background image

 
 
 
 

WASHINGTON IRVING 

 
 
 
 

RIP VAN WINKLE 

I INNE OPOWIADANIA 

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: RIP VAN WINKLE AND OTHER STORIES 

PRZEKŁAD: WACŁAWA KOMARNICKA 

 

 

 

 

 
 

INSTYTUT WYDAWNICZY „NASZA KSIĘGARNIA” WARSZAWA 1966 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

NOTKA BIOGRAFICZNA 

 
 

WASHINGTON IRVING 

1783—1859 

 
Washington  Irving,  syn  kupca  szkockiego,  osiadłego  w  Nowym  Jorku,  przygotowywał 

się  do  kariery  sądowej,  ale  zamiłowania  literackie  skłoniły  go  do  podjęcia  pracy  w  dzienni-
karstwie. Od 1815 do 1832 roku przebywał w Europie, a w latach 1842—1846 był ambasado-
rem ameryka
ńskim w Hiszpanii. Ostatni okres życia spędził w pogodnym zaciszu swej posia-
dło
ści  „Sunnyside”  obok  Tarrytown  w  stanie  Nowy  Jork,  gdzie  zmarł  ukończywszy  siedem-
dziesi
ąt siedem lat. 

Irving zajmuje poczesne miejsce w literaturze jako eseista i autor biograficznych i histo-

rycznych dzieł. Jego pierwszym utworem, który osiągnął wielki sukces, była „Historia Nowe-
go  Jorku,  spisana  przez  Diedricha  Knickerbockera”  (1809),  na  pół  
żartobliwy  opis  życia  i 
obyczajów  wczesnych  osadników  holenderskich  w  Nowej  Anglii.  Potem  nast
ąpiły  urocze 
obrazki z 
życia angielskiego i amerykańskiego pod tytułem „Szkicownik  Geoffreya Crayona, 
szlachetnie urodzonego” (1819—1820), „Bracebridge Hall” (1822) i „Opowiadania podró
ż-
nika”  (1824).  Jego  historyczne  dzieła  dotycz
ą  głównie  Hiszpanii:  „Kronika  podboju  Grena-
dy”  (1829),  „Alhambra”  (1832).  Z  dzieł  biograficznych  na  wyró
żnienie  zasługują  życiorysy 
Kolumba (1828), Goldsmitha (1849) i Jerzego Waszyngtona (1855—1859). 

Całą  twórczość  Washingtona  Irvinga  cechuje  subtelny  humor  oraz  wytworny  i  pełen 

wdzięku styl.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

RIP VAN WINKLE 

 
 
Z PAPIERÓW POŚMIERTNYCH DIEDRICHA KNICKERBOCKERA 
 

Ktokolwiek  odbył  podróż  w  górę  Hudsonu,  musi  pamiętać  góry  Kaatskill.  Stanowią 

uciętą odnogę wielkiej rodziny Appalaskiej i widać je na zachód od rzeki, wysokie, majesta-
tyczne, panujące nad rozpostartym wokół krajobrazem. Każda zmiana pory roku, każda zmia-
na pogody, ba, każda nawet godzina dnia wywołuje również zmiany we wspaniałych barwach 
i  zarysach  tych  gór,  toteż  niewiasty  z  bliższych  i  dalszych  okolic  uważają  je  za  doskonały 
barometr. Gdy pogoda jest piękna i zapowiada się na dłużej, góry, odziane w błękit i purpurę, 
odcinają się wyraźnie na tle czystego przedwieczornego nieba, czasem jednak, mimo że doko-
ła na firmamencie nie ma ani chmurki, otulają swe szczyty kapturem z szarych mgieł, który w 
promieniach zachodzącego słońca mieni się i płonie blaskiem niby aureola. 

U stóp tych czarodziejskich gór podróżny może dostrzec lekki dym, unoszący się z mia-

steczka, którego czerwone dachy połyskują wśród drzew, tam gdzie niebieskie barwy terenów 
podgórskich  wtapiają  się  w  świeżą  zieleń  bliższego  krajobrazu.  Jest  to  bardzo  stare  miaste-
czko,  założone  jeszcze  przez  kolonistów  holenderskich  w  zaraniu  dziejów  prowincji,  mniej 
więcej  na  początku  rządów  przezacnego  Piotra  Stuyvesanta  *  —  (niech  mu  ziemia  lekką 
będzie!) i jeszcze przed paru laty stało tam kilka domów z drobnej żółtej cegły, przywiezionej 
z Holandii, zbudowanych przez pierwszych osadników, a mających charakterystyczne okna o 
małych szybkach i spiczaste frontony z kurkiem na szczycie. 

W  tym  właśnie  miasteczku  i  w  jednym  z  owych  domów  (prawdę  mówiąc,  mocno  już 

zniszczonych i steranych niepogodą) mieszkał przed laty, kiedy kraj ten był jeszcze prowincją 
Wielkiej Brytanii, skromny, dobroduszny człowiek imieniem Rip Van Winkle. Był on potom-
kiem  Van  Winkle'ów,  którzy  tak  się  odznaczyli  walecznością  za  rycerskich  czasów  Piotra 
Stuyvesanta i wraz z nim brali udział w oblężeniu Fortu Christina. Rip Van Winkle wszakże 
niewiele  odziedziczył  z  marsowych  walorów  swoich  przodków.  Zaznaczyłem  już,  że  był  to 
człowiek  skromny  i  dobroduszny;  był  ponadto  dobrym  sąsiadem  i  posłusznym,  choć  srodze 
gnębionym mężem. Tej to okoliczności zawdzięczał być może łagodność usposobienia, która 
zyskała  mu  powszechną  życzliwość;  najbardziej  bowiem  uczynni  i  zgodni  w  stosunkach  z 
bliźnimi są ci mężczyźni, których w domu zaprawiają do posłuchu sekutnice. Bez wątpienia 
charaktery ich, przetapiane ustawicznie w rozżarzonym tyglu niesnasek domowych, stają się 
giętkie i miękkie, a gdy chodzi o wpojenie cnót cierpliwości i pokory, najwspanialsze kazania 
świata niczym są wobec nauk wygłaszanych wieczorem przed zaśnięciem. Żonę-jędzę można 
przeto uważać poniekąd za błogosławieństwo, a jeśli tak, to Rip Van Winkle był błogosławio-
ny po trzykroć. 

Pewne  jest  w  każdym  razie,  że  był  ulubieńcem  wszystkich  zacnych  niewiast  miaste-

czka, które jak to zwykle bywa z płcią piękną, stawały po jego stronie we wszelkich utarcz-
kach  domowych,  omawiając  zaś  te  sprawy  podczas  ploteczek  wieczornych,  nieomieszkały 
nigdy  złożyć  całej  winy  na  jejmość  Van  Winkle.  Miasteczkowe  dzieci  również  witały  go 
okrzykami  radości,  gdy  nadchodził.  Brał  udział  w  ich  grach,  robił  im  zabawki,  uczył  je  pu-
szczać latawce, grać w kulki i opowiadał im długie historie o duchach, czarownicach i India-
nach.  Gdy  wymknąwszy  się  z  domu,  szedł  przez  miasteczko,  dzieci  otaczały  go  całą  zgrają, 
wieszały się na połach jego surduta, wdrapywały mu się na plecy, płatały mu bezkarnie tysią-
ce psikusów, a żaden pies w okolicy nigdy na niego nie szczekał. 
 

* Peter Stuyvesant — (1592—1672) — ostatni holenderski gubernator w Nowych Niderlandach. 

background image

Zasadniczym mankamentem charakteru Ripa była nieprzezwyciężona odraza do jakiej-

kolwiek pracy przynoszącej korzyści materialne. Nie mogło to wynikać z braku pilności czy 
wytrwałości, gdyż potrafił z wędką długą i ciężką jak lanca tatarska siedzieć na mokrym ka-
mieniu i bez słowa skargi przez cały dzień łowić ryby, choćby nawet żadna nie nagrodziła je-
go wysiłków przynajmniej jednym szarpnięciem za haczyk. Wędrował godzinami ze strzelbą 
na ramieniu, przedzierając się przez zarośla i mokradła, wspinając się na wzgórza i schodząc 
po stromych stokach, aby upolować parę wiewiórek lub dzikich gołębi. Nie odmawiał nigdy 
pomocy  sąsiadowi  w  najcięższej  nawet  pracy  i  pierwszy  był  we  wszystkich  zbiorowych 
przedsięwzięciach,  jak  łuskanie  kukurydzy  lub  układanie  kamiennych  ogrodzeń;  kobiety  z 
miasteczka również korzystały stale z jego usług i zwracały się do niego zawsze, gdy chodziło 
o różne drobne prace, których nie chcieli wykonać ich mniej uprzejmi mężowie. Słowem, Rip 
gotów był zająć się każdą sprawą, byle nie własną, natomiast co się tyczy utrzymania domu i 
gospodarstwa w należytym porządku, obowiązki te były dla niego ciężarem ponad siły. 

Twierdził nawet, że nie warto pracować na jego farmie, jest to bowiem najprzekorniej-

szy  skrawek  ziemi  w  całym  kraju;  nic  się  na  nim  nie  udaje  i  nigdy  nie  uda  po  prostu  jemu, 
Ripowi,  na  złość.  Parkany  rozpadały  mu  się  stale,  krowy  uciekały  albo  właziły  w  szkodę, 
chwasty  rosły  prędzej  na  jego  polach  niż  gdziekolwiek  indziej;  deszcz  podstępnie  zaczynał 
padać  akurat  wtedy,  kiedy  Rip  miał  jakąś  robotę  na  powietrzu;  toteż  ojcowizna  kurczyła  się 
akr  po  akrze,  aż  wreszcie  został  z  niej  mizerny  spłachetek  kukurydzy  i  ziemniaków,  a  prze-
cież mimo tak szczupłych rozmiarów była to najgorzej zagospodarowana farma w okolicy. 

Dzieci jego były tak obdarte i dzikie, jak gdyby nie należały do nikogo. Syn, urwis Rip, 

podobny był do niego jak dwie krople wody i wszystko wskazywało na to, że wraz ze starymi 
ubraniami odziedziczy po ojcu charakter i zwyczaje. Jak źrebak za klaczą biegał zwykle krok 
w krok za matką, ubrany w stare pludry ojca, które musiał przytrzymywać wciąż ręką, podo-
bnie jak wytworne damy przytrzymują tren podczas słoty. 

Rip  Van  Winkle  należał  wszakże  do  owych  szczęśliwych  śmiertelników  o  lekkomy-

ślnym, pogodnym usposobieniu, którzy biorą świat lekko, jedzą chleb biały lub czarny, jaki 
się  trafi,  byle  bez  nakładu  myśli  czy  trudu,  i  wolą  głodować  za  pensa  aniżeli  pracować  za 
funta. Gdyby go pozostawiono samemu sobie, przeszedłby pogwizdując przez życie w całko-
witym  ukontentowaniu,  lecz  żona  nie  dawała  mu  spokoju,  piłując  go  wciąż  wymówkami  na 
temat  jego  próżniactwa,  niedbalstwa  i  ruiny,  do  której  prowadzi  rodzinę.  Od  świtu  do  nocy 
język  jej  trajkotał  bez  chwili  przerwy  i  cokolwiek  Rip  powiedział  czy  zrobił,  wszystko  nie-
zmiennie otwierało upusty potokom żoninej wymowy. Na wszystkie tedy morały Rip miał je-
dną tylko odpowiedź, której tak często używał, że weszła mu w przyzwyczajenie. Mianowicie 
wzruszał  ramionami,  potrząsał  głową,  wznosił  oczy  ku  niebu,  ale  pary  z  gęby  nie  puszczał. 
Pobudzało to żonę do nowych salw słownych, biedak musiał więc w końcu wycofywać się z 
domu, albowiem jeśli mamy być szczerzy, mąż pod pantoflem może się poczuć panem siebie 
tylko poza domem. 

Jedynym domowym sprzymierzeńcem Ripa był jego pies Wilk, równie zresztą dręczony 

i  prześladowany  jak  jego  pan,  gdyż  jejmość  Van  Winkle  uważała  ich  za  towarzyszy  w 
próżniactwie, a nawet złym okiem spoglądała na Wilka jako na przyczynę częstej nieobecno-
ści męża. Wilk miał wprawdzie wszystkie zalety wymagane od szlachetnego psa i w kniei był 
zwierzęciem niezwykle  wprost odważnym — ale jakaż odwaga nie ugnie się wobec  groźnej 
potęgi  niewieściego  języka?  Z  chwilą  gdy  Wilk  wchodził  do  domu,  kulił  się  od  razu,  opu-
szczał ogon do ziemi lub podwijał go pod siebie, przemykał się lękliwie, zerkając spod oka na 
panią Van Winkle i na najlżejszy ruch szczotki lub wałka z przeraźliwym skowytem pędził ku 
drzwiom. 

W miarę jak upływały lata pożycia małżeńskiego, Ripowi Van Winkle działo się coraz 

gorzej, bo przykre usposobienie nie łagodnieje z wiekiem, a ostry język jest jedynym narzę-
dziem, które od stałego używania staje się coraz ostrzejsze. Przez długi czas nieborak ucieka-

background image

jąc  z  domu,  pocieszał  się  uczęszczaniem  do  swego  rodzaju  klubu  mędrców,  filozofów  i  in-
nych niezbyt ciężko pracujących obywateli miasteczka, którzy odbywali posiedzenia na ławce 
przed  małą  oberżą;  szyld  jej  zdobiła  rumiana  podobizna  Jego  Królewskiej  Mości  Jerzego 
Trzeciego. Siadywali tu zazwyczaj w cieniu przez cały leniwy dzień letni, omawiając apaty-
cznie miejscowe plotki lub snując nie kończące się, senne opowieści o niczym. Ale niejeden 
mąż stanu bez wątpienia zapłaciłby  grube pieniądze, aby móc posłuchać  głębokich dyskusji, 
które  się  tu  czasem  toczyły,  gdy  członkom  klubu  wpadła  przypadkiem  w  ręce  stara  gazeta, 
przywieziona przez jakiegoś przejezdnego podróżnika. W jak uroczystym  skupieniu słuchali 
treści, odczytywanej z namaszczeniem przez Derricka Van Bummela, nauczyciela miejscowe-
go, któremu niestraszne było najdłuższe nawet słowo w dykcjonarzu, i z jak wnikliwą mądro-
ścią rozprawiali o zdarzeniach publicznych w kilka miesięcy po tym, gdy miały one miejsce. 

Na opinię tego zgromadzenia miał przemożny  wpływ Mikołaj Vedder, patriarcha mia-

steczka i właściciel oberży, przy której drzwiach siadywał od rana do wieczora, przesuwając 
się  tylko  tyle,  aby  unikać  słońca  i  trzymać  się  w  cieniu  wielkiego  drzewa.  Czynił  to  z  taką 
precyzją,  że  sąsiedzi z  jego  poruszeń  mogli  odczytywać  godzinę  niby  z  zegara  słonecznego. 
Rzadko  się  wprawdzie  odzywał,  palił  tylko  ustawicznie  fajkę,  lecz  jego  wyznawcy  (każdy 
bowiem  wielki  człowiek  ma  swoich  wyznawców)  rozumieli  go  doskonale  i  wiedzieli,  jak 
poznać jego zdanie. Gdy coś z tego, co czytano lub opowiadano, nie przypadło mu do gustu, 
pykał  fajkę  gwałtownie  i  wysyłał  w  powietrze  krótkie,  gniewne  kłęby  dymu;  gdy  mu  się 
podobało,  wciągał  dym  wolno,  spokojnie  i  wypuszczał  go  lekkimi,  pięknymi  obłoczkami; 
czasami  zaś,  wyjmując  fajkę  z  ust  i  pozwalając,  aby  wonna  mgiełka  kłębiła  mu  się  wokół 
nosa, z powagą kiwał głową na znak całkowitej aprobaty. 

Ale i z tej twierdzy wykurzyła w końcu nieszczęsnego Ripa groźna żona, miała bowiem 

zwyczaj  wpadać  tu  nagle,  zakłócając  spokój  zgromadzenia  i  wymyślając  jego  członkom  od 
nicponi; nawet sam czcigodny Mikołaj Vedder narażony był na bluźniercze ataki nieposkro-
mionego języka straszliwej damy, która oskarżała go wręcz o zachęcanie jej męża do próżnia-
ctwa. 

Biedaczysko Rip bliski był ostatecznej rozpaczy; jako jedyna alternatywa wobec pracy 

na farmie i jazgotu żony zostały mu wędrówki ze strzelbą po lesie. Siadał tu czasem pod drze-
wem  i  dzielił  się  zawartością  swej  torby  z  Wilkiem,  któremu  współczuł  jako  towarzyszowi 
niedoli. „Biedny Wilk — mówił — psie nasze życie przez twoją panią, ale nie martw się, mój 
drogi, dopóki ja żyję, nie zabraknie ci nigdy przyjaciela, który cię będzie bronił!” Wilk mer-
dał ogonem, patrzał ze smutkiem w oczy swemu panu i — jeśli pies w ogóle może odczuwać 
litość — wierzę niezłomnie, że odwzajemniał z całego serca uczucie Ripa. 

Podczas jednej z takich długich wędrówek pewnego pięknego dnia jesiennego Rip, sam 

o tym nie wiedząc, wdrapał się na jedną z najwyższych gór łańcucha Kaatskill. Oddawał się 
swemu  ulubionemu  polowaniu  na  wiewiórki,  toteż  ciche  samotnie  rozbrzmiewały  wciąż 
echem jego wystrzałów. Zdyszany i znużony, rzucił się późnym popołudniem na zielone zbo-
cze, pokryte roślinnością górską, a urywające się nad brzegiem przepaści. Przez otwór między 
drzewami  Rip  widział  ciągnące  się  na  wiele  mil  wokoło,  gęste  lasy.  Daleko,  daleko  w  dole 
wspaniały Hudson w ciszy i majestacie toczył swe wody, odbijając w szklistej powierzchni tu 
purpurowy obłok, ówdzie żagiel powolnej barki i ginąc wreszcie wśród niebieskich wzgórz. 

Po drugiej stronie oko Ripa padło na głęboki wąwóz, dziki, samotny, pustynny, o dnie 

usłanym odłamkami nawisających skał i słabo oświetlonym odbitymi promieniami zachodzą-
cego  słońca.  Rip  leżał  chwilę,  wpatrując  się  w  tę  scenerię;  zmierzch  zapadał  powoli;  góry 
poczęły  rzucać  swe  długie,  ciemne  cienie  na  doliny;  Rip  zorientował  się,  że  mrok  ogarnia 
ziemię na długo, zanim on zdoła dotrzeć do miasteczka, i westchnął ciężko na myśl o czeka-
jących go w domu katuszach. 

Miał już zacząć schodzić na dół, gdy usłyszał z daleka głos, wołający: 
—  Rip  Van  Winkle!  Rip  Van  Winkle!  —  Rozejrzał  się,  ale  nie  zobaczył  nic  prócz 

background image

wrony,  lecącej  samotnie  na  górę.  Pomyślał,  że  musiał  ulec  złudzeniu,  i  znów  ruszył  na  dół, 
gdy  ponownie  usłyszał  wołanie  rozbrzmiewające  w  cichym  powietrzu  wieczornym:  —  Rip 
Van Winkle! Rip Van Winkle! — Jednocześnie Wilk najeżył sierść, zawarczał i przywarł do 
nogi  swego  pana,  patrząc  z  przerażeniem  w  dół,  w  kierunku  wąwozu.  Rip  poczuł  teraz 
nieokreślony  lęk;  spojrzał  z  niepokojem  w  tym  samym  kierunku  i  dostrzegł  dziwną  postać, 
wspinającą  się  wolno  po  skałach,  a  pochyloną  pod  jakimś  dźwiganym  na  plecach  ciężarem. 
Zdziwił go widok istoty ludzkiej w tym ustronnym miejscu, sądząc jednak, że to ktoś z sąsie-
dztwa potrzebuje jego pomocy, pośpieszył na dół, aby tej pomocy udzielić. 

Gdy się zbliżył, zdziwił się jeszcze bardziej osobliwym wyglądem nieznajomego. Był to 

niski,  krępy  starzec  o  gęstych,  zwichrzonych  włosach  i  szpakowatej  brodzie.  Ubrany  był  na 
dawną modłę holenderską — sukienny kaftan wcięty w pasie i kilka par spodni, te zewnętrzne 
bardzo szerokie, ozdobione po bokach szeregami guzików i spięte pod kolanami. Na ramieniu 
niósł pokaźny antałek, pełen jakiegoś trunku, i dawał Ripowi znaki, aby zbliżył się i mu dopo-
mógł.  Rip,  acz  nieco  onieśmielony  i  nieufny  wobec  tej  nowej  znajomości,  przychylił  się  do 
prośby ze zwykłą sobie skwapliwością; obaj tedy, dźwigając na zmianę ciężar, ruszyli w górę 
wąskim  parowem,  który  zapewne  stanowił  wyschnięte  łożysko  potoku  górskiego.  Gdy  tak 
szli, Rip słyszał raz po raz przeciągły łoskot, niby odgłos dalekich grzmotów, pochodzący, jak 
się zdawało, z głębokiego wąwozu czy raczej szczeliny między wysokimi skałami, do której 
wiodła  ich  kamienista  ścieżka.  Przystanął  na  chwilę,  sądząc  jednak,  że  to  pomruki  jednej  z 
owych  przelotnych  burz,  które  często  zdarzają  się  na  górskich  wysokościach,  ruszył  dalej. 
Minęli wąwóz i doszli do kotliny przypominającej mały amfiteatr, otoczony pionowymi urwi-
skami; rosnące tam drzewa przewieszały przez krawędzie swe konary, gdy się więc spojrzało 
w górę, widziało się tylko skrawki lazurowego nieba i lśniących przedwieczornych obłoków. 
Rip i jego towarzysz trudzili się przez cały czas w milczeniu, chociaż bowiem Rip ciekaw był 
ogromnie, w jakim celu dźwiga się antałek trunku na tę bezludną górę, to jednak nie zapytał o 
to, gdyż nieznajomy miał w sobie coś dziwnego i niepojętego, co budziło lęk i uniemożliwia-
ło wszelką poufałość. 

Gdy  weszli  do  amfiteatru,  oczom  Ripa  ukazały  się  nowe  cuda.  Pośrodku,  na  równym 

miejscu,  grało  w  kręgle  grono  mężczyzn,  wyglądających  nader  osobliwie.  Ubrani  byli  na 
jakąś dziwaczną, cudzoziemską modłę, niektórzy w krótkie kubraki, inni w kaftany, za pasem 
każdego  tkwił  długi  nóż,  większość  też  paradowała  w  potwornie  szerokich  spodniach  pod 
kolana,  podobnych  do  spodni  przewodnika  Ripa.  Twarze  również  mieli  szczególne:  jedna, 
szeroka,  o  małych  świńskich  oczkach,  okolona  była  wielką  brodą,  inna  zdawała  się  składać 
wyłącznie z nochala,  a na czubku  głowy tkwił kapelusz w kształcie głowy  cukru, przyozdo-
biony  czerwonym  kogucim  piórkiem.  Wszyscy  zresztą  nosili  brody  przeróżnych  kształtów  i 
odcieni.  Jeden  z  gromady  sprawiał  wrażenie  dowódcy.  Był  to  gruby,  starszy  jegomość  o 
obliczu ogorzałym od wiatru; miał na sobie kaftan z koronkowymi mankietami, szeroki pas z 
kordelasem,  wysoki  kapelusz  z  piórem,  czerwone  pończochy  i  pantofle  na  wysokich  obca-
sach, przybrane różami zamiast klamer. Cała grupa przypominała Ripowi apostacie ze starego 
flamandzkiego malowidła, które wisiało w salonie wielebnego Van Shaicka, proboszcza mia-
steczka, a przywiezione zostało z Holandii w czasach osadnictwa. 

Najbardziej  wszakże  zdumiało  Ripa,  że  ci  ludzie,  którzy  najwidoczniej  grali  w  kręgle 

dla  rozrywki,  zachowywali  przy  tym  śmiertelnie  poważne  miny  i  uporczywe  a  niezmiernie 
tajemnicze milczenie, słowem, była to najbardziej melancholijna zabawa, jakiej kiedykolwiek 
był  świadkiem.  Grobową  ciszę  zakłócał  tylko  od  czasu  do  czasu  stukot  kul,  które  tocząc  się 
budziły w okolicznych górach echo, przypominające daleki warkot grzmotów. 

Gdy Rip i jego towarzysz zbliżyli się do zebranych, ci przerwali nagle grę i zwrócili ku 

Ripowi tak nieruchome, rzekłbyś kamienne spojrzenia i tak niesamowite, martwe oblicza, że 
serce mu się ścisnęło, a kolana zadygotały. Towarzysz jego przelał zawartość antałka do spo-
rych dzbanów i dał znak Ripowi, aby ten usługiwał zacnej kompanii. Rip z lękiem i drżeniem 

background image

wykonał rozkaz, zebrani zaś, napiwszy się do woli, powrócili do kręgli. 

Mało  pomału  obawy  i  lęki  zaczęły  Ripa  opuszczać.  Odważył  się  nawet  w  chwili,  gdy 

nikt na niego nie patrzył, pokosztować trunku, który, jak się okazało, smakiem i aromatem ba-
rdzo przypominał wyborną holenderską jałowcówkę. Rip obdarzony był przez naturę wielkim 
pragnieniem, toteż wkrótce skusił się na drugi łyk. Drugi łyk pociągnął za sobą następny i Rip 
powtarzał swe wycieczki do dzbana tak często, że w końcu utracił władzę nad zmysłami, oczy 
zaszły mu mgłą, głowa opadła na piersi i zapadł w głęboki sen. 

Gdy się obudził, ujrzał, że znajduje się na zielonym zboczu, z którego po raz pierwszy 

dostrzegł  nieznajomego  z  wąwozu.  Przetarł  oczy  —  był  piękny,  słoneczny  poranek.  Ptaszki 
skakały  i  ćwierkały  w  zaroślach,  w  górze  kołował  orzeł,  zmagając  się  ze  świeżym  wiatrem 
górskim.  „Dalipan  —  pomyślał  Rip  —  nie  przespałem  tu  chyba  całej  nocy”.  Przypomniał 
sobie,  co  się  zdarzyło,  nim  zasnął.  Nieznajomy  z  antałkiem  trunku  —  parów  górski  —  uro-
czysko wśród skał — smętne towarzystwo grające w kręgle — dzban... „Och, ten dzban! Ten 
niedobry  dzban!  —  pomyślał  Rip.  —  Jak  ja  się  teraz  wytłumaczę  przed  jejmością  Van 
Winkle!” 

Rozejrzał  się,  szukając  strzelby,  ale  zamiast  czystej,  dobrze  naoliwionej  fuzji,  znalazł 

przy  sobie  jakiś  okropny  stary  grat  z  zardzewiałą  lufą,  odpadającym  zamkiem  i  zmurszałą 
kolbą. Powziął podejrzenie, że to owi ponurzy wesołkowie spłatali mu psikusa i spoiwszy go, 
skradli jego strzelbę. Wilk również znikł, ale ten, być może, pognał gdzieś za wiewiórką lub 
kuropatwą. 

Rip gwizdnął na psa i zawołał go kilka razy, ale na próżno — echo powtarzało gwizdy i 

wołanie, psa nigdzie jednak nie było widać. 

Postanowił  tedy  powrócić  na  miejsce  wczorajszej  zabawy  i  —  jeśli  spotka  kogoś  z  jej 

uczestników — zażądać zwrotu psa i strzelby. Kiedy wstał, żeby ruszyć w tamtym kierunku, 
poczuł  sztywność  w  stawach  i  brak  zwykłej  żwawości.  „Nie  służą  mi  te  górskie  noclegi  — 
pomyślał — i jeżeli po tej wieczorynce  rozłoży  mnie atak  reumatyzmu, już mi jejmość Van 
Winkle pokaże, gdzie raki zimują”. Z niejakim trudem zszedł na dół wąwozu, znalazł parów, 
którym wraz z towarzyszem wspinał się poprzedniego wieczora, ale ku jego zdumieniu płynął 
nim teraz spieniony potok górski, skacząc z kamienia na kamień i napełniając wąwóz weso-
łym szemraniem. Rip mimo to wdrapał się jakoś po ścianach parowu, choć musiał przedzierać 
się  przez  gęstwinę  brzóz,  sassafrasów  *  i  leszczyny,  a  czasem  potykał  się  o  dzikie  wino lub 
zaplątywał w jego zwojach biegnących od drzewa do drzewa i tworzących nieprzebytą sieć. 

W końcu dotarł do miejsca, w którym parów poprzez skały prowadził do amfiteatru, nie 

znalazł  jednak  żadnego  przejścia.  Skały  tworzyły  wysoki,  niezdobyty  mur,  z  którego  potok 
zasłoną  z  pierzastej  piany  spadał  do  szerokiego  i  głębokiego  basenu,  czarnego  od  cieni 
otaczającej  puszczy.  Biedaczysko  Rip  musiał  tu  stanąć,  nie  mogąc  postąpić  ani  kroku  dalej. 
Wołał znów i gwizdał na psa, lecz jedyną odpowiedzią było mu krakanie stada wron, które z 
braku  lepszego  zajęcia  krążyły  wysoko  w  powietrzu  nad  uschniętym  drzewem,  zwisającym 
nad słoneczną przepaścią, i bezpieczne na swych wyżynach, zdawały się kpić z sytuacji nie-
boraka. Cóż było robić? Czas upływał i Rip, który nie jadł przecież śniadania, czuł dotkliwy 
głód. Martwiła go ogromnie utrata strzelby i psa, bał się spotkania z żoną, nie mógł się jednak 
skazać  na  śmierć  głodową  w  górach.  Potrząsnął  głową,  przewiesił  przez  ramię  zardzewiałą 
fuzję i z sercem ciężkim od smutku i niepokoju zwrócił swe kroki ku domowi. 

Zbliżając  się  do  miasteczka,  spotykał  raz  po  raz  ludzi,  ale  nie  było  wśród  nich  nikogo 

znajomego, co trochę zdziwiło Ripa, sądził bowiem, że zna wszystkich mieszkańców z całej 
okolicy. Ponadto napotykani przechodnie ubrani byli podług innej mody niż ta, do której był 
przyzwyczajony,  a  każdy  z  nich  spoglądał  na  Ripa  z  wyraźnym  zdumieniem,  po  czym 
niezmiennie gładził się po podbródku.  Ten ponawiający się wciąż gest sprawił,  że Rip mimo  
 

* Sassafras — niskie drzewo amerykańskie o aromatycznej korze. 

background image

woli zrobił to samo i ku swemu nieopisanemu zaskoczeniu przekonał się, że urosła mu broda 
długa na całą stopę! 

Wkroczył po chwili w granice miasteczka. Zgraja zupełnie nie znanych dzieci pobiegła 

za  nim,  hukając  i  wskazując  na  jego  siwą  brodę.  Również  i  psy,  wśród  których  zresztą  nie 
rozpoznał  żadnego  znanego  sobie  czworonoga,  odprowadzały  go  głośnym  szczekaniem. 
Samo  miasteczko  także zmieniło  wygląd,  stało  się  większe  i  bardziej  ludne.  Stały  tu  szeregi 
domów,  których  nigdy  przedtem  nie  widział,  inne  natomiast,  w  których  bywał  stale,  znikły 
bez śladu. Nad drzwiami widniały nie znane mu nazwiska, z okien wyglądały nie znane twa-
rze, wszystko było dziwnie obce. Ripa ogarnął strach; skłonny był uwierzyć, że zarówno on, 
jak  i  cały  otaczający  go  świat  pozostaje  we  władzy  jakichś  czarów.  Znajdował  się  przecież 
niewątpliwie  w  swoim  rodzinnym  miasteczku,  które  opuścił  zaledwie  poprzedniego  dnia. 
Tam  wznosiły  się  góry  Kaatskill  —  ówdzie  płynął  srebrzysty  Hudson  —  każde  wzgórze  i 
każda  dolina  wyglądała  zupełnie  tak  samo  jak  przedtem.  „To  ten  wczorajszy  dzban  całkiem 
pomieszał mi w głowie” — pomyślał zgnębiony Rip. 

Nie  bez  trudu  odnalazł  drogę  do  własnego  domu  i  zbliżał  się  do  niego  w  trwożnym 

milczeniu,  spodziewając  się,  że  lada  chwila  usłyszy  przenikliwy  głos  jejmości  Van  Winkle. 
Zastał  dom  w  kompletnej  ruinie  —  zapadnięty  dach,  potłuczone  okna,  drzwi  pozrywane  z 
zawiasów. Przy domu kręcił się smętnie na pół zagłodzony pies, przypominający z wyglądu 
Wilka. Rip zawołał go, ale pies warknął, wyszczerzył zęby i uciekł. Sprawiło to Ripowi dużą 
przykrość. 

— Mój własny pies nie poznaje mnie! — westchnął. 
Wszedł  do  domu,  który  jejmość  Van  Winkle  —  należy  jej  oddać  sprawiedliwość  — 

utrzymywała zawsze w porządku bez skazy. Był pusty, zaniedbany i najwyraźniej opuszczony 
przez mieszkańców. Na ten przerażający widok Rip zapomniał o wszystkich swoich obawach. 
Wołał głośno żonę, dzieci, ale puste komnaty rozbrzmiewały na chwilę jego głosem, po czym 
znów zalegała cisza. 

Wybiegł  z  domu  i  pośpieszył  do  swego  dawnego  schronienia,  do  oberży,  lecz  i  ta 

również znikła. Na jej miejscu stał duży, niezgrabny drewniany budynek z wielkimi oknami. 
Niektóre  szyby  były  potłuczone,  a  otwory  zatkane  starymi  kapeluszami  i  halkami,  nad 
drzwiami  zaś  widniał  malowany  napis:  „Hotel  »Zjednoczenie«  —  właściciel  Jonatan 
Doolittle”.  Zamiast  rozłożystego  drzewa,  które  niegdyś  osłaniało  małą  holenderską  oberżę, 
sterczał teraz wysoki, goły drąg zakończony czymś przypominającym czerwoną szlafmycę. Z 
szlafmycy tej powiewała flaga, stanowiąca osobliwe zestawienie gwiazd i pasków, wszystko 
to było dziwne i niezrozumiałe. Rip rozpoznał tylko na szyldzie rumianą twarz króla Jerzego, 
pod którą wypalił niejedną spokojną fajeczkę, lecz nawet ta uległa szczególnej metamorfozie. 
Czerwień fraka ustąpiła miejsca barwie niebieskiej i ciemnożółtej, w ręce zamiast berła tkwiła 
szabla,  głowę  zdobił  trójkątny  kapelusz,  pod  spodem  zaś  wymalowano  wielkimi  literami 
„GENERAŁ WASZYNGTON”. 

Przed  drzwiami  jak  zwykle  stał  tłum,  nie  było  jednak  ani  jednej  osoby,  którą  by  Rip 

sobie przypominał. Zmianie uległ nawet ogólny charakter zgromadzenia. Dawna flegma i sen-
ny  spokój  ustąpiły  miejsca  nastrojowi  gorączkowego  pośpiechu,  zaaferowania  i  kłótliwości. 
Daremnie  Rip  rozglądał  się  za  przemądrym  Mikołajem  Vedderem,  z  jego  szeroką  twarzą, 
podwójnym podbródkiem i piękną, długą fajką, której dym zastępował z powodzeniem słowa, 
lub za Van Bummelem, nauczycielem miejscowej szkoły, który odczytywał z namaszczeniem 
treść starej gazety. Zamiast tych znanych mu, czcigodnych postaci jakiś chudy śledziennik z 
kieszeniami  pełnymi  ulotek  rozprawiał  namiętnie  o  prawach  obywatelskich,  o  wyborach,  o 
członkach  Kongresu,  o  wolności,  o  Bunker  Hill  *,  o  bohaterach  siedemdziesiątego  szóstego 
roku i innych sprawach tak obcych i niezrozumiałych,  że oszołomiony  Rip Van Winkle czuł  
 

* Bunker Hill — w Bostonie; miejsce pierwszej poważnej potyczki w dniu 17.VI.1775 r. w czasie wojny 

o niepodległość. 

background image

się jak na niemieckim kazaniu. 

Ukazanie  się  siwobrodego,  obdartego  Ripa  z  zardzewiałą  strzelbą,  za  którym  postępo-

wał  cały  zastęp  kobiet  i  dzieci,  nieomieszkało  zwrócić  na  siebie  uwagi  polityków  z  oberży. 
Otoczyli  go  i  oglądali  od  stóp  do  głów  z  wielkim  zaciekawieniem.  Wspomniany  wyżej  mó-
wca podbiegł do niego, odciągnął go nieco na bok i zapytał obcesowo: „Na kogo pan głosu-
je?”, na co biedny Rip wybałuszył tylko oczy.  Inny mały, ale ruchliwy  człowieczek chwycił 
go  za  ramię,  wspiął  się  na  palce  i  zaindagował:  „Federalista  czy  demokrata?”,  którego  to 
pytania  Rip  także  ani  rusz  nie  mógł  zrozumieć.  Naraz  jakiś  bardzo  napuszony  i  dostojny 
starszy jegomość w trójkątnym spiczastym kapeluszu przecisnął się przez tłum, roztrącając go 
łokciami na prawo i na lewo, stanął przed Ripem, jedną ręką ujął się pod bok, drugą oparł na 
lasce  i  świdrując  Ripa  oczami,  jakby  chciał  ostrzem  swego  wzroku  i  szpicem  kapelusza 
dotrzeć mu aż do serca, zapytał surowo, co sprowadza go na wybory ze strzelbą na ramieniu i 
w otoczeniu tłumu oraz czy zamierza wywołać w miasteczku rozruchy. 

— Ależ panowie! — zawołał przerażony Rip Van Winkle. — Jestem biednym, spokoj-

nym  człowiekiem,  rdzennym  mieszkańcem  tego  miasteczka  i  wiernym  poddanym  króla, 
którego niech Bóg błogosławi! 

Na to oświadczenie zebrany tłum wybuchnął wrzaskiem: 
— Torys *! Torys! Szpicel! Sprzedawczyk! Wypędzić go! Precz z nim! 
Napuszonemu  jegomościowi  z  wielkim  trudem  udało  się  przywrócić  spokój  wśród  ze-

branych, po czym z dziesięciokrotnie groźniejszą powagą na czole zapytał rzekomego wino-
wajcę, po co tu przybywa i kogo szuka. Nieborak zapewnił go pokornie, że nie żywi żadnych 
złych zamiarów, przyszedł tu tylko poszukać sąsiadów, którzy bywają zazwyczaj w tej ober-
ży. 

— Cóż to za ludzie? Wymień ich nazwiska. 
Rip zastanowił się chwilę, po czym spytał: 
— Gdzie jest Mikołaj Vedder? 
Zapanowała cisza, potem jakiś starzec odpowiedział cienkim, piskliwym głosem: 
—  Mikołaj  Vedder!  Ależ  on  od  osiemnastu  lat  nie  żyje!  Na  cmentarzu  był  drewniany 

pomnik z jego nazwiskiem, ale już go też nie ma, bo zgnił. 

— Gdzie jest Brom Dutcher? 
—  O,  ten  na  początku  wojny  poszedł  do  wojska.  Niektórzy  mówią,  że  zginął  podczas 

szturmu  na  Stony  Point  **,  inni  powiadają,  że  utonął  podczas  burzy  przy  Cyplu  Antoniego. 
Nie wiem — w każdym razie nigdy już nie wrócił. 

— Gdzie jest Van Bummel, nauczyciel? 
— Van Bummel też poszedł na wojnę, został wielkim generałem milicji i zasiada teraz 

w Kongresie. 

Serce Ripowi zamarło na te smutne wieści o miasteczku rodzinnym i przyjaciołach; zro-

zumiał, że został sam na świecie. Przy tym każda kolejna odpowiedź wprawiała go w oszoło-
mienie, wszystkie bowiem traktowały o tak olbrzymich okresach czasu i o sprawach, których 
nie  rozumiał:  wojna,  Kongres,  Stony  Point;  nie  miał  już  odwagi  pytać  o  innych  znajomych, 
lecz zawołał z rozpaczą: 

— Czy nikt tu nie zna Ripa Van Winkle? 
— O, Ripa Van Winkle! — zawołało kilka osób z tłumu. — Ach, naturalnie! Tam stoi 

Rip Van Winkle, ten oparty o drzewo. 

Rip spojrzał i zobaczył dokładną kopię samego siebie, jaki był, kiedy wyruszał w góry; 

sobowtór był z pozoru równie leniwy, a bez wątpienia równie obdarty. Nasz nieborak stracił 
teraz  do  reszty  kontenans.  Zaczął  powątpiewać,  czy  jest  sobą,  czy  może  kimś  zupełnie  
 

  *  Torysi  —  w  Anglii  stronnictwo  konserwatywnych  właścicieli  ziemskich,  rojalistów  i  wyższego 

duchowieństwa, powstałe w końcu XVIII w.; obecnie partia konserwatywna. 
 

** Stony Point — miejsce bitwy dn. 15.VII.1779 pomiędzy wojskami Ameryk i brytyjskimi. 

background image

innym. Gdy tak stał osłupiały, mężczyzna w trójkątnym kapeluszu zapytał ostro, kim jest i jak 
się nazywa. 

—  Bóg  jeden  wie!  —  zawołał  Rip,  bliski  obłędu.  —  Nie  jestem  sobą...  jestem  kim 

innym... o, tam stoję... nie... to ktoś inny zajął moje miejsce... byłem sobą wczoraj wieczorem, 
ale  zasnąłem  w  górach  i  zamieniono  mi  strzelbę,  zmieniono  wszystko,  sam  jestem  odmień-
cem, nie mogę więc powiedzieć, jak się nazywam ani kim jestem! 

Widzowie, zgromadzeni wokoło, zaczęli teraz spoglądać na siebie, mrugać porozumie-

wawczo i pukać się w czoło. Szeptano też, iż należy odebrać staremu strzelbę i pilnować go, 
żeby czego nie zbroił, na samą zaś wzmiankę o tym napuszony jegomość w spiczastym kape-
luszu oddalił się z niejakim pośpiechem. W tej krytycznej chwili jakaś hoża, ładna niewiasta 
przecisnęła się przez ciżbę, aby lepiej się przyjrzeć siwobrodemu przybyszowi. Na ręku trzy-
mała rumiane dzieciątko, które, przerażone wyglądem brodacza, zaczęło płakać. 

— Cicho, Rip! — zawołała młoda kobieta. — Cicho, głuptasie, ten staruszek nic ci nie 

zrobi. 

Imię dziecka, twarz jego matki, brzmienie jej głosu, wszystko to obudziło jakieś wspo-

mnienia w pamięci Ripa. 

— Jak się nazywasz, moja dobra kobieto? — zapytał. 
— Judyta Gardenier. 
— A jak się nazywał twój ojciec? 
—  Ach,  biedaczysko,  nazywał  się  Rip  Van  Winkle,  ale  już  dwadzieścia  lat  mija,  jak 

wyszedł z domu ze strzelbą i przepadł bez wieści — jego pies wrócił sam do domu; ale czy 
mój  ojciec  zastrzelił  się  przypadkiem,  czy  też  może  porwali  go  Indianie,  nikt  tego  nie  wie. 
Byłam wtedy jeszcze małą dziewczynką. 

Rip miał jeszcze tylko jedno pytanie, ale zadał je drżącym głosem: 
— Gdzie jest twoja matka? 
— O, moja matka również umarła wkrótce potem; tak się rozgniewała na wędrownego 

kramarza z Nowej Anglii, że dostała apopleksji. 

Ta  wiadomość  zawierała  przynajmniej  odrobinę  pociechy.  Poczciwy  Rip  nie  mógł 

powstrzymać się dłużej. Chwycił w ramiona córkę wraz z jej dzieckiem. 

— Jestem twoim ojcem! — zawołał. — Niegdyś młody Rip Van Winkle, dzisiaj stary 

Rip Van Winkle! Czy nikt nie poznaje biednego Ripa Van Winkle? 

Wszyscy osłupieli ze zdumienia i nikt się nie poruszył, aż wreszcie pewna stara kobieta 

wyłoniła  się  z  tłumu,  podreptała  na  środek,  osłoniła  ręką  oczy  i  przyjrzawszy  się  spod  niej 
Ripowi, zawołała: 

— Ależ tak! To Rip Van Winkle we własnej osobie! Witaj w domu, sąsiedzie! Gdzieżeś 

się podziewał przez te dwadzieścia lat? 

Opowieść  Ripa  była  krótka,  całe  bowiem  dwadzieścia  lat  równało  się  dla  niego  jednej 

tylko nocy. Sąsiedzi słuchając  go otwierali szeroko oczy, niektórzy mrugali na siebie ukrad-
kiem i uśmiechali się z niedowierzaniem: a napuszony jegomość, który gdy alarm okazał się 
fałszywy, powrócił na plac, wygiął w dół kąciki ust i potrząsnął głową — na co całe zgroma-
dzenie również poczęło usilnie potrząsać głowami. 

Postanowiono wszakże zasięgnąć opinii starego Piotra Vanderdonka, który właśnie nad-

chodził wolno drogą. Był to potomek historyka tego samego nazwiska, który napisał jedną z 
pierwszych prac o tej prowincji. Piotr był najstarszym mieszkańcem miasteczka i znał dosko-
nale  wszystkie  miejscowe  legendy  i  podania  o  nadprzyrodzonych  zjawiskach.  Przypomniał 
sobie od razu Ripa i potwierdził jego opowieść w sposób jak najbardziej zadowalający. Zape-
wnił zebranych, że jest to fakt stwierdzony i przekazywany jeszcze od czasów jego przodka-
historyka, iż góry Kaatskill nawiedzane są przez dziwne istoty. A więc jest rzeczą wiadomą, 
że  wielki  Hendrick  Hudson,  pierwszy  odkrywca  rzeki  i  przyległego  kraju,  pełni  tam  co 
dwadzieścia  lat  swego  rodzaju  wartę  w  otoczeniu  swej  załogi  z  „Półksiężyca”,  wolno  mu 

background image

bowiem  w  ten  sposób  odwiedzać  miejsca  swych  sławnych  czynów  i  sprawować  opiekę  nad 
rzeką  i  wielkim  miastem,  nazwanym  na  jego  cześć.  Ojciec  Piotra  Vanderdonka  widział  raz, 
jak  w  swoich  holenderskich  strojach  grali  w  kręgle  w  kotlinie  górskiej,  on  sam  zaś  słyszał 
pewnego letniego popołudnia stukot ich kul, przypominający dalekie odgłosy grzmotów. 

Krótko  mówiąc,  tłum  rozproszył  się  i  powrócił  do  ważniejszych  spraw,  związanych  z 

wyborami. Córka Ripa zaprowadziła  go do swego domu, w którym zamieszkał z nią razem; 
dom miała przytulny, dobrze urządzony, mężem zaś jej był tęgi, wesoły farmer, w którym Rip 
poznał  jednego  z  urwisów,  co  niegdyś  wdrapywali  mu  się  na  plecy.  Co  się  zaś  tyczy  syna  i 
następcy Ripa, a zarazem jego sobowtóra,, którego widzieliśmy, gdy stał oparty o drzewo, to 
był  on  nominalnie  pracownikiem  na  farmie  szwagra,  zdradzał  jednak  dziedziczną  skłonność 
do zajmowania się wszystkim w świecie, prócz swej właściwej pracy. 

Rip powrócił wkrótce do dawnych zwyczajów, wznowił wędrówki po okolicy, odnalazł 

szybko  wielu  dawnych  znajomków,  ale  że  byli  oni  przeważnie  mocno  tknięci  zębem  czasu, 
wolał szukać przyjaciół wśród młodszej generacji, wśród której zdobył sobie wkrótce wielką 
popularność. 

Nie  mając  nic  do  roboty  w  domu,  a  osiągnąwszy  ów  szczęśliwy  wiek,  kiedy  człowiek 

może próżnować bezkarnie, zajął ponownie swoje miejsce na ławce przed oberżą i szanowany 
był  jako  jeden  z  patriarchów  miasteczka  oraz  żywa  kronika  dawnych  „przedwojennych” 
czasów. Mimo to upłynął spory okres, zanim zorientował się w aktualnych plotkach i zanim 
zrozumiał, co za przedziwne wydarzenia rozegrały  się podczas jego dwudziestoletniego snu. 
Wytłumaczono  mu  wreszcie,  że  odbyła  się  wojna  wyzwoleńcza  —  że  kraj  zrzucił  jarzmo 
starej Anglii i że on, Rip Van Winkle, nie jest już poddanym Jego Królewskiej Mości Jerzego 
Trzeciego,  lecz  wolnym  obywatelem  Stanów  Zjednoczonych.  Rip  co  prawda  nie  był  polity-
kiem,  zmiany  zachodzące  w  państwach  i  imperiach  nie  robiły  na  nim  wielkiego  wrażenia, 
istniał jednak pewien rodzaj despotyzmu, w którego okowach jęczał przez długie lata — rzą-
dy pantofla niewieściego. Na szczęście miał to już poza sobą; wolny od jarzma małżeńskiego, 
mógł  wychodzić  i  wracać,  kiedy  mu  się  podobało,  nie  lękając  się  tyranii  jejmości  Van 
Winkle.  Ilekroć  wszakże  ktoś  wyrzekł  jej  imię,  Rip  potrząsał  głową,  wzruszał  ramionami  i 
wznosił  oczy  ku  niebu,  co  można  było  rozumieć  jako  wyraz  pogodzenia  się  ze  smutnym 
losem wdowca albo też jako wyraz radości z powodu szczęśliwego wyzwolenia. 

Opowiadał zawsze swoją dziwną historię każdemu przyjezdnemu, który zatrzymał się w 

hotelu  pana  Doolittle.  Z  początku,  jak  zaobserwowano,  zmieniał  w  niej  za  każdym  razem 
pewne szczegóły, co niewątpliwie wynikało stąd, że się dopiero niedawno obudził. W końcu 
jednak przybrała ona ostateczną formę opowieści, którą tu przytoczyłem, i w całej okolicy nie 
było mężczyzny, kobiety ani dziecka, które by nie umiało jej na pamięć. Byli tacy, co zawsze 
wątpili  o  jej  prawdziwości  i  utrzymywali,  iż  Rip  w  swoim  czasie  po  prostu  zwariował  i  na 
punkcie  swojej  przygody  pozostał  na  zawsze  trochę  stuknięty.  Jednakże  starzy  mieszkańcy 
holenderskiego  pochodzenia  niemal  co  do  jednego  wierzyli  niezłomnie,  iż  opowieść  Ripa 
całkowicie odpowiada prawdzie. Do dziś dnia, ilekroć w letnie popołudnie słyszą grzmoty od 
strony gór Kaatskill, powiadają, że to Hendrick Hudson i jego załoga zabawia się grą w krę-
gle; wszyscy zaś okoliczni gnębieni przez żony mężowie, gdy życie wydaje im się ciężarem 
nie do zniesienia, marzą o dobroczynnym, kojącym łyku z dzbana Ripa Van Winkle.  
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

LEGENDA O SENNEJ KOTLINIE  

 
 
ZNALEZIONA WŚRÓD PAPIERÓW NIEBOSZCZYKA 
DIEDRICHA KNICKERBOCKERA PRZEZ WASHINGTONA IRVINGA 
 
 

W  głębi  jednej  z  przestronnych  zatok,  wrzynających  się  we  wschodni  brzeg  Hudsonu, 

nad  wielkim  zalewem  rzecznym,  zwanym  przez  dawnych  żeglarzy  holenderskich  Tappaan 
Zee, który przebywając skracali przezornie żagle i polecali się opiece św. Mikołaja, leży małe 
miasteczko targowe, czyli też port wiejski, nazywany przez niektórych Greensburgh, lecz bar-
dziej  powszechnie  znany  pod  właściwszym  mianem  Tarrytown,  czyli  „Marudnego  miasta”. 
Nazwę  tę  nadały  miasteczku  ponoć  okoliczne  damy  przez  wzgląd  na  chroniczną  skłonność 
ich  mężów  w  dni  targowe  do  nazbyt  długiego  przesiadywania  w  tawernie.  Jakkolwiek  tam 
było,  nie  ręczę  za  ten  fakt,  lecz  notuję  go  tylko  gwoli  dokładności.  Nie  opodal  miasteczka, 
może o jakieś dwie mile, znajduje się wśród wysokich wzgórz mała dolina, a raczej skrawek 
ziemi,  który  jest  jednym  z  najzaciszniejszych  zakątków  na  świecie.  Przepływa  tu  niewielki 
potok,  którego  niezbyt  głośne  szemranie  doskonale  kołysze  do  snu,  poza  tym  zaś  jedynymi 
odgłosami przerywającymi niekiedy ciszę są pogwizdywania przepiórki lub pukanie dzięcio-
ła. 

Pamiętam, że jako mały chłopiec spróbowałem po raz pierwszy zapolować na wiewiór-

ki w zagajniku wysokich drzew orzechowych, ocieniających jedną stronę doliny. Zawędrowa-
łem do zagajnika w samo południe, kiedy w przyrodzie panuje szczególny spokój, i przeraził 
mnie huk mojej własnej strzelby, który zakłócił spowijającą wszystko wokół uroczystą ciszę i 
został  podchwycony  i  wielokrotnie  powtórzony  przez  gniewne  echo.  Gdybym  kiedykolwiek 
szukał ustronia, w którym można by ukryć się przed światem i jego szaleństwami, aby strawić 
na  marzeniach  resztę  burzliwego  żywota,  nie  znalazłbym  stosowniejszego  miejsca  od  tej 
małej doliny. 

Dla swego graniczącego z apatią spokoju i dla osobliwego charakteru swych mieszkań-

ców, będących potomkami pierwszych osadników holenderskich, odosobniony ten wąwóz od 
dawna  nosi  miano  Sennej  Kotliny,  a  tutejsi  chłopcy  wiejscy  znani  są  w  całej  okolicy  jako 
chłopcy z Sennej Kotliny. Jakieś dziwne rozmarzenie osnuwa tu ziemię i zdaje się unosić w 
powietrzu. Niektórzy powiadają, że to pewien wielce uczony doktor niemiecki rzucił urok na 
to  miejsce  jeszcze  w  czasach  osadnictwa;  inni  twierdzą,  że  zaklął  je  pewien  stary  wódz 
indiański,  prorok  czy  też  czarownik  swego  plemienia,  który  odbywał  tu  swe  sabaty,  zanim 
jeszcze  imć  Henryk  Hudson  odkrył  ten  kraj.  Pewne  jest  wszakże,  iż  kotlina  nadal  pozostaje 
we władaniu jakichś nadprzyrodzonych mocy i pod ich to wpływem zacni mieszkańcy tutejsi 
trwają wciąż w stanie zadumy i rozmarzenia.  Żywią oni niezłomną wiarę w rzeczy nadzmy-
słowe, skłonni są do zapadania w trans, częstokroć miewają przedziwne wizje tudzież słyszą 
głosy i muzykę płynącą z powietrza. Cała okolica obfituje w przeróżne zabobony, w miejsca 
nawiedzane, w niesamowite opowieści powtarzane szeptem o szarej  godzinie. Gwiazdy spa-
dają i meteory błyskają tu częściej niż w jakiejkolwiek innej części kraju, wszelkie zaś zmory, 
zdawałoby się, obrały sobie kotlinę za ulubioną scenę swych psikusów. 

Głównym wszakże widmem, które straszy  w tym zaczarowanym regionie i wydaje się 

być wodzem naczelnym wszystkich mocy powietrznych, jest zjawa pozbawionej głowy posta-
ci na koniu. Powiadają, że to duch żołnierza heskiego, któremu pocisk armatni urwał głowę w 
jakiejś  bezimiennej  bitwie  podczas  Wojny  o  Niepodległość  i  którego  ludzie  tutejsi  widują 
częstokroć,  jak  pędzi  w  mrokach  nocy  niby  na  skrzydłach  wiatru.  Nie  ogranicza  on  zresztą 
swych występów do kotliny, lecz nawiedza też pobliskie drogi, zwłaszcza w okolicy niezbyt 

background image

odległego kościoła. Niektórzy nawet spośród najbardziej wiarygodnych kronikarzy tych stron, 
którzy  z  chwalebną  starannością  zebrali  i  zestawili  strzępy  wiadomości  dotyczących  upiora, 
utrzymują, że ciało żołnierza spoczywa na cmentarzu owego kościoła, toteż stamtąd duch wy-
rusza co noc na pole bitwy w poszukiwaniu swej głowy, pędzi zaś czasem przez kotlinę niby 
podmuch wichru dlatego, że się zapóźnił i śpieszno mu wrócić na cmentarz przed świtem. 

Taka jest z grubsza biorąc treść owej legendy, która dostarczyła materiału wielu fanta-

stycznym  historiom  w  tym  zakątku  cieni,  upiór  zaś  znany  jest  przy  wszystkich  okolicznych 
kominkach jako Jeździec Bez Głowy z Sennej Kotliny. 

Jest rzeczą godną uwagi, że owe wspomniane już przeze mnie wizjonerskie skłonności 

nie są cechą jedynie rdzennych mieszkańców doliny, lecz udzielają się również każdemu, kto 
choćby  chwilowo  w  niej  przebywa.  Jakkolwiek  przytomny  i  trzeźwy  był  człowiek,  zanim 
wkroczył  do  tego  sennego  regionu,  po  krótkim  czasie  oddychania  miejscowym  powietrzem 
wchłania  te  zaczarowane  fluidy  i  staje  się  fantastą  —  śnią  mu  się  dziwne  sny  i  ukazują  się 
dziwne widziadła. 

Wspominam o tym spokojnym ustroniu z najwyższą pochwałą, albowiem właśnie w ta-

kich małych, zacisznych dolinach holenderskich, które można znaleźć tu i ówdzie w wielkim 
stanie Nowy Jork, ludność, obyczaje i tradycje nie ulegają zmianom, a wielki potok migracji i 
postępu, wywołujący tak ustawiczne zmiany w innych częściach naszego wielkiego państwa, 
przepływa obok nich nie zauważony. Przypominają małe zalewy stojącej wody na pograniczu 
szybkiego strumienia; widzimy tu słomki i pęcherzyki jakby zakotwiczone lub krążące wolno 
w swej mikroskopijnej przystani, a przepływający tuż obok silny nurt nie zakłóca bynajmniej 
ich  spokoju.  Toteż  choć  wiele  lat  minęło  od  czasu,  kiedy  spacerowałem  po  cienistych  zbo-
czach Sennej Kotliny, nie zdziwiłbym się ani trochę, gdybym ujrzał te same drzewa i te same 
rodziny kwitnące na jej osłoniętym od wiatrów łonie. 

W tym to cichym zakątku mieszkał w odległym okresie historii Ameryki, czyli mówiąc 

inaczej przed jakimi trzydziestu laty, pewien godny mąż nazwiskiem Ichabod Crane; przeby-
wał on, czy też jak sam to ujmował, „drzemał” w Sennej Kotlinie celem nauczania miejsco-
wych dzieci. Pochodził z Connecticut, stanu, który dostarcza Unii pionierów do karczowania 
puszczy w sensie zarówno duchowym, jak materialnym i wystawia co roku legiony pograni-
cznych drwali i nauczycieli wiejskich. Nazwisko Crane * pasowało wcale dobrze do jego po-
wierzchowności. Był wysoki, ale straszliwie chudy, miał wąskie ramiona, długie ręce i nogi, 
dłonie  jak  łopaty,  cała  zaś  postać  wyglądała  tak,  jak  gdyby  poszczególne  jej  części  były  ze 
sobą  bardzo  luźno  powiązane.  Jego  mała,  spłaszczona  na  czubku  głowa  o  wielkich  uszach, 
wyłupiastych, zielonych, szklistych oczach i długim, ostrym nosie, osadzona na cienkiej szyi, 
przypominała  kurek  na  kościele,  wskazujący,  w  którą  stronę  wiatr  wieje.  Gdy  się  widziało, 
jak w wietrzny dzień schodzi ze zbocza wzgórza, a zbyt obszerne ubranie trzepocze na nim i 
powiewa, można go było wziąć za demona głodu, zstępującego na ziemię, lub też za stracha 
na wróble, co uciekł z pola kukurydzy. 

Jego  szkoła  była  niskim,  jednoizbowym  budynkiem  z  grubo  ciosanych  bali,  z  oknami 

częściowo oszklonymi, częściowo zaś załatanymi kartkami ze starych zeszytów. W godzinach 
wolnych od nauki budynek był zabezpieczony przed intruzami w sposób niezmiernie przemy-
ślny przez okręcenie wikliną klamki drzwi wejściowych i podparcie okiennic grubymi palami; 
aczkolwiek  więc  złodziej  dostałby  się  bez  trudu  do  środka,  mógłby  mieć  pewne  kłopoty  z 
wydostaniem się na zewnątrz. Pomysł ten został przypuszczalnie zapożyczony przez archite-
kta, Yosta Van Houtena, z konstrukcji pułapki na węgorze. Szkoła stała w miejscu dość odo-
sobnionym, lecz przyjemnym, u stóp lesistego wzgórza, ocieniona z jednego końca olbrzymią 
brzozą, nie opadał zaś przepływał strumień. Z miejsca tego w senne dni letnie dawał się sły-
szeć cichy szmer głosów uczni, wkuwających lekcje,  podobny do brzęczenia pszczół w ulu, a  
 

* Crane (ang.) — żuraw.

 

background image

przerywany  od  czasu  do  czasu  władczym  głosem  nauczyciela,  w  którym  brzmiał  rozkaz  lub 
groźba, niekiedy też przerażającym świstem rózgi, kiedy mistrz przynaglał jakiegoś marudera 
do szybszego biegu po kwiecistej ścieżce wiedzy. Jeśli bowiem sądzić podług znanej maksy-
my: „Nie kocha ten dziecięcia, kto rózgi oszczędza”,  Ichabod Crane szczerze kochał swoich 
uczniów. 

Nie  chciałbym  wszakże,  aby  przypuszczano,  że  należał  on  do  owych  okrutnych  szko-

lnych  możnowładców,  co  czerpią  uciechę  z  bólu  swych  poddanych;  przeciwnie,  wymierzał 
sprawiedliwość raczej z rozwagą aniżeli z surowością, ujmując ciężaru z ramion słabszych, a 
przydając  go  silniejszym.  Zdarzało  mu  się  okazywać  pobłażanie  jakiemuś  malcowi,  który 
dygotał na sam widok rózgi, czynił natomiast zadość wymogom sprawiedliwości, wrzepiając 
podwójną  porcję  jakiemuś  upartemu,  twardemu,  krępemu  łobuziakowi  holenderskiemu,  co 
nadymał  się,  zacinał  i  przyjmował  ciosy  rózgi  w  ponurym  milczeniu.  Wszystko  to  nazywał 
„wypełnianiem  obowiązku  wobec  ich  rodziców”  i  nigdy  nie  zaaplikował  cięgów,  aby  nie 
poprzeć ich zapewnieniem, będącym wielką pociechą dla obolałego urwisa, że zapamięta on 
sobie tę karę i będzie za nią wdzięczny nauczycielowi do końca dni swoich. 

Po  skończonych  lekcjach  Ichabod  Crane  częstokroć  brał  nawet  udział  w  grach  i  zaba-

wach  starszych  chłopców,  a  w  popołudnia  świąteczne  odprowadzał  do  domu  młodszych, 
zwłaszcza tych, co mieli ładne siostry albo miłe matki, znane z dobrej kuchni i obficie zaopa-
trzonej  spiżarni.  Jeśli  chodzi  o  ścisłość,  musiał  dbać  o  dobre  stosunki  z  uczniami.  Dochód, 
jaki dawała szkoła, był  niewielki i nie wystarczyłby mu chyba na  chleb  powszedni,  Ichabod 
Crane bowiem lubił i potrafił zjeść, a mimo swej chudości mógł, gdy chodzi o pojemność, iść 
w  zawody  z  wężem  boa.  Zgodnie  jednak  z  miejscowym  zwyczajem  nauczyciel  korzystał  z 
mieszkania i wiktu w domach farmerów, których dzieci uczył. Ichabod spędzał więc u każde-
go z nich po jednym tygodniu, koczując w ten sposób po całej okolicy z całym swym doby-
tkiem zawartym w bawełnianej chustce do nosa. 

Aby wszystko to nie obciążało nadmiernie sakiewek patronów wiejskich, którzy skłonni 

są  uważać  koszty  kształcenia  dzieci  za  nieznośne  brzemię,  nauczycieli  zaś  za  pospolitych 
trutni,  Ichabod  Crane  imał  się  różnych  sposobów,  starając  się  być  użyteczny  swym  chlebo-
dawcom,  a  zarazem  wkraść  się  w  ich  łaski.  Pomagał  czasem  farmerom  w  lżejszych  pracach 
na farmie, brał udział w sianowaniu, naprawiał parkany, prowadził konie do wodopoju, przy-
pędzał krowy z pastwiska i rąbał drzewo na zimę. Odrzucał też na bok cały majestat i wład-
czość, z jaką panował w swym szkolnym królestwie, i stawał się przedziwnie łagodny i przy-
milny.  Zyskiwał względy  matek pieszcząc dzieci, zwłaszcza te najmłodsze, i niby ów wspa-
niały  lew,  co  zamienił  się  w  pokorne  jagnię,  potrafił  trzymać  kilkuletnie  dziecko  na  kolanie 
jednej nogi, drugą zaś nogą przez całe godziny wprawiać w ruch kołyskę z niemowlęciem. 

Na  dodatek  do  swych  innych  umiejętności  słynął  w  okolicy  jako  nauczyciel  śpiewu  i 

zbierał wiele błyszczących szylingów za kształcenie młodzieży w psalmodii. Łechtało to mile 
jego próżność, gdy w niedzielę wraz z grupą wybranych śpiewaków zajmował stanowisko na 
chórze kościelnym i — jak sądził — odbierał bezapelacyjnie proboszczowi palmę pierwszeń-
stwa.  Przyznać  trzeba,  że  głos  jego  wybijał  się  znacznie  ponad  głosy  wszystkich  innych 
członków  kongregacji,  dotychczas  też  można  w  owym  kościele  usłyszeć  w  cichy  poranek 
niedzielny  bardzo  osobliwe  drżenie  głosów,  pochodzące  podobno  w  prostej  linii  od  metod 
interpretacji Ichaboda Crane. 

Tak tedy drogą różnych drobnych zabiegów i kruczków, znanych ogólnie pod mianem 

„prawem i lewem”, czcigodny pedagog radził sobie jakoś i wiele osób nie mających pojęcia o 
tym, co to jest praca umysłowa, było zdania, że bakałarz ma święte życie. 

Nauczyciel  jest  zazwyczaj  wybitną  postacią  w  wiejskich  kołach  niewieścich,  uchodzi 

bowiem  za  wykwintnego  dżentelmena,  górującego  dobrym  smakiem  i  umiejętnościami  nad 
nieokrzesanymi młodzieńcami wiejskimi i ustępującego pod względem wykształcenia jedynie 
proboszczowi. Ukazanie się jego budzi zwykle pewne poruszenie przy nakrytym do podwie-

background image

czorku stole w domu farmerskim, powoduje dodanie nadliczbowej patery ciastek lub karmel-
ków, a czasem nawet wystawienie na pokaz srebrnego imbryka. Nasz uczony mąż przeto ze 
szczególną  łatwością  zjednywał  sobie  uśmiechy  wszystkich  okolicznych  panien.  Jakże 
dumnie paradował wśród nich przed kościołem, w niedzielę między jednym nabożeństwem a 
drugim  zbierał  dla  nich  winogrona  z  dzikich  winorośli,  zwisających  z  rosnących  wokół 
drzew, gwoli ich rozrywki odczytywał na głos wszystkie epitafia wyryte na nagrobkach przy-
ległego  cmentarza  lub  też  z  całym  ich  gronem  przechadzał  się  nad  brzegami  przyległego 
stawu młyńskiego, gdy tymczasem nieśmiali hreczkosieje trzymali się wstydliwie na uboczu, 
zazdroszcząc mu elegancji i obycia. 

Ze  względu  na  swój  koczowniczy  żywot  był  także  swego  rodzaju  gazetą  wędrowną  i 

przenosił z domu do domu kompletny zbiór miejscowych ploteczek, zjawienie się więc jego 
zawsze witano oznakami radości. Kobiety ceniły go ponadto jako wielkiego erudytę, przeczy-
tał  bowiem  kilka  książek  od  początku  do  końca  i  był  nieporównanym  znawcą  „Historii  cza-
rów w Nowej Anglii” Cottona Mathera, w które to czary, nawiasem mówiąc, wierzył święcie 
i bez zastrzeżeń. 

Stanowił  w  rzeczy  samej  dziwną  mieszaninę  małego  sprytu  i  naiwnej  łatwowierności. 

Apetyt jego na rzeczy nadprzyrodzone i zdolność trawienia ich w nieograniczonych ilościach 
były jednako niezwykłe, obydwie zaś te cechy znacznie się jeszcze  wzmogły dzięki przeby-
waniu  w  tej  urzeczonej  okolicy.  Nie  było  opowieści  tak  nieprawdopodobnej  lub  potwornej, 
aby  Crane  nie  zdołał  jej  przełknąć.  Największą  jego  rozkoszą  było  po  zakończeniu  lekcji 
położyć się po popołudniu na miękkiej koniczynie, rosnącej nad strumykiem, pochlipującym 
nie  opodal  szkoły,  i  coraz  to  na  nowo  studiować  mrożące  krew  w  żyłach  opowieści  starego 
Mathera,  aż  wreszcie  w  gęstniejącym  zmierzchu  drukowana  strona  zlewała  się  w  mglisty 
czworokąt.  Wówczas,  gdy  przez  mokradła,  strumyki  i  lasy  wędrował  na  farmę,  w  której 
akurat miał kwaterę, każdy dźwięk przyrody o tej godzinie duchów pobudzał jego podnieconą 
wyobraźnię: jęki lelka, przenikliwe wołanie ropuchy drzewnej, owej zwiastunki burzy, mono-
tonne hukanie puszczyka lub nagły szelest spłoszonych ptaków w gęstwinie. Także i robaczki 
świętojańskie, które świeciły najmocniej w najciemniejszych zakątkach, napełniały go od cza-
su do czasu przerażeniem, gdy któryś świecący żywiej od innych przefrunął mu przez drogę, 
a jeśli przypadkiem wielki żuk uderzył go w swym ślepym locie, biedaczysko gotów był od-
dać duszę Bogu, myślał bowiem, że to czarownica napiętnowała go swym znakiem. Jedynym 
sposobem  w  takim  wypadku  na  odwrócenie  myśli  lub  na  odegnanie  złych  duchów  było  dla 
niego śpiewanie psalmów, toteż zacnych mieszkańców Sennej Kotliny siedzących wieczorem 
przed  drzwiami  swoich  domostw  ogarniał  często  zabobonny  lęk,  gdy  słyszeli  nosowy  głos 
nauczyciela, dobiegający z odległego wzgórza lub od strony ciemnej drogi. 

Innym  źródłem  rozkosznych  dreszczyków  były  dla  Ichaboda  długie  wieczory  zimowe 

spędzane ze starymi Holenderkami, przędącymi przy kominku. Siedząc przy ogniu, przy któ-
rym piekły się z sykiem rzędy jabłek, słuchał opowiadań tych dam o duchach i chochlikach, o 
nawiedzonych  polach,  nawiedzonych  potokach,  nawiedzonych  mostach  i  nawiedzonych 
domach, a przede wszystkim o Jeźdźcu Bez Głowy, czyli o Galopującym Heseńczyku, jak go 
czasem nazywały. Odwzajemniał im się zachwycającymi anegdotami o czarownicach, o zło-
wieszczych znakach, groźnych widziadłach i płynących z powietrza głosach, w które obfito-
wał  niegdyś  stan  Connecticut,  budził  w  nich  grozę  rozprawiając  o  kometach  i  o  gwiazdach 
spadających  oraz  wprawiał  staruszki  w  absolutne  przerażenie,  twierdząc,  że  ziemia  niewąt-
pliwie się obraca i że przez połowę doby znajdują się do góry nogami! 

Ale jeśli to wszystko bardzo było miłe, gdy się siedziało przy kominku w pokoju, wy-

pełnionym czerwonym blaskiem płonących drew, w którym żaden duch nie śmiał się oczywi-
ście pokazać, przyjemność ta drogo była okupiona podczas powrotu do domu. Jakież potwo-
rne  kształty  i  cienie  zastępowały  Ichabodowi  drogę  wśród  przyćmionego,  upiornego  blasku 
śnieżnej nocy! Jak tęsknym spojrzeniem patrzał na każdy drżący promień światła padający na 

background image

puste pola z jakiegoś odległego okna! Jak często odczuwał dławiący strach na widok okrytego 
śniegiem krzaka, który niby widmo w całunie wyrastał raptem na jego drodze! Jakże często 
truchlał  na  odgłos  własnych  kroków  po  zamarzniętej  ziemi  i  bał  się  obejrzeć  przez  ramię, 
żeby nie zobaczyć jakiejś potwornej zjawy postępującej tuż za nim! I jak często drętwiał ze 
zgrozy  słysząc  nagły  podmuch  wiatru  świszczący  wśród  drzew  i  sądząc,  że  to  Jeździec  Bez 
Głowy wyrusza na nocne zwiady! 

Wszystko to były jednak mary nocne, gra wyobraźni człowieka idącego w ciemnościach 

i chociaż widywał wiele duchów i bywał podczas swoich samotnych wędrówek nieraz napa-
stowany  przez  szatana  pod  różnymi  postaciami,  to  jednak  poranek  kładł  kres  władzy  złych 
mocy i Ichabod mimo diabła i jego knowań pędziłby beztroskie życie, gdyby drogi nie zastą-
piła  mu  istota,  która  wpędza  człowieka  w  gorsze  tarapaty  aniżeli  duchy,  upiory  i  wszystkie 
czarownice razem wzięte. Istotą tą była kobieta. 

Wśród uczniów, którzy zbierali się raz na tydzień, aby kształcić się w psalmodii, znaj-

dowała  się  Katarzyna  Van  Tassel,  jedyna  córka  zamożnego  farmera-Holendra.  Było  to  kwi-
tnące, hoże dziewczę lat osiemnastu, pulchne jak przepiórka, dojrzałe, soczyste i rumiane jak 
brzoskwinia  z  sadu  jego  ojca  i  znane  powszechnie  nie  tylko  z  piękności,  ale  też  z  pokaźnej 
sperandy.  Panna  była  przy  tym  trochę  kokietką,  co  dało  się  poznać  nawet  po  jej  ubiorze, 
stanowiącym mieszaninę starej i nowej mody, dobranej tak, aby jak najlepiej uwypuklała jej 
wdzięki. Nosiła ozdoby  ze szczerego złota, przywiezione przez jej praprababkę z Saardamu, 
kuszący,  staroświecki  stanik,  a  do  tego  wyzywająco  krótką  spódnicę,  aby  pokazać  najpię-
kniejsze nóżki w całej okolicy. 

Ichabod  Crane  miał  serce  miękkie  i  czułe  na  powaby  niewieście,  nic  też  dziwnego,  że 

tak łakomy kąsek wpadł mu wkrótce w oko, zwłaszcza potem, gdy bakałarz odwiedził pannę 
w jej siedzibie rodowej. Stary Baltus Van Tassel był idealnym okazem dobrodusznego farme-
ra,  któremu  się  dobrze  powodzi.  Rzadko  wprawdzie  kierował  oczy  lub  myśli  ku  sprawom 
znajdującym  się  poza  granicami  jego  farmy,  w  tych  granicach  wszakże  wszystko  było  w 
doskonałym stanie i tchnęło nastrojem zadowolenia i szczęścia. Van Tassel rad był ze swego 
bogactwa, ale się nim nie pysznił i przywiązywał wagę raczej do obfitości niż do wykwintu. 
Twierdza jego stała na brzegu Hudsonu, nad jednym z owych zielonych, osłoniętych, żyznych 
zalewów, nad którymi farmerzy holenderscy tak lubią wić gniazda. Wielki wiąz rozpościerał 
swe  szerokie  konary  nad  domem:  u  stóp  wiązu  pieniło  się  źródełko  najbardziej  miękkiej  i 
słodkiej  wody,  które  wpadało  do  małego  zbiornika  zrobionego  z  beczki,  a  następnie  iskrząc 
się  przekradało  po  trawie  do  sąsiedniego  potoku,  szemrzącego  wśród  olch  i  karłowatych 
wierzb. Tuż przy farmie była wielka stodoła, która mogłaby służyć za kościół, a która, jak się 
zdawało, miała lada chwila pęknąć od nagromadzonych w niej płodów rolnych. Od świtu do 
nocy  rozbrzmiewały  tu  pracowicie  cepy,  jaskółki  ze  świegotem  fruwały  pod  okapem,  na 
dachu  zaś  wygrzewały  się  rzesze  gołębi,  jedne  z  oczami  zwróconymi  w  górę,  jak  gdyby 
obserwując, czy się nie odmieni pogoda, inne z głową schowaną pod skrzydłem, jeszcze inne, 
napuszone, usiłujące gruchaniem i dygami zaskarbić sobie łaski wybranek. Gładkie, zwaliste 
świnie chrząkały ukontentowane w zaciszu kojców, z których od czasu do czasu wyłaniały się 
stada prosiąt, jak gdyby po to, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Stateczny zastęp śnieżno-
białych  gęsi  pływał  po  przyległym  stawie,  towarzysząc  całej  flotylli  kaczek;  regimenty 
indyków  bulgotały  na  dziedzińcu,  perliczki  zaś  krążyły  po  nim  nerwowo  niby  kłótliwy 
gospodynie, wydając  gniewne, niezadowolone okrzyki. Przed bramą stodoły przechadzał się 
wspaniały kogut, ów wzór męża, wojownika i dżentelmena, bijąc skrzydłami i piejąc z dumy i 
radości życia; niekiedy też rozgrzebywał łapami ziemię i niezwłocznie wzywał swoje liczne a 
wiecznie głodne żony i dzieci, aby pożywiły się smakowitym kąskiem, który dla nich odkrył. 

Pedagogowi  ślinka  nadbiegała  do  ust,  gdy  patrzał  na  te  hojne  zapowiedzi wspaniałych 

uczt zimowych. Przed oczami jego żarłocznej wyobraźni każde biegające tu prosię miało już 
pudding w brzuchu i jabłko w zębach; gołębie ułożone były do snu w wygodnym pasztecie i 

background image

przykryte kołderką z kruchego  ciasta;  gęsi pływały we własnym tłuszczu, a kaczki tuliły się 
po  dwie  na  półmiskach  niby  pary  małżeńskie  przysłonięte  dla  przyzwoitości  sosem  cebulo-
wym. Wieprze widziały  mu się w postaci przyszłych tłustych boczków i soczystych szynek, 
każdy indyk był pięknie upieczony z żołądkiem włożonym pod skrzydło i ozdobiony naszyj-
nikiem z wonnych kiełbasek, a nawet barwny kogut leżał na półmisku zadarłszy nogi do góry 
i jak gdyby błagając o zmiłowanie, o które rycerski jego duch nie raczył nigdy prosić za ży-
cia. 

Gdy  zachwycony  Ichabod  wystawiał  sobie  to  wszystko,  gdy  toczył  swymi  zielonymi 

oczyskami  po  bujnych  łąkach,  po  żyznych  łanach  pszenicy,  owsa,  gryki,  kukurydzy,  po 
uginających  się  pod  ciężarem  wspaniałych  owoców  sadach,  co  otaczały  wygodny  dom  Van 
Tassela,  serce  jego  wybiegało  ku  dziedziczce  tych  włości,  a  wyobraźnia  snuła  wspaniałe 
projekty, zgodnie z którymi włości te miało się bez trudu zamienić w gotówkę, pieniądze zaś 
ulokować  w  olbrzymich  obszarach  ziemi  i  w  krytych  gontem  pałacach,  wzniesionych  w  pu-
szczy.  Ba,  gorliwa wyobraźnia urzeczywistniała  niezwłocznie jego nadzieje i składała mu w 
dani hożą Katarzynę. Siedziała ona wraz z gromadką dzieci na wozie, wyładowanym inwen-
tarzem  domowym,  poniżej  wisiały  brzęczące  rondle  i  imbryki,  sam  Ichabod  jechał  stępa  z 
tyłu,  na  pięknej  klaczy  ze  źrebakiem  przy  boku,  a  wszyscy  razem  udawali  się  do  Kentucky, 
Tennessee czy też Bóg wie dokąd. 

Gdy wreszcie wszedł do domu, podbój jego serca został zakończony bez reszty. Był to 

jeden  z  owych  przestronnych  domów  wiejskich  o  wysokich,  lecz  łagodnie  opadających 
dachach,  zbudowany  w  stylu  wprowadzonym  przez  wczesnych  osadników  holenderskich. 
Niskie, wystające do przodu okapy tworzyły na froncie werandę, którą można było zamknąć 
w razie niepogody. Pod nimi wisiały cepy, uprząż, różne utensylia rolnicze i sieci do łowienia 
ryb w pobliskiej rzece. Pod ścianami zbudowane były ławy do użytku letniego, a wielki koło-
wrotek w jednym końcu i maślnica w drugim wskazywały na to, jak różnorodne prace mogą 
być wykonywane na ganku. Z werandy zdziwiony Ichabod wkroczył do sieni, która tworzyła 
centrum domostwa i była głównym miejscem przebywania domowników. Tu oczy jego olśnił 
długi  szereg  błyszczących  naczyń  cynowych,  ustawionych  na  kredensie.  W  jednym  kącie 
sieni  stał  wielki  wór  wełny,  przygotowanej  do  przędzenia,  w  drugim  leżał  zwój  samodziału 
prosto z warsztatu tkackiego, a ściany zdobiły kolby kukurydzy oraz wianki suszonych jabłek 
i brzoskwiń niby barwne festony, przetykane błyskotkami czerwonej papryki. Przez uchylone 
drzwi Ichabod widział piękny salon, gdzie ciężkie fotele i mahoniowe stoły lśniły jak lustro. 
Spod  opadających  pędów  asparagusa  połyskiwał  pogrzebacz  wraz  z  towarzyszącymi  mu 
szczypcami  i  szufelką;  sztuczne  kwiecie  pomarańczy  i  muszle  zdobiły  gzyms  kominka,  nad 
nim widniały sznury kolorowych jajek ptasich. Wielkie strusie jajo zwisało ze środka sufitu, 
w kącie zaś kredens, przezornie otwarty, ukazywał bogactwo starego srebra i dobrze sklejonej 
porcelany. 

Od chwili, gdy oko Ichaboda padło na ten uroczy przybytek, spokój jego ducha runął w 

gruzy i nasz nauczyciel myślał tylko o tym, jak by pozyskać względy nieocenionej córki Van 
Tassela.  W  przedsięwzięciu  tym  atoli  miał  do  pokonania  gorsze  przeszkody  aniżeli  dawny 
błędny rycerz, który miał jedynie do czynienia z olbrzymami, czarownicami, smokami ogni-
stymi  oraz  innymi  łatwymi  do  pokonania  przeciwnikami,  przedostać  się  musiał  tylko  przez 
żelazne  lub  spiżowe  bramy  czy  kamienne  mury  do  zamczyska,  w  którym  uwięziona  była 
dama jego serca, i dokonywał tego wszystkiego z równą łatwością, z jaką ktoś dobiera się do 
nadzienia placka z wiśniami, a wówczas wybranka bez dalszych ceregieli oddawała mu rękę i 
serce.  Ichabod  natomiast  musiał  utorować  sobie  drogę  do  serca  prowincjonalnej  kokietki, 
obwarowanej  labiryntem  zachcianek  i  kaprysów,  która  wciąż  piętrzyła  coraz  to  nowe  prze-
szkody,  musiał  też  mieć  do  czynienia  z  całym  zastępem  groźnych,  a  najzupełniej  realnych 
przeciwników  —  licznych  adoratorów  miejscowych,  co  oblegali  każde  drzwi  do  jej  serca  i 
choć  spoglądali  na  siebie  nawzajem  niechętnym  okiem,  to  jednak  gotowi  byli  we  wspólnej 

background image

sprawie zjednoczyć się przeciwko nowemu konkurentowi. 

Wśród  owych  zalotników  najgroźniejszy  był  pewien  tęgi,  hałaśliwy  junak,  chłop  do 

wypitki  i  do  wybitki,  imieniem  Abraham,  czyli  zgodnie  z  holenderskim  skrótem  Brom  Van 
Brunt, ulubieniec całej okolicy, w której głośno było o jego popisach siły i odwagi. Miał sze-
rokie bary, grube stawy, krótko obcięte, kędzierzawe, czarne włosy i zadzierzystą, lecz wcale 
przyjemną  gębę,  na  której  malowała  się  mieszanina  żartobliwości  i  buty.  Ze  względu  na 
herkulesową  postać  i  wielką  siłę  w  rękach  i  w  nogach  przezywano  go  „Brom  Wielkolud”  i 
pod tym mianem był powszechnie znany. Słynął jako wytrawny znawca koni i jeździł konno 
niczym Tatar. Pierwszy był we wszystkich wyścigach i zawodach, a że siła fizyczna w życiu 
wiejskim  daje  człowiekowi  wielką  przewagę  nad  innymi,  bywał  rozjemcą  we  wszelkich 
zatargach;  zsuwał  wówczas  kapelusz  na  bakier  i  ogłaszał  wyrok  tonem  nie  dopuszczającym 
sprzeciwu  ani  odwołania.  Zawsze  był  gotów  do  bijatyki  lub  figlów,  lecz  usposobienie  miał 
raczej  filuterne  niż  złośliwe,  toteż  pod  jego  szorstkością  i  nieokrzesaniem  kryła  się  zwykle 
spora dawka łobuzerskiego humoru i dobroduszności. Miał kilku wesołych kompanów, którzy 
poczytywali  go  za  wzór  i  na  których  czele  przemierzał  powiat,  biorąc  udział  w  każdej 
zwadzie lub zabawie w promieniu wielu mil wokoło. Podczas mrozów nosił zawsze futrzaną 
czapę,  ozdobioną  powiewającym  dumnie  lisim  ogonem,  a  gdy  ludzie  na  jakimś  okolicznym 
zebraniu  towarzyskim  dostrzegli  z  daleka  tę  dobrze  znaną  kitę,  wiedzieli  już,  że  za  chwilę 
będzie  awantura.  Oddział  jego  czasami  przejeżdżał  o  północy  galopem  koło  farmerskich 
domów, wrzeszcząc i hukając niby oddział Kozaków dońskich, i stare damy, wyrwane ze snu, 
słuchały  chwilę,  aż  tupot  kopyt  zamierał  w  oddali,  a  potem  wołały:  „Ach,  to  Wielkolud  ze 
swoją bandą!” Sąsiedzi spoglądali na niego z mieszaniną lęku, podziwu i życzliwości, a gdy 
w pobliżu zdarzyła się jakaś psota lub bójka, potrząsali głowami i zapewniali, że to na pewno 
sprawka Wielkoluda. 

Ten to rozhukany bohater obrał sobie od niejakiego czasu hożą Katarzynę za przedmiot 

swoich  rubasznych  zalotów  i  chociaż  miłosne  jego  zabiegi  przypominały  nieco  tkliwe  pie-
szczoty  niedźwiedzia,  w  okolicy  szeptano,  że  dziewczyna  nie  jest  mu  niechętna.  W  każdym 
razie  awanse  jego  stały  się  sygnałem  do  wycofania  się  dla  innych  konkurentów,  którzy  nie 
mieli ochoty wchodzić w drogę zakochanemu lwu; gdy więc widziano, że w niedzielne popo-
łudnie jego koń uwiązany jest do sztachet przed domem Van Tassela — niechybny znak, że 
Brom znajduje się w domu i, jak to mówiono, „uderza” do panny — wszyscy inni zalotnicy, 
zrozpaczeni, szli dalej i rozpoczynali działania wojenne na innym terytorium. 

Taki był groźny rywal, z którym miał walczyć Ichabod Crane, i przypuszczać trzeba, że 

silniejszy od niego mężczyzna uląkłby się tego współzawodnictwa, a mądrzejszy zwątpiłby o 
możliwości zwycięstwa. 

W  naturze  jednak  Ichaboda  giętkość  była  przedziwnie  pomieszana  z  wytrwałością; 

zarówno  fizycznie,  jak  i  moralnie  był  jak  pręt  wikliny  —  gibki,  ale  twardy;  choć  się  zginał, 
nie dawał się nigdy złamać i aczkolwiek chylił się pod najlżejszym naciskiem, ledwie nacisk 
ustąpił — pstryk! Ichabod był już wyprostowany i niósł głowę równie wysoko jak przedtem. 

Stawić jawnie czoło rywalowi byłoby szaleństwem, gdyż Brom był człowiekiem, który 

w  sprawach  sercowych  nie  dałby  nikomu  wejść  sobie  w  paradę,  podobnie  jak  ów  burzliwy 
kochanek, Achilles. Ichabod przeto starał się postępować w sposób dyskretny i łagodnie przy-
podchlebny. Pod przykrywką lekcji muzyki składał częste wizyty na farmie, gdyż mógł się na 
szczęście nie obawiać przykrej ingerencji ze strony rodziców, którzy tak często piętrzą prze-
szkody  na  drodze  zakochanych.  Balt  Van  Tassel  był  człekiem  dobrym  i  wyrozumiałym,  ko-
chał córkę bardziej nawet od swej fajki i jako rozsądny mąż i doskonały  ojciec pozwalał jej 
we  wszystkich  sprawach  rządzić  się  własnym  zdaniem.  Jego  zacna  żoneczka  również  miała 
dość  roboty  przy  gospodarstwie  i  przy  doglądaniu  drobiu,  mawiała  przy  tym  mądrze,  że 
kaczki i gęsi to głupie stworzenia i trzeba ich pilnować, ale dziewczęta potrafią radzić sobie 
same.  Gdy  więc  pracowita  dama  krzątała  się  po  domu  lub  wprawiała  w  ruch  kołowrotek  na 

background image

jednym  końcu  werandy,  a  poczciwy  Balt  palił  swą  wieczorną  fajkę  na  drugim,  przyglądając 
się  wyczynom  małego  drewnianego  wojownika,  który  z  mieczem  w  każdej  ręce  zmagał  się 
walecznie z wiatrem na szczycie stodoły, Ichabod tymczasem zalecał się do córki nad źródeł-
kiem  pod  wielkim  wiązem  lub  przechadzał  się  z  nią  o  zmierzchu  w  porze  tak  sprzyjającej 
elokwencji zakochanego. 

Wyznam, że nie wiem, jak się zabiega o serca niewieście i jak się je zdobywa. Dla mnie 

kobiety  były  zawsze  i  są  nadal  zagadką  i  przedmiotem  zachwytu.  Niektóre  zdają  się  mieć 
tylko  jeden  słaby  punkt  czy  też  furtkę,  przez  którą  można  do  nich  dotrzeć,  do  innych  znów 
prowadzą tysiące dróg i można je ujarzmić na tysiące różnych sposobów. Dowód to wielkiej 
zręczności, gdy kto zdobędzie pannę pierwszego rodzaju, ale jeszcze większego kunsztu stra-
tegicznego daje dowody ten, kto weźmie w posiadanie pannę rodzaju drugiego, musi bowiem 
szturmować  fortecę  przy  każdych  drzwiach  i  przy  każdym  oknie.  Ten,  co  zdobył  tysiąc 
pospolitych serc, zasługuje tedy na pewne uznanie, ale ten, kto posiadł absolutną władzę nad 
sercem kokietki, jest zaiste bohaterem. W każdym razie Brom Van Brunt nie miał widocznie 
tej absolutnej władzy i od chwili, gdy Ichabod Crane ruszył w konkury, akcje jego groźnego 
rywala  wyraźnie  spadły.  Konia  Broma  nie  widywano  już  przy  ogrodzeniu  w  wieczory  nie-
dzielne i stopniowo pomiędzy nim a nauczycielem Sennej Kotliny rozgorzała zawzięta waśń. 

Brom, któremu nie sposób było odmówić pewnej gburowatej rycerskości, byłby niewąt-

pliwie doprowadził do otwartej walki i rozstrzygnął sprawę pretensji do ręki wybranki prosto-
linijnym  a  skutecznym  sposobem  dawnych  błędnych  rycerzy  —  jedną  potyczką.  Ichabod 
wszakże  zbyt  był  świadom  przewagi  fizycznej  przeciwnika,  aby  wstąpić  z  nim  w  szranki: 
słyszał, jak Wielkolud przechwalał się, że „zwinie bakałarza w trąbkę i położy go na półce w 
szkole”,  więc  jako  człowiek  ostrożny,  nie  chciał  dać  mu  do  tego  sposobności.  Ta  uparcie 
pokojowa metoda postępowania była piekielnie drażniąca, wobec czego Brom nie miał innej 
rady,  jak  uciec  się  do  jedynej  broni,  jaka  mu  pozostała,  i  płatać  rywalowi  grubiańskie  figle. 
Ichabod  stał  się  przedmiotem  żartobliwego  prześladowania  ze  strony  Broma  i  jego  konnych 
kompanów.  Najeżdżali  jego  dotychczas  zaciszne  domeny;  wykurzali  go  wraz  z  uczniami  ze 
szkoły  śpiewu,  zatykając  komin;  mimo  umocnień  z  wikliny  i  pali  włamywali  się  w  nocy  do 
budynku szkolnego i przewracali tam wszystko do góry nogami, aż biedny nauczyciel zaczął 
podejrzewać, że czarownice z całej okolicy odbywają tam nocne zebrania. Ale co najgorsza, 
Brom przy każdej okazji ośmieszał go w obecności damy jego serca, ponadto zaś miał niego-
dziwego psa, którego nauczył skowyczeć w sposób niezmiernie komiczny, i zaprezentował go 
pannie  Van  Tassel  jako  konkurenta  Ichaboda,  twierdząc,  że  pragnie  on  udzielać  jej  lekcji 
psalmodii. 

W ten sposób sprawy trwały czas jakiś, nie przynosząc żadnych konkretnych zmian we 

wzajemnym stosunku rywalizujących potęg. Pewnego pięknego popołudnia jesiennego zadu-
many  Ichabod  niby  na  tronie  siedział  na  wysokim  stołku,  z  którego  zazwyczaj  obserwował 
swe  szkolne  królestwo.  W  ręce  trzymał  linię,  owo  berło  absolutnej  i  despotycznej  władzy, 
rózga sprawiedliwości spoczywała na trzech gwoździach za tronem, budząc ustawiczną grozę 
w  ewentualnych  przestępcach;  na  pulpicie  zaś  przed  nim  widniała  przeróżna  skonfiskowana 
kontrabanda  i  zakazana  broń,  jak  to:  na  pół  ogryzione  jabłka,  proce,  kolorowe  bąki,  pułapki 
na  muchy  i  cały  legion  buńczucznych  papierowych  kogutków.  Najwidoczniej  przed  chwilą 
właśnie musiał się odbyć jakiś groźny akt wymiaru sprawiedliwości, gdyż wszyscy uczniowie 
patrzyli pilnie w książki albo szeptali ukradkiem pod osłoną tych książek, zerkając lękliwie na 
nauczyciela, a w całej klasie panowała względna cisza. Przerwana została przez ukazanie się 
Murzyna w kurtce i spodniach ze zgrzebnego płótna i w jakimś strzępie kapelusza na głowie, 
przypominającym hełm Merkurego. Murzyn zajechał na kosmatym, na pół tylko ujeżdżonym 
źrebaku, którym kierował przy pomocy sznurka zamiast uzdy, zbliżył się z wielkim hałasem 
do drzwi szkoły i oznajmił, że Ichabod proszony jest na zabawę, mającą się odbyć tego popo-
łudnia  u  imć  Van  Tassela,  gdy  zaś  wykonał  swe  zadanie  z  ową  dumną  powagą  i  grandi-

background image

lokwencją,  do  jakiej  skłonni  są  Murzyni  przy  drobnych  misjach  tego  rodzaju,  przesadził 
strumień i odjechał w górę zbocza z miną wciąż zaaferowaną i godną. 

W  tak  spokojnej  przed  chwilą  szkole  powstał  teraz  wielki  ruch.  Uczniowie  musieli 

czym  prędzej  kończyć  lekcje,  nie  marudząc  nad  drobiazgami;  co  zręczniejsi  opuszczali  bez-
karnie połowę, bardziej zaś opieszali dostawali od czasu do czasu bolesnego klapsa w poślad-
ki,  co  znakomicie  zaostrzało  ich  percepcję  i  pomagało  przebrnąć  przez  trudniejsze  słowa. 
Książki rzucano na bok, nie tracąc czasu na odkładanie ich na półki, przewracano kałamarze, 
trzaskano pulpitami, aż wreszcie wszyscy uczniowie zostali zwolnieni na całą godzinę przed 
zwykłą porą i wypadli ze szkoły jak zastęp małych diablików, wrzeszcząc i skacząc z radości. 

Szarmancki  Ichabod  poświęcił  następnie  pół  godziny  ekstra  na  toaletę,  czyszcząc  i 

odświeżając swój najlepszy, a w rzeczy samej jedyny, wyrudziały czarny garnitur i układając 
swe pukle przed odłamkiem lustra, co wisiało w budynku szkolnym. Aby stanąć przed damą 
serca w całej świetności, pożyczył konia od farmera, u którego właśnie kwaterował, popędli-
wego starego Holendra nazwiskiem Hans Van Ripper, i dosiadłszy wierzchowca, wyruszył w 
drogę niby błędny rycerz na poszukiwanie przygód. Ale wypada mi teraz zgodnie z kanonami 
romantycznej opowieści opisać wygląd i ekwipunek bohatera i jego rumaka. Koń, na którym 
jechał, był to stary, dychawiczny koń roboczy, co z wiekiem wyzbył się wszystkich dawnych 
cech  prócz  złośliwości.  Chudy,  kosmaty,  miał  cienką  szyję  i  wielki  łeb;  w  jednym  jego  oku 
brakowało źrenicy i połyskiwało ono mętnie i upiornie, w drugim za to migotały iście diabel-
skie  błyski.  Musiał  jednak  w  swoim  czasie  odznaczać  się  ogniem  i  temperamentem,  jeśli 
wolno sądzić z imienia, nazywał się bowiem: „Piorun”. Był ongiś ulubionym wierzchowcem 
gniewliwego  Hansa  Van  Rippera,  który  należał  do  namiętnych  jeźdźców,  i  prawdopodobnie 
coś z usposobienia pana udzieliło się koniowi, gdyż acz stary i spracowany z wyglądu, miał w 
sobie więcej szatańskiej fantazji aniżeli jakakolwiek młoda klacz w całej okolicy. 

Ichabod był akurat odpowiednią figurą dla takiego rumaka. Jechał z krótkimi strzemio-

nami,  przez  co  kolana  jego  znajdowały  się  prawie  na  równi  z  łękiem  siodła,  ostre  łokcie 
sterczały mu jak konikowi polnemu; pejcz trzymał pionowo niby berło, a gdy koń biegł tru-
chtem, ruchy ramion jeźdźca przypominały do złudzenia bicie skrzydeł. Mały wełniany kape-
lusz zdobił szczyt nosa Ichaboda, tak bowiem można by nazwać wąski pasek, zastępujący mu 
czoło, a rozwiane poły czarnego surduta sięgały niemal końskiego ogona. Tak się prezentował 
Ichabod i jego wierzchowiec, gdy wyjeżdżali z bramy Hansa Van Rippera, stanowiąc widok, 
jaki rzadko zdarza się oglądać w biały dzień. 

Jak już wspomniałem, był piękny dzień jesienny, niebo jaśniało pogodą, a natura włoży-

ła ową bogatą, złotą liberię, która kojarzy nam się zawsze z pojęciem obfitości. Lasy ustroiły 
się  w  poważne  brązy  i  żółcie,  niektóre  zaś  delikatniejsze  drzewa,  wyszczypane  przez  przy-
mrozki,  zarumieniły  się  purpurą  i  szkarłatem.  Ciągi  dzikich  kaczek  poczęły  ukazywać  się 
wysoko w powietrzu, poszczekiwanie wiewiórek dawało się słyszeć z zagajników brzóz i le-
szczyny, a przyległe rżyska rozbrzmiewały od czasu do czasu smętnym gwizdem przepiórki. 

Drobne ptaszki wyprawiały ucztę pożegnalną. Ćwierkając i figlując fruwały radośnie z 

krzaka na krzak i z drzewa na drzewo, przebierając w smakowitych kąskach, gdyż wobec tak 
wielkiej  ilości  i  urozmaicenia  nagromadzonego  jadła  stały  się  wybredne  i  grymaśne.  Był  tu 
zacny rudzik o wysokim, kłótliwym głosie, ulubiona zdobycz nieletnich myśliwych; rozświe-
gotane  szpaki,  latające  ciemnymi  chmurami;  złotoskrzydły  dzięcioł  ze  swym  cynobrowym 
grzebieniem, szerokim, czarnym gorsem i wspaniałym upierzeniem; jemiołuszka z czerwono 
zakończonymi  skrzydłami,  żółto  zakończonym  ogonem  i  czapeczką  z  piór;  wreszcie  sójka 
czubata,  ten  hałaśliwy  pajac  w  jaskrawym  niebieskim  kubraku  i  białych  pantalonach,  co 
nieustannie wrzeszczy, trajkocze, podskakuje, kłania się i udaje, że jest w przyjaźni z każdym 
śpiewakiem w zagajniku. 

Ichabod wolnym truchtem jechał ku swemu celowi, a oko jego, zawsze czułe na wsze-

lkie  oznaki  obfitości  kulinarnej,  z  rozkoszą  spozierało  na  bogactwa  wesołej  jesieni.  Po  obu 

background image

stronach  drogi  widział  wielkie  zapasy  jabłek;  niektóre  zwisały  jeszcze  gęstymi  frędzlami  z 
gałęzi, inne leżały już w koszach i beczkach, przygotowane na targ; jeszcze inne, ułożone w 
wielkie  stosy,  czekały  na  prasę,  co  przetworzy  je  na  jabłecznik.  Dalej  ujrzał  rozległe  pola 
kukurydzy,  których  złote  kolby  wyglądały  spod  zielonych  okryć,  zapowiadając  smakowite 
ciastka  i  puddingi;  poniżej  żółte  dynie,  obracające  krągłe  brzuszki  ku  słońcu  i  cieszące  oko 
perspektywą  najlepszych  w  świecie  pierożków;  potem  mijał  wonne  pola  gryki,  tchnące 
miodem,  a  gdy  je  ujrzał,  poczuł  przedsmak  wykwintnych  placków,  dobrze  posmarowanych 
masłem i polanych miodem lub melasą pulchną, delikatną rączką Katarzyny Van Tassel. 

Tak więc pokrzepiając ducha słodkimi myślami i „miodowymi nadziejami”, wędrował 

po zboczach wzgórz, które okalają jeden z najpiękniejszych zakątków nad potężnym Hudso-
nem.  Słońce  stopniowo  potoczyło  swój  szeroki  dysk  na  zachód.  Szerokie  łono  Tappaan  Zee 
było  nieruchome  i  szkliste,  tu  i  ówdzie  tylko  łagodne  falowanie  przedłużało  niebieski  cień 
odległej góry. Kilka bursztynowych obłoków płynęło po niebie, choć nie poruszało ich żadne 
tchnienie  wiatru.  Złotawa  barwa  widnokręgu  zmieniła  się  stopniowo  w  czystą  zieleń  jabłe-
czną, dalej zaś w głęboki błękit. Ukośny promień muskał lesiste grzebienie urwisk, zwisające 
gdzieniegdzie nad rzeką i pogłębiające szarość i czerwień skalistych stoków. W oddali jakaś 
samotna  żaglówka  sunęła  wolno  z  prądem,  żagiel  jej  zwisał  bezwładnie  na  maszcie;  a  gdy 
odbicie nieba połyskiwało na powierzchni cichej wody, zdawało się, że łódź zawieszona jest 
w powietrzu. 

Miało się już ku wieczorowi, kiedy Ichabod dotarł do domu imć Van Tassela. Zastał tu 

chlubę i kwiat całej okolicy w komplecie. Byli tu starzy farmerzy, chudzi i ogorzali, w samo-
działowych  surdutach  i  spodniach,  granatowych  pończochach  i  wielkich  pantoflach  z  cyno-
wymi klamrami. Były ich drobne, energiczne, acz zwiędłe małżonki w marszczonych kaptur-
kach, w krótkich sukniach z długą talią, w halkach z płótna własnej roboty; z barwnych kreto-
nowych kieszeni wyglądały im nożyczki i poduszeczki ze szpilkami. Były ich dorodne córki, 
ubrane  równie  staroświecko  jak  ich  matki,  choć  niekiedy  słomkowy  kapelusz,  kolorowa 
wstążka lub biała suknia stanowiła pewną oznakę szerzących się nowinek miejskich. Byli też 
synowie, w krótkich kaftanach z prostokątnymi połami i rzędami okazałych mosiężnych guzi-
ków;  włosy  podług  ówczesnej  mody  mieli  przeważnie  związane  w  koński  ogon,  zwłaszcza 
jeśli udało im się zdobyć na wiązadło skórę węgorza, panowało bowiem powszechne przeko-
nanie, że skóra ta jest znakomitym środkiem na wzmocnienie i porost włosów. 

Bohaterem  wszakże  zebrania  był  Brom  Wielkolud,  który  przyjechał  na  swym  ulubio-

nym wierzchowcu mianem „Zuchwalec”, podobnie jak i on krnąbrnym i pełnym temperame-
ntu,  z  którym  to  wierzchowcem  nikt  prócz  Broma  nie  potrafił  sobie  radzić.  Brom  zresztą 
słynął z upodobania do złośliwych koni, zdolnych do wszelkiego rodzaju figlów i ustawicznie 
narażających  jeźdźca  na  skręcenie  karku,  zdaniem  jego  bowiem  koń  łagodny  i  dobrze  uje-
żdżony niegodzien był chłopca z fantazją. 

Zatrzymałbym  się  tu  chętnie,  aby  odmalować  cuda,  które  ukazały  się  zachwyconym 

oczom mojego bohatera, gdy ten wszedł do salonu domostwa imć Van Tassela. Nie chodzi mi 
o powaby grona dorodnych panien ani o piękno ich strojów mieniących się bielą i czerwienią, 
lecz  o  uroki  na  autentyczną  modłę  holenderską  zastawionego  stołu  wiejskiego  w  bogatej  i 
hojnej  porze  jesiennej.  Cóż  za  tace  pełne  ciastek  przeróżnych  i  nieopisanych  gatunków, 
znanych  tylko  doświadczonym  gospodyniom  holenderskim!  Pulchne  obwarzanki,  delikatne 
plecionki, brązowe lukrowane pączki, ciastka francuskie i ciastka kruche, ciastka imbirowe i 
ciastka miodowe — cała rodzina ciastek i ciasteczek. Potem następowały szarlotki z jabłkami, 
z  brzoskwiniami  i  z  dynią  obok  płatów  szynki  i  wędzonej  wołowiny;  ponadto  półmiseczki 
marynowanych śliwek, brzoskwiń, gruszek, pigw; nie mówiąc już o łososiu z rusztu i o pie-
czonych kurczętach wraz z dzbankami mleka i śmietanki, wszystko to przemieszane jak groch 
z kapustą, mniej więcej tak, jak ja te potrawy wyliczyłem, w środku zaś królował opiekuńczy 
imbryk,  wysyłając  w  górę  kłęby  pary  —  mój  ty  Boże!  Potrzeba  by  mi  więcej  tchu  i  czasu, 

background image

żeby omówić tę ucztę tak, jak na to zasługuje, a zarazem pilno mi powrócić do mojej opowie-
ści.  Na  szczęście  Ichabod  Crane  nie  śpieszył  się  tak  bardzo,  jak  jego  historyk,  lecz  oddał 
całkowitą sprawiedliwość każdemu przysmakowi. 

Był  on  człowiekiem  dobrotliwym  i  wdzięcznym,  któremu  serce  rosło  w  miarę,  jak 

żołądek wypełniał się jadłem, i który od dobrego jedzenia nabierał fantazji jak inni mężczyźni 
od mocnego trunku. Mimo woli też, zajadając, toczył wokoło swoimi wielkimi oczami i śmiał 
się cicho a radośnie na myśl o tym, że być może pewnego pięknego dnia zostanie władcą tych 
niewiarygodnych  wprost  wspaniałości.  A  wówczas,  myślał  sobie,  odwróci  się  plecami  do 
starej  szkoły,  da  prztyczka  w  nos  staremu  Van  Ripperowi  i  wszystkim  innym  sknerom-
patronom,  a  każdego  wędrownego  bakałarza,  co  ośmieli  się  nazwać  go  kolegą,  kopniakiem 
wyrzuci za drzwi. 

Stary  Baltus  Van  Tassel  chodził  wśród  gości  z  twarzą  promieniejącą  zadowoleniem, 

krągłą  i  wesołą  jak  księżyc  sierpniowy.  Gościnne  jego  atencje  były  zwięzłe,  lecz  wyraziste, 
ograniczały się bowiem do uścisku dłoni, klepnięcia po ramieniu, głośnego śmiechu i usilne-
go zaproszenia, żeby gość „przystąpił do dzieła i częstował się”. 

Po  chwili  dźwięki  muzyki  z  bawialni  czy  też  z  sieni  wezwały  obecnych  do  tańca. 

Muzykantem  był  stary,  siwy  Murzyn,  który  od  przeszło  pół  wieku  pełnił  w  okolicy  funkcję 
wędrownej  orkiestry.  Instrument  jego  był  równie  stary  i  sfatygowany  jak  on  sam.  Rzępolił 
przeważnie  na  dwóch,  a  co  najwyżej  trzech  strunach,  kiwając  głową  przy  każdym  pociąg-
nięciu smyczka, pochylając się niemal do samej ziemi i tupiąc nogą, ilekroć nowa para miała 
rozpocząć tany. 

Ichabod szczycił się swoim kunsztem tanecznym na równi z uzdolnieniami wokalnymi. 

Żaden jego mięsień, żaden nerw nie próżnował bezczynnie i gdyby państwo widzieli tę chudą, 
długonogą  postać,  skaczącą  z  tupotem  po  pokoju,  sądzilibyście  zapewne,  że  to  sam  święty 
Wit, ów błogosławiony patron tańca, objawił się wam we własnej osobie. Nauczyciel stanowił 
przedmiot  podziwu  wszystkich  Murzynów  różnego  wieku  i  wzrostu,  którzy  zebrali  się  tu  z 
farmy  oraz  z  sąsiedztwa  i  stali  tworząc  piramidę  lśniących,  czarnych  twarzy  przy  każdych 
drzwiach  i  przy  każdym  oknie,  patrząc  z  zachwytem  na  rozgrywające  się  przed  nimi  sceny, 
przewracając białkami oczu i ukazując rzędy śnieżnych zębów od ucha do ucha. Zresztą po-
gromca urwisów był wyjątkowo ożywiony i radosny, w czym nie było nic dziwnego — dama 
jego serca była mu partnerką w tańcu i uśmiechała się łaskawie w odpowiedzi na jego czułe 
spojrzenia,  gdy  tymczasem  Brom  Wielkolud,  rozdzierany  miłością  i  zazdrością,  siedział 
posępnie a samotnie w kącie. 

Kiedy się taniec skończył,  Ichaboda pociągnęła ku sobie grupka doświadczonych oby-

wateli, którzy wraz ze starym Van Tasselem siedzieli na werandzie paląc fajki, rozprawiając o 
dawnych czasach i snując długie opowieści o wojnie. 

W okresie, o którym opowiadam, okolica należała do owych szczęśliwych miejscowo-

ści, obfitujących w kronikarzy i wielkich ludzi. Podczas wojny linia frontu anglo-amerykań-
skiego  przebiegała  nie  opodal,  okolica  ta  stała  się  więc  domeną  maruderów  i  niepokojona 
była przez uchodźców, cowboyów i wszelkiego rodzaju pogranicznych rycerzy. Upłynęło już 
dość czasu,  aby każdy narrator zdołał odpowiednio ubarwić swoje dopowiadanie i  w dobro-
czynnej mgiełce przesłaniającej wspomnienia uczynić siebie bohaterem każdego wyczynu. 

Wysłuchano  tedy  opowieści  Doffue  Martlinga,  wielkiego  Holendra  o  sinoczarnej  bro-

dzie,  który  za  pomocą  dziewięciofuntowego  działa  opartego  na  brustwerze  *  z  błota  byłby 
pokonał  fregatę  brytyjską,  gdyby  nie  to,  że  działo  pękło  przy  szóstym  strzale.  Następnie 
zabrał głos pewien starszy jegomość, który pozostanie bezimienny, jest bowiem panem zbyt 
bogatym, aby wolno było przytaczać jego imię bez należytej powagi — a który w bitwie pod 
Whiteplains, będąc znakomitym szermierzem,  odparował krótką szablą kulę muszkietową tak  
 

* Brustwer (z niem.) — wał ziemny dla ochrony od kul. 

background image

zręcznie, że czuł dokładnie, jak kula ześliznęła się po klindze i odbiła od rękojeści, na dowód 
czego  gotów  był  w  każdej  chwili  pokazać  szablę  z  lekko  wygiętą  rękojeścią.  Po  nim  głos 
zabrało jeszcze kilku mężów, równie zasłużonych na polu walki, a każdy z nich był święcie 
przekonany, że przyczynił się wydatnie do pomyślnego zakończenia wojny. 

Ale  wszystko  to  było  niczym  wobec  opowieści  o  duchach  i  zjawach,  które  nastąpiły 

potem. Okolica obfituje w tego rodzaju skarby. Lokalne podania i wierzenia krzewią się naj-
bardziej w tych zacisznych ustroniach, mających długą tradycję, giną natomiast pod stopami 
nieosiadłej  rzeszy  tworzącej  ludność  rozlicznych  nowszych  ośrodków.  Na  dobitkę  duchy  w 
większości naszych miasteczek i wsi są zniechęcone, zaledwie bowiem zdążą zakończyć pie-
rwszą drzemkę i przewrócić się w grobach, a już ich pozostali przy życiu przyjaciele wynoszą 
się z okolicy, gdy więc duchy wychodzą na swój nocny obchód, nie ma już wcale znajomych, 
których mogłyby odwiedzić. To jest może główny powód, dla którego tak rzadko słyszymy o 
duchach poza starymi osiedlami holenderskimi. 

Bezpośrednią wszakże przyczyną mnogości nadprzyrodzonych historii w tych stronach 

była niewątpliwie bliskość Sennej Kotliny. Samo nawet powietrze przypływające z owego na-
wiedzonego regionu niosło w sobie zarazki; nawiewało nastrój marzeń i przywidzeń, zaraża-
jący  całą  prowincję.  Na  przyjęciu  u  Van  Tassela  obecnych  było  kilku  mieszkańców  Sennej 
Kotliny i jak zwykle snuli oni swe niesamowite i cudowne opowieści. Wiele przerażających 
historii opowiedziano o orszakach pogrzebowych, o żałosnych szlochach i jękach, słyszanych 
przy wielkim drzewie, pod którym ujęto nieszczęsnego majora André, a które stało w sąsiedz-
twie.  Wspomniano  także  o  kobiecie  w  bieli,  co  ukazywała  się  w  ciemnym  wąwozie  przy 
Raven Rock; częstokroć słyszano jej krzyki w noce zimowe przed zamiecią, ponieważ zginęła 
tam  w  śniegu.  Przeważająca  jednak  część  opowieści  dotyczyła  ulubionego  widma  Sennej 
Kotliny, Jeźdźca Bez Głowy, którego słyszano ostatnio kilka razy,  gdy patrolował okolicę i, 
jak utrzymywano, przywiązywał co noc konia wśród grobów na cmentarzu. 

Odosobnione położenie kościoła sprawiło, że jest on od dawna ulubionym przybytkiem 

duchów,  nie  mogących  znaleźć  ukojenia.  Stoi  na  wzgórzu,  otoczony  akacjami  i  strzelistymi 
wiązami, spośród których jego bielone ściany świecą skromnie niby cnota chrześcijańska pro-
mieniejąca z cienistego ukrycia. Łagodny stok prowadzi stąd ku srebrnej tafli wody, okolonej 
wysokimi  drzewami,  między  którymi  można  dostrzec  skrawki  niebieskich  wzgórz  Hudsonu. 
Gdy popatrzeć na porośnięty trawą dziedziniec, gdzie promienie słońca zdają się spać tak bez-
namiętnie, można by sądzić, że tu przynajmniej umarli winni spoczywać w spokoju. Po jednej 
stronie kościoła ciągnie się szeroka lesista dolinka, w której rwący potok huczy wśród odłam-
ków skał i pni powalonych drzew. Nad głęboką, czarną częścią potoku, niedaleko od kościoła, 
przerzucono  niegdyś  drewniany  most;  prowadząca  ku  niemu  droga  i  sam  most  były  gęsto 
ocienione nawisłymi konarami drzew; cień ów sprawiał, że miejsce to było posępne nawet w 
dzień,  w  nocy  zaś  panujące  tu  ciemności  budziły  przerażenie.  Właśnie  ten  mostek  upodobał 
sobie  Jeździec  Bez  Głowy  i  tu  najczęściej  go  spotykano.  Opowiadano,  że  stary  Brouwer, 
zatwardziały heretyk, odrzucający wszelką wiarę w duchy, spotkał raz Jeźdźca powracającego 
z wyprawy do Sennej Kotliny i musiał wsiąść za nim na siodło; galopowali pono przez zaro-
śla i gęstwiny, poprzez wzgórza i mokradła, aż dotarli do mostku, gdzie Jeździec zmienił się 
nagle w szkielet, wrzucił starego Brouwera do potoku i z hukiem grzmotu przeskoczył przez 
szczyty drzew. 

Historię tę natychmiast zaćmiła po trzykroć niesamowita przygoda Broma Van Brunta, 

który  bagatelizował  historie  o  Galopującym  Heseńczyku,  mając  je  za  wierutną  blagę.  Brom 
potwierdził, że pewnej nocy, gdy wracał z sąsiedniej osady Sing-Sing, dopędził go ów nocny 
jeździec; że on, Brom, zaproponował duchowi wyścig o wazę ponczu i byłby  go wygrał, bo 
Zuchwalec pobił na głowę upiornego konia, ale zaledwie dojechali do mostku przy kościele, 
Heseńczyk wyrwał naprzód i znikł w błysku ognia. 

Wszystkie te gadki, opowiadane owym sennym półgłosem, jakim mężczyźni rozmawia-

background image

ją w ciemnościach, gdy twarze słuchaczy tylko od czasu do czasu wyłaniają się na moment z 
mroku  oświetlone  fajką,  zapadły  głęboko  w  duszę  Ichaboda.  Odwdzięczył  się  za  nie  obsze-
rnymi wyjątkami z dzieł swego nieocenionego mistrza, Cottona Mathera, i uzupełnił je relacją 
o wielu nadprzyrodzonych zdarzeniach, które miały miejsce w jego rodzimym stanie Conne-
cticut,  oraz  opisem  przerażających  widziadeł,  jakie  oglądał  podczas  swoich  wieczornych 
wędrówek po Sennej Kotlinie. 

Uczta  dobiegała  stopniowo  końca.  Starzy  farmerzy  zbierali  rodziny  do  swych  wozów, 

turkot  tych  pojazdów  słychać  było  jeszcze  przez  jakiś  czas  na  pobliskich  drogach  i  spoza 
odległych wzgórz. Niektóre panny uplasowały się na siodłach za adoratorami i beztroski ich 
śmiech  pomieszany  z  tupotem  kopyt  końskich  budził  echa  wśród  zacisznych  lasów. 
Rozbrzmiewały one coraz słabiej i słabiej, aż wreszcie zamarły w oddali — i w miejscu nie-
dawnej wesołości i zgiełku zapanowała cisza. Został jedynie Ichabod, aby zgodnie ze zwycza-
jem prowincjonalnych zalotników urwać jeszcze chwilkę sam na sam ze swą wybranką, prze-
konany już teraz całkowicie, że jest na najlepszej drodze do zwycięstwa. Co się zdarzyło pod-
czas  tej  rozmowy,  nie  powiem,  bo  sam  tego  nie wiem.  Obawiam  się  jednak,  że  coś  musiało 
się Ichabodowi nie powieść, po krótkim bowiem czasie opuścił gościnne progi z miną wielce 
nieszczęśliwą. O kobiety! Kobiety! Czy to możliwe, że wszystko to były tylko zwykłe sztu-
czki niedobrej kokietki? Czy zachęta, jakiej udzieliła biednemu pedagogowi, była tylko oszu-
kaństwem, mającym ułatwić jej zdobycie na męża jego rywala? — Bóg jeden to wie, bo ja nie 
wiem! — Wystarczy powiedzieć, że Ichabod wymknął się z posiadłości Van Tassela z miną 
człowieka, co próbował raczej skraść kurę z kurnika aniżeli serce pięknej panny. Nie ogląda-
jąc  się  w  prawo  ani  w  lewo,  aby  podziwiać  bogactwa,  które  napełniały  go  częstokroć  taką 
radością,  poszedł  prosto  do  stajni,  kilkoma  szturchańcami  i  kopniakami  nader  nieuprzejmie 
wyrwał swego wierzchowca z miłego snu w wygodnym stoisku, gdzie śnił o górach kukury-
dzy i owsa i o całych dolinach tymotki i koniczyny. 

Była właśnie  godzina duchów, kiedy  Ichabod, smutny i zgnębiony, powracał do domu 

po  zboczach  wyniosłych  wzgórz,  które  wznoszą  się  nad  Tarrytown,  a  które  przebywał  po 
południu w tak doskonałym humorze. Pora była  równie posępna jak on sam. Daleko w dole 
Tappaan  Zee  rozpościerało  swe  mgliste  wody,  jedynie  tu  i  ówdzie  przy  brzegu  widać  było 
wysoki  maszt  żaglówki,  kołyszącej  się  lekko  na  kotwicy.  W  głębokiej  ciszy  północnej 
Ichabod słyszał nawet szczekanie psa na przeciwległym brzegu Hudsonu,  było ono wszakże 
tak  słabe  i  nikłe,  że  dawało  tylko  pojęcie  o  odległości  dzielącej  bakałarza  od  tego  wiernego 
towarzysza  człowieka.  Od  czasu  do  czasu  też  skądś  z  bardzo  daleka,  z  jakiejś  farmy  wśród 
wzgórz, dolatywało pianie przypadkiem obudzonego koguta, ale dla uszu Ichaboda brzmiało 
ono niby dźwięki słyszane we śnie. W pobliżu nie było żadnego znaku życia, jeśli nie liczyć 
odzywającego  się  czasem  ćwierkania  świerszcza  lub  gardłowego  kumkania  ropuchy  z  sąsie-
dniego bagniska, jak gdyby ta spała niewygodnie i przekręciła się nagle na posłaniu. 

Wszystkie  opowieści  o  duchach  i  upiorach,  słyszane  po  południu,  ożyły  mu  teraz  w 

pamięci.  Noc  była  coraz  ciemniejsza,  gwiazdy,  zdawało  się,  zapadały  głębiej  w  niebo,  a 
przepływające  chmury  chwilami  zasłaniały  je  zupełnie  przed  wzrokiem  nauczyciela.  Nigdy 
jeszcze  nie  czuł  się  tak  osamotniony  i  nieszczęśliwy.  Ponadto  zbliżał  się  do  miejsca,  które 
miało  rzekomo  być  sceną  wielu  spośród  historii  o  duchach.  Na  środku  drogi  stał  olbrzymi 
tulipanowiec,  górując niby olbrzym nad wszystkimi okolicznymi drzewami i tworząc swego 
rodzaju  drogowskaz.  Konary  miał  sękate,  dziwaczne  i  tak  grube,  że  mogłyby  tworzyć  pnie 
zwykłych drzew; zwisały  one niemal ku ziemi i  znów wznosiły się w  górę.  Z drzewem tym 
wiązała  się  historia  niefortunnego  majora  André,  którego  tutaj  właśnie  wzięto  do  niewoli,  i 
było ono powszechnie znane jako drzewo majora André. Ogół mieszkańców spoglądał na nie 
z mieszaniną czci i zabobonnego strachu, po części ze współczucia dla losu nieszczęśliwego 
bojownika, po części zaś z powodu związanych z tym miejscem dziwnych zjaw i przejmują-
cych lamentów. 

background image

Zbliżając się do groźnego drzewa, Ichabod zaczął gwizdać; zdawało mu się, że ktoś mu 

odpowiedział  —  był  to  tylko  podmuch  wiatru  świszczący  ostro  w  suchych  gałęziach.  Gdy 
podjechał  bliżej,  zdawało  mu  się,  że  coś  białego  wisi  na  środku  drzewa  —  zatrzymał  się  i 
przestał gwizdać, przyjrzawszy się jednak uważnie, dostrzegł, że jest to ślad uderzenia pioru-
nu, które zdarło korę i obnażyło biały pień. Naraz usłyszał jęk, zęby mu zadzwoniły, kolana 
uderzyły o siodło — ale to tylko jeden konar, kołysany wiatrem, otarł się o drugi. Minął drze-
wo bez szwanku, czekały go jednak nowe niebezpieczeństwa. 

Około  dwustu  jardów  od  drzewa  mały  strumyk  przecinał  drogę  i  niknął  w  bagnistym, 

porośniętym lasem parowie, znanym jako „Bagno Wileya”. Kilka nie ociosanych bali, ułożo-
nych obok siebie, służyło za most przez strumyk. Po tej stronie, gdzie potok wpływał do lasu, 
grupa  dębów  i  kasztanów,  gęsto  obrośnięta  dziką  winoroślą,  rzucała  nań  mroczny  cień. 
Przebycie  tego  mostku  było  najcięższą  próbą.  W  tym  właśnie  miejscu  schwytano  biednego 
majora,  a  za  tamtymi  kasztanami  i  winem  ukryli  się  krzepcy  członkowie  milicji,  którzy  go 
zaskoczyli. Od tego czasu uważa się, że nad strumieniem straszy, i potworny lęk targa ucznia-
kiem, który musi przechodzić tędy sam po zapadnięciu zmroku. 

Gdy więc  Ichabod zbliżył się do strumienia, serce zaczęło mu walić jak młotem, przy-

wołał  jednak  na  pomoc  całą  swą  stanowczość,  dał  koniowi  dziesiątek  kopniaków  w  żebra  i 
chciał przemknąć szybko przez mostek, lecz przekorna stara szkapa, zamiast ruszyć naprzód, 
skoczyła  w  bok  i  wpadła  na  ogrodzenie.  Ichabod,  którego  obawy  wzmagały  się  z  każdą 
chwilą, przerzucił wodze na drugą stronę i z całej siły kopnął konia przeciwległą nogą — na 
próżno,  dzielny  rumak  ruszył  wprawdzie  z  kopyta,  lecz  po  to  tylko,  by  dać  nura  w  gąszcz 
olszyny  i  ciernistych  krzaków  po  przeciwnej  stronie  drogi.  Bakałarz  począł  teraz  okładać 
zarówno pejczem, jak i obcasami wystające żebra starego Pioruna, który prychając i chrapiąc 
wyrwał naprzód, lecz tuż przed mostkiem zatrzymał się tak nagle, że dosiadający go jeździec 
omal  nie  wyleciał  z  siodła.  W  tej  samej  chwili  wyczulone  ucho  Ichaboda  pochwyciło  plusk 
przy mostku, jak gdyby od ciężkiego stąpnięcia. W głębokich cieniach drzew na skraju poto-
ku dostrzegł jakiś wielki, dziwny, czarny, zwalisty kształt. Kształt nie poruszał się, lecz zda-
wał się czaić w mroku niby olbrzymi potwór, gotów do skoku na podróżnego. 

Zmartwiałemu pedagogowi włosy stanęły dęba. Co robić? Na zawrócenie i ucieczkę by-

ło już za późno, poza tym czy można uciec przed duchem czy upiorem, który pędzi na skrzy-
dłach wiatru? Ichabod zdobył się więc na pozory odwagi i zapytał drżącym nieco głosem: 

— Kto to? 
Nie  otrzymał  odpowiedzi.  Powtórzył  pytanie  głosem  jeszcze  bardziej  drżącym.  Odpo-

wiedzi nadal nie było. Jeszcze raz ścisnął boki nieugiętego Pioruna, zamknął oczy i z mimo-
wolnym  ferworem zaintonował psalm. Wówczas niewyraźny  a przerażający  kształt poruszył 
się i jednym skokiem znalazł się na środku drogi. Chociaż noc była ciemna i ponura, można 
było teraz jako tako rozróżnić zarysy postaci nieznajomego. Jak się zdawało, był to jeździec 
potężnych rozmiarów, siedzący na wielkim, czarnym koniu. Nie zdradzał ani wrogich, ani też 
przyjaznych  zamiarów,  lecz  w  milczeniu  jechał  truchtem  obok  starego  Pioruna,  który  tym-
czasem uspokoił się już i przestał szaleć. 

Ichabod, nie ucieszony bynajmniej tym dziwnym nocnym towarzystwem, mając w pa-

mięci przygodę Broma Wielkoluda z Galopującym Heseńczykiem, popędzał konia w nadziei, 
że odsadzi się od nieznajomego. Nieznajomy jednak przynaglił również wierzchowca i trzy-
mał się wciąż obok Ichaboda. Ichabod ściągnął wędzidło i począł wlec się stępa, zamierzając 
pozostać w tyle — tamten zrobił to samo. Resztka nadziei opuściła Ichaboda; próbował zain-
tonować  swój  psalm,  lecz  wyschnięty  język  przywarł  mu  do  podniebienia  i  nie  mógł  wydać 
dźwięku. Posępne, uparte milczenie natrętnego  współtowarzysza miało  w sobie coś tajemni-
czego i budzącego śmiertelny lęk. 

Zagadka znalazła wkrótce niemniej przerażające rozwiązanie. Gdy wjeżdżali pod górę, 

dzięki czemu postać nieznajomego zarysowała się wyraźnie na tle nieba, olbrzymia i owinięta 

background image

peleryną,  Ichabod  ujrzał  ze  zgrozą,  że  towarzysz  jego  nie  ma  głowy,  lecz  zgroza  ta  wzrosła 
jeszcze, gdy zauważył, że ową głowę, co powinna by spoczywać na ramionach, jeździec wie-
zie  przed  sobą  na  łęku  siodła.  Strach  nauczyciela  zmienił  się  w  desperację;  Ichabod  gradem 
kopniaków i razów osypał Pioruna, mając nadzieję, że nagłym zrywem umknie towarzyszowi, 
lecz upiór ruszył wraz z nim pełnym galopem. Pędzili na oślep przed siebie, kamienie leciały 
spod kopyt, przy każdym skoku migotały iskry. Wiotkie poły surduta bakałarza powiewały na 
wietrze, gdy w panicznej ucieczce wyciągał długie, chude ciało aż poza łeb koński. 

Dotarli  teraz  do  drogi,  która  skręca  ku  Sennej  Kotlinie,  ale  Piorun,  jak  gdyby  opętany 

przez  diabła,  zamiast  trzymać  się  właściwego  kierunku,  skręcił  w  przeciwną  stronę  i  na 
złamanie  karku  pomknął  w  dół  ze  zbocza.  Droga  ta  wiedzie  przez  piaszczyste  zagłębienie, 
ocienione drzewami na przestrzeni około ćwierć mili, dalej przez ów słynny most, figurujący 
w  tylu  opowieściach  o  duchach,  za  mostem  zaś  wznosi  się  zielone  wzgórze,  na  którym  stoi 
kościół. 

Dotychczas  paniczny  strach  wierzchowca  dawał  jego  niewprawnemu  jeźdźcowi  wyra-

źną przewagę w tym wyścigu, lecz w połowie drogi do mostu popręgi pękły i Ichabod poczuł, 
że siodło wysuwa się spod niego. Chwycił za łęk i starał się je przytrzymać, wysiłki jego były 
wszakże daremne, zdążył tylko w ostatniej chwili uratować się, chwytając starego Pioruna za 
szyję, gdy siodło spadło na ziemię, i usłyszał, że koń prześladowcy stratował je kopytami. Na 
sekundę Ichaboda ogarnął strach przed gniewem Hansa Van Rippera — było to bowiem od-
świętne siodło starego Holendra — nie czas jednak było na tak błahe obawy, upiór zbliżał się 
galopem, ponadto zaś Ichabod, jako niedoświadczony jeździec, miał dość kłopotu z utrzyma-
niem  się  na  koniu,  gdyż  raz  po  raz  zsuwał  się  to  na  jedną,  to  na  drugą  stronę,  niekiedy  zaś 
podrzucony  w  górę  lądował  na  chudym  grzbiecie  szkapy  z  taką  gwałtownością,  że  lękał  się 
szczerze, iżby siła tego uderzenia nie rozszczepiła go na dwoje. 

Po  chwili  prześwit  wśród  drzew  dodał  nauczycielowi  otuchy;  wnosił,  że  mostek  przy 

kościele jest już niedaleko. Drżące odbicie srebrnej gwiazdy w potoku powiedziało mu, iż się 
nie  pomylił.  Ujrzał  ściany  kościoła,  bielejące  między  drzewami.  Przypomniał  sobie  miejsce, 
w  którym  zniknął  upiorny  współzawodnik  Broma  Wielkoluda.  „Jeżeli  mi  się  tylko  uda  do-
trzeć do mostu — pomyślał — jestem uratowany”. W tej chwili usłyszał tuż za sobą chrapa-
nie  czarnego  rumaka,  zdawało  mu  się  nawet,  że  czuje  gorący  oddech  konia.  Jeszcze  jedno 
konwulsyjne  kopnięcie  w  żebra  i  stary  Piorun  skoczył  na  mostek,  z  łoskotem  przebiegł  po 
deskach, dotarł do przeciwległego brzegu. Ichabod obejrzał się, aby zobaczyć, czy jego prze-
śladowca zgodnie z regułą zniknie w błysku ognia i siarki. Ujrzał, że upiór wstaje w strzemio-
nach i ciska w niego swoją głową. Ichabod chciał uchylić się przed okropnym pociskiem, lecz 
było już za późno. Pocisk zderzył się z jego głową, rozległ się ogłuszający trzask i nauczyciel 
stoczył  się  na  ziemię,  Piorun  zaś,  czarny  rumak  i  niesamowity  jeździec  pomknęli  dalej  jak 
wicher. 

Nazajutrz rano znaleziono starego konia bez siodła i z uzdą pod nogami, gdy ze skupie-

niem  skubał  trawę  przy  bramie  domu  swego  pana.  Ichabod  nie  zjawił  się  przy  śniadaniu  — 
nadeszła pora obiadu, lecz Ichaboda nie było widać. Chłopcy zebrali się w szkole i włóczyli 
się  bezczynnie  nad  brzegami  potoku,  nauczyciel  zaś  wciąż  się  nie  pokazywał.  Hans  Van 
Ripper zaczął się już trochę niepokoić o losy Ichaboda i swojego siodła. Wszczęto dochodze-
nie i po starannym zbadaniu okolicy natrafiono na ślady nauczyciela. Na drodze do kościoła 
leżało siodło wdeptane w błoto, widniały tu też głębokie odciski kopyt pozostawione zapewne 
przez  konie  pędzące  z  wściekłą  szybkością,  dalej  zaś,  na  brzegu  potoku  w  jego  szerokiej 
części, gdzie woda była głęboka i czarna, znaleziono kapelusz nieszczęsnego Ichaboda, a tuż 
obok rozbitą dynię. 

Przeszukano potok, lecz ciała nauczyciela nie znaleziono. Hans Van Ripper, jako egze-

kutor masy spadkowej, zbadał węzełek, zawierający cały doczesny dobytek Ichaboda. Składał 
się on z dwóch i pół koszuli, dwóch kołnierzyków, kilku par wełnianych pończoch, starej pary 

background image

welwetowych spodni, zardzewiałej brzytwy, psałterza z oślimi uszami i złamanego kamerto-
nu. Co się tyczy książek i ruchomości, należały one do gminy, z wyjątkiem „Dziejów czaro-
wnictwa” Cottona Mathera, „Almanachu Nowoangielskiego” i sennika, w którym była pokry-
ta  gryzmołami  i  kleksami  kartka  papieru  —  dowód  bezowocnych  prób  ułożenia  wiersza  na 
cześć posażnej panny Van Tassel. Owe magiczne księgi oraz wyżej wymienioną kartkę Hans 
Van Ripper własnoręcznie spalił, postanowił też, że nie będzie już nigdy posyłał swoich dzie-
ci do szkoły, gdyż, jak twierdził, całe to czytanie i pisanie do niczego dobrego nie prowadzi. 
Wszystkie  pieniądze  natomiast,  jakie  nauczyciel  posiadał  —  a  otrzymał  kwartalne  pobory 
dopiero przed paru dniami — musiał widocznie w chwili zniknięcia mieć przy sobie. 

Zagadkowe to wydarzenie wzbudziło liczne dyskusje następnej niedzieli przed kościo-

łem.  Grupki  gapiów  i  plotkarzy  zbierały  się  na  cmentarzu,  przy  mostku  i  w  miejscu,  gdzie 
znaleziono  kapelusz  i  dynię.  Przypomniano  sobie  przygody  Brouwera,  Broma  i  całej  kupy 
innych  osób,  rozważywszy  zaś  je  wszystkie  dokładnie  i  porównawszy  z  okolicznościami 
aktualnej sprawy, zebrani potrząsali głowami i dochodzili do zgodnego wniosku, że Ichaboda 
porwał  Galopujący  Heseńczyk.  Ponieważ  nauczyciel  był  kawalerem  i  nikomu  nic  nie  był 
dłużny,  nikt  też  nie  łamał  sobie  dłużej  głowy  nad  jego  losem.  Szkołę  przeniesiono  w  inną 
część kotliny i inny pedagog zajął miejsce Ichaboda Crane. 

Co  prawda  pewien  stary  farmer,  który  w  kilka  lat  później  odwiedził  Nowy  Jork  i  od 

którego  usłyszeliśmy  relację  o  tej  upiornej  przygodzie,  przywiózł  do  domu  wiadomość,  że 
Ichabod  Crane  żyje,  że  opuścił  Senną  Kotlinę  po  części  ze  strachu  przed  duchem  i  przed 
Hansem  Van  Ripperem,  po  części  zaś  z  powodu  upokorzenia,  jakim  była  dla  niego  nagła 
rekuza bogatej panny; że przeniósł się do odległej części kraju, prowadził tam szkołę i jedno-
cześnie studiował prawo, uzyskał przyjęcie do adwokatury, zajął się polityką, kandydował w 
wyborach, pisywał do gazet i w  końcu  został  mianowany  sędzią  Sądu  Dziesięciofuntowego. 
Również i Brom Wielkolud, który wkrótce po zniknięciu rywala poprowadził tryumfalnie do 
ołtarza hożą Katarzynę, miał bardzo tajemniczą minę, ilekroć opowiadano historię Ichaboda, i 
zawsze wybuchał głośnym śmiechem na wzmiankę o dyni, co obudziło w niektórych osobach 
podejrzenia, iż wie on o tej sprawie więcej, aniżeli chce powiedzieć. 

Stare jejmoście wszakże, które są najlepszymi sędziami w tej materii, utrzymują po dziś 

dzień,  że  Ichaboda  porwały  moce  nadprzyrodzone,  i  jest  to  ulubiona  opowieść,  powtarzana 
często przy okolicznych kominkach w długie wieczory zimowe. Mostek bardziej jeszcze niż 
przedtem  stał  się  przedmiotem  zabobonnego  lęku  i  jest  to  być  może  powód,  dla  którego  w 
późniejszych latach zmieniono drogę do kościoła i wiedzie ona teraz nad brzegiem młyńskie-
go  potoku.  Opuszczony  budynek  szkolny  wkrótce  rozpadł  się  w  gruzy.  Opowiadano,  że 
straszy  w  nich  duch  niefortunnego  pedagoga  i  parobkowi,  wracającemu  z  pola  do  domu  w 
pogodny  wieczór  letni,  częstokroć  zdawało  się,  że  słyszy  w  oddali  jego  głos,  wyśpiewujący 
melancholijne psalmy wśród cichych samotni Sennej Kotliny.  
 
 
 
 

DOLPH HEYLIGER 

 
 

We  wczesnym  okresie  istnienia  prowincji  nowojorskiej,  gdy  jęczała  ona  jeszcze  pod 

uciskiem  tyranii  angielskiego  gubernatora,  Lorda  Cornbury,  który  w  okrucieństwie  swym 
wobec  ludności  holenderskiej  posuwał  się  tak  daleko,  iż  zabraniał  pastorom  i  nauczycielom 
kazać  i  nauczać  w  ich  ojczystym  języku,  jeśli  nie  mieli  na  to  jego  specjalnego  zezwolenia, 
otóż w tym mniej więcej czasie, w zacnym starym mieście Manhattoes mieszkała dobrotliwa 
starsza dama, znana pod mianem jejmości Heyliger. Była wdową po holenderskim kapitanie, 

background image

który wskutek zbyt ciężkiej pracy i zbyt obfitego jedzenia umarł nagle w chwili, gdy wszyscy 
mieszkańcy wylegli w panice, aby wznieść barykady i bronić miasta przed najazdem małego 
kapera francuskiego *. Pozostawił żonie bardzo niewiele pieniędzy i małego synka, jedynego, 
który został przy życiu z kilkorga dzieci. Poczciwa niewiasta musiała dobrze się nagłowić, że-
by związać koniec z końcem i zachować pozory dostatku. Ponieważ mąż jej padł ofiarą swej 
gorliwości w sprawie bezpieczeństwa publicznego, zgadzano się powszechnie, że „trzeba coś 
zrobić dla wdowy”, w nadziei więc na owo „coś” żyła jako tako przez kilka lat, wszyscy zaś 
tymczasem współczuli jej i dobrze o niej mówili, co było dla niej pewną pomocą i pociechą. 

Mieszkała  w  małym  domku  przy  małej  uliczce,  zwanej  ulicą  Ogrodową,  prawdopodo-

bnie od jakiegoś ogrodu, który być może niegdyś tu rozkwitał. Potrzeby jej wszakże z roku na 
rok wzrastały, rozmowy zaś współobywateli na temat „zrobienia czegoś dla niej” stawały się 
coraz rzadsze, musiała więc w końcu rozejrzeć się za jakimś sposobem zrobienia czegoś dla 
siebie,  aby  uzupełnić  swe  skromne  środki  i  zachować  niezależność,  której  trzymała  się  dość 
kurczowo. 

Mieszkając w mieście handlowym, przesiąkła co nieco jego duchem, toteż postanowiła 

zaryzykować pewną sumkę i zagrać na wielkiej loterii handlu. Ku wielkiemu tedy zdumieniu 
całej  ulicy  w  oknie  jej  ukazał  się  naraz  wspaniały  orszak  królów  i  królowych  z  piernika, 
trzymających się pod boki zgodnie z niezmiennym zwyczajem królewskim. Obok stało kilka 
wyszczerbionych  kubków  z  rodzynkami  i  herbatnikami,  ponadto  były  tu  różnego  rodzaju 
ciastka, karmelki, lalki holenderskie, drewniane koniki, gdzieniegdzie też pozłacane książki z 
obrazkami,  pasemka  nici  lub  funtowe  paczki  świec.  Przed  drzwiami  domku  siedziała  kotka 
poczciwej damy, bardzo z pozoru grzeczna i skromna; zdawała się ona lustrować każdą prze-
chodzącą osobę, krytykując jej strój, niekiedy zaś wyciągała nagle szyję i  patrzała ciekawie, 
co  dzieje  się  w  przeciwległym  końcu  ulicy,  gdy  jednak  nawinął  się  przypadkiem  jakiś 
próżniak-pies i ośmielił się zachować niezbyt dwornie — mój ty świecie! — jakże się kotka 
jeżyła, jak warczała, prychała i biła łapkami! Była oburzona niczym brzydka stara panna przy 
zbliżeniu się niecnego rozpustnika. 

Ale  chociaż  zacna  niewiasta  musiała  się  zniżyć  do  tak  gminnych  sposobów  zarabiania 

na chleb, nie zatraciła przecież dumy rodowej, pochodziła bowiem z amsterdamskich Vander-
spieglów  i  herb  familijny,  który  kazała  wymalować  i  oprawić  w  ramy,  wisiał  u  niej  nad 
kominkiem. Była w istocie bardzo szanowana przez uboższą ludność miasta i dom jej stał się 
prawdziwym  schronieniem  dla  starych  kobiet  z  sąsiedztwa;  wstępowały  tutaj  w  popołudnia 
zimowe, gdy pani  Heyliger z robotą na drutach  siedziała po jednej stronie kominka, po dru-
giej  stronie  mruczała  jej  kotka,  a  pośrodku  mruczał  imbryk  —  i  gwarzyły  z  nią  do  późnego 
wieczora. Znalazł się tu zawsze fotel dla kościelnego i grabarza małego kościółka luterańskie-
go, Piotra de Groodt, zwanego Piotrem Długonogim, który był wielkim jej przyjacielem i za-
prawdę wyrocznią przy jej kominku. Ba, sam wielebny pastor raczył od czasu do czasu zajść 
tutaj,  pogawędzić  o  stanie  jej  ducha  i  wypić  kieliszeczek  jej  specjalnej  nalewki  wiśniowej. 
Nieomieszkał  też  nigdy  złożyć  jej  wizyty  w  Nowy  Rok  i  użyczyć  szczęśliwego  Nowego 
Roku,  a  poczciwa  dama,  która  na  pewnych  punktach  była  troszeczkę  próżna,  szczyciła  się 
zawsze tym, że daje mu w upominku tort tak wielki, iż nikt w mieście na pewno nie dał mu 
większego. 

Jak już powiedziałem, jejmość Heyliger miała jedynego syna. Był on dzieckiem zrodzo-

nym w wieku podeszłym, trudno by go jednak nazwać pociechą starości, gdyż ze wszystkich 
niesfornych  urwisów  Dolph  Heyliger  był  niezawodnie  najbardziej  psotny.  Smyk  zresztą  nie 
był właściwie zły, kochał się tylko w figlach i zabawach i miał ową żywość i fantazję, którą 
się tak wychwala u latorośli bogaczy, a tak potępia u dzieci biedaków. Dolph wpadał stale w 
przeróżne tarapaty,  jego matkę wciąż nachodzili sąsiedzi ze skargami na spłatane przez niego 
psikusy, przysyłano  jej  rachunki  za  potłuczone  przez  niego  szyby,  słowem,  nie  osiągnął 

 

* W 1705 r. (Przyp. aut.). 

background image

jeszcze czternastego roku życia, gdy całe sąsiedztwo orzekło, że to „nicpoń, najgorszy nicpoń 
na całej ulicy!” Pewien stary dżentelmen w surducie bordo, z chudą, czerwoną twarzą i ocza-
mi łasicy zapewniał nawet jejmość Heyliger, że jej syn niezawodnie skończy na szubienicy! 

Wszelako mimo to wszystko zacna starowinka kochała swego chłopca. Zdawało się, że 

kocha go tym mocniej, im gorzej się on zachowuje, i że chłopak tym więcej łaski zyskuje w 
jej oczach, im niżej spada w opinii świata. Matki to w ogóle niemądre, tkliwe istoty, niepodo-
bna  wyperswadować  im  tej  przesadnej  miłości  do  dzieci,  w  tym  wypadku  wszakże  biedna 
kobiecina  prócz  syna  nie  miała  nikogo  na  świecie,  kto  by  ją  kochał  —  nie  miejmy  więc  jej 
tego  za  złe,  że  nie  chciała  słuchać  życzliwych  przyjaciół,  którzy  usiłowali  dowieść  jej,  że 
Dolpha czeka stryczek. 

Trzeba  jednak  oddać  hultajowi  sprawiedliwość  —  był  ogromnie  przywiązany  do  swej 

rodzicielki. Za nic nie sprawiłby jej rozmyślnie przykrości, gdy zasię coś zrobił, wystarczyło, 
aby pochwycił wbite w niego smutne i stroskane spojrzenia matki, a żal i skrucha ściskały mu 
serce. Był jednak lekkomyślnym młodzikiem i mimo najlepszych chęci nie potrafił oprzeć się 
wciąż nowym pokusom do zabaw i psot. Aczkolwiek bystry i pojętny w nauce (ilekroć udało 
się go skłonić, żeby się do niej przyłożył), dawał się zawsze namówić próżniaczej kompanii i 
umykał z lekcji, by szukać gniazd ptasich, kraść jabłka w ogrodach lub pływać w Hudsonie. 

W tym trybie wyrósł na wysokiego, długonogiego chłopaka i matka zaczęła mocno się 

martwić, co z nim zrobić, jak pokierować nim tak, aby na siebie zarobił, zdobył sobie bowiem 
tak fatalną opinię, że nikt nie chciał wziąć go do pracy. 

Odbywała  tedy  liczne  konferencje  ze  swoim  głównym  doradcą,  grabarzem  Piotrem  de 

Groodt. Piotr był równie zmartwiony jak ona, gdyż nie miał wysokiego mniemania o chłopcu 
i  sądził, że  nic  dobrego  z  niego  nie  wyrośnie.  Radził  jej  wysłać  go  na  morze,  której  to  rady 
udzielano  tylko  w  wypadkach  zupełnie  beznadziejnych;  lecz  jejmość  Heyliger  nie  chciała  o 
tym słyszeć; nie mogła myśleć nawet o tym, że straci Dolpha z oczu. 

Siedziała pewnego dnia wielce zatroskana przy kominku i robiła na drutach, gdy naraz 

wszedł grabarz z miną niezwykle ożywioną. Wracał właśnie z pogrzebu. Chowano chłopca w 
wieku Dolpha; był on uczniem sławnego doktora-Niemca i umarł na suchoty. Wprawdzie sze-
ptano, że wpędził go do grobu doktor, który uczynił go przedmiotem swoich eksperymentów i 
miał zwyczaj próbować na nieboraku skuteczności nowych mikstur lub pigułek na uspokoje-
nie. Być może jednak były to tylko złośliwe plotki; w każdym razie Piotr de Groodt uznał, iż 
nie warto nawet o tym wspominać, aczkolwiek, gdybyśmy mieli czas na rozważania filozofi-
czne, byłoby rzeczą godną zastanowienia, dlaczego domownicy doktora są zazwyczaj tak wy-
chudzeni i trupio bladzi, gdy domownicy rzeźnika bywają przeważnie pulchni i pełni tężyzny. 

Piotr  de  Groodt,  jak  już  wspomniałem  przedtem,  wszedł  do  domu  jejmości  Heyliger 

krokiem  niezwykle  żwawym.  Podczas  pogrzebu  wpadł  na  wyborny  pomysł  i  śmiał  się  do 
siebie, zasypując ziemią grób ucznia doktora. Przyszło mu mianowicie do głowy, że wakujące 
miejsce  zmarłego  nada  się  w  sam  raz  dla  Dolpha.  Chłopak  jest  zdolny,  potrafi  kręcić  tłucz-
kiem w moździerzu i latać na posyłki nie gorzej od każdego innego młodzieniaszka w mieście 
— a czego jeszcze wymaga się od studenta? 

Pomysł mądrego Piotra wydał się matce prawdziwym objawieniem. Oczyma duszy wi-

działa już Dolpha ze szklaną rurką w ręce, z kołatką przy drzwiach i z literami „Dr med.” przy 
nazwisku, słowem, jako jednego ze znanych i szanowanych obywateli miasteczka. 

Pomysł  szybko  urzeczywistniono.  Grabarz  był  w  dobrych  stosunkach  z  doktorem, 

stykali się bowiem często w sprawach zawodowych, nie zwlekając więc złożył mu nazajutrz 
wizytę i przyprowadził jednocześnie urwisa, wystrojonego w odświętne ubranie, aby Dr Karl 
Lodovick Knipperhausen go obejrzał. 

Zastali doktora w jego gabinecie czy też w laboratorium; siedział w fotelu, mając przed 

sobą  wielki  tom  w  języku  niemieckim.  Był  to  niski,  gruby  mężczyzna  o  ciemnej,  kanciastej 
twarzy,  którą  czarna  aksamitna  mycka  czyniła  jeszcze  ciemniejszą.  Miał  mały,  krzywy  nos, 

background image

dziwnie przypominający asa pik, a okulary połyskiwały na jego smagłym obliczu niby oszklo-
ne wykusze. 

Dolph,  znalazłszy  się  w  obecności  uczonego  męża,  poczuł  zabobonny  lęk.  Z  dziecin-

nym  podziwem  oglądał  urządzenie  tego  przybytku  wiedzy,  który  jemu  wydawał  się  niemal 
jaskinią czarnoksiężnika. Pośrodku, na nogach rzeźbionych w kształcie ptasich szponów, stał 
stół, na nim tłuczek i moździerz, flaszeczki i słoiki oraz mała, polerowana waga. W kącie wi-
dniała masywna bieliźniarka, zamieniona na przechowalnię leków i mikstur, przy niej wisiał 
kapelusz,  płaszcz  doktora  i  laska  ze  złotą  gałką,  ze  szczytu  zaś  bieliźniarki  szczerzyła  zęby 
czaszka  ludzka.  Nad  kominkiem  stały  szklane  naczynia  zawierające  węże  i  jaszczurki  oraz 
płód ludzki zakonserwowany w spirytusie. Szafa, z której wyjęto drzwi, miała trzy półki pe-
łne książek, a wśród nich foliały potężnych rozmiarów — zbiór, jakiego Dolph nigdy dotych-
czas nie widział. Ponieważ jednak księgozbiór doktora nie zajmował całej szafy, jego skrzę-
tna  gospodyni  zastawiła  resztę  słoikami  pikli  i  marynatów,  po  pokoju  zaś  wśród  groźnych 
narzędzi sztuki lekarskiej rozwiesiła sznurki papryki i pękatych ogórków, przechowywanych 
na nasiona. 

Doktor, który był człowiekiem wielce mądrym, dystyngowanym i nigdy się nie uśmie-

chał, przyjął Piotra de Groodt i jego protegowanego z należytą powagą.  Obejrzał Dolpha od 
stóp  do  głów  sponad  okularów  i  przez  okulary,  a  biednemu  chłopcu  serce  zadrżało,  gdy 
wielkie szkła zwróciły się ku niemu, niby dwa księżyce w pełni. Doktor wysłuchał wszystkich 
pochlebnych rzeczy, które Piotr de Groodt miał do powiedzenia o młodym kandydacie, potem 
zwilżył językiem duży palec i zaczął wolno przewracać karty leżącego przed nim wielkiego, 
czarnego foliału. Wreszcie po długich chrząkaniach i pomrukach, po długim gładzeniu się po 
brodzie  i  po  wszystkich  owych  wahaniach  się  i  namysłach,  z  jakimi  mądry  mąż  przystępuje 
do  zrobienia  czegoś,  co  od  samego  początku  zamierzał  zrobić,  doktor  zgodził  się  przyjąć 
chłopaka na ucznia, dać mu mieszkanie, wikt i ubranie oraz wtajemniczać go w arkana sztuki 
lekarskiej, w zamian za co miał korzystać z usług Dolpha aż do ukończenia przezeń dwudzie-
stego pierwszego roku życia. 

Oto  więc  nasz  bohater  przeistoczył  się  w  jednej  chwili  z  nieszczęsnego  drapichrusta, 

uganiającego się po ulicach, w studenta medycyny, tłukącego pilnie lekarstwa w moździerzu 
pod  auspicjami  uczonego  doktora  Karla  Lodovicka  Knipperhausena.  Przemiana  ta  była  wie-
lkim szczęściem dla jego kochającej matki, jejmości Heyliger. Zachwycona była myślą, że jej 
chłopiec wyrośnie na człowieka godnego swoich przodków, i czekała tylko na ów dzień, gdy 
będzie  się  on  mógł  zmierzyć  z  adwokatem,  co  mieszkał  w  dużym  domu  naprzeciwko,  a  kto 
wie, może nawet z samym księdzem pastorem. 

Doktor  Knipperhausen  pochodził  z  Palatynatu  Nadreńskiego,  skąd  wraz  z  wieloma 

rodakami  schronił  się  do  Anglii  przed  prześladowaniami  religijnymi.  Był  jednym  z  blisko 
trzech tysięcy mieszkańców Palatynatu, którzy pod protektoratem gubernatora Huntera przy-
byli w 1710 roku z Anglii do Ameryki. Gdzie doktor studiował, w jaki sposób posiadł znajo-
mość medycyny i gdzie dostał dyplom, trudno jest teraz powiedzieć, nikt bowiem nie wiedział 
tego nawet w owym czasie. Pewne jest wszakże, iż jego wielka wiedza i wysokie umiejętno-
ści były przedmiotem podziwu i rozmów szarych ludzi na wiele mil wokoło. 

W swej praktyce medycznej stosował metody całkiem odmienne od metod stosowanych 

przez innych lekarzy — aplikował tajemnicze mikstury, których skład znany był tylko jemu i 
przy których przygotowaniu, jak powiadano, radził się zawsze gwiazd. Okoliczni mieszkańcy, 
zwłaszcza  Niemcy  i  Holendrzy,  tak  wysoko  cenili  jego  umiejętności,  że  w  ciężkich  wypad-
kach  odwoływali  się  zawsze  do  niego.  Należał  do  owych  nieomylnych  doktorów,  którzy 
zawsze dokonują nagłych i cudownych uzdrowień, gdy wszyscy zwykli lekarze zrezygnowali 
już z uleczenia pacjenta — chyba że, jak ktoś trafnie zaobserwował, upłynął zbyt długi czas, 
zanim  chorego  powierzono  jego  opiece.  Biblioteka  doktora  była  przedmiotem  zachwytu  i 
podziwu  całego  sąsiedztwa,  mógłbym  nawet  powiedzieć,  całego  miasta.  Zacni  obywatele 

background image

patrzyli z szacunkiem na człowieka, który przeczytał  aż trzy półki książek, z czego niektóre 
były  wielkie  jak  Biblia  familijna.  Wśród  członków  małego  kościoła  luterańskiego  odbywały 
się  nieraz  spory  na  temat  tego,  kto  jest  mędrszym  człowiekiem,  doktor  czy  ksiądz  pastor. 
Niektórzy z wielbicieli doktora posuwali się do tego, że twierdzili, iż wie on więcej od same-
go gubernatora — słowem, panowało przekonanie, że wiedza jego nie ma granic! 

Dolpha  przyjęto  na  łono  rodziny  doktora  i  oddano  mu  niezwłocznie  w  posiadanie 

kwaterę jego poprzednika. Był to pokoik na strychu holenderskiego domu o stromym dachu. 
Deszcz bił tu ze stukotem o dachówki, błyskały pioruny, wiatr podczas niepogody świstał w 
szparach, a całe armie głodnych szczurów niby Kozacy dońscy galopowały wokoło, nic sobie 
nie robiąc z pułapek i trutek. 

Młodzian zanurzył się wkrótce po uszy w studiach medycznych i od świtu do nocy zaję-

ty był w kącie laboratorium kręceniem pigułek, filtrowaniem wywarów i tłuczeniem specyfi-
ków  w  moździerzu,  doktor  zaś  sadowił  się  w  drugim  kącie,  ubrany  w  szlafrok  i  aksamitną 
czapeczkę,  i  gdy  nie  miał  nic  innego  do  roboty  lub  spodziewał  się  pacjentów,  zgłębiał  treść 
jakiegoś foliału. Wprawdzie regularne uderzenia tłuczka lub być może senne brzęczenie much 
od  czasu  do  czasu  ukołysały  małego  doktora  do  drzemki,  lecz  okulary  jego  nie  zasypiały 
nigdy i wciąż patrzyły w księgę. 

W  domu  była  wszakże  jeszcze  jedna  osoba,  której  Dolph  winien  był  bezwzględne 

posłuszeństwo. Doktor, mimo że kawaler i człowiek tak godny i poważany, znajdował się na 
podobieństwo innych mądrych mężów pod pantoflem niewieścim. Był całkowicie pod panto-
flem swojej gospodyni, chudej, ruchliwej, nerwowej kobiety w pikowanym niemieckim cze-
pku  i  z  wielką  wiązką  kluczy  pobrzękujących  przy  pasku  otaczającym  jej  mocno  przydługą 
talię. Frau Ilza towarzyszyła doktorowi w jego wędrówkach z Niemiec do Anglii i z Anglii do 
Ameryki, prowadząc mu dom i rządząc nim samym, a choć była dla niego łagodna i wyrozu-
miała, to jednak cały świat poza tym traktowała ostro i z góry. W jaki sposób doszła do takich 
wpływów,  tego  nie  podejmuję  się  wytłumaczyć.  Ludzie  wprawdzie  gadali  to  i  owo  —  ale 
czyż ludzie nie mają zwyczaju gadać od stworzenia świata? Kto może wyjaśnić, w jaki spo-
sób kobietom w ogóle udaje się zwykle być górą? Mąż co prawda może jeszcze niekiedy być 
panem we własnym domu, ale kto widział kiedy kawalera, którym by nie rządziła jego gospo-
dyni? 

Zresztą władza Frau Ilzy nie ograniczała się do gospodarstwa doktora. Niemka należała 

do owych wścibskich kumoszek, które znają sprawy każdego sąsiada lepiej niż on sam i któ-
rych wszystkowidzące oczy i rozgadane języki są postrachem całej okolicy. 

Nic ważnego nie mogło się zdarzyć w plotkarskim świecie tego małego miasteczka, aby 

Frau  Ilza  natychmiast  się  o  tym  nie  dowiedziała.  Miała  swoje  zausznice,  które  ustawicznie 
przybiegały do jej małego saloniku z tą czy ową cenną nowiną. Potrafiła nawet omawiać całe 
tomy sekretów stojąc w uchylonych drzwiach i gwarząc z jedną z tych kumoszek, niezrażona 
wściekłymi podmuchami grudniowej wichury. 

Można  sobie  wyobrazić,  że  Dolph  mając  do  czynienia  z  doktorem  i  gospodynią,  nie 

mógł  narzekać  na  brak  zajęcia.  Ponieważ  Frau  Ilza  miała  klucze  i  dosłownie  wydzielała 
jedzenie, narażenie się jej oznaczało śmierć głodową, choć chłopiec przekonał się, że poznać 
przyczyny  złych  humorów  gospodyni  trudniej  jest  nawet  aniżeli  zgłębić  tajniki  medycyny. 
Gdy nie był zajęty w laboratorium, używała go wciąż do posyłek, a w niedzielę musiał towa-
rzyszyć jej do kościoła i nieść jej Biblię. Biedny smyk nieraz stał drżąc z zimna i chuchał w 
ręce lub rozcierał zmarznięty nos, gdy tymczasem Ilza i jej kumy, zbite w gromadkę, kiwały 
głowami, odsądzając jakiegoś nieszczęśnika od czci i wiary. 

Wszelako mimo posiadanych obecnie możliwości Dolph robił bardzo niewielkie postę-

py w sztuce lekarskiej. Nie była to z pewnością wina doktora, ten bowiem troszczył się nie-
zmordowanie o dobro chłopca, trzymając go wciąż przy moździerzu lub każąc mu biegać po 
całym  mieście  z  pigułkami  i  flaszeczkami,  a  jeżeli  Dolph  zaniedbał  swych  obowiązków,  co 

background image

mu  się  dość  często  zdarzało,  doktor  wpadał  w  pasję  i  pytał  go,  czy  spodziewa  się  kiedyko-
lwiek wykształcić w zawodzie, jeśli nie będzie się przykładał do nauki. Faktem jest, że chłop-
czyna  nadal  zachował  upodobanie  do  zabaw  i  figlów,  które  cechowało  go  w  dzieciństwie; 
upodobanie  to  wzmogło  się  jeszcze  z  biegiem  lat  wskutek  zakazów  i  hamulców.  Stawał  się 
więc z każdym dniem coraz bardziej krnąbrny i tracił stopniowo łaski zarówno u doktora, jak 
i u gospodyni. 

Doktor tymczasem zdobywał coraz większy rozgłos i fortunę. Słynął ze swej zręczności 

w wypadkach chorób nie opisanych w książkach. Uleczył kilka starych kobiet i młodych dzie-
wcząt z uroku — straszliwej choroby, rozpowszechnionej za owych czasów w tych stronach 
jak dziś wścieklizna. Przywrócił nawet zdrowie pewnej okazałej dziewczynie wiejskiej, która 
doszła już do tego, że wymiotowała szpilkami i igłami, co podobno jest ostatnim stadium nie-
mocy. Szeptano też, że doktor posiada sztukę przyrządzania lubczyku, w wyniku czego zgła-
szało się do niego wielu zakochanych pacjentów płci obojga. Wszystkie te wypadki tworzyły 
jednak  potajemną  część  jego  praktyki,  część;  co  do  której  zgodnie  z  przysięgą  zachowywał 
ścisłą tajemnicę lekarską, Dolph przeto musiał wychodzić z gabinetu, ilekroć zdarzały się te-
go  rodzaju wizyty,  choć  — jak mówią — poznał więcej sekretów medycznych przy dziurce 
od klucza aniżeli przez całą resztę studiów razem wziętą. 

W  miarę  jak  rosło  bogactwo  doktora,  zaczął  on  powiększać  swój  stan  posiadania  i  na 

wzór innych wielkich mężów przemyśliwać o czasie, kiedy będzie mógł porzucić praktykę i 
przenieść się w zacisze jakiejś siedziby wiejskiej. W tym celu nabył farmę, czyli, jak to nazy-
wają osadnicy holenderscy, bowerie, o kilka mil od miasta. Była to rezydencja zamożnej ro-
dziny, która niedawno powróciła do Holandii. Na środku posiadłości stał okazały dom, mocno 
zniszczony, który w związku z pewnymi pogłoskami otrzymał miano „Domu nawiedzonego”. 
Czy to przez te pogłoski, czy też z powodu rzeczywiście opłakanego stanu domostwa, doktor 
nie mógł znaleźć dzierżawcy, aby więc nie rozpadło się w gruzy, zanim on sam będzie mógł 
w nim zamieszkać, umieścił w jednym skrzydle chłopa wiejskiego wraz z rodziną i pozwolił 
mu uprawiać ziemię w zamian za odpowiednią część zbiorów. 

Doktor  poczuł  wkrótce,  że  zstąpił  na  niego  splendor  i  godność  obywatela  ziemskiego. 

Jako Niemiec, miał w sobie coś z dumy obszarnika i uważał się już niemal za władcę całego 
księstwa. Zaczął się uskarżać na zmęczenie pracą i lubił jeździć na farmę, aby „rzucić okiem 
na swój majątek”. Te wyprawy do włości odbywały się z hałasem i pompą, budząc sensację w 
całym sąsiedztwie. Jego wyłupiastooki koń, tupiąc i oganiając się od much, stał przed domem 
przez  całą  godzinę.  Potem  wynoszono  z  domu  i  zakładano  mu  siodło,  po  pewnym  czasie 
zwijano płaszcz doktora  i przymocowywano  go do siodła, następnie przypinano do płaszcza 
parasol,  tymczasem  zaś  grupa  obdartych  chłopaków,  tej  najbardziej  spostrzegawczej  klasy 
ludzkiej, zbierała się przed drzwiami. Wreszcie wyłaniał się z nich doktor przyodziany w wy-
sokie buty sięgające ponad kolana i w piróg nasunięty na czoło. Ponieważ był niski i gruby, 
trwało to dość długo, nim się wspiął na siodło, a gdy już na nim siedział, trwało dość długo, 
zanim podciągnął odpowiednio strzemiona, rozkoszując się jednocześnie zachwytem i podzi-
wem  zgromadzonych  łobuziaków.  Nawet  gdy  już  ruszył,  zatrzymywał  się  na  środku  ulicy 
albo zawracał parokrotnie, aby wydać jeszcze jakieś rozkazy, na które odpowiadała gospody-
ni sprzed drzwi Dolph z gabinetu, czarna kucharka z sutereny lub pokojówka z okna na facja-
cie, zazwyczaj też wykrzykiwano za nim jakieś ostatnie słowa, kiedy już skręcał za róg. 

Uroczysty ten odjazd budził poruszenie w całej okolicy. Szewc odkładał na bok kopyto, 

cyrulik  wysuwał  przez  okno  ufryzowaną  głowę  z  wsadzonym  we  włosy  grzebieniem,  przed 
drzwiami sklepu kolonialnego zbierał się tłum i z jednego końca ulicy na drugi biegła wieść: 
„Doktor jedzie do swojej siedziby wiejskiej!” 

Były to dla Dolpha złote chwile. Zaledwie doktor znikł mu z oczu, tłuczek i moździerz 

szły  w  kąt,  laboratorium  było  zdane  na  łaskę  losu,  student  zaś  wyruszał  na  jakąś  wesołą 
eskapadę. 

background image

Musimy bowiem wyznać, że w miarę dorastania młodzika wszystko zdawało się wska-

zywać na to, iż spełni się przepowiednia starszego pana w surducie koloru bordo. Dolph był 
prowodyrem  świątecznych  zabaw  i  nocnych  uciech,  zawsze  gotów  do  wszelkiego  rodzaju 
psikusów i szaleńczych przygód. 

Nic nie sprawia tyle kłopotu, co bohater na małą skalę, a raczej bohater w małym mia-

steczku. Dolph stał się wkrótce postrachem wszystkich sennych obywateli, którzy nie cierpieli 
hałasu  i  nie  rozumieli  się  na  żartach  i  figlach.  Zacne  damy  również  miały  go  nieomal  za 
rozpustnika, chowały pod swe skrzydła  córki, ilekroć się zbliżył, i wskazywały  go synom w 
charakterze ostrzeżenia. Nikt nie żywił o nim dobrego mniemania prócz miejscowych rozhu-
kanych wyrostków, których jednał sobie szczerością, wesołością i odwagą, i Murzynów, któ-
rzy zawsze uważają każdego młodego próżniaka za swego rodzaju dżentelmena. Nawet zacny 
Piotr  de  Groodt,  który  widział  się  poniekąd  opiekunem  chłopaka,  zwątpił  o  nim  do  reszty  i 
potrząsał  ze  smutkiem  głową,  słuchając  litanii  skarg  gospodyni  doktora  i  pociągając  z  kieli-
szka jej malinową nalewkę. 

Wybryki Dolpha nie wpływały tylko na gorącą miłość ku niemu jego matki, nie odbie-

rały też staruszce otuchy opowiadania o jego niegodziwych czynach, którymi to opowiadania-
mi częstowali ją ustawicznie życzliwi przyjaciele. Bardzo rzadko wprawdzie zdarzało się jej 
zaznać  radości  ludzi  bogatych,  którzy  zawsze  słyszą  pochwały  pod  adresem  swoich  dzieci, 
traktowała jednak wszystkie owe ujemne opinie jako dowód niesłusznego prześladowania jej 
syna i z tego powodu kochała go jeszcze mocniej. Widziała, że wyrasta na postawnego, wyso-
kiego,  przystojnego  młodzieńca,  i  spoglądała  na  niego  z  tajemną  dumą.  Pragnęła  z  całego 
serca, aby Dolph prezentował się jak dżentelmen, i wszystkie zaoszczędzone pieniądze wyda-
wała na wspieranie jego kieszeni i uzupełnianie garderoby. Wyglądała za nim przez okno, gdy 
odchodził pięknie ubrany, i serce jej rosło z uciechy, a raz, kiedy w pewien słoneczny poranek 
niedzielny Piotr de Groodt uderzony znakomitym wyglądem młodzieńca zauważył: „No, no, 
koniec końców Dolph wyrasta na ładnego chłopca!”, matce łzy dumy stanęły w oczach. 

— Ach, sąsiedzie! Sąsiedzie! — zawołała. — Niech sobie oni wszyscy mówią, co chcą; 

biedny Dolph zakasuje jeszcze najlepszych wśród nich! 

Dolph Heyliger miał już prawie dwadzieścia jeden lat i okres jego studiów medycznych 

dobiegał  końca.  Mimo  to  musimy  wyznać,  że  znał  ten  zawód  niewiele  lepiej,  aniżeli  wów-
czas, kiedy po raz pierwszy przekroczył próg domu doktora. Nie mogło to wszakże wynikać z 
braku  zdolności,  gdyż  z  niezwykłą  wprost  łatwością  opanował  inne  dziedziny  wiedzy,  choć 
poświęcał im tylko czas w przerwach między zajęciami zawodowymi. Był na przykład dosko-
nałym strzelcem i podczas świąt Bożego Narodzenia zdobywał wszystkie nagrody w postaci 
gęsi i indyków. Był śmiałym jeźdźcem, przodował w skokach wzwyż i w zapaśnictwie, grał 
nieźle na skrzypcach, pływał jak ryba i był najlepszym w okolicy graczem w kręgle. 

Wszystkie  te  umiejętności  jednak  nie  przysparzały  mu  łask  u  doktora,  który  im  bliżej 

było do końca nauki Dolpha, tym bardziej stawał się opryskliwy i niewyrozumiały. Frau Ilza 
również  znalazła  zawsze  jakiś  pretekst,  żeby  na  jego  widok  narobić  hałasu,  i  rzadko  kiedy 
przy spotkaniu z nim nie wprawiała w ruch języka, w końcu więc brzęk kluczy, gdy się zbli-
żała, brzmiał dla Dolpha niby dzwonek suflera oznajmującego burzę teatralną. Jedynie niewy-
czerpane zasoby dobrego humoru pozwalały lekkomyślnemu młodzieńcowi znosić ową tyra-
nię domową bez jawnego buntu. Było rzeczą jasną, że doktor i jego gospodyni gotują się do 
wyrzucenia biednego chłopca z gniazda w chwili, gdy upłynie wyznaczony termin, w taki to 
bowiem uproszczony sposób doktor miał zwyczaj zabezpieczać przyszłość niepotrzebnym już 
uczniom. 

Ponadto  zwiększona  w  ostatnich  czasach  gniewliwość  małego  doktora  była  skutkiem 

rozlicznych trosk i zmartwień, jakich przysparzała mu jego posiadłość ziemska. Drażniły  go 
krążące  wciąż  pogłoski  i  opowieści  dotyczące  starego  domu  i  trudno  mu  już  było  namówić 
wieśniaka i jego rodzinę, aby pozostali tam, nawet nic za to nie płacąc. Ile razy przyjechał na 

background image

farmę, musiał wysłuchiwać nowych skarg na dziwne odgłosy i przerażające zjawy, zakłócają-
ce lokatorom spoczynek nocny, wracał więc do domu zgryziony, wściekły i wyładowywał zły 
humor na wszystkich domownikach. Zaprawdę przykra to była sprawa, bo raniła jego dumę i 
przynosiła  uszczerbek  kieszeni.  Groziła  mu  utrata  wszelkich  dochodów  z  posiadłości,  poza 
tym  zaś  jakiż  cios  dla  jego  powagi  ziemianina  stanowił  fakt,  że  jest  właścicielem  domu,  w 
którym straszy! 

Zaobserwowano atoli, że mimo wszystkich tych przykrości doktor nie chciał nigdy sam 

przenocować w swojej rezydencji wiejskiej, ba, nie sposób nawet było nakłonić go, aby pozo-
stał  w  nim  po  zapadnięciu  ciemności,  o  zmierzchu  tedy,  ledwie  tylko  nietoperze  zaczynały 
fruwać wokoło, wyruszał zaraz w drogę powrotną. Rzecz w tym, że doktor wierzył po kryjo-
mu w duchy, spędził bowiem pierwszą połowę życia w Niemczech, kraju obfitującym w nad-
przyrodzone  zjawiska,  opowiadano  nawet,  że  jeszcze  jako  młody  chłopiec  widział  diabła  w 
Górach Harzu. 

Wreszcie zmartwienia doktora z powodu siedziby wiejskiej osiągnęły punkt krytyczny. 

Pewnego  ranka,  gdy  siedział  w  gabinecie,  drzemiąc  nad  foliałem,  wyrwało  go  ze  snu  nagłe 
zjawienie się gospodyni. 

—  Ładne  rzeczy!  —  zawołała,  wchodząc  do  pokoju.  —  Klaus  Hopper  przyjechał  z 

farmy wraz z całym dobytkiem i przysięga, że noga jego więcej tam nie postanie. Cała rodzi-
na omal nie zwariowała ze strachu, bo w tym starym domu takie się odbywają hałasy i harce, 
że nikt w nocy oka zmrużyć nie może! 

—  Donner  und  Blitzen!  *  zawołał  gniewnie  doktor.  —  Czy  oni  nigdy  nie  przestaną 

trajkotać o tym domu? Co za banda idiotów, że daje się kilku szczurom i myszom wystraszyć 
z dobrego mieszkania! 

—  No,  no  —  powiedziała  gospodyni  kiwając  głową,  dotknięta  tym,  że  doktor  nie 

wierzy w taką wyborną historię o duchach — to z pewnością coś więcej niż myszy i szczury. 
Cała okolica mówi o tym domu i czego już tam tylko nie widziano! Piotr de Groodt powiada, 
że ci, co sprzedali panu dom i wyjechali do Holandii, robili na ten temat jakieś dziwne aluzje i 
na pożegnanie życzyli, żeby pan był „zadowolony z nabytku”, a sam pan wie, że teraz nikt za 
Boga nie chce tam mieszkać. 

—  Piotr  de  Groodt  to stary  ramol  —  powiedział  ze  złością  doktor.  —  Ręczę,  że  to  on 

nabija ludziom głowę bajdami. Takie same bzdury wyplata o duchu, co straszy na dzwonnicy 
kościelnej,  bo  się  chce  w  ten  sposób  wytłumaczyć,  że  nie  dzwonił  na  alarm  owej  mroźnej 
nocy, kiedy się zapalił dom Harmanusa Brinkerhoffa. Przyślij mi tu Klausa. 

Za chwilę wszedł Klaus Hopper, prosty parobek wiejski, onieśmielony tym, że się znaj-

duje  w  gabinecie  doktora  Knipperhausena,  i  zbyt  zakłopotany,  aby  móc  opisać  szczegółowo 
zjawiska,  które  napędziły  mu  takiego  stracha.  Stał  kręcąc  w  ręku  kapelusz,  przestępując  z 
nogi na nogę i zerkając  lękliwie  to  na  doktora,  to  znów  na  trupią  czaszkę,  która,  jak  mu  się 
zdawało, mrugała na niego ze swego miejsca na bieliźniarce. 

Doktor na wszelkie sposoby usiłował namówić go do powrotu na farmę, jednak na pró-

żno — Klaus trwał w niezłomnym uporze, po każdym zaś argumencie czy prośbie odpowia-
dał niezmiennie: 

— Ich kann nicht, mynheer **. 
Doktor był w gorącej wodzie kąpany, cierpliwość jego wyczerpały już ustawiczne przy-

krości związane z posiadłością ziemską. Uparte odmowy Hoppera sprawiły na nim wrażenie 
buntu,  poniósł  go  nagle  gniew  i  Klaus  rad  był,  że  może  wycofać  się  szybko,  aby  uniknąć 
awantury. 

Gdy  chłopina  wrócił  do  pokoju  gospodyni, zastał tam Piotra de Groodt i kilku innych  

wiernych,  którzy na niego czekali.  Powetował sobie teraz powściągliwość podczas rozmowy  
 

  * Niemieckie przekleństwo w rodzaju „do stu piorunów”. 
** Ich kann nicht (niem.) — nie mogę; mynheer — (holend.) — pan. 

background image

w  gabinecie i ujawnił takie zasoby  opowiadań o  nawiedzonym domu, że  słuchacze osłupieli 
ze zdumienia. Gospodyni wierzyła mu bez zastrzeżeń, chociażby na złość doktorowi za to, że 
tak nieuprzejmie przyjął zakomunikowaną przez nią wiadomość. Piotr de Groodt dorzucił ze 
swej  strony  wiele  wspaniałych  legend  o  czasach  dynastii  holenderskiej,  o  Diabelskich  Sto-
pniach, o piracie powieszonym na Wyspie Szubienicznej, co nadal kołysał się tam co noc dłu-
go potem, jak szubienicę rozebrano, i o duchu nieszczęsnego gubernatora Leislera, powieszo-
nego  za  zdradę,  który  nawiedzał  stary  fort  i  pałac  gubernatorski.  Grupka  plotkarzy  rozeszła 
się  wreszcie,  a  każdy  jej  członek  naładowany  był  po  brzegi  nowinami  o  nadprzyrodzonych 
zjawiskach. Grabarz ulżył sobie na zebraniu w zakrystii, które odbyło się jeszcze tego samego 
dnia,  a  kucharka-Murzynka  porzuciła  kuchnię  na  łaskę  Opatrzności  i  spędziła  pół  dnia  przy 
pompie  ulicznej,  w  owym  klubie  dyskusyjnym  służby  domowej,  obdzielając  nowinkami 
każdego, kto przyszedł po wodę. Wkrótce całe miasto rozbrzmiewało opowieściami o nawie-
dzonym domu. Niektórzy mówili, że Klaus Hopper widział diabła, inni dawali do zrozumie-
nia,  że  w  domu  straszą  pacjenci,  których  doktor  wykurował  z  tego  świata,  i  właśnie  z  tego 
powodu nie ośmiela się sam w nim mieszkać. 

Wszystko to doprowadziło małego doktora do straszliwej pasji. Groził zemstą każdemu, 

kto będzie obniżał wartość jego posiadłości, dolewając oliwy do ognia panujących w okolicy 
zabobonów.  Na  głos  skarżył  się,  że  jakieś  nędzne  strachy  wywłaszczają  go  z  prawowitych 
gruntów,  po  cichu  jednak  postanowił  prosić  księdza  pastora,  aby  odprawił  w  nawiedzonym 
domu egzorcyzmy. Wielka przeto była jego ulga, gdy pośród tych perturbacji Dolph wystąpił 
naraz  i  oznajmił,  że  chętnie  zamieszka  w  nawiedzonym  domu.  Młodzieniec  nasłuchał  się 
opowiadań Klausa Hoppera i Piotra de Groodt — przepadał za przygodami, uwielbiał rzeczy 
nadprzyrodzone,  toteż  niesamowite  opowieści  podnieciły  jego  wyobraźnię.  Poza  tym  znosił 
moc  niewygód  w  domu  doktora,  gdzie  na  dobitkę  musiał  wstawać  o  nieznośnie  wczesnej 
porze, cieszyła go więc perspektywa, że będzie sam jeden w całym domu, choćby to miał być 
dom,  w  którym  straszy.  Propozycję  jego  skwapliwie  przyjęto  i  ustalono,  że  obejmie  wartę 
jeszcze tego samego dnia. Dolph zastrzegł tylko, aby matka nie dowiedziała się o tym przed-
sięwzięciu, wiedział bowiem, że biedaczka oka nie zmruży, jeśli się dowie, że jej syn wypo-
wiedział wojnę ciemnym mocom. 

Gdy  zapadł  wieczór,  młodzieniec  wyruszył  na  swą  niebezpieczną  wyprawę.  Stara 

kucharka-Murzynka, jedyna jego przyjaciółka w domu doktora, dała mu porcyjkę na kolację i 
świeczkę z knotem z sitowia, zawiązała mu też wokół szyi amulet, otrzymany niegdyś od pe-
wnego czarownika afrykańskiego, a mający chronić od złych duchów. W drodze towarzyszyli 
Dolphowi doktor i Piotr de Groodt, który ofiarował się odprowadzić chłopca do nawiedzone-
go  domu  i  dopilnować,  aby  się  tam  bezpiecznie  ulokował.  Wieczór  był  pochmurny  i  gdy 
przybyli na grunta otaczające rezydencję, panował gęsty mrok. Grabarz szedł przodem, niosąc 
latarnię. Gdy szli aleją akacjową, pełgające światło, padając z krzewu na krzew i z drzewa na 
drzewo, napełniało niekiedy dzielnego Piotra lękiem; cofał się wówczas ku idącym z tyłu to-
warzyszom, doktor zaś mocniej ściskał ramię Dolpha, mówiąc przy tym, że droga jest bardzo 
śliska i nierówna. W pewnej chwili omal nie zmusił ich do odwrotu nietoperz, który zaczął 
fruwać wokół latarni, brzęczenie zaś owadów wśród drzew i kumkanie żab w pobliskim sta-
wie zlewało się w smętny i dreszczem przejmujący koncert. Drzwi frontowe domu rozwarły 
się  ze  zgrzytem,  od  którego  doktor  okrył  się  śmiertelną  bladością.  Weszli  do  wcale  dużego 
hallu, jakie widuje się zazwyczaj w amerykańskich domach wiejskich, a pełniącego w okresie 
upałów funkcją bawialni. Stąd wstąpili na szerokie schody, które trzeszczały i jęczały pod ich 
stopami, a każdy krok wydobywał z nich odrębny dźwięk, niby z klawiszy klawesynu. Scho-
dy zaprowadziły ich do innego hallu na pierwszym piętrze, stamtąd zaś weszli do pokoju, w 
którym Dolph miał nocować. Pokój był duży i skąpo umeblowany, okiennice, acz zamknięte, 
były w wielu miejscach połamane, toteż nie odczuwało się braku świeżego powietrza. Jak się 
okazało, było to owo sanktuarium, znane wśród gospodyń holenderskich pod mianem „pokoju 

background image

gościnnego”, najlepiej umeblowanej komnaty w domu, w której wszakże nikomu prawie nie 
pozwala się sypiać. Zresztą wykwint pokoju należał już do przeszłości. Stało tu kilka połama-
nych  mebli,  pośrodku  zaś  ciężki  stół  i  duży  fotel  —  obydwie  te  sztuki  wyglądały  tak,  jak 
gdyby były rówieśnicami domu. Szeroki kominek zdobiły kafle holenderskie, przedstawiające 
sceny  z  Pisma  świętego,  niektóre  jednak  wypadły  już  ze  swoich  miejsc  i  poniewierały  się 
przed paleniskiem. Grabarz zapalił świeczkę, a lekarz, rozglądając się lękliwie po pokoju, na-
pominał Dolpha, aby ten był dobrej myśli, gdy naraz jakiś hałas w kominie, coś jakby okrzyki 
i odgłosy szamotania sprawiły, że grabarz wpadł w panikę. Rzucił się do ucieczki, zabierając 
ze sobą światło, doktor popędził za nim; schody jęczały i skrzypiały pod biegnącymi stopami, 
a dźwięki te wzmagały przerażenie uciekających i pobudzały ich do jeszcze szybszego biegu. 
Drzwi frontowe zatrzasnęły się za nimi. Dolph słyszał jeszcze, jak potykając się pędzili aleją, 
aż wreszcie tupot nóg ucichł w oddali. Dolph nie wziął udziału w tej raptownej ucieczce może 
dlatego, że miał trochę więcej odwagi od swoich towarzyszy, a może też dlatego, że dostrzegł 
przyczynę ich przerażenia — gniazdo jaskółki dymówki, które spadło właśnie do kominka. 

Pozostawszy sam, zabezpieczył drzwi frontowe mocną zasuwą i ryglem, sprawdził, czy 

inne  wejścia  są  zaryglowane,  i  wrócił  do  swego  pustego  pokoju.  Posilił  się  z  koszyczka,  w 
który zaopatrzyła go poczciwa stara kucharka, zamknął drzwi na klucz i ułożył się do snu na 
materacu  w  kącie.  Noc  była  spokojna  i  pogodna,  nic  nie  zakłócało  głębokiej  ciszy  prócz 
ćwierkania samotnego świerszcza za kominem jakiegoś dalekiego pokoju. Świeca, która stała 
na  stole,  rzucała  nikłe,  żółte  promienie,  słabo  oświetlając  komnatę  i  rysując  na  ścianach 
dziwaczne kształty — cienie ubrania, które Dolph rzucił na krzesło. 

Smętne to otoczenie miało w sobie coś przygnębiającego i tak śmiały zazwyczaj Dolph, 

leżąc  teraz  na  twardym  posłaniu  i  rozglądając  się  po  pokoju,  uczuł,  że  opuszcza  go  zwykła 
wesoła  fantazja.  Zaczął  rozmyślać  o  swoich  próżniaczych  nawykach,  o  swoich  wątpliwych 
perspektywach na przyszłość, od czasu do czasu też wzdychał ciężko na wspomnienie biednej 
starej  matki,  nic  bowiem  nie  zasnuwa  takimi  chmurami  najweselszego  nawet  usposobienia, 
jak cisza i samotność. Naraz zdawało mu się, że posłyszał jakiś dźwięk, jak gdyby ktoś cho-
dził  na  parterze.  Wsłuchał  się  i  wyraźnie  usłyszał  kroki  na  wielkich  schodach.  Zbliżały  się 
wolno i uroczyście — raz... raz... raz!... Idący był najwyraźniej ciężki, ale jakże w takim razie 
dostał się do domu, nie czyniąc najmniejszego hałasu? Dolph sprawdził przecież zamki i pe-
wien był, że wszystkie wejścia są zaryglowane. Kroki jednak zbliżały się — raz... raz... raz!... 
Nie ulegało wątpliwości, że intruz nie jest złodziejem — złodziej byłby się skradał albo starał 
się biec jak najprędzej. Po chwili kroki rozległy się już na piętrze i posuwały się wolno kory-
tarzem, odbijając się echem w pustych i cichych apartamentach. Nawet świerszcz urwał swą 
melancholijną piosenkę i wśród martwej ciszy odgłos kroków stał się jeszcze bardziej wyra-
źny i przerażający. Drzwi, które zamknięte były na klucz od wewnątrz, rozwarły się wolno, 
jak gdyby same z siebie. Kroki rozległy się w pokoju, nikogo wszakże nie było widać. Prze-
szły przez pokój wolno i głośno — raz... raz... raz!... Ale źródło dźwięków nadal było niewi-
dzialne. Dolph przetarł oczy i rozejrzał się. Widział wszystkie zakamarki słabo oświetlonego 
pokoju, wszędzie było pusto, a przecież słyszał  wciąż owe tajemnicze kroki, ciężkie, miaro-
we. Wreszcie ucichły i znów zaległa martwa cisza. Niewidzialna ta obecność większą budziła 
grozę aniżeli cokolwiek, co dałoby się spostrzec wzrokiem. Nieuchwytność zjawy czyniła ją 
stokroć  potworniejszą.  Serce  załomotało  w  piersi  Dolpha,  czoło  okryło  się  zimnym  potem, 
leżał  przez  długi  czas  zastygły  z  przerażenia,  ale  nie  zaszło  nic,  co  usprawiedliwiłoby  jego 
lęk.  Wreszcie  świeca  dopaliła  się  w  lichtarzu  i  młodzieniec  zapadł  w  sen.  Gdy  się  obudził, 
było już widno: słońce zaglądało przez szpary w okiennicach, wokół domu wesoło śpiewały 
ptaki.  Pogodny,  słoneczny  dzień  wypłoszył  wkrótce  strachy  ubiegłej  nocy.  Dolph  roześmiał 
się  —  a  raczej  usiłował  się  roześmiać  —  na  myśl  o  tym,  co  zaszło,  i  starał  się  przekonać 
siebie,  że  była  to  tylko  gra  wyobraźni,  podnieconej  niesamowitymi  opowiadaniami,  których 
się nasłuchał. Z pewnym zdziwieniem jednak stwierdził, że drzwi zamknięte są od wewnątrz, 

background image

choć widział przecież z całą pewnością, jak się rozwarły, gdy zbliżyły się do nich tajemnicze 
kroki. Powrócił do miasta w wielkiej rozterce, postanowił jednak nic o tym nie mówić, dopóki 
następna  noc  spędzona  na  czuwaniu  nie  potwierdzi  jego  domysłów  lub  nie  rozwieje  wątpli-
wości. Milczeniem swoim sprawił wielki zawód plotkarzom, którzy czekali na niego w domu 
doktora.  Przygotowali  się  na  wysłuchanie  niesamowitych  historii  i  byli  wściekli,  gdy  ich 
Dolph zapewnił, że nie ma nic do opowiedzenia. 

Następnej  tedy  nocy  Dolph  znów  objął  wartę.  Wszedł  teraz  do  starego  domu  nie  bez 

drżenia. Zbadał ze szczególną starannością zamki przy wszystkich drzwiach i dobrze je zary-
glował. Zamknął na klucz drzwi swego pokoju i przystawił do nich krzesło; potem zjadł kola-
cję,  rzucił  się  na  materac  i  usiłował zasnąć.  Na  próżno  —  tysiące  stłoczonych  myśli  nie  po-
zwalały mu zmrużyć oka. Czas wlókł się wolno, jak gdyby minuty rozciągały się do rozmia-
rów godzin. Im dalej w noc, tym bardziej rosło podniecenie Dolpha, toteż omal nie zerwał się 
z  posłania,  gdy  wreszcie  usłyszał  znowu  tajemnicze  kroki  na  schodach.  Zbliżały  się,  jak 
przedtem, uroczyście i wolno: raz... raz... raz!... Zabrzmiały na korytarzu, drzwi rozwarły się 
znów,  jak  gdyby  nie  było  zamka  ani  przeszkody,  i  do  pokoju  weszła  dziwna  postać.  Był  to 
mężczyzna  w  podeszłym  wieku,  postawny  i  tęgi,  ubrany  na  dawną  modłę  flamandzką.  Miał 
na sobie  rodzaj krótkiej  peleryny, pod nią kubrak ściągnięty w talii pasem, szerokie, krótkie 
spodnie, spięte nad kolanami za pomocą wielkich kokard i żółte buty o cholewach rozszerza-
jących się ku górze i odstających szeroko od goleni. Stroju dopełniał szerokoskrzydły, miękki 
kapelusz  z  dużym  piórem,  umocowanym  równolegle  do  ronda.  Szpakowate  włosy  opadały 
starcowi  gęstymi  puklami  na  ramiona,  twarz  okalała  krótka,  również  szpakowata  broda. 
Obszedł  wolno  pokój,  jak  gdyby  badając,  czy  wszystko  jest  w  należytym  porządku,  potem 
zawiesił  kapelusz  na  kołku  przy  drzwiach,  usiadł  w  fotelu,  oparł  łokcie  na  stole  i  wbił  w 
Dolpha nieruchome, ciężkie spojrzenie. 

Dolph nie był z natury tchórzem, lecz wychował się w atmosferze ślepej wiary w duchy 

i  zjawy.  W  pamięci  jego  ożyły  natychmiast  opowieści  zasłyszane  o  tym  starym  domu,  gdy 
więc  patrzał  na  dziwnego  osobnika  w  niezwykłym  stroju,  na  jego  bladą  twarz,  szpakowatą 
brodę i nieruchome, rybie oczy, zęby zaczęły mu szczękać, włos zjeżył się na głowie i zimny 
pot  oblał  całe  ciało.  Jak  długo  trwał  w  tym  stanie,  nie  umiałby  powiedzieć,  gdyż  był  jak 
zaczarowany. Nie mógł oderwać wzroku od widma, leżał tylko wpatrując się w nie, a wszy-
stkie jego władze umysłowe pochłonięte były tą kontemplacją. Starzec siedział przy stole, nie 
poruszając  się,  nie  mrugając,  i  wciąż  gapił  się  na  Dolpha  uporczywym,  martwym  spojrze-
niem. Wreszcie gdzieś na sąsiedniej farmie kogut zatrzepotał skrzydłami i wybuchnął weso-
łym pianiem, które rozbrzmiało głośno po okolicznych polach. Na ten dźwięk starzec wolno 
wstał i zdjął kapelusz z kołka; drzwi otworzyły się i zamknęły za nim, słychać było, jak scho-
dzi  wolno  po  schodach:  raz...  raz...  raz!...  —  a  gdy  doszedł  do  parteru,  znów  zaległa  cisza. 
Dolph leżał, zamieniony w słuch; liczył każdy krok; nasłuchiwał wciąż, czy kroki nie powra-
cają, aż wreszcie, wyczerpany czuwaniem i podnieceniem, zapadł w niespokojny sen. 

Świt  znów  uspokoił  go  i  natchnął  odwagą.  Dolph  uznałby  chętnie  wszystko,  co  się 

zdarzyło, za marę senną, miał jednak przed sobą fotel, na którym nieznajomy siedział, stół, na 
którym się opierał, kołek, na którym powiesił kapelusz, a nade wszystko drzwi, zamknięte jak 
wówczas, gdy przekręcił w nich klucz, i nadal zatarasowane krzesłem. Zbiegł szybko na dół i 
obejrzał drzwi i okna. Wszystkie znajdowały się dokładnie w tym samym stanie, w jakim je 
zostawił, i pewne było, że żadna żywa istota nie mogła dostać się do domu lub wyjść z niego, 
nie  pozostawiając  po  sobie  śladów.  „Phi!  —  powiedział  sobie  Dolph.  —  To  wszystko  byle 
sen”.  Ale  słowa  nic  nie  pomogły  —  im  większych  starań  dokładał,  aby  zapomnieć  o  sennej 
scenie, tym bardziej zaprzątała ona jego myśli. 

Aczkolwiek Dolph nadal zachowywał ścisłe milczenie na temat wszystkiego, co widział 

lub słyszał, wygląd jego zdradzał, że spędził noc bezsenną i niespokojną. Jasną było rzeczą, iż 
jakieś sprawy nadprzyrodzone kryją się za tą tajemniczą rezerwą. Doktor zaprowadził go do 

background image

gabinetu,  zamknął  drzwi  na  klucz  i  prosił  o  dokładne  i  poufne  sprawozdanie,  lecz  nie  udało 
mu  się  wydobyć  z  Dolpha  ani  słowa.  Frau  Ilza  wzięła  go  na  bok  do  pokoju  kredensowego, 
lecz również nic nie wskórała, a Piotr de Groodt przez całą godzinę trzymał go za guzik — i 
to  na  cmentarzu,  który  jest  przecież  miejscem  najodpowiedniejszym  do  zgłębiania  historii  o 
duchach — ale po zakończeniu rozmowy nie był  ani trochę mądrzejszy od tamtych. Zawsze 
się  jednak  tak  dzieje, że jedna  ukryta  prawda  rodzi  dziesiątki  obiegowych  kłamstw.  Przypo-
mina  zamkniętą  w  banku  gwineę,  mającą  dziesiątki  papierowych  reprezentantek.  Nim  wie-
czór zapadł, cała okolica trzęsła się od pogłosek i plotek. Niektórzy mówili, że Dolph Heyli-
ger  czuwał  w  nawiedzonym  domu,  mając  pistolety  nabite  srebrnymi  kulami;  inni,  że  odbył 
długą rozmowę z upiorem bez głowy; jeszcze inni, że doktora Knipperhausena i grabarza wy-
gnały z farmy i ścigały potem aż do miasta licznie zgromadzone duchy ich dawnych klientów. 
Jeszcze inni wreszcie kiwali głowami, ubolewając, że doktor każe Dolphowi nocować samo-
tnie  w  tym  ponurym  domu,  gdzie  mogą  go  porwać  złe  moce,  gdy  inni  znów  powiadali  ze 
wzruszeniem ramion, że gdyby diabeł istotnie porwał młodzieńca, byłby to tylko taki wypa-
dek, kiedy swój przychodzi do swego po swoje. 

Pogłoski te wreszcie dotarły do uszu poczciwej jejmości Heyliger i, jak można się było 

spodziewać,  wprawiły  ją  w  stan  niewymownego  przerażenia.  Gdyby  jej  syn  naraził  się  na 
niebezpieczeństwo w starciu z żywymi wrogami, nie byłoby to dla niej ani w setnej części tak 
okropne, jak to wyzwanie, rzucone w pojedynkę strachom nawiedzonego domu. Pośpieszyła 
czym prędzej do doktora i przez pół dnia usiłowała odwieść Dolpha od powtórzenia wczoraj-
szej  warty;  opowiedziała  mu  ze  dwadzieścia  historii,  zreferowanych  jej  przez  życzliwych 
przyjaciół,  o  ludziach  porwanych  podczas  samotnego  czuwania  w  starych,  zrujnowanych 
domach. Wszelkie perswazje były daremne. Dolphem kierowała już nie tylko ciekawość, ale 
zadraśnięta ambicja. Starał się uspokoić obawy matki i zapewniał ją, że w pogłoskach, które 
słyszała, nie ma cienia prawdy; ona patrzała na niego z niedowierzaniem i potrząsała głową, 
widząc jednak, że nie uda jej się zachwiać jego postanowieniem, przyniosła mu małą, grubą 
Biblię holenderską z mosiężnymi klamrami, aby zabrał ją ze sobą i używał jej jako miecza w 
walce  z  ciemnymi  siłami,  na  wypadek  zaś,  gdyby  to  nie  wystarczyło,  gospodyni  dodała  mu 
jeszcze katechizm heidelberski w charakterze sztyletu. 

Następnego wieczoru tedy Dolph po raz trzeci zajął swe stanowisko w starej rezydencji. 

Czy to był sen, czy jawa, w każdym razie znów powtórzyło się to samo. Około północy, kiedy 
wszędzie  panowała  cisza,  ten  sam  dźwięk  odbił  się  echem  w  pustych  pokojach:  raz...  raz... 
raz!...  Znów  ktoś  wszedł  na  górę,  drzwi  znów  się  otworzyły,  starzec  wszedł,  obszedł  pokój, 
powiesił kapelusz i usiadł przy stole. Ten sam strach i drżenie ogarnęło biednego Dolpha, acz 
już nie w tak gwałtownym stopniu. Młodzieniec znów leżał bez ruchu i patrzał zafascynowa-
ny na nieznajomego, który z kolei spoglądał na niego jak przedtem wzrokiem martwym, upor-
czywym,  mrożącym  krew  w  żyłach.  Tak  trwali  przez  długi  czas,  aż  wreszcie  Dolphowi 
zaczęła stopniowo powracać odwaga. Żywy czy umarły, przybysz musiał przecież mieć jakiś 
cel  w  tym  nawiedzaniu;  ponadto  Dolph  przypomniał  sobie,  że,  jak  słyszał,  duchy  nie  mogą 
mówić, dopóki się nie przemówi do nich. Zdobył się więc na stanowczość i po paru próbach, 
gdy już udało mu się wprawić w ruch wyschnięty język, zwrócił się do nieznajomego, prosząc 
go w formie najbardziej uroczystej i poważnej, aby wyjaśnił, w jakim celu przybywa. 

Ledwie  skończył,  gdy  starzec  wstał,  zdjął z  kołka  kapelusz,  drzwi  się  otworzyły  i  wy-

szedł przez nie, oglądając się z progu na Dolpha, jak gdyby spodziewał się, że ten pójdzie za 
nim.  Młodzieniec  nie  wahał  się  ani  chwili.  Ujął  w  rękę  świecę,  wsadził  pod  pachę  Biblię  i 
usłuchał  milczącego  zaproszenia.  Świeca  rzucała  słabe,  migotliwe  światło,  widział  wszakże, 
jak nieznajomy wolno schodzi po schodach. Z drżeniem w sercu ruszył za nim. Znalazłszy się 
na  dole,  nieznajomy  skręcił  przez  sień  do  tylnych  drzwi  domu.  Dolph  trzymał  światło  nad 
balustradą, ale teraz, starając się nie stracić starca z oczu, poruszył wątłą świeczką tak gwałto-
wnie, że ta zgasła. Wszelako blade promienie księżyca, wpadające przez wąskie okno, oświe-

background image

tlały dostatecznie sień, ale Dolph mógł rozróżnić przy drzwiach mglisty zarys postaci starca. 
Zszedł tedy za nim na dół i skręcił w kierunku drzwi, gdy jednak do nich doszedł, nieznajo-
mego  już  tam  nie  było.  Drzwi  były  nadal  zamknięte  i  zaryglowane,  o  jakimkolwiek  innym 
wyjściu nie mogło być  mowy, a przecież nieznajomy zniknął. Dolph odemknął drzwi i wyj-
rzał  na  zewnątrz.  Noc  była  przejrzysta,  księżycowa,  oko  mogło  rozróżnić  przedmioty  w  pe-
wnej odległości. Dolphowi zdawało się, że widzi nieznajomego na ścieżce wiodącej od drzwi. 
Nie  omylił  się  —  ale  jakże  tamten  wydostał  się  z  domu?  Dolph  nie  tracił  jednak  czasu  na 
rozważania, lecz znów ruszył za nim. Starzec szedł miarowym krokiem,  nie rozglądając się, 
kroki jego rozlegały się donośnie na ubitej ziemi. Przeszedł przez sad owocowy, wciąż trzy-
mając się ścieżki. Prowadziła ona do studni, położonej w niewielkim zagłębieniu, a dostarcza-
jącej farmie wody. Tuż przy tej studni Dolph naraz stracił nieznajomego z oczu. Przetarł je i 
spojrzał raz jeszcze, ale starca nigdzie nie było widać. Zbliżył się do studni, lecz tam również 
nie  było  nikogo.  Teren  okalający  studnię  był  otwarty,  nie  było  tu  krzaków  ani  żadnej  innej 
kryjówki. Dolph zajrzał do studni i dostrzegł głęboko w dole odbicie nieba w spokojnej wo-
dzie. Stał tak jakiś czas, lecz nie widząc ani nie słysząc więcej swego tajemniczego przewo-
dnika,  wrócił  do  domu,  zdziwiony  i  znów  pełen  lęku.  Zamknął  drzwi,  po  omacku  odnalazł 
posłanie i przez długi jeszcze czas nie mógł uspokoić się dostatecznie, aby zasnąć. 

Sny  miał  dziwne  i  niespokojne.  Śniło  mu  się,  że  idzie  za  starcem  brzegiem  wielkiej 

rzeki, aż wreszcie dochodzą do statku, mającego za chwilę wyruszyć w drogę. Tu przewodnik 
wprowadza go na pokład i znika. Dolph zapamiętał dobrze kapitana statku, niskiego, smagłe-
go  mężczyznę,  z  kędzierzawymi,  czarnymi  włosami,  ślepego  na  jedno  oko  i  utykającego  na 
nogę, reszta snu jednak była mocno niewyraźna. Niekiedy Dolph żeglował po morzu, czasem 
podróżował lądem, to znajdował się wśród burz i wichrów, to znów szedł spokojnie niezna-
nymi ulicami. Postać starca mieszała się w jakiś nieokreślony sposób z wydarzeniami snu, na 
zakończenie zaś pamiętał wyraźnie, jak znów na pokładzie statku wraca do domu z wielkim 
worem pieniędzy! 

Gdy się obudził, szary, chłodny świt rozlewał się po widnokręgu, a koguty grały pobu-

dkę  z  jednej  farmy  na  drugą.  Wstał  bardziej  jeszcze  skołatany  i  strapiony  niż  kiedykolwiek. 
Wszystko, co widział i co mu się śniło, wprawiło go w dziwne pomieszanie, zaczął podejrze-
wać,  że  postradał  rozum  i  że  przeżycia  jego  są  tylko  wytworem  chorej  wyobraźni.  W  obe-
cnym  stanie  ducha  nie  miał  chęci  wracać  wprost  do  doktora  i  poddać  się  indagacjom  wszy-
stkich domowników. Zjadł przeto skąpe śniadanie, złożone z resztek wczorajszych zapasów, a 
następnie poszedł na łąki, aby zastanowić się nad tym, co  go spotkało. Pogrążony w rozmy-
ślaniach, kluczył zbliżając się stopniowo do miasta, aż wyrwał go z zadumy panujący wokół, 
ożywiony ruch. Znajdował się nad rzeką, wśród tłumu ludzi podążających śpiesznie na przy-
stań,  gdzie  stał  statek  gotów  do  podniesienia  żagli.  Dolph  pociągany  falą  ludzką  ruszył  bez-
wiednie z nią razem i ujrzał szkuner, mający wyruszyć w  górę  Hudsonu  do Albany. Dokoła 
żegnano się, wymieniano pocałunki, wnoszono na pokład kosze chleba i wszelkiego rodzaju 
żywności, mimo wielkich połci mięsa, dyndających na rufie, podróż bowiem do Albany była 
w owych czasach wielkim przedsięwzięciem. Dowódca statku kręcił się po pokładzie i wyda-
wał mnóstwo rozkazów, które wykonywano niezbyt gorliwie; jeden marynarz zajęty był zapa-
laniem fajki, inny ostrzył wielki nóż. 

Powierzchowność dowódcy przykuła naraz uwagę Dolpha. Niski i smagły, miał kędzie-

rzawe, czarne włosy, był ślepy na jedno oko i utykał na nogę — ten sam kapitan, którego wi-
dział we śnie! Zdumiony i poruszony, zaczął rozglądać się uważniej i pochwycił dalsze ślady 
snu:  wygląd  statku,  rzeki,  postaci  i  wielu  innych  obiektów  pokrywał  się  z  mglistymi  wspo-
mnieniami, ożywającymi teraz w jego pamięci. 

Gdy tak stał, rozmyślając o tym zbiegu okoliczności, kapitan zawołał nagle do niego po 

holendersku: 

— Wchodź na pokład, młodzieńcze, bo zostaniesz na lądzie! 

background image

Wezwanie to zaskoczyło Dolpha; ujrzał, że szkuner odcumował i odbija już od przysta-

ni; jak gdyby pchany przemożną siłą, skoczył na pokład i w następnej chwili szkuner nabrał 
szybkości,  pędzony  falą  i  wiatrem.  W  myślach  i  uczuciach  Dolpha  panował  tumult  i  zamie-
szanie.  Był  pod  wrażeniem  ostatnich  zdarzeń,  nie  mógł  też  oprzeć  się  przeświadczeniu,  że 
istnieje  jakiś  związek  między  obecną  sytuacją  a  wczorajszym  snem.  Czuł,  że  pozostaje  we 
władzy nadprzyrodzonych mocy, i usiłował pocieszyć się swoją starą, ulubioną maksymą, że 
„tak  czy  owak,  jakoś  tam  będzie”.  Wyobraził  sobie  na  chwilę,  jak  oburzony  będzie  doktor 
tym jego odjazdem bez pytania, ale nie miało to już większego znaczenia. Pomyślał następnie 
o  matce,  wyobraził  sobie  jej  rozpacz  na  wieść  o  jego  dziwnym  zniknięciu  i  tu  serce  mu  się 
ścisnęło. Byłby błagał, aby go wysadzono na brzeg, wiedział jednak, że przy takim wietrze i 
tak silnej fali wszelkie błagania będą daremne. Naraz upodobanie do nowości i przygód gorą-
cą  falą  zalało  całe  jego  jestestwo;  czuł,  że za  sprawą  owych  przedziwnych  mocy  znalazł  się 
niespodziewanie na szerokich wodach i ujrzy nareszcie przeróżne cuda, czekające na niego w 
górze  tej  potężnej  rzeki  i  za  tymi  błękitnymi  górami,  co  od  dzieciństwa  przesłaniały  mu 
zawsze horyzont, Gdy tak zmagał się z tym rojem myśli, żagle wydęły się tymczasem na wie-
trze, brzegi poczęły szybko uciekać i zanim odzyskał równowagę, szkuner mijał już Spiking-
devil i Yonkers, a najwyższy komin Manhattoes zniknął Dolphowi z oczu. 

Mówiłem już, że podróż w górę Hudsonu stanowiła w owych czasach przedsięwzięcie 

nie lada; traktowano ją z nie mniejszą powagą aniżeli dzisiaj podróż do Europy. Statki często-
kroć  były  w  drodze  przez  wiele  dni,  a  ostrożni  żeglarze  skracali  żagle  przy  ostrym  wietrze, 
stawali w nocy na kotwicy i zatrzymywali się, aby wysłać łódkę na ląd po mleko do herbaty, 
bez której czcigodne stare pasażerki nie mogły przecież istnieć. Mówiono też wiele o niebez-
pieczeństwach, jakie czyhają na Tappaan Zee i w okolicach podgórskich. Słowem, rozważny 
mieszczanin  holenderski  rozprawiał  o  takiej  podróży  przez  całe  miesiące,  a  nawet  lata,  a 
podejmując ją, zawsze porządkował najpierw swoje sprawy, spisywał testament i zamawiał w 
holenderskich kościołach ewangelickich modły na intencję pomyślnego powrotu. 

Dolph pewien był przeto, że podczas takiej podróży będzie miał dość czasu do namysłu 

i zdecydowania, co ma robić po przyjeździe do Albany. Kapitan swoim niewidzącym okiem i 
kulawą nogą raz po raz przypominał wprawdzie Dolphowi o dziwnym śnie, zasmucając go na 
kilka chwil, ale życie Dolpha ostatnio było taką mieszaniną snów i rzeczywistości, jego noce i 
dni splatały się w tak nierozerwalną całość, że zdawało mu się, iż stale przebywa w świecie 
ułudy. Gdy jednak człowiek nie ma nic do stracenia, zawiera to w sobie zawsze jakąś negaty-
wną  pociechę,  toteż  Dolph  dodając  sobie  tą  myślą  otuchy,  postanowił  czerpać  jak  najwięcej 
radości z obecnej swej sytuacji. 

Drugiego dnia podróży dotarli do terenów podgórskich. Było spokojne, upalne popołu-

dnie i płynęli gładko z prądem wśród surowych, nieprzystępnych gór. Panowała owa dosko-
nała  cisza,  która  zstępuje  na  przyrodę  wraz  z  rozleniwiającym  skwarem  letnim;  stuknięcie 
deski, odgłos wiosła upuszczonego przypadkiem na pokład odbijał się od gór echem, powta-
rzanym  dalej  po  obu  brzegach,  a  jeśli  kapitan  wydał  głośny  rozkaz,  niewidzialne  języki 
przedrzeźniały go ze szczytu każdej skały. 

Dolph  z  niemym  zachwytem  i  podziwem  patrzał  na  te  wspaniałe  widoki.  Na  lewo 

Dunderberg wznosił swe lesiste przepaście, wyżyna za wyżyną, bór za borem, hen ku głębo-
kiemu letniemu niebu. Na prawo wysuwał się zuchwale do przodu cypel noszący miano Nosa 
Antoniego, a nad nim krążył samotny orzeł; dalej zaś góry następowały jedna po drugiej, aż 
zdawało  się,  że  splatają  ramiona,  zamykając  w  objęciach  potężną  rzekę.  Miało  się  uczucie 
cichej rozkoszy, gdy się patrzało na szerokie, zielone płaszczyzny wznoszące się tu i ówdzie 
między przepaściami lub na lasy zawieszone wysoko w powietrzu na krawędzi stromej ściany 
skalnej i kołyszące listowiem zupełnie przezroczystym w promieniach złotego słońca. 

W trakcie tych zachwytów Dolph zauważył kłąb lśniących, białych obłoków, wyłaniają-

cy  się  znad  zachodnich  szczytów.  Po  pierwszym  kłębie  wyłonił  się  drugi,  po  nim  trzeci,  a 

background image

każdy,  zdawało  się,  popychał  naprzód  swego  poprzednika.  Obłoki,  płonące  olśniewającym 
blaskiem,  piętrzyły  się  w  głębokim  błękicie  nieba,  po  chwili  zaś  spoza  gór  doleciał  daleki 
warkot grzmotów. Rzeka, tak dotychczas nieruchoma i szklista, odbijająca w swej tafli obrazy 
nieba i lądu, poczęła marszczyć się w oddali od podmuchów zrywającego się wiatru. Ryboło-
wy  krążyły  z  krzykiem  lub  kryły  się  do  gniazd  na  wysokich  drzewach;  wrony  kracząc  cho-
wały się w szczelinach skalnych, zdawało się, że cała przyroda wyczuwa nadciągającą burzę. 

Obłoki przewaliły się teraz gromadą przez szczyty górskie, wierzchołki ich wciąż były 

śnieżne i lśniące, lecz niższe części stały się atramentowo czarne. Deszcz zaczął kropić wie-
lkimi, rozproszonymi kroplami; wiatr wzmógł się, kędzierzawiąc fale, wreszcie szczyty  gór-
skie  jak  gdyby  rozpruły  trzewia  brzuchatym  chmurom  i  lunęły  z  nich  istne  potoki  deszczu. 
Błyskawice przeskakiwały z chmury na chmurę i zdawały się drgać na skałach, rozszczepia-
jąc  i  łamiąc  najmocarniejsze  drzewa.  Grzmoty  wybuchały  ogłuszająco,  odbijając  się  echem 
wśród gór; trzaskały nad Dunderbergiem i toczyły się dalej podgórzem, a każdy szczyt rodził 
nowe echo, aż zdawało się, że stary Byk ze wzgórza swego imienia rozgniewany burzą odpo-
wiada jej wściekłym rykiem. 

Przez jakiś czas mknące naprzód, strzępiaste chmury, mgły i strugi deszczu przesłaniały 

zupełnie  widnokrąg.  Wszystko  spowił  przerażający  mrok,  przecinany  przez  jeszcze  bardziej 
przerażające smugi błyskawic, połyskujących wśród kropli deszczu. Dolph nigdy jeszcze nie 
widział  tak  zaciekłej  walki  żywiołów;  zdawało  się,  że  burza  przemocą  toruje  sobie  drogę 
przez ten łańcuch górski, rzuciwszy do akcji wojennej całą artylerię niebieską. 

Statek pędził gnany coraz silniejszym wichrem, aż dotarł do miejsca, gdzie rzeka czyni 

nagle zakręt, jedyny zresztą w całym swym majestatycznym biegu *. W chwili, gdy go okrą-
żali, gwałtowny podmuch wichury nadleciał przez wąwóz górski, pochylając przed sobą las i 
zmieniając rzekę w zwartą masę białej piany. Kapitan dojrzał niebezpieczeństwo i krzyknął, 
żeby zrefowano żagle.  Zanim jednak ktokolwiek zdążył wykonać rozkaz, szkwał uderzył w 
statek i postawił go dęba. Zapanowała panika i chaos: łopotanie żagli, świst i wycie wichury, 
przekleństwa  kapitana  i  załogi,  krzyki  pasażerów,  wszystko  to  przemieszane  z  hukiem  i 
łoskotem grzmotów. Wśród tego zgiełku statek się wyprostował, jednocześnie zaś grotżagiel 
obrócił się, zamiatając bomem pokład, i Dolph, który wpatrywał się nieopatrznie w chmury, 
w mgnieniu oka znalazł się w rzece. 

Tu przynajmniej raz w życiu przydały mu się jego hultajskie umiejętności. Dzięki wielu 

godzinom  wagarów  spędzonym  na  zabawach  nad  Hudsonem  stał  się  wybornym  pływakiem, 
mimo wszakże siły i wprawy z wielkim trudem dotarł do brzegu. Załoga, przejęta grożącym 
wciąż niebezpieczeństwem, nie zauważyła  wcale  zniknięcia Dolpha. Statek z niewiarogodną 
szybkością pędził dalej. Miał przed sobą ciężkie zadanie, musiał bowiem okrążyć długi przy-
lądek, wokół którego zakręcała rzeka i który całkowicie skrył statek przed oczami Dolpha. 

Dolph  wylądował  na  zachodnim  brzegu  i  wdrapawszy  się  w  górę  po  głazach  padł, 

wyczerpany i półprzytomny, u stóp drzewa. Burza stopniowo ucichała. Chmury odpłynęły na 
wschód, gdzie zatrzymały się pierzastą gromadą, zabarwione ostatnimi, różowymi promienia-
mi  słońca.  Wokół  ich  ciemnych  podstaw  widać  jeszcze  było  błyski  piorunów,  od  czasu  do 
czasu też rozlegały się słabe pomruki grzmotów. Dolph wstał i rozejrzał się, czy jakaś ścieżka 
nie  prowadzi  stąd  w  głąb  lasu,  ale  krajobraz  był  dziki  i  nigdzie  nie  znać  było  śladów  stóp 
ludzkich. Olbrzymie głazy piętrzyły się jeden na drugim; wielkie, połamane pnie drzew leżały 
wszędzie; obaliły je zapewne silne wichry, wiejące wśród gór, albo też same przewróciły się 
ze  starości.  Głazy  ponadto  porastało  dzikie  wino  i  głóg,  których  splątana  gęstwina  broniła 
intruzowi dostępu, przy  każdym  bowiem  jego  kroku  zraszała  go ulewa kropel  spadająca z  
mokrych liści. Zaczął wspinać się na jedną z tych niemal prostopadłych ścian, wszelako, choć 
był silny i zwinny,  przekonał się,  że to  przedsięwzięcie  na miarę  herkulesową.  Częstokroć  
 

* Musiał to być zakręt przy West Point. (Przyp. aut.). 

background image

opierał  się  tylko  na  kruszącym  się  występie  skalnym,  czasem  znów,  chwytając  się  korzeni  i 
gałęzi drzew, zawisał niemal w powietrzu. Gołąb leśny przefrunął obok niego, orzeł krzyczał 
z krawędzi nawisłej skały. Gdy się Dolph tak wspinał i miał właśnie chwycić się krzaka, aby 
podciągnąć się wyżej, coś zaszeleściło wśród liści i ujrzał żmiję, drgającą jak błyskawica tuż 
pod jego ręką. Wyprostowała się zaraz i przybrała postawę wyzywającą, ze spłaszczoną gło-
wą, rozwartymi szczękami i wibrującym językiem, co igrał jak płomyk w jej pyszczku. Serce 
Dolphowi  zamarło,  o  mały  włos,  a  byłby  puścił  uchwyt  i  stoczył  się  w  przepaść.  Ale  żmija 
pozostawała w tej obronnej pozie tylko przez chwilę, widząc zaś, że nikt jej nie atakuje, wśli-
znęła  się  do  szczeliny  skalnej.  Oczy  przerażonego  Dolpha  pobiegły  za  nią  i  ujrzał  w  jaskini 
całe stado żmij, skłębionych, wijących się i syczących. Zdwoił wysiłki, żeby oddalić się czym 
prędzej od tak potwornego sąsiedztwa. Wyobraźnią jego pod wpływem tego nowego niebez-
pieczeństwa widziała żmiję w każdej wijącej się winorośli i słyszała grzechotnika w każdym 
szeleszczącym zeschłym liściu. 

Wreszcie udało mu się wspiąć na szczyt zbocza, lecz teren tutaj porośnięty był gęstym 

lasem. Gdzie tylko mógł zajrzeć między drzewa,  widział wzgórza i skały  ciągnące się jedno 
za drugim, nad wszystkim zaś wznosiła się olbrzymia góra. Nie było żadnych śladów uprawy 
ziemi,  nigdzie  wśród  drzew  ani  cienia  dymu,  który  wskazywałby  na  osiedle  ludzkie.  Wszy-
stko było dzikie i bezludne. Gdy tak stał nad brzegiem przepaści, skąd widać było głęboki wą-
wóz  okolony  drzewami,  strącił  przypadkiem  nogą  duży  kamień;  spadł  on  w  otchłań,  torując 
sobie drogę wśród wierzchołków drzew. Głośny okrzyk, a raczej wycie rozległo się z dna wą-
wozu; w chwilkę potem huknął strzał, kula gwizdnęła Dolphowi nad głową, ścinając gałązki i 
liście, i utkwiła głęboko w korze wielkiego kasztana. 

Dolph  nie  czekał  na  drugi  strzał,  lecz  wycofał  się  błyskawicznie,  lękając  się  wciąż,  że 

usłyszy kroki ścigającego wroga. Udało mu się wszakże powrócić cało na brzeg, gdzie posta-
nowił, że nie będzie się już starał zbadać okolicy najeżonej tak groźnymi niebezpieczeństwa-
mi. 

Smutny,  zgnębiony,  ociekający  wodą,  usiadł  na  przybrzeżnym  kamieniu.  Co  teraz 

robić?  Gdzie  się  skryć?  Godzina  spoczynku  zbliżała  się,  ptaki  wracały  do  gniazd,  nietoperz 
zaczął śmigać w półmroku, a lelek, szybujący wysoko w niebie, zdawał się zanosić swe woła-
nie do gwiazd. Noc zapadała stopniowo, spowijając wszystko posępnym mrokiem i choć był 
to  dopiero  koniec  lata,  wiatr  wiejący  znad  rzeki  i  przenikający  do  tej  mokrej  puszczy  był 
zimny i przejmujący, zwłaszcza dla człowieka, który się o mało przecież nie utopił. 

Gdy  tak  siedział  w  stanie  całkowitego  przygnębienia,  dostrzegł  światełko,  połyskujące 

wśród drzew niedaleko brzegu, gdzie zakręt rzeki tworzył głęboką zatokę. Ożywił się od razu, 
zaświtała  mu  bowiem  nadzieja,  że  to  jakieś  siedlisko  ludzkie,  w  którym  być  może  dostanie 
coś, co zaspokoi szarpiący mu trzewia głód. i — rzecz niemniej ważna dla rozbitka — będzie 
mógł spędzić noc pod jakimś dachem. Z najwyższym trudem zaczął się posuwać w kierunku 
światła, po zrębach skalnych, z których mógł spaść do rzeki, przez wielkie pnie drzew, czę-
stokroć  obalonych  przez  dzisiejszą  burzę  i  leżących  tak  zwartą  masą,  że  musiał  przedzierać 
się przez ich gałęzie. Wreszcie dotarł do krawędzi skały, zwisającej nad małą kotlinką, z któ-
rej rozchodziło się światło. Promieniowało ono od ogniska u stóp wielkiego drzewa na środku 
małej, okrytej trawą polanki wśród skał. Ognisko rzucało czerwony odblask na szare głazy i 
nawisłe drzewa, pozostawiając płaty nieprzejrzanego mroku, przypominające czeluście jaskiń. 
Nie  opodal  przepływał  mały  strumyk,  a  obecność  jego  zdradzały  drgające  odbicia  płomieni. 
Dwie postacie kręciły się przy ognisku, inne siedziały przy nim w kucki. Ponieważ znajdowa-
ły się między Dolphem a źródłem światła, okrywał je cień, lecz jedna z nich przeszła właśnie 
na  drugą  stronę  ogniska  i  Dolph  drgnął,  poznając  po  wymalowanej  twarzy  i  lśniących  sre-
brnych ozdobach, że jest to Indianin. Przyjrzał się uważniej i dostrzegł strzelby oparte o drze-
wo i jakieś zwłoki leżące na ziemi. Miał przed sobą tych samym nieprzyjaciół, co strzelili do 
niego  z  wąwozu.  Chciał  wycofać  się  szybko,  aby  nie  dostać  się  we  władzę  tych  groźnych 

background image

istot,  na  dobitkę  w  miejscu  tak  dzikim  i  bezludnym.  Ale  było  już  za  późno:  Indianin  z  orlą 
bystrością, właściwą swojej rasie, dostrzegł, że coś się porusza w zaroślach na skale. Chwycił 
jedną ze strzelb opartych o drzewo; jeszcze moment, a kula być może uleczyłaby Dolpha raz 
na zawsze z zamiłowania do przygód. Dolph jednak zdążył wydać głośny okrzyk, będący in-
diańskim przyjaznym powitaniem; wszyscy zebrani zerwali się na równe nogi odwzajemnia-
jąc powitanie i zaprosili znużonego wędrowca, aby zasiadł z nimi przy ognisku. 

Gdy  się  Dolph  zbliżył,  przekonał  się  ku  swej  wielkiej  uldze,  że  towarzystwo  oprócz 

Indian  składa  się  także  z  białych.  Jeden  z  nich,  najwidoczniej  przywódca  lub  też  człowiek 
ogólnie poważany, siedział na pniu drzewa przed ogniskiem. Był to potężny, gruby mężczy-
zna,  nie  pierwszej  młodości,  ale  tryskający  życiem  i  zdrowiem.  Twarz miał  tak  ogorzałą,  że 
nie  różnił  się  niemal  kolorem  skóry  od  Indian,  rysy  mocne,  lecz  jowialne,  orli  nos  i  usta 
wykrojone jak u brytana. Szerokoskrzydły kapelusz ozdobiony koźlim ogonem rzucał cień na 
jego  twarz.  Siwe  włosy  obcięte  były  krótko  na  karku.  Mężczyzna  ubrany  był  w  strój  myśli-
wski, na nogach miał indiańskie sztylpy i mokasyny, za szerokim pasem, naszywanym pacior-
kami, tkwił tomahawk. Coś w jego rysach i postaci, gdy Dolph lepiej mu się przyjrzał, przy-
pominało  starca  z  nawiedzonego  domu.  Mężczyzna  przy  ognisku  różnił  się  wprawdzie  od 
tamtego strojem i wiekiem, przy tym minę miał znacznie weselszą, trudno więc było ustalić, 
na czym polega podobieństwo, ale podobieństwo to niewątpliwie istniało. Dolph podszedł do 
niego nie bez lęku, ale szczere, serdeczne powitanie rozproszyło jego obawy. Jeszcze bardziej 
się uspokoił, gdy stwierdził, że trup, który tak go przeraził, jest trupem zabitej sarny, a zado-
wolenie jego doszło do szczytu, gdy po smakowitych zapachach, rozchodzących się z kocioł-
ka zawieszonego na kijach nad ogniskiem, rozpoznał, że część sarniego mięsa gotuje się już 
na posiłek wieczorny. 

Trafił,  jak  się  okazało,  na  uczestników  wyprawy  myśliwskiej,  jakie  często  w  owych 

czasach  urządzali  osadnicy.  Myśliwy  jest  zawsze  gościnny,  a  nic  nie  przyczynia  się  tak  do 
swobodnego i serdecznego nastroju, jak spotkanie w puszczy. 

Dowódca wyprawy nalał miarkę pokrzepiającego trunku i podał ją Dolphowi, zachęca-

jąc go wesoło, aby wypił łyk na rozgrzewkę, po czym kazał jednemu z towarzyszy przynieść 
z łodzi przycumowanej w pobliskiej zatoczce jakieś ubranie, aby nasz bohater mógł wysuszyć 
przy ognisku swoją przemoczoną garderobę. 

Dolph dowiedział się, co zresztą podejrzewał, że strzał, który omal nie przeciął nici jego 

żywota  tam  nad  przepaścią,  pochodził  ze  strzelby  jednego  z  członków  wyprawy.  O  mało 
bowiem nie zmiażdżył jednego z nich strąconym przez się odłamkiem skały,  a na to wesoły 
stary  myśliwy  w  szerokoskrzydłym  kapeluszu  wystrzelił  w  to  miejsce,  gdzie  poruszały  się 
krzaki,  sądząc,  że  kryje  się  tam  jakieś  dzikie  zwierzę.  Roześmiał  się  serdecznie,  gdy  się 
dowiedział o popełnionym błędzie, myśliwi bowiem zaliczają tego rodzaju wypadki do rzędu 
znakomitych kawałów. 

—  Ale  zaprawdę,  mój  chłopcze  —  rzekł  —  gdybym  cię  zauważył  choćby  przelotnie, 

poszedłbyś w ślady kamienia, bo Antoni Vander Heyden rzadko chybia celu. 

Ostatnie  te  słowa  zaspokoiły  w  pewnym  stopniu  ciekawość  Dolpha,  a  jeszcze  kilka 

pytań dało mu pełny obraz osoby dowódcy i jego leśnych kompanów. Mężczyzna w szeroko-
skrzydłym kapeluszu był to ni mniej, ni więcej tylko imć Antoni Vander Heyden z Albany, o 
którym  Dolph  nieraz  słyszał.  Był  bohaterem  wielu  opowieści,  a  jego  kaprysy  i  obyczaje 
stanowiły  przedmiot  zdumienia  i  roztrząsa  sąsiadów-Holendrów.  Jako  człowiek  majętny  — 
odziedziczył  bowiem  po  ojcu  wielkie  obszary  dziewiczych  terenów  i  całe  beczki  paciorków 
do  handlu  z  Indianami  —  mógł  do  woli  folgować  swoim  zachciankom.  Zamiast  siedzieć 
spokojnie w domu, jeść i pić o regularnych porach, mieć za rozrywkę palenie fajki na ławce 
przed drzwiami, a wieczorem układać się do snu w wygodnym łóżku, Antoni Vander Heyden 
kochał się we wszelkiego rodzaju trudnych, niebezpiecznych wyprawach i czuł się szczęśliwy 
tylko wtedy, gdy wraz z innymi myśliwymi wałęsał się po puszczy, sypiał pod drzewami lub 

background image

w  szałasach  z  kory  albo  płynął  łodzią  w  dół  Hudsonu  czy  też  po  jakichś  jeziorach  leśnych, 
łowiąc ryby, polując i żywiąc się tym, co Pan Bóg ześle. 

Był  wielkim  przyjacielem  Indian  i  zwolennikiem  indiańskiego  sposobu  życia,  który 

zdaniem jego dawał człowiekowi prawdziwą wolność i rozrywki godne mężczyzny. Gdy był 
w domu, miał przy sobie zawsze kilku rezydentów Indian, którzy snuli się po domu, spali na 
słońcu niby psy gończe, przygotowywali przybory myśliwskie i rybackie do nowej wyprawy 
albo strzelali z łuku do celu. 

Heer Antoni miał nad tymi koczownikami władzę tak absolutną, jaką ma myśliwy nad 

swoją sforą, dla normalnych wszakże jego sąsiadów stanowili oni nieustanne źródło niepoko-
ju i kłopotów. Ponieważ pan Vander Heyden był człowiekiem bogatym, nikt nie śmiał mu się 
sprzeciwiać,  przy  tym  jego  serdeczne,  wesołe  obejście  jednało  mu  powszechną  życzliwość. 
Idąc  ulicą,  wyśpiewywał  na  cały  głos  piosenkę  holenderską  i  już  z  odległości  mili  witał  ka-
żdego znajomka, a gdy wszedł do czyjegoś domu, klepał poufale gospodarza po ramieniu, ści-
skał mu rękę tak mocno, aż zacny Holender wył z bólu, i w jego obecności wycałowywał jego 
żonę i córki — słowem, imć Antoni nie miał w sobie nic z wyniosłości czy zgryźliwości. 

Poza swoimi indiańskimi adiutantami miał jeszcze kilku białych przyjaciół, którzy uwa-

żali go za swego opiekuna, korzystali bez ograniczeń z jego kuchni i dostępowali tej łaski, że 
Heer  Vander  Heyden  zabierał  ich  od  czasu  do  czasu  na  jakąś  wyprawę.  Z  taką  właśnie 
mieszaniną podkomendnych odbywał teraz wielką łodzią podróż wzdłuż wybrzeży Hudsonu. 
Było  z  nim  dwóch  białych,  ubranych  częściowo  na  modłę  indiańską  w  mokasyny  i  bluzy 
myśliwskie, resztę załogi stanowili jego czterej ulubieni Indianie. Wędrowali bez określonego 
celu,  aż  znaleźli  się  w  tej  okolicy,  gdzie  spędzili  kilka  dni,  polując  na  sarny,  trafiające  się 
jeszcze tu w górach. 

— Masz szczęście, młodzieńcze — rzekł Antoni Vander Heyden — że cię zmiotło z po-

kładu dzisiaj, bo jutro o świcie wyruszamy w drogę do domu i wówczas na próżno byś szukał 
wśród skał jakiegoś posiłku — ale dalejże, chłopcy, ruszcie się! Ruszcie się! Zobaczymy, co 
tam  mamy  na  kolację,  kociołek  wre  już  dość  długo,  kiszki  marsza  mi  grają,  a  założę  się,  że 
nasz gość też nie będzie się wzbraniał przed gorącą strawą. 

W małym obozowisku powstał ożywiony ruch. Jeden z mężczyzn zdjął z ognia kociołek 

i  przerzucił  część  jego  zawartości  do  wielkiej  drewnianej  misy.  Inny  przygotował  płaski 
kamień, mający służyć za stół, trzeci przyniósł z łodzi rozmaite utensylia, imć Antoni zaś sam 
przyniósł kilka flaszek cennego likworu ze swego prywatnego kuferka, znał bowiem swoich 
zacnych kompanów zbyt dobrze, aby powierzać któremukolwiek klucz. 

Wkrótce improwizowany  stół nakryto do uczty  prostej, lecz obfitej. Składała się ona z 

sarniny ugotowanej w kociołku, zimnego boczku, gotowanej kukurydzy i potężnych bochnów 
domowego przewybornego razowca. 

Dolph  nigdy  jeszcze  nie  kosztował  nic  równie  smacznego,  a  gdy  popił  jadło  kilkoma 

łykami  z  flaszki  imć  Antoniego  i  poczuł,  jak  przedni  trunek  rozpływa  mu  się  ciepłem  po 
żyłach  i  budzi,  rozkoszne  uczucie  wokół  serca,  nie  zamieniłby  się  sytuacją  nawet  z  samym 
gubernatorem prowincji. 

Imć  Antoni  również  ożywił  się,  nabrał  werwy  i  opowiedział  pół  tuzina  pieprznych 

historyjek, których słuchając biali jego towarzysze pokładali się ze śmiechu, chociaż Indianie 
zachowywali jak zwykle niewzruszoną powagę. 

—  Oto  masz  prawdziwe  życie,  mój  chłopcze!  —  zawołał  imć  Antoni,  klepiąc  Dolpha 

po ramieniu. — Mężczyzna nie jest mężczyzną, dopóki nie potrafi wyzywać wiatrów i niepo-
gody, przemierzać lasów i bezdroży, sypiać pod drzewem i żywić się liśćmi lipowymi! 

Potem  zaśpiewał  parę  zwrotek  jakiejś  holenderskiej  pieśni  pijackiej,  wymachując  do 

rytmu  pękatą  holenderską  butelką,  a  jego  mirmidoni * przyłączyli się  do  refrenu,  aż lasy  
 

*  Mirmidoni  —  lud  grecki  zamieszkały  w  Tesalii,  który  według  podania  pochodził  od  mrówek.  W 

przenośni: ślepo posłuszny stronnik, pachołek. 

background image

rozbrzmiewały echem, jak o tym śpiewa poczciwa stara pieśń: 
 

Okrzykiem ich wspólnym żywioły zabrzmiały, 
A gdy sw
ą powinność spełnili, 
Do uczty wesoło zasiedli pospołu  
I mocnym si
ę trunkiem poili *. 

 

Wśród  tej  wesołości  imć  Antoni  nie  zatracał  wszakże  rozwagi.  Wprawdzie  podsuwał 

gościnnie  butelkę  Dolphowi,  lecz  towarzyszom  swoim  nalewał  zawsze  sam,  wiedząc,  z  kim 
ma do czynienia, szczególnie zaś dbał o to, by Indianie otrzymywali umiarkowane dawki. Po 
skończonym  posiłku  Indianie,  wypiwszy  likwor  i  wypaliwszy  fajki,  owinęli  się  kocami,  po-
kładli się na ziemi nogami ku ognisku i wkrótce usnęli niby zmęczone ogary. Reszta towarzy-
stwa  siedziała  jeszcze  gawędząc  przy  ognisku,  które  mrok  leśny  i  wilgotność  powietrza  po 
niedawnej  burzy  czyniły  szczególnie  wdzięcznym  i  miłym.  Rozmowa  zeszła  stopniowo  z 
wesołych tematów poruszanych przy wieczerzy na przygody myśliwskie oraz niebezpieczeń-
stwa czyhające na wędrowców w puszczy. Niektóre z opowieści były tak dziwne i nieprawdo-
podobne,  że  nie  śmiem  ich  tu  przytaczać,  aby  nikt  nie  kwestionował  prawdomówności  imć 
Antoniego Vander Heydena i jego towarzyszy. Wiele też opowiedziano legendarnych historii 
o  rzece  Hudson  i  o  osiedlach  nadbrzeżnych,  których  to  historii  imć  Antoni  był  prawdziwą 
kopalnią.  Gdy  ten  barczysty  włóczęga  puszczy  siedział  na  wykrzywionym  korzeniu  drzewa, 
służącym mu za fotel, snując owe niesamowite opowieści, a blask ogniska pełgał na jego wy-
razistej twarzy, Dolpha wciąż na nowo niepokoiło coś, co przypominało mu upiora z nawie-
dzonego domu, jakieś nieuchwytne podobieństwo, którego nie sposób było powiązać z jakimś 
określonym szczegółem, a które kryło się w ogólnych zarysach oblicza i postaci pana Vander 
Heyden. 

Okoliczność, iż Dolph spadł za burtę, stała się punktem wyjścia rozlicznych opowiadań 

o  katastrofach  i  nieszczęśliwych  wypadkach,  jakie  przydarzyły  się  podróżnikom  na  wielkim 
Hudsonie, zwłaszcza we wczesnych okresach historii kolonialnej; większość ich imć Antoni 
przypisywał siłom nadprzyrodzonym. Dolph na tę supozycję otworzył oczy ze zdumienia, ale 
starszy pan zapewnił go, że zgodnie z powszechnym mniemaniem osadników mieszkających 
wzdłuż rzeki, tutejsze tereny górskie są we władzy istot nadprzyrodzonych a złośliwych, które 
najwidoczniej żywią jakąś urazę do kolonistów holenderskich jeszcze od czasów osadnictwa. 
W  konsekwencji  ze  szczególną  uciechą  wyładowują  złe  humory  na  szyprach  holenderskich, 
zsyłając  im  burze,  szkwały,  przeciwne  wiatry,  podstępne  prądy  i  w  ogóle  dokuczając  im  na 
wszelkie sposoby tak bardzo, iż żeglarz holenderski musi stale mieć się na baczności, stawać 
o zmierzchu na kotwicy, opuszczać lub nastawiać żagle, ilekroć widzi brzuchatą chmurę prze-
walającą się przez szczyty górskie, słowem, przedsiębrać tyle środków ostrożności, że często-
kroć żmudna podróż w górę rzeki trwa niewiarogodnie długo. 

Zdaniem niektórych, mówił dalej Heer Antoni, owe złośliwe moce są to złe duchy, wy-

wołane w początkach osadnictwa przez czarowników indiańskich, aby w ten sposób wywrzeć 
zemstę na przybyszach, którzy odebrali im odwieczne ich ziemie. Ich to zaklęciom przypisuje 
się nawet niepowodzenie, jakie spotkało sławnego Hendricka Hudsona, gdy płynął dzielnie w 
górę rzeki, szukając szlaku północno-zachodniego i, jak sądził, wpakował statek na mieliznę; 
ludzie świadomi twierdzą, że nie było to nic innego jak czary rzucone przez owych guślarzy 
indiańskich, aby nie pozwolić Hudsonowi dostać się tą drogą do Chin. 

Najwyraźniej wszakże — dodał imć Antoni — tłumaczy wszystkie niezwykłe wypadki, 

zdarzające  się  na  rzece  Hudson  i  perypetie  żeglujących  po  niej  szyprów,  stara  legenda  o 
„Zwiastunie Burzy”, statku,  który ukazywał  się przy Point-no-point.  Dowiedziawszy się,  że  
 

* Tłumaczył Andrzej Nowicki. 

background image

Dolph  nie  słyszał  o  tym  podaniu,  pan  Vander  Heyden  patrzał  na  niego  przez  chwilę  z  naj-
wyższym zdumieniem, a potem zapytał, gdzie właściwie Dolph spędził życie, jeśli nie zna tak 
ważnego faktu historycznego. Aby więc spędzić mile resztę wieczoru, podjął się przytoczenia 
tej  opowieści,  o  ile  tylko  pamięć  mu  pozwoli,  w  tych  samych  słowach,  w  jakich  opisał  ją 
Mynheer  Selyne,  wczesny  poeta  nowoniderlandzki.  Poruszył  tedy  przygasające  ognisko,  z 
którego niby z małego wulkanu trysnęły iskry aż pod korony drzew, usadowił się wygodniej 
na  swoim  korzeniu,  odrzucił  w  tył  głowę  i  przymknąwszy  na  chwilę  oczy,  aby  odświeżyć 
wspomnienia, opowiedział następującą legendę. 
 
 

LEGENDA O „ZWIASTUNIE BURZY” 

 

W złotym okresie prowincji Nowe Niderlandy, pozostającej pod rządami Woutera Van 

Twillera,  zwanego  „Tomaszem  Niewiernym”,  mieszkańców  Manhattoes  zaalarmowała  pe-
wnego skwarnego popołudnia, akurat w czasie przesilenia letniego, straszliwa burza z pioru-
nami i błyskawicami.  Deszcz lał takimi strumieniami, że płynęły  one po  ziemi, pieniąc się i 
pluszcząc.  Grzmoty  zdawały  się  huczeć  i  przetaczać  tuż  nad  dachami  domów,  błyskawice 
igrały  wokół kościoła Św. Mikołaja i trzy razy  bezskutecznie usiłowały  uderzyć w kurka na 
dzwonnicy. Piorun rozszczepił na pół nowy komin domu Garreta Van Horne'a, inny zaś pio-
run raził Doffuego Mildebergera, zrzucając  go z konia i odbierając mu  mowę w chwili, gdy 
Doffue  wjeżdżał  do  miasta  na  swej  łysej  kobyle.  Słowem,  była  to  jedna  z  owych  wyjątko-
wych  burz,  jakie  zdarzają  się  tylko  raz  za  pamięci  owych  szacownych  osób,  znanych  w 
każdym mieście pod mianem „najstarszych ludzi”. 

Przerażenie  zacnych  niewiast  z  Manhattoes  nie  znało  granic.  Zbierały  wokół  siebie 

dzieci i kryły się do piwnic, powiesiwszy uprzednio po bucie na każdej zdobiącej łóżka żela-
znej kuli, aby te nie przyciągały piorunów. Wreszcie burza ucichła, grzmoty zamieniły się w 
pomruki,  a  zachodzące  słońce  wyjrzało  zza  postrzępionych  brzegów  chmur  i  przeistoczyło 
szeroką powierzchnię zatoki w morze roztopionego złota. 

Wtem z fortu nadeszła wiadomość, że w zatoce ukazał się jakiś statek. Wieść przecho-

dziła z ust do ust, z ulicy na ulicę i wkrótce wywołała w małej stolicy ożywiony ruch. Przyby-
cie  statku  w  owych  wczesnych  latach  osadnictwa  było  dla  mieszkańców  tutejszych  zdarze-
niem wielkiej wagi. Łączyły się z nim nowiny ze Starego Świata, z ich okolic rodzinnych, od 
których  byli  tak  całkowicie  odcięci,  czekali  też  na  doroczne  zjawienie  się  statku  dlatego,  że 
zaopatrywał  ich  w  przedmioty  zbytku,  elegancji,  ozdoby,  a  nawet  w  artykuły  pierwszej  po-
trzeby. Zacna vrouw * nie mogła uszyć sobie nowego czepeczka ani nowej sukni, zanim przy-
był statek; rzemieślnik wiązał z nim nadzieję na nowe narzędzia, mieszczanin czekał na nową 
fajkę i na zapas holenderskiego tytoniu, uczniak na bąki i na kulki do gry, a wyniosły obywa-
tel ziemski na cegłę, z której miał zbudować sobie nową rezydencję. Tak tedy wszyscy, biedni 
i bogaci, wielcy i mali, wyglądali z utęsknieniem przybycia statku. Było to doroczne wielkie 
wydarzenie miasta Nowy Amsterdam, toteż jak rok długi wymarzony statek był niewyczerpa-
nym i ustawicznym tematem rozmów. 

Wiadomość z fortu sprowadziła przeto do Battery całą ludność miasta, żądną upragnio-

nego  widoku.  Godzina  przyjazdu  nie  była  dokładnie  znana,  toteż  stanowiła  temat  nieustan-
nych domysłów. Tu i ówdzie można było zauważyć zażywnego mieszczanina, pełnego powa-
gi  i  dostojności,  jak  z  wielką  pewnością  siebie  wypowiadał  swe  zdanie  do  tłumu  starych 
kobiet i małych chłopców. Gdzie indziej stała grupka starych, ogorzałych mężczyzn, niegdyś 
żeglarzy lub rybaków, stanowiących w takich przypadkach znaczny autorytet; wydawali oni 
różne opinie będące powodem gorących dyskusji wśród kilku ich zwolenników. Człowiekiem  
 

* Vrouw — (holend.) — niewiasta. 

background image

jednak, do którego tłum najczęściej się zwracał, za którym chodził krok w krok i którego nie 
spuszczał z oka, był stary Holender Hans Van Pelt, emerytowany kapitan, wyrocznia żeglar-
ska całego miasta. Obejrzał on statek przez starożytną lunetę, okrytą futerałem ze smołowane-
go płótna, zamruczał pod wąsem holenderską melodię i nie powiedział nic. Taki jednak strzęp 
melodii  wymruczany  przez  Hansa  Van  Pelta  większą  miał  wagę  u  zebranych  aniżeli  całe 
przemówienie wygłoszone przez kogo innego. 

Statek tymczasem widać było coraz wyraźniej nawet gołym okiem: był to mocny, pęka-

ty żaglowiec o wysokim dziobie i rufie, z flagą holenderską na maszcie. Słońce przedwieczo-
rne złociło wydęte żagle, gdy zbliżał się, wznosząc i opadając na długiej fali. Strażnik, który 
zawiadomił o zbliżaniu się statku, twierdził, że zauważył go po raz pierwszy, kiedy ten znaj-
dował się już na środku  zatoki, i że wyrósł mu nagle przed oczami, jak  gdyby wyłonił się z 
wnętrza czarnej chmury burzowej. Zebrani spojrzeli na Hansa Van Pelta, aby zobaczyć, co też 
on powie. Hans Van Pelt zacisnął mocniej usta, na co poniektórzy pokiwali głowami, inni zaś 
odpowiedzieli wzruszeniem ramion. 

Na  powtarzane  wielokrotnie  wołania  statek  nie  udzielił  odpowiedzi,  lecz  minął  fort  i 

stanął  w  górze  Hudsonu.  Przytoczono  armatę  i  Hans  Van  Pelt  nabił  ją  i  wystrzelił  nie  bez 
trudu, ponieważ garnizon nie był mocny w sprawach artyleryjskich. Pocisk najwyraźniej prze-
niknął przez statek i odbijając się o wodę, pomknął dalej, na statku wszakże nie zwrócono na 
niego najmniejszej uwagi! Co najdziwniejsza, statek był pod pełnymi żaglami i płynął naprze-
ciw wiatrowi i fali, których kierunek wskazywał w dół rzeki. Hans Van Pelt, który był także 
kapitanem portu, kazał przygotować łódź i wyruszył osobiście, aby wejść na pokład zagadko-
wego  statku.  Ale  po  kilku  godzinach,  spędzonych  na  wiosłowaniu,  powrócił  bez  rezultatów. 
Niekiedy  udawało  mu  się  zbliżyć  do  przybysza  na  odległość  stu  lub  dwustu  jardów,  naraz 
jednak w mgnieniu oka okazywało się, że dzieli go od statku odległość pół mili. Byli tacy, co 
przypisywali to okoliczności, że wioślarze, ludzie dość otyli i mający  krótki oddech, zatrzy-
mywali się raz po raz, aby zaczerpnąć tchu i popluć w dłonie, ale są to prawdopodobnie zło-
śliwe plotki. W każdym razie Hans Van Pelt podpłynął do statku dość blisko, aby zobaczyć 
jego  załogę.  Wszyscy  jej  członkowie  ubrani  byli  na  modłę  holenderską,  oficerowie  mieli  na 
sobie  krótkie  kaftany  i  wysokie  kapelusze  z  piórami,  nikt  na  pokładzie  nie  odezwał  się 
słowem, wszyscy stali nieruchomo jak posągi i zdawało się, że statek żegluje sam. W taki to 
sposób  tajemniczy  statek  oddalał  się  w  górę  rzeki,  stając  się  coraz  mniejszy  w  promieniach 
przedwieczornego słońca, aż wreszcie zniknął z oczu, niby biały obłoczek, roztapiający się w 
letnim niebie. 

Ukazanie  się  statku  wtrąciło  gubernatora  w  wielką  rozterkę,  jakiej  nie  zaznał  ani  razu 

przez  cały  czas  trwania  swoich  rządów.  Żywiono  obawy  o  bezpieczeństwo  młodych  osad, 
położonych wzdłuż rzeki, mógł to bowiem być zamaskowany statek nieprzyjacielski, wysłany 
w tym celu, aby je zagarnąć. Gubernator tedy zwoływał raz po raz radę,  aby  członkowie jej 
wspierali  go,  wypowiadając  własne  supozycje.  Siedział  w  swoim  fotelu,  odrobionym  z 
drewna pochodzącego ze świętego lasu haskiego, palił długą jaśminową fajkę i słuchał, co też 
wszyscy jego doradcy mogą powiedzieć o sprawie, o której nie mają najmniejszego pojęcia; 
atoli  mimo  wypowiedzi  najmędrszych  i  najstarszych  głów,  rozterka  wciąż  nie  opuszczała 
gubernatora. 

Pchnięto posłów do różnych miejscowości nadrzecznych, ale powrócili oni nie wnosząc 

do sprawy nic nowego — statek nigdzie nie zawinął do portu. Upływał dzień po dniu, tydzień 
po  tygodniu,  a  statek  nie  wracał  w  dół  Hudsonu.  Ponieważ  jednak  rada  spragniona  była 
nowin, miała ich wciąż bez liku. Rzadko się zdarzało, aby kapitanowie żaglowców wracali z 
podróży nie przynosząc jakichś wieści o tym, że widzieli dziwny statek w tej czy owej części 
rzeki; czasem w pobliżu Palisadoes, czasem przy Croton Point, niekiedy znów w okolicy gór, 
nigdy  jednak  nie  doniesiono,  aby  ktoś  miał  widzieć  go  poza  okręgiem  górskim.  Były  co 
prawda  znaczne  różnice  w  opisach  statku,  mogły  one  jednak  być  skutkiem  okoliczności,  w 

background image

jakich go widywano. Niekiedy ukazywał się wśród burzy oświetlony błyskawicami i widzia-
no, jak pędzi przez Tappaan Zee lub rozległe przestrzenie zatoki Haverstraw. W jednej chwili 
był tak blisko szkunera, że zdawało się, iż zderzy się z nim, co budziło panikę i zamęt na po-
kładzie; w świetle następnej jednak błyskawicy okazywało się, że odpłynął już bardzo daleko, 
zawsze  żeglując  pod  wiatr.  Niekiedy  w  ciche  noce  księżycowe  widywano  go  przy  jakiejś 
wysokiej skale, cały w cieniu, topsle tylko połyskiwały w poświacie księżycowej; gdy jednak 
podróżni dotarli do tego miejsca, żadnego statku nie było, a gdy odpłynęli dalej i obejrzeli się 
z  pewnej  odległości  —  proszę!  statek  stał  tam  znowu,  a  jego  topsle  połyskiwały  w  świetle 
księżyca!  Ukazywał  się  zawsze  tuż  po  burzy  albo  tuż  przed  nią,  albo  w  trakcie  szalejącej 
niepogody, toteż szyprowie i podróżni Hudsonu przezwali go „Zwiastunem Burzy”. 

Doniesienia  te  napełniały  gubernatora  i  jego  radę  jeszcze  większym  niepokojem  i  bez 

końca  można  by  powtarzać  przypuszczenia  i  opinie  wypowiadane  na  ten  temat.  Niektórzy 
przytaczali analogiczne wypadki, gdy przy wybrzeżach Nowej Anglii widywano statki, kiero-
wane przez czarownice i upiory. Stary Hans Van Pelt, który nieraz jeździł do kolonii holen-
derskiej  na  Przylądku  Dobrej  Nadziei,  twierdził,  że  musi  to  być  Latający  Holender  *,  który 
przez  tak  długi  czas  straszył  w  zatoce  Table,  ale  nie  mogąc  znaleźć  tam  schronienia,  szuka 
teraz innej przystani. Inni wypowiadali sąd, że skoro jest to istotnie zjawa nadprzyrodzona, na 
co wszystko zdaje się wskazywać, może to być Hendrick Hudson ze swoją załogą z „Półksię-
życa”.  Hudson  bowiem,  jak  to  powszechnie  wiadomo,  osiadł  na  mieliźnie  w  górnej  części 
rzeki,  szukając  szlaku  północno-zachodniego,  aby  dostać  się  do  Chin.  Zdanie  to  nie  zyskało 
sobie poklasku gubernatora, było jednak bardzo popularne w okolicy, gdyż od dawna już krą-
żyły pogłoski, że Hendrick Hudson ze swoją załogą nawiedza góry Kaatskill, było więc wcale 
prawdopodobne, że to jego statek straszy na rzece, tu, gdzie spotkało go niepowodzenie, albo 
zawozi być może załogę na jej periodyczne zabawy w górach. 

Ale inne zdarzenia zaprzątnęły stopniowo myśli szacownego Woutera i jego rady przy-

bocznej, toteż „Zwiastun Burzy” przestał być tematem rozważań przy stole konferencyjnym. 
Pozostał  wszakże  przedmiotem  podań  i  niesamowitych  opowieści  przez  cały  czas  rządów 
holenderskich,  a  zwłaszcza  tuż  przed  zajęciem  Nowego  Amsterdamu  i  podbojem  prowincji 
przez  eskadrę  angielską.  W  okresie  tym  „Zwiastuna  Burzy”  widywano  ustawicznie  na 
Tappaan Zee i w okolicach Weehawk, a nawet aż przy Hoboken, a ukazanie się jego uważano 
za  oznakę  zbliżającej  się  nawałnicy  w  sprawach  publicznych  i  upadku  panowania  holender-
skiego. 

Od  tego  czasu  nie  mamy  o  nim  ścisłych  i  wiarygodnych  relacji,  choć  nadal  podobno 

nawiedza okręg górski i krąży wokół Point-no-point. Ludzie mieszkający nad rzeką twierdzą, 
że widują go niekiedy latem w świetle księżyca i że o cichej północy słyszą miarowe okrzyki 
załogi, jak gdyby sondującej  głębokość wody; ale na tych skalistych brzegach, w rozległych 
zatokach  i  długich  zalewach  wielkiej  rzeki  widoki  i  dźwięki  są  tak  zwodnicze,  że  wyznać 
muszę, iż mam na ten temat poważne wątpliwości. 

Pewne jest wszelako, że w okolicy tej podczas burzy widuje się dziwne zjawiska, które 

pono mają związek z dawnymi dziejami zagadkowego statku. Kapitanowie tonażu rzecznego 
opowiadają o przysadzistym duchu holenderskim, w szerokich spodniach, spiczastym kapelu-
szu i z tubą w ręce, który to duch przebywa gdzieś koło Dunderbergu **. Twierdzą, iż słyszą 
nieraz, jak w burzliwy czas, wśród najgorszej zawieruchy wydaje po holendersku rozkazy, po 
czym  zrywa  się  nowy  podmuch  wichury  albo  jeszcze  jeden  piorun  uderza  z  ogłuszającym 
hukiem. Czasami znów widuje się ducha w otoczeniu gromady małych chochlików w szero-
kich spodniach i krótkich kaftanach; koziołkują one wśród mgieł i wichury, śmigają i skaczą 
w powietrzu albo też brzęczą niby roje pszczół wokół Nosa Antoniego; a w takich chwilach 
natężenie  burzy  jest  zawsze  największe.  Pewnego  razu  w  szkuner  mijający  Dunderberg  
 

  * Latający Holender — legendarny statek-widmo, ukazujący się przy Przylądku Dobrej Nadziei. 
** „Góra grzmotów”, nazwana tak od rozlegającego się tam echa. (Przyp. aut.). 

background image

uderzył  nagle  podmuch  wichru  zza  góry,  który  jak  gdyby  wybuchnął  tuż  nad  statkiem. 
Szkuner był mocny i dobrze obciążony, ale zachwiał się groźnie i woda zalała pokład. Jakież 
było  zdumienie  załogi,  gdy  odkryto,  że  na  czubku  masztu  wisi  mały,  spiczasty  kapelusz,  w 
którym od razu rozpoznano kapelusz pana na Dunderbergu. Nikt jednak nie śmiał wspiąć się 
na  maszt,  aby  zrzucić  ów  niebezpieczny  kapelusz.  Statek  nadal  kołysał  się  i  chybotał,  jak 
gdyby miał się za chwilę wywrócić albo rozbić o brzeg. W ten sposób przepłynął cały teren 
górski,  aż  wreszcie  minął  wyspę  Pollopol,  gdzie  podobno  kończy  się  jurysdykcja  władcy 
Dunderbergu. Ledwo więc statek minął tę granicę, kapelusik wzbił się w powietrze kręcąc się 
jak bąk, obleciał wirując wszystkie chmury i popędził je z powrotem na szczyt Dunderbergu, 
statek zaś wyprostował się i pożeglował dalej jak po zacisznym stawie. Od rozbicia uratowała 
go  niezawodnie  tylko  ta  szczęśliwa  okoliczność,  że  miał  przybitą  do  masztu  podkowę  — 
przezorne zabezpieczenie przed złymi duchami, naśladowane od tego czasu przez wszystkich 
kapitanów holenderskich, którzy pływają po tej zaczarowanej rzece. 

Inną historię o duchu niepogody opowiadał szyper Daniel Ouselsticker z Fishkill, który 

ponoć  nigdy  w  życiu  nie  skłamał.  Twierdził  on,  że  podczas  okrutnego  sztormu  ujrzał  ducha 
siedzącego  okrakiem  na  bukszprycie  statku.  Kierował  on  szkuner  prosto  na  brzeg,  na  Nos 
Antoniego, lecz pastor Van Gieson z Esopus, który był akurat na pokładzie, odprawił egzor-
cyzmy śpiewając hymn św. Mikołaja, na co duch wystrzelił w powietrze jak piłka i odleciał w 
istnej trąbie powietrznej, porwał przy tym ze sobą nocny czepek żony pastora, który to czepek 
w  najbliższą  niedzielę  rano  znaleziono  zawieszony  na  kurku  dzwonnicy  w  mieście  Esopus, 
odległym co najmniej o czterdzieści mil! Ponieważ miało miejsce sporo zdarzeń tego rodzaju, 
szyprowie, odbywający regularne rejsy po rzece, przez długi czas, mijając Dunderberg, opu-
szczali zawsze żagle, składając hołd władcy tej góry; zaobserwowano zresztą, że wszyscy ci, 
co  w  ten  sposób  dali  wyraz  szacunkowi  dla  ducha,  przejeżdżali  bez  żadnych  niemiłych 
przygód *. 
 

* * * 

 

— Tak się przedstawia kilka spośród historii — rzekł Antoni Vander Heyden — spisa-

nych przez poetę Selyne'a, a dotyczących „Zwiastuna Burzy”, który, jak to poeta potwierdza, 
przywiózł  do  naszej  prowincji  tłum  złośliwych  chochlików  z  jakiegoś  kraju  europejskiego, 
gęsto  zaludnionego  przez  duchy.  Mógłbym,  gdyby  zaszła  potrzeba,  przytoczyć  ich  jeszcze 
mnóstwo, wszystkie bowiem wypadki, co tak często zdarzają się statkom rzecznym w tej oko-
licy, są podobno sprawką chochlików z Dunderbergu, ale widzę, że kiwasz już nosem, kładź-
my się więc spać. 

Księżyc  wysadził  srebrne  rogi  zza  krągłych  pleców  Wzgórza  Starego  Byka,  oświetlił 

szare skały i kosmate lasy, zalśnił na rozkołysanym łonie rzeki. Spadła nocna rosa i tak posęp-
ne przedtem zarysy gór złagodniały, nabierając w połyskliwym od kropelek świetle popielato-  
 

*  Wśród  zabobonów  panujących  w  koloniach  w  pierwszych  czasach  osadnictwa  szczególne  miejsce  zajmują 
statki-widma. Wyobraźnia ludzi skłonna jest zawsze udziwniać sprawy, związane z ich codziennymi zajęciami. 
Samotny  statek,  który  rok  po  roku  zjawia  się  niby  w  puszczy  kruk,  przywożąc  mieszkańcom  osady  okruchy 
wykwintu ze świata, od którego byli odcięci, musiał oczywiście być głównym przedmiotem ich snów w nocy i 
marzeń we dnie. Każdy żagiel na horyzoncie owych bezludnych podówczas mórz, dostrzeżony przypad-kiem z 
brzegu,  wywoływał  naturalnie  mnóstwo  rozmów  i  domysłów.  Jeden  z  wczesnych  pisarzy  nowoangiel-skich 
wspomina  o  statku  obsadzonym  przez  czarownice,  gdzie  pod  grotmasztem  stał  wielki  koń.  Zetknąłem  się  też 
gdzieś z inną opowieścią o statku, który przy pięknej słonecznej, cichej pogodzie przybił do brzegu pod pełnymi 
ż

aglami  i  ze  stołem  nakrytym  w  kabinie  jakby  na  przyjęcie  licznych  gości,  choć  na  pokładzie  nie  było  żywej 

duszy.  Te  upiorne  statki  płynęły  zawsze  w  oku  cyklonu  albo  z  wielką  szybkością  pruły  wodę,  tworząc  przed 
dziobem smugę piany morskiej, gdy tymczasem najlżejszy nawet wietrzyk nie marszczył gładkiej powierzchni. 

Moore  pięknie  przetworzył  jedną  z  tych  legend  morskich  w  opowiadanie,  które  na  małą  skalę  zawiera 

całą istotę tego rodzaju gatunku literackiego. Mam na myśli jego statek-widmo, zdążający do Wyspy Umarlaka. 
(Przyp. aut.). 

background image

siwej zwiewności. Myśliwi poprawili ogień, dorzucili do ogniska drew, aby rozpędzić wilgoć 
nocnego powietrza. Przygotowali następnie dla Dolpha pod zrębem skalnym posłanie z gałęzi 
i zeschłych liści, Antoni Vander Heyden zaś owinął się w wielki płaszcz ze skór zwierzęcych 
i  wyciągnął  się  przy  ogniu.  Upłynęło  jednak  sporo  czasu,  zanim  Dolph  zdołał  usnąć.  Leżał 
wpatrując się w roztaczającą się przed nim dziwną scenę: wokół puszcza i dzikie skały, ogni-
sko  zaś  rzuca  migotliwe  błyski  na  twarze  śpiących  Indian  i  imć  Antoniego,  który  w  sposób 
tak  szczególny,  choć  nieuchwytny,  przypominał  mu  nocnego  gościa  z  nawiedzonego  domu. 
Od czasu do czasu dobiegał z lasu krzyk jakiegoś dzikiego zwierzęcia, hukanie sowy lub żało-
sny  pisk  lelka,  najwidoczniej  licznie  spotykanego  w  tych  stronach,  albo  znów  plusk  jesiotra 
wyskakującego z rzeki i spadającego na płask na jej spokojną powierzchnię. Dolph zestawiał 
to wszystko ze swym kącikiem na strychu domu doktora, gdzie jedynymi odgłosami przery-
wającymi  ciszę  było  bicie  zegara  kościelnego  obwieszczającego  godzinę,  senny  głos  stróża 
nocnego, wołającego, że wszystko jest w porządku, głośne chrapanie, dobywające się z krzy-
wego nosa doktora, śpiącego na dole, lub ostrożne skrobanie szczura, przegryzającego gdzieś 
boazerię.  Myśli  Dolpha  pobiegły  następnie  ku  jego  biednej  matce  —  co  też  ona  pomyśli  o 
jego zagadkowym zniknięciu, jakiej tylko nie dozna zgryzoty i rozpaczy? Myśl ta powracała 
nieustannie,  przyćmiewając  ukontentowanie,  które  Dolph  odczuwał  w  tej  chwili.  Napełniała 
młodzieńca bólem, budziła w nim wyrzuty sumienia, zasnął więc w końcu z oczami pełnymi 
nie obeschłych jeszcze łez. 

Gdyby  to  było  opowiadanie  zmyślone,  miałbym  teraz  doskonałą  sposobność,  aby 

wpleść  do  niego  przedziwne  przygody  w  tych  dzikich  górach  i  wśród  wędrownych  myśli-
wych,  wystawiwszy  zaś  mojego  bohatera  na  setki  niebezpieczeństw  i  opresji,  uratować  go  z 
nich  wszystkich  jakimś  cudownym  sposobem.  Ale  ponieważ  jest  to  historia  absolutnie  pra-
wdziwa, muszę się zadowolić prostymi faktami i trzymać się granic prawdopodobieństwa. 

Wczesnym rankiem dnia następnego po sutym śniadam u zwinięto obóz i nasi poszuki-

wacze przygód wsiedli do łodzi Antoniego Vander Heydena. Wiatru nie było, nie postawiono 
więc  żagli,  lecz  Indianie  ujęli  wiosła  i  wiosłowali  miarowo  w  rytmie  swego  rodzaju  śpiewu 
jednego z białych. Dzień był piękny i pogodny, na rzece ani zmarszczki, a łódź, przecinając 
połyskliwą taflę, pozostawiała za sobą długą, falistą bruzdę. Wrony, zwęszywszy ucztę myśli-
wską, zbierały się już w powietrzu tam, gdzie kolumna rzadkiego, niebieskiego dymu wzno-
sząca  się  spomiędzy  drzew  wskazywała  miejsce  noclegu  wędrowców.  Gdy  mijali  podnóża 
gór,  imć  Antoni  wskazał  Dolphowi  łysego  orła,  suwerena  tych  okolic,  który  siedział  na 
uschniętym  drzewie  pochylonym  nad  rzeką  i  oczyma  zwróconymi  ku  niebu  zdawał  się  pić 
splendory porannego słońca. Zbliżenie się łodzi zakłóciło rozmyślania monarchy. Rozpostarł 
najpierw jedno skrzydło, potem drugie, balansował przez chwilę, a potem z godnością i spo-
kojem opuścił swoją grzędę i przeleciał wolno nad głowami żeglarzy. Dolph chwycił strzelbę 
i  posłał  za  nim  świszczącą  kulę,  która  ścięła  ptakowi  kilka  piór  ze  skrzydła;  huk  wystrzału 
odbił  się  od  skały  do  skały,  budząc  tysiące  ech,  lecz  król  przestworzy  szybował  spokojnie 
dalej, wznosząc się coraz wyżej i zataczając szerokie koła, aż wzbił się ponad zielony szczyt 
porośniętej  lasem  góry  i  zniknął  za  krawędzią  stromej  ściany  skalnej.  Dolph  poczuł  się  w 
pewnej mierze skarcony tym dumnym spokojem i czynił sobie wyrzuty, że tak lekkomyślnie 
znieważył majestatycznego ptaka. Imć Antoni ze śmiechem kazał mu pamiętać, że nie opuścił 
jeszcze  włości  pana  na Dunderbergu,  stary  Indianin  zaś  potrząsnął  głową  i  dodał, że  zabicie 
orła przynosi nieszczęście; myśliwy powinien raczej zostawić mu zawsze część łupów. 

Wszelako  w  drodze  nie  zdarzyło  się  nic  przykrego.  W  miłym  nastroju  płynęli  przez 

wspaniałe,  bezludne  okolice,  aż  dotarli  do  wyspy  Pollopol,  rysującej  się  niby  pływający  gaj 
na końcu terenów górskich. Zatrzymali się tu, czekając, aż zelżeje upał lub zerwie się bryza, 
która  pozwoli  wioślarzom  odpocząć.  Kilku  myśliwych  zajęło  się  przygotowaniem  obiadu, 
reszta  odpoczywała  w  cieniu  drzew,  w  rozkosznej  bezczynności  letniej,  pasąc  senne  oczy 
nieziemskimi  widokami.  Po  jednej  stronie  wznosiły  się  góry,  olbrzymie,  poszarpane,  aż  od 

background image

szczytów  porośnięte  lasami  i  rzucające  swe  cienie  na  połyskliwą  taflę  wody  u  ich  stóp.  Po 
drugiej stronie ciągnął się szeroki zalew rzeczny niby wielkie jezioro z długimi, słonecznymi 
zatokami  i  zielonymi  cyplami,  daleko  zaś  na  widnokręgu  rysowała  się  falista  linia  gór 
Shawangunk, to nieskalanie czysta, to znów upstrzona przelotnymi obłokami. 

Ale  nie  będę  się  rozwodził  nad  szczegółami  tej  podróży  po  Hudsonie  —  owo  koczo-

wnicze,  ziemnowodne  życie,  ów  pęd  po  srebrzystych  falach,  lądowanie  na  bezludnych  lesi-
stych wybrzeżach, uczty na zielonych cyplach w cieniu rozłożystego drzewa, gdy rzeka przy-
nosi  strzępy  lekkiej  piany  aż  pod  stopy  ucztujących,  a  dalekie  góry,  skały,  drzewa,  śnieżne 
obłoki,  błękitne  niebo  stapiają  się  w  jedną  niewymownie  piękną  całość,  wszystko  to,  choć 
stanowiło dla podróżnych źródło nieustannej radości, mogłoby przecież znużyć czytelnika. 

Podczas biwaków nad rzeką część towarzystwa szła do lasu na polowanie, reszta odda-

wała się rybołówstwu. Czasami zabawiali się strzelaniem do celu, skokami, biegami, zapasa-
mi i Dolph bardzo wiele zyskał w oczach Antoniego Vander Heydena przez swą zręczność i 
wyrobienie, gdyż imć Antoni był zdania, że umiejętności te najbardziej zdobią mężczyznę. 

I tak spędzali większość czasu wesoło na lądzie, podróżując tylko w dogodnych godzi-

nach, czasem o chłodnym świcie, czasem o mętnym zmierzchu wieczornym, a czasem wtedy, 
gdy księżyc posypywał srebrnymi cekinami jędrne fale, szemrzące wokół  burt ich małej ba-
rki. Dolph nigdy jeszcze nie czuł się tak bardzo w swoim żywiole, nigdy jeszcze nie napotkał 
nic,  co  odpowiadałoby  tak  całkowicie  jego  upodobaniom,  jak  to  wolne  życie  bez  myśli  o 
jutrze. Był idealnym towarzyszem dla rozmiłowanego we włóczędze imć Antoniego, który z 
każdym dniem darzył go coraz większą sympatią. Staremu odludkowi serce rosło, gdy patrzał 
na  tego  młodzieńca,  widział  w  nim  bowiem  własny  portret  z  czasów  młodości,  toteż  kiedy 
zbliżali się do końca podróży, nie mógł się powstrzymać od zapytania o przeszłe jego dzieje. 
Dolph  z  całą  szczerością  opowiedział  mu  o  swoim  życiu,  o  uciążliwych  studiach  medy-
cznych,  o  swoich  miernych  postępach  i  mocno  wątpliwych  widokach  na  przyszłość.  Zgroza 
ogarnęła pana Vander Heydena, gdy usłyszał, że tak zdumiewające talenty i umiejętności ma-
ją  być  stłamszone  i  pogrzebane  pod  peruką  doktorską.  Miał  w  królewskiej  pogardzie  sztukę 
uzdrawiania chorych, nigdy w życiu bowiem nie chorował. Żywił też wielką niechęć do wsze-
lkiego  rodzaju  studiów  od  czasu,  gdy  jeszcze  jako  małego  chłopca  wychłostano  go  za  jakąś 
najzupełniej niezrozumiałą książkę. Pomyśleć tylko — Dolph, taki wspaniały młodzian, obda-
rzony takimi zdolnościami, który potrafi strzelać, biegać, skakać, jeździć konno i iść w zapasy 
z  najsilniejszymi,  ma  zarabiać  na  chleb  kręcąc  pigułki  i  aplikując  mikstury  —  potworne! 
Oświadczył  też  zaraz  Dolphowi,  żeby  ten  nie  upadał  na  duchu,  tylko  „cisnął  medycynę  w 
diabły”, bo młodzieniec o tak niezwykłych talentach musi się w końcu wybić. 

— Ponieważ nie masz zdaje się znajomych w Albany — dodał imć Antoni — udasz się 

ze  mną  do  mojego  domu  i  pozostaniesz  pod  moim  dachem,  dopóki  się  za  czymś  nie  rozej-
rzysz,  a  tymczasem  będziemy  mogli  od  czasu  do  czasu  zrobić  wypad  na  polowanie  czy  na 
ryby, bo szkoda, żeby się takie talenty marnowały. 

Dolph, zdany na łaskę losu, nie dał się długo prosić. Co więcej, przemyślawszy sobie z 

wielką dokładnością i rozwagą wszystko, co uczynił, doszedł do wniosku, że Antoni Vander 
Heyden  ma  „jakiś”  związek  z  historią  nawiedzonego  domu;  że  nieszczęśliwy  wypadek  na 
rzece, który w tak dziwny sposób ich ze sobą zetknął, musi „jakoś” wyjść jemu, Dolphowi, na 
dobre, słowem, że „jakoś to będzie”. Nawiasem mówiąc, nie masz nic dogodniejszego od tej 
nieocenionej maksymy; pozwala ona przystosować się do każdych okoliczności, jest podporą 
ludzi, co jak Dolph Heyliger działają bez namysłu, a zastanawiają się poniewczasie; ów zaś, 
kto  potrafi  w  ten  swobodny,  łatwy  sposób  powiązać  minione  zło  ze  spodziewanym  dobrem, 
posiada tajemnicę szczęścia równą niemal kamieniowi filozoficznemu. 

Gdy  przybyli  do  Albany,  Dolph  zaobserwował,  że  ukazanie  się  jego  towarzysza  budzi 

wszędzie powszechną radość. Witano go na przystani, pozdrawiano go na ulicach, psy łasiły 
się do niego, chłopcy na jego widok wydawali głośne okrzyki — nie było wprost nikogo, kto 

background image

by nie znał Antoniego Vander Heydena. Dolph szedł za nim w milczeniu, podziwiając schlu-
dność  tego  pięknego  miasta,  gdyż  w  owych  czasach  Albany  znajdowało  się  u  szczytu  swej 
chwały  i  zamieszkiwali  je  wyłącznie  niemal  potomkowie  pierwszych  osadników  holender-
skich, jako że zawadiacy z Nowej Anglii nie zdążyli jeszcze odkryć go i skolonizować. Wszę-
dzie panowały  czystość i ład, wszystko odbywało się w ciszy i spokoju, żadnego pośpiechu, 
żadnego zamieszania, żadnych kłótni i walk o egzystencję. Na nie brukowanych ulicach rosła 
trawa, ciesząc oko soczystą zielenią. Wysokie platany lub wierzby płaczące ocieniały domy, z 
gałęzi ich jedwabistymi  sznurkami zwisały  gąsienice, a motyle jak barwne pajace trzepotały 
wokoło,  uszczęśliwione  swą  radosną  przemianą.  Domy  zbudowane  były  w  dawnym  stylu 
holenderskim,  obrócone  trójkątnym  okapem  do  ulicy.  Skrzętna  gospodyni  w  marszczonym 
czepeczku,  sukni  w  kwiaty  i  białym  fartuszku  siedziała  na  ławeczce  przed  drzwiami  zajęta 
robotą na drutach. Mąż palił fajkę na ławce naprzeciw, a ulubiona mała Murzynka, siedząc na 
schodkach u stóp swojej pani, nawlekała jej pilnie nitkę. Jaskółki kręciły się pod okapem lub 
śmigały  nad  ulicą  i  przynosiły  bogate  łupy  swoim  wrzaskliwym  pisklętom,  a  gospodarna 
samiczka  strzyżyka  wciąż  wlatywała  i  wylatywała  z  miniaturowego  domku,  czyli  starego 
kapelusza, przybitego do muru. Krowy porykując wracały do domu i dojono je od razu przed 
drzwiami  ich  właścicieli,  a  jeśli  która  ociągała  się  w  drodze,  mały  Murzynek  uzbrojony  w 
długi pręt przynaglał ją łagodnie do pośpiechu. 

Burgherzy  witali  przechodzącego  pana  Vander  Heydena  pełnym  godności  ukłonem,  a 

żony ich życzliwym słowem, wszyscy zaś zwracali się do niego poufale per „Antoni”, gdyż w 
tej  twierdzy  patriarchów,  gdzie  urodzili  się  i  wspólnie  wychowywali,  zwyczaj  nakazywał 
zwracać  się  do  siebie  po  imieniu.  Imć  Antoni  nie  przystawał  jak  zwykle,  aby  z  nimi  po- 
żartować, bo pilno mu było do domu. Doszli wreszcie do jego rezydencji. Była to imponująca 
budowla w stylu holenderskim, a wielkie żelazne cyfry na szczycie dachu, podające datę wy-
stawienia domu, dowodziły, że zbudowano go w najwcześniejszym okresie osadnictwa. 

Wieść  o  przybyciu  imć  Antoniego  wyprzedziła  go  i  wszyscy  domownicy  stali  już  na 

czatach.  Gromada  Murzynów,  dużych  i  małych,  zebrała  się  przed  domem,  aby  go  powitać. 
Starzy, białowłosi, którzy osiwieli w jego służbie, uśmiechali się, kłaniali i robili różne miny, 
wyrażające radość, mali podskakiwali z uciechy wokół jego kolan. Ale najszczęśliwszą istotą 
w całym domu była drobna, pulchna, rumiana dzieweczka, jedyne dziecko pana Antoniego i 
największe  jego  umiłowanie.  Wybiegła  pędem  z  domu,  lecz  widok  stojącego  przy  ojcu 
nieznajomego młodzieńca onieśmielił ją i przybrała zaraz skromną minkę dobrze wychowanej 
panny. 

Dolph  wpatrywał  się  w  nią  ze  zdumieniem  i  zachwytem;  nigdy  jeszcze,  jak  mu  się 

zdawało, nie widział nic równie ślicznego w postaci niewieściej. Ubrana była na dobrą dawną 
modłę holenderską w długi gorset i szerokie, krótkie spódnice, tak znakomicie przystosowane 
do  uwydatnienia  i  podkreślenia  kształtów  kobiecych.  Włosy  upięte  pod  małym,  okrągłym 
czepeczkiem  ukazywały  gładkie,  wysokie  czoło;  miała  piękne,  błękitne,  roześmiane  oczy, 
smukłą kibić, krągłe... — słowem, było to małe holenderskie bóstwo i Dolph, który nigdy nie 
zatrzymywał się wpół drogi, od razu zakochał się w niej na zabój. 

Wprowadzono go po chwili do domu, okazując przy tym najserdeczniejszą gościnność. 

Urządzenie wnętrza stanowiło odbicie zwyczajów i upodobań imć Antoniego oraz bogactwa 
jego  przodków.  Pokoje  umeblowane  były  dobrymi,  starymi  mahoniami,  kredensy  i  komody 
połyskiwały kutym srebrem i malowaną porcelaną. Nad kominkiem w salonie wisiał jak zwy-
kle wymalowany i oprawiony w ramy herb rodowy, nad nim długi flower w otoczeniu łado-
wnicy indiańskiej i rożka na proch. Pokój zdobiły liczne indiańskie przedmioty, jak fajki po-
koju, tomahawki, noże do skalpowania, torby myśliwskie i pasy naszywane paciorkami; było 
tu  też  dużo  różnego  rodzaju  sprzętu  rybackiego,  a  w  kątach  stało  kilka  strzelb  na  ptactwo. 
Dom prowadzono najwidoczniej zgodnie z kaprysami jego pana, choć zapewne korygował je 
po  cichu  zdrowy  rozsądek  córki.  Panowała  tu  w  znacznym  stopniu  patriarchalna  prostota  i 

background image

życzliwa wyrozumiałość. Murzyni wchodzili do pokoju nie wołani, po prostu żeby spojrzeć 
na  pana  i  posłuchać  jego  przygód;  stali  przy  drzwiach,  dopóki  nie  skończył  opowiadania,  a 
wówczas  uśmiechając  się  szeroko,  odchodzili,  aby  powtórzyć  je  w  kuchni.  Dwoje  małych 
faworytów-Murzynków bawiło się na podłodze z psami i dzieliło się z nimi swoim chlebem z 
masłem.  Cała  służba  wyglądała  zdrowo  i  wesoło,  a  gdy  nakrywano  stół  do  wieczerzy,  uro-
zmaicenie i obfitość przysmaków dawały świadectwo hojności pana Vander Heydena i talen-
tom gospodarskim jego córki. 

Wieczorem przyszło kilkoro najbardziej szanowanych obywateli: Van Ransselaerowie, 

Gansevoortowie,  Roseboomowie  i  inni  spośród  bliskich  znajomych  imć  Antoniego.  Zebrali 
się,  aby  wysłuchać  sprawozdania  z  wyprawy,  pan  Vander  Heyden  był  bowiem  Sindbadem 
miasta  Albany,  a  jego  wyczyny  i  przygody  stanowiły  ulubiony  temat  rozmów  współmie-
szkańców.  Gdy  ci  wszyscy  siedzieli  przy  drzwiach  hallu,  gawędząc  i  snując  w  półmroku 
długie opowieści, Dolph, usadowiony wygodnie na ławeczce pod oknem, zabawiał rozmową 
córkę domu.  Zdążył już nawiązać z nią bliższą znajomość, gdyż nie były to czasy  fałszywej 
rezerwy i pustych ceremonii, ponadto zaś uroczy zmierzch długiego wieczoru letniego ma w 
sobie coś, co w sposób wręcz cudowny sprzyja zachodom miłosnym; dodaje on odwagi naj-
bardziej lękliwym językom i ukrywa rumieńce na obliczu nieśmiałych. Jedynie tylko gwiazdy 
migotały  jasno  i  od  czasu  do  czasu  robaczek  świętojański  kreślił  za  oknem  swą  świetlistą 
smużkę lub zabłądziwszy do pokoju, krążył ze swą latarenką pod sufitem. 

Co Dolph szeptał pannie do uszka w ów długi wieczór letni, tego powiedzieć nie potra-

fię — słowa jego były tak ciche i niewyraźne, że nie dotarły do uszu kronikarza. Jest wszakże 
rzeczą prawdopodobną, że osiągnęły swój cel, bo młodzieniec miał wrodzoną zdolność podo-
bania się płci pięknej i nigdy nie przebywał długo w towarzystwie niewiasty, aby nie okazać 
jej należnych względów. Tymczasem goście stopniowo się rozeszli; Antoni Vander Heyden, 
wyczerpany  nieustannym  mówieniem,  kiwał  nosem  w  fotelu  przy  drzwiach,  gdy  naraz  z 
drzemki  wyrwał  go  okrzyk,  którym  Dolph  Heyliger  nierozważnie  zakończył  długi  okres  i 
który w cichej sali odbił się echem niby wystrzał z pistoletu. Imć Antoni drgnął, przetarł oczy, 
zawołał, żeby wniesiono świece, i stwierdził, że dawno już czas spać. Przy pożegnaniu atoli 
serdecznie  uścisnął  dłoń  Dolpha,  spojrzał  mu  życzliwie  w  oczy  i  porozumiewawczo  potrzą-
snął głową, starszy pan bowiem dobrze pamiętał, jaki był sam w wieku młodzieńca. 

Pokój, w którym umieszczono naszego bohatera, był przestronny i wykładany  dębową 

boazerią. Stały tu wielkie szafy i komody, dobrze wywoskowane i lśniące mosiężnymi orna-
mentami.  Zawierały  one  pokaźne  zapasy  bielizny  pościelowej  i  stołowej,  gdyż  gospodynie 
holenderskie  z  chwalebną  dumą  lubiły  się  popisywać  przed  obcymi  swoimi  domowymi 
skarbami. 

Dolph  zbyt  był  pochłonięty  własnymi  myślami,  aby  zwracać  szczególną  uwagę  na 

otaczające go przedmioty, mimo woli jednak porównywał wciąż nieprzymuszoną wesołość i 
swobodę,  panujące  w  tym  domu,  z  nastrojem  ponurego  skąpstwa  w  gospodarstwie  doktora 
Knipperhausena.  Jedno  tylko  mąciło  radość  Dolpha:  myśl,  że  musi  pożegnać  się  z  miłym 
gospodarzem  i  śliczną  gospodynią  i  ruszyć  znów  w  nieznany  świat.  Pozostawanie  tu  dłużej 
byłoby lekkomyślnością: zakocha się tylko jeszcze bardziej, a żeby taki nędzarz jak on miał 
się  ubiegać  o  córkę  wielkiego  Vander  Heydena  —  nie,  szaleństwem  jest  nawet  myśleć  o 
czymś podobnym! Życzliwość, z jaką potraktowała Dolpha dziewczyna, kazała mu po zasta-
nowieniu przyspieszyć jeszcze wyjazd; źle by odpłacił się gospodarzowi za serdeczną gościn-
ność, gdyby uwikłał serce jego córki w niepożądane sidła. Słowem, Dolph nie różnił się wcale 
od wielu innych lekkoduchów, u których myśl przychodzi dopiero po czynie, a czyn nie idzie 
nigdy  za  myślą,  i  którzy  pobierają  wieczorem  szczytne  postanowienia,  lecz  nazajutrz  rano 
zapominają ich dotrzymać. 

—  Zaiste,  piękne  zakończenie  podróży  —  powiedział,  gdy  już  zanurzył  się  niemal  po 

czubek nosa w wielkiej pierzynie i podciągnął pod brodę świeże, białe prześcieradło. — Oto 

background image

zamiast znaleźć wór pieniędzy, który bym mógł zawieźć do domu, znajduję się bez grosza w 
kieszeni w zupełnie obcym mieście, a co gorsza, zakochałem się po uszy. Jednakże — dodał 
po pauzie, przeciągając się i układając wygodniej w łóżku — mam doskonałe locum, przynaj-
mniej  na  razie,  będę  się  więc  cieszył  obecną  chwilą,  a  potem  niech  się  dzieje,  co  chce,  na 
pewno jakoś to będzie. 

Wypowiedziawszy te słowa, wyciągnął rękę, aby zgasić świecę, gdy naraz ogarnęło go 

zdumienie i zdjął lęk, zdawało mu się bowiem, że z mrocznej części pokoju patrzy na niego 
upiór z nawiedzonego domu. Po bliższym przyjrzeniu się zrozumiał, że rzekome widmo jest 
niczym  innym  jak  portretem  flamandzkim,  zawieszonym  w  ciemnym  kącie,  tuż  za  jedną  z 
szaf.  Była  to  wszakże  wierna  podobizna  jego  nocnego  gościa.  Ta  sama  peleryna  i  pas.  Ta 
sama szpakowata broda i nieruchome spojrzenie, ten sam szerokoskrzydły kapelusz ze zwisa-
jącym  z  jednej  strony  piórem.  Dolph  przypomniał  sobie  o  podobieństwie,  jakie  często  do-
strzegał między swoim gospodarzem a starcem z nawiedzonego domu, i nabrał teraz pewno-
ści, że tych dwóch łączy jakieś pokrewieństwo i że jakieś osobliwe przeznaczenie kierowało 
jego podróżą. Leżał wlepiając oczy w portret z równym niemal przerażeniem, z jakim wpatry-
wał się w upiorny oryginał, póki donośne bicie zegara w hallu nie przypomniało mu o późnej 
godzinie. Zgasił światło, lecz długo jeszcze zastanawiał się nad tymi szczególnymi zdarzenia-
mi i zbiegami okoliczności, aż wreszcie zapadł w sen. Sny jego szły torem rozmyślań na ja-
wie. Śniło mu się, że wciąż leży wpatrując się w portret, aż wreszcie portret zaczyna stopnio-
wo ożywać, odmalowany na nim starzec schodzi z obrazu i wychodzi z pokoju, Dolph idzie 
za  nim  i  znajduje  się  naraz  przy  studni,  na  którą  starzec  wskazuje,  uśmiecha  się  do  niego  i 
znika. 

Gdy się rano obudził, ujrzał przy swym łóżku gospodarza, który przywitał go wesoło i 

zapytał, jak mu się spało. Dolph odpowiedział równie wesoło, przy sposobności jednak zapy-
tał o portret wiszący na ścianie. 

—  Ach  —  rzekł  imć  Antoni  —  to  portret  starego  Killiana  Vander  Spiegla,  niegdyś 

burmistrza Amsterdamu, który w związku z ogólną nieprzychylną sytuacją opuścił Holandię i 
przyjechał  tu  za  rządów  Piotra  Stuyvesanta.  Był  moim  przodkiem  po  kądzieli,  a  poza  tym 
starym sknerą. Kiedy Anglicy w tysiąc sześćset sześćdziesiątym czwartym roku zajęli Nowy 
Amsterdam, wyniósł się na wieś. Popadł w melancholię z obawy, że odbiorą mu jego boga-
ctwa  i  czeka  go  nędza.  Obrócił  cały  majątek  w  gotówkę  i  gdzieś  go  schował.  Przez  rok  czy 
dwa  ukrywał  się  w  różnych  miejscach,  wyobrażając  sobie,  że  Anglicy  szukają  go,  aby  go 
obrabować, a wreszcie pewnego ranka znaleziono go nieżywego w łóżku i nikt nie zdołał wy-
kryć, gdzie schował większą część swoich pieniędzy. 

Gdy gospodarz wyszedł z pokoju, Dolph trwał przez jakiś czas bez ruchu, pogrążony w 

rozmyślaniach.  To,  co  usłyszał,  wywarło  na  nim  wielkie  wrażenie.  Vander  Spiegel  było 
nazwiskiem panieńskim jego matki i przypomniał sobie, że wymieniała Killiana Vander Spie-
gla jako jednego ze swych przodków. Mówiła ponadto, że jej ojciec był prawowitym dziedzi-
cem Killiana, ale staruszek umarł nie zostawiając nic, co można by po nim odziedziczyć. Jak 
się teraz okazało, imć Antoni był również potomkiem, a może i spadkobiercą tego biednego 
bogacza, skąd wynikało, że Heyligerów i Vander Heydenów łączy dalekie pokrewieństwo. 

„A  może  —  pomyślał  Dolph  —  takie  właśnie  jest  wytłumaczenie  mojego  snu?  Może 

właśnie  dzięki  podróży  do  Albany  mam  zdobyć  fortunę,  znajdując  ukryte  w  owej  studni 
skarby Killiana Vander  Spiegla? Ale cóż za dziwnie okrężny sposób powiadomienia mnie o 
tym! Dlaczego u licha stary upiór nie mógł powiedzieć mi tego od razu przy studni, zamiast 
wysyłać mnie tyli świat do Albany, żebym wysłuchał opowiadania, które znów mnie wysyła z 
powrotem?” 

Myśli te snuły mu się po głowie, kiedy się ubierał. Zszedł na dół, targany wciąż niepo-

kojem, gdy jasna twarzyczka Marii Vander Heyden uśmiechnęła się naraz do niego i jak gdy-
by dała mu klucz do całej zagadki. 

background image

„Bądź co bądź — pomyślał Dolph — stary duch ma rację. Jeżeli mam dostać jego pie-

niądze, chce, żebym się ożenił z tą jego śliczną potomkinią. W ten sposób obie odnogi rodzi-
ny znów się połączą i majątek zostanie właściwie zużytkowany”. 

Ledwie zaświtała mu ta myśl, wyzbył się od razu wszystkich wątpliwości. Pragnął teraz 

wrócić jak najszybciej do rodzinnego miasta, aby zabezpieczyć skarb leżący — był już tego 
pewien — na dnie studni, zanim odkryje go kto inny. 

„Kto wie — myślał — czy ten stary, co tak lubi nocne spacery, nie ukazuje się każdemu 

gościowi nawiedzonego domu i czy nie da jakiej wskazówki człowiekowi bardziej bystremu 
ode mnie, który trafi do studni drogą krótszą niż przez Albany?” 

Tysiące razy wypowiadał życzenie, aby lekkomyślny stary duch wraz ze swoim portre-

tem  znalazł  się  na  dnie  Morza  Czerwonego.  Trawiony  gorączką  niecierpliwości,  chciał 
natychmiast jechać. Upłynęło jednak kilka dni, zanim nadarzyła się okazja do powrotu w dół 
rzeki. Dla Dolpha trwało to całą wieczność, mimo że pławił się w uśmiechach ślicznej Marii i 
z każdym dniem był coraz bardziej zakochany. 

Wreszcie ten sam szkuner, z którego pokładu Dolph spadł, przygotował się do wyrusze-

nia.  Dolph,  jąkając  się  i  zacinając,  przeprosił  gospodarza  za  nagły  odjazd.  Antoni  Vander 
Heyden  był  niemile  zdziwiony.  Uplanował  już  kilka  wycieczek  do  puszczy,  a  jego  Indianie 
czynili przygotowania do wielkiej wyprawy na jedno z jezior. Wziął Dolpha na bok i użył ca-
łej swej wymowy, aby wyperswadować mu odjazd i nakłonić do pozostania, ale wysiłki jego 
spełzły  na  niczym.  W  końcu  dał  za  wygraną,  stwierdził  tylko  raz  jeszcze,  że  „to  okropna 
szkoda, aby taki świetny chłopak tak się marnował”. Mimo to przy pożegnaniu z serdecznym 
uściskiem  dłoni  podarował  Dolphowi  swą  ulubioną  strzelbę  i  zapewnił,  że  kiedykolwiek 
Dolph powróci do Albany, dom pana Vander Heydena zawsze będzie stał dla niego otworem. 
Śliczna mała Maria nie powiedziała nic, ale gdy Dolph ucałował ją na pożegnanie, pulchne jej 
policzki zbladły, a w oczach zakręciły się łzy. 

Dolph  wskoczył  lekko  na  pokład  statku.  Podniesiono  żagle,  wiatr  był  dość  mocny, 

wkrótce  stracili  z  oczu  Albany,  jej  zielone  wzgórza  i  zaciszne  wysepki.  Przemknęli  wesoło 
obok gór Kaatskill, których czarowne szczyty były jasne i nie przesłonięte chmurami. Minęli 
pomyślnie tereny górskie, nie napastowani przez władcę Dunderbergu i jego podkomendnych; 
przecięli  zatokę  Haverstraw,  okrążyli  Coton  Point,  przepłynęli  Tappaan  Zee,  prześliznęli  się 
pod Palisadoes, aż wreszcie po południu trzeciego dnia ujrzeli przylądek Hoboken, wiszący w 
powietrzu jak chmura, a wkrótce potem wyłaniające się z wody dachy Manhattoes. 

Dolph pośpieszył przede wszystkim do domu swej matki, bo wciąż dopiekała mu myśl 

o  niepokoju,  jakiego  matka  musi  doznawać  za  jego  sprawą.  Idąc  łamał  sobie  głowę,  jak 
wytłumaczyć swoją nieobecność, nie zdradzając jednocześnie tajemnicy nawiedzonego domu. 
Wśród tych rozmyślań skręcił w ulicę, przy której stał dom matki, gdy jak piorunem rażony 
osłupiał na widok stosu gruzów. 

Musiał  tu  widocznie  szaleć  wielki  pożar,  który  zniszczył  kilka  dużych  domów,  a 

skromny budyneczek biednej jejmości Heyliger również padł ofiarą płomieni. Ściany nie były 
całkowicie zniszczone, Dolph dojrzał więc pewne ślady otoczenia, w którym spędził dzieciń-
stwo. Pozostał kominek, przy którym często się bawił, i zdobiące go holenderskie kafelki, ilu-
strujące ustępy z Pisma świętego, na które to kafelki nieraz patrzył z podziwem i zachwytem. 
Wśród  rumowiska  leżał  połamany  fotel  zacnej  damy,  na  którym  siedząc  prawiła  synowi 
tylekroć  morały,  obok  zaś  poniewierała  się  Biblia  familijna  z  mosiężnymi  klamrami,  teraz 
niestety obrócona niemal w popioły. 

Dolph  stał  przez  chwilę  zmartwiały,  gdyż  okropny  ten  widok  przejął  go  strachem,  że 

matka zginęła w płomieniach. Od tej potwornej obawy uwolnił go jednakże jeden z sąsiadów, 
który akurat przechodził i poinformował go, że matka żyje. 

Zacna  niewiasta  istotnie  straciła  wszystko  w  tej  niespodziewanej  katastrofie,  bo  okoli-

czna  ludność  tak  była  zajęta  ratowaniem  pięknych  mebli  jej  bogatych  sąsiadów,  że  mały 

background image

domeczek wraz z całym skromnym dobytkiem jejmości Heyliger palił się bez najmniejszych 
przeszkód, ba, gdyby nie rycerska pomoc jej starego przyjaciela, Piotra de Groodt, czcigodna 
dama i jej kotka podzieliłyby zapewne los domku. 

Tak  czy  owak  po  tak  wielkich  przejściach  leżała  teraz  chora  na  duszy  i  na  ciele.  Ogół 

wszakże okazał jej zwykłą życzliwość. Gdy już meble bogatych sąsiadów uratowano w miarę 
możności  z  ognia,  gdy  sąsiadom  tym  w  należytym  czasie  złożono  kondolencje  z  powodu 
poniesionych  szkód,  a  żonom  wyrazy  współczucia  z  powodu  doznanego  wstrząsu,  ogół  w 
końcu  przypomniał  sobie  o  biednej  jejmości  Heyliger.  Od  razu  stała  się  znów  przedmiotem 
powszechnego  współczucia,  wszyscy  żałowali  jej  bardziej  niż  kiedykolwiek  i  gdyby  tylko 
litość  dała  się  przekuć  na  brzęczącą  monetę,  mój  ty  Boże!  —  jaka  by  pani  Heyliger  była 
bogata! 

Postanowiono  teraz  całkiem  serio,  że  należy  niezwłocznie  coś  dla  niej  zrobić.  Ksiądz 

pastor tedy w najbliższą niedzielę zaniósł do Boga na jej intencję modły,  do których przyłą-
czyła  się  z  najwyższym  zapałem  cała  kongregacja.  Nawet  Cobus  Groesbeek,  starszy  rajca,  i 
imć Milledollar, wielki kupiec holenderski, wstali w ławkach i nie szczędzili głosów, a prze-
cież  modlitwa  tak  wybitnych  ludzi  musiała  mieć  swoją  wagę.  Doktor  Knipperhausen  poza 
tym  odwiedzał  panią  Heyliger  w  charakterze  zawodowym,  udzielał  jej  moc  gratisowych 
porad i wszyscy chwalili jego dobroczynność. Co się tyczy jej starego przyjaciela, Piotra de 
Groodt,  był  on  człowiekiem  ubogim,  którego  współczucie,  modlitwy  i  rady  nie  mogły  mieć 
wielkiego znaczenia, toteż dał jej wszystko, co było w jego mocy — udzielił jej schronienia. 

Do  skromnego  tedy  mieszkania  Piotra  de  Groodt  Dolph  skierował  teraz  swe  kroki.  W 

drodze przypomniał sobie tkliwość i dobroć, jaką zawsze darzyła go biedna matka, jej wyro-
zumiałość na jego błędy, jej ślepotę na jego wady, a potem pomyślał o swoim próżniaczym, 
bezładnym życiu. 

— Byłem okropnym nicponiem — rzekł Dolph kiwając ze smutkiem głową — nie ma 

co ukrywać, kompletne ze mnie ladaco. Ale — dodał energicznie, splatając ręce jak do modli-
twy — niech ona tylko żyje — tylko niech mi żyje, a dowiodę, że jestem dobrym synem! 

Gdy się Dolph zbliżył do domu, ujrzał wychodzącego stamtąd Piotra de  Groodt. Stary 

cofnął się przerażony, sądząc, że ma przed sobą ducha. Ponieważ jednak był biały dzień, Piotr 
szybko odzyskał równowagę, mówiąc sobie, że przecież żaden duch nie poważy się ukazać w 
pełnym słońcu. Zacny grabarz w krótkich słowach opowiedział Dolphowi, jaką konsternację i 
jak przeróżne pogłoski wywołało jego zniknięcie. Przypuszczano powszechnie, że porwały go 
duchy, gospodarujące w nawiedzonym domu, a stary Abraham Vandozer, który mieszkał przy 
wielkich  platanach  w  pobliżu  trzeciego  kamienia  milowego,  potwierdził,  że  wracając  późną 
nocą do domu, słyszał w powietrzu wielki tumult, jak gdyby stado dzikich gęsi przelatywało z 
południa  na  północ.  Na  dom  nawiedzony  spoglądano  tedy  z  lękiem  dziesięciokrotnie  wię-
kszym niż dotychczas, nikt za skarby świata nie spędziłby tam nocy, a doktor zaprzestał na-
wet swoich dziennych wypraw w te strony. 

Biedną  matkę  musiano  odpowiednio  przygotować,  zanim  można  było  oznajmić  jej  o 

powrocie Dolpha, nieszczęśliwa opłakała go już bowiem jako umarłego, a na dodatek złama-
na była zupełnie pod wpływem licznych pocieszycieli, którzy codziennie rozweselali ją opo-
wiadaniami o duchach i  o ludziach porwanych przez diabła. Dolph zastał ją leżącą  w łóżku, 
przy  niej  zaś  mruczała  jeszcze  jedna  członkini  rodziny  Heyligerów,  kotka  zacnej  damy, 
osmalona  jednak  żałośnie  i  najzupełniej  pozbawiona  pięknych  wąsów,  które  tak  zdobiły  jej 
fizjonomię. Biedna niewiasta zarzuciła ramiona na szyję Dolpha. 

— Synku! Synku! Ty żyjesz? — Radość z jego powrotu zatarła na razie w jej pamięci 

wszelkie  wspomnienia  o  stratach  i  przejściach.  Nawet  mądra  kocica  zdradzała  niewątpliwe 
oznaki  radości  z  powrotu  młodzieńca.  Widziała  może,  że  jej  pani  i  syn  są  pozbawionymi 
domu rozbitkami życiowymi, i żywiła dla nich współczucie, na jakie zdobyć się potrafią tylko 
towarzysze niedoli. Zresztą koty to stworzenia niedoceniane, a nawet powszechnie oczerniane 

background image

—  zdolne  są  bowiem  do  znacznie  większej  miłości  i  przywiązania,  niż  im  świat  na  ogół 
przypisuje. 

Oczy dobrej pani Heyliger zaszkliły się łzami, kiedy zobaczyła, że jedna  przynajmniej 

istota poza nią cieszy się z powrotu jej syna. 

— Tibby cię poznała! Biedactwo! — powiedziała, głaszcząc zmierzwioną sierść ulubie-

nicy,  potem  opanowawszy  się  dodała,  kiwając  smutno  głową:  —  Ach,  mój  biedny  Dolphie! 
Twoja matka nic ci już nie może pomóc! Sama sobie nie może już radzić! Co się teraz z tobą 
stanie, mój biedny chłopcze? 

— Mamo — odparł Dolph — proszę cię, nie mów tak. Byłem ci za długo ciężarem, na 

mnie teraz kolej, aby zatroszczyć się o ciebie na starość. No, rozpogódź się! Bądź dobrej my-
śli! Ciebie, Tibby i mnie czekają jeszcze lepsze czasy. Jestem przy tobie, jak widzisz, młody, 
zdrów i pełen otuchy, nie rozpaczajmy więc, ręczę ci, że jakoś to będzie. 

Gdy  się  ta  scena  rozgrywała  między  matką  a  synem,  ktoś  pośpieszył  już  do  doktora 

Knipperhausena  z  nowiną  o  szczęśliwym  powrocie  jego  ucznia.  Mały  doktor  sam  nie  wie-
dział, czy ma się  cieszyć, czy też martwić. Szczęśliwy był, że w ten sposób kładzie się kres 
uwłaczającym  pogłoskom,  krążącym  na  temat  jego  rezydencji  wiejskiej,  martwił  się  jednak, 
że znów będzie miał teraz kłopot z uczniem, którego, jak sądził, pozbył się na zawsze. Targa-
ny tymi sprzecznymi uczuciami, uchwycił się z wdzięcznością rady  Frau  Ilzy, która zaleciła 
mu, aby skorzystał z samowolnego zniknięcia młodzika i teraz po prostu nie wpuszczał go do 
swego domu. 

Wieczorem  tedy,  gdy  spodziewano  się,  że  marnotrawny  uczeń  powróci  do  dawnych 

pieleszy, przygotowano  wszystko na jego przyjęcie. Dolph, uspokoiwszy wreszcie jako tako 
matkę,  stawił  się  przed  domem  swego  dawnego  mistrza  i  niechętną  a  niepewną  ręką  ujął 
kołatkę. Ledwie jednak zdążył zapukać nią cichutko, gdy z jednego okna wysunęła się głowa 
doktora w czerwonej szlafmycy, z drugiego zaś głowa gospodyni w białym czepku nocnym. 
Zaraz też spadł na niego grad wyzwisk i wymysłów, przemieszanych z nieocenionymi dobry-
mi radami, jakich udziela się tylko przyjacielowi w potrzebie albo też zbrodniarzowi na ławie 
oskarżonych. Za chwilę już w każdym oknie przy tej ulicy tkwiła jakaś szlafmyca, wsłuchana 
w przenikliwy sopran Frau Ilzy i gardłowe skrzeczenie doktora Knipperhausena, a od okna do 
okna  biegła  wieść:  „Proszę,  Dolph  Heyliger  wrócił  i  znów  zaczyna  dawne  figle”.  Słowem, 
Dolph przekonał się, że nie może się spodziewać od doktora nic prócz dobrych rad, którego to 
towaru  istnieje  na  świecie  taka  obfitość,  że  można  go  nawet  bez  żalu  wyrzucać  przez  okno, 
wycofał  się  więc  czym  prędzej  i  spędził  noc  pod  skromnym  dachem  poczciwego  Piotra  de 
Groodt. 

Nazajutrz wczesnym rankiem Dolph był już w nawiedzonym domu. Wszystko wygląda-

ło zupełnie tak samo jak wówczas, kiedy stąd odszedł. Łąki porośnięte gęstą trawą sprawiały 
takie  wrażenie,  jak  gdyby  nikt  nie  stąpał  po  nich  od  chwili  wyjazdu  Dolpha,  Z  bijącym 
sercem  pośpieszył  do  studni.  Zajrzał  do  niej  i  zobaczył,  że  jest  bardzo  głęboka  i  na  dnie  jej 
połyskuje woda. Zaopatrzył się z góry w mocną linę z rodzaju tych, jakich używają rybacy na 
wybrzeżach  Nowej  Fundlandii.  Zakończona  była  ciężką  ołowianką  i  wielkim  haczykiem  na 
ryby.  Za  jej  pomocą  zaczął  sondować  dno  studni  i  kręcić  haczykiem  w  wodzie.  Woda  była 
dość  głęboka,  było  w  niej  też  sporo  rupieci  i  kamieni,  co  spadły  z  góry.  Kilka  razy  haczyk 
zaczepił  o  coś  i  lina  o  mało  nie  pękła.  Od  czasu  do  czasu  Dolph  wyławiał  jakieś  bezwarto-
ściowe  przedmioty:  czaszkę  końską,  żelazną  podkowę,  połamany  cebrzyk,  okuty  żelazem. 
Pracował już od kilku godzin, nie znajdując nic, co by opłaciło jego zachody albo zachęciło 
do dalszych wysiłków. Pomyślał, że musi być wielkim głupcem, skoro z powodu jakichś tam 
snów wdał się w te niedorzeczne poszukiwania, i chciał już wrzucić linę do studni i dać sobie 
z tym wszystkim spokój. 

— Jeszcze tylko raz zarzucę wędkę — powiedział — i na tym koniec. 
Sondując poczuł wszakże, iż ołowianka wsunęła się do szczeliny między kamieniami, a 

background image

gdy pociągnął za linę, poczuł, że haczyk zaczepił o coś ciężkiego. Musiał teraz manewrować 
liną bardzo ostrożnie, aby  nie pękła od nadmiernego napięcia. Rupiecie leżące na przedmio-
cie, który zahaczył, ustąpiły pomału, wyciągnął ów przedmiot na powierzchnię wody i jakież 
było  jego  uniesienie,  gdy  zobaczył,  że  na  końcu  liny  połyskuje  coś  jakby  srebro!  Ledwie 
dysząc  z  podniecenia,  wyciągnął  owo  coś  ku  ocembrowaniu  studni,  zdumiony  jego  wielkim 
ciężarem  i  truchlejąc  co  chwila,  że  haczyk  się  obsunie  i  zdobycz  pójdzie  znów  na  dno. 
Wreszcie  ułożył  łup  bezpiecznie  przy  studni.  Był  to  wielki  srebrny  dzban  staroświeckiego 
kształtu, pięknie ozdobiony, z wyrytym z jednej strony herbem podobnym do herbu, co wisiał 
ongi nad kominkiem domu matki Dolpha. Pokrywka przytwierdzona była kilkakrotnie okrę-
conym  drutem.  Dolph  drżącymi  rękami  odwinął  drut,  podniósł  pokrywkę  i  hola!  —  dzban 
pełen  był  złotych  monet,  jakich  nigdy  dotychczas  nie  oglądał!  Nie  ulegało  wątpliwości,  że 
trafił na miejsce, w którym Killian Vander Spiegel ukrył swoje skarby. 

Lękając  się,  aby  nie  zobaczył  go  jakiś  przypadkowy  przechodzień,  Dolph  wycofał  się 

ostrożnie i zakopał dzban w ustronnym miejscu. Zaczął następnie rozsiewać mrożące krew w 
żyłach historie o nawiedzonym domu; odstraszał wszystkich od zbliżania się do niego, sam 
zaś tymczasem odwiedzał go częstokroć w wietrzne i słotne dni, kiedy na pobliskich polach 
nie  było  żywej  duszy,  choć  prawdę  mówiąc  nie  ważył  się  wyprawiać  tam  w  nocy.  Po  raz 
pierwszy  w  życiu  wykazał  prawdziwą  pilność  i  pracowitość,  a  swój  nowy  zawód  wędkarza 
uprawiał  z  taką  wytrwałością  i  powodzeniem,  że  w  krótkim  czasie  wyłowił  dość  pieniędzy, 
aby zostać jak na owe umiarkowane czasy zamożnym burgherem do końca życia. 

Znużyłbym  czytelnika,  gdybym  zechciał  opisać  szczegółowo  resztę  niniejszej  historii, 

gdybym  wdał  się  w  drobiazgowe  opowiadanie  o  tym,  jak  Dolph  stopniowo  zaczął  używać 
majątku  nie  budząc  zdziwienia  i  nadmiernej  ciekawości  sąsiadów  —  jak  zaspokoił  swe 
skrupuły co do zatrzymania dla siebie skarbów, a zarazem uczynił zadość własnej serdecznej 
skłonności, żeniąc się ze śliczną Marią Vander Heyden — i jak wespół z imć Antonim odbył 
wiele wesołych i długich wypraw. 

Nie  mogę  jednak  pominąć  milczeniem  okoliczności,  że  Dolph  zabrał  do  siebie  starą 

matkę  i  pielęgnował  ją  w  dniach  jej  starości.  Przezacna  dama  miała  nadto  tę  satysfakcję,  że 
nie  słyszała  już  głosów  potępienia  pod  adresem  syna;  przeciwnie,  Dolph  z  każdym  dniem 
zdobywał sobie coraz większy szacunek ogółu, wszyscy dobrze mówili o nim i o jego piwni-
cy,  a  najwynioślejszy  nawet  burmistrz  nie  odtrącał  nigdy  jego  zaproszenia  na  obiad.  Dolph 
opowiadał  często  przy  własnym  stole  biesiadnym  o  swoich  wybrykach,  które  były  niegdyś 
postrachem  całego  miasta;  wszelako  teraz  uważano  je  za  wyborne  żarty  i  najpoważniejsi 
dostojnicy słuchając o nich trzymali się za boki. Nikt nie był bardziej zdumiony umacniającą 
się pozycją Dolpha aniżeli jego dawny mistrz, doktor; Dolph zaś miał naturę tak niepamiętli-
wą, że wziął doktora na  lekarza domowego, dbając tylko o to, aby  recepty  jego zawsze wy-
rzucano  przez  okno.  Matka  Dolpha  często  zapraszała  do  swego  przytulnego  saloniku  dawne 
kumy na filiżaneczkę herbaty, a Piotr de Groodt, siedząc przy kominku i bujając na kolanach 
jedno  z  jej  wnucząt,  często  gęsto  gratulował  jej  syna,  który  stał  się  człowiekiem  tak  wybi-
tnym, na co poczciwa dusza potrząsała głową rozanielona i wołała: 

— Ach, sąsiedzie, sąsiedzie! Czy nie mówiłam, że przyjdzie dzień, kiedy Dolph zakasu-

je ich wszystkich? 

Tak  tedy  Dolph  Heyliger  żył  sobie  w  ukontentowaniu  i  dobrobycie,  a  im  był  starszy  i 

mądrzejszy, tym stawał się weselszy, zadając kłam staremu przysłowiu, że pieniądze nie dają 
szczęścia, gdyż czynił dobry użytek ze swoich bogactw, a na dobitkę został ogólnie poważa-
nym  obywatelem  i  cenionym  członkiem  społeczności.  Łożył  znaczne  sumy  na  instytucje 
publiczne  w  rodzaju  stowarzyszeń  smakoszów  i  klubów  wędkarskich.  Prezydował  podczas 
wszystkich oficjalnych obiadów i jako pierwszy sprowadził żółwie z Indii Zachodnich. Przy-
czynił  się  do  poprawy  rasy  koni  wyścigowych  i  kogutów  używanych  do  walki,  otaczał  przy 
tym tak troskliwą opieką sztuki piękne, że każdy, kto potrafił dobrze zaśpiewać piosenkę lub 

background image

dobrze opowiedzieć anegdotkę, mógł liczyć na miejsce przy jego stole. 

Był również członkiem korporacji, wydał kilka dekretów dotyczących ochrony zwierzy-

ny i ostryg, a ponadto zapisał radzie naczelnej wielką srebrną wazę na poncz, przerobioną ze 
wspomnianego uprzednio dzbana, która to waza znajduje się w posiadaniu rady po dziś dzień. 

Wreszcie w kwiecie wieku podeszłego zmarł na apopleksję podczas uczty korporacyjnej 

i  został  pochowany  z  wielkimi  honorami  na  małym  cmentarzu  holenderskim  przy  ulicy 
Ogrodowej, gdzie dotychczas można oglądać jego nagrobek ze skromnym epitafium w języku 
holenderskim, ułożonym przez jego przyjaciela imć Justusa Bensona, znakomitego poetę na-
szej prowincji. 

Powyższa historia jest bardziej wiarogodna niż większość opowieści tego rodzaju, gdyż 

znam ją od kogoś, kto słyszał ją od Dolpha Heyligera we własnej osobie. Dolph nie opowia-
dał jej nigdy i zwierzył ją przyjaciołom w największym zaufaniu dopiero pod koniec życia, a i 
to przy nadliczbowej wazie ponczu, i choć ustępy dotyczące zjaw i widm mogłyby się komuś 
wydać dziwne, nikt z gości Dolpha nie wyraził na ten temat najmniejszych wątpliwości. Być 
może nie od rzeczy będzie dodać, że poza innymi licznymi umiejętnościami Dolph Heyliger 
znany był w całej prowincji jako najlepszy i niezrównany wędkarz. 
 
 
 
 

PIRAT KIDD 

 
 

Za  dawnych  czasów,  wkrótce  potem,  gdy  król  Karol  Drugi  wyrwał  z  rąk  Jaśnie  Bez-

czelnych  Panów  Zarządców  Generalnych  z  Holandii  terytorium  Nowych  Niderlandów  i  gdy 
w prowincji panował jeszcze rozgardiasz, stała się ona przytuliskiem poszukiwaczy przygód, 
rozpustników i wszelkiego rodzaju ptaszków niebieskich, co żyją nie wiadomo z czego i nie 
lubią, aby staroświeckie nakazy prawa i religii ograniczały ich wolność osobistą. Wśród tych 
ostatnich  poczesne  miejsce  zajmowali  piraci.  Byli  to  rozbójnicy  morscy,  którzy  być  może 
podczas wojny wyedukowali się w owych szkołach piractwa, jakimi były statki korsarskie, a 
raz  zakosztowawszy  uroków  grabieży,  zachowali  na  zawsze  do  niej  skłonność.  Korsarza  od 
pirata  dzieli  jeden  tylko  niewielki  krok;  obaj  walczą  z  miłości  do  rabunku,  tyle  że  pirat  jest 
odważniejszy, bo rzuca wyzwanie nie tylko wrogowi, ale i szubienicy. 

Ale w jakiejkolwiek szkole się wykształcili owi piraci, co krążyli wokół kolonii angiel-

skich, byli zuchwalcami nie lada i w czasach pokoju wyrządzali wiele szkód osadom hiszpań-
skim  i  hiszpańskim  statkom  handlowym.  Łatwy  dostęp  do  portu  Manhattoes,  znaczna  ilość 
kryjówek  na  tych  wodach  i  słabość  ledwie  zorganizowanej  władzy  czyniła  port  ten  wielkim 
rendez-vous  piratów,  gdzie  mogli  spieniężyć  łupy  i  uplanować  nowe  zbójeckie  wyprawy. 
Ponieważ  przywozili  ze  sobą  bogate  ładunki  wszelkiego  rodzaju  towarów,  przysmaki  pod-
zwrotnikowe, zbytkowne łupy z prowincji hiszpańskich i wyzbywali się ich z przysłowiową 
frajbiterską  *  rozrzutnością,  skrzętni  kupcy  z  Manhattoes  witali  ich  jak  miłych  gości.  Toteż 
gromady tych straceńców, renegatów ze wszystkich krajów i wszystkich szerokości geografi-
cznych, można było oglądać spacerujące w biały dzień po ulicach miasta, obok jego spokoj-
nych  mieszkańców.  Rozbójnicy  sprzedawali  ostrożnym  kupcom  swe  bogate  zamorskie  łupy 
za  połowę  lub  nawet  czwartą  część  wartości,  a  uzyskane  pieniądze  puszczali  w  tawernach, 
pijąc, grając w gry hazardowe, śpiewając, klnąc, wrzeszcząc i wprawiając w zdumienie okoli-
cznych mieszkańców nocnymi awanturami i dziką zabawą. 

W końcu ekscesy te przybrały takie rozmiary, że stało się o nich głośno w prowincjach i  

 

* Frajbirer — pirat. 

background image

poczęto wołać o interwencję rządu. Poczyniono więc kroki, aby położyć kres szerzącemu się 
złu i wykurzyć rabusiów z kolonii. 

Wśród agentów, zaangażowanych do wykonania tego planu, znajdował się słynny kapi-

tan  Kidd.  Był  on  przez  długi  czas  postacią  dwuznaczną;  jednym  z  owych  nieokreślonych 
zwierząt  morskich,  do  których  można  zastosować  powiedzenie  „ni  pies,  ni  wydra”.  Był  po 
części kupcem, po części przemytnikiem, w znacznej też mierze łotrzykiem. Handlował przez 
wiele lat z piratami, dowodząc małym, szybkim i smukłym stateczkiem, którym mógł żeglo-
wać  na  wszelkiego  rodzaju  wodach.  Znał  wszystkie  miejsca  spotkań  i  kryjówki  piratów, 
wypływał wciąż w jakieś tajemnicze rejsy i uwijał się niby kurczę podczas burzy. 

Ten to bliżej nieokreślony osobnik miał z ramienia rządu ścigać piratów na morzu, zgo-

dnie  z  maksymą  „niechaj  złodziej  łapie  złodzieja”;  podobnie  też  używa  się  czasem  wydr  do 
łowienia ich kuzynek, ryb. 

Kidd wyruszył tedy w 1695 roku do Nowego Jorku pięknym okrętem noszącym miano 

„Adventure Galley”, uzbrojony po zęby i zaopatrzony w odpowiednie pełnomocnictwa. Gdy 
jednak przybył w dobrze sobie znane strony, zwerbował załogę na nowych warunkach, zaan-
gażował sporo swoich dawnych kamratów, chłopców wprawnych we władaniu nożem i pisto-
letem,  po  czym  pożeglował  na  Wschód.  Zamiast  walczyć  z  piratami,  sam  został  piratem; 
wyprawiał  się  na  Maderę,  do  Bonavista,  na  Madagaskar  i  krążył  przy  wejściu  do  Morza 
Czerwonego.  Tutaj  wśród  innych  zbójeckich  napadów  morskich  zawładnął  też  bogatym 
statkiem  handlowym  z  Quedah,  którego  załogę  stanowili  Maurowie,  choć  dowódcą  był 
Anglik.  Kidd  chętnie  byłby  podał  ten  napad  za  chwalebny  wyczyn,  coś  na  kształt  krucjaty 
przeciw  niewiernym,  ale  rząd  angielski  od  dawna  już  stracił  upodobanie  do  tego  rodzaju 
chrześcijańskich zwycięstw. 

Kidd przez czas dość długi włóczył się po morzach, handlując tym, co zrabował, i zmie-

niając  wciąż  statki,  po  czym  miał  czelność  powrócić  do  Bostonu,  obładowany  łupami  i  oto-
czony zgrają zuchwałych kompanów. 

Czasy  się  jednak  zmieniły.  Piraci  nie  mogli  się  już  bezkarnie  pokazać  nawet  w  kolo-

niach.  Nowy  gubernator,  Lord  Bellamont,  odznaczał  się  wielką  gorliwością  w  tępieniu  tego 
rodzaju  przestępców,  a  już  specjalnie  zawziął  się  na  Kidda,  ponieważ  sam  przyczynił  się  w 
swoim czasie do powierzenia Kiddowi misji, której ten tak haniebnie nadużył. Zaledwie tedy 
Kidd  zjawił  się  w  Bostonie,  uderzono  na  alarm  i  poczyniono  kroki,  aby  aresztować  tego 
rzezimieszka oceanów. Ale Kidd zdobył sobie tymczasem opinię człowieka nieustraszonego, 
ponadto  zaś  groźni  kamraci  nie  odstępowali  go  na  krok,  wszystko  to  więc  spowodowało 
pewną  zwłokę  w  jego  aresztowaniu.  Kidd  podobno  skorzystał  z  tego,  aby  zakopać  większą 
część swoich skarbów, po czym znów paradował zuchwale po ulicach Bostonu. Próbował na-
wet stawiać opór w chwili aresztowania, schwytano go jednak wraz z kompanami i wtrącono 
do więzienia. Pirat i jego załoga budzili taki strach wśród miejscowej ludności, że uznano za 
stosowne odesłać ich specjalną fregatą do Anglii. Czyniono tam wielkie starania, aby osłonić 
kapitana  Kidda  przed  sprawiedliwością,  lecz  spełzły  one  na  niczym;  wraz  z  towarzyszami 
sądzono go, skazano i powieszono na miejscu straceń w Londynie. Kidd miał ciężką śmierć, 
gdyż sznur, na którym go powieszono, pękł i pirat zwalił się na ziemię. Powieszono go po raz 
drugi,  tym  razem  skutecznie;  stąd  też  niewątpliwie  pochodzi  legenda  o  tym,  że  Kidd  miał 
życie zaczarowane i musiano go dwukrotnie wieszać. 

Tak  się  przedstawiają  w  ogólnych  zarysach  dzieje  Kidda,  lecz  stały  się  one  źródłem 

wielu  rozlicznych  podań.  Pogłoska  o  tym,  że  zakopał  wielką  fortunę  w  złocie  i  klejnotach, 
wzburzyła umysły wszystkich zacnych obywateli na całym wybrzeżu. Raz po raz powstawały 
plotki o wielkich sumach pieniędzy, znalezionych tu i ówdzie, czasem w jednej części kraju, 
czasem  w  innej;  o  monetach  z  mauretańskimi  napisami,  będących  niewątpliwie  łupem  ze 
wschodnich  wypraw  Kidda;  prostaczkowie  jednak  spoglądali  na  te  momenty  z  zabobonnym 
strachem, uważając litery mauretańskie za znaki diabelskie lub magiczne. 

background image

Niektórzy utrzymywali, że skarby zakopano w bezludnych dzikich miejscach w pobliżu 

Plymouth  i  Cape  Cod,  z  czasem  jednak  plotka  nadziała  złotem  inne  zakątki,  nie  tylko  na 
wschodnim  wybrzeżu,  lecz  także  na  brzegach  cieśniny  Sund,  a  nawet  Manhattanu  i  Long 
Island.  Faktem  jest  ponadto,  że  ostre  środki  zastosowane  przez  Lorda  Bellamonta  wywołały 
wielką konsternację wśród piratów we wszystkich prowincjach: chowali oni swoje pieniądze i 
klejnoty w różnych odludnych zakątkach, na dzikich wybrzeżach rzecznych i morskich, sami 
zaś starali się rozproszyć po całym kraju. Ramię sprawiedliwości nie pozwoliło wielu z nich 
nigdy już powrócić po zakopane bogactwa, które pozostały i zapewne pozostają po dziś dzień 
celem przedsiębiorczych zabiegów poszukiwaczy skarbów. 

Na tym tle powstawały częstokroć pogłoski o tajemniczych znakach na drzewach i ka-

mieniach, znakach, wskazujących rzekomo miejsca, w których ukryto skarby; nie brakło też 
ochotników,  co  gorliwie  szukali  pirackich  łupów.  We  wszystkich  tak  licznych  niegdyś  opo-
wieściach o tego rodzaju wyprawach znaczną rolę odgrywał zwykle diabeł. Ugłaskiwano  go 
pono stosownymi inwokacjami albo też zawierano z nim uroczysty pakt.  Mimo to płatał za-
zwyczaj poszukiwaczom skarbów różne brzydkie figle. Niektórzy dokopywali się już do żela-
znej  skrzyni,  gdy  jakaś  nieprzewidziana  okoliczność  z  reguły  krzyżowała  im  szyki.  Ziemia 
obsuwała  się  nagle  i  zasypywała  dół  albo  jakiś  przerażający  odgłos  czy  też  okropna  zjawa 
zmuszała uczestników wyprawy do wycofania się w popłochu; czasem sam diabeł ukazywał 
się i porywał im zdobycz sprzed nosa; a jeśli nazajutrz powrócili na to miejsce, nie znajdowali 
najmniejszych śladów swej wczorajszej pracy. 

Wszystkie te pogłoski wszakże były niezmiernie  mgliste i przez długi czas podniecały 

moją  ciekawość,  ani  trochę  jej  nie  zaspokajając.  Najtrudniej  na  tym  świecie  dotrzeć  do  pra-
wdy, lecz na niczym tak mi nie zależy, jak na prawdzie. Zwracałem się do swoich ulubionych 
źródeł  informacji  —  do  najstarszych  mieszkańców  prowincji,  a  zwłaszcza  do  najstarszych 
holenderskich  dam,  lecz  choć  pochlebiam  sobie,  że  znam  osobliwą  historię  swojej  ziemi 
rodzinnej lepiej od większości ludzi, badania moje przez długi  czas nie dawały konkretnych 
rezultatów. 

Wreszcie tak się złożyło, że pewnego pogodnego dnia pod koniec lata, chcąc odpocząć 

po  trudach  poważnych  studiów,  wybrałem  się  na  ryby  w  owe  strony,  tak  ulubione  przeze 
mnie  w  czasach  wczesnej  mojej  młodości.  Znajdowałem  się  w  towarzystwie  czcigodnych 
obywateli  mojego  miasta  rodzinnego,  wśród  których  było  kilku  wybitnych  członków  Rady 
Miejskiej,  i  gdybym  śmiał  wymienić  ich  nazwiska,  przydałyby  one  splendoru  moim  skro-
mnym kartom. Wyniki naszej wyprawy nie były zachęcające. Ryby nie chciały brać, zmienia-
liśmy więc często łowiska, wciąż jednak bez większego szczęścia. W końcu rzuciliśmy kotwi-
cę pod przybrzeżnym występem skalnym na wschodniej stronie wyspy Manhattan. 

Był cichy,  ciepły dzień.  Prąd rzeki przepływał obok nas wirując, lecz nie tworząc naj-

mniejszej fali czy nawet zmarszczki, wokół panował taki spokój, że wzdrygaliśmy się zasko-
czeni,  gdy  zimorodek  zrywał  się  z  gałęzi  jakiegoś  wysokiego  drzewa,  zawisał  na  chwilę  w 
powietrzu, aby lepiej wycelować, a potem przecinał gładką powierzchnię wody, nurkując za 
zdobyczą. Kiedyśmy tak siedzieli w łodzi, rozparci niedbale i morzeni snem, bo panująca wo-
kół ciepła cisza i brak ryb działały na nas usypiająco, jeden z członków towarzystwa, szaco-
wny alderman, zadrzemał i pozwolił, aby ciężarek wędki opadł na dno rzeki. Po przebudzeniu 
uczuł, że sądząc z wagi, złowił jakiś wielki okaz. Gdy go wyciągnął na powierzchnię, ujrze-
liśmy  ze  zdumieniem,  że  to  długi  pistolet  dziwnego,  cudzoziemskiego  kształtu;  wnosząc  z 
zardzewiałej lufy oraz stoczonej przez robaki i pokrytej warstwą skorupiaków kolby, musiał 
leżeć  od  dawna  w  wodzie.  Niespodziane  ukazanie  się  tego  zabytku  wojny  pobudziło  moich 
pokojowo  usposobionych  towarzyszy  do  skomplikowanych  rozważań.  Jeden  wypowiedział 
przypuszczenie,  że  pistolet  wpadł  do  wody  podczas  Wojny  o  Niepodległość,  drugi  z  osobli-
wego kształtu broni wnioskował, że należała ona do jakiegoś podróżnika z wczesnego okresu 
osadnictwa, może do słynnego Adriana Blocka, który zbadał Cieśninę Sundzką i odkrył Wy-

background image

spę Blocka, znaną obecnie z wyrobu doskonałych serów. Trzeci wszakże obejrzał dokładnie 
pistolet i orzekł, że jest on autentycznej hiszpańskiej roboty. 

— Ręczę — rzekł — że gdyby ten pistolet mógł przemówić, opowiedziałby nam prze-

dziwne  historie  o  zaciekłych  walkach  między  grandami  hiszpańskimi.  Nie  ulega  dla  mnie 
wątpliwości,  że  jest  to  pamiątka  po  dawnych  piratach  —  kto  wie,  może  należał  do  samego 
Kidda? 

— Ach, ten Kidd to był odważny chłop! — zawołał stary łowca wielorybów spod Cape 

Cod; twarz miał jakby odlaną z brązu. — Jest o nim piękna stara pieśń, na melodię... 
 

Nazywam się Kapitan Kidd. 
Kiedym 
żeglował, kiedym żeglował... 

 

dalej jest mowa o tym, jak Kapitan Kidd wkradł się w łaski diabła, zakopując Biblię: 

 

Ująłem Biblię w ręce swe, 
Kiedym żeglował, kiedym żeglował... 
I zagrzebałem ją na dnie, 
Kiedym żeglował, kiedym żeglował... * 

 

— Tam do licha, gdybym wiedział na pewno, że ten pistolet należał do Kidda, ceniłbym 

go bardzo jako osobliwość. 
 
 
 
 

DIABEŁ I TOM WALKER 

 
 

O  kilka  mil  od  Bostonu  w  Massachusetts  jest  głęboka  odnoga  morska,  wijąca  się  na 

przestrzeni  kilku  mil  z  Zatoki  Karola  w  głąb  kraju,  a  zakończona  grzęzawiskiem  czy  też 
bagnem, pokrytym gęstym lasem. Po jednej stronie tuż nad wodą wznosi się wysoki, urwisty 
brzeg, na którym rośnie w znacznej odległości od siebie kilka olbrzymich wiekowych dębów. 
Jak głosi podanie, pod jednym z tych olbrzymów Kidd zakopał niegdyś wielkie skarby. Odno-
ga umożliwiła mu przywiezienie pieniędzy łodzią, w nocy, po kryjomu, aż do stóp wzgórza; 
dzięki  wysokiemu  wzniesieniu  mógł  baczyć,  czy  nikt  się  nie  zbliża;  wspaniałe  zaś  drzewa 
tworzyły wyborne znaki, po których łatwo było to miejsce odnaleźć. Podanie głosi nadto, że 
przy zakopywaniu pieniędzy obecny był diabeł, który objął nad nimi opiekę, wiadomo wszak-
że, iż diabeł zawsze opiekuje się ukrytymi skarbami, zwłaszcza gdy zostały nieuczciwie zdo-
byte. Tak czy owak, Kidd nie wrócił nigdy po swoje bogactwa, gdyż wkrótce potem schwyta-
no go w Bostonie, wysłano do Anglii i tam powieszono za piractwo. 

Około  roku  1727,  akurat  w  owym  czasie,  kiedy  w  Nowej  Anglii  szalały  trzęsienia 

ziemi, które rzuciły na kolana wielu dumnych grzeszników, mieszkał nie opodal tego miejsca 
chudy, skąpy i chciwy człowiek, imieniem Tom Walker. Żonę miał równie skąpą i chciwą jak 
on sam: tak byli chciwi, że starali się nawet oszukiwać siebie nawzajem. Żona chowała wszy-
stko, co jej wpadło w rękę; ledwie usłyszała gdakanie kury, a już pędziła, żeby porwać znie-
sione  jajko.  Mąż  znów  szperał  nieustannie  po  wszystkich  kątach,  żeby  znaleźć  ukryte  przez 
żonę  zapasy,  toteż  wybuchały  między  nimi  ustawicznie  gwałtowne  kłótnie  o  rzeczy,  które 
powinny by stanowić ich wspólną własność. Mieszkali na uboczu w nędznym domku, który  
 

* Tłumaczył Andrzej Nowicki. 

background image

wyglądał  jak  niedożywiony.  Rosło  przy  nim  kilka  mizernych  jałowców,  symbolów  bezpło-
dności; z jego komina nigdy nie wił się dym; żaden podróżny nie zatrzymał się nigdy przed 
jego drzwiami. Wynędzniały koń o żebrach rysujących się tak wyraźnie, jakby to były pręty 
rusztu, błąkał się po polu, gdzie cienka warstewka mchu, ledwie przysłaniająca złoża ostrych 
kamieni, podniecała tylko i potęgowała jego apetyt,  czasem zaś opierał  głowę o ogrodzenie, 
spoglądał żałośnie na przechodniów i zdawał się błagać o wyzwolenie z tej krainy głodu. 

Zarówno dom, jak i jego mieszkańcy złą mieli sławę. Żona Toma była to wysoka jędza, 

o  wściekłym  usposobieniu,  ostrym  języku  i  silnej  ręce.  Głos  jej  rozlegał  się  często,  gdy  sta-
czała słowne boje z mężem, twarz zaś Toma zdradzała często oznaki, że zatargi te nie ograni-
czają się do wymiany słów. Nikt jednak nie ważył się wtrącać między skłócone stadło. Samo-
tny przechodzień słysząc wrzaski i odgłosy szamotania kulił się w sobie, zerkał spod oka na tę 
jaskinię niezgody i śpieszył dalej, ciesząc się — jeśli był kawalerem — ze swego bezżennego 
stanu. 

Pewnego  razu  Tom  Walker  zapuścił  się  dość  daleko  od  domu  i  postanowił  wrócić 

krótszą,  jak  sądził,  drogą  przez  moczary.  Jak  większość  skrótów,  była  to  droga  źle  obrana. 
Bagnisko  porastała  gęstwina  wielkich,  posępnych  sosen  i  cedrów,  niektóre  z  nich  miały  aż 
dziewięćdziesiąt stóp wysokości, wskutek czego w miejscu tym nawet w południe panowały 
ciemności i stanowiło ono schronienie dla wszystkich okolicznych sów. Pełno tu było pułapek 
i  grzęzawisk,  częściowo  przysłoniętych  chwastami  i  mchem,  a  zielona  powierzchnia  często-
kroć  zwabiała  wędrowca  do  odmętu  czarnego,  wsysającego  błota;  trafiały  się  też  ciemne, 
stojące  bajora,  siedliska  kijanek,  ropuch  i  węży  wodnych,  gdzie  niby  śpiące  aligatory  leżały 
na pół zatopione, na pół zgniłe pnie starych drzew. 

Tom  długo  i  ostrożnie  szedł  przez  ów  zdradliwy  las,  przeskakiwał  z  kępy  na  kępę 

sitowia  i  korzeni,  dających  wśród  głębokich  bagien  jakie  takie  oparcie  dla  stóp,  czasem  zaś 
przebiegał  jak  kot  po  pniu  powalonego  drzewa.  Od  czasu  do  czasu  wzdrygał  się  spłoszony 
niespodzianym  krzykiem  bąka  lub  kwakaniem  kaczki,  wzlatującej  z  jakiejś  samotnej  sadza-
wki.  Wreszcie  dotarł  do  skrawka  twardego  lądu,  wrzynającego  się  niby  półwysep  w  głąb 
bagniska.  Była  to  jedna  z  twierdz  Indian  podczas  toczonych  przez  nich  wojen  z  pierwszymi 
kolonistami. Wznieśli tu swego  rodzaju fort, który  uważali za niezdobyty, i używali go jako 
schronienia dla swoich żon i dzieci. Ze starego fortu indiańskiego pozostało teraz tylko kilka 
wałów,  obniżających  się  stopniowo  do  poziomu  otaczającego  je  gruntu  i  porośniętych  już 
częściowo dębami i innymi drzewami, których jaśniejsze liście odcinały się od ciemnej barwy 
sosen i cedrów rosnących na moczarach. 

Zapadał już zmierzch, gdy Tom Walker dotarł do fortu, zatrzymał się więc, aby trochę 

odpocząć. Ktokolwiek inny z pewnością nie zechciałby bawić dłużej w tym melancholijnym 
ustroniu, gdyż miało ono złą sławę w związku z przekazywanymi z ojca na syna opowieścia-
mi z czasów wojen indiańskich; utrzymywano mianowicie, że dzicy odprawiali tu swe obrzę-
dy i składali ofiary złemu duchowi. 

Tom Walker wszakże nie należał do ludzi, których by trapiły tego rodzaju lęki. Ułożył 

się  na  powalonym  pniu  cedrowym,  słuchał  złowieszczego  nawoływania  ropuchy  drzewnej  i 
dźgał  laską  wzgórek  czarnej  ziemi  u  swych  stóp.  Gdy  tak  bezwiednie  rozkopywał  ziemię, 
laska uderzyła o jakiś twardy przedmiot. Wygrzebał go z czarnej próchnicy i usiadł zdumiony 
— przed nim leżała rozpłatana czaszka z tkwiącym w niej głęboko indiańskim tomahawkiem. 
Rdza na broni dowodziła, że upłynęło wiele czasu od chwili, gdy zadano nią śmiertelny cios. 
Była to ponura pamiątka zaciekłej walki, jaka rozegrała się na tym ostatnim szańcu wojowni-
ków indiańskich. 

— Hm! — mruknął Tom Walker i kopnął czaszkę, żeby strząsnąć z niej ziemię. 
— Zostaw tę czaszkę! — odezwał się jakiś opryskliwy głos. 
Tom podniósł oczy i ujrzał wielkiego, czarnego mężczyznę, który siedział na pniu drze-

wa dokładnie naprzeciw niego. Zdziwił się ogromnie, bo nie słyszał ani nie widział, żeby się 

background image

ktoś  zbliżył,  a  jeszcze  bardziej  się  stropił,  gdy  zauważył,  o  ile  na  to  pozwalał  gęstniejący 
mrok,  że  obcy  nie  jest  ani  Murzynem,  ani  Indianinem.  Był  wprawdzie  ubrany  z  indiańska  i 
przepasany  czerwonym  pasem,  ale  twarzy  nie  miał  czarnej  ani  koloru  miedzi,  lecz  smagłą  i 
powalaną  sadzami,  jak  gdyby  zwykł  pracować  przy  ognisku  w  kuźni.  Czarne,  gęste  włosy 
sterczały mu we wszystkie strony, na ramieniu trzymał siekierę. 

Przez chwilę wpatrywał się gniewnie w Toma wielkimi, czerwonymi oczami. 
— Co tu robisz na moich gruntach? — zapytał złym, chrapliwym głosem. 
— Na twoich gruntach!  — powtórzył szyderczo  Tom. — Takie one twoje, jak i moje. 

Należą do Deacona Peabody. 

—  Niech  piekło  pochłonie  Deacona  Peabody  —  powiedział  nieznajomy  —  a  pochle-

biam sobie, że tak się stanie, jeżeli nie zacznie poświęcać więcej uwagi własnym grzechom, a 
mniej grzechom sąsiadów. Spójrz tam i zobacz, jak stoją sprawy Deacona Peabody. 

Tom  spojrzał  we  wskazanym  kierunku  i  zobaczył  jedno  z  wielkich  drzew,  z  zewnątrz 

piękne  i  kwitnące,  lecz  przegniłe  od  wewnątrz,  a  na  dobitkę  podcięte  tak  głęboko,  że  lada 
silniejszy podmuch wiatru winien był je obalić. Na korze drzewa wyryte było imię i nazwisko 
Deacona Peabody, dostojnego obywatela, co porósł w bogactwa dzięki sprytnym transakcjom 
z  Indianami. Rozejrzawszy się dokoła, Tom przekonał się, że każde prawie wysokie drzewo 
oznaczone  jest  nazwiskiem  któregoś  z  wybitnych  mężów  kolonii,  a  wszystkie  są  mniej  lub 
bardziej  podcięte  siekierą.  To,  na  którym  siedział  i  które  widocznie  świeżo  zrąbano,  nosiło 
nazwisko Crowninshielda, zaraz też przypomniał sobie bogacza tego nazwiska; człowiek ten 
w sposób wulgarny chełpił się wielką fortuną, zdobytą pono drogą piractwa. 

— Już gotów do spalenia! — z pomrukiem tryumfu stwierdził czarny. — Jak widzisz, 

będę miał na zimę niezgorszy zapas opału. 

— Ale jakim prawem rąbiesz budulec Deacona Peabody? — zapytał Tom. 
— Prawem pierwszeństwa — odparł tamten. — Te lasy należały do mnie długo przed-

tem, nim postała tu noga któregokolwiek z was, białych dzikusów. 

— A któż ty jesteś, śmiem zapytać? — rzekł dotknięty nieco Tom. 
—  O,  występuję  pod  różnymi  imionami.  W  niektórych  krajach  jestem  czarnym  myśli-

wym, w innych czarnym górnikiem. W tej okolicy znają mnie jako czarnego drwala. Jestem 
tym, komu czerwonoskórzy poświęcili to miejsce i komu niekiedy składali smakowitą ofiarę z 
upieczonego białego człowieka. Od czasu zaś, jakeście wy, blade twarze, wytępili czerwono-
skórych, zabawiam się popieraniem prześladowań kwakrów i anabaptystów; jestem patronem 
i opiekunem handlarzy niewolników i wielkim mistrzem czarownic z Salem. 

— Z czego wynika — oświadczył nieulękły Tom — żeś jest ten, którego powszechnie 

nazywają Starym Rogalcem. 

— Ten sam, do usług! — z półukłonem odparł czarny mężczyzna. 
Taki oto zgodnie z dawnymi relacjami był początek owej rozmowy. 
Sądzić by można, że spotkanie z tak dziwnym osobnikiem, na dodatek w głuchej, bezlu-

dnej  puszczy,  musi  każdego  wprawić  w  przerażenie,  lecz  Tom  był  człowiekiem  twardym, 
niełatwo  go było nastraszyć, przy tym od tylu lat miał do czynienia z żoną-jędzą, że nie bał 
się nawet diabła. 

Po  tym  wstępie  odbyli  podobno  długą  i  poważną  rozmowę,  idąc  w  kierunku  domu 

Toma Walkera. Czarny mężczyzna opowiedział Tomowi o wielkich sumach pieniędzy zako-
panych  przez  pirata  Kidda  pod  dębami  na  wysokim  urwisku  nie  opodal  mokradła.  Oświad-
czył, że ma wszystkie te skarby w swojej dyspozycji i chroni je swoją władzą, nie może więc 
ich  odnaleźć  nikt,  kto  nie  wkupi  się  w  jego  łaski.  Zaproponował  też,  że  udostępni  skarby 
Tomowi, gdyż powziął do niego wyjątkową sympatię, Tom wszakże może je otrzymać tylko 
wówczas,  jeśli  spełni  pewne  warunki.  Jakie  to  były  warunki,  łatwo  się  domyślić,  choć  Tom 
nigdy  ich  nie  ujawnił.  Musiały  być  bardzo  ciężkie,  bo  zażądał  czasu  do  namysłu,  a  nie  był 
człowiekiem, który by czepiał się drobiazgów, gdy chodzi o pieniądze. Gdy doszli do granicy 

background image

moczarów, nieznajomy przystanął. 

— Jaki mam dowód, że wszystko, coś mi opowiedział, jest prawdą? — spytał Tom. 
— Oto mój podpis — odparł czarny mężczyzna przyciskając Tomowi palec do czoła. 
Z  tymi  słowy  skręcił  na  środek  bagniska  i,  jak  mówił  Tom,  począł  uchodzić  w  ziemię 

coraz głębiej i głębiej, aż widać mu było tylko głowę i ramiona, a wreszcie znikł zupełnie. 

Po  powrocie  do  domu  Tom  Walker  znalazł  wypalony  na  swym  czole  odcisk  czarnego 

palca; odcisku tego nie dało się usunąć żadnym sposobem. 

Pierwszą  nowiną,  jaką  usłyszał  od  żony,  była  wiadomość  o  nagłej  śmierci  Absaloma 

Crowninshielda,  bogatego  pirata.  Gazety  ze  zwykłym  patosem  podały,  że  „wielki  mąż  prze-
niósł się na łono Abrahama”. 

Tom  przypomniał  sobie  drzewo,  które  jego  czarny  przyjaciel  właśnie  powalił  i  które 

gotowe było do spalenia. „Niech się ten frajbiter smaży — powiedział. — Co to kogo obcho-
dzi!” Był już teraz pewien, że wszystko, co widział i słyszał, nie było złudzeniem. 

Na ogół biorąc nie miał zwyczaju wtajemniczać żony w swoje prywatne sprawy, ale ten 

sekret ciążył mu, chętnie się więc jej zwierzył. Niewiasta na wzmiankę o ukrytym złocie roz-
gorzała  chciwością i poczęła namawiać męża,  aby zgodził się na warunki czarnego mężczy-
zny  i  zdobył  skarb,  który  zapewni  im  bogactwo  do  końca  życia.  Ale  jeśli  Tom  skłonny  był 
zaprzedać się diabłu, w każdym razie nie miał zamiaru uczynić tego na prośbę żony, odmówił 
tedy  po  prostu  przez  przekorę.  Dochodziło  między  nimi  na  ten  temat  do licznych  kłótni,  ale 
im więcej kobieta mówiła, tym mocniej Tom trwał w postanowieniu, że dla jej przyjemności 
do piekła nie pójdzie. 

Wreszcie  żona  Toma  zdecydowała,  że  zawrze  transakcję  na  własną  rękę,  a  jeśli  się  to 

uda, zatrzyma całą zdobycz dla siebie. Będąc podobnie jak mąż nieustraszonego temperamen-
tu, wyruszyła pewnego letniego popołudnia do starego fortu indiańskiego. Nie było jej kilka 
godzin. Kiedy wróciła, była zamknięta w sobie i odpowiadała krótko a niechętnie. Wspomnia-
ła  coś  o  czarnym  mężczyźnie,  którego  spotkała  o  zmierzchu,  gdy  siekierą  podcinał  korzenie 
wysokiego drzewa. Był jednak w złym humorze i nie chciał dobić targu: kobieta miała przyjść 
znowu i przebłagać go odpowiednim darem, ale co to miał być za dar, tego nie powiedziała. 

Następnego wieczora, z fartuchem wyładowanym jakimiś ciężkimi przedmiotami, znów 

wyruszyła  na  moczary.  Na  próżno  Tom  czekał  na  nią;  nadeszła  północ,  ale  żony  nie  było, 
nadszedł ranek, południe, zapadła noc, a żona wciąż nie wracała. Tom zaniepokoił się o nią, 
zwłaszcza  gdy  stwierdził,  iż  zabrała  w  fartuchu  srebrny  imbryk,  łyżki  i  wszystkie  co  warto-
ściowsze a dające się unieść rzeczy. Upłynęła jeszcze jedna noc, zaświtał jeszcze jeden pora-
nek, żona się nie pokazała. Słowem, nigdy więcej o niej nie słyszano. 

Jaki  los  spotkał  ją  naprawdę,  nie  wie  tego  nikt,  zbyt  wiele  bowiem  osób  udawało,  że 

wie. Jest to jeden z owych faktów historycznych, które okryły się mgłą z winy nazbyt gorli-
wych  i  licznych  kronikarzy.  Niektórzy  utrzymywali,  że  zabłądziła  wśród  splątanych  ścieżek 
mokradła i wpadła do jakiegoś dołu lub grzęzawiska; inni, mniej litościwi, dawali do zrozu-
mienia,  że  uciekła  z  całym  dobytkiem  i  zamieszkała  w  jakiejś  innej  prowincji;  jeszcze  inni 
wypowiadali  przypuszczenie,  że  kusiciel  zwabił  ją  do  bezdennego  odmętu,  na  którego 
powierzchni znaleziono jej kapelusz. Na potwierdzenie tej supozycji przytaczano pogłoskę, że 
pono tego samego wieczora widziano czarnego mężczyznę z siekierą na ramieniu, jak wycho-
dził z obszaru bagniska, niosąc paczkę zawiniętą w kratkowany fartuch, a mina jego wyrażała 
zgryźliwy tryumf. 

Najbardziej wszakże przyjęta i najprawdopodobniejsza wersja głosi, że Tom Walker tak 

się zaniepokoił o losy żony i swoich sreber, że w końcu sam wyruszył do fortu indiańskiego, 
aby  ich  poszukać.  Przez  długie  popołudnie  letnie  przeszukiwał  owo  posępne  ustronie,  żony 
jednak nigdzie nie było widać. Wołał ją wielokrotnie po imieniu, ale żona się nie odzywała. 
Odpowiedzią  był  tylko  krzyk  przelatującego  bąka  albo  kumkanie  żaby  w  pobliskim  stawie. 
Wreszcie,  jak  powiadają,  o  szarej  godzinie,  kiedy  sowy  zaczynają  pohukiwać,  a  nietoperze 

background image

śmigają  bezszelestnie  w  powietrzu,  uwagę  Toma  zwróciło  krakanie  wron,  krążących  wokół 
wysokiego  cyprysa.  Podniósł  głowę  i  ujrzał  zawieszony  na  gałęzi  drzewa  kraciasty  tłumok; 
nie opodal siedział wielki sęp, jak gdyby sprawując przy nim straż. Tom podskoczył z rado-
ści, poznał bowiem fartuch żony i sądził, że zawiera on srebrne naczynia. 

—  Odzyskajmy  tylko  rzeczy  —  pocieszył  sam  siebie  —  a  postaramy  się  obyć  bez 

kobiety. 

Gdy wdrapywał się na drzewo, sęp rozpostarł szerokie skrzydła i z krzykiem poszybo-

wał  w  głęboki  cień  lasu.  Tom  chwycił  fartuch  w  kratkę,  ale  oczom  jego  ukazał  się  bolesny 
widok — w fartuchu nie było nic, prócz serca i wątroby! 

Oto — zgodnie z najbardziej autentyczną ówczesną wersją — było wszystko, co pozo-

stało  z  żony  Toma.  Próbowała  zapewne  potraktować  czarnego  mężczyznę  tak,  jak  zwykle 
traktowała męża; ale choć mówi się, że babski język samemu diabłu da radę, w tym wypadku 
kobieta widać nie odniosła zwycięstwa. Wszelako musiała umrzeć dzielnie, gdyż Tom podo-
bno  zauważył  pod  drzewem  wryte  głęboko  w  ziemię  liczne  odciski  kopyt  i  znalazł  garście 
włosów, które wyglądały, jakby je wydarto ze sztywnej czarnej czupryny drwala. Tom z do-
świadczenia znał bitność żony. Wzruszył ramionami, patrząc na ślady gwałtownych zmagań. 

— Dalipan — powiedział do siebie — Rogalec miał niełatwą przeprawę. 
W  ciężkiej  stracie  dobytku  Tom  pocieszał  się  myślą  o  stracie  żony,  był  bowiem  czło-

wiekiem  mężnego  ducha.  Odczuwał  nawet  coś  na  kształt  wdzięczności  do  czarnego  drwala, 
który,  zdaniem  jego,  wyświadczył  mu  przysługę.  Starał  się  więc  kontynuować  z  nim  znajo-
mość, ale przez jakiś czas starania te były bezskuteczne; stary czarnuch unikał Toma, bo choć 
ludzie  myślą,  że  jest  zawsze  na  każde  zawołanie,  szczwany  wyjadacz  umie  wyzyskać  kartę, 
gdy jest pewien zdobyczy. 

Wreszcie,  jak  mówią,  kiedy  Tom  doprowadzony  daremnym  oczekiwaniem  do  stanu 

wrzenia gotów był raczej zgodzić się na wszystko aniżeli zrezygnować z obiecanych skarbów, 
spotkał pewnego wieczora czarnego mężczyznę,  który w zwykłym swym ubraniu drwala i z 
siekierą na ramieniu szedł sobie przez mokradła, nucąc jakąś melodię. Udawał, że przyjmuje 
awanse  Toma  z  najwyższą  obojętnością,  zbywał  go  krótkimi  odpowiedziami  i  dalej  nucił 
swoją melodyjkę. 

Mało pomału jednak Tom nakłonił go do rozmowy o interesach i zaczęli się targować o 

warunki, na jakich Tom może dostać skarb pirata.  

O  pierwszym  warunku  można  nie  wspominać,  rozumie  się  bowiem  sam  przez  się  we 

wszystkich  wypadkach,  kiedy  diabeł  wyświadcza  komuś  łaskę;  były  jednak  też  inne,  mniej-
szej  wagi,  przy  których  mimo  to  obstawał.  Żądał,  aby  pieniądze,  uzyskane  dzięki  niemu, 
zużytkowane  zostały  w  jego  służbie.  Proponował  przeto,  żeby  Tom  ulokował  je  w  handlu 
czarnym towarem, innymi słowy, aby wyposażył statek niewolników. Tom wszakże odmówił 
stanowczo: owszem, jest człowiekiem z gruntu złym, co do tego nie ma dwóch zdań, ale sam 
diabeł nie namówi go, żeby został handlarzem niewolników. 

Widząc, że Tom taki jest na tym punkcie przeczulony, czarny mężczyzna nie upierał się 

przy swoim warunku, zaproponował natomiast, aby Tom został lichwiarzem; diabłu bowiem 
zależy  ogromnie  na  powiększaniu  szeregów  lichwiarzy,  jako  że  uważa  ich  za  swoich  najle-
pszych agentów. 

Nie napotkał sprzeciwu, gdyż zajęcie to odpowiadało Tomowi w zupełności. 
— Na przyszły miesiąc otworzysz kantor w Bostonie — rzekł czarny mężczyzna. 
— Choćby jutro, jeżeli sobie życzysz — odparł Tom Walker. 
— Będziesz pożyczał pieniądze na dwa procent miesięcznie. 
— Dalipan, będę liczył cztery procent! — zapewnił go Tom Walker. 
—  Będziesz  wymuszał  od  ludzi  skrypty  dłużne,  licytował  zastawione  majątki,  prowa-

dził kupców do ruiny... 

— Zaprowadzę ich wprost do piekła! — zawołał Tom Walker. 

background image

— Tyś jest lichwiarz podług mojego gustu — rzekł z zachwytem czarnonogi. — Kiedy 

chcesz mieć forsę? 

— Jeszcze dziś. 
— Zrobione! — powiedział diabeł. 
— Zrobione! — powiedział Tom Walker. Uścisnęli więc sobie dłonie i dobili targu. 
Po kilku dniach Tom Walker siedział już przy biurku w domu handlowym w Bostonie. 
Zdobył sobie szybko opinię człowieka z gotówką, który chętnie pożyczy pieniędzy pod 

dobre  zabezpieczenie.  Wszyscy  pamiętają  czasy  gubernatora  Belchera,  kiedy  to  o  pieniądze 
było szczególnie trudno. Były to czasy, gdy wprowadzono papierowe asygnaty. Kraj zalewały 
potoki  banknotów  rządowych;  założono  słynny  Bank  Ziemski;  wezbrała  fala  spekulacji; 
ludzie  szaleli  na  temat  planów  nowych  osad  i  projektowanych  miast  na  pustkowiu;  agenci 
ziemscy  biegali  z  mapami  wydzielonych  terenów,  przyszłych  osiedli  i  takich  czy  owakich 
Eldorado *, o których nikt nie wiedział, gdzie właściwie leżą, lecz które każdy gotów był na-
być. Słowem, gorączka spekulacyjna, która co pewien czas wybucha w naszym kraju, szerzy-
ła  się  w  sposób  zatrważający  i  wszyscy  marzyli  o  wielkich  fortunach,  wyczarowanych  z  ni-
czego. Jak to zwykle bywa, gorączka ustąpiła, sen rozwiał się, a wraz z nim wyimaginowane 
fortuny,  ozdrowieńcy  znaleźli  się  w  opłakanej  sytuacji,  a  cały  kraj  rozbrzmiał  płaczem  i 
narzekaniem na „ciężkie czasy”. 

W tej sprzyjającej chwili klęski powszechnej Tom Walker rozpoczął w Bostonie karierę 

lichwiarza.  Drzwi  jego  wkrótce  oblegane  były  tłumnie  przez  klientów.  Człowiek  będący  w 
prawdziwej  potrzebie  i  lekkomyślny  ryzykant,  gracz  i  spekulant,  marzący  o  majątku  agent 
ziemski, niegospodarny sklepikarz, kupiec, co stracił kredyt — krótko mówiąc każdy, kto mu-
siał zdobyć gotówkę za wszelką cenę i kosztem największych ofiar, śpieszył do Toma Walke-
ra. 

Tak więc Tom stał się przyjacielem wszystkich potrzebujących, postępował zaś również 

jak „przyjaciel w potrzebie”, czyli wymagał zawsze dobrego procentu i dobrego zabezpiecze-
nia. Warunki przez niego stawiane były tym twardsze, im bardziej rozpaczliwa była sytuacja 
suplikanta.  Gromadził  skrypty  dłużne,  zastawy  hipoteczne  i  stopniowo  przyciskał  klientów 
coraz mocniej, aż wreszcie, wyciśniętych jak gąbka, odprawiał od swoich drzwi. 

Tym  sposobem  robił  szalone  pieniądze,  stał  się  człowiekiem  bogatym  i  możnym  i  do-

szedł do wielkich wpływów na giełdzie. Z chęci popisania się zbudował sobie, jak to zwykle 
bywa,  okazały  dom,  lecz  ze  skąpstwa  pozostawił  większą  jego  część  nie  wykończoną  i  nie 
umeblowaną.  W  przystępie  próżności  sprawił  sobie  nawet  powóz,  choć  ciągnące  go  konie 
bliskie były śmierci głodowej, a gdy nie smarowane koła jęczały i piszczały obracając się na 
osiach, można było pomyśleć, że to jęczą dusze dłużników, z których Tom wyciska wszystkie 
soki. 

Aliści gdy nadeszła starość, Tom zaczął pogrążać się coraz częściej w  głębokiej zadu-

mie. Zdobywszy wszelkie dobra doczesne, niepokoił się teraz o swoją sytuację w życiu przy-
szłym. Myślał z żalem o układzie, który zawarł ze swym czarnym przyjacielem, i głowił się 
nad wynalezieniem jakiegoś sposobu, żeby go okpić i nie dotrzymać ustalonych ongi warun-
ków. Począł tedy naraz z wielką gorliwością uczęszczać do kościoła. Modlił się głośno i krzy-
kliwie, jak gdyby miał podbić niebo siłą płuc. Zaiste, po jego zgiełkliwej żarliwości niedzie-
lnej  można  było  poznać,  czy  więcej,  czy  mniej  nagrzeszył  w  ciągu  tygodnia.  Spokojnych 
chrześcijan, którzy skromnie a wytrwale kroczyli ku zbawieniu, ogarniały wyrzuty sumienia, 
gdy widzieli, jak wyprzedza ich nagle ten nowo nawrócony wierny. Tom równie był nieugięty 
w sprawach religijnych jak w pieniężnych; baczył surowo na postępowanie bliźnich i zdawał 
się sądzić, że każdy  grzech, zapisany na ich rachunek, wciągany jest zarazem na jego konto 
po stronie  dodatniej.  Mawiał nawet,  że należałoby wznowić prześladowania kwakrów i ana- 
 

*  Eldorado  —  legendarna  kraina  skarbów  w  Ameryce  Płd.;  potocznie:  kraj  opływający  w  bogactwa  i 

wygody życiowe. 

background image

baptystów. Słowem, pobożność Toma stała się równie słynna jak jego bogactwo. 

Mimo  wszakże  tej  usilnej  dbałości  o  formy  Toma  nękała  obawa,  że  diabeł  w  końcu 

zgłosi się po swoje. Aby się więc nie dać zaskoczyć, nosił podobno stale w kieszeni surduta 
małą  Biblię.  Miał  także  wielką  Biblię  in  folio  na  biurku  w  domu  bankowym  i  interesanci 
wchodząc zastawali go częstokroć przy jej czytaniu; w takich wypadkach, zanim odwrócił się, 
aby dokonać jakiejś lichwiarskiej transakcji, wkładał do księgi swe zielone okulary, zaznacza-
jąc w ten sposób czytany werset. 

Niektórzy  powiadają,  że  Tom  na  stare  lata  co  nieco  zbzikował  i  w  przewidywaniu  ry-

chłego zgonu kazał swego świeżo podkutego i osiodłanego konia pochować nogami do góry, 
przypuszczał bowiem, że w dniu sądu ostatecznego świat się przekręci, a wówczas on, Tom, 
będzie miał na podorędziu konia gotowego do jazdy i w najgorszym nawet razie dawny jego 
przyjaciel  będzie  musiał  dobrze  się  natrudzić,  nim  go  złapie.  Są  to  jednak  zapewne  czcze 
bajki.  Jeśli  Tom  istotnie  przedsiębrał  tego  rodzaju  środki  ostrożności,  były  one  najzupełniej 
zbyteczne; tak przynajmniej głosi  autentyczna stara legenda, zgodnie z którą historia zakoń-
czyła się w sposób następujący. 

Pewnego skwarnego dnia letniego podczas kanikuły, gdy właśnie nadciągała straszliwa 

burza,  Tom  siedział  przy  swoim  biurku,  ubrany  w  białą  szlafmycę  i  szlafrok  z  indyjskiego 
jedwabiu.  Miał  właśnie  wyznaczyć  licytację  pewnej  posiadłości  ziemskiej  i  w  ten  sposób 
dopełnić ruiny niefortunnego agenta ziemskiego, któremu oświadczał się zawsze z najżywszą 
przyjaźnią.  Biedny  spekulant  błagał  go  o  kilka  miesięcy  zwłoki.  Tom  zirytował  się  bardzo  i 
odmówił przesunięcia terminu choćby o jeden dzień. 

— Moja rodzina zostanie bez grosza i zdana będzie na łaskę parafii — rzekł agent. 
— Pan Bóg opatrzy — odparł Tom — a ja w tych ciężkich czasach muszę troszczyć się 

o siebie. 

— Tyle już pieniędzy na mnie zarobiłeś — powiedział agent. 
Tom stracił cierpliwość, a wraz z nią i pobożność. 
— Niech mnie diabeł porwie — zawołał — jeżelim zarobił choć złamany grosz! 
W tej samej chwili rozległy się trzy głośne uderzenia w drzwi frontowe. Tom wyszedł, 

żeby zobaczyć, kto to. Jakiś czarny mężczyzna trzymał czarnego konia, który rżał i tupał nie-
cierpliwie. 

— Tom, przychodzę po ciebie — rzekł szorstko czarny. 
Tom cofnął się szybko, ale było już za późno. Zostawił małą Biblię w kieszeni surduta, 

a  wielką  Biblię  na  biurku,  pod  księgą  hipoteczną  majątku,  który  miał  właśnie  wystawić  na 
licytację — nigdy jeszcze grzesznika nie zaskoczono bardziej znienacka. Czarny chwycił go 
jak dziecko, posadził na siodle, smagnął konia i koń wśród łoskotu piorunów ruszył z kopyta, 
unosząc Toma na grzbiecie. Pisarczykowie powsadzali pióra za uszy i z okien gapili się na tę 
scenę. Tom Walker pędził ulicą, biała szlafmyca podskakiwała mu na głowie, poły szlafroka 
powiewały  na  wietrze,  a  jego  wierzchowiec  przy  każdym  skoku  krzesał  iskry  z  bruku.  Gdy 
pisarczykowie odwrócili się, żeby poszukać wzrokiem czarnego przybysza, ten już zniknął. 

Tom Walker nie powrócił nigdy, aby wystawić zadłużony majątek na licytację. Pewien 

wieśniak, który mieszkał na skraju moczarów, opowiadał, że podczas największego nasilenia 
burzy  usłyszał  od  strony  drogi  tętent  kopyt  i  przeraźliwe  wycie,  a  gdy  podbiegł  do  okna, 
ujrzał  postać,  jaką  opisałem  wyżej,  na  koniu,  który  galopował  jak  szalony  przez  pola,  przez 
wzgórza  i  w  dół  przez  gęstwinę  czarnych  cedrów  na  bagniskach  ku  staremu  fortowi  indiań-
skiemu, w chwilę zaś potem w tamtej stronie uderzył piorun i zdawało się, że cały las stanął w 
płomieniach. 

Zacni mieszkańcy Bostonu kiwali głową i wzruszali ramionami, ale od czasu założenia 

kolonii tak już przywykli do czarownic, duchów, duszków i sztuczek diabelskich najróżniej-
szego rodzaju, że nie byli aż tak bardzo przerażeni, jak by się należało spodziewać. Wyzna-
czono  kuratorów,  aby  rozporządzili  majątkiem  Toma.  Nie  było  jednak  nic,  czym  można  by 

background image

rozporządzić.  Po  przeszukaniu  kufrów  okazało  się,  że  wszystkie  skrypty  dłużne,  listy  zasta-
wne  i  zapisy  hipoteczne  obróciły  się  w  popiół.  Zamiast  złota  i  srebra  żelazną  jego  skrzynię 
wypełniały wióry i opiłki, dwa szkielety leżały w stajni na miejscu jego dwóch zagłodzonych 
koni, a zaraz nazajutrz w jego wielkim domu wybuchł pożar, który spalił budynek do cna. 

Taki  był  koniec  Toma  Walkera  i  jego  źle  nabytych  bogactw.  Niechaj  wszyscy  chciwi 

bankierzy wezmą sobie tę historię do serca. O prawdziwości jej trudno wątpić. Do dziś dnia 
oglądać  można  dół  pod  dębami,  z  którego  Tom  wykopał  pieniądze  Kidda,  a  na  pobliskich 
moczarach  i  koło  dawnego  fortu  indiańskiego  w  burzliwe  noce  ukazuje  się  często  zjawa  na 
koniu,  ubrana  w  szlafmycę  i  szlafrok,  która  to  zjawa  jest  bez  wątpienia  duchem  lichwiarza, 
nie mogącym zaznać spokoju. Z historii tej wywodzi się nawet porzekadło, tak powszechnie 
używane w Nowej Anglii na określenie długich i zaciętych zmagań: „Diabeł i Tom Walker”. 
 
 
 
 

FILIP Z POKANOKET 

 
 
ŻYCIORYS INDIANINA SPISANY PRZEZ WASHINGTONA IRYINGA 
 

Jest rzeczą godną pożałowania, że pierwsi pisarze, którzy traktowali o odkryciu i zasie-

dleniu Ameryki, nie pozostawili nam bardziej szczegółowych i bezstronnych relacji o  wybi-
tnych postaciach, jakie spotykało się często wśród rdzennych mieszkańców Nowego Świata. 
Nieliczne anegdoty, które do nas dotarły, są niezmiernie oryginalne i interesujące; pozwalają 
nam przyjrzeć się dokładniej naturze ludzkiej i ukazują, jaki człowiek jest w warunkach pry-
mitywnych i co zawdzięcza cywilizacji. Ma to w sobie urok odkrycia, gdy się kroczy po tych 
dzikich i niezbadanych ścieżkach natury ludzkiej; gdy się jest niemal świadkiem swobodnego 
rozwoju uczuć moralnych i dostrzega, jak owe szlachetne i romantyczne cechy, kultywowane 
sztucznie przez cywilizowane społeczeństwo, rozkwitają w tych surowych warunkach bujnie i 
wspaniale. 

W  świecie  cywilizowanym,  gdzie  szczęście,  a  niemal  i  życie  człowieka  zależy  tak  ba-

rdzo od opinii bliźnich, gra on ustawicznie wyuczoną z góry rolę. Niwelujący wpływ tak zwa-
nego  dobrego  wychowania  szlifuje  lub  łagodzi  co  śmielsze  i  co  oryginalniejsze  cechy  wro-
dzone,  przy  tym  człowiek  dla  zdobycia  popularności  uprawia  tyle  drobnych  kłamstewek  i 
pozoruje  tyle  szlachetnych  uczuć,  że  trudno  zaiste  odróżnić  prawdziwy  jego  charakter  od 
sztucznie  sporządzonej  maski.  W  przeciwieństwie  do  niego  Indianin,  wolny  od  hamulców  i 
przymusu, jaki narzuca ogłada, i będąc w znacznym stopniu istotą niezależną, posłuszny jest 
tylko  własnym  skłonnościom  lub  nakazom  własnego  rozsądku,  toteż  jego  cechy  wrodzone, 
niczym  nie  krępowane,  rozrastają  się  bujnie  i  imponująco.  Społeczeństwo  jest  jak  trawnik, 
gdzie wygładza się każdą nierówność gruntu, wyrywa się z korzeniami każdy ciernisty krzak i 
tylko uśmiechnięta zieleń aksamitnej powierzchni cieszy oko. Wszelako ten, kto pragnie po-
znać przyrodę w całej jej pierwotnej różnorodności, musi zagłębić się w puszczy, musi badać 
wąwozy, musi brnąć przez rwące potoki i balansować na krawędziach przepaści. 

Refleksje te zrodziły się we mnie, gdym przeglądał tom wczesnej historii kolonialnej, w 

którym z wielkim rozgoryczeniem opisano zbrodnie Indian i wojny, jakie toczyli z osadnika-
mi  nowoangielskimi.  Bolesne  to  uczucie,  kiedy  się  widzi  nawet  z  tych  stronniczych  relacji, 
jak  wyraźnie  odciski  stóp  cywilizacji  rysują  się  w  zakrzepłych  potokach  krwi  autochtonów; 
jak łatwo żądza podbojów popychała kolonistów do zbrojnych wystąpień; w jak bezlitosny i 
niszczycielski  sposób  prowadzili  walkę.  Wyobraźnia  wzdryga  się  na  myśl  o  tym,  ile  rozu-
mnych istot zgładzono z tego świata, ile dzielnych i szlachetnych serc, wykutych przez naturę 

background image

ze szczerego złota, strzaskano i wdeptano w proch! 

Taki był los Filipa z Pokanoket, wojownika indiańskiego, którego imię szerzyło niegdyś 

postrach  w  całym  Massachusetts  i  Connecticut.  Był  on  najwybitniejszym  przedstawicielem 
współczesnych  mu  sachemów  *,  którzy  panowali  nad  Pequodami,  Narragansetami,  Wampa-
noagami  i  innymi  plemionami  wschodnimi  w  okresie  pierwszego  osadnictwa  w  Nowej 
Anglii;  zespołu  samorodnych,  nieuczonych  bohaterów,  którzy  stawili  napastnikom  najwspa-
nialszy  opór,  do  jakiego  zdolna  jest  natura  ludzka,  walcząc  do  ostatniego  tchu  w  obronie 
swego kraju, bez cienia nadziei na zwycięstwo i bez jednej myśli o sławie. Godni całej epoki 
w  poezji,  stanowiąc  idealny  temat  dla  regionalnych  opowieści  i  romantycznej  literatury 
pięknej, nie pozostawili jednak żadnych prawie śladów na kartach historii, lecz majaczą, niby 
gigantyczne widma, w pomroku legendy **. 

Kiedy  pielgrzymi,  jak  nazywają  osadników  plymouthskich  ich  potomkowie,  schronili 

się na wybrzeża Nowego Świata przed prześladowaniami religijnymi w Starym Świecie, sytu-
acja ich była w najwyższym stopniu groźna i przygnębiająca. Stanowiąc nieliczną garstkę, na 
dodatek topniejącą szybko wskutek chorób i niedostatku, otoczeni dziewiczą puszczą i dziki-
mi plemionami, wystawieni na straszliwe mrozy arktycznej niemal zimy i kaprysy zmiennego 
klimatu, pełni byli posępnych przeczuć i jedynie żarliwy zapał religijny ratował ich od ostate-
cznej rozpaczy. 

W  tej  tragicznej  sytuacji  odwiedził  ich  Massasoit,  naczelny  sachem  Wampanoagów, 

potężny  wódz,  który  panował  nad  znaczną  połacią  kraju.  Miast  skorzystać  z  przewagi  licze-
bnej nad przybyszami i wypędzić ich ze swoich terenów, na które wtargnęli, powziął do nich 
od razu szlachetną przyjaźń i odprawił wobec nich obrzędy pierwotnej gościnności. W asyście 
zaledwie  kilkunastu  wojowników  przybył  wczesną  wiosną  do  ich  osiedla,  które  nazwali 
„Nowy Plymouth”, zawarł z nimi uroczysty pakt przyjaźni i pokoju; sprzedał im kawał ziemi 
i  przyrzekł,  że  zjedna  im  życzliwość  swych  dzikich  sprzymierzeńców.  Cokolwiek  można 
powiedzieć o przewrotności Indian, pewne jest, że uczciwość i dobra wiara Massasoita nigdy 
nie  podlegała  najlżejszej  nawet  wątpliwości.  Był  niezmiernie  wiernym  i  wspaniałomyślnym 
przyjacielem  białych;  znosił  to  bez  szemrania,  gdy  rozszerzali  swe  posiadłości  i  umacniali 
swą pozycję w kraju, nie zdradzał też zawiści wobec ich rosnącej siły i dobrobytu. Na krótko 
przed  śmiercią  przyjechał  znów  do  Nowego  Plymouthu  wraz  z  synem  Aleksandrem,  aby 
odnowić układ pokoju i przekazać go swoim potomkom. 

Podczas tej konferencji usiłował bronić religii swoich przodków przed zakusami gorli-

wych misjonarzy i zastrzegł, by nie czyniono dalszych prób odciągania jego ludu od staroda-
wnej  wiary,  widząc  jednak,  że  Anglicy  stanowczo  są  przeciwni  tego  rodzaju  warunkom, 
zrezygnował ze swego żądania. Jako ostatni niemal akt w swoim życiu przyprowadził dwóch 
synów,  Aleksandra  i  Filipa  (jak  ich  nazywali  Anglicy),  do  rezydencji  głównego  osadnika, 
zalecając  wzajemną  życzliwość  i  zaufanie,  prosił  też,  aby  ta  sama  miłość  i  przyjaźń,  jaka 
istniała  między  białymi  ludźmi  a  nim,  trwała  nadal  wobec  jego  dzieci.  Szlachetny  sachem 
umarł spokojnie i przyłączył się szczęśliwie do praojców, zanim klęski spadły na jego plemię; 
dzieci jego natomiast pozostały wśród żyjących, aby zaznać niewdzięczności białych ludzi. 

Panowanie po nim objął jego najstarszy syn, Aleksander. Był on szybkiego, porywcze-

go usposobienia i strzegł dumnie swych dziedzicznych praw i godności. Zaborcza polityka i 
dyktatorskie zapędy intruzów wprawiały go w oburzenie; ponadto obserwował z niepokojem 
bezlitosne,  krwawe  wojny,  jakie  prowadzili  z  sąsiednimi  plemionami.  Miał  zresztą  wkrótce 
sam narazić się na ich jawną wrogość, oskarżono go bowiem o spisek z Narragansetami, ma-
jący na  celu powstanie przeciw Anglikom i wypędzenie ich z kraju. Niepodobna stwierdzić, 
czy oskarżenie to opierało się na realnych faktach,  czy też podstawą jego były jedynie podej- 
 

  * Sachem — Naczelnik plemienia Indian północnoamerykańskich. 
**  Podczas  korekty  szpalt  niniejszego  artykułu  autor  otrzymał  wiadomość,  że  pewien  słynny  poeta 

angielski ma na ukończeniu poemat bohaterski osnuty na dziejach Filipa z Pokanoket. (Przyp. aut.). 

background image

rzenia. Z aktów wszakże gwałtu i przemocy, popełnianych przez osadników, wynika jasno, że 
zaczęli w tym czasie zdawać sobie sprawę ze swej szybko rosnącej siły i zdradzali coraz wię-
kszą brutalność i bezwzględność w traktowaniu krajowców. Wysłali zbrojne oddziały, aby te 
schwytały Aleksandra i postawiły go przed ich sądem. Wytropiono go w jego leśnej kryjówce 
i zaskoczono w namiocie myśliwskim, gdy wraz z gronem towarzyszy, nie uzbrojony, odpo-
czywał  po  trudach  polowania.  Nagłe  to  aresztowanie  i  zniewaga  godności  panującego  tak 
wzburzyła porywczego i dumnego Indianina, iż dostał silnej gorączki. Pozwolono mu wrócić 
do domu pod warunkiem, że przyśle syna jako zakładnika, gwarantując tym ponowne swe sta-
wiennictwo; lecz otrzymany przezeń moralny cios okazał się śmiertelny i Aleksander, zanim 
jeszcze dotarł do domu, zmarł od ran zadanych jego dumie. 

Następcą  Aleksandra  był  Metacomet,  czyli  król  Filip,  jak  go  nazywali  osadnicy  przez 

wzgląd na szlachetność ducha i ambitne usposobienie. Cechy te w połączeniu ze słynną ene-
rgią i przedsiębiorczością uczyniły go przedmiotem zawiści i lęku, oskarżono go więc o to, iż 
zawsze  żywił  skrytą  i  nieubłaganą  wrogość  do  białych.  Jest  rzeczą  bardzo  prawdopodobną  i 
najzupełniej  naturalną,  że  tak  było  rzeczywiście.  Uważał  białych  w  tym  kraju  za  zwykłych 
intruzów, którzy nadużyli okazanej im gościnności, a teraz szerzą wpływy zgubne dla tubyl-
czego życia. Widział, jak w przyszłości cała rasa jego rodaków topnieje wobec naporu osadni-
ków i znika z powierzchni ziemi; jak dziedziczne włości wymykają się im z rąk, a plemiona 
stają się słabe, rozproszone i zawisłe. Można by powiedzieć, że osadnicy kupili pierwsze swo-
je grunta, lecz któż nie wie, jaki charakter miały transakcje indiańskie we wczesnym okresie 
kolonizacji? Europejczycy zawsze zawierali bardzo korzystne umowy dzięki swemu sprytowi 
i znajomości handlu, ponadto zaś zdobywali wielkie połacie ziemi drogą zbrojnych utarczek, 
do których bez trudu prowokowali Indian. Człowiek niecywilizowany nie potrafi nigdy roze-
znać się w subtelnościach prawa, za pomocą którego można stopniowo i najzupełniej legalnie 
wyrządzić komuś krzywdę. Sądzi tylko na podstawie zasadniczych faktów, toteż Filipowi wy-
starczała świadomość, że przed wtargnięciem Europejczyków rodacy jego byli panami kraju, 
a teraz stawali się włóczęgami na ziemiach swoich ojców. 

Ale jeśli nawet istotnie był wrogo usposobiony do białych i oburzony sposobem, w jaki 

potraktowali jego brata, stłumił na razie te uczucia, odnowił pakt z osadnikami i przez wiele 
lat  przebywał  spokojnie  w  Pokanoket,  czyli,  jak  je  nazywali  Anglicy,  Mount  Hope  *,  staro-
dawnej  siedzibie  władcy  plemienia.  Wszelako  podejrzenia,  które  pierwotnie  były  mgliste  i 
niesprecyzowane,  zaczęły  z  czasem  przybierać  coraz  bardziej  określoną  formę  i  w  końcu 
Filipa oskarżono o to, że podburza różne plemiona wschodnie, aby powstały  równocześnie i 
jednym  wspólnym  wysiłkiem  zrzuciły  jarzmo  ciemięzców.  Trudno  jest  dziś,  po  tak  długim 
czasie,  ustalić,  ile  prawdy  zawierały  w  sobie  ówczesne  oskarżenia  wymierzone  przeciwko 
Indianom.  Podejrzliwość  białych  i  ich  skłonność  do  aktów  przemocy  dodawała  natychmiast 
wagi i znaczenia każdej czczej plotce. Tam zaś, gdzie plotki znajdowały posłuch i przynosiły 
nagrody,  nie  zbywało  na  donosicielach;  wyciągano  też  chętnie  z  pochwy  miecz,  gdy  powo-
dzenie jego było zapewnione — i miecz ten rzeźbił granice nowego imperium. 

Jedynym  konkretnym  dowodem,  przemawiającym  przeciwko  Filipowi,  jest  w  aktach 

oskarżenie  niejakiego  Sausamana,  Indianina-renegata,  którego  wrodzony  spryt  wyostrzyła 
elementarna edukacja, jaką otrzymał wśród osadników. Kilka razy zmieniał wiarę i przynale-
żność z łatwością, która świadczyła o całkowitym braku zasad. Był przez pewien czas zau-
fanym sekretarzem i doradcą Filipa, cieszył się też jego względami i opieką. Gdy się jednak 
przekonał,  że  groźne  chmury  gromadzą  się  nad  głową  patrona,  porzucił  jego  służbę  i  prze-
szedł na stronę białych; aby zaś wkupić się ich łaski, oskarżył dawnego dobroczyńcę o spisek 
przeciw ich bezpieczeństwu. Wdrożono surowe dochodzenie. Filip wraz z kilkoma popleczni-
kami poddał się badaniom, nic im jednak nie dowiedziono.  Aliści osadnicy zaszli już za dale- 
 

* Obecnie Bristol, Rohde Island. (Przyp. aut.). 

background image

ko,  aby  się  móc  wycofać;  ustalili  z  góry,  że  Filip  jest  niebezpiecznym  sąsiadem;  dali  publi-
cznie  wyraz  swej  nieufności  i  zrobili  dość,  aby  uczynić  go  sobie  wrogiem,  zgodnie  tedy  ze 
zwykłym w takich wypadkach tokiem rozumowania uznali, iż dla bezpieczeństwa ich konie-
czne  jest  zgładzenie  go  ze  świata.  Sausamana,  zdradzieckiego  donosiciela,  wkrótce  potem 
znaleziono martwego w stawie, padł bowiem ofiarą zemsty swego plemienia. Trzech Indian, z 
których  jeden  był  przyjacielem  i  doradcą  Filipa,  schwytano,  sądzono  i  na  podstawie  zeznań 
jednego bardzo mało wiarogodnego świadka skazano i stracono jako morderców. 

Takie  traktowanie  jego  poddanych  i  hańbiąca  kara,  wymierzona  przyjacielowi,  zraniła 

dumę  Filipa  i  roznieciła  jego  namiętności.  Piorun,  co  uderzył  tuż  u  jego  stóp,  obudził  go  z 
uśpienia. Filip zrozumiał, że burza nadciąga, i postanowił, iż nie będzie dłużej zdany na łaskę 
i  niełaskę  białych.  Wspomnienie  o  losie  znieważonego  i  zaszczutego  brata  piekło  go  jak 
ogniem,  dalszym  ostrzeżeniem  była  mu  tragiczna  sprawa  Miantonima,  wielkiego  sachema  z 
plemienia Narragansetów, który mężnie stawił czoło oskarżycielom przed trybunałem koloni-
stów, odparł wszystkie zarzuty, a uniewinniony z oskarżenia o spisek i otrzymawszy od bia-
łych zapewnienie przyjaźni, został za ich poduszczeniem perfidnie zamordowany. Filip przeto 
zebrał  swoich  wojowników,  przekonał  wszystkich  obcych,  jakich  się  dało,  aby  się  do  niego 
przyłączyli,  wysłał  kobiety  i  dzieci  gwoli  bezpieczeństwa  do  Narragansetów  i  ukazywał  się 
publicznie tylko w otoczeniu zbrojnych towarzyszy. 

Gdy  więc  obie  strony  znajdowały  się  w  stanie  podrażnienia  i  nieufności,  wystarczyło 

drobnej iskry, aby wybuchł groźny pożar. Indianie mając broń w ręku, stali się niesforni i do-
konywali rozmaitych drobnych aktów grabieży. Podczas jednego z takich wypadków osadnik 
strzelił do wojownika i zabił go. Stało się to sygnałem do otwartych wrogich działań; Indianie 
nawoływali do pomsty za śmierć towarzysza, alarm wojenny rozbrzmiał też wśród kolonistów 
z Plymouth. 

We wczesnych kronikach tych mrocznych i smutnych czasów napotykamy wiele rzeczy 

wskazujących  na  niezdrowy  stan  umysłów  ogółu.  Pod  wpływem  posępnej,  oderwanej  od 
życia religii i swej trudnej sytuacji wśród nieprzebytych puszcz i dzikich plemion koloniści 
skłaniali się ku zabobonnym przywidzeniom i w wyobraźni ich rodziły się przerażające uroje-
nia na temat czarów, zjaw i demonów. Panowała też powszechnie wiara w znaki nadprzyro-
dzone. Niesnaski z Filipem i jego Indianami poprzedzone były, jak czytamy, przez mnogość 
owych groźnych ostrzeżeń, które stanowią zapowiedź wielkich klęsk społecznych. W powie-
trzu  nad  Nowym  Plymouth  ukazała  się  doskonale  ukształtowana  strzała  indiańska,  uznana 
przez  mieszkańców  za  „znak  wróżebny”.  W  Handley,  Northampton  i  w  innych  okolicznych 
miastach „dał się słyszeć huk wystrzału z wielkiego działa, czemu towarzyszył wstrząs ziemi 
i  znaczne  echo”.  Innych  pewnego  cichego,  słonecznego  poranka  zaalarmowała  salwa  ze 
strzelb  i  muszkietów,  kule  zdawały  się  świstać  tuż  obok  nich,  a  powietrze  rozbrzmiewało 
biciem  w  bębny,  które  to  odgłosy,  jak  się  zdawało,  przesuwały  się  ze  wschodu  na  zachód; 
jeszcze  innym  marzyło  się,  że  słyszeli  nad  głowami  tętent  galopujących  koni;  a  narodziny 
potworków, których parę zdarzyło się w owym czasie, napełniły ludzi zabobonnych posępny-
mi przeczuciami. Wiele tych złowieszczych widoków i odgłosów można przypisać zjawiskom 
naturalnym:  zorzy  polarnej,  która  bywa  bardzo  wyraźna  w  tych  szerokościach  geografi-
cznych, meteorom, wybuchającym w powietrzu, nagłym podmuchom wichury w górnych ga-
łęziach drzew, padającym z łoskotem drzewom, osuwającym się skałom oraz innym niespo-
dzianym dźwiękom i echom, które niekiedy rozbrzmiewają tak niesamowicie dla ucha wśród 
głębokiej  ciszy  samotni  leśnych.  Być  może  napełniły  one  przerażeniem  jakąś  melancholijną 
wyobraźnię, być może wyolbrzymiło je upodobanie do rzeczy nadprzyrodzonych i być może 
ogół  słuchał  opowieści  o  tych  zjawiskach  z  ową  chciwością,  z  jaką  chłoniemy  wszystko,  co 
tajemnicze i straszne. Popularność tych zabobonnych urojeń i poważna o nich relacja, sporzą-
dzona  przez  jednego  z  uczonych  mężów  owej  doby,  są  niezmiernie  dla  tych  czasów  chara-
kterystyczne. 

background image

Zmagania, które nastąpiły, nosiły również charakter, jaki nazbyt często cechuje działa-

nia wojenne między ludźmi cywilizowanymi a dzikimi. 

Biali  prowadzili  wojnę  z  większą  umiejętnością  i  większym  powodzeniem,  lecz  zara-

zem ze zbędnym rozlewem krwi i absolutnym nieposzanowaniem praw przeciwnika; Indianie 
natomiast walczyli z desperacją ludzi nieustraszonych, którym pokój nie może dać nic prócz 
upokorzeń, niewoli i powolnego rozkładu. 

Opis  wydarzeń  wojennych  przekazał  nam  pewien  czcigodny  duchowny  współczesny, 

który ze zgrozą i oburzeniem rozwodzi się nad każdym wrogim aktem Indian, choćby był on 
jak  najbardziej  usprawiedliwiony,  a  jednocześnie  wspomina  z  aprobatą  o  najkrwawszych 
okrucieństwach białych. Czcigodny pastor piętnuje Filipa jako zbrodniarza i zdrajcę, nie bio-
rąc pod uwagę, że Filip  był autentycznym księciem, który  walczył rycersko na czele podda-
nych, aby pomścić krzywdy, wyrządzone jego rodzinie, aby odzyskać zachwianą władzę swej 
linii królewskiej i wyzwolić kraj rodzinny spod ucisku uzurpatorów. 

Projekt  szeroko  zakreślonego  i  równoczesnego  powstania,  jeśli  taki  projekt  istniał  rze-

czywiście, godny był wielkiego umysłu i gdyby go przedwcześnie nie odkryto, mógłby mieć 
doniosłe  konsekwencje.  Natomiast  wojna,  która  wybuchła,  była  jedynie  walką  podjazdową, 
szeregiem  poszczególnych  przypadkowych  wyczynów  i  nie  powiązanych  ze  sobą  przedsię-
wzięć. Mimo to rysuje ona wyraźnie geniusz wojskowy i bezgraniczną odwagę Filipa, ilekroć 
zaś  ze  stronniczych  i  pełnych  zacietrzewienia  kronik  wojennych,  jakie  do  nas  dotarły,  udaje 
się wyłuskać nieskażone fakty, widzimy, że postępowanie jego świadczyło o wybitnym umy-
śle, niewyczerpanej pomysłowości, pogardzie dla cierpienia i trudów oraz o niezłomnej deter-
minacji, które nakazują nam sympatię i uznanie. 

Wyparty  z  siedziby  rodowej  w  Mount  Hope,  zaszył  się  w  głębi  owych  rozległych 

dziewiczych  lasów,  które  otaczały  osady  i  były  prawie  niedostępne  dla  kogokolwiek,  prócz 
dzikich zwierząt lub Indian. Tu zgromadził swoje wojsko, podobnie jak burza gromadzi swe 
niszczycielskie  siły  w  łonie  chmury,  i  zjawiał  się  nagle  w  najmniej  spodziewanym  miejscu, 
szerząc w miasteczkach popłoch i spustoszenie. Bywały od czasu do czasu oznaki grożącego 
napadu,  oznaki,  które  napełniały  kolonistów  największym  przerażeniem.  Słyszano  na  przy-
kład  wystrzał  od  strony  gęstwiny  leśnej,  gdzie  nie  było  na  pewno  nikogo  z  białych;  bydło 
chodzące  po  lesie  wracało  niekiedy  do  domu  poranione;  albo  widziano  jednego  czy  dwóch 
Indian, skradających się skrajem lasu i znikających w mgnieniu oka, niby błyskawice zapala-
jące się wśród kompletnej ciszy na brzegu chmury brzemiennej nawałnicą. 

Choć  niekiedy  ścigany,  a  nawet  osaczany  przez  osadników,  Filip  stale  w  cudowny 

niemal sposób wymykał się z ich sideł i zagłębiając się w puszczy, znikał bez śladu, a potem 
wyłaniał  się  w  jakimś  odległym  miejscu,  pustosząc  wszystko  wokoło.  Twierdzami  były  mu 
między innymi wielkie bagniska czy też moczary, ciągnące się w niektórych częściach Nowej 
Anglii, złożone z głębokich grzęzawisk, pokryte zwartą masą zarośli, cierni, piekących chwa-
stów  i  połamanymi,  gnijącymi  pniami  powalonych  drzew,  a  ocienione  żałobnymi  cedrami. 
Niepewny  grunt  i  splątane  gęstwiny  kolczastych  roślin  sprawiały,  że  tereny  te  były  prawie 
niedostępne  dla  białych,  choć  Indianin  mógł  poruszać  się  po  tych  labiryntach  z  szybkością 
sarny.  Na  taki  właśnie  teren  wielkiego  bagna  przesmyku  Pocasset  zapędzono  raz  Filipa  z 
grupą  towarzyszy.  Anglicy  nie  ważyli  się  go  ścigać,  bojąc  się  zapuścić  w  te  ciemne,  groźne 
ustronia,  gdzie  mogli  utonąć  w  grząskim  bagnisku  lub  zginąć  od  kuli  zaczajonych  wrogów. 
Zajęli więc przesmyk i poczęli budować fort w nadziei, że wygłodzą przeciwnika, lecz Filip 
wraz  ze  swymi  wojownikami  pod  osłoną  nocy  przeprawił  się  tratwą  przez  odnogę  morską, 
pozostawiając kobiety i dzieci, i wycofał się na zachód, rozniecając płomień wojenny wśród 
plemion Massachusetts i Nipmuck i zagrażając kolonii w Connecticut. 

W wyniku tego Filip stał się postrachem całego kraju. Otaczająca go atmosfera tajemni-

czości  wyolbrzymiała  jeszcze  grozę.  Był  niebezpieczeństwem,  które  skrada  się  w  mroku, 
którego nadejścia nikt nie potrafi przewidzieć i przeciw któremu nie wiadomo kiedy trzeba się 

background image

mieć na baczności. W całym kraju roiło się od pogłosek i alarmów. Zdawało się, że Filip ma 
dar  wszechobecności,  w  którejkolwiek  bowiem  części  szeroko  rozciągniętej  granicy  zdarzył 
się wypad Indian z lasu, mówiono, że Filip stał na jego czele. Krążyło też o nim wiele zabo-
bonnych opowieści. Utrzymywano, że jest nekromantą * i że towarzyszy mu stara  Indianka, 
czarownica czy też wróżka, której się radzi i która wspomaga go swoimi czarami i zaklęcia-
mi.  Tak  się  istotnie  rzecz  miała  często  z  wodzami  indiańskimi,  czy  to  wskutek  ich  własnej 
łatwowierności, czy też w celu oddziaływania na łatwowierność ich poddanych, a wpływ pro-
roków  i  komentatorów  snów  na  zabobonnych  Indian  widoczny  jest  wyraźnie  w  niedawnych 
starciach z dzikimi. 

W chwili kiedy Filip wymknął się z Pocasset, znajdował się w sytuacji wręcz rozpacz-

liwej.  Wojsko  jego  zostało  zdziesiątkowane  w  ustawicznych  walkach,  ponadto  zaś  utracił 
wszystkie  niemal  zasoby  materialne.  W  tym  ciężkim  czasie  znalazł  wiernego  przyjaciela  w 
Canonchecie,  głównym  schemacie  wszystkich  Narragansetów.  Canonchet  był  synem  i  dzie-
dzicem Miantonima, wielkiego sachema, który, jak już wspominaliśmy, po zaszczytnym unie-
winnieniu z zarzutu spiskowania przeciw osadnikom, został za ich perfidnym poduszczeniem 
skrytobójczo  uśmiercony.  „Był  spadkobiercą  —  pisze  dawny  kronikarz  —  całej  dumy  i 
całego zuchwalstwa ojca, jak również jego zaciekłej nienawiści do Anglików”. Bez wątpienia 
wszakże był spadkobiercą doznanych przez ojca zniewag i krzywd oraz prawowitym mścicie-
lem jego śmierci. Nie brał wprawdzie czynnego udziału w tej beznadziejnej wojnie, mimo to 
jednak z otwartymi ramionami przyjął Filipa i jego rozbite oddziały, podejmował go hojnie i 
udzielił  mu  najdalej  idącego  poparcia.  Ściągnęło  to  na  niego  od  razu  niechęć  Anglików, 
którzy  postanowili  jednym  decydującym  uderzeniem  zgnieść  obu  sachemów.  Zgromadzono 
przeto  wielkie  siły  z  Massachusetts,  Plymouth  i  Connecticut  i  wysłano  je  na  terytorium 
Narragansetów wśród zimy, kiedy bagniste tereny, zamarznięte i ogołocone z liści, są łatwiej-
sze do przebycia i nie mogą już służyć Indianom za mroczne, niedostępne twierdze. 

Lękając się napaści, Canonchet przeniósł większą część zapasów oraz wszystkich star-

ców, chorych, kobiety i dzieci swego plemienia do mocnej fortecy, dokąd także i Filip ściąg-
nął  kwiat  swoich  wojowników.  Forteca  ta,  uważana  przez  Indian  za  niezdobytą,  położona 
była  wśród  moczarów  na  wzgórzu  czy  też  swego  rodzaju  wyspie  o  powierzchni  pięciu  lub 
sześciu  akrów;  zbudowano  ją  nieporównanie  mądrzej  i  kunsztowniej,  aniżeli  buduje  się  za-
zwyczaj fortyfikacje indiańskie, i stanowiła świadectwo geniuszu wojskowego obu wodzów. 

Prowadzeni przez Indianina-renegata, Anglicy przez śniegi grudniowe przedostali się do 

tej twierdzy i napadli załogę znienacka. Walka była zacięta i burzliwa. Pierwszy atak napast-
ników odparto i kilku ich najdzielniejszych oficerów poległo podczas szturmowania fortecy z 
szablą w ręku. Biali ponowili atak, tym razem z większym powodzeniem. Dokonano wyłomu. 
Indian wypierano z jednego stanowiska na drugie. Bronili każdej piędzi, walcząc z zapamięta-
niem rozpaczy. Całą prawie ich starszyznę pocięto na sztuki i po długiej, krwawej bitwie Filip 
i Canonchet z garstką pozostałych przy życiu wojowników wycofali się z fortu, chroniąc się 
w gęstwinie ciągnącej się dokoła puszczy. 

Zwycięzcy  podpalili  wigwamy  i  fort;  wszystko  stanęło  wkrótce  w  płomieniach;  wielu 

starców, kobiet i dzieci zginęło w pożodze. W obliczu tej zbrodni załamał się nawet stoicyzm 
Indian.  Pobliskie  lasy  rozbrzmiewały  wyciem  wściekłości  i  rozpaczy  wojowników,  gdy  pa-
trzyli na swe płonące domy i słyszeli przeraźliwe krzyki żon i dzieci. „Palenie wigwamów — 
mówi współczesny pisarz — krzyki i jęki kobiet i dzieci oraz wrzaski wojowników składały 
się na scenę tak potworną, że niektórzy żołnierze byli wstrząśnięci do głębi”. Ten sam pisarz 
dodaje  ostrożnie:  „Mieli  wielkie  wątpliwości  i  potem  pytali  z  powagą,  czy  palenie  wrogów 
żywcem da się pogodzić z uczuciami ludzkimi i miłością bliźniego, nakazywaną przez Ewan-
gelię” **. 
 

  * Nekromanta — czarnoksiężnik. 
** Rękopis wielebnego W. Rugglesa. (Przyp. aut.). 

background image

Los dzielnego i szlachetnego Canonchet godzien jest specjalnej wzmianki: ostatnia sce-

na jego życia stanowi jeden z najwznioślejszych przykładów wspaniałomyślności indiańskiej. 

Utraciwszy  w  tej  wielkiej  klęsce  większość  wojska  i  zasobów,  wciąż  jednak  wierny 

sprzymierzeńcowi  i  nieszczęśliwej  sprawie,  której  się  poświęcił,  odtrącał  wszelkie  próby 
zawarcia  pokoju,  proponowanego  mu  pod  warunkiem,  że  zdradzi  Filipa  i  jego  towarzyszy, 
oświadczając,  iż  „będzie  raczej  walczył  do  ostatniego  wojownika,  aniżeli  zostanie  sługą 
Anglików”. Ponieważ dom jego zniszczono, a kraj nękały i pustoszyły najazdy zdobywców, 
musiał  uchodzić  na  wybrzeża  Connecticut,  gdzie  utworzył  punkt  zbiorczy  dla  wszystkich 
zachodnich Indian i spustoszył kilka osad angielskich. 

Wczesną  wiosną  z  trzydziestoma  zaledwie  wybranymi  ludźmi  wyruszył  na  niebezpie-

czną  wyprawę.  Chciał  przedostać  się  do  Seaconck  w  pobliżu  Mount  Hope  i  zdobyć  nasiona 
kukurydzy, aby zasiać je i przeżywić w ten sposób wojsko. Mała ta garstka ryzykantów prze-
była bezpiecznie terytorium Pequod i znajdowała się już w sercu Narrangaset, odpoczywając 
w  wigwamach  nie  opodal  rzeki  Pawtucket,  gdy  zaalarmowała  ją  wieść  o  zbliżaniu  się  nie-
przyjaciela. Canonchet, mając przy sobie w owej chwili tylko siedmiu ludzi, wysłał dwóch z 
nich na szczyt pobliskiego wzgórza, aby zorientowali się, skąd nadchodzi wróg. 

Wysłannicy,  przerażeni  widokiem  szybko  posuwających  się  oddziałów  angielskich  i 

indiańskich, przebiegli bez tchu koło wodza, nie zatrzymując się, żeby powiadomić go o nie-
bezpieczeństwie.  Canonchet  wysłał  innego  zwiadowcę,  lecz  postąpił  on  tak  samo  jak  tamci. 
Wysłał wówczas jeszcze dwóch, z których jeden, przybiegłszy w popłochu, oznajmił mu, że 
nadciąga cała armia brytyjska. Canonchet zrozumiał, że nie pozostaje nic prócz natychmiasto-
wej ucieczki. Próbował ujść na wzgórze, ale spostrzeżono go. Do pościgu za nim rzuciło się 
kilkunastu wrogich mu Indian i kilku najbardziej rączych Anglików. Gdy ujrzał, że najszyb-
szy prześladowca depcze mu już po piętach, rzucił najpierw swój koc, potem przybrany sre-
brną  koronką  kaftan,  wreszcie  pas  z  wampumu,  po  którym  wrogowie  poznali,  że  to  Canon-
chet, i zdwoili wysiłki, by go pojmać. W końcu, gdy usiłował przedostać się przez rzekę, noga 
mu się pośliznęła na kamieniu i zapadł się w wodę tak głęboko, że zamoczył strzelbę. Ogar-
nęła go wówczas taka rozpacz, że jak się potem zwierzał, „serce i wnętrzności skręciły się w 
nim i stał się niby zgniły kij, pozbawiony siły”. 

Był  tak  zgnębiony,  że  gdy  w  niewielkiej  odległości  od  rzeki  schwytał  go  Indianin  z 

plemienia  Pequodów,  nie  stawiał  wcale  oporu,  choć  odznaczał  się  przecież  wielką  siłą  fizy-
czną i nieustraszoną odwagą. Ale kiedy się znalazł w niewoli, ocknęła się w nim duma i od tej 
chwili  w  anegdotach  przekazanych  nam  przez  jego  wrogów  widzimy  ustawicznie  błyski 
wzniosłego,  królewskiego  bohaterstwa.  Indagowany  przez  jednego  z  Anglików,  który  pie-
rwszy do niego podbiegł, a nie miał jeszcze skończonych dwudziestu jeden lat, dumny wojo-
wnik patrząc z pogardą na jego młodzieńcze oblicze odparł: 

— Jesteś dzieckiem — nie możesz się znać na sprawach wojennych — niech tu przyj-

dzie twój brat albo wódz — jemu będę odpowiadał. 

Choć proponowano mu wielokrotnie darowanie życia pod warunkiem, że wraz ze swo-

im plemieniem podda się Anglikom, odrzucał te propozycje ze wzgardą i odmawiał przekaza-
nia  ich  ogółowi  poddanych,  twierdząc,  iż  wie  z  góry,  że  żaden  z  nich  nie  zgodzi  się  na  nie. 
Gdy  mu  wyrzucano  złamanie  wiary  wobec  białych,  publiczne  oświadczenia,  że  nie  wyda 
żadnego  Wampanoaga  ani  nawet  odłamka  jego  paznokcia,  i  pogróżki,  że  spali  Anglików 
żywcem w ich własnych domach, nie raczył się usprawiedliwiać, odpowiadając wyniośle, że 
inni parli do wojny tak samo jak on i że „nie chce więcej o tym słyszeć”. 

Tak wspaniały, niezłomny duch, tak wielka wierność sprawie i przyjacielowi mogłyby 

wzruszyć ludzi szlachetnych i odważnych, ale Canonchet był Indianinem, istotą, wobec której 
wojna nie znała rycerskości, której ludzkość nie przyznawała żadnych praw i której religia nie 
darzyła ani odrobiną współczucia — skazano go przeto na śmierć. Ostatnie jego słowa godne 
są wielkości jego duszy. Gdy odczytano mu wyrok śmierci, rzekł, że „bardzo jest zadowolo-

background image

ny, bo może umrzeć, zanim opuściła go odwaga i zanim powiedział coś niegodnego siebie”. 
Nieprzyjaciele  pozwolili  mu  zginąć  śmiercią  żołnierza  —  egzekucja  odbyła  się  w  Stoning-
ham, a rozstrzelało go trzech młodych sachemów, równych mu urodzeniem. 

Porażka w twierdzy Narrangaset i śmierć Canoncheta zadały fatalny cios przedsięwzię-

ciu  króla  Filipa.  Próbował  rozniecić  na  nowo  wojnę,  namawiając  Mohawków  do  chwycenia 
za  broń,  ale  choć  posiadał  wrodzone  talenty  męża  stanu,  oświeceni  wrogowie  górowali  nad 
nim w sztuce wojennej, toteż lęk przed ich kunsztem począł gasić zapały sąsiednich plemion. 
Nieszczęśliwy  wódz  czuł,  że  z  każdym  dniem  traci  coraz  bardziej  władzę,  i  widział,  jak  to-
pnieją otaczające go szeregi. Niektórzy dali się przekupić białym, inni padli z głodu i wyczer-
pania lub polegli w częstych najazdach, którymi przeciwnik ustawicznie ich nękał. Wszystkie 
jego zapasy żywności wpadły w ręce wroga; najbliżsi przyjaciele ginęli na jego oczach; stryj 
poległ przy jego boku, trafiony wrażą kulą, siostrę uprowadzono do niewoli, a podczas jednej 
ze swych ucieczek, będąc o włos od pojmania, musiał pozostawić na łasce wrogów umiłowa-
ną  żonę  i  jedynego  syna.  „Gdy  tak  staczał  się  stopniowo  ku  ostatecznej  zagładzie  —  mówi 
kronikarz — nie łagodziło to bynajmniej jego cierpień, lecz je tylko potęgowało, wypadło mu 
bowiem  doświadczyć  wszystkich  odcieni  bólu,  jaki  budzi  niewola  dzieci,  utrata  przyjaciół, 
rzeź  poddanych,  śmierć  najbliższych  krewnych  oraz  głód  i  brak  najelementarniejszych  wy-
gód, zanim w końcu pozbawiono go życia”. 

Na  dopełnienie  miary  jego  nieszczęść  właśni  jego  towarzysze  uknuli  spisek  na  jego 

życie, aby za tę haniebną cenę kupić bezpieczeństwo dla siebie. Wskutek zdrady grupa jego 
wiernych  sprzymierzeńców,  poddanych  Wetamoe,  indiańskiej  księżniczki  Pocasset,  bliskiej 
krewnej i sojuszniczki Filipa, dostała się w ręce wrogów. Wetamoe znajdowała się w owym 
czasie  wśród  tych  ludzi;  usiłowała  uciec  przebywając  wpław  pobliską  rzekę.  Z  wyczerpania 
lub może z głodu i zimna zmarła i znaleziono jej nagie zwłoki nad brzegiem rzeki. Ale prze-
śladowania nie ustały jeszcze i nad grobem. Nawet śmierć, to schronienie udręczonych, gdzie 
kaci  zazwyczaj  przestają  niepokoić  swą  ofiarę,  nie  dała  ochrony  wyklętej  niewieście,  której 
jedyną  zbrodnią  była  wierność  krewnemu  i  przyjacielowi.  Ciało  jej  stało  się  przedmiotem 
ohydnej i nikczemnej zemsty; głowę odcięto od korpusu, wbito na pal i wystawiono w Taun-
ton,  aby  mogli  ją  widzieć  uwięzieni  poddani  Wetamoe.  Poznali  oni  natychmiast  rysy  swej 
nieszczęśliwej królowej, a barbarzyński ten widok tak nimi wstrząsnął, że wedle słów kroni-
karza wybuchnęli „przeraźliwym, diabolicznym wprost lamentem”. 

Filip trzymał się dzielnie wśród tej nawały nieszczęść i niepowodzeń, jednakże zdrada 

towarzyszy wymierzyła mu cios w samo serce i sprawiła, że upadł na duchu. Z kroniki wie-
my, że „nic go już potem nie cieszyło ani też żadne jego przedsięwzięcie nie uwieńczyło się 
powodzeniem”. Pękła sprężyna nadziei, ożywczy zapał zgasł; Filip rozejrzał się wokoło, lecz 
wszystko  spowijał  mrok,  zewsząd  czyhało  niebezpieczeństwo;  nie  napotykał  nigdzie  oka, 
które  by  spojrzało  na  niego  z  litością,  nigdzie  ręki,  która  by  przyniosła  mu  wyzwolenie.  Ze 
szczupłą garstką wojowników, którzy nie odstąpili go w najcięższych opresjach, powędrował 
z  powrotem  w  okolice  Mount  Hope,  starodawnej  siedziby  ojców.  Tutaj  snuł  się  jak  widmo 
wśród  miejsc  swej  dawnej  świetności,  pozbawiony  domu,  rodziny,  przyjaciół.  Nie  potrzeba 
lepszego obrazu jego smutnej i pożałowania godnej sytuacji aniżeli ten, jaki przekazuje nam 
niewprawne  pióro  kronikarza,  co  wbrew  swym  zamierzeniom  jedna  życzliwość  i  sympatię 
czytelnika  nieszczęśliwemu  wojownikowi,  którego  obrzuca  wyzwiskami.  „Filip  —  pisze  — 
niby  zaszczute  dzikie  zwierzę,  ścigany  przez  siły  angielskie  tam  i  na  powrót  na  przestrzeni 
przeszło  stu  kilometrów,  musiał  wreszcie  uchodzić  do  swej  jaskini  na  Mount  Hope,  gdzie 
wraz z kilkoma najlepszymi przyjaciółmi ukrył się wśród bagniska, które okazało się wszakże 
dla  niego  więzieniem  i  w  którym  pozostał  zamknięty  aż  do  chwili,  gdy  wysłannicy  śmierci 
nadeszli, aby za przyzwoleniem Bożym wywrzeć na nim zemstę”. 

Nawet w tym ostatnim schronieniu beznadziejności i rozpaczy pamięć o Filipie jarzy się 

posępną wspaniałością. Wyobrażamy sobie, jak siedzi wśród swych wynędzniałych towarzy-

background image

szy i rozmyśla w milczeniu o swej rozpaczliwej sytuacji, a dziki, dziewiczy krajobraz przyda-
je mu osobliwego majestatu. Pobity, lecz nie pognębiony, obalony na ziemię, lecz nie złama-
ny, stał się w obliczu klęski jeszcze bardziej wyniosły i zdawało się, że z jakąś zawziętą saty-
sfakcją sączy ostatnie krople z czary  goryczy. Nieszczęście ujarzmia i przytłacza małe umy-
sły, lecz wielkie umysły wznoszą się ponad nieszczęście. Sama już myśl o poddaniu się bu-
dziła furię Filipa, toteż poraził śmiertelnie jednego z towarzyszy, który proponował zawarcie 
pokoju. Brat zabitego uciekł i przez zemstę zdradził kryjówkę wodza. Wysłano niezwłocznie 
oddział białych i Indian na bagnisko, gdzie zaczaił się Filip, targany wściekłością i rozpaczą. 
Otoczyli  go,  zanim  zdał  sobie  sprawę  z  ich  nadejścia.  W  jednej  chwili  pięciu  najbardziej 
zaufanych towarzyszy padło zabitych u jego stóp; wszelki opór był daremny; Filip wybiegł z 
ukrycia i rzucił się na oślep do ucieczki, lecz Indianin-renegat, członek jego własnego plemie-
nia, zabił go celnym strzałem w serce. 

Takie są skąpe dzieje nieustraszonego, lecz i nieszczęśliwego króla Filipa, prześladowa-

nego  za  życia,  a  oczernianego  i  odsądzanego  od  czci  po  śmierci.  Jeśli  wszakże  zbadamy 
nawet  stronnicze  anegdoty,  przekazane  nam  przez  jego  wrogów,  dostrzeżemy  w  nich  ślady 
pięknego  i  wzniosłego  charakteru,  wystarczające,  aby  obudzić  współczucie  dla  jego  losu  i 
szacunek  dla  jego  pamięci.  Widzimy,  że  wśród  nękających  trosk  i  zażartych  namiętności 
nieustannej  wojny  potrafił  żywić  łagodniejsze  uczucia  miłości  małżeńskiej  i  ojcowskiej  tkli-
wości oraz szlachetne sentymenty przyjaźni. 

O  schwytaniu  i  uwięzieniu  jego  „umiłowanej  żony  i  jedynego  syna”  wspomina  się  z 

radością,  gdyż  sprawiły  mu  dotkliwy  ból;  śmierć  każdego  bliskiego  przyjaciela  notuje  się 
tryumfalnie  jako  nowy  cios,  zadany  jego  wrażliwości;  natomiast  o  zdradzie  i  dezercji  wielu 
jego zwolenników, których przywiązaniu zaufał, mówi się, że wtrąciła go w ostateczne przy-
gnębienie i odebrała mu wszelką otuchę. Był patriotą kochającym swą ziemię rodzinną, księ-
ciem wiernym swym poddanym i odczuwającym ich krzywdy jak swoje  własne, żołnierzem 
nieustraszonym  w  bitwie,  nieugiętym  wobec  przeciwieństw  losu,  nieczułym  na  zmęczenie, 
głód i wszelkie cierpienia cielesne, gotowym umrzeć za sprawę, której służbie się ofiarował. 
Dumnego  serca,  miłującego  nade  wszystko  wolność  zażywać  jej  wolał  raczej  wśród  dzikich 
zwierząt leśnych lub w posępnych ustroniach bagnisk i moczarów aniżeli ugiąć karku i, zale-
żny a powszechnie pogardzany, żyć wśród wygód i zbytku osad białych ludzi. Mimo bohater-
skich swych cech i śmiałych czynów, co przyniosłyby zaszczyt cywilizowanemu wojowniko-
wi i uczyniły zeń godny temat dla poety i historyka, żył w kraju rodzinnym jak wygnaniec i 
zbieg,  a  runął  niby  drzewo  powalone  burzą  wśród  mroku  i  wichury  —  zabrakło  też  litości-
wego oka, które by zapłakało nad jego upadkiem, czy nawet przyjaznej ręki, która by opisała 
jego zmagania.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

MŁODZIEŃCZE PRZYGODY RALPHA RINGWOODA * 

 
 
SPISANE Z JEGO USTNEJ RELACJI PRZEZ SZLACHETNIE  
URODZONEGO GEOFFREYA CRAYONA **  
 

Jestem Kentukijczykiem przez miejsce zamieszkania i z wyboru, lecz Wirginijczykiem 

z urodzenia. Przyczyną mojego wyjazdu ze „Starego Dominium” i emigracji do Kentucky był 
osioł! Spogląda pan na mnie ze zdziwieniem, ale proszę o trochę cierpliwości, zaraz wyjaśnię 
panu, jak to się stało. Mój ojciec, potomek starej wirginijskiej rodziny, mieszkał w Richmond. 
Był  wdowcem,  a  sprawami  jego  domowymi  kierowała  gospodyni,  przedstawicielka  starej 
szkoły,  z  tych,  co  to  prowadziły  domy  zamożnych  Wirginijczyków.  Jeśli chodzi  o  powagę  i 
znaczenie, rywalizowała niemal z moim ojcem i wyobrażała sobie chyba, że wszystko do niej 
należy.  Uprawiała  tak  daleko  idącą  oszczędność  i  tak  się  wzbraniała  przed  każdym  wyda-
tkiem,  że  irytowała  czasem  ojca,  który  wołał  ze  złością,  iż  przynosi  mu  wstyd  swoim  skąp-
stwem.  Nie  rozstawała  się  nigdy  z  ową  staroświecką  oznaką  zaufania  i  władzy  —  wielkim 
pękiem  kluczy,  pobrzękujących  przy  pasku.  Przy  każdym  posiłku  dokonywała  inspekcji 
nakrycia stołu, pilnując, żeby talerze i półmiski rozstawione były zgodnie z jej prymitywnym 
poczuciem symetrii. Wieczorem zajmowała swoje stanowisko i nalewała herbatę, a zachowa-
nie jej stanowiło przykładną zaiste mieszaninę szacunku do chlebodawcy i godności własnej. 
Wielką jej ambicją było, aby wszędzie panował ład i aby dom powierzony jej pieczy cytowa-
no  jako  wzór  idealnej  gospodarki.  Jeśli  coś  szło  źle,  biedna  Barbara  brała  to  sobie  do  serca, 
siedziała w swoim pokoju i zalewała się łzami, dopóki kilka wersetów z Biblii nie ukoiło jej 
nerwów i nie przywróciło spokoju w domu. Biblia zresztą była w chwilach burzliwych jej nie-
ustanną ucieczką. Otwierała ją na chybił trafił, czy zaś oko jej padło na Treny Jeremiaszowe, 
Pieśni Salomona, czy też wyliczenie plemion w Deuteronomium ***, werset był wersetem i 
działał na jej duszę jak balsam. Tak się prezentowała nasza zacna stara  gospodyni imieniem 
Barbara, której przeznaczeniem było wywrzeć mimo woli doniosły wpływ na moje losy. 

Tak się złożyło, że w okresie mojego dorastania, kiedy byłem jeszcze, jak to się określa, 

„psotnym  urwisem”,  pewien  dżentelmen  z  sąsiedztwa,  wielki  zwolennik  eksperymentów  i 
ulepszeń wszelkiego rodzaju, wbił sobie do głowy, że będzie to z wielką korzyścią dla ogółu, 
jeśli się wyhoduje rasę mułów, sprowadził więc trzy osły, aby uszczęśliwić sąsiadów. Pomy-
śleć tylko — w okolicy, w której uznawano tylko konie czystej krwi! Ależ każdy z tutejszych 
mieszkańców uważałby taki mezalians za hańbę dla swoich klaczy i dyshonor dla całej stadni-
ny.  Czcigodny  rzecznik  krzyżowania  czworonogów  znalazł  się  w  opałach,  w  czas  się  tedy 
wycofał, odżegnał się od doktryny krzyżowania i puścił osły na wygon publiczny, żeby same 
szukały  pożywienia.  Tam  też  biegały  sobie,  prowadząc  próżniacze,  odświętne  życie  i  były 
zapewne najszczęśliwszymi zwierzętami w całym kraju. 

Traf  chciał,  że  droga,  którą  chodziłem  do  szkoły,  wiodła  przez  owo  publiczne  pastwi-

sko.  Kiedym  po  raz  pierwszy  zobaczył  jednego  z  owych  potworów,  zaczął  on  ryczeć  i 
okropnie mnie przestraszył.  Wkrótce jednak pokonałem strach, a gdym spostrzegł, że dziwne  
 

      * Ralph Ringwood, mimo fikcyjnego imienia i nazwiska, jest realną osobą — to nieżyjący już guber-

nator Duval z Florydy. Podałem kilka anegdot o początkach jego ekscentrycznej kariery, używając, o ile pamięć 
mi dopisała, tych samych słów, w których opowiadał. Stanowią one bez wątpienia pokusę do beletrystycznych 
upiększeń, sądziłem jednak, że tak są charakterystyczne dla osoby gubernatora oraz dla scenerii i środowiska, do 
którego zaniosły  go osobliwe jego losy, że  wolałem podać je w pierwotnej, bezpretensjonalnej formie. (Przyp. 
aut.). 

  ** Geoffrey Crayon — pseudonim Washingtona Irvinga. (Przyp. red.). 

  

*** Deuteronomium — nazwa piątej księgi Mojżesza w Biblii. 

background image

zwierzę z wyglądu przypomina konia, wirginijska miłość do całego rodzaju końskiego wzięła 
we mnie górę i postanowiłem dosiąść stworzenia. Zgodnie z tym postanowieniem poszedłem 
do sklepu kolonialnego,  zdobyłem sznur od głowy  cukru i zrobiłem coś na kształt uzdy, po-
tem przywołałem kilku  kolegów szkolnych i wspólnie tak długo uganialiśmy się za Kłapou-
chym  po  pastwisku,  aż wreszcie  zapędziliśmy  go  w  kąt  utworzony  przez  dwa  boki  parkanu. 
Po dłuższych zabiegach udało się włożyć mu uzdę i dosiadłem wierzchowca. Osioł wierzgnął 
i  umknął  galopem,  a  ja  przeleciawszy  mu  przez  głowę,  zostałem  na  miejscu.  Zerwałem  się 
jednak  w  mgnieniu  oka,  popędziłem  za  nim,  złapałem  go  i  wsiadłem  znowu.  Po  kilkunastu 
upadkach nauczyłem się trzymać jego grzbietu tak mocno, że mógłby mnie zrzucić chyba ra-
zem z własną skórą. Odtąd Kłapouchy i jego towarzysze ciężkie mieli życie, bośmy wszyscy 
jeździli na nich podczas przerw między lekcjami i w dni świąteczne, a może pan być pewien, 
że urwisy w wieku szkolnym nie pozwalają swoim szkapom chodzić stępa. Osły zresztą tak 
wkrótce zmądrzały, że wiały na widok chłopca, toteż więcej czasu na ogół biorąc spędzaliśmy 
na ich ściganiu niż na jeździe. 

Zbliżała się niedziela, w którą planowałem wycieczkę na jednym z kłapouchych wierz-

chowców. Wiedząc, że w niedzielny poranek osły będą rozrywane, złapałem jednego z nich w 
sobotę wieczorem i zaprowadziłem do domu, żeby gotów był do wczesnego wyruszenia. Ale 
gdzie go miałem ulokować na noc? Nie mogłem go postawić w stajni — nasz czarny stajenny 
George był tam równie absolutnym władcą jak Barbara w domu i uważałby, że obecność osła 
okrywa  hańbą  jego  stajnię,  jego  konie  i  jego  samego.  Przypomniałem  sobie  wędzarnię  — 
przybudówkę, istniejącą przy wszystkich wirginijskich budynkach gospodarczych, a przezna-
czoną do wędzenia szynek i innych mięsiw. Wziąłem więc klucz, wprowadziłem do wędzarni 
Kłapouchego, zamknąłem drzwi, odłożyłem klucz na miejsce i poszedłem spać, zamierzając 
uwolnić więźnia o świcie, zanim obudzą się domownicy. Byłem jednak tak zmęczony trudami 
położonymi przy chwytaniu osła, że zapadłem w głęboki sen i ranek nastał nie budząc mnie 
wcale. 

Inaczej rzecz się miała z jejmość Barbarą, naszą gospodynią. Jak zwykle, żeby użyć jej 

wyrażenia, „wstała, zanim wrona zdążyła się obuć” i zaczęła się krzątać przy przygotowaniu 
śniadania.  Pierwsze  kroki  skierowała  do  wędzarni.  Zaledwie  otworzyła  drzwi,  gdy  Kłapou-
chy, znudzony zamknięciem i rad, że się może wyrwać z ciemności na światło dzienne, ryknął 
głośno i skoczył naprzód. Barbara upadła, osioł przebiegł po niej, tratując ją kopytami, i popę-
dził na wygon. Biedna Barbara! Nigdy dotychczas nie widziała osła, czytała natomiast wielo-
krotnie  w  Biblii,  że  szatan  krąży  po  świecie  jak  ryczący  lew,  szukając,  kogo  by  pożreć,  nie 
ulegało więc dla niej najmniejszej wątpliwości, że był to Belzebub we własnej osobie. W ku-
chni  powstał  rwetes,  służba  pobiegła  na  miejsce  wypadku.  Stara  Barbara  leżała  w  konwul-
sjach; ledwo kończył się jeden atak, przypominała sobie diabła i dostawała następnego ataku, 
poczciwina bowiem była wielce zabobonna. 

Pech  chciał,  że  wśród  zwabionych  hałasem  znalazł  się  pewien  mój  uprzykrzony  wuja-

szek,  człowiek  mizernej  postury,  a  przy  tym  nerwowy  i  zrzędny,  jeden  z  owych  niespokoj-
nych duchów, co to nie mogą rano uleżeć w łóżku, lecz zrywają się o świcie, żeby zadręczać 
domowników.  Był  właściwie  tylko  przyszywanym  wujem  jako  mąż  siostry  mojego  ojca,  na 
mocy jednak tego powinowactwa uzurpował sobie wielką władzę, wtrącał się do wszystkiego 
i  stanowił  utrapienie  całej  rodziny.  Wścibski  ten  mąciwoda  w  mig  dokopał  się  prawdy  i 
odkrył, że to ja zamknąłem osła w wędzarni i tym samym jestem przyczyną zamieszania. Nie 
pytał już dalej, gdyż należał do owych zakutych tetryków, w których przekonaniu dorastający 
chłopcy nigdy nie mają racji. Pozostawiając starą Barbarę jej wyimaginowanym zmaganiom z 
diabłem, pobiegł do mojego pokoju, w którym nadal spałem rozkosznie i nie śniłem nawet o 
spłatanej mimo woli psocie i o czekającej mnie groźnej burzy. 

Obudziłem  się  nagle  pod  gradem  uderzeń  i  zerwałem  się  zdumiony.  Zapytałem,  co 

oznacza  ten  atak,  ale  w  odpowiedzi  usłyszałem  tylko,  że  zamordowałem  gospodynię,  przy 

background image

czym wuj korzystając z mego oszołomienia nie przestawał mnie okładać. Chwyciłem pogrze-
bacz  i  przybrałem  postawę  obronną.  Byłem  na  swój  wiek  chłopcem  dużym  i  rozrośniętym, 
gdy tymczasem wuj był małym mizerakiem, jaki w Kentucky nie zasłużyłby nawet na miano 
„osobnika”,  ot,  chucherko,  i  tyle.  Nakłoniłem  go  więc  szybko  do  rozpoczęcia  pertraktacji  i 
zapoznałem się w całej rozciągłości z wytoczonymi przeciw mnie oskarżeniami. Przyznałem 
się do osła i do wędzarni, twierdziłem jednak, że nie jestem winien zamordowania gospodyni. 
Zresztą  przekonałem  się  rychło,  że  Barbara  żyje.  Pozostawała  wszakże  przez  kilka  dni  pod 
opieką lekarza, a ile razy jej się pogorszyło, wuj usiłował sprawić mi nowe lanie. Odwołałem 
się do ojca,  ale nic nie  wskórałem. Uważano mnie za łobuziaka zawsze gotowego do złośli-
wych psot, toteż w wypadku apelacji nie mogłem nigdy przebić muru uprzedzeń. 

Wszystko to dotknęło mnie do żywego. Bito mnie, upokarzano, a na dodatek zbywano 

lekceważeniem  moje  skargi.  Straciłem  zwykłą  fantazję  i  humor,  a  będąc  zły  na  wszystkich, 
sądziłem,  że  wszyscy  źli  są  na  mnie.  Nieposkromione  umiłowanie  wolności,  wrodzone  mi, 
jak sądzę, podobnie jak wrodzone jest kuropatwie, ocknęło się naraz pod wpływem narzuca-
nych  mi  pęt  i  hamulców.  „Pójdę  z  domu  —  pomyślałem  —  i  będę  sam  sobie  radził”.  Do 
zrodzenia się we mnie tej myśli przyczynił się też, być może, szał emigrowania do Kentucky, 
jaki  panował  podówczas  w  Wirginii.  Słyszałem  tyle  opowiadań  o  romantycznych  urokach 
Kentucky,  o  obfitości  wszelkiego  rodzaju  zwierzyny  i  o  cudownym  wolnym  życiu  myśli-
wych, którzy przemierzają tamtejsze wspaniałe puszcze i żyją z tego, co upolują, że płonąłem 
chęcią,  by  się  tam  dostać,  podobnie  jak  chłopcy,  mieszkający  w  portach,  marzą  o  tym,  by 
zakosztować przygód i ujrzeć dziwy oceanu. 

Po pewnym czasie Barbara ozdrowiała na duszy i ciele. Wytłumaczono jej całą sprawę i 

dała się stopniowo przekonać, że to nie z diabłem miała do czynienia. Kiedy się dowiedziała, 
jak bezwzględnie potraktowano mnie z jej powodu, zacna starowinka zmartwiła się ogromnie 
i zwróciła się do ojca w mojej obronie. Ojciec sam już zauważył zmianę w moim zachowaniu 
i sądził, że być może karę posunięto za daleko.  Próbował tedy porozmawiać ze mną i ukoić 
moje  zranione  uczucia,  ale  było  już  za  późno.  Powiedziałem  mu  szczerze  o  upokorzeniach, 
jakich doznałem, i wyjawiłem niezłomny zamiar odejścia z domu. 

— Dokąd się chcesz udać? 
— Do Kentucky. 
— Do Kentucky! Przecież nikogo tam nie znasz. 
— Nic nie szkodzi. Nawiążę wkrótce znajomości. 
— A co będziesz robił, jak się tam już znajdziesz? 
— Będę polował! 
Ojciec gwizdnął cicho a przeciągle i spojrzał mi w oczy z wyrazem na pół poważnym, 

na pół komicznym. Miałem zaledwie kilkanaście lat, toteż twierdzenie, że chcę wyruszyć sam 
jeden  do  Kentucky,  żeby  zostać  myśliwym,  wydawało  mu  się  niewątpliwie  czczą  gadaniną 
wyrostka.  Nie  domyślał  się  nawet,  jak  niezłomne  jest  moje  postanowienie,  a  jego  uśmiech 
niedowierzania  utwierdził  mnie  tylko  w  powziętym  zamiarze.  Zapewniłem  go,  że  mówię 
zupełnie serio i niezawodnie na wiosnę wyruszę do Kentucky. 

Upływał miesiąc za miesiącem. Ojciec od czasu  do czasu robił lekkie aluzje do naszej 

rozmowy,  chcąc  mnie  pewno  wybadać.  W  odpowiedzi  dawałem  stale  wyraz  niezmiennej  i 
nieugiętej woli odejścia. Zaczął tedy  rozmawiać  ze mną na ten temat wprost, usiłując z całą 
powagą a zarazem i dobrocią odwieść mnie od tego zamiaru.  Odpowiadałem tylko: „Zdecy-
dowałem się już”. 

Na  samym  tedy  początku  wiosny  udałem  się  pewnego  dnia  do  ojca,  który  siedział  w 

swoim  gabinecie,  i  oznajmiłem  mu,  że  wyruszam  do  Kentucky  i  przyszedłem  się  pożegnać. 
Nie  oponował,  wyczerpał  bowiem  wszystkie  argumenty  i  perswazje,  sądził  też  zapewne,  że 
najlepiej będzie pofolgować moim kaprysom, gdyż zetknąwszy się z trudami i przeciwnościa-
mi  samodzielnego  życia,  wrócę  rychło  do  domu.  Podszedł  do  komody,  wyjął  podłużną, 

background image

dobrze wypełnioną sakiewkę z zielonego jedwabiu i położył ją na stole. Poprosiłem wówczas 
o konia i sługę. 

— Konia! — odparł szyderczo ojciec. — Ależ ty  nie wytrzymasz mili nawet, żeby  go 

nie  zagonić  na  śmierć  i  nie  złamać  przy  tym  karku,  a  co  się  tyczy  służącego,  nie  potrafisz 
przecież zadbać o siebie, nie mówiąc już o nim. 

— Jakże mam podróżować? 
— No, sądzę, że jesteś dość dzielnym mężczyzną, żeby podróżować pieszo. 
Mówił  z  przekąsem,  nie  przypuszczając  wcale,  że  wezmę  go  za  słowo,  mnie  jednak 

rozgniewał  lekceważący  stosunek  do  mojego  przedsięwzięcia,  wsadziłem  więc  do  kieszeni 
sakiewkę, wróciłem do swego pokoju, zawinąłem w chustkę kilka koszul, schowałem w zana-
drze sztylet, przypiąłem do pasa parę pistoletów i poczułem się jak błędny rycerz, uzbrojony 
po zęby i gotów przemierzać świat w poszukiwaniu przygód. 

Moja  siostra  (miałem  tylko  jedną  siostrę)  rzuciła  mi  się  z  płaczem  na  szyję  i  błagała, 

żebym został. Serce podeszło mi do gardła, przełknąłem jednak ślinę, wtłaczając je na swoje 
miejsce,  i  wyprostowałem  się  —  nie  zniósłbym  tego,  żebym  się  miał  rozpłakać.  Wreszcie 
zwolniłem się z objęć siostry i ruszyłem ku drzwiom. 

— Kiedy wrócisz? — zapytała. 
— Nigdy, jak mi Bóg miły! — zawołałem. — Chyba że wrócę jako członek Kongresu z 

ramienia Kentucky.  

Postanowiłem dowieść, że nie jestem najgorszy w rodzinie. 
Takie było moje rozstanie z domem. Może pan sobie wyobrazić, jakim byłem żółtodzio-

bem i jak niewiele wiedziałem o świecie, na którego bezmiernych obszarach miałem się zna-
leźć. 

Nie przypominam sobie żadnego ważniejszego zdarzenia aż do chwili, gdy dotarłem do 

granic Pensylwanii. Zatrzymałem się w oberży, aby się posilić. Gdy jadłem w pokoju w głębi, 
posłyszałem, jak dwóch mężczyzn w barze rozprawia o mnie, zastanawiając się, kim jestem. 
Jeden  z  nich  wreszcie  doszedł  do  wniosku,  że  jestem  zbiegłym  terminatorem  i  powinno  się 
mnie  zatrzymać,  z  czym  drugi  się  zgodził.  Zjadłem  obiad,  zapłaciłem,  po  czym  wyszedłem 
tylnymi drzwiami, aby mnie tamci dwaj nie zatrzymali. Nie chcąc wszakże wymykać się jak 
przestępca,  wyszedłem  przed  dom.  Jeden  z mężczyzn  podszedł  do  drzwi  frontowych.  Kape-
lusz nosił na bakier i miał ważną minę, co mnie ubodło. 

— Dokąd idziesz, mały? — zapytał. 
— To nie pański interes! — odparłem dość impertynencko. 
— Owszem, owszem! Uciekłeś z domu i musisz się przed nami wytłumaczyć. 
Ruszył naprzód, chcąc mnie schwytać, gdy wtem wyciągnąłem pistolet. 
— Jeszcze krok, a będę strzelał! 
Odskoczył, jak gdyby nadepnął na grzechotnika, a kapelusz spadł mu z głowy. 
— Daj mu spokój! — zawołał jego towarzysz. — To głupi, szalony chłopak i sam nie 

wie, co robi. Zastrzeli cię jak nic. 

Mężczyznę  nie  trzeba  było  wcale  ostrzegać,  bał  się  nawet  podnieść  z  ziemi  kapelusz, 

ruszyłem więc bez przeszkód w dalszą drogę. Wypadek ten wszakże wywarł na mnie wpływ. 
Unikałem nocowania w domach z obawy, aby mnie nie zatrzymano. W dzień spożywałem po-
siłki w zajazdach i oberżach, na noc jednak zawijałem do jakiegoś lasu czy wąwozu, rozpala-
łem  ognisko  i  spałem  przy  nim.  Sądziłem  zresztą,  że  taki  właśnie  tryb  życia  prowadzą  pra-
wdziwi myśliwi, i chciałem się do niego przyzwyczaić. 

Wreszcie, zdrożony i wyczerpany, przybyłem do Brownsville, będąc, jak się pan domy-

śla, w opłakanym stanie po „biwakowaniu” przez szereg nocy. Próbowałem wejść do kilku 
podrzędnych oberży, ale nigdzie nie chciano mnie wpuścić. Spoglądano na mnie przez chwilę 
z  powątpiewaniem,  po  czym  oznajmiano,  że  pieszych  wędrowców  się  nie  przyjmuje.  W 
końcu poszedłem śmiało do największej oberży. Oberżysta na równi z poprzednimi nie miał 

background image

ochoty przyjąć pod swój dach młodego włóczęgi, ale gdy się usiłował od tego wymówić, żona 
przerwała mu wpół słowa, łokciem odsuwając go lekko na bok. 

— Dokąd idziesz, mój chłopcze? — spytała. 
— Do Kentucky. 
— Po co tam idziesz? 
— Żeby polować. 
Spoglądała na mnie przez chwilę z powagą. 
— Czy twoja matka żyje? — zapytała wreszcie. 
— Nie, łaskawa pani, umarła już dawno. 
— Od razu tak sobie pomyślałam! — zawołała z przejęciem. — Wiedziałam, że gdyby 

twoja matka żyła, nie byłbyś tutaj. 

Od tej chwili zacna niewiasta traktowała mnie z macierzyńską dobrocią. 
Pozostałem przez kilka dni pod jej dachem, odpoczywając po trudach wędrówki. 
Będąc  tutaj,  nabyłem  fuzję  i  wprawiałem  się  codziennie  w  strzelaniu  do  celu,  aby  się 

należycie  przygotować  do  myśliwskiego  stanu.  Gdy  już  dostatecznie  odzyskałem  siły,  poże-
gnałem się z miłymi gospodarzami i ruszyłem znów w drogę. 

W Wheeling wsiadłem na barkę o płaskim dnie, zwaną popularnie „balią”, które to balie 

stanowiły w owych czasach główny środek komunikacji. W tej arce przez dwa tygodnie pły-
nąłem w dół po Ohio. Rzeka była podówczas w całej swej dzikiej krasie. Wspaniałe drzewa 
nie  zostały  jeszcze  przerzedzone.  Lasy  sięgały  tuż  nad  wodę,  okolone  czasem  olbrzymimi 
zaroślami trzciny. Dzikich zwierząt wszelkiego rodzaju obfitość była wielka. Słyszeliśmy, jak 
szeleszczą  w  gęstwinie  i  pluszczą  się  w  wodzie.  Jelenie  i  niedźwiedzie  przepływały  nieraz 
rzekę;  inne  zwierzęta  wychodziły  nad  wodę  i  gapiły  się  na  sunącą  barkę.  Miałem  niekiedy 
sposobność  wysiąść  na  brzeg  i  wypróbować  swoją  celność.  Zdobyczą  moją  były  wiewiórki, 
drobne ptactwo, a nawet dzikie indyki, ale chociaż mignęły mi kilka razy sarny pędzące przez 
las, nie udało mi się nigdy na nie zapolować. 

W  ten  sposób  minęliśmy  w  naszej  balii  Cincinnati,  „Królową  Zachodu”,  jak  się  teraz 

zwykło nazywać to miasto, podówczas zaś po prostu gromadkę domów z nie ociosanych bali, 
oraz miejsce, w którym znajduje się dzisiaj kipiące życiem miasto Louisville, oznaczone wte-
dy przez jeden jedyny dom. Jak już wspomniałem przedtem, Ohio było jeszcze rzeką zupełnie 
dziką, wokół ciągnęły się tylko bezkresne puszcze. W miejscu połączenia Ohio i Green River 
wysiadłem, pożegnałem się z balią i ruszyłem w głąb Kentucky. Nie miałem żadnego określo-
nego planu, chodziło mi tylko o to, aby dostać się do najdzikszych części kraju. Miałem kre-
wnych w Lexington i w innych osadach i przypuszczałem, że ojciec napisał im o mnie, toteż 
jako dorosły i niezależny mężczyzna, który sobie życzy dojść do czegoś w życiu bez niczyjej 
pomocy i kontroli, postanowiłem trzymać się od nich z daleka. 

Podczas  pierwszego  dnia  wędrówki  ustrzeliłem  dzikiego  indyka  i  zarzuciłem  go  sobie 

na plecy, by mieć zapas żywności. Las był widny i wolny od poszycia. Widziałem często pło-
wą zwierzynę, ale zawsze w pędzie. Zdawało mi się, że te stworzenia nigdy nie stoją spokoj-
nie. 

Dotarłem  wreszcie  do  miejsca,  gdzie  stado  na  pół  zagłodzonych  wilków  ucztowało, 

szarpiąc mięso zabitej sarny, warczały przy tym, szczekały i gryzły się zupełnie jak psy. Były 
wszystkie  tak  wściekle  głodne  i  zajęte  swą  zdobyczą,  że  mnie  nie  zauważyły,  miałem  więc 
czas  dokonać  obserwacji.  Jeden  z  nich,  większy  i  bardziej  zły  od  reszty,  brał  sobie  większe 
kąski i trzymał inne wilki w posłuchu. Jeżeli któryś za bardzo się do niego zbliżył, zrywał się, 
chwytał  natręta  i  potrząsał  nim,  a  potem  wracał  do  przerwanego  posiłku.  „To  musi  być 
dowódca — pomyślałem — jeżeli mi się uda go zabić, pokonam całe wojsko”. Wycelowałem 
więc,  strzeliłem  i  wilczysko  padło  na  miejscu.  Mógł  udawać  tylko  nieżywego,  toteż  nałado-
wałem  karabin  i  wsadziłem  mu  jeszcze  jedną  kulę.  Nie  poruszył  się  wcale,  reszta  wilków 
prysnęła i zwycięstwo moje było całkowite. 

background image

Niełatwo byłoby opisać  mój tryumf z powodu tego osiągnięcia. Poszedłem dalej pełen 

nowej otuchy, czując się już absolutnym władcą puszczy. 

Gdy  wieczór  się  zbliżał,  poczyniłem  przygotowania  do  noclegu.  Przede  wszystkim 

nazbierałem chrustu i suchego drzewa i rozpaliłem wielkie ognisko, aby przy nim gotować i 
spać,  a  jednocześnie  odstraszyć  nim  wilki,  niedźwiedzie  i  pantery.  Potem  zabrałem  się  do 
skubania indyka. Nocowałem już kilka razy w lesie na początku wędrówki, ale działo się to w 
okolicach  bardziej  zaludnionych  i  cywilizowanych,  gdzie  nie  było  groźniejszych  dzikich 
zwierząt. Tym razem po raz pierwszy rozbiłem obóz w prawdziwej puszczy, toteż poczułem 
wkrótce osamotnienie i dziwność swej sytuacji. 

Po niedługim czasie rozpoczął się koncert wilków; było ich może tuzin lub dwa, mnie 

jednak zdawało się, że są ich tysiące.  Nigdy  jeszcze nie słyszałem takiego wycia i skowytu. 
Spreparowawszy indyka podzieliłem go na dwie części, wsadziłem po kijku do każdej połów-
ki i wbiłem jeden z nich w ziemię przed ogniskiem — myśliwski sposób pieczenia dziczyzny. 
Zapach pieczonego mięsa dodał apetytu wilkom i koncert ich stał się iście piekielny. Miałem 
wrażenie, że otaczają mnie ze wszystkich stron, ale tylko od czasu do czasu mignął mi któryś, 
gdy znalazł się w kręgu światła. 

Nie  przejmowałem  się  zbytnio  wilkami,  wiedziałem  bowiem,  że  to  tchórzliwe  plemię, 

słyszałem jednak okropne historie o panterach i zacząłem się teraz lękać, iż czają się być mo-
że w otaczających mnie ciemnościach. Pić mi się chciało, nie opodal zaś słyszałem szemranie 
potoku,  nie  śmiałem  jednak  tam  pójść,  obawiając  się,  by  zaczajona  pantera  nie  skoczyła  na 
mnie  znienacka.  Po  chwili  rozległ  się  gwizd  sarny.  Nie  słyszałem  go  jeszcze  nigdy  i  pomy-
ślałem, że to musi być pantera. Zaniepokoiłem się teraz, że pantera może wdrapać się na drze-
wo, wczołgać się na gałąź nad moją głową i spaść stamtąd na mnie, nie odrywałem więc oczu 
od gałęzi, aż mnie głowa rozbolała. Nieraz zdawało mi się, że widzę płomienne oczy, patrzą-
ce na mnie spomiędzy listowia. Wreszcie przypomniałem sobie kolację i obejrzałem się, żeby 
zobaczyć,  czy  moja  połówka  indyka  już  się  upiekła.  Ale  starając  się  przysunąć  mięso  jak 
najbliżej ognia, wcisnąłem je między płomienie i spaliło się doszczętnie. Nie pozostawało nic 
innego, jak upiec drugą połówkę i lepiej jej tym razem pilnować. Ta druga połówka bez soli 
ani chleba stanowiła całą moją kolację. Byłem wciąż ogarnięty takim strachem przed panterą, 
że przez całą noc nie zmrużyłem oka, leżałem tylko, wpatrując się w drzewa aż do brzasku, 
kiedy  wszystkie  moje  lęki  rozproszyły  się  wraz  z  mrokiem,  a  gdy  ujrzałem  poranne  słońce 
lśniące  przez  gałęzie  drzew,  uśmiechnąłem  się  na  myśl,  że  się  dałem  tak  nastraszyć  jakimś 
tam odgłosom i cieniom. Pocieszałem się tylko, że jestem dopiero od niedawna człowiekiem 
lasu, a do tego nie znam zupełnie Kentucky. 

Zjadłszy na śniadanie resztki indyka, zaspokoiwszy pragnienie w spienionym strumyku 

i nie lękając się już panter, podjąłem w doskonałym humorze dalszą drogę. Znów widziałem 
sarny i jelenie, ale jak zwykle wciąż z daleka i w pędzie. Bez powodzenia usiłowałem zbliżyć 
się do nich na odległość strzału i zacząłem się już obawiać, że mi się to nigdy nie uda. Ziryto-
wany,  odprowadzałem  wzrokiem  stado  uciekające  pełnym  galopem,  gdy  naraz  drgnąłem, 
słysząc ludzki głos. Odwróciłem się i ujrzałem nie opodal mężczyznę w stroju myśliwskim. 

— Na co polujesz, chłopcze? — zawołał. 
—  Na  te  sarny  —  odpowiedziałem  ze  złością  —  ale  mam  wrażenie,  że  one  nigdy  nie 

stoją spokojnie. 

Nieznajomy wybuchnął śmiechem. 
— Skąd jesteś? — spytał. 
— Z Richmond. 
— Co, ze starej Wirginii? 
— Z tej samej. 
— A jakeś się, u Boga Ojca, tutaj dostał? 
— Dojechałem barką do Green River. 

background image

— A gdzie są twoi towarzysze? 
— Nie mam towarzyszy. 
— Co?! Jesteś sam jeden? 
— Tak. 
— Dokąd idziesz? 
— Gdzie oczy poniosą. 
— A po coś tu przyjechał? 
— Żeby polować. 
— No — powiedział ze śmiechem mężczyzna — będzie z ciebie prawdziwy myśliwy, 

to murowane! Czyś już co upolował? 

— Tylko indyka. Nie mogę podejść do sarny ani jelenia na odległość strzału, one wciąż 

gdzieś biegną. 

— Ha, powiem ci, na czym polega sekret. Ty ciągle przesz naprzód i z daleka już pło-

szysz sarny, widzisz więc tylko te, które uciekają. Jeżeli chcesz, żeby ci się powiodło z płową 
zwierzyną, musisz posuwać się wolniutko, cicho, ostrożnie jak kot i skradać się od drzewa do 
drzewa. Ale posłuchaj, chodź teraz do mnie. Nazywam się Bill Smithers, mieszkam niedaleko 
stąd, zostań jakiś czas u mnie, a nauczę cię, jak się poluje. 

Przyjąłem  chętnie  zaproszenie  poczciwego  Billa  Smithersa.  Znaleźliśmy  się  szybko  w 

jego siedzibie, zwykłej chatce z nie ociosanych bali, mającej kwadratowy otwór zamiast okna 
i komin z kijków oblepionych gliną. Mieszkał tu z żoną i dzieckiem. Okorował pnie drzew na 
przestrzeni akra czy dwóch, zamierzając oczyścić teren pod kukurydzę i ziemniaki. Tymcza-
sem żywił rodzinę wyłącznie tym, co upolował, a przekonałem się wkrótce, że jest znakomi-
tym myśliwym. Od niego też pobrałem pierwsze niezapomniane lekcje „kunsztu leśnego”. 

Im lepiej poznawałem życie myśliwego, tym bardziej byłem nim zachwycony. Ponadto 

ten  kraj,  owa  ziemia  obiecana  mojego  dzieciństwa,  w  przeciwieństwie  do  większości  ziem 
obiecanych,  nie  sprawił  mi  zawodu.  Trudno  o  piękniejsze  dziewicze  tereny  aniżeli  ta  część 
Kentucky  w  owym  czasie.  Lasy  były  wielkie  i  rozległe,  o  wspaniałych  drzewach,  których 
część  miała  już  pewno  setki  lat.  Były  też  piękne  prerie,  urozmaicone  zagajnikami  i  kępami 
drzew,  a  sprawiające  wrażenie  olbrzymich  parków,  można  też  było  z  wielkiej  odległości 
widzieć  biegnącą  przez  nie  płową  zwierzynę.  W  odpowiedniej  porze  roku  prerie  w  wielu 
miejscach okrywały się dywanem poziomek, tak gęstym, że gdy się tamtędy jechało, kopyta 
końskie  aż  po  pęciny  ufarbowane  były  na  czerwono.  Sądziłem,  że  nie  ma  na  świecie  kraju 
równego Kentucky — i dotychczas nie zmieniłem zdania. 

Po dziesięciu czy dwunastu dniach, spędzonych u Billa Smithersa, uznałem, że czas już 

zmienić locum, dom jego bowiem z trudem mógł pomieścić własną jego rodzinę, a nie mia-
łem zamiaru być nikomu ciężarem. Zawinąłem więc znów rzeczy w tłumoczek, przewiesiłem 
fuzję przez ramię, pożegnałem się serdecznie ze  Smithersem oraz z jego  żoną i wyruszyłem 
na  poszukiwanie  Nemroda  puszczy,  niejakiego  Johna  Millera,  który  mieszkał  samotnie  w 
odległości mniej więcej czterdziestu mil i który, jak miałem nadzieję, powinien był się ucie-
szyć z towarzysza łowów. 

Przekonałem  się  wkrótce,  że  jednym  z  najważniejszych  składników  „kunsztu  leśnego” 

w nieznanym kraju jest umiejętność znajdowania drogi w puszczy. W lasach nie było utartych 
dróg,  przecinały  je  natomiast  liczne  kręte  ścieżki,  wiodące  w  najrozmaitszych  kierunkach. 
Niektóre  z  tych  ścieżek  wydeptało  bydło  osadników  i  nazywano  je  „ścieżkami  bydlęcymi”, 
inne zaś utorowały olbrzymie stada bizonów, które włóczyły się po tych  okolicach od czasu 
potopu do chwili obecnej. Ścieżki te, zwane „szlakami bizonimi”, biegły przez całe Kentucky 
od krańca do krańca. Ślady ich można jeszcze dostrzec na nieuprawnych gruntach lub wyryte 
głęboko  w  skałach  tam,  gdzie  prowadziły  przez  góry.  Byłem  mieszkańcem  lasów  od  tak 
niedawna,  że  miałem  wielki  kłopot  z  odróżnianiem  jednego  rodzaju  ścieżek  od  drugiego  i  z 
orientowaniem się w tym splątanym labiryncie. Gdy tak stałem w konsternacji, usłyszałem w 

background image

oddali  jakiś  dziwny  huk  i  łoskot,  a  las  w  mgnieniu  oka  ściemniał  i  sposępniał.  Podniosłem 
głowę  i  na  skrawkach  nieba  między  drzewami  ujrzałem  wielkie,  kuliste  chmury,  których 
dolne  części  czarne  były  jak  atrament.  Od  czasu  do  czasu  rozlegał  się  wybuch,  niby  daleki 
odgłos kanonady, a potem trzask padającego drzewa. Słyszałem o huraganach w lesie i domy-
śliłem się, że taki właśnie huragan nadciąga. Nadleciał też wkrótce, torując sobie z hukiem 
drogę, a las wił się, skręcał i jęczał pod jego wściekłymi atakami. Huragan nie rozciągał się 
szeroko na boki, lecz jak gdyby rył bruzdę w lesie, łamiąc jak zapałki lub wyrywając z korze-
niami  drzewa,  co  stały  tu  od  wieków,  i  napełniając  powietrze  wirującymi  odłamkami  kona-
rów. Znajdowałem się dokładnie na jego szlaku, ukryłem się więc za olbrzymią topolą sześciu 
stóp średnicy. Znosiła ona przez jakiś czas straszliwy napór wichury, w końcu jednak zaczęła 
ustępować pod tym niewiarogodnym naciskiem. Widząc, że się przewraca, wdrapałem się ze 
zwinnością wiewiórki po pniu na drugą jego stronę. Topola runęła pociągając za sobą jeszcze 
jedno  drzewo.  Wśliznąłem  się  pod  pień,  uzyskując  w  ten  sposób  osłonę  przed  innymi 
drzewami padającymi wokoło, byłem jednak cały  posiniaczony od ciosów gałęzi i konarów, 
którymi bombardował mnie huragan. 

Był to jedyny znaczniejszy wypadek, jaki zdarzył mi się w drodze do Millera, do które-

go przybyłem nazajutrz. Stary myśliwy przywitał mnie z szorstką życzliwością prawdziwego 
człowieka lasów. Był to siwy mężczyzna, zahartowany i ogorzały, z niebieską brodawką nad 
okiem,  przypominającą  wielki  paciorek,  w  związku  z  czym  myśliwi  nadali  mu  przezwisko 
„Miller — Niebieski Koral”. Mieszkał w tych stronach od najwcześniejszych czasów osadni-
ctwa  i  odznaczył  się  w  zaciętych  walkach  z  Indianami,  które  to  walki  zyskały  Kentucky 
nazwę „Krwawej Ziemi”. W jednym z takich starć złamano mu rękę; z innego ledwo uszedł z 
życiem, gdy ścigany przez wrogów skoczył do rzeki z urwiska wysokości trzydziestu stóp. 

Miller  przyjął  mnie  chętnie  na  współmieszkańca  i  zdawał  się  być  zadowolony,  że  ma 

zrobić  ze  mnie  myśliwego.  Mieszkał  w  małym  domku  z  nie  ociosanych  bali,  mającym 
pawlacz  czy  też  stryszek  z  desek,  toteż  miejsca  dla  nas  obu  było  pod  dostatkiem.  Pod  jego 
kierunkiem wkrótce nabrałem niejakiej wprawy w sztuce myśliwskiej. Pierwszym moim zna-
czniejszym osiągnięciem było zabicie niedźwiedzia. Polowałem w towarzystwie dwóch braci, 
gdyśmy  natrafili  na  trop  pana  Mioduszewskiego  w  lesie  o  poszyciu  z  trzciny  i  winorośli. 
Wdrapywał  się  właśnie  na  drzewo,  gdy  przestrzeliłem  mu  pierś;  spadł  na  ziemię  i  leżał  bez 
ruchu. Bracia wysłali naprzód swego psa, który chwycił niedźwiedzia za gardło. Niedźwiedź 
podniósł jedną łapę i raz jeden przycisnął psa, miażdżąc mu żebra. Pies zawył tylko i było po 
wszystkim.  Nie  wiem,  który  wcześniej  wyzionął  ducha,  pies  czy  niedźwiedź.  Dwaj  bracia 
usiedli przy swoim nieszczęśliwym psie i płakali nad nim jak dzieci. Byli to prości myśliwi, 
niemal równie dzicy i nieujarzmieni jak Indianie, a przecież wspaniali z nich byli ludzie. 

Stopniowo dałem się poznać i stałem się poniekąd faworytem okolicznych myśliwych, 

czyli  ludzi,  co  mieszkali  w  promieniu  trzydziestu  czy  czterdziestu  mil  i  od  czasu  do  czasu 
odwiedzali  Johna  Millera,  który  był  wśród  nich  nestorem.  Mieszkali  w  znacznej  od  siebie 
odległości  w domach z  bali i wigwamach, pozbawieni najelementarniejszych wygód czy też 
wynalazków cywilizacji i pędząc życie równie prymitywne jak Indianie. Widywali się rzadko: 
całe tygodnie, a nawet miesiące dzieliły jedną wizytę od drugiej. Kiedy się spotykali, zacho-
wywali się też prawie jak  Indianie — obijali się przez cały dzień, niewiele mając do powie-
dzenia, ale wraz z zapadnięciem zmroku stawali się bardziej rozmowni, a potem siedzieli aż 
do  rana  przy  ogniu,  snując  opowiadania  myśliwskie  i  krew  mrożące  w  żyłach  historie  o 
walkach na Krwawej Ziemi. 

Niekiedy kilku wybierało się razem na daleką wyprawę lub raczej kampanię myśliwską. 

Wyprawy  tego  rodzaju  trwały  od  listopada  do  kwietnia,  przez  który  to  czas  gromadziliśmy 
zapasy żywności. Przenosiliśmy obóz myśliwski z miejsca na miejsce zależnie od tego, gdzie 
znaleźliśmy  zwierzynę.  Obóz  rozbijaliśmy  zazwyczaj  nie  opodal  bieżącej  wody  i  w  pobliżu 
zarośli  trzcinowych,  aby  te  osłaniały  nas  od  wiatru.  Jedna  strona  namiotu  otwarta  była  w 

background image

kierunku ogniska. Konie spętane i z dzwonkami na szyjach puszczano luzem w zarośla. Jeden 
z członków wyprawy zostawał na miejscu, aby pilnować obozu, przygotowywać posiłki i od-
pędzać wilki, reszta polowała. Kiedy myśliwy upolował sarnę lub jelenia w pewnej odległości 
od  obozu,  patroszył  zdobycz,  po  czym  zginając  młode  drzewko  przywiązywał  ją  do  jego 
czubka  i  puszczał  je  znowu,  aby  się  wyprostowało,  zawieszając  w  ten  sposób  mięso,  poza 
zasięgiem  wilczych  kłów.  Wieczorem  wracał  do  obozu  i  meldował  o  zdobyczy.  Nazajutrz 
wczesnym  rankiem  dosiadał  konia  i  przywoził  zwierzynę  do  obozu.  Tego  dnia  zostawał  w 
obozie, aby ją oprawić, inni zaś tymczasem szli na polowanie. 

Dni tedy upływały nam  w milczeniu i samotności. Dopiero wieczorem zbieraliśmy się 

wszyscy  przy  ognisku  i  rozpoczynaliśmy  życie  towarzyskie.  Byłem  nowicjuszem,  toteż  z 
otwartymi  oczami  i  uszami  słuchałem  przedziwnych  historii  opowiadanych  przez  starych 
myśliwych i wierzyłem  we wszystko bez zastrzeżeń. Niektóre opowieści  zatrącały o sprawy 
nadprzyrodzone. Myśliwi wierzyli, że ktoś może zaczarować ich strzelby tak, aby nie można 
było z nich zabić bizona nawet z odległości ramienia. Zabobon ten przejęli od Indian, którzy 
często przypuszczają, że biali ludzie rzucili urok na ich strzelby. Miller również wierzył w ten 
zabobon i nieraz twierdził, że ktoś zaczarował mu fuzję, miałem jednak częstokroć wrażenie, 
że  usiłuje  po  prostu  w  ten  sposób  wytłumaczyć  się  z  chybionego  strzału.  Jeżeli  myśliwy 
potężnie spudłował, pytał: „Kto ostatni strzelał z tej broni?” — dając do zrozumienia, że ktoś 
rzucił  na  nią  urok.  Najpewniejszym  sposobem  odczarowania  broni  było  wystrzelenie  z  niej 
srebrnej kuli. 

Z  nadejściem  wiosny  mieliśmy  już  zazwyczaj  pokaźne  ilości  solonego,  suszonego  i 

wędzonego  mięsa  niedźwiedziego  i  dziczyzny  oraz  wiele  paczek  skór.  Wówczas  z  dalekich 
terenów  łowieckich  staraliśmy  się  czym  prędzej  wrócić  do  domu,  przewożąc  trofea  czasem 
łodziami po rzekach, czasem na koniach drogą lądową, a dla uczczenia naszego powrotu urzą-
dzano uczty i tańce zgodnie z tradycją mieszkańców lasów. Dałem panu jakie takie pojęcie o 
naszych łowach, teraz spróbuję naszkicować nasze zabawy. 

Pewnego razu, po powrocie z zimowych łowów  w okolicy Green River,  otrzymaliśmy 

wiadomość,  że  na  powitanie  myśliwych  ma  się  odbyć  wielka  zabawa  u  Boba  Mosely.  Ów 
Bob  Mosely  był  w  okolicy  postacią  bardzo  popularną.  Choć  mierny  myśliwy,  a  na  dobitkę 
człek  dość  leniwy,  umiał  grać  na  skrzypcach,  co  wystarczyło,  aby  uczynić  z  niego  ważną 
figurę. W promieniu stu mil nie było nikogo, kto by umiał grać na skrzypcach, toteż bez Boba 
Mosely mowy być nie mogło o prawdziwej zabawie. Myśliwi tedy zawsze gotowi byli oddać 
mu  część  upolowanej  zdobyczy  w  zamian  za  jego  grę,  Bob  zaś  gotów  był  zawsze  urządzić 
wielki  jubel,  ilekroć  jakaś  partia  wracała  z  wyprawy  myśliwskiej.  Niniejszy  bal  miał  odbyć 
się u Boba Mosely w jego własnym domu, który stał w Pigeon Roost, nad rozwidleniem rzeki 
Muddy, odnogi Rough Creek, która to rzeka jest z kolei odnogą Green River. 

Wszyscy cieszyli się ogromnie z perspektywy zabawy u Boba Mosely, a ponieważ miał 

się  tam  zebrać  kwiat  okolicy,  uznałem,  że  muszę  na  tę  okazję  doprowadzić  swój  wygląd  do 
porządku. Mój skórzany strój myśliwski — jedyny, jaki miałem — był wprawdzie dość zni-
szczony i w znacznym stopniu polakierowany krwią i tłuszczem, znałem już wszakże myśli-
wskie sposoby. Wsiadłem do pirogi i, powiosłowałem do pewnego miejsca na brzegu Green 
River, gdzie był piasek i glina mogąca służyć za mydło. Tam zdjąwszy ubranie, szorowałem 
je i czyściłem tak długo, aż uznałem, że wygląda bardzo dobrze. Umieściłem je wówczas na 
kiju i wywiesiłem z pirogi do suszenia, sam zaś rozciągnąłem się bardzo wygodnie na zielo-
nym  brzegu  rzeki.  Na  nieszczęście  nagły  podmuch  wiatru  uderzył  w  pirogę,  przechylił  kij, 
ubranie moje spadło na dno rzeki i nigdy go więcej nie widziałem. Zostałem niemal tak, jak 
mnie Pan Bóg stworzył. Udało mi się jakoś sporządzić z niewyprawionych skór coś w rodzaju 
stroju  Robinsona  Kruzoe,  dzięki  czemu  mogłem  wrócić  do  domu,  nie  obrażając  moralności, 
ale marzenie o wesołej zabawie i elegancji prysło; no bo jak mogłem myśleć o wystąpieniu w 
wielkim świecie Pigeon Roost wystrojony jak dzikus? 

background image

Stary Miller, który naprawdę zaczynał się już mną chlubić, bardzo się stropił, kiedy się 

dowiedział, że nie zamierzam pojechać do Boba Mosely; ale gdy mu opowiedziałem o swoim 
nieszczęśliwym wypadku i wyznałem, że nie mam ubrania, zawołał: 

—  Przebóg,  pojedziesz,  powiadam  ci,  i  będziesz  tam  najlepiej  ubrany  i  na  najlepszym 

wierzchowcu! 

Zabrał  się  od  razu  do  pracy,  skrajał  i  uszył  z  wyprawionej  skóry  jeleniej  bluzę  myśli-

wską z pięknymi frędzlami na ramionach i z tej samej skóry spodnie przybrane frędzlami od 
bioder  aż  do  pięt.  Potem  zrobił  mi  zawadiacki  kapelusz  z  futra  szopa  ozdobiony  puszystym 
ogonem, posadził mnie na swego najlepszego konia i mogę powiedzieć bez przechwałek, że 
byłem jednym z najelegantszych uczestników owej zabawy. 

Zabawa zresztą, musi pan wiedzieć, była naprawdę wspaniała. Dom Boba Mosely był to 

wcale  duży  barak  z  kory  drzewnej  kryty  dachem  z  desek,  a  zebrali  się  tam  wszyscy  młodzi 
myśliwi  i  ładne  dziewczęta  z  okolicy  na  wiele  mil  wokoło.  Młodzieńcy  byli  w  najlepszych 
swoich  strojach  myśliwskich,  ale  żaden  strój  nie  mógł  się  równać  z  moim,  a  moja  futrzana 
czapeczka z powiewającą kitą budziła powszechny podziw. Dziewczęta ubrane były przewa-
żnie w suknie ze skóry jeleniej, w lasach bowiem nie uprawiano jeszcze przędzenia ani tkania 
i nie odczuwano żadnej tego potrzeby. Nie widziałem nigdy dziewcząt, które wydawałyby mi 
się piękniej ubrane, a byłem poniekąd arbitrem w tej dziedzinie, boć napatrzyłem się wytwor-
nych  i  modnych  strojów  w  Richmond.  Obiad  był  suty,  a  na  dodatek  bardzo  wesoły,  gdyż 
obecny  był  na  nim  Jemmy  Kiel,  sławny  łowca  szopów,  ponadto  Bob  Tarleton,  Wesley 
Pigman, Joe Taylor i kilku innych pierwszorzędnych chłopaków, skorych do żartów i figlów. 
Huczno więc było w domu Boba Mosely, a śmiech rozlegał się tak głośny, że pewno słychać 
go było o milę. 

Po  obiedzie  rozpoczęliśmy  tańce  i  tańczyliśmy  w  najlepsze,  gdy  około  trzeciej  po 

południu przybyli nowi goście — dwie córki starego Szymona Schultza, młode damy mające 
skłonność  do  modnych  strojów  i  późnego  przychodzenia.  Przybycie  ich  omal  nie  położyło 
kresu wesołości. Muszę teraz zrobić małą dygresję, żeby wyjaśnić panu, jak to się stało. 

Stary Schultz, ojciec dziewcząt, pewnego dnia szukając w zaroślach trzciny swego by-

dła, natrafił na końskie ślady. Wiedział, że nie są to ślady jego koni i że nikt z jego sąsiadów 
nie  wypędza  koni  w  te  miejsca.  Musiały  to  więc  być  konie  zbłąkane  albo  też  należące  do 
podróżnego, który najwidoczniej zabłądził, ponieważ ślad nie prowadził w kierunku żadnego 
osiedla. Schultz poszedł tym śladem i po pewnym czasie natknął się na kramarza wędrowne-
go wraz z jego dwoma czy trzema jucznymi końmi. Nieszczęsny kramarz, oszołomiony mno-
gością splątanych ścieżek bydlęcych, zgubił drogę, błąkał się przez kilka dni po lasach i zaro-
ślach trzcinowych i był już bliski wycieńczenia z głodu. 

Stary Schultz zabrał go do swego domu, żywił sarniną, mięsem niedźwiedzim, plackami 

z mąki kukurydzianej i w ciągu tygodnia przywrócił mu siły i zdrowie.  Kramarz nie znalazł 
dość  słów  na  wyrażenie  wdzięczności,  a  gdy  miał  już  odjeżdżać,  zapytał,  ile  ma  zapłacić. 
Stary Schultz ze zdumienia cofnął się o krok. 

— Przybyszu — rzekł — udzieliłem ci gościny pod swoim dachem. Nie dawałem ci nic 

prócz mięsa dzikiej zwierzyny i placków z mąki kukurydzianej, bo nie miałem nic lepszego, 
ale  rad  byłem  z  twego  towarzystwa.  Będzie  mi  miło,  jeśli  zostaniesz  u  mnie,  jak  długo  ze-
chcesz,  ale  dalipan!  —  ten,  kto  proponuje  Szymonowi  Schultzowi zapłatę  za  jedzenie,  znie-
waża go! — Z tymi słowy odszedł, mocno zagniewany. 

Kramarz pełen był podziwu dla gościnności gospodarza, ale sumienie nie pozwalało mu 

odjechać  nie  wywdzięczywszy  się  w  jakikolwiek  sposób.  Szymon  miał  dwie  córki,  dwie 
krzepkie, rudowłose dziewuchy. Kramarz otworzył juki i roztoczył przed pannami bogactwa, 
o jakich nigdy się im nie śniło, gdyż w tych stronach nie było jeszcze podówczas sklepów z 
ich  tanimi  błyskotkami  i  świecidełkami,  a  kramarz  był  pierwszym  przedstawicielem  handlu, 
który zawędrował na to bezludzie. Olśnione dziewczyny nie wiedziały z początku, co wybrać, 

background image

najbardziej jednak wpadły im w oko dwa lusterka wielkości mniej więcej dolarowej monety, 
oprawne  w  pozłacaną  cynę.  Nigdy  w  życiu  jeszcze  nie  oglądały  nic  podobnego,  nie  znały 
bowiem  innego  zwierciadła  jak  wiadro  wody.  Kramarz  ofiarował  im  te  klejnoty  bez  chwili 
wahania,  ba,  zawiesił  im  je  dwornie  na  szyi  na  czerwonych  wstążkach,  niemal  równie  pię-
knych jak same lusterka. Uczyniwszy to, odjechał, one zaś pozostały kompletnie oszołomio-
ne, niczym księżniczki z bajki, które otrzymały od czarodzieja dar posiadający siłę magiczną. 

Właśnie  z  tymi  lusterkami  na  czerwonych  wstążkach,  zawieszonymi  na  szyi  w  chara-

kterze  medalionów,  córki  starego  Schultza  wkroczyły  o  trzeciej  po  południu  na  zabawę  do 
domu Boba Mosely w Pigeon Roost przy rozwidleniu rzeki Muddy. 

Tam  do  licha,  to  była  sensacja!  Nic  podobnego  nigdy  w  Kentucky  nie  oglądano.  Bob 

Tarleton, olbrzym z głową jak koło młyńskie i z miną wieprza w sadzie jabłecznym, podszedł, 
chwycił lusterko jednej z sióstr, patrzał w nie chwilę, a potem zawołał: 

— Joe Taylor, chodź tutaj! Chodź tutaj! Jak babcię kocham, Patty Schultz ma medalion, 

w którym możesz zobaczyć swoją twarz tak wyraźnie jak w najczystszym źródle! 

Wszyscy  młodzi  myśliwi  w  mgnieniu  oka  otoczyli  córki  starego  Schultza.  Tylko  ja, 

wiedząc,  co  to  jest  lustro,  nie  poruszyłem  się  z  miejsca.  Niektóre  siedzące  w  moim  pobliżu 
dziewczęta  poczuły  się  okropnie  dotknięte,  że  je  tak  porzucono.  Słyszałem,  jak  Peggy  Pugh 
powiedziała do Sally Pigman: 

— Całe szczęście, że Schultzówny włożyły te cacka, bo to pierwszy raz młodzi ludzie 

tak je oblegają! 

Zorientowałem  się  od  razu  w  niebezpieczeństwie.  Stanowiliśmy  małą,  zżytą  społe-

czność i nie wolno było dopuścić, aby jakieś kłótnie zmąciły powszechną życzliwość. Podsze-
dłem więc do dziewcząt i szepnąłem do jednej z nich: 

— Polly, te medaliony są cudowne i do twarzy wam w nich wprost nadzwyczajnie, ale 

czy nie uważacie, że tutejsi ludzie jeszcze nie dorośli do takich rzeczy? My się na tym znamy, 
ale  oni  nie.  Takie  piękne  ozdoby  można  nosić  w  starych  osadach,  ale  do  Pigeon  Roost  nad 
rzeką  Muddy  nie  pasują.  Lepiej  byście  je  na  razie  schowały,  bo  nie  będziemy  mieli  chwili 
spokoju. 

Polly  i  jej  siostra  na  szczęście  zrozumiały  swój  błąd.  Zdjęły  medaliony,  schowały  je  i 

harmonia  została  przywrócona,  w  przeciwnym  bowiem  razie  nasza  społeczność  rozpadłaby 
się,  jestem  o  tym  przekonany.  Zresztą  mimo  wielkiego  poświęcenia,  na  jakie  się  zdobyły, 
córki  starego  Schultza  nie  cieszyły  się  już  nigdy  szczególną  popularnością  wśród  młodych 
niewiast. 

Takie były okoliczności, w których mieszkańcy dorzecza Green River po raz pierwszy 

widzieli lusterka. 

Mieszkałem już dość długo u starego Millera i stałem się wcale wytrawnym myśliwym. 

Zwierzyny  jednak  zaczęło  ubywać.  Bizony  jakby  się  zmówiły,  zebrały  się  w  wielkie  stada  i 
przeprawiły na drugą stronę Missisipi, aby nigdy już nie powrócić. Do kraju napływało coraz 
więcej  obcych  przybyszów,  którzy  karczowali  lasy  i  budowali  się  wszędzie,  gdzie  się  dało. 
Myśliwych  ogarnął  niepokój.  Jemmy  Kiel,  ten  sam,  o  którym  już  wspominałem  dla  jego 
zręczności w łowieniu szopów, odwiedził mnie pewnego dnia. 

— Nie zniosę tego dłużej — powiedział — robi nam się tu za ciasno. Szymon Schultz 

tak się rozpycha, że nie mogę żyć spokojnie. 

—  Co  ty  wygadujesz!  —  odparłem.  —  Szymon  Schultz  mieszka  o  dwanaście  mil  od 

ciebie. 

— Wszystko jedno. Jego bydło miesza się z moim, a nie mam zamiaru  mieszkać tam, 

gdzie  obce  bydło  może  mieszać  się  z  moim.  To  za  bliskie  sąsiedztwo,  mnie  potrzeba  prze-
strzeni. Ten kraj poza tym robi się za biedny, zwierzyny brak, więc kilku z nas postanowiło 
pójść za bizonami do Missouri i chcielibyśmy, żebyś się do nas przyłączył. 

Inni  znajomi  myśliwi  mówili  podobnie.  Zacząłem  się  zastanawiać,  ale  im  dłużej  się 

background image

zastanawiałem, w tym większej byłem rozterce. Nie miałem się kogo poradzić; stary Miller i 
jego  towarzysze  znali  jeden  tylko  rodzaj  życia,  ja  zaś  nie  miałem  wprawdzie  doświadczenia 
innych, miałem jednak szersze horyzonty myślowe. Gdym polował w pojedynkę, zapomina-
łem często o łowach, lecz godzinami całymi potrafiłem ze strzelbą w ręku siedzieć na obalo-
nym  pniu  drzewnym,  zagłębiony  w  rozmyślaniach  i  debatując  sam  ze  sobą:  „Mamże  iść  z 
Jemmy'm Kielem i jego kompanią czy pozostać tutaj? Jeżeli tu zostanę, nie będzie już wkró-
tce  na  co  polować.  Ale  czyż  mam  być  przez  całe  życie  myśliwym?  Czy  nie  nadaję  się  do 
niczego  innego,  jak  dzień  po  dniu  ze  strzelbą  przez  ramię  uganiać  się  za  niedźwiedziami, 
jeleniami i inną zwierzyną?” Próżność podpowiadała mi, że owszem, nadaję się do lepszych 
rzeczy,  przypominałem  sobie  też  rzuconą  siostrze  dziecinną  przechwałkę,  iż  nie  powrócę 
nigdy do domu, chyba że jako członek Kongresu z ramienia Kentucky — ale czy to właściwa 
droga do takiego stanowiska? 

Przeróżne  plany  rodziły  się  w  mej  głowie,  ale  porzucałem  je  natychmiast  niemal,  gdy 

się  ukształtowały.  W  końcu  postanowiłem,  że  zostanę  prawnikiem.  Co  prawda  wiedzy  nie 
miałem prawie żadnej, bo rzuciłem szkołę, ledwie wyszedłszy poza regułę trzech. „Nic to — 
powiedziałem sobie rezolutnie — gdy sobie raz coś postanowię, jestem piekielnie wytrwały, a 
jeżeli człowiek przeciętnych zdolności zabierze się do pracy wkładając w nią duszę i serce i 
jeśli w tej pracy wytrwa, zdoła osiągnąć niemal wszystko”. Ta maksyma, która była mi głó-
wną podporą przez całe życie, umocniła mnie w zamiarze rozpoczęcia studiów prawniczych. 
Ale  jak  miałem  się  do  tego  zabrać?  Musiałem  porzucić  leśne  życie  i  udać  się  do  któregoś  z 
miast, gdzie mógłbym studiować i uczęszczać do sądów. Wymagało to odpowiednich fundu-
szów. Zbadałem stan moich finansów. Sakiewka, którą dał mi ojciec, leżała nietknięta na dnie 
starej  skrzyni  na  strychu,  gdyż  pieniądze  w  tych  stronach  rzadko  bywały  potrzebne.  Skóry 
zdobyte  na  łowach  wymieniłem  na  konia  i  różne  inne  rzeczy,  za  które  w  razie  potrzeby 
mogłem  teraz  dostać  gotówkę.  Doszedłem  do  wniosku,  że  jakoś  się  utrzymam  aż  do  czasu, 
gdy zdam egzamin adwokacki. 

Powiadomiłem  o  tym  planie  swego  zacnego  gospodarza  i  opiekuna,  starego  Millera. 

Potrząsnął głową, bolejąc nad tym, że odwracam się od lasów, gdy jestem przecież na dobrej 
drodze do zostania pierwszorzędnym łowcą, nie starał się jednak odwieść mnie od powziętego 
postanowienia.  We  wrześniu  więc  wyruszyłem  konno  w  drogę,  zamierzając  odwiedzić 
Lexington, Frankfort i inne główne miasta w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, w którym 
mógłbym oddać się studiom. Wyboru dokonałem prędzej, aniżelim się spodziewał. Zatrzyma-
łem się pewnego wieczora w Bardstown i po zasięgnięciu informacji ustaliłem, że mogę mieć 
przyzwoite mieszkanie i wikt w domu prywatnym za półtora dolara tygodniowo. Miasto po-
dobało mi się, postanowiłem więc nie szukać nigdzie dalej. Nazajutrz rano zamierzałem tedy 
powrócić do domu i pożegnać się ostatecznie z leśnym życiem. 

Zjadłem  śniadanie  i  czekałem  na  swego  konia,  gdy  przechadzając  się  po  rynku, 

ujrzałem  siedzącą  przy  oknie  młodą  dziewczynę,  zapewne  przyjezdną.  Była  bardzo  ładna,  o 
kasztanowatych włosach i niebieskich oczach, a suknię miała białą. Nie widziałem podobnego 
zjawiska,  od  kiedy  opuściłem  Richmond,  w  owym  czasie  zaś  byłem  jeszcze  za  młody,  aby 
ulegać  zbytnio  wdziękom  niewieścim.  Panna  była  tak  delikatna  i  krucha,  tak  odmienna  od 
zdrowych,  rozrośniętych,  opalonych  dziewcząt  z  lasów,  a  przy  tym  ta  jej  biała  suknia  — 
olśniewające zjawisko! Nigdy chyba biedny młodzian nie został oczarowany tak nagle i znie-
nacka. Serce wyrywało  mi się ku niej, ale jak miałem ją zagadnąć? Zdziczałem w puszczy i 
zatraciłem  do  cna  grzeczne  obejście.  Gdyby  panna  była  podobna  do  Peggy  Pugh,  Sally 
Pigman  lub  którejkolwiek  innej  z  moich  wystrojonych  w  skóry  piękności  z  Pigeon  Roost, 
zbliżyłbym się do niej bez lęku, ba, gdyby nawet była tak piękna jak córki Schultza w swoich 
medalionach  z  lusterek,  nie  wahałbym  się  długo,  ale  ta  biała  suknia,  te  złotokasztanowate 
loczki,  niebieskie  oczy,  delikatny  wygląd  —  wszystko  to  fascynowało  mnie,  lecz  zarazem 
odbierało mi odwagę. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale pomyślałem sobie naraz, że ją 

background image

pocałuję! Potrzeba pewnie długiej znajomości, żeby uzyskać taką łaskę, być może jednak uda 
mi się zdobyć ją przez zwykłą kradzież. Nikt mnie tu nie zna, wejdę po prostu, skradnę cału-
sa, dosiądę konia i odjadę. Pannie nic się złego nie stanie, a ten całus — o! umrę, jeśli go nie 
zdobędę! 

Nie  pozwoliłem  myśli  tej  ostygnąć,  lecz  wszedłem  do  domu  i  wsunąłem  się  cicho  do 

pokoju.  Panna  siedziała  plecami  do  drzwi,  wyglądając  przez  okno,  i  nie  słyszała  mojego 
nadejścia. Zapukałem lekko w oparcie fotela, a gdy się odwróciła i podniosła na mnie wzrok, 
skradłem  najsłodszego  całusa  w  świecie  i  zniknąłem  w  mgnieniu  oka.  W  następnej  chwili 
galopowałem już konno w kierunku domu, a nawet czubki uszu pulsowały mi na myśl o tym, 
co zrobiłem. 

Po powrocie do domu sprzedałem konia i obróciłem wszystko w gotówkę. Po oblicze-

niu  okazało  się,  że  wraz  z  resztkami  ojcowskiej  sakiewki  mam  blisko  czterysta  dolarów  — 
kapitalik, którym postanowiłem gospodarować z najdalej idącą oszczędnością. 

Ciężko mi było rozstawać się ze starym Millerem, który był dla mnie jak ojciec, niema-

ło  mnie  też  kosztowało  zerwanie  z  wolnym,  niezależnym  życiem  leśnym,  jakie  dotychczas 
pędziłem, ale wytyczyłem już sobie drogę, a nie miałem zwyczaju cofać się ani zawracać. 

Pomaszerowałem  tedy  energicznie  do  Bardstown,  zająłem  umówiony  z  góry  pokój, 

zamknąłem się w nim i z całą gorliwością zabrałem się do nauki. Ale cóż za zadanie miałem 
przed  sobą!  Musiałem  uczyć  się  wszystkiego  od  podstaw,  nie  tylko  prawa,  ale  wszystkich 
elementarnych  gałęzi  wiedzy.  Czytałem  i  czytałem  przez  szesnaście  godzin  na  dobę,  ale  im 
więcej  czytałem,  tym  wyraźniej  zdawałem  sobie  sprawę  ze  swojej  ignorancji  i  wylewałem 
gorzkie łzy nad swoją nieudolnością. Zdawało się, że w miarę mojego posuwania się naprzód 
puszcza  wiedzy  rośnie  i  staje  się  coraz  gęstsza.  Każdy  zdobyty  szczyt  odsłaniał  tylko  nowe, 
szersze obszary do przebycia, które wprawiały mnie niemal w rozpacz. Stałem się mrukliwy, 
zamyślony, nietowarzyski, lecz uczyłem się nadal uparcie i nieustannie. Jedyną istotą, z którą 
od czasu do czasu rozmawiałem, był zacny gospodarz, u którego mieszkałem. Był to człowiek 
uczciwy i porządny, ale kompletny nieuk i sądzę, że lubiłby mnie znacznie bardziej, gdybym 
nie tracił tyle czasu na czytanie. Uważał, że w książkach nie ma nic prócz kłamstw i oszukań-
stwa, rzadko się też zdarzało, by zajrzał do której z nich i nie znalazł czegoś, co by go pobu-
dziło do gwałtownej irytacji. Nic nie potrafiło go wprawić w większą furię aniżeli twierdze-
nie,  że  ziemia  w  ciągu  każdych  dwudziestu  czterech  godzin  obraca  się  dokoła  swojej  osi. 
Przysięgał, że to obraza zdrowego rozsądku. „Przecież gdyby tak było — mówił — w studni 
rano nie byłoby ani kropli wody, a w mleczarni mleko przemieszałoby się ze śmietanką!” A 
to  gadanie  o  tym,  że  ziemia  obraca  się  dokoła  słońca!  „Skąd  oni  to  wzięli?  Od  przeszło 
trzydziestu lat widzę, jak słońce co rano wschodzi i co wieczór zachodzi. Niech mi tam nikt 
nie wmawia, że ziemia kręci się dokoła słońca!” 

Kiedy indziej znów wpadł w okropną złość, kiedy mu powiedziano, jaka jest odległość 

między słońcem a księżycem. „Skąd ktoś może wiedzieć, jaka to jest odległość? — wołał. — 
Kto  to  zmierzył?  Kto  niósł  łańcuch?  Dalibóg!  Specjalnie  tak  przy  mnie  gadają,  żeby  mnie 
zirytować. Że też trafiają się ludzie skądinąd rozsądni, którzy dają się nabrać na te oszukań-
stwa! Na przykład sędzia Broadnax, jeden z najlepszych prawników, jakich mamy! Czy to nie 
dziwne,  że  wierzy  w  takie  bzdury?  Ależ,  panie  dobrodzieju,  kilka  dni  temu  słyszałem,  jak 
mówił o odległości między słońcem a jakąś gwiazdą, którą nazywał Marsem! Musiał to wy-
czytać  w  jednej  z  tych  obrzydliwych  książek,  za  którymi  tak  przepada,  w  książce,  którą  na-
pisał jakiś bezczelny gałgan, co wiedział, że nikt nie przysięgnie, czy ta odległość jest mniej-
sza, czy większa”. 

Co do mnie, to odczuwając dotkliwie własne braki w rożnych dziedzinach wiedzy, nie 

śmiałem podważać jego przekonania, że słońce odbywa codziennie wędrówkę wokół ziemi, 
sądzę więc, że przeżył całe życie i umarł w tym przeświadczeniu. 

Mieszkałem już blisko rok w Bardstown, oddając się nauce i pędząc pustelnicze życie, 

background image

gdy pewnego razu idąc ulicą spotkałem dwie młode dziewczyny i w jednej z nich poznałem 
od  razu  małą  piękność,  którą  tak  zuchwale  pocałowałem.  Zaczerwieniła  się  aż  po  białka,  ja 
zresztą także, ale oboje minęliśmy się, nie zdradzając żadnym ruchem ani słowem, że się zna-
my. To nowe spotkanie wszakże przyprawiło mnie o jakieś dziwne sensacje w okolicy serca. 
Przez  kilka  dni  nie  mogłem  przestać  o  niej  myśleć.  Nieznajoma  przeszkadzała  mi  nawet  w 
nauce. Starałem się wmawiać sobie, że jest jeszcze dzieckiem, ale to się na nic nie zdało; pan-
na wypiękniała jeszcze i nabrała kobiecości, zresztą sam byłem przecież młodzikiem. Mimo 
to nie starałem się jej szukać ani nawet dowiedzieć się, kim jest, lecz powróciłem z uporem 
do książek. Stopniowo nieznajoma znikła z moich myśli, a jeśli nawet pojawiała się w nich od 
czasu do czasu, wprawiało mnie to tylko w jeszcze większe przygnębienie,  gdyż obawiałem 
się, iż mimo wszystkich wysiłków nie zdołam nigdy zdać egzaminu adwokackiego ani dojść 
do tego, by móc utrzymać żonę. 

Pewnego zimnego, wietrznego wieczora siedziałem w pokoju barowym oberży patrząc 

smętnie  w  ogień  i  snując  przykre  myśli,  gdy  naraz  zagadnął  mnie  ktoś,  kto  nie  zauważony 
przeze mnie wszedł do pokoju. Podniosłem wzrok i ujrzałem wysokiego i, jak mi się zdawało, 
nadętego jegomościa. Nieznajomy ubrany był w pantalony spięte klamrami, głowę miał upu-
drowaną, czarne pantofle pięknie wyczyszczone, słowem, reprezentował elegancję nie spoty-
kaną podówczas w naszych stronach. Rozzłościła mnie sama już okazałość jego postaci i sta-
teczność obejścia, toteż najeżyłem się, kiedy się do mnie zwrócił. Zapytał, czy nie nazywam 
się Ringwood. 

Zdumiało  mnie  to,  sądziłem  bowiem,  że  przebywam  tu  najzupełniej  incognito,  odpo-

wiedziałem jednak twierdząco. 

— Pańska rodzina, jeśli się nie mylę, mieszka w Richmond. 
Coraz mniej mi się to wszystko podobało. 
—  Tak,  mój  panie  —  odparłem  niechętnie  —  moja  rodzina  istotnie  mieszka  w  Rich-

mond. 

— A co, jeśli wolno zapytać, sprowadza pana w te strony? 
— Tam do licha, mój panie! — zawołałem, zrywając się na równe nogi. — Co to pana 

obchodzi? Jak pan śmie indagować mnie w taki sposób? 

Wejście  jakichś  nowych  osób  przeszkodziło  mu  w  odpowiedzi,  ja  wszakże  chodziłem 

ostentacyjnie tam i z powrotem po pokoju, dotknięty w swej godności człowieka dorosłego i 
niezależnego. Nadęty osobnik, który obudził mój gniew, wycofał się tymczasem bez słowa. 

Nazajutrz, gdy siedziałem w swoim pokoju, ktoś zapukał do drzwi i na  moje „proszę” 

wszedł  z  ceremonialną  dwornością  ów  nieznajomy  w  pudrowanej  fryzurze,  pantalonach  i 
lśniących butach i sprzączkach. 

Chłopięca moja duma znów stanęła pod bronią, lecz przybysz mnie uspokoił. Zachowu-

jąc oficjalne formy  grzecznościowe, był dla mnie mimo to pełen życzliwości i przyjaźni. Po 
krótkiej  rozmowie,  gdy  już  moja  zazdrosna  duma  przestała  się  burzyć,  rychło  wszystko  ze 
mnie wyciągnął. Był doświadczonym adwokatem mającym rozległą praktykę i zaproponował 
z  miejsca,  że  weźmie  mnie  do  siebie  i  będzie  kierował  moimi  studiami.  Oferta  zbyt  była 
ponętna i korzystna, abym mógł jej nie przyjąć. Od tej chwili sprawy moje przybrały obrót ku 
lepszemu.  Pod  właściwym  kierunkiem  mogłem  studiować  w  sposób  celowy  i  nie  marnując 
czasu.  Zawarłem  też  znajomość  z  miejscowymi  młodymi  ludźmi,  dążącymi  do  tego  samego 
celu co ja, i dodało mi otuchy, gdy się przekonałem, że w sporach z nimi potrafię im doskona-
le  dotrzymać  pola.  Założyliśmy  klub  dyskusyjny,  w  którym  wkrótce  stałem  się  znany  i  po-
pularny. Przystąpili do niego również utalentowani ludzie z innych zawodów, co urozmaiciło 
tematy naszych debat i rozszerzyło znacznie zasób moich wiadomości. Panie także przycho-
dziły czasem na nasze dyskusje, a to znów wpływało dodatnio na ton i maniery dyskutantów. 
Mój patron również mógłby zapewne wpływać na mnie korzystnie, abym wyzbył się szorst-
kości  nabytej  podczas  życia  myśliwskiego.  Niestety,  siłą  rzeczy  popychał  mnie  we  wręcz 

background image

odwrotnym  kierunku,  należał  bowiem  do  dawnej  szkoły,  cytował  przy  każdej  sposobności 
Chesterfielda * i mówił nieustannie o sir Karolu Grandisonie **, który był jego ideałem. Był 
to zresztą sir Karol Grandison w wydaniu prowincji Kentucky. 

Zawsze lubiłem towarzystwo kobiet. Jak dotychczas znałem wszakże tylko nieokrzesa-

ne córki myśliwych, panny zaś  w „miejskich strojach” i delikatnie wychowane onieśmielały 
mnie.  Ale  kilka  zamężnych  bardstońskich  dam,  które  słyszały  mnie  w  klubie  dyskusyjnym, 
uchwaliło, że jestem geniuszem, i podjęło się mojego wychowania. W ich rękach poczyniłem 
chyba rzeczywiście postępy, stałem się spokojny, gdy przedtem byłem nieśmiały lub mrukli-
wy, i swobodny, gdy przedtem byłem po prostu arogancki. 

Pewnego popołudnia, kiedy wybrałem się na herbatę do jednej z tych dam, zastałem u 

niej  ku  swemu  niemałemu  zmieszaniu  ową  błękitnooką  piękność,  której  tak  zuchwale  skra-
dłem całusa. Gospodyni przedstawiła mnie oficjalnie, lecz żadne z nas nie zdradziło się z po-
przednią  znajomością,  tyle  tylko,  żeśmy  się  znów  zaczerwienili  aż  po  białka  oczu.  Podczas 
przygotowań  do  podwieczorku  pani  domu  wyszła  z  pokoju,  aby  wydać  jakieś  dyspozycje,  i 
zostawiła nas samych. 

Nieba  najłaskawsze,  cóż  za  sytuacja!  Dałbym  cały  swój,  mizerny  zresztą  majątek,  aby 

znaleźć się w najbardziej niedostępnym gąszczu leśnym! Czułem, że powinienem koniecznie 
wytłumaczyć się jakoś z owego niesłychanego zuchwalstwa, lecz nie mogłem sklecić ani je-
dnej myśli, a tym mniej wypowiedzieć słowa. Położenie z chwili na chwilę stawało się coraz 
gorsze. Brała mnie ochota, żeby postąpić tak jak wówczas, kiedy skradłem pannie całusa — 
wybiec z pokoju i rzucić się do ucieczki — ale byłem przykuty do miejsca, w rzeczywistości 
bowiem z całej duszy pragnąłem zaskarbić sobie względy niebieskookiej. 

Wreszcie zebrałem się na odwagę widząc, że panna jest nie mniej zmieszana ode mnie, 

podszedłem do niej i zawołałem z determinacją: 

— Staram się cokolwiek wymyślić, cokolwiek pani powiedzieć, ale nie mogę! Czuję, że 

jestem w okropnych opałach. Niechże pani zlituje się nade mną i mi pomoże! 

Uśmiech ukazał dołeczki wokół jej ust i zaigrał wśród rumieńców na policzkach. Rzuci-

ła mi nieśmiałe, ale zarazem figlarne spojrzenie, świadczące o tym, że pamięta doskonale owo 
komiczne  zdarzenie;  wybuchnęliśmy  oboje  śmiechem  i  od  tej  chwili  wszystko  poszło  już 
doskonale. 

W kilka dni potem spotkałem ją na balu i skorzystałem z zawartej znajomości, żeby się 

jej przypomnieć. Wkrótce byłem w niej głęboko zakochany, rozpocząłem regularne konkury i 
zanim skończyłem dziewiętnaście lat życia, zaręczyłem się z nią. Oświadczyłem się o nią jej 
matce, czcigodnej wdowie, prosząc o zgodę. Matka zdawała się zastanawiać, na co ze zwykłą 
sobie  popędliwością  oznajmiłem,  że  wszelki  sprzeciw  jest  daremny,  bo  jeśli  tylko  jej  córka 
mnie zechce, poślubię ją choćby na przekór rodzinie i całemu światu. 

Roześmiała się i powiedziała, że mogę się nie turbować, nadmiernych sprzeciwów nie 

będzie. Zna moją rodzinę i wie wszystko o mnie. Jedyną przeszkodą jest okoliczność, że nie 
rozporządzam środkami na utrzymanie żony, ona zaś nie może dać córce żadnego posagu. 

Nie miało to znaczenia; w owej chwili przyszłość jaśniała przede mną blaskiem. Byłem 

pełen optymizmu. Nie lękałem się niczego, o niczym nie wątpiłem. Stanęło na tym, że będę 
kontynuował  studia,  uzyskam  patent  i  skoro  tylko  zdobędę  jaką  taką  praktykę,  weźmiemy 
ślub. 

Zabrałem  się  do  studiów  ze  zdwojonym  zapałem  i  pogrążyłem  się  po  uszy  w  prawie, 

gdy naraz dostałem list od ojca, który dowiedział się, gdzie jestem i co robię. Pochwalał moje 
plany, lecz jednocześnie radził, abym najpierw założył podwaliny wiedzy ogólnej,  i propono- 
 

  * Chesterfield Philip Dormer, Earl of Stanhope (1694—1773) — ang. mąż stanu i pisarz, ambasador w 

Holandii,  autor  ,,Sztuki  szczęśliwego  życia  w  społeczności”  stanowiącej  dokument  kosmopolitycznej  kultury 
obyczajowej i moralności XVIII w. 
   

** Sir Karol Grandison — bohater powieści Samuela Richardsona (1689—1761). 

background image

wał,  że  pokryje  koszty,  jeśli  wstąpię  do  szkoły.  Odczuwałem  brak  ogólnego  wykształcenia, 
toteż propozycja ta wprawiła mnie w wielką rozterkę. Zmuszała mnie wprawdzie do zbocze-
nia  z  samodzielnego  szlaku,  który  sobie  tak  dumnie,  a  raczej  tak  zarozumiale  wytyczyłem, 
lecz umożliwiała mi zarazem rozpoczęcie kariery adwokackiej w warunkach znacznie korzy-
stniejszych.  Omówiłem  sprawę  z  moją  śliczną  narzeczoną.  Stanęła  po  stronie  mojego  ojca  i 
przekonywała mnie tak bezinteresownie, a przy tym tak czule, że jeśli to było możliwe, poko-
chałem  ją  jeszcze  bardziej.  Zgodziłem  się  tedy,  acz  niechętnie,  pójść  na  parę  lat  do  szkoły, 
chociaż ślub nasz musiał przez to ulec odroczeniu. 

Zaledwie  powziąłem  to  postanowienie,  gdy  matka  mojej  narzeczonej  zachorowała  i 

umarła  pozostawiając  ją  bez  jakiejkolwiek  opieki.  Zdarzenie  to  znów  wpłynęło  na  zmianę 
moich planów. Sądziłem, że mogę dać ukochanej potrzebną opiekę. Zrezygnowałem z myśli o 
nauce w szkole; wmówiłem sobie, że pilnością i pracowitością nadrobię braki wykształcenia, 
i postanowiłem dostać patent możliwie jak najprędzej. 

Jeszcze  tej  samej  jesieni  przyjęto  mnie  do  adwokatury,  a  w  miesiąc  potem  odbył  się 

nasz  ślub.  Byliśmy  młodą  parą  —  ona  miała  niewiele  ponad  szesnaście  lat,  ja  niecałe  dwa-
dzieścia  —  a  oboje  bez  centa  przy  duszy.  Założyliśmy  też  ognisko  domowe  stosownie  do 
naszych funduszów: chatka z nie ociosanych bali z dwoma małymi pokojami; łóżko, stół, pół 
tuzina krzeseł, pół tuzina noży i widelców, pół tuzina łyżek — wszystko liczone na pół tuzina; 
trochę  fajansów  holenderskich,  wszystko  na  małą  skalę  —  byliśmy  bardzo  biedni,  ale  za  to 
jakże szczęśliwi! 

Od ślubu naszego upłynęło dopiero kilka dni, gdy wyznaczono sesję sądową w mieście 

powiatowym, odległym o jakieś dwadzieścia pięć mil. Powinienem był tam pojechać i rozpo-
cząć starania o praktykę, ale jak to miałem zrobić? Wydałem wszystkie pieniądze na założe-
nie gospodarstwa, poza tym trudno mi było rozstać się z żoną tak rychło po ślubie. Mimo to 
musiałem  jechać.  Trzeba  było  zarobić  trochę  pieniędzy,  w  przeciwnym  bowiem  razie  groził 
nam głód. Pożyczyłem tedy konia, pożyczyłem też trochę gotówki i odjechałem, a żona moja 
stała przy drzwiach i machała mi ręką. Była tak urocza, tak promienna, że widok ten stopił mi 
serce. Czułem, że gotów jestem dla niej skoczyć w ogień i wodę. 

Przybyłem do miasta powiatowego w chłodne popołudnie październikowe. W zajeździe 

było  tłoczno,  gdyż  sesja  miała  się  rozpocząć  nazajutrz.  Nie  miałem  nikogo  i  zastanawiałem 
się,  jak  ja,  obcy  w  tych  stronach  młodzik,  mam  dać  się  poznać  w  tym  tłumie  i  na  dobitkę 
zdobyć  jakichś  klientów.  Główna  sala  pełna  była  próżniaków,  którzy  ściągają  w  takich 
okazjach z całego powiatu. Popijano tu z wielkim hałasem, a tu i ówdzie wybuchały drobne 
sprzeczki. W chwili gdy wszedłem na salę, ujrzałem, jak potężny, barczysty chłop, mocno już 
podpity, uderzył jakiegoś staruszka. Następnie z wyzywającą miną przeszedł koło mnie potrą-
cając  mnie  w  przejściu  łokciem.  W  mgnieniu  oka  obaliłem  go  na  ziemię  i  kopniakiem  wy-
rzuciłem na ulicę. Trudno było o lepszą rekomendację. Za sekundę tuzin twardych rąk ściskał 
mi dłoń, tuzin schrypniętych głosów zapraszał mnie na kieliszek i przekonałem się ze zdumie-
niem, że jestem w tym niezbyt wytwornym zgromadzeniu wcale wybitną osobistością. 

Nazajutrz z rana rozpoczęła się sesja sądu. Zająłem miejsce wśród adwokatów, czułem 

się  jednak  po  prostu  widzem,  nie  miałem  bowiem  żadnej  sprawy  ani  jakichkolwiek  na  nią 
widoków  i  nie  wyobrażałem  sobie  nawet,  jak  można  zdobyć  klientów.  W  pewnej  chwili  na 
ławie oskarżonych znalazł się mężczyzna oskarżony o puszczanie w obieg fałszywych pienię-
dzy; zapytano  go, czy jest odpowiednio przygotowany do procesu. Odpowiedział przecząco. 
Przebywał  dotychczas  w  więzieniu,  w  mieście,  w  którym  nie  ma  adwokatów,  nie  miał  więc 
sposobności, aby uzyskać poradę prawną. Powiedziano mu, aby wybrał obrońcę spośród obe-
cnych  adwokatów  i  przygotował  się  do  rozprawy,  która  odbędzie  się  nazajutrz.  Mężczyzna 
rozejrzał  się  po  sali  i  wybrał  mnie.  We  mnie  jakby  piorun  uderzył.  Nie  mogłem  zrozumieć, 
czemu  dokonał  takiego  wyboru.  Że  też  wybrał  właśnie  gołowąsa,  nowicjusza,  człowieka  ni-
komu nie znanego! Miałem okropną tremę, ale jednocześnie byłem tak uradowany, że gotów 

background image

bym uściskać poczciwego łotrzyka. 

Przed opuszczeniem sądu oskarżony dał mi w charakterze zaliczki sakiewkę, zawierają-

cą sto dolarów. Nie wierzyłem własnym zmysłom, zdawało mi się, że to sen. Rozmiary hono-
rarium  nie  przemawiały  wprawdzie  za  jego  niewinnością,  ale  to  już  nie  do  mnie  należało. 
Miałem być obrońcą, nie zaś sędzią lub przysięgłym. Poszedłem za moim klientem do więzie-
nia  i  dowiedziałem  się  od  niego  wszystkich  szczegółów  sprawy,  następnie  udałem  się  do 
kancelarii sądowej i wziąłem stamtąd akt oskarżenia. Potem przeczytałem odpowiednie usta-
wy  i  w  swoim  pokoju  przygotowałem  obronę.  Wszystko  to  zajęło  mi  czas  aż  do  północy, 
kiedy to położyłem się do łóżka i próbowałem zasnąć. Na próżno! Nigdy w życiu jeszcze nie 
byłem mniej śpiący. Natłok myśli i obrazów roił się w moim mózgu; wizja złotego deszczu, 
który  spadł  na  mnie  tak  niespodziewanie,  wizja mojej  żony,  którą  miałem  wkrótce  zadziwić 
swoim  sukcesem!  Ale  znów  ta  okropna  odpowiedzialność,  jaką  wziąłem  na  siebie  —  mam 
przemawiać po raz pierwszy przed obcym sądem; oskarżony najwidoczniej spodziewa się po 
mnie Bóg wie czego; wszystkie te myśli i jeszcze moc innych wirowało mi w głowie. Przez 
calutką noc przewracałem się na posłaniu, lękając się, że będę rano wyczerpany i do niczego; 
słowem, gdy dzień zaświtał, byłem kompletnie rozbity! 

Wstałem rozgorączkowany i targany niepokojem. Przed śniadaniem wyszedłem na spa-

cer, pragnąc zebrać myśli i ukoić roztrzęsione nerwy. Był słoneczny poranek, powietrze czy-
ste i mroźne. Obmyłem czoło i ręce w pięknym, wartkim potoku, nie mogłem jednak ugasić 
trawiącej mnie gorączki. Powróciłem na śniadanie, lecz nie mogłem nic przełknąć. Jedna je-
dyna filiżanka kawy musiała mi starczyć za cały posiłek. Czas już był iść do sądu, poszedłem 
więc z bijącym sercem. Przypuszczam, że gdyby nie myśl o mojej małej żoneczce, czekającej 
samotnie w naszym skromnym domku, byłbym zwrócił mojemu klientowi jego sto dolarów i 
zrzekł  się  obrony.  Zająłem  miejsce,  niechybnie  wyglądając  bardziej  na  winowajcę  aniżeli 
huncwot, którego miałem bronić. 

Gdy nadeszła na mnie kolej, abym przemówił, serce we mnie zamarło. Wstałem zakło-

potany, przerażony i od razu na początku zacząłem się zacinać. Im dalej, tym szło mi gorzej, 
miałem  wrażenie,  że  staczam  się  po  stromej  pochyłości.  Wtem  oskarżyciel  publiczny,  czło-
wiek  nie  bez  zdolności,  lecz  nieco  szorstki,  rzucił  sarkastyczną  uwagę  na  temat  czegoś,  co 
powiedziałem.  Słowa  jego  podziałały  na  mnie  jak  iskra  elektryczna  i  sprawiły,  że  wszystkie 
żyły poczęły mi pulsować. Onieśmielenie znikło w mgnieniu oka. Przekorny mój duch stanął 
pod bronią. Odpowiedziałem niezwłocznie i zjadliwie, czułem bowiem, jak okrutny jest taki 
atak  wobec  nowicjusza  w  mojej  sytuacji.  Prokurator  bąknął  coś  na  kształt  przeprosin,  co  ze 
strony przeciwnika tak możnego było wielkim ustępstwem. Ponowiłem swoje argumenty, tym 
razem  błyskotliwie  i  bez  cienia  lęku;  przeprowadziłem  tryumfalnie  obronę  i  mojego  klienta 
uniewinniono. 

Z  tą  chwilą  kariera  moja  była  zrobiona.  Wszyscy  adwokaci  ciekawi  byli,  kim  jest  ten 

nowy obrońca, który tak nagle odznaczył się wśród nich, toteż zaraz po zakończeniu sprawy 
zaczęli  wypytywać  o  mnie  prokuratora  generalnego.  Historia  mojego  debiutu  poprzedniego 
wieczora w oberży, gdzie powaliłem zabijakę na ziemię i kopniakami wyrzuciłem go na ulicę 
za to, że uderzył starca, krążyła pochlebnie dla mnie wyolbrzymiona. Nawet moją pozbawio-
ną zarostu twarz i młodzieńczy wygląd zaliczono widać na moją korzyść, gdyż ludzie darzyli 
mnie  zaufaniem  znacznie  większym,  aniżeli  na  to  zasługiwałem.  Oblegali  mnie  przygodni 
klienci,  jacy  trafiają  się  zawsze  podczas  prowincjonalnych  sesji  wyjazdowych.  Angażowano 
mnie  raz  po  raz  do  nowych  spraw  i  w  sobotę  wieczorem,  kiedy  sesja  była  zakończona  i 
zapłaciłem  rachunek  w  oberży,  okazało  się,  że  mam  sto  pięćdziesiąt  dolarów  w  srebrze, 
trzysta  dolarów  w  banknotach  oraz  konia,  którego  potem  sprzedałem  jeszcze  za  dwieście 
dolarów. 

Nigdy  chyba skąpiec nie cieszył się bardziej ze swoich skarbów.  Zamknąłem na klucz 

drzwi pokoju, usypałem na stole stos z pieniędzy, chodziłem wokół nich, siedziałem opierając 

background image

łokcie na stole, a brodę  na dłoniach i wpatrywałem się w nie. Czy myślałem o pieniądzach? 
Nie! Myślałem o mojej małej żoneczce, czekającej w domu. Nastąpiła jeszcze jedna bezsenna 
noc,  ale  cóż  to  była  za  noc  przecudnych  rojeń  i  wspaniałych  zamków  na  lodzie!  Ledwie 
zaświtał  ranek,  byłem  już  ubrany  i  dosiadłem  pożyczonego  konia,  na  którym  przyjechałem, 
drugiego zaś, otrzymanego w charakterze honorarium, prowadziłem za uzdę. Przez całą drogę 
rozkoszowałem się myślami o niespodziance, jaką sprawię mojej małej żonie, gdyż oboje nie 
spodziewaliśmy się niczego, przeciwnie, byliśmy pewni, że wydam wszystkie pożyczone pie-
niądze i wrócę do domu zadłużony. 

Przywitanie nasze było radosne, jak pan może sobie wyobrazić, postąpiłem jednak jak 

myśliwy indiański, który po powrocie z łowów nigdy od razu nie mówi o powodzeniu. Żona 
przygotowała dla mnie smaczny, choć skromny posiłek, a gdy się przy nim krzątała, ja usia-
dłem tymczasem w kącie przy staroświeckim biurku, zacząłem liczyć pieniądze i chować je. 
Żona podeszła do mnie, zanim skończyłem, i spytała, dla kogo zainkasowałem pieniądze. 

— Dla siebie oczywiście — odparłem udając zimną krew. — Zarobiłem je w sądzie. 
Przez  chwilę  patrzyła  na  mnie  z  niedowierzaniem.  Usiłowałem  zachować  powagę  i 

dalej  odgrywać  rolę  Indianina,  ale  nie  mogłem  dłużej.  Mięśnie  twarzy  zaczęły  mi  drgać, 
wezbrane uczucia przerwały tamę. 

Chwyciłem  żonę  w  ramiona,  śmiałem  się,  płakałem  i  tańczyłem  po  pokoju  jak  wariat. 

Od tej chwili nie odczuwaliśmy nigdy braku pieniędzy. 

Od  niedawna  stosunkowo  cieszyłem  się  wzięciem,  gdy  pewnego  dnia  odwiedził  mnie 

niespodziewanie  dawny  mój  patron  leśny,  stary  Miller.  Wieści  o  moim  powodzeniu  dotarły 
do niego, przeszedł więc pieszo sto pięćdziesiąt mil, żeby się ze mną zobaczyć. Do tego czasu 
zdążyłem już poczynić znaczne ulepszenia w domu, który stanowił teraz przytulne i wygodne 
gniazdko. Miller wodził zdziwionym okiem po przedmiotach jego zdaniem niepotrzebnych i 
zbytkownych, uznał jednak, że wobec zmiany mojej pozycji społecznej są one chyba na miej-
scu. Powiedział, że w końcu kto wie, może i dobrze zrobiłem. Wprawdzie  gdyby lasy nadal 
obfitowały w zwierzynę, byłoby z mojej strony szaleństwem porzucać życie myśliwskie, ale 
łowiectwo w Kentucky jest już na wykończeniu. Bizony wyniosły się do Missouri; łosi też już 
prawie nie ma; płowa zwierzyna trafia się coraz rzadziej, wystarczy jej może dla Millera, bo 
on się już starzeje, ale nie warto poświęcać jej życia. Miller mieszkał niegdyś na pograniczu 
Wirginii. Zwierzyna się tam przerzedziła, powędrował za nią do Kentucky, a teraz oto znów 
mu umyka, ale za stary już jest, żeby miał ją ścigać dalej. 

Pozostał u nas przez trzy  dni. Moja żona  robiła  wszystko,  co w jej mocy, aby czuł się 

jak najlepiej, pod koniec jednak trzeciego dnia oznajmił, że musi wracać do lasu. Męczy  go 
miasto i widok tylu ludzi naokoło. Powrócił więc do swej pustelni i do łowieckiego żywota. 
Obawiam  się  jednak,  że  nie  zakończył  go  w  szczęściu,  bo  —  jak  słyszałem  —  na  kilka  lat 
przed śmiercią ożenił się z Sukey Thomas, która mieszkała w White Oak Run. 
 
 
 
 

ZACZAROWANA WYSPA 

 
 

„Są  rzeczy  na  niebie  i  ziemi,  o  których  się  nie  śniło  filozofom”,  a  do  nich  należałoby 

zaliczyć ów dziw i tajemnicę mórz — Wyspę Św. Brandana. Ci, co czytali historię Kanarów, 
szczęśliwych  wysp  ludzi  starożytnych,  pamiętają  może  cuda,  opowiadane  o  tej  zagadkowej 
wyspie. Widziano ją czasem z wybrzeży kanaryjskich rysującą się wyraźnie na tle pogodnego 
nieba,  równie  zdawałoby  się  rzeczywistą  i  dotykalną  jak  one,  a  jeszcze  od  nich  piękniejszą. 
Wyruszały  tedy  z  Kanarów  ekspedycje,  aby  zbadać  tę  ziemię  obiecaną.  Przez  jakiś  czas  jej 

background image

pozłacane słońcem szczyty i długie, cieniste cyple były nadal wyraźnie widoczne, ale w miarę 
zbliżania  się  żeglarzy  szczyty  i  cyple  poczynały  blednąc,  aż  wreszcie  nie  pozostawało  nic 
prócz błękitu nieba w górze i ciemnego błękitu morza w dole. Stąd też starożytni kosmografo-
wie  nadali  tajemniczej  wyspie  miano  Aprosity,  czyli  Niedostępnej.  Niepowodzenia  licznych 
ekspedycji, wysyłanych na jej poszukiwania, zarówno w czasach dawnych jak i nowożytnych, 
sprawiły w końcu, że istnienie jej postawiono pod znakiem zapytania i uznano pochopnie, iż 
wyspa jest po prostu złudzeniem optycznym podobnie jak fatamorgana w Cieśninie Messyń-
skiej  lub  też  należy  do  owych  zmyślonych  regionów,  znanych  żeglarzom,  jak  Przylądek 
Znikający i wybrzeże Lądu Chmur. 

Nie  dopuśćmy  wszakże,  aby  wątpliwości  przemądrzałych  sceptyków  odebrały  nam 

wszystkie  owe  wspaniałe  tereny,  posiadane  niegdyś  przez  ludzi  szczęśliwych  w  swej  łatwo-
wierności. Bądź pewien, o czytelniku lekkiej wiary! — ty, dla którego trud jest mi radością — 
bądź pewien, że taka wyspa istnieje naprawdę, że ukazuje się od czasu do czasu oczom wy-
branych i pozwala, aby stopy ich po niej kroczyły. Historycy i filozofowie mogą sobie żywić 
wątpliwości,  ale  istnienie  jej  stwierdziło  niezbicie  natchnione  plemię  poetów,  co  obdarzeni 
swego rodzaju jasnowidzeniem, potrafią dostrzec tajemnice przyrody, ukryte przed wzrokiem 
ludzi  zwykłych.  Dla  tego  to  utalentowanego  plemienia  wyspa  jest  od  wieków  czymś  na 
kształt  krainy  cudów.  Tutaj  kwitł  niegdyś,  a  może  i  nadal  kwitnie  słynny  ogród  Hesperyd  z 
jego złotymi owocami.  Tutaj też czarodziejka Armida miała swój zaczarowany ogród,  gdzie 
trzymała  paladyna  chrześcijańskiego,  Rinalda,  w  rozkosznej,  lecz  niesławnej  niewoli,  opisa-
nej w nieśmiertelnym poemacie Tassa *. Na tej właśnie wyspie panował czarownik Sycorax, 
gdy  fale  wyrzuciły  na  jego  brzeg  dobrego  Prospera  i  jego  małą  córeczkę  Mirandę.  Któż  nie 
zna tej historii, opowiedzianej magicznym językiem Szekspira? Wyspa była podówczas: 
 

...pełna rozgłosów 
I słodkich pie
śni nigdy nie szkodzących... ** 

 

Wyspa  zresztą  znajdowała  się  w  różnych  okresach  we  władzy  różnych  potęg,  geniu-

szów ziemi, powietrza i oceanu, które obrały ją sobie za baśniową siedzibę. Tu schroniły się 
liczne  bóstwa  antyczne,  które  niegdyś  rządziły  światem  poetyckim,  wycofane  następnie  z 
obiegu i odarte ze wszystkich niemal atrybutów  władzy. Tutaj Neptun i  Amfitryta, królowie 
na wygnaniu, trzymają nadal swój podupadły dwór. Ich rydwan oceaniczny, wrak już niemal, 
poniewiera się dnem do góry w jakiejś grocie, zalewanej przez fale morskie; ich dychawiczne 
trytony  i  wynędzniałe  nereidy  wygrzewają  się  na  skałach  apatycznie  jak  foki.  Niekiedy  bó-
stwa te przybierają rzekomo pozór dawnego przepychu i suną uroczyście po ciepłym, letnim 
morzu,  a  wówczas,  jeśli  jakiś  smukły  statek  zdążający  do  Indii  leży  pod  bezwładnie  trzepo-
czącymi żaglami spętany ciszą morską, jego senna załoga słyszy niekiedy czarowne dźwięki 
muszli Trytona, przybierające na sile, gdy niewidzialny orszak przepływa za burtą. 

Na brzeg tej cudownej wyspy potwór Kraken *** dźwiga z wody swe cielsko i kołysząc 

się ciężko, odbywa długie spacery. Tu wąż morski, ów potężny płaz, na temat istnienia które-
go tyle się wciąż toczy sporów, leży zwinięty między jednym a drugim ukazaniem się oczom 
prawdziwie  wierzących.  Tutaj  nawet  Latający  Holender  znajduje  przytułek,  rzuca  kotwicę, 
zwija widmowe żagle i zażywa krótkiego odpoczynku po trudach wiecznej tułaczki. 

W  głębokich  zatokach  i  przystaniach  wyspy  stoi  wiele  zaczarowanych  statków,  które 

zrujnowani armatorzy od dawna uznali za stracone. Tutaj też załogi ich, dawno, dawno temu 
opłakane, śpią  poprzez  stulecia w omszałych grotach lub wałęsają się w stanie błogiej niepa- 
 

    * Tasso Torquato (1544—1595) — poeta  wioski, autor  poematu  „Jerozolima  wyzwolona”, sielanek i 

poezji lirycznych. 

  ** Cytat z „Burzy”, w przekładzie Leona Ulricha. 
*** Kraken — legendarny potwór morski, pojawiający się u wybrzeży norweskich. 

background image

mięci. Tu w pieczarach zgromadzone są bezcenne skarby, zatopione w oceanie. Tu na próżno 
ciskają  iskry  diamenty  i  tryskają  płomieniem  rubiny.  Tu  piętrzą  się  kosztowne  bele  jedwabi 
wschodnich, szkatułki pereł i (stosy sztab złota. 

Takie oto są niektóre tylko cuda, opowiadane o tej wyspie, szczegóły zaś te mogą rzucić 

światło na przytoczoną poniżej, a niezaprzeczenie prawdziwą opowieść, którą polecam bez-
względnej ufności czytelnika. 
 
 
 
 

ADALANTADO SIEDMIU MIAST 

 
 
LEGENDA O WYSPIE ŚW. BRANDANA ZAPISANA  
PRZEZ WASHINGTONA IRVINGA 
 

W  początkach  wieku  piętnastego,  kiedy  świetlanej  pamięci  książę  Henryk  Portugalski 

torował  energicznie  drogę  odkryciom  na  zachodnim  brzegu  Afryki,  a  świat  rozbrzmiewał 
opowieściami  o  złotodajnych  terenach  tego  lądu  i  o  nie  znanych  dotychczas  wyspach  na 
oceanie, do Lizbony przybył pewien stary, na pół obłąkany żeglarz, którego straszliwe burze 
zagnały były sam dobrze nie wiedział dokąd. Bredził on o jakiejś wyspie, na której wylądo-
wał, położonej daleko wśród odmętów, zamieszkałej przez chrześcijan i ozdobionej wspania-
łymi miastami. 

Ponieważ mieszkańcy, jak mówił, nigdy dotychczas nie widzieli statku, zebrali się tłu-

mnie  na  brzegu  i  patrzyli  na  marynarza  ze  zdumieniem.  Opowiedzieli  mu,  że  są  potomkami 
grupy  chrześcijan, którzy  uciekli z Hiszpanii, gdy  kraj ten podbili muzułmanie. Wypytywali 
ciekawie  o  swą  ojczyznę  i  zasmucili  się  bardzo,  słysząc,  że  muzułmanie  nadal  mają  w  swej 
władzy królestwo Grenady. Chcieli zaprowadzić starego żeglarza do kościoła, aby przekonać 
go o swej prawowierności, lecz ten, czy to z braku pobożności, czy też z braku wiary w ich 
słowa, wymówił się od zaproszenia i wolał powrócić na pokład swego statku. Został za to na-
leżycie ukarany. Wybuchła wściekła burza, zerwała statek z kotwicy, popędziła go na morze i 
żeglarz nie widział więcej nieznanej wyspy. 

Dziwna  ta  opowieść  wywołała  wielkie  poruszenie  w  Lizbonie  i  gdzie  indziej.  Ludzie 

obznajmieni z historią przypomnieli sobie pewną  dawną kronikę, zgodnie  z którą w czasach 
podboju  Hiszpanii,  w  ósmym  wieku,  gdy  obalano  święte  godła  krzyża  i  wznoszono  na  ich 
miejscu półksiężyce, a kościoły chrześcijańskie obracano w muzułmańskie meczety, siedmiu 
biskupów  na  czele  siedmiu  grup  pobożnych  wychodźców  opuściło  półwysep  i  ruszyło  na 
poszukiwanie jakiejś wyspy oceanicznej lub odległego lądu, gdzie można by założyć siedem 
chrześcijańskich miast i wyznawać bez przeszkód umiłowaną wiarę. 

Los świątobliwych wędrowców pozostał dotychczas zagadką, a dzieje ich zatarły się w 

pamięci  ludzkiej,  wszakże  opowiadanie  starego  żeglarza  przywróciło  rumieńce  zapomniane-
mu od dawna tematowi, a wszyscy ludzie pobożni i pełni entuzjazmu orzekli, iż przypadkiem 
odkryta wyspa jest właśnie owym przytuliskiem, do którego zaprowadziła biskupów czuwa-
jąca nad nimi Opatrzność i w którym umieścili swe owieczki. 

Ten najłatwiej się ekscytujący ze światów zawsze upatrzy sobie jakiś przedmiot chime-

rycznej aktywności; toteż „Wyspa Siedmiu Miast” obudziła teraz podobne zainteresowanie i 
tęsknotę wśród gorliwych chrześcijan, jak słynne miasto Timbuktu wśród poszukiwaczy przy-
gód  lub  Szlak  Północno-Zachodni  wśród  wytrawnych  żeglarzy,  a  ludzie  pobożni  modlili  się 
stale o to, by udało się odnaleźć rozproszone i zagubione odłamki rodziny chrześcijańskiej i 
przywrócić je na łono wielkiej chrześcijańskiej wspólnoty. 

background image

Nikt wszakże, jeśli chodzi o tę sprawę, nie przejawiał ani w połowie takiego zapału jak 

Don  Fernando  de  Ulmo,  młody  kawaler  wielce  żywego  i  romantycznego  usposobienia, 
cieszący się znaczną estymą na dworze portugalskim. Odziedziczył przed niedawnym czasem 
majątek i wyczerpał już wszystkie możliwości w zakresie przyjemności i rozrywek, gdy wła-
śnie owa przedziwna sprawa stała się tematem powszechnych rozmów i domniemań. Odtąd 
Wyspa Siedmiu Miast była wyłącznym przedmiotem jego myśli we dnie, a marzeń sennych w 
nocy,  ba,  rywalizowała  nawet  z  jego  namiętnością  do  pewnej  prześlicznej  panny,  jednej  z 
największych lizbońskich piękności, z którą był zaręczony. Wyobraźnia tak mu się w końcu 
rozpaliła, że postanowił własnym sumptem wyposażyć ekspedycję i pożeglować na poszuki-
wania tej świątobliwej wyspy. Nie mogła to być zbyt daleka podróż, zgodnie bowiem z obli-
czeniami zapędzonego tam przez burzę żeglarza wyspa powinna była znajdować się gdzieś na 
szerokości  Wysp  Kanaryjskich,  które  w  owym  czasie,  gdy  Nowy  Świat  nie  był  jeszcze 
odkryty, stanowiły granicę wypraw oceanicznych. Don Fernando zwrócił się tedy do korony o 
patronat  i  opiekę.  Ponieważ  był  faworytem  przy  dworze,  udzielono  mu  chętnie  zwykłego 
poparcia,  innymi  słowy  otrzymał  od  króla,  Don  Ioama  II,  pełnomocnictwo,  mianujące  go 
Adalantadem,  czyli  zarządcą  wojskowym  każdego  kraju,  jaki  uda  mu  się  odkryć,  wszakże  z 
tym jednym zastrzeżeniem, że ma ponieść wszystkie koszty odkrycia i wpłacić dziesiątą część 
zysków do skarbu królewskiego. 

Don Fernando wziął się teraz do dzieła z zapałem prawdziwego przedsiębiorcy-ryzyka-

nta. Akr po akrze sprzedawał dobrą ziemię, a otrzymaną gotówkę lokował w statkach, broni, 
amunicji  i  zapasach  żywności.  Zastawił  nawet  bez  skrupułów  swoją  siedzibę  rodową  w 
Lizbonie,  marzył  bowiem  o  pałacu  w  jednym  z  Siedmiu  Miast,  których  miał  być  Adalanta-
dem. Była to epoka romantyzmu żeglarskiego, gdy myśli wszystkich spekulantów-marzycieli 
zwracały  się  ku  oceanowi.  Plan  Don  Fernanda  przyciągał  tedy  wszelkiego  rodzaju  awantur-
ników.  Kupcy  obiecywali  sobie  nowe  ośrodki  ożywionego  handlu,  żołnierze  mieli  nadzieję, 
że złupią i splądrują któreś z tych Siedmiu Miast, a nawet opaśli mnisi otrząsali się z sennego 
lenistwa  klasztorów,  aby  wziąć  udział  w  wyprawie  krzyżowej,  rokującej  tak  wielkie  zwię-
kszenie stanu posiadania Kościoła. 

Jeden tylko człowiek spoglądał na cały ten projekt z wyniosłą pogardą i rosnącą wciąż 

niechęcią.  Był  to  Don  Ramiro  Alvarez,  ojciec  pięknej  Serafiny,  z  którą  Don  Fernando  był 
zaręczony. Należał on do owych zgryźliwych, oschłych starców, którzy przeciwni są zawsze 
wszystkiemu, co romantyczne a niepewne. Nie wierzył w Wyspę Siedmiu Miast, uważał pla-
nowaną wyprawę za wariacki pomysł, patrzał złym okiem na postępowanie przyszłego zięcia, 
wyprzedającego realne grunta dla jakichś tam terenów na księżycu, i przezywał go zjadliwie 
Adalantadem Krainy Niebieskich Migdałów. Ściśle biorąc, Don Ramiro nigdy nie był napra-
wdę zadowolony z zamierzonego związku, na który wyraził w końcu zgodę tylko pod wpły-
wem łez i zaklęć córki. Co prawda nie mógł wysunąć pod adresem młodzieńca żadnych kon-
kretnych zarzutów, gdyż Don Fernando zaiste reprezentował kwiat rycerstwa portugalskiego. 
Nikt nie zwyciężyłby go w turnieju ani w trafianiu kopią do pierścienia, nikt nie przewyższał 
go zręcznością i odwagą w walce byków, nikt nie potrafił układać wykwintniejszych madry-
gałów na cześć damy serca ani śpiewać ich piękniej przy akompaniamencie jej gitary, nikt też 
nie umiał tak mistrzowsko wybijać rytmu kastanietami ani tańczyć bolera z bardziej urzekają-
cym  wdziękiem.  Jednakże  wszystkie  te  chwalebne  zalety  i  talenty,  acz  wystarczyło  ich  aż 
nadto do zdobycia serca Serafiny, niczym były dla jej zaślepionego ojca. 

O Kupidynie, bożku miłości! Czemuż to ojcowie muszą być zawsze tak nierozsądni? 
Projektowane  małżeństwo  z  Serafiną  zdawało  się  z  początku  być  poważną  przeszkodą 

w urzeczywistnieniu wyprawy Don Fernanda i przez pewien czas stanowiło dla niego przed-
miot niemałej troski i rozterki. Kochał namiętnie pannę, lecz był równie namiętnie zaangażo-
wany  w  swe  romantyczne  przedsięwzięcie.  Jak  tu  pogodzić  obie  te  namiętne  skłonności? 
Wreszcie  jednak  natrafił  na  wyjście  proste  i  oczywiste  —  ożeni  się  z  Serafiną,  spędzi  z  nią 

background image

część  miesiąca  miodowego,  resztę  zaś  odłoży  do  swego  powrotu  po  odnalezieniu  Siedmiu 
Miast! 

Nieomieszkał  powiadomić  o  tym  wybornym  planie  Don  Ramira,  lecz  tu  od  dawna 

hamowany gniew starego rycerza wybuchnął zrywając wszystkie tamy. Don Ramiro zarzucił 
przyszłemu zięciowi, że daje się wodzić za nos podejrzanym wagabundom i bezczelnym krę-
taczom, że ścigając mrzonkę, trwoni realny majątek. Don Fernando był zbyt gorącym entuzja-
stą  swej  idei  i  zbyt  młodym  człowiekiem,  aby  wysłuchiwać  potulnie  tego  rodzaju  oskarżeń. 
Odparł  je  tedy  z  tak  zwanym  „szlachetnym  uniesieniem”.  Wynikła  zażarta  kłótnia;  Don 
Ramiro  oświadczył,  iż  Don  Fernando  jest  szaleńcem,  i  zabronił  mu  wszelkich  dalszych 
spotkań ze swoją córką, dopóki młodzian nie złoży dowodów odzyskania rozumu, porzucając 
wariackie  przedsięwzięcie,  Don  Fernando  zaś  wypadł  z  domu  Alvareza  bardziej  niż  kiedy-
kolwiek umocniony w swym zamiarze myślą o tryumfie, jaki odniesie nad siwobrodym nie-
dowiarkiem,  gdy  powróci  z  pomyślnej  wyprawy.  Serce  Don  Ramira  wypełnił  lęk.  „Kto  wie 
— myślał — czy ten obłąkany fantasta nie namówi mojej córki, żeby uciekła i dzieliła z nim 
tron w owym wyimaginowanym raju głupców? Gdybym tylko zdołał upilnować ją do chwili, 
kiedy jego okręty wypłyną już dość daleko na morze!”  

Udał się do jej apartamentów, odmalował jej w czarnych barwach lekkomyślny, niestały 

charakter ukochanego oraz znikomą wartość jego planów, nalegał też, aby unikała wszelkiej z 
nim  styczności,  dopóki  nie  ocknie  się  on  ze  swych  halucynacji.  Panna  schyliła  głowę  jak 
gdyby na znak zgody, na co stary rycerz z ojcowską tkliwością przycisnął ją do łona i poca-
łunkiem osuszył łzę, co skradała się po policzku, atoli wychodząc z pokoju, przekręcił cichu-
tko  klucz  w  zamku.  Był  wprawdzie  kochającym  ojcem  i  cenił  wysoko  posłuszeństwo  córki, 
ale jeszcze wyżej cenił wypróbowane zalety zamków i kluczy i postanowił zdać się na nie aż 
do  chwili,  gdy  karawele  pożeglują  w  dal.  Czy  elokwencja  ojca  zachwiała  w  jakimś  stopniu 
wiarą  panny  w  powodzenie  planów  ukochanego,  tego  podanie  nam  nie  zdradza,  pewne  jest 
wszelako,  iż  w  chwili  gdy  usłyszała  zgrzyt  klucza  przekręcanego  w  zamku,  uwierzyła  bez 
zastrzeżeń w istnienie Wyspy Siedmiu Miast. 

Drzwi  pokoju  panny  były  zamknięte,  lecz  duch  jej  był  wolny.  Okno  komnaty  wycho-

dziło na jeden z owych wspartych na żelaznych sztabach, kamiennych balkonów, co wystają 
na  podobieństwo  wielkich  klatek  z  portugalskich  i  hiszpańskich  domów.  Na  tym  balkonie 
piękna Serafina trzymała swoje ptaszki i kwiatki, tutaj siadywała podczas księżycowych nocy 
jak  w  altanie,  trącała  struny  gitary  i  śpiewała  niby  słowik,  którego  nie  ima  się  sen.  Dzięki 
temu też balkonowi kochankowie nawiązali teraz porozumienie, wobec którego bezsilne były 
zamki  i  klucze  Don  Ramira.  Fernando  przez  cały  dzień  zajęty  był  ekwipowaniem  swoich 
statków, lecz wieczór zastawał go na czarownej pogawędce pod oknem umiłowanej. 

Wreszcie  przygotowania  dobiegły  końca.  Dwie  piękne  karawele  stały  na  kotwicy  przy 

ujściu  Tagu  gotowe  do  wypłynięcia  o  świcie.  Późną  nocą  przy  bladym  świetle  gasnącego 
księżyca odbyło się pożegnanie kochanków. Piękna Serafina smutek miała w sercu i targały 
nią najgorsze przeczucia, kochanek jej natomiast pełen był nadziei i ufności. 

—  Tylko  parę  krótkich  miesięcy  —  mówił  —  a  powrócę  tryumfalnie  do  kraju.  Twój 

ojciec rumienić się wówczas będzie, że tak mi nie dowierzał, i otworzy na oścież drzwi swego 
domu przed Adalantadem Siedmiu Miast. 

Panna  potrząsnęła  smętnie  głową.  Nie  to  budziło  jej  obawy.  Wierzyła  niezłomnie  w 

istnienie Wyspy Siedmiu Miast i była tak pewna powodzenia wyprawy, że przyłączyłaby się 
do  niej  bez  wahania,  gdyby  balkon  nie  wisiał  tak  wysoko  nad  ziemią,  a  kraty  nie  były  tak 
mocne. Inne względy stanowiły przyczynę pełnego powątpiewania ruchu jej główki. Słyszała 
o tym, jak zdradzieckie są morza i niestali ci, co po nich żeglują. Czy Fernando nie napotka w 
innych  portach  zbyt  silnych  pokus?  Czy  jakaś  niezrównana  piękność  w  tym  czy  owym  z 
Siedmiu  Miast  nie  zatrze  w  jego  sercu  obrazu  Serafiny?  Wyznajmy  prawdę  —  piękna  Sera-
fina  miała  powody  do  niepokoju.  Jeśli  Don  Fernando  miał  jakąś  wadę,  była  nią  nadmierna 

background image

łatwość,  z  jaką  zapalał  się  od  byle  iskry  każdego  pięknego  oka  niewieściego.  Był  z  niego 
kawał pirata wśród płci pięknej na lądzie, czymże tedy zostać może na oceanie? 

Próbowała  dać  wyraz  swym  wątpliwościom,  ale  Fernando  żachnął  się  na  samą  myśl  o 

nich. Co! On miałby zdradzić Serafinę? Miałby schylić czoło przed ołtarzem innej piękności? 
Przenigdy! Klękał po wielekroć, bił się w piersi i wzywał srebrzysty księżyc na świadka swej 
szczerości i oddania. 

Odwzajemnił również wątpliwości. A czy sama Serafina nie zapomni o danym słowie? 

Czy  gdy  on,  Fernando,  będzie  walczył  na  morzu  z  żywiołami,  nie  zjawi  się  jakiś  bogatszy 
rywal i popierany przez ojca nie zdobędzie skarbu jej ręki? 

Piękna  Serafina  przesunęła  białe  ramiona  przez  żelazne  pręty  balkonu,  wzniosła  je  ku 

niebu  i  podobnie  jak  ukochany  wezwała  księżyc  na  świadka  swych  ślubów.  Niestety!  Jakże 
mało  Fernando  zna  jej  serce!  Im  bardziej  będzie  się  sprzeciwiał  ojciec,  tym  mocniej  będzie 
trwała przy danym słowie. Choćby lata upłynęły, Fernando po powrocie zastanie ją wierną i 
niezmienioną w uczuciach. Choćby nawet pochłonęło go słone morze (a na samą myśl o tym 
oczy  jej  roniły  słone  łzy),  nigdy  nie  zostanie  żoną  innego!  Nigdy,  nigdy,  NIGDY!  Zdjęła  z 
palca  pierścień  ozdobiony  rubinowym  sercem  i  rzuciła  go  z  balkonu  jako  rękojmię  wiernej 
miłości. 

I  tak  zakochani  rozstali  się  wśród  wielu  czułych  słów,  zaklęć  i  przysiąg.  Ale  czy  tych 

przysiąg  dotrzymają?  Precz,  wątpliwości!  Czyż  nie  wezwali  na  świadka  księżyca,  symbolu 
stałości? 

Wraz z jutrzenką karawele odcumowały z przystani i poprzez ujście Tagu wypłynęły na 

morze. Pożeglowały ku Wyspom Kanaryjskim, podówczas obszarom romantycznych odkryć 
tudzież  granicom  znanego  świata,  Kolumb  bowiem  nie  przebył  jeszcze  oceanu  na  swych 
zuchwałych  barkentynach.  Zaledwie  jednak  dotarły  do  owych  szerokości,  gdy  rozdzieliła  je 
gwałtowna burza. Przez wiele dni karawela Don Fernanda pędziła przed siebie zdana na łaskę 
żywiołów,  jakiekolwiek  kierowanie  statkiem  było  niemożliwe,  zagłada  zdawała  się  nieu-
chronna, a załoga popadła w ostateczną rozpacz. Naraz burza ucichła, ocean stał się gładki i 
spokojny, chmury, co przesłaniały oblicze nieba, rozproszyły się nagle i sterani burzą żeglarze 
ujrzeli piękną, górzystą wyspę, wyłaniającą się z posępnych mgieł jak gdyby za sprawą różdż-
ki czarodziejskiej. Przetarli oczy i przez dłuższą chwilę patrzyli niemal z niedowierzaniem, a 
jednak  przed  nimi  leżała  wyspa,  rozciągnięta  w  prześlicznych  krajobrazach,  a  tak  burzliwe 
jeszcze niedawno morze omywało jej brzegi spokojnymi, łagodnymi falami. 

Pilot karaweli zajrzał do swych map i wykresów, nie zanotowano jednak na nich, aby w 

tych  stronach  istniała  jakakolwiek  wyspa  podobna  do  tej;  co  prawda  pilot  stracił  orientację 
podczas  burzy,  ale  zgodnie  z  jego  obliczeniami  statek  nie  mógł  znajdować  się  daleko  od 
Wysp Kanaryjskich, a ta wyspa nie należała do ich grupy. Karawela stała teraz w absolutnej 
ciszy  morskiej  przy  ujściu  rzeki,  na  której  brzegach  w  odległości  jakiejś  mili  od  morza  roz-
postarło się wspaniałe miasto o wysokich, potężnych murach i strzelistych wieżach, chronione 
przez zamek obronny. 

Po pewnym czasie ujrzano, że z ujścia rzeki wyłania się okazała łódź na szesnaście wio-

seł, która zmierza w kierunku statku. Łódź była przedziwnie rzeźbiona i złocona, wioślarze w 
starodawnych  strojach  płynęli  wolno,  uroczyście,  pracując  lśniącymi,  czerwonymi  wiosłami 
w  takt  starej  śpiewki  hiszpańskiej.  Na  rufie,  pod  jedwabnym  baldachimem,  siedział  pięknie 
wystrojony  kawaler,  a  nad  głową  jego  powiewała  bandera  ozdobiona  świętym  emblematem 
krzyża. 

Gdy  łódź  zbliżyła  się  do  statku,  kawaler  wszedł  na  pokład.  Był  wysoki  i  chudy,  miał 

długie, hiszpańskie oblicze, wąsy zakręcone aż pod oczy i rozwidloną bródkę. Nosił rękawi-
czki  z  mankietami  sięgającymi  aż  do  łokci  i  długi  rapier  toledański  z  rękojeścią  w  kształcie 
koszyczka, w którym spoczywała chusteczka. Dumna jego i wyniosła mina zdradzała nieomy-
lnie hidalga. Wysuwając do przodu cienką nogę, zdjął wielkie sombrero i zamiatając piórami 

background image

pokład,  zwrócił  się  do  Don  Fernanda  w  dawnym  narzeczu  kastylijskim  i  ze  staroświecką 
kastylijską dwornością przywitał go na Wyspie Siedmiu Miast. 

Don Fernando osłupiał ze zdumienia. Czy to może być prawda? Czy rzeczywiście burza 

zagnała go właśnie na ten ląd, którego szukał? 

Tak jednak było istotnie. Akurat tego dnia mieszkańcy wyspy urządzali wielki festyn na 

pamiątkę ucieczki ich przodków spod panowania Maurów. Przybycie w takiej chwili karaweli 
uznano  za  dobry  omen,  za  spełnienie  starego  proroctwa,  zgodnie  z  którym  wyspa  miała  po-
wrócić do wielkiej społeczności chrześcijańskiej. Kawaler, którego Don Fernando miał przed 
sobą,  był  marszałkiem  dworu,  wysłanym  przez  alkada,  aby  zaprosić  go  na  uroczystości  do 
stolicy. 

Don  Fernando  nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że  to  wszystko  nie  jest  snem.  Wyjawił  swe 

imię i cel podróży. Marszałek dworu oznajmił, że wszystko zgadza się najzupełniej ze starym 
proroctwem  i  że  z  chwilą,  gdy  Don  Fernando  przedstawi  listy  uwierzytelniające,  uznany 
zostanie za Adalantada Siedmiu Miast. Tymczasem zmierzch zapada, łódź czeka, aby zawieźć 
Don Fernanda na ląd, a potem odwiezie go z powrotem. 

Pilot Don Fernanda, weteran mórz, odciągnął go na bok i przekonywał, aby nie polegał 

jedynie na słowie kawalera i nie udawał się obcą łodzią na nieznany ląd. 

— Kto wie, señor, co to za ląd i jacy ludzie go zamieszkują? 
Don Fernando nie dał się jednak odwieść od zamiaru. Czyż nie wierzył w istnienie wy-

spy, gdy cały świat o tym wątpił? Czy nie szukał jej na przekór burzom i wichrom, więc czy 
teraz ma uląc się jej brzegów przy cichej pogodzie? Słowem, czy wiara nie jest od początku 
kamieniem węgielnym jego przedsięwzięcia? 

Przywdziawszy  tedy  odświętne  szaty,  odpowiednie  do  uroczystej  chwili,  zajął  miejsce 

w łodzi. Marszałek dworu usadowił się naprzeciw niego. Wioślarze chwycili za wiosła, zain-
tonowali znów smętną starą śpiewkę i wspaniała, choć ciężka łódź ruszyła wolno po wodzie. 

Noc  zapadła,  nim  wpłynęli  do  rzeki.  Przepływali  teraz  obok  skał  i  cyplów,  z  których 

każdy strzeżony był przez własną wieżę. Z każdego posterunku odzywał się głos strażnika: 

— Kto jedzie? 
— Adalantado Siedmiu Miast. 
— Witamy, señor Adalantado. Droga wolna. 
Zawijając  do  przystani,  minęli  z  bliska  uzbrojoną  galerę  starodawnych  kształtów. 

Żołnierze z kuszami pełnili wartę na pokładzie. 

— Kto jedzie? 
— Adalantado Siedmiu Miast. 
— Witamy, señor Adalantado. Droga wolna. 
Przycumowali u stóp szerokich kamiennych schodów, wiodących w górę między dwie-

ma masywnymi basztami, i zapukali do bramy. Z barbakanu wyjrzał wartownik w staroświe-
ckim metalowym kasku. 

— Kto tam? 
— Adalantado Siedmiu Miast. 
— Witamy, señor Adalantado. 
Brama  rozwarła  się  ze  zgrzytem  zardzewiałych  zawiasów.  Don  Fernando  ze  swym 

towarzyszem przeszedł między dwoma rzędami wojowników w gotyckiej zbroi, dzierżących 
kusze, maczugi, berdysze i mających twarze równie staroświeckie jak ich zbroja. Na ulicach 
ujrzeli procesje odbywane przez pamięć lądowania siedmiu biskupów i ich wyznawców oraz 
ogniska, na których kukły niegodziwych Maurów odbywały przez swego rodzaju autodafé * 
pokutę za najazd na kraj chrześcijański. Otaczające ognisko  grupy nędznie ubranych, obdar-
tych ludzi przypominały  fantastyczne postacie,  wałęsające się po ulicach w okresie karnawa- 
 

* Autodafé — palenie żywcem na stosie kacerzy lub pism kacerskich. 

background image

łu. Nawet damy, co spoglądały z gotyckich balkonów, ozdobionych starymi gobelinami, przy-
wodziły  na  myśl  kukiełki  z  szopki  wigilijnej.  Wszystko,  słowem,  miało  na  sobie  piętno 
dawnych wieków, jak gdyby świat cofnął się nagle o kilka stuleci. Nie było w tym zresztą nic 
dziwnego. Czyż Wyspa Siedmiu Miast nie została odcięta od reszty świata przed kilkuset laty 
i czy oczy  Don  Fernanda nie oglądały teraz strojów i obyczajów  gotyckiej Hiszpanii, zanim 
podbili ją Maurowie? 

Po przybyciu do pałacu alkada marszałek dworu zapukał do wielkich drzwi. Odźwierny 

wyjrzał przez okienko i zapytał, kto tam. 

— Adalantado Siedmiu Miast. 
Drzwi rozwarły się na oścież. Marszałek dworu poprowadził gościa olbrzymimi, masy-

wnymi, marmurowymi schodami do sali recepcyjnej, gdzie znajdował się alkad wraz z kilko-
ma naczelnymi dostojnikami miasta. Wszyscy oni z rysów i kształtów podobni byli kubek w 
kubek do malowniczych postaci, zdobiących stare iluminowane manuskrypty. 

Marszałek dworu wystąpił naprzód i ogłosił imię i tytuł przyjezdnego  gościa oraz nie-

zwykły charakter jego misji. Oświadczenie to wszelako nie wywołało poruszenia ani zdumie-
nia, lecz zostało przyjęte jako od dawna oczekiwane spełnienie proroctwa. 

Przybyszowi zgotowano przyjęcie nadzwyczaj gościnne, choć utrzymane w tym samym 

stylu  pełnej  kurtuazji  powagi,  jaki  panował  tu  wszędzie.  Don  Fernando  chciał  przedstawić 
listy uwierzytelniające, lecz z propozycji tej uprzejmie nie skorzystano. Wieczór poświęcony 
jest  uroczystościom  świątecznym,  oświadczono,  ale  jutro,  gdy  Don  Fernando  zawinie  do 
portu swą karawelą, dzień poświęcony będzie sprawom stanu, listy uwierzytelniające zostaną 
oficjalnie przyjęte, on zaś sam obejmie urząd jako Adalantado Siedmiu Miast. 

Don  Fernanda  poprowadzono  teraz  przez  jedną  z  owych  nie  kończących  się  amfilad, 

chlubę  pałaców  hiszpańskich;  wszystkie  komnaty  umeblowane  były  w  stylu  archaicznej 
wspaniałości.  W  wielkim  salonie,  jarzącym  się  od  świeczek  woskowych,  zebrała  się  cała 
arystokracja  i  wykwint  miasta  —  okazałe  damy  i  kawalerowie,  stanowiący  dokładne  kopie 
postaci  na  gobelinach,  zdobiących  ściany.  Fernando  patrzał  z  niemym  podziwem.  Było  to 
odbicie dumnej arystokracji hiszpańskiej z czasów Roderyka Gota *. 

Uroczystość wieczorna również przebiegała w stylu poważnego, dawnego ceremoniału. 

Odbył się bal, ale zdawało się, że ktoś wprawił w ruch stary gobelin i wszystkie postacie suną 
w powolnym, statecznym rytmie. Jeden był tylko wyjątek i wyjątek ten podziałał potężnie na 
kochliwego Adalantada. Córka alkada — cóż za dojrzała, gorąca uroda! Strój jej wprawdzie, 
podobnie jak stroje jej sąsiadek, mógł być uszyty przed potopem, ale miała czarne andaluzyj-
skie  oczy,  których  spojrzenie  spod  długich,  czarnych  rzęs  posiada  wręcz  nieodpartą  moc. 
Ponadto jej głos, jej sposób bycia, jej płynne ruchy, wszystko to przywodziło na myśl Anda-
luzję i stanowiło dowód, że wdzięki niewieście mogą być przekazywane z pokolenia na poko-
lenie i z jednej szerokości geograficznej do drugiej, nie wychodząc ani na chwilę z mody. Ci, 
co znają potęgę uroków niewieścich w Andaluzji, owej najbardziej romantycznej części starej 
Hiszpanii,  mogą  wyobrazić  sobie  czar,  na  którego  działanie  wystawiony  był  Don  Fernando, 
tańcząc z jedną z jego najbardziej porywających przedstawicielek. 

Potem  siedział  przy  niej  na  bankiecie!  Cóż  za  archaiczna  uczta!  Jakie  starodawne,  nie 

spotykane już przysmaki! U szczytu stołu stał na złotym półmisku paw, ów poważny, uroczy-
sty  ptak,  upieczony  w  pełnym  upierzeniu.  Gdy  Don  Fernando  spoglądał  po  biesiadnikach, 
jakiż  widział  przedziwny  szereg  zabytkowych  głów  i  fryzur;  jakich  sztywnych,  brodatych 
dostojników  i  stateczne  damy  o  lokach  spiętrzonych  wysoko  i  przyozdobionych  wielkimi 
piórami! Czy można się dziwić, że z rozkoszą odwracał się od tych wykopaliskowych postaci 
ku córce alkada, co składała się cała z uśmiechów, dołeczków, palących spojrzeń i melodyj-
nych tonów głosu? Ponadto, chcę bowiem usprawiedliwić go na wszelkie sposoby, jakimi  
 

* Roderyk — ostatni wizygocki król hiszpański od 770—771, pokonany przez Maurów. 

background image

rozporządzam,  był  w  nastroju  wyjątkowego  podniecenia,  w  jakie  wprawiała  go  niezwykłość 
otoczenia,  spełnienie  wszystkich  jego  marzeń  i  nadziei  oraz  pociągane  częstokroć  hausty  z 
kielicha, co chwila napełnianego podczas uczty winem przez usłużnych paziów. 

Słowem  —  co  tu  ukrywać  —  nim  wieczór  minął,  Don  Fernando  zalecał  się  już  na 

całego  do  córki  alkada.  Niby  to  przypadkiem  wyszli  razem  na  zalany  księżycową  poświatą 
balkon  pałacowy  i  tam  pełen  galanterii  kawaler  czarował  jej  ucho  jedną  z  owych  pieśni 
miłosnych, które na podobnym balkonie zwykł śpiewać do pięknej Serafiny. 

Panna spuściła skromnie oczy. 
— Ach, señor, pochlebne to słowa, lecz wy, kawalerowie żeglujący po morzach, jeste-

ście niestali jak morskie fale. Jutro zasiądziesz uroczyście na tronie jako Adalantado Siedmiu 
Miast i nie pomyślisz więcej o córce alkada. 

Don  Fernando  w  upojeniu  chwili  przywołał  księżyc  na  świadka  swej  szczerości.  Gdy 

wzniósł rękę do przysięgi, cnotliwy księżyc rzucił swój promień na pierścień, który zalśnił na 
palcu młodziana. Panna dostrzegła błysk. 

— Señor Adalantado — powiedziała filuternie — nie pokładam zbyt wielkiej wiary w 

księżycu, ale daj mi ten pierścień na dowód prawdy twoich słów. 

Szarmancki  Adalantado,  zaskoczony,  nie  potrafił  odmówić  nagłemu  żądaniu;  nim  się 

zdążył zastanowić, pierścień pięknej Serafiny lśnił już na palcu córki alkada. 

W tej doniosłej chwili marszałek dworu zbliżył się z powagą i oznajmił, że łódź czeka, 

aby zawieźć Don Fernanda z powrotem na karawelę. Powstrzymam się od opisu ceremonia-
lnych  pożegnań  z  alkadem  i  jego  dostojnikami  oraz  czułego  rozstania  z  córką  alkada.  Don 
Fernando  zajął  miejsce  w  łodzi  naprzeciw  marszałka  dworu.  Wioślarze  robili  czerwonymi 
wiosłami równie wolno i uroczyście w takt tej samej smętnej starej śpiewki. Od natłoku wra-
żeń młodzieniec odczuwał zawrót głowy, a serce ściskało mu się niepokojem, gdy pomyślał o 
chwilowej  niewierności  wobec  pięknej  Serafiny.  Łódź  wypłynęła  na  morze,  lecz  karaweli 
nigdzie nie było widać, zapewne zniósł ją dalej wartki prąd rzeki. Wioślarze wciąż wiosłowa-
li, monotonny ich śpiew działał usypiaiaco. 

Przemożna  senność  ogarnęła  Don  Fernanda.  Zarysy  przedmiotów  rozpływały  mu  się 

przed oczami. 

Wioślarze przybrali dziwne kształty niby w marzeniu sennym. Marszałek dworu stawał 

się  coraz  większy,  coraz  wyższy.  Zdjął  swe  wielkie  sombrero  i  trzymał  je  nad  głową  Don 
Fernanda niby gasidło nad świeczką. Młodzieniec skulił się pod nim. Czuł, że zapada się we 
wgłębienie lichtarza. 

— Dobranoc, señor Adalantado Siedmiu Miast! — rzekł marszałek dworu. 
Sombrero opadło z wolna — Don Fernando zgasł! 
Jak długo pozostał w tym stanie, nie zdoła określić nikt ze śmiertelnych. Gdy powrócił 

do  przytomności,  znajdował  się  w  nieznanej  kabinie,  otoczony  nieznanymi  ludźmi.  Przetarł 
oczy  i  rozejrzał  się  z  przerażeniem  wokoło.  Gdzie  jest?  Na  pokładzie  statku  portugalskiego 
płynącego  do  Lizbony.  Jak  się  tu  znalazł?  Zdjęto  nieprzytomnego  z  wraka  dryfującego  po 
oceanie. 

Don  Fernando  był  coraz  bardziej  zmieszany  i  stropiony.  Przypomniał  sobie  dokładnie 

wszystko, co przytrafiło mu się na Wyspie Siedmiu Miast aż do chwili, gdy zgasiło go som-
brero marszałka dworu. Ale co było z nim potem? Co się stało z jego karawelą? Czy to na jej 
dryfującym wraku został znaleziony? 

Otaczający go ludzie nie mogli udzielić co do tego żadnych informacji. Błagał ich, aby 

zawieźli go na Wyspę Siedmiu Miast, która nie może być daleko, opowiedział im wszystko, 
co mu się przydarzyło, zapewniał, że musi tylko wylądować tam, aby uznano go za Atalanta-
da, a wówczas wynagrodzi ich hojnie za oddane usługi. 

Marynarze  potraktowali  jego  słowa  jako  gorączkowe  majaczenia  i  w  szczerej  trosce  o 

przywrócenie  mu  rozumu  zaaplikowali  tak  brutalne  środki  lecznicze,  że  wolał  porzucić  ten 

background image

temat i zachowywał przezorne milczenie. 

Wreszcie dopłynęli do rzeki Tag i rzucili kotwicę przy sławnym mieście Lizbonie. Don 

Fernando  zeskoczył  radośnie  na  ląd  i  pośpieszył  do  swej  siedziby  rodowej.  Drzwi  otworzył 
nieznajomy odźwierny,  który nie wiedział nic o  nim ani o jego  rodzinie; nikt tego nazwiska 
nie mieszkał w tym domu od wielu lat. 

Don Fernando pobiegł do domu Don Ramira. Zbliżył się do balkonu, pod którym poże-

gnał się z Serafiną. Czy go oczy mylą? Nie! Oto Serafina we własnej osobie wśród kwiatów 
na balkonie. Wzniósł ku niej ramio na z okrzykiem radości. Ona wszakże rzuciła mu spojrze-
nie pełne oburzenia, oddaliła się szybko i zamknęła za sobą drzwi z trzaskiem, który świad-
czył o irytacji. 

Czyżby dowiedziała się o jego flircie z córką alkada? Ależ była to tylko przelotna miło-

stka!  Chwila  rozmowy  rozproszy  wszelkie  wątpliwości  co  do  jego  stałych  i  niezmiennych 
uczuć. 

Zadzwonił do drzwi; gdy je odźwierny otworzył, popędził na górę, wbiegł do tak dobrze 

znanej  komnaty  i  rzucił  się  do  stóp  Serafiny.  Ona  cofnęła  się  przerażona  i  schroniła  się  w 
ramiona młodziutkiego kawalera. 

— Co ma znaczyć to wtargnięcie, señor? — zawołał ten ostatni. 
— Jakim prawem pan pyta? — spytał gniewnie Don Fernando. 
— Prawem narzeczonego! 
Don Fernando zbladł. 
— O Serafino! Serafino! — jęknął z bólem. — A więc taka jest twoja stałość? 
—  Serafina?  Co  to  znaczy,  señor!  Jeżeli  chodzi  panu  o  tu  obecną  damę,  na  imię  jej 

Maria. 

—  Mamże  nie  wierzyć  własnym  zmysłom?  Mam  nie  wierzyć  własnemu  sercu?  — 

zakrzyknął Don Fernando. — Nie jestże to Serafina Alvarez, oryginał tego tu portretu, który 
— mniej płochy od niej — nadal uśmiecha się do mnie ze ściany? 

— Matko Boska! — zawołała panna, podnosząc wzrok na portret. — On mówi o mojej 

prababce! 

Nastąpiły wyjaśnienia, jeśli można nazwać wyjaśnieniami coś, co wtrąciło nieszczęsne-

go Fernanda w dziesięciokrotnie większą rozterkę. Jeżeli miał wierzyć swym oczom, widział 
przed  sobą  umiłowaną  Serafinę,  jeżeli  miał  wierzyć  uszom,  były  to  tylko  jej  kształty  i  rysy, 
powtórzone w osobie jej prawnuczki. 

W głowie mu się kręciło. Odszukał urząd Ministerstwa Morskiego i złożył tam sprawo-

zdanie ze swojej wyprawy na Wyspę Siedmiu  Miast, którą tak szczęśliwie udało mu się od-
kryć.  Nikt  jednak  nic  nie  wiedział  o  takiej  wyprawie  ani  o  takiej  wyspie.  Don  Fernando 
oświadczył,  że  przedsięwziął  wyprawę  na  mocy  oficjalnej  umowy  z  kancelarią  królewską  i 
otrzymał formalne pełnomocnictwo, mianujące go Adalantadem. Sprawa tej wagi musiała być 
zaprotokołowana,  toteż  Don  Fernando  domagał  się  stanowczo,  aby  zbadano  księgi  departa-
mentu. Głośny spór przyciągnął w końcu uwagę starego, siwowłosego kancelisty, co w okula-
rach w żelaznej oprawie na cienkim, spiczastym nosie siedział na wysokim stołku przy wyso-
kim  kantorku  i  przepisywał  protokoły  do  olbrzymiej  księgi.  Od  przeszło  pół  wieku  spędzał 
lata  i  zimy  w  departamencie,  aż  wreszcie  stał  się  niemal  częścią  kantorka,  przy  którym  sie-
dział, pamięć jego stanowiła jedynie wykaz oficjalnych faktów i dokumentów, a mózg zamie-
nił się w zwoje pergaminu i czerwonej taśmy do ich przewiązywania. Przez dłuższą chwilę ze 
swej  wysokiej  grzędy  obserwował  całe  zajście,  a  gdy  się  zorientował  w  przedmiocie  sporu, 
wsadził  pióro  za  ucho  i  zszedł  na  dół.  Przypomniał  sobie,  że  słyszał  coś  od  swego  poprze-
dnika o tego rodzaju wyprawie, ale ekspedycja ta wyruszyła jeszcze za panowania Don Ioama 
II, który nie żyje co najmniej od stu lat. Aby jednak rozstrzygnąć ostatecznie sprawę, przeszu-
kano pilnie archiwa Torre di Tombo, owego grobowca starych dokumentów portugalskich, i 
znaleziono  notatkę  o  umowie  między  kancelarią  królewską  a  niejakim  Fernandem  de  Ulmo, 

background image

dotyczącej zamierzonego odkrycia Wyspy Siedmiu Miast oraz o przyznanej mu nominacji na 
Adalantada kraju, który ewentualnie odkryje. 

— Proszę! — zawołał z tryumfem Don Fernando. — Oto macie panowie przed oczami 

dowód prawdziwości tego, co mówię. Jestem Fernando de Ulmo, wymieniony w tej notatce. 
Odkryłem Wyspę Siedmiu Miast i zgodnie z umową mam prawo do tytułu Adalantada. 

Opowieść Don Fernanda poparta była niewątpliwie dowodami na piśmie, uznawanymi 

powszechnie  za  najbardziej  wiarogodne  z  punktu  widzenia  historycznego,  gdy  jednak  męż-
czyzna  będący  w  rozkwicie  młodości  twierdził,  że  wypadki,  które  miały  miejsce  przed  stu 
laty  z  górą,  przydarzyły  się  jemu  samemu,  nie  było  w  tym  nic  dziwnego,  że  uznano  go  za 
wariata. 

Stary kancelista spojrzał na niego sponad i spod okularów, wzruszył ramionami, pogła-

dził podbródek, po czym wdrapał się niby na grzędę na swój wysoki stołek, wyjął pióro zza 
ucha i powrócił do swej codziennej i wiecznej pracy, polegającej na przepisywaniu protoko-
łów  do  pięćdziesiątego  tomu  z  serii  olbrzymich  foliałów.  Inni  urzędnicy  mrugnęli  na  siebie 
porozumiewawczo i rozeszli się na swoje miejsca, a biedny Don Fernando, pozostawiony sa-
memu sobie, wybiegł z ministerstwa doprowadzony niemal do szaleństwa tymi powtarzający-
mi się wciąż niesamowitościami. 

Mając zamęt w myślach, udał się bezwiednie do domu Alvareza, lecz nie wpuszczono 

go do wnętrza. Aby rozproszyć złudzenie, w którym najwidoczniej trwał nieszczęśliwy mło-
dzian, i aby przekonać go, że Serafina, o której bredzi, naprawdę nie żyje, zaprowadzono go 
do jej grobowca. Oto leżała stateczna matrona wyrzeźbiona w alabastrze; obok leżał jej mąż, 
tęgi rycerz w zbroi, po bokach zaś klęczały podobizny licznego potomstwa, dając dowód, że 
Serafina  była  płodną  winoroślą.  Sam  nawet  pomnik  świadczył  o  znacznym  upływie  czasu, 
gdyż ręce męża, złożone jak do modlitwy, utraciły palce, a twarzy prześlicznej niegdyś Sera-
finy brakowało nosa. 

Don Fernando zapłonął na chwilę oburzeniem, widząc tak monumentalny dowód zdra-

dy  ukochanej,  lecz  któż  mógłby  wymagać,  aby  umiłowana  pozostawała  wierna  przez  całe 
stulecie nieobecności kochanka? I jakie miał prawo wyrzekać na jej niestałość po tym, co za-
szło między nim a córką alkada? 

Niefortunny kawaler dokonał jednego przynajmniej aktu tkliwej czci — kazał zręczne-

mu rzeźbiarzowi odrestaurować alabastrowy nos Serafiny, po czym zmusił się do opuszczenia 
grobu. 

Nie mógł dłużej wątpić, że w jakiś niepojęty sposób przeskoczył całe stulecie w ciągu 

nocy spędzonej na Wyspie Siedmiu Miast i że jest teraz w swym mieście rodzinnym równie 
obcy,  jak  gdyby  nigdy  tu  w  ogóle  nie  był.  Tysiące  razy  pragnął  znaleźć  się  znów  na  owej 
cudownej wyspie z jej staroświeckimi salami bankietowymi, w których przyjmowano go tak 
dwornie, teraz zaś gdy niegdyś młoda i piękna Serafina była już tylko prababką z marmuru, 
mającą  kilka  pokoleń  potomstwa,  tysiące  razy  przypominał  sobie  palące  oczy  córki  alkada, 
która bez wątpienia tak jak on zachowała nadal całą świeżość młodości, i marzył w duchu o 
tym, aby się znaleźć przy jej boku. 

Byłby  niezwłocznie  zorganizował  na  własny  koszt  nową  wyprawę,  mającą  na  celu 

odnalezienie  świątobliwej  wyspy,  ale  środki  jego  wyczerpane  były  doszczętnie.  Próbował 
namówić innych na to przedsięwzięcie, zapewniając o pomyślnych a zyskownych wynikach, 
których własne jego doświadczenia stanowiły niezaprzeczone świadectwo. Niestety! Nikt nie 
dawał  wiary  jego  opowieściom,  wszyscy  uważali  je  za  chorobliwe  urojenia  rozbitka.  Don 
Fernando nie dawał za wygraną i obijał progi wszystkich urzędów i towarzystw, aż wreszcie 
stał  się  pośmiewiskiem  ludzi  niemądrych,  którzy  brali  jego  niegasnący  entuzjazm za  dowód 
obłędu, i nawet dzieci na ulicy dokuczały mu, tytułując go „Adalantadem Siedmiu Miast”. 

Widząc,  że  wszystkie  wysiłki  w  rodzinnej  Lizbonie  są  daremne,  Don  Fernando  wyje-

chał  na  Wyspy  Kanaryjskie,  jako  że  leżały  one  bliżej  szerokości  jego  poprzedniej  podróży  i 

background image

zamieszkiwali je ludzie rozmiłowani w przygodach morskich. Tutaj znalazł chętnych słucha-
czy,  gdyż  starzy  piloci  i  marynarze  w  tych  stronach  byli  niestrudzonymi  poszukiwaczami 
wysp i wierzyli święcie we wszelkie dziwy morskie. Zresztą wszyscy razem i każdy z osobna 
traktowali  przygodę  Don  Fernanda  jako  rzecz  zwykłą,  a  zwracając  się  do  siebie,  kiwali  mą-
drze głowami i powiadali: „On był na Wyspie Świętego Brandana”. 

Następnie oni z kolei opowiedzieli mu o tej przedziwnej zagadce oceanu, o jej częstym 

ukazywaniu  się  mieszkańcom  tutejszych  wysp,  o  wielu  bezskutecznych  wyprawach,  jakie 
przedsiębrano  dla  jej  odnalezienia.  Zawieźli  go  na  cypel  wyspy  Palma,  skąd  najczęściej 
dostrzegano  widmową  Wyspę  Św.  Brandana,  i  wskazali  mu  nawet  linię  na  zachodzie,  gdzie 
ukazywały się zarysy jej gór. 

Don  Fernando  słuchał  w  zachwyceniu.  Nie  miał  już  wątpliwości,  że  owa  tajemnicza, 

nieuchwytna  wyspa  identyczna  jest  z  Wyspą  Siedmiu  Miast  i  że  jakieś  nadprzyrodzone,  a 
związane  z  nią  moce  podziałały  na  niego  i  sprawiły,  iż  wydarzenia  jednej  nocy  rozciągnęły 
się na całe stulecie. 

Starał  się  nakłonić  wyspiarzy  do  nowych  poszukiwań,  na  próżno  jednak  —  uznali  oni 

od dawna tajemniczą wyspę za najzupełniej niedostępną. Fernando wszakże nie tracił nadziei. 
Idea  odnalezienia  wyspy  drążyła  go  coraz  głębiej,  aż  wreszcie  zawładnęła  całkowicie  jego 
myślami i stała się dla niego jedynym  celem istnienia. Co rano udawał się na cypel Palmy i 
siedział  tam  jak  dzień  długi  w  nadziei,  że  ujrzy  wyłaniające  się  zza  widnokręgu  baśniowe 
Góry  Św.  Brandana,  co  wieczór  zaś  powracał  do  domu  zawiedziony,  lecz  gotów  stawić  się 
znów na posterunku nazajutrz rano. 

Wytrwałość jego była daremna. Osiwiał wśród tych bezskutecznych, a wciąż ponawia-

nych wysiłków i wkrótce znaleziono go nieżywego na posterunku. Na wyspie Palma dotych-
czas pokazują przyjezdnym jego grób, wzniesiono też krzyż w miejscu, w którym siadywał i 
patrzał na morze żywiąc wciąż nadzieję, że ukaże mu się znów zaczarowana wyspa. 
 
 

NB. — Szczegóły dotyczące Wyspy Św. Brandana i Wyspy Siedmiu Miast, owych od-

wiecznych zagadek oceanu, ciekawy czytelnik znaleźć może w artykułach pod tymi nagłów-
kami, zamieszczonych w suplemencie do mojego „Życia Kolumba”.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

SPIS TREŚCI 

 
 

NOTKA BIOGRAFICZNA 

 

 

 

 

 

 

02 

RIP VAN WINKLE 

 

 

 

 

 

 

 

03 

LEGENDA O SENNEJ KOTLINIE   

 

 

 

 

12 

DOLPH HEYLIGER   

 

 

 

 

 

 

27 

PIRAT KIDD   

 

 

 

 

 

 

 

59 

DIABEŁ I TOM WALKER   

 

 

 

 

 

62 

FILIP Z POKANOKET 

 

 

 

 

 

 

69 

MŁODZIEŃCZE PRZYGODY RALPHA RINGWOODA   

 

78 

ZACZAROWANA WYSPA   

 

 

 

 

 

95 

ADALANTADO SIEDMIU MIAST   

 

 

 

 

97