background image
background image

Jennifer Hayward

W sercu Manhattanu

Tłu​ma​cze​nie:

Bar​ba​ra Gó​rec​ka

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Roc​ky Bal​boa szyb​ki​mi, zwin​ny​mi ru​cha​mi prze​mie​rzał prze​strzeń pro​sto​kąt​-

ne​go  akwa​rium.  Przy​wykł  do  przy​tul​nych,  za​cie​nio​nych  po​miesz​czeń  biu​ra  Co​-
bur​na Gran​ta i prze​no​si​ny  do kró​le​stwa czer​ni i  chro​mu Har​ri​so​na Gran​ta  III,
gdzie z su​fi​tu lał się flu​ore​scen​cyj​ny blask, wy​raź​nie nie przy​pa​dły mu do gu​stu.
Po​dob​nie zresz​tą jak Fran​ce​sce.

Mar​ny dow​cip, ale na​praw​dę czu​ła się tu jak ryba wy​cią​gnię​ta z wody. Za​stę​-

po​wa​ła asy​stent​kę pre​ze​sa kon​cer​nu Grant In​du​stries, po​ten​ta​ta w bran​ży mo​-
to​ry​za​cyj​nej,  któ​re​go  wła​ści​cie​la​mi  byli  bra​cia  Grant  z  Long  Is​land.  Star​szy
z nich, Har​ri​son, był zna​ny z ty​ra​ni​zo​wa​nia pod​wład​nych, ale szczę​śli​wym zrzą​-
dze​niem losu asy​stent​ce, któ​rą za​trud​nił przed dwo​ma laty, sta​now​czej i kom​pe​-
tent​nej Tes​sie Fran​cis, uda​ło się go po​skro​mić. I da​lej ku za​do​wo​le​niu pra​cow​ni​-
ków trzy​ma​ła​by sze​fa w ry​zach, gdy​by nie to, że po​szła na pół​rocz​ny urlop ma​-
cie​rzyń​ski.  W  pul​su​ją​cym  świe​cie  no​wo​jor​skie​go  biz​ne​su  to  rzecz  nie​sły​cha​na.
Fran​kie sły​sza​ła opo​wie​ści o pre​ze​skach firm, któ​re sła​ły ese​me​sy z sali po​ro​do​-
wej. Mię​dzy skur​cza​mi wy​da​wa​ły po​le​ce​nia pra​cow​ni​kom. Była pew​na, że jej to
nie  spo​tka.  Kie​dy  tra​fi  w  koń​cu  na  od​po​wied​nie​go  męż​czy​znę  i  za​ło​ży  ro​dzi​nę,
wy​cho​wa​nie dzie​ci bę​dzie na pierw​szym miej​scu.

Z wes​tchnie​niem omio​tła wzro​kiem sto​sy pa​pie​rów na biur​ku. Wszyst​ko mia​ło

wy​glą​dać  zu​peł​nie  ina​czej.  Tes​sa  za​mie​rza​ła  za​wcza​su  zna​leźć  dla  sie​bie  za​-
stęp​stwo, lecz szef nie chciał przy​jąć do wia​do​mo​ści jej odej​ścia i uci​nał wszel​-
kie roz​mo​wy na ten te​mat. Wo​bec tego Tes​sa na wła​sną rękę wy​zna​czy​ła kan​dy​-
dat​kom ter​min roz​mo​wy o pra​cę.

Po czym sta​ła się rzecz nie​sły​cha​na. Grant wy​je​chał w in​te​re​sach do Hong​kon​-

gu,  a  Tes​sa  przed  ter​mi​nem  wy​lą​do​wa​ła  w  szpi​ta​lu  po​łoż​ni​czym.  W  eks​pre​so​-
wym tem​pie Fran​kie zo​sta​ła prze​nie​sio​na do biu​ra Har​ri​so​na Gran​ta, po​nie​waż
jego brat Co​burn, jej do​tych​cza​so​wy i na​der uro​czy szef, uznał, że to bę​dzie naj​-
lep​sze wyj​ście. Na​wet nie za​py​tał jej o zda​nie.

W  cza​sach  szkol​nych,  od​wie​dza​jąc  ra​zem  z  przy​ja​ciół​ką  Olgą  no​wo​cze​śnie

urzą​dzo​ne biu​ro jej ojca na Man​hat​ta​nie, Fran​kie ma​rzy​ła, że kie​dyś tak​że bę​-
dzie asy​stent​ką pre​ze​sa. Bę​dzie no​sić ele​ganc​kie ko​stiu​my i ob​ra​cać się w wy​-
so​kich sfe​rach biz​ne​so​wych. Ro​dzi​ce mie​li wpraw​dzie na​dzie​ję, że Fran​kie obej​-
mie  po  nich  ro​dzin​ną  re​stau​ra​cję,  ale  ona  wo​la​ła  skoń​czyć  szko​łę  kształ​cą​cą
asy​stent​ki i pójść za swo​im ma​rze​niem.

Do​sko​na​ła lo​ka​ta na eg​za​mi​nie koń​co​wym po​zwo​li​ła jej ob​jąć po​sa​dę u sza​le​-

nie  przy​stoj​ne​go  młod​sze​go  z  bra​ci  Grant.  Pra​ca  dla  sza​cow​ne​go  rodu  ame​ry​-
kań​skich  po​ten​ta​tów  prze​my​sło​wych,  oku​pu​ją​cych  je​den  z  naj​zna​mie​nit​szych
dra​pa​czy chmur na Man​hat​ta​nie, była szczy​tem ma​rzeń.

background image

Fran​kie  do​brze  wy​ko​rzy​sta​ła  sześć  mie​się​cy  spę​dzo​nych  u  boku  Co​bur​na.

Choć szef był nad​zwy​czaj atrak​cyj​nym męż​czy​zną, sku​tecz​nie opie​ra​ła się jego
uro​ko​wi. Wie​dzia​ła, że za​trud​nił ją mię​dzy in​ny​mi dla​te​go, że w trak​cie roz​mo​-
wy  o  pra​cę  nie  po​sy​ła​ła  mu  po​włó​czy​stych  spoj​rzeń,  lecz  sta​ra​ła  się  wy​ka​zać
kom​pe​ten​cją i pro​fe​sjo​na​li​zmem. Ich współ​pra​ca ukła​da​ła się bez za​rzu​tu.

Dla​cze​go więc tak ła​two po​słał ją do ja​ski​ni lwa? Wzdy​cha​jąc, upi​ła łyk her​ba​-

ty  z  la​wen​dy,  któ​ra  mia​ła  ją  uspo​ko​ić.  Har​ri​son  Grant  był  wi​zjo​ne​rem  jak  jego
młod​szy brat, lecz znacz​nie bar​dziej za​pal​czy​wym i im​pul​syw​nym. Tes​sa sta​ra​ła
się chro​nić Fran​kie przed na​stro​ja​mi Har​ri​so​na i je​śli po​trze​bo​wa​ła ja​kie​goś do​-
ku​men​tu, wo​la​ła przyjść do jej po​ko​ju, niż wzy​wać ją do sie​bie. Po​wie​dzia​ła jej
też  w  za​ufa​niu,  że  Har​ri​son  prze​my​śli​wa  o  star​cie  w  wy​bo​rach  na  pre​zy​den​ta
jako kan​dy​dat nie​za​leż​ny i kto wie, może na​wet wy​gra je w tych nie​spo​koj​nych
cza​sach.

Wów​czas Co​burn ob​jął​by ste​ry fir​my i Fran​kie zo​sta​ła​by sze​fo​wą se​kre​ta​ria​-

tu.  Do​sko​na​ły  sce​na​riusz  pod  wa​run​kiem,  że  uda  jej  się  prze​trwać  naj​bliż​sze
sześć mie​się​cy.

Do kil​ku te​czek na biur​ku Tes​sa przy​pię​ła kar​tecz​kę „Pil​ne!”. Or​ga​ni​za​cja ze​-

bra​nia ak​cjo​na​riu​szy, po​dróż w in​te​re​sach do In​dii za nie​speł​na trzy ty​go​dnie…
Fran​kie zro​bi​ło się go​rą​co z emo​cji. Nie była pew​na, czy so​bie po​ra​dzi.

Ką​tem oka zer​k​nę​ła na pa​pu​zią rybę, któ​ra na​dal za​ta​cza​ła go​rącz​ko​we krę​gi

ni​czym  na  znak  nie​uchron​nej  ka​ta​stro​fy.  Spo​koj​nie,  po​my​śla​ła  Fran​kie,  mamy
prze​cież dobę do jego po​wro​tu.

Trze​ba się ostro brać do ro​bo​ty. Nie mia​ła wyj​ścia, mu​sia​ła po​ka​zać Har​ri​so​-

no​wi, że jest pra​wie tak do​brą asy​stent​ką jak cza​ro​dziej​ka Tes​sa.

Wzię​ła do ręki pierw​szą tecz​kę. Z do​ku​men​tów wy​ni​ka​ło, że Grant In​du​stries

za​mie​rza  ku​pić  ro​syj​skie​go  pro​du​cen​ta  czę​ści  sa​mo​cho​do​wych.  Tes​sa  zdą​ży​ła
jej wspo​mnieć, że ko​niecz​nie trze​ba ze​brać do​dat​ko​we in​for​ma​cje, któ​re po​mo​-
gą Har​ri​so​no​wi w ne​go​cja​cjach i sfi​na​li​zo​wa​niu kon​trak​tu.

To  bę​dzie  dłu​gi  wie​czór.  W  szu​fla​dzie  zna​la​zła  ulot​ki  ba​rów,  do​star​cza​ją​cych

po​tra​wy  na  wy​nos,  i  za​mó​wi​ła  taj​skie  cur​ry.  Roz​sia​dła  się  wy​god​nie  i  zsu​nę​ła
pan​to​fle. O siód​mej nowy ochro​niarz przy​niósł jej pu​deł​ko z je​dze​niem i obie​cał
zaj​rzeć jesz​cze póź​niej w trak​cie ob​cho​du. Uznaw​szy, że za wszyst​kie stre​sy na​-
le​ży jej się od Har​ri​so​na Gran​ta kie​li​szek pi​not gri​gio, wy​ję​ła z jego do​brze za​-
opa​trzo​ne​go bar​ku bu​tel​kę i wró​ci​ła z nią do swo​je​go biur​ka.

Już mia​ła się za​brać za je​dze​nie, gdy zo​ba​czy​ła, że w ba​rze za​po​mnie​li do​ło​-

żyć wi​de​lec. Za​nur​ko​wa​ła pod ma​syw​ne biur​ko w po​szu​ki​wa​niu szpi​lek. Z nie​ja​-
kim tru​dem zlo​ka​li​zo​wa​ła je w pół​mro​ku i mia​ła się aku​rat wy​nu​rzyć, gdy rap​-
tem do​le​ciał ją ni​ski, lo​do​wa​ty głos:

–  Wie​dzia​łem,  że  to  ci  się  nie  spodo​ba,  Geo​r​ge.  Pła​cę  lu​dziom  za  kon​kret​ne

dzia​ła​nia, a nie na​der wni​kli​we stra​te​gie, z któ​rych nic nie wy​ni​ka.

Har​ri​son Grant, po​my​śla​ła spa​ni​ko​wa​na. Co on tu robi?
Gwał​tow​nie po​ru​szy​ła gło​wą, ude​rza​jąc się bo​le​śnie o gru​by blat biur​ka. Za​-

klę​ła ci​cho i upu​ściw​szy pan​to​fel, ści​snę​ła gło​wę rę​ko​ma.

background image

– Od​dzwo​nię do cie​bie za chwi​lę – po​wie​dział głos.
Sil​ne ręce od​su​nę​ły fo​tel i uję​ły ją pod bro​dę. Za​mru​ga​ła, gdy de​li​kat​ne pal​ce

po​ma​ca​ły tył czasz​ki. Pod​czas pierw​sze​go spo​tka​nia z Har​ri​so​nem Gran​tem wo​-
la​ła​by mieć ja​sną gło​wę, ale nie​ste​ty, mia​ła mrocz​ki przed ocza​mi. Gó​ro​wał nad
nią w czar​nym płasz​czu prze​ciw​desz​czo​wym, pod któ​rym wi​dać było ele​ganc​ki
gra​fi​to​wy  gar​ni​tur.  Ary​sto​kra​tycz​ny  za​rys  szczę​ki  z  dwu​dnio​wym  za​ro​stem
i  prze​ni​kli​we  spoj​rze​nie  czar​nych  jak  wę​giel  oczu  spra​wi​ły,  że  przez  mo​ment
oszo​ło​mio​na są​dzi​ła, że ma przed sobą sza​ta​na.

Rzu​cił  na  biur​ko  te​le​fon  i  sta​ran​nie  ob​ma​cał  tył  jej  czasz​ki  w  po​szu​ki​wa​niu

guza.

– Co wła​ści​wie ro​bi​łaś pod biur​kiem? – za​py​tał to​nem nie​zno​szą​cym sprze​ci​-

wu.

– Szu​ka​łam szpil​ki – wy​mam​ro​ta​ła i ode​tchnę​ła głę​bo​ko. Wi​dzia​ła te​raz wy​raź​-

niej jego rzym​ski pro​fil, peł​ne, sta​now​cze war​gi. Jak na sza​ta​na był nie​sa​mo​wi​-
cie przy​stoj​ny i w do​dat​ku fan​ta​stycz​nie pach​niał.

– Ile? – spy​tał, po​ka​zu​jąc trzy pal​ce.
– Trzy.
– Jaki dziś dzień?
– Wto​rek, szó​sty sierp​nia.
Wpa​try​wał się w nią prze​ni​kli​wie.
– O ile się nie mylę, sie​dzisz na nie swo​im miej​scu.
Ni​ski,  je​dwa​bi​sty  ton  jego  gło​su  nie​mal  ła​sko​tał  jej  skó​rę.  Nie  była  w  sta​nie

ode​rwać od nie​go spoj​rze​nia.

– A je​śli jest ina​czej? – szep​nę​ła, chcąc zła​go​dzić nie​co na​pię​cie.
Ner​wo​wo  ob​cią​gnę​ła  skrom​ną  spód​ni​cę  z  lek​kiej  weł​ny,  któ​ra  pod​je​cha​ła  do

góry,  uka​zu​jąc  szczo​dry  frag​ment  ud  w  poń​czo​chach  z  ko​ron​ko​wą  pod​wiąz​ką.
Jej twarz ob​lał go​rą​cy ru​mie​niec. Zer​k​nę​ła na Gran​ta i wy​dał jej się… roz​cza​ro​-
wa​ny?

Ła​mią​cym się gło​sem ob​ja​śni​ła mu sy​tu​ację – Tes​sa uro​dzi​ła dziec​ko przed ter​-

mi​nem,  ona  zaś…  Wtem  po​kój  za​la​ło  sil​ne  świa​tło.  Za​mru​ga​ła,  głos  uwiązł  jej
w krta​ni. Uj​rza​ła dwóch bar​czy​stych ochro​nia​rzy z la​tar​ka​mi i bro​nią w rę​kach.
Ce​lu​jąc w Gran​ta, po​le​ci​li mu pod​nieść ręce do góry. Fran​kie była bli​ska omdle​-
nia.

Spo​strze​gła zdu​mio​na, że Grant uśmie​cha się z lek​kim roz​ba​wie​niem. Nie​wie​-

le so​bie ro​biąc z roz​ka​zu ochro​nia​rzy, po​wo​li się wy​pro​sto​wał.

– Po​wie​dzia​łem łapy do góry! – ryk​nął ochro​niarz. – No już!
Grant usłu​chał z ocią​ga​niem. Pró​bo​wał się tłu​ma​czyć, ale ochro​niarz ka​zał mu

za​ło​żyć ręce do tyłu. Oczy pre​ze​sa ci​ska​ły bły​ska​wi​ce. Dru​gi męż​czy​zna wy​ćwi​-
czo​nym ru​chem za​piął mu kaj​dan​ki.

Oszo​ło​mio​ny  mózg  Fran​kie  do​pie​ro  te​raz  roz​po​znał  ochro​nia​rzy  Grant  In​du​-

stries.  Cze​mu  chcie​li  aresz​to​wać  sze​fa?  Je​den  z  nich  ka​zał  jej  po​dejść  bli​żej.
Spa​ni​ko​wa​na  po​my​śla​ła,  że  może  to  prze​bie​rań​cy,  któ​rzy  chcą  ob​ra​bo​wać  fir​-
mę? Na mięk​kich no​gach zbli​ży​ła się do obu męż​czyzn. Sku​ty kaj​dan​ka​mi Grant

background image

zo​stał bru​tal​nie po​pchnię​ty na fo​tel.

– Co się sta​ło? – za​py​tał ochro​niarz.
– C-co? Wpa​dli​ście do środ​ka…
– Wci​snę​ła pani gu​zik alar​mu.
Przy​po​mi​na​ła so​bie mgli​ście ze szko​le​nia, że w ra​zie nie​bez​pie​czeń​stwa na​le​-

ża​ło uru​cho​mić alarm, ale za​wsze są​dzi​ła, że jest to czy​sta teo​ria. We​dług niej
ochro​na mo​gła​by się co naj​wy​żej przy​dać do wy​pra​sza​nia by​łych dziew​czyn Co​-
bur​na. W jej po​ko​ju gu​zik znaj​do​wał się na ścia​nie przy biur​ku. Po​wio​dła wzro​-
kiem w tam​tą stro​nę. Pu​sto.

– Pod biur​kiem po le​wej – wy​ja​śnił ochro​niarz.
Spoj​rza​ła na ma​ho​nio​wy me​bel i sku​te​go sze​fa na fo​te​lu. Z ro​sną​cym prze​ra​-

że​niem po​ję​ła, że mu​sia​ła wci​snąć fe​ral​ny alarm, gdy wal​nę​ła się w gło​wę.

– Pete mó​wił, że pra​cu​je pani sama. Kie​dy wbie​gli​śmy, na​chy​lał się nad pa​nią

ten fa​cet.

Żo​łą​dek pod​szedł Fran​kie do gar​dła. W ze​szłym ty​go​dniu nowa fir​ma prze​ję​ła

ochro​nę  bu​dyn​ku…  Drżą​cym  gło​sem  wy​ja​śni​ła  sy​tu​ację  i  po​mył​ko​we  włą​cze​nie
alar​mu. Ochro​nia​rze zble​dli na twa​rzach i sta​li wro​śnię​ci w zie​mię. Grant jesz​-
cze bar​dziej spo​sęp​niał.

– Prze​cież miał pan wy​je​chać za gra​ni​cę – je​den z męż​czyzn od​zy​skał w koń​cu

mowę. – I wy​glą​da pan ina​czej niż na zdję​ciu.

– Za​pew​niam, że dziew​czy​na, kim​kol​wiek jest, mówi praw​dę – wy​ce​dził Grant.

–  Za​par​ko​wa​łem  w  ga​ra​żu  pod​ziem​nym  i  wje​cha​łem  na  górę  win​dą.  A  od  nie​-
daw​na cza​sa​mi no​szę oku​la​ry.

– Ma pan do​ku​men​ty?
Fran​kie  chcia​ła  za​wo​łać,  żeby  męż​czy​zna  dłu​żej  nie  draż​nił  be​stii,  ale  Grant

ru​chem  bro​dy  po​ka​zał  przed​nią  kie​szeń.  Ochro​niarz  z  prze​sad​ną  ostroż​no​ścią
wy​jął port​fel, jak​by się bał, że Grant go ugry​zie. Zaj​rzał do środ​ka i po​bladł jesz​-
cze moc​niej.

Obaj za​czę​li beł​ko​tać nie​skład​ne prze​pro​si​ny, że są tu nowi i źle zro​zu​mie​li sy​-

tu​ację.  Bu​tel​ka  wina  na  biur​ku,  poza,  w  ja​kiej  znaj​do​wa​li  się  Fran​kie  i  Grant,
cał​kiem ich zmy​li​ły.

–  Ma​cie  pięć  se​kund,  żeby  mnie  roz​kuć  –  po​wie​dział  Grant  ta​kim  to​nem,  że

męż​czyź​ni sko​czy​li do nie​go jak opa​rze​ni. Po se​kun​dzie po​sęp​ny jak chmu​ra gra​-
do​wa pre​zes roz​cie​rał obo​la​łe nad​garst​ki.

– Za​tem wszy​scy są tu​taj nowi – pod​su​mo​wał Grant po chwi​li mil​cze​nia – poza

mną. Czy do​wiem się wresz​cie, kim pani jest i co robi w moim biu​rze?

– Fran​ce​sca Mas​se​ria, asy​stent​ka pań​skie​go bra​ta. Od dzi​siaj mam pra​co​wać

u pana.

– Czyż​by? – wy​ce​dził, Fran​kie zaś po​ję​ła, że jej dal​sza ka​rie​ra wisi na wło​sku.

Bę​dzie mia​ła szczę​ście, je​śli Grant po​zwo​li jej wró​cić do Co​bur​na.

Od​pra​wił ochro​nia​rzy i zo​sta​li sami. At​mos​fe​ra była cięż​ka jak ołów. Fran​kie

prze​mknę​ło przez myśl, że wo​la​ła sze​fa w kaj​dan​kach.

– Wbrew temu, co mo​głaś o mnie sły​szeć, nie je​stem groź​ną be​stią – rzekł, pa​-

background image

trząc  na  nią  spod  zmru​żo​nych  po​wiek.  Mil​cza​ła  spło​szo​na,  więc  cią​gnął:  –  Jak
mój brat za​mie​rza so​bie bez cie​bie po​ra​dzić do po​wro​tu Tes​sy?

– Każ​de​go moż​na za​stą​pić – ucie​kła się do ba​na​łu.
– Ale nie Tes​sę.
Mimo  woli  drgnę​ła.  Grant  omiótł  ją  uważ​nym  wzro​kiem,  po​wie​dział,  że  musi

się  prze​spać,  i  ka​zał  jej  się  za​bie​rać  do  domu  ra​zem  z  wi​nem  i  taj​skim  cur​ry.
Chcia​ła pro​te​sto​wać, ale uciął bru​tal​nie.

–  Le​cia​łem  szes​na​ście  go​dzin  po  to,  żeby  się  do​wie​dzieć,  że  moja  wspa​nia​ła

asy​stent​ka ro​dzi i nie może mi po​móc przy waż​nym kontr​ak​cie. We wła​snej fir​-
mie zo​sta​łem sku​ty i gro​żo​no mi bro​nią. Po​czu​ję się jak czło​wiek do​pie​ro wte​dy,
gdy wy​pi​ję po​rząd​ne​go drin​ka i po​ło​żę się we wła​snym łóż​ku. Więc włóż pan​to​fle
i do wi​dze​nia, chy​ba że… – na mo​ment za​wie​sił głos – chcesz do​koń​czyć roz​mo​-
wę w pry​wat​nej czę​ści mo​je​go biu​ra.

Od​ję​ło jej mowę. Czy się prze​sły​sza​ła? I dla​cze​go nie czu​je obu​rze​nia, a sil​ną

eks​cy​ta​cję?

–  Żar​to​wa​łem.  Idź  już  do  domu.  –  Ru​szy​ła  w  stro​nę  drzwi,  klnąc  na  sie​bie

w du​chu za kom​plet​ny brak pro​fe​sjo​na​li​zmu. W pro​gu za​trzy​mał ją jego głos: –
Chciał​bym ju​tro rano prze​słać Tes​sie do szpi​ta​la kwia​ty.

– Zaj​mę się tym, pro​szę pana – od​rze​kła uprzej​mie.
Była tak sko​na​na, że wzię​ła tak​sów​kę. W domu od​grza​ła i zja​dła tro​chę cur​ry,

po czym zro​bi​ła so​bie go​rą​cą ką​piel. Zdą​ży​ła przy​ło​żyć gło​wę do po​dusz​ki, gdy
za​dzwo​ni​ła ko​mór​ka. Nie​zna​ny nu​mer. Nie mia​ła ocho​ty od​bie​rać, lecz oba​wia​-
jąc się, że te​le​fon za​dzwo​ni po​now​nie i wy​rwie ją ze snu, prze​su​nę​ła pal​cem po
ekra​nie.

Głos Har​ri​so​na spra​wił, że usia​dła wy​pro​sto​wa​na. Skąd wziął jej nu​mer? No

tak, fir​mo​wy spis te​le​fo​nów. Za​py​tał, jak się czu​je, i oznaj​mił, że na wszel​ki wy​-
pa​dek po​wi​nien był ją wy​słać do szpi​ta​la, więc się mar​twi… Po​zba​wio​ny lo​do​wa​-
te​go tonu cie​pły ba​ry​ton pie​ścił jej ucho, brzmiał tak nie​sa​mo​wi​cie sek​sow​nie…
Może  za​dzwo​nił  do  niej  z  łóż​ka?  Otrzą​snę​ła  się  z  tych  my​śli  i  po​czu​ła  nie​przy​-
jem​ne pul​so​wa​nie w czasz​ce. Co ona so​bie wy​obra​ża, szef każe jej pew​nie rano
spa​ko​wać ma​nat​ki.

– Miesz​kasz sama?
Od​par​ła chłod​no, że chy​ba nie musi od​po​wia​dać na tego ro​dza​ju py​ta​nia. Ro​-

ze​śmiał się na to zmy​sło​wo i wy​ja​śnił, co miał na my​śli. Otóż ktoś – ko​le​żan​ka,
współ​lo​ka​tor – po​wi​nien ją bu​dzić co parę go​dzin, żeby wy​klu​czyć wstrząs mó​-
zgu. Nie moż​na tego zlek​ce​wa​żyć.

–  Ro​zu​miem  –  bąk​nę​ła  spe​szo​na  swo​ją  po​mył​ką.  –  Moja  współ​lo​ka​tor​ka  wy​-

szła, ale zo​sta​wię jej kart​kę z wia​do​mo​ścią.

Po​że​gnał się z nią – „do zo​ba​cze​nia rano” – i roz​łą​czył. Z ulgą opa​dła na po​-

dusz​kę, lek​ki wie​trzyk chło​dził jej roz​pa​lo​ne po​licz​ki. Grant uzna ją za strasz​li​-
wie na​iw​ną, to pew​ne. O ile w ogó​le ze​chce ją za​trzy​mać. Mia​ła co do tego po​-
waż​ne wąt​pli​wo​ści.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Ślicz​na bru​net​ka wsta​ła z jego fo​te​la i po​pchnę​ła go, aby usiadł. Har​ri​so​no​wi

za​schło  w  ustach.  Do​tyk  jej  mięk​kich  ud,  gdy  go  do​sia​dła,  wi​dok  ko​ron​ko​wych
pod​wią​zek,  piesz​czo​ta  czar​nych  je​dwa​bi​stych  wło​sów  ła​sko​czą​cych  mu  twarz
pod​nie​ci​ły  go  do  nie​przy​tom​no​ści.  Chciał  ją  chwy​cić  za  bio​dra,  ale  pla​snę​ła  go
żar​to​bli​wie po rę​kach.

– Za​cze​kaj – szep​nę​ła chra​pli​wie – jesz​cze nie te​raz.
Po​ło​ży​ła mu pa​lec na ustach i dru​gą ręką się​gnę​ła po kaj​dan​ki.
Ze​rwał się gwał​tow​nie, mru​ga​jąc po​wie​ka​mi i ob​fi​cie się po​cąc. Nie było żad​-

nej bru​net​ki, le​żał we wła​snym łóż​ku. Co za roz​cza​ro​wa​nie. Za mo​ment po​ja​wił
się  nie​smak;  fan​ta​zjo​wał  o  no​wej  asy​stent​ce,  cho​ciaż  le​d​wo  ją  po​znał.  A  prze​-
cież  od  po​cząt​ku  ka​rie​ry  po​sta​no​wił  nie  mie​szać  sek​su  z  pra​cą  i  tego  się  trzy​-
mał. Jet lag i fil​mo​wy wy​stęp ochro​nia​rzy zu​peł​nie wy​trą​ci​ły go z rów​no​wa​gi.

Wziął  prysz​nic,  chcąc  prze​ja​śnić  so​bie  w  bo​lą​cej  jak  zwy​kle  gło​wie.  To  brak

snu i prze​pra​co​wa​nie. Wszy​scy, łącz​nie z nim sa​mym, ocze​ki​wa​li, że bę​dzie dzia​-
łał jak ma​szy​na.

Za​pa​rzył kawę i usiadł, żeby przej​rzeć ga​ze​tę. Co chwi​lę tra​cił z oczu nie​cie​-

ka​we  na​głów​ki  i  roz​my​ślał  o  swo​im  śnie.  Ni​g​dy  do​tąd  nie  miał  ta​kich  fan​ta​zji.
Swo​je  po​trze​by  za​spo​ka​jał  w  prze​rwach  mię​dzy  obo​wiąz​ka​mi  w  to​wa​rzy​stwie
ko​biet, któ​re ni​cze​go od nie​go nie ocze​ki​wa​ły, po czym wra​cał do pra​cy.

Z trza​skiem od​sta​wił fi​li​żan​kę. Ta dziew​czy​na nie może u nie​go pra​co​wać. Ci​-

snął ga​ze​tę na biur​ko i po​szedł do si​łow​ni. Po​roz​ma​wia z bra​tem i po​wie mu, że
ten po​mysł jed​nak się nie spraw​dzi.

Nie​co póź​niej brat wpa​ro​wał do jego biu​ra, iry​tu​ją​co ele​ganc​ki i świe​ży w gar​-

ni​tu​rze  od  Ar​ma​nie​go.  Po​dob​nie  jak  Har​ri​son  był  ran​nym  ptasz​kiem  i  lu​bił  ak​-
tyw​ność  fi​zycz​ną.  Trud​ny  roz​wód  na​uczył  go  raz  na  za​wsze,  by  nie  wią​zać  się
z ko​bie​ta​mi na se​rio, stąd też Co​burn z za​mi​ło​wa​niem od​da​wał się pod​bo​jom mi​-
ło​snym bez zo​bo​wią​zań.

–  Dzię​ku​ję,  że  od​da​łeś  mi  do  dys​po​zy​cji  swo​ją  asy​stent​kę  –  za​czął  z  sar​ka​-

zmem Har​ri​son.

– Po​świę​ci​łem się dla do​bra spra​wy – od​parł ze śmie​chem Co​burn.
– Ile razy z nią spa​łeś?
– Ani razu. – Brat udał świę​te obu​rze​nie. – Choć przy​znam, że po​ku​sa była sil​-

na. Te jej oczy i nogi…

Har​ri​son ofuk​nął go, czu​jąc wy​rzu​ty su​mie​nia, prze​cież jemu dziew​czy​na rów​-

nież się po​do​ba​ła, do​brze pa​mię​tał swój ero​tycz​ny sen. Nie cią​gnął jed​nak te​ma​-
tu, ale chciał po​znać przy​czy​nę po​zby​cia się przez bra​ta tak zna​ko​mi​tej pra​cow​-
ni​cy. Oka​za​ła się cał​kiem pro​sta.

background image

– Fran​kie jest sza​le​nie po​cią​ga​ją​ca. Nie​daw​no od​kry​łem, że ja tak​że jej się po​-

do​bam. Nie upły​nie wie​le cza​su i wy​lą​du​je​my w łóż​ku, a tego bym nie chciał, bo
za​le​ży mi, żeby na​dal była moją asy​stent​ką. – Wbił w Har​ri​so​na spoj​rze​nie błę​-
kit​nych oczu. – Po​sta​no​wi​łem wy​słać ją pod two​je skrzy​dła, wy​szko​lisz ją w ten
swój woj​sko​wy spo​sób i po pół roku wró​ci do mnie jesz​cze lep​sza niż do tej pory.

Gdy​by Har​ri​son tak do​brze nie znał bra​ta, uznał​by to za żart.
– Wiesz, że gdy​by ktoś poza mną usły​szał to two​je ga​da​nie, mu​siał​bym cię wy​-

lać z fir​my.

–  Wów​czas  wy​niósł​bym  się  na  po​łu​dnie  Włoch,  upra​wiał​bym  tam  ko​lar​stwo

szo​so​we  i  in​we​sto​wał  ko​rzyst​nie  pa​kie​ty  ak​cji  –  od​rzekł  Co​burn,  zer​ka​jąc  dys​-
kret​nie na zło​te​go ro​le​xa.

– Dziew​czy​na ma za mało do​świad​cze​nia.
– Prze​ko​nasz się, że tak nie jest, jak ją po​znasz.
–  Po​zna​łem  ją  wczo​raj.  –  Har​ri​son  opo​wie​dział  bra​tu  prze​bieg  wczo​raj​szych

wy​da​rzeń.

–  Sam  je​steś  so​bie  wi​nien.  Gdy​byś  wcze​śniej  za​dbał  o  za​stęp​stwo  Tes​sy…  –

mruk​nął lek​ko wstrzą​śnię​ty Co​burn. – Tak czy siak, Fran​kie jest jesz​cze zie​lo​na,
ale rów​nie by​stra jak Tes​sa. A do tego – zro​bił efek​to​wa​ną pau​zę – mówi płyn​nie
po ro​syj​sku, co może ci się bar​dzo przy​dać. – Ży​cio​wym ce​lem Har​ri​so​na była
bo​wiem  ze​msta  na  An​to​nie  Mar​ko​vi​cu,  któ​ry  przed  laty  wpę​dził  jego  ojca  do
gro​bu,  cze​mu  mia​ło  się  przy​słu​żyć  wro​gie  prze​ję​cie  jego  fir​my.  –  Uwa​żam,  że
po​wi​nie​neś od​pu​ścić – cią​gnął. – Oj​ciec i tak tego nie zo​ba​czy, a ty za​tru​wasz so​-
bie ży​cie, za​miast…

– Skup się le​piej na ana​li​zie ryn​ków fi​nan​so​wych, któ​ra ci tak świet​nie wy​cho​-

dzi, a ka​za​nia zo​staw pa​sto​ro​wi – uciął Har​ri​son, od​sta​wia​jąc fi​li​żan​kę.

– Kie​dyś zro​zu​miesz – od​parł ci​cho brat – że przez two​je ka​mien​ne ser​ce zo​-

sta​łeś sam na świe​cie, ale za to bę​dziesz miał swo​ją ze​mstę. – Wstał i po​pra​wił
ma​ry​nar​kę. – Od​da​łem ci Fran​kie, bo jej po​trze​bu​jesz. Ale je​śli ją skrzyw​dzisz,
za​pła​cisz mi za to. Sły​szysz? – Wy​szedł, trza​ska​jąc drzwia​mi. Har​ri​son zer​k​nął
na ze​gar. Siód​ma trzy​dzie​ści, a on już czuł się kom​plet​nie wy​czer​pa​ny.

Fran​kie ubra​ła się w swój naj​lep​szy ciem​no​sza​ry ko​stium, do​sko​na​le pod​kre​-

śla​ją​cy bar​wę jej oczu i spię​tych w kok wło​sów. Nie był dro​gi, po​nie​waż czynsz
za  wy​naj​mo​wa​ne  wspól​nie  z  przy​ja​ciół​ką  miesz​ka​nie  po​chła​niał  więk​szość  jej
za​rob​ków,  lecz  i  tak  zna​ko​mi​cie  na  niej  le​żał.  Czu​ła  się  go​to​wa  na  spo​tka​nie
z no​wym sze​fem.

Za​bur​cza​ło jej w żo​łąd​ku, ze zde​ner​wo​wa​nia nie była bo​wiem w sta​nie ni​cze​-

go rano prze​łknąć. Sta​ra​ła się opa​no​wać i przy​wo​łać cały swój pro​fe​sjo​na​lizm:
za​wsze pięć kro​ków przed sze​fem, po​god​na i kom​pe​tent​na bez wzglę​du na ro​-
dzaj po​le​ce​nia. A przy​cisk pod biur​kiem za​klei się ta​śmą.

Zro​bi​ła so​bie her​ba​tę i spraw​dzi​ła pocz​tę. Tes​sie uda​ło się prze​słać obie​ca​ne

po​ra​dy.

background image

Rano trze​ba naj​pierw przej​rzeć jego mej​le. Jest przy​ro​śnię​ty do te​le​fo​nu, ale

przy​cho​dzi ich tyle, że mu​sisz trzy​mać rękę na pul​sie

Za​pi​suj je w ró​żo​wym no​tat​ni​ku, nie nie​bie​skim, dol​ną po​ło​wę stro​ny zo​staw

pu​stą – cza​sem robi no​tat​ki.

Nie łącz żad​nych roz​mów z ko​bie​ta​mi poza mat​ką i kon​tak​ta​mi za​wo​do​wy​mi.

On obec​nie nie ma sta​łej dziew​czy​ny. Jak pew​nie wiesz z ma​ga​zy​nów plot​kar​-
skich, miał się że​nić z Ce​ci​ly Har​gro​ve, ale daw​no jej z nim nie wi​dzia​łam, więc
bądź ostroż​na i uni​kaj kon​tak​tów z pra​są.

Je​śli po​pro​si o wy​sła​nie ko​bie​cie kwia​tów, wy​ślij li​lie. Gdy​by kie​dyś zde​cy​do​-

wał się na inny wy​bór, mo​żesz być pew​na, że to „ta je​dy​na”.

Mię​dzy ósmą a dzie​wią​tą rano we​zwie cię do sie​bie, by spo​rzą​dzić li​stę pil​-

nych spraw. Pa​mię​taj, by ko​niecz​nie za​ła​twić je w po​da​nej przez nie​go ko​lej​no​-
ści, a bę​dzie z cie​bie za​do​wo​lo​ny.

Pod żad​nym po​zo​rem nie prze​szka​dzaj mu, kie​dy pro​wa​dzi te​le​kon​fe​ren​cję.

Je​śli mu​sisz, po​łóż przed nim kart​kę z in​for​ma​cją. Mo​żesz za to parę razy przy​-
nieść mu kawę – ke​nij​ska czar​na. Lunch to nie two​ja spra​wa.

Fran​kie  ze​rwa​ła  się,  za​pa​rzy​ła  fi​li​żan​kę  moc​nej  kawy  i  na  pal​cach  wśli​znę​ła

się do ga​bi​ne​tu sze​fa. Prze​cha​dzał się sprę​ży​stym kro​kiem, roz​ma​wia​jąc przez
te​le​fon prze​łą​czo​ny na gło​śnik. Do​tar​ła już pra​wie do biur​ka, gdy się do niej od​-
wró​cił.

Pre​zen​to​wał się zna​ko​mi​cie w zbroi mi​liar​de​ra, czy​li trzy​rzę​do​wym ciem​nym

gar​ni​tu​rze  w  de​li​kat​ne  prąż​ki.  Mi​mo​wol​nie  za​drża​ła,  ob​le​wa​jąc  przy  tym  rękę
wrzą​cą  kawą.  Za​gry​za​jąc  z  bólu  war​gi,  po​sta​wi​ła  fi​li​żan​kę  na  bla​cie  i  nie​mal
bie​giem  wy​pa​dła  z  ga​bi​ne​tu.  Sma​ru​jąc  opa​rze​nie  ma​ścią,  za​sta​na​wia​ła  się,  ile
po​trwa, za​nim Grant ją wy​rzu​ci. Za​pew​ne skoń​czy roz​mo​wę, prze​lot​nie na​my​śli
się, jak jej to po​wie​dzieć, i trach! – bę​dzie po niej.

Stu​kot ob​ca​sów na mar​mu​ro​wej po​sadz​ce wy​rwał ją z za​my​śle​nia. Szef – wy​-

so​ki, mrocz​ny, nie​bez​piecz​ny – za​koń​czył te​le​kon​fe​ren​cję i sta​nął w drzwiach jej
po​ko​ju.  Za​le​gła  zło​wro​ga  ci​sza.  Na​wet  Roc​ky  Bal​boa  prze​stał  się  uga​niać  po
swo​im akwa​rium i skrył się w wod​nych za​ro​ślach. Fran​kie przy​mknę​ła oczy, spo​-
dzie​wa​jąc się usły​szeć, że wła​śnie zo​sta​ła zwol​nio​na.

– Po​daj mi rękę.
Ock​nę​ła się z odrę​twie​nia. Grant wbił wzrok w jej na​pręd​ce opa​trzo​ną dłoń.

Ją​ka​jąc  się,  za​czę​ła  tłu​ma​czyć,  że  to  nic  ta​kie​go,  i  prze​pra​szać  za  swo​ją  nie​-
zręcz​ność.  Na  ma​ho​nio​wym  bla​cie  na  pew​no  zo​sta​ły  pla​my,  ale  po​pro​si  sprzą​-
tacz​ki, żeby je wy​czy​ści​ły… Grant od​burk​nął, że to ża​den pro​blem.

– Czy chce pan te​raz spo​rzą​dzić li​stę spraw do za​ła​twie​nia? – od​wa​ży​ła się za​-

py​tać.

– Nie, chcę obej​rzeć wresz​cie tę rękę!
Opusz​ką kciu​ka ostroż​nie mu​snął za​czer​wie​nio​ną skó​rę. To nie​win​ne do​tknię​-

cie spra​wi​ło, że żo​łą​dek Fran​kie wy​ko​nał po​wol​ne sal​to.

–  Je​śli  mamy  ra​zem  pra​co​wać  –  po​wie​dział  Grant,  wzdy​cha​jąc  –  to  mu​sisz

background image

prze​stać się mnie bać. – Pró​bo​wa​ła za​prze​czać, tłu​ma​czyć, że wca​le się go nie
boi, ale zga​sił ją, mó​wiąc, że zdra​dza ją przy​spie​szo​ny puls.

– No cóż, przy​znam, że po wczo​raj​szym wie​czo​rze nie​zbyt pew​nie się czu​ję, to

fakt.

– Wstań.
Usłu​cha​ła z lek​kim zdzi​wie​niem i wy​pro​sto​wa​ła się przed nim, ma​jąc oczy na

po​zio​mie jego bro​dy.

– Spójrz na mnie.
Sza​re oczy ze​tknę​ły się z czar​ny​mi, w któ​rych od​kry​ła nie​ocze​ki​wa​nie cie​płe

bursz​ty​no​we plam​ki. Wal​czy​ły z ema​nu​ją​cym z nie​go lo​do​wa​tym chło​dem, obie​-
cy​wa​ły, że gdy​by tyl​ko ze​chciał, mógł​by spra​wić, że bez​bron​na dziew​czy​na roz​-
pły​nie się z eks​ta​zy w jego sil​nych ra​mio​nach.

– Trud​no się ze mną współ​pra​cu​je, wiem, ale nie je​stem złym wil​kiem z baj​ki

dla dzie​ci. Zwłasz​cza kie​dy mogę się po​rząd​nie wy​spać. Po​wiedz: „Nie boję się
cie​bie, Har​ri​son. Nie je​steś wca​le strasz​ny”. – Pró​bo​wa​ła pro​te​sto​wać, opie​ra​ła
się, szep​cząc, że szef z niej żar​tu​je, ale ob​sta​wał przy swo​im.

Czu​jąc  się  tro​chę  nie​zręcz​nie,  po​wtó​rzy​ła  z  mocą  żą​da​ne  sło​wa.  W  jego

oczach bły​snę​ły iskier​ki śmie​chu. Sza​le​nie po​do​bał jej się za​pach jego wody po
go​le​niu,  na  pew​no  nie​przy​zwo​icie  dro​giej.  Osza​ła​miał  jej  zmy​sły,  mia​ła  ocho​tę
cof​nąć się o krok, by prze​rwać jego ma​gicz​ny wpływ, ale wy​trzy​ma​ła.

–  Fran​kie…?  –  za​gad​nął,  mie​rząc  ją  nie​od​gad​nio​nym  spoj​rze​niem.  –  Po​zna​li​-

śmy się w ra​czej nie​ty​po​wych oko​licz​no​ściach. Pro​po​nu​ję wy​rzu​cić to z pa​mię​ci
i za​cząć od po​cząt​ku.

Od​czy​ta​ła ukry​ty mię​dzy wier​sza​mi prze​kaz; nie cho​dzi​ło mu je​dy​nie o błęd​ne

uży​cie przez nią alar​mu, lecz tak​że o za​in​te​re​so​wa​nie, ja​kie do sie​bie po​czu​li.

Za​ci​ska​jąc war​gi, cof​nę​ła się i rze​czo​wym to​nem przy​zna​ła mu ra​cję. Po​wie​-

dział, że ma jesz​cze coś do za​ła​twie​nia, i za dzie​sięć mi​nut we​zwie ją, by omó​-
wić plan dnia.

– Czy na​praw​dę mam się do pana zwra​cać po imie​niu? – wo​la​ła się upew​nić.
– Tes​sa tak się do mnie zwra​ca, więc… ow​szem.
Wy​szedł, a Fran​kie wy​czer​pa​na opa​dła na ob​ro​to​we krze​sło. Po chwi​li z no​tat​-

ni​kiem pod pa​chą i kub​kiem her​ba​ty w ręku prze​nio​sła się do ga​bi​ne​tu Gran​ta.
Za​sta​na​wia​ła się wła​śnie, dla​cze​go pan​na Har​gro​ve nie zo​sta​ła jesz​cze żoną jej
nie​by​wa​le po​cią​ga​ją​ce​go sze​fa, gdy za​dzwo​nił te​le​fon.

Ode​bra​ła  przy  swo​im  biur​ku.  Se​kre​tar​ka  Le​oni​da  Ari​sto​va  przed​sta​wi​ła  się

krót​ko i od razu chcia​ła przejść do rze​czy, po​wstrzy​ma​ło ją jed​nak na mo​ment
płyn​ne przej​ście Fran​kie na ro​syj​ski. Oka​za​ło się, że Ari​stov chce się pil​nie spo​-
tkać z Gran​tem w Lon​dy​nie, na po​cząt​ku przy​szłe​go ty​go​dnia.

Fran​kie prze​bie​gła wzro​kiem ter​mi​narz Gran​ta. Nie było mowy o wci​śnię​ciu

ko​lej​ne​go spo​tka​nia.

– Je​śli pan Grant chciał​by dojść z moim sze​fem do osta​tecz​ne​go po​ro​zu​mie​nia,

na czym mu, jak są​dzę, za​le​ży, to ko​niecz​nie musi przy​być w przy​szłym ty​go​dniu
do Lon​dy​nu – po​wtó​rzy​ła z na​ci​skiem Ro​sjan​ka.

background image

Fran​kie  chcia​ła  wie​dzieć,  cze​go  ma  do​ty​czyć  spo​tka​nie,  co  po​mo​gło​by  jej

ewen​tu​al​nie  zna​leźć  ter​min,  lecz  cze​ka​ła  ją  chłod​na  od​mo​wa.  Ro​sjan​ka  po​da​ła
nu​mer, pod któ​rym ocze​ku​je pil​ne​go po​da​nia daty i go​dzi​ny spo​tka​nia, i nie słu​-
cha​jąc dal​szych tłu​ma​czeń, szyb​ko się roz​łą​czy​ła, do​słow​nie w pół sło​wa. Fran​-
kie za​sty​gła ze słu​chaw​ką w ręku.

– Go​to​wa? – spy​tał Grant, zmie​rza​jąc do ga​bi​ne​tu z kub​kiem pa​ru​ją​cej kawy.
– Dzwo​ni​ła se​kre​tar​ka pana Ari​sto​va – po​wie​dzia​ła Fran​kie, idąc za nim.
–  Cze​go  chcia​ła?  –  Ob​ró​cił  się  gwał​tow​nie,  omal  nie  wy​le​wa​jąc  kawy  na  dy​-

wan.

– Ari​stov chce się spo​tkać w przy​szłym ty​go​dniu w Lon​dy​nie. Pró​bo​wa​łam się

do​wie​dzieć, w ja​kim celu, ale nie chcia​ła mi nic po​wie​dzieć. Za​cho​wa​ła się bar​-
dzo nie​grzecz​nie, po pro​stu się roz​łą​czy​ła.

– Nie ro​zu​miem, prze​cież wszyst​ko zo​sta​ło już usta​lo​ne… Nie mam cza​su uga​-

niać się po świe​cie na żą​da​nie ja​kie​goś Ari​sto​va! Zaj​rza​łaś do mo​je​go ter​mi​na​-
rza? – za​py​tał, jak​by miał do czy​nie​nia z idiot​ką.

Stru​chla​ła Fran​kie za​czę​ła się męt​nie tłu​ma​czyć, ale Grant prze​rwał jej i to​-

nem nie​zno​szą​cym sprze​ci​wu za​żą​dał po​da​nia nu​me​ru do se​kre​tar​ki Ro​sja​ni​na.
Fran​kie  zdą​ży​ła  po​my​śleć,  że  pięk​ny  w  ułam​ku  se​kun​dy  za​mie​nił  się  w  be​stię.
A  jesz​cze  pięć  mi​nut  temu  tak  bar​dzo  jej  się  po​do​bał  i  była  nie​mal  pew​na,  że
współ​pra​ca wspa​nia​le im się uło​ży.

Na pal​cach wy​szła z ga​bi​ne​tu i za​ję​ła się prze​glą​da​niem pocz​ty Gran​ta, chcąc

się do​brze przy​go​to​wać do omó​wie​nia wraz z nim pla​nu dnia. Po chwi​li wszedł
do jej po​ko​ju, po​nu​ry jak chmu​ra gra​do​wa, i ka​zał jej od​wo​łać wszyst​kie spo​tka​-
nia z czwart​ku i piąt​ku.

–  W  śro​dę  wie​czo​rem  po​le​ci​my  do  Lon​dy​nu,  spo​tka​my  się  z  Ari​sto​vem

w czwar​tek rano, a gdy​by roz​mo​wy się prze​cią​ga​ły, zo​sta​nie nam jesz​cze pią​tek.

Pil​nie  no​tu​jąc,  Fran​kie  od​wa​ży​ła  się  spy​tać,  czy  wy​lot  ko​niecz​nie  musi  być

w śro​dę, ma bo​wiem wie​czo​rem waż​ną uro​czy​stość. Grant spio​ru​no​wał ją wzro​-
kiem i lo​do​wa​tym to​nem do​ra​dził, żeby – o ile za​le​ży jej na po​sa​dzie – do​sto​so​-
wa​ła się ra​czej do jego pla​nów.

Ze​bra​ła się na od​wa​gę, by za​dać jesz​cze jed​no py​ta​nie: po co Grant In​du​stries

ku​pu​je fir​mę, któ​rej pro​fil pro​duk​cji po​kry​wa się nie​mal stu​pro​cen​to​wo z ofer​tą
jed​nej z fi​lii kon​cer​nu?

– Co​burn uczył mnie – wy​ja​śni​ła – że po​win​nam się sta​rać zdo​być szer​sze spoj​-

rze​nie na spra​wy, dla​te​go…

–  Co​burn  –  uciął  bru​tal​nie  Har​ri​son  –  ma  inny  styl  za​rzą​dza​nia  niż  ja.  Ceni

współ​pra​cę  z  ludź​mi,  współ​de​cy​do​wa​nie,  na​to​miast  ja  wolę  –  za​wie​sił  na  mo​-
ment głos, prze​wier​ca​jąc ją na wy​lot spoj​rze​niem – by ro​bi​li to, co im każę. Czy
to ja​sne?

Za​czer​wie​ni​ła się, jak​by ją spo​licz​ko​wał, i ski​nę​ła gło​wą. Grant po​le​cił jej jesz​-

cze wy​na​jąć po​dwój​ny apar​ta​ment w ho​te​lu Chats​field i od​wró​cił się, by odejść.
W pro​gu przy​sta​nął i chrząk​nął z lek​kim skrę​po​wa​niem.

– Ku​pu​je​my fir​mę Si​be​rius, po​nie​waż ope​ru​je na in​nych ryn​kach niż kon​tro​lo​-

background image

wa​ny przez nas Ta​la​dan. To ko​rzyst​na de​cy​zja biz​ne​so​wa.

– Ro​zu​miem. – Wbi​ła wzrok w ekran kom​pu​te​ra, ale Grant miał jesz​cze coś do

po​wie​dze​nia.

– Pro​szę, że​byś nie ro​bi​ła tu​taj no​ta​tek. – Po​stu​kał pal​cem w dol​ną po​ło​wę ró​-

żo​wej kart​ki. – To mnie roz​pra​sza.

Gdy wresz​cie znik​nął jej z oczu, Fran​kie głę​bo​ko wes​tchnę​ła. Nie dość, że bę​-

dzie  mu​sia​ła  ja​koś  prze​trwać  sześć  mie​się​cy  u  boku  nie​obli​czal​ne​go  ty​ra​na,  to
jesz​cze cze​ka ją wy​pra​wa za Atlan​tyk i udział w sza​le​nie waż​nym, choć we​dług
niej nie​co po​dej​rza​nym spo​tka​niu biz​ne​so​wym.

Wo​la​ła nie my​śleć, co się sta​nie, je​śli roz​mo​wy się nie po​wio​dą.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

W  śro​dę  wie​czo​rem  Fran​kie  do​tar​ła  na  lot​ni​sko  w  New  Jer​sey  śmier​tel​nie

znu​żo​na.  Od  pa​mięt​nej  roz​mo​wy  z  se​kre​tar​ką  Ari​sto​va  Grant  był  wiecz​nie  na​-
pię​ty i na​chmu​rzo​ny, ka​zał jej nie​zli​czo​ną ilość razy prze​glą​dać go​to​wy kon​trakt.
Ma​rzy​ła o śnie, a prze​cież jesz​cze na​wet nie wy​le​cie​li ze Sta​nów.

Ostat​nio  za​sta​na​wia​ła  się  czę​sto,  dla​cze​go  sze​fo​wi  tak  bar​dzo  za​le​ży  na  za​-

war​ciu drob​nej w koń​cu umo​wy, je​śli zwa​żyć glo​bal​ne in​te​re​sy kon​cer​nu. Wo​la​ła
jed​nak nie ujaw​niać swo​ich prze​my​śleń i ro​bić to, co do niej na​le​ża​ło. Grant wy​-
ja​śnił jej prze​cież do​kład​nie, cze​go od niej ocze​ku​je, i w żad​nym ra​zie nie było to
za​da​wa​nie mu py​tań.

Osła​nia​jąc  oczy  przed  pro​mie​nia​mi  za​cho​dzą​ce​go  słoń​ca,  ro​zej​rza​ła  się  za

Gran​tem. Stał przed wej​ściem do pry​wat​ne​go od​rzu​tow​ca z logo kon​cer​nu, po​-
grą​żo​ny w roz​mo​wie ze szpa​ko​wa​tym męż​czy​zną w ele​ganc​kim ciem​nym gar​ni​-
tu​rze,  któ​re​go  roz​po​zna​ła  jako  prze​wod​ni​czą​ce​go  se​nac​kiej  ko​mi​sji  spraw  za​-
gra​nicz​nych. Cały klan Mas​se​ria żywo in​te​re​so​wał się po​li​ty​ką.

Czyż​by Grant rze​czy​wi​ście pla​no​wał start na urząd pre​zy​den​ta? – po​my​śla​ła.

Było to cał​kiem praw​do​po​dob​ne. Ród Gran​tów był do​sta​tecz​nie sze​ro​ko sko​li​ga​-
co​ny i wpły​wo​wy, by móc wy​su​nąć spo​śród swych człon​ków kan​dy​da​ta nie​za​leż​-
ne​go w każ​dym okrę​gu w kra​ju. Lecz prze​cież Har​ri​son miał do​pie​ro trzy​dzie​ści
trzy lata, a za​rzą​dza​nie glo​bal​ną fir​mą cał​ko​wi​cie go po​chła​nia​ło. Czy to sto​sow​-
na pora na tak wiel​kie wy​zwa​nie?

Jak zwy​kle czuj​ny i skon​cen​tro​wa​ny, za​uwa​żył jej przy​jazd na lot​ni​sko i po​ka​-

zał, że roz​mo​wa zaj​mie mu jesz​cze chwi​lę. Fran​kie za​czę​ła go ukrad​kiem ob​ser​-
wo​wać.  Nie  przy​wy​kła  jesz​cze  do  tego,  że  jej  szef  pre​zen​to​wał  się  jak  mo​del.
Dziś miał na so​bie nie​for​mal​ny strój: ciem​ne spra​ne dżin​sy i bia​łą ko​szu​lę z pod​-
wi​nię​ty​mi rę​ka​wa​mi, spod któ​rych wy​sta​wa​ły opa​lo​ne, mu​sku​lar​ne przed​ra​mio​-
na.

Se​na​tor klep​nął Gran​ta w ra​mię i skie​ro​wał się do sa​mo​lo​tu. Gdy szef ru​szył

w jej stro​nę, Fran​kie od​ru​cho​wo się wy​pro​sto​wa​ła.

– Go​to​wa? – za​py​tał.
Nie  uda​ło  jej  się  wy​krze​sać  zbyt  wiel​kie​go  en​tu​zja​zmu,  co  wzbu​dzi​ło  cie​ka​-

wość  Gran​ta.  Fran​kie  wy​ja​śni​ła,  że  tro​chę  się  boi  la​ta​nia  i  chcia​ła​by  mieć  po​-
dróż jak naj​prę​dzej za sobą.

– Zu​peł​nie nie​po​trzeb​nie – od​parł Grant po​ucza​ją​cym to​nem, da​jąc znak ob​słu​-

dze,  żeby  za​ję​ła  się  ba​ga​żem  Fran​kie.  Prze​pu​ścił  ją  przed  sobą  na  scho​dy  do
wej​ścia i cią​gnął: – La​ta​nie jest naj​bez​piecz​niej​szą for​mą po​dró​żo​wa​nia. Znacz​-
nie czę​ściej do​cho​dzi do wy​pad​ków na au​to​stra​dzie.

– Wiem, że mój lęk jest ir​ra​cjo​nal​ny – po​wie​dzia​ła.

background image

– A mnie się wy​da​wa​ło, że mam do czy​nie​nia z nad​zwy​czaj ra​cjo​nal​ną oso​bą,

któ​ra za​wsze musi wie​dzieć, jak się spra​wy mają, za​nim się w peł​ni za​an​ga​żu​je.

Zer​k​nę​ła na nie​go przez ra​mię, za​sta​na​wia​jąc się, czy po​win​na się zdo​być na

szcze​rość.

– Dzia​łam tro​chę ina​czej niż Tes​sa, po​trze​bu​ję do​kład​nych wska​zó​wek i ja​sne​-

go  wy​zna​cze​nia  ce​lów.  Obie​cu​ję,  że  je​śli  mi  to  za​pew​nisz,  to  bę​dziesz  ze  mnie
za​do​wo​lo​ny.

Oczy zwę​zi​ły mu się nie​bez​piecz​nie. Na po​licz​kach Fran​kie wy​kwitł żywy ru​-

mie​niec. Była pew​na, że zno​wu mię​dzy nimi za​iskrzy​ło, ale Grant zga​sił tę iskrę
obo​jęt​nym spoj​rze​niem.

– No do​brze – po​wie​dział prze​cią​gle – spró​bu​je​my. Je​śli bę​dziesz mia​ła py​ta​-

nie, sen​sow​ne – pod​kre​ślił – to mo​żesz je za​dać, a ja po​sta​ram się od​po​wie​dzieć.
– Wy​mi​nął ją i wszedł do sa​mo​lo​tu.

Fran​kie  ni​g​dy  jesz​cze  nie  le​cia​ła  pry​wat​nym  od​rzu​tow​cem  i  zdzi​wi​ła  się,  jak

nie​wie​le  jest  w  środ​ku  prze​strze​ni.  Za​ję​ła  fo​tel  na​prze​ciw​ko  Gran​ta  i  za​pię​ła
pasy.  Je​śli  bę​dzie  na​wał​ni​ca,  to  ta  za​baw​ka  na  pew​no  spad​nie  we  wzbu​rzo​ną
mor​ską  toń.  Przy​dał​by  się  te​raz  kie​li​szek  szam​pa​na…  Sku​li​ła  się  od​ru​cho​wo,
gdy pi​lot włą​czył sil​ni​ki.

– Od​pręż się – roz​ka​zał Grant, wyj​mu​jąc lap​top z po​krow​ca. – Wierz mi, to bę​-

dzie twój naj​przy​jem​niej​szy lot.

Gdy chcia​ła wy​łą​czyć ko​mór​kę, po​uczył ją, że to nie​ko​niecz​ne. W każ​dej chwi​li

moż​na sko​rzy​stać z wi-fi.

No  ja​sne,  po  co  tra​cić  czas,  sko​ro  moż​na  spraw​dzać  ceny  ak​cji  me​ta​li  szla​-

chet​nych? Wzdy​cha​jąc, po​pra​wi​ła się w fo​te​lu. Na​dzie​ja, że w któ​rymś mo​men​-
cie ba​te​rie Gran​ta wy​sią​dą, oka​za​ła się płon​na.

Roz​legł  się  pisk  ese​me​sa.  Na  przy​ję​cie  uro​dzi​no​we  To​ma​si​na,  na  któ​rym  po​-

win​na  się  te​raz  znaj​do​wać,  nie  do​tarł  za​mó​wio​ny  przez  nią  tort.  Od​pi​sa​ła,  że
pew​nie jest w dro​dze, ale żeby za​dzwo​ni​li do re​stau​ra​cji.

– Ja​kieś kło​po​ty? – za​in​te​re​so​wał się Grant. Zby​ła go krót​kim wy​ja​śnie​niem.
Po​de​szła do nich ste​war​des​sa i za​py​ta​ła, czy po​dać coś do pi​cia. Grant za​mó​-

wił szkoc​ką, a Fran​kie kie​li​szek wina. Przy​da jej się łyk trun​ku na uspo​ko​je​nie
sko​ła​ta​nych ner​wów.

Ko​lej​ny ese​mes. Nie moż​na się do​dzwo​nić do re​stau​ra​cji. Fran​kie wy​sła​ła wia​-

do​mość bra​tu, pro​sząc, by oso​bi​ście po​je​chał po od​biór.

– Fa​ce​ci – mruk​nę​ła przez zęby.
– Spo​koj​nie, da so​bie radę – po​wie​dział Grant, nie pod​no​sząc wzro​ku znad lap​-

to​pa. – Po po​wro​cie bę​dzie na cie​bie cze​kał z bu​kie​tem kwia​tów.

–  A…  nie,  to  nie  to.  Na​pi​sa​łam  do  bra​ta.  Po​ma​ga  mi  or​ga​ni​zo​wać  przy​ję​cie

w ko​ście​le. W każ​dą śro​dę mamy spo​tka​nie se​nio​rów i grę w bin​go, a dziś wy​pa​-
da​ją uro​dzi​ny To​ma​si​na, któ​ry jest dla mnie jak dzia​dek. Mama upie​kła mu tort
i ktoś musi go przy​wieźć – wy​ja​śni​ła.

Grant po​wie​dział, że mu przy​kro, że po​psuł jej pla​ny; wy​da​wał się na​praw​dę

skru​szo​ny.  Chciał  wie​dzieć,  czy  Fran​kie  rze​czy​wi​ście  spę​dza  każ​dą  śro​dę  na

background image

grze w bin​go z se​nio​ra​mi z oko​li​cy.

–  Na​sza  ro​dzi​na  za​wsze  sta​ra​ła  się  po​ma​gać  lo​kal​nej  spo​łecz​no​ści.  Ro​dzi​ce

mają re​stau​ra​cję – od​rze​kła.

– Wy​obra​ża​łem so​bie ra​czej, że wie​dziesz eks​cy​tu​ją​ce ży​cie sin​giel​ki na Man​-

hat​ta​nie, bie​gasz na rand​ki…

– Na ostat​niej, na ja​kiej by​łam, z po​zo​ru do​brze wy​cho​wa​ny ma​kler gieł​do​wy

rzu​cił się na mnie w win​dzie i za​czął ca​ło​wać, w do​dat​ku mar​nie mu to wy​cho​-
dzi​ło – wy​zna​ła z po​nu​rym uśmie​chem.

– To oczy​wi​ście na​gan​ne, ale bie​dak nie mógł się pew​nie po​wstrzy​mać – sko​-

men​to​wał Grant.

–  Mimo  wszyst​ko  to  nie​do​pusz​czal​ne  –  po​wie​dzia​ła  sztyw​no.  Przez  gło​wę

prze​le​cia​ło jej wspo​mnie​nie wie​czo​ru, kie​dy po​zna​li się z Gran​tem, i za​pra​gnę​ła,
żeby ja​kimś cu​dem zo​sta​ło wy​ma​za​ne z ich pa​mię​ci. Po​mo​gło​by to utrzy​mać ich
sto​sun​ki na płasz​czyź​nie czy​sto za​wo​do​wej.

–  Je​stem  pe​wien,  że  ko​goś  masz  –  po​wie​dział  nie​ocze​ki​wa​nie  Grant.  –  Tak

atrak​cyj​na dziew​czy​na nie może być sa​mot​na, to nie​moż​li​we.

– Przez kil​ka naj​bliż​szych lat za​mie​rzam cał​ko​wi​cie po​świę​cić się pra​cy – od​-

par​ła ze szcze​ro​ścią w gło​sie.

– Albo – za​wie​sił głos – skry​cie się w kimś ko​chasz.
– Nie. – Spoj​rza​ła mu pro​sto w oczy. – Po pro​stu nie uma​wiam się na rand​ki.
–  No  i  do​brze  –  skwi​to​wał.  –  Nie  chciał​bym  bo​wiem,  że​byś  tra​ci​ła  czas  na

mrzon​ki o moim bra​cie. To cie​ka​wy czło​wiek i wspa​nia​ły szef, ale wierz mi, ża​-
den z nie​go ma​te​riał na chło​pa​ka.

Sa​mo​lot z ogłu​sza​ją​cym hu​kiem wzbi​jał się w po​wie​trze, co utrud​nia​ło jej ja​-

sne my​śle​nie. Czyż​by szef po​dej​rze​wał, że ona ko​cha się w jego bra​cie? Skwa​-
pli​wie za​pew​ni​ła, że wca​le tak nie jest.

– Chcia​łem cię tyl​ko ostrzec – uciął krót​ko. – By​łem już świad​kiem zbyt wie​lu

nie​po​trzeb​nych i na​der przy​krych sy​tu​acji, to wszyst​ko.

Sa​mo​lot wzbi​jał się co​raz wy​żej, po​wo​du​jąc u Fran​kie nie​mi​łe sen​sa​cje. Uszy

się za​ty​ka​ły, a żo​łą​dek pod​cho​dził do gar​dła. Za​sta​na​wia​ła się, dla​cze​go wła​ści​-
wie Co​burn „wy​po​ży​czył” ją Har​ri​so​no​wi? Czyż​by na​brał po​dej​rzeń, że ona się
w  nim  ko​cha,  i  po​sta​no​wił  ją  na  pe​wien  czas  od​da​lić?  Jak  mógł  tak  po​my​śleć,
prze​cież  to  nie​praw​da…  Ma​szy​na  ob​ni​ży​ła  się  rap​tow​nie  i  Fran​kie  wbi​ła  pa​-
znok​cie w opar​cie fo​te​la.

– Na​praw​dę bo​isz się la​tać – rzekł zdzi​wio​ny Grant, od​sta​wia​jąc kom​pu​ter.
– To moja ko​lej​na eks​cen​trycz​na ce​cha – od​par​ła, si​ląc się na lek​ki ton.
–  Roc​ky  w  akwa​rium  aku​rat  mi  się  po​do​ba  –  ro​ze​śmiał  się  z  sym​pa​tią.  –

I szcze​rze do​ce​niam twój al​tru​izm, pra​cę na rzecz spo​łecz​no​ści.

– Two​ja ro​dzi​na po​stę​pu​je prze​cież tak samo.
–  Moja  ro​dzi​na  nie  robi  ni​cze​go  z  al​tru​izmu  –  od​parł  z  cy​nicz​nym  bły​skiem

w oku. – Wszyst​kie dzia​ła​nia od​by​wa​ją się w świe​tle ka​mer, w ści​śle okre​ślo​nym
celu. To nie to samo, za​pew​niam.

– Bar​dzo mą​dre po​stę​po​wa​nie, je​że​li my​śli się o Bia​łym Domu. Cho​dzą słu​chy,

background image

że po​dob​no za​mie​rzasz wy​star​to​wać.

–  To  bar​dzo  dłu​ga  i  wy​bo​ista  dro​ga,  wy​ma​ga​ją​ca  wie​lu  po​świę​ceń  –  od​parł

sen​ten​cjo​nal​nie.  –  Obec​nie  sku​piam  całą  uwa​gę  na  za​rzą​dza​niu  kon​cer​nem,
a przede wszyst​kim in​te​re​su​je mnie ju​trzej​sze spo​tka​nie z Ari​sto​vem i pro​po​zy​-
cje, ja​kie za​mie​rza mi zło​żyć.

Na tym roz​mo​wa zo​sta​ła za​koń​czo​na. Grant po​pro​sił, by wy​ję​ła swo​je no​tat​ki,

i roz​po​czę​ła się ko​lej​na se​sja oma​wia​nia szcze​gó​łów kon​trak​tu. Fran​kie z ulgą
za​ję​ła się pra​cą. Ode​rwa​ła przy​naj​mniej my​śli od fak​tu, że prze​miesz​cza się nad
oce​anem na wy​so​ko​ści dzie​się​ciu ty​się​cy ki​lo​me​trów w dusz​nej me​ta​lo​wej pusz​-
ce.

Po  kil​ku  go​dzi​nach  wy​tę​żo​nej  pra​cy  Har​ri​son  po​gra​tu​lo​wał  so​bie  w  du​chu

swo​jej asy​stent​ki. Co​burn nie po​my​lił się co do niej, była bar​dzo by​stra i in​te​li​-
gent​na, po​tra​fi​ła szyb​ko ko​ja​rzyć fak​ty i wy​cią​gać wnio​ski. Pod​su​nę​ła mu kil​ka
do​brych po​my​słów, w jaki spo​sób wy​ko​rzy​stać ze​bra​ne o Ari​sto​vie in​for​ma​cje.

Grant przy​znał w du​chu, że Ro​sja​nie byli trud​ny​mi prze​ciw​ni​ka​mi. Ari​stov za​-

cho​wy​wał się, jak​by trzy​mał wszyst​kie kar​ty w ręku, a było prze​cież na od​wrót.
Jego ma​ją​tek top​niał w oczach, więc mu​siał sprze​dać swo​ją fir​mę, mimo to z nie​-
zna​nych przy​czyn wciąż się przed tym wzbra​niał. Mar​ko​vic był nie​przy​zwo​icie
bo​ga​tym i aro​ganc​kim oli​gar​chą, któ​ry parł na​przód, nie oglą​da​jąc się na lu​dzi,
któ​rych skrzyw​dził po dro​dze. Wkrót​ce przy​po​mni so​bie jed​nak, jak pod​le po​stą​-
pił z oj​cem Har​ri​so​na, i za​pła​ci wy​so​ką cenę. Stra​ci wszyst​ko i zo​sta​nie ban​kru​-
tem.

Fran​kie zmie​ni​ła po​zy​cję i wzrok Har​ri​so​na mi​mo​wol​nie po​mknął w stro​nę jej

fan​ta​stycz​nych nóg. Spę​dzo​ny z nią ty​dzień na​uczył go, że opar​cie się jej uro​ko​-
wi jest nie​zwy​kle trud​ne i wy​ma​ga od nie​go ogrom​nych po​kła​dów sa​mo​kon​tro​li,
choć uro​dził się czło​wie​kiem, któ​ry nie kie​ro​wał się w ży​ciu emo​cja​mi, a wy​łącz​-
nie ro​zu​mem. Lecz Fran​kie sta​no​wi​ła po​ku​sę, po​nie​waż zu​peł​nie so​bie tego nie
uświa​da​mia​ła. Ko​bie​ta nie​świa​do​ma uro​ku jest naj​bar​dziej po​nęt​na.

Głos  pi​lo​ta,  za​po​wia​da​ją​cy  tur​bu​len​cje,  prze​rwał  te  roz​my​śla​nia.  Fran​kie

zbla​dła i ner​wo​wo za​pię​ła pasy. Ste​war​des​sa sta​ra​ła się ją uspo​ko​ić, ale na nie​-
wie​le się to zda​ło. Mimo to kie​dy po kil​ku mi​nu​tach ma​szy​na za​czę​ła się rzu​cać
jak  na​ro​wi​sty  koń,  bla​da  jak  ścia​na  Fran​kie  nie  od​ry​wa​ła  wzro​ku  od  lap​to​pa
i kon​ty​nu​owa​ła oma​wia​nie pre​zen​ta​cji.

– Mo​że​my prze​rwać, je​śli wo​lisz – za​pro​po​no​wał Grant.
– Wolę pra​co​wać – szep​nę​ła. – Ina​czej wpad​nę w pa​ni​kę.
Usłu​chał, cho​ciaż nie był pe​wien, czy jej pro​po​zy​cja ma sens. Skoń​czy​li po nie​-

speł​na go​dzi​nie, ale Fran​kie chcia​ła jesz​cze raz wszyst​ko spraw​dzić.

– Bra​ku​je naj​śwież​szych no​to​wań gieł​do​wych – oznaj​mi​ła.
– Są na trze​cim slaj​dzie.
– Rze​czy​wi​ście… – Przy​gry​zła dol​ną war​gę i przez mo​ment ją ssa​ła, grze​biąc

w  pa​pie​rach.  Har​ri​son  z  tru​dem  ode​rwał  od  niej  wzrok.  Jej  twarz  na​bra​ła  już
nie​co  ko​lo​ru,  za​ra​zem  jed​nak  dziew​czy​na  wy​da​wa​ła  się  dziw​nie  oszo​ło​mio​na.

background image

Po​sta​no​wił za​py​tać, jak się czu​je.

– Do​sko​na​le – od​rze​kła z wy​mu​szo​nym uśmie​chem. – To by było na tyle, praw​-

da?  Za​no​tu​ję  py​ta​nia  Ari​sto​va,  cho​ciaż  wąt​pię,  żeby  miał  jesz​cze  ja​kieś,  sko​ro
przed​sta​wi​my  mu  te  wszyst​kie  in​for​ma​cje.  –  Po​sła​ła  mu  nie​pew​ny  uśmiech
i znów za​głę​bi​ła się w do​ku​men​ty.

Jej za​cho​wa​nie za​czy​na​ło po​waż​nie nie​po​ko​ić Gran​ta.
–  Tak…  –  po​wie​dzia​ła.  –  Czy  mo​że​my  te​raz  omó​wić  kwe​stię  wal​nych  ze​brań

ak​cjo​na​riu​szy? Do​brze by było, gdy​bym wie​dzia​ła wię​cej na ten te​mat.

– Sko​ro ci na tym za​le​ży, to oczy​wi​ście.
– Oszy​wiś​ście – po​wtó​rzy​ła nie​co beł​ko​tli​wie, cho​wa​jąc tecz​kę z do​ku​men​ta​mi

i wyj​mu​jąc no​tat​nik. Grant zer​k​nął na nią za​alar​mo​wa​ny. To był beł​kot czy może
pró​ba żar​tu?

Za​czę​li oma​wiać te​mat, przy czym pręd​ko się oka​za​ło, że Fran​kie myli dni ty​-

go​dnia,  w  któ​rych  od​by​wa​ją  się  se​sje.  Prze​pro​si​ła,  pa​trząc  na  nie​go  szkla​nym
wzro​kiem, jak​by nie ro​zu​mia​ła, co się wo​kół niej dzie​je. Tłu​miąc wes​tchnie​nie,
opar​ła się łok​cia​mi o sto​lik i po​tar​ła zmę​czo​ne oczy. Grant był co​raz bar​dziej za​-
nie​po​ko​jo​ny.

– Prze​pra​szam, nie mogę ze​brać my​śli… Ja​koś dziw​nie się czu​ję – po​wie​dzia​ła.
– Pew​nie je​steś zmę​czo​na i prze​pra​co​wa​na – od​parł z po​czu​ciem winy.
–  Chy​ba  po​win​nam  się  na  chwi​lę  po​ło​żyć  –  szep​nę​ła,  ma​su​jąc  skro​nie.  –  Po​-

łknę​łam  ta​blet​kę  prze​ciw  cho​ro​bie  lo​ko​mo​cyj​nej,  do​sta​łam  ją  od  przy​ja​ciół​ki…
Być może to dla​te​go krę​ci mi się w gło​wie i…

– Gdzie masz te ta​blet​ki? – za​py​tał Grant.
– W to​reb​ce.
Otwo​rzył  to​reb​kę  i  wy​jął  z  niej  szkla​ny  po​jem​nik  z  le​kar​stwem.  Z  na​pi​su  na

ety​kiet​ce wy​ni​ka​ło, że jest to śro​dek na uspo​ko​je​nie. Za​py​tał, czy Fran​kie bra​ła
go już wcze​śniej.

– Nie. Nie przy​pusz​cza​łam, że lek tak sil​nie za​dzia​ła. – Zwie​si​ła ni​sko gło​wę,

pod​pie​ra​jąc się na rę​kach, i przy​mknę​ła oczy. – Za​raz mi przej​dzie… Może po​-
win​nam na​pić się kawy.

– Ile ta​ble​tek za​ży​łaś?
– Tyl​ko jed​ną, ale sil​nie na mnie po​dzia​ła​ła… Za​raz mi przej​dzie… – mam​ro​ta​-

ła nie​wy​raź​nie.

–  Efekt  bę​dzie  się  utrzy​my​wał  przez  kil​ka  go​dzin.  –  Grant  stłu​mił  prze​kleń​-

stwo. – Po​win​naś się po​ło​żyć.

– Wo​la​ła​bym kawę…
Wstał, ob​szedł sto​lik i nie słu​cha​jąc dal​szych pro​te​stów, roz​piął jej pasy. Wziął

ją na ręce, za​sko​czo​ny, jak bar​dzo jest lek​ka po​mi​mo ape​tycz​nych krą​gło​ści. Za​-
nie​sie​nie  jej  do  sy​pial​ni  z  tyłu  sa​mo​lo​tu  nie  na​strę​cza​ło​by  trud​no​ści,  gdy​by  nie
prze​klę​te  tur​bu​len​cje.  Grant  z  tru​dem  utrzy​my​wał  rów​no​wa​gę.  Prze​ra​żo​na
dziew​czy​na bo​le​śnie wbi​ja​ła pal​ce w jego ra​mię.

Przy​trzy​mu​jąc ją swo​im cia​łem przy ścia​nie, otwo​rzył po omac​ku drzwi i wto​-

czył się do sy​pial​ni. Sa​mo​lot opadł z szarp​nię​ciem, po​tem jesz​cze raz, w na​stęp​-

background image

stwie cze​go obo​je zna​leź​li się na sze​ro​kim łóż​ku. Fran​kie krzyk​nę​ła ze stra​chu.
Grant sta​rał się ją uspo​ko​ić, pro​sił, by prze​ły​ka​ła śli​nę. Usłu​cha​ła.

– Nie​do​brze mi i strasz​nie się boję – po​skar​ży​ła się ci​cho.
– To zwy​kłe tur​bu​len​cje – od​parł.
– Nie szko​dzi. – Oczy nie​mal wy​szły jej z or​bit ze stra​chu. – N-nie zo​sta​wiaj

mnie…

– Nie mam za​mia​ru. – Wyj​rzał przez ma​lut​kie owal​ne okien​ko, za któ​rym roz​-

cią​ga​ła się nie​prze​nik​nio​na czerń, prze​ry​wa​na co rusz ja​skra​wo​zło​ty​mi roz​bły​-
ska​mi.

Fran​kie przy​cią​gnę​ła go bli​żej, jak​by był dla niej po​dusz​ką. Gdy chciał się od

niej od​su​nąć, wy​szep​ta​ła bła​gal​nie, że go po​trze​bu​je.

Nie  sprze​ci​wiał  się  dłu​żej.  Przy​tu​lił  ją  i  le​że​li,  na​słu​chu​jąc  od​gło​sów  bu​rzy.

Pach​nia​ła  kwia​tem  po​ma​rań​czy,  osza​ła​mia​ją​co  i  za​ra​zem  nie​win​nie.  Ma​szy​na
wy​rów​na​ła  lot  i  po  pew​nym  cza​sie  dziew​czy​na  prze​sta​ła  drżeć  w  jego  ra​mio​-
nach. Przy​po​mniał so​bie, kie​dy ostat​ni raz trzy​mał w ob​ję​ciach ko​bie​tę, bo tego
po​trze​bo​wa​ła; przed sied​miu laty, po​tem Su​san​na ode​szła.

Ob​ser​wu​jąc mrok za oknem, za​sta​na​wiał się, czy jego ma​rze​nie kie​dy​kol​wiek

się speł​ni… Ta myśl spra​wi​ła, że za​la​ła go fala mrocz​ne​go po​żą​da​nia.

Zde​cy​do​wa​nym ru​chem od​su​nął od sie​bie Fran​kie i wstał z łóż​ka. Dziew​czy​na

zwi​nę​ła  się  w  kłę​bek,  przy​ci​ska​jąc  po​dusz​kę  i  od​sła​nia​jąc  przy  tym  frag​ment
kre​mo​wo​bia​łej skó​ry ud. Gran​to​wi za​szu​mia​ło w gło​wie i pręd​ko opu​ścił ka​bi​nę.

Za​siadł w fo​te​lu, my​śląc po​nu​ro, że cała ta spra​wa od po​cząt​ku była fa​tal​nym

po​my​słem, a te​raz rzecz wy​glą​da jesz​cze go​rzej. I on sam jest temu wi​nien.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Fran​kie obu​dzi​ła się z po​czu​ciem, że coś jest nie w po​rząd​ku. Ostry blask ra​ził

ją w oczy, gło​wę mia​ła cięż​ką jak ołów.

Za​po​mnia​ła opu​ścić ro​le​tę, a do tego za​po​wiedź mi​gre​ny… O nie!
Za​nie​po​ko​iło ją ni​skie, upo​rczy​we bu​cze​nie. Czy za​czął się re​mont po dru​giej

stro​nie uli​cy? Pod​ło​ga na​gle opa​dła. Ta​kie wstrzą​sy są moż​li​we tyl​ko w Ka​li​for​-
nii, po​my​śla​ła. Za owal​nym okien​kiem roz​cią​ga​ła się po​łać błę​ki​tu. Już wie​dzia​-
ła, gdzie się znaj​du​je – w dro​dze do Lon​dy​nu.

Zer​k​nę​ła na ze​ga​rek, była punkt ósma. Zdję​ta prze​ra​że​niem, pró​bo​wa​ła so​bie

wszyst​ko  przy​po​mnieć.  Bu​rza,  tur​bu​len​cje,  ta​blet​ka  na  uspo​ko​je​nie,  któ​ra  cał​-
kiem ścię​ła ją z nóg…

Resz​ty wo​la​ła nie pa​mię​tać, lecz i tak było dla niej ja​sne, jak się tu​taj zna​la​zła

i kto po​ło​żył ją na łóż​ku. Tu​li​ła się do nie​go jak bez​bron​ne dziec​ko, ona, ko​bie​ta
nie​za​leż​na…

Tes​sa  ni​g​dy  by  so​bie  na  to  nie  po​zwo​li​ła.  Na​wet  w  ob​li​czu  nie​mal  pew​nej

śmier​ci w ka​ta​stro​fie lot​ni​czej po​zo​sta​ła​by chłod​na i opa​no​wa​na.

Wsta​ła, po​pra​wia​jąc wy​mię​tą gar​son​kę. Naj​pierw musi się prze​brać i uma​lo​-

wać, a po​tem sta​wić do pra​cy. Ru​szy​ła do ka​bi​ny głów​nej.

W bla​do​nie​bie​skiej lnia​nej ko​szu​li z kra​wa​tem Grant wy​glą​dał świe​żo jak po​-

ra​nek. Go​tów wal​czyć i po​ko​nać Ari​sto​va, po​my​śla​ła z uzna​niem.

– Już le​piej? – za​gad​nął na po​wi​ta​nie.
Ją​ka​jąc się, za​czę​ła prze​pra​szać za wczo​raj​szy wie​czór, ale zbył ją mach​nię​-

ciem  ręki  i  po​in​for​mo​wał,  że  lą​du​ją  za  po​nad  go​dzi​nę,  więc  je​śli  chce  wziąć
prysz​nic i prze​brać się, to te​raz ma oka​zję. Po czym we​tknął nos w tecz​kę z do​-
ku​men​ta​mi.

Uzna​ła, że nie pora się te​raz tłu​ma​czyć, i ru​szy​ła do ła​zien​ki, by na po​wrót za​-

mie​nić się w chłod​ną pro​fe​sjo​na​list​kę.

Z  lot​ni​ska  w  Lon​dy​nie  uda​li  się  li​mu​zy​ną  do  luk​su​so​we​go  ho​te​lu  Chats​field.

Grant nie po​dzi​wiał jed​nak wspa​nia​łych wnętrz, cał​ko​wi​cie sku​pio​ny na cze​ka​ją​-
cej  go  roz​pra​wie  z  Ari​sto​vem.  Spraw​dził  pocz​tę  w  ko​mór​ce  i  zdrę​twiał,  zdję​ty
złym prze​czu​ciem.

Grant, utkną​łem w Bruk​se​li. Za​pra​szam dziś wie​czo​rem na galę do​bro​czyn​ną

w mo​jej re​zy​den​cji w Hi​gh​ga​te, tam bę​dzie​my mo​gli po​roz​ma​wiać. Po po​łu​dniu
ktoś do​star​czy ci dwa bi​le​ty. L.

Za​la​ła  go  nie​po​ha​mo​wa​na  wście​kłość.  Prze​le​ciał  przez  oce​an,  aby  przed​sta​-

wić Ro​sja​ni​no​wi bez​błęd​ną pre​zen​ta​cję i pod​pi​sać kon​trakt, a te​raz miał​by roz​-
ma​wiać na przy​ję​ciu?!

background image

Go​rącz​ko​wo usi​ło​wał roz​gryźć za​mia​ry Ari​sto​va. Kil​ka ty​go​dni temu to Ro​sja​-

nin na​le​gał na jak naj​szyb​sze za​ła​twie​nie spra​wy, rap​tem jed​nak zmie​nił zda​nie.
Czy​by  na​gle  prze​stał  po​trze​bo​wać  czter​dzie​stu  mi​lio​nów  do​la​rów,  by  od​bu​do​-
wać swo​je chwie​ją​ce się im​pe​rium? Gran​to​wi trud​no było w to uwie​rzyć.

Wbił ręce w kie​sze​nie i pod​szedł do pa​no​ra​micz​ne​go okna, po​dzi​wia​jąc roz​cią​-

ga​ją​cy się w dole spek​ta​ku​lar​ny wi​dok na Lon​dyn. Cały czas roz​wa​żał kie​ru​ją​ce
Ari​sto​vem po​bud​ki. Po​noć chciał się wy​co​fać z bran​ży mo​to​ry​za​cyj​nej, więc…?

Nie mógł się po​zbyć jed​nej upo​rczy​wej my​śli: czy moż​li​we, że Ro​sja​nin przej​-

rzał jego praw​dzi​we in​ten​cje? Czy do​my​ślił się, że kup​no Si​be​riu​sa jest je​dy​nie
ele​men​tem  pla​nu  znisz​cze​nia  czło​wie​ka,  któ​ry  za​bił  jego  ojca?  To  nie​moż​li​we,
prze​cież za​cho​wał naj​wyż​szą ostroż​ność, nikt nie zdo​ła go po​wią​zać z im​pe​rium
Mar​ko​vi​ca. Nikt nie ma pra​wa wie​dzieć, że po prze​ję​ciu fir​my Ari​sto​va oli​gar​-
cha zo​sta​nie z ni​czym i upad​nie.

Je​że​li to się nie uda, im​pe​rium Mar​ko​vi​ca bę​dzie się na​dal roz​wi​ja​ło bez prze​-

szkód. Nie wol​no do tego do​pu​ścić.

Prze​niósł się my​śla​mi do tam​te​go okrop​ne​go wie​czo​ru w przed​dzień ogło​sze​-

nia  przez  ojca  za​mia​ru  wy​star​to​wa​nia  na  urząd  gu​ber​na​to​ra  sta​nu.  Pa​nu​ją​ca
w domu nie​na​tu​ral​na ci​sza, cia​ło ojca le​żą​ce w po​przek ma​ho​nio​we​go biur​ka.

Mimo woli ze​sztyw​niał, czu​jąc, że be​stia, któ​rą sie​dem lat temu po​grze​bał głę​-

bo​ko  w  trze​wiach,  wy​peł​zła  na  po​wierzch​nię,  za​ma​zu​jąc  ob​raz  świa​ta  przed
ocza​mi. Za tra​gicz​ną śmierć ojca od​po​wia​dał wy​łącz​nie An​ton Mar​ko​vic, choć to
nie on na​ci​snął spust bro​ni. Ze​msta mu​sia​ła się do​ko​nać.

Po​trzą​snął gło​wą, by od​pę​dzić po​nu​re my​śli. Je​śli po​zwo​li be​stii rzą​dzić sobą,

po​peł​ni fa​tal​ny w skut​kach błąd. To nie​do​pusz​czal​ne, ko​niecz​nie musi wziąć się
w garść.

Jego asy​stent​ka wy​bra​ła aku​rat ten mo​ment, by wejść do sa​lo​nu. Grant zmu​sił

się do przy​bra​nia obo​jęt​nej miny i zwięź​le wy​ja​śnił sy​tu​ację.

–  Ari​stov  utknął  w  Bruk​se​li.  Chce  się  z  nami  spo​tkać  na  ga​lo​wym  przy​ję​ciu

w swo​jej re​zy​den​cji.

Fran​kie prze​zor​nie po​wstrzy​ma​ła się od ko​men​ta​rzy. Grant wbił wzrok w dal,

stu​diu​jąc pa​no​ra​mę mia​sta, do któ​re​go le​ciał tyle go​dzin tyl​ko po to, by spo​tkał
go afront ze stro​ny Ari​sto​va. Miał dwa wyj​ścia: od razu wró​cić do Sta​nów i za​-
po​mnieć o spra​wie albo pod​jąć jesz​cze jed​ną pró​bę zro​zu​mie​nia skom​pli​ko​wa​nej
gry Ari​sto​va.

Nad​zór  fi​nan​so​wy  do​kład​nie  przyj​rzy  się  tej  ope​ra​cji.  Ta  myśl  spra​wi​ła,  że

szyb​ko pod​jął de​cy​zję.

– Kup so​bie suk​nię wie​czo​ro​wą. Idzie​my na przy​ję​cie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Naj​droż​sza  suk​nia,  jaką  kie​dy​kol​wiek  ku​pi​ła,  zmy​sło​wo  opły​wa​ła  jej  kost​ki.

W ho​te​lo​wym sa​lo​nie sty​list​ka wy​so​ko upię​ła jej wło​sy i wy​ko​na​ła sub​tel​ny ma​ki​-
jaż. Gdy Fran​kie przej​rza​ła się w lu​strze, oczy wy​szły jej z or​bit.

Pa​trzy​ła na nią prze​ślicz​na nie​zna​jo​ma w kre​acji pro​sto z żur​na​la. Nie zde​cy​-

do​wa​ła​by się na nią,  gdy​by sprze​daw​czy​ni nie twier​dzi​ła,  że to suk​nia  „wprost
wy​ma​rzo​na na do​rocz​ną galę u pana Ari​sto​va”.

Fran​kie  pre​zen​to​wa​ła  się  osza​ła​mia​ją​co,  co  aku​rat  nie​zbyt  jej  od​po​wia​da​ło,

uwa​ża​ła się bo​wiem za cał​kiem zwy​czaj​ną oso​bę. Ow​szem, mia​ła ład​ną fi​gu​rę,
ale nie po​sia​da​ła ude​rza​ją​co błę​kit​nych oczu na tle czar​nych wło​sów jak jej mat​-
ka i bra​cia. Nie mia​ła wyż​sze​go wy​kształ​ce​nia, za to od​zna​cza​ła się na​tu​ral​nym
wdzię​kiem, więc ro​dzi​ce chcie​li, by prze​ję​ła po nich re​stau​ra​cję. Fran​kie chcia​ła
jed​nak dojść do cze​goś wię​cej i po​sa​da w Grant In​du​stries jej to za​pew​ni​ła.

Zwiew​ny ma​te​riał sza​fi​ro​wej suk​ni opi​nał jej kształ​ty tak do​kład​nie, jak​by była

na​ma​lo​wa​na  na  cie​le.  Wspa​nia​le  pre​zen​to​wał  się  zwłasz​cza  głę​bo​ki  de​kolt  na
ple​cach,  co  osta​tecz​nie  prze​ko​na​ło  Fran​kie  do  za​pła​ce​nia  kar​tą  kre​dy​to​wą
Gran​ta.

Roz​le​gło  się  pu​ka​nie  do  drzwi  i  dziew​czy​na  wzdry​gnę​ła  się  ner​wo​wo.  Tes​sa

mia​ła ra​cję, Grant był punk​tu​al​ny jak ze​ga​rek szwaj​car​ski.

Okry​ła ra​mio​na sza​lem, otwo​rzy​ła drzwi i za​sty​gła w pół ru​chu. Stał przed nią

obłęd​nie  przy​stoj​ny  męż​czy​zna  w  wy​twor​nym,  do​sko​na​le  skro​jo​nym  smo​kin​gu.
Ode​bra​ło jej mowę.

Na  szczę​ście  Grant  nie  za​uwa​żył  jej  za​ga​pie​nia,  za​ję​ty  przy​glą​da​niem  się  jej

pięk​nej suk​ni. Omia​tał ją wzro​kiem z ta​kim sku​pie​niem, jak​by chciał się na​uczyć
na  pa​mięć  wszyst​kich  szcze​gó​łów.  Po​czu​ła,  że  ob​le​wa  ją  ru​mie​niec.  Po​dziw  in​-
nych  męż​czyzn  spra​wiał,  że  czu​ła  się  nie​zręcz​nie,  spoj​rze​nie  Har​ri​so​na  na​to​-
miast cał​kiem wy​trą​ci​ło ją z rów​no​wa​gi.

– Ślicz​nie wy​glą​dasz – wy​du​sił ochry​ple.
Na​ka​za​ła so​bie w du​chu opa​no​wa​nie i si​ląc się na lek​ki ton wy​ja​śni​ła ku​li​sy za​-

ku​pu kre​acji. Grant miał minę, jak​by chciał po​wie​dzieć coś wię​cej, ale mruk​nął
je​dy​nie, że po​win​ni już iść.

Jaz​da  li​mu​zy​ną  do  eks​klu​zyw​nej  dziel​ni​cy  wil​lo​wej  nie  trwa​ła  dłu​go.  Fran​kie

z  po​dzi​wem  oglą​da​ła  ar​chi​tek​tu​rę  za​byt​ko​wych  do​mów,  ale  naj​więk​sze  wra​że​-
nie wy​war​ła na niej ogrom​na, rzę​si​ście oświe​tlo​na re​zy​den​cja Ari​sto​va w sty​lu
geo​r​giań​skim.  Ocie​nio​na  ko​ro​na​mi  sta​rych  drzew  bu​dow​la  z  ciem​no​czer​wo​nej
ce​gły wzno​si​ła się na  nie​wiel​kim pa​gór​ku. Wo​kół niej  roz​cią​ga​ła się po​łać  bez​-
kre​snej zie​le​ni. Fran​kie zdą​ży​ła prze​czy​tać, że pa​łac li​czy pięć​dzie​siąt po​miesz​-
czeń, w tym osiem​na​ście sy​pial​ni i dzie​sięć ła​zie​nek, salę ba​lo​wą i ba​sen w pod​-

background image

zie​miach, po​dob​no z cza​sów rzym​skich.

Zna​la​zł​szy  się  na  szczy​cie  wznie​sie​nia,  pod​je​cha​li  do  scho​dów  wej​ścio​wych

wy​sa​dza​nym  po​tęż​ny​mi  dę​ba​mi  sze​ro​kim  pod​jaz​dem  i  usta​wi​li  się  w  ko​lej​ce  li​-
mu​zyn.

Fran​kie  po  raz  dzie​sią​ty  po​pra​wi​ła  wło​sy.  Grant  po​słał  jej  uspo​ka​ja​ją​ce  spoj​-

rze​nie.

– Daj spo​kój, wy​glą​dasz do​sko​na​le.
– Pew​nie co ty​dzień bie​rzesz udział w ta​kich przy​ję​ciach.
– Wca​le nie – od​parł z lek​kim uśmie​chem. – Pa​mię​taj, to tacy sami lu​dzie jak ty.
Miał  znie​wa​la​ją​cy  uśmiech.  Jak  mo​gła  w  ogó​le  po​my​śleć,  że  to  Co​burn  jest

przy​stoj​niej​szym z bra​ci? Z tru​dem ode​rwa​ła spoj​rze​nie od za​my​ślo​ne​go Har​ri​-
so​na.  Nie  przy​wy​kła  do  bliż​szych  kon​tak​tów  z  męż​czy​zna​mi.  Je​dy​ny  dłuż​szy
zwią​zek,  z  ko​le​gą  z  uczel​ni,  po​trwał  rok  i  skoń​czył  się  przed  dwo​ma  laty.  Nie​-
wie​le  wie​dzia​ła  o  taj​ni​kach  mę​skie​go  cha​rak​te​ru.  Na  cóż  zresz​tą  by​ło​by  jej  to
po​trzeb​ne? Naj​waż​niej​sze było za​cho​wa​nie po​sa​dy i na tym po​sta​no​wi​ła się sku​-
pić.

Li​mu​zy​na zna​la​zła się u  stóp sze​ro​kich scho​dów i  odźwier​ny w bia​łych  rę​ka​-

wicz​kach otwo​rzył im drzwi.

– Wi​ta​my w Gvi​don Ho​use.
Grant po​dał jej ra​mię. Gdy wy​sia​da​ła, bły​snę​ły fle​sze apa​ra​tów. Szep​tem za​py​-

tał ją o na​zwę re​zy​den​cji. Wspar​ta na jego ra​mie​niu wy​ja​śni​ła, że to po​stać z ro​-
syj​skiej ba​śni.

– Ari​stov jest za​pew​ne mi​ło​śni​kiem tra​dy​cji. Po​czy​ta​łam so​bie tro​chę o nim.
Wbi​ła  wzrok  w  nie​koń​czą​cy  się  czer​wo​ny  dy​wan  przed  sobą.  Ru​szy​li  nie​-

śpiesz​nie do wej​ścia.

– Wo​bec tego nie jest dla cie​bie ta​jem​ni​cą, że jego obec​na dziew​czy​na pra​cu​je

dla jed​ne​go z naj​więk​szych lon​dyń​skich do​mów au​kcyj​nych. Ju​lia​na Ros​sel​li​ni.

– O pięt​na​ście lat młod​sza od nie​go.
– Po​sta​raj się zdo​być od niej in​for​ma​cje o Ari​sto​vie.
Ski​nę​ła gło​wą, po​chło​nię​ta sil​nym wra​że​niem, ja​kie wy​warł na niej do​tyk cie​-

płej ręki Har​ri​so​na na skó​rze na​gich ple​ców. Do​zna​nie było nie​po​ko​ją​ce, a za​ra​-
zem spra​wi​ło jej nie​kła​ma​ną przy​jem​ność.

– Od​pręż się. Wy​obraź so​bie, że spa​ce​ru​jesz po par​ku, czu​jąc za​pach kwia​tów.
Tyle że w par​ku nikt nie bły​ska jej fle​szem w oczy. Nie po​wta​rza pod​nie​co​nym

gło​sem  na​zwi​ska  Har​ri​so​na.  Przy​wo​ła​ła  na  twarz  sztucz​ny  uśmiech  i  kro​czy​ła
sztyw​na jak ko​łek.

–  Nie  oba​wiasz  się  ar​ty​ku​łów  w  plot​kar​skich  ma​ga​zy​nach?  –  za​gad​nę​ła  pół​-

gęb​kiem.

–  Nie  są​dzę,  by  moja  re​pu​ta​cja  ucier​pia​ła  za  spra​wą  olśnie​wa​ją​cej  bru​net​ki

u mego boku.

Zby​tek uprzej​mo​ści, po​my​śla​ła. Nie mo​gła się wszak rów​nać z pięk​ny​mi, bo​-

ga​ty​mi ko​bie​ta​mi, któ​re kro​czy​ły przed nią. Nie ta liga.

Przed drzwia​mi utwo​rzył się za​tor, go​ście zdej​mo​wa​li okry​cia i buty…

background image

– Wy​kry​wacz me​ta​lu – szep​nął Grant.
Zdej​mu​jąc pan​to​fle, przy​trzy​ma​ła się łok​cia Har​ri​so​na.
– Dla​cze​go to za​wsze do​ty​czy ko​biet? – po​skar​ży​ła się ci​cho.
– Wy​so​kie szpil​ki to po​ten​cjal​na broń – od​parł z uśmie​chem.
Skrzy​wi​ła się żar​to​bli​wie i prze​szła przez wy​kry​wacz. Na​stęp​nie zo​sta​li skie​-

ro​wa​ni na ta​ras, gdzie po​da​wa​no kok​taj​le. Fran​kie była bez​gra​nicz​nie zdzi​wio​-
na tym, co tam zo​ba​czy​ła. Część go​ści w nie​by​wa​le ele​ganc​kich stro​jach prze​-
cha​dza​ła się z kie​lisz​ka​mi w dło​niach, pod​czas gdy inni w stro​jach ką​pie​lo​wych
po​pi​ja​li w ogrom​nym ba​se​nie.

Na most​ku prze​rzu​co​nym przez skraj ba​se​nu sie​dzia​ła olśnie​wa​ją​ca blon​dyn​-

ka w ską​pym bi​ki​ni z dia​men​tów. Wi​dok za​pie​rał dech.

– Oka​zu​je się, że mo​głam wziąć ze sobą ko​stium – szep​nę​ła Fran​kie. – By​ło​by

znacz​nie ta​niej.

Ob​da​rzył ją mrocz​nym, nie​od​gad​nio​nym spoj​rze​niem.
– W suk​ni je​steś bez​piecz​niej​sza – od​parł krót​ko.
Zno​wu  prze​sko​czy​ła  mię​dzy  nimi  iskra.  To  nie  w  po​rząd​ku,  mó​wi​ły  jej  oczy.

Mie​li​śmy za​cho​wać za​sa​dy. Sama się o to pro​si​łaś, praw​da? – od​po​wie​dział spoj​-
rze​niem.

– Chodź​my do baru. Po dro​dze po​szu​ka​my go​spo​da​rza.
Krót​ko po​tem Grant wy​pa​trzył Ari​sto​va i po​ka​zał go Fran​kie. Odzia​ny w smo​-

king męż​czy​zna stał w krę​gu go​ści z pięk​ną ko​bie​tą w czer​wo​nej suk​ni u boku.
Ju​lia​na.

Har​ri​son za​mó​wił w ba​rze kok​taj​le i obo​je prze​su​nę​li się bli​żej gru​py Ari​sto​-

va, wi​ta​jąc się z nim z od​da​le​nia. Do​pie​ro po upły​wie kwa​dran​sa Ro​sja​nin prze​-
pro​sił roz​mów​ców i wraz ze swo​ją świ​tą pod​szedł do Har​ri​so​na.

Wy​mie​ni​li  sło​wa  po​wi​ta​nia.  Wy​so​ki,  nie​mło​dy  Ro​sja​nin  o  bursz​ty​no​wych

oczach  i  re​gu​lar​nych  ry​sach  twa​rzy  po​ca​ło​wał  Fran​kie  po​ufa​le  w  oba  po​licz​ki,
po  czym  przed​sta​wił  swo​ją  dziew​czy​nę,  po​staw​ną  bru​net​kę  im​po​nu​ją​cej  uro​dy.
Wik​tor  Ka​min​ski,  przy​sa​dzi​sty,  pu​co​ło​wa​ty  ru​dzie​lec,  pod​niósł  dłoń  Fran​kie  do
ust.

–  Har​ri​son  jest  praw​dzi​wym  szczę​ścia​rzem  –  wy​mam​ro​tał,  skła​da​jąc  po​ca​łu​-

nek.

Fran​kie szyb​ko cof​nę​ła rękę, ale nie mo​gła unik​nąć dal​sze​go za​in​te​re​so​wa​nia

Wik​to​ra,  Har​ri​son  zdą​żył  bo​wiem  nad​mie​nić,  że  jego  to​wa​rzysz​ka  do​sko​na​le
wła​da ro​syj​skim. Ro​sja​nin uparł się po​roz​ma​wiać z nią o au​kcji, któ​ra mia​ła się
od​być  tego  wie​czo​ra.  Ura​to​wa​ła  ją  Ju​lia​na,  pro​po​nu​jąc  opro​wa​dze​nie  po  re​zy​-
den​cji. Wzię​ła Fran​kie pod ra​mię i po​cią​gnę​ła ją naj​pierw do baru po kie​li​szek
szam​pa​na. Za​ję​ły miej​sca w ustron​nym ką​ci​ku.

– Bied​ny Wik​tor – za​wo​ła​ła śmie​jąc się kpią​co. – Ależ wpa​dłaś mu w oko! Kon​-

ku​ren​cja jest jed​nak sil​na, bo twój szef wy​glą​da bo​sko.

– Za​le​ży mi na po​sa​dzie – skwi​to​wa​ła za​czep​kę Fran​kie.
–  E  tam,  szyb​ko  znaj​dziesz  inną…  –  Ju​lia​na  przy​wo​ła​ła  kel​ne​ra  i  za​mó​wi​ła

szam​pa​na. – Le​onid twier​dzi, że Har​ri​son ma wiel​kie am​bi​cje po​li​tycz​ne. Za​mie​-

background image

rza po​noć star​to​wać na urząd pre​zy​den​ta Sta​nów.

– Za nic się do tego nie przy​zna – od​par​ła Fran​kie z uśmie​chem – więc nie ma

sen​su mu o tym wspo​mi​nać.

–  Wła​dza  to  sil​ny  afro​dy​zjak,  a  on  wy​glą​da  tak  słod​ko,  że  chcia​ło​by  się  go

schru​pać. – Fran​kie ski​nę​ła gło​wą i Ju​lia​na cią​gnę​ła: – Do​strze​gam na​pię​cie mię​-
dzy nim a Le​oni​dem.

– Har​ri​so​no​wi za​le​ży na pod​pi​sa​niu kon​trak​tu – od​rze​kła Fran​kie rze​czo​wo. –

Zo​sta​ło jesz​cze kil​ka dro​bia​zgów…

– Pro​blem w tym, że obaj uwiel​bia​ją rzą​dzić, ty​po​wi osob​ni​cy alfa. Ża​den nie

ze​chce ustą​pić.

Kel​ner po​sta​wił przed nimi dwa kie​lisz​ki schło​dzo​ne​go szam​pa​na.
– Być może trud​no w to uwie​rzyć, ale Le​oni​do​wi nie za​le​ży wy​łącz​nie na in​te​-

re​sach. To do​bry czło​wiek, dla​te​go zor​ga​ni​zo​wał tę galę. On musi czuć, że po​-
dej​mu​je wła​ści​we de​cy​zje. Je​że​li zwle​ka z osta​tecz​nym za​war​ciem kon​trak​tu, to
nie z po​wo​du uchy​bień w do​ku​men​tach. On kie​ru​je się ser​cem.

Fran​kie po​sta​no​wi​ła to za​pa​mię​tać.
– Jaki on jest? – za​py​ta​ła.
– Bar​dzo wy​so​kie IQ. Twar​dy jak stal – od​rze​kła Ju​lia​na. – Ale do​bry dla przy​-

ja​ciół i dla mnie słod​ki jak miód, mimo że żona ucie​kła od nie​go z po​ło​wą ma​jąt​-
ku.

– Rzad​ki przy​pa​dek do​bre​go oli​gar​chy – skwi​to​wa​ła Fran​kie.
– A że​byś wie​dzia​ła. Na przy​kład Mar​ko​vic jest cał​kiem inny. To nie​bez​piecz​ny

typ.  –  Fran​kie  do​brze  o  tym  wie​dzia​ła.  Je​den  z  naj​bo​gat​szych  lu​dzi  na  świe​cie
nie znał li​to​ści w in​te​re​sach.

– Na szczę​ście wy​je​chał za gra​ni​cę, więc nie mu​szę uda​wać, że go lu​bię – cią​-

gnę​ła Ju​lia​na, są​cząc mu​su​ją​cy tru​nek. Fran​kie po​pro​si​ła o bliż​sze wy​ja​śnie​nia.
– Fa​cet ma nie​ja​sne po​wią​za​nia z pół​świat​kiem i bar​dzo źle trak​tu​je swo​je ko​-
bie​ty.

Fran​kie za​no​to​wa​ła w pa​mię​ci, by na wszel​ki wy​pa​dek scho​dzić Mar​ko​vi​co​wi

z dro​gi. Po​wąt​pie​wa​ła jed​nak, czy jesz​cze gdzieś się z nim spo​tka.

Z  kie​lisz​ka​mi  w  dło​niach  ru​szy​ły  na  zwie​dza​nie  re​zy​den​cji.  Gdy  po  nie​speł​na

go​dzi​nie  Ju​lia​na  za​pro​wa​dzi​ła  ją  z  po​wro​tem  do  Har​ri​so​na,  Fran​kie  była
w  znacz​nie  lep​szym  na​stro​ju.  Za  to  z  jej  sze​fem  było  do​kład​nie  na  od​wrót.  Po
jego mar​so​wej mi​nie po​zna​ła, że nie uda​ło mu się jesz​cze po​roz​ma​wiać z Ari​sto​-
vem o in​te​re​sach.

–  Nie  mam  po​ję​cia,  po  co  tu​taj  przy​szli​śmy  –  wark​nął  Har​ri​son,  do​pi​ja​jąc

bursz​ty​no​wy tru​nek. Ju​lia​na i Wik​tor wy​mó​wi​li się wcze​śniej pil​ny​mi obo​wiąz​ka​-
mi i zo​sta​wi​li ich sa​mych. – On mnie uni​ka, pod byle pre​tek​stem, a prze​cież wie,
że mu​szę z nim po​roz​ma​wiać.

Fran​kie roz​wa​ży​ła w du​chu, czy prze​ka​zać mu po​zy​ska​ne od Ju​lia​ny cen​ne in​-

for​ma​cje. Uzna​ła, że tak wła​śnie po​win​na po​stą​pić, i po​krót​ce stre​ści​ła Har​ri​so​-
no​wi treść roz​mo​wy z nią.

– Je​że​li Ari​stov zwle​ka z za​war​ciem kon​trak​tu, to nie z po​wo​du uchy​bień w do​-

background image

ku​men​tach. On kie​ru​je się ser​cem – po​wtó​rzy​ła nie​mal do​słow​nie opi​nię Ju​lia​ny.

– Oma​wia​łaś z nią szcze​gó​ły kon​trak​tu? – Grant przy​gwoź​dził ją wzro​kiem.
–  Prze​cież  pro​si​łeś,  żeby  ją  dys​kret​nie  wy​ba​dać.  Za​uwa​ży​ła  na​pię​cie  mię​dzy

wami  i  sama  pod​nio​sła  ten  te​mat  –  bro​ni​ła  się  Fran​kie,  czu​jąc,  jak  ze  stra​chu
przed gnie​wem sze​fa mięk​ną jej ko​la​na. – Im​pe​rium Ari​sto​va się chwie​je, mimo
to wy​da​je on wiel​kie przy​ję​cie, aby pod​kre​ślić, że oprócz pie​nię​dzy li​czą się dla
nie​go war​to​ści. Po​każ mu, że ro​zu​miesz jego gest.

Grant mil​czał, ba​da​jąc ją wzro​kiem. Nie wy​da​wał się prze​ko​na​ny. Na​po​mknął,

że gdy​by na​wet po​słu​chał rady Fran​kie, to jak niby miał​by oka​zać zro​zu​mie​nie,
sko​ro nie ma oka​zji po​roz​ma​wiać z Ari​sto​vem na osob​no​ści?

–  Oka​zja  musi  się  zna​leźć.  –  Fran​kie  jak  zwy​kle  try​ska​ła  opty​mi​zmem.  –  Au​-

kcja  jest  dla  Ari​sto​va  bar​dzo  waż​na,  ale  po  jej  za​koń​cze​niu  na  pew​no  bę​dzie
wol​ny i po​świę​ci ci czas. – Sama pra​gnę​ła w to wie​rzyć. – Nie do​wiesz się, za​nim
nie spró​bu​jesz – prze​ko​ny​wa​ła.

– Za​tem chodź​my – od​rzekł Grant i z trza​skiem od​sta​wił szklan​kę na sto​lik.

Sala  ba​lo​wa  ude​ko​ro​wa​na  czer​wie​nią  i  zło​tem  była  już  peł​na  go​ści.  Fran​kie

ni​g​dy  do​tąd  nie  wi​dzia​ła  tak  bo​ga​te​go  wy​stro​ju.  Z  su​fi​tu  zwie​sza​ły  się  zdob​ne
ży​ran​do​le,  z  tu​zi​na  ma​lut​kich  bal​ko​ni​ków  roz​po​ście​rał  się  wi​dok  na  ogrom​ny
staw, jaki Ari​stov ka​zał wy​ko​pać na te​re​nie po​sia​dło​ści. Fran​kie wi​dzia​ła kie​dyś
zdję​cie ro​syj​skiej ope​ry na​ro​do​wej, któ​ra wy​glą​da​ła po​dob​nie.

Po​śród go​ści krą​ży​li kel​ne​rzy z ta​ca​mi pie​ni​ste​go szam​pa​na, ob​słu​ga roz​da​wa​-

ła li​stę wy​sta​wio​nych na au​kcję przed​mio​tów.

Fran​kie nie zna​ła się wpraw​dzie na sztu​ce, lecz oczy nie​mal wy​szły jej z or​bit,

gdy prze​bie​gła wzro​kiem ceny wy​wo​ław​cze ob​ra​zów. Więk​szość była sied​mio​cy​-
fro​wa.

Mil​czą​cy Grant z uwa​gą stu​dio​wał li​stę.
Za​pło​nę​ły świa​tła i na po​dium uka​zał się Ari​stov z Ju​lia​ną u boku. Roz​po​czął

od lek​kie​go żar​tu, że jego to​wa​rzysz​ka nie jest przed​mio​tem dzi​siej​szej li​cy​ta​cji.
Go​ście za​re​ago​wa​li uśmie​cha​mi. Na​stęp​nie wy​gło​sił krót​kie prze​mó​wie​nie o ar​-
ty​stach i ich zna​cze​niu dla świa​ta, któ​re Fran​kie wy​da​ło się szcze​re i elo​kwent​-
ne. Ro​sja​nin z pew​no​ścią od​zna​czał się do​bro​cią i cha​ry​zmą.

Ari​stov wspo​mniał jesz​cze o kil​ku szcze​gól​nie god​nych uwa​gi eks​po​na​tach, po

czym  prze​ka​zał  pa​łecz​kę  li​cy​ta​to​ro​wi.  Bry​tyj​czyk  o  tu​bal​nym  gło​sie  spraw​nie
po​pro​wa​dził li​cy​ta​cję współ​cze​sne​go ma​lar​stwa ro​syj​skie​go. Ostat​nie dzie​ło zo​-
sta​ło sprze​da​ne za sumę dwóch mi​lio​nów fun​tów.

Na​stęp​nie  li​cy​to​wa​no  je​den  z  ob​ra​zów  Cha​gal​la.  Fran​kie  prze​czy​ta​ła  w  opi​-

sie, że cha​rak​te​ry​stycz​ny ja​skra​wy błę​kit płót​na po​cho​dzi z okre​su ni​cej​skie​go
ar​ty​sty. Szep​nę​ła do Gran​ta, że ob​raz wpra​wia ją w za​chwyt. Cena wy​wo​ław​cza
wy​no​si​ła  pół​to​ra  mi​lio​na  fun​tów.  Gość  z  pierw​sze​go  rzę​du  od  razu  pod​bił  na
dwa. Ame​ry​ka​nin z po​łu​dnio​wym ak​cen​tem na​tych​miast za​li​cy​to​wał pół mi​lio​na
wię​cej. Obaj męż​czyź​ni pod​bi​ja​li cenę, któ​ra do​szła do trzech i pół mi​lio​na.

– Czte​ry mi​lio​ny – wtrą​cił spo​koj​nie Grant. Li​cy​ta​tor pod​chwy​cił ofer​tę, pró​bu​-

background image

jąc za​chę​cić do jej pod​bi​cia, ale nie zna​lazł chęt​nych.

–  Sprze​da​ny!  –  za​wo​łał,  stu​ka​jąc  gło​śno  drew​nia​nym  młot​kiem.  –  Pan  Grant,

czte​ry mi​lio​ny fun​tów!

Za​sko​czo​na  Fran​kie  ga​pi​ła  się  na  Gran​ta  z  otwar​ty​mi  usta​mi.  Zer​k​nął  w  jej

stro​nę i wzru​szył ra​mio​na​mi.

Po  wy​li​cy​to​wa​niu  jesz​cze  dwóch  dzieł  za  rów​nie  astro​no​micz​ne  sumy  na  po​-

dium  po​ja​wił  się  zno​wu  Ari​stov.  Po​dzię​ko​wał  go​ściom  za  nie​zwy​kłą  hoj​ność
i  ogło​sił  za​koń​cze​nie  au​kcji.  Zszedł  na  par​kiet  z  wier​nym  Wik​to​rem  u  boku
i wmie​szał się w tłum. Grant po​wiódł za nim spoj​rze​niem.

–  Chciał​bym,  że​byś  przez  kil​ka  mi​nut  za​ję​ła  Ka​min​skie​go  –  po​wie​dział  do

Fran​kie.

Nie na​le​ża​ło to do jej obo​wiąz​ków, więc mo​gła od​mó​wić, ale dziś chcia​ła po​ka​-

zać sze​fo​wi, że za​wsze może na nią li​czyć.

– Oczy​wi​ście. Mo​żesz się nim nie przej​mo​wać – od​rze​kła, wy​gła​dza​jąc suk​nię

na bio​drach.

Ka​min​ski za​mie​nił kil​ka słów z li​cy​ta​to​rem, po czym skie​ro​wał się do zna​ko​mi​-

cie za​opa​trzo​ne​go baru. Fran​kie prze​pchnę​ła się przez tłum go​ści na czo​ło ko​-
lej​ki i sta​nę​ła przy kon​tu​arze po pra​wej stro​nie Ro​sja​ni​na, za​ję​te​go żar​to​bli​wą
po​ga​węd​ką  z  mło​dą,  ład​ną  bar​man​ką.  Za​mó​wi​ła  wodę  z  pla​ster​kiem  cy​try​ny,
ma​jąc na​dzie​ję, że Ka​min​ski ją za​uwa​ży, lecz był cał​ko​wi​cie po​chło​nię​ty blon​dyn​-
ką. Czu​jąc przy​pływ ad​re​na​li​ny, do​no​śniej niż za​zwy​czaj jej się to zda​rza​ło, po​-
dzię​ko​wa​ła  bar​ma​no​wi  za  na​pój.  Je​śli  nie  uda  jej  się  za​trzy​mać  Wik​to​ra…  Na
szczę​ście spoj​rzał na nią i oczy mu się za​świe​ci​ły.

Wziął do rąk pę​ka​te kie​lisz​ki z ko​nia​kiem – dla sie​bie i Ari​sto​va – i pod​szedł do

Fran​kie.

– Gdzie się po​dział Grant? – za​py​tał z przy​ga​ną. – Zo​sta​wił pa​nią samą?
– Roz​ma​wia ze zna​jo​mym. – Po​sła​ła mu po​włó​czy​ste spoj​rze​nie. – A sko​ro tak,

to  chęt​nie  sko​rzy​stam  z  pań​skiej  ofer​ty  po​ka​za​nia  mi  tu​tej​szych  dzieł  sztu​ki.  –
Na twa​rzy Ro​sja​ni​na od​ma​lo​wa​ło się nie​zde​cy​do​wa​nie. Mu​sia​ła dzia​łać szyb​ko.
– Pro​szę – szep​nę​ła omdle​wa​ją​cym to​nem. – Dru​giej oka​zji nie bę​dzie…

– Pod wa​run​kiem, że spró​bu​je pani, jak sma​ku​je Fra​pin Cu​vée z dzie​więt​na​ste​-

go wie​ku – po​dał jej kie​li​szek. – Wła​śnie sze​dłem do Le​oni​da.

Bez pro​te​stu wzię​ła od nie​go ko​niak, uję​ła go pod ra​mię i wraz z nim ru​szy​ła

na  pierw​sze  pię​tro  pa​ła​cu,  gdzie  cią​gnął  się  dłu​gi,  wy​ło​żo​ny  mar​mu​rem  ko​ry​-
tarz,  a  na  ścia​nach  wi​sia​ły  ob​ra​zy  ze  słyn​nej  ko​lek​cji  Ari​sto​va.  Umie​jęt​nie
oświe​tlo​na  eks​po​zy​cja  ro​bi​ła  ogrom​ne  wra​że​nie,  Fran​kie  nie  mu​sia​ła  uda​wać
za​in​te​re​so​wa​nia.  Ka​min​ski  z  en​tu​zja​zmem  pa​sjo​na​ta  opi​sy​wał  jej  po​szcze​gól​ne
dzie​ła.  Fran​kie  od​po​wia​da​ła  mu  za​chwy​co​nym  uśmie​chem,  co  rusz  mu​ska​jąc
jego  ra​mię.  Wi​dzia​ła,  że  jej  me​to​da  się  spraw​dza,  Ka​min​ski  był  wy​raź​nie  pod​-
eks​cy​to​wa​ny.

Po raz pierw​szy Fran​kie po​czu​ła re​al​ną siłę swo​jej ko​bie​co​ści. Uwo​dze​nie wy​-

cho​dzi​ło jej cał​kiem nie​źle, dla​cze​go nie spró​bo​wa​ła tego wcze​śniej?

Po  obej​rze​niu  ko​lek​cji  na  pierw​szym  pię​trze  Ka​min​ski  po​cią​gnął  ją  wy​żej,

background image

gdzie znaj​do​wa​ły się ob​ra​zy współ​cze​snych ro​syj​skich mi​strzów. Fran​kie sza​co​-
wa​ła, że mi​nę​ło już co naj​mniej dwa​dzie​ścia mi​nut.

–  Nie​zwy​kle  in​te​re​su​ją​ce  –  po​chwa​li​ła,  ści​ska​jąc  kie​li​szek  w  ręku.  Są​czy​ła

wart pięć ty​się​cy do​la​rów wy​bor​ny tru​nek moż​li​wie jak naj​wol​niej, mimo to czu​-
ła, jak roz​grze​wa jej krew.

– Je​stem tego sa​me​go zda​nia – zgo​dził się z nią Ka​min​ski. – Ale te​raz mu​szę

już iść, Le​onid na mnie cze​ka.

– Och – szep​nę​ła roz​cza​ro​wa​na, nie bę​dąc pew​na, czy dała Gran​to​wi wy​star​-

cza​ją​co dużo cza​su. – Mia​łam na​dzie​ję na wię​cej… – Ka​min​ski bły​snął ocza​mi.

– W pry​wat​nych po​ko​jach Le​oni​da wisi prze​pięk​ny Cha​gall. Chęt​nie pani po​ka​-

żę – po​wie​dział.

W gło​wie Fran​kie roz​dzwo​ni​ły się dzwon​ki alar​mo​we. Po​tra​fi​ła czy​tać mię​dzy

wier​sza​mi, a in​ten​cje Ro​sja​ni​na były ra​czej ja​sne. Sta​nął przy niej tak bli​sko, że
po​czu​ła du​szą​cy za​pach jego wody po go​le​niu i mia​ła ocho​tę kich​nąć. Po​śpiesz​-
nie wy​mó​wi​ła się od wy​ciecz​ki do pry​wat​nych po​koi go​spo​da​rza.

– Na pew​no? – Zbli​żył się jesz​cze o krok. – Tak miło nam się ga​wę​dzi​ło… – Na​-

gle  na​bra​ła  pew​no​ści,  że  męż​czy​zna  ze​chce  ją  po​ca​ło​wać.  Cóż  w  tym  zresz​tą
dziw​ne​go, chcąc zy​skać na cza​sie, flir​to​wa​ła z nim prze​cież jak sza​lo​na. Ser​ce
za​bi​ło  jej  moc​niej.  Otwo​rzy​ła  usta,  by  po​dzię​ko​wać  mu  za  opro​wa​dze​nie,  ale
oparł się obie​ma dłoń​mi o ścia​nę, za​my​ka​jąc ją w po​trza​sku.

– Nie ucie​kaj – po​wie​dział ci​cho po ro​syj​sku. – Zo​stań ze mną.
W przy​pły​wie pa​ni​ki schy​li​ła się gwał​tow​nie i wy​mknę​ła pod jego ra​mie​niem.

Cof​nę​ła się, on zaś spoj​rzał na nią z roz​ba​wie​niem. Po​ka​za​ła mu pu​sty kie​li​szek.

– Naj​pierw na​pi​ła​bym się jesz​cze odro​bi​nę ko​nia​ku. – Po​nie​waż spoj​rzał na nią

ze zdzi​wie​niem, do​rzu​ci​ła: – Tak bar​dzo mi sma​ku​je…

– Jesz​cze zro​bi​my z cie​bie praw​dzi​wą Ro​sjan​kę – ro​ze​śmiał się na to Ka​min​-

ski.

Znów po​dał jej ra​mię i po​pro​wa​dził ją do baru na par​te​rze. Gdy prze​ci​ska​li się

przez  tłum  go​ści,  bez  skrę​po​wa​nia  ob​jął  ją  w  pa​sie.  Pod​czas  gdy  za​ma​wiał  dla
nich al​ko​hol, Fran​kie go​rącz​ko​wo szu​ka​ła wzro​kiem Gran​ta, ale ni​g​dzie nie było
go wi​dać. Grzmia​ła mu​zy​ka i bły​ska​ły lam​py stro​bo​sko​po​we, co znacz​nie utrud​-
nia​ło po​szu​ki​wa​nia.

–  Po​win​ni​śmy  za​tań​czyć  –  oznaj​mił  Ka​min​ski,  wra​ca​jąc  z  ko​nia​kiem.  Fran​kie

uzna​ła to za do​bry po​mysł, czu​ła bo​wiem, że nie po​win​na już wię​cej pić. Ale kie​-
dy chcia​ła od​sta​wić kie​li​szek, Wik​tor ka​zał jej wziąć go ze sobą na par​kiet.

Or​kie​stra gra​ła po​wol​ną, sen​ty​men​tal​ną me​lo​dię. Fran​kie uda​wa​ła, że po​pi​ja,

ko​ły​sząc  się  z  part​ne​rem  w  rytm  me​lo​dii.  Wy​pi​ty  wcze​śniej  szam​pan,  du​cho​ta
i  ścisk  na  par​kie​cie  oraz  wstręt​ny  za​pach  wody  po  go​le​niu  sta​no​wi​ły  upior​ną
mie​szan​kę. Wik​tor przy​ci​skał ją co​raz moc​niej.

Grant, do cho​le​ry, gdzie je​steś? – za​wy​ła w du​chu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Ari​stov stał sa​mot​nie, opar​ty o kutą po​ręcz bal​ko​ni​ku. Nie oka​zał by​naj​mniej

za​sko​cze​nia, gdy do​łą​czył do nie​go Grant. Wy​ra​ził uprzej​me zdzi​wie​nie w związ​-
ku z na​by​ciem przez go​ścia ma​lo​wi​dła Cha​gal​la.

Wy​mie​ni​li kil​ka nie​zna​czą​cych uwag i Grant gład​ko prze​szedł do rze​czy.
– Cie​kaw je​stem, skąd ta​kie za​cho​wa​nie, Le​oni​dzie. By​łem pe​wien, że się do​-

ga​da​li​śmy.

– Ogar​nę​ły mnie wąt​pli​wo​ści  jak pan​nę mło​dą przed  ślu​bem. – Ari​stov  uciekł

się do żar​to​bli​we​go tonu, lecz po chwi​li spo​waż​niał. – In​stynkt mi pod​po​wia​da,
że  nie  cho​dzi  ci  wca​le  o  prze​ję​cie  Si​be​riu​sa,  wzią​łeś  na  ce​low​nik  Mar​ko​vi​ca
i chcesz go wy​koń​czyć. By​ło​by to uko​ro​no​wa​niem two​je​go po​wro​tu na szczyt.

Grant  sta​rał  się  ukryć  za​sko​cze​nie.  Ari​stov  nie  miał  pra​wa  wie​dzieć,  co  nim

kie​ro​wa​ło, mimo to zda​wał się znać pod​ło​że ca​łej trans​ak​cji.

– Mar​ko​vic wpę​dził two​je​go ojca do gro​bu – stwier​dził Ro​sja​nin bez ogró​dek.

– Ja pra​gnął​bym ze​msty. – W jego oczach mi​gnął nie​bez​piecz​ny błysk. – Po​py​ta​-
łem przy​ja​ciół w ban​ku in​we​sty​cyj​nym, do​wie​dzia​łem się, że po ci​chu wy​ku​pi​łeś
już dru​gie​go klu​czo​we​go do​staw​cę Mar​ko​vi​ca i szyb​ko do​da​łem dwa do dwóch.

Czer​wo​na mgła fu​rii za​sło​ni​ła na mo​ment wi​zję Gran​ta. Gło​wy po​le​cą, je​śli ja​-

kiś ban​kier zdra​dził ta​jem​ni​cę, ale tym zaj​mie się po​tem. Na ra​zie mu​siał do​pil​-
no​wać, by Ari​stov nie wy​sa​dził jego mi​ster​ne​go pla​nu w po​wie​trze. Prze​czu​wał,
że jesz​cze nie wszyst​ko stra​co​ne.

–  Nie  zno​szę  Mar​ko​vi​ca  –  Ari​stov  od​po​wie​dział  na  za​da​wa​ne  w  du​chu  przez

Gran​ta py​ta​nie – ale nie mam wy​bo​ru, mu​szę ro​bić z nim in​te​re​sy. Z chę​cią jed​-
nak po​pa​trzę, na jego upa​dek. Za​le​ży mi na​to​miast na lo​sie mo​jej fir​my, więc za​-
sta​na​wiam się, ja​kie masz wo​bec niej pla​ny, Grant.

Nie oka​zu​jąc po so​bie ulgi, Har​ri​son spo​koj​nie od​po​wie​dział na jego py​ta​nie,

Ari​stov nie był jed​nak prze​ko​na​ny. Przy​pusz​czał, że za​mia​rem Gran​ta jest li​kwi​-
da​cja jego uko​cha​nej fir​my. Grant za​cho​wał ka​mien​ną twarz, mimo że ja​kimś cu​-
dem Ari​stov czy​tał w nim jak w otwar​tej księ​dze. Wy​słu​chaw​szy jego wy​ja​śnień,
wbił w nie​go spoj​rze​nie by​strych sza​rych oczu.

– Mój oj​ciec zbu​do​wał po​tę​gę Si​be​riu​sa, za​le​ży mi na tej fir​mie – rzekł. – Nie

sprze​dam ci jej, że​byś ją znisz​czył w ak​cie śle​pej ze​msty.

Grant od​su​nął na bok wy​rzu​ty su​mie​nia. Już daw​no po​sta​no​wił, że bę​dzie pa​-

trzył, jak Mar​ko​vic kur​czy się i zdy​cha po​wol​ną śmier​cią, i tego do​ko​na. Za​czął
znów prze​ko​ny​wać Ari​sto​va, sta​ra​jąc się go uspo​ko​ić i wy​ja​śnić wszel​kie wąt​pli​-
wo​ści.

– Za​sta​na​wia​łem się, co będę da​lej ro​bił, Grant. Ty pew​nie pój​dziesz do po​li​ty​-

ki,  ja  zaś  chciał​bym  się  za​jąć  sprze​da​żą  nie​ru​cho​mo​ści  na  Man​hat​ta​nie.  Je​śli

background image

przed​sta​wisz  mi  spój​ny  plan  przy​szło​ści  Si​be​riu​sa,  któ​ry  mi  się  spodo​ba,  to
z chę​cią pod​pi​szę kon​trakt.

– Jest już go​to​wy – od​parł Grant. Bę​dzie się mu​siał wy​ka​zać nie​by​wa​łą zręcz​-

no​ścią, ale wie​rzył, że mu się uda.

– Co zro​bi​łeś z Ka​min​skim? Miał mi przy​nieść kie​li​szek ko​nia​ku.
– Za​ję​ła się nim moja asy​stent​ka.
– To nie był do​bry po​mysł. – Ari​stov po​krę​cił gło​wą, śmie​jąc się ci​cho.

Grant wkro​czył do sali ba​lo​wej, czu​jąc, że zwy​cię​stwo jest bli​sko. Ad​re​na​li​na

szu​mia​ła mu w uszach, gdy pew​nym kro​kiem prze​dzie​rał się przez tłum. Ari​stov
przej​rzał wpraw​dzie jego mi​ster​ny plan, ale był go​tów wziąć w nim udział. Kie​dy
w koń​cu pod​pi​sze kon​trakt, los Mar​ko​vi​ca zo​sta​nie przy​pie​czę​to​wa​ny.

Za​mó​wił w ba​rze whi​sky i po​gra​tu​lo​wał so​bie w du​chu suk​ce​su.
Nie oby​ło się, rzecz ja​sna, bez sko​rzy​sta​nia z po​mo​cy Fran​kie. Do​ce​niał go​to​-

wość asy​stent​ki do jej udzie​le​nia, po​do​ba​ła mu się jej od​wa​ga. Pod​su​nę​ła mu nie​-
je​den  do​bry  po​mysł  prze​pro​wa​dze​nia  roz​gryw​ki  z  Ari​sto​vem.  Po​sia​da​ła  cen​ną
umie​jęt​ność  ro​zu​mie​nia  mo​ty​wów  ludz​kie​go  dzia​ła​nia,  oka​za​ła  się  jego  taj​ną
bro​nią.  Bez  niej  nie  od​niósł​by  dzi​siaj  suk​ce​su.  Mimo  to  mu​siał  uwa​żać,  by  nie
pod​dać się jej uro​ko​wi. Nie by​ło​by to dla nie​go ko​rzyst​ne.

Do​pił  tru​nek  i  wy​ru​szył  na  po​szu​ki​wa​nie  dziew​czy​ny,  prze​py​cha​jąc  się  przez

tłum  tań​czą​cych  go​ści.  Pa​no​wał  nie​przy​jem​ny  ścisk  i  du​cho​ta.  Już  miał  dać  za
wy​gra​ną i po​szu​kać Ju​lia​ny, gdy wtem uj​rzał Fran​kie w ob​ję​ciach Ka​min​skie​go.

Męż​czy​zna obej​mo​wał ją ni​sko w pa​sie, ona zaś uśmie​cha​ła się do nie​go, ale

w sztucz​ny, wy​si​lo​ny spo​sób. Grant ru​szył po​śpiesz​nie w ich stro​nę.

Ka​min​ski spoj​rzał na nie​go z wy​raź​ną iry​ta​cją, ale nie od​wa​żył się sprze​ci​wić

Gran​to​wi, któ​ry oznaj​mił, że musi ko​niecz​nie po​roz​ma​wiać ze swo​ją asy​stent​ką.

– Znaj​dę cię jesz​cze póź​niej, Fran​ce​sco – po​wie​dział zna​czą​co i od​szedł.
Nie​do​cze​ka​nie, po​my​ślał mści​wie Grant. Fran​kie po​dzię​ko​wa​ła Ka​min​skie​mu

jesz​cze jed​nym pla​sti​ko​wym uśmie​chem i zbli​ży​ła się do Gran​ta.

– Nie po​trze​bu​ję tego drin​ka – szep​nę​ła mu do ucha, wspi​na​jąc się na pal​ce.
Chra​pli​wy szept po​ła​sko​tał go w ucho, prze​szedł mro​wie​niem po krzy​żu. Wziął

od niej kie​li​szek, od​sta​wił na po​bli​ski sto​lik i za​gar​nął ją w swo​je ob​ję​cia. Wtu​li​-
ła się w nie​go ze swo​bo​dą, ja​kiej się po niej nie spo​dzie​wał, i za​czę​li ko​ły​sać się
w tań​cu.

– Do​brze, że już je​steś – wy​szep​ta​ła. – My​śla​łam, że znów za​mie​rza mnie po​-

ca​ło​wać.

– Po​ca​ło​wał cię? – spy​tał z obu​rze​niem.
– To moja wina… Flir​to​wa​łam z nim, żeby go jak naj​dłu​żej za​trzy​mać. Chciał

już wra​cać do Ari​sto​va, więc się prze​stra​szy​łam, że jesz​cze nie skoń​czy​łeś roz​-
mo​wy, i… Być może odro​bi​nę prze​sa​dzi​łam.

–  Prze​pra​szam,  to  moja  wina,  nie​po​trzeb​nie  cię  na  to  na​ra​zi​łem  –  ka​jał  się

Grant.  –  Ari​stov  twier​dzi,  że  on  się  w  to​bie  za​du​rzył.  Nie  po​wi​nie​nem  był  cię
w ogó​le o to pro​sić.

background image

Za​ru​mie​ni​ła  się  jak  pi​wo​nia,  co  tyl​ko  do​da​ło  jej  uro​ku.  Wy​glą​da​ła  na​praw​dę

olśnie​wa​ją​co. Pa​mię​tał wra​że​nie, ja​kie od​niósł, uj​rzaw​szy ją w tej suk​ni. Rzecz
ja​sna,  wi​dział  już  mnó​stwo  ko​biet  w  kre​acjach  z  głę​bo​kim  de​kol​tem,  ale  tyl​ko
Fran​kie wy​glą​da​ła jak uoso​bie​nie po​wa​bu i nie​win​no​ści, i nie spo​sób było się jej
oprzeć.

Pra​gnął gła​dzić jej ak​sa​mit​ną skó​rę, do​ty​kać jej jak wcze​śniej na czer​wo​nym

dy​wa​nie.

Była  pięk​na  i  nie​by​wa​le  po​nęt​na.  Nic  dziw​ne​go,  że  Ka​min​ski  stra​cił  dla  niej

gło​wę. Każ​dy praw​dzi​wy męż​czy​zna pra​gnął​by ze​rwać ten uro​czy kwiat.

Z roz​ko​szą wdy​chał jej świe​ży ró​ża​ny za​pach, ata​ku​ją​cy jego wszyst​kie zmy​-

sły. Kie​dy sie​dział w swo​im ga​bi​ne​cie, wie​dząc, że ona jest obok, tak bli​sko, ja​-
koś so​bie ra​dził z tą po​ku​są, te​raz jed​nak, trzy​ma​jąc ją w ra​mio​nach tak uf​nie
wtu​lo​ną czuł, że tra​ci opa​no​wa​nie.

Spoj​rza​ła  na  nie​go  i  na  mo​ment  ze​tknę​li  się  wzro​kiem.  Czas  jak​by  zwol​nił

bieg.  Za​sko​czo​ny  Grant  nie  zdą​żył  na​ło​żyć  swo​jej  zwy​kłej  ma​ski,  a  po​płoch
w oczach Fran​kie zdra​dził mu, że po​peł​nił błąd.

– Czy uda​ło ci się po​roz​ma​wiać z Ari​sto​vem? – za​py​ta​ła ner​wo​wo i czar prysł.
– Dzię​ki two​im in​for​ma​cjom uda​ło mi się zdo​być jego peł​ne za​ufa​nie.
– Na czym po​le​gał pro​blem?
– Si​be​riu​sa za​ło​żył jego oj​ciec, fir​ma ma dla Ari​sto​va war​tość sen​ty​men​tal​ną. –

Gdy  za​uwa​ży​ła,  że  na  szczę​ście  prze​cho​dzi  w  do​bre  ręce,  Gran​ta  ogar​nę​ło  na
mo​ment po​czu​cie winy, ale szyb​ko się z tego otrzą​snął. Zdał jej krót​ko spra​wę
z dal​szych usta​leń z Ari​sto​vem.

– To do​brze, cie​szę się, że mo​głam po​móc – rze​kła z za​do​wo​le​niem. Gdy jej po​-

dzię​ko​wał,  do​da​ła  z  wa​ha​niem:  –  Chcia​łam  ci  o  tym  po​wie​dzieć  już  w  sa​mo​lo​-
cie…  Za​zwy​czaj  je​stem  sku​tecz​na  i  po​zbie​ra​na,  ale  od​kąd  za​czę​łam  pra​co​wać
u cie​bie, zda​rza​ją mi się błę​dy… Sama nie wiem, z cze​go to wy​ni​ka.

– Praw​do​po​dob​nie na​dal bu​dzę w to​bie lęk.
– To moż​li​we…
Po​wo​li, nie​chęt​nie wy​su​nę​ła się z jego ob​jęć. Po​że​gna​li się z Ari​sto​vem i Ju​lia​-

ną, uma​wia​jąc się na ko​lej​ne spo​tka​nie w przy​szłym ty​go​dniu. Ka​min​ski wy​da​wał
się roz​cza​ro​wa​ny, więc że​gna​jąc się z nim, Fran​kie po​ca​ło​wa​ła go w oba po​licz​-
ki. Szep​nął jej coś do ucha, na co ski​nę​ła krót​ko gło​wą i wy​szła.

Mosz​cząc  się  w  li​mu​zy​nie  obok  Gran​ta  wy​ja​śni​ła,  że  Ro​sja​nin  chce  się  z  nią

spo​tkać w przy​szłym ty​go​dniu w ope​rze.

– Spła​wisz go, po​wiesz, że je​steś za​ję​ta – po​wie​dział. – Po​ra​dzi so​bie, jest już

du​żym  chłop​cem  –  do​rzu​cił  na  sło​wa  Fran​kie,  że  przy​kro  jej,  że  nie​po​trzeb​nie
ro​bi​ła mu na​dzie​ję.

Grant udzie​lił szo​fe​ro​wi in​struk​cji i li​mu​zy​na po​wio​zła ich w roz​ja​rzo​ną świa​-

tła​mi lon​dyń​ską noc. Fran​kie mil​cza​ła, wy​glą​da​jąc przez okno. Grant roz​my​ślał
o tej szcze​rej i uczci​wej dziew​czy​nie, jak​że róż​nej od am​bit​nych i pod​stęp​nych
ko​biet, ja​kie go ota​cza​ły. Do​pie​ro te​raz zdał so​bie spra​wę, jak bar​dzo po​cią​ga​ją
go jej pro​sto​ta i bez​po​śred​niość.

background image

Mil​cze​nie się prze​cią​ga​ło. Grant wpa​try​wał się w uli​ce mia​sta, prze​su​wa​ją​ce

się za szy​ba​mi li​mu​zy​ny. Wy​pi​ta na przy​ję​ciu whi​sky krą​ży​ła w jego ży​łach, czuł
sa​tys​fak​cję  z  osią​gnię​cia  po​ro​zu​mie​nia  z  Ari​sto​vem.  Mar​twa  ci​sza  w  au​cie  za​-
czy​na​ła mu jed​nak cią​żyć. Raz i dru​gi zer​k​nął na współ​pa​sa​żer​kę. Wy​da​wa​ła się
głę​bo​ko za​my​ślo​na.

– Har​ri​son – za​gad​nę​ła znie​nac​ka – czy po​stą​pi​łam nie​wła​ści​wie?
– Nie, dla​cze​go? – od​parł zdzi​wio​ny.
–  Sama  nie  wiem…  Mam  po​czu​cie,  że  zro​bi​łam  dziś  wszyst​ko,  jak  trze​ba,

mimo to coś mnie tra​pi…

Po​zwo​lił  so​bie  spoj​rzeć  na  jej  de​kolt  ską​pa​ny  w  mlecz​nej  po​świa​cie  i  peł​ne,

ślicz​nie  wy​kro​jo​ne  war​gi  i  po​czuł,  jak  ogar​nia  go  po​żą​da​nie.  Lek​ko  ochry​płym
gło​sem rzu​cił kil​ka uspo​ka​ja​ją​cych słów.

– Może za​cho​wa​łam się nie​od​po​wied​nio w sto​sun​ku do Ari​sto​va lub Ju​lia​ny? –

drą​ży​ła wbrew jego chę​ciom. – I dla​te​go mnie igno​ru​jesz?

Wo​lał​by nie od​po​wia​dać, lecz jej zmar​twio​na mina zmu​si​ła go do szcze​ro​ści.
– Za​cho​wu​ję bez​piecz​ny dy​stans, po​nie​waż po​ciąg, jaki do sie​bie czu​je​my… –

urwał na wi​dok jej spło​szo​nej miny. – Obo​je wie​my, że nie wol​no do tego do​pu​-
ścić – za​koń​czył sta​now​czym to​nem.

Kiw​nę​ła gło​wą, nie od​ry​wa​jąc od nie​go spoj​rze​nia, jak​by wca​le nie była prze​-

ko​na​na. Po czym zro​bi​ła coś, cze​go się nie spo​dzie​wał – przy​su​nę​ła się do nie​go
bli​żej, on zaś na​tych​miast po​rwał ją w ra​mio​na.

Opusz​ka​mi  pal​ców  gła​dził  owal  jej  twa​rzy,  od​czu​wa​jąc  przy  tym  nie​zwy​kłą

przy​jem​ność. Po​tem po​ca​ło​wał ko​bie​tę, o któ​rej ma​rzył od pierw​sze​go wej​rze​-
nia.

Tak jak się spo​dzie​wał, mięk​kie, bar​dzo de​li​kat​nie po​cią​gnię​te szmin​ką war​gi

ob​da​rza​ły nie​wy​sło​wio​ną sło​dy​czą. Nie​spiesz​nie sma​ko​wał zmy​sło​wy po​ca​łu​nek.
Z le​ciut​kim wes​tchnie​niem Fran​kie pod​da​ła się piesz​czo​cie. Sku​bał jej ak​sa​mit​-
ną dol​ną war​gę, chło​nął ku​szą​cy smak zmy​sło​wo​ści zmie​sza​nej z nie​win​no​ścią.

Na​ka​zał so​bie za​cze​kać do mo​men​tu, gdy wy​czu​je w dziew​czy​nie więk​szy żar.

Po​czuł, że wpi​ja się po​ca​łun​kiem w jego usta, i do​pie​ro wte​dy za​gar​nął ją moc​-
niej  w  ra​mio​na.  Przy​war​ła  do  nie​go  jak  to​ną​ca.  Po​żą​da​nie  krą​ży​ło  w  ży​łach
Gran​ta jak lawa.

Jej  nie​win​ność  po​win​na  go  ostu​dzić,  lecz  było  do​kład​nie  na  od​wrót.  Co​raz

moc​niej  przy​ci​skał  ją  do  sie​bie,  a  ona  się  nie  bro​ni​ła,  prze​ciw​nie,  ob​ję​ła  go  za
szy​ję i wbi​ła pal​ce w umię​śnio​ne ra​mię. Przy​trzy​mu​jąc ją nie​ru​cho​mo, roz​chy​lił
usta i cze​kał na za​pro​sze​nie. Otrzy​mał je w mgnie​niu oka. Sma​ko​wa​ła jak dzi​ka
róża i let​nie owo​ce, do​pie​ro po chwi​li uświa​do​mił so​bie, że to za spra​wą szam​-
pa​na.

Wsu​nął ję​zyk głę​bo​ko do jej ust. Od​po​wiedź Fran​kie była z po​cząt​ku nie​śmia​-

ła, ale szyb​ko do​sto​so​wa​ła się do ryt​mu po​ca​łun​ku. To​czy​li zmy​sło​wy po​je​dy​nek
na go​rą​ce, wil​got​ne ję​zy​ki, dziew​czy​na od​dy​cha​ła co​raz szyb​ciej, żą​dza Gran​ta
po​szy​bo​wa​ła w prze​stwo​rza.

Pra​gnął wię​cej, pra​gnął speł​nie​nia swo​ich fan​ta​zji.

background image

Ta  myśl  bru​tal​nie  przy​wró​ci​ła  go  do  rze​czy​wi​sto​ści.  Ode​rwał  usta  od  jej  ust

i od​su​nął ją od sie​bie drżą​cą ręką. Od​dy​chał ury​wa​nie, jak po dłu​gim bie​gu. Na
roz​ma​rzo​nej twa​rzy Fran​kie od​ma​lo​wa​ło się prze​ra​że​nie.

– To moja wina, nie two​ja, pa​mię​taj – wy​chry​piał Grant.
Po​trzą​snę​ła nie​mo gło​wą, przy​gry​za​jąc na​brzmia​łe od po​ca​łun​ków war​gi. Nie

przyj​mo​wa​ła jego ar​gu​men​tów do wia​do​mo​ści, lecz prze​cież nie mia​ła ra​cji. To
Grant wy​ka​zał się lek​ko​myśl​no​ścią i bra​kiem opa​no​wa​nia, i to w naj​waż​niej​szym
być może mo​men​cie swe​go ży​cia, kie​dy na sza​li wa​ży​ły się jego losy. Czyż​by cał​-
kiem osza​lał?

– To był wie​czór pe​łen wra​żeń – po​wie​dział, po​pra​wia​jąc gar​ni​tur. – Zgo​dzi​my

się chy​ba obo​je, że po​nio​sło nas i po​peł​ni​li​śmy błąd.

– Tak, to było… nie​wła​ści​we pod każ​dym wzglę​dem – od​rze​kła sztyw​no Fran​-

kie. – I ni​g​dy wię​cej się nie po​wtó​rzy.

– Do​sko​na​le. – Grant spoj​rzał jej pro​sto w oczy. – Udo​wod​ni​łaś dzi​siaj, że je​-

steś bar​dzo war​to​ścio​wą pra​cow​ni​cą i zna​ko​mi​cie wy​peł​niasz swo​je obo​wiąz​ki.
W na​stęp​nych mie​sią​cach tego wła​śnie będę od cie​bie po​trze​bo​wał. Nie bę​dzie
ci ła​two, bo wiedz, że cza​sa​mi by​wam na​praw​dę wred​ny. Ale jed​no mogę ci obie​-
cać:  je​że​li  ze  mną  wy​trzy​masz,  przez  pół  roku  na​uczysz  się  wię​cej  niż  przez
sześć lat u boku in​ne​go pra​co​daw​cy.

–  Po​sta​ram  się  naj​le​piej,  jak  umiem  –  za​pew​ni​ła  gor​li​wie,  bły​ska​jąc  ja​sny​mi

ocza​mi.

– Wiem. Bę​dzie nam się świet​nie współ​pra​co​wa​ło.
Li​mu​zy​na  prze​by​ła  jesz​cze  kil​ka  węż​szych  ulic  i  bez​sze​lest​nie  przy​sta​nę​ła

przed  wej​ściem  do  ho​te​lu  Chats​field.  Grant  po​mógł  Fran​kie  wy​siąść,  igno​ru​jąc
wciąż  wy​czu​wal​ne  mię​dzy  nimi  na​pię​cie  zmy​słów.  Przy​szło  mu  to  z  ła​two​ścią,
gdyż przy​wykł pa​no​wać nad emo​cja​mi. Fran​kie na​to​miast prze​ży​wa​ła na​dal to,
co za​szło w li​mu​zy​nie. Co chwi​lę zer​ka​ła na nie​go spod przy​mru​żo​nych po​wiek.

Po​że​gnał się z nią pod drzwia​mi jej sy​pial​ni. Kiw​nę​ła mu gło​wą i de​li​kat​nie za​-

mknę​ła  za  sobą  cięż​kie  dę​bo​we  drzwi.  Przy​sta​nął,  nie  sły​sząc  jej  kro​ków  na
mar​mu​ro​wej po​sadz​ce. In​stynk​tow​nie zro​zu​miał, że stoi przy​ci​śnię​ta ple​ca​mi do
drzwi i roz​my​śla.

– Za​po​mnij o po​ca​łun​kach, Fran​kie – po​wie​dział. – To nie mia​ło żad​ne​go zna​-

cze​nia.

– Już za​po​mnia​łam.
Skrzy​wił  się  iro​nicz​nie  na  te  sło​wa.  Omal  nie  po​peł​nił  dzi​siaj  brze​mien​ne​go

w  skut​ki  błę​du,  któ​ry  mógł​by  go  dro​go  kosz​to​wać.  Naj​wyż​szy  czas  sku​pić  się
wresz​cie na wy​ty​czo​nym celu.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Fran​kie spę​dzi​ła week​end na prze​sa​dza​niu ro​ślin na ta​ra​sie i roz​mo​wach z ko​-

le​żan​ką, z któ​rą dzie​li​ła miesz​ka​nie, sta​ra​jąc się za​po​mnieć o tym, że na​mięt​nie
ca​ło​wa​ła się z wła​snym sze​fem. Była go​to​wa uwie​rzyć, że przy​ję​cie u Ari​sto​va
było je​dy​nie snem, gdy​by nie to, że w po​nie​dzia​łek rano po​sła​niec przy​niósł jej
do biu​ra tu​zin wspa​nia​łych bia​łych róż od Ka​min​skie​go. Do bu​kie​tu była do​łą​czo​-
na kar​tecz​ka: Po​ka​żę Ci skar​by Met, mój skar​bie. W pią​tek wie​czo​rem? Wik​tor.

Za​mie​rza​ła wy​mó​wić się od spo​tka​nia bra​kiem cza​su, co zresz​tą zga​dza​ło się

z praw​dą. Na jej biur​ku pię​trzy​ły się Hi​ma​la​je pa​pie​rów.

Czu​ła  w  noz​drzach  cu​dow​ny  za​pach  kwia​tów.  Ma​rzy​ła  o  tym,  by  otrzy​mać

róże od męż​czy​zny, któ​ry jej się po​do​bał, lecz nie​ste​ty, nie było jej to dane.

Po raz set​ny ofuk​nę​ła się w du​chu za głu​po​tę. Jak mo​gła ca​ło​wać się z Gran​-

tem? Po​nu​ro wpa​try​wa​ła się w ele​ganc​ki bu​kiet. To, że naj​wy​raź​niej po​cią​ga​ła
swo​je​go su​ro​we​go, bo​sko przy​stoj​ne​go sze​fa, nie mia​ło żad​ne​go zna​cze​nia. Po​-
dob​nie jak to, że nie przy​da​rzy​ło jej się do​tąd w ży​ciu nic rów​nie cu​dow​ne​go.

Dźwięk no​wej pocz​ty w kom​pu​te​rze prze​rwał te roz​my​śla​nia. Ocze​ki​wa​ny ra​-

port  z  dzia​łu  mar​ke​tin​gu,  któ​ry  na​le​ża​ło  omó​wić.  Z  ulgą  po​wi​ta​ła  moż​li​wość
ode​rwa​nia my​śli od nie​daw​nych wy​da​rzeń.

Gdy  Grant  póź​nym  po​po​łu​dniem  wpa​ro​wał  do  biu​ra,  przy​stoj​ny  i  wład​czy

w lek​kim ja​sno​sza​rym gar​ni​tu​rze i bia​łej ko​szu​li, spod któ​rej prze​świ​ty​wa​ła opa​-
le​ni​zna, Fran​kie mo​gła po​chwa​lić się za​ry​sem no​we​go pla​nu prze​ję​cia fir​my Ari​-
sto​va.

– Tyl​ko mi nie mów… – rzu​cił, zer​ka​jąc zna​czą​co na róże w wy​so​kim wa​zo​nie.

Kiw​nę​ła  gło​wą.  –  Tym  ra​zem  po​win​naś  go  sta​now​czo  znie​chę​cić  –  po​ra​dził  oj​-
cow​skim to​nem. Gdy na​po​mknę​ła, że wo​la​ła​by nie ro​bić tego oso​bi​ście, za​śmiał
się: – Sztu​ka znie​chę​ca​nia do sie​bie za​lot​ni​ków jest na​der przy​dat​na dla ko​biet
ta​kich jak ty. War​to ją ćwi​czyć. – Wy​pa​trzył do​łą​czo​ną do bu​kie​tu kart​kę i prze​-
biegł ją wzro​kiem. – To po ro​syj​sku. Co ci na​pi​sał?

Za​ru​mie​ni​ła się i nie od​po​wie​dzia​ła.
– Nie spo​dzie​wa​łem się, że mi od​po​wiesz. Czy chcesz, że​bym go spła​wił?
– Ależ skąd! Sama so​bie po​ra​dzę.
– Jak chcesz. Wy​ko​nam parę te​le​fo​nów, a po​tem zaj​mie​my się szcze​gó​ła​mi pla​-

nu – po​wie​dział.

– Do​cho​dzi pią​ta. Czy mam za​mó​wić coś na ko​la​cję?
– Przez cały dzień tkwi​łem w po​miesz​cze​niu, a jest tak cie​pło i ład​nie. Może

po​pra​cu​je​my u mnie na ta​ra​sie, a go​spo​sia przy​rzą​dzi nam coś pysz​ne​go do je​-
dze​nia – za​pro​po​no​wał.

W du​chu wca​le nie była prze​ko​na​na, że to do​bry po​mysł, lecz nie pro​te​sto​wa​-

background image

ła.  Ze​bra​li  po​trzeb​ne  do​ku​men​ty  i  ja​sno​sza​rym  ja​gu​arem  Gran​ta  po​je​cha​li  do
jego pen​tho​use’u na Cen​tral Park West. O miesz​ka​niu pod tym ad​re​sem ma​rzył
każ​dy, kto był „kimś” w No​wym Jor​ku, lecz tyl​ko nie​licz​nym było dane to szczę​-
ście.

Luk​su​so​we  wnę​trza  wy​da​ły  się  Fran​kie  ste​ryl​ne  i  bez​oso​bo​we  jak  ga​bi​net

Gran​ta. Na ścia​nach wi​siał skrom​ny w po​rów​na​niu z ko​lek​cją dzieł sztu​ki Ari​sto​-
va zbiór ma​lar​stwa, a per​łą w ko​ro​nie był ob​raz Cha​gal​la z okre​su „błę​kit​ne​go”.
Pa​mię​ta​ła,  że  ma​lo​wi​dło  z  tego  okre​su  Grant  na​był  na  au​kcji  w  Lon​dy​nie.  Za​-
trzy​ma​ła się przed nim na dłu​żej.

–  Bę​dzie  miał  to​wa​rzy​stwo.  –  Wzdry​gnę​ła  się  gwał​tow​nie,  bo  nie  usły​sza​ła

kro​ków Gran​ta, któ​ry po​ru​szał się z gra​cją pan​te​ry.

– Spo​koj​nie, nie je​stem Ka​min​skim – za​żar​to​wał z iskrą roz​ba​wie​nia w oczach.
Fak​tycz​nie, był dla niej znacz​nie bar​dziej nie​bez​piecz​ny. Kie​dy się uśmie​chał,

od​no​si​ła wra​że​nie, że słoń​ce wy​szło zza chmur. Prze​nio​sła wzrok z po​wro​tem na
ob​raz,  przed​sta​wia​ją​cy  ko​bie​tę  i  pta​ka  przy​cup​nię​tych  na  bu​kie​cie  kwia​tów.
W  tle  wid​nia​ła  pa​no​ra​ma  Ni​cei,  lecz  bu​dyn​ki  nie  były  wca​le  pro​ste,  tyl​ko  wy​-
krzy​wio​ne.

–  Wy​glą​da  to  dość  sur​re​ali​stycz​nie  –  za​uwa​ży​ła.  –  Ar​ty​sta  ze​sta​wia  ze  sobą

ele​men​ty  z  po​zo​ru  nie​pa​su​ją​ce  do  sie​bie,  mimo  to  spra​wia​ją  wra​że​nie  na​tu​ral​-
nych… Kreu​je al​ter​na​tyw​ną wi​zję świa​ta.

–  To  praw​da.  Upra​wiał  sztu​kę  nar​ra​tyw​ną  i  fi​gu​ra​tyw​ną,  wie​lu  się  do  nie​go

przy​zna​wa​ło  –  ku​bi​ści,  sur​re​ali​ści  –  ale  on  szedł  za​wsze  wła​sną  dro​gą,  nie  po​-
zwa​lał się szu​flad​ko​wać. Ma​lo​wał swo​je sny. Se​ria ob​ra​zów z okre​su ni​cej​skie​go
wy​wie​ra na mnie naj​więk​sze wra​że​nie – od​rzekł Grant. – Szcze​gól​nie ze wzglę​-
du na ko​lo​ry​sty​kę.

Nie​zna​na jej do​tych​czas stro​na oso​bo​wo​ści Gran​ta była fa​scy​nu​ją​ca. Gdy mó​-

wił o ulu​bio​nym ar​ty​ście, jego oczy żywo błysz​cza​ły, zdra​dza​jąc uczu​cia kry​ją​ce
się pod gru​bą war​stwą po​zor​nej obo​jęt​no​ści dla świa​ta.

– Wy​da​jesz się za​sko​czo​na – rzekł na​gle z lek​kim uśmie​chem. – Be​stia po​tra​fi

czuć. Je​śli tyl​ko so​bie na to po​zwo​li.

Od razu przy​szła jej na myśl pa​mięt​na noc w Lon​dy​nie, gdy ca​ło​wał ją do utra​-

ty zmy​słów. Mu​sia​ła do​wie​dzieć się o nim cze​goś wię​cej.

– Dla​cze​go nie po​zwa​la so​bie na to znacz​nie czę​ściej?
– Nie wi​dzi po​trze​by, żyje na zu​peł​nie in​nej płasz​czyź​nie niż resz​ta.
Na​su​nę​ło jej się kil​ka od​po​wie​dzi, lecz prze​zor​nie po​sta​no​wi​ła mil​czeć. Znacz​-

nie roz​sąd​niej było się za​brać do pra​cy. Grant oznaj​mił, że go​spo​sia przy​rzą​dzi
na  ko​la​cję  pa​el​lę  z  kre​wet​ka​mi  i  ho​ma​rem  i  za​pro​po​no​wał  jej  drin​ka.  Fran​kie
wy​bra​ła  wodę  mi​ne​ral​ną.  Dzi​siej​sze  spo​tka​nie  mia​ło  po​zo​stać  na  płasz​czyź​nie
czy​sto za​wo​do​wej.

Na  ob​szer​nym  ta​ra​sie,  z  któ​re​go  roz​cią​gał  się  za​pie​ra​ją​cy  dech  wi​dok  na

Nowy  Jork,  sta​ło  kil​ka  ze​sta​wów  wy​god​nych  me​bli  wy​po​czyn​ko​wych.  Fran​kie
wy​bra​ła ka​na​pę z wi​do​kiem na Cen​tral Park i włą​czy​ła kom​pu​ter. Grant wró​cił
po chwi​li z na​po​ja​mi i za​jął miej​sce obok niej, by móc spo​glą​dać na ekran. Mu​-

background image

sia​ła użyć ca​łej siły woli, żeby się sku​pić na pra​cy. Grant za​dał jej kil​ka py​tań, na
któ​re udzie​li​ła zwię​złych i kom​pe​tent​nych od​po​wie​dzi, ilu​stru​jąc je gra​fi​ką i wy​-
kre​sa​mi. Wy​ni​ka​ło z nich, że nie​mal każ​da nie​wi​docz​na część sa​mo​cho​du zo​sta​-
ła wy​pro​du​ko​wa​na przez Grant In​du​stries.

Grant z uwa​gą stu​dio​wał dia​gra​my, po czym ka​zał jej po​ka​zać głów​ny wy​kres

i za​no​to​wać kil​ka istot​nych punk​tów. Za​czął dyk​to​wać, po​pra​wił się i nie​co zmie​-
nił do​bór słów. Fran​kie pil​nie no​to​wa​ła.

–  Punkt  trze​ci.  Mar​ka  Si​be​rius  zo​sta​nie  za​cho​wa​na  do  mo​men​tu…  –  urwał

i ka​zał jej ska​so​wać ten punkt. – Na ra​zie nie bę​dzie​my tego ujaw​niać.

Fran​kie nie ko​men​to​wa​ła. Prze​szli do ana​li​zy pla​nów mar​ke​tin​go​wych i Grant

ka​zał jej wy​rzu​cić dwa po​my​sły, któ​re ona uzna​ła za zna​ko​mi​te. Tym ra​zem po​-
sta​no​wi​ła się wtrą​cić, ale zbył ją nie​zbyt prze​ko​nu​ją​cym wy​ja​śnie​niem. No cóż,
ostat​nie sło​wo na​le​ża​ło oczy​wi​ście do nie​go.

Prze​szli  do  dal​szych  za​le​ceń  mar​ke​tin​go​wych,  opi​sa​nych  jako  „nie​zbęd​ne”.

W pierw​szym punk​cie była mowa o za​miesz​cze​niu re​klam w bran​żo​wych cza​so​-
pi​smach. Grant ka​zał jej go usu​nąć. Fran​kie prze​sta​ła co​kol​wiek ro​zu​mieć; jak
za​mie​rzał roz​wi​nąć fir​mę, nie re​kla​mu​jąc sze​ro​ko jej pro​duk​tów?

– Roz​wój Si​be​riu​sa nie jest dla nas obec​nie prio​ry​te​tem – wy​tłu​ma​czył, nie pa​-

trząc jej w oczy. – Ta fir​ma jest zresz​tą w bran​ży cał​kiem do​brze zna​na.

Nie  mo​gła  tak  tego  zo​sta​wić.  Obec​na  stra​te​gia  Gran​ta  sta​ła  w  ja​skra​wej

sprzecz​no​ści ze wszyst​ki​mi za​ło​że​nia​mi, ja​kie do​tych​czas oma​wia​li w kon​tek​ście
prze​ję​cia fir​my Ari​sto​va. Po​sta​no​wi​ła za​py​tać go otwar​cie o przy​czy​ny ta​kie​go
po​stę​po​wa​nia.

Oka​za​ło  się,  że  było  ich  kil​ka,  głów​na  zaś  do​ty​czy​ła  obaw  Gran​ta,  że  za​rząd

jego fir​my nie za​ak​cep​tu​je po​zo​sta​wie​nia mar​ki Si​be​rius, lecz bę​dzie na​le​gał na
po​łą​cze​nie obu firm w je​den or​ga​nizm, na co z ko​lei nie wy​ra​zi zgo​dy Ari​stov.

–  Po  co  wo​bec  tego  mar​no​tra​wi​my  czas  na  spo​rzą​dza​nie  szcze​gó​ło​we​go  pla​-

nu? – za​py​ta​ła i rap​tem po​czu​ła, że prze​cież zna od​po​wiedź. Grant wca​le nie za​-
mie​rzał  utrzy​mać  Si​be​riu​sa  na  ryn​ku.  Jego  mi​ster​ny  plan  po​le​gał  na  tym,  by
prze​jąć  fir​mę  od  ni​cze​go  nie​podej​rze​wa​ją​ce​go  Ari​sto​va,  po  czym  szyb​ko  ją  zli​-
kwi​do​wać. Nie spodo​bał jej się ten po​mysł.

– Przy​rze​kłem Ari​sto​vo​wi – po​wie​dział dziw​nie spo​koj​nym gło​sem Grant – że

uczy​nię wszyst​ko, aby za​cho​wać fir​mę. Nie leży jed​nak w mo​jej mocy do​trzy​ma​-
nie owe​go przy​rze​cze​nia, je​śli bę​dzie sta​ło w sprzecz​no​ści z za​sa​da​mi zy​skow​-
ne​go biz​ne​su.

Mo​gła​by  użyć  dzie​sią​tek  ar​gu​men​tów,  wo​la​ła  jed​nak  mil​czeć,  by  nie  po​paść

w nie​po​trzeb​ne kło​po​ty. Wbi​ła wzrok w ekran i po​pro​si​ła rze​czo​wo, by kon​ty​nu​-
ował dyk​to​wa​nie.

– To tyl​ko biz​nes – wark​nął Grant w od​po​wie​dzi. – Prze​stań pa​trzeć na mnie

z ura​zą i bądź wresz​cie dużą dziew​czyn​ką. Nie masz po​ję​cia, jaka jest staw​ka
tej trans​ak​cji.

– Za​pi​szę wszyst​ko, co ze​chcesz mi po​dyk​to​wać – wy​ce​dzi​ła na to – ale nie wy​-

ma​gaj ode mnie, bym uzna​ła twój plan za uczci​wy.

background image

– Tu dzia​ła pra​wo dżun​gli – rzu​cił po​iry​to​wa​ny. – Prze​trwa​ją tyl​ko naj​sil​niej​si.

Mam do​pu​ścić, by ktoś inny prze​jął Si​be​riu​sa? Nie​do​cze​ka​nie!

– W two​im świe​cie, nie w moim. Ari​stov to do​bry czło​wiek, ob​da​rzył cię za​ufa​-

niem.

Ze​rwał się z miej​sca i za​czął spa​ce​ro​wać po ta​ra​sie. Po chwi​li oparł się o ba​lu​-

stra​dę i nie pa​trząc na nią, za​czął mó​wić:

– Kie​dy Co​burn i ja by​li​śmy jesz​cze mali, oj​ciec po​wie​dział nam, że na​sza fir​ma

zna​la​zła  się  na  li​ście  stu  naj​pręż​niej​szych  ame​ry​kań​skich  przed​się​biorstw.  Po
ukoń​cze​niu stu​diów obaj za​czę​li​śmy pra​cę u boku ojca. Nie są​dzi​li​śmy wów​czas,
że przyj​dzie nam tak szyb​ko ob​jąć ste​ry.

Po​nie​waż  oj​ciec  Har​ri​so​na  po​peł​nił  sa​mo​bój​stwo,  do​po​wie​dzia​ła  so​bie  ze

smut​kiem.

– Oj​ciec co​raz wię​cej pra​co​wał, zda​rza​ło mu się prze​sia​dy​wać z ze​spo​łem in​-

ży​nie​rów całe noce, po czym wra​cał i od​sy​piał w domu. Z po​cząt​ku nie bu​dzi​ło to
na​sze​go  zdzi​wie​nia,  ale  z  cza​sem  za​czę​ło  nie​po​ko​ić.  Pew​ne​go  wie​czo​ru  wró​cił
i za​czął się mio​tać, mó​wił tak szyb​ko, bez​ład​nie, że trze​ba było we​zwać le​ka​rza.
Wte​dy zdia​gno​zo​wa​no u nie​go ze​spół ma​nia​kal​no-de​pre​syj​ny.

– Ile mia​łeś lat? – od​wa​ży​ła się spy​tać.
– Pięt​na​ście – od​parł po​nu​ro. – Jego stan stop​nio​wo się po​gar​szał, stres i na​-

pię​cie wy​dłu​ża​ły okre​sy ma​nia​kal​ne​go po​bu​dze​nia. Mama cał​ko​wi​cie po​świę​ci​ła
się opie​ce nad nim, pra​sa ani ak​cjo​na​riu​sze nie mo​gli się o ni​czym do​wie​dzieć.
Przez  dwie  de​ka​dy  uda​wa​ło  się  utrzy​my​wać  wszyst​ko  w  ta​jem​ni​cy.  Pew​ne​go
razu oj​ciec pod​jął de​cy​zję o za​ku​pie jed​nej z firm Mar​ko​vi​ca. – Po raz pierw​szy,
od​kąd  za​czął  opo​wia​dać,  jego  twarz  zdra​dzi​ła  emo​cje.  –  Po​nie​wcza​sie  oka​za​ło
się, że fir​ma stoi na kra​wę​dzi ban​kruc​twa. W nor​mal​nych wa​run​kach ja​koś by​-
śmy so​bie z tym po​ra​dzi​li, ale aku​rat wte​dy omal nas to nie wy​koń​czy​ło.

Onie​mia​ła z za​sko​cze​nia Fran​kie słu​cha​ła, nie ko​men​tu​jąc.
–  Nie​uda​na  de​cy​zja  wtrą​ci​ła  ojca  w  ot​chłań  de​pre​sji,  z  któ​rą  nie  mógł  so​bie

po​ra​dzić. Do tego do​szedł jesz​cze stres zwią​za​ny z za​mia​rem kan​dy​do​wa​nia na
urząd gu​ber​na​to​ra sta​nu. Pew​ne​go dnia mama wy​szła z domu do​słow​nie na pół
go​dzi​ny, są​dząc, że oj​ciec śpi. Gdy wró​ci​ła, oka​za​ło się, że za​strze​lił się w swo​im
ga​bi​ne​cie.

Ser​ce Fran​kie ści​snę​ło się ze współ​czu​cia i żalu. Po​de​szła i po​ło​ży​ła mu dłoń

na ra​mie​niu, szep​cząc, jak bar​dzo jej przy​kro. Spoj​rzał na nią ocza​mi twar​dy​mi
jak ka​mie​nie na eg​zo​tycz​nej pla​ży.

–  Nie  szu​kam  two​je​go  współ​czu​cia  –  od​parł.  –  Opo​wie​dzia​łem  ci  o  tym,  bo

chcę,  że​byś  zro​zu​mia​ła  isto​tę  i  tło  trans​ak​cji,  jaką  za​mie​rzam  prze​pro​wa​dzić.
Prze​ję​cie  Si​be​riu​sa  jest  ostat​nim  akor​dem  mo​je​go  pla​nu  ze​msty  na  Mar​ko​vi​cu
za to, co uczy​nił memu ojcu. Nic wię​cej się dla mnie nie li​czy.

Na​gle  wszyst​kie  ele​men​ty  ukła​dan​ki  zna​la​zły  się  na  wła​ści​wych  miej​scach

i  Fran​kie  zro​zu​mia​ła  kie​ru​ją​ce  brać​mi  po​bud​ki.  Co​burn  ucie​kał  od  strasz​nej
praw​dy w roz​wią​złość i roz​ryw​ki, Har​ri​son zaś knuł groź​ną ze​mstę. Jego ce​lem
było wy​koń​cze​nie Mar​ko​vi​ca, a je​śli przy tym ucier​pi też Ari​stov, to trud​no, nie

background image

za​mie​rzał się tym przej​mo​wać.

– Je​steś mi po​trzeb​na do prze​pro​wa​dze​nia mo​je​go pla​nu. Obo​je mu​si​my spra​-

wić,  że  Ari​stov  pod​pi​sze  kon​trakt.  On  cię  lubi,  Ka​min​ski  cię  lubi,  to  może  nam
się bar​dzo przy​dać – wy​ja​śnił bez ogró​dek.

Fran​kie prze​nio​sła wzrok na wi​docz​ny w od​da​li park, oświe​tlo​ny ota​cza​ją​cy​mi

go ze wszyst​kich stron wie​żow​ca​mi. Oaza spo​ko​ju w okrut​nym mie​ście, w któ​-
rym  trze​ba  twar​do  wal​czyć  o  swo​je.  Nie  wąt​pi​ła,  że  rów​nież  Ari​sto​va  ce​chu​je
bez​względ​ność w in​te​re​sach. Nikt, kto do​szedł do ta​kiej po​zy​cji, nie był od tego
wol​ny.

Opo​wieść  Gran​ta  wzru​szy​ła  ją  głę​bo​ko,  po​czu​ła,  że  oczy  jej  wil​got​nie​ją.  Za​-

mru​ga​ła  po​wie​ka​mi  i  po​stą​pi​ła  tak,  jak  za​wsze  uczył  ją  oj​ciec.  Po​dą​ży​ła  dro​gą
uczuć  i  emo​cji,  ży​wi​ła  bo​wiem  głę​bo​kie  prze​ko​na​nie,  że  każ​dy  czło​wiek,  któ​ry
do​świad​czył  tak  strasz​nej  krzyw​dy  ze  stro​ny  in​ne​go,  po​wi​nien  mieć  moż​li​wość
za​dość​uczy​nie​nia.

– Pro​po​nu​ję wró​cić do pra​cy – oznaj​mi​ła rze​czo​wo.
–  Je​stem  okrop​nym  czło​wie​kiem,  Fran​kie  –  szep​nął  ze  ścią​gnię​tą  bó​lem  twa​-

rzą. – Do​trzy​mam da​nej Ari​sto​vo​wi obiet​ni​cy, je​śli będę mógł. Osta​tecz​na de​cy​-
zja na​le​ży jed​nak do za​rzą​du fir​my.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Dzień do​bry – przy​wi​ta​ła go Fran​kie w dniu pod​pi​sa​nia kon​trak​tu z Ari​sto​-

vem. – Kawy? – Grant wy​da​wał się zmę​czo​ny, nie​wy​spa​ny. – Dzwo​nił Den​ni​son,
po​noć nie od​po​wie​dzia​łeś mu na waż​ny mejl.

– Po​wiedz mu, że je​stem w Chi​nach.
Oby  Ari​stov  pod​pi​sał  dzi​siaj  ten  kon​trakt,  my​śla​ła  Fran​kie,  pa​rząc  moc​ną

kawę. Nie​ste​ty, spra​wa się prze​cią​ga​ła. Ari​stov miał spo​tka​nie z de​we​lo​pe​ra​mi,
któ​re wy​da​wa​ło się waż​niej​sze niż sfi​na​li​zo​wa​nie umo​wy z Gran​tem, co ten nie
omiesz​kał  zgryź​li​wie  sko​men​to​wać.  Obaj  z  Ka​min​skim  mie​li  być  wol​ni  do​pie​ro
po osiem​na​stej i spo​tkać się z Gran​tem w eks​klu​zyw​nym man​hat​tań​skim klu​bie.

– Mam pod​pi​sać kon​trakt w noc​nym klu​bie? – pie​klił się Grant.
Fran​kie  wy​ja​śni​ła,  że  nie  jest  to  ni​czym  nad​zwy​czaj​nym  w  śro​do​wi​sku  ro​syj​-

skich  biz​nes​me​nów,  lecz  nie  wy​da​wał  się  prze​ko​na​ny.  Mimo  to  mu​siał  się  zgo​-
dzić na wa​run​ki Ro​sja​ni​na.

Klub,  wy​bra​ny  przez  Ari​sto​va  na  miej​sce  spo​tka​nia,  znaj​do​wał  się  w  sa​mym

ser​cu Man​hat​ta​nu. Po​miesz​cze​nie dla VIP-ów, do któ​re​go skie​ro​wał ich wła​ści​-
ciel,  wy​war​ło  ogrom​ne  wra​że​nie  na  Fran​kie.  Wy​so​kie  wi​tra​żo​we  okna  mie​ni​ły
się fe​erią barw, zło​to​zie​lo​ną bo​aze​rię na ścia​nach uło​żo​no w in​try​gu​ją​ce wzo​ry.
Po​sadz​ka po​kry​ta była gru​bym wzo​rzy​stym dy​wa​nem, z su​fi​tu zaś zwi​sa​ły dwa
krysz​ta​ło​we ży​ran​do​le.

– Z pew​no​ścią jest tu cie​ka​wiej niż w sali kon​fe​ren​cyj​nej – po​wie​dzia​ła Fran​-

kie, wi​ta​jąc się z Ari​sto​vem. Nie mo​gła się zde​cy​do​wać, czy wy​strój jej się po​do​-
ba, czy nie.

Po​nie​waż Ro​sja​ni​no​wi uda​ło się na​być dwa luk​su​so​we pen​tho​use’y, na któ​rych

mu za​le​ża​ło, na​le​gał na ob​la​nie trans​ak​cji wraz z go​ść​mi. Ku zdu​mie​niu Fran​kie,
zmro​żo​na wód​ka sma​ko​wa​ła wy​bor​nie.

Po kil​ku mi​nu​tach nie​zo​bo​wią​zu​ją​cej roz​mo​wy na te​mat tyn​ku nie​ru​cho​mo​ści,

Grant  prze​szedł  do  rze​czy.  Ari​stov  na​tych​miast  wy​chwy​cił  pew​ną  nie​ści​słość
w do​tych​cza​so​wych usta​le​niach.

– Nie mogę ci obie​cać, że za​rząd przy​chy​li się do mo​je​go wnio​sku o utrzy​ma​-

nie osob​nej mar​ki Si​be​rius – od​parł Grant. – Wiesz rów​nie do​brze jak ja, że de​-
cy​du​ją​cą wagę mają licz​by. Nie​mniej jed​nak uczy​nię wszyst​ko, by sta​ło się tak,
jak się uma​wia​li​śmy.

W po​miesz​cze​niu za​pa​dła ci​sza jak ma​kiem za​siał. Ob​li​cze Gran​ta nie wy​ra​ża​-

ło  żad​nych  uczuć.  Ari​stov  ob​ser​wo​wał  go  spod  przy​mknię​tych  po​wiek.  Fran​kie
wstrzy​ma​ła  od​dech,  gdy  po​ło​żył  obie  dło​nie  na  sto​le,  jak​by  za​mie​rzał  wstać
i wyjść z sali.

background image

– Dzię​ku​ję, że je​steś ze mną szcze​ry – wy​ce​dził po dłu​giej chwi​li mil​cze​nia. –

Mów da​lej.

Gdy Grant do​brnął do koń​ca swo​jej pre​zen​ta​cji, Ari​stov znów po​padł w za​my​-

śle​nie. Przej​rzał jesz​cze raz do​ku​men​ty i rzu​cił je na stół.

– Nie ma się czym eks​cy​to​wać – mruk​nął wzgar​dli​wie.
–  Prze​ciw​nie.  –  Grant  wbił  w  nie​go  po​sęp​ne  spoj​rze​nie,  z  któ​rym  ob​no​sił  się

przez cały dzień. – Czter​dzie​ści mi​lio​nów do​la​rów to we​dług mnie nie​zła sum​ka
na po​czą​tek no​we​go przed​się​wzię​cia.

Ro​sja​nin po​pro​sił o kil​ka chwil do na​my​słu i wy​szedł z sali. Ka​min​ski po​wiódł

za nim nie​spo​koj​nym wzro​kiem. At​mos​fe​ra sta​ła się tak na​pię​ta, że Fran​kie po​-
sta​no​wi​ła pójść do to​a​le​ty. Zre​zy​gno​wa​ła jed​nak z pier​wot​ne​go za​mia​ru i wy​szła
na  prze​stron​ne  pa​tio,  gdzie  spo​ro  go​ści  spę​dza​ło  cie​pły  let​ni  wie​czór.  Z  po​bli​-
skie​go  klu​bu  do​la​ty​wa​ły  ła​god​ne  dźwię​ki  jaz​zu.  W  po​wie​trzu  uno​sił  się  za​pach
kwia​tów kwit​ną​cych w ogro​dzie. Fran​kie ru​szy​ła po​wo​li żwi​ro​wą ścież​ką. Nie​-
ocze​ki​wa​nie zna​lazł się przy niej Ari​stov.

Z po​cząt​ku mil​czał, pa​ląc pa​pie​ro​sa. Rzu​cił nie​do​pa​łek na traw​nik i roz​gniótł

go ob​ca​sem.

– Jak uwa​żasz, czy po​wi​nie​nem pod​pi​sać ten kon​trakt? – za​gad​nął nie​spo​dzie​-

wa​nie. – Czy Grant jest czło​wie​kiem ho​no​ru, za ja​kie​go pra​gnie ucho​dzić?

Fran​kie  po​czu​ła,  że  ze​wsząd  na​pie​ra​ją  na  nią  nie​wi​dzial​ne  ścia​ny,  mu​zy​ka

i od​gło​sy roz​mów nie​mal ją ogłu​sza​ły. Nie chcia​ła brać udzia​łu w tej trans​ak​cji;
być może Ari​stov to wy​czuł. Lecz je​śli te​raz za jej spra​wą na​bie​rze po​dej​rzeń,
zruj​nu​je to plan Har​ri​so​na.

Ari​stov  wpa​try​wał  się  w  nią  z  wiel​ką  uwa​gą.  Mu​sia​ła  mu  od​po​wie​dzieć,  nie

ucie​ka​jąc się wszak​że do kłam​stwa.

– To do​bry czło​wiek. Nie pra​co​wa​ła​bym dla nie​go, gdy​bym uwa​ża​ła ina​czej.
Prze​wier​cał ją wzro​kiem na wy​lot, oce​niał, czy cze​goś nie knu​je. Wresz​cie ski​-

nął gło​wą i po​wie​dział, że pora wró​cić do sali.

Grant  przy​glą​dał  im  się,  gdy  ra​mię  w  ra​mię  kro​czy​li,  by  znów  za​jąć  miej​sca

przy sto​le. Fran​kie była bla​da i wy​trą​co​na z rów​no​wa​gi, Ari​stov na​to​miast wy​-
da​wał  się  czuj​ny  i  sku​pio​ny.  Za​mó​wił  na​stęp​ną  ko​lej​kę  zmro​żo​nej  wód​ki  dla
wszyst​kich.  Grant  czuł  ro​sną​ce  pod​nie​ce​nie.  Sie​dem  lat  cze​ka​nia  i  pla​no​wa​nia
nie mo​gło prze​cież pójść na mar​ne.

Sie​dział  w  na​pię​tym  mil​cze​niu,  pod​czas  gdy  Ka​min​ski  ga​wę​dził  z  Fran​kie

o sztu​ce. Gdy kel​ner przy​niósł za​mó​wio​ne trun​ki, Ari​stov wzniósł to​ast.

– Na zdro​wie – po​wie​dział. – Mamy umo​wę.
Grant  po​czuł,  że  za​le​wa  go  fala  bez​brzeż​nej  ulgi.  Ostat​ni  ele​ment  ukła​dan​ki

zna​lazł  się  wresz​cie  na  swo​im  miej​scu.  Uniósł  krysz​ta​ło​wy  kie​lich  i  po​wtó​rzył
for​muł​kę Ari​sto​va: „mamy umo​wę”.

Wód​ka ze​śli​znę​ła się gład​ko przez prze​łyk i roz​grza​ła wnętrz​no​ści. Grant spo​-

dzie​wał się, że owład​nie nim po​czu​cie trium​fu, ale nie czuł ni​cze​go. Był dziw​nie
otę​pia​ły i znie​czu​lo​ny.

background image

Ukrad​kiem spoj​rzał na Fran​kie. Był cie​kaw, co za​szło mię​dzy nią a Ari​sto​vem.

Nie my​lił się, sta​ra​ła się ukryć wzbu​rze​nie. Upi​ła ły​czek wód​ki i od​su​nę​ła kie​li​-
szek.

Ari​stov po​pro​sił o prze​sła​nie peł​ne​go tek​stu umo​wy praw​ni​kom. Je​śli nie zgło​-

szą za​strze​żeń, kon​trakt zo​sta​nie pod​pi​sa​ny nie​zwłocz​nie.

Grant wciąż cze​kał na uczu​cie ogrom​nej ra​do​ści, wręcz eu​fo​rii. Po tylu la​tach

w  koń​cu  do​piął  swe​go!  Cze​kał,  koń​cząc  spo​tka​nie  i  że​gna​jąc  się  z  Ro​sja​na​mi.
Cze​kał, wsia​da​jąc do li​mu​zy​ny i wy​glą​da​jąc przez okno na noc​ny Nowy Jork. Ra​-
dość  nie  przy​cho​dzi​ła.  Nie  ro​zu​miał  dla​cze​go.  Tak  dłu​go  wy​cze​ki​wa​na  ze​msta
na Mar​ko​vi​cu mia​ła się w koń​cu do​peł​nić. Czyż nie o tym wła​śnie ma​rzył?

Za​gad​nął Fran​kie o Ka​min​skie​go. Czy ła​two się go po​zby​ła?
– Po​wie​dzia​łam mu, że ko​cham się w kimś. Chy​ba zro​zu​miał, bo wię​cej nie na​-

le​gał.

Był cie​kaw, czy to jego mia​ła na my​śli. On sam z pew​no​ścią był w niej za​ko​cha​-

ny, choć ze wszyst​kich sił sta​rał się zwal​czyć to w so​bie.

– O czym roz​ma​wia​łaś z Ari​sto​vem na ta​ra​sie? – zmie​nił te​mat.
– Py​tał mnie w za​ufa​niu, czy po​wi​nien pod​pi​sać tę umo​wę – od​par​ła przez za​ci​-

śnię​te war​gi. – Czy je​steś czło​wie​kiem ho​no​ru, za ja​kie​go on cię uwa​ża.

Grant drgnął, za​sko​czo​ny. Ari​stov za​dał jej ta​kie py​ta​nie? Z po​zor​ną obo​jęt​no​-

ścią za​py​tał, co mu od​po​wie​dzia​ła. Fran​kie po​wtó​rzy​ła do​kład​nie swo​je sło​wa.

Wie​dział, ile mu​sia​ło ją to kosz​to​wać, zna​ła wszak jego pla​ny. Uści​snął jej rękę

i ci​cho po​dzię​ko​wał. Wal​czył z pra​gnie​niem pod​nie​sie​nia jej dło​ni do ust i uca​ło​-
wa​nia. Po​żą​dał jej tak moc​no, że nie​mal czuł smak jej skó​ry na ję​zy​ku. Wie​dział
jed​nak, że nie wol​no mu ulec tej żą​dzy.

Po​wo​li, nie​chęt​nie wy​pu​ścił jej rękę. Miał wra​że​nie, że je​dy​nie jej do​tyk trzy​-

ma go jesz​cze przy ży​ciu. Bez tego czuł się mar​twy w środ​ku.

Za​ci​ska​jąc zęby po​wta​rzał so​bie po​wo​dy, dla któ​rych nie wol​no mu ulec po​żą​-

da​niu.

Na py​ta​nie szo​fe​ra, do​kąd ma je​chać naj​pierw, po​dał ad​res Fran​kie.
– Two​je miesz​ka​nie jest bli​żej – sprze​ci​wi​ła się. – Zresz​tą i tak mu​szę wziąć od

cie​bie  do​ku​men​ty  pro​jek​tu  De​tro​it,  żeby  przej​rzeć  je  rano  przed  two​im  przyj​-
ściem. Dasz mi je, a po​tem Der​rick od​wie​zie mnie do domu.

Nie spo​sób było z tym dys​ku​to​wać.
Wy​sie​dli na pod​jeź​dzie przed bu​dyn​kiem i w mil​cze​niu wje​cha​li win​dą na górę.

Grant  szyb​ko  od​szu​kał  sto​sow​ne  do​ku​men​ty  i  przy​niósł  je  do  sa​lo​nu.  Po​pro​sił
o wia​do​mość, gdy​by trze​ba było coś jesz​cze wy​ja​śnić. Pod​nio​sła wzrok i spoj​rza​-
ła mu pro​sto w oczy, ba​da​jąc, son​du​jąc.

– Do zo​ba​cze​nia ju​tro. – Kur​tu​azyj​nie od​pro​wa​dził ją do drzwi i po​że​gnał krót​-

kim  ski​nie​niem.  Mu​siał  jak  naj​szyb​ciej  zo​stać  sam,  ina​czej  rzu​cił​by  się  na  nią,
nie​po​mny po​wo​dów, dla któ​rych nie wol​no mu było tego zro​bić.

– Har​ri​son, czy do​brze się czu​jesz? – za​py​ta​ła w pro​gu.
– Tak. Dzię​ki za po​moc.
Ski​nę​ła i wsia​dła do win​dy. Grant na​lał so​bie drin​ka, któ​re​go nie po​trze​bo​wał,

background image

i wy​szedł na ta​ras. Świe​cił księ​życ w peł​ni. Okrą​gła srebr​na tar​cza sła​ła obiet​ni​-
cę. Grant na​dal nie czuł ni​cze​go, na​wet nie​opusz​cza​ją​ce go do​tąd pra​gnie​nie ze​-
msty gdzieś się ulot​ni​ło. Po​ma​so​wał obo​la​łe skro​nie. W ta​kie wła​śnie noce, kie​dy
od​no​sił nie​za​prze​czal​ne zwy​cię​stwo, nie umiał się nim cie​szyć. Za​miast ra​do​ści
czuł strach, że i jego po​chło​nie kie​dyś ciem​ność.

Nie było żad​nych prze​sła​nek, że odzie​dzi​czył po ojcu skłon​ność do ma​niac​kich

za​cho​wań, za to z pew​no​ścią miał po nim in​kli​na​cję do de​pre​sji i smut​ku. Pa​trząc
na dum​ną wie​żę Gran​tów, ja​śnie​ją​ce w ciem​no​ści świa​dec​two wiel​ko​ści Ame​ry​-
ki, po raz set​ny roz​my​ślał o tym, czy oj​ciec był świa​dom, że lata bli​sko pło​mie​-
nia, czy też jego blask go ośle​piał, za​cie​ra​jąc kon​tu​ry rze​czy​wi​sto​ści?

Pul​so​wa​ło  mu  w  skro​niach.  Wiecz​nie  mu​siał  po​dej​mo​wać  de​cy​zje,  tyle  waż​-

nych de​cy​zji…

Wpa​tru​jąc  się  w  roz​ja​rzo​ny  świa​tła​mi  mrok,  my​ślał,  czy  każ​dy  czło​wiek  jest

nie​wol​ni​kiem  swo​je​go  prze​zna​cze​nia?  Czy  za​wsze  musi  kro​czyć  ścież​ką  wy​ty​-
czo​ną przez los? A  może ist​nie​je spo​sób wznie​sie​nia  się po​nad usta​lo​ne ramy?
Wy​bi​cia się i się​gnię​cia do gwiazd?

Od tych my​śli roz​bo​la​ła go gło​wa. Wie​dział, że musi się wy​rwać z ich krę​gu,

ale nie znał spo​so​bu.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Fran​kie wa​ha​ła się, drą​żo​na nie​po​ko​jem o Har​ri​so​na. Spo​dzie​wa​ła się, że po

za​war​ciu  po​ro​zu​mie​nia  z  Ari​sto​vem  bę​dzie  trium​fo​wał,  a  za​miast  tego  był  po​-
sęp​ny i przy​ga​szo​ny. Jesz​cze ni​g​dy go ta​kim nie wi​dzia​ła.

Szo​fer  ob​rzu​cił  ją  uważ​nym  spoj​rze​niem.  Chciał  jak  naj​szyb​ciej  zna​leźć  się

w domu z ro​dzi​ną i nie poj​mo​wał, dla​cze​go Fran​kie nie​pew​nie prze​stę​pu​je z nogi
na nogę, za​miast wsiąść wresz​cie do li​mu​zy​ny.

Wsia​dła,  za​trza​sku​jąc  za  sobą  drzwi,  i  po​jazd  płyn​nie  włą​czył  się  do  ru​chu.

Tar​ga​ły  nią  sprzecz​ne  uczu​cia.  Po​zwo​li​ła  Ari​sto​vo​wi  wie​rzyć,  że  może  po​le​gać
na  uczci​wo​ści  Gran​ta,  co  praw​do​po​dob​nie  skoń​czy  się  dla  nie​go  roz​cza​ro​wa​-
niem.  Za​klę​ła  pod  no​sem.  Nie  po​tra​fi​ła  po​jąć  za​cho​wa​nia  Har​ri​so​na.  Po​stą​pi​ła
zgod​nie z jego proś​bą, a jed​nak wy​da​wał się z niej nie​za​do​wo​lo​ny. Bez​rad​nie za​-
ci​ska​ła  dło​nie,  usi​łu​jąc  co​kol​wiek  z  tego  zro​zu​mieć.  Czy  ogar​nę​ły  go  w  koń​cu
wy​rzu​ty su​mie​nia? A może do​piąw​szy swe​go, zro​zu​miał wresz​cie, że ze​msta nie
ukoi zła​ma​ne​go ser​ca? I ni​g​dy nie zwró​ci mu ojca?

A je​śli cho​dzi​ło o coś zu​peł​nie in​ne​go? Po​sta​no​wi​ła dzia​łać i ener​gicz​nie za​stu​-

ka​ła w szy​bę za ple​ca​mi szo​fe​ra.

– Pro​szę mnie za​wieźć z po​wro​tem, za​po​mnia​łam cze​goś waż​ne​go – po​pro​si​ła.
Ski​nął gło​wą i przy pierw​szej oka​zji za​wró​cił. Wy​sia​da​jąc przed do​mem Har​ri​-

so​na, po​wie​dzia​ła, żeby Der​rick na nią nie cze​kał, bo zej​dzie jej pew​nie dłuż​szą
chwi​lę. Szo​fer nie ko​men​to​wał jej na​głej zmia​ny de​cy​zji.

We​szła bocz​nym wej​ściem do bu​dyn​ku. W tym celu wy​ma​ga​ny był wpraw​dzie

od​cisk kciu​ka, ale Har​ri​son za​dbał o to na sa​mym po​cząt​ku ich współ​pra​cy, na
wy​pa​dek gdy​by, jak przed kil​ko​ma dnia​mi, mu​sia​ła pil​nie ode​brać od nie​go do​ku​-
men​ty. Z bi​ją​cym ser​cem wje​cha​ła win​dą do pen​tho​use’u.

Pa​no​wa​ła w nim nie​zmą​co​na ci​sza. Fran​kie na pal​cach prze​szła do prze​stron​-

ne​go sa​lo​nu. Har​ri​so​na nie było ni​g​dzie wi​dać.

Przez  uchy​lo​ne  drzwi  do  ga​bi​ne​tu  zo​ba​czy​ła,  że  jest  w  nim  ciem​no.  Ni​kły

blask do​cho​dził z ta​ra​su, może tam znaj​dzie go​spo​da​rza. Nie my​li​ła się, opar​ty
o ba​lu​stra​dę wpa​try​wał się w ciem​ność. Stu​ka​jąc ob​ca​sa​mi, zbli​ży​ła się do nie​go
pew​nym kro​kiem. Od​wró​cił się za​sko​czo​ny.

– Czy za​po​mnia​łem o ja​kichś do​ku​men​tach? – za​py​tał.
– Nie, ja tyl​ko… – urwa​ła, tra​cąc na​gle re​zon. Tyl​ko co? W ja​kim celu się tu

wła​ści​wie po​ja​wi​ła?

Za​trzy​ma​ła się o kil​ka kro​ków przed nim. Był tak samo wy​so​ki i wład​czy jak

za​wsze,  do  tego  znie​wa​la​ją​co  przy​stoj​ny,  ale  zda​wał  się  czymś  udrę​czo​ny.  Mu​-
sia​ła  się  do​wie​dzieć,  w  czym  rzecz.  Za​gad​nię​ty  otwar​cie  od​parł,  że  nic  mu  nie
jest, i po​pro​sił, by wró​ci​ła do domu.

background image

–  Od​kąd  Ari​stov  zgo​dził  się  pod​pi​sać  kon​trakt,  je​steś  dziw​nie  przy​gnę​bio​ny,

a prze​cież po​wi​nie​neś się cie​szyć – upie​ra​ła się Fran​kie. – Czy nie tego wła​śnie
pra​gnę​li​śmy?

– Nie​po​trzeb​nie się tym przej​mu​jesz – po​wie​dział, od​wra​ca​jąc się, by da​lej pa​-

trzeć na nie​bo. – Wra​caj do domu, zo​ba​czy​my się po po​łu​dniu.

Nie  uwie​rzy​ła  w  ani  jed​no  sło​wo  Har​ri​so​na.  Za​wsze  twier​dził,  że  nie  ule​ga

emo​cjom, a te​raz miał je wręcz wy​pi​sa​ne na twa​rzy, na ca​łym mu​sku​lar​nym cie​-
le. Fran​kie nie dała się zwieść jego uspo​ka​ja​ją​cym wy​mów​kom.

– Bywa – za​czę​ła ci​cho, kła​dąc mu dłoń na ra​mie​niu – że to, cze​go naj​bar​dziej

pra​gnie​my, bo my​śli​my, że dzię​ki temu bę​dzie nam le​piej na świe​cie, przy​no​si je​-
dy​nie roz​cza​ro​wa​nie. I nic w tym dziw​ne​go, od po​cząt​ku bo​wiem ule​ga​li​śmy złu​-
dze​niu.

–  Wy​koń​cze​nie  Mar​ko​vi​ca  spra​wi,  że  po​czu​ję  się  do​sko​na​le,  nie  miej  co  do

tego  żad​nych  wąt​pli​wo​ści  –  od​parł  i  od​wró​cił  się  do  niej  gwał​tow​nie,  strą​ca​jąc
jej rękę. – Je​stem po pro​stu zmę​czo​ny, mam zbyt dużo na gło​wie. Idź już, nie mo​-
żesz mi po​móc.

– Nie mogę cię tak zo​sta​wić.
Utkwił w niej spoj​rze​nie oczu go​rą​cych jak wę​gle i de​li​kat​nie mu​snął jej po​li​-

czek, przy​glą​da​jąc się z sa​tys​fak​cją, jak Fran​kie re​agu​je drże​niem.

– Je​że​li stąd nie pój​dziesz, z roz​ko​szą do​koń​czę to, co za​czą​łem w li​mu​zy​nie –

wy​szep​tał. – A prze​cież obo​je do​szli​śmy do wnio​sku, że to nie by​ło​by roz​sąd​ne.

Fran​kie czu​ła, że drżą jej ko​la​na. Po​wró​ci​ło wspo​mnie​nie po​ca​łun​ku z Lon​dy​-

nu. Je​śli się temu nie oprze, zo​sta​nie strą​co​na w ot​chłań sa​mo​znisz​cze​nia. Czy
tego  wła​śnie  chcia​ła?  Wszak  ko​cha​ła  swo​ją  pra​cę  i  za​le​ża​ło  jej  na  tym,  by  ją
utrzy​mać.

– Idź już – szep​nął, mu​ska​jąc kciu​kiem jej war​gi – bo tyl​ko dzię​ki to​bie nie czu​-

ję się mar​twy w środ​ku. Je​śli zo​sta​niesz, nie od​po​wia​dam za to, co się da​lej sta​-
nie.

Ucie​kaj, pod​po​wia​dał jej głos roz​sąd​ku. Za​głu​sza​ło go jed​nak pra​gnie​nie prze​-

ży​cia nie​wy​sło​wio​nej roz​ko​szy w ra​mio​nach Har​ri​so​na. Świa​do​mość, że on tak​-
że  jej  po​żą​da,  była  wprost  hip​no​ty​zu​ją​ca.  Opusz​ka  kciu​ka,  któ​rą  wo​dził  po  jej
ustach, wy​czu​wal​nie drża​ła.

– Idź już.
– Nie.
To krót​kie, kry​sta​licz​nie ja​sne sło​wo za​wi​sło mię​dzy nimi w po​wie​trzu. Har​ri​-

son wpił war​gi we wnę​trze dło​ni dziew​czy​ny, jak​by sma​ko​wał esen​cję jej ko​bie​-
co​ści. Puls Fran​kie rap​tow​nie przy​spie​szył.

– Masz pięć se​kund na wyj​ście – wy​mru​czał – a po​tem ofer​ta tra​ci ak​tu​al​ność.

Już cię stąd nie wy​pusz​czę.

Za​mknąw​szy  oczy,  li​czy​ła  bie​gną​ce  se​kun​dy.  Z  ust  Har​ri​so​na  wy​rwa​ło  się  ci​-

che prze​kleń​stwo.

Te​raz ona wpi​ła war​gi w jego roz​grza​ną dłoń. Sma​ko​wał piż​mem i solą, po​my​-

śla​ła, że to za​pach praw​dzi​we​go męż​czy​zny. Har​ri​son znie​ru​cho​miał, co świad​-

background image

czy​ło o tym, że ca​łym je​ste​stwem chło​nie to nie​zwy​kłe do​zna​nie.

Po  chwi​li  oplótł  pal​ca​mi  jej  prze​gub  i  sta​now​czym  ru​chem  przy​cią​gnął  ją  bli​-

żej.  Po​czu​ła  ema​nu​ją​cy  z  nie​go  żar.  Upew​nił  się,  czy  Fran​kie  tak​że  tego  chce.
Po​tak​nę​ła ski​nie​niem, my​śląc prze​lot​nie o swo​im je​dy​nym do​świad​cze​niu sek​su​-
al​nym, któ​re oka​za​ło się ogrom​nym roz​cza​ro​wa​niem.

Opły​wa​ło  ich  cie​płe  noc​ne  po​wie​trze.  Har​ri​son  wsu​nął  pal​ce  w  upię​te  wło​sy

dziew​czy​ny i za​czął wyj​mo​wać z nich spin​ki. Tak moc​no szu​mia​ło jej w uszach,
że nie sły​sza​ła, jak jed​na po dru​giej spa​da​ją na ta​ras. Gdy wy​jął ostat​nią spin​kę,
gę​ste wło​sy opa​dły lśnią​cą falą na ra​mio​na dziew​czy​ny.

– Nie umiem cię przej​rzeć – szep​nął, na​wi​ja​jąc na pa​lec błysz​czą​ce pa​sem​ko. –

Je​steś  szcze​ra,  nie​ustra​szo​na,  cza​sem  nie​pew​na  sie​bie,  ale  by​stra  i  mą​dra.  To
dla​te​go Ari​stov za​dał ci dzi​siaj to py​ta​nie. W głę​bi ser​ca je​steś bar​dzo do​bra i to
się czu​je.

– Tak mnie wy​cho​wa​no – od​rze​kła, wy​dy​ma​jąc war​gi.
– Wła​śnie na tym po​le​ga róż​ni​ca – rzekł nie​co ta​jem​ni​czo. – Przez to wy​da​jesz

mi się nie​re​al​na.

Nie mia​ła cza​su za​sta​no​wić się, czy to do​brze, czy źle, gdyż Har​ri​son za​czął

po​kry​wać jej ra​mio​na i de​kolt na​mięt​ny​mi po​ca​łun​ka​mi. Fran​kie czu​ła, że pło​nie,
gdy zmy​sło​wo ką​sał jej szy​ję. Wy​da​wa​ła z sie​bie ci​che wes​tchnie​nia i jęki. Mia​ła
mięk​kie ko​la​na. Oba​wia​jąc się, że upad​nie, ob​ję​ła go w pa​sie.

Prze​su​nął dłoń na jej kark i wpił się na​mięt​nie w jej usta. Po​ca​łu​nek zda​wał się

nie  mieć  koń​ca,  obie​cy​wał  nie​zmie​rzo​ne  roz​ko​sze.  Ra​cjo​nal​na  stro​na  umy​słu
Fran​kie zo​sta​ła odłą​czo​na na do​bre.

Zsu​nął ża​kiet z jej ra​mion i od​wie​sił na po​ręcz. Z gu​zi​ka​mi bluz​ki po​ra​dził so​-

bie tak umie​jęt​nie, że na​bra​ła ab​so​lut​nej pew​no​ści, że ma do czy​nie​nia z eks​per​-
tem w dzie​dzi​nie uwo​dze​nia. Gdy skoń​czył, sta​ła przed nim ob​na​żo​na, ru​mie​niąc
się jak ju​trzen​ka. Na jego twa​rzy od​ma​lo​wa​ło się wy​raź​ne po​żą​da​nie.

–  Je​steś  taka  pięk​na  –  wy​szep​tał.  –  Ni​g​dy  nie  za​po​mnę  chwi​li,  gdy  tam​te​go

dnia uj​rza​łem cię na miej​scu Tes​sy.

Wspo​mnie​nie prze​ży​te​go upo​ko​rze​nia było dla Fran​kie dość bo​le​sne. Ze wsty​-

dem spu​ści​ła wzrok.

– Nie​raz śni​łem o to​bie… – wy​znał. – Te kaj​dan​ki… – Za​kry​ła twarz dłoń​mi; od​-

su​nął je de​li​kat​nie, ale sta​now​czo. – Nie masz się cze​go wsty​dzić. Ni​g​dy nie wi​-
dzia​łem bar​dziej po​nęt​ne​go wi​do​ku.

Ser​ce  Fran​kie  biło  przy​śpie​szo​nym  ryt​mem.  Na​mięt​ne  po​ca​łun​ki  Har​ri​so​na

wy​war​ły na niej pio​ru​nu​ją​ce wra​że​nie. Gdy po​ło​żył dło​nie na jej pier​siach, piesz​-
cząc  de​li​kat​nie  na​brzmia​łe  sut​ki,  prze​mknę​ło  jej  przez  myśl,  że  już  ni​g​dy  nie
usią​dzie  przy  swym  biur​ku  bez  uczu​cia  za​że​no​wa​nia,  że  od  tej  pory  wszyst​ko
bę​dzie ina​czej.

– Nie myśl o tym – jęk​nął głu​cho Har​ri​son, jak​by czy​tał w jej my​ślach. – Nie

dzi​siaj, od​daj mi się, czuj…

Usłu​cha​ła,  prze​czu​wa​jąc,  że  tyl​ko  on  może  spra​wić,  by  do​zna​ła  praw​dzi​wej

roz​ko​szy. Była o tym ab​so​lut​nie prze​ko​na​na.

background image

Z jej gar​dła wy​darł się rap​tem prze​cią​gły jęk. Przy​trzy​ma​ła ko​chan​ka za umię​-

śnio​ne ra​mio​na. Har​ri​son czu​le uką​sił ją w szy​ję, obie​cu​jąc, że to do​pie​ro po​czą​-
tek i po​win​na się spo​dzie​wać wię​cej. Znacz​nie wię​cej.

Ko​la​nem roz​su​nął jej nogi, przy​trzy​mu​jąc ją, po​wiódł ręką po udach. Oczy​wi​-

ście  no​si​ła  ulu​bio​ne  ko​ron​ko​we  pod​wiąz​ki,  co  za​uwa​żył  i  ze  świ​stem  wcią​gnął
po​wie​trze.

– Sza​le​ję za tobą – szep​nął z usta​mi w jej wło​sach.
Wsu​nął ra​mię pod jej ko​la​na i bez tru​du pod​niósł ją do góry, jak​by była lek​ka

jak  piór​ko.  Ser​ce  za​bi​ło  jesz​cze  szyb​ciej  na  myśl,  że  Har​ri​son  jest  ta​kim  si​ła​-
czem. Od​da​ła mu się w po​sia​da​nie, co na​peł​ni​ło ją rap​tem uczu​ciem lek​kiej pa​ni​-
ki.

Po​niósł ją przez sła​bo oświe​tlo​ny sa​lon i dłu​gi ko​ry​tarz do prze​stron​nej sy​pial​-

ni pana domu. Szum w uszach i wa​le​nie ser​ca nie usta​wa​ły. Po​czu​ła, że stoi na
gru​bym, mięk​kim dy​wa​nie i ma przed ocza​mi za​pie​ra​ją​cy dech wi​dok na Cen​tral
Park. Har​ri​son zdjął kra​wat i wpa​tru​jąc się we Fran​kie, roz​piął gu​zi​ki ko​szu​li.
Na​tych​miast  za​schło  jej  w  ustach.  Wbi​ła  pal​ce  stóp  w  mięk​kie  wło​sie  dy​wa​nu,
wal​cząc z pra​gnie​niem bły​ska​wicz​ne​go opusz​cze​nia luk​su​so​wej sie​dzi​by Har​ri​-
so​na.

Ru​szył do niej le​ni​wie, nie​śpiesz​nie. Mu​siał do​strzec nie​po​kój w jej oczach, bo

przy​sta​nął i mruk​nął:

– Za​ufaj mi.
– Do​brze – od​szep​nę​ła le​d​wo do​sły​szal​nie z ser​cem ści​śnię​tym ze wzru​sze​nia.
Sta​nął przed nią, wy​szarp​nął poły ko​szu​li ze spodni i nie​co te​atral​nym ge​stem

ze​rwał  ją  z  ra​mion.  Fran​kie  nie  wi​dzia​ła  jesz​cze  tak  wspa​nia​le  zbu​do​wa​ne​go
męż​czy​zny.  Twar​da  jak  ska​ła,  wy​skle​pio​na  klat​ka  pier​sio​wa,  sze​ro​kie,  pro​ste
bar​ki.  Mu​sia​ła  go  do​tknąć,  ni​czym  pięk​ny  eks​po​nat.  Po​ło​ży​ła  dło​nie  na  tor​sie
Har​ri​so​na i wo​dzi​ła nimi, ucząc się go na pa​mięć. Po​zwo​lił jej na tę po​ufa​łość.

To było tak nie​zwy​kłe, że po​czu​ła, że krę​ci jej się w gło​wie.
Mu​snę​ła jego twar​dy tors. Drgnął, lecz nie od​su​nął jej pal​ców. Prze​ciw​nie, gdy

chcia​ła cof​nąć ręce, po​pro​sił o wię​cej.

Oka​za​ło się, że nie do koń​ca po​ję​ła jego in​ten​cje. Na​krył jej dłoń swo​ją i zsu​-

nął  ni​żej,  na  pod​brzu​sze.  Nie​spo​dzie​wa​ny  kon​takt  z  jego  twar​dą,  na​brzmia​łą
mę​sko​ścią  spra​wił,  że  krew  ży​wiej  po​pły​nę​ła  w  jej  ży​łach.  Przy​mknę​ła  oczy
i ostroż​nie ba​da​ła obiekt swo​ich piesz​czot. Har​ri​so​no​wi mu​sia​ło się to po​do​bać,
bo na​chy​lił się do niej, ję​cząc z ci​cha. Ośmie​lo​na, po​gła​ska​ła go moc​niej i po​czu​-
ła, jak ogrom​nie​je pod jej do​ty​kiem.

Za​czął gła​dzić jej uda, wsu​nął pal​ce pod ela​stycz​ną ko​ron​kę pod​wią​zek.
– One zo​sta​ną – szep​nął.
Prze​su​nął dło​nie wy​żej i do​tknął brze​gu ko​ron​ko​wych maj​te​czek. Fran​kie od​-

ru​cho​wo znie​ru​cho​mia​ła, cze​ka​jąc z gło​wą na jego pier​si, co te​raz zro​bi Har​ri​-
son. Ko​la​nem roz​su​nął jej uda i mu​snął źró​dło jej ko​bie​co​ści z tak nie​skoń​czo​ną
tkli​wo​ścią, że le​d​wie utrzy​ma​ła się na no​gach.

Z  jej  ust  wy​mknął  się  prze​cią​gły  zdu​szo​ny  jęk.  Har​ri​son  pod​trzy​mał  ją,  gdy

background image

ugię​ły się pod nią ko​la​na, i nie prze​ry​wał piesz​czo​ty. Ochry​płym gło​sem szep​tał
jej  do  ucha  py​ta​nia:  Czy  ci  się  po​do​ba?  Czy  chcia​ła​byś  wię​cej?  Wy​ję​cza​ła,  że
tak; ni​g​dy do​tąd nie czu​ła cze​goś tak cu​dow​ne​go.

Cof​nął rękę. Mia​ła ocho​tę krzy​czeć i bła​gać go o dal​sze piesz​czo​ty. Jesz​cze ni​-

g​dy nie do​zna​ła tak głę​bo​kiej roz​ko​szy. Lecz Har​ri​son wła​śnie ścią​gał spodnie,
go​tów  przejść  do  ko​lej​nych  eta​pów  ich  in​tym​nej  zna​jo​mo​ści.  Zsu​nął  je​dwab​ne
bok​ser​ki  i  za​pre​zen​to​wał  się  Fran​kie  w  ca​łej  oka​za​ło​ści.  Mo​men​tal​nie  za​schło
jej w ustach, a dło​nie za​czę​ły się po​cić. Spo​dzie​wa​ła się, że bę​dzie ogrom​ny, ale
to, co uj​rza​ła, wpra​wi​ło ją w lek​kie oszo​ło​mie​nie.

Sto​jąc  przed  nią  nagi,  ścią​gnął  z  niej  bluz​kę,  zna​lazł  su​wak  z  tyłu  spód​ni​cy

i roz​piął go szyb​kim ru​chem. Za​wsty​dzi​ła się nie​co na myśl, że zna​la​zła się oto
w sa​mych fi​gach z ko​ron​ki. Na po​licz​kach Har​ri​so​na wy​kwitł głę​bo​ki ru​mie​niec,
w ciem​nych oczach błysz​cza​ło pod​nie​ce​nie. Tro​ski i kło​po​ty pierz​chły, za​stą​pio​-
ne przez sil​ne pra​gnie​nie jej cia​ła. Pra​gnął ją po​siąść, by osta​tecz​nie się prze​ko​-
nać, że jest isto​tą z krwi i ko​ści, jak​by jesz​cze w to nie uwie​rzył.

Śle​dzi​ła go wzro​kiem, gdy przy​siadł na brze​gu sze​ro​kie​go łoża i na​cią​gnął pre​-

zer​wa​ty​wę. Nie mo​gła ode​rwać oczu od tego wspa​nia​łe​go męż​czy​zny. Gdy upo​-
rał się już z kon​do​mem, przy​wo​łał ją wład​czym spoj​rze​niem. Po​de​szła i zna​la​zła
się za​le​d​wie kil​ka cen​ty​me​trów przed nim.

– W mo​ich fan​ta​zjach za​ku​wasz mnie w kaj​dan​ki – szep​nął, świ​dru​jąc ją roz​pa​-

lo​nym wzro​kiem. – Ale to nie​po​trzeb​ne. I tak nie​po​dziel​nie nade mną pa​nu​jesz.

Nogi mia​ła cięż​kie jak z oło​wiu. De​li​kat​nie zdjął z niej figi. Za​chwia​ła się nie​-

bez​piecz​nie i omal nie upa​dła, gdy wsu​nął pal​ce po​mię​dzy jej uda, a dru​gą ręką
moc​no ści​snął za po​ślad​ki, jak​by oznaj​miał: bio​rę cię w po​sia​da​nie. Przy​trzy​ma​-
ła się jego twar​dych bar​ków.

– Lu​bię jak ko​bie​ta mnie zwią​zu​je – cią​gnął – tyle że wte​dy nie mógł​bym cię

tak pie​ścić. A chcę, że​byś była tak roz​pa​lo​na jak w mo​ich fan​ta​zjach.

Fran​kie  przy​mknę​ła  oczy.  Mi​mo​wol​nie  ko​ły​sa​ła  się  i  ocie​ra​ła  w  rytm  jego

piesz​czo​ty. To było wprost nie​wia​ry​god​ne. Z jej ust wy​darł się zno​wu ci​chy jęk.

– O tak… – szep​tał, nie prze​ry​wa​jąc piesz​czo​ty. – Taką wła​śnie cię lu​bię…
Na​gle znów cof​nął pal​ce, po​zo​sta​wia​jąc ją roz​pa​lo​ną i słod​ko obo​la​łą. Omdle​-

wa​ją​cym gło​sem za​py​ta​ła, co jesz​cze robi mu w jego fan​ta​zjach.

–  Ujeż​dżasz  mnie  jak  praw​dzi​wa  ama​zon​ka  –  od​po​wie​dział,  po​cią​ga​jąc  ją  na

sie​bie.

Było to cu​dow​ne, zmy​sło​we prze​ży​cie. Ko​ły​sa​ła się z gło​wą od​chy​lo​ną do tyłu,

ści​ska​jąc uda​mi bio​dra ko​chan​ka. Pod​trzy​my​wał ją, po​ma​ga​jąc jej się po​ru​szać.
Ich ru​chy sta​wa​ły się stop​nio​wo co​raz bar​dziej gwał​tow​ne. W pew​nym mo​men​-
cie wy​prę​ży​ła się i wy​da​ła prze​cią​gły, gar​dło​wy jęk, wpi​ja​jąc pa​znok​cie w bar​ki
Har​ri​so​na, któ​ry zda​wał się nie od​czu​wać bólu. Pod po​wie​ka​mi eks​plo​do​wa​ły jej
fon​tan​ny  ośle​pia​ją​co  bia​łe​go  świa​tła  i  za​drga​ła  kur​czo​wo,  szczy​tu​jąc,  po  czym
opa​dła bez​wład​nie na jego tors. Dłu​go nie była w sta​nie się po​ru​szyć.

Rześ​kie  noc​ne  po​wie​trze  przy​jem​nie  chło​dzi​ło  roz​pa​lo​ną  skó​rę.  Har​ri​son

prze​to​czył się wraz z nią na bok i uważ​nie po​pa​trzył jej w oczy.

background image

– Tyl​ko o ni​czym nie myśl – prze​strzegł.
– Do​brze – od​mruk​nę​ła nie​wy​raź​nie. Czu​ła się zmę​czo​na jak po dłu​gim bie​gu.
Dłuż​szą chwi​lę le​że​li w mil​cze​niu, po czym Har​ri​son wstał i dys​kret​nie po​zbył

się pre​zer​wa​ty​wy. Wró​cił i po​ło​żył się przy Fran​kie na ple​cach.

–  Przy​znam,  że  tro​chę  mnie  za​sko​czy​łaś  tym,  co  po​wie​dzia​łaś  Ari​sto​vo​wi  na

mój te​mat… – za​gad​nął.

– Po​wie​dzia​łam praw​dę, je​steś do​brym czło​wie​kiem. Mar​twi mnie tyl​ko, co się

sta​nie z jego fir​mą, kie​dy ją przej​miesz. Moja ro​dzi​na od trzy​dzie​stu lat po​sia​da
re​stau​ra​cję. Gdy​by ktoś ją rap​tem od​ku​pił i wszyst​ko tam po​zmie​niał, by​ła​bym
za​ła​ma​na.

– Sko​ro tak ko​chasz tę knaj​pę, to dla​cze​go w niej nie pra​cu​jesz? – za​py​tał, de​-

li​kat​nie ma​su​jąc jej kark.

– Ro​dzi​ce bar​dzo tego chcie​li… Ja jed​nak od dziec​ka ma​rzy​łam o po​sa​dzie asy​-

stent​ki i w koń​cu do​pię​łam swe​go.

–  Po​do​ba  ci  się  pra​ca  z  ta​kim  ty​ra​nem  jak  ja?  –  rzu​cił  żar​to​bli​wie,  mu​ska​jąc

war​ga​mi jej szy​ję.

– By​wasz okrop​ny – przy​zna​ła, lecz kie​dy się za​sę​pił, szyb​ko do​da​ła: – ale dużo

się od cie​bie uczę. Masz ogrom​ną wie​dzę o pro​wa​dze​niu biz​ne​su.

– Tyl​ko to ci we mnie im​po​nu​je?
– Do​brze wiesz, że tak nie jest. Od po​cząt​ku wpa​dłeś mi w oko, sama się so​bie

dzi​wię, bo wca​le taka nie je​stem, skru​pu​lat​nie od​dzie​lam pra​cę od ży​cia pry​wat​-
ne​go…

– Jak to, prze​cież pod​ko​chu​jesz się w moim bra​cie.
–  Cią​gle  to  po​wta​rzasz  –  żach​nę​ła  się  z  obu​rze​niem.  –  Co​burn  jest  bar​dzo

przy​stoj​ny i wspa​nia​le nam się pra​co​wa​ło, ale nic po​nad to!

– A two​je ro​dzeń​stwo? Dla​cze​go nie chcie​li prze​jąć ro​dzin​ne​go in​te​re​su? – za​-

py​tał z za​cie​ka​wie​niem.

–  Mam  pię​ciu  bra​ci  –  wy​ja​śni​ła  ocho​czo.  –  Je​den  jest  neu​ro​chi​rur​giem,  dru​gi

psy​cho​lo​giem,  trze​ci  in​ży​nie​rem,  czwar​ty  pra​cu​je  w  ban​ku,  naj​młod​szy  zaś
w  wie​ku  dwu​dzie​stu  sze​ściu  lat  do​ro​bił  się  sie​ci  klu​bów  fit​ness.  Sam  więc  wi​-
dzisz, że tyl​ko ja nie skoń​czy​łam stu​diów i nada​wa​łam się w sam raz do pro​wa​-
dze​nia knaj​py. Oj​ciec ma​wia, że mam po​dej​ście do lu​dzi.

– O, z pew​no​ścią… – Po​ca​ło​wał ją głę​bo​ko w usta. – Ale to nie wszyst​ko. Mó​-

wisz  trze​ma  ję​zy​ka​mi  i  je​steś  do​sko​na​le  zor​ga​ni​zo​wa​na.  Poza  tym  in​te​li​gent​na
i bły​sko​tli​wa, a to nie​zbęd​ne kwa​li​fi​ka​cje do​brej asy​stent​ki.

– Nie mu​sisz mnie po​cie​szać, do​brze znam swo​ją war​tość – od​rze​kła zmie​sza​-

na.  Wo​la​ła​by  nie  cią​gnąć  dłu​żej  tej  roz​mo​wy.  –  Ju​lia​na  twier​dzi  –  za​czę​ła,  pra​-
gnąc  zmie​nić  te​mat  –  że  An​ton  Mar​ko​vic  to  zły,  nie​bez​piecz​ny  czło​wiek.  Ze
wzglę​du  na  jego  po​wią​za​nia  ze  świa​tem  prze​stęp​czym  wo​la​ła​by,  żeby  Ari​stov
nie  ro​bił  z  nim  żad​nych  in​te​re​sów.  –  Pod​nio​sła  wzrok  na  Har​ri​so​na,  w  któ​re​go
oczach mi​gnę​ły groź​ne bły​ski. – Czy on wie, że dep​czesz mu po pię​tach?

– Nie wie. I prze​stań się już nim zaj​mo​wać. Ju​lia​na ma ra​cję, z Mar​ko​vi​cem le​-

piej nie za​dzie​rać.

background image

– A ty wła​śnie z nim za​dar​łeś…
– Fran​kie… – rzekł z na​ci​skiem i prze​krę​cił się na bok. – Chy​ba będę cię mu​-

siał uci​szyć. – Za​mknął jej usta na​mięt​nym po​ca​łun​kiem, piesz​cząc jed​no​cze​śnie
jej mięk​kie pier​si. Przy​war​ła do nie​go spra​gnio​na dal​szych piesz​czot. Wsu​nął się
na nią po​wo​li i za​nim w nią wszedł, zdą​żył jej szep​nąć do ucha, że już się za nią
stę​sk​nił i do​pie​ro te​raz spra​wi jej roz​kosz, ja​kiej ona ni​g​dy nie za​po​mni…

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Har​ri​son ock​nął się i po​czuł lek​ki ucisk na udzie. Do​le​ciał go de​li​kat​ny, zmy​sło​-

wy  za​pach  per​fum.  Z  po​cząt​ku  my​ślał,  że  zno​wu  przy​śni​ła  mu  się  jego  ślicz​na
asy​stent​ka, lecz gdy uniósł po​wie​ki, prze​ko​nał się, że to nie sen, uj​rzał bo​wiem
dłu​gą  szczu​płą  nogę.  Fran​kie  spa​ła  wtu​lo​na  w  po​dusz​kę,  z  nogą  za​rzu​co​ną  na
udo Har​ri​so​na. Wspo​mnie​nia po​przed​niej nocy po​wró​ci​ły z nie​zwy​kłą ja​skra​wo​-
ścią.

Na  mo​ment  za​mknął  oczy  i  wró​cił  my​śla​mi  do  wy​da​rzeń  po​przed​nie​go  dnia.

Ari​stov zgo​dził się pod​pi​sać kon​trakt, on zaś za​miast ra​do​ści po​czuł się mar​twy
w środ​ku. Po​two​ry w jego gło​wie zno​wu się oży​wi​ły, z za​ka​mar​ków mó​zgu wy​-
pełzł dła​wią​cy mrok.

Wie​dzio​na ko​bie​cą in​tu​icją Fran​kie wró​ci​ła do nie​go. Za​sta​ła go w chwi​li sła​-

bo​ści, gdy nie był w sta​nie obro​nić się przed jej uro​kiem. Uwiódł ją, choć tak się
przed tym bro​nił. Po​ło​żył dłoń na jej gład​kim udzie; za​mru​cza​ła przez sen i przy​-
tu​li​ła się moc​niej. Za​drżał na myśl, jak bar​dzo od​sło​nił przed nią swo​je wnę​trze.

Po​czuł,  że  cały  się  poci.  Ni​g​dy  ni​ko​go  do  sie​bie  nie  do​pusz​czał,  nie  zdra​dzał

swo​ich sła​bo​ści. Lecz ona jed​nym czu​łym ge​stem znisz​czy​ła mur, jaki wo​kół sie​-
bie wy​bu​do​wał. Nie mógł po​jąć, jak ła​two jej uległ. Wie​dział jed​no: tyl​ko ona po​-
tra​fi​ła ode​gnać drę​czą​ce go de​mo​ny.

Od​sła​nia​jąc się przed nią, po​peł​nił być może duży błąd, lecz jed​ne​mu nie mógł

za​prze​czyć: mrok się roz​wiał, miał zno​wu ja​sną gło​wę.

Po​now​nie do​le​cia​ła go sub​tel​na woń per​fum i cia​ło za​re​ago​wa​ło na​tych​miast.

Wie​dział  jed​nak,  że  je​śli  tknie  ją  choć​by  jed​nym  pal​cem,  bę​dzie  bez​pow​rot​nie
stra​co​ny.  Mu​siał  wy​mknąć  się  z  łóż​ka,  wziąć  prysz​nic  i  wy​my​śleć,  co  da​lej  po​-
cząć z tą nie​zręcz​ną sy​tu​acją.

Jak naj​de​li​kat​niej od​su​nął jej nogę i po​wo​li wstał. Zwi​nę​ła się w kłę​bek i spa​ła

da​lej. Zer​k​nął na nią przez ra​mię i od razu tego po​ża​ło​wał. Tej nocy miał przy
so​bie praw​dzi​we​go anio​ła. Dłu​gie czar​ne wło​sy za​kry​wa​ły twarz, kształ​tów mo​-
gła​by jej po​zaz​dro​ścić sama We​nus, a do​broć wy​le​wa​ła się z niej wszyst​ki​mi po​-
ra​mi. Za​gryzł war​gi, by przy​wo​łać się do po​rząd​ku.

Sta​nął pod stru​mie​niem lo​do​wa​tej wody. Dzi​siaj wy​śle Ari​sto​vo​wi do​ku​men​ty,

Ro​sja​nin pod​pi​sze, a wów​czas po​zo​sta​nie tyl​ko z daw​na wy​cze​ki​wa​na kon​fron​ta​-
cja z Mar​ko​vi​cem. Spra​wa wy​da​wa​ła się ra​czej pro​sta. Mar​ko​vic przy​je​dzie do
Wa​szyng​to​nu  lob​bo​wać  w  spra​wie  du​że​go  rzą​do​we​go  kon​trak​tu.  Po​nie​wcza​sie
zro​zu​mie, że nic z tego nie wyj​dzie, łań​cuch do​staw​ców bo​wiem zo​stał prze​ję​ty
przez Grant In​du​stries.

Wy​szedł spod prysz​ni​ca, wy​tarł się ręcz​ni​kiem i na pal​cach wśli​znął się do sy​-

pial​ni. Fran​kie da​lej spa​ła. Ubrał się i po​szedł do kuch​ni za​pa​rzyć kawę. Z pa​ru​-

background image

ją​cym kub​kiem w ręku sta​nął na ta​ra​sie i po​dzi​wiał bu​dzą​cy się do ży​cia Man​-
hat​tan.  W  par​ku  zga​sły  la​tar​nie,  uli​ca​mi  prze​my​ka​ły  nie​licz​ne  o  tej  po​rze  tak​-
sów​ki i po​jaz​dy pry​wat​ne.

Wes​tchnął  i  pod​jął  de​cy​zję.  O  po​ran​ku  spra​wy  za​wsze  wy​glą​da​ły  le​piej,  nie

mógł  jed​nak  za​prze​czyć,  że  to,  co  wy​da​rzy​ło  się  wczo​raj​szej  nocy  mię​dzy  nim
a Fran​kie, było po​waż​nym błę​dem. Nie umiał po​jąć, jak mógł do tego do​pu​ścić.
Po  tym  co  za​szło,  nie  mo​gli  da​lej  ze  sobą  współ​pra​co​wać.  To  wy​klu​czo​ne.  Już
wcze​śniej nie był w sta​nie sku​piać się na pra​cy tak, jak to miał w zwy​cza​ju, a co
bę​dzie te​raz, sko​ro już wie​dział, jak to jest mieć Fran​kie w swej mocy, roz​ko​szo​-
wać się jej dzi​ko​ścią i sło​dy​czą.

Nie​chyb​nie do​pro​wa​dzi​ło​by go to do sza​leń​stwa.
Od​da​nie jej do dys​po​zy​cji Co​bur​na nie wcho​dzi​ło, rzecz ja​sna, w grę. Nie mógł

znieść my​śli, co mo​gło​by się stać, gdy​by jego brat…

Ko​niec, pod​jął de​cy​zję. Wła​śnie tak na​le​ża​ło po​stą​pić.

Fran​kie ock​nę​ła się z nie​przy​jem​nym szarp​nię​ciem i od razu przy​po​mnia​ła so​-

bie, gdzie się znaj​du​je. W za​się​gu wzro​ku nie było Har​ri​so​na, co przy​ję​ła z ulgą.
Ze​rwa​ła się z łóż​ka i pręd​ko na​rzu​ci​ła ubra​nie. Ro​zej​rza​ła się jesz​cze do​oko​ła
i  wy​ru​szy​ła  na  po​szu​ki​wa​nie  be​stii,  któ​rej  nie​po​trzeb​nie,  o  czym  była  te​raz
prze​ko​na​na, oka​za​ła aż tyle współ​czu​cia.

Strach skrę​cał jej wnętrz​no​ści na myśl o tym, do cze​go wczo​raj do​szło. Od kie​-

dy  to  jej  pla​ny  za​wo​do​we  prze​sta​ły  się  li​czyć,  górę  zaś  wzię​ła  chęć  ule​cze​nia
cho​rej du​szy Har​ri​so​na?

Ani przez chwi​lę nie ży​wi​ła złu​dzeń, że po czymś ta​kim moż​li​wa bę​dzie ich dal​-

sza współ​pra​ca.

Do​le​ciał do niej za​pach kawy, więc ru​szy​ła do kuch​ni. Nie zna​la​zł​szy tam Har​-

ri​so​na,  prze​cię​ła  sa​lon  i  zaj​rza​ła  do  ga​bi​ne​tu.  Pra​co​wał,  świe​ży  jak  po​ra​nek.
Z  nie​sma​kiem  omiótł  wzro​kiem  jej  po​tar​ga​ne  wło​sy,  wy​mię​te  ubra​nie  i  bose
nogi.

– Wy​ką​pię się i prze​bio​rę w domu. Chcia​łam tyl​ko po​wie​dzieć, że wy​cho​dzę. –

Zmu​si​ła się do uśmie​chu.

– Naj​pierw zrób so​bie kawy, a po​tem po​roz​ma​wia​my.
Wład​czy ton na​tych​miast przy​wo​łał wspo​mnie​nia z wczo​raj​szej nocy, kie​dy wy​-

da​wał  jej  po​le​ce​nia,  ka​żąc  ro​bić  rze​czy,  o  któ​rych  nie  mo​gła  po​my​śleć  bez  ru​-
mień​ca.

Gdy wró​ci​ła z kawą, po​pro​sił, by za​ję​ła miej​sce na so​fie, a sam usiadł na​prze​-

ciw niej w ob​ro​to​wym fo​te​lu i przy​glą​dał jej się z ka​mien​ną twa​rzą. Be​stia wró​-
ci​ła. Uzna​ła, że tak bę​dzie le​piej.

– Obo​je wie​my, że to, co mię​dzy nami za​szło, było nie​unik​nio​ne – za​czął. Kiw​-

nę​ła  gło​wą,  pró​bu​jąc  opa​no​wać  drże​nie  rąk.  Utkwił  w  niej  wzrok  i  cią​gnął:  –
Mimo to nie​do​brze się sta​ło. Sy​tu​acja wy​mknę​ła się spod kon​tro​li. – Ski​nę​ła i na​-
dal mil​cza​ła. – Było cu​dow​nie – wy​znał nie​ocze​ki​wa​nie. – Wcze​śniej by​łem przy​-
bi​ty, mu​sia​łem się wy​rwać z krę​gu przy​krych my​śli. Po​mo​głaś mi w tym.

background image

Po​my​śla​ła, że sta​ran​nie do​bie​ra sło​wa, jak​by ze​zna​wał przed są​dem. Su​ge​ro​-

wał,  że  nie  wie​dział,  co  czy​ni.  Chcia​ła  gło​śno  za​pro​te​sto​wać,  zmu​sić  go,  żeby
przy​znał, że łą​czy ich coś szcze​gól​ne​go, była o tym ab​so​lut​nie prze​ko​na​na. Wie​-
dzia​ła, że obo​je prze​ży​li nie​za​po​mnia​ną noc. Ta wie​dza nie zda​ła się jed​nak na
nic, bo Har​ri​son ni​g​dy tego nie przy​zna. Nie po​zwo​lą mu na to rzą​dzą​ce nim de​-
mo​ny.

Ża​ło​wa​ła te​raz, że nie trzy​ma​ła się od nie​go z da​le​ka.
– Po​trze​bo​wa​łeś ko​goś przy so​bie – prze​mó​wi​ła głu​chym gło​sem. – Ro​zu​miem.
Otwo​rzył usta, jak​by chciał coś po​wie​dzieć, ale zmil​czał, za​ci​ska​jąc war​gi.
– Mu​si​my po​sta​no​wić, co da​lej – wy​rzekł do​pie​ro po chwi​li. – Trud​no się chy​ba

spo​dzie​wać, że​by​śmy na​dal pra​co​wa​li ra​zem. Po pod​pi​sa​niu kon​trak​tu z Ari​sto​-
vem  ode​ślę  cię  z  po​wro​tem  do  Co​bur​na.  Do  po​wro​tu  Tes​sy  za​trud​nię  któ​rąś
z po​le​co​nych przez nią asy​sten​tek.

Drgnę​ła, jak​by sma​gnął ją ba​tem. Spo​dzie​wa​ła się tego, ale ton, ja​kim oznaj​-

mił jej swo​je de​cy​zje, był nie do znie​sie​nia.

– Jak wy​tłu​ma​czysz się Co​bur​no​wi? – za​py​ta​ła przez ści​śnię​te gar​dło.
–  Po​wiem,  że  nie  mo​gli​śmy  się  do​ga​dać  z  mo​jej  winy.  Zna  mnie,  wie,  jaki  ze

mnie su​kin​syn. Nie bę​dzie nic po​dej​rze​wał.

Nie była prze​ko​na​na, czy Co​burn da się tak ła​two zwieść. Znał prze​cież tak​że

ją i wie​dział, że rzad​ko kie​dy re​zy​gnu​je. W tej chwi​li li​czy​ło się jed​nak tyl​ko jed​-
no:  jak  naj​prę​dzej  opu​ścić  miesz​ka​nie  Har​ri​so​na,  za​nim  da  się  po​nieść  ża​lo​wi
i  zło​ści  i  po​wie  coś  nie​sto​sow​ne​go,  cze​go  po​tem  bę​dzie  ża​ło​wa​ła.  Spy​ta​ła,  czy
może już iść.

–  Dwie  spra​wy  –  od​parł  z  bły​skiem  w  oku.  –  Za​dzwoń  do  agen​cji  i  po​proś

o umó​wie​nie kan​dy​da​tek na roz​mo​wę w przy​szłym ty​go​dniu.

– Oczy​wi​ście. – Aż tak szyb​ko chciał się jej po​zbyć?
–  Praw​ni​cy  prze​ślą  dziś  Ari​sto​vo​wi  kon​trakt.  Bądź  pod  te​le​fo​nem,  gdy​by  po​-

trze​bo​wał ja​kichś wy​ja​śnień. Jak pa​mię​tasz, mam waż​ne spo​tka​nia.

Ski​nę​ła sztyw​no gło​wą i wsta​ła. Była już pra​wie przy drzwiach, gdy do​le​cia​ło

ją za​da​ne chłod​no py​ta​nie, czy do​brze się czu​je.

– Do​sko​na​le. – Od​wró​ci​ła się i po​sła​ła mu lo​do​wa​te spoj​rze​nie. – Do zo​ba​cze​-

nia po po​łu​dniu.

Grant  spę​dził  cały  ra​nek  na  spo​tka​niach  z  przed​sta​wi​cie​la​mi  bran​ży  mo​to​ry​-

za​cyj​nej  z  ca​łe​go  kra​ju,  usi​łu​jąc  nie  roz​pa​try​wać  tego,  że  za​cho​wał  się  wo​bec
Fran​kie  jak  ostat​ni  łaj​dak.  Do​brze  wie​dział,  co  pra​gnę​ła  usły​szeć,  zresz​tą  sam
przed sobą wca​le nie ukry​wał, że to po​czuł. Na​po​my​kał jej o tym co rusz wczo​-
raj​szej nocy, ale ni​g​dy nie przy​znał​by się do tego w bla​sku dnia.

Upił łyk kawy i skrzy​wił się z obrzy​dze​niem. W głę​bi du​cha był pe​wien, że ni​g​-

dy z ni​kim nie łą​czył go taki ro​dzaj wię​zi jak z Fran​kie, na​wet z Su​san​ną, któ​rą
prze​cież na swój spo​sób ko​chał. Nie ozna​cza​ło to jed​nak wca​le, że miał Fran​kie
coś do za​ofia​ro​wa​nia, na​wet po ode​sła​niu jej do biu​ra Co​bur​na. Nie wy​obra​żał
so​bie ro​man​su z nią, choć​by po to, żeby się prze​ko​nać, do​kąd to wszyst​ko zmie​-

background image

rza. Na​wet on nie był zdol​ny do ta​kie​go okru​cień​stwa, sko​ro znał od​po​wiedź na
to py​ta​nie. Do​ni​kąd.

Po​pra​wił się w fo​te​lu, usi​łu​jąc się sku​pić na sło​wach pre​ze​sa gru​py prze​my​sło​-

wej. Jego my​śli po​dą​ża​ły jed​nak sta​le ku ko​bie​cie, któ​ra z taką ła​two​ścią skru​-
szy​ła  mur,  jaki  wo​kół  sie​bie  zbu​do​wał.  Udo​wod​ni​ła,  że  jest  na​dal  zdol​ny  do
uczuć, lecz on wie​dział, że uciek​nie na pierw​szy ob​jaw przy​wią​za​nia, jaki u sie​-
bie spo​strze​że; za​wsze tak czy​nił. Był pe​wien, że po​stą​pił słusz​nie, wy​ja​śnia​jąc
jej to od razu, choć z pew​no​ścią ją zra​nił.

Spo​tka​nie  zo​sta​ło  prze​rwa​ne  w  po​rze  lun​chu  i  Grant  po​szedł  zo​ba​czyć  się

z bra​tem. Co​burn sie​dział za biur​kiem, prze​glą​da​jąc pa​pie​ry.

–  Do​szły  mnie  słu​chy,  że  Ari​stov  jed​nak  pod​pi​sał  –  za​gad​nął  ostroż​nie.  –  Czy

wy​spa​łeś się wresz​cie po​rząd​nie w ra​mio​nach pla​no​wa​nej od tak daw​na ze​msty?

– Ow​szem, pod​pi​sał – wark​nął Har​ri​son, czer​wie​nie​jąc. – Przy​sze​dłem po​roz​-

ma​wiać o Fran​ce​sce.

– Mam na​dzie​ję, że nie chcesz się wy​co​fać z obiet​ni​cy za​bra​nia jej na do​rocz​-

ne przy​ję​cie? Pa​mię​tasz, że cię o to po​pro​si​łem? – za​nie​po​ko​ił się Co​burn.

Do  dia​bła,  na  śmierć  za​po​mniał  o  prze​klę​tym  przy​ję​ciu.  Sta​no​wi​ło  to  pe​wien

pro​blem.

– Nie, nie w tym rzecz. Uwa​żam, że współ​pra​ca nam się nie ukła​da i wo​lał​bym

jed​nak do po​wro​tu Tes​sy zna​leźć so​bie inną asy​stent​kę – od​parł.

– Sta​łeś tu bo​daj​że wczo​raj, opo​wia​da​jąc, jak świet​nie po​ra​dzi​ła so​bie w Lon​-

dy​nie  –  za​uwa​żył  Co​burn,  mie​rząc  go  uważ​nym  spoj​rze​niem.  –  Co  się  na​gle
zmie​ni​ło? – Wstał i okrą​żył biur​ko. – Uwie​rzył​bym w te bred​nie, gdy​bym nie spo​-
tkał Fran​kie dziś rano w win​dzie. Wy​glą​da​ła jak sie​dem nie​szczęść. Wo​bec tego
py​tam: co jej zro​bi​łeś?

– Pro​po​nu​ję, żeby wró​ci​ła do cie​bie – od​parł Har​ri​son, za​ci​ska​jąc dło​nie w pię​-

ści. Nie chciał wda​wać się z bra​tem w nie​po​trzeb​ną sprzecz​kę. – Tak bę​dzie le​-
piej dla wszyst​kich.

– Fran​kie wpa​dła ci w oko… – rzu​cił do​myśl​nie Co​burn. – Od razu tak po​my​śla​-

łem, gdy zo​ba​czy​łem te zdję​cia…

Har​ri​son zi​gno​ro​wał do​my​sły Co​bur​na.
– W tym ty​go​dniu cze​ka ją jesz​cze do​koń​cze​nie roz​mów z Ari​sto​vem i or​ga​ni​-

za​cja  ze​bra​nia  udzia​łow​ców.  Na  po​cząt​ku  przy​szłe​go  wy​bie​rze​my  kan​dy​dat​kę
na  za​stęp​stwo  Tes​sy  i  bę​dziesz  mógł  mieć  ją  z  po​wro​tem  u  sie​bie  –  oznaj​mił
chłod​nym to​nem.

– Czy​li co? Prze​śpisz się z nią kil​ka razy, po czym strzep​niesz jak py​łek z rę​ka​-

wa? Ona jest inna niż te two​je wy​ra​fi​no​wa​ne pan​ny. Bę​dzie zdru​zgo​ta​na.

– I dla​te​go tak się nie sta​nie. – A przy​naj​mniej nie bę​dzie po​wtór​ki. – Weź ją

so​bie z po​wro​tem i oszczędź mi ka​za​nia. My​ślał​by kto, że je​steś inny niż ja.

– Przy​naj​mniej mia​łem tyle ro​zu​mu, żeby trzy​mać się od niej z da​le​ka. – rzu​cił

Co​burn z go​ry​czą. – Co bę​dzie z przy​ję​ciem?

Zbył bra​ta obiet​ni​cą, że za​bie​rze Fran​kie do Long Is​land. Miał jesz​cze ty​dzień

na wy​my​śle​nie spo​so​bu wy​plą​ta​nia się z tego.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

– A więc jed​nak ży​jesz… – W słu​chaw​ce roz​legł się zna​jo​my głos Sa​lva​to​re. –

Ka​za​li mi to spraw​dzić.

– Nie jest lek​ko – ro​ze​śmia​ła się Fran​kie z przy​mu​sem. – Mój nowy szef to po​-

ga​niacz nie​wol​ni​ków. Na szczę​ście za ty​dzień wra​cam do Co​bur​na i ży​cie wró​ci
do nor​my. – Za​bo​la​ły ją te sło​wa.

– Przyjdź ju​tro wie​czo​rem do knajp​ki ro​dzi​ców, to po​ga​da​my.
– Nie mogę, zo​sta​łam za​pro​szo​na na do​rocz​ne przy​ję​cie Gran​tów do Long Is​-

land.

Brat gwizd​nął z po​dzi​wem, na co wy​ja​śni​ła mu, że to bę​dzie ra​czej obo​wią​zek

niż przy​jem​ność.

– Kto wie, może po​znasz ja​kie​goś faj​ne​go mi​lio​ne​ra – za​żar​to​wał.
To nie​moż​li​we, po​my​śla​ła. Je​dy​ny bo​gacz, na ja​kim jej za​le​ża​ło, był aku​rat nie

do zdo​by​cia. Brat za​py​tał, z kim się wy​bie​ra.

– Wła​ści​wie z ni​kim… Mam to​wa​rzy​szyć Har​ri​so​no​wi, to for​mal​ność. – W słu​-

chaw​ce za​le​gło zna​czą​ce mil​cze​nie. Po​czu​ła, że po​win​na jesz​cze coś do​dać, by
uspo​ko​ić na​do​pie​kuń​cze​go bra​ta. – To ma być na​gro​da dla mnie. Zo​ba​czy​my się
w przy​szłym ty​go​dniu i wszyst​ko ci opo​wiem, obie​cu​ję. A te​raz wy​bacz, mu​szę
już wra​cać do pra​cy. – Praw​dę mó​wiąc, mia​ła ocho​tę zwie​rzyć się uko​cha​ne​mu
bra​tu, lecz uzna​ła, że nie by​ło​by to roz​sąd​ne.

– Fran​kie… – za​py​tał z wa​ha​niem. – Czy na pew​no do​brze się czu​jesz? Masz

ja​kiś dziw​ny głos. Może po​ga​da​my przy ka​wie?

–  Wy​bacz,  na​praw​dę  je​stem  za​ję​ta.  I  tro​chę  zmę​czo​na,  to  wszyst​ko.  –  Po​że​-

gna​ła się i roz​łą​czy​ła.

Wo​la​ła nie wy​ja​wiać bra​tu, że ma kło​po​ty z męż​czy​zną, któ​ry w do​dat​ku jest

jej sze​fem. Przy​pę​dził​by tu w kwa​drans i rzu​cił Har​ri​so​no​wi wy​zwa​nie. Po​czu​ła
łzy  wzbie​ra​ją​ce  pod  po​wie​ka​mi.  Tak  do​brze  roz​po​czę​ła  swo​ją  ka​rie​rę,  a  te​raz
wszyst​ko wa​li​ło się w gru​zy. Co​burn na pew​no po​my​śli, że so​bie nie po​ra​dzi​ła,
choć  wy​da​wał  się  wręcz  ura​do​wa​ny  per​spek​ty​wą  jej  po​wro​tu.  Na​po​mknął,  że
nie jest za​do​wo​lo​ny z za​stęp​stwa i bra​ku​je mu pro​mien​ne​go uśmie​chu Fran​kie.

Na tę myśl po​czu​ła jesz​cze więk​szą przy​krość. Wy​glą​da​ło na to, że Har​ri​son

ma  jej  cał​kiem  do​syć,  tym  bar​dziej  że  po  sfi​na​li​zo​wa​niu  kon​trak​tu  z  Ari​sto​vem
prze​sta​ła  być  dla  nie​go  przy​dat​na.  Świe​tla​ne  per​spek​ty​wy,  ja​kie  mia​ła  do  nie​-
daw​na przed sobą, kur​czy​ły się w szyb​kim tem​pie, więc na ra​zie nie mo​gła się
po​ka​zać ro​dzi​nie na oczy, by nie usły​szeć zwy​cza​jo​we​go: „a nie mó​wi​łem?”.

Do po​ko​ju wszedł szef dzia​łu praw​ne​go Grant In​du​stries i po​ło​żył jej na biur​ku

gru​bą  tecz​kę  z  do​ku​men​ta​mi.  Zer​k​nął  na  za​mknię​te  drzwi  do  ga​bi​ne​tu  Gran​ta
i oznaj​mił z za​do​wo​le​niem:

background image

– Pod​pi​sa​ne, przy​pie​czę​to​wa​ne, nie do ru​sze​nia. Niedź​wiedź po​wi​nien być za​-

do​wo​lo​ny.  –  Spoj​rzał  na  ze​ga​rek  i  do​dał:  –  Mam  waż​ne  spo​tka​nie  pod​czas  lun​-
chu. Gdy​by były jesz​cze ja​kieś py​ta​nia, niech Grant do mnie za​dzwo​ni.

Wy​szedł, po​gwiz​du​jąc, Fran​kie zaś po​my​śla​ła, że z chę​cią prze​ję​ła​by od nie​go

odro​bi​nę  do​bre​go  na​stro​ju.  Ostat​nie  pięć  dni  były  dla  niej  nad​zwy​czaj  trud​ne.
Obo​je  z  Har​ri​so​nem  sta​ra​li  się  scho​dzić  so​bie  z  dro​gi,  wy​mia​na  bo​daj  dwóch
słów  wy​wo​ły​wa​ła  ogrom​ne  skrę​po​wa​nie.  Har​ri​son  trak​to​wał  ją  z  lo​do​wa​tą
uprzej​mo​ścią.  Być  może  wy​ni​ka​ło  to  stąd,  że  gdy​by  zna​leź​li  się  rap​tem  bli​sko
sie​bie, nie po​tra​fi​li​by za​cho​wać chłod​ne​go opa​no​wa​nia.

Mimo  to  Fran​kie  była  prze​ko​na​na,  że  uni​ka​nie  bez​po​śred​nie​go  kon​tak​tu

z Har​ri​so​nem jest naj​lep​szym i je​dy​nym wyj​ściem.

Wsta​ła,  bio​rąc  tecz​kę  z  kon​trak​tem  do  ręki.  Była  już  tym  wszyst​kim  tak

strasz​li​wie  zmę​czo​na.  Kie​dy  wró​ci  do  biu​ra  Co​bur​na,  sy​tu​acja  wresz​cie  się
unor​mu​je. Usta​ną drę​czą​ce sny o na​mięt​nej nocy z Har​ri​so​nem. Ona sama prze​-
sta​nie zwra​cać uwa​gę na wa​ha​nia na​stro​ju sze​fa i po​rzu​ci nie​wcze​sną chęć po​-
cie​sza​nia  be​stii,  któ​ra  wca​le  tego  nie  po​trze​bu​je,  przy​naj​mniej  w  swo​im  mnie​-
ma​niu.

Skie​ro​wa​ła się do ga​bi​ne​tu Gran​ta, my​śląc, że naj​trud​niej​sze bę​dzie przy​ję​cie

na  Long  Is​land.  Musi  tam  pójść  z  Har​ri​so​nem,  choć  wo​la​ła​by  zmy​wać  ta​le​rze
w re​stau​ra​cji ro​dzi​ców, co do​bit​nie świad​czy​ło o jej nie​chę​ci.

Za​stu​ka​ła i we​szła do środ​ka, po​ka​zu​jąc mu tecz​kę. Roz​ma​wiał aku​rat przez

te​le​fon. Dał jej znak, żeby za​cze​ka​ła, i szyb​ko za​koń​czył roz​mo​wę.

– Za​ła​twio​ne? – za​py​tał.
– Tak, już po wszyst​kim. Mo​żesz za​dzwo​nić do Jac​ka, gdy​byś miał jesz​cze ja​-

kieś py​ta​nia.

– Je​steś waż​ną czę​ścią tego suk​ce​su – po​wie​dział nie​ocze​ki​wa​nie. – Trze​ba to

uczcić, za​pra​szam cię na lunch.

Po​pa​trzy​ła na nie​go ta​kim wzro​kiem, jak​by na​gle oznaj​mił, że wy​jeż​dża do In​-

dii na kurs jogi, i przy​po​mnia​ła, że ma waż​ne spo​tka​nie.

– No to je od​wo​łam. Wy​ko​na​łaś świet​ną ro​bo​tę i chcę cię w ten spo​sób do​ce​-

nić.

Po​my​śla​ła,  że  Har​ri​son  za​mie​rza  tym  „pre​zen​tem”  uko​ić  wy​rzu​ty  su​mie​nia.

Trzy​mał w ręku umo​wę, w wy​ni​ku któ​rej ty​sią​ce lu​dzi stra​cą pew​nie pra​cę. Po​-
czu​ła się wy​ko​rzy​sta​na, co na​peł​ni​ło ją gnie​wem.

– Dzię​ku​ję, nie sko​rzy​stam – od​par​ła chłod​no. – To miła pro​po​zy​cja, ale chy​ba

stra​ci​łam ape​tyt. – Prze​szył ją cięż​kim spoj​rze​niem, ale nie dała się zbić z tro​pu.
–  Czy  mam  ci  coś  ku​pić  na  lunch?  Masz  spo​tka​nie  za  dzie​sięć  mi​nut.  –  Po​wie​-
dział, że zje coś póź​niej, wo​bec tego od​wró​ci​ła się na pię​cie i ode​szła.

– Fran​ce​sca…
Pod​nio​sła rękę, nie zwal​nia​jąc kro​ku. W ubie​głym ty​go​dniu to on był na gra​ni​-

cy wy​bu​chu. Te​raz przy​szła ko​lej na nią.

Har​ri​son z po​nu​rą miną szy​ko​wał się na do​rocz​ne przy​ję​cie. Miał kiep​ski na​-

background image

strój od mo​men​tu, gdy Fran​kie wy​pro​sto​wa​na jak świe​ca wy​ma​sze​ro​wa​ła wczo​-
raj z ga​bi​ne​tu, nie po​zo​sta​wia​jąc złu​dzeń, co o nim my​śli. Uznał, że to nie w po​-
rząd​ku. Byli wszak do​ro​śli i dą​sa​nie się nie uła​twia​ło sy​tu​acji.

On tak​że się zma​gał, nie są​dzi​ła chy​ba, że jest to dla nie​go ła​twe? Za​ko​pał się

w pra​cy po uszy, no​ca​mi prze​my​śli​wał o przy​szło​ści kon​cer​nu i roz​pra​wie z Mar​-
ko​vi​cem, nie do​pusz​cza​jąc do sie​bie my​śli o niej.

Sta​rał się do​wieść sa​me​mu so​bie, że spę​dzo​na z nią noc ni​cze​go w jego ży​ciu

nie zmie​ni​ła.

Na​rzu​cił  ma​ry​nar​kę  i  mam​ro​cząc  pod  no​sem  prze​kleń​stwa,  zje​chał  do  pod​-

ziem​ne​go  ga​ra​żu  po  sa​mo​chód.  Mu​siał  po​je​chać  po  Fran​kie,  któ​ra  miesz​ka​ła
cał​kiem nie​da​le​ko.

Do​znał lek​kie​go wstrzą​su, gdy uj​rzał ją cze​ka​ją​cą na chod​ni​ku. W kar​ma​zy​no​-

wej suk​ni mięk​ko opły​wa​ją​cej jej zgrab​ną syl​wet​kę wy​glą​da​ła nie​sa​mo​wi​cie po​-
cią​ga​ją​co. Po​my​ślał z go​ry​czą, że dla nie​go jest nie​do​stęp​ną bo​gi​nią.

Wy​siadł i pod​szedł do niej, mimo woli omia​ta​jąc ją dłu​gim spoj​rze​niem. Wło​sy

skrę​co​ne w loki upię​ła na czub​ku gło​wy, w uszach mia​ła dłu​gie błysz​czą​ce kol​-
czy​ki. Na sto​pach ele​ganc​kie srebr​ne san​dał​ki na nie​bo​tycz​nych ob​ca​sach. Za​-
sta​no​wi​ło  go  spoj​rze​nie  jej  ja​sno​sza​rych  oczu.  Brak  było  w  nich  cha​rak​te​ry​-
stycz​nej dla niej pew​no​ści sie​bie.

To bę​dzie bar​dzo dłu​gi wie​czór.
–  Cześć  –  przy​wi​tał  się  z  nią  nie​swo​im  gło​sem.  Spło​szo​na,  umknę​ła  spoj​rze​-

niem. Ofuk​nął się w du​chu i za​czął jesz​cze raz: – Ślicz​nie wy​glą​dasz.

Po​dzię​ko​wa​ła sztyw​no. Nie prze​szka​dza​ło mu to, chęt​nie za​gra w tę grę. Po​-

mógł  jej  wsiąść  i  ru​szył.  Na​wią​zał  luź​ną  po​ga​węd​kę,  od​po​wia​da​ła  ra​czej  pół​-
słów​ka​mi. Cze​ka​ło ich pół​to​rej go​dzi​ny jaz​dy na Long Is​land. Uznał, że za​cho​wa​-
nie Fran​kie świad​czy o tym, że jest na nie​go zła. Ko​bie​ty nie po​tra​fią od​dzie​lać
emo​cji od roz​sąd​ku, za to męż​czyź​ni rzad​ko się do nich od​wo​łu​ją. Nic dziw​ne​go,
że tak czę​sto do​cho​dzi do nie​po​ro​zu​mień.

Po pew​nym cza​sie dał za wy​gra​ną, włą​czył ra​dio i da​lej je​cha​li w mil​cze​niu.
Do za​byt​ko​wej re​zy​den​cji Gran​tów na Long Is​land do​je​cha​li w po​rze kok​taj​li.

Za​nie​śli ba​ga​że do po​koi i Har​ri​son opro​wa​dził ją po te​re​nie po​sia​dło​ści. Po mi​-
nie  Fran​kie  po​znał,  że  kosz​tow​ne  ta​pe​ty  na  ścia​nach  i  mar​mu​ro​we  po​sadz​ki
spodo​ba​ły jej się bar​dziej niż no​wo​cze​sny wy​strój jego pen​tho​use’u.

Gdy  tyl​ko  wy​szli  do  ogro​du,  oświe​tlo​ne​go  rzę​si​ście  roz​wie​szo​ny​mi  na  drze​-

wach  lam​pio​na​mi,  ru​szy​ła  im  na  spo​tka​nie  jego  mat​ka.  Ele​ganc​ka  si​wo​wło​sa
dama z uzna​niem przyj​rza​ła się dziew​czy​nie.

– A więc to ty je​steś tą Fran​kie, któ​ra ocza​ro​wa​ła obu mo​ich sy​nów.
Fran​kie spło​nę​ła ru​mień​cem i wy​du​ka​ła, że bra​cia Grant są cu​dow​ny​mi oso​ba​-

mi i po​czy​tu​je so​bie za szczę​ście, że może dla nich pra​co​wać.

– To oni mogą się uwa​żać za szczę​ścia​rzy – od​par​ła pani Grant. – Każ​dy wpły​-

wo​wy męż​czy​zna po​trze​bu​je pod​po​ry.

Har​ri​son  pod​trzy​my​wał  Fran​kie,  choć  było  ja​sne,  że  dziew​czy​nie  jest  to  nie

w  smak.  Jego  mat​ka  z  pew​no​ścią  wie​dzia​ła,  o  czym  mówi,  swo​je  ży​cie  pod​po​-

background image

rząd​ko​wa​ła bo​wiem ka​rie​rze męża i sy​nów.

– Den​ni​son cię szu​kał – zwró​ci​ła się pani Grant do syna. – Po​roz​ma​wiaj z nim,

a ja opro​wa​dzę Fran​kie i po​znam ją z go​ść​mi.

Har​ri​son przy​jął te sło​wa z nie​zro​zu​mia​łą dla sie​bie nie​chę​cią. Wszak roz​sąd​-

niej było trzy​mać się od Fran​kie na dy​stans, a jego mat​ka za​pew​ne nie po​zwo​li
jej się nu​dzić w ką​cie. Spoj​rzał py​ta​ją​co na Fran​kie i ku swo​je​mu zdzi​wie​niu uj​-
rzał w jej wzro​ku onie​śmie​le​nie. Po​sta​no​wił się tym jed​nak nie przej​mo​wać.

Zo​sta​wił obie ko​bie​ty i udał się na po​szu​ki​wa​nie Den​ni​so​na. Zna​lazł go w od​le​-

głym  za​kąt​ku  ogro​du  w  gru​pie  ko​le​gów.  Z  drin​ka​mi  w  rę​kach  jak  zwy​kle  żywo
dys​ku​to​wa​li na te​ma​ty po​li​tycz​ne. Grant wie​dział, że gdy​by się zde​cy​do​wał star​-
to​wać w wy​bo​rach, Den​ni​son i jego oto​cze​nie udzie​lą mu po​par​cia. Na ra​zie jed​-
nak za​cho​wy​wał po​ke​ro​wą twarz i ostroż​nie son​do​wał moż​li​wo​ści.

Pani Grant przed​sta​wi​ła Fran​kie róż​nym go​ściom, po czym zo​sta​wi​ła ją u boku

Co​bur​na, któ​ry prze​miesz​czał się mię​dzy grup​ka​mi, jak zwy​kle w swo​im ży​wio​-
le. Wie​czór upły​wał do​syć przy​jem​nie i Har​ri​son, ukrad​kiem ob​ser​wu​ją​cy Fran​-
kie, spo​strzegł, że hu​mor jej wró​cił. W jej oczach po​ja​wił się blask i czę​ściej się
uśmie​cha​ła. Przy​ja​cie​le Co​bur​na flir​to​wa​li z nią bez opa​mię​ta​nia.

Har​ri​son czuł w klat​ce pier​sio​wej twar​dą gulę. Atrak​cyj​na bru​net​ka zwra​ca​ła

na  sie​bie  po​wszech​ną  uwa​gę.  W  su​mie  nie  po​win​no  go  to  wca​le  dzi​wić,  była
wszak uoso​bie​niem mę​skich fan​ta​zji. Pięk​na, in​te​li​gent​na, dow​cip​na. Ten, któ​ry
za​ło​ży na jej pa​lec ob​rącz​kę, bę​dzie się mógł uwa​żać za szczę​ścia​rza.

Dał znak prze​cho​dzą​ce​mu obok kel​ne​ro​wi i przy​jął od nie​go kie​li​szek czer​wo​-

ne​go wina. Ucisk w pier​si na​ra​stał. On był inny, nie kie​ro​wał się emo​cja​mi, na​-
wet  wo​bec  ko​bie​ty,  któ​ra  w  kil​ka  ty​go​dni  po​sta​wi​ła  jego  upo​rząd​ko​wa​ny  świat
na  gło​wie.  Lecz  wie​dział,  że  gdy​by  na​wet  nie  znisz​czył  jej  cza​ją​cy  się  w  nim
mrok, uczy​ni to jego ży​cie. Gdy bo​wiem rzu​ci już Mar​ko​vi​ca na ko​la​na, wkro​czy
być może w krąg pie​kła, w któ​rym do​bro​dusz​na, kie​ru​ją​ca się ety​ką Fran​kie za
nic nie chcia​ła​by się zna​leźć.

Za​czę​to ser​wo​wać prze​ką​ski, a szam​pan lał się stru​mie​nia​mi. Czte​ro​oso​bo​wy

ze​spół  mu​zycz​ny,  któ​ry  od  pra​wie  dwóch  de​kad  uświet​niał  przy​ję​cia  Gran​tów,
za​czął  grać  zna​ną  me​lo​dię.  Har​ri​son  zdo​łał  się  wła​śnie  wy​wi​kłać  z  przy​dłu​giej
roz​mo​wy z jed​nym ze sta​rych przy​ja​ciół ojca, gdy ja​kaś ko​bie​ta uję​ła go pod ra​-
mię  i  oskar​ży​ła  o  nie​od​po​wia​da​nie  na  te​le​fo​ny.  Pre​ten​sja  nie  prze​szko​dzi​ła  jej
cmok​nąć go czu​le w po​li​czek.

– Nie uwie​rzę, że je​steś aż tak za​la​ta​ny – dą​sa​ła się ślicz​na blon​dyn​ka Ce​ci​ly

Har​gro​ve.  Po​cho​dzi​ła  z  tak  usto​sun​ko​wa​nej  ro​dzi​ny,  że  gdy​by  tyl​ko  ze​chciał,
uła​twi​ła​by mu start w wy​bo​rach w kil​ku wschod​nich sta​nach. Mia​ła dłu​gie, ide​-
al​nie  pro​ste  wło​sy,  duże  nie​bie​skie  oczy  i  szczu​płą  wy​spor​to​wa​ną  syl​wet​kę,
mimo  to  nie  wy​wie​ra​ła  na  nim  żad​ne​go  wra​że​nia.  Oczy​wi​ście  by​ła​by  ide​al​ną
żoną dla wy​so​kie​go urzęd​ni​ka pań​stwo​we​go. Mó​wi​ła​by wy​łącz​nie to co wła​ści​-
we i nie kwe​stio​no​wa​ła jego za​mia​rów.

Przy niej ni​g​dy nie czuł​by się tak żywy jak przy Fran​kie.
– Za​tań​czy​my? – Nie cze​ka​jąc na od​po​wiedź, po​cią​gnę​ła Har​ri​so​na na par​kiet.

background image

–  Wła​śnie  wró​ci​łam  z  Mon​ta​ny,  jeź​dzi​łam  tam  kon​no,  za​raz  ci  wszyst​ko  opo​-
wiem!

Fran​kie wi​dzia​ła, jak Har​ri​son pro​wa​dzi na par​kiet ślicz​ną, de​li​kat​ną blon​dyn​-

kę. Ser​ce kra​ja​ło jej się z bólu, gdy po​rzu​cił to​wa​rzy​stwo ko​le​gów dla tej pięk​nej
ko​bie​ty. Nie poj​mo​wa​ła swo​jej gwał​tow​nej re​ak​cji, wszak wy​raź​nie po​wie​dział,
że nic ich nie łą​czy. Po​win​na ra​czej sku​pić uwa​gę na któ​rymś z wie​lu przy​stoj​-
nych,  bo​ga​tych  męż​czyzn,  któ​rzy  żywo  się  nią  in​te​re​so​wa​li.  Taki  ktoś  mógł​by
przy​słać jej róże. Nie wy​rzu​cił​by jej rano z miesz​ka​nia jak zbęd​ny me​bel.

– Kto to jest? – za​py​ta​ła Co​bur​na, nie umie​jąc po​wścią​gnąć za​cie​ka​wie​nia. Pil​-

no​wa​ła się jed​nak, by py​ta​nie za​brzmia​ło zdaw​ko​wo, jak​by chcia​ła pod​trzy​mać
roz​mo​wę.

– Ce​ci​ly Har​gro​ve. – Co​burn prze​wró​cił ocza​mi. – Za​wsze wie​sza się na moim

bra​cie.

Na​strój Fran​kie rap​tow​nie się zmie​nił. Przy​po​mnia​ła so​bie po​gło​ski, że Har​ri​-

son  miał  się  z  nią  że​nić.  Na​gle  Co​burn  ro​ze​śmiał  się  ci​cho  i  spy​tał  ją,  czy  ma
ocho​tę nie​źle się za​ba​wić.

– Ależ świet​nie się ba​wię – wy​du​si​ła, zmu​sza​jąc się do uśmie​chu.
– Mam co in​ne​go na my​śli – od​parł, pro​wa​dząc ją ze sobą w kie​run​ku par​kie​tu

do tań​ca. – Tyl​ko bądź mi po​słusz​na.

Niby w czym? – po​my​śla​ła lek​ko spło​szo​na.
Ze​spół za​czął grać jed​ną z sen​ty​men​tal​nych pio​se​nek Fran​ka Si​na​try i Co​burn

ob​jął ją czu​le. W jego ra​mio​nach ja​koś ła​twiej było jej znieść ta​niec Har​ri​so​na
z blon​dyn​ką, tym bar​dziej że były szef pro​wa​dził do​sko​na​le. Gdy​by tyl​ko Ce​ci​ly
nie szcze​rzy​ła się tak do Har​ri​so​na…

Z  tru​dem  od​wró​ci​ła  spoj​rze​nie  i  sku​pi​ła  uwa​gę  na  sło​wach  Co​bur​na,  któ​ry

szep​tał jej coś do ucha. Roz​po​czął się ko​lej​ny utwór i wszy​scy zo​sta​li na par​kie​-
cie. Co​burn przy​ci​snął ją moc​niej.

– Spo​koj​nie – szep​nął, gdy sta​wi​ła opór. – Na​bi​jam się tyl​ko z bra​ta.
We​so​łe iskier​ki w jego oczach spra​wi​ły, że jęk​nę​ła bez​gło​śnie. Co​burn bez tru​-

du się do​my​ślił, co za​szło mię​dzy Har​ri​so​nem a nią. Po​czu​ła się bar​dzo głu​pio.

– Bę​dzie miał to w no​sie, zo​ba​czysz – mruk​nę​ła, do​my​śla​jąc się jego za​mia​rów.
– Tak my​ślisz? – Mru​gnął do niej po​ro​zu​mie​waw​czo. – Daj mi pięć mi​nut.
Chcia​ła za​pro​te​sto​wać, ale zra​nio​na duma nie po​zwo​li​ła jej na to. Nie bro​niąc

się dłu​żej, przy​war​ła po​licz​kiem do po​licz​ka swo​je​go part​ne​ra. Gła​dził ją w tań​-
cu po ple​cach, mu​skał war​ga​mi jej szy​ję. Tań​czą​ca obok nich para ob​rzu​ci​ła ich
za​in​try​go​wa​nym wzro​kiem.

– Co​burn…
– Jesz​cze chwi​la.
Ła​god​na mu​zy​ka pie​ści​ła uszy. Ko​ły​sa​li się w jej takt, ale po chwi​li padł na nich

ja​kiś cień. Co​burn z ocią​ga​niem ode​rwał usta od szyi Fran​kie. Spoj​rza​ła w bok
i  zo​ba​czy​ła  po​nu​re​go  jak  chmu​ra  gra​do​wa  Har​ri​so​na,  za  któ​rym  przy​sta​nę​ła
zdzi​wio​na Ce​ci​ly.

background image

–  Od​bi​ja​ny  –  wark​nął  Har​ri​son,  mie​rząc  bra​ta  groź​nym  wzro​kiem.  –  Te​raz

moja ko​lej.

Co​burn nie od razu wy​pu​ścił ją z ob​jęć. Na​pię​cie mię​dzy brać​mi było aż nad​to

wy​czu​wal​ne. Ce​ci​ly mil​cza​ła.

– Pod wa​run​kiem – wy​ce​dził Co​burn – że za​raz od​pro​wa​dzisz ją z po​wro​tem.
– Wąt​pię. – Har​ri​son wziął Fran​kie za rękę i po​cią​gnął gwał​tow​nym szarp​nię​-

ciem. Co​burn zro​bił to samo z osłu​pia​łą Ce​ci​ly. Za​czę​li tań​czyć, choć tym ra​zem
nie szło to już tak gład​ko. Mio​ta​ny gnie​wem Har​ri​son sta​wiał zbyt sztyw​ne kro​-
ki.

– Co się dzie​je? – od​wa​ży​ła się za​py​tać. – Ja tyl​ko za​tań​czy​łam z Co​bur​nem. –

Za​mie​rza​ła wy​ja​śnić, że miał to być żart, ale po​nu​ry błysk w oczach Har​ri​so​na
spra​wił, że sło​wa uwię​zły jej w krta​ni.

– Ca​ło​wał cię – rzu​cił oskar​ży​ciel​skim to​nem.
– Nie​praw​da, a zresz​tą ja​kie to ma zna​cze​nie? Wy​ja​śni​łeś do​bit​nie, że nic dla

cie​bie nie zna​czę – bro​ni​ła się.

– I dla​te​go prze​cho​dzisz z rąk jed​ne​go bra​ta do dru​gie​go? – uniósł się w od​po​-

wie​dzi. – Jak mo​żesz!

Zro​zu​mia​ła, że jest o nią za​zdro​sny, i to moc​no. Ta nie​ocze​ki​wa​na kon​sta​ta​cja

ude​rzy​ła  w  nią  z  siłą  hu​ra​ga​nu.  Oka​zja,  by  go  skło​nić  do  wy​ja​wie​nia  praw​dzi​-
wych uczuć, była na​der ku​szą​ca.

– Może ko​rzy​stam z two​ich świa​tłych rad. Sam po​wie​dzia​łeś, że na​sza wspól​-

na noc była jed​nym wiel​kim błę​dem.

– Pró​bo​wa​łem ra​to​wać nas obo​je – wy​ce​dził z groź​nym bły​skiem w oku.
–  Do​sko​na​le,  wo​bec  tego  od​pro​wadź  mnie  do  Co​bur​na  i  da​lej  tańcz  z  Ce​ci​ly,

tak bę​dzie pew​nie naj​le​piej.

W  jego  oczach  po​ja​wił  się  na​gle  ja​kiś  mrocz​ny  cień.  Fran​kie  pa​trzy​ła,  jak

uwal​nia  się,  wi​ru​je  w  po​wie​trzu  ni​czym  smuż​ka  dymu  z  ogni​ska.  Ści​snął  ją  za
rękę tak moc​no, że omal nie krzyk​nę​ła, i nie ba​cząc na jej pro​te​sty, opu​ścił par​-
kiet, cią​gnąc ją za sobą. Mu​sia​ła pod​biec, żeby nie upaść. Ką​tem oka do​strze​gła,
że Co​burn z roz​ba​wie​niem przy​glą​da się tej sce​nie.

– Co ty wy​pra​wiasz? – wy​krzyk​nę​ła, szar​piąc się i wbi​ja​jąc ob​ca​sy w traw​nik,

co zmu​si​ło Har​ri​so​na do zwol​nie​nia kro​ku.

– Pój​dzie​my po​roz​ma​wiać w han​ga​rze dla ło​dzi – od​parł su​cho, pa​trząc jej pro​-

sto w oczy. – To je​dy​ne miej​sce, gdzie na pew​no nikt nam nie prze​szko​dzi. Pój​-
dziesz sama czy mam cię tam za​nieść? – do​rzu​cił z gry​zą​cą iro​nią.

Fran​kie była w roz​ter​ce. Nie mia​ła pew​no​ści, czy po​win​na zna​leźć się z nim

te​raz sam na sam. Har​ri​son ra​czej nie speł​ni groź​by i nie po​rwie jej rap​tem na
ręce. Zer​k​nę​ła na jego chmur​ne ob​li​cze i oczy, z któ​rych wy​zie​ra​ła de​ter​mi​na​-
cja. Wo​la​ła nie ry​zy​ko​wać.

Ru​szył przo​dem, a ona po​wlo​kła się za nim. Co naj​mniej kil​ka osób z za​in​te​re​-

so​wa​niem po​wio​dło za nimi wzro​kiem.

– Ro​bisz nie​po​trzeb​ną sce​nę – wy​szep​ta​ła.
– Nic mnie to nie ob​cho​dzi.

background image

Wy​mi​nął dom i ob​rał ścież​kę wio​dą​cą przez rzad​ki la​sek w stro​nę mo​rza. Im

bar​dziej  od​da​la​li  się  od  go​ści,  śmie​ją​cych  się  i  roz​ma​wia​ją​cych  z  oży​wie​niem
w luź​nych gru​pach, tym sil​niej​szy sta​wał się nie​po​kój Fran​kie. Wkrót​ce do​tar​li
do han​ga​ru, któ​ry przy​po​mi​nał ra​czej zwy​kły drew​nia​ny dom z du​ży​mi okna​mi.
Lam​pa nad drzwia​mi rzu​ca​ła na wodę ja​sny pro​mień świa​tła.

– Har​ri​son…
Przy​sta​nął na na​brze​żu i do​pie​ro wte​dy pu​ścił jej rękę.
– On cię nie in​te​re​su​je. Sama mi to po​wie​dzia​łaś – za​czął oskar​ży​ciel​skim to​-

nem.

– Bo tak jest – od​rze​kła z mocą, po​sta​na​wia​jąc nie prze​stra​szyć się jego agre​-

syw​ne​go  tonu.  –  Ale  wy​da​je  mi  się,  że  po​win​ni​śmy  coś  so​bie  wy​ja​śnić.  Je​steś
o  mnie  za​zdro​sny.  Czu​jesz  coś  do  mnie,  ale  nie  chcesz  tego  przy​znać  na​wet
przed sa​mym sobą!

– Prze​ciw​nie, już się do tego przy​zna​łem. – Zbli​żył się i utkwił w niej roz​pa​lo​ny

wzrok. – Je​śli chcesz wie​dzieć, to nie po​do​ba mi się, że ca​łu​jesz się z Co​bur​nem,
po​nie​waż wiem, że ci na nim nie za​le​ży. To mnie pra​gniesz! A Co​burn jest łow​cą
ko​bie​cych serc.

– Nie​praw​da. Chciał so​bie tyl​ko z cie​bie za​żar​to​wać – wy​pa​li​ła.
Har​ri​son ska​mie​niał. Wi​dzia​ła, że wal​czy, żeby nie wy​buch​nąć gnie​wem.
– Po​win​naś być ze sobą szcze​ra, Fran​kie – oznaj​mił, de​cy​du​jąc się po​mi​nąć jej

wy​zna​nie.  –  Wca​le  nie  chcesz  być  ze  mną,  tyl​ko  z  mi​łym,  po​rząd​nym  fa​ce​tem,
któ​ry bę​dzie cię do​brze trak​to​wał, da ci dwo​je uda​nych dzie​ci, a w nie​dzie​lę za​-
bie​rze do ko​ścio​ła. – Po​trzą​snął gło​wą. – Ja taki nie je​stem.

– Ni​g​dy tego nie po​wie​dzia​łam – bro​ni​ła się żar​li​wie. Czu​ła, że po​win​na skło​-

nić Har​ri​so​na do dal​szych zwie​rzeń na te​mat jego uczuć. – Zresz​tą za​nim po​dej​-
mę  taką  de​cy​zję,  po​win​nam  chy​ba  wie​dzieć  coś  wię​cej  o  tym,  co  do  mnie  czu​-
jesz.

– To ni​cze​go nie zmie​ni. – Po​trzą​snął gło​wą i wbił wzrok w zie​mię. – Nie mam

nic istot​ne​go do po​wie​dze​nia.

– Przy​się​gam – wy​krzyk​nę​ła z roz​pa​czą – że je​śli nie za​czniesz za​raz mó​wić,

to wró​cę na przy​ję​cie, uśmiech​nę się do któ​re​goś z tych mi​łych fa​ce​tów i będę
z nim flir​to​wa​ła jak sza​lo​na!

Prze​łknął śli​nę i przez mo​ment oba​wia​ła się, że so​bie pój​dzie, ale po​sta​no​wił

ina​czej.

– Spra​wiasz, że pra​gnę tego, cze​go nie mogę do​stać – wy​rzekł z tru​dem, pa​-

trząc  na  nią  udrę​czo​nym  wzro​kiem.  Za​chę​ci​ła  go,  by  mó​wił  da​lej,  urze​czo​na
jego szcze​ro​ścią. – Pra​gnę cię, Fran​kie – cią​gnął, głasz​cząc ją de​li​kat​nie po po​-
licz​ku.  –  Po​trze​bu​ję  cię,  tę​sk​nie  za  tobą.  Ale  ni​g​dy  nie  an​ga​żu​ję  się  w  trwa​łe
związ​ki, taką mam za​sa​dę, więc wo​la​łem odejść. Nie dla​te​go, że je​steś mi obo​-
jęt​na.

Do​tyk Har​ri​so​na spra​wiał jej nie​wy​sło​wio​ną przy​jem​ność. Pra​gnę​ła wtu​lić się

w nie​go i mru​czeć jak syta kot​ka.

– Ni​g​dy nie mów ni​g​dy – od​rze​kła sen​ten​cjo​nal​nie. – Może po​wi​nie​neś jed​nak

background image

dać so​bie szan​sę.

– Jest jesz​cze coś. Ty je​steś sa​mym do​brem, a ja mro​kiem. Po​cią​gnął​bym cię

za  sobą  w  ot​chłań.  –  Otwo​rzy​ła  usta,  by  za​pro​te​sto​wać,  ale  uci​szył  ją  tkli​wym
ge​stem.  –  Za  kil​ka  ty​go​dni  roz​pocz​nę  bar​dzo  nie​bez​piecz​ną  grę.  Ari​stov,  Si​be​-
rius, Mar​ko​vic… Bądź pew​na, że to nie dla cie​bie. Nie masz w so​bie ani krzty
ko​niecz​nej bez​względ​no​ści – za​koń​czył z ni​kłym uśmie​chem.

– Wiedz jed​no – za​czę​ła z wa​ha​niem. – Tam​ta noc u cie​bie była czymś ab​so​lut​-

nie wy​jąt​ko​wym. Ni​g​dy z ni​kim nie było mi tak do​brze jak z tobą, czu​łam, że łą​-
czy nas szcze​gól​na więź… – Wzru​sze​nie nie po​zwo​li​ło jej mó​wić da​lej. – Ja tak​że
się  boję  i  nie  wiem,  jak  po​ra​dzić  so​bie  z  uczu​cia​mi  –  pod​ję​ła  po  chwi​li  –  lecz
przy​naj​mniej się ich nie wy​pie​ram. Przy to​bie czu​ję, że żyję.

Har​ri​son dłu​go mil​czał, czu​ła, jak ser​ce ko​ła​cze się w jej pier​si. Gdy w koń​cu

prze​mó​wił, po​ra​dził jej, by dała so​bie z nim spo​kój.

– Prę​dzej czy póź​niej i tak zła​mię ci ser​ce – rzekł zdu​szo​nym gło​sem.
– Skąd mo​żesz wie​dzieć? W ży​ciu nie ma prze​cież nic pew​ne​go – prze​ko​ny​wa​-

ła. – Nie spo​sób osło​nić się przed bó​lem, to nie​moż​li​we.

W jego oczach uj​rza​ła błysk zro​zu​mie​nia. Za​tem wła​ści​wie od​czy​ta​ła jego in​-

ten​cje. Po​dzie​lał jej mnie​ma​nie, że zbyt głę​bo​ko ukrył swo​je uczu​cia, oto​czył się
nie​wi​dzial​nym mu​rem. Po​czu​ła przy​pływ na​dziei, któ​ra jed​nak dość szyb​ko zga​-
sła, gdy Har​ri​son wy​mam​ro​tał z usta​mi przy jej uchu:

–  Wierz  mi,  nie  ma  sen​su  dla  mnie  ry​zy​ko​wać.  Prze​gra​na  jest  prak​tycz​nie

pew​na.

– Nie masz ra​cji – za​prze​czy​ła go​rą​co. – Prze​stań się kon​tro​lo​wać, po​dą​żaj za

swo​im in​stynk​tem. Ja tak​że się boję, ale je​że​li ty…

Nie  zdo​ła​ła  do​koń​czyć,  bo  zdła​wił  jej  sło​wa  na​mięt​nym  po​ca​łun​kiem.  Zno​wu

mię​dzy nimi za​iskrzy​ło, cie​le​sno​ści nie dało się oszu​kać sło​wa​mi. Har​ri​son miaż​-
dżył jej war​gi po​ca​łun​ka​mi. Przy​war​ła do nie​go tak ści​śle, jak​by sta​no​wi​li jed​no
roz​go​rącz​ko​wa​ne cia​ło. Po nie​pew​no​ści ostat​nich ty​go​dni Fran​kie wresz​cie czu​-
ła się na wła​ści​wym miej​scu, pra​gnę​ła po​cie​chy i uko​je​nia du​szy. Oraz po​twier​-
dze​nia swo​ich ra​cji.

Ca​ło​wał ją łap​czy​wie, bez fi​ne​zji, jak​by pra​gnął na​sy​cić głód. Wresz​cie uda​ło

jej się wy​trą​cić go z po​zor​nej obo​jęt​no​ści. Prze​su​wał spra​gnio​ny​mi dłoń​mi po jej
cie​le, kar​mił się krą​gło​ścią jej pier​si i bio​der pod śli​skim ma​te​ria​łem suk​ni.

– Cu​dow​nie dzi​siaj wy​glą​dasz – wy​mam​ro​tał, na mo​ment od​ry​wa​jąc war​gi, by

za​czerp​nąć od​de​chu. – Omal nie zno​kau​to​wa​łem Co​bur​na.

– Spe​cjal​nie cię pro​wo​ko​wał – od​par​ła z uśmie​chem.
– Sku​tecz​nie. – Kła​dąc dłoń na po​ślad​ku Fran​kie, przy​cią​gnął ją moc​no do sie​-

bie. Po​czu​ła na udzie twar​dą wy​pu​kłość jego erek​cji i gło​śno za​czerp​nę​ła po​wie​-
trza.

Chwy​cił ją za rękę i po​cią​gnął w kie​run​ku han​ga​ru. Bez prze​ko​na​nia pró​bo​wa​-

ła mu się wy​rwać.

– Nie tu​taj…
– Po​wie​dzia​łaś, że mam po​dą​żać za in​stynk​tem – wy​sa​pał. – I to wła​śnie ro​bię.

background image

–  Szarp​nię​ciem  otwo​rzył  drzwi  i  wcią​gnął  ją  do  środ​ka.  Wnę​trze  han​ga​ru  było
sła​bo oświe​tlo​ne, sły​chać było wodę plu​ska​ją​cą o de​ski. Pod ścia​ną sta​ły drew​-
nia​ne sie​dzi​ska, pach​nia​ło świe​żą far​bą i morsz​czy​nem.

– Przy​po​mi​nam so​bie, że go​ście mie​li się tu zja​wić na po​kaz sztucz​nych ogni –

za​czę​ła Fran​kie.

– Mamy co naj​mniej dwa​dzie​ścia mi​nut, może tro​chę wię​cej – od​parł, przy​ci​-

ska​jąc ją bru​tal​nie do ścia​ny. – Wy​star​czy aż nad​to.

Po​czu​ła, że cała pło​nie z na​głe​go pod​nie​ce​nia. Czyż​by na​praw​dę za​mie​rzał to

zro​bić, tu​taj, te​raz?

– Lu​dzie wi​dzie​li, jak się od​da​la​my – pod​ję​ła ostat​nią pró​bę za​cho​wa​nia resz​-

tek roz​sąd​ku.

W od​po​wie​dzi zsu​nął w dół ra​miącz​ko suk​ni i mu​snął war​ga​mi jej de​kolt.
– Wierz mi, to nie bę​dzie naj​więk​szy skan​dal w hi​sto​rii ludz​ko​ści.
Nie była co do tego prze​ko​na​na, lecz nie mia​ła cza​su się nad tym za​sta​na​wiać,

bo Har​ri​son opu​ścił jej suk​nię aż na bio​dra. Oczy​wi​ście ze wzglę​du na fa​son kre​-
acji nie no​si​ła biu​sto​no​sza, co przy​jął z peł​nym po​dzi​wu chrząk​nię​ciem. Ujął jej
cięż​kie pier​si i otu​lił war​ga​mi ciem​no​ró​żo​wy su​tek, piesz​cząc go ję​zy​kiem. Fran​-
kie od​chy​li​ła gło​wę do tyłu, roz​ko​szu​jąc się tym do​zna​niem.

Uniósł jej suk​nię i ob​rzu​cił go​rą​cym spoj​rze​niem cie​niut​kie je​dwab​ne figi. Nie

zdej​mu​jąc  ich,  opadł  na  ko​la​na.  Szorst​kim  to​nem  ka​zał  jej  przy​trzy​mać  suk​nię
i za​czął dla od​mia​ny pie​ścić pul​su​ją​ce z po​żą​da​nia cen​trum jej ko​bie​co​ści.

Fran​kie opar​ła się cięż​ko o ścia​nę, kur​czo​wo ści​ska​jąc fał​dy ma​te​ria​łu. Z za​-

mknię​ty​mi  ocza​mi  pod​da​ła  się  nie​zwy​kłej  piesz​czo​cie,  za​ta​pia​jąc  pal​ce  wol​nej
ręki w gę​stą czu​pry​nę Har​ri​so​na. Je​dy​nym dźwię​kiem był szmer jej co​raz szyb​-
sze​go od​de​chu i plusk fal ude​rza​ją​cych o ścia​ny han​ga​ru.

Wy​da​ła  prze​cią​gły,  zdu​szo​ny  jęk.  W  od​po​wie​dzi  łok​ciem  roz​su​nął  sze​rzej  jej

uda i pie​ścił ją da​lej, do​pro​wa​dza​jąc nie​mal do sza​leń​stwa. Wiła się przy​trzy​my​-
wa​na sil​ny​mi rę​ka​mi ko​chan​ka, i w koń​cu do​szła, wy​da​jąc roz​dzie​ra​ją​cy gar​dło​-
wy krzyk, któ​ry od​bił się echem w ciem​no​ści. To ją nie​co otrzeź​wi​ło. Co bę​dzie,
je​śli zo​sta​ła usły​sza​na?

Na ob​li​czu Har​ri​so​na od​ma​lo​wał się wy​raz de​ter​mi​na​cji. Było ja​sne, że za​mie​-

rza do​pro​wa​dzić swój za​miar do koń​ca. Przy​ci​ska​jąc Fran​kie do ścia​ny, roz​piął
roz​po​rek. Wy​mam​ro​tał coś nie​ar​ty​ku​ło​wa​nie i wszedł w nią z po​tęż​nym szturch​-
nię​ciem. Ude​rzy​ła gło​wą o ścia​nę, ale się tym nie prze​jął. Pod​trzy​mu​jąc ją za po​-
ślad​ki,  po​ru​szał  się  w  niej  z  dzi​ką  za​wzię​to​ścią,  co​raz  szyb​ciej,  co​raz  bar​dziej
gwał​tow​nie. Po​mo​gła mu zna​leźć naj​lep​szą dla sie​bie po​zy​cję i szep​nę​ła z usta​mi
na jego ustach:

– Te​raz…
Po​tem  trwa​li  tak  bar​dzo  dłu​go,  nie  po​ru​sza​jąc  się,  lecz  Fran​kie  nie  po​tra​fi​ła

okre​ślić, czy upły​nę​ły se​kun​dy, czy może mi​nu​ty. W koń​cu po​sta​wił ją ostroż​nie
na  zie​mi  i  stał  z  twa​rzą  wtu​lo​ną  w  jej  szy​ję.  Od​dy​cha​ła  z  tru​dem,  do​pie​ro  po
chwi​li ser​ce zwol​ni​ło rytm.

Z odrę​twie​nia wy​rwa​ły ich do​la​tu​ją​ce z ze​wnątrz gło​sy. Fran​kie prze​ra​zi​ła się,

background image

że za mo​ment zo​sta​ną przy​ła​pa​ni.

Har​ri​son po​mógł jej za​ło​żyć suk​nię i po​pra​wił ubra​nie. Po​ra​dził, żeby przy​gła​-

dzi​ła  roz​czo​chra​ne  wło​sy,  i  prze​je​chał  ręką  po  swo​ich.  Spło​szo​na  Fran​kie
stwier​dzi​ła, że nie da rady po​rząd​nie upiąć koka, bo zbyt wie​le drob​nych locz​-
ków wy​mknę​ło się spod spi​nek.

Gło​sy  i  śmie​chy  sta​ły  się  wy​raź​niej​sze.  Część  go​ści  do​tar​ła  już  do  han​ga​ru.

Fran​kie rzu​ci​ła Har​ri​so​no​wi prze​stra​szo​ne spoj​rze​nie.

–  Nie  przej​muj  się,  wy​glą​da​ją,  jak​by  wiatr  je  po​tar​gał  –  rzu​cił,  po​pra​wia​jąc

ma​ry​nar​kę. – Chodź, wy​mknie​my się bocz​nym wej​ściem i wmie​sza​my w tłum.

Otu​li​ło  ich  rześ​kie  noc​ne  po​wie​trze.  Oka​za​ło  się,  że  pra​wie  wszy​scy  go​ście

sta​wi​li się na na​brze​żu, by obej​rzeć po​kaz sztucz​nych ogni. Na​dzie​ja na ukrad​-
ko​we wmie​sza​nie się w tłum speł​zła na ni​czym, bo nie​mal od razu na​tknę​li się na
mat​kę  i  bra​ta  Har​ri​so​na.  Co​burn  spoj​rzał  na  nie​co​dzien​ną  fry​zu​rę  Fran​kie
i oczy roz​sze​rzy​ły mu się ze zdzi​wie​nia. Prze​niósł wzrok na star​sze​go bra​ta, po
czym po​wo​li go opu​ścił. Fran​kie zmar​twia​ła. Na ko​la​nach spodni Har​ri​so​na wid​-
nia​ła wy​raź​na smu​ga ku​rzu.

Co​burn od​wró​cił gło​wę. Ra​mio​na trzę​sły mu się od z tru​dem po​wstrzy​my​wa​-

ne​go śmie​chu.

– Har​ri​son, prze​cież pro​si​łam, że​byś zwo​łał go​ści na po​kaz. Nic wię​cej do cie​-

bie nie na​le​ża​ło – ode​zwa​ła się z lek​ką pre​ten​sją Eve​lyn Grant.

Syn  zbył  ją  krót​ką  wy​mów​ką  i  z  Fran​kie  przy  boku  ru​szył  dy​ry​go​wać  po​ka​-

zem. Gdy róż​no​barw​ne pió​ro​pu​sze fa​jer​wer​ków wy​strze​li​ły w noc​ne nie​bo, sta​-
nął za nią i ob​jął ją w pa​sie. Opar​ła się o nie​go ca​łym cia​łem, po​dzi​wia​jąc spek​-
takl. Har​ri​son szep​nął jej do ucha, że by​wa​ły już znacz​nie lep​sze po​ka​zy.

Ca​łość trwa​ła po​nad dwa​dzie​ścia mi​nut. Gran​to​wie nie ża​ło​wa​li wy​dać pie​nię​-

dzy, by przy​ję​cie z oka​zji koń​ca lata za​pa​dło wszyst​kim w pa​mięć. Fran​kie po​to​-
czy​ła wzro​kiem do​oko​ła i na​tknę​ła się na​gle na parę utkwio​nych w sie​bie nie​bie​-
skich oczu. Ce​ci​ly.

Żo​łą​dek skur​czył jej się ze stra​chu. Czyż​by wy​ka​za​ła się nie​spo​ty​ka​ną głu​po​tą

i  na​iw​no​ścią,  wie​rząc,  że  przy​na​le​ży  do  świa​ta  Har​ri​so​na?  On  sam  twier​dził
prze​cież,  że  tak  nie  jest,  że  ona  nie  pa​su​je  tu  ze  swo​ją  do​bro​cią  i  po​czu​ciem
przy​zwo​ito​ści.

Mimo to sta​ła u jego boku, gdy wraz z mat​ką że​gnał od​jeż​dża​ją​cych go​ści. Je​-

śli  na​wet  Eve​lyn  Grant  uzna​ła  jej  obec​ność  za  nie​ocze​ki​wa​ną,  to  nie  dała  tego
po  so​bie  po​znać.  Co​burn  na​dal  sza​lał  na  par​kie​cie  z  kil​ko​ma  naj​wy​tr​wal​szy​mi
oso​ba​mi.

Na​stęp​nie  Har​ri​son  wziął  ją  za  rękę  i  za​pro​wa​dził  do  opu​sto​sza​łe​go  domu.

Mi​nąw​szy  po​ko​je  go​ścin​ne,  po​szedł  na  pię​tro,  gdzie  znaj​do​wał  się  jego  wła​sny
apar​ta​ment.  Fran​kie  z  po​dzi​wem  oglą​da​ła  pięk​ny  rzeź​bio​ny  ko​mi​nek  i  kró​lew​-
skie łoże. Har​ri​son pod​szedł do niej i czu​le po​ca​ło​wał ją w kark. Ura​do​wa​ło ją
to,  po​nie​waż  bez  wąt​pie​nia  była  w  nim  za​ko​cha​na.  Przy​wy​kła  ufać  pod​po​wie​-
dziom ser​ca.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Fran​kie naj​bar​dziej lu​bi​ła Har​ri​so​na w łóż​ku. Tam nie mógł się nią wprost na​-

sy​cić, bez słów oka​zy​wał jej głę​bo​kie przy​wią​za​nie. Zdo​łał obu​dzić w niej pew​-
ność, że wca​le nie jest zwy​kłą sza​rą mysz​ką, jak za​wsze o so​bie my​śla​ła. Przy
nim po​zby​ła się kom​plek​sów. Cza​sem prze​my​ka​ło jej jesz​cze przez myśl, że Har​-
ri​son  zła​mie  jej  ser​ce,  lecz  oba​wa  ta  ma​la​ła  z  każ​dym  dniem.  Zresz​tą  Fran​kie
sta​ra​ła się zbyt​nio nie wy​bie​gać w przy​szłość.

Co​burn  sta​nął  w  pro​gu  ga​bi​ne​tu  i  na​rzu​cił  płaszcz.  Za​py​tał,  czy  Fran​kie  wy​-

cho​dzi dziś z jego bra​tem.

– Nie, umó​wił się na ko​la​cję z Den​ni​so​nem i kimś jesz​cze. To z pew​no​ścią cie​-

kaw​sze to​wa​rzy​stwo niż moje – od​par​ła nie​co sar​ka​stycz​nie, wyj​mu​jąc to​reb​kę
z szu​fla​dy biur​ka. Ci​chy brzęk oznaj​mił przy​by​cie win​dy na pię​tro.

– Nie do​ce​niasz swo​je​go po​wa​bu – orzekł Co​burn, pa​trząc w stro​nę wind.
Pew​nym  kro​kiem  zmie​rzał  ku  nim  jej  ko​cha​nek.  Puls  Fran​kie  na​tych​miast

przy​spie​szył. Mimo że bla​dy i nie​wy​spa​ny, był i tak naj​przy​stoj​niej​szym męż​czy​-
zną, z ja​kim się kie​dy​kol​wiek ze​tknę​ła.

Za​ru​mie​ni​ła się, gdy ob​rzu​cił bra​ta po​dejrz​li​wym spoj​rze​niem. Uwiel​bia​ła, gdy

był o nią za​zdro​sny. Oka​zu​jąc wraż​li​wość, choć na chwi​lę po​rzu​cał swój sta​lo​wy
pan​cerz.

– Co się sta​ło? – zdzi​wił się Co​burn. – Den​ni​son cię wy​sta​wił?
– Od​wo​ła​łem spo​tka​nie.
Nie wda​jąc się w dłuż​szą roz​mo​wę, Co​burn szyb​ko się po​że​gnał pod pre​tek​-

stem obia​du z przy​ja​ciół​mi. Sto​sun​ki mię​dzy brać​mi były co​raz bar​dziej na​pię​te,
co nie umknę​ło uwa​gi Fran​kie. Za​gad​nę​ła o to Har​ri​so​na, ale zbył ją krót​ko, że
to dłu​ga i skom​pli​ko​wa​na hi​sto​ria. Po​sta​no​wi​ła nie drą​żyć te​ma​tu.

Na​chy​lił się nad nią i chciał po​ca​ło​wać, ale przy​po​mnia​ła mu o ka​me​rach prze​-

my​sło​wych. Wca​le się tym nie prze​jął i wy​ko​nał swój za​miar.

– Zjedz ze mną dzi​siaj ko​la​cję – po​pro​sił. – Chy​ba że masz inne pla​ny.
–  Za​mie​rza​łam  za​mó​wić  piz​zę  i  po​czy​tać  –  po​wie​dzia​ła,  przy​glą​da​jąc  mu  się

ba​daw​czo. – Dla​cze​go od​wo​ła​łeś spo​tka​nie z Den​ni​so​nem i resz​tą pacz​ki?

–  Nie  mogę  my​śleć,  kie​dy  ga​da​ją  do  mnie  wszy​scy  na​raz  –  od​parł,  krzy​wiąc

usta w uśmie​chu.

Sta​ra​ła się nie oka​zać ra​do​ści, jaką spra​wi​ła jej ta od​po​wiedź. Wy​brał jej to​-

wa​rzy​stwo,  to  na​praw​dę  wie​le  zna​czy​ło.  Uśmiech​nę​ła  się  czu​le  i  zgo​dzi​ła  się
pójść do nie​go pod wa​run​kiem, że za​mó​wią piz​zę. Po​nie​waż go​spo​sia mia​ła wol​-
ny wie​czór, Har​ri​son nie pro​te​sto​wał.

Sie​dząc na ka​na​pie w wy​mu​ska​nym sa​lo​nie Har​ri​so​na, za​ja​da​li się piz​zą, po​pi​-

ja​jąc wy​bor​ne chian​ti.

background image

– Wiesz co – za​uwa​ży​ła Fran​kie, ob​li​zu​jąc war​gi – wy​strój tego wnę​trza zu​peł​-

nie do cie​bie nie pa​su​je. Nie mówi ani sło​wa o tym, kim wła​ści​wie je​steś.

– Po​zna​łem to po two​jej mi​nie, kie​dy we​szłaś tu za pierw​szym ra​zem – od​parł,

śmie​jąc się.

– Uwa​żam, że przy​po​mi​na to ra​czej wnę​trze ga​le​rii sztu​ki, a nie czy​jeś miesz​-

ka​nie – cią​gnę​ła.

– To mia​ła być in​we​sty​cja.
– Czy za​mie​rzasz miesz​kać tu dłu​żej? – za​cie​ka​wi​ła się.
– Ow​szem, chy​ba że pla​ny ule​gną jed​nak zmia​nie.
I wy​lą​du​ję w Wa​szyng​to​nie, do​po​wie​dzia​ła w du​chu.
Har​ri​son był cie​kaw, co Fran​kie zmie​ni​ła​by w jego wy​twor​nym sa​lo​nie. Pod​ję​-

ła wy​zwa​nie i po​to​czy​ła uważ​nym spoj​rze​niem po su​ro​wym, chłod​nym wnę​trzu.

– Do​da​ła​bym tu tro​chę ko​lo​ru, na przy​kład po​ma​lo​wa​ła​bym ścia​ny na twój ulu​-

bio​ny  sza​ro​nie​bie​ski.  Przy​da​ły​by  się  dy​wa​ny  w  sto​no​wa​nych  bar​wach.  I  może
ja​kiś ak​cent eg​zo​tycz​ny.

– We​dług cie​bie taki wy​strój bar​dziej pa​so​wał​by do mnie? – za​py​tał, ob​ra​ca​jąc

w dło​niach kie​li​szek chian​ti.

– Jest przy​naj​mniej nie​jed​no​znacz​ny, zu​peł​nie jak ty. Po​nie​waż wca​le nie je​steś

zim​ny jak ten sa​lon. Skła​dasz się z wie​lu po​kła​dów uczuć i emo​cji, cho​ciaż rzad​-
ko po​zwa​lasz im wy​pły​nąć na po​wierzch​nię.

O dzi​wo, wca​le nie za​prze​czył. Zda​wał się cał​ko​wi​cie za​to​pio​ny w my​ślach.
– Obec​nie nie mogę so​bie po​zwo​lić na oka​zy​wa​nie uczuć – prze​mó​wił w koń​cu,

wbi​ja​jąc wzrok w zie​mię. – Zbyt wie​le za​le​ży od mo​je​go ra​cjo​nal​ne​go my​śle​nia.

– Oj​ciec za​wsze mnie uczył, żeby się kie​ro​wać uczu​cia​mi – sprze​ci​wi​ła się. –

Ma​wiał, że je​śli za​cznie się od tego, co jest w ser​cu, to resz​ta przyj​dzie sama.

– A je​śli ser​ce jest w roz​ter​ce? – za​py​tał, ale się nie uśmie​chał.
– Wów​czas trze​ba się do​wie​dzieć, dla​cze​go tak jest – od​par​ła, tłu​miąc za​sia​ny

jego sło​wa​mi nie​po​kój.

Har​ri​son od​chy​lił gło​wę na opar​cie ka​na​py i stu​dio​wał wi​szą​ce na ścia​nie płót​-

na  Cha​gal​la.  Fran​kie  po​sta​no​wi​ła  sko​rzy​stać  z  oka​zji  i  po​cią​gnąć  go  tro​chę  za
ję​zyk.

– Skąd wzię​ła się u cie​bie chęć za​ist​nie​nia w po​li​ty​ce? – za​py​ta​ła ostroż​nie. –

Czy to two​je ma​rze​nie, czy też nie​speł​nio​ny sen twe​go ojca?

Za​mru​gał gwał​tow​nie, jak​by nie do​wie​rzał, że to po​wie​dzia​ła. Przez mo​ment

oba​wia​ła się, że prze​cią​gnę​ła stru​nę. Mil​cze​nie się prze​dłu​ża​ło. W koń​cu Har​ri​-
son ob​ró​cił kie​li​szek w dło​ni i upił spo​ry łyk wina.

– Obie rze​czy na​raz – od​rzekł. – Po​li​ty​kę za​rów​no ja, jak i moja ro​dzi​na mamy

we krwi. Dzia​dek był kon​gres​me​nem, gdy​by oj​ciec nie po​peł​nił sa​mo​bój​stwa, zo​-
stał​by gu​ber​na​to​rem. Chcę dać coś od sie​bie lu​dziom, tyle moż​na by zmie​nić na
lep​sze i wiem, jak się do tego za​brać. Lecz czy je​stem do tego od​po​wied​nią oso​-
bą?  Nie  cho​dzi  bo​wiem  o  to,  cze​go  ja  chcę,  ale  o  to,  cze​go  po​trze​bu​je  na​ród
i kraj – za​koń​czył z pa​to​sem.

Fran​kie  wie​rzy​ła  w  szcze​rość  słów  Har​ri​so​na.  Nie  była  w  sta​nie  wy​obra​zić

background image

so​bie, co on czu​je, ale mo​gła przy​naj​mniej spró​bo​wać.

–  Wy​da​je  mi  się,  że  kraj  po​trze​bu​je  wi​zji  przy​szło​ści  i  na​dziei  –  prze​mó​wi​ła

z po​wa​gą. – Oby​wa​te​lom po​trzeb​ny jest ktoś, w kogo mogą uwie​rzyć. Ob​ser​wo​-
wa​łam two​je po​czy​na​nia, Har​ri​so​nie. Po​tra​fi​łeś od​wró​cić bieg wy​da​rzeń i fir​mę
na skra​ju ban​kruc​twa wznieść  na pierw​sze miej​sce w  ran​kin​gu, więc nie masz
po​wo​du w sie​bie wąt​pić.

– Bywa, że nad​miar am​bi​cji po​tra​fi znisz​czyć czło​wie​ka – od​parł z go​ry​czą. Był

rów​nie  po​sęp​ny  jak  tam​tej  pa​mięt​nej  nocy,  kie​dy  ura​to​wa​ła  go  przed  za​ła​ma​-
niem.

Na​gle po​ję​ła, że Har​ri​son się mar​twi, że sta​nie się taki jak oj​ciec. Zro​zu​mia​ła,

ja​kie oba​wy tar​ga​ją nim po pod​pi​sa​niu kon​trak​tu z Ari​sto​vem. O ile do​brze pa​-
mię​ta​ła, po​wie​dział wów​czas, że je​śli ona z nim bę​dzie, to po​cią​gnie ją za sobą
w ot​chłań. Drę​czył go lęk, zresz​tą uza​sad​nio​ny, że pad​nie ofia​rą tej sa​mej cho​ro​-
by co oj​ciec.

Od​sta​wi​ła kie​li​szek i usia​dła mu okra​kiem na ko​la​nach.
– Nie je​steś swo​im oj​cem – szep​nę​ła, uj​mu​jąc jego mrocz​ną twarz w obie dło​-

nie. – On był cho​ry, ty je​steś zdro​wy i sil​ny.

Wy​czu​ła,  że  sprę​żył  się  jak  do  sko​ku,  ale  śmia​ło  przy​trzy​ma​ła  go  wzro​kiem.

Za​czerp​nął  głę​bo​ko  po​wie​trza  i  po​wo​li  wy​pu​ścił  je  no​sem.  Po​czu​ła  cie​pły  po​-
wiew na po​licz​ku.

– Za​ła​mał się w przed​dzień ogło​sze​nia za​mia​ru ubie​ga​nia się o sta​no​wi​sko gu​-

ber​na​to​ra – po​wie​dział ci​cho. – My​ślę, że mia​ło to zwią​zek z nie​cny​mi po​czy​na​-
nia​mi Mar​ko​vi​ca.

–  Stał  na  skra​ju  ban​kruc​twa,  moż​na  to  chy​ba  zro​zu​mieć  –  od​par​ła  ła​god​nie.

Ser​ce jej się kra​ja​ło. – Ty na​to​miast od​nio​słeś zwy​cię​stwo, to cał​kiem od​mien​na
sy​tu​acja. Mało tego, we​dług ana​li​ty​ków ryn​ku do​ko​nu​jesz rze​czy nie​moż​li​wych.

– Nad​mier​ne ocze​ki​wa​nia po​tra​fią spra​wić za​wód, Fran​kie – po​wie​dział.
– Wiem wszyst​ko na ten te​mat – nie dała się zbić z tro​pu. – Gdy​bym tak my​śla​-

ła, pro​wa​dzi​ła​bym te​raz ro​dzin​ną knajp​kę. Wszy​scy się tego po mnie spo​dzie​wa​-
li, ale nie była to ka​rie​ra dla mnie, tak uwa​żam. – Po​gła​ska​ła go po chmur​nym
ob​li​czu. – Do​wiedz się, czy to jest two​je ma​rze​nie – po​ra​dzi​ła. – Je​że​li tak, to je
speł​nij. Je​że​li nie, to daj so​bie spo​kój.

Kur​czo​wo  splótł  z  nią  pal​ce.  Wy​zie​ra​ją​ca  z  jego  oczu  roz​ter​ka  spra​wia​ła  jej

ból.

–  Skoń​czy​łam  na  dziś  z  wy​kła​da​mi  –  oznaj​mi​ła,  za​bie​ra​jąc  się  do  roz​pi​na​nia

gu​zi​ków ko​szu​li Har​ri​so​na. – Może po​roz​ma​wia​my te​raz o po​go​dzie?

W jego wzro​ku bły​snę​ło po​żą​da​nie.
–  Pod  wa​run​kiem,  że  pro​gno​za  prze​wi​du​je  zdję​cie  ze  mnie  ubra​nia  –  od​parł

bez owi​ja​nia w ba​weł​nę.

Z usta​mi na jego war​gach obie​ca​ła, że tak wła​śnie się sta​nie.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

W wie​czór po​prze​dza​ją​cy spo​tka​nie Har​ri​so​na z Mar​ko​vi​cem w Wa​szyng​to​nie

ro​dzi​na  Fran​kie  za​pro​si​ła  ich  na  ko​la​cję  do  wła​snej  re​stau​ra​cji.  Ostat​nie  dni
były dla nie​go na​der pra​co​wi​te i trud​ne. Przed spo​dzie​wa​ną roz​pra​wą z Ro​sja​ni​-
nem  Fran​kie  po​sta​no​wi​ła  go  tro​chę  ro​ze​rwać.  Wie​czór  bar​dzo  się  udał,  ród
Mas​se​ria sta​nął na wy​so​ko​ści za​da​nia, ale Fran​kie wi​dzia​ła, że my​śli Har​ri​so​na
co​raz czę​ściej krą​żą wo​kół ju​trzej​sze​go wy​da​rze​nia.

Po​wi​nien być pew​ny swe​go, bo wszyst​ko było do​pię​te na ostat​ni gu​zik. Prze​ję​-

cie fir​my Ari​sto​va prze​bie​gło bez za​strze​żeń ze stro​ny re​gu​la​to​rów ryn​ku. Klę​-
ska Mar​ko​vi​ca była już tyl​ko kwe​stią cza​su, wciąż jed​nak nie po​ja​wia​ło się uczu​-
cie trium​fu. Krwio​żer​cze pra​gnie​nie ro​ze​rwa​nia Ro​sja​ni​na na strzę​py, któ​re to​-
wa​rzy​szy​ło  mu  od  tak  daw​na,  nie  chcia​ło  się  ja​koś  zma​te​ria​li​zo​wać.  Har​ri​son
pra​gnął je​dy​nie za​mknąć ten roz​dział swo​je​go ży​cia, bez prze​le​wu krwi po​mścić
ojca i ho​nor ro​dzi​ny.

W sali roz​legł się ja​sny śmiech Fran​kie. Je​den z bra​ci żar​to​wał so​bie z jej gu​-

stów mu​zycz​nych. Har​ri​son wi​dział, jaka była szczę​śli​wa. W głę​bi du​szy poj​mo​-
wał, że to dzię​ki niej do​ko​na​ła się w nim prze​mia​na. Z każ​dym spę​dzo​nym z nią
dniem rósł jego spo​kój. Da​wa​ła mu ra​dość i szczę​ście. Ma​jąc ją przy so​bie, nie
czuł  się  mar​twy  w  środ​ku.  Prze​ra​ża​ła  go  tyl​ko  jed​na  myśl:  tak  dłu​go  żył,  nie
ujaw​nia​jąc uczuć i emo​cji, że obec​nie wy​da​wa​ło mu się, że prze​by​wa w skom​pli​-
ko​wa​nym la​bi​ryn​cie, na któ​re​go koń​cu cze​ka​ją nie​wy​sło​wio​ne skar​by. Lecz wy​-
star​czy je​den zły ruch i wszyst​ko za​koń​czy się nie​szczę​śli​wie.

Nie mógł wy​trzy​mać tej my​śli.
Na​pił się chian​ti, prze​ry​wa​jąc te nie​we​so​łe roz​wa​ża​nia, i za​jął się ob​ser​wa​cją

kla​nu  Mas​se​ria.  Człon​ków  ro​dzi​ny  łą​czy​ła  bar​dzo  bli​ska  więź.  Cho​ciaż  róż​ni​li
się mię​dzy sobą – psy​cho​log Fe​de​ri​co był uszczy​pli​wy i opa​no​wa​ny, a Sa​lva​to​re,
uko​cha​ny brat Fran​kie, ema​no​wał en​tu​zja​zmem i we​so​ło​ścią – to wi​dać było, że
sko​czy​li​by za sobą w ogień. Dro​czy​li się i pra​wi​li so​bie zło​śli​wo​ści, ale nie​wąt​pli​-
wie bar​dzo się ko​cha​li i mo​gli na sie​bie li​czyć.

Ser​ce ści​snę​ło mu się z żalu. On ni​g​dy nie do​świad​czył moc​ne​go wspar​cia ro​-

dzi​ny, na​wet wte​dy, kie​dy oj​ciec był jesz​cze zdro​wy. Clif​ford Grant in​te​re​so​wał
się je​dy​nie bu​do​wą swo​je​go im​pe​rium i po​zy​cji w spo​łe​czeń​stwie. Tyl​ko na tym
mu  za​le​ża​ło.  Bliż​sze  wię​zi  łą​czy​ły  Har​ri​so​na  je​dy​nie  z  młod​szym  bra​tem,  lecz
i to nie​ba​wem się skoń​czy​ło, Co​burn bo​wiem ra​dził so​bie z roz​pa​czą po śmier​ci
ojca w ten spo​sób, że cały za​tra​cał się w używ​kach i im​pre​zo​wa​niu. Z każ​dym
ro​kiem bra​cia od​da​la​li się od sie​bie.

Do​pił  wino  i  od​sta​wił  kie​li​szek  na  stół.  Drę​czy​ła  go  pew​na  myśl,  któ​rej  z  po​-

cząt​ku nie chciał do sie​bie do​pu​ścić. To Fran​kie mu ją pod​su​nę​ła. W rze​czy​wi​-

background image

sto​ści bra​ko​wa​ło mu bliż​szych re​la​cji z Co​bur​nem.

Na​po​tkał  spoj​rze​nie  gło​wy  rodu  Mas​se​ria.  Oj​ciec  Fran​kie  przy​glą​dał  mu  się

bacz​nie spod zmru​żo​nych po​wiek, jak​by chciał po​znać jego praw​dzi​we za​mia​ry.
Har​ri​son ze spo​ko​jem wy​trzy​mał tę ob​ser​wa​cję. Wi​dział te​raz, po kim Fran​kie
odzie​dzi​czy​ła mą​drość i urok oso​bi​sty. Van​ni Mas​se​ria był czło​wie​kiem suk​ce​su,
któ​ry sam do wszyst​kie​go do​szedł i po​strze​gał świat z per​spek​ty​wy cięż​ko pra​-
cu​ją​ce​go i do​brze ra​dzą​ce​go so​bie w ży​ciu męż​czy​zny. Ro​zu​miał też, że Har​ri​-
son na​le​ży do cał​kiem in​nej ligi lu​dzi sza​le​nie bo​ga​tych i usto​sun​ko​wa​nych, a po​-
nad​to jest spo​ro star​szy od jego uko​cha​nej có​recz​ki. I je​śli zde​cy​du​je się wy​star​-
to​wać  w  wy​ści​gu  do  pre​zy​den​tu​ry,  skrom​na,  po​zba​wio​na  oby​cia  Fran​kie  znaj​-
dzie się rap​tem w świe​cie, któ​re​go nie zna i nie ro​zu​mie.

Har​ri​son prze​niósł wzrok na ro​ze​śmia​ną dziew​czy​nę. Za​sta​na​wiał się, czy po​-

ra​dzi​ła​by  so​bie  w  roli  żony  po​li​ty​ka  wy​so​kie​go  szcze​bla.  Czy  we​szła​by  w  nią
z  taką  samą  ła​two​ścią  i  swo​bo​dą,  jak  do  jego  upo​rząd​ko​wa​ne​go  ży​cia  i  ser​ca?
A je​śli nie spro​sta​ła​by wy​zwa​niu? Czy na na​zwi​sku Grant cią​ży​ła mrocz​na klą​-
twa?

Nie dzi​wił się re​zer​wie jej ojca. On sam ży​wił wie​le obaw.

Nio​sąc ta​le​rze, Fran​kie uda​ła się za Sa​lva​to​rem do kuch​ni. Brat od​sta​wił swój

stos na​czyń do zle​wu i oparł się o blat.

– Wiesz, na​wet go po​lu​bi​łem – po​wie​dział.
Po​czu​ła, że z jej ra​mion spadł wiel​ki cię​żar. Za​pra​sza​jąc Har​ri​so​na na ro​dzin​-

ną ko​la​cję, czu​ła lek​kie na​pię​cie. Ich zwią​zek był wciąż na eta​pie po​cząt​ko​wym,
a ona przy​wy​kła się li​czyć z opi​nią ro​dzi​ny. Je​śli nie spodo​bał​by im się jej wy​bra​-
nek, po​pa​dła​by w roz​ter​kę.

Sa​lva​to​re nie za​mie​rzał po​prze​stać na krót​kim ko​men​ta​rzu.
– Fran​kie, czy wiesz, na co się po​ry​wasz? – za​py​tał, bacz​nie jej się przy​glą​da​-

jąc. – To jed​nak nie two​ja liga.

Przy​gry​zła  war​gę.  Gdy  prze​by​wa​ła  w  ro​dzin​nym  gro​nie,  zwy​kle  koń​czy​ło  się

to po​wro​tem bra​ku pew​no​ści sie​bie. Ko​cha​ła ich, zwłasz​cza Sa​lva​to​re​go, ale nie
cier​pia​ła  nie​mi​łe​go  uczu​cia,  ja​kie  ją  ogar​nia​ło,  gdy  po​da​wa​li  w  wąt​pli​wość  jej
wy​bo​ry.

– Mimo to ja​koś je​ste​śmy ra​zem – od​pa​ro​wa​ła.
– Wiesz, że mam ra​cję. Dwa ty​go​dnie temu idziesz z nim na przy​ję​cie i prze​ko​-

nu​jesz  mnie,  że  to  zwy​kły  za​wo​do​wy  obo​wią​zek,  a  te​raz  spra​wiasz  wra​że​nie
nie​przy​tom​nie za​ko​cha​nej. Pra​cu​jesz dla nie​go, to Grant, po​tęż​ny re​kin biz​ne​su.
War​to o tym pa​mię​tać.

– Je​stem z nim bar​dzo szczę​śli​wa.
– Co ni​cze​go nie zmie​nia – od​parł z odro​bi​ną iry​ta​cji. – Fa​cet przy​wykł do​sta​-

wać to, co chce, i wie, jak ocza​ro​wać ko​bie​tę. – Po​trzą​snął gło​wą i nie​co zmie​nił
ton. – Cie​szę się two​im szczę​ściem i do​brze o tym wiesz. Ale je​stem męż​czy​zną
i  umiem  po​znać,  kie​dy  fa​ce​ta  drę​czą  wąt​pli​wo​ści.  Pro​szę  tyl​ko,  że​byś  cał​kiem
nie stra​ci​ła dla nie​go gło​wy.

background image

Har​ri​son  wy​la​ty​wał  ju​tro  do  Wa​szyng​to​nu  na  spo​tka​nie  z  Mar​ko​vi​cem,  nic

dziw​ne​go  za​tem,  że  spra​wiał  wra​że​nie  czło​wie​ka  drę​czo​ne​go  nie​po​trzeb​ny​mi
roz​ter​ka​mi. Na samą myśl o kon​fron​ta​cji dwóch za​przy​się​głych wro​gów Fran​kie
prze​cho​dzi​ły ciar​ki.

– To do​syć skom​pli​ko​wa​ne – od​rze​kła.
– No wła​śnie – ro​ze​śmiał się brat. – Uży​wa​my tego gór​no​lot​ne​go wy​ra​że​nia na

okre​śle​nie sta​nu zwy​kłej nie​pew​no​ści i wa​ha​nia.

Po​czu​ła, jak w trze​wiach ro​śnie zim​na kula stra​chu. Po​że​gna​li się z jej ro​dzi​ną

i po​je​cha​li do pen​tho​use’u Har​ri​so​na. W sa​mo​cho​dzie był dziw​nie mil​czą​cy, nie
od​zy​wał  się  tak​że  w  win​dzie  i  prze​stron​nym  przed​po​ko​ju.  Wi​dzia​ła  po  nim  na​-
pię​cie, był głę​bo​ko za​my​ślo​ny. Prze​czu​wa​ła, że bę​dzie się gryzł ju​trzej​szą kon​-
fron​ta​cją z Mar​ko​vi​cem, dla​te​go po​sta​no​wi​ła z nim zo​stać.

–  Po​lu​bi​li  cię  –  po​wie​dzia​ła,  gdy  wró​cił  z  kuch​ni  z  kawą  i  zio​ło​wym  na​pa​rem

dla  niej.  Od​po​wie​dział  ra​czej  zdaw​ko​wo,  więc  za​py​ta​ła  bez  ogró​dek:  –  Co  się
dzie​je?

– Je​stem roz​ko​ja​rzo​ny, mu​szę mnó​stwo prze​my​śleć.
– Je​steś pe​wien, że po​wi​nie​neś tam jut… – za​czę​ła, ale prze​rwał jej w pół sło​-

wa.

– Tyl​ko bez ka​zań, Fran​kie, dzi​siaj tego nie znio​sę.
Umil​kła spe​szo​na. Ju​tro miał do​ko​nać aktu ze​msty na czło​wie​ku, któ​ry za​brał

mu ojca. Nie ro​zu​miał, że ów czyn nie uśmie​rzy roz​pa​czy i gnie​wu.

– To ci go nie zwró​ci – po​wie​dzia​ła z mocą. – Co​kol​wiek zro​bisz, to nie przy​-

wró​ci  ży​cia  two​je​mu  ojcu,  nie  na​pra​wi  two​ich  krzywd.  Jest  tyl​ko  jed​no  do​bre
wyj​ście: prze​ba​czyć i za​po​mnieć. W ten spo​sób oka​żesz ojcu sza​cu​nek.

– Prze​ba​czyć? – wy​ce​dził z go​ry​czą. – Taką masz dla mnie radę? I co na tym

zy​skam,  Fran​kie?  Po​go​dzę  się  z  ca​łym  świa​tem  i  od​zy​skam  spo​kój,  bo  wy​rze​-
kłem się ze​msty?

Sku​li​ła ra​mio​na, lecz po chwi​li od​zy​ska​ła re​zon. Nie bała się go i nie da so​bie

za​mknąć ust.

– Uprasz​czasz. Je​śli chcesz ro​bić w ży​ciu po​stęp, mu​sisz pu​ścić to, co cię przy​-

trzy​mu​je. Nie​na​wiść za​tru​wa two​je my​śli. To przez nią by​wasz cza​sem w po​nu​-
rym na​stro​ju. Je​śli się jej nie po​zbę​dziesz, to za​wsze bę​dziesz na to na​ra​żo​ny.

Har​ri​son ze​rwał się z miej​sca i pa​trzył na nią z góry.
– To on jest tru​ci​zną. To jego mu​szę znisz​czyć!
– No do​brze, a co po​tem? Znisz​czysz go i od​bie​rzesz mu wszyst​ko? I w cu​dow​-

ny spo​sób po​czu​jesz się uzdro​wio​ny, cho​ciaż po​stą​pi​łeś do​kład​nie tak, jak przed
laty Mar​ko​vic z two​im oj​cem? A je​śli on ma ro​dzi​nę? Je​że​li ją tak​że znisz​czysz?

– Po​wi​nien był po​my​śleć o tym wcze​śniej, za​nim ze mną za​darł – od​parł obo​jęt​-

nie Har​ri​son. – Chcę, żeby już ni​g​dy nie mógł ni​ko​go skrzyw​dzić.

Z tym nie spo​sób było dys​ku​to​wać. Jed​nak za​ta​pia​jąc Mar​ko​vi​ca, Har​ri​son na​-

ra​żał wła​sną du​szę. Na ra​zie był tego bli​ski.

– Za​daj so​bie py​ta​nie – po​pro​si​ła – co zro​bisz z drę​czą​cym cię póź​niej po​czu​-

ciem  winy.  Jak  so​bie  z  tym  po​ra​dzisz?  Je​steś  uczci​wym  czło​wie​kiem,  ale  ju​tro

background image

stra​cisz do sie​bie sza​cu​nek.

Ob​li​cze  Har​ri​so​na  przy​bra​ło  nie​od​gad​nio​ny  wy​raz.  Czy  gnie​wał  się  za  sło​wa

kry​ty​ki? Lę​kał, że były słusz​ne? Po​czu​ła przy​pływ nie​po​ko​ju. Być może tym ra​-
zem  po​su​nę​ła  się  za  da​le​ko.  Ale  nie  wy​ba​czy​ła​by  so​bie,  gdy​by  za​wcza​su  nie
ostrze​gła go przed kon​se​kwen​cja​mi czy​nu, jaki za​mie​rzał po​peł​nić.

Od​wró​cił  się  i  wy​szedł  na  ta​ras.  Od​cze​ka​ła  kil​ka  mi​nut,  po  czym  wy​szła  za

nim.  Stał  za​pa​trzo​ny  na  lek​ko  roz​ma​za​ną  syl​we​tę  Man​hat​ta​nu  na  tle  za​chmu​-
rzo​ne​go nie​ba.

– Wy​da​je ci się, że mnie znasz – ode​zwał się ci​cho, gdy wy​czuł jej obec​ność. –

Ale się my​lisz. Za​kła​dasz, że każ​dy kie​ru​je się do​bro​cią jak ty, lecz tak nie jest.
Je​steś wy​jąt​kiem w świe​cie rzą​dzo​nym przez ego​izm i chci​wość.

Prze​su​nę​ła się nie​co, by móc wi​dzieć jego twarz. In​stynkt pod​po​wia​dał jej, że

po​win​na  się  wy​co​fać,  że  nie​po​trzeb​nie  prze​cią​ga  stru​nę.  Nie  po​słu​cha​ła  go
prze​ko​na​na, że Har​ri​son po​wi​nien usły​szeć, co ma do po​wie​dze​nia.

– Po​wta​rzasz so​bie to, bo to ła​twiej​sze niż wia​ra w do​brą i szcze​rą isto​tę, któ​-

ra  kry​je  się  za  pan​ce​rzem,  ja​kim  się  oto​czy​łeś.  Nie  mogę  mil​czeć,  kie​dy  zmie​-
rzasz ku pew​ne​mu za​tra​ce​niu.

– Więc odejdź. – Szorst​kie sło​wa tra​fi​ły ją ni​czym siar​czy​sty po​li​czek. Mimo to

od​wa​ży​ła się po​ło​żyć mu dłoń na ra​mie​niu. Strzą​snął ją i spoj​rzał na nią zim​nym
wzro​kiem. – Błę​dem było uwie​rzyć, że nam się uda, Fran​kie – po​wie​dział. – Po​-
wta​rza​łem ci to pod​czas przy​ję​cia na Long Is​land, ale nie chcia​łaś mnie słu​chać.

– Har​ri​son…
–  Odejdź.  –  Nie  od​ry​wał  od  niej  twar​de​go  spoj​rze​nia.  –  Nie  chcę,  że​byś  tu

była.

Fran​kie czu​ła, że ser​ce roz​dzie​ra jej się na strzę​py. Za​sko​czy​ła ją nie tyle jego

bru​tal​ność, do któ​rej zdą​ży​ła ja​koś przy​wyk​nąć, ile wła​sna re​ak​cja na nią. Roz​-
pa​da​ła się na nie​skoń​cze​nie ma​leń​kie cząst​ki, aż w koń​cu nie zo​sta​ło z niej nic
poza prze​raź​li​wym bó​lem.

Dzię​ki nie​mu mo​gła po​czuć wszyst​ko albo zu​peł​nie nic.
Drżą​cą ręką od​gar​nę​ła z czo​ła ko​smyk wło​sów.
– Masz ra​cję, rze​czy​wi​ście cię nie znam. Nie prze​wi​dzia​łam two​je​go upo​ru.
Tłu​miąc płacz, odrę​twia​ła z bólu opu​ści​ła luk​su​so​wy pen​tho​use. Wy​da​wa​ło jej

się, że zna​la​zła dro​gę do ser​ca i umy​słu Har​ri​so​na, ale naj​wi​docz​niej gorz​ko się
po​my​li​ła. Nie spo​sób oca​lić ko​goś, kto wca​le nie chce ra​tun​ku. Cóż, trze​ba się
z tym po​go​dzić.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Pry​wat​ny klub w sa​mym ser​cu sto​li​cy USA, w któ​rym An​ton Mar​ko​vic umó​wił

się  na  spo​tka​nie  z  wy​so​ko  po​sta​wio​nym  człon​kiem  rzą​du,  moż​na  było  okre​ślić
mia​nem nie​ofi​cjal​nej kwa​te​ry głów​nej elit in​te​lek​tu​al​nych kra​ju. Klub mie​ścił się
w sty​lo​wej ka​mie​ni​cy przy Em​bas​sy Row, któ​ra nie​gdyś była re​zy​den​cją pry​wat​-
ną.  Od  po​cząt​ku  swo​je​go  ist​nie​nia  go​ścił  w  swo​ich  pro​gach  pre​zy​den​tów,  sę​-
dziów Sądu Naj​wyż​sze​go i sza​cow​nych lau​re​atów na​gro​dy No​bla.

Je​śli Har​ri​son zde​cy​do​wał​by się wy​star​to​wać w wy​ści​gu do pre​zy​den​tu​ry, ob​-

ra​cał​by się w ta​kich wła​śnie miej​scach i krę​gach to​wa​rzy​skich. Wkro​czył do wy​-
ło​żo​nej ciem​ną bo​aze​rią sali bi​blio​tecz​nej i za​jął miej​sce przy oknie, opo​dal jed​-
ne​go  z  kil​ku  pięk​nie  rzeź​bio​nych  ko​min​ków.  W  po​wie​trzu  uno​sił  się  nie​mal  na​-
ma​cal​ny  za​pach  pre​sti​żu  i  bo​gac​twa.  Po​mi​mo  dro​gie​go  gar​ni​tu​ru  Har​ri​son  po​-
czuł się zbyt skrom​nie odzia​ny.

Szyb​ko  od​szu​kał  wzro​kiem  czło​wie​ka,  z  któ​rym  miał  się  zo​ba​czyć.  Ro​sja​nin

sie​dział przy ko​min​ku na​prze​ciw szpa​ko​wa​te​go męż​czy​zny. Har​ri​son sko​rzy​stał
z  oka​zji,  by  do​brze  mu  się  przyj​rzeć.  Mar​ko​vic  do​bie​gał  sześć​dzie​siąt​ki,  ale
mimo po​si​wia​łych skro​ni był na​dal bar​dzo przy​stoj​ny. Uwa​gę ob​ser​wa​to​ra przy​-
cią​gał od razu pe​wien rys okru​cień​stwa, wi​docz​ny w jego twa​rzy. Oto czło​wiek,
któ​ry nie cof​nie się przed ni​czym, po​my​ślał Har​ri​son.

Prze​szedł go rap​tem zim​ny dreszcz, jak​by sier​pień za​mie​nił się w luty. Nie po​-

zwo​li, by Mar​ko​vic wy​szedł stąd żywy.

Ro​sja​nin ob​rzu​cił go prze​lot​nym spoj​rze​niem, zbyt po​chło​nię​ty roz​mo​wą, żeby

się za​sta​na​wiać, kto tak uważ​nie mu się przy​glą​da. Har​ri​son spo​koj​nie cze​kał.
Po upły​wie pół go​dzi​ny męż​czyź​ni wsta​li, po​da​li so​bie ręce i ru​szy​li do holu. Har​-
ri​son prze​ciął im dro​gę i wy​cią​gnął dłoń do Mar​ko​vi​ca.

– Har​ri​son Grant.
Czło​nek rzą​du z tru​dem po​wścią​gnął zdzi​wie​nie. W oczach Mar​ko​vi​ca po​ja​wił

się  nie​bez​piecz​ny  błysk,  gdy  po​da​jąc  Har​ri​so​no​wi  rękę,  mam​ro​tał  zwy​cza​jo​we
uprzej​mo​ści.

–  Za​pra​szam  pana  na  drin​ka  –  po​wie​dział  Grant.  –  Chciał​bym  coś  z  pa​nem

omó​wić.

– Oba​wiam się, że mam już dal​sze pla​ny – od​parł ostroż​nie Mar​ko​vic, zer​ka​jąc

na nie​go po​dejrz​li​wie.

– To zaj​mie kwa​drans, nie dłu​żej.
Mar​ko​vic z ocią​ga​niem ski​nął gło​wą, po​że​gnał się ze zna​jo​mym i od​cze​kał, aż

zo​sta​nie sam na sam z Gran​tem.

– Spo​dzie​wa​łem się, że kie​dyś na​sze szla​ki się prze​tną – za​uwa​żył to​nem kon​-

wer​sa​cji.

background image

Har​ri​son  po​czuł,  że  bra​ku​je  mu  tchu.  Ten  czło​wiek  był  po​two​rem  po​zba​wio​-

nym ludz​kich uczuć. Opa​no​wał się z wy​sił​kiem i po​pro​sił, żeby Mar​ko​vic usiadł.
Ro​sja​nin nie pro​te​sto​wał. Na jego ustach igrał cy​nicz​ny uśmie​szek. Wy​da​wał się
cał​ko​wi​cie opa​no​wa​ny.

Har​ri​son  przy​go​to​wał  so​bie  oczy​wi​ście  prze​mo​wę,  któ​rej  na​uczył  się  nie​mal

na pa​mięć, ale obu​rze​nie wzię​ło nad nim górę.

–  Nie  ob​cho​dzi  pana,  jaką  krzyw​dę  wy​rzą​dził  pan  mo​jej  ro​dzi​nie,  praw​da?  –

za​czął, drżąc z gnie​wu.

– Nie za​bi​łem two​je​go ojca, sam się za​bił. W biz​ne​sie bywa róż​nie… Mógł po​-

stą​pić jak pan, od​bu​do​wać fir​mę, ale był na to za sła​by.

Har​ri​son  czuł  pa​ra​li​żu​ją​cą  fu​rię,  któ​ra  jego  sa​me​go  prze​ra​ża​ła.  Zdła​wio​nym

gło​sem po​wtó​rzył wcze​śniej​sze py​ta​nie.

– Przy​kro mi, że stra​cił pan ojca, ale wy​bór na​le​żał do nie​go. Zgo​dził się pod​pi​-

sać kon​trakt – od​parł Mar​ko​vic, wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi.

– Oj​ciec nie miał po​ję​cia, co się za tym kry​je! Pań​skie po​stę​po​wa​nie było nie​-

zgod​ne z pra​wem, nie​mo​ral​ne. Dziś sta​nął​by pan za to przed są​dem.

– Jak do​brze, że nie ży​je​my w tam​tych cza​sach – od​parł cy​nicz​nie Ro​sja​nin. –

Ja tak​że ucier​pia​łem, w pew​nym mo​men​cie stra​ci​łem wszyst​ko. Ale umia​łem się
pod​nieść.

–  Ta  umie​jęt​ność  może  się  panu  zno​wu  przy​dać  –  wy​ce​dził  Grant.  W  oczach

Ro​sja​ni​na po​ja​wi​ła się czuj​ność. – Wy​ku​pi​łem wszyst​kich pań​skich do​staw​ców –
cią​gnął. – Kie​dy ju​tro rano po​cią​gnę za od​po​wied​nią dźwi​gnię, po​sy​pią się kost​ki
do​mi​na. Za​brak​nie jed​nej, dru​giej, trze​ciej czę​ści. Będą opóź​nie​nia w pro​duk​cji.
Aż w koń​cu na​dej​dzie dzień, gdy wszyst​ko sta​nie, bę​dzie pe​łen pa​ra​liż. I po​czu​je
pan, co to zna​czy zna​leźć się w pie​kle, jak kie​dyś mój oj​ciec.

– Glo​bal​na eko​no​mia, Grant – wy​mam​ro​tał po​sza​rza​ły na twa​rzy Mar​ko​vic. –

Zwró​cę się do in​nych do​staw​ców.

Har​ri​son po​czuł przy​pływ bez​brzeż​nej sa​tys​fak​cji.
–  Może  pan  pró​bo​wać.  Ale  su​ge​ru​ję,  żeby  to  spraw​dzić  przed  pod​pi​sa​niem

umo​wy  z  rzą​dem.  Bo  może  się  oka​zać,  że  się  pan  nie  wy​wią​że…  –  wy​ce​dził
przez zęby.

Mar​ko​vic  rap​tem  zro​zu​miał  i  sie​dział  ogłu​szo​ny  ze  wzro​kiem  wbi​tym  w  roz​-

mów​cę. Har​ri​son wstał prze​ko​na​ny, że ten pod​ły czło​wiek już ni​g​dy nie bę​dzie
rzą​dził ani jed​ną se​kun​dą jego ży​cia.

Wy​szedł bez po​że​gna​nia, po​zo​sta​wia​jąc za sobą smut​ną prze​szłość i kie​ru​jąc

się w stro​nę ja​snej przy​szło​ści. Dzi​wi​ło go je​dy​nie, dla​cze​go na​dal nie czu​je peł​-
nej sa​tys​fak​cji.

Fir​mo​wym  od​rzu​tow​cem  do​le​ciał  przed  ósmą  wie​czo​rem  na  Man​hat​tan.  Stał

na  ta​ra​sie  ze  szkla​necz​ką  za​cnej  whi​sky  w  ręku  i  przy​glą​dał  się  pa​no​ra​mie  ja​-
skra​wo  oświe​tlo​ne​go  mia​sta.  Nowy  Jork  wy​da​wał  się  od​da​lo​ny  o  lata  świetl​ne
od sza​cow​nych mu​rów Wa​szyng​to​nu i An​to​na Mar​ko​vi​ca. Od po​nu​rej prze​szło​-
ści.

background image

Przy​po​mniał so​bie rap​tem, co po​wie​dział mu kie​dyś Co​burn. Brat twier​dził, że

pew​ne​go dnia ka​mien​ne ser​ce Har​ri​so​na spra​wi, że zo​sta​nie on cał​kiem sam na
świe​cie, a co gor​sza, ni​ko​go to nie obej​dzie.

Drę​czą​ce go po​czu​cie pust​ki do​sko​na​le ilu​stro​wa​ło pro​ro​cze sło​wa Co​bur​na.

Był  pe​wien,  że  do​ko​naw​szy  tak  dłu​go  pla​no​wa​nej  ze​msty  na  Mar​ko​vi​cu,  do​zna
speł​nie​nia  i  ulgi,  a  prze​cież  i  brat,  i  Fran​kie  ostrze​ga​li  go,  że  bę​dzie  ina​czej.
Czyż​by zna​li go le​piej niż on sie​bie? Po​msz​cze​nie ho​no​ru ojca było mi​ra​żem, za
któ​rym całe ży​cie po​dą​żał, ale te​raz prze​ko​nał się, że Ro​sja​nin miał dużo ra​cji –
oj​ciec był cho​ry i dla​te​go się za​bił, nikt inny nie jest za tę śmierć od​po​wie​dzial​ny.

Po​cią​gnął dłu​gi łyk ogni​ste​go trun​ku, któ​ry wpraw​dzie gład​ko spły​nął do gar​-

dła,  nie  uśmie​rzył  jed​nak  ro​sną​ce​go  nie​po​ko​ju.  Har​ri​son  uświa​do​mił  so​bie  bo​-
wiem, że ła​twiej było mu nie​na​wi​dzić Mar​ko​vi​ca, niż przy​znać, że cho​ro​ba po​ko​-
na​ła  jego  ojca,  a  sko​ro  po​wa​li​ła  po​tęż​ne​go  Clif​for​da  Gran​ta,  mo​gła  po​wa​lić
i jego, Har​ri​so​na.

Ob​ró​cił  krysz​ta​ło​wą  szkla​necz​kę  w  dło​ni,  po​dzi​wia​jąc  re​flek​sy  świa​tła  na

szkle.  Bar​dziej  niż  de​mo​ny  prze​szło​ści  drę​czy​ło  go  to,  jak  po​stą​pił  z  ko​bie​tą,
któ​rą ko​cha.

Ser​ce  po​wie​dzia​ło  mu  o  tym  już  daw​no,  ale  umysł  wzbra​niał  się  to  przy​jąć.

Czy  po​wi​nien  dać  so​bie  szan​sę  na  szczę​ście?  Czy  po​tra​fi  ob​da​rzyć  szczę​ściem
uko​cha​ną?  Czy  siła  jej  uczu​cia  zdo​ła  po​ko​nać  cza​ją​cy  się  w  jego  gło​wie  mrok?
Gdy​by mógł wy​czy​tać przy​szłość z krysz​ta​ło​wej kuli…

Uznał, że war​to za​ry​zy​ko​wać.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

– Za​kła​dam, że masz piwo w lo​dów​ce.
Je​śli na​wet Co​burn zdzi​wił się w du​chu, że w śro​do​wy wie​czór brat po​sta​no​wił

nie​ocze​ki​wa​nie zło​żyć mu wi​zy​tę, to nie po​ka​zał tego po so​bie. Po​pro​sił je​dy​nie,
by Har​ri​son dał mu chwi​lę na po​że​gna​nie się z dziew​czy​ną, któ​ra wła​śnie ubie​-
ra​ła się w sy​pial​ni. Zde​gu​sto​wa​ny Har​ri​son od​wró​cił się na pię​cie i chciał wyjść,
ale Co​burn po​wstrzy​mał go ge​stem.

– Ca​ro​le już wy​cho​dzi, śpie​szy się na za​ję​cia jogi.
Har​ri​son udał się do kuch​ni, wy​jął z lo​dów​ki dwa piwa i wy​szedł na pa​tio. Co​-

burn miesz​kał w mod​nej no​wo​jor​skiej dziel​ni​cy, gdzie nie​ustan​nie od​by​wa​ły się
ha​ła​śli​we przy​ję​cia. Na są​sied​nim pa​tiu ba​wi​ło się wła​śnie we​so​łe gro​no. Cze​ka​-
jąc, otwo​rzył piwo i na​pił się spo​ry haust.

– Jak my​ślisz – za​czął bez wstę​pu, gdy tyl​ko brat się po​ja​wił – dasz radę prze​-

jąć in​te​res i nie po​słać wszyst​kie​go do dia​bła?

– Za​mie​rzasz wy​star​to​wać? – za​py​tał do​myśl​nie Co​burn. Na jego przy​stoj​nej

twa​rzy od​ma​lo​wa​ła się że​la​zna de​ter​mi​na​cja. – Do​brze wiesz, że so​bie po​ra​dzę.

– Wiem. – Har​ri​son po​dał mu bu​tel​kę. – Ju​tro or​ga​ni​zu​ję kon​fe​ren​cję pra​so​wą,

by  ogło​sić  za​miar  kan​dy​do​wa​nia.  Chciał​bym,  że​byś  wy​stą​pił  ze  mną.  –  Za​-
brzmia​ło to jak roz​kaz, ale Co​burn się nie ob​ra​ził, wie​dział prze​cież, ile kosz​to​-
wa​ło Har​ri​so​na po​pro​sze​nie o po​moc.

Obie​cał, że się sta​wi, i przez chwi​lę w mil​cze​niu de​lek​to​wa​li się pi​wem. Har​ri​-

son przy​znał w du​chu, że bra​ko​wa​ło mu ta​kich chwil.

– Co z Mar​ko​vi​cem? – od​wa​żył się za​py​tać Co​burn.
– Po​pad​nie w cięż​kie ta​ra​pa​ty, ale wyj​dzie z tego. Nie za​mie​rza​łem go do​bić.

Mam na​dzie​ję, że przez resz​tę ży​cia bę​dzie ża​ło​wał tego, co uczy​nił. – Wzru​szył
ra​mio​na​mi. – A może nie? Ten fa​cet nie ma su​mie​nia.

–  Dla​cze​go  nie  po​sze​dłeś  na  ca​łość?  Cze​mu  go  nie  znisz​czy​łeś?  –  za​cie​ka​wił

się Co​burn.

– Po​nie​waż mia​łeś ra​cję. Ze​msta nie przy​wró​ci nam ojca. To nie Mar​ko​vic go

za​bił, tyl​ko cho​ro​ba – od​parł Har​ri​son ze smut​kiem.

– Dłu​go cze​ka​łem, że​byś to wresz​cie zro​zu​miał.
– Ktoś mi w tym po​mógł.
–  Ona  to  bar​dzo  prze​ży​wa,  wiesz?  –  po​wie​dział  ostro  Co​burn.  –  Wy​cią​łeś  jej

brzyd​ki nu​mer.

– Wiem. – Ser​ce ści​snę​ło mu się w pier​si. – Mam za​miar to na​pra​wić.
Roz​ma​wia​li o ju​trzej​szej kon​fe​ren​cji i o przy​szło​ści Grant In​du​stries. Co​burn

miał  prze​jąć  pre​ze​su​rę  fir​my  i  ko​rzy​stać  z  do​świad​cze​nia  bra​ta.  Je​śli  po​li​ty​ka
nie oka​że się jed​nak dzie​dzi​ną dla Har​ri​so​na, wów​czas za​sta​no​wią się, jak roz​-

background image

wią​zać ten pro​blem.

Gdy  się  że​gna​li,  oczy  Co​bur​na  błysz​cza​ły  z  pod​nie​ce​nia.  Od  daw​na  ma​rzył

o ta​kim wy​zwa​niu i był pe​wien, że zdo​ła mu spro​stać. Har​ri​son ob​jął go i krót​ko
uści​snął,  cze​go  za​zwy​czaj  nie  ro​bił.  Od​wró​cił  gło​wę,  żeby  Co​burn  nie  spo​-
strzegł, że łza za​krę​ci​ła mu się w oku ze wzru​sze​nia.

W  re​stau​ra​cji  Mas​se​ria  w  czwart​ko​wy  wie​czór  wszyst​kie  sto​li​ki  były  za​ję​te,

mnó​stwo klien​tów oku​po​wa​ło tak​że bar. Ze​wsząd do​cho​dził oży​wio​ny gwar roz​-
mów.

Fran​kie przy​ję​ła ko​lej​ne za​mó​wie​nie i po​szła je wpi​sać do kom​pu​te​ra. Za​stę​-

po​wa​ła  cho​rą  kel​ner​kę.  Wo​la​ła  po​móc  ro​dzi​com,  niż  spę​dzić  wie​czór  w  domu
i uża​lać się nad sobą. Rap​tem do​le​ciał do niej zdu​mio​ny okrzyk ojca.

–  A  niech  mnie  kule  biją!  –  Oj​ciec  ra​zem  z  Sa​lva​to​rem  ob​słu​gi​wał  go​ści  przy

ba​rze. Fran​kie spoj​rza​ła w tam​tą stro​nę. Obaj wpa​try​wa​li się w ekran wi​szą​ce​-
go nad ba​rem te​le​wi​zo​ra.

Fran​kie prze​bie​gła wzro​kiem pa​sek z wia​do​mo​ścia​mi. „Har​ri​son Grant za​mie​-

rza wy​star​to​wać w wy​ści​gu pre​zy​denc​kim jako kan​dy​dat nie​za​leż​ny”.

Po​de​szła bli​żej, czu​jąc, jak bije jej ser​ce. Oj​ciec po​gło​śnił ko​men​ta​to​ra, któ​ry

czy​tał wła​śnie, że Har​ri​son Grant ogło​sił dziś na kon​fe​ren​cji pra​so​wej dłu​go wy​-
cze​ki​wa​ny za​miar star​tu. Da​lej było o dziad​ku kon​gres​ma​nie i ojcu, któ​ry po​peł​-
nił sa​mo​bój​stwo w przed​dzień ogło​sze​nia za​mia​ru kan​dy​do​wa​nia na gu​ber​na​to​-
ra sta​nu Nowy Jork. „Pre​zes Grant In​du​stries wy​gło​sił emo​cjo​nal​ne prze​mó​wie​-
nie o sy​tu​acji eko​no​micz​nej kra​ju…”.

Zła​ma​ne ser​ce Fran​kie, wciąż da​le​kie od ule​cze​nia, wez​bra​ło bo​le​śnie, po​czu​-

ła,  że  brak  jej  tchu.  Na  ekra​nie  uka​za​ło  się  zbli​że​nie  prze​ma​wia​ją​ce​go  na  po​-
dium Har​ri​so​na. „Wie​rzę w na​ród, któ​ry z uf​no​ścią może pa​trzeć w przy​szłość.
Po​kła​dać  za​ufa​nie  w  fun​da​men​tal​nych  za​sa​dach,  na  któ​rych  zo​stał  zbu​do​wa​ny
nasz kraj. To wszyst​ko za​czy​na się od lu​dzi”. Urwał i spoj​rzał pro​sto w oko ka​-
me​ry. „Pew​na oso​ba przy​po​mnia​ła mi ostat​nio, że w lu​dziach jest do​bro, a każ​da
pod​ję​ta przez nas de​cy​zja ma wpływ nie tyl​ko na nas, lecz tak​że na in​nych. To
do​bro i tro​ska o ota​cza​ją​cych nas lu​dzi jest pod​ło​żem, na któ​rym zro​dził się nasz
na​ród. I tego wy​ma​ga od nas dal​szy roz​wój. Moja wi​zja…”.

Ser​ce Fran​kie biło tak moc​no, że za​głu​sza​ło dal​sze sło​wa Har​ri​so​na. Re​por​ter

od​dał głos do stu​dia i pro​wa​dzą​cy roz​po​czął dys​ku​sję z za​pro​szo​ny​mi eks​per​ta​-
mi na te​mat wpły​wu, jaki bę​dzie miał na kam​pa​nię ogło​szo​ny wła​śnie start Har​-
ri​so​na Gran​ta.

– A niech mnie – po​wtó​rzył oj​ciec Fran​kie, kle​piąc się dłoń​mi po udach. – Fa​cet

ma duże szan​se.

Po​czu​ła łzy zbie​ra​ją​ce się pod po​wie​ka​mi i szyb​ko się od​wró​ci​ła, ale wy​pa​trzy​-

ło ją so​ko​le oko Sa​lva​to​re​go. Przez jego mło​dą twarz prze​mknął mrocz​ny cień.
Do​my​ślał się cier​pie​nia uko​cha​nej sio​stry.

– Fran​kie…
Zby​ła  go  mach​nię​ciem  ręki  i  po​wtó​rzy​ła  pil​ne  za​mó​wie​nie,  któ​re  cze​ka​ło  już

background image

na  nią  w  kuch​ni,  bra​ko​wa​ło  je​dy​nie  ostat​nie​go  da​nia.  Po  gło​wie  tłu​kły  jej  się
strzę​py mowy Har​ri​so​na. „Pew​na oso​ba przy​po​mnia​ła mi ostat​nio, że w lu​dziach
jest  do​bro…”.  Była  pew​na,  że  to  ją  miał  na  my​śli.  Łzy  po​pły​nę​ły  stru​mie​niem
i ukrad​kiem otar​ła je chu​s​tecz​ką. Pra​gnę​ła, by mrok spo​wi​ja​ją​cy du​szę Har​ri​so​-
na,  ustą​pił,  ża​łu​jąc  za​ra​zem,  że  nie  może  być  czę​ścią  tego  pro​ce​su.  Wie​dzia​ła
jed​nak, że nie spo​sób zmu​sić ko​goś do mi​ło​ści.

Otrzą​snę​ła się i za​nio​sła tacę do sto​li​ka, po czym wró​ci​ła do baru po na​po​je.

Sa​lva​to​re za​klął ci​cho i zdzi​wio​na po​wio​dła wzro​kiem za jego spoj​rze​niem.

Wy​so​ki  bru​net  w  czar​nym  tren​czu  roz​ma​wiał  wła​śnie  z  jej  mat​ką.  Wy​glą​dał

do​kład​nie tak jak tam​tej pa​mięt​nej nocy w biu​rze, gdy wszedł i roz​pę​ta​ło się pie​-
kło, tyle że te​raz trzy​mał w ręku ol​brzy​mi bu​kiet czer​wo​nych róż.

Za​wi​ro​wa​ło jej w gło​wie i za​po​mnia​ła, że trzy​ma tacę. Kie​lisz​ki ru​nę​ły na pod​-

ło​gę, czy​niąc pie​kiel​ny ha​łas. Oczy wszyst​kich zwró​ci​ły się w jej stro​nę.

Wbi​ła wzrok w Har​ri​so​na, któ​ry pa​trzył na nią z tak wiel​ką po​wa​gą, że na mo​-

ment  prze​sta​ła  od​dy​chać.  W  sali  pa​no​wa​ła  ci​sza  jak  ma​kiem  za​siał.  Po  chwi​li
Fran​kie ock​nę​ła się z odrę​twie​nia i chcia​ła ze​brać stłu​czo​ne szkło, ale brat na​-
ka​zał jej szep​tem, by po​de​szła do Har​ri​so​na, za​nim on go za​bi​je.

– Gra​tu​lu​ję prze​mó​wie​nia – za​czę​ła sztyw​no. – Wszy​scy byli pod wra​że​niem.
– In​te​re​su​je mnie je​dy​nie two​ja re​ak​cja – od​rzekł, mu​ska​jąc czu​le jej po​li​czek.

Cof​nę​ła się i pół​gło​sem przy​po​mnia​ła mu, że w mi​nio​ny po​nie​dzia​łek za​koń​czył
z nią bliż​szą zna​jo​mość.

– Nie mo​żesz mnie od​py​chać – cią​gnę​ła gło​sem na​brzmia​łym emo​cją – a po​tem

ocze​ki​wać, że znów pad​nę w two​je ra​mio​na, bo jest ci to aku​rat na rękę. Po​wie​-
dzia​łeś,  że  nam  się  nie  uda,  i  rap​tem  zmie​ni​łeś  zda​nie.  Nie  chcę,  że​byś  zno​wu
zła​mał mi ser​ce, po pro​stu tego nie wy​trzy​mam.

– Zmie​ni​łem się – wy​znał. – I to dzię​ki to​bie. To wła​śnie ty spra​wi​łaś, że zro​zu​-

mia​łem, że je​stem zdol​ny do uczuć. – Wpa​tru​jąc się w nią, po​znał, że ser​ce jej
mięk​nie, więc po​no​wił pró​bę prze​ko​na​nia jej do swo​ich ra​cji. – Fran​kie, daj mi
jesz​cze jed​ną szan​sę. Przy​się​gam ci, że jej nie zmar​nu​ję.

W jej ser​cu obu​dzi​ła się na​dzie​ja, któ​rej nie mo​gła się oprzeć, cho​ciaż pró​bo​-

wa​ła.

– Dla​cze​go mam ci wie​rzyć? Co się wła​ści​wie zmie​ni​ło?
Opo​wie​dział jej o swo​ich pla​nach. O tym, że ustą​pił ze sta​no​wi​ska i prze​ka​zał

bra​tu  kie​ro​wa​nie  fir​mą  oraz  do​pro​wa​dził  do  tego,  że  mar​ka  Si​be​rius  zo​sta​nie
za​cho​wa​na.  Ser​ce  Fran​kie  ści​snę​ło  się  ze  wzru​sze​nia.  Nie  wie​rzy​ła,  że  Har​ri​-
son speł​ni jej go​rą​cą proś​bę. Od​wa​ży​ła się za​py​tać, jak po​stą​pił z An​to​nem Mar​-
ko​vi​cem.

–  Po​wia​do​mi​łem  go,  że  je​śli  w  przy​szło​ści  uznam,  że  po​stę​pu​je  nie​etycz​nie

w in​te​re​sach, nie za​wa​ham się go wy​koń​czyć. Na ra​zie jed​nak po​zo​sta​wi​łem mu
moż​li​wość  dzia​ła​nia.  –  Na​po​tkał  jej  py​ta​ją​ce  spoj​rze​nie,  więc  wy​tłu​ma​czył:  –
Zro​zu​mia​łem,  że  mię​dzy  tra​ge​dia​mi  nie  ma  zna​ku  rów​no​ści.  Mar​ko​vic  skrzyw​-
dził moją ro​dzi​nę, ale nie za​bił mi ojca. Za​bi​ła go cho​ro​ba. Po​trze​bo​wa​łem wro​-
ga, by uko​ić mój smu​tek i żal.

background image

Odło​żył  bu​kiet  róż  na  kon​tu​ar  i  po​cią​gnął  Fran​kie  na  za​ple​cze  re​stau​ra​cji.

Miał już dość pu​blicz​nych wy​stę​pów.

–  Ko​cham  cię  –  za​czął,  gdy  tyl​ko  zna​leź​li  się  w  po​miesz​cze​niu  dla  pra​cow​ni​-

ków. – Bo je​steś taka do​bra i pięk​na, dzię​ki to​bie zo​sta​ła ule​czo​na moja du​sza.

Ze wzru​sze​nia od​ję​ło jej mowę, nie mo​gła wy​krztu​sić ani sło​wa od​po​wie​dzi.
– Ten rok bę​dzie zu​peł​nie sza​lo​ny – cią​gnął – ale bar​dzo mi za​le​ży, że​byś była

przy mnie. Te​raz i za​wsze. – Za​czerp​nę​ła głę​bo​ko po​wie​trza, bo się​gnął do we​-
wnętrz​nej kie​sze​ni ma​ry​nar​ki i wy​jął z niej pu​de​łecz​ko. Spoj​rza​ła na nie​go z nie​-
do​wie​rza​niem.

– Nie za​mie​rzasz chy​ba…
–  Oświad​czyć  ci  się  na  za​ple​czu?  –  Padł  przed  nią  na  ko​la​na.  –  Trud​no,  nie

mam lep​sze​go miej​sca.

Ode​mknął wiecz​ko i w przy​ćmio​nym świe​tle po​ra​ził ją blask sza​fi​ru w oto​cze​-

niu ko​ro​ny dia​men​tów. Klę​czał przed nią męż​czy​zna, któ​ry nie​daw​no ogło​sił za​-
miar rzą​dze​nia tym wspa​nia​łym kra​jem.

– Wyjdź za mnie – po​pro​sił. – Bądź moją ko​twi​cą na wzbu​rzo​nym mo​rzu.
Czy bę​dzie po​tra​fi​ła być pa​nią Grant? Żoną waż​ne​go po​li​ty​ka? Jej ser​ce było

peł​ne obaw, mimo to od​po​wie​dzia​ła:

–  Tak.  Zga​dzam  się.  Ale  obie​caj  mi,  że  kie​dy  na​po​tkasz  trud​no​ści,  nie  ode​-

pchniesz mnie od sie​bie, lecz zwró​cisz się o po​moc i wspar​cie.

Od​nio​sła wra​że​nie, że oczy mu zwil​got​nia​ły, i jej sa​mej za​chcia​ło się pła​kać.
– Obie​cu​ję – przy​rzekł pew​nym gło​sem.
Po​wo​li wy​cią​gnę​ła do nie​go rękę. Wstrzy​mu​jąc od​dech, pa​trzy​ła, jak Har​ri​son

wsu​wa  jej  na  pa​lec  prze​ślicz​ny  pier​ścio​nek  z  sza​fi​rem.  Była  pew​na,  że  bę​dzie
pa​so​wał. Obo​je do​bra​li się prze​cież jak dwie po​łów​ki orze​cha. Fran​kie była sil​-
na  w  tych  rzad​kich  chwi​lach,  gdy  Har​ri​son  oka​zy​wał  sła​bość,  na  co  dzień  zaś
mo​gła mieć nie​zbi​tą pew​ność, że bę​dzie ją ota​czał opie​ką i czu​ło​ścią.

Wstał z ko​lan i w jed​nym mo​men​cie rzu​ci​li się so​bie w ra​mio​na, łą​cząc war​gi

w na​mięt​nym, peł​nym tę​sk​no​ty po​ca​łun​ku. Fran​kie była w siód​mym nie​bie.

Pier​ścio​nek pa​so​wał do​sko​na​le.


Document Outline