — warknął Duży George. — 

Gadaj, o co chodzi.

background image

— Aurorka zostaje — powiedział krótko Mały George.
— To ja też — Duży George naśladował zwięzły styl Małego George a, ale tylko dlatego, 

że brakło mu tchu. Mały George wyciągnął fajkę i zaczął ja zapalać.

— Masz pięć minut do namysłu, zanim stąd odejdę. Nie zamierzam siedzieć dłużej na tym 

zimnie. Nie wiem, jak takie chuchro jak ty wytrzyma tu całą noc. W każdym razie po tym 
wszystkim zrozumiesz biednego wielbłąda, który próbował przejść przez ucho igielne.

— I ktoś taki uważa się za chrześcijanina! — zadrwił Duży George,
— Nie bądź opryskliwy. Religia nie ma tu nic do rzeczy, to kwestia zdrowego rozsądku — 

odparł Mały George.

Duży George użył wszystkich sił, by się uwolnić, lecz skała nawet nie drgnęła.
Mały   George   zadrwił   bezlitośnie:   —   Gdybyś   mógł   teraz   się   zobaczyć   z   tymi   rudymi 

bokobrodami wystającymi z dziury! A przypuszczam, że reszta sterczy z drugiej strony. Jeśli 
ktoś nadejdzie, zobaczy piękny, tylny widoczek. Choć to bardzo wątpliwe, by ktoś nadszedł o 
tej porze. Jeśli dożyjesz ranka, sprowadzę pisarza, żeby podziwiał twoją odwrotną stronę. 
Bądź rozsądny, George, mam na kolację grochówkę… gorącą grochówkę.

— Idź do diabła ze swoją grochówką — odpalił Duży George.
Zapadło   milczenie.   Duży   George   intensywnie   myślał.   Już   wiedział,   gdzie   są   jego 

kończyny, bo zimno poszczypywało jak chytra łasica. Skała była twarda jak żelazo. Zaczął 
padać deszcz i zerwał się wiatr. Piana rozpryskiwała się już na głazach, gdy uderzały w nie 
fale. Rano będzie… martwy albo nieprzytomny.

Ale nie chciał się tak łatwo poddać Małemu George’owi i białonogiej pannicy z półki. 

Duży George spróbował ocalić choć odrobinę honoru doznając porażki.

— Jeżeli wrócę do domu, to obiecasz mi, że nie ożenisz się z grubą wdową?
— Niczego nie przyrzeknę, ale nigdy nie zamierzałem się żenić z jakąś wdową… grubą 

czy chudą.

Duży George nie mógł sobie odmówić szyderstwa.
— Pewnie dlatego, że cię nie chciała?
— Nie dałem jej okazji do chcenia. Nie połączę się z domem Terlizicków. No, więc… bo 

idę na gorącą grochówkę. No co, George?

Duży George wydał  przeciągłe  westchnienie  wyrażające  rezygnację. Życie  okazało  się 

nadmiernie skomplikowane. Został pokonany.

— Wyciągaj mnie z tej przeklętej dziury! — rzekł kwaśno. — I nie obchodzi mnie, ile 

gołych bab będziesz trzymał przy sobie.

— Jedna mi wystarczy — odparł Mały George.
Udało mu się złapać kurtkę oraz ramiona i potężnie szarpnąć. Duży George wrzasnął. Był 

przekonany, że wyrwano mu nogi. Ale po chwili poczuł je na miejscu, stał bowiem obok 
Małego George’a.

—  Wyżmij   sobie   bokobrody i  ruszamy  — polecił  Mały George.  — Obawiam  się,  że 

grochówka się przypaliła. Zostawiłem ją na kuchni.

Co za ulga i radość, choć deszcz zacinał, a zatoka wzburzyła się wysokimi falami. Piec 

mruczał błogą pieśń o bukach i klonach, a Mustard czule lizała swoje maleństwa. Zupa była 
najwyższej klasy. A do tego… Mały George bardzo ładnie wyglądał w kolczykach. Można 
powiedzieć, że równoważyły wąsy.

A Aurorka? Właśnie… co z Aurorką?
—   Coś   ty   zrobił   z   tym   starym,   pogańskim   posążkiem?   —   zapytał   Duży   George, 

odstawiając z hałasem kubek mocnej herbaty.

— Przemalowałem ją na brązowo — odparł z dumą Mały George. — Wygląda bardzo 

gustownie.   Wiedziałem,   że   prędzej   czy   później   pojawisz   się   w   domu   i   chciałem,   żebyś 
wiedział, że szanuję twoje zasady.

— No to lepiej ją oskrob — rzekł stanowczo Duży George. — Myślisz, że będę się gapił 

background image

na   gołą   murzynkę?   Jeśli   już   mam   dzień   za   dniem   patrzeć   na   nagą   kobietę,   to   gwoli 
przyzwoitości niech będzie biała!

background image

M

AGIA

 

MORZA

Wody Przylądka Racicot burzył północno–zachodni wiatr. Nasycony mocnym zapachem 

soli dął w stronę lądu; najpierw długim, wąskim tunelem ciemnoniebieskiej wody, a potem 
przemykał  obok piaszczystych  wydm i latarni morskiej  stojącej na posępnej skale. Pędził 
świszcząc między masztami  łodzi zakotwiczonych  na przystani i wśród kominów  małych 
rybackich domków nadmorskiej osady. Śpiewał i zawodził o różnych sprawach, ale każdy 
słyszał tylko to, co było bliskie jego sercu. Nora Shelley, stojąca w drzwiach starego domu 
swego ojca, pochwyciła w tym wieczornym zawodzeniu jakąś nową nutę. Tyle razy wiatr 
opowiadał   jej   o  dalekim,   upragnionym   świecie,   ale   nigdy  w   tych   opowieściach   nie   było 
obietnicy spełnienia.

— Noro, tam za horyzontem jest nowe życie — poświstywał wiatr. — Dobre życie i łatwe 

do osiągnięcia. Wyciągnij tylko ręce, a wszystko czego pragniesz, będzie twoje…

Nora wyjrzała za próg i nastawiła twarz do wiatru. Kochała tę pół—nocno—zachodnią 

wichurę jak starego wypróbowanego przyjaciela. Nora była szczupła i smukła. Miała jasną 
delikatną   skórę   i   niebieskie   oczy   o   takim   odcieniu   błękitu,   jaki   przybiera   morze   w 
promieniach zachodzącego słońca. Twarz o porcelanowobiałej cerze okalały włosy czarne 
niczym   noc.   Nikt   nie   powątpiewał,   że   była   najpiękniejszą   dziewczyną   w   osadzie,   ale 
uchodziła za mało przystępną, a nawet zbyt dumną. Przyjaciółki musiały często wyjaśniać i 
usprawiedliwiać jej odmienność.

W tej  chwili  przymknęła  drzwi, chcąc  się odgrodzić  od dochodzących  z izby głosów. 

Podejmując decyzję, pragnęła zostać sam na sam z wiatrem, przed sobą miała kamienistą 
plażę   obsadzoną   niskopiennymi,   z   trudem   trzymającymi   się   ziemi   wątłymi,   nadmorskimi 
wierzbami. Wokół wznosiły się małe ubogie chatki ani mniejsze, ani bardziej siermiężne niż 
dom jej ojca. Pomiędzy nimi, na wyboistych ścieżkach, zawsze było pełno hałaśliwych dzieci. 
Łodzie do połowu makreli kiwały się na wodzie, a za nimi rozciąga się ostro zakończony 
przylądek Sandy, aż biały od siedzących a nim mew. Nieco niżej, w pobliżu zatoki, grupka 
mężczyzn śmiejąc się, rozmawiała głośno przed rybiarnią Francuza Joego. Takie życie znała 
dawna.

Po   drugiej   stronie   przystani,   na   porośniętym   świerkami   lądzie,   stało   Dalveigh.   John 

Cameron,  bezdzietny milioner,  wybudował  w tym  miejscu letni  dom i nazwał go tak na 
pamiątkę swej starej, rodzinnej posiadłości w Szkocji. Mieszkańcom rybackiej osady zarówno 
dom jak i jego otoczenie nie wydawały się czarowną bajką. Niewielu z nich widziało coś 
podobnie wspaniałego.

Nora Shelley znała Dalveigh. Wielokrotnie gościła u Cameronów tego lata, a wśród piękna 

i luksusu czuła się w swoim żywiole. Jakby przysługiwały jej z tytułu prawa. To mogło być i 
jej życie, gdyby tylko je wybrała.

Tak naprawdę dokonała już wyboru, ale w poczuciu własnej wartości udawała przed sobą, 

że się jeszcze waha. No i trudno było tak zupełnie wykreślić z pamięci dawne wzruszenia i 
sympatie.

W domu jej ojca, w pokoju ze starymi wypaczonymi drzwiami i niskim sufitem siedziały 

cztery osoby.  Na dawno nie  bielonych  ścianach  wisiały ceratowe  kurtki i  rybackie  sieci. 
Johnowi   Cameronowi   i   jego   żonie   ofiarowano   honorowe   miejsce   pośrodku   izby.   Pani 
Cameron, przystojna i gustownie ubrana, miała nieodmiennie zgorzkniały wyraz twarzy. A 
mimo to zawsze kierowała się zdrowym rozsądkiem i nawet najbardziej krytycznie nastawieni 
mieszkańcy   Racicot   nie   mogli   powiedzieć,   że   „zadziera   nosa”.   Jej   mąż   był   niewysokim, 
szpakowatym   mężczyzną   o   świeżej,   niemal   młodzieńczej   cerze.   Bardzo   go   lubiono   w 
Racicot,   ponieważ   chętnie   przebywał   w   towarzystwie   rybaków   i   żeglarzy,   a   poza   tym 
Dalveigh wciąż potrzebowało świeżych makreli i to też miało swoje znaczenie.

background image

Nathan Shelley, zgarbiony, z rękami spoczywającym na kolanach, siedział w ulubionym 

kącie przy piecu. Przez szacunek dla pani Cameron odłożył fajkę i bez niej trudno mu było 
myśleć.

Pragnął, aby jego żona zajęła się jakąś pracą, gdyż jej bezczynność wydała mu się czymś 

nienaturalnym. W takim stanie, jak pamiętał, znajdowała się tylko raz, gdy przed dziesięciu 
laty, po silnym sierpniowym sztormie, przyniesiono do domu bezwładnego i ociekającego 
wodą   Neda   Shelleya.   Pani   Shelley   siedziała   teraz   przy   oknie   o   malutkich   szybkach   i 
obserwowała przystań. Mężowską kurtkę, którą łatała, gdy przyszli Cameronowie, złożyła na 
kolanach i opuściła na nią bezwładnie obie ręce. Była to dość flegmatyczna, rosła kobieta o 
pogodnej,   ładnej   twarzy.   Rysy   jej   nie   zmieniły   wyrazu   nawet   wtedy,   gdy   Cameronowie 
wystąpili z niezwykłą propozycją.

Chcieli   Nory…   Ci   bogacze…   tak   wiele   posiadający,   chcieli   tego   cudnie   rozkwitłego 

dziewczęcia, bo tylko tego im brakowało do szczęścia, John Cameron jasno wyłożył  swą 
prośbę.

— Zadbamy o nią jak o własne dziecko — mówił. — Pokochaliśmy ją w ciągu tego lata. 

Nora   wyróżnia   się   urodą   i   zdolnościami,   zasługuje   na   coś   więcej,   niż   to,   co   może   jej 
ofiarować Racicot. Macie przecież kilkoro dzieci, a my jesteśmy bezdzietni. Poza tym… nie 
zabierzemy wam córki na zawsze. Będziecie ją widywać, kiedy przyjedziemy do Racicot.

— To nie to samo — wtrącił cierpko Nathan Shelley. — Nie wróci już do naszego świata. 

Nieważne, ile się ma dzieciaków, bo i tak nie chce się stracić żadnego. Ale nasze uczucia nie 
powinny stawać na drodze do szczęścia  Nory.  Jest taka mądra  i zawsze pragnęła czegoś 
więcej, niż mogliśmy jej dać. Kiedyś byłem taki sam. Boże, jakże pomstowałem na Racicot! 
W końcu się wyrwałem, poszedłem do miasta i znalazłem pracę. Ale nic z tego nie wyszło. Za 
długo zwlekałem. Morze weszło mi w krew. Męczyłem się przez dwa lata, a potem wróciłem. 
Nie chciałem tego zrobić, zapewniam was, ale musiałem. I od tej pory tu mieszkam. Lecz 
może   z   dziewczyną   będzie   inaczej.   Jest   młodsza,   niż   ja   byłem   wówczas.   I   jeśli   jej 
przywiązanie do morza nie jest zbyt głębokie, to potrafi się odciąć od dotychczasowego życia. 
Ale nigdy nie wiadomo, kto i kiedy odpowie na zew morza.

Cameron uśmiechnął się. Ten stary, pomyślał, przesiąknięty solą rybak, ma w sobie coś z 

poety.  Bardzo możliwe,  że Nora odziedziczyła  po nim inteligencję  i oryginalność,  bo na 
pewno nie po flegmatycznej, choć przystojnej matce.

— I co ty na to żono? — zapytał wreszcie Shelley.
Żona odpowiedziała z właściwą sobie powściągliwością: — Zostawmy decyzję Norze. I 

tak się stało.

Wreszcie   pojawiła   się   Nora,   jak   zawsze   piękna,   lekko   zarumieniona   od   smagającego 

wichru. Czuła w sercu ciężar, bo w tej chwili decydował się jej los. Spojrzała niepewnie na 
matkę.

Odchodzisz,   czy   zostajesz?   —   krótko   zapytał   ojciec.   Myślę,   że   odejdę   —   odparła   z 

namysłem, lecz gdy ujrzała twarz matki, podbiegła do niej i objęła ją serdecznie.

Nigdy cię nie zapomnę, mamo! — zawołała. — Zawsze będę cię kochać. Ciebie i ojca…
Matka odsunęła córkę i lekko popchnęła w stronę Cameronów.
—   Idź   do   nich   —   powiedziała   spokojnie.   —   Już   nie   należysz   do   nas.   Nowina 

błyskawicznie   rozniosła   się   po   Racicot.   Przed   wieczorem   wszyscy   mieszkańcy   przystani 
wiedzieli,  że Cameronowie  adoptują i zabierają  do siebie Norę Shelley.  Wieść wywołała 
zaskoczenie i jeszcze większą zazdrość. Kobiety z przystani kręciły głowami.

— Teraz to dopiero Nora zacznie zadzierać nosa — mówiły. — Zawsze uważała się za 

kogoś lepszego od nas. Nat Shelley z żoną za bardzo ją rozpuścili. Ciekawe, co o tej sprawie 
myśli Rob Fletcher.

Nora   prosiła   brata,   aby  przekazał   wiadomość   Robowi   Fletcherowi,   lecz   uprzedziła   go 

Merran Andrews. Pojawiła się przy Robie, gdy ten zaledwie wrócił z połowu i jeszcze nie 

background image

zdążył porządnie zacumować łodzi.

—   Słyszałeś   nowinę,   Rob?   Nora   wyjeżdża   i   zostanie   wielką   panią.   Cameronowie 

bzikowali na jej punkcie całe lato, a teraz ją adoptują.

Merran pragnęła Roba dla siebie. Był rosłym, przystojnym mężczyzną i do tego całkiem 

zamożnym. Najlepsza partia spośród wszystkich chłopców w osadzie. Porzucił ją dla Nory i 
teraz z przyjemnością go raniła, choć później zamierzała mu to wynagrodzić.

Pobladł   wyraźnie   pod   opalenizną,   ale   ukrył   tajemnicę   swego   serca   przed   wścibskimi, 

czarnymi   oczami   Merran.   —   Dla   niej   to   wielka   sprawa   —   powiedział   chłodno.   —   Jest 
stworzona do innego życia, niż to, które może ofiarować jej Racicot.

— Chciałeś raczej powiedzieć, że cały czas uważała się za zbyt dobrą dla zwykłych ludzi 

— zauważyła złośliwie Merran.

Następnego wieczoru Nora spotkała Roba. Przypłynęła do domu z Dalveigh, a on czekał 

już na przystani, by zacumować jej łódź i pomóc wyjść na brzeg. Szli w kulminacyjnym 
momencie zachodu, a północno–zachodni wiatr świszczał im w uszach. Właśnie zapłonęła jak 
wielka gwiazda latarnia morska i lśniła bladym światłem na tle złocistego nieba. Nora czuła 
się niezręcznie i złościło ją to. Rob Fletcher aż tak wiele dla niej nie znaczył, był po prostu 
dobrym przyjacielem. Wolałaby z nim rozmawiać, lecz on kroczył w milczeniu z opuszczoną 
głową.

— Rob, przypuszczam, że słyszałeś o moim wyjeździe? — przerwała w końcu milczenie.
— Tak, słyszałem ze sto razy — odparł, nie patrząc na nią.
—   To   wspaniała   szansa   dla   mnie,   prawda?   —   zapytała   ostrym   głosem,   chcąc   ukryć 

uczucie zakłopotania.

— Cóż, nie wiem — rzekł poważnie. — Jak na to spojrzeć z jednej strony, na to wygląda. 

Ale z drugiej strony… Czy jesteś pewna, że zdołasz wyrzucić z serca dwadzieścia lat życia i 
nie poczujesz bólu?

—   Och,   na   pewno   będę   tęskniła   za   domem,   jeśli   to   masz   na   myśli   —   rzuciła   Nora 

opryskliwie. — Przynajmniej na początku. Ale ludzie jakoś z tym żyją. Zresztą nie odchodzę 
na zawsze. Wrócę tu na lato… na każde lato…

— To już nie to samo — upierał się Rob. Myślał identycznie  jak Nathan Shelley.  — 

Zostaniesz wielką damą, może to i dobrze, ale będziesz inna niż teraz. Tak, tak… życie cię 
zmieni… Pewnie nie od razu, ale w końcu cię zmieni. Będziesz jedną z nich, a nie jedną z 
nas. Lecz nie to jest najważniejsze. Cała rzecz w tym, czy znajdziesz szczęście.

Gdyby mówił to ktoś inny, Nora by się obruszyła, ale nie potrafiła gniewać się na Roba.
— Sądzę, że tak — rzekła po namyśle. — A poza tym, ja muszę wyjechać. Nic mnie nie 

powstrzyma. Coś… coś z daleka… woła mnie… zawsze mnie wołało, od chwili, gdy jako 
mała dziewczynka dowiedziałam się, że jest gdzieś inny, szeroki świat. I zawsze wydawało 
mi się, że pewnego dnia znajdę do niego drogę. Dlatego chodziłam do szkoły dłużej niż inne 
dziewczęta. Matka chciała, abym została w domu, uważała, że nadmiar nauki uczyni mnie 
zgorzkniałą i odmienną od reszty ludzi, wśród których muszę żyć. Ale ojciec do tego nie 
dopuścił,   on  mnie   rozumiał…   Twierdził,   że   jestem   podobna   do   niego,   kiedy   był   młody. 
Nauczyłam się, ile mogłam i przeczytałam wszystko, co mogłam. Mam wrażenie, że przez 
całe życie szłam po wąziutkiej kładce, a teraz otwiera się przede mną brama i mogę przez nią 
wyjść na szeroki świat. Nie kuszą ranie luksusy, bogaty dom, stroje i przyjemności, choć 
ludzie tak sądzą, nawet matka tak uważa. Nie o to mi chodzi. Jest coś nieuchwytnego, co 
wydaje się być w zasięgu mej ręki, o czym zawsze marzyłam i dlatego muszę to zdobyć. Rob, 
ja muszę!

Jeśli tak czujesz, to rzeczywiście musisz odejść — odparł spokojnie, Patrząc łagodnie na 

strapioną twarz dziewczyny. — Lepiej na tym wyjdziesz, Noro, jeśli odejdziesz. I nie jestem 
na tyle samolubny, aby twierdzić, że nie dostaniesz tego, czego pragniesz. Ale tym bardziej 
się zmienisz. Noro! Noro! Co ja bez ciebie pocznę!

background image

Przestraszyła się nieoczekiwanej namiętności w głosie Roba.
—   Proszę   cię,   nie   mów   tak,   nie   mów!   Zapomnisz   o   mnie.   Jest   przecież   tyle   innych 

dziewcząt.

— Nie. Nie potrzebuję pocieszenia. Nie ma takiej jak ty i nigdy nie będzie. Nikt mi ciebie 

nie zastąpi, Noro, dobrze o tym wiesz.

— Przepraszam — powiedziała zakłopotana.
— Nie trzeba — odparł ponuro Rob. — Wolę cię kochać i cierpieć. Ani przez chwilę nie 

miałem nadziei, że mnie posłuchasz. Dziewczyna dobra dla Cameronów, to za wysokie progi 
dla Roba Fletchera, rybaka.

— Nigdy tak nie myślałam — zaprotestowała Nora.
— Wiem — rzekł spokojnie. — Ale tak jest i nic na to nie poradzisz. Lecz zapewniam cię 

Noro, że nikt mi ciebie nie zastąpi.

Pożegnali się pod drzwiami rodzinnego domu Nory. Długo spoglądała za jego zgrabną, 

powoli oddalającą się sylwetką. Ku swemu niezadowoleniu poczuła pieczenie łez w oczach i 
gorzkie pragnienie w sercu. Przez chwilę żałowała decyzji. Zostanie, nie może odejść…

Ale z drugiej strony przystani błysnęły światła Dalveigh. Tamto życie wołało, kusiło… 

Nie, musi odejść, już dokonała wyboru. Za późno, by zawrócić.

* * *

Nora Shelley wyjechała z państwem Cameron i Dalveigh zostało puste. Do osady Racicot 

przyszła zima. Wszyscy mieszkańcy oddawali się zwykłej o tej porze roku bezczynności. Był 
to czas wylegiwania się i plotkowania, czas długich godzin palenia fajki w zacisznych kątach 
i opowiadania historyjek o morzu i żeglowaniu.

Zimą w przystani rozkwitało życie towarzyskie, wszyscy chcieli powetować sobie udręki 

lata, gdy pracowano po osiemnaście godzin na dobę. Zimą można było wreszcie śmiać się i 
kłócić,   zawierać   małżeństwa,   flirtować,   a   także   —   jeśli   ktoś   miał   ochotę   —   marzyć   w 
samotności, jak to robił Fletcher.

W   porze   zimowej   każda   rzecz   urastała   do   niebywałych   rozmiarów.   Nadejście 

cotygodniowego   listu   od   Nory   do   jej   rodziców,   było   wydarzeniem   dla   całej   wioski. 
Kierowniczka poczty w Cove rozpuszczała wieść i wieczorem w kuchni Shelleyów robiło się 
tak tłoczno, że ani palca wcisnąć. Isabel, młodsza siostra Nory, czytała list na głos. Chodziła 
tak długo do szkoły, że potrafiła właściwie wymawiać trudniejsze słowa i wyjaśnić, gdzie 
znajdowały się wymieniane w liście miasta.

Państwo Cameron spędzili jesień w Nowym Jorku, a zimą udali się na południe. Nora 

szczegółowo opisywała nowe życie. Przyznawała, że początkowo bardzo tęskniła za domem, 
ale później ten akcent zniknął z listów. O sobie niewiele pisała, za to dużo miejsca poświęcała 
opisom poznanych tam ludzi i różnych wspaniałości, które zwiedzała. Słała pełne czułości 
pozdrowienia   dla   dawnych   przyjaciół,   dopytywała   się   o   interesujące   ją   kiedyś   sprawy. 
Jednak, w miarę upływu czasu, listy stawały się coraz bardziej obce i życie w Racicot nie 
zajmowało jej tak jak przedtem. Rodzice wyraźnie to odczuwali.

— Ona się zmienia — pomrukiwał stary Nathan. — To było do przewidzenia i tak jest 

lepiej dla niej… ale to boli. Straciliśmy naszą dziewczynkę, żono, na zawsze.

Rob   Fletcher   w   milczeniu   słuchał   listów,   podczas   gdy   inni   szeptali   i   komentowali. 

Opowiadano   w   przystani,   że   bardzo   się   zmienił.   Stał   się   odludkiem.   Zamiast   odwiedzać 
znajomych, jak to robili inni ludzie, siedział w domu i czytał książki. Mieszkańcy Racicot 
mówiąc o nim, tylko kręcili zafrasowani głowami. Coś złego dzieje się z człowiekiem, skoro 
woli czytać, kiedy wokół jest tyle rozrywek. Jacob Radnor całą zimę ślęczał nad książkami, a 
na wiosnę się utopił. Wyskoczył za burtę swej łodzi podczas połowu śledzi. To są właśnie 

background image

skutki czytania książek!

Następnego lata państwo Cameronowie przyjechali do Dalveigh trochę później, z uwagi na 

zły stan zdrowia pana Johna Camerona. Na początku sierpnia zjawiła się cała chmara służby, 
aby   przygotować   dom   na   przyjęcie   właścicieli,   a   po   tygodniu   przybyli   i   oni.   Przywieźli 
mnóstwo gości.

Przyjechała   również   Nora   Shelley.   Patrzyła   teraz   na   skąpaną   w   zachodzącym   słońcu 

wioskę na przeciwległym brzegu. Zmęczona podróżą, nie miała zamiaru iść tam wcześniej niż 
nazajutrz rano. Nagle jednak zdała sobie sprawę, że musi pójść natychmiast. Na przystani 
była   jej   matka,   stamtąd   wołało   ją   dawne   życie.   Północno—zachodni   wiatr   mknął   po 
przesmyku   i   zachęcająco   pogwizdywał   pod   oknami   wykwintnego   pokoju.   Niósł   z   sobą 
posmak słonego morza i napełnił jej serce niezmierzoną słodko–gorzką tęsknotą.

Nora wyglądała piękniej niż kiedykolwiek przedtem. Przez miniony rok rozkwitła i stała 

się   pełną   czaru   kobietą.   Nawet   Cameronowie   dziwili   się   tej   błyskawicznej   adaptacji   do 
nowego  otoczenia.  Zdawało  się, że  zostawiła  za  sobą Racicot,  tak jak zostawia  się stare 
ubranie.   Przybrani   rodzice   szczycili   się   jej   urodą   i   niezrównanym   wdziękiem.   Hojnie 
obsypywali Norę podarkami i pobłażali we wszystkim. W ciągu kilku miesięcy żyła pełniej i 
intensywniej niż przez dwadzieścia lat. Ta Nora Shelley, która powróciła, była zupełnie inną 
osobą niż ta, która wyjechała.

Kiedy jednak ujrzała falujące morze, światło latarni morskiej, płomienny blask zachodu 

odbijający się w szybach rybackich domków, gdy usłyszała wołanie wiatru, wyzwoliło się w 
niej jakieś nieznane dotąd uczucie. Nie mogła się od niego uwolnić. Nie mogła dłużej czekać. 
Musi, nie zwlekając, natychmiast pójść do domu!

Ubrała się już do kolacji, ale bez zastanowienia ściągnęła kosztowną suknię i włożyła 

ciemny   kostium   podróżny.   Włosy   przewiązała   czerwonym   szalem.   Ach,   wymknie   się 
ostrożnie do krytej przystani, każe Davy’emu spuścić małą żaglówkę i puści się na szerokie 
wody! Miałą nadzieję, że nikt jej nie zobaczy, lecz w hallu natknęła się na panią Cameron.

— Noro! — zawołała ta zaskoczona.
— Och, cioteczko, muszę pójść! — zawołała gorączkowo dziewczyna. Obawiała się, że 

pani Cameron spróbuje ją zatrzymać i natychmiast pojęła, jakie to będzie dla niej trudne do 
zniesienia.

— Musisz pójść? Dokąd? Kolacja prawie gotowa i…
— Och, nie chcę kolacji. Chcę do domu. Popłynę łodzią.
— Nie opowiadaj głupstw, moje drogie dziecko. Za późno, aby płynąć przez zatokę. Oni 

się ciebie dziś nie spodziewają. Poczekaj jutra…

— Nie, nie rozumiesz tego. Ja muszę pójść, muszę! Tam jest moja matka!
Po ostatnich słowach dziewczyny na twarzy pani Cameron pojawił się wyraz bólu, ale nie 

odwodziła już Nory od zamiaru.

— Cóż, jeśli musisz… Powinnaś jednak popłynąć z kimś jeszcze. Wiatr jest zbyt silny i 

niebezpiecznie wyprawiać się samej. Popłynie z tobą Clark Bryant.

Nora chciała zaprotestować, lecz wiedziała, że to próżny trud. Zgodziła się więc, choć 

niechętnie, i milcząc ruszyła w stronę brzegu. Clark Bryant szedł obok, zdając sobie sprawę z 
jej nastroju. Ten wysoki, postawny mężczyzna miał brzydką twarz, na której odzwierciedlała 
się i inteligencja i sarkazm. Był taki bystry, na jakiego wyglądał, a ponadto mimo młodego 
wieku posiadał miliony. John Cameron miał co do niego pewne plany, budując swoje rozległe 
imperium finansowe.

Bryant   kochał   Norę.   Między   innymi   dlatego   Cameronowie   zaprosili   go   do   letniej 

posiadłości i on chętnie to zaproszenie przyjął. Nora nie miała o tym najmniejszego pojęcia i 
nie poświęcała mu wiele uwagi.

Choć   właściwie   lubiła   Clarka   Bryanta,   w   obecnej   sytuacji   denerwował   ją.   Wcale   nie 

zamierzała   przybyć   do   Racicot   w   jego   towarzystwie,   sama   nie   wiedziała   dlaczego.   Nie 

background image

wstydziła  się  przecież   ubogiej  i  prostej  rodziny…  lecz   on był  obcy,  nie  należał  do  tego 
świata… Pragnęła powitać rodziców sama.

Na krytej przystani Clark spuścił na wodę małą żaglówkę i Nora ujęła pewną dłonią ster. 

Znała każdy cal tej zatoki. Gdy wiatr wydął żagiel i łódź pomknęła po spienionych falach, zły 
humor   minął,   jak   ręką   odjął.   Nawet   obecność   Bryanta   przestała   ją   drażnić;   po   prostu 
zapomniała o nim. Zew morza i wiatr wzburzyły jej krew i napełniły serce szaloną radością. 
Tam, w dali, gdzie na pogrążonym  w mroku brzegu, pod wysoko rozpiętym  sklepieniem 
ciemniejącego nieba połyskiwały światła, był jej dom. Jakże wesoło gwizdał na powitanie 
wiatr! Jego smagnięcia, smak soli na wargach, skręt łodzi przecinającej fale — wszystko było 
cudowne!

Clark Bryant obserwował Norę i pojął wreszcie, że nic dla niej nie znaczy. W jej sercu nie 

ma dla niego miejsca. Czuł się jak człowiek zapomniany, odrzucony… A ona? Jakże była 
piękna i godna pożądania! Nigdy jej takiej nie widział. Szal zsunął się z włosów Nory, a 
kształtna  głowa dziewczyny  wychylała  się z jego zwojów  jak kwiat  z purpurowej czary. 
Bujne pukle odgarnęła z czoła i tworzyły teraz wokół bladej twarzy gęsty, czarny cień. Od 
morskiej   bryzy   usta   Nory   stały   się   ciemnopurpurowe,   a   oczy   —   wielkie   i   wyraziste   — 
patrzyły na wskroś siedzącego mężczyzny i widziały jedynie światła Racicot.

Przybili   w   końcu   do   drewnianego   pomostu   i   Nora   wyskoczyła   z   łodzi,   zanim   Bryant 

zdążył zacumować.

— Nie czekaj na mnie. Dzisiaj nie wrócę — rzuciła obojętnie.
Potem   owinęła   głowę   szalem   i   niemal   biegiem   ruszyła   wzdłuż   brzegu.   Nikogo   nie 

spotkała, bo w osadzie była to pora kolacji. W kuchni Shelleyów  rodzina zasiadła wokół 
stołu, kiedy nagle drzwi się otworzy ty i w progu stanęła zdyszana Nora. Patrzyli na nią jak na 
zjawę z innego świata. Nie wiedzieli nic o jej powrocie do Dalveigh.

— Toż to nasza dziewczyna! To Nora! — zawołał wreszcie stary Nathan, wstając z ławy.
— Mamo! — krzyknęła Nora. Przebiegła izbę i przytuliła twarz do matczynej piersi łkając 

spazmatycznie.

Kiedy nowina się rozeszła, ludzie z Racicot przybyli  tłumnie do Shelllleyów  zobaczyć 

Norę. Był  to radosny,  pełen ciepła wieczór, jak za dawnych  czasów. Mężczyźni  palili, a 
większość kobiet gawędząc robiła na drutach. Wszystkim się podobało, że Nora nie zadziera 
nosa. Stary Jonas Myers powiedział jej otwarcie, że nie zauważył, aby pobyt wśród bogaczy 
specjalnie ją zmienił.

— Jesteś taka sama jak przed rokiem — stwierdził. — Nie zrobili z ciebie wielkiej damy. 

Tutejsi ludzie spodziewali się, że staniesz się kimś niezwykłym.

Nora roześmiała się. Cieszyło ją, że nie dostrzegali zmian. Stary Nathan uśmiechnął się 

cierpko. Dziewczyna zmieniła się, choć sąsiedzi tego nie widzieli, lecz nie w sposób, który by 
go zaniepokoił. Córka niezupełnie od niego odeszła.

Nora usiadła przy matce i czuła się szczęśliwa. Ale czas płynął nieubłaganie, a ona ucichła 

i spoglądała na drzwi z jakimś żałosnym wyrazem w oczach. Stary Nathan dostrzegł to i 
pomyślał, że jest zmęczona. Dał ciekawskim sąsiadom do zrozumienia, aby się rozeszli. Gdy 
dom opustoszał, Nora wstała ociągając się i wyszła przed dom.

Wiatr się przyczaił. Na migoczącym światłami brzegu morza nastała głęboka cisza. Dla 

mieszkańców   Racicot   było   zbyt   późno   na   nocne   przesiadywanie   i   to   w   pełni   sezonu   na 
makrele. Księżyc wschodził, zatoka wyglądała jak bezkresna przestrzeń pokryta srebrnymi 
grzywami   fal.   Łagodne   światło   padło   na   wysoką   postać   mijającą   zakręt   obok   domu 
Shelleyów.   Nora   zauważyła   ją   i   poznała.   Zbiegła   z   piaszczystego   wzgórza,   wyciągając 
ramiona.

— Rob! Rob!
— Nora! — zawołał ochrypłym głosem i wyciągnął rękę. Ale ona rzuciła mu się na piersi i 

mocno przywarła do nich, śmiejąc się i płacząc zarazem.

background image

—   Och,   Rob!   Oczekiwałam   cię   przez   cały   wieczór.   Za   każdym   skrzypnięciem   drzwi 

mówiłam sobie: — Teraz to już na pewno Rob. A kiedy wchodził ktoś inny, serce we mnie 
zamierało. Nie śmiałam pytać o ciebie… bałam się usłyszeć, że może ty…  Dlaczego nie 
przyszedłeś?

—   Nie   wiedziałem,   czy   będę   mile   widziany   —   szepnął,   przytulając   ją   mocniej.   — 

Kręciłem się tutaj licząc, że uda mi się spojrzeć na ciebie ukradkiem. Myślałem, że nie chcesz 
się ze mną zobaczyć.

— Ja miałabym nie chcieć? Och, Rob, dziś wieczorem patrząc w stronę Racicot, myślałam 

przede wszystkim o tobie! Częściej niż o mamie!

Odsunęła się trochę i utkwiła w niego oczy, z których przezierało głębokie uczucie.
— Stałeś się wspaniałym mężczyzną. Jesteś taki przystojny, Rob! — zawołała. Kobieca 

powściągliwość   ustąpiła   pod   naporem   wzruszenia.   Przez   chwilę   znowu   była   dzieckiem, 
otwarcie wyrażającym swe myśli. — Żyłam przez ten rok jak w pięknym śnie. Bajecznym 
śnie,   lecz…   tylko   śnie.   A   teraz   się   obudziłam.   I   ty   jesteś   częścią   tego   przebudzenia… 
najlepszą cząstką. I pomyśleć, że dotychczas tego nie wiedziałam!

— Nie wiedziałaś… czego?
Miał ją tak blisko swego serca, ich oddechy mieszały się, lecz wciąż jeszcze nie śmiał jej 

pocałować.

— Że cię kocham — odszepnęła. — Och, Rob, jesteś dla mnie całym światem. Należę do 

ciebie i do morza. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie przepłynęłam dziś zatoki. 
Świadomość tego spadła na mnie jak gwałtowny przypływ. Wiem teraz, że nigdy stąd nie 
odejdę. Muszę słyszeć szum wiatru i morza. To nowe życie było dobre, nawet bardzo dobre, 
lecz nie dosięgło głębi mego serca. Kiedy cię ujrzałam, zrozumiałam natychmiast, co w nim 
przechowywałam dla ciebie.

* * *

Tej nocy Nora zasypiała obok swych sióstr w małym pokoiku z oknami wychodzącymi na 

zatokę. Młodsze dziewczęta spały mocno, ale Nora czuwała, przysłuchując się śmiechowi 
wiatru i wspominała spotkanie z Robem. Szczęście jej wydawało się pełne, a jedyną skazą na 
nim była obawa, co też powiedzą Cameronowie, gdy powie im o swym postanowieniu.

— Uznają mnie za lekkomyślną i niewdzięczną — westchnęła. — Nie wiedzą przecież, że 

nic na to nie poradzę, choćbym się bardzo starała. Nigdy tego nie zrozumieją.

Rzeczywiście   nie   zrozumieli.   Kiedy   Nora   powiedziała   im,   że   wraca   do   Racicot, 

początkowo śmiali się pobłażliwie, traktując jej decyzję jako kaprys stęsknionej za rodzicami 
dziewczyny. Później, gdy pojęli, że mówi poważnie, zasmucili się i rozgniewali. Były sceny 
pełne łez, próśb i wymówek.  Nora płakała  rozpaczliwie  w ramionach  pani Cameron,  ale 
uparcie rwała przy swoim. Nigdy do nich nie wróci, nigdy.

W końcu zwrócili się do Nathana Shelleya, ale on nie chciał popierać żadnej ze stron.
— Tego się nie da zmienić — oznajmił. — Wezwało ją morze, a ona posłuchała go i to 

wszystko. Przykro mi ze względu na nią. Norze byłoby lepiej, gdyby przecięła więzy łączące 
ją z domem i została z wami. Ale próba nie powiodła się. Rozumiem, co się dzieje w jej 
sercu. Ze mną było tak samo. Nie zamierzam ani jednym słowem zganić tej decyzji. Zostanie, 
czy pójdzie — wybór należy do niej. Jest tak samo wolna jak przed rokiem.

Pani   Cameron   raz   jeszcze   zaapelowała   do   uczuć   Nory.   Wreszcie   powiedziała,   że   jest 

niewdzięczna.

— Nie jestem — zaprzeczyła drżącymi ustami Nora. — Kocham was i doceniam to, co dla 

mnie zrobiliście, ale nie jestem stworzona do waszego życia. Myślałam, że będzie inaczej. 
Pragnęłam go i kochałam je… nawet jeszcze kocham. Ale coś bardzo silnie zatrzymuje mnie 

background image

tutaj.

— Noro, nie zdajesz sobie sprawy z tego, co robisz. Zatęskniłaś za rodziną i cieszysz się z 

powrotu.   Ale   gdy   wyjedziemy,   a   ty   zostaniesz   ze   wszystkimi   uciążliwościami   życia   w 
Racicot, wtedy zrozumiesz… Pobyt u nas odzwyczaił cię od trudów i ciężkiej pracy. Cóż ty tu 
będziesz robić? Stałaś się obca.

— Och nie! Wychodzę za mąż za Roba Fletchera! — oznajmiła z dumą Nora.
— Za Roba Fletchera? Ty, która mogłaś poślubić Clarka Bryanta?
Nora pokręciła głową. — To nie miało sensu. Kiedyś myślałam, że mogłabym, ale teraz 

wiem, że to niemożliwe. Ja kocham Roba, cioteczko.

Po tych słowach pani Cameron nie miała już nic do powiedzenia. Przestała namawiać Norę 

i odeszła zrozpaczona.

Nora długo płakała, ale wieczorem, gdy spacerowała z Robem nad brzegiem morza, w jej 

oczach   nie   było   łez.   Wiatr   świszczał,   a   na   wielkim   sklepieniu   nieba   rozbłysły   tysiącami 
gwiazdy.   Śmiechy   i   śpiewy   mieszkańców   wioski   pozostały   daleko   za   nimi   i   czuli   tylko 
nieodparty zew morza. Ned dostrzegł światła posiadłości w Dalveigh i spojrzał na Norę.

— Czy sądzisz, że nie będziesz żałowała swej decyzji, moja dziewczynko? — zapytał.
— Nigdy, Rob. To był piękny strój na czas wakacji i z przyjemnością go nosiłam. Ale 

teraz włożyłam robocze ubranie. Ledwie tydzień minął od opuszczenia Dalveigh, a dla mnie 
to już odległa przeszłość. Posłuchajmy wiatru, Rob. On śpiewa o dobrych dniach, które nas 
czekają.

Rob pochylił się i pocałował ją.
— Moja własna, kochana dziewczynka — szepnął czule.

background image

W

YPRAWA

 

W

 

PRZESZŁOŚĆ

Susette nie była jeszcze oficjalnie zaręczona z Harveyem Brooksem, ale wiedziała, że to 

nastąpi, kiedy wróci do domu z wizyty w Glenellyn. Kiedy Harvey zdecydował się zaprosić ją 
do Glenellyn, by poznała jego matkę i ciotkę Clarę, a także cioteczną babkę Ruth i kilkoro 
innych krewnych, to mogło oznaczać tylko jedno: nareszcie postanowił się ożenić. Harveyowi 
nie przyszłaby do głowy myśl, że jeszcze ktoś powinien wyrazić na to zgodę.

Ale to nie miało znaczenia. Susette dawno zdecydowała, że powie „tak”, gdy on zapyta 

„czy chcesz?”. No bo co innego mogła zrobić nie znana nikomu zastępczyni redaktora małej 
prowincjonalnej gazety, kiedy Harvey Brooks zniżył się do niej? Przyjąć Harveya oznaczało 
przyjąć bogactwo, pozycję społeczną, piękny dom i… i… samego Harveya.

Susette   skrzywiła   się,   niecierpliwie   nakładając   elegancki   zielony   kapelusz   na 

kasztanowozłociste włosy.

— Jesteś najmniej rozumnym stworzeniem, jakie znam — mruknęła do siebie. — Harvey, 

to świetna partia. Jest bogaty i pochodzi z dobrej  rodziny.  Nie możesz  mu  nic zarzucić. 
Przystojny, dobrze urodzony, prawdziwy szczęściarz. Czego chcesz jeszcze, Susette King? 
Ty, która do dwunastego roku życia biegałaś boso na farmie w Glen St. Mary, a teraz, mając 
lat   dwadzieścia   osiem,   próbujesz   wmówić   sobie   i   swemu   otoczeniu,   że   zrobiłaś   karierę? 
Powinnaś umierać z radości na myśl, że Harvey Brooks, ten Harvey Brooks, co zbyt był 
zajęty robieniem pieniędzy na czarnych lisach, aby mieć czas na miłość, choć spodziewano 
się, że poszuka sobie hrabiny, gdyby ten czas znalazł — stracił dla ciebie głowę — ku zgrozie 
całej rodziny.

A   mimo   wszystko   bardzo   lubiła   Harveya.   Kochała   zaś   to,   co   mógł   jej   ofiarować   i 

postanowiła go poślubić. Nie miała żadnych wątpliwości, gdy tego popołudnia jechała swym 
małym samochodem do Glenellyn. Odczuwała tylko lekkie zdenerwowanie. Życie wystawiło 
Susette   na   ciężką   Próbę.   Wkrótce   czeka   ją   spotkanie   ze   znaną   z   bardzo   wygórowanego 
Mniemania o sobie rodziną Harveya, która na pewno surowo ją oceni. W tej chwili zobaczyła 
Glenellyn i znienawidziła je od pierwszego wejrzenia.

Pani Brooks przyjęła Susette łaskawie, a ciotka Clara pocałowała ją. Tego Susette się nie 

spodziewała. Jakoś zbyt szybko i zbyt nieodwołalnie została włączona do rodziny. Reszta 
gości, prawie wszyscy krewni Harveya, uprzejmie ściskali jej rękę. Pomimo pocałunku ciotki 
Clary czuła, że niezupełnie ją aprobują.

Ciotka Clara miała reputację osoby, wyrażającej najbardziej przykre rzeczy w niezwykle 

słodki sposób. Zapytała, czy nie jest zmęczona po dniu ciężkiej pracy w biurowym zaduchu.

— Zaraz, zaraz… ty pracujesz w „The Enterprise”? To zdaje się konserwatywna gazeta?
— Raczej niezależna — odparła Susette, a jej zielone oczy zalśniły złośliwie.
Pani Brooks westchnęłaby,  gdyby kiedykolwiek zdobyła się na coś tak banalnego. Nie 

darzyła zaufaniem zielonookich kobiet. Pani Gilbertowa Blythe miała zielone oczy i dlatego 
nigdy jej nie polubiła.

— Harveyu — powiedziała Susette następnego dnia podczas lunchu. — Zamierzam dziś 

po południu pójść na wagary. Biorę samochód i udaję się na spotkanie z przeszłością. Innymi 
słowy, jadę zobaczyć starą farmę w Glen St. Mary, gdzie przebywałam jako dziecko.

— Pojadę z tobą — zaproponował Harvey.
— Nie — Susette potrząsnęła przecząco głową. — Chcę pojechać sama. Czasem miło 

wspomnieć dawne czasy, ale ciebie by to znudziło.

Harvey trochę się krzywił. Nie rozumiał tego kaprysu, a kiedy czegoś nie rozumiał, z 

reguły potępiał. Lecz śliczna bródka wojowniczo wysunęła się do przodu, co go ostrzegło, że 
lepiej się nie sprzeciwiać.

Wyjeżdżając za bramę Glenellyn, Susette odetchnęła z ulgą. Przed nią ciągnęła się piękna 

background image

droga. Na szczęście, nie taka zwykła, prosta, uregulowana szosa. Proste drogi, dla Susette, 
która lubiła zakręty, wzniesienia i dołki, były przedmiotem odrazy.

Zastanawiała się, co też się stało z gromadką bliższych i dalszych kuzynów, z którymi 

bawiła się na farmie. A także z dziećmi państwa Blythe’ów, przebywającymi  tam całymi 
dniami.   Straciła   ich   z   oczu,   zapomniała   o   wszystkich   z   wyjątkiem   Letty,   najlepszej 
przyjaciółki i Jacka Halla, tak sztywnego i surowego, że przezywano go Ding–dong. No i 
Dicka.   Nigdy   nie   zdoła   zapomnieć   Dicka   —   brutala,   pyszałka   i   skarżypyty.   Jakże   go 
nienawidziła!   Wszyscy   go   nienawidzili.   Przypomniała   sobie,   że   zawsze   bił   się   z   Jemem 
Blythe.

—   Co   za   prosię!   —   wspominała   Susette.   —   Gdyby   był   brzydki,   prędzej   bym   mu 

wybaczyła. Ale taki ładny dzieciak! Miał piękne oczy. Duże, szare, diabelskie oczy. Ciekawe, 
co się z nim stało? Na pewno jest żonaty. Musiał sobie prędko wziąć żonę, aby mieć kogo 
tyranizować. Och, chętnie bym się spotkała z Dickiem i spoliczkowała go, tak jak to zrobiłam 
kiedyś.

Gęste chmury pojawiły się w chwili, gdy Susette nareszcie skręciła na drogę do farmy w 

Glen St. Mary. Serce jej zabiło mocniej na widok tych samych drewnianych słupków. Stary 
dom   stał   również,   nie   zmieniony.   Trawnik,   sad,   lśnienie   sadzawki   pomiędzy   starymi 
świerkami…   Wszystko   takie   schludne,  starannie   utrzymane.   Widocznie   dalej   mieszkał  tu 
Roddy lub ktoś inny. Ale nie zauważyła nikogo. Nadciągała za to burza i jeśli nie będzie 
mogła wejść do domu, to powinna jak niepyszna zawracać do Glenellyn.

Rozczarowana,   już   miała   odjechać,   kiedy   zza   narożnika   domu   wyszedł   jakiś   młody 

człowiek i zatrzymał się, spoglądając na nią uważnie.

— Och, Dick, Dick — powiedziała.
Pobiegła do niego z wyciągniętymi ramionami. Teraz z radością witała nawet Dicka. Choć 

go nie cierpiała, był przecież nadal cząstką jej dawnego życia.

Dick wziął ją za ręce i przyciągnął do siebie. Zajrzał z powagą w zielone oczy, a wtedy 

Susette  przeniknął   dziwny,  niepojęty  dreszcz.  Takiego  wzruszenia  nie   zaznała  nigdy  pod 
spojrzeniem Harveya.

Ty pewnie jesteś Susette, Susette King — powiedział Dick z namysłem. — Nikt inny nie 

mógłby mieć takich oczu. One zawsze przypominały mi panią doktorową Blythe.

— Tak, jestem Susette. Przebywam w Glenellyn. Wiesz, to letni dom Brooksów,
— Tak, wiem. Wszyscy znają Glenellyn. — Całkiem zapomniał, że trzyma jej dłonie w 

swoich.

— I kiedy dowiedziałam się, że to jest tak blisko, po prostu musiałam przyjechać. Tak, 

jakbym spodziewała się zastać tu całą naszą paczkę 1 może kogoś z Blythe’ów. Ale nikogo 
nie ma w domu. Kto tu teraz mieszka? I skąd się wziąłeś, Dick?

Susette mówiła bez przerwy, ponieważ nie mogła pojąć, co się z nią dzieje i nie pragnęła 

tego zrozumieć. Pamiętała jednak, że tak jak wszyscy nienawidziła Dicka, więc gwałtownie 
wyrwała ręce z uścisku.

— Mieszka tu Roddy z żoną. Zatrzymałem się u nich na kilka dni przed odlotem do Peru. 

Jestem   skromnym   inżynierem,   jak   widzisz.   Jutro   wyjeżdżam.   Niewiele   brakowało,   abym 
wyjechał dziś rano. Jacyś bogowie nade mną czuwali, skoro tego nie zrobiłem.

Coś przemknęło przez pamięć Susette. Ten Dick pocałował ją kiedyś nieoczekiwanie, a 

ona go za to uderzyła w twarz. Nie mogła pojąć, dlaczego na to wspomnienie rumieniec oblał 
jej policzki. I dlaczego przestało to być irytujące? Kiedy Jem Blythe chciał jej dokuczyć, 
drażnił ją, przypominając tamten incydent.

—   Ja   też   powinnam   być   im   wdzięczna   —   powiedziała   ze   śmiechem.   —   Skoro   tu 

mieszkasz,   to   pewnie   wpuścisz   mnie   do   środka,   kiedy   zacznie   padać.   Bardzo   chciałam 
obejrzeć ten stary dom, ale bałam się zostać dłużej, ze względu na zbliżającą się ulewę.

— Twój śmiech, Susette, wcale się nie zmienił — zauważył Dick. — Nikt się tak nie śmiał 

background image

w całej paczce, może tylko Nan Blythe. I twoje oczy… właściwie to jakiego one są koloru? 
Nigdy nie mogłem tego stwierdzić. Oczywiście, trudno jest fotografować szarozielone światło 
gwiazd.

— Kogo ty nienawidziłaś? — myślała Susette. Nikt z jej znajomych nigdy nie wygłaszał 

takich   ślicznych   przemówień.   Nagle   wydało   jej   się,   że   najważniejsze   jest   to,   aby   Dick 
dowiedział się, jak bardzo go kiedyś nienawidziła.

— Pamiętasz,  jak się kłóciliśmy?  Jak ja ciebie nie znosiłam! Jak my wszyscy cię nie 

znosiliśmy!

— Rzeczywiście, nie zgadzaliśmy się będąc dziećmi — przyznał Dick. — Ale… bądź 

teraz sprawiedliwa, Susette. Czy tylko ja byłem winien?

— Byłeś! — zawołała z pasją Susette. Ze znacznie większą pasją niż wypadało. Zwłaszcza 

po tylu  latach.  — Zawsze robiłeś  najbardziej  złośliwe  i paskudne rzeczy.  Pamiętasz,  jak 
wepchnąłeś mnie w kępę pokrzyw i zniszczyłeś mi szyfonową sukienkę, i zawsze zwracałeś 
uwagę na moje piegi, i spaliłeś mi lalkę, i powtykałeś w sierść biednego Bruna osty i… i…

—   Pocałowałem   cię   —   dokończył   Dick   z  filuternym   uśmiechem.   —   Ale   na  to   samo 

odważył się raz Jem Blythe i jemu nie zrobiłaś specjalnej sceny.

— A pamiętasz, jak ci dałam pięścią w nos? — krzyknęła Susette z zapałem, ignorując 

zupełnie wzmiankę o Jemie Blythe, któremu dostał się tylko łagodny klaps. — Jak długo 
leciała ci krew z nosa?

—   Jasne,   byłem   wtedy   małą   bestyjką,   ale   to   tak   dawno   temu.   Zapomnij   przez   to 

popołudnie, że mnie nienawidzisz. — Choć mówiąc szczerze wolę, żebyś mnie nienawidziła, 
niż   żebyś   o   mnie   nie   myślała.   Chodźmy,   powędrujemy   sobie   po   wszystkich   starych 
miejscach. Nie musisz udawać, że mnie lubisz.

— Właściwie, to już powinnam wracać — westchnęła Susette. Zbiera się na deszcz i 

Harvey będzie niespokojny.

— Kto to jest Harvey?
— Mężczyzna, za którego wyjdę za mąż — odparła Susette, dziwiąc się, dlaczego tak jej 

zależy, aby Dick o tym wiedział.

Dick   zamyślił   się.   —   Och,   oczywiście,   ten   wielki   człowiek   od   lisów.   Ale   nie   nosisz 

żadnego pierścionka — zauważyłbym od razu.

—   To…   to   nie   jest   jeszcze   ostatecznie   ustalone   —   wyjąkała   Susette.   —   Ale   dziś 

wieczorem będzie. On oświadczy mi się dzisiaj wieczorem. To właśnie dlatego uciekłam. 
Myślę…

—   Naturalnie,   słyszałem   o   wielkim   człowieku.   Wszyscy   słyszeli   —   powiedział   Dick 

powoli. — Cóż, miał lepszy start ode mnie, ale sprytny robotnik może dokonać cudów w 
jedno popołudnie, jak to mawiał Jem Blythe.

— Nie pleć głupstw — rzuciła krótko Susette. — Chodźmy poszperać. Chcę zobaczyć jak 

najwięcej,   zanim   zacznie   padać.   Cieszę   się,   że   farma   tak   niewiele   się   zmieniła.   Nawet 
pomalowane wapnem kamienie wokół rabatek z kwiatami są te same. Pamiętasz jak Susan 
Baker w Złotym Brzegu nastawała, żeby rabatki okładać białymi kamieniami i jak się z niej z 
tego powodu śmieliśmy?

— Susette, nie ma dwóch zdań co do tego, że jesteś najbardziej niezwykłą osobą, jaką 

kiedykolwiek znałem — powiedział Dick.

— Czy mówisz to każdej dziewczynie na początku znajomości? z, że jestem zaprzysięgłą 

starą panną.

— U mnie co w myśli, to na języku. Postanowiłem zawsze mówić szczerą prawdę. Rilla 

Blythe twierdziła, że jej się to udaje. Nie masz Jednak pojęcia, jak to komplikuje życie, ale z 
drugiej strony… nie wypowiedziane myśli starzeją się.

— Tak sądzę. — Susette zastanowiła się, do czego by doszło, gdyby mówiła prosto z 

mostu, co o nim myśli, na przykład Harveyowi.

background image

— A poza tym,  poznałem cię przecież  wiele lat temu. Jesteśmy kuzynami,  prawda? I 

starymi   przy…   wrogami.   Dlaczego   nie   miałbym   ci   powiedzieć,   że   jesteś   niezwykła   i 
piękna… i pełna uroku. Czy wiesz, że masz włosy o barwie sosen oświetlonych zachodzącym 
słońcem i oczy jak ta sadzawka… tam w dole. I skórę jak płatek róży?

— A pamiętasz, jak kiedyś wyliczałeś niedostatki mojej urody w obecności całej naszej 

paczki? — zapytała Susette. — Powiedziałeś, że włosy mam jak kopa siana, kocie oczy i do 
tego   milion   piegów.   Jem   Blythe   dał   ci   porządnie   w   szczękę   za   to   gadanie   —   dodała   z 
uczuciem niewysłowionej wdzięczności dla Jema Blythe’a.

— O rany, znowu zaczynasz! — jęknął Dick. — Zostaw wreszcie przeszłość w spokoju!
—   Dlaczego   to   robię?   —   zastanowiła   się   Susette.   Dlaczego   coś   mnie   skłania   do 

wyciągania tych spraw na światło dzienne? Nie mogę zapomnieć, jaki wstrętny dawniej był 
Dick. Przecież człowiek nie może tak zmienić skóry! To się nie zdarza. On tylko ukrywa 
prawdziwą naturę, a pomaga mu w tym niewątpliwie niebanalna uroda i wielki urok osobisty. 
— Natychmiast muszę ruszać do Glenellyn, zanim… zanim zacznie padać — odezwała się 
nagle.

— Nie możesz — odparł Dick. — Już słychać pierwsze grzmoty. Bądź rozsądna i wejdź 

do domu, gdzie przeczekamy burzę. A potem zakończymy naszą wędrówkę w przeszłość.

— Jest piąta godzina — zaprotestowała. — Jeśli nie wyjadę natychmiast, spóźnię się na 

kolację.

— Zrobię coś na poczekaniu. Nan Blythe nauczyła mnie gotować.
— Nie wierzę! Nan cię nie znosiła — zawołała Susette.
— Dick uśmiechnął się. — Nan i ja byliśmy lepszymi przyjaciółmi, niż się wydawało, 

choć kłóciliśmy się w obecności innych. Ale tak, czy siak, nie ma mowy o wyjeździe do 
Glenellyn przed burzą. Kiedyś był z ciebie nieustraszony czort, lecz są rzeczy, na które ci 
nigdy nie pozwolę. Wiesz dobrze, jakie są nasze drogi w czasie deszczu.

Susette poddała się. Wiedziała, że nie zdoła przejechać tej krętej nierównej drogi podczas 

ulewy.  Będzie  to trudne  nawet  wtedy,  gdy przestanie  padać.  Poza tym,  chciała  choć  raz 
nastraszyć Harveya. Taki ostatni akt protestu. No i… czuła w głębi serca, że nie dość jeszcze 
przekonała Dicka o swojej nienawiści. A dopóki tego nie zrobi, nie może opuścić farmy.

Weszli do domu. Zmienił się. Nowe meble, firanki, dywany. Świeża farba. Ale układ pokoi 

został nie zmieniony. Kiedy je oglądała, Dick coś szykował w kuchni. W końcu wróciła do 
bawialni. Za czasów jej dzieciństwa był to salon. Po szybach ściekały strugi wody. Nad głową 
przetaczały się grzmoty. Lubiła gwałtowne burze. Ciekawe, czy Harvey wyrzuca sobie, że 
puścił ją samą. Nie oczekiwała natomiast najmniejszych oznak żalu u ciotki Clary.

Dick wszedł z tacą, na której stały: dzbanek z herbatą, talerz pełen grzanek i słoik dżemu. 

Z kredensu wyjął serwis ciotki Marian, ten z różyczkami, i mały brązowy dzbanuszek.

— Pamiętasz, jak Di Blythe dała mi go za ten zbity przez siebie?
Cóż za niezwykła zdolność zapamiętywania wszystkiego, co wiązało się z dziewczętami 

Blythe’ów! Ale Susette natychmiast odsunęła tę myśl.

— Och — westchnęła. — Te grzanki są boskie!
— Miałem dobrą nauczycielkę. Nie zapominaj o tym — roześmiał się Dick. — Usiądź 

przy   stole   i   przełam   się   ze   mną   chlebem.   Pochwal   mnie   też   za   herbatę.   Jestem   w   tych 
sprawach ekspertem.

—   Przypuszczam,   że   i   tego   nauczyła   cię   Nan   Blythe   —   nie   mogła   się   powstrzymać 

Susette.

— Dała mi parę wskazówek, ale mam do tego wrodzony dar.
— Chwalipięta, jak zwykle — rzuciła, ale posłusznie usiadła naprzeciwko niego. Herbata 

rzeczywiście była dobra. Tak samo grzanki. Co do dżemu zaś, to wyraźnie zrobiony został 
według słynnego przepisu Susan Baker. Przepis ten znany był w całej okolicy Glen St. Mary.

— Dzban herbaty, okruch chleba i ty! — odezwał się zuchwale Dick. Susette przemilczała 

background image

tę uwagę. Lecz dlaczego siedzenie w prawie ciemnym pokoju z Dickiem, picie herbaty i 
zajadanie grzanek sprawiało jej taką przyjemność?

— Powinnam zadzwonić do Glenellyn — powiedziała bez przekonania.
— Nie możesz. Linia nie działa podczas burzy. Gdybym to ja był Harveyem Brooksem, 

już bym cię szukał po okolicy. Susette, czy ktoś ci mówił, że twoje spojrzenie zmąciło mu 
umysł? Działa nawet mocniej niż „śmiech Rilli Blythe.

— A pamiętasz — zapytała z namysłem Susette — jak kiedyś, gdy mięliśmy się bawić w 

Robinsona Cruzoe, nie pozwoliłeś mi być Piętaszkiem? Bo byłam dziewczynką?

—   I   miałem   rację!   Jak   mógł   Cruzoe   mieć   takiego   rozpraszającego   uwagę   Piętaszka? 

Dowiodłem tylko wielkiego rozsądku. Blythe’owie nawet zgodzili się ze mną.

— Jeśli on jeszcze raz wspomni Blythe’ów, to rzucę w niego tym dzbankiem — pomyślała 

Susette.

Znacznie później, mogło to być po upływie godzin, miesięcy lub lat — Susette zdała sobie 

sprawę, że choć grzmoty ucichły, to deszcz nadal leje ze spokojną wytrwałością, jakby nie 
miał   zamiaru   przestać   przez   najbliższych   kilka   dni.   Spojrzała   na   zegarek   i   krzyknęła   ze 
zgrozą.

— Wpół do siódmej! Za godzinę w Glenellyn  podadzą kolację. Nie ma  mowy,  abym 

zdążyła!

—   Tak   sądzę   —   zgodził   się   Dick.   —   Bądź   rozsądna,   Susette.   Droga   stała   się 

nieprzejezdna, nawet dla twego samochodu. Nie możesz dzisiaj wrócić.

— Bzdury! Nie zostanę tu. Muszę zatelefonować. Harvey przyjedzie po mnie…
— Spróbuj więc zatelefonować.
Susette spróbowała. Nie było sygnału. Stała dobrą chwilę przed aparatem, zastanawiając 

się, dlaczego się tym nie przejmuje.

— Nie wiem, co mam począć — powiedziała zakłopotana. — Zdaję sobie sprawę, że 

szaleństwem jest wyruszać przy tej pogodzie, ale muszę być jutro rano w redakcji i… i…

— A co z oświadczynami Harveya? — uśmiechnął się Dick. — Nid martw się Susette, ja 

ci się oświadczę  jutro rano. Będę niezręczny,  ale postaram się powiedzieć  wszystko,  jak 
należy. Raz o mało nie oświadczyłem się Nan Blythe, lecz oczywiście ona i Ken Ford…

Susette usiadła dławiąc się wściekłością, bo nic innego nie mogła zrobić. Dick zapalił 

świece   stojące   na   gzymsie   kominka   i   napomknął,   że   państwo   Blythe’owie   podarowali 
świeczniki Roddy’emu i jego żonie w prezencie ślubnym. Wreszcie usiadł, skrzyżowawszy 
przed   sobą   długie   nogi.   Nie   darzył   Susette   komplementami   ani   nie   kpił   z   Harveya.   Nie 
wspominał   też   Blythe’ów.   Przez   cały   wieczór   opowiadał   o   lotnictwie.   Susette   słuchała 
oczarowana. Niemal zapomniała — dopóki nie znalazła się w pachnącej lawendą pościeli — 
że nienawidzi Dicka.

Przypominała   sobie   z   desperacją,   jak   on   poniewierał   innymi   chłopcami,   jak   wykręcił 

Jackowi rękę żądając przeprosin, jak oskarżył Jacka o zjedzenie ciasta i wreszcie… co zrobił 
z kociakiem…

Te wspomnienia były nieznośne. Susette wcisnęła twarz w poduszkę i jęknęła. Pewną 

pociechę stanowił fakt, że Jem Blythe nieźle odpłacił temu wstrętnemu chłopakowi, ale nadal 
czuła się okropnie. Zawsze go nienawidziła! Wstanie rano i wymknie się tak, by się z nim nie 
spotkać.

Nagle Susette usiadła na łóżku i w ciemności pogroziła pięścią. Właśnie odżyło  w jej 

pamięci uczucie, którego doznała, gdy Dick dotknął jej ręki, podając filiżankę z herbatą.

— Nie zakocham się w nim! Nie zakocham!
Ogarnęło ją przerażenie. Co ona mówi! Nawet te słowa budzą grozę. Nie pozostaje nic 

innego, jak ucieczka do świata rozsądku i bezpieczeństwa, słowem… do Harveya.

background image

* * *

Kiedy Susette otworzyła oczy, wiedziała coś, o czym nie miała pojęcia, kładąc się spać. A 

może tylko bała się tej wiedzy?

Cicho wstała z łóżka i na palcach podeszła do okna. Słońce się jeszcze nie pokazało, lecz 

całe   niebo   na   wschodzie   poróżowiało   i   płynęły   po   nim   obramowane   złotem   chmury. 
Srebrnozieloną sadzawkę pokrywały delikatne zmarszczki, a wszystko w dali przesłaniała 
jasnobłękitna mgiełka. Susette wiedziała, że musi natychmiast wyruszyć, jeśli nie chce być 
kobietą zgubioną.

Ubrała się szybko i bezszelestnie. Cichutko zeszła po schodach, otworzyła frontowe drzwi 

i stanęła przed domem. Rozejrzała się dokoła i dech jej zaparło z zachwytu. Słońce już wstało 
i nowy, piękny dzień z czysto wymytym obliczem mrugał do niej niewinnymi, dziecięcymi 
oczami. Zapomniała zupełnie, jak wygląda ta farma o świcie. A jeszcze nie zobaczyła wielu 
drogich sercu miejsc. Musi znaleźć kilka minut na to, by chociaż zerknąć na sadzawkę. Dick 
na pewno nie wstanie wcześniej niż za godzinę.

Najpierw przebiegnie ukradkiem przez ten złoty świat. Później starą ścieżką zejdzie do 

sadzawki, a towarzyszyć jej będzie tylko wiatr. Trawy otulą jej stopy chłodną zielenią, a woda 
zaśpiewa jeszcze jeden raz, nim wróci do Harveya.

Zbliżała  się do celu, gdy nagle poczuła  rozkoszny zapach. Zanim go zidentyfikowała, 

minęła grupę drzew i zobaczyła Dicka przykucniętego Przy ognisku i smażącego bekon. Na 
pieńku   stał   dzbanek   z   kawą,   a   obok,   na   ziemi   był   rozłożony   obrus.   Na   nim   zaś…   to 
niesłychane!   Poziomki!   Poziomki   na   wielkim   liściu   łopianu.   Kiedy   ostatni   raz   jadła 
jakiekolwiek poziomki? Nie mówiąc o tych, które rosły na farmie. Jak we śnie przypomniała 
sobie, że Jem Blythe zawsze twierdził, iż zna takie miejsca, gdzie rosną poziomki większe i 
słodsze niż gdzie indziej.

Dick pomachał widelcem z nadzianym kawałkiem bekonu.
— Dzielna dziewczynka! Właśnie miałem cię zawołać. Musimy wcześnie wyjechać, aby 

zdążyć na czas do miasta. Poza tym, nie chciałem stracić okazji do skąpania duszy w brzasku, 
jak mówiła Nan Blythe. Spójrz, co mam dla ciebie. Znalazłem to tajemnicze miejsce Jema, 
tam dalej na łące. Co za szczęście! Ale ta farma zawsze uważana była za miejsce szczęśliwe. 
A tu bukiecik czerwonych orlików, które tak bardzo lubiłaś! Usiądź sobie wygodnie na tym 
kamieniu.

Susette posłuchała go. Czuła się trochę oszołomiona. Dick nalał jej kawy, poczęstował 

bekonem   i  poziomkami.   Żadne   z  nich  wiele  nie   mówiło.   Woda  w   sadzawce  mieniła  się 
złotozielonymi   i   ciemnymi   plamkami.   Od   strony   Glen   St.   Mary   na   niebie   piętrzyły   się 
wielkie, białe góry chmur otoczonych bursztynowymi dolinami. Wkrótce, pomyślała, Dick 
będzie tędy przelatywał. — Dam pensa za twoje myśli — odezwała się nagle.

— Zastanawiam się, co się stanie, jeśli powiem do ciebie „kochanie” — odparł z powagą.
— Muszę stąd wyjechać!  — zawołała.  — Wyjeżdżam!  Nie będziemy  tu  siedzieć  bez 

końca.

— A dlaczego nie? — zapytał Dick.
— Na głupie pytania nie ma odpowiedzi — rzuciła Susette wstając.
Dick wstał również.
— Ja jednak na nie odpowiem. Nie możemy tu siedzieć bez końca, choćby to było nie 

wiem   jak   miłe,   bo   ja   pojutrze   odpływam.   Nie   mamy   zbyt   dużo   czasu   na   dotarcie   do 
Montrealu, uzyskanie specjalnego pozwolenia na ślub no i… pobranie się.

— Chyba zwariowałeś — powiedziała Susette.
— A pamiętasz ulubiony cytat Waltera Blythe’a?: „Biedna to rodzina, co nie może sobie 

pozwolić na jednego szaleńca”! Nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem poezji, ale czy ktoś 

background image

nie napisał czegoś takiego? Jestem pewien, że słyszałem, jak Walter to cytował:

„Jest przyjemność w szaleństwie, której nie zna nikt poza szaleńcem”.
— Nigdy Blythe’owie nie byli mi tak bliscy jak tobie — zauważyła chłodno Susette.
— Wielka szkoda. Stanowili wspaniałą rodzinę.
— Idę teraz na chwilę do domu, potem zabieram samochód i wracam do Glenellyn — 

oświadczyła stanowczo Susette.

— Wiem, że zamierzałaś tak postąpić, lecz zmiana planów nie zajmie ci wiele czasu.
Susette rozejrzała się wokół bezradnie i nieoczekiwanie spotkała wzrok Dicka. W tej samej 

chwili znalazła się w jego ramionach, on zaś wycisnął na jej ustach długi, szalony, zapierający 
dech pocałunek.

— Nie wiedziałaś, że patrząc na mężczyznę w taki sposób, wprost dopraszasz się całusa? 

Jesteś moja, Susette. Ten pocałunek nas połączył. Nie możesz należeć już do nikogo innego.

Susette   stała   bez   ruchu.   Zrozumiała,   że   jest   to   jeden   z   tych   rzadkich   i   wspaniałych 

momentów życia i zrozumiała również, że nigdy nie poślubi Harveya.

— Za dziesięć minut będziemy w drodze do Charlottetown — oznajmił Dick. Tyle czasu 

zajmie nam odniesienie patelni i zamknięcie twego samochodu w stodole Roddy’ego. Niech 
sobie czeka, aż wrócimy z Peru za trzy lata.

Susette weszła do pokoju i wyjęła  zegarek spod poduszki. — Jestem zaczarowana  — 

myślała — dosłownie zaczarowana. Inaczej nie można tego wyjaśnić. Przypomniała sobie, 
jak śmiano się z doktora Blythe’a, kiedy twierdził, że coś takiego może się zdarzyć. A teraz to 
ją spotkało. Gdyby tylko mogła zapomnieć tego kociaka! Przecież tylu chłopców postępowało 
w dzieciństwie okrutnie…

Wróciła nad sadzawkę. Przez jakiś czas rozglądała się w poszukiwaniu Dicka i nagle go 

zobaczyła. Stał na uboczu, w cieniu wielkiego świerka, odwrócony do niej plecami. Na jego 
ramieniu siedziała wiewiórka, a on karmił ją i słuchał, co mu opowiada.

Susette   skamieniała.   Teraz   utwierdziła   się   w   swoich   podejrzeniach.   I   gdyby   Dick   nie 

odwrócił się, na pewno by uciekła. Wiewiórka wskoczyła na drzewo, a Dick podszedł do niej.

—   Widziałaś   to   stworzonko?   Pamiętasz,   jak   Jem   Blythe   kochał   wiewiórki?   Mnie   też 

lubiły…

— Ty nie jesteś Dick — powiedziała Susette głucho i spojrzała mu prosto w oczy.
Młody człowiek zatrzymał się.
—   Nie   —   odparł   szczerze.   —   Nie   jestem.   Właśnie   zastanawiałem   się,   kiedy   ci   to 

powiedzieć. Jak to odkryłaś?

Gdy zobaczyłam wiewiórkę na twoim ramieniu. Zwierzęta zawsze uciekały od Dicka. Był 

dla nich okrutny.  Ludzie nie zmieniają się do te stopnia. Żadna wiewiórka nie usiadłaby 
nawet   w   jego   pobliżu.   Dlatego   Jem   Blythe   tak   go   nienawidził.   A   mogę   zapytać,   kim 
naprawdę jesteś?

— Skoro obiecałaś mnie poślubić, zyskałaś prawo do tej informacji — rzekł z powagą. — 

Jestem Jerry Thornton, kuzyn Dicka przez ciotkę Marian i nie spokrewniony z tobą. Bardzo 
się przyjaźniliśmy z Jemem Blythe. Mieszkałem z rodzicami w Charlottetown, ale jedno lato 
spędziłem tutaj. Nie spotkaliśmy się wtedy, lecz dużo się nasłuchałem o tobie, zwłaszcza od 
Jema, który miał do ciebie słabość, dopóki nie zainteresował się Faith Meredith.

Przypomnij sobie, że to ty pierwsza nazwałaś mnie Dickiem. Bałem się, że jeśli powiem 

prawdę, nie zechcesz zostać i nie zdążysz się we mnie zakochać. Sądziłem, że większe szanse 
mam   jako   Dick,   nawet   jeśli   żywiłaś   do   niego   głęboką   urazę.   Byliśmy   bardzo   do   siebie 
podobni.   Nasze   babki   były   siostrami,   ale   zapewniam   cię,   że   podobieństwo   jest   tylko 
zewnętrzne. Poza tym… Dick dawno się ożenił, jak większość chłopców z naszej paczki.

— Już on się o to postarał — powiedziała Susette.
Jerry   spojrzał   na   nią   z   niepokojem.   —   Czy   zamiana   Dicka   na   Jerry’go   bardzo   cię 

rozczarowała?

background image

—   Nie   sądzę   —   odparła   Susette.   —   Ale   mam   dwa   pytania.   Po   pierwsze   —   skąd 

wiedziałeś, że Dick mnie kiedyś pocałował?

— A jaki chłopak nie zrobiłby tego mając okazję? — zaśmiał się Jerry.
— Po drugie — skąd wiedziałeś, że lubię dzikie orliki?
— Przecież wszyscy je uwielbiają! — wykrzyknął Jerry.

background image

W

YBÓR

 P

ATRICKA

Pogrzeb   stryja   Stephena   Brewstera   już   się   odbył,   a   przynajmniej   „domowa”   część 

ceremonii. Wszyscy albo poszli na cmentarz, albo rozeszli się do domów. Oprócz Patricka, 
który tak bardzo pragnął, żeby mówiono do niego Pat, lecz nikt tego nie robił z wyjątkiem 
Waltera Blythe’a z Glen St. Mary. A Waltera widywał rzadko, bo stryj Stephen nie lubił 
Blythe’ów.   Mówił,   że   nie   cierpi   wykształconych   kobiet,   gdyż   nauka   odciąga   je   od 
właściwych obowiązków. Tak więc tylko chłopcy Brewsterów mieli okazję mówić Pat, ale 
oni najczęściej wołali Patty i zaśmiewali się, gdy okazywał z tego powodu niezadowolenie.

Patrick cieszył się, że nie zabrano go na cmentarz. Cmentarze zawsze wzbudzały w nim 

lęk,   choć   nie   umiałby   podać   przyczyny.   Na   cmentarzu   spoczywali   jego   rodzice;   ojciec, 
którego w ogóle nie pamiętał i matka, którą pamiętał bardzo słabo.

Nieoczekiwanie   poczuł,   że   przygniata   go   pustka   i   samotność   tego   wielkiego   domu. 

Samotność jest zawsze i dla każdego okropna. A zwłaszcza dla kogoś, kto ma dopiero osiem 
lat i nikt go nie lubi. Lubił go tylko Walter Blythe. Podczas kilku spotkań wytworzyła się 
między   nimi   jakaś   niezwykła   zażyłość.   Walter   był   taki   jak   on:   spokojny,   marzycielski, 
wrażliwy i nie wstydził się przyznać, że boi się niektórych rzeczy.

Patrick bał się właściwie wszystkiego. Może z tego powodu stryj Stephen nigdy go nie 

polubił. Stryj Stephen uważał, że chłopcy powinni być krzepcy i zadziorni. Tacy prawdziwi 
mężczyźni   —   tak   przynajmniej   mówił.   Ale   tak   naprawdę,   to   stryj   nie   znosił   żadnych 
chłopców. Patrick zdawał sobie sprawę, że właściwie niewiele wie, ale to akurat wiedział. 
Choć ludzie ciągle mu powtarzali, jaki to stryj jest dla niego dobry i jaki Powinien być mu za 
to wdzięczny.

Służące  w  wykrochmalonych  na sztywno  sukniach porządkowały pokoje i rozmawiały 

przyciszonymi głosami o tym, jak panicz Patrick przerwa śmierć swego opiekuna. Chłopiec 
ukrył się w bibliotece, gdzie te rozmowy nie docierały i w związku z tym nie budziły w nim 
poczucia winy. Wiedział, że w słowach służby nie było cienia prawdy, bo śmierć stryja mało 
go obeszła. Czuł, że powinna i obarczał się odpowiedzialnością; brak żalu, lecz nie miało 
sensu udawanie przed samym sobą.

Dom również go nie lubił. Podczas krótkich wizyt w Złotym Brzegu — stryja Stephena i 

matkę doktora Blythe’a łączyło jakieś pokrewieństwo, inaczej nigdy by na nie nie zezwolono 
—   odnosił   wrażenie,   że   dom   kocha   wszystkich   mieszkańców.   —   To   dlatego,   że   my   go 
kochamy — tłumaczył Walter.

Oaklands zaś tylko go obserwował i zawsze odpychał. Słusznie, był taki duży i bogaty, że 

nie   potrzebował   małego   chłopca,   który   czuł   się   zagubiony   i   całkowicie   zbędny   w   tej 
wspaniałości i nie przysparzał rodzinie splendoru. Może dom lubił, aby ludzie się go bali? 
Patrick był o tym przekonany, choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Nawet Walter nie umiał 
tego wyjaśnić. Walter przyznawał, że boi się wielu rzeczy, ale nie rozumiał na przykład, jak 
można bać się swoich krewnych. No cóż, jego krewni byli inni. Patrick też nigdy by się nie 
bał doktora czy pani Blythe.

Trudno   było   myśleć   o   stryju   Stephenie   jak   o   nieboszczyku,   właściwie   to   prawie 

niemożliwe. Patrick dalej miał go przed oczami takiego jak za życia, siedzącego na krześle z 
wysokim oparciem, w szlafroku z ciężkiego wzorzystego brokatu. Wyglądał tak, jakby nigdy 
nie był młody.

Właściwie to stryj nie wyglądał staro, ale miał siwe włosy, odkąd Patrick sięgał pamięcią. 

Chorował na serce i często odwiedzał go doktor Blythe z Glen St. Mary. Przy spotkaniach z 
nim, Patricka ogarniało jakieś dziwne zawstydzenie, chociaż bardzo lubił doktora Blythe’a. 
Chodziło  o  to,  że  stryj  Stephen  nie   traktował  doktora  grzecznie,  lecz   ten  zdawał  się  nie 
zwracać na to uwagi. Czasami Patrick słyszał, jak razem z doktorem Galbraithem zaśmiewają 

background image

się serdecznie odjeżdżając bryczuszką jak z jakiegoś dobrego żartu. Kochał doktora i panią 
Blythe, ale bardzo uważał, by stryj Stephen się tego nie domyślił. Miał niejasne wrażenie, że 
gdyby tak się stało, nie pozwolono by mu nigdy więcej pójść do Glen St. Mary.

Stryj Stephen zawsze był pełen sarkazmu i bardzo zamknięty w sobie. Ale kiedy chciał, 

potrafił być uprzejmy i dowcipny. W każdym razie ludzie uważali go za dowcipnego. Oprócz 
Patricka.   On   ani   razu   nie   słyszał   śmiechu   stryja.   Dlaczego?   Złoty   Brzeg   bezustannie 
rozbrzmiewał śmiechem. Nawet stara Susan Baker śmiała się od czasu do czasu. Zastanawiał 
się niekiedy, jakby to było, gdyby mieszkał z jakąś śmiejącą się od czasu do czasu osobą.

Zadawał sobie także pytanie, co się z nim stanie teraz, po śmierci stryja. Czy nadal będzie 

mieszkał   w   tym   nieprzyjaznym   domu   razem   panną   Sperry,   która   go   uczyła   i   zawsze 
spoglądała   niechętnie   zza   okularów,   kiedy   zrobił   błąd   ortograficzny.   Taka   przyszłość 
napełniała chłopca przerażeniem. Gdyby tylko mógł uciec, pojechać dokądś… wskoczyć do 
autobusu… tego co minął w pędzie bramę wjazdową…

Patrick zawsze marzył o jeździe autobusem. Dzieci ze Złotego Brzegu często sobie na to 

pozwalały.   Jemu   oczywiście   zabraniano.   Jeśli   Patrick   wyjeżdżał,   to   wyłącznie   wielkim 
samochodem prowadzonym  przez  Henry’ego.  Nie cierpiał  tego samochodu  i wiedział,  że 
Henry uważa go za tępaka. Słyszał, jak mówił to gospodyni.

Gdyby mógł choć ten jeden raz przejechać się autobusem! Albo tak jak zaplanowali z 

Walterem   Blythe,   przemknąć   przez   kraj   na   czarnym   rumaku.   Walter   wybrał   dla   siebie 
białego, a jego matka wcale się nie śmiała, gdy jej o tym powiedział. Przeskakiwać przez 
płoty i wszelkie przeszkody, jak gdyby nigdy nic! To byłoby wspaniałe! Robił takie rzeczy w 
swoim własnym, innym świecie. Lecz teraz ten inny świat bardzo się oddalił. Nie mógł się 
doń przedostać.

Odkąd tylko pamiętał, mieszkał w Oaklands ze stryjem Stephenem. Początkowo — jak w 

sennym marzeniu — była jeszcze matka i niewyraźne wspomnienie pobytu w jakimś pięknym 
miejscu. W domu  bardzo podobnym  do Złotego  Brzegu, który uśmiechał  się do niego z 
pagórka. I jeszcze wspomnienie ogrodu ze ścieżkami obsadzonymi czerwonym geranium i 
obramowanymi   białymi   muszlami…   W   oddali,   za   rozległymi,   pustymi   polami,   leżały   w 
czarodziejskim słonecznym blasku piaszczyste wydmy, a nad nimi unosiły się białe mewy. Po 
podwórku dreptało stado kaczek i ktoś dał mu kromkę chleba z miodem. Wtedy, pamiętał 
dobrze, czuł się tak blisko tamtego, innego świata. Tak blisko, że wystarczyłby jeden krok, by 
zostać w nim na zawsze. I mężczyzna podobny do doktora Blythe’a nosił go na rękach i 
nazywał Pat.

Wkrótce po tym matki już nie było. Ktoś mu powiedział, że poszła do nieba, ale Patrick 

wierzył, że ona po prostu weszła do tego innego świata. Stryj Stephen oznajmił mu, że umarła 
— Patrick nie wiedział, co to znaczy — i, że on nie znosi chlipiących smarkaczy. Tak więc 
Patrick od tej pory zbyt często nie płakał, chyba że wieczorem w łóżku.

Teraz też nie płakał. Prawdę mówiąc, nie odczuwał potrzeby wypłacania się i zapewne 

dlatego gospodyni stwierdziła, że jest najbardziej nieczułym dzieckiem, jakie zna. Zawsze 
pragnął mieć psa. Stryj Stephen nie znosił psów, panna Sperry również. Mówiła, że psy są 
higieniczne. A przecież w Złotym Brzegu mieli psy, chociaż pan Blythe był doktorem…

W jego innym świecie były psy. I smukły, młody jeleń biegał po gęstym lesie. Były też 

konie o lśniącej sierści i zgrabnych kopytach, wiewiórki, tak oswojone, że jadły z ręki i lwy o 
wspaniałych grzywach. Wszystkie te zwierzęta zachowywały się bardzo przyjaźnie.

I była też mała dziewczynka w czerwonej sukience! Lecz żadna z dziewczynek ze Złotego 

Brzegu, choć ogromnie je lubił. O niej nie mówił nawet Walterowi, ale była tam zawsze. 
Zawsze chętna do zabawy i rozmowy. Czasami filuternie pokazywała mu język, zupełnie jak 
ta mała Rilla ze Złotego Brzegu.

Co by na to powiedziała  panna Sperry?  Pewnie  oznajmiłaby głosem zimnym  jak lód: 

„Powściągnij swą wyobraźnię, Patricku. Tymczasem interesuje nas ten świat. Źle wykonałeś 

background image

mnożenie w tym zadaniu”.

Kiedy krewni stryja wrócili z cmentarza, weszli do biblioteki, gdzie miał zostać odczytany 

testament. Mecenas Atkins życzył sobie, aby wszyscy byli obecni. Chociaż nikt się specjalnie 
tym   nie   interesował.   Pieniądze   miał   dostać   Patrick.   Stephen   wielokrotnie   to   powtarzał. 
Chodziło o majątek jego matki, nie ich. Byli tylko przyrodnim rodzeństwem, a ojciec Patricka 
rodzonym   bratem.   Pozostawała   jeszcze   sprawa   opieki.   Stryj   musiał   kogoś   wyznaczyć. 
Najpewniej mecenasa Atkinsa, ale z człowiekiem tak ekscentrycznym jak Stephen, nigdy nic 
nie wiadomo.

Patrick obserwował, jak wchodzili. Ciocia Melanie, stryj John Brewster i ciocia Elizabeth 

Brewster,   stryj   Frederick   i   ciocia   Fanny,   ciocia   Lilian   —   wszyscy   Brewsterowie,   prócz 
kuzynki, panny Cynthi Adams. Bał się każdego z nich. Zawsze mieli mu coś do zarzucenia. 
Kiedy zawisły na nim oczy ciotki Lilian, zdenerwowany zdjął nogi z poprzeczki krzesła.

Jej wzrok mówił wyraźnie: — Natychmiast usiądź jak należy! Dziwne. Kiedy bywał w 

Złotym Brzegu, Susan Baker często strofowała dzieci, ale jej uwagi nie raniły i starał się, jak 
mógł być grzeczny.

Mecenas Atkins podążył za rodziną z papierami w ręku. Okulary w szylkretowej oprawie 

zdobiące przystojną twarz, przywiodły Patrickowi na pamięć sowę, rzucającą się na biedną, 
drżącą mysz. W tym wypadku był wobec mecenasa niesprawiedliwy. Ten wielkiej zacności 
człowiek z trudem tylko radził sobie z takim klientem jak Stephen Brewster i wcale nie 
aprobował testamentu.

Ów zaś był krótki i jasny. Nawet Patrick go zrozumiał. Oaklands ma zostać sprzedane. To 

doskonale! Przynajmniej nie będzie musiał w nim mieszkać! Opiekunem prawnym został 
mecenas Atkins, ale mieszkać miał ze stryjem lub ciotką aż do pełnoletności. Później otrzyma 
taką sumę pieniędzy, że nie mógł jej sobie nawet wyobrazić. Miał nadzieję, że starczy mu na 
kupienie domu  podobnego do Złotego Brzegu. Musiał także wybrać  krewnego, z którym 
chciałby zamieszkać. Kiedy już wybierze, nie ma mowy o zmianie, chyba że wybrany krewny 
umrze. Jednakże, aby dokonał trafnego wyboru, najpierw pomieszka przez trzy miesiące z 
każdym stryjem i ciotką. Kiedy minie okres próbny, wskaże tego wybranego. Rekompensatą 
za   utrzymanie   i   opiekę   będzie   suma   dwóch   tysięcy   dolarów,   wypłacana   raz   w   roku 
opiekunowi, dopóki Patrick nie ukończy dwudziestu jeden lat.

Zdesperowany Patrick postawił stopy na poprzeczce krzesła. Pomyślał, że ciotka Lilian 

może sobie do woli wytrzeszczać oczy, lecz on musi znaleźć jakieś oparcie dla zdrętwiałych 
nóg.

Nie chciał mieszkać u żadnego z nich. Chciał tylko zaraz pojechać do Glen St. Mary i 

zostać   na   zawsze   w   Złotym   Brzegu!   Sama   myśl   o   tamtym   domu   przynosiła   pociechę. 
Niestety,   mieszkańcy   Złotego   Brzegu   nie   byli   z   nim   spokrewnieni.   No,   może   w   bardzo 
dalekim stopniu i to się zupełnie nie liczyło.

Nienawidził samej myśli o zamieszkaniu u któregokolwiek z krewnych. Była to głęboka, 

bezsilna nienawiść, a stryj Stephen doskonale o niej wiedział.

Ciotka   Melanie   Hali   była   wdową;   kobietą   rosłą,   niegłupią   i   protekcjonalną   wobec 

otoczenia. Pat słyszał, jak kiedyś doktor Blythe mówił, że byłaby protekcjonalna nawet wobec 
Pana Boga.

Stryj  John Brewster zawsze klepał go po plecach, a ciotka Elizabeth  miała odrażającą 

twarz. Wysokie czoło, długi nos i szpiczastą, wystającą brodę. Patrick nie mógł znieść jej 
widoku.

Mieszkać obok takiej twarzy rok po roku! Nie, to po prostu nie do zniesienia!
Stryj   Frederick   Brewster,   chudy,   zniszczony,   mały   człowieczek,   wcale   w   rodzinie   nie 

liczył. Za to ciotka Fanny, to ciotka co się zowie! Stryj powiedział kiedyś, że to ona powinna 
nosić spodnie. Patrick nie wiedział, co to miało znaczyć, ale z całą pewnością nie pragnął 
mieszkać z ciotką Fanny.

background image

Ciotka Lilian nie miała męża i tak samo Cynthia Adams. Obie udawały, że im na tym nie 

zależy,  ale Patrick zdawał sobie sprawę, że jest zupełnie inaczej. Stryj Stephen nigdy nie 
zapraszał ciotki Lilian i Cynthii Adams razem. — Mogę znieść tylko jedną starą panną obok 
siebie — mawiał zwykłe.

— Toż to zupełnie w stylu Stephena, taki zwariowany testament! — oburzała się ciotka 

Fanny. — Widzę, że jednym ze świadków był doktor Blythe. Wcale bym się nie zdziwiła, 
gdyby to on wpadł na ten pomysł.

W tym czasie zaś myślała: Powinni dać go do mnie. Powinien chować się wśród innych 

dzieci. Wyglądał jak odmieniony, gdy wracał z wizyt w Złotym Brzegu. Nie przepadam za 
doktorem Blythe’em ani jego żoną, ale mają rodzinę i Patrick stawał się zupełnie normalnym 
chłopcem, kiedy trochę u nich pobył. Nie sądzę, by wybrał nasz dom. Zawsze czułam, że 
mnie nie lubi. Pewnie Stephen nastawił go przeciwko mnie. Ale mam te trzy miesiące… 
Może uda się zdobyć jego przywiązanie, jeśli wszyscy się bardzo postaramy. Dwa tysiące… 
to by załatwiło sprawę wykształcenia naszego chłopca. Inaczej… nie mam pojęcia, jak sobie 
poradzimy. I moglibyśmy pojechać na wakacje. Szkoda, że nie poświęcałam mu więcej uwagi 
w przeszłości, ale to takie dziwne i nieśmiałe dziecko. Bardziej przypomina Waltera Blythe’a, 
niż kogokolwiek z rodziny. Będą też kłopoty z chłopcami. Tak lubią dokuczać innym… Nie 
mam na nich żadnego wpływu. Ach, dzieci nie są już takie jak za moich młodych lat! Wtedy 
słuchały rodziców…

To pokryłoby koszty wesela Anny,  myślała  ciotka  Elizabeth. Te okropne chłopaki nie 

dadzą mu chwili spokoju. To prawdziwe małe szatany. A sama myśl o starej pannie Lilian, 
która miałaby go wychowywać, jest po prostu śmieszna. Widziałam przepiękny koronkowy 
obrus u Moore’a i Stebbinsa. Wiem, oczywiście, że Patrick mnie nie lubi. Stephen też o tym 
wiedział, ale w ciągu trzech miesięcy…

Powinien   przyjść   do   mnie,   myślała   ciotka   Lilian.   Stephen   doskonale   wiedział,   że 

potrzebuję pieniędzy bardziej niż inni. Tak zmęczyło mnie oszczędzanie i wiązanie końca z 
końcem. I gdybym miała pieniądze, to może George Imlay… Jasne, że to okropne mieć w 
domu chłopca, zwłaszcza wtedy gdy zacznie dorastać. Poza tym, on się mnie boi. Nigdy tego 
nie ukrywał, ale przez trzy miesiące… Tylko z Cynthią może być kłopot. Będzie udawać, że 
go lubi, lecz on zaraz ją przejrzy… Prawdę mówiąc, to nie wiem, jak można w ogóle lubić 
dzieci. Oni wszyscy tylko udają, a już ta pani Blythe… Robi mi się po prostu niedobrze…

—   Cóż,   trzeba   wreszcie   zacząć   —   powiedział   stryj   John,   wybuchając   rubasznym, 

chrypliwym śmiechem, który tyle razy zaskakiwał Patricka. Właściwie to nie był śmiech, lecz 
rechot. Klepnął chłopca po kościstych plecach pulchną, dużą dłonią.

Patrick nie cierpiał pulchnych dłoni.
— To kogo z nas wybierzesz na pierwszy ogień, chłopcze?
Patrick jednak nikogo nie wybierał.  Przenosił wzrok z jednej osoby na drugą z takim 

wyrazem dużych, szarych oczu, jaki ma zwierzę schwytane w pułapkę. Ciotka Lilian zaczęła 
się nawet zastanawiać, czy chłopiec nie jest trochę pomylony. Niektórzy ludzie mówili tak o 
Walterze Blythe, ale przecież pokrewieństwo było zbyt odległe… Przypomniała sobie, jak 
kiedyś zrobiła taką uwagę przy Susan Baker i czym się to skończyło…

— Co należy uczynić? — zapytał niepewnie stryj Frederick.
— Najlepiej ciągnijmy losy — zaproponowała ciotka Melanie. — To uczciwe wyjście. 

Właściwie… jedyne uczciwe wyjście. O ile jest coś uczciwego w tej całej sprawie. Mecenasie 
Atkins, dziwię się, że poradził pan Stephenowi…

— Pan Brewster nie należał do ludzi słuchających czyichkolwiek rad — przerwał sucho 

mecenas. A wszyscy obecni zdawali sobie z tego doskonale sprawę.

— Jestem pewna, że ktoś mu podsunął ten pomysł. Doktor Blythe…
— Doktor Blythe przyjechał właśnie tego dnia, aby go zbadać. Skorzystałem z okazji i 

poprosiłem go, żeby był świadkiem. Po prostu zrobił nam przysługę.

background image

— Cóż, dobrze przynajmniej, że mieszkamy blisko siebie. Nie będzie kłopotu ze zmianą 

szkoły po trzech miesiącach.

A więc zacznie chodzić do szkoły! Ten pomysł spodobał się Patrickowi. Wszystko było 

lepsze od panny Sperry. Chłopcy ze Złotego Brzegu chodzili do szkoły i uważali, że jest tam 
bardzo wesoło. W każdym razie tak twierdził Jem. Co myślał na ten temat Walter, tego nie 
był całkiem pewien.

— Biedaczek! — westchnęła sentymentalnie ciotka Lilian. Patrick nie mógł tego dłużej 

znosić. Wstał i wyszedł z pokoju. Niech sobie ciągną losy! Wszystko jedno, kto go dostanie 
pierwszy, kto ostatni i kto w środku.

W tym momencie przypomniał sobie, że kiedy w Złotym Brzegu zaciął się w palec i Susan 

Baker powiedziała „biedactwo”, to wcale nie było mu nieprzyjemnie.

Och, ileż to zagadkowych rzeczy dzieje się na tym dziwacznym świecie!
— Trudne dziecko, nie ulega wątpliwości — stwierdziła ciotka Elizabeth. — Ale naszym 

obowiązkiem jest…

— Och, nie! Nie nazywałabym go trudnym dzieckiem — oświadczyły ciotka Fanny, która 

nigdy   nie   zgadzała   się   z   Elizabeth.   —   Trochę   jest   dziwaczny,   niedziecięcy,   można   by 
powiedzieć. Zresztą, czemu się dziwią skoro mieszkał ze Stephenem? I ta jego matka… żadna 
rodzina… żadne pochodzenie. A ojciec, który zrobił pieniądze w kopalni na zachodzie; Lecz 
Patrick stałby się niebawem normalny, gdyby zamieszkał wśród rówieśników i wyrósł z tych 
niemądrych wyobrażeń o i n n y m  świecie.

— Co za inny świat? jestem pewna, że Stephen…
— Och, nie mam pojęcia. Po prostu jeden z jego głupich wymysłów. Panna Sperry jakoś 

się o tym dowiedziała. To wyjątkowo przenikliwa kobieta. Sądzę, że podsłuchała rozmowę 
Patricka z Walterem Blythe. Nigdy nie pochwalałam zażyłości Stephena z tą rodziną. Ale on, 
naturalniej lekceważył moje zdanie. Panna Sperry martwiła się z powodu tych niemądrych 
wyobrażeń. Powiedziałam jej, żeby nie przejmowała się, bo on na pewno z tego wyrośnie. 
Tak niewielu ludzi rozumie psychikę dziecka. Gdybyście posłuchali pani Galbraith…

— Och, dobrze wiemy, jaka jest stuknięta, gdy chodzi o wychowanie dzieci. Choć sądzę, 

że odkąd wyszła za mąż…

— Dobrze, już dobrze, ale nie ruszyliśmy z miejsca — zagrzmiał stryj John.
—   Tego   właśnie   chciał   Stephen   —   zauważyła   ciotka   Fanny.   —   Skłócili   nas   z   sobą. 

Znałam go jak zły szeląg. Cóż, skoro musimy odegrać przedstawienie…

— A jak inaczej można załatwić tę sprawę? — zapytała ciotka Lilian.
— Nie zamierzam się z tobą sprzeczać, Lilian. Każde z nas będzie go miało u siebie przez 

trzy miesiące. To zupełnie jasne. Potem on zdecyduje, kogo wybierze. Będzie musiał, czy mu 
się to spodoba, czy nie. Wtedy już nie będzie losowania.

Patrick   przypadł   ciotce   Elizabeth   na   wrzesień,   październik   i   listopad.   Zawołano   go   i 

wszedł ociągając się. Ciotka Elizabeth pocałowała go i powiadomiła o wyniku losowania. 
Pocałunek nie sprawił mu przyjemności. Nie cierpiał ciotki. Co innego całusy pani Blythe!

Po przyjeździe do domu ciotki — opuścił Oaklands bez cienia żalu — pocałowała go 

również   kuzynka   Amy.   Bardzo   dorosła   młoda   dama   o   krwistoczerwonych   paznokciach. 
Rzadko widywał zarówno kuzynkę Amy jak kuzyna Oscara. Ten niezmiennie zwracał się do 
niego „hallo, dzieciaku”, kiedy tylko mieli okazję się spotkać i wydawał się wciąż nadąsany.

Ku   wielkiej   radości   i   ciotkę   Elizabeth   widywał   rzadziej,   niż   się   początkowo   obawiał. 

Zawsze   miała   mnóstwo   zajęć.   Organizowała   klub   brydżowy,   bywała   na   przyjęciach   i 
wydawała   je.   Spotykali   się   przeważnie   przy   posiłkach,   kiedy   jej   długa,   końska   twarz 
odbierała mu apetyt. I to wspomnienie jej pocałunku… Oby nigdy tego nie zrobiła!

Wszyscy traktowali go niezwykle uprzejmie. Czuł, że wkładają w to mnóstwo wysiłku. 

Każde jego życzenie byłoby spełnione, gdyby tylko je wyraził. Wreszcie odważył się.

W sobotnie, październikowe popołudnie poprosił nieśmiało o pozwolenie na przejażdżkę 

background image

autobusem. Na bardzo krótką przejażdżkę.

Ciotka tak się zdumiała, a nawet przeraziła, że jej podłużna twarz jeszcze się wydłużyła, 

choć to się wydawało Patrickowi niemożliwe.

— Kochanie, to ci się nie spodoba. Jeśli chcesz gdzieś pojechać, to Amy lub Oscar zabiorą 

cię samochodem… dokąd zapragniesz.

Ale wyglądało na to, że Patrick nie chce nigdzie jechać, chyba że do Glen St. Mary. Na to 

mu jednak nie pozwolą. Ciotka Elizabeth nie cierpiała Blythe’ów.

Patrick już więcej nie wspominał o autobusie. Krewni zasypywali go prezentami, z których 

tylko nieliczne naprawdę mogły mu się na coś przydać. Stryj John grzmiał nad nim, klepał go 
po plecach i codziennie dawał mu cukierki. Stryj John był szczerze przekonany, że po latach 
przebywania   z   tym   złośliwym   wariatem   Stephenem,   obecna   sytuacja   jest   dla   chłopca 
przyjemną odmianą. On, John Brewster, dobrze wiedział, jak sobie radzić z chłopcami. Nie 
wiedział tylko, że Patrick nie przepada za cukierkami i prawie wszystkie oddaje dzieciom 
praczki.

Stryj John odwoził go co rano do szkoły, żartując przez całą drogę. Większości dowcipów 

Patrick nie rozumiał…  Amy lub ciotka  Elizabeth  przychodziły po niego po południu.  W 
szkole nie znalazł przyjaciół. Chłopcy ciotki Fanny chodzili do tej samej szkoły i nazywali 
kuzyna mazgajem. Inni chłopcy zaczęli przezywać go „Panieneczką”.. .Mimo to wolał szkołę, 
niż lekcje z panną Sperry.

Większość czasu w domu ciotki Elizabeth spędzał zwinięty na parapecie wykuszowego 

okna umieszczonego na podeście. Przez szczelinę między domami widział dalekie wzgórze 
otoczone fioletowoszarym lasem.

Na wzgórzu stał dom i zdawał się wznosić ponad okolicę. Patrick często się zastanawiał, 

kto może w nim mieszkać. Wiedział, że nie jest to Złoty Brzeg, bo Glen St. Mary znajdowało 
się znacznie dalej. Ale było coś w tym widoku, co przypominało mu Złoty Brzeg, choć nie 
mógł tego określić.

Kiedy   nastały   listopadowe   chłody   i   na   szybach   zamarzały   śnieżynki,   spoglądał   ponad 

oszronionymi dachami w stronę tamtego domu, nad którym świeciła teraz samotna gwiazda, 
widoczna nawet podczas złej pogody i myślał, że to może jest dom z innego świata.

Może mieszka tam mała dziewczynka w szkarłatnej sukience. Jak długo widział jarzące się 

w dali światła, tak długo nie czuł się samotny i nie chciany.

Bo tak naprawdę, to żadne z nich go nie chciało. Oni pragnęli tylko pieniędzy. Patrick nie 

potrafiłby wyjaśnić skąd to wie, ale wiedział.

— Obawiam się, że nigdy nie potrafię go zrozumieć — wzdychała ciotka Elizabeth do 

stryja   Johna,   który   był   absolutnie   pewien,   że   rozumie   Patricka   doskonale   i   nie   miał 
najmniejszej wątpliwości, że to oni zostaną w końcu wybrani.

— Zrobiliśmy co w naszej mocy, lecz nie możemy sprawić, aby odtajał.
— Cóż, pewnie niektórzy chłopcy już tacy są. Skrytość jest ich drugą naturą.
— Ale on zdaje się zamykać w jakiejś skorupie!
— Mówiłem ci, że powinnaś mu pozwolić na tę wizytę w Glen St. Mary — zauważył stryj 

John, który nie miał nic przeciw temu i całą winę zrzucał na żonę. Zgoda, nie jest jej łatwo. 
Ale należy zachować spokój.

— Amy twierdzi, że on jej działa na nerwy.
— Jak widać niewiele trzeba, aby ją zdenerwować — odparł stryj John. Gdyby jednak była 

taka jak pani Blythe…

— Nie chcę słuchać niczego o pani Blythe — oświadczyła ciotka, Elizabeth. — Od dawna 

wiem, że dla ciebie jest ona chodzącą doskonałością.

— Elizabeth, co ty…
— Nie mam zamiaru sprzeczać się z tobą. Sądziłam, że rozmawiamy o Patricku.
—  No,  dobrze.  Więc   co  z  Patrickiem?  Wydaje  się  całkiem  zadowolony.   Wy,   kobiety 

background image

zawsze robicie z igły widły. Przekonasz się, że w końcu nas wybierze.

— Jego oczy nie są normalne. Nawet ty, Johnie Brewster, musiałeś to zauważyć.
— Nie widzę nic szczególnego w jego oczach. Skoro żywisz jakieś obawy, zaprowadź go 

do okulisty.

— On zdaje się patrzeć na wskroś przez człowieka. Jakby czegoś wypatrywał i nie mógł 

znaleźć — powiedziała ciotka Elizabeth z rzadką przenikliwością. — Czy naprawdę sądzisz, 
że gdy nadejdzie pora, to wybierze nas?

— Bez najmniejszych wątpliwości. Chłopcy Fanny będą go zadręczać. Melanie i Lilian nie 

mają pojęcia o wychowywaniu dzieci. Nie martw się. Będzie rad, kiedy do nas wróci. Nie 
mogę się mylić.

Ciotka Elizabeth nie była taka pewna jak stryj. Chciała nawet zdobyć się na odwagę i 

poprosić Patricka, aby do nich wrócił, lecz jakoś nie zdobyła się. W tym dziecku było coś. 
John mógł sobie mówić, co chciał, ale w rzeczywistości nic o dzieciach nie wiedział. W 
końcu to ona zajmowała się Oskarem i Amy, kiedy byli mali.

—   Kochanie,   jeśli   stwierdzisz,   że   chłopcy   ciotki   Fanny   są   zbyt   uciążliwi,   to   zawsze 

możesz tu przyjść i odpocząć w spokoju i ciszy — powiedziała na pożegnanie.

— Och, nie sądzę, żeby mi przeszkadzali — odparł Patrick.
— Jacy byliby okropni, gdyby kazali mu wrócić do ciotki Elizabeth… Gdyby tylko mógł 

pojechać do Glen St. Mary!

Ale   los   sprzysiągł   się   przeciw   niemu,   choć   pani   Blythe   przysłała   bardzo   serdeczne 

zaproszenie. Patrick nigdy nie dowiedział się, dlaczego nie pozwolono mu pojechać i nawet 
nie śmiał o to pytać.

Chłopcy ciotki Fanny byli okropni i nieustannie go dręczyli. Ale zawsze pilnowali, by w 

pobliżu nie było ciotki albo stryja Fredericka. Udawali zarazem wielką uprzejmość, ponieważ 
— jak twierdził Joe — wobec dziewczynek zawsze należy być kurtuazyjnym.

Kiedy Bili zbił chińską filiżankę ciotki Fanny, tę z pięcioma pazurkami, stanowiącą część 

łupu z Letniego Pałacu w Pekinie, tak przynajmniej uważała ciotka, to oskarżył o to Patricka. 
Jemu zrobiono tylko łagodną wymówkę. Gdyby ciotka poznała prawdę, Bili zostałby surowo 
ukarany.

— Zawsze będziemy zwalać winę na ciebie, bo tobie nic nie zrobią — oświadczył Joe. — 

Mama chce mieć pewność, że nas wybierzesz w odpowiednim czasie. Nie rób tego. Ona ma 
szatański charakter.

Patrick mógłby psocić do woli i nie usłyszałby złego słowa. Jakże ich za to nie znosił! I na 

dodatek,   gdyby   wyznał,   że   takie   postępowanie   jest   mu   wstrętne,   toby   mu   nie   uwierzyli. 
Doskonale sobie zdawał sprawę, że za przypisywane mu przewinienia, należała się surowa 
kara. Wiedział również, że Bili i Joe z niechęcią odnosili się do jego bezkarności, nawet jeśli 
ją cynicznie wykorzystywali.

Z żadnego okna u ciotki Fanny nie było widać domu na wzgórzu i bardzo z tego powodu 

rozpaczał.   Ale   przynajmniej   ciotka   go   nie   całowała   i   nawet   przywiązał   się   do   stryja 
Fredericka,   choć   z   nim   specjalnie   się   w   domu   ciotki   nie   liczono.   Ludzie   mówili,   że   to 
doskonale prowadzony dom. Tak doskonale, że to aż przygnębiało. Książka nie na swoim 
miejscu,   przesunięty   dywan,   sweter   zostawiony   na   krześle   czy   kanapie   —   to   były 
niewybaczalne przestępstwa. Pobłażano tylko Patrickowi. Chłopca nie przyzwyczajono do 
porządku i cierpliwość ciotki wystawiona była na ciężką próbę. Nie przyszło jej do głowy, że 
chłopiec przejrzał ją na wylot i kiedy przeniósł się do ciotki Lilian, uważała, że w przyszłości 
na pewno wróci do niej.

— Miał tu prawdziwy dom — oznajmiła stryjowi Frederickowi. — Nie wierzę, by tego nie 

docenił. Tak się troszczyłam o jego dietę. Bóg jeden wie, czym ta Lilian będzie go karmiła! 
Ona nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci.

—   On   jest   oszukanym   dzieckiem   —   zauważył   stryj   Frederick.   —   Całe   życie   jest 

background image

oszukiwany.

Ciotka   Fanny   nie   zwróciła   uwagi   na   jego   słowa.   Oszukany!   Też   mi   coś!   Kłopot   z 

Patrickiem polegał na tym, że zbyt łagodnie go traktowano. Spełniano każde jego życzenie. 
Gdyby ona mogła zrobić tyle dla swoi synów, ile zrobiono dla tego chłopca.

Marzec, kwiecień i maj należały do ciotki Lilian. Ciągle nazywała go biedactwem i dbała 

przede wszystkim o to, aby chodził porządnie ubrany. Patrick myślał niekiedy, że zwariuje od 
tej czystości. Najgorsze były wieczory, kiedy musiał chodzić do swego pokoju po ciemnych, 
ponurych schodach i przez taki sam hali, bo nigdzie nie paliły się lampy. Ciotka posunęła się 
tak   daleko   w   oszczędzaniu,   że   wprost   dostawała   spazmów,   gdy   ktoś   zostawił   włączone 
światło. Uważała, że wystarczy niewielka żarówka w dolnym hallu, ponieważ górnego nie 
używano tak często wieczorami.

Patrick zawsze zapominał gasić za sobą światło.
Jeśli   chodzi   o   pannę   Adams,   to   z   reguły   patrzyła   na   niego   jak   na   okaz   wyjątkowo 

obrzydliwego karalucha, zaś jej chudy perski kot, w ogóle nie chciał mieć z chłopcem do 
czynienia.  Choć ten próbował  się z nim zaprzyjaźnić,  gdyż  pragnął gorąco jakiejkolwiek 
istoty  do  przytulenia.  Ale  nic  z  tego   nie  wyszło.  Panna   Adams   nie  miała   najmniejszego 
powodu do zaskarbiania sobie jego uczuć. Doskonale wiedziała, że nie polepszy tym swego 
położenia. Nawet jeśli Lilian w końcu go zdobędzie. A przy tym nie znosiła dzieci.

Patrick nie przywiązał się szczególnie do stryjów Johna i Fredericka, lecz ten pozbawiony 

mężczyzny dom był po prostu straszny. Czy jednak musiało tak być? Przecież wcale by nie 
narzekał, gdyby mógł zamieszkać z Susan Baker.

Odrobinę lepiej było u ciotki Melanie, mimo jej protekcjonalnej postawy i pozostałych, 

nieprzyjemnych cech charakteru. Przede wszystkim nigdy go nie całowała i nie nazywała 
biedactwem. No i miała psa, dalmatyńczyka, z którym wyczyniał różne figle. Spunk, bo tak 
nazywał   się   pies,   turlał   się   po   rabatce   z   kwiatami,   przynosił   do   domu   kości   i,   co 
najważniejsze, polubił Patricka.

Gdyby tylko ciotka Melanie wciąż go tak nie wychwalała i nie cytowała jego powiedzeń, 

Patrick czułby się nienajgorzej. Ale z czasem bał się nawet otworzyć usta, gdyż ciotka z 
zachwytem powtarzała każde jego słowo kolejnemu gościowi.

W dodatku uparła się, aby spał w dużej frontowej sypialni, podczas gdy on chciał sypiać w 

małym pokoiku na końcu hallu. Wślizgiwał się tam przy nadarzającej się okazji, gdyż stamtąd 
było   widać   dom   na   wzgórzu.   Stał   sobie,   taki   odległy,   po   drugiej   stronie   doliny   pełnej 
liliowych cieni. Czasami letnie mgły zapełniały dolinę, ale nigdy nie sięgały tak wysoko jak 
dom   na   wzgórzu.   Zawsze   unosił   się   nad   nimi,   żyjąc   tajemniczym,   własnym   życiem. 
Przynajmniej tak sądził Patrick.

U ciotki Melanie czuł się zadowolony również z innego jeszcze powodu. Nikt tu nie robił 

sarkastycznych  uwag i nie dręczyli  go złośliwi chłopcy. Ale nie był szczęśliwy. Wkrótce 
upłynie wyznaczony termin i będzie musiał zadecydować, z kim chce zamieszkać na długie 
dwanaście lat.

Dzień za dniem zbliżało się nieuniknione. Mecenas Atkins już wyznaczył datę podjęcia 

decyzji.

A on nie chciał mieszkać z żadnym z nich. Więcej, nienawidził samej myśli o tym. Krewni 

byli dla niego bardzo mili. Zbyt  mili, zbyt  troskliwi i zbyt  we wszystkim przesadzali. W 
Złotym Brzegu nawet bura byłaby dużo przyjemniejsza.

I każdy, mniej lub bardziej zręcznie, stale próbował nastawić go przeciwko pozostałym.
Patrick pragnął przebywać z kimś, kogo lubił i kto lubiłby jego. Lubiłby bezinteresownie, a 

nie dlatego, że miał przysporzyć opiekunowi dwa tysiące dolarów rocznie. Czuł, że gdyby 
stryj Stephen żył, ta sytuacja bardzo by go bawiła.

Zbliżały   się   dziewiąte   urodziny   Patricka   i   ciotka   Melanie   spytała,   jak   chciałby   je 

obchodzić. Patrick z całą naiwnością odparł, że najlepiej byłoby, gdyby mógł pojechać do 

background image

Glen St. Mary i spędzić ten dzień u państwa Blythe’ów w Złotym Brzegu.

Ciotka spojrzała surowo, a potem zauważyła chłodno, że nie został zaproszony. Patrick 

wiedział, że to nie miało znaczenia, ale zrozumiał aż nadto dobrze, iż nie otrzyma pozwolenia.

Potem zapytał, czy mógłby przejechać się autobusem. Tym razem ciotka roześmiała się i 

rzuciła niedbale:

— Nie uważam tego za właściwe, kochanie. Nie sądzisz, że przyjęcie jest stosowniejsze. 

Chciałbyś  mieć przyjęcie, prawda? I zaprosić kolegów ze szkoły i wszystkich przyjaciół. 
Chcesz przyjęcia, no przyznaj…

Patrick   wiedział,   że   nikt   nie   weźmie   pod   uwagę,   czy   coś   naprawdę   sprawi   mu 

przyjemność.   Przyjęcie  i   tak  się  odbędzie.   Nie  miał  pojęcia,  jak  ma   się  zachować   w  tej 
sytuacji. Musi to jakoś przetrwać. I pamiętać o podziękowaniu za kosztowne prezenty od 
ciotek i stryjów.

— Czy mogę zaprosić Waltera Blythe’a? — zapytał.
I znowu ciotka Melanie zachmurzyła się. Nie mogła zrozumieć lej tęsknoty za Blythe’ami. 

Nic im wprawdzie nie miała do zarzucenia, ale przecież…

— Kochanie, oni za daleko mieszkają. Nie przypuszczam, aby pozwolili mu przyjść — 

wyjaśniła. — Poza tym nie powinieneś zadawać się z takim wiejskim chłopcem. Za kilka lat 
będziesz utrzymywał kontakty z innymi ludźmi.

— To najsympatyczniejszy chłopiec jakiego znam — odparł Patrick.
— Nasze gusta zmieniają się, gdy dorastamy — rzekła pobłażliwie ciotka. — Słyszałam, 

że jest bardzo rozpieszczony i do tego tchórzliwy.

— Nieprawda! — obruszył się Patrick. — Jest miły, bardzo miły. Oni wszyscy są tacy. 

Pani Blythe jest najmilszą kobietą, jaką znam.

— Nie znasz wielu kobiet, kochanie — zauważyła ciotka Melanie. — Oczywiście, panna 

Sperry nie była wzorem do naśladowania… Lecz chyba nie twierdzisz, że… jest milsza od… 
cóż, nawet od cioci Lilian i cioci Fanny?

Patrick nie śmiał powiedzieć „tak”.
Rano, w dzień urodzin Spunk zginął pod ciężarówką. Ciotka Melanie niezbyt  się tym 

przejęła. Każdy pies był dobry, byle tylko bronił domu przed złodziejami. Ponadto Spunk 
sprawiał kłopoty swoją pasją do przynoszenia kości. Służące się wciąż na niego skarżyły. Ileż 
razy   skompromitował   ciotkę,   gdy   wprowadzano   gości   do   salonu,   a   tam,   na   krześle 
chesterfield   leżała   ogromna   i   starannie   obgryziona   kość.   Nie   mówiąc   już   o   sierści   na 
dywanach. Ciotka Melanie postanowiła teraz kupić pekińczyka. Dlaczego wcześniej o tym nie 
pomyślała?

Gdy zabrano ciało biednego Spunka, Patrick stał długo przy furtce skamieniały z żalu. 

Potem jego krew zawrzała z oburzenia. Co za głupi pomysł urządzać przyjęcie urodzinowe, 
kiedy zginął jego najlepszy przyjaciel! To było okropne i on nie zamierza tego dłużej znosić!

Nadjechał   duży,   czerwono—żółty   autobus.   Patrick   wsunął   dłoń   do   kieszeni.   Znalazł 

pięćdziesiąt centów. Podbiegł do przystanku i spytał kierowcę, jak daleko może jechać za 
pięćdziesiąt centów.

— Do Glen St. Maiy pewnie nie wystarczy?
— No, niezupełnie — odparł kierowca. Miał miękkie serce i słabość do dzieci. — To 

dwadzieścia mil dalej. A poza tym całkiem inna trasa. Ale coś ci powiem. Zabiorę cię aż do 
Westbridge. Wskakuj.

Smutek z powodu straty Spunka nie pozwolił Patrickowi cieszyć się od dawna upragnioną 

jazdą.   Widok   pary   psów   drepczących   szosą,   jeszcze   go   bardziej   rozżalił.   Ale   powoli, 
niezauważalnie zapominał o bólu. Wyobraził sobie, że siedzi razem z Walterem i rozmawiają 
o różnych sprawach.

Piękna droga łagodnie wznosiła się w górę. Sosnowe lasy, wijące się beztrosko potoki, 

rozległe łąki, tak podobne do tych z okolic Glen St. Mary, ogrody pełne floksów, nasturcji i 

background image

malw   —   wszystko   go   zachwycało.   I   powietrze   takie   czyste,   i   pełne   blasku!   W   każdym 
mijanym gospodarstwie widział coś interesującego. A to kota na schodkach przed domem, 
mężczyznę malującego cembrowinę studni, kamienny murek z drzwiami… z drzwiami, które 
mogły… powinny prowadzić do innego świata.

Jazda   autobusem,   tak   jak   się   spodziewał,   była   bardzo   przyjemna.   Wcale   nie   czuł   się 

rozczarowany i nawet uśmiechnął się drwiąco na myśl o konsternacji w domu ciotki Melanie i 
gorączkowych poszukiwaniach.

I wtedy go zobaczył…
Droga przestała się wznosić, gdy osiągnęła szczyt wzgórza ledwie widocznego z miasta.
I on tam był. Nieprawdopodobne, a jednak… Dom, o którym marzył od dawna. Nawet z 

daleka go rozpoznał. Stał na skrzyżowaniu dróg.

Wstał   i   poprosił   kierowcę,   aby   się   zatrzymał.   Ten   zrobił   to,   choć   odczuwał   niejasny 

niepokój   o   los   chłopca.   Było   w   nim   coś…   coś   dziwnego.   Jakaś   odmienność,   której   ten 
poczciwy człowiek nie umiał sobie uzmysłowić.

Patrick bez żalu spoglądał za odjeżdżającym autobusem. Nie zastanowił się nawet, jak 

wróci do miasta. Najlepiej byłoby,  gdyby wcale nie musiał wracać. Niech go szukają, aż 
znajdą. Rozglądał się wokół z zainteresowaniem.

Podobała   mu   się   brama   z   łukowato   wygiętym   napisem:   „Sometyme”.   Dom   był   biały, 

licowany deskami i wyglądał przyjaźnie. W pewien sposób przypominał Złoty Brzeg, choć 
tamten zbudowano z cegły.

Las widziany z tego miejsca wydawał się równie odległy jak z domu ciotki, ale dookoła 

rosły klony o wielkich konarach, brzozy jak smukłe srebrne duchy i mnóstwo świerków w 
długich rzędach wzdłuż ogrodzenia. Wyglądało tu prawie tak samo jak w Glen St. Mary.

Najzabawniejsze było to, że gdy się patrzyło na południe, to wcale nie dostrzegało się, że 

dom stoi na wzgórzu. Przed oczami ciągnął się długi szereg farm i sadów. I dopiero wtedy, 
gdy wzrok zwracał się na północ, można było zauważyć, jak wysoko się weszło.

Patrick miał wrażenie, że kiedyś to już widział. Może w innym świecie, który z każdym 

dniem stawał mu się bliższy i bardziej znany? Nawet nazwa farmy brzmiała swojsko.

Młody człowiek stał oparty o furtkę i strugał drewniany kołek. Obok niego siedział pies, 

żółto–biały seter o pięknych ślepiach. Młody człowiek był wysoki, szczupły i opalony. Miał 
bystre niebieskie oczy i niesforną rudozłocistą czuprynę.

Jego szczery uśmiech spodobał się Patrickowi.
— Witaj, nieznajomy — odezwał się młodzieniec. — Co sądzisz o pogodzie?
Głos miał również miły i dziwnie Patrickowi znany. A przecież, o ile pamiętał, nigdy się 

nie spotkali.

— Pogoda jest w porządku — odparł Patrick.
— Czy mam rozumieć, że inne sprawy nie przedstawiają się najlepiej? — zapytał młody 

człowiek. — Jestem skłonny zgodzić się z tobą. Choć ten widok… Czyż nie wart jest uwagi. 
Przybysze,   oglądając   go,   zawsze   pieją   z   zachwytu.   Stąd   widać   okolicę   w   promieniu 
dwudziestu mil. Zobaczysz nawet przystań i zatokę w Glen St. Mary. Nazywa się Cztery 
Wiatry.

Patrick przejęty spojrzał we wskazanym kierunku.
— Tam mieszka Walter Blythe — oznajmił. — Czy zna pan Blythe’ów?
— A kto ich nie zna? — odparł młody człowiek. — Lecz zostawmy w spokoju pogodę i 

widoki. Zdaje mi się, że jak wszyscy na tej fatalnej planecie masz jakieś kłopoty?

Patrick zapragnął się zwierzyć. Było to dziwne uczucie. Bardzo rzadko go doświadczał. 

Tylko wtedy, gdy był w Złotym Brzegu.

— Naszego psa ktoś przejechał dziś rano i ja po prostu musiałem gdzieś pójść na cały 

dzień. Ciotka Melanie urządza dla mnie przyjęcie urodzinowe, ale nie mogłem zostać.

— Jasne, że nie mogłeś. Znalazłeś się w przykrej sytuacji… Czego to ludzie nie robią… 

background image

Mogę zapytać, jak się nazywasz?

— Jestem Pat Brewster.
Młody człowiek upuścił drewniany kołek i dość długo go szukał.
— Och, tak… Cóż, ja nazywam się Bernard Andrews, a jeśli wolisz — Barney. Jak ci się 

tu podoba?

— Podoba mi się — odparł Patrick, zastanawiając się dlaczego Barney tak mu się uważnie 

przygląda. I dlaczego ma takie uczucie, jakby go już kiedyś widział.

Po chwili napięcie we wzroku Barneya zniknęło i w oczach pojawiły się figlarne błyski. 

Otworzył furtkę.

— Jeśli opuściłeś Charlottetown o jedenastej, to pewnie porządnie zgłodniałeś do tej pory. 

Zechcesz wejść i zjeść z nami obiad?

— A nie sprawię wam kłopotu? — zapytał uprzejmie Patrick. Pamiętał, co ciotka Melanie 

mówiła o nieproszonych gościach.

—   Ani   trochę.   Nieoczekiwani   goście   nie   sprawiają   nam   nigdy   kłopotu.   Po   prostu 

dolewamy trochę wody do zupy.

Pat wszedł na podwórko z radością. Barney wsunął nowy kołek do dziurki i odwrócił się, a 

wtedy zobaczył, że chłopiec głaszcze psa.

—   Nie   pieść,   proszę,   Jiggsa,   dopóki   nie   zjemy   obiadu   —   powiedział   poważnie.   — 

Paskudnie się zachował, wykradając biednej kotce śniadanie. I to nie pierwszy raz. Ona ma 
siedmioro   dzieci   do   wykarmienia.   Jeśli   go   będziesz   głaskał,   to  uzna,   że   mu   wybaczono. 
Wkrótce   nauczy   się,   co   mu   wolno,   a   czego   nie.   Przepada   za   głaskaniem…   Wiesz,   że   z 
każdym psem trzeba inaczej postępować. Jak długo tresowałeś Spunka?

— On nie wiedział, co to dyscyplina — powiedział Pat.
Barney pokiwał głową. — I to był błąd. Każdemu psu potrzebna jest tresura, ale większość 

wymaga indywidualnego podejścia. Po obiedzie możesz go głaskać, ile tylko zechcesz.

Poszli   w   stronę   domu   przez   ogród;   trochę   dziki,   ale   śliczny.   Coś   w   nim   mówiło   o 

dzieciach, które kiedyś się tutaj bawiły.

Przy   ścieżce   rosło   geranium   —   jak   u   Susan   Baker.   Prawdę   mówiąc,   to   dużo   rzeczy 

przypominało  Złoty Brzeg. A jednocześnie  wszystko  było  całkiem  inne. Złoty Brzeg był 
raczej dostojnym ceglanym budynkiem, podczas gdy ten, to zwykły farmerski dom.

W starej łódce stojącej na zielonej murawie podwórka, rosły wesołe petunie. Weszli po 

wygładzonych długim używaniem stopniach, które tak wyglądały, jakby istniały tu od stu co 
najmniej lat. Naprzeciwko, po drugiej stronie drogi, stał jeszcze jeden dom, także życzliwy, z 
plamką czerwieni na podwórku.

A zza węgła wynurzył się długi szereg śnieżnobiałych kaczek.
— Ja tu już kiedyś byłem! — wykrzyknął Pat. — Dawno temu, gdy byłem całkiem mały. 

Pamiętam to! Pamiętam takie same kaczki.

—   Nic   dziwnego   —   rzekł   spokojnie   Barney.   —   My   zawsze   trzymamy   takie   kaczki. 

Przychodzi tu wielu ludzi. Sprzedajemy jajka.

Patrick tak był przejęty swym odkryciem, że ledwie zauważył kotkę, która powitała go 

uprzejmym miauknięciem. Siedziała obok koszyka pełnego kociąt. Mimo niecnych poczynań 
Jiggsa wyglądała na dobrze odżywioną.

— Chciałbyś może kociaka? — zapytał Barney. — My wszyscy lubimy koty, ale osiem to 

trochę   za   dużo,   nawet   na   Sometyme.   Walter   ze   Złotego   Brzegu   zamówił   jednego…   ku 
wielkiemu oburzeniu Susan.

— Och, to pan zna mieszkańców Złotego Brzegu! — zawołał Pat, czując jakąś nową, żywą 

więź z Barneyem.

— Znam dobrze młode pokolenie. Przychodzą czasem po jajka, choć to szmat drogi. A oto 

ciocia   Holly   —   dodał   Barney,   otwierając   brązowe,   kuchenne   drzwi.   Tylko   się   nie   bój. 
Wszyscy dobrzy ludzie są jej przyjaciółmi.

background image

Pat nie bał się ani trochę tej drobnej, kruchej kobiety o pomarszczonej twarzy. Od razu 

spodobało mu się jej szczere, życzliwe spojrzenie.

Zaprowadziła   go   do   malutkiej   sypialni   obok   kuchni   i   zostawiła,   aby   umył   się   przed 

obiadem. Pat pomyślał, że sypialnia jest stara i przytulna. Taka jak cały dom. Taka jak ciocia 
Holly.   Na   podłodze   leżał   wytarty   lecz   czysty   dywanik   i   stały   miednica   i   dzbanek   z 
niebieskiego fajansu.

Jedne drzwi z pokoju prowadziły wprost do ogrodu. Teraz stały otworem, przyciśnięte 

wielką, różową muszlą.  Zaraz…  zaraz… gdzie  to on widział  taką muszlę?  I nagle sobie 
przypomniał. Susan Baker taką samą podpiera drzwi swej sypialni. Mówiła, że przywiózł ją z 
Indii Wschodnich jej wuj, marynarz.

Pat pomyślał, jak wspaniale byłoby wślizgnąć się do tego łóżka, pod kołdrę z barwnych 

kwadratów, zostawić drzwi otwarte i wypatrywać gwiazd na niebie. Od razu wiedział, że to 
próżne marzenie. Na długo przed zapadnięciem nocy ciotka Melanie go odnajdzie. Choćby 
miała zawiadomić policję.

— Chcesz obiad teraz, czy poczekasz, aż go podadzą — zażartował Barney, gdy Pat wrócił 

do kuchni z rękami tak wyszorowanymi, jak tylko można sobie wyobrazić.

— Chętnie zjem teraz i dziękuję — uśmiechnął się Pat. Był to pierwszy w jego życiu 

spontaniczny, wesoły uśmiech, choć uczono go grzecznie

się uśmiechać.
Później   okazało   się,   że   nie   ma   żadnej   zupy.   Za   to  pojawiła   się   w   obfitości   szynka   z 

frytkami. Barney podał mu pełen talerz.

— Przypuszczam, że chłopięce apetyty nie zmieniły się od moich czasów — powiedział. 

—   Wiem,   że   Susan   Baker   zawsze   się   skarży,   że   nigdy   nie   może   zaspokoić   apetytów 
chłopców ze Złotego Brzegu. Dziewczęta, to co innego…

Pat odkrył, że jest bardzo głodny i nic nigdy mu bardziej nie smakowało. Nie zachęcano go 

do rozmowy. Barney pogrążył się we własnych myślach. Pat miał wrażenie, że nie są zbyt 
przyjemne, choć nie pojmował, jak ktoś mieszkający na farmie Sometyme może nie czuć się 
szczęśliwy.

Jiggs usadowił się obok niego i od czasu do czasu pojednawczo uderzał ogonem o podłogę. 

Raz wyszedł na ganek i polizał kotkę po łebku. Jeszcze nie skończył się czas pokuty, ale Pat 
co chwila podsuwał mu kąsek szynki, podczas gdy Barney udawał, że tego nie widzi.

Na deser była szarlotka z bitą śmietaną. Patrick miał wrażenie, że trafił na ucztę bogów.
—   Jak   masz   zamiar   spędzić   popołudnie,   Pat?   —   zapytał   Barney,   gdy   nikt   nie   mógł 

przełknąć   ani   kęsa   więcej.   Ściśle   mówiąc,   ciocia   Holly   nie   jadła   dużo   i   tylko   dziobała 
widelcem   na   talerzu.   A   i   Barney   okazywał   mniej   apetytu,   niż   można   by   oczekiwać   od 
człowieka jego wzrostu.

— Czy mógłbym spędzić popołudnie tutaj? — poprosił Pat.
— To zależy tylko od ciebie — rzekł Barney. — Ja muszę naprawić ogrodzenie za stodołą. 

Chcesz mi pomóc?

Patrick wiedział, że Barney mówi to z grzeczności. Jak mógł mu pomóc? Ale chciał z nim 

pójść. Barney wyciągnął rękę i Pat ujął jego dłoń w swoją.

—   Nie   sądzisz,   że   twoja   rodzina   martwi   się   o   ciebie   —   zapytał   Barney.   —   Z   kim 

mieszkasz, przynajmniej w tej chwili?

Pat odpowiedział.
—  No,  cóż…  Pójdę  i  zadzwonię  do  nich.  Powiem,   że  spędzisz  popołudnie   na  farmie 

Sometyme i wrócisz wieczorem. Co ty na to?

—   To   chyba   najlepsze   wyjście   —   odparł   Pat   żałośnie.   Wprost   nienawidził   myśli   o 

powrocie do ciotki Melanie. Ale oczywiście musiał to zrobić.

— Chciałbym tu zostać na zawsze — powiedział rozmarzonym głosem.
Barney pominął milczeniem tę wypowiedź.

background image

— No, to chodźmy — odezwał się wreszcie, wyciągając do Pata rękę.
— Jak do dobrze, że nie ma pulchnej dłoni — myślał Pat. — Jego ręka przypomina w 

dotyku rękę doktora Blythe’a.

—   Cieszył   się   również   z   tego   powodu,   że   Barney   go   polubił.   Tak   prawdziwie   i 

bezinteresownie. W jakiś sposób to sobie uświadomił.

Barney naprawiał ogrodzenie za stodołą, a Pat siedział na wielkim omszałym głazie w 

cieniu świerkowego lasku. Niekiedy przychodziło mu do głowy, że Barney krząta się przy 
ogrodzeniu bez specjalnego zapału. Ale pewnie tak mu się tylko wydawało. Przecież każdy 
byłby zainteresowany takim uroczym płotkiem, zrobionym z długich prętów, wijącym się jak 
wąż i pięknie obrośniętym dzikimi roślinami.

Daleko, bardzo daleko stąd, za złocistymi wydmami szumiało morze. Wszystko było takie, 

jak   ten   obraz   wyłaniający   się   z   pamięci.   Wspomnienie   z   każdą   chwilą   stawało   się 
wyraźniejsze.

Nad wierzchołkami drzew przepływały stadka delikatnych obłoków, a dookoła unosił się 

zapach przesyconej słońcem trawy. Głębokie, cudowne szczęście przeniknęło go na wskroś. 
Nigdy, nawet w Złotym Brzegu, nie wyobrażał sobie, że życie może być takie wspaniałe.

Pragnął tu pozostać na zawsze. Ciotka Melanie i reszta rodziny są oddaleni o miliony mil i 

lat. Wiedział, że wieczorem musi wrócić do brzydkiego domu ciotki i, że jakoś mu wybaczą. 
Ale popołudnie należało do niego!

Na podwieczorek ciocia Holly przyniosła mu dużą kromkę chleba z masłem i syropem 

klonowym. Zupełnie jak Susan Baker w Słonecznym Brzegu. Był zdumiony, gdy na widok 
chleba poczuł głód i bardzo mu smakowało to proste jedzenie.

Podszedł Barney i usiadł obok.
— Przyjemnie być właścicielem tych wszystkich pól?
— Gdyby do mnie należały, mówię ci, czułbym się jak w raju. — Powiedział to z taką 

goryczą i żalem, że Pat nie śmiał zadawać żadnych więcej pytań. A więc kto był właścicielem 
farmy Sometyme jeśli nie Barney? Patrick był całkowicie pewien, choć znowu nie umiałby 
wyjaśnić dlaczego, że Barney nie jest najemnym robotnikiem.

On powinien być właścicielem Sometyme Farm. O co tu chodzi?
Jak tylko Pat skończył jeść, wrócili na podwórko. Po drodze Pat poczuł, jak ręka Barneya 

zaciska się wokół jego dłoni.

Z domu po drugiej stronie drogi szła ku nim dziewczyna. Włosy o takiej barwie jak u Rilli 

Blythe  pokrywał  błękitny szal.  Świeżą,  lekko  ogorzałą  od wiatru twarz  rozświetlała  para 
wesołych, orzechowych oczu. Była pięknie opalona, a szła tak lekko, jakby za chwilę miała 
pofrunąć. Pat pomyślał, że przypomina mu pachnące geranium, świeży chleb i te odległe, 
złociste wydmy. Obok niej dreptała mała dziewczynka w czerwonej sukience w turecki wzór.

— Czyżby to były Barbara Anne i Mała Indianka? — udawał zdziwienie Barney.  Pat 

wiedział, że Barney dużo wcześniej zauważył, jak nadchodziły.

I przechwycił też spojrzenie Barneya. Choć właściwie to bardziej interesowała go mała 

dziewczynka w czerwonej sukience.

— A kogóż to widzimy? — zawołała Barbara Anne. Jej głos był taki jak wygląd — świeży 

i wesoły. A mimo to Pat wyczuł, że zbiera się jej na płacz.

— To jest Pat Brewster — odparł Barney, kiedy przekroczyły już furtkę. Wyglądała na 

często używaną.

— Słyszałaś zapewne o Patricku Brewsterze? — zapytał niedbale Barney.
W oczach Barbary Annę pojawił się dziwny wyraz. Pat był przekonany, że wiedziała o nim 

niemało. Trudno w to było uwierzyć.  Ale czyż  cały ten dzień nie był pełen niezwykłych 
wrażeń i przygód? Pat niemal uwierzył, że to wszystko mu się tylko śni.

Wesołe   oczy  Barbary  Annę…  czy  rzeczywiście   były   takie  wesołe?  Zatrzymały   się  na 

Patricku i na twarzy jej pojawił się uroczy, szeroki uśmiech; taki sam jak u pani Blythe. 

background image

Dlaczego wszystko na farmie Sometyme przypominało mu Złoty Brzeg? Przecież oba domy 
nie były do siebie podobne. Ani tym bardziej zamieszkujący je ludzie.

Ale Pat miał wrażenie, że zna Barbarę Annę od lat. I wcale by się nie obraził, gdyby ona 

nazwała go biedactwem. Nawet zniósłby bez przykrości jej pocałunek.

— A to jest Mała Indianka — przedstawił Barney.
I stała się rzecz nieprawdopodobna. Oto mała dziewczynka w czerwieni stała przed nim i 

pokazywała mu język! To musiał być sen. Ale jaki piękny sen! Pat miał nadzieję, że dużo 
czasu upłynie, nim się obudzi.

Barbara Anne potrząsnęła energicznie Małą Indianką, lecz ta nie zwróciła najmniejszej 

uwagi na ten gest i znowu wyciągnęła język. Śliczny języczek — czerwoniutki jak jej wargi i 
sukienka.

Potem zrobiła potrójny piruet na palcach bosej stopy i usiadła na wielkim głazie leżącym 

przy   furtce.   Pat   miał   ochotę   usiąść   obok   niej,   ale   się   trochę   wstydził   i   przycupnął   na 
odwróconym dnem do góry wiaderku. Zerkali na siebie ukradkiem, a w tym czasie Barbara 
Anne i Barney gawędzili, lecz oczy ich mówiły zupełnie co innego niż usta. Pat znowu się 
zdziwił, skąd to wie, ale we śnie wszystko jest możliwe.

Rozmawiali półgłosem i nie przyszło im do głowy, że Pat słyszy każde słowo. Pat miał 

doskonały słuch.

—   Postanowiłam   jednak   wyjechać   na   zachód   —   rzuciła   jakby  od   niechcenia   Barbara 

Anne.

— Źle ci na Wzgórzu? — zapytał równie niedbale Barney.
— Och, nie! Wszystko jest w najlepszym porządku…
Głos Barbary Annę świadczył o tym, że nic nie jest w porządku i Pat, wyczuwając to, 

bardzo się zaniepokoił.

— Po prostu, jak ci wiadomo, przebywanie w tym samym miejscu jest nużące.
Nużące? Przebywanie w Sometyme?…
— Nie lubię cię — zauważyła  Mała Indianka. Ale w tej chwili jej uczucia nie miały 

znaczenia.   Mała   Indianka   oburzona   obojętnością   Pata   schowała   języczek   i   całą   uwagę 
poświęciła Jiggsowi.

— Farma Sometyme jest rzeczywiście nudnym miejscem — zgodził się Barney.
— I towarzystwo kochającego brata i jego żony, nie mówiąc o absolutnie uroczej Małej 

Indiance, może nie wystarczać — ciągnęła Barbara Anne. Podniosła kotkę i przycisnęła ją tak 
mocno do siebie, że biedne zwierzę zaczęło miauczeć i wyrywać się. — Zwłaszcza, kiedy 
człowiek czuje się absolutnie niepotrzebny! Czy Mała Indianka dostanie jedno z kociąt?

— Nawet wszystkie, jeśli chce — odparł Barney. — Naturalnie, oprócz tego obiecanego 

Walterowi Blythe.

— Chcesz powiedzieć, że potrzebny im jeszcze jeden kot? Myślałam, że Susan…
—   Susan   nie   rządzi   w   Złotym   Brzegu,   choć   wielu   ludzi   tak   uważa.   Więc   naprawdę 

wyjeżdżasz na zachód?

I znowu Pat wyczuł, jak wiele zależy od tej odpowiedzi. Spróbował zwrócić na siebie 

uwagę Małej Indianki, lecz bez powodzenia.

— Długo cię tu nie będzie? — zapytał obojętnie Barney.
— Cóż, ciocia Ella chce mnie zatrzymać przez zimę — Barbara Anne ostrożnie postawiła 

kotkę na ziemi i najwyraźniej zbierała się do odejścia.

— A prawdopodobnie zatrzyma dłużej — dodał Barney.
— Bardzo prawdopodobne — zgodziła się Barbara Anne.
— A tak szczerze, to zamierzasz tam pozostać? — dopytywał się Barney.
—   Och,  wiesz,   jakie   są   możliwości   na  zachodzie   —   odparła   Barbara   Anne.   —  Mała 

Indianko, idziemy! I tak zabrałyśmy tym ludziom zbyt wiele cennego czasu.

— Nie chcę stąd odchodzić — powiedziała Mała Indianka. — Chcę zostać i bawić się z 

background image

Patem.

— Cóż… —zaczął Barney.
Pat, pomimo radości, jaką napełniło go wyznanie Małej Indianki, poczuł, że powiedzenie 

tego „cóż” tak lekko i swobodnie, kosztowało Barneya, który nagle postarzał się o dziesięć 
lat, ogromnie dużo wysiłku. Tego dnia Pat tyle przeżył, że i on miał wrażenie, jakby był o 
dziesięć lat starszy.

— Na pewno będziesz się doskonale bawiła. Bardzo by mi cię brakowało.. . gdybym… 

zostawał na Wzgórzu, ale ja też wyjeżdżam.

Świadomość   nieopisanej   pustki   i   smutku   przeniknęła   Pata.   Sen   już   nie   był   piękny   i 

zapragnął się z niego obudzić.

Barbara Anne powiedziała tylko: — Och!
Mała Indianka widząc, że jej próby nawiązania bliższych stosunków zostały odrzucone, 

znowu zajęła się Jiggsem.

— Tak… hipoteka ostatecznie spada nam na głowę.
— Och! — westchnęła Barbara Anne. Pat zapragnął, żeby kotka przestała mruczeć. Ten 

dźwięk stanowił dysonans z tym wszystkim, co się teraz działo.

— Tak. Ale… wiesz… tak bywa z hipotekami.
— Lecz może…
— Nie. Nie ma żadnych wątpliwości. Wczoraj Pursey przedłożył swoje ultimatum.
— Och!
Wesołe oczy Barbary Annę zamgliły się i pociemniały.
Pat wiedział, że gdyby była sama, zaczęłaby płakać. Ale dlaczego? Za dużo w tym śnie 

było zagadek i tajemnic. Nawet Mała Indianka. Bo, dlaczego na przykład udawała, że jest 
bardzo zajęta Jiggsem, skoro wprost umierała z chęci pokazania mu języka?

— To okropne! To po prostu okropne! — mówiła z oburzeniem Barbara Anne.
— Czym ona się tak przejmuje? — dziwił się Pat.
— Cztery wasze pokolenia w Sometyme! I jeszcze po tym, jak tak ciężko pracowałeś!
Mała   Indianka   odwróciła   się   od   Jiggsa   i   próbowała   schwytać   kotkę,   ale   Pat   jej   nie 

pozwolił. Może, gdyby tego nie zrobił, pokazałaby mu język?

— Gdybyś nie wydał tyle na operację cioci Holly! — Barbara Anne wydawała się coraz 

bardziej wzburzona.

Mała Indianka zaczęła wyciągać kolec z bosej stopy. Pat pragnął mieć tyle śmiałości, aby 

jej pomóc. Przynajmniej przytrzymać tę małą opaloną stopkę, ale…

— Teraz, kiedy ciocia czuje się dobrze i mógłbyś nadrobić zaległości, on pozbawia cię 

prawa wykupu!

Co znaczyły te ostatnie słowa?
Mała   Indianka   wyciągnęła   cierń   samodzielnie   i   zapatrzyła   się   na   dalekie   morze.   Pat 

doszedł do wniosku, że nie przepada za takimi samodzielnymi kobietami.

— Nie winie Purseya — mówił Barney. — I tak wykazał dużo cierpliwości. Ani centa 

procentów przez dwa lata! Gdybym mógł złożyć mu jakąś rozsądną propozycję nadrobienia… 
ale teraz nie ma o tym mowy. Och, dobrze wiem, że zostałem pokonany!

— I co masz zamiar robić? — głos Barbary Annę stał się bardzo łagodny.
— Och, nie umrzemy z głodu. Zaproponowano mi pracę na lisiej farmie. Starczy dla mnie 

i cioci na skromne utrzymanie.

— Ty, na lisiej farmie! — rzuciła pogardliwie Barbara Anne.
—   Każdy   musi   jeść.   Dobrze   o   tym   wiesz.   Przyznaję,   że   nie   podchodzę   do   tego   z 

entuzjazmem. To okropne, doglądać uwięzionych w klatkach stworzeń.

Gorycz w głosie Barneya była przejmująca i sprawiała ból. Pat zapomniał nawet o Małej 

Indiance i jej języczku. Tak, na pewno nastała pora przebudzenia.

Barbara   Anne   rozluźniła   niebieski   szal,   jakby   nagle   zaczął   ją   dusić.   Jeszcze   bardziej 

background image

zniżyła głos, ale Pat i tak słyszał wszystko. Tak to już jest w snach. Lecz co ona mówi? Pat 
tym razem naprawdę zapomniał o Małej Indiance.

— Och, gdybyś… gdybyś zgłosił swoje prawo, kiedy umarł Stephen Brewster! Masz takie 

samo prawo do opieki nad nim jak ci w mieście. Nawet większe, znacznie większe! Oni są 
tylko   przyrodnim   rodzeństwem…   Wtedy   mógłbyś   spłacić   hipotekę.   Chciałam,   żebyś   to 
zrobił. Wiesz, że chciałam. Ale mężczyźni nigdy nie słuchają kobiet!

O czym ona mówi? Sny są takie dziwaczne. Mała Indianka znalazła kolejny kolec, ale Pata 

w tej chwili to nie obchodziło. Więc Barbara Anne wiedziała coś o stryju Stephenie? I co ma 
z tym wspólnego Barney?

— Ja się nie nadawałem, Barbaro Annę. Taka stara, leżąca na odludziu farma…
— Jak on może tak mówić o Sometyme — pomyślał Pat.
— Tylko rejonowa szkoła, do której mógłby chodzić…
— A czy w Złotym  Brzegu dzieci Blythe’ów  nie chodziły też do jonowej szkoły?  — 

myślał oszołomiony Pat.

— No i tylko stara ciocia Holly do opieki… To nie byłoby w porządku wobec dzieciaka.
— Znacznie bardziej w porządku niż sobie wyobrażasz — odparła poruszona do żywego 

Barbara Anne. — Mężczyźni, to najgłupsze stworzenia na świecie.

Mała Indianka spojrzała tak, jakby się z tym całkowicie zgadzała.
— No i moja duma…
— O, właśnie… twoja duma!  —powiedziała  Barbara  Anne taktownie,  że  nawet Mała 

Indianka drgnęła, a Jiggs rozejrzał się wokół zaniepokojony. — Nie mów mi tylko o swojej 
dumie! Wiem o niej wszystko. Ty byś dla niej poświęcił nawet…

Pat   czuł,   że   nie   powinien   pozwolić,   aby   mówiła   takie   rzeczy   Barneyowi.   Ale   jak   ją 

powstrzymać?   I   musi   się   najpierw   dowiedzieć,   co   ma   z   tym   wspólnego   stryj   Stephen 
Brewster.

— Niezupełnie — rzekł Barney. — Lecz nie jestem robakiem. Ci Brewsterowie z góry 

traktowali   moją   siostrę,   kiedy   została   żoną   ojca   Pata.   Zupełnie   jakby   była   jakąś 
bezwartościową istotą. Wiesz o tym tak Z samo dobrze jak ja.

— A kimże są ci Brewsterowie? — zapytała Barbara Anne pogardliwie. — Wiadomo 

przecież, w jaki sposób dorobili się majątku. Nie mają powodów do dumy. No i… te ich dwa 
pokolenia przy sześciu Andrewsów!

— Wiem, ale nie miałem zamiaru czołgać się przed nimi na kolanach — stwierdził z 

uporem Barney. — A poza tym, oni by go nie oddali.

— Czy mecenas Atkins cię nie zawiadomił?
— O, tak!
— I nic by nie mogli zrobić, gdyby on chciał tu przyjść. Mecenas Atkins jest uczciwym 

człowiekiem. A wszyscy wiedzą, jaki testament zostawił Stephen Brewster.

— On to zrobił umyślnie, aby mnie upokorzyć — oznajmił Barney.
— Myślał, że zgłoszę swoje prawo, a chłopiec mnie wyśmieje. Co pewnie by i zrobił… 

Sądzisz, że dzieciak wychowany w Oaklands wybrałby to?

Barney   wskazał   starą   furtkę   i   dom,   któremu   przydałaby   się   warstwa   świeżej   farby   i 

przestarzałą żniwiarkę na podwórku. Ale Patowi zdawało się, że pokazuje wesołą łódkę z 
petuniami i Jiggsa, sypialnię z drzwiami wychodzącymi na ogród i długą, jedwabistą łąkę za 
ogrodem, i niewidoczną szkołę, w której chłopcy mówiliby do niego Pat.

Wstał i drżąc na całym ciele, podszedł do Barneya. Nie wiedział, czy zdoła cokolwiek 

powiedzieć, ale postanowił spróbować. Były sprawy, o jakich należało mówić… i wyglądało 
na to, że tylko on może lub chce to zrobić. Mała Indianka zrezygnowała z wyciągania kolca i 
patrzyła   na   niego   z   dziwnym   wyrazem   twarzy.   Jiggs   zaczął   machać   ogonem,   jakby 
przeczuwał, że za chwilę coś się wydarzy.

— Ty jesteś moim wujem — zaczął Pat, wlepiając swoje szare oczy w niebieskie Barneya. 

background image

W te niebieskie oczy pełne bólu. Jakie to dziwne, że nigdy dotąd nie dostrzegł cierpienia 
maskowanego śmiechem.

Barney drgnął. Czyżby chłopiec słyszał ich rozmowę? Barbara Anne też drgnęła. No i 

Mała Indianka, ale ona chyba z powodu szczególnie dużego ciernia w palcu. Jiggs zaczął 
uderzać   ogonem   mocniej   niż   dotychczas.   Kotka   zdawała   się   mruczeć   dwa   razy   głośniej. 
Wszystkie kaczki kwakały jednocześnie.

— Tak — rzekł Barney poważnie. — Jestem najmłodszym bratem twojej matki. Byłem 

jeszcze dzieckiem, kiedy wyszła za Brewstera. To twój rodzinny dom…

— Myślę… myślę, że już go kiedyś widziałem — powiedział Pat. — Choć nie wiem, jak 

to się mogło stać.

— Czułeś to, nawet jeśli nie widziałeś, prawda? — zagadnęła Barbara Anne. — Ludzie 

często wyczuwają różne rzeczy, o których nic nie mogą wiedzieć. Chodziłam do szkoły z 
twoją mamą. Była oczywiście dużo starsza ode mnie… ale najsłodsza ze wszystkich znanych 
mi kobiet.

— Tak pragnąłem cię zobaczyć, Pat — powiedział Barney. — Raz tylko cię widziałem, 

kiedy   miałeś   cztery   lata.   Przywiozła   cię   matka,   kiedy   pewnego   dnia   Stephen   Brewster 
wyjechał z domu.

— Zapamiętałem to! — wykrzyknął Pat. — Wiedziałem, że już tu kiedyś byłem.
— Ale rodzina twego ojca nie pozwalała ci odwiedzać nas — ciągnął Barney. — A kiedy 

ona  umarła…  sądziłem,  że  nie  ma  sensu się  starać.  Pojechałem   do Złotego   Brzegu,  gdy 
usłyszałem, że masz tam być… i spóźniłem się jeden dzień… Już wróciłeś do domu.

—   Do   domu!   —   wykrzyknął   Pat.   —   Do   domu   —   powtórzyła   Mała   Indianka,   chcąc 

zwrócić na siebie uwagę.

I nagle Pat podjął decyzję. Tylko jedna rzecz była naprawdę ważna.
— Skoro jesteś moim wujem, to chcę mieszkać z tobą — oświadczył. — Ty nie wziąłbyś 

mnie z powodu pieniędzy, no nie?

—   Chętnie   bym   cię   wziął,   nawet   gdybyś   nie   miał   jednego   centa   —   odrzekł   Barney 

szczerze.

— Wziąłbyś dla mnie samego? — upewniał się Pat.
— Tak. Lecz uczciwie mówiąc, te pieniądze bardzo mogłyby mi pomóc, Pat.
— Zatrzymać Sometyme? — stwierdził bystro Pat.
— Tak. A skąd o tym wiesz?
— Po prostu wiem i już. A będziesz mnie karał, kiedy na to zasłużę?
— Jeśli mi będzie wolno — odparł Barney,  rzucając wymowne spojrzenie na Barbarę 

Annę,   która   zdawała   się   bez   reszty   pochłonięta   zabawą   z   Jiggsem.   Mała   Indianka   dalej 
wyciągała sobie kolce ze stopy.

Pat zdziwił się. A któż miał prawo zabronić Barneyowi dać mu burę? Przecież ciocia Holly 

na pewno nie będzie się wtrącać. Ale najważniejsza sprawa nie została załatwiona do końca.

— Muszę mieszkać z tobą — powiedział Pat zdecydowanie. — Ja mogę… wiesz o tym. 

Mogę wybrać sobie tego, z kim chcę mieszkać.

— Czy byłbyś tu szczęśliwy, Pat?
— Czy będę szczęśliwy? Tutaj? — Pat spojrzał na dom, na Barbarę Annę i Małą Indiankę, 

która nieoczekiwanie zapomniała o kolcach i pokazała mu język. — Och, wujku Barneyu! 
Wujku Barneyu!

— Co ty na to Barbaro Annę? — zagadnął Barney.
— To chyba nie mój interes — odparła Barbara Anne.
— Jasne, że nie — rzekł sobie w duchu Pat i zdziwił się, dlaczego  Barney nagle się 

roześmiał. Takim prawdziwym, młodym, pełnym nadziei śmiechem. Jakże niepodobnym do 
tego, który Pat dotychczas słyszał.

Jaki śliczny rumieniec wypłynął na policzki Barbary Annę. I jaka szkoda, że ona musi 

background image

wyjechać! Pat poczuł, że chciałby przebywać blisko niej. Ale przynajmniej nie zabierze ze 
sobą Małej Indianki. Dlaczego jednak… dlaczego Barney nie odpowiedział na jego pytanie. 
W końcu chodziło o najważniejszą dla Patricka rzecz.

— Widocznie czasami cuda się zdarzają — powiedział w końcu Barney. — Taki cud spadł 

nam z nieba w twojej osobie, Pat. Będzie piękna walka.

— Musi być walka? — zapytał Pat. Będą radzi się mnie pozbyć. Nikt mnie nie lubi.
— Może nie, ale za to lubią… zresztą, nie to jest ważne. Wydaje mi się, że obaj jesteśmy 

ulepieni z tej samej gliny. Sometyme jest gotowa cię przyjąć.

Pat znowu usiadł na odwróconym wiaderku. Czuł, że nie utrzyma się na nogach ani minuty 

dłużej. Nie mógł zrozumieć, co Barney miał na myśli mówiąc o walce, ale był przekonany, że 
to Barney zwycięży. Co się teraz dzieje z Barbarą Annę? Czyżby płakała?

Ucieszył się, kiedy Mała Indianka pokazała mu język. Wszystko było bardziej realne. Bądź 

co bądź, to nie mógł być…

— To nie jest sen, prawda? — spytał z obawą.
— Nie. Choć mi się wydaje, że tak — stwierdził Barney. — Ale to rzeczywistość. Miałaś 

rację Barbaro Annę. Już dawno powinienem zgłosić swoje prawo do niego.

— Cuda się zdarzają — przedrzeźniała go Barbara Anne. — Mężczyzna przyznający się 

do pomyłki!

— Dziękuję ci wujku Barneyu — rzekł Pat. — To strasznie miło z twojej strony, że chcesz 

mnie wziąć do siebie.

— Strasznie — zgodził się Barney. Roześmiał się znowu i Barbara Anne też się zaśmiała, 

choć trochę rzewnie. Nawet Mała Indianka… A właściwie… to jak ona ma na imię? Musi się 
tego jak najprędzej dowiedzieć. Na pewno nie pozwoli, aby ktoś obcy mówił do niej „Mała 
Indianko”. A jak ma się zwracać do Barbary Annę? Ale to nie ma znaczenia, skoro ona 
wyjeżdża. Przecież ona wyjeżdża… czy dlatego płakała?

—   Ja…   ja   nie   chcę,   żeby   pani   wyjeżdżała   na   zachód   —   powiedział   uprzejmie   Pat. 

Naprawdę tego nie chciał.

— Och! — Barney znowu się roześmiał. Długim, niskim i zaraźliwym śmiechem. Pat czuł, 

że on by każdego pobudził do śmiechu, nawet… stryja Stephena. Albo pannę Cynthie Adams. 
— To byłby największy cud na tym pełnym cudów świecie — pomyślał Patrick. — Cóż za 
wspaniałe urodziny!

Ale co mówi Barney?
— Cóż — powiedział, ciągle się śmiejąc. — Teraz Barbara Anne nie pojedzie na zachód.
— A dokąd? — zapytał Pat.
— Oto jest pytanie. Dokąd pojedziesz, Barbaro Annę?
Twarz   Barbary   Annę   oblał   rumieniec.   —   Ja…   mogłabym…   przenieść   się   do   domu 

naprzeciwko. Co… co o tym sądzisz, Barneyu?

— Sądzę, że to doskonały pomysł  — odparł Barney.  — Skoro już zaszczyciłaś  mnie 

prośbą o radę.

— Chyba… chyba tym razem ją przyjmę — odpowiedziała z namysłem.
Pat miał wrażenie, że zarówno Barney jak Barbara Anne chcieliby, aby on i Mała Indianka 

znaleźli się daleko stąd. I zdumiało go, że wcale nie było mu z tego powodu przykro.

Ale   najpierw   musi   się   dowiedzieć   jednej   rzeczy.   A   potem   zapyta   Małą   Indiankę,   czy 

pójdzie z nim obejrzeć kocięta.

— Dokąd wybiera się Barbara Anne? — dopytywał się. — Naprzeciwko jej domu jest 

tylko Sometyme.

Barbara Anne i Barney wybuchnęli śmiechem.
— Chyba pozwolimy jej zamieszkać z nami w Sometyme. Chciałbyś ją mieć tutaj?
— Jeszcze jak — rzekł z wielką powagą Pat. — Czy Mała Indianka też się przeniesie?
— Obawiam się, że rodzice nie zechcą jej oddać — rzekł wesoło Barney. — Ale nie martw 

background image

się, będziesz ją widywał częściej, niż przypuszczasz. Może nawet będziesz miał jej dość.

— Nonsens — oświadczył Pat.
Dotychczas nigdy nie pozwolił sobie na takie odezwanie się. Lecz w Sometyme można 

mówić różne rzeczy. A co tam opowiada Mała Indianka?

— Chodźmy zobaczyć  kocięta. Może mamusia pozwoli mi wziąć jednego. Szkoda, że 

Walterowi Blythe obiecano tego najładniejszego. Nie lubię Waltera, a ty?

— Dlaczego nie lubisz? — zapytał Pat, czując że kocha Waltera całym sercem.
— Bo on nie zwraca uwagi na to, czy mu pokazuję język, czy nie — oznajmiła Mała 

Indianka.

Poszli   obejrzeć   kocięta   i   zostawili   Barneya   i   Barbarę   Annę   wpatrzonych   w   siebie. 

Przynajmniej tak długo, dopóki nie stracili ich z oczu.

— Ale walkę stoczysz z tymi Brewsterami! — zauważyła Barbarę Annę.
— Teraz mogę walczyć z całym światem. I pokonam go — odparł Barney.

background image

P

OJEDNANIE

Panna Shelley postanowiła wybrać się do Lowbridge, aby przebaczyć Lisie Stephens, która 

trzydzieści lat temu zabrała jej Ronalda Evansa.

Zanim   się   na   to  zdecydowała,   stoczyła   ze   sobą   długą   walkę.   Noc   po  nocy  biła   się   z 

myślami i tak zmizerniała, że jej siostrzenica w tajemnicy zasięgnęła porady doktora Blythe’a 
i przyniosła ciotce lekarstwo.

Ale panna Shelley nie chciała zażywać lekarstwa. Dalej zmagała się z sobą. Każdego ranka 

przyznawała   się   do   porażki.   Wiedziała   jednak,   że   nie   będzie   mogła   spojrzeć   w   oczy 
wielebnemu pastorowi Meredithowi, dopóki nie odniesie zwycięstwa.

—   Musimy   wybaczać.   Nie   powinniśmy   chować   w   sercach   urazy   i   goryczy.   Nie 

powinniśmy pamiętać o wyrządzonych krzywdach — mówił pastor. Wyglądał przy tym jak 
natchniony prorok.

Prezbiterianie z Glen St. Mary, a zwłaszcza panna Shelley, uwielbiali go. Był wdowcem i 

miał rodzinę, lecz ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nie zmieniła też swego zdania o 
pani doktorowej Blythe, po tym jak usłyszała, że ta po kazaniu powiedziała do męża: — 
Przypuszczam, że teraz muszę przebaczyć Jossie Pye.

Panna Shelley nie miała pojęcia, kim jest Jossie Pye ani czego dotyczyły niesnaski między 

nią i doktorową. Była jednak pewna, że to nie mogło być nic równie gorzkiego i bolesnego 
jak to, co się stało między nią a Lisie Stephens. Panna Shelley nie mogła sobie wyobrazić 
pani Blythe noszącej w sercu urazę przez trzydzieści lat. Lubiła ją, lecz uważała, że na coś 
takiego jest zbyt niefrasobliwa. Dawno już doszła do wniosku, że należy żałować, iż doktor 
Blythe nie ożenił się z bardziej subtelną osobą.

Sąsiedzi   panny   Shelley   powiadali,   że   doktor   zapewne   powinien   poczekać   na   jej 

siostrzenicę. Panna Shelley nic nie wiedziała o tych plotkach, a z biegiem czasu szczerze 
polubiła panią Blythe.

W każdym razie w końcu przekonała sama siebie, że powinna wybaczyć Lisie. I nie tylko 

wybaczyć, ale pójść i powiedzieć jej o tym.

Skoro już postanowiła, ogarnął ją nieopisanie podniosły nastrój. Gdyby tylko pan Meredith 

mógł się o tym dowiedzieć! Ale to było niemożliwe. Ona sama nigdy mu tego nie powie, a 
Lisie też na pewno nie.

Tymczasem   otuliła   pomarszczoną   szyję   wytartym   futrzanym   kołnierzem   płaszcza   i 

spoglądała  na mijających  ją przechodniów  z pobłażliwą  wyższością.  Najprawdopodobniej 
nikt z nich nie zaznał uczucia triumfu zrodzonego z pokonania gorszych stron swej natury.

Przyjaźniły się z Lisie Stephens w dzieciństwie i wczesnej młodości. Wokół Lisie roiło się 

od adoratorów, a ona — Myrtle Shelley, rudowłose chude dziewczątko o wielkich niebieskich 
oczach — nie miała ani jednego, dopóki nie pojawił się Ronald Evans. Była to miłość od 
pierwszego wejrzenia. Lisie bawiła wtedy u ciotki w Toronto.

Ronald był przystojny, szczupły, miał ciemne włosy i takież oczy. W Glen St. Mary nie 

widziano   dotąd   kogoś   takiego   jak   on.   No   i   wtedy   zorganizowano   wieczorek   taneczny. 
Niepozorna   Myrtle   Shelley   zapamiętała   ten   wieczorek   na   całe   życie…   Oczekiwała   go   z 
wielkim  przejęciem.  Po raz  pierwszy miała  zatańczyć  z Ronaldem.  Będą  pewnie wracali 
razem   do   domu   w   księżycowej   poświacie.   Może   ją   nawet   pocałuje…   Wiedziała,   że 
dziewczęta z Glen St. Mary nieraz całowały się z chłopcami. Słyszała, jak niektóre nawet się 
tym przechwalały. Ale jej, Myrtle Shelley, nikt jeszcze nie pocałował.

, Nie zapomniała też, jaką miała sukienkę tego wieczoru. Matka uważała ją za niezmiernie 

frywolną. Sukienka była z jasnozielonego muślinu z czerwonym paskiem. Myrtle wiedziała, 
że wygląda w niej ładnie. Ronald powiedział kiedyś, że ma cerę jak płatki kwiatu. Było to 
pochlebstwo, lecz jakże miłe dla uszu. Niewiele w swym życiu słyszała komplementów.

background image

Kiedy doszła do budynku, w którym odbywały się tańce, to od razu zauważyła Ronalda 

tańczącego z Lisie. Ta, jak na złość, właśnie tego dnia wróciła do domu. Ronald pomachał 
Myrtle ręką, ale do tańca jej nie zaprosił. Większą część wieczoru przetańczył z Lisie, a gdy 
nie tańczyli, to siedzieli w jednej z bryczek stojących za budynkiem.

Razem też jedli kolację, a potem gdzieś zniknęli. Ani razu nie spojrzał na Myrtle swoimi 

pięknymi, chłodnymi oczami.

Stanęła z nimi twarzą w twarz nieco później, w świetle rozwieszonych wokół barwnych, 

wesołych   chińskich   lampionów.   Lisie   była   podekscytowana   i   zarumieniona.   Gęste, 
pszenicznozłote   włosy   przewiązała   niebieską   wstążką.   Lekko   skośne,   brązowe   oczy 
promieniały jak gwiazdy. Jaką szansę mogła mieć Myrtle przy takich oczach?

— Cześć, kochanie — powitała ją niedbale Lisie. — Właśnie wróciłam do domu. Co 

porabiałaś, gdy mnie  tu nie było?  Na pewno pracowałaś  jak pszczółka, ty moje skrzętne 
stworzonko.  Panie  Evans,  czy poznał  pan  już pannę  Shelley,   moją  przyjaciółkę?   Zawsze 
byłyśmy serdecznymi kumpelkami.

Myrtle podniosła rękę i wymierzyła śmiejącej się Lisie policzek.
— Co to znaczy, u licha, Myrtle Shelley!? — wykrzyknąła oburzona Lisie. Trzeba jej 

oddać sprawiedliwość: nie miała najmniejszego pojęcia, za co spotkał ją ten despekt. Nigdy 
nie słyszała o tym, że Ronald Evans „chodzi” z Myrtle Shelley. Choć pewnie gdyby nawet 
słyszała, nie wywarło to by na niej żadnego wrażenia.

Myrtle nie odezwała się. Po prostu się odwróciła i pomaszerowała do domu.
— Pomyśleć tylko, jaka zazdrośnica! — wykrzyknęła Lisie, kiedy Ronald zaczął jej coś 

niezręcznie tłumaczyć.

Lisie afiszowała się z Ronaldem przez parę tygodni, po czym porzuciła go, zanim zdążył 

wyjechać. Oświadczyła bez skrępowania, że miał pusto zarówno w głowie jak w kieszeni. 
Próbowała też pogodzić się z Myrtle Shelley, lecz spotkała się z lodowatym przyjęciem.

Następnej wiosny Lisie wyszła za mąż za Justina Rogersa, kupca z Lowbridge, który starał 

się o nią od paru lat i wyjechała do miasteczka. Od tego czasu Myrtle Shelley nie widziała jej 
ani razu, choć dziesięć lat temu powiedziano jej o śmierci Justina Rogersa.

Z Glen do Lowbridge był ładny kawałek drogi, ale panna Shelley odmawiała, ilekroć ktoś 

znajomy   proponował   podwiezienie.   Stopy   bolały   ją   niemiłosiernie,   a   porywisty   wiatr 
wyciskał   łzy  z  jej  wyblakłych,  niebieskich  oczu.  Wiedziała  również,  że  czubek  nosa  ma 
brzydko zaczerwieniony. A mimo to z determinacją szła dalej.

Dom Lisie był schludny i starannie utrzymany. Powiadano, że Justin Rogers zanim umarł, 

solidnie zabezpieczył żonę. Wykuszowe okna pełne były pięknego geranium i begonii. Panna 
Shelley   do   begonii   nie   miała   szczęścia,   chociaż   Susan   Baker   dawała   jej   szczepki   od 
najpiękniejszych krzaków ze Złotego Brzegu.

Lisie podeszła do drzwi i panna Shelley od razu ją poznała. Te same krągłe kształty, te 

same skośne oczy, i te same złote włosy niemal bez śladu siwizny.

—   Frywolną   jak   zwykle   —   pomyślała   zgorszona   Myrtle.   Pięćdziesiątka   na   karku   i 

pomadka na ustach!

Ale  zauważyła   również   worki  pod  oczami   Lisie  i  to  sprawiło   jej  niemałą  satysfakcję, 

dopóki nie pomyślała o pastorze Meredith.

— Zdaje mi się… że znam tę twarz — powiedziała Lisie. Jej głos nic się nie zmienił. 

Wciąż był ciepły i miękki.

— Jestem Myrtle Shelley…
— Myrtle, kochanie! Nigdy bym cię nie poznała! Ileż to lat się nie widziałyśmy! Sama 

rzadko opuszczam dom, ale cieszę się z twego widoku. Pamiętasz, jak się przyjaźniłyśmy? 
Wejdź do domu. Chyba nie przeszłaś całej drogi pieszo? Co ty powiesz! Moje ty biedactwo! 
Pewnie padasz z nóg! Mógł cię ktoś podwieźć. Stale powtarzam, że ludzie stają się coraz 
bardziej samolubni.

background image

— Nie chciałam, żeby mnie podwożono — wtrąciła Myrtle.
—   Zawsze   byłaś   niezależna.   No   i   lubiłaś   chodzić.   Pamiętasz   te   nasze   długie   spacery 

brzegiem zatoki?

— Tak, pamiętam — oznajmiła Myrtle. — Pamiętam też jeden, który odbyłam sama.
— Och, weź to krzesło — zaproponowała Lisie, zachodząc w głowę, co też Myrtle miała 

na myśli. — Jest znacznie wygodniejsze. Boże, toż ty cała drżysz! Filiżanka gorącej herbaty 
w   mig   cię   rozgrzeje.   Pamiętasz,   jak   się   zaśmiewałyśmy   ze   staruszek   pijących   herbatę? 
Sądziłyśmy, że mając pięćdziesiąt lat, będziemy słabe i bezradne.

— Nie przyszłam tu, aby pić z tobą herbatę — powiedziała sucho Myrtle.
— Oczywiście, że nie. Ale mimo to napijmy się. To naprawdę żaden kłopot. A potem 

pogadamy   o   starych,   dobrych   czasach.   Zawsze   uważałam,   że   nie   ma   nic   lepszego   od 
ploteczek przy filiżance herbaty. Co ty na to, kochanie? Mamy sobie tyle do powiedzenia. 
Czy przed laty nie zdarzyła się nam jakaś głupia kłótnia? A właściwie, to o co się wtedy 
pokłóciłyśmy?

Panna   Shelley   nie   zamierzała   rozsiadać   się   w   domu   Lisie   Rogers,   ale   teraz   przyjęła 

podsunięte krzesło. Poczuła się nieco dziwnie.

— Ty… ty zabrałaś mi Ronalda Evansa na zabawie w stodole Clarków — powiedziała 

zdławionym głosem.

Lisie Rogers patrzyła na nią przez chwilę, a potem wzruszyła pulchnymi ramionami.
— A kimże u licha był Ronald Evans? Nazwisko nie jest mi obce… Czy to o niego się 

pokłóciłyśmy?   Ale   z   nas   była   para   idiotek!   Uważano   mnie   w   tych   czasach   za   postrach 
chłopców. Wystarczyło, że na któregoś spojrzałam. To przez te moje oczy. Ludzie mówili, że 
coś w nich jest… jakiś magnes. Nawet teraz różni starzy kawalerowie i wdowcy… Ale ja 
mam dość mężczyzn. Tak naprawdę, to wszyscy są tacy sami…

Za wszystkie swoje błędy winią kobiety. Dobrze zrobiłaś, nie wychodząc za mąż. Teraz 

przypominam   sobie   Ronalda.   Co   się   z   nim   stało?   Tańczył   okropnie,   choć   nie   można 
zaprzeczyć, że był przystojny. Lecz cały czas deptał mi po palcach. Pantofle nie nadawały się 
do   użytku…   nigdy   ich   już   nie   włożyłam.   Ale   umiał   prawić   komplementy!   Tak…   nagle 
wszystko mi się przypomniało, choć nie myślałam o nim przez lata. Czyż mężczyźni nie są 
śmieszni? Oprzyj stopy o tę ciepłą ramę przy kominku.

— A pamiętasz, jak cię uderzyłam w twarz? — upierała się panna Shelley.
Lisie Rogers wybuchnęła śmiechem, wsypując herbatę do imbryczka.
— Naprawdę? Tak, chyba istotnie to zrobiłaś. Zupełnie o tym zapomniałam. Cóż, nie ma 

sensu siedzieć w kącie i rozpaczać z tego powodu. Moją zasadą było zawsze „wybaczaj i 
zapominaj”. A teraz utniemy sobie miłą pogawędkę. I nie rozpamiętujmy więcej głupstw 
popełnionych w młodości. Byłyśmy takimi dzieciakami! Ludzie zbyt często kłócą się z byle 
powodu, prawda?

Uzyskać przebaczenie, gdy samemu przyszło się wybaczyć! Myrtle Shelley podniosła się z 

krzesła. Była wręcz purpurowa na twarzy, a wyblakłe niebieskie oczy miotały błyskawice. Z 
całym   spokojem   trzepnęła  Lisie  Rogers  w   roześmianą  twarz.   Policzek   był  zdecydowany, 
mocny i głośny.

— Nie zapamiętałaś pierwszego uderzenia — oznajmiła — to może drugie zachowasz w 

pamięci.

Panna Shelley wracała do Glen St. Mary, nie zważając ani na wściekły wicher, ani na 

bolące stopy. Policzek wymierzony Lisie usatysfakcjonował ją. Nawet nie zastanawiała się, 
co powiedziałby na to wielebny Meredith. Rzadko miała okazję zrobić coś takiego, co dawało 
jej świadomość, iż nie żyje na próżno. Tak, ten policzek Lisie długo będzie pamiętała!

background image

Z

ALOTY

 

NA

 

PLAŻY

Fir Cottage, Flover Sands

6 lipca

Przyjechałyśmy   tu   wczoraj   wieczorem,   a   dzisiaj   przez   cały   dzień   ciocia   Marta   nie 

opuszczała swego pokoju, bo musiała odpocząć po podróży. Dlatego i ja zostałam w domu, 
chociaż byłam w doskonałym nastroju. Czułam się szczęśliwa jak skowronek na wiosnę.

Nazywam się Marguerite Forrester — niesłychanie długie imię i nazwisko, zbyt długie, by 

pasowało do takiej drobnej dziewczyny. Ciocia Marta zawsze mówi do mnie „Marguerite” z 
akcentem głębokiej dezaprobaty. Nie lubi mego imienia, ale go nigdy nie skraca i nie uznaje 
zdrobnień. Connie Shelmardine nazywa mnie na szczęście Ritą. Connie mieszkała ze mną na 
ostatnim roku seminarium. Od czasu do czasu pisujemy do siebie, choć ciocia Marta nie jest 
tym zachwycona.

Ciocia   Marta   opiekuje   się   mną   od   bardzo   dawna.   Straciłam   rodziców   jako   niemowlę. 

Ciocia  powiada,  że  zostanę   jej  spadkobierczynią,  jeśli   będzie  ze  mnie   zadowolona.  A  to 
znaczy… och, lepiej nie mówić, jak trudno zadowolić ciocię Martę!

Ciocia jest przede wszystkim zaciętym i nieprzejednanym wrogiem mężczyzn. Właściwie 

to i kobiet nie darzy szczególną miłością. A ufa tylko swojej wieloletniej pokojówce, pani 
Saxby. Ona nie jest tak konserwatywna jak ciocia, ale z roku na rok coraz bardziej kostnieje. 
Przypuszczam, że ten proces wkrótce zacznie się i we mnie, lecz na razie nie zauważyłam 
jeszcze żadnych objawów. Moje ciało i krew są nadal nierozumnie gorące i pełne zapału.

Ciocia   Marta   dostałaby   ataku   serca,   gdyby   tylko   dowiedziała   się,   że   kiedykolwiek 

rozmawiałam z mężczyzną. Pilnuje mnie zazdrośnie, zdecydowana za wszelką cenę uchronić 
biedne   dziewczę   przed   atakiem   ryczącego   dzikiego   lwa,   ukrywającego   się   pod   męskim 
ubraniem. Tak więc muszę spacerować z powagą i udawać chodzącą cnotę, podczas gdy w 
istocie tęsknię straszliwie do nieznanych mi uciech życia.

Przyjechałyśmy   na   kilka   tygodni   do   Fir   Cottage.   Nasza   gospodyni   jest   pulchną   i 

dobroduszną osobą. Sądzę, że mnie polubiła. Przegadałam z nią cały dzień, gdyż bywają takie 
chwile, kiedy koniecznie muszę z kimś porozmawiać. Inaczej bym zwariowała.

10 lipca

Nasze życie jest zdecydowanie nudne. Program każdego dnia taki sam. Chodzę na plażę z 

ciocią   i   panią   Saxby   przed   południem,   czytam   cioci   Marcie   po   południu   i   nudzę   się 
śmiertelnie, spędzając samotnie wieczory. Pani Blake pożyczyła mi wspaniałą lornetkę do 
oglądania widoków. Powiedziała, że jej „chłop” przywiózł ją do domu z „obcych stronów”, 
zanim umarł. Ciocia Marta i pani Saxby krążą to w dół, to w górę plaży, pozostawiając mi 
pewien margines swobody. Ja natomiast zabawiam się, obserwując przez lornetkę morze i 
odległy brzeg. Dzięki temu udaje mi się zerknąć na zakazany świat. Widujemy niewiele osób, 
chociaż niespełna milę od nas znajduje się przy samej  plaży duży letni hotel. Widocznie 
jednak nasze tereny spacerowe nie cieszą się popularnością wśród hotelowych  gości. Oni 
wolą skały. To całkowicie odpowiada cioci Marcie, lecz — co muszę przyznać — zupełnie 
nie cieszy jej bratanicy. To jednak sprawa bez znaczenia.

Pierwszego   popołudnia   zauważyłam   coś   białego   na   skałach,   jakieś   pół   mili   stąd   i 

zwróciłam tam swoją lornetę. Tam — jak mi się wydawało w odległości rzutu kamieniem — 
był młody mężczyzna. Siedział oparty o wielki głaz i z rozmarzeniem patrzył na morze. W 
jego twarzy było coś znajomego, co mi kogoś przypominało, ale nie pamiętałam kogo.

Każdego ranka pojawia się w tym samym miejscu. Wygląda na samotnika, który robi, co 

może,  aby uniknąć towarzystwa. Zastanawiam się, co powiedziałaby ciocia Marta, gdyby 
wiedziała, komu przyglądam się tak namiętnie przez lornetkę.

background image

11 lipca

Zdaje się, że będę musiała przestać obserwować Nieznajomego. Dzisiaj rano jak zwykle 

skierowałam lornetkę na jego ulubione miejsce pobytu i, o mało nie padłam ze zdumienia, 
ponieważ   on   również   patrzył   przez   lornetkę…   i   to   wprost   na   mnie.   Takie   przynajmniej 
odniosłam wrażenie. Poczułam się strasznie głupio! A jednak moja ciekawość była zbyt silna, 
więc po kilku minutach znowu zerknęłam, tylko w tym celu, żeby sprawdzić co on robi. A 
wtedy on z całkowitym  spokojem odłożył  szkła, wstał, zdjął kapelusz i uprzejmie mi się 
ukłonił.   A   może   tylko   złożył   ukłon   w   moim   kierunku?   Opuściłam   lornetkę,   po   czym 
uśmiechnęłam się z uczuciem zakłopotania i rozbawienia zarazem. Po chwili pomyślałam 
sobie, że on pewnie patrzy jeszcze na mnie i weźmie ten uśmiech za przeznaczony dla siebie. 
Natychmiast   odrzuciłam   to   przypuszczenie,   odłożyłam   lornetkę   i   tego   dnia   już   jej   nie 
tknęłam. Wkrótce wróciłyśmy do domu.

12 lipca

Nareszcie coś się wydarzyło.  Kiedy dzisiaj szłam nad morze, postanowiłam nawet nie 

spojrzeć w stronę nieznajomego. Ale w końcu musiałam zerknąć i zobaczyłam go na skałach. 
Stał z lornetką przy oczach i kierował ją na mnie! Kiedy spostrzegł, że patrzę, odłożył szkła, 
podniósł rękę do góry i zaczął coś pokazywać w języku migowym. To niebywałe, ale ja znam 
ten język! Nauczyła mnie Connie, żebyśmy mogły się porozumiewać na zajęciach. Rzuciłam 
jedno   przestraszone   spojrzenie   na   plecy   cioci   Marty   i   uważnie   obserwowałam,   jak 
młodzieniec   zręcznie   gestykuluje:   „Jestem   Francis   Shelmardine.   Czy   pani   jest   panną 
Forrester, przyjaciółką mojej siostry?”

Francis Shelmardine! Teraz już wiedziałam, kogo mi przypominał. Ileż to się nasłuchałam 

opowieści Connie o jej wspaniałym bracie, Francisie. Zdolnym, przystojnym, czarującym… 
Po jakimś czasie stał się jedynym bohaterem moich marzeń. To było zbyt piękne. Z wrażenia 
mogłam tylko spoglądać przez lornetkę.

— Czy możemy się poznać? — ciągnął dalej. — Czy mogę podejść do pani i przedstawić 

się? Jeśli tak — proszę dać znak prawą ręką, jeśli nie — lewą…

Zatkało   mnie.   Przypuśćmy,   że   przyszedłby   do   nas?   Co   by   się   stało?   Ze   smutkiem 

pomachałam lewą ręką. Wydał mi się bardzo rozczarowany i zasmucony, kiedy sygnalizował: 
„Dlaczego nie? Czy pani przyjaciółki mają coś przeciwko temu?”

Zasygnalizowałam, że „tak”.
— Nie podoba się pani moja śmiałość? — zadał następne pytanie. Gdzie się podziały 

umoralniające nauki cioci Marty? Ze wstydem przyznaję, że podniosłam lewą rękę. Zanim 
zdążyłam zauważyć wyraz jego twarzy, podeszła ciocia Marta i oznajmiła, że czas wracać do 
domu. No więc, wstałam posłusznie, otrzepałam piasek z sukni i podążyłam za ciocią do 
domu.

13 lipca

Kiedy dzisiaj rano poszłyśmy  nad morze,  musiałam  czekać  z obawą i niepokojem,  aż 

ciocia zmęczy się czytaniem i pójdzie z panią Saxby na spacer wzdłuż plaży. Dopiero wtedy 
sięgnęłam po lornetkę.

Przeprowadziliśmy   z   panem   Shelmardine   ożywioną   rozmowę.   Biorąc   pod   uwagę 

okoliczności, w naszej wymianie poglądów nie ma miejsca na niepotrzebne rozwodzenie się. 
Wszystko sprowadzało się do niezbędnych środków i przebiegało mniej więcej tak:

— Nie gniewa się pani na mnie?
— Nie, choć powinnam.
— Dlaczego?
— Bo to źle, że oszukuję ciocię Martę.

background image

— Jestem całkiem przyzwoitym człowiekiem.
— Tu nie o to chodzi.
— Czy nie można przełamać jej uprzedzeń?
— Absolutnie niewykonalne.
—   Pani   Allardyce,   która   mieszka   w   hotelu,   dobrze   mnie   zna…   Czy   mam   ją 

przyprowadzić, aby za mnie poręczyła?

— To niczego nie zmieni.
— A więc sprawa jest beznadziejna?
— Obawiam się, że tak.
— Czy pani sama ma jakieś zastrzeżenia co do naszej znajomości?
— Nie.
— Przychodzi pani czasami sama nad morze?
— Nie. Ciocia mi nie pozwala.
— A musi o tym wiedzieć?
— Tak. Nie przyszłabym bez jej przyzwolenia.
— Nie może pani pogawędzić ze mną w ten sposób od czasu do czasu?
— Nie wiem. Chyba nie.
No i wtedy musiałam już wracać do domu. Po drodze pani Saxby powiedziała komplement 

pod   adresem   moich   rumieńców.   Ciocia   Marta   natomiast   wyglądała   na   niezadowoloną. 
Gdybym naprawdę zachorowała, wydałaby na lekarzy ostatniego centa, ale gdy jest inaczej, 
to   woli   widzieć   mnie   bladą   i   przygaszoną.   Nie   chce,   bym   wyglądała   na   nadmiernie 
zadowoloną z życia.

17 lipca

Przez ostatnie cztery dni dużo i długo „rozmawiałam” z panem Shelmardine. Zostanie tu 

jeszcze przez kilka tygodni. Dzisiaj rano zasygnalizował mi ze skał: — Mam zamiar wreszcie 
spotkać się z panią. Na jutrzejszym spacerze przejdę obok was.

— Nie powinien pan. Ciocia może coś podejrzewać.
— Nie ma obawy. Proszę się nie denerwować. Nie zrobię nic nieroztropnego.
A jednak przypuszczam, że zrobi. Wydaje się bardzo stanowczy. Naturalnie, nie mogę 

zabronić mu spacerowania po naszej plaży, nawet przez cały dzień, jeśli ma na to ochotę. Ale 
gdy tak postąpi, to ciocia Marta natychmiast zostawi mu cały piaszczysty brzeg do wyłącznej 
dyspozycji. Zastanawiam się, w co mam się jutro ubrać.

19 lipca

Wczoraj rano ciocia Marta była pogodna i niczego nie podejrzewała. To paskudnie z mojej 

strony, że ją oszukuję i dlatego czuję się winna. Usiadłam na piasku udręczona oczekiwaniem 
i udawałam, że czytam „Wspomnienia misjonarza” — ciocia uwielbia takie pokrzepiające 
książki. Niebawem ciocia odezwała się z dostojną miną: — Marguerite, w tę stronę idzie jakiś 
mężczyzna. Zejdźmy bliżej morza.

I zeszłyśmy. Biedna ciocia!
Pan Shelmardine szedł odważnie dalej. Zatrzymał się przy resztkach starej, zagrzebanej w 

piasku łodzi. Ciocia odwróciła się doń plecami.

Ja odważyłam się rzucić na niego okiem. Uchylił kapelusza z lekkim przymrużeniem oka. I 

właśnie wtedy ciocia oznajmiła lodowato:

—   Chodźmy   do   domu,   Marguerite.   Ten   osobnik   wyraźnie   ma   zamiar   dalej   nam 

przeszkadzać.

No i poszłyśmy do domu…
Dziś rano zasygnalizował: — List od Connie. Wiadomość dla pani. Chciałbym przekazać 

ją osobiście. Czy bywa pani w kościele?

background image

Cóż, w domu  chodzę do kościoła  regularnie.  Ale ciocia  Marta i pani Saxby mają tak 

surowe zasady, że za nic na świecie nie przestąpiłyby progu kościoła metodystów w Flover 
Sands. Nie trzeba więc wyjaśniać, że i mnie nie wolno tego robić. Ale trudno byłoby długo i 
zawile wyjaśniać tę sprawę, toteż odpowiedziałam po prostu:

— Nie tutaj.
— Nie pójdzie pani jutro rano?
— Ciocia mi nie pozwoli.
— Proszę ją namówić.
— Namowy nie mają na nią wpływu.
— Czy zgodziłaby się, gdyby poprosiła ją pani Allardyce?
Hm… ostrożnie wybadałam ciocię w kwestii pani Allardyce i dowiedziałam się, że za nią 

nie przepada. Dlatego odparłam smutno:

— Daremny trud. Zapytam  ciocię, czy mogę iść, ale jestem prawie pewna, że się nie 

zgodzi.

Tego wieczoru ciocia miała niezwykle dobry, zupełnie u niej wyjątkowy nastrój. Zebrałam 

całą odwagę i poprosiłam o pozwolenie.

— Marguerite — odparła z namaszczeniem. — Dobrze wiesz, że ja tutaj nie chodzę do 

kościoła.

— Ależ ciociu — nastawałam z drżeniem serca. — Czy nie mogłabym pójść sama? To 

przecież niedaleko i będę bardzo ostrożna.

Ciocia obrzuciła mnie wiele mówiącym spojrzeniem. Kiedy odwracałam się zrozpaczona, 

pani   Saxby,   poczciwa   dusza,   powiedziała:   —   Myślę,   że   nic   złego   się   nie   stanie,   jeśli 
pozwolisz dziecku pójść.

Ponieważ   ciocia  przywiązuje   dużą  wagę  do  opinii  pani   Saxby,   wzrok  jej   złagodniał  i 

stwierdziła:

— Cóż, pomyślę o tym i jutro ci powiem, Marguerite.
No i teraz wszystko zależy od tego, w jakim humorze ciocia się obudzi.

20 lipca

Ranek wstał piękny i po śniadaniu ciocia Marta oznajmiła łaskawie:
—   Sądzę,   Marguerite,   że   możesz   wziąć   udział   w   nabożeństwie,   jeśli   tak   bardzo   tego 

pragniesz. Pamiętaj tylko, że życzę sobie, abyś zachowywała się skromnie i rozważnie.

Pobiegłam   na   górę   i   wyciągnęłam   z   kuferka   najładniejszą   sukienkę.   Jest   z   takiego 

delikatnego, szarego materiału w mieniące się perłowe cętki. Za każdym razem, gdy dostaję 
coś   nowego,   staczamy   z   ciocią   Martą   walną   bitwę.   Jestem   pewna,   że   ciocia   najchętniej 
ubierałaby  mnie  zgodnie  z  modą  panującą  w  latach  jej   młodości.  Dlatego  moje   suknie   i 
kapelusze zawsze mają w sobie coś staroświeckiego. Connie podkreślała, że to jest śliczne i 
dodaje   mi   szczególnego   uroku,   a   także   oryginalności.   Niemniej   to   był   punkt   widzenia 
Connie… nie mój.

Ale z tą sukienką to postawiłam na swoim i bardzo mi w niej do twarzy. Włożyłam mały, 

srebrzystoszary kapelusik ozdobiony jasnoróżowymi kwiatami, a do paska przypięłam słodki 
bukiecik staromodnych różanych pączków, które zerwałam w ogrodzie. Potem pożyczyłam 
od pani Saxby książkę z hymnami i zbiegłam na dół pokazać się cioci Marcie.

— Ależ, moje dziecko — zauważyła ciocia wyraźnie niezadowolona — wystroiłaś się zbyt 

frywolnie.

— Ciociu Marto — zaprotestowałam. — Jestem cała w szarości! Ciocia prychnęła. Nie 

macie pojęcia, ile ciocia Marta potrafi wyrazić jednym prychnięciem. Ale ja pomknęłam do 
kościoła jak ptak.

Pierwszą osobą, jaką tam zobaczyłam, był pan Shelmardine. Siedział niedaleko mnie, po 

drugiej stronie przejścia, a oczy mu się śmiały. Więcej na niego nie spojrzałam. Przez całe 

background image

nabożeństwo byłam tak skupiona, że zadowoliło by to nawet ciocię Martę.

Po nabożeństwie czekał  na mnie  przy wejściu do ławki. Udawałam,  że go nie widzę, 

dopóki nie powiedział: „Dzień dobry”, dźwięcznym i głębokim głosem, który tak brzmiał, 
jakby zdolny był do wyrażania najczulszych słów. Kiedy zeszliśmy ze stopni kościoła, wziął 
ode mnie książkę z hymnami i poszliśmy długą, wyboistą wiejską drogą.

— Bardzo dziękuję, że pani przyszła — powiedział.
— Miałam sporo kłopotów z uzyskaniem zgody cioci Marty — wyznałam szczerze. — I 

nic bym nie osiągnęła, gdyby pani Saxby nie stanęła po mojej stronie.

— Niech niebo błogosławi panią Saxby — rzekł z przejęciem. — Ale czy istnieje jakiś 

sposób na pokonanie niechęci pani ciotki? Jeśli tak, gotów jestem podjąć ryzyko.

— Nie ma żadnego. Ciocia Marta jest dobra i życzliwa, lecz nigdy nie przestanie mnie 

wychowywać. Będzie to trwało nawet wtedy, gdy skończę pięćdziesiąt lat. No i poza tym 
nienawidzi mężczyzn! Nie wiem, co by zrobiła, gdyby mnie teraz ujrzała.

Pan   Shelmardine   zmarszczył   czoło   i   gniewnie   ściął   laską   główki   kilku   niewinnym 

stokrotkom.

— W takim razie nie ma nadziei na to, abym mógł panią widywać otwarcie i uczciwie?
— Nie w tej chwili — stwierdziłam słabym głosem.
Po chwili milczenia zaczęliśmy rozmawiać o czymś  innym.  Opowiedział mi, jak mnie 

zobaczył po raz pierwszy.

— Byłem strasznie ciekaw, kim są ludzie siedzący na plaży zawsze w tym samym miejscu. 

Więc pewnego dnia wziąłem lornetkę. Widziałem bardzo dokładnie, jak zdjęła pani kapelusz i 
czytała.   Kiedy   wróciłem   do   hotelu,   zapytałem   panią   Allardyce,   czy   zna   mieszkanki   Fir 
Cottage i wtedy opowiedziała mi o was. Często słyszałem, jak Connie mówiła o pani, toteż 
postanowiłem zawrzeć znajomość.

Gdy weszliśmy na naszą ścieżkę, wyciągnęłam rękę po książkę z hymnami.
— Nie powinien pan iść dalej, panie Shelmardine — gorączkowałam się. — Ciocia… 

ciocia może pana zauważyć.

Ujął moją dłoń i mocno trzymał patrząc z powagą.
— A gdybym  przyszedł jutro do Fir Cottage i zapytał o panią? Wstrzymałam oddech. 

Wyglądało na to, że jest zdolny do wszystkiego.

— Och, proszę tego nie robić — błagałam. — Ciocia Marta byłaby… och, nie mówi pan 

serio.

—   Chyba   nie   —   odrzekł   z   żalem.   —   Nie   uczynię,   oczywiście,   niczego,   co   mogłoby 

ściągnąć na panią kłopot lub przykrości. Ale to nie może być… to nie będzie nasze ostatnie 
spotkanie, prawda?

— Ciocia nie pozwoli mi pójść znowu do kościoła — odparłam.
— Czy nie ucina sobie czasami drzemki po południu? — zagadnął z ciekawością.
— Niekiedy.
— Będę jutro o wpół do trzeciej  po południu  przy tej  starej  łodzi.  Wyrwałam  rękę z 

uścisku.

— Nie mogłabym. Pan wie, że nie mogłabym — krzyknęłam, a potem zaczerwieniłam się 

po uszy.

— Jest pani pewna, że nie? — ciągnął, przysuwając się trochę bliżej.
— Zupełnie pewna — szepnęłam. Wreszcie oddał mi książkę z hymnami.
— Da mi pani jedną różę?
Odpięłam od paska cały bukiecik i podałam mu. Uniósł go do twarzy i dotknął wargami. Ja 

zaś w mało dostojny sposób pobiegłam ścieżką.

Na zakręcie odwróciłam głowę. Ciągle jeszcze tam stał z kapeluszem w ręku.

24 lipca

background image

W poniedziałek po południu, kiedy ciocia Marta i pani Saxby udały się na swą codzienną 

drzemkę, a mnie kazały czytać w tym czasie kazanie, wymknęłam się nad morze.

Pan   Shelmardine   stał   oparty   o   starą   łódź,   ale   zaraz   jak   mnie   zobaczył,   wyszedł 

naprzeciwko.

— To bardzo miło z pani strony — powiedział.
— Nie powinnam przyjść — odparłam z poczuciem winy. — Ale w domu jest nudno i 

naprawdę nie można bez przerwy zajmować się czytaniem kazań i żywotów.

Pan Shelmardine roześmiał się.
— Państwo Allardyce są po drugiej stronie łodzi. Czy zechce pani przywitać się z nimi?
Jak to ładnie z jego strony, że ich przyprowadził! Wiedziałam, że polubię panią Allardyce 

choćby dlatego, że nie cierpiała jej ciocia Marta.

Odbyliśmy uroczą przechadzkę. Zapomniałam o upływie czasu, dopóki pan Allardyce nie 

stwierdził, że jest czwarta.

— Och, już tak późno? — zawołałam. — Muszę natychmiast wracać.
—   Przepraszam,   że   zatrzymaliśmy   panią   tak   długo   —   rzekł   na   to   pan   Shelmardine 

zatroskanym głosem. — Jakie będą konsekwencje, jeśli ona już się obudziła?

— Tak straszne, że lepiej o nich nie myśleć — odparłam. — Lepiej niech mi pan nie 

podsuwa  więcej  takich   pomysłów.   Nie  ulotnią  się  z   mojej   głowy  nawet  po  przeczytaniu 
całego tomu kazań od a do zet.

Przez   chwilę   patrzyliśmy   na   siebie.   Potem   on   zaczął   się   uśmiechać   i   wreszcie   oboje 

wybuchnęliśmy śmiechem.

— Przynajmniej proszę mnie zawiadomić, czy panna Fiske bardzo szalała — zawołał za 

mną.

Ale ciocia Marta jeszcze spała i od tamtego dnia byłam nad morzem jeszcze trzy razy. 

Poszłam tam i dzisiaj, a jutro razem z panem Shelmardine i państwem Allardyce zamierzamy 
popływać żaglówką. Obawiam się tylko, że on znowu zrobi coś nierozważnego. Dzisiaj po 
południu powiedział: — To jest nie do zniesienia.

— Co takiego? — zapytałam.
— Dobrze pani wie — rzekł gwałtownie. — Spotykam się z panią ukradkiem, obciążając 

pani biedne sumienie wyrzutami. Gdyby ciotka nie była tak… nierozsądna, nigdy bym się na 
coś takiego nie zdecydował.

— To wszystko moja wina — powiedziałam skruszona.
— Naprawdę, nie to miałem na myśli — rzekł posępnie. — Czy nie byłoby lepiej, gdybym 

poszedł otwarcie do pani ciotki i przedłożył całą sprawę?

— Gdyby pan to zrobił, nigdy już by pan mnie nie zobaczył! — zawołałam gwałtownie i 

zaraz tego pożałowałam.

— To najgorsza groźba, jaką mogłem usłyszeć — stwierdził.

25 lipca

Wszystko skończone, a ja jestem najnieszczęśliwszą dziewczyną na świecie. To znaczy, że 

ciocia Marta dowiedziała się o nas i spadła na ‘mnie zasłużona kara za grzechy.

Wymknęłam   się   dziś   po   południu   na   tę   wyprawę   żaglówką.   Było   wspaniale,   lecz 

spóźniliśmy się, niestety. Wracałam do domu, oczekując najgorszego. Ciocia Marta spotkała 
mnie w drzwiach.

Sukienkę miałam pogniecioną i wilgotną, kapelusz zjechał mi na kark, a niesforne włosy 

sterczały na wszystkie strony. Wiem, że wyglądałam okropnie i miałam winę wypisaną na 
twarzy. Ciocia spojrzała takim gniewnym wzrokiem, że szkoda słów, a potem w grobowym 
milczeniu zaprowadziła mnie do pokoju.

— Marguerite, co to ma znaczyć?
Mam wiele wad, ale nie znoszę kłamstwa. Wyznałam więc całą prawdę, no… prawie całą. 

background image

Nie powiedziałam bowiem o lornetce i języku migowym. Ciocia była zbyt wstrząśnięta, aby 
przyszło jej na myśl pytać, jak poznałam pana Shelmardine’a. Wysłuchała relacji z kamienną 
twarzą. Spodziewałam się okropnej bury, ale pewnie moje przestępstwo było zbyt wielkie, by 
wyrazić je słowami.

Kiedy wyszlochałam ostatnie słowo, wstała, obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym głębokiej 

pogardy i wyszła z pokoju. Niebawem pojawiła się pani Saxby. Bardzo zatroskana.

—   Moje   drogie   dziecko,   coś   ty   narobiła?   Twoja   ciocia   mówi,   że   jutro   po   południu 

wracamy do domu. Strasznie ją zdenerwowałaś.

Ja tylko skuliłam się na łóżku i płakałam. Pani Saxby w tym czasie pakowała moje rzeczy. 

Nawet nie będę miała okazji wyjaśnić panu Shelmardine, jak się sprawy mają. I nigdy go nie 
zobaczę, gdyż ciocia Marta zdolna jest do tego, by wyprawić mnie choćby do Afryki. On 
pomyśli, że jestem lekkomyślną flirciarą. Och, jaka jestem nieszczęśliwa!

26 lipca

Jestem   najszczęśliwszą   dziewczyną   na   świecie!   Jaka   różnica   między   wczorajszym   a 

dzisiejszym   dniem!   Za   godzinę   opuszczamy   Fir   Cottage,   ale   teraz   ten   fakt   nie   ma 
najmniejszego znaczenia.

Całą   noc   nie   zmrużyłam   oka   i   rano,   schodząc   na   śniadanie,   wyglądałam   jak   półtora 

nieszczęścia.   Ciocia   nie   zwróciła   na   mnie   najmniejszej   uwagi,   ale   ku   memu   wielkiemu 
zdziwieniu oznajmiła pani Saxby, że ma zamiar wybrać się na pożegnalny spacer nad morze. 
Wiedziałam, że będę musiała jej towarzyszyć, aby nie wpaść znowu w jakieś tarapaty. Serce 
zabiło   mi   gwałtownie,   podniecone   nadzieją.   Może   jednak   znajdę   okazję,   by   dać   znak 
Francisowi,   skoro   ciocia   nie   ma   pojęcia,   jaką   haniebną   rolę   w   mym   występku   odegrała 
lornetka.   Pokornie   podążyłam   za   dwiema   posępnymi   opiekunkami   nad  morze   i   usiadłam 
przygnębiona na pledzie. One jak zwykle wędrowały po plaży. Francis był na skałach. Gdy 
tylko   ciocia   Marta   i   pani   Saxby   odeszły   na   bezpieczną   odległość,   zaczęłam   posyłać 
wiadomość: — Wszystko się wydało. Ciocia bardzo zagniewana. Dzisiaj wracamy do domu.

Zaraz   po   nadanym   sygnale   chwyciłam   lornetkę.   Jego   twarz   wyrażała   najwyższą 

konsternację, a nawet rozpacz. Teraz on nadał:

— Muszę cię zobaczyć przed wyjazdem.
— To niemożliwe. Ciocia nigdy mi nie wybaczy. Żegnaj.
Przez   twarz   Francisa   przebiegł   błysk   rozpaczliwej   determinacji.   Gdyby   czterdzieści 

groźnych ciotek rzuciło się na mnie, to i tak nie oderwałabym oczu od szkieł.

— Kocham cię. Wiesz o tym. Czy zależy ci na mnie? Muszę znać prawdę.
Cóż za sytuacja! Ani czasu, ani możliwości na dziewicze rozterki, czy potok pięknych 

słówek. Ciocia z panią Saxby już prawie dochodziły do miejsca, z którego zawsze zawracały. 
Ledwie zdążyłam zasygnalizować krótkie, jasne: „tak” i odczytać jego odpowiedź.

— Ruszam natychmiast do domu, zabieram mamę i Connie, a potem jadę za wami i żądam 

wydania mi mojej własności. Na pewno wygram. Nic się nie bój. Do zobaczenia więc, do 
widzenia, kochanie.

— Marguerite — oznajmiła za mymi plecami pani Saxby — pora wracać.
Wstałam   posłusznie.   Ciocia   Marta   była   posępna   i   zacięta   jak   zwykle,   a   pani   Saxby 

wyglądała jak pierwsza żałobnica na pogrzebie. Ale czy sądzicie, że to mnie choć trochę 
obchodziło? Zwolniłam nieco kroku, zanim opuściłyśmy plażę. Wiedziałam,  że patrzy na 
mnie, więc pomachałam mu ręką.

Chyba jednak naprawdę jestem zaręczona z Francisem Shelmardine. Lecz powiedzcie, kto 

słyszał o równie zabawnych zalotach? A co na to wszystko powie ciocia Marta?

background image

M

ŁODY

 S

I

Kiedy pan Bentley wjechał na podwórze z nową letniczką, pani Bentley z Agnes ciekawie 

zerkały na nią zza firanki w oknie bawialni. Wiodły bardzo nudne życie na odosobnionej 
farmie, toteż interesowały się każdym przybyszem ze świata, leżącego za pasmem odległych 
wzgórz tonących w liliowej mgiełce.

Pani Bentley była pulchną, różowiutką kobietką o dobrodusznym uśmiechu. Agnes zaś 

jasnowłosą, szczupłą dziewczyną o wyglądzie pensjonarki. Była wysoka jak matka, miała 
słodką buzię i zapowiadała się na piękną pannę z brzoskwiniową cerą. Przyjazd letniczki był 
wielkim wydarzeniem w jej życiu.

— Jaka ładna! — szepnęła z podziwem pani Bentley. Akurat przybyła wchodziła powoli 

na zieloną skarpę przed domem. — Mam nadzieję, że okaże się miła. Można to przewidzieć, 
gdy  chodzi   o  letników   mężczyzn,  ale   z  dziewczętami   różnie   bywa.  Niech   Bóg  broni  od 
marudnych lokatorów! Miałam ich dosyć. Ale ona mi się podoba.

Ethel   Lennox   zatrzymała   się   przy   frontowych   drzwiach   w   tym   momencie,   gdy   pani 

Bentley   z   córką   wyszły   do   hallu.   Agnes   obserwowała   nieznajomą   z   nieśmiałym, 
pozbawionym  zawiści podziwem.  Ta  zaś  zatrzymała  się na  kamiennym  schodku i wielki 
kasztan przed domem rzucał na jej postać mozaikę lśnień i cieni.

Była   wysoka,   ubrana   w   skromną,   białą,   wdzięcznie   układającą   się   suknię.   Do   paska 

przypięła   sobie   bukiecik   bladoróżowych   różyczek,   a   biały   kapelusz   z   szerokim   rondem 
osłaniał jej twarz i bujne włosy. Te włosy nie były ani kasztanowe, ani złociste, lecz po prostu 
rude.   Zresztą   trudno   było   sobie   wyobrazić   inne,   skoro   raz   się   je   zobaczyło   w   całej, 
nieopisanej wspaniałości. Śnieżnobiała, delikatna cera doskonale pasowała do barwy włosów 
i wielkich, fiołkowych oczu. Wyraziste rysy świadczyły zarazem o stanowczym, niezależnym 
charakterze. W tej chwili jednak usta wyrażały samą słodycz i rozchyliły się w czarującym 
uśmiechu. Pani Bentley podeszła z serdecznym powitaniem.

— Musi pani być bardzo zmęczona, panno Lennox. Za stacji do nas długa droga. Agnes, 

zaprowadź pannę Lennox do jej pokoju. Zaczekamy na panią z herbatą.

Agnes wysunęła się przed gościa z nieśmiałym wdziękiem, który zawsze zjednywał jej 

przyjaciół  i obie panny powoli weszły na górę szerokimi,  staroświeckimi  schodami. Pani 
Bentley zajęła się przygotowaniem herbaty i postawiła na stole bukiet świeżo ściętych  w 
ogrodzie róż.

— Wygląda na prawdziwą damę, prawda, John? — zwróciła się do męża. — Nigdy nie 

widziałam podobnej twarzy i takich włosów. Czy dałbyś wiarę, że rude włosy mogą być tak 
piękne? Wydaje się sympatyczna i nie udaje wielkiej damy. Napatrzyłam się na nie w życiu! I 
mam ich po dziurki w nosie. Słowo daję!

— Ci–i–cho! — szepnął ostrzegawczo pan Bentley, gdyż właśnie weszła Ethel Lennox, 

obejmując ramieniem Agnes.

Bez kapelusza wyglądała jeszcze ładniej. Miękkie pukle opadały na jej gładkie czoło. Pani 

Bentley posłała mężowi nad stołem spojrzenie wyrażające najgłębszy zachwyt. Pan Bentley 
krajał ozór na zimno i nieco zażenowany próbował nawiązać rozmowę.

— Przekona się pani, panno Lennox, że jest u nas bardzo spokojnie. Prości my ludzie i 

niewiele tu rozrywek. Ale może będzie to pani odpowiadało?

— Bardzo mi odpowiada. Kiedy przez cały rok uczyło się w szkole, w hałaśliwym mieście, 

to spokój jest czymś szczególnie pożądanym. Poza tym, uważam siebie za artystkę. Trochę 
maluję   i   rysuję,   o   ile   mam   na  to   czas,   oczywiście.   Panna  Courtland,   która   mieszkała   tu 
zeszłego lata, mówiła mi, że trudno o odpowiedniejsze miejsce do tych zajęć. Przyjechałam 
więc, ponieważ wiedziałam, że na morzu trwają połowy makreli i znajdę niejedną okazję, aby 
studiować różne typy fizjonomii rybaków.

background image

— No cóż, wybrzeże jest niedaleko i do tego bardzo ładne, choć może tutejsi ludzie nie 

cenią go jak należy, bo są do niego przyzwyczajeni. Przyjezdni natomiast zachwycają się tym, 
jak to mówią, „malowniczym  widokiem”. Co zaś do „typów”, to na pewno znajdzie pani 
rozmaite  wśród mieszkańców  Cypla.  Ja, w  każdym  razie,  za nimi  nie  przepadam.  Kiedy 
będzie pani znudzona  malowaniem,  może  się pani zająć rozwikłaniem  naszej miejscowej 
tajemnicy.

— Och, macie tu więc tajemnicę? Jakie to fascynujące!
— Tak. Właśnie tajemnicę — powtórzył pan Bentley uroczyście. — Nikt jej dotychczas 

nie zdołał wyjaśnić. Ja się poddałem, inni także. Może pani będzie miała więcej szczęścia.

— A cóż to za tajemnica?
— Tajemnicą — oznajmiła dramatycznym tonem pani Bentley —jest młody Si. Akurat 

wiosną,   gdy   nadpłynęły   śledzie,   pojawił   się   niespodziewanie   na   Cyplu   młody   człowiek. 
Przybył nie wiadomo skąd. Nikomu nie udało się wykryć miejsca jego pochodzenia. Kupił 
łódź, chatę na wybrzeżu i wszedł jakby w spółkę ze Snuffym Curtisem. Snuffy miał dać 
doświadczenie, a młodzieniec gotówkę.. .tak sądzę. Snuffy jest biedny jak mysz kościelna i 
po prostu manna spadła mu z nieba. No, i łowili całe lato…

— Ale co to za nazwisko — Młody Si?
— Jasne, że to nie nazwisko. Przedstawił  się jako Brown, lecz  nikt mu  nie uwierzył. 

Brzmiało jakoś nieprawdopodobnie. Sprzęt kupił od „Starego Si”, który też był rybakiem i 
trochę tajemniczym typkiem. Kiedy więc młodzieniec zjawił się Bóg wie skąd, ludziska z 
Cypla ochrzcili go mianem „Młody Si”, tylko dla żartu, ale tak zostało do dziś. On nie ma o to 
pretensji. Jest dość ponurym, zamkniętym w sobie chłopakiem. Lecz mimo to — wiem o tym 
doskonale — mieszkańcy wybrzeża cenią go. Snuffy mi powiadał, że da się lubić, mimo 
niechęci do towarzyskiego życia. W każdym razie jest przystojny, a do tego wykształcony. 
Różni się od naszych rybaków. Niektórzy myślą, że to zbieg, co wpadł gdzieś w tarapaty i 
teraz ukrywa się tu przed prawem. Moja tu obecna żona nie chce o tym słyszeć i ma swoje 
zdanie.

— Nigdy nie uwierzę w te brednie — oświadczyła stanowczo pani Bentley. — Młody Si 

często   tu   przychodzi   po   mleko   i   masło   i   jest   prawdziwym   dżentelmenem.   Nie   dam   się 
przekonać,   że   zrobił   coś,   czego   powinien   się   wstydzić.   Może   ma   swoje   powody,   aby 
marnować życie w tym zapomnianym przez Boga kącie.

—   Młody   Si   nie   marnuje   życia,   tylko   robi   pieniądze   —   zauważył   z   uśmiechem   pan 

Bentley. — Choć nie wydaje się, by mu na nich zależało. Ten rok był dobry na makrele, a 
sprytny z niego chłopak. Kiedy zaczynał, wiedział tyle co nic. Teraz prześcignął Snuffy’ego. 
A co do pracy, to niewielu może iść z nim w zawody. Tyra niczym opętany. Wstaje przed 
świtem każdego dnia i nigdy nie kładzie się przed północą, i cały czas haruje jak niewolnik. 
Powiedziałem mu pewnego razu: — Młody Si, musisz trochę pofolgować i odpocząć. Nie 
wytrzymasz takiego tempa. Nie jesteś stąd. Miejscowi zniosą wszystko, ale ciebie ta praca 
wykończy.

A on tylko się roześmiał, takim gorzkim śmiechem i powiada: — Nie ma znaczenia, jeśli 

nawet tak się stanie. Komu na mnie zależy? —i poszedł sobie. Nadąsany jak zwykle. Jest w 
tym Młodym Si coś takiego, czego nie mogę zrozumieć — zakończył pan Bentley.

Ethel Lennox bardzo się tą historią zainteresowała. Melancholijny, tajemniczy bohater na 

tle   srebrzystych   wydm   i  błękitnych   przestworzy  oceanu.   To  powinno   przysporzyć   trochę 
nieoczekiwanych emocji jej wakacjom.

— Muszę zobaczyć tego księcia w przebraniu — powiedziała. — Wszystko to wygląda 

bardzo romantycznie.

— Zabiorę panią nad morze po herbacie, jeśli pani zechce — zaproponowała Agnes. — Si 

jest wspaniały — ciągnęła poufnym tonem, kiedy wstawały od stołu. — Tato za nim nie 
przepada, bo sądzi, że on coś ukrywa. Ale ja go lubię. Jest dżentelmenem w każdym calu, tak 

background image

jak mówi mama. Nie uwierzę, że mógł dokonać jakiegoś przestępstwa.

* * *

Ethel Lennox powoli weszła do sadu. Czekając na Agnes, usiadła pod jabłonią i zaczęła 

czytać, ale wkrótce książka wysunęła się jej z rąk, a piękna główka odchyliła się na szary pień 
starego   drzewa.   Łagodne   usta   wygięły   się   w   smutnym   grymasie,   zaś   fiołkowe   oczy 
spoglądały z rozmarzeniem.

— To nie jest twarz szczęśliwej dziewczyny — pomyślała Agnes, kiedy podeszła blisko 

jabłoni. — Jaka ona śliczna! Wszyscy będą się za nią oglądać. Zawsze gapią się na nasze 
letniczki, ale takiej jeszcze nie mieliśmy.

Ethel poderwała się z murawy. — Nie sądziłam, że przyjdziesz tak prędko — tłumaczyła 

się. — Poczekaj chwilkę, zaraz przyniosę kapelusz.

Kiedy wróciła,  ruszyły  w  drogę  i  niebawem  szły porytą  głębokimi  koleinami   ścieżką, 

przecinającą   skoszone   łąki   pokryte   świeżą   zielenią,   zagony   dojrzewającego   owsa   i 
szarozielonej pszenicy, i znikającą hen w dali, wśród falistych wydm wybrzeża.

Za   wydmami   rozciągał   się   lśniący   bezmiar   oceanu   o   barwie   spłowiałego   błękitu,   jak 

zwykle w porze sierpniowych upałów. Nad horyzontem ciągnęły się długie pasma chmur o 
różnych   odcieniach   różowości.   Niezliczone   łodzie   rybackie   kołysały   się   na   spokojnych 
wodach.

— Ta najdalej wysunięta łódź należy do Młodego Si — wyjaśniła Agnes. — On zawsze 

tam wypływa.

— Czy jest rzeczywiście taki, jak mówi twój ojciec? — zapytała z ciekawością w głosie 

panna Lennox.

— Jest taki, naprawdę. Zupełnie niepodobny do innych ludzi z wybrzeża. Jak pani. To 

zrozumiałe,   że   zachowuje   się   trochę   dziwnie.   Wygląda   tak,   jakby   trapiło   go   jakieś 
zmartwienie,  ale  to nic  złego. Nie, on jest po prostu nieszczęśliwy.  No, przybyłyśmy  na 
miejsce — dodała, gdy minęły wydmy i weszły na długą, gładką plażę.

Po lewej stronie brzeg wyginał się w półkolisty cypel oślepiającej białości; po prawej, stał 

mały rybacki domek.

— Tu mieszka Młody Si — powiedziała Agnes. — Dzień za dniem w takim domu! Już to 

samo może przyprawić o melancholię! Nic dziwnego, że jest taki tajemniczy. Pójdę po jego 
lornetkę. Mówił, że mogę jej używać.

Pchnęła drzwi i weszła do środka, a za nią wsunęła się Ethel. Wnętrze było skromne ale 

czyste. Niewielką izbę oświetlało jedyne okno z widokiem na morze. Stojąca w kącie drabina 
prowadziła   na   poddasze.   Nagie,   dawno   nie   bielone   ściany,   zawieszone   były   kurtkami, 
sieciami i rozmaitym rybackim sprzętem. Na małym piecyku stał czajnik, a brudne naczynia i 
resztki posiłku poniewierały się na prostym, zbitym z desek stole. Spasiony, wąsaty kociak, 
który wyglądał jakby zrobiono go z czarnego aksamitu, drzemał na parapecie.

— To  kot Młodego Si — wyjaśniła  Agnes  głaszcząc  zwierzątko.  Kot  otworzył  senne 

zielone oczy i zamruczał okazując zadowolenie. — Mam wrażenie, że to jedyna istota, na 
jakiej   mu   zależy.   Wiedźmo!   Jak   się   masz,   Wiedźmo?   A   oto   i   lornetka.   Wyjdziemy   i 
popatrzymy sobie. Si właśnie łowi makrele — oznajmiła po kilku minutach, gdy już obejrzała 
wszystkie łodzie. — Nie wróci nawet za godzinę. Mamy trochę czasu na spacer po plaży.

Niebo stało się tak jasne, że aż prawie białe, a słońce wędrowało coraz niżej, pozostawiając 

po zachodniej stronie morza roziskrzone smugi. Niestrudzone mewy raz po raz nurkowały i 
podlatywały w górę. Gdy czerwona tarcza słońca zanurzyła  się w wodzie, łodzie zaczęły 
powoli płynąć ku przystani.

— Prawie wszystkie udadzą się na Cypel — wyjaśniła Agnes, wskazując pogardliwym 

background image

gestem rozciągający się przed nimi przylądek. — Ci prymitywni ludzie pochodzą stamtąd, ale 
Młody Si nie spoufala się z nimi. O, właśnie podnosi żagiel. Zdążymy wrócić, zanim przybije 
do brzegu.

Powoli ruszyły wzdłuż mokrej plaży. Słońce schowało się za horyzontem, lecz na niebie 

płonęła jeszcze ognistoczerwona plama. Pusty dotychczas brzeg zaludnił się nagle, a okolice 
rybackiej chatki bardzo się ożywiły. Obdarci chłopcy biegali w różne strony, nosząc wodę lub 
ryby. Łodzie wciągano na pochylnie. Dwóch starych, obszarpanych majtków przybyłych z 
Cypla, aby się dowiedzieć, jaki połów miał Młody Si, paliło fajki w kącie jego izby. Morze i 
brzeg kąpały się w łagodnej poświacie nadciągającego zmierzchu. Ta piękna, romantyczna 
sceneria radowała artystyczną duszę Ethel.

Agnes trąciła swą towarzyszkę.
— Tam! Jeśli chce pani zobaczyć Młodego Si — szepnęła wskazując na pomost, obok 

którego poruszała się ciemna postać. — Tam jest, odwrócony plecami, przy tej kremowej 
łodzi.   Liczy   makrele.   Jeśli   podejdzie   pani   do   pomostu   z   drugiej   strony,   to   będzie   pani 
wygodniej  go  obserwować.  Ja  w   tym  czasie  pójdę  do  tego   starego  skąpca,  Snuffy’ego  i 
spróbuję wyprosić jakąś makrelę. Może mi się uda.

Odeszła pospiesznie, a Ethel skierowała się w stronę łodzi. Nim do niej dotarła, minęła 

grupkę mężczyzn, którzy przyglądali się letniczce z nieukrywanym zachwytem. W pobliżu 
pomostu   oprócz  niej  i  Młodego  Si nie  było  nikogo.  Wszyscy   zgromadzili  się  przy  łodzi 
Snuffy’ego.   Młody   Si   wyrzucał   makrele   z   nieprawdopodobną   szybkością,   ale   na   odgłos 
kroków za plecami odwrócił się i wyprostował się na całą wysokość. Stanęli twarzą w twarz.

— Miles!
— Ethel!
Młody Si cofnął się i oparł o maszt, a duże, srebrzyste ryby wyśliznęły mu się z rąk do 

wody. Jego przystojna, ogorzała twarz silnie pobladła.

Ethel Lennox obróciła się na pięcie i w milczeniu odeszła plażą. Agnes poczuła czyjąś dłoń 

na swoim ramieniu, a kiedy się obejrzała, zobaczyła, że Ethel stoi blada oraz nienaturalnie 
sztywna i poważna.

— Wracajmy do domu — powiedziała panna Lennox głucho. — Za wilgotno tu i zrobiło 

mi się zimno.

— Ojej! — wykrzyknęła ze skruchę Agnes. — Powinnam była powiedzieć, żeby wzięła 

pani szal! Tu zawsze jest wilgotno po zachodzie słońca. Hej, Snuffy,  daj mi tę makrelę. 
Dziękuję. Już jestem gotowa, panno Lennox.

Zaledwie dotarły do ścieżki, Ethel usłyszała pytanie, którego tak się obawiała.
— Widziała pani Młodego Si? I co pani o nim sądzi?
Ethel   odwróciła   twarz   i   odpowiedziała   z   wymuszoną   obojętnością:   —   Wygląda   dość 

niezwykle jak na rybaka… chociaż nie mogłam mu się dobrze przyjrzeć w tym mroku. Tam 
już było prawie ciemno. Chodźmy trochę prędzej. Nogi mam przemoczone.

Kiedy weszły do domu, panna Lennox wymówiła się od kolacji zmęczeniem i udała się 

wprost do swego pokoju.

* * *

A na brzegu Młody Si jakoś się pozbierał i wrócił do pracy. Twarz miał ściągniętą i bez 

wyrazu. Na obu policzkach wystąpiły mu czerwone plamy i drżącymi rękami rzucał makrele, 
nieświadomy tego co czyni.

Snuffy podszedł do pomostu. — Widziałeś tę przystojną dziewczynę, Si? — zapytał od 

niechcenia. — To jedna z letniczek Bentleyów. Wygląda jak z obrazka, no nie?

—   Nie   mam   czasu   do   stracenia   —   odparł   szorstko   Młody   Si.   —   Przed   nocą   trzeba 

background image

oczyścić te wszystkie ryby. Przestań gadać i weź się do roboty.

Snuffy wzruszył ramionami i zabrał się do pracy. Młody Si nie należał do osób, które by 

można lekceważyć. Mieli obfity połów i kiedy zakończyli wszystkie czynności, nastała już 
noc. Snuffy z zadowoleniem obejrzał pełne beczułki.

— Udany dzień — mruknął — ale i robota ciężka. Padam z nóg. Pewnie zaraz pójdę do 

łóżka. Si, na miłość boską, co ty wyprawiasz?

Młody   Si   wszedł   do   płaskodenki   i   odcumował.   Nie   odpowiedział   na   pytanie,   tylko 

odepchnął   łódź   od   brzegu.   Snuffy   obserwował   go   z   głupią   miną,   dopóki   nie   zniknął   w 
ciemności.

—   Masz   ci   los!   —   wykrzyknął.   —   Czy   ten   Si   jest   aby   zdrowy   na   umyśle?   Zawsze 

zachowywał się dziwacznie, ale żeby wypływać, Bóg wie po co o takiej godzinie, po nocy? 
To chyba niezbyt bezpiecznie przebywać razem z nim. — Tu Snuffy z dezaprobatą pokiwał 
kudłatą głową.

Młody Si wiosłował miarowo. Wschodnia bryza niosła wilgotną lepką mgłę, przesłaniającą 

zarysy   brzegu   i   horyzontu.   Młody   rybak   znalazł   się   nagle   sam   jeden   w   świecie 
niezmierzonych   wód   i   szarej   mgły.   Przestał   wiosłować   i   pochylony   oparł   się   ciężko   na 
wiosłach.

— Musiałem ją tu spotkać, w takim zakazanym miejscu! — mruknął. — I ani jednego 

słowa! Zaledwie przelotne spojrzenie po tylu miesiącach udręki! Cóż, może to i lepiej. Ale 
zawsze…wiedzieć, że jest tak blisko.. .Jaka ona piękna! A kocham ją bardziej niż wtedy. To 
dokucza jak cierń. Myślałem, że w tym surowym życiu, pośród szorstkich ludzi, gdzie nic mi 
jej nie będzie przypominało, zdołam zapomnieć. A teraz…

Zacisnął pięści. Wszędzie wokół leżała mgła. Pełznąca, nieuchwytna, widmowa. Łódka 

kołysała się łagodnie na fali. Z daleka dochodził głuchy, nieprzerwany pomruk oceanu.

* * *

Nazajutrz Ethel Lennox nie chciała pójść nad brzeg morza, w pobliże miejsca gdzie stała 

chatka Młodego Si. Zamiast tego wybrała spacer na Cypel i cały dzień rysowała. Następnego 
dnia było tak samo i następnego też… Cypel jest najbardziej malowniczą częścią wybrzeża, 
twierdziła,   a   „typy”   wśród   jego   mieszkańców   szczególnie   interesujące.   Agnes   Bentley 
przestała   namawiać   ją   do   wypraw   nad   morze.   Odnosiła   wrażenie,   że   z   Ethel   nie   należy 
rozmawiać na drażliwy temat.

Pod koniec tygodnia pani Bentley zauważyła: — Co też się dzieje z Młodym Si? Tydzień 

minął, jak nie przychodzi po mleko i masło. Czy czasami nie zachorował?

Pan Bentley rozbawiony uśmiechnął się pod nosem.
— Chyba mogę ci wyjaśnić powód jego nieobecności. Si bierze teraz mleko i masło u 

Waldenów. Widziałem, jak szedł tam dwa razy. Zdaje mi się, że Lisa Walden tym razem 
okazała się lepsza od ciebie, Mary!

—   Coś   podobnego!   —   zawołała   pani   Bentley.   —   No   cóż,   Młody   Si   jest   pierwszym 

człowiekiem, który przedłożył masło Lisy nad moje. Wszyscy wiedzą, jakie jest jej masło. 
Nigdy porządnie nie wypłucze z niego soli. Ale niech mu będzie na zdrowie. Życzę mu dużo 
radości z tej zamiany.

Pani Bentley groźnie zagrzechotała garnkami. Widocznie jej wiara w rozsądek Młodego Si 

została poważnie podkopana.

Ethel Lennox, z twarzą mokrą od łez pisała list w swoim pokoju. Wargi miała zaciśnięte, a 

ręka jej drżała.

Zrozumiałam, że nie ma sensu ucieczka przed przeznaczeniem. — pisała. — Nieważne, jak  

background image

bardzo staramy się mu wymknąć i jak pewni jesteśmy wygranej. Ono spotka nas tam, gdzie 
się go najmniej spodziewamy. Przyjechałam tutaj zmęczona, szukając spokoju i wypoczynku,  
a — o nieba! — spotkałam twarzą w twarz kogoś, kto zburzył spokój mego życia.

Muszę ci coś wyznać, Helen. Szczera spowiedź jest lekarstwem dla duszy, jak dobrze wiesz. 

Dlatego zaaplikuję sobie szczyptę tego leku, dopóki jestem w odpowiednim nastroju.

Wiesz,   oczywiście,   że   byłam   kiedyś   zaręczona   z   Milesem   Lesleyem.   Wiesz   także,   że 

zaręczyny zostały zerwane minionej jesieni z nie wyjaśnionych powodów. Cóż, opowiem ci, co  
się stało, a potem zaniosę ten list na pocztę, zanim się rozmyślę.

Rok   minął   z   okładem,   od   czasu   gdy   ogłosiliśmy   nasze   zaręczyny.   Jak   się   zapewne 

orientujesz, jego rodzina jest bardzo zamożna i dobrze ustawiona towarzysko. Ja zaś byłam 
tylko ubogą nauczycielką. Możesz więc sobie wyobrazić, z jakim przerażeniem ci wszyscy 
bogaci   krewni   przyjęli   wiadomość   o   zainteresowaniu   się   Milesa   istotą,   jak   oni   uważają, 
niższej kategorii. Teraz, kiedy spokojnie przemyślałam całą tę sprawę, nawet ich specjalnie  
nie potępiam. Pewnie  niełatwo arystokratycznym  rodzicom, którzy niczego nie odmawiali 
synowi i wiązali z nim wielkie nadzieje, zobaczyć jak odwraca się od swojej sfery i wybiera  
kogoś, kto ich zdaniem, zajmuje tak niskie stanowisko w społeczeństwie. Ale wówczas nie  
widziałam tego wszystkiego w takim właśnie świetle. Zamiast odrzucić jego starania (a tak  
pewnie należało postąpić), zachęcałam go jeszcze. Nell, tak bardzo go kochałam! No i w 
końcu, mimo oporów rodziny, Miles oficjalnie mi się oświadczył.

Kiedy jego rodzice przekonali się, że nie potrafią odwieść go od nierozsądnej decyzji,  

pozornie   zaakceptowali   nasz   związek.   Lecz   ta   wymuszona   łaskawość   była   dla   mnie 
upokorzeniem i udręką. Bolała mnie ich uprzejmość i niechęć ukrywana pod płaszczykiem  
dobrych manier. Moja obrażona duma znalazła sobie ofiarę w osobie Milesa. Należę do 
kategorii ludzi, którzy, lekceważeni, boleśnie to odczuwają zamiast zwyczajnie ignorować. 
Tak  postępują  dobrze  urodzeni.   Sądziłam,  że  on  nie  dostrzega  okazywanej   mi  pogardy   i 
stawałam się wobec niego coraz bardziej chłodna i oficjalna. Miał dużo cierpliwości, lecz  
zbyt wiele nas dzieliło. Wkrótce stosunki między nami stały się bardzo napięte i bez trudu  
znaleźliśmy pretekst do kłótni.

Któregoś wieczoru poszłam na przyjęcie wydawane przez jego matkę. Znałam tam niewiele 

osób,   a   ponieważ   Miles   musiał   pełnić   obowiązki   gospodarza,   to   po   krótkim   powitaniu  
zostawił   mnie   samą   sobie.   Brakowało   mi   towarzyskiego   wyrobienia   i   uznałam   jego  
zachowanie za celową zniewagę. W przystępie zazdrości, bardzo rozżalona, wzięłam odwet 
godny — co ze wstydem przyznaję — wiejskiej dziewczyny. Zaczęłam bez żenady flirtować z  
Fredem Curtisem, który się mną trochę interesował, jeszcze przed zaręczynami z Milesem. 
Kiedy Miles podszedł do mnie, zastał nas bardzo zaabsorbowanych sobą, w każdym razie na  
to wyglądało. Bez słowa obrócił się na pięcie i odszedł. Nie zbliżył się do mnie przez resztę  
wieczoru.

Wróciłam do domu rozgniewana, ale tak nieszczęśliwa i pełna skruchy, że gdyby Miles,  

który   złożył   mi   wizytę   następnego   wieczoru,   był   cierpliwy   i   wyrozumiały   jak   zwykle, 
błagałabym go o wybaczenie. Lecz posunęłam się za daleko. Mój brak ogłady wstrząsnął jego  
matką, on sam czuł się upokorzony i to rozgoryczyło go do reszty. Nic dziwnego więc, że 
wywiązała   się   między   nami   gwałtowna,   pełna   gorzkich   wymówek   kłótnia.   Powiedziałam 
wtedy wiele głupich, niewybaczalnych słów, a w końcu rzuciłam mu pierścionek pod nogi. 
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem i lekką pogardą. Potem wyszedł bez słowa. Gdy mój  
gniew przygasł, poczułam się okropnie nieszczęśliwa. Zdałam sobie sprawę, jak niegodnie się 
zachowałam, jak bardzo kocham Milesa i jak samotne i puste będzie bez niego moje życie. On  
jednak  do  mnie  nie  wrócił,   a po  pewnym  czasie  dowiedziałam   się,  że wyjechał,  nikt  nie 
wiedział   dokąd,   ale   przypuszczałam,   że   za   granicę.   Cóż,   pozbyłam   się   nadziei,   ukryłam 
rozpacz i jakoś brnęłam przez życie. Mam nadzieję, że to wydarzenie uczyniło mnie lepszą i 
nauczyło myśleć.

background image

Tego lata przyjechałam tutaj. Od początku słyszałam o tajemniczym przybyszu znanym 

jako Młody Si, który łowi makrele w tej części wybrzeża. Bardzo się zainteresowałam, bo ta  
historia   wydała   mi   się   szalenie   romantyczna.   Pewnego   wieczoru   poszłam   go   zobaczyć.  
Stanęłam z nim twarzą w twarz i, och Helen! — to był Miles Lesley!

Przez   minutę   ziemia,   niebo   i   morze   zawirowały   mi   przed   oczyma.   W   następnej  

przypomniałam sobie wszystko i odeszłam. On za mną nie ruszył.

Możesz być pewna, że teraz unikam starannie tej części wybrzeża. Od tamtej pory nie  

spotkaliśmy   się   i   on   nie   uczynił   żadnego   kroku,   aby   mnie   zobaczyć.   Wyraźnie   daje   do 
zrozumienia, że mną gardzi. Cóż, ja sama sobą gardzę. Jestem taka nieszczęśliwa, Nell, lecz 
nie myślę wyłącznie o sobie. Gdyby Miles nie spotkał mnie na swej drodze, jego matka nie  
wypłakiwałaby sobie oczu tęskniąc za synem. Własny ból pozwolił mi lepiej zrozumieć jej  
uczucia   i   już   nie   żywię   do   niej   urazy.   Nie   muszę   dodawać,   że   nie   zamierzam   tu   dłużej 
przebywać. Wyjadę w przyszłym tygodniu. Zrobiłabym to wcześniej, ale nie potrafię wymyślić 
przyzwoitego powodu…

O zmierzchu Ethel poszła razem z Agnes na pocztę wysłać list. Gdy zatrzymały się przy 

drzwiach małego wiejskiego sklepiku, zza rogu wyszedł młody mężczyzna. Był to Młody Si. 
Miał na sobie rybacki strój, a wielka sieć zwisała mu na ramieniu. Jednak żadne przebranie 
nie mogło ukryć jego wspaniałej sylwetki. Agnes porywczo rzuciła się ku niemu.

— Si, gdzie się podziewałeś? Dlaczego nas nie odwiedzasz od tak dawna?
Młody Si nie odpowiedział. Uniósł tylko czapki w zdawkowym ukłonie i obrócił się na 

pięcie.

— Coś takiego! — wykrzyknęła Agnes, skoro tylko odzyskała mowę. — Skoro Młody Si 

tak traktuje swoich przyjaciół, to musiał się z jakiegoś powodu obrazić. Ale z jakiego? — 
dodała, gdyż ciekawość przemogła oburzenie.

Gdy wyszły ze sklepiku, zobaczyły oddalającą się wzdłuż bezludnego brzegu samotną 

postać Młodego Si. W zapadającym zmierzchu Agnes nie dostrzegła bladej twarzyczki ani 
pełnych łez oczu swej towarzyszki.

* * *

— Wracam właśnie z Cypla — powiedziała tydzień później Agnes, wchodząc do domu 

wczesnym popołudniem. — Mały Ev mówił, że dziś nie będzie połowów i on może nas wziąć 
na przejażdżkę, jeśli ma pani na nią ochotę.

Ethel   Lennox   odłożyła   szkicownik.   Zmizerniała   i   wyglądała   na   bardzo   zmęczoną. 

Postanowiła nazajutrz wyjechać i to miała być jej ostatnia wyprawa nad morze.

Godzinę przed zachodem słońca z cienia rzucanego przez Cypel wypłynęła łódź. Siedziały 

w niej Ethel Lennox z Agnes i Mały Ev, jasnowłosy, niski mieszkaniec Cypla; do niego 
należała łódź.

Wieczór był piękny i od lądu wiała lekka orzeźwiająca bryza. Nikt nie zauważył ciemnych 

zwałów chmur kłębiących się nisko nad horyzontem po północno—zachodniej stronie nieba.

— Czyż nie jest cudownie? — zawołała Ethel. Kapelusz zsunął się jej z głowy, a pukle 

rudych włosów powiewały wokół twarzy.

Agnes rozejrzała się wokół. Bardziej doświadczona w sprawach morza od towarzyszki, 

zauważyła w otoczeniu pewne niepokojące zmiany.

Młody Si stojący ze Snuffym przy pomoście dla łodzi, zniżył pospiesznie lornetkę.
— Tam jest Agnes Bentley i… i… ta ich letniczka — powiedział przejęty. — Wybrały się 

z Małym Evem w tej nieszczęsnej przeciekającej balii. Gdzie te głuptasy mają oczy, że nie 
widzą nadciągającego szkwału?

background image

—   Ten   Mały   Ev   zna   się   na   kierowaniu   łodzią,   tyle   co   kot   napłakał   —   wykrzyknął 

oburzony Snuffy. — Daj im znak, by wracali.

Si potrząsnął głową. — Są za daleko. I nie wiadomo, jaki będzie ten szkwał. W dobrej 

łodzi i z kimś, kto zna się na żeglowaniu, nic by się im nie stało. Ale z Małym Evem… — tu 
zaczął niecierpliwie chodzić po pomoście.

Łódź odpłynęła już na znaczną odległość od brzegu. Lekką bryzę zastąpił silny wiatr i 

ciemnoszara, gładka dotychczas powierzchnia morza zapieniła się białymi grzywaczami.

Agnes nachyliła się ku Ethel. — Zaczyna mocno huśtać. Sądzę, że lepiej będzie zawrócić. 

Boję się, że nie unikniemy burzy. Spójrz na te chmury.

Długi, głuchy pomruk potwierdził jej obawy.
— Mały Ev! — krzyknęła. — Wracajmy natychmiast!
Mały Ev w końcu też zdał sobie sprawę z sytuacji i przerażony rozejrzał się dookoła. 

Dziewczęta spojrzały na siebie bezradnie. Niebo gwałtownie ciemniało., Odgłosy grzmotów 
rozlegały się coraz częściej i wyraźniej. Nad horyzontem rozjarzyła się długim zygzakiem 
pierwsza błyskawica, a nad ziemią i morzem błysnęło, jak mówi poeta „złowrogie, zielone 
światło nadciągającego sztormu”.

Mały Ev czym prędzej odwrócił dziób łodzi, lecz spadły już pierwsze krople deszczu.
— Ev, łódź przecieka! — zawołała Agnes, starając się przekrzyczeć wycie wiatru. — W 

środku jest coraz więcej wody!

—   No   to   ją   wylewaj   —   odkrzyknął   Ev,   mocując   się   z   żaglem.   —   Wylewaj   ją.   Pod 

siedzeniem są dwa naczynia. Ja muszę opuścić żagiel.

— Pomogę ci — powiedziała Ethel. Była bardzo blada lecz opanowana. Po chwili zaczęła 

pomagać przy wylewaniu wody.

Gdy Młody Si, obserwując morze przez lornetkę, zobaczył ich usiłowania, w jednej chwili 

podjął decyzję i pobiegł do swej łodzi.

— Mają przeciek. Hej, Curtis, spuszczaj łódź. Musimy wypłynąć, bo inaczej Ev je potopi.
Odbili od brzegu, gdy ulewa strugami deszczu przesłoniła już częściowo widok morza i 

lądu.

— Młody Si płynie po nas — zauważyła Agnes. — Wszystko będzie w porządku, jeśli 

zdąży na czas. Ta łódź na pewno zatonie.

Mały Ev był już kompletnie sparaliżowany strachem. Dziewczęta bez przerwy wylewały 

wodę, lecz jej, mimo to, wciąż przybywało. Młody Si zdążył właściwie w ostatniej chwili.

— Skacz Ev! — krzyknął, gdy jego łódź znalazła się dość blisko. — Skacz i ratuj życie!
W jednej chwili wciągnął Ethel Lennox, a Agnes sama przeskoczyła zręcznie jak kot do 

jego łódki. Mały Ev też się jakoś przedostał i w tym momencie rozległ się nad nimi potężny 
grzmot, a niebo przeszyła niebieskawosina błyskawica.

Ale   niebezpieczeństwo   nikomu   już   nie   groziło,   szkwał   bowiem   nie   mógł   stanąć   na 

przeszkodzie takim żeglarzom jak Snuffy i Młody Si. Kiedy znaleźli się na brzegu, Agnes, 
która prędko otrząsnęła się po doznanych  przeżyciach,  wyżęła  przemoczoną spódniczkę i 
oświadczyła stanowczo, że pójdzie natychmiast do domu razem ze Snufrym.

— Już i tak nie mogę bardziej przemoknąć — stwierdziła pogodnie. — Przyślę tatę z 

bryczką po pannę Lennox. Rozpal ogień w swojej chacie, Si i pozwól jej obeschnąć. Ja już 
pędzę!

Si chwycił Ethel w silne ramiona i zaniósł do chatki. Posadził ją na jednej z niskich ławek i 

zaczął w pośpiechu rozpalać ogień. Ethel siedziała oszołomiona, odgarniając z czoła pasma 
mokrych włosów. Młody Si odwrócił się i spojrzał na nią z płomykiem namiętności w oczach. 
Ona zaś wyciągnęła ku niemu zimne i mokre ręce w błagalnym geście.

— Och, Miles! — szepnęła.
Na zewnątrz wiatr targał wątłymi zabudowaniami i darł morze na strzępy. Deszcz lał bez 

przerwy. Zapowiadała się burzliwa noc. Lecz w środku, ogień rozpalony przez Młodego Si 

background image

rzucał wesołe błyski na ubogą izbę, zaś Ethel Lennox złożyła głowę na mocnym ramieniu 
klęczącego przed nią młodzieńca. Miała oczy pełne łez, gdy odezwała się drżącym głosem:

— Miles, czy możesz mi wybaczyć? Gdybyś wiedział, jak ciężko odpokutowałam…
— Nigdy więcej nie mów mi o przeszłości, ukochana. W czasie samotnych nocy i dni, tu 

nad morzem, zapomniałem o wszystkim prócz miłości.

— Miles, jak się tu znalazłeś? Myślałam, że jesteś w Europie.
—   Początkowo   trochę   podróżowałem.   A   tu   przybyłem   przypadkowo   i   postanowiłem 

odciąć   się   całkowicie   od   dawnego   życia   i   spróbować   zapomnieć   o   tobie.   Nie   mogę 
powiedzieć, bym osiągnął sukces. — Uśmiechnął się, patrząc jej w oczy. — Miałaś jutro 
wyjechać. Pomyśl, jak blisko byliśmy chwili rozstania! Lecz co powiemy naszym tutejszym 
przyjaciołom?

—   Sądzę,   że   lepiej   niczego   nie   wyjaśniać.   Wyjadę   jutro,   tak   jak   zaplanowałam,   a   ty 

wkrótce podążysz za mną. Pozwól „Młodemu Si”, pozostać nie wyjaśnioną tajemnicą, jaką 
był dotychczas.

—   To   chyba   najlepsze   wyjście   w   tej   sytuacji.   Oni   by   nigdy   nie   zrozumieli,   nawet 

gdybyśmy   wyłożyli   im   całą   prawdę.   Przypuszczam   też,   że   bardzo   by   ich   rozczarowała 
wiadomość,   że   nie   jestem   mordercą   ani   fałszerzem,   ani   żadnym   przestępcą.   Zawsze 
przypisywali mi posępną przeszłość. Teraz wrócimy do naszego świata, Ethel. Zostaniesz tam 
serdecznie przyjęta, kochanie. Moja rodzina dostała niezłą nauczkę i zrobi wszystko, aby nic 
już nie przeszkodziło naszemu szczęściu.

Nazajutrz rano Agnes odwiozła Ethel na stację. Silny wiatr, który omiatał przez całą noc 

ziemię i wodę, przegnał z powietrza duszny upał. Wstał rześki i przejrzysty ranek, jakby stara, 
smutna  ziemia  oczyściła  się z grzechów  i wszelkiej  zmazy i stała  się znów  promienna  i 
nieskalana. Ethel przepełniało tak rzucające się w oczy uczucie szczęścia, aż Agnes dziwiła 
się tej przemianie.

— Do widzenia, panno Lennox — powiedziała z żalem. — Czy jeszcze kiedyś przyjedzie 

pani do nas?

— Może — uśmiechnęła się Ethel. — A jeśli nie, to ty Agnes musisz przyjechać do mnie. 

Może pewnego dnia zdradzę ci swój sekret.

Po tygodniu nieoczekiwanie zniknął Młody Si. Jego zniknięcie stało się powodem licznych 

rozmów i domysłów. Ten odjazd był równie tajemniczy jak przybycie. W końcu wyjaśniło 
się,   że   zanim   się   ulotnił,   odesłał   swoje   makrele,   a   łódź   i   chatę   przekazał   Snuffy’emu 
Curtisowi, tak jakby tu nigdy nie zamierzał wrócić.

Mały Ev był ostatnim mieszkańcem Cypla, który go widział, jak szedł na stację w porze 

sierpniowego zmierzchu. A nazajutrz rano Agnes Ben—tley, wychodząc pierwsza z domu 
znalazła   na   progu   koszyk   z   małym,   czarnym   hałaśliwym   kociakiem.   Do   szyi   zwierzęcia 
przywiązana była kartka, a na niej napisano:

„Czy Agnes, dla pamięci Młodego Si, zechce obdarzyć przyjaźnią Wiedźmę?”


Document Outline