Grisham John Ominac Swieta

background image

JOHN GISHAM


Ominąć święta

(Przełożył: Jan Krasko)


Rozdział 1

Poczekalnia była zapchana zmęczonymi podróżnymi, których większość tłoczyła się pod
ścianami, ponieważ wszystkie znajdujące się tam plastikowe krzesła były od dawna zajęte.
Każdy przylatujący i odlatujący samolot zabierał co najmniej stu pasażerów, tymczasem krzeseł
było zaledwie kilkadziesiąt.
Zdawało się, że na wieczorny lot do Miami czeka tysiąc osób, ciepło opatulonych i
obwieszonych podróżnymi torbami, zmęczonych i znużonych przebijaniem się przez
zakorkowane ulice miasta i tłum w holu głównym oraz przejściem przez odprawę bagażową. Był
wtorek przed Dniem Dziękczynienia, na wszystkich lotniskach najbardziej ruchliwy dzień roku.
Potrącając się, tłocząc i przepychając w stronę wejścia, wielu z nich po raz setny zadawało sobie
pytanie, dlaczego właściwie postanowili lecieć akurat tego dnia.
Powody były różne i w tej chwili zupełnie nieistotne. Jedni próbowali się uśmiechać, inni
czytać, ale utrudniał im to ścisk i hałas. Jeszcze inni gapili się w podłogę i po prostu czekali.
Stojący w pobliżu Święty Mikołaj, chudy i ciemnoskóry, irytował ich brzękliwym dźwiękiem
dzwonka i świątecznymi życzeniami, które wygłaszał monotonnym basem.
Nadeszła mała, trzyosobowa rodzina. Spojrzeli na numer wejścia, zobaczyli kłębiący się tłum
i przystanęli na końcu korytarza.
Córka była młoda i piękna. Miała na imię Blair i najwyraźniej tylko ona leciała do Miami.
Rodzice nie. Wszyscy troje popatrzyli na zatłoczoną salę i tak jak pozostali podróżni zadali sobie
w duchu pytanie, dlaczego właściwie wybrali akurat ten dzień.
Już nie płakali, przynajmniej ojciec i córka. Blair miała dwadzieścia trzy lata i chociaż właśnie
skończyła studia - i to z niezłym wynikiem - nie była jeszcze gotowa do rozpoczęcia kariery
zawodowej. Jeden z jej przyjaciół wyjechał do Afryki jako ochotnik Korpusu Pokoju i to
podsunęło Blair pomysł, żeby poświęcić dwa lata życia na pomoc bliźnim. Skierowano ją do
Peru, gdzie czekały małe peruwiańskie dzikuski: będzie je uczyć czytania i mieszkać w chatce
bez kanalizacji, bez elektryczności i bez telefonu. Nie mogła się już doczekać, kiedy wreszcie
rozpocznie podróż.
Miała lecieć do Miami, stamtąd do Limy, a potem przez trzy dni jechać autobusem w góry i
trafić prosto do innego stulecia. Pierwszy raz w swoim młodym, bezpiecznym życiu miała
spędzić święta poza domem. Matka trzymała ją kurczowo za rękę i próbowała być silna.
Już się pożegnali, i to kilka razy. Po raz setny zadali jej pytanie: “Czy na pewno tego chcesz?”

background image

Luter, ojciec rodziny, patrzył na tłum z nachmurzoną miną. Co za obłęd, myślał. Wyrzucił je
przy krawężniku przed halą odlotów i przejechał dobrych kilka kilometrów, żeby zaparkować na
odległym parkingu. Wrócił na lotnisko zatłoczonym autobusem, a potem wraz z żoną i córką
rozpychał się łokciami, żeby dotrzeć do tego wejścia. Martwił się, że Blair wyjeżdża, a skłębiony
tłum działał mu na nerwy. Był w parszywym nastroju. Wkrótce miał być w jeszcze gorszym.
Nagle ożył stojący przy drzwiach pracownik hali odlotów i podróżni przesunęli się o kilka
centymetrów do przodu. Zabrzmiało pierwsze ogłoszenie, to, w którym proszono do wyjścia
osoby starsze i pasażerów pierwszej klasy. Przepychanie się przybrało na sile.
- Chyba już pójdziemy - powiedział Luter, patrząc na córkę, swoje jedyne dziecko.
Objęli się, z trudem powstrzymując łzy.
- Rok przeleci jak z bicza strzelił - powiedziała z uśmiechem Blair. - W następne święta będę
już w domu.
Nora, jej matka, zagryzła wargę, kiwnęła głową i pocałowała ją jeszcze raz.
- Proszę, uważaj na siebie - powiedziała; nie mogła przestać tego powtarzać.
- Nic mi nie będzie.
Puścili ją i bezradnie patrzyli, jak dołączywszy do długiej kolejki, krok po kroku zaczyna się
od nich oddalać: od nich, od bezpiecznego domu i od wszystkiego, co dotąd znała. Oddając kartę
pokładową, odwróciła się jeszcze i uśmiechnęła do rodziców po raz ostatni.
- No dobrze - mruknął Luter. - Dość tego. Da sobie radę. Nora nie odpowiedziała: patrzyła za
znikającą córką i nic nie przychodziło jej do głowy. Odwrócili się i dołączyli do tłumu ludzi
zmierzających korytarzem w stronę wyjścia. Szli, mijając po drodze Świętego Mikołaja z
irytująco brzękliwym dzwonkiem i rzędy maleńkich, zatłoczonych sklepików.
Kiedy wyszli z terminalu i stanęli w kolejce do autobusu, zaczęło padać. Kiedy autobus
wjechał na mokry parking i wyrzucił ich dwieście metrów od samochodu, lało już jak z cebra.
Wykupienie samochodu od zachłannych władz lotniska kosztowało Lutra siedem dolarów.
W drodze do miasta Nora w końcu się odezwała.
- Poradzi sobie?
Luter słyszał to pytanie tak często, że odpowiedział jak automat.
- Na pewno.
- Naprawdę tak myślisz?
- Oczywiście. - Myślał tak czy nie, jakie to miało teraz znaczenie? Blair wyjechała i nie mogli
jej już powstrzymać.
Zacisnął ręce na kierownicy, przeklinając w duchu coraz wolniejszy ruch. Nie wiedział, czy
żona płacze, czy nie, ale nic go to nie obchodziło. Chciał tylko dotrzeć do domu, wysuszyć się,
usiąść przy kominku i poczytać gazetę.
Niecałe cztery kilometry od domu Nora oznajmiła nagle:
- Muszę kupić kilka rzeczy w spożywczym.
- Pada - burknął Luter.
- Trudno.
- Nie możesz z tym zaczekać?
- Nie musisz wysiadać. To potrwa tylko chwilę. Jedź do Chipa.
Więc pojechał do Chipa, sklepu, którego nie znosił za horrendalne ceny, nadętą obsługę i za
beznadziejne miejsce. Wciąż padało, ale Nora oczywiście nie mogła wybrać Krogera, gdzie
parkowało się tuż przed drzwiami i dawało nura prosto do sklepu. Nie, musiała wybrać Chipa,
gdzie trzeba było parkować na odległym parkingu i dawać nura w ulewę.

background image

A czasami nie parkowało się w ogóle. Jak właśnie tego dnia. Po prostu brakowało miejsc.
Nawet drogi pożarowe były zastawione. Luter na próżno krążył dobrych dziesięć minut, wreszcie
Nora powiedziała stanowczo:
- Wysadź mnie przed drzwiami. - Była wyraźnie poirytowana jego nieudolnością.
Luter skręcił, zatrzymał samochód przed restauracją z hamburgerami i warknął:
- Daj listę.
- Ja pójdę - mruknęła, udając, że naprawdę chce iść. Tymczasem to on miał wyjść na deszcz i
oboje o tym dobrze wiedzieli.
- Daj listę.
- Kup białą czekoladę i pół kilo orzeszków pistacjowych - odrzekła z ulgą Nora.
- To wszystko?
- Tak, tylko weź czekoladę od Logana, taką w półkilogramowych blokach, i pistacje od braci
Lance.
- I nie mogłaś z tym zaczekać?
- Nie, nie mogłam. Robię deser na jutrzejszy lunch. Jeśli nie chcesz iść, to zamknij się. Pójdę
sama.
Luter wysiadł i trzasnął drzwiami. Pierwszy krok, drugi, za trzecim wdepnął w płytką dziurę.
Prawą kostkę omyła mu zimna woda, która szybko wpłynęła do buta. Na sekundę zastygł bez
ruchu, żeby złapać oddech, a potem ruszył przed siebie na palcach, omijając krążące samochody i
rozpaczliwie wypatrując podstępnych kałuż.
Chip uważał, że nie ma to jak wysokie ceny i umiarkowany czynsz. Jego sklep mieścił się w
bocznej uliczce, tak że nie było go znikąd widać. Tuż obok był sklep z winem, prowadzony przez
jakiegoś Europejczyka, który twierdził, że jest Francuzem, chociaż plotka głosiła, że
wyemigrował z Węgier. Mówił koszmarną angielszczyzną, ale szybko nauczył się języka
zdzierców i lichwiarzy; pewnie od swego sąsiada. Jednakże fakt pozostawał faktem: wszystkie
sklepy w tak zwanej Dzielnicy, jak nazywano ten rejon miasta, słynęły z horrendalnych cen.
I we wszystkich panował horrendalny tłok. Przed sklepem serowarskim stał Święty Mikołaj,
który podzwaniał takim samym dzwonkiem jak Mikołaj z lotniska. Z głośnika ukrytego nad
drzwiami sklepu o nazwie Matka Ziemia, którego wysuszeni na wiór klienci bez wątpienia nosili
sandały nawet w listopadzie, niosły się rzężące dźwięki świątecznej piosenki Rudolf,
czerwononosy renifer. Koszmar. Luter nie znosił tego sklepu, nie zbliżał się nawet do drzwi.
Nora kupowała tam zioła, ale dlaczego akurat tam, tego nie wiedział. Stary Meksykanin,
właściciel sklepu tytoniowego - fajka w kąciku ust, kłąb dymu nad głową - radośnie rozwieszał
kolorowe lampki w oknie wystawowym, w którym stała już sztuczna choinka obsypana
sztucznym śniegiem.
Istniała szansa, że nocą spadnie prawdziwy śnieg. Kupujący nie tracili czasu i śmigali od
sklepu do sklepu. Skarpetka przymarzła Lutrowi do prawej kostki.
Przy wejściu nie było koszyków: zły znak, to oczywiste. Luter nie potrzebował koszyka,
jednak ich całkowity brak oznaczał, że sklep jest zatłoczony. Przejścia między półkami były
wąziutkie, a towary ułożone bez ładu i składu. Żeby zrobić zakupy, trzeba było przejść przez cały
sklep, i to kilka razy.
Młody magazynier pracowicie układał świąteczne czekolady. Rzeźnik wywiesił tabliczkę z
żądaniem, żeby wszyscy dobrzy klienci natychmiast zamówili świątecznego indyka. Właśnie
przyszły świąteczne wina! I świąteczne szynki!
Co za marnotrawstwo, pomyślał Luter. Dlaczego tyle jemy i pijemy, żeby uczcić narodziny
Chrystusa? Pistacje znalazł przy orzechach. Dziwne i całkiem sensowne jak na Chipa. W dziale z
artykułami do pieczenia oczywiście nie było białej czekolady, więc Luter zaklął pod nosem i

background image

ruszył przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony. Wpadł na niego ktoś z wózkiem.
Przeprosin, rzecz jasna, nie było, bo ten z wózkiem nawet go nie zauważył. Spod sufitu płynęły
dźwięki kolędy Niechaj Bóg was ukoi, mili panowie. Jakby Luter potrzebował ukojenia. Równie
dobrze mogliby puścić Wesołego bałwanka.
Dwa rzędy półek dalej, tuż obok ryżu ze wszystkich stron świata, znalazł półkę z czekoladą do
ciast. Podszedł bliżej i rozpoznał półkilogramowy blok czekolady od Logana. Zrobił jeszcze
jeden krok i nagle blok zniknął w drapieżnych szponach srogo wyglądającej matrony, która
nawet na niego nie zerknęła. Półeczka na słodycze Logana była pusta. Zrozpaczony Luter
rozejrzał się na wszystkie strony, nie dostrzegając ani kawałeczka białej czekolady. Owszem,
było mnóstwo ciemno- i jasnobrązowej, ale białej ani śladu.
Kolejka do kasy ekspresowej posuwała się oczywiście wolniej niż te do dwóch pozostałych
kas. Upiorne ceny zmuszały do kupowania towarów w małych ilościach, jednak nie miało to
żadnego wpływu na szybkość, z jaką klienci wchodzili i wychodzili ze sklepu. Nieuprzejmy
kasjer brał każdy artykuł do ręki, uważnie go oglądał i ręcznie wbijał cenę do kasy.
Pakowacze pakowali lub nie, chociaż tuż przed świętami gwałtownie ożywali, by z
entuzjastycznym uśmiechem na ustach przypomnieć sobie nazwisko każdego stałego klienta. Był
szczyt sezonu napiwkowego, kolejny aspekt świąt Bożego Narodzenia, którego Luter nie znosił.
Ponad sześć dolarów za niecałe pół kilograma pistacji. Odepchnął na bok gorliwego
pakowacza i przez ułamek sekundy gotów był go uderzyć, żeby nie odebrał mu bezcennych
orzeszków i nie zapakował ich do torby. Wepchnął je do kieszeni płaszcza i szybko wyszedł na
dwór.
Przed sąsiednim sklepem zebrał się tłum: wszyscy chcieli popatrzeć, jak stary Meksykanin
ozdabia okno wystawowe. A on właśnie podłączył do prądu małe roboty, które ku uciesze
gawiedzi brnęły przez sztuczny śnieg. Luter musiał zejść z chodnika na jezdnię i schodząc, zrobił
krok w prawo zamiast w lewo. Lewa noga natychmiast zagłębiła się po kostkę w zimnej kałuży.
Luter zamarł i gwałtownie wciągnął do płuc mroźne powietrze, przeklinając starego
Meksykanina, jego roboty, gapiów i te cholerne pistacje. Podniósł nogę, strząsnął z nogawki
brudną wodę i stojąc na krawężniku z przemarzniętymi stopami, przy akompaniamencie
brzękliwego dzwonka i ogłuszających dźwięków piosenki Święty Mikołaj przyjeżdża do miasta,
stwierdził, że zaczyna nienawidzić Bożego Narodzenia.
Zanim doszedł do samochodu, woda dotarła już do palców u stóp.
- Nie ma białej czekolady - syknął do żony, wciskając się za kierownicę.
Nora ocierała oczy.
- Co znowu? - warknął Luter.
- Właśnie rozmawiałam z Blair.
- Co? Jak to? Wszystko w porządku?
- Tak. Dzwoniła z samolotu. - Nora zagryzła wargę, próbując się opanować.
Ciekawe, ile kosztuje połączenie z wysokości dziewięciu kilometrów, pomyślał Luter. Tak,
widział telefony w samolotach. Wystarczy jakakolwiek karta kredytowa.
Blair miała kartę, którą dostała od niego, jedną z tych, które obciążają rachunkami mamusię i
tatusia. Z telefonu komórkowego tam do telefonu komórkowego tu, jak obliczył: co najmniej
dziesięć dolarów. Na pewno.
I po co? Czuję się dobrze, mamusiu. Nie widziałam was prawie od godziny. Bardzo was
kocham. Będę tęsknić. Pa, muszę już kończyć.
Silnik pracował, chociaż Luter nie przypominał sobie, żeby go uruchamiał.
- Zapomniałeś kupić białą czekoladę? - Nora doszła już do siebie.
- Nie, nie zapomniałem. Skończyła się.

background image

- Pytałeś Reksa?
- Kogo?
- Rzeźnika.
- Nie, jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby spytać rzeźnika, czy między kotletami i wątróbką
nie ukrył przypadkiem białej czekolady.
Szarpnęła za klamkę z całym rozgoryczeniem, jakie mogła z siebie wykrzesać.
- Muszę ją mieć. Dziękuję ci, choć doprawdy nie wiem za co. - I już jej nie było.
- Mam nadzieję, że wdepniesz w kałużę - mruknął Luter. Gotował się ze złości, klął i
mamrotał. Podkręcił ogrzewanie i skierował dyszę dmuchawy w dół, żeby ogrzać skostniałe
stopy, a potem zaczął gapić się na tłumy ludzi wchodzących i wychodzących z restauracji z
hamburgerami. Pobliskie ulice były kompletnie zakorkowane.
Ominąć święta, pomyślał. Jakby to było miło. Strzelić palcami, spojrzeć na kalendarz, a tam:
drugi stycznia. Ani choinki, ani zakupów, ani bezsensownych prezentów, ani napiwków, ani
kolorowych papierów do pakowania, ani zatłoczonych i zakorkowanych ulic, ani ciasta z
owocami, ani whisky czy szynek, których nikt nie chce, ani Rudolfa, ani bałwana na dachu, ani
przyjęcia w biurze, ani jednego zmarnowanego centa. Skulił się nad kierownicą, uśmiechnął i
czekając, aż ciepłe powietrze rozgrzeje mu stopy, oddał się miłym marzeniom o ucieczce.
Nora wróciła z małym brązowym woreczkiem, który rzuciła obok niego na tyle ostrożnie,
żeby czekolada nie pękła, dając mu do zrozumienia, że on jej nie znalazł, a ona tak.
- Wszyscy wiedzą, że trzeba spytać - warknęła, gwałtownie szarpiąc pas.
- Dziwny rodzaj marketingu - myślał na głos Luter. - Ukryć towar u rzeźnika, udać, że go
brakuje i ludzie natychmiast zaczną o niego wypytywać. Ukryty jest pewnie droższy.
- Och, przestań już, Luter.
- Masz mokre nogi?
- Nie. A ty?
- Też nie.
- To dlaczego pytasz?
- Po prostu się o ciebie troszczę.
- Myślisz, że nic jej nie będzie?
- Blair? Jest w samolocie. Przed chwilą z nią rozmawiałaś.
- Nie, w tej dżungli.
- Przestań się zamartwiać, dobrze? Ci z Korpusu Pokoju nie naraziliby jej na
niebezpieczeństwo.
- Bez niej to już nie to samo.
- Co?
- Święta.
Pewnie, pomyślał Luter i niewiele brakowało, żeby powiedział to na głos. To dziwne, bo
manewrując między rzędami samochodów, lekko się do siebie uśmiechał.

Rozdział 2

Z cieplutkimi, opatulonymi w grube, wełniane skarpety stopami, szybko zasnął i jeszcze
szybciej się obudził. Nora buszowała po domu. Najpierw spuściła wodę w toalecie, pozapalała i
pogasiła wszystkie światła, potem poszła do kuchni, gdzie zaparzyła sobie ziołową herbatę, a
potem usłyszał, jak idzie do pokoju Blair, bez wątpienia gapi się na ściany i cicho łka na
wspomnienie minionych lat. Wreszcie wróciła do łóżka i zaczęła przewracać się z boku na bok,

background image

szarpiąc kołdrą i robiąc wszystko, co tylko możliwe, żeby go obudzić. Chciała pogadać. Chciała,
żeby zapewnił ją, że Blair nie grożą okropności peruwiańskiej dżungli.
Ale on ani drgnął i oddychał najgłośniej, jak umiał, ponieważ gdyby zaczęli rozmawiać,
rozmawialiby do białego rana. Próbował nawet chrapać, co ją chyba uspokoiło.
Przestała się kręcić koło jedenastej. Luter miał szeroko otwarte oczy i upiornie gorące stopy.
Zyskawszy absolutną pewność, że Nora śpi, ostrożnie wyślizgnął się z łóżka, ściągnął grube
skarpety, cisnął je w kąt i poszedł na palcach do kuchni, żeby napić się wody. Potem zrobił sobie
dzbanek bezkofeinówki.
Godzinę później siedział już na dole, w swoim gabinecie. Otwarte akta, mruczący komputer,
drukarka wypluwająca tabelę za tabelą: przypominał śledczego, który szuka dowodów
rzeczowych.
Z zawodu był księgowym, specjalistą od podatków, dlatego od lat prowadził bardzo staranną
dokumentację przychodów i rozchodów. Dowodów przybywało i szybko zapomniał o śnie.
Na poprzednie Boże Narodzenie rodzina Lutra Kranka wydała sześć tysięcy sto dolarów.
Sześć tysięcy sto dolarów! Sześć tysięcy sto dolarów na ozdóbki, lampki, kwiaty, nowego
Śniegurka i kanadyjski świerk. Sześć tysięcy sto dolarów na szynki, indyki, orzeszki, sery, serki i
ciasteczka, których nikt nie jadł. Sześć tysięcy sto dolarów na keksy od strażaków, kalendarze od
policjantów i żarówki od tych z pogotowia. Sześć tysięcy sto dolarów na kaszmirowy sweter,
którego nie znosił, sportową marynarkę, którą miał na sobie tylko dwa razy, i portfel ze strusiej
skórki, który był drogi, brzydki i nieprzyjemny w dotyku. Sześć tysięcy sto dolarów na sukienkę
Nory, którą nosiła podczas świątecznej kolacji w firmie, na jej kaszmirowy sweter, który zniknął
w szafie zaraz po rozpakowaniu, i na modny szalik, który tak uwielbiała. Sześć tysięcy sto
dolarów na kurtkę dla Blair, rękawiczki i buty, na walkmana do biegania i oczywiście na
najcieńszy i najmniejszy telefon komórkowy na rynku. Sześć tysięcy sto dolarów na drobniejsze
prezenty dla wybranej garstki dalekich krewnych, głównie tych ze strony Nory. Sześć tysięcy sto
dolarów na świąteczne kartki ze sklepu papierniczego, trzy sklepy za sklepem Chipa w Dzielnicy,
gdzie wszystkie ceny były dwa razy wyższe niż gdzie indziej. Sześć tysięcy sto dolarów na
świąteczne przyjęcie, doroczną imprezę u Kranków.
Sześć tysięcy sto dolarów! I co z tego zostało? Najwyżej jeden czy dwa użyteczne
przedmioty, nic więcej.
Podsumował straty tak drobiazgowo i skrupulatnie, jakby spowodował je ktoś obcy.
Wszystkie dowody pasowały do siebie idealnie i jednoznacznie przemawiały za słusznością jego
podejrzeń.
Pewne wątpliwości naszły go dopiero pod koniec, w trakcie analizy kwot, które wydali na cele
dobroczynne. Datki na rzecz kościoła, prezenty dla biednych dzieci, dla bezdomnych ze
schroniska i dla banku żywnościowego - szybko przejrzał wszystkie dane, by ponownie dojść do
tego samego, straszliwego wniosku: sześć tysięcy sto dolarów na Boże Narodzenie.
- Dwanaście procent moich dochodów brutto - wymruczał z niedowierzaniem. - Sześć tysięcy
sto dolarów. W gotówce. Z czego tylko sześćset wolne od podatku.
I ze zmartwienia zrobił coś, co robił bardzo rzadko: wyjął z szuflady butelkę i wypił kilka
kieliszków koniaku.
Spał od trzeciej do szóstej, a o szóstej ożył z rykiem pod prysznicem. Nora próbowała
wyprowadzić go z równowagi przy kawie i owsiance, ale nie zamierzał do tego dopuścić.
Przeczytał gazetę, pośmiał się z komiksów, dwa razy zapewnił ją solennie, że Blair świetnie się
bawi, pocałował ją na do widzenia i niczym człowiek obarczony ważną misją, popędził do pracy.
Biuro podróży mieściło się w atrium gmachu firmy. Mijał je co najmniej dwa razy dziennie,
rzadko kiedy zerkając na wiszące w oknie plakaty z plażami, górami, żaglówkami i piramidami.

background image

Było to miejsce dla szczęśliwców, którzy mogli sobie pozwolić na podróżowanie. Nigdy tam nie
zajrzał, nigdy nawet o tym nie pomyślał. Urlop spędzał z Norą na plaży, w domku przyjaciela:
pięć dni, jeśli tylko pozwalał mu na to nawał pracy.
Wykradł się tuż po dziesiątej. Zszedł schodami, żeby nie musieć się przed nikim tłumaczyć i
pognał prosto do biura podróży. Czekała na niego Biff.
Miała we włosach wielki kwiat, była opalona na brąz i wyglądała tak, jakby wpadła do firmy
w drodze z plaży na plażę. Jej piękny uśmiech zmroził go i sparaliżował, a pierwsze słowa
zdumiały i oszołomiły.
- Chce pan popłynąć w rejs.
- Skąd pani wie? - zdołał wymamrotać tylko tyle, bo Biff już ściskała mu rękę, już prowadziła
go do długiego biurka, już wskazywała mu fotel, już siadała na krawędzi blatu. Ma długie nogi,
zauważył. Brązowe i długie. Plażowe.
- Grudzień to najlepsza pora - zaczęła i poczuł, że połknął haczyk. Wyjęła broszury,
kilogramy broszur, i rozłożyła je na biurku przed jego rozmarzonymi oczami.
- Pracuje pan w tym gmachu? - spytała, delikatnie zbliżając się do kwestii ceny.
- Na piątym piętrze, u Wileya i Becka - odrzekł, nie odrywając wzroku od pływających
pałaców i niekończących się plaż.
- Jest pan poręczycielem?
Luter lekko drgnął.
- Nie, księgowym.
- Przepraszam. - Biff ugryzła się w język. Blada cera, podkrążone oczy, granatowa marynarka,
kiepska imitacja uniwersyteckiego krawatu: powinna się była domyślić. Cóż, bywa. Sięgnęła po
jeszcze bardziej błyszczące broszury. - Niewielu tu od was przychodzi.
- Nie mamy czasu na urlop. Za dużo pracy. Wezmę tę.
- Doskonały wybór.
Doszli do wniosku, że najlepsza będzie “Wyspiarska Księżniczka", nowiuteńki gigant, statek
z kajutami dla sześciu tysięcy pasażerów, z dwunastoma basenami i czterema kasynami. Do tego
pięć posiłków dziennie, osiem przystanków na Karaibach - lista luksusów ciągnęła się w
nieskończoność. Luter wyszedł z plikiem broszur i chyłkiem wrócił do swego gabinetu na piątym
piętrze.
Zasadzkę zaplanował bardzo starannie. Po pierwsze, tego dnia pracował do późna, co nie było
niczym niezwykłym, choć sprzyjało temu, co zamierzał zrobić wieczorem. Sprzyjała mu również
pogoda, bo na dworze wciąż było pochmurno i posępnie. Kiedy niebo jest szare i pada deszcz,
trudniej jest myśleć o świętach. I o wiele łatwiej marzyć o dziesięciu dniach w luksusie i słońcu.
Jeśli Nora przestała martwić się o Blair, na pewno ją do tego zmusi. Tak jest. Po prostu
wspomni, że właśnie odkryto nowego, niebezpiecznego wirusa albo że w jakiejś kolumbijskiej
wiosce doszło do kolejnej masakry. To wystarczy, żeby straciła głowę i przestała myśleć o
świętach. Bez Blair i tak nie będą takie same, prawda?
A może byśmy w tym roku po prostu odpoczęli? Przywarowali gdzieś. Dokądś wyjechali.
Uciekli. Trochę sobie pofolgowali.
Nie, Nora nadal była w dżungli; wystarczyło na nią spojrzeć. Objęła go na powitanie i
uśmiechnęła się, próbując ukryć, że płakała. Dzień miała względnie dobry. Zjadła lunch z
koleżankami i spędziła dwie godziny w klinice dla dzieci, co należało do ciężkich obowiązków
każdej wolontariuszki.
Kiedy odgrzewała makaron, ukradkiem nastawił płytę reggae, ale jej nie puścił. Nie,
najważniejsze to zgrać wszystko w czasie.
Pogawędzili trochę o Blair i już na początku kolacji Nora sama otworzyła mu furtkę.

background image

- Bez niej święta będą zupełnie inne, prawda?
- Absolutnie - odparł, z trudem przełykając ślinę. - Bez niej to już nie to samo.
- Zostaliśmy sami. Pierwszy raz od dwudziestu dwóch lat.
- To rodzi depresję. Podczas świąt Bożego Narodzenia liczba przypadków depresji wyraźnie
wzrasta. - Luter przełknął makaron i znieruchomiał z widelcem w ręku.
- Żeby tak można je było sobie odpuścić... - powiedziała Nora słabym głosem.
Luter drgnął, przekrzywił głowę i nadstawił lepiej słyszące ucho.
- Co się stało?
- Jeszcze nic - odrzekł dramatycznie, odsuwając talerz. - Ale skoro już zaczęłaś o tym mówić,
owszem, jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać.
- Skończ jeść.
- Już skończyłem - odparł, zrywając się z krzesła. Teczka stała na podłodze zaledwie kilka
kroków od niego. Luter gwałtownie ją otworzył.
- Co ty wyprawiasz? - spytała Nora.
- Zaraz zobaczysz. - Stanął po drugiej stronie stołu z wydrukami w ręku. - Oto mój pomysł -
oznajmił z dumą. - Pomysł wręcz fantastyczny.
- Zaczynam się denerwować. Luter rozłożył wydruki na stole.
- Moja droga - zaczął - patrz, co zrobiliśmy w zeszłym roku: wydaliśmy sześć tysięcy sto
dolarów na święta. Sześć tysięcy sto dolarów.
- Słyszę, nie musisz tego powtarzać.
- Ponad sześć tysięcy dolarów praktycznie na nic. To tak, jakbyśmy wrzucili pieniądze w
błoto, roztrwonili je. Oczywiście nie wliczam w to zmarnowanego czasu, twojego i swojego,
ulicznych korków, stresu, zmartwień, sprzeczek, kłótni, dąsów i bezsenności, czyli tych
wszystkich cudownych rzeczy, które przeżywamy w każde Boże Narodzenie.
- O co ci chodzi?
- Dziękuję za pytanie. - Luter upuścił wydruki i jak zręczny magik przedstawił żonie
“Wyspiarską Księżniczkę". Stół zasłały broszury. - O co mi chodzi? Raczej o co nam chodzi.
Karaiby. Dziesięć dni i dziesięć nocy na pokładzie najbardziej luksusowego i najpiękniejszego
statku na świecie. Bahamy, Jamajka, Portoryko... Zaraz, chwileczkę.
Wpadł do salonu, wcisnął guzik z napisem “Play", odczekał, aż zabrzmią pierwsze dźwięki
reggae i podkręcił głos. Wrócił do kuchni, gdzie Nora oglądała broszurę.
- Co to jest?
- Reggae, muzyka, której tam słuchają. Na czym skończyłem?
- Skakałeś z wyspy na wyspę.
- Właśnie. Nurkowanie na Kajmanie Wielkim, w Cozumel ruiny starożytnych budowli
Majów, surfing na Wyspach Dziewiczych. Dziesięć dni, Noro, aż dziesięć fantastycznych dni.
- Będę musiała trochę schudnąć.
- Przejdziemy na dietę. No więc? Co ty na to?
- Na pewno jest w tym jakiś kruczek.
- Kruczek? Ależ skąd! Po prostu unikniemy świąt. Zaoszczędzimy pieniądze i choć raz
wydamy je tylko na siebie. Ani centa najedzenie, którego nie zjemy, na ubranie, którego nigdy
nie będziemy nosić, na prezenty, których nikt nie potrzebuje. Ani złamanego centa. Urządzimy
bojkot. Całkowity bojkot świąt Bożego Narodzenia.
- To okropne.
- Nie, to cudowne. Tylko w tym roku. Zróbmy sobie przerwę. Blair jest w Peru. Za rok wróci i
jeśli zechcesz, znowu wskoczymy w świąteczny chaos. Nie daj się prosić, Noro. Przez dziesięć
dni popluskajmy się na Karaibach.

background image

- Ile to będzie kosztowało?
- Trzy tysiące.
- A więc zaoszczędzimy?
- Oczywiście.
- Kiedy wyjeżdżamy?
- W samo południe pierwszego dnia świąt. Umilkli i długo patrzyli na siebie.
Targu dobili w łóżku, przed telewizorem z wyłączonym głosem, pod prześcieradłem, na
którym walały się nieprzeczytane czasopisma, przy nocnym stoliku, gdzie leżał plik broszur. On
przeglądał dział finansowy jakiejś gazety, ale nic nie widział. Ona czytała książkę, ale nie
przewracała kartek.
Kością niezgody były świąteczne datki dla ubogich. Nora po prostu nie chciała z nich
rezygnować albo ich sobie odpuścić, jak z uporem powtarzał Luter. Niechętnie odstąpiła od
kupna prezentów. Rozpłakała się cicho na myśl, że nie będą mieli choinki, chociaż Luter dobił ją
bezlitosnym faktem, że podczas ubierania tego przeklętego drapaka rok w rok na siebie
wrzeszczą. No dobrze, a Śniegurek? Nie wystawią na dachu Śniegurka? Jako jedyni na ulicy?
Śniegurek sprowokował dyskusję na temat tego, czy nie zrobią z siebie pośmiewiska, czy
sąsiedzi nie wyszydzą ich za bojkot świąt.
- No i co z tego? - powtarzał Luter. Co z tego? Niewykluczone, że sąsiedzi i przyjaciele
początkowo nie będą tego pochwalać, ale w duchu na pewno im pozazdroszczą. Po prostu spalą
się z zazdrości! Noro, dziesięć dni na Karaibach, mówił, aż dziesięć dni. Sąsiadom i przyjaciołom
nie będzie do śmiechu, kiedy przyjdzie im odgarniać śnieg z chodnika, prawda? My będziemy
wygrzewać się na słońcu, a oni tyć od indyka i tłustych sosów, i nikt nie będzie im kibicował.
Dlatego kiedy szczupli i opaleni wrócimy z rejsu, żeby bez najmniejszej obawy wyjść po listy do
skrzynki, nikt nie pośle nam szyderczego uśmieszku.
Rzadko bywał równie zdeterminowany. Metodycznie, jeden po drugim, zbijał wszystkie
kontrargumenty, dopóki nie pozostał jeden: świąteczne datki dla ubogich.
- Chcesz, żeby głupie sześćset dolarów przekreśliło nasz rejs na Karaiby? - powiedział z
sarkazmem.
- Nie, to ty tego chcesz - odparła chłodno.
Właśnie po tych słowach on gwałtownie przesunął się na swoją połowę łóżka, ona na swoją i
oboje usiłowali sprawiać wrażenie, że są pochłonięci lekturą.
Po pełnej napięcia, spędzonej w całkowitym milczeniu godzinie Luter skopał z łóżka
prześcieradło, ściągnął wełniane skarpety i powiedział:
- Dobrze. Wydamy dokładnie tyle samo co w zeszłym roku i ani centa więcej.
Nora odrzuciła książkę i objęła go za szyję. Przytulili się do siebie, pocałowali, a potem Nora
sięgnęła po foldery.

Rozdział 3

Chociaż autorem planu był Luter, ogniową próbę jako pierwsza przeszła Nora. W piątek rano,
nazajutrz po Dniu Dziękczynienia, zadzwonił do nich pewien wścibski osobnik, za którym nie
przepadała. Nazywał się Aubie i był właścicielem Gorczycy, małego, przesadnie wystawnego
sklepu piśmienniczego o głupiej nazwie i absurdalnych cenach.
Przekazawszy Norze obowiązkowe życzenia, od razu przeszedł do rzeczy.
- Martwię się trochę o państwa karty - powiedział, udając, że bardzo go to trapi.
- Dlaczego? - spytała Nora. Nie podobało jej się, że nagabuje ją zrzędliwy sklepikarz, który
przez resztę roku ledwie raczy się do niej odzywać.

background image

- Zawsze wybiera pani najpiękniejsze. Musimy zamówić je już teraz. - Marny był z niego
pochlebca. Powtarzał to każdemu klientowi.
Według danych Lutra, poprzedniego roku wydali na świąteczne karty trzysta osiemnaście
dolarów. Pod wpływem chwili Nora uznała, że chyba trochę przesadzili. Trzysta osiemnaście
dolarów. Niby niewiele, ale co z tego mieli? Luter kategorycznie odmawiał pomocy przy
adresowaniu kopert i naklejaniu znaczków, dostawał białej gorączki, ilekroć pytała go, czy
wciągnąć na listę kogoś nowego lub skreślić kogoś starego. Nie chciał oglądać kart, które
otrzymywali, a Nora musiała w duchu przyznać, że i jej sprawiały coraz mniejszą radość.
Dlatego wyprostowała się i powiedziała:
- W tym roku nie zamawiamy kart. - Niemal słyszała, jak Luter bije jej brawo.
- Że co proszę?
- To, co pan słyszał.
- Czy mogę spytać dlaczego?
- Nie, absolutnie pan nie może.
Aubie zapomniał języka w gębie. Wyjąkał coś niezrozumiałego, odłożył słuchawkę, a Nora
przez chwilę odczuwała ogromną dumę. Szybko jednak przestała być dumna, gdy pomyślała o
pytaniach, które wywoła ta decyzja. Jej siostra, żona pastora, przyjaciółki z komisji do spraw
zwalczania analfabetyzmu, ciotka z osiedla dla emerytów prędzej czy później wszyscy spytają,
dlaczego nie wysłała im kart.
Nie miała czasu? Zawieruszyły się na poczcie?
Nie. Powie im prawdę. W tym roku nie wysyłaliśmy. Blair wyjechała, a my płyniemy na
Karaiby. Jeśli tak bardzo brakowało wam naszych kart, za rok wyślemy wam dwie.
Z filiżanką świeżo zaparzonej kawy w ręku zadała sobie pytanie, ile osób z jej listy zauważy
brak karty od Kranków. Corocznie otrzymywali kilkadziesiąt, choć z każdym rokiem coraz
mniej, dlatego skrupulatnie zapisywała, kto raczył do nich napisać, a kto nie. Czy w świątecznym
pandemonium ktoś zawraca sobie głowę kartą, która nie wiedzieć czemu nie przyszła?
Tu pomyślała o czymś, na co Luter wprost uwielbiał narzekać: o zapasie awaryjnym.
Trzymała go na wypadek, gdyby natychmiast musiała odpowiedzieć na nieoczekiwaną kartę. Co
roku dostawali dwie lub trzy od ludzi, których zupełnie nie znali, oraz co najmniej kilka od osób,
które nigdy dotąd do nich nie pisały. W takim wypadku w ciągu dwudziestu czterech godzin
musiała wysłać im pozdrowienia od rodziny Kranków, szablonowe i zdawkowe, choć
własnoręcznie napisane: dobrej zabawy i spokoju ducha.
No, rzeczywiście, to trochę głupie.
Doszła do wniosku, że nie będzie jej brakowało rytuału świątecznych kart. Nudnego
wypisywania tych wszystkich krótkich życzeń, ręcznego adresowania setki kopert, naklejania
znaczków, wysyłania, zamartwiania się, czy o kimś nie zapomniała, wagi codziennej poczty w
tym okresie, pospiesznie otwieranych kopert i sztampowych życzeń od ludzi równie zabieganych,
jak ona.
Po przejściu ogniowej próby z kartami zadzwoniła do Lutra, szukając u niego wsparcia. Jak
zwykle w piątek po Dniu Dziękczynienia Luter był w pracy, podobnie jak inni szefowie Wileya i
Becka. Nora streściła mu przebieg rozmowy z Aubiem.
- A to glista - mruknął. - Moje gratulacje - dodał, gdy skończyła.
- To wcale nie było trudne - westchnęła podniecona Nora.
- Pomyśl tylko o tych plażach, które na nas czekają.
- Co jadłeś?
- Nic. Trzymam się trzystu kalorii.
- Ja też.

background image

Odłożywszy słuchawkę, Luter na powrót zajął się pracą. Tego dnia zamiast jak zwykle
zmagać się z liczbami i kwestionariuszami z urzędu skarbowego, pisał list do kolegów. Swój
pierwszy świąteczny list. Delikatnie wyjaśniał w nim, dlaczego nie weźmie udziału w
bożonarodzeniowej celebrze i prosił, żeby dali mu święty spokój. Nie zamierzał kupować
żadnych prezentów ani żadnych prezentów przyjmować. Nie zamierzał przychodzić na uroczystą
kolację ani brać udziału w powszechnym pijaństwie, które nazywano biurowym przyjęciem. Nie
chciał ani koniaku, ani szynki, którą klienci wciskali wszystkim kierownikom. Ale oczywiście
nie będzie zły, jeśli ktoś złoży mu życzenia wesołych świąt.
Po prostu omija Boże Narodzenie. I zamiast je obchodzić, płynie na Karaiby.
Większą część tego spokojnego poranka spędził nad listem i własnoręcznie przepisał go na
maszynie. W poniedziałek zamierzał go powielić, a kopie rozłożyć na wszystkich biurkach w
kancelarii.

Powaga i znaczenie tego, co zamierzali zrobić, dotarły do nich z całą mocą trzy dni później,
tuż po kolacji. Owszem, można było radować się świętami bez świątecznych kart, bez przyjęć i
uroczystych kolacji, bez nieprzydatnych prezentów i wielu innych rzeczy, którymi z jakiegoś
powodu czczono dzień narodzin Chrystusa. Ale czy można obchodzić święta bez choinki?
Nie, tylko nie choinka, myślał Luter. Damy odpór tym z choinką i może nam się uda.
Właśnie sprzątali ze stołu, chociaż niewiele mieli do sprzątania, bo resztki pieczonego
kurczaka i białego sera same schodziły z talerza. Zadzwonił dzwonek u drzwi, a Luter był wciąż
głodny.
- Otworzę - powiedział.
Przez okno od ulicy zobaczył płaską przyczepę i już wiedział, że czeka go kwadrans
nieprzyjemnej rozmowy. Otworzył drzwi i ujrzał trzy uśmiechnięte twarze. Stało przed nim
dwóch chłopców w galowych skautowskich mundurach, a za nimi pan Scanlon, ich odwieczny
komendant. On też był w mundurze.
- Dobry wieczór - zaczął Luter.
- Dobry wieczór - powiedział wyższy z chłopców. - Nazywam się Randy Bogan. W tym roku
też sprzedajemy choinki.
- Pańska leży na przyczepie - dodał ten niższy.
- W zeszłym roku kupił pan kanadyjski świerk - dorzucił pan Scanlon.
Luter zerknął na długą przyczepę załadowaną dwoma równiutkimi rzędami choinek. Mała
armia harcerzy pracowicie je wyładowywała i roznosiła po okolicznych domach.
- Ile? - spytał Luter.
- Dziewięćdziesiąt dolarów - odrzekł Randy. - Musieliśmy trochę podnieść cenę, bo dostawca
też ją podniósł.
W zeszłym roku kosztowała osiemdziesiąt. - Niewiele brakowało i Luter powiedziałby to na
głos, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.
Jak spod ziemi wyrosła za nim Nora. Oparła policzek na jego ramieniu i szepnęła:
- Jakie śliczne.
Twarzyczki skautów czy choinki, miał ochotę spytać. Chryste, dlaczego nie została w kuchni i
nie pozwoliła mu przebrnąć przez to samemu?
Uśmiechnął się szeroko i oświadczył:
- Przykro mi, ale w tym roku nie kupimy choinki.
Twarz bez wyrazu. Twarz zaskoczona. Twarz zasmucona. Bolesny jęk Nory. Patrząc na
chłopców i czując na szyi oddech żony, Luter Krank wiedział, że nadszedł przełomowy moment.

background image

Pękną i tama runie. Kupią choinkę, ubiorą ją, a potem dojdą do wniosku, że choinka bez sterty
prezentów nie jest prawdziwą choinką.
Trzymaj się, stary, pomyślał, a Nora szepnęła:
- O Boże.
- Ciii... - syknął.
Chłopcy gapili się na niego, jakby wyjął im z kieszeni ostatnie dziesięć centów.
- Przykro nam, że musieliśmy podnieść cenę - powiedział smutno Randy.
- Zarabiamy na nich mniej niż w zeszłym roku - dodał skwapliwie pan Scanlon.
- Nie chodzi o cenę, chłopcy - odparł Luter ze sztucznym uśmiechem. - W tym roku
odpuszczamy sobie święta. Wyjeżdżamy. Nie potrzebujemy choinki. Ale dziękujemy za fatygę.
Skauci wbili wzrok w ziemię jak małe urażone dzieci, a pan Scanlon robił wrażenie
człowieka, któremu właśnie pękło serce. Nora żałośnie jęknęła, już po raz drugi, i w tym
momencie bliskiemu paniki Lutrowi przyszedł do głowy genialny pomysł.
- O ile dobrze pamiętam - powiedział - w sierpniu jeździcie na wielką wyprawę. Gdzieś na
zachód, do Nowego Meksyku, tak?
Zaskoczeni i zbici z tropu, wszyscy trzej kiwnęli głowami.
- Więc zróbmy tak: ja nie kupię choinki, a wy przyjdziecie do mnie latem i dam wam sto
dolarów na wyprawę.
Randy Bogan wykrztusił: “Dzięki", ale tylko dlatego, że czuł się do tego zobligowany. Nagle
chłopcy zapragnęli odejść.
Luter powoli zamknął drzwi. Czekał. Skauci postali chwilę na schodach, a potem, oglądając
się przez ramię, zeszli na podjazd.
Dotarłszy do ciężarówki, przekazali dziwaczną nowinę innemu komendantowi w mundurze.
Wiadomość błyskawicznie objęła resztę skautów i ruch wokół przyczepy nagle ustał, gdyż
wszyscy chłopcy zbili się w gromadę na końcu podjazdu i gapili na dom Kranków, jakby na ich
dachu wylądowali kosmici.
Luter przykucnął i ostrożnie wyjrzał zza zasłony.
- Co robią? - szepnęła Nora, też przykucnięta.
- Nie wiem. Patrzą.
- Może trzeba było kupić.
- Nie.
- Przecież nie musielibyśmy jej ustawiać.
- Cicho.
- Moglibyśmy trzymać ją za domem.
- Oj, przestań wreszcie. Dlaczego mówisz szeptem? To nasz dom.
- Z tego samego powodu, dla którego ty chowasz się za zasłoną.
Luter wstał i zasunął story. Harcerze poszli dalej za powoli sunącą ciężarówką, żeby sprzedać
choinki pozostałym mieszkańcom Hamlock Street.
Luter rozpalił w kominku i usiadł w fotelu, żeby poczytać o podatkach. Był sam, ponieważ
Nora znowu się odęła. Wiedział, że do rana jej przejdzie.
Skoro potrafił stawić czoło skautom, czego miał się bać? Nie ulegało wątpliwości, że czeka go
więcej takich spotkań. Między innymi właśnie dlatego tak bardzo nie lubił Bożego Narodzenia.
Wszyscy coś sprzedawali, wszyscy zbierali pieniądze na jakiś szczytny cel, wszyscy czekali na
napiwek, na premię, na coś, na cokolwiek, na byle co. Ogarniało go coraz większe oburzenie i
czuł się coraz lepiej.
Godzinę później wymknął się z domu i bez pośpiechu ruszył przed siebie. Było chłodno i
rześko. Przystanął przed skrzynką pocztową Beckerów i spojrzał w okno ich salonu. Właśnie

background image

ubierali choinkę. Niemal słyszał, jak się przy tym kłócą. Ned balansował niebezpiecznie na
najwyższym szczeblu małej drabiny, rozwieszając lampki, a Jude stała obok i wydawała rozkazy.
W sprzeczce uczestniczyła również jej matka, wiecznie młody cud natury, kobieta jeszcze
bardziej przerażająca niż Jude. Ona też wydawała rozkazy, z tym że były one sprzeczne z
poleceniami córki. Powieś je tam, powieś je tu. Na tej gałęzi. Nie, na tamtej. Nie widzisz, że tam
jest dziura? Na co, do licha, patrzysz? Rocky Becker, ich dwudziestoletni syn, który wyleciał z
college'u, siedział na sofie z puszką czegoś do picia w ręku i naśmiewał się z nich, udzielając rad,
które matka, ojciec i teściowa najwyraźniej ignorowali. Ale tylko jemu było do śmiechu, tamtym
nie.
Luter ironicznie wykrzywił usta. Scena ta napełniła go dumą i wzmocniła jego wiarę w
słuszność tego, co postanowili zrobić.
Poszedł dalej, wciągając w płuca chłodne powietrze, szczęśliwy, że pierwszy raz w życiu nie
bierze udziału w straszliwym rytuale ubierania choinki. Przystanął dwa domy dalej, żeby
popatrzeć, jak klan Frohmeyerów atakuje prawie dwuipółmetrowej wysokości drzewko. Pan
Frohmeyer wniósł do małżeństwa dwoje dzieci z poprzedniego związku. Pani Frohmeyer wniosła
troje swoich, po czym spłodzili kolejne. Ostatecznie poprzestali na sześciorgu, z których
najstarsze nie skończyło jeszcze dwunastu lat. Całe stadko rozwieszało bombki i kolorowe
świecidełka. Jedna z sąsiadek mawiała, że ich choinka wygląda okropnie: Luter słyszał to rok w
rok. Jakby go to cokolwiek obchodziło.
Bez względu na to, czy choinka wyglądała okropnie, czy nie, dzieciaki cudownie się bawiły.
Frohmeyer pracował na uniwersytecie - plotka głosiła, że zarabia sto dziesięć tysięcy dolarów
rocznie - ale z sześciorgiem dzieci na karku nie miał się czym pochwalić. Jak co roku, na pewno
rozbierze choinkę ostatni.
Luter zawrócił. W domu Beckerów Ned leżał na sofie z workiem lodu na ramieniu, a Jude
krążyła wokół niego, gniewnie perorując i grożąc mu palcem. Teściowa pochylała się nad
drabiną. Nieważne, dlaczego drabina się przewróciła: Luter wiedział, że cała wina i tak spadnie
na biednego Neda.
Świetnie, pomyślał. Przez najbliższe cztery miesiące będę musiał wysłuchiwać
szczegółowych relacji z przebiegu kolejnej choroby. Ned Becker już raz spadł z drabiny, pięć,
może sześć lat temu. Zwalił się prosto na choinkę. Przewrócił ją i zmiażdżył bezcenne ozdóbki
żony. Jude chodziła nadęta przez cały rok.
Obłęd.

Rozdział 4

Nora i jej przyjaciółki zajęły stolik w swoim ulubionym barku mieszczącym się w dawnej
stacji benzynowej, przekształconej w delikatesy, gdzie można było kupić wymyślne kanapki i
kawę po trzy dolary za filiżankę. Jak zwykle w południe barek był przepełniony, a długa kolejka
przyciągała jeszcze więcej klientów.
Był to lunch służbowy. Candi i Merry też należały do komitetu nadzorującego aukcję w
muzeum - aukcję na cele dobroczynne, rzecz jasna. Przy sąsiednich stolikach trwały ożywione
rozmowy na podobne tematy.
Nagle zadzwonił telefon komórkowy Nory. Przeprosiła przyjaciółki za to, że zapomniała go
wyłączyć, ale Merry uznała, że nie ma sprawy; w barku ćwierkało ich tyle, że czuły się niemal
jak w ptaszarni.
To był znowu Aubie. Norę początkowo zaskoczyło, że zna jej numer, ale szybko
przypomniała sobie, że daje go dosłownie wszystkim.

background image

- To Aubie - wyjaśniła przyjaciółkom, wciągając je do rozmowy. Candi i Merry bez
zainteresowania kiwnęły głowami. Wszyscy znali Aubiego. Miał najwyższe ceny na świecie,
dlatego ten, kto robił u niego zakupy, mógł łatwo przebić każdego, przynajmniej pod względem
jakości papeterii i artykułów piśmienniczych.
- Zapomnieliśmy omówić sprawę zaproszeń na przyjęcie - powiedział Aubie i Norze zamarło
serce. Zapomniała o tym i absolutnie nie chciała prowadzić tej rozmowy w obecności Merry i
Candi.
- Ach tak, rzeczywiście.
Merry nawiązała rozmowę z wolontariuszką z sąsiedniego stolika. Candi natychmiast wodziła
wokoło wzrokiem, żeby sprawdzić, kogo brakuje.
- Ich też nie potrzebujemy.
- Nie będzie przyjęcia? - spytał wyraźnie zaciekawiony Aubie.
- Przyjęcia? Nie, w tym roku nie będzie.
- Cóż...
- Dziękuję za pamięć - powiedziała cicho Nora i szybko wyłączyła telefon.
- Czego nie potrzebujecie? - spytała Merry, nagle przerywając rozmowę.
- Nie urządzacie przyjęcia? - rzuciła Candi, świdrując ją czujnymi niczym radary oczami. - Co
się stało?
Nora zacisnęła zęby. Pomyśl o plażach, powtarzała sobie w duchu. O ciepłej, słonej wodzie, o
dziesięciu dniach w raju.
- Przyjęcia? - powtórzyła. - Ach, przyjęcia... Nie. Płyniemy na Karaiby. Blair wyjechała.
Chcemy odpocząć.
W barku zapadła głucha cisza, a przynajmniej tak się jej wydawało. Candi i Merry ze
zmarszczonymi czołami trawiły nowinę. Pamiętając o słowach Lutra, Nora odważnie parła
naprzód.
- Dziesięć dni na pokładzie “Wyspiarskiej Księżniczki"; to taki luksusowy statek. Bahamy,
Jamajka, Kajman Wielki. Zrzuciłam już prawie półtora kilograma - dodała filuternie.
- Nie urządzacie świąt? - spytała z niedowierzaniem Merry.
- Tak. - Merry miała cięty język i bardzo lubiła osądzać innych, dlatego już przed laty Nora
nauczyła się jej odgryzać. Zesztywniała, czekając na złośliwy komentarz.
- Jak można nie urządzać świąt?
- Można. Wystarczy je sobie odpuścić, i tyle - powiedziała, jakby słowa te wszystko
wyjaśniały.
- To cudowne - wtrąciła Candi.
- A co będziemy robić w Wigilię? - spytała Merry.
- Na pewno coś wymyślicie - odparła Nora. - Są inne przyjęcia.
- Ale nie takie jak twoje.
- Jesteś słodka.
- Kiedy wyjeżdżacie? - spytała Candi, marząc o plażach bez stada okupujących je przez
tydzień krewnych.
- W pierwszy dzień świąt. Koło południa.
Kiedy Luter zarezerwował bilety, uznała, że to trochę dziwna pora. “Mój drogi, powiedziała,
skoro już mamy ominąć święta, dlaczego nie wyjedziemy wcześniej? Zrezygnujmy z Wigilii. Z
tego całego bałaganu i zamieszania". - “A jeśli zadzwoni Blair? - powiedział". Poza tym Biff
załatwiła sporą zniżkę - aż trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów - ponieważ dwudziestego
piątego grudnia podróżuje niewielu ludzi. Tak czy inaczej, wycieczka była już zarezerwowana i
opłacona, i Nora wiedziała, że nic tego nie zmieni.

background image

- Więc dlaczego nie wydajecie przyjęcia w Wigilię? - drążyła Merry, bojąc się, że pod
nieobecność przyjaciółki będzie musiała zorganizować coś u siebie.
- Bo nie chcemy. Robimy sobie przerwę. Rok przerwy. Żadnych świąt. Ani choinki, ani
indyka, ani prezentów. Niczego. Bierzemy pieniądze i odpoczywamy na Karaibach. Jasne?
- Jasne - odrzekła Candi. - Chciałabym, żeby Norman coś takiego zrobił. Ale on nawet by o
tym nie pomyślał. Miałby zrezygnować z kręgli? Przenigdy. Tak ci zazdroszczę, Noro...
Po tych słowach Merry odgryzła kawałek kanapki z awokado. Żując, zaczęła rozglądać się po
barku. Nora dobrze wiedziała, o czym teraz myśli. Komu powiedzieć pierwszemu? Krankowie
bojkotują święta! Nie wydają przyjęcia! Nie kupują choinki! Całą forsę chcą przepuścić na
Karaibach!
Nora też jadła, zdając sobie sprawę, że kiedy tylko wyjdzie za drzwi, barek zatrzęsie się od
plotek i do kolacji mieszkańcy jej światka o wszystkim się dowiedzą. No i co z tego? - myślała.
Przecież to nieuniknione, zresztą co to za sensacja? Połowa przyjaciółek dołączy do obozu Candi,
umierając z zazdrości i marząc o plażach, tak samo jak Nora. Druga połowa, ta zatrwożona
myślą, że można tak po prostu ominąć święta, na pewno poprze Merry, ale Nora podejrzewała, że
i wśród nich znajdą się takie, które spalą się z zawiści.
A za trzy miesiące kogo to będzie obchodziło?
Po kilku kęsach odłożyły kanapki i wyjęły dokumenty. Nie było już mowy o Bożym
Narodzeniu, przynajmniej w obecności Nory. W drodze do domu zadzwoniła do Lutra z wieścią
o najnowszym zwycięstwie.
Luter był raz w dobrym nastroju, a raz w złym. Jego sekretarka, pięćdziesięcioletnia zołza
imieniem Dox, dogryzła mu, mówiąc, że będzie chyba musiała kupić sobie tanie perfumy sama,
skoro Święty Mikołaj zastrajkował. Dwa razy już nazwano go Sknerusem, czemu towarzyszył
głośny wybuch śmiechu. Bardzo oryginalne, myślał Luter.
Przed południem odwiedził go Yank Slader. Wpadł do gabinetu, jakby ścigało go stado
rozjuszonych klientów. Wyjrzał na korytarz, zamknął drzwi i usiadł.
- Jesteś geniuszem, stary - powiedział to prawie szeptem. Był specjalistą od amortyzacji, bał
się własnego cienia i uwielbiał wprost pracować osiemnaście godzin na dobę, ponieważ miał
wredną żonę.
- Oczywiście - odrzekł Luter.
- Wczoraj wieczorem wróciłem do domu, zaciągnąłem do łóżka żonę i zrobiłem to samo co ty.
Pokazałem jej zestawienia, rachunki, i tak dalej, i wyszło mi prawie siedem tysięcy. U ciebie?
- Sześć z hakiem.
- Niewiarygodne. I co z tego mamy? Nic. Rzygać mi się chce.
- Jedźcie na Karaiby - odparł Luter, dobrze wiedząc, że żona Yanka nigdy nie zgodzi się na
takie szaleństwo. Boże Narodzenie zaczynało się dla niej już pod koniec października i powoli
nabierając rozpędu, kulminację osiągało podczas dziesięciogodzinnego maratonu pierwszego
dnia świąt, kiedy to wraz ze stadem gości zjadała cztery monstrualne posiłki.
- Na Karaiby - mruknął Yank. - Trudno wyobrazić sobie coś gorszego. Dziesięć dni sam na
sam z Abigail. Wyrzuciłbym ją za burtę.
I nikt nie miałby ci tego za złe, pomyślał Luter.
- Siedem tysięcy dolarów - powtórzył Yank.
- Absurdalne, prawda? - rzucił Luter i przez chwilę obaj księgowi boleli w duchu nad
bezsensowną stratą ciężko zarobionych pieniędzy.
- Płyniecie pierwszy raz? - spytał Yank.
- Tak.
- Nigdy na czymś takim nie byłem. Ciekawe, czy zabierają na pokład samotnych pasażerów.

background image

- Na pewno. Nikt nie wymaga, żebyś z kimś podróżował. Myślisz o wypadzie na Karaiby?
- Nie myślę, Luter, tylko marzę. - Yank odpłynął. Powędrował myślami hen, w nieznane. W
jego zapadniętych oczach pojawiło się coś w rodzaju nadziei, radości, coś, czego Luter nigdy
dotąd w nich nie widział. Wyfrunął z gabinetu i przez chwilę szalał po Karaibach w cudownej
samotności bez Abigail.
Luter milczał, pozwalając mu marzyć, wkrótce jednak ogarnęło go zażenowanie. Na szczęście
zadzwonił telefon i na powrót przeniósł Yanka do surowego świata tabel amortyzacyjnych i
kłótliwej żony. Wydawało się, że wyjdzie bez pożegnania. Jednak przy drzwiach przystanął i
powiedział:
- Jesteś moim bohaterem.

Vic Frohmeyer dowiedział się o wszystkim od komendanta Scanlona, od siostrzenicy swojej
żony, która wynajmowała pokój z dziewczyną pracującą na pół etatu w sklepie Aubiego, i od
kolegi z uniwersytetu, którego brat załatwiał sprawy podatkowe u kogoś od Wileya i Becka.
Trzy niezależne źródła, więc w plotce musiało być wiele prawdy. Krank mógł sobie robić, co
chciał, ale Vic i reszta mieszkańców ulicy nie zamierzali na to bezczynnie patrzeć.
Frohmeyer był samozwańczym, acz powszechnie akceptowanym przywódcą Hamlock Street.
Dzięki stosunkowo łatwej i dochodowej pracy na uniwersytecie, miał sporo czasu, a jego
niewyczerpana energia wypędzała go na ulicę, gdzie organizował wszelkiego rodzaju akcje i
przedsięwzięcia. Miał sześcioro pociech, dlatego jego dom był ulubionym miejscem zabaw
wszystkich dzieci z sąsiedztwa. Drzwi stały zawsze otworem, zawsze coś się tam działo, dlatego
chociaż Vic wkładał dużo pracy w utrzymanie kwietników, to trawnik przed domem był w dość
opłakanym stanie.
To właśnie on zwoził na Hamlock Street kandydatów startujących w różnych wyborach, to on
smażył z nimi hamburgery na podwórzu. To właśnie Frohmeyer puszczał w obieg przeróżne
petycje do władz, chodził od drzwi do drzwi, organizując protest przeciwko niesprawiedliwemu
zaborowi takiego czy innego terenu, przeciwko budowie nowej czteropasmowej autostrady wiele
kilometrów od Hamlock, organizował akcję wykupu obligacji szkolnych czy budowę nowego
systemu kanalizacyjnego. To on dzwonił do urzędu oczyszczania miasta, kiedy przed domem
któregoś z sąsiadów nie został opróżniony pojemnik na śmieci, a ponieważ Frohmeyer był
Frohmeyerem, sprawę załatwiano błyskawicznie. Przybłąkał się do nich pies z sąsiedniej ulicy?
Jeden telefon od Vica i na miejscu zjawiali się ludzie ze schroniska dla zwierząt. Ktoś zobaczył
na ulicy zabłąkanego wyrostka, z długimi włosami, tatuażami i twarzą młodocianego przestępcy?
Vic podnosił słuchawkę i po chwili policjanci dźgali ulicznika palcem w pierś, zasypując go
gradem pytań.
Jeśli któryś z mieszkańców Hamlock Street trafiał do szpitala, Frohmeyerowie sporządzali
wykaz odwiedzin, organizowali choremu jedzenie, a nawet zajmowali się jego trawnikiem. Gdy
ktoś umarł, załatwiali kwiaty na pogrzeb i stałą opiekę nad grobem. Każdy sąsiad w potrzebie
mógł zwrócić się do nich o pomoc w dowolnej sprawie.
To właśnie Vic wpadł na pomysł akcji ze Śniegurkiem, ale ponieważ widział podobną na
przedmieściach Evanston, nie mógł przypisać sobie pełnych praw autorskich. Jednakowy bałwan
na każdym domu przy Hamlock Street: wysoki na dwa i pół metra, z głupawym uśmiechem na
twarzy, czarnym cylindrem na głowie, grubym wałkiem plastikowego tłuszczu na plastikowym
brzuchu, a wszystko to podświetlone od środka dwustuwatową żarówką wkręconą gdzieś w
okolicy odbytu. Pierwsza akcja ze Śniegurkiem, zorganizowana przed sześcioma laty, była
oszałamiającym sukcesem. Dwadzieścia jeden domów po jednej stronie ulicy, dwadzieścia jeden
po drugiej: dwa idealnie równe rzędy bałwanów świecących na wysokości dwunastu metrów nad

background image

ziemią. Na pierwszej stronie miejscowej gazety zamieszczono kolorowe zdjęcie i sympatyczny
artykuł. Dwie stacje telewizyjne przekazywały z ulicy transmisję. Na żywo!
Rok później w ich ślady poszła Stanton Street, na południe od Hamlock, i Ackerman Street, ta
na północ. Ci ze Stanton ustawili na dachu renifery, ci z Ackerman srebrne dzwony i od tamtego
czasu, na wniosek Frohmeyera, rada miejska zaczęła przyznawać doroczne nagrody za
świąteczny wystrój ulicy.
Przed dwoma laty dotknęła ich wielka klęska, gdy potężny podmuch wiatru zmiótł bałwany z
dachów i porozsiewał je po dzielnicy. Ale Frohmeyer się nie załamał: ponownie skrzyknął
sąsiadów i już rok później ulicę ozdobiła nieco niższa wersja Śniegurka. W akcji nie brały
udziału tylko dwa domy.
Vic corocznie wyznaczał datę wskrzeszenia bałwanów, dlatego usłyszawszy plotkę o Kranku i
jego wyprawie na Karaiby, postanowił, że Śniegurki zawitają na dach już następnego dnia. Po
kolacji wystukał na maszynie krótki list do sąsiadów - robił to co najmniej dwa razy w miesiącu -
sporządził czterdzieści jeden kopii i kazał swoim dzieciom roznieść je po wszystkich domach
przy Hamlock Street. List brzmiał następująco: “Drogi sąsiedzie, jutro powinna być ładna
pogoda: to znakomity moment na wskrzeszenie Śniegurka. W razie potrzeby proszę dzwonić po
pomoc do Marty'ego, Judda lub do mnie. Vic Frohmeyer".
Luter przyjął list z rąk uśmiechniętego dzieciaka.
- Kto to?! - zawołała z kuchni Nora.
- Frohmeyer.
- O co chodzi?
- O Śniegurka.
Nora weszła do salonu. Luter patrzył na list, jakby było to urzędowe pismo wzywające go do
stawienia się w sądzie i uczestnictwa w pracach ławy przysięgłych. Wymienili zalęknione
spojrzenia. Luter powoli pokręcił głową.
- Musisz - powiedziała Nora.
- Nie, nic nie muszę - odparł stanowczo Luter, czując, że z każdym słowem ogarnia go coraz
większy gniew. - Nie muszę. Vic Frohmeyer nie będzie mi rozkazywał.
- Przecież chodzi tylko o Śniegurka.
- O nie, chodzi o wiele więcej.
- O co?
- O zasady, Noro. Nie rozumiesz? Cholera jasna...
- Nie klnij.
- Mamy prawo ominąć święta, kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota i nikt, nawet sam Vic
Frohmeyer, nie może nam tego zabronić. - Mówił coraz głośniej. - Nikt, nikt mnie do tego nie
zmusi! - Jedną ręką wskazywał sufit, drugą, tą z listem, gwałtownie wymachiwał. Nora
zrejterowała do kuchni.

Rozdział 5

Śniegurek składał się z czterech części: szerokiej, okrągłej podstawy przymocowanej do
podstawy kuli, korpusu i ozdobionej cylindrem głowy. Części mniejsze mieściły się w
większych, dlatego przechowywanie Śniegurka przez jedenaście miesięcy w roku nie nastręczało
dużych kłopotów. Kosztował osiemdziesiąt dwa dolary i dziewięćdziesiąt dziewięć centów za
sztukę, plus koszty transportu, dlatego mieszkańcy Hamlock Street składali go i rozkładali z
wielką starannością.

background image

A rozpakowywali z prawdziwą radością. Przez całe popołudnie pod samochodowymi wiatami
niemal wszystkich domów przy Hamlock Street widać było części plastikowego bałwana, które
mieszkańcy pracowicie odkurzali i dokładnie sprawdzali. Następnie składali je i skręcali, by
wciągnąć na dach gotowego, ponad dwumetrowego Śniegurka.
Zamontowanie figury nie było prostą sprawą. Wymagało to drabiny, liny i pomocy sąsiada.
Najpierw trzeba było obwiązać się w pasie liną i wejść na dach, a potem wciągnąć tam ważącego
osiemnaście kilo Śniegurka, i to bardzo uważnie, tak żeby nie zadrapał się na szorstkich
asfaltowych dachówkach. Kiedy bałwan stał już na szczycie, przywiązywało się go do komina
specjalną płócienną taśmą, którą wynalazł sam Vic Frohmeyer. Następnie wkręcało mu się do
wnętrza dwustuwatową żarówkę i spuszczało po dachu elektryczny kabel.
Wes Trogdon, agent ubezpieczeniowy, wziął jednodniowe zwolnienie lekarskie tylko po to,
żeby zaskoczyć dzieci i postawić na dachu pierwszego Śniegurka przy Hamlock Street. Zaraz po
lunchu wymył go z Trish, a potem, pod jej czujnym okiem, wszedł na dach i zmagał się z nim
dopóty, dopóki go nie umocował. Stojąc przy kominie na wysokości dwunastu metrów nad
ziemią, skąd roztaczał się piękny widok na całą ulicę, Wes odczuwał coś w rodzaju złośliwej
satysfakcji, że wyprzedził wszystkich sąsiadów, łącznie z Frohmeyerem.
Trish poszła gotować gorące kakao, a on zszedł do piwnicy i zaczął wynosić pudła z
lampkami. Następnie rozłożył je na podjeździe, żeby sprawdzić, czy wszystkie świecą. Żaden z
mieszkańców Hamlock Street nie rozwieszał więcej świątecznych lampek niż on. Otaczały całe
podwórze, wiły się wokół krzaków, koron drzew, obrysowywały kontury domu, ozdabiały
wszystkie okna: przed rokiem Wes rozwiesił czternaście tysięcy lampek.
Frohmeyer wyszedł z pracy trochę wcześniej, żeby sprawdzić, co się dzieje na ulicy i z
przyjemnością stwierdził, że mieszkańcy Hamlock Street pracują jak pszczoły w ulu. Przez
chwilę odczuwał zazdrość, że Trogdon go wyprzedził, ale czy naprawdę było to aż takie ważne?
Niebawem wraz z kilkoma sąsiadami stał na podjeździe Ellen Mulholland, uroczej wdowy, która
już piekła kruche ciasteczka. Jej Śniegurek znalazł się na dachu w okamgnieniu, a gdy ciasteczka
zostały pożarte, wszyscy razem poszli pomagać gdzie indziej. Dołączyły do nich dzieci, wśród
nich Spike Frohmeyer, dwunastoletni brzdąc, który odziedziczył po ojcu zmysł organizacyjny i
jego społecznikowską pasję, i aż do późnego popołudnia chodzili od domu do domu, żeby zdążyć
przed zapadnięciem zmroku.
Spike zadzwonił do drzwi Kranków, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Lexusa pana Kranka
nie było - o piątej to zupełnie normalne - ale pod wiatą stało audi pani Krank: oczywisty znak, że
właścicielka samochodu jest w domu. Zasłony były rozsunięte, żaluzje podniesione, mimo to nikt
mu nie otworzył. Grupa poszła dalej, do domu Beckerów, przed którym Ned mył Śniegurka,
słuchając warkliwych rozkazów stojącej na schodach teściowej.
- Odchodzą - szepnęła Nora do słuchawki telefonu w sypialni.
- Dlaczego znowu szepczesz? - spytał poirytowany Luter.
- Bo nie chcę, żeby mnie usłyszeli.
- Kto przyszedł?
- Vic Frohmeyer, Wes Trogdon, ten Broxley z drugiego końca ulicy i dzieci.
- Prawdziwa banda, nie?
- Raczej uliczny gang. Są teraz u Beckerów.
- Bóg z nimi.
- Gdzie jest Śniegurek?
- Tam, gdzie stoi od stycznia. Bo co?
- Sama nie wiem.

background image

- To po prostu komiczne. Szepczesz do słuchawki w zamkniętym na klucz domu, ponieważ
nasi sąsiedzi chodzą od drzwi do drzwi, pomagając innym sąsiadom wciągnąć na dach
dwumetrowego bałwana z plastiku, który, nawiasem mówiąc, nie ma nic wspólnego ze świętami
Bożego Narodzenia. Myślałaś może o tym kiedykolwiek?
- Nie.
- Głosowaliśmy za reniferem, pamiętasz?
- Nie.
- To śmieszne.
- Jakoś mi nie do śmiechu.
- Śniegurek bierze sobie rok urlopu. Nasza odpowiedź brzmi: “nie".
Luter delikatnie odłożył słuchawkę i spróbował skupić się na pracy. O zmroku wsiadł do
samochodu i powoli pojechał do domu, powtarzając sobie w duchu, że zamartwianie się takimi
głupstwami jak bałwan na dachu jest doprawdy niemądre. I przez całą drogę myślał o Walcie
Scheelu.
- No, Scheel - mruczał. - Tylko mnie nie zawiedź.
Walt Scheel był jego rywalem, zrzędliwym gburem. Mieszkał dokładnie naprzeciwko nich.
Miał dwoje dzieci po studiach, żonę walczącą z rakiem piersi, tajemniczą posadę w belgijskim
koncernie i jeden z wyższych dochodów na Hamlock Street, ale bez względu na to, ile naprawdę
zarabiał, on i jego żona stawali na głowie, żeby sąsiedzi myśleli, że zarabiają znacznie więcej.
Luter kupił lexusa, więc lexusa musiał mieć również Scheel. Kiedy Bellington wybudował sobie
basen, Scheel odczuł nagłą potrzebę pływania - zalecenie lekarskie! - i zafundował sobie
podobny. Sue West, ta z zachodniego krańca ulicy, wyposażyła kuchnię w najnowocześniejszy
sprzęt - plotka głosiła, że wydała na to osiem tysięcy dolarów. Pół roku później Bev Scheel
wpakowała w kuchnię o tysiąc dolarów więcej.
Była beznadziejną kucharką i według różnych zeznań, potrawy sporządzone w nowej kuchni
smakowały jeszcze gorzej niż te ze starej.
Półtora roku później Bev zachorowała na raka piersi i Scheelowie gwałtownie wyzbyli się
pychy. Bardzo spokornieli. Ciągłe wyprzedzanie sąsiadów przestało mieć dla nich jakiekolwiek
znaczenie. Posiadanie dóbr materialnych stało się bezsensem. Trwali w chorobie z cichą
godnością, a mieszkańcy Hamlock Street wspierali ich jak krewnych. Po roku chemioterapii w
belgijskim koncernie doszło do przetasowań kadrowych. Bez względu na to, jaką pracę Walt miał
przedtem, teraz na pewno zajmował niższe stanowisko.
W poprzednie Boże Narodzenie Scheelowie byli zbyt pochłonięci chorobą, żeby myśleć o
przystrajaniu domu. Nie wciągnęli na dach Śniegurka, nie kupili choinki i jakby po namyśle
rozwiesili w oknach kilka lampek.
Bałwana nie było wówczas tylko na dwóch domach: na domu Scheelów i tym na zachodnim
krańcu ulicy, którego właściciele, pakistańskie małżeństwo, wyprowadzili się już trzy miesiące
od chwili zamieszkania. Dom wystawiono na sprzedaż i Frohmeyer poważnie rozważał, czy nie
zakraść się tam nocą i nie ustawić na dachu zapasowego bałwana, którego trzymał w piwnicy.
- Nie poddawaj się, Scheel - mruczał Luter, jadąc do domu. - Nie wynoś Śniegurka z piwnicy.
Cały ten pomysł był sympatyczny przed sześcioma laty, kiedy Frohmeyer postanowił wcielić
go w życie. Teraz wydawał się mdły i nijaki; Luter musiał jednak przyznać, że na pewno nie był
nijaki dla dzieci z Hamlock Street. Ukradkiem zacierał ręce, gdy przed trzema laty burza zmiotła
z dachów wszystkie bałwany i rozrzuciła je po całym mieście.
Skręcił w Hamlock i stwierdził, że jak wzrokiem sięgnąć, na dachach domów po jednej i
drugiej stronie ulicy stoją Śniegurki. Przypominały jaskrawo świecących strażników, a w ich
szeregach ziały tylko dwie czarne wyrwy: w domu Scheela i domu Kranków.

background image

- Dzięki, Walt - szepnął Luter.
Dzieciaki jeździły na rowerach. Sąsiedzi rozwieszali lampki i gawędzili przez żywopłoty.
Zaparkował pod wiatą i spiesznie wszedł do domu. Zauważył, że uliczny gang zebrał się przed
domem Scheela. Zgodnie z przewidywaniami, chwilę później, po błyskawicznie ustawionej
drabinie, z wprawą doświadczonego dekarza wspiął się Vic Frohmeyer. Luter wyglądał przez
szparę w żaluzjach. Walt Scheel stał na podwórzu przed domem w otoczeniu tuzina sąsiadów,
Bev czekała na schodach w szlafroku, a Spike Frohmeyer szarpał się z elektrycznym kablem.
Ktoś krzyczał, ktoś inny się śmiał, a wszyscy udzielali porad Vicowi, który wciągał na dach
przedostatniego Śniegurka na ulicy.
Przy kolacji - makaron bez sosu i biały ser - mówili niewiele. Ona zrzuciła kilogram i
trzydzieści sześć gramów, on kilogram osiemdziesiąt. Luter pozmywał i zszedł do piwnicy. Przez
pięćdziesiąt minut chodził na elektrycznym bieżniku, spalając trzysta czterdzieści kalorii, a więc
znacznie więcej, niż zjadł na kolację. Potem wziął prysznic i spróbował trochę poczytać.
Kiedy na ulicy opustoszało, poszedł na spacer. Nie zamierzał być więźniem we własnym
domu. Postanowił, że nie będzie się ukrywał przed sąsiadami. Nie musiał się ich bać.
Podziwiając dwa równiutkie rzędy Śniegurków strzegących ich cichej uliczki, poczuł lekkie
wyrzuty sumienia. Trogdonowie rozwieszali na choince kilogramy świecidełek, co przywołało
wspomnienia z dawnych czasów, zwłaszcza z dzieciństwa Blair. Luter nie należał do typów
nostalgicznych. Zawsze powtarzał, że żyje się dniem dzisiejszym, nie jutrzejszym, a już na
pewno nie wczorajszym. Ciepłe wspomnienia szybko rozwiały się na myśl o zakupach, ruchu
ulicznym i marnotrawstwie pieniędzy. Był bardzo dumny, że postanowili ominąć święta.
Zeszczuplał w pasie. Czekały na niego plaże.
Jak spod ziemi na chodniku wyrósł rower. Zahamował o krok przed nim.
- Dobry wieczór.
Spike Frohmeyer - pewnie wracał do domu po jakimś tajnym spotkaniu młodocianych
aktywistów. Sypiał jeszcze mniej niż stary Frohmeyer i w sąsiedztwie krążyło mnóstwo
opowieści o jego nocnych wyprawach. Był bardzo sympatycznym chłopcem.
- Witaj, Spike - powiedział Luter z westchnieniem. - Co cię tu sprowadza o tej porze?
- Nic, rozglądam się tylko - odparł jak nocny stróż.
- Po ulicy?
- Tata wysłał mnie na Stanton Street, żebym sprawdził, ile reniferów ustawili na dachach.
- No i? - spytał Luter. - Ile?
- Ani jednego. Znowu daliśmy im popalić.
Pełne zwycięstwo Frohmeyerów, pomyślał Luter. Niemal pełne. Co za głupota.
- Wystawia pan Śniegurka?
- Nie. W tym roku wyjeżdżamy, nie organizujemy świąt.
- Nie wiedziałem, że tak można.
- To wolny kraj, można robić niemal wszystko.
- Wyjeżdża pan dopiero w pierwszy dzień świąt.
- Co?
- W południe pierwszego dnia świąt, tak słyszałem. Ma pan jeszcze dużo czasu, żeby
wystawić Śniegurka. Moglibyśmy zdobyć nagrodę.
Luter milczał, po raz kolejny podziwiając szybkość, z jaką sąsiedzi roznieśli plotkę o ich
wyjeździe.
- Zbyt częste nagrody tracą na wartości - odrzekł z miną mędrca. - Niechaj choć raz wygrają
inni.
- I pewnie wygrają.

background image

- No, a teraz już jedź. Spike wsiadł na rower.
- Na razie - rzucił przez ramię.
Kilkadziesiąt metrów dalej Luter wpadł w zasadzkę, którą zastawił na niego ojciec chłopca.
- Dobry wieczór. - Vic powiedział to tak, jakby spotkanie było zupełnie przypadkowe. Stał na
podjeździe przed domem, opierając się o skrzynkę pocztową.
- Dobry wieczór, Vic - odrzekł Luter. Zwolnił kroku, jakby chciał się zatrzymać, ale w
ostatniej chwili zmienił zdanie. Frohmeyer ruszył za nim.
- Co słychać u Blair?
- Wszystko dobrze, dziękuję. A u twoich dzieci?
- Są we wspaniałym nastroju. To najpiękniejsza pora roku, nie uważasz? - Frohmeyer
przyspieszył kroku i szli teraz ramię w ramię.
- Absolutnie. Nigdy dotąd nie byłem szczęśliwszy. Ale tak, tęsknię za Blair. Bez niej to już
nie to samo.
- Tak, wiem.
Przystanęli przed domem Beckerów, sąsiadów Lutra, i przez chwilę obserwowali, jak biedny
Ned balansuje na szczycie drabiny, na próżno próbując zawiesić wielką gwiazdę na najwyższej
gałęzi choinki. Za nim stała żona, która pomagała mu wydajnie licznymi wskazówkami, ani razu
nie racząc przytrzymać drabiny, i teściowa, która dla lepszego widoku odeszła nieco dalej. W
powietrzu wisiała kłótnia.
- Ale niektórych rzeczy na pewno nie będzie mi brakowało - dodał Luter.
- A więc naprawdę postanowiliście wyjechać?
- Naprawdę. Byłoby miło, gdybyście zechcieli nas zrozumieć.
- Nie wiem dlaczego, ale to chyba trochę nie tak.
- Ale chyba nie ty o tym decydujesz, prawda?
- Fakt, nie ja.
- Dobrej nocy, Vic. - Rozbawiony widokiem rodziny Beckerów, Luter poszedł dalej.

Rozdział 6

Przedpołudniowa narada w schronisku dla maltretowanych kobiet miała fatalne zakończenie,
gdyż Claudia, bardziej znajoma niż przyjaciółka, ni z tego, ni z owego wypaliła:
- A więc co z twoją Wigilią? Słyszałam, że nici.
Z ośmiu kobiet biorących udział w naradzie - wliczając w to Norę - pięć regularnie bywało u
Kranków na świątecznych przyjęciach. Trzy, które nie bywały, chętnie ukryłyby się teraz w
jakiejś dziurze, podobnie jak Nora.
Ty mała żmijo, pomyślała, ale zamiast powiedzieć to na głos, rzuciła szybko:
- Boję się, że nici. W tym roku niczego nie urządzamy. - “A jeśli kiedykolwiek coś urządzimy,
droga Claudio, nie wstrzymuj oddechu, czekając na zaproszenie”. Miała wielką ochotę dodać to,
ale zrezygnowała.
- Podobno płyniecie na Karaiby - powiedziała Jayne, jedna z trzech, które u nich nie bywały,
próbując skierować rozmowę na wiadomy temat.
- Tak, wyjeżdżamy dwudziestego piątego.
- A więc odpuszczacie sobie całe święta? - spytała Beth, kolejna przygodna znajoma, którą
Nora zaprosiła na zeszłoroczne przyjęcie tylko dlatego, że firma jej męża prowadziła interesy z
firmą Lutra.
- Tak, całe - odparła wojowniczo Nora ze ściśniętym żołądkiem.

background image

- Dobry sposób oszczędzania pieniędzy - wtrąciła Lila, największa zdzira z nich wszystkich.
Nacisk, jaki położyła na słowo “pieniądze”, sugerował, że Krankowie muszą w tym roku
zacisnąć pasa. Nora poczuła, że pieką ją policzki. Mąż Liii był pediatrą, lekarzem zarabiającym
najmniej, ale jednak, co lekarz, to lekarz. Luter twierdził, że siedzą po uszy w długach: duży
dom, duże samochody, częste wizyty w ekskluzywnych wiejskich klubach. Zarabiali sporo, ale
jeszcze więcej wydawali.
Nawiasem mówiąc: gdzie w tych strasznych chwilach podziewał się Luter? Dlaczego skutki
ich zwariowanego planu musiały skupić się tylko na niej? Dlaczego to akurat ona stała na
pierwszej linii frontu, a on siedział sobie w zacisznym gabinecie, rozmawiając z ludźmi, którzy
albo dla niego pracowali, albo się go bali? Jego kumple czuli się u Wileya i Becka jak w klubie
dla oldbojów: byli bandą nudnych dusigroszów i pewnie wychwalali go za to, że miał odwagę
ominąć święta i zaoszczędzić parę dolarów. Gdyby jego przekora miała kiedykolwiek wejść w
modę, na pewno stałaby się popularna wśród księgowych.
No i tak: to ona po raz kolejny zbierała cięgi, a on siedział bezpiecznie w pracy i odgrywał
bohatera.
To kobiety wyprawiały święta, nie mężczyźni. Robiły zakupy, ozdabiały dom, gotowały,
organizowały przyjęcia, wysyłały świąteczne karty i zamartwiały się rzeczami, o których
mężczyźni nigdy by nawet nie pomyśleli. Dlaczego Lutrowi tak bardzo zależało na bojkocie
świąt, skoro tak mało wysiłku wkładał w ich przygotowanie?
Nora kipiała gniewem, lecz dzielnie powstrzymała się od odpowiedzi. Nie było sensu
rozpoczynać awantury w ośrodku dla maltretowanych kobiet.
Ktoś rzucił propozycję, żeby skończyć już naradę i Nora pierwsza wyszła z sali. W drodze do
domu zirytowała się jeszcze bardziej, myśląc o Lili i jej złośliwej uwadze o pieniądzach, a na
myśl o Lutrze i jego egoizmie dosłownie się w niej gotowało. Kusiło ją, żeby zrezygnować -
zaraz, teraz - wypuścić się na zakupy i ozdobić dom przed jego powrotem z pracy. Choinkę
mogłaby mieć za niecałe dwie godziny. I zdążyłaby jeszcze zorganizować przyjęcie. Frohmeyer
byłby szczęśliwy, gdyby poprosiła go o pomoc przy wystawianiu Śniegurka. Nawet gdyby
nakupowała prezentów, zostałoby im wystarczająco dużo pieniędzy na Karaiby.
Skręciła w Hamlock Street i oczywiście pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, było to, że ich dom
jest jedynym na ulicy bez bałwana na dachu. Posłuchała Lutra i będą musieli żyć z tym przez
następne trzy tygodnie. Ich piękny piętrowy domek rzucał się w oczy, jakby byli hindusami czy
buddystami, w każdym razie kimś, kto nie wie, czym jest Boże Narodzenie.
Stanęła w salonie i popatrzyła w okno, w przestrzeń, którą zawsze zajmowała ich piękna
choinka, i po raz pierwszy od wielu dni zdała sobie sprawę, jak zimny i nagi jest dom. Zagryzła
wargę i zadzwoniła do męża, ale Luter właśnie wyszedł na kanapkę. Pośród pliku
korespondencji, którą wyjęła ze skrzynki, między dwiema świątecznymi kartami zobaczyła coś,
co zmroziło jej krew w żyłach: list z Peru. Z hiszpańskimi napisami na kopercie.
Usiadła i szybko go otworzyła. W środku były dwie kartki papieru zapisane pięknym pismem
Blair. Och, jakże cenne były te słowa.
Bawiła się świetnie w peruwiańskiej dziczy. Nie mogła bawić się lepiej, gdyż mieszkała
wśród członków indiańskiego plemienia o wielotysięcznej historii. W porównaniu z
Amerykanami ludzie ci byli bardzo biedni, za to zdrowi i szczęśliwi. Cały tydzień zajęło jej
przystosowanie się do życia w nowych warunkach, do braku wielu niezbędnych dla Amerykanki
rzeczy. Dzieci były początkowo bardzo nieśmiałe i zamknięte w sobie, ale teraz garną się i do
niej, i do nauki; w tym miejscu Blair rozpisała się na temat małych Peruwiańczyków.

background image

Mieszka w chacie z trawy, ze Stacy, nową przyjaciółką ze stanu Utah. Dwaj pozostali
wolontariusze mieszkają w pobliżu; przed czterema laty założyli tam małą szkołę. Blair jest
zdrowa, syta, kocha swoją pracę i nie grożą jej żadne straszne choroby ani drapieżne zwierzęta.
W ostatnim akapicie Nora znalazła coś, czego tak bardzo jej brakowało i co natychmiast
podniosło ją na duchu.

Wiem, że beze mnie będzie wam ciężko, ale proszę, nie smućcie się. Moje peruwiańskie
maluchy nie wiedzą, co to Boże Narodzenie,
/ szczerze mówiąc, chętnie je sobie wraz z nimi odpuszczę. Są tak matę, tak niewiele pragną,
że mam wyrzuty sumienia, myśląc o bezsensownym materializmie zachodniej kultury. Nie ma tu
ani kalendarzy, ani zegarów, dlatego chyba nawet nie zauważę, kiedy miną tegoroczne święta.
(A zaległości zawsze możemy nadrobić w przyszłym roku, prawda?)

Bystra dziewczynka. Nora przeczytała list jeszcze raz i nagle poczuła się dumna nie tylko
dlatego, że wychowała taką mądrą i inteligentną córkę, ale też dlatego, że ostatecznie utwierdziła
się w słuszności swojej decyzji: przynajmniej w tym roku ona i Luter nie ulegną bezsensownemu
materializmowi zachodniej kultury.
Znowu zadzwoniła do męża i przeczytała mu list.

Piątek wieczorem w centrum handlowym! Centrum nie należało do jego ulubionych miejsc,
ale czuł, że Nora ma ochotę wyjść z domu. Zjedli kolację w niby-pubie na końcu pasażu, przebili
się przez tłum na drugi koniec, do kina, w którym grano romantyczną komedię w gwiazdorskiej
obsadzie. Osiem dolarów za bilet: szesnaście dolarów za dwie godziny nudy, dwie godziny
oglądania bandy przepłacanych, głupio chichoczących błaznów zmagających się z
pseudoliterackim scenariuszem. Ale cóż, Nora lubiła chodzić do kina, więc powlókł się za nią.
Mimo tłumu na ulicach, w kinie było zupełnie pusto i gdy pomyślał, że wszyscy uganiają się po
sklepach, przeszedł go miły dreszczyk. Rozsiadł się wygodnie z torebką prażonej kukurydzy na
kolanach i zasnął.
Nora obudziła go kuksańcem.
- Chrapiesz - syknęła.
- No to co? Nikogo tu nie ma.
- Och, zamknij się.
Wbił wzrok w ekran, ale po pięciu minutach miał dość.
- Zaraz wracam - szepnął i wyszedł z sali.
Oglądać te głupoty? Wolał już raczej, żeby stratowała go szalejąca w pasażu gawiedź.
Wjechał schodami na piętro, oparł się o barierkę i spojrzał na rozedrgany chaos u swoich stóp.
Na tronie siedział Święty Mikołaj, a przed nim wiła się długa kolejka. Z rzężących głośników na
lodowisku ryczała muzyka, a po lodzie, wokół jakiegoś wielkiego, wypchanego stwora, pewnie
renifera, krążyła setka dzieci przebranych za elfy. Wszyscy rodzice obserwowali je przez wizjery
kamer wideo. Wszędzie snuli się znużeni ludzie, dźwigając ciężkie torby, wpadając na innych,
użerając się ze swymi pociechami.
Lutra ogarnęła jeszcze większa duma.
Po drugiej stronie przejścia dostrzegł sklep sportowy. Podszedł do okna i stwierdził, że w
środku roi się od klientów i że kasjerów jest stanowczo za mało. Ale on niczego nie kupował,
tylko oglądał. Na końcu sali znalazł maskę i fajkę do nurkowania. Wybór był raczej mały, ale
cóż, grudzień to grudzień. Kostiumy kąpielowe były zatrważająco małe i obcisłe, jakby
zaprojektowano je wyłącznie dla nastoletnich członków pływackiej ekipy olimpijskiej.

background image

Przypominały woreczki, a nie majtki. Luter bał się ich dotknąć. Postanowił wziąć katalog i
dokonać zakupu, siedząc bezpiecznie w domowym zaciszu.
Kiedy wychodził ze sklepu, przy kasie wybuchła dzika awantura, bo jednemu z klientów
zginęła torba z zakupami. Co za głupcy.
Kupił sobie odtłuszczony jogurt i ruszył pasażem, uśmiechając się złośliwie na widok
zaganianych nieszczęśników, szastających ciężko zapracowanymi pieniędzmi. Kilka kroków
dalej przystanął, żeby popatrzeć na plakat ze wspaniałą, cudownie opaloną dziewczyną w
stringach: zapraszała go do salonu o nazwie Wieczna Opalenizna. Luter rozejrzał się ukradkiem,
jak przed drzwiami porno-shopu, po czym szybko wszedł do środka, gdzie czekała na niego
pochłonięta lekturą Daisy. Posłała mu wymuszony uśmiech. Zdawało się, że jej ciemnobrązowa
twarz pękła wzdłuż czoła i wokół oczu. Miała wybielone zęby i ciemnobrązową skórę. Luter
zastanawiał się przez chwilę, jak wyglądała przed transformacją.
Nie zdziwił się, gdy powiedziała, że to najlepsza pora roku na opalanie. Na święta oferowali
dużą zniżkę: osiemnaście wizyt za dziewięćdziesiąt dolarów. Tylko jedna wizyta dziennie:
początkowo kwadrans, stopniowo coraz dłużej, maksymalnie do trzydziestu minut. Po
osiemnastu wizytach Luter miał być wspaniale opalony i mężnie stawić czoło karaibskiemu
słońcu.
Szedł za nią korytarzem z drzwiami prowadzącymi do małych, nagich kabin, w których stały
łóżka do opalania i nic więcej. Właśnie otrzymali nowe wyposażenie, najnowocześniejszy sprzęt:
FX-2000 BronzeMat, prosto ze Szwecji. Jakby Szwedzi byli ekspertami od opalania. Na
pierwszy rzut oka łóżka wyglądały dość przerażająco. Daisy wyjaśniła, że trzeba się po prostu
rozebrać - tak, tak, do naga, zamruczała - położyć się i zamknąć górne wieko, które przypominało
Lutrowi żelazną formę do wypiekania wafli. Zamknąć wieko, smażyć się przez dwadzieścia
minut, wyjść na dźwięk dzwonka, ubrać się, i po wszystkim. Nic trudnego.
- Bardzo się tam spocę? - spytał Luter, wyobrażając sobie, jak leży pod rzędem
osiemdziesięciu lamp, które przypiekają każdą część jego ciała.
Daisy odrzekła, że owszem, bardzo. Po wyjściu trzeba po prostu przemyć łóżko sprayem i
wytrzeć je do sucha papierowym ręcznikiem, tak żeby mógł położyć się na nim następny klient.
Rak skóry? Daisy roześmiała się sztucznie. Wykluczone. Być może groził opalającym się na
starszych wersjach łóżka, ale w tych zastosowano najnowszą technologię całkowicie eliminującą
promienie ultrafioletowe. FX-2000 BronzeMat były bezpieczniejsze od słońca. Ona opala się już
od jedenastu lat.
I wyglądasz jak przypalona skóra wołowa, pomyślał Luter.
Wytargował dwa karnety za sto dwadzieścia dolarów i wyszedł z salonu z mocnym
postanowieniem, że opali się bez względu na to, ile trudu miałoby go to kosztować. I zachichotał
na myśl o Norze rozbierającej się do golasa za cieniutkim przepierzeniem i kładącej się na
szwedzkim łóżku FX-2000 BronzeMat.

Rozdział 7

Policjant nazywał się Salino i przychodził do nich co roku. Był krępy i przysadzisty, nie nosił
ani broni, ani kamizelki, ani pałki, ani kajdanek, ani radia, ani żadnych innych gadżetów, które
jego koledzy po fachu uwielbiali przytraczać sobie do pasa i ciała. W mundurze wyglądał
fatalnie, ale ponieważ prezentował się tak od wielu lat, nikt nie zwracał na to uwagi. Patrolował
południowo-wschodnią część miasta, Hamlock Street i sąsiadujące z nią ulice, a więc rejon, w
którym jedynym przestępstwem bywała kradzież roweru czy przekroczenie dozwolonej
prędkości.

background image

Tego wieczoru jego partnerem był młody, muskularny byczek o kurczowo zaciśniętych
zębach i potężnie umięśnionej szyi w obcisłym kołnierzyku granatowej koszuli. Nazywał się
Treen i dźwigał na sobie wszystko to, czego nie nosił Salino.
Kiedy Luter zobaczył przez okno, że stoją na schodach i dzwonią do drzwi, natychmiast
pomyślał o Frohmeyerze; na jego wezwanie policja zjawiała się szybciej niż na wezwanie
burmistrza.
Otworzył drzwi i po obowiązkowym powitaniu - “Dobry wieczór", “Jak się macie?" - zaprosił
ich do środka. Nie chciał ich zapraszać, ale wiedział, że nie odejdą, dopóki nie wypełnią swego
rytualnego obowiązku. Treen trzymał białą tubę z kalendarzem.
Nora, która zaledwie kilka sekund przedtem oglądała wraz z mężem telewizję, nagle znikła,
chociaż Luter wiedział, że jest tuż obok, że ukryła się za kuchennymi drzwiami, żeby nie uronić
ani słowa z ich rozmowy.
Mówił tylko Salino. Luter podejrzewał, że jego muskularny partner ma dość ograniczone
słownictwo. Policyjne Towarzystwo Dobroczynne po raz kolejny stawało do wytężonej wałki,
żeby zapewnić miejscowej społeczności same najcudowniejsze rzeczy. Zabawki dla maluchów.
Świąteczne koszyki dla tych, którym się w tym roku nie poszczęściło. Wizyty Świętego
Mikołaja. Przygody na lodowisku. Wycieczki do zoo. Poza tym jego członkowie rozdawali
prezenty pensjonariuszom domów pogodnej starości i schorowanym policyjnym kombatantom.
Salino przedstawił problem po mistrzowsku. Luter już to kiedyś słyszał.
Żeby zmniejszyć tegoroczne koszty tego jakże chlubnego przedsięwzięcia, Policyjne
Towarzystwo Dobroczynne po raz kolejny zaprojektowało piękny kalendarz, zawierający sceny z
życia policjantów służących mieszkańcom miasta. Jak na komendę Treen błyskawicznym ruchem
wyjął kalendarz, rozwinął go i zaczął przerzucać wielkie kartki, które Salino dokładnie opisywał.
Ilustracją na styczeń był policjant z drogówki. Z ciepłym uśmiechem wstrzymywał ruch, żeby
przedszkolaki mogły bezpiecznie przejść przez ulicę. Policjant z lutego był jeszcze bardziej
umięśniony niż Treen: pomagał strapionemu kierowcy zmienić koło samochodu i mimo
wielkiego wysiłku, zdołał uśmiechnąć się do aparatu. Marzec ilustrowała pełna napięcia scena z
nocnego wypadku, taka ze światłami błyskającymi na dachach radiowozów i trzema policjantami
o zmarszczonych czołach.
Miesiąc mknął za miesiącem, a Luter bez słowa podziwiał zdjęcia i ich oprawę plastyczną.
Miał ochotę spytać: a gdzie są faceci w cętkowanych majtkach? A gdzie zdjęcia z łaźni? Albo
ratownik w ręczniku na biodrach. Przed trzema laty Policyjne Towarzystwo Dobroczynne uległo
modnym trendom i wydało kalendarz ze zdjęciami młodych, szczupłych i zupełnie nagich
policjantów, z których jedni uśmiechali się głupkowato do obiektywu, a inni prezentowali
udręczoną minę z cyklu: “Jak ja nienawidzę tego nowoczesnego pozowania". Zdjęcia były
niemal obsceniczne i w gazetach zrobił się szum.
Szum, a raczej wielkie zamieszanie. Mieszkańcy miasta zasypali ratusz skargami i burmistrz
wpadł w furię. Dyrektor PTD został natychmiast zwolniony. Kalendarze, których nie zdążono
rozprowadzić, spalono przed kamerami miejscowej stacji telewizyjnej. Podczas transmisji na
żywo!
Nora trzymała swój w piwnicy i potajemnie cieszyła nim oczy aż do września.
Pomysł z nagim kalendarzem okazał się finansową klęską dla wszystkich zainteresowanych,
ale przyczynił się do zwiększenia popytu rok później. Sprzedaż wzrosła niemal dwukrotnie.
Luter kupował kalendarz co roku, ale robił to tylko po to, żeby spełnić oczekiwania
miejscowej społeczności. Dziwne, ale nie było na nim ceny, przynajmniej na tych
egzemplarzach, które roznosili osobiście Salino, Treen czy im podobni. Osobiste zaangażowanie
tych osób znacznie podbijało cenę, wymagało okazania dobrej woli, którą ludzie tacy jak Luter

background image

po prostu musieli okazać tylko dlatego, że tak wypadało. Było to wymuszenie, jawna łapówka, a
Luter potępiał łapownictwo. W ostatnie święta dał im czek na sto dolarów, ale w tym roku
postanowił nie dać nic.
Kiedy prezentacja dobiegła końca, wyprostował się dumnie i oznajmił:
- Nie potrzebuję kalendarza.
Salino przekrzywił głowę, jakby go nie zrozumiał. Obwód szyi Treena powiększył się co
najmniej o dwa centymetry.
Na ustach Salina zagościł szyderczy uśmieszek. Może pan nie potrzebuje - mówił ten
uśmiech, ale i tak pan kupi.
- Dlaczego?
- Już mam kalendarz na przyszły rok. - Nora, która podsłuchiwała, wstrzymując oddech i
obgryzając paznokcie, nic o tym nie wiedziała.
- Nie, to nie tak - wykrztusił Treen.
Salino spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć: “Zamknij gębę!”
- Mam dwa kalendarze w biurze i dwa na biurku - mówił dalej Luter. - Przy telefonie w
kuchni też mamy kalendarz. Zegarek zawiadamia mnie, jaki mamy dzień i rok, komputer też. Od
lat nie wypadł mi z życia ani jeden dzień.
- Zbieramy pieniądze na kalekie dzieci, panie Krank. - Salinowi zmienił się głos. Był teraz
cichy i chrapliwy. Nora poczuła, że zaraz się rozpłacze.
- Kalekie dzieci już je od nas dostają - odparował Luter. - Za pośrednictwem United Way,
kościoła i podatków na wszelkiego rodzaju potrzebujących.
- Nie jest pan dumny ze swojej policji? - wtrącił bezpardonowo Treen, który najpewniej
zasłyszał tę kwestię z ust Salina.
Luter zacisnął zęby i zaczekał, aż wzbierze w nim gniew. Kupno kalendarza nie może być
miarą dumy z miejscowej policji. Podobnie dawanie łapówki we własnym salonie nie jest
dowodem na to, że Luter Krank stoi murem za dzielnymi chłopcami w granatowych mundurach.
- W zeszłym roku zapłaciłem miastu trzysta dolarów podatku - wycedził, błyszczącymi
oczami patrząc na Treena. - Część tych trzystu dolarów poszła na wasze pensje. Kolejna część na
pensje strażaków, kierowców karetek pogotowia, nauczycieli, kanalarzy, śmieciarzy, burmistrza,
jego rozbuchanego personelu, sędziów, woźnych sądowych, strażników więziennych,
urzędników z ratusza, pielęgniarek i lekarzy naszego szpitala. Robią dobrą robotę. Pan też.
Jestem dumny z pracowników naszego miasta. Ale co ma z tym wspólnego wasz kalendarz?
Treen, któremu jak dotąd nikt nie wyłuszczył tego w tak logiczny sposób, zapomniał języka w
gębie. Salino też. Zapadła pełna napięcia cisza.
Nie mogąc wymyślić żadnej inteligentnej riposty, Treen poczerwieniał jak burak i postanowił,
że spisze numer rejestracyjny samochodu Kranka, zastawi na niego zasadzkę i wlepi mu mandat
za przekroczenie prędkości albo za niezatrzymanie się przed znakiem stopu. Każe mu zjechać na
pobocze, rzuci sarkastyczną uwagę, wyciągnie go z wozu, rozpłaszczy na masce, na oczach
innych kierowców zakuje w kajdanki i zawiezie do aresztu.
Na tę myśl Treen wykrzywił usta w uśmiechu. Salino nie uśmiechał się. Słyszał, że
Krankowie chcą zrezygnować ze świąt. Frohmeyer mu powiedział. Poprzedniego wieczoru
przejechał Hamlock Street i widział nieozdobiony lampkami domek bez Śniegurka, cichy i
spokojny, dziwnie niepasujący do tych oświetlonych i przystrojonych.
- Przykro mi, że pan tak uważa - powiedział ze smutkiem. - Po prostu próbujemy zebrać
trochę pieniędzy na biedne dzieci.
Nora chciała wpaść do salonu i krzyknąć: “Oto czek! Dajcie kalendarz!” Ale nie wpadła i nie
krzyknęła, gdyż następstwa tego kroku byłyby fatalne.

background image

Luter jeszcze mocniej zacisnął zęby i nie mrugnąwszy okiem, kiwnął głową, a wówczas Treen
dramatycznym gestem zaczął zwijać kalendarz, który musieli teraz wcisnąć komu innemu. Pod
ciężarem jego wielkich łap kalendarz marszczył się, trzeszczał, robił się coraz mniejszy i cieńszy,
i w końcu, kiedy stał się cienki jak kij od szczotki, Treen włożył go do białej tuby, a tubę zatkał
kapturkiem. Koniec ceremonii. Pora iść dalej.
- Wesołych świąt - rzucił Salino.
- Czy nadal sponsorujecie drużynę softballową z sierocińca? - spytał Luter.
- Oczywiście - powiedział Treen.
- Przyjdźcie do mnie na wiosnę, dam wam sto dolarów na stroje sportowe.
Ale to ich nie udobruchało. Nie zdobyli się nawet na krótkie: “Dziękuję". Kiwnęli tylko głową
i wymienili spojrzenia.
Podeszli do drzwi sztywno, w milczeniu i głuchej ciszy, którą przerywał jedynie irytujący
odgłos postukiwania kartonową tubą o nogę. Postukiwał oczywiście Treen, niczym znudzony
gliniarz z pałką, taki, co to tylko się rozgląda, komu by tu przyłożyć w łeb.
- To tylko sto dolarów - warknęła Nora, wchodząc do salonu. Luter wyglądał przez szparę w
żaluzjach, sprawdzając, czy policjanci już poszli.
- Nie, moja droga - odrzekł przebiegle, jakby sytuacja była bardzo skomplikowana, i jakby
tylko on nad nią panował. - Chodzi o dużo więcej. Masz ochotę na jogurt?
Głodny myśli tylko o jedzeniu. Co wieczór dogadzali sobie małym pojemnikiem
odtłuszczonego jogurtu, namiastki prawdziwego jogurtu owocowego, którym delektowali się jak
ostatnim posiłkiem w życiu. Luter zrzucił ponad trzy kilogramy, Nora dwa kilogramy i
siedemdziesiąt gramów.
Objeżdżali okolicę furgonetką, szukając ofiar. Było ich dziesięcioro; siedzieli na belach siana i
śpiewali. Pod łaciatą narzutą trzymali się za ręce i macali po udach, ale nie robili nic zdrożnego,
przynajmniej nie w tej chwili. Ostatecznie byli luteranami. Ich przywódczyni siedziała za
kierownicą, mając obok siebie żonę pastora, która podczas porannej mszy w niedzielę grała
również na organach.
Samochód skręcił w Hamlock Street. Szybko znaleźli to, czego szukali: nieprzystrojony
lampkami dom Kranków. Zwolnili. Mieli szczęście, gdyż po drugiej stronie ulicy zobaczyli
Scheela. Scheel szarpał się z elektrycznym kablem, prawie dwa i pół metra za krótkim, żeby dało
się wyprowadzić go z garażu i podłączyć do czterystu nowiutkich lampek, którymi starannie
ozdobił krzewy bukszpanu. Ponieważ Luter nie przystrajał domu, Walt postanowił zrobić to z
wyjątkowym pietyzmem.
- Czy tam ktoś jest? - spytała siedząca za kierownicą kobieta, ruchem głowy wskazując dom
Kranków.
- Jest. A o co chodzi?
- O nic. Jeździmy z kolędami. Mamy tu grupę młodzieży ze świętego Marka.
Walt uśmiechnął się i rzucił kabel. Cudownie, pomyślał. Krank myśli, że uda mu się uciec od
Bożego Narodzenia.
- Czy oni są żydami? - spytała kobieta.
- Nie.
- Buddystami albo kimś takim?
- Ależ skąd. Są metodystami. W tym roku chcą ominąć święta.
- Co takiego?
- To, co mówię. - Walt podszedł bliżej i stanął przy drzwiach od strony kierowcy. - Dziwak z
niego. Bojkotuje święta, żeby zaoszczędzić pieniądze na rejs na Karaiby.

background image

Siedzące w szoferce kobiety popatrzyły wojowniczo na dom Kranków. Kolędnicy przestali
śpiewać i zastrzygli uszami. Machina poszła w ruch.
- Myślę, że kilka kolęd dobrze by im zrobiło - dodał usłużnie Scheel. - Śmiało, zaczynajcie.
Chórzyści ze świętego Marka zeskoczyli na chodnik i przystanęli przy skrzynce pocztowej
Kranków.
- Podejdźcie bliżej! - krzyknął Scheel. - Nie będą mieli nic przeciwko temu.
Kolędnicy ustawili się przed domem obok ulubionego kwietnika Lutra. Walt wpadł do domu i
kazał żonie zadzwonić do Frohmeyera.
Gdy buchnęła świąteczna pieśń, Luter wyskrobywał łyżeczką boki pojemnika po jogurcie.
Chórzyści zaatakowali szybko i głośno, pierwszą zwrotką Niechaj Bóg was ukoi i Krankowie
schowali się za stół. Potem - wciąż nisko pochyleni, Luter przodem, Nora tuż za nim - wbiegli do
salonu. Wyhamowali przy oknie. Na szczęście zasłoniętym.
Luter wyjrzał na ulicę. Zrobił to bardzo ostrożnie, a mimo to tamci dostrzegli go i
entuzjastycznie pomachali mu ręką.
- Kolędnicy - syknął, cofając się o krok. - Tuż za drzwiami, obok jałowców.
- Jakie to urocze - powiedziała cichutko Nora.
- Urocze? Wdarli się na naszą posesję. To pułapka.
- Nikt się tu nie wdarł.
- Oczywiście, że się wdarł. Weszli na trawnik bez pozwolenia, ktoś ich nasłał. Pewnie
Frohmeyer albo Scheel.
- Kolędnicy nie są przestępcami - upierała się szeptem Nora.
- Ja wiem lepiej.
- To zadzwoń do swoich kumpli z policji.
- Może i zadzwonię. - Luter ponownie wyjrzał na ulicę.
- Zdążysz jeszcze kupić kalendarz.
W ich stronę pędził cały klan Frohmeyerów - na czele jechał Spike na desce - lecz uprzedzili
ich Trogdonowie, którzy usłyszawszy hałas, natychmiast dołączyli do tłumu na podjeździe.
Niebawem nadbiegli również Beckerowie, ciągnąc za sobą teściową i Rocky'ego, tego, co
wyleciał z college'u.
Po Niechaj Bóg was ukoi przyszła kolej na Jingle Bells w głośnej, żywiołowej interpretacji,
niewątpliwie zainspirowanej ogarniającym kolędników podnieceniem. Dyrygentka poprosiła
sąsiadów, żeby przyłączyli się do chóru. Radośnie spełnili tę prośbę i kiedy przed domem
Kranków rozbrzmiała Cicha noc, liczba kolędników wzrosła co najmniej do trzydziestu.
Chórzyści ze świętego Marka śpiewali czyściutko, sąsiedzi byle jak, ale mieli to gdzieś.
Najważniejsze, żeby śpiewać jak najgłośniej, żeby stary Luter wił się tam jak rozdeptana
dżdżownica.
Po dwudziestu minutach Nora nie wytrzymała i poszła wziąć prysznic. Luter siedział w fotelu
i udawał, że czyta, ale ponieważ każda następna kolęda brzmiała głośniej niż poprzednia,
zirytowany zaczął cicho kląć. Kiedy ostatni raz wyglądał przez okno, na trawniku roiło się od
roześmianych i rozkrzyczanych sąsiadów.
Gdy zaczęli śpiewać Wesołego bałwanka, zszedł do gabinetu, żeby napić się koniaku.

Rozdział 8

Mieszkał przy Hamlock Street od osiemnastu lat i od osiemnastu lat ani razu nie zmienił
porannych nawyków. Wstawał o szóstej, wkładał kapcie i szlafrok, parzył kawę i wychodził
przez garaż na podjazd po gazetę, którą roznosiciel gazet, chłopak imieniem Milton, zostawiał

background image

godzinę wcześniej. Wiedział nawet, ile jest kroków z kuchni na podjazd i liczył je w pamięci,
myląc się najwyżej o dwa lub trzy. Potem wracał. Filiżanka kawy z odrobiną śmietanki, dział
sportowy, miejski, finansowy i, zawsze na końcu, dział wiadomości z kraju i ze świata. W
połowie działu z nekrologami zanosił żonie kawę, zawsze w tej samej lawendowej filiżance i
zawsze z dwiema kostkami cukru.
Nazajutrz po występie kolędników wyszedł rozespany na podjazd i już miał schylić się po
gazetę, gdy kątem lewego oka dostrzegł wielką, kolorową plamę. Na kiju pośrodku trawnika
wisiała tablica, a na tablicy widniał napis sporządzony wielkimi, czarnymi literami. Głosił on:
UWOLNIĆ ŚNIEGURKA. Niech to szlag. Karton naklejony na białą tekturę, czerwono-zielona
obwódka i rysunek skrępowanego łańcuchami bałwana na strychu, bez wątpienia na strychu
Kranków. Kiepskie dzieło dorosłego artysty, który ma za dużo wolnego czasu, albo całkiem
niezła praca jakiegoś dzieciaka i zaglądającej mu przez ramię mamusi.
Nagle poczuł, że obserwują go czyjeś oczy, mnóstwo oczu. Niedbałym gestem wetknął gazetę
pod pachę i bez pośpiechu ruszył do domu, jakby niczego nie zauważył. Nalewając kawę,
zrzędliwie mruczał, siadając na krześle, łagodnie klął. Lektura działu sportowego i miejskiego nie
sprawiła mu żadnej przyjemności, jego uwagi nie przykuły nawet nekrologi. I nagle uświadomił
sobie, że Nora zdecydowanie nie może zobaczyć plakatu. Zmartwiłaby się jeszcze bardziej niż
on.
Z każdą nową próbą pogwałcenia jego obywatelskich praw, które pozwalały mu robić, co
chce, Luter był coraz bardziej zdeterminowany, żeby zbojkotować święta. Ale niepokoił się o
Norę. Wiedział, że nie pęknie, ale bał się o nią. Gdyby uwierzyła, że do protestu sąsiadów
dołączyły dzieci, mogłaby się załamać.
Zaatakował błyskawicznie: wymknął się przez garaż, wysoko podnosząc nogi - trawa była
mokra i oszroniona - przeciął trawnik, wyrwał szkaradztwo z ziemi i wrzucił je do pralni z
postanowieniem, że zajmie się tym później.
Zaniósł Norze kawę i usiadł przy kuchennym stole, próbując skupić się na lekturze. Na
próżno. Był zły i miał przemarznięte stopy.
Pojechał do pracy.
Kiedyś orędował na rzecz zimowej przerwy od połowy grudnia do Nowego Roku. I tak nikt
wtedy nie pracuje, argumentował podczas narady w tej sprawie. Sekretarki muszą zrobić zakupy,
więc wychodzą wcześniej na lunch, wracają spóźnione i już godzinę później wychodzą na
kolejną serię zakupów. Zmuśmy wszystkich do grudniowego urlopu, nawoływał z całą mocą.
Niech wezmą dwa tygodnie urlopu, oczywiście płatnego. Ilość spraw i tak w tym czasie spada,
argumentował, potwierdzając to wykresami i diagramami. Klienci uciekają z biur i wracają do
nich dopiero w pierwszym tygodniu stycznia. Nasza kancelaria, mówił, mogłaby zaoszczędzić
parę dolarów, unikając bożonarodzeniowego przyjęcia w biurze. Rozdał im nawet kopie artykułu
z “Wall Street Journal” na temat dużej firmy w Seattle, która zastosowała taką politykę z
wyśmienitymi rezultatami, przynajmniej według gazety.
To była naprawdę znakomita prezentacja. Wniosek nie przeszedł - padły dwa głosy za i
jedenaście przeciw - i Luter złościł się przez miesiąc. W gniewie wspierał go jedynie Yank
Slader.
Tego dnia pracował machinalnie, krążąc myślami wokół wieczornego koncertu przy
jałowcach i plakatu protestacyjnego na trawniku. Lubił Hamlock Street. Dobrze żył z sąsiadami,
nawet z Waltem Scheelem, dlatego czuł się nieswojo, że stał się celem ataku bliskich mu ludzi.
Nastrój odmieniła mu Biff, agentka z biura podróży. Ledwie zapukawszy do drzwi - ta zołza
Dox, jego sekretarka, siedziała z nosem w stercie świątecznych katalogów - tanecznym krokiem
weszła do gabinetu, żeby wręczyć mu bilety na rejs, pięknie oprawiony plan podróży oraz

background image

najnowszą broszurę reklamową “Wyspiarskiej Księżniczki". Kilka sekund później już jej nie
było, czego Luter bardzo żałował, gdyż podziwiając jej figurę i opaleniznę, nie mógł się
powstrzymać od marzeń o niezliczonych stringach i kostiumach bikini, które wkrótce miał
oglądać. Zamknął drzwi na klucz i pogrążył się w błękitnych wodach Karaibów.
Po raz trzeci w tym tygodniu tuż przed lunchem wymknął się z biura i pojechał do centrum
handlowego. Zaparkował najdalej jak mógł - chciał jak najwięcej chodzić: zrzucił już trzy
kilogramy i sześćdziesiąt trzy gramy i był w znakomitej formie. Wraz z setkami innych klientów
robiących popołudniowe zakupy znalazł się w pasażu. Z tym, że on przyszedł się zdrzemnąć.
Włożył ciemne okulary i wślizgnął się do przybytku Wiecznej Opalenizny. Miedzianoskórą
Daisy zastąpiła Daniella, blada, rudowłosa dziewczyna, której liczne piegi - niewątpliwie dzięki
nieustannemu naświetlaniu - powiększyły się i rozlały niemal po całej twarzy. Podbiła mu karnet,
przydzieliła kabinę numer dwa i z miną doświadczonego dermatologa powiedziała:
- Dzisiaj powinno wystarczyć dwadzieścia pięć minut, Luter. - Była co najmniej trzydzieści
lat młodsza i bez żadnych oporów mówiła mu po imieniu. Pracowała tu dorywczo za parę
dolarów tygodniowo, ale do głowy jej nie przyszło, żeby zwracać się do niego per pan.
Omal na nią nie warknął. Dlaczego akurat dwadzieścia pięć? Dlaczego nie dwadzieścia sześć
albo dwadzieścia cztery?
Mruknął coś pod nosem i wszedł do dwójki.
Łóżko było chłodne: dobry znak. Nie mógł znieść myśli, że kładzie się na nim tuż po wyjściu
poprzedniego klienta. Szybko użył płynu do odkażania, z furią wytarł łóżko, sprawdził zamek u
drzwi, rozebrał się wstydliwie, jakby ktoś mógł go tam zobaczyć i ostrożnie wczołgał się do
środka.
Wyciągał się, rozciągał i poprawiał, dopóki nie ułożył się wygodnie, potem zamknął wieko,
wcisnął przycisk i zaczął się smażyć. Nora była tu dwa razy, ale nie wiedziała, czy przyjdzie po
raz trzeci, ponieważ w połowie ostatniej sesji ktoś stukał do drzwi i bardzo się przestraszyła. Coś
wybełkotała - ze strachu nie pamiętała dokładnie co - i gwałtownie wstając, uderzyła mocno
głową w wieko łóżka.
Oczywiście całą winę zrzuciła na męża. Luter wyśmiał ją, co nie polepszyło jego sytuacji.
Niebawem odpłynął w sen, marząc o “Wyspiarskiej Księżniczce", jej sześciu basenach,
leżących wokół nich szczupłych, opalonych na brąz ciałach, białych, piaszczystych plażach
Jamajki i Kajmanów i ciepłych, spokojnych wodach Karaibów.
Do rzeczywistości przywrócił go natarczywy dźwięk dzwonka. Minęło dwadzieścia pięć
minut. Luter miał już za sobą cztery wizyty. Stanąwszy przed zniszczonym lustrem na ścianie,
nareszcie zauważył pewną różnicę w swoim wyglądzie. Wiedział, że jeszcze dzień czy dwa i w
biurze zaczną to komentować. Tak bardzo mu zazdrościli.
Gdy spiesznie wracał do pracy - skórę miał jeszcze ciepłą, a ponieważ nie zjadł kolejnego
lunchu, zmniejszył mu się brzuch - zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Przyłapał się na tym, że boi się wracać do domu. Wszystko było dobrze, dopóki nie skręcił w
Hamlock Street. Becker ozdabiał krzaki dodatkowymi lampkami i celowo wieszał ich najwięcej
na skraju trawnika, tuż przy garażu Lutra. Trogdon nie miał już chyba miejsca na dodatkowe
lampki, lecz Luter podejrzewał, że jakoś je znajdzie. U Walta Scheela też przybywało lampek, i
to codziennie. Pomyśleć tylko, że przed rokiem rozwiesił tylko jeden marny sznur.
Swade Kerr, ich najbliższy sąsiad od wschodniej strony, który nagle uległ przedświątecznemu
nastrojowi, z pasją owijał karłowate krzewy bukszpanu sznurami nowiutkich, rozmruganych,
czerwono-zielonych lampek. Kerrowie uczyli dzieci w domu i zwykle trzymali je pod kluczem w
piwnicy. Nie głosowali, ćwiczyli jogę, jedli tylko warzywa, zimą nosili sandały i grube skarpety,

background image

unikali stałej pracy i twierdzili, że są ateistami. Byli sąsiadami bardzo drażliwymi, ale w sumie
nie można było na nich narzekać. Żona Swade'a, Shirley, miał nazwisko z myślnikiem i żyła z
funduszów powierniczych.
- Osaczyli nas - mruknął do siebie Luter. Wjechał do garażu, wbiegł do domu i zamknął drzwi
na klucz.
- Popatrz - powiedziała Nora ze zmarszczonym czołem, po tym, jak najpierw poklepała go po
policzku i jak co dzień spytała: “Jak minął dzień?"
Dwie pastelowe koperty. Oczywista sprawa.
- Co to? - warknął. Ostatnią rzeczą, jaką miał ochotę w tej chwili oglądać, były świąteczne
karty z krótkimi, fałszywymi życzeniami. Był głodny, a tego dnia mieli jeść rybę z warzywami
na parze.
Wyjął karty z kopert. Obydwie przedstawiały Śniegurka, obydwie były niepodpisane i bez
adresu zwrotnego. Świąteczne anonimy.
- Bardzo śmieszne - mruknął, rzucając je na stół.
- Myślałam, że ci się spodobają. Wysłano je z miasta.
- To Frohmeyer - powiedział Luter, ściągając krawat z szyi. -Uwielbia takie kawały.
W połowie kolacji zadzwonił dzwonek u drzwi. Luter mógłby pożreć rybę dwoma dużymi
kęsami, ale Nora wierzyła w cnotę powolnego jedzenia. Był strasznie głodny, kiedy wstał,
mamrocząc, kto to może być.
Strażak nazywał się Kistler, sanitariusz - Kendall. Obydwaj byli młodzi i szczupli, obydwaj w
znakomitej formie od niezliczonych godzin dźwigania ciężarów w strażackiej siłowni - bez
wątpienia na koszt podatnika, pomyślał Luter, zapraszając ich do środka i przystając tuż za
drzwiami. Czekał go kolejny rytuał: znakomity dowód na to, że z Bożym Narodzeniem jest coś
nie tak.
Kistler był w mundurze granatowym, Kendall - w oliwkowym. Żaden z tych mundurów nie
pasował do czerwono-białych czap Świętego Mikołaja, które mieli na głowie, ale kogo to
obchodziło?
Czapy były słodkie i cudaczne, lecz Luter nawet się nie uśmiechnął. Sanitariusz trzymał przy
nodze papierową torbę.
- Sprzedajemy keks - powiedział Kistler. -Jak co roku.
- Pieniądze pójdą na zabawki dla dzieci - dodał z wyczuciem Kendall.
- Chcemy zebrać dziewięć tysięcy dolarów.
- W zeszłym roku zebraliśmy ponad osiem.
- Ale w tym roku lepiej się staramy.
- Na Wigilię rozdamy zabawki sześciuset dzieciom.
- To olbrzymie przedsięwzięcie.
Raz jeden, raz drugi, raz jeden, raz drugi. Znakomicie zgrani, żonglowali słowami jak w
cyrku.
- Szkoda, że nie zobaczy pan tych dzieci.
- Za nic nie chciałbym stracić takiego widoku.
- Tak czy inaczej, musimy zebrać te pieniądze, i to jak najszybciej.
- Mamy tu wyśmienity keks. - Kendall machnął torbą w stronę Lutra, jakby sądził, że będzie
miał ochotę chwycić ją i zajrzeć do środka. - Keks od Mabel. To stara, sprawdzona firma.
- Słynna na cały świat.
- Piekarnia Mabel mieści się w Hermansburgu w Indianie.
- Pracuje w niej pół miasta. Pieką tylko keksy. Biedni ludzie, pomyślał Luter.
- Stosują tajną recepturę i używają tylko najświeższych składników.

background image

- I robią najlepsze keksy na świecie.
Luter nie znosił keksu. Tych wszystkich daktyli, fig, śliwek, orzechów, suchych,
podbarwianych i rozdrobnionych na kawałki owoców.
- I to już od osiemdziesięciu lat.
- To najlepiej sprzedający się keks w kraju. W zeszłym roku sprzedali sześć ton.
Luter ani drgnął. Stał zupełnie nieruchomo, przenosząc wzrok to na jednego, to na drugiego.
- Nie zawiera żadnych chemikaliów ani konserwantów.
- Nie wiem, jak to robią, że tak długo zachowuje świeżość.
Dodają chemikalia i konserwanty, miał ochotę powiedzieć Luter.
Raptem zalała go fala ostrego głodu. Niewiele brakowało i ugięłyby się pod nim nogi, omal
nie wykrzywił nieprzeniknionej dotąd twarzy. Bardzo polepszył mu się węch, co musiało być
efektem ubocznym intensywnej diety, którą stosowali już od dwóch tygodni. Może doszedł go
zapach pysznego keksu Mabel - nie był tego pewien - w każdym razie ogarnął go
niepohamowany głód. Musiał coś zjeść. Nagle poczuł, że ma ochotę wyrwać Kendallowi torbę,
otworzyć ją i zapchać sobie usta keksem.
Ale po chwili głód złagodniał. Luter zacisnął zęby, odczekał chwilę i odprężył się. Kistler i
Kendall byli tak pochłonięci rutynową prezentacją, że niczego nie zauważyli.
- Mało ich dostajemy.
- Cieszą się taką popularnością, że musimy je reglamentować.
- W tym roku przyszło tylko dziewięćset porcji.
- Dycha za porcję i zbierzemy dziewięć tysięcy na zabawki.
- W zeszłym roku kupił pan pięć.
- W tym weźmie pan tyle samo?
Tak, przypomniał sobie Luter. Rzeczywiście, w zeszłym roku kupiłem pięć keksów. Trzy
zawiozłem do biura i potajemnie podrzuciłem kolegom. Pod koniec tygodnia od ciągłego
przenoszenia z biurka na biurko przetarły się papierowe torby. W końcu, tuż po Wigilii, Dox
wrzuciła je do kosza na śmieci.
Nora dała dwa keksy fryzjerce. Fryzjerka ważyła sto trzydzieści sześć kilo i zbierała je
tuzinami, dzięki czemu aż do czerwca nie musiała kupować żadnego ciasta.
- Nie - odparł w końcu Luter. - W tym roku sobie daruję. Zamilkli. Kistler spojrzał na
Kendalla, Kendall na Kistlera.
- Słucham?
- W tym roku nie chcę keksu.
- Czy pięć kawałków to za dużo? - spytał Kistler.
- Tak, o pięć - odrzekł Luter, powoli krzyżując ręce na piersi.
- Nie kupi pan ani jednego? - spytał Kendall z niedowierzaniem w głosie.
- Ani jednego.
Kendall i Kistler nie mogli wyglądać bardziej żałośnie.
- Nadal sponsorujecie zawody w łowieniu ryb dla niepełnosprawnych dzieci? - spytał Luter. -
Te czwartego lipca?
- Jak co roku - powiedział Kistler.
- Znakomicie. Przyjdźcie do mnie latem i dam wam sto dolarów na zawody.
Kistler zdołał wymamrotać coś w rodzaju: “Dziękujemy”.
Po kilku niezręcznych minutach wreszcie wyszli. Luter wrócił do kuchni, ale stół był już
pusty. Zniknęła i Nora, i jego talerz z dwoma ostatnimi kawałkami gotowanej na parze ryby, i
szklanka z wodą, nawet serwetka. Zniknęło dosłownie wszystko. Rozwścieczony wpadł jak burza
do spiżarni, gdzie znalazł słoik masła orzechowego i kilka czerstwych krakersów.

background image


Rozdział 9

Ojciec Stanleya Wileya założył firmę w roku 1949. Beck umarł tak dawno, że nikt nie
wiedział, dlaczego nad drzwiami wciąż wisi tablica z jego nazwiskiem. Wiley i Beck: ładnie to
brzmiało, poza tym zmiana nagłówka na papierze firmowym byłaby zbyt kosztowna. To
zdumiewające, ale jak na spółkę istniejącą na rynku od pięćdziesięciu lat, prawie wcale się nie
rozrośli. W dziale podatkowym mieli dwunastu wspólników, a w rewizyjnym około dwudziestu.
Ich klientami były średniej wielkości spółki, które nie mogły sobie pozwolić na zaangażowanie
firmy o zasięgu krajowym
Gdyby przed trzydziestoma laty Stanley Wiley miał większe ambicje, Wiley i Beck mogliby
chwycić wiatr w żagle i stać się prawdziwą potęgą. Rzecz w tym, że Stanley ambicji nie miał,
dlatego wspólnikom nie pozostawało obecnie nic innego, jak udawać, że zadowala ich status tak
zwanej “firmy butikowej”.
Luter właśnie planował kolejny wypad do centrum handlowego, gdy nagle jak spod ziemi
wyrósł przed nim Stanley z długą kanapką, z której zwisała wystrzępiona sałata.
- Masz chwilę? - wymlaskał z pełnymi ustami.
I zanim Luter zdążył odrzec tak, nie, albo czy możemy załatwić to szybko, Stanley usiadł w
fotelu. Nosił komiczne muszki, a jego tanią, granatową marynarkę zdobiły plamy po atramencie,
majonezie i kawie. Był niechlujem, a jego gabinet czarną dziurą, w której dokumenty przepadały
bez śladu na wiele miesięcy. “Zajrzyj do Stanleya” - tak radzono tym, którzy szukali zaginionych
papierów bez nadziei, że kiedykolwiek je znajdą.
- Podobno rezygnujecie z naszej kolacji - powiedział, pracowicie żując. Lubił chadzać
korytarzami z kanapką w jednej i butelką wody mineralnej w drugiej ręce, jakby był zbyt zajęty,
żeby zjeść normalny lunch.
- Nie chcę nikogo urazić, ale w tym roku odpuszczamy sobie wiele rzeczy - odparł Luter.
- A więc to prawda.
- Prawda. Nie będzie nas.
Stanley zmarszczył czoło, przełknął przeżuty kęs i spojrzał na kanapkę w poszukiwaniu
najbardziej apetycznego miejsca. Pełnił funkcję wspólnika zarządzającego, nie szefa firmy, a
Luter był wspólnikiem od sześciu lat. Nikt od Wileya i Becka nie mógł go do niczego zmusić.
- Przykro mi to słyszeć. Jayne będzie rozczarowana.
- Napiszę do niej list.
Świąteczny wieczór w towarzystwie kolegów z firmy nie był nawet taki straszny: miła kolacja
w sali bankietowej na piętrze starej restauracji w centrum miasta, dobre jedzenie, zacne wino,
kilka przemówień, orkiestra i tańce do późnej nocy. Oczywiście obowiązywały stroje
wieczorowe i panie robiły wszystko, żeby dorównać koleżankom, jeśli chodzi o biżuterię i
suknie. Jayne Wiley była uroczą kobietą i zasługiwała na kogoś lepszego niż Stanley.
- Robicie to z jakiegoś konkretnego powodu? - spytał z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Odpuszczamy sobie wszystko. Choinkę, prezenty, cały ten kram. Pieniądze przeznaczamy na
dziesięciodniowy rejs po Karaibach. Blair wyjechała i musimy trochę odpocząć. Wszystkie
zaległości nadrobimy w przyszłym roku, najdalej rok później.
- Święta są co roku, no nie?
- Fakt.
- Słyszałem, że schudłeś.
- Cztery i pół kilo. Plaże czekają.
- Świetnie wyglądasz. Podobno się opalasz.

background image

- Tak, trochę. Inaczej nie wytrzymałbym na tamtejszym słońcu.
Wielki kęs bułki z szynką. Strzęp sałaty zawisł Stanleyowi między wargami. Ruch szczęk. I
słowa: “W sumie to niezły pomysł”. Albo coś w tym rodzaju.
Wileyowie wyjeżdżali na urlop do domku na plaży, starej rudery, w którą Stanley od
trzydziestu lat nie zainwestował ani jednego dolara. Luter i Nora spędzili tam kiedyś upiorny
tydzień jako goście Wileyów. Gospodarze zajęli główną sypialnię, a ich umieścili w
“apartamencie gościnnym”, kiszkowatym, nieklimatyzowanym pokoju z piętrową pryczą.
Stanley pił dżin z tonikiem od rana do późnego popołudnia, nie wystawiając na słońce ani
skrawka skóry.
Kilka minut później wyszedł z wypchanymi policzkami, ale zanim Luter zdążył czmychnąć
do miasta, do gabinetu wpadł Yank Slater.
- Cztery tysiące dwieście - oznajmił. - A końca nie widać. Abigail wydała właśnie sześćset
dolarów na suknię. Nie wiem, dlaczego nie może pójść na kolację w zeszłorocznej albo w tej,
którą miała na sobie dwa lata temu, ale po co się stawiać? Buty? Sto czterdzieści. Torebka?
Kolejne dziewięćdziesiąt. Szafy pękają od torebek i butów, ale lepiej mnie nie podpuszczaj. W
tym tempie jak nic przekroczymy pięć tysięcy. Błagam, zabierz mnie na Karaiby.
Zainspirowany pomysłem Lutra, też zaczął prowadzić dokładne zestawienie świątecznych
strat. Dwa razy w tygodniu wpadał z najświeższymi doniesieniami. Nie było pewne, co
ostatecznie postanowi i co tak naprawdę zrobi. Najprawdopodobniej nic i dobrze o tym wiedział.
- Jesteś moim bohaterem - powtórzył i wypadł równie szybko, jak przyszedł.
Wszyscy mi zazdroszczą, pomyślał Luter. Forsa płynie strumieniami, świąteczne szaleństwo z
każdym dniem przybiera na sile, więc zazdroszczą mi jak cholera. Jedni, jak Stanley, nigdy się do
tego nie przyznają. Inni, jak Yank, są ze mnie bardzo dumni.
Ponieważ było już za późno na wyjście, Luter stanął przy oknie, żeby popatrzeć na miasto
tonące w strugach zimnego deszczu. Szare niebo, nagie drzewa, kilka miecionych wiatrem liści,
zakorkowane ulice. Cudownie, pomyślał z satysfakcją. Poklepał się po płaskim brzuchu i zszedł
do biura podróży, żeby napić się z Biff coli bez cukru.
Zabrzęczał brzęczyk. Nora podniosła wieko, zerwała się z łóżka i chwyciła ręcznik. Nie lubiła
się pocić, dlatego wytarła się energicznie i bardzo dokładnie.
Miała na sobie kuse, czerwone bikini, które wyglądało znakomicie na młodej, szczuplutkiej
dziewczynie z katalogu. Wiedziała, że nigdy nie pokaże się w nim publicznie, ale Luter gapił się
na zdjęcie, napierał na nią i napierał, wreszcie zagroził, że zamówi je sam. Nie było drogie, no i
już je miała.
Zerknęła do lustra i zaczerwieniła się: ona w skąpym bikini. Owszem, bardzo schudła.
Owszem, była trochę opalona, ale żeby wyglądać dobrze w tym, co miała na sobie, musiałaby
głodować i intensywnie ćwiczyć przez pięć lat.
Ubrała się szybko, naciągnęła spodnie i sweter. Luter przysięgał, że opala się nago, ale ona nie
zamierzała się rozbierać.
Nawet w kostiumie czuła się jak dziwka. Obcisłe bikini uwierało ją w najbardziej
nieodpowiednich miejscach i kiedy szła, nie czuła się w nim najlepiej. Nie mogła już się
doczekać, aż wpadnie do domu, rzuci je w kąt i weźmie długą, gorącą kąpiel.
Oddaliwszy się bezpiecznie od solarium, skręciła za róg i stanęła oko w oko z wielebnym
Dougiem Zabriskie, pastorem. On był objuczony torbami, ona miała na ręku jedynie palto. On
był blady, ona zaczerwieniona i nadal spocona. On miał na sobie starą, wygodną kurtkę i czarną
koszulę z koloratką, ona to nieszczęsne bikini, które coraz bardziej się kurcząc, odcinało dopływ
krwi do pewnych części ciała.
Objęli się przyjaźnie na powitanie.

background image

- W niedzielę bardzo nam was brakowało. - Irytujący zwyczaj. Mówił tak od roku.
- Jesteśmy tacy zajęci... - odrzekła, sprawdzając, czy ma spocone czoło.
- Dobrze się czujesz?
- Świetnie - warknęła.
- Jesteś zdyszana.
- To od szybkiego chodzenia - powiedziała, okłamując własnego pastora.
Nie wiedzieć czemu, zerknął na jej buty. Tego dnia nie włożyła adidasów.
- Moglibyśmy przez chwilę pogawędzić? - spytał.
- Naturalnie.
Przy barierce antresoli stała pusta ławka. Wielebny zaniósł tam torby i położył je na posadzce.
Kiedy Nora usiadła, skąpe, czerwone bikini przesunęło się i tuż nad biodrem coś pękło - może
pasek, a po chwili zaczęło się z niej ześlizgiwać. Miała na sobie luźne, nawet bardzo luźne
spodnie.
- Doszło mnie mnóstwo plotek - zaczął łagodnie wielebny. Miał denerwujący zwyczaj
zbliżania twarzy do twarzy rozmówcy. Nora skrzyżowała i rozkrzyżowała nogi, ale każdy
manewr tylko pogarszał sytuację.
- Jakie plotki? - spytała sztywno.
Wielebny nachylił się ku niej jeszcze bardziej i jeszcze bardziej zbliżył twarz do jej twarzy.
- Cóż, szczerze mówiąc, z wiarygodnych źródeł wiem, że postanowiliście nie obchodzić w
tym roku świąt.
- Tak. Tak jakby.
- Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim. - Pastor powiedział to tak poważnie, jakby
Krankowie odkryli nowy rodzaj grzechu.
Nora znieruchomiała, ale nawet znieruchomiawszy, miała wrażenie, że wciąż wysuwa się z
ubrania. Na czoło wystąpiły jej świeże krople potu.
- Dobrze się czujesz? - spytał wielebny.
- Tak, i ja, i mój mąż. Nadal popieramy święta i pragniemy obchodzić narodziny Chrystusa,
ale w tym roku rezygnujemy z tych wszystkich głupstw. Blair wyjechała i postanowiliśmy zrobić
sobie przerwę.
Wielebny trawił to długo i w skupieniu, ona nieznacznie zmieniła pozycję.
- Jest w tym trochę szaleństwa, prawda? - spytał, patrząc na stertę toreb na posadzce.
- Owszem, jest. Posłuchaj, Doug. Czujemy się dobrze. Jesteśmy szczęśliwi i zdrowi,
postanowiliśmy tylko trochę się odprężyć. To wszystko.
- Powiadają, że wyjeżdżacie.
- Tak, na dziesięciodniowy rejs po Karaibach.
Pastor potarł brodę, jakby nie był pewien, czy ma ten krok pochwalić, czy nie.
- Ale na pasterkę chyba przyjdziecie? - spytał z uśmiechem.
- Niczego nie obiecuję, Doug.
Poklepał ją po kolanie i pożegnali się. Nora odczekała, aż wielebny zniknie jej z oczu i
wreszcie zdobyła się na odwagę, żeby wstać. Ściskając nogi, wyszła z centrum, przeklinając
Lutra i jego bikini.
Najmłodsza córka kuzynki żony Vica Frohmeyera była aktywistką kościoła katolickiego, a w
kościele tym działał duży chór, którego członkowie lubili kolędować na mieście. Wystarczyły
dwa telefony i sprawa została nagrana.
Od początku koncertu padał lekki śnieg. Chórzyści ustawili się półkolem przy lampie gazowej
na podjeździe i na znak dyrygenta zaśpiewali Miasteczko Betlejem. Kiedy Luter wyjrzał przez
szparę w zasłonach, pomachali mu ręką.

background image

Niebawem za nimi zebrał się mały tłumek: okoliczne dzieciaki, Beckerowie i cała rodzina
Trogdonów. Dzięki anonimowemu cynkowi, przybył również reporter miejscowej gazety, który
postał tam chwilę, a w końcu wziął się w garść i zadzwonił do drzwi Kranków.
Luter szarpnął klamką, gotów dać mu w twarz.
- O co chodzi?
W tle rozbrzmiewały dźwięki White Christmas.
- Pan Krank? - spytał reporter.
- Tak, a pan kto?
- Brian Brown z “Gazette”. Czy mogę o coś spytać?
- O co?
- O ten bojkot świąt.
Luter spojrzał na tłum ciemnych sylwetek na podjeździe. Któryś z nich go wsypał. Któryś z
sąsiadów zadzwonił do redakcji. Albo Vic Frohmeyer, albo Walt Scheel.
- Nic nie powiem - odparł i zatrzasnął drzwi. Nora znowu brała prysznic, więc zszedł do
piwnicy.

Rozdział 10

Zaproponował kolację u Angela, w ich ulubionej włoskiej restauracji. Mieściła się w suterenie
starego gmachu w centrum miasta, z dala od hord ludzi w pasażach handlowych, pięć ulic od
trasy przemarszu parady. W wieczór taki jak ten dobrze było uciec z Hamlock Street.
Zamówili sałatkę z chudym sosem i spaghetti z sosem pomidorowym; oczywiście żadnych
mięs, wina czy chleba. Ona opalała się siedem razy, on aż dziesięć i sącząc wodę sodową,
chichotali na widok bladych twarzy przy sąsiednich stolikach. Jedna z babek Lutra była pół-
Włoszką. Okazało się, że śródziemnomorskie geny są wyjątkowo wrażliwe na słońce, nawet
sztuczne. Jego skóra była kilka odcieni ciemniejsza niż skóra Nory i koledzy zaczynali to
zauważać. Luter miał ich gdzieś. Wszyscy wiedzieli, że płynie z żoną na Karaiby.
- Zaczyna się - powiedziała Nora, patrząc na zegarek.
Luter spojrzał na swój. Siódma.
Świąteczna parada jak co roku wyruszała z Parku Weteranów w śródmieściu. Otwarte
platformy, wozy straży pożarnej, maszerujące orkiestry - scenariusz nigdy się nie zmieniał. Na
końcu zawsze jechał Święty Mikołaj, w saniach zbudowanych przez miejscowy Klub Rotariański
i eskortowanych przez ośmiu grubych członków Zakonu Strażników Świątyni na motorowerach.
Uczestnicy parady szli na zachód, ale niedaleko Hamlock Street zataczali pętlę. Rok w rok, od
osiemnastu lat, Krankowie wraz z sąsiadami wystawali wzdłuż trasy przemarszu i robili z tego
wielkie wydarzenie. Wieczór był tak świąteczny i uroczysty, że w tym roku Luter i Nora pragnęli
go uniknąć.
Wiedzieli, że na Hamlock zaroi się od dzieciaków, kolędników i Bóg wie od kogo jeszcze.
Pewnie od band rowerzystów skandujących: “Uwolnić Śniegurka”, i od małych terrorystów z
plakatami na ich trawniku.
- Jak było na kolacji? - spytała Nora.
- Słyszałem, że tak jak zwykle. Ta sama sala, te same kelnerki, ta sama polędwica, ten sam
suflet. Slader mówił, że Stanley urżnął się koktajlami.
- Zawsze tak jest.
- Wygłosił to samo przemówienie: wielki wysiłek, więcej klientów, w przyszłym roku
rzucimy ich na kolana, Wiley i Beck to jedna wielka rodzina, wszystkim bardzo dziękuję. Coś w
tym stylu. Dobrze, że nie musieliśmy tego wysłuchiwać.

background image

- Nie było kogoś jeszcze?
- Slader mówi, że Maupina, tego rewidenta.
- Ciekawe, w czym wystąpiła Jayne.
- Zapytam Sladera. Na pewno robił notatki.
Kelner przyniósł sałatki. Niczym przymierający głodem uchodźcy wbili wzrok w młody
szpinak. Ale nie: niespiesznie polali potrawy sosem, dodali szczyptę soli i pieprzu, a potem
zaczęli jeść, jakby jedzenie w ogóle ich nie interesowało.
Na “Wyspiarskiej Księżniczce” podawano pięć dużych posiłków dziennie. Luter zamierzał
jeść, aż pęknie.
Przy pobliskim stoliku siedziała piękna, młoda dziewczyna z chłopakiem. Nora spojrzała na
nią i odłożyła widelec.
- Myślisz, że wszystko u niej w porządku?
Luter rozejrzał się po sali.
- U kogo?
- U Blair.
Luter żuł szpinak, zastanawiając się nad pytaniem, które Nora zadawała mu ostatnio tylko trzy
razy dziennie.
- Na pewno. Na pewno świetnie się bawi.
- Nic jej nie grozi?
Kolejne standardowe pytanie: pytała go, jakby ze stuprocentową pewnością wiedział, że
dokładnie w tym i w tym momencie córce grozi lub nie grozi niebezpieczeństwo.
- Korpus Pokoju nie stracił ani jednego ochotnika od trzydziestu lat. Są bardzo ostrożni, a
teraz jedz.
Nora dźgnęła szpinak widelcem, zjadła pół listka i odłożyła sztućce. Luter wymiótł talerz do
czysta i łakomym wzrokiem spojrzał na jej sałatkę.
- Nie jesz? - spytał.
Zamienili się talerzami i Luter błyskawicznie wymiótł do czysta drugi. Ale gdy kelner
przyniósł spaghetti, Nora zasłoniła rękami miseczkę. Po kilku kęsach nagle znieruchomiała z
widelcem w połowie drogi do ust. Odłożyła go i powiedziała:
- Zapomniałam.
Luter intensywnie żuł.
- O czym? - Miała przerażoną twarz. - Co się stało? - spytał, z trudem przełknąwszy makaron.
- Czy ci jurorzy nie przyjeżdżają zaraz po paradzie?
Dopiero wtedy do niego dotarło. Odłożył widelec, wypił łyk wody i boleśnie spojrzał w dal.
Tak, rzeczywiście. Nora miała całkowitą rację.
Po paradzie członkowie miejskiej komisji rekreacyjnej objeżdżali dzielnicę otwartą platformą
ciągniętą przez traktor, oceniając poziom świątecznego nastroju. Przyznawali indywidualne
nagrody w różnych kategoriach: za najoryginalniejszy wystrój zewnętrzny domu, za najładniejsze
oświetlenie, i tak dalej. Była również nagroda za najlepsze dekoracje uliczne. Hamlock Street
dwa razy zdobyła błękitną wstęgę.
Przed rokiem ulica zajęła drugie miejsce; plotka głosiła, że głównie dlatego, iż na dwóch
spośród czterdziestu czterech domów nie ustawiono Śniegurka. Wszystkich zaskoczyli ci z
Boxwood Lane, trzy ulice na północ od Hamlock, którzy ni z tego, ni z owego ozdobili dachy
rzędem jaskrawo świecących choinkowych cukierków - mówili, że mieszkają przy
“Cukierkowej” - i odebrali im pierwszą nagrodę. Frohmeyer przez miesiąc słał listy do sąsiadów.

background image

Nastrój prysł, kolację szlag trafił. Wolno dziobali widelcem makaron, żeby zabić jak
najwięcej czasu. Długo pili kawę. Kiedy restauracja opustoszała, Luter zapłacił rachunek i powoli
pojechali do domu.
Oczywiście znowu przegrali. Luter znalazł po ciemku gazetę i z przerażeniem spojrzał na
pierwszą stronę działu miejskiego. Wymieniono na niej zwycięzców: pierwsze miejsce Cherry
Avenue, drugie Boxwood Lane, trzecie Stanton Street. Trogdon, ten z naprzeciwka - czternaście
tysięcy lampek - zajął czwarte miejsce w kategorii najładniejszego oświetlenia.
Na środku strony zamieszczono duże, kolorowe zdjęcie domu Kranków. Zrobiono je z pewnej
odległości i Luter spróbował ustalić skąd. Na pewno z góry, szerokokątnym obiektywem, jakby z
samolotu.
Dom Beckerów, tych z lewej, dosłownie tonął w oślepiającym blasku kolorowych światełek.
Dom i trawnik Kerrów, tych z prawej, był starannie obrysowany równiutkimi rzędami
czerwonych i zielonych lampek, których liczba zdążyła już wzrosnąć do paru tysięcy.
Dom Kranków był ciemny.
Widać też było wschodnią część ulicy, domy Frohmeyerów, Nugentów i Galdy'ów, wszystkie
rozjarzone miłym, ciepłym światłem, wszystkie ze Śniegurkiem na dachu. Domy stojące w części
zachodniej, Dentów, McTierów i Bellingtonów, też promieniowały świątecznym blaskiem.
Dom Kranków był bardzo ciemny.
- To od Scheela - mruknął pod nosem Luter.
Zdjęcie zrobiono dokładnie z naprzeciwka. Walt Scheel pozwolił fotografowi wleźć na dach i
zrobić zdjęcie. Pewnie zachęcała go do tego cała ulica.
Pod zdjęciem zamieszczono krótką notatkę z nagłówkiem: PRECZ ZE ŚWIĘTAMI.

Dom państwa Kranków jest w te święta dość ponury. Podczas gdy pozostali mieszkańcy
Hamlock Street przystrajają swoje domy, szykując się na przyjazd Świętego Mikołaja, państwo
Krank odpuszczają sobie Boże Narodzenie i - według anonimowych źródeł - przygotowują się do
wyjazdu na Karaiby. Nie kupili choinki, nie rozwiesili lampek i jako jedyni na ulicy postanowili
uwięzić Śniegurka na strychu (ku naszemu rozczarowaniu, Hamlock Street, tradycyjna już
zwyciężczyni redakcyjnego konkursu na najpiękniej przystrojoną ulicę miasta, zajęła w tym roku
zaskakująco niskie, bo dopiero szóste miejsce). “Mam nadzieję, że są z siebie zadowoleni”,
powiedział nam jeden z sąsiadów. “Oto przykład najskrajniejszego egoizmu”, dodał drugi.

Gdyby Luter miał pod ręką karabin maszynowy, wybiegłby na ulicę i ostrzelał wszystkie
domy.
Ale zamiast wybiec, długo siedział ze ściśniętym żołądkiem, próbując przekonać samego
siebie, że to też wkrótce minie. Do wyjazdu zostały jeszcze tylko cztery dni, a kiedy wrócą,
wszystkich tych przeklętych Śniegurków, lampek i choinek już dawno nie będzie. Zaczną
napływać pliki rachunków i może wtedy ich cudowni sąsiedzi staną się sympatyczniejsi.
Przejrzał gazetę, ale nie mógł się skupić. W końcu wziął się w garść, zacisnął zęby i zaniósł
złą nowinę żonie.
- Koszmarne przebudzenie - powiedziała Nora, próbując obejrzeć zdjęcia. Przetarła i zmrużyła
oczy.
- Ten palant Scheel pozwolił fotografowi wejść na swój dach - syknął Luter.
- Jesteś tego pewny?
- Oczywiście. Spójrz tylko na zdjęcie.
Nora spojrzała. Przeczytała notatkę. Gdy doszła do “najskrajniejszego egoizmu”, głośno
wciągnęła powietrze.

background image

- Kto to powiedział?
- Nie wiem. Albo Scheel, albo Frohmeyer. Idę pod prysznic.
- Jak oni mogli! - krzyknęła Nora.
Zuch dziewczyna, pomyślał Luter. Tak jest, wścieknij się, uprzyj. Jeszcze tylko cztery dni.
Nie załamiemy się. Już nie.

Tego wieczoru, po kolacji i nieudanej próbie oglądania telewizji, postanowił się przejść.
Włożył palto i owinął szyję wełnianym szalikiem; temperatura spadła poniżej zera i zanosiło się
na śnieg. On i Nora kupili jeden z pierwszych domów przy Hamlock Street i prędzej umrze, niż
schowa ogon pod siebie. To jego ulica, jego dzielnica, jego przyjaciele. Pewnego dnia cały ten
epizod pójdzie w niepamięć.
Włożył ręce do kieszeni i ruszył przed siebie, wciągając do płuc ożywcze powietrze.
Na rogu Hamlock i Moss Point wypatrzył go Spike Frohmeyer na desce.
- Dobry wieczór - powiedział, wyhamowując tuż przed nim.
- Jak się masz, Spike.
- Co tu pana sprowadza?
- Ot, wyszedłem na krótki spacer.
- Podziwia pan świąteczny wystrój ulicy?
- Oczywiście. A ty? Co tu robisz?
- Jeżdżę, patrzę, obserwuję. - Spike rozejrzał się, jakby groziła im jakaś inwazja.
- Co dostaniesz od Mikołaja?
Chłopak uśmiechnął się i myślał chwilę.
- Nie jestem pewien, ale chyba gameboya, kij hokejowy i zestaw bębnów.
- Niezły połów.
- Ja już w Mikołaja nie wierzę, ale Mikę ma dopiero pięć lat, dlatego wszyscy przed nim
udajemy.
- Jasne.
- No, muszę już lecieć. Wesołych świąt.
- Wesołych świąt, Spike. - Luter wypowiedział zakazane życzenia po raz pierwszy i ostatni w
tym roku. Spike zniknął w oddali: bez wątpienia popędził do domu, żeby zawiadomić ojca, że
Krank wychynął z ukrycia i łazi po ulicy.
Luter przystanął przed domem Trogdonów. Prawdziwe cudo: czternaście tysięcy lampek na
drzewach, krzewach, w oknach i na kolumnach ganku. Śniegurkowi towarzyszył Święty Mikołaj
z reniferem - nos Rudolfa oczywiście błyskał - a wszystko to starannie obramowane białymi
lampkami, tak samo jak dach, na którym mrugały na przemian czerwone i zielone światełka.
Komin też mrugał - pulsował niebieskawo, zalewając Śniegurka upiornym blaskiem. Wzdłuż
rzędu bukszpanów przy domu stał pluton blaszanych żołnierzy, każdy wzrostu dorosłego
człowieka, każdy owinięty sznurem kolorowych lampek. Pośrodku trawnika był żłobek, z belami
prawdziwego siana i kozą, która podnosiła i opuszczała ogon.
Niezłe przedstawienie.
Doszedł go jakiś hałas, łoskot drabiny walącej się w garażu obok domu Trogdonów. W
głębokim cieniu dostrzegł Scheela szarpiącego się z kolejnym sznurem lampek. Luter podszedł
bliżej i zupełnie go zaskoczył.
- Dobry wieczór, Walt - rzucił ciepło i przyjaźnie.
- Proszę, proszę - odrzekł Scheel z wymuszonym uśmiechem na twarzy. - Stary Sknerus we
własnej osobie.

background image

Ściskając sobie ręce, każdy z nich próbował wymyślić coś złośliwego i dowcipnego. Luter
cofnął się o krok, zadarł głowę i spytał:
- Jak ten fotograf tam wlazł?
- Jaki fotograf?
- Ten z “Gazette”?
- Ach ten...
- Tak, ten.
- Po prostu wlazł.
- Naprawdę? Dlaczego mu pozwoliłeś?
- Nie wiem. Powiedział, że chce objąć całą ulicę. Luter prychnął i pogardliwie machnął ręką.
- Trochę mnie zaskakujesz, Walt - rzucił, chociaż wcale nie był zaskoczony. Od jedenastu lat
zachowywali względem siebie pozory serdeczności, ponieważ ani jeden, ani drugi nie chcieli
otwartej walki. Tymczasem tak naprawdę Luter nie lubił Walta za jego egoizm i chęć bycia
najlepszym z najlepszych, natomiast Walt nie darzył Lutra sympatią dlatego, że od lat
podejrzewał, iż zarabiają prawie tyle samo.
- A ty zaskakujesz mnie - odparł Walt, zdziwiony tak samo jak Luter.
- Żarówka się przepaliła - powiedział Luter, wskazując krzak owinięty setką lampek.
- Zaraz wymienię.
- Na razie - rzucił przez ramię Luter i odszedł.
- Wesołych świąt! - zawołał za nim Walt.
- Tak, tak.

Rozdział 11

Świąteczne przyjęcie u Wileya i Becka zaczynało się od lunchu przygotowanego i
serwowanego przez dwóch wiecznie kłócących się Greków, braci, którzy podawali najlepszego
dorsza w mieście. Bar otwierano punktualnie o jedenastej czterdzieści pięć - dokładnie mówiąc,
trzy bary - i wkrótce potem robiło się nieciekawie. Jako pierwszy upijał się Stanley Wiley i
zrzuciwszy winę na zbyt mocnego adwokata, stawał na skrzynce u szczytu stołu, żeby wygłosić
to samo przemówienie, które wygłaszał przed tygodniem podczas oficjalnej kolacji z żonami.
Potem dostawał prezent, strzelbę, nowe pudełko na kanapki czy inny, równie bezwartościowy
upominek: wzruszał się wtedy do łez, a kilka miesięcy później po cichu dawał go jakiemuś
klientowi. Potem prezenty dostawali inni, inni zabierali głos, sypali kawałami, śpiewali, a cały
czas alkohol płynął strumieniami. Przed paroma laty zaprosili dwóch striptizerów, którzy przy
ryku wielkiego, przenośnego radia rozebrali się do kusych, cętkowanych majtek: mężczyźni
pouciekali z sali, a sekretarki piszczały z radości.
Stanley rozesłał okólnik, w którym zakazał podobnych występów. Dox, sekretarka Lutra,
piszczała najgłośniej i do dziś przechowywała zdjęcia rozebranych chłopców.
Parę godzin później nawet najsztywniejsi i najbardziej stateczni księgowi z Wileya i Becka
próbowali podszczypywać najładniejsze sekretarki. Urżnięcie się w sztok było jak najbardziej
dopuszczalne i akceptowane. Stanleya holowano do gabinetu, pojono go kawą i wysyłano do
domu. Firma wynajmowała samochody, żeby nikt nie musiał prowadzić.
W sumie świąteczne przyjęcie było jednym wielkim ochlajem. Ale wspólnicy bardzo te
imprezy lubili, ponieważ mogli napić się spokojnie bez żon, zabawianych na świątecznych
kolacjach w restauracji. Nigdy nie zapraszano żon na pijaństwo w kancelarii. Sekretarki wprost
uwielbiały te przyjęcia, gdyż widziały tam i słyszały rzeczy, które mogły wykorzystać do
szantażowania szefów, i to przez cały rok.

background image

Luter nie znosił tych przyjęć. Nigdy, nawet w dobrych latach. Pił mało, nie upijał się i zawsze
żenowało go, jak koledzy robią z siebie idiotów.
Dlatego zamknął drzwi na klucz, usiadł za biurkiem i zaczął dopracowywać ostatnie
szczegóły wyjazdu. Kilka minut po jedenastej w holu zabrzmiała muzyka. Wyczekał
odpowiedniego momentu i zniknął. Był dwudziesty trzeci grudnia. Pracę rozpoczynał dopiero
piątego stycznia i wiedział, że do tego czasu życie w biurze wróci do normy.
Wpadł do biura podróży, żeby pożegnać się z Biff, ale jej już nie było: wyjechała na urlop do
nowego, przepięknego kurortu w Meksyku, który oferował atrakcyjne ceny. Luter ruszył do
samochodu, dumny, że zrezygnował z pijackiego szaleństwa na piątym piętrze. Postanowił
pojechać do centrum handlowego na jeszcze jedno opalanie i żeby jeszcze raz popatrzeć na tłum
idiotów czekających do ostatniej chwili z wykupieniem ze sklepów resztki towarów. Ruch był
duży i powolny, a kiedy w końcu dotarł do centrum, zobaczył policjanta, który bronił wjazdu na
parking. Nie ma miejsc. Proszę zawrócić.
Chętnie, pomyślał Luter.
Umówił się z Norą na lunch w zatłoczonej restauracji w Dzielnicy. Zarezerwowali nawet
stolik, co w pozostałych miesiącach roku nigdy im się nie zdarzyło. On się spóźnił. Ona płakała.
- Bev Scheel - powiedziała. - Była wczoraj na badaniach. Ma nawrót raka. To już trzeci raz.
Chociaż Luter i Walt nigdy nie darzyli się sympatią, ich żony utrzymywały od dwóch lat dość
dobre stosunki. Prawda była taka, że żaden z mieszkańców Hamlock Street nie chciał mieć z
Scheelami nic wspólnego. Walt i Bev ciężko pracowali, żeby mieć coraz więcej i więcej, i za
bardzo obnosili się ze swoim bogactwem.
- Ma przerzuty na płuca. - Nora otarła oczy. Zamówili wodę sodową. - Podejrzewają, że na
nerki i wątrobę też.
Luter drgnął, wyobrażając sobie, jak potworna choroba rozpełza się po organizmie Bev.
- Straszne - wymamrotał.
- To mogą być jej ostatnie święta.
- Lekarz tak powiedział? - spytał Luter, który nie znosił amatorskich diagnoz.
- Nie, ja.
Rozmawiali o Scheelach o wiele za długo.
- Za czterdzieści osiem godzin wyjeżdżamy - powiedział, gdy miał już dość. - Twoje zdrowie.
- Trącili się plastikowymi kubeczkami i Nora wykrzesała z siebie słaby uśmiech.
W połowie sałatki Luter spytał:
- Żałujesz czegoś?
Pokręciła głową i przełknęła to, co miała w ustach.
- Czasami brakuje mi choinki, lampek, muzyki... Pewnie przez te wspomnienia. Ale na pewno
nie korków na ulicach, zakupów i stresu. To był świetny pomysł.
- Jestem geniuszem.
- Tylko niech cię nie ponosi. Sądzisz, że Blair będzie miała czas pomyśleć o świętach?
- Przy odrobinie szczęścia, nie - odrzekł z pełnymi ustami. -Wątpię. Pracuje z bandą dzikich
pogan, którzy czczą rzeki i temu podobne. Dlaczego nie mieliby tego robić w Boże Narodzenie?
- Jesteś okropny. Dzikich pogan?
- Żartuję. Jestem przekonany, że to bardzo mili ludzie. Niepotrzebnie się zamartwiasz.
- Pisała, że nie patrzy na kalendarz.
- Niesamowite. Ja mam trzy kalendarze i nigdy nie wiem, jaki mamy dzień.
Do restauracji wpadła Millie z kliniki dla kobiet. Uścisnęła Norę, a Lutrowi, którego nie
zirytował jej widok tylko dlatego, że była wysoka, szczupła i ładniutka jak na kobietę w jej wieku
- miała pięćdziesiąt parę lat - złożyła życzenia wesołych świąt.

background image

- Słyszałaś o Bev Scheel? - szepnęła, jakby Luter nagle zniknął. Ale on nie zniknął i zirytował
się dopiero teraz. Zirytowany modlił się w duchu o to, żeby nie powaliła go jakaś straszna
choroba. Nie, nie w tym mieście. Wolontariuszki dowiedziałyby się o tym wcześniej od niego.
Błagam, ześlij mi atak serca, wypadek samochodowy, coś szybkiego. Coś, o czym nie
mogłyby szeptać.
Millie w końcu wyszła, a oni dokończyli sałatkę. Płacąc rachunek, Luter umierał z głodu i
przyłapał się na tym, że znowu marzy o wykwintnych potrawach na “Wyspiarskiej Księżniczce”.
Nora miała sprawy do załatwienia. On nie. Pojechał na Hamlock Street i zaparkował na
podjeździe, z ulgą stwierdzając, że przed domem nie kręcą się sąsiedzi. W skrzynce pocztowej
znalazł kolejne cztery anonimy ze Śniegurkiem. Te nadano w Rochester, Fort Worth, Green Bay i
w St. Louis. Kumple Frohmeyera, ci z uniwersytetu, dużo podróżowali i Luter podejrzewał, że to
ich sprawka. Vic był na tyle przebiegły i twórczy, że z powodzeniem mógł zrobić im ten kawał.
Jak dotąd otrzymali trzydzieści jeden kart ze Śniegurkiem, w tym dwie aż z Vancouver. Luter
starannie je przechowywał, gdyż po powrocie z Karaibów zamierzał włożyć je do dużej koperty i
wysłać anonimowo do Frohmeyera, dwa domy dalej.
- Przyjdą z tymi wszystkimi rachunkami z kart kredytowych - wymamrotał, chowając
Śniegurki do szuflady. Rozpalił w kominku, usiadł w fotelu, przykrył się narzutą i zasnął.

To był zgiełkliwy wieczór. Przed domem Kranków zmieniały się grupy hałaśliwych
kolędników. Często, pod wpływem nastroju chwili, wspomagali ich sąsiedzi. W pewnym
momencie zza rzędu kolędników buchnęły głośne okrzyki. To członkowie Lions Club
skandowali: “Chcemy Śniegurka!”
Pojawiły się tablice z napisem: “Uwolnić Śniegurka”, z których pierwszą wbił w trawnik nie
kto inny jak Spike Frohmeyer. On i jego kumple jeździli tam i z powrotem na deskach i
rowerach, wrzaskiem dając upust przedświątecznej wesołości.
Naprędce zorganizowano małą imprezę. Trish Trogdon zrobiła dzieciom gorące kakao, a jej
mąż Wes ustawił głośniki na podjeździe.
Wkrótce buchnęły z nich dźwięki Wesołego bałwanka i Jingle Bells, które ustały dopiero
wtedy, gdy do domu Kranków dotarł kolejny chór. Wes puszczał wszystkie świąteczne przeboje,
ale tego wieczoru najczęściej słyszano Wesołego bałwanka.
Bezpiecznie zamknięty na klucz dom Kranków stał cichy i ciemny. Nora pakowała się w
sypialni. Luter był w piwnicy. Próbował czytać.

Rozdział 12

Wigilia. Spali prawie do siódmej, gdy obudził ich dzwonek telefonu.
- Czy mogę prosić Śniegurka? - spytał jakiś nastolatek i zanim Luter zdążył powiedzieć coś
złośliwego, odłożył słuchawkę.
Mimo to Luter roześmiał się głośno, wyskoczył z łóżka i poklepawszy się po twardym
brzuchu, zawołał:
- Wyspy czekają! Pakujmy się, skarbie!
- Przynieś mi kawę - wymamrotała Nora, wsuwając się głębiej pod kołdrę.
Ranek był pochmurny i zimny: istniało pięćdziesiąt procent szans na to, że Boże Narodzenie
będzie białe. Oczywiście Luter miał nadzieję, że będzie szare i nijakie. Gdyby spadł śnieg, Norę
ogarnęłaby nostalgia. Dorastała w Connecticut, gdzie ponoć co roku mieli białe święta.
Luter nie chciał, żeby pogoda pokrzyżowała im plany.

background image

Stanął przy oknie, dokładnie w miejscu, gdzie zwykle stała choinka, i niespiesznie pijąc kawę,
spojrzał na trawnik, żeby sprawdzić, czy nocą nie zbezcześciła go banda Spike'a Frohmeyera.
Później popatrzył naprzeciwko na dom Scheelów. Mimo licznych lampek i ozdóbek wyglądał
ponuro. Rozespani Walt i Bev pili pewnie kawę, robiąc to, co robili każdego ranka, świadomi, że
może to być ich ostatnie wspólne Boże Narodzenie. Przez chwilę Luter odczuwał coś w rodzaju
żalu, że omijają święta, ale szybko się z tego otrząsnął.
U Trogdonów było zupełnie inaczej. Mieli dziwny zwyczaj: zaraz po wizycie Świętego
Mikołaja - przychodził do nich w wigilijny ranek, dwadzieścia cztery godziny wcześniej niż do
reszty świata - pakowali się do swego minibusu i wyjeżdżali na tydzień na narty.
Co roku jeździli w to samo miejsce, by w towarzystwie trzydziestu innych Trogdonów zjeść
świąteczną kolację w kamiennym domku przy buzującym w kominku ogniu. Bardzo przytulnie,
znakomite warunki narciarskie: dzieciaki się wyżywały, a rodzina jeszcze bardziej zacieśniała
więzi.
Cóż, są gusta i guściki.
Tak więc Trogdonowie rozpakowywali już sterty prezentów. Wokół ich choinki panował
ożywiony ruch i Luter wiedział, że niebawem zaczną ładować pudła i torby do minibusu, i że
zaraz potem zacznie się zgiełk. Wywiozą dzieci, zanim koledzy zdążą z nich wyciągnąć, co
takiego zrobiły, że Święty Mikołaj był dla nich taki hojny.
Poza tym, na Hamlock Street panowała cisza i spokój: mieszkańcy zbierali siły przed
świątecznym szaleństwem.
Luter wypił łyk kawy i uśmiechnął się zjadliwie. Gdyby urządzali Wigilię, Nora zerwałaby się
z łóżka o świcie, z długą listą spraw, które ma załatwić ona, i jeszcze dłuższą tych, które miał
załatwić on. Już o siódmej w piekarniku piekłby się indyk, dom byłby idealnie wysprzątany, stoły
rozstawione, a jej pokonany i zrezygnowany mąż szalałby po betonowej dżungli, walcząc z
korkami i próbując załatwić ostatnie sprawunki. Warczeliby na siebie przez telefon. On by
czegoś zapomniał i Nora wysłałaby go z powrotem do miasta. Na pewno stłukłby jakiś talerz czy
półmisek i nastąpiłby koniec świata.
Kompletny chaos. Koło szóstej, kiedy oboje byliby już wykończeni i mieli serdecznie dość
świąt, nadciągnęliby goście. Oni też byliby zmęczeni gorączkowymi przygotowaniami do
Bożego Narodzenia, ale na pewno by przyszli, chcąc maksymalnie je wykorzystać.
Przed laty na przystawkach i drinkach bywało u nich najwyżej kilkunastu przyjaciół. Rok
temu nakarmili pięćdziesiąt osób.
Luter rozciągnął usta w jeszcze szerszym uśmiechu. Delektował się samotnością domu, tym,
że nie ma nic do roboty, że musi tylko wrzucić do walizki kilka ubrań i przygotować się do
wyjazdu na słoneczne Karaiby.
Łapczywie zjedli późne śniadanie, pozbawione smaku płatki z otrębów i jogurt. Rozmowa
przy porannej gazecie była spokojna i miła. Nora dzielnie próbowała odpędzić od siebie
świąteczne wspomnienia. Robiła, co mogła, żeby pokazać mężowi, jak bardzo jest
podekscytowana. W końcu spytała:
- Myślisz, że nic jej nie grozi?
- Absolutnie - odrzekł Luter, nie podnosząc wzroku.
Potem stanęli przy oknie, porozmawiali o Scheelach i popatrzyli na wyjeżdżających
Trogdonów. Na ulicy wzmógł się ruch, gdyż mieszkańcy sposobili się do ostatniego szaleńczego
szturmu na sklepy. Przed podjazdem zatrzymała się furgonetka pocztowa. Wysiadł z niej Butch z
paczką w ręku. Ruszył biegiem, Luter otworzył drzwi.
- Wesołych świąt - mruknął cierpko i dosłownie rzucił paczkę.

background image

Przed tygodniem, gdy dostarczał mu mniej stresującą przesyłkę, długo zwlekał z odejściem,
czekając na doroczny dowód wdzięczności. Luter wyjaśnił mu, że w tym roku nie obchodzą
Bożego Narodzenia. “Widzisz? Nie mamy nawet choinki. Ani choinki, ani prezentów, ani
lampek na krzakach, ani bałwana na dachu. Po prostu odpuszczamy sobie święta. Kalendarza od
policjantów też nie kupiłem, ani keksu od strażaków. Nie mam nic, Butch”.
I Butch wyszedł z niczym.
Paczkę nadało biuro wysyłkowe Boca Beach. Luter znalazł je w Internecie. Zaniósł ją do
sypialni, zamknął drzwi na klucz, po czym przebrał się w koszulę i szorty od kompletu, które w
katalogu robiły wrażenie trochę ekscentrycznych, ale teraz wyglądały całkiem nieźle.
- Luter? - Nora załomotała do drzwi. - Co to za paczka? Koszula i szorty były upstrzone żółto-
błękitno-brązowymi obrazkami z życia w głębinach oceanu, a konkretnie wielkimi, płaskimi
rybami, które puszczały pyszczkami bąbelki powietrza. Dziwaczne? Tak. Niemądre? Też.
Dlatego Luter natychmiast uznał, że strój bardzo mu się podoba i postanowił, że z dumą
będzie krążył w nim wokół basenów na pokładzie “Wyspiarskiej Księżniczki”. Gwałtownie
otworzył drzwi. Nora zasłoniła ręką usta i wpadła w histerię. Luter przeszedł hol - ona dreptała za
nim, szybko przebierając nogami, których opalone stopy ostro kontrastowały z dywanem na
podłodze - i wkroczył do salonu. Wyprężył się dumnie przed oknem, żeby mogli go zobaczyć
wszyscy mieszkańcy Hamlock Street.
- Nie będziesz tego nosił! - ryknęła.
- Właśnie, że będę!
- W takim razie nigdzie nie jadę!
- Owszem, jedziesz.
- Wyglądasz okropnie.
- Jesteś po prostu zazdrosna, bo niczego takiego nie masz.
- I bardzo się z tego cieszę!
Chwycił ją za rękę i śmiejąc się do rozpuku, puścili się w tany. Nora chichotała tak głośno i
wesoło, że miała łzy w oczach. Jej mąż, poważny księgowy z poważnej, konserwatywnej firmy,
próbował udawać plażowego łazika. Z fatalnym skutkiem!
I wtedy zadzwonił telefon.
Luter przypominał sobie później, że po drugim, a może po trzecim dzwonku przestali tańczyć,
zamilkli, spojrzeli na telefon i nie wiedzieć czemu zamarli. Telefon zadzwonił ponownie i Luter
podniósł słuchawkę. Pamiętał też, że w salonie zapadła martwa cisza i że wszystko działo się jak
na filmie puszczonym w zwolnionym tempie.
- Halo? - To dziwne, bo słuchawka była chyba cięższa niż zwykle.
- Tatusiu, to ja.
Z jednej strony był zaskoczony, z drugiej nie. Był zaskoczony, gdyż usłyszał głos Blair, ale
zaraz pomyślał, że córka mogła dotrzeć do jakiegoś telefonu, chcąc złożyć im życzenia wesołych
świąt. Ostatecznie w Peru też mieli telefony.
Tyle że słyszał ją zbyt dobrze, zbyt wyraźnie, jak na taką odległość. Jakoś nie mógł sobie
wyobrazić, żeby ich ukochane dziecko stało na pniu w środku dżungli i wrzeszczało do
słuchawki telefonu satelitarnego.
- To Blair - powiedział. Nora puściła się jak strzała przez pokój i przywarła do jego ramienia.
Następnym słowem, które zdołał zarejestrować, było “Miami”. Przed “Miami” i po “Miami”
były inne słowa, ale jemu utkwiło tylko to. Rozmawiali zaledwie kilka sekund, a on czuł, że
zaczyna bezsilnie młócić wodę nogami, i że zaraz się utopi. Świat zawirował mu przed oczami.
- Jak się masz, skarbie?
Znowu kilka słów i znowu “Miami”.

background image

- Jesteś w Miami? - spytał piskliwym dyszkantem. Nora przestąpiła z nogi na nogę i jej oczy,
dzikie i surowe, znalazły się o kilka centymetrów od jego oczu.
Luter wytężył słuch. I powtórzył:
- Jesteś w Miami i przyjeżdżasz na święta. Cudownie!
Nora otworzyła usta tak szeroko, że Luter widząc to, aż się przestraszył.
Ponownie wytężył słuch.
- Z kim? Z Enrique? - I ryknął: - Z narzeczonym? Z jakim narzeczonym?
Nora zdołała pozbierać myśli i wcisnęła guzik urządzenia głośnomówiącego. W salonie
rozbrzmiał echem głos Blair.
- ...Peruwiańczykiem, lekarzem. Poznaliśmy się trzy tygodnie temu. On jest po prostu
cudowny. Zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia i tydzień później postanowiliśmy
się pobrać. Nigdy nie był w Stanach i jest bardzo podekscytowany. Opowiadałam mu o świętach,
o choince, o lampkach, o naszym Śniegurku, o kolacji, o wszystkim. Tatusiu, czy pada śnieg?
Enrique nigdy nie widział śniegu.
- Nie, skarbie, jeszcze nie pada. Dam ci mamę. - Luter oddał słuchawkę Norze, chociaż przy
włączonym głośniku nie było to konieczne.
- Blair? Gdzie jesteś, kochanie? - spytała, znakomicie udając rozentuzjazmowaną rodzicielkę.
- Na lotnisku. Nasz samolot ląduje u was o szóstej zero trzy. Mamusiu, Enrique na pewno się
wam spodoba, jest taki słodki. I jaki przystojny! Bardzo się kochamy, dosłownie szalejemy za
sobą. Musimy porozmawiać o ślubie, dobrze? Chcemy pobrać się latem, co ty na to?
- Cóż... Zobaczymy.
Luter bezwładnie opadł na sofę jak człowiek porażony atakiem śmiertelnej choroby.
- Opowiadałam mu o Bożym Narodzeniu - paplała Blair. - O dzieciach, o Śniegurku na
dachach domów, o naszym wielkim przyjęciu. Wydajecie przyjęcie, prawda?
Bliski śmierci Luter głośno jęknął i właśnie w tym momencie Nora popełniła pierwszy błąd.
Cóż, ogarnęła ją panika, trudno wymagać, żeby trzeźwo myślała. To, co powinna powiedzieć, a
czego nie powiedziała i czego potem bardzo żałowała, tak samo jak Luter, który doszedłszy do
siebie, wielokrotnie jej to wyrzucał, brzmiało mniej więcej tak: “Nie, kochanie, w tym roku nie
wydajemy przyjęcia”.
Ale ponieważ miała zupełnie splątane myśli, powiedziała:
- Ależ oczywiście, że tak.
Luter jęknął. Nora przeszyła go wzrokiem. Leżał tam jak raniony kulą plażowicz w
idiotycznej koszuli i szortach. Gdyby tylko mogła, wpakowałaby w niego całą serię.
- To świetnie! Enrique zawsze chciał zobaczyć, jak Amerykanie obchodzą święta. Dużo mu o
tym opowiadałam. Powiedz, czy to nie cudowna niespodzianka?
- Kochanie, jestem taka podekscytowana - wykrztusiła Nora w miarę przekonującym głosem.
- Będzie wspaniała zabawa.
- Mamusiu, tylko bez żadnych prezentów, dobrze? Proszę, obiecaj, że nie będzie prezentów.
Chciałam zrobić wam niespodziankę, ale nie chcę, żebyś biegała z tatusiem po całym mieście.
Obiecujesz?
- Obiecuję.
- Świetnie. Nie mogę się już doczekać, kiedy będę w domu.
Nie było cię zaledwie miesiąc, pomyślał Luter.
- Na pewno nie sprawię wam kłopotu? - Jakby Nora i on mieli jakiś wybór. Jakby mogli
powiedzieć: “Nie, Blair, nie możesz przyjechać na święta. Wsiadaj do samolotu i wracaj do
peruwiańskiej dżungli”.

background image

- Muszę już kończyć. Lecimy do Atlanty, a stamtąd do domu. Możecie wyjść nam na
spotkanie?
- Oczywiście, kochanie - odrzekła Nora. - To żaden kłopot. I mówisz, że on jest lekarzem?
- Tak, i jest taki cudowny.
Luter siedział na sofie z twarzą ukrytą w dłoniach. Wydawało się, że płacze. Nora stała ze
słuchawką zaciśniętą w ręku i wziąwszy się pod boki, patrzyła na męża, zastanawiając się, czy
cisnąć nią w niego, czy nie.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiła to sobie darować.
Luter rozsunął dłonie na tyle, żeby spytać:
- Która godzina?
- Jedenasta czterdzieści sześć, dwudziesty czwarty grudnia. Znieruchomieli. Znieruchomiał
cały salon.
- Dlaczego powiedziałaś jej, że wydajemy przyjęcie? - spytał po chwili Luter.
- Bo je wydajemy.
- Aha.
- Nie wiem, kto na nie przyjdzie ani co będziemy jeść, ale wydajemy je na pewno.
- Nie jestem pewien, czy...
- Nie zaczynaj, Luter. To był głupi pomysł.
- Jeszcze wczoraj byłem geniuszem.
- A dzisiaj jesteś idiotą. Wydajemy przyjęcie, panie plażowiczu. Ustawiamy choinkę,
zawieszamy bombki i lampki, a ty ruszysz swoje opalone na brąz pupsko i wciągniesz zaraz na
dach Śniegurka.
- Nie!
- Tak!
Ponownie zapadła cisza tak długa i głęboka, że Luter usłyszał tykanie zegara w kuchni. A
może tak głośno waliło mu serce? Jego uwagę przykuły kolorowe szorty. Jeszcze przed kilkoma
minutami nosił je z radością w oczekiwaniu czarodziejskiej podróży do raju.
Nora odłożyła słuchawkę, poszła do kuchni i zaczęła trzaskać szufladami.
Luter wciąż patrzył na szorty. Na ich widok robiło mu się teraz niedobrze. Przepadł rejs,
przepadły plaże, wyspy, ciepła woda, przepadło pięć posiłków dziennie.
Jak to możliwe, że jeden telefon może aż tyle zmienić?

Rozdział 13

Powoli wszedł do kuchni, gdzie jego żona siedziała przy stole, sporządzając listę spraw do
załatwienia.
- Możemy o tym porozmawiać? - poprosił błagalnie.
- O tym? - warknęła. - To znaczy o czym?
- Powiedzmy jej prawdę.
- Jeszcze jeden głupi pomysł.
- Prawda jest zawsze lepsza.
Nora przestała pisać i przeszyła go wzrokiem.
- Prawda? Prawda jest taka, że zostało nam sześć godzin na przygotowanie świąt.
- Powinna była zadzwonić wcześniej.
- Nie, bo założyła, że jak zawsze czekamy tu z kolacją i choinką. Komu przyszłoby do głowy,
że dwoje dorosłych, rozsądnych ludzi postanowi zrezygnować z Bożego Narodzenia i wyjechać
na Karaiby?

background image

- Może moglibyśmy jeszcze wyjechać.
- Kolejny głupi pomysł. Blair wraca do domu z narzeczonym. Czy to do ciebie dociera? Na
pewno zostaną tu cały tydzień. Przynajmniej taką mam nadzieję. Zapomnij o złocistych plażach.
Mamy na głowie większy problem.
- Ale Śniegurka nie ustawię.
- Owszem, ustawisz. I powiem ci coś jeszcze. Blair nigdy się nie dowie o Karaibach, jasne?
Byłaby zdruzgotana, gdyby odkryła, że niechcący pokrzyżowała nam plany. Zrozumiałeś mnie,
Luter?
- Tak, proszę pani. Rzuciła mu kartkę papieru.
- Oto nasz plan, mądralo. Ty kupisz choinkę. Ja zdejmę ze strychu bombki i lampki. Kiedy
będziesz ubierał choinkę, pojadę do miasta, żeby zobaczyć, czy w sklepach zostało coś do
kupienia.
- Na kolację? A kto na nią przyjdzie?
- O tym jeszcze nie myślałam. A teraz ruszaj. Tylko się przebierz. Wyglądasz idiotycznie.
- Czy Peruwiańczycy nie mają ciemnej skóry?
Nora znieruchomiała. Wymienili spojrzenia i oboje uciekli wzrokiem w bok.
- To już bez znaczenia - odrzekła.
- Ona chyba nie zamierza za niego wyjść - powiedział Luter z niedowierzaniem w głosie.
- Tym będziemy martwić się po świętach.

Luter wskoczył za kierownicę, odpalił silnik, wrzucił wsteczny i wyprowadził samochód na
ulicę. Wyjazd do miasta był łatwy. Powrót będzie bolesny.
Ruch gęstniał, bo wszyscy się dokądś spieszyli, a on siedział nieruchomo i klął, kipiąc złością.
Jeszcze przed godziną cieszył się spokojnym porankiem: sączył trzecią kawę, i tak dalej, i tak
dalej. A teraz proszę: znowu był jednym z tysięcy zagubionych na ulicy kretynów, znowu
próbował prześcignąć czas.
Skauci sprzedawali choinki na parkingu przed sklepem Krogera. Luter gwałtownie
zahamował i wyskoczył z samochodu. Zobaczył tylko jednego skauta, jednego komendanta i
tylko jedną choinkę. Święta za pasem - zamykali interes.
- Wesołych świąt, panie Krank. - Komendant wyglądał dziwnie znajomo. - Joe Scanlon. Ten
sam, który kilka tygodni temu przywiózł panu choinkę.
Luter słuchał, nie odrywając wzroku od ostatniego drzewka, chudej, pokrzywionej, karłowatej
sosenki, której z oczywistych powodów nikt nie chciał.
- Biorę ją - powiedział.
- Naprawdę?
- Tak. Ile?
Na opartej o ciężarówkę tablicy widniały ręcznie wypisane ceny: zaczynały się od
siedemdziesięciu pięciu dolarów i w miarę upływu godzin szybko spadały, by zatrzymać się na
piętnastu dolarach. Wszystkie, łącznie z tą ostatnią, przekreślono.
Scanlon zawahał się i odparł:
- Siedemdziesiąt pięć.
- To zdzierstwo.
- To pieniądze dla skautów.
- Dam piętnaście.
- Siedemdziesiąt pięć albo nic z tego.

background image

Luter wręczył mu pieniądze. Komendant i jego podwładny położyli spłaszczone kartonowe
pudło na dachu lexusa, dźwignęli choinkę i przywiązali ją sznurkiem do bagażnika. Luter
obserwował ich uważnie, co chwilę zerkając na zegarek.
Ledwie choinka spoczęła na dachu, maskę i kufer samochodu zasypał deszcz suchych igieł.
- Trzeba ją podlać - powiedział skaut.
- Myślałem, że państwo wyjeżdżają - dodał komendant.
- Wesołych świąt - burknął Luter, wsiadając do samochodu.
- Na pana miejscu nie jechałbym za szybko.
- Dlaczego?
- Te igły są strasznie delikatne.
Luter zsunął się w fotelu jak najniżej i nie rozglądając się na boki, pojechał do domu. Na
światłach stanęła obok niego ciężarówka z napojami. Usłyszał, że ktoś do niego krzyczy, więc
spojrzał w lewo i lekko opuścił szybę. Szczerzyło do niego zęby dwóch dostawców o byczych
karkach.
- Hej, stary! - wrzasnął ten siedzący bliżej. - To najbrzydsza choinka, jaką kiedykolwiek
widziałem!
- Są święta, puść trochę szmalu! - wrzasnął facet siedzący za kierownicą i obaj ryknęli
śmiechem.
- Gubi igły szybciej niż pies sierść! - rzucił ten pierwszy. Luter podkręcił szybę, a mimo to
wciąż słyszał ich śmiech.
Przed skrętem w Hamlock Street serce zabiło mu szybciej. Kto wie, może przy odrobinie
szczęścia nikt go nie zobaczy? Szczęścia? Jak mógł mieć nadzieję choćby na łut szczęścia?
A jednak. Z rykiem silnika śmignął przez ulicę, na dwóch kołach skręcił na podjazd i z
poślizgiem wyhamował pod wiatą. I nie zobaczył przy tym ani żywego ducha! Wyskoczył z
wozu, szarpnął za sznurek, raptem znieruchomiał i z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy.
Choinka była zupełnie naga: pozostały tylko rachitycznie poskręcane gałęzie, których nie zdobił
ani jeden skrawek zieleni. Miecione wiatrem igły zasypały pewnie całą trasę między sklepem
Krogera i Hamlock Street.
Leżące na spłaszczonym pudle drzewko, martwe niczym wyrzucony przez morze badyl,
przedstawiało sobą żałosny widok.
Luter rozejrzał się, zlustrował wzrokiem ulicę, jednym szarpnięciem ściągnął drapaka z dachu
i wyniósł go za dom, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie
trzasnąć zapałką i nie wybawić jej z nieszczęścia, ale nie miał czasu na smętne ceremonie.
Na szczęście Nora już wyjechała. Wszedł do domu i niemal wpadł na pudła, które ściągnęła
ze strychu. Wszystkie były oznakowane: nowe ozdoby, stare ozdoby, girlandy, lampki
choinkowe, lampki zewnętrzne. W sumie dziewięć pudeł, które miał opróżnić, by ich zawartością
ozdobić świąteczne drzewko. Trwałoby to kilka dni.
Zresztą jakie drzewko?
Na ścianie nad telefonem Nora zostawiła mu kartkę z nazwiskami czterech małżeństw, do
których miał zadzwonić. Wszyscy byli bliskimi przyjaciółmi, takimi, którym mógł wyznać
prawdę i powiedzieć: “Posłuchajcie, zawaliliśmy. Blair wraca. Przebaczcie nam i przyjdźcie na
kolację”.
Nie, zadzwoni do nich później. Ale Nora napisała, żeby zadzwonić natychmiast. Luter
wystukał numer Gene'a i Annie Lairdów, swoich najstarszych przyjaciół. Słuchawkę podniósł
Gene. Musiał krzyczeć, bo w domu panował straszny harmider.
- To wnuki! - wyjaśnił. - Cała czwórka! Znajdziesz dla mnie miejsce na tym waszym statku?
Luter zazgrzytał zębami, szybko opowiedział mu co i jak i zaprosił ich na kolację.

background image

- Ale numer! - wrzasnął Gene. - Wraca do domu?
- Tak.
- Z Peruwiańczykiem?
- Właśnie. To szok, Gene, prawdziwy szok. Możecie nam pomóc?
- Przykro mi, stary. Mamy tu rodzinę z pięciu stanów.
- Ich też zapraszam. Im więcej gości, tym lepiej.
- Dobra, pogadam z Annie.
Luter trzasnął słuchawką, spojrzał na dziewięć wielkich pudeł i nagle doznał olśnienia.
Pomysł był pewnie zły, ale lepszy nie przychodził mu do głowy. Wbiegł pod wiatę i spojrzał na
dom Trogdonów po drugiej stronie ulicy. Na podjeździe parkował wypełniony bagażami minibus
z nartami na dachu. Z garażu wyszedł Wes z plecakiem. Luter przebiegł przez trawnik Beckerów
i krzyknął:
- Hej, Wes!
- Cześć, Luter - powiedział Becker nerwowo. - Wesołych świąt!
- Tak, tak, wzajemnie. - Spotkali się za minibusem. Luter wiedział, że musi się spieszyć. -
Posłuchaj, mam mały kłopot.
- Luter, jesteśmy spóźnieni. Powinniśmy wyjechać dwie godziny temu. - Zza samochodu
wypadł jeden z małych Trogdonów, strzelając z kosmicznego lasera do niewidzialnego celu.
- Zajmę ci tylko chwilę - odparł Luter, próbując zachować spokój i nienawidząc siebie za to,
że musi błagać o pomoc. - Godzinę temu dzwoniła Blair. Wieczorem będzie w domu. Potrzebuję
choinki.
Zestresowana, rozgorączkowana twarz Wesa złagodniała, potem wykwitł na niej lekki
uśmiech, a jeszcze potem Wes parsknął śmiechem.
- Wiem, wiem - mruknął zrezygnowany Luter.
- Co zrobisz z tą opalenizną? - spytał, chichocząc Wes.
- Przestań, dobra? Posłuchaj: potrzebuję choinki. W mieście już ich nie ma. Mogę pożyczyć
waszą?
Z garażu dobiegł ich krzyk Trish:
- Wes! Gdzie jesteś?
- Tutaj! - odkrzyknął Wes. - Chcesz pożyczyć naszą choinkę?
- Tak. Zwrócę ją, zanim wrócicie. Przysięgam.
- To czysty absurd.
- Wiem, ale nie mam wyboru. Wszyscy będą siedzieć przy choince i dzisiaj, i jutro.
- Mówisz poważnie?
- Oczywiście. Pomóż mi, Wes.
Wes wyjął z kieszeni pęk kluczy i zdjął z kółeczka klucz do garażu.
- Tylko nie mów Trish.
- Przysięgam, nic jej nie powiem.
- Jeśli zbijesz choćby jedną bombkę, zakatrupi nas obu.
- Trish nigdy się o niczym nie dowie, masz moje słowo.
- Wiesz, w sumie to komiczne.
- Tak, tylko dlaczego jakoś się nie śmieję?
Uścisnęli sobie ręce i Luter spiesznie ruszył do domu. Był już na podjeździe, gdy wtem
wyrósł przed nim Spike Frohmeyer na rowerze.
- O czym rozmawialiście? - spytał.
- Słucham?
- Pan i pan Trogdon.

background image

- Nie twoja... - Nagle Luter dostrzegł szansę i ugryzł się w język. Potrzebował sojuszników,
nie wrogów, a Spike nadawał się na sojusznika jak nikt inny.
- Spike, przyjacielu - powiedział ciepło i serdecznie - potrzebuję twojej pomocy.
- O co chodzi?
- Trogdonowie wyjeżdżają i muszę zaopiekować się ich choinką.
- Po co?
- Choinki często się zapalają, zwłaszcza te z mnóstwem lampek. Pan Trogdon boi się pożaru,
dlatego na kilka dni przenoszę ich drzewko do nas.
- Przecież wystarczy zgasić lampki.
- Niby tak, ale wiesz, te wszystkie kable i kabelki są niebezpieczne. Mógłbyś mi pomóc? Dam
ci cztery dychy.
- Cztery dychy! Zgoda.
- Musimy mieć jakiś wózek.
- Pożyczę od Clemów.
- Byle szybko. I nikomu ani słowa.
- Dlaczego?
- To jeden z warunków umowy, dobra?
- Jasne, nie ma sprawy.
Spike popędził po wózek. Luter odetchnął głęboko i rozejrzał się po ulicy. Wiedział, że go
obserwują, śledzą już od dwóch tygodni. Jak to się stało, że mieli go za łajdaka? Dlaczego tak
trudno jest choć raz na jakiś czas zrobić coś po swojemu? Coś, czego nikt inny zrobić nie śmie.
Skąd ta niechęć u ludzi, których od tylu lat znał i lubił?
Poprzysiągł sobie, że bez względu na to, co zdarzy się w ciągu kilku następnych godzin, nie
będzie błagał sąsiadów, żeby przyszli na przyjęcie, że się do tego nie zniży. Po pierwsze, i tak by
nie przyszli, ponieważ byli już gdzieś zaproszeni. Po drugie, nie zamierzał dawać im satysfakcji
powiedzenia: “nie”.

Rozdział 14

Drugim telefonem był telefon do Albittronów, starych przyjaciół z kościoła, którzy mieszkali
o godzinę jazdy od nich. Luter powiedział im całą prawdę, a kiedy skończył, Riley Albittron
ryknął śmiechem.
- To Luter! - krzyknął do kogoś w pokoju, pewnie do Doris. - Blair dzwoniła. Dziś wieczorem
wraca do domu. - Na co Doris, czy ktokolwiek to był, histerycznie zachichotała.
Luter pożałował, że do nich zadzwonił.
- Pomóżcie mi, Riley. Możecie do nas wpaść?
- Przykro mi, stary, ale idziemy na kolację do MacIlvainesów. Zaprosili nas wcześniej.
- Trudno - mruknął Luter i odłożył słuchawkę.
Telefon zadzwonił po chwili. To Nora, spięta i poirytowana.
- Gdzie jesteś? - warknęła.
- W kuchni. A ty?
- Utknęłam w korku na Broad, niedaleko centrum.
- Dlaczego jedziesz do centrum?
- Bo nie mogłam zaparkować w Dzielnicy. Nie mogłam nawet stanąć przy krawężniku. Nic
nie kupiłam. Masz choinkę?
- Tak, prawdziwe cudo.
- Ubierasz?

background image

- Tak. Puściłem sobie Jingle Bells w wykonaniu Perry'ego Como, popijam adwokata i
rozwieszam bombki. Żałujesz, że cię tu nie ma?
- Dzwoniłeś do kogoś?
- Do Lairdów i do Albittronów. Nie mogą przyjść, ani jedni, ani drudzy.
- Ja dzwoniłam do Pinkertonów, Hartów, Malone'ów i Burklandów. Też nie mogą. Ta świnia
Pete Hart mnie wyśmiał.
- Przyłożę mu w twoim imieniu. - Do drzwi zapukał Spike. - Muszę kończyć. Wracam do
choinki.
- Lepiej zacznij dzwonić do sąsiadów - powiedziała Nora łamiącym się głosem.
- Po co?
- Żeby ich zaprosić.
- Po moim trupie. Kończę.
- Blair nie dzwoniła?
- Noro, Blair jest w samolocie. Przekręć do mnie później. Wózek był czerwony i lata
świetności miał już dawno za sobą.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że jest za mały i za stary, ale nie mieli wyboru.
- Pójdę pierwszy - rzucił Luter, jakby dokładnie wiedział, co robić. - Odczekaj pięć minut i
podprowadź wózek. Tylko tak, żeby nikt cię nie zobaczył, dobra?
- A moje cztery dychy?
Luter dał mu dwadzieścia dolarów.
- Połowa teraz, połowa potem.
Wszedł do domu Trogdonów przez garaż i pierwszy raz, odkąd sięgał pamięcią, poczuł się jak
włamywacz. Zapiszczał czujnik systemu alarmowego i serce mu zamarło. Czujnik piszczał przez
dziesięć sekund, które wlokły się w nieskończoność, a jemu przewinęło się przed oczyma całe
życie i kariera. Schwytany na gorącym uczynku, aresztowany, skazany, pozbawiony licencji,
wyrzucony z pracy, poniżony. Pisk ustał, ale Luter musiał odczekać kolejne dziesięć sekund,
żeby normalnie oddychać. Światełka na tablicy rozdzielczej przy drzwiach mówiły, że wszystko
jest w porządku.
Co za burdel. Wszędzie pudła, pudełka, papiery i papierki: dom wyglądał tak, jakby zasypała
go lawina świątecznych śmieci, co niezbicie dowodziło, że wizyta Świętego Mikołaja była udana.
Trish Trogdon zabiłaby męża, gdyby się dowiedziała, że dał Lutrowi klucze. Choinka stała w
salonie.
Wszyscy mieszkańcy Hamlock Street wiedzieli, że Trogdonowie nie przykładają wagi do
wyglądu świątecznego drzewka. Pozwalali dzieciom wieszać na nim dosłownie wszystko,
dlatego zdobiły je miliony lampek, niepasujące do siebie fragmenty kolorowych łańcuchów,
kilogramy ozdóbek, dziesiątki czerwonych i zielonych sopli, a nawet prażona kukurydza.
Nora mnie zamorduje, pomyślał Luter, ale cóż, nie miał wyboru. Plan był tak prosty, że
musiał wypalić. Przy pomocy Spike'a zamierzał zdjąć łatwo tłukące się ozdoby i łańcuchy - a już
na pewno tę nieszczęsną kukurydzę - ułożyć je na sofie i krzesłach, wynieść choinkę z
nietkniętymi lampkami, przewieźć ją do siebie i porządnie ubrać. Później, w bliżej nieokreślonej
przyszłości, rozbierze ją - niewykluczone, że ze Spike'em - przewiezie z powrotem do
Trogdonów, przystroi ich koszmarnymi ozdóbkami i wszyscy będą szczęśliwi.
Zdjął pierwszą bombkę i natychmiast ją upuścił. Bombka roztrzaskała się na kilkanaście
kawałków. Wszedł Spike.
- Tylko niczego nie zbij - ostrzegł go Luter, zbierając fragmenty szkła.
- Będziemy mieli kłopoty? - spytał Spike.
- Ależ skąd. No, bierz się do roboty. Musimy się sprężać.

background image

Dwadzieścia minut później wszystkie łatwo tłukące się ozdoby leżały już na sofie. Luter
znalazł w pralni brudny ręcznik, położył się na brzuchu, wpełzł pod drzewko i podłożył ręcznik
pod metalowy stojak. Spike ostrożnie przechylił choinkę najpierw w lewo, potem w prawo, a
wówczas Luter, wciąż na czworakach, pchnął stojak w jego stronę. Ruszyli. Drzewko sunęło po
drewnianym parkiecie, po terakocie w kuchni i podłodze wąskiego korytarza prowadzącego do
pralni, drapiąc gałęziami ściany i zostawiając za sobą setki suchych, świerkowych igieł.
- Ale syf- rzucił Spike.
- Potem się posprząta - odparł Luter, spocony jak sprinter. Choinka, jak wszystkie choinki,
była oczywiście szersza od drzwi garażu. Spike podjechał wózkiem bliżej. Luter chwycił
drzewko za pień, z trudem je dźwignął, razem ze stojakiem, wyszedł za próg, silą przeciągnął je
przez drzwi, a kiedy choinka stanęła bezpiecznie w garażu, złapał oddech i zdołał się nawet
uśmiechnąć.
- Dlaczego jest pan taki brązowy? - spytał chłopak.
Lutrowi przypomniały się Karaiby i natychmiast spoważniał. Zerknął na zegarek: za
dwadzieścia druga. Za dwadzieścia druga i ani jednego zaproszonego gościa, ani jedzenia, ani
bałwana na dachu, ani lampek, ani nawet choinki, chociaż choinka była już w drodze. Uznał, że
to beznadziejne.
Nie, nie możesz teraz zrezygnować, stary.
Wytężył siły i ponownie dźwignął drzewko. Spike wepchnął pod nie wózek i - jakżeby inaczej
- okazało się, że stojak jest szerszy niż skrzynia wózka. Mimo to Luter zdołał ułożyć choinkę w
miarę stabilnie, po czym przyjrzał się jej w zadumie.
- Usiądź tam - rozkazał, wskazując kawałek wolnego miejsca pod najniższą gałęzią. - I
trzymaj, żeby nie spadła. Ja będę pchał.
- Myśli pan, że się uda? - spytał podejrzliwie Spike.
Ned Becker stał po drugiej stronie ulicy. Nagle zobaczył, że z okna Trogdonów znika choinka.
Pięć minut później ta sama choinka ukazała się w drzwiach garażu, razem z jakimś mężczyzną i
młodym chłopakiem. Ned wytężył wzrok i rozpoznał Lutra Kranka. Nie spuszczając go z oczu,
wyjął telefon i zadzwonił do Walta Scheela.
- Walt? Mówi Ned.
- Wesołych świąt, Ned.
- Tobie też. Słuchaj, właśnie patrzę na dom Trogdonów i wygląda na to, że Krank zwariował.
- Jak to?
- Kradnie im choinkę.
Tymczasem Luter i Spike dotarli już na podjazd, lekko nachylony w stronę ulicy. Luter szedł
za wózkiem, pozwalając mu toczyć się siłą rozpędu. Przerażony Spike kurczowo ściskał
drzewko.
Scheel wyjrzał przez drzwi i stwierdziwszy, że jest naocznym świadkiem kradzieży,
zadzwonił pod dziewięćset jedenaście.
- Dziewięćset jedenaście, słucham - powiedział dyspozytor.
- Mówi Walt Scheel, czternaście osiemdziesiąt jeden Hamlock Street. Mamy tu włamywaczy.
- Gdzie?
- Tutaj, pod czternaście osiemdziesiąt jeden. Właśnie ich obserwuję. Przyjeżdżajcie, tylko
szybko.
Choinka Trogdonów zawędrowała już na drugą stronę ulicy, przed dom Beckerów, z którego
okien obserwował ją Ned, jego żona i teściowa. Lutrowi udało się skręcić w prawo, szybko
pociągnął wózek w stronę podjazdu.

background image

Chciał przyspieszyć jeszcze bardziej, ruszyć biegiem, zanim ktoś ich zobaczy, ale Spike ciągle
powtarzał, żeby jechać wolniej. Luter bał się rozejrzeć i ani przez chwilę nie wierzył, że nikt ich
nie widzi. Byli już prawie na podjeździe, gdy Spike szepnął:
- Gliny!
Luter odwrócił się gwałtownie. Policyjny radiowóz błyskając światłami - na szczęście bez
wyjącej syreny - przystanął na środku ulicy. Z radiowozu wyskoczyło dwóch policjantów. Zrobili
to tak szybko i gwałtownie, jakby prowadzili akcję przeciwko terrorystom.
Brzuchaty Salino i młody Treen o byczym karku, ci sami, którzy chcieli wcisnąć mu
kalendarz za łapówkę dla Policyjnego Towarzystwa Dobroczynnego.
- O, pan Krank - rzucił z szyderczym uśmieszkiem Salino.
- Dzień dobry.
- Gdzie pan to wiezie? - spytał Treen.
- Do domu - odparł Luter, wskazując swój dom. A byli już tak blisko...
- Lepiej niech się pan wytłumaczy - powiedział Salino.
- Wes Trogdon pożyczył mi choinkę. Wyjechał godzinę temu i właśnie ją przewozimy, ja i
Spike.
- Spike?
Luter spojrzał na wózek, a konkretnie na puste miejsce pod najniższą gałęzią choinki, gdzie
jeszcze przed chwilą siedział Spike. Tyle że teraz go tam nie było. Ani tam, ani nigdzie.
- Tak, to syn sąsiadów.
Walt Scheel siedział pięćdziesiąt metrów dalej i obserwował ich jak w teatrze. Bev
odpoczywała albo próbowała odpoczywać, ale Walt rechotał tak głośno, że przyszła zobaczyć, co
się stało.
- Przystaw sobie krzesło, kochanie. Przyłapali Kranka na kradzieży choinki.
Beckerowie też mieli niezłą zabawę.
- Doniesiono nam, że doszło do włamania - powiedział Treen.
- Nie było żadnego włamania. Kto do was dzwonił?
- Niejaki pan Scheel. Czyj to wózek?
- Nie wiem. Spike'a.
- Wózek też pan ukradł - skonstatował Treen.
- Niczego nie ukradłem.
- Panie Krank, musi pan przyznać, że sprawa jest bardzo podejrzana - oznajmił Salino.
Owszem, w normalnych okolicznościach Luter powiedziałby, że co najmniej niezwykła. Ale
Blair była z każdą minutą coraz bliżej i nie zamierzał się teraz wycofywać: nie miał na to czasu.
- Bynajmniej - odparł. - Pożyczam od nich choinkę co roku.
- Przesłuchamy pana na posterunku - oznajmił Treen, odpinając od pasa kajdanki.
Na widok srebrzystych kajdanek Walt Scheel spadł z krzesła. Beckerowie mieli trudności z
oddychaniem.
Luter poczuł, że nogi miękną mu w kolanach.
- Pan chyba żartuje - wybełkotał.
- Niech pan wsiada. Z tyłu proszę.

Po raz pierwszy w życiu pomyślał o samobójstwie. Dwóch zbirów siedziało z przodu: gadali
przez radio o konieczności odszukania właściciela skradzionej choinki. Na dachu radiowozu
wciąż migotały światła, a on chciał im tyle powiedzieć. Wypuśćcie mnie! Podam was do sądu!
Wyłączcie tego przeklętego koguta! W przyszłym roku kupię dziesięć kalendarzy! Śmiało,
zastrzelcie mnie!

background image

Gdyby teraz zobaczyła go Nora, natychmiast wystąpiłaby o rozwód.
Ośmioletni bliźniacy Kirbych, o twarzach młodocianych przestępców, mieszkali na drugim
końcu ulicy, ale z jakiegoś powodu znaleźli się przed domem Kranków. Podeszli do radiowozu,
zajrzeli przez okno i popatrzyli w oczy Lutrowi, który skurczył się w sobie i osunął w fotelu. Do
bliźniaków dołączył smarkacz Bellingtonów i wszyscy trzej gapili się na niego, jakby każdemu z
nich zamordował matkę.
Nadbiegł Spike z ojcem. Policjanci wysiedli, zamienili z nim kilka słów, potem Treen
odpędził dzieci i wypuścił Lutra z radiowozu.
- Przecież on ma klucz - powiedział Vic i dopiero wtedy Luter przypomniał sobie, że
rzeczywiście: w kieszeni ma klucz od garażu Trogdonów. Dureń! Co za dureń z niego!
- Znam i jego, i Trogdona - perorował Frohmeyer. - To nie włamanie.
Policjanci poszeptali przez chwilę, nie zważając na Lutra, który na próżno próbował uniknąć
spojrzeń Yicka i Spike'a. Zerknął przez ramię, spodziewając się, że na podjeździe ujrzy Norę,
która wysiądzie z samochodu, żeby dostać zawału serca.
- A choinka? - spytał Salino.
- Jeśli Krank mówi, że Trogdon mu ją pożyczył, to musiało tak być - odparł Frohmeyer.
- Na pewno?
- Na pewno.
- No dobra - mruknął Salino i uśmiechnął się do Lutra tak szyderczo, jakby nigdy w życiu nie
widział większego zbrodniarza. Policjanci bez pośpiechu wsiedli do radiowozu i odjechali.
- Dzięki - powiedział Luter.
- Co ty wyprawiasz?
- Pożyczam od Trogdonów choinkę. Twój syn mi pomaga. Chodź, Spike.
Bez dalszych przygód wepchnęli wózek pod wiatę na podjeździe, wtaszczyli choinkę do
salonu i ustawili ją pod oknem. Ciągnął się za nimi długi ślad suchych igieł, czerwonych i
zielonych sopli i prażonej kukurydzy.
- Potem przelecę tu odkurzaczem - powiedział Luter. - Sprawdźmy lampki.
Zadzwonił telefon. W słuchawce zabrzmiał głos Nory, jeszcze bardziej przerażonej niż
przedtem.
- Nie mogę nic kupić. Nie ma ani indyków, ani czekolady, ani nic. I nie mogę znaleźć ani
jednego ładnego prezentu.
- Szukasz prezentów? Po co?
- Są święta, Luter. Dzwoniłeś do Yarberów i Frisków?
- Tak - zełgał. - Oba numery były zajęte.
- Zadzwoń jeszcze raz, bo nikt nie przyjdzie. Rozmawiałam z McTeerami, Morriseyami i
Warnerami, ale już gdzieś idą. Jak tam choinka?
- Właśnie ją ubieram.
- Zadzwonię później.
Spike włączył lampki i drzewko ożyło. Rzucili się na dziewięć pudeł z ozdobami, nie dbając o
to, co gdzie wieszają.
Walt Scheel obserwował ich przez lornetkę z drugiej strony ulicy.

Rozdział 15

Spike stał na drabinie i wtulając się niebezpiecznie w choinkę, próbował powiesić na niej
kryształowego aniołka i kosmatego renifera, gdy Luter usłyszał warkot silnika na podjeździe.
Wyjrzał przez okno i zobaczył samochód żony.

background image

- To Nora - powiedział. Myślał teraz błyskawicznie, więc błyskawicznie doszedł do wniosku,
że współudział Spike'a w choinkowym spisku powinien być zachowany w tajemnicy.
- Dobra, uciekaj, Spike.
- Dlaczego?
- Koniec roboty, synu, masz tu dwie dychy. Wielkie dzięki.
Pomógł mu zejść z drabiny, wręczył dwadzieścia dolarów i odprowadził do drzwi. Kiedy
Nora weszła do kuchni, chłopak wymknął się na schody i zniknął.
- Wyładuj rzeczy - powiedziała. Była zdenerwowana i groźnie powarkiwała.
- Co się stało? - spytał Luter i natychmiast tego pożałował. Sprawa była oczywista.
Nora przewróciła oczami i już otworzyła usta, żeby mu odszczeknąć, ale w ostatniej chwili
zmieniła zamiar. Zacisnęła zęby i powtórzyła:
- Wyładuj rzeczy.
Ruszył do drzwi i prawie na dworze dobiegł go jej krzyk.
- A cóż to za brzydactwo!
Gotowy do wojny Luter odwrócił się na pięcie i warknął:
- Nie podoba ci się, to ją wyrzuć.
- Czerwone lampki? - spytała Nora z niedowierzaniem w głosie.
Trogdon rozwiesił sznur czerwonych lampek, jeden pojedynczy sznur, owijając nim ciasno
pień drzewka. Luter rozważał, czy go nie zdjąć, ale ponieważ trwałoby to co najmniej godzinę,
próbował ze Spike'em zasłonić lampki warstwą ozdób. Ale Nora zauważyła je natychmiast, i to z
kuchni.
Wetknęła nos między gałęzie drzewka.
- Czerwone? - powiedziała. - Przecież nie mamy czerwonych.
- Były w pudełku - zełgał Luter. Nie lubił kłamać, ale wiedział, że przez kilka dni będzie to
musiał robić nałogowo.
- W którym?
- Co znaczy w którym? Rozwieszałem wszystko najszybciej, jak umiem. Nie pora teraz
narzekać na choinkę.
- Zielone sople? - rzuciła Nora, zdejmując jeden z drzewka. - Gdzieś ty ją znalazł?
- Kupiłem ostatnią od skautów. - To był tylko unik; ostatecznie powiedział prawdę.
Nora popatrzyła na rozbebeszone pudła i doszła do wniosku, że ma na głowie ważniejsze
rzeczy.
- Poza tym - dodał niezbyt mądrze Luter - jeśli się nie pospieszymy, kto ją będzie oglądał?
- Zamknij się i przynieś rzeczy z samochodu.
W bagażniku były cztery torby jedzenia ze sklepu, o którym Luter nigdy nie słyszał, trzy torby
ze sklepu z ubraniami w centrum handlowym, karton napojów, karton wody mineralnej i okropny
bukiet kwiatów z okropnie drogiej kwiaciarni. Z nawyku księgowego chciał natychmiast
podliczyć straty, ale zmienił zamiar.
Co powie w biurze? Wszystkie pieniądze, które chciał zaoszczędzić, przepadną. Pieniądze za
bilety na rejs też, bo nie ubezpieczył się na wypadek rezygnacji z podróży. Groziła mu finansowa
klęska i nie mógł zrobić absolutnie nic, żeby jej zapobiec.
- Dodzwoniłeś się do Lairdów i Warnerów? - spytała Nora ze słuchawką przy uchu.
- Tak. Nie mogą przyjść.
- Rozpakuj torby - powiedziała i przycisnęła słuchawkę do policzka. - Sue? Mówi Nora,
wesołych świąt. Posłuchaj, mamy tu wielką niespodziankę. Dziś wieczorem przyjeżdża Blair z
narzeczonym i właśnie stajemy na głowie, żeby zorganizować coś na kolację. - Nora umilkła. -
Tak, z Peru. Miała wrócić dopiero za rok... - Chwila ciszy. - Tak, zupełnie nas zaskoczyła... -

background image

Kolejna chwila ciszy. - Tak, z narzeczonym... - Cisza. - Nie, jest lekarzem... - Ponownie zapadła
cisza. - Nie wiem, w każdym razie z Peru. Poznała go trzy tygodnie temu i już chcą się pobrać,
dlatego sama rozumiesz, że jesteśmy wstrząśnięci. A więc do wieczora?
Luter wyjął z torby ponad trzy i pół kilo wędzonego pstrąga z Oregonu w próżniowym
opakowaniu, które zawsze postarza rybę co najmniej o kilka lat.
- Zapowiada się miłe przyjęcie - mówiła do słuchawki Nora. - Szkoda, że nie możecie wpaść...
Oczywiście, że ją od was uściskam. Wesołych świąt, Sue. - Odłożyła słuchawkę i ciężko
westchnęła.
- Wędzony pstrąg? - Luter nie mógł wyskoczyć z tym w gorszym momencie.
- Albo wędzony pstrąg, albo mrożona pizza - odwarknęła Nora, zaciskając pięści i
przeszywając go wzrokiem. - W sklepach nie ma ani szynki, ani indyków, a nawet gdybym
jakiegoś znalazła, nie ma czasu, żeby go upiec. Dlatego też, panie plażowiczu, na świąteczną
kolację zjemy wędzonego pstrąga.
Zadzwonił telefon. Błyskawicznie podniosła słuchawkę.
- Halo? Jak się masz, Emilio. Dziękuję, że oddzwoniłaś.
Emilia? Lutrowi nie przychodził do głowy nikt o takim imieniu. Wyjął z torby
półtorakilogramowy kawał cheddara, wielki kawał szwajcarskiego sera, kilka pudełek krakersów,
dip ostrygowy i trzy kawałki czekoladowego ciasta sprzed dwóch dni z piekarni, której Nora
zawsze unikała. Właśnie trajkotała do słuchawki o kolacji, gdy wtem...
- Możecie przyjść?! To cudownie! Koło siódmej, swobodne, niezobowiązujące stroje... Twoi
rodzice? Ależ oczywiście, że mogą przyjść, im nas więcej, tym weselej. Świetnie. A więc do
zobaczenia. - Bez uśmiechu odłożyła słuchawkę.
- Co to za Emilia?
- Emilia Underwood.
Luter upuścił krakersy.
- Nie - wyszeptał.
Nora zainteresowała się nagle zawartością ostatniej torby z zakupami.
- Noro, powiedz, że to nieprawda. Że nie zaprosiłaś Mitcha Underwooda. Nie tu, nie do
naszego domu. Proszę, powiedz, że tego nie zrobiłaś.
- Jesteśmy bez wyjścia.
- Ale nie aż tak.
- Lubię Emilię.
- To wiedźma, i dobrze o tym wiesz. Lubisz Emilię? Kiedy ostatni raz piłaś z nią kawę, jadłaś
lunch albo śniadanie?
- Potrzeba nam ludzi, Luter.
- Mitch to nie jest człowiek, tylko stetryczały gaduła. Ludzie od nich uciekają. Jak myślisz,
dlaczego?
- Ale oni do nas przychodzą. Powinieneś się cieszyć.
- Przychodzą, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprosiłby ich na przyjęcie. Są zawsze
wolni.
- Podaj mi ser.
- Żartujesz, Noro, prawda?
- Będzie pasował do Enrique'a.
- Kiedy Underwood się po nim przejedzie, Enrique nigdy więcej nie postawi nogi na
terytorium Stanów Zjednoczonych. Przecież on nienawidzi wszystkich i wszystkiego: miasta,
stanu, demokratów, republikanów, niezależnych, czystego powietrza, dosłownie wszystkiego. To
największy nudziarz w świecie. Wypije dwa kieliszki i słychać go na całej ulicy.

background image

- Uspokój się, Luter. Już ich zaprosiłam. A propos picia: nie miałam czasu kupić wina.
Będziesz musiał pojechać.
- Nie opuszczę mojego bezpiecznego domu.
- Owszem, opuścisz. Nie widzę na dachu Śniegurka.
- Nie wystawię go. Już postanowiłem.
- Wystawisz.
Znów zadzwonił telefon i Nora chwyciła słuchawkę.
- Ki diabeł? - burknął Luter. - Gorzej już być nie może.
- To Blair - szepnęła Nora. - Jak się masz, kochanie.
- Daj mi ją - wymamrotał. - Odeślę ich do Peru.
- Jesteście w Atlancie. Świetnie - mówiła Nora. - Gotujemy, kochanie, przygotowujemy
kolację. - Pauza. - My też jesteśmy bardzo podekscytowani, kochanie, nie możemy się już
doczekać. - Pauza. - Oczywiście, że piekę twoje ulubione ciasto z karmelem. - Nora posłała
Lutrowi przerażone spojrzenie. - Tak, skarbie, o szóstej będziemy czekać na lotnisku. My też cię
kochamy.
Luter zerknął na zegarek. Było wpół do czwartej. Nora odłożyła słuchawkę.
- Muszę mieć kilogram karmelu i słoik kremu.
- Dokończę choinkę - odparł Luter. - Nie będę tkwił w korkach.
Nora zaczęła obgryzać paznokieć, co oznaczało, że układa szczegółowy plan działania.
- No dobrze - powiedziała - zrobimy tak. Do czwartej skończymy ubierać choinkę. Ile zajmie
ci wystawienie Śniegurka?
- Trzy dni.
- O czwartej ty pójdziesz po Śniegurka, a ja ostatni raz wyskoczę do miasta. Przedtem
przejrzymy książkę telefoniczną i obdzwonimy wszystkich znajomych.
- Tylko nie mów im nic o Underwoodach.
- Przestań, Luter!
- Wędzony pstrąg i Mitch Underwood. Zlecą się jak pszczoły do miodu.
Nora puściła płytę Sinatry. Przez dwadzieścia minut Luter zarzucał choinkę setkami ozdóbek,
a ona przystrajała kominek plastikowymi gałązkami jemioły. Nie odzywali się do siebie,
wreszcie Nora przerwała milczenie kolejnym rozkazem:
- Możesz wynieść pudła.
Ze wszystkich świątecznych zajęć najbardziej nie znosił wnoszenia pudeł na strych po
opuszczanej drabinie. Najpierw musiał wejść na piętro, potem przecisnąć się kiszkowatym
korytarzem między sypialniami, a jeszcze potem obrócić się w taki sposób, by pudło - oczywiście
za duże, żeby można nim było swobodnie manewrować - zmieściło się na drabinie i dało
przepchnąć przez otwór w suficie. Ze strychu czy na strych, to nie miało żadnego znaczenia.
To cud, że przez tyle lat nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.
- I skoro już tam idziesz, ściągnij na dół Śniegurka.
Zadzwoniła do pastora i dręczyła go dopóty, dopóki nie obiecał, że przyjdzie na pół godziny.
Luter, któremu zagroziła pobiciem, zadzwonił z kolei do swojej sekretarki i tak długo katował ją
przez telefon, póki nie zgodziła się wpaść na kilka minut. Zdążyła już zaliczyć trzech mężów i
chwilowo była wolna, ale zawsze miała na podorędziu jakiegoś chłopaka. Nora, on, wielebny
Zabriskie i horda Underwoodów: jeśli przyjadą o tej samej porze, byłoby ich dwanaścioro. To
dość optymistyczne.
Nora była bliska płaczu. Dwanaście osób! To tak, jakby zasiedli do wigilijnego stołu tylko we
troje.

background image

Zadzwoniła do dwóch ulubionych sklepów z winem. Jeden był już zamknięty, drugi
zamykano za dwadzieścia minut. O czwartej, kiedy Luter nabierał coraz większej ochoty na
kieliszek koniaku w piwnicy, zasypała go gradem poleceń i popędziła do miasta.

Rozdział 16

Kilka minut po jej wyjściu zadzwonił telefon. Luter chwycił słuchawkę. Może to znowu Blair.
Powie jej całą prawdę. Powie to, co leżało mu na wątrobie: że jej niespodziewany przyjazd jest
bezmyślny, a ona, to znaczy Blair, bardzo samolubna. Urazi ją, tak, ale córka na pewno to
przeżyje. Chciała wyjść za mąż i wiedział, że będzie potrzebowała ich bardziej niż przedtem.
- Halo - warknął.
- Mówi Mitch Underwood - zadudniło w słuchawce i Luter miał ochotę wsadzić głowę do
piekarnika.
- Cześć, Mitch.
- Wesołych świąt. Posłuchaj, dzięki za pamięć, ale nie damy rady was wcisnąć. Mamy
mnóstwo zaproszeń.
Tak, tak, Underwoodowie byli najważniejszymi i najczęściej zapraszanymi gośćmi w mieście.
Wszyscy łaknęli nieznośnych tyrad Mitcha na temat podatków od nieruchomości i wydzielania
stref miejskich.
- O rany, szkoda - powiedział Luter. - Może w przyszłym roku?
- Jasne, zadzwoń.
- Wesołych świąt, Mitch.
Liczba gości spadła z dwunastu do ośmiu, lecz dezerterów wciąż przybywało. Zanim zdążył
zrobić krok w stronę drzwi, zadzwonił telefon. W słuchawce zabrzmiał niepewny głos jego
sekretarki.
- To ja, Dox.
- Jak się masz.
- Przykro mi z powodu tych Karaibów, i w ogóle...
- Już mi to mówiłaś.
- No właśnie... Bardzo pana przepraszam, ale chodzi o to, że coś mi wypadło. Chłopak, z
którym się spotykam, zrobił mi niespodziankę i zaprosił mnie na kolację do Tanner Hall. Taką z
szampanem, kawiorem, i w ogóle. Zarezerwował stolik miesiąc temu. Po prostu nie mogę mu
odmówić.
- Ależ oczywiście, że nie możesz.
- Wynajął nawet limuzynę, i w ogóle. Jest bardzo kochany.
- Na pewno.
- Nie zdążymy do państwa wpaść, ale bardzo chciałabym zobaczyć się z Blair.
Blair wyjechała ledwie przed miesiącem. Dox nie widziała jej dwa lata.
- Na pewno jej o tym powiem.
- Jeszcze raz bardzo przepraszam.
- Nie ma sprawy, Dox.
Było ośmioro, zostało sześcioro. Troje Kranków, Enrique, wielebny Zabriskie i jego żona.
Chciał zadzwonić do Nory, żeby przekazać jej złe nowiny, ale doszedł do wniosku, że to bez
sensu. Biedactwo, i tak już ledwo żyła. Zapłakałaby się na śmierć, i po co? Po co miałby dawać
jej kolejny powód do złości i wyśmiewania go za wspaniały pomysł, który nie wypalił?
Miał coraz większą ochotę na koniak. Większą nawet, niż chciałby przyznać.

background image

Spike Frohmeyer zdał dokładne sprawozdanie ze wszystkiego, co widział i słyszał. Miał w
kieszeni czterdzieści dolarów i przyrzekł dochować tajemnicy, dlatego początkowo trochę się
wahał, ale ponieważ na Hamlock Street roiło się od plotkarzy, po kilku kuksańcach od ojca
wyśpiewał dokładnie wszystko.
Opowiedział, jak to pan Krank zapłacił mu za wyniesienie i wywiezienie choinki z domu
Trogdonów, jak pomagał mu ustawić ją w salonie, jak zarzucili drzewko kilogramami
świątecznych ozdóbek i setkami lampek, jak pan Krank telefonował ukradkiem do znajomych,
chcąc zaprosić ich na zaimprowizowane w ostatniej chwili przyjęcie, na które żaden z nich nie
chciał przyjść. Nie, nie wiedział, dlaczego nagle postanowili je urządzić ani dlaczego urządzali je
tak pospiesznie, ponieważ Krank dzwonił z kuchni i mówił bardzo cicho. Natomiast pani Krank
ganiała po mieście i co dziesięć minut wydzwaniała do męża.
Krótko mówiąc, w ich domu panowała bardzo napięta atmosfera.
Vic Frohmeyer natychmiast zatelefonował do Neda Beckera, zaalarmowanego uprzednio
przez Walta Scheela, i wkrótce rozmawiali już we trzech, z tym że Walt i Ned utrzymywali stały
kontakt wzrokowy z domem Kranków.
- Właśnie gdzieś pojechała - meldował Walt. - Nigdy dotąd nie widziałem, żeby tak szybko
pędziła.
- A Luter? - spytał Frohmeyer.
- Siedzi w domu - odrzekł Walt. - Zdaje się, że już ubrali choinkę. Ale u Trogdonów
wyglądała dużo lepiej.
- Coś się tam dzieje - stwierdził Ned Becker.

Nora miała w wózku karton wina, sześć butelek białego i sześć czerwonego, chociaż nie
bardzo wiedziała, po co im tyle alkoholu. Bo niby kto to będzie pił? Pewnie tylko ona. Wybrała
najdroższe, żeby Luter posiniał ze złości, kiedy dostanie rachunek. Chcieli zaoszczędzić trochę
pieniędzy, no i proszę, w co się wpakowali.
Sprzedawca zaciągał żaluzje i zamykał drzwi. Samotny kasjer pospiesznie obsługiwał
ostatnich klientów. Przed Norą stało ich trzech, za Norą jeden. W kieszeni palta zadzwonił
telefon.
- Halo - rzuciła szeptem.
- Nora? Tu Doug.
- Dzień dobry, pastorze - odrzekła, czując, że uginają się pod nią nogi. Ten głos, zdradził go
głos.
- Mamy tu mały kłopot - zaczął smutno Zabriskie. - Sama wiesz, świąteczne zamieszanie.
Wszyscy biegają we wszystkie strony naraz. Przed chwilą wpadła do nas ciotka Beth z Toledo.
Przyjechała zupełnie nieoczekiwanie, co jeszcze bardziej pogorszyło sprawę. Boję się, że nie
będziemy mogli przyjść i zobaczyć się z Blair.
Powiedział to tak, jakby nie widział jej od lat.
- Jaka szkoda - wykrztusiła Nora, próbując zawrzeć w tych słowach chociaż odrobinę żalu.
Miała ochotę zakląć i jednocześnie się rozpłakać. - Cóż, na pewno będzie jeszcze okazja.
- Nie pokrzyżujemy wam planów?
- Nie, skąd.
Życzyli sobie wesołych świat, pożegnali się i Nora zagryzła drżącą wargę. Zapłaciła za wino,
dźwignęła karton i wyzywając w duchu męża od najgorszych, zataszczyła pudło do samochodu,
który zaparkowała prawie kilometr dalej. Potem poszła piechotą do Krogera i przebiwszy się
przez tłum w drzwiach, ruszyła wzdłuż półek w poszukiwaniu karmelu.
Zadzwoniła do Lutra, ale nie podniósł słuchawki. Pewnie był już na dachu.

background image

Spotkali się przy maśle orzechowym i spojrzeli na siebie jednocześnie. Rude kłaki na głowie,
pomarańczowosiwa broda, małe, czarne okularki - chyba skądś go znała, ale za nic nie mogła
przypomnieć sobie jego nazwiska. Tymczasem on natychmiast złożył jej życzenia.
- Wesołych świąt, Noro.
- Wzajemnie - odrzekła szybko z ciepłym uśmiechem.
Coś złego przytrafiło się jego żonie. Tak, albo umarła na jakąś chorobę, albo uciekła z
młodszym kochankiem. Poznali się przed kilkoma laty na jakimś balu. Potem dowiedziała się o
żonie. Jak on się nazywa? Może pracuje na uniwersytecie? Był dobrze ubrany; pod eleganckim
płaszczem miał rozpinany sweter.
- Jeszcze biegasz? - spytał. - O tej porze? - W ręku trzymał pusty koszyk.
- Wiesz, ostatnie zakupy... A ty? - Odniosła wrażenie, że on nie robi nic, że przeciska się
przez stada klientów tylko po to, żeby pobyć między ludźmi, że jest samotny.
Co, u licha, przytrafiło się jego żonie? Nie miał obrączki.
- Chciałem kupić parę drobiazgów. Jutro wielkie obżarstwo, co? - spytał, zerkając na masło
orzechowe.
- Już dzisiaj. Córka wraca z Ameryki Południowej, organizujemy małe przyjęcie.
- Blair?
- Tak.
On znał Blair!
I wykonując samobójczy skok, odruchowo dodała:
- Może wpadniesz?
- Poważnie?
- Oczywiście. Będzie luźno i swobodnie, można przyjść i wyjść, kiedy się chce. Mnóstwo
ludzi, mnóstwo dobrego jedzenia... - Pomyślała o wędzonym pstrągu i zrobiło jej się niedobrze.
Jak on ma na imię? To nic, na pewno sobie przypomni, nagle i niespodziewanie.
- O której? - spytał wyraźnie zachwycony.
- Im wcześniej, tym lepiej. Powiedzmy o wpół do siódmej. Spojrzał na zegarek.
- Za niecałe dwie godziny.
Już za dwie godziny! Nora miała zegarek, ale w jego ustach zabrzmiało to strasznie. Za
niecałe dwie godziny!
- No, muszę pędzić - powiedziała.
- Mieszkacie przy Hamlock, tak?
- Tak. Hamlock Street czternaście siedemdziesiąt osiem. - Boże, kto to jest?
Wybiegła ze sklepu, modląc się o nagłe olśnienie. Znalazła karmel, krem i spody do ciasta.
Kolejka do kasy ekspresowej - maksymalnie dziesięć artykułów - sięgała działu z
mrożonkami. Nora stanęła na końcu. Ledwo widziała kasjera, bała się spojrzeć na zegarek. Stała
tam jak na skraju przepaści, w której czyhała całkowita rezygnacja.

Rozdział 17

Zwlekał, dopóki mógł, chociaż nie miał ani sekundy czasu. Mrok zapadał szybko i
gwałtownie, mniej więcej o wpół do szóstej. W jego rozgorączkowanym umyśle zalągł się
szaleńczy pomysł wystawienia Śniegurka po ciemku. Wiedział, że plan nie wypali, ale w takich
chwilach trudno o racjonalne myślenie.
Przez kilka minut starannie analizował sytuację. Nie ulegało wątpliwości, że atak musi
nastąpić od podwórza: ani Walt Scheel, ani Vic Frohmeyer, ani nikt inny w żadnym wypadku nie
mógł zobaczyć go w akcji.

background image

Zwlókł Śniegurka ze strychu, nie uszkadzając przy tym ani siebie, ani jego, ale ciągnąc go na
patio, klął na czym świat stoi. Potem wytaszczył z szopy drabinę. Jak dotąd nikt go nie zobaczył,
a przynajmniej nie sądził, by go widziano.
Dach był lekko wilgotny, tu i ówdzie pokryty lodem. I było tam o wiele zimniej niż na dole.
Przewiązawszy się w pasie nylonową liną centymetrowej średnicy, przerażony wspinał się
ukradkiem po asfaltowych dachówkach na szczyt. Wystawił głowę: dokładnie naprzeciwko niego
stali Scheelowie. Naprzeciwko, tyle tylko że daleko w dole.
Owinął linę wokół komina i zaczął się ostrożnie cofać. Natrafił na oblodzoną dachówkę i
zjechał kilkadziesiąt centymetrów w dół.
Odzyskał równowagę, znieruchomiał i odczekał, aż zacznie mu bić serce. Przerażony spojrzał
pod nogi. Gdyby zrządzeniem tragicznego losu nie zdążył wyhamować, najpierw spadałby przez
króciutką chwilę, a potem wylądował na metalowych meblach stojących na ceglanym chodniku.
Nie zginąłby na miejscu, o nie. Cierpiałby męki i gdyby nawet nie umarł, wyszedłby z tego ze
złamanym karkiem, a może też z uszkodzonym mózgiem.
Kompletny absurd. Pięćdziesięcioczteroletni chłop, który wygłupia się na dachu własnego
domu.
Najbardziej przerażającą rzeczą było ustawienie na dachu drabiny: dokonał tego, wczepiając
się paznokciami w dachówki i dyndając nogami za rynną. W końcu stanął na ziemi, odetchnął
głęboko i pogratulował sobie udanej wyprawy.
Śniegurek składał się z czterech części: szerokiej, okrągłej podstawy, przymocowanej do
podstawy kuli, korpusu, od którego odchodziły ręce - jedną machał, a drugą opierał na biodrze - i
ozdobionej czarnym cylindrem głowy, na której wymalowano roześmianą twarz. Mamrocząc pod
nosem, Luter spiął wszystkie elementy. Potem wkręcił w korpus żarówkę, podłączył
dwudziestoczterometrowej długości kabel, obwiązał bałwana w pasie i ustawił go przed drabiną.
Za kwadrans piąta. Jego córka wraz ze swoim nowym narzeczonym miała wylądować
dokładnie za godzinę i piętnaście minut. Dojazd na lotnisko zajmował dwadzieścia minut, a
parkowanie, dojście do terminalu, przepychanie się i rozpychanie jeszcze dłużej.
Miał ochotę rzucić wszystko i upić się.
Mimo to pociągnął za obwiązaną wokół komina linę i bałwan ruszył do góry. Luter wspinał
się po drabinie razem z nim, inaczej Śniegurek nie mógłby pokonać wypustu rynny i nie
wszedłby na dach. Pociągnął znowu i bałwan przesuwał się kilkanaście centymetrów do góry.
Ważył najwyżej dziewiętnaście kilogramów, ale wkrótce stał się jakby cięższy. O wiele cięższy.
Powoli, ramię w ramię, wdrapywali się na dach, Luter na czworakach, Śniegurek na plecach.
Zmrok wciąż nie zapadał, niebo nie chciało im pomóc. Luter wiedział, że na szczycie będzie
go widać jak na dłoni. Musi stanąć, przyciągnąć bałwana bliżej, przywiązać go do komina i
zapalić dwustuwatową żarówkę, a gdy ją zapali, Śniegurek dołączy do czterdziestu jeden
kolegów na dachach pozostałych domów i wszyscy mieszkańcy Hamlock Street dowiedzą się, że
Krank wreszcie się ugiął. Dlatego tuż pod szczytem odpoczął i próbował sobie wmówić, że nie
dba o to, co myślą i mówią o nim sąsiedzi. Przytrzymał linę, położył się na plecach, spojrzał w
chmury i uświadomił sobie, że jest zlany potem i że bardzo mu zimno. Wiedział, że będą się z
niego śmiali i szydzili, że będą opowiadali tę historię przez wiele lat, że stanie się pośmiewiskiem
całej ulicy, ale czy naprawdę było to takie ważne?
Blair będzie szczęśliwa. Enrique zobaczy amerykańskie Boże Narodzenie. Nora złagodnieje,
przynajmniej taką miał nadzieję.
I wtedy pomyślał o “Wyspiarskiej Księżniczce”, która jutro miała wypłynąć z Miami lżejsza o
dwoje pasażerów, by wziąć kurs na jego wytęsknione plaże i wyspy.
Poczuł, że zaraz zwymiotuje.

background image

Walt Scheel był w kuchni, gdzie Bev kończyła robić ciasto, i siłą nawyku podszedł do okna,
żeby spojrzeć na dom Kranków. Początkowo niczego nie dostrzegł, ale zaraz potem dosłownie
zamarł. Zobaczył Lutra, który ostrożnie wyglądał zza komina, a chwilę później zza krawędzi
dachu wychynął czarny cylinder i roześmiana twarz Śniegurka.
- Bev! - wrzasnął.
Luter podciągnął się, rozejrzał jak wystraszony włamywacz, zaparł się o komin i zaczął
wciągać bałwana na szczyt dachu.
- Żartujesz. - Bev wytarła ręce w ścierkę do talerzy. Walt za bardzo się śmiał, żeby cokolwiek
powiedzieć. Chwycił słuchawkę i zatelefonował do Frohmeyera.
Kiedy Śniegurek dotarł na szczyt, Luter przesunął go do przodu i wypchnął przed komin,
gdzie miał stanąć. Zamierzał przytrzymać go chwilę, wyjąć pięciocentymetrowej szerokości
płócienną taśmę, owinąć nią bałwana w pasie i mocno przywiązać go do komina. Tak jak przed
rokiem. Wtedy wszystko poszło dobrze.
Vic Frohmeyer zbiegł do piwnicy, gdzie dzieci oglądały świąteczny film w telewizji.
- Krank wystawia Śniegurka. Idźcie popatrzeć, ale zostańcie na chodniku.
Piwnica opustoszała.
Po drugiej stronie dachu, tuż przy kominie, było kilka oblodzonych dachówek, których Luter
po prostu nie mógł zauważyć. Bałwan stał już na miejscu i Luter miał właśnie odwiązać
nylonową linę, napiąć elektryczny kabel i przymocować go do komina - był to najbardziej
niebezpieczny manewr całej operacji - gdy nagle usłyszał na dole czyjś głos. Odwrócił się, żeby
spojrzeć w tamtą stronę, stanął na oblodzonej dachówce i wszystko się zwaliło.
Bałwan pochylił się do przodu i szybko zjeżdżał z dachu. Nic go nie powstrzymywało, ani
lina, ani taśma, ani kabel. Tuż za nim sunął po stromym dachu Luter, który na szczęście zdołał
zaplątać się we wszystko to, w co nie zaplątał się Śniegurek. Mknął głową naprzód, wrzeszcząc
tak głośno, że usłyszeli go Walt i Bev w swojej kuchni, pędził ku pewnej śmierci niczym lawina.
Później stwierdził - naturalnie tylko w duchu - że wszystko doskonale pamięta. Na dachu od
strony ulicy musiało być więcej lodu niż od strony podwórza. Poczuł się jak krążek hokejowy.
Pamiętał, że mknął głową naprzód, i że na dole czekał na niego betonowy podjazd. Słyszał też
huk roztrzaskującego się Śniegurka, choć niczego nie widział. Potem poczuł ostre szarpnięcie i
nagle przestał spadać: kabel rozwinął się na całą długość, boleśnie zacisnął na kostkach i
gwałtownie nim targnął, bez wątpienia ratując mu życie.
Patrząc na Lutra, który sunął na brzuchu, ścigając po dachu podskakującego Śniegurka, Walt
Scheel omal nie pękł ze śmiechu. Zgięty wpół, rechotał bez opamiętania. Bev obserwowała
widowisko z przerażeniem w oczach.
- Zamknij się, Walt! - krzyknęła. - Zrób coś!
Luter zwisał głową w dół, bezradnie obracając się wokół własnej osi. Wisiał wysoko, parę
metrów nad podjazdem, a stopy miał tuż pod rynną.
Wisiał tak huśtając się i wirując, ale po kilku obrotach kabel i lina splotły się ze sobą i
wirowanie ustało. Lutrowi zrobiło się niedobrze i na chwilę zamknął oczy. Jak można
wymiotować, wisząc do góry nogami?
Po raz drugi tego dnia Walt wystukał dziewięćset jedenaście i zameldował, że na Hamlock
Street doszło do wypadku, że jest tu ranny, może nawet umierający, że potrzebna jest
natychmiastowa pomoc. Potem wypadł z domu i przebiegł na drugą stronę ulicy, gdzie pod
wiszącym Lutrem zbierały się dzieci Frohmeyera. Pędził już ku nim Vic, a z sąsiedniego domu
wysypywał się właśnie klan Beckerów.
- Biedny Śniegurek - powiedziało któreś z dzieci.
Śniegurek, cholera, pomyślał Luter.

background image

Nylonowa lina wpijała mu się w kostki. Bał się poruszyć, gdyż w każdej chwili mogła puścić.
Od ziemi wciąż dzieliło go dwa, dwa i pół metra i upadek z tej wysokości byłby fatalny w
skutkach. Dyndając do góry nogami, próbował ochłonąć i odzyskać oddech. Doszedł go tubalny
głos Frohmeyera. Czy ktoś mógłby mnie zastrzelić? Bardzo proszę.
- Luter, nic ci nie jest?
- Ależ skąd, Vic. Czuję się świetnie, a ty? - Powiał lekki wiatr i Luter znowu zaczął się
obracać, tyle że teraz robił to bardzo powoli. Kiedy znowu ustawił się twarzą do ulicy, zobaczył
sąsiadów, ostatnich ludzi, których miał ochotę oglądać.
- Przynieście drabinę - powiedział któryś z gapiów.
- Czy on wisi na kablu?
- Gdzie przywiązałeś linę?
Wszystkie głosy były znajome, ale Luter nie potrafił ich rozróżnić.
- Zadzwoniłem pod dziewięćset jedenaście - powiedział Scheel.
- Dzięki, Walt - rzucił głośno Luter w stronę tłumu, lecz nie zdążył powiedzieć nic więcej,
gdyż wiatr obrócił go twarzą do domu.
- Śniegurek chyba nie żyje - mruknął do kolegi jakiś chłopak.
Wisiał tak i czekał na śmierć - lina mogła w każdej chwili puścić, a wtedy grzmotnąłby głową
w beton. Poczuł, że z nową pasją odżywa w nim nienawiść do Bożego Narodzenia. W co on się
przez te święta wpakował?
Tak, wszystko przez te nieszczęsne święta.
Sąsiadów też nienawidził, wszystkich, i młodych, i starych. Na podjeździe wciąż ich
przybywało. Obracany wiatrem słyszał, jak nadciągają, widział, jak biegną ulicą, żeby go
zobaczyć.
Lina i kabel puściły i znów osunął się w dół. Gwałtowne szarpnięcia zatrzymały go
kilkanaście centymetrów niżej. Tłum głośno sapnął; niektórzy gapie mieli pewnie ochotę
zaklaskać.
Frohmeyer wydawał rozkazy, jakby codziennie miał do czynienia z takimi sytuacjami. Z lewej
i z prawej strony Lutra ustawiono dwie drabiny. Ned Becker krzyknął z patio, że znalazł to, co
przytrzymywało linę i kabel, i głosem doświadczonego eksperta dodał, że jego zdaniem to coś
zaraz puści.
- Podłączyłeś kabel do prądu? - spytał Frohmeyer.
- Nie - powiedział Luter.
- Zdejmiemy cię, dobra?
- Tak, bardzo proszę.
Vic wszedł na jedną drabinę, Ned na drugą. Luter wiedział, że na podjeździe stoi Swade Kerr,
Ralph Brixley, Judd Galdy oraz kilku innych starszych mieszkańców Hamlock Street.
Moje życie jest w ich rękach, pomyślał i zamknął oczy. Ważył prawie siedemdziesiąt
dziewięć kilo - przygotowując się do rejsu, zrzucił pięć - dlatego nie bardzo wiedział, jak
zamierzali wyplątać go z lin i opuścić na ziemię. Ratowali go mężczyźni w średnim wieku,
którzy jeśli w ogóle uprawiali sport, to grając w golfa. A już na pewno nie było wśród nich
sztangistów. Swade Kerr, drobny, kruchy wegetarianin, z trudem podnosił gazetę, a teraz stał na
podjeździe i chciał go podtrzymać.
- Vic, masz jakiś plan? - Trudno mu było mówić z nogami w górze. Przyciągana siłą
grawitacji krew spłynęła w dół i pulsowała w głowie.
Vic zawahał się. No tak. Nie mieli żadnego planu.
Luter nie widział wszystkiego. Nie widział na przykład tych, którzy stanęli dokładnie pod
nim, żeby zamortyzować siłę ewentualnego upadku.

background image

Ale wszystko słyszał i nagle jego uszu dobiegł czyjś krzyk.
- Jest Nora!
A potem gdzieś w oddali zawyła syrena.

Rozdział 18

Tłum rozstąpił się, żeby przepuścić karetkę pogotowia. Zatrzymała się trzy metry przed
drabinami, przed zwisającym do góry nogami mężczyzną i jego niedoszłymi ratownikami. Z
samochodu wyskoczyło dwóch sanitariuszy i strażak. Odsunęli drabiny, odpędzili Frohmeyera i
jego pomagierów. Karetka ostrożnie podjechała pod Lutra.
- Luter, co ty tam robisz?! - krzyknęła Nora, przeciskając się przez tłum.
- A jak myślisz?! - odkrzyknął i pulsująca krew omal nie rozniosła mu głowy.
- Nic ci nie jest?
- Nie, czuję się cudownie.
Sanitariusze i strażak weszli na dach samochodu, szybko podnieśli Lutra do góry, rozplatali
kabel i linę, po czym ostrożnie posadzili go na masce. Ktoś zaklaskał, ktoś wydał radosny
okrzyk, ale większość gapiów zareagowała dość obojętnie.
Sanitariusze zbadali mu puls, pomogli zejść na ziemię i wnieśli go do karetki. Miał zdrętwiałe
stopy i nie mógł stać. Mocno drżał, więc jeden z sanitariuszy okrył go pomarańczowym kocem.
Siedział w karetce, patrząc na ulicę i starał się nie zwracać uwagi na tłum gapiów, którzy bez
wątpienia radowali się jego poniżeniem. Odczuwał jedynie ulgę. Jazda głową w dół po śliskim
dachu była krótka, lecz przerażająca. Miał szczęście, że jak dotąd nie stracił przytomności.
Niech patrzą. Niech się gapią. Był zbyt obolały, żeby się tym przejmować.
Nora wyrosła przed nim. Też chciała go obejrzeć. Rozpoznała więc strażaka Kendalla i
sanitariusza Kistlera, dwóch dzielnych młodzieńców, którzy przed dwoma tygodniami chcieli im
sprzedać świąteczny keks. Podziękowała im za uratowanie męża.
- Chce pan jechać do szpitala? - spytał Kendall.
- Tak na wszelki wypadek - dodał Kistler.
- Nie, dziękuję - odparł Luter, szczękając zębami. - Kości mam całe. - I rzeczywiście, kości
miał całe, ale zdawało mu się, że wszystko inne rozpadło się na kawałki.
Nadjechał policyjny radiowóz i błyskając światłami - jakżeby inaczej? - gwałtownie
zahamował przed podjazdem. Treen i Salino przebili się przez tłum, żeby obejrzeć go sobie z
bliska.
Frohmeyer, Becker, Kerr, Scheel, Brixley, Kropp, Galdy, Belling-ton - wszyscy skupili się
wokół Kranka i jego żony. Był wśród nich i Spike. Luter siedział tam, liżąc rany i odpowiadając
na głupie pytania dzielnych chłopców w granatowych mundurach. Ku nim cisnęli się niemal
wszyscy mieszkańcy Hamlock Street.
Wysłuchawszy krótkiej opowieści, Salino spytał:
- Śniegurek? Przecież w tym roku mieliście państwo ominąć święta. A tu proszę. Najpierw
pożycza pan choinkę, teraz to...
- Co się dzieje, Luter?! - zawołał głośno Frohmeyer. Pytał w imieniu wszystkich. Wszyscy
czekali na odpowiedź.
Luter spojrzał na żonę i zrozumiał, że Nora nie powie ani słowa. I że to on musi się
wytłumaczyć.
- Blair wraca - powiedział, rozcierając lewą kostkę.
- Blair wraca - powtórzył głośno Frohmeyer i tłum zafalował. Bez względu na to, jakimi
uczuciami sąsiedzi darzyli teraz Lutra, jego córkę dosłownie uwielbiali. Widzieli, jak dorastała,

background image

wysłali ją do college'u i co lato czekali na jej powrót. Była nianią niemal wszystkich młodszych
dzieci z Hamlock Street: jako jedynaczka traktowała je jak członków rodziny, a one uważały ją
za starszą siostrę.
- Z narzeczonym - dodał Luter i tłum ponownie zafalował.
- Kto to jest Blair? - spytał Salino jak detektyw z wydziału zabójstw, badający ważną
poszlakę.
- Moja córka - wyjaśnił Luter niewtajemniczonym. - Miesiąc temu wyjechała z Korpusem
Pokoju do Peru i miała wrócić dopiero za rok, a przynajmniej tak myśleliśmy. Zadzwoniła dziś w
południe, z Miami. Chciała zrobić nam niespodziankę i postanowiła przyjechać na święta. W
dodatku z narzeczonym, z lekarzem, którego tam poznała. - Nora przysunęła się bliżej i wzięła
męża za łokieć.
- I pewnie chce zobaczyć choinkę - powiedział Frohmeyer.
- Tak.
- I Śniegurka.
- Oczywiście.
- I chce zaprosić narzeczonego na wigilijne przyjęcie.
- Na pewno.
Nie zważając na coraz bardziej napierający tłum, Frohmeyer popadł w zadumę.
- O której przyjeżdża?
- Samolot ląduje o szóstej.
- O szóstej!
Setka ludzi spojrzała na zegarki. Luter rozcierał prawą kostkę. Swędziały go stopy. To dobry
znak: w żyłach znowu zaczynała krążyć krew.
Vic Frohmeyer cofnął się o krok i powiódł wzrokiem po twarzach sąsiadów. Odchrząknął,
zadarł brodę i rzekł:
- Dobra, posłuchajcie, oto plan. Zorganizujemy u Kranków świąteczne przyjęcie powitalne dla
Blair. Jeśli możecie, rzućcie to, co w tej chwili robicie, i pomóżcie. Noro, masz indyka?
- Nie - wyznała nieśmiało. - Wędzonego pstrąga.
- Wędzonego pstrąga?
- Niczego innego nie mogłam znaleźć.
- Wędzonego pstrąga? - powtórzyło ze zgrozą kilka kobiet.
- Kto z was ma zapasowego indyka? - spytał Frohmeyer.
- My mamy dwa - powiedziała Jude Becker. - Oba są w piekarniku.
- Świetnie - powiedział Frohmeyer. - Cliff, weź paru chłopaków i lećcie do Broxleya po
Śniegurka. I po lampki; rozwiesimy je na bukszpanach. Pozostali niech wracają do domu,
przebiorą się, wezmą coś do jedzenia i przyjdą tu za godzinę. Vick przeniósł wzrok na Salina i
Treena.
- A wy, panowie, jedźcie na lotnisko.
- Po co? - spytał Salino.
- Po Blair. Trzeba ją odebrać.
- Nie wiem, czy możemy...
- Mam zadzwonić do burmistrza?
Treen i Salino ruszyli do radiowozu. Otrzymawszy instrukcje od Frohmeyera, sąsiedzi zaczęli
się rozchodzić. Wszyscy szli szybkim, zdecydowanym krokiem, by po chwili zniknąć w swoich
domach.
Nora spojrzała na męża ze łzami w oczach, a Lutrowi też chciało się płakać. Skórę na
kostkach miał zdartą do krwi.

background image

- Ilu gości się spodziewacie? - spytał Frohmeyer.
- Nie wiem - odrzekła Nora, spoglądając na pustą ulicę.
- Będzie ich mniej, niż myśleliśmy - mruknął Luter. - Underwoodowie się odwołali. Dox też.
- I wielebny - dodała Nora.
- Underwoodowie? - spytał Vic. - Ci od Mitcha?
- Tak, ale on nie przyjdzie.
Co za małe, smętne przyjęcie, pomyślał Frohmeyer.
- Więc ilu chcecie gości?
- Ilu się da - odrzekł Luter. - Zapraszamy całą ulicę.
- Tak, całą ulicę - potwierdziła Nora. Frohmeyer spojrzał na Kistlera.
- Ilu ludzi macie na posterunku?
- Ośmiu.
- Strażacy i sanitariusze też mogą przyjść? - spytał Vic.
- Oczywiście - powiedziała Nora.
- I policjanci - dodał Luter.
- Będzie tłum.
- Tym lepiej, prawda?
Luter owinął się szczelniej kocem.
- Tak, Blair uwielbia duże przyjęcia.
- A kolędnicy? - rzucił Frohmeyer. - Kolędników też chcecie zaprosić?
- Byłoby miło - odparła Nora.
Pomogli Lutrowi wejść do domu, ale zanim dotarli do kuchni, wstał i poszedł sam, chociaż
mocno utykając. Kendall dał mu plastikową kulę, której Luter poprzysiągł sobie nigdy nie
używać.
Usiedli z Norą w salonie przy choince Trogdonów, by nacieszyć się chwilą spokoju. W
kominku płonął ogień, a oni rozmawiali o Blair. Na próżno próbowali przywyknąć do tego, że
córka ma narzeczonego, że narzeczony wkrótce zostanie jej mężem, a ich zięciem. Luter znowu
zdenerwował się na myśl o Enrique'u: nie dawał mu spokoju kolor jego skóry, lecz nic na ten
temat nie powiedział. Właśnie odnajdywał w sobie nową pokorę i powoli zapominał o bucie.
Solidarność sąsiadów niewymownie ich wzruszyła. O Karaibach nie wspomnieli ani słowem.
Nora spojrzała na zegarek i wstała, żeby się przebrać.
- Szkoda, że nie miałam aparatu - powiedziała, wychodząc. - Mój mąż zwisa z dachu głową w
dół na oczach połowy mieszkańców miasta. - Przestała się śmiać dopiero w sypialni.

Rozdział 19

W hali przylotów nikt nie czekał i Blair trochę się zirytowała. To prawda, że zawiadomiła
rodziców w ostatniej chwili, na lotnisku było tłoczno, a mama i tatuś mieli na głowie świąteczne
przyjęcie, ale przecież przywiozła im ukochanego. Mimo to nic nie powiedziała: szli długim
korytarzem, ramię w ramię, krok w krok, i manewrując z wdziękiem w tłumie ludzi, cały czas
patrzyli tylko na siebie.
Przy karuzeli z bagażami też nikt na nich nie czekał, ale kiedy taszczyli walizy w stronę
wyjścia, zobaczyła dwóch policjantów z kartką, na której widniały pospiesznie skreślone słowa:
“Blair i Enriqe”.
Błędnie napisali jego imię, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Zawołała i
policjanci natychmiast wkroczyli do akcji, odbierając im walizki i torując drogę wśród tłumu.

background image

Kiedy wyszli przed terminal, Salino wyjaśnił, że burmistrz przydzielił im eskortę. Witajcie w
domu!
- Już tam na was czekają - powiedział, wkładając walizki do bagażnika wozu policyjnego
parkującego niezgodnie z przepisami na krawężniku przed postojem taksówek. Obok stał drugi
radiowóz.
Jako mieszkaniec Ameryki Południowej, Enrique miał pewne naturalne opory przed
dobrowolnym zajęciem miejsca w policyjnym samochodzie.
Rozejrzał się nerwowo, popatrzył na kłębiących się ludzi, na sunące zderzak w zderzak
taksówki i autobusy, na rozwrzeszczanych ludzi, gwiżdżących portierów. Przez głowę
przemknęła mu myśl o ucieczce. Ale zaraz potem jego wzrok ponownie spoczął na pięknej
twarzy ukochanej dziewczyny.
- Chodź - rzuciła Blair i szybko wsiedli. Poszedłby za nią do piekła.
Zamigotały światła i radiowozy ruszyły, błyskawicznie włączając się do ruchu i spychając
samochody na skraj jezdni.
- Czy u was tak zawsze? - spytał szeptem Enriąue.
- Nie, nigdy - powiedziała Blair. Jakie to miłe z ich strony, pomyślała.
Treen prowadził jak furiat, a Salino uśmiechał się, myśląc o Kranku wiszącym do góry
nogami na oczach wszystkich sąsiadów. Ale nie zamierzał nic mówić, trzymał język za zębami.
Zgodnie z rozkazem Vica Frohmeyera, który zadzwonił w końcu do samego burmistrza i był
bliskim przyjacielem naczelnika policji, Blair nie mogła dowiedzieć się prawdy.
Im bliżej przedmieść, tym ruch był mniejszy. Zaczął prószyć śnieg.
- Podobno ma napadać aż dziesięć centymetrów - rzucił przez ramię Salino. - Czy w Peru jest
śnieg?
- W górach - powiedział Enrique. - Ale ja mieszkam w Limie, w stolicy.
- Mój kuzyn był raz w Meksyku - odparł Salino i zamilkł, ponieważ nie miał nic więcej do
dodania. Kuzyn omal tam nie umarł, i tak dalej, lecz Salino mądrze zdecydował nie opowiadać
im horrorów z krajów trzeciego świata.
- Padało już, czy to pierwszy raz? - szybko wtrąciła nadopiekuńcza Blair, która postanowiła za
wszelką cenę chronić narzeczonego i jego ojczyznę. - Chyba trochę za wcześnie.
Pogoda była najbezpieczniejszym tematem.
- W zeszłym tygodniu napadało z pięć centymetrów, no nie? - powiedział Salino, zerkając na
Treena, który zaciskał ręce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie, a wszystko po to,
żeby utrzymać radiowóz w odległości nie większej niż półtora metra od radiowozu jadącego
przed nim.
- Raczej dziesięć - odrzekł autorytatywnie.
- Ale skąd, pięć.
- Dziesięć - burknął Treen, kręcąc głową, co bardzo zirytowało Salina. W końcu poszli na
kompromis i przystali na trzy centymetry śniegu.
Blair i Enrique siedzieli z tyłu i patrzyli na rzędy pięknie przystrojonych domów.
- Już prawie jesteśmy - powiedziała cicho Blair. - To jest Stanton Street, następna będzie
Hamlock.
Na rogu ulicy czuwał Spike. Błysnął dwa razy zielonym światłem skautowskiej latarki i
zaczęło się.
Luter boleśnie wkuśtykał do sypialni, gdzie Nora po raz setny poprawiała swój makijaż. Od
dwudziestu minut rozpaczliwie eksperymentowała ze wszystkim, co tylko mogła znaleźć, to
znaczy z podkładami, pudrami i z różami. Spod ubrania wystawała jej tylko opalona szyja i
dłonie, no i twarz, którą postanowiła wybielić.

background image

Niestety, bezskutecznie.
- Zmizerniałaś - powiedział szczerze Luter. Wokół jej głowy unosiły się kłęby pudru.
On nie przejmował się opalenizną - za bardzo bolały go nogi. Zgodnie z życzeniem Nory -
twierdziła, że im ciemniejsze ubranie, tym jaśniej wygląda skóra - ubrał się na czarno, w czarny
rozpinany sweter, czarny golf i ciemnoszare spodnie. Sweter miał na sobie tylko raz i na
szczęście był to prezent urodzinowy od Blair. Golf włożył pierwszy raz w życiu i ani on, ani
Nora nie mogli sobie przypomnieć, skąd go ma.
Czuł się jak mafioso.
- Daj spokój - nie mógł patrzeć, jak Nora żongluje pudełkami, gotowa cisnąć w niego którymś
z nich.
- Zaraz - warknęła. - Blair nie może dowiedzieć się o Karaibach, rozumiesz?
- W takim razie nic jej o tym nie mów. Powiedz, że lekarz zalecił ci opalanie, bo masz za mało
witaminy... Jaka to witamina?
- C, ale witaminę C wytwarza słońce, a nie szwedzkie łóżka. Kolejny głupi pomysł.
- To powiedz jej, że było wyjątkowo ciepło i dużo czasu spędzaliśmy w ogrodzie.
- To się nie uda. Blair nie jest ślepa. Spojrzy na klomby i od razu zobaczy, że nie tykaliśmy
ich od miesięcy.
- Ups.
- Masz jeszcze inne błyskotliwe pomysły?
- Szykujemy się do wiosny i wykupiliśmy abonament do solarium.
- Bardzo śmieszne.
- Zaraz, czekaj, mam. Ponieważ wychodzi za mąż za Peruwiańczyka, postanowiliśmy się
trochę opalić. Co ty na to? Dwie blade twarze na ślubnym zdjęciu? Rzucalibyśmy się w oczy.
Poirytowana Nora wstała i wyszła z sypialni, ciągnąc za sobą welon pudru.
Luter wziął swoją nową, plastikową kulę i pokuśtykał do zatłoczonego salonu, skąd dobiegł
go czyjś krzyk:
- Jadą!
Ze względu na brak płóciennej taśmy Ralph Broxley stał na dachu - na śniegu i zimnie - i
własnymi rękami przytrzymywał Śniegurka przy kominie. Nagle zobaczył zielone światełko
mrugające na końcu ulicy. “Jadą!” - wrzasnął w stronę patio, gdzie jego pomocnik, Judd
Bellington, próbował związać pękniętą taśmę.
Z wysoka, spod komina, roztaczał się piękny widok. Ralph patrzył z dumą, ale też z lekkim
rozdrażnieniem - było mu z każdą chwilą coraz zimniej - jak sąsiedzi zwierają szyki, żeby pomóc
jednemu ze swoich, nawet jeśli był nim Luter Krank.
Na podjeździe chór pod chaotyczną dyrekcją Ellen Mulholland zaczął śpiewać Jingle Bells.
Linda Galdy przyniosła cymbałki i do chóru dołączył naprędce zorganizowany zespół
instrumentalny. Na trawniku roiło się od dzieci, niecierpliwie czekających na Blair i jej
tajemniczego narzeczonego.
Kiedy policyjne radiowozy zwolniły przed podjazdem, maluchy wzniosły wesoły okrzyk
powitalny.
- Boże, co za tłum - powiedziała Blair.
Przed domem Beckerów parkował wóz strażacki, przed domem Trogdonów jasnozielona
karetka pogotowia i oba samochody jak na komendę zapaliły wszystkie światła. Kiedy radiowozy
wjechały na podjazd, Vic Frohmeyer gwałtownie otworzył tylne drzwi i zadudnił:
- Wesołych świąt, Blair!
Znaleźli się na trawniku, gdzie przy dźwiękach Jingle Bells otoczyli ich rozentuzjazmowani
sąsiedzi. Blair przedstawiła wszystkim Enrique'a, który był chyba trochę oszołomiony radosnym

background image

przyjęciem. Przebili się do drzwi i weszli do salonu, gdzie powitały ich jeszcze głośniejsze
okrzyki.
Na prośbę Nory, przed choinką czuwało czterech strażaków i trzech policjantów, którzy stojąc
ramię w ramię, mieli jak najskuteczniej zasłaniać drzewko.
Luter i Nora nerwowo czekali w sypialni na prywatne powitanie z córką i na Enrique'a.
- A jeśli nam się nie spodoba? - wymamrotał Luter, siedząc na brzegu łóżka i rozcierając
kostki. W salonie robiło się coraz głośniej.
- Przestań. Wychowaliśmy bystrą córkę. - Nora nakładała na policzki ostatnią warstwę pudru.
- Przecież dopiero co się poznali.
- To miłość od pierwszego wejrzenia.
- Bzdura.
- Być może. Ty zademonstrowałeś mi swoje możliwości dopiero trzy lata po pierwszej randce.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegła Blair. Nora i Luter najpierw spojrzeli na nią, a potem
szybko przenieśli wzrok nieco dalej, żeby sprawdzić, czy skóra Enrique'a ma bardzo ciemny
odcień.
Była zupełnie biała! Co najmniej dwa razy bielsza niż skóra Lutra!
Objęli i wyściskali córkę, jakby nie widzieli jej od lat, a potem z wielką ulgą przywitali się z
przyszłym zięciem.
- Świetnie wyglądacie - powiedziała Blair, otaksowawszy ich spojrzeniem. Nora miała na
sobie obszerny sweter, gdyż pierwszy raz, odkąd sięgała pamięcią, chciała wyglądać na grubszą.
Luter stał przy niej niczym podstarzały żigolak.
- Odchudzamy się - powiedział, energicznie potrząsając ręką Enrique'a.
- Tatusiu, jaki jesteś opalony!
- Tak. Było wyjątkowo ciepło i w zeszłym tygodniu spiekłem się trochę przy klombach.
- Chodźmy do gości - powiedziała Nora.
- Właśnie - dodał Luter, ruszając przodem. - Nie możemy pozwolić, żeby na nas czekali.
- I co? - szepnęła Blair do matki. - Nie jest przystojny? - Enrique szedł krok przed nimi.
- Bardzo - powiedziała z dumą Nora.
- Dlaczego tatuś kuleje?
- Skaleczył się w nogę, ale już wszystko w porządku.
Salon pękał w szwach, choć Blair zauważyła, że rodzice zaprosili innych gości niż zwykle.
Nie, żeby miało to jakieś znaczenie, tylko nie mogła zrozumieć, skąd wzięli się tam strażacy i
policjanci.
Enrique dostał kilka prezentów, które otworzył na środku pokoju. Ned Becker podrzucił im
czerwoną koszulkę golfową klubu. John Galdy dostał na gwiazdkę album ze zdjęciami wiejskich
gospod. Jego żona zapakowała go w nowy papier i podsunęła Peruwiańczykowi, który wzruszył
się do łez. Strażacy podarowali mu dwa keksy i Enrique przyznał, że w Peru nie znają takich
delikatesów. Od przedstawicieli Policyjnego Towarzystwa Dobroczynnego dostał kalendarz.
- Znakomicie mówi po angielsku - szepnęła Nora do córki.
- Lepiej ode mnie - odszepnęła Blair.
- Mówiłaś, że nigdy nie był w Stanach.
- Kształcił się w Londynie.
- Proszę, proszę... - Enrique zdobył u Nory kolejny punkt. Przystojny, wykształcony za
granicą, lekarz, w dodatku prawie zupełnie biały. - Gdzie go poznałaś?
- W Limie, kiedy zapoznawali nas z terenem.
Goście wesoło krzyknęli i zaklaskali w dłonie: Enrique właśnie otworzył długie pudło i wyjął
z niego wysoką, kolorową lampę, którą podrzucili Bellingtonowie.

background image

Kiedy rozdano prezenty, Luter zawołał:
- Kolacja! - i tłum ruszył do kuchni, gdzie stał stół zastawiony resztkami jedzenia z całej ulicy,
które układano i przekładano dopóty, dopóki nie zaczęły wyglądać świeżo i świątecznie. Jessica
Brixley, najlepsza kucharka z Hamlock Street, przybrała nawet wędzonego pstrąga Nory.
Kolędnicy zmarzli na zimnie i śniegu. Gdy doszła ich wiadomość o przygotowanej kolacji,
wraz z dzwonnikami Lindy Galdy weszli do środka.
Mężczyzna z pomarańczową brodą, którego Nora spotkała przy maśle orzechowym u
Krogera, pojawił się w kuchni nie wiadomo skąd i zachowywał tak, jakby wszystkich bardzo
dobrze znał, chociaż nikt nie znał jego. Nora powitała go, po czym przez cały czas uważnie
obserwowała i w końcu usłyszała, jak się komuś przedstawia: Marty. Przyjęcie bardzo się
Marty'emu podobało, dlatego szybko się rozgrzał. Dopadł Enrique'a przy cieście i lodach i
natychmiast rozpoczęli długą rozmowę, ni mniej ni więcej, tylko po hiszpańsku.
- Kto to jest? - szepnął Luter, przechodząc obok.
- Marty - odszepnęła Nora, jakby go znała od lat.
Po kolacji, goście przeszli z powrotem do salonu i stanęli przed kominkiem, w którym
buzował ogień. Dzieci odśpiewały dwie kolędy, a potem z tłumu wyszedł Marty z gitarą.
Dołączył do niego Enrique, który oznajmił, że wraz ze swoim nowym przyjacielem zaśpiewa
dwie tradycyjne kolędy z Peru.
Marty z werwą uderzył w struny i zaśpiewali, tworząc bardzo zgrany duet. Słów wprawdzie
nikt nie rozumiał, lecz ich przesłanie było oczywiste: Boże Narodzenie to czas radości i pokoju
na całym świecie.
- I umie śpiewać - szepnęła Nora. Blair promieniała.
W przerwie między pieśniami Marty wyjaśnił, że kiedyś pracował w Peru, i że śpiewając,
bardzo za tym krajem zatęsknił. Oddał gitarę partnerowi, który wziął kilka cichych akordów i
miękkim, łagodnym głosem rozpoczął drugą kolędę.
Luter opierał się o kominek, od czasu do czasu przestępując z nogi na nogę, i uśmiechał się
wesoło. Właściwie wolałby paść na łóżko, zasnąć i spać przez sto lat. Powiódł wzrokiem po
twarzach oczarowanych śpiewem sąsiadów. Przyszli wszyscy, nie licząc Trogdonów.
I Scheelów.

Rozdział 20

W trakcie hucznej owacji dla duetu Marty'ego i Enrique'a, Luter wymknął się niepostrzeżenie
z kuchni i przez ciemną wiatę wyszedł z domu. W zimowym ubraniu - palto, wełniana czapka,
puchaty szalik, zimowe buty i grube rękawice - kuśtykał ulicą o plastikowej kuli, której
poprzysiągł sobie nigdy nie używać. Próbował nie krzywić się przy każdym kroku, chociaż
kostki u nóg wciąż miał spuchnięte i otarte.
W prawej ręce trzymał kulę, w lewej dużą kopertę. Śnieg ledwie prószył, ale wszędzie było
już biało.
Przystanął na chodniku i spojrzał w okna salonu. Dom pełen gości. Choinka, która z
odległości wyglądała całkiem nieźle. A na dachu wypożyczony Śniegurek.
Na Hamlock Street panowały cisza i spokój. Wóz strażacki i policyjne radiowozy odjechały.
Luter popatrzył w lewo, potem w prawo i nie dostrzegł żywego ducha. Większość sąsiadów była
teraz w jego domu - słyszał ich śpiew - ratując go z opresji. Wiedział, że długo będą wspominali
tę przygodę.
Dom Scheelów był jasno oświetlony z zewnątrz, lecz niemal zupełnie ciemny w środku.
Postukując kulą, bez której na pewno by sobie nie poradził, i czując, jak buty ocierają mu bolące

background image

kostki, noga za nogą, Luter wkuśtykał na podjazd. Wspiął się schodami na ganek, zadzwonił do
drzwi i ponownie spojrzał na swój dom dokładnie po drugiej stronie ulicy. Zza węgła wyszli
właśnie Ralph Brixley i Judd Bellington i zaczęli pospiesznie rozwieszać lampki na bukszpanach.
Zamknął na chwilę oczy, pokręcił głową i zerknął na swoje stopy.
Drzwi otworzył Walt.
- Witaj, Luter - powiedział miłym, ciepłym głosem. - Wesołych świąt.
- Wzajemnie, Walt - uśmiech Lutra był szczery.
- Zostawiłeś gości.
- Tylko na sekundę. Mogę wejść?
- Oczywiście.
Luter wszedł do holu i przystanął na wycieraczce. Na butach miał trochę śniegu i nie chciał
zostawiać śladów.
- Zdejmiesz palto? - spytał Walt. W kuchni coś się piekło i Luter uznał, że to dobry znak.
- Nie, dzięki. Jak Bev?
- Dobrze, dziękuję. Miała dobry dzień. Już wychodziliśmy, żeby przywitać się z Blair, ale
zaczął padać śnieg. Jak jej narzeczony?
- To bardzo miły, młody człowiek.
Z salonu wyszła Bev, złożyli sobie życzenia. Była w odświętnym czerwonym swetrze i Luter
stwierdził, że wygląda tak samo jak zwykle. Plotka głosiła, że lekarz dawał jej pół roku życia.
- Paskudny upadek - powiedział z uśmiechem Walt.
- Mogło być gorzej - odparł wesoło Luter, próbując cieszyć się z tego, że jest obiektem żartów
i drwin. Nie, nie, nie będziemy roztrząsać tego tematu, postanowił.
Głośno odchrząknął.
- Posłuchajcie. Blair zostanie tu dziesięć dni, więc nigdzie nie wyjeżdżamy. Dlatego Nora i ja
chcemy, żebyście pojechali za nas. - Podniósł kopertę i niezdarnie nią pomachał.
Zareagowali z opóźnieniem. Wymienili spojrzenia, próbowali myśleć: byli tak oszołomieni,
że na chwilę odebrało im mowę. Dlatego Luter parł naprzód.
- Samolot odlatuje jutro w południe. Musicie tam być trochę wcześniej, żeby pozmieniać
nazwiska na biletach, i tak dalej. To kłopot, wiem, ale warto. Dziesięć dni na Karaibach, plaże,
wyspy i cała reszta. Wymarzone wakacje.
Walt pokręcił głową, ale dość lekko i niepewnie. Bev miała wilgotne oczy. Długo się nie
odzywali, wreszcie Walt westchnął.
- Nie możemy tego zrobić - powiedział bez przekonania. - To nie w porządku.
- Nie bądź głupi. Nie ubezpieczyłem się od rezygnacji z podróży, więc jeśli nie pojedziecie,
bilety szlag trafi.
Bev popatrzyła na męża, który właśnie patrzył na nią, i kiedy ich oczy się spotkały, Luter
zrozumiał, o czym myślą. To czyste szaleństwo, ale czemu nie?
- Nie wiem, czy lekarz mi pozwoli - powiedziała cicho Bev.
- A ja mam na karku ten pilny kontrakt Lexxona... - mruknął Walt, drapiąc się w głowę.
- I obiecaliśmy Shortom, że wpadniemy do nich w Nowy Rok - dodała w zamyśleniu Bev.
- Poza tym Benny miał przyjechać. - Benny, ich najstarszy syn, nie był w domu od lat.
- No i co zrobilibyśmy z kotem? - spytała Bev.
Wahali się, zastanawiali, bili z myślami. Luter spokojnie czekał, a kiedy zabrakło im
wymówek, powiedział:
- To nasz prezent. Szczery, z serca płynący świąteczny dar dla dwojga ludzi, którzy nie
potrafią znaleźć przekonującej wymówki, żeby zostać w domu. Po prostu jedźcie, dobra?

background image

- Nie wiem, czy mam odpowiednie ubranie - odrzekła zgodnie z przewidywaniami Bev, na co
Walt burknął:
- Nie bądź śmieszna.
Ponieważ ich opór szybko słabł, Luter postanowił przypuścić rozstrzygający szturm i wcisnął
Waltowi kopertę do ręki.
- Tu jest wszystko: bilety na samolot, bilety na statek, foldery i cała reszta, łącznie z numerem
telefonu agentki biura podróży.
- Ile to kosztuje? Jeśli zdecydujemy się pojechać, zwrócimy ci pieniądze.
- To jest prezent, Walt. Żadnych kosztów, żadnych zwrotów. Nie komplikujmy tego, dobrze?
Walt rozumiał, ale duma wzięła w nim górę.
- Będziemy musieli porozmawiać o tym po powrocie.
No i proszę. Już wyjechali i wrócili.
- Kiedy wrócicie, porozmawiamy, o czym zechcesz.
- A co z naszym kotem? - wtrąciła Bev.
Walt szczypnął policzek i pogrążył się w zadumie.
- Tak, to poważny problem. Hotelu mu teraz nie załatwimy, za późno.
Jak na zawołanie do holu wślizgnął się wielki, czarny, puszysty kocur. Otarł się o nogę Walta
i posłał Lutrowi długie spojrzenie.
- Przecież nie możemy go tak po prostu zostawić - dodała Bev.
- Absolutnie - zgodził się z nią Walt. Luter nie znosił kotów.
- Moglibyśmy poprosić Jud Becker - myślała głośno Bev. Luter głośno przełknął ślinę.
- Nie ma sprawy, ja się nim zajmę - powiedział, doskonale wiedząc, że obowiązek ten spadnie
na Norę.
- Na pewno? - spytał odrobinę za szybko Walt.
- Jasne.
Kocur posłał Lutrowi kolejne spojrzenie i chyłkiem wyszedł z holu. Uczucie było wzajemne.
Żegnali się o wiele dłużej, niż witali i kiedy Luter obejmował Bev, czuł, że biedaczka zaraz
się załamie. Pod obszernym swetrem kryło się ciało kruchej, schorowanej kobiety. Policzki miała
mokre od łez.
- Zadzwonię do Nory - szepnęła. - Dziękuję.
Zadziorny i twardy jak skała Walt też miał wilgotne oczy.
- Nie wiesz, ile to dla nas znaczy - powiedział, kiedy stali na schodach, ściskając sobie ręce. -
Dzięki, Luter.
Gdy drzwi się zamknęły, Luter ruszył do domu. Uwolniony od ciężaru koperty, od
kosztownych biletów, grubych folderów i samolubnej rozpusty, którą symbolizowały, szedł
raźniej i trochę szybciej niż poprzednio. Dał im prezent doskonały, dlatego przepełniony
satysfakcją, wyprostował się dumnie, zapominając, że powinien utykać.
Na chodniku przystanął i spojrzał przez ramię. W domu Scheelów, jeszcze do niedawna
ciemnym jak jaskinia, na górze i na dole rozbłysły światła. Pakują się, pomyślał. I dobrze.
Z jego domu wychodzili właśnie rozbawieni Galdy'owie. Zza otwartych drzwi buchnął śmiech
i muzyka, której dźwięki poszybowały w górę i rozbrzmiały echem na całej ulicy. Zapowiadało
się długie przyjęcie.
Stał na krawężniku i nie zważając na zbierający się na czapce i kołnierzu śnieg, patrzył na
swój świeżo ozdobiony dom, w którym zebrali się niemal wszyscy sąsiedzi, i liczył świąteczne
prezenty. Wróciła Blair, przywożąc ze sobą bardzo miłego, przystojnego i dobrze ułożonego
młodzieńca, który za nią szalał. I który z Martym, tym z pomarańczową brodą, był w tej chwili
duszą całej imprezy.

background image

On też miał dużo szczęścia, bo zamiast stać na chodniku, mógł spoczywać teraz w domu
pogrzebowym Franklina albo ze sterczącymi z ciała rurkami leżeć przykuty do łóżka na oddziale
intensywnej opieki medycznej w miejscowym szpitalu. Myśl o koszmarnej jeździe z dachu głową
naprzód wciąż napełniała go przerażeniem. Tak, miał naprawdę dużo szczęścia.
Bóg pobłogosławił go przyjaciółmi i sąsiadami, którzy zrezygnowali z wigilijnych planów,
żeby ratować go z opresji.
Spojrzał na dach, skąd obserwował go Śniegurek Brixleya. Okrągła, roześmiana twarz,
cylinder i fajka z kolby kukurydzy. Może był to tylko śnieg, ale zdawało mu się, że bałwan puścił
do niego oko.
Jak zwykle głodny, nagle nabrał ochoty na wędzonego pstrąga. Ruszył przez zaspę w stronę
domu.
- Kawałek keksu też zjem - mruknął pod nosem.
Ominąć święta. Idiotyczny pomysł.
Może w przyszłym roku.


Document Outline


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Grisham John Ominąć święta
John Grisham Ominac Swieta
John Grisham Ominąć święta
J Grisham Ominąć Święta
Grisham John Obrońca ulicy
Grisham John Czuwanie
Grisham John Malowany Dom
Grisham John Czuwanie
Grisham, John Causa Justa
Grisham John Czuwanie
Grisham John Czuwanie
Grisham John Czuwanie
Grisham John Wielki gracz
Grisham John Theodore Bone Młody prawnik
Grisham John Obronca ulicy (SCAN dal 811)
Grisham John Malowany Dom
Grisham John Czuwanie
Grisham John Malowany dom
Grisham John Bractwo

więcej podobnych podstron