background image

WIESŁAW WERNIC

Szeryf z Fort Benton

Ilustrował 

S. ROZWADOWSKI

CZYTELNIK • 1969 • WARSZAWA

background image

O, Katarzyno!

Ale się pan doktor spalił!

—Nie mówi się “spalił”, ale: opalił.

—Pan doktor zawsze taki sam. Czy przygotować kąpiel?

Tak   wypadła   moja   pierwsza,   po   miesiącach   nieobecności,   rozmowa   z   Katarzyną.   Trzeba 

wyjaśnić,   że   Katarzyna   była   rudowłosą   Irlandką   nieokreślonego   wieku,   mającą   skłonność 

przekręcania lub też zmieniania sensu wyrazów. Z uporem maniaka prostowałem — w imię 

czystości języka — słowa oznaczające zupełnie coś innego. Nie dawało to jednak żadnych rezul-

tatów.

Przez kilka ostatnich miesięcy wiosny i lata Katarzyna  gospodarowała samotnie  w moim 

mieszkanku. Prawdopodobnie z nadmiaru wolnego czasu przeprowadziła tak generalne porządki, 

że   w   swej   podręcznej   bibliotece   niczego   odtąd   znaleźć   nie   mogłem.   Księgi   lekarskie 

poprzegradzane zostały prozą literacką, a proza — poezją. Fakt ten stwierdziłem jednak znacznie 

później. Teraz siedziałem w wannie wypełnionej ciepłą wodą i zmywałem z siebie kurz ledwo co 

przebytej   pociągiem   drogi   i   tej   dawniejszej   —   spędzonej   na   siodle   końskim   w   preriach 

Południowej Kanady.

Rok 1881, który dobiegał końca, sprawiał mi  dziwne psikusy.  Chyba  tym  tylko  mogłem 

wytłumaczyć fakt, że ja — lekarz z zawodu, zastępca naczelnego chirurga szpitala w Milwaukee 

— zostałem na kilka miesięcy typowym westmanem, przebiegającym niezmierzone przestrzenie 

stepów i gór.

Wszystko zaczęło się od chwili, gdy do szpitala, w którym pracowałem, zgłosił się Karol 

Gordon.   Uległ   niebezpiecznemu   wypadkowi:   nogę   poszarpał   mu   szary   niedźwiedź   Gór 

Skalistych, grizzly. Było dla mnie rzeczą oczywistą, iż życie może mu uratować tylko amputacja 

nogi. Nie miałem wówczas pojęcia, kim jest pacjent. Z uporem odmawiał zgody na operację. 

Byłbym ją jednak i tak przeprowadził, aby uratować życie człowiekowi, gdy nieprzewidziane 

wydarzenie pokrzyżowało — na szczęście! — moje plany. Tym nieprzewidzianym wydarzeniem 

stała się wizyta w szpitalu dwu autentycznych czerwonoskórych.

Byli to wojownicy plemienia Czarnych Stóp. Zamieszkiwane przez nich ziemie rozciągają się 

na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady. Na południu — przekraczają Rzekę Mleczną, 

ku północy — sięgają Północnej Saskatchewan i terenów łowieckich innego szczepu: Indian Kri. 

Ku zachodowi — graniczą z łańcuchami Gór Skalistych i krainą, gdzie żyją Kutenajowie, na 

wschodzie — z terenami Assiniboinów. Ojczyzna Czarnych Stóp znajduje się w kanadyjskiej 

prowincji Alberta, rąbkiem przekracza granice prowincji Saskatchewan oraz granicę Kanady i 

background image

Stanów, na północ od Missouri i położonego nad tą rzeką miasteczka Fort Benton.

Piszę o tym dlatego tak dokładnie, że bawiłem kilka miesięcy na opisywanych terenach, a ich 

topografia — prerie — odegrała pewną rolę w wypadkach, które przeżyłem i — co okazało się 

znacznie później — będzie miała również wpływ na zdarzenia, jakie nastąpiły. Po tej dygresji 

wracam do sprawy wizyty Indian w szpitalu.

Był   rok   1880.   Warto   tę   datę   zapamiętać,   aby   zrozumieć   odwagę   czerwonoskórych 

przybywających samotnie do miasta “bladych twarzy”. Przed czterema laty — dokładnie 25 i 26 

czerwca 1876 roku — armia amerykańska poniosła jedną z największych porażek w walce z 

Indianami. Specjalna wojskowa ekspedycja została wysłana przeciw Siouxom. Dowodził nią ge-

nerał Custer. W bitwie nad rzeczką Little Bighorn, dopływem Yellowstone, generał poległ, a 

wraz z nim wszyscy jego podkomendni. Osiem dni wcześniej ten sam los o mało nie spotkał 

dowódcę   innego   oddziału,   generała   Crooka.   W   bitwie   z   Siouxami   nad   rzeką   Rosebud   od 

ostatecznej   klęski   ocaliły   go   posiłkowe   oddziały   innego   plemienia   czerwonoskórych, 

Szoszonów.

Łatwo teraz pojąć, jak pod wpływem tych wydarzeń — bolesnych dla każdego Amerykanina 

— kształtowała się opinia publiczna. Podziwiałem więc w duchu odwagę przybyłych do mnie 

wojowników, mimo iż podówczas wcale z nimi nie sympatyzowałem. Bardziej jednak od tej 

odwagi zdumiała mnie sprawa, z którą przywędrowali ze swych dalekich siedzib. Oto zwrócili 

się do mnie z prośbą o wyrażenie zgody na leczenie “Wielkiego Bobra”. Okazało się bowiem, iż 

takie przezwisko nosił u nich mój pacjent — znakomity traper, Karol Gordon.

Zgodziłem się na widzenie z chorym, ale nie mogłem przystać na żadne znachorskie praktyki 

w szpitalu. Kłóciło się to również z moim poglądem na rzetelność wiedzy lekarskiej. Ba, ale 

pacjent   raz   jeszcze   oświadczył,   iż   sprzeciwia   się   operacji,   i   domagał   się   natychmiastowego 

wypisania   go   ze   szpitala.   Wówczas   ustąpiłem.   Sam   nie   wiem,   czym   więcej   powodowany: 

współczuciem dla człowieka tak srodze dotkniętego

  l

osem czy może jakąś ukrytą ciekawością 

zawodową lekarza, pragnącego zbadać, jakimi to środkami posługują się indiańscy czarownicy. 

Zdecydowany   zresztą   byłem   natychmiast   przerwać   kurację,   gdyby   kolidowała   w   sposób 

oczywisty z podstawowymi zasadami wiedzy medycznej i higieny. Wiedziałem jednocześnie, iż 

indiańska znajomość leków pochodzenia roślinnego stała o niebo wyżej od praktyki oficjalnego 

lecznictwa. Osadnicy z tak zwanego Dzikiego Zachodu, westmeni i traperzy, których niejeden 

raz przyjmowałem na swój oddział, opowiadali o rzeczach niezwykle interesujących z punktu 

widzenia   wiedzy   medycznej.   Wielokrotnie   słyszałem   o   ciekawych   przykładach   skuteczności 

indiańskiej  medycyny,  o głębokiej  znajomości  ziołolecznictwa  wśród Indian.  Nie wierzyłem 

wszystkiemu,   przypisując   te   pochwały   i   informacje   rozbujałej   fantazji   mych   pacjentów. 

background image

Nadarzała się teraz okazja przyjrzenia się z bliska metodom czerwonoskórych.

Nie będę opisywał szczegółów. Faktem jest, ku memu zdumieniu i jednocześnie radości, że 

indiańskie zioła i napary w stosunkowo krótkim — powiedziałbym: błyskawicznym — czasie 

postawiły   na   nogi   Karola   Gordona.   Graniczyło   to   dla   mnie   z   cudem!   W   swej   długoletniej 

praktyce nie zetknąłem się nigdy jeszcze z możliwością uratowania człowieka dotkniętego gan-

greną   innymi   sposobami   niż   przez   odjęcie   zakażonej   części   ciała.   Choć   i   to   nie   zawsze 

pomagało. A teraz?

Byłem zaskoczony i postanowiłem w jakiś sposób pogłębić swą wiedzę o znajomość praktyk 

leczniczych stosowanych przez Indian. Sądziłem wówczas, że mój cudownie przywrócony życiu 

pacjent dopomoże mi w tym. Ale — jak już wspomniałem — dziwne psikusy wyczyniał ze mną 

rok 1881 i jego poprzednik. Nie zawsze miłe.

Oto   powrócił   nagle,   przerwawszy   swój   urlop,   mój   bezpośredni   szef,   doktor   Lindsay. 

Powodem przyjazdu  był  anonimowy list, w którym  oskarżano  mnie  o znachorskie  praktyki. 

Opowiedziałem wszystko szczerze. Lindsay sam zbadał Karola Gordona, ciągle jeszcze — jako 

rekonwalescenta   —   przebywającego   w   szpitalu.   Zdumiał   się   cudownym   wyleczeniem,   ale 

jednocześnie   nie   ukrywał   swych   obaw   o   moją   przyszłość   zawodową.   Początkowo   nie 

pojmowałem, że cokolwiek mogło--by zagrażać memu stanowisku w szpitalu, nie mówiąc już o 

prawie   do   praktyki   lekarskiej.   Nasz   szpital   był   jednak   fundacją,   a   w   zarządzie   tej   fundacji 

zasiadał niejaki Vincent, człowiek bardzo majętny. Co to miało do rzeczy? A miało, i bardzo 

wiele.

Siostrzeniec Vincenta zginął podczas wyprawy Custera, a wuj tak się tym wypadkiem przejął, 

iż począł głosić hasło jakiejś “wyprawy krzyżowej” przeciw czerwonoskórym. Stąd groziło mi 

niebezpieczeństwo,, stąd wywodziły się obawy doktora Lindsaya.

W   trzy   miesiące   później   w   miejscowym   dzienniku   “Daily   Herald”   ukazał   się   artykuł   o 

wizycie   Indian   w   szpitalu.   “Ktoś”   znowu   mi   się   przysłużył.   Cała   sprawa   —   ku   memu 

nieszczęściu — odżyła. Vincent dowiedział się o wszystkim. Powołano specjalną komisję, która 

mnie   wielokrotnie   przesłuchiwała.   Mimo   obrony   Lindsaya   musiałem   opuścić   szpital. 

Znajdowałem   się;   wówczas   w   stanie   kompletnego   wyczerpania   nerwowego.   Do   równowagi 

przywrócił mnie Karol Gordon. Podtrzymywał mnie na duchu, a wreszcie namówił na wycieczkę 

w prerie Kanady. Trwała ona od czerwca do późnej jesieni 1881 roku. Podczas tej eskapady 

ujrzałem — po raz pierwszy w życiu — wspaniałą, nie ujarzmioną jeszcze przez człowieka 

przyrodę. Poznałem nieco życie Indian i zaprzyjaźniłem się z czarodziejem plemienia Czarnych 

Stóp, Czerwoną Chmurą, i z wodzem plemienia, Wysokim Orłem. Jak się

 

okazało, Karol Gordon 

cieszył   się   wielkim   poważaniem   wśród   czerwonoskórych,   zwłaszcza   wśród   wojowników 

background image

Czarnych Stóp. Od nich to otrzymał przydomek Wielkiego Bobra.

W trakcie mej wyprawy z Karolem przypadkowo natrafiliśmy na plany złotodajnych terenów. 

Wysłana   tam   nasza   ekspedycja   potwierdziła   istnienie   złotego   piasku.   W   następnym   roku 

postanowiliśmy, wraz z gromadką wojowników Czarnych Stóp, udać się do odkrytej już przez 

nas kopalni i przystąpić do regularnej eksploatacji. Złoto miało być przeznaczone na polepszenie 

.warunków życia Czarnych Stóp, na zapoczątkowanie masowej hodowli bydła i na kształcenie 

młodych   Indian.   Duszą   tego   pomysłu   był   Czerwona   Chmura,   ale   niemałą   rolę   w   realizacji 

planów odegrał Karol. Ja sam bardzo zapaliłem się do tego reformatorskiego przedsięwzięcia. 

Podczas paromiesięcznego pobytu na prerii mój stosunek do Indian, moja o nich opinia uległy 

radykalnym zmianom. Stałem się przyjacielem “czerwonych mężów”.- Myślę, że tego nigdy nie 

pożałuję.

Opowiadając  o tych  wszystkich  sprawach  w wielkim  .skrócie,  nie  mogę  jednak pominąć 

pewnego   niezwykle   ważnego   faktu:   po   schwytaniu   na   kanadyjskiej   prerii   zabójcy   dwu 

naukowych   badaczy,   inżyniera   i   profesora   uniwersytetu   w   St.   Louis,   plany   pokładów   złota 

wpadły   w   ręce   Karola   (i   moje).   Morderca   jednak   ;zbiegł.   Pościg   za   nim   nie   dał   żadnych 

rezultatów,   mimo   iż   o   przestępstwie   została   powiadomiona   Kanadyjska   Królewska   Konna 

Policja. Nie znaliśmy wówczas ani nazwiska, ani nawet imienia przestępcy. Nazywaliśmy 4fo 

między sobą “człowiekiem  z blizną”  — od szramy,  jaka widniała  na jego lewym  policzku. 

Człowiek ten według naszego (Karola i mojego) mniemania posiadał jakąś kopię tych planów.

A   potem   nastąpiły   zupełnie   nieprzewidziane   wypadki.   Oto,   gdy   wreszcie   dotarliśmy   do 

samotnej   doliny   w   Górach   Skalistych,   gdzie   znajdowały   się   pokłady   złota,   natrafiłem   na 

zakopane w blaszanej puszce dokumenty. Było to sprawozdanie z wyprawy dwu naukowców. 

Oni to właśnie spotkali się przypadkowo “z poszukiwanym przez nas “człowiekiem z blizną”, a 

kiedy poczęli go podejrzewać o wrogie zamiary, ukryli rękopis w im tylko znanym miejscu. W 

powrotnej drodze — jak już wspomniałem — zostali zamordowani. Z rękopisu wynikało, że 

“człowiek z blizną” podawał się za niejakiego Scotta. Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto tenże 

Scott w najmniej oczekiwanym  przez nas momencie przybył  do doliny.  Wdał się z nami w 

walkę, która zakończyła się dlań tragicznie: przyparty do stromego zbocza góry, nie chcąc wpaść 

w nasze ręce, w porywie jakiegoś nagłego szaleństwa skoczył w przepaść.

Uff,   rozpisałem   się,   mimo   iż   usiłowałem   być   zwięzłym.   Pisanie   trwało   dość   długo,   ale 

wypadki minionych miesięcy przypomniałem sobie bardzo szybko, siedząc w wannie. Kiedy 

wreszcie  odświeżony i wymyty zagłębiłem  się w fotelu, niezastąpiona  Katarzyna  podała  mi 

lunch.

Przybyłem do domu rankiem, wprost z pociągu, i nie wiem, co odczuwałem silniej: głód czy 

background image

senność? Głód jednak przemógł zmęczenie. Dopiero gdy odsunąłem puste talerze i filiżanki, gdy 

zapaliłem   fajkę   —   wierną   towarzyszkę   niedawnych   przygód   —   ogarnęło   :mnie   senne 

rozmarzenie.

Pod powiekami przesuwały się zielone obrazy dalekiej przestrzeni. Widziałem trawy, drzewa, 

jeźdźców ma koniach, dymy rozpalonych ognisk... Sam nie wiem, kiedy zasnąłem.

Obudziła mnie Katarzyna, gdy za oknami zmierzchało, a w pokoju tworzyły się po kątach 

głębokie cienie. Gospodyni pokiwała głową:

—Ale musi się pan doktor wymęczyć na tych wertepach.

—Nie “musi”, Katarzyno, tylko “musiał”. I nie byłem na żadnych wertepach, tylko na prerii.

Machnęła ręką.

—Przychodzili tu do pana różni...

—Pacjenci?

—Pewnie.

—Dzisiaj?

—Nie, nie dzisiaj. Jak pan doktor wyjechał. Najpierw było ich dużo, a potem coraz mniej.

—I co im Katarzyna mówiła?

—Że pan doktor wyjechał...

—A mówiła Katarzyna, dokąd wyjechałem?

—Mówiłam tylko, że na odpoczynek, ale dokąd, to nie.

—Bardzo dobrze — pochwaliłem. — Proszę nikogo nie informować, gdzie byłem.

Katarzyna skinęła głową. Mogłem być pewien, że, nie zdradzi miejsca mego letniego pobytu. 

Chociaż   bowiem   z   natury   lubiła   dużo   mówić,   potrafiła   również:   milczeć   jak   kamień,   jeśli 

zachodziła  potrzeba. To była

:  

jedna z jej cennych  zalet, bardzo przydatna  w mojej praktyce 

lekarskiej. Od Katarzyny nikt by nie wyciągnął żadnej wiadomości o moich pacjentach.

Czym się kierowałem nakazując Katarzynie zachowanie tajemnicy mego wyjazdu? Chyba 

raczej jakimś instynktem. Nie chciałem, aby mówiono o moim pobycie wśród Czarnych Stóp. 

Zestawienie  tego faktu z przyczyną  mego  odejścia ze szpitala  mogłoby wywołać  nową falę 

plotek i pobudzić zaciekłych  “wrogów czerwonych” (wyznających potworną zasadę r, dobry 

Indianin — to martwy Indianin) do nowych;

 

ataków na moją osobę. Obawiałem się również, aby 

przy okazji nie wydały się sprawy związane z odkryciem złotodajnych piasków. Chociaż trafić 

do nich było niezwykle trudno, mogli znaleźć się spryciarze próbujący szczęścia. Gdyby się im 

powiodło, wynikłyby z tego dla mnie, dla Karola Gordona, a przede wszystkim dla plemienia 

Czarnych Stóp okropne, może nawet krwawe konsekwencje.

Dreszcz   mnie  przenikał   na  samą   myśl,   że  gromady  trampów,   włóczykijów  spod ciemnej 

background image

gwiazdy, chciwe złotego deszczu, zaczęłyby ciągnąć w Góry Skaliste. Doszłoby wówczas na 

pewno   do   walki   z   czerwonoskórymi.   Sprawa   stałaby   się   głośna,   wyolbrzymiona   przez 

zaciekłych wrogów Indian. Skończyłoby się ha interwencji Kanadyjskiej Królewskiej Konnej 

Policji i na oddaniu złotodajnych terenów do swobodnej eksploatacji. Tak czy inaczej, Czarne 

Stopy musiałyby pożegnać się z możliwością użycia cennego kruszcu na własne potrzeby.

Rozmyślając nad tym wszystkim powziąłem decyzję.

— Katarzyno — powiedziałem — jutro wyjeżdżam.

Załamała ręce w geście rozpaczy.

— Tylko na jeden dzień. Wieczorem będę z powrotem. Gdyby zgłosił się kto o poradę, proszę 

powiedzieć, że będę przyjmował od pojutrza.

Skinęła głową.

— A tego zwierza to pan doktor sam ubił, czy kupił?

Nie zrozumiałem pytania.

— Jakiego zwierza?

— Ano, to szare futro.

Roześmiałem się.

— To skóra grizzly. Sam go zastrzeliłem z... pewną pomocą.

Istotnie tak się złożyło. Mój pierwszy grizzly, nieoczekiwanie spotkany w górach, otrzymał 

ode mnie dwie kule. Jedną lekko go tylko skaleczyłem, druga ugrzęzła w mózgu zwierzęcia, ale 

nie powaliła go natychmiast. Na szczęście, w odpowiedniej chwili zjawił się Czerwona Chmura i 

dobił potwora.

— Ojej? To pan doktor strzelał? Kto by myślał?...

W głosie Katarzyny wyczułem więcej powątpiewania niż podziwu.

—Będę musiała to dobrze trzepać, żeby się mole nie zalęgły. A gdzie to-to położyć?

—W sypialni, przed łóżkiem. A jakby się kto pytał, niech Katarzyna powie, że kupiłem.

Popatrzała na mnie podejrzliwie. W tej chwili na pewno nabrała przekonania, że futro istotnie 

nabyłem. Któż bowiem chciałby ukrywać przed światem fakt upolowania szarego niedźwiedzia?

Oczywiście, moja wierna gospodyni nie zdradziła swych myśli ani słówkiem. Powiedziała 

tylko z wyczuwalnym w głosie oburzeniem:

— A kto będzie tego zwierza oglądał, jak pan doktor każe go położyć w sypialni?

Rzeczywiście, strzeliłem głupstwo, ale to chyba było wynikiem zmęczenia.

— Mógłby się pan doktor wreszcie ożenić... — usłyszałem po chwili prawdziwie zatroskany 

głos Katarzyny.

Podskoczyłem na fotelu.

background image

—Co takiego?! Co też Katarzyna opowiada?

—A pewnie. Zawsze to lepiej mieć jakieś towarzystwo. Nie nudzi się człowiek...

—Rzeczywiście, tylko tego brakowało — mruknąłem.

Bezrobotny lekarz miałby się żenić! Gdyby nie inicjatywa Karola Gordona, zacząłbym zaiste 

głodować

 

od pierwszych dni swego powrotu z prerii. Katarzyna, chociaż oszczędna, wydała 

wszystko do ostatniego centa z tego, co jej zostawiłem. Czy teraz znowu zjawią się u mnie 

pacjenci? Po tak długiej przerwie?

Przed wyjazdem moja praktyka rozwijała się wprawdzie coraz lepiej, a odejście ze szpitala 

nawet zrobiło mi reklamę. Ale teraz? Któż jeszcze mógł pamiętać o lekarzu, którego przez tak 

długi czas nie było w mieście?

Samotność i nuda, o której wspomniała Katarzyna — te sprawy nie były mi znane. Większość 

godzin każdego dnia spędzałem przecież na szpitalnych salach. Na nudę po prostu nie starczało 

czasu. A wieczorny odpoczynek lubiłem spędzać właśnie w samotności, wysłuchując niekiedy 

— jednym uchem — monologów Katarzyny. Co czeka mnie teraz? Jak przetrzymam tych kilka 

zimowych miesięcy?

Może zlikwidować zbyt drogie mieszkanie? Może rozstać się z Katarzyną? Wszystko to było 

zbyt przykre, aby o tym myśleć dłużej. “Jakoś to będzie” — rzekłem sobie, wspomniawszy o 

pewnym pękatym woreczku, który przywiozłem z prerii.

Kiedy   więc   wypiłem   gorącą   herbatę,   a   moja   gospodyni   pościeliła   mi   łóżko,   z   dużym 

zadowoleniem zdjąłem ubranie, po raz pierwszy od wielu miesięcy. Któż bowiem rozbiera się na 

prerii? Opatuliłem się kołdrą. Leżałem rozmyślając, czy potrafię zasnąć w łóżku. Czy potrafię 

zasnąć nie słysząc trzasku bierwion na ognisku, nie czując na twarzy powiewów wiatru dmącego 

z ciemnych przestrzeni nocy? Czy potrafię zasnąć nie widząc obok siebie towarzyszy wędrówki 

w doli i niedoli?

Tu, w czterech ścianach własnego mieszkania poczułem się rzeczywiście samotny. Uczucia 

tego nie zmniejszała nawet świadomość, że w kuchence krząta się moja gospodyni.

Usiadłem na łóżku i aby skierować myśli w innym kierunku, wziąłem stertę gazet z ubiegłego 

tygodnia   (Katarzyna   nabywała   codziennie   “Daily   Herald”   czytając   go   od   deski   do   deski), 

przysunąłem do łóżka lampę i począłem studiować tę kronikę życia mego rodzinnego miasta. 

Tak oto powolutku zaznajamiałem się z najważniejszymi  wydarzeniami  Milwaukee (kronika 

miejska)   i   z   wydarzeniami   tak   zwanej   wielkiej   polityki   (depesze).   Ale   nie   znalazłem   nic 

interesującego,   a   może   po   prostu   odwykłem   od   tego   rodzaju   informacji.   Przykręciłem   knot 

naftowej lampy, dmuchnąłem na płomień i znowu, jeszcze szczelniej, otuliłem się kołdrą. Ale 

kołdra była zbyt gruba, łóżko zbyt miękkie, a w pokoju zbyt duszno. Mimo to zasnąłem, sam nie 

background image

wiem kiedy, i spałem jak bóbr podczas zimowej nocy.

Tak   upłynął   pierwszy   dzień   mego   pobytu   w   rodzinnym   mieście   Milwaukee,   po   długiej 

nieobecności. Przyznacie sami, niezbyt ciekawie.

 

“Złoto i piasek

Któż  potrafi   docenić  piękno   białego   obrusa   na  stole,   krągłość  talerzy,  srebrne   polśnienie 

łyżeczki do herbaty, jeśli z tymi przedmiotami styka się po kilka razy na dzień?

A jednak stołowe nakrycie ma swe uroki. Żeby je docenić, trzeba jednak przez dłuższy czas 

skazać się na konieczność zrezygnowania z łyżek  i widelców, z porcelanowych  talerzyków, 

przezroczystych   szklanek,   a   również   z   krzesła   i   stołu.   Dopiero   potem   cieszyć   się   można 

śniadaniem przy pięknie nakrytym stole.

Rankiem siedziałem za takim właśnie stołem, wdychając zapach kawy z mlekiem i smarując 

chrzęszczącą w palcach bułkę złocistym masłem. To było już drugie danie mego śniadania. Na 

pierwsze   otrzymywałem   nieodmiennie   płatki   owsiane.   Jadłem   powoli,   wiedząc,   że   nikt   nie 

będzie mnie naglił do pośpiesznego siodłania konia i jeszcze pośpieszniejszej jazdy. Czekała 

mnie   dziś   tylko   przyjemna   wycieczka   we   wnętrzu   kolejowego   wagonu.   Tak,   tak.   Życie   w 

cywilizowanym mieście ma również swoje dobre strony.

Po   śniadaniu   ruszyłem   spacerkiem   na   stację.   Trochę   mi   było   niewygodnie   w   garniturze. 

Przyzwyczaiłem się już do traperskiej koszuli i kolorowej kamizelki. Miejskie ubranie i płaszcz 

krępowały mi ruchy. Na dworcu wykupiłem bilet do Chicago, a potem spacerowałem sobie po 

prawie   pustym   w   tych   godzinach   peronie.   Z   niezadowoleniem   zauważyłem,   że   nieliczni 

podróżni przyglądają mi się z zainteresowaniem. Może zwracała uwagę moja opalona na brąz 

twarz? Nawet jeden z wałęsających się pozdrowił mnie skinieniem głowy. Kto to był — nie 

mam pojęcia. Prawdopodobnie któryś z mych dawnych, prywatnych lub szpitalnych pacjentów. 

Nareszcie nadjechał pociąg.

Czym prędzej wskoczyłem do wagonu i zagłębiłem się w lekturze rannych gazet. Podróż 

upłynęła mi na czytaniu. Kiedy przybyłem do Chicago, opuściwszy stacyjny budynek, począłem 

się zastanawiać, dokąd skierować swe kroki. Do zakładu złotniczego czy do jednego z licznych 

w tym mieście banków? Postanowiłem zacząć od banku. Ba, ale do którego banku się udać? Co 

wybrać: duży bank czy mały kantor? Zdecydowałem się na ten ostatni. Spacerowym krokiem 

ruszyłem główną ulicą. Mijałem reklamy wielkich firm, aż natrafiłem na skromniutki lokalik: 

“Kantor wymiany. Bracia Smith & Comp.” Pchnąłem drzwi. Mała salka, przedzielona lśniącą 

ladą, za którą siedziało trzech urzędników pilnie coś zapisujących w rozłożonych na stołach 

księgach.   Oparłem   się   o   ladę   i   czekałem,   nie   chcąc   im   przerywać   pracy.   Ale   natychmiast 

zostałem zauważony.

background image

— Czym możemy panu służyć?

Chrząknąłem, żeby nabrać śmiałości.

— Mam złoto do sprzedania, to jest... chciałem otworzyć rachunek czekowy.

Urzędnik przyjrzał mi się badawczo, a potem uchylił drzwiczki kontuaru.

— Pan pozwoli.

Przeszliśmy przez salę, przez korytarz — wreszcie mój przewodnik zapukał do jakichś drzwi. 

Uchyliło się malutkie okienko. Spojrzała na nas para oczu:

—To ty, Fred? Co nowego?

—Mam klienta. Złoto.

Usłyszałem dźwięk przypominający ciche gwizdnięcie. Okienko zamknęło się z trzaskiem. 

Potem zachrobotał klucz w zamku i uchyliły się drzwi.

—Rozumie pan, musimy być ostrożni. Proszę bardzo.

Wkroczyłem do środka. Był to niewielki pokoik z jednym tylko oknem, opatrzonym w mocne 

kraty. Pod ścianą stały rzędem trzy kasy pancerne imponujących rozmiarów. Poza tym — stół, 

szafka, trzy krzesła. Na stole waga typu aptekarskiego z szalkami zawieszonymi  na długich 

ramionach. Otworzyłem  małą walizeczkę,  wyjąłem z niej pękaty woreczek uszyty  z jeleniej 

skóry, włosem na zewnątrz.

— Ładna sztuka. Można rozwiązać? — zapytał uprzejmie siedzący za stołem mężczyzna.

Skinąłem   głową.   Rozsupłał   rzemyki   i   część   zawartości   odsypał   na   jedną   z   szalek,   a   ja 

przyglądałem się jego bladej, bez wyrazu twarzy. I właśnie wyobrażałem sobie, jak zabawnie 

wyglądałby na koniu, w prerii, gdy podniósł głowę i spojrzał na mnie z jakimś zastanawiającym 

zdziwieniem.   Urzędnik,   który   mnie   tu   przyprowadził,   pochylił   się   nad   wagą,   a   potem   obaj 

popatrzyli mi prosto w oczy. Czułem, że poczynam się czerwienić. Czemu, u licha, tak mi się 

przyglądają? Opuściłem głowę i nagle zaparło mi dech w piersiach. To chyba jakiś koszmarny 

sen! Na szalce leżała kupka zwykłego żółtego piasku...

Czoło   moje   pokryło   się   kroplistym   potem.   Dotknąłem   szalki.   Wyczułem   pod   palcami 

drobniutkie ziarenka. Nie, to na pewno nie było  złoto. Chwyciłem  woreczek i gwałtownym 

ruchem wysypałem zawartość na ladę. Piasek! Tylko piasek. Zwilżyłem językiem zaschnięte 

wargi.

—Okradziono mnie — powiedziałem jakimś dziwnie ochrypłym głosem. — Ktoś zamienił 

woreczek...

Blady mężczyzna pokiwał głową:

—Urządzili szanownego pana. No cóż, zdarza się.

Na te “zdarza się” wybełkotałem kilka słów przeprosin i oszołomiony, pośpiesznie opuściłem 

background image

kantor.   Ktoś   coś   za   mną   wołał,   ale   nawet   się   nie   odwróciłem.   Dopiero   na   ulicy   nabrałem 

oddechu w płuca. Czułem się tak, jak gdybym przed chwilą otrzymał potężne uderzenie pałką w 

głowę. Musiałem widać zataczać się, bo nieliczni — na szczęście — przechodnie spoglądali na 

mnie ze zbytnim zainteresowaniem. Żeby zrozumieć ogrom klęski, jaka mnie spotkała, trzeba 

wiedzieć, że złoto, które poszedłem wymienić na dolary, nie było moją własnością.

Przed samym powrotem do Milwaukee, już na stopniach kolejowego wagonu, Karol Gordon 

dosłownie  wcisnął  mi  w rękę pękaty woreczek  uszyty  z jeleniej  skóry.  Domyśliłem  się,  co 

zawierał. Był to złoty piasek, który Karol w imieniu wodzów Czarnych Stóp i swoim własnym 

ofiarowywał mi w zamian za trudy poniesione przy poszukiwaniu złotodajnych pokładów. Nie 

chciałem, nie mogłem przyjąć tego daru. W moim mniemaniu na tym złocie pozostały ślady krwi 

osób, które padły ofiarą pogoni za “diabelskim pyłem”. Powiedziałem wówczas Karolowi, że 

tylko   jakiś  wielki   cel,   na   który  przeznaczymy   nasz  skarb,   może   zmazać   tę   krew.   Mimo   to 

Gordon upierał się, abym przyjął dar. Ustąpiłem, przyjmując złoto jako ewentualną pożyczkę. 

Liczyłem się bowiem z faktem, iż moja wielomiesięczna nieobecność w Milwaukee odbije się w 

sposób ujemny na mej praktyce lekarskiej. Należało jakoś przetrzymać najtrudniejszy okres. A 

teraz! Teraz diabli wzięli całą pożyczkę! Diabli? Jakiś piekielnik musiał zamienić woreczek. Nie 

upilnowałem go podczas podróży. Oto i skutki!

W tej chwili zauważyłem, że w kantorze zostawiłem także i podmieniony woreczek, ale za 

skarby świata nie byłbym już tam wrócił. Zresztą po co? Żeby zachować niezbyt miłą pamiątkę, 

świadectwo własnej klęski? Niech go licho porwie!

Kiedy doszedłem do budynku stacyjnego, już zupełnie oprzytomniałem. Nabyłem bilet do 

Milwaukee I wyszedłem na peron. Spacerowałem tu i tam, aż chłodny wiatr jesienny wypłoszył 

ze   mnie   ostatnie   resztki   oszołomienia.   Wtedy   nadjechał   pociąg,   głośno

 

oznajmiając   swe 

przybycie  wielkim dzwonem, w jaki wyposażono podówczas wszystkie parowozy na liniach 

północnoamerykańskich. Machinalnie otworzyłem drzwi i wskoczyłem do wagonu. Był zupełnie 

pusty. Pociąg bowiem zaczynał swój bieg w Chicago, potem trasa jego wiodła do Milwaukee 

wzdłuż brzegów jeziora Michigan, a stamtąd skręcała ku wschodowi aż do granicy Kanady i 

dalej na północny wschód.

Usiadłem,   bezmyślnie   gapiąc   się   przez   okno.   Trwało   to   dobre   kilkanaście   minut.   Ciszę 

przerwał odgłos szybkich kroków, trzasnęły drzwi. Odwróciłem głowę. Z przeciwległego krańca 

wagonu szedł ku mnie nieznajomy pasażer. Rozglądał się dokoła, jak gdyby szukał wolnego 

miejsca, a przecież wszystkie ławki były puste. Przystanął, spojrzał na mnie z uwagą i po chwili 

ruszył wprost w moim kierunku.

— Pozwoli pan?

background image

Mruknąłem coś, co zostało widać uznane za przyzwolenie, bo zdjął przewieszony przez ramię 

worek, lekko rzucił go na półkę i usiadł naprzeciw. Nie wiem dlaczego, ale fakt ten zirytował 

mnie.   Nie   pragnąłem   niczyjego   towarzystwa.   Ostentacyjnie   odwróciłem   się   ku   oknu.   Tak 

upłynęło jeszcze kilkanaście minut, aż wreszcie pociąg ruszył. Najpierw wolno, a potem coraz 

prędzej poczęły stukać koła na złączach szyn, aż w końcu dźwięk ten przeszedł w tak dobrze 

nam   wszystkim   znaną   monotonną   melodię,   w   miarowy   rytm,   działający   na   mnie   zawsze 

usypiająco.   Pewnie   bym   się   i   zdrzemnął,   gdyby   nie   świadomość,   że   naprzeciw   siedzi   jakiś 

nieznajomy i mnie obserwuje. Zerknąłem nań jednym okiem, ale widząc, iż podobnie jak ja 

spogląda w okno, począłem mu się — ot.. ze zwykłych nudów — przyglądać.

Miał   bujne,   nieco   szpakowate   włosy,   niebieskie   oczy,   w   kącikach   których   zbiegała   się 

siateczka drobnych zmarszczek. Jak niektórzy twierdzą, jest to oznaka równowagi fizycznej i 

duchowej, świadczącej również o poczuciu humoru. Jako lekarz nie potrafię uzasadnić, ile w 

takim poglądzie tkwi naukowej prawdy, a ile fantazji.

Mój sąsiad miał twarz spaloną na czerwony brąz. jak ludzie, którzy dużo przebywają  na 

otwartej przestrzeni. Ubrany był w skórzaną bluzę, spod której wystawał rąbek czerwonej w 

czarną   kratę   flanelowej   koszuli,   w   spodnie   z   grubego   płótna,   zachodzące   na   buty.   Okrągły 

kapelusz o szerokim rondzie, noszący ślady długotrwałego używania, spoczywał teraz na worku. 

W sumie — nieznajomy robił dość sympatyczne wrażenie. Jednakże nastrój, w którym nadal 

tkwiłem, nie skłaniał mnie ani przez sekundę do nawiązania bliższej znajomości. Rozważałem 

nawet,   czy   nie   przesiąść   się   na   inną   ławkę.   Po   namyśle   doszedłem   jednak   do   wniosku,   że 

wyglądałoby to na ostentacyjną nie-grzeczność, wlepiłem więc oczy w szybę.

— Dawno pan powrócił?

Drgnąłem na dźwięk głosu. Odwróciłem głowę.

—Przepraszam, że się wtrącam, ale jazda pociągiem zawsze mnie piekielnie nudzi. Dawno 

pan po wrócił?

—Nie rozumiem... — stwierdziłem oschłym głosem. — Skąd miałem powrócić?

—Skąd by, juk nie z prerii?

Spojrzułem mu prosto w oczy. Nie dostrzegłem w nich nic zaczepnego.

—Nie rozumiem — powtórzyłem. — Z prerii? Nie znam pana. Nie przypominam sobie...

—Oczywiście, oczywiście. Spotykamy się po raz pierwszy. Chociaż... kto wie... co prawda, 

jak powiada przysłowie, w nocy wszystkie koty są szare...

background image

—Nie mogę pojąć, o co panu chodzi?

—Och, głupstwo. Niech pan spojrzy w lustro. Taką opaleniznę noszą tylko ci, którzy bawili 

na prerii. Znam się na tym.

—Ach, tak. Rzeczywiście, jest pan spostrzegawczy...

—Myślę jednak — mówił dalej nieznajomy — że pan na prerię nie wraca. A ja wracam — 

dodał po krótkiej przerwie. — Nie wytrzymałbym w mieście. Za dużo ludzi, za dużo kurzu, 

zbyt mało powietrza.

Uśmiechnąłem   się   mimo   woli.   Ja   także   czułem   się   teraz   bardzo   źle   i   obco   w   mieście. 

Wszystko   mnie   w   nim   przytłaczało:   kamienne   domy,   hałas   ulicy,   liczni   przechodnie.   A 

powietrze? O tak, nieznajomy mówił rzetelną prawdę.

—Ech, preria... — przerwał i popatrzył na mnie badawczo. — Lubi pan muzykę?

To było pytanie rzucone raczej w formie stwierdzenia. Skinąłem głową. Wstał, zdjął ostrożnie 

worek i wydobył z niego — nigdy bym nie odgadł: mandolinę. Usiadł i brzdąknął parę razy, a 

potem począł nucić półgłosem. Była to jedna z tych licznych opowieści--ballad, nie wiadomo 

gdzie i kiedy powstałych, nie wiadomo przez kogo ułożonych.

Głos miał miły, melodia łatwo wpadała w ucho, więc chociaż treść była banalna, słuchałem z 

przyjemnością, zapomniawszy na chwilę o swych strapieniach. Piosenka mówiła o przygodzie 

trapera, który jechał przez prerię wracając do domu.  Powtarzał  się refren. Zapamiętałem  go 

dokładnie, nawet nie przypuszczając, iż będę go słuchał niejeden raz.

Jedź, koniu, przez prerię zieloną, 
Pędź, koniu, gnaj, koniu, daleko, 
Tam gdzie nad szumiącą rzeką 
Mieszkają mój synek i żona...

 

Wędrowiec   mknący   tak   przez   step   ratuje   syna   indiańskiego   wodza,   tonącego   w   rzece. 

Następnego dnia traper zostaje napadnięty przez czerwonoskórych. Od niechybnej śmierci lub 

niewoli wybawia go, z wdzięczności za uratowanie syna, wódz indiański. Zakończenie brzmiało:

Więc pamiętajcie, ludziska, 
Na prerii zielonej kobiercu 
Najbardziej się ceni — co w sercu. 
Nie broń, co w dłoni połyska...

Skinąłem głową, gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki.

—Przyjemna piosenka. Nigdy jej dotąd nie słyszałem.

—Ba, nic w tym dziwnego. Jest pan pierwszym jej słuchaczem.

—Jak to?

—Ano tak, bo sam ją ułożyłem.

—Bardzo mi się podoba.

—Ot, taka sobie. W wolnych chwilach, gdy się nudzę, zamieniam się w kompozytora. Już 

kilka moich piosenek poleciało w świat. Niektóre nawet do mnie wracają.

background image

—W jaki sposób?

—Ot, po prostu ludzie stwierdzili, że lubię posłuchać od czasu do czasu czyjegoś głosu i 

muzyki. Więc przychodzą. Śpiewają. Moje słowa i moje melodie. Wcale o tym nie wiedząc. 

Zabawne, prawda? Taki już ze mnie bezimienny autor — uśmiechnął się chowając mandolinę 

do worka i znów zapatrzył się w krajobraz przesuwający się za oknem.

—Prędko się jedzie — zauważył. — Ale jak w klatce. Wolę konia. Można się zatrzymać, 

kiedy się zechce. Przepraszam za pytanie: daleko pan wędruje?

—Milwaukee — odpowiedziałem krótko.

—Piękne miasto, ładne miasto. Byłem tam kiedyś. Pan nie jest traperem — zauważył nagle i 

bez żadnego związku z poprzednimi słowami. — Po co pan jeździł na prerię? Proszę nie 

odpowiadać. Może sam to odgadnę. Lubię zagadki.

Wzruszyłem ramionami. “Zjesz diabła — pomyślałem — zanim czegokolwiek ode mnie się 

dowiesz.”

—Pan   nie   jest   traperem   —   ciągnął   swój   monolog.   —   Na   pewno   nie.   Ta   opalenizna 

niejednego mogłaby zwieść, ale nie mnie.

Coraz mniej podobała mi się ta gadanina. Może przejść do innego wagonu? Albo wysiąść na 

najbliższej stacji? Po licha mówiłem, że jadę do Milwaukee? Cóż za pechowy dzień!

Jak żywa stanęła mi przed oczyma scena niedawno przeżyta w bankierskim kantorze. Aż 

zgrzytnąłem   zębami   na   to   wspomnienie.   Ogarnął   mnie   gniew   i   wstyd,   że   dałem   się   tak 

wyprowadzić w pole. Oto, co teraz czułem siedząc w pustym wagonie naprzeciw jedynego poza 

mną pasażera, który z każdą chwilą wydawał mi się coraz mniej sympatyczny. Wyraz mojej twa-

rzy musiał ulec jakiejś zmianie, bo sąsiad od razu to zauważył.

—Miał pan jakieś kłopoty? Prawda? Któż ich nie ma? Czy... przepraszam, że się wtrącam w 

nie   swoje   sprawy,   czy   spotkała   pana   jakaś   przykrość?   A   czy...   przypadkiem   pana   nie 

okradziono?

Aż   podskoczyłem   na   ławce.   Przez   sekundę   nie   wiedziałem,   co   mam   odpowiedzieć. 

Zaprzeczyć czy potwierdzić? Po namyśle wybrałem szczerość.

—Ma pan rację — przyznałem. — Zdarzyło się coś podobnego.

Pokiwał głową.

— Tak   sobie   pomyślałem.   Uderzenie   po   kieszeni   bardzo   boli   ludzi,   chociaż...   chociaż 

istnieją rzeczy boleśniejsze. Nie sądzi pan?

—Pewnie, pewnie — mruknąłem. 

Zauważył zmianę tonu.

—Uraziłem pana? Najmocniej przepraszam. W moim zawodzie często spotykam się z tego 

background image

rodzaju nieprzyjemnymi wydarzeniami.

Znowu umilkł, a ja na nowo począłem przeżywać swoją klęskę. Niech to licho porwie! Ale 

jakim to zawodem trudnił się mój sąsiad? Policjant? Prywatny detektyw?

—Przypuszczam,   że   pana   okradziono   w   pociągu   —   nieubłaganie   rozwijał   swój   temat 

towarzysz podróży. — Najczęściej jesteśmy okradani w pociągach!

Zastanowiłem   się.   Uwaga   była   dość   rzeczowa.   Gdzie   I   kiedy   zamieniono   woreczek   ze 

złotem? Karol Gordon wręczył mi go, gdy wsiadałem do wagonu. Żeby nie rozwiązywać swego 

tłumoka na oczach pasażerów, woreczek ze złotym piaskiem wsunąłem do kieszeni myśliwskiej 

bluzy. Kieszeń była co prawda głęboka, ale... Przez cały czas czułem ucisk woreczka na biodrze. 

Zauważyłbym brak tego ciężaru.

—Widzę,   że   się   pan   nad   czymś   zastanawia.   Najgorsze   są   godziny   przedświtu.   Wtedy 

człowiekowi chce się spać, jak nigdy.

Zaskakujące   stwierdzenie.   Zacząłem   podejrzewać,   że   mój   towarzysz   jest   jasnowidzem. 

Natychmiast otworzyła się w moim mózgu jakaś klapka pamięci. Tak, wracając do Milwaukee 

spałem czy drzemałem w pociągu — na jedno wyszło. Nieznajomy miał rację: najgorsze są 

godziny   przedświtu.   Musiałem   zasnąć.   Nie   bacząc   na   “skarb”,   który   wiozłem.   Ktoś   musiał 

zwrócić uwagę na woreczek, w chwili gdy mi go wręczał Karol Gordon. Pociąg stał wówczas na 

małej stacyjce. Pasażerowie wyglądali oknami.

—Ma pan rację — powiedziałem. — Najgorsze są godziny przedświtu. Pewnie wówczas 

mnie okradziono. Ale dlaczego to pana tak interesuje?

Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległ się charakterystyczny zgrzyt hamulców. Wagon począł 

zwalniać biegu, zaturkotał kołami na kilku rozjazdach, wreszcie zatrzymał  się przed długim 

peronem stacyjnym.  Kierownik pociągu wykrzyknął nazwę miejscowości, a nieliczna grupka 

nowych pasażerów poczęła rozchodzić się po wagonach. Szczękały i trzaskały otwierane i za-

mykane drzwiczki. Pod oknem przesunął się sprzedawca gazet wykrzykując tytuły dzienników. 

Potem   przejechał   z   wózkiem   pełnym   butelek   piwa   człowiek   w   białym   kitlu   (natychmiast 

przypomniał mi się szpital). W jego kierunku wyciągały się ponad opuszczonymi szybami ręce. 

Dalej, na uboczu, stała bryczka zaprzęgnięta w dwa konie, a jeszcze dalej — wóz farmerski o 

nadmiernie wielkich kołach. Za nim widać było dachy domków, jakieś skupisko drzew i kilku 

gapiów obserwujących pociąg. Ot, taki typowy obrazek z peronu małego miasteczka. Trzasnęły 

drzwi, zatupotały nogi. Dwu podróżnych wsiadło do naszego wagonu. Minęli nas i zajęli miejsca 

w przeciwległym końcu. Pociąg ruszył.

—Nie odpowiedział pan na moje pytanie — wróciłem do przerwanej rozmowy.

—Prawda. Ale bardzo lubię rozglądać się po małych stacyjkach. Wracając jednak do rzeczy: 

background image

jak już wspomniałem, pewne sprawy interesują mnie zawodowo. W danym wypadku jednak 

nie   tylko   o   to   chodzi.   Widzi   pan,   okradziono   pana   w   pociągu.   To   dla   mnie   nie   ulega 

wątpliwości. Mam dobrą pamięć wzrokową.

Przerwał i spojrzał na mnie badawczo. Nadal nic z tego wszystkiego nie pojmowałem. Co 

miała wspólnego pamięć wzrokowa z faktem kradzieży? Począłem posądzać swego towarzysza 

podróży o maniactwo z obsesją na tle kradzieży i tropienia złodziejów.

— To było właśnie nad ranem — powrócił do swej przerwanej opowieści. — Wsiadłem do 

pociągu. Noc była  chłodna, więc mimo  późnej  godziny czułem  się rzeźwy i wypoczęty.  W 

wagonie panował półmrok, światła pogasły. Przewędrowałem chyba przez cały wagon. Często 

mi się trafia spotkać znajomka, zawsze przyjemniej w towarzystwie. Jest z kim pogawędzić. Ale 

nikogo takiego nie znalazłem. Ano, trudno. Siadłem sobie w kącie. Jedziemy. Wszyscy śpią. 

Nacisnąłem mocniej kapelusz. Udaję, że śpię, ale ukradkiem spoglądam po twarzach. Taką już 

mam ciekawską naturę. Przejechałem w ten sposób chyba ze trzy stacje. Gdzieś na czwartej 

wsiadły   dwie   czy   trzy   nowe   osoby.   Wówczas   jegomość   siedzący   akurat   naprzeciw   wstał   i 

przesiadł się na drugą stronę, obok innego pasażera, który spał z głową opartą o framugę okna. 

Obserwowałem go spod oka. I niech pan sobie wyobrazi, że po pewnym czasie nieznajomy 

znowu wstał i przeniósł się na koniec wagonu. Pomyślałem sobie natychmiast: złodziej! Okradł i 

ucieka. Nie poszedłem za nim, pociąg bowiem gnał pełną parą i wyskakiwanie równałoby się po 

prostu samobójstwu. Siedzę więc i czekam. A mój facet wraca, o dziwo, na stare miejsce. Coraz 

mniej mi się to podoba. Ciągle udaję, że drzemię, ale patrzę. Znajomek-nieznajomek wierci się 

na ławce, ale robi to tak, że przysuwa się coraz bliżej do śpiącego sąsiada. Patrzę — powolutku, 

powolutku ręka wędruje do kieszeni cudzej kurty, wyciąga jakiś pękaty przedmiot... A po chwili 

wędruje   z   powrotem   do   kieszeni   nieznajomego.   Panował   półmrok,   więc   trudno   było   mi 

dokładnie określić, co to było. Może kapciuch do tytoniu, może sakiewka. Takie

 

duże kapciuchy 

i sakiewki nie wyszły jeszcze z mody. Używają ich nadal myśliwi, traperzy i ot, tacy różni, co to 

się włóczą z kąta W kąt, nie mogąc nigdzie długo zagrzać miejsca. Pakowne to i trudno zgubić. 

A śpiący pasażer bardzo mi przypominał takich wędrowców. Po prostu pachniał prerią. A ja 

mam nosa. Był bardzo opalony na twarzy. Tak jak pan — przymrużył oko. — I co pan o tym 

sądzi?

Z  początku  nie   bardzo  pojmowałem,   do  czego   zmierza.  Ale   coś  mi  poczynało  świtać   w 

głowie. Czyżby ten nieznajomy był świadkiem kradzieży, której padłem ofiarą?

—Kiedy pan jechał tamtym pociągiem? — zapytałem.

—Kiedy? — Poskrobał się za uchem. — Nie dalej, jak wczoraj. Odpowiada to panu?

—To   nieważne,   czy   odpowiada,   ale   tak   się   akurat   zdarzyło,   że   wczoraj   ja   również   nim 

background image

jechałem.   —   Pokiwał   głową   i   mówił   dalej:   —   Złodziej   był   spryciarzem   co   się   zowie. 

Posiedział jeszcze chwilkę przy okradzionym, potem podniósł się. Nie zwróciło to niczyjej 

uwagi.  Jak już powiedziałem,  cały wagon spał. Niedługo się namyślał.  Siadł obok mnie. 

Ciągle udaję, że drzemię, czekam, co z tego wyniknie.

—Jak to?! — krzyknąłem. — Tak spokojnie się pan wszystkiemu przyglądał? I nie pochwycił 

złodzieja?

—Mój   panie,   sprawa   wcale   nie   była   tak   prosta,   jak   się   teraz   wydaje.   Jakże   tu   chwytać 

złodzieja? Śpiący wagon, noc, ani śladu policjanta. O, nie! Co najwyżej spłoszyłbym faceta, a 

sam naraził się na nieprzyjemności. Nie, nie. Trzeba było czekać odpowiedniej chwili.

Wzruszyłem ramionami.

—  Oczywiście,   złodziej   uciekł.   Ja   nie   potrafiłbym   tak   bezczynnie   przyglądać   się 

przestępstwu. 

— A wierzę, wierzę. I strzeliłby pan głupstwo. — Zreflektował się. — Przepraszam, ale widzi 

pan, mam pewne doświadczenie w takich sprawach.

Nic   na   to   nie   odpowiedziałem,   bo   towarzysz   podróży   poczynał   mnie   już   złościć.   “Jakiś 

niedołęga — myślałem — albo... albo cwaniak. Trzeba się mieć na baczności.”

— No, i cóż dalej? — zapytałem. — Dojechał pan szczęśliwie do celu, a złodziej po drodze 

wysiadł. A może to wszystko tylko się panu przyśniło?

Zauważył zmianę tonu w moim głosie, bo spojrzał na mnie bystro.

— Sprawa   jest   interesująca   —   powiedział   z   naciskiem.   —   Zwłaszcza   dla   pana.   Warto 

posłuchać   cierpliwie.   Jeżeli   opowiadam   trochę   (powiedział:   “trochę”.   A   niechże   go...!) 

rozwlekle, proszę mi wybaczyć. Taka już moja natura. Zresztą do Milwaukee jeszcze kawał 

drogi. Nie sądzi pan?

Mruknąłem coś na znak ni to aprobaty, ni przeczenia. Ale przyjął to za dobrą monetę, bo 

rozsiadł się wygodniej, wygrzebał gdzieś w kieszeni kapciuch i poczęstował mnie tytoniem. 

Zapaliłem. Od razu mi ulżyło.

—Więc  ---  zaczął  po  przerwie  —  jak  już  powiedziałem,   złodziej  przysiadł  się  do  mnie. 

Jestem przekonany,  że czekał,  aby na najbliższej  stacji ulotnić się. Przeliczył  się jednak, 

biedaczek, z siłami.

—Co?

—Po prostu zasnął. Musiał być dobrze zmęczony.

—Oddał go pan wreszcie w ręce policji?

—Nie.

—Dlaczego?

background image

—Ach — westchnął — wstyd powiedzieć. Coś podobnego pierwszy raz wydarzyło mi się w 

życiu. Ja również... zasnąłem. Gdybym był przesądny, powiedziałbym, że to chyba czary.

Parsknąłem   śmiechem,   a   potem   śmiałem   się   już   głośno,   zwracając   na   siebie   uwagę 

siedzących w przeciwległym krańcu wagonu podróżnych. Nie mogłem jednak się pohamować. 

Mój sąsiad przyglądał mi się przez ten cały czas z pewną dezaprobatą, ale nie dostrzegłem na 

jego obliczu ani śladu gniewu. Wydało mi się nawet, iż w jego oczach zamigotały również 

iskierki wesołości. Kiedy się opanowałem, dodał tonem rzeczowej informacji:

—A najgorsze to, że uciekł mi również okradziony.

—Jak to: uciekł?

—Po prostu wysiadł na którejś stacji i nawet nie wiedziałem, na której.

—I cóż by z tego przyszło, gdyby pan wiedział? — zapytałem zniecierpliwionym tonem.

—Oddałbym mu skradziony przedmiot.

—A to jakim cudem? Przecież złodziej uciekł.

—Umknął, ani słowa. Ale bez zdobyczy.

—Jak to? A cóż się z nią stało?

Tym razem roześmiał się opowiadający, natomiast ja byłem śmiertelnie poważny.

—Zdobycz znajduje się w drodze do właściciela. Na tymczasowym przechowaniu u mnie. 

Podoba się to panu?

—Nadal nic nie rozumiem.

—Przecież to jasne jak słońce. Kiedy mój złodziej zasnął, wyciągnąłem mu z kieszeni łup. 

Doskonale potrafię takie rzeczy robić.

Chętka   do   śmiechu   odbiegła   mnie   ostatecznie.   Wyobraziłem   sobie,   że   siedzę   naprzeciw 

jakiegoś zdolnego “kieszonkowca”.

—Kim pan wreszcie, do licha, jest? — zapytałem.

Najpierw powiem, kim pan jest. Tym właśnie jegomościem, którego wówczas okradzione. 

Czyż nie? Skinąłem głową.

—No, to widzę, żeśmy doszli do porozumienia. A teraz — podniósł się z ławki i począł 

grzebać we wnętrzu worka leżącego na półce. — Oto pana sakiewka — powiedział odwracając 

się.

Wytrzeszczyłem oczy, jakbym naprawdę był świadkiem jakichś czarów.

—Niechże pan teraz sprawdzi zawartość.

Wziąłem do ręki — nadal oczom nie wierząc — woreczek. Woreczek z jeleniej skóry. Mój 

woreczek!   Ręce   mi   drżały,   gdy   rozplątywałem   rzemyk   zaciśnięty.   na   otworze.   Wreszcie 

sięgnąłem palcami do wnętrza i wydobyłem szczyptę połyskującego metalicznie złotego piasku. 

background image

Spoglądałem na niego widać dość długo, bo mój sąsiad obejrzał się dokoła i mruknął:

— Schowaj pan ten swój skarb. Pociąg zwalnia biegu. Może ktoś wejść, a lepiej nie chwalić 

się czymś takim.

Automatycznym ruchem rąk zawiązałem rzemyki, automatycznie wstałem i wpakowałem do 

walizeczki   odnalezioną   w   tak   cudowny   sposób   zgubę.   Gdy   znowu   usiadłem,   odetchnąłem 

głęboko i jakoś powróciłem do równowagi.

—No i co? Przeszło panu?

—Uff... Dziękuję... Coś podobnego! Jak żyję nigdy mi się nic takiego nie wydarzyło! Nie 

mam pojęcia, jak się panu odwdzięczyć.

Uścisnęliśmy sobie dłonie.

—Nazywam się Irvin — przedstawił się nieznajomy.

Bąknąłem swoje nazwisko, ale wciąż jeszcze przejęty byłem niespodziewaną przygodą.

—I nie zauważył pan, kiedy złodziej wysiadł z pociągu?

— Mówiłem już panu, że zasnąłem. Pewnie wysiadł na najbliższej stacji. Czy się spostrzegł, 

że z kolei jego okradziono... nie sądzę. Prawdopodobnie za bardzo się śpieszył. Wyobrażam 

sobie jego minę. Ale najbardziej mnie wówczas zmartwiło, że ulotnił się i okradziony. Postaw 

się pan w moim położeniu. Pytałem sąsiadów, ale nie orientowali się, gdzie pan wysiadł. Jeden 

tylko twierdził, że w Milwaukee, chociaż nie był tego zbyt pewien. Gdzie miałem pana gonić? 

Nie wysiadłem z pociągu aż w Chicago. I tak miałem w tym mieście interes. Zabawiłem tam 

jeden   dzień.   Załatwiłem,   co   miałem   załatwić,   i   postanowiłem   jechać   do   Milwaukee. 

Powiedziałem sobie: trzeba zobaczyć, jak kij popłynie.

— Co?

Roześmiał się.

—Niezbyt  długo musiał  pan przebywać  na prerii. To popularne powiedzonko. Po prostu: 

trzeba   zobaczyć,   co   z   tego   wyniknie.   No,   i   wynikło.   Z   czystego   przypadku.   Zaraz   pana 

poznałem.

—A gdybyśmy się nie spotkali?

—Ano, cóż? Szukałbym pana w Milwaukee.

Z kolei ja się roześmiałem:

—Długo musiałby pan szukać!

—Szukanie to mój zawód.

— O jakim zawodzie ciągle pan wspomina? Ani rusz nie mogę odgadnąć.

Nie odpowiedział,  tylko  rozpiął  bluzę.  Na czerwonej  flanelowej  koszuli  zabłysła  srebrem 

sześcioramienna gwiazda. Wciągnąłem głęboko powietrze w płuca, zrobiłem wydech i mimo 

background image

woli głośno gwizdnąłem.

Oko sprawiedliwości

Nie potrafię opisać wyrazu oczu Katarzyny, gdy po otwarciu drzwi zwróciłem się do swego 

gościa:

—Proszę, szeryfie...

Na pewno wyobraziła sobie, że zostałem aresztowany. Moim gościem bowiem — jak łatwo 

się domyślić — był znajomy z pociągu. Uznałem, iż poza ustnym podziękowaniem należy mu 

się ode mnie dużo więcej a chociażby... kieliszek whisky.

—Proszę, szeryfie.

Zajęliśmy miejsca w głębokich fotelach w gabinecie. Katarzyna zatrzymała się na progu.

—Napije się pan? — i nie czekając odpowiedzi: — Katarzyno, proszę nam podać whisky. 

Powinna być jeszcze jedna butelka, została przed moim wyjazdem.

—Jak pan zostawił, to musi być — mruknęła i opuściła pokój, pełna jak zawsze godności.

Butelka   i   szklanki   pojawiły   się   na   stole   szybciej,   niż   tego   mogłem   się   spodziewać. 

Prawdopodobnie słowo “szeryf” tak podziałało na moją gospodynię. Napełniłem naczynia.

—No cóż, szeryfie...

—No cóż, doktorze...

—Skąd pan wie?

—Nic trudnego, wywieszka na drzwiach informuje nawet o godzinach przyjęć. Ale co, u 

licha, robił pan na prerii? Leczył czerwonoskórych?

Pytanie zbyłem milczeniem. Trąciliśmy się, zadźwięczało szkło.

—Za pomyślność...

—Za pomyślność... i oby pan niczego więcej nie gubił.

Przytaknąłem. Było mi lekko i wesoło na duszy.

—  O,   do   licha   —   spostrzegłem   się   —   szeryfie,   pan   pewnie   pije   z   wodą   sodową. 

Przepraszam...

Machnął ręką.

—Już wieczór.

Nie bardzo zrozumiałem, co ma wspólnego pora dnia z wodą sodową do whisky, ale nie 

pytałem. Tak więc piliśmy płyn w jego skoncentrowanej postaci.

—Niezła — mruknął gość. — W Fort Benton takiej nie uwidzisz.

—Jest pan szeryfem w Fort Benton?

—Zgadza się.

background image

—A jak się tam panu żyje?

— Był pan tam kiedy?

Potrząsnąłem głową.

— Nie ma czego żałować. Dziura. Za to okolica... ho, ho! Nie wiem, czy się pan orientuje, to 

niemal   pogranicze.   Miasteczko,   raczej   osada,   powstało   właśnie   z   tego   powodu.   Kiedyś,   na 

początku, wzniesiono fort, potem ludziska poczęli ściągać w pobliże. Stały garnizon wojskowy 

stanowił pewną gwarancję bezpieczeństwa. Rozumie pan, czerwonoskórzy prawie że pod nosem. 

Tak więc, domek po domku, w sąsiedztwie fortu wyrosła osada. Piękna to ona nie jest, ale za to 

w pobliżu rzeka, preria, jak okiem sięgnąć. Lubię taką otwartą przestrzeń.

Wypiliśmy znowu.

— Nikt nigdy nie wie, dokąd go los rzuci. Szeryfem zostałem po prostu z przypadku. Ale 

nie narzekam. Co się stało, to się nie odstanie. Niech mnie pan kiedy odwiedzi, doktorze. Może 

się trafi jaki ciekawy przypadek.

—Przypadek?

—Mam   na   myśli   —   tu   uśmiechnął   się   —   swoje   sprawy   zawodowe.   Przez   Fort   Benton 

przewija się corocznie spora grupa obieżyświatów. Jedni ciągną do Kanady, drudzy pchają się 

na południe. Takie z nich niespokojne duchy. Ale czasem trafi się gratka: facet poszukiwany 

listami gończymi. Wtedy jest bal. Jak dotychczas żaden mi się nie wywinął... nie, przepra-

szam, jeden — twarz mu spochmurniała — ale jeszcze go odnajdę.

Znowu napełnił kieliszki i klepnął się w czoło.

—Zaczynam tracić pamięć. Dwu mi się wywinęło, nie jeden. Dwu. Ale z tym drugim to 

niedawna historia. I dość wątpliwa...

—A ilu pan schwytał, szeryfie? — zapytałem rozbawiony tą statystyką.

Zastanowił się.

—Drobiazgów nie liczę: bójek, awantur i drobnych obrażeń ciała. Nawet rzadko się do takich 

spraw wtrącam. Ale napady, zabójstwa, porwania...

—Porwania?

—Tak, tak. Trafiały się i takie wypadki. Dotyczyły kobiet. Najczęściej kończyły się sięlsko-

anielsko... małżeństwem. Dzisiaj tego mniej. Napady i próby zabójstw, tam muszę wkraczać z 

tytułu swego urzędu. No, i jeszcze oszustwa. Najczęściej przy grze w karty.

—Myślę,  że w wyniku  takich doświadczeń  dość pesymistycznie  spogląda pan na ludzkie 

sprawy.

Wręcz przeciwnie. Nie ma pan pojęcia, ile bohaterstwa wykazują ludzi niosący mi pomoc. 

Nawet nie proszeni. A ci drudzy, ci których muszę chwytać, 

 

to najczęściej jednak ofiary losu, 

background image

jak   to   się   mówi,  własnego   temperament,   często   braku   wychowani   i   i   jakiegokolwiek 

wykształcenia. To są smutne sprawy... Jednakże poważnych wypadków, kończących si^ co 

najmniej  karą długoletniego pozbawienia  wolności, miałem w okresie ostatnich  trzech lat 

siedem. Sam pan widzi, niezbyt wiele.

Wzdrygnąłem się na taki wniosek. Zauważył to.

— Nie jestem, doktorze, pozbawiony uczuć ludzkich, ale proszę mi wierzyć, że nie można 

było   inaczej   postąpić.   Może   kiedyś,   kto  wie,   nasze   prawo   wymyśli   jakieś   inne   sposoby  na 

przestępców, ale dziś...

Przerwaliśmy   na   chwilę   rozmowę,   bo   weszła   Katarzyna   z   zapaloną   naftową   lampą. 

Skorzystałem z okazji, aby ją poinformować, iż szeryf jest moim gościem i że pozostaje na noc. 

Prosiłem,   aby   uwzględniła   ten   fakt   przy   dzisiejszym   i   jutrzejszym   posiłku.   Nie   wyraziła 

zdziwienia. Szepnęła tylko, że pieniądze już się jej kończą. Na szczęście sprawa ta nie stanowiła 

teraz dla mnie problemu. W drodze z dworca kolejowego wstąpiliśmy do kantoru. Nie mogłem 

tej transakcji załatwić w Chicago — musiałem w Milwaukee. Poprosiłem jednak szeryfa, żeby 

mnie wyręczył. Zgodził się, spojrzawszy na mnie dość podejrzliwie. Wytłumaczyłem, że jestem 

znany w mieście i wolałbym uniknąć plotek na temat mojego złota. Machnął ręką, stwierdzając, 

iż według jego nieomylnego sądu nie, wyglądam na bandziora, a złoto musiałem zdobyć w jakiś 

tajemniczy, ale uczciwy sposób. Po czym, klepnąwszy mnie po plecach, zniknął we wnętrzu 

kantoru. Czekałem na niego chyba ze dwadzieścia minut, przechadzając się po przeciwległej 

stronie ulicy, aż wreszcie doczekałem się. W ten oto sposób kłopoty materialne na pewien czas 

ustąpiły z mej życiowej drogi.

Siedzieliśmy jeszcze z pół godziny w gabinecie, aż po raz drugi zjawiła się Katarzyna prosząc 

nas do stołu. Przeszliśmy do jadalni z napoczętą butelką. Rozmowa toczyła się bardzo żywo i 

bardzo wesoło, ale czego dotyczyła — ani w ząb nie mogę sobie przypomnieć.

Szeryfowi odstąpiłem własne łoże, sam spałem w gabinecie na dwu zestawionych fotelach. 

Trudno powiedzieć, czy było mi wygodnie, czy nie, bo zasnąłem natychmiast i obudziłem się 

dopiero wówczas, gdy zaniepokojona przeciągającym  się snem Katarzyna w sposób niezbyt 

delikatny otworzyła drzwi do mej zaimprowizowanej sypialni.” Wówczas dowiedziałem się, że 

“ten pan” już się ubrał i chodzi po jadalni. Pewnie głodny. Na tę wiadomość zerwałem się i 

pognałem   do   łazienki,   gdzie   zimna   woda   bardzo   pomogła   mi   otrząsnąć   się  z   resztek   snu   i 

wczorajszej whisky.

W jadalni czekał na mnie szeryf w znakomitym nastroju.

—Cały ranek podziwiałem to wspaniałe futro — powiedział na powitanie. — Skąd pan je 

wytrzasnął, doktorze?

background image

—Tak mi się przytrafiło. Nawinął się.

—Nawinął? No, proszę. Nie każdemu się to zdarza. I... nie każdy korzysta z okazji. Chociaż 

przy spotkaniu z grizzlym istnieją tylko dwie możliwości.

—Siadajmy, szeryfie. O jakich możliwościach pan mówi?

—Jedna: martwy niedźwiedź, druga: martwy myśliwy.

Przysunął do siebie talerz.

—Uciec przed szarym  niedźwiedziem to chyba nie sposób. Próbowałem tego kiedyś, gdy 

strzelba mi się zacięła.

—I jednak udało się panu.

—To nie mnie się udało, lecz memu towarzyszowi. On ma futro, a ja... życie. Niechże pan 

opowie, doktorze, jak to było z tym grizzlym.

Nie zacząłem opowiadania dopóty, dopóki Katarzyna nie wniosła na tacy (mnie nigdy tak nie 

podawała. Jakież to magiczne słowo: “szeryf”!) półmiska z sadzonymi jajami na szynce. Mój 

gość pociągnął nosem.

—Wspaniałe, doktorze. W Fort Benton rzadko się jada takie specjały.

—Niech pan najpierw spróbuje, a jeśli chodzi o niedźwiedzie futro, to... — i opowiedziałem, 

jak się sprawa miała, nie wymieniając nazwiska osoby, która w upolowaniu niedźwiedzia tak 

bardzo mi pomogła.

Na takiej to rozmowie upłynęło śniadanie.

—No, doktorze, jestem panu winien rewanż. Musi mnie pan odwiedzić w Fort Benton. Takiej 

szynki co prawda nie obiecuję, ale ryby! Na sto sposobów.

—Kto wie? Może wiosną.

—Żadne “może”, musi mi pan...

Nie dowiedziałem się, co “muszę”, bo właśnie zadźwięczał dzwonek w korytarzu. Któż to 

mógł być? Przez sekundę wyobrażałem sobie, że to Karol Gordon, ale natychmiast porzuciłem 

taką myśl. Była jak najmniej prawdopodobna.

—Oczekuje pan kogo, doktorze?

Zaprzeczyłem.

—Nie mam pojęcia...

W tej chwili wkroczyła Katarzyna.

—Przyszedł do pana doktora jakiś pacjent.

—Proszę go zaprowadzić do gabinetu.

—Praktyka rozwija się? — zagadnął szeryf.

— Rzeczywiście, to pierwszy pacjent od chwili mego powrotu. Proszę nie uciekać, szeryfie. 

background image

Zaraz   wrócę.   Katarzyna   jest   na   pana   usługi.   Wywarł   pan   na   niej,   jak   zaobserwowałem, 

wstrząsające wrażenie.

Roześmiał się i skinął głową. A ja udałem się do gabinetu. Pacjent stał przy oknie, odwrócony 

do mnie plecami. Szczupły mężczyzna, dość wysoki. Kiedy szczęknęła klamka w drzwiach — 

odwrócił się. Teraz dostrzegłem, że był bardzo młody. Chłopak. Nie więcej niż siedemnaście, 

osiemnaście lat. Ubrany z miejska, ale odzież jego nie była ani najnowsza, ani najczyściejsza. 

Skłonił się w milczeniu.

—Czym mogę służyć?

—Ot, głupstwo, ale pan, doktorze, lepiej to opatrzy.

Wyciągnął ku mnie lewą rękę, której dłoń była niewidoczna spod fałdów wielkiej kraciastej 

chusty, jaką została obwiązana.

—Skaleczenie?

—Tak, upadłem niosąc butelkę.

—Zaraz zobaczymy.

Wyszedłem na chwilę, aby powiedzieć Katarzynie, że potrzebuję przegotowanej wody. Gdy 

wróciłem, mój pacjent usiłował niezdarnie zdjąć marynarkę.

—Myślałem, że będzie wygodniej — tłumaczył się

 

nieśmiało.

—Ależ oczywiście — potwierdziłem i pomogłem ściągnąć wierzchnie okrycie. Nie poszło 

łatwo, bo owinięta dłoń z trudem przeciskała się przez rękaw. Zjawiła się Katarzyna z miednicą i 

odeszła cicho jak duch. Przy pacjentach nigdy nie odzywała się nie pytana.

Zacząłem   odwijać   opatrunek.   Pierwsza,   zewnętrzna   jego   warstwa   była   sucha.   Za   drugim 

odwinięciem ukazały się czerwone plamy, a na koniec ujrzałem ranę mocno krwawiącą. Dłoń 

została przecięta w poprzek, prawie do kości, równym jak ostrze brzytwy cięciem. Nie, to na 

pewno   nie   była   rana   od   szkła.   Nie   do   mnie   jednak   należało   badać   powody   jej   powstania. 

Przeraziła mnie jednak jej głębokość.

— Czy może pan ruszać palcami? — zapytałem.

Zgiął i wyprostował dłoń, mimo iż mu to sprawiało

 

widoczny ból.

— Ma pan szczęście. Niewiele brakowało, a miałby pan niedowład palców do końca życia.

Przeraził się, bo aż pobladł.

—Czy to możliwe, doktorze?

—Zupełnie możliwe. Na przyszłość niech pan unika butelek, bo to się może źle skończyć.

Nic   na   to   nie   odpowiedział.   Przemyłem   ranę,   prze-dezynfekowałem.   Zaczęła   mocniej 

krwawić. Założyłem prowizoryczny opatrunek.

— Niech pan siada i czeka. Trzeba będzie zeszyć.

background image

  Wykonał   moje   polecenie.   Z   podręcznej   szafki   wyciągnąłem   ćwierć   butelki   whisky 

przechowywanej tu na nieprzewidziane wypadki. Nalałem do szklanki.

— Proszę wypić. To dobrze panu zrobi. Szycie będzie nieco bolesne.

Wyszedłem z gabinetu z igłami. Przechodząc przez jadalnię rzuciłem szeryfowi.

—Przepraszam, za chwilę będę wolny.

—Coś poważnego?

—Ot,   głupstwo.   Rana   dłoni.   Ale   mogło   się   skończyć   bezwładem   palców.   Taki   młody 

chłopak.

—Bijatyka? — zainteresował się mój gość.

—Twierdzi,   że   skaleczył   się   szkłem   —   wzruszyłem   ramionami   i   udałem   się   do   kuchni. 

Katarzyna wrzuciła igły do wody. W kilka minut później szyłem chirurgicznym ściegiem 

rozpłataną   rękę.   Pacjent   trochę   się   krzywił,   trochę   posykiwał,   ale   zniósł   mężnie   całą

operację.   Kiedy   obandażowałem   wreszcie   dłoń,   dziękował   mi   bardzo   wylewnie   i   bez 

zmrużenia oka zapłacił honorarium.

—Kto pana do mnie skierował? — zapytałem.

—Poradzili mi w drogerii, tam na rogu.

—Aha, proszę uważać z tą ręką, trzymać czysto, nie moczyć. I przyjść do mnie za tydzień. 

Gdyby pan zauważył jakiś obrzęk, proszę zjawić się wcześniej. Mam nadzieję, że szkło było 

czyste   i   nie   wynikną   z   tego   żadne   komplikacje.   —   Słowo   “szkło”   powiedziałem   ze 

specjalnym   naciskiem.   Niech   sobie   smarkacz   nie   wyobraża,   że   dałem   się   zwieść   byle 

bajeczką. Spostrzegłem, że się zaczerwienił. To dobrze o nim świadczyło.

—Do widzenia — otworzyłem drzwi na korytarz. — I proszę przyjść za tydzień. Do mnie 

albo do jakiegoś innego chirurga.

—Dziękuję, doktorze, przyjdę... — przerwał nagle wpół zdania i zatrzymał się wpół kroku. 

Jednocześnie zbladł jak ściana.

— Czy panu słabo?

Nie   odpowiedział.   Stał   i   spoglądał   dziwnie   przerażonym   wzrokiem.   Odwróciłem   się.   W 

korytarzu na przeciw drzwi rysowała się sylwetka szeryfa. To on pierwszy się odezwał:

— Jim Hawkins, przykro mi, że się tak spotykamy. Jim Hawkins, podnieś ręce. Wyżej, tak. 

Odwróć się do ściany, stój! Jesteś aresztowany.

Dosłownie osłupiałem.

—Co się stało, szeryfie?

—Przykro   mi,   doktorze.   Ja   tego   pana   poszukuję   od   tygodnia.   To   za   nim   jeździłem   do 

Chicago.   Któżby   przypuszczał,   że   spotkamy   się   w   Milwaukee?   Doktorze,   pan   jest   moją 

background image

szczęśliwą gwiazdą.

Mruknąłem jakieś przekleństwo. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby w moim lekarskim gabinecie 

przedstawiciel prawa aresztował pacjenta. Mojego pacjenta! Zupełnie mi to nie odpowiadało. 

Tfu, do licha! Też wybrał sobie miejsce. Mógł przecież wyjść za nim na ulicę. Byłem wściekły 

na szeryfa. Jakież to przestępstwo mógł popełnić ten młodziutki Jim Hawkins?

Tymczasem szeryf fachowo obmacał ubranie aresztowanego.

—Nie masz broni, chłopcze! To dobrze. Możesz opuścić ręce. Tak. A teraz siadaj. Tu, w tym 

fotelu.  I radzę się nie ruszać. Jesteś ranny?  Przykre. I to w takiej  sytuacji.  Przepraszam, 

doktorze, za ten nie przewidziany wypadek. Naprawdę nieprzewidziany.

—Do diabła! — krzyknąłem. — Bodajby się to nigdy nie zdarzyło w moim mieszkaniu! Cóż 

pan chce teraz zrobić?

Szeryfie — odezwał się milczący do tej pory chłopak. — Ja jestem niewinny. Pan dobrze o 

tym wie.

—Wcale nie wiem, mój chłopcze. Wszystko przemawia przeciw tobie.

—Niech mi pan da szansę!

—O czym myślisz? Jaką szansę?

—Niech mnie pan puści. Chociaż na miesiąc. Stawię się...

—Żartujesz. Zresztą, jeżeli jesteś niewinny, czegóż się lękasz?

—On ucieknie! — wykrzyknął chłopak.

Tyle było tragicznej szczerości w jego okrzyku, że szeryf spojrzał na niego uważnie.

—Któż to, u licha, ma uciec? — spytał powoli.

—Morderca! Niechże mi pan uwierzy!

Stałem jak skamieniały podczas tego dialogu. Szeryf usiadł w fotelu naprzeciwko Hawkinsa.

— A kto jest tym mordercą?

Chłopak podniósł zdrową dłoń do twarzy i otarł pot. Był nadal śmiertelnie blady, a wargi mu 

drżały. Zrobiło mi się go żal.

— Nie jestem jeszcze pewien, ale jak się znajdą dowody...

Szeryf pokiwał głową:

—Współczuję ci, Hawkins, ale nic dla ciebie nie mogę zrobić. Nawet gdybym ci wierzył. 

Prawo jest prawem,  a ja jestem szeryfem.  Bo gdybym  był  na przykład lekarzem...  — tu 

mrugnął do mnie, co wydało mi się w takiej chwili szczytem złego wychowania — zaraz bym 

cię puścił. Doktorze — zwrócił się do mnie — gdzie jest najbliższy posterunek policji?

—Pójdzie pan na lewo, a potem prosto, jak strzelił.

—Daleko?

background image

—Jakieś pięćset yardów — powiedziałem drewnianym, oschłym głosem. Nie była to prawda. 

Idąc we wskazanym przeze mnie kierunku szło się do celu dobrą milę. Natomiast w kierunku 

przeciwnym, na prawo, posterunek policji znajdował się nie dalej niż w odległości dwustu 

yardów. Dlaczego tak postąpiłem? Nie zdawałem sobie wówczas dokładnie z tego sprawy. 

Zbyt byłem zdenerwowany, a przede wszystkim wściekły na szeryfa. I — co tu gadać — 

współczułem chłopcu.

— Więc powiada pan: na lewo?

W głosie szeryfa  wyczułem  jakiś akcent  niedowierzania.  Skinąłem  głową, nie patrząc  na 

pytającego.

—No, dobrze. To może będzie pan łaskaw udać się tam i sprowadzić konstabla.

—Nigdzie się nie ruszę — odparłem. — Nie mam obowiązku spełniania pańskich poleceń.

Popatrzał na mnie przeciągle.

— Nie spodziewałem się po panu takiej odpowiedzi.

Czułem, że się czerwienię.

— Teraz są godziny moich przyjęć. Czekam na pacjentów i nigdzie nie pójdę. A może z 

kolei teraz

 

mnie pan aresztuje?

Oczekiwałem jego gniewu. Ale nawet się nie skrzywił.

— Przykro mi. Muszę iść. Tymczasem pozostawiam Hawkinsa pańskiej opiece. Broń pan 

ma, doktorze. Wiem o tym. Więc proszę pamiętać, że na tym młodym człowieku ciąży zarzut 

morderstwa.

Zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco.

—Nie będę niczemu świadczył — powiedziałem.

—Nie ma potrzeby, doktorze. Proszę tylko przypilnować oskarżonego.

Nie może pan iść z nim razem?

Pokręcił przecząco głową.

Nie, to mi nie odpowiada'. Zjawię się z powrotem za kilka minut.

Wyszedł,   starannie   zamykając   drzwi.   Opadłem   na   fotel   stojący   za   biurkiem.   Wysunąłem 

szufladę, w której na samym wierzchu spoczywał, srebrzyście połyskując, mój stary colt. Ale nie 

wziąłem go do ręki. Spojrzałem na chłopaka. Siedział pochylony, ukrywszy twarz w dłoniach. 

Zatrzasnąłem ze złością szufladę.

— Panie   młody   —   powiedziałem   —   zabieraj   się   pan   stąd.   Tylko   szybko   i...   niech   was 

wszyscy diabli!

Drgnął i uniósł głowę. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

— Czyś pan ogłuchł? Zabieraj się stąd, zanim szeryf wróci.

background image

Zerwał się z fotela.

— Doktorze, pan mi wierzy, prawda?

— Dosyć tego gadania — przerwałem ostro. — Prawda jak oliwa na wierzch wypłynie. Ale 

niech nie wypływa w moim gabinecie. Nie potrzebuję takiej reklamy. Czy mam pana wyrzucić 

za drzwi? No, jazda!

Podniosłem się zza biurka.

— Doktorze,   nigdy,   nigdy   tego   panu   nie   zapomnę.   Przysięgam.   I...   ja   jestem   niewinny. 

Przekona się pan.

Wyszedł   wreszcie   z   mieszkania,   a   ja   odetchnąłem   dopiero   wówczas,   gdy   własnoręcznie 

zamknąłem  za  nim  drzwi.  Wtedy  wróciłem  do  gabinetu,  padłem  na  fotel  i  zapaliłem   fajkę. 

Spisałem się, ani słowa! Czekała mnie teraz ładna rozprawa z szeryfem.  Ale sam sobie był 

winien. Uważałem za skandal aresztowanie pacjenta u lekarza i nie mogłem się z tym pogodzić.

Szeryf nie wracał dość długo. Wreszcie zadźwięczał dzwonek. Pewno ścigał go na ulicy — 

pomyślałem — i odprowadził na posterunek.

Słyszałem,   jak   Katarzyna   otwierała   drzwi   w   korytarzu,   potem   zaszurały   czyjeś   kroki, 

wreszcie zapukano do gabinetu.

— Proszę!

W szparze najpierw ukazała się głowa, a potem cała postać mego gościa.

—Rozmyśliłem się — powiedział na wstępie. — O... a gdzież się podział Jim Hawkins? Pan 

za niego odpowiada, doktorze! — zawołał.

—Jeszcze czego! — wykrzyknąłem. — Co pan sobie właściwie wyobraża? Mój dom to nie 

więzienie, a ja nie jestem strażnikiem. Nie ma pana prawie pół godziny i teraz się pan pyta o 

aresztowanego? Niech pan sobie wyobrazi, że uciekł!

Spodziewałem się po tej swojej deklaracji wybuchu nie byle jakiego gniewu. O dziwo, nic 

podobnego nie nastąpiło. Szeryf bezceremonialnie rozsiadł się po przeciwległej stronie biurka.

—No cóż? — powiedział. — W tym, co pan mówi, jest sporo racji. Nie zaprzeczam, nie 

zaprzeczam. (W tym miejscu wytrzeszczyłem szeroko oczy.) Ale to paskudna sprawa. Jakże 

się to stało, że uciekł?

—Prosta historia. Dostałem nagle boleści i musiałem na chwilę opuścić pańskiego aresztanta.

—Współczuję panu, doktorze. Czuje się pan już lepiej, prawda? Przykre są takie żołądkowe 

dolegliwości. Zwłaszcza jak się jedzie konno. Spotkało mnie to niegdyś.

Szeryf wyraźnie kpił sobie ze mnie. Ale o co mu

 

chodziło, do licha?

—Czuję   się   teraz   doskonale   —   odpowiedziałem.   —   Nie   wiem,   co   mi   mogło   tak   nagle 

zaszkodzić.

background image

—Ale ja wiem: Jim Hawkins! — roześmiał się głośno i doprawdy bardzo szczerze. — Oj, 

doktorze, doktorze! Obaj pokpiliśmy sprawę i obaj jesteśmy współwinni.

— Do niczego się nie poczuwam — mruknąłem.

— Et, dajmy temu spokój. Proszę się na mnie nie gniewać. Nie mogłem inaczej postąpić. (O 

czym on mówił? O aresztowaniu czy o poszukiwaniu policjanta?) Ale myślę, że postąpiłem tak, 

jak mogłem najlepiej. Dla nas wszystkich. Moja ręka, doktorze, niech się pan nie boczy.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Z całej  tej  gadaniny wynikało,  że szeryf  po prostu umożliwił 

ucieczkę  Jimowi  Hawkinsowi. Stało się to dla mnie  jasne jak słońce. Rzekome  oburzenie i 

srogość szeryfa — to była gierka. Cóż za dziwny człowiek?

background image

Srebrny colt

Tego dnia już żaden inny pacjent nie zjawił się w moim gabinecie. Więc po lunchu wyszliśmy 

powałęsać się po mieście. Przy okazji szeryf wstępował to tu, to tam do sklepów, załatwiając 

drobne sprawunki. Wieczorem — jak twierdził — musi wracać do Fort Benton.

Kiedyśmy wreszcie przywlekli się z przechadzki, zagadnąłem swego gościa o Jima Hawkinsa.

—Mieliśmy o nim nie mówić, doktorze.

—Takiego przyrzeczenia nie składałem.

—Przyrzeczenia... nie, ale tak wynikło ze sprawy.

—Zobowiązuję się, szeryfie, że nikomu słowa nie pisnę o ucieczce Hawkinsa, ale niech pan 

powie, co się temu chłopcu przytrafiło. Chyba mi się to należy?

—Nie chcę, aby ktokolwiek w Fort Benton dowiedział się o dzisiejszym nieprzewidzianym 

spotkaniu.   Bardzo   to   skomplikowałoby   sprawę,   a   mnie   mocno   utrudniło   prowadzenie 

śledztwa.

—Daję panu słowo, że będę milczał jak grób.

—Więc zgoda. Opowiem o tym, co wiem. Czy to dużo, czy mało, przyszłość okaże.

Po tak zagadkowym wstępie szeryf zapalił fajkę, rozsiadł się w fotelu, a ja poszedłem za jego 

przykładem.

— Otóż i historia Jima Hawkinsa — zaczął. — Urodził się w Hampton. Nie jest to ani 

miasteczko, ani nawet osada. Taką nazwę nosi spory szmat ziemi zagospodarowanej jeszcze 

przez jego dziadka, który osiadł niedaleko Fort Benton, gdy istniał tylko sam fort. Ojciec Jima 

Hawkinsa nie żyje. Gospodarstwem zajmuje się matka i starszy brat. Ale Jim nie wdał się ani w 

dziadka, ani w ojca, ani nawet w brata, który znany jest jako znakomity farmer. Jima można zali-

czyć do

1

 takich osobników, o których się mówi, że robią dobre wrażenie. Nic ponadto. Chłopiec 

przebywał  częściej  w Fort Benton niż  w swoim rodzinnym  domu. Obracał się w kręgu tak 

zwanej “złotej młodzieży”, zbijającej bąki i udającej milionerów, bo w gruncie rzeczy są to 

synowie wcale nie tak bardzo zamożnych farmerów. Jim Hawkins celował w dwu umiejętnoś-

ciach: w jeździe konnej i w strzelaniu z broni palnej. Jak pan widzi, doktorze — ciągnął szeryf  

— zbyt wielu umiejętności pana nowy znajomy jeszcze sobie nie przyswoił.

—Ileż on ma lat? — wtrąciłem.

—Koło osiemnastu. Ale to chyba nieważne. Ważne natomiast jest to, że obie wymienione 

umiejętności wpakowały Jima w nie lada tarapaty. W Fort Benton corocznie we wrześniu 

odbywają   się   zawody  strzeleckie.   Z  broni   krótkiej,   z   broni   długiej,  w   strzelaniu   do  celu 

ruchomego,   nieruchomego,   w   biegu,   z   konia   i   na   wszystkie   inne   sposoby,   jakie   tylko

background image

istnieją.   Zjeżdżają   wówczas   do   naszego   miasteczka   najlepsi   strzelcy   z   bliższej   i   dalszej 

okolicy, ściąga również gromada łazęgów z końca świata. Wówczas mam zwykle pełne ręce 

roboty.  Osobiście  jestem wrogiem tego rodzaju atrakcji. To przeżytek  czasów początków 

osadnictwa. Dziś to nic nie daje poza wątpliwym tytułem do chwały. Ale oczywiście nie 

mogę

otwarcie głosić swego poglądu. Miałbym przeciw sobie większość mieszkańców Fort Benton 

razem z właścicielami sklepów, kramów i knajp na czele. Oni wszyscy robią na tym dobre 

interesy.   Handel   kwitnie   wówczas   jak   nigdy.   Zwłaszcza   pęcznieją   kieszenie   właścicieli 

saloonów.   Bodaj   ich!   Oczywiście   wszelkie   zawody   przewidują   nagrody  dla   zwycięzców. 

Więc i u nas tych  nagród jest kilkanaście.  Główną funduje komendant  fortu. Pomniejsze 

najczęściej   miejscowi   kupcy.   Jednym   z   punktów   zawodów   jest   strzelanie   do   celu   z 

galopującego konia. Rzecz diablo trudna. Konkurs ten prowadzi się tak długo, aż na placu 

pozostanie   tylko   jeden   zwycięzca.   Ale   już   przy   pierwszym   oddaniu   strzałów   “pudła” 

eliminują większość biorących udział. Tak stało się i w tym roku. Za czwartym chyba razem 

pozostało tylko dwu zawodników. Jednym z nich był właśnie Jim Hawkins, nad którym się 

pan tak bardzo lituje...

Zaprotestowałem przeciw tej uwadze, ale szeryf tylko machnął ręką.

— ...a drugim był niejaki Brighton, także Jim. Typek spod ciemnej gwiazdy. Niby farmer, ale 

myślę, że utrzymuje się wcale nie ze sprzedaży płodów swej ziemi, raczej z lichwiarstwa. Nie 

potrafię tego co prawda udowodnić, chociaż jestem przekonany o niedozwolonych transakcjach 

finansowych pana Brightona. Jest on dwa razy starszy od Hawkinsa. Stykali się obaj ze sobą 

dość często, jako że i jeden, i drugi zbijali bąki. Przyjaciółmi nigdy nie byli, wręcz przeciwnie. 

Jaki był pierwszy powód wzajemnej niechęci, nie wiem. Faktem jest, że Brighton nieraz się od-

grażał, że “łeb szczeniakowi ukręci”, jeśli będzie “się stawiał”.

No,   i   tacy   to   właśnie   przeciwnicy   doszli   do   finału.   Zasiadałem   w   sądzie   konkursowym. 

Zaproponowałem, aby obu uznać za zwycięzców, a nagrodę rozdzielić.

  Stanowiły ją dwa srebrne colty.  Reszta sędziów nie chciała się jednak na tę propozycję 

zgodzić. Widzowie utworzyli dwa obozy: jeden sprzyjał Hawkinsowi, drugi — Brightonowi. 

Czułem, że z takiej sytuacji wyniknąć może niemała awantura. Ale sąd konkursowy uparł się: 

niech strzelają dalej. I strzelali. Jeszcze po trzy razy. I trzy razy obaj trafili.

—Z czego strzelali? — wtrąciłem pytanie.

—Nie powiedziałem? Z broni krótkiej, z coltów. Żeby pan sobie zdał sprawę, doktorze, jakie 

to trudne, wytłumaczę, jak ten idiotyczny konkurs się odbywa. Do słupa wbitego w ziemię 

przymocowany jest okrągły kawał deski. W samym jej środku widnieje namalowane czarne 

background image

kółko, wielkości dolarówki. To jest cel. Pal jest ogrodzony dokoła, tak aby strzelający nie 

podjechał zbyt blisko. Od pala odmierza się pięćset yardów. Z takiej to właśnie odległości 

jeździec rusza galopem. Jazda wolniejsza dyskwalifikuje. Strzelać można w czasie jazdy tyle 

razy, ile jeździec chce i zdąży, byle trafił. Otóż i Hawkins, i Brighton trafiali za każdym 

razem w czarne kółko. Żebym tego na własne oczy nie widział, nigdy bym nie uwierzył. Po 

ostatnich trzech próbach wziąłem całe sędziowskie kolegium na stronę i oświadczyłem, że 

jeżeli   natychmiast   nie   zgodzą   się   na   podział   nagrody,   zrzekam   się   godności   sędziego   i 

umywam  ręce od tego, co może nastąpić. Z początku nie bardzo pojęli, o co mi chodzi. 

Wskazałem wówczas na wrzeszczący tłum. Oficer reprezentujący komendanta fortu w mig 

mnie zrozumiał i poparł. Pozostali trzej proponowali przeciągnąć zabawę do następnego dnia. 

Odmówiłem zgody, więc ustąpili, chociaż z żalem. I tak oto Jim Hawkins oraz Jim Brighton 

ogłoszeni zostali mistrzami w strzelaniu z konia z broni krótkiej. Myślisz, doktorze, że byli 

zadowoleni? Gdzie tam! Jeden na drugiego wilkiem patrzył. Wręczyłem im nagrody. Dwa 

srebrne colty, po jednym każdemu.

—Srebrne?

—No, tak się tylko mówi. Były zrobione z takiej samej stali, jak wszystkie inne. Myślę, że je 

po prostu albo posrebrzono, albo pokryto powłoką jakiegoś srebrzyście lśniącego metalu. To 

nieważne. Nawiasem mówiąc, mam je oba zamknięte w swojej szeryfowskiej szafie.

—A to skąd?

—Zaraz się pan dowie. Zwycięzcy nawet sobie rąk nie podali. Potem odbyło się jeszcze kilka 

łatwiej  szych konkursów, ale żaden z tamtych dwóch udziału w nich nie brał. Na tym się 

wszystko skończyło. Byłem bardzo zadowolony,  kiedy wreszcie goście poczęli opuszczać 

Fort Benton. Nade wszystko cenię spokój.

Uśmiechnąłem się.

background image

— W takim razie powinien pan, szeryfie, zmienić zawód.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie.

— Skąd pan może wiedzieć, doktorze, jak do niego doszedłem?

Stwierdziłem, że nie wiem. Kiwnął głową.

— Więc, jak już powiedziałem, byłem bardzo zadowolony, gdy ta cała heca konkursowa się 

skończyła. Okazało się jednak, że zadowolenie było przedwczesne. Nazajutrz rankiem obudził 

mnie mój wiceszeryf, bo trzeba panu wiedzieć, że mam zastępcę, wiadomością, że Jim Brighton 

został zabity. Wyskoczyłem z łóżka jak oparzony. Cóż się okazało? Mój zastępca szedł właśnie 

ze swego domku znajdującego się na samym krańcu Benton do budynku, w którym mieści się 

nasza kancelaria i areszt. Budowla ta wznosi się akurat na przeciwległym końcu miasteczka. 

Benton ma, wraz ze swą główną ulicą, kształt półksiężyca. Jeżeli pragnie się skrócić drogę, 

najlepiej ominąć miasteczko i posuwać się po cięciwie.

Tak   właśnie   uczynił   mój   zastępca.   Przeszedłszy   prawie   połowę   drogi   natrafił   na   ciało 

Brightona. Było już zimne, śmierć musiała nastąpić przed kilku godzinami. Brighton, według 

relacji mego pomocnika, został zastrzelony.

Znalazłem się w kropce. Obaj medytowaliśmy, co dalej robić. Zależało mi bowiem na tym, 

aby  wiadomość   o  śmierci   rozniosła   się  jak  najpóźniej,  ułatwiłoby to   prowadzenie   śledztwa. 

Nikogo więc nie alarmując porozumiałem się z komendantem fortu. Krzywił się i poburkiwał, 

ale   w   końcu   zgodził   się   pomóc.   Przysłał   dwu   żołnierzy   z   noszami.   Kiedy   podnieśliśmy 

Brightona, ujrzałem wśród trawy połyskujący przedmiot. Podniosłem. Był to colt, srebrny colt, 

jedna z nagród konkursu. Obejrzałem broń. Nie nabita, ale już z niej strzelano.

Do fortu dotarliśmy przez nikogo nie zauważeni. Lekarz wojskowy na moją prośbę obejrzał 

zwłoki. Brighton dostał kulą w plecy. Śmierć musiała nastąpić natychmiast. Nie to było jednak 

dla mnie najbardziej zaskakujące, ale fakt, iż znaleźliśmy zatknięty za jego pasem drugi srebrny 

colt. Pomyślałem, bo któż by w moim położeniu tak nie pomyślał?... o Hawkinsie. W całym Fort 

Benton nie  było  przecież  dwu drugich takich  rewolwerów. Teraz  oba znalazły się w moim 

posiadaniu. Przeraziłem się. Pan mnie chyba rozumie, doktorze?

Skinąłem głową.

— Przecież znalezienie broni Hawkinsa przy zwłokach Brightona stawiało tego pierwszego w 

bardzo podejrzanej sytuacji. A teraz niech pan posłucha, co nastąpiło dalej. W dwie, trzy godziny 

później,  kiedy  już  załatwiłem  wszystkie   formalności   urzędowe,  ale  o  zgonie   Brightona   nikt 

jeszcze nie wiedział, przybiegł do mnie Jim Hawkins. Nie spodziewałem się tej wizyty. Z czym 

przybył? Otóż to! Proszę sobie wyobrazić, że wniósł skargę na Jima Brightona. O napad. Tak. 

Aż   mną   poderwało,   ale   niczego   po   sobie   nie   dałem   znać.   Według   zeznania   Hawkinsa 

background image

poprzedniego dnia, późnym wieczorem, zaczepił go Brighton. Na drodze wiodącej z Fort Benton 

do   domu   Hawkinsa.   Nawiasem   mówiąc,   w   tej   samej   stronie   znajduje   się   farma   Brightona. 

Spotkanie więc mogło być przypadkowe. Jak twierdził Hawkins, napastnik był pijany, nie do 

tego   stopnia   jednak,   by   nie   zdawał   sobie   sprawy   z   tego,   co   czyni.   Wszczął   rzekomo   z 

chłopakiem ordynarny spór. Zażądał oddania srebrnego colta, a kiedy tamten odmówił, wyrwał 

broń siłą, odgrażając  się, że jeżeli  Hawkins będzie  za nim  szedł, to  go

 

po prostu  zastrzeli. 

Zanotowałem sobie dokładnie opowiadanie chłopca. I na tym rozstaliśmy się. Sprawa jednak 

wcale nie przedstawiała się tak prosto. Kiedy począłem ostrożnie przepytywać ludzi, gdzie i 

kiedy widzieli ostatni raz Brightona lub Hawkinsa, okazało się, iż chłopak, jak wynikało z moich 

obliczeń   czasu,   widziany   był   w   miasteczku   już   po   rzekomym   zatargu   z   Brightonem.   Tego 

ostatniego natomiast nikt więcej nie spotkał. Okazało się również, iż w domu Hawkinsa nie 

potrafiono dokładnie określić godziny,  w której Jim powrócił. Mój pomocnik sprowadził do 

mnie Hawkinsa na powtórną pogawędkę. Wezwany nie potrafił jasno wytłumaczyć się, po co 

wrócił do miasteczka i co w nim robił po bójce z Brightonem. Wówczas oświadczyłem mu, że 

Brighton   nie   żyje.   Zdziwiła   mnie   jego   reakcja   na   tę   wiadomość.   Nie   wyglądał   na   —

zaskoczonego. Powiedział nawet: “Spodziewałem się” czy coś w tym rodzaju.

—Hawkins — odparłem — jesteś ostatnim człowiekiem, który widział Brightona przy życiu. 

Czy zdajesz sobie z tego sprawę?

—Nie rozumiem, szeryfie...— odpowiedział.

—Hawkins, na tobie ciąży podejrzenie. Domyślasz się chyba, jakie — wyjaśniłem mu.

Zbladł, spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, a po chwili prawie krzyknął, że nie ma z 

tym nic wspólnego. Oświadczyłem mu z kolei, że wszystko przemawia przeciw niemu. Jednym 

słowem, nie będzie sprawą łatwą wywinąć się z takiego zbiegu obciążających okoliczności. I tak 

znowu rozstaliśmy się. Właściwie powinienem był natychmiast go aresztować. Nie uczyniłem 

jednak tego, ponieważ sprawa od samego początku była typowo poszlakowa. Zadałem sobie 

pytanie: komu mogło zależeć na śmierci Brightona? Odpowiedź, niestety, trudno było znaleźć. 

Od   dawna   podejrzewałem,   że   Brighton   zajmował   się   pokątnym   udzielaniem   pożyczek   na 

wysokie   lichwiarskie   procenty.   Ale   kto   z   tych   pożyczek   korzystał   i   w   jakiej   wysokości? 

Przypadek, niespodziewany przypadek przyszedł mi z pomocą. Chyba w godzinę po drugiej 

rozmowie z Hawkinsem przybiegł do mnie zadyszany parobek z farmy Brightona. Mocno zanie-

pokojony zawiadomił mnie, iż pan jego wyszedł wczoraj z domu i do tej pory nie wrócił. Nie 

było to dla mnie żadnym zaskoczeniem. Za to druga informacja okazała się bardziej interesująca. 

Oto w mieszkaniu Brightona dokonano kradzieży. Co skradziono? Z bezładnej gadaniny trudno 

było   wywnioskować.   Nie   ulegało   jednak   wątpliwości,   iż   ktoś   włamał   się   do   domu, 

background image

prawdopodobnie w nocy. Okropny nieład w pokoju świadczył o pobycie nieproszonego gościa 

czy gości. Przywołałem swego zastępcę i we trójkę udaliśmy się do niewielkiego, parterowego 

domu z czerwonej cegły, z facjatką. Obok wznosiły się drewniane budynki gospodarcze. Całość 

zrobiła na mnie wrażenie jakiegoś opuszczenia. Wiedziałem, że posiadłość tę nabył Brighton 

przed kilku laty od pewnego farmera, podobno za pół wartości ziemi i budynków. Dość, że 

zrobił niezły interes, chociaż gospodarstwem mało się zajmował. A w ogóle był to dla mnie 

zawsze podejrzany typek. Mówiono o nim bardzo różnie. Niektórzy twierdzili, że musiał uciekać 

z   miasta   (jakiego?   Nigdy   się   nie   dowiedziałem!),   gdy   policja   odkryła   jakieś   machinacje 

finansowe.

Wpuszczono nas do środka. Tu uwaga: Brighton nie posiadał żadnej rodziny. Mieszkał sam. 

Domem zarządzała gospodyni, a do pracy na roli miał trzech ludzi. Wnętrze budynku wcale nie 

przedstawiało   obrazu   nieładu,   o   jakim   wspominał   parobek   Brightona,   ale   kiedy   gospodyni 

zaprowadziła nas do sypialni swego

 

pana, wystarczył jeden rzut oka — tak, tutaj istotnie ktoś 

plądrował. Szuflady wielkiej szafy i stołu były powyciągane, w jednej z nich wyłamany zamek. 

Dokoła poniewierały się jakieś zapisane kartki, kwity, listy, kalendarze, książki rachunkowe... 

Zaczęliśmy przeglądać papierek po papierku, aż natrafiłem na przedarty plik rewersów. Były to 

pokwitowania   pożyczek   udzielanych   przez   Brightona.   Nigdy   nie   przypuszczałem,   że   tylu 

mieszkańców   Fort   Benton   korzystało   z   usług   lichwiarza.   A  może   korzystał   z   nich   również 

Hawkins? Jednakże odrzuciłem takie przypuszczenie. Obaj przecież nie cierpieli się. Zresztą 

Hawkins pochodził z dość zamożnej rodziny.

Przesłuchaliśmy po kolei wszystkich mieszkańców farmy. Stwierdzili zgodnie, iż nieproszony 

gość musiał wtargnąć do budynku wieczorem. Jak się dalej okazało, cała czwórka, korzystając z 

nieobecności   Brightona,   wybrała   się   do   miasteczka   na   zabawę.   Siady   rzekomej   kradzieży 

zauważono dopiero rankiem, gdy gospodyni, zaniepokojona przeciągającym  się snem swego 

pana, poszła go budzić. Wówczas ujrzała puste łóżko, nieład w pokoju i wybitą szybę w oknie. 

Tędy   właśnie   dostał   się   złodziej.   Ale   czego   szukał?   Pieniędzy?   A   może   rewersów 

pożyczkowych? Nie sposób było sprawdzić, ilu ich brakowało. I z czyim podpisem.

Zawiadomiłem zebranych o tragicznym zgonie właściciela farmy. Dłużej nie było po co tego 

ukrywać. Następnie udałem się do sąsiedniej farmy stanowiącej własność Cyrusa Rothcliffa, 

uchodzącego   powszechnie   za   serdecznego   przyjaciela   zmarłego.   I   tu   znowu   niespodzianka. 

Zaiste, doktorze, ten dzień pełen był niespodzianek. Cyrus Rothcliff przyjął mnie zupełnie tak, 

jak gdyby oczekiwał mego przybycia. Zauważyłem jego nerwowość, rozbiegany wzrok, bladość 

twarzy.

—Czy pan nie chory? — zapytałem.

background image

Zaprzeczył.   Powiedział,   że  się   trochę  źle  czuje  po

 

wczorajszej   zabawie.   Przyjąłem  to  za 

prawdę, Rothcliff znany był z tego, że nie stronił od butelki. Zakomunikowałem mu, że Brighton 

nie żyje. Zbladł jeszcze bardziej. Przez chwilę nie był w stanie wyjąkać ani słowa, wreszcie 

wykrztusił:

—Kto go zabił?

Proszę zwrócić uwagę, doktorze, na te słowa. Nie zapytał się, jak w takich wypadkach zwykle 

czynimy: “Co mu się stało?”, tylko: “Kto go zabił?”. Natychmiast wciągnąłem Rothcliffa na listę 

podejrzanych, obok Hawkinsa. Następnie opowiedziałem, w jakich okolicznościach znaleziono 

Brightona, i poprosiłem, aby zajął się jego pogrzebem.

Z kolei udaliśmy się do Hampton. Postanowiłem przytrzymać Jima Hawkinsa do wyjaśnienia 

sprawy. No, i cóż pan powie? Nie zastałem chłopaka. Dowiedziałem się, że opuścił Fort Benton 

udając się w niewiadomym kierunku.

—Nie mogę pana zrozumieć, szeryfie. Czemu go pan nie aresztował natychmiast? Wygląda 

na to, że wcale nie był pan przekonany o jego winie.

—I nadal nie jestem. W całej tej sprawie, chodzi mi o stworzenie wrażenia, iż Hawkins jest 

winowajcą.   Rzecz   się   na   pewno   rozniesie   i   wzmoże   poczucie   bezpieczeństwa   istotnego 

przestępcy. Będzie się mniej pilnował. To bardzo ułatwia śledztwo.

—Nie znam się na tym. Zwracam tylko panu uwagę, że właśnie w moim mieszkaniu Hawkins 

powiedział coś więcej.

—Niby co?

—Że zna mordercę.

—Nie podając jego nazwiska ani dowodów.

—Widocznie nie może ich jeszcze przedstawić.

—I zbiera je na własną rękę? A przy okazji dostaje nożem. Nie podoba mi się to wszystko. Ja 

zrobiłem lepsze posunięcie. To nieprawda, że do Chicago jeździłem za Hawkinsem. Ani mi to 

było w głowie. Jeździłem sprawdzić stan konta bankowego Cyrusa Rothcliffa.

—A to po co?

—W  Fort  Benton   Rothcliff   uchodzi   za  bogacza.  Wielokrotnie  sam   wzmiankował,   iż  jest 

bliskim   krewnym   współwłaścicieli   chicagowskiego   banku   “Rothcliff   &   Co”.   Chwalił   się 

książeczką czekową. Okazało się, że to wszystko bajka. Na bankowym koncie Rothcliffa 

figuruje suma: 1 dolar 20 centów. Poza tym nie jest żadnym krewnym tamtych Rothcliffów. 

Tak sprawa wygląda, doktorze.

—Ale jaki to ma związek z Brightonem?

Kto wie, kto wie... No, ale czas na mnie. Muszę wracać do Benton. Niech pan do mnie 

background image

wpadnie,   doktorze.   Może   będę   mógł   coś   więcej   panu   opowiedzieć.   Myślę,   że   jak   na   teraz 

zaspokoiłem pańską ciekawość.

 

background image

Znowu Hawkins na widowni

Minął tydzień niczym nie zamąconego spokoju. Z zadowoleniem obserwowałem, jak moja 

praktyka   nie-ledwie   z   dnia   na   dzień   się   poprawia.   Martwiła   mnie   natomiast   monotonia 

codziennych zajęć i mało skomplikowane, bardzo podstawowe zabiegi, jakich wymagały drobne 

przypadłości moich pacjentów. Tęsknota za domem, który opuściłem na kilka miesięcy, została 

już   całkowicie   zaspokojona.   Groziła   mi   teraz   straszliwa   nuda   życia   skromnego, 

prowincjonalnego lekarza. Zacząłem przemyśliwać, czy nie przenieść się do innego miasta i tam 

starać się o pracę w szpitalu. W Milwaukee miałem drogę zamkniętą. Nie tak wyobrażałem sobie 

niegdyś swą karierę.

Monotonię dni, układających się według jednego i tego samego schematu: jedzenie, spanie, 

praca,   spacer   po   mieście   i   brak   jakichkolwiek   stosunków   towarzyskich,   przerwała 

niespodziewanie wizyta Jima Hawkinsa.

Zdumiał mnie zjawiwszy się po raz drugi w miejscu, w którym o mało nie został aresztowany. 

Co prawda szeryf — jak już się zorientowałem — tyleż miał chęci do uwięzienia Hawkinsa, co i 

ja, ale przecież chłopak nie mógł o tym wiedzieć. Dlatego też głośno wyraziłem swe zdziwienie.

— Jeśli to sprawa ręki — dodałem — mógł pan

 

zwrócić się do każdego innego chirurga. 

Zresztą rana pięknie się goi. Całe szczęście w tym nieszczęściu, bo mogło być gorzej.

—Ja też nie z tego powodu do pana przybyłem,

 

doktorze.

—Nie? A o cóż chodzi?

—Wyświadczył mi pan tak wielką przysługę, że należy się ode mnie pewne wyjaśnienie.

—Nie bardzo rozumiem. Jeśli rzecz dotyczy pańskiego “sporu” z szeryfem, radzę zwrócić się 

do adwokata. Ja ani znam się na tych sprawach, ani potrafię pomóc. No, no... — dodałem 

widząc, jak twarz mu zmarkotniała — nie chciałem pana urazić...

—Na nic się nie zda nawet najlepszy prawnik — wyjąkał nieco speszony. — Potrzebuję po 

prostu jakiejś dobrej rady i... żeby mi wreszcie ktoś uwierzył.

Zastanowiłem się chwilę:

— Dobrze, mów, co ci na sercu leży.

Od razu twarz mu się wypogodziła.

I tak zaczęły się zwierzenia Jima Hawkinsa. Opowieść swą rozpoczął bardzo jakoś rozwlekle. 

Nudziła mnie nieco, jako że była dokładną relacją przebiegu konkursu strzeleckiego. Bliźniaczo 

podobną do tego, co usłyszałem od szeryfa. Był to plus dla Hawkinsa. Nie kłamał. Na koniec 

dobrnął wreszcie do momentu wręczenia nagród. Teraz nadstawiłem uszu.

— Przyglądałem   się   potem   innym   —   opowiadał   Hawkins   —   aż   konkurs   się   zakończył. 

background image

Miałem zamiar natychmiast wrócić do domu. Bodaj bym był to uczynił! Nie miałbym teraz tylu 

kłopotów.   Ale   licho   mnie   podkusiło.   Chciałem   się   pochwalić   znajomkom   swoim   srebrnym 

coltem, no i... no i... — uśmiechnął się rozbrajająco — postrzelać do celu.

Pokiwałem głową pełen dezaprobaty.

— Więc, więc poszliśmy za miasteczko.

—Poszliście? Kto tam był?

—Ot, taka grupka chłopaków, pan doktor ich nie zna.

—Na pewno — mruknąłem.

—Postrzelaliśmy   trochę,   dopóki   było   jako-tako   widno,   a   potem   każdy   odszedł   w   swoją 

stronę. I ja również miałem taki zamiar.

—I coś ci przeszkodziło.

—Tak.

— Spotkałeś innych znajomków? Kiwnął głową i zamilkł na chwilę, jak gdyby mu nagle 

zabrakło odwagi do dalszych zwierzeń.

—Więc, Jimie Hawkinsie, cóż się wydarzyło później?

—Wypiliśmy po kilka kieliszków w gospodzie Crooksa — wyrzucił z siebie jednym tchem.

—Wcześnie   zaczynasz,   mój   chłopcze.   Z   kim   piłeś?   Oblewaliście   zwycięstwo   razem   z 

Brightonem?

—Nie, proszę pana. Nie z nim. Chociaż widziałem, że tam był. Ale do mnie się nie zbliżał. Ja 

go nie znoszę.

—I czemuż to?

—Trudno powiedzieć. Jest w nim coś bardzo odstręczającego. Nie potrafię określić, co to jest, 

ale czuję... jakoś... tak... — zaplątał się i umilkł.

—No, dobrze. I długo tak piłeś?

—Nie, niedługo. Właśnie dlatego, że dostrzegłem Brightona. Pożegnałem się ze znajomymi i 

wyszedłem.  Była  już noc. W miarę  ciemna,  w miarę  widna. Szedłem wolno w kierunku 

swego domu. Pan wie, mieszkam z matką i bratem. To się nazywa Hampton.

Mruknąłem coś na znak potwierdzenia tej prawdy.

—Więc wtedy właśnie on mnie dogonił. Widać zauważył, jak opuszczałem gospodę. Podpił 

sobie nieźle, więc teraz był nieco zaczepnie usposobiony. Najpierw

 

wołał, żebym się zatrzymał. 

Potem mnie dognał i począł się wyśmiewać. Zacisnąłem zęby i nie odzywałem się. Po co z 

pijanym gadać? Mogłoby się to skończyć tylko kłótnią, a ja nie chciałem się z nim kłócić. Czy 

nie miałem racji?

Czym prędzej zapewniłem Jima, że miał absolutną rację. Tym razem, oczywiście.

background image

—Ale moje milczenie w niczym nie pomogło. Począł mnie wyzywać. Nie będę powtarzał, 

jakimi   słowami.   W   odpowiedzi   przyśpieszyłem   jeszcze   kroku.   Wyprowadziło   go   to 

ostatecznie z równowagi. Chwycił mnie za ramię. Odepchnąłem go, aż się zatoczył. Przy-

skoczył znowu do mnie i mimo że się szarpnąłem, wyrwał mi z dłoni srebrnego colta.

—Jak to? Niosłeś broń w ręku? Po co?

—Za pasem miałem swoje dwa stare rewolwery, więc nie było gdzie wetknąć tego nowego.

—Oto skutki, gdy się chodzi obładowany bronią.

—U nas wszyscy tak chodzą — zdziwił się. — Nie wie pan doktor?

—Nie wiem. Zwyczaje jak na prerii. Ale mów dalej.

—Nie chciałem się bić, doktorze, niech mi pan wierzy. Więc uskoczyłem w bok. Rosły tam 

jakieś   krzaki.   Przycupnąłem   za   jednym   z   nich.   Brighton   rozglądał   się   za   mną,   ale   było 

ciemno, więc stał w miejscu chwiejąc się na nogach. Trwało to dobrych kilka sekund. Potem 

raczej wyczułem, niż usłyszałem, że ktoś się zbliża. Ktoś zawołał: “Czy to ty, Jim?” Głos nie 

był mi obcy, ale nie mogłem ani rusz przypomnieć sobie, do kogo należy. Teraz usłyszałem 

głos

Brightona:

—To ja. Nie mogę znaleźć tego szczeniaka. Gdzieś mi uciekł.

—Jakiego szczeniaka?

—Hawkinsa.

—Po co ci on?

—Napadł mnie — odparł Brighton.

Aż zadygotałem słysząc takie kłamstwo. Ale nie dałem znaku życia.

—Napadł cię? — zdziwił się ten ktoś. — I tak się dałeś? Oj, Jimy, Jimy, musisz mieć dobrze 

w czubie.

—Eee tam, trochę sobie popiliśmy. Trzeba było jakoś uczcić zwycięstwo. Nie?

Tak to sobie wtedy gadali, panie doktorze, a ja siedziałem pod krzaczkiem.

—I tak dobrze wszystko zapamiętałeś? — wtrąciłem podejrzewając, że chłopak po prostu 

zmyśla.

—Niech mnie piorun trafi, doktorze, jeśli kłamię. Może trochę niedokładnie powtarzam, ale 

coś takiego właśnie mówili.

—No i co było dalej?

—Dalej Brighton powiedział, że chciałem mu ukraść rewolwer, ale że się nie dał. Powiedział 

dosłownie: “nie dałem się”, a potem zaczął się przechwalać, że odebrał mi srebrnego colta. 

Dla nauczki. Tak powiedział. Myślałem, że już sobie pójdą. Gdzie tam. Brighton począł się 

background image

upierać, że musi mnie znaleźć. A ten drugi powiedział, żeby dał spokój:

— Jutro sobie z nim pogadasz. — A potem dodał: — Chodź, mam do ciebie pilny interes.

A Brighton na to:

—Znowu?

—Nie   wiem,   co   miało   znaczyć   to   “znowu”,   bo   potem   gadali   przyciszonymi   głosami. 

Wreszcie wzięli się pod ręce i poszli. Wyjrzałem spod krzaka, ale wstyd mi się zrobiło wracać 

do domu bez mojej nagrody. Co by oni na to powiedzieli?

—Jacy “oni”?

Ano, matka, brat... Myślałem sobie: przyjdę, to od razu zapytają. A ja im co? Powiem, że mi 

Brighton zabrał, bo nie chciałem się bić? Kto w to uwierzy? Więc postanowiłem, że wrócę do 

domu, jak już wszyscy pójdą spać. Zawróciłem, ale nim doszedłem do pierwszych zabudowań, 

usłyszałem   strzał.   Jeden   jedyny.   Dochodzący   z   ciemności,   gdzieś   zza   moich   pleców. 

Przyśpieszyłem kroku i odetchnąłem dopiero wówczas, gdy znalazłem się w świetle padającym z 

okien najbliższej gospody. Nie jestem tchórzem, doktorze, ale jak przypomniałem sobie pijanego 

Brightona,   to   zimny   dreszcz   po   krzyżu   mi   przeleciał.   Pomyślałem   sobie:   jeśli   to   Brighton 

strzelał, to na pewno do swego towarzysza. Chciałem zaraz znaleźć szeryfa, ale nigdzie go nie 

było, więc dałem spokój. Teraz tego żałuję. Wróciłem do domu o północku. Rankiem znów 

pognałem do szeryfa. Powiedziałem mu o skradzionym colcie. To było moje drugie głupstwo. 

Teraz za to cierpię.

—Nie tylko za to, nie tylko za to — przerwałem. — Po coś uciekał z Benton? Trzeba było o 

wszystkim powiedzieć szeryfowi.

—Przestraszyłem   się.   W   tym   rzecz.   Przestraszyłem   się,   jak   usłyszałem   o   tych   dwu 

znalezionych srebrnych coltach. Przecież jeden był mój.

—Ee, mój chłopcze, sam zawiadomiłeś szeryfa, że Brighton zabrał ci rewolwer.

—To  prawda, ale   nigdy nie   przypuszczałem,   że  znajdą go  przy  trupie.  To  mnie  właśnie 

przeraziło. Dlatego uciekłem.

—I na co teraz liczysz?

Spojrzał na mnie bezradnie.

—No... no, że kiedyś znajdą wreszcie zabójcę.

—Taki jesteś pewien?

—O, proszę pana — twarz mu pojaśniała — pan nie zna naszego szeryfa tak dobrze, jak ja. 

On się

 

gracko uwinie. — Umilkł na chwilę, a potem dodał: — Panie doktorze, czy nasz szeryf to 

przypadkiem nie pana pacjent? Roześmiałem się:

—Co cię to obchodzi?

background image

—Bo myślałem, że... że...

—Żeśmy   tu   zrobili   na   ciebie   zasadzkę?   Co?   A   później   wypuściłem   cię?   Zastanów   się! 

Przecież to bzdura.

—Nie, nie... Myślałem tylko, że to pana dobry znajomy i że pan mógłby się za mną wstawić.

Pokręciłem przecząco głową.

—Twojego szeryfa widziałem po raz pierwszy w życiu. Nawet nie pamiętam dobrze jego 

nazwiska.

—Vincent   Irvin   —   powiedział,   a   potem   westchnął,   zawiedziony   w   swych   kalkulacjach. 

Stłumiłem uśmiech.

—Powiedz mi, Hawkins, czy szeryfowi opowiadałeś to samo, co mnie? Ściśle to samo?

—Na pewno, doktorze. Może tylko nie tak szczegółowo.

— Ej że! A nie twierdziłeś przypadkiem, że Brighton odgrażał się, że cię zastrzeli?

Wytrzeszczył na mnie oczy.

—No, przypomnij sobie.

—A... a skąd pan wie o tym?

—Skąd wiem, stąd wiem, ale jeżeli masz mnie okłamywać, to lepiej od razu pożegnajmy się. 

Nie chcę mieć nic wspólnego z tą sprawą.

Takie oświadczenie zrobiło na nim piorunujące wrażenie. Myślałem, że się rozpłacze, ale 

jakoś się pohamował.

— Więc komu powiedziałeś całą prawdę: mnie czy

 

szeryfowi?

— Panu, doktorze.

—Ej, Hawkins, Hawkins. Tak poplątałeś wszystko, jakby ci zależało na ukryciu prawdy.

—Przyznaję, że Irvinowi trochę dodałem, żeby to groźniej wyglądało.

—No,   i   rzeczywiście   wygląda   teraz   groźnie,   ale   dla   ciebie!   Skoro   twierdzisz   jednak,   że 

mówisz samą prawdę, powiedz mi, co miało oznaczać twoje oświadczenie, że znasz sprawcę 

przestępstwa? Tak przecież mówiłeś.

Skinął głową.

—No więc...

—Muszę się przyznać, panie doktorze, że o pewnym szczególe nie wspomniałem szeryfowi.

—Pewnie znowu strzeliłeś jakie głupstwo?

—W   dniu,   w   którym   zabito   Brightona,   zanim   wyniosłem   się   z   Fort   Benton,   poszedłem 

obejrzeć miejsce, w którym znaleziono ciało.

—Skąd wiedziałeś?

—Wszyscy   o   tym   gadali.   Stwierdziłem,   że   to   było   niedaleko   moich   krzaków.   Trawa 

background image

pognieciona i wydeptana. Łatwo było odszukać. Pochodziłem tu i tam i już chciałem odejść, 

gdy zauważyłem, że coś błyska w trawie. Schyliłem się i podniosłem.

W tym miejscu przerwał swoje opowiadanie, pogrzebał w kieszeni i podał mi masywny, złoto 

połyskujący przedmiot. Był to pierścień, raczej masywny sygnet z kolorowym “okiem”.- Jedno 

spojrzenie wystarczyło, aby ocenić znalezisko: imitacja złota. Dość udana.

—No cóż, Brighton musiał to zgubie.

—To nie jest pierścień Brightona. Niech pan zwróci uwagę na litery.

Miał rację. Na kamieniu były wygrawerowane litery: CR.

—Widzi pan?

Przytaknąłem.

—Więc gdyby to był pierścień Brightona, musiałby mieć inne inicjały: JB.

—Prawda. Ale Brighton mógł go otrzymać w prezencie.

—I o tym pomyślałem. Dlatego postanowiłem sprawdzić. Z tego wynikła druga przyczyna 

mojej ucieczki z Fort Benton. Pokażę panu jeszcze coś innego.

Zaczął grzebać po kieszeniach, na koniec wyciągnął strzępek pomiętej gazety. Wygładził go 

na kolanie i podał. Był to stary numer “Baltimore Sun”, popularnego dziennika. Obejrzałem 

dokładnie strzępek, ale nic ciekawego nie zauważyłem.

—O co chodzi?

—Niech pan przeczyta. O, to... — wskazał palcem.

Spojrzałem.   Wielki   anons   nie   znanej   mi   bliżej   (a   chyba   i   czytelnikom   tej   gazety)   jakiejś 

“Novelty Company”,  przedsiębiorstwa handlowego, które oferowało różne ozdoby z imitacji 

złota   po   “bajecznie”   —   jak   stwierdzało   ogłoszenie   —   niskich   cenach.   Między   innymi 

reklamowano sygnety. Aby je otrzymać, wystarczyło wypełnić kupon załączony do ogłoszenia i 

wysłać   go   pocztą.   Przedsiębiorstwo   natychmiast   ekspediowało   za   zaliczeniem   pocztowym 

żądany przedmiot. Kto pragnął posiadać sygnet z wyrytymi inicjałami na kamieniu, powinien 

był podać je na wysyłanym kuponie.

—Więc, panie doktorze, ja tam byłem.

—Gdzie?

—W tej “Novelty Company”, w dziale wysyłek. Oni mają swoją siedzibę w Milwaukee, jak 

pan pewnie zauważył.

Nie zauważyłem, ale mniejsza z tym. Po coś do nich chodził?

—Przyszło mi do głowy, że litery CR mogły oznaczać Cyrusa Rothcliffa. To taki bogaty 

farmer z Fort Benton.

—Ale mogły oznaczać zupełnie kogo innego. 

background image

—Pewnie, że mogły.  Rzecz w tym,  iż Cyrus Rothcliff to kompan i przyjaciel Brightona. 

Poszedłem więc do tej “Novelty Company” z głupia frant, żeby się zapytać, dlaczego Cyrus 

Rothcliff nie otrzymał zamówionego sygnetu. Odpowiedzieli mi tak, że w pierwszej chwili 

zapomniałem języka w gębie. Jak mógł Rothcliff otrzymać sygnet, jeżeli oni dopiero wczoraj

przyjęli zamówienie? Całe moje podejrzenie rozwiało się jak mgła. Już chciałem przeprosić i 

odejść, ale coś mnie tknęło. Mój dobry duch mi podszepnął nowy pomysł. Uparłem się przy 

swoim. Oświadczyłem, że to chyba pomyłka, że pan Rothcliff już dawno zamówił sygnet. 

Myślałem,   że   mnie   teraz   za   drzwi   wyrzucą,   ale   nie.   Porządek,   przyznać   trzeba,   mają 

pierwszorzędny.   Proszę   sobie   wyobrazić,   że   znaleźli   w   kartotece   pierwsze   zamówienie 

Rothcliffa,   sprzed   pół   roku.   Powiedzieli,   że   pierścień   był   wysłany,   że   mają   pocztowe 

potwierdzenie i że wobec tego pan Rothcliff powinien skierować swe pretensje do poczty.

—Spryciarz z ciebie, Hawkins — stwierdziłem. — A co z tego wynika?... Pierścień mógł 

zgubić Rothcliff, mógł go zgubić również Brighton, jeśli go otrzymał w prezencie. Jednakże 

sygnetów z własnymi inicjałami raczej nikomu się nie daje, a jeśli to miał być prezent, cóż 

trudnego   zamówić   odpowiednie   inicjały?   Wniosek   ostateczny:   Rothcliff   zgubił   sygnet 

podczas spotkania z Brightonem. Podczas nocnego spotkania.

—Tak właśnie myślałem, panie doktorze. Ten znany mi głos musiał być głosem Rothcliffa.

—Rozumiem, do czego zmierzasz. Po prostu sądzisz, że Rothcliff zastrzelił Brightona. Tak?

—Właśnie tak.

—Ba, ale słabe masz na to dowody. Rothcliff mógł przecież zgubić pierścień każdego innego 

dnia.

—Prawda. Byłby to jednak dziwny zbieg okoliczności, że właśnie w t a m t y m miejscu.

—Byłby, byłby. Ale kto ci, Hawkins, uwierzy, żeś znalazł pierścień w tamtym miejscu? A 

może gdzie indziej ?

—Pan mi uwierzy, doktorze.

—To jeszcze mało. Nie jestem szeryfem.

—Pan... przekona szeryfa.

—Cooo? Nie licz na to. Przekonać Irvina możesz tylko ty sam. Chcesz wysłuchać mojej 

rady?

Skinął głową, patrząc mi w oczy z absolutną ufnością.

—Moim zdaniem powinieneś...

Tu przerwałem i Hawkins nigdy się nie dowiedział, co powinien. W tej samej sekundzie 

dostrzegłem  bowiem  to, co powinienem  był  dostrzec  natychmiast  po rozmowie  z  szeryfem. 

Powiedziałem sobie, że jestem osłem. Oczywiście, tylko w myśli. Moje podejrzenie — powzięte 

background image

przed kilkunastu dniami — że szeryfowi nie zależy na schwytaniu Hawkinsa, zamieniło się w 

pewność. A ja chciałem teraz poradzić chłopakowi, aby wracał do Fort Benton! Wówczas szeryf 

musiałby   go   aresztować.   Wbrew   swej   woli.   Dlaczego   by   musiał?   —   snułem   dalej   swe 

rozważania. — Dlatego, że pozostawiając chłopca na wolności ostrzegałby niejako istotnego 

przestępcę, a tym samym zmuszał go do czujności! Bo że Hawkins nie popełnił zbrodni, byłem 

zupełnie pewny. Cóż więc należało czynić? Pod żadnym pozorem nie namawiać Hawkinsa do 

powrotu.

Tymczasem chłopak wytrzeszczał na mnie oczy dziwiąc się, czemu tak nagle i w połowie 

zdania umilkłem.

—Muszę o tym wszystkim jakoś zawiadomić szeryfa — powiedziałem wreszcie.

—A ja co mam robić?

—Czekać.

—Więc nie potrzebuję wracać?

—Chyba jeszcze nie teraz.

Dostrzegłem, iż moja odpowiedź przyniosła mu ulgę. Aż odetchnął.

—Tylko, Hawkins, bez żadnych kawałów! — ostrzegłem. — Muszę znać każdy twój krok. 

Inaczej umywam ręce od tej całej historii. Zapamiętaj sobie. A teraz mów: skąd to skaleczenie 

dłoni? Tylko proszę cię, żadnych bajeczek o szkle i butelkach.

Zmieszał się.

—To   był   tylko   wypadek.   Rzeczywiście   nie   żadne   szkło,   tylko   nóż.   I   to   bardzo   ostry. 

Napadnięto mnie.

—Tutaj?

—Tak, w Milwaukee. Trzeba panu wiedzieć, iż początkowo znaleziony sygnet nosiłem na 

palcu, żeby go nie zgubić. A że wygląda jak złoty, zaraz znalazł się amator. Najpierw chciał 

tylko obejrzeć. Odmówiłem. Potem próbował na siłę ściągnąć. Nie dałem się. Wtedy złapał za 

nóż i trochę mnie skaleczył. Ale wcale tego nie żałuję. Gdyby nie to, nie poznałbym nigdy

pana doktora.

Zastanowiłem się. Milwaukee nie należy do miast, po którego ulicach włóczą się uzbrojeni w 

noże rabusie. Już dawałem się ponieść fantazji na temat “kogoś” nasłanego przez Rothcliffa dla 

odebrania sygnetu, w porę jednak zreflektowałem się. Ze słów Hawkinsa wynikało, że odwiedzał 

jakieś   podejrzane   spelunki   na   krańcach   miasta.   Doprawdy,   ten   chłopak   znajdował   się   na 

najgorszej ścieżce życiowej. Dokąd go miała zaprowadzić? Powiedziałem mu, że jeśli będzie 

nadal tak postępować, nigdy nie ujrzy rodzinnego Hampton.

Przestraszył się. Zapytałem go, skąd ma pieniądze na życie. Wyjaśniło się, że otrzymał je od 

background image

brata. Brat więc musiał aprobować ucieczkę Jima. Coraz lepiej! Umówili się nawet, że Jim nie 

będzie przysyłał żadnych listów do domu, żeby pieczęć poczty na liście nie zdradziła miejsca 

jego pobytu...

I co z tym wszystkim miałem teraz począć?

Należało   powiadomić   szeryfa   o   mojej   rozmowie   z   Jimem.   Ba,   należało   mu   doręczyć 

znaleziony sygnet. Jeśli już nie ze względu na Hawkinsa, to jako mój osobisty rewanż za oddaną 

mi przysługę. Z drugiej znów strony podróż do Fort Benton — mimo iż nie mogłem uskarżać się 

na nadmiar atrakcji w mieście, raczej, prawdę powiedziawszy, nudziłem się — wcale mi się nie 

uśmiechała. Więc może rzecz załatwić listownie?

Tego nie można było jednak rozstrzygnąć na poczekaniu. Sama obecność Jima wcale nie 

ułatwiała mi decyzji. Musiałem wszystko dokładnie przemyśleć w samotności. Więc poprosiłem 

go tylko o pozostawienie adresu pensjonatu, w którym zamieszkał, i przyrzeczenie,, że co trzy 

dni będzie się u mnie meldował w godzinach przyjęć lekarskich — i czym prędzej pożegnałem 

go. Uprzedziłem jednocześnie, że zdarzyć się może, iż przez kilka dni będę nieobecny. Mimo 

tego ma dowiadywać się o mnie.

Kiedy wyszedł, odetchnąłem głęboko, jak ktoś, kto ma dać nurka w głęboką wodę. Teraz 

należało   podjąć   jakąś   decyzję.   Jednakże   musiałem   odłożyć   to   do   wieczora,   bo   po   odejściu 

Hawkinsa   przyszło   jeszcze   trzech   pacjentów,   z   których   ostatni   wynudził   mnie   setnie, 

opowiadając skrupulatnie o kilku dolegliwościach, na które cierpiał. W istocie rzeczy był zdrów 

jak przysłowiowa ryba. Poradziłem mu, aby prowadził bardziej ruchliwy tryb życia, a od czasu 

do czasu wziął się nawet do jakiejś roboty wymagającej fizycznego wysiłku. Nie bardzo mu to 

przypadło do smaku. Kiedy opuszczał gabinet, wyczułem z jego miny całkowitą dezaprobatę dla 

moich rad. Po prostu obraził się. Jestem przekonany, że poszedł natychmiast do innego lekarza. 

Tego rodzaju pacjenci stają się pokaźnym źródłem dochodów spryciarzy udających, że wierzą w 

urojone przypadłości.

background image

Zgubiony trop

Tego akurat dnia od samego świtu siąpił dokuczliwy, zimny kapuśniaczek. Lubię deszcz, ale 

nie tego rodzaju. Brr...

Po szybach   wagonu ściekały  smużki  wilgoci,  a  niebo,  aż  po  uciekający przed  wzrokiem 

horyzont, pokryte było jednostajną, szarą oponą nisko wiszących chmur.

Tak oto znowu znajdowałem się w drodze, chociaż nie żywiłem chęci na najkrótszą nawet 

wycieczkę. Uznałem jednak, że moje osobiste widzenie się z szeryfem jest pilną koniecznością. 

Na wiadomość o nagłym wyjeździe Katarzyna załamała ręce. Pocieszałem ją, że to nie potrwa 

długo i następnego ranka siedziałem w pociągu mknącym do Fort Benton. Umyśliłem sobie, że 

nie zabawię poza domem dłużej niż jakieś trzy, cztery dni. W tym postanowieniu umocniła mnie 

pogoda.

Kiedy przyjechałem wreszcie do celu, mżyło nadal, chociaż nieco się ociepliło. Mała stacyjka 

ginęła w szarości  rozciągniętej  jak brudna płachta  od nieba do ziemi.  Strużki wody żłobiły 

koleiny w rozmiękłej ziemi, a za torami szumiała spienionym nurtem Missouri. Dzień miał się 

ku końcowi, więc szarość przechodziła stopniowo w wieczorny mrok. Wszystko dokoła wyglą-

dało posępnie. Posępny byłem i ja.

Człapałem po błocie stacyjnego placyku, gdzie nie dojrzałem nikogo.

Wiedziałem jednak, że Fort Benton składa się tylko z jednej ulicy i z fortu położonego poza 

miastem. Nie sposób więc było zabłądzić.

Pierwszy   budynek,   jaki   objawił   się   moim   oczom   spoza   mokrej   kurtyny   deszczu,   był 

dziwactwem architektonicznym, jakiego jeszcze w życiu nie zdarzyło mi się spotkać. Stanowiły 

go trzy prostokątne pudełka, postawione jedno na drugim, przy czym największe znajdowało się 

u spodu, najmniejsze — na szczycie. Wszystko razem przypominało wieżę otoczoną galeryjkami 

na każdym z dwu pięter. Minąłem to straszydło stwierdziwszy, iż było skonstruowane z grubych 

drewnianych bali i że parter nie posiadał ani okien, ani drzwi. Dalej natrafiłem na dwie niskie 

szopy,   zaopatrzone  W   wielkie,   dwuskrzydłowe,   na  głucho  zawarte  wrota.   Dopiero   następna 

budowla przypominała wreszcie siedzibę ludzką, z oknami i drzwiami. Od tego miejsca ulica — 

a raczej bardzo szeroka i bardzo nierówna droga — zabudowana była z obu stron. Domki naj-

rozmaitszego kształtu i wielkości ciągnęły się z małymi przerwami, poprzez które prześwitywały 

bądź uprawne pola, bądź dolina rzeki. Cały krajobraz tonął w szarości mokrego zmierzchu.

Posuwałem się wolno, starając się omijać kałuże, bacznie obserwując mijane budowle. Ulica, 

jak okiem sięgnąć, była pusta, a o obecności ludzi w tej zapadłej dziurze świadczyć mogły tylko 

światełka poczynające migotać tu i ówdzie w oknach. Nie chciałem pukać do żadnego z nich i 

background image

prosić  o informację. Brnąłem więc dalej  po błocie, licząc  na jakiś szczęśliwy traf. Traf nie 

nastąpił,   za   to   drogę   przeciął   wysunięty   nieco   z   linii   ulicznych   zabudowań   czerwony   mur 

ceglany, w którym widniało wąziutkie, zakratowane okienko. Dom z cegły, jedyny jak dotąd, od 

razu zwrócił moją uwagę. Krata w oknie wzbudziła cichą nadzieję, że dotarłem

 

do celu. I nie 

myliłem się. Bo kiedy po trzech kamiennych i bardzo niewygodnych stopniach wspiąłem się na 

malutki, równie niewygodny tarasik, ujrzałem napis umieszczony na desce przymocowanej do 

drzwi: “Szeryf Fort Benton”.

Drzwi były wąskie, okute blachą, bez klamki. Nie ustąpiły pod naciskiem ręki. Zapukałem raz 

i   drugi.   Nadal   trwała   niczym   nie   zamącona   cisza.   Pewnie   powędrowałbym   dalej,   na   los 

szczęścia, gdyby nie rzut oka w prawą stronę. Tam nagą płaszczyznę ściany przecinało inne, 

również zakratowane okno, przez które przenikał drobny blask światła. Więc jednak ktoś musiał 

być we wnętrzu.

Począłem walić pięścią. Łomot, jaki przy tym powstał, powinien był postawić na nogi całe 

miasteczko. Na koniec drzwi lekko drgnęły i uchyliły się bezszelestnie. W szparze ukazała się 

najpierw bardzo długa lufa strzelby, a potem okrągła, pucołowata twarz z małymi oczkami, które 

badawczo na mnie spojrzały.

—O co chodzi? — zapytał mnie posiadacz małych oczek.

—Czy zastałem szeryfa?

—W jakiej sprawie?

—To tylko jemu mogę powiedzieć.

—Szeryfa nie ma.

—A gdzie jest?

—Nie wiem.

—To poczekam.

—Byle nie tutaj.

Ostatnia odpowiedź rozzłościła mnie na dobre.

— Nie będę stał na deszczu! — wrzasnąłem. — Cóż to za zwyczaje?! Muszę się widzieć 

natychmiast z szeryfem. Sprawa jest ważna!

— Ho, ho... Coś pan taki w gorącej wodzie kąpany? 

Nie wiem, do czego doprowadziłaby ta rozmowa, ale nagle drzwi uchyliły się szerzej i zza 

pleców człowieka ze strzelbą wyjrzała znajoma mi twarz.

—  Ładne   u   pana   porządki.   Gdybym   wiedział,   że   tak   będę   przyjęty,   nigdy   bym   tu   nie 

przyjeżdżał.

Nastała sekunda ciszy. Szeryf nie od razu mnie poznał, bo robiło się już zupełnie ciemno, ale 

background image

po chwili odsunął na bok strażnika, wołając:

— Doktorze! Któż by przypuszczał! Proszę, proszę do środka! Bili, gdzie miałeś oczy? — to 

pytanie zostało skierowane do jegomościa ze strzelbą. — Człowieku, naucz się poznawać moich 

przyjaciół.

Nie wiem, dlaczego Bili miałby mnie poznać. Nie starczyło jednak czasu, by snuć na ten 

temat rozważania, ponieważ szeryf Irvin wprowadził mnie do budynku. Natychmiast za mymi 

plecami zatrzaśnięte zostały pancerne drzwi i założona sztaba. Znalazłem się w czworokątnej 

izbie. Z sufitu zwieszała się wielka naftowa lampa. Pod przeciwległą ścianą stało jedno biurko, 

pod drugą — drugie, na środku — prostokątny stół i kilka krzeseł. Ponadto widniała jakaś 

szeroka   szafa   i   oryginalny   schowek   w   murze   —   wnęka   zamknięta   solidną   kratą.   Za   nią 

polśniewały lufy pięciu karabinów umieszczonych w drewnianym stojaku. Na przeciwległym 

krańcu — uchylone drzwi, dalej — mały korytarzyk, również oświetlony naftową lampą. Z boku 

korytarzyka   krata   sięgająca   sufitu,   a   za   nią   pokoik   bez   okien.   Domyśliłem   się,   że   jest   to 

“przystań” dla różnych niespokojnych duchów, chwilowo pusta.

—No i cóż, doktorze? Jakże się panu podoba mój pałac?

Uśmiechnąłem się.

—Chyba pan tu nie mieszka?

—Oczywiście,   że   nie.   To   jest   siedziba   Billa.   On   tu   tkwi   dzień   i   noc   jako   niestrudzony 

wartownik. Siadaj pan.

Opadłem na krzesło i przyjrzałem się dokładnie Billowi w całej jego okazałości. Był to zaiste 

zabawny grubas, wieku raczej średniego. Zauważyłem, że kuleje.

—Pozory   przemawiają   przeciw   niemu   —   paplał   dalej   mój   gospodarz   —   ale   Bili   potrafi 

złamać   podkowę   jak   drewienko,   a   strzela   lepiej   od   wszystkich   zawodników   naszych 

konkursów. A poza tym umie milczeć jak grób.

—Szeryfie — przerwałem ten potok słów. — Na pewno nie odgadnie pan, w jakim celu tu 

przybyłem.

Spojrzał najpierw na mnie, potem na swego Billa, który nadal tkwił przy drzwiach, wreszcie 

rzekł:

—Jim Hawkins był znowu u pana?

Zdumiałem się, że tak bez trudu odgadł. Skinąłem głową.

—Uzyskałem pewne informacje rzucające jakieś nowe światło na sprawę. Czy możemy teraz 

mówić na ten temat? — Tu zerknąłem w stronę grubasa. Szeryf pojął mnie w lot.

—Bill! Natychmiast  przeproś naszego gościa za grubiaństwo i żeby mi się więcej to nie 

powtórzyło.

background image

Skruszony Bili podszedł do mnie i wyprostował się, na ile pozwalała mu jego tusza:

—Przepraszam, sir, to się nigdy więcej nie powtórzy.

—Dobrze — pochwalił szeryf. — Teraz siadaj tam i zamień się cały w słuch. Nikomu ani 

słowa. Możemy rozmawiać swobodnie, doktorze, Bili zna sprawę.

Opowiedziałem więc bardzo szczegółowo o mojej rozmowie z Hawkinsem, a na zakończenie 

położyłem na stole sygnet owinięty w strzępek gazety zawierający tekst ogłoszenia “Novelty 

Company”. Przeczytał je dokładnie, potem obejrzał sygnet.

— Bill, chodź no tutaj i obejrzyj to cacko. 

Grubas zbliżył się do stołu, ujął pierścień grubymi palcami, potrzymał go chwilę w blasku 

padającym  z lampy,  oddał pierścień szeryfowi i bez jednego słowa powrócił na swe dawne 

miejsce.

—Więc to jest sygnet Cyrusa Rothcliffa — zawyrokował szeryf. — Nie mamy chyba co do 

tego żadnych wątpliwości. Warto by go zapytać, gdzie zgubił tę ozdóbkę.

—Należałoby to zrobić jak najszybciej.

—Może jutro.

—Dlaczego jutro?

—Bo Rothcliffa nie ma w domu.

—Wyjechał? — zapytałem ogarnięty nagle złym przeczuciem.

—Tak.

—Mam wątpliwości, szeryfie, czy wróci.

—Na   pewno.   Ma   tu   w   okolicy   ładny   kawałek   ziemi.   No,   ale   nie   będziemy   przecież   tu 

siedzieć, doktorze, chodźmy.

Wziął mnie pod rękę i tak wyszliśmy w deszczowy mrok.

—Kim jest ten Bill? — zapytałem. — Czy to pana zastępca?

—On? Gdzie tam! To po prostu strażnik naszego więzienia. Trochę szorstki w obejściu, jak 

zdołał pan zauważyć, ale wierny jak pies i silny jak bawół. Wyciągnąłem go kiedyś z nie lada 

tarapatów. Teraz odwdzięcza się, jak może. Ostrożnie, bo tu kałuża. Trzeba umieć chodzić po 

Benton, zwłaszcza kiedy deszcz pada.  Ale jeszcze się pan nauczy.

—Uchowaj Boże! — wykrzyknąłem. — Nie mam zamiaru zadomowić się w tej dziurze.

—No, no. Nie jest tu tak źle. Z wiosną Fort Benton przedstawia się nie najgorzej. A po tamtej 

stronie... preria. Pokazałbym panu sporo ciekawych rzeczy.

Ani się spostrzegłem, jak doszliśmy — a raczej dobrnęli — do piętrowego, bardzo szerokiego 

frontonu drewnianego domostwa, na którym wielki napis głosił, iż tu mieści się zajazd “Pod 

Szarym Niedźwiedziem”. Napis ten zilustrowany był wizerunkiem dziwnego zwierzęcia, które 

background image

można by uznać za konia maści siwo jabłkowi tej, gdyby nie fakt, iż stwór ten stał na jednej 

nodze wyposażonej w potężny pazur, a trzy pozostałe wznosił ku niebu. Musiał więc to być 

chyba ów szary niedźwiedź.

Zajazd   oddzielała   od   ulicy   szeroka   weranda   z   pochyłym   daszkiem   i   niezliczoną   ilością 

podpierających   go   słupków,   do  których   przywiązano   kilka   koni.   Ot,   typowy   zajazd   małych 

miasteczek amerykańskich, w swej prymitywnej architekturze pełen egzotyki czasów dawnego 

osadnictwa. Lata pionierstwa minęły, architektura pozostała jako relikt przeszłości.

Po   szerokich   drewnianych   stopniach   dostaliśmy   się   na   werandę,   po   czym   szeryf   Irvin 

wprowadził mnie przez otwarte na ścieżaj drzwi do wielkiej sali. Lewą jej część zajmowały 

kwadratowe,  jasne stoliki, obstawione zydlami.  Prawą — potężny szynkwas z błyszczącymi 

kurkami do nalewania piwa, wanienką do mycia naczyń i kilkunastoma szklanymi kuflami. Dalej 

—   całą   szerokość   ściany   objęła   w   posiadanie   potężna,   prawie   sufitu   sięgająca   szafa, 

zabejcowana na ciemno, z niezliczoną ilością oszklonych drzwiczek. Przez szybki widać było 

rzędy butelek rozmaitych kształtów i barwy. Za szynkwasem krzątał się postawny jegomość z 

długimi wąsami i siwą czupryną, odziany w nieskazitelną biel fartucha. Pomagała mu czarnooka 

piękność   o   śniadej   cerze   i   włosach   uplecionych   w   wysoki   kok.   Jej   nieco   wystające   kości 

policzkowe zwróciły mą uwagę. Jak się później dowiedziałem, była to córka właściciela zajazdu, 

który ożenił się z Indianką pochodzącą z prawie już wyniszczonego plemienia Huronów znad 

Wielkich Jezior.

Z belek biegnących pod stropem sali zwieszały się na łańcuchach metalowe lampy naftowe, 

rzucające dokoła przyjemne światło. Bardzo mi się ten lokal spodobał — sprawiał wrażenie 

czystości i schludności.

Człowiek   w   fartuchu   ożywił   się   na   nasz   widok   i   powitał   szeryfa   krótkim:   “Halo!”   W 

odpowiedzi otrzymał równie krótkie: “Halo, Pears!”, po czym oparliśmy się wygodnie o ladę 

bufetu. Czekałem, co dalej nastąpi.

—Pears, czy piątka wolna? — zapytał Irvin. — Potrzebuję jej dla swego gościa — i kciukiem 

prawej ręki wskazał na mnie.

—Już się robi. Ann, daj klucze.

Czarnooka piękność znikła z pola widzenia, by za chwilę pojawić się z wielkim kluczem na 

metalowym kółku w ręku.

—Dobrze — pochwalił szeryf. — Kolację zjemy u mnie — dodał.

—Jak zwykle?

— Jak zwykle, tylko podwójne porcje. Chodźmy.

background image

To   ostatnie   słowo   zostało   zwrócone   już   do   mnie.   Klepnięty   przyjacielsko   po   ramieniu 

ruszyłem   za   swym   gospodarzem.   W   prawym   rogu,   zasłonięte   ciemnoczerwoną   kotarą, 

znajdowały się drewniane, dość wąskie schody. Tędy właśnie powiódł mnie szeryf na wyłożony 

czerwonym   chodnikiem   korytarz.   Przez   całą   jego   długość   ściana   znaczona   była   szeregiem 

prostokątnych, biało malowanych drzwi. “Piątka” — jak mnie później zapewniał szeryf — był to 

jeden z najlepszych pokojów gościnnych zajazdu, sąsiadujący z numerem, który zajmował Irvin. 

Istotnie, jak na Fort Benton wyposażenie pokoju okazało się wręcz luksusowe. Szeryf zostawił 

mnie na chwilę samego, ale kiedy obmyłem się z kurzu drogi w wielkiej porcelanowej miednicy, 

zjawił się znowu.

—Proszę, doktorze, na lekką przekąskę. Kazałem podać u siebie. Będziemy mogli pogadać 

bez skrępowania.

—Wspaniale. Przeczuł pan moje najskrytsze pragnienia.

Pomieszczenie zajmowane przez szeryfa przedstawiało się jeszcze bardziej okazale niż moje. 

Mimo   tego   wyraziłem   zdziwienie,   że   Irvinowi   odpowiada   taki   hotelowy   tryb   życia:   bez 

własnego kąta, bez własnego dachu nad głową. Mimo woli musiałem sprawić mu przykrość, bo 

wyraźnie pomarkotniał. Zmieniłem więc natychmiast temat, gratulując mu tak wspaniale za-

stawionego stołu.

—To zasługa Pearsa. Jak pan widzi, doktorze, hotelowe życie ma również i swoje dobre 

strony.   Odpada   cały   kłopot   z   gospodarczymi   trudnościami.   Pears   dostarcza   mi   natychmiast 

wszystkiego,   czego   tylko   zapragnę.   Oczywiście,   w   granicach   możliwości   Fort

Benton. Siadajmy.

Nie dałem się prosić.

—Uważam, doktorze — mówił dalej — że pana obecność w Benton nie powinna tu zwracać 

niczyjej   uwagi.   Mam   wrażenie,   że   byłoby   wskazane   zachować   w   ukryciu   pański   tytuł 

naukowy.

—Dlaczego?

—Hm, jak by to powiedzieć... Słowo “doktor” zwykli ludziska kojarzyć ze słowem lekarz. 

Zrozumiałe. No, a po co lekarz z Milwaukee miałby przyjeżdżać do szeryfa w Fort Benton? 

Ludzie poczną zastanawiać się. Czasem mądrze, czasem głupio, nie wiadomo, co gorsze. Bo z 

tego wszystkiego rośnie plotka.

Roześmiałem się.

—Ej, szeryfie, zbyt zawikłane rozumowanie. Nic z tego nie mogę pojąć.

Irvin przerwał krajanie szynki. Nalał whisky.

—W pana ręce, doktorze! Zaraz wszystko wytłumaczę. Powiem krótko: nie chcę, aby pański 

background image

przyjazd łączono z faktem aresztowania Rothcliffa. Gdyby tak jeszcze Hawkins wygadał się o 

naszym przypadkowym  spotkaniu w pańskim gabinecie, mogłoby z tego wyniknąć dla mnie 

mnóstwo   kłopotów.   Brighton   miał

 

tu   swoich   przyjaciół,   Rothcliff   swoich   kumpli,   Hawkins, 

chociaż młody, wielu wrogów. Nasz Fort Benton to malutkie gniazdo os, a ja z tym wszystkim  

muszę dawać sobie radę.

—Więc co pan proponuje? Bo moja rola właściwie jest już zakończona. Jutro mogę wracać 

do Milwaukee. Nie uważa pan?

—Tak byłoby istotnie najlepiej. Chociaż... wielką mam ochotę pokazać panu Fort Benton i 

okolicę. Ot, kłopot. I tak źle, i tak niedobrze. Do licha, doktorze, co będziemy się dzisiaj 

martwić?  Zostawmy  sprawę  do jutra.  Wyjechać  z Fort Benton  można  przecież  w każdej 

chwili.

Zgodziłem   się   z   tym   wnioskiem,   wobec   czego   na   cały   długi   wieczór   daliśmy   spokój 

rozpatrywaniu “sprawy Hawkinsa”. Dzięki takiej decyzji nasza wieczorna biesiada upłynęła w 

znakomitym   nastroju.   Byłem   jednak   bardzo   zmęczony.   Irvin   musiał   to   zauważyć,   bo   nie 

zatrzymywał mnie. Udałem się do swego pokoju i natychmiast zasnąłem. Kiedy nazajutrz szeryf 

przyszedł mnie budzić, było już po dziesiątej.

—Dobrą nowinę przynoszę! — wykrzyknął mi nad uchem.

—Rothcliff aresztowany? — zapytałem przecierając oczy.

—Nie, nie to. Rothcliff jeszcze nie wrócił, ale pogoda wymarzona na wycieczkę. Zamówiłem 

dwukółkę Pearsa. Wstawaj pan.

Spojrzałem w okno. Na szybie migotały słoneczne promienie, a za szybą rozpościerał się 

błękit nieba. Przez noc wiatr przepędził wszystkie chmury.

— Chociaż to jesień, mamy zupełnie letni dzień — gadał szeryf. — U nas tak często bywa. A 

potem spadnie śnieg i ani się obejrzysz, już zima.

Na śniadanie zeszliśmy na dół do zupełnie pustej o tej porze sali. Obsługiwał nas sam Pears, 

wymawiający się cały czas, mimo nalegań szeryfa, od zajęcia miejsca przy stoliku. Po czym, 

zgodnie z zapowiedzią, wskoczyliśmy do dwukółki — malutkiego pojazdu czekającego na nas 

przed werandą. Szeryf ujął lejce, cmoknął na konia i ruszyliśmy długą ulicą, potem w bok polną 

drogą, nad którą górowały strome, odarnione zbocza fortu. Gdzieś z wnętrza wystrzelał wyniosły 

maszt z łopocącą gwiaździstą flagą. Gdy znikła mi z oczu sylwetka samotnego szyldwacha, 

przed   moimi   oczami   otworzyła   się   daleka   przestrzeń   nieco   pofałdowanej   płaszczyzny.   Na 

łagodnie   spadających   zboczach   widniały   wielobarwne   szachownice   pól:   ciemnobrązowe 

prostokąty świeżo zaoranej ziemi, pożółkłe ścierniska i rudziejące łąki, poznaczone wysokimi 

kopcami schnącego siana. Gdzieniegdzie, na szczytach lub zboczach, stały malutkie jak pudełka, 

background image

ciemne   zabudowania.   Wszystko   to   skąpane   w   jaskrawym   blasku   słońca,   które   gorzało   na 

bezchmurnym niebie. Rację miał szeryf mówiąc o letnim dniu.'

Jechaliśmy wstęgą polnej drogi, wśród malowniczych dolinek i pagórków. Od czasu do czasu 

między dwoma kopulastymi szczytami można było dojrzeć przestrzeń aż po granice horyzontu. 

Przestrzeń powtarzających się bez końca niewielkich wzniesień i dolin. Widać było posuwającą 

się   ku   północy   i   zachodowi   awangardę   osadniczych   skupisk.   Do   Fort   Benton   —   niegdyś 

samotnej   warowni   na   bezludziu   —   płynęła   powoli,   lecz   nieprzerwanie   fala   osadnicza.   Po 

traperach, łowcach zwierząt i przygód, po pionierach osadnictwa nadeszła kolej na rolników, na 

farmerów   podążających   na   te   żyzne,   bezleśne,   więc   łatwe   do   uprawy   tereny.   Tu   właśnie 

dostrzegałeś   jak   na   dłoni   pochód   współczesnej   cywilizacji   z   jej   wysoką   kulturą   rolną,   bez-

krwawo zwyciężającą pierwotną przyrodę tych ziem.

Ktoś inny na moim miejscu cieszyłby się tym wspaniałym postępem. Ja jednak dumałem w 

tej chwili nad losami pierwszych gospodarzy tej krainy, tak bezlitośnie spychanych, mila po mili, 

ku północy i wschodnim krawędziom Gór Skalistych. Co będzie z plemionami Assiniboinów, 

Szoszonów, Kri, Czarnych  Stóp, do których  jeszcze nie tak dawno należała ta pagórkowata 

kraina?   Od   tych   myśli   musiałem   w   sposób   widoczny   pomarkotnieć   na   twarzy,   bo   szeryf 

zauważył mimochodem:

— Jakoś pana nie cieszy ten widok, doktorze. Pokażę panu coś innego. Wio, koniku! — 

strzepnął lejcami i pognaliśmy galopem. — Niech pan się trzyma.

Istotnie,   trzymałem   się   poręczy,   jako   że   droga,   chociaż   dobrze   przetarta,   wcale   nie   była 

równa, a pojazd, chociaż resorowany, nieźle podskakiwał. Jechaliśmy na przemian: raz stępa, raz 

kłusem, raz galopem, aż wreszcie po dwu czy trzech godzinach znikły domki na wzgórzach, 

znikły uprawne pola, znikły i same wzgórza. Szeryf zatrzymał konia.

— Niech pan spojrzy. Oto wielka kanadyjska preria. Jeśli się nie mylę, trochę ją pan już 

poznał.

Skinąłem głową. Przede mną falowało morze traw. Nie była to już jasna, szmaragdowa zieleń 

wiosny ani ciemna zieleń lata, ale rudozłotawa barwa jesieni. Nigdy jeszcze nie widziałem prerii 

w takim kolorze. Twarze owiewał nam lekki i ciepły wiatr, pełen zapachów i świeżej wilgoci.

— Gdzieś spadły deszcze — skomentował to zjawisko szeryf.

Patrzałem przed siebie jak urzeczony. Tam, na tej bezkresnej przestrzeni pasły się jeszcze 

resztki bizo-nich stad, ostatnie mustangi gnały ku dalekim górom, a wszędzie, jak ta ziemia 

długa i szeroka, rządził się swobodnie płowy kuj ot — wilk prerii, którego monotonnego głosu 

słuchałem nieraz podczas wieczornych, biwaków. Wśród tej zieleni, nad dopływami nieznanych 

rzek, wokół jeziornych dolin żyły ostatnie plemiona indiańskie. Jakże mi to wszystko dobrze 

background image

było. znane...

Zeskoczyliśmy z wózka wprost w trawę, która sięgała mi do ramion.

—Myślę, że jeszcze mnie pan nieraz odwiedzi — zauważył Irvin.

Roześmiałem się.

—Myślę, że ma pan rację.

—To rozumiem.  Ale czas nam wracać. Chcę wpaść do Rothcliffa, będziemy przejeżdżać 

niedaleko jego zagrody. Kto wie, może już wrócił?

—Chce go pan aresztować w mojej obecności? A to dopiero powstaną plotki!

—Nie,   nie.   Ani   przez   chwilę   o   czymś   podobnym   nie   myślałem,   tylko   że   nieobecność 

Rothcliffa poczyna mnie niepokoić. Jedziemy.

Zaciął konia. Koła z chrzęstem poczęły rozgarniać-trawę, która chlastała po szprychach i 

stopniach po-woziku. Raz jeszcze spojrzałem na uciekającą do tyłu prerię. Wkrótce zasłoniła ją 

połamana   linia   wzgórz,   za   którymi   na   nowo   ukazała   się   szachownica   uprawnych   pól.   Nie 

wracaliśmy jednak tą samą drogą. Szeryf skręcił w prawo.

—To tam — wskazał dłonią na wzgórze, gdzie ciemniała kępa drzew — farma Rothcliffa. 

Dalej na prawo, widzi pan?... tamte domki to siedziba Brightona. Byli sąsiadami. Tu zresztą 

wszyscy sąsiedzi. Ziemi dużo, ludzi mało. Ot, takie przeciętne średnie gospodarstwa.

—A co z ziemią Brightona?

—Żebym ja wiedział, co z tym fantem zrobić? Nie miał żadnych krewnych. Zawiadomiłem o 

tym sędzięgo. Niech się martwi. Moim zdaniem, całe gospodarstwo przepadnie.

—Jak to przepadnie?

—Po prostu: ludzie się rozbiegną, pola zarosną, budynki będą stały puste, dopóki się nie 

zawalą. Tu na kresach wolne ziemie nadaje urząd osadniczy, ale jeszcze nie słyszałem, żeby 

się troszczył o opuszczone gospodarstwa. Nikt się zresztą o nie nie stara.

—Dlaczego? Przecież to wygodniej przyjść tak na gotowe.

—Pewnie, pewnie. Tylko nigdy nie wiadomo, czy za rok albo za dwa nie zjawi się jakiś 

zapomniany krewny zmarłego i nie zażąda zwrotu ziemi. A wtedy zabieraj się, bracie. Gorzej, 

rozliczaj się z lat, które tu bezprawnie przeżyłeś.

Koń   szedł   teraz   stępa.   Poczęliśmy   się   wspinać   na   zbocze   pagórka.   Wiodły   nas   ledwo 

widoczne koleiny. Wlokąc się noga za nogą, dotarliśmy do samego szczytu, na którym czerniały 

zabudowania.   Naliczyłem   cztery   budynki   rozrzucone   w   dość   dużym   promieniu.   Stanęliśmy 

przed najmniejszym, ogrodzonym długim rzędem ledwo ociosanych sztachet. Dalej rozciągał się 

mały warzywny ogródek. Wjazd do ogródka zamykała brama, teraz szeroko rozwarta, a przed 

nią stał typowy wóz farmerski o wysokich kołach. Czyżby Rothcliff wreszcie przyjechał?

background image

Za bramą, ale przed wejściem do domku, zauważyłem grupkę ludzi. Dostrzegli nas, bo ktoś 

krzyknął: “Szeryf przyjechał”, a ktoś inny dodał: “W samą porę”.

— Coś tu, szeryfie, nie w porządku... — oceniłem sytuację.

— Nie krakać — burknął i zeskoczył z powoziku. — Proszę potrzymać lejce. 

W tym momencie od żywo dyskutującej grupki odłączył się ktoś i ruszył szybko w naszą 

stronę,

—Kto to jest? — zdążyłem szepnąć.

Irvin wzruszył ramionami.

—Jakiś obcy.

—Witam, szeryfie — odezwał się nieznajomy — z nieba pan nam spadł. Jestem nowym 

właścicielem   tego   —   tu   zatoczył   ręką   koło   obejmujące   budynki,   ogródek   i   jakąś   dalszą, 

nieokreśloną przestrzeń. — Nazywam się Macadam, Dawid Macadam. Miałem farmę w górach. 

Nie bardzo mi się udała. Postanowiłem się przenieść z całą rodziną. Trafiła się okazja, no i 

jestem — roześmiał się pokazując rząd wspaniałych zębów. — Nie mogę dogadać się ze służbą. 

Niech mi pan pomoże.

Uścisnął rękę szeryfa, wyciągnął do mnie, wymieniliśmy należne pozdrowienia. Przez cały 

ten   czas   szeryf   milczał   jak   kamień,   bardziej   obserwując   ludzi   stojących   przed   domem   niż 

Macadama. Na koniec przeniósł wzrok na nieznajomego.

—Panie Macadam — zapytał — od kogo nabył pan te ziemie?

—Kupiłem   je   za   pośrednictwem   Biura   Sprzedaży   Nieruchomości   w   Milwaukee.   Jestem 

ostrożny, szeryfie. Przy sprzedaży był obecny dotychczasowy właściciel.

—Jest pan tego pewien?

—Jak pana widzę.

—I któż jest tym właścicielem?

—Cyrus Rothcliff.

—Zgadza się. Można wiedzieć, kiedy pan nabył tę nieruchomość?

—Przed trzema dniami.

Sięgnął   do   torby   przewieszonej   przez   ramię,   wydobył   jakiś   czworokątny   papier   i   podał 

szeryfowi, który rozłożył go i zaczął czytać z uwagą. Patrzałem na to

 

wszystko z wysokości 

wózka, zdołałem jednak dojrzeć na dole arkusza liczne kolorowe pieczęcie. Irvin długo badał 

papier, na koniec zwrócił go właścicielowi.

—Wszystko w porządku. Akt jak najbardziej formalny. Jest pan pełnoprawnym posiadaczem. 

Mogę to przed każdym poświadczyć.

—Gdyby   pan   jeszcze   zechciał   poinformować   tych   ludzi   —   wskazał   na   gromadkę 

background image

przyglądającą się nam z głębi ogrodu.

—Oczywiście, natychmiast.

Weszli w obręb ogrodzenia. Pozostałem sam, pełen sprzecznych uczuć. Rothcliff sprzedał 

posiadłość   podczas   swej   kilkudniowej   nieobecności   w   Fort   Benton.   Dla   mnie   było   rzeczą 

oczywistą, iż więcej się tu nie pojawi. Albo to zbieg okoliczności, albo sprawa była jasna jak 

słońce. Rothcliff podejrzewał, iż szeryf zastawia na niego “łapkę”. Nie wytrzymał nerwowo i — 

czując się winnym — postanowił uciec z Benton. Kto wie, czy nie uczyniłby tego, gdyby nawet 

nie udało mu się sprzedać farmy? Przyszłość pokazała, iż miałem rację rozumując w ten sposób. 

Najbliższe   jednak   minuty   zasygnalizowały   mi   bardzo   wyraźnie   fakt,   iż   absolutnie   nie 

doceniałem sprytu i całkowitego braku skrupułów Rothcliffa.

Wrócił wreszcie szeryf z Macadamem. Wymienili grzecznościowe frazesy. Irvin gratulował 

nowemu nabywcy tak doskonałej transakcji. Macadam dziękował za pomoc i obiecywał, że jak 

tylko sprowadzi rodzinę, urządzi małą uroczystość, na której nie może zabraknąć szeryfa.

— Mam nadzieję — tu zwrócił się do mnie — że i pan o nas nie zapomni. Nie znam tu 

jeszcze nikogo.

Mruknąłem coś niewyraźnego, co mogło być uznane zarówno za aprobatę zaproszenia, jak i 

za grzeczną odmowę. Macadam wybrał to pierwsze tłumaczenie i ściskał mi prawicę bardzo 

mocno i długo. Na koniec oświadczył szeryfowi:

— Myślę, że jakoś dam sobie radę przy obejmowaniu sąsiedniej farmy.

Osłupiałem. Irvin, który już podnosił lejce, natychmiast zatrzymał konia.

—Co pan powiedział? Sąsiednia farma?

—No tak. Czy może... może pan na nią reflektował?

Szeryf tylko machnął lekceważąco ręką.

—Ani mi to w głowie. Czyją farmę jeszcze pan nabył, u licha?

—Czyją farmę? Ot, tamtą — wskazał palcem poza siebie.

—Brightona?

—A jakże, Brightona.

Zamieniłem się cały w słuch.

—I to Brighton panu sprzedał?

—Nie, nie on. Rothcliff miał upoważnienie. Mówił, że obaj opuszczają te strony, więc nawet 

im nie zależy na cenie.

—Rzeczywiście — zauważył zgryźliwym tonem Irvin. — Mocno się obawiam, czy przy tej 

drugiej transakcji nie oszukano pana.

—Mnie? — zaniepokoił się Macadam.

background image

—Pana,   pana.   Właśnie   pana.   Brighton   nie   żyje.   Zginął   w   bardzo   tajemniczych 

okolicznościach. Tu, w Fort Benton. Przed dwoma tygodniami. Nie ma pan przypadkiem przy 

sobie tego upoważnienia?

—A jakże. Zażądałem go przy akcie kupna.

—Jednego w tym wszystkim nie mogę pojąć: jak pan mógł kupować ziemię nie oglądając jej?

—Cóż,   zawsze   się   nieco   ryzykuje.   Propozycja   kupna   po   prostu   z   nieba   mi   spadła,   a 

sprzedawca chciał przeprowadzić transakcję natychmiast. Nie było czasu, aby tu przyjeżdżać. 

Zresztą   słyszałem,   że   gleba   tu   żyzna,   a   okolice   spokojne.   Ostatecznie   Biuro   Sprzedaży 

Nieruchomości   gwarantowało   mi   legalność   obu   transakcji.   Myślę,   że   Brighton   wystawił 

pełnomocnictwo przed swą śmiercią.

— Diabła tam! Pokaż pan ten papier.

Obejrzał drugi z kolei arkusz.

—Nie dałbym i trzech centów za ten świstek, chociaż data jego wystawienia jest wcześniejsza 

od daty śmierci Brightona. Natomiast podpisy świadków są tak nabazgrane, że zupełnie nie 

można odczytać nazwisk. Dziwię się, że to pańskie Biuro Sprzedaży mogło na podstawie tego — 

tu trzepnął dłonią o papier — przeprowadzić sprzedaż. Zdumiewająca historia!

Macadam pomarkotniał.

—I co teraz począć, szeryfie?

—Ano cóż? Przejmuj pan farmę Brightona. I tak nie wiadomo, co z tym fantem począć. I 

niech pan do mnie wpadnie. Bardzo jestem ciekaw, co z tej Brightonowskiej gospodarki 

jeszcze pozostało. Do zobaczenia!

Trzepnął lejcami. Ruszyliśmy. Gdy zabudowania pozostały daleko za nami, zagadnąłem:

—I co pan o tym myśli, szeryfie? Co?

—Zwiał, ot i wszystko. Ale ja go jeszcze spotkam. 

—Nie dałbym za to i pół centa.

—A co z Hawkinsem?

—Nie ma sensu, żeby dłużej pozostawał w Milwaukee. Niech pan mu powie, doktorze, żeby 

wracał. Jak tu siedzę od kilku lat, jeszcze mi się nic podobnego nie wydarzyło. Prawdziwie 

zgubiony trop. Niech to licho!

—Więc chyba Hawkins miał rację? — mruknąłem, ale szeryf nic mi już nie odpowiedział.

Wielki Bóbr

Wróciłem do Milwaukee znacznie wcześniej, niż przewidywałem. Na wstępie dowiedziałem 

się od Katarzyny, że Hawkins nie pokazał się. Przyszedł dopiero w dwa dni po moim powrocie. 

background image

Opowiedziałem mu najogólniej o tym,  co zaszło w Fort Benton. Radę szeryfa  przyjął z nie 

ukrywaną   radością   i   nazajutrz   wyruszył   w   drogę.   Przed   wyjazdem   udzieliłem   mu   szeregu 

zbawiennych wskazówek. Czy się do nich zastosował — przyszłość miała pokazać.

Minęło kilka tygodni.  Spadł pierwszy śnieg. Któregoś wczesnego wieczoru siedziałem  w 

gabinecie przed kominkiem, gdzie z trzaskiem paliły się brzozowe polana. Za oknami świstał 

wiatr i rzucał o szyby wielkie płaty mokrego śniegu. Pomyślałem, że gdybym jeszcze przed tym 

wesoło huczącym ogniem miał towarzysza, z którym można by pogawędzić — nic by mi do 

szczęścia nie brakowało.

Wiatr szumiał, ogień huczał i oto nagle z tymi dwoma głosami zmieszał się dźwięk dzwonka. 

W pierwszej chwili sądziłem, że ktoś dobija się do sąsiadów, ale gdy dzwonek znowu się ozwał, 

zaczłapały po korytarzu pantofle Katarzyny. Westchnąłem pomyślawszy o konieczności zajęcia 

się — kimże by, jeśli nie spóźnionym pacjentem? Ale wciąż jeszcze tkwiłem przed kominkiem 

słuchając, jak otwierano i zamykano drzwi,

 

jak odgłos innych, silniejszych kroków zawtórował 

człapaniu pantofli gospodyni. Potem zabrzmiała przytłumiona rozmowa. Jak na pacjenta trwało 

to wszystko zbyt długo. Podniosłem się i w tej chwili usłyszałem pukanie do drzwi.

—Proszę!

Poruszyła się klamka i w ciemnej szparze ukazała się postać Karola Gordona.

—Jak się masz, Janie?

Padliśmy sobie w objęcia.

—Karolu,   któż   by   się   spodziewał?   Nie   uprzedziłeś   mnie   ani   słówkiem.   Katarzyno!   — 

wrzasnąłem — mamy gościa! Proszę przygotować kolację. Karolu, wspaniale wyglądasz! Nic 

się nie zmieniłeś.

—A kiedyż to miałbym czas się zmienić? — roześmiał się głośno.

—Siadaj. Albo nie. Chodź się obmyć. Katarzyno, proszę napuścić wody do wanny! Karolu, 

wydaje mi się, że całe wieki minęły od naszej ostatniej rozmowy. Nie masz pojęcia, jak się 

cieszę...

—Owszem, mam pojęcie. Gadasz bez przerwy i nie dajesz mi przyjść do słowa.

—Przepraszam. Chodź się wykąpać.

Po pół godzinie siedzieliśmy przed pięknie zastawionym stołem.

—Tego   mi   właśnie   brakowało   —   stwierdziłem   i   poinformowałem   Karola   o   swych 

kominkowych dumaniach.

—Podobno życzenia wypowiedziane przed płonącym ogniem najczęściej się sprawdzają — 

zauważył. — Ale z tego wynika, że nie masz tu nadmiaru zajęć ani rozrywek.

I tak, i nie. Jeśli chodzi o moje zajęcia zawodowe, cechą ich jest pewna monotonia. Praca w 

background image

szpitalu była znacznie ciekawsza.

—Czy mam to rozumieć jako uwagę pod moim adresem?

—Jak to?

—No, bo to ciekawe zajęcie straciłeś z mego powodu.

—Karolu!   Jak   możesz?   Jeszcze   słówko   na   ten   temat   i...   nigdy   nie   dowiesz   się,   co   się 

wydarzyło podczas twej nieobecności. A ręczę ci słowem honoru, że działy się sprawy bardzo 

dziwne.

—Wobec takiej groźby milczę i zamieniam się w słuch.

—Świetnie, ale najpierw zjedz coś. Co słychać z Czerwoną Chmurą i Wysokim Orłem? Co 

porabiają wojownicy Czarnych Stóp? Ach, Karolu, nigdy o nich nie zapomnę!

—Masz tobie, przecież to ty miałeś opowiadać, nie ja. Ustalmy więc kolejność.

—Dobrze, posłuchaj... ale najpierw nałóż  sobie tej  szynki,  jest znakomita.  To wynalazek 

Katarzyny.

—To ta squaw, która mi drzwi otwierała? Jeśli się nie mylę, Irlandka.

—Nie   mylisz   się,   ale   błagam,   nie   nazywaj   jej   squaw.   Gotowa   się   śmiertelnie   obrazić,   a 

drugiej takiej nie znajdę.

—Dobrze, dobrze. Nie wiedziałem, że aż taki z niej skarb.

—Ona jest doskonałością w swoim rodzaju. Parzy herbatę jak nikt na świecie, a kawa przez 

nią sporządzona nie ma sobie równej. Ale mniejsza z tym... posłuchaj...

Teraz opowiedziałem bardzo szczegółowo  o spotkaniu z szeryfem  Irvinem,  o Hawkinsie, 

Brightonie, Rothcliffie  i nabywcy ich gruntów. Relacja trwała dość długo — w jej połowie 

zakończyliśmy   jedzenie   i   przeszliśmy   do   gabinetu.   Karol   słuchał   cały   czas   pilnie,   nie 

przerywając   ani   słowem.   Kiedy   wreszcie   skończyłem,   wyciągnął   z   kieszeni   znany   mi   już 

kapciuch i fajkę. Obrzęd — bo Karol z tego robił obrzęd — nabijania tytoniu i zapalania go przy 

pomocy węgielka  wygrzebanego  z kominka  trwał kilka minut.  Milczałem czekając, aż gość 

odezwie się pierwszy.

—Masz wielkie szczęście, Janie. Stale poznajesz interesujących ludzi.

—Do których oczywiście zaliczasz siebie.

—Do których oczywiście... — przerwał w połowie zdania, bo drzwi się otworzyły i w szparze 

ukazała się głowa Katarzyny.

—Panie doktorze, przyszedł ten chłopak.

—Hawkins?

—Widzi mi się, że pewnie to ten. Jak on tam się zwie, nie pamiętam.

—Dobrze, Katarzyno. Chcesz go zobaczyć, Karolu? Nie pojmuję, skąd się tu wziął. Może się 

background image

znowu co wydarzyło w Fort Benton? Więc jak?

— Dawać go tutaj. Niech mu się przypatrzę.

Hawkins wszedł, ukłonił się niezdarnie, a potem

 

wlepił oczy w Karola.

—Siadaj, Jim, co się tak przyglądasz memu przyjacielowi?

—Bo... chyba... wydaje mi się, że ja pana kiedyś widziałem.

—Możliwe — uprzedziłem Karola. — Ten pan to Wielki Bóbr. Pewnie o nim słyszałeś.

Na dźwięk tego imienia nadanego Karolowi Gordonowi przez jego przyjaciół, wojowników 

plemienia Czarnych Stóp (jak o tym wspomniałem poprzednio) Hawkins dosłownie osłupiał. Nie 

przypuszczałem ani przez chwilę, że tak wielkie wrażenie uczynią na chłopcu moje słowa.

— To pan jest Wielki Bóbr? Sławny myśliwy? Przyjaciel Indian? Ja pana widziałem w Fort 

Benton. Przypominam sobie.

Karol kiwnął głową na znak potwierdzenia, a jednocześnie mrugnął do mnie łobuzersko.

—Tak, tak — mówił dalej chłopak. — Pan był na prerii z jednym lekarzem z Milwaukee. To 

przecież... to przecież na pewno pan jest tym lekarzem, doktorze!

—Uspokój się, Jim — przerwałem mu. — Usiądź. O, właśnie. A teraz powiedz, z czym 

przyjechałeś? Jak tam twoje sprawy w Fort Benton?

—Nie można wytrzymać.

—Co to znaczy? Nie rozumiem. Mów jaśniej!

—Przywiozłem list od szeryfa.

Podał zapieczętowaną kopertę. Rozerwałem ją. Równe rzędy bardzo regularnie stawianych 

liter. Spojrzałem na podpis.

—Hawkins, co ty opowiadasz? To nie jest list od szeryfa.

—Przepraszam.

Zaczął szukać po kieszeniach.

— O, jest. A tamten od mego brata. Ale to nic nie szkodzi, bo również do pana doktora.

Pismo szeryfa było znacznie mniej wyraźne. Irvin donosił, iż sytuacja Jima Hawkinsa w Fort 

Benton   jest   niesłychanie   trudna   i   bardzo   przykra   dla   chłopaka.   Jego   nagłe   zniknięcie   nie 

zwróciło specjalnie niczyjej uwagi. Natomiast po powrocie krążyć poczęły pogłoski, iż Jim jest 

zamieszany w sprawę tajemniczej  śmierci  Brightona. Odsunęli  się od Hawkinsa jego dawni 

przyjaciele, chłopak znalazł się jak na pustyni. Szeryf pisał, iż trudno mu stwierdzić, kto był 

autorem tego rodzaju informacji, kto rozprzestrzeniał plotkę. Mówili jednak o tym  wszyscy, 

zarzucając   szeryfowi   dziwne   niedołęstwo   w   prowadzeniu   śledztwa.   Sytuacji

 

nie   zmienił   w 

niczym fakt ucieczki Rothcliffa ani oficjalne stwierdzenie, iż to on właśnie jest podejrzany

  o 

morderstwo, a nie Jim. Irvin miał nadzieję, że wszystko zmieni się z chwilą rozpisania listów 

background image

gończych  i wyznaczenia  nagrody za schwytanie  Rothcliffa, ale nie mogło  to nastąpić  przed 

upływem co najmniej dwu tygodni. Machina sprawiedliwości działa niesłychanie opieszale. Do 

tego więc czasu, a może

 i 

dłużej — pisał szeryf — Jim Hawkins powinien przebywać z dala od 

Fort   Benton.   Niech   ludzie   trochę   o   nim   zapomną.   A   ponieważ   doktor   (to   znaczy:   ja)   zna 

dokładnie sprawę Jima, niech się nim zaopiekuje.

Przeczytawszy to wszystko, ciężko westchnąłem

 

i bez słowa podałem list Karolowi. Sam 

zająłem się treścią drugiego.

Brat   Jima,   Teodor   Hawkins,   na   wstępie   swego   pisma   gorąco   dziękował   za   opiekę   nad 

chłopcem (jakaż opieka — u licha?) i przedstawiwszy sytuację (podobnie, jak zrobił to szeryf) 

prosił, abym się zajął, przynajmniej na kilka miesięcy, jego bratem. Westchnąłem po raz drugi i 

również wręczyłem list Karolowi.

Przez ten czas Jim siedział milcząco, spoglądając raz na mnie, raz na Karola. Zapytałem 

chłopaka, czy ma gdzie nocować, i zobowiązałem go do przyjścia następnego dnia. W jego 

obecności nie można  przecież było  swobodnie omówić sprawy.  Kiedy wyszedł,  zagadnąłem 

Karola.

—Co sądzisz o tym wszystkim?

—A to dopiero zagmatwana historia. Prawdopodobnie Irvina czekają spore kłopoty. Mam 

nadzieję, że jakoś z nich wybrnie. On ma dobrze ułożone w głowie.

—Znasz go?

Jeszcze jak! To właśnie jego odwiedzałem parokrotnie w Fort Benton. Stąd mnie ten mały 

Hawkins zapamiętał.

—Nigdy nie wspominałeś.

—Jakoś nie zgadało się. Irvin to ciekawy człowiek. Słyszałeś coś o nim więcej?

—Nie miałem okazji.

—To dawny “łapacz”.

—“Łapacz”? Nie rozumiem.

Ach ty, greenhorn

1

, niewiele jeszcze wiesz o prerii.

—Przyznaję, niewiele, ale opowiedz o Irvinie.

—Przed   laty   Irvin   miał   małe   gospodarstwo   na   terenie   jednego   z   południowo-zachodnich 

stanów. Wiodło mu się wcale nieźle. Aż przyszła pamiętna klęska nieurodzaju. Pewnie o niej 

słyszałeś.   Przez   trzy   letnie   miesiące   wielu   kolejnych   lat   nie   spadła   ani   kropla   deszczu. 

Wszystko   zmarniało.   Na   dobitkę   Irvinowi   zachorowała   żona.   Sprowadzony   lekarz   radził 

przewieźć chorą do szpitala. Ba, łatwo radzić, ale żeby radę wykonać, trzeba mieć pieniądze, 

1 Greenhorn — dosłownie “zielony rożek”; nazwa nadawana nowicjuszom wśród traperów, odpowiada mniej 
więcej polskiemu “żółtodziób”.

background image

a Irvin ich nie posiadał. Nawet nie miał od kogo pożyczyć. Wszystkich sąsiadów dotknęła 

przecież ta sama klęska. Wtedy właśnie, w pobliskim miasteczku dokonano rabunkowego 

napadu na urząd pocztowy. Zginął pocztmistrz i woźnica pocztowego dyliżansu. W tamtych 

stronach nie istniała jeszcze kolej. Sprawcy nie zostali schwytani, ale zapamiętał ich twarze 

trzeci, ocalały pracownik poczty. Bandyci byli doprawdy bezczelni, nawet nie przewiązali 

sobie twarzy chustkami. Było ich dwu. Sprawa stała się głośna. Rozesłano listy gończe. Za 

schwytanie   ich   lub   unieszkodliwienie   wyznaczono   po   tysiąc   dolarów   za   głowę.   To   była 

poważna suma. I wówczas Vincent

Irvin   zdecydował   się.   Zgłosił   się   do   miejscowego   szeryfa   oświadczając,   że   dostawi   mu 

sprawców napadu.

Znam dokładnie  szczegóły jego wyprawy.  Uciekających  dopadł w dwa tygodnie  później, 

gdzieś w okolicach południowej Kolorado.

2

  Walka była nierówna, dwu przeciw jednemu. Na 

dodatek oni posiadali lepsze uzbrojenie, bo i rewolwery, i sztucery, i mniej zmęczone konie. 

Zaraz chwycili za colty, ale on był szybszy. Pierwszego trafił od jednego strzału, w samo serce. 

Drugi zaciął wierzchowca, ale nim uciekł, otrzymał postrzał, raczej niezbyt ciężki. Irvin już go 

nie ścigał. Przy zabitym znalazł dużą część zrabowanych pieniędzy, a spieszył się do domu. 

Droga powrotna nie była łatwa. Kiedy wreszcie dojechał, dowiedział się nie tylko o śmierci 

żony, ale i synka, który, jak pamiętam, chorował zaledwie trzy dni. Irvin otrzymał nagrodę, ale 

pieniądze przyszły zbyt późno...

—Okropne... — westchnąłem.

—Myślałem,  że Irvin nigdy już się z tego nie otrząśnie. Byłem  wówczas jednym  z jego 

sąsiadów. Mnie również dotknęła klęska suszy, na szczęście, bez dodatkowych ofiar.

—Zdumiewasz mnie, Karolu. Dochodzę do wniosku, że jesteś dla mnie osobą zupełnie nie 

znaną. W gruncie rzeczy, co ja o tobie wiem? Nic a nic.

—To prawda. Postaram się przy najbliższej okazji naprawić ten niewybaczalny błąd.

—Nie kpij. Lepiej dokończ historię szeryfa.

— Niewiele już zostało do powiedzenia. Irvin opuścił farmę. Został zawodowym “łapaczem”. 

Myślę, że oczyścił południowe stany z wielu przestępców. Akcja sama w sobie zbawienna, ale w 

opinii ludzkiej niezbyt mile oceniana. Tak już dziwnie się plecie na tym świecie. Gdy oficjalny 

przedstawiciel władzy schwyta lub w jakiś inny sposób unieszkodliwi przestępcę, spotyka się 

tylko   z   powszechnym   uznaniem.   Jeśli   jednak   zupełnie   to   samo   uczyni   ktokolwiek   inny,   w 

najlepszej   nawet   intencji,   poczną   go   uważać   za   odmianę   mordercy,   tyle   tylko,   że 

zalegalizowanego. Pieniądze, które w formie nagrody zarabia, traktowane są jako hańba. Stąd i 

2 W Ameryce Północnej istnieją dwie rzeki Kolorado: jedna, słynna ze swego kenionu, wpada do Zatoki 
Kaliforniiskiej, druga — do Zatoki Meksykańskiej.

background image

sytuacja Irvina była paskudna. Ale zawziął się. Może uważał, iż bandycki napad był pośrednią 

przyczyną śmierci najbliższych? Chciał zostać mścicielem? Któż to może wiedzieć? Nigdy go o 

to nie pytałem. Sprawa wlokła się tak chyba przez dwa lata. Przez te same dwa lata ja borykałem  

się ze skutkami suszy. W końcu miałem tego dość. Rozmówiłem się z Irvinem. Byłem wówczas 

jedynym   bliskim   mu   człowiekiem.   Wszyscy   go   unikali.   Nawet   miejscowy   szeryf,   mimo   iż 

zawdzięczał Irvinowi mnóstwo pochwał za oczyszczenie okolicy z przestępczego elementu, nie 

znajdował dla niego choćby paru słów uznania. Przekonałem Irvina, iż najwyższy czas zmienić 

teren. Nie bardzo chciał. Trzymała go na miejscu pamięć o najbliższych. Jednak uparłem się. 

Nudziłem  go  tak   długo,   aż   ustąpił.   Doszliśmy   do   zgodnego   wniosku,   że   im   dalej   się 

przeniesiemy,  tym  lepiej.  Sprzedaliśmy  nasze gospodarstwa i skoczyliśmy  na sam  północny 

kraniec Stanów.

Fort   Benton   wyglądał   wówczas   nieco   skromniej.   Chociaż   to   zaledwie   kilka   lat,   ale   tu 

wszystko rośnie jak na drożdżach. Przywlekliśmy się do tego Benton, nie bardzo wiedząc, co 

dalej robić. Pomógł nam przypadek. Benton miało już wówczas swego szeryfa. Do tej pory nie 

wiem, czy był to większy niedołęga, czy większy cwaniak. Być może, jedno i drugie. Dość, że w 

wyniku tego Fort Benton rozsławił się liczbą nie wykrytych kradzieży, rabunków i zwykłych 

napadów bandyckich. Sprawcy mieli z zasady tak murowane alibi, że nawet najlepszy sędzia nie 

potrafiłby   ich   pociągnąć   do   odpowiedzialności.   Gdy   przybyliśmy   do   Benton,   w   przeddzień 

dokonano napadu na zajazd niejakiego Gabriela Pearsa. Irvin od tamtych czasów nie tylko się u 

niego stołuje, ale i mieszka.

—Zajazd “Pod Szarym Niedźwiedziem”? — zapytałem.

—Właśnie.   Otóż   i   tym   razem   sprawcy   zdołali   umknąć,   a   poprzednik   Irvina   tak   długo 

organizował   pościg,   że   kiedy   wreszcie   zebrał   chętnych,   nie   było   już   kogo   ścigać.   Tym 

bardziej iż nikt się nie orientował, w którą stronę napastnicy uciekli. Na wiadomość o tym 

natychmiast w Irvinie odezwał się jego instynkt “łapacza”. Poleciał do szeryfa zaofiarować — 

tym   razem   zupełnie   bezinteresownie   —   swoje   usługi.   Szeryf   przyjął   je   z   wyraźnym 

lekceważeniem, pół serio, pół żartem. Polecał najlepszych, jego zdaniem, ludzi i konie. Irvin 

odmówił przyjęcia pomocy. Powiedział, że sam da radę. Wieść o tym rozeszła się wśród 

mieszkańców i wywołała śmiech. Stała się jednak rzecz, która dla wielu graniczyła z cudem. 

Irvin wyjechał wieczorem, a już następnego dnia przywiózł ze sobą obu bandytów, łagodnych 

jak   baranki.   Pears   rozpoznał   napastników.   Szeryfowi   nie   pozostało   nic   innego,   jak  tylko 

zamknąć ich w areszcie do czasu rozprawy sądowej. Ta historia narobiła niemałej wrzawy w 

Fort Benton i okolicy. Irvina pokazywano sobie niczym przybysza z innego świata, a Pears 

background image

odtąd stał się jego najwierniejszym przyjacielem. Gdyby jednak Irvin ograniczył się do tej 

jednej

 

interwencji,

najprawdopodobniej szybko by o nim zapomniano. Ale po tygodniu spokoju wydarzyła się 

nowa heca. W zajeździe Pearsa, najczęściej podczas wieczornych godzin, zabawiano się grą 

w karty. Oczywiście gra szła ostro i o grube stawki. Tego właśnie wieczoru rozwijała się ze 

zmiennym początkowo szczęściem dla jej uczestników. Stopniowo jednak szala powodzenia 

w wyraźny sposób przechyliła się na stronę bawiącego tu przejazdem młodego adwokata. 

Znajdowałem się wówczas na sali wraz z Irvinem. Do naszego stolika przysiadł się szeryf, 

zapytując   w sposób  mało  delikatny,  kiedy zamierzamy  wyjechać.   Szeryfa   musiała   trochę 

niepokoić zdobyta przez mego towarzysza popularność. Może lękał się o swe stanowisko, a 

może po prostu nie na rękę mu było schwytanie sprawców napadu na Pearsa? Któż odgadnie? 

Jednakże Irvin pominął pytanie. Rozgadał się o samym Fort Ben-ton i okolicy, jak gdyby tu 

co   najmniej   połowę   swego   życia   spędził.   Napomykał   od   niechcenia   o   kupnie   farmy. 

Widziałem,   że   szeryfowi   nie   przypadła   do   smaku   ta   rozmowa.   W   pewnej   chwili   na 

przeciwległym   krańcu   sali   wybuchła   awantura.   Ktoś   zaczął   krzyczeć,   rozległ   się   łoskot 

przewróconego stołka. Zerwaliśmy się obaj od stołu, tylko szeryf nieruchomo tkwił na swym 

zydlu.

— Siadajcie, panowie. To normalna sprzeczka. Po-krzyczą sobie i uspokoją się. Lepiej się nie 

wtrącać. Gdybym tak chciał się mieszać w każdą kłótnię, nie miałbym ani chwili spokoju. Ale 

nie poszliśmy za jego radą.

Irvin ruszył ku gromadce karciarzy. Ja za nim. Wśród zamętu i hałasu ujrzałem przewrócony 

stołek,   porozrzucane   wraz   z   garścią   monet   karty   i   poczerwieniałe   twarze   uczestników   gry. 

Musiało tu dojść do jakiegoś poważnego zatargu. Gdy podeszliśmy bliżej, wysoki i chudy jak 

tyka farmer chwycił właśnie za rękę stojącego obok człowieka z czarną bródką: — Pokaż rękaw! 

Sam widziałem! — krzyczał.

— Co pan widział? — zapytał Irvin.

Uciszyło się nagle.

—On ma karty w rękawie! — zawołał chudy farmer.

—To   kłamstwo!   —   Posiadacz   czarnej   brody   odskoczył   do   tyłu.   —   Kto   tu   ośmiela   się 

zarzucać mi oszustwo?

—Pokaż lepiej pan ten rękaw. Na co tyle wrzasków?— powiedział znowu Irvin.

To,-co   się   potem   wydarzyło,   miało   tak   błyskawiczny   przebieg,   że   trudno   mi   dokładnie 

odtworzyć sytuację. Dość, że facet z bródką wyciągnął nagle z kieszeni rewolwer, ale w tej 

samej sekundzie Irvin skoczył do niego. I nawet nie wiem, jak to zrobił, w każdym razie “czarna 

background image

bródka” znalazł się na podłodze, a rewolwer obok niego. Facet dobrze musiał stuknąć o deski, bo 

leżał nieruchomy. Irvin błyskawicznie pochylił się nad nim, podniósł rewolwer, sięgnął mu za 

rękaw kurtki i wyciągnął trzy karty.

—Widzieliście? — zapytał.

Zgodnie przytaknięto, a z boku ozwał się głos:

—Taki by nam się przydał na szeryfa...

Irvin nie zwrócił na to uwagi. Schylił się raz jeszcze, schwycił leżącego jedną tylko ręką za 

kołnierz kurtki i pociągnął po podłodze tak łatwo, jak gdyby ważył nie więcej od snopka zboża. 

Zawlókł go do stóp oniemiałego ze zdziwienia szeryfa.

—Proszę   się   nim   zaopiekować   —   powiedział.   —   Karciany   oszust.   Przy   okazji   warto 

sprawdzić, jaki z niego adwokat.

Opisane wydarzenie głośno i szeroko komentowano wśród mieszkańców Fort Benton przez 

kilka następnych tygodni. A teraz muszę kilka słów poświęcić swej skromnej osobie. Po prostu 

dlatego, że wiąże się ona z dalszą historią naszego wspólnego znajomego.

background image

Fort Benton, pomyślany jako pograniczna placówka wojskowa, przez długie lata spełniał i 

inną funkcję — był bowiem również punktem wymiany handlowej z Indianami. Skupowano 

skóry,  płacono towarami. Wówczas, gdy po raz pierwszy bawiłem w Benton, komendantem 

wojskowej   placówki   był   człowiek   wykazujący   spryt   handlowy   zupełnie   niezwykły.   Zamiast 

żądanych   przez   czerwonoskórych   towarów:   broni,   amunicji,   kocy,   uprzęży   —   wpychał   im 

“wodę ognistą”. Po prostu najpodlejszego gatunku wódkę. A obliczał według cen najdroższych. 

napojów. Czynił to w zupełnie już nieuczciwy sposób, bez uprzedzenia, po odebraniu skór. Nic 

dziwnego, że wynikały stałe zatargi. Podczas naszego pobytu doszło do poważnych awantur. W 

konsekwencji tego rodzaju oszukańczych operacji przybyli do miasteczka wojownicy plemienia 

Czarnych   Stóp.   Było   ich   kilku   z   Wysokim   Orłem,   wodzem   i   Czerwoną   Chmurą,   słynnym 

czarownikiem   plemienia   na   czele.   Czerwonoskórzy   zażądali   raz   na   zawsze   zerwania   z 

dotychczasowymi  praktykami  grożąc, że złożą skargę do Waszyngtonu. Komendant wyśmiał 

ich. Stwierdził, zgodnie zresztą z prawdą, że tereny Czarnych Stóp leżą w Kanadzie, wobec 

czego nic go nie obchodzi skarga obywateli Kanady. A jeśli im taka zamiana handlowa nie 

odpowiada   —   mogą   jej   zaniechać.   Wyobraź   sobie,   Janie,   w   jakim   nastroju   opuszczali   fort 

delegaci Czarnych Stóp. Spotkałem się z nimi przypadkowo i zdołałem skłonić do zwierzenia się 

ze swych kłopotów. Obiecałem, że im dopomogę. Nie bardzo mi wierzyli, a ja — przyznać 

muszę — nie bardzo wiedziałem, jak się zabrać do rzeczy. Ale słowo się rzekło. Opowiedziałem 

o tym Irvinowi. Sądziłem, że mnie zgani za lekkomyślność, ale nie. Sam się bardzo zapalił do 

sprawy.  Z jego to inicjatywy spotkaliśmy się z komendantem fortu. Początkowo

 

przyjął nas 

uprzejmie — słyszał już o sukcesach Irvina — ale kiedy się zorientował, o co chodzi, przybrał 

ton grubiański. W gruncie rzeczy był to nieokrzesany żołdak i głupiec. Gdyby nie spokój Irvina, 

doszłoby do nie byle jakiej awantury. Kiedy opuściliśmy fort, mój przyjaciel oświadczył, że 

stanie na głowie, a tego gbura przepędzi. Uśmiechnąłem się tylko na taką pogróżkę. Ale Irvin 

mocno wziął sprawę do serca. Powiedział, że potrafi dotrzeć i do Waszyngtonu, jeżeli zajdzie 

potrzeba. Próbowałem go przekonać o bezcelowości takiego zamierzenia. Bo nawet gdyby udało 

mu się spowodować zmianę na stanowisku komendanta fortu — w co, jak oświadczyłem, nie 

wierzę   —   to   jaka   jest   gwarancja,   że   następca   będzie   lepszy?   Moim   zdaniem   oszukańczym 

transakcjom może położyć kres tylko znalezienie innego odbiorcy skór. Irvin przyznał mi rację, 

ale mimo to nie chciał odstąpić od swego projektu. Gdyśmy wrócili do gospody, zaprosił Pearsa 

na   wspólną   naradę.   Opowiedział   o   moim   projekcie.   Pears   zastanowił   się   chwilę,   a   potem 

oświadczył, iż najlepiej byłoby skierować Indian do którejś z faktorii Hudson's Bay Company 

3

prowadzącej   od   stuleci   handel   z   ludnością   tubylczą.   Tysiące   filii   Hudson's   Bay   Company 

3 Hudson's Bay Company — Kompania Zatoki Hudsona. Przedsiębiorstwo handlowe posiadające po dziś dzień
swoje placówki-faktorie w licznych punktach Kanady, przeważnie na północy i północnym wschodzie.

background image

znajdowało   się   na   terytorium   Kanady,   ale   gdzie   znajdowała   się   najbliższa?   Tego   Pears   nie 

wiedział, ale obiecał popytać się. Jakoż po paru dniach doniósł nam, iż najbliższa Fortu Benton 

faktoria znajduje się w osadzie Dziesiątej Mili. Ba, ale jak daleko było do niej? Na ten temat 

zdania przygodnych informatorów bardzo się różniły. Mimo wszystko postanowiłem tam trafić. 

Zaproponowałem

 

Irvinowi   wspólną   wyprawę.   Odmówił.   Nabił   sobie   głowę   Waszyngtonem. 

Oświadczył, że wszystko świetnie  się  składa, bo możemy jednocześnie odbyć swe podróże i 

spotkać się w Benton.

Nie będę ci opisywał swej eskapady do Dziesiątej Mili, za wiele by to zajęło czasu. Faktem 

jest, iż dotarłem do celu, że kierownik faktorii przyjął mnie bardzo gościnnie, że — jak się 

później okazało — nawiązał porozumienie z Czarnymi Stopami i odtąd dostawy skór do Fort 

Benton urwały się. Gdy powróciłem, Irvina jeszcze nie było. Czekałem z niecierpliwością. Zja-

wił się dopiero po dwu tygodniach z wielce tajemniczą miną. Nie chciał nic mówić, wyraził 

tylko zadowolenie mojego osiągnięcia. Tak minął jeszcze jeden tydzień. .Zastanawiałem się, po 

co tu jeszcze siedzimy.  Pieniądze, jakie miałem ze sprzedaży swego gospodarstwa, topniały 

bardzo szybko, a przymusowa bezczynność poczynała mnie męczyć. Po paru dniach gruchnęła 

po Benton nieprawdopodobna wiadomość: miał przyjechać nowy komendant fortu.

Po   dziś   dzień   nie   wiem,   jak   Irvin   potrafił   do   tego   doprowadzić.   Podejrzewam   tylko,   iż 

pogłoskę   o   zmianie   na   stanowisku   komendanta   fortu   puścił   on   sam.   JVa   pewno   za 

pośrednictwem Pearsa. Pogłoska okazała .się prawdziwą. Po kilku dniach przybył nowy komen-

dant.   Co   dziwniejsze,   pierwsze   kroki   skierował   nie   do   fortu,   ale   do   gospody  “Pod   Szarym 

Niedźwiedziem”. Tu spędził dobrą godzinę na rozmowie w cztery oczy z Irvinem. Mieszkańcy 

osiedla po prostu utonęli w fali najbardziej fantastycznych plotek. Szeptano sobie na ucho, że 

Irvin jest wysłannikiem rządu Federalnego

4

Nie dowiedziałem się, jaką rolę przypisywano mnie, 

ale nie mogłem już przejść ulicą, aby dziesiątki razy nie być zmuszonym do odpowiadania na 

ukłony i pozdrowienia zupełnie nie znanych mi osób. Tak oto doświadczyłem wówczas mnóstwa 

kłopotów wynikających z nadmiernej popularności. Efekt tego wszystkiego był nieoczekiwany, 

chociaż należało się go spodziewać. Oto pewnego dnia kilku najbardziej szanowanych obywateli 

Benton zwołało ogólne zebranie mieszkańców — oczywiście mężczyzn, kobiety z takich narad 

były   wyłączane   —   i   przedstawiło   szereg   zarzutów   dotychczasowemu   szeryfowi.   Bronił   się 

nieborak, jak umiał, ale nie zdołał odnieść sukcesu. Zażądano, aby zrzekł się swych funkcji. 

Wniosek przegłosowano. Na tym samym zebraniu Pears wystąpił z propozycją wyboru Irvina na 

opróżnione miejsce szeryfa, a mnie — posłuchaj tylko, Janie! — na jego zastępcę. Odmówiłem 

kategorycznie,   a   równocześnie   gorąco   namawiałem   Irvina,   aby   się   zgodził.   Powiedział,   że 

4 Rząd Federalny — Rząd Stanów Zjednoczonych A.. P. w Waszyngtonie.

background image

przyjmie na próbę. Wybrano go prawie jednomyślnie. Zgodzono się również, aby po pewnym 

czasie sam sobie dobrał pomocników.

Tak   oto,   w   wielkim   skrócie,   wygląda   historia   ostatnich   lat   życia   obecnego   szeryfa   Fort 

Benton.

—A ty — zapytałem — co uczyniłeś potem?

—Pomogłem nieco w nawiązaniu stosunków między Czarnymi Stopami i przedstawicielem 

Hudson's Bay. Myślałem, że rzecz się na tym zakończy. Nie doceniłem jednak wdzięczności 

czerwonoskórych. Zjawili się jeszcze raz w Benton po to, aby mi wręczyć niezwykle cenny 

dar: futro srebrnego lisa. Od tej to chwili datuje się moja znajomość z Indianami.

—Nie bardzo rozumiem, Karolu, po co wlekliście się aż do tego zakazanego Fort Benton? 

Pieniądze uzyskane ze sprzedaży gospodarstw nie mogły wam na długo starczyć. Sam zresztą 

wspominałeś, że już ci się kończyły.

—Odpowiem krótko: to, że trafiliśmy do Fort Benton, było tylko przypadkiem. Po prostu 

szukaliśmy jakiejś małej miejscowości, czując wstręt do dużych skupisk ludzkich, aby w niej 

osiąść na stałe, nabywszy kawał gruntu. Ale Irvin, im bardziej czas upływał, tym bardziej 

tracił pociąg do gospodarki rolnej. Sądzę, że wspomnienia niedawnej przeszłości były u niego 

zbyt żywe. Wybór na szeryfa Fort Benton przyjął zapewne z ulgą. Potrzebował radykalnej 

zmiany zawodu, odgrodzenia się raz na zawsze od tego, co było, i od... wspomnień. A poza 

tym nowa funkcja, bardziej odpowiadała jego skłonności do czynnego, ruchliwego życia.

—A ty, Karolu?

—Ja? Nie chciałem wpływać na decyzję Irvina. On sam raz tylko jeden mówił o nabyciu 

farmy. Kiedy go wybrano na nowe stanowisko, wówczas i ja zaniechałem myśli o kupnie 

ziemi. Przypadek przyszedł mi z pomocą. Mój kontakt z Czarnymi Stopami pozwolił i mnie 

zmienić zawód. Zostałem traperem, “łowcą skórek”, i mogę cię zapewnić, Janie, że jest to 

praca znacznie ciekawsza, a również bardziej opłacalna od uprawy roli. Ale teraz zakończmy 

już

 

ten

 

temat.

 

Pora

wyjaśnić, po co tu przybyłem.

—Przecież żeby mnie odwiedzić!

—Oczywiście, ale nie tylko dlatego. Zbliża się sezon zimowych łowów. Potrzebuję amunicji. 

W Milwaukee dostanę lepszą i tańszą, no i poza tym mogę się z tobą nagadać. Od Czerwonej 

Chmury i od Wysokiego Orła przywożę pozdrowienia. Liczą, że wiosną zawitasz do nich. 

Wybacz,   ale   bardzo   się   zmęczyłem   tym   gadaniem.   Nigdy   jeszcze   za   jednym   razem   nie 

wypowiedziałem tylu słów. Dlatego dopiero jutro dowiesz się o szczegółach. Uff! Bardzo 

jestem senny.

background image

Tajemniczy nieznajomy

Nazajutrz, już przy śniadaniu, wszczęliśmy gorącą dyskusję nad problemem Hawkinsa. Karol 

określił tę sprawę mianem “problemu” twierdząc, iż to nadaje odpowiednią wagę zagadnieniu.

—Dobrze, dobrze — zgodziłem się. — Niech będzie i problem, jeśli ci się tak podoba. Co 

radzisz?

—Skierować chłopaka do szkoły.

—Do jakiej szkoły? Obawiam się, iż Jim umie zaledwie czytać i pisać.

Tu, na marginesie,  muszę  zauważyć,  iż w Stanach  istniały wówczas tak zwane “primary 

schools

5

, ale nauka była płatna i nieobowiązkowa.

—Wiesz   co,   Karolu,   może   by   się   poradzić   Katarzyny?   Kobiety   w   takich   sprawach 

wychowawczych lepiej się orientują od nas.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

—Mówisz to poważnie?

—Ona potrafi rozsądnie myśleć.

—Jak uważasz.

Zawołałem   Katarzynę   i   częściowo   wtajemniczyłem   ją   w   sprawę   Jima   Hawkinsa,   nie 

wspominając jednak o historii z Brightonem. Wysłuchała mnie w milczeniu. Kiedy skończyłem 

mówić, zamyśliła się.

— Chłopak powinien się uczyć — zawyrokowała — zamiast bąki zbijać.

Zgodnie przytaknęliśmy.

— Może go oddać do kowala?

Zaprotestowałem.

—Nigdy,  Katarzyno.  To przecież syn  farmera. On się na to nie zgodzi. Nie, nie. Trzeba 

wymyślić coś innego.

—To niech idzie do jakiejś szkoły rolniczej.,

—Nie wiem, czy taka szkoła istnieje w Milwaukee?

—Co też pan doktor opowiada? Przecież jest u nas taka szkoła.

—To niezła myśl — zainteresował się Karol. — Ale czy chłopak da sobie radę?

—Trzeba spróbować — zauważyłem.

I   na   tym   stanęło.   Gdy   w   kilka   godzin   później   przyszedł   Hawkins,   Karol   począł   go 

egzaminować. Męczył go dość długo, zanim powiedział, o co chodzi. Nie zauważyłem jednak 

entuzjazmu na twarzy Jima, Karol stwierdził, że chłopak powinien dać sobie radę. A jeśli nie, 

poszukamy czegoś innego.

5 Primary schools — odpowiada mniej więcej naszym szkołom podstawowym.

background image

—Łatwo powiedzieć — mruknąłem.

—Nie bądź pesymistą, Janie. Ja się tą sprawą zajmę.

—Serdeczne dzięki. Spodziewam się wobec tego, że pobędziesz u mnie dłużej.

Zaprzeczył, ale stwierdził równocześnie, że nie myśli o natychmiastowym odjeździe. Muszę 

przyznać bezstronnie, że Karol przejął się kłopotem życiowym Hawkinsa. Ale i mnie — sam nie 

wiem dlaczego — chłopak bardzo przypadł do serca. Karol cel swój osiągnął. Umieścił Jima w 

jakiejś niższego typu uczelni o charakterze rolniczym. Przy szkole istniał internat, więc i sprawa 

mieszkania została załatwiona. Napisałem o tym wszystkim aż w dwu listach: do szeryfa i do 

starszego brata Hawkinsa. Dokonawszy tego byłem szczęśliwy,  że spadł mi kłopot z głowy. 

Wreszcie miałem okazję i czas wypytać Karola, co porabiał, odkąd żeśmy się pożegnali. Nie 

zmarnował czasu. Okazało się bowiem, iż po rozstaniu się ze mną powrócił do osiedla Czarnych 

Stóp,   a   stamtąd,   korzystając   z   pięknej   jesiennej   pogody,   raz   jeszcze   w   towarzystwie   kilku 

wojowników   udał   się   do   znanej   mi   Doliny   Siodła   w   Górach   Skalistych,   gdzie   spoczywały 

pokłady złotonośnego piasku.

Tam   wydobyto   sporą   jego   ilość   i   przewieziono   do   Oden-na-ka-inne-he-kaj   —   Ukrytego 

Miasta Czarnych  Stóp. Tu wyjaśniam:  wiele szczepów  czerwonoskórych  posiada  osiedla,  w 

których   przebywa   stale.   Położenie   geograficzne   tych   osiedli   znane   jest   tylko   nielicznym   i 

zazdrośnie strzeżone. One to właśnie zwane są ukrytymi miastami.

Z kolei Karol udał się na południe Kanady, gdzie zakupił kilkadziesiąt sztuk rasowego bydła. 

Sprowadził  je na tereny Czarnych  Stóp i zamienił  się  w... hodowcę,  a raczej  w instruktora 

hodowlanego. Z właściwą sobie energią począł wtajemniczać grono wybrańców w podstawowe 

zasady hodowli. Sam posiadał przecież w tej dziedzinie pewne doświadczenie. A sprawa nie 

była   łatwa.   Prawdopodobnie   gdyby   nie   wpływy   i   znaczenie   Czerwonej   Chmury,   cała   praca 

Karola poszłaby na marne. Indianie dość niechętnie odnieśli się do prób hodowli bydła, bowiem 

uważali, że dla wojowników jest w tym coś hańbiącego. A przecież pomysł był doskonały.

Czerwona Chmura, który przez kilka lat swej młodości przebywał w mieście bladych twarzy, 

orientował się, iż im bardziej rozwijać się będą miasta, wzrastać będzie zapotrzebowanie na 

żywność, a przede wszystkim na mięso. Ponieważ ilość dzikiej zwierzyny stale maleje, hodowla 

bydła domowego będzie się stawała coraz bardziej popłatną. Nieubłaganie nadciągał dzień, w 

którym padnie ostatni bizon. Wówczas jedynym ratunkiem przed głodową śmiercią stanie się dla 

Indian przymusowa wędrówka na tereny dalekiej północy, gdzie jeszcze istniała obfitość leśnej 

zwierzyny. Dla plemion Czarnych Stóp, Assiniboinów, a nawet dalej na północ osiadłych Kri 

równało się to nie tylko konieczności opuszczenia odwiecznych siedzib, ale wiązało się również 

ze zmianą trybu życia. Zwierzyna północy przebywała w niezmierzonych lasach. Przeniesienie 

background image

się z prerii do puszcz to dla Indian mniej więcej to samo, co na przykład przerzucenie górali na 

równiny, a rolników z nizin na górskie hale.

Z tego wszystkiego zdawali sobie dobrze sprawę Czerwona Chmura, Wysoki Orzeł, wielki 

wódz   plemienia,   oraz   kilku   pomniejszych   kacyków   szczepowych.   Popierany   przez   nich 

czarodziej   już   od   dłuższego   czasu   przekonywał   swych   współplemieńców   o   konieczności 

rozpoczęcia na stepach hodowli bydła.

Rozpisałem   się   nieco   na   ten   temat,   ale   hodowlane   plany   wiązały   się   bardzo   ściśle   z 

zamierzoną   przez   nas   eksploatacją   złotodajnych   pokładów   (aby   zdobyć   pieniądze   na   zakup 

bydła!) oraz z szeregiem innych, wynikłych z tych zamierzeń nieoczekiwanych wypadków.

Wracam do sprawy Karola. Przybył do Milwaukee nie tylko po to, aby kupić amunicję i aby 

mnie odwiedzić. Również i w celu zbadania, gdzie i kiedy można by nabyć jakąś większą partię 

bydła. Natrafił jednak na pewne trudności w znalezieniu dobrej rasy hodowlanej. Poradziłem 

mu, aby załatwił transakcję za pośrednictwem Hudson's Bay Company. W ten sposób można by 

uniknąć wielu kłopotów, a przede wszystkim plotek na temat pochodzenia złota, którym Czarne 

Stopy miały płacić. Hudson's Bay potrafi załatwić sprawę w sposób możliwie dyskretny.

Po rozważeniu tej propozycji “z wierzchu i od podszewki” — jak mówił — Karol przyznał mi 

rację. Tymczasem spadł pierwszy śnieg, a wraz z nim nadszedł list od Irvina. Gratulował w nim 

pomyślnego załatwienia “sprawy Hawkinsa”. Donosił również, że rozmawiał z bratem Jima, 

który nieco krzywił się na wysokość opłaty żądanej przez szkołę, ale ostatecznie ustąpił, gdy mu 

szeryf zagroził, iż “pan doktor umyje ręce od wszystkiego”, a on, szeryf, również, jeśli Jim nie 

zostanie umieszczony w szkole. Był to oczywiście mały szantaż, z którego uśmiałem się ser-

decznie, bo jednak wynikający ze szlachetnych pobudek. Nauka tylko na dobre mogła wyjść 

Jimowi.

Ten list na długo pozostał ostatnią wiadomością, jaka nadeszła do mnie z Fort Benton. Karol 

odjechał, przez długie tygodnie nie wydarzyło się nic ciekawego.

Zima trzymała nas mocno w swych garściach. Tak nadszedł styczeń 1882 roku. I wówczas to 

właśnie wydarzył się wypadek, który mnie nieco zaniepokoił.

Któregoś posępnego  zimowego  wieczoru odwiedził  mój  gabinet  dawny pacjent  z okresu, 

kiedy pracowałem w szpitalu. Przypomniał mi się natychmiast, chociaż poznałbym go i bez tego. 

Stał się bardzo popularną postacią wśród ogółu chorych. Nazywaliśmy go wówczas Czarnym 

Piotrem,   a   to   od   krótko   przyciętej,   czarnej   bródki   i   czarnych   włosów.   Trafił   do   nas   ze 

skomplikowanym złamaniem lewego przedramienia i dwu żeber. Naprawdę nazywał się Piotr 

Carr. Uprawiał zanikający już zawód — jeśli to można  nazwać zawodem — poszukiwacza 

szlachetnych metali. Przewędrował chyba połowę Ameryki ze zmiennym dla siebie szczęściem. 

background image

Majątku nie zrobił, ale — jak nam

 

opowiadał — uciułał sobie skromną sumkę na czarną godzinę. 

Skutki pewnej wyprawy doprowadziły go wprost do bramy szpitala. Podczas wędrówki w gó-

rach zaskoczyła go gwałtowna burza połączona z silnym wiatrem. I ten huragan po prostu zwiał 

Piotra ze zbocza, na którym bezskutecznie poszukiwał najpierw “skarbów”, a potem schronienia 

w jakiejś pieczarze. Na szczęście zbocze nie było bardzo strome. Zleciał jednak, koziołkując, 

kilkanaście   metrów.   To,   że   jakoś   zdołał   dotrzeć   do   najbliższej   stacji   kolejowej,   straszliwie 

potłuczony,   zawdzięczał   tylko   niesłychanej   wytrzymałości   i   odporności   organizmu   na   ból   i 

fizyczne zmęczenie.

Prowadziłem z nim — w chwilach wolnych od zajęć zawodowych — długie rozmowy. Carr 

był niewyczerpaną kopalnią tematów. Zaiste, warto było słuchać! Jego znajomość życia białych 

osadników tak zwanego Dzikiego Zachodu, kontakty z czerwonoskórymi, zwłaszcza z Indianami 

plemion   Dakota,   nazywanymi   przez   białych   Siouxami

6

  mogłyby   stanowić   cenny   materiał 

etnograficzny   dla   naukowców,   gdyby   Czarny   Piotr   umiał   i   chciał   pisać.   Niestety,   natura 

pozbawiła go tych zdolności. Za to gawędziarz z niego był utalentowany. Do sali, w której leżał, 

przychodzili lżej chorzy, aby wysłuchać nie kończących się opowieści. Przypuszczam, że sporo 

w nich było fantazji, ale na pewno zawierały również wiele prawdy o życiu człowieka, który całe 

swe męskie lata spędził na włóczędze. Gdy któregoś dnia spytałem Piotra, po czym poznaje, czy 

na   danym   terenie   warto   prowadzić   poszukiwania   złotodajnego   piasku   —   zaskoczył   mnie 

znajomością gleby i skał. Nieco później, przypadkowo, poznałem geologa i powtórzyłem mu 

część uzyskanych w ten sposób informacji. Zdumiał się, skąd lekarz może tak dobrze orientować 

się w tych sprawach. Gdy zdradziłem źródło swej wiedzy, nie okazał już zdziwienia. Przyznał, iż 

praktyczne   wiadomości   wędrownych   poszukiwaczy   często   dorównują   oficjalnej   nauce,   a 

niekiedy nawet ją przewyższają.

Piotr   Carr   wcale   nie   był   przyjacielem   Indian.   Twierdził,   iż   nieraz   zaleźli   mu   za   skórę 

podejrzewając,   że   poszukuje   na   ich   terenach   wyłącznie   złota,   a   nauczeni   doświadczeniem 

wiedzieli, że po każdym większym odkryciu drogocennego minerału następuje masowa inwazja 

białych.

Takim   więc   był   Piotr   Carr.   Gdy  mnie   powitał   jak   starego   znajomego,   zagadnąłem   go   o 

zdrowie.

—Wszystko w porządku, panie doktorze. I wcale nie w tej sprawie przyszedłem.

—Proszę, proszę, niech pan siada. Czym mogę służyć?

—Może to i głupstwo — zaczął skrobiąc się w głowę — a może ważna sprawa. Sam pan to 

6 Nazwa Sioux wśród Indian nie istnieje. Pochodzi bowiem ona z przekręconego przez osadników francuskich 
słowa na-dowessioux, które z kolei jest również przeinaczeniem słowa nadoweiseweg (małe węże) lub nadeweisiw 
(mały wąż) — nazwy obraźliwej, nadawanej szczepom Dakota przez ich śmiertelnych wrogów, Indian Odżibwejów 
(Ojibwa). Z tych dwu kolejnych przekształceń powstała właśnie nazwa Sioux (wymawiana jako Siu).

background image

oceni. Wie pan dobrze, czym się zajmuję, i sporo ludzi również wie o tym. A że ciągle krąży 

po naszym kraju mnóstwo bajek o skarbach, które gdzieś tam spoczywają w  ziemi, więc 

ktokolwiek się dowie o mojej pracy, zaraz ciągnie mnie za język. Iluż to proponowało mi 

spółki. Ale ja coś niecoś znam się na ludziach. Najczęściej wszystkim im źle z oczu patrzy. 

Przed kilku dniami zetknąłem się ze sprawą, która — jak mi się wydaje — zainteresuje i 

pana. 

— Mnie?

—Tak,   tak.   Jak   panu   wiadomo,   latem   przebywam   w   samotności,   a   zimową   porą   sobie 

odpoczywam. Czasem dla odmiany bawię się, ot, przy kufelku piwa w jakimś lokalu. Pan to 

rozumie, doktorze?

—Oczywiście. Nie widzę nic w tym złego.

—Właśnie,   zawsze   tak   samo   uważałem.   Przed   paru   dniami   byłem   w   gospodzie   “Pod 

Srebrnym  Orłem”.  Słuchaczów miałem  chętnych.  Ani słowa. Każdy coś dodał, historyjki 

ciekawe. Zrobiło się dobrze późno, a jeszcze nie wyczerpaliśmy tematu. Ano, cóż? Trzeba 

było się pożegnać. Wychodzę. A tu jakiś przystąpił do mnie.

—Na lewo? — pyta.

—Na lewo.

—To się świetnie składa. Odprowadzę pana kawałek. Zawsze we dwóch to raźniej.

Z początku myślałem, że to jakiś strachajło. Niech idzie. Mnie to nie przeszkadza. Więc 

idziemy. A tamten po chwili, jak już zostaliśmy sami, gada.

— Ciekawe rzeczy pan opowiadał. Szalenie mnie to zainteresowało. Bo widzi pan, ja też z 

tego samego fachu.

Tak mi powiedział. Może to prawda, czemu nie? I czekam, co będzie dalej. Idziemy przez 

chwilę w milczeniu. Już myślałem, że się na tym skończy. Ale nie, bp on znowu się odzywa:

— A może byśmy się tak razem wybrali, kolego? Widzi pan doktor! Zaczął mnie nabierać na 

“kolegę”.

— A dokąd to? — pytam.

Jegomość kręci głową i wreszcie powiada:

—  Znalazłoby się jedno takie miejsce — tu ściszył glos. — Złoto. Złoty piasek. A nawet 

większe grudki,.,,

—Tak? — mówię. — A pan widział? Trzeba było sobie zabrać.

—Nie — powiada. — Ja tam nie byłem, ale mój przyjaciel. Pokazywał mi próbki.

—No, to świetnie. Możecie sobie powinszować, ale ja tam po co?

—Ba — powiada — to straszny kawał drogi i, będę szczery, trochę niebezpiecznie. Lepiej we 

background image

trójkę niż we dwójkę.

—Co to znaczy: trochę? Zawsze się ryzykuje przy takich poszukiwaniach.

—Przypadł mi pan do serca, więc powiem jeszcze: to tereny czerwonych.

—Wszystko zależy, jacy to czerwoni, z niektórymi można się dogadać.

—Z tymi chyba nie. To Czarne Stopy.

—Aha,   Kanada   —   powiedziałem.   —   Ale   to   przecież   bardzo   pokojowo   usposobione 

plemiona.

—Niektórzy tak sądzą, lecz to nieprawda. Mój przyjaciel wpadł tam w nie lada tarapaty. 

Ścigali go...

—Jeśli  tak — odpowiedziałem  — sprawa nie  dla mnie.  Nie będę ryzykował  życiem  dla 

kawałka złota.

Tak mu powiedziałem, ale jednocześnie przypomniałem sobie, że przecież ci od Czarnych 

Stóp byli  u pana doktora w szpitalu.  Wtedy,  co ten chory...  i co to pan doktor miał  jakieś 

kłopoty... — zaplątał się i utknął w połowie zdania. Widać nie chciał mnie urazić przypominając 

niemiłą dla mnie historię.

—Pamiętam, pamiętam. Proszę mówić dalej. To bardzo interesujące.

—Więc pomyślałem sobie, że jeżeli oni, to znaczy ci Indianie, znają pana doktora, a pan 

doktor   oddał   im   taką   przysługę,   to   panu   byłoby   najłatwiej   o   tym   złocie   od   nich   się 

dowiedzieć...

Uśmiechnąłem się, bo rozumowanie Czarnego Piotra było nieco prymitywne, ale rzekłem:

—Dobrze, dobrze. I co on panu odpowiedział?

—Że warto ryzykować, bo tam jest cała kopalnia złota. Na trzech to starczy do końca życia.  

Przemyślałem   tę   rzecz   jeszcze   raz   i   doszedłem   do   wniosku,   że   jeśli   pan   doktor   tym 

czerwonym oddał taką przysługę, to ja powinienem o wszystkim panu powiedzieć.

—Widzisz, Carr — odparłem — nie jest to takie proste, jak ci się wydaje. Jeśli tam jest złoto,  

to stanowi własność Czarnych Stóp i nic nam do tego. Nawet gdyby przygodnie poznany 

człowiek mówił prawdę, ryzyko zdobycia tego złota jest tak olbrzymie, iż, jak to się mówi, 

gra nie warta świeczki. Ja jednak podejrzewam, że ten pański znajomy to po prostu oszust.

—I ja doszedłem do tego samego wniosku, ale chciałem się poradzić.

—Wiesz co? — w tym momencie wpadłem na nowy pomysł. — Bardzo pragnąłbym tego 

człowieka zobaczyć. Ale nie uprzedzaj go, Piotrze, o tym, dobrze? Kto wie, może to jakiś 

szpitalny pacjent, który z wizyty Czarnych Stóp wy fantazjował sobie resztę?

—Nie widzi mi się, ja tam poznałem chyba wszystkich chorych. Ale rzecz da się zrobić. On 

zawsze przychodzi pod “Srebrnego Orła”.

background image

—Słuchaj, Carr. Ja tam również wpadnę, ale udawaj, że mnie nie znasz.

—To jak ja go panu doktorowi wskażę?

—Wymyśl coś.

—No, to chyba... chyba że podejdę do pana doktora i poproszę o ogień do fajeczki. Będę 

mógł wtedy szepnąć słówko.

Uznałem to za najlepsze rozwiązanie. I na tym rozstaliśmy się. 

Ledwie   zamknęły   się   drzwi   za   Czarnym   Piotrem,   począłem   zastanawiać   się   nad   tym 

wszystkim.  Ktoś wie o naszym  odkryciu.  Niech Piotr będzie przekonany,  że to oszust. Tak 

lepiej. Ale ja wiem, co naprawdę o tym sądzić. I oto poniosła mnie fantazja. I to tak daleko, że 

gdybym   na   własne   oczy   nie   widział,   jak   Scott,   “człowiek   z   blizną”,   skoczył   w   przepaść, 

miałbym prawo sądzić, że to on właśnie.

Tak czy siak, należało bacznie przyjrzeć się informatorowi Carra. Nie bardzo chciało mi się 

iść samemu pod “Srebrnego Orła”, ale innej rady nie znalazłem.

Następnego dnia wybrałem  się do gospody.  Jej lokal znajdował się na krańcach miasta  i 

niewiele odbiegał wyglądem od “Szarego Niedźwiedzia” w Fort Benton. Sala była pełna, ani 

jednego   miejsca   przy   stolikach.   Z   trudem   przecisnąłem   się   do   bufetu.   Poprosiłem   o   piwo. 

Począłem rozglądać się po sali. Nigdzie jednak nie zauważyłem Carra. Wysączywszy ostatnie 

krople piwa zacząłem  torować sobie drogę ku wyjściu  i dobrnąłem  wreszcie  do drzwi. Nie 

zdążyłem ich uchylić, gdy otwarły się, pchnięte od zewnątrz. Ukazała się uśmiechnięta twarz 

mego byłego pacjenta.

Natychmiast zawróciłem. Dostrzegłem, jak Piotr dopchał się do bufetu, głośno witany przez 

licznych znajomych. Teraz nie sposób było doń podejść bez zwrócenia ogólnej uwagi. A tego 

chciałem uniknąć.

Na,   szczęście,   przypadkowo   znalazłem   wolne   krzesło   przy   stoliku,   od   którego   akurat 

powstało z hałasem rozbawione towarzystwo. Zapaliłem fajkę. Po kilku minutach zjawił się 

posługacz i postawił kufel piwa.

— Coś mocniejszego? — zapytał.

Zaprzeczyłem, dziwiąc się temu piwu, którego wcale nie zamawiałem. Ale tu widać takie 

były zwyczaje.

Cisnąłem kilka monet i począłem rozglądać się po sali. Carr zginął mi z oczu w tłumie gości.

W tej chwili zbliżyło się ku mnie dwu nieznajomych. Skłonili się uprzejmie i coś zamruczeli, 

zapewne pytali, czy mogą się przysiąść. Kiwnąłem głową i wskazałem wolne stołki. Usiedli. I 

znowu, prawie natychmiast, zjawił się posługacz z piwem. Nie wiem doprawdy, jak on to robił, 

aby w ścisku panującym w lokalu móc tak szybko odszukać osobę, która jeszcze nie otrzymała 

background image

swego “obowiązkowego” piwa? Musiał zaiste mieć sokoli wzrok.

Przyjrzałem   się   przybyłym.   Byli   prawie   w   równym   wieku,   obaj   nosili   kraciaste   kurtki   i 

identyczne,   o   szerokich   rondach   kapelusze.   Prowadzili   przerwaną   zapewne   przed   chwilą 

rozmowę   —   nie   krępując   się   moją   obecnością   —   bo   gdy   zajęli   miejsca,   jeden   z   nich

odezwał się:

—Więc on mi powiada: “Nie będziesz żałował, bracie, we trójkę zbierzemy tyle, że każdemu 

starczy na całe życie i każdy będzie panem całą gębą”.

Nastawiłem uszu. Trochę z nudów, a trochę dlatego, że coś bardzo podobnego mówiono 

Czarnemu Piotrowi.

—A co ty na to? — ozwał się drugi z nieznajomych.

Więc ja powiedziałem: “A kto mi zaręczy, że to wszystko prawda? A jeśli nawet prawda, 

jaka gwarancja, że czerwone diabły nie ściągną mi skóry z głowy?” Na to on wyśmiał mnie. 

Powiedział,   że   kto   nie   ryzykuje,   ten   nic   nie   ma,   i   dodał,   że   jak   spotkamy   się

we trójkę, pokaże najprawdziwsze nuggety

7

.

Teraz   dosłownie   cały   zamieniłem   się   w   słuch.   Wpatrzywszy   się   w   kufel   pełen   piwa 

udawałem, iż rozmyślam nad czymś głęboko, ale łowiłem uchem każde słowo.

Z dalszej rozmowy wynikły informacje jeszcze bardziej mnie interesujące. Oto jeden z moich 

przygodnych  sąsiadów był  nagabywany — w podobny sposób, jak Piotr Carr — o wzięcie 

udziału w wyprawie po złoto. Odmówił jednak swego uczestnictwa w tym przedsięwzięciu.

Dopiłem piwa i podniosłem się od stolika. Do licha! Czy to ciągle był  ten sam “ktoś” z 

uporem   starający   się   zorganizować   wyprawę   na   tereny   Czarnych   Stóp,   czy   też   natrafiłem 

przypadkowo na zwykły zbieg  okoliczności?  Ale przecież  terenów złotodajnych,  na których 

znaleźć można nuggety, nie było wiele. Raczej — niesłychanie mało. Ja o takich nic a nic nie 

słyszałem poza domeną Czarnych Stóp.

Należało o wszystkim zawiadomić Karola. Tylko gdzie go szukać? Wybrać się na prerię? 

Może zwrócić się o pomoc do szeryfa Irvina?

Poszedłem szukać Piotra. Stał nadal przy bufecie, otoczony grupką słuchaczy, i rozprawiał 

zawzięcie.   Przystanąłem.   Dostrzegł   mnie.   Ciągle   gadając   począł   przesuwać   się   w   moim 

kierunku. Gdy znalazł się tuż obok, powiedział:

— Fajka mi zgasła, kto użyczy ognia?

Chyba z tuzin rąk wyciągnęło się w jego stronę, ale Carr przyjął zapałki ode mnie, Kiedy 

przybliżał płonące drewienko do główki fajki, szepnął:

— Uwaga, ja go klepnę po ramieniu...

7 N u g g e t (z ang.) — bryłka czystego metalu, np. złota.

background image

Skłoniliśmy   się   sobie   z   należytą   grzecznością   i   Carr

 

pożeglował   na   nowo   w   stronę 

szynkwasu.  Po  drodze   zagadał   coś  do  stojącego   obok  mężczyzny  i   poklepał   go  poufale   po 

ramieniu.   Następnie   odwrócił   głowę   i   spojrzał   w   moim   kierunku.   Zrozumiałem.   Towarzysz 

Carra,   wysoki   drab   w   żółtej   koszuli,   był   właśnie   “organizatorem”   wyprawy   po   skarby. 

Przyjrzałem mu się dokładnie. Na pewno nigdy go dotąd nie spotkałem. Odwróciłem się na 

pięcie i opuściłem gospodę.

Przez   powrotną   drogę   do   domu   bezskutecznie   starałem   się   odgadnąć,   kim   był   znajomek 

Czarnego Piotra. Raz jeszcze przeliczyłem wszystkich uczestników wyprawy w Góry Skaliste, 

gdzie spoczywał złoty piasek. Poza grupą Indian brało w niej udział zaledwie dwu białych: Karol 

i ja. Ale ja nie wspominałem o tym nikomu ani słówkiem, a Karola byłem pewien jak siebie 

samego. Inni odkrywcy złotych pokładów już nie żyli.

A czerwonoskórzy? O, nie! Od nich nie przedostała się do bladych twarzy żadna wiadomość. 

Dziwna zagadka!

Wieczorem w swym gabinecie zastanawiałem się nad ewentualnością zatargu Czarnych Stóp 

z którymś z sąsiednich plemion. Być może Assiniboinowie lub Kri natrafili na skarby Doliny 

Siodła w Górach Skalistych i przekazali tę wiadomość któremuś z białych traperów. To wydało 

mi   się   możliwe.   Wiedziałem   przecież,   iż   podczas   dawnych,   krwawych   zatargów   wodzowie 

plemion niejeden raz zwracali się o pomoc do białych, obiecując nagrodę w części łupów. Nikt 

uczciwy nie podejmował się tego rodzaju usług, ale trafiały się — jak wszędzie na świecie — 

szumowiny pozbawione wszelkich uczuć ludzkich i wszelkich hamulców moralnych. One to 

służyły swą radą i swą strzelbą jednej w walczących stron. Może więc i tym razem przytrafiło się 

coś podobnego?

Od Czarnych Stóp -— po wyjeździe Karola — nie miałem żadnych wiadomości. Z drugiej 

znów strony Karol nie wspominał ani słówkiem o jakichś zatargach na prerii. Zakopane w ziemi 

przed wielu, wielu laty tomahawki nie zostały wydobyte. Oczywiście, wszystko jest możliwe, ale 

wśród   czerwonoskórych   coraz   silniej   utrwalało   się   przekonanie   o   bezcelowości,   a   nawet 

szkodliwości bratobójczych  walk. Wyniszczały one jeszcze bardziej i tak topniejące już siły 

tubylców.

— Nie — mówiłem sam do siebie — ani Czerwona Chmura, ani Wysoki Orzeł, ani żaden z 

pomniejszych wodzów Czarnych Stóp nie wdałby się w taką awanturę.

Nazajutrz znowu odwiedził mnie Piotr Carr.

—Jest pan zadowolony, doktorze? — zagadnął.

—I tak, i nie. Ja tego jegomościa nigdy dotąd nie spotkałem. Jak on się nazywa?

background image

—Doprawdy, nie wiem. Ani ja się mu nie przedstawiałem, ani on mnie.

—I cóż więcej wczoraj panu opowiadał?

—Raz jeszcze namawiał do przystąpienia do spółki. Ale on mi się nie podoba. Od początku 

nie podobał mi się. Co mu tak na mnie zależy? Zacząłem facetowi tłumaczyć, że teraz zima w 

pełni, że mam czas do namysłu. Widząc, że nic nie wskóra, pożegnał się ze mną.

— Ciemna historia — stwierdziłem.

Powtórzyłem Carrowi przypadkowo usłyszaną pod

 

“Srebrnym Orłem” rozmowę.

— Podejrzewam, że chodzi o to samo złoto i o tę samą osobę. Jest to albo pański znajomy, 

albo... znajomy znajomego. Stara się zwerbować ludzi do jakiejś wyprawy i każdemu opowiada, 

że tylko trzy. osoby mają w niej uczestniczyć.

Piotr aż klepnął się dłonią po kolanie.

— Ani słowa dodać, doktorze! Pan ma rację. To jakaś paskudna sprawa.

Na tym rozstaliśmy się.

Wyczekiwałem   teraz   z   niecierpliwością   poprawy   pogody,   aby   móc   wyruszyć   na 

poszukiwanie Karola. Ale wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Z końcem stycznia mróz co 

prawda   zelżał,   ale   śnieżyce,   prawdziwe   huragany   śnieżne,   sparaliżowały   komunikację   we 

wschodniej i północnej części Stanów. Zawiało drogi i kolejowe tory. Ruch pociągów, mimo 

stosowania pługów odśnieżnych,  odbywał  się bardzo nieregularnie. Zdarzało  się, że wagony 

grzęzły po prostu w zaspach. Potem napłynęła fala mrozów i trwała do końca lutego.

Przez   cały   ten   bardzo   dla   mnie   długi   okres   nie   otrzymałem   żadnej   wiadomości.   Ani   od 

Karola, ani z Fort Benton. Nie wiedziałem, czy szeryf schwytał wreszcie Cyrusa Rothcliffa, czy 

nie.

Trochę z nudów, trochę z obowiązku, a najbardziej, aby coś robić — bo w miejscu nie 

mogłem   usiedzieć   —   odwiedziłem   Jima   Hawkinsa.   Najpierw   porozmawiałem   z   dyrektorem 

szkoły. O moim protegowanym wyrażał się życzliwie, podkreślając jednak, iż chłopak jest dość 

niesforny, że potrzebuje silnej ręki, która by nim pokierowała, że jednak — biorąc wszystko pod 

uwagę — dobrze się stało, iż trafił do tej właśnie, a nie do innej szkoły.

Hawkins notomiast zapytany, jak się tu czuje, szczerze wyznał, iż brak mu dawnej swobody i 

towarzystwa, ale chce zadowolić szeryfa i dlatego tu siedzi.

Nie bardzo mi to przypadło do smaku.

—Tu nie chodzi o szeryfa, Hawkins — powiedziałem, kiedy znaleźliśmy się sam na sam w 

malutkim gabineciku dyrektora szkoły. — Tu nie chodzi o szeryfa — powtórzyłem. — Ale o 

ciebie. Nie przyszedłem, żeby prawić kazanie, ale żeby przypomnieć ci o pewnych sprawach. 

Wydaje się, że o nich zdążyłeś już zapomnieć.

background image

Zauważyłem, że pomarkotniał. Opuścił głowę i wpatrzył się w lśniącą posadzkę.

—Przypominam ci, że byłeś dosłownie o krok od więzienia albo od czegoś jeszcze gorszego. 

Wszystko   przemawiało   przeciw   tobie.   Ocalił   cię   właściwie   tylko   ten   pierścień.   Gdybyś 

prowadził inny tryb życia...

Westchnął ciężko i spojrzał na mnie.

—Niech mi pan wybaczy, doktorze. Tyle panu zawdzięczam.

—I   znowu   nie   o   to   chodzi.   Dyrektor   skarżył   się   na   ciebie.   Jesteś   niezdyscyplinowany, 

niesforny. Jeśli cię usuną z tej szkoły, dokąd pójdziesz? — postraszyłem go. — Do Fort 

Benton teraz wracać nie możesz. Za dużo o tobie mówią. O tobie i o Brightonie.

Pobladł. Widziałem, jak splótł palce obu rąk tak mocno, że aż mu posiniały.

—Wezmę się w garść — powiedział. — To wszystko było straszne. Nie chcę, nie chcę nigdy 

więcej...

—Bardzo  trudno   coś  z  ciebie  wydobyć,  Jim  —  zauważyłem.  —  Ale   wierzę,  że   mówisz 

szczerze. Trzymaj się więc, a jak ci przyjdzie chętka na nowe awantury, przypomnij sobie 

Fort Benton.

Uśmiechnął się blado.

—Niech mi pan zaufa, doktorze...

Ściskał   mi   rękę   bardzo   mocno   i   bardzo   długo.   Zapewniłem   go,   że   jeszcze   niejeden   raz 

odwiedzę szkołę, zanim nadejdzie wiosna. Ucieszył się i odprowadził mnie aż na ulicę.

Znowu nastały nudne dni oczekiwania, aż w końcu marca, z pierwszą, chyba przedwczesną 

odwilżą,  zjawił się Karol. Twarz miał  pociemniałą  od wichrów i zimowego  słońca. Jeszcze 

szczuplejszy niż zwykle, ale pełen energii i w świetnym humorze. Opowiedział, iż polowania 

udały   się   znakomicie,   że   część   skór  sprzedał   w  faktorii   Hudson's   Bay,   część   w  paru   przy-

padkowo   napotkanych   farmach,   resztę   nadał   bagażem   wprost   do   Milwaukee.   Tu   uzyska 

najlepszą cenę.

— A to dla ciebie — dodał na zakończenie tego monologu i cisnął mi na biurko skórkę 

“błękitnego”   lisa.   Kazałem   mu   to   natychmiast   zabrać   z   powrotem.   Ale   uparł   się.   Swym 

lakonicznym stylem oświadczył, że z takich albo jeszcze lepszych skórek mógłby sobie usłać 

wygodne   legowisko.   Machnąłem   więc   ręką,   skórkę   wręczyłem   Katarzynie,   a   usadowiwszy 

swego   przyjaciela   w   najgłębszym   z   foteli,   opowiedziałem   mu   szczegółowo   o   Piotrze   Carr. 

Wysłuchał jak zwykle uważnie, potem zapytał:

—Czy Piotr Carr jest człowiekiem godnym zaufania?

—Na pewno tak.

—A czy nie ponosi go czasem fantazja?

background image

—No... — zawahałem się — no, lubi nieco przesadzać. Zwłaszcza gdy opowiada o swych 

przygodach.

—Ach,   to   nieco   sprawę   wyjaśnia...   wybacz,   Janie,   uważam   cię   za   człowieka   dość 

łatwowiernego. Dlatego pytam.

—Nie, nie — zaprotestowałem gwałtownie, dotknięty nieco jego uwagą. — Ręczę ci słowem, 

iż Piotr nie zmyślił tej historii. Przecież własnymi oczami spoglądałem na człowieka w żółtej 

koszuli. To nie fantazja.

Westchnął głęboko.

—Więc   dobrze.   Piotr   Carr   nie   zmyśla.   Czy  jednak   ty  sam   dobrze   zrozumiałeś   rozmowę 

prowadzoną w gospodzie przy stoliku?

—Jak najlepiej. Cały czas uważnie podsłuchiwałem, chociaż tego nie lubię.

—Dobrze, dobrze. Uznaję w pełni twe szlachetne zasady, ale nie o to mi chodzi.

—Karolu! — żachnąłem się. — Stajesz się zgryźliwy.

—Przepraszam, nie miałem takich intencji. Nie  mniej historia, którą mi opowiedziałeś, jest 

zadziwiająca i nie do wiary... Ale wierzę ci.

—No, na szczęście. A teraz powiedz, co o tej sprawie sądzisz? Moim zdaniem, ktoś musi 

wiedzieć o złotodajnych pokładach Czarnych Stóp.

—Wie albo udaje, że wie. A najprawdopodobniej jest to bajka wymyślona  dla naiwnych 

poszukiwaczy “skarbów”. Ten twój Carr to również nieco naiwny człowiek. Słyszałem o 

podobnych   wypadkach.   Jacyś   aferzyści   opowiadają   o   złocie,   zbierają   pieniądze   na 

zorganizowanie   ekspedycji   i   tak   dalej,   a   potem   znikają   z   horyzontu,   pozostawiwszy 

łatwowiernych na lodzie. Z opowiadania Carra i z twojej podsłuchanej rozmowy wynika tylko 

jedno: niebieski ptaszek chce się obłowić złotem. Niekoniecznie jednak znajdującym się w 

Górach   Skalistych,   może   znacznie   bliżej,   w   kieszeniach   poniektórych   mieszkańców 

Milwaukee. Dajmy temu spokój.

Roześmiał się. Trochę mnie to zirytowało.

—Ale... — zacząłem.

—Dość już, Janie. O złocie Czarnych Stóp wiemy tylko my dwaj i garść Indian. Historia 

Piotra Carra nie może mieć z nami nic wspólnego. Chyba — zawahał się — że “człowiek z 

blizną”, Scott, nadal żyje.

—Nie — odparłem — to niemożliwe! Widziałem, jak spadał w przepaść. Ty również byłeś 

tego świadkiem.

—Właśnie!  I dlatego  nie  przejmuję  się  twoją relacją,  Janie. To  jednak, że  udałeś się  do 

gospody zbadać sprawę, pochwalam. Nigdy zbyt wiele ostrożności. Licho nie śpi. Więc i 

background image

nadal będziemy postępować ostrożnie.

Taka była ostateczna konkluzja naszej pogawędki.

Karol dość szybko uporał się ze swymi handlowymi interesami i oświadczył, iż raz jeszcze 

musi odwiedzić obóz Czarnych Stóp, aby dokonać rozliczeń i ustalić termin naszej wspólnej 

wyprawy w góry. Tymczasem nieoczekiwanie wróciła zima. Karol czekał na ocieplenie i począł 

się nudzić. Wówczas przyszedł mi do głowy dobry chyba pomysł.

Podczas   ubiegłorocznego   pobytu   u   Czarnych   Stóp   zacząłem   się   uczyć   ich   języka. 

Konieczność jesiennego powrotu do Milwaukee przerwała naukę. Teraz więc zaproponowałem 

Karolowi podjęcie dalszych wysiłków nad pogłębieniem mej znajomości mowy Indian. Karol 

znał  doskonale  nie  tylko  język  Czarnych  Stóp, ale  i pokrewne dialekty  sąsiednich  plemion. 

Opanował  również   tę  dziwną   gwarę,   jaka   powstała  z  pomieszania   angielskich   i  indiańskich 

wyrazów.   Taką   najczęściej   gwarą   porozumiewali   się   biali   osadnicy   pogranicza   z   jego 

czerwonoskórymi mieszkańcami.

Moją propozycję przyjął z entuzjazmem i odtąd wszystkie prawie wieczory poświęcaliśmy 

nauce.   Nie   tylko   wtajemniczał   mnie   w   arkana   mowy   tubylczej,   ale   również   rozszerzał   me 

wiadomości   o   Indianach,   opowiadając   o   zwyczajach   i   obrzędach   plemiennych,   a   nawet 

pobieżnie zapoznając z rysunkowym pismem.

Tak mijały tygodnie, podczas których zwiększał się zasób mej wiedzy o czerwonoskórych 

gospodarzach tej ziemi. Przydał mi się później, wzbogacony jeszcze o własne doświadczenia. 

Ani spostrzegliśmy się, jak dni poczęły stawać się coraz dłuższe.

background image

W chacie Kulawego Ralfa

Wreszcie pocieplało. Zmiana temperatury była dość gwałtowna i masy śniegu bardzo szybko 

zamieniły się w strumyczki, strumyki i całe rzeki. Na wielkich przestrzeniach kraju nastąpiły 

powodzie. Wylała Missouri i — jak podawały gazety — nadgraniczny Fort Benton stał się na 

pewien czas wyspą otoczoną szumiącym nurtem.

Karol znów musiał odłożyć swój wyjazd aż do pierwszych dni kwietnia. Ustaliliśmy, iż w 

maju spotkamy się w Fort Benton i stamtąd wyruszymy ku obozowiskom Czarnych Stóp, aby 

udać się w Góry Skaliste i przystąpić do eksploatacji odkrytych  przed rokiem złotonośnych 

pokładów.

Tak więc w pierwszych dniach maja — zgodnie z umową — znalazłem się w Fort Benton, 

gościnnie przyjęty przez szeryfa, a Pears natychmiast zainstalował mnie tuż obok Irvina, w tej 

samej “piątce”, w której nocowałem poprzednio.

Teraz poznałem zastępcę Irvina. Chłopaka niewiele starszego od Jima Hawkinsa, ale — jak 

wynikało   z   rozmowy   —   bardzo   poważnie   traktującego   swą   funkcję.   Nazywał   się   William 

Robertson.

Bili, strażnik aresztu, tym razem powitał mnie niezwykle uprzejmie. Szeryf do tej pory nie 

zdołał jednak “capnąć” (jak się wyraził) Cyrusa Rothcliffa.

Mieszkańcy Benton jakoś zapomnieli o całej sprawie, a nowy nabywca farmy Rothcliffa i 

Bringhtona, Macadam, gospodarzył sobie bez przeszkód z czyjejkolwiek strony. Nie pojawił się 

żaden prawdziwy ani urojony spadkobierca Brightona.

Szeryfowi powiedziałem, iż przyjechałem na kilka dni, aby poinformować go o sprawowaniu 

się Jima Hawkinsa. Rozwodziłem się więc nad zachowaniem się i postępami w nauce chłopca 

przez dwa pełne wieczory. W dzień prawie go nie oglądałem, dziwiąc się, że w takiej dziurze jak 

Benton tyle miał roboty. Trzeciego dnia udaliśmy się razem do Hampton, do matki i brata Jima. 

Widać uprzedzeni byli o moim przyjeździe (zapewne to sprawka szeryfa, chociaż ani słówkiem o 

tym nie pisnął), bo gdy tylko nasza bryczuszka zatrzymała się przed podjazdem dość starego na 

oko, ale schludnie wyglądającego dworku z małą werandką i śmiesznymi daszkami nad oknami, 

natychmiast otworzyły się frontowe drzwi i wyszedł, a raczej wybiegł przez nie młody człowiek 

w stroju, jakiego powszechnie używają u nas farmerzy.

Wystarczył jeden- rzut oka, aby dostrzec uderzające podobieństwo rodzinne. Wybiegający na 

nasze spotkanie musiał być bratem Jima.

Teodor Hawkins przywitał się najpierw z szeryfem, potem wyciągnął rękę do mnie.

— Bardzo dziękuję, panie doktorze, nigdy tego panu nie zapomnę. Proszę bardzo do nas.

background image

Zeskoczyliśmy z bryczki i prowadzeni przez Teodora wkroczyliśmy do malutkiego hallu. 

Stamtąd — do obszernego pokoju, czegoś w rodzaju bawialni, gdzie oczekiwała nas starsza, 

siwa pani. Tu raz jeszcze musiałem wysłuchać nie kończących się podziękowań. Były na pewno 

szczere,   ale   tak   przesadne,   że   poczułem   się   mocno   zażenowany.   Opowiedziawszy   więc 

wszystko, co mogłem i co wiedziałem o Jimie, zmieniłem temat rozmowy. Wizyta upłynęła nam 

na   miłej   pogawędce.   Teodor   Hawkins   zabawiając   nas   historyjkami   o   życiu   mieszkańców 

Benton, zwrócił uwagę, że od chwili śmierci Brightona tak zwana stopa życiowa wielu z nich 

podniosła się w sposób dla wszystkich widoczny. Twierdził, iż to dziwne na pozór zjawisko 

można   by  wytłumaczyć   tym,   że   Brighton   udzielał   pożyczek,   pobierając   za   nie   lichwiarskie 

procenty. Dłużnicy nie byli w stanie spłacić pożyczonych sum, ponieważ sama spłata procentów 

przekraczała ich możliwości zarobkowe.

— Teraz — powiedział  Teodor — gdy wierzyciel  nie żyje  i nikt nie zgłasza się ani po 

odsetki, ani po zwrot pożyczonych sum, ludzie mogli trochę odetchnąć. Szeryf nie zabrał głosu 

na   ten   temat,   chociaż   uważnie   przysłuchiwał   się   wywodom   Hawkinsa,   a   ja   wyraziłem 

wątpliwości, czy finansowe operacje Brightona mogły spowodować aż tak poważne kłopoty u 

jego dłużników.

Z kolei począłem wypytywać o nowego właściciela posiadłości Brightona, Macadama. Rzecz 

zrozumiała, iż przy tej okazji musiało paść nazwisko Rothcliffa. A o to mi właśnie chodziło.

Z opowiadania Teodora i jego matki wynikało, że Rothcliff należał do typu ludzi, jakich 

nierzadko spotyka się wśród osadników masowo napływających na pograniczne tereny. W tej 

fali zawsze znajdą się męty, które odpływają, szukając szczęścia gdzie indziej, gdy teren zostanie 

jako   tako   zagospodarowany,   porządek   zaprowadzony,   a   bezpieczeństwo   mienia   i   życia 

zapewnione. Cyrus Rothcliff do takich właśnie się zaliczał. Przybył  w te strony jako młody 

chłopak. Jednakże gdy minął pierwszy burzliwy okres osadnictwa, nie poszedł za przykładem 

poszukiwaczy   łatwego   chleba   na   inne   ziemie,   ale   pozostał   w  Fort   Benton.   Ba,   osiedlił   się, 

zbudował dom i zaczął gospodarować. Jak mówiła pani Hawkins, nie przykładał się zbytnio do 

tej pracy, wolał spędzać ranki i wieczory w zajazdach przy piwie. Zasłynął jako najmocniejsza 

głowa i gracz w karty, któremu szczęście sprzyjało w sposób nadzwyczajny. Wiodąc taki tryb 

życia zaprzyjaźnił się z Brightonem. Stanowili odtąd nierozłączną parę. Dlatego mieszkańcom 

Benton trudno było uwierzyć, aby to on właśnie maczał palce w morderstwie.

Opuściliśmy Hampton już nad wieczorem. Moja wiedza o mieszkańcach Benton bardzo się 

wzbogaciła, chociaż nie przywiązywałem do tego większej wagi.

Zaraz po powrocie szeryf udał się do swego — jak je nazywał — “biura”, a ja skierowałem 

kroki   do   gospody   “Pod   Szarym   Niedźwiedziem”.   Na   sali   właśnie   zapalano   lampy.   Powoli 

background image

rozbłyskiwały pod stropem wypłaszając wieczorne cienie. Osób było niewiele. Usiadłem przy 

pustym stoliku, czekając na szeryfa i obliczając sobie przypuszczalny termin przybycia Karola. 

Po chwili przysiadł się do mnie Pears. Zapytałem go, czy nie słyszał ostatnio o jakichś zamiesz-

kach na prerii. Zaprzeczył. Powiedział, że dzisiaj, gdyby nawet przytrafiło się coś podobnego, 

natychmiast interweniowałaby Kanadyjska Królewska Konna, a w ostateczności nawet wojsko. 

Przyznam,   iż  nie   byłem   całkowicie  przekonany  o  słuszności  jego  twierdzenia,   ale  zanim 

zdążyłem sformułować swe wątpliwości, podeszła jego córka i odwołała ojca do bufetu. W tej 

samej chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi i z ciemności dworu wkroczył na salę mężczyzna 

w wielkim okrągłym kapeluszu, jasnobrązowej kamizelce i ciemnych spodniach. U pasa miał 

nabijane srebrnymi guzami futerały, w których tkwiły rewolwery. Przyjrzałem mu się z uwagą, 

ponieważ   jego   strój   błyszczał   świeżością,   jak   gdyby   przed   chwilą   dopiero   został   kupiony. 

Nieznajomy wszedł na salę dzwoniąc ostrogami przypiętymi do wysokich żółtych butów. Już na 

pierwszy   rzut   oka   przybysz   robił   wrażenie   człowieka   bardzo   zamożnego   i   pewnego   siebie. 

Skierował   się   wprost   do   bufetu.   Nie   wiem,   co   tam   mówił,   odległość   była   zbyt   wielka. 

Dostrzegłem tylko, że podnosił prawą dłoń do ust i lekko przechylał do tyłu głowę. Pił jakiś 

mocniejszy  trunek.  Gapiłem  się  zupełnie  bezmyślnie   na  tę  sylwetkę,   póki  nie  zdałem   sobie 

sprawy, że postać tego człowieka kogoś mi przypomina. “Kiedyś musiałem go spotkać. Ale 

gdzie?  Przy jakiej  okazji?  Na próżno przebiegałem  w myślach  ostatnie lata.  Nie potrafiłem 

jednak żadnego nazwiska ani żadnego wypadku skojarzyć z jego osobą. Doszedłszy do wniosku, 

że musi to być któryś z moich szpitalnych pacjentów, postanowiłem zbliżyć się, by usłyszeć jego 

głos. Podszedłem do bufetu i poprosiłem Pearsa o kufel piwa, a powiedziałem to specjalnie 

głośno, aby zwrócić na siebie uwagę. Wydało mi się, że ręka, w której nieznajomy trzymał 

szklaneczkę, lekko drgnęła. Na mgnienie oka ujrzałem dobrze oświetlony profil twarzy. Teraz 

miałem pewność, że już ją kiedyś widziałem. Kiedy jednak uczyniłem krok w jego stronę, rzucił 

pośpiesznie na ladę kilka monet i niespodziewanie ruszył ku wyjściu, prawie biegiem dopadł 

drzwi, pchnął je i zniknął. W sekundę później wyskoczyłem na ulicę. Było zupełnie ciemno. 

Zanim wzrok mój oswoił się z ciemnością, usłyszałem oddalający się tupot końskich kopyt. 

Przemierzyłem werandę gospody tam i z powrotem. Nie było nikogo. Wróciłem.

—Pears! Kto to był?

Spojrzał na mnie nie rozumiejąc.

—Kto?

—Ten człowiek, który tak nagle wyszedł!

—Pierwszy   raz   go   widziałem.   To   nikt   z   Benton.   Dziwny   jakiś   facet.   Zapłacił   dwa   razy 

więcej, niż się należało, z tego pośpiechu.

background image

—Właśnie — przytaknąłem. — Podejrzewam, że począł się śpieszyć na mój widok.

—Pan go zna, doktorze?

—Wydał mi się znajomy. Dlaczego tak nagle opuścił gospodę?

—Ha, pewnie nie chciał z panem odnawiać znajomości. Jeszcze kufelek?

Machinalnie wypiłem piwo rozmyślając nad niedawnym wydarzeniem.

Przyszedł wreszcie szeryf. Kiedy opowiedziałem mu o dziwnym spotkaniu, pokiwał tylko 

głową.

—Musiał kiedyś mieć z panem na pieńku — zawyrokował.

—Nie — zaprzeczyłem. — Niemożliwe. — Z jednym tylko człowiekiem miałem na pieńku. 

Ale nawet nie wiem, jak się naprawdę nazywał. Podejrzewam, iż używał z tuzina nazwisk.

—Ho, ho? — roześmiał się Irvin. — To musiał być ładny ptaszek.

—Jeszcze jaki! Przezwałem go “człowiekiem z blizną”.

—Z blizną? — powtórzył Pears przysłuchujący się naszej rozmowie. — Przecież ten facet 

miał bliznę na lewym policzku.

—Niemożliwe! — krzyknąłem.

—Możliwe, jak pana tu widzę. Pan stał po jego prawej stronie, więc nie zauważył.

Dosłownie zatkało mnie.

—  Jeśli to prawda — powiedziałem odsapnąwszy — to tego człowieka poszukuje od roku 

Kanadyjska Konna...

Szeryf natychmiast okazał zainteresowanie.

—Jest pan tego pewien?

—Ba, to przecież wielokrotny morderca.

—Wspomniał pan, doktorze, o tuzinie nazwisk. Zapamiętał pan chociaż jedno? Może nie 

będzie mi obce.

—Ja go znałem pod nazwiskiem Scott.

W   tym   miejscu   zawahałem   się.   Czy   miałem   prawo   opowiedzieć   szeryfowi   o   naszych 

zeszłorocznych przygodach w Górach Skalistych? Nie, stanowczo nie teraz, bez porozumienia 

się z Karolem. Czemu, u licha, jeszcze go nie ma?

—Idę już spać, szeryfie — rzekłem dość niespodziewanie, obawiając się, że zażąda ode mnie 

szczegółów   dotyczących   rzekomego   Scotta.   Ale   nie.   Pokręcił   tylko   głową   i   mruknął:—

Takiego nazwiska nie znam. Jeśli pan pozwoli, doktorze, wrócę do tego tematu jutro. Na 

pewno jest pan teraz zmęczony.

Przytaknąłem.

Tej nocy długo nie mogłem zasnąć, a przecież zwykle zasypiam natychmiast, skoro tylko 

background image

przyłożę głowę do poduszki. Tym razem jednak problem Scotta nie dawał mi spokoju. Czyżby 

to on stał niedawno przed bufetem? Czy blizna na twarzy jest tylko zbiegiem okoliczności? 

Czyżby żył?

Zapadłem wreszcie w drzemkę pełną przykrych snów i majaczeń. Rankiem zbudził mnie Irvin 

oświadczając, iż pragnie, abym zjadł z nim śniadanie. Odwiedził go bowiem stary znajomy, 

człowiek wart poznania.

Zaciekawiony,   szybko   się   ubrałem   i   zszedłem   na   dół,   ale   Pears   powiadomił   mnie,   że 

śniadanie na trzy osoby podał już do pokoju szeryfa. Udałem się tam natychmiast. Jeszcze nie 

przekroczyłem progu, gdy Irvin zerwał się z krzesła.

—  Pozwól — rzekł do mężczyzny siedzącego za stołem — że przedstawię ci znakomitego 

lekarza, a jednocześnie amatora wędrówek po prerii. W jakiej roli spisuje się lepiej, nie wiem, 

ponieważ ani się u niego nie leczyłem, ani z nim wędrowałem.

Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Ja i Karol. Bo mężczyzną siedzącym za stołem okazał 

się właśnie Karol Gordon. Po tym gromkim śmiechu nastała chwila ciszy, podczas której Irvin 

spoglądał ze zdziwieniem raz na mnie, raz na mego przyjaciela.

—Nabraliście mnie — powiedział z wyrzutem w głosie. — Karolu, dlaczego nie uprzedziłeś, 

że się znacie?

—A skąd mogłem wiedzieć, że pragniesz mnie poznać z Janem? Przecież mówiłeś tylko o 

jakimś znajomym, który cię odwiedził i z którym mamy zjeść śniadanie.

Roześmieliśmy się już wszyscy trzej.

—Wobec tego... siadajmy — zapraszał Irvin.

—Co nowego, Janie? — zapytał Karol, gdy Pears zmieniał talerze. — Kiedy przyjechałeś?

—Przed dwoma  dniami.  A co nowego? Posłuchaj — i tu opowiedziałem  o wczorajszym 

spotkaniu.

—Czy jednak się nie mylisz? Ciągle zdarzają się jakieś nieoczekiwane spotkania. To ostatnie 

wygląda zupełnie nieprawdopodobnie.

—Pewności nie mam żadnej, ale dlaczego ten człowiek uciekał?

—Może po prostu się śpieszył.

—A jakże! Na pewno się śpieszył!

—Siedzę tu jak na tureckim kazaniu — przerwał Irvin. — Wytłumaczcie wreszcie, o co 

chodzi. Ostatecznie, jako przedstawiciel prawa, mogę chyba...

— Słusznie — przytaknął Karol. — Prawo zostaw na boku, ale twoje rady na pewno się nam 

przydadzą. Jasne, że musisz być zorientowany w tej sprawie. A więc...

Tu   opowiedział   o   naszej   zeszłorocznej   przygodzie   na   prerii   i   w   Górach   Skalistych,   nie 

background image

ukrywając niczego.

—Nie miałem wówczas okazji spotkać się z tobą, Irvin, ale teraz wiesz już o wszystkim.

—Wiem i powiem krótko: sprawa w sam raz dla mnie. Jeżeli jeszcze stąd nie wyjechał, 

odnajdę go szybko, a potem zobaczymy, jak kij popłynie — stwierdził szeryf.

—Więc pan przypuszcza, że jeszcze tkwi tutaj?

—Tkwi? — mruknął Karol. — Jeżeli poznał Jana, rwał z kopyta, ani się oglądając.

Nie ma sensu tracić czasu na jałowe rozważania — zakończył dyskusję Irvin. — Do jutra 

będę wiedział o wszystkim.

Reszta   śniadania   upłynęła   na   wesołej   pogawędce   i   wspominaniu   dawnych   czasów. 

Milczałem,   ponieważ   wspomnienia   dotyczyły   wyłącznie   dawnych   przygód   Karola   i   Irvina. 

Wreszcie   szeryf   wstał   od   stołu,   przeprosił   nas   i   wyszedł.   Teraz   zapytałem   Karola   o   nasze 

sprawy. Opowiedział, iż spotkał się z Czerwoną Chmurą i Wysokim Orłem, że powiadomił ich o 

tajemniczym nieznajomym, namawiającym na wyprawę Czarnego Piotra. Umówił się, iż oddział 

Czarnych Stóp krążyć ma w okolicach Benton i oczekiwać naszego przybycia.

Wieczorem   znowu   spotkaliśmy   się   z   Irvinem.   Przybył   do   gospody   z   wiadomością,   iż 

najpóźniej jutro będzie wiedział, czy “człowiek z blizną” ukrywa się jeszcze na terenie Benton, a 

jeśli już wyjechał, dowie się, w jakim kierunku.

—Jak pan to robi, szeryfie? — wykrzyknąłem w prawdziwym zdumieniu.

Uśmiechnął się:

—Zupełnie inaczej niż to wygląda w opowiadaniach drukowanych po gazetach. Czytuję od 

czasu   do   czasu   takie   “kawałki”.   To   bajeczki.   Szeryf   z   opowieści   urasta   zawsze   do   miary 

cudownego człowieka. Wszystko umie, o wszystkim wie, jest najlepszym strzelcem na okolicę, a 

wykroczenia przeciw prawu załatwia przy pomocy colta. Prosto i skutecznie. I to nawet dość 

ładnie wygląda. Dla czytelników, oczywiście. Niestety, nieprawdziwie. Pan, doktorze, nie zna 

tych spraw, ale Karol coś niecoś z nich liznął, jeśli się nie mylę. Jak panu się zdaje? Po co jest  

szeryf? Odpowiem: oczywiście po to, aby walczyć z przestępcami. Tak sądzi większość ludzi. 

Ale nie ja. Wyrobiłem sobie nieco odmienny pogląd na tę sprawę. Szeryf wcale nie jest

 

od tego, 

aby chwytać bandytów za kark i sadzać za kratki.

Przerwał i spojrzał mi w oczy, jak gdyby dla sprawdzenia wrażenia, jakie sprawiły na mnie 

jego słowa. Szczerze muszę przyznać: zdziwiłem się. Zerknąłem na Karola. Siedział nieruchomy 

i sztywny jak kołek i tak samo milczący. Szeryf rozparł się wygodniej, aż krzesło zatrzeszczało, 

wyciągnął przed siebie nogi, odchylił do tyłu głowę i z wzrokiem utkwionym w sufit mówił 

dalej:

—Według   mnie   szeryf   jest   przede   wszystkim   po   to,   aby   ludziom   zapewnić   spokój   i... 

background image

wolność. Tak — po wtórzył — wolność od ucisku, od terroru, od przemocy. Przecież po to 

narodził się niegdyś urząd szeryfa. Jest on ściśle związany z pierwszymi dniami osadnictwa i 

warunkami   życia   ludzi   rzuconych   na   prawie   nie   zamieszkałe   przestrzenie,   pozbawionych 

pomocy ze strony instytucji państwa, przede wszystkim: opieki prawa, obrony wojskowej i 

politycznej. Dla pełnienia tych trzech funkcji powstał urząd szeryfa.

—Wydaje się, Irvin, że upraszczasz sprawę — mruknął Karol.

Na pewno upraszczam. Zgadzam się. Dodam jeszcze tylko: nikt nie wie, ile kłopotów ma 

szeryf nie tyle z aresztowaniem przestępcy czy strzelaniem do bandyty, co z podjęciem decyzji. 

Nie zawsze wiadomo, czy winny jest winien, czy nie jest ofiarą zbiegu okoliczności lub zmowy 

złych  ludzi. Nie mam  nigdy zbyt  wiele czasu na rozstrzyganie  takich  wątpliwości. Ale one 

właśnie nakazują mi jak najdłużej trzymać colty za pasem. Co wart jest szeryf nie potrafiący bez 

użycia   broni  schwytać   przestępcy,   tak  aby schwytany   był   w  stanie  zeznawać   przed  sędzią? 

Sędzia bowiem znajdzie zawsze czas na dokładniejsze zbadanie przyczyn, skutków i słuszności 

oskarżenia.   Przyznać   muszę,   iż   niegdyś   rozumowałem   inaczej.   No,   ale   wówczas   nie   byłem 

jeszcze szeryfem i moje doświadczenia były dość skromne. Pytał mnie pan, doktorze, jak ja to 

robię,   że   będąc   sam,   a   najwyżej   z   pomocnikiem,   potrafię   dowiedzieć   się   na   przykład,   czy 

rzekomy Scott opuścił Benton, czy jeszcze tu przebywa? Odpowiem: szeryf nie może działać 

sam. Nie może być samotny. To nie jest zgodne z jego rolą. Przecież został wybrany przez 

mieszkańców,   którzy   mu   zaufali,   a   więc   i   on   musi   im   ufać   i   oczekiwać   od   nich   pomocy. 

Chociażby w działaniu czy zbieraniu informacji. To wszystko.

Kiwnąłem głową na znak zrozumienia. Znacznie później, przypadkowo, dowiedziałem się, iż 

prawdziwą skarbnicą wiadomości dla szeryfa był Pears. Ale na pewno nie tylko on.

Następnego ranka — zgodnie z daną nam obietnicą — Irvin zakomunikował, iż człowiek 

spotkany przeze mnie w gospodzie “Pod Szarym Niedźwiedziem” wciąż jeszcze przebywa w 

Fort Benton i że zamieszkał u “Kulawego Ralfa”, to jest u Ralfa Ushera. Przezwisko “kulawy” 

otrzymał dlatego, że kulał na prawą nogę, bo podobno kiedyś kopnął go koń. Ralf Usher — jak 

mówił szeryf — trudnił się kradzieżą koni. Przemalowywał je w mistrzowski sposób, a potem 

sprzedawał przygodnym amatorom. Oczywiście, nigdy w okolicy Benton.

Kulawy Ralf mieszkał nad brzegiem rzeki w opuszczonej chacie.

Odbyliśmy   bojową   naradę.   Pełen   niecierpliwości,   nie   dając   nikomu   przyjść   do   głosu, 

zaproponowałem, aby po prostu natychmiast udać się tam i dobrze obejrzeć jegomościa. Na tę 

propozycję Karol uśmiechnął się tylko, a szeryf popatrzał na mnie przeciągle.

— Doktorze, czy pan sądzi, że mnie tu nikt nie zna?

Mam ja swoich informatorów, ale na pewno ma ich i Usher. Zanim w dzień przebędziemy 

background image

drogę do niego, zostanie uprzedzony. Bardzo grzecznie otworzy nam drzwi, ale, idę o zakład, we 

wnętrzu chałupy nie zastaniemy nikogo więcej. Nie, to na nic. Musimy pójść tam nocą.

—Oczywiście — przytaknął Karol. — Pójdziemy we dwójkę, Irvin. Ty poprowadzisz.

—Jak to! — oburzyłem się. — A ja?

—Wybacz, Janie. To niezbyt bezpieczna wyprawa, a twoje doświadczenie w takich sprawach 

nie jest chyba wielkie.

—Doświadczenie   —   powtórzyłem   tonem   pełnym   goryczy.   —   Zapewne,   macie   znacznie 

większe, ale... ale jeśli człowiek, którego spotkałem w gospodzie, nie jest Scottem? Jak go 

poznacie? Ten czy nie ten?

Szeryf zamyślił się.

—Tak, doktor ma rację — stwierdził. — To on przecież spotkał tego typa i tylko on może go 

rozpoznać. Musi chyba pójść z nami.

—Ha — zgodził się Karol — więc idziemy we trójkę.

I   na   tym   stanęło.   Ale   widać   jakieś   złe   fatum   zawisło   nad   naszym   przedsięwzięciem. 

Wszystkiemu   winien   był   chodnik.   Długi,   czerwony   chodnik   z   wystrzępionymi   brzegami, 

ułożony na schodach gospody Pearsa. Zapewne źle go przymocowano do stopni. Dość że Karol 

zaczepił o niego nogą, pośliznął się i niewiele brakowało, a mój przyjaciel runąłby jak długi. W 

ostatniej  chwili złapał się poręczy i kulejąc wrócił do pokoju. Kostka w nodze spuchła. Do 

wieczora   ból   nie   minął.   Zbadałem   opuchliznę,   stwierdzając   lekkie   naciągnięcie   mięśnia. 

Zrobiłem okład, zabandażowałem.

— Powinno do jutra przejść — oświadczyłem — ale teraz musisz poleżeć. Nie ma nawet 

mowy, żebyś mógł wziąć udział w dzisiejszej wyprawie.

Uznaliśmy jednak zgodnie, że iść trzeba. Tak więc,, gdy zapadła noc, wymknęliśmy się z 

gospody tylko we dwóch. Ulica była ciemna i pusta. Wiał lekki wiatr i szumiał w gałęziach 

drzew. Kroczyłem za szeryfem.

Ominęliśmy   z   daleka   dwie   przydrożne   gospody.   Z   oświetlonych   okien   dochodził   gwar 

licznych głosów, stanowiący nieprzyjemny kontrast z ciszą otoczenia.

Minąwszy ostatnie zabudowania, szeryf skręcił w prawo między opłotki, a potem wiódł mnie 

wąziutką   ścieżką,   obramowaną   krzakami   tarniny,   w   kierunku   rzeki.   Na   szczęście   chmury 

odsłoniły księżyc. Gdyby nie jego blask, z pewnością wiele razy przewróciłbym się na nierównej 

drodze. Trudno mi określić, jak długo trwał ten marsz. W końcu poprzez szum wiatru doszedł 

moich uszu znacznie głośniejszy szum płynącej wody. Szeryf  zatrzymał  się i dał znak ręką. 

Wskazał małe światełko migocące po lewej stronie.

— To tam — powiedział szeptem. — Ta ścieżka prowadzi prosto ku rzece. Pójdziemy nią 

background image

jeszcze kawałek, a potem skręcimy w lewo. Niech pan uważa, doktorze, tam nie będzie już 

żadnej drogi, ale wyjdziemy wprost na tyły domu Ralfa. Jest otoczony płotem. Za płotem gęsty 

sad. Po prawej stronie stodoła. Psów nie ma,  ale  proszę zachowywać  się jak najciszej. No, 

naprzód.

Ruszyliśmy. Po kilku minutach Irvin zniknął w zaroślach. Naśladowałem go. Krzaki szarpały 

ubranie, a kiedy je wreszcie przebrnąłem, znalazłem się na bezdrożu porosłym rzadką trawą. Tak 

dobrnęliśmy   do   miejsca,   w   którym   zagrodził   nam   drogę   drewniany   płot.   Nie   był   wysoki   i 

przejście przez niego nie nastręczało większych trudności. Za ogrodzeniem panowała zupełna 

noc. Liczne drzewa rzucały głęboki cień

 

na ziemię i przesłaniały blask księżyca. Jednakże spo-

między gałęzi połyskiwały dwa światełka. Szeryf zatrzymał się, chwycił mnie za rękę i ostrożnie 

prowadził dalej. Szedł pewnie, jak gdyby niejeden raz już tędy wędrował. Tak dotarliśmy pod 

ścianę  domostwa.   Czekaliśmy   chwilę,  nasłuchując.  Wiatr   nagle  ustał.  Wówczas  uszu  moich 

dobiegł dźwięk przypominający uderzenia kopyt po ubitej ziemi i ciche głosy dochodzące z głębi 

domu.

— Konie — szepnął szeryf. — W stodole... Ralf nie jest sam.

Pociągnął   mnie   za   rękaw.   Podeszliśmy   pod   okno,   szyba   do   połowy   wysokości   została 

zasłonięta   kawałkiem   płótna.   Spróbowałem   wspiąć   się   na   palcach.   Za   wysoko.   Obeszliśmy 

budynek, ale z przeciwległej strony okna były ciemne.

— Są tu dwa pokoje — objaśnił szeryf. — Widocznie siedzą w drugim. Chodźmy.

Nie miałem pojęcia, dokąd mnie prowadzi. Zorientowałem się dopiero wówczas, gdy o mało 

nie wleciałem na wysoką drabinę wspartą o szczytową ścianę domu.

— Na górę — szepnął Irvin — tylko ostrożnie.

Powoli począłem się wspinać po trzeszczących

 

szczeblach. Krok za krokiem zbliżałem się do 

czarnego, prostokątnego otworu, widniejącego tuż pod spadzistym dachem. Powiało ku mnie 

ciemnością i zapachem siana. Po co Kulawy Ralf trzymał tu siano, mając do dyspozycji stodołę?

Ostrożnie  wkroczyłem  na strych  i czekałem,  aż oczy moje  oswoją się z mrokiem.  Przez 

otwory w dachu, tak zwane dymniki, przenikało nieco księżycowego blasku. Ale uwagę moją 

przykuł inny blask — wąskie pasemko żółtego światła sączyło się z jakiejś szpary w podłodze. 

Ruszyłem w jego stronę. Nagle ugięły się pode mną deski. Zastygłem jak posąg, nasłuchując. 

Nic, cisza, kompletna cisza, tylko głos wiatru dochodzący z dworu. Więc wolno, wolniutko 

skierowałem się przed siebie. Noga za nogą. Deski nadal uginały się pode mną jak materac. 

Wreszcie   dobrnąłem   do   miejsca,   skąd   sączyło   się   światło.   Ukląkłem   ostrożnie,   a   potem 

rozciągnąłem się jak długi i przyłożyłem oko do szpary. Mało nie krzyknąłem z radości. Oto 

miałem pod sobą widok na całą izbę.

background image

Przy stole, na którym stała naftowa lampa, siedziało dwu mężczyzn. Najpierw dostrzegłem 

ich odkryte głowy, potem twarze. Pierwsza należała do nieznajomego, którego raz już widziałem 

w   Milwaukee   w   towarzystwie   Piotra   Carra.   Drugim   był   —   nie   ulegało   wątpliwości!   — 

“człowiek z blizną”... Światło padało na jego twarz. Podniosłem głowę i przetarłem oczy — tak 

nieprawdopodobnie to wyglądało. Nie do wiary! A więc Scott żył! Uniknął śmierci, mimo iż 

skoczył w przepaść w Dolinie Siodła, w Górach Skalistych!

Poczułem dotknięcie ręki na ramieniu. To Irvin bezszelestnie przysunął się do mnie, położył 

się obok, tak iż mogliśmy spoglądać razem.

Siedzący na dole rozmawiali. Słychać ich było zupełnie wyraźnie. Rozpoznałem nawet głos 

rzekomego Scotta i na wspomnienie dawnych dni ciarki przeszły mi po skórze.

Scott mówił:

—Nie, ja nie mogę dłużej czekać. Wczoraj o mały włos nie wpadłem. Tu się kręci jeden z 

tych drabów spotkanych na prerii. Bodaj ich piekło!

—Moje położenie jest jeszcze gorsze — odezwał się drugi. — Jeśli się pokażę, szeryf mnie 

złapie.

—Po cóż więc tu sterczymy?

Scott trzasnął pięścią w stół i zaklął. Musiał być porządnie zdenerwowany. Trudno się temu 

dziwić.   Znajdował   się   w   położeniu   arcytrudnym.   Tylko   dlaczego   ten   drugi   również   bał   się 

pokazać na ulicy Fort Benton? Kim był?

—Ruszajmy więc jeszcze dziś — odezwał się znowu Scott.

—Sam mówiłeś, że we dwu nie damy rady.

—Mówiłem, ale teraz mówię, że przede wszystkim trzeba stąd uciekać.

—Dokąd? Poczekajmy na Ushera.

—Już dawno powinien był wrócić. Zaczynam mu nie dowierzać...

Umilkli. Siedzieli przy stole, zapatrzeni w migocący płomyk lampy.

—Poznał pan? — dobiegł do mnie ledwie dosłyszalny szept Irvina.

—Tak. To jest Scott. To on był w gospodzie. Niepojęte, że żyje. Ale ten drugi?...

—To Rothcliff.

—Co?!

—Psst..

—No, to nie ma co dłużej zwlekać, szeryfie...

—Chwileczkę.   Oni   czekają   na   Kulawego   Ralfa.   Posłuchajmy,   o   czym   będą   rozmawiać. 

Przyda się --- szepnął.

Leżeliśmy więc nadal, wpatrzeni w szparę. Mijały minuty,  a pod nami nic się nie działo 

background image

godnego uwagi. Minęło jeszcze pół godziny,  gdy usłyszałem tętent konia. Ucichł w pobliżu 

domu. Potem zatupotały czyjeś kroki. Zgrzytnęły zawiasy drzwi. Przywarliśmy bliżej do szpary.

— Jest — mruknął szeryf.

Bez trudu odgadłem, kim był człowiek wkraczający do izby. Kulał w sposób widoczny na 

pierwszy rzut oka.

— Nareszcie — ozwał się z dołu głos Scotta.

—Nie mogłem wcześniej. Diabelska droga.

Zatrzeszczało krzesło. Przybyły usiadł.

—Jak załatwiłeś? — zapytał “człowiek z blizną”.

—Wszystko w porządku. Czarna Puma ma oczekiwać przy Trzech Wzgórzach.

—Ilu ich będzie?

—Dziesięciu.

—Jacy to?

—Ot, zbieranina z końca świata. Czarna Puma sądzi, że jak się powiedzie wyprawa, będzie 

mógł wrócić do swoich. Utrzymywałem go w tym przekonaniu.

—Bardzo   dobrze   —   pochwalił   Scott.   —   W   odpowiedniej   chwili   pozbędziemy   się   tych 

czerwonych diabłów. Bo inaczej oni się nas pozbędą.

—Dobrane towarzystwo — mruknął mi nad uchem szeryf.

—Kiedy ruszamy? — niecierpliwił się Scott.

—Czarna Puma obiecał, iż za cztery dni znajdzie się przy Trzech Wzgórzach, więc...

—Więc — podchwycił Rothcliff — możemy wyruszyć jutro wieczorem.

—Nie lepiej od razu? — sprzeciwił się Scott. — Wolę czekać tam niż tutaj.

—Nie. Mój koń jest zmęczony.

—Weź innego.

Mówili prawie równocześnie, więc nie poznałem, czyja to była propozycja.

Odpowiedział oburzony głos Ralfa:

—To weź sam. Nie będę się włóczył nocą po cudzych stajniach.

—Dobrze, dobrze — załagodził sprawę Scott. — Pojedziemy jutro rano, a teraz spać. My 

dwaj pójdziemy na strych. Tak bezpieczniej. Ralf, zanieś tam świeżego, siana.

Kuternoga bez słowa opuścił izbę.

—Gdzie są te Trzy Wzgórza? — ozwał się znowu

 

Scott.

—Nie wiem. Ralf zna drogę. 

—No, szeryfie — szepnąłem — czas działać.

background image

—Chwileczkę. Przecież Ralf jest teraz na podwórzu. Trzeba zobaczyć...

Podnieśliśmy się, jak można najciszej, i podeszliśmy do otworu, przy którym stała drabina. 

Wychyliłem głowę. Całe podwórze, skąpane było teraz w blasku księżyca. Ujrzałem, jak od 

strony stodoły sunie ciemna sylwetka, dźwigając bezkształtną naręcz siana.

—Niech się pan cofnie w bok — mruknął szeryf. — Ja go załatwię.

—Ale...

—Ani słowa!

Zamilkłem.

Kuternoga powoli wdrapywał się po szczeblach. Stanąwszy na najwyższym, zatrzymał się, 

szeleszczącą górę siana rzucił poprzez drzwiczki w głąb strychu i zaraz zszedł na dół.

Usłyszałem, jak szeryf po cichu zaklął:

—Teraz będziemy mieli do czynienia z dwoma naraz.

—Z trzema — poprawiłem.

—Nie. Usher na pewno nocuje na dole. Da pan radę, doktorze? Tylko unikać pukaniny. Im 

ciszej, tym lepiej. Niech pan uważa na Scotta. Rothcliffem ja się zajmę. Proszę stanąć z tamtej 

strony. Tak, dobrze. Jak tylko wejdą, natychmiast chwytać za szyję albo walić w głowę i 

krępować. Niech pan to trzyma.

Wetknął mi coś w rękę.

— To mocny rzemień. Zobaczymy, co się tam dzieje.

Wyjrzeliśmy na podwórko. Ralf zniknął we wnętrzu

 

stodoły, a po chwili ukazał się znowu, 

dźwigając drugą naręcz siana.

—Dobra nasza — szepnął Irvin — on jeszcze raz tu wejdzie. Niech pan się odsunie, doktorze. 

Dam sobie z nim radę.

Kulawiec już wspinał się po drabinie. Wepchnąwszy siano w otwór, zaczął sam się gramolić 

na strych. Akurat chmury zasłoniły księżyc i wszystko pociemniało. Rozległ się jakiś trzask. 

Zaszurały czyjeś stopy po deskach.

—Kto tu? — usłyszałem przerażony głos Ralfa.

—Aresztuję cię. Usher. Nie ruszaj się!

Deski znów zatrzeszczały niepokojąco, przez chwilę słychać było jakieś szamotanie, aż znów 

zapanowała cisza, którą przerwał spokojny głos szeryfa:

— Niech mu pan zwiąże nogi, szybko!

Ujrzałem   w   ciemnościach   postać   leżącą   na   sianie,   z   kneblem   w   ustach   i   skrępowanymi 

rękami.

Schyliłem się i w tej samej chwili poczułem straszliwy cios wymierzony w żołądek. Upadłem 

background image

na   wznak,   wprost   na   szeryfa.   Nie   potrafię   opisać   dokładnie,   co   nastąpiło   dalej.   Deska 

przeraźliwie   trzasnęła  i  nagle  poczułem,   że  gdzieś   się  zapadam.  Ujrzałem   na  mgnienie  oka 

światło, grzmotnąłem na coś piekielnie twardego, odbiłem się jak piłka i znów obsunąłem się 

niżej. W tym momencie światło zgasło, rozległ się tupot nóg i tuman kurzu zasłonił wszystko. 

Kiedy się wygrzebałem z gruzów, szczątków desek i tynku, kichając, kaszląc i przecierając oczy, 

w blasku księżyca, który znowu wyjrzał zza chmur, ujrzałem rumowisko: przewrócony stół, 

szczątki rozbitej lampy, połamane stołki, pokryte grubą warstwą pyłu...

Wybiegłem do sąsiedniego pokoju, przeleciałem przez korytarzyk i wydostałem się na dwór. 

Czarny jak smoła koń z jeźdźcem na grzbiecie brał właśnie w rozpędzie wysokie sztachety płotu. 

Drugi — stanął dęba, a u cugli jego, tuż przy pysku, wisiał szeryf, całym ciężarem ciała starający 

się zatrzymać  zwierzę.  Rzuciłem  się ku niemu,  schwyciłem  za but  człowieka  siedzącego  w 

siodle i niespodziewanie otrzymałem cios w głowę. Świat zawirował mi w oczach. Zatoczyłem 

się,   poczułem,   że   tracę   przytomność.   Usłyszałem   jeszcze   tętent   kopyt   i   ciemność   pokryła 

wszystko.

 

background image

W matni

Na podłożu zrudziałej zeszłorocznej trawy rosła już nowa, niewysoka jeszcze i delikatna.

Jechaliśmy początkowo wolno, dopóki rąbek słonecznej tarczy nie ukazał się na horyzoncie. 

Lekka mgiełka, unosząca się w powietrzu, poczęła opadać, aż wsiąkła w ziemię i przed naszymi 

oczyma rozpostarła się niezmierna przestrzeń. Nagle pojaśniało.

Bolały mnie kości po wczorajszym upadku. Nocna wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. 

Irvin opowiedział mi, że widząc, jak upadłem, puścił cugle, a w tym momencie jeździec raz 

jeszcze poderwał konia, odrzucając na bok szeryfa, i przeskoczył płot. Irvin podbiegł, by mnie 

ratować, a wtedy z wnętrza rozwartej na oścież stodoły wypadł jeszcze jeden jeździec. Trzeci z 

kolei. Przemknął tuż obok nas w pełnym galopie.

To był Usher — Kulawy Ralf.

— A na przyszłość — zakończył swą relację — niech pan pamięta, doktorze: do leżącego 

podchodzić z boku albo od głowy, a siedzącego w siodle nie łapać za nogę, bo można oberwać 

solidnego kopniaka...

Na tym przerwaliśmy rozmowę. Czułem się kiepsko, prawie tak kiepsko jak w nocy, gdy 

odzyskałem przytomność i dowlokłem się wreszcie razem z szeryfem

 

do gospody. Ale musiałem 

popędzać teraz konia, żeby nie zostać w tyle.

Wiódł nas Karol. On jeden znał dobrze drogę, a raczej bezdroże wiodące do Trzech Wzgórz. 

On również wiedział, kim jest Czarna Puma: jednym z pomniejszych wodzów Indian Kri.

Został wykluczony ze swego plemienia, ponieważ okrył się podwójną hańbą: ukradł skórę 

szarego niedźwiedzia swemu pobratymcowi, a kiedy rzecz się wydała i poszkodowany wyzwał 

go na śmiertelny bój, Czarna Puma stchórzył i uciekł. Odtąd zamknęła się dlań droga powrotu, a 

hańbę mógł zmyć tylko jakimś bohaterskim czynem.

Czarna Puma potrafił skupić wokół siebie gromadę podobnych mu osobników. Trudnili się 

łupiestwem i pospolitymi kradzieżami. Dawniej Puma nosił godność wodza i cieszył się wśród 

pobratymców   dużą   powagą.   Natomiast   jego   obecni   towarzysze   —   to   po   prostu   banda 

włóczykijów uprawiająca proceder grabieży, bandyckich napadów na samotnych wędrowców, 

życie bez jutra, bez przyszłości. Włóczyli się raz po tej, raz po tamtej stronie granicy, wciąż 

nieuchwytni,   chociaż  posiadający  już  nie   byle  jaki  haniebny  rozgłos.  Najczęściej  padali   ich 

ofiarą pojedynczy łowcy futerek, wracający z udanych wypraw i obładowani trofeami cennych 

zwierząt.

Takich   to   teraz   miał   sprzymierzeńców   i   tylko   takich   potrafił   sobie   zjednać   —   za 

pośrednictwem prawdopodobnie Ralfa Ushera — “człowiek z blizną”.

background image

Po wczorajszej nieudanej próbie pochwycenia go, dopiero świtem ruszyliśmy w pogoń. Nie 

sposób było  wcześniej. Po pierwsze — nie mieliśmy dostatecznej  ilości koni. Po drugie — 

pogoń w nocy nie wróżyła sukcesu. Jakże odnaleźć ślad uciekających w ciemnościach?

Szeryf przyprowadził dwa doskonałe wierzchowce — dla mnie i dla Karola. Jechaliśmy we 

czwórkę, bo Irvin zabrał również swego zastępcę, Williama Robertsona.

W taki to sposób pogmatwały się nasze plany: moje i Karola. Mieliśmy przecież udać się na 

spotkanie z wojownikami Czarnych Stóp, którzy oczekiwali nas na prerii, na północ od Fort 

Benton.   Jednakże   schwytanie   Scotta   stało   się   sprawą   tak   ważną,   iż   nie   można   było   z   niej 

zrezygnować ani też pozostawić szeryfa samego.

Pędziliśmy nie kończącą się równiną aż do chwili, w której słońce dosięgło szczytu nieba. 

Zaczął nam dokuczać zupełnie niewiosenny upał. Na horyzoncie widniała czarna kępa drzew. 

Tam skierowaliśmy konie. Po półgodzinnej jeździe rozróżniałem dokładnie zarysy leśnej oazy. 

Wreszcie wjechaliśmy w upragniony cień.

Mały lasek porastał wzniesienie, u podnóża którego biło źródełko. Nie to jednak najbardziej 

nas   ucieszyło,   ale   widok   zdeptanej   trawy   wokół   czarnej   plamy   zgaszonego   ogniska.   Karol 

natychmiast zbadał otoczenie, po nim uczynił to szeryf i obaj doszli do zgodnego wniosku, iż 

zaledwie przed trzema godzinami obozowali w tym miejscu trzej ludzie wraz z trzema końmi. A 

że  były   to  konie   podkute,  należeć   musiały   do  białych.   Szeryf  wyjaśnił   ponadto,  iż   jeden   z 

jeźdźców   przybył   od   strony   wschodniej,   spętał   konia   i   puścił   go   w   lesie.   Potem   siadł   pod 

drzewem i czekał. Jak długo? Trudno określić, ale raczej długo — poszycie  zostało dobrze 

pogniecione. Po pewnym czasie nadjechali z zachodu dwaj inni. Zsiedli również z koni i stali 

przez pewien czas przy tym pierwszym. Następnie przeprowadzili wierzchowce przez lasek do 

źródła. Według szeryfa — ten pierwszy jeździec to

 

Kulawy Ralf. Na to wyraźnie wskazywały 

ślady stóp. Usher zjawił się pierwszy w tych stronach, mimo iż opuścił Fort Benton jako ostatni. 

Widać znał jakąś

 

krótszą drogę.

Z   dużym   zainteresowaniem   wysłuchałem   tych   wywodów,   a   następnie   poszedłem   nabrać 

Wody, Przy okazji postanowiłem sam obejrzeć ślady, o których wspomniał Irvin. Odczytywanie 

tropów należało do nie byle jakich umiejętności. Mimo nauk Karola nie opanowałem jeszcze w 

zadowalającym stopniu tej wiedzy. Dla wzbogacenia własnych doświadczeń obszedłem teraz 

cały wzgórek, zwracając przede wszystkim uwagę na pnie drzew rosnących na skraju, a potem 

zapuściłem się kawałek w głąb prerii. Tak, szeryf niczego nie przeoczył. Z jednym przecież 

wyjątkiem. Oto odkryłem kilka pasemek sierści zwisających na korze. Z triumfem pokazałem je 

towarzyszom.

— Brawo, Janie, masz oko — stwierdził Karol. Irvin pokiwał tylko głową i dodał:

background image

—No   tak,   ślady  należą   do   ludzi,   których   ścigamy.   Z   tego   wniosek:   Rothcliff   i   Scott   są 

przekonani,   iż   nie   podsłuchaliśmy   ich   rozmowy.   Jedno   mnie   tylko   zastanawia:   dlaczego 

Kulawy Ralf tu właśnie czekał na swych towarzyszy i skąd oni wiedzieli, że go tu spotkają?

—Zdaje się, że mógłbym tę zagadkę rozwiązać — wtrącił się milczący do tej pory Robertson.

—Mów.

Słyszałem   kiedyś,  jak  Rothcliff  z  Usherem  wybierali   się  łapać  mustangi.  Cel   swej   drogi 

nazywali “laskiem”, bo w promieniu kilku mil od Benton są to jedyne drzewa rosnące na prerii. 

Dlatego myślę, że chociaż Rothcliff nie zna drogi do Trzech Wzgórz, wiedząc, iż ona prowadzi 

przez “lasek”, tu się właśnie skierował.

—To brzmi prawdopodobnie — zgodził się Irvin. — Również jest możliwe, że Rothcliff, 

Scott i Usher umówili się na spotkanie w “lasku” jeszcze przedtem, zanim zaczęliśmy ich 

podsłuchiwać. Ale mniejsza o to. Uważajcie, co wam powiem: musimy przybyć do Trzech 

Wzgórz przed ściganymi. To warunek naszego powodzenia. Sądzę, że Czarna Puma jeszcze 

nie

nadciągnął na umówione miejsce. A teraz pytanie: czy istnieje jakaś krótsza droga do naszego 

celu? Ja tych stron nie znam. A ty, Karolu?

—Ba,   wszystko   zależy   od   tego,   jaką   trasę   obrali   uciekający.   Znam   najkrótszą,   ale 

jednocześnie najtrudniejszą. Jeśli się pośpieszymy...

Szeryf machnął ręką.

—Szkoda czasu, ruszamy. Im prędzej, tym lepiej.

Wskoczyliśmy na siodła i dopiero gdzieś koło godziny czwartej urządziliśmy mały popas. 

Potem   ruszyliśmy   dalej,   ciągle   w   kierunku   północnym.   Kopyta   dudniły   po   gęstym,   zbitym 

poszyciu   traw,   wiatr   owiewał   nam   twarze,   a   daleka   linia   horyzontu   umykała   sprzed   oczu. 

Wreszcie nad wieczorem, gdy złocista kula słońca zbliżała się ku ziemi, Karol wstrzymał konia.

— Jesteśmy blisko — powiedział.

Z czego to wywnioskował, nie mogłem pojąć. Jak okiem sięgnąć, rozciągała się przed nami 

gładka jak stół równina, bez śladu wzniesienia. Gdy wyraziłem swe zdziwienie, Karol odparł:

—Spójrz na ziemię. Widzisz?

Patrzałem dokoła, aż wzrok mój natrafił na wydeptany trop. Dotychczas wiódł nas prościutko, 

jak strzelił, w północnym kierunku. Teraz raptownie wyginał się w prawo.

—Skręca — powiedziałem — ale co to ma za związek...

—Ma — przerwał mi w połowie zdania. — Musisz wiedzieć, że przed Trzema Wzgórzami 

rozciąga się obszerna nizina, wklęsła niecka. Z wiosną zalewają ją wody. Usher widać wie o 

tym. Skręcił, aby ominąć bajoro. Nadkłada jednak w ten sposób drogi. My pojedziemy prosto. 

background image

A teraz popatrz przez lornetkę, ot tam — wskazał palcem.

Przyłożyłem szkła do oczu. Na samym krańcu, gdzie niebo stykało się z ziemią, dostrzegłem 

jakiś ciemniejszy punkt. To właśnie miały być Trzy Wzgórza. Karol wyjaśnił, że istotnie przed 

nami znajdowały się trzy pagórki przecięte trzema dolinkami, porośnięte gęstym lasem. Wzgórza 

te tworzyły jakby linię koła. Wewnątrz niego, w zapadlinie, znajdowało się płytkie jeziorko. 

Ruszyliśmy. Jechaliśmy na sposób indiański, jeden za drugim. Ja byłem przedostatni, a naszą ka-

walkadę zamykał Robertson.

Preria   obniżała   się   w   sposób   zupełnie   widoczny.   Konie   zwolniły   biegu.   Kopyta   zamiast 

głucho dudnić, poczęły bezgłośnie grzęznąć w miękkim podłożu. Zbity pokład zeszłorocznej 

trawy   uginał   się.   Na   koniec   ozwało   się   charakterystyczne   mlaskanie   podmokłego   gruntu. 

Posuwaliśmy się już tylko stępa. W ciemnozielonej powierzchni powstawać poczęły okrągłe doł-

ki, szybko wypełniające się czarną jak smoła wodą. Czułem charakterystyczny zapach gnijących 

roślin.   Odniosłem   wrażenie,   iż   grunt   ustępuje   pod   kopytami   mego   konia.   Im   bliżej   Trzech 

Wzgórz — widziałem je teraz dokładnie — tym bardziej grząską stawała się ta nizina. Gdy 

znaleźliśmy się w jej najniższym punkcie, ujrzałem, jak poprzez zdeptane trawy prześwituje 

czarne, maziste błoto. Wierzchowiec Karola stąpał coraz mniej pewnie, strzygąc uszami.

—Jak tam, Karolu? — zawołałem półgłosem.

—Przejedziemy. Bywało tu gorzej. Ale nie rozmawiaj ! Dźwięki niosą się bardzo daleko.

Odtąd posuwaliśmy się w zupełnym milczeniu. Cóż za mozolna wędrówka! Na niebie wstały 

czerwone zorze. Zapadał zmrok i biała mgiełka poczęła dźwigać się znad bagniska. Płynęła ku 

nam zrazu wąskimi smużkami, ale potem zgęstniała w jednolity tuman. Tego jeszcze brakowało! 

Z przerażeniem  pomyślałem  o tym,  co może  się stać, jeśli któryś  z koni ugrzęźnie,  a mgła 

pozbawi nas widoczności i przestaniemy się nawzajem dostrzegać. Tylko Karol znał bród!

Koń idący na przedzie utaplany był  w błocie po kolana i chrapał. Karol poklepywał  go, 

zachęcając do dalszego wysiłku. Mijały minuty.  Mleczna zasłona dźwigała  się coraz wyżej, 

sięgała strzemion. Nie dostrzegałem już ścieżki, po której stąpał wierzchowiec. Zastanawiałem 

się   właśnie,   czy   nie   lepiej   zsiąść   z   konia   i   prowadzić   go   za   uzdę,   kiedy   zauważyłem,   jak 

wierzchowiec Karola powoli dźwiga się w górę. Zaczynało się jakieś twardsze podłoże. Ba, ale 

myśmy wszyscy jechali dokładnie tropem Karola. Więc każdy następny koń zagłębiał się coraz 

bardziej w grunt zryty już kopytami poprzednika. Znowu ogarnął mnie lęk. Tym razem na widok 

konia szeryfa zapadającego się prawie po brzuch. Przebrnął jednak szczęśliwie. Gdy nadeszła 

moja kolej, sądziłem, że utknę. Uderzyłem wierzchowca ostrogami. Zadrżał, wspiął się i skoczył. 

W ten sposób przedostałem się na przeciwległy kraniec niziny. Jadący za mną Robertson znalazł 

się w jeszcze gorszej sytuacji. Dobrnął co prawda do krawędzi bagniska, ale zapadł się aż po 

background image

koński brzuch. Na próżno zachęcał zwierzę do dalszego wysiłku. Zeskoczyłem z siodła, by mu 

pomóc, lecz jeden nieostrożny krok pogrążył mnie w błoto aż do kolan. 

Ledwie się wygrzebałem. Wówczas chłopak wyjął nogi ze strzemion, stanął na siodle, potem 

jedną stopę oparł na końskim karku — a trwało to wszystko  ułamek  sekundy — i skoczył 

trzymając w ręku uzdę. Wyciągnąłem rękę, szczęśliwie wylądował. Z koniem nie poszło łatwo, 

ale szarpiąc za uzdę, po wielu wysiłkach wydobyliśmy go z błocka. Wszyscy się zatrzymali, aby 

odsapnąć.

Szarzało coraz bardziej, nizina pokryła się nieprzeniknionym płaszczem mgły, na niebie gasły 

zorze, a w nadciągającym mroku coraz słabiej rysowały się lasy Trzech Wzgórz.

— Nie możemy jechać prosto — przestrzegł nas Karol. — Siady byłyby zbyt widoczne, a my 

również.

Skręciliśmy w lewo i zatoczywszy półkole dosięgliśmy leśnej krawędzi od północy.  Gdy 

zbliżyliśmy się już na niewielką odległość, zsiedliśmy z koni i prowadząc je za uzdy ostrożnie 

podchodziliśmy ku pierwszym drzewom. Obóz rozbito wśród wysokich pni starych świerków. 

Nie   rozpalaliśmy   ognia,   a   konie   po-przywiązywali   linkami   do   pni.   Następnie   z   największą 

ostrożnością przeszukaliśmy najbliższe otoczenie, a potem każdy z nas pełnił wartę. Jeszcze 

przed świtem, podzieleni na dwie grupy, dokładniej przetrząsnęliśmy las.

Jak   już   wspomniałem,   Trzy   Wzgórza   wznosiły   się   na   obwodzie   dużego   koła,   w   środku 

którego znajdowało się niewielkie jeziorko otoczone pasemkiem łąki. Drzewa rzucały głęboki 

cień na wodę i cała ta kotlina czyniła bardzo ponure wrażenie. Nigdzie nie znaleźliśmy śladów 

człowieka.   Wówczas   zaprowadziliśmy   konie   ku   wodzie,   a   nawet   odważyliśmy   się   rozpalić 

ognisko. Przez cały czas jeden z nas strażował na zboczu południowego wzgórza, przepatrując 

lornetką horyzont. Ale nawet z wysokiego drzewa, na które wdrapał się Robertson, nic nie było 

widać. Tak mijały godziny, nadeszło południe. Nasza czujność nie słabła ani na chwilę. Nie 

byliśmy pewni, z której strony może nadciągnąć Czarna Puma — najgroźniejszy przeciwnik. Po 

jakimś czasie szeryf, który właśnie sprawował kolejną wartę, zawiadomił nas, iż od południa 

zbliża się jeździec albo grupa jeźdźców — dokładnie nie mógł jeszcze rozpoznać. Natychmiast 

zaprowadziliśmy konie w głąb lasu i zagasili ognisko. Potem legliśmy na samym skraju prerii. 

Spojrzałem przez lornetkę. Wśród jasnej zieleni dostrzegłem czarną plamę posuwającą się w 

naszym kierunku. Minęło pół godziny, zanim mogłem stwierdzić, iż są to trzy ruchome punkty 

— trzech jeźdźców posuwających się obok siebie.

—Jeśli to oni —powiedział Irvin — uderzymy, jak tylko wjadą w las i zsiądą z koni. Ani 

sekundy później. Jeżeli jednak obiorą drogę do jeziorka wiodącą przez dolinkę, kto wie, czy 

nie trzeba będzie zaczekać, aż się ściemni.

background image

—A do tego czasu odkryją nasze konie — wtrąciłem.

—Więc co radzisz, Janie? — zapytał Karol.

—Może lepiej zaczaić się na nich na skraju lasu, ale tuż przy dolince.

—Są trzy. Przy której?

—Przy tej, do której się skierują.

—   O   tym   dowiemy   się   dopiero   w   ostatniej   chwili.   Nie   starczy   czasu...   —   wyraził   swe 

wątpliwości Robertson.

Rozstrzygnął je szeryf.

— Szkoda słów. Ukryjcie się za pniami. Robertson niech pilnuje koni. Żeby nie rżały. I nie 

rozmawiać bez potrzeby. Uwaga!

Leżeliśmy więc nadal wśród. drzew, za gęstą zasłoną zarośli, i spoglądali na prerię. 

Sylwetki jeźdźców stawały się coraz większe i coraz wyraźniejsze. Wydało mi się, że już 

rozróżniam postać “człowieka z blizną”, a szeryf oznajmił półgłosem, iż jadący z prawej strony 

to Rothcliff.

U podnóża góry jeźdźcy zeskoczyli z wierzchowców i prowadząc je za uzdy skierowali się ku 

wschodniej   dolince,   na   lewo   od   pozycji,   którą   zajmowaliśmy.   Teraz   widziałem   wyraźnie 

Rothcliffa, “człowieka z blizną” i Kulawego Ralfa. Szli obok siebie, swobodnie gawędząc, co 

uznałem za szczyt nieostrożności. Tym lepiej dla nas.

Na cichy sygnał szeryfa poczęliśmy ostrożnie posuwać się między drzewami. Zbliżyliśmy się 

do zbocza prawie w tej samej chwili, co i oczekiwana przez nas trójka. Wówczas usłyszałem 

głos Ushera.

—Nie, nie. Czarna Puma nas nie zawiedzie, ale nie mógł jeszcze przybyć. Obiecał za cztery 

dni, a dopiero dwa upłynęły.

—Jeżeli nie przyjedzie, wszystko może wziąć w łeb — odpowiedział Rothcliff.

— Damy sobie radę i bez niego. Znajdę lepszych.

To był głos Scotta.

Przedzierali się poprzez splątane krzewy, aż wyszli na polankę. Wówczas puścili konie, które 

popędziły ku jeziorku. To była druga nieostrożność z ich strony.

Gdy minęli nas o kilka yardów, Irvin szepnął:

— Ja   biorę   na   siebie   Rothcliffa,   dla   Karola   —   Scott,   doktor   zajmie   się   kulawcem. 

Słyszeliście? Naprzód! — zawołał i pierwszy wyskoczył z lasu.

Za nim — my wszyscy. Tamci byli tak zagadani, że w pierwszej chwili nawet nie zwrócili 

uwagi na hałas. Kiedy się spostrzegli, na ucieczkę czy obronę było już za późno. Karol, biegnący 

przede mną, znajdował się tuż przy Scotcie i powalił go jednym uderzeniem pięści. Rothcliff 

background image

zdążył wyciągnąć rewolwer zza pasa,

 

ale szeryf podbił mu rękę w chwili strzału. Dojrzałem, jak 

Kulawy Ralf odwrócił się i począł biec w kierunku jeziorka. Zapewne do koni. Skoczyłem za 

nim i po chwili bez większego trudu obaliłem na ziemię. W następnej sekundzie siedziałem mu 

na piersiach, krępując ręce. Tak wypadł mój rewanż za przygodę na strychu w Fort Benton. Gdy 

związałem mu i nogi, wstałem. Było po wszystkim. Żaden ze schwytanych nie odezwał się ani 

słowem. Byli przerażeni i zaskoczeni jednocześnie. Przywlekliśmy ich nad brzeg jeziorka.

— No — odezwał się szeryf — ptaszki w klatce. Ale ty — zwrócił się do Ralfa Ushera — po 

coś mieszał się w tę sprawę?

Kulawiec zamrugał oczami.

—Nic złego nie uczyniłem, szeryfie. Oni mnie prosili o wskazanie drogi do Trzech Wzgórz. 

To wszystko.

—Wcale nie wszystko — Irvin podniósł głos. — Porozumiewałeś się z Czarną Pumą. W 

jakim celu?

—Prosili mnie o to. Nie popełniłem przestępstwa.

—Aha, prosili cię. To po coś uciekał przed nami? Patrzcie państwo, jaki z niego usłużny 

chłopczyk!

W tej chwili podszedł do szeryfa Karol i coś mu szepnął na ucho. Irvin kiwnął głową, po 

czym   skinął   na   mnie.   We   trójkę   przeszliśmy   na   drugi   kraniec   jeziorka.   Zastępca   szeryfa, 

zwolniony od pilnowania koni, pozostał na straży jeńców.

— Wydaje mi się — zaczął Karol — że nie ma sensu trzymać tu Ralfa Ushera. Będzie nam 

tylko przeszkadzał. Dosyć kłopotów z tamtymi.

Irvin pokręcił przecząco głową.

— Wybacz, Karolu, jestem innego zdania. Usher ukrywał przestępców. I to na terenie Fort 

Benton. Nie, nie masz racji. 

Nie zabrałem głosu w tej sprawie, a Karol dłużej nie nalegał.

— Teraz — odezwał się znowu szeryf  — porozmawiamy z każdym  z osobna. Proponuję 

zacząć od Rothcliffa.

Przenieśliśmy go nieco dalej i szeryf zagaił:

—No, Rothcliff, jak się czujesz?

—Dlaczego napadliście na nas?

—Filut z ciebie, Rothcliff. Niewinny baranek. Powiedz lepiej, dlaczegoś zastrzelił Brightona?

—Ja? Brightona? Nie miałem z tym nic wspólnego.

—Kłamiesz. Mam świadka. Widzę na twoim ręku piękny pierścień. Dawno go masz?

—Będzie z rok.

background image

—Znowu kłamiesz. Twój pierścień znaleziono przy zamordowanym. Nie wiedziałeś, gdzieś 

go zgubił. Nie tak było?

Nic nie odpowiedział.

—   Przestraszyłeś   się   i   natychmiast   wysłałeś   zamówienie   na  drugi   taki   sam  pierścień   do 

Novelty Company w Milwaukee. Ja wszystko wiem, Rothcliff. Nie ma sensu zaprzeczać.

To powiedziawszy odszedł, a my za nim.

Scott nic nie chciał mówić. Milczał cały czas, ciskając tylko wściekłe spojrzenia w naszą 

stronę.

Daliśmy   więc   spokój,   a   ja   zarzuciłem   sztucer   na   ramię   i   poszedłem   rozejrzeć   się   po 

najbliższej okolicy. Wspomniałem, iż jeziorko i wzgórza robiły bardzo ponure wrażenie. W lesie 

nie znalazłem  nawet śladów zwierząt,  tylko  ptaki  trzepotały  się wśród gałęzi.  Wróciłem  do 

kotlinki i wykąpałem się w czarnej jak smoła wodzie. Za moim przykładem poszli towarzysze, 

po czym szeryf wraz z Karolem zajęli się połowem przy pomocy zaimprowizowanych wędek. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy po godzinie przynieśli z tuzin nieznanych rybek. Upieczone na 

węglach,   smakowały   znakomicie.   Nie   mogłem   zrozumieć,   skąd   się   wzięły   ryby   w   tym 

samotnym, martwym stawie. Karol przypuszczał, iż kiedyś musiał nastąpić jakiś wielki wylew 

rzek płynących przez prerię i wtedy przypłynęły tu ryby.

Na drugie danie mieliśmy suszone mięso oraz podpłomyki z mąki przezornie zabranej przez 

szeryfa. Po takim obiedzie, którego część odstąpiliśmy jeńcom, ogarnęła nas senna ociężałość. 

Chociaż   więc   szeryf   nalegał,   aby   wyruszyć   w   powrotną   drogę   do   Benton   jeszcze   przed 

wieczorem, ociągaliśmy się nieco i marudzili, a w końcu postanowiliśmy przeczekać do rana. 

Kolejno zmienialiśmy się na warcie. Dobrze po północy zbudzono mnie.

Noc była ciepła, lekki wietrzyk dmuchał w twarz. Siadłem oparłszy się o jakiś zwalony pień 

potężnego   olbrzyma,   na   samym   skraju   lasu,   niedaleko   leżących   na   ziemi   jeńców.   Gwiazdy 

połyskiwały, a wśród nich sierp księżyca. Było zupełnie cicho, tylko w pewnej chwili usłyszałem 

daleki   głos   stepowych   wilków   —   kujotów,   a   nad   głową   załopotały   mi   skrzydła   jakiegoś 

wielkiego ptaka, zapewne sowy. Zatoczywszy wielkie koło poszybowała nad prerię.

I nic więcej się nie wydarzyło. Po dwu godzinach spędzonych w ten sposób, poszedłem do 

jeziorka obudzić Karola. Zwykle tak czujny, tym razem spał jak kamień. Kilka razy musiałem go 

szarpnąć,   zanim   się   podniósł.   I   właśnie   w   tym   momencie   nocną   ciszę   rozdarł   przeraźliwy 

wrzask.

Nie zdążyłem się nawet odwrócić, gdy otrzymałem uderzenie w tył głowy. Padając ujrzałem 

jeszcze, jak jakiś indiański wojownik wyrwał sztucer z rąk Karola, a drugi zamierzał się nań 

tomahawkiem.   W   następnej   sekundzie   straciłem   przytomność   —   po   raz   drugi   w   przeciągu 

background image

trzydziestu sześciu godzin.

Gdy otworzyłem oczy, słońce wspinało się na szczyt  nieba. Wstać nie mogłem. Leżałem, 

mając skrępowane ręce i nogi. Odwróciłem głowę, najpierw w prawo, potem w lewo. Ujrzałem, 

że po obu stronach spoczywali powiązani moi towarzysze. Z jednej — szeryf, z drugiej — Karol. 

Odetchnąłem z ulgą. Widać, byli cali i żywi. Zerknąłem przed siebie.

Nad jeziorkiem pasły się liczne  konie. O długich grzywach i ogonach sięgających  pęcin. 

Wystarczyło,   żeby   stwierdzić   ich   pochodzenie.   Oswojone   mustangi.   Obok   koni   krzątali   się 

Indianie znosząc wiązki traw i chrustu. Do jakiego należeli plemienia — nie wiedziałem.

Nieco dalej, ale w zasięgu mego wzroku, stała grupka białych: Scott, Rothcliff, Kulawy Ralf. 

Przypomniałem sobie radę szeryfa i cicho zakląłem.

—Doktorze — usłyszałem szept z prawej strony. — Słyszy mnie pan?

—Słyszę.

—Mam w kieszeni spodni scyzoryk. W lewej kieszeni, ale nie mogę go wydobyć. Proszę 

przysunąć się do mnie. Musimy spróbować przeciąć więzy. Niech pan to powtórzy Karolowi.

Uczyniłem zadość prośbie Irvina. Scyzoryk! Jakim cudem mam go wydobyć skrępowanymi 

rękami? Karol wysłuchał mnie w milczeniu, a potem zapytał:

—Jak się czujesz, Janie?

—Nieźle. W głowie tylko ciągle huczy. A ty?

—Zdaje się, że mam naciągniętą prawą rękę. Boli, ale można wytrzymać.

—A Robertson?

—Wyszedł bez szwanku. Irvin oberwał po głowie. Ale sza! Nadchodzą.

Miał rację. Zbliżała się ku nam grupa Indian. Na czele kroczył rosły mężczyzna z twarzą 

pomalowaną w czerwone pasy. Trzy pióra wpięte w czarne, w węzeł związane włosy świadczyły 

o jego wodzowskiej godności.

—Puma — szepnął Karol.

—Jak to? Przecież miał dopiero za dwa dni...

Nie dokończyłem. Wydało mi się, że szeryf cicho się zaśmiał.

Indianin podszedł wolno i zatrzymał się tuż przed Karolem.

— Czarna Puma pozdrawia Wielkiego Bobra — powiedział grubym, gardłowym głosem.

Mówił   dialektem   zbliżonym   do   języka   Czarnych   Stóp.   Bardzo   się   ucieszyłem,   bo 

zrozumiałem prawie każde słowo. Nie poszła na darmo paromiesięczna nauka.

—Wielki   Bóbr   jest   przyjacielem   wszystkich   czerwonych   mężów   i   nie   spotka   go   żadna 

krzywda.

—Czarna Puma chyba sobie kpi ze mnie — odpowiedział Karol. — Czym wytłumaczy swą 

background image

napaść?

—Czarna Puma nie wiedział, że wśród bladych twarzy spotka Wielkiego Bobra.

—To rozwiąż mnie.

Indianin   popatrzał   najpierw   dokoła,   szepnął   coś   towarzyszącym   mu   wojownikom. 

Natychmiast odeszli. Wówczas dopiero powiedział:

—Czarna Puma nie może tego uczynić. Dał słowo tamtym trzem bladym twarzom.

—Więc co chcesz z nami zrobić?

—Czarna Puma naradzi się ze swymi wojownikami.

—Czy nie jesteś wodzem? Czy nie decydujesz sam?

Po co Wielki Bóbr pyta mnie o to? Czy sam nie radzi się nikogo? 

Nie czekając na odpowiedź, odszedł.

—Zrozumiałeś, Janie? — zapytał szeptem Karol.

—Wszystko.

—Świetnie. Powtórz szeryfowi.

Ledwie zdążyłem to uczynić, gdy zbliżył się do nas Scott. Trzymał w ręku rewolwer, a z oczu 

ziała mu taka nienawiść, z jaką w życiu swym jeszcze się nie spotkałem. Zatrzymał się.

—No i jak, dżentelmeni? Posłanie trochę twarde, co? Postaram się, abyście nie cierpieli zbyt 

długo. Wyślę was tam, gdzie już nic nikomu nie dolega!

W miarę jak mówił, ogarniała go coraz większa pasja. Ostatnie zdanie prawie wykrzyczał.

—Nic ci to nie pomoże — odezwał się Karol. — Żebyś nawet najgłośniej wrzeszczał. I tak 

czeka cię postronek, Scott, czy jak tam inaczej się nazywasz.

Tyle było lekceważenia w tych spokojnie wypowiedzianych słowach, że Scott aż posiniał na 

twarzy.

—Ty...   ty...   —   zachrypiał.   —   Zastrzelę   cię   jak   psa!   Kto   mi   przeszkodzi   zastrzelić   was 

wszystkich?

—Czarna Puma — odezwał się Karol.

W tej samej chwili podszedł Rothcliff. Na jego widok szeryf uniósł się nieco z ziemi.

—  Znowu   się   spotykamy   —   powiedział   —   chwilowo   nie   mogę   ci   nałożyć   kajdanek. 

Uczynię to przy najbliższej okazji. Zastanów się nad tym, chłopcze, póki masz czas. Tak się 

złożyło, że znowu jesteś na wolności, ale ręczę, że nie potrwa to długo.

Zauważyłem,   jak   Rothcliff   pobladł.   Szepnął   coś   do   ucha   Scottowi   i   odeszli   w   kierunku 

jeziorka. Pozostaliśmy sami.

—No i co z tym nożem, szeryfie? — zagadnąłem.

—Nie nóż, tylko scyzoryk. Niech pan spróbuje przysunąć się.

background image

Łatwo   powiedzieć...   Jednakże   po   paru   bezskutecznych   początkowo   wysiłkach   po   prostu 

potoczyłem się tak, aż dotknąłem ramienia Irvina. Nikt jakoś tego nie zauważył. Ale wydobyć 

scyzoryk   z   cudzej   kieszeni   mając   samemu   skrępowane   dłonie   —   i   to   na   plecach   —   było 

zadaniem wymagającym specjalnej zręczności. Męczyłem się bardzo długo. Wolno, wolniutko 

sięgnąłem palcami obu dłoni do wnętrza kieszeni szeryfa. Wreszcie poczułem twardy, podłużny 

przedmiot. Dwa razy go gubiłem i dwa razy na nowo chwytałem. Na koniec jakoś wydobyłem.  

Odpoczywałem   chwilę,   a   potem   odwróciłem   się   raz   jeszcze   i   podałem   nożyk   szeryfowi. 

Skomplikowaną operację rozcinania więzów należało jednak odłożyć na odpowiedniejszą porę, 

do zapadnięcia nocy. Teraz przeturlałem się tylko na dawne miejsce. Znowu podszedł do nas 

Scott.

— Próbowaliście   nastraszyć   Rothcliffa   —   powiedział.   —   Ze   mną   tak   się   wam   nie   uda. 

Postąpię, jak będę chciał, i żaden Czarna Puma nie ośmieli mi się w tym przeszkodzić. Mógłbym 

was   natychmiast   pozabijać,   ale   mam   miękkie   serce.   Posiedzicie   kilka   miesięcy   wśród 

wojowników Czarnej Pumy. Potem będziecie mogli szukać mnie po całej^ Ameryce — zaśmiał 

się drwiąco. — Widzicie, jaki jestem łaskawy. Co wy na to?

Podszedł jeszcze bliżej i kopnął Karola.

— Podobno nazywają cię Wielkim Bobrem, ale dla mnie jesteś tylko wielkim niedołęgą. Tak 

dać się podejść!

Milczeliśmy.

— Nie chcecie gadać? A szkoda. Mamy sporo

 

czasu...

Ględził tak jeszcze przez kilka minut, aż wreszcie szeryf nie wytrzymał: 

—Scott, przestań nas nudzić. Lepiej odpocznij sobie. Czeka cię daleka droga.

—Wprost do więzienia — dopowiedział Karol.

Scott chwycił za rewolwer. Zamarłem — ten człowiek zdolny był do wszystkiego. Nagle 

czyjaś dłoń podbiła mu rękę. Strzał padł w górę. Scott cofnął się o krok. Za nim stał Czarna 

Puma.

— Dlaczego mi przeszkadzasz?

— Blada twarz nie ma prawa strzelać do jeńców.

Scott pohamował się i zapytał pozornie spokojnym

 

głosem:

— Czy wódz zapomniał o naszym układzie?

—Czarna Puma nie zapomniał. Nie było ani słowa o napadzie na te blade twarze. Czarna 

Puma ze swoimi wojownikami miał tylko towarzyszyć...

—Milcz! — wykrzyknął Scott. — Jesteś gadatliwy jak stara squaw!

Aż dziwne, że wódz natychmiast nie zareagował. Może obawiał się zerwania ze Scottem? Ale 

background image

i Scott widać również nie pragnął sprzeczki, bo natychmiast się oddalił. Czarna Puma postał 

jeszcze chwilę, a potem krzyknął coś do jednego z wojowników. Gdy ten zbliżył się, powiedział 

jakąś straszliwą angielszczyzną, pełną indiańskich zwrotów:

— Każdego,  kto   by  poważył  się  zbliżyć   do  bladych   twarzy,  powalisz,   potem  przywołasz 

mnie. Pilnuj ich jak własnego skalpu. Howgh!

Obrzucił nas jeszcze przeciągłym spojrzeniem i powoli odszedł.

Olbrzymiego   wzrostu   i   pokaźnej   tuszy   wojownik,   o   twarzy   tak   odrażającej,   że   mogłaby 

przyśnić się tylko w jakimś koszmarnym śnie, siadł w kucki, z głową zwróconą w naszą stronę, 

ze strzelbą na kolanach.

Spojrzałem w niebo. Jak ten czas szybko mijał! Pokazywały się pierwsze gwiazdy.

background image

Pogoń

Późną nocą, gdy nad jeziorkiem zabłysło kilka ognisk, rozwiązano nam ręce, dostarczono 

wody do picia i dano po kilka owsianych placków. Były obrzydliwe w smaku, ale dla człowieka, 

który nic nie miał w ustach od świtu — stanowiły wspaniałą potrawę.

Potem znowu nas skrępowano bardzo dokładnie i przyciągnięto bliżej ognisk. Czarna Puma 

parokrotnie podchodził, ale nie odezwał się już ani słowem. Natomiast nie zbliżył się żaden z 

białych rabusiów.

Indiańscy wojownicy pootulali się w derki i pokładli, kilku odeszło w głąb lasku, zapewne, 

aby pełnić wartę, jeden usiadł obok nas. Gdzie położyli się spać Scott, Rothcliff i Usher — nie 

zauważyłem.   Musiałem   być   bardzo   zmęczony,   bo   przewróciłem   się   na   lewy   bok   i   prawie 

natychmiast zasnąłem. Nie wiem, jak długo spałem. Gdy się przebudziłem, dostrzegłem tylko 

czerwone żarzące się węgielki ogniska. Panowała zupełna cisza. Nagle poczułem na plecach 

dotknięcie czyjejś ręki. Czyżby szeryf zdołał się już oswobodzić? Na to wyglądało, bo ręka 

powędrowała   ku   mym   skrępowanym   dłoniom,   poczułem   zimno   metalu   i   więzy   spadły. 

Stłumiony głos zaszeptał mi nad uchem: — Niech biały brat leży spokojnie i czeka na znak. 

Któż to mógł być? Co zamierzał z nami uczynić niespodziewany sprzymierzeniec? 

Zgodnie z poleceniem trwałem nadal bez ruchu. Poszukałem oczami wartownika. Siedział z 

głową opuszczoną na pierś. Spał. Tak, ta zbieranina, którą otoczył się Czarna Puma, na pewno 

nie zaliczała się do najdzielniejszych wojowników. Były to wypędki z różnych plemion. Odziani 

nędznie, prawie w łachmany. Uzbrojeni, jak zdołałem zauważyć, w lichą broń, przeważnie w 

łuki i strzały lub w strzelby sprzed pół wieku. Przyznam się, iż — mimo wszystko — żal mi było 

Czarnej Pumy, stojącego na czele takiej bandy. Ile tkwiło prawdy w twierdzeniu, iż stoczył się 

tak nisko w wyniku własnego tchórzostwa? A może przyczyną tego był jakiś wewnętrzny spór 

wśród rozproszonych grup plemienia Kri, do którego należał?

---   Wiedziałem,   iż   plemię   Kri   —   zajmujące   niegdyś   olbrzymie   przestrzenie   Kanady,   na 

południe od rzeki Churchilla i na zachód od Zatoki Hudsona aż po Manitobę — należało do 

najmniej zwartych narodów indiańskich

8

. Ongiś podzielili się oni nawet na dwie wrogie sobie 

grupy:  jedni osiedli  w lasach, drudzy w kanadyjskiej  prerii,  utrzymując  się  z polowania  na

bizony. Kiedy jednak plemię Assiniboinów wyparta zostało z północy przez Dakotów i wdzierać 

się   poczuło   na   obszary   myśliwskie   Kri,   połączyli   się   na   nowo,   przez   lata   całe   prowadząc 

działania  wojenne przeciw Dakotom, a nawet przeciw swym  bliskim krewniakom, Czarnym 

Stopom. Być; może, J iż napad na nas wiązał się również z niewygasłą niechęcią Pumy do 

8 Obecnie kanadyjskie plemię Kri (Cree) liczy ponad 15 tys. ludzi.

background image

Czarnych Stóp

.

Myślałem o tym wszystkim nie odrywając oczu od śpiącego wartownika. W pewnej chwili 

poczułem, że i nogi mam wolne. Ale nadal nie ruszałem się, tylko

 

wsparłem na łokciu. Wówczas 

ujrzałem rzecz zadziwiającą: pośród śpiących jak susły wojowników Pumy kręcili się prawie 

bezszelestnie jacyś ludzie. Ciszę przerwał czyjś okrzyk, zakotłowało się padł strzał. Jeden, potem 

drugi. Z głębi lasu wybiegła gromada postaci. To byli Indianie. Zerwałem się na nogi. Obok 

mnie stał już Karol.

—Czarne Stopy! — krzyknął. — W samą porę!

—Naprzód! — zawołał szeryf. — Tam stoi Rothcliff!

Popędziliśmy całą czwórką w kierunku koni. O kilka sekund za późno, bo oto już dwóch ludzi 

wskoczyło na siodła. Zanurzyli się w zaroślach i znikli. Pozostałe wierzchowce rozproszyły się 

dokoła. Tymczasem walka, tocząca się wokół jeziorka, dobiegała końca. Z gromad;** Indian 

wyszedł   ku   nam   wojownik,   który   z   daleka   wyróżniał   się   ubiorem.   —   Czerwona   Chmura 

powiedział Karol.

Czarodziej plemienia Czarnych Stóp podniósł rękę.

—Witam moich białych  braci — odezwał się dźwięcznym  głosem. — Dobry Manitou w 

odpowiedniej chwili sprowadził mnie na waszą ścieżkę.

—Rzeczywiście, w sam czas — mruknął szeryf. — Szkoda, że nie wcześniej. Dwie blade 

twarze uciekły.

— O czym mówi mój biały brat? 

Wyjaśniliśmy sprawę.

— Zaraz wyślę w pogoń wojowników. Ale jest jeszcze jedna blada twarz. Zatrzymaliśmy go.

Jak się okazało był to Ralf Usher.

Kiedy  płomień  wesoło  chwiał  się  nad  ogniskiem,   zasiedliśmy   dokoła.  Zgodnie  z  umową 

zawartą dawniej z Karolem, Czerwona Chmura krążył po prerii w tych stronach od kilku dni. 

Tylko przypadkowo nie natrafiliśmy — a to pech! — na tropy jego oddziału. On za to, tak samo 

przypadkowo, znalazł ślady bandy Pumy i posuwał się za nią. Tak dotarł aż pod Trzy Wzgórza. 

Wysłani wywiadowcy spisali się doskonale. Obliczyli nie tylko ilość ludzi Czarnej Pumy, ale 

stwierdzili   również   naszą   tu   obecność.   Reszta   zależała   już   tylko   od   sprytu   i   zręczności” 

wojowników Czarnych Stóp. Nad ranem obezwładnili wszystkie straże, a Czerwona Chmura 

dotarł   nad   same   jeziorko,   aby   własnoręcznie   porozcinać   nasze   więzy.   Napad   był   tak 

zaskakujący, że ani jedna ze stron nie poniosła strat w ludziach. Nasuwało się tylko pytanie: jak 

postąpić   z   Czarną   Pumą   i   jego   wojownikami?   Zapytał   nas   o   to   Czerwona   Chmura.   Jako 

zwycięzca   nie   musiał   tego   czynić,   mógł   postąpić   tak,   jak   chciał.   Widać   jednak   pragnął   w 

background image

specjalny sposób okazać szacunek, z jakim się do nas odnosił.

Mniej więcej przed rokiem bawiłem jako gość u Czarnych Stóp i wraz z nimi brałem udział w 

dalekiej wyprawie, mającej na celu schwytanie “człowieka z blizną” i odnalezienie złotodajnych 

pokładów w Górach Skalistych. Wśród wielu przygód i niebezpieczeństw zawiązała się między 

nami przyjaźń. Znajomość Karola z Czarnymi  Stopami trwała znacznie dłużej, a przydomek 

Wielkiego Bobra, jaki uzyskał od swych czerwonych przyjaciół, świadczył najlepiej o szacunku, 

którym się cieszył. Bóbr jest bowiem u Indian symbolem mądrości i roztropności.

—  Uważam — zabrał głos Karol — że należałoby przesłuchać Pumę. Istnieją pewne nie 

wyjaśnione jeszcze sprawy. Sądzę, że Puma coś nam o nich powie. Czerwona Chmura skinął 

głową.

— Jeżeli  mój  czerwony brat  się zgodzi,  porozmawiam  z Pumą  w obecności  wszystkich  —

zaproponował Karol.

Czarownik powtórnie wykonał potakujący gest, a potem zawołał jednego z wojowników i 

rozkazał przyprowadzić jeńca. Czekaliśmy w milczeniu.

Czarna Puma nie nosił więzów, ale i tak o ucieczce nie było mowy. Podszedł do nas, starając 

się nadać sobie wygląd jak najbardziej dostojny.

—Wezwaliśmy Czarną Pumę — zaczął Karol — aby powiedział nam, dlaczego nas napadł, 

chociaż topór wojenny nie został wykopany? Od tego, co powie, zależeć będzie, jak z nim 

postąpimy.

—Czarna Puma jest wodzem i będzie odpowiadał siedząc.

Wykonał już ruch, jakby chciał usiąść, ale powstrzymali go stojący za nim wojownicy

.

— Czarna Puma jest jeńcem i będzie odpowiadał stojąc albo może odejść — odparł Karol.

Puma namyślał się chwilę.

— Ale   pamiętaj   —   dodał   mój   towarzysz   —   że   jeżeli   chcesz   kłamać,   pogorszysz   tylko 

sprawę. Tu przy tym ogniu siedzą wodzowie czerwonych i białych, którzy nie uczynili nic złego 

Czarnej Pumie, czemu więc na nich napadł?

Indianin wolno i jak gdyby z ociąganiem się zaczął opowiadać. Oto Ralf Usher zwrócił się do 

niego z propozycją towarzyszenia wyprawie dwu białych  myśliwych w dalekie strony. Skąd 

Puma znał Ushera? Niejeden raz sprzedawał mu konie (domyśliłem się od razu, skąd te konie 

mogły pochodzić — Puma nie posiadał żadnych stad!). Gdzie Puma miał się spotkać z białymi? 

Właśnie   tutaj,   na   Trzech   Wzgórzach.   Kiedy?   Dopiero   za   dwa   dni.   Dlaczego   więc   przybył 

wcześniej?  Dlatego,   że  od  spotkanego   przypadkowo  czerwonoskórego  dowiedział   się,  iż   po 

prerii krąży silny oddział Czarnych Stóp. Na wiadomość o tym zdecydował wówczas ukryć się 

w lesie Trzech Wzgórz., (Pamiętając o starych animozjach wojowników Kri do Czarnych Stóp 

background image

—   wyglądało   to   na   prawdę.)   Gdy   wysłani   zwiadowcy   donieśli   o   uwięzieniu   Ushera   i 

towarzyszy, dokonał napadu. Nie wiedział jednaką; że znajdzie tu Wielkiego Bobra.

Co miał otrzymać za swe usługi? 

Wódz opuścił głowę na piersi

— Nie chcesz? To ja ci powiem: miałeś otrzymać dużo złotego piasku.

Indianin milcząco skinął głową. 

—  Ale naprawdę  —  mówił dalej Karol — to byś nic nie dostał. “Człowiek z blizną” nie 

dotrzymuje obietnic. Teraz zastanowimy się, co z tobą począć.

Z kolei odezwał się Czerwona Chmura:

— Czy moi biali bracia pragną o coś jeszcze zapytać?

Zaprzeczyliśmy. Czarownik skinął na wojowników.

—Zabierzcie go, zwiążcie i dobrze pilnujcie. 

Milczeliśmy tak długo, jak długo Puma znajdował się w pobliżu. Potem Czerwona Chmura 

odezwał się znowu:

—Co sądzą moi biali bracia?

—On powiedział prawdę — odezwał się pierwszy Karol, a ja przytaknąłem i dodałem:

—Decyzja należy do Czerwonej Chmury.

—A jak by postąpił Wielki Bóbr? — zapytał czarodziej.

—Puściłbym go wolno. Przecież wojownicy Czarnych Stóp nie ponieśli żadnych strat, a poza 

tym...

Tu opowiedział o wystąpieniu Czarnej Pumy w naszej obronie. Czarownik wysłuchał go w 

milczeniu   i   wydobył   zza   pasa   malutki,   srebrno   połyskuj   ąpy   gwizdek.   Ozwał   się   wysoki, 

przenikliwy   ton.   Po   raz   pierwszy   spotkałem   się   z   tego   rodzaju   sygnalizacją   u   Indian. 

Prawdopodobnie był to “wynalazek” Czerwonej Chmury przyswojony przez niego z czasów, 

kiedy przebywał wśród białych.

Przenikliwy dźwięk zaalarmował kilkunastu wojowników i zgromadził ich wokół ogniska. 

Czerwona Chmura powstał.

— Przyprowadźcie Czarną Pumę.

Odeszli spiesznie i równie szybko wrócili z jeńcem.

— Jesteś wolny — rzekł czarownik. — Odejdziesz natychmiast ze swymi ludźmi. Zabierzesz 

broń i konie. Wielki Bóbr wstawił się za tobą. Jeśli jednak pojawisz się znowu na naszej ścieżce, 

spotkamy się po raz ostatni. Nie ma tu miejsca dla zbójów i koniokradów. Odejdź!

Odwrócił się plecami  do jeńca i siadł przy ogniu Czarna Puma stał jeszcze przez chwilę 

oszołomiony, nie wiem, czym więcej: niespodziewanym uwolnieniem bez okupu, bez żadnej 

background image

kary (rzecz bardzo rzadka w stosunkach międzyplemiennych) czy pogardą, jaka dźwięczała w 

słowach Czerwonej Chmury. 

Nie odezwał się i powoli odszedł. Po paru minutach usłyszeliśmy tupot końskich kopyt — 

Czarna Puma ze swymi ludźmi opuszczał nasz obóz.

Domyśliłem się, iż na decyzję Czerwonej Chmury wpłynęło nie tylko zachowanie się Czarnej 

Pumy wobec Karola, ale również wstręt do bratobójczych walk, do zaogniania i przeciągania 

sporów w wielkiej rodzinie czerwonych mężów.

Kiedy ucichły ostatnie głosy odjeżdżających, czarownik rzekł:

— A teraz, jeśli moi bracia się zgodzą, przesłuchamy schwytaną bladą twarz.

Ralf Usher, gdy go sprowadzono, zachował  się wręcz odmiennie  od swego poprzednika. 

Gadał bez przerwy i bez przerwy kłamał. Do tego tak naiwnie, iż -trudno było powstrzymać śię 

od   śmiechu.   Tylko   Czerwona   Chmura   pozostał   niewzruszony   i   rozkazał   wreszcie   jeńca 

odprowadzić. Nie zastanawialiśmy się długo nad jego losem. Irvin oświadczył, iż Ushera stawi 

przed   sądem   pod   zarzutem   ukrywania   przestępców   i   udziału   w   napadzie.   Należy   tylko 

przetransportować Ralfa do Fort Benton. Kto miał się tego podjąć?

Istniały dwie możliwości: pierwsza, że towarzyszyć mu będzie sam szeryf wraz z zastępcą; 

druga,   że   pojedzie   z   więźniem   tylko   Robertson.   Ponieważ   decyzja   w   tej   sprawie   należała 

wyłącznie   do   szeryfa,   nie   było   nad   czym   debatować.   Irvin   nie   zastanawiał   się   długo* 

Oświadczył, iż nie zrezygnuje z pościgu za Rothcliffem, Wobec czego Ushera odtransportuje 

Robertson,   a   jednocześnie   odprowadzi   do   Benton   pożyczone   dla   mnie   i   Karola   konie. 

Otrzymaliśmy   inne   od   Czarnych   Stóp.   Ba,   dostałem   tego   samego   wierzchowca,   na   którym 

jeździłem przed rokiem!

Jednakże Robertson nie powinien jechać sam. Chociażby ze względu na bandę Czarnej Pumy. 

Czerwona

 

Chmura ofiarował pomoc — przydzielił Robertsonowi dwu wojowników. Mieli go 

odprowadzić   do  samej  granicy  Stanów  i   Kanady.   Było  to  najlepsze   rozwiązanie  sprawy  ku 

zadowoleniu wszystkich — z wyjątkiem Robertsona, zdradzającego wyraźnie chęć pozostania z 

nami.

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, wrócili wywiadowcy Czarnych Stóp, wysłani; ;celem 

zbadania,   w   jakim   kierunku   uciekli   Scott   i   Rothcliff.   W   dwie   godziny   później   bez   żalu 

opuściliśmy obozowisko. Dwu ludzi z Robertsonem udało się .wprost na południe, reszta — na 

północ.

Teraz   dowiedziałem   się   o   wynikach   poszukiwań.   Zwiadowcy,   posuwając   się   tropem 

uciekinierów, natrafili na pas kamienistego gruntu, po którym toczyła wody niewielka rzeczka. 

Prawdopodobnie wiosenne powodzie zmyły tu glebę, a spod niej wyjrzała skała. Tropy znikły. 

background image

Mimo to Indianie przeszukali teren po obu brzegach i ślad istotnie odnaleźli. Ruszyli nim. Jakież 

jednak było ich rozczarowanie, gdy ścigając zbiegów stwierdzili, że są to dwaj... policjanci z 

Królewskiej Konnej!

Nastąpiła   wymiana   zdań,   z   której   początkowo   nic   nie   wynikło.   Policjanci   dość   nieufnie 

odnieśli się do tłumaczenia indiańskich wojowników. Zapytywali, kim są ścigani ludzie i jak 

wyglądają. Kiedy wreszcie opisano pobieżnie wygląd Scotta z jego charakterystyczną blizną na 

lewym policzku, jedna z “czerwonych kurtek” zapytała, czy tego człowieka przypadkiem nie 

poszukuje Karol Gordon zwany Wielkim Bobrem. Gdy wywiadowcy przytaknęli, “czerwona 

kurtka” zapytał, gdzie obecnie przebywa Wielki Bóbr, i polecił mu przesłać pozdrowienia od 

sierżanta Mitchella.

— Gary Mitchell! — wykrzyknąłem. — Ten by się nam teraz przydał.

 Karol pokręcił głową.

—Bardzo go lubię, ale... ale wolałbym nie spotkać   go w tych stronach. Irvin, wy byście 

pasowali do siebie jak para butów: dwaj przedstawiciele prawa. Jeden schwytałby Scotta, 

drugi Rothcliffa. Nareszcie byłby spokój. Niech to licho porwie! I co mówił jeszcze?

—Powiedział, że teraz nie może jechać na spotkanie z Wielkim Bobrem, ale o bladej twarzy z 

blizną pamięta.

—No, dobrze — odetchnął Karol. — Obecność Mitchella byłaby nam bardzo nie na rękę.

Tu   parę   słów   wyjaśnienia.   Sierżant   Mitchell   był   pierwszym   policjantem,   którego 

powiadomiliśmy,   przed   rokiem   jeszcze,   o   morderstwie   popełnionym   przez   Scotta.   Mitchell 

spotkał przypadkowo na kanadyjskiej prerii “człowieka z blizną”, a później brał udział wraz ze 

mną   i   Karolem   w   nieudanej   pogoni.   On   to   właśnie   zawiadomił   uniwersytet   w   St.   Louis   o 

tragicznym   końcu   naukowej   wyprawy.   O   desperackim   skoku   i   rzekomym   samobójstwie 

przestępcy w Dolinie Siodła w Górach Skalistych nic nie mógł wiedzieć. Dlatego się nie zdziwił, 

że nadal ścigamy Scotta. Ale sierżant Mitchell nie został również wtajemniczony w fakt istnienia 

w Górach Skalistych pokładów złota. Nie mówiliśmy mu nic, obawiając się, iż musiałby donieść 

o tym swym władzom przełożonym, w wyniku czego tajemnica przestałaby być tajemnicą ' i 

sprowadziłaby   na   ziemie   Czarnych   Stóp   tłumy   nieproszonych   gości.   Jeżeli   więc   obecność 

sierżanta wśród nas mogła stać się pomocą w schwytaniu przestępców, to z drugiej strony bardzo 

musiałaby nas krępować w realizacji zasadniczych planów: ponownego dotarcia do odkrytych 

złotodajnych pokładów i eksploatowania ich przez najbliższe miesiące wiosny i lata.

Indiańscy zwiadowcy po tym spotkaniu z Mitchellem zawrócili. Obawiali się, że mogą już 

nas nie zastać przy Trzech Wzgórzach. Teraz ruszyliśmy razem po tropach Scotta i Rothcliffa. 

Były słabo widoczne. Gorzej, bo po godzinie jazdy niebo zaciągnęło się chmurami i począł 

background image

siąpić drobniutki deszczyk. Należało się śpieszyć — bo jeśli po nocy wstanie słońce, mokra 

trawa podniesie się i znikną ostatnie ślady. Jakoż przynaglaliśmy wierzchowce, posuwając się 

długą kolumną pojedynczych jeźdźców. Tak dotarliśmy jeszcze tego samego dnia do rzeczki 

wymienionej przez zwiadowców, gdzie na kamienistych brzegach ginęły “wszelkie tropy. Odtąd 

musieliśmy   wytężać  cały swój   spryt.  Szczęściem  przestało   padać,  pognane  wiatrem   chmury 

odsunęły się ku południowi, a słońce — chociaż miało się ku zachodowi — rzucało na ziemię 

jeszcze sporo blasku.

Nad brzegiem rzeczki założyliśmy tymczasowy obóz. W jakim kierunku dalej jechać? Dokąd 

— zgodnie z logiką — mógł skierować się Scott z Rothcliffem?

Było nas wszystkich jedenastu: ośmiu Indian i trzech białych. Aż za dużo na szukanie śladów. 

Jeden drugiemu tylko by przeszkadzał. Dlatego na zbadanie nadbrzeżnej okolicy udaliśmy się 

we trójkę. Czerwona Chmura ruszył lewym brzegiem rzeczki, ja z Karolem — prawym. Konie 

pozostały w obozie.

Poszukiwania należało zacząć od odpowiedzi ńa pytanie: w górę czy w dół wody? Karol przy 

pomocy   kompasu   stwierdził,   iż   rzeczka   płynęła   ku   południowi.   Może   więc   stanowiła   jakiś 

dopływ Rzeki Mlecznej, wpadającej z kolei, już na terenie Stanów Zjednoczonych, do Missouri?

Nie, w tamtym kierunku nie mogli się udać uciekający. Prowadził on przecież w najludniejsze 

okolice, ba, nawet zbliżał ku Fort Benton. Scott dobrze wiedział, że poszukuje go policja, a 

Rothcliff nie zaryzykowałby po raz drugi wizyty w Benton. Jeśli więc postanowili wędrować 

wzdłuż wody, musieli się posuwać nie z prądem, ale pod prąd. I tam ich należało szukać.

Z głowami pochylonymi ku ziemi szliśmy powoli krok za krokiem. Upływały minuty, ale ani 

my, ani Czerwona Chmura nie znaleźliśmy nic godnego uwagi.

—Cóż byś zrobił na ich miejscu, Janie, pragnąc zatrzeć ślady? — zagadnął nagle Karol.

—Sprawa prosta. Jechałbym po takim gruncie, na którym nie odbijają się końskie kopyta, 

albo po takim. na którym ślady same się zacierają. Mam na myśli koryto rzeczki. Jest płytka i 

jazda jej nurtem nie przedstawia żądnych trudności.

—Słusznie. Scott i Rothcliff mieli podwójne szczęście. Po pierwsze: trafili na rzeczkę, po 

drugie: dostrzegli na jej przeciwległym brzegu odciski kopyt końskich (akurat dwu koni!) 

“czerwonych kurtek”. Znakomita okazja dla zmylenia tropu.

—Ale przecież gdzieś i kiedyś musieli wyjść z wody.

— Szukajmy, gdzie, a będziemy wiedzieli, kiedy.

Tego wieczoru nie rozwikłaliśmy jednak zagadki.

Tarcza słoneczna coraz głębiej zapadała poza horyzont. Ściemniło się. W tych warunkach 

łatwo przeoczyć ślady. Zawróciliśmy więc do obozowiska. Niezbyt przyjemnie wypadł nocleg 

background image

na wilgotnej ziemi i bez miłego ciepła ogniska. Bo chociaż czerwonoskórzy wojownicy zebrali 

sporo suchych patyków jeszcze w lesie Trzech Wzgórz i wieźli je z sobą, Czerwona Chmura 

zabronił rozpalania ognia. Na tej przestrzeni widać by go było z daleka.

W smętnym więc nastroju — wspominając swe łóżko w Milwaukee — ległem na kocu z 

siodłem pod głową i sztucerem pod ręką.

Nazajutrz zerwaliśmy się na nogi jeszcze przed świtem, zziębnięci i zupełnie mokrzy. Bolały 

mnie kości i mięśnie, a zębami tak głośno szczękałem, że Karol wyraził przypuszczenie, iż w ten 

sposób ostrzegę o naszej obecności wszystkich w promieniu kilku mil. Rozgrzałem się nieco 

jadąc, ale dopiero gdy różowe zorze ukazały się przed nami, minęły mi dreszcze.

Podziwiałem Czerwoną Chmurę i jego wojowników zeskakujących z koni, aby przyjrzeć się 

jakiemuś   podejrzanemu  pochyleniu   źdźbła   trawy  czy  kupce   piasku  omywanego   przez  wodę 

rzeczki, wzdłuż której posuwaliśmy się znowu. Jak dotąd niczego nie odkryliśmy.

—Oni stale jechali korytem — stwierdził Karol.

—Czyżby zamienili się w kaczki? — zapytał szeryf. I jemu kiepski nocleg dał się we znaki. 

Był więc nieco zgryźliwy.

—Kaczki, nie kaczki — odparł Karol. — Kiedyś wreszcie będą musieli wyjechać z koryta, 

zwłaszcza jeśli bieg wody przestanie być zgodny z kierunkiem ich jazdy. Więc cierpliwości!

Minęła dalsza godzina bezowocnych poszukiwań. Szeryf podejrzewał nawet, iż znajdujemy 

się na “ślepym” tropie.

— Zapewne w ogóle tędy nie jechali. Jeżeli do wieczora nie znajdziemy śladu, wracam.

Wstrzymaliśmy  konie i zsiedli,  aby rozprostować kości. Może szeryf  istotnie  miał  rację? 

Karol   uśmiechnął   się   i   przecząco   pokręcił   głową.   Potem   wydobył   lornetkę   i   zachęcił   nas, 

abyśmy  poszli  za jego przykładem.  Uczyniłem  to bez żadnej  nadziei  ujrzenia  czegokolwiek 

zasługującego na uwagę. Pesymizm mój okazał się uzasadniony. Dostrzegłem tylko morze falu-

jących traw przecięte dolinką naszej rzeczki. Wetknąłem lornetkę do torby. Karol widać miał 

inny pogląd, bo podszedł do Czerwonej Chmury, podał mu szkła i wskazał ręką kierunek.

—  Co oni takiego widzą? — mruknąłem do szeryfa.

Irvin raz jeszcze skorzystał z lornetki. 

—  Dalibóg, nie wiem, ale domyślam się. Niech pan zwróci uwagę, doktorze, na tę czarną 

plamkę. Ot, tam.

Znowu przyłożyłem szkła do oczu.

:

—Widzę. No i co z tego?

—Może nic, a może i coś.

—Dajmy spokój zagadkom. O co chodzi?

background image

—O to, że czarna plama oznacza gęste zarośla lub las. Scott i Rothcliff to spryciarze. Jeśli 

istotnie posuwali się korytem rzeki, to tam właśnie mieli najlepszą okazję, by ją porzucić. 

Zarośla lub las kryją ślady, a poza tym gdzież najlepiej obozować na tej równinie, jeśli nie 

chce się być dostrzeżonym?

Karol był tego samego zdania. Wskoczyliśmy na siodła i znowu pognali. Trochę mi już to 

wszystko  dojadło,  ale  cóż   miałem  począć?   Zapadłem  w  jakiś  dziwny  stan  półsnu,  półjawy. 

Musiałem   chyba   spać   z   otwartymi   oczami,   bo   —   jak   mi   później   opowiadał   Karol   —   nie 

odpowiadałem na zadawane mi pytania, chociaż nic nie wskazywało na to, bym spał. Jeszcze mi 

się   to   nigdy   nie   zdarzyło   i   uważałem   ten   fakt   za   coś   nadzwyczajnego.   Irvin   rozwiał   moje 

przypuszczenia. Twierdził, iż taki sposób zapadania w sen znany jest Indianom, a praktykowany 

również przez białych.  Karol oświadczył,  iż staję się “prawdziwym”  westmanem.  Jak długo 

podróżowałem   w   takim   stanie   podświadomej   drzemki   —   nie   wiem.   Wyrwano   mnie   z 

odrętwienia, gdy wreszcie dopadliśmy celu. Był nim niewielki zagajnik świerkowy, przerżnięty 

korytem naszego strumienia. Nad wodą odkryliśmy zwęglone kawałki drzewa i ciemny krąg 

wypalonej   trawy.   Czerwona   Chmura,   Karol   i   szeryf   natychmiast   zajęli   się   dokładnym 

przeszukaniem okolicy Ja byłem na to zbyt zmęczony. Nic w tym dziwnego. Nie oswoiłem się 

jeszcze z prerią i jej trudami. Siadłem pod jakimś drzewem i zasnąłem. Zbudził mnie blask ognia 

i   trzaskanie   drew.   Wokół   ogniska   leżeli   moi   towarzysze,   a   Czerwona   Chmura   na 

improwizowanym rożnie piekł jakieś mięso.

Karol pierwszy spostrzegł, że się ocknąłem:

—No, Janie, mamy dobrą wiadomość.

—Byli tu? — mruknąłem rozespanym głosem.

—A   jakże.   Tamta   wypalona   trawa   to   ich   ognisko.   Ślady   kopyt   końskich   dość   wyraźne. 

Bardzo sobie chytrze postąpili jadąc tak ciągle wodą, ale my byliśmy chytrzejsi.

—Ba, jeśli przypadkiem znowu nie bawiły tu “czerwone kurtki” albo jeszcze ktoś inny.

—Nie ma nigdy pewności, doktorze — wtrącił się szeryf. — Na prerii nie odnajdziesz, aż 

zobaczysz.  Ale to byłby  wyjątkowo  złośliwy zbieg  okoliczności,  gdybyśmy po raz drugi 

trafili na mylny trop.

Nic na to nie odpowiedziałem. Zjadłem przeznaczony mi kawał pieczeni (jak się okazało, moi 

towarzysze   w   zagajniku   upolowali   sarnę),   popiłem   kawą,   podsunąłem   pod   głowę   siodło, 

otuliłem się kocem i znowu zasnąłem.

Zła Dolina

Minęły jeszcze trzy dni jazdy, podczas której nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Ranki 

background image

stawały się coraz piękniejsze, dni coraz dłuższe i coraz cieplejsze. Gdzieniegdzie preria okrywała 

się kwiatami. Któregoś wieczoru dostrzegliśmy małe stadko bizonów, ale ani nam-w głowie było 

urządzać   polowanie.   Siady   uciekających   raz   nikły,   raz   pojawiały   się,   a   Czerwona   Chmura 

twierdził, iż wyprzedzają nas nie więcej niż o dzień drogi. Przypuszczaliśmy, że nie wiedzą nic o 

pościgu. Że są przekonani o ostatecznym wyprowadzeniu nas w pole, maskując starannie i tak 

uporczywie swe tropy. Teraz więc należało wzmóc tempo pogoni. Sprawa wlokła się stanowczo 

zbyt   długo   i   przeszkadzała   w   wykonaniu   zasadniczego   zadania,   dla   którego   przecież 

przybyliśmy tutaj.

Decyzja   przyśpieszenia   jazdy   natrafiła   w   praktyce   na   nieprzewidzianą   trudność.   Oto 

zaczęliśmy spotykać coraz częściej głębokie parowy z szemrzącymi, wiosennymi strumykami — 

dopływami rzeczki, brzegiem której ciągle jeszcze posuwaliśmy się. Opóźniało to bardzo jazdę i 

słaba była pociecha w tym, iż nasi przeciwnicy napotykali te same przeszkody. Jednego z takich 

męczących   dni,   gdy   po   raz   czwarty   czy   piąty   z   rzędu   sprowadzaliśmy   wierzchowce   po 

pochyłości  kolejnego jaru, Czerwona Chmura,  który kroczył  na czele,  zatrzymał  się nagle i 

podniósł   rękę.   Stanęliśmy   natychmiast.   Przez   kilka   sekund   przypominaliśmy   szereg   jakichś 

dziwnych posągów wyrosłych wśród prerii. Wreszcie czarownik dał znak, że możemy iść dalej. 

Gdy   jednak   dosięgliśmy   dna   parowu,   rozkazał   swoim   wojownikom   stanąć,   a   nas   trzech 

przywołał do siebie. Najpierw wskazał na zupełnie wyraźne odbicia kopyt końskich na bardziej 

grząskim dnie parowu, a potem powiedział zniżając głos:

— Niech   moi   bracia   natężą   dobrze   słuch.   Jeśli   Czerwona   Chmura   się   nie   myli,   gdzieś 

niedaleko znajduje się człowiek.

— Człowiek? — zdziwił się szeryf.

— Tak. Posłuchajcie!

Czarownik   musiał   mieć   istotnie   słuch   bardzo   czuły,

 

bo   ja   nie   mogłem   uchwycić   żadnego 

dźwięku poza łagodnym szumem wiatru zginającego gałęzie rosnącego tuż obok krzaka dzikiej 

róży.

— Czy moi bracia coś zauważyli?

Milczeliśmy, a Karol przecząco potrząsnął głową.

— Więc   pewnie   się   mylę.   Zostawmy   jednak   tutaj   konie.   Trzech   wojowników   ma   ich 

pilnować, dwaj wdrapią się z powrotem na górę, trzeba mieć oko na prerię. Chodźmy.

Postąpiliśmy zgodnie z poleceniem czarownika, stąpając ostrożnie tuż przy zboczach parowu, 

dwaj z jednej, dwaj z drugiej strony. Dostrzegałem coraz wyraźniej odbicia końskich kopyt. Dno 

wąwozu stopniowo dźwigało się, w miarę jak oddalaliśmy się od koryta rzeczki. Tędy więc 

skręcić musieli uciekający, a świeżość śladów świadczyła, iż przejeżdżali przed paru zaledwie 

background image

godzinami.   Nadchodziło   upragnione   przez   nas:   wszystkich   zakończenie   —   mordercy   mieli 

wreszcie wpaść w ręce sprawiedliwości. Najbardziej z tego uradowany był szeryf. Z wyraźnym 

zadowoleniem obserwował koński trop.

—Niech mi włosy na dłoni wyrosną, jak teraz nam się wymkną...

—Ciii... — zaszeptał Czerwona Chmura. — Posłuchajcie.

Znowu przystanęliśmy. Czy to było jęczenie wiatru w zaroślach? A może. głos kujota? Nie 

mogłem rozpoznać, ale czarownik nie mylił się. Daleko przed nami odzywał się jakiś dźwięk. 

Głos człowieka? Brzmiał słabo i niewyraźnie. Jakieś przeciągłe i dalekie: “oooL.oooL.hoo!”

Dźwięk powtarzał się, gasł, chwilami nabrzmiewał i znowu ginął. Ruszyliśmy w milczeniu, 

starając   się  posuwać   jak   najprędzej   i   jak   najciszej.   Tak   minęło   zapewne   kilkanaście   minut. 

Wąwóz stawał się coraz płytszy,  ale  nadal jeszcze  jego ściany wznosiły się ponad naszymi 

głowami. Przeciągłe wołanie znowu się powtórzyło, tym razem już znacznie wyraźniejsze. To 

jednak   był   głos   człowieka.   Jeszcze   kilkadziesiąt   yardów   bardziej   stromej   drogi   i   oto   nagle 

wąwóz   rozszerzył   się   w   półokrągłą   dolinkę,   obrzeżoną   krzakami,   porosłą   świeżą   trawą. 

Pośrodku wyrastał potężny klon, a do pnia przywiązany był człowiek. Podbiegliśmy. Kilka cięć 

nożem i bezwładne ciało osunęło się na ziemię. Pochyliłem się nad nieprzytomnym, podczas gdy 

moi towarzysze rozproszyli się dokoła, lustrując teren. Był to Indianin. Kto go mógł uwięzić w 

tak okrutny sposób, skazując na śmierć z głodu i pragnienia?

Z wyjaśnieniami trzeba było czekać, aż odzyska przytomność.

—Bierz się szybko do dzieła, Janie — zauważył Karol — bo biedaczek gotów zemrzeć, nie 

pisnąwszy

 

ani słowa. A ręczę, że ma ciekawe rzeczy do opowiedzenia.

Rozbiegliśmy  się w poszukiwaniu  wody.  Szeryf  znalazł trochę  brudnej  wilgoci, malutkie 

bajorko.   Skropiłem   tą   cieczą   twarz   leżącego   i   razem   z   Karolem   zastosowaliśmy   sztuczne 

oddychanie.   Pomogło.   Leżący   westchnął,   pierś   poczęła   się   unosić,   otworzył   oczy,   ale 

natychmiast je zamknął mruknąwszy coś niezrozumiale. Tymczasem sprowadzono konie, a z 

nimi resztę wojowników. Dwaj Indianie udali się konno do rzeczki po wodę. Kiedy ją przywieźli 

w worku uszytym  z bawolej  skóry,  spróbowałem wlać kilka kropel  do ust leżącego.  Moim 

wysiłkom przyglądał się z widoczną dezaprobatą szeryf. W końcu zakrzątnął się wokół siodła 

swego konia i z torby wydobył flaszkę z grubego ciemnego szkła.

— Dajcie spokój — powiedział. — Co tam wasza woda pomoże. Ja mam coś lepszego. Zaraz 

go to na nogi postawi.

Ukląkł, odkorkował butelkę, nachylił ją ostrożnie nad ustami leżącego i kropelka po kropelce 

sączył płyn. Rozszedł się mocny zapach whisky. Indianin przełknął łyk, zakaszlał się, otworzył 

oczy i siadł. Ustąpiłem miejsca Czerwonej Chmurze. Szeryf  triumfalnie odniósł swą flaszkę 

background image

radząc   mi   na   przyszłość   zaopatrywać   się   w   podobne   leki.   Teraz   dopiero   podaliśmy   wodę. 

Przyjrzałem się dokładniej siedzącemu. Był ubrany dość nędznie, w bardzo już sfatygowane 

legginy

9

  i skórzaną kurtkę z jelonkowej skóry, tak wytartą, iż miejscami pozbawioną sierści. 

Broni nie posiadał żadnej z wyjątkiem noża, który tkwił za pasem. Zdziwiło mnie, iż napastnicy 

pozostawili mu ten oręż. Czerwona Chmura przyglądał mu się długo i w milczeniu.

—Kim jesteś? — zapytał wreszcie.

—Jam jest Bawola Głowa z plemienia Kri.

—Skąd się tu wziąłeś?

—Bawola Głowa szukał tropów bizonów, aby mężowie plemienia Kri mogli zdobyć świeże 

mięso.

Z dalszego opowiadania czerwonoskórego wynikało, że zapędził się dość daleko od siedzib 

swych   współplemieńców,   których   wigwamy   wznosiły   się   przecież   aż   nad   północną 

Saskatchewan. Mało tego, dostał się na tereny łowieckie Czarnych Stóp. Ale Czerwona Chmura 

nie potraktował go jako intruza, mimochodem tylko zwrócił uwagę, iż na północy również nie 

brak zwierzyny.

Indianin,   ilustrując   swe   słowa   gestami,   najpierw   opisał   spotkanie   z   dwiema   bladymi 

twarzami,   niedaleko,   tuż   nad   rzeczką.   Przypominali   kropka   w   kropkę   Scotta   i   Rothcliffa. 

Potwierdzałoby to, iż znajdowaliśmy się na właściwym tropie. Dlaczego jednak Scott i Rothcliff 

postąpili w ten właśnie sposób ze spotkanym Indianinem?

Z   dalszej   relacji   uwolnionego   wynikało,   iż   jeden   z   koni   białych   okulał.   Zaproponowali 

Bawolej Głowie zamianę wierzchowców. Indianin odmówił, mimo iż biali ofiarowali mu dopłatę 

w postaci prochu i amunicji. Ale on bez rączego konia nie mógł wykonać powierzonego mu 

zadania: odnaleźć wiosenną trasę węd- , rowki bizonów. Więc dlatego odmówił. Doszło do spo-

ru, a potem do kłótni i bójki. Biali skradli mu konia i broń. Po co go jeszcze przywiązywali do 

drzewa?   Przecież   nie  mógł  ich  doścignąć?   Uczynili  to  chyba  tylko  dla  zaspokojenia  swych 

okrutnych instynktów.

Szeryf,   wysłuchawszy   tych   relacji,   stwierdził,   iż   nigdy   nie   posądzał   Rothcliffa   o   coś 

podobnego.

— To na niego nie wygląda — powiedział. — Poranić czy zastrzelić człowieka w bójce, 

zwłaszcza po pijanemu, co innego, ale tak na zimno skazywać kogoś na powolną śmierć?

Odezwałem się, że to pewnie Scott skłonił swego towarzysza do współudziału w tego rodzaju 

postępku. Scott — moim zdaniem — był zdolny do każdego łajdactwa. Gdzież jednak podział 

się okulawiony koń?

9 Legginy — rodzaj indiańskich spodni składających się z oddzielnych nogawek.

background image

Bawola Głowa utrzymywał, iż biali zostawili zapewne wierzchowca nie spętanego i że w 

nocy zwierzę uciekło na prerię. Na zakończenie dodał, iż gdyby miał konia i broń, ruszyłby 

natychmiast za złodziejami, aby odebrać swą własność i zmyć hańbę. Powiedział jeszcze coś 

więcej: obaj biali przed wybuchem sporu rozmawiali z sobą zupełnie swobodnie przy ognisku. 

Przysłuchując się im, zapamiętał sobie jeden, ale ważny szczegół: oto zamierzali skierować się 

do Złej Doliny. Tam mieli kogoś oczekiwać.

Zła Dolina. Nigdy nie spotkałem się z taką nazwą. Zagadnięty o to Karol szybko sprawę 

wyjaśnił.   O   Złej   Dolinie   mało   kto   wiedział.   Znali   ją   Indianie   Kri,   znały   północne   szczepy 

plemienia   Czarnych   Stóp  i  nieliczni  biali   traperzy,   ale  tych  można   by  policzyć  na   palcach. 

Tworzyły ją wapienne skruszałe skały, wyrastające na równinie jak wyspa wulkanicznego po-

chodzenia  z otchłani  morza.  Dwa równoległe  do siebie  pasma  skalne,  podziurawione  siatką 

jaskiń, przegrodzone właśnie Złą Doliną, stanowiły świetny punkt obserwacyjny dla tego, kto 

chciał i mógł z niego korzystać. Karol Gordon w swych wędrówkach parokrotnie trafiał do Złej 

Doliny.   Jej   nazwa   pochodziła   rzekomo   od   bratobójczej   walki,   w   której   poległo   wielu 

wojowników dwu wrogich sobie plemion. Miało się to wydarzyć tak dawno, że dzisiaj nikt już 

nie wiedział, o co i między kim toczyła się ta bitwa. 

Po przebadaniu Bawolej Głowy Czerwona Chmura oddał go pod opiekę swych wojowników. 

Rozpalono   dwa   ogniska.   Przy   jednym   zasiedliśmy   we   czwórkę   wraz   z   czarownikiem.   Na 

wierzchołkach ścian wąwozu stanęły warty. Gdy wreszcie spożyliśmy po kawałku suszonego 

mięsa, gdy wraz z Karolem nabiliśmy fajki tytoniem, Czerwona Chmura — dotąd milczący — 

zapytał:

— Co sądzą moi bracia o opowiadaniu Bawolej Głowy?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Relacja uwolnionego przez nas wojownika nie nasuwała przecież 

zastrzeżeń. Była z punktu widzenia logiki faktów możliwa do przyjęcia, wiarygodna. Zdaje się, 

że i Karola zaskoczyło takie pytanie, bo tylko wypuścił z ust wielki kłąb dymu i nie kwapił się z 

odpowiedzią. Za to szeryf Irvin — ku memu zdziwieniu — rzekł:

— Podzielam wątpliwości Czerwonej Chmury...

Czarownik skinął głową:

—Mój biały brat dobrze odczytał moje myśli. Wysłuchamy go uważnie.

—A więc — zaczął Irvin — jakoś dziwnie wygląda dla mnie fakt przywiązania Bawolej 

Głowy do drzewa. Po co to zrobili? Podejrzany jest również okulały koń, który tak daleko 

odbiegł, iż nigdzie go nie można dostrzec. Gdzie jest wreszcie ognisko, przy którym siedział 

Indianin wraz z białymi, i gdzie ślady walki, którą musiał stoczyć we własnej obronie? Na te 

pytania nie znajduję odpowiedzi. Może Czerwona Chmura wie coś więcej ?

background image

Gdy szeryf umilkł, a nikt nie zabrał głosu, przemówił czarownik Czarnych Stóp.

— Moi wojownicy już zdążyli przeszukać brzegi strumienia, ślady po ognisku są, ale śladów 

walki   brak.   Może   zadeptały   je   kopyta   końskie.   Konie   były   istotnie   trzy...   Dlaczego   jednak 

Bawola Głowa dopiero tutaj został skrępowany, a nie nad wodą? Dlaczego twierdzi, że stało się 

to, zanim słońce dwa razy skryło się pod ziemią? Siady są zupełnie świeże. Spróbuję zapytać o 

to  wojownika  Kri,  ale  uczynię  to   tak,  aby nie  przypuszczał,  iż   go  posądzamy   o  kłamstwo. 

Howgh!

—Janie — zwrócił się teraz do mnie Karol — co sądzisz o stanie zdrowia Bawolej Głowy? 

Jako   lekarz   najlepiej   się   orientujesz,   czy   Indianin   mógł   istotnie   dwie   doby  pozostawać   bez 

pokarmu i napoju?

Zastanowiłem się. Czy omdlenie mogło być udane? Niosąc pomoc omdlałemu nie traciłem 

czasu na zbadanie czynności serca. Biorąc pod uwagę ten fakt oświadczyłem, iż nie mogę z całą 

pewnością   stwierdzić,   czy   Indianin   został   pozbawiony   swobody   ruchów   już   przed   dwoma 

dniami, czy dopiero wczoraj. Jednak objawy wyczerpania były zbyt  wyraźne, aby je można 

uznać za udane.

—Ba   —   ozwał   się   Irvin   —   trzeba   jednak   wziąć   pod   uwagę   fakt   dużej   odporności 

czerwonoskórych na cierpienia, fizyczne.

—To by raczej potwierdzało prawdę słów Bawolej Głowy — odparłem.

—Jeśli to wszystko jest oszustwem — dodał Karol — jaki mógłby być jego cel?

Na to pytanie nikt nie potrafił odpowiedzieć. Bawola Głowa raz jeszcze potwierdził  swe 

poprzednie relacje, tłumacząc brak śladów walki tym, iż go znienacka ściągnięto z konia, tuż 

obok starego klonu, i że zaskoczony bronił się bardzo krótko. Na pytanie, dlaczego ruszył razem 

z białymi wiedząc, iż pragną zamienić wierzchowca, odparł, że propozycja ta została wysunięta 

przez blade twarze dopiero później, kiedy już znajdowali się w drodze.

Można to było uznać za prawdę, ale nasuwały się zastrzeżenia. Dlaczego na przykład Scott i 

Rothcliff nie obezwładnili czerwonoskórego wtedy, gdy siedział z nimi przy ognisku.

Postanowiliśmy   go   wypróbować.   Okazja   do   tego   trafiała   się   znakomita:   nie   mieliśmy 

wolnego   konia,   więc   Indianin   musiałby   jechać   z   nami   jako   dodatkowy   jeździec. 

Powiadomiliśmy go o tym, czekając, jak zareaguje. Gdyby upierał się przy pieszej, samotnej 

wędrówce,   zdradziłby   się   z   tym,   iż   gdzieś   w   pobliżu   czekają   na   niego   wspólnicy.   Piesza 

wędrówka przez prerię byłaby przecież bardzo ryzykowna.

Ale Bawola Głowa przyjął naszą propozycję spokojnie, a gdy dowiedział się, że ruszamy 

dalej   tropem   jego   wrogów,   okazał   radość.   Ba,   obiecał   poprowadzić   nas   ku   Złej   Dolinie. 

Przyjęliśmy to oświadczenie za dobrą monetę. Wszystko więc układało się pomyślnie, gdy nagle 

background image

szeryf, milczący teraz i ponury jak noc, zakomunikował, iż musi wracać “kawałek drogi”.

Dosłownie — osłupiałem.

—Co się stało, szeryfie?

—Zgubiłem zegarek. Cenna pamiątka, z którą nigdy się nie rozstawałem. To mój talizman. 

Pewnie wypadł mi z kieszeni na poprzednim postoju. Muszę go odnaleźć.

—Do licha — zakłopotał się Karol. — Zmęczysz konia. I jak nas potem dogonisz. Jeszcze 

zbłądzisz...

—Za kogo mnie bierzesz? Ja i zabłądzenie! Ślepy by trafił.

—Ja z panem pojadę, szeryfie — zaproponowałem.

Żachnął się.

—A po co?

Próżno namawialiśmy go, aby zaniechał postanowienia. Nie dał się przekonać i natychmiast 

zawrócił.

Następnego   dnia   podróży   zauważyliśmy,   iż   ślady,   które   służyły   za   drogowskaz,   skręciły 

raptownie ku północy. Karol kazał nam stanąć.

— Nie rozumiem — powiedział. — Jeżeli oni jadą ku Złej Dolinie, dlaczego zbaczają? Znam 

świetnie kierunek, ale to nie ten.

Zagadnęliśmy Bawolą Głowę. Wyjaśnił, iż o tej porze roku nie ma innej drogi do Złej Doliny. 

Przed nią bowiem rozciąga się spora niecka prerii, przez którą przepływa strumień. Na wiosnę 

powstaje tu rozlewisko.

— No i co teraz? — zapytałem. Karol pokręcił głową.

—Nigdy o czymś podobnym nie słyszałem. Co prawda odwiedzałem dolinę podczas lata, nie 

wiosną. Nie przypominam sobie jednak, aby ukształtowanie terenu sprzyjało powstawaniu 

rozlewiska. Biorę pod uwagę jeszcze inną sprawę: jeśli Scott i Rothcliff pojechali dłuższą 

drogą (a na to wygląda), mamy szansę dotarcia do celu przed nimi. To bardzo ważne. Jak już 

wspomniałem, skały otaczające dolinę stanowią świetny punkt obserwacyjny na wiele mil 

dokoła. Jeśli pozwolimy się wyprzedzić, powstanie trudność z podejściem do doliny w sposób 

niewidoczny dla ewentualnych obserwatorów.

—Cóż więc radzisz?

—Jechać szybko i najkrótszą drogą.

Tak też postąpiliśmy. Gdy Bawola Głowa spostrzegł, że nie jedziemy śladami uciekających, 

próbował protestować. Twierdził, że w ten sposób nigdy nie dogonimy zbiegów. Zauważywszy 

jednak, iż jego protesty nie odnoszą skutku, zamilkł i nie odezwał się już do końca podróży.

background image

Czerwona   Chmura   nakazał   swym   wojownikom

 

zwracać   nań   baczną   uwagę,   ale   jego 

zachowanie nie budziło żadnych podejrzeń.

Dzień cały minął w zupełnym spokoju. Nazajutrz przy pomocy lornetek dostrzegliśmy na 

horyzoncie siwe pasemko wyniosłości.

—To nasze górki — stwierdził Karol. — Możemy jeszcze jechać tak długo, jak długo nie 

ujrzymy ich gołym okiem. Potem trzeba będzie posuwać się tylko nocą. Bo gdyby już tam 

byli, w dzień dostrzegli by nas z pewnością.

—Karolu — wtrąciłem — nie przypuszczasz chyba, że się nas spodziewają?

—Nie przypuszczam, ale jeśli prawdziwe jest twierdzenie Bawolej Głowy, że mają na kogoś 

czekać, muszą dokładnie przepatrywać prerię.

Nad   wieczorem   zarysy   gór   stały   się   już   dobrze   widoczne.   Dlatego   właśnie,   wbrew 

dotychczasowej zasadzie, po parogodzinnej przerwie jeszcze tej samej nocy ruszyliśmy w dalszą 

drogę, aby o wczesnym świcie zapaść w kępie olchowych  drzewek. Obrastały one malutkie 

jeziorko. Tu pozostaliśmy przez cały dzień, nudząc się i odsypiając nie przespaną noc. Gdy 

zgasły wieczorne  zorze,  wskoczyliśmy  na siodła. Droga była  równa, jazda szybka.  Panował 

jeszcze mrok, gdy zatrzymała nas woda odgradzająca szeroką płaszczyzną górskie pasmo. Ale 

było   płytko   i   przebyliśmy   rzeczkę   bez   kłopotów.   Teraz   należało   postępować   z   największą 

ostrożnością.   Z   powodu   nieco   kamienistego   gruntu   obwiązaliśmy   kopyta   koni   szmatami   i 

posuwaliśmy   się   pieszo,   prowadząc   wierzchowce   za   uzdy.   Jak   długo   trwała   taka   mozolna 

wędrówka,   trudno   mi   określić.   Ale   poczynało   już   szarzeć,   gdy   wśród   fantastycznie 

postrzępionych zboczy otwarła się wielka wyrwa, jakby brama wyrąbana w murze skalnym. Tak 

wyglądało wejście do Złej Doliny. 

Przystanęliśmy na chwilę. Konie powierzono opiece wojowników a my we trójkę, korzystając 

z   zasłony   gęsto   rosnących   krzewów   i   nierówności   gruntu,   poczęliśmy   się   skradać.   Bawola 

Głowa wyraził chęć towarzyszenia nam, lecz nie skorzystaliśmy z tej propozycji. Pozostał więc 

przy koniach.

W Dolinie było znacznie mroczniej niż na otwartej prerii. Jeszcze w górze dość wyraźnie 

rysowały   się   postrzępione   w   dziwaczny   sposób   grzbiety   górskiego   łańcucha,   ale   na   dole 

musieliśmy   dobrze   wytężać   Wzrok,   aby   nie   wpaść   na   któryś   z   licznie   rozsianych   głazów. 

Posuwaliśmy się powoli i w zupełnym milczeniu. Na koniec odsłoniło się przed nami załamanie 

gruntu i kilka yardów dalej ujrzałem purpurę żarzącego się ogniska. Tuż przy ognisku ciemniały 

na ziemi jakieś nieforemne kształty. Więc jednak Scott i Rothcliff wyprzedzili nas!

Poczęliśmy   się   czołgać.   Podeszliśmy   tak   blisko,   iż   w   leżących   rozpoznawałem   już   dwie 

sylwetki ludzkie, zapewne pogrążone w głębokim śnie. Cóż za brak ostrożności?

background image

Jeszcze kilka kroków i na znak Czerwonej Chmury wyskoczyliśmy. O dziwo, głos naszych 

kroków nie obudził śpiących! Dopadłem ognia pierwszy i rzuciłem się na najbliżej leżącą postać. 

W sekundę później zerwałem się. Rzekomo śpiący był tylko zręcznie zwiniętym pledem, który 

miał widocznie imitować postać ludzką. Pojąłem niebezpieczeństwo, krzyknąłem:

— Do tyłu!

W   tej   samej   chwili   rozległ   się   huk   karabinowego   strzału   i   rozpętało   się   piekło.   Z   głębi 

ciemności   poczęły   ku   nam   biec   postacie.   Zdołałem   odskoczyć   zaledwie   kilka   kroków,   gdy 

znalazłem się oko w oko z jakimś drabem, który przeraźliwie wrzeszcząc zamierzał się na mnie 

podniesionym tomahawkiem. Kolbą sztucera odbiłem śmiercionośne narzędzie tak silnie, iż z 

brzękiem upadło na ziemię. Stropiony napastnik cofnął się. Spojrzałem w bok. Dojrzałem, jak 

Karol   wywija   swą   fuzją   jak   maczugą,   odpędzając   się   trzem   naraz   atakującym.   Nieco   dalej 

Czerwona   Chmura   zmagał   się   z   dwoma   innymi.   Dlaczego   wojownicy   Czarnych   Stóp, 

pozostawieni przy koniach nie śpieszą z pomocą?

W ciemnościach nie potrafiłem policzyć napastników, ale liczba ich na pewno wielokrotnie 

przerastała naszą szczupłą gromadkę.

Skoczyłem na pomoc Karolowi. Ciekawe, że nikt nie strzelał. Zapewne napadający obawiali 

się, by w zamieszaniu walki wzajemnie się nie poranić. Jednego z atakujących mój przyjaciel 

rozciągnął uderzeniem kolby. Podbiegłem do drugiego, kiedy nagle coś owinęło mi się wokół 

głowy, spadło na szyję i zacisnęło tak, że nie mogłem złapać oddechu. To było lasso. Kiedy się 

szarpnąłem   w   ostatnim   wysiłku,   pętlica   zacisnęła   się   jeszcze   mocniej.   Runąłem   na   ziemię. 

Zanim zdołałem rozluźnić duszącą mnie pętlę, ktoś chwycił mnie za ręce, ktoś inny usiadł na 

nogach. Daremnie miotałem się usiłując strącić przeciwników. Zostałem skrępowany. Związano 

mi nogi i ręce, wykręcając je boleśnie do tyłu. Leżałem słysząc, jak wrzawa ucicha. Zrobiło się 

widniej. Ktoś dorzucił drew do ogniska. Płomień strzelił wysoko. Wówczas ujrzałem Czarną 

Pumę. Stał pośrodku polanki i wydawał rozkazy.

Godziny niepokoju

Minęło kilka, jakże długich dla mnie, minut. Podeszło dwu wojowników i pociągnęli moje 

bezwładne   ciało   aż   pod   skalny   występ   zbocza   doliny.   Tu   cisnęli   mnie   jak   kawał   drewna   i 

odeszli. Po chwili przy wlekli znowu kogoś związanego i położyli obok.

Robiło się coraz jaśniej. Na prerii było  już z pewnością zupełnie widno. Tu ranną zorzę 

zasłaniały skaliste grzbiety. Leżałem wciąż jeszcze oszołomiony.

—Janie? Czy to ty? — dobiegł mnie głos z prawej strony.

—Ja — odparłem półgłosem. — Co z innymi?

background image

—Prawdopodobnie   napadnięto   jednocześnie   i   na   nas,   i   na   nich,   bo   widziałem,   jak 

przyprowadzono tu nasze konie. Janie, popatrz tam, na prawo od ogniska. Widzisz?

Z  trudem  uniosłem   głowę.  Dostrzegłem  trzech  ludzi.  W   dwu,  po  ubraniach,  natychmiast 

rozpoznałem białych, trzeci był Indianinem.

—Kto to ten czerwonoskóry? — zaszeptałem.

—Nie poznajesz? Przecież to Bawola Głowa. Rozmawia ze Scottem i Rothcliffem. Dobrana 

paczka, coś jak stryczek i szubienica. Czy my ich nigdy nie złapiemy?

Uśmiechnąłem się, chociaż wcale nie było mi do śmiechu.

—Co teraz będzie? Już nas nie uwolni Czerwona Chmura.

—A pewnie. Zastanawiające, że go tu nie ma. To mnie niepokoi.

Westchnąłem głęboko.

—A szeryf? Gdzie się podziewa? Czy go już nie szukają?

—Na pewno — mruknął Karol. — Może jednak zorientuje się w porę, co się stało...

Nic   nie   odpowiedziałem   na   to   przypuszczenie.   Natężałem   mięśnie   rąk   i   nóg.   O   dziwo, 

rzemienie jak gdyby nieco się rozluźniły. Zaniechałem jednak dalszych prób, odkładając je na 

później. Dostrzegłem bowiem ruch w obozie napastników. Banda Czarnej Pumy krzątała się 

żywo. Przyprowadzono konie, zabierano broń. Widziałem dokładnie, że liczba czerwonoskórych 

w porównaniu z napadem na Trzech Wzgórzach znacznie się powiększyła, bo naliczyłem ich 

dwudziestu, a potem liczenie poplątało mi się i dałem spokój. Zapewne przy Trzech Wzgórzach 

nie mieliśmy do czynienia z całym oddziałem Pumy.

Czekałem teraz, co z tej krzątaniny wyniknie. Dostrzegłem Czarną Pumę, jak rozmawiał ze 

Scottem i Rothcliffem,  po czym  cała trójka wskoczyła  na konie. Czy mieliśmy opuścić Złą 

Dolinę?

Ale do nas nikt nie podchodził. Co to miało znaczyć? Powtórnie spróbowałem mocy swych 

więzów.   Nie   ulegało   wątpliwości   —   zakładał   je   jakiś   partacz.   Czułem   wyraźnie   luz   na 

skrępowanych pozornie ściśle przegubach dłoni.

—Wszystko to wygląda jak w kiepskiej powieści — zaszeptał Karol. — Słyszysz mnie?

—Słyszę.

Ledwieśmy się wydobyli z jednej niewoli, a już jesteśmy w drugiej. Zupełnie jak...

— Cicho! — ostrzegłem. — Czarna Puma!

Wódz bandy podjechał konno.

— Czarna Puma wita blade twarze — powiedział z drwiną w głosie — i cieszy się, że może 

znowu je oglądać. Blade twarze puściły wolno Pumę, gdy wpadł w ich ręce. Czarna Puma puści 

Wielkiego Bobra i jego towarzyszy, gdy nadejdzie czas, ale te psy, Czarne Stopy, muszą się 

background image

wykupić. Czarna Puma nie zabrał im skalpów, ale zażąda od nich tyle skór, broni i złotego

piasku, ile będą mogły unieść wszystkie ich konie.

Nie odpowiedzieliśmy. Spojrzał na nas, a potem zawrócił i odjechał. Po chwili duży oddział 

opuszczał   Złą   Dolinę.   Przy   ognisku   pozostała   grupka   pięciu   chyba   Indian,   ale 

najprawdopodobniej w pobliżu czuwały rozstawione straże.

—No i co teraz, Karolu?

—Z tego, co powiedział, wynikałoby, że Czerwona Chmura jest żywy i cały.

—Dlaczego?

—Gdyby czarodziej poległ, Puma nie omieszkałby pochwalić się. Już ja ich znam. Ale jak 

twoje więzy?

—Są tak luźne, że chyba będę się mógł z nich uwolnić.

— Świetnie. Leż jednak spokojnie. Spróbuję swoich.

Próba wypadła widać niepomyślnie, bo po minutach

 

milczenia usłyszałem:

—Niech to wszyscy diabli! Bez noża nie dam rady.

—Nie trzeba noża. Rozwiążę cię.

—Dam ci znak, jak przyjdzie pora.

Leżałem   więc   spokojnie,   od   czasu   do   czasu   poruszając   rękami   i   nogami,   ponieważ   mi 

zdrętwiały.

Gdy słońce wzniosło się ponad postrzępione granie, obu nam rozwiązano ręce i każdy dostał 

po pasku suszonego mięsa, po kubku pełnym brązowego wywaru z przyjemnie pachnących ziół 

oraz po garści pemikanu. Pierwszy raz w życiu jadłem to sproszkowane mięso. Było bardzo 

smaczne. Wiedziałem, że tradycyjny pemikan robi się z mięsa bizonów. Pokrajane na wąskie 

płaty,  suszy się przez wiele dni, i to koniecznie w cieniu. Potem Indianie, a raczej  kobiety 

indiańskie,   ucierają   te   twarde   jak   drewno   kawałki   w   wydrążonych   kamieniach.   Robota 

niesłychanie   żmudna,   ale   w   końcu   otrzymuje   się   z   tego   brązowy   proszek   o   nieco   ostrym, 

przyjemnym   smaku.   Ten   łatwo   strawny,   wysokowartościowy   pokarm,   przechowywany   w 

suchym miejscu, nie psuje się nigdy. Nadaje się wspaniale jako żywność na dłuższe podróże. 

Biali   traperzy   docenili   w   pełni   wartość   praktyczną   indiańskiego   wynalazku,   a   nawet 

zainteresował się nim amerykański przemysł spożywczy. Niestety, oryginalny bizon i pemikan 

zniknie wkrótce z powierzchni naszej ziemi. Ale sam sposób jego przyrządzania zostanie na 

pewno wykorzystany przy wszelkiej produkcji mięsnego proszku.

Jadłem więc ten pemikan z prawdziwą przyjemnością, wdzięcznie wspomniawszy Czarną 

Pumę, że kazał się o nas zatroszczyć swym ludziom.

Tak   siedząc,   zajadając   i   popijając,   przeszukiwałem   oczami   dolinę.   Po   obu   jej   stronach 

background image

ciągnęły się kłębowiska większych i mniejszych głazów, spomiędzy których wyrastały krzewy 

dzikiej maliny, porzeczki i trującej wilczej jagody — teraz obsypane kwieciem. Nieco wyżej 

ciągnęły się postrzępione piaskowcowe granie, których przekrój znaczył się różnobarwnymi pa-

sami, od jasnożółtego poprzez pomarańczowy aż do brązowego. Zbocza jednak nie były tak 

strome, jak mi się przedtem, o szarym świcie, wydawało. Ktoś zręczny mógł stosunkowo łatwo 

wspiąć się na nie lub po nich zsunąć. Rozglądałem się dokoła, ale nigdzie nie dostrzegłem 

wojowników Czarnych Stóp. Gdzie oni są? — zastanawiałem się. Po chwili znowu związano mi 

ręce. Tym razem uczyniono to znacznie mocniej niż poprzednio.

Tak   leżeliśmy   do   wieczora.   Wówczas   powtórzyła   się   ta   sama   historia:   znowu   nas 

nakarmiono. Na koniec siadł przed nami jeden z wojowników ze strzelbą umieszczoną między 

kolanami. Ognisko poczęło przygasać i ciemność zakryła Złą Dolinę.

Zabrałem się na nowo do swoich rąk. Niestety! Nie potrafiłem ich rozluźnić ani o ćwierć cala. 

Nie pomogły bolesne wysiłki, rzemień tylko coraz głębiej wpijał się w skórę. Okryty potem i 

ledwie dysząc zrezygnowałem z dalszych prób.

Mijały   minuty,   kwadranse   i   chyba   godziny.   Nie   mogłem   zasnąć.   Piekła   mnie   skóra   od 

rzemieni, zdrętwiały mi na nowo ręce i nogi, a jakiś kanciasty, wystający z ziemi korzeń boleśnie 

uciskał w plecy.

Starałem się przewrócić na bok, ale w takiej pozycji poczułem się jeszcze gorzej. 

Tak wiercąc się zerkałem od czasu do czasu na pilnującego Indianina. Siedział nieporuszony, 

wciąż w tej samej pozycji.

Potem dostrzegłem, jak od strony przygasłego ogniska, z ciemności nocy, wyłoniła się czyjaś 

postać.   Ktoś   widać   szedł   zmienić   naszego   strażnika.   Nie   pomyliłem   się.   Nowo   przybyły 

popatrzał na nas, potem ukląkł przy siedzącym, coś mu powiedział, a później wydarzyła się 

rzecz najdziwniejsza, jaką widziałem. Przybyły objął wartownika za szyję. Wydało mi się, że 

siedzący chciał się zerwać, ale zrezygnował z tego zamiaru, a po chwili rozciągnął się jak długi.

Patrzałem, jak klęczący Indianin pochylił się nad leżącym,  czyniąc dziwne ruchy rękami. 

Potem podniósł się, rozejrzał dokoła i wolnym krokiem zbliżył się ku

 

mnie. Nachylił się ku mym 

skrępowanym nogom. Szeroko rozwarłem oczy.

—Czego chcesz? — zapytałem.

—Ani słowa. — mruknął. — Niech pan leży spokojnie!

O mało nie krzyknąłem. Przecież to był znajomy głos, głos szeryfa Irvina!

Po sekundzie spadły pęta z moich stóp i rąk. Zgodnie z przestrogą nadal leżałem nieruchomo. 

Szeryf z kolei nachylił się nad Karolem. W końcu wyprostował się.

— Leżcie, aż wrócę. Uważajcie na tego draba. Jest skrępowany i ma knebel w ustach. Ale 

background image

nigdy nic nie wiadomo...

Wolnym krokiem, do złudzenia naśladującym chód Indian, skierował się w stronę ogniska.

—Coś podobnego! — wyszeptałem. — Słyszysz mnie, Karolu?

—Szeryf ryzykuje,

 

ale teraz nie możemy mu w niczym pomóc. Sprawdź, co z wartownikiem.

Poczołgałem się w bok. Jeniec leżał dokładnie skrępowany,  bo ani się ruszał. Oczy miał 

zamknięte.   Na   pozór   czynił   wrażenie   martwego,   ale   kiedy   dotknąłem   dłonią   jego   półnagiej 

piersi, poczułem lekkie bicie serca. Musiał zemdleć w uścisku szeryfa i nie odzyskał jeszcze 

przytomności.

Niedługo czekaliśmy na powrót Irvina. A tak do złudzenia przypominał wojownika Czarnej 

Pumy, że kiedy ukazał się w blasku ogniska, gotowałem się już do skoku. Pomyłkę stwierdziłem 

w ostatniej chwili, gdy cisnął nam dwie płachty i półgłosem rozkazał:

—Teraz szybko!

—A ci przy ognisku? — zagadnął Karol.

—Spokojni jak baranki. Związani.

A reszta?

—Pilnują wejść doliny. Spenetrowałem wszystko dokładnie. Grunt się nie śpieszyć. Teraz... 

jazda za mną.

Chwyciłem za pled. Więcej w nim było dziur niż całych kawałków, ale zawsze jako-tako 

okrywał mą postać.

—Gdzie nasza broń? — zapytałem.

—Macie — wręczył mnie i Karolowi colty.

Do   licha,   ten   człowiek   o   wszystkim   pomyślał!   Popatrzałem   na   jego   wysoką   sylwetkę   w 

nabożnym podziwie.

Ale oto stanęła przed nami kolejna trudność. Należało odszukać wojowników Czarnych Stóp. 

Szeryf nie wiedział, w jakiej części doliny zostali umieszczeni.

—Idziemy — przynaglał. — Za mną! I naśladujcie mnie we wszystkim.

Ruszyliśmy wzdłuż doliny, trzymając się jak najdalej od jej środka. Irvin szedł pierwszy, za 

nim Karol,  na końcu ja. Była  to  bardzo męcząca  wędrówka. Po drodze natknęliśmy  się na 

indiańskie konie. Niektóre z nich odezwały się cichym rżeniem. Gdyby w pobliżu znajdował się 

wartownik, zrozumiałby, że coś się tu dzieje.

Wolno posuwaliśmy się dalej. Wreszcie szeryf, zatrzymał się.

—Uwaga, drugie ognisko.

W czarnej szyi doliny jarzyło się czerwone oczko. Czy kto siedział przy ognisku, spał czy 

czuwał? Z tej odległości nie sposób było rozeznać. Poczęliśmy się czołgać. Wśród rozsianych tu 

background image

i  ówdzie   kamieni  o  ostrych  krawędziach,   wśród  starych,  uschłych   badyli   krzewów  należało 

uważać nie tylko na każdy szmer wywołany nieostrożnym ruchem, ale również na własne dłonie, 

które   tak   łatwo   poranić.   Z   cichym   westchnieniem   pomyślałem,   jak   bardzo   przydałyby   się 

skórzane rękawice.

Stopniowo zbliżaliśmy się do celu. Co kilka kroków szeryf przerywał wędrówkę. Czułem, jak 

mokra koszula przywiera do pleców, a z czoła spływają krople potu. Po minucie rozpoczynało 

się na nowo żmudne forsowanie nierówności. Światełko rosło w oczach. Wreszcie dojrzałem: 

przy   ogniu   siedziało   dwu   ludzi.   Ale   gdzie   są   wojownicy   Czarnych   Stóp?   Nigdzie   ich   nie 

dostrzegłem.

Krąg   blasku   rozszerzał   się,   a   jego   krańce   wyznaczały   kres   naszej   wędrówki.   Na   koniec 

spoczęliśmy   pod   rozłożystym   krzakiem   obserwując   rozciągającą   się   przed   nami   przestrzeń. 

Dwie sylwetki wojowników nadal tkwiły nieruchomo  przed ogniem. Byli  odwróceni do nas 

plecami. Szeryf legł tuż obok mnie i za-szeptał:

— Tam na prawo leżą Czarne Stopy, tuż przy zboczu.

Wytrzeszczyłem oczy we wskazanym kierunku, ale na próżno. Szeryf posiadał chyba sowi 

wzrok.

—Co dalej? — zagadnąłem.

—Musimy wywabić tych od ognia — zaszeptał Karol. — Zajmę się tym.

—Tylko ostrożnie — zamruczał Irvin.

Nie wiedziałem, co Karol miał na myśli, dopóki nie spostrzegłem, jak zebrał z ziemi garść 

okruchów skalnych i cisnął je w bok. Zaszeleściły po liściach jakiegoś krzaka. Siedzący przy 

ognisku poruszyli  się. Upłynęła minuta. Karol powtórzył  swój manewr. Tym  razem kamyki 

uderzyły widać w skałę, bo rozległ się charakterystyczny grzechot. Dopiero teraz jeden z war-

towników podniósł się i ze strzelbą w ręku ruszył w naszą stronę. Posuwał się bardzo wolno, 

rozglądając się dokoła. Krok za krokiem podchodził do miejsca,

 

w którym  leżeliśmy,  ale je 

minął w odległości paru stóp. Odwróciłem głowę i obserwowałem, jak jego postać niknie w 

ciemnościach.

—Ja się z nim załatwię — szepnął Karol.

Powstał   bezszelestnie   i   ruszył   w   ślad   za   Indianinem.   Serce   waliło   mi   jak   młotem. 

Oczekiwałem w każdej chwili odgłosu walki, krzyków, strzału. Nic podobnego nie nastąpiło. 

Cisza nocy nie została zakłócona żadnym dźwiękiem. Mijały sekundy. Na koniec czyjaś dłoń 

dotknęła mego ramienia. O mało nie podskoczyłem.

—Już — usłyszałem głos Karola. — Co dalej, Irvin?

—Jeszcze raz to samo. Znakomita metoda.

background image

Historia   powtórzyła  się  ze  ścisłą  dokładnością.   Strażnik,  zaniepokojony przedłużającą   się 

nieobecnością   towarzysza   i   znowu   sprowokowany   przez   Karola,   odbył   podobną   co   jego 

poprzednik wędrówkę. Tak samo wyruszył za nim Karol, obezwładnił i skrępował. Wspominam 

o tym tak krótko, a przecież sprawa wcale nie była łatwa do wykonania, ale widać mieliśmy 

przysłowiowy łut szczęścia.

—Teraz — zakomenderował szeryf — do Czarnych Stóp!

Powiódł nas na prawo od ogniska. Czarnych  Stóp, jak się okazało, pilnował  jeden tylko 

wojownik.   Nie   wiem,   co   zwróciło   jego  uwagę:   nasze   zbyt   pośpieszne   ruchy  czy   też   liczba 

zbliżających się osób — przy ognisku siedziało tylko dwu wojowników. Przypuszczam, że w 

pierwszej   chwili   niczego   jeszcze   nie   podejrzewał.   Poderwał   się   jednak   z   ziemi,   zapewne 

wiedziony zwykłą ostrożnością. Sytuację uratowała sztuczka Irvina. Począł nagle wymachiwać 

rękami. Wartownik zdumiał się, opuścił strzelbę i stał tak z sekundę, wreszcie wykrztusił:

— Kto ty?

I ta sekunda opóźnienia wystarczyła, by w następnej został obalony, skrępowany i rozbrojony. 

Rzuciliśmy się w stronę skalistego zbocza.

Pobiegłem potykając się. Wpadłem na jakiś głaz i runąłem. Na szczęście nie na ziemię — 

potłukłbym się boleśnie — ale na czyjeś ciało. Był to jeden z wojowników Czarnych Stóp, jak 

się za chwilę okazało. Musiałem go mocno poturbować, ale nawet nie jęknął.

Szybko zabraliśmy się do rozcinania więzów. Teraz wyszło na jaw, że Indianie pilnujący 

naszych koni przed wejściem do doliny nie dali się zaskoczyć. Padło dwu napastników, ale i dwu 

wojowników Czarnych Stóp.

Czerwona Chmura został raniony.  Natychmiast zająłem się prowizorycznym  opatrunkiem. 

Rana   nie   była   jednak   groźna.   Nóż   przebił   przedramię,   nie   uszkadzając   kości.   Kiedy 

obwiązywałem ranę czarownikowi, wyjaśnił  nam przyczynę  nagłego odjazdu Czarnej Pumy. 

Przywódca bandy okazał się tak zarozumiałym i nierozważnym, że chciał się pochwalić przed 

Czerwoną Chmurą. Mówił, że wie o stadzie bydła, jakie Czarne Stopy sprowadziły niedawno, 

jako zaczątek wielkiej hodowli planowanej przez czarownika Czarnych Stóp, i że chce pognać je 

do zagród bladych twarzy. Obiecywał sobie z tego pokaźny zysk.

Plan   ten   na   pewno   nie   narodził   się   w   jego   głowie.   To   wyglądało   na   projekt   Scotta   lub 

Rothcliffa. Karol, gdy się o tym dowiedział, aż pobladł z wrażenia. — Musimy ich gonić. Jak 

najprędzej. Ilu Indian pozostawił na straży bydła Wysoki Orzeł, wódz Czarnych Stóp, nikt z nas 

o tym nie wiedział. Należało więc śpieszyć  się z odsieczą, z jakże małymi  przecież siłami! 

Natychmiast, bo tylko zaskoczenie dawało szansę zwycięstwa.

Czerwona   Chmura   wysłał   wojowników   ku  drugiej   gardzieli   Złej   Doliny.   Wrócili   wiodąc 

background image

jeszcze   dwu   jeńców.   Cóż   mieliśmy   z   nimi   począć?   I   z   tą   szóstką   pozostałych,   których 

poprzednio pojmaliśmy?

Znałem z opowiadań Karola twarde zasady indiańskich plemion: krew za krew, śmierć za 

śmierć. Ostatnie słowo należało do Czerwonej Chmury. Jak postanowi w tej trudnej sytuacji? 

Jeńców nie mogliśmy zabierać z sobą. Nie sposób również było zostawić ich pod strażą — 

musielibyśmy wówczas jeszcze bardziej uszczuplić nasz oddziałek.

Wojownicy wyprowadzili konie, złożyli na jeden stos zdobytą broń: strzelby i tomahawki, 

łuki i strzały. Stanęliśmy półkolem i wówczas przemówił czarodziej Czarnych Stóp, zwracając 

się najpierw do nas:

— Moi biali bracia uwolnili wojowników Czarnych  Stóp i pojmali sześciu ludzi Czarnej 

Pumy.   Dzięki   moim   białym   braciom   wojownicy   Czarnych   Stóp   mogli   ująć   jeszcze   dwu 

wartowników. Ci ludzie, ich broń i konie słusznie należą teraz do moich braci. 

Niech postąpią z nimi, jak nakazuje sprawiedliwość.

Umilkł i patrzał na nas uważnie.

Zerknąłem  na szeryfa,  szeryf  zerknął  na Karola, a ten  poprosił czarownika  o parę minut 

zwłoki.   Po   czym   odprowadził   nas   na   bok   i   nie   czekając,   że   ktokolwiek   zabierze   głos, 

zaproponował, aby schwytanych,  puścić wolno, pozostawiając im tylko łuki i strzały.  Konie 

wypędzić na prerię, broń palną ofiarować Czarnym Stopom, a tomahawki zniszczyć.

Powiedziałem, iż w ten sposób skazujemy jeńców na śmierć głodową.

—   Mylisz   się,   Janie.   Oni   z   łuków   świetnie   strzelają   i   zawsze   potrafią   upolować   jakąś 

zwierzynę, a że będą wędrować piechotą? Teraz wiosna. Do zimy na pewno znajdą schronienie. 

Nie możemy im pozostawić broni palnej, jeśli opuszczając dolinę chcemy mieć pewność, iż 

żaden z nas nie dostanie kulą w plecy. Nie możemy im pozostawić koni, bo mogliby wkrótce 

połączyć się z resztą ludzi Czarnej Pumy albo ruszyć za nami.

Ustąpiłem. Szeryf przystał również na takie rozwiązanie. Wróciliśmy zakomunikować o tym 

Czerwonej   Chmurze.   Gdy   słuchał   Karola,   twarz   jego   była   nieprzeniknioną   maską.   Nie 

wiedziałem,   czy   pochwala   naszą   decyzję,   czy   też   ją   gani.   Czekałem   z   niepokojem.   Wtedy 

przemówił:

— Moi bracia postanowili słusznie. Czerwona Chmura pójdzie ich śladem.

A potem, zwracając się do skrępowanych jeńców:

— Słuchajcie, ludzie  Pumy!  Nie zabieramy wam skalpów. Zostawiamy wam noże, łuki i 

strzały, Howgh! 

Trudno   było   nie   docenić   wielkoduszności   Czerwonej   Chmury   ani   odwagi   wobec   innych 

wodzów Czarnych Stóp, którzy mogą potępić taką łaskę okazaną wrogom. Z drugiej znów strony 

background image

decyzja czarodzieja była także

 

oznaką pogardy dla napastników. Zbieranina Pumy znajdowała 

się poza prawem i zwyczajami indiańskich narodów.

Zdobyczne konie wyprowadzono z doliny na prerię. Krzykiem i strzałami zmusiliśmy je do 

galopu. Pognały wreszcie z tętentem i wkrótce straciliśmy je z oczu. Jeśli nie przyłączą się do 

któregoś z nielicznych już stad mustangów — same utworzą takie stado i po kilku miesiącach 

nikt nie pozna, iż kiedyś służyły człowiekowi.

Zabraną broń palną rozdzielili między siebie ludzie Czerwonej Chmury. Tomahawki zostały 

potrzaskane   i   ciśnięte   do   strumienia.   Gdy   na   niebie   wstawały   poranne   zorze   — 

najodpowiedniejsza pora dla rozpoczęcia wyprawy — wskoczyliśmy na siodła.

Wyruszałem   szczęśliwy,   że   tak   właśnie,   a   nie   inaczej   zakończył   się   nasz   pobyt   w   Złej 

Dolinie. Irvin był w gorszym nastroju. Mruczał, że nie może w nieskończoność uganiać się po 

prerii — do tego kanadyjskiej — będąc szeryfem amerykańskiego miasteczka. Nie po to go 

przecież wybrano, aby — jak dowodził — buszował po pustkowiach o dziesiątki mil od miasta, 

nad którym powierzono mu pieczę. I to bez konkretnego wyniku!

—Jak to, szeryfie — rzekłem na pocieszenie — przecież zawdzięczamy panu wolność. Czy 

to nie sukces? Gdyby nie pański zgubiony zegarek... Ale czy go pan odnalazł?

Rozchmurzył się.

—Niczego nie zgubiłem...

—Jak to?

—Przykro, ale musiałem was okłamać.

—Chciałeś jechać oddzielnie — stwierdził Karol przysłuchując się naszej rozmowie.

—Zgadłeś. Właśnie tak.

—Dlaczego?

—Prosta   sprawa.   Od   początku   podejrzewałem   brzydką   historię   z   tym   oswobodzonym 

Indianinem. Nie potrafiłem udowodnić, na czym jego oszustwo polega. Po prostu czułem je i 

już. Rozumiecie?

—Chyba instynkt... — wtrącił Karol.

—Nazwij to, jak chcesz. Moja podejrzliwość w stosunku do ludzi została zapewne zaostrzona 

podczas   wykonywania   funkcji   szeryfa.   Skłamałem   więc   o   tym   zgubionym   zegarku   i 

uczyniłem to tak głośno, aby mógł mnie usłyszeć nasz uwolniony jeniec. Potem zawróciłem, 

ale tylko kawałek drogi. Byleście mnie stracili z oczu. Natomiast ja obserwowałem was stale 

przez

lornetkę.

—Mogliśmy to samo uczynić.

background image

—Ba,   łatwiej   dostrzec   grupę   ludzi   niż   pojedynczego   jeźdźca.   Zresztą...   ryzykowałem. 

Jechałem za wami cały czas i zatrzymałem się dopiero wówczas, gdy wpakowaliście się do tej 

przeklętej doliny. Widziałem, jak was napadnięto, jak uderzono na wojowników Czarnych 

Stóp. Wtedy zapadłem w prerię, zatarłszy za sobą ślady. Objechałem dalekim łukiem Złą 

Dolinę. Reszta to głupstwo, nie ma o czym mówić.

—Ależ — wykrzyknąłem — jak pan się do nas przedostał?

—Obserwowałem odjazd Czarnej Pumy, ale nie zauważyłem jeńców. Przeraziło mnie to w 

pierwszej chwili.

—Sądził pan, że padliśmy w walce?

—Właśnie. I już począłem żałować pomysłu ze zgubionym zegarkiem, ale wziąłem się w 

garść. Konia  spętałem  i  pozostawiłem  w załamaniu   skalnym,   a  sam  przedostałem  się  do 

doliny.

—Bramą?

—Nie. Przeszedłem przez grań. Trochę trudno, ale nie jest tak niedostępna, jak wygląda. 

Miałem   sporo   czasu,   aby   zorientować   się   w   sytuacji.   Spenetrowałem   kawałek   doliny   i 

“załatwiłem” dwu czerwonoskórych siedzących przy ognisku. Nie było trudno, spali. Co po-

tem... już wiecie.

—Uff — odetchnąłem głęboko. — Nadzwyczajne. Ależ pan ryzykował, szeryfie.

—Et tam, nie było to największe ryzyko w moim życiu. Powtarzam: nie ma o czym mówić.

Wciąż dalej

Siady były tak widoczne, że ślepy by je rozpoznał. Czarna Puma nawet nie usiłował ich 

zacierać. W jego przecież mniemaniu nic mu nie mogło zagrażać, a nie chciał tracić czasu, tak 

mu było pilno zagarnąć stada Czarnych Stóp.

Trop wiódł ku południowemu zachodowi. Ciągnął się długą, falistą linią wydeptanych traw, 

nad którymi powoli opadały poranne mgły. Dziwne to widowisko, gdy szara, wilgotna pajęczyna 

gęstnieje coraz bardziej i osiada coraz niżej, ścieląc się długimi smugami wśród traw i zwiastując 

pogodę.

Poczęły   przygasać   czerwone   zorze   przedranne,   przekreślające   niebo   na   kształt   wysokich, 

smukłych   kolumn.   Wówczas   ukazała   się   krawędź   słońca.   Zerwał   się   wiatr   i   cała   preria 

rozfalowała się w szmaragdowe morze.

Tego dnia przed południem trafiliśmy na pierwsze, opuszczone obozowisko. Czarna Puma, 

wyjechawszy nocą, dopiero gdzieś nad ranem pozwolił wypocząć ludziom i koniom.

Czerwona   Chmura   dokładnie   zbadał   otoczenie   i   kiedy   siedzieliśmy   wokół   ogniska, 

background image

powiedział:

— Czarna Puma jest jak niecierpliwe dziecko. Jechał przez noc, kiedy w ciemnościach nie 

można posuwać się szybko. Teraz, w dzień, będzie musiał dać odpocząć koniom.. Co zyskał 

przy księżycu, straci w słońcu.

Istotnie,   dlaczego   nie   czekał   do   wschodu,   tylko   tak   nagle   opuścił   Złą   Dolinę?   I   kto 

poinformował go

 

o miejscu, w którym pasło się stado?

Scott, uciekając przed nami, mógł co prawda trafić na ślady bydła. Ale mogli tego dokonać 

przypadkowo

 

i ludzie Pumy.

Po trzygodzinnym odpoczynku, dobrze już po południu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Trawy 

poczęły   rzednąć.   Zamiast   kołyszącego   się   dywanu   zieleni,   roztrącanego   przez   konie,   coraz 

częściej ukazywały się gołe placki piasku, porosłe łodygami chwastów o brunatnej barwie, o 

liściach szorstkich, nieprzyjemnych w dotyku. Trawożerne zwierzęta unikają tych okolic. Preria 

— wbrew mniemaniu  osób znających  ją tylko  z opisów — nie jest  bynajmniej  jednolitym, 

trawiastym stepem. Obfituje w części nieurodzajne, na poły bezwodne pustynie, wśród których 

zginąć może z pragnienia lub głodu samotny jeździec razem ze swym koniem.

Preria, zwłaszcza kanadyjska, nie jest również gładką płaszczyzną. Przecina ją duża ilość 

parowów, którymi  płyną  strumienie  ze wschodnich stoków Gór Skalistych.  Szerokie  doliny, 

wypłukane przez wody, porosłe są dokoła drzewami dającymi schronienie licznej zwierzynie. 

Poza pumą — lwem amerykańskim — niedźwiedziem szarym (grizzly), czarnym i brunatnym, 

żyjącym przeważnie w górach lub na przedgórzu, mieszkają tu antylopy, kujoty, dzikie króliki, 

borsuki, świstaki, gdzieniegdzie bobry i mnóstwo mniejszych gryzoni. Tu wreszcie, na nizinach, 

natrafić można na ostatnie stada mustangów i ginące bizony.

Przebywszy piaszczystą połać trafiliśmy na szmat jeszcze bardziej jałowego gruntu — jakiś 

kamienisty upłaz,  zupełnie  jak w górach. Potężne  powodzie przez wieki musiały tu nanieść 

mnóstwo skalnych odłamków z dalekich gór. Nie rosło nic poza kłującymi ostami. Sądzę, że 

jeśli nawet biali osadnicy zamienią prerię w setki tysięcy gospodarstw, na zawsze pozostaną nie 

zaludnione   te   jałowe   tereny,   wielkością   sięgające   niekiedy   powierzchni   wielu   europejskich 

krajów. Tak rozległa jest preria!

Na kamiennej pustyni nie chcieliśmy popasać. Popędzaliśmy konie. Trzaskały kopyta sypiąc 

iskry po głazach, aż raptownie urwało się kamieniste rozsypisko i moim zdumionym oczom 

ukazał się wspaniały, kwietny dywan ginący hen, aż za horyzontem. Wrażenie było tak silne, że 

zatrzymałem konia.

Białe, czerwone, niebieskie, żółte, fioletowe barwy, nieskończona gama kolorów i odcieni 

ścieliła się u końskich nóg. Preria kwitła tu swą wiosenną wspaniałością. Wciągałem w płuca 

background image

aromatyczny   zapach.   Nad   kielichami   kwiatów   buczały   wielkie   trzmiele,   bąki,   osy   i   dzikie 

pszczoły ulatujące ze swą zdobyczą ku ukrytym gniazdom. Obrazu dopełnił widok drobnego 

stadka   czworonogów,   jakie   zerwało   się   spośród   wysokich   traw   i   przemknęło   przed   nami   z 

głuchym łomotem racic. Antylopy. Nie mieliśmy jednak czasu na polowanie.

W takiej okolicy zatrzymaliśmy się wieczorem na drugi nocny postój. Skłoniło nas do tego — 

poza   zapadającym   zmrokiem   —   napotkane   wzgórze,   porośnięte   liściastym   starodrzewem, 

przeważnie klonami i bukami, pozwalające na daleką obserwację terenu, no i niezbędna dla 

wszystkich woda. Mała rzeczułka opływała wzniesienie z trzech stron. Trop ciągnący się przed 

nami omijał je, przekraczał koryto rzeczki i ginął w dali.

Na polecenie Czerwonej Chmury jeden z wojowników wdrapał się na czubek samotnego 

buku. Nie dostrzegł jednak nikogo na bezkresnej równinie.

Nazajutrz, jeszcze o szarej godzinie, byliśmy gotowi do drogi. Dzień zapowiadał się upalnie, 

duszny i bezwietrzny. Czerwona Chmura raz po raz spoglądał w niebo i chociaż na jego twarzy 

nie   można   było   odczytać   nawet   śladu   niepokoju,   całe   zachowanie   świadczyło   o   tym,   iż 

spodziewa się jakiegoś, niebezpieczeństwa. Zwróciłem na to uwagę Karolowi.

—Grozi nam burza albo coś jeszcze gorszego.

—Co?

—Jeszcze nie wiem: huragan, trąba powietrzna? Na tych terenach zdarzają się od czasu do 

czasu takie zjawiska. Ale za wcześnie prorokować.

Po godzinnej jeździe wzeszło słońce. Świeciło czerwono, nienormalnym, palącym blaskiem. 

Szeryf wyjaśnił, iż przyczyną tej barwy są drobne zawiesiny rudych pyłów. Gdzieś za nami 

kotłował się wicher, a te niedostrzegalne pyły to jego forpoczty. Uczyniło się jeszcze bardziej 

duszno. Widziałem, jak powietrze drży, choć żaden powiew nie marszczył powierzchni prerii. Po 

kilku minutach byłem mokry od potu, a kark mego konia począł błyszczeć wilgocią.

Czerwona Chmura uniósł rękę, potem coś krzyknął. Karol, jadący tuż za nim, odwrócił się i 

zawołał:

— Prędzej!

Zmusiłem  wierzchowca do galopu. Ale nawet w biegu twarzy mej  nie musnął  ani jeden 

powiew.   Preria  buchała  żarem  rozpalonego   pieca.   Gdy konie   poczęły  pokrywać  się  płatami 

piany, czarownik zwolnił tempo. Po dalszych dwu chyba milach czoło naszej kawalkady stanęło. 

Ujrzałem, jak Czerwona Chmura zeskakuje z siodła, bierze konia za uzdę i powoli zapada się 

wśród łodyg traw. Wyglądało to na sztuczkę magiczną. W rzeczywistości płaszczyzna prerii 

urywała się w tym miejscu raptownie, spadając stromym zboczem aż ku zarośniętej krzewami 

dolinie.

background image

Sprowadziliśmy   wierzchowce   na   sam   dół,   zdjęliśmy   z   nich   siodła   i   juki.   Ale   zwierzęta, 

zamiast paść się wśród traw, zbiły się w gromadkę i wyciągając ku górze głowy tuliły uszy i biły 

kopytami w ziemię. Po chwili część z nich pokładła się wśród krzewów.

—Mustangi czują, że zbliża się serce wiatru — powiedział Czerwona Chmura.

—Co to jest “serce wiatru”? — zagadnąłem.

—Trąba powietrzna — wyjaśnił szeryf. — Byłem świadkiem takiej sztuczki w Minnesocie. 

Chodź pan, doktorze, popatrzymy.

Wdrapaliśmy się po zboczu i legli na samym skraju parowu. Po chwili przyłączył się do nas 

Karol. Spoglądałem dokoła, ale nie dostrzegłem nic, co mogłoby zwiastować nadejście burzy. 

Może tylko słońce było jeszcze bardziej rude, a duchota jeszcze większa.

—Nic ciekawego — mruknąłem. — Nic się nie dzieje.

—Ale będzie się działo, doktorze, idę o zakład.

A Karol dodał:

—Czerwona Chmura nie myli się. Nasze szczęście, żeśmy trafili na ten parów. A teraz patrz i 

nie gadaj.

Więc patrzałem, mimo iż poczęła ogarniać mnie senność. Zapewne skutek upału.

Początkowo nadal nic się nie działo i chociaż przykładałem raz po raz lornetkę do oczu, nie 

zdołałem dostrzec żadnej zmiany na niebie ani na ziemi, aż w pewnej chwili... Właśnie!

Na samym,  najdalszym  krańcu horyzontu,  gdzieś na północy poczęła się tworzyć  czarna, 

atramentowa linia. Szybko grubiała, aż zamieniła się w wysoką, ciemną ścianę. Nad naszymi 

głowami nadal błyszczało słońce i najlżejszy podmuch wiatru nie mącił ciszy.

Spojrzałem w dół parowu — wszystkie konie pokładły się, a indiańscy wojownicy , siedzieli 

nieruchomo  jak dziwaczne posągi  porzucone wśród zieleni.  Znowu spojrzałem  przed siebie. 

Ściana rosła, sięgała aż do nieba. Machinalnie zgniotłem źdźbło uschłej trawy.  Wydało głos 

łamanego drzewa — tak było cicho dokoła. Ciemność pędziła ku nam, zajęła już połowę wid-

nokręgu. Wówczas uderzył  w nas pierwszy podmuch wiatru. Nie niósł jednak upragnionego 

chłodu, lecz żar jakby z wnętrza rozpalonego pieca. Zatargał wierzchołkami traw i krzewów i 

pognał dalej. Znowu stało się bezwietrznie. Potem nastąpiło drugie uderzenie, po nim — trzecia 

fala żaru. Niebo pociemniało  już nad nami.  Słońce wyglądało  jak żarzący się węgielek do-

gasającego ogniska. W powietrzu czuć było pył, który kręcił w nosie i dusił w gardle. Wówczas 

ujrzałem na tle czarnej ściany jak gdyby trzy ciemniejsze jeszcze kolumny. Trzy potężne leje 

wsparte węższymi końcami o ziemię, szerszymi ginące w górze.

— Trąba powietrzna — oświadczył Karol.

Widziałem, jak wirujące słupy parły w naszym kierunku. Za nimi wzbijały się tumany kurzu. 

background image

W pewnej chwili dwa wirujące kolosy wpadły na siebie. Rozległ się łoskot podobny do łomotu 

skalnej lawiny. Obie kolumny znikły, ale trzecia toczyła się dalej. Nastała noc. Karol szarpnął 

mnie za ramię.

—Schodzimy — powiedział.

—Jeszcze sekundę — odparłem i w tej samej chwili uderzył wiatr, tym razem chłodny, ale tak 

silny, że czułem, iż spycha mnie w dół parowu.

— Schodź, Janie! — wrzasnął Karol. — Szybciej!

Zczołgałem   się,   a   raczej   stoczyłem.   Nad   parowem   przemknęła   chmura   kurzu,   leciały   w 

powietrzu jakieś szczątki krzaków czy drzew, splątane trawy. Ciśnienie powietrza przygniotło 

mnie   ku   ziemi,   a   świst   wichru   był   tak   przeraźliwy,   iż   machinalnie   zatkałem   sobie   uszy. 

Wówczas czerń nieba poczęły przerzynać błyskawice. Ale słowo “błyskawica” nie może oddać 

w pełni tego, co widziałem. Wśród mroku uczyniło się nagle jasno jak w dzień. Połowa nieba 

migotała złotym blaskiem dłużej niż minutę. Potem zapadała ciemność, trzaskał grzmot, a odgłos 

jego,   ustokrotniony   echem,   przetaczał   się   jak   ciężki,   ładowny   wóz   z   krańca   po   kraniec 

horyzontu,  zagłuszając  wycie  wiatru. Błyskawice  następowały jedna po drugiej, aż wreszcie 

zlały się w jedno wielkie migocące światło. Przymknąłem oczy. Wówczas lunął deszcz. Ale jaki! 

Czułem, jak gdyby nad nami rozwarły się upusty gigantycznego wodospadu. To nie były krople, 

nawet nie strugi, lecz nieprzerwana lawina wody. Jakaś drgająca kurtyna, poprzez którą świata 

nie można było dojrzeć. Na szczęście trwało to dość krótko. W przeciwnym razie utonęlibyśmy 

chyba w tym parowie, bo woda poczęła gwałtownie przybierać.

Zaledwie przestało padać, zaświeciło słońce na czystym, błękitnym niebie. Tylko na południu 

czerniała jeszcze oddalająca się od nas posępna chmura. Czym prędzej wyprowadziliśmy konie z 

dołu, do którego spływały teraz z szumem i pluskiem rwące strumienie. Rozejrzałem się dokoła. 

Wszędzie leżały powalone trawy, a drogę trąby powietrznej znaczył nagi pas zrytej, brunatnej 

ziemi.   Potężny   lej   posuwał   się   zygzakiem   i   minął   nasz   parów   w   odległości   paru   zaledwie 

yardów.

Byliśmy mokrzy od stóp do głów. Czułem wodę w butach. Gdy wyciągnąłem rewolwer, z 

jego pochwy, ba — z lufy również trysnęła struga wilgoci. Przemokły nasze koce i juki przy 

siodłach.   Karol   z   widoczną   na   twarzy   rozpaczą   rozplątywał   rzemyki   kapciucha

 

z   tytoniem. 

Wewnątrz  bulgotała  brunatna   zupa.  Na szczęście   mój   schowek  na  tytoń  okazał   się bardziej 

szczelny.   Cóż   z   tego?   Zamokły   wszystkie   nasze   zapałki,   a   o   uzyskaniu   ognia   indiańskim 

sposobem, przez tarcie zaostrzonego kołka o deseczkę, nie można nawet było marzyć.  Tego 

rodzaju   przyrząd   do   rozpalania   ogniska   nosi   co   prawda   przy   sobie   każdy   wojownik,   ale   i 

deseczki, i kołki były mokre. Wybawić z kłopotu mogło nas tylko słońce. Pozdejmowaliśmy 

background image

więc z siebie wszystko, co tylko można było zdjąć i porozkładali na wciąż wilgotnej trawie. Po 

dwu   godzinach   słonecznej   operacji   odzież   jako   tako   wyschła,   a   ponieważ   ognia   nadal   nie 

potrafiliśmy rozniecić, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Powolna   to   była   jazda,   bo   ziemia   stała   się   grząska.   W   zagłębieniach   gruntu   raz   po   raz 

ukazywały się malutkie jeziorka. Pocieszała nas myśl, iż oddział Czarnej Pumy z takimi samymi 

musiał walczyć trudnościami, jeśli w ogóle huragan go nie rozproszył.

Widoczny dawniej tak wyraźnie ślad kopyt teraz ginął chwilami zupełnie. Nad wieczorem 

zdawało się nam, żeśmy go bezpowrotnie stracili. Dopiero wysłani przez Czerwoną Chmurę 

wywiadowcy   odnaleźli   tropy.   Wszystko   to   bardzo   opóźniało   pościg.   Na   szczęście,   dnia 

następnego grunt stwardniał i można już było jechać normalnie. W dwie godziny po wyruszeniu 

z nocnego postoju ujrzeliśmy daleko na horyzoncie jeźdźców.

— To oni! — krzyknąłem.

Czerwona Chmura nie podzielił mego entuzjazmu.

— Mój biały brat się myli — powiedział spokojnym głosem. — Za mała grupa.

Wyciągnęliśmy lornetki.

Nie, to nie byli  ludzie Pumy.  Dwu zaledwie jeźdźców, i to posuwających  się w naszym 

kierunku.

—Czyżby Scott i Rothcliff? — snułem przypuszczenia.

—Masz fantazję, Janie — Karol głośno się roześmiał. — Wracają, aby oddać się w nasze ręce 

jako skruszeni grzesznicy.

Jechaliśmy jeszcze z piętnaście minut, kiedy szeryf pierwszy zauważył:

— Czerwone kurtki! Mogę się założyć.

A więc — patrol kanadyjskiej policji. Czy ścigał kogo, czy też przypadkowo znalazł się na 

naszej drodze? Zmieniliśmy szyk. jazdy. Karol stanął na czele, za nim szeryf, po szeryfie — ja, a 

dopiero za mną — Indianie. Karol uważał, iż w ten sposób nie spłoszymy czerwonych kurtek. 

Jechaliśmy   więc   w   tak   ustalonej   kolejności.   Wreszcie   patrol   nas   dostrzegł.   Ujrzeliśmy,   jak 

“czerwoni”   wstrzymali  konie.  Byłem   ciekaw/  czy pośpieszą  nam  naprzeciw,   czy  też  pojadą 

gdzieś w bok. Nie stało się ani jedno, ani drugie. Nadal sterczeli w miejscu z karabinkami 

wspartymi o kolana. W miarę jak zbliżaliśmy się, sylwetka jednego z jeźdźców poczęła mi się 

wydawać coraz bardziej znajoma. Nie, to nie było przywidzenie. Ja już go kiedyś spotkałem. W 

tym momencie Karol odwrócił się ku mnie i krzyknął :

— Sierżant Mitchell!

Oczywiście! Dziwne, że od razu go nie rozpoznałem. Sierżant Mitchell z Królewskiej Konnej, 

stary   znajomy   Karola,   ale   i   mój.   Towarzysz   nieudanego   pościgu   sprzed   roku,   pościgu   za 

background image

Scottem.

Wstrzymaliśmy konie tuż naprzeciw “czerwonych kurtek”. Mitchell wyciągnął ku górze obie 

ręce:

— Co   za   spotkanie!   Wielki   Bóbr   na   czele   indiańskich   wojowników!   Jak   zwykle.   O,   i 

dzielny lekarz z południa! Dokąd drogi prowadzą? Czy przypadkiem nie wstąpiliście na wojenną 

ścieżkę? Na prerii rojno.

W ciągu dwu dni spotykam drugą grupę Indian.

—Bez kawałów, sierżancie. Kogóż to spotkaliście?

—Kri.   Trochę   mnie   zdziwiło,   że   aż   tutaj   dotarli,   bo   przecież   siedzą   na   północ   od   rzeki 

Athabaski. Twierdzili, że szukają tropów bawolich.

—I cóż jeszcze mówili?

—Nic więcej.

—Szkoda.

Mitchell zamilkł i począł uważnie przyglądać się Karolowi.

—Co to wszystko znaczy, Wielki Bobrze? Coś ukrywasz przede mną.

—Obawiam się, że pewien sierżant z Królewskiej Konnej wypuścił z rąk człowieka, którego 

ściga. Czy przypadkiem wśród tych wojowników Kri nie znajdowali się dwaj biali?

—Nie jestem ślepy.

—Więc gdzież, do licha, się podzieli?

—Nic z tego nie rozumiem.

—Ja również, ale powiem, co wiem.

Tu streścił w kilku zdaniach dzieje naszej wyprawy, na koniec rzekł wskazując na Irvina:

—Oto, sierżancie, drugie, oprócz was, ramię sprawiedliwości: szeryf z Fort Benton. Ale on 

ściga   Rothcliffa   i   pewnie   zostawi   Scotta   waszej   przedsiębiorczości.   Myślę,   że   się   nie 

pokłócicie.

—Czy to była na pewno banda Pumy? — zafrasował się szeryf. — Bo gdzieżby, u licha, 

podzieli się Scott i Rothcliff ?

—Jeśli nie przemalowali się i nie przebrali w indiańskie stroje, to rzeczywiście zagadka!

Czerwona Chmura, przysłuchujący się tej rozmowie w milczeniu, powiedział teraz krótko:

—Oni pierwsi ujrzeli “czerwone kurtki”.

I uciekli? — zapytałem.

 Skinął głową.

— Ale po co? Przecież Czarna Puma wiódł z sobą co najmniej dwudziestu wojowników.

Coś, jak gdyby cień wesołości ukazał się na nieruchomym obliczu czarownika. Po twarzy 

background image

szeryfa przemknął lekki uśmiech.

—  Bo to jest, doktorze, coś zupełnie innego napaść na zwykłego trapera niż zaatakować 

“czerwoną kurtkę”. W pierwszym wypadku sprawa może pozostać w ogóle nie odkryta. Któż 

wie,   że   jakiś   tam   traper   wędruje   po   bezludnej   prerii?   Ale   niech   się   przytrafi   nieszczęście 

policjantowi z Królewskiej Konnej, niech nie powróci do posterunku, władze na głowie staną, 

aby   zbadać   przyczynę.   I   zawsze,   prędzej   czy   później,   prawdę   odkryją.   Dlatego   napady   na 

funkcjonariuszy Królewskiej Konnej teraz prawie się już nie zdarzają. Podobnie jak na ludzi 

przewożących pocztę i na pracowników agencji handlowych. Czarna Pumą wolał nie ryzykować 

walki   w   obronie   Scotta   i   Rothcliffa.   Czerwona   Chmura   ma   rację:   sierżant   Mitchell   został 

dostrzeżony   (przecież   barwa   czerwona   najbardziej   rzuca   się   w   oczy!)   wcześniej,   niż   sam 

zauważył zbliżających się Indian. Scott i Rothcliff zbiegli. Ale nie martwmy się. Bez nich Puma 

nie dokona napadu. Muszą się więc spotkać w jakimś umówionym miejscu. Nie mam racji?

Tu szeryf spojrzał pytająco na Karola.

—Podzielam ten pogląd. Inaczej być nie mogło. Ale co teraz, sierżancie?

—Tfu, do licha. Powinienem jechać z wami, chociaż nie bardzo mi się uśmiecha udział w 

walce dwu plemion. To w ogóle niedopuszczalne!

— Żadnych dwu plemion — zaprotestował Karol. — Gdyby tak było, pierwszy wycofałbym 

się z naszej wyprawy. Czarna Puma nie reprezentuje żadnego plemienia. Ani on, ani jego ludzie. 

To są nędzne wypędki, a czym się trudnią, łatwo odgadnąć: zwykłym łupiestwem.

Mimo tego wyjaśnienia sierżant nadal nie mógł się zdecydować. Kilka razy wracał do tematu 

“plemiennych walk”, a w dodatku nie bardzo rozumiał, w jaki sposób Czarne Stopy doszły do 

posiadania stada domowego bydła. Na koniec oświadczył, że jednak nie może pozostawić nas 

samych   (w   tym   miejscu   o   mało   nie   parsknąłem   śmiechem),   ale   że   jedzie   tylko   po   to,   aby 

wreszcie   schwytać   Scotta.   Z   dalszych   słów   sierżanta   wynikło,   iż   spotkał   oddział   Pumy   w 

przededniu huraganu. To była ważna wiadomość. Wynikało z niej, iż dosłownie depczemy po 

piętach ściganym. Ruszyliśmy więc nie zwlekając.

W drodze Mitchell wypytywał Karola o historię ostatniego naszego spotkania ze Scottem. 

Karol opowiadał, omijając pewne szczegóły i nie zahaczając ani słowem o fakt znalezienia przez 

nas złotodajnej doliny w Górach Skalistych.

Nad   wieczorem,   ale   było   jeszcze   dość   widno,   odnaleźliśmy   boczny   trop   odbiegający   od 

śladów   oddziału   Pumy.   Nie   ulegało   wątpliwości,   iż   pozostawili   go   po   sobie   dwaj   biali 

uciekinierzy. Mitchell w pierwszej chwili zamierzał tym właśnie udać się śladem. Ale dał się 

przekonać, iż to nie ma sensu. Jechaliśmy więc nadal razem aż do późnego zmierzchu. Trop był 

coraz świeższy, więc też zastosowaliśmy specjalne środki ostrożności. Rankiem, na pół godziny 

background image

przed   odjazdem,   wyruszyło   naprzód   trzech   zwiadowców.   Każdy   z   nich,   natychmiast   po 

dostrzeżeniu jakiejkolwiek grupy ludzi na horyzoncie, miał natychmiast wracać.

Wbrew oczekiwaniu i ten dzień minął spokojnie. Dopiero nazajutrz przybyła cała trójka z 

wiadomością, iż duży oddział czerwonoskórych rozbił obozowisko nad rzeczką znajdującą się o 

dwie godziny jazdy.  Stwierdzili, że brzegi tej rzeczki gęsto były obrośnięte krzewami, a po 

przeciwległej od nas stronie widniał mały olchowy lasek, dość gęsty, by mogła w nim prze-

bywać niewidoczna nawet z bliska grupa ludzi. Ażeby dostać się w sąsiedztwo Pumy, należało 

przebyć  rzeczkę. Musieliśmy więc zmienić  teraz kierunek jazdy,  zatoczyć  wielkie koło, aby 

przebyć wodę w takim miejscu, w którym ludzie Pumy nie mogliby nas dojrzeć.

Rzeczka   płynęła   szeroko,   pełna   ławic   piasku   i   płycizn.   Ruszyliśmy   dalej   ku   zachodowi 

wzdłuż   brzegu,   co   chwila   badając   horyzont   przy   pomocy   lornetek,   aż   wreszcie   ujrzeliśmy 

ciemniejszą   kępę   —   plamę   widniejącą   tuż   nad   wodą.   To   musiał   być   opisywany   przez 

zwiadowców olchowy lasek. Dalej nie sposób było jechać — na rozległej płaszczyźnie nigdzie 

nie można się skryć. Rozpaliliśmy malutkie ognisko nad samą wodą, na piaszczystej plaży, gdzie 

nieco wyższy brzeg zasłaniał nas przynajmniej z jednej strony. Wiatr wiał ku wschodowi, więc 

zapach dymu nie mógł dotrzeć do obozowiska Pumy. Cóż jednak należało, czynić dalej?

—Czekać — twierdził Karol. — Jeżeli się ruszą, ruszymy i my w odpowiedniej odległości.

—A jeżeli to uczynią w nocy? — zagadnął szeryf.

—W nocy? Z jakiego powodu? Przecież nie przeczuwają naszej obecności.

—Może być powód.

—Jaki?

—Bliskość stada Czarnych Stóp. Mogli Już wysłać zwiadowców. Cóż my o tym wiemy?

Spojrzałem   pytająco   na   Czerwoną   Chmurę.   Siedział   wpatrzony   w   płomień   ogarniający 

malutkie polana drzewa.

— Nie wolno nam jechać dalej, nie wiedząc, gdzie teraz znajduje się stado Czarnych Stóp. 

Czy nie tak sądzą moi biali bracia?

Gdy nikt nie odezwał się słowem sprzeciwu, czarodziej mówił dalej:

—Wysłałem   w   prerię   dwu   wojowników,   aby   odnaleźli   stado   i   uprzedzili   o   napadzie. 

Poczekamy do zmroku i w nocy podejdziemy jak najbliżej olchowego lasku. Ale nie wszyscy. 

Wystarczy   dwu   ludzi   dla   obejrzenia   obozowiska   Pumy.   Co   myślą   o   tym   moi   biali

bracia?

—Czy nie lepiej  wyruszyć  natychmiast  na poszukiwanie stada? Wyprzedzilibyśmy  w ten 

sposób Pumę.

—A czy mój biały brat wie, gdzie przebywa stado? Preria jest wielka i możemy się błąkać 

background image

przez kilka wschodów słońca, a tymczasem Puma będzie pierwszy. On z pewnością już się 

dowiedział, gdzie są krowy, my nie wiemy. Musimy trzymać się jego tropów. Czy moi biali 

bracia mają jeszcze jakieś wątpliwości ?

Teraz okazało się, iż sierżant Mitchell — podobnie jak ja — uważał, iż dalsze oczekiwanie na 

to, co uczyni Puma, nie ma żadnego sensu. Należy natychmiast przystąpić do akcji. Otoczyć 

bandę, rozbroić, a Scotta i Rothcliffa aresztować.

—W ten sposób — twierdził — zapobiegniemy napadowi na stada Czarnych Stóp. Jeszcze 

dziś powinniśmy ruszyć.

Ku temu poglądowi począł skłaniać się i szeryf. Powiedział po prostu, iż za długo już bawi 

poza Fort Benton. Musi wracać.

Z kolei takim planom sprzeciwił się Karol.

—Puma ma ponad dwudziestu wojowników, a ilu nas jest? Policzcie.

Razem   z   dwoma   policjantami   dziewięciu.   Dwu   bowiem   wojowników   —   jak   już 

wspomniałem — udało się na zwiady.

—Obawiam się, iż tym razem Puma nie skapituluje na widok “czerwonych kurtek”.

—Kto wie? — upierał się Mitchell. — Moglibyśmy zaskoczyć ich nocą.

Czerwona Chmura znalazł jednak wyjście, które zadowoliło wszystkich. Zaproponował, aby 

na nocne zwiady udał się Mitchell z szeryfem oraz on sam z Karolem. Pozostali podsuną się do 

lasku tak blisko, jak tylko będzie można. Jeśli da się uprowadzić obu białych bez walki, tym  

lepiej. Jeśli nie, przed świtem cofniemy się w głąb prerii i poczekamy na wiadomość,  jaką 

przyniosą zwiadowcy, lub też ruszymy za Pumą — zależnie od okoliczności. I na tym stanęło.

Otrzymałem parę garści pemikanu, do tego podpłomyk i kubek gorącej kawy. Na zdobycie 

czegoś   innego   nie   mieliśmy   ani   czasu,   ani   okazji.   Potem   położyłem   się   na   trawie.   Słońce 

znajdowało się jeszcze dość wysoko i grzało bardzo przyjemnie. Zapadłem w drzemkę. Zbudziło 

mnie mocne szturchnięcie:

—Czas na nas, doktorze.

To szeryf szarpnął mnie za ramię. Otworzyłem oczy. Szarzało. Czerwona kula słońca już 

ginęła za horyzontem.

—O co chodzi?

—Ruszamy

Osiodłaliśmy konie i pomaszerowali wolno, trzymając je za uzdy. Gdy na niebie ukazały się 

pierwsze gwiazdy, Czerwona Chmura, Karol, szeryf i Mitchell odłączyli się od nas. Zostałem z 

drugim policjantem i trzema' indiańskimi wojownikami. Niewielka gromadka, więc czułem się 

trochę nieswojo. Pocieszała mnie tylko myśl, że każdy z tych ludzi doskonale wie,

 

jak zachować 

background image

się w czasie walki, i że moi przyjaciele wkrótce powrócą.

Legliśmy długą linią wśród traw. Za nami pokładły się indiańskie mustangi. Ja wybrałem 

miejsce niedaleko krawędzi niewielkiej skarpy, wznoszącej się nieco ponad piaszczystą łachę. 

Wiatr ucichł. Ujrzałem wielki cień sunący w powietrzu, nisko nad prerią. Sowa rozpoczynała 

swe nocne łowy. Potem ozwały się przejmującym głosem kujoty — wilki stepowe, ale i one 

wkrótce umilkły. Leżałem rozmyślając o szlaku minionej wędrówki. Sprawa Scotta i Rothcliffa 

opóźniała wykonanie właściwego zadania, dla którego Karol i ja przybyliśmy w te strony. Po 

schwytaniu bandytów należało jak najszybciej — wraz z Czerwoną Chmurą i jego wojownikami 

— udać się do głównej siedziby Czarnych Stóp: Ukrytego Miasta, a stamtąd ku Dolinie Siodła, 

złotodajnej dolinie Gór Skalistych.

Na szczęście — myślałem — dziś jeszcze lub jutro Scott wraz ze swym towarzyszem znajdą 

się   w   naszych   rękach.   Jest   rzeczą   niemożliwą,   aby   i   tym   razem   się   wymknął.   Co   prawda 

opowiadano mi o pewnym oficerze Królewskiej Konnej, który przez dwa lata ścigał przestępcę, 

zanim go wreszcie pochwycił. Ale uważałem to za wyjątkowy wypadek.

Starałem sobie wyobrazić, co czynią teraz moi towarzysze. Czy dotarli już do obozowiska 

Pumy? Nastawiłem pilnie uszu, czy przypadkiem nie dosłyszę jakiejś wrzawy lub huku strzałów. 

Poza  cichym  szmerem  płynącej   wody  nic  jednak nie  mąciło  milczenia  nocy.  Raptem  — w 

pierwszej chwili nie zwróciłem na to uwagi — głos rzeki zamącony został powtarzającym się 

kilkakrotnie pluskiem. Czy w koryto wpadł nadbrzeżny kamień, czy wodę przepływała jakaś 

żywa istota?... Czworonożna? Dwunożna? Szepnąłem do leżącego obok mnie wojownika:

—Czy mój czerwony brat słyszy?

Skinął głową.

—Pójdę zobaczyć.

Skinął   głową   po   raz   drugi.   Zostawiłem   mu   strzelbę,   która   teraz   tylko   by  mi   zawadzała. 

Wolno, wolniutko podczołgałem się nad samą krawędź wysokiego brzegu, zdjąłem z głowy 

kapelusz i umieściłem go pod krzakiem. Z tego miejsca mogłem obserwować całą szerokość 

rozlanej szeroko wody oraz kilka yardów w prawo i w lewo.

Początkowo nie dostrzegłem nic. Gwiazdy błyszczały na niebie, ale nie było księżyca, więc w 

tym mroku widziałem tylko połyskujące pasmo rzeki. Natężyłem wzrok, badając pilnie każde 

załamanie przeciwległego brzegu, a potem jasną łachę. I tu niczego nie zauważyłem. Na koniec 

zwróciłem   oczy   ku   wodzie.   W   środku   najczarniejszego,   a   więc   najgłębszego   nurtu   tkwiła 

ciemniejsza jeszcze plama sitowia. Patrzałem w tę stronę machinalnie, dziwiąc się tylko, że 

szuwary wyrosły w miejscu, gdzie przepływ był najsilniejszy. Potem dostrzegłem, że ciemna 

plama zmienia położenie, przesuwa się, ale całkowicie niezgodnie z kierunkiem prądu.

background image

W pierwszej chwili zrodziło się we mnie zupełnie fantastyczne przypuszczenie, że to kujot 

przepływa rzekę. W sekundę później dostrzegłem swą pomyłkę. Woda zachlupotała i powoli 

poczęła z niej wyłaniać się sylwetka człowieka. Pochylona, jak gdyby pod jakimś ciężarem. 

Rozpłaszczyła się nagle na piasku i zastygła w bezruchu. Jeśli to był wywiadowca — popełnił 

kapitalne głupstwo. Na białej płaszczyźnie jego ciemna postać rysowała się bardzo wyraźnie 

nawet teraz, w nocy. Czekałem, co dalej nastąpi. Mijały sekundy, wreszcie nieruchomy kształt 

począł się wolno czołgać. Prosto na mnie. Zapadłem w trawę.

Jeśli wam kto powie, że znajdując się w takiej sytuacji był zupełnie spokojny — nie wierzcie 

mu. To kłamstwo. Czułem, jak mi serce bije przyśpieszonym tempem, z trudem starałam się 

opanować. Zdawałem prawdziwy egzamin wytrzymałości nerwowej.

Nieznajomy  dotarł  już  do  podnóża  brzegowej   skarpy.   Znajdował   się  tak   blisko  mnie,  że 

mogłem go ręką dosięgnąć, ale jeszcze czekałem. Znowu nastała chwila ciszy, a potem jakiś 

kamyk z szelestem począł się toczyć po nierównym gruncie. “Ale niezdara!” — pomyślałem.

Na koniec ujrzałem, jak znad krawędzi wynurza się najpierw wiązka sztywnych traw, a potem 

głowa, którymi była ustrojona. Zacisnąłem szczęki. Głowa znieruchomiała. Pomyślałem: “Jeśli 

dostrzeże leżących za mną Indian, natychmiast się cofnie”. Pełen niepokoju, począłem unosić się 

ostrożnie   na   rękach,   a   potem   runąłem   na   leżącego.   Krzyknął   jakieś   “Ho!”,   ale   był   tak 

zaskoczony, że zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, przygniotło go ku ziemi dwu wojow-

ników   Czarnych   Stóp.   Skrępowany   rzemieniami   z   kneblem   w   ustach,   spoglądał   na   nas 

przerażonym wzrokiem. Był to Indianin.

Dałem spokój wszelkim badaniom, nie czas był po temu ani miejsce. Leżeliśmy jeszcze z 

dobrą godzinę, zanim — ku mej radości — powróciła wreszcie cała nasza czwórka.

Jak wynikało z ich opowiadania, zwiadowcza wyprawa udała się tylko w połowie. Porwać 

podstępem z obozu Pumy obu białych było sprawą niemożliwą. Scott i Rothcliff siedzieli w 

kręgu Indian, a tuż obok pasły się mustangi, których ostrzegawcze rżenie mogło zaalarmować 

cały   obóz.   Czerwona   Chmura   podsunął   się   tak   blisko,   iż   zdołał   usłyszeć   rozmowę,   jaką 

przywódca bandy prowadził z białymi. Wynikało z niej, iż przed chwilą wrócili zwiadowcy 

wysłani   dla   dokładnego   oznaczenia   miejsca,   w   którym   pasło   się   stado   Czarnych   Stóp. 

Stwierdzili,   iż   dzieli   ich   od   niego   zaledwie   godzina   jazdy.   Była   to   dla   Pumy   pomyślna 

wiadomość. Następna — mniej pomyślna. Okazało się bowiem, iż stada strzegło wcale nie kilku, 

ale   aż   dziesięciu   wojowników   Czarnych   Stóp.   Ta   ostatnia   informacja   ucieszyła   Czerwoną 

Chmurę i wpłynęła nawet na zmianę naszych planów.

Czarna Puma zaniepokoił się taką liczbą strażników. Wahał się nawet, czy w ogóle przystąpić 

do napadu. Jednak dwaj jego biali sprzymierzeńcy tak długo przekonywali, aż ustąpił. Banda 

background image

miała wyruszyć przed świtem. Słowem wszystko to stanowiło dla nas bardzo cenną informację. 

Potwierdzała ona również przypuszczenie Czerwonej Chmury, że Scott i Rothcliff wcześniej 

musieli dojrzeć “czerwone kurtki” i tylko na pewien czas odłączyli się od oddziału Pumy.

Z   kolei   opowiedziałem   o   schwytaniu   tajemniczego   wywiadowcy.   Trzeba   go   było   teraz 

przesłuchać, chociaż Karol oświadczył, iż niczego się nie dowiemy. Należało jednak spróbować. 

Przed tym jednak cofnęliśmy się spory kawałek w prerię, aby na wszelki wypadek zwiększyć 

odległość dzielącą nas od obozowiska Pumy.

background image

Irvin odjeżdża

Jeniec leżał cały czas spokojnie, nie drgnął nawet, gdy Czerwona Chmura pochylił się nad 

nim trzymając w dłoni długi, lśniący nóż.

—Jeżeli krzykniesz, zginiesz — powiedział wyjmując mu knebel z ust.

—Zabij mnie. Skrzydło Jastrzębia stracił swe leki i nie chce żyć.

—Leż spokojnie, a nic ci się nie stanie. Skąd jesteś?

—Skrzydło Jastrzębia był wojownikiem Kutenajów.

Teraz pojąłem, dlaczego tak trudno było mi zrozumieć jeńca. Indianie Kri należą do tej samej 

rodziny   językowej   co   Czarne   Stopy,   dlatego   świetnie   rozumiałem   Czarną   Pumę.   Skrzydło 

Jastrzębia używał niektórych wyrazów podobnych, ale nie identycznych. Ich znaczenia mogłem 

się tylko  domyślać.  Usłyszałem  natomiast  wiele mówiące  słowo “był”.  Wynikało  z tego, iż 

Skrzydło Jastrzębia nie jest już wojownikiem Kutenajów.

—Trzymasz z Czarną Pumą? — zapytał czarownik.

Jeniec milczał. Można było to uznać za potwierdzenie.

—Dlaczego opuściłeś siedziby Kutenajów?

Skrzydło Jastrzębia stracił leki. 

Zrozumiałem i to. Fakt, który stał się tragedią życiową tego młodego wojownika. To, co 

Indianie   nazywają   “lekami”,   nie   ma   oczywiście   nic   wspólnego   z   naszym   —   białych   — 

rozumieniem tego słowa. Indiańskie leki nie są żadnymi lekarstwami. Są natomiast czymś w 

rodzaju   talizmanu,   amuletu   każdego   dorosłego   wojownika.   Leki   nosi   się   w   malutkich   wo-

reczkach zawieszonych na szyi lub u pasa. Co znajduje się w takim woreczku — nie zdołałem 

nigdy   sprawdzić.   Ale   wiem,   iż   są   to   przedmioty   różnego   rodzaju:   pochodzenia   roślinnego, 

zwierzęcego, a nawet wyroby rąk ludzkich, na przykład strzępy tkaniny.

Leki mogą być zdobyte na innym wojowniku. Im był sławniejszy, tym większą przedstawiają 

wartość.   Są   zawsze   sporządzane   przez   plemiennego   czarodzieja...   Z   lekami   nie   wolno   się 

rozstawać. Ich utrata jest hańbą dla każdego czerwonoskórego, a hańba ta może być zmyta tylko 

przez odzyskanie leków lub zdobycie ich na innym wojowniku.

— Czy wysłał cię Czarna Puma? — zapytał znowu czarownik.

I tym razem jeniec nie odpowiedział. Karol miał rację.

—Kto zabrał ci leki?

—Blade   twarze   przybyły   do   wioski   Kutenajów.   Przyniosły   z   sobą   wodę   ognistą.   Pili 

wojownicy,   pił   Skrzydło   Jastrzębia,   aż   zły   duch   odebrał   mu   pamięć   i   serce   napełnił 

szaleństwem. Kiedy zły duch ustąpił, bladych twarzy nie było już we wsi, a Skrzydło Ja-

background image

strzębia nie miał swych leków. Musiał opuścić braci, iść na prerię.

Oto, jak brzmiała zwięzła relacja o wielkiej tragedii. Wysłuchaliśmy jej w milczeniu.

— Skrzydło Jastrzębia pozostanie związany — rzekł Czerwona Chmura — ale gdy zabłyśnie 

gwiazda

 

poranna, będzie wolny. Może iść na prerię, może iść z Czarnymi Stopami. Przyjmą go 

jak brata, bowiem padł ofiarą fałszywych ludzi. Howgh!

Odszedłem   na   bok,   zawstydzony.   Nie   po   raz   pierwszy   dowiadywałem   się   o   skutkach 

rozpijania Indian przez białych. Tym razem nie były to co prawda krwawe konsekwencje, ale 

fakt  wykluczenia   ze  społeczności  indiańskiej   często  równał   się  wyrokowi   śmierci.   Skrzydło 

Jastrzębia może również zginąłby samotnie, gdyby nie spotkał Czarnej Pumy. I tak oto wódka 

przysporzyła   bandzie   rabusiów   nowego   współuczestnika.   A   z   tej   drogi   nie   było   odwrotu. 

Dlatego   to   właśnie   propozycja   Czerwonej   Chmury   stwarzała   jeńcowi   jedyną   możliwość 

zrehabilitowania się. I tak ją oceniłem. Czy tak samo zrozumiał ją jeniec? Niedaleka przyszłość 

miała odpowiedzieć na to pytanie.

Tymczasem wypadki poczęły rozwijać się zgodnie z naszym planem. Przed północą wrócili 

dwaj nasi zwiadowcy. Chociaż od stada Czarnych Stóp dzieliła nas — jak już wiedzieliśmy — 

zaledwie   godzina   jazdy,   zużyli   na   nią   parokrotnie   więcej   czasu,   błądząc   po   prerii   w 

poszukiwaniu   celu.   Droga   powrotna   trwała   co   prawda   znacznie   krócej,   ale   gdy   dotarli   do 

dawnego obozowiska, nas już tam nie zastali. Dopiero po tropach dotarli na miejsce nowego 

postoju.

Relacje wysłanników Czerwonej Chmury pokrywały się z tym, co zostało podsłuchane w 

obozowisku Pumy.  Istotnie stada pilnowało dziesięciu wojowników. Okazała się bowiem, iż 

Wysoki Orzeł — wódz Czarnych Stóp — otrzymał informację o pojawieniu się na prerii bandy 

Czarnej Pumy i wzmocnił liczbę strażników. Teraz zostali poinformowani o grożącym im na-

padzie. Stado zapędzono na samo dno wymytego  przez wody kanionu. Zbocza jego dawały 

wspaniałą osłonę przed napastnikami. 

Mogliśmy teraz już w szczegółach opracować plan akcji. Odbyliśmy małą naradę, na której 

zostało ustalone, iż jeszcze przed świtem podejdziemy, jak można najbliżej, do olchowego lasku 

i tam właśnie oczekiwać będziemy wymarszu oddziału Pumy. W pół godziny po jego odjeździe 

ruszymy   za  nim  tak  szybko,  aby  zaatakować  ich  w  chwili,   gdy uderzą   na dozorców  stada. 

Sierżant   Mitchell   wraz   z   towarzyszącym   mu   policjantem   oraz   szeryf   Irvin   mieli   się   zająć 

schwytaniem Scotta i Rothcliffa. Zaofiarowałem im swą pomoc. Zdawałem sobie sprawę, że 

Puma wraz z całą swą bandą jest pospolitym przestępcą zasługującym na karę, ale pamiętałem i 

o tym, że dwukrotnie obronił nas przed Scottem i zapewniał, że nie zamierza wyrządzić nam 

żadnej krzywdy.

background image

O pierwszej po północy rozpoczęliśmy powolną i ostrożną wędrówkę w kierunku olchowego 

zagajnika. Przeszedłszy dwie trzecie drogi, pozostawiliśmy konie pod opieką wojowników, a 

sami   podeszli   tak   blisko,   że   poprzez   pnie   drzew   dostrzegłem   niewielki   płomień   ogniska, 

chwiejący się jak błędny ognik na wietrze. Tu zapadliśmy w gęstą trawę. Leżałem z głową 

opartą na lewej ręce, pod prawą mając sztucer. Obok mnie położył się szeryf i Mitchell ze swym 

towarzyszem.   Powoli   ogarniała  mnie  senność.  Szczypałem   się  w  policzek  —  nie   bardzo  to 

pomagało. Na szczęście, robiło się coraz chłodniej i to mnie otrzeźwiło. Wytrzeszczałem oczy na 

czarną kępę drzew, ale teraz nie mogłem już dostrzec nawet płomienia. Zapewne ognisko zgasło. 

Ani się spostrzegłem, jak czarny olchowy lasek począł szarzeć. Świtało.

Trącaliśmy   jeden   drugiego,   aby   nie   zasnąć.   Jeśli   Czarna   Puma   miał   wyruszyć   na   swą 

wyprawę, powinien był uczynić to właśnie teraz. Tymczasem nic się nie działo dokoła. Czyżby 

Puma zmienił plany?

Kątem oka dostrzegłem, jak z naszej linii wysunęli się: Czerwona Chmura i Karol. Czołgając 

się znikli po chwili w gęstej trawie. Czekałem z bijącym sercem na to, co teraz powinno było 

nastąpić. Mijały minuty, przedranne mgły poczęły się kłębić nad ziemią i powoli w nią wsiąkać. 

Na koniec niebo rozświetliły pierwsze zorze. I dopiero wówczas ujrzałem wracających. Szli 

zupełnie swobodnie, wyprostowani.

—Co się stało?

—Uciekli. Spryciarze!

Zanim   zdążyłem   zadać   następne   pytanie,   Czerwona   Chmura   począł   wywoływać   swych 

wojowników.   Czterech   pobiegło   po   konie.   Po   chwili   ujrzałem,   jak   dwaj   przejechali   przez 

rzeczkę   i   ruszyli   galopem   ku   północy.   Dwu   innych   zakryły   trawy   prerii   ciągnącej   się   ku 

południowi.   Wszyscy   pozostali,   a   my   z   nimi,   podeszli   do   samego   skraju   olchowego   lasku. 

Przyznam się, iż niewiele z tego mogłem pojąć. Dopiero przy ognisku rozpalonym tym razem na 

ostygłych   już   popiołach   obozowiska   Pumy,   dowiedziałem   się   prawdy.   Oto   oddział   Pumy 

wymknął się w zupełnie przeciwnym kierunku. Jak pokazały tropy, Puma po prostu zrezygnował 

z napadu. Musiał dowiedzieć się o naszym uwolnieniu, ba, pewno i o naszej obecności w jego 

sąsiedztwie. Uznał, że byłaby to zbyt nierówna walka, i zdecydował się na ucieczkę. Czerwona 

Chmura wraz z trójką towarzyszy zbyt wcześnie wycofał się z lasku podsłuchawszy, o czym 

mówił z białymi wódz bandy. Sądząc, że już wie o najważniejszych sprawach, nie czekał dłużej. 

Gdyby wówczas pozostał jeszcze kilka minut, stałby się świadkiem powrotu wywiadowcy wy-

słanego przez Pumę dla zbadania okolicy.  Czerwona Chmura dowiedziałby się wówczas, że 

zwiadowców Pumy było dwóch i że jeden, po przepłynięciu rzeczki, dostał się w moje ręce, a 

drugi zdołał powrócić.

background image

Takie były nasze przypuszczenia oparte na relacji Skrzydła Jastrzębia, który teraz dopiero 

począł   mówić.   Ten   fakt   pierwotnego   zatajenia   prawdy   nie   wywołał   wśród   wojowników 

Czarnych   Stóp   ani   jednego   wrogiego   gestu.   Skrzydło   Jastrzębia   postąpił   przecież   tak,   jak 

powinien postąpić każdy indiański wojownik.

Wysłani   zwiadowcy   Czerwonej   Chmury   wrócili   nad   wieczorem,   stwierdzając,   że   Puma, 

przebywszy rzeczkę, skierował się najpierw na północ, a potem ruszył w kierunku wschodnim.

Cóż więc należało począć?

Sierżant Mitchell oświadczył, iż nie zrezygnuje i natychmiast ze swym pomocnikiem ruszą 

tropami Pumy. Wyraziłem zdziwienie, iż we dwójkę ryzykuje spotkanie z całą bandą. Odparł, iż 

nie ma zamiaru tego czynić, ale że tak długo będzie szedł za Pumą, aż doczeka się chwili, w 

której Scott odłączy się od czerwonoskórych.

— Przecież nie będzie się z nim wlókł w nieskończoność?

Takim retorycznym pytaniem zakończył swe wywody dzielny sierżant z Królewskiej Konnej. 

Wysłuchawszy ich szeryf Irvin oznajmił swoją decyzję:

— Będę wam towarzyszył. To jedyna możliwość schwytania Rothcliffa. I ostatni moment. 

Muszę przecież wracać do Fort Benton. Nawet jeśli nie schwytam przestępcy. A wy? — zwrócił 

się do mnie i do Karola. — Chyba mnie nie opuścicie?

Musiałem zrobić głupią minę po tym pytaniu, bo Irvin przyjrzał mi się badawczo, a potem 

przeniósł wzrok na Karola.

Milczałem, pozostawiając swemu towarzyszowi cały kłopot odpowiedzi. Wywiązał się z niej 

nie   tyle   gładko,   co   szybko.   Oświadczył   szeryfowi,   że   niestety   nie   możemy   mu   teraz 

towarzyszyć, bo czeka nas jeszcze

 

dość długa droga. Pragniemy ją odbyć, by załatwić sprawę, 

dla której tu przybyliśmy. Musimy udać się z Czerwoną Chmurą i jego wojownikami. A potem 

zbliżył się do Irvina i szeptał coś do ucha. Szeryf pokiwał ze zrozumieniem głową.

Nazajutrz wczesnym świtem trójka jeźdźców opuszczała nasze obozowisko.

— Do zobaczenia, szeryfie!

Uścisnął mi rękę.

— Do zobaczenia, doktorze. Jeśli nie złapię Rothcliffa w ciągu tygodnia, wracam do Benton. 

Gdy wszystko zastanę w porządku, a ślad Rothcliffa będzie jeszcze wyraźny, raz jeszcze udam 

się na prerię. Może wówczas spotkamy się wcześniej. Jeżeli nie, będę was oczekiwał u siebie.

Uściskał Karola, pozdrowił Czerwoną Chmurę i wskoczył na konia. Stałem na skraju lasku 

spoglądając, jak trzej jeźdźcy coraz bardziej maleją na rozległej przestrzeni prerii. Wróciłem w 

niewesołym nastroju do ogniska. Będzie mi brakować szeryfa. To doprawdy dzielny człowiek. I 

dobry towarzysz wędrówek.

background image

Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Kwitnący szmat łąk pozostał daleko za nami. Znowu 

rozciągała się monotonnie zielona dal. Niespodziewanie wjechaliśmy w sam środek jakiegoś 

“osiedla”   dzikich   indyków.   Zdarzyło   się   to   tuż   obok   błotnistego,   porośniętego   szuwarami 

jeziorka,   którego   powierzchnia   mieniła   się   barwą   błękitu.   Zaczerpnąłem   dłonią   wody.   Była 

niebieskawa. Czerwona Chmura wyjaśnił, iż na prerii można spotkać takie małe stawy o bardziej 

jeszcze   zadziwiających   barwach,   a   Karol   dodał,   iż   przyczyną   tego   są   podziemne   źródła 

zawierające drobniutkie zawiesiny wypłukanych soli mineralnych. Sam widział kiedyś stawek 

barwy   ciemnoczerwonej,   a   potem   dowiedział   się   o   legendzie   na   temat   bratobójczej   walki 

plemion stoczonej w sercu prerii — przelana krew miała utworzyć takie właśnie jeziorko.

Na indyki wpadliśmy kilka yardów od brzegu. Były to szeregi gniazd założonych wprost na 

ziemi. O dziwo — indyczki nie uciekały,  ale tkwiły na gniazdach z nastroszonymi  piórami, 

trwożnie spoglądając w naszym  kierunku. Można ich było  nałowić, ile dusza zapragnie, ale 

daliśmy spokój — szkoda marnować  jaj, które wysiadywały.  Upolowaliśmy więc tylko  trzy 

wielkie i gulgocące samce. Dziwne to są ptaki. Dwa razy w roku odbywają wędrówki: z północy 

na południe (w październiku) i z południa na północ (wczesną wiosną). Taki przemarsz nie jest 

bynajmniej bezładny. Indyki posuwają się w zwartych grupach liczących od dziesięciu do stu 

sztuk, przy czym  oddzielnie maszerują samice, oddzielnie samce. Słowo “maszerują” należy 

rozumieć zupełnie dosłownie. Ptaki wędrują pieszo. Dopiero gdy natrafiają w swej drodze na 

jakąś przeszkodę, na przykład rzekę, zrywają się do lotu.

Upolowane   indory   miały   mięso   chude   i   łykowate.   Po   spożyciu   tej   kiepskiej   dziczyzny 

nadłożyliśmy nieco drogi, aby móc odwiedzić wojowników strzegących stada i upewnić się, że 

nic już im nie zagraża. Dodam jeszcze, iż schwytany przez nas wojownik, Skrzydło Jastrzębia, 

został uwolniony z więzów i wyraził chęć towarzyszenia Czarnym Stopom.

Czwartego dnia dotarliśmy do Oden-na-ka-inne-he-kaj — Ukrytego Miasta Czarnych Stóp. 

Bawiłem w nim już przed rokiem. Od tamtego czasu nic się tu nie zmieniło. Ta sama falista 

okolica i majaczące na horyzoncie siwe wierzchołki gór. Szumiała i błyszczała w słonecznym 

blasku pienista rzeka. Tak samo, jak ongiś na granicy prerii, za ostatnim tipi tej wielkiej

 

wioski 

(nie mającej nic wspólnego, poza nazwą, z najmniejszym nawet miastem) dźwigał się ku niebu 

dziewiczy bór. W dole rzeki, za namiotami, drzewa o rudopłomiennych pniach podchodziły do 

samego brzegu wody.

Wciągałem głęboko w płuca zapach żywicy i igliwia. Ukryte Miasto było pięknym zakątkiem 

tej uroczej krainy.  Tworzyła  je właściwie jedna jedyna ulica — wydeptana w trawie droga, 

rozszerzająca  się w połowie w wielkie  kolisko-plac,  na  który zwoływano narady wodzów i 

wojowników. Ulicę-drogę otaczały z obu stron namioty: rozpięte na stożkowato zbiegających się 

background image

ku   górze   tykach   skóry   zwierzęce,   najczęściej   bizonie,   niekiedy   przyozdobione   wizerunkami 

ludzi i zwierząt.

“Podłogę”   takiej   budowli   stanowiły   plecione   maty   albo   skóry.   Nie   wszystkie   plemiona 

indiańskie budują sobie takie pomieszczenia. Karol opowiadał o Indianach zamieszkujących tak 

zwane puebla — kute w skałach komnaty, często znajdujące się w układzie pionowym, jedne 

nad drugimi. Z piętra na piętro wchodzi się do nich po drabinkach. Takie urządzenie zabezpiecza 

osadę   przed   drapieżnikami   i   nieprzewidzianymi   odwiedzinami   istot   dwunożnych,   niemniej 

niebezpiecznych. Istnieją również plemiona, dla których namiot jest sprzętem używanym tylko 

w czasie wędrówek, natomiast stałe miejsce zamieszkania stanowią budowle drewniane, często 

wspólne dla kilku rodzin.  Tego typu  mieszkania,  zwane od ich kształtu  “długimi  domami”, 

wznoszą Irokezi.

Nasz pobyt w Ukrytym Mieście przeciągał się. Prowizorycznie opatrzona rana przedramienia 

Czerwonej Chmury zaczęła się jątrzyć. Na szczęście aż dwu znajdowało się na miejscu lekarzy: 

ja   —   ze   swą   oficjalną   medycyną   i   sam   czarodziej,   którego   znajomość   ziołolecznictwa 

przekraczała znacznie naszą wiedzę o stosowaniu tych środków. Oto dlaczego nie narzucałem 

się   choremu   ze   swymi   metodami   leczenia,   lecz   tylko   pomagałem   w   jak   najlepszym 

wykorzystaniu środków, jakimi dysponował.

Któregoś z pięknych,  słonecznych  dni, w popołudniowych  godzinach,  wielkie  poruszenie 

nastało   wśród   ludności   Ukrytego   Miasta.   Dostrzegłem   trzech   wojowników   na   spienionych 

koniach, jak zatrzymali się na placu. Zeskoczywszy z wierzchowców udali się do tipi Wysokiego 

Orła, opuścili je po minucie i oto wieść się rozeszła, iż na podgórskiej prerii wytropiono stado 

bizonów. Potwierdził to nieco później Czerwona Chmura.

—Jutro   mój   biały   brat   ujrzy   polowanie   na   bizony   —   przywitał   mnie,   gdy   przyszedłem 

zmieniać opatrunki.

—Rzadka okazja, Janie — dodał Karol. — Bądź gotów o świcie.

Źle spałem  tej  nocy,  podniecony perspektywą  niecodziennych  łowów, ale zanim wzeszło 

słońce, siedziałem już na koniu wpatrzony w plecy jadącego przede mną Karola.

Wyruszyło nas dwunastu, z Wysokim Orłem na czele. Czerwona Chmura nie mógł wziąć 

udziału w polowaniu.

Po godzinie jazdy Karol wstrzymał swego wierzchowca, aż zrównał się ze mną.

—Oczywiście, będziesz tylko widzem — powiedział nagle.

—Dlaczego? — oburzyłem się.

—To zbyt niebezpieczne dla nowicjuszy, Janie. Tym bardziej iż łowy odbywać mamy pieszo. 

Stado bizonów żeruje wśród skałek i nierówności gruntu. Teren nie nadaje się do szybkiej 

background image

jazdy konnej.

Widząc, że pomarkotniałem, dodał:

—Na   takie   polowanie   wybiera   się   tylko   bardzo   doświadczonych   myśliwych,   którzy   już 

niejeden raz mieli na rozkładzie bizony. Rozumiesz więc...

—Rozumiem — powtórzyłem smętnie.

Po   następnej   godzinie   jazdy   dotarliśmy   do   zielonej   ściany   szeroko   i   gęsto   rozrosłych 

krzewów, zasłaniających widok. Tu zsiedliśmy z koni, przedarli się przez zarośla i zatrzymali na 

ich skraju.

— Patrz — powiedział Karol położywszy się obok mnie.

Przed nami trawiaste, najeżone wystającymi z ziemi krawędziami głazów, usiane rzadkimi 

krzaczkami, pełne dziur i zapadlin zbocze spadało łagodnie ku rozległej dolinie. Tam właśnie, w 

samym jej środku, dojrzałem bizony. Przyłożyłem do oczu lornetkę. W jej szkłach nie mieściło 

się   całe   stado.   Liczyłem   sztuki   rozproszone   wśród   traw.   Gdy   doszedłem   do   pięćdziesięciu, 

rachunek zmylił mi się. Więc dałem spokój dalszej rachubie.

—Ile ich jest? — zagadnąłem.

—Około setki. Wielkie stado, jak na dzisiejsze dni. Zauważ, Janie, że największe sztuki pasą 

się na skraju. To stare, doświadczone byki. Wewnątrz zakreślonej przez nie granicy znajdują 

się bizonice, a w samym środku cielęta.

—Nie dostrzegą nas?

—Nie. Wiatr wieje w naszym kierunku. Musisz wiedzieć, że bizony posiadają znakomity 

węch   i   dobry   słuch,   ale   zupełnie   kiepski   wzrok.   Podobno   dlatego,   że   zwisające   kudły 

zasłaniają im oczy. Wbrew ustalonej opinii są to dość łagodne zwierzęta. Nie zaczepione, 

nigdy nie atakują, ale biada, jeśli się je podrażni. Mimo swej potężnej wagi potrafią biec tak 

szybko,   iż   koń   z   trudem   im   dorównuje.   A   teraz   uważaj,   będziesz   świadkiem   ciekawego 

widowiska.

Rzekłszy to poczołgał się do tyłu, a ja poszedłem za jego przykładem. Po przeciwnej stronie 

zarośli ujrzałem, jak Indianie zdejmują z koni zawiniątka podłużnego kształtu. Gdy je rozwinęli i 

rozciągnęli na murawie, zobaczyłem coś w rodzaju obszernych opończy uszytych z bizonich 

skór, zakończonych dziwacznymi kapturami wyposażonymi w rogi. Wysoki Orzeł, Karol oraz 

czterech jeszcze wojowników poczęło zakładać na siebie te przybrania, a kaptury umocowywać 

na głowach.

—Będziecie w tym podchodzić?

—Oczywiście   —   potwierdził   Karol.   —   To   świetny   sposób.   Bizony,   jak   ci   mówiłem,   są 

krótkowzroczne, a te skóry neutralizują zapach człowieka. Przyglądaj się uważnie.

background image

—Czy jednak nie mógłbym...

—Nie, nie. Nawet o tym nie myśl, a poza tym brak dla ciebie przebrania.

Nie pozostało mi nic innego, jak siąść na zboczu za jakimś głazem, jako widz niecodziennego 

przedstawienia. Najpierw ujrzałem, jak sześciu cudacznie przebranych myśliwych zsunęło się na 

sam  dół doliny,   jak  potem  rozdzielili   się  i  już  znacznie   wolniej  poczęli  okrążać   stado. Ale 

bizony, zapewne przez przypadek, skubiąc trawę odsuwały się coraz dalej ku przeciwległemu 

krańcowi niziny. Cudacznie przebrane postacie zginęły mi z oczu wśród głazów. Zdenerwowa-

łem się — przecież w ten sposób nic nie zobaczę!

Opuściłem obserwacyjny punkt. Poszedłem do koni i sprowadziłem swego wierzchowca do 

doliny. Wskoczyłem na siodło i wolno, wolniutko posuwałem się za odchodzącymi bizonami. 

Stąd widoczność była znacznie lepsza. Odkryłem nawet niedaleko stada jednego z przebranych 

łowców. Znajdowałem się coraz bliżej zwierząt, ale nie zwracały na mnie uwagi. Ośmielony 

tym, zmusiłem konia do lekkiego kłusa i wstrzymałem go dopiero o kilka yardów od potężnego 

brodacza pasącego się na samym końcu. Nie oderwał łba od ziemi. Wówczas, gdzieś z lewej 

strony, buchnął strzał. Mój czworonożny sąsiad uniósł głowę i zastygł w bezruchu. Powtórnie 

ozwał się głos strzelby,  po nim — trzeci. Zauważyłem  w stadzie jakieś zamieszanie. Bizon 

odwrócił   się   ku   mnie   ogonem   i   począł   oddalać   się   ciężkim   galopem.   Ruszyłem   za   nim   w 

przyzwoitej   odległości.   Przede   mną   stado,   dotąd   rozproszone,   zbiło   się   w   gromadkę   —   po 

bokach pędziły największe sztuki — i runęło w popłochu ku przeciwległemu krańcowi doliny. 

Znowu huknęły strzały.

Ciekawość przemogła ostrożność. Ponagliłem konia do galopu. Gonione zwierzę zatrzymało 

się raptownie tak, iż przemknąłem tuż obok niego i w następnej sekundzie ruszyło wprost na 

mnie. Wyciągnąłem błyskawicznie sztucer i oddałem strzał w pochylony łeb, między potężne, 

zakrzywione rogi. Musiałem chybić lub po prostu kula nie przebiła twardej kości, bo zwierz 

prychnąwszy, runął na mego konia. W ostatniej sekundzie spiąłem wierzchowca i zmusiłem do 

szaleńczego  galopu.  Starałem   się  ominąć  sterczące   z  ziemi  głazy  i  niebezpieczne   zapadliny 

gruntu.   Znalazłem   się   tuż   za   uciekającym   stadem.   Skręciłem   w   bok,   aby   ominąć   ostatnie 

zapóźnione sztuki. Nagle wierzchowiec potknął się, a ja przeleciałem przez jego kark i grzmot-

nąłem z rozmachem na ziemię. Usłyszałem huk strzału. Oczekiwałem, iż lada chwila ujrzę nad 

sobą potężny łeb byka. Nie mogłem wstać. Potem buchnął drugi strzał, czyjaś dłoń dotknęła 

mego ramienia i znany głos zapytał:

—  Czy możesz się podnieść, Janie?

Wsparłszy się na rękach — z trudem siadłem. W głowie mi szumiało jak w ulu pełnym 

pszczół. Świat wirował w oczach i myślałem, że zemdleję. Ale jakoś mi przeszło. Karol chwycił 

background image

mnie za ramię.

Dźwignąłem się.

—Czy czujesz ból?

Rozprostowałem ręce, uczyniłem dwa kroki, odetchnąłem głęboko.

—Kości mam chyba całe, ale wszystko mnie boli.

—Nie dziwę się. Tak runąć! Szczęściem upadłeś na trawę. Twemu koniowi powiodło się 

gorzej. Już nigdy na nim nie pojedziesz. Niedobry miałeś pomysł.

Zwiesiłem głowę. Cóż miałem do powiedzenia na swe usprawiedliwienie?

—To traf, że znalazłem się obok ciebie. Popatrz, “twój” bizon.

Spojrzałem. Potężne cielsko leżało bezwładnie kilka kroków od miejsca mego upadku.

—Ale olbrzym!

Ba, tak na oko waży przeszło dwa tysiące funtów

10

. Piękna sztuka. No, coś taki ponury, 

Janie? Coś ci dolega? — zaniepokoił się.

—Po prostu, trochę mi... głupio. Zlekceważyłem twoją przestrogę. Moja wina...

—Nie trap się. Jesteś teraz bogatszy o jedno doświadczenie. Możesz chodzić?

Spróbowałem i jakoś dowlekliśmy się na szczyt zbocza. Tam spotkał nas Wysoki Orzeł. Nic 

nie wiedział o wypadku, dopiero teraz Karol poinformował go o tym, ale w dość oględnych 

słowach. Nie chciał mi robić wstydu. 

Wódz wysłuchał relacji w milczeniu. Bez słowa obmacał mi ręce, nogi, piersi, kark — i na 

tym sprawa się zakończyła. Z trudem wdrapałem się na pożyczonego konia, posykując nieco z 

bólu (jednak potłukłem się porządnie) i dojechałem jakoś wraz z Karolem do Ukrytego Miasta. 

Wojownicy pozostali w dolinie, aby sprawić i poćwiartować sześć ustrzelonych bizonów. Mięso 

przewieziono dopiero nad wieczorem. Piekło się przy ogniskach, a część pokrajana w długie 

pasma, suszyła się na wbitych w ziemię palach, zawieszona wysoko, aby jej nie dosięgły psy.

Dopiero  teraz wystąpiły w pełni  wszystkie  konsekwencje mego  upadku. Nie mogłem  się 

nawet dźwignąć z posłania. Zjawił się Czerwona Chmura, mimo iż sam nie czuł się zupełnie 

zdrowym, zajął się moją kuracją. Bolące miejsca zostały obłożone płatami bizoniego tłuszczu. 

Niezbyt przyjemna kuracja, ale jakże skuteczna! Rankiem już chodziłem. Minęły jeszcze trzy dni 

i oto czułem się całkowicie zdrowy. Ponieważ i Czerwonej Chmurze rana całkowicie się zagoiła, 

mogliśmy ruszyć na wyprawę do Gór Skalistych. Tym razem na przeszkodzie stanęła pogoda. 

Począł padać deszcz, i to jaki deszcz! Lało przez calutki dzień. Potworzyły się strumienie rwące 

przez prerię. Chmury kłębiły się tak nisko, iż zdawało się — dotykają wierzchołków drzew, a 

widoczność   zmalała   do   odległości   kilku   yardów.   Tak   lało   bez   przerwy   dzień   i   noc. 

10 Funt angielski (i amerykański) równa się 453,59 g, 2 tysiące funtów to 907,2 kg.

background image

Przesiadywaliśmy przeważnie w tipi czarodzieja, wsłuchani w monotonny szum wody.

Gdy trzeciego dnia ulewy siedzieliśmy w milczeniu ćmiąc swe fajeczki, a ja żałowałem, że 

nie ma między nami szeryfa, Karol odezwał się nagle:

— Ta ulewa przypomina mi Śliwkowy Strumień. Tam lało tak samo niemiłosiernie, tylko 

położenie nasze było bez porównania gorsze.

—Śliwkowy Strumień? — mruknąłem pytająco. — Śmieszna nazwa.

—To dopływ rzeki Platte, która z kolei wpada do Missouri — wyjaśnił przyjaciel, po czym 

wypuścił   z   ust   kłąb   niebieskiego   dymu.   Wydało   mi   się,   że   po   twarzy   Wysokiego   Orła 

przemknął cień uśmiechu.

—Niech Wielki  Bóbr opowie  o tym.  Wiele  można  się nauczyć  z doświadczeń  dzielnych 

mężów.

I tak oto dowiedziałem się o dziwnej walce stoczonej nad Śliwkowym Strumieniem. Więc 

chociaż   opowieść ta   nie  wiąże  się  z historią   naszej  wyprawy,  wiąże  się  jednak z  dawnymi 

przygodami  szeryfa  Irvina i tak go świetnie  charakteryzuje,  iż postanowiłem ją, z pewnymi 

skrótami, przytoczyć.

Bój nad Śliwkowym Strumieniem

— Działo się to — zaczął Karol — na długo przed tym, zanim wszyscy, jak tu jesteśmy w 

tym tipi, wzajemnie się poznali. Wówczas gdy ja i obecny szeryf Irvin posprzedawaliśmy swe 

farmy   w   jednym   z   południowo-zachodnich   stanów   (opowiadałem   ci   już

 

o   tym,   Janie)   i 

postanowili   szukać   szczęścia   w  innych   stronach.   W   podróż,   której   kresu   nie   oznaczyliśmy, 

wybraliśmy się konno z dobrą bronią i sporą ilością gotówki. Na początku wszystko szło nam 

jak z płatka. Była wiosna, prerie kwitły, ptaki śpiewały, a zwierzyny było znacznie więcej niż 

teraz.   Jechaliśmy   nie   śpiesząc   się   przez   kraj   bezludny,   to   znów   wśród   uprawnych   pól   i 

gospodarstw.   Tak   dotarliśmy   do   koryta   górnej   Platte.   Tam   natknęliśmy   się   na   piątkę 

wojowników płomienia Pawnisów. Szczęśliwie się dla nas złożyło, iż plemię to od lat żyło z 

nami w pokoju, a topór wojenny przeciw białym osadnikom dawno został zakopany. Być może, 

iż   przyczyną   takiego   stanu   rzeczy   był   fakt,   iż   ziemie   Pawnisów   graniczą   z   terenami 

zamieszkanymi przez Czejenów, co stanowiło okazję do nieustającej wojny podjazdowej obu 

stron. Niestety, niech mi zaprzeczą moi czerwoni bracia, jeśli się mylę (tu Karol zwrócił się do 

Wysokiego Orła i Czerwonej Chmury), ale takie walki, ciągnące się w nieskończoność, powstałe 

bez widocznego powodu,

 

a czasem dla powodów, które wydarzyły się w odległej przeszłości i 

dziś  są  zupełnie  nieistotne,   powodują  tylko   stałe   wyniszczanie   i  tak   wciąż   malejącej  liczby 

Indian. Nie są tego główną przyczyną, ale grają wielką rolę.

11

 

11 Karol Gordon mówił prawdę. Plemię Pawnisów (Pawnee) w latach tej opowieści liczyło ok. 3 500 ludzi i 

background image

Obaj czerwonoskórzy słuchacze skinęli głowami, a Wysoki Orzeł dorzucił tylko:

—Howgh!

Tak oto — mówił dalej Karol — już w siódemkę jechaliśmy wzdłuż koryta Platte. I wówczas 

to właśnie lunął straszliwy deszcz. Lało pięć dni bez przerwy, a w ciągu tych pięciu dni, jak 

okiem sięgnąć, nie znaleźliśmy żadnego schronienia, żadnego dachu domu czy stropu jaskini. 

Myślałem,   że   już   nigdy   nie   dojedziemy   do   miejsca,   w   którym   będę   mógł   rozpalić   ogień

i wysuszyć odzież. Indianie byli z pewnością bardziej przyzwyczajeni do tego rodzaju potopu, 

ale my dwaj, ja i Irvin, cierpieliśmy niewymowne męki czując, jak strumienie deszczu ściekają 

nam nieustannie po plecach, po ramionach, po nogach. Woda chlupotała w butach. Nasza broń 

zamokła. Doprawdy, żelazne musieliśmy mieć obaj zdrowie, jeśli po pięciu dniach takiej kąpieli, 

prawie bez snu i bez ciepłej strawy, zdołaliśmy się dowlec do Śliwkowego Strumienia, dopływu 

Platte.   Dopiero   wówczas   poprawiły   się   nam   humory.   Deszcz   przestał   padać,   powiał   wiatr, 

rozdarły się chmury i błysnęło słońce. I oto ujrzeliśmy w dali długą linię kolejowego nasypu, 

ciągnącą się ze wschodu na za-, chód. Słynna najstarsza trasa kolejowa z Nowego Jorku do San 

Francisco. Postanowiliśmy pożegnać się z Pawnisami i skorzystać w dalszej podróży z usług 

żelaznego szlaku. Gdyby koni nie można było, z braku odpowiedniego wagonu, zabrać w drogę, 

zdecydowaliśmy się je sprzedać od ręki, a nawet puścić wolno na prerię. Tak nam już dojadła ta 

“mokra” jazda.

Po godzinie dotarliśmy do ujścia Śliwkowego Strumienia. Tu wznosiła się stacja, a raczej 

chata sklecona z ledwie ociosanych bierwion, bez okien, jedynie z otworami przepuszczającymi 

światło. Nasze samopoczucie wzrosło jeszcze na widok długiego sznura wagonów stojących na 

torze i parowozu. Irvin zwrócił uwagę na tłum podróżnych siedzących na stopniach wagonów, 

widocznych w oknach lub kręcących się tu i tam po prymitywnym peronie. Nasze przybycie — 

nie wiedziałem  wówczas, dlaczego  — wywołało  popłoch. Ludzie  rzucili  się gwałtownie  do 

wnętrza stacyjnego budynku.

Zeskoczyliśmy   z   koni   i   podeszli   bliżej.   Zza   węgła   domu   wyskoczył   jakiś   człowiek   w 

kolejarskim uniformie i począł biec w naszym kierunku. Nie mogliśmy pojąć, co tu się dzieje.

Kolejarz, gdy stanęliśmy twarzą w twarz, wyglądał na bardzo przerażonego. Schwycił mnie 

za rękę i wskazując na grupkę jadących za nami Indian, zapytał drżącym głosem:

— Kto to? Kto to?

zamieszkiwało prerie w stanie Nebraska. Wyginęło w bratobójczych - walkach z Dakotami (Sioux). Plemię 
Komanczów w tym okresie sięgało 1800 ludzi; dziś w rezerwatach mieszka ich około 1500. Apacze liczyli 
kilkanaście tysięcy, dziś pozostało ich ok. 5 tysięcy w rezerwatach stanów Arizona i Meksyk. Urzędowy spis 
ludności Stanów Zjednoczonych AP z 1960 r. podaje liczbę Indian w tym kraju na 523 tysiące, ale wlicza do nich 
nieokreśloną ilość dzieci urodzonych z małżeństw mieszanych. Oczywiście, bratobójcze walki nie były główną 
przyczyną wymierania plemion. Ich zagładę sprowadziły wojny z białymi, zawleczone przez białych choroby 
(gruźlica i ospa) oraz alkohol i głód (wybijanie zwierzyny przez osadników). Wyginęły na przykład całkowicie 
plemiona, które zamieszkiwały Kalifornię, Oregon czy obszary nad rzeką Kolumbia.

background image

Spojrzałem   nań   zdziwiony.   W   pierwszej   chwili   nie   pojąłem   pytania.   Instynktownie 

obejrzałem się sądząc, że za mymi plecami nadciąga jakieś niebezpieczeństwo. W odpowiedzi 

uprzedził mnie Irvin:

—To Pawnisi. Łagodni jak baranki. Nie ma się czego lękać. — I natychmiast sam zapytał: — 

Kiedy odjeżdża pociąg?

Zagadnięty odetchnął głęboko.

—Żebyśmy   tylko   zdołali   ocaleć!   Panowie,   mam   nadzieję,   że   jesteście   doświadczonymi 

westmenami. Proszę was o pomoc.

—O co chodzi?

—Pytał pan o pociąg. Nigdzie nie odjeżdża. Przez te przeklęte deszcze! Platte podmyła most, 

a   z   drugiej   strony   zmyty   został   nasyp.   Nie   możemy   ani   jechać   naprzód,   ani   do   tyłu. 

Prawdziwa pułapka. Panie — zwrócił się z kolei do mnie — w tym pociągu jadą prawie same 

kobiety i dzieci. Rodziny osadników. Co tu począć, co począć?

Przez chwilę sądziłem, że ten człowiek oszalał. Irvin natychmiast go zapytał, czy zawiadomił 

najbliższą stację o wypadku.

—Oczywiście. Uczyniłem to natychmiast. Ale to daleko i nie wiem, czy pomoc zdąży na 

czas.

—Nie macie żywności?

—Mamy.

—Więc o co chodzi?

Wówczas ten człowiek podniósł obie ręce do góry i wrzasnął:

—Nic nie rozumiecie! Tu chodzi o życie podróżnych...

Chwileczkę   —   przerwał   Irvin.   —   Tak   nie   dojdziemy   do   ładu.   Proszę   się   uspokoić.   Kto 

zagraża życiu podróżnych?

—Czejenowie.   Kręcą   się   po   okolicy.   Wielokrotnie   napadali   na   pociągi.   Jeśli   się   teraz 

dowiedzą...

—Wystarczy. Chodźmy na stację.

Zajrzeliśmy   do   wnętrza   budynku.   W   straszliwym   ścisku   koczowało   tu   na   podłodze 

kilkadziesiąt kobiet z dziećmi. Mężczyzn — ani na lekarstwo. Poszliśmy ich szukać na dworze. 

Znaleźliśmy   dwu,   przyglądających   się   w   podejrzany   sposób   naszym   wierzchowcom.   Może 

zamierzali na nich uciec?

—Konie — szepnąłem do Irvina.

Mój towarzysz w lot pojął, o co chodzi. Krzyknął na Pawnisów, ci wydali mu się bardziej 

pewni,   i   rzucił   im   lejce.   Teraz   ruszyliśmy   wzdłuż   pociągu.   Odnaleźliśmy   jeszcze   trzech 

background image

mężczyzn uzbrojonych we wcale nieliche fuzje i rewolwery. Irvin zaproponował mały wypad w 

okolicę dla zbadania, czy istotnie nie kręcą się w pobliżu Czejenowie. Nie było chętnych. Każdy 

z zagadniętych tłumaczył się, iż ma pod swą opieką rodzinę. Widziałem, byli tak przerażeni, że 

nawet w wypadku przyłączenia się do nas niewielka byłaby z nich pociecha. Wobec tego Irvin 

zdecydował się na coś innego. Wezwał całą piątkę oraz zawiadowcę stacji (był nim właśnie ów 

kolejarz), kierownika pociągu, maszynistę, konduktorów i oświadczył im, że rusza wraz ze mną 

zbadać okolicę i liczy, że przez ten czas oni zdołają zaprowadzić jaki taki porządek na stacji i 

uspokoić panicznie nastrojonych pasażerów. To krótkie przemówienie odniosło pewien skutek. 

Zawiadowca zajął się nawet rozstawieniem posterunków po obu stronach torów.

—W drogę, Karolu — powiedział do mnie Irvin. — I śpieszmy się. Im prędzej wrócimy, tym 

lepiej. Za odwagę tych ludzi nie dałbym złamanego centa. Teraz nadrabiają miną, bo im się 

wstyd zrobiło, ale jak nas tu nie stanie... — machnął ręką.

background image

Pięciu   Indian   towarzyszyło   nam.   Wyrazili   przypuszczenie,   że   gdzieś   w   pobliżu   muszą 

znajdować się ich pobratymcy, jeśli nawet nie wykryjemy tropów Cze-jenów, to sprowadzimy 

pomoc.

Wskoczyliśmy na siodła i ruszyli żegnani przez gromadkę bardziej odważnych podróżnych. 

Większość siedziała w wagonach i w budynku stacyjnym, bojąc się nosa wytknąć. Jak gdyby ten 

sposób postępowania gwarantował im bezpieczeństwo.

Jechaliśmy tak długo, aż przybyliśmy w pobliże stacji pocztowej położonej na drodze ze 

Śliwkowego Strumienia do Denver. Stacja składała się z kilku skromnych zabudowań, ale nie 

dostrzegliśmy   wokół  nich   ani  żywej   duszy.   Już  chciałem  skierować   wierzchowca   pod  okna 

najobszerniejszego, mieszkalnego domu, gdy Irvin mnie zawrócił.

— Szkoda  czasu. Wezmą  nas  za  bandytów.  Zanim  sprawę  wyjaśnimy,   zmarnujemy   kilka 

godzin. I nawet jeśli się dogadamy, bardzo wątpię, czy ktokolwiek zgodzi się nam towarzyszyć. 

Ruszajmy dalej.

Spełniliśmy to polecenie, ale konie nasze były już tak zmęczone, iż nie wróżyłem szybkiej 

jazdy. Zwróciłem na to uwagę Irvinowi

—Wiem o tym, Karolu — odparł — ale cóż począć? Chyba... chyba — dodał pochylając się 

na siodle i spoglądając w kierunku zabudowań — że je zamienimy na inne.

—Wobec tego musimy wracać.

—Skądże znowu! Patrz! Tam pasą się wierzchowce przeznaczone akurat dla nas. Jazda do 

nich!

Nie potrzebuję podkreślać, jak ryzykowne było to przedsięwzięcie. Gdyby nas przyłapano na 

tej “wymianie” — jak ją nazwał Irvin — szybko poczułbym postronek na szyi. W tych stronach 

nie patyczkowano się z koniokradami. Taka wymiana, dokonywana bez zgody właściciela, była 

przecież   czymś   bardzo   bliskim   kradzieży.   Tak   bliskim,   że   nikt   nie   bawiłby   się   w   subtelne 

rozważania. Ciarki przelatywały mi po plecach, kiedy przenosiliśmy siodła ze swoich na cudze 

wierzchowce.  Ale  nic  się  nie  wydarzyło.   Świadkami  byli  tylko   towarzyszący  nam  Indianie. 

Jednakże sumienia mieliśmy czyste — od tego zależało bezpieczeństwo, a może i życie setki 

podróżnych.

Teraz   mogliśmy   pędzić   z   pożądaną   szybkością.   W   cztery   godziny   później   trafiliśmy   na 

wyraźny trop. Nie sposób było policzyć jeźdźców, gdyż indiańskim zwyczajem posuwali się 

jeden za drugim. Ucieszyłem  się. Gdybyśmy  szybko spotkali któryś z oddziałów Pawnisów, 

można by zaraz powrócić na stację. I istotnie, spotkaliśmy Indian po godzinie, ale... Czejenów!

Było ich niewielu, około dwudziestu, ale wystarczająca liczba, aby nas uśmiercić lub pojmać 

w niewolę.

background image

Indiańskie mustangi tak są wytresowane, iż na odpowiedni znak swych panów kładą się w 

trawie. Nasze dwa nowe wierzchowce musiały przejść taką szkołę, bo poszły za przykładem 

koni Pawnisów. Położyliśmy się za nędznymi kępkami krzewów, które bardziej udawały, niż 

stanowiły ochronę od kul. I tak się zaczęło. Najpierw Czejenowie otoczyli nas szerokim kręgiem 

i pędząc galopem walili z kilku fuzji i szyli strzałami łuków. Krąg posiadał jednak tak duży pro-

mień,   iż   nikt   z   nas   nie   został   trafiony.   Odpowiadaliśmy   im   nieregularną   palbą,   ale   bez 

widocznych   rezultatów.   Pukanina   trwała   bez   przerwy   i   począłem   już   nabierać   otuchy,   że 

napastnikom   wyczerpie   się   wreszcie   amunicja.   Mój   towarzysz   zwrócił   uwagę   na   pozornie 

drobne,   ale   przecież   bardzo   dla   nas   niebezpieczne   zjawisko:   galopujący   krąg   począł   się 

zacieśniać. Powoli, ale stale. Wirująca linia jeźdźców mijała nas coraz bliżej.— Musimy stąd 

wyrywać — stwierdził Irvin.

Zanim się zapytałem, co przez to rozumie, wdał się — między jednym a drugim strzałem — 

w   rozmowę   z   przywódcą   Pawnisów.   Niewiele   z   niej   zrozumiałem,   bo   była   prowadzona   tą 

straszliwą  gwarą  pograniczników,  pełną  poprzekręcanych  słów angielskich  i  indiańskich.  Po 

chwili zwrócił się na nowo ku mnie i wyjaśnił, iż na dany znak mamy wskoczyć na konie i —  

bez przerwy strzelając — sforsować galopujący pierścień. Uważał, iż była to jedyna możliwość 

ratunku. Czekałem teraz na ten znak, pełen niepokoju, czy nam uda się wykonać pomysł Irvina i 

kosztem jakich strat? Jednak nie doszło do tego. W kilka sekund później mój koń trafiony został 

przypadkową   kulą   prosto   w   głowę,   a   koń   Irvina   z   przeszytą   strzałą   szyją   zerwał   się   i 

pogalopował w prerię. Cóż mogło nas spotkać gorszego? Okazało się, że jednak mogło. Bo tak 

leżąc i strzelając, stwierdziłem w pewnej chwili — o zgrozo! — że mam już tylko dwa naboje. 

Natychmiast powiadomiłem o tym Irvina. Pogrzebał po

 

kieszeniach. Znalazł pięć. Co prawda, 

pokaźny ich zapas umieścił w torbie przy końskim siodle. Ale torba razem z rannym koniem 

galopowała teraz po prerii.

O   wyrwaniu   się   z   nieprzyjacielskiego   kręgu   nie   mogliśmy   nawet   marzyć.   Na   szczęście 

zapadła   noc

 

i   strzały   umilkły.   Czuwaliśmy   jednak   bez   przerwy.   Byłem   bardzo   zmęczony. 

Wiedziałem jednak, że jeśli zasnę, mogę się już więcej nie obudzić.

Czas wlókł się nam straszliwie długo. Gdy poczęło szarzeć, próbowaliśmy sprawdzić, gdzie 

się znajdują nasi wrogowie. Dojrzeliśmy ich wreszcie na horyzoncie. Zbili się w gromadkę, 

potem rozciągnęli długim wężem i pogalopowali w prerię. Nie wierzyłem własnym oczom.

— To chyba jakiś nowy podstęp — powiedziałem do Irvina.

Klęknął i bacznie obserwował uciekających.

— Oni naprawdę odjeżdżają, ale dlaczego?

background image

Na odpowiedź nie czekaliśmy długo. Oto nie opadł jeszcze kurz wzbity końskimi kopytami, 

gdy ziemia zatętniła na nowo. W różowej zorzy wstającej na wschodzie ujrzałem gromadkę 

jeźdźców pędzących ku nam.

—Wracają! — krzyknąłem.

—No, Karolu, jeżeli to oni, koniec z nami! Wracają znacznie większą grupą. Nie damy rady!

Na szczęście myliliśmy się obaj. Jeźdźcy, a było ich z pięćdziesięciu, należeli do plemienia 

naszych   towarzyszy   —   Pawnisów.   Jak   się   później   okazało,   już   od   wczoraj   jechali   tropem 

Czejenów.

Zerwaliśmy się z ziemi  i po chwili staliśmy w kręgu wybawicieli. Irvin nie tracił  czasu. 

Począł zachęcać nowo przybyłych, aby towarzyszyli nam w drodze powrotnej do Śliwkowego 

Strumienia.  Gestykulował  tak wymownie  i mówił  tak obrazowo — co piąte przez  dziesiąte 

zdołałem  pojąć — że indiańscy wojownicy zgodzili  się odstąpić  dwa wierzchowce  i jechać 

razem z nami. Gnaliśmy jak na skrzydłach wiatru.

Kiedy wreszcie na horyzoncie ukazała się linia nasypu, obaj z Irvinem wysforowaliśmy się 

naprzód, aby uprzedzić wystraszonych  podróżnych  i nie dopuścić do paniki. Mogli przecież 

wziąć Pawnisów za jakiś oddział Czejenów. Gdy przygalopowaliśmy, niewiele brakowało, aby i 

nas postrzelono. Po paru minutach nadciągnęli Pawnisi i atmosfera nieco się poprawiła, chociaż 

spoglądano na nich z lękiem, a jeden z podróżnych zupełnie poważnie zapytał mnie, czy jestem 

pewien, że to są Pawnisi, a nie Czejenowie! Roześmiałem się po raz pierwszy od wielu godzin.

Indianie zsiedli ż koni, ułożyli się po obu stronach toru. Irvin rozesławszy najpierw kilku 

zwiadowców w cztery strony świata, zwołał pasażerów pociągu. Oświadczył im, że jeśli chcą, 

aby  Pawnisi  strzegli  ich   do  chwili   przybycia   odsieczy,   powinni   złożyć   się  na  jakiś  dar  dla 

czerwonoskórych. Do pożyczonego kapelusza poczęły się sypać nie tylko miedziaki, ale i srebr-

ne   monety.   W   ten   sposób   zebraliśmy   około   dwustu   dolarów.   Irvin   wręczył   je   Siedzącemu 

Niedźwiedziowi  — przywódcy Pawnisów. Potem udaliśmy się obejrzeć ładunki wiezione w 

wagonach towarowych. Po prostu chcieliśmy sprawdzić, czy nie ma w nich amunicji, której nam 

brakowało. Niestety! W pierwszym z wagonów nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. W drugim 

natomiast   spoczywały   wielkie   paki.   Kierownik   pociągu   wyjaśnił,   iż   są   to   mundury 

transportowane dla któregoś z wojskowych garnizonów stacjonujących na zachodzie.

— Bardzo dobrze — powiedział Irvin. — Mogą nam się przydać.

Kolejarzowi prawie że odebrało mowę.

— Jak to, panie? To własność rządowa!

Ale Irvin nie wdawał się z nim w dyskusję.

— Nie interesuje mnie wcale, czyją własnością są te paki. Jeśli ich zawartość trzeba będzie 

background image

poświęcić  dla  uratowania   życia  pasażerów,  nie  zawaham  się. A  teraz  zamknij  pan  wagon i 

dobrze go pilnuj!

Wreszcie znaleźliśmy chwilę czasu, aby usiąść, rozpalić ognisko i ugotować nieco strawy. 

Następnie Irvin udał się na zlustrowanie indiańskich placówek, a ja położyłem się i zasnąłem, 

niepomny na niebezpieczeństwo, na Czejenów, na cały świat. Ze snu wyrwało mnie szarpanie za 

rękaw. To mój towarzysz tak bezceremonialnie mnie budził.

—Wstawaj! Już są.

—Kto?

—Czejenowie.

Zerwałem się na równe nogi. Resztki snu natychmiast pierzchły.

—Gdzie? — zapytałem.

—Jeszcze ich nie widać, ale wrócili zwiadowcy, Ciągnie tu cała banda, ze trzy raz tyle, co nas 

tu wszystkich.

—Chodźmy do Siedzącego Niedźwiedzia. Mam pewien pomysł.

Na czym ten pomysł polegał — zaraz się okazało. Irvin kalkulował, i słusznie, że jeśli dojdzie 

do starcia wręcz, grupa Pawnisów ulegnie, nawet po stawieniu najbardziej zaciętego oporu. Na 

pasażerów pociągu nie można było liczyć. Klęska Pawnisów była równoznaczna z dostaniem się 

do niewoli całej tej gromady bezbronnych ludzi. Na myśl o tym zimno mi się zrobiło. Jedyny 

ratunek — według Irvina — polegał na stworzeniu sytuacji, w której Czejenowie z góry byliby 

przekonani o swej przegranej i uciekliby bez walki.

—Takiego cudu nie dokonasz — powiedziałem.

—To się jeszcze okaże. Jak ci się zdaje, przed kim Czejenowie na pewno uciekną? Tylko 

przed oddziałem regularnego wojska.

—Skąd je wytrzaśniesz?

—Wojska nie potrzebuję, ale mundury...

Zrozumiałem.   Rzecz   polegała   na   tym,   aby   Pawnisi

 

założyli   mundury   regularnych   wojsk 

Stanów   Zjednoczonych.   Trudność   stanowiło   skłonienie   naszych   sprzymierzeńców   do 

galopowania w zwartym szyku, czego nigdy przecież nie czynili, no i powstrzymania się od 

wydawania indiańskich okrzyków, które zawsze towarzyszyły im w walce.

Siedzącemu Niedźwiedziowi bardzo spodobał się ten pomysł. Natychmiast wyjaśnił swoim 

wojownikom   plan   Irvina,   a   my  dwaj   z   trzema   wojownikami   powędrowaliśmy   po   mundury. 

Czasu nie było  wiele. Gdy Indianie na polecenie  Irvina zaczęli wyrzucać  toboły z wagonu, 

nadbiegł kierownik pociągu. Wymachiwał rękami i wołał na całe gardło:

— Hej, wy! Co robicie?! To kradzież! Zostawcie!

background image

Z   okien   wagonów   powychylały   się   głowy  ciekawskich,   a   z  wnętrza   stacyjnego   budynku 

wybiegło kilka osób.

— Biorę wszystkich za świadków — darł się kolejarz — że kradnie się dobro powierzone 

mojej pieczy!

Cóż na to Irvin? Pewnie wiesz, Janie, jaki on jest silny. Najpierw jednym ruchem ręki odsunął 

na bok kierownika pociągu, a potem powiedział spokojnie, ale głosem tak donośnym, że mogli 

go słyszeć zebrani dokoła gapie:

— Potrzebuję pięćdziesięciu kurtek wojskowych dla bezpieczeństwa was wszystkich. Jeśli ich 

nie otrzymam, za pół godziny będziecie mieli na karku Czejenów. Wybierajcie więc!

Teraz dopiero podniosły się głosy:

— Do diabła z kurtkami! Niech biorą!

Kolejarz opierał się jeszcze, ale widząc, że nic już nie wskóra, złapał się za głowę i uciekł do 

wagonu.

Rozpakowano toboły.  Niebieskie kawaleryjskie  kurty zostały rozdzielone  wśród Indian  w 

piorunującym   tempie.   Z   pośpiechu   ponarzucali   je   tylko   na   ramiona,   zapinając   pod   szyją. 

Pochowali   pióra   sterczące   we   włosach   i   nakryli   głowy   wojskowymi   czapkami.   Ja   również 

musiałem wdziać kawaleryjską kurtkę. Irvin postąpił podobnie.

Ledwie   uporaliśmy   się  z  tym   wszystkim,   gdy  po  drugiej   stronie  Śliwkowego  Strumienia 

rozległy się strzały. Ukazało się kilku gnających ku nam jeźdźców. Przebyli strumień, pokładli 

się   wzdłuż   brzegu   i  rozpoczęli   gwałtowną   kanonadę.   Byli   to   ostatni   zwiadowcy  Pawnisów, 

wysłani ku zachodniej stronie.

Wysunęliśmy się wraz z Siedzącym Niedźwiedziem na czoło oddziału. Stąd ujrzałem, jak zza 

Śliwkowego  Strumienia   unosi   się   kłąb   kurzawy,   a   spoza   chmury   kurzu   wypada   rozrzucona 

szeroką ławą gromada jeźdźców. Przeciwników było co najmniej z półtorej setki.

Zrobiło   mi   się   trochę   niewyraźnie   na   ciele   i   duszy.   Siedzący   Niedźwiedź   coś   krzyknął. 

Ruszyliśmy.  Zrazu wolno, aż do brodu na strumieniu. Bród był  dość szeroki i na szczęście 

płytki. Przebyliśmy rzeczkę i wyskoczyli na równinę. Konie przeszły w cwał, potem w galop. 

Czejenowie już nas dostrzegli. Ich linia, zbliżająca się ku nam w kształcie półksiężyca, rozbiła 

się   na  drobne   grupki,   straciła   nagle   rozpęd,   zatrzymała   się.   Jeszcze   chwila,   a  nieprzyjaciel, 

zdarłszy konie, zawrócił i rozpoczął odwrót. Wrzasnęliśmy w zapale i pogonili kilkadziesiąt 

yardów. Teraz wynikł nowy kłopot. Pawnisów należało zatrzymać, aby istotnie nie uderzyli na 

uciekających. Podstęp by się wydał i zwycięstwo zamieniłoby się w klęskę. Ledwie zdołaliśmy 

pohamować zapał wojowników i wreszcie wycofaliśmy się za Śliwkowy Strumień.

W  trzy  godziny  później  nadciągnęła   oczekiwana   pomoc.   Siedzący Niedźwiedź   ze  swymi 

background image

wojownikami ruszył na południe, my dwaj — żegnani nie kończącymi się podziękowaniami 

podróżnych — na północ. (Pawnisowie podarowali nam dwa konie, ale nie zwrócili ani jednej 

sztuki pożyczonych mundurów. Nawet nie próbowaliśmy ich do tego skłonić.) Zrezygnowaliśmy 

z jazdy pociągiem — naprawa mostu mogła potrwać kilka dni.

Odjeżdżaliśmy bardzo ź siebie zadowoleni. Tylko kierownik pociągu pozostał markotny. Nie 

mógł przeboleć straty. No, ale trudno wszystkim dogodzić. Tak oto zakończyła się dosyć dziwna 

historia, którą nazwałem bojem nad Śliwkowym Strumieniem.

Karol skończył mówić. Wytrząsnął resztkę popiołu z fajki, wstał i wyjrzał na dwór.

— Gwiazdy świecą — powiedział odwracając ku nam głowę. — Na jutro pogoda murowana.

background image

Mustangi

Wyniosła,   szara   ściana,   przecięta   poprzecznymi,   różowymi   pasami,   porosła   na   grzbiecie 

lasem, pęknięta była od szczytu aż po podstawę. W utworzonej w ten sposób rynnie kłębił się 

biały pył, spadając tumanami pienistych wód. Nie mogłem oderwać oczu od gry kolorów, od 

załamującego się w wilgotnej mgiełce słonecznego blasku. Kaskada spadała z hałasem, a potem 

bulgocąc   płynęła   wśród   oślizłych,   mchem   porosłych   głazów.   Tu   rozbiliśmy   obozowisko. 

Pierwszy postój w drodze do złotodajnej Doliny Siodła.

Przed   trzema   dniami   opuściliśmy   Ukryte   Miasto.   Wiódł   nas   Czerwona   Chmura   na   czele 

dwudziestu wojowników, którzy prowadzili liczne konie juczne, dźwigające zapasy żywności. 

W drodze powrotnej miały transportować złoty pył. Była to więc wielka wyprawa przygotowana 

na miesiące pobytu w szczerym pustkowiu. Dwa dni wędrowaliśmy prerią, obecnie stanęliśmy 

na samym progu Gór Skalistych. Ze względów ostrożności postanowiliśmy polować jak najrza-

dziej. Licho nie śpi, a huk strzałów, zwielokrotniony przez echo, mógłby ściągnąć nieproszonych 

gości.

W tej drodze pewnego popołudnia przytrafiła nam się zabawna przygoda świadcząca o tym, 

iż nawet na pozornie pustej prerii można spotkać jej czworonożnych mieszkańców. Podążaliśmy 

tego dnia wznoszącą się ku bliskim szczytom falistą płaszczyzną. Nagle spod końskich nóg, 

wydając skrzekliwy głos, wybiegły setki malutkich zwierzątek o czerwonobrązowych grzbietach 

i brunatnoczarnych ogonkach. Na oko nie przekraczały dwunastu cali długości. Wstrzymaliśmy 

konie. W kilka sekund zwierzątka znikły. Dosłownie zapadły się pod ziemię.

— Pieski preriowe — powiedział Karol. — Jedźmy ostrożnie. Ta cała łąka jest na pewno 

zryta i podziurawiona jak rzeszoto. One mieszkają w norkach.

Osada piesków preriowych ciągnęła się prawie na długości pół mili.

Wreszcie   zatrzymaliśmy   się   nad   szumiącym   wodospadem   i   rozpalili   ogniska.   Indiańscy 

wojownicy   przyrządzali   posiłek.   Nie   opodal   pasły   się   konie.   Wzdłuż   zboczy   otaczających 

kotlinkę rozstawiono straże. Mimo sporej gromady ludzi i koni panowała zupełna cisza, mącona 

tylko hukiem spadającej z wysokości wody.

Słońce zaszło za grzbiety góry i nagle ogarnął nas mrok. Na prerii o tej porze dnia było 

jeszcze widno. Tu, w szybciej zapadającej nocy, jazda stanowiła zbyt wielkie ryzyko dla ludzi i 

koni, aby ją bez ważnych powodów przedsiębrać. Przewidywaliśmy zresztą, iż dla wędrujących 

górskimi dolinami dzień podróży będzie znacznie krótszy niż na prerii.

Gdy ukazały się pierwsze gwiazdy, a płomienie ognisk poczęły dogasać, otuliliśmy się w 

pledy, podsunęliśmy siodła pod głowy i ułożyli do snu. Wiatr szumiał gdzieś na szczytach i 

background image

poruszał   konarami   drzew,   ale   tu   było   zacisznie   i   ciepło.   Łoskot   spadającej   wody   działał 

usypiająco. Sam nie wiem, kiedy zamknęły mi się oczy.

Obudził   mnie   chłód   wczesnego   ranka.   Ognisko  wygasło,,   a   wilgotna   mgła   kłębiła   się  w 

kotlinie i przenikała do szpiku kości. Zerwałem się, aby rozpalić ogień. Moi towarzysze jeszcze 

spali. I wówczas, w momencie gdy schylałem się, aby zgarnąć nieco chrustu, poprzez szum 

wodospadu, doszedł mych uszu jeszcze jakiś inny dźwięk, nieznany. Początkowo sądziłem, że 

ulegam   złudzeniu.   Ale   dźwięk   stawał   się   coraz   mocniejszy.   Poznałem.   To   był   tętent   kopyt 

mocno   bijących   w   ziemię.   Począłem   szybko   budzić   towarzyszy.   Zerwali   się,   instynktownie 

chwytając za broń. Stare przyzwyczajenie ludzi żyjących na prerii. Pojęli natychmiast. Tupot 

końskich kopyt usłyszały już straże wartujące przy wjeździe do kotlinki. Poranny wiatr rozegnał 

mgły.  Ujrzałem teraz, jak Indianie kryją się we wgłębieniach skał i za potężnymi  złomami. 

Nasze konie, pasące się w głębi, zostały szybko odprowadzone na bok, a kilku ludzi kręciło się 

obok nich. Podziwiałem sprawność tych wojowników. Uczynili wszystko, co należy uczynić na 

wypadek zbliżania się nieprzyjaciela, bez jednego nawet rozkazu Czerwonej Chmury. Poszliśmy 

za ich przykładem.

Tkwiąc   w   ukryciu   wśród   krzewów,   słyszeliśmy   wzmagający   się   bez   przerwy   tętent 

zwielokrotniony górskim echem. Leżałem z bijącym sercem, z kolbą sztucera przyłożoną do 

ramienia, z lufą opartą o jakiś kamień i z oczami wlepionymi w skalistą bramę — wejście do 

kotlinki. I wreszcie ujrzałem — aż mi dech w piersiach zaparło! Na sam środek zieleniejącej mu-

rawy wypadł z kamiennej gardzieli wspaniały, biały jak śnieg koń. Grzywa spadała mu długimi 

pasmami poza kark, a falujący ogon sięgał prawie pęcin: mustang! Przewodnik stada, które zaraz 

za nim runęło w kotlinę. Konie rozmaitej maści i wzrostu, z podniesionymi łbami, z pianą u 

pysków   i   zwichrzonymi   grzywami.   Tak,   to   było   chyba   jedno   z   nielicznych   ostatnich   stad 

żyjących na swobodzie. Nie zdołałem ich policzyć, bo przewodnik stada zarżał ostrzegawczo, 

zarył się kopytami w ziemię, wspiął na tylne nogi, zaskoczony i przerażony. Wiatr wiał w naszą 

stronę, a mustangi musiało coś spłoszyć, gnały więc w kotlinę, nie mogąc widać skręcić w bok. 

Teraz   dopiero   spostrzegły   niebezpieczeństwo.   Stłoczyły   się   bezładnie   i   na   powtórne   rżenie 

przewodnika natychmiast zawróciły. Wszystko to trwało niesłychanie krótko, mgnienie oka, ale 

w tej krótkiej chwili wydało mi się, że jeden z koni nosi uzdę. Krzyknąłem o tym Karolowi, gdy 

ostatni ogon koński znikał w gardzieli kotliny.

Może się przecież zdarzyć (i zdarzało się nieraz), że koń wierzchowy, trafiwszy ha stadko 

mustangów,   przyłącza   się   doń.   Z   biegiem   czasu   gubi   podkowy,   dziczeje   i   przestaje   się 

czymkolwiek różnić od swych towarzyszy. Przecież w ten sposób pojawiły się przed wiekami na 

background image

preriach pierwsze mustangi — konie, które zbiegły hiszpańskim kolonizatorom

12

.

Karol wyśmiał mnie. Oświadczył, iż ta uzda to owoc mojej bujnej wyobraźni.

— Nie jestem ślepy, Karolu — powiedziałem. — Mogę się założyć.

Do zakładu nie doszło, bo za znikającym stadem pognali dwaj wojownicy Czarnych Stóp. 

Czarownik jeszcze zdążył coś krzyknąć, na co odpowiedzieli prawie jednocześnie i zginęli za 

załomem skalnym.

Zajęliśmy się rozpalaniem ognia, a potem przyrządzaniem śniadania. Jaki się ma rano apetyt, 

tego nie wie nikt, kto nie przebywał na prerii lub w górach.

W   godzinę   później   wskoczyliśmy   na   siodła   i   cała   kawalkada   ruszyła   ku   północy. 

Posuwaliśmy   się   śladem   uciekającego   stada,   gdyż   prowadził   w   kierunku,   w   którym   i   my 

zamierzaliśmy wędrować. W miejscu, w którym ślady skręcą, mieliśmy się zatrzymać i poczekać 

na dwóch wojowników, którzy pognali za mustangami. Zapytałem Czerwoną Chmurę, w jakim 

celu ich wysłał. Odparł krótko:

— Sprawdzą, czy mój biały brat nie mylił się.

Jechaliśmy dalej plątaniną dolin i dolinek. Za każdym zakrętem otwierał się przed nami nowy 

i nieoczekiwany widok. Kolorowe skały fantastycznych kształtów; błyszczące w słońcu, pokryte 

miką głazy, wyglądały jak bryły srebra; zbocza na przemian porośnięte lasami lub kosodrzewiną; 

jasnozielone łąki, wśród których szemrały strumyki o wodzie kryształowo czystej i zimnej jak 

lód. Od czasu do czasu na błękitnym niebie ukazywał się samotny orzeł, zataczając wielkie kręgi 

w poszukiwaniu zdobyczy. Niekiedy po skalnych wierchach przelatywały kozice.

Słońce stanęło u szczytu nieba, a tropy mustangów wciąż jeszcze ciągnęły się przed nami 

stratowaną   smugą   poszycia,   krzewów   lub   zdeptanego   piasku.   Byłem   ciekaw,   co   mogło 

spowodować nagłą inwazję mustangów na kotlinkę, w której obozowaliśmy. Karol uważał, że 

najprawdopodobniej   spłoszył   je   któryś   z   wygłodniałych   mieszkańców   gór,   może   szary 

niedźwiedź grizzly. Na pewno nie był to człowiek, gdyż wpadłby na nas zaraz za ściganym 

stadem.   Spłoszone   mustangi   gnały   z   wiatrem,   nie   poczuły   więc   w   porę   obecności   ludzi. 

Ścigający je drapieżnik albo zrezygnował  z pościgu, albo po prostu wcześniej nas wyczuł i 

zawrócił. 

W   samo   południe   zatrzymaliśmy   się   w   jakimś   głębokim   i   ponurym   wąwozie,   Ale   takie 

otoczenie właśnie nam teraz odpowiadało. Słońce w czasie drogi prażyło niemiłosiernie, a tu był 

cień i woda. Wkrótce usłyszeliśmy tętent kopyt — to wracali nasi zwiadowcy, ale zamiast dwóch 

12 Pierwsze konie, jakie ujrzeli Indianie Amorykl Północnej, były końmi hiszpańskich zdobywców Meksyku (1519
—1521). Z ich potomstwa oraz z potomstwa ośmiu czy dziesięciu koni pozostawionych na Florydzie przez 
wyprawy de Sota i Coronado wywodzą się mustangi. Początkowo Indianie uważali konia za wielkiego psa. Dlatego 
w jcy.yliu Dakotów konia oznacza słowo: “sunka wakan” — tajemniczy pies, a u plemienia Kri: “mistatim” — 
wielki pies.

background image

— szły teraz trzy konie. Trzeciego prowadzono na lassie z uzdą zarzuconą na kark. Więc jednak 

nie   myliłem   się...   Podbiegliśmy   przejęci   niepokojem.   Okazało   się,   iż   mustangi   pędziły   tak 

szybko,   że   nie   udało   się   ich   dogonić.   Koń   z   uzdą   biegł   na   samym   końcu,   coraz   bardziej 

pozostając w tyle. Wreszcie znalazł się w zasięgu lassa i schwytano go.

Podeszliśmy do zwierzęcia. Najpierw tuliło uszy i chrapało, ale gdy Karol począł je klepać po 

szyi,   uspokoiło   się   wreszcie.   Czerwona   Chmura   długo   nań   spoglądał   z   nieprzeniknionym 

wyrazem twarzy, a potem zwrócił się do nas:

--- Czy moim białym braciom ten koń niczego nie przypomina?

Umilkliśmy. Karol oglądał uważnie kopyta, nogi i grzbiet zwierzęcia.

— Nie ma tu śladów walki — powiedział zagadkowo.

Zastanowiło mnie pytanie czarodzieja. Przymknąłem na chwilę oczy, natężyłem pamięć, a 

potem krzyknąłem.

— Przecież to koń szeryfa!

Spostrzegłem, jak Karol pobladł pod maską opalenizny.

— Chyba masz rację — powiedział wolno.

Byliśmy przerażeni i całkowicie bezradni. Przecież

 

wierzchowiec szeryfa mógł przewędrować 

wraz   ze   stadem   mustangów   dziesiątki   mil.   Mimo   tak   beznadziejnej   sytuacji   cztery   dni 

poświęciliśmy na zbadanie najbliższej okolicy. Wszystko na darmo.

background image

Orle szpony

Opadły nas najczarniejsze myśli. Ale cóż było robić? Postanowiliśmy prowadzić do końca 

wyprawę.

Zaczynały się długie, gorące dni lata, gdy dotarliśmy do serca Gór Skalistych. W drodze nie 

natrafiliśmy  na żadne  nieprzewidziane  przeszkody,  nie  opisuję więc  jej  przebiegu.  Dość, że 

wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Warto poświęcić kilka słów tej dolinie, przezwanej przez nas 

Doliną Siodła.

Tworzyły ją dwie kopulaste góry o zboczach porosłych krzewami lub wysokopiennym lasem. 

Jedno z tych zboczy opływał strumień szumiący wśród głazów, przeciwległe zbocze porosłe 

było po sam szczyt starodrzewem. Wśród najniżej rosnących pni wznosiła się nieco zębem czasu 

nadgryziona chata, zbita z grubych bali, bez okien, z prostokątnym otworem zamiast drzwi. Kto i 

kiedy ją wzniósł — nie wiedzieliśmy.

W   tej   to   chacie   podczas   zeszłorocznego   pobytu   w   dolinie   niejednokrotnie   nocowaliśmy, 

zwłaszcza   podczas   deszczowych   nocy.   Dolinę   otwierały   i   zamykały   dwie   skalne   bramy   o 

strzaskanych szczytach i nieco zawalonych głazami przejściach. Kto wdrapał się na nie zalesione 

zbocze,   łatwo   mógł   dostrzec   charakterystyczny   kształt   doliny:   rozszerzała   się   półokrągło   w 

jednym końcu, nieco zwężała w środku i znowu rozszerzała przy przeciwległym wjeździe. Taki 

właśnie   jej   kształt   przypominał   siodło   końskie.   Złoto   znajdowało   się   częściowo   w   piasku 

zalegającym koryto rzeczki, ale złotodajne żyły ciągnęły się przede wszystkim pod powłoką 

jałowej ziemi, pokrywającej nagie zbocze nad rzeczką. Tam przed rokiem natrafiliśmy na złoty 

pył, a niekiedy nawet na drobne grudki żółtego metalu. Pokopaliśmy wtedy liczne doły. Okazało 

się, że tu spoczywają największe skarby Doliny Siodła. Przed rokiem, gdy stąd odjeżdżałem, 

zbocze było  znacznie  mniej  zryte,  ale przecież Karol raz jeszcze wracał do doliny.  Dlatego 

zdziwiło mnie, gdy ujrzałem jego zatroskaną twarz. Właśnie schodził z góry.

—Co się stało?

—Ktoś tu gospodarował — odparł krótko.

—Gospodarował? — zapytałem z niedowierzaniem.

—Dobrze   pamiętam,   w   którym   miejscu   kopałem.   Teraz   ziemia   jest   zryta   na   znacznie 

większej przestrzeni. Popatrz!

—Czy nie... — urwałem w połowie zdania. Przypomniałem sobie nagle wszystkie szczegóły 

niespodziewanego spotkania Scotta w Fort Benton w gospodzie. Jak wspaniale był ubrany! 

Dlatego przecież nie poznałem go w pierwszej chwili.

—To Scott. Scott tu był, Karolu! Myśleliśmy, że zginął, a on z powrotem tu się zjawił.

background image

—Pewnie   masz   rację,  ale  z  małą   poprawką.  Scott  nie  przybył   do doliny  natychmiast   po 

naszym   odjeździe.   Musiał   się   tu   zjawić   znacznie   później,   dopiero   po   moim   powtórnym 

pobycie, i wówczas kopał.

—Przypuszczasz, że bawił tu w zimie?

—Tak.   To   już   była   prawie   zima.   Trudno   uwierzyć,   ale   jak   inaczej   wytłumaczyć   fakt 

wykopania nowych dołów? Chodźmy do Czerwonej Chmury.

Czarownik wysłuchał w milczeniu uwag mego przyjaciela. Potem udaliśmy się we trójkę 

obejrzeć złoty stok, a stamtąd poszliśmy do opuszczonej chaty. Wewnątrz niej Karol nie znalazł 

żadnych nowych śladów pobytu człowieka, ale to niczego nie dowodziło. Jeśli więc obaj nie 

myliliśmy się co do osoby tajemniczego kopacza, można było i teraz w każdej chwili oczekiwać 

pojawienia się Scotta. Jego postać straszyła nas jak upiór. Schwytany koń szeryfa mógł również 

mieć   jakiś   związek   z   pojawieniem   się   bandyty.   Należało   więc   zabezpieczyć   się   przed 

niespodzianką. Co prawda dwudziestu Indian i dwu białych — niemała to gromadka. Dodam, iż 

Czerwona Chmura specjalnie dobrał ludzi najlepszych, każdy z nich starczał za dwu. Ale z takim 

diabłem, jak Scott...

Obstawiliśmy   oba   wyloty   doliny,   a   także   wznoszące   się   nad   nią   granie,   najgęściej 

rozstawiając straże wzdłuż lesistego stoku, i przystąpiliśmy do zorganizowania naszej pracy. 

Sprawa   wcale   nie   była   łatwa.   Indianie   nie   są   przyzwyczajeni   do   tego   rodzaju   fizycznego 

wysiłku. O kopaniu i przepłukiwaniu piasku nie mają pojęcia. Musieliśmy więc najpierw ich 

tego   nauczyć,   a   później   stale   kontrolować   ich   pracę.   Czerwona   Chmura   stał   się   naszym 

niezastąpionym pomocnikiem. Podzieliliśmy złotodajny stok na części, kopiąc na nich kolejno i 

kolejno   przepłukując   ziemię   na   metalowych   miskach.   Aby   za   każdym   razem   kopacz   nie 

potrzebował schodzić ze swym ładunkiem do strumienia, zorganizowaliśmy trzy grupy: jedna 

kopała, druga nosiła, trzecia przepłukiwała ziemię, oddzielając od niej złoty pył, a często nawet 

całe   grudki   metalu.   Karol   objął   nadzór   nad   kopaczami,   ja  —   nad  płuczącymi.   a   Czerwona 

Chmura baczył na noszących ziemię, zajmując się również kontrolowaniem posterunków i go-

spodarczą stroną ekspedycji. Roboty mieliśmy więc powyżej uszu. A ile wzruszenia. Ja sam 

emocjonowałem się co niemiara. Wiele razy;, zwłaszcza na początku, popadałem w zwątpienie, 

gdy   po   żmudnym   przepłukaniu   wiadra   ziemi   widziałem;   dno   misy   błyszczące   cieniutką 

metaliczną   powłoką,   a   po   przepłukaniu   następnego   —   znajdowałem   na»   dnie   tylko   nieco 

bezwartościowych   kamyków.   Z   początku   podejrzewałem   “swoich”   pracowników   o   nie-

sumienność. Okazało się później, że były to jedynie-skutki kaprysów złotodajnego gruntu. Już, 

już zdawało się, iż bardzo dokładnie określiliśmy jego obszar, gdy nagle okazywało  się, że 

ziemia pobrana zaledwie o yard dalej, w ogóle nie zawierała złotego piasku.

background image

Po wielu niepowodzeniach i rozczarowaniach zdołaliśmy wreszcie wytyczyć na nagim stoku 

granicę, poza którą nie warto było szukać. Zakreślony w ten sposób obszar miał kształt trójkąta, 

z podstawą opartą* o strumień, ze szpicem zwróconym ku górze, nie dosięgającym jej grzbietu. 

Ale i tak przestrzeń była^ ogromna.

Od świtu do wczesnego zmroku pracowaliśmy dosłownie w pocie czoła. Bolały mnie nogi, 

bolał kark. od ustawicznego schylania się, a ręce — ciągle moczone w wodzie — stały się 

czerwone   i   szorstkie   jak   tarka.   Najwięcej   jednak   męczył   się   Karol,   bez   chwili   wytchnienia 

pomagający Indianom w kopaniu jam i odgarnianiu skalnego gruzu.

Na   posiłki   przychodziłem   tak   wyczerpany   fizycznie,,   że   nawet   jeść   mi   się   nie   chciało. 

Sądziłem, iż tak forsownej roboty dłużej nie wytrzymam. A jednak po dziesięciu dniach wcale 

nie czułem się gorzej. Może to zdziałał wspaniały,  zdrowy klimat górski, a może organizm 

przystosował się do nowych warunków życia? Mimo to bardzo mnie ucieszyła decyzja Karola, 

by skrócić godziny pracy. Oświadczył, iż w drodze powrotnej musimy znajdować się w pełni sił, 

a nie stanowić gromady całkowicie wyczerpanych ludzi.

Ponieważ nie natrafiliśmy już nigdzie na ślad człowieka, stało się jasne, iż schwytany koń 

szeryfa   odbyć   musiał   bardzo   długą   drogę.   W   takiej   sytuacji   uznaliśmy   za   dopuszczalne 

urządzenie małego  polowania w najbliższej okolicy.  Wszystkim  już zbrzydło  suszone mięso 

bizonów.

O   świcie   udaliśmy   się   w   góry:   Czerwona   Chmura,   Karol   i   ja   oraz   kilku   wojowników. 

Początkowo kroczyliśmy zwartą grupą, ale później każdy ruszył obraną przez siebie drogą. Trzy 

dane po sobie strzały miały być sygnałem łowieckiego sukcesu lub wezwaniem pomocy.

Skręciłem w prawo, podchodząc ku górze wąziutką, kamienistą ścieżką, pełną wilgotnych 

głazów. Prawdopodobnie niedawno płynął tędy wiosenny strumień.

Tak   posuwając   się   dotarłem   na   grzbiet   wysoczyzny   porosłej   rzadką   trawą   i   pokrytej 

kamieniami. Usiadłem. Bliskie i dalekie szczyty rysowały się przede mną ostro. Słońce świeciło, 

cienie były kontrastowe, a widoczność wspaniała.

Na lewo zbocze spadało stromo upłazem, nad którym dźwigała się jakby niebotyczna baszta, 

poszarpana linia wierchu bodącego niebo smukłą iglicą. Na prawo grzbiet wznosił się stopniowo 

aż ku wyniosłej przełęczy, za którą ciągnęło się pole kosodrzewiny, a nad nią trawiasta polana 

pięła się łagodnie aż ku szarym graniom. Skierowałem się w tamtą stronę. Wędrówka trwała 

dość   długo,   mimo   iż   droga   nie   była   specjalnie   uciążliwa.   Dobrnąłem   na   sam   szczyt.   Nie 

najwyższy w tej okolicy, ale dość wyniosły, by można było z niego oglądać daleką panoramę 

gór, aż po okryte siwą mgiełką olbrzymy wznoszące się na granicy horyzontu, błyszczące w 

załomach turni białymi plackami śniegu. Wyjąłem lornetkę i lustrowałem zbocza najbliższych 

background image

wzniesień. Nigdzie nie dostrzegłem nawet śladów zwierzyny.  Słońce wspinało się po niebie, 

coraz mocniej grzejąc. Góry były nadal puste i milczące. Wędrując wzdłuż grzbietu, prawie 

przez godzinę forsowałem następne wzniesienie, ale gdy się na nim znalazłem — zapomniałem o 

zmęczeniu. Po drugiej stronie zbocza, na skalnej platformie porosłej rzadką trawą, pasło się 

stado górskich baranów. Skryłem się za potężnym głazem. Z tego ukrycia naliczyłem dziesięć 

sztuk   zwierząt   o   silnych,   zakręconych   rogach,   o   rudoczerwonej   wełnie.   Wiedziałem,   iż 

przeciętna waga dorosłej sztuki sięga osiemdziesięciu funtów. Warto pokusić się o taką zdobycz. 

Sterczałem więc za kamieniem, zastanawiając się, jak by podejść do stada. Barany są bardzo 

płochliwe. Przypadek przyszedł mi z pomocą. Oto ze ściany sterczącej nad platformą oderwał się 

spory   głaz   i   spadł   z   hurkotem.   Może   strącił   go   wiatr,   może   jakieś   zwierzę.   Ten   wypadek 

wywołał popłoch w stadzie. Zwierzęta pognały wprost w moim kierunku. Przewodnik prawie 

otarł się o głaz, za którym klęczałem, zanim instynkt ostrzegł go o mej obecności. Wspiął się 

raptownie na zadnie nogi, jak koń stający dęba, i w miejscu zawrócił. Za jego przykładem poszła 

reszta zwierząt, ale o sekundę za późno. Zdążyłem nie tylko złożyć się z broni, ale i pociągnąć za 

cyngiel. Baran biegnący na skrzydle stada potknął się i runął. Reszta przeleciała galopem i znikła 

za skalnym występem.

Wstałem, przerzuciłem sztucer przez ramię i wolnym krokiem podszedłem do trafionej sztuki. 

Kiedy się nachyliłem nad nią, spostrzegłem cień, jaki padł u moich stóp. Odwróciłem się — nie 

było nikogo. Spojrzałem ku niebu — na błękitnym tle zataczał regularne koła ptak o szeroko 

rozpiętych skrzydłach. Patrzałem nań z ciekawością, zastanawiając się, czy to orzeł, sęp czy 

jastrząb.   Ległem   na   wznak   obok   upolowanej   zwierzyny   i   przysłoniwszy   oczy   dłonią,   ob-

serwowałem, jak skrzydlaty drapieżnik krąży po niebie. Zataczał coraz mniejsze kręgi i coraz 

bardziej się zniżał. Może dojrzał ubitą zwierzynę? Nagle znieruchomiał, a potem począł spadać 

jak kamień, prosto na mnie... Poczułem niemal na twarzy dotyk jego skrzydeł. Zerwałem się. 

Potężny   ptak   przeleciał   tuż   nad   zabitym   zwierzęciem,   zawrócił,   zwinął   skrzydła   i   wbił   się 

szponami w czerwone runo. Chwyciłem sztucer. W tej samej sekundzie ptak wzniósł się znowu. 

Wtedy złapałem barana za nogi i zarzuciłem sobie na plecy.

Nieco pochylony, rozpocząłem powrotną wędrówkę. Nagle nastąpiło coś nieoczekiwanego — 

silne uderzenie strąciło mi kapelusz. O cal przed twarzą ujrzałem potężne szpony.  Puściłem 

barana, zamachnąłem się sztucerem — o sekundę za późno. Otrzymałem mocne uderzenie w 

ramię, a jednocześnie czerwona szrama wykwitła na dłoni. Skryłem się za głaz, ale w chwili 

skoku   znów   otrzymałem   cios   w  głowę.   Złożyłem   się   z   broni   i   dwukrotnie   pociągnąłem   za 

cyngiel. Pierwszy strzał chybił. Po prostu ręce mi się trzęsły. Drugi okazał się celny. Napastnik 

zwalił się i leżał nieruchomo. Przyjrzałem mu się dokładnie. Czarnobrunatne pióra grzbietu, 

background image

opierzone nogi i potężne skrzydła. Jak potem zmierzyłem, ich rozpiętość sięgała sześciu stóp, a 

więc   równała   się   przeciętnej   wysokości   dorosłego   mężczyzny.   Był   to   orzeł   z   gatunku   tak 

zwanych orłów przednich. Słyszałem już, że są to największe i najsilniejsze drapieżniki ptasiego 

rodu, które potrafią zaatakować nawet człowieka. Z chwili zadumy wyrwał mnie znajomy głos:

—Widziałem walkę, śpieszyłem na pomoc mojemu bratu...

Odwróciłem się. Spoza skalnego załomu ukazał się lśniący węzeł czarnych włosów, a potem 

oblicze Czerwonej Chmury.

—Mój brat jest ranny?

Popatrzył na mnie badawczo, obejrzał martwego orła, na koniec ujął upolowanego barana za 

nogi i zarzucił go sobie na ramię.

—Niech mój brat zabierze orła — powiedział.

—Orła? — powtórzyłem zdziwiony.

—Orle pióra są ozdobą każdego wojownika — odparł czarodziej i ruszył w dół kamienistym 

upłazem.

background image

Napad

Lato   trwało   w   pełni.   Dogrzewało   słońce,   nadlatywały   i   ginęły   chmury   skrapiające   nas 

krótkotrwałymi deszczami, a ciepłe nad podziw noce parowały leśnymi zapachami.

Małe woreczki z koźlej skóry pęczniały powoli złotym pyłem. Zdawało się, iż Dolina Siodła 

jest niewyczerpanym  skarbcem gór. Kiedy wspomniałem o tym wróżąc pracę na lata, Karol 

parsknął śmiechem:

— Bez przesady, Janie. Nim opadnie pierwszy śnieg, ogołocimy dolinkę tak dokładnie, że 

tego, co> w niej zostanie, nikomu już nie opłaci się wydobywać.

Jednakże nawet i on się pomylił.

Daleko było jeszcze do jesiennych chłodów, gdy wytyczony na zboczu “złoty trójkąt” został 

już w trzech czwartych przekopany, a woreczki ze złotem wypełniły większość końskich juków.

Nadszedł wreszcie dzień, w którym Dolina Siodła przestała być złotą doliną. Przez następny 

tydzień przygotowaliśmy zapasy na drogę powrotną. Uganialiśmy się za zwierzyną, a potem 

suszyli pokrajane iv wąskie i długie płaty mięso. Kiedy wszystko już było gotowe, któregoś 

ranka wskoczyliśmy na siodła, opuszczając ten zakątek, z którym tak związały się ostatnio nasze 

losy.

Długą karawanę ludzi i koni poprzedzała trzyosobowa grupa zwiadowców. Dalej jechaliśmy: 

Czerwona   Chmura,   Karol   i   ja.   Za   nami   —   pod   strażą   wojowników   —   kroczyły   zwierzęta 

objuczone drogocennym ładunkiem. Kawalkadę zamykało również trzech zwiadowców.

Ze względu na ciężary, jakie niosły konie, nie mogliśmy posuwać się szybko. Droga, wijąca 

się   wśród   wąskich   dolinek,   perci,   upłazów,   małymi   steczkami   tuż   nad   brzegami   rwących 

potoków, była bardzo trudna. Mimo takich niedogodności wracaliśmy w dość dobrym nastroju, 

zmąconym jedynie niepokojem o los szeryfa. Gdyby nie to — nic nie brakowałoby da szczęścia: 

dokonaliśmy przecież nie lada wyczynu, zrealizowaliśmy pierwszą, jakże ważną, część planu 

mającego otworzyć Czarnym Stopom bramę do lepszego życia.

Dźwięczały kopyta po kamiennych żlebach, dudniły-po twardo ubitym gruncie, mąciły wodę 

strumieni. Dalej, coraz dalej od Doliny Siodła.

Podążaliśmy najprostszą drogą ku Ukrytemu Miastu. Pamiętam jak dziś ten piękny wieczór, 

kiedy   rozbiliśmy   obóz   na   polanie   otoczonej   pasmem   górskim   o   ściętych   wierzchołkach. 

Puściliśmy konie wolno,, aby mogły ugasić pragnienie w przepływającym potoku i napaść się do 

syta.   Słońce   zachodziło   czerwono,   napełniając   przestrzeń   purpurowym   blaskiem   tak   in-

tensywnym, iż zdawało się, jakby wszystko dokoła było z rubinów.

Ognista kula zapadała się poza szczyty, gdy rozpaliliśmy ogniska. Piekły się na nich ćwiartki 

background image

sarniny, bo-raz jeszcze — już w drodze — urządziliśmy udane polowanie. Przy najmniejszym z 

ognisk   zasiedliśmy:   Czerwona   Chmura,   Karol   i   ja.   Właśnie   czarodziej;   zdejmował   z 

zaimprowizowanego   rożna   spory   kawał   mięsa,   gdy   nagle...   buchnął   strzał.   Dźwięk, 

zwielokrotniony przez echo, zabrzmiał jak grom. Po nim ozwał się drugi. Znów chwila ciszy i 

trzask kanonady. Spojrzałem ku szczytom. Stamtąd błyskały raz po raz złote błyski. Strzelano do 

nas!

Odskoczyliśmy od ogniska. Czerwona Chmura coś krzyknął i natychmiast pogasły płomienie. 

Zapadła .noc, a jednocześnie ustał głos strzałów. A więc napadnięto nas. Któż to mógł zrobić? 

Niepodobieństwem   było   teraz   się   o   tym   przekonać.   Zdecydowaliśmy   natychmiast   ruszać   w 

dalszą drogę. Ryzykowne to było postanowienie, ale jeszcze bardziej ryzykownym wydawało się 

pozostanie na tej odkrytej przestrzeni. Teraz miałem jeszcze jedną okazję podziwiać sprawność 

indiańskich wojowników. Polecenia Czerwonej Chmury podawano z ust do ust. Zwijanie obozu, 

siodłanie koni — wszystko odbywało się w zupełnym milczeniu, wśród takich ciemności, iż 

tylko   sowa   mogłaby   cośkolwiek   dojrzeć.   A   jednak   obóz   został   szybko   zwinięty.   Gdy 

wskakiwałem na siodło, dowiedziałem się — dopiero wówczas — że dwu wojowników zostało 

rannych. Na szczęście, dość powierzchownie. Moja pomoc okazała się zbyteczna. Sami założyli 

sobie opatrunki.

Ruszyliśmy.  Kopyta  końskie obwiązano szmatami  i skórami, posuwaliśmy się prawie jak 

duchy.

Kawalkadę otwierało trzech wojowników, za nimi jechała nasza trójka, dalej — konie juczne 

i   tylna   straż.   Karabiny   trzymaliśmy   w   pogotowiu.   Nie   wiem   właściwie,   po   co?   Chyba   z 

przyzwyczajenia.   W   tej   ciemności   nie   sposób   byłoby   kogokolwiek   trafić.   Ledwie   mogłem 

rozróżnić granitowe skałki odgradzające polanę od płytkiego potoku. Z trudem dostrzegałem 

plecy   jadącego   przede   mną   Karola.   Każda   intensywniejsza   ciemność   wydawała   mi   się 

przepaścistą   głębią.   Przestałem   powodować   cuglami,   zdając   się   całkowicie   na   instynkt 

zwierzęcia.  Żeśmy się nie pogubili podczas tej wędrówki, zawdzięczać należy tylko  skałom 

wyrastającym po obu stronach drogi. Wydawało mi się, że przebyliśmy już kilka mil, a ciemność 

nie ustępowała. Przytłumiony,  monotonny tupot końskich kopyt  działał  usypiająco. Sam nie 

wiem, jak to się stało, ale zdrzemnąłem się. Niebezpieczne to było, bo zasnąłem tak mocno, że 

gdyby mój wierzchowiec potknął się, runąłbym na ziemię. Na szczęście, otrzeźwił mnie chłodny 

wiatr,   który   zerwał   się   gdzieś   w   górze   i   teraz   spływał   ku   dolinom.   Otworzyłem   oczy.   W 

pierwszej   chwili   nie   bardzo   wiedziałem,   gdzie   się   znajduję.   Szybko   jednak   wróciła   mi 

świadomość. Spostrzegłem, iż plecy mego towarzysza są teraz znacznie wyraźniej sze. Kończyła 

się noc. Coraz lepiej rozróżniałem zarysy drzew, krzewów, skalnych złomów. Wreszcie nadeszła 

background image

upragniona przeze mnie chwila. Koń Karola zatrzymał się.

— Janie — ozwał się towarzysz — nie śpisz przypadkiem?

— Nie — odparłem niezbyt pewnym głosem.

Usłyszałem cichy śmiech:

— Ej, Janie, jakoś sennie odpowiadasz. Stań tu obok. Rozbijamy obóz.

To powiedziawszy zeskoczył  z siodła. Poszedłem za jego przykładem. Przyznaję, iż nogi 

ugięły się pode mną, tak zdrętwiały od jazdy.

Obok mnie przechodziły powoli konie, wynurzając się z szarości. W przedrannej ciszy robiło 

to   wrażenie   korowodu   duchów.   Usłyszałem   teraz   spokojny   głos   Czerwonej   Chmury,   jak 

wydawał rozkazy i prawdopodobnie znowu zapadłbym  w sen, tym razem na stojąco, gdyby 

Karol nie szarpnął mnie za rękaw.

— Chodź za mną — powiedział krótko.

Dopiero teraz począłem orientować się w otoczeniu.

Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się, stanowiło jeszcze jedną górską dolinę. Miała kształt 

podłużny. W części porośnięta była niziutkimi świerkami, resztę pokrywała trawa oraz wysokie 

sitowie, otaczające niewielkie czarne jeziorko. Z lewej strony dostrzegłem ciemniejącą ścianę 

lasu,   z   prawej   —   całkowicie   nagą   płaszczyznę.   Obraz   ten,   jeszcze   niewyraźny,   zamazany, 

chwilami przysłaniały tumany mgieł spływających 2; poszarpanych szczytów. Powoli wsiąkały 

w ziemię.

—Będzie pogoda — zauważył Karol. — Wcale nam to nie na rękę.

Udaliśmy   się   między   pierwsze   pnie   lasu.   Tam   już   przyprowadzono   konie,   wiążąc   je   na 

krótkich linkach. Zdejmowano siodła i juki. Wszystko to odbywało się bez zbędnych rozmów. 

Od czasu do czasu głucho ozwał się trącony kamień uderzony kopytem lub za-chrapał któryś z 

wierzchowców.

Indianie krzątali się prawie bezszelestnie, wynurzając się z oparów mgły lub niknąc w nich 

jak zjawy. W górze, nad szczytem, wyjrzał rąbek czerwonego oka słońca, a wówczas z głębi lasu 

wypadł spłoszony jelonek i wielkimi susami pognał skrajem doliny. Zniknął wśród skalnych 

złomów. Nikt za nim nie strzelał.

Tarcza słońca z minuty na minutę stawała się coraz większa, aż ciepły blask oświetlił teren.

Rozpalono kilka małych ognisk i wreszcie mogliśmy dokończyć przerwanej poprzedniego 

wieczoru kolacji. Starałem się wybadać, co sądzą moi towarzysze o wczorajszych wypadkach.

—Ktoś chciał nas obrabować — odpowiedział Karol.

—Biali czy Indianie?

Albo biali, albo Indianie. Jeśli czerwonoskórzy, to kto wie, czy znowu nie banda Pumy? Ot 

background image

piekielne szczęście, Janie. Pocieszam się tym, że zbliża się koniec wyprawy.  Mam tych  gór 

powyżej uszu.

—Ja również — mruknąłem — ale przede wszystkim chciałbym się przespać.

— Znowu? Przecież spałeś na siodle.

A Czerwona Chmura dodał:

—Nie możemy pozostać tu długo. Chociaż miejsce jest dobre, musimy jak najprędzej dotrzeć 

do Ukrytego Miasta.

Zdawałem sobie z tego bardzo dobrze sprawę, ale zjadłszy kawałek mięsa, rozciągnąłem się 

pod najbliższym krzaczkiem. Przyciągnąłem pod głowę siodło, broń położyłem w zasięgu ręki i 

— nie zważając na uszczypliwe  uwagi Karola — zasnąłem  jak kamień.  Obudziłem  się bez 

niczyjej interwencji. Słońce padało na twarz, było cicho, dął lekki wiaterek i szumiał w koronach 

drzew.

Zauważyłem,   że   Karol,   na   przekór   złośliwostkom   pod   moim   adresem,   poszedł   za   moim 

przykładem. Leżał pod sąsiednim drzewem z twarzą nakrytą kapeluszem. Nie bez zadowolenia 

obudziłem go. Zerwał się, natychmiast sięgając po broń, ale na mój widok opadł znowu na 

ziemię i ziewnął na całe gardło.

—A, to ty. Po co mnie budzisz? Śniło mi się, że polowałem na szarego niedźwiedzia. To było 

interesujące.

— Wstawaj. Dochodzi południe.

Ziewnął po raz drugi i dźwignął się z prowizorycznego posłania.

—Rzeczywiście — powiedział — a gdzie Czerwona Chmura?

—Nie wiem. Gdzieś powędrował. On jest niestrudzony.

—Niestrudzony — przytaknął. — Chodźmy się umyć. To nas orzeźwi.

Woda czarnego jeziorka była zimna jak lód. Kiedy oblałem nią ramiona i kark, cała senność 

uleciała precz. Ba, poczułem taki głód, jakbym przez cały dzień nic nie jadł. Ale marzenia o 

jedzeniu zostały brutalnie przerwane. Zjawił się czarodziej.

— Niech moi bracia siodłają konie. Ruszamy!

Nie zaprotestowałem. Zająłem się wierzchowcem, a gdy wskoczyłem na siodło, dostrzegłem, 

jak ostatnie posterunki Czarnych Stóp schodzą z nagiego zbocza, jak wysuwają się z głębi lasu 

postacie innych wojowników.

Kopyta   zatupotały  po kamieniach.   Trzej  zwiadowcy zniknęli  już w  ciaśninie   stanowiącej 

naturalną  bramę  doliny.   Poszliśmy  za   ich  przykładem.   Teraz   otwarła  się   szeroka  przestrzeń 

górskich łąk, spadających tarasami ku siniejącym w dali równinom. Jechaliśmy stale w dół, aż 

do jeszcze jednego z niezliczonych  strumieni. Dalej droga skręcała wzdłuż samotnej skalnej 

background image

ściany. I wówczas huknął strzał. Ściągnąłem cugle. Zeskoczyłem.

Pierwszy z jadących zwiadowców pochylił się, a potem runął. Drugi raz ozwały się strzały. 

Kula świsnęła mi nad uchem. Ujrzałem teraz, że wszyscy stali już obok koni i w odpowiedzi na 

strzelaninę,   jaka   rozpętała   się   teraz   ze   szczytu   pionowej   skały,   Indianie   dali   salwę.   Nie 

dostrzegłem, czy odniosła jakiś skutek, bo pobiegłem na przód kolumny. Ukląkłem przy leżącym 

wojowniku. Zbadałem puls i serce. Nie żył.

Przyłożyłem sztucer do ramienia i począłem strzelać na oślep, po samej krawędzi skały. Z 

tego zapamiętania wyrwał mnie donośny głos Karola:

— Janie! Janie! Do nas!

Dopiero teraz zauważyłem, iż stoję na zupełnie odkrytej przestrzeni, stanowiąc doskonały cel. 

Wykonałem kilka susów i zapadłem w krzewy. Tu już spoczywali Czerwona Chmura z Karolem, 

obok   —   długa   linia   wojowników   Czarnych   Stóp.   Konie   indiańskie   pokładły   się   za   nami. 

Strzelanina urwała się, jak nożem uciął. Czekałem, co dalej nastąpi. I oto na szczycie  skały 

pojawiły się głowy ustrojone w pióra.

—Puma — powiedział Karol. — Znowu on.

Padł strzał i pióra zapadły się w ziemię. Czerwona Chmura podczołgał się w bok, między 

wojowników. Zamienił z nimi kilka słów i oto ujrzałem, jak paru z nich' wycofuje się z linii. Po 

sekundzie zniknęli z pola widzenia. Czarodziej z kolei przyczołgał się ku nam.

—Moi wojownicy zajdą ich z tyłu — powiedział. — Niech moi bracia spróbują obejść skałę z 

prawej strony.

Powoli — ja i Karol — poczęliśmy odsuwać się od krzaków. Jeszcze raz zatrzaskały strzały. 

Nie   zdążyłem   zauważyć,   czy   któryś   z   naszych   nie   został   trafiony.   Widok   zasłonił   pas 

kosodrzewiny, przez którą przedzieraliśmy się z mozołem. Na koniec sforsowaliśmy przeszkodę. 

Teraz przed nami  rozciągało  się pole skalistego  gruzu. Byliśmy  odsłonięci.  Osypisko  leżało 

jednak nieco z boku pionowej skały, a uwaga napastników skierowana została na Czarne Stopy, 

nękające ich nieprzerwanym ogniem. Dzięki temu podeszliśmy niedostrzeżeni do samego żlebu, 

wiodącego ukośnie ku szczytowi. Poczęliśmy się wdrapywać.

Wydawało   się,   iż   upłynęły   godziny,   zanim   wreszcie   posuwający   się   przede   mną   Karol 

odwrócił głowę i szepnął:

—Uważaj!

Potem ujrzałem już tylko podeszwy jego butów. Zniknął za krawędzią skały. Ruszyłem jego 

śladem.   Po   minucie   leżałem,   ciężko   dysząc,   obok   towarzysza,

 

na   lekko   pofałdowanej 

płaszczyźnie,   porosłej   szarym   mchem   i   rzadkimi   krzaczkami:   Nadal   nie   dostrzegałem 

przeciwników.

background image

Strzały   huczały   z   niewielkimi   przerwami.   Poczęliśmy   się   czołgać   w   kierunku   odgłosów 

palby. I oto wydarzyła się rzecz nieprzewidziana — ozwała się kanonada z zupełnie innej strony. 

To chyba wojownicy Czerwonej Chmury zdołali już osiągnąć szczyt.

Zerwaliśmy się i pobiegli, na pół zgięci. Buchnęła wrzawa przerywana głosem broni. Ba, 

rozróżniałem już nawet trzaskanie rewolwerów. A przecież krótkiej broni czerwonoskórzy nie 

posiadali! Więc któż to był?

Zagadka   została   rozwiązana,   gdy   wpadliśmy   na   malutką   polankę.   Z   drugiego   jej   krańca 

wyskoczyły wprost na nas trzy postacie.

Dziwnie znajomy głos krzyknął:

—Nie strzelać!

Stanąłem.

—Szeryf!—wrzasnąłem. — Szeryf!

—Karolu! Doktorze! W lewo, w lewo, na nich!

Skręciliśmy w miejscu i pognali. Podczas biegu dostrzegłem, że szeryfowi towarzyszą jeszcze 

dwie znajome mi osoby. Tak, nie myliłem się. To zastępca szeryfa... Robertson! A ten drugi? 

Jim Hawkins!

Bez przerwy strzelając skoczyliśmy dalej. Tam już kotłowało się na dobre. Przez polankę raz 

po raz przemykały postacie. Na mgnienie oka ujrzałem Pumę, jak zaganiał swych wojowników. 

W końcu splątany kłąb ludzi, rycząc przeraźliwie, począł uciekać.

Rzuciliśmy się w pogoń, klucząc wśród niskich drzewek. Znowu gdzieś z boku ozwały się 

pojedyncze strzały. Przystawałem co kilka kroków, naciskając raz po raz cyngiel sztucera, aż 

wreszcie zabrakło mi ładunków. Wówczas — ujrzałem Scotta. Nie był to już ten elegancko 

ubrany   przybysz,   wkraczający   w   progi   gospody   “Pod   Szarym   Niedźwiedziem”.   Zakurzone, 

gdzieniegdzie podarte . ubranie świadczyło o przejściach jego właściciela. Stał z gołą głową. 

Kapelusz musiał zgubić w tej bitewnej zawierusze. Stał i rozglądał się dokoła, szukając zapewne 

bezpiecznej

drogi odwrotu.

Rzuciłem   bezużyteczny   sztucer,   wyciągnąłem   zza   pasa   rewolwer   i   pod   osłoną   krzewów 

począłem posuwać się w kierunku “człowieka z blizną”. Harmider jeszcze nie ucichł, ale cała 

bitwa   zamieniła   się   teraz   w   serię   przypadkowych   pojedynków   między   rozproszonymi 

wojownikami Pumy a nacierającym szeregiem Czarnych Stóp. Nagle drogę przeciął mi któryś z 

Indian. W tym zamieszaniu nie wiedziałem: wróg czy sprzymierzeniec? Nie spojrzawszy w mą 

stronę,   biegł   ku   spadzistemu   zboczu.   Już,   już   go   dosięgał,”   gdy  nagle   skręcił   ku   Scottowi, 

background image

wymachując   trzymanym   w   ręku   tomahawkiem.   Cisnął   nim,   ale   jeszcze   wirujące   ostrze   nie 

dosięgło “człowieka z blizną”, gdy ten złożył się ze strzelby. Wśród wrzawy nie dosłyszałem 

strzału. Domyśliłem się tylko, bo Indianin zgiął się, cofnął o krok i runął. Padł w tej samej se-

kundzie, w której błyszczący toporek ugodził ze straszliwą siłą Scotta.

Dobiegłem. Leżeli w odległości kilku kroków od siebie. Teraz już rozpoznałem Indianina — 

to był Puma.

Dlaczego rzucił się na Scotta? Czy widząc swą nieuchronną klęskę, chciał wyładować złość 

na “bladej twarzy”? A może zrozumiał, że ten człowiek stał się przyczyną jego niepowodzeń? 

Któż to odgadnie?

Odwróciłem się. Po drugiej stronie polanki, oparty o skalny zrąb, bez możności- odwrotu — 

stał Rothcliff. Z tyłu miał przepaść, z przodu — tyralierę wojowników. Wówczas usłyszałem 

grzmiący głos szeryfa:

—Przestańcie strzelać! Ten człowiek należy do mnie!

Wysunął się przed linię naszego ataku.

—Rothcliff — zawołał. — Idę do ciebie. Stój spokojnie.

Rothcliff   drgnął   i   uniósł   trzymany   w   ręku   rewolwer.   Uczyniłem   to   samo,   ale   strzał   z 

rewolweru z takiej odległości byłby wątpliwy. Rozejrzałem się dokoła, szukając Karola. Ku mej 

rozpaczy, nigdzie go nie było.

Tymczasem Irvin, krok za krokiem zbliżał się do przestępcy. Serce podeszło mi pod gardło. 

Uczyniło się nagle cicho. Szeryf wolno, spokojnie szedł wprost na czarny otwór lufy colta. I oto 

nagle lufa ta poczęła drgać. Broń z trzaskiem potoczyła się po głazach i zniknęła za krawędzią 

zbocza.

— W imieniu prawa, Rothcliff, aresztuję cię.

Położył mu dłoń na ramieniu.

background image

Opowiadanie szeryfa

Żeby sprawę wyczerpać do końca, muszę wspomnieć

 

o tym,  co wydarzyło  się szeryfowi 

podczas wędrówki z sierżantem Mitchellem. Ale szeryf zastrzegł sobie prawo własnoręcznego 

uzupełnienia moich notatek. Oddaję mu więc pióro.

“Nasz kochany doktor, jak zauważyłem w jego zapiskach, odtworzył dość wiernie to, co się z 

nami działo. W paru miejscach jednak nieco przesadził. Poniosła go fantazja, rzecz dziwna u 

człowieka   parającego   się   lekarskim   zawodem.   Ale   na   tym   świecie,   pełnym   niespodzianek, 

wszystko jest możliwe. Oczywiście, za fantazję doktora całkiem  zresztą niewinną, nie biorę 

odpowiedzialności.

Po tym krótkim, ale moim zdaniem koniecznym wstępie przechodzę do sedna sprawy. A więc 

cofam się do dnia, w którym  nasza mała  gromadka  (sierżant  Mitchell,  jego pomocnik  i ja) 

odłączyła się od większej grupy wspólnych dotąd towarzyszy podróży, po niefortunnej próbie 

schwytania Czarnej Pumy, a przede wszystkim Rothcliffa i Scotta.

Do ostatniej chwili żywiłem nadzieję, że doktor

 

i Karol wytrwają w pościgu za przestępcami, 

ale od  mówili towarzyszenia. Zaplątali się w jakieś tam sprawy czerwonoskórych. Fantaści! 

Początkowo bardzo mnie to bolało, ale kiedy ujechałem kilka mil, żal mój zagubił się po drodze.

Sierżant   Mitchell   okazał   się   znakomitym   kompanem   i   człowiekiem   nieprawdopodobnej, 

graniczącej z szaleństwem odwagi. A poza tym... Poza tym  był  zwolennikiem moich metod 

leczniczych. W torbach przy kulbace zawsze woził płaską flaszeczkę whisky!

Jak już więc powiedziałem, rozstaliśmy się nad strumieniem i ruszyli w prerię wyraźnym 

tropem jeźdźców Pumy.  Trzech ścigających. A ściganych?... Już mi się rachuba pomieszała. 

Chyba z osiemnastu? A więc sześciu na każdego z nas. No, ale nie w takich tarapatach już się 

bywało. Zresztą, nie mieliśmy zamiaru prowadzić otwartej walki z Indianami, a jedynie porwać 

Scotta i Rothcliffa lub formalnie aresztować ich na prerii, gdyby się odłączyli. Na to liczyliśmy 

najbardziej.

Jak już mówiłem, z początku jechałem markotny, ale niedługo, bo uwagę mą zajęło śledzenie 

tropów. Najpierw wiodły prościutko na północ, potem dalekim łukiem skręcały ku wschodowi.

Sierżant Mitchell również długo milczał, wreszcie odezwał się nieoczekiwanie:

— Rothcliffa pozostawiam panu, ale Scott będzie mój.

Skwapliwie przytaknąłem. Scott nie popełnił przestępstwa na moim terenie. O to Karol i 

doktor niech się martwią. Trzeba im było jechać z nami.

Rothcliff — o, ten mi się słusznie należał! A teraz na pochwałę (jeszcze jedną) sierżanta 

powiedzieć   muszę,   iż   świetnie   orientował   się   w   terenie.   Wielokrotnie   skracaliśmy   drogę, 

background image

zjeżdżając z linii tropów. Za pierwszym razem zaprotestowałem bojąc się, iż zgubimy ślady i 

trzeba będzie wracać. Mitchell posiada jednak jakiś specjalny zmysł orientacji i przewidywania. 

Gdy

 

linia   tropów   wyginała   się   łukiem,   sierżant   bez   wahania   jechał   jego   cięciwą.   Potem 

tłumaczył mi w ten na przykład sposób:

— Omijają tamten las. Widzi pan? Mają sporo koni i wygodniej im nadłożyć drogi, ale my 

we trójkę łatwo się tędy przeciśniemy.

Albo:

— Tam jest jeziorko, znam je jak własną kieszeń. Przejedziemy. Znam bród.

I zawsze się sprawdzało. Jak las — to las, jak jezioro — to jezioro z nie znanym brodem. 

Prawdopodobnie   dzięki   tego   rodzaju   metodzie   już   drugiego   dnia   mieliśmy   uciekających   w 

zasięgu naszych  lornetek. Odtąd musieliśmy zachować zdwojoną ostrożność i uzbroić się w 

cierpliwość.

Nocami przysuwaliśmy się jak najbliżej, rankami czekali, aż oddział Pumy “odskoczy”. To 

był doskonały sposób, aby posuwać się niepostrzeżenie. Nie zbliżał nas jednak ani o krok do 

celu. Zwróciłem na to uwagę.

— Cierpliwości, szeryfie — odpowiedział. — Trafimy wreszcie na sprzyjające okoliczności. 

Nierówny teren, las, bo ja wiem zresztą co, i wówczas połaskoczemy ich w pięty.

Nie bardzo mi ta obietnica trafiała do przekonania, ale Mitchell okazał się nieustępliwy, z 

jego pomocnikiem nie było po co gadać. Przez cały czas naszej podróży, jak zauważyłem, nigdy 

nie występował z własnym zdaniem. Spełniał jedynie rozkazy sierżanta i to nie zawsze w sposób 

najlepszy.  Czekałem  więc, jak kij  popłynie.  Okazało  się przecież,  że Mitchell  miał  rację, a 

jeszcze do tego łut szczęścia. Bo oto wjechaliśmy na bardzo pofałdowany obszar prerii, pełen sa-

motnych   jak   wyspy   pagórków,   poprzerzynany   dziesiątkami   strumieni,   które   powypłukiwały 

głębokie parowy. Teraz więc można było w sposób niedostrzegalny zbliżyć się do uciekających. 

Ileż jednak kosztowało to nas trudu! Nadszedł wreszcie taki dzień, podczas którego — już nad 

wieczorem — oddział Pumy zapadł w głębokim jarze, przez który płynęła rzeczka. Posuwaliśmy 

się trop w trop tą właśnie wodą, potem rozbiliśmy tymczasowe obozowisko, aż do zapadnięcia 

nocy.   Wówczas   znowu   wskoczyliśmy   na   siodła,   opuścili   strumień   i   objechawszy   szerokim 

łukiem, nadciągnęli z powrotem od strony jednej ze ścian jaru. W połowie drogi do tego jaru 

zsiedliśmy  z koni,  pozostawiając je opiece  Jacksona — tak  się właśnie zwał  podkomendny 

sierżanta.

Ruszyliśmy we dwójkę pieszo. Możliwie szybko i możliwie ostrożnie. Na szczęście Puma nie 

wystawił straży przy zboczach jaru, a tylko przy jego wylotach. Okazał przy tym tak wielką 

nieostrożność   czy  pewność  siebie,   iż   rozpalił   w  jarze   kilka   wielkich   ognisk.  Różowy  blask 

background image

wznoszący się nad rozpadliną wskazał nam najkrótszą drogę. Ostatnią jej część przebyliśmy 

czołgając się. I w ten sposób dobrnęliśmy wreszcie do miejsca, w którym równina przechodziła 

raptownie w spadziste zbocze. Zdołaliśmy podejść do samej krawędzi. I oto, co ujrzałem: zbocze 

spadało prawie pionową ścianą. Była to okoliczność bardzo pomyślna. Gdyby nas nawet z dołu 

spostrzeżono, nikt tędy nie mógłby puścić się w pogoń. Ale zejście na dół było niesłychanie 

trudne, chyba niemożliwe...

W   głębi   jaru   naliczyłem   pięć   ognisk   i   chyba   ponad   dwudziestu   ludzi.   Długo   szukałem 

wzrokiem   Rothcliffa.   i   Scotta,   wreszcie   wypatrzyłem   ich.   Siedzieli   wraz   z   Pumą   przy 

najmniejszym ognisku. Jakże łatwo posłać im było kulę! Ale nie o to przecież chodziło. Scott i 

Rothcliff   musieli   odpowiedzieć   przed   sądem   za   swe  zbrodnie.   Pod   tym   względem   byłem   z 

sierżantem jednej i tej samej myśli.

Spoczywaliśmy   bez   ruchu,   gapiąc   się   na   to,   co   działo   się   w   obozowisku,   ale   zaiste   nie 

wydarzyło się nic godnego uwagi.

—Co poczniemy, sierżancie? — zaszeptałem. — Zejść tędy będzie piekielnie trudno. Można 

by ich capnąć, ale niech podczas schodzenia tą diabelską ścianą jeden kamyk się oberwie, 

złapią nas, zanim sięgniemy dna.

—Musimy czekać — odszepnął i powtórzył swoje: — Cierpliwości, szeryfie.

Nie wiem, co miał na myśli, ale prowadzenie dłuższej rozmowy w odległości kilku zaledwie 

yardów nad głowami przeciwników było niebezpieczne. Nic więc nie odpowiedziałem.

Leżałem jak kłoda, bez ruchu, wytrzeszczając oczy dopóty, dopóki same nie zaczęły mi się 

zamykać. Troszkę to było ryzykowne, ale ostatecznie sierżant czuwał, a krzynka snu nie mogła 

mi   zaszkodzić.   Obudziło   mnie   lekkie   szarpnięcie   za   rękaw.   Machinalnie   dotknąłem   lufy 

karabinka. Nad jarem panowała zupełna ciemność, w której jarzyły się dogasające węgle ognisk. 

Pięć czerwonoskórych kręgów wśród atramentowej nocy.

—Widzi pan? — zaszeptał Mitchell.

—Co?

—Tu, pod nami.

Spojrzałem,   wyciągnąwszy   uprzednio   lornetkę.   Z   tej   odległości   wszystkie   przedmioty 

znajdowały się tak blisko, że tylko ręką dotknąć. No, i ujrzałem, że  w  prostej linii pode mną 

leżeli i, jak mogłem się domyślić, spali Rothcliff i Scott.

—Szeryfie — ozwał się mój towarzysz — znikam na chwilę. Proszę nigdzie nie odchodzić i 

uważać.

Wycofał  się  do  tyłu.   To  nie  było   ładne  z  jego  strony.  Ani  słówkiem  nie  wspomniał,  co 

zamierza czynić. Patrzałem w dół. Ktoś przeszedł, ktoś usiadł przy wygasającym ognisku, ktoś 

background image

inny przewrócił się we śnie na drugi bok. Ale nasze dwa ptaszki leżały cały czas bez ruchu. 

Gdyby tak zsunąć się tędy? Badałem Ścianę wzrokiem. Szukałem punktów oparcia dla nóg i rąk. 

Diabelnie ciężka sprawa.

Rozpatrywałem jednak i inną możliwość: przedostania się korytem rzeczki. Ale przy obu 

wejściach do parowu, właśnie nad rzeczką, tkwili wojownicy. Widziałem ich dokładnie i długie 

lufy fuzji sterczące nad głowami. Dalsze medytacje przerwało nadejście sierżanta.

Legł obok mnie i pokazał dwa pęki rzemiennych lass.

—Opuszczę się — zaszeptał. — Oni tam śpią jak susły.

—Straż czuwa — przerwałem.

—Nie zauważą. Zbyt daleko. Opuszczę się na lassie prościutko tam, gdzie ci dwaj.

—Szaleństwo — burknąłem,  chociaż  pomysł  nie wydał  mi  się taki  głupi. — Zanim pan 

zejdzie, już będą czekali. Zwłaszcza w tym pańskim czerwonym  kubraku. Widoczny,  jak 

latarnia. A jeśli nawet zejdzie pan na sam dół, to co z tego?

— Zobaczycie,   szeryfie.   Szkoda   czasu   na   gadanie.   Znowu   nie   powiedział   mi,   do   czego 

zmierza. Odparłem zirytowany:

— No, to schodź pan. Tylko ciekaw jestem, kto ma trzymać drugi koniec lassa. Nie jest pan 

ułomkiem.

Zaśmiał się cicho.

— Obok jest drzewo.

Rzeczywiście,   w   mroku   dojrzałem   potężny   pień   klonu.   Dopiero   teraz   Mitchell   uznał   za 

stosowne wtajemniczyć  mnie  w swój  plan. Szeptem  wyjaśnił,  iż  zsunie  się na dół,  ogłuszy 

Scotta,   skrępuje   go   zapasowym   rzemieniem,   a   następnie   sam   wdrapie   się   na   górę,   skąd 

wciągniemy jeńca.

Oświadczyłem mu wręcz, co myślę o takim planie. Przy krępowaniu Scotta może obudzić się 

Rothcliff i narobić alarmu. W takim wypadku nie zdołam sierżantowi w niczym pomóc. Chyba, 

chyba że zejdziemy obaj. Nie zgodził się na to. Wobec tego zaproponowałem, iż to ja zejdę. 

Mam dobrą wprawę w drapaniu się po skałach. Nie chciał o tym słuchać. Zdołałem więc tylko 

skłonić go do zdjęcia przeraźliwie czerwonej kurtki. Potem przymocowałem koniec lassa do pnia 

i wolno, wolniutko opuściłem rzemień. Opadł bezszelestnie tuż obok śpiących bandytów.

Mitchell   zsunął   się   po   tym   rzemieniu   i   muszę   przyznać,   iż   rzecz   wykonał   elegancko   i 

zgrabnie   jak  cyrkowiec.   Przycupnąłem   teraz   nad   krawędzią   jaru,   z  karabinkiem   w  ręku   i   z 

palcem   na   cynglu.   Sierżant,   stanąwszy   na   dole,   przylgnął   do   zbocza   i   trwał   w   bezruchu 

kilkanaście sekund. Żaden jednak dźwięk nie zamącił ciszy. Wstrzymałem oddech widząc, jak 

uczyniwszy   trzy   kroki   pochyla   się   nad   leżącą   postacią.   Lada   chwila   oczekiwałem 

background image

ostrzegawczego krzyku lub huku strzału. Ale nic podobnego nie nastąpiło. Albo tam wszyscy 

ogłuchli, albo były w tym jakieś czary. Widziałem, jak Mitchell ukląkł przy śpiącym. Trwał tak z 

minutę, potem podniósł się i zgięty wpół, z jakimś ciężarem na plecach, posunął się w stronę 

zwisającej linki.

Gdyby  mi  kto o tym  wszystkim  opowiadał  — uznałbym  go za skończonego  łgarza.  Nie 

zdziwię się więc, jeśli osoby postronne nie uwierzą w ani jedno moje słowo. Trudno wymagać. 

Ale do rzeczy.

Sierżant   złożył   właśnie   swój   ładunek   na   ziemię.   Część   lassa   zadrgała.   Mitchell   zaczął 

wspinać   się   ku   mnie.   Rękami   trzymał   się   rzemienia,   nogami   wspierał   się   o   zbocze.   Zaiste 

niepospolitą musiał odznaczać się siłą. Dostałem dreszczy z przejęcia. A może noc była taka 

chłodna... W pewnej chwili jakiś kamyk obsunął się i z szelestem poleciał w dół. Przyłożyłem 

kolbę do ramienia i zastygłem w oczekiwaniu. Ale znowu nic się nie wydarzyło. Mitchell miał 

piekielne szczęście. Zdołał wygramolić się na samą górę, gdzie zatrzymał się sapiąc z wysiłku, 

na koniec mruknął:

— Teraz ciągnijmy, szeryfie!

Skuliliśmy się za pniem klonu i wolniutko poczęliśmy skręcać rzemień. Na koniec zdobycz 

ukazała się naszym oczom. Ostatnim wysiłkiem podciągnęliśmy ją do drzewa. Potem zbadałem 

stan jeńca. Odzyskał już przytomność (został uprzednio ogłuszony przez sierżanta) i spoglądał 

na mnie przerażonym wzrokiem. Knebel tkwiący w ustach zmuszał go do milczenia. Niestety — 

nie był to Rothcliff, tylko Scott.

—Szeryfie — odezwał się Mitchell — pożycz mi pan swoje lasso.

—Po co?

—Zejdę raz jeszcze i przy transportuję tego drugiego.

—Nie, nie. Tym razem ja zejdę. Po takiej gimnastyce należy się wam odpoczynek.

—- Do licha, szeryfie, czy dacie radę?

To mnie rozgniewało. Cóż on sobie myśli, u licha? Odparłem, iż dawałem sobie radę w 

gorszych sytuacjach. Teraz dopiero spostrzegłem, iż uczyniło się nieco jaśniej. Spojrzałem w 

niebo — zaczynało szarzeć. Tyle już minęło godzin.

Wypróbowałem lasso, opasałem się zapasowym rzemieniem i już, już miałem opuścić nogi, 

gdy do uszu moich — wśród trwającej nadal ciszy — doszedł daleki, ale stale potężniejący 

odgłos. Zastygliśmy w bezruchu.

—Co to? — zaszeptał sierżant.

Dźwięk narastał z każdą sekundą. Zbliżał się ku nam. Pojąłem: był  to tętent dziesiątków 

końskich kopyt. Gnał ku nam jakiś oddział jeźdźców. Kim mogli być? Przez sekundę łudziłem 

background image

się, iż może to Czerwona Chmura nadciąga z pomocą. Zerknąłem w parów. I tam już dosłyszano 

dziwne odgłosy. Buchnął płomień ognisk.

—Trzeba uciekać — zdecydował Mitchell.

Schyliłem się, aby rozciąć Scottowi pęta na nogach.

Nie zdążyłem jednak tego uczynić, gdy z mroku wyskoczyły trzy nasze wierzchowce. Wiódł 

je podkomendny sierżanta.

—Prędzej!...

—Co się stało?

—Mustangi. Pędzą wprost na nas.

Machnąłem nożem po rzemieniu i natychmiast złapałem jeńca za kark.

—Wstawaj i wsiadaj! — rozkazałem.

Wgramolił się jakoś .na siodło, ja skoczyłem za nim. I tu trzeba pecha! Trzasnął popręg i 

jednocześnie, wraz z siodłem, obaj runęliśmy na ziemię. Poderwałem się natychmiast. Wówczas 

koń mój stanął dęba, uderzył kopytami o ziemię i skoczył jak oszalały przed siebie.

—Siadaj pan za mną! — wrzasnął sierżant.

—Mój koń!

—Do licha z koniem! Szybciej!

Skoczyłem. Za nami wzrastał tętent. Wydawało się, iż w szarzejącym zmroku przedświtu 

dostrzegam już rozwiane końskie grzywy i stado rwące w panicznym pędzie. Co je spłoszyło?

Ruszyliśmy równolegle do ściany parowu, z głębi którego zagrzmiały pierwsze strzały. Do 

nas czy dla odpędzenia nadbiegających mustangów?

Gdy   skończyła   się   krawędź   parowu,   popędziliśmy   konie.   Pierwsze   zorze   zastały   nas   na 

pustkowiu.   Stado  mustangów   gdzieś   przepadło,   nikt   nas  nie   ścigał.   Wyszliśmy   więc   cało   z 

tarapatów. Ale ja straciłem konia, a sierżant — Scotta. Pewnie znajdował się znów przy boku 

Pumy, jeśli go nie stratowały mustangi. Nie wstydzę się przyznać do porażki. Bo nie w tym 

rzecz, ile razy się w życiu przegra, ale ile razy i co się wygra!

Największe moje nieszczęście polegało na tym, iż nie mogłem już brać udziału w dalszym 

pościgu.   Poprosiłem   sierżanta,   aby   mnie   odstawił   jak   najbliżej   Fort   Benton,   co   też   chętnie 

uczynił.

O dalszych  swych  losach nie piszę. Wyręczy mnie nasz znakomity doktor. Na tym  więc 

kończę.”

background image

Taniec słońca

Czarna Puma zginął. Zginął Scott — człowiek z blizną — ugodzony tomahawkiem. Banda 

Pumy częściowo się rozproszyła, częściowo wyginęła w tej ostatniej  potyczce. Poległo pięciu 

wojowników Czarnych Stóp, trzech odniosło rany. Zwyciężyliśmy, ale gdy pole bitwy pozostało 

za nami, nikt nie wydawał okrzyków triumfu.

Podczas jazdy prawie że się pokłóciłem z szeryfem. Rzecz poszła o Hawkinsa.

—Jak pan mógł sprowadzić tu chłopca? Doprawdy, dziwię się!

—Sam się wahałem, doktorze. Ale przywiózł doskonałe świadectwo ze szkoły.

Wzruszyłem ramionami.

—Też powód!

—W pewnym sensie powód, ale przecież nie najważniejszy. Przeprowadziłem z chłopakiem 

dłuższą rozmowę i uznałem, iż mogę jego dawne winy puścić w niepamięć. On naprawdę się 

zmienił.

—Czy nie za szybko na taką rehabilitację?

—Myślę, że nie. Zresztą nadal będę go miał na oku.

—Jakim cudem trafiliście na nas, i to w tak odpowiedniej chwili?

Okazało się, iż Irvin po stracie konia i rozstaniu się z sierżantem Mitchellem nie zaniechał 

swych planów. 

Był   przekonany,   iż   ani   Scott,   ani   Rothcliff   nie   zaprzestaną   zbójeckiego   procederu   i   co 

najmniej do pierwszych śniegów krążyć będą po prerii. To go właśnie skłoniło do powtórnego 

opuszczenia Fort Ben-ton. Dobrał sobie za towarzysza swego zastępcę, Robertsona.

Na pierwszym noclegu dopędził go Jim Hawknis i tak długo się napierał, żeby go zabrał ze 

sobą, aż szeryf ustąpił.

Błąkali się kilka dni po prerii, początkowo nie mogąc trafić na żaden ślad. Ostatecznie cała 

trójka odkryła resztki jakiegoś obozowiska. Znaleziono starą kraciastą chustkę. To wzbudziło ich 

nadzieje. Chustka należeć mogła tylko do białego człowieka. Poczęli posuwać się odkrytym 

tropem.   Doprowadził   ich   aż   do   Gór   Skalistych,   aż   poza   Dolinę   Siodła,   do   miejsca   naszej 

niedawnej walki. W samą porę.

Tak to brzmiało w relacji szeryfa.

Na koniec dotarliśmy do pierwszych tipi Ukrytego Miasta. Ale zanim to nastąpiło, zanim 

ukazała się znajoma rzeka, a nad nią ciemnozielona smuga lasu, usłyszeliśmy dudniący głos, 

przypominający dźwięk, jaki powstaje przy uderzeniu w duże puste naczynie lub w bęben. W 

miarę jak podjeżdżaliśmy, dźwięk potężniał.

background image

—Co to jest? — zagadnął Irvin.

—Nie   mam   pojęcia   —   odparłem   —   ale   chyba   nic   groźnego.   Niech   pan   popatrzy, 

czerwonoskórzy nie wykazują żadnych oznak zaniepokojenia.

Dobrnęliśmy do rzeki, a potem ukazały się namioty. Bębny huczały nadal rytmicznie. To 

stanowiło dla mnie zagadkę. Ale i samo Ukryte Miasto wyglądało zupełnie inaczej. Zamiast 

jednej, długiej ulicy-drogi, obrzeżonej dwoma rzędami tipi, teraz ujrzałem nieprzeliczoną ilość 

namiotów poustawianych nad brzegiem rzeki i wśród pierwszych drzew lasu. A nawet jeszcze 

dalej — na prerii. Gdzie spojrzeć, kręcili się indiańscy wojownicy, goniły dzieci, włóczyły psy. 

Ciche dawniej Ukryte Miasto pełne było gwaru.

Czerwona Chmura, jadący na czele, zatrzymał konia, a gdy się z nim zrównałem, powiedział:

— Mój brat zdąży jeszcze ujrzeć Taniec Słońca.

Powiedziawszy to skinął ręką i odjechał, a za nim

 

wojownicy wiodący juczne konie.

— Co to jest Taniec Słońca? — zapytałem.

Jadący najbliżej mnie szeryf wzruszył ramionami.

— Nie   wiem.   To   chyba   jakieś   ich   święto,   ale   mało   mnie   to   obchodzi.   Muszę   pilnować 

Rothcliffa i marzę, aby jak najprędzej znaleźć się w Fort Benton. Nie będziemy tu chyba długo.

Przewidywanie szeryfa nie spełniło się. Nasz pobyt bardzo się przeciągnął. Właśnie z powodu 

Tańca Słońca.

Corocznie w lecie, najpóźniej w sierpniu, Czarne Stopy obchodzą swe święto plemienne. 

Wówczas na oznaczone miejsce ściągają mieszkańcy porozrzucanych po prerii, wzdłuż dolin 

rzek, wiosek i obozów indiańskich, i to zarówno z obszarów Montany (Stany Zjednoczone) jak i 

z Alberty (Kanada).

Kilka tysięcy wojowników świętowało już od kilku dni na terenie Ukrytego Miasta, a my 

trafiliśmy jeszcze na zakończenie uroczystości.

Cóż  za   rozmaitość   typów   ludzkich,  jaka  barwność  strojów!.  Ujrzałem  młodych  i  starych 

wojowników, o twarzach  pomalowanych  w kolorowe pasy,  o włosach upiętych  wysoko  lub 

gładko zaczesanych i ujętych ponad uszami w warkocze, w które wpleciono długie, rzemienne 

paski. Podziwiałem legginy: siwe, brązowe lub na niebiesko pofarbowane, wykonane z jeleniej 

lub koźlej skóry, niekiedy z wełnianego materiału, obszyte po bokach barwnymi frędzlami, się-

gające   mokasynów   wyprawionych   na   czarno.   Ale   najpiękniej   przedstawiały   się   kaftany   bez 

rękawów,   zakładane   na   nagie   ciało.   Niesłychanie   kolorowe,   z   wyszytymi   jaskrawymi 

wizerunkami kwiatów, zwierząt, ptaków.

Najciekawszą jednak rzecz ujrzałem dopiero następnego dnia. Podczas dorocznego Tańca 

Słońca   młodzi   wojownicy   —   poddani   uprzednio   rozlicznym   próbom   fizycznego   hartu   — 

background image

przyjmowani są do kręgu dorosłych.

Na wielkim placu Ukrytego Miasta wykopano cztery gładkie pale z umieszczonymi na ich 

szczytach orlimi gniazdami. Dokoła zebrało się kilkudziesięciu chłopców. Byli nadzy, tylko z 

przepaskami na biodrach. Wówczas ukazał się Czerwona Chmura. Nigdy dotąd nie oglądałem go 

w tak  wspaniałym   stroju.  Białe,  brązowe  i  szare   pióra  otaczające   jego  głowę,   wetknięte   za 

purpurową wstęgę opasującą czoło, wyglądały niby bukiet egzotycznych kwiatów. Jego legginy 

olśniewały   nieprawdopodobną   białością,   mieniły   się   od   szklanych   paciorków   i   wszytych 

muszelek. Kurtka z szerokimi rękawami, srebrzyścieszara, świetnie odbijała od założonego na 

nią   błękitnego   kaftana.   Dwa   naszyjniki:   jeden   z   pazurów   grizzly,   drugi   ze   szponów   orlich, 

zwieszały się aż do połowy piersi.

Umilkły   bębny  i   tłum   widzów   zastygł   w  bezruchu.   Czarownik   wzniósł   głowę   do   góry  i 

wyciągnął   ręce   na   boki,   jak   ptak   zrywający   się   do   lotu.   Wówczas   rozstąpiła   się   ciżba 

wojowników   dając   przejście   sześciu   postaciom   dziwacznie   przybranym   w   pióra   i   futra,   z 

twarzami   ukrytymi   w   maskach   o   przerażających   konturach,   sporządzonych   z   drzewa,   skór, 

wełnianych sznurków. Stanęli po obu stronach Czerwonej Chmury. A potem, w trwającej nadal 

ciszy, rozpoczęła się ceremonia obrzędowa, na którą — przyznam się — nie mogłem patrzeć 

spokojnie. Do tych sześciu czarowników podchodzili młodzieńcy. Migotały noże i krople krwi 

poczęły zraszać ziemię. Zaparło mi dech w piersiach. Obserwowałem, jak błyszczące ostrze 

przebijało w dwu na raz miejscach naciągniętą skórę na piersi, jak zręczne dłonie przewlekały 

przez te nacięcia rzemienne paski przywiązane drugim końcem do jednego ze słupów.

Przyzwyczajony do operacji i do krwi pacjentów, wykonałem jednak bezwiednie jakiś ruch 

protestu. Karol, stojący obok, schwycił mnie za ramię i szepnął:

— Nie ruszaj się!

Więc stałem spokojnie, wyobrażając sobie, jak piekielnie boleć musi tego rodzaju zabieg. Ale 

twarze chłopców były niewzruszone w swym spokoju, a z ust nie wyrwał się żaden dźwięk.

Minęło chyba z pół godziny, gdy wreszcie ostatni, z młodzieńców znalazł się przy słupie. 

Czerwona Chmura opuścił ręce, spojrzał dokoła, a potem wzniósł prawicę ku błyszczącemu na 

niebie słońcu. Na ten gest ozwały się na nowo bębny,  którym  zawtórował przeraźliwy głos 

piszczałek i grzechotek. W takt rytmu tej muzyki przywiązani do palów rozpoczęli taniec. Od-

biegali na długość naciągniętych rzemieni, wznosząc ku niebu głowy. Śpiewali cały czas, ale w 

tej wrzawie nie mogłem rozróżnić słów. Strugi krwi znaczyły smugami piersi.

— Okropne — szepnąłem Karolowi — chodźmy...

Chwycił mnie za rękę.

— Odejście byłoby obrazą i źle świadczyło o twej męskości. Musisz wytrzymać.

background image

Zacinałem   usta   i   patrzałem,   jak   tańczący,   z   nieludzką   jakąś   siłą,   szarpali   rzemienie.   Co 

pewien czas jeden z nich padał na ziemię, aby zerwać się natychmiast i pokazać zebranym, iż 

skóra na piersiach została przerwana, a młody chłopak zdał egzamin z wytrzymałości na ból. 

Wówczas głośniej jeszcze odzywały się bębny, a czarownik podbiegał i oblewał płynem z gli-

nianej miski rany, które po pewnym czasie przestawały krwawić.

Wreszcie obrzędowe widowisko dobiegło końca. Byłem mokry od potu.

— Chodźmy — odezwałem się do Karola. — Mam dosyć na dziś.

Znowu mnie zatrzymał.

— Jeszcze nieco cierpliwości. Ale to już nie będzie dla ciebie przykre.

Teraz na plac wbiegło dwu wojowników. Jeden — okryty skórą baranią, drugi — ze strzelbą 

w ręku. Widowisko było plastyczne i zrozumiałe. Myśliwy pokazywał, jak się skrada, czołga i 

podchodzi   do   płochliwej   zwierzyny.   Na   koniec   przyłożył   kolbę   do   ramienia   i   baran   padł. 

Sądziłem, że na tym widowisko się zakończy. Ale nie. Bo oto na plac wbiegł Czerwona Chmura. 

Do ramion miał przypięte skrzydła, a na głowie nakrycie opadające na czoło w kształcie ptasiego 

dziobu.   Wykonywał   ruchy,   które   początkowo   wydały   mi   się   tanecznymi   figurami.   Potem 

odgadłem,   iż   czarownik   naśladuje   lot   ptaka.   Obserwowany   przez   myśliwego   zataczał   coraz 

ciaśniejsze koła wokół leżącego nieruchomo wojownika, okrytego skórą baranią. Zbliżał się doń 

i oddalał. Wreszcie upadł nań. Wówczas przyskoczył myśliwy starając się odpędzić napastnika.

W tej sekundzie zrozumiałem wszystko. Czerwona Chmura odtwarzał moją walkę z orłem. 

Po co to czynił? Czyżby to miał być jeden z wielu zaimprowizowanych tańców ku uświetnieniu 

dorocznej uroczystości?

Przyglądałem   się   ze   wzrastającym   zainteresowaniem   tej   pantomimie,   aż   do   momentu,   w 

którym “ptak” Czerwona Chmura został “raniony” i zastygł w bezruchu. Widowisko dobiegło 

końca. “Baran” i “myśliwy” skryli się w tłumie.

Czerwona Chmura zerwał skrzydła z ramion, gestem nakazał ciszę, a potem zawołał:

— Kto pokonał szarego orła?

Gdzieś z głębi grupy widzów ozwał się głos:

—Nasz biały brat!

—Kto jest przyjacielem czerwonych mężów? — zapytał czarownik.

I ten sam co poprzednio głos odpowiedział:

—Nasz biały brat!

—Kto stał u ich boku, gdy walczyli z wrogami?

—Nasz biały brat!

I tak ciągnęła się ta dziwna litania, podczas której krok za krokiem począłem wycofywać się z 

background image

kręgu słuchaczów. Domyśliłem się, o co tu chodzi, a ponieważ należę do ludzi skromnych...

I pewnie udałoby mi się umknąć, gdyby nie zdrajca szeryf, który wyłowił mnie w samym 

środku tłumu. Karol również wyrósł jak spod ziemi i obaj sprowadzili mnie na skraj placu. 

Czarodziej jak gdyby tylko na to czekał. Wzniósł obie ręce i zawołał:

—Nasz   biały   brat   nosić   będzie   odtąd   imię   Orlego   Pióra!   Niech   wiedzą   o   tym   wszyscy 

wojownicy Czarnych Stóp! Niech mu służą pomocą w potrzebie tak, jak on nam służył. Howgh!

To   powiedziawszy   zbliżył   się   i   zawiesił   mi   na   szyi   rzemyk   z   malutkim   woreczkiem   z 

jagnięcej skóry. W jego wnętrzu — łatwo się domyślić — znajdowały się “leki” noszone przez 

każdego wojownika.

I tak zakończyło się święto znane wśród Czarnych Stóp pod nazwą “Taniec Słońca”.

Nazajutrz,  gdyśmy  dokonywali   przeglądu   swych  wierzchowców   i  ich   uprzęży,  zjawił   się 

Czerwona   Chmura   wraz   z   Wysokim   Orłem.   Skinęli   na   Karola,   na   szeryfa   i   na   mnie. 

Poprowadzili — nie rozumiejących, o co chodzi — do tipi stojącej tuż obok namiotu wielkiego 

wodza. Wejścia — rzecz niezwykła — strzegło dwu czerwonoskórych. Wkroczyliśmy do wnę-

trza.   W   półmroku   na   rozesłanych   wilczych   skórach   piętrzył   się   stos   pękatych   woreczków. 

Szeryf, chociaż był już wtajemniczony w cel naszej wyprawy do Doliny Siodła, wytrzeszczył 

oczy:

—Co to? — szepnął mi do ucha.

—Złoty piasek — mruknąłem.

Nic na to nie odrzekł, tylko pokiwał głową na znak zdziwienia.

—Ładna kupka — powiedział półgłosem.

Szturchnąłem go w bok, żeby milczał.

—Oto — odezwał się czarodziej — skarb Doliny Siodła. Należy zarówno do mych białych 

braci, jak do Czarnych Stóp. Howgh!

Uczyniłem gest zaprzeczający, ale w słowach uprzedził mnie Karol:

— Stanie się tak, jak zostało postanowione. Złoty piasek ma odtąd służyć czerwonym mężom. 

Nie weźmiemy stąd ani ziarenka. Rzekłem, a moi przyjaciele to potwierdzą.

Skinęliśmy w milczeniu głowami. I to było wszystko.

W dwa dni później, gdy opustoszało Ukryte  Miasto, cała  nasza “biała piątka” wyruszyła 

najkrótszą drogą do Fort Benton. Przepraszam! Jechała z nami jeszcze szósta osoba: więzień 

szeryfa — Rothcliff.

W czasie tej podróży mogłem swobodnie porozmawiać z Jimem Hawkinsem. Przez ostatnie 

dni trzymał się ode mnie z dala, jak gdyby nie był pewien mej opinii o jego nieoczekiwanym 

przybyciu   na   prerię.   Powiedziałem   szczerze,   co   o   tym   myślę.   Chłopak   wcale   nie   próbował 

background image

osłaniać  się decyzją  szeryfa.  Zapisałem  mu to na plus. Jak również i to, że zobowiązał  się 

solennie do dalszej nauki po wakacjach. No, i do utrzymywania ze mną stałego kontaktu w 

Milwaukee. Uznałem więc sprawę za wyczerpaną.

W Fort Benton mieszkańcy tłumnie wylegli na nasze spotkanie. Okrzykom i wiwatom na 

cześć szeryfa nie było końca. Aż wreszcie, kiedy się wszystko uspokoiło, ludzie się rozeszli, a 

Rothcliffem   zaopiekował   się   kulawy   strażnik   więzienia,   zasiedliśmy   w   hotelowym   pokoju 

szeryfa, dokoła okrągłego stołu.

Niezastąpiony Pears dwoił się i troił, pragnąc wszystkim dogodzić, i znosił najwyszukańsze 

—   jego   zdaniem   —   potrawy.   Na   zakończenie   tej   uczty,   na   ogólne   żądanie,   szeryf   zdjął   z 

gwoździa gitarę i przy jej akompaniamencie zaśpiewał tę znaną mi piosenkę, w której powtarza 

się refren:

Więc pamiętajcie, ludziska, 
Na prerii zielonej kobiercu 
Najbardziej się ceni, co w sercu, 
Nie broń, co w ręku połyska...

Myślę, że nie tylko na prerii.


Document Outline